background image

G

EMMA

 HALLIDAY

Śledztwo wysokich 

obcasach

background image

Dla Mary Ellen Halliday Thompson.
Nigdy nie nosiła butów Manola, Prady czy Jimmy'ego Choo,
ale bez wątpienia miała styl i nikt jej nigdy nie zastąpi.
Tęsknimy za Tobą, Babciu.

background image

Rozdział 1

Spóźniałam się.

I nie chodzi mi o spóźnienie, które wzięło się stąd, że za długo układałam włosy i 

dlatego teraz tkwiłam w korku. Chodzi o poważniejsze spóźnienie. Takie, przez które 

przed oczami przelatywały mi ostrzeżenia z opakowań dureksów o 99 - procentowej 

skuteczności.   Zaciskając   mocno   ręce   na   kierownicy,   jechałam   czterystapiątką, 

krzycząc  w duchu: dlaczego ja?  Dlaczego właśnie ja? Jestem dziewczyną nowego 

tysiąclecia. Na lekcjach wychowania seksualnego w szóstej klasie robiłam staranne 

notatki.   W   zamkniętej   przegródce   torebki   noszę   prezerwatywy,   tak   na   wszelki 

wypadek. I od drugiej klasy liceum, od czasu zupełnie nieudanego pierwszego razu na 

tylnym siedzeniu chevroleta rocznik 82, samochodu Todda Hansona, zawsze byłam 

wyjątkowo   ostrożna.   I   właśnie   mnie   spóźniał   się   okres.   Nic   dziwnego,   że   byłam 

zdenerwowana.

 - Dana? - Cisza. - Dana, muszę z tobą pogadać. - Cisza. - Przysięgam, że jeśli 

postanowiłaś mnie ignorować, więcej się do ciebie nie odezwę.

Przełożyłam   komórkę   do   drugiej   ręki,   kiedy   zmieniałam   pas,   o   mało   nie 

zderzając   się   z   pickupem   z   napisem   „umyj   mnie"   na   brudnej   karoserii,   i   znów 

zaczęłam zaklinać automatyczną sekretarkę mojej najlepszej przyjaciółki.

 - Dana, proszę, proszę, proszę odbierz! Proszę? - Zamilkłam na moment. Zero 

reakcji. - Okay, zdaje się, że naprawdę cię nie ma. Ale proszę, proszę, proszę oddzwoń 

do   mnie,   jak   tylko   odsłuchasz   wiadomość.   Czyli   jak   najszybciej.   To   naprawdę 

wyjątkowa sytuacja. Muszę z tobą natychmiast pogadać! - Podkreśliłam to jeszcze, 

wciskając klakson, kiedy jakiś łysy facet w kabriolecie wjechał przede mnie, a potem 

miał jeszcze czelność pokazać mi środkowy palec. Witajcie w LA.

Zamknęłam   telefon,   łamiąc   przy   okazji   wymanikiurowany   paznokieć,   i 

policzyłam   do   dziesięciu.   Usiłowałam   przypomnieć   sobie   uspokajające   techniki 

oddychania z zajęć jogi, na które Dana zaciągnęła mnie w zeszłym miesiącu. Niestety, 

cała moja uwaga była wtedy skupiona na tym, by nie wylądować na twarzy podczas 

pozycji „pies z głową w dół", i chyba właśnie zaczynałam się hiperwentylować.

Wjeżdżając   na   dziesiątkę,   zerknęłam   na   cyfrowy   wyświetlacz   na   desce 

rozdzielczej   i   uświadomiłam   sobie,   że,   o   ironio,   teraz   jestem   spóźniona   w   sensie 

background image

dosłownym.   Spóźniona   na   spotkanie   z   moim   chłopakiem,   Richardem   Howe'em,   z 

którym umówiłam się na lunch. Zrobił rezerwację na pierwszą u Gianiego, a była już 

dwunasta   pięćdziesiąt   osiem.   Zamszowym   botkiem   (przez   te   buty   zupełnie 

wyczyściłam swoją kartę kredytową Macy'ego, ale było warto!) wdepnęłam mocniej 

pedał gazu, wcześniej sprawdziwszy we wstecznym lusterku, czy w pobliżu nie ma 

gliniarzy. Nie żebym jechała za szybko. No może trochę. Ale miałam już dość wrażeń 

jak   na   jeden   dzień   i   nie   potrzebowałam   jeszcze   spotkania   z   chłopakami   z   policji 

stanowej.

Przy okazji szybko skontrolowałam swój wygląd. Całkiem nieźle, biorąc pod 

uwagę, że zjadały mnie nerwy. Moje blond włosy nadal były zebrane w twarzowy 

półkok   -   parę   kosmyków   uwolniło   się,   ale   nieład   jest   w   modzie,   prawda? 

Wyciągnęłam błyszczyk Raspberry Perfection i przejechałam nim po ustach, ignorując 

faceta za mną. Hej, jeśli w kryzysowej sytuacji dziewczyna nie może poprawić sobie 

humoru błyszczykiem, to co jej pozostaje?

Z dumą muszę powiedzieć, że jeszcze tylko dwa razy zatrąbiono na mnie, zanim 

w   końcu   wjechałam   małym   czerwonym   dżipem   (dzisiaj,   ze   względu   na   włosy,   z 

postawionym   dachem)   na   wielopoziomowy   parking   na   rogu   Siódmej   i   Grand. 

Założyłam blokadę na kierownicę, przygotowując się, by ruszyć truchtem przez dwie 

przecznice   do   kancelarii   mojego   chłopaka,   gdzie   miałam   się   z   nim   spotkać... 

zerknęłam na zegarek - cholera! Dwanaście minut temu. Cóż, spójrzmy na to z innej 

strony: pewnie kiedy mu powiem, że spóźnia mi się okres, natychmiast zapomni, że 

się spóźniłam.

Szczerze obawiałam się tej rozmowy. Wyobrażałam ją sobie mniej więcej tak: 

„Cześć Richard, przykro mi, że się spóźniłam. A tak przy okazji, możliwe, że noszę 

twoje dziecko". Tu rozlega się dźwięk jak z kreskówki, kiedy Richard rzuca się do 

ucieczki i wpada na drzwi. Ech. Nie ma dobrego sposobu na obwieszczenie takiej 

nowiny. Spotykaliśmy się dopiero od paru miesięcy. Nie doszliśmy jeszcze nawet do 

etapu wspólnego kupowania drobiazgów do jego mieszkania i nagle musimy odbyć 

taką rozmowę? Idąc, poprawiłam ramiączko stanika. Wsunęłam je z powrotem pod 

top,  starając się  wyglądać jak kobieta, która  ma  wszystko pod kontrolą,  a nie jak 

background image

desperatka,   która   usiłuje   sobie   przypomnieć,   w   reklamie   jakiego   testu   ciążowego 

zachwalali, że wynik można odczytać natychmiast na cyfrowym wyświetlaczu.

Dokładnie czternaście minut po czasie weszłam do kancelarii Dewey, Cheatem i 

Howe   (Dewey,   Chwatem   &   Howe   -   nazwa   fikcyjnej   kancelarii   prawniczej, 

wykorzystywana w gagach i wątkach komediowych, pochodząca od słów „Do we 

cheat'em?   And   how!",   którą   w   wolnym   tłumaczeniu   można   przełożyć   jako 

„naciągacze"   (przyp.   red.).   Tak   naprawdę,   kancelaria   nazywała   się   Donaldson, 

Chesterton i Howe, ale nie mogłam się oprzeć, by ich nie przezywać. Biorąc pod 

uwagę,   jakich   klientów   reprezentowali   (ludzi   w   kreacjach   Chanel   i   roleksach), 

przezwisko pasowało jak ulał, niczym importowana rękawiczka z cielęcej skórki.

Za   drzwiami   z   matowego   szkła   podłoga   była   wyłożona   brązowo   -   czerwoną 

wykładziną, która tłumiła moje kroki, kiedy szłam w stronę stanowiska recepcjonistki. 

Wielki,   owalny   pulpit   z   ciemnego   drewna   znajdował   się   w   głębi   przestronnego 

pomieszczenia,   a   po   obu   jego   stronach   ciągnął   się   rząd   drzwi   z   matowego   szkła 

prowadzących   do   sal   konferencyjnych   i   gabinetów.   Docierały   stamtąd   stłumione 

odgłosy   stukania   w   klawiaturę   i   rozmów,   wycenianych   na   czterysta   dolarów   za 

godzinę.

  -   W   czym   mogę   pomóc?   -   zapytała   Barbie   za   biurkiem.   Jasmine.   Czy,   jak 

lubiłam ją nazywać, Miss Plastik. Jasmine co miesiąc wydawała dwie trzecie swojej 

pensji na rozmaite zabiegi kosmetyczne. W tym tygodniu napompowała sobie usta 

kolagenem   a   la   Angelina   Jolie.   W   zeszłym   miesiącu   powiększyła   sobie   piersi, 

oczywiście   do   rozmiaru   podwójne   D.   Jej   tlenione   blond   włosy   jak   zwykle   były 

natapirowane,   co   dodawało   jej   pięć   centymetrów   wzrostu,   choć   i   bez   tego   była 

irytująco wysoka - miała prawie metr siedemdziesiąt. Ja sama jestem drobną osobą. 

Kiedy   mam   dobry   dzień   dociągam   do   stu   pięćdziesięciu   sześciu   centymetrów.   Z 

powodu wymogów odnośnie do minimalnego wzrostu nie kwalifikuję się do połowy 

kolejek w Six Flags (Six Flags - amerykańska sieć parków rozrywki (przyp. tłum.)).

 - Przyszłam zobaczyć się z Richardem - poinformowałam Miss Plastik.

  - Czy jest pani umówiona z panem Howe'em? - Jasmine zamrugała niewinnie 

niebieskimi oczami (z trudnością - to przez lifting brwi, któremu poddała się dwa 

miesiące temu), ale ja wiedziałam, w co gra. Jej jedyną rozrywką w recepcji Dewey, 

background image

Cheatem and Howe jest decydowanie o dostępie do świętych gabinetów znajdujących 

się za drzwiami z matowego szkła.

Spojrzałam na nią, mrużąc oczy.

 - Tak, tak się składa, że jestem z nim umówiona.

 - Pani godność?

Starałam się nie przewrócić oczami. Spotykałam się tu z Richardem w każde 

piątkowe popołudnie od pięciu miesięcy. Dobrze wiedziała, kim jestem, a sądząc po 

uśmiechu czającym się w kącikach jej ust a la Angelina, znakomicie się przy tym 

bawiła.

 - Maddie Springer. Jestem jego dziewczyną. Byliśmy umówieni na lunch.

 - Przykro mi, panno Springer, ale będzie pani musiała zaczekać. Pan Howe ma 

właśnie spotkanie w sali konferencyjnej.

 - Czemu nie powiedziałaś mi tego od razu? - wymamrotałam, sadowiąc się na 

jednym z jasnych skórzanych foteli w wydzielonej z recepcji poczekalni. Jasmine nie 

odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się ironicznie (jej nowe, wydęte usta sprawiały, że 

wyglądało to jak grymas Elvisa) i, jak przypuszczam, otworzyła sobie w komputerze 

pasjansa, udając, że jest zajęta. Wzięłam ze stolika egzemplarz „Cosmo" i zaczęłam 

przerzucać strony pełne zdjęć designerskich ciuchów, na myśl o których ciekła mi 

ślinka, ale na które nigdy nie będzie mnie stać. Ani się w nie nie zmieszczę, jeśli 

rzeczywiście jestem w ciąży. Boże. Co za przygnębiająca myśl.

Po, jak mi się wydawało, całej wieczności słuchania, jak akrylowe paznokcie 

Jasmine stukają w klawiaturę, do recepcji wszedł Richard. Pomimo niepokoju, jaki 

wzbierał w moim żołądku, nie mogłam nie westchnąć na jego widok. Richard miał 

ponad sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, był szczupły i umięśniony. Był 

zapalonym biegaczem, w wolnym czasie brał udział we wszystkich biegach na cele 

charytatywne. Dystrofia mięśniowa, autyzm, w kwietniu pobiegł nawet w imprezie na 

rzecz walki z rakiem piersi. Kiedy zaczęliśmy się spotykać, próbował mnie namówić, 

żebym   z   nim   pobiegła.   Chociaż   raz.   Dla   mnie   wystarczającym   treningiem 

wytrzymałościowym   jest   przepychanie   się   przez   tłum   w   Nordstromie   podczas 

odbywającej się dwa razy do roku megawyprzedaży. Biegi to zupełnie nie moja bajka. 

Poza tym uważam, że jeśli obcasy są dostatecznie wysokie,  wystarczy przejść dwie 

background image

przecznice od mojego mieszkania do Starbucks na rogu, żeby spalić prawie tyle samo 

kalorii, co podczas biegu, mam rację?

Dzisiaj   jasne   włosy   Richarda   były   nienagannie   ułożone   za   pomocą   żelu   w 

swobodną falę a la młody Robert Redford. Miał na sobie ciemnoszary garnitur, białą 

koszulę i gustowny krawat w kolorowe wzorki. Wyglądał jak totalne ciacho i z trudem 

zwalczyłam pokusę, by rzucić się w jego objęcia i wylać wszystkie swoje troski na 

jego okryte wełnianą marynarką ramię.

Richardowi towarzyszył jakiś facet. Obaj panowie byli całkowicie pochłonięci 

rozmową. Nie słyszałam, o czym mówili, ale cokolwiek to było, sprawiło, że jasne 

brwi Richarda ściągnęły się z niepokojem.

Rozmówca Richarda był ubrany w znoszone lewisy wytarte wzdłuż nogawek i na 

siedzeniu, czarny dopasowany T - shirt i granatową marynarkę. Miał szerokie ramiona 

i w ogóle był napakowany, przez co przypominał zawodowego boksera. Jedną brew 

przecinała biała blizna, wyraźnie odcinająca się na tle jego ciemnej karnacji. Miał 

ciemne   włosy,   ciemne   oczy   i   ogólnie   wygląd   typka,   u   którego   można   znaleźć 

więzienne tatuaże. Miałam nadzieję, że Richard nie poszerzał swojej działalności o 

bronienie kryminalistów.

Poczekałam,   aż   uścisną   sobie   dłonie   na   pożegnanie.   Dopiero   kiedy   facet 

wyszedł, podeszłam do Richarda.

 - Cześć, skarbie - powiedziałam, wspinając się na palce, żeby pocałować go w 

policzek.

 - Cześć. - Nadal patrzył za podejrzanym nieznajomym i wyglądał na kompletnie 

nieprzytomnego, zupełnie jakbym przeszkodziła mu w oglądaniu meczu.

 - Kto to był?

 - Nikt.

To, że w dalszym ciągu spoglądał za Panem Nikt, kazało mi podejrzewać, że to 

nie do końca prawda. Miałam jednak ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmyślanie o 

najnowszym kliencie Richarda. Na przykład to, że spóźniał mi się okres.

 - Co to za spóźnienie?

background image

 - Co? - Obróciłam się gwałtownie, a żołądek zacisnął mi się w węzeł. Boże, czy 

to możliwe, żeby się domyślił? Spojrzałam nerwowo na swój brzuch, chociaż było 

mało prawdopodobne, że wybrzuszył się w ciągu ostatnich trzydziestu sekund.

 - Mieliśmy zarezerwowany stolik na pierwszą. 

 - Och. O to chodzi.

 - Przepraszam, były straszne korki. Możemy pójść gdzie indziej. Może do Cabo 

Cantina?

Richard nadal wpatrywał się w zamknięte szklane drzwi, za którymi zniknął Pan 

Nikt. Znowu zaczęłam się zastanawiać, kim był ten facet. Nie wyglądał jak typowy 

klient Richarda i na pewno nie wyglądał jak prawnik.

  - Hm, wiesz, chyba w ogóle nie uda mi się dziś wyrwać na lunch. Coś mi 

wypadło.

  -   Och,   szkoda.   -   Myślcie,   co   chcecie,   ale   przyznam,   że   nawet   mi   ulżyło. 

Przynajmniej nie będziemy musieli odbyć tej rozmowy już teraz. Będę miała trochę 

więcej czasu na wymyślenie lepszego sposobu na obwieszczenie radosnej nowiny niż: 

„Richard,  powinniśmy byli używać mocniejszych kondomów". Hm... ciekawe,  czy 

mogłabym pozwać za to producenta.

 - Wybacz, Maddie. Zadzwonię do ciebie później, obiecuję.

 - W porządku. Rozumiem. Pogadamy wieczorem, tak?

 - Tak. Wieczorem. - Cmoknął mnie szybko w policzek i zniknął z powrotem za 

drzwiami z matowego szkła prowadzącymi do trzewi kancelarii Dewey, Cheatem i 

Howe. Jasmine uniosła głowę, żeby posłać mi ironiczny uśmieszek, po czym wróciła 

do układania pasjansa.

Odnalazłam pozostawionego dwie przecznice dalej dżipa i zostawiłam kolejną 

wiadomość   na   sekretarce   Dany.   Jeśli   wkrótce   nie   odbierze   telefonu,   będę   musiała 

zrobić casting na nową najlepszą przyjaciółkę. Odpaliłam silnik dżipa z rykiem, który 

rozniósł się echem po parkingu. Zamiast wrócić na autostradę, pojechałam Grand, 

kierując   się   na   Beverly   Boulevard.   Zajechałam   do   McDrive'a   i   zamówiłam 

dekadenckiego big maca, duże frytki i truskawkowego shake'a. To nie był dzień na 

liczenie kalorii.

background image

Zatrzymałam   się   na   parkingu   obok   restauracji   i   pocieszałam   jedzeniem   w 

kojącym   zaciszu   mojego   auta,   z   klimą   odkręconą   na   full.   Dopijając   z   siorbaniem 

shake'a, zastanawiałam się, co dalej. Powinnam wrócić do pracy, którą olałam po tym, 

jak dziś rano spojrzałam z przerażeniem w kalendarz. Stwierdziłam jednak, że jest 

zupełnie nierealne, abym mogła być teraz kreatywna.

Jako mała dziewczynka marzyłam, by zostać modelką i paradować po wybiegach 

w Mediolanie w najnowszych kreacjach wielkich projektantów, wzbudzając zachwyt 

całego   świata.   Jednak   już   w   ósmej   klasie   stało   się   jasne,   że   nie   osiągnę   wzrostu 

modelki. Wybrałam więc drugą w kolejności wymarzoną karierę - projektantki mody. 

Po czterech latach nauki w Academy of Art College w San Francisco byłam gotowa 

zabłysnąć   w   świecie   mody.   Nie   przewidziałam   tylko,   że   zaistnienie   wśród 

projektantów będzie niemal równie trudne, jak zostanie profesjonalną modelką. Po 

wielu prośbach, błaganiach i obiecywaniu wszystkim liczącym się postaciom świata 

mody  w  Los  Angeles,  że  będę  pucować  ich  samochody, w  końcu  dostałam  pracę 

projektantki   obuwia   dziecięcego   w   Tot   Trots.   Okay,   nie   jest   to   Mediolan,   ale 

przynajmniej starcza mi na rachunki. Przeważnie.

Zaletą tego zajęcia jest fakt, że pracuję w domu, a więc sama ustalam sobie 

godziny   pracy.   Z   dumą   przyznaję,   że   moje   projekty   nosiły   na   swoich   stopach 

wszystkie modne berbecie. Plastiki z Barbie z wiosennej kolekcji oraz kapciuszki ze 

Sponge Bobem z kolekcji jesiennej to także moje dzieło. Aktualnie pracuję nad butami 

za   kostkę   ze   Strawberry   Shortcake,   które   będą   dostępne   zarówno   w   opalizującym 

różu, jak i połyskliwym fiolecie. Tak, tak, wiem, absolutny odjazd.

Jednak w tej chwili myśl o spędzeniu dnia na projektowaniu dziecięcego obuwia 

nie   była   zbyt  pociągająca.   Dziecięce   buty   sprawiały,   że   myślałam  o  dzieciach,   co 

prowadziło   do   myśli   o   niemowlakach,   co   z   kolei   prowokowało   myślenie   o 

kondomach, które z jakiegoś powodu czasami pękały, co stawiało kobiety w moim 

obecnym położeniu.

Spojrzałam na zegar na desce rozdzielczej. Za piętnaście druga. Dana jest pewnie 

w   drodze   do   siłowni.   Pomiędzy   kolejnymi   castingami   a   epizodycznymi   rólkami 

pracuje   jako   instruktorka   fitnessu   w   Sunset   Gym.   Pomyślałam,   że   jeśli   pojadę 

stojedynką, uda mi się ją złapać w przerwie między zajęciami.

background image

Odstawiłam   shake'a   i   wrzuciłam   bieg.   W   rekordowym   czasie   dojechałam   do 

olbrzymiego   budynku   z   betonu   i   szkła,   w   którym   znajdowała   się   Sunset   Gym. 

Zaparkowałam samodzielnie, odprawiając parkingowego. Nie uwierzycie, ale w LA 

ludziom nie chce się przejść paru metrów z parkingu do siłowni, do której przyjechali 

przebiec parę kilometrów. Nie pytajcie mnie czemu.

Kiedy weszłam do środka, wysoki facet ogolony na jeża i umięśniony jak Popeye 

zatrzymał mnie przy recepcji. Zmierzył mnie od góry do dołu, przyglądając się moim 

botkom na pięciocentymetrowym obcasie i spódniczce od Ann Taylor. Zauważył, że 

nie mam przewieszonej przez ramię sportowej torby Nike. Nie było mowy, żebym go 

nabrała. Oboje wiedzieliśmy, że korzystam z mojej karty członkowskiej tylko wtedy, 

gdy na dworze jest prawie czterdziestostopniowy upał i chcę się ochłodzić w basenie.

Po   wylegitymowaniu   się   cerberowi   na   sterydach   weszłam   do   głównej   sali, 

omiatając   wzrokiem   rzędy   pedałujących   na   rowerkach   amatorów   ćwiczeń   w 

poszukiwaniu Dany. Zobaczyłam ją i jej grupę przy oknach.

Jej   podopieczni   dawali   z   siebie   wszystko   na   stepach.   Przez   chwilę   miałam 

wyrzuty sumienia z powodu tych wszystkich kalorii, które władowałam w siebie na 

lunch, jednak nie na tyle duże, żebym miała zaraz przebrać się w dres i wskoczyć na 

step.

Zamiast tego chwyciłam wymięty egzemplarz „Elle" i usadowiłam się na ławce 

pod   ścianą.   Nie   czekałam   długo,   bo   wielbiciele   stepu   wkrótce   skończyli   zajęcia, 

nagradzając   się   brawami.   Dana   podbiegła   do   mnie,   jej   koński   ogon   w   kolorze 

rudoblond kołysał się na boki. Idealnie zbudowana, wyglądała, jakby właśnie zeszła ze 

stron „Sports Illustrated". Ale nie z numeru poświęconego strojom kąpielowym, tylko 

z wydania o kulturystkach i facetach, którzy je uwielbiają.

 - Co jest? - zapytała, spoglądając z dezaprobatą na moje botki na obcasie.

 - Przed chwilą jadłam - odparłam na swoją obronę.

Dana   spojrzała   na   mnie   podejrzliwie,   ale   postanowiła   odpuścić.   Truchtała   w 

miejscu, kontynuując rozmowę.

 - Dostałam twoją wiadomość. Co to za pilna sprawa?

 - Ja... - Obejrzałam się przez ramię, jakbym nie powinna mówić tego głośno. - 

Mam opóźnienie.

background image

 - Okay, no to gadaj szybko. O co chodzi?

 - Nie, nie takie opóźnienie. Rozumiesz.

Dana przechyliła głowę. Dopiero po chwili do niej dotarło.

 - Boże. Chcesz powiedzieć, że nie masz okresu?

 - Nie, że nie mam. Po prostu trochę mi się spóźnia.

 - Nic dziwnego, że panikujesz.

 - Nie panikuję. Tylko... mam drobne opóźnienie.

Dana   posłała   mi   pobłażliwe   spojrzenie,   którym   obrzucała   mnie   od   czasu   do 

czasu, kiedy w siódmej klasie połączyła nas miłość do New Kids on the Block.

 - Jasne. I dlatego zostawiłaś mi dziś rano cztery wiadomości na sekretarce?

Skrzywiłam się. Naprawdę zostawiłam aż cztery wiadomości?

 - Okay, przyznaję. Może i trochę panikuję.

 - Zrobiłaś już test? - zapytała i przeszła do pajacyków.

 - Ciążowy?

 - Nie, z algebry. Jezu. Można by pomyśleć, że nigdy wcześniej nie spóźnił ci się 

okres.

Prawda była taka, że rzeczywiście nigdy wcześniej nie spóźnił mi się okres. Od 

czasu   pierwszej   miesiączki   babskie   dni   zawsze   wypadały   u   mnie  dokładnie   co 

dwadzieścia osiem dni, co tylko potęgowało moje przerażenie. I dlatego jak oszalała 

zostawiłam rozpaczliwe wiadomości na sekretarce mojej najlepszej przyjaciółki. Hej, 

zaraz, jeśli odsłuchała moje wiadomości...

 - Dlaczego do mnie nie oddzwoniłaś?

Na usta Dany wypłynął szelmowski uśmiech, który oznaczał, że albo spotykała 

się z kimś nowym, albo że zaraz każe komuś zrobić dwadzieścia pompek.

 - Nie byłam sama.

 - A z kim?

 - Z Saszą Aleksandrowem - powiedziała, przechodząc do robienia wypadów z 

nogi na nogę.

 - Z kim?

Dana   zachichotała.   Tak,   tak,   dorosłe   kobiety   o   ciałach   bogiń   chichoczą   jak 

gimnazjalistki z aparatem na zębach, kiedy chodzi o facetów.

background image

 - To rosyjski akrobata. Jest podstawą ludzkiej piramidy w Cirque Fantastique.

Zrobiłam   co   w   mojej   mocy,   żeby   nie   przewrócić   oczami.   Dana   posiadała 

osobliwą umiejętność wybierania facetów, z którymi związki były z góry skazane na 

niepowodzenie.

 - Więc gdzie poznałaś Pana Podstawę Piramidy?

  -   Tutaj.   Przyszedł   w   zeszłym   tygodniu   z   hiszpańskim   trapezistą,   żeby 

poćwiczyć. Zaproponowałam, że pokażę mu, jak korzystać z atlasów. W Rosji nie 

mają takiego sprzętu.

 - Jasne.

 - Od razu między nami zaiskrzyło. Zapytał, czy chcę zobaczyć jego występ.

Biorąc pod uwagę wieloznaczność tej propozycji, domyśliłam się, że Dana się 

zgodziła. Nigdy nie przepuszczała okazji, żeby obejrzeć „występ" jakiegoś mięśniaka.

  - Wystarczy. Nie chcę wiedzieć nic więcej - powiedziałam, zakrywając uszy. 

Dana znowu zachichotała.

 - No dobra, to ile ci się spóźnia ten okres? - zapytała.

 - Trzy dni.

  - I z tego powodu dzwoniłaś do mnie przed południem? Skarbie, trzy dni to 

pikuś.

 - Ale mnie jeszcze nigdy okres nie spóźnił się o trzy dni.

  -   Masz   szczęście,   że   trzymam  w  domu  awaryjny   test  ciążowy.   Poprowadzę 

jeszcze jedne zajęcia, a potem pojedziemy do mnie. Zrobię dzbanek margarity, a ty 

nasikasz na test. Fajnie będzie, co ty na to?

  -   Nie,  żadnej   margarity.   Nie   mogę   pić   alkoholu.   Mogę   być   w   ciąży.   Dana 

natychmiast przerwała ćwiczenia. Znieruchomiała wpatrywała

się we mnie z otwartymi ustami.

 - Chyba nie zamierzasz urodzić? Czy zamierzałam?

 - Nie. To znaczy nie wiem. Nie wiem, co zrobię, jeśli... jeśli... no wiesz.

 - Jeśli zobaczymy różową kreskę?

 - Tak.

 - Okay. Czyli na razie żadnej margarity. Ale sikanie jest aktualne.

background image

Na   szczęście   udało   mi   się   przekonać   Danę,   że   sikać   na   test   lepiej   jest   w 

pojedynkę,   i   zostawiłam   ją   na   zajęciach   z   kick   boxingu   dla   seniorów.   Po   drodze 

wstąpiłam do apteki po test - był to najbardziej krępujący zakup w moim życiu, nawet 

bardziej krępujący od kupowania po raz pierwszy kondomów, kiedy przypadkowo 

chwyciłam   superprążkowane,   mające   spotęgować   doznania.   Kupiłam   także   litr 

sprite'a,   więc   kiedy   zatrzymałam   się   na   ulicy   pod   moją   kawalerką   na   pierwszym 

piętrze w Santa Monica, byłam gotowa do sikania. Fizycznie. Psychicznie byłam w 

rozsypce.

Zamknęłam   dżipa,   wspięłam   się   po   drewnianych   schodach   do   mojego 

mieszkanka i rzuciłam paczuszkę z apteki na kuchenny blat. Mimo że strasznie chciało 

mi się sikać, nie miałam odwagi zabrać ze sobą testu ciążowego do toalety. Jakimś 

cudem   zrobienie   testu   wydawało   mi   się   bardziej   przerażające   od   horroru   Wesa 

Cravena.   W   mojej   głowie   kłębiły   się   pytania:   Co   jeśli   naprawdę   zobaczę   różową 

kreskę?   Czy   w   ogóle   chcę   mieć   dziecko?   Rozejrzałam   się   po   moim   przytulnym 

(czytaj:   malutkim)   jednopokojowym   mieszkanku,   w   którym   z   trudem   mieścił   się 

rozkładany materac i stół kreślarski. Gdzie ja tu zmieszczę dziecko?

Zawsze   zakładałam,   że   kiedyś,   w   przyszłości,   będę   mieć   dzieci.   Ale   choć 

dobijam  do  trzydziestki  (odmawiam  przyznania   się   jak  niewiele   zostało  mi  do  tej 

magicznej liczby), termin „kiedyś, w przyszłości" nadal jest dla mnie czymś mocno 

odległym. Kiedyś, w przyszłości, oznacza sytuację, kiedy moje życie będzie bardziej 

ustabilizowane, a ja „udomowiona". Zamężna. Boże, a jeśli Richard pomyśli, że chcę? 

Czy ja tego chcę?

Znowu zaczynałam hiperwentylować.

Poszłam do toalety, bez testu, a potem sprawdziłam automatyczną sekretarkę. 

Nie miałam żadnych wiadomości. A ściślej mówiąc, nie było żadnej wiadomości od 

Richarda. Podniosłam słuchawkę i wybrałam jego numer. Nie odebrał i włączyła się 

jego sekretarka. Zostawiłam wiadomość, jak sądzę stosunkowo beztroską, biorąc pod 

uwagę okoliczności.

Usadowiłam się na sofie i włączyłam telewizor. Oglądałam powtórki  Kroniki 

Seinfelda,  czekając na telefon od Richarda. Ale zaczął się wieczorny show Davida 

Lettermana, a on ciągle nie oddzwaniał. Złościło mnie to, ale też trochę niepokoiło. 

background image

Powiedział, że zadzwoni do mnie wieczorem. Ignorowanie moich wiadomości było do 

niego zupełnie niepodobne. Starałam się nie panikować i obiecałam sobie, że zrobię 

test ciążowy, jak tylko Richard się odezwie.

Była to obietnica, której wkrótce pożałowałam.

background image

Rozdział 2

Trzy dni później nadal nie miałam okresu. Ani wiadomości od Richarda.

Zaczynałam się ponownie martwić. O Richarda, choć nieotwarty test ciążowy na 

kuchennym   blacie   nie   polepszał   sprawy.   Richard   nigdy   nie   ignorował   moich 

telefonów.   Zwykle   sprawdzał   swoje   wiadomości   o   każdej   pełnej   godzinie   i 

odpowiadał   mi   przynajmniej   SMS   -   em   z   uśmiechniętą   buźką   albo   pisał   „cześć, 

piękna". Tyle że tym razem zostawiłam mu chyba milion wiadomości i nie dostałam 

ani jednej uśmiechniętej buźki.

Drugą beztroską wiadomość zostawiłam mu w sobotni poranek: „Cześć, jak się 

masz, pewnie miałeś wczoraj dużo roboty, skoro nie zadzwoniłeś". W porze lunchu 

zadzwoniłam   do   jego   biura,   ale   włączyła   się   sekretarka.   Odczekałam   z   kolejnym 

telefonem prawie do siedemnastej. Wtedy zostawiłam mu wiadomości na sekretarce w 

pracy, komórce, sekretarce w domu i wysłałam e - mail pełen uśmiechów z pytaniem: 

„Gdzie jesteś?"

W   tym   momencie   zainterweniowała   Dana,   grożąc,   że   skrępuje   mi   ręce   za 

plecami, jeśli nie dam facetowi trochę luzu. Miała rację. Zaczynałam zachowywać się 

jak wariatka. Nie dzwoniłam więc do niego przez całą niedzielę, aż do czasu, kiedy na 

kanale drugim zaczęły się wieczorne wiadomości, w których energiczne reporterki 

donosiły o włamaniu w Reseda i innych wydarzeniach dnia. Wtedy zostawiłam mu 

trzy kolejne wiadomości. Niestety nie doczekałam się odpowiedzi.

To było zupełnie niepodobne do Richarda. Choć bardzo się starałam, nie mogłam 

się   pozbyć   wrażenia,   że   jego   niewidzialny   radar   zaangażowania  w   jakiś   sposób 

wykrył, że spóźnia mi się okres, w związku z czym dał nogę.

W poniedziałek rano moja nadmiernie rozwinięta wyobraźnia i ja obudziłyśmy 

się   z   silnym   postanowieniem   wytropienia   mojego   zaginionego   chłopaka.   Wzięłam 

prysznic,   włożyłam   ulubione   dżinsy,   zielony   jedwabny   top   na   ramiączkach   i 

szmaragdowe   sandały   bez   pięt.   Jeszcze   tylko   szybka   sesja   z   suszarką,   odrobina 

błyszczyku   i   byłam   gotowa   do   wyjścia.   Nie   było   jeszcze   dziesiątej,   kiedy 

zaparkowałam   samochód   w   pobliżu   kancelarii   Richarda,   ale   chodnik   już   zaczynał 

parować rozgrzanym powietrzem. Jeszcze tylko smogu nam brakowało.

background image

Dwie przecznice i trzech bezdomnych  żuli dalej weszłam do klimatyzowanego 

budynku, w którym pracował Richard. Jak zwykle w recepcji straż trzymała Jasmine.

 - W czym mogę pomóc? - zapytała z mało przekonującą uprzejmością.

 - Chciałabym zobaczyć się z Richardem.

 - Była pani umówiona?

Słowo daję, to się idealnie nadaje na jej epitafium. Tu spoczywa Jasmine „czy 

jest pan(i) umówiony(a)?" Williams. Boże świeć nad jej duszą.

  - Nie. Ale jestem pewna,  że spotka się ze mną, jeśli tylko mu powiesz, że tu 

jestem.

 - Pani godność? Zmrużyłam oczy.

 - Maddie Springer. Jego dziewczyna. - Podkreśliłam ostatnie słowo.

  - Przykro mi, panno Springer, ale pana Howe'a dziś nie ma. Wziął kilka dni 

urlopu. Zostawię mu wiadomość, że pani wpadła. - Najwyraźniej świetnie się bawiła.

  -   Czemu   nie   powiedziałaś   mi   od   razu,   że   go   nie   ma?   Napompowane   usta 

Jasmine ułożyły się w uśmiech. A w każdym razie tak mi się wydawało. Choć był to 

raczej szyderczy uśmieszek.

 - Nie pytała pani.

Wzięłam   głęboki   oddech,   tłumacząc   sobie,   że   gdybym   wychyliła   się   nad 

mahoniowym   pulpitem   i   wydrapała   jej   oczy,   mogłabym   zniszczyć   sobie   kolejny 

paznokieć.

 - W porządku. Mówił dokąd się wybiera?

 - Przykro mi - odparła Jasmine, i tym razem nie miałam wątpliwości, że grymas 

na jej ustach to szyderczy uśmieszek - ale nie jestem uprawniona do udzielania...

 - Nieważne. - Przerwałam jej. Dziś i tak dostarczyłam już Jasmine wystarczająco 

dużo rozrywki. Obróciłam się i, wbijając obcasy w brązowo - czerwoną wykładzinę, 

skierowałam się do windy, zostawiając Jasmine samą z jej pasjansem.

A więc Richarda nie było w pracy. Następny przystanek - jego mieszkanie.

Richard   mieszkał   w   Burbank,   na   strzeżonym   osiedlu   wysokich,   pokrytych 

stiukiem budynków przy Sunset Canyon. Wszystkie domy pomalowane były szarą 

farbą,   która   maskowała   brud,   a   podczas   dni   z   dużym   natężeniem   smogu   idealnie 

pasowała do koloru powietrza. Richard mieszkał w trzecim budynku po prawej.

background image

Zaparkowałam   samochód   po   drugiej   stronie   ulicy.   Szczęśliwie   udało   mi   się 

znaleźć  wolne  miejsce na tej samej przecznicy, i to po zrobieniu zaledwie dwóch 

kółek. Zabezpieczyłam kierownicę blokadą.

Wstukałam  kod  żelaznej   bramy,  po  czym  przecięłam  malutki  dziedziniec,   na 

którym rosły jukki, krzewy liściaste i kwitnące teraz agapanty. Kiedy dotarłam do 

drzwi mieszkania Richarda, przystanęłam, wzięłam głęboki oddech i włożyłam klucz 

do zamka.

Częściowo   spodziewałam   się,   że   wyskoczą   na   mnie   zbiry   z   mafii   albo   że 

mieszkanie   będzie   zdemolowane,   jakby   Richard   został   wywleczony   z   niego   siłą, 

kopiąc   i   wrzeszcząc:   „Czekajcie,   pozwólcie   mi   najpierw   oddzwonić   do   mojej 

dziewczyny!"

Rozczarowałam   się.   Mieszkanie   wyglądało   tak   jak   zawsze.   W   salonie   stały 

eleganckie   czarne   skórzane   sofy   w   towarzystwie   małych   szklanych   stolików   z 

chromowanymi okuciami. We wnęce kuchennej po prawej panował idealny porządek, 

zielone granitowe blaty lśniły w promieniach porannego słońca, wpadających przez 

szklane przesuwne drzwi prowadzące na balkon.

  -   Halo?   -   zawołałam   w   przestrzeń,   chociaż   podświadomie   czułam,   że   nie 

otrzymam odpowiedzi. Mieszkanie sprawiało wrażenie opuszczonego, Powietrze było 

lekko zatęchłe, jakby od wielu dni nikt nie otwierał okien. To jeszcze spotęgowało mój 

niepokój.

Richarda nie było w domu. Nie było go też w pracy. Zaczynało brakować mi 

pomysłów, gdzie jeszcze go szukać. Czy to możliwe, że musiał nagle wyjechać z 

miasta? Może chodziło o jakąś pilną sprawę rodzinną? Jego matka mieszkała sama w 

Palm Springs - może zachorowała?

Przecięłam   pokój   i   skręciłam   w   wąski   korytarz   prowadzący   do   wyłożonej 

marmurem   łazienki,   sypialni   i   dodatkowego   pokoju,   w   którym   Richard   urządził 

gabinet.   Otworzyłam   drzwi   gabinetu   i   ostrożnie   zajrzałam   do   środka.   Ani   śladu 

Richarda. Światełko automatycznej sekretarki na biurku błyskało jak oszalałe. Czując 

tylko odrobinę wyrzutów sumienia, wcisnęłam guzik odtwarzania.

background image

Nie   do   wiary,   ale   wszystkie   z   dwunastu   wiadomości   były   ode   mnie.   Rety. 

Szybko   je   skasowałam,   zostawiając   tylko   jedną,   na   której   sprawiałam   wrażenie 

rozsądnej, zdrowej psychicznie dziewczyny.

Szybko   rozejrzałam   się   po   gabinecie.   Nie   zauważyłam   żadnych   biletów 

lotniczych na Bahamy ani telegramów pod tytułem „Mama jest chora, natychmiast 

przyjeżdżaj".   Przeszłam   do   sypialni,   stukając   obcasami   po   eleganckiej   drewnianej 

podłodze.

Podobnie jak w innych pokojach w sypialni panował idealny porządek. Łóżko 

było zaścielone, na burgundowej kołdrze nie było ani jednej zmarszczki. Na komodzie 

leżały   zwykłe   drobiazgi   codziennego   użytku:   trochę   drobniaków,   stare   okulary 

przeciwsłoneczne, pudełko zapałek, opakowanie witamin i dwa długopisy Bic. Czując 

się trochę jak Columbo, sprawdziłam adres na zapałkach. Należał do klubu, do którego 

Richard zabrał mnie w zeszłym tygodniu. Cholera! To by było na tyle, jeśli chodzi o 

moje zdolności detektywistyczne.

Wysunęłam górną szufladę komody. Zrolowane skarpetki i slipy Hanes również 

nie dostarczyły mi żadnej wskazówki co do miejsca pobytu Richarda. Czułam, że 

myszkując w jego komodzie, jestem po prostu wścibska. Sięgnęłam ręką głębiej i 

skrzywiłam się wyciągając parę fioletowych skarpet w romby. Wysunęłam kolejną 

szufladę. Były w niej T - shirty i spodenki sportowe. Trochę w nich pogrzebałam i 

natknęłam się na obcisłe jaskrawoniebieskie spodenki do biegania. Boże! Trzeba się 

ich pozbyć. Cisnęłam je w stronę kosza na śmieci, pewna, że Richard później mi za to 

podziękuje.

Właśnie   miałam   się   zabrać   do   szuflady   z   piżamami,   kiedy   poza   własnym 

mruczeniem,   którym  dawałam wyraz  swojej  dezaprobacie,   usłyszałam  coś  jeszcze. 

Dźwięk otwieranych drzwi wejściowych.

W   pierwszej   chwili   pomyślałam,   że   to   Richard   i   że   wraz   z   moją   obsesją 

zostaniemy przyłapane na gorącym uczynku. Ale potem usłyszałam to:

 - Halo? Richard, jesteś tam?

Znieruchomiałam. Był to męski głos, ale nie należał Richarda. Boże, co ja zrobię, 

jeśli   to   jakiś   jego  kumpel?   Owszem,   Richard  dał   mi  klucz,   ale   nie   po  to,   żebym 

zakradała się tu pod jego nieobecność i robiła inspekcję garderoby. Drżąc ze strachu, 

background image

że na zawsze zostanie mi przyczepiona etykietka „tej trzepniętej laski, która grzebie w 

szufladach",   szybko   wskoczyłam   do   szafy   Richarda   i   zasunęłam   za   sobą   drzwi. 

Możecie mnie nazwać tchórzem i panikarą, proszę bardzo.

Usłyszałam   trzask   zamykanych   drzwi   wejściowych,   a   potem   kroki 

przemierzające mieszkanie. Słyszałam dźwięk otwieranych i zamykanych  szafek w 

kuchni i skrzypienie skóry, kiedy intruz ruszał poduszkami na sofie.

Kroki   przemieściły   się   na   korytarz,   gdzie   nieznajomy   nagle   się   zatrzymał, 

zapewne   przed   gabinetem   Richarda.   Znów   się   rozległy,   tym   razem   trochę 

przytłumione, kiedy wszedł do środka. Uchyliłam leciutko drzwi szafy i wyjrzałam. 

Niczego   nie   widziałam,   więc   cichutko,   na   palcach   podeszłam   do   drzwi   sypialni. 

Usłyszałam   charakterystyczny   sygnał   i   mieszkanie   wypełnił   mój   głos,   nagrany   na 

automatyczną sekretarkę.

 - „Cześć, Richard, to ja. Tak się tylko zastanawiam, co porabiasz. Nie odzywasz 

się do mnie. No może nie jakoś za długo, ale zdaje się, że miałeś do mnie wczoraj 

zadzwonić. Nie, żebym czekała na twój telefon. Ale może zapomniałeś. Albo byłeś 

naprawdę zajęty. Co całkowicie rozumiem, w końcu prowadzisz tyle spraw i masz 

mnóstwo na głowie. Widzisz, to nie tak, że myślę, że o mnie nie myślisz. Jestem 

pewna, że myślisz. I rozumiem, że mogłeś zapomnieć do mnie zadzwonić, bo wiem, 

że jesteś strasznie zajęty. W każdym razie zadzwoń do mnie, jak tylko będziesz mógł, 

okay?"

Boże, czy to naprawdę byłam ja? Nic dziwnego, że mój chłopak dał dyla.

Zdawało mi się, że słyszę śmiech intruza, kiedy sekretarka się wyłączyła. Całe 

szczęście, że usunęłam pozostałe wiadomości.

Usłyszałam   dźwięk   wysuwanych   i   zamykanych   szuflad   biurka,   szelest 

przekładanych papierów. Mogłam przysiąc, że ten facet przeszukuje rzeczy Richarda. 

Ale w takim razie, co to za kumpel? Miałam tylko nadzieję, że znajdzie to, czego 

szuka, i nie wejdzie do sypialni.

Nic z tego.

Po chwili znowu usłyszałam kroki. Zbliżały się. Wydałam z siebie zduszony jęk i 

wskoczyłam z powrotem do szafy, szybko zasuwając za sobą drzwi. Chwilę później 

background image

nieznajomy wszedł do pokoju. Przykucnęłam na podłodze, wciskając się między stos 

zimowych swetrów i kolekcję mokasynów od Bruno Magliego.

Słyszałam, jak intruz wysuwa szuflady komody, grzebiąc w nich tak jak ja przed 

chwilą. Czego szuka? Ciekawość wzięła górę nad strachem. Uchyliłam leciutko drzwi, 

żeby rzucić na niego okiem.

Natychmiast go rozpoznałam. Szerokie plecy pochylone nad komodą Richarda, 

wytarte dżinsy, ciemne włosy. Był to ten sam facet, którego widziałam w kancelarii z 

Richardem. Pan Nikt. Oprócz dżinsów znowu miał na sobie czarny T - shirt, ale tym 

razem był bez blezera - było za gorąco. Rękawy koszulki ciasno opinały jego pokaźne 

bicepsy.   Zdaje   się,   że   spod  jednego   z   rękawów   wystawał   tatuaż,   ale   nie   mogłam 

dojrzeć, co przedstawia.

Potem zobaczyłam broń.

Zastygłam w bezruchu, z wzrokiem utkwionym w kawałku błyszczącego metalu, 

wsuniętego za pasek dżinsów nieznajomego. Kolba pistoletu ciasno przylegała do jego 

umięśnionego   brzucha.   Mój   oddech   stał   się   szybki   i   urywany,   kiedy   gorączkowo 

starałam się znaleźć racjonalne wytłumaczenie, dlaczego uzbrojony facet przeszukuje 

rzeczy osobiste Richarda.

Pan Uzbrojony i Niebezpieczny mruczał coś pod nosem, wysuwając szufladę z 

bielizną. Wytężyłam słuch, żeby usłyszeć, co mówi.

  -   Niech  to   szlag...   Wiem,  że   coś   zostawiłeś...   A   to  co...?   -  Urwał,   unosząc 

fioletowe skarpety w romby. Pokręcił głową, wydając dźwięk, przypominający coś 

pomiędzy   prychnięciem   a   chichotem,   a   potem   wrzucił   skarpety   z   powrotem   do 

szuflady.   Cóż,   może   i   był   złym   facetem,   ale   przynajmniej   miał   dobry   gust. 

Przyglądałam się, jak przeszukuje kolejną szufladę. - Cholera... to niemożliwe, żeby 

ten sukinsyn wszystko zabrał.

Zaraz, jak to „wszystko zabrał"?

Moje oczy oswoiły się już z ciemnością i rozejrzałam się po szafie, w której 

wisiały rzędy garniturów, koszulek polo i wyprasowanych w kant spodni. Dało się 

zauważyć wyraźne luki. Poczułam ucisk w żołądku, zbierało mi się mdłości. Zniknęły 

ubrania,   zniknął   mój   chłopak.   Facet   ze   spluwą   grzebał   w   szufladzie   z   bielizną 

Richarda, a ja siedziałam skulona w szafie, modląc się, żeby zawroty głowy, które 

background image

czułam, były oznaką strachu, a nie ciąży. To wszystko bardzo mi się nie podobało. Nie 

miałam pojęcia, co tu się dzieje, ale na pewno nic dobrego.

Po chwili było jeszcze gorzej.

Pan Nikt ruszył w kierunku szafy. Przygryzłam wargę, mając nadzieję, że się 

odwróci i sobie pójdzie. Niestety. Szedł prosto na mnie. Zacisnęłam mocno powieki i 

zwinęłam się w kłębek. Modliłam się w duchu, obiecując, że będę częściej chodzić do 

kościoła, połowę zarobków oddawać biednym, i naprawdę pracować przy wydawaniu 

posiłków w Święto Dziękczynienia, a nie tylko mówić tak mojej matce, żeby uniknąć 

jedzenia jej suchego jak wiór indyka.

Słyszałam, jak drzwi się przesuwają, i otworzyłam jedno oko. Podziękowałam 

bezgłośnie niebiosom, bo intruz odsunął drzwi z drugiej strony, tak że nadal skrywał 

mnie   mrok.   Wstrzymałam   oddech,   przekonana,   że   w   otaczającej   ciszy   każde 

zaczerpnięcie tchu będzie równie głośne jak młot pneumatyczny w akcji.

Pan Nikt spojrzał na wiszące ciuchy, mrużąc ciemne oczy, jakby w myślach 

prowadził jakieś obliczenia.

  - Cholera  - rzucił, wypuszczając powietrze. Potem odwrócił się i wyszedł z 

sypialni. Słyszałam, jak idzie korytarzem, a potem wychodzi z mieszkania, zamykając 

za   sobą   drzwi  z   takim  impetem,   że  zaczęły   mi  szczękać   zęby.  Choć   możliwe,   że 

szczękały   same   z   siebie.   Uświadomiłam   sobie,   że   się   trzęsę,   i   opatuliłam   się 

wełnianym swetrem. Jeszcze przez dwie minuty siedziałam w ciemnej szafie, zanim 

odważyłam się wyjść.

Nie wiem, co zrobiłby Pan Nikt, gdyby mnie zobaczył, ale spluwa zatknięta za 

pas jego lewisów nie wróżyła nic dobrego.

Ostrożnie wystawiłam głowę za drzwi sypialni. Ani śladu zbira. Najszybciej, jak 

mogłam, przemknęłam na palcach korytarzem i ulotniłam się z mieszkania Richarda. 

Przecięłam sprintem ulicę, kuląc się jak pod ostrzałem. Gdy tylko znalazłam się w 

samochodzie, zamknęłam drzwi od środka, zdjęłam blokadę z kierownicy i odpaliłam 

silnik. Nadal trzęsły mi się dłonie, kiedy regulowałam klimatyzację.

Zamknęłam   oczy   i   wzięłam   kilka   głębokich   oddechów,   oceniając   sytuację. 

Byłam   cała.   Pan   Nikt   mnie   nie   zauważył.   Nie   dostałam   kulki   w   łeb   ani   się   nie 

zmoczyłam. Wszystko było w porządku.

background image

No dobra, nie wszystko było w porządku. Richard spakował się i wyjechał. Było 

to jasne zarówno dla Pana Nikt, jak i dla mnie. Ale dokąd wyjechał? I dlaczego? 

Richard nie wspominał, że planuje wyjazd, a biorąc pod uwagę, że do jego mieszkania 

włamał   się   uzbrojony   facet,   nie   sądziłam,   żeby   chodziło  o   wakacje   w  Club   Med. 

Ukrywał się? Miał kłopoty? Zważywszy na fakt, że uważał wrzucenie sobie w koszty 

lunchu ze mną za nieetyczne, trudno mi było w to uwierzyć.

Zastanawiałam się, czy nie powinnam zadzwonić na policję. Nie byłam jednak 

wcale   pewna,   czy   Pan   Nikt   dopuścił   się   przestępstwa,   wchodząc   do   cudzego 

mieszkania i grzebiąc w szufladzie z bielizną właściciela. Czy zamknęłam za sobą 

drzwi? Byłam zbyt przejęta sytuacją, by zwrócić na to uwagę. A jeśli nie, to nie mogło 

być mowy o włamaniu.

Boże, miałam nadzieję, że Richard jest cały i zdrowy. Nie wiem, co bym zrobiła, 

gdyby coś mu się stało. Co z moim... spóźnionym okresem? Poczułam, jak zalewa 

mnie   nowa   fala   mdłości.   Przysięgłam   sobie,   że   jeśli   Richard   wygrzewa   się   na 

Bahamach, to go zabiję.

Wtedy   w   mojej   torebce   rozległo   się   dzwonienie.   Aż   podskoczyłam,   niemal 

uderzając   głową   w   sufit,   cała   nabuzowana   adrenaliną.   Sięgnęłam   do   torebki   i 

otworzyłam   motorolę.   Na   wyświetlaczu   zobaczyłam   numer   mojej   matki.   Gdyby 

dzwonił ktoś inny, zignorowałabym go. Ale znając mamę, pewnie wysłałaby za mną 

Gwardię Narodową na poszukiwania, gdybym nie odebrała przed czwartym sygnałem.

 - Halo?

 - Maddie, nie zapomniałaś, prawda?

  -   Oczywiście,   że   nie.   -   Zaczęłam   gorączkowo   myśleć.   O   czym   miałam   nie 

zapomnieć?

 - To dobrze. Bo mamy rezerwację na piątą, a Ralph odwołał ostatnią klientkę, 

żeby być z nami.

Racja.   Ralph,   znany   również   jako   Podrabiany   Tatuś,   był   właścicielem 

Fernando's, najgorętszego salonu piękności na Rodeo Drive, i miał wkrótce zostać 

moim ojczymem. Ciągle nie byłam na sto procent pewna, czy Ralph jest hetero, ale 

bardzo mi odpowiadały zniżki na manikiur.

background image

Mama spiknęła się z Ralphem, kiedy po dwudziestu sześciu latach bycia samotną 

matką odkryła cudowny świat internetowych randek. Zdecydowana wrócić do obiegu 

w   wielkim   stylu,   udała   się   do   Fernando's   w   celu   poddania   się   ekstremalnej 

metamorfozie. Traf chciał, że to Ralph ciął, farbował i stylizował jej włosy, robiąc z 

nich   małe   dzieło   sztuki.   Po   trzech   miesiącach   flirtowania   i   zabiegów   fryzjerskich 

mama   ze   zdumieniem   odkryła,   że   Ralph   nie   tylko   jest   hetero   (rzekomo),   ale   że 

również jest nią zainteresowany nie tylko jako fryzjer, ale i mężczyzna. Pięć miesięcy 

później planowali piękną ceremonię ślubną nad brzegiem morza w Malibu, która miała 

się   odbyć   za   tydzień   od   soboty.   Ja   byłam   pierwszą   druhną   i   dziś   mama   chciała 

zapoznać   mnie   z   moim   kolejnym   oficjalnym   obowiązkiem,   numer,   bodajże,   trzy 

tysiące: miałam zorganizować jej wieczór panieński.

Rozważałam, czy nie wymyślić jakiejś wymówki, by uniknąć wspólnego obiadu. 

Nadal trzęsły mi się ręce. Serce, co prawda, nie waliło już jak oszalałe, ale nadal 

ściskało mnie z niepokoju w piersi i byłam cała spięta. Jednak, znając mamę (patrz 

wzmianka   o   Gwardii   Narodowej),   gdybym   postanowiła   się   wykpić   od   spotkania, 

musiałabym liczyć się z wieloma pytaniami, na które nie miałam ochoty odpowiadać. 

Tak więc dałam sobie spokój.

 - Okay. Możesz na mnie liczyć. Piąta trzydzieści, tak?

 - Piąta! - wrzasnęła moja matka do telefonu.

  -   Okay.   -   Spojrzałam   na   zegarek.   Czwarta   czterdzieści   siedem.   Biorąc   pod 

uwagę natężenie ruchu o tej porze, musiałam się sprężać. - Już jestem w samochodzie, 

mamo. Zaraz będę.

  - Dobrze. Nie chcę, żebyś się spóźniła. Udałam, że nie usłyszałam ostatniego 

zdania.

 - Coś przerywa, mamo. Muszę kończyć. Pa.

Dotarłam   do   restauracji   Garibaldi's   w   Studio   City   dokładnie   dwadzieścia 

dziewięć po piątej. Być może byłabym na czas, gdybym przez całą drogę nie zerkała 

co chwila we wsteczne lusterko, sprawdzając, czy gdzieś za mną nie czai się Pan Nikt. 

Na szczęście nie zauważyłam nikogo podejrzanego. Chociaż fakt, że go nie widziałam, 

wcale nie oznaczał, że go tam nie było. Chyba popadłam w paranoję?

background image

Znalazłam wolne miejsce i zaparkowałam pomiędzy jaguarem a zdezelowanym 

dodge'em dartem. Na szczęście miałam na nogach wygodne sandały bez pięt Spigi, 

więc pokonanie sprintem półtorej przecznicy nie odbiło się na moim zdrowiu. Ralph 

stał na zewnątrz i rozmawiał przez telefon. Na jego opalonej twarzy malowało się 

pełne   skupienie.   Opalenizna   była   oczywiście   sztuczna.   Kiedy  Ralph  przyjechał  do 

Beverly   Hills,   przeistoczył   się   z   farmera   ze   Środkowego   Zachodu   w   Fernando   w 

europejskiego mistrza nożyczek. Słusznie uznał, że szanse, by elita mieszkająca w 

obrębie kodu 90210 chciała bywać w salonie o nazwie Ralph's były równe zeru. Na 

nieszczęście   jego   rodzina   miała   szwajcarsko   -   niemieckie   korzenie,   więc   aby   nie 

wydała   się   sprawa   jego  lipnego  hiszpańskiego  pochodzenia,   dwa   razy   w  tygodniu 

fundował sobie zabieg opalania sprejem.

Kiedy Ralph mnie zobaczył, uśmiechnął się. Pozdrowił mnie uniesieniem ręki i 

gestem zachęcił, żebym weszła do środka.

Ubrana   na   czarno   hostessa   skierowała   mnie   do   stolika   pośrodku   sali,   gdzie 

siedziała moja matka, zerkając na zegarek i zaciskając wąskie usta.

 - Maddie, spóźniłaś się.

Chciałam,   żeby   ludzie   przestali   mi   to   ciągle   wypominać.   Nachyliłam   się   i 

cmoknęłam powietrze przy jej policzku.

 - Przepraszam, mamo, był korek.

Przewróciła   oczami.   Były   brązowawo   -   zielone,   jak   moje,   ale   podkreślone 

jasnoniebieskim cieniem do powiek, którego używała, na długo zanim stał się znowu 

modny. Ubrana była w czarne legginsy przeniesione rodem z 1986 roku i dzianinowy 

top z   wyszytym na   przedzie  kotkiem.   Podziękowałam  w duchu niebiosom,   że   nie 

odziedziczyłam po niej gustu.

 - Zapomniałaś, prawda? - zapytała.

 - Na pewno bym sobie przypomniała.

  - Jasne. -  Żadna z nas w to nie wierzyła. - W każdym razie - ciągnęła, kiedy 

usiadłam - zrobiłam wstępny plan rozsadzenia gości i chcę, żebyś rzuciła na niego 

okiem. Poza tym - dodała z szelmowskim błyskiem w oku - znalazłam idealne miejsce 

na mój wieczór panieński.

Oho.

background image

 - Co to za miejsce? - zapytałam, obawiając się odpowiedzi.

 - Beefcakes.

Moje obawy były jak najbardziej uzasadnione.

 - Beefcakes?

Mama nachyliła się do mnie i szepnęła.

 - To lokal z męskim striptizem. - Poruszyła brwiami w taki sposób, że znowu 

zrobiło mi się niedobrze.

 - Jesteś pewna, że nie wolisz spędzić dnia z przyjaciółkami w spa? - zapytałam 

błagalnie.

 - Daj spokój, Maddie. Wrzuć na luz. Będzie fajnie. Poza tym to, że wychodzę za 

mąż,   nie   oznacza,   że   umarłam.   Nadal   potrafię   docenić   męskie   ciało   w   całej   jego 

wspaniałości.

Miałam ochotę puścić pawia.

  - Och, i musimy podjąć ostateczne decyzje co do przyjęcia. Zamówiłam tylko 

jeden namiot, na bufet, więc modlę się, żeby nie padało. - Mama zrobiła mały znak 

krzyża.

 - Jesteśmy w LA, mamo. Tu nigdy nie pada. - Trochę przesadziłam, ale biorąc 

pod uwagę, że mieszkańcy Los Angeles uważali opady rzędu siedmiu centymetrów za 

monsun, było prawie pewne, że nic nam nie grozi. Nie wspominając już o tym, że był 

lipiec.   Bogowie   pogody   nie   odważą   się   zesłać   deszczu   w   środku   sezonu 

turystycznego.   Już   im   Charlton   Heston   przemówi   do   rozumu   za   pomocą   swojej 

dubeltówki.

  -   No   dobrze   -   powiedziała   mama,   rozglądając   się   wśród   stałych   bywalców 

Garibaldi's za moimi plecami. - Gdzie jest Richard?

Sama chciałabym to wiedzieć.

 - Nie dał dzisiaj rady - odparłam, licząc, że nie będzie drążyć tematu. Nadal nie 

wiedziałam, co sądzić o Panu Uzbrojonym i Niebezpiecznym w mieszkaniu Richarda, 

ale wiedziałam na pewno, że nie mam jeszcze opracowanej specjalnie na użytek mamy 

okrojonej wersji.

 - Och, to szkoda - odparła.

background image

Na szczęście pojawił się kelner z jedzeniem, co oszczędziło mi dalszych pytań na 

temat mojego przebywającego w nieznanym miejscu chłopaka.

  - Co to? - zapytałam, uświadamiając sobie, że nie jadłam od rana i po prostu 

umieram z głodu.

  -   Cząstki   dojrzałych   gruszek   z   pokruszoną   gorgonzolą   na   młodych   listkach 

sałaty - wyrecytowała mama.

Skosztowałam. Przepyszne. Okay, może i będę musiała słuchać o przerażającym 

wieczorze   panieńskim,   ale   przynajmniej   jedzenie   biło   na   głowę   zupkę   w   proszku, 

która czekała na mnie w domu.

Właśnie pałaszowałam drugą gruszkę, wydając z siebie pomruki zadowolenia, 

kiedy w końcu dołączył do nas Ralph. Nachylił się, dał mi całusa w policzek i usiadł 

obok mnie.

 - Przepraszam, moje panie, musiałem to odebrać. Nagły wypadek z trwałą.

 - Nagły wypadek z trwałą? - zapytała mama.

  -   Mówiłem   Francine,   żeby   nie   kładła   sobie   koloru   przez   czterdzieści  osiem 

godzin po zrobieniu trwałej, ale oczywiście mnie nie posłuchała. Teraz wygląda jak 

brązowy francuski pudel. Jutro rano przyjdzie na oszacowanie szkód.

Mama i ja pokiwałyśmy głowami ze stosowną powagą.

 - No dobrze - powiedziała mama, splatając przed sobą dłonie i prostując się na 

krześle. - Skoro jesteśmy w komplecie, chciałabym coś ogłosić. - Spojrzała na mnie 

znacząco. - Zgadnijcie, kto jest w ciąży.

Gruszka utkwiła mi w gardle.

To niemożliwe, żeby wiedziała! Już było po mnie widać? Powiększyły mi się 

piersi? A może promieniowałam blaskiem ciężarnej? Wiedziałam, że powinnam się 

przypudrować w samochodzie.

Na szczęście zanim zdążyłam wyrzucić z siebie, że po prostu trochę spóźnia mi 

się okres, mama postanowiła zakończyć zabawę w zgadywanki.

 - Molly!

Przełknęłam gruszkę, oddychając z ulgą. Oczywiście. Moja kuzynka Molly. Czy, 

jak   ją   nazywaliśmy   w   naszej   rodzinie,   Inkubator.   W   ciągu   ostatnich   czterech   lat 

zdążyła wydać na świat trzy pędraki. Myślę, że chciała ustanowić jakiś rekord. Co, 

background image

naturalnie, ogromnie uszczęśliwiało moją babcię. W irlandzkiej katolickiej rodzinie 

nigdy nie jest dość dzieci.

 - To super - powiedziałam z udawanym entuzjazmem.

  -   Super?   To   absolutnie   uroczo!   -   wykrzyknął   Podrabiany   Tatuś.   Okay,   jest 

hetero na osiemdziesiąt procent.

 - Och - powiedział, wymachując dłońmi w powietrzu. - Jedna z moich klientek 

robi   śliczne   kosze   z   prezentami   dla   maluszków.   Do   wiklinowej   kołyski   wkłada 

organiczne misie i ręcznie dziergane maleńkie buciczki. Są takie słodkie.

 - Och, genialny pomysł! Musimy jej kupić taki kosz - podchwyciła zaaferowana 

mama. - Co ty na to, Maddie? Wybierzemy się razem na zakupy dla maluszka?

Prawdę mówiąc, nie miałam na to najmniejszej ochoty. Zaczynałam już dostawać 

od tej rozmowy wysypki. Im więcej myślałam o Molly i jej trzech maleństwach plus 

czwartym w drodze, ręcznie dzierganych malutkich buciczkach, a przede wszystkim o 

nieotwartym teście ciążowym leżącym na kuchennym blacie w moim mieszkaniu, tym 

bardziej kusiło mnie, żeby wybiec z restauracji i nawymyślać mojemu chłopakowi za 

to, że kupił wybrakowane kondomy. Tyle że nie mogłam tego zrobić. Nie miałam 

pojęcia, gdzie podziewa się Richard, a nie zamierzałam zostawiać na jego sekretarce 

więcej wiadomości, z których miałby później ubaw Pan Nikt.

 - Hej, czy kogoś nie brakuje? - zapytał Podrabiany Tatuś, patrząc przez stół na 

puste krzesło. - Gdzie Richard?

Jak się wkrótce okazało, było to pytanie za milion dolarów.

background image

Rozdział 3

Jakimś   cudem   przetrwałam   obiad,   choć   Podrabianemu   Tatusiowi   aż   oczy 

wychodziły na wierzch z podniecenia nowym dzidziusiem. Mamie także wychodziły 

na wierzch oczy, ale na myśl o wsuwaniu dwudziestek w stringi jakiegoś młodego 

ogiera. Sama nie byłam pewna, co przyprawiało mnie o większe mdłości.

Pojechałam   czterystapiątką   do   domu,   przez   całą   drogę   rozglądając   się   za 

podejrzanymi typkami. Powoli wspięłam się schodami do mojego mieszkanka, gdzie 

od razu klapnęłam na mój obciągnięty aksamitem materac. Nawet nie spojrzałam na 

test ciążowy. No dobra, raz na niego zerknęłam. Jeszcze raz zadzwoniłam do Richarda 

i   zostawiłam   wiadomość   na   jego   sekretarce,   tak   na   wszelki   wypadek.   Nie 

wspomniałam, że u niego byłam ani o facecie ze spluwą.

Włączyłam  Kroniki Seinfelda,  przy których zasnęłam w ubraniu, zmagając się 

we śnie z wizjami złowieszczych tatuaży, lśniącą srebrzystą spluwą kaliber 38 i moją 

matką, trzymającą kosz pełen różowych, maleńkich buciczków.

Następnego ranka obudziłam się z silnym postanowieniem działania. Nie byłam 

jedyną   osobą,   która   szukała   Richarda,   a   to   oznaczało,   że   musiałam   zabrać   się   do 

sprawy na poważnie. Byłam jego dziewczyną, więc teoretycznie miałam przewagę. 

Problem w tym, że tak naprawdę niewiele o Richardzie wiedziałam. Kiedy byliśmy 

razem, oddawaliśmy się głównie typowym randkowym zajęciom - szliśmy na kolację i 

film   do   Dome,   spacerowaliśmy,   trzymając   się   za   ręce   po   deptaku   w   Venice, 

przytulaliśmy się pod gwiazdami na koncercie symfonicznym w Hollywood Bowl. 

Szczerze mówiąc, nie znałam żadnego z jego przyjaciół i teraz, kiedy się nad tym 

zastanowiłam, uświadomiłam sobie, że właściwie nie wiem, co robił, kiedy się nie 

spotykaliśmy. Była to niepokojąca myśl.

Zaczęłam   od   sporządzenia   krótkiej   listy   osób   z   życia   Richarda,   o   których 

wiedziałam.   Znalazła   się   na   niej,   między   innymi,   jego  matka.   Sęk  w  tym,   że   nie 

znałam   jej   numeru   telefonu   ani   imienia,   więc   nie   mogłam   nawet   zadzwonić   do 

informacji. Pewnie znalazłabym namiary do niej gdzieś w mieszkaniu Richarda, ale po 

natknięciu się tam na Pana Nikt nie miałam ochoty tam wracać.

Pozostawało mi biuro Richarda. Wiedziałam, że jeden spis telefonów ma w palm 

pilocie, a drugi na komputerze w pracy. Jedyną przeszkodą w dobraniu się do jego 

background image

komputera była Jasmine. Byłam jednak pewna, że uda mi się znaleźć sposób, by sobie 

z nią poradzić. Ta kobieta miała iloraz inteligencji kabaczka.

Włożyłam strój idealny na taką akcję. Czarne spodnie DKNY, jasnoniebieski top 

i odlotowe czarne szpilki od Jimmy'ego Choo, ozdobione kryształkami górskimi. Gdy 

pociągnęłam oczy czarnym eyelinerem, wyglądałam jak dziewczyna Bonda.

Zostawiłam   samochód   na   wielopoziomowym   parkingu   nieopodal   kancelarii 

Richarda i o dziewiątej piętnaście stanęłam przed pulpitem Jasmine, wykładając swoją 

sprawę.

  - Chyba zostawiłam swoją komórkę w sali konferencyjnej, kiedy tu ostatnio 

byłam. Mogłabym wejść i jej poszukać? Proszę? To zajmie tylko chwilkę.

Tak jak przewidziałam, Jasmine była zachwycona tą sytuacją, a jej narysowane 

kredką brwi aż drgały z uciechy.

 - Przykro mi, ale nie mogę tam pani wpuścić.

 - Proszę? Poprosiłabym Richarda, ale nie mogę się do niego dodzwonić. Proszę, 

uwinę się raz dwa.

 - Przykro mi, ale mogą tam przebywać jedynie prawnicy i klienci - oznajmiła, 

wskazując drzwi z matowego szkła. - Nie możemy wpuszczać kogo popadnie.

  -   Ale   ja   naprawdę   bardzo   potrzebuję   tego   telefonu   -   zajęczałam.   Jasmine 

wzruszyła wymownie ramionami, dając do zrozumienia, że niewiele ją to obchodzi.

Wydęłam wargi, a potem udałam, że w zamyśleniu przyglądam się zakazanym 

drzwiom. Potem policzyłam jeszcze do trzech i otworzyłam  szeroko oczy, jakbym 

właśnie doznała olśnienia. - Wiem! Jasmine, ty mogłabyś mi go przynieść.

Zerknęła   na   ekran   swojego   komputera.   Na   jej   twarzy   dostrzegłam   wahanie. 

Postanowiłam   kuć   żelazo,   póki   gorące,   zanim   nieodwołalnie   wróci   do   układania 

pasjansa.

  -  Och,  proszę,  Jasmine?   Naprawdę  bardzo,   bardzo potrzebuję  tego telefonu. 

Wyświadczysz mi ogromną przysługę. Będę ci wdzięczna po wieki wieków.

Przygryzła olbrzymią wargę i wpatrywała się we mnie bez słowa tak długo, że 

zaczynałam się obawiać, iż może zapomniała, jak brzmiało pytanie. W końcu ciężko 

westchnęła.

 - Okay. Pójdę zobaczyć. Ale proszę się stąd nie ruszać. Uniosłam dwa palce.

background image

 - Słowo harcerki.

Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że będzie to aż takie proste.

Zaczekałam, aż zniknie w jednej z sal konferencyjnych, po czym wpadłam za 

szklane drzwi i pognałam korytarzem do gabinetu Richarda. Szybko wśliznęłam się do 

środka i zamknęłam za sobą drzwi.

Tak jak się spodziewałam, nie było tu Richarda, choć w powietrzu nadal unosił 

się   zapach   jego   wody   kolońskiej   Tommy'ego   Hilfigera.   Zaciągnęłam   się   głęboko, 

czując rozpaczliwe pragnienie, by go odnaleźć.

W gabinecie znajdowały się trzy regały z książkami i jasne dębowe biurko. Na 

blacie leżał opasły, oprawiony w skórę terminarz, stał monitor komputera, telefon z 

milionem przycisków, przybornik z długopisami oraz stos grubych teczek z aktami 

spraw. Na telefonie migała lampka, informując o nieodebranych wiadomościach.

Usiadłam ostrożnie za biurkiem i włączyłam komputer. Na szczęście Richard nie 

wylogował się z systemu ostatnim razem, więc znalezienie spisu telefonów i numeru 

jego matki w Palm Springs zajęło mi zaledwie kilka minut. Wyciągnęłam z szuflady 

bloczek samoprzylepnych karteczek, zapisałam numer i schowałam kartkę do tylnej 

kieszeni spodni. Zadanie wykonane. Byłam całkiem niezła w te klocki.

Wyłączyłam   komputer,   odłożyłam   bloczek   z   karteczkami   na   miejsce   i   już 

miałam   wyjść,   kiedy   mój   wzrok   ponownie   padł   na   stos   teczek   z   poufnymi 

dokumentami. Obejrzałam się szybko przez ramię i choć było to zupełnie zbyteczne, 

sprawiło, że poczułam się lepiej. Nikogo nie było. Nikt nie patrzył. Byłam tu tylko ja. 

Sam na sam z aktami.

Próbowałam oprzeć się pokusie... ale jestem tylko człowiekiem.

Wzięłam teczkę z samej góry, wiedząc, że gdyby Richard przyłapał mnie na 

przeglądaniu papierów, najpierw by się wkurzył, a potem wygłosił długi wykład o 

relacji klient - adwokat, zasadzie poufności i innych takich. Ale to była wyjątkowa 

sytuacja. Spóźniał mi się okres. Nie było mowy, żebym zrobiła ten cholerny test i 

borykała   się   z   jego   rezultatami   bez   niego.   To   przez   niego   musiałam   nasikać   na 

patyczek, więc ma przy mnie być, kiedy będę to robić.

Czując się w pełni usprawiedliwiona, otworzyłam teczkę.

background image

Worthington   przeciwko   Pattersonowi.   Ku   mojemu   rozczarowaniu   zawierała 

same   oficjalne   dokumenty   napisane   jakby   w   obcym   języku.   Zrozumiałam   z   tego 

wszystkiego może dwa słowa. To by było na tyle, jeśli chodzi o pikantne szczegóły.

Odłożyłam teczkę na stos w nadziei, że może w jednej z pozostałych znajdę coś 

o szantażu, pogróżkach czy innych ciemnych sprawkach. Nie dopuszczałam myśli, że 

przeglądam dokumenty Richarda z czystego wścibstwa.

Wzięłam teczkę sprawy Elmer przeciwko Wainsrightowi.

 - Co pani robi?

Moja głowa tak nagle odskoczyła w górę, że obawiałam się urazu kręgosłupa.

W drzwiach stał nie kto inny jak Pan Nikt. Serce stanęło mi w piersi i szybko 

zlustrowałam   go   wzrokiem,   sprawdzając,   czy   nie   ma   broni.   Na   szczęście   nie 

zauważyłam spluwy. A biorąc pod uwagę, że miał na sobie ciasno opinający ciało 

granatowy T - shirt i dopasowane lewisy, raczej nie było możliwości, żeby gdzieś ją 

ukrywał. Wyglądał, jakby dużo ćwiczył. Dana byłaby zachwycona.

 - Hm?

Co hm? A, tak. Co robiłam.

  -  Szukam  Richarda  -  zapiszczałam.   Na   jego  widok nagle  zamieniłam  się   w 

Myszkę Minnie. Odchrząknęłam, próbując przekonać samą siebie, że nie boję się tego 

faceta. W końcu byliśmy w kancelarii prawnej. Nie mógł mnie tutaj zabić. Prawda?

Na   wszelki   wypadek   cofnęłam   się   o   krok.   Lepiej   być   ostrożną,   niż   później 

żałować.

 - Co za zbieg okoliczności - odparł, znacznie głębszym i łagodniejszym głosem, 

niż się spodziewałam. - Ja też. I co? Jakieś rezultaty?

Pokręciłam przecząco głową, obawiając się odezwać. A jeśli znowu włączy mi 

się  głos  dziecka z Klubu Myszki Miki.  Ten facet był jednak  niebezpieczny. I nie 

chodziło tylko o to, że mógł mieć gdzieś ukrytą broń. Jego mocno zarysowana szczęka 

i pewne spojrzenie ciemnych oczu, którym szybko omiótł gabinet, również dawały do 

myślenia.   Byłam   też   gotowa   założyć   się   o   moje   sandały   Spigi,   że   biała   blizna 

przecinająca jego brew nie była wynikiem skaleczenia się kartką papieru.

Pan Nikt podszedł powoli do biurka Richarda i spojrzał na akta sprawy, którą 

próbowałam zgłębić.

background image

 - Znalazła tam pani coś ciekawego?

  - Nie wiem. Nie rozumiem prawniczego  żargonu. Jego usta drgnęły lekko w 

kącikach.

 - Sprytne.

 - Dzięki.

Oparł się  swobodnie o biurko, krzyżując  ręce  na  piersi. Jego bicepsy niemal 

rozsadzały rękawy koszulki; spod prawego znowu wyjrzał tatuaż. Zdaje się, że to była 

pantera. Czarna i lśniąca. Z pazurami ostrymi jak brzytwy.

 - Może jednak zechce mi pani powiedzieć, co tu tak naprawdę robi?

 - Raczej nie. - Znowu pokręciłam przecząco głową.

Jego twarz rozjaśnił leniwy, szelmowski uśmiech, ciemne oczy błyszczały. Taki 

uśmiech sprawia, że dziewczyna albo kuli się ze strachu, albo ma ochotę zedrzeć z 

faceta ciuchy.

Nie wiedzieć czemu, nagle zaschło mi w ustach. Oblizałam wargi.

  - Okay - powiedział, przechylając głowę na bok. - Spróbujmy inaczej. Jak się 

pani nazywa?

 - Maddie.

 - Maddie i co dalej?

 - Maddie, dziewczyna Richarda. - Nie chciałam zdradzać mu swojego nazwiska, 

na wypadek gdyby figurowało w książce telefonicznej.

 - Dziewczyna Richarda? Naprawdę? - Uniósł brew.

 - Tak. Dziewczyna Richarda.

 - Aha. - Zmierzył mnie wzrokiem.

 - Co?

 - Nic. Po prostu nie spodziewałem się, że lubi słodkie kobietki.

  - Hej! - Oparłam ręce na biodrach, przybierając głos twardej laski. - Tak się 

składa, że dziś pozuję na dziewczynę Bonda.

  -   Spokojnie,   dziewczyno   Bonda.   -   Na   jego   usta   znów   wypłynął   leniwy, 

niepokojący uśmiech. - Nie powiedziałem, że mi się nie podoba.

Przełknęłam ślinę.

background image

  - Och. - Cholera. Chciałam dalej odgrywać twardą laskę, ale przez ten jego 

seksowny uśmiech złego chłopca znowu włączyła się Myszka Minnie. - No dobrze, a 

pan kim jest?

 - Detektyw Jack Ramirez. Departament Policji Los Angeles.

Ach, tak. W myślach puknęłam się ręką w czoło. To wyjaśniało, dlaczego miał 

spluwę.   Miałam   cichą   nadzieję,   że   węszenie   w   cudzych   rzeczach   nie   jest 

wykroczeniem.

Kąciki jego ust znowu się uniosły, jakby czytał w moich myślach.

 - Jasmine nie wie, że pani tu jest, prawda?

Nie   zaszczyciłam   jego   pytania   odpowiedzią,   co   go   tylko   jeszcze   bardziej 

rozbawiło. Nie skomentował tego, tylko zaczął przesłuchanie.

 - Kiedy ostatni raz widziała pani Richarda Howe'a?

 - W piątek. Mieliśmy zjeść razem lunch. O co tu w ogóle chodzi?

 - Odwołał lunch?

 - Nie, spóźniłam się. - Skrzywiłam się, poruszając drażliwy temat spóźnienia. - 

Kiedy tu przyjechałam, rozmawiał z panem, a potem... - Urwałam, przypominając 

sobie, jak Richard patrzył za Ramirezem, zanim nagle odwołał nasz lunch. Już wtedy 

wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Nie podobało mi się, że przez to „coś" Richard 

spakował manatki i ulotnił się w nieznane.

Z trudem przełknęłam ślinę i spróbowałam zmienić temat.

  - A w ogóle jak pan się tu dostał? - zapytałam, wiedząc, że jeśli Jasmine nie 

chciała wpuścić mnie, na pewno nie wpuściłaby gliniarza.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

 - Mam nakaz sądowy.

Podwójne och. Nagle moje teorie o szantażu i ciemnych sprawkach przestały 

wydawać się takie fantastyczne.

 - Nakaz sądowy? - zapiszczałam. - Ale mam prawo zachować milczenie?

Uśmiechnął się szerzej, a w jego lewym policzku pojawił się dołek. Widać było, 

że   go   to   bawi.   Mnie   cała   ta   sytuacja   nie   wydawała   się   ani   trochę   zabawna.   Mój 

chłopak zaginął, w jego gabinecie był gliniarz z nakazem, a na blacie w mojej kuchni 

background image

leżał test ciążowy, czekając, aż znowu opiję się sprite'em. Nie, zdecydowanie nie było 

mi do śmiechu.

  -   To   nakaz   rewizji   -   wyjaśnił.   Usiadł   na   biurku   Richarda,   wziął   teczkę   z 

dokumentami, które przed chwilą przeglądałam i zaczął je studiować, marszcząc w 

skupieniu brwi. Najwyraźniej rozumiał więcej niż ja. Zerknęłam mu przez ramię, żeby 

sprawdzić, czy w dokumentach nie pojawiło się nagle jakieś przystępne tłumaczenie, 

ale nie. Nadal wszystko było po chińsku.

 - Czego pan szuka? - zapytałam w końcu.

 - Dowodów. - Nie był zbyt wylewny.

Jeśli chciałam informacji, musiałam je od niego wydostać.

 - Okay, poddaję się. O co tu tak naprawdę chodzi?

Ramirez   uniósł   wzrok.   Przyglądał   mi   się   spod   zmrużonych   powiek,   jakby 

zastanawiał się, ile może mi powiedzieć.

 - W porządku. Pani chłopak - powiedział, podkreślając ostatnie słowo, jakby mi 

nie   wierzył   -   jest   poszukiwany   w   związku   z   oskarżeniem   o   defraudację,   jakie 

wnieśliśmy przeciwko jednemu z jego klientów, Devonowi Greenwayowi. - Urwał. - 

Słyszała pani o nim?

Owszem, słyszałam, i najwyraźniej moja mina mnie zdradziła. Devon Greenway 

był jednym z najważniejszych klientów Richarda. Wiedziałam, że Richard często się z 

nim kontaktował. W zeszły czwartek odwołał nawet naszą kolację, żeby się z nim 

spotkać. Ale jeśli Richard miał kłopoty, nie zamierzałam być tą, która wbije ostatni 

gwóźdź do jego trumny.

 - Zdaje się, że nazwisko obiło mi się o uszy.

Ramirez wbił we mnie twarde spojrzenie. Super, teraz jeszcze wychodziłam na 

kiepską kłamczuchę.

 - Devon Greenway jest prezesem Newtone Technologies - ciągnął. - Starają się 

wejść na giełdę i dopełniają formalności z Komisją Papierów Wartościowych i Giełd. 

Jednak niezależny audyt finansów firmy wykazał drobne nieprawidłowości.

 - Jak drobne?

 - Rozbieżności w rachunkach na dwadzieścia milionów dolarów.

 - Wow. - Zdecydowanie wybrałam złą branżę.

background image

 - Zanim zdążyliśmy wnieść oskarżenie, Greenway zniknął.

 - Z gotówką?

 - Zgadza się. Pieniądze zostały przelane z Newtone na konto z upoważnieniem, 

skąd   w   paru   ratach   trafiły   do   firmy   PetriCorp.   Na   pierwszy   rzut   oka   wszystko 

wyglądało   cacy,   ale   potem   zorientowaliśmy   się,   że   PetriCorp   istnieje   tylko   na 

papierze. Niech pani zgadnie, kto jest jej właścicielem.

 - Devon Greenway?

  -   Blisko.   Firma   jest   zarejestrowana   na   jego  żonę   Celię,   która   występuje   w 

dokumentach pod panieńskim nazwiskiem Wesley. Sęk w tym, że konta PetriCorpu 

też   zostały   wyczyszczone.   Ślad   na   papierze   urywa   się   na   osobie,   która   założyła 

rachunki.

Poczułam ucisk w żołądku.

 - Na Richardzie?

 - Bingo. - Ramirez rozparł się na krześle i skrzyżował ramiona, bacznie mi się 

przyglądając.

Starałam się nie okazać, jak bardzo jestem poruszona.

 - Czy Richard jest o coś podejrzany? Twarz Ramireza była nieprzenikniona.

 - Jest osobą powiązaną ze sprawą.

Oho. Obejrzałam dość odcinków serialu Prawo i porządek, żeby wiedzieć, co to 

oznacza. Jak najszybciej musiałam odnaleźć Richarda. Zanim zrobi to Ramirez.

Z prędkością błyskawicy ulotniłam się z kancelarii. Nie zaczekałam nawet, aż 

Jasmine   wyjdzie   na   przerwę,   tylko   wypadłam   z   powrotem   przez   szklane   drzwi   i 

przecięłam biegiem recepcję, słysząc, jak Miss Plastik woła za mną „oszustka".

W głowie kręciło mi się przez całe dwie przecznice drogi do samochodu. W 

zeszłym   tygodniu   Richard   wystawił   mnie   do   wiatru,   żeby   pójść   na   kolację   z 

Greenwayem. Jeśli to, co mówił Ramirez, było prawdą, było to na dzień przed tym, 

zanim Richard uciekł w nieznane. Aż bałam się pomyśleć, czego dotyczyło tamto 

spotkanie.

Nie, żebym uważała, że Richard naprawdę jest w coś zamieszany. Był na to zbyt 

porządny; nie mógł nawet znieść przekrzywionego krawata. Nigdy nie zgodziłby się 

na   udział   w   nielegalnym   przedsięwzięciu.   Jeśli   jednak   nieświadomie   pomógł 

background image

Greenwayowi,   możliwe,   że   wiedział   więcej,   niż   powinien.   A   jeśli   Greenway   był 

pozbawionym skrupułów przestępcą, jak to sugerował Ramirez, to Richardowi mogło 

grozić niebezpieczeństwo. Mimo to wątpiłam, by wyszło mu na dobre, gdyby pierwsza 

znalazła   go   policja.   Jakkolwiek   na   to   spojrzeć,   Richard   wpakował   się   w   niezłe 

tarapaty.

Wdrapałam   się   po   schodach   na   drugi   poziom   parkingu,   odpaliłam   dżipa   i 

wyjechałam na Grand. Stałam właśnie na czerwonym świetle, zastanawiając się, co 

dalej, kiedy zobaczyłam, jak z budynku Richarda wychodzi Ramirez. Wskoczył do 

swojego   czarnego   SUV   -   a,   zaparkowanego   w   niedozwolonym   miejscu   (jedna   z 

korzyści bycia gliną), odpalił silnik i włączył się do ruchu, trzy samochody przede 

mną. Kiedy zapaliło się zielone, przemknął między samochodami i skręcił ostro w 

Ósmą ulicę. Odruchowo pojechałam za nim.

Czy wiedziałam, co robię? Nie. Ale było dla mnie oczywiste, że Richard nie 

pojechał zajmować się niedomagającą matką. Innych pomysłów nie miałam.

Sądziłam,   że   jestem   bardzo   przebiegła,   trzymając   się   w   odstępie   dwóch 

samochodów  od  Ramireza,   który   jechał   stodziesiątką   na   południe.   Przebiliśmy   się 

przez śródmieście, przecinając dzielnice Watts i Compton, aż wreszcie znaleźliśmy się 

na czterystapiątce. Jechał z rozsądną prędkością a ja żałowałam, że nie mam mniej 

rzucającego się w oczy samochodu. Choć uwielbiałam swojego czerwonego dżipa, 

zupełnie nie wtapiałam się w tło. Zapamiętałam sobie, żeby pożyczyć jasnobrązowego 

saturna Dany, jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi do głowy bawić się w szpiega.

Ramirez   jeszcze   jakiś   czas   jechał   na   południe,   aż   w   końcu   skręcił   na 

dwudziestkędwójkę i skierował się na wschód w stronę piątki i Orange County. Robiło 

się   późno   i   wiedziałam,   że   na   piątce   będzie   tłoczno.   A   ja   umierałam   z   głodu. 

Sięgnęłam   do   schowka,   w   nadziei,   że   Dana   zostawiła   tam   jakiegoś   proteinowego 

batonika.   Znalazłam   tylko   paczkę   stęchłych   krakersów   i   listek   gumy.   Zaczęłam 

zajadać krakersy, mając nadzieję, że Ramirez wkrótce zatrzyma się przy Taco Bell.

Nic   z   tego.   Dotarliśmy   do   piątki,   gdzie   czarny   SUV   zjechał   na   lewy   pas, 

przygotowując   się  do  długiej  jazdy.  Jęknęłam  i  zanotowałam  w pamięci,   żeby  się 

zawczasu najeść, jeśli jeszcze kiedyś będę śledziła gliniarza.

background image

Kiedy byłam już bliska zrezygnowania z całej zabawy, a w oczy zajrzało mi 

widmo śmierci głodowej, Ramirez zjechał z autostrady na Bear Street, kierując się w 

stronę San Joaquin Corridor. Serce zabiło mi mocniej, kiedy uświadomiłam sobie, że 

zmierzamy w sam środek najbardziej ekskluzywnej dzielnicy handlowej w Orange 

County. Może Ramirez nie był wcale taki zły.

Kiedy zbliżaliśmy się do centrum handlowego South Coast Plaza, SUV skręcił, 

oddalając   się   od   dzielnicy   handlowej   w   stronę   mieszkalnej.   Wkrótce   wzdłuż   ulic 

pojawiły się piętrowe wille w hiszpańskim stylu i domy stylizowane na angielskie 

rezydencje   w   stylu   Tudorów.   W   końcu   Ramirez   zatrzymał   się   przy   olbrzymim, 

nowoczesnym   domu,   którego   jedna   ściana   była   wykonana   w   całości   ze   szkła. 

Domyślałam   się,   że   został   zaprojektowany   przez   jakiegoś   znanego   architekta   - 

poznawałam to po skosach i załamaniach konstrukcji, która sprawiała wrażenie, jakby 

mogła   runąć   przy   mocniejszym   podmuchu   wiatru.   Niewielki   ogródek   wypełniała 

głównie trawa i dekoracyjne kamienie, co znakomicie komponowało się z surowym 

pięknem szklanej konstrukcji.

Ramirez zaparkował SUV - a, wysiadł i podszedł do domu. Zatrzymałam się po 

drugiej stronie ulicy, kuląc się na siedzeniu, na wypadek gdyby obejrzał się za siebie. 

Na   szczęście   tego   nie   zrobił.   Jestem   pewna,   że   mój   czerwony   dżip   bardzo   się 

wyróżniał wśród stojących wzdłuż ulicy jaguarów i beemek w neutralnych kolorach.

Ramirez zapukał do drzwi wejściowych i czekał. Po chwili zapukał jeszcze raz. 

Najwyraźniej  nikogo  nie  było  w  domu.  Osunęłam się  bezwładnie  na  siedzeniu  na 

myśl, że przejechałam taki kawał drogi na próżno, w dodatku o pustym żołądku.

Pan Czarna Pantera obejrzał się przez ramię, jakby obawiał się, że ktoś może go 

obserwować. Nawyk prawdziwego gliniarza... Byłam pod wrażeniem. Jeszcze bardziej 

opuściłam się na siedzeniu, tak że ponad dolną krawędzią szyby wystawały tylko moje 

oczy i nos. Najwyraźniej Ramirez uznał, że nie jest obserwowany, bo obszedł dom i 

zniknął za malowaną drewnianą furtką na tyłach.

Czekałam. Nic się nie działo.

Cholera. A jeśli forsował drzwi, żeby dostać się do środka? Może miał tam już 

skutego kajdankami Richarda? Otworzyłam drzwi samochodu, wysiadłam ostrożnie i 

skulona, prawie w kucki, ruszyłam na drugą  stronę  ulicy. Po chwili zdałam sobie 

background image

sprawę,   jak  głupio   muszę   wyglądać.   Wyprostowałam   się   więc   i   dumnie   obeszłam 

dom, zupełnie jakbym była u siebie.

Ogród za domem było znacznie okazalszy od tego od frontu. Rosły tu palmy, 

sukulenty   oraz   kwiaty   strelicji,   zwanej   „rajskim   ptakiem".   W   zboczu   wzgórza,   na 

którym stał dom, wyodrębniono kilka poziomów, z wydzieloną częścią na grillowanie, 

zadaszonym   tarasem   oraz   basenem   o   olimpijskich   wymiarach.   Ramirez   stał   na 

najniższym poziomie i spoglądał na basen. Nie widziałam, na co dokładnie patrzy, 

więc szybko przemknęłam między zaroślami, wdrapując się o poziom wyżej od niego. 

Wyprostowałam się, żeby lepiej widzieć.

Niestety,   nierówne   podłoże   plus   moje   ponad   pięciocentymetrowe   obcasy 

sprawiły,   że   się   pośliznęłam.   Zaczęłam   machać   rękami,   próbując   odzyskać 

równowagę,   ale   było   za   późno.   Poleciałam   głową   do   przodu   i   nim   mogłam   się 

powstrzymać, krzyknęłam.

Ramirez   odwrócił   się   i   zobaczył,   jak   młócę   powietrze   rękami,   a   potem   lecę 

prosto na niego.

 - Jezu... - wymamrotał, po czym upadł ze stłumionym jęknięciem, kiedy na nim 

wylądowałam.

Muszę przyznać, że wolałam takie lądowanie od runięcia na ziemię, choć nie 

jestem pewna, które było boleśniejsze. Napakowany tors Ramireza nawet nie drgnął. 

Zastanawiałam się, ile godzin dziennie spędza na siłowni.

 - Co pani tu robi, do cholery? - warknął, z nosem zaledwie kilka centymetrów od 

mojego.

Zamrugałam,   starając   się   zignorować   falę   ciepła,   którą   poczułam,   kiedy   jego 

mięśnie się pode mną poruszyły.

 - Jechałam za panem.

 - Tyle to sam wiem. Ale uznałem, że zostanie pani w samochodzie. To by było 

na tyle, jeśli chodzi o błyskotliwą karierę Maddie, kobiety szpiega.

Zeszłam   z   niego,   niezgrabnie   wracając   do   pionu.   Zapamiętać:   prawdziwe 

dziewczyny Bonda nie noszą szpilek od Jimmy'ego Choo.

 - Przepraszam - wymamrotałam, pewna, że zabrzmiało to równie głupio, jak się 

czułam.

background image

Ramirez burknął coś w odpowiedzi, podniósł się i otrzepał sobie tyłek. Starałam 

się nie gapić. W każdym razie nie za bardzo.

 - Następnym razem włożę baleriny - zapowiedziałam.

  - Mądrala - mruknął. Nie sięgnął jednak po broń przy pasku, co uznałam za 

dobry znak.

 - Czyj to dom? - zapytałam.

Oczy Ramireza pociemniały. Zacisnął szczękę, aż na szyi wyskoczyła mu mała, 

pulsująca żyłka.

 - Jej. - Wskazał na basen.

Spojrzałam   na   czystą,   niebieską   wodę,   mieniącą   się   w   promieniach 

popołudniowego słońca.

 - Och!

Poczułam, że zaraz zwrócę wszystkie krakersy. Przed oczami tańczyły mi czarne 

plamki.   Elegancki   ogródek   zawirował   i   gdyby   nie   ramię   Ramireza,   którym 

natychmiast oplótł mnie w pasie, zaliczyłabym kolejne twarde lądowanie.

W basenie była wysoka, szczupła kobieta, z obłokiem rudych włosów.

Unosiła się na powierzchni z twarzą do dołu.

background image

Rozdział 4

Między palmami błyskały czerwone i niebieskie światła, odbijając się w basenie, 

na który teraz starałam się nie patrzeć. Mężczyźni w czarnych T - shirtach z napisem 

„technik policyjny" na plecach pełzali po stoku niczym mrówki, zatrzymując się od 

czasu do czasu, by schować w plastikowej torebce grudkę ziemi czy włos. Co pięć 

sekund   trzeszczały   policyjne  krótkofalówki,   przekazując   niezrozumiałe   dla   mnie 

komunikaty   pilnującym   basenu   umundurowanym   gliniarzom,   którzy   czekali   na 

policyjnego lekarza. Ja siedziałam ze spuszczoną głową, starając się powstrzymać od 

wymiotów.

 - Wszystko w porządku? - zapytał Ramirez.

  - W porządku - odparłam, tyle że zabrzmiało to jak zduszone „wposzonku", 

ponieważ   nadal   tkwiłam   z   głową   między   kolanami.   Siedziałam   w   tej   pozycji   na 

tekowym leżaku, czekając, aż ogródek przestanie wirować i sprzed moich oczu znikną 

czarne plamki. Pamiętałam jak przez mgłę, że Ramirez przeniósł mnie tu z drugiego 

końca ogródka, jednocześnie wzywając wsparcie. Wszystko to wydawało się złym 

snem i nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie się obudzę.

 - Nic ci nie będzie. Weź tylko kilka głębokich oddechów. - Ramirez usiadł obok 

mnie. A raczej słyszałam, jak siada obok mnie, i czułam ciepło jego ciała.

Zerknęłam   w   górę,   starając   się   patrzeć   na   Ramireza,   a   nie   na   basen,   skąd 

dobiegały pluski policjantów, którzy wyciągali ciało kobiety.

 - Nie żyje, prawda? - Wiem, głupie pytanie. Ale musiałam je zadać. Tak bardzo 

chciałam,   żeby   nic   jej   nie   było.   Żeby   się   okazało,   że   to   wielka   pomyłka   albo 

wyjątkowo drastyczny odcinek Ukrytej kamery.

 - Na dwieście procent.

 - Kim ona jest? - Urwałam i się poprawiłam. - To znaczy, była?

Ramirez patrzył na mnie, mrużąc ciemne oczy. Wiedziałam, że zastanawia się, 

czy traktować mnie jak podejrzaną, świadka, czy tylko głupią blondynkę, która nie 

potrafi utrzymać równowagi w nowych szpilkach. Wreszcie przemówił, najwyraźniej 

wybierając wariant z głupią blondynką.

 - Celia Greenway.

background image

Z trudem przełknęłam ślinę, rozważając, jak najlepiej ująć w słowa moje kolejne 

pytanie.

 - Hm, nie pośliznęła się i wpadła do basenu, co? Ramirez pokręcił powoli głową.

 - Jesteś pewien? Przytaknął.

  - To było... to znaczy, czy... - Wypowiedzenie na głos słowa „morderstwo" 

zupełnie mnie przerosło. To wszystko przypominało bardziej powieść Johna Grishama 

niż prawdziwe życie. Na litość boską jestem projektantką obuwia dziecięcego. Nie 

zwykłam natykać się na zwłoki w eleganckich basenach w Orange County.

Zamiast zagłębiać się we własną psychikę, spróbowałam inaczej.

 - Ktoś jej pomógł, prawda?

Ramirez   się   zawahał.   Fakt,   że   od  pół   godziny   siedziałam   skulona   w  pozycji 

embrionalnej najwyraźniej, nie skłaniał go do zwierzeń.

Wyprostowałam   się,   starając   się   sprawiać   wrażenie   opanowanej,   co   nie   było 

łatwe.

 - Możesz mi powiedzieć. Jestem twardą laską. - Tak, jasne. Nie odrywałam od 

niego   wzroku,   robiąc   wszystko,   by   nie   patrzeć   na   nosze   na   kółkach,   na   których 

wywożono nieszczęsną panią Greenway w czarnym worku.

Poddał się.

 - Tak, wygląda na to, że została zamordowana.

Żołądek znowu podszedł mi do gardła, ale oparłam się pokusie, żeby wetknąć 

głowę między kolana. Ramirez mówił dalej.

  - Oficjalna przyczyna  śmierci zostanie ogłoszona dopiero po przeprowadzeniu 

autopsji przez lekarza sądowego. Ale jej ciało nosi wyraźne ślady przemocy. Całą 

szyję ma fioletową.

 - Została uduszona?

Ramirez przeniósł wzrok na basen.

 - Na to wygląda.

Choć   było   mi   bardzo   szkoda   tej   biednej   kobiety,   moje   myśli   natychmiast 

powędrowały   ku  Richardowi.   Przed  oczami   stanął  mi   nieprzyjemny   obraz   mojego 

chłopaka pływającego twarzą do dołu w basenie w Orange County. Przestałam udawać 

twardą laskę i znowu wetknęłam głowę między kolana, wciągając głęboko powietrze, 

background image

które pachniało moimi skórzanymi butami, chlorem i zimnym potem, którego strużkę 

czułam na plecach.

 - Jesteś pewna, że nic ci nie jest? - zapytał Ramirez.

 - Jestem pewna - odparłam, tyle że zabrzmiało to jak „jestpena".

 - Zupełnie nie umiesz kłamać.

 - Co ty powiesz?

  -   No   dobrze,   skoro  „nic   ci   nie   jest",   może   odpowiesz   teraz   na   kilka   pytań 

dotyczących twojego chłopaka?

Znieruchomiałam, a przez głowę przemknęła mi straszliwa myśl. A jeśli Ramirez 

myśli, że Richard ma coś wspólnego ze śmiercią Celii. To niemożliwe. Chyba.

 - Jakich pytań? - Oddałabym wszystko, żeby dowiedzieć się, co chodzi mu po 

głowie, ale choć z całych sił starałam się rozszyfrować jego kamienny wyraz twarzy, 

na nic się to nie zdało. Ze swoją pokerową miną mógłby się nieźle obłowić w Las 

Vegas.

 - Zacznijmy od miejsca jego pobytu.

  - Mówiłam ci już, że nie wiem, gdzie jest Richard. Myślisz, że siedziałabym 

tutaj, gdybym to wiedziała? - Powiedziałam to wysokim, jękliwym głosem, którego 

nie   używałam   od   czasu,   kiedy   w   szóstej   klasie   zgubiłam   aparat   na   zęby. 

Powstrzymałam napływające do oczu łzy. - Naprawdę nie wiem, gdzie on jest.

Ramirez przyglądał się mi przez chwilę. W jego zmrużonych oczach dostrzegłam 

prawdziwe, niewypowiedziane pytanie.

 - Richard tego nie zrobił - powiedziałam dobitnie, kręcąc głową, tak gwałtownie, 

że prawie wróciły tańczące czarne plamki. - Nie jest mordercą. Jest prawnikiem. Jeśli 

jest na kogoś wkurzony, wytacza mu proces. Nigdy, przenigdy nie zrobiłby czegoś 

takiego. Nie znasz go.

Przechylił głowę na bok.

 - A ty znasz?

Przygryzłam wargę. Dobre pytanie. Myślałam, że znam. Ale wyglądało na to, że 

były w jego życiu sprawy, o których zapomniał mi powiedzieć.

Na  szczęście  nie  musiałam  odpowiadać,  bo właśnie  podszedł do nas  jeden z 

techników. Zupełnie nie przypominał przystojniaków z  Kryminalnych zagadek Las 

background image

Vegas. Był wysoki, chudy i łysy jak kolano. Miał haczykowaty nos i małe, świdrujące 

oczka, przed którymi nic nie mogło się ukryć.

 - Jest gotowa? - zwrócił się do Ramireza, zupełnie jakbym była meblem.

Ramirez zerknął na mnie.

 - Nie jestem pewien.

 - Gotowa na co? - zapytałam.

Żaden   z   mężczyzn   nie   zareagował.   Technik   postawił   na   ziemi   swoją   czarną 

torbę.

 - Myślę, że powinienem ją załatwić, zanim jeszcze bardziej skazi teren.

 - Zanim skażę teren?

Ramirez posłał mi kolejne taksujące spojrzenie.

 - Śmiało bierz się do roboty. Jest gotowa.

 - Gotowa na co? - Pomyślałam, że za chwilę znowu włączy mi się głosik Myszki 

Minnie. Nerwowo zerkałam raz na jednego, raz na drugiego.

Ramirez westchnął, po czym przemówił cierpliwym tonem, jakby się zwracał do 

przedszkolaka.

 - Pobierzemy próbki twoich włosów, odciski palców i butów. Byłaś obecna na 

miejscu   zbrodni.   Musimy   mieć   pewność,   że   możemy   cię   wykluczyć   z   dalszego 

śledztwa.

Technik wyciągnął niewielką rolkę, podobną do tej, jakiej używałam, by pozbyć 

się sierści z moich czarnych kaszmirowych ubrań po każdej wizycie u mamy i jej zgrai 

pręgowanych kotów. Małe oczka mężczyzny bacznie mnie obserwowały, jakbym była 

jednym wielkim chodzącym dowodem. Bez zbędnych ceregieli zaczął jeździć rolką po 

moim   niebieskim   topie,   ramionach,   udach,   ba,   zapuszczał   się   nawet   w   miejsca, 

których   większość   facetów   nie   dotykała,   bez   uprzedniego   postawienia   mi   kina   i 

kolacji.

Ramirez wyglądał na rozbawionego.

 - To nie jest śmieszne - powiedziałam z całą godnością, na jaką było mnie stać, 

będąc molestowana za pomocą rolki do odzieży.

  - Nikt nie mówi, że jest - odparł, tyle że jego oczy zmrużyły się w kącikach, 

kiedy to mówił.

background image

Postanowiłam zmienić temat.

 - Mogę cię o coś zapytać?

 - Strzelaj.

 - Domyślam się, że to dom Celii Greenway. Przytaknął.

 - Wiedziałeś, że ona...

 - Będzie martwa?

Wzdrygnęłam się. To słowo wydawało się takie ostateczne. Oznaczało, że biedna 

Celia Greenway już nigdy nie zazna radości megawyprzedaży, jaką organizowali dwa 

razy  do roku  w  Bloomingdales,   nie   będzie  się  rozkoszować  zapachem  nowiutkich 

skórzanych   czółenek,   nie   ucieszy   się   na   widok   jedynej   w   swoim   rodzaju   torby 

znalezionej w koszu z rzeczami przecenionymi o połowę. Możecie się śmiać, ale to 

właśnie takie drobiazgi sprawiają, że życie jest piękne.

Próbowałam to jakoś złagodzić.

 - Poszła popływać.

 - Nie, nie wiedziałem. Chciałem z nią po prostu porozmawiać.

Technik schował rolkę do plastikowego woreczka, który następnie odłożył do 

czegoś, co wyglądało jak czarna skrzynka wędkarska na przynęty i akcesoria. Wyjął 

pęsetę i zaczął się przyglądać moim włosom.

 - O co chodzi? - zapytałam.

Facet  nie   odpowiedział,   tylko  krążył  wokół   mnie,   przypatrując   się   badawczo 

moim blond pasemkom.

 - Co on robi? - zapytałam Ramireza.

 - Potrzebuje próbki włosów, najlepiej z cebulką, żeby zbadać DNA.

 - DNA? Nie zgodziłam się, żebyście badali moje DNA. Niech on odczepi się od 

moich włosów.

Ramirez zmrużył oczy.

 - Trzeba się było trzymać z daleka od miejsca zbrodni. Aha.

Zacisnęłam usta, żeby nie przegiąć. Byłam pewna, że gdyby Ramirez chciał, 

mógłby mi nieźle uprzykrzyć życie. Wiedziałam, że wtargnęłam na teren prywatny i 

mieszałam się w nie swoje sprawy, a także że miałam na sumieniu całe mnóstwo 

pomniejszych grzeszków, na które gliniarze nie patrzą zbyt przychylnie. Poza tym to, 

background image

w jaki sposób Ramirez pytał o Richarda, kazało mi podejrzewać, że nie stoimy po tej 

samej stronie. Wolałam nie mieć w nim wroga. I bez tego miałam dość problemów.

Jeden z umundurowanych gliniarzy zawołał Ramireza do basenu, a ja zostałam 

sam na sam z technikiem, który nadal krążył wokół mojej głowy, szukając idealnego 

kosmyka. W końcu znalazł go i wyrwał (dodam, że nie był przy tym zbyt delikatny). 

Potem napełnił dwie plastikowe tacki gipsem i kazał mi w nie wejść. Zrobiłam to, ale 

dopiero po tym, jak przysiągł na życie swojej matki, że gips zmyje się z moich butów. 

Śmierć pani Greenway była wystarczającą tragedią jak na jeden dzień. Po co dodawać 

do tego zrujnowane buty za trzysta dolców.

Kiedy Pan Haczykowaty Nos z laboratorium kryminalistycznego pracował, ja 

odważyłam się ponownie spojrzeć na basen. Bez pływającego w nim ciała, z wodą 

połyskującą w popołudniowym słońcu, nie wyglądał ani trochę złowieszczo. Gdyby 

ubrać kręcących się dookoła techników w spodnie khaki i kolorowe T - shirty, cała 

sceneria nie różniłaby się ani o jotę od przeciętnego dnia w Orange County.

To tylko dowodziło, jak mylące bywają pozory.

Zamknęłam   oczy,   rozkoszując   się   promieniami   słońca   na   twarzy   i   próbując 

uporządkować to, czego się dzisiaj dowiedziałam.

Devon Greenway podprowadził ze swojej firmy dwadzieścia milionów dolarów. 

Celia i Richard jako jedyni znali szczegóły. Celia nie żyła, a Richard zaginął. Miałam 

nadzieję, że Richard po prostu ukrywa się przed Greenwayem, a nie gdzieś...

Pływa.

  - Skończyłeś? - Ramirez ponownie do nas podszedł i zwrócił się do technika, 

który pakował gipsowe odlewy do innej czarnej torby.

  - Mam już wszystko, czego potrzebuję - odparł mężczyzna, podnosząc swój 

ekwipunek.

 - To dobrze.

Technik skinął mi szorstko głową, co odebrałam jako podziękowanie za w miarę 

udaną współpracę, i zszedł na dół. Ramirez patrzył za nim chwilę, a potem usiadł obok 

mnie.

Blisko.

background image

Za   blisko.   Odsunęłam   się,   niemal   dusząc   się   wydzielanymi   przez   niego 

feromonami.

Zwrócił się w moją stronę. Jego oczy były ciemniejsze od podwójnego espresso, 

a kąciki ust drgały w uśmiechu.

 - Denerwujesz się przy mnie?

Ja miałabym się denerwować? Skąd.

Skinęłam głową. Czasami jestem strasznym tchórzem.

Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając białe, wilcze zęby.

 - To dobrze - powiedział.

Odwróciłam wzrok, woląc widok basenu od szelmowskiego błysku w oczach 

Ramireza. Pewnie właśnie tak błyszczały mu oczy, kiedy zaciągał kogoś do więzienia.

Albo do łóżka.

Nie żebym chciała to sprawdzić. (Rety!)

 - No dobrze... - powiedziałam, odchrząkując. - Co teraz? Ramirez przysunął się i 

swobodnie objął mnie ramieniem. Poczułam

zapach płynu do zmiękczania tkanin i antyperspirantu Axe.

 - Teraz - odparł, nachylając się do mnie - zabiorę cię do domu. Rety, rety!

Szczęśliwie udało mi się przekonać Ramireza, że czuję się wystarczająco dobrze, 

aby sama prowadzić. W końcu minęła cała godzina, od kiedy udawałam embriona. Nie 

wspominając już o tym, że nie byłam psychicznie przygotowana na powrót do Santa 

Monica w piekielnych korkach godzin szczytu, w towarzystwie Króla  Hormonów. 

Poza tym nie byłam zachwycona myślą, że miałabym tu wrócić jutro po mojego dżipa. 

Szczerze mówiąc, zdecydowałam, że przez jakiś czas będę się trzymać z daleka od 

Orange County (no, chyba że urządzą wyprzedaż w Block).

Kiedy   wreszcie   dotarłam   do   swojego   mieszkania,   było   już   ciemno,   a   ja 

umierałam z głodu. Zrobiłam sobie zapiekaną kanapkę z serem (z toną ciągnącego 

cheddara), którą popiłam dietetyczną colą. Po przeżyciach dzisiejszego dnia miałam 

ochotę napić się piwa, ale zważywszy na mój spóźniający się okres, uznałam, że to zły 

pomysł.   Wcisnęłam   guzik  odtwarzania   na   automatycznej   sekretarce,   modląc   się   w 

duchu, żeby było coś od Richarda.

background image

Miałam   jedną   wiadomość   od   mamy   (zaklepała   stolik   w   Beefcakes   na   swój 

wieczór   panieński.   Fuj!),   jedną   od   Podrabianego   Tatusia   (kupił   kosz   z   ręcznie 

dzierganą wyprawką dla dzidziusia Molly Inkubatora. Podwójne fuj!) i jedną od Dany, 

która   pytała,   czy   zobaczyłam   już   różową   kreskę   (nie   wiem,   ile   razy   musiałabym 

powtórzyć „fuj", żeby wyrazić, jak się poczułam).

Żadnej wiadomości od Richarda.

Spojrzałam na test ciążowy nadal leżący na kuchennym blacie i nagle zrobiło mi 

się niedobrze. Chciało mi się płakać. Miałam wrażenie, że moje życie zamieniło się w 

serial pod tytułem  Prawo i porządek: misja dla blondynki.  W tym tygodniu nasza 

odlotowo,   choć   niepraktycznie   ubrana   bohaterka   natyka   się   na   zwłoki   podczas 

poszukiwań   swojego   chłopaka   malwersanta,   który   dał   nogę,   a   jej   okres   nadal   się 

spóźnia.

Nie   zapominajmy   też   o   przystojnym   detektywie   Jacku   Ramirezie,   głównym 

bohaterze serialu. Ramirez równa się niebezpieczeństwo przez duże N, dodatkowo 

podkreślone i napisane kursywą.

Chwyciłam kolejną puszkę dietetycznej coli, starając się zignorować falę gorąca, 

jaka mnie zalała na myśl o Ramirezie. Na swoją obronę powiem, że większości kobiet 

trudno byłoby zachować spokój przy takim facecie jak on.

Rozłożyłam się na materacu i włączyłam telewizor, tłumacząc sobie, że nie o 

takich   rzeczach   powinna   myśleć   ciężarna   kobieta.   Nie   powinnam   fantazjować   o 

twardym jak skała brzuchu, szelmowskich, brązowych oczach i uśmiechu, na widok 

którego Mona Liza sama zdarłaby z siebie ubranie. Powinnam pomyśleć o wypiciu 

litra wody, zabraniu testu ciążowego do łazienki i stawieniu czoła temu, co pokaże. I 

zrobię to. Spojrzałam na test. Wkrótce.

Włączyłam  Lettermana  i wygodnie  się  ułożyłam.  Właśnie  omawiał  „Dziesięć 

głównych sygnałów, że za długo przebywałeś na słońcu". Dotarł zaledwie do numeru 

piątego („George Hamilton wygląda przy tobie jak albinos"), kiedy zasnęłam.

Śnił   mi   się   Ramirez,   przepływający   kolejne   długości   basenu   w   błyszczącej 

niebieskiej wodzie.

Nago.

background image

Następnego  ranka   wyciągnęłam  zapomniany  numer  telefonu z   tylnej  kieszeni 

dżinsów i zadzwoniłam do matki Richarda. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, 

że go u niej znajdę, ale doszłam do wniosku, że nie zaszkodzi spróbować.

Jego matka oczywiście nie miała od niego żadnych wiadomości, od czasu kiedy 

dzwonił złożyć jej życzenia urodzinowe trzy tygodnie wcześniej. Zadzwoniłam więc 

do jego sprzątaczki, ogrodnika i pralni, pytając, czy nie widzieli Richarda w ostatnich 

dniach. Niestety, Richard zniknął z powierzchni ziemi w zeszły piątek i od tamtej pory 

nikt go nie widział.

Przygotowałam sobie filiżankę kawy i ciastka z lukrem czekoladowym. Jadłam 

przy kuchennym blacie, rozważając możliwości dalszego działania. Nie było ich zbyt 

wiele. Mogłam sama namierzyć Richarda albo pozwolić, by zrobił to Ramirez, co 

pewnie   skończyłoby   dla   mojego   chłopaka   aresztowaniem.   Nie   wierzyłam,   że   jest 

winny   defraudacji,   ale   jego   tajemnicze   zniknięcie   z   pewnością   nie   dodawało 

wiarygodności   teorii,   że   jest   tylko   niewinnym   świadkiem.   Jeśli   nie   chciałam 

odwiedzać Richarda w więzieniu, musiałam znaleźć go pierwsza.

Postanowiłam zacząć od początku. Od miejsca, w którym widziałam Richarda po 

raz ostatni. Jego kancelarii.

Niestety, wiedziałam, że niełatwo będzie jeszcze raz przedostać się do twierdzy 

strzeżonej przez Jasmine. Mój genialny plan? Zaczekać, aż wyjdzie na przerwę.

Pojechałam pod kancelarię i zaparkowałam samochód po drugiej stronie ulicy. 

Dokładnie o dwunastej trzy z budynku wyszła Jasmine i kręcąc swoim odzianym w 

miniówkę tyłkiem, oddaliła się na lunch.

Wyskoczyłam   z   auta,   wrzuciłam   do   parkometru   kilka   ćwierćdolarówek   i 

pognałam   przez   jezdnię.   Po   chwili   szłam   po   wyłożonej   wykładziną   podłodze   do 

stanowiska recepcjonistki, które o tej porze zajmowała zmienniczka Jasmine, Althea, 

młodsza kancelistka z wyraźnym przodozgryzem górnym.

  - Dzień dobry, Altheo - zagadnęłam wesoło, kładąc na blacie swoją malutką 

torebkę od Kate Spade.

Althea   przywitała   mnie   niezrozumiałym   burknięciem,   unikając   kontaktu 

wzrokowego. Miała na sobie niebiesko - szary, powyciągany kardigan, w którym przy 

wzroście metr pięćdziesiąt dwa i siedemdziesięciu kilogramach wagi wyglądała jak 

background image

wielki ziemniak. Jej kręcone ciemnoblond włosy (ale niezrobione farbą Clairola, tylko 

w naturalnym mysim kolorze) były z jednej strony zebrane na bok do tyłu i upięte 

szylkretową spinką. Duże zielone oczy łypały na mnie zza grubych szkieł okularów, w 

których wyglądała jak Pan Magoo.

 - Pewne już słyszałaś, że Richard wybrał się na małą wycieczkę?

Althea poczerwieniała. Najwyraźniej wszyscy wiedzieli, że Richard dał nogę.

Nachyliłam się do niej poufale.

 - Była tu policja? Althea skinęła głową.

 - Siedzieli tu wczoraj cały dzień. Zabrali trzy kartony dokumentów.

Cholera. Ramirez był dobry. Zastanawiałam się, czy tracę czas, podążając śladem 

Richarda, a teraz także i Ramireza. Spróbowałam innej taktyki.

 - Altheo, czy byłaś tu, zanim Richard wyszedł w zeszły piątek?

  -   Aha.   Byłam   w   copyroomie,   kserowałam   akta   sprawy   Johnsona,   kiedy 

przyszedł Richard, żeby skorzystać z niszczarki.

Niszczarki? Serce zaczęło mi mocniej bić.

 - Nie widziałaś co niszczył?

 - Nie, ale gliniarze i tak zabrali wszystko, co do skrawka. Cholera do kwadratu. 

Ramirez naprawdę był dobry.

 - Czy mówił coś do ciebie, zanim wyszedł?

 - Tylko żebym nie zapomniała przekazać akt panu Chestertonowi.

 - Richard prowadził tę sprawę?

 - Tak. Ale powiedział, że ma się nią zająć Chesterton.

  - Aha. No cóż, dzięki, Altheo. Słuchaj, wskoczę tylko na chwilę do gabinetu 

Richarda, bo zdaje się, że coś tam zostawiłam. - Wstrzymałam oddech. Jasmine nie 

dałaby się już na to nabrać.

Na szczęście Althea była bardziej ufna.

  - Powodzenia. Ale gliniarze chyba niewiele tam zostawili. Wśliznęłam się za 

szklane drzwi i skierowałam do pokoju Richarda.

Rozmyślałam nad tym, co powiedziała Althea. Umierałam z ciekawości, co mój 

luby przepuścił przez niszczarkę. Może był to tylko wyciąg z numerem jego karty 

kredytowej. Richard starannie niszczył wszystko, na czym widniał choćby jego adres e 

background image

- mailowy, z obawy przed kradzieżą tożsamości. Z drugiej strony, co za niezwykły 

zbieg okoliczności: przychodzi do niego Ramirez, Richard odwołuje lunch ze mną, 

niszczy  dokumenty,   przekazuje  prowadzoną   sprawę   wspólnikowi,   wraca   do  domu, 

pakuje się i znika.

Na   ułamek   sekundy   moja   wiara   w   niewinność   Richarda   została   zachwiana. 

Musiałam przyznać, że nie wyglądało to dobrze. Tak zachowywał się człowiek, który 

miał coś do ukrycia.

Odsunęłam   od   siebie   tę   myśl,   stając   pod   drzwiami   gabinetu   Richarda. 

Obejrzałam   się   przez   ramię,   upewniając,   że   Jasmine   nie   pojawiła   się  w   cudowny 

sposób za moimi plecami, a potem szybko weszłam do środka i zamknęłam za sobą 

drzwi.

Gabinet   wyglądał,   jakby   przeszło   przez   niego   tornado.   Ramirez   może   i   był 

skrupulatny, ale i strasznie niechlujny. Książki walały się rozrzucone po podłodze, 

pusty kosz na śmieci leżał na boku, skoroszyty i różne papiery leżały w bezładnych 

kupach   przy   dębowych   szafkach.   Także   na   biurku   wszystko   zostało   przekopane. 

Richard z pewnością dostałby na ten widok jakiegoś ataku.

Przecięłam   gabinet,   dając   susa   nad   dwoma   stosami   publikacji   prawniczych   i 

skoroszytów, po czym włączyłam monitor. Zamruczał, budząc się do życia, ale ekran 

pozostał   czarny.   Zajrzałam   pod   biurko   i   zawiedziona   zobaczyłam,   że   zniknął 

komputer. Cholera. Ramirez był bardzo, bardzo skrupulatny.

No   cóż,   kiedy   zawodzi   technika,   w   odwodzie   pozostają   stare   dobre   papiery. 

Jęknęłam w duchu, patrząc na walające się po podłodze dokumenty. Zaczęłam od 

stosu   najbliżej   drzwi.   Okazało   się,   że   to   wyciągi   bankowe   Richarda   z   ostatniego 

półrocza. Nuda. Choć, jak zauważyłam, kiedy zerknęłam na sumy, Richard zarabiał 

mniej, niż myślałam. Do tego zalegał z rachunkami - dostał sześć monitów. Super. 

Kolejny   punkt   do   dodania   do   stale   wydłużającej   się   listy   rzeczy,   których   nie 

wiedziałam  o   swoim   chłopaku.   Nałogowo  wydawał  pieniądze   i   nie   płacił  na   czas 

rachunków. Nagle zrobiło mi się głupio, że naciągnęłam go na platynowe kolczyki 

łezki na moje urodziny. Teraz wiedziałam, że stać go było na nie tak jak mnie na chatę 

w Beverly Hills.

background image

Zabrałam się do kolejnego stosu papierzysk przy regale na książki. Znajdowały 

się tam faktury za kolacje z klientami, rozliczenia kosztów podróży, billingi rozmów 

telefonicznych   odbytych   w   związku   z   poszczególnymi   sprawami   sporządzone   z 

dokładnością   do   nanosekundy   (piętnastominutowa   konsultacja   telefoniczna 

kosztowała tyle, że aż zakręciło mi się w głowie). Niestety nie znalazłam najmniejszej 

wskazówki, co do miejsca pobytu Richarda.

Sterta   przy   biurku   zawierała   kopie   akt   osobowych   pracowników,   którymi 

zapewne   dysponowali   wszyscy   wspólnicy,   aby   wiedzieć,   z   kim   pracują.   Choć 

podejrzewałam, że nie znajdę tam niczego użytecznego, nie mogłam się powstrzymać 

i wygrzebałam akta Jasmine. Otworzyłam teczkę i zajrzałam do środka. Były tam dwie 

skargi od innych kancelistek na to, że prowadzi prywatne rozmowy zamiejscowe z 

telefonu służbowego, trzy pochwały od starszego wspólnika (który był okropnie stary, 

bardzo bogaty i w trakcie rozwodu, czyli zdecydowanie w typie Jasmine) oraz wykaz 

jej zarobków z ostatnich trzech miesięcy. Prawie się roześmiałam na widok nędznych 

sum,   jakie   Miss   Plastik   zarabiała,   odbierając   telefony   i   strzegąc   szklanych   drzwi. 

Prawdę mówiąc, nie sądziłam, że w Los Angeles można utrzymać się z pensją niższą 

od mojej, ale liczby nie kłamały. Biedna Jasmine. Prawie zrobiło mi się jej szkoda. 

Prawie, bo zaraz przypomniałam sobie, że to przez nią musiałam się tu zakradać jak 

pospolita kryminalistka.

A   skoro   o   Jasmine   mowa...   zerknęłam  na   zegarek   i  uświadomiłam  sobie,   że 

węszyłam, to znaczy szukałam dowodów (tak, to brzmiało bardziej profesjonalnie), 

już od dwudziestu minut i że Jasmine wróci niebawem z lunchu.

Zamknęłam   jej   teczkę   i   gorączkowo   zaczęłam   rozglądać   się   za   czymś,   co 

mogłoby doprowadzić mnie do Richarda. Sama nie wiedziałam, czego szukam. Nawet 

jeśli   znajdowały   się   tu   wcześniej   jakieś   ważne   dokumenty   czy   przedmioty,   z 

pewnością zabrał je Ramirez i teraz w laboratorium policyjnym zdejmowano z nich 

odciski palców i inne ślady. Jedyna nadzieja w tym, że Ramirez przeoczył coś, co 

miało   znaczenie   tylko   dla   mnie,   dziewczyny   Richarda,   pozostającej   z   nim   w 

intymnych   stosunkach.   Tak,   wiem,   że   szanse   na   to   były   nikłe,   zwłaszcza   że 

najwyraźniej wcale nie znałam Richarda tak dobrze, jak myślałam. Pewnie gdyby dać 

background image

Ramirezowi kilka dni, wkrótce wiedziałby o moim chłopaku więcej ode mnie. Ta myśl 

sprawiła, że znowu zrobiło mi się niedobrze.

Dziesięć   minut   później,   zdesperowana,   przekopywałam   biurko   Richarda, 

grzebiąc   wśród   nożyków   do   otwierania   listów,   wiecznych   piór,   spinaczy,   gumek 

recepturek   i...   Zaraz,   a   to   co?   Spod   kalendarza   biurkowego   wystawał   kawałek 

błyszczącej, niebieskiej folii. Uniosłam kalendarz i wyciągnęłam ją. Opakowanie po 

prezerwatywie?

Znieruchomiałam   z   dłonią   zaciśniętą   kurczowo   na   pustej   szaszetce   po 

superprążkowanym   kondomie   firmy   Trojan.   Drugą   dłoń   zwinęłam   w   pięść.   Co 

opakowanie po prezerwatywie robi w biurku Richarda?

Gorączkowo   zaczęłam   szukać   jakiegoś   sensownego   wyjaśnienia.   Może   folia 

pochodzi z czasów, zanim został wspólnikiem (czytaj: sprzed epoki Maddie)? Może 

reprezentował   Trojana   w   jakimś   procesie   i   musiał   osobiście   zapoznać   się   z   ich 

produktem, by zdecydować, czy można go wykorzystać jako dowód? A może włamały 

się tu jakieś napalone małolaty, żeby spróbować seksu w gabinecie prawnika?

Cholera. Żadne z tych wyjaśnień nie wydawało mi się ani trochę przekonujące. Z 

trudem przełknęłam ślinę - nagle zaschło mi w ustach. Mój chłopak używał w pracy 

prezerwatyw. Jasny gwint. Obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek odnajdę Richarda, 

to go ukatrupię.

Nadal   wpatrywałam   się   w   zdradziecką   folię,   kiedy   zadzwonił   telefon. 

Odruchowo podniosłam słuchawkę.

  -   Słucham?   -   O   cholera!   Przecież   nie   powinno   mnie   tu   być.   Zaklęłam   w 

myślach, mając nadzieję, że to nie Jasmine.

Osoba   po   drugiej   stronie   linii   milczała   zaskoczona.   Potem   usłyszałam   męski 

głos:

 - Daj mi Richarda.

Przełknęłam ślinę. Miałam nadzieję, że mój rozmówca tego nie słyszał.

 - Z kim rozmawiam, jeśli wolno spytać?

Znowu   cisza.   Tyle  że   tym   razem   usłyszałam,   jak   facet   mruknął   pod   nosem 

„cholera".   Najwyraźniej   nie   był   zbyt   zadowolony,   że   w   to   wnikam.   Pewnie 

background image

zastanawiał   się,   czy   lepiej   odpowiedzieć,   czy   odłożyć   słuchawkę.   Ostatecznie 

zdecydował się na wariant numer jeden i odpowiedział szorstkim głosem:

 - Devon Greenway. A ty to kto, do cholery?

background image

Rozdział 5

Znieruchomiałam,   czując,   że   spinają   mi   się   wszystkie   mięśnie.   Boże. 

Rozmawiam przez telefon z mordercą!

Mordercą, który szukał Richarda. Żołądek zawiązał mi się w supeł. Nie mogłam 

się dłużej łudzić, że Richard nie siedzi w tym po same uszy. Nie wiedziałam tylko, 

jaka dokładnie jest jego rola w całej sprawie. Ale to chyba dobrze, biorąc pod uwagę, 

co   spotykało   ludzi,   którzy   wiedzieli!   Kończyli,   pływając   twarzą   w   dół   w   swoich 

eleganckich basenach.

Robiąc wszystko co w mojej mocy, by nie zabrzmieć jak Myszka Minnie w 

rozmowie z groźnym malwersantem i mordercą odpowiedziałam:

 - Maddie Springer.

 - Jesteś sekretarką Richarda?

Potraktowałam to jak osobistą zniewagę, bo wiedziałam już, ile zarabiał personel 

pomocniczy kancelarii.

 - Nie. Jego dziewczyną. Chwila ciszy.

 - Richard nigdy nie wspominał, że ma dziewczynę.

Poczułam się urażona. Być może noszę jego dziecko, a on nigdy nawet o mnie 

nie wspomniał.

  - Jest pan pewien? Maddie Springer? Czasem mówi do mnie pieszczotliwie 

„pączuszku". Jest pan pewien, że nigdy nie wspominał o pączuszku?

Słyszałam, jak Greenway głośno wypuszcza powietrze. Racja. Trochę zeszłam z 

tematu.

 - Nieważne. Tak naprawdę to bez znaczenia. Myślałam tylko, że może coś tam o 

mnie   wspomniał   przy   okazji   jakiejś   luźnej   rozmowy.   To   znaczy   wiem,   że   nie 

spotykaliście   się   na   pogaduchy.   Na   pewno   rozmawialiście   tylko   o   sprawach 

biznesowych,   bez   wnikania   w   życie   osobiste   drugiego,   więc,   zdaje   się,   nie   było 

powodu, żeby Richard o mnie mówił...

 - Chryste, czy ty nigdy nie zamykasz jadaczki? - przerwał mi Greenway.

Przełknęłam   ślinę.   Faktycznie,   kiedy   się   denerwuję,   dostaję   słowotoku.   A 

rozmowa telefoniczna z facetem, który udusił swoją żonę, a potem wrzucił jej ciało do 

background image

basenu,   sprawiała,   że   denerwowałam   się,   i   to   bardzo.   Wzięłam   głęboki   oddech   i 

wymamrotałam:

 - Przepraszam.

 - Daj mi Richarda - zażądał.

 - Ale... - Rozejrzałam się po splądrowanym przez policję gabinecie. - Richarda 

tu nie ma.

 - A gdzie jest, do cholery? Stary, żebym to ja wiedziała.

Z  jednej  strony,  byłam  zawiedziona,  że  nie  nastąpił  żaden wielki  przełom  w 

sprawie zniknięcia Richarda. Z drugiej strony, jeśli mój chłopak ukrywał się przed 

Greenwayem (a śmierć żony Greenwaya przekonała mnie, że tak właśnie było), to 

robił to całkiem skutecznie. Jakaś część mnie chciała, żeby pozostał w ukryciu. Coś w 

głosie Greenwaya sprawiało, że jeżyły mi się włoski na karku. Sprawiał wrażenie 

człowieka, który ma ochotę kogoś udusić.

 - Posłuchaj, dziewczyno Richarda. Nie mam czasu na gierki. Gdzie, do diabła, 

jest Richard?

  - Nie wiem - odparłam zgodnie z prawdą. - Nie ma go od piątku. Greenway 

zaklął siarczyście, dysząc ciężko do słuchawki.

 - Może zostawi pan wiadomość? - zapiszczałam w nadziei, że jeśli uda mi się go 

zatrzymać wystarczająco długo przy telefonie, zdołam się uspokoić i wymyślić coś 

inteligentnego.

  - Chcesz mi powiedzieć - powiedział kpiąco - że ten kutas nawiał? I to nie 

mówiąc nic swojej dziewczynie?

Owszem, Greenway był teraz nieuprzejmy, ale jeśli tak na to spojrzeć, Richard 

rzeczywiście wychodził na kutasa.

Pomyślałam, że może lepiej nie odpowiadać na to pytanie. Nie zamierzałam być 

tą, która pomoże Greenwayowi w pozbyciu się świadka numer 2, znanego również 

jako Kutas. Jednak biorąc pod uwagę, że naprawdę nie wiedziałam, gdzie zadekował 

się Richard, uznałam, iż nawet jeśli odpowiem, specjalnie mu nie zaszkodzę.

 - Zgadza się. Nie powiedział ani słowa.

 - Sukinsyn. - Greenway się rozłączył.

background image

Stałam nieruchomo przez całą minutę, wpatrując się w słuchawkę, a moje serce 

waliło jak oszalałe. Wzięłam głęboki oddech. Potem drugi. I jeszcze jeden. W końcu 

zrobiło mi się słabo i usiadłam w skórzanym fotelu przy biurku, żeby pomyśleć.

Gdybym   była   Ramirezem,   mogłabym   sprawdzić,   skąd   dzwonił   Greenway. 

Wysłałabym do jego kryjówki radiowozy i aresztowała go, żeby Richard mógł wyjść z 

ukrycia, a ja nasikać na test ciążowy. Niestety, nie byłam Ramirezem. W ogóle marny 

był ze mnie detektyw. Rozmawiałam przez telefon z głównym podejrzanym w sprawie 

o morderstwo i nie przyszło mi nawet do głowy, żeby spytać go, gdzie jest! Oparłam 

głowę na biurku. Nie miałam pojęcia co dalej.

Spojrzałam na zegarek. W pół do pierwszej. Jasmine w każdej chwili mogła 

wrócić z lunchu.

Wstałam,   modląc   się,   by   nie   ugięły   się   pode   mną   nogi.   Nie   ugięły   się,   co 

uznałam za dobry znak. Szybko wyszłam z gabinetu, pokonałam korytarz i wpadłam 

do recepcji.

 - I jak, znalazłaś to, czego szukałaś? - zawołała Althea do moich pleców.

 - Tak. Dzięki! - Machnęłam anemicznie ręką i wyszłam przez zewnętrzne drzwi. 

Wcisnęłam   guzik   pierwszej   windy   z   brzegu   i   zaczęłam   nerwowo   stukać   stopą   o 

podłogę. - Szybciej, szybciej.

Dokładnie w chwili, kiedy wbiegałam do kabiny, drzwi windy po mojej lewej 

rozsunęły się i wyszła z nich Jasmine. Spuściłam głowę, modląc się, żeby nie obejrzała 

się w moją stronę.

Nie obejrzała się, tylko kręcąc idealnym tyłkiem w rozmiarze trzydzieści sześć, 

wróciła do recepcji. Drzwi windy zasunęły się za mną. Uff. Niewiele brakowało.

Dwie minuty później przecięłam biegiem ulicę i schroniłam się w moim małym 

czerwonym   dżipie.   Zablokowałam   drzwi,   włączyłam   radio,   by   rozproszyć 

przytłaczającą   ciszę   (puszczali  akurat  piosenkę   Blink   182)  i  za   pomocą   specjalnej 

techniki   oddychania   poznanej   na   zajęciach   jogi   spróbowałam   się   uspokoić.   Choć 

wiedziałam, że Greenway nie może mnie dopaść  i udusić przez łącze telefoniczne, 

nadal miałam gęsią skórkę po rozmowie z nim. Do niedawna mój największy lęk 

budziły pająki z włochatymi odnóżami. A dziś rozmawiałam przez telefon z mordercą 

- nic dziwnego, że na zmianę pociłam się i dygotałam.

background image

Próbowałam się pocieszyć, że Greenway wie o miejscu pobytu Richarda tyle co 

ja, czyli nic. To oznaczało, że szanse na znalezienie Richarda pływającego twarzą w 

dół  w  basenie   były   raczej   znikome.   (Cieszyło  mnie   to,   bo  im  więcej  myślałam   o 

opakowaniu   po   prezerwatywie,   znalezionym   na   jego   biurku,   tym   większą   miałam 

ochotę własnoręcznie go udusić).

No dobrze, ale co dalej?

Ponownie zerknęłam na drugą stronę ulicy, odszukując okna gabinetu Richarda 

na piątym piętrze. Nie zauważyłam żadnych złowieszczych cieni gliniarzy, których 

mogłabym śledzić ani podejrzanych typów w czerni.

Potrzebowałam wsparcia.

Złapałam   komórkę   i   wybrałam   numer   Dany.   Odpowiedziała   niewyraźnym 

„Halo?" po czwartym sygnale.

  -   To   ja   -   powiedziałam.   -   Jesteś   zajęta?   Zachichotała.   W   tle   usłyszałam 

stłumiony męski głos. Przewróciłam oczami.

 - Może powinnam raczej zapytać, czy jesteś sama? Dana znowu zachichotała.

 - Niezupełnie. A co się dzieje?

 - Mam mały kryzys.

 - Znowu? Niestety.

 - Nieważne, słyszę, że jesteś zajęta.

  -   Nie,   nie.   Sasza   właśnie   wychodzi.   Musi   ćwiczyć   piramidę.   -   Ponownie 

zachichotała, a ja pomyślałam, że zaraz puszczę pawia. - Słuchaj, po południu mam 

casting, ale może spotkamy się za jakieś dwadzieścia minut w Fernando's? Przydałby 

mi się pedikiur.

Mnie też.

 - Będę tam za dziesięć minut.

Salon Fernando's znajdował się w środku złotego trójkąta Beverly Hills, na rogu 

Brighton   i   Beverly   Boulevard,   zaledwie   przecznicę   na   północ   od   Rodeo   Drive. 

Podrabiany Tatuś vel Fernando rozpoczął karierę w niedużym centrum handlowym w 

Chatsworth, ale dzięki poczcie pantoflowej i kilku nader pochlebnym wzmiankom w 

„LA Timesie" szybko obrósł w nowe piórka i przeniósł się do królestwa bogatych i 

zbotoksowanych.

background image

Oprócz tego, że jest prawdziwym czarodziejem, jeśli chodzi o włosy, Podrabiany 

Tatuś ma również wrodzony talent do dekorowania wnętrz. (Okay, powiedzmy, że 

mam siedemdziesiąt pięć procent pewności, że nie jest gejem). Wnętrza Fernando's co 

roku przechodziły metamorfozę, zgodnie z najnowszymi trendami. W tym roku na 

topie był styl industrialny. Ściany salonu pokrywała metaliczna glazura z rdzawymi 

akcentami, połyskująca w świetle wpadającym przez całkowicie przeszkloną ścianę 

frontową.   Stylizacji   dopełniały   wyeksponowane   pod   sufitem   miedziane   rury, 

współczesne malowidła bez ram i betonowa podłoga. Może i wystrój przypominał 

trochę magazyn, ale w tej części miasta był synonimem szyku.

  -   Maddie,   skarbeńku!   -   Marco,   recepcjonista,   wyszedł   do   mnie   i   cmoknął 

powietrze przy obu moich policzkach. Był szczupłym Latynosem, który używał więcej 

eyelinera niż tancerka rewiowa. - Jak się masz?

 - Bywało lepiej - odparłam szczerze. - Jest Ralph?

 - Fernando - poprawił mnie Marco. - Przedłuża właśnie włosy pani Spears. - Już 

szeptem dodał: - Matce Britney.

  -   Och   -   odszepnęłam,   udając   stosowne   zainteresowanie.   Spojrzałam   w   głąb 

salonu,   gdzie   Podrabiany   Tatuś   dosztukowywał   rude   pasma   pięćdziesięciolatce   w 

ciuchach od Chanel. Zauważył mnie i pomachał.

  - Słuchaj - powiedziałam, zwracając się do Marco. - Mam naprawdę kiepski 

dzień. Czy mógłbyś mnie jakoś wcisnąć na pedikiur?

  - Dla ciebie wszystko, skarbie. - Marco złapał wielką czarną księgę z biurka, 

które   wyglądało,   jakby   zostało   zrobione   z   aluminiowej   okładziny   ścian   domów. 

Przerzucił parę kartek.

 - Myślisz, że dałbyś radę wcisnąć jeszcze Danę? Marco zmarszczył brwi.

 - Ślicznie cię proszę.

 - Maddie, musisz z tym skończyć, skarbeńku. Robisz mi chaos w grafiku.

Zatrzepotałam rzęsami.

 - Och, ślicznie, ślicznie proszę.

 - Grasz nie fair... No dobrze. Chia zajmie się wami za piętnaście minut. Możesz 

iść moczyć stópki.

 - Jesteś aniołem, Marco.

background image

Marco posłał mi w powietrzu buziaka.

 - Wiem!

Podeszłam   do   ściany   w   głębi   salonu,   gdzie   znajdowały   się   stanowiska   do 

pedikiuru, znalazłam pusty fotel, ściągnęłam buty i zanurzyłam stopy w ciepłej wodzie 

z bąbelkami. Poczułam przyjemne odprężenie.

Zamknęłam oczy, próbując uspokoić rozhuśtane emocje. Prawie mi się udało, 

kiedy na sąsiedni fotel klapnęła zasapana Dana.

  - Sorry za spóźnienie. Był straszny tłok na stodziesiątce. Otworzyłam oczy i 

zamrugałam. Dwa razy.

Obok   mnie   siedziała   Morticia   Adams.   A   dokładniej   skrzyżowanie   Morticii 

Adams z Króliczkiem Playboya. Dana miała na sobie czarny winylowy kostium z 

olbrzymim dekoltem, ledwie zakrywający tyłek. Jej włosy były schowane pod czarną 

peruką,  która  była  bardziej  natapirowana  niż  moje  włosy w 1985.  Blady podkład, 

czarny   eyeliner   i   burgundowa   konturówka   dopełniały   wizerunek   rodem   z 

halloweenowej imprezy. Tyle że mieliśmy dopiero lipiec.

 - Aż boję się zapytać, co jest grane - powiedziałam.

 - Chodzi ci o to? - Dana spojrzała po sobie. - Mówiłam ci, że mam casting. Na 

sobowtóra Elwiry, Władczyni Ciemności. A co, rzucam się w oczy?

Rozejrzałam się po salonie. Właściwie to nie odstawała specjalnie od ogółu. W 

końcu to Los Angeles.

  - No dobra - powiedziała - mów, co to znowu za kryzys? Najszybciej jak się 

dało, streściłam jej wydarzenia dwóch ostatnich

dni.   Opowiedziałam   o   wizycie   Ramireza   w   mieszkaniu   Richarda,   pływającej 

twarzą w dół rudowłosej kobiecie, wreszcie o mojej improwizowanej pogawędce z 

Greenwayem. Kiedy skończyłam, nasze paznokcie u nóg zdążyły się już namoczyć, 

zostały nawilżone i opiłowane, a Dana siedziała z rozdziawioną buzią.

 - To lepsze od Rodziny Soprano! Naprawdę rozmawiałaś z mordercą? Jaki miał 

głos?

 - Prawdę mówiąc, był wkurzony.

 - Boże. Mogłaś stracić życie!

Czy wspominałam już, że Dana ma skłonność do dramatyzowania?

background image

  - To była tylko rozmowa telefoniczna. - Postanowiłam nie mówić, jak bardzo 

sama dramatyzowałam z powodu tej rozmowy.

 - I co zrobiłaś?

 - Nic. On się rozłączył.

Dana popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.

 - Jak to „nic"? Nie zapytałaś go, gdzie jest? Powoli pokręciłam głową.

 - Może słyszałaś w tle jakieś charakterystyczne dźwięki? Sprawdziłaś numer na 

wyświetlaczu? Zadzwoniłaś do identyfikacji numerów?

Znowu   pokręciłam   głową.   Ze   wstydem   musiałam   przyznać,   że   żadna   z   tych 

rzeczy nie przyszła mi do głowy.

 - Kretynka ze mnie, co?

Dana była dobrą przyjaciółką, dlatego darowała sobie odpowiedź na to pytanie. 

W zamian ściągnęła w skupieniu przyczernione brwi.

 - Słuchaj, chodziłam kiedyś z kolesiem z firmy telekomunikacyjnej. Mówił, że 

niektóre   małe   firmy   prowadzą   rejestr   wszystkich   rozmów   przychodzących   i 

wychodzących. Może w kancelarii Richarda też mają coś takiego?

Przypomniałam sobie uwagę w aktach Jasmine odnośnie do jej zamiejscowych 

telefonów.

 - Tak! Mają! Boże, Dana, jesteś genialna.

Dana siedziała rozparta w fotelu z miną  osoby, która  właśnie ułożyła kostkę 

Rubika.

Oczywiście   wiedziałam,   że   nie   wydobędę   od   Jasmine   żadnych   informacji 

dotyczących kancelarii, ale czułam, że jeśli zaczekam, aż wyjdzie jutro na lunch, mam 

szanse przekonać Altheę, by sprawdziła dla mnie ten numer. Miałam wrażenie, że 

nawet   współczuje   Richardowi.   A   jeśli   się   myliłam,   zawsze   mogłam   ją   przekupić 

darmowym manikiurem.

  - Ale super - powiedziała Dana, ruszając odpacykowanymi palcami u stóp. - 

Zupełnie jak w pilocie, w którym zagrałam wiosną, Detektywi w szpilkach. Tropimy 

prawdziwego zabójcę.

Co?

 - Chwileczkę. Co znaczy „tropimy"?

background image

Dana udała urażoną, wydymając mocno umalowane wargi.

  - Hej, nie ma mowy,  żebyś bawiła się w  Aniołki Charliego  beze mnie. Choć 

doceniałam dobre chęci Dany, to błysk w jej oku, kiedy mówiła

Aniołki Charliego, sprawił, że trochę się zaniepokoiłam. Zaraz każe mi założyć 

perukę i spodnie dzwony.

 - To nie jest zabawa, Dano. Myślę, że Richard ma poważne kłopoty.

  -   Nagle   pomysł   z   odszukaniem   Greenwaya   przestał   mi   wydawać   się   taki 

genialny. Bo co zrobimy, jeśli rzeczywiście go znajdziemy? Jak Dana entuzjastycznie 

zauważyła, facet był mordercą. A jeśli miał broń? I będzie próbował nas zabić? Nie 

byłam gotowa na pożegnanie z życiem, tak samo jak nie byłam gotowa na zrobienie 

testu ciążowego.

 - Może jednak powinnam zostawić tę sprawę policji - stwierdziłam.

  - Mają odpowiedni sprzęt i w ogóle. Nie wspominając już o doświadczeniu z 

podobnymi przypadkami.

Dana spojrzała na mnie, mrużąc oczy.

 - Jak myślisz, co zrobią, kiedy znajdą Richarda?

Przygryzłam wargę.

 - Odwiozą go do domu?

 - Och. - Dana zaimprowizowała dźwięk gongu. - Zła odpowiedź. Odczytają mu 

jego   prawa,   a   potem   założą   kajdanki.   Skarbie,   oni   przetrząsnęli   jego   gabinet, 

przeszukali mieszkanie. Nie robią takich rzeczy bez powodu. Nie oglądasz telewizji?

Poczułam ucisk w żołądku. Oglądam. Dana miała rację. Kiedy Ramirez mnie 

wczoraj   przesłuchiwał,   odniosłam   wrażenie,   że   Richard   nie   jest   już   uważany 

wyłącznie za świadka.

 - Ale Richard jest niewinny - zaprotestowałam. Tyle że zabrzmiało to dziwnie 

niepewnie, nawet w moich uszach. - Jest jeszcze coś - przyznałam.

 - To znaczy?

Nachyliłam   się   do   niej,   ściszając   głos   do   szeptu,   żeby   nie   wychwycił   go 

plotkarski radar Marca.

  - Kiedy przeszukiwałam gabinet Richarda, znalazłam coś, czego nie powinno 

tam być.

background image

Przysunęła   się   na   tyle   blisko,   że   poczułam   w   jej   oddechu   beztłuszczowe 

bezkofeinowe latte, które wypiła rano.

 - Co takiego?

Z trudem przełknęłam ślinę.

 - Saszetkę po prezerwatywie. Zamrugała oczami, jakby czekała na puentę.

 - No i?

 - Nigdy nie robiliśmy tego w jego gabinecie. Właściwie to robiliśmy to tylko w 

jego sypialni. Albo w mojej.

  -   Czekaj,   chcesz   powiedzieć,   że   nigdy   nie   kochałaś   się   z   Richardem   poza 

łóżkiem?

Nie   jestem   wstydnisią.   Oglądam   HBO,   rozmawiam   szczerze   z   moim 

ginekologiem, posługując się językiem anatomii i mam na swoim koncie przeciętną 

liczbę   seksualnych   doświadczeń.   Jednak   pobłażliwe   spojrzenie   Dany   sprawiło,   że 

moje policzki zaczęły płonąć żywym ogniem.

 - Nie. Richard lubi, kiedy jest wygodnie - odparłam na swoją obronę.

Dana jęknęła z niedowierzaniem.

 - Seks nie ma być wygodny. Ma być dziki, namiętny, zwierzęcy...

 - Okay, rozumiem. - Zdaje się, że pani Spears zaczęła się nam przyglądać.

 - Wow. Żyjesz naprawdę bezpiecznie.

Bałam   się,   że   jeśli   temperatura   moich   policzków   jeszcze   się   podwyższy, 

eksploduję. Owszem, Richard lubił, żeby było wygodnie. Nie widzę w tym nic złego. 

To dobrze, kiedy jest wygodnie. W plecy nie wbija ci się drążek zmiany biegów, w 

oczach nie masz mydła. Może Richard i ja nie byliśmy seksualnymi kaskaderami jak 

Dana, ale naszemu pożyciu nic nie brakowało. I przysięgam: ani przez chwilę nie 

pomyślałam o Ramirezie, kiedy Dana mówiła o dzikim, zwierzęcym seksie. Nawet 

przez sekundę.

 - Nie rozumiesz, w czym rzecz. Ta prezerwatywa nie była moja.

 - Okay, ale nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Może nie była jego, tylko 

któregoś z jego przyjaciół.

background image

Tak, jasne. Tej samej wymówki użyłam w ostatniej klasie liceum, kiedy byłam 

na   tyle   głupia,   żeby   spróbować   trawki,   i  mama   przyłapała   mnie   na   gorączkowym 

wywietrzeniu pokoju. Nie zabrzmiało to wtedy przekonująco. Teraz też nie.

Byłam jednak zdesperowana.

 - Myślisz?

 - Jasne. Albo po prostu opróżnił kieszenie na biurko po tym, jak spędził noc u 

ciebie.

O, to wytłumaczenie nie było takie najgorsze.

 - Pewnie masz rację.

  - Oczywiście, że mam. Richard za tobą szaleje. Nie uwierzę, że zabawia się z 

recepcjonistką czy coś takiego.

Richard i Jasmine? Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. Musiałabym kupić 

broń i skończyć ze sobą, bo nie chciałabym żyć w świecie, gdzie panny pokroju Miss 

Plastik są w stanie odbić chłopaka takiej bogini jak ja. Nie, żebym była zarozumiała, 

ale Jasmine stała o stopień wyżej od brudu z pępka.

  - Masz rację. Richard na pewno mi to jakoś logicznie wyjaśni. Gdy tylko go 

znajdę.

Z   paznokciami   u   stóp   połyskującymi   już   Fuksjową   Fuzją   i   Inwazją   Różu 

udałyśmy się z Daną na lunch do Brown Bag Deli na Wilshire Boulevard. Po drodze 

Elwira,   Pani   Ciemnych   Cieni   do   Powiek,   rozdała   aż   trzy   autografy,   mrucząc   z 

nadzieją: „Mogłabym się do tego przyzwyczaić". Kiedy w końcu napchałyśmy się 

koszernymi kanapkami z ogórkiem konserwowym i indykiem (Dana dodała do swojej 

niskotłuszczowy majonez i kiełki, ja zamówiłam porcję z ekstraserem i frytkami - no 

co, prawdopodobnie jadłam teraz za dwoje, nie?), zrobiło się późno. Uświadomiłam 

sobie, że od paru dni nawet nie tknęłam butków ze Strawberry Shortcake. Obiecałam 

Danie, że zadzwonię do niej, jak tylko załatwię sprawę z Altheą, podrzuciłam ją na 

casting, a sama wróciłam do domu.

Zmusiłam się do dokończenia projektu mieniących się sznurówek i zapięć na 

rzepy,   w   które   miały   być   wyposażone   buciki,   po   czym   zamówiłam   jedzenie   z 

wietnamskiej knajpy. Byłam zbyt zmęczona, żeby zawracać sobie głowę talerzami, 

więc zjadłam makaron ryżowy plastikowym łyżkowidelcem, stojąc przy kuchennym 

background image

blacie.   Cały   czas   starałam   się   unikać   kontaktu   wzrokowego   z   małym   różowym 

pudełeczkiem, które stawało się moją obsesją.

Wiedziałam, że zachowuję się jak tchórz. Powinnam zrobić ten cholerny test i 

już. Ale już wcześniej miałam wątpliwości, a teraz miałam ich jeszcze więcej. A jeśli 

Richard jest zaangażowany w sprawę Greenwaya bardziej, niż myślałam. A jeśli wcale 

nie jest kryształowo czysty. Co jeśli Ramirez - albo, co gorsza, Greenway - znajdą go 

przede mną.

Co jeśli Richard nie ma przekonującego wyjaśnienia, skąd na jego biurku wzięło 

się opakowanie po prezerwatywie.

Tak   więc   zamiast   otworzyć   pudełko   jak   normalna,   rozsądna   kobieta, 

postanowiłam trzymać się teorii, że problem, którego nie zauważamy, nie istnieje. 

Klapnęłam na materac i włączyłam telewizor. Wyparcie jest najlepszym przyjacielem 

dziewczyny.

Nie   uwierzycie,   ale   na   pierwszym   kanale,   jaki   włączyłam,   nadawali   właśnie 

materiał z energiczną reporterką z fryzurą a la Tipper Gore, stojącą nad basenem Celii 

Greenway. Pojawił się Ramirez (w dopasowanych lewisach i prostej skórzanej kurtce 

wyglądał   bardzo   apetycznie)   i   poinformował   reporterkę   o   postępach   śledztwa.   Z 

grubsza powiedział jej to samo, co mnie wczoraj. Biuro koronera nadal nie wydało 

oświadczenia w sprawie przyczyny śmierci Celii Greenway.

Poczułam, że makaron bulgocze mi w żołądku, kiedy na ekranie ukazały się 

kolejne obrazy. Uśmiechnięta, rudowłosa Celia siedzi na ławce. Devon Greenway z 

włosami elegancko zaczesanymi do tyłu, w smokingu, wymienia uścisk dłoni z jakimś 

politykiem.   Reporterka   podała,  że  Newtone   Technologies  Corporation  jest  obecnie 

objęte   dochodzeniem   dotyczącym   oszustw,   defraudacji   i   wielu   innych 

nieprawidłowości. Jej wyregulowane brwi były ściągnięte w udawanej trosce.

Na szczęście nie pokazali żadnych zdjęć Richarda.

Jeszcze.

background image

Rozdział 6

Nazajutrz obudziłam się wcześnie, nabuzowana nerwową energią, choć jeszcze 

nie   wypiłam   obowiązkowej   filiżanki   kawy.   Przez   całą   noc   śnili   mi   się   Ramirez, 

Greenway,   a,   co   najważniejsze,   Richard.   Nie   wspominając   już   o   tajemniczym 

opakowaniu po prezerwatywie.

Im   dłużej   się   nad   tym   zastanawiałam,   tym   więcej   miałam   wątpliwości,   czy 

Richard   jest   tylko   niewinnym   świadkiem.   Z   jego   wyciągów   bankowych   wyraźnie 

wynikało,   że   potrzebuje   pieniędzy.   A   tu   proszę,   nagle   pojawia   się   dwadzieścia 

milionów   dolarów   do   wzięcia.   Kusząca   propozycja.   I   choć   chciałam   wierzyć,   że 

Richard nie ulegał pokusom, pewności nie miałam.

Uznałam, że po tak wyczerpującej nocy na śniadanie należy mi się podwójna 

mocha   latte   z   dekadencką   bitą   śmietaną.   (Czasami   dziewczyna   musi   sobie 

pofolgować). Wciągnęłam dżinsy biodrówki, czarny top od Calvina Kleina i srebrne 

lakierowane   pantofle   bez   palców,   w   których   mogłam   pochwalić   się   różowymi 

paznokciami. Złapałam torebkę i pojechałam do najbliższego Starbucksa.

Ku mojemu zdziwieniu znalazłam wolne miejsce parkingowe niedaleko wejścia. 

Stanęłam w kolejce, w której jak zwykle czekał milion uzależnionych od kofeiny osób. 

Dzięki temu miałam aż nadto czasu, żeby przyjrzeć się paterom z ciastkami. Zanim 

dotarłam   do   pryszczatego   dzieciaka   przy   kasie,   moje   zamówienie   jakimś   cudem 

powiększyło się o muffina z kawałkami czekolady i croissanta z jagodami.

Znalazłam   spokojny   kącik   z   tyłu   i   przystąpiłam   do   pałaszowania   śniadania 

składającego   się   z   tłuszczu,   cukru   i   megailości   kofeiny.   Pochłonęłam   croissanta   i 

właśnie   delektowałam   muffinem   (rozpływająca   się   w   ustach   pychota!),   kiedy 

poczułam, że wreszcie dochodzę do siebie.

Okay, może nie do końca, bo zwykle moim największym zmartwieniem było, 

czy   wynagrodzenie   za   kalosze   ze   Spidermanem   wystarczy   na   czynsz   w   danym 

miesiącu. Teraz buty były ostatnią rzeczą, o jakiej myślałam. A to oznaczało, że tracę 

kontrolę nad swoim życiem.

Właśnie zlizywałam z palców okruszki muffina, kiedy usłyszałam dzwonienie w 

torebce. Wyciągnęłam komórkę i zobaczyłam na wyświetlaczu numer mamy.

 - Halo? - powiedziałam, nadal zbierając palcem okruszki po muffinie.

background image

Mama westchnęła ciężko do telefonu.

 - Zapomniałaś, prawda? Cholera. Tylko nie to.

  -   Oczywiście,   że   nie   zapomniałam.   -   Ale   o   czym?   Zaczęłam   gorączkowo 

myśleć, co związanego ze ślubem znowu mi umknęło. Wybór kwiatów? Próbowanie 

tortu? Proszę, niech tylko nie chodzi o wybór bielizny na miesiąc miodowy. Jezu.

 - Masz dziś przymiarkę sukienki. Maddie, miałaś tu być o dziesiątej. W myślach 

pacnęłam się dłonią w czoło. Przymiarka sukienek druhen.

Najlepsza przyjaciółka mamy, moja kuzynka Molly i ja miałyśmy zaszczyt być 

druhnami mamy, podczas jej drugiej wyprawy do ołtarza. Mama postanowiła wystroić 

nas   w   sukienki   w   stylu   vintage.   Już   kilka   tygodni   temu   zostałyśmy   starannie 

wymierzone, ale dopiero dzisiaj miała nastąpić oficjalna odsłona. Mama nie chciała 

wcześniej  pokazać   sukienek żadnej  z  nas,  bo  jak powiedziała,   chciała  nam zrobić 

„zabawną niespodziankę". Sformułowanie to przepełniało mnie panicznym lękiem.

Początkowo   zaproponowałam,   że   sama   zaprojektuję   sukienki.   W   końcu   mam 

dyplom   z   projektowania.   Jednak   mama   uparła   się   zatrudnić   kiczowatą   stylistykę. 

Chciała, żeby za drugim podejściem było zabawnie, bo było to coś, czego bardzo jej 

brakowało w pierwszym małżeństwie.

Za pierwszym razem mama brała ślub w zabytkowym kościele (wybranym przez 

moją babkę, irlandzką katoliczkę), wypowiadając przysięgę małżeńską po łacinie (na 

co nalegała moja babka), a ceremonii przewodniczył wiekowy ksiądz (oczywiście, 

znajomy mojej babki). Cztery lata później mama została samotną matką rozwiniętej 

nad   wiek   trzylatki   (czyli   mnie),   gdy   tata   nawiał   do   Las   Vegas,   gdzie,   o   ile   mi 

wiadomo, związał się z tancerką o imieniu Lola.

Tym razem mama chciała zrobić wszystko po swojemu. Ceremonię na klifie nad 

Pacyfikiem   miała   poprowadzić   kobieta   sędzia   pokoju,   a   swobodną   oprawę   miały 

uzupełniać „zabawne" sukienki w stylu vintage.

Postanowiłam być dzielna.

 - Przyjedziesz na przymiarkę, prawda? - W głosie mamy słyszałam wzbierającą 

panikę.

 - Jasne. Już jadę. Po prostu utknęłam w korku. - Tak, wiem, pójdę do piekła za 

okłamywanie własnej matki.

background image

Mama   westchnęła.   Prawie   widziałam,   jak   wznosi   oczy   ku   niebu,   prosząc 

niebiosa o cierpliwość.

 - W takim razie czekamy.

  -   Już   jadę   -   odparłam.   Po   chwili   dodałam:   -   Tym   razem   nie   ściemniam.   - 

Rozłączyłam   się,   zanim   zdążyła   odpowiedzieć.   Jednym   haustem  dopiłam   kawę, 

pociągnęłam usta świeżą warstwą błyszczyku i popędziłam do dżipa.

Dziesięć minut później nerwowo krążyłam wokół salonu sukien ślubnych Bebe's, 

szukając miejsca do zaparkowania. Objechałam przecznicę dwa razy. Nic. Zerknęłam 

na zegarek i licząc, że przymiarka nie potrwa długo, postawiłam samochód równolegle 

do chodnika, tak że tył wystawał trochę za znak strefy parkowania.

Mama   czekała   na   mnie   w   holu,   a   jej   podkreślone   niebieskim   cieniem   oczy 

płonęły gniewem. Miała na sobie dżinsową spódnicę do kostek, sportowe skarpety i 

adidasy, a na górze zapinaną na guziki falbaniastą bluzkę w drobne kwiatki w kolorze 

puree z fasoli. Stłumiłam westchnięcie i zignorowałam cichy głos w mojej głowie 

mówiący,   że   powinnam   się   była   upierać   przy   samodzielnym   zaprojektowaniu 

sukienek.

  -   Przepraszam   za   spóźnienie.   -   Cmoknęłam   mamę   w   policzek,   co   nieco 

złagodziło jej surowe spojrzenie. Nie całkiem, ale trochę.

 - Przysięgam, Maddie, jeśli spóźnisz się na ślub, to cię wydziedziczę.

  -   Mamo!   -   zawołałam   z   udawanym   oburzeniem.   -   Prawie   nigdy   się   nie 

spóźniam.

Zmrużyła oczy.

 - Okay. Nastawię dwa budziki. Stłumiła uśmiech.

 - Lepiej chodźmy.

Ruszyłam   za   mamą   do   przymierzalni.   Salon   Bebe's   był   niewielki   jak   na 

standardy Hollywood. Były tu tylko trzy przymierzalnie i główny salon wystawowy z 

sześcioma  chromowanymi  wieszakami,   na  których  wisiały   długie,  zwiewne   suknie 

ślubne. Starałam się nie patrzeć, kiedy przechodziłyśmy obok. Co prawda nie należę 

do dziewczyn, które już w wieku pięciu lat wiedzą, jak będzie wyglądał ich ślub, ale 

obecność   romantycznych   białych   sukien   sprawiała,   że   czułam   się   podniecona   jak 

szóstoklasistka. Na widok podróbki Very Wang serce zaczęło walić mi jak szalone.

background image

Czy właśnie tego chciałam? Ślubu? Kiedy zorientowałam się, że spóźnia mi się 

okres, przez głowę przemknęły mi najrozmaitsze szalone myśli. Przyznaję, że niektóre 

z nich krążyły wokół białego welonu z koronki i gazy. Jednak wtedy myślałam, że pan 

młody jest wziętym, przewidywalnym (nawet jeśli trochę zwiariowanym na punkcie 

zwijania skarpetek) prawnikiem. W ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin zmienił 

się w człowieka o wątpliwym charakterze. Po raz kolejny zastanowiłam się, ile tak 

naprawdę Richard wiedział o Devonie Greenwayu. A przede wszystkim, co wiedział 

na temat zabójstwa Celii?

Potrząsnęłam głową, uświadamiając sobie, że matka coś do mnie mówi.

 - ...i kiedy znalazłam tę sukienkę w Internecie, od razu wiedziałam, że będzie dla 

ciebie idealna.

W Internecie? Oho.

 - Starałam się wybrać sukienki w różnych stylach, które wszystkich zaskoczą - 

ciągnęła.  - Oczywiście  trzeba  było trochę  popuścić  sukienkę  Molly,  ale  myślę,  że 

twoja będzie leżała jak ulał.

Uśmiechnęłam się, starając nie okazywać niepokoju.

Mama   usadziła   mnie   na   białej   sofie   naprzeciwko   dużego   lustra.   Obok 

znajdowały   się   trzy   przymierzalnie.   Spod   dwóch   zaciągniętych   zasłon,   wystawały 

bose stopy.

  - Dorothy? Molly? Maddie już tu jest - zawołała mama w stronę zasłonek, po 

czym zwróciła się do mnie. - Idę po twoją sukienkę. Zaraz wracam. Nigdzie się stąd 

nie ruszaj!

Gdzieżbym śmiała.

Jedna   z   zasłon   rozsunęła   się   i  z   przymierzami  wyszła   najlepsza   przyjaciółka 

mamy,   Dorothy   Rosenblatt.   Trafniejszym   określeniem   byłoby   pewnie:   „wytoczyła 

się".   Była   pięćdziesięciosześcioletnią   pięciokrotną   rozwódką,   o   figurze   zapaśnika 

sumo.   Przy   wzroście   metr   pięćdziesiąt   ważyła   jakieś   dziewięćdziesiąt   kilo. 

Wystarczyło jednak, by otworzyła usta, by jej wygląd zewnętrzny zszedł na drugi 

plan. Bo pani Rosenblatt była, jak my to nazywamy w LA, ekscentryczką.

Ona   i   mama   poznały   się   kilka   lat   wcześniej,   kiedy   po   wyjątkowo 

przygnębiających samotnych walentynkach mama poszła do pani Rosenblatt, żeby ta 

background image

postawiła   jej   tarota.   Pani   Rosenblatt   przepowiedziała   wtedy,   że   mama   pozna 

przystojnego,   ciemnego   faceta   i   całkowicie   straci   dla   niego   głowę.   Dwa   tygodnie 

później pod naszymi drzwiami pojawił się zbłąkany czarny labrador. Barney, jak go 

nazwałyśmy,   całkowicie   zawładnął   sercem   mamy,   i   od   tamtej   pory   mama   i   pani 

Rosenblatt są dobrymi przyjaciółkami.

Pani   Rosenblatt  była   już   w   swojej   sukience   druhny,   lawendowej   w   kształcie 

abażura, z haftowanymi zielonymi stokrotkami. (Teraz zaczęłam się bać nie na żarty).

 - Maddie, jesteś - zawołała, klaszcząc w dłonie, przy czym jej ramiona zatrzęsły 

się jak galareta.

 - Przepraszam za spóźnienie. - Nachyliłam się, żeby ucałować ją w policzek.

 - Czekaj! - zawołała. - Coś jest nie tak.

Przez głowę przemknęła mi straszliwa myśl, że może jakimś cudem wykryła 

moje inne spóźnienie. (Okay, nie do końca wierzę w tarota i inne takie, ale jestem za 

dużym tchórzem, żeby całkiem to olewać).

Pani Rosenblatt odsunęła się i przyjrzała mi się, mrużąc oczy.

 - Jesteś fioletowa - powiedziała w końcu. Co?

 - Jestem fioletowa?

 - Twoja aura, Maddie. Och, skarbie, przecinają ją fioletowe smugi. Czy coś cię 

dręczy?

Hm... Mój chłopak zniknął, a w dodatku może być zamieszany w malwersację i 

morderstwo. Widziałam, jak ludzie z biura koronera wyławiają z basenu ciało kobiety, 

rozmawiałam przez telefon z żonobójcą i znalazłam w gabinecie mojego chłopaka 

opakowanie po prezerwatywie. Och, i być może jestem w ciąży. Nie, wszystko w 

porządku.

Postanowiłam jednak nie wdawać się w szczegóły.

 - Nie, wszystko w porządku.

  -   Hm.   -   Zmarszczki   między   namalowanymi   brwiami   pani   Rosenblatt   się 

pogłębiły. - Unikaj deszczu. Deszcz bardzo źle działa na fiolety.

Starałam się nie przewrócić oczami, ale nie wiem, czy mi się udało.

 - W LA nigdy nie pada.

background image

  - Madds! - Jakaś kobieta z nadwagą, wciśnięta w liliową sukienkę z plisami, 

wypadła zza drugiej zasłony i zaczęła mnie obcałowywać. Dopiero po chwili dotarło 

do mnie, że wcale nie ma nadwagi, tylko jest w ciąży. Znowu.

 - Cześć, Molly. I gratulacje - powiedziałam, starając się ją uściskać delikatnie, 

ze względu na zaokrąglony brzuszek.

Molly   uśmiechnęła   się   od   ucha   do   ucha,   głaszcząc   się   po   brzuchu   jak 

zadowolony Budda.

 - Dzięki. Stan i ja jesteśmy bardzo podekscytowani. Mamy termin na grudzień. 

W zeszłym tygodniu byliśmy na pierwszym USG. Chcesz zobaczyć zdjęcie?

Nie czekając na moją odpowiedź, wyciągnęła z torebki pękaty portfel. Otworzyła 

go i rozwinęła plastikową harmonijkę ze zdjęciami dzieci.

  - Prawda,  że uroczy? - powiedziała, pokazując rozmyte czarno - białe zdjęcie 

zniekształconego mupeta.

 - Tak, uroczy. - Zmrużyłam oczy, nie do końca wiedząc, na co właściwie patrzę.

 - Stan mówi, że to będzie chłopiec, bo nosimy brzuch dosyć nisko.

Nosimy?   Ciekawe   jak   często   brzuch   nosił   za   nią   jej   mąż.   Pani   Rosenblatt 

przyłożyła   dłoń   do   brzucha   Molly,   wywracając   oczami.   Wyglądała   jak   tytułowa 

bohaterka Świtu żywych trupów.

  -  To   będzie   chłopiec   -   orzekła   i   zamilkła.   -   Albo   dziewczynka   z   niezłym 

charakterkiem.   W   każdym   razie   będziecie   musieli   uważać   na   tego   malucha.   - 

Dobrotliwie pogroziła Molly grubym palcem.

  -   Co   u   ciebie?   -   zapytała   Molly,   szturchając   mnie   łokciem   w  żebra.   -   Czy 

słychać już weselne dzwony?

Wzdrygnęłam się, bo nic nie wskazywało na to, bym miała je usłyszeć.

 - Mam chłopaka - powiedziałam wymijająco.

Pani Rosenblatt przyłożyła pulchną dłoń do mojego czoła i zamknęła oczy.

 - Widzę ślub. I dzieci. Już niedługo. Dużo dzieci. Zrobiło mi się słabo.

  - Jestem! - Mama wróciła, chowając coś za plecami. Uśmiechała się jak kot, 

który właśnie zjadł kanarka. - Kto chce zobaczyć sukienkę Maddie? - zapytała.

Odpowiedziały jej podniecone piski. Chyba nie muszę dodawać, że żaden nie 

pochodził ode mnie.

background image

 - Dobrze... - Mama wyciągnęła zza pleców fioletową zasłonę prysznicową. - Oto 

i ona.

Boże. To nie była zasłona prysznicowa. To była sukienka. Moja sukienka.

 - Wow.

Mama rozpromieniła się, wydając ledwie dosłyszalny pomruk zadowolenia.

 - Wiedziałam, że ci się spodoba.

Pierwszym błędem mamy było wzięcie mojego westchnienia za wyraz zachwytu, 

a nie przerażenia. Drugim, o wiele większym, był wybór tej sukienki.

 - Gdzie ją znalazłaś? - zapytałam spanikowana. Nie było mowy, żebym pokazała 

się komukolwiek w tym paskudztwie.

  -   Na   e   -   Bayu.   Uwierzysz,  że   kosztowała   tylko   trzydzieści   dolarów? 

Uwierzyłam.

 - Wow - powtórzyłam.

 - Przymierz.

Przełknęłam ślinę, pocąc się na samą myśl, że miałabym tego czegoś dotknąć.

 - Och.

Zapanowało ogólne poruszenie. Wśród wirujących plis i pisków Molly zostałam 

pozbawiona dżinsów oraz topu, zmieniając się w fioletowego ufoluda. Nie liliowego 

czy lawendowego. Fioletowego.

 - To poliester? - zapytałam. Czułam, że wszystko mnie swędzi. Mama krążyła 

wokół mnie, zapinając, poprawiając i obciągając sukienkę.

 - Powinna się dobrze prać. Będziesz ją mogła nosić latami. Z dumą powiem, że 

nie roześmiałam się na głos.

 - I co o niej myślisz? - zapytała mama.

Zwlekałam   ze   spojrzeniem   w   lustro.   Ale   ta   koszmarna   sukienka   była   jak 

katastrofa   kolejowa.   Nie   mogłam   na   nią   nie   spojrzeć.   Rzuciłam   okiem   na   swoje 

odbicie.  Mama   odsunęła  się,   z  dłońmi  złożonymi  jak  do modlitwy,   jakby  właśnie 

stworzyła arcydzieło.

 - Och, Madds. Wyglądasz prześlicznie.

Zmusiłam się do uśmiechu. Właściwie był to bardziej grymas niż uśmiech, ale 

mama   chyba   tego  nie  zauważyła.  Sukienka   (o ile   można   to coś  tak nazwać)  była 

background image

obcisła w talii i biodrach, z rozkloszowaną spódnicą, co znakomicie podkreślało, że 

przez ostatnich parę dni nie żałowałam sobie niezdrowych dań. Coś okropnego.

Miała głęboki dekolt, była krótka i przypominała trochę moją sukienkę z balu 

maturalnego. Aż prosiła się o karbowane włosy i żelowe bransoletki.

  -   Wychodzą   jej   piersi   -   skomentowała   pani   Rosenblatt.   Spojrzałam   w   dół. 

Zawsze miałam skromny dekolt.

  -   Faktycznie,   trochę   obcisła.   -   Mama   odsunęła   się,   bacznie   przypatrując   się 

mojej talii. - Maddie, przytyłaś?

Przerażona,   przeniosłam   wzrok   ze   swojego   brzucha   na   napęczniały   brzuch 

Molly.

 - Nie, po prostu mnie wzdęło - odpowiedziałam szybko, wciągając powietrze. - 

Zjadłam obfite śniadanie. I nie byłam ostatnio na siłowni. - Wiem, byłabym bardziej 

wiarygodna, gdybym się tak gorączkowo nie tłumaczyła.

 - Wiecie, co pasuje do tej sukienki? - zapytała Molly, przyglądając mi się spod 

zmrużonych powiek.

Hm... zapalniczka i kanister benzyny?

 - Koraliki. Wszystkie nasze sukienki powinny mieć koraliki. Otworzyłam usta, 

żeby  zaprotestować,   ale   najwyraźniej  byłam  w  takim  szoku,   że   miałam  spóźnione 

reakcje.

  -   Cudowny   pomysł!   -   zapiszczała   mama,   zanim   zdążyłam   cokolwiek 

powiedzieć. - Zostań tu, Maddie, zaraz wrócimy.

Wybiegły   z   przebieralni   (pani   Rosenblatt   się   wytoczyła)   w   poszukiwaniu 

koralików.

Wpatrywałam się w swoje odbicie, walcząc z mdłościami. Myślałam o tym, ile 

pracy mama włożyła w przygotowania. To tylko jeden dzień. Muszę wytrzymać w tej 

sukience tylko jeden dzień, a potem będę mogła pogrzebać ją w czeluściach szafy, 

gdzie   zostanie   już   na   zawsze.   Poza   tym  zobaczy   mnie   w  niej  tylko  garstka   gości 

weselnych.

 - Urocza sukienka. - Usłyszałam za plecami głęboki męski głos. O cholera.

Obróciłam się tak gwałtownie, że piersi prawie wyskoczyły mi na wierzch...

Stanęłam twarzą w twarz z Ramirezem.

background image

Oblałam się głębokim rumieńcem i z trudem oparłam się pokusie zakrycia się i 

wrzaśnięcia: „Nie patrz!" Zamiast tego zdobyłam się tylko na dostojne: „Dzięki".

 - Dobrze ci w fioletowym. - Jego usta uniosły się w lekkim uśmiechu.

 - Pasuje do mojej aury. - Super, cóż za inteligentna odpowiedź. Ramirez uniósł 

brew.

 - Właściwie moja aura nie jest fioletowa, tylko przecinają ją fioletowe smugi, co 

oznacza, że mam sporo na głowie. W każdym razie tak powiedziała wróżka. Uważam, 

że to dobrze. To znaczy, gorzej byłoby mieć pusto w głowie, prawda? Poza tym wcale 

nie przytyłam tylko się objadłam. - Boże. Zamknij się, Maddie!

Zaczerpnęłam tchu i uspokoiłam się, żeby do reszty nie wyjść na karykaturę 

głupiej blondynki.

 - Co tu robisz? - zapytałam po chwili.

Ramirez pasował do salonu z sukniami ślubnymi tak samo jak Podrabiany Tatuś 

do flaszki whisky. Znowu miał na sobie opinające tyłek lewisy, a do tego biały T - 

shirt, który podkreślał jego naturalnie ciemną karnację. Jego mroczna uroda była tak 

samo niepokojąca jak zawsze. Walczyły we mnie sprzeczne uczucia - z jednej strony 

chciałam do niego podejść, z drugiej - uciec jak najdalej.

 - W trakcie dochodzenia wypłynęło parę spraw i muszę ci zadać jeszcze kilka 

pytań - odparł.

 - Tutaj? Teraz?

 - Czemu nie?

 - Jak mnie tu w ogóle znalazłeś? Uśmiechnął się.

  -   Na   zewnątrz   stoi   twój   dżip.   Zaparkowany   niezgodnie   z   przepisami.   Och. 

Wiedziałam, że nie powinnam go tak zostawiać.

 - Kiedy LA zrobiło się takie małe?

Uśmiechnął się szerzej, a w jego policzku pojawił się seksowny dołeczek.

 - Kiedy zacząłem sprawdzać we wstecznym lusterku, czy nie śledzi mnie mały 

czerwony dżip.

Ale mi dogryzł. Cholera, ostatnia rzecz której chciałam, to wyjść na nawiedzoną 

wariatkę, śledzącą gliniarzy.

background image

Ramirez zrobił krok do przodu i oparł się niedbale o ścianę. Nagle salon wydał 

mi się okropnie ciasny. W dodatku czułam się potwornie skrępowana, mając na sobie 

Fioletowe Paskudztwo.

 - Nie jestem odpowiednio ubrana na przesłuchanie.

 - Dla mnie wyglądasz w porządku. - Powoli zmierzył mnie wzrokiem od stóp do 

głów.

Odruchowo zakryłam piersi.

  -   Powiedziałam   ci   już   wszystko,   co   wiem.   W   piątek   byłam   umówiona   z 

Richardem na lunch, ale to odwołał. Od tamtej pory go nie widziałam.

 - Czyli nie byłaś ostatnio w jego gabinecie? Przygryzłam wargę.

 - Raczej nie. Zmrużył oczy.

 - Zechcesz uściślić, co znaczy „raczej nie"?

 - Nie - odparłam zgodnie z prawdą. Znowu się uśmiechnął.

 - Tak myślałem.

Przez chwilę milczał. Może liczył na to, że nie wytrzymam napięcia i się złamię. 

Co nie było wcale nieprawdopodobne. Jego oczy w kolorze espresso przewiercały 

mnie   na   wylot   i   zaczynałam   się   naprawdę   denerwować.   Nagle   poczułam   się   tak, 

jakbym miała na sobie prześwitującą bieliznę a nie fioletowy poliester.

W końcu się odezwał, zmieniając temat.

 - Przeglądałem wyciągi bankowe twojego chłopaka z ostatnich kilku miesięcy - 

powiedział, krzyżując ręce na piersi. - Lubi szastać pieniędzmi.

 - Richard jest bardzo hojny.

 - Jest zadłużony po uszy.

Przełknęłam. Wiedziałam o tym. Ale po tym jak skłamałam, że nie byłam w 

gabinecie Richarda, nie mogłam się przyznać, że też widziałam jego wyciągi. Tak 

więc milczałam.

  - Mimo to - ciągnął Ramirez - nie przestaje wydawać. Platynowe kolczyki na 

Gwiazdkę, nowy samochód, rejs na urodziny matki w zeszłym...

  -   Zaraz   -  przerwałam  mu,   zupełnie   skołowana.   -   Richard  nie   kupił  nowego 

samochodu. Od kiedy go znam, jeździ tą samą czarną beemką.

background image

Ramirez znowu przybrał minę pokerzysty. Patrzył mi prosto w oczy, zupełnie 

jakby liczył, że w ten sposób odkryje wszystkie moje tajemnice.

 - Richard nie kupił tego samochodu dla siebie - odparł powoli. - Tylko dla Amy. 

Swojej żony.

background image

Rozdział 7

Śniło się wam kiedyś, że jesteście pod wodą i brak wam powietrza, a kiedy udaje 

wam się wypłynąć, coś wciąga was z powrotem pod powierzchnię? Nagle zdajecie 

sobie sprawę, że może już nigdy nie będziecie mogli odetchnąć pełną piersią? Mniej 

więcej tak właśnie się czułam, stojąc z rozdziawionymi ustami przed Ramirezem. Z 

trudem łapałam powietrze, próbując coś odpowiedzieć.

 - Swojej... swojej... żony? - Przecież Richard nie jest żonaty. To nie może być 

prawda. To jakaś pomyłka. Na pewno chodzi o innego Richarda. Niemożliwe, żeby 

mój chłopak był żonaty i mi o tym nie powiedział. Znam go. Okay, przyznaję, może 

nie wiem o nim wszystkiego. Ale znam go na tyle, żeby wiedzieć, że nie jest żonaty z 

jakąś Amy.

 - To pomyłka. Richard nie jest żonaty. Przykro mi, ale masz złe informacje.

Ramirez zmrużył lekko oczy. Jego mina nadal była nieprzenikniona.

 - Nie wiedziałaś, że jest żonaty?

Obróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni i oparłam dłonie na biodrach. Wysokim 

głosem,   tonem,   który   moja   babka,   irlandzka   katoliczka,   uznałaby   za   wielce 

nieodpowiedni w salonie z sukniami ślubnymi, zapytałam.

  -   Czy   wyglądam   na   dziewczynę,   która   umawia   się   z   żonatymi   facetami? 

Ramirez zmierzył mnie wzrokiem. Przezornie nie odpowiedział.

 - Słuchaj, nie wiem, kim jest Amy, ale Richard nie jest żonaty - powtórzyłam.

Rysy Ramireza trochę złagodniały. Można by to uznać za wyraz współczucia, ale 

podejrzewałam, że jest ono obce twardym gliniarzom, takim jak on.

 - No więc kim jest Amy? - zapytałam. Przyznaję, odczuwałam chorą ciekawość.

 - Naprawdę chcesz wiedzieć? Nie.

 - Tak.

Westchnął, jakby nie miał ochoty o tym mówić.

 - Jej panieńskie nazwisko brzmi Amy Blakely. Mieszka w Anaheim, w domu, 

którego właścicielem jest twój chłopak. Pracuje jako Kopciuszek w Disneylandzie.

Czułam,   że   zaczynają   mi   drgać   powieki.   Richard   był   żonaty   z   cholernym 

Kopciuszkiem? Ramirez mówił dalej.

 - Pobrali się nieco ponad dwa lata temu w Orange County.

background image

  - Może się rozwiedli? Może to jego była żona? - odparłam zdesperowana jak 

gracz   w  ruletkę,   któremu  został  ostatni  żeton.   Jeśli  tym  razem  kulka   wyląduje  na 

czerwonym polu, Richard będzie wolny, Amy okaże się jedynie wytworem wyobraźni 

Ramireza i wszystko będzie w porządku.

Ramirez pokręcił głową.

  -   Nie   znaleźliśmy   żadnych   dokumentów,   które   świadczyłyby   o   tym,   że 

którekolwiek z nich wniosło sprawę o rozwód. A biorąc pod uwagę, że w zeszłym 

miesiącu Richard kupił żonie bmw Z3, nie sądzę, żebyśmy takowe znaleźli.

Z3? Kupił cholernemu Kopciuszkowi cholernego roadstera? Nagle przestałam 

mieć   wyrzuty   sumienia,   że   naciągnęłam   go   na   platynowe   kolczyki.   Zaczęłam   się 

zastanawiać, ile mogłabym za nie dostać na e - Bayu. Może wystarczy na broń. Bo 

zamierzałam zastrzelić tego drania.

 - Zakładam, że ona też nie widziała go ostatnio? - powiedziałam.

 - Na to wygląda. Pani Howe jest właśnie przesłuchiwana.

Pani Howe. I pomyśleć, że jeszcze kilka minut temu widziałam w tej roli siebie. 

A ona była już obsadzona.

Nie,  śmierć od kuli jest zbyt szybka i bezbolesna. Może powinnam Richarda 

powoli podtruwać. Ciekawe, czy mama wie, gdzie w Internecie znaleźć arszenik.

 - Przykro mi - odezwał się Ramirez. Miał niepewną minę, jakby się obawiał, że 

za chwilę przyjdzie mu uspokajać zanoszącą się histerycznym płaczem kobietę.

Co   było   możliwe.   Szybko   zaliczałam  kolejne   z   pięciu   faz   przeżywania   żalu. 

Miałam już za sobą zaprzeczanie (przecież Ramirez nie popełniłby takiego błędu) i 

teraz byłam gdzieś pomiędzy gniewem (cholerny Z3!?) a negocjacjami (Boże, spraw, 

żeby Amy była jego eks, a obiecuję, że bez słowa skargi włożę Fioletowe Paskudztwo 

na wesele matki).

Mogłam   przymknąć   oko   na   defraudację.   Byłam   skłonna   uwierzyć,   że 

opakowanie po prezerwatywie znalazło się na biurku Richarda przypadkiem. Może 

nawet wybaczyłabym, że ścigają go zabójcy. Ale żona? To już było przegięcie.

Nagle wizja Richarda skutego kajdankami wydała mi się całkiem pociągająca. 

Nawet spodobała mi się myśl, że być może będzie gnić w więzieniu przez resztę 

swojego nędznego, zakłamanego życia. Zasłużył sobie. Właściwie to zasłużył sobie na 

background image

coś znacznie gorszego. Był żonaty z Kopciuszkiem! Powinni go posłać na krzesło 

elektryczne.

W tym momencie byłam gotowa wyśpiewać Ramirezowi wszystko. Opowiedzieć 

o telefonie Greenwaya i moich podejrzeniach odnośnie do udziału Richarda w całej 

sprawie. Jednak po chwili przypomniałam sobie zdjęcie zniekształconego mupeta, to 

znaczy dziecka, z USG Molly. Rosło właśnie w jej wnętrzu. Ciekawe, czy w moim też 

coś rosło? Spojrzałam w dół, na swój brzuch wciśnięty w Fioletowe Paskudztwo. Być 

może. A jeśli tak, był to mupet Richarda. Niezależnie od tego, co Richard zrobił, 

musiałam się poważnie zastanowić, czy naprawdę chcę, by ojciec mojego dziecka gnił 

w więzieniu?

Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech i stłumiłam gniew, szykując się do 

wykonania pierwszego w moim życiu gestu altruistycznej matczynej miłości.

 - Bardzo chciałabym ci pomóc, ale powiedziałam już wszystko, co wiem. - Jezu, 

bycie matką altruistką jest do bani. Ani się umywa do dobrej staromodnej zemsty.

Ramirez ponownie westchnął. W jego oczach dostrzegłam rozczarowanie.

 - Jesteś pewna?

Oboje wiedzieliśmy, że nie byłam. Ale w ostatnim czasie uciekłam się już do tak 

wielu kłamstw, iż uznałam, że jedno więcej nie zrobi różnicy.

 - Absolutnie.

 - Okay. - Wyjął z kieszeni swoją wizytówkę i podał mi ją. - Zadzwoń do mnie, 

gdyby coś ci się nagle przypomniało.

Wzięłam od niego kartonik. Myślę, że oboje wiedzieliśmy, iż trafi w najgłębsze 

czeluście mojej torebki i nigdy więcej nie ujrzy światła dziennego.

 - Przykro mi, że straciłeś czas, przyjeżdżając tutaj.

W milczeniu uniósł brew i jeszcze raz omiótł mnie wzrokiem. Mimo złości i 

frustracji,   które   czułam,   wyraźne   uznanie,   jakie   dostrzegłam   w   jego  oczach,   gdy 

zatrzymały się na moich piersiach, spowodowało, że zrobiło mi się gorąco.

Jego spojrzenie powędrowało w górę i napotkało moje. Miałam nadzieję, że nie 

wyczyta z wyrazu mojej twarzy kosmatych myśli, które nagle napłynęły mi do głowy.

Jego usta znów uniosły się w kącikach.

 - Och, nie powiedziałbym, żeby była to totalna strata czasu.

background image

Cholera. Chyba jednak umiał czytać w myślach.

Zanim zdążyłam wymyślić jakąś inteligentną odpowiedź, odwrócił się i wyszedł.

Niepewnym krokiem podeszłam do jednej z białych sof i usiadłam. A raczej 

próbowałam siedzieć, bo moja sukienka nie była zbyt elastyczna w okolicach pasa. 

Zamknęłam oczy i wzięłam tyle głębokich oddechów, ile śmiałam, nie obawiając się, 

że sukienka popęka w szwach. Niestety głębokie oddechy na nic mi się nie zdały, bo 

im dłużej siedziałam, tym więcej miałam czasu na myślenie. A im więcej myślałam o 

tym, co powiedział Ramirez, tym bardziej byłam wściekła. Richard miał żonę. Boże. 

To znaczyło, że byłam tą drugą kobietą. Richard zrobił ze mnie chodzący stereotyp!

Kiedy mama, Molly i pani Rosenblatt wróciły z tacą kolorowych paciorków, 

jednym okiem zerkałam na sukienkę, a drugim na zegar. Jeśli chciałam dowiedzieć się 

czegoś o telefonie od Greenwaya, musiałam dotrzeć do kancelarii Richarda w czasie 

przerwy Jasmine. A bardzo chciałam się dowiedzieć. Miałam do wypełnienia misję. 

Postanowiłam wykurzyć Richarda z ukrycia, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, 

jaką zrobię w życiu. A kiedy wychyli z kryjówki swoją zakłamaną twarz, będę go 

torturować dopóty, dopóki nie sprawię, że zacznie śpiewać sopranem.

Okay, tak naprawdę nie zamierzałam nikogo torturować. Prawda jest taka, że 

nigdy w życiu nawet nikogo nie uderzyłam i nie przepadam za widokiem krwi. Nawet 

kiedy oglądam programy o operacjach plastycznych, robi mi się niedobrze. Tak więc 

tortury   odpadały.   Mimo   to   przyjemnie   było   o   tym   pofantazjować.   Na   razie   z 

uśmiechem czekałam, aż mama wybierze idealne koraliki, a Jasmine wyjdzie na lunch.

Było kilka minut po dwunastej, kiedy mama zdecydowała się na sztuczne perły, a 

ja mogłam wreszcie ulotnić się z salonu Bebe's. Modliłam się, żeby stojedynka nie 

była   zakorkowana.   Ten   jeden   raz   bogowie   ruchu   ulicznego   okazali   się   dla   mnie 

łaskawi - nie wydarzył się żaden wypadek i w zasięgu wzroku nie było ani jednego 

radiowozu. Zaparkowałam pod kancelarią na dziesięć minut przed przewidywanym 

powrotem Jasmine  z lunchu. Wbiegłam do budynku,  wjechałam windą i zdyszana 

stanęłam przed stanowiskiem recepcjonistki.

 - Dzięki bogu, że tu jesteś, Altheo - wysapałam.

Althea spojrzała na mnie zza okularów oczami okrągłymi ze zdziwienia.

 - J - ja? Dlaczego?

background image

Fakt, zrobiłam mocne wejście. Zaczerpnęłam tchu i zaczęłam od początku, tym 

razem normalnym głosem.

 - Chciałam cię prosić o drobną przysługę. Recepcjonistka cofnęła się o krok.

 - Jakiego rodzaju przysługę? - zapytała ostrożnie.

Oho. Być może zastępczyni Jasmine była mądrzejsza, niż sądziłam.

  - Wczoraj ktoś dzwonił do gabinetu Richarda. Miałam nadzieję, że będziesz 

mogła sprawdzić rejestr połączeń i podać mi numer.

Althea przygryzła wargę.

  - No nie wiem - odpowiedziała powoli. - Nie powinnam ujawniać tego typu 

informacji. Zwłaszcza teraz, kiedy, no wiesz... - Urwała, czerwieniąc się. Jakkolwiek 

na to patrzeć, to trochę krępujące, kiedy twój pracodawca daje nogę.

 - Och, nie przejmuj się tym. Widzisz, tak właściwie to ja współpracuję z policją, 

żeby odnaleźć Richarda. - Drobne kłamstewko. Ja szukam Richarda. Policja szuka 

Richarda. To prawie tak jakbyśmy szukali go razem.

Althea nie wydawała się przekonana.

 - Naprawdę?

 - Tak. - Pokiwałam głową tak energicznie, że aż zafalowały mi włosy.

 - No... nie wiem. - Wpatrywała się w biurko, unikając kontaktu wzrokowego. - 

Jasmine to się nie spodoba.

Starałam się nie wywrócić oczami na wzmiankę o Miss Plastik.

  -   Słuchaj,   naprawdę   potrzebuję   tego   numeru.   -   Nachyliłam   się   do   niej, 

okraszając   swoją   opowieść   szczyptą   dramatyzmu.   -   Myślę,   że   Richardowi   grozi 

niebezpieczeństwo.

Schowane za grubymi oprawkami okularów oczy Althei zrobiły się szerokie ze 

zdumienia.

 - Niebezpieczeństwo? Jakie?

Gdyby pytała mnie o to Jasmine, kazałabym jej spadać. Nie wiem czemu, ale 

czułam, że dziewczyna o naturalnie kręconych włosach, nosząca rozpinane swetry, 

dochowa tajemnicy. Powiedziałam jej o telefonie Greenwaya i swoich obawach, że 

Richard się przed nim ukrywa. Albo, co gorsza, pływa w jakimś basenie.

background image

Althea słuchała z rozdziawioną buzią, która z każdą sekundą robiła się coraz 

większa. Kiedy skończyłam, zamrugała parę razy oczami, wpatrując się we mnie w 

osłupieniu, jakby nasza rozmowa była najbardziej ekscytującym wydarzeniem w jej 

życiu od czasu, kiedy firma Post - it wprowadziła na rynek kolorowe karteczki.

  -   Zupełnie   jak   w   filmie   o   Jamesie   Bondzie.   Ale   czy   jesteś   pewna,   że 

powinnyśmy się do tego mieszać? Czy nie lepiej zostawić tę sprawę policji?

Owszem, tak byłoby lepiej. Ale dopóki nazwisko Richarda znajdowało się na 

szczycie   listy   podejrzanych   Ramireza,   nie   mogłam   sobie   pozwolić   na   ten   luksus. 

Nadszedł czas wyciągnąć asa z rękawa.

 - Mogę ci załatwić darmowy pedikiur w Fernando's. Bingo.

 - Zaraz wracam - powiedziała Althea, po czym zniknęła za szklanymi drzwiami.

Stałam   przy   pulpicie,   bębniąc   nerwowo   paznokciami   w   mahoniowy   blat. 

Zerknęłam na mosiężny zegar powyżej. Dwunasta dwadzieścia trzy. Miałam nadzieję, 

że Althea się spręży.

Niecałe dwie minuty później wróciła z wydrukiem komputerowym.

 - Tu jest wykaz wszystkich wczorajszych rozmów przychodzących. Nie było ich 

wiele,  bo,  no wiesz.  -  Znowu zrobiła  się  czerwona  jak  burak.  -  O której  dzwonił 

tamten pan?

Wzięłam od niej wydruk i jechałam palcem w dół strony. Odebrałam telefon od 

Greenwaya   tuż   przed   powrotem   Jasmine   z   przerwy   na   lunch.   Jest.   O   dwunastej 

dwadzieścia siedem dzwoniono do kancelarii z numeru o prefiksie 818. Moje serce 

waliło   tak   szybko,   że   mogłoby   się   ścigać   z   autobusem   z   filmu  Speed.  Był   to 

kierunkowy Północnego Hollywood. Greenway ciągle był w mieście.

  - To chyba ten. Myślisz, że mogłabyś się dowiedzieć, czyj to numer? Althea 

wcisnęła kilka klawiszy na klawiaturze Jasmine.

  - Zaraz go sprawdzę. - Najwyraźniej zaczynała się jej podobać ta zabawa. Jej 

oczy błyszczały za grubymi oprawkami okularów, a palce śmigały po klawiaturze z 

prędkością światła. - Mam.

Starałam się nie okazywać zbytniego podniecenia.

 - Czyj to numer?

background image

  - To telefon do motelu Moonlight Inn w Północnym Hollywood. Myślisz, że 

Greenway naprawdę się tam ukrywa?

Miałam ochotę ją wycałować.

 - Mam nadzieję. Dzięki, Altheo.

 - Dzięki za co?

Znieruchomiałam. Znałam ten energiczny głos. Jasmine.

Althea również go znała. Uniosła gwałtownie głowę. Wyglądała jak sarna, którą 

oślepiły reflektory samochodu.

Zaczęłam zaklinać ją w myślach, żeby nic nie mówiła. Udawaj głupią!

Musiała odebrać mój przekaz, bo szybko zamknęła okno na ekranie komputera, 

zacierając   ślady   naszych  poczynań.   Nie,   żebym  się   obawiała   Jasmine.   Biorąc   pod 

uwagę,   że   jej   dieta   składała   się   ze   środków   przeczyszczających   i   wody 

witaminizowanej,   pewnie   ważyła   tyle   co   wykałaczka.   Podejrzewałam   jednak,   że 

sprawiłoby jej dużą przyjemność, gdyby mogła na mnie donieść Ramirezowi.

  - Dzięki za co? - zapytała ponownie. - Co się tutaj dzieje? Przybrałam minę 

totalnego niewiniątka. Otworzyłam usta w nadziei,

że wyjdzie z nich jakieś zgrabne kłamstwo, ale Althea była szybsza.

  - Obiecałam, że prześlę rachunki Richarda do jego księgowego. Maddie nie 

chce, żeby zalegał z opłatami.

Stałam i wpatrywałam się w nią. Wow. Była całkiem niezła w te klocki.

Jasmine patrzyła na mnie, mrużąc oczy. (A przynajmniej starała się to robić - po 

liftingu powiek w maju miała drobne problemy z mimiką). Nie byłam pewna, czy to 

kupuje, ale co miała powiedzieć?

 - No cóż, jeszcze raz dzięki - powiedziałam do Althei, po czym odwróciłam się i 

najszybciej jak mogłam oddaliłam do drzwi. Przez całą drogę do windy czułam na 

plecach   zimne   spojrzenie   Jasmine.   Czułam   się   okropnie   nieswojo,   zupełnie   jakby 

nakładała na mnie jakąś klątwę Barbie. Ucieszyłam się, kiedy przyjechała winda, i 

szybko wsiadłam do środka, wciskając guzik parteru.

Zaraz po wyjściu z budynku, wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer Dany.

 - Halo? - odebrała.

background image

  -   Zdobyłam   ten   numer.   Greenway   dzwonił   z   Moonlight   Inn   w   Północnym 

Hollywood.

Dana   zapiszczała   z   przejęcia.   Musiałam   odsunąć   telefon   od   ucha,   żeby   nie 

ogłuchnąć.

 - Okay - powiedziała. - Co teraz?

  - Wpadnę po ciebie  za dwadzieścia  minut. Wskakuj w ciuchy a la Aniołek 

Charliego.

Dziewiętnaście minut później zatrzymałam się przed bliźniakiem Dany w Studio 

City.   Był   to   skromny,   otynkowany   budynek,   który   dzieliła   z   czwórką   innych 

aspirujących   aktorów   dorabiających   jako   trenerzy   fitnessu.   Zawsze   pachniało   tam 

kosmetykami   do   makijażu   scenicznego,   sportowymi   skarpetami   i   zupą   w   proszku 

(przysmakiem początkujących aktorów).

Zapukałam   do   drzwi.   Po   kilku   uderzeniach   otworzył   mi   Gość   bez   Szyi.   Już 

dawno odpuściłam sobie próby zapamiętania imion współlokatorów Dany. Aktorzy 

rzadko   mogą   liczyć   na   stałe   dochody   i   dlatego   mieszkańcy   tego   domu   ciągle   się 

zmieniali. Mieszkali tam już: Zakręcona Blondynka, Gość z Wybielonymi Zębami, 

Mistrz   Tańców   Latynoamerykańskich,   i,   mój   ulubiony,   Włoch,   Który   Nie   Umiał 

Trzymać Rąk przy Sobie (fuj!). Gość bez Szyi pracował w Sunset Gym razem z Daną i 

przypominał mi Niesamowitego Hulka, tyle tylko że nie był zielony.

 - Jest Dana? - zapytałam.

Gość bez Szyi wzruszył ramionami i ryknął w głąb domu: „Dana!"

 - Idę - rozległ się stłumiony krzyk.

Gość bez Szyi pożegnał mnie skinieniem głowy i ulotnił się na piętro. Nie był 

zbyt rozmowny.

Trzy   sekundy   później   Dana   wypadła   w   podskokach   na   zewnątrz.   Kiedy 

zobaczyłam jej strój, kompletnie mnie zamurowało.

 - Co to jest? - Wpatrywałam się w nią, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać.

  - Podoba ci się? - zapytała, obracając się wokół własnej osi. Miała na sobie 

jaskrawobłękitną   króciusieńką   minispódniczkę   ze   sztucznej   skóry   i   skąpy   top   ze 

spandeksu, który był o co najmniej dwa rozmiary za mały, by pomieścić jej obfity 

biust   w   rozmiarze   D   (jej   boskie   piersi   to   jeszcze   jeden   powód,   dla   którego   jej 

background image

nienawidzę).   Do   tego   włożyła   długi   sznur   sztucznych   pereł   (wiedziałam,   że   są 

sztuczne,   bo   były   żarówiastozielone),   a   całość   zwieńczyła   kruczoczarną   peruką   w 

kształcie pazia. Już nie wspomnę o makijażu. Miałam nadzieję, że to pomyłka i że 

prostu wróciła przed chwilą z nagrania programu Jerry'ego Springera.

Zdaje się, że nie odpowiedziałam, bo Dana wydęła wiśniowoczerwone usta, a 

dłonie oparła na odsłoniętych biodrach.

 - Nie podoba ci się mój kostium szpiegowski?

 - Nie przypomina stroju Aniołka Charliego.

 - Chciałam wyglądać jak call girl.

 - Hm, może to głupie pytanie, ale dlaczego przebrałaś się za call girl?

  -   Posłuchaj,   co   wymyśliłam.   Będziemy   musiały   zdobyć   numer   pokoju 

Greenwaya, tak? Jeśli tak po prostu zapytamy o to recepcjonistę, na pewno każe nam 

spadać. Ale w takim stroju... - Jeszcze raz się obróciła, aż perły odbiły się od jej piersi. 

- Pomyśli, że jesteśmy dziwkami.

 - Ale ja nie chcę być dziwką. - Nigdy nie sądziłam, że przyjdzie mi powiedzieć 

coś takiego.

Dana zignorowała mnie.

  -  Wszystko zaplanowałam.  Przerabialiśmy  kiedyś  scenę  z  Pretty  Woman  na 

zajęciach   z   aktorstwa   i   doskonale   wiem,   jak   powinna   zachowywać   się   dziwka. 

Powiemy   recepcjoniście,   że   jesteśmy   umówione   na   spotkanie   z   klientem,   ale   nie 

pamiętamy numeru jego pokoju. Nie martw się, ludzie na ogół myślą, że dziwki są 

głupie.

Przewróciłam oczami.

 - Tak czy owak, nie będzie chciał, żebyśmy pukały do każdych drzwi po kolei, 

szukając naszego klienta. Wierz mi, jeśli będziemy tak ubrane, faceci będą o wiele 

bardziej pomocni.

Co do tego akurat nie miałam wątpliwości.

  -   Dana,   spędziłam   przedpołudnie   przebraną   za   fioletową   drag   queen.   I   nie 

zamierzam, podkreślam, nie zamierzam spędzić wieczoru przebrana za dziwkę.

Dana ponownie oparła dłonie na biodrach. Przechyliła głowę na bok i zmrużyła 

oczy. Potem wytoczyła ciężką artylerię.

background image

  -   Nasikałaś   już   na   test   ciążowy?   Westchnęłam.   Znowu   zaczęły   drgać   mi 

powieki.

 - W porządku. Będę dziwką.

Piętnaście minut później Dana uczyła mnie języka dziwek (głównie odzywek 

typu „hej, skarbie" i „co jest, koleś?") i wyciągała z szafy kolejne sukienki, z których 

każda była mniejsza od poprzedniej. W końcu zdecydowała się na żarówiastoróżową 

ze spandeksu, bez ramiączek, tak małą, że wyglądała na rozmiar minus trzydzieści 

sześć.   Dobrała   do   niej   czerwoną   perukę,   która   sięgała   mi   aż   do   tyłka,   i   buty   na 

ponaddziesięciocentymetrowym, grubym akrylowym obcasie.

Kiedy usadziła mnie na łóżku, żeby zrobić mi stosowny makijaż, opowiedziałam 

jej o najnowszych rewelacjach na temat Richarda, o których wiedziałam od Ramireza.

Prawdziwa przyjaciółka często wpada w taką samą, jeśli nie większą wściekłość 

niż ty, kiedy twój chłopak robi coś naprawdę głupiego. Na przykład się żeni.

 - Co za drań. Kłamliwa szuja. Cholerny sukin...

  -  Dokładnie  to  samo pomyślałam.  - Przerwałam  jej, żeby się  za  bardzo  nie 

rozkręciła. W końcu jest aktorką i właśnie wcielała się w rolę dziwki.

  -   Jakim   cudem   Richard   może   być   żonaty?   Przecież   poznałaś   jego   cholerną 

matkę!

Też się nad tym zastanawiałam. Szczerze mówiąc, moją pierwszą myślą po tym, 

jak Ramirez powiedział mi o Kopciuszku, było zadanie sobie pytania, czy rodzina i 

przyjaciele   Richarda   okłamywali   mnie   przez   ostatnie   pięć   miesięcy?   Czy   zostali 

wcześniej poinstruowani, żeby trzymać Maddie w nieświadomości? Poczułam się jak 

uczestnik jakiegoś kiepskiego reality show. Tyle że za udział w tej farsie nie czekała 

mnie nagroda w postaci gotówki.

Chociaż   zgadzałam   się   z   Daną,   jakaś   maleńka   cząstka   mnie   wciąż   miała 

nadzieję, że Richard potrafi to wszystko sensownie wytłumaczyć. I że nie okłamuję 

samej   siebie.   Znam   Richarda.   Okay,   były   w   jego   życiu   rzeczy,   o   których   mi   nie 

powiedział, ale wiedziałam, jaki jest w głębi duszy. Nie był zdolny do prowadzenia 

podwójnego życia, tak samo jak nie był w stanie podrosnąć dwadzieścia centymetrów 

i grać w Lakersach. Przekręty po prostu nie były w jego stylu. Nie wiem dlaczego, ale 

byłam przekonana, że istnieje logiczne wytłumaczenie całej tej historii. Nie potrafiłam 

background image

znienawidzić   Richarda   (choć   powinnam),   dopóki   nie   wysłucham   jego   wersji 

wydarzeń. Zwyczajnie nie mogłam uwierzyć, że naprawdę jest żonaty.

Z   drugiej   strony   ciężko   mi   było   wyobrazić   sobie,   że   mógłby   zadawać   się   z 

mordercą, a tu proszę bardzo.

  -   Okay,   skończyłam.   -   Dana   zamknęła   szminkę   i   przesunęła   drzwi   szafy, 

odsłaniając duże lustro. Stanęłyśmy obok siebie i Dana objęła mnie ramieniem. - Och, 

ale będzie zabawa! - zapiszczała.

Znowu to słowo. „Zabawa". Dlaczego wszyscy uważali, że przebieranie się w 

okropne kiecki jest zabawne?

Peruka drapała mnie w głowę, a sukienka ze spandeksu już podjeżdżała w górę. 

Musiałam jednak przyznać, że przebranie było świetne. W ogóle nie przypominałam 

siebie. Na szczęście.

 - Skarbie, wyglądamy bajecznie - powiedziała Dana. - Idziemy.

Nie   wstydzę   się   przyznać,   że   czułam   ucisk   w   żołądku   przez   całą   jazdę 

czterystapiątką.   To   oraz   irytację,   ponieważ   niewiarygodnie   obcisła   sukienka   ze 

spandeksu sprawiała, że moje babcine majtki wpijały mi się w tyłek. Poruszyłam się w 

fotelu, obiecując sobie, że jutro zrobię pranie.

Postanowiłyśmy,   że   pojedziemy   moim  dżipem.   Dana   uznała,   że   jest  bardziej 

„dziwkarski" od jej wozu. Nie byłam pewna, czy powinnam się za to obrazić, czy nie. 

Wlokąc się w żółwim tempie w godzinach szczytu, nie mogłam się powstrzymać i co 

dwie sekundy zerkałam we wsteczne lusterko, szukając czarnego SUV - a. Miałam 

lekką paranoję, że Ramirez mógłby wypatrzyć mój tkwiący w korku samochód. To, że 

widział mnie we Fioletowym Paskudztwie, było wystarczająco upokarzające. Gdyby 

przyłapał   mnie   w   stroju   Wesołej   Dziwki,   pewnie   umarłabym   ze   wstydu.   Nie 

wspominając już o tym, że nasz plan wziąłby w łeb. A skoro o tym mowa...

 - Może opowiesz mi, na czym polega twój genialny plan. Mamy po prostu wejść 

do motelu i zapytać, w którym pokoju mieszka Greenway?

 - Nic się nie martw - powiedziała Dana, opuszczając osłonę przeciwsłoneczną, 

żeby sprawdzić makijaż. - Gadkę zostaw mnie.

Nie   wiem   dlaczego,   ale   kiedy   ktoś   mówi   mi,   żebym   się   nie   martwiła, 

automatycznie denerwuję się jeszcze bardziej niż przedtem.

background image

 - Dobra - rzuciła Dana, ucinając temat. - Gdzie to dokładnie jest? Zerknęłam na 

mapkę, którą wydrukowałam z Yahoo, zanim wyszłyśmy od Dany.

 - Skrzyżowanie Lankershim i Vanowen w Północnym Hollywood. Powinnyśmy 

tam być za jakieś dwadzieścia minut.

Dana skinęła głową, wyciągnęła szminkę i w milczeniu nałożyła na usta kolejną 

warstwę krwistej czerwieni.

Jechałyśmy na północ czterystapiątką, przez malownicze wzgórza, aż dotarłyśmy 

do   stojedynki   i   odbiłyśmy   do   Valley.   Zbliżając   się   do   zjazdu   na 

stotrzydziestkęczwórkę, zwolniłam, a następnie skręciłam na Lankershim, wjeżdżając 

do Północnego Hollywood.

Nazwa tego miejsca jest niezwykle zwodnicza. Jak powszechnie wiadomo, w 

Hollywood   znajduje   się   wiele   sławnych   budynków,   odciski   dłoni   i   stóp   gwiazd, 

wyczesane sklepy z pamiątkami. Północne Hollywood to zupełnie inny świat. Okna 

domów są tu okratowane, na pożółkłych trawnikach, na cegłówkach stoją oldsmobile 

rocznik 79, a na gankach domów siedzą starzy, bezzębni mężczyźni wszystkich ras, 

wykrzykując rzeczy w stylu: „To moje cholerne śmieci. Tylko je tknij, a pożałujesz".

Kiedy   mijałyśmy   bezzębnego   mężczyznę   numer   3   (wrzeszczącego   coś   o 

cholernym   psie   na   cholernym   trawniku),   odruchowo   zablokowałam   drzwi.   To   nie 

samo Północne Hollywood budziło moje przerażenie - w końcu dorastałam w LA i 

trzeba czegoś więcej niż okratowanych okien, żeby mnie przestraszyć. Chodziło o 

lubieżny sposób, w jaki ten bezzębny starzec gapił się na mnie. Zaczęłam się martwić 

tym, jakiego rodzaju propozycje mogą spotkać dwie młode, ubrane jak dziwki kobiety 

w tej części miasta. Na samą myśl poruszyłam się niespokojnie w fotelu. Fuj.

 - To powinno być zaraz po prawej - stwierdziła Dana, przyglądając się numerom 

na mijanych budynkach: sklepie monopolowym, dyskoncie meblowym i Pałacu Porno 

Desiego.

Zemdliło mnie, kiedy, już prawie u celu, zobaczyłam kobietę w identycznej jak 

moja   spandeksowej   sukience,   negocjującą   cenę   za   swoje   usługi   z   kierowcą 

powgniatanego volkswagena caddy. W przeciwieństwie do Dany nie jestem aktorką. 

Co prawda ostatnimi czasy dość intensywnie ćwiczyłam moje umiejętności mijania się 

background image

z prawdą (słowo kłamstwo brzmi strasznie nieprzyjemnie), ale nie byłam pewna, czy 

dam radę odegrać rolę prostytutki.

Było już jednak za późno, żeby się wycofać.

  - To tutaj. - Dana wskazała lichy motel po prawej, składający się z dziesięciu 

pokoi   na   dole,   dziesięciu   na   piętrze   i   metalowej   klatki   schodowej.   Recepcja 

znajdowała się z przodu niewielkiego budynku; na tyłach zauważyłam przepełnione 

zielone   kontenery   na   śmieci.   Beżowy   tynk   motelu   pokrywały   liczne   graffiti 

informujące,   do  którego  gangu  należy   teren.   Te   trzykolorowe   symbole   nic   mi  nie 

mówiły, ale w South Central można by pewnie zarobić za nie kulkę. Domyślałam się, 

że w oknach są kraty, a dach przecieka, to znaczy przeciekałby, gdyby w Los Angeles 

czasem padało.

Zaparkowałam pod anemiczną palmą. Dana wysiadła i natychmiast poprawiła 

swój top. Poszłam w jej ślady, ostatni raz próbując, obciągnąć majtki. Daremny trud.

 - Nie wiem, czy dam radę to zrobić. - Zerknęłam nerwowo na recepcję. Czy, jak 

głosił napis: r c pcję. Wyglądało to, tak jakby ktoś odstrzelił oba e.

Dana spojrzała w boczne lusterko i poprawiła perukę.

  -   Spoko,   będzie   dobrze.   Po   prostu   zostaw   gadkę   mnie.   Jestem   mistrzynią 

kadzenia. - Puściła do mnie oko.

Wzięłam   głęboki   oddech.   Okay,   nie   ma   sprawy.  W   końcu   jestem   Maddie 

Springer, Wesoła Dziwka Extraordinaire.

background image

Rozdział 8

Pierwszy   raz   w  życiu   zobaczyłam   Danę   na   asfaltowym   boisku   gimnazjum 

imienia Johna Adamsa. Miała na sobie różowe legginsy narciarki, czarny, siateczkowy 

top a la Madonna i więcej tapety niż jakakolwiek inna znana mi siódmoklasistka. 

Właśnie   flirtowała   z   Alanem   Millerem,   szkolnym   odpowiednikiem   Donniego 

Wahlberga. Nie robiła tego jednak, głupio chichocząc i odgarniając włosy do tyłu jak 

inne dziewczyny. Poczynania Dany sprawiały, że w kroczu Alana stał mały namiocik. 

Trzepotała   rzęsami,   wysuwała   biodro,   napierała   na   biedaka   ramieniem,   robiła 

wszystko, co później stało się znane jako jej popisowe zagranie Nachyl Się i Potrząsaj.

Przez lata Dana dopracowała Nachyl Się i Potrząsaj do perfekcji, czego właśnie 

byłam świadkiem - oparła się łokciami o poplamiony blat motelowej recepcji, a jej 

piersi wyglądały, jakby miały za chwilę wyrwać się na wolność. Delikatnie kręciła 

wypiętym krągłym tyłkiem.

Efekt   był   równie   piorunujący   jak  przed   laty.   Recepcjonista   z   nocnej   zmiany 

(niski, łysy facet, w poplamionej musztardą koszulce Metalliki) wpatrywał się w Danę 

szklistym   wzrokiem.   Mogę   przysiąc,   że   widziałam,   jak   coś   się   poruszyło   w   jego 

spodniach. Fuj! Szybko spojrzałam w drugą stronę.

 - No więc sam widzisz, że mamy mały problem - powiedziała Dana, głosem tak 

słodkim, że aż bolały zęby.

Metallica oblizał wąskie, spierzchnięte usta.

  - Skarbie - powiedział do dekoltu Dany - chętnie pomogę. Jak nazywa się ten 

gościu?

 - Pan Smith. - Dana puściła oko.

 - Ach. - Metallica pokiwał głową. - Czyli to jedna z tych randek.

 - Poruszył rzadkimi brwiami.

Domyślałam   się,   że   Moonlight   Inn   widziało   już   wiele   takich  randek.   Już   na 

zewnątrz   było   koszmarnie,   a   w   recepcji   jeszcze   gorzej.   Podłogę   pokrywały   stare, 

odłażące płytki PCV, które trzeszczały pod moimi obcasami i nie były myte od czasu 

rządów Reagana. Ściany pokryte zaciekami i grzybem pomalowano kiedyś paskudną 

szarą   farbą.   Nad   nami   buczały   dwie   słabe   jarzeniówki.   W   powietrzu   śmierdziało 

przypalonym jedzeniem i ludzkim brudem.

background image

 - Wiem tylko - kontynuowała Dana, nie przestając kręcić zadkiem

 - że Spike, mój menedżer, kazał mi się tu spotkać z panem Smithem. Tyle że nie 

pamiętam numeru pokoju. - Wydęła dolną wargę. - Spike strasznie się wścieknie, jak 

wrócę z niczym. Kumasz?

Wow,   Dana   naprawdę   świetnie   naśladowała   głos   głupiej   blondynki.   Było   to 

połączenie pisku Betty Boop z szeptem Marilyn Monroe, coś absolutnie sztucznego, 

ale   Metallice   to   nie   przeszkadzało.   Głupia   blondynka  w   skąpym   topie   to   coś,   co 

metalowcy lubią najbardziej. Widziałam kropelki potu zbierające się nad jego górną 

wargą, kiedy Dana roztaczała swój czar.

 - Pomyślałam, że może opiszę ci pana Smitha, a ty powiesz mi, w którym jest 

pokoju?

 - Będziemy bardzo wdzięczne - wtrąciłam się, oblizując wargi i robiąc zalotną 

minę. Okay, nie jestem tak dobra we flirtowaniu jak Dana. Szczerze mówiąc, czułam 

się w moim przebraniu głupio, a nie seksownie. Satynowa bielizna z Victoria's Secret 

jest seksowna. Żarówiasta sukienka ze spandeksu to zwykłe nieporozumienie.

Na szczęście Metallica nie podzielał moich poglądów. Nadal wpatrywał się w 

Danę wzrokiem dziecka w sklepie ze słodyczami.

 - No nie wiem - odparł. - Przewala się tędy kupa luda. Nie pamiętam wszystkich 

gości.

  - Och, założę się, że masz świetną pamięć. - Dana oparła dłoń na ramieniu 

Metalliki. Facet o mało nie zemdlał.

 - Gość, którego szukamy, prawdopodobnie zameldował się w piątek. Był sam - 

powiedziałam. - Ma ciemne, zaczesane do tyłu włosy i pewnie stara się nie zwracać na 

siebie   uwagi.   Ostatnio   miał   na   sobie   skórzaną   kurtkę   lotniczą,   czarne   spodnie   i 

czerwoną koszulę. - Dowiedziałam się tego wszystkiego z wczorajszych wieczornych 

wiadomości.

Metallica oderwał wzrok od biustu Dany i spojrzał na mnie, unosząc brew.

 - Skąd tyle wiesz o tym facecie?

Przełknęłam ślinę. Dana rzuciła mi ostre spojrzenie, dając do zrozumienia, że 

mam się więcej nie odzywać.

 - Już wcześniej się z nim spotykałyśmy - powiedziała szybko.

background image

 - Okay.

Nie jestem pewna, czy Metallica jej uwierzył. Wyglądało jednak na to, że ma to 

gdzieś, tak długo jak Dana się do niego umizguje. Muszę przyznać, że jest wspaniałą 

aktorką. Miałam nadzieję, że dostanie rolę Elwiry.

Jeśli   o   mnie   chodzi,   to   nie   wiedziałam,   jak   długo   jeszcze   wytrzymam.   Po 

podłodze   przebiegł   karaluch   i   schował   się   pod   biurkiem,   a   mnie   nagle   wszystko 

zaczęło swędzieć. Im szybciej stąd wyjdziemy, tym lepiej.

 - To jest tu czy nie? - zapytałam.

  - Nie wiem - wykręcił się Metallica i zrobił krok w tył, przenosząc wzrok z 

Dany na mnie. - Wiecie, to nie fair, żeby jeden gościu miał was obie, dziewczyny.

Oho.

  -   Może   zrobimy   tak.   Powiem  jednej   z  was,   w  którym  jest  pokoju,   a   druga 

zostanie tutaj i dotrzyma mi towarzystwa?

Fuj, fuj, fuj! Zmusiłam się do uśmiechu, jednocześnie modląc się, by nie puścić 

pawia.

Nawet Dana wyglądała, jakby miała już dość tej zabawy.

  - Hm,  kusząca propozycja - powiedziała,  z przyklejonym uśmiechem. - Ale 

wątpię, żeby było cię na nas stać. Jesteśmy dziewczynami z górnej półki, jeśli wiesz, 

co mam na myśli.

Metallica   uśmiechnął   się,   ukazując   przerwy   między   zębami.   Przypominał 

lampion z dyni - niby śmieszny, ale i trochę straszny.

 - To może szybki numerek w dowód wdzięczności? Zdaje się, że przypominam 

sobie to i owo o tym gościu.

Rzyg.

Dana westchnęła. Wychyliła się nad biurkiem tak, że piersi prawie wyskoczyły 

jej z topu, i powoli przejechała językiem po dolnej wardze. Przesunęła zadbaną dłonią 

po koszulce Metalliki. Na jego czole pojawiły się kropelki potu, oddech przyspieszył. 

Nie śmiałam spojrzeć, ale byłam pewna, że w jego kroczu stał już namiot.

Dana jechała powoli dłonią w górę jego klatki piersiowej, a gdy była tuż przy 

szyi, chwyciła koszulkę w garść i szarpnęła, odrywając recepcjonistę od ziemi.

background image

  -   Posłuchaj,   gnojku   -   powiedziała,   nachylając   się   tak,   że   prawie   stykali   się 

nosami. - Jeśli zaraz nie podasz nam numeru tego pokoju, to popamiętasz.

Metallica gwałtownie pobladł. Jego nogi majtały w powietrzu, a oczy wyszły na 

wierzch.

 - Jezu, podam. Tylko mnie postaw.

Stłumiłam śmiech. Lepiej nie wkurzać Królowej Aerobiku.

Dana postawiła Metallicę z powrotem na podłodze i ponownie przybrała minę 

pełną słodyczy. W garści nadal ściskała koszulkę recepcjonisty. Pomyślałam, że po 

wszystkim będzie musiała wyszorować ręce mydłem antybakteryjnym.

 - Tak już lepiej. Więc pod jakim numerem zatrzymał się nasz znajomy?

Metallica patrzył to na mnie, to na Danę, a namiot w jego spodniach opadł jak po 

przejściu wichury.

  - W dwudziestce - burknął w końcu. - Na piętrze. Jezu, kobieto. Dana puściła 

koszulkę i poklepała go po policzku.

 - Dzięki, koleś.

Nie   mogłam   się   powstrzymać.   Głośno   się   roześmiałam,   widząc   oszołomioną 

minę Metalliki, kiedy Dana, kręcąc tyłkiem, wychodziła z recepcji. Wyszłam zaraz za 

nią.

 - Podobno miałaś mu kadzić? - rzuciłam.

 - Karaluchy wyprowadzają mnie z równowagi. Dobrze powiedziane.

  -   No   dobra,   wiemy   już,   gdzie   jest   Greenway.   Dzwonimy   do   Ramireza   - 

oznajmiła Dana.

Racja. Powinnyśmy zadzwonić do Ramireza. W końcu to on jest gliniarzem.

Coś mnie jednak powstrzymywało. Może chodziło o syndrom głupiej blondynki, 

który   uaktywniał   się   u   mnie   przy   każdym   spotkaniu   z   Ramirezem.   A   może   o 

uśmieszek,   który   igrał   na   jego   ustach,   kiedy   patrzył  na   mnie   ubraną   w  Fioletowe 

Paskudztwo. W każdym razie nie chciałam po raz kolejny wyjść przed nim na idiotkę. 

Gdybyśmy teraz do niego zadzwoniły, a potem okazało się, że Greenwaya nie ma w 

tamtym pokoju, Ramirez uznałby mnie za totalnie niewiarygodną osobę.

 - Może najpierw upewnijmy się, że rzeczywiście tam jest - powiedziałam.

background image

Dana   spojrzała   na   mnie,   jakbym   właśnie   zaproponowała,   żebyśmy   obsłużyły 

Metallicę.

  - Żartujesz? Chcesz tak po prostu zapukać do drzwi i zapytać: „Hej, czy to ty 

jesteś tym gościem, który zamordował swoją żonę?"

W tym ujęciu plan faktycznie wydawał się nie najlepszy.

 - Nie. Tak. To znaczy, a co jeśli Ramirez przyśle ludzi, a pokój będzie pusty? Co 

jeśli Greenway poszedł na drugą stronę ulicy po kawę? Jeśli zobaczy gliniarzy, da 

nogę i tyle.

Dana przygryzła wargę.

 - W porządku. Zapukamy i zorientujemy się, czy jest w pokoju. Ale błagam, tym 

razem zostaw całą gadkę mnie.

Okay.   Spoko.   I   tak   nie   miałam   specjalnej   ochoty   na   ponowną   rozmowę   z 

Greenwayem.

Stukając obcasami, wspięłyśmy się z Daną po metalowych schodach na piętro. 

Ściany w Moonlight Inn były cienkie i zewsząd docierały odgłosy wyświadczanych 

„usług". Okrzyki „och, skarbie" mieszały się z puszczanym na cały regulator rapem i 

heavy metalem, przenikając przez tanie drewniane drzwi.

Bicie   mojego   serca   było   niemal   równie   głośne   jak   gitarowe   solówki.   Już 

telefoniczna rozmowa z Greenwayem wytrąciła mnie z równowagi.

Myśl o stanięciu z nim twarzą w twarz sprawiła, że zaczęły mi szczękać zęby. 

Zwolniłyśmy   kroku,   zbliżając   się   do   dwudziestki.   Po   drugiej   stronie   tych   drzwi 

znajduje   się   morderca,   pomyślałam.   Przypomniałam   sobie   dużą   czarną   spluwę 

Ramireza i nagle poczułam się zupełnie bezbronna.

Zatrzymałyśmy się z Daną przed drzwiami. Pokój miał jedno okno, wychodzące 

na   parking.   Wisząca   od   środka   wyblakła,   zielona   zasłona,   była   zaciągnięta   i   nie 

przebijał przez nią nawet atom światła. Czyżby w środku nikogo nie było?

 - Może go nie ma? - szepnęłam.

 - Może śpi.

 - Może nie powinnyśmy go budzić.

 - Hej, to był twój pomysł - szepnęła Dana.

background image

Wiem. I kiedy stałyśmy na dole, wydawał się całkiem niezły. Jednak im bliżej 

byłyśmy jego realizacji, tym więcej miałam wątpliwości. Zanim mogłam podwinąć 

ogon, Dana zastukała w drewniane drzwi. Przygryzłam wargę, opierając się pokusie, 

by wziąć nogi za pas i schować się w mysiej dziurze.

Żadnej odpowiedzi.

Dana zastukała jeszcze raz, tym razem wołając: „Halo?"

Nic. Odetchnęłam z ulgą tak wielką, że podmuch powietrza prawie zmierzwił 

moją sztuczną grzywkę.

A potem usłyszałam wystrzał.

Rozdarł   ciszę   za   drzwiami   niczym   grzmot   pioruna.   Dana   i   ja   na   moment 

znieruchomiałyśmy jak sparaliżowane.

Gdyby   to   był   film,   staranowałybyśmy   drzwi,   wpadły   do   środka   i   pojmały 

złoczyńcę, nie łamiąc sobie przy tym nawet jednego paznokcia. Ale ponieważ żadna z 

nas nie miała kontraktu z Warner Brothers, zrobiłyśmy to, co robi każdy mieszkaniec 

Los Angeles, kiedy usłyszy prawdziwy wystrzał z prawdziwej broni. Uciekłyśmy.

Wykonałyśmy zsynchronizowany obrót i rzuciłyśmy się w prawo, wydając piski 

przerażenia.   Zbiegłyśmy   schodami   tak   szybko,   jak   to   możliwe   w   niedorzecznie 

wysokich obcasach i pognałyśmy jak szalone do dżipa, zaparkowanego po drugiej 

stronie   parkingu.   Dana   podciągnęła   sukienkę   i   pędziła   w   stronę   samochodu   z 

determinacją   olimpijskiej   sprinterki.   Biegłam   tuż   za   nią,   wymachując   rękami   jak 

wariatka i usiłując utrzymać równowagę.

Metallica wychylił głowę z recepcji.

 - Co to było? Co, u diabła, wykręciłyście, wy szurnięte dziwki?

 - Nic - odkrzyknęła Dana, dopadając dżipa.

 - Słyszałem strzał.

  - Nie słyszałeś - rzuciłam. Tak, wiem, odzywka godna mistrzyni. Ale w tym 

momencie ucieczka była ważniejsza od wspinania się na wyżyny inteligencji.

Wgramoliłyśmy się do auta i już wyjeżdżałyśmy na główną ulicę, kiedy chyba 

usłyszałam   drugi   wystrzał.   Nie   zatrzymałam   samochodu,   żeby   się   upewnić,   tylko 

ruszyłam Vanowen i po dwóch przecznicach odbiłam na autostradę.

Ciągle rozdygotana, usłyszałam, jak Dana stwierdza oczywiste.

background image

  -   Właśnie   do  nas   strzelali.   Uwierzysz,   że   ktoś   właśnie   do  nas   strzelał?   Nie 

wierzyłam. To nie jest moje życie, pomyślałam. Jakimś cudem znalazłam się w ciele 

Lucy Liu, byłam tego pewna.

 - Myślisz, że to Greenway? - zapytałam.

 - Pytanie! A znasz jeszcze jakichś morderców, którzy mogliby do nas strzelać?

Trafna uwaga.

 - To co, dzwonimy teraz do Ramireza? - zapytała Dana. Mój głos rozsądku w 

końcu doszedł do... głosu.

 - Aha!

Zjechałam na parking przy skrzyżowaniu Van Nuys i Oxford i sięgnęłam do 

mojej   małej   torebki   po   wizytówkę   Ramireza.   Ręce   nadal   mi   się   trzęsły,   kiedy 

wybierałam jego numer. Oddałam telefon Danie, bo bałam się, że Ramirez mógłby 

rozpoznać   mój   głos.   Wiedziałam,   że   od   razu   zacząłby   mi   zadawać   mnóstwo 

irytujących pytań, takich jak: skąd wiedziałam, gdzie zatrzymał się Greenway? Jak 

zdobyłam numer jego pokoju? Dlaczego do mnie strzelał? Były to pytania, których 

wolałam uniknąć. Tak więc Dana ponownie przybrała dziwkarski głos Betty Boop i 

zostawiła anonimową wiadomość sierżantowi, który odebrał telefon.

 - Nie wiem jak ty - powiedziała, kiedy się rozłączyła - ale ja bym się napiła.

  - Ja też. - Tyle że nie mogłam pić alkoholu. Nie, dopóki nie wiedziałam, czy 

jestem w ciąży, czy nie.

 - To może zaczniemy dziś happy hours wcześniej?

Szczerze   mówiąc,   jedyne,   na   co  miałam   ochotę,   to   wrócić   do  domu  i  wziąć 

dziesięć pryszniców, żeby zmyć z siebie przerażenie. Jednak biorąc pod uwagę, że to 

ja zaciągnęłam Danę do Północnego Hollywood - nie wspominając już o tym, że to 

przeze mnie do niej strzelali - czułam, że jestem jej coś winna.

 - Jasne. Chcesz jechać w jakieś konkretne miejsce?

Dana opuściła osłonę przeciwsłoneczną i zaczęła poprawiać makijaż.

 - Znam barmana z Mulligan's. To na Van Nuys, parę przecznic stąd.

Wyjechałam z parkingu i wróciłam na Van Nuys. Zgodnie z instrukcjami Dany 

zatrzymałam   się   przed   ceglanym   budynkiem   z   niebieskim   neonem,   który   głosił 

„Mulligan's".   Przez   drzwi   płynął   niekończący   się   strumień   ludzi   w   biurowych 

background image

ciuchach.   Spojrzałam   na   swoją   sukienkę   ze   spandeksu,   zastanawiając   się,   ile 

niedwuznacznych propozycji otrzymam do końca dnia.

Parking   był   zastawiony,   więc   znalazłam   miejsce   na   ulicy.   Po   niechętnym 

opłaceniu   postoju,   weszłam   za   Daną   do   słabo   oświetlonego   wnętrza   Mulligan's. 

Wzdrygnęłam   się,   słysząc   z   małej   sceny   w   rogu   kiepskie   popisy   karaoke   - 

kurduplowaty facet w średnim wieku katował właśnie piosenkę Shanii Twain.

Dana natychmiast zamówiła dwie wódki z martini i dodatkowymi oliwkami u 

znajomego barmana, który wyglądał jak sobowtór Bruce'a Lee i był cały ubrany na 

czarno.  Marzyłam  o  kieliszku  martini,  ale  zdecydowałam się  na  kolejne  matczyne 

poświęcenie i szybko zmieniłam swoje zamówienie na dietetyczną colę. Po chwili 

dostałyśmy nasze drinki. Dana ledwie zdążyła wciągnąć jedną oliwkę, kiedy Bruce 

Lee złapał ją za rękę i pociągnął na scenę do wspólnego odśpiewania American Pie.

Usiadłam przy barze i sączyłam dietetyczną colę. Zdecydowanie nie jestem ćmą 

barową. Wolę  miejsca, w których słychać,  co mówią do ciebie znajomi,  takie  jak 

Starbucks czy Nordstrom. W moim wypadku wieczór na mieście oznacza kolację i 

film z Julią Roberts. Jednak w tym momencie głośna, tłoczna, anonimowa atmosfera 

Mulligan's   była   bardzo  kojąca.   Na   chwilę   mogłam   uciec   od   mojego  prawdziwego 

życia - nie szkodzi, że z kiepską muzyką w tle.

Dłonie trzęsły mi się już tylko odrobinę. Upiłam kolejny łyk coli. To naprawdę 

marny substytut martini.

Umierałam   z   ciekawości,   co   dzieje   się   w   motelu.   Czy   Ramirez   odebrał 

wiadomość?   Może   właśnie   aresztuje   Greenwaya?   Byłam   ciekawa,   czy   kiedy 

przyjechała policja, rozpętała się strzelanina. Boże, miałam nadzieję, że nikomu nic się 

nie stało. W sumie nie miałam nic przeciwko, by Metallica zarobił kulkę w tyłek, ale 

nie chciałam, żeby ktokolwiek zginął. A zwłaszcza ja. I właśnie dlatego, choć targała 

mną nieludzka ciekawość, siedziałam jak przykuta do stołka i popijałam dietetyczną 

colę. Odczekam dwie godziny i zadzwonię do Ramireza, żeby od niechcenia zapytać, 

czy są jakieś postępy w śledztwie. Oczywiście przemilczę fakt, że to ja, a nie policja, 

pierwsza odnalazłam Greenwaya. Ha, i kto był teraz dziewczyną?

Dana przepchała się do mnie, chwyciła swojego drinka i pociągnęła spory łyk.

background image

 - Boże. Zapomniałam już, jak Liao cudnie śpiewa. - Opróżniła kieliszek i zjadła 

oliwkę. - Chodź z nami na scenę. Zaraz będziemy śpiewać I've Got You, Babe.

 - Nie, dzięki. Nie jestem w nastroju do śpiewania. Dana przechyliła głowę.

 - Hej, wszystko w porządku?

Nie, nie było w porządku. Przed chwilą do mnie strzelali! Nie chciałam psuć 

Danie wieczoru z Bruce'em Lee (była tak dobra, że pojechała ze mną do Valley, gdzie 

ją prawie zabili), dlatego odpowiedziałam:

 - Nic mi nie jest. Tak jakby.

 - Jesteś pewna? Zmusiłam się do uśmiechu.

 - Tak. Spoko. Nie przejmuj się.

 - Okay. W takim razie nie pogniewasz się, że nie wrócę z tobą? Widzisz, Liao 

opiekuje się domem jednego gościa na Wzgórzach i mówi, że z jacuzzi jest widok na 

napis Hollywood.

Spojrzałam   na   jej   strój.   Miałam   nadzieję,   że   to   zaproszenie   nie   miało   nic 

wspólnego z jej minispódniczką. Choć, znając Danę, pewnie miała nadzieję, że tak.

 - Jedź. Poradzę sobie.

  -   Super.   Zadzwonię   do   ciebie   jutro   i   przy   bajglach   poczytamy   sobie   o 

aresztowaniu. - Mrugnęła do mnie konspiracyjnie, po czym zniknęła w gęstniejącym 

tłumie amatorów happy hours.

Racja. Aresztowanie. Miałam tylko nadzieję, że do niego doszło. Znowu zaczęło 

mnie korcić, żeby sprawdzić, co tam w motelu. Czy Greenway trafił do aresztu? Jeśli 

tak, byłam pewna, że Energiczna Reporterka zamelduje o wszystkim w wieczornych 

wiadomościach.   Jeśli   Richard   obejrzy   wiadomości   i   przekona   się,   że 

niebezpieczeństwo minęło, może jeszcze dzisiaj wróci do swojego mieszkania. Upiłam 

kolejny łyk coli, zastanawiając się, co właściwie o tym myślę.

Teraz, kiedy wiedziałam o Kopciuszku, nie miałam stuprocentowej pewności, na 

czym stoję z Richardem. Oczywiście byłam na niego wściekła. W końcu był mężem 

cholernej   disnejowskiej   księżniczki.   Ale,   jak   nauczyłam   się   na   przykładzie   pani 

Rosenblatt i jej wielu mężów, istniały różne małżeństwa. Może byli w separacji? A 

jeśli tak, co wtedy?

background image

Najgorsze było jednak to, że nie mogłam przestać myśleć o fali gorąca, jaka 

zalała mnie w Bebe's, kiedy patrzył na mnie Ramirez. Składałam ją na karb faktu, że 

od jakiegoś czasu się nie bzykałam, ale mimo wszystko wytrącało mnie to lekko z 

równowagi.

Pociągnęłam kolejny łyk coli, żałując, że nie ma w niej wódki. Co było smutnym 

komentarzem do mojego życia. Aspirująca projektantka mody pragnie się upić, po tym 

jak strzelał do niej klient jej zakłamanego byłego chłopaka. Jednocześnie ma kosmate 

myśli na temat irytującego, ale szalenie seksownego detektywa z wydziału zabójstw.

 - Przepraszam - odezwał się ktoś zza moich pleców, zwracając się do zmiennika 

Liao. - Poproszę coorsa.

Znieruchomiałam.

Zwróciliście   uwagę,   że   niektórzy   ludzie   mają   tendencję   do   pojawiania   się 

znienacka, akurat kiedy o nich myślicie? Pani Rosenblatt powiedziałaby, że pchnęło 

nas ku sobie kosmiczne przeznaczenie. Osobiście uważam, że to kwestia głupiego 

szczęścia. Choć w moim wypadku trudno było dzisiaj mówić o szczęściu. Jeśli już, to 

o pechu.

Zwalczyłam pokusę, by wtopić się w tłum (pewnie i tak by mnie namierzył - w 

końcu jest gliniarzem) i odwróciłam się do niego.

  -   No   proszę   -   powiedział   Ramirez,   uśmiechając   się   szelmowsko.   -   Co   za 

spotkanie.

background image

Rozdział 9

W  milczeniu gapiłam się   na  niego.   Cholera,  zainstalował mi  w samochodzie 

urządzenie naprowadzające, czy co?

Ramirez rozsiadł się swobodnie na sąsiednim stołku. Nadal się uśmiechał, kiedy 

barman podsunął mu butelkę coorsa.

 - Fajny strój - rzucił.

 - Dzięki. - Pociągnęłam za dół sukienki, przypominając sobie nagle o majtkach 

wpijających mi się w tyłek.

Uśmiechnął się szerzej, ukazując swój cholernie seksowny dołeczek.

 - Nie wiem dlaczego, ale spandeks strasznie mnie kręci.

 - Nabijasz się ze mnie?

 - Tylko trochę.

 - To jest kamuflaż.

 - Przed kim?

Przez moment milczałam.

 - Nikim.

 - Hm. - Przyglądał mi się uważnie, bezwiednie wyjmując z pojemnika na barze 

pałeczkę do mieszania koktajli i kreśląc nią niewielkie kółka.

 - Co? - zapytałam.

 - Całkiem niezła ta peruka.

 - Prawda?

 - Ale chyba wolę cię jako blondynkę.

Byłam wściekła na uradowany głosik w mojej głowie, który krzyczał: „Podobają 

mu się twoje włosy!"

 - Co tu robisz? - zapytałam, ignorując rozradowany głosik.

 - Pracuję. - Teraz patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie prześwietlić. - A co ty 

tutaj robisz?

Przygryzłam wargę. Nie byłam pewna, ile mogę mu powiedzieć. W dodatku już 

tyle razy ściemniałam tak wielu osobom, że nie pamiętałam, co ostatnio ściemniłam 

Ramirezowi. Jednak biorąc pod uwagę, że Greenway był prawdopodobnie w drodze 

background image

do aresztu, w związku z tym lada dzień spodziewałam się powrotu Richarda, uznałam, 

że nie mam wiele do stracenia.

 - Szukałam Greenwaya, ale strzelali do mnie, więc musiałam się napić. - Miałam 

nadzieję, że Ramirez pomyśli, że w mojej coli jest rum.

  - Okay - powiedział, kręcąc głową. - Ponieważ cię lubię i nie mam czasu na 

papierkową robotę, udam, że nie słyszałem o żadnej strzelaninie.

Czy właśnie powiedział, że mnie lubi? Cholera, radosny głosik znowu krzyczał 

wniebogłosy.

  -  Słuchaj,  Maddie  - ciągnął.  -  Tu chodzi  o  morderstwo.  O złych facetów  z 

wielkimi spluwami. To zupełnie inna bajka niż projektowanie dziecięcych bucików. 

Nie sądzisz, że już najwyższy czas, żebyś wróciła do domu i pozwoliła zająć się tą 

sprawą dużym chłopcom?

Miał rację. Denerwowałam się na samą myśl o facetach ze spluwami i ostatnią 

rzeczą, jakiej chciałam, to, żeby znowu ktoś do mnie strzelał. Zaniedbałam pracę, 

zaciągnęłam   najlepszą   przyjaciółkę   do   podejrzanej   dzielnicy,   przeze   mnie   Althea 

prawie została wylana, a teraz siedziałam w barze odstrojona w żarówiastą sukienkę ze 

spandeksu. Szczerze mówiąc, zamierzałam po prostu dopić colę, wrócić prosto do 

domu, zaleć na materacu i wypatrywać w wiadomościach materiału o aresztowaniu 

Greenwaya.

Jednak   ton,   jakim   Ramirez   zasugerował,   żeby   zostawić   tę   sprawę   „dużym 

chłopcom",  sprawił,  że  wyprostowałam  się,  zacisnęłam  szczęki,  zmrużyłam  oczy i 

odrzuciłam swoje sztuczne włosy na ramię.

 - Posłuchaj, „duży chłopcze": może i mam jajniki, ale to nie oznacza, że będę 

siedzieć w domu i robić na drutach, kiedy Richarda ściga morderca. Nawet jeśli mój 

cholerny chłopak jest żonaty z Kopciuszkiem.

Wiem, pyskowanie policjantowi to nie najlepszy pomysł. Ramirez wpatrywał się 

we mnie z miną Złego Gliny. W duchu modliłam się, żeby nie sięgnął po kajdanki. Nie 

należę   do   osób,   które   uważają   spędzenie   nocy   w   areszcie   za   dobrą   zabawę.   A 

zważywszy   mój   obecny   strój,   byłoby   to   chyba   nawet   gorsze   od   przejścia   się   po 

wybiegu w Mediolanie w Fioletowym Paskudztwie.

background image

Już   byłam   gotowa   oddać   się   w   ręce   sprawiedliwości,   kiedy   przy   oczach 

Ramireza pojawiły się zmarszczki, a usta uniosły w kącikach.

Po chwili roześmiał się na głos.

Powinnam się obrazić, ale zamiast tego poczułam, jak znika mój bojowy nastrój. 

Rety,   facet   cudownie   się   śmiał.   Jego   śmiech   był   głęboki,   serdeczny   i   całkowicie 

odmieniał mu twarz. Przez chwilę wyglądał zupełnie jak model z okładki kolorowego 

czasopisma.

 - W porządku - powiedział, dochodząc do siebie. - Mam dla ciebie propozycję. - 

Nachylił się, tak że poczułam zapach jego mydła. Ivory. Zaciągnęłam się. Zawsze 

lubiłam tę markę.

 - Jaką propozycję?

Spojrzał   mi   prosto   w   oczy   i   poufałym,   może   nawet   zbyt   poufałym,   tonem 

powiedział:

 - Pokażesz mi, co masz, a ja zrewanżuję ci się tym samym.

Rety. Miałam nadzieję, że mówi o prowadzonej sprawie. No może nie w stu 

procentach  - przyznam,  że  w mojej głowie  na  ułamek  sekundy rozbłysła  poddana 

przez Danę myśl o „zwierzęcym seksie".

 - Co chcesz wiedzieć? - zapiszczałam. Nawet nie drgnęła mu powieka.

 - Wszystko.

Wszystko to dość szerokie pojęcie. Postanowiłam podzielić się z nim skróconą 

wersją wydarzeń.

  -   Okay.   Kiedy   byłam   wczoraj   w   gabinecie   Richarda,   zadzwonił   Greenway. 

Udało   mi   się   ustalić,   że   dzwonił   z   Moonlight   Inn,   więc   razem   z   moją   najlepszą 

przyjaciółką   Daną   przebrałyśmy   się   za   dziwki,   żeby   wyciągnąć   od   recepcjonisty 

numer pokoju. Kiedy byłyśmy już pod drzwiami, ktoś zaczął strzelać, więc dałyśmy 

nogę.

Ramirez uniósł brwi.

 - Udało ci się namierzyć, skąd dzwonił?

  -   Przekupiłam   recepcjonistkę   Richarda   darmowym   manikiurem,   żeby   to   dla 

mnie sprawdziła.

 - Jezu. - Przewrócił oczami.

background image

 - Co?

 - Prawdziwie dziewczyńskie metody. Zmrużyłam oczy.

 - Ale zadziałało, prawda? Okay, powiedziałam ci już wszystko, co wiem, teraz 

twoja kolej. Co tutaj robisz?

Ramirez pociągnął łyk piwa i spojrzał na mnie. Przez chwilę bałam się, że zechce 

się wycofać z umowy.

 - W porządku. Dostaliśmy anonimowy telefon, że Devon Greenway ukrywa się 

w Moonlight w Północnym Hollywood. Sprawdziliśmy, skąd dzwonił informator - 

okazało się, że z twojej komórki. A kiedy mówię sprawdziliśmy, mam na myśli użycie 

technologii, nie manikiur.

Teraz ja przewróciłam oczami.

  - Wysłałem paru ludzi, żeby to sprawdzili. Wyobraź sobie moje zaskoczenie, 

kiedy   jadąc   do  motelu,   zauważyłem   zaparkowanego   na   ulicy   twojego   czerwonego 

dżipa.

Zignorowałam sarkazm w jego głosie.

 - Aresztowali Greenwaya?

 - Nie.

  - Jak to  „nie"? - Poczułam dławienie w gardle i mój głos znowu zrobił się 

piskliwy.   Nagle   bezpieczne,   anonimowe   wnętrze   Mulligan's   zmieniło   się   w 

pomieszczenie pełne obcych ludzi, z których każdy mógł być uzbrojony.

 - To znaczy, że pokój był pusty. Nikogo tam nie było.

Po raz drugi w ciągu dwóch dni bałam się, że zaraz zhiperwentyluję. Drżącymi 

dłońmi chwyciłam szklankę i wychyliłam resztkę coli. Za szybko. Napój wpadł do złej 

dziurki i zaczęłam się dławić, wydając przy tym dźwięki hieny w rui. Ramirez uderzył 

mnie w plecy, do oczu napłynęły mi łzy, ale sytuacja została opanowana.

Ramirez pokręcił tylko głową i z leciutkim uśmieszkiem upił kolejny łyk piwa.

 - Był tam - powiedziałam. - Przysięgam, że tam był. Dzwonił stamtąd wczoraj. 

Możesz   to   sprawdzić   w   rejestrze   połączeń.   Odbyliśmy   długą   rozmowę   o   tym,   że 

Richard nazywa mnie Pączuszkiem.

 - Pączuszkiem? - Ramirez uśmiechnął się drwiąco.

 - Tak mnie pieszczotliwie nazywa. Ja tego nie wymyśliłam.

background image

 - I Pączuszek to wszystko, na co go stać?

  - To słodkie! - Szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałam za Pączuszkiem. W 

dzieciństwie dziadek nazywał mnie jakoś podobnie. Nie zamierzałam jednak przyznać 

się do tego Ramirezowi.

 - Moim zdaniem bardziej pasuje do ciebie fregadita.

 - Co?

Ramirez się uśmiechnął.

 - Na pewno dojdziesz, co to znaczy. Chyba go nienawidziłam.

 - Jesteś pewien, że Greenwaya nie ma w motelu?

 - Nawet jeśli tam był, to się zmył. A jeśli jest mądry, właśnie leci na Karaiby. W 

tej   chwili   technicy   przeczesują   motel,   na   wypadek   gdyby   zostawił   tam   coś 

interesującego.

Mój znajomy technik z  haczykowatym nosem był pewnie w swoim żywiole, 

rolkując Metallicę.

 - Myślisz, że coś znajdą? Ramirez wzruszył ramionami.

 - Nie wiem. Moim zdaniem dawno się ewakuował.

Świetnie. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Tyle że teraz odczuwałam irracjonalną 

potrzebę, by co trzy sekundy zerkać przez ramię, sprawdzając, czy w pobliżu nie czai 

się uzbrojony psychopata. A Richarda ciągle nie było. Ciągle się ukrywał. Nadal nie 

odpowiadał na moje telefony i nadal był żonaty z Kopciuszkiem.

Zdecydowanie potrzebowałam czegoś mocniejszego od dietetycznej coli.

  -  No  dobrze  -  powiedział  Ramirez,  dopijając  piwo.   -  Skoro  wszystko  sobie 

wyjaśniliśmy, chyba już czas, żebyś wróciła do domu.

 - Powiesz mi jeśli znajdziecie coś w motelu? Ramirez spoważniał.

 - Zrozum, to dochodzenie w sprawie morderstwa. Nie zakupy. Wracaj do domu.

  -   Ale...   -   Otworzyłam   usta,   żeby   zaprotestować,   ale   Ramirez   uciszył   mnie, 

kładąc dłoń na mojej.

  - Wyłowiłem już z basenu ciało jednej kobiety, nie chcę wyławiać drugiego. 

Proszę. Wracaj do domu.

background image

Znieruchomiałam. Nie tyle z powodu ostrzeżenia, co pod wpływem ciepła jego 

dłoni na mojej. Przełknęłam ślinę, próbując wytłumaczyć sobie, że nie mam trzynastu 

lat, a on nie jest szkolnym przystojniakiem.

 - Nie mogę tak po prostu tego olać. - Nie dodałam, że to dlatego, iż mogę nosić 

dziecko Richarda.

Łagodniejsze   oblicze   Ramireza   zniknęło   równie   szybko,   jak   się   pojawiło. 

Ponownie przybrał minę Złego Gliny. Potrząsnął głową i mruknął coś po hiszpańsku, 

po czym wtopił się z powrotem w tłum.

I zniknął.

Wpatrywałam   się   w   swoją   szklankę.   To   była   dobra   rada.   Wrócić   do   domu. 

Ramirez miał rację: to nie była moja bajka. Może Greenway rzeczywiście był już w 

samolocie lecącym na Karaiby. A jeśli nie? Może właśnie tropił Richarda, zbliżał się, 

gotów   do   oddania   strzału.   Bardziej   bohaterska   część   mnie,   ta,   która   dorastała   w 

bieliźnie z logo Wonder Woman, chciała chwycić złote lasso i ocalić Richarda przed 

marnym końcem w kryształowo czystej wodzie basenu. Ta bardziej tchórzliwa, która 

uciekała w popłochu spod drzwi pokoju numer 20, wiedziała, że Ramirez ma rację. 

Jeśli będę nadal węszyć, w końcu mogę się napatoczyć na lufę pistoletu. Czy Richard 

był w ogóle wart takiego poświęcenia?

Jeszcze tydzień temu odpowiedziałabym głośno, że tak. Teraz miałam poważne 

wątpliwości. Jednak choć nie mogłam zignorować istnienia Kopciuszka, nie mogłam 

też tak po prostu skreślić Richarda, bez wysłuchania jego wersji wydarzeń. W końcu 

byliśmy   razem   pięć   miesięcy.   I   przez   większość   tego   czasu   było   nam   ze   sobą 

naprawdę dobrze. Okay, może nie odbyliśmy jeszcze poważnej rozmowy o tym, że 

spędzimy resztę życia razem, wpatrując się sobie w oczy, ale przynajmniej trzy razy w 

tygodniu nocowałam u niego, a piątkowy wieczór zawsze mieliśmy zarezerwowany na 

randkę.

Pytanie brzmiało: co dalej? Potrząsnęłam kostkami lodu na dnie szklanki. Nie 

miałam   tropu,   broni   ani   chłopców   z   policyjnego   laboratorium.   Nie   miałam   nawet 

kieszonkowego gazu pieprzowego.

background image

Miałam za to coś innego. Test ciążowy. A ponieważ miejsce pobytu mojego 

chłopaka pozostawało nieznane, perspektywa stanięcia twarzą w twarz z mordercą 

była mniej przerażająca niż perspektywa zobaczenia różowej kreski.

Zrobiłam   więc   jedyną   słuszną   rzecz.   Rzuciłam   na   bar   dziesiątkę,   złapałam 

torebkę i popędziłam do samochodu, żeby nie pozwolić Ramirezowi za bardzo się 

oddalić.

Przyznaję, że kiedy ostatnim razem śledziłam Ramireza, nie skończyło się to 

najfajniej.   Nie   miałam   najmniejszej   ochoty   oglądać   kolejnych   trupów   w   basenie, 

dlatego   obiecałam   sobie,   że   tym   razem   zostanę   w   samochodzie.   Na   przekór 

seksistowskim   poglądom   Ramireza   nie   zamierzałam   jednak   czekać   z   założonymi 

rękami,   aż   sytuacja   jeszcze   bardziej   się   zagmatwa.   A   miałam   przeczucie,   że   tak 

właśnie będzie, zanim w końcu wszystko się wyprostuje. Jasne, byłoby super, gdyby 

policyjni technicy wpadli na trop prowadzący prosto do Greenwaya, ale nie sądziłam, 

żeby facet był aż tak głupi. Ani żebym ja miała aż takie szczęście.

Tak   więc   zamiast   siedzieć   w   domu   i   słuchać   energicznych   reporterów 

wiadomości, informujących, że policja nie ma żadnych nowych śladów, postanowiłam 

wziąć sprawy we własne ręce. Postanowiłam być aktywna. Tak, aktywna. Brzmi to o 

niebo   lepiej   niż   „upierdliwa   baba,   przeszkadzająca   w   śledztwie".   Poza   tym   jeśli 

zostanę w samochodzie, nie będę w niczym przeszkadzać. Będę po prostu szpiegować.

Musiałam   też   przyznać,   że   nadal  byłam   urażona   słowami  Ramireza   o  moich 

dziewczyńskich metodach. I co u diabła znaczyło fregadita!

Włączyłam  się   do   ruchu  na   Van   Nuys   i  na   następnych   światłach  dogoniłam 

czarnego SUV - a Ramireza. Trzymałam się w odległości dwóch samochodów za nim, 

na sąsiednim pasie, żałując, że mój dżip nie jest mniejszy i mniej rzucający się w oczy. 

Tak jak się spodziewałam, skręcił w Vanowen, kierując się do motelu. Zwiększyłam 

dystans   między   nami   jeszcze   o   parę   samochodów,   bo   czułam   się   dość   pewnie, 

wiedząc, dokąd zmierzał. Później na chwilę go zgubiłam, ale kiedy powoli mijałam 

Moonlight Inn, zobaczyłam jego SUV - a zaparkowanego pod tą samą wątłą palmą, 

pod którą zaledwie godzinę wcześniej stał mój dżip.

Okrążyłam przecznicę i zatrzymałam się kilkadziesiąt metrów od motelu, pod 

słabo świecącą uliczną latarnią. Choć na dworze nadal było ponad dwadzieścia pięć 

background image

stopni, siedziałam z zamkniętymi oknami i zablokowanymi drzwiami. Już wcześniej 

Moonlight   Inn   wzbudzał   mój   niepokój.   Teraz   przywodził   na   myśl   hollywoodzkie 

horrory.   Przypomniała   mi   się   scena   z  Ulic   strachu,  w   której   niczego   nie 

podejrzewająca kobieta siedzi w swoim samochodzie, gdy nagle z tylnego siedzenia 

wyskakuje morderca z siekierą i zaczyna nią wymachiwać. Cały samochód spływa 

keczupem. Wzdrygnęłam się. Chciałam, żeby mój keczup pozostał na swoim miejscu.

Mrużąc oczy, by lepiej widzieć w ciemności, patrzyłam, jak Ramirez wysiada z 

auta. Na parkingu stały dwa wozy policyjne; jeden funkcjonariusz rozmawiał przez 

radio   w   samochodzie,   drugi   oświetlał   latarką   tablice   rejestracyjne   samochodów 

stojących na parkingu. Ramirez podszedł do gliniarza z latarką i rozmawiał z nim 

przez chwilę, podczas gdy tamten cały czas wskazywał na pokój numer 20.

Podążyłam za wzrokiem Ramireza na piętro. Drzwi pokoju były teraz otwarte, w 

środku paliło się światło. Za lichymi zasłonami dostrzegłam zarys sylwetki, należącej 

zapewne do znajomego technika. Na wpół ubrani sąsiedzi dwudziestki wypełźli ze 

swoich pokojów, gromadząc się przy otwartych drzwiach niczym ćmy przy lampie.

Ramirez zostawił gliniarza, pokonał schody, przeskakując po dwa stopnie naraz i 

zdecydowanym   krokiem   ruszył   do   pokoju   Greenwaya.   Zniknął  w  środku,   ale 

dosłownie po chwili wynurzył się z powrotem. Zszedł na dół, przeciął popękany asfalt 

i wszedł do recepcji. Uśmiechnęłam się na myśl o Metallice, trzęsącym się ze strachu 

pod groźnym spojrzeniem Ramireza.

Pięć minut później Ramirez wyszedł z recepcji i wsiadł do SUV - a. Włączył 

światła,   wyjechał   z   parkingu   i   ruszył   Lankershim,   kierując   się   ku   autostradzie. 

Zmusiłam się, by policzyć do pięciu, i puściłam się za nim w pogoń.

Byłam prawie pewna, że po prostu wraca na komisariat. Ale istniała nikła szansa, 

że   Metallica   podzielił   się   z   nim   informacją   na   temat   nowego   miejsca   pobytu 

Greenwaya. Uznałam więc, że nie zaszkodzi, jeśli się trochę przejadę. Poza tym, choć 

niechętnie to przyznawałam, moje mieszkanie wydało mi się nagle strasznie puste. 

Wcześniejsza mrożąca krew w żyłach akcja w motelu oraz świadomość, że Greenway 

nadal jest na wolności, sprawiały, iż myśl o siedzeniu samej w domu była dla mnie nie 

do   zniesienia.   Nawet   nie   miałam   do   kogo   zadzwonić,   by   dotrzymał   mi   tej   nocy 

towarzystwa. Dana szalała gdzieś w jacuzzi, Richard, oczywiście, nadal się ukrywał. 

background image

Pewnie mogłabym zadzwonić do mamy, ale wtedy musiałabym przez cały wieczór 

słuchać o jej zbliżającym się wieczorze panieńskim w Beefcakes i o tym, ile weźmie 

ze sobą dwudziestek. Co było niemal tak samo odstręczające.

Wiem, że to głupie, ale dopóki miałam Ramireza w zasięgu wzroku, czułam się 

bezpieczna. Zabawne, że tylne światła SUV - a mogą być tak kojące.

Jechaliśmy Lankershim do stotrzydziestkiczwórki. Ramirez podążał na wschód, 

w stronę Pasadeny, a potem skręcił w piątkę, odbijając na południe. Jechał szybko, 

jakby   był   spóźniony,   klucząc   umiejętnie   między   innymi   autami,   aż   dotarł   do 

sześćdziesiątki,   i   skierował  się   na   Pomonę.   Nagimnastykowałam  się,   żeby   za   nim 

nadążyć, cały czas starając się, by była między nami przynajmniej jedna ciężarówka. 

Nie zamierzałam pozwolić, by znowu mnie przyłapał.

Zegar na desce rozdzielczej wskazywał wpół do ósmej, kiedy Ramirez zjechał w 

końcu   z   autostrady   w   Azusa,   zdążając   w   stronę   dzielnicy   mieszkalnej   Hacienda 

Heights. Tutejsze domy jednorodzinne były skromne i wyglądały, jakby wyfrunęło z 

nich już niejedno pokolenie młodzieży. Wytyczone w latach pięćdziesiątych ulice, z 

identycznymi, produkowanymi masowo domkami, zmieniły się. Tu i ówdzie garaż 

zaadaptowano   na   powierzchnię   mieszkalną,   pojawiły   się   okładziny   z   Searsa   i 

nadbudówki. Na równo przyciętych trawnikach leżały wielkie opony i piłki.

W  ślad   za   Ramirezem   minęłam   dom   z   dziecięcą   huśtawką   zawieszoną   na 

drzewie   i   trawnikiem  otoczonym   płotkiem.   Nagle   przed  oczami   błysnęła   mi   moja 

ewentualna podmiejska przyszłość. Ogarnęła mnie panika. Czy to właśnie oznaczała 

różowa kreska?

Na szczęście nie jestem aż tak neurotyczna, by przeżyć załamanie nerwowe na 

samą   myśl   o   osiedleniu   się   w   krainie   mamusiek.   Jednak   kiedy   pomyślałam,   że 

miałabym opuścić moje mieszkanie (co z tego, że piekielnie ciasne), zamieszkać z 

Richardem (tak, wypierałam istnienie Kopciuszka) i zamienić się w przykładną panią 

domu, aż spociły mi się ręce. Czy z powodu jednej wadliwej prezerwatywy miałam 

porzucić moje dotychczasowe życie i zapuścić korzenie na przedmieściu?

Niechętnie przyznaję, że jakaś niewielka (maciupka, maciupeńka) część mnie 

tego   chciała.   Za   tę   nagłą   ciągotę   do   macierzyństwa   winiłam   moje   lalki. 

Programowałam   się   na   sielankę   na   przedmieściu,   od   kiedy   kupiłam   Barbie   jej 

background image

wymarzony   dom,   łącznie   z   idealnym   dodatkiem,   czyli   Kenem.   Mimo   to, 

skonfrontowana z taką ewentualnością, oblewałam się zimnym potem.

Pogrążona w rozmyślaniach, nagle uświadomiłam sobie, że zgubiłam Ramireza.

Cholera.

Objechałam przecznicę i wróciłam po swoich śladach. Podczas drugiej rundki w 

końcu wypatrzyłam jego SUV - a, zaparkowanego pod okazałym dębem, po drugiej 

stronie ulicy.

Zatrzymałam się na rogu, z dala od wątłego światła ulicznych latarni, i zsunęłam 

się na siedzeniu. Ze swojego punktu obserwacyjnego dostrzegłam, że SUV jest pusty. 

Ramirez   zapewne   wszedł   do   jednego   z   pobliskich   domów,   kiedy   ja   objeżdżałam 

przecznicę. Cholera.

Szybko przyjrzałam się dwóm domom, pomiędzy którymi stał jego samochód. 

Jeden był pogrążony w kompletnej ciemności. Drugi, zbudowany w stylu ranczerskim, 

miał   żółte   okiennice,   a   w   jednym   z   okien   od   frontu   migotało   niebieskie   światło 

telewizora.   Na   podwórku   rosły   jukki,   ścieżka   była   obsadzona   krzakami   róż.   Na 

trawniku   walały   się   hula   -   hoopy,   rękawice   bejsbolowe,   ciężarówki   zabawki   i 

szmaciana   lalka.   Nie   wyglądało   mi   to   na   kryjówkę   zbiegłego   przestępcy. 

Zastanawiałam się, co w takim razie robi tutaj Ramirez.

I wtedy nasze kosmiczne szlaki znowu się przecięły.

 - Mnie wypatrujesz? - Ramirez przyglądał mi się przez boczną szybę.

Zaskowyczałam jak terier, podskakując na siedzeniu.

 - Jezu, ale mnie przestraszyłeś.

Miał rozbawione spojrzenie, zupełnie jakby o to mu chodziło.

 - Zaczynasz być naprawdę upierdliwa, wiesz?

 - My, upierdliwe dziewczyny, już tak mamy.

  -   Pewnie   nie   uda   mi   się   ciebie   namówić,   żebyś   wróciła   teraz   do   domu? 

Przybrałam pozę twardzielki.

  - Masz rację, nie uda ci się. Nie wiem, dlaczego ci się wydaje, że możesz mi 

rozkazywać. To dlatego, że jestem kobietą, tak?

Uśmiechnął się szeroko.

 - Nie, dlatego że mam odznakę.

background image

No cóż, zdaje się, że tu miał trochę racji. Zmieniłam temat.

 - Gdzie właściwie jesteśmy? - zapytałam, wskazując senną okolicę. Zerknął na 

dom z hula - hoopami.

 - W żadnym istotnym miejscu.

Jasne. Chyba nie spodziewał się, że w to uwierzę?

  -   Czyj   to   dom?   -   zapytałam,   wyciągając   szyję,   jakbym   dzięki   temu   mogła 

zobaczyć, co się dzieje w środku.

Ramirez pokręcił głową.

 - Wierz mi, nie chcesz wiedzieć.

  -   Znowu   to   samo.   Mówisz   mi,   czego   chcę,   a   czego   nie   chcę.   Czy   kobiety 

naprawdę   lecą   na   tę   twoją   seksistowską   gadkę?   -   Nie   musiał   odpowiadać   - 

wiedziałam, że tak.

W oku Ramireza błysnęło ostrzeżenie.

 - Naprawdę chcesz wiedzieć?

Zawahałam się. Nie po to tyle jechałam, żeby teraz dać się zastraszyć facetowi, 

który uważał, że może mnie rozstawiać po kątach tylko dlatego, że jest seksowniejszy 

od Brada Pitta w todze. Wyprostowałam się.

 - Tak.

 - Dobra. To chodź.

Za łatwo poszło. Gdzieś musiał kryć się haczyk. Ale po tym jak narobiłam dymu, 

nie   mogłam   się   teraz   tak   po   prostu   wycofać.   (Poza   tym   wyprawa   w   nieznane   z 

Ramirezem   była   lepsza   od   samotnego   siedzenia   w   domu   i   czekania,   aż   zjawi   się 

Greenway   i   upuści   mi   keczupu).   Złapałam   więc   torebkę,   zamknęłam   dżipa   i 

pospieszyłam za Ramirezem, który przeciął ulicę i szedł różaną ścieżką.

Drzwi   wejściowe   były   intensywnie   czerwone   z   pomarańczowymi   szybkami. 

Ramirez   zastukał   energicznie,   po   czym,   nie   czekając   na   odpowiedź,   pchnął   je   do 

środka, puszczając mnie przodem.

W  środku było cieplej niż na dworze, pachniało tamalami, płynem do mycia 

podłóg i ciasteczkami z cukrową posypką. Gdzieś w głębi grała muzyka, usłyszałam 

też  chór dziecięcych głosów, rywalizujących ze sobą o zainteresowanie dorosłych. 

Ramirez poprowadził mnie do przytulnego salonu, który zdawał się pękać w szwach 

background image

od najrozmaitszych bibelotów. Były tu wazony z kolorowego szkła, kolekcja figurek 

bejsbolistów z kiwającymi się głowami, szklane świeczniki ozdobione wizerunkami 

Dziewicy Maryi i ręcznie dziergane jaskrawozielone i różowe narzuty. W rogu, w 

dużym,   rozkładanym   fotelu   w   przydymionym   pomarańczowym   kolorze,   drzemał 

mężczyzna w znoszonej roboczej koszuli i dżinsach. Obok niego, na stoliku do kawy, 

leżał   czarny   kowbojski   kapelusz.   W   telewizorze,   który   widziałam   z   ulicy,   leciał 

właśnie western z Johnem Wayne'em, ale dźwięk był ściszony.

Kuchnia za salonem była urządzona w jasnym odcieniu błękitu. Krzątały się w 

niej krągłe kobiety, nawijające szybko po hiszpańsku.

Zaczęłam   się   poważnie   zastanawiać,   czy   dobrze   zrobiłam,   przychodząc   tu   z 

Ramirezem.   Wyobrażałam   sobie,   że   będziemy   przesłuchiwać   podejrzanego   w 

oślepiającym   świetle   lamp,   zrobimy   nalot   na   podmiejską   kryjówkę   handlarzy 

narkotyków albo spróbujemy wyciągnąć informacje od sąsiada dalekiego krewnego 

Greenwaya. Teraz miałam przeczucie, że wpakowałam się w coś znacznie gorszego.

 - Halo? - zawołał Ramirez.

Szwargotanie   ucichło   i   z   kuchni   wychyliło   się   pięć   twarzy.   Wszystkie   w 

przyjemnym jasnobrązowym kolorze, z czarnymi, gęstymi włosami. Jedna z kobiet 

była mniej więcej w moim wieku, pozostałe miały delikatne zmarszczki i siwe pasma 

we włosach.

Najniższa z nich (a żadna nie miała więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu) na 

widok Ramireza klasnęła w ręce.

 - Mijo, przyszedłeś!

 - Oczywiście, że przyszedłem. - Ramirez podszedł do kobiety i pocałował ją w 

policzek. - Chyba nie myślałaś, że opuszczę twoje urodziny, mamo?

Mamo? No to wszystko jasne.

Pociągnęłam za dół sukienki, zastanawiając się, czy uda mi się ją wydłużyć o 

dziesięć   centymetrów,   jeśli   będę   tego   wystarczająco   mocno   pragnąć.   Nie   miałam 

ochoty   poznawać   w   tym   stroju   niczyjej   matki,   a   zwłaszcza   takiej,   która   piekła 

ciasteczka z cukrową posypką. Może gdybym zaczęła się powolutku cofać, udałoby 

mi się zniknąć z powrotem za drzwiami, ocalając resztki godności.

Jakby czytając w moich myślach, Ramirez powiedział:

background image

 - Mamo, to jest Maddie.

Znieruchomiałam, kiedy pięć par ciemnobrązowych oczu skierowało się na mnie. 

To by było na tyle, jeśli chodzi o dyskretną ucieczkę.

Mama   zmierzyła   mnie   wzrokiem   od   góry   do   dołu,   a   potem   spojrzała   na 

Ramireza, unosząc gęstą brew. Pozostałe kobiety zwyczajnie gapiły się na mnie, a ich 

oczy były okrągłe jak spodki. Tylko najmłodsza przyglądała mi się spod zmrużonych 

powiek, zaciskając usta.

 - Maddie, poznaj moją siostrę BillieJo i ciotki Swoozie, Cookie i Kiki.

Ciotki nadal się na mnie gapiły. BillieJo piorunowała mnie wzrokiem.

 - Witam - powiedziałam i nawet leciutko machnęłam jednym palcem. Żadna mi 

nie odpowiedziała.

Czułam się, jakbym miała na czole wielki neon ze słowem „dziwka".

  -   Eee,   zwykłe   się   tak   nie   ubieram   -   wyjaśniłam   szybko,   z   policzkami 

czerwieńszymi od nosa Rudolfa.

Mama jeszcze raz omiotła mnie wzrokiem, zatrzymując się na dole sukienki. 

Odruchowo pociągnęłam ją w dół.

 - Ładne nogi - powiedziała.

 - Och... - Spojrzałam na Ramireza, licząc na jakąś pomoc. Nic z tego. Kołysał 

się na piętach z rękami skrzyżowanymi na piersi, a złośliwy uśmieszek na jego twarzy 

mówił, że zostałam ukarana za to, że go śledziłam.

 - Dziękuję - wydusiłam w końcu.

  - Kiedyś też miałam takie nogi - ciągnęła mama. - Zanim urodziłam dzieci. 

Dzieci rujnują nogi. Żylaki, cellulit. Niezbyt ładnie to wygląda. Masz dzieci?

 - Nie. Nie mam. - Jeszcze.

  -   I   dobrze.   Zachowaj   te   nogi   tak   długo,   jak   się   da.   Ja   urodziłam   pierwsze 

dziecko, kiedy miałam siedemnaście lat. A ty ile masz?

 - Eee, dwadzieścia dziewięć - odpowiedziałam, z tym że zabrzmiało to bardziej 

jak   pytanie.   Jakbym   zgadywała   w   teleturnieju   i   liczyła,   że   odpowiedź   będzie 

poprawna.

  -   Och.   -   Mama   nachyliła   się   do   mnie   i   pseudoszeptem   zapytała:   -   Jesteś 

bezpłodna?

background image

Zdaje się, że słyszałam, jak Ramirez parsknął.

 - Nie! Nie jestem bezpłodna. Po prostu... poświęcam się pracy.

 - O, brawo! Bardzo dobrze. Dziewczyna, która robi karierę zawodową. Zawsze 

chciałam zrobić karierę zawodową. Myślę, że byłabym naprawdę dobrym strażakiem.

Starałam   się   nie   roześmiać,   kiedy   wyobraziłam   sobie,   jak  korpulentna   mama 

Ramireza wyciąga kogoś z płonącego budynku.

 - Czym się zajmujesz? - zapytała.

 - Projektuję buty.

Mama spojrzała na moje potężne akrylowe obcasy.

  -   Nie,   nie   takie   -   dodałam   szybko.   -   Projektuję   buty   dla   dzieci.   Mama   się 

ożywiła.

  - A więc lubi dzieci. Bardzo dobrze. Podoba mi się ta dziewczyna. - Mama 

klepnęła Ramireza w policzek.

 - Cieszę się - odparł. Dobrze się bawił. Za dobrze.

Mama klepnęła w policzek także mnie. Potem wskazała na syna.

 - Pilnuj, żeby używał kondomów. Musisz zachować te nogi tak długo, jak tylko 

się da.

Zatkało mnie. Spojrzałam na Ramireza, licząc, że wyjaśni matce, że nie łączą nas 

stosunki wymagające używania kondomów, ale on robił wszystko, żeby nie parsknąć 

śmiechem.

  -   No   dobrze   -   powiedziała   mama   do   wszystkich.   -   Tamale   są   już   gotowe, 

jedzmy.

Oszołomiona   mrugałam   oczami,   patrząc,   jak   mama   człapie   z   powrotem   do 

kuchni.  Ciotki ruszyły za nią,  BillieJo zamykała  pochód.  Na  odchodne posłała mi 

przez ramię jeszcze jedno groźne spojrzenie.

Rozważałam, czy nie jest za późno, by ratować się ucieczką, kiedy poczułam na 

szyi ciepły oddech Ramireza.

  -   Mówiłem,   że   nie   chcesz   tu   przychodzić   -   mruknął,   po   czym   błysnął 

uśmiechem,   który   zawstydziłby   samego   Kota   z   Cheshire.   Złapał   mnie   za   rękę   i 

pociągnął do kuchni.

Obiecałam sobie, że mi za to zapłaci.

background image

Rozdział 10

Ramirez wyprowadził mnie do przestronnego ogródka za domem, przy którym 

moje skrzynki z geranium wyglądały po prostu żałośnie. Na trawniku stały trzy stoły 

piknikowe, przykryte kolorowymi obrusami. Otaczały je krzesła, każde z innej parafii, 

i ławy. Na stołach leżały pachnące stosy tamali, chili i empanades. Między wysokimi 

dębami   wisiały   rozwieszone   sznury   światełek;   z   jednej   z   niższych   gałęzi   zwisała 

sponiewierana pinata.

Poniżej siedziała grupka ciemnowłosych dzieci, a z ich ust wystawały patyczki 

od lizaków.

  - Wujek Jack - wrzasnęło jedno z nich, rzucając się na Ramireza. To samo 

zrobiły   jeszcze   dwie   dziewczynki   i   wkrótce   obie   nogi   Ramireza   były   obwieszone 

umorusanymi maluchami.

Tym razem to ja uśmiechnęłam się kpiąco. Jakoś trudno mi było wyobrazić sobie 

Ramireza w roli dobrego „wujka Jacka". Ale muszę mu oddać sprawiedliwość - nawet 

się nie skrzywił, kiedy jedna z bratanic zostawiła czekoladowe odciski rączek na jego 

białej koszuli.

Na podwórko wyszła mama z kolejną tacą tamali i usiadła na jednej z ław. Zdaje 

się,  że  był  to swego  rodzaju  sygnał,  bo  nagle   zleciała   się   cała  chmara  ludzi.   Zza 

przesuwnych szklanych drzwi wyszła BillieJo i trzy inne młode kobiety, a za nimi 

facet, który wcześniej drzemał w fotelu. Zza domu wyłoniło się dwóch mężczyzn - 

obaj byli bardzo podobni do Ramireza, z tym że jeden był nieco niższy, a drugi miał 

długie włosy, związane na karku w kucyk.

Mama wcisnęła mi w ręce talerz i zakomenderowała "jedz, jedz". Z obawy, aby 

jej nie urazić (uznałam, że moja sukienka jest wystarczająco obrazoburcza), nałożyłam 

sobie wszystkiego po trochu.

Kiedy   zasiedliśmy   do   jedzenia,   z   domu   wyszło   jeszcze   dwóch   mężczyzn.   Z 

gitarami przewieszonymi przez plecy, nakładali sobie jedzenie, śmiejąc się i gadając, 

potęgując jeszcze ogólny harmider.

Jak   już   wspominałam,   moja   babka   jest   irlandzką   katoliczką.   Zanim   dziadek 

dostał   bilet   w   jedną   stronę   do   raju,   wszystkie   Wigilie   spędzaliśmy   w   ich   domu: 

siedmioro moich ciotek i wujków, dziewiętnaścioro kuzynostwa i cały rój ich małych 

background image

pociech,   które   biegały   po   domu   w   odświętnych   sukienkach   w   szkocką   kratę   i 

malutkich czerwonych muchach. Tak więc wielka rodzina to dla mnie żadna nowość. 

Ale jeszcze nigdy nie spotkałam ludzi, którzy by tak głośno gadali i tyle jedli, i to w 

dodatku jednocześnie. Byłam pod wrażeniem.

Jeśli miałam nadzieję, że wtopię się w tło, spotkało mnie przykre rozczarowanie. 

Mama   usadziła   mnie   obok   siebie   na   ławie   i   przedstawiała   po   kolei   wszystkim 

członkom   rodziny.   Poznałam   braci   Ramireza,   Barta,   Dillona,   Marshala   i   Clinta. 

Oprócz BillieJo na przyjęciu były żona Clinta, Amelia, żona Barta, Maria, oraz kuzyni 

Mary Jane i Jose. Do tego z dziesięcioro bratanic i bratanków, których imion nie 

spodziewałam się zapamiętać.

Wkrótce zrobiło się niemal tak głośno, jak podczas happy hours w Mulligan's. 

Dziwne, ale wcale nie czułam się zagubiona w tłumie. Hałas, jaki robili, dodawał mi 

otuchy.   Był   jak   duży,   ciepły   koc,   który   odgradzał   mnie   od   reszty   świata   i   jego 

problemów.  Prawie zapomniałam o wszystkim, co mi się  tego dnia przydarzyło,  i 

naprawdę zaczynałam się relaksować, kiedy mama nałożyła mi na talerz dokładkę.

  - Lubię, kiedy dziewczyna je - powiedziała z aprobatą, kiedy zabrałam się do 

jedzenia. - Większość młodych dziewczyn jest za chuda. Ale nie ty. Ty masz na sobie 

trochę ciała.

Znieruchomiałam   z   widelcem   z  empanada  w   połowie   drogi   do   ust.   Może 

powinnam sobie darować dokładkę.

 - Dziękuję - odparłam niepewnie.

 - Mój Jackie lubi kobiety z krągłościami.

Jackie? Jak milusio. Zerknęłam przez stół na Ramireza, który jedną ręką zajadał 

enchiladę   w   sosie   mole,   a   drugą   przytrzymywał   na   kolanie   malucha   w   różowych 

falbankach.

 - Mogę o coś zapytać, pani Ramirez?

 - Mów mi mamo. Wszyscy tak do mnie mówią.

  - Dobrze... - Zawahałam się. - Mamo. - Dziwnie było mówić do cudzej matki 

„mamo". Zwłaszcza że owa matka mylnie zakładała, że spotykam się z jej synem. Ale 

nie mogłam jej przecież powiedzieć, że tylko go śledziłam, nie po tym, jak opchałam 

się jej domowymi empanadas. Ramirez nieźle mnie załatwił i sądząc po spojrzeniach, 

background image

jakie  rzucał  mi  przez  stół,  kokietując  mnie  tym  swoim dołeczkiem,  dobrze  o tym 

wiedział.

 - Co chcesz wiedzieć, skarbie?

 - Co znaczy fregadita! - spytałam. Mama zastanowiła się przez chwilę.

 - Mały wrzód na pupie. Dlaczego pytasz?

Oparłam się pokusie ciśnięcia w Ramireza empanada. Bądź co bądź trzymał na 

kolanach dziecko.

 - Bez powodu - odparłam.

 - Jaki przyjemny wieczór. Cieszę się, że Jack mógł przyjechać. Wiesz, facet od 

pogody mówił, że będzie padać.

 - W LA nigdy nie pada.

  - To samo powiedziałam. Ale on mówił, że będzie. Wiedziałam, że się myli. 

Mama wie najlepiej. - Pokiwała przy tym mądrze głową, a ja poczułam, że zaczynam 

ją lubić.

Po   tym   jak   objedliśmy   się   po   uszy   słodkimi   meksykańskimi   bułeczkami, 

cynamonowymi drożdżówkami i ciasteczkami z zieloną cukrową posypką, faceci z 

gitarami nastroili instrumenty i zaczęli grać przyjemną, nastrojową melodię. Kojące 

dźwięki muzyki w połączeniu z dwoma talerzami pysznego jedzenia, które umościło 

się już w moim żołądku, sprawiły, że poczułam się syta i zadowolona. Ogarnęła mnie 

niemal błogość.

Mój spokój został jednak zburzony, kiedy poczułam na krzyżu ciepłą dłoń.

Ramirez nachylił się do mnie i szepnął:

 - Zatańczymy?

Chciałam odmówić, ale złapał mnie za rękę i pociągnął na trawnik, gdzie już 

kołysali się w rytm muzyki Clint i jego żona. Poza tym był gliniarzem, więc chyba 

lepiej było mu się nie przeciwstawiać. (I nie miało to nic wspólnego z faktem, że jego 

głęboki głos, tak blisko mojego ucha, znowu przywiódł mi na myśl wizję zwierzęcego 

seksu. Przysięgam!)

Ramirez objął mnie w talii, ujął moją dłoń w swoją i zaczęliśmy się poruszać w 

takt muzyki. Poruszał się z zaskakującą gracją jego kocie ruchy kojarzyły mi się z 

background image

panterą, którą miał wytatuowaną na przedramieniu. Tańcząc z nim, czułam się jak 

Ginger Rogers, co było miłe.

Może aż za bardzo. Kiedy poczułam, jak w moim podbrzuszu wzbiera znajome 

ciepło, uznałam, że jest to także za bardzo intymne. I że zbyt łatwo mogłabym się do 

tego przyzwyczaić.

Odchrząknęłam i spróbowałam nawiązać prozaiczną rozmowę, żeby opanować 

falę gorąca, zanim zaleje całe moje ciało.

 - Hm, twoja siostra ma bardzo nietypowe imię. Dlaczego akurat BillieJo?

Ramirez się uśmiechnął.

 - Uważasz, że wszyscy Latynosi powinni nazywać się Jose lub Maria?

Nie chciałam się narazić, więc powstrzymałam się przed wytknięciem mu, że 

wśród zgromadzonych byli Jose i Maria.

 - Nie, nie o to mi chodziło. Po prostu w LA rzadko się spotyka osoby o imieniu 

BillieJo.   Może   gdzieś   na   Południu   tak.   Albo   w   Teksasie.   Albo   gdzieś,   gdzie   jest 

więcej   kowbojów.   -   Nagle   przypomniałam   sobie   drzemiącego   mężczyznę   w 

kowbojskim kapeluszu. - Nie, żeby Latynosi nie mogli być kowbojami. Jestem pewna, 

że mogą. Chodzi o to, że nie nazywają się BillieJo. Twoja siostra ma tak na imię. Ale 

ona nie jest kowbojem.

 - Myślałam, że zaraz umrę.

 - Wyluzuj - powiedział, przyciągając mnie odrobinę bliżej do siebie.

 - Tylko się z tobą drażnię.

 - Och. - Udałam, że nie zauważyłam natychmiastowej reakcji mojego głupiego 

ciała, kiedy jego biodra dotknęły moich. Czy moje ciało nie wiedziało, że to nie był 

odpowiedni moment, by myśleć o zwierzęcym seksie?

Ramirez   wydawał  się   niewzruszony.  Może   po prostu  był przyzwyczajony  do 

tańczenia z dziewczynami w strojach dziwek.

  - BillieJo - wyjaśnił - to postać z  Petticoat Junction.  Bart jest z  Mavericka. 

Marshal, no cóż, w każdym telewizyjnym westernie jest jakiś marshal (Marshal (ang). 

-   szeryf   (przyp.   tłum.).   Teraz   widzisz   związek?   Kiedy   rodzice   w   latach 

sześćdziesiątych przeprowadzili się tutaj z Meksyku, mama uczyła się angielskiego, 

oglądając westerny w telewizji. I trochę się do nich przywiązała.

background image

 - A tobie jak udało się uniknąć westernowego imienia? Błysnął białymi zębami.

 - Jackson Wyoming Ramirez.

 - Au.

 - Nic mi nie mów.

 - Powiedz, jak to jest dorastać z tak licznym rodzeństwem?

  - Tłoczno. - Uśmiechnął się. - Chyba miałem piętnaście lat, kiedy mama w 

końcu przestała mnie ubierać w ciuchy po starszych braciach.

 - Biedactwo - powiedziałam z udawanym współczuciem.

Zaśmiał   się.   Tym   prawdziwym,   serdecznym   śmiechem,   zupełnie   innym   od 

ironicznych   uśmieszków   Złego   Gliny,   do   których   zdążyłam   się   już   przyzwyczaić. 

Znowu musiałam nakazać spokój mojemu ciału.

 - Nie musisz się nade mną litować, Pani Projektantko. Posiadanie starszych braci 

ma   swoje   zalety.   Pod   materacem   zawsze   można   było   znaleźć   parę   egzemplarzy 

„Playboya".

 - Powinnam się domyślić, że byłeś jednym z tych chłopców.

 - Tych chłopców?

 - Założę się, że także zaglądałeś koleżankom z klasy pod spódniczki.

Szelmowski błysk w jego oczach wystarczył mi za odpowiedź.

 - A jak było z tobą? Coś mi mówi, że wcale nie byłaś aniołkiem.

 - Nie wiem, o co ci chodzi.

  -   Wyglądasz   mi   na   dziewczynę,   która   od   czasu   do   czasu   sama   podglądała 

chłopców w szatni.

 - To przez ten strój. Odbierasz mylne sygnały przez spandeks.

 - Aha. - Nie uwierzył mi, tak samo jak nie uwierzyłby, gdybym mu powiedziała, 

że po przyjęciu pojadę do domu i zajmę się szydełkowaniem.

 - Wydaje mi się - powiedziałam, zmieniając temat - że BillieJo mnie nie lubi. - 

Zerknęłam przez trawnik i zobaczyłam, że nadal łypie na mnie złowrogo, z rękami 

skrzyżowanymi pod pokaźnym biustem.

 - Po prostu jest trochę nadopiekuńcza.

 - Syndrom starszej siostry?

background image

  -   Młodszej.   O   dwa   lata.   Jest   najmłodsza.   Zawsze   łaziła   za   mną   i   moimi 

kumplami, kiedy byliśmy dzieciakami.

  - Hm. Założę się, że była z niej prawdziwa  fregadita. -  Wymówiłam to słowo 

powoli i wyraźnie.

Przy oczach Ramireza pojawiły się wesołe zmarszczki.

 - Rozmawiałaś z mamą?

 - Aha. Wrzód na tyłku, tak?

 - Wyluzuj. Jesteś uroczym, malutkim wrzodzikiem - odparł i puścił do mnie oko. 

Na chwilę odebrało mi mowę.

 - A jak było u ciebie? - zapytał. - Masz jakieś upierdliwe młodsze siostry?

Odchrząknęłam,   modląc   się,   by   moje   rozbuchane   hormony   wreszcie   się 

uspokoiły.

  - Nie, jestem jedynaczką. Zawsze byłam tylko ja i mama. Ale ona wkrótce 

wychodzi   za   mąż,   więc   rodzina   trochę   się   powiększy.   Co   prawda   nie   do   takich 

rozmiarów. - Wskazałam na trawnik, na którym roiło się teraz od dorosłych i dzieci. 

Kowboj   znowu   drzemał,   tym   razem   na   krześle   opartym   o   przesuwne   drzwi,   z 

kapeluszem zsuniętym na oczy. Mama kiwała się w rytm muzyki, przyglądając się 

swoim tańczącym dzieciom z zadowolonym uśmiechem.

  -   Jeśli   będziesz   kiedyś   chciała   wypożyczyć   rodzinę,   to   służę   moją.   Tylko 

następnym razem zostaw spandeks w szafie. - Jego drwiący uśmieszek powrócił.

 - Dzięki za radę, mądralo.

Jego uwaga wyrwała mnie z przyjemnego otępienia, w które wprowadziły mnie 

muzyka   i  empanadas.  Przypomniałam   sobie,   dlaczego   byłam   ubrana   jak   Pretty 

Woman. Przypomniałam sobie też wszystkie nierealne zdarzenia tego wieczoru i pięć 

milionów spraw, jakie musiałam załatwić.

 - Myślisz, że znaleźli coś w motelu? - zapytałam.

  - Zadzwonią do mnie, jeśli coś znajdą. Tymczasem się zrelaksuj. Zrelaksuj. 

Jasne. Problem w tym, że relaksowałam się aż za bardzo.

Obfity   posiłek,   miłe   towarzystwo,   biesiadna   atmosfera   zatłoczonego  ogródka, 

wszystko to sprawiło, że całkowicie zapomniałam o Richardzie, Greenwayu i całym 

tym bajzlu. Jak to o mnie świadczyło? Czy naprawdę aż tak mało zależało mi na 

background image

facecie, którego dziecko być może nosiłam, że wystarczył talerz empanadas i gliniarz 

o seksownym uśmiechu, żebym o nim zapomniała? I to w ciągu jednego wieczoru?

I   choć   gryzły   mnie   wyrzuty   sumienia   (jakich   nie   czułam   od   czasu,   kiedy 

wyznałam   babci,   że   od   Wielkanocy   nie   byłam   w   kościele),   nie   wypuściłam   ręki 

Ramireza.   Nie   odsunęłam   się,   nie   zaprotestowałam,   kiedy   objął   mnie   ramieniem, 

kładąc dłoń na moim krzyżu. Wiem, zasłużyłam na to, by pójść prosto do piekła.

Na   szczęście   moja   dusza   została   ocalona,   bo   zadzwonił   telefon   przy   pasku 

Ramireza. Spojrzał na wyświetlacz, sprawdzając, kto dzwoni, po czym odebrał, nawet 

na mnie nie spoglądając.

 - Ramirez - powiedział do aparatu, wycofując się na obrzeża ogródka, żeby mieć 

trochę prywatności.

Wróciłam   do   stołów   piknikowych   i   usiadłam   na   ławce,   skąd   obserwowałam 

Ramireza. Jego twarz była skryta w mroku, więc nie miałam pewności, ale wydawało 

mi   się,   że   powrócił   Zły   Glina.   Jego   rysy   wyostrzyły   się,   a   oczy   zasnuła   ciemna, 

nieprzenikniona chmura. Zastanawiałam się, czy ten telefon miał coś wspólnego z 

Greenwayem. Może technicy coś jednak znaleźli. Zastanawiałam się, czy Ramirez 

podzieli się ze mną tą informacją, czy też po prostu mnie spławi, mówiąc, żebym 

wracała   do   domu.   Nie   wiedziałam.   Jeszcze   przed   chwilą   wydawał   się   normalnym 

człowiekiem, a teraz znowu był gliną.

 - Za dużo pracuje. - Mama podeszła do mnie, oferując szklankę wody. Przyjęłam 

ją z wdzięcznością, nie chcąc przyznać się nawet sama przed sobą, jak bardzo rozpalił 

mnie taniec z Ramirezem.

  -   W   kółko   tylko   dzwoni   telefon.   Albo   pager.   Clint   pracuje   w   fabryce 

pluszowych misiów. To dobra praca. Rano idzie do zakładu, robi misie, a wieczorem 

wraca do domu, do żony i dzieci. Dobre, stałe zajęcie.

 - Jack jest dobry w tym, co robi. - Co mi nagle strzeliło do głowy, żeby bronić 

Ramireza? Nie miałam pojęcia. Ale to robiłam. - Jest dobrym policjantem.

 - Lepiej pilnuj, żeby kondomy nie były wybrakowane. Jeśli za niego wyjdziesz, 

nigdy nie będziesz go widywać.

Niestety, było już trochę za późno na rozmowę o wybrakowanych kondomach.

background image

  - Mamo - powiedział Ramirez, stając za mną. - Przykro mi, ale musimy już 

jechać. - Zamknął telefon. Jego spojrzenie nadal było nieprzeniknione.

  -   Och,   tak   szybko?   -   Mama   spochmurniała.   Potem   posłała   mi   wymowne 

spojrzenie, jakby chciała powiedzieć „a nie mówiłam?"

  -   Przykro   mi,   mamo.   -   Ramirez   nachylił   się   i   pocałował   ją   w   policzek.   - 

Zadzwonię do ciebie w weekend.

Złapał   mnie   za   rękę   i   poprowadził   z   powrotem   do   domu.   Ledwo   zdążyłam 

rzucić:   „Miło   było   was   poznać",   a   już   ciągnął   mnie   przez   zastawione   bibelotami 

pokoje do drzwi.

Jego pośpiech nie podobał mi się równie mocno jak ściągnięta twarz. Poczułam 

ucisk w żołądku.

 - Co jest? - zapytałam, gdy tylko znaleźliśmy się wystarczająco daleko od uszu 

mamy. - Co się stało? Czy chodzi o Richarda?

Jego oczy zwęziły się na wzmiankę o Richardzie. Wypchnął mnie za drzwi i 

praktycznie rzucił się biegiem do swojego samochodu.

  - Powiedz, co się dzieje? - W moim głosie zaczęły pobrzmiewać histeryczne 

nuty. Miałam koszmarne wizje, że stoję obok Kopciuszka na pogrzebie Richarda. - 

Proszę, powiedz mi, o co chodzi!

Zatrzymał się.

 - Chodzi o Greenwaya.

 - Znaleźli go? Kiedy? Gdzie?

 - Parę minut temu. W kontenerze na śmieci za motelem. - Urwał na moment. - Z 

przestrzeloną głową.

background image

Rozdział 11

Mrugałam oczami, przetrawiając tę informację.

 - Jak to nie żyje - powiedziałam. - Przecież do mnie strzelał.

 - Cóż, teraz już do nikogo nie postrzela. Wsiadaj do dżipa. Jedziemy do motelu. 

Ty przodem.

Myślałam, że się przesłyszałam.

 - Chcesz, żebym z tobą pojechała? Ramirez odwrócił się do mnie.

 - I tak byś za mną pojechała, prawda?

Nie podobało mi się, że byłam aż tak przewidywalna.

 - Tak.

 - W ten sposób przynajmniej będę miał cię na oku. - Odwrócił się i ruszył do 

swojego samochodu.

Zebrałam   się   w   sobie   i,   stukając   obcasami,   pobiegłam   do   dżipa.   Szybko 

odpaliłam   silnik,   bo   Ramirez   już   zawrócił   na   ulicy   i   czekał   na   mnie.   Ruszyłam, 

wracając na autostradę tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Reflektory Ramireza cały 

czas pobłyskiwały w moim wstecznym lusterku.

Powrót do Północnego Hollywood zabrał nam ponad pół godziny. Miałam więc 

dość czasu, by przemyśleć, co oznacza dla mnie to najnowsze odkrycie.

Skoro Greenway został zastrzelony, to znaczy, że ktoś do niego strzelił. Cały 

czas   zakładałam,   że   to   on   zabił   swoją   żonę.   Ale   jeśli   to   prawda,   to   kto   zabił 

Greenwaya?   Troje   ludzi   wiedziało,   gdzie   Greenway   ukrył   dwadzieścia   milionów 

zielonych.   Dwoje   z   nich   nie   żyło.   Zacisnęłam   szczęki,   próbując   powstrzymać 

szczękanie zębów, kiedy dokonywałam tych oczywistych obliczeń. To oznaczało, że 

została już tylko jedna osoba.

Richard.

Na drodze panował spory ruch i skupiłam się na jeździe, próbując nie roztrząsać 

w kółko tego faktu. Pozostały dwie możliwości i obie niezbyt mi się podobały. Albo 

Richard też leżał w jakimś kontenerze...

Albo to on pociągnął za spust.

Na tę myśl przeszedł mnie zimny dreszcz. Włączyłam ogrzewanie, chociaż na 

zewnątrz było ponad dwadzieścia stopni.

background image

Richard, którego znałam, łączył uprane skarpetki w pary i zwijał je w idealne 

kulki, pił odtłuszczone mleko i nawet poprosił o pozwolenie, zanim mnie pierwszy raz 

pocałował. Richard, którego znałam, nie strzelał do ludzi.

Z drugiej strony Richard, którego znałam, nie miał żony.

Kiedy jechaliśmy z Ramirezem stotrzydziestkączwórką, przyszła mi do głowy 

jeszcze jedna straszna myśl. Dana i ja słyszałyśmy strzały. Wtedy myślałyśmy, że to 

Greenway do nas strzela. A jeśli było inaczej? Jeśli to ktoś strzelał do Greenwaya? 

Boże. To by oznaczało, że byłyśmy z Daną nausznymi świadkami morderstwa. Nagle 

wyobraziłam siebie, że zostaję objęta programem ochrony świadków i muszę chodzić 

w   jakichś   okropnych   elastycznych   spodniach   jak   Michelle   Pfeiffer   w  Poślubionej 

mafii. Wzdrygnęłam się.

Wjechałam   na   parking   przy   Moonlight   Inn,   Ramirez   tuż   za   mną.   Motelowi 

goście   znowu   wylegli   na   zewnątrz.   Przy   drzwiach   pokoi   stali   mężczyźni   w 

poplamionych szlafrokach i kobiety w strojach podobnych do mojego. Metallica stał 

przed   recepcją   i   rozmawiał   z   umundurowanym   policjantem,   który   robił   notatki   w 

małym   czarnym   notesie.   Zaparkowałam   dżipa   i   wysiadłam.   Ramirez   postawił 

samochód za moim.

Kiedy   Metallica   mnie   zobaczył,   jego   oczy   zrobiły   się   okrągłe,   a   źrenice 

podejrzanie szerokie.

  -   To   ona!   -   wrzasnął.   -   Jedna   z   tych   szurniętych   dziwek,   o   których   wam 

mówiłem. To one zabiły tego gościa!

Policjant uniósł wzrok, instynktownie sięgając do kabury na biodrze.

  -   Zajmę   się   tym.   -   Ramirez   stanął   u   mojego   boku,   dając   gliniarzowi   do 

zrozumienia, że ma sytuację pod kontrolą. Potem nachylił się i szepnął mi do ucha:

 - Lucy, chyba musisz mi wyjaśnić to i owo. Przygryzłam wargę. Bez jaj.

Wymijając Metallicę, Ramirez zaprowadził mnie do opanowanej przez karaluchy 

„r c pcji". Posadził mnie na twardym plastikowym krześle, a sam oparł się o blat z 

formiki, krzyżując ręce na piersi.

  -  Wygląda  na  to,  że  nie  uda  mi się  uniknąć  papierkowej roboty.  Lepiej mi 

opowiedz, co się tu dzisiaj właściwie wydarzyło.

background image

Próbowałam rozszyfrować wyraz twarzy Ramireza w migoczącym świetle neonu 

z   napisem   Moonlight   Inn.   Bez   powodzenia.   Nie   wiedziałam,   czy   jestem 

przesłuchiwana   w   charakterze   podejrzanej,   świadka   czy   może   tylko   uroczego, 

malutkiego wrzodzika na tyłku.

Obejrzałam w życiu wystarczająco dużo seriali, żeby wiedzieć, iż kiedy gliniarz 

zaczyna z tobą taką gadkę, pierwsze, co powinnaś zrobić, to zadzwonić do swojego 

prawnika. Biorąc pod uwagę, że mój prawnik przepadł jak kamień w wodę, złamałam 

się pod przenikliwym spojrzeniem Ramireza i wyśpiewałam mu wszystko, łącznie z 

opowiedzeniem o tym, jaki wyraz oczu miała Dana, kiedy zaciskała palce na koszulce 

Metalliki.

Ramirez nawet nie mrugnął okiem. Nie uśmiechnął się półgębkiem. Kompletnie 

nic. Znowu przygryzłam wargę. Miałam nadzieję, że dobrze zrobiłam, mówiąc mu 

wszystko.

 - I co teraz? - zapytałam.

  - Teraz wrócisz do domu i pozwolisz mi zająć się tą sprawą. Nie chcę więcej 

widzieć dziwek, czerwonych dżipów ani designerskich butów, dopóki to wszystko nie 

zostanie wyjaśnione. Zrozumiano?

Kiwnęłam potulnie głową.

  - Aha. Jeśli z jakiegoś powodu Richard się z tobą skontaktuje, masz do mnie 

natychmiast zadzwonić. Nie robić sobie najpierw manikiuru, tylko natychmiast łapać 

za telefon.

Jeszcze   raz   skinęłam   głową,   choć   uważałam   uwagę   na   temat   manikiuru   za 

zupełnie zbyteczną.

Z   dwudziestki   wyłonił   się   mój   znajomy   technik   z   nieodłącznymi   czarnymi 

torbami. Zaczął głośno schodzić po schodach.

 - Zaczekaj tu - zarządził Ramirez, wyszedł z recepcji i zatrzymał technika u dołu 

schodów.

Ten jeden raz zrobiłam, jak mi kazano. Objęłam się ramionami i nadstawiłam 

uszu, starając się wyłapać przez otwarte drzwi, o czym mówią. Niestety, wszystko, co 

usłyszałam, to „próbki włosów", „odciski" i „sprawdzimy to w laboratorium", co w 

sumie niewiele mi powiedziało.

background image

Kiedy Ramirez skończył rozmawiać z technikiem, podszedł do grupki mężczyzn 

stojących przy czarnej furgonetce z napisem „Koroner". Wzdrygnęłam się.

Okay,   nie   darzyłam   Greenwaya   szczególną   sympatią.   Ale   jeszcze   wczoraj 

rozmawiałam z nim przez telefon. Myśl, że w jednej chwili ktoś jest, a w następnej już 

go nie ma, wytrącała mnie z równowagi. W każdej chwili mogło to spotkać także 

mnie. Znowu poczułam się jak głupia blondynka z horroru, o której wszyscy wiedzą, 

że   jeszcze   przed   końcem   drugiej   sceny   będzie   uciekała   przez   trawnik   w   samej 

bieliźnie, ścigana przez mordercę z siekierą. Tyle że teraz nie miałam bladego pojęcia, 

kim jest mój morderca.

Najwyraźniej   Greenway   nie   popełnił   samobójstwa.   Trochę   trudno   byłoby 

wyrzucić własne martwe ciało do kontenera na śmieci. Mimo to naprawdę nie mogłam 

wyobrazić   sobie   mordercy   z   twarzą   Richarda.   Richard   nie   jest   zabójcą.   Jest 

prawnikiem. Tak, wiem, nie jest kryształowo czysty, ale nie jest też mordercą. Musiało 

istnieć jakieś inne wytłumaczenie.

Nie byłam pewna, czy Ramirez zamierzał zadać sobie trud znalezienia takowego. 

Nie trzeba było geniusza, żeby się zorientować, że Richard nie jest już tylko „osobą 

powiązaną ze sprawą". Szczerze mówiąc, kiedy do Ramireza i ekipy koronera dołączył 

technik, odniosłam niejasne wrażenie, że Richard właśnie awansował na głównego 

podejrzanego.

Ramirez odłączył się od grupy, przeciął popękany asfalt i wrócił do recepcji. 

Stanął przede mną, przyglądając mi się badawczo.

 - Na pewno nie wchodziłaś do pokoju Greenwaya? Przeszedł mnie dreszcz.

 - Na pewno. A co?

Nie odpowiedział, tylko skrzyżował ręce na piersi.

 - Słuchaj, wiem, że wcześniej nie byłaś ze mną szczera, ale przyszedł czas, żeby 

powiedzieć prawdę.

 - Nigdy nie byłam w pokoju Greenwaya. Mówiłam ci, że zapukałyśmy, a potem 

usłyszałyśmy   strzał   i   uciekłyśmy.   Dlaczego   o   to   pytasz?   Co   on   ci   powiedział?   - 

Starałam się spojrzeć ponad jego ramieniem na technika. Prawdę mówiąc, trochę mnie 

ubodło, że mógł zwrócić się przeciwko mnie, po tym jak zawarłam dosyć intymną 

znajomość z jego rolką.

background image

  -  Znaleźliśmy  w  pokoju  Greenwaya  blond  włosy.  A  na  wykładzinie  zostały 

ślady butów, które według technika zrobiły szpilki.

Spojrzałam na swoje buty.

 - Dla twojej wiadomości, to nie są szpilki. Mają za grube obcasy. Zmrużył oczy, 

ale pozostał niewzruszony.

 - Chyba nie myślisz, że miałam z tym coś wspólnego? Że to ja go zabiłam?

 - Sam nie wiem, co myśleć. Twój chłopak, o którym prawie nic nie wiesz, znika, 

podobnie jak dwadzieścia  milionów dolarów, a  ten facet - wskazał na  Metallicę  - 

twierdzi, że widział, jak ty i twoja przyjaciółka odwiedziłyście dziś Greenwaya w jego 

pokoju. Technik potwierdza, że jakaś blondynka, ze słabością do wysokich obcasów, 

była w tym pokoju na tyle niedawno, że na wykładzinie nadal są ślady jej butów.

 - Pogadaj z nim - wyrzuciłam z siebie. - Ma próbkę moich włosów. Powie ci, że 

tamte nie są moje. Musisz mi uwierzyć: nie mam z tym nic wspólnego.

Ramirez westchnął.

  - Chcę ci wierzyć, ale nie ułatwiasz mi sprawy. Co, u licha, mam powiedzieć 

swoim przełożonym? Nie wspominając o mediach?

  - Powiedz im, co chcesz. Nie zabiłam Greenwaya. Jeszcze raz westchnął, po 

czym potarł skronie.

 - Czy teraz pojedziesz wreszcie do domu?

 - Z radością. - Zbierało mi się na płacz, ale z dumą stwierdzam, że udało mi się 

opanować. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałam, to rozpłakać się przed Złym Gliną.

 - To dobrze. I nie zrozum tego źle, ale trzymaj się ode mnie z daleka, okay?

  - Nie ma sprawy - powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam. Przynajmniej dając 

emocjom upust w złości, powstrzymałam niekontrolowany wybuch łez.

Odwróciłam się i przeszłam przez parking z największą godnością, na jaką stać 

fałszywą dziwkę w butach na dziesięciocentymetrowym obcasie. Nie uwierzycie, ale 

w chwili gdy zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczyków, poczułam na 

karku  dużą,  ciężką  kroplę  deszczu.  Spojrzałam  w  dół  i  zobaczyłam więcej  kropli, 

rozbijających   się   o   asfalt,   a   mokre   powietrze   nagle   zaczęło   pachnieć   olejem 

silnikowym. Padało. Super. Jeszcze jedna rzecz, co do której się dzisiaj pomyliłam.

background image

Pierwszą pomyłką było pozwolenie, by Dana przebrała mnie za dziwkę. Myliłam 

się też, sądząc, że na własną rękę uda mi się odnaleźć zabójcę.

Kolejny błąd popełniłam, postanawiając zaufać Ramirezowi. No i pomyliłam się 

co do deszczu. Przeklęłam bogów pogody oraz protekcjonalizm Ramireza, znalazłam 

kluczyki i wsiadłam do dżipa. Wyjechałam z parkingu i dopiero na ulicy pozwoliłam, 

by z moich oczu popłynęły łzy.

Aż do tej pory myślałam, że całkiem twarda ze mnie sztuka. Nie pękałam, choć 

do   mnie   strzelano,   groziło   mi   aresztowanie   i   podejrzewałam,   że   jestem   w   ciąży. 

Jednak teraz, kiedy nagromadzone emocje zaczęły ze mnie spływać wraz ze łzami, nie 

potrafiłam nad nimi dłużej zapanować. Nie wiedziałam, czy płaczę, bo słyszałam, jak 

zastrzelono człowieka, czy może dlatego, że mój kłamliwy były chłopak był teraz 

głównym podejrzanym o zabójstwo. A może płakałam dlatego, że Ramirez pomyślał, 

że mogłam mieć z tym coś wspólnego, nawet jeśli jego matka myślała, że bzykamy się 

jak   króliki.   A   może   chodziło   o   wszystko   razem.   O   cały   ten   pokręcony,   okropny 

wieczór.   Wszystko   wymykało   mi   się   spod   kontroli,   a   ja   nie   mogłam   nic   zrobić. 

Czułam się bardzo samotna i bezbronna. Z niechęcią przyznaję, że zachowywałam się 

jak baba, kiedy tak ryczałam, jadąc czterystapiątką.

Płakałam tak bardzo, że zabrało mi chwilę, zanim zauważyłam we wstecznym 

lusterku znajomo błyskające światła. Zamrugałam, otarłam łzy i zobaczyłam, że na 

ogonie   siedzi   mi   patrol   drogówki.   Cholera.   Zerknęłam   na   szybkościomierz.   Sto 

dwadzieścia na godzinę. Cholera do kwadratu.

Spróbowałam   wziąć   się   w   garść,   zwolniłam   i   zatrzymałam   się   na   poboczu. 

Opuściłam   osłonę   przeciwsłoneczną   z   lusterkiem   i   zaczęłam   ścierać   z   policzków 

ciemne   smugi   tuszu.   Fuj.   Wyglądałam   jak   miś   panda.   Ciągle   jeszcze   pociągałam 

nosem,   kiedy   do   samochodu   podszedł   policjant   i   gestem   nakazał   mi   opuszczenie 

szyby.

  -   Dobry   wieczór   -   powiedział,   opierając   się   łokciami   o   drzwi.   Był   gładko 

ogolony i wyglądał na jakieś  dwadzieścia lat.  Miał jasnoniebieskie  oczy i okrągłe 

policzki, które sugerowały, że być może nigdy nie wyrośnie z dziecięcej pyzatości. W 

kieszeń koszuli miał wetkniętą krótkofalówkę, a jego odznaka wyglądała, jakby ją 

często polerował.

background image

Kiedy   zobaczyłam   odznakę,   nie   mogłam   się   dłużej   powstrzymać   i   znowu 

wybuchnęłam   płaczem.   Tak,   wiem,   nie   tak   powinna   się   zachowywać   dziewczyna 

Bonda.   Ale   mandat   za   przekroczenie   prędkości   było   fatalnym   uwieńczeniem 

koszmarnego   wieczoru.   Było   mi   tak   cholernie   żal   samej   siebie,   że   żadna   ilość 

rozmazanego tuszu nie była w stanie zahamować powodzi moich łez.

Biedny policjant wyglądał prawie tak żałośnie, jak ja się czułam, i gdybym nie 

była akurat zajęta swoją histerią, zrobiłoby mi się go żal.

  -   Przykro   mi   proszę   pani,   ale   muszę   zobaczyć   pani   prawo   jazdy   i   dowód 

rejestracyjny.

Wyjęłam prawo jazdy z torebki, a dowód rejestracyjny ze schowka i podałam 

mu, ciągle szlochając.

  - Przykro mi, proszę pani - stwierdził ze skrępowaniem policjant - ale będę 

musiał wypisać pani mandat.

Spróbowałam zebrać się do kupy.

 - Nie - dwa pociągnięcia nosem - wszystko w porządku. Jak szybko jechałam?

 - Sto dwadzieścia.

  - Och, tak mi przykro. - Znowu zaczęłam pochlipywać. - Chodzi  o to,  że... 

jestem ubrana jak dziwka. A naprawdę nie cierpię spandeksu.

I widziała mnie w tym matka Ramireza. Ma rację, zawsze lubiłam swoje nogi. 

Ale jeśli jestem w ciąży z Richardem, mogę się z nimi pożegnać. A potem zaczęło 

padać. Deszcz bardzo szkodzi fioletom.

Policjant po prostu się we mnie wpatrywał.

 - Czy pani coś piła?

 - Nie. Nie piłam. Tylko dietetyczną colę w barze. Ale potem zjawił się Ramirez i 

miałam ochotę na martini. Ale nie mogłam się napić z powodu mupeta. Och, i moja 

aura jest teraz zrujnowana. Może pan w to uwierzyć, panie władzo? Przecież w LA 

nigdy nie pada.

 - Będę musiał poprosić, żeby dmuchnęła pani w alkomat.

 - Boże. Nie mogę iść do więzienia. Niech pan na mnie spojrzy, panie władzo. 

Jestem prostytutką!

background image

 - Proszę wysiąść z samochodu. - Cała życzliwość zniknęła z jego oczu, a ręka 

zawisła w pobliżu kajdanek przy pasku. Najbardziej na świecie, policjanci z drogówki 

nie znoszą pijanych kierowców. A tym bardziej pijanych prostytutek kierowców.

 - Proszę, nie jestem pijana. Ja tylko... ja tylko... - Szukałam odpowiednich słów, 

żeby opisać mu swój okropny wieczór, ale w głowie miałam pustkę. - Jestem... jestem 

dziewczyną detektywa Ramireza!

Boże. Dlaczego to powiedziałam?

Policjant popatrzył na mnie z powątpiewaniem, ale odsunął rękę od kajdanek.

 - Detektywa Ramireza? Postanowiłam trzymać się tej wersji.

 - Tak, pracuje w wydziale zabójstw. Może pan to sprawdzić.

 - Zna pani numer jego odznaki?

Cholera. Numer odznaki. Nagle przypomniałam sobie jego służbową wizytówkę, 

którą nadal miałam w torebce.

  - Chwileczkę. - Złapałam torebkę i wyrzuciłam na siedzenie pasażera całą jej 

zawartość.  Była  tam  komórka,   tampon,  szminka,   odświeżasz   do ust  w  pastylkach, 

trochę drobnych i służbowa wizytówka Ramireza. Odczytałam numer.

 - 2374. - Podałam wizytówkę policjantowi.

Wziął ją ode mnie i wrócił do radiowozu. Obserwowałam go we wstecznym 

lusterku,   modląc   się,   żeby   nie   zadzwonił   do   Ramireza,   by   zapytać   go,   czy 

rzeczywiście chodzi z dziwką histeryczką. Na szczęście wcisnął tylko parę klawiszy 

na klawiaturze komputera, po czym wrócił, najwyraźniej zadowolony z wyniku.

  -   W   porządku   -   powiedział,   oddając   mi   wizytówkę   wraz   z   dowodem 

rejestracyjnym i prawem jazdy. - Tym razem dam pani tylko ostrzeżenie. Ale proszę 

zdjąć nogę z gazu. I, eee, proszę się nie martwić - dodał skrępowany. - Wszystko 

będzie dobrze.

Przełknęłam ślinę.

  -   Dziękuję.   -   Pociągnęłam   nosem.   Tak   naprawdę   wcale   mu   nie   wierzyłam. 

Wszystko   było   tak   dalekie   od   „dobrze",   że   musiałabym   jechać   z   przesiadką   w 

Cincinnati, żeby tam dotrzeć.

background image

Kiedy radiowóz włączył się z powrotem do ruchu, postanowiłam wziąć się w 

garść. W końcu musiałam wrócić do domu. Zrobiłam kilka głębokich oddechów, które 

pomogły mi opanować łkanie, i ruszyłam.

Jechałam powoli śliskimi ulicami, patrząc, jak deszcz zbiera się w rynsztokach i 

tworzy minirozlewiska w nienawykłym do opadów Los Angeles. Kiedy dojechałam do 

domu, lało już jak z cebra. Nakryłam głowę starym egzemplarzem „Vogue'a", który 

znalazłam na tylnym siedzeniu, głośno stukając obcasami, wbiegłam po schodach i 

schroniłam w cichym mieszkaniu.

Nie miałam już siły na odczuwanie przerażenia, samotności ani żadnych innych 

emocji, które targały mną przez cały wieczór. Jedyne, czego pragnęłam, to znaleźć się 

w ciepłym, wygodnym łóżku i włączyć starego dobrego  Lettermana,  który ukołysze 

mnie do snu. Zrzuciłam mokry spandeks, naciągnęłam koszulkę Lakersów i otuliłam 

się kołdrą. Zasnęłam, nie doczekawszy nawet pierwszego gościa programu.

Siedziałam   na   brzegu   basenu   i   patrzyłam,   jak   mężczyzna   zalicza   kolejne 

długości.   Nie   mogłam   oderwać   wzroku.   Jego   długie,   lśniące   ręce   cięły  wodę,   a 

mięśnie   grzbietu   napinały   się,   gdy   płynął   ku   przeciwległej   ścianie  basenu. 

Przypominało mi to reklamę Cool Water: oglądałam jego ruchy jakby w zwolnionym 

tempie, widziałam wyraźnie każdy naprężony mięsień. Kiedy dotarł do końca basenu i 

zaczął płynąć z powrotem w moją stronę, poczułam na ciele krople wody. Padało. 

Ciężkie, przejrzyste krople deszczu rozbijały się o połyskliwą taflę wody, wygrywając 

rytmiczną melodię.

Mężczyzna podpłynął bliżej. Pochyliłam się nad krawędzią basenu, żeby mu się 

lepiej przyjrzeć. Nagle uświadomiłam sobie, że mam na nogach o trzy rozmiary za 

małe  buty za  kostkę  z  kolekcji Strawberry  Shortcake.  Potknęłam  się  o błyszczące 

sznurówki i poleciałam do wody. Miałam wrażenie, że spadam w nieskończoność, a 

tymczasem deszczowa orkiestra zwiększyła tempo, wygrywając przejmującą uwerturę 

do opery  Wilhelm Tell.  Wrzasnęłam i mężczyzna przestał płynąć. Wyciągnął ręce, 

żeby mnie złapać. Właśnie wtedy na jego prawym bicepsie zauważyłam wytatuowaną 

czarną panterę.

Otworzyłam oczy i gwałtownie się poderwałam. Gorączkowo rozejrzałam się 

wokół,   jakbym   się   spodziewała,   że   mężczyzna   z   mojego   snu   za   chwilę   się 

background image

zmaterializuje. Ale zobaczyłam tylko pomiętą pościel, ostre światło wpadające przez 

okna i wilgotny spandeks na podłodze. Jedyne, co pozostało z mojego snu, to dźwięki 

uwertury do opery Wilhelm Tell, które dochodziły z mojej torebki. Przetarłam oczy i 

wygrzebałam z torebki komórkę.

  - Halo? - wymamrotałam, nadal dochodząc do siebie po bliskim spotkaniu z 

wytatuowanymi mięśniami Ramireza.

 - Nie ma go. - Moje uszy zaatakował piskliwy skrzek.

 - Mama? - Wychyliłam się, żeby zerknąć na zegar w kuchni. Szósta trzydzieści. 

Jęknęłam.

 - Maddie, nie ma klifu. Po prostu nie ma.

Zamrugałam zaspanymi oczami, próbując zrozumieć, o czym ona mówi.

 - Czego nie ma? Jakiego klifu?

 - Klifu w Malibu - zaskrzeczała. - Na którym miałam wziąć jutro ślub! Nie ma 

go. Deszcz spowodował osunięcie się ziemi i w nocy cały klif zjechał do oceanu. 

Została po nim tylko wielka kupa kamieni i błota. Co ja teraz zrobię?

Och. Chodziło o ten klif.

  - Mamo, tylko bez paniki. Coś wymyślimy. Dzwoniłaś już do kogo trzeba w 

Malibu?

 - Tak, tak. Zadzwoniłam z samego rana. Powiedzieli, że zwrócą pieniądze, ale 

Maddie, gdzie my teraz weźmiemy ślub? Boże. To wina twojej babci. Powiedziała, że 

powinniśmy pobrać się w kościele. Powiedziała, że Bóg nigdy mi nie wybaczy, jeśli 

nie wezmę ślubu w katolickim kościele. No i zobacz. Tak rozzłościliśmy Boga, że 

teraz niszczy Malibu.

Huczało mi w głowie, czułam, że potrzebuję podwójnego mocha espresso.

 - Gdzie jesteś, mamo?

 - W Fernando's.

 - Okay, daj mi dwadzieścia minut. Przyjadę do ciebie i coś wykombinujemy.

  - Już nic się nie da zrobić, Maddie. Sporo słyszałam o katolickich klątwach. 

Jestem  przeklęta.   To  małżeństwo  jest  przeklęte.   Boże.   Przeze   mnie   Ralph  też   jest 

przeklęty.

 - Rozłączam się, mamo.

background image

Klapnęłam z powrotem na łóżko i zamknęłam oczy. Miałam nadzieję, że to tylko 

sen i że tak naprawdę dopiero się obudzę. Leżałam tak dobre pięć minut, po czym 

uchyliłam jedno oko. To nie był sen. Cholera.

Jakimś cudem udało mi się zawlec moje umęczone ciało do łazienki. Wzięłam 

prysznic,   wysuszyłam   włosy   i   zrobiłam   lekki   makijaż,   nawet   nie   krzycząc   z 

przerażenia na widok swoich podpuchniętych oczu. Po tym jak się wczoraj spłakałam, 

wyglądałam jak wypłosz. Postanowiłam, że koniec z użalaniem się nad sobą. Moje 

oczy nie zniosą ani jednej łzy więcej. Szybko wciągnęłam jasnoniebieską sukienkę na 

ramiączka i srebrne klapki na niskim obcasiku. Tak przygotowana, mogłam wreszcie 

pokazać się światu.

Sprawdziłam   jeszcze   automatyczną   sekretarkę,   na   wypadek   gdyby   Ramirez 

zostawił   wiadomość,   że   Richard   jest   w   areszcie,   złapałam   kluczyki   i   poszłam   do 

samochodu.

Piętnaście minut później zajechałam pod Fernando's. Zaparkowałam na niemal 

pustej ulicy (w Beverly Hills nikt nie wstaje przed dziesiątą - wyjątkiem jest dzień 

rozdania Oscarów) i weszłam przez szklane drzwi do środka.

 - Skarbie, dzięki Bogu, że jesteś! - przywitał mnie Marco. Dziś jego włosy były 

zebrane w kolce jak u jeża, a eyelinera użył jeszcze więcej niż zazwyczaj. Nachylił się 

i   konspiracyjnym   szeptem   powiedział:   -   Posadziłem   twoją   mamę   na   zapleczu. 

Doprowadza nas do obłędu. Po prostu druga Whitney Houston.

 - Gdzie Ralph?

  -   Fernando   -   poprawił  mnie   z   naciskiem   Marco   -   zajmuje   się   klientką.   Już 

prawie   skończył.   -   Wskazał   na   jedyne   stanowisko   zajęte   o   tej   nieludzkiej   porze. 

Podrabiany Tatuś robił płukankę niskiej Latynosce.

 - Pani Lopez. Mama Jen. - Marco kiwnął uroczyście głową. - Zawsze przychodzi 

tak wcześnie, żeby uniknąć paparazzich.

 - Rozumiem.

 - Chodź. Z twoją mamą jest ta wróżka, ale nie wiem, czy bardziej nie szkodzi, 

niż pomaga. Powiedziała, że miała wizję tornada.

Przewróciłam oczami, modląc się w duchu, żeby pani Rosenblatt powstrzymała 

się dzisiaj od uwag na temat mojej aury. Niestety Bóg olał moją modlitwę (pewnie nie 

background image

bez znaczenia był fakt, że od jakichś pięciu lat nie byłam u spowiedzi). Weszliśmy z 

Marco na zaplecze.

 - Twoja aura wygląda koszmarnie. Byłaś wczoraj na deszczu? - Pani Rosenblatt 

przyjrzała mi się spod zmrużonych powiek.

 - Trochę.

Otworzyła   usta,   żeby   ostrzec   mnie   przed   zagrożeniem,   jakie   niesie   za   sobą 

przemoczona aura, ale byłam szybsza.

 - Tak, wiem. Deszcz szkodzi fioletom.

Zmierzyła   mnie   od   góry   do   dołu   z   takim   wyrazem   twarzy,   jakbym   była 

trędowata.

  -   Och,   skarbie,   twoja   aura   jest   bardziej   niż   fioletowa.   Postanawiając   nie 

roztkliwiać się nad stanem mojej aury, nachyliłam

się i pocałowałam mamę w policzek.

 - Tak mi przykro z powodu klifu.

Mama wyglądała, jakby płakała jeszcze bardziej ode mnie. Jej twarz pokrywały 

czerwone plamy, jakby spędziła weekend na deptaku w Venice bez kremu z filtrem. 

Nadal miała na sobie nocną koszulę, a do tego trencz, niebieskie podkolanówki i buty 

Nike. Wyglądała żałośnie i komicznie zarazem.

 - W Malibu było tak pięknie - pociągnęła nosem.

 - Ale za to kawał drogi - powiedziałam, starając się znaleźć pozytywne strony 

sytuacji. - Może uda nam się znaleźć coś bliżej?

  -   Może   -   wydusiła   piskliwym   głosem   mama.   Wyciągnęła   z   kieszeni   garść 

chusteczek higienicznych i wydmuchała nos.

  - Z jednodniowym wyprzedzeniem? Skarbie, chyba  śnisz - wtrącił się Marco. 

Spiorunowałam go wzrokiem.

 - Och, na pewno coś się znajdzie. - Zerknęłam na mamę. Jej mina przypominała 

gejzer na chwilę przed wybuchem.

 - Albert powiedział, że w okręgu Los Angeles niczego już nie ma - oznajmiła 

pani Rosenblatt.

background image

 - Kim jest Albert?

 - To mój duchowy przewodnik.

Super. Tylko tego nam brakowało. Duchowego przewodnika pesymisty.

Na wypadek gdyby Albert jednak się mylił, poprosiłam Marca, żeby przyniósł 

książkę telefoniczną okręgu Los Angeles. Chyba sobie wyobrażacie, z jaką wyższością 

popatrzyła   na   mnie   pani   Rosenblatt,   kiedy   pół   godziny   później,   po   sprawdzeniu 

wszystkich namiarów, okazało się, że nic nie ma. Nikt nie był w stanie wyprawić 

wesela na tyle osób w tak krótkim czasie.

 - Albert nigdy się nie myli - poinformowała mnie pani Rosenblatt. - Za życia był 

redaktorem  odpowiedzialnym  za   wiarygodność   informacji  publikowanych  w  „New 

York Timesie".

Zmusiłam się, by ją zignorować.

 - Może spróbujmy poszukać czegoś w Orange County? Albo w Ventura?

Marco   przytachał   kolejne   książki.   Sam   wziął   się   do   studiowania   okręgu 

Riverside, pani Rosenblatt wzięła Orange, ja Venturę. Mama, która siedziała w kącie, 

łyknęła tabletkę uspokajającą.

W chwili kiedy dołączył do nas Podrabiany Tatuś, chwaląc się, że odrosty pani 

Lopez nigdy nie wyglądały lepiej, Marco trafił w dziesiątkę. Nie było to może nic 

specjalnego, ale mały hotelik w Riverside dysponował ogródkiem, w którym czasem 

organizowano wesela. Jakaś para odwołała imprezę w ostatniej chwili, po tym jak 

niedoszła panna młoda znalazła w pikapie pana młodego nie swoją bieliznę Victoria's 

Secret. Tak więc ogródek był wolny na jutrzejsze popołudnie. W hotelu powiedzieli, 

że mają nadal stoły i krzesła, które wypożyczyli na odwołane wesele, więc wszystko 

będzie  cacy. O ile  nie  będzie  padać.  Mama  przeżegnała  się  na  te  słowa,  ale  pani 

Rosenblatt   zapewniła   ją,   że   według   Alberta   nie   będzie   ponownie   padać   aż   do 

listopada. Ja ze swojej strony obiecałam, że na wszelki wypadek sprawdzę prognozę 

na kanale meteorologicznym.

Zażegnawszy   kryzys   weselny,   wróciłam   do   domu.   Światełko   na   mojej 

automatycznej   sekretarce   błyskało   jak   oszalałe.   Pierwsza   wiadomość   była   od   Tot 

Trots. Pytali, dlaczego jeszcze nie dostali projektów kolekcji Strawberry Shortcake. 

Popatrzyłam skruszona na mój stół kreślarski i skasowałam wiadomość.

background image

Następny nagrał się Ramirez. Przygryzłam wargę, starając się nie przypominać 

sobie obrazów z mojego snu, kiedy jego głos wypełnił moje mieszkanie.

  -   Mówi   twój   chłopak.   Na   przyszłość   zdejmij   nogę   z   gazu,   okay?   -   Koniec 

wiadomości. Nie umiałam powiedzieć, czy był bardziej rozbawiony, czy zirytowany 

moją   wczorajszą   akcją   z   drogówką.   Wytłumaczyłam   sobie,   że   to   bez   znaczenia. 

Dopóki na horyzoncie nie pojawi się słowo „nakaz", nie ma znaczenia, co Ramirez o 

mnie myśli.

Mimo   to   zamiast   skasować   tę   jego   wiadomość,   zachowałam   ją,   po   czym 

przeszłam do kolejnej.

Od Dany. Dana pytała, czy: a) jest złą osobą, bo przespała się z Liao na pierwszej 

randce; b) czy było coś w wiadomościach na temat aresztowania Greenwaya.

Miałam wrażenie, że minęły całe wieki, od kiedy rozstałyśmy się w Mulligan's. 

Nie byłam pewna, czy uda mi się w przystępny sposób zapoznać ją z wydarzeniami 

wczorajszego wieczoru. W każdym razie nie przed kawą.

Zbyt zmęczona, żeby wlec się do Starbucks, wsypałam dwie porządne miarki 

French  Roast  do  ekspresu  i  włączyłam   telewizor,   licząc   na   aktualne   informacje   o 

sprawie Greenwaya w południowym wydaniu wiadomości. Wysłuchałam sprawozdań 

o dwóch napaściach w Compton, zagrożeniu lawiną błotną w Hollywood Hills i jakiejś 

gwiazdce aresztowanej za jazdę po pijaku. Nic o Greenwayu czy Richardzie. Powinno 

mnie to uspokoić, bo brak wiadomości oznaczał, że Richard nie trafił za kratki. Jednak 

zamiast ulgi czułam jedynie podenerwowanie.

Przyznaję   bez   bicia,   że   nie   jestem   cierpliwą   osobą.   Byłam   jednym   z   tych 

dzieciaków,   które   grzebią   po   szafach,   by   podejrzeć   gwiazdkowe   i   urodzinowe 

prezenty. Po pierwszej randce nigdy nie mogę się doczekać aż facet zadzwoni (mimo 

że   dwukrotnie   czytałam  Zasady.   Sekretny   poradnik,   jak   zdobyć   mężczyznę 

właściwego  i   raz   udało   mi   się   nawet   wytrzymać   całe   trzy   godziny),   i   choć 

obiecywałam   sobie,   że   zaczekam,   aż   będziemy   chodzić   ze   sobą   co   najmniej   dwa 

tygodnie,  przespałam  się  z  Richardem  już  na  drugiej randce.  Tak więc  bezczynne 

siedzenie przy telefonie i czekanie, aż Richarda zakują w kajdanki, było zupełnie nie 

dla mnie. Pewnie wkrótce zaczęłabym chodzić po ścianach, obgryzając paznokcie.

background image

Rozważałam nawet telefon do Kopciuszka, żeby dowiedzieć się, czy nie miała od 

niego  jakichś  wieści.  To  najlepszy dowód na  to,  jak bardzo  byłam  zdesperowana. 

Zadzwonienie   do   Kopciuszka   było   równoznaczne   z   przyznaniem,   że   naprawdę 

istnieje, na co miałam jeszcze mniejszą ochotę od podlizywania się Jasmine.

Moje   rozważania   przerwało   pojawienie   się   na   ekranie   znajomej   jasnowłosej 

reporterki.

  -  „Wczoraj   wieczorem   policja   znalazła   ciało   zaginionego   wpływowego 

biznesmena Devona Greenwaya w motelu w Północnym Hollywood".

Złapałam pilota, żeby pogłośnić relację z Moonlight Inn. Był nowy dzień, ale na 

parkingu nadal stały radiowozy i żółciła się policyjna taśma. Skrzywiłam się na widok 

nalanej twarzy Metalliki.

  -   Było   ich   dwie.   Mówię   o   tych   laskach.   Były   nieźle   przypakowane,   jak 

wrestlerki, czy coś w tym stylu. Próbowałem z nimi walczyć, ale były cholernie silnie. 

Pewnie na sterydach.

Przewróciłam oczami.

Kamerzysta zrobił zbliżenie zielonego kontenera na śmieci. Kawa zabulgotała w 

moim   pustym   żołądku,   kiedy   reporterka   przypominała   widzom,   że   chodzi   o   tego 

samego   Devona   Greenwaya,   którego   żona   została   znaleziona   martwa   dwa   dni 

wcześniej.

Na ekranie pojawiła się twarz Ramireza. Ponownie poczułam ucisk w żołądku. 

Wyglądał   na   zmęczonego,   jakby   wcale   nie   spał,   ale   musiałam   przyznać,   że   z 

porannym zarostem wyglądał cholernie seksownie.

Reporter z innej stacji podsunął mu mikrofon, przekrzykując tłum dziennikarzy.

 - Czy znaleźliście broń, z której oddano strzał? Ramirez odparł standardowym:

 - Trwają czynności mające na celu odnalezienie broni.

  -   Czy   są   podejrzani?   -   zapytał   inny   reporter.   Tłum   zamilkł,   kiedy   Ramirez 

odpowiadał.

 - Owszem.

  - Detektywie Ramirez - zawołał pierwszy reporter - czy może pan już podać 

jakieś nazwiska?

background image

Ramirez   popatrzył   prosto   w   kamerę,   a   ja   mogłabym   przysiąc,   że   mówi 

bezpośrednio do mnie.

  -   Na   podstawie   istniejących   dowodów   wystąpiliśmy   o   nakaz   aresztowania 

adwokata pana Greenwaya, Richarda Howe'a.

background image

Rozdział 12

Wpatrywałam   się   w   telewizor,   częściowo   słuchając,   a   częściowo   bezgłośnie 

krzycząc, że to jakieś nieporozumienie. Richard jest podejrzany o morderstwo? To się 

nie działo naprawdę.

Na   ekranie   mignęło   zdjęcie   Richarda   z   firmowego   przyjęcia   gwiazdkowego. 

Byłam   pewna,   że   to   Jasmine   przekazała   je   dziennikarzom.   Teraz   całe   stado   tych 

pazernych   sępów   było   już   zapewne   w   kancelarii.   Oczyma   wyobraźni   widziałam 

Jasmine wdzięczącą się do kamery w wiadomościach o osiemnastej. Pomyślałam, że 

zaraz zwymiotuję. Usiadłam na materacu, podczas gdy reporterka robiła stosownie 

zatroskane miny. Potem weszła reklama doritos.

Ramirez aresztuje Richarda. Znałam go już wystarczająco dobrze, by wiedzieć, 

że niewiele mogę zrobić, by go powstrzymać. Jasne, mogłam znowu przebrać się za 

dziewczynę   Bonda   i   jeszcze   raz   przeszukać   gabinet   Richarda,   ale   co   by   to   dało? 

Zupełnie   nie   wiedziałam,   co   robić.   Byłam   najgorszym   detektywem   w   historii.   Za 

każdym razem, kiedy próbowałam pomóc, pojawiał się nowy trup. Chciałam wierzyć, 

że to zwykły zbieg okoliczności, ale zapamiętałam sobie, by na wszelki wypadek pójść 

z babcią na niedzielną mszę.

Zdawałam sobie sprawę, że teraz zacznie się prawdziwe polowanie na Richarda. 

Będą go szukać wszyscy gliniarze w mieście. Jego, a nie tego, kto naprawdę zabił 

Greenwaya. W dalszym ciągu nie wierzyłam, że Richard jest zdolny do popełnienia 

morderstwa.

I właśnie dlatego, choć wiedziałam, że powinnam posłuchać rady Ramireza i 

zostawić tę sprawę profesjonalistom, złapałam notatnik i zaczęłam pisać.

Na   górze   strony   drukowanymi   literami   napisałam   „Podejrzani".   Zastygłam   z 

długopisem   zawieszonym   nad   kartką,   gotowa   wpisać   na   listę   Richarda.   Ale   choć 

byłam wkurzona na tego kłamliwego drania, nie mogłam się przełamać, by to zrobić. 

W   końcu   poszłam   na   kompromis.   Do   nagłówka   „Podejrzani"   dopisałam   „inni   niż 

Richard". No, tak było o wiele lepiej.

Niestety, miałam w głowie pustkę, jeśli chodzi o kandydatów na podejrzanych. 

Nie miałam żadnych typów. Jedyne, na czym mogłam się oprzeć, to blond włos i ślady 

szpilek. Byłam prawie pewna, że Ramirez nadal myśli, iż to ja pozostawiłam te ślady. 

background image

Zapisałam na liście: „blondynka w szpilkach". Super. To zawężało listę podejrzanych 

do dziewięćdziesięciu pięciu procent mieszkańców Los Angeles.

Potrzebowałam czegoś więcej. Było dla mnie jasne, że śledzenie Ramireza nie 

wchodzi dłużej w grę. Po pierwsze, pewnie będzie wyczulony na czerwonego dżipa, 

po drugie, miałam wrażenie, że wczoraj był zaledwie o krok od przymknięcia mnie. 

Wolałam go nie prowokować. Zwłaszcza jeśli nie spał. Niewyspany glina to na pewno 

zły glina.

To   oznaczało,   że   detektyw   Maddie   była   zdana   tylko   na   siebie.   Ponownie 

spojrzałam na notatnik. Moja lista była naprawdę żałosna. Jeśli chciałam przekonać 

Ramireza,   że   powinien   uwzględnić   Tajemniczą   Blondynkę   jako   podejrzaną, 

potrzebowałam czegoś więcej. Wiedziałam, że muszę wrócić do Moonlight Inn.

Wzięłam komórkę i wybrałam numer Dany, licząc, że jeszcze raz pobawi się ze 

mną w Cagney i Lacey. (Nieważne, że w rzeczywistości byłyśmy bardziej jak Ethel i 

Lucy  (Bohaterki  popularnych amerykańskich seriali,  sensacyjnego  Cagney  i  Lacey 

oraz   komediowego  Kocham   Lucy  (przyp.   tłum.))).   Niestety,   w   Domu   Aktorów 

słuchawkę   podniósł   Gość   bez   Szyi.   Burkliwym   głosem   jaskiniowca   poinformował 

mnie,   że   Dana   jeszcze   nie   wróciła.   Zapewne   nadal   pławiła   się   w   jacuzzi   z   Liao. 

Poprosiłam, żeby przekazał jej, aby do mnie zadzwoniła, kiedy wróci, i rozłączyłam 

się.

Choć obawiałam się wrócić sama w czeluści Północnego Hollywood, miałam do 

wyboru to albo projektowanie dziecięcych bucików. Zdecydowanie nie byłam teraz w 

nastroju do pracy.

Złapałam   kluczyki,   torebkę   i   zeszłam   do   dżipa,   by   zmierzyć   się   z 

popołudniowymi korkami.

Na   czterystapiątce   przewróciła   się   wielka   ciężarówka,   a   na   stojedynce   trwał 

policyjny pościg, tak więc kiedy w końcu dotarłam na Vanowen, w Moonlight Inn nie 

było   już   ani   reporterów,   ani   techników   kryminalistycznych.   Właściwie   poza   żółtą 

taśmą   policyjną   na   drzwiach   dwudziestki,   wszystko   wyglądało   zwyczajnie.   Grały 

radia, kobiety w spandeksowych wdziankach żegnały się ze swoimi klientami, a na 

parkingu znowu kwitł handel narkotykami. Północne Hollywood szybko wracało do 

siebie po drobnej strzelaninie.

background image

Zaparkowałam   dżipa   i   unikając   wzrokiem   zielonych   kontenerów   na   śmieci, 

skierowałam się do r c pcji.

Pchnęłam   brudne   szklane   drzwi   i   zobaczyłam,   że   na   posterunku   znowu   jest 

Metallica. Przebrał się w koszulkę AC/DC, ale jego przetłuszczone włosy zdradzały, 

że nie zawracał sobie głowy prysznicem przed przyjściem do pracy. Przyglądał mi się 

przez chwilę, aż w końcu zaskoczył.

  - O cholera. To ty! - Kucnął za biurko. - Proszę, nie strzelaj. Przewróciłam 

oczami.

 - Czy wyglądam, jakbym była uzbrojona?

Wystawił głowę zza blatu z formiki. Zmierzył mnie wzrokiem, zatrzymując się 

na piersiach. Na jego twarz wypłynął szeroki uśmiech.

 - Nie. Wyglądasz miiilusio. - Pokiwał z uznaniem głową, przeciągając ostatnie 

słowo.

Hm... Może powinnam zacząć nosić broń?

 - Wyluzuj. To tylko gruczoły mleczne.

 - Stara, chyba szukają cię gliny. Załatwiłyście tego gościa na amen.

 - To nie my go zabiłyśmy. Zmrużył oczy.

 - Na pewno?

 - Na pewno!

 - Bo jakby co, to ja nikomu nie powiem. Właściwie to całkiem seksowne. Laski 

ze spluwami. Jak Lara Croft. Lara Croft to dopiero dupa.

Podejrzewałam, że dla Metalliki seksowna jest każda kobieta z pulsem.

 - Sorry, że cię rozczaruję, ale to nie my go zabiłyśmy. Chociaż policja myśli, że 

zabił go mój chłopak.

 - Stara!

 - Wiem!

Metallica nachylił się do mnie. Starałam się nie skrzywić, czując jego nieświeży 

oddech; zalatywało trawką plus burritem ze śniadania.

 - Twój chłopak go zabił, bo gościu był twoim klientem?

 - Nie! Boże. Tak naprawdę nie jestem dziwką. Metallica znowu zmierzył mnie 

wzrokiem.

background image

 - Na pewno?

 - Tak, na pewno.

Uśmiechnął się, odsłaniając rząd zębów, które aż prosiły się o wybielenie.

  - Ale mogłabyś być. Byłabyś naprawdę seksowną dziwką. Czułam, że znowu 

zaczyna mi drgać lewa powieka. Ta rozmowa prowadziła donikąd.

 - Widziałeś, żeby wczoraj wieczorem ktoś jeszcze wchodził do dwudziestki?

 - Nie. Tylko ty, twoja przyjaciółka i gość, którego znaleźli w śmietniku.

Cholera.   No,   ale   przynajmniej   nie   widział  prawnika   w  spodniach  szytych  na 

miarę.

  - Czy jest możliwe, żeby ktoś tam wszedł, kiedy nie patrzyłeś? Może kiedy 

zrobiłeś   sobie   przerwę?   -   Przyłożyłam   do   ust   kciuk   i   palec   wskazujący,   jakbym 

trzymała skręta.

Roześmiał się.

 - Wszystko jest możliwe, skarbie.

 - A co z parkingiem? Widziałeś, żeby kręcił się tam ktoś podejrzany? Metallica 

wyszczerzył zęby. Racja. Głupie pytanie.

  - Nie widziałeś nikogo, kto by tu nie pasował? Kogoś... nadzianego? - Albo 

kogoś, kto przywiązuje choć odrobinę wagi do higieny osobistej.

Metallica przygryzał spierzchnięte wargi, mrużąc oczy.

 - Nie.

Zaczynałam myśleć, że przyjechałam tu na próżno. Spróbowałam jeszcze raz.

 - A nie widziałeś tu wczoraj jakiejś blondynki? W szpilkach?

 - Stara, to by była bomba.

Super.  Był jak Beavis i Butthead w jednym.  Właściwie  nie wiem,  czego się 

spodziewałam. Jego mózg wyglądał pewnie jak ser szwajcarski.

I nagle doznałam olśnienia. Chcąc się dowiedzieć pod jakim numerem mieszkał 

Greenway, musiałyśmy z Daną wymaglować Metallicę. Jeśli Metallica nie widział 

żadnej   blondynki,   znaczyło   to,   że   wiedziała,   pod   którym   numerem   zatrzymał   się 

Greenway. Tak więc albo go śledziła, co uznałam za mało prawdopodobne (Greenway 

na pewno był ostrożny - w końcu to miała być jego kryjówka), albo Greenway ufał jej 

na tyle, by zdradzić numer swojego pokoju. W myślach wpisałam nową informację na 

background image

listę podejrzanych. „Blondynka w szpilkach - zaufana powiernica Greenwaya". Może 

kochanka?   Całkiem   możliwe.   Kiedy   rozmawiałam   z   Greenwayem   przez   telefon, 

odniosłam wrażenie, że nie był facetem, który stroniłby od pozamałżeńskich przygód.

A   więc   szukałam   blond   kochanki   w   szpilkach.   Okay,   może   nie   odkryłam 

Ameryki, ale przynajmniej coś miałam.

 - Dzięki - powiedziałam do Metalliki.

 - Za co?

 - Że niczego nie widziałeś.

 - Stara, nie zawsze widzę gówno. Zapewne.

Kiedy   wsiadłam   do   dżipa,   rozdzwoniła   się   moja   komórka.   Otworzyłam   ją, 

wyjeżdżając na Vanowen.

 - Halo?

 - Mads, tu Ralph.

 - Cześć, Ralph. Jak mama?

 - Lepiej. Nadal próbuje ściągnąć katolickiego księdza, żeby poświęcił hotelowy 

ogródek przed uroczystością, ale przynajmniej przestała odmawiać różaniec.

To już coś.

  - Słuchaj - ciągnął - dzwonię tylko po to, żeby ci przypomnieć o dzisiejszym 

wieczorze   panieńskim.   Nie,   żebym   uważał,   że   zapomnisz,   ale,   cóż,   po   prostu 

pomyślałem, że ci przypomnę.

 - Pamiętam.

  -   Tak.   Jasne,  że   tak.   -   Podrabiany   Tatuś   odchrząknął.   -   Wiedziałem,   że 

przyjedziesz. Chciałem się tylko upewnić.

Okay,   zapomniałam.   Czemu   zapominałam   o   wszystkim,   co   dotyczyło   ślubu 

mojej matki?

 - Nie martw się, Ralph. Będę. Obiecuję.

Rozłączyłam   się,   ignorując   dreszcz,   jaki   mnie   przebiegł   na   myśl   o   mamie   i 

striptizerach,   po   czym   zadzwoniłam   pod   swój   domowy   numer,   żeby   jeszcze   raz 

sprawdzić wiadomości. Dzwoniła tylko Dana, informując, że wróciła już z królestwa 

jacuzzi. Nie było nic od Ramireza. Ani od Richarda.

background image

Zadzwoniłam do Dany, zjeżdżając do In - N - Out Burger, i zapoznałam ją z 

najnowszymi wiadomościami, zajadając podwójnego hamburgera i frytki. Kazałam jej 

też obiecać, że wieczorem pójdzie ze mną do Beefcakes. Bałam się, że sama tego nie 

zniosę.

Rozłączyłam się, papierową serwetką starłam musztardę z sukienki (to i owo 

wyciekło mi z hamburgera, ale warto było) i wyciągnęłam moją listę podejrzanych. 

Kim była ta blondynka? Problem w tym, że nie wiedziałam o Greenwayu nic, oprócz 

garstki   informacji,   które   podał   mi   Ramirez.   Potrzebowałam   więcej   brudów   z 

osobistego   życia   faceta.   Soczystych   plotek,   które   znają   wścibscy   sąsiedzi   lub   o 

których   można   poczytać   w   brukowcu.   A   ponieważ   jakoś   nie   wyobrażałam   sobie 

sąsiadów Greenwaya plotkujących z główną podejrzaną numer 2 (czyli mną! Rety!), 

postanowiłam wybrać się do biblioteki. Jeśli Greenway miał na koncie jakieś skandale, 

byłam pewna, że dowiem się o nich z tabloidów.

Wróciłam na czterystapiątkę i pojechałam na chwilę do domu, żeby przebrać się 

z   upaćkanej   musztardą   sukienki   w   strój   odpowiedni   do   biblioteki.   Narzuciłam 

tweedową   spódniczkę,   białą   jedwabną   bluzkę,   mokasyny   na   płaskim   obcasie   i 

ruszyłam do biblioteki w Santa Monica. Zamierzałam obejrzeć wszystkie mikrofilmy, 

jakie mieli na temat Devona Greenwaya.

Okazało się, że mieli ich bardzo dużo. Greenway pojawiał się regularnie nie 

tylko w kolumnach z plotkami, ale także w wiadomościach biznesowych, w związku z 

innowacjami wprowadzanymi w jego firmie Newtone Technologies. Projektor buczał 

jednostajne, a ja mozolnie przeglądałam stronę za stroną zapisaną na mikrofilmie. Tej 

części pracy detektywistycznej nie pokazywali na HBO. Nie było to ani efektowne, ani 

fascynujące.   Nawet   projektowanie   dziecięcych   bucików   wydawało   się   przy   tym 

interesujące.

Jeśli miałam nadzieję trafić na nagłówek „Greenway z jasnowłosą kochanką o 

morderczych   skłonnościach   na   gali   charytatywnej",   to   srodze   się   zawiodłam. 

Oglądałam   tylko   kolejne   zdjęcia   z   przecinania   wstęg   i   czytałam   artykuły   o 

przygotowaniach do wejścia firmy na giełdę i tym podobne.

Dwie godziny później bolały mnie oczy i kręciło mnie w nosie od kurzu, ale 

znałam wszystkie najważniejsze fakty zarówno z towarzyskiego, jak i zawodowego 

background image

życia Greenwaya. Niestety, w jego życiu aż roiło się od blondynek. Zafascynowana 

Greenwayem prasa wyniuchała, że w ciągu ostatnich dwóch lat miał co najmniej trzy 

kochanki: Andi Jameson, Carol Carter i, uwaga, Bunny Hoffenmeyer. Wszystkie były 

blondynkami. (Obstawiałam Bunny. Czy można dorastać z takim imieniem i nie mieć 

morderczych skłonności?)

Wpisałam wszystkie trzy nazwiska na listę podejrzanych, ignorując fakt, że ani 

trochę nie przybliżyło mnie to do celu, czyli uchronienia Richarda przed więzieniem. 

Owszem, miałam nazwiska znanych prasie kochanek Greenwaya, ale kto wiedział, o 

ilu prasa nie wiedziała? Gdy rozmawiałam z Greenwayem przez telefon, odniosłam 

wrażenie, że niezły z niego spryciarz.

Mimo to, zanim wróciłam do domu, sprawdziłam namiary do wszystkich trzech 

blondynek   w   książce   telefonicznej.   Z   Andi   Jameson   poszło   łatwo,   mieszkała   w 

Encino. Zadzwoniłam do niej, ale nikogo nie zastałam. Zostawiłam jej wiadomość, że 

jestem znajomą Greenwaya i chciałam jej zadać kilka pytań.

W  książce  było jakieś   pięćdziesiąt kobiet  o nazwisku  Carol  Carter,   tak  więc 

niechętnie zapisałam jej adres jako „nieznany".

Bunny   Hoffenmeyer   okazała   się   gwiazdą   filmów   dla   dorosłych   i   jej   numer 

telefonu   był   zastrzeżony.   Udało   mi   się   jednak   znaleźć   adres   wytwórni,   dla   której 

pracowała. Big Boy Productions w Sherman Oaks. Super. Znowu wracamy do Valley.

Było   późne   popołudnie   i   upał   właśnie   sięgał   zenitu   -   jeśli   wierzyć 

wyświetlaczowi   na   rogu   Westwood   i   National,   było   trzydzieści   pięć   stopni. 

Rozkręciłam klimę na maksa, wjechałam na czterystapiątkę i niechętnie wróciłam za 

wzgórza. Nad Valley unosiła się gęsta warstwa smogu, wszystko było przygnębiająco 

szare.   Zaczęłam   się   zastanawiać,   kto  chciałby   tu  mieszkać   z   własnego   wyboru.   Z 

drugiej   strony   to   tylko   umacniało   motyw  Bunny.   Dwadzieścia   milionów   dolarów 

spokojnie wystarczyło, żeby zmienić adres zamieszkania na Beverly Hills.

Po dziesięciu minutach wjechałam na Sepulveda, ulicę, przy której pełno było 

magazynów   reklamowanych   jako   studia   filmowe   do   wynajęcia.   Wielkie,   szare   i 

zardzewiałe ani trochę nie przypominały studiów Universalu. Śmiałam przypuszczać, 

że  filmy  w  nich kręcone  także  nie  przypominały tych  z  powstających  w  wielkich 

wytwórniach. Większość trafiała prosto na DVD lub rynki zagraniczne. Albo, jak w 

background image

przypadku Big Boy Productions, była przeznaczona dla bardziej dojrzałych (czytaj: 

wyuzdanych) widzów. Studio Big Boy Productions mieściło się w budynku pokrytym 

stalowoszarą blachą falistą. Zatrzymałam się na parkingu obok przyczepy, w której 

znajdował się barek z jedzeniem, i przyjrzałam się budynkowi.

Przyznam,  że   nie   jestem   miłośniczką   porno.   Nie,   żebym   nigdy   nie   widziała 

pornosa. Widziałam. Raz. Jeszcze w college'u mój ówczesny chłopak usiłował mnie 

przekonać, że patrzenie na zbliżenia intymnych części ciała obcych osób, kiedy się 

kochamy, jest podniecające. (Chyba nie muszę dodawać, że szybko zerwałam z Panem 

Podglądaczem).   Po   tym   doświadczeniu   moim   najbliższym   kontaktem   z   kulisami 

branży pornograficznej było Boogie Nights z Marky Markiem w roli Dirka Digglera. I 

na tym chciałam poprzestać.

Cholerny Richard. To wszystko jego wina.

Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się do opuszczenia samochodu, i przejścia 

parkingiem do nieoznakowanych drzwi Big Boy Productions. Zwalczyłam pokusę, by 

przed wejściem do środka zasłonić oczy.

Jeśli spodziewałam się orgii lamp z lawą, to się rozczarowałam. Pomieszczenie, 

w którym się znalazłam, przypominało większość innych recepcji, w których byłam. 

Właściwie jeśli nie liczyć czerwonej lampki pulsującej nad drzwiami, niepokojąco 

przypominało recepcję Dewey, Cheatem i Howe. Tyle że zamiast jednej Jasmine były 

trzy. Wszystkie wyglądały jak klony Anny Nicole Smith, a ich biusty w rozmiarze 

podwójne   D   ledwie   mieściły   się   pod   skąpymi   topami   z   napisem   „Big   Boy" 

rozciągniętym w poprzek ich implantów. I wszystkie wpatrywały się we mnie.

Przełknęłam ślinę, czując się jak świętoszka w swoim ubraniu z biblioteki.

 - Hm, dzień dobry - powiedziałam do Podwójnego D najbliżej drzwi. - Szukam 

Bunny Hoffenmeyer.

Podwójne D poruszyła się na swoim siedzeniu, a ja oparłam się chęci odwrócenia 

wzroku, na wypadek gdyby spod jej skąpego topu wymsknął się implant.

 - A z kim mam przyjemność? - zapytała głosem a la Marilyn Monroe.

 - Eee. Jestem Maddie.

Spojrzała na moją skromną tweedową spódniczkę i zmarszczyła brwi.

 - Kręcicie razem scenę?

background image

  - Nie! - powiedziałam trochę głośniej, niż zamierzałam. Jeszcze raz omiotła 

mnie wzrokiem.

 - Tak myślałam.

Nie byłam pewna, czy powinnam czuć ulgę, czy się obrazić.

  -  Chciałam z  nią   porozmawiać  o  naszym wspólnym znajomym.   Devo  -  nie 

Greenwayu.

Twarz Podwójnego D złagodniała.

 - Och. To ten facet, z którym się spotykała. Widziałam w wiadomościach, co mu 

się przytrafiło. To takie smutne.

 - Tak, bardzo - zgodziłam się, kiwając głową i naśladując jedną z zatroskanych 

min Energicznej Reporterki. - Przychodził tu czasem z Bunny?

Podwójne D uśmiechnęła się, odsłaniając nieco krzywe zęby.

  - Naprawdę ma na imię Myrtle. Bunny to jej pseudonim artystyczny. Myrtle 

Hoffenmeyer? Już chyba wolałam Bunny.

  - I tak, jasne, był tu kilka razy. Prawdziwy przystojniak. Bogaty. - Blondynka 

westchnęła. - Myrtle miała farta, że go poznała.

Jasne.   Miała   farta,   że   nie   pływała   teraz   w   basenie   twarzą   do   dołu.   Co   mi 

przypomniało, że interesuje mnie jej obecne miejsce pobytu...

 - Czy Bu... to znaczy Myrtle, jest tu dzisiaj?

 - Tak. Właśnie kończy scenę w studiu numer 2. - Blondynka wskazała drzwi po 

swojej prawej stronie.

Zerknęłam tam. A więc to tu odbywają się orgie, pomyślałam skrępowana.

  -   Hm,   czy   mogłabym   tu   zaczekać,   aż   Myrtle   skończy   swoją...   scenę?   - 

zapytałam.

  - Jasne, nie ma problemu. - Podwójne D uśmiechnęła się i wskazała krzesła z 

obiciami   stojące   pod   ścianą.   Usiadłam,   dziękując   Bogu,   że   w   studiu   są 

dźwiękoszczelne ściany.

Dziesięć   minut   później   czerwone   światło   nad   drzwiami   zgasło   i   rozległ   się 

głośny   sygnał,   przypominający   alarm   pożarowy.   Zdaje   się,   że   podskoczyłam,   bo 

Podwójne D uspokoiła mnie, mówiąc:

 - To znaczy, że skończyli nagrywać. Jeśli chcesz, możesz teraz wejść.

background image

  - Dzięki. - Wstałam i weszłam za podwójne drzwi, mając nadzieję, że Bunny 

zdążyła narzucić szlafrok.

Budynek,   w   którym   mieściły   się   studia   Big   Boy   Productions,   był   typowym 

surowym magazynem jakich wiele w Valley. Metalowe ściany pokrywała rdza (i nie 

był to elegancki, celowy efekt jak w Fernando's, tylko skutek prawdziwej korozji), pod 

sufitem biegły olbrzymie rury, betonowa podłoga była popękana. Jedynym wyłomem 

w   tym   industrialnym   otoczeniu   były   otwarte   z   jednej   strony   pokoje,   które   miały 

udawać   sypialnie.   W   każdym   razie   tak   przypuszczałam,   zważywszy   na   olbrzymie 

łóżka, jakie stały między prowizorycznymi ścianami z dykty.

Przy jednym z łóżek stała grupka ludzi. Na szczęście wyglądało na to, że już się 

rozchodzą. Faceci zwijali kilometry kabli, kobiety miały na sobie jedwabne szlafroczki 

i lekko potargane włosy. Odwróciłam wzrok, czułam, że się czerwienię.

Od razu rozpoznałam Bunny ze zdjęcia z Greenwayem w jednym z brukowców. 

Siedziała na stołku, paliła papierosa i patrzyła, jak technicy sprawdzają kamery. Była 

mojego wzrostu, ale jakieś dwa kilo szczuplejsza i tak napompowana silikonem, że w 

każdej chwili mogła stracić równowagę i runąć do przodu. Nie wyglądała na kogoś, 

kto byłby w stanie zwlec ciało Greenwaya na dół i upchnąć je w kontenerze na śmieci. 

Musiałam jednak sprawdzić wszystkie możliwości.

 - Bunny Hoffenmeyer? - zapytałam. Spojrzała na mnie obojętnie.

 - Tak?

  -   Witam.   Nazywam   się   Maddie...   Ramirez.   -   Nie   mam   pojęcia,   dlaczego 

podałam akurat to nazwisko. Chyba nie chciałam, żeby wiedziała jak naprawdę się 

nazywam. Przynajmniej dopóki się nie upewnię, że nie posiada broni.

 - Cześć - powiedziała Bunny, wypuszczając dym w kierunku sufitu.

  -   Miło   mi.   Eee,   czy   mogłabym   zadać   ci   kilka   pytań   na   temat   Devona 

Greenwaya?

 - Dlaczego? - spytała podejrzliwie. No właśnie. Bardzo dobre pytanie.

  -   Jestem   reporterką   lokalnego   magazynu   plotkarskiego,   przygotowujemy 

materiał o śmierci Greenwaya. Chcemy zamieścić wywiady z ludźmi, którzy byli mu 

bliscy.

Bunny nadal patrzyła na mnie z powątpiewaniem, więc spróbowałam ją zachęcić.

background image

 - Planujemy też zamieścić zdjęcia. Miałabyś idealną okazję, żeby się pokazać.

Na wzmiankę o zdjęciach Bunny się wyprostowała.

 - Co chcesz wiedzieć?

Zabiłaś go? Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że to zbyt bezpośrednie 

pytanie. W Prawie i porządku zawsze najpierw urabiali podejrzanych. Skupiłam się.

  -   Słyszałam,   że   byłaś   blisko   z   Greenwayem.   Na   jej   usta   wypłynął   kpiący 

uśmieszek.

 - Można tak powiedzieć.

Miałam przeczucie, że pożałuję następnego pytania.

 - Jak blisko? Bunny uniosła brew.

 - Od czasu do czasu chodziłam z nim do łóżka, jeśli o to pytasz. Przynajmniej 

nie owijała w bawełnę.

 - Okay. Kiedy ostatni raz się z nim... widziałaś? Zaciągnęła się papierosem.

 - W zeszły czwartek.

Ożywiłam się. W czwartek Richard odwołał kolację ze mną, żeby spotkać się z 

Greenwayem. Ciekawe, czy Bunny z nim była.

 - Co robiliście?

 - Zjedliśmy kolację w La Petite's, tej potwornie drogiej francuskiej restauracji na 

Ventura. Potem musiał się spotkać ze swoim prawnikiem. Takim Kenem w garniturze.

Hej! Ten Ken, jak go nazwała, był moim facetem. Chociaż musiałam przyznać, 

że   Richard   rzeczywiście   trochę   przypominał   chłopaka   Barbie.   Idealna,   plastikowa 

powierzchowność, a w środku pustka. Och.

 - Wiesz, po co się spotkali?

Przechyliła głowę, przyglądając mi się uważnie.

  - Nie wiem. Jakieś spotkanie w interesach. Nie moja broszka. Czułam, jak z 

balonika mojej nadziei schodzi powietrze. Nawet jeśli

Barbie - Gwiazda Porno była obecna na spotkaniu Richarda z Greenwayem, to 

pewnie i tak nic nie dotarło do jej wypełnionego silikonem mózgu.

  -   I   nie   widziałaś   się   z   nim   więcej   od   czwartku?   Powoli   wypuściła   dym   w 

kierunku sufitu.

 - Nie. Skończyłam z nim.

background image

 - Naprawdę? Dlaczego? - Poważnie, Greenway i Bunny wydawali się dla siebie 

stworzeni.

 - Znalazłam u niego w kieszeni stringi jakiejś laski.

 - Żony?

Bunny znowu uśmiechnęła się kpiąco.

  -   Skarbie,  żony   nie   noszą   takich   rzeczy.   To   były   prześwitujące   stringi   w 

lamparcie cętki. Spał z jakąś cizią.

Jestem prawie pewna,  że bezwiednie skierowałam wzrok na łóżko, w którym 

przed   chwilą   Bunny   nagrywała   scenę.   Jakoś   trudno   mi   było   uwierzyć,   że   jest 

zwolenniczką monogamii.

 - Hej, to tylko praca - powiedziała wzbraniająco. - W pracy udaję. To, co było 

między mną a Devonem, było na poważnie. A skoro zadawał się z inną, nie chciałam 

mieć z nim nic wspólnego.

Byłam skłonna jej wierzyć.

 - Wiesz, czyje mogły być te stringi?

Na ustach Bunny znów zagościł drwiący uśmieszek.

 - Jakiejś zdziry. Myślę, że bzykał się z nią podczas lunchu, bo wtedy nigdy nie 

odbierał telefonu.

  -   Ostatnie   pytanie.   Gdzie   byłaś   wczoraj   wieczorem?   -   Choć   Bunny 

błyskawicznie   przesuwała   się   w   dół   mojej   listy   podejrzanych,   uznałam,   że   nie 

zaszkodzi zapytać.

 - Tutaj. Kręciliśmy scenę z Lasek w wielkim mieście.

 - W porządku, nie chcę zabierać ci więcej czasu. - Już miałam uścisnąć jej rękę, 

gdy nagle uświadomiłam sobie, że nie wiem, co przed chwilą ta ręka robiła. Tak więc 

tylko jej pomachałam, odwróciłam się i skierowałam z powrotem do recepcji.

 - Hej, czekaj! Odwróciłam się.

 - Tak?

 - A co ze zdjęciami? Racja, zdjęcia.

  - Fotograf wpadnie tu jutro - skłamałam. Rety, byłam w tym coraz lepsza. - 

Jeszcze raz dziękuję.

background image

Kiedy   znalazłam   się   w   dżipie,   wyciągnęłam   swoją   listę   podejrzanych.   Nie 

miałam stuprocentowej pewności, że Barbie - Gwiazda Porno nie jest moją blondynką, 

ale   ciężko   mi   było   wyobrazić   sobie,   jak   włamuje   się   na   konta   Greenwaya   i 

podprowadza   dwadzieścia   milionów   dolarów.   Nie   wyglądała   na   zbyt   mądrą.   Pod 

„blondynka   w  szpilkach"  dopisałam  „stringi   w  cętki,   seks   podczas   lunchu".   Hm... 

Bunny miała rację. Zalatywało zdzirą.

Wracałam   właśnie   czterystapiątką,   patrząc,   jak   słońce   chowa   się   powoli   za 

wzgórzami, kiedy zadzwoniła moja komórka. Spojrzałam na wyświetlacz. Podrabiany 

Tatuś. Cholera, o czym znowu zapomniałam?

 - Halo?

 - Gdzie jesteś?

 - Jadę czterystapiątką. Dlaczego pytasz?

 - To dobrze. Twoja mama jest już w Beefcakes i zaczyna się o ciebie martwić.

Cholera! Pacnęłam się dłonią w czoło. Beefcakes.

 - Właśnie tam jadę. Podrabiany Tatuś odetchnął z ulgą.

 - To dobrze. Przez chwilę myślałem, że znowu zapomniałaś.

 - Kto, ja? Nigdy. Milczał chwilę.

  -   Mads,   jesteś   ostatnio   roztargniona.   Masz   jakieś   problemy?   Oparłam   się 

pragnieniu wybuchnięcia maniakalnym śmiechem.

  - Wszystko w porządku, Ralph. - Jasne! - Okay, muszę kończyć. Jadę przez 

kanion.

Rozłączyłam   się,   szybko   zmieniłam   pas   na   prawy   i   zjechałam   z   autostrady, 

kierując się do Beefcakes.

Co za tydzień. Dziwki, gwiazdy porno, a teraz jeszcze striptizerzy. Rety!

background image

Rozdział 13

Zanim   Beefcakes,   położony   między   La   Brea   a   Highland,   stał   się   mekką 

przyszłych  małżonek,   rozwódek  i   napalonych   gospodyń   domowych,   był   barem,   w 

którym w czasach prohibicji sprzedawano potajemnie alkohol. Pod pomalowanymi na 

czarno   ścianami   stały   różowe   aksamitne   sofy.   Pośrodku   znajdował   się   wybieg, 

otoczony fioletowymi stolikami i krzesłami. Okupujące je hordy kobiet w średnim 

wieku, ściskające w garści banknoty, wrzeszczały i zachowywały się jak nastolatki na 

koncercie Hilary Duff. Wytropiłam mamę i panią Rosenblatt przy jednym ze stolików 

przy końcu wybiegu. Była z nimi kowbojka, istna Calamity Jane, która wydała z siebie 

dziki okrzyk entuzjazmu, gdy na wybiegu pojawił się Strażak Bob.

 - Mads! - zawołała mama, przekrzykując ogólną histerię. Nie było po niej widać 

nawet śladu niedawnego załamania. Z cosmopolitanem w ręce, kiwała głową w rytm 

muzyki. Miała na sobie swój strój imprezowy: czarny top ze spandeksu (bez stanika, 

choć bardzo by się przydał), rybaczki w grochy i czerwone conversy. Z uwagi na 

wyjątkową okazję nie żałowała cienia do powiek i zmalowała się na niebiesko aż do 

brwi. Siedząca obok niej przy stoliku pani Rosenblatt włożyła długą, luźną suknię, 

idealnie dobraną pod kolor dwóch fioletowych krzeseł, które zajmowała.

 - Dobrze się bawicie? - zapytałam, ściskając mamę.

 - Mowa. Boże, Mads, ale z niego bysior, co?

Spojrzałam na Strażaka Boba, który miał na sobie ciężkie buty, szelki i prawie 

nic poza tym. Kiedy mój wzrok padł na jego czerwone stringi, uświadomiłam sobie, że 

od bardzo dawna nie uprawiałam seksu.

 - Spójrzcie na jego wyposażenie - powiedziała pani Rosenblatt, jakby czytała w 

moich   myślach.   -   Przypomina   mi   mojego   czwartego   męża,   Lenny'ego.   Lenny   był 

idiotą, ale tak wyposażonym, że nie uwierzycie.

 - To jeszcze nic. Powinnyście zobaczyć sprzęt mojego Ralphiego.

  - Mama ustawiła palce wskazujące obu dłoni w odległości dwudziestu pięciu 

centymetrów od siebie, poruszając przy tym wymownie brwiami.

Fuj! Mama i seks - zdecydowanie wolałam nie myśleć o tej kombinacji. Miałam 

ochotę włożyć sobie palce do uszu i skandować: „Nie słyszę cię".

background image

  - Maddie, wreszcie jesteś. - Rozentuzjazmowana kowbojka odwróciła się. W 

myślach pacnęłam się ręką w czoło. Dana.

 - Fajne kowbojki, kowbojko - przywitałam ją.

 - Przyjechałam prosto z planu. Reklamówka Charmin.

 - Tego papieru toaletowego?

  -   Kowboje   kojarzą   się   z   siłą.   Nikt   nie   chce   słabego   papieru   toaletowego   - 

powiedziała, nachylając się do mnie. - Jak idą twoje wielkie poszukiwania?

Szybko podzieliłam się z nią moją teorią dotyczącą kochanki. Co jakiś czas, a 

dokładniej   w   momentach   gdy   Strażak   Bob   pozbywał   się   kolejnej   części   odzienia, 

przerywała mi dzikimi okrzykami. Na koniec opowiedziałam jej o mojej wizycie w 

Big Boy Productions i spotkaniu z Barbie

 - Gwiazdą Porno.

  - Powiedziałaś Bunny Hoffenmeyer? - zapytała pani Rosenblatt, która właśnie 

wróciła ze świeżym drinkiem w ręce.

 - Tak. A co? Zna ją pani?

 - Mój Lenny z nią współpracował. Zamrugałam oczami.

 - Jak to „współpracował"? Była pani żoną gwiazdora porno? - Skrzywiłam się z 

obrzydzenia.

  -   Nie,   nie.   Choć   Lenny   miał   warunki.   Tak   naprawdę   był   agentem 

ubezpieczeniowym.   W   tej   branży   najlepiej   ubezpieczyć   się   od   wszystkiego.   Jako 

właścicielka Big Boy Productions, Bunny zapewniała mu kupę roboty.

 - Zaraz. Właścicielka? - Uznałam Bunny za głupie Podwójne D. Nie przyszło mi 

do głowy, że może być obrotną bizneswoman.

 - Tak, tak. Kiedy byliśmy z Lennym małżeństwem, Bunny zarabiała kupę forsy. 

Ale  potem postanowiła  rozszerzyć  ofertę  o  coś  łagodniejszego.  No  wiesz,  filmy  z 

fabułą i świecami. Takie soft porno dla kobiet.

 - I co, pomysł nie wypalił?

 - Tylko utopiła pieniądze. Zdaje się, że kobiety nie są aż takimi miłośniczkami 

pornosów jak mężczyźni.

A to ci niespodzianka.

background image

  -   Ostatnio   słyszałam,   że   jest   w   długach   aż   po   implanty   -   ciągnęła   pani 

Rosenblatt. - Podobno próbuje nawet załapać się do jakiejś mainstreamowej produkcji, 

żeby stanąć na nogi. Biedactwo.

Fakt.   Jej   sytuacja   nie   wyglądała   zbyt   różowo.   Ale   czy   Bunny   była   na   tyle 

zdesperowana, żeby dla pieniędzy kropnąć Greenwaya? Po naszej rozmowie, kiedy 

uznałam, że mogłaby rywalizować z Jasmine w konkursie na najniższe IQ w całym 

Los Angeles, przesunęłam ją na koniec listy podejrzanych. Teraz czułam, że jej nie 

doceniłam. Skoro mogła udawać orgazm, równie dobrze mogła udawać niewinną.

 - Napijesz się, Maddie? - zapytała mama, przywołując kelnera z nagim torsem.

Owszem, miałam ochotę się napić.

 - Poproszę dietetyczną colę.

  - Och, daj spokój, skarbie. Zaszalej trochę! - Pani Rosenblatt osuszyła swój 

kieliszek i odstawiła na tacę kelnera. - Co powiesz na virgin (Virgin  (ang). - dosł. 

dziewica; słowo spotykane w nazwach koktajli, zwykle oznaczające, że w drinku nie 

ma alkoholu (przyp. red.)) mary? - zaproponowała.

Szczerze   mówiąc,   miałam  już   po  dziurki  w  nosie   dietetycznej   coli.   Skoro   w 

drinku nie było alkoholu, chyba mogłam sobie pozwolić na odrobinę luksusu.

 - W porządku. Wezmę virgin mary.

Pani   Rosenblatt   zamówiła   to   samo,   zaś   Dana,   jak   na   prawdziwą   kowbojkę 

przystało,   poprosiła   jacka   danielsa.   Mama   zamówiła   kolejnego   cosmopolitana   i 

wetknęła dziesiątkę za majtki kelnera. (Fuj, fuj, fuj!) Zanim Strażak Bob zniknął z 

wybiegu, wszystkie miałyśmy w ręku po nowym drinku, a mnie udało się opanować 

mdłości, które ogarnęły mnie po tym, jak mama mówiła o seksie.

Z   głośników   znowu   popłynęła   pulsująca   muzyka   i   tłum   poderwał   się,   żeby 

zobaczyć kolejnego mięśniaka.

 - Uważajcie, moje panie - ostrzegł mistrz ceremonii - bo oto nadchodzi Damien. 

A to bardzo, bardzo niegrzeczny chłopiec.

Z głośników dobiegł ryk motocykla. Z chmury dymu na wybiegu wyłonił się 

gość w skórzanym stroju. Kroczył dumnie, rozpinając skórzaną kurtkę. Odsłonił taki 

sześciopak, że budweiser mógł się schować.

 - Boże. - Mama się przeżegnała.

background image

 - Co się stało? - zapytała pani Rosenblatt.

 - Naszły mnie grzeszne myśli.

Fuj. Poprawka - wydawało mi się, że opanowałam mdłości. Pociągnęłam spory 

łyk   virgin   mary,   w   nadziei   że   to   pomoże   uspokoić   mój   żołądek.   Nawet   mi 

posmakowało.   Trochę  jak  krwawa  mary,  tylko ostrzejsze   i z   cytryną.  Nie  było to 

martini, ale i tak wchodziło o niebo lepiej od dietetycznej coli.

Damien   nadal   szalał   na   wybiegu,   zrzucając   skórę   jak   wąż,   aż   mama   złapała 

papierową serwetkę i zaczęła się wachlować.

 - Wow, przez tego faceta mam uderzenia gorąca.

  - Ma się czym pochwalić. Myślicie, że lubi starsze kobiety? - zapytała pani 

Rosenblatt, szturchając mnie łokciem w żebra.

Starałam się być miła.

 - Pewnie jest gejem.

Pani Rosenblatt nie odrywała wzroku od Damiena, który zdarł z siebie skórzane 

czapsy, zostając w samych stringach z logo Harleya Davidsona.

Napiłam się. Wow, chłopak rzeczywiście był nieźle wyposażony. Upiłam kolejny 

łyk.

  -   Uwielbiam   facetów   w   skórach   -   ciągnęła   pani   Rosenblatt.   -   Oglądałam 

dokument   o   tym,   jak   dominy   poskramiają   facetów   skórzanymi   pejczami.   Pejcze   i 

łańcuchy to nie moja bajka, ale facetowi w skórze bym nie odmówiła.

Dopiłam drinka i skinęłam na kelnera, żeby przyniósł jeszcze raz mi to samo.

 - Ralphie nie lubi skóry - wtrąciła mama. - Za to ma świra na punkcie koronek. 

Wczoraj kupiłam cudny koronkowy gorset. Jak go zobaczy, spędzimy całą podróż 

poślubną w łóżku. - Mama puściła oko. - Jeśli wiecie, co mam na myśli.

Gdyby można było umrzeć z obrzydzenia, byłabym już w agonii. Gorączkowo 

rozglądałam się za kelnerem i moją virgin mary. Na szczęście pojawił się dokładnie w 

chwili, gdy Damien tanecznym krokiem ruszył w naszą stronę, a mama sięgnęła do 

torebki po kolejne banknoty.

 - Ściągnij wszystko! - wrzasnęła Dana, wymachując kowbojskim kapeluszem.

Damien spełnił jej prośbę. Pozbył się stringów i ukazał się nam w pełnej krasie.

Pani Rosenblatt dała mi kuksańca w żebra.

background image

 - Mówiłam, że ma się czym pochwalić.

Przyznaję,   gapiłam   się.   To   było   silniejsze   ode   mnie.   Zwłaszcza   kiedy 

uświadomiłam sobie, jak blado Richard wypadał na tle seksownego mięśniaka. Rety. 

Ile mnie omijało!

Nagle, nie wiedzieć czemu, pomyślałam o Ramirezie. Zastanawiałam się, czy jest 

Damienem, czy Richardem. Upiłam kolejny łyk drinka, próbując nie wyobrażać sobie 

Ramireza w skórzanych stringach.

  -   Tutaj,   niegrzeczny   chłopczyku   -   wrzasnęła   moja   matka,   wymachując 

banknotem pięciodolarowym. Damien zbliżył się i chwycił banknot zębami. Mama 

zachichotała jak szóstoklasistka. Starałam się nie patrzeć.

Dana złapała mnie gwałtownie za ramię.

 - Boże, Maddie, wiesz, kto to jest?

Uniosłam głowę, mrużąc oczy od dymu i światła stroboskopu, by przyjrzeć się 

jego twarzy. (Nie zrobiłam tego do tej pory, bo trochę rozproszyły mnie inne części 

jego ciała). Rzeczywiście, wyglądał znajomo. Jednak dopiero kiedy odwrócił się do 

nas tyłem, jego szyja, czy też raczej jej brak, zdradziła jego prawdziwą tożsamość.

 - Czy to twój współlokator?

Dana skinęła głową, a ja mogłabym przysiąc, że widziałam, jak w kącikach jej 

ust zbiera się ślina.

 - Nie wiedziałam, że jest aż tak dobrze zbudowany.

Gość bez Szyi puścił do Dany oko, po czym przeszedł na drugą stronę wybiegu.

 - Znasz tego faceta? - zapytała pani Rosenblatt. - Ma tyłek jak z granitu.

 - Pożegnajcie Motocyklistę Damiena - zawołał mistrz ceremonii. Damien zabrał 

swoje czapsy i oddalił się za kulisy.

Mama złapała kolejną papierową serwetkę i znowu się wachlowała.

 - Hm, wybaczycie, jeśli was na chwilę opuszczę? - Nie czekając na odpowiedź, 

Dana pognała za kulisy.

Dopiłam drugiego drinka i zasygnalizowałam kelnerowi, że jestem gotowa na 

kolejnego.   Virgin   mary   uzależniała.   Kiedy   kelner   wrócił   z   moim  zamówieniem, 

znowu  zaczęła  grać   muzyka,   a  na  scenie  pośród  błyskających  czerwonych świateł 

pojawił się umundurowany Policjant Dan. Mama i pani Rosenblatt natychmiast się 

background image

poderwały, wymachując banknotami. Może to zasługa pikantnych virgin mary, ale 

zaczynałam wczuwać się w klimat. Wydałam nawet kilka entuzjastycznych okrzyków, 

kiedy Dan rzucił w tłum swoją niebieską koszulę z odznaką.

Zastanawiałam się, jak Ramirez wyglądałby w mundurze.

Na pewno seksownie! Ten facet wyglądał seksownie dosłownie we wszystkim. 

Ciekawe, jak by wyglądał bez niczego...

Rety!   O   czym   ja   myślałam?   Nagle   dopadły   mnie   wyrzuty   sumienia.   Bardzo 

możliwe, że nosiłam dziecko Richarda, a tu proszę bardzo - nie tylko gapiłam się na 

wpółnagiego faceta, ale jeszcze fantazjowałam o wyposażeniu Ramireza.

Jednak kiedy upiłam kolejny długi łyk virgin mary, uznałam, że to wszystko 

wina Richarda. Poważnie. Gdyby nie zniknął, nie musiałabym go szukać, nigdy nie 

spotkałabym   Ramireza   i   nie   porównywałabym   rozmiaru   jego   przyrodzenia   z 

klejnotami Policjanta Dana. Sami widzicie, że wszystkiemu winny był Richard.

Właściwie to wszystkie problemy, jakie ostatnio miałam, były jego winą. To on 

wpakował   mnie   w  cały   ten  bałagan   i   nie   miał  nawet   na   tyle   przyzwoitości,   żeby 

powiedzieć   mi,   gdzie   jest.   Nawet   Greenway   zdradził   kochance   miejsce   swojego 

pobytu.

No i jaki facet żeni się z Kopciuszkiem? Myśli, że jest jakimś księciem z bajki, 

czy co? Dobre sobie! Prychnęłam w duchu. Jeśli już, to jest Księciem Pedantem, który 

roluje skarpetki. Który facet tak robi?

Ramirez   na   pewno   nie   rolował   skarpetek.   Pewnie   po   prostu   wrzucał   je   do 

szuflady z bielizną, gdzie panował jeden wielki bajzel. Skarpetki leżały przemieszane 

ze...   slipami?   Bokserkami?   Zastanawiałam   się,   jaką   bieliznę   nosił   Ramirez. 

Wyobrażałam go sobie w slipach. Ale nie w tych marki Hanes z supermarketu, tylko w 

seksownych od Calvina  Kleina. Szarych albo szaroniebieskich.  W szaroniebieskim 

byłoby mu dobrze.

Policjant Dan jednym ruchem zerwał z siebie spodnie, odsłaniając czarne stringi 

z napisem LAPD (LAPD (Los Angeles Police Department) - Departament Policji Los 

Angeles (przyp. tłum.)).

background image

 - Wow - krzyknęłam, wymachując w powietrzu swoim drinkiem. Chlusnęło mi 

trochę na nadgarstek, ale nie przejęłam się tym. Czułam się naprawdę dobrze. O wiele 

lepiej niż w ostatnich dniach. - Pokaż mi swoją spluwę, panie władzo!

 - Właśnie - zawołała nieco bełkotliwie pani Rosenblatt. Potem nachyliła się do 

mnie i dodała: - Chyba jestem trochę dziabnięta.

Znieruchomiałam z ręką z drinkiem w połowie drogi do ust. Dziabnięta?  Co 

znaczy   dziabnięta?   Spojrzałam   na   pusty   kieliszek   po   jej   drinku,   potem   na   swój. 

Owszem, czułam się rozluźniona, ale sądziłam, że to dzięki nagim byczkom.

Złapałam ją za ramię.

 - Co dodaje się do virgin mary?

 - Sok pomidorowy, sok z cytryny, tabasco. Odetchnęłam z ulgą.

 - I wódka. Dużo wódki. Zatkało mnie.

 - Wódka? Ale przecież to „virgin mary"! Pani Rosenblatt się roześmiała.

  -   Skarbie,   nazywają   tego   drinka   virgin   mary,   bo   jak   za   dużo   wypijesz,   nie 

pamiętasz   seksu,   który   uprawiałaś   później.   A   potem   okazuje   się,   że   doszło   do 

niepokalanego poczęcia.

Boże, pomyślałam. Jestem najgorszą matką na świecie. A jeszcze nią nawet nie 

zostałam! Jestem okropna, potworna, samolubna i głupia. Pójdę prosto do piekła.

Zrobiło mi się niedobrze.

 - Nie martw się. Rano weźmiesz aspirynę i będzie po sprawie.

Jasne. Aspirynę. Przygryzłam wargę, żeby nie wyrzucić z siebie strasznej prawdy 

o tym, co właśnie zrobiłam. To znaczy, chyba zrobiłam. Skoro nie byłam pewna, czy 

jestem   w   ciąży,   nie   mogłam   też   mieć   pewności,   czy   rzeczywiście   zrobiłam   coś 

strasznego. Cholerny Richard. To wszystko przez niego.

Wróciła   Dana,   a   z   nią   ubrany   Damien,   znany   również   jako   Gość   bez   Szyi. 

Szeroki  uśmiech  na  twarzy mojej przyjaciółki  sugerował,  że  na  pewno  nie  będzie 

miała problemu z przypomnieniem sobie dzisiejszego seksu.

  - Hej, my wracamy do domu. Dziękuję za zaproszenie mnie na swój wieczór 

panieński, pani Springer. Do zobaczenia jutro na ślubie.

Mama i pani Rosenblatt uściskały Danę. Pani Rosenblatt nie odrywała wzroku od 

krocza Gościa bez Szyi. Przypominała psa śliniącego się na widok soczystej kości.

background image

Obrzydzenie mieszało się we mnie z porannymi mdłościami, mdłości mieszały 

się   z   poczuciem   winy,   a   wszystko   razem   z   kosmicznymi   ilościami  wódki,   jakie 

najwyraźniej dzisiaj w siebie wlałam. Wszystko wokół mnie się falowało. Modliłam 

się, żeby nie zwymiotować.

 - Możecie mnie najpierw podrzucić? - zapytałam błagalnie.

 - Jasne, Maddie.

Całą trójką władowaliśmy się do saturna Dany. Siedziałam z tyłu, starając się nie 

patrzeć, jak Dana i Gość bez Szyi trzymają się za rączki i robią do siebie maślane 

oczy.   Zsunęłam   się   niżej   na   siedzeniu   i   zamknęłam   oczy,   żeby   nie   patrzeć   na 

przemykające za oknem zamazane widoki, które przyprawiały mnie o mdłości.

Na szczęście droga nie była długa i parę minut później Dana odprowadziła mnie 

pod drzwi mojego mieszkania. W innych okolicznościach poradziłabym sobie sama, 

ale   teraz   wolałam   nie   ryzykować   wchodzenia   po   schodach   po   pijaku   na 

dziesięciocentymetrowych obcasach.

 - Jesteś pijana? - zapytała Dana.

 - Chyba tak.

 - Myślałam, że nie pijesz ze względu na... - Urwała, patrząc na mój brzuch.

 - Nie piję. To znaczy, nie piłam. Zaszło nieporozumienie.

 - Jakie nieporozumienie?

 - Myślałam, że virgin mary naprawdę jest dziewicza.

Dana   spojrzała   na   mnie   zdziwiona,   ale   nie   dociekała   głębiej.   W   końcu   w 

samochodzie czekał na nią seksowny striptizer.

 - Prześpij się - zarządziła. - Chcesz, żebym wpadła po ciebie jutro i podwiozła 

cię na ślub?

 - Nie trzeba. Wezmę taksówkę.

  -   Jak   chcesz.   Ale   zadzwoń   do   mnie   jutro.   Tylko   nie   za   wcześnie,   okay?   - 

powiedziała, zerkając na Gościa bez Szyi.

Pokiwałam głową, co okazało się złym pomysłem. Położyłam rękę na głowie, 

żeby świat przestał wirować. Odprowadziłam Danę wzrokiem, a potem weszłam do 

środka.   Po   tym,   jak   najpierw   przez   całe   pięć   minut   szamotałam   się   z   kluczem. 

Nienawidzę być pijana.

background image

Co   gorsza,   kiedy   padłam   na   wznak   na   materac,   uświadomiłam   sobie,   że 

nienawidzę Richarda. Nie wiem, czy to przez wódkę, hojnie wyposażonych facetów, 

czy fakt, że byłam dzisiaj w wytwórni porno, ale doszłam do wniosku, że niezależnie 

od tego, jak dobre byłoby wytłumaczenie Richarda na wszystko, co zaszło, szczerze 

go nienawidzę. Nie było żadnego usprawiedliwienia na to, co mi zrobił. Byłam w 

rozsypce.   Byłam   kłębkiem   nerwów,   targały   mną   niepokoje   i   bardzo   możliwe,   że 

właśnie zatrułam własne dziecko. Boże. Byłam okropną potworną osobą. Ten dzień 

chyba nie mógłby być gorszy.

I wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi.

Leżałam bez ruchu, zdecydowana pozostać w tej pozycji, nawet gdybym jakimś 

cudem przypomniała sobie, jak wprawić kończyny w ruch. Po trzecim dzwonku udało 

mi się jakoś podźwignąć i powlokłam się do drzwi. Zerknęłam przez wizjer i głośno 

wciągnęłam powietrze.

  -   Wiem,  że   tam   jesteś,   widzę   światło   pod   drzwiami.   Otwórz.   Przygryzłam 

wargę. Wpuścić go czy nie? Sprawa była poważna, bo  o ile mi wiadomo, kiedy się 

upiję,   staję   się   nadmiernie   przyjazna.   Dlatego   nieczęsto   pozwalam   sobie   na 

alkoholowe szaleństwa. Nawiasem mówiąc, to przez dzbanek margarity przespałam 

się z Richardem już na drugiej randce. Teraz też nie byłam w pełni sobą. Kiedy do 

tego przypomniałam sobie grzeszne myśli, które miałam w Beefcakes, uznałam, że 

wpuszczenie go do środka jest nie najlepszym pomysłem. Znowu załomotał do drzwi.

 - Słyszę twój oddech. Otwórz drzwi.

Z   drugiej   strony   lepiej   nie   sprzeciwiać   się   policjantowi.   Zdjęłam   łańcuch, 

odsunęłam zasuwę i otworzyłam drzwi, stając oko w oko z nieogolonym i bardzo 

seksownym Ramirezem.

background image

Rozdział 14

Zamrugałam. Boże, ale z niego ciacho. Nadal wyglądał, jakby w ogóle nie spał, a 

jego   poranny   zarost   ewoluował   w   seksowną   szczecinę   a   la   George   Clooney.   Jak 

zwykle miał na sobie dopasowane na tyłku dżinsy i czarny T - shirt. Jego wzrok był 

nieprzenikniony, a włosy nieco zmierzwione. Tak właśnie wyobrażałam go sobie po 

namiętnej nocy.

Spokojnie,   dziewczyno,   powiedziałam   sobie.   Widzicie,   jak   działa   na   mnie 

alkohol?

 - Gdzie byłaś? - zapytał. - Nie odebrałaś moich wiadomości? Odwróciłam się. 

Lampka na mojej automatycznej sekretarce błyskała jak szalona.

 - Nie. Dopiero wróciłam. O co chodzi?

 - Mogę wejść?

Przygryzłam   dolną   wargę.   Wahałam   się.   Głos   rozsądku   podpowiadał,   że 

powinnam kazać mu odejść. Zamknąć drzwi. Że nie powinnam rozmawiać po pijaku z 

seksownym   gliniarzem.   Ale   głos   dziewczyny  z   Beefcakes   mówił:   „Proszę,   wejdź. 

Zrzuć ciuchy. Wskocz do mojego łóżka".

A ponieważ dziewczyna z Beefcakes wlała w siebie sporo wódki, jej głos był 

naprawdę donośny. Tak donośny, że zagłuszył głos rozsądku.

 - Jasne. - Odsunęłam się, żeby go wpuścić.

Wszedł, a mój wzrok natychmiast podążył ku jego kroczu. Bokserki czy slipy? 

Nie umiałam powiedzieć.

 - Czego chcesz? - zapytałam, odchrząkując.

 - Chciałem ci tylko powiedzieć, że porównaliśmy próbkę włosów znalezionych 

w motelu z twoimi i okazało się, że nie ma zgodności.

 - A nie mówiłam. - Jezu. Zachowywałam się, jakbym miała pięć lat.

 - To znaczy, cieszę się, że to sprawdziliście. I że to sobie wyjaśniliśmy.

Ramirez popatrzył na mnie zagadkowo, ale nic nie powiedział.

  -   No   cóż,   chciałem   tylko,   żebyś   wiedziała,   że   nie   jesteś   już   uważana   za 

podejrzaną.

 - To super. - W przypływie olśnienia pacnęłam się dłonią w głowę.

 - Bo nie mam nawet stringów w cętki.

background image

Ramirez uniósł brew.

 - Stringów w cętki?

 - I nie bzykam się w czasie przerwy na lunch. No chyba że jest jakaś specjalna 

okazja. Albo facet jest naprawdę przystojny. Ale po wszystkim zawsze wychodzę w 

majtkach.

Przy oczach Ramireza pojawiły się drobne zmarszczki. Znowu patrzył na mnie 

wzrokiem Złego Wilka.

 - Dobrze wiedzieć.

Wzięłam głęboki oddech. Tak, byłam świadoma, że niepokojąco przypominam 

teraz Bunny Hoffenmeyer, i to, co mówię, nie ma większego sensu. Najwyraźniej 

połączenie między moim mózgiem a ustami zostało zerwane. Oparłam się o kuchenny 

blat, bo znowu wszystko zaczęło wirować jak na karuzeli.

 - Chciałam powiedzieć, że cieszę się, że go nie zabiłam. To znaczy, cieszę się, 

że ty wiesz, że to nie ja go zabiłam. Ja wiem, że go nie zabiłam. Ale teraz ty też wiesz, 

że ja wiem, że go nie zabiłam. Choć nie żyje.

Usta Ramireza drgnęły w kącikach.

 - Aha.

  - Wiem,  że ty wiesz, że ja wiem, że go nie zabiłam. - Urwałam. Hm... Jakoś 

dziwnie to brzmiało. Postanowiłam spróbować jeszcze raz. - To znaczy, nie było mnie 

tam.   To   znaczy,   byłam   tam,   ale   nie   tam,   w   jego   pokoju.   -   No,   tak   już   lepiej. 

Powiedzmy.

Ramirez uśmiechnął się szeroko.

 - Jesteś pijana?

 - Skąd! - Przewróciłam oczami, robiąc oburzoną minę. - Absolutnie nie jestem 

pijana.   Jestem   w   zupełnie   przeciwnym   stanie.   Jestem...   -   Urwałam,   szukając 

odpowiedniego słowa. - .. .w tym przeciwnym stanie.

 - Trzeźwa? - podpowiedział Ramirez, nie przestając się uśmiechać.

 - Zgadza się. To ja. Trzeźwa Maddie. - Byłabym pewnie bardziej przekonująca, 

gdyby moja ręka nie ześliznęła się z blatu, przez co straciłam równowagę i prawie 

upadłam.

background image

Prawie, bo Ramirez zareagował błyskawicznie (refleks gliniarza) i złapał mnie w 

ramiona.   Silne   ramiona.   Chcąc   się   podeprzeć,   położyłam   dłonie   na   jego   torsie. 

Niesamowitym, twardym jak skała torsie. Czułam bicie jego serca pod wyrzeźbionymi 

na siłowni mięśniami. Zdaje się, że westchnęłam.

  -   Wszystko   w  porządku?   -  Jego  twarz   była   zaledwie   kilka   centymetrów   od 

mojej. Ciemne błyszczące oczy były rozbawione.

 - Tak - wydusiłam, choć nogi miałam jak z galarety, a moje myśli krążyły wokół 

wyposażenia Damiena. Nagle ogarnęła mnie nieprzeparta potrzeba dowiedzenia się, 

czy Ramirez jest zwolennikiem bokserek czy slipów.

 - Podoba mi się twój strój - powiedział, nadal obejmując mnie w pasie. Przyjrzał 

się mojemu ubraniu a la bibliotekarka.

 - Znowu się ze mnie nabijasz?

 - Tylko troszeczkę.

 - W wytwórni porno zrobił duże wrażenie. Ramirez znowu uniósł brew.

 - W wytwórni porno? - Uśmiechnął się szerzej, odsłaniając rząd białych zębów. 

Żeby cię szybciej zjeść, Kapturku.

 - Wiedziałem, że siedzi w tobie niegrzeczna dziewczynka. - Jego niski, głęboki 

głos sprawił, że zrobiło mi się gorąco w pewnych miejscach.

Stałam przyciśnięta do jego torsu, a on wpatrywał się we mnie. Nachodziły mnie 

myśli bardzo niegrzecznej dziewczynki. Myśli o złych gliniarzach w bokserkach.

Albo jeszcze lepiej nagich.

Choć   starałam   się   zapanować   nad   dziewczyną   z   Beefcakes,   jej   wzrok 

powędrował   w  dół.   Ześliznął   się   po  napakowanej   piersi,   wyrzeźbionym  brzuchu  i 

zatrzymał w miejscu, gdzie ukryte pod dżinsem, znajdowało się oprzyrządowanie.

 - Gapisz się na moje krocze?

Miałam dość przyzwoitości, żeby się zarumienić. W każdym razie wydaje mi się, 

że to był rumieniec wstydu, a nie objaw jednego z maminych uderzeń gorąca, który 

towarzyszył mocno nieprzyzwoitym myślom.

 - Zastanawiałam się, czy nosisz bokserki, czy slipy? - Nie mogłam uwierzyć, że 

powiedziałam to na głos. Boże, musiałam być nieźle pijana.

background image

Zanim zdążyłam wycofać swoje śmiałe pytanie, Ramirez objął mnie mocniej w 

pasie i przyciągnął do siebie. Przysięgam, że przeżyłam miniorgazm. Opuścił głowę, 

drażniąc ustami moje ucho.

 - Slipy - szepnął.

A potem mnie pocałował.

Nie było to delikatne, przelotne muśnięcie, ale prawdziwy pocałunek. Namiętny, 

rozpalający   wyobraźnię,   niosący   ze   sobą   obietnicę   szalonej   nocy,   niezapomnianej, 

niezależnie od tego, ile przypadkowo wypiłaś virgin mary. Był to pocałunek, który nie 

pozostawiał wątpliwości, czy Ramirez jest Damienem, czy Richardem. Wiedziałam z 

doświadczenia, jak całuje Richard. Ramirez z pewnością był Damienem.

Jego   dłonie   wsunęły   się   pod   moją   bluzkę,   a   ja   zrobiłam   w   myślach   szybki 

przegląd.   Nogi   ogolone?   Żadnych   babcinych   majtek?   Awaryjny   kondom   nadal   w 

mojej   torebce?   Tak,   tak   i   jeszcze   raz   tak.   Dziewczyna   z   Beefcakes   krzyknęła   w 

myślach: „Hurrra!" i oddała mu pocałunek.

Nasze języki się zetknęły i nagle poczułam, że Ramirez ma na sobie za dużo 

ubrań.   Zjechałam   dłońmi   w   dół   i   majstrowałam   niezgrabnie,   jak   zdenerwowana 

nastolatka,   przy   sprzączce   jego   paska,   dopóki   nie   uwolniłam   T   -   shirtu.   Nie 

protestował, kiedy podciągnęłam mu koszulkę w górę i zdjęłam przez głowę. Jęknął 

cicho, kiedy przejechałam dłońmi po jego brzuchu. Boże, ale ten facet był zbudowany. 

Musiał spędzać na siłowni więcej czasu niż Dana.

Podniósł mnie bez wysiłku i posadził na kuchennym blacie. Tweedowa spódnica 

powędrowała   w   górę,   przesunął   dłońmi   wzdłuż   moich   kolan   i   ud,   zmierzając   w 

bardziej podniecające rejony.

Znowu   zaczęłam   majstrować   przy   jego   pasku.   Mogłoby   się   wydawać,   że 

bierzemy udział w wyścigu, którego zwycięzca, czyli ten, kto szybciej pozbędzie się 

ciuchów,  przeżyje  w nagrodę  orgazm swojego życia.  Buty  Ramireza   poszybowały 

przez pokój. Moja jedwabna bluzka została zdarta tak gwałtownie, że jeden z guzików 

odpadł,   odbijając   się   od   mikrofalówki.   Stanik   zsunął   mi   się   na   talię   i   usłyszałam 

głośny dźwięk rozpinanego rozporka dżinsów.

background image

Nagle   Ramirez   znieruchomiał.   Odurzona   alkoholem   i   adrenaliną,   dopiero   po 

chwili uświadomiłam sobie, że nie oddaje moich pocałunków. Kiedy w końcu to do 

mnie dotarło, zobaczyłam, że wpatruje się w coś za moimi plecami.

 - Co się stało? - zapytałam. - Coś nie tak?

 - Co to jest?

Odwróciłam się i zobaczyłam, na co patrzył. Zamarłam. Test ciążowy.

 - Och, to nic takiego. Eee, to tylko test ciążowy.

Można by pomyśleć, że powiedziałam: „To tylko bomba atomowa". Ramirez 

natychmiast  odsunął   się   ode   mnie,   nie   spuszczając   wzroku   z   paczuszki,   jakby   się 

obawiał, że może w każdej chwili wybuchnąć.

 - Dlaczego trzymasz test ciążowy na blacie w kuchni? Jesteś w ciąży? - Spojrzał 

na   mój   brzuch,   który,   na   szczęście,   ciągle   był   płaski.   Podejrzewałam   jednak,   że 

Ramirez widzi tam już piłkę do koszykówki.

 - Nie! To znaczy, nie wiem. Chyba nie... Może.

Patrzył to na mnie, to na test. Potem wymamrotał „Jezu" i opadł na materac, 

pocierając twarz dłonią.

Ześliznęłam się z blatu, włożyłam z powrotem stanik i usiadłam obok niego.

 - Z Richardem? - zapytał. Skinęłam głową.

 - Jezu - powtórzył. - Dlaczego mi nie powiedziałaś?

 - Bo nie wiem, czy jest o czym mówić. Poza tym jesteś gliniarzem i myślałeś, że 

byłam w pokoju Greenwaya. A potem przyszedłeś tutaj, wyglądałeś tak seksownie i 

pocałowałeś   mnie,   co   było   bardzo   fajne   i,   no,   po   prostu   zapomniałam   o   tym 

wspomnieć.

 - Zapomniałaś? - Wpatrywał się we mnie.

  -  Aha.  -  Na   swoje   usprawiedliwienie   powiem,  że  sam  widok Ramireza   bez 

koszuli wystarczył, by dziewczyna zapomniała, jak się nazywa.

 - Do diabła, to jest... to był... - Wymachiwał rękami, wskazując raz na mnie, raz 

na test ciążowy, szukając odpowiednich słów.

Poczułam ukłucie w sercu, kiedy je w końcu znalazł.

 - To był błąd - stwierdził wreszcie. - Popełniłem duży błąd, przychodząc tutaj.

background image

Błąd.   Poczułam,   że   drży   mi   dolna   warga.   Może   to   rzeczywiście   był   błąd. 

Gdybyśmy   się   ze   sobą   przespali,   pewnie   tak   właśnie   bym   pomyślała,   jak   tylko 

zdążyłabym wytrzeźwieć. Ale czy musiał to mówić głośno?

Objęłam  się   rękami,   nagle   w  pełni   świadoma   faktu,   że  moja   bluzka   leży  po 

drugiej stronie pokoju.

  -   Chyba   powinieneś   już   pójść   -   powiedziałam.   Przygryzłam   wargę,   żeby 

zapanować nad tym cholernym drżeniem.

 - Masz rację. Powinienem. - Wstał i podniósł z podłogi T - shirt.

 - W porządku - rzuciłam. Nie wiedzieć czemu, byłam na niego jeszcze bardziej 

wściekła niż na siebie. - Idź.

 - Nie chciałem, żeby tak wyszło. Wcale nie przyszedłem tu po to - powiedział, 

wskazując   na   blat,   gdzie   jeszcze   przed   chwilą   byliśmy   o   włos   od   zrealizowania 

własnego pornosa.

 - Och, czyli to moja wina? Może jeszcze powiesz, że się na ciebie rzuciłam? Że 

jestem   naprutą   lafiryndą?   -   Cholera.   W   pewnym   sensie   faktycznie   się   na   niego 

rzuciłam. Choć trzeba przyznać, że bardzo ochoczo mnie złapał.

 - Tego nie powiedziałem. Nie jesteś naprutą... - Urwał. - Zaraz, jesteś w ciąży i 

poszłaś do baru, żeby się napić? - Spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakbym właśnie 

przyznała się do zamordowania własnej babci.

Miarka się przebrała. Straciłam panowanie nad drżącą wargą, z oczu popłynęły 

mi łzy. Czy wspominałam, że kiedy jestem pijana, robię się także bardzo uczuciowa?

 - J - j - jestem p - p - potworem - zawyłam.

 - Boże.

 - Będę okropną m - m - matką. Ramirez usiadł obok mnie.

 - Wcale nie. Jestem pewny, że będziesz dobrą matką.

  -  Nie  zamierzałam  pić.  Zaszła  pomyłka.  N - n -  nigdy  nie  skrzywdziłabym 

dziecka. - Zanosiłam się szlochem, i byłam pewna, że ciekło mi z nosa. Chyba nie 

można było wyglądać mniej seksownie.

 - Hej, uspokój się. Dziecku na pewno nic nie jest.

 - O ile jest jakieś dziecko - przypomniałam mu, pociągając nosem.

 - Racja. O ile jest jakieś dziecko. - Objął mnie ramieniem.

background image

  - Przepraszam. - Znowu pociągnęłam nosem. - Jestem porąbana. Spojrzał na 

mnie. Założył mi za ucho zbłąkany kosmyk włosów.

Dziwne, ale było to bardziej intymne niż jego dłonie pod moją bluzką. Bardziej... 

wzruszające. Wow. Kto by pomyślał, że Zły Glina ma także wrażliwe oblicze?

 - Nie jesteś porąbana. Będziesz uroczą mamą.

Okay,   wiedziałam,   że   kłamie.   W   tej   chwili   można   było   powiedzieć   o   mnie 

wszystko, ale nie to, że wyglądam uroczo. Moje policzki przecinały  pewnie ciemne 

smugi tuszu, nos był czerwony i zafąflowany, a oczy małe i zapuchnięte. Ale miło, że 

skłamał. To znaczyło, że jest miłym facetem.

  - Przepraszam - powtórzyłam. - Na pewno masz coś do roboty. Jakieś ważne 

policyjne sprawy.

Uśmiechnął   się.   Nie   był   to   jednak   ani   złośliwy   uśmieszek,   ani   seksowne 

błyśnięcie zębami złego wilka, tylko zwykły, normalny uśmiech. Jakby w głębi duszy 

naprawdę uważał, ż wcale nie jestem porąbana.

 - Nie - powiedział. - Nie muszę nigdzie iść.

Przyciągnął mnie do siebie, a ja położyłam mu głowę na torsie. Słyszałam bicie 

jego serca.   Ten dźwięk dodawał mi  otuchy.  Ramirez  pachniał  świeżym praniem  i 

przyjemnym   płynem   po   goleniu.   Wzięłam   głęboki   oddech,   zaciągając   się   jego 

zapachem.

Zamknęłam   oczy.   Nie   wiedziałam,   czy   to   przez   wódkę,   przez   to,   że   się 

wypłakałam, czy może przez rytmiczne bicie serca Ramireza pod moim policzkiem, 

ale   po   raz   pierwszy   od   wielu   dni   poczułam   się   spokojna.   Spokojna,   bezpieczna   i 

bardzo   odprężona.   Nie   otwierałam   oczu,   pozwalając   moim   myślom   swobodnie 

dryfować. W ramionach Ramireza było mi naprawdę dobrze.

Dzwonek telefonu dudnił w mojej głowie niczym rozpędzony pociąg. Powoli 

poruszyłam jedną kończyną, potem drugą. Miałam zdrętwiałą szyję, jakbym zasnęła 

na siedząco, w ustach czułam kapcia. Z trudem uchyliłam jedno oko.

I zobaczyłam Ramireza.

Rety!

Zamrugałam,   oślepiona   promieniami   słońca,   wpadającymi   przez   okna.   Co,   u 

diabła, Ramirez robił w moim mieszkaniu? Spał z lekko uchylonymi ustami, głęboko 

background image

oddychając. Głowa opadła mu na oparcie materaca. Kiedy tak na niego patrzyłam, 

powoli  wszystko   sobie   przypomniałam.   Drinki.   Test   ciążowy.   Ręce   Ramireza   pod 

moją bluzką.

Jęknęłam. Boże. Praktycznie rzuciłam się na niego. A potem wypłakiwałam mu 

się w rękaw. Zrobiłam z siebie idiotkę. Pijaną idiotkę. Pokręciłam głową. Auuu. A 

najlepszym tego dowodem był potworny ból głowy. I skąd dochodziło to cholerne 

dzwonienie?

Schyliłam się do torebki na podłodze. Z każdym ruchem moja głowa miała się 

coraz gorzej, aż w końcu dudniło w niej jak na koncercie orkiestry dętej. Boże, niech 

ktoś wyłączy ten dzwonek!

 - Halo? - zaskrzeczałam, gdy wreszcie znalazłam komórkę.

 - Maddie! Gdzie się podziewasz, do cholery?

Odsunęłam telefon od ucha. Piskliwy skrzek Dany porażał moje uszy tak, że nie 

mogłam nic zrozumieć.

 - Ciszej. Mam kaca.

 - Boże, Mads. Masz kaca? Wiedziałam, że powinnam była po ciebie wpaść.

Wpaść po mnie?

Nagle przypomniałam sobie. Cholera. Ślub!

Obróciłam się, żeby spojrzeć na zegar w kuchni. Nagły ruch sprawił, że ból 

prawie rozsadził mi czaszkę. O cholera! Dziesiąta!

  -   Maddie?   Jesteś   tam?   Ślub   jest   za   pół   godziny.   Twoja   mama   zaczyna 

panikować.

  -   Zaraz   tam   będę.   Nie   zaczynajcie   beze   mnie!   Rozłączyłam   się   i   rzuciłam 

komórkę na dywan.

 - Cholera!

Ramirez otworzył jedno zaspane oko.

 - Która godzina?

  - Dziesiąta. Jestem spóźniona. Muszę lecieć. Cholera! - Pognałam do szafy i 

wyciągnęłam   z   plastikowego   pokrowca   Fioletowe   Paskudztwo.   Nie   miałam   nawet 

czasu skrzywić się z obrzydzeniem, kiedy ściągałam z siebie resztę stroju bibliotekarki 

i naciągałam przez głowę fioletowe cudo.

background image

Gdybym  miała  więcej  czasu,  pewnie  zaczekałabym ze  striptizem aż  Ramirez 

wyjdzie. Ale było, jak było, i zdaje się, że widok mnie, półnagiej i miotającej się jak 

głupia, skutecznie go obudził.

 - Na co spóźniona?

 - Ślub. Mojej mamy. W Riverside. Cholera! - Dyszałam ciężko, próbując zapiąć 

suwak Fioletowego Paskudztwa, wszyty na plecach.

Ramirez podniósł się i pomógł mi.

 - Dzięki.

 - Dużo jesteś spóźniona? - zapytał, przecierając oczy.

 - Dużo. Jestem cholernie spóźniona! Za pół godziny muszę być w Riverside. - 

Rozglądałam   się   gorączkowo   za   moimi   fioletowymi   butami.   Znalazłam   jeden   pod 

stołem   kreślarskim   i   skakałam   na   jednej   nodze,   szukając   drugiego,   przy   okazji 

chowając telefon z powrotem do torebki.

 - Okay, zawiozę cię.

Przestałam skakać i spojrzałam na niego.

Przyznam, kiedy mama powiedziała mi, że wychodzi za mąż, moją pierwszą 

reakcją (oprócz szoku, że Ralph jednak nie jest gejem) było radosne podniecenie, że 

oto będę mogła pójść z Richardem na ślub. Spotykaliśmy się dopiero od czterech 

miesięcy, a wspólne wyjście na ślub to wydarzenie, które zwykle następuje dopiero po 

co najmniej pół roku chodzenia. Lokuje się gdzieś pomiędzy poznaniem rodziców a 

wspólnym   zakupem   szczeniaczka.   Po   kilku   tygodniach   proszenia,   błagania   i 

odmawiania mu seksu w końcu udało mi się nakłonić Richarda, by mi towarzyszył. 

Musiałam tylko obiecać, że będzie mógł wyjść wcześniej, jeśli zaczną tańczyć taniec 

kurczaków.

Nie mogłam uwierzyć, że po jednej nocy z Napaloną Maddie, znaną także jako 

Fabryka Łez, Ramirez chciał pójść ze mną na ślub.

Musiałam   wyglądać   na   kompletnie   zszokowaną,   bo   Ramirez   uśmiechnął   się 

szeroko i wyjaśnił:

 - Mam w wozie koguta. Szybciej się przebijemy. Racja. Kogut. Och.

background image

Byłam   trochę   zawiedziona,   że   chodziło   mu  o  szybką   podwózkę,   a   nie   tańce 

przytulańce ze mną na weselu, ale natychmiast się otrząsnęłam, znalazłam drugi but i 

pognałam do jego SUV - a.

Zwykle jazda z Santa Monica do Riverside trwa dobre półtorej godziny - Santa 

Monica leży nad samym oceanem, zaś Riverside jest jednym z ostatnich posterunków 

cywilizacji przed pustynią rozciągającą się między Los Angeles a Las Vegas. Jednak 

dzięki kogutowi Ramireza pruliśmy dziesiątką w takim tempie, że uwinęliśmy się w 

dwadzieścia pięć minut. I całe szczęście, bo kiedy zajechaliśmy pod motel Garden 

Grande, mama i pani Rosenblatt krążyły w tę i z powrotem jak króliczki Energizera.

  - Gdzie się, u licha, podziewałaś? - zapiszczała mama, kiedy wyskoczyłam z 

wozu.

 - Przepraszam, zaspałam.

Pani Rosenblatt zmierzyła wzrokiem Ramireza, zatrzymując się na wysokości 

jego wyposażenia.

 - Chyba wiem dlaczego. Zaczerwieniłam się.

Ramirez uśmiechnął się szeroko.

 - Pójdziesz ze mną - zarządziła pani Rosenblatt, zwracając się do niego. - Mam 

dla ciebie znakomite miejsce. - Zanim zdążyłam zaprotestować, złapała Ramireza pod 

rękę i pociągnęła do ogródka na tyłach.

 - Nie, on mnie tylko podwiózł... - Urwałam. Lepiej niczego nie wyjaśniać. Pani 

Rosenblatt pewnie tylko zrobiłaby mi wykład na temat tego, jak ważny jest seks dla 

zdrowej aury.

Ramirez   wzruszył   ramionami,   błysnął   zębami   w   uśmiechu   i   pozwolił   się 

poprowadzić. Albo mi się zdawało, albo całkiem nieźle się bawił.

 - Gdzie jest Richard? - Mrużąc oczy, mama przeniosła wzrok ze mnie na plecy 

oddalającego się Ramireza.

 - Eee, cóż, Richard jest trochę, eee... Mama machnęła ręką.

 - Mniejsza z tym. To bez znaczenia. Ważne, że ty tu jesteś. Wychodzę za mąż. 

Tylko to się liczy.

background image

Nagle   ręka   mamy   znieruchomiała.   Jej   oczy   zrobiły   się   okrągłe.   Wyraźnie 

pobladła pod grubą warstwą podkładu (zaakcentowanego oszałamiającym niebieskim 

eyelinerem na powiekach).

 - Boże, wychodzę za mąż.

Potem mama zaczęła hiperwentylować. Na chodniku przed Garden Grande, w 

ślubnej   sukni   odcinanej   pod   biustem,   z   sześćdziesięciocentymetrowym   trenem, 

przeżywała napad paniki.

 - Boże, nie wiem, czy dam radę, Maddie. To znaczy chcę tego - ciągnęła - ale, 

Boże, wychodzę za mąż, choć przysięgłam sobie, że nigdy więcej, i nie wiem, może 

powinniśmy zaczekać, może mimo wszystko powinniśmy pobrać się w kościele, bo 

co, jeśli Bóg naprawdę chce, żebym była katoliczką, a jak nie, to rzuci klątwę na nasze 

małżeństwo. Maddie, wiesz, że nie przeżyję kolejnego nieudanego małżeństwa, chcę, 

żeby Bóg był po mojej stronie, Mads.

W głowie mi dudniło, do orkiestry dętej dołączyły olbrzymie talerze.

 - Weź głęboki oddech i wstrzymaj przez chwilę.

Mama   zaczerpnęła   powietrza,   ale   ciągle   wyglądała,   jakby   zaraz   miała 

zwymiotować.

  - Co ja zrobię, jeśli to małżeństwo też okaże się niewypałem? Nie wiem, czy 

powinnam to robić.

  - Mamo, jeśli nie chcesz tego robić, teraz jest odpowiedni moment, żeby się 

wycofać.

Czy   jestem   złym   człowiekiem,   skoro   częściowo   miałam   nadzieję,   że   się 

rozmyśli, a ja będę mogła wrócić do domu na sesję z ekspresem do kawy, zamiast 

paradować na oczach wszystkich wystrojona w Fioletowe Paskudztwo?

Przygryzła wargę, a na jej zębach zostały ślady czerwonej szminki.

 - Chcę tego, Mads. Ale tak długo byłyśmy tylko we dwie. Ralph jest cudowny, 

ale cóż, wszystko się zmieni. Nie wiem, jak to zniosę. To znaczy te zmiany. Może 

jestem już na to za stara.

Patrząc   na   jej   oczy   pomalowane   niebieskim   cieniem   rodem   z   lat 

osiemdziesiątych i upaćkane szminką zęby, uświadomiłam sobie, że ja też boję się 

zmian. Może to dlatego przez ostatnie trzy miesiące wypierałam różne fakty związane 

background image

ze ślubem. Bałam się, że wszystko się zmieni. Że moja ubrana w kwieciste, luźne 

sukienki i adidasy mama zamieni się w superelegancką kobietę należącą do świata 

Fernando. Że ją stracę.

Po chwili dotarło do mnie, jak niedorzeczna była ta myśl. Jeszcze się nie narodził 

projektant, który byłby w stanie skłonić mamę do porzucenia jej kiczowatego stylu. 

Poza tym nie sądziłam, żeby Ralph miał ochotę na zmiany. A facet, który pokochał 

mamę razem z jej niebieskimi cieniami do powiek i całą resztą, miał u mnie szóstkę.

Nie traciłam mamy. Zyskiwałam ojca. Podrabianego Tatusia.

 - Mamo, kochasz Ralpha?

 - Tak - przyznała bez wahania, kiwając głową. Uścisnęłam jej rękę.

 - No to chodźmy cię za niego wydać.

W oczach mamy błysnęły łzy. Złapała mnie w niedźwiedzi uścisk, miażdżąc mi 

żebra   jeszcze   mocniej   niż   Fioletowe   Paskudztwo.   Trzymałam   ją   za   rękę,   kiedy 

weszłyśmy   za   bukszpanowy   żywopłot   i   rozległy   się   pierwsze   dźwięki   marsza 

weselnego.

background image

Rozdział 15

Wszyscy na parkiecie są proszeni do tańca kurczaków!

Ramirez nachylił się do mnie.

 - Odpłaciłaś mi z nawiązką za imprezę u mojej mamy.

No, ba.

Trzeba przyznać, że znosił to wszystko bardzo dobrze. Dzielnie wytrzymał całą 

ceremonię   i   nawet   nie   mrugnął   okiem,   kiedy   podczas   przysięgi   małżeńskiej   moja 

babcia   katoliczka   zaczęła   odmawiać   różaniec.   Ani   gdy   całe   moje   kuzynostwo, 

wszystkie ciotki, wujowie i członkowie internetowej grupy dyskusyjnej mojej matki 

nalegali, by poznać Nowego Faceta Maddie. W sumie okazało się, że Zły Glina jest 

całkiem niezłą osobą towarzyszącą.

Siedzieliśmy   przy   jednym   z   dziesięciu   okrągłych   stołów   w   sali   bankietowej 

motelu Garden Grande (odłażące ze ścian winylowe tapety i linoleum w stylu szkolnej 

stołówki pozostawiały jednak trochę do życzenia). Naprzeciw mnie siedziała Molly 

Inkubator i jej mąż Stan. Dana i wyglądający na wyczerpanego Gość bez Szyi udawali 

na parkiecie kurczaki. Ramirez siedział po mojej lewej stronie, a obok niego moja 

babcia. Sztywno wyprostowana, z zaciśniętymi ustami, mrużąc oczy, spoglądała to na 

podejrzany dwudniowy zarost Ramireza, to na mój palec bez obrączki.

  - Czy wybierasz się jutro na mszę, Maddison? - zapytała, przewiercając mnie 

stalowoniebieskimi oczami. (Mimo że jestem drobną osobą, przy mojej babci, która 

ma jakieś metr pięćdziesiąt w kapeluszu, wyglądam jak gigant).

 - Oczywiście, babciu. - Uznałam, że kłamstwo w dobrej wierze to nie kłamstwo. 

Gdyby moja babcia dowiedziała się, że nie idę na mszę, mogłaby dostać ataku serca i 

zejść na miejscu. Tak więc kłamiąc, ocaliłam jej życie. Właściwie, jeśli się nad tym 

dobrze zastanowić, zachowałam się bardzo szlachetnie.

 - A twój nowy facet? - zagadnęła o Ramireza, jakby go tam nie było. - Chodzi 

do kościoła?

 - Eee... - Byłam w kropce.

 - Moja rodzina uczęszcza do Świętego Jana Vianneya - oznajmił Ramirez.

background image

Był   katolikiem?   Boże.   Moja   babcia   umrze   jako   szczęśliwa   kobieta.   Maddie 

wreszcie   przyprowadziła   do   domu   porządnego,   katolickiego   chłopca.   No   dobrze, 

katolickiego chłopca. Ława przysięgłych ciągle była po naszej stronie.

Oczy babci zwęziły się jak u kota.

 - Świętego Jana Vianney? Czyli znasz ojca Michaela? - Sprawdzała go.

  -   Znam.   Współpracowaliśmy   nawet   w   zeszłym   roku   przy   organizacji   zajęć 

pozaszkolnych dla trudnej młodzieży. Przekażę, że pani o niego pytała.

Na   pomarszczonej   twarzy   babci   pojawił   się   lekki   uśmiech.   Odniosłam 

niepokojące wrażenie, że w myślach już rezerwuje kaplicę w Świętym Marku na ślub 

Springer - Ramirez.

Ramirez nachylił się do mnie.

 - Zdaje się, że babcia mnie lubi. - Puścił do mnie oko i poczułam na kolanie jego 

dłoń.

Prawie podskoczyłam. Nie wiedziałam, czy Ramirez jest tu jako mój kierowca, 

ktoś więcej niż mój kierowca, czy po prostu glina, który chce mieć na mnie oko, na 

wypadek gdyby próbował się ze mną kontaktować Richard. Owszem, spędziłam noc, 

śliniąc się na jego tors. A teraz był na weselu mojej matki i czarował protezy zębowe 

mojej   babci.   Wiedziałam   też,   że   gdyby   wziął   udział   w   zawodach   w   całowaniu, 

wróciłby do domu ze złotym medalem.

Jednak w miarę jak trzeźwiałam, byłam coraz bardziej świadoma rzeczywistości. 

A była ona taka, że Ramirez prowadził śledztwo, Richard się ukrywał, a ja tkwiłam 

gdzieś pośrodku, nie wiedząc, w którą stronę się zwrócić.

Wiedziałam tylko, że nienawidzę Richarda. Trudno nie nienawidzić faceta, który 

ożenił   się   z   disnejowskim   animkiem.   A   mimo   to   nie   potrafiłam   wykreślić   go   ze 

swojego życia. Musiałam najpierw wysłuchać jego wersji wydarzeń. Pomijając moje 

„spóźnienie", łączył mnie z Richardem kawałek historii. Nie byłam gotowa, by to 

wszystko odrzucić. Cała ta sytuacja sprawiała, że czułam w żołądku ucisk, podobny do 

tego, którego doświadczyłam w drugiej klasie podstawówki, kiedy zjadłam nieświeże 

burrito, a potem zaszalałam w małpim gaju.

Nie strąciłam jednak dłoni Ramireza.

 - Prawda, że to był uroczy ślub? - zaćwierkała Molly. Babcia prychnęła.

background image

  - Bez księdza. Cywilizowani ludzie pobierają się w kościele, a nie na jakimś 

trawniku.   -   Zwróciła   się   do   Ramireza.   -   Molly   brała   ślub   w   Świętym   Marku. 

Wszystkie   dziewczęta   z   naszej   rodziny   wychodzą   za   mąż   w   Świętym   Marku   - 

podkreśliła.

Ramirez   spojrzał   na   mnie,   unosząc   brew.   Udałam,   że   znalazłam   bardzo 

interesujący paproszek na Fioletowym Paskudztwie.

 - Nasz ślub był naprawdę piękny - powiedziała Molly. - Kościół tonął w białych 

różach. Miałam białą koronkową suknię ze wspaniałym długim trenem, który - Stan, 

zajmij   się   swoim   synem,   znowu   wdrapuje   się   na   scenę   -   tak,   tren   ciągnął   się   w 

nieskończoność. Uwierzycie, że musiałam mieć dziewczynkę, która go niosła. Czułam 

się jak księżniczka i - Stan, zabierz go, zaraz wszystko przewróci! - O czym to ja 

mówiłam?   Ach   tak,   o  Świętym   Marku.   Cóż,   to  była   naprawdę   piękna   ceremonia. 

Musicie   poprosić,   żeby   ślubu   udzielał   wam   ojciec   Jacobs,   jest   po   prostu   -   Stan, 

przysięgam, że jeśli dasz mu jeszcze tortu, to cię wykastruję! Zabieraj go stamtąd, 

natychmiast! - Na czym to ja skończyłam?

Wpatrywałam się w nią z otwartą buzią, zupełnie jak w kreskówce. Właśnie 

ujrzałam moją przyszłość. Przerażającą przyszłość ciężarnej kobiety. Jeszcze trochę i 

też będę się tak zachowywać, kompletnie nie panując nad hormonami. Chwyciłam ze 

stołu szklankę z wodą i upiłam duży łyk, starając się zapanować nad ogarniającą mnie 

paniką. Postanowiłam, że gdy tylko wrócę do domu, nasikam na test.

Stan wymamrotał pod nosem: „Jeszcze tylko cztery miesiące", po czym wstał od 

stołu, żeby zająć się swoim małym, napchanym tortem potworem.

 - Molly ma już troje dzieci - uświadomiła Ramireza babcia. - Jeśli chcesz mieć 

dużą rodzinę, nie możesz z tym zwlekać. Maddie nie robi się coraz młodsza.

Zakrztusiłam się wodą i zakaszlałam, starając się nie obryzgać stołu. Ramirez 

wyglądał, jakby z trudem tłumił śmiech.

  - Zajmiemy się tym. - Posłał babci szeroki uśmiech, jednocześnie zaciskając 

dłoń na moim kolanie.

Upiłam kolejny łyk wody.

background image

 - Cieszę się. - Muszę przyznać, że babcia miała niemal tak uszczęśliwioną minę, 

jak wtedy kiedy Molly obiecała, że zastanowi się, czy nie kształcić najstarszego syna 

na księdza.

Super. Mama jeszcze nawet nie rzuciła bukietem, a babcia już próbowała wydać 

mnie za mąż i przekonać do posiadania własnego stada opychających się tortem i 

atakujących   scenę   małych   potworów.   Zastanawiałam   się,   jak   w   delikatny   sposób 

uświadomić jej, że Ramirez tylko mnie podrzucił.

I tylko ściskał pod stołem moje kolano.

Nim zdążyłam coś wymyślić, zadzwoniła moja komórka. Babcia spojrzała na 

mnie surowo, dając do zrozumienia, że komórki znajdują się na długiej jak  Wojna i 

pokój liście rzeczy, których nie aprobuje.

 - Przepraszam - powiedziałam, odchodząc od stołu. Dzwonił jakiś nieznany mi 

numer.

 - Halo? - powiedziałam, zasłaniając dłonią drugie ucho, żeby nie słyszeć taktów 

tańca kurczaków.

 - Miałam oddzwonić na ten numer. Maddie Springer?

 - Zgadza się.

 - Mówi Andi Jameson. Nadstawiłam uszu. Kochanka numer dwa.

 - Super, wielkie dzięki za telefon. Dzwoniłam do ciebie, bo chciałam ci zadać 

kilka pytań na temat Devona Greenwaya.

Andi milczała.

 - Znałaś go, prawda?

 - Tak - przyznała z wahaniem. - Możesz powtórzyć, jak się nazywasz?

Postanowiłam trzymać się historii, którą sprzedałam Bunny.

  - Pracuję w lokalnym magazynie plotkarskim.  Robimy materiał o tragicznej 

śmierci pana Greenwaya i rozmawiam ze wszystkimi bliskimi mu osobami.

Andi nie odpowiedziała. Nie odłożyła jednak słuchawki, więc brnęłam dalej.

 - Z tego co wiem, spotykałaś się kiedyś z Greenwayem?

 - Słuchaj, nie wiem, czy mam ochotę rozmawiać o tym z prasą.

Cholera.   Przygryzłam   wargę,   próbując   szybko   coś   wymyślić.   Myśl   jak 

sprzedawca używanych samochodów, powiedziałam sobie.

background image

  -   Okay,   powiem   ci   prawdę.   Wcale   nie   jestem   dziennikarką.   Też   kiedyś 

chodziłam z Greenwayem i chciałam się dowiedzieć, ilu jeszcze kobietom zapomniał 

powiedzieć,   że   jest   żonaty.   -   Zgadza   się,   znowu   skłamałam.   Moja   wściekłość   na 

chłopaka, który zapomniał wspomnieć, że ma żonę, była jak najbardziej autentyczna.

To był strzał w dziesiątkę.

 - Boże, tobie też? - Andi westchnęła. - Uwierzysz, że dowiedziałam się, że był 

żonaty, dopiero kiedy zobaczyłam w wiadomościach ciało jego żony? Co za łajza.

 - Mowa. - Miałam wreszcie jakiś punkt zaczepienia. Swoją drogą ciekawe, jak 

bardzo wściekła się Andi, kiedy obejrzała wiadomości. Czy na tyle, żeby zabić?

 - Jak długo spotykałaś się z Devonem? - zapytałam.

 - Przez pół roku. Obiecywał, że się ze mną ożeni. I że kupi nam duży dom na 

Wzgórzach. Wciskał mi same kity.

 - Faceci to świnie. - Zaczynałam się wczuwać w swoją rolę. - Wszyscy żonaci 

faceci powinni mieć wytatuowane na czole ostrzeżenie.

 - Lepiej na fiutach.

 - Kiedy ostatni raz widziałaś się z Devonem?

 - Parę tygodni temu. Powiedział, że musi na jakiś czas wyjechać z miasta. Drań. 

Pewnie po prostu znalazł sobie jakąś zdzirę. Bez urazy.

 - Spoko. - No, no, była nieźle wkurzona. Zastanawiałam się, czy uda mi się od 

niej wyciągnąć, czy ma w domu broń. - Mówię ci, kiedy dowiedziałam się, że jest 

żonaty, byłam tak wściekła, że miałam ochotę go zabić. Ale wygląda na to, że ktoś 

mnie wyręczył. - Zaśmiałam się nerwowo.

Andi milczała.

Ponownie zarzuciłam przynętę.

  -   Chętnie   uścisnęłabym   dłoń   kobiecie,   która   to   zrobiła.   Wyświadczyła   nam 

wszystkim przysługę, co?

Nadal   cisza.   Cholera.   Może   trochę   przesadziłam.   Wtedy   Andi   odezwała   się 

cichym, spokojnym głosem.

 - Chcesz wiedzieć, co zrobiłam?

Włoski na karku stanęły mi na baczność. Czyżbym za chwilę miała usłyszeć 

wyznanie morderczyni? Prawie bałam się zapytać.

background image

 - Co?

 - Pojechałam do jego domu, zakradłam się do garażu i wyryłam „mały fiutek" na 

masce jego ukochanego merca. - Andi się roześmiała.

Cholera. Nie takiego wyznania oczekiwałam. Mimo to postanowiłam zapamiętać 

numer z „małym fiutkiem". Richard też był mocno przywiązany do swojej beemki...

  - Mogę spytać, co robiłaś wieczorem dwa dni temu? - zapytałam, kiedy Andi 

przestała się śmiać.

  -   Byłam   na   zajęciach   z   jogi.   Próbuję   odnaleźć   wewnętrzny   spokój.   Dobry 

pomysł.

 - Och, jeszcze jedno. Nie masz przypadkiem stringów w cętki? - zapytałam.

 - Nie. Czemu pytasz?

 - Bez powodu. Jeszcze raz, dzięki.

Rozłączyłam się z poczuciem, że tak naprawdę niczego się nie dowiedziałam. 

No, może poza tym, że Andi Jameson potrafiła dać ujście swojej wściekłości. Świetnie 

ją   rozumiałam.   Przejechanie   kluczykiem   po   lakierze   auta   za   pięćdziesiąt   tysięcy 

dolców wydawało się całkiem niezłą terapią. Mogłaby wystąpić w programie Jerry'ego 

Springera w odcinku pod tytułem Zemsta kochanek.

Zamknęłam telefon, a kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że Ramirez stoi tuż za 

mną.

 - Och! - wyrwało mi się.

 - Kto dzwonił? - zapytał.

 - Nikt. Nikt ważny. Przyjaciółka.

Zmrużył oczy, a ja poczułam, że płoną mi policzki.

  - Na pewno? A nie przyjaciel podejrzany o morderstwo? Oparłam dłonie na 

biodrach.

 - Coś sugerujesz?

 - Skąd. Przecież powiedziałabyś mi, gdyby zadzwonił Richard, prawda?

  - Oczywiście - odparłam, ale nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Przyjęłam 

zatem taktykę obronną. - Chcesz powiedzieć, że mi nie ufasz?

 - Niczego takiego nie powiedziałem.

background image

 - Tylko dałeś do zrozumienia? Tak samo jak dałeś do zrozumienia mojej babci, 

że   obdarzysz   ją   stadkiem   katolickich   wnucząt.   Dla   twojej   wiadomości,   nie   jestem 

maszynką do rodzenia dzieci. Mam świetne nogi i nie zamierzam z nich rezygnować. I 

znam całe mnóstwo osób oprócz Richarda, które do mnie dzwonią i z którymi mogę 

rozmawiać, kiedy mi się żywnie podoba, bez konieczności spowiadania ci się z tego.

 - Jezu. - Ramirez przewrócił oczami.

 - Co? O co ci chodzi? Dlaczego przewracasz oczami?

 - Zdaje się, że wariują ci hormony.

Jeżeli jest coś, czego nie należy mówić kobiecie, która się wścieka, to tego, że 

wariują jej hormony.

 - Że co?! Słuchaj, to ty do mnie wczoraj przyszedłeś i nie mogłeś utrzymać rąk 

przy sobie. Więc nie gadaj mi o hormonach.

Ramirez   uśmiechnął   się,   doprowadzając   mnie   do   furii   swoim   seksownym 

dołeczkiem w policzku.

 - Jakoś nie słyszałem, żebyś się wczoraj skarżyła.

 - Byłam pijana. Zbliżył się do mnie.

 - A teraz jesteś pijana?

 - Co? Nie, nie jestem teraz pijana. Jestem...

Nie   mogłam   dokończyć,   bo   nagle   Ramirez   przycisnął   swoje   usta   do   moich. 

Chciałam go odepchnąć z siłą, która starłaby z jego twarzy ten seksowny uśmiech, ale 

kiedy jego usta ponownie złączyły się z moimi, czułam już tylko pożądanie. Wezbrało 

w mojej piersi i rozlało się po całym ciele, koncentrując się między nogami. Złapałam 

go za szyję, trochę dla utrzymania równowagi, bo moje ciało topiło się jak czekolada 

w słoneczny dzień. Nie mogłam dłużej zaprzeczać. Pożądałam Ramireza, i to bardzo.

W chwili kiedy przeniesienie się na tylne siedzenie jego SUV - a wydawało mi 

się bardzo dobrym pomysłem, Ramirez się odsunął.

 - O co chodzi? - zapytałam, dysząc ciężko. Wyszczerzył się.

  -   Chciałem   ci   tylko   coś   udowodnić.   Jakieś   reklamacje?   Oficjalnie   go 

nienawidziłam.

Miałam wrażenie, że mój kac powrócił. Poza tym byłam zmęczona, urażona i 

wściekła.

background image

Ramirez był przede wszystkim gliniarzem. I choć moja babcia uważała go za 

porządnego   katolickiego   chłopca,   nie   był   materiałem   na   męża.   Nie   był   nawet 

materiałem na chłopaka. Zresztą już miałam chłopaka. Tak jakby.

 - Słuchaj, ja, eee, muszę iść do toalety.

Bardziej przydałby mi się zimny prysznic. A potem wizyta u psychiatry. Ramirez 

Fabryka Testosteronu tak bardzo namieszał mi w głowie, że już sama nie wiedziałam, 

co   czuję.   Projektowałam   sobie   spokojnie   buciki   za   kostkę   do   kolekcji   Strawberry 

Shortcake i zastanawiałam się, kiedy przecenią te cudne zamszowe botki, aż tu nagle 

przyszło   mi   tropić   morderców,   udawać   dziwkę   i   zwiedzać   wytwórnię   porno.   Nie 

wspominając już o tym, że obściskiwałam się z seksownym detektywem na weselu 

własnej matki. Tego już było za wiele.

Zostawiłam Ramireza w sali bankietowej i skierowałam do recepcji, sama nie 

wiedząc, dokąd właściwie idę. Podeszłam do stanowiska recepcjonistki.

  -   Przepraszam,   gdzie   jest   damska   toaleta?   Recepcjonistka   wskazała   wąski 

korytarz.

 - W głębi holu, po lewej.

 - Dzięki. - Szłam korytarzem, nie zwracając uwagi na odłażącą tapetę w prążki i 

paskudną wykładzinę pod stopami. Tak bardzo byłam zaabsorbowana swoim życiem, 

które   ostatnio   przypominało   telewizyjną   farsę   (coś   w   stylu  Prawa   i   porządku 

połączonego   z  Kocham   Lucy),  że   wpadłam   na   faceta,   który   wychodził   z   męskiej 

toalety.

 - Och, przepraszam, nie...

Urwałam. Zrobiłam wielkie oczy, rozdziawiłam usta, a serce waliło jak oszalałe. 

Zadarłam głowę i spojrzałam prosto w niebieskie oczy Richarda. Pan Kopciuszek we 

własnej osobie.

background image

Rozdział 16

Maddie?  - Richard rozglądał się spłoszony na boki, jakby spodziewał się, że 

sprowadziłam ze sobą oddział kawalerii. W sumie, jeśli policzyć gości weselnych, 

właśnie tak było. - Co ty tutaj robisz?

Chciałam odpowiedzieć, ale język stanął mi kołkiem. Czułam się tak, jakbym 

zobaczyła   ducha.   Richard   miał  na   sobie   idealnie   wyprasowane   spodnie,   koszulę   z 

rozpiętym kołnierzykiem i gustowną, sportową marynarkę. Wyglądał jak biznesmen, 

który właśnie wrócił z biura czy spotkania z klientem, a nie jak facet, który się od 

tygodnia   ukrywał.   Miałam   ochotę   go   dotknąć,   żeby   sprawdzić,   czy   to   nie 

przywidzenie.

Albo strzelić go w tę idealnie ogoloną szczękę.

 - Ja? - wydusiłam w końcu. - Co ty tutaj robisz?

  - Nic. - Richard przestępował z nogi na nogę, nerwowo zerkając ponad moim 

ramieniem na pusty korytarz. - To znaczy, eee, mieszkam tu od paru dni. Po prostu 

potrzebowałem trochę odetchnąć.

Prychnęłam.

 - Od Greenwaya czy od policji? Och, a może potrzebowałeś odetchnąć od swojej 

żony.

Znieruchomiał i spojrzał mi w oczy.

 - Wiesz o niej.

 - Richardzie, wiem o wszystkim. - Okay, trochę przesadziłam.

  - Słuchaj, może pójdziemy do mojego pokoju i pogadamy. - Znowu spojrzał 

ponad moim ramieniem.

Przygryzłam   wargę.   Umierałam   z   niecierpliwości,   żeby   zapytać   Richarda   o 

milion rzeczy, począwszy od tego, o co, u diabła, chodziło z Kopciuszkiem? Ale choć 

nadal wierzyłam, że Richard nie ma nic wspólnego z dziurą w głowie Greenwaya, 

miałam pewne opory przed zostaniem z nim sam na sam.

Musiał to wyczuć, bo ujął moją rękę obiema dłońmi i spojrzał na mnie smutnymi 

oczami małego chłopca, które zawsze mnie wzruszały.

 - Proszę, pączuszku? Wzięłam głęboki oddech.

background image

 - Okay, chodźmy do twojego pokoju. - Powiedziałam sobie, że robię to, bo nie 

chcę, żeby Molly Inkubator przypadkiem tu zawędrowała i zobaczyła, jak wymyślam 

mu   za   to,   że   ożenił   się   z   Kopciuszkiem.   A   nie   dlatego,   że   kiedy   nazwał   mnie 

„pączuszkiem", nagle obudziła się we mnie tęsknota za dawnymi dobrymi czasami, 

kiedy moim największym zmartwieniem było to, czy powinnam zostawić u Richarda 

swoją szczoteczkę do zębów. - Ale tylko na chwilę - dodałam. - Muszę wracać na 

przyjęcie.

 - Przyjęcie? - Spojrzał na moją sukienkę, jakby dopiero teraz zauważył, że mam 

na sobie fioletowe okropieństwo.

 - Tak, przyjęcie weselne. Moja mama właśnie wyszła za mąż. Wesele miało się 

odbyć w Malibu, ale pogoda spłatała nam figla i musieliśmy je przenieść... - Omiotłam 

wzrokiem fantastyczny wystrój - ...tutaj. Miałeś na nie ze mną przyjść, pamiętasz?

 - Tak. Przykro mi, pączuszku.

Wcale   nie   wyglądał,   jakby   mu   było   przykro.   Wyglądał  na   zdenerwowanego. 

Ciągle zerkał w stronę recepcji, jakby spodziewał się, że w każdej chwili może wypaść 

stamtąd uzbrojony napastnik. Może Ramirez.

Wzdrygnęłam   się   na   tę   myśl.   Nagle   zapragnęłam,   żeby   Richard   zniknął   z 

korytarza równie mocno jak on sam.

Poszłam za nim do wind i wjechaliśmy na piętro. Zatrzymał się przed pokojem 

numer 214 i otworzył drzwi. Pokój był skromny. Stało tu podwójne łóżko przykryte 

narzutą z motywami pustynnymi. Na ścianach wisiały dwie akwarele, telewizor, a w 

rogu małe biurko. Jak to w motelu. Richard natychmiast podszedł do okna i zerknął 

przez rdzawopomarańczowe zasłony.

 - Richard, może powiesz mi, co się dzieje.

 - Nic się nie dzieje. Już ci mówiłem, że po prostu potrzebowałem odetchnąć.

 - Jasne. Jesteś na wczasach. Przestań mi wciskać kit, Richard. Przeciął pokój i 

usiadł na łóżku. Nadal był podenerwowany.

 - Okay, Maddie. Powiem ci. Tylko się na mnie nie wściekaj. Małe szanse. Ale 

skinęłam głową.

Richard westchnął.

background image

  -   Nie   sądziłem,   że   wszystko   wymknie   się   spod   kontroli.   Przepraszam,   że 

zniknąłem   bez   słowa,   ale   nie   mogłem   ryzykować,   że   ktoś   będzie   mnie   śledził. 

Musiałem się ukryć.

 - Z powodu Greenwaya?

 - Tak.

Usiadłam obok niego. Wyglądał tak żałośnie, że prawie było mi go szkoda.

 - Może zacznij od początku.

Richard znowu westchnął. A potem opowiedział mi mniej więcej to samo, co 

wiedziałam   już   od   Ramireza.   Miał   długi.   Kiedy   Devon   Greenway   postanowił 

wyprowadzić   z   firmy   trochę   pieniędzy,   Richard   zgodził   się   pomóc   zarejestrować 

fikcyjne przedsiębiorstwa na nazwisko Greenwaya w zamian za niewielki udział w 

zyskach. Niewielki, czyli dwa miliony dolarów. (Był mi winien parę naprawdę drogich 

szpilek   od   Manolo   Blahnika,   kiedy   to   wszystko   się   skończy).   Plan   był   taki,   że 

dwadzieścia milionów Greenwaya trafi na konta w szwajcarskim banku. Bardzo dobry 

plan,   tyle   że   nadgorliwy   księgowy   z   Komisji   Papierów   Wartościowych   i   Giełd 

dopatrzył się drobnego błędu w dokumentach księgowych. Wtedy wszystko zaczęło 

się gmatwać.

Co gorsza, podczas zacierania  śladów dwadzieścia milionów gdzieś przepadło. 

Greenway podejrzewał, że podprowadził je Richard, zaś Richard uważał, że Greenway 

chce go zrobić w konia. Żaden z nich nie chciał wyjechać z miasta bez pieniędzy, ale 

kiedy rozpoczęło się oficjalne dochodzenie, obaj musieli się ukryć.

  -   Jak   można   zgubić   dwadzieścia   milionów?   -   zapytałam,   kiedy   Richard 

skończył.

 - Nie wiem, jak to się stało. Pieniądze były przelewane na kolejne konta, żeby 

zatrzeć ślady na papierze. Ale wszystkie konta są puste.

 - Kto miał do nich dostęp?

  - Tylko Greenway, jego  żona i ja. - Richard urwał. Musiał poznać po mojej 

minie, co o tym wszystkim myślę, bo słabym, płaczliwym głosem dodał: - Wiem, jak 

to wygląda, ale musisz mi uwierzyć. Nikogo nie zabiłem. Cały czas siedziałem tutaj. 

Pączuszku, przysięgam, nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego.

background image

Choć   nowe   płaczliwe   oblicze   Richarda   zaczynało   działać   mi   na   nerwy, 

wierzyłam mu. Nie sądziłam, by odważył się strzelić do człowieka, nie wspominając 

już o wyprawie do Północnego Hollywood.

Kiedy   Richard   wstał   i   znowu   podszedł   do   okna,   coś   sobie   przypomniałam. 

Bunny przyznała, że uczestniczyła w jednym ze spotkań Greenwaya z Richardem. A 

jeśli Greenway był tak samo nieostrożny w przypadku innych swoich przyjaciółek? Co 

jeśli któraś z blondynek była mądrzejsza, niż się wydawało? Niestety, lista kochanek 

Greenwaya była równie długa jak vintage'owy tren mamy.

Już   miałam   zapytać   Richarda,   co   wie   na   temat   pozamałżeńskich   rozrywek 

Greenwaya, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Żołądek podszedł mi do gardła.

Ramirez.

Richard odskoczył od okna, nerwowo zerkając to na mnie, to na drzwi.

 - Kto to? Przygryzłam wargę.

 - Cóż, musiałam zorganizować za ciebie jakieś zastępstwo.

 - Zastępstwo?

 - Właściwie, on mnie tylko przywiózł. - Mniejsza o ściskanie mojego kolana pod 

stołem i pocałunek z języczkiem.

Richard zamachał rękami.

 - Pozbądź się go.

 - Otwierać, policja - usłyszałam zza drzwi donośny głos Ramireza.

 - Policja! - Głos Richarda podniósł się o dwie oktawy. Wyglądał, jakby oblazły 

go mrówki, bo przeskakiwał z nogi na nogę. - Spotykasz się z gliniarzem?

Nie wiem, jakim cudem Panu Zapomniałem Wspomnieć że Jestem Żonaty udało 

się wzbudzić we mnie poczucie winy.

 - Niezupełnie. To detektyw, z którym rozmawiałeś w kancelarii. Ramirez.

 - Detektyw Ramirez? Przywiozłaś go tutaj?

 - Nie przywiozłam. Sam się przywiózł. - To akurat była prawda.

 - Spław go jakoś. Ramirez nadal walił w drzwi.

 - Richard, nie możesz uciekać w nieskończoność. - Odwołałam się do rozsądku 

Richarda. - Powinieneś się oddać w ręce policji.

Ruszyłam do drzwi.

background image

Richard powstrzymał mnie, kładąc mi dłoń na ramieniu.

 - Nie rób mi tego. Proszę, pączuszku. Zaczynałam mieć dosyć tego „pączuszka".

Nawet gdybym mu uległa i tak nic by to nie dało, bo nim zdążyłam strącić rękę 

Richarda, do pokoju wpadł uzbrojony Ramirez. Byłam pod wrażeniem jego akcji w 

stylu Bruce'a Willisa.

 - Cholera. - Richard odskoczył do tyłu, unosząc ręce nad głowę. - Nie strzelaj, 

nie mam broni. Znam przepisy. Nie możesz strzelić do bezbronnego człowieka.

Ramirez patrzył to na mnie, to na Richarda. Uniósł brwi, jakby chciał zapytać, 

czy   serio   jest   coś   pomiędzy   mną   a   tym   klownem.   W   tej   chwili   sama   miałam 

wątpliwości.

 - Nic ci nie jest? - zapytał mnie Ramirez.

  - Nie, wszystko w porządku. - Zamilkłam na moment. - On tego nie zrobił. - 

Wiedziałam,   że   moje   zapewnienie   nie   na   wiele   się   zda,   ale   musiałam   spróbować. 

Szczerze wierzyłam w to, co powiedziałam. Było teraz dla mnie absolutnie jasne, że 

Richard nie ma dość odwagi, żeby zastrzelić kogokolwiek.

Oczywiście Ramirez natychmiast pozbawił mnie złudzeń. Rysy jego twarzy się 

wyostrzyły.  Znowu stał  się  Złym  Gliną  o nieprzeniknionym  spojrzeniu.  Przesadził 

pokój jednym susem i nim zdążyłam wyrecytować prawa aresztowanego, odgiął ręce 

Richarda do tyłu i skuł je kajdankami.

Czułam ucisk w gardle, dłonie zwinęłam w pięści. Sama nie wiedziałam, na kogo 

jestem bardziej wściekła - na Richarda za to, że wpakował się w tę idiotyczną historię, 

na Ramireza za to, że aresztował ojca mojego potencjalnego dziecka, czy na siebie za 

to, że doprowadziłam Ramireza prosto do Richarda. Nagle zaczęłam się zastanawiać, 

czy Ramirez nie planował tego od samego początku. Bo niby czemu miałby siedzieć 

na kiczowatym weselu mojej matki, próbując zaprzyjaźnić się z moją babcią.

  - Nie możesz tego zrobić - zaprotestowałam. - On jest niewinny. Nikogo nie 

zabił.

Ramirez nie zareagował. Nawet na mnie nie spojrzał, tylko wyciągnął komórkę, 

żeby zadzwonić po wsparcie.

  - Cały czas był tutaj. Proszę, nie rób tego. - Boże, moje błagania były równie 

żałosne jak te, które przed chwilą zanosił Richard.

background image

Tyle że w przeciwieństwie do mnie Ramirez był nieugięty.

  - Mam nakaz - odparł sucho. - Richard Howe jest podejrzany o popełnienie 

morderstwa. Muszę go aresztować.

 - Ale, ale... całowałeś się ze mną!

Ramirez i Richard jednocześnie odwrócili się w moją stronę. Potem spojrzeli na 

siebie nawzajem. Niemal czułam, jak w powietrzu podnosi się stężenie testosteronu.

 - To był tylko malutki pocałunek - zapiszczałam.

Chciałabym   wierzyć,   że   gdyby   Richard   nie   był   skuty   kajdankami, 

znokautowałby Ramireza. Prawda była jednak taka, że Ramirez rozpłaszczyłby go, 

zanim   Richard   zdążyłby   się   zamachnąć.   Tak   czy   siak,   ich   wzajemna   niechęć   nie 

znalazła potwierdzenia w czynach, Richard bowiem nie miał zbyt wielkiego pola do 

popisu - mógł co najwyżej rzucać nienawistne spojrzenia.

Ramirez   ujął   ramię   Richarda   i   poprowadził   go   do  drzwi,   zatrzymując   się   na 

chwilę przy mnie.

 - Zakładam, że znajdziesz kogoś, kto cię podrzuci do domu. I wyszli.

Cholera. Złapałam z biurka lampę i z całej siły cisnęłam nią o podłogę. O zgrozo, 

lampa   była   plastikowa   i   zamiast   rozbić   się   z   satysfakcjonującym   trzaskiem,   tylko 

odbiła się od wypłowiałej wykładziny. Do oczu napłynęły mi łzy, ale stłumiłam je. 

Ostatnio napłakałam się dość, by starczyło mi do końca życia. A już na pewno nie 

zamierzałam płakać z powodu takich dwóch idiotów jak Richard i Ramirez.

Nienawidziłam ich obu. Gdyby to ode mnie zależało, Richard mógłby zgnić w 

więzieniu, a Ramirez... Cóż, Ramirez mógł mnie cmoknąć w tyłek. Niecały kwadrans 

wcześniej wpychał język do mojego gardła, a teraz nawet nie chciał mnie słuchać. 

Typowy   facet.   Miałam   tego  dosyć.   Miałam  dosyć   ich  wszystkich.   Całego   rodzaju 

męskiego. Może, pomyślałam, mimo wszystko przysporzę babci powodu do dumy i 

wstąpię do zakonu.

Skoro o babci mowa...

Byłam pewna, że jeśli nadal będę tu siedziała i użalała się nad sobą, któryś z 

moich krewnych zacznie mnie szukać i, co gorsza, znajdzie. Wolałam tego uniknąć. 

Nie miałam najmniejszej ochoty tłumaczyć się z tego, co się tutaj wydarzyło, mojej 

background image

rodzinie. Ile Zdrowaś Mario dostaje się do odmówienia w ramach pokuty za sypianie z 

przestępcą?

Bo właśnie dotarło do mnie, że Richard jest przestępcą. Nawet jeśli nie miał nic 

wspólnego z morderstwem, otwarcie przyznał się do udziału w defraudacji. W białych 

rękawiczkach czy nie, było to przestępstwo.

Nieświeże burrito w moim żołądku zamieniło się w ołowianą kulę.

Wyszłam z pokoju Richarda, zamknęłam za sobą drzwi i wróciłam windą na dół. 

Byłam pewna, że za kilkanaście minut w hotelu zjawią się policyjni technicy i zaczną 

przeczesywać   pokój   Richarda   w   poszukiwaniu   obciążających   dowodów. 

Zdecydowanie nie byłam w nastroju na kolejne spotkanie z rolką.

Wróciłam do sali bankietowej akurat w chwili, gdy mama rzucała swój bukiet. 

Zobaczyłam, jak nurkują za nim Dana i pani Rosenblatt. Od sukni pani Rosenblatt 

oderwało   się   kilka   paciorków,   ale   ostatecznie   to   Dana   pochwyciła   kwiaty.   Potem 

rozmarzonym wzrokiem spojrzała na Gościa bez Szyi. Biedak nie wiedział, w co się 

wpakował.

Myślę, że udało mi się ukryć emocje, by wszyscy myśleli, że w świecie Maddie 

wszystko   jest   w   najlepszym   porządku.   Na   szczęście   babcia   oszczędziła   mi   mało 

subtelnych uwag o tym, że mój  zegar biologiczny tyka, a Ramirez,  bądź co bądź 

katolik, jest odpowiednim materiałem na męża. Udało mi się też przetrwać ściąganie 

podwiązek, co, jak teraz wiem, powinno być zakazane w przypadku panien młodych 

powyżej czterdziestki. Rety.

Zanim   przeszliśmy   do   puszczania   baniek   mydlanych   na   pożegnanie   mamy   i 

Podrabianego   Tatusia,   którzy   wskoczyli   do   swojego   mercedesa   rocznik   1974,   ze 

słowem „Nowożeńcy" wypisanym kremem do golema na tylnej szybie, czułam się, 

jakbym przebiegła   maraton.  Pomyślałam,  że  gdybym musiała  spędzić  choć  chwilę 

dłużej z plastikowym uśmiechem przyklejonym do ust, na zawsze zamieniłabym się w 

Energiczną Reporterkę.

Kiedy patrzyłam, jak mama i Podrabiany Tatuś odjeżdżają, nagle poczułam się 

straszliwie   samotna.   Richard   był   w   drodze   za   kratki,   cokolwiek   łączyło   mnie   z 

Ramirezem, było skończone, Dana i Gość bez Szyi, trzymając się za rączki, udali się 

do Domu Aktorów na kolejną noc wspaniałego seksu, a mama i Podrabiany Tatuś 

background image

czmychnęli na dwutygodniowy miesiąc miodowy na Hawajach. Zostałam tylko ja i 

Fioletowe Paskudztwo. Westchnęłam ciężko.

Pani   Rosenblatt   zgodziła   się   podrzucić   mnie   do   Beefcakes,   pod   którym 

poprzedniej   nocy   zostawiłam   mojego   małego   czerwonego   dżipa.   Kiedy   w   końcu 

dotarłam   do   domu,   było   już   ciemno.   Byłam   rozstrojona   i   nieludzko   zmęczona. 

Wdrapałam   się   po   schodach,   otworzyłam   drzwi   i,   nawet   nie   zapalając   światła, 

rzuciłam się na materac.

Dałam sobie pięć minut na wypłakanie. Tylko pięć. Postanowiłam, że potem 

będę   ponad  to.   Zapomnę   o   tym   nędznym  draniu.   I   nieważne,   że   sama   nie   byłam 

pewna, o którego drania mi chodzi.

Zapewne chodziło o Richarda. A ściślej mówiąc o to, że powinnam dać sobie z 

nim spokój. To w końcu z nim chodziłam całe pięć miesięcy, nieświadoma faktu, że 

na boku jest w najlepsze żonaty z Kopciuszkiem.

Oczywiście Ramirez też nie miał u mnie teraz zbyt wysokich notowań. Tyle że 

kiedy zamknęłam oczy, jedyne, o czym mogłam myśleć, to, jak smakowały nasze 

pocałunki. Jak małe kanapeczki i szampan.

Boże, byłam żałosna.

Przekręciłam się na brzuch i ukryłam twarz w poduszce, pocieszając się tym, że 

następny dzień nie może być gorszy od dzisiejszego.

Obudziły mnie promienie słońca tańczące po mojej twarzy. Bałam się otworzyć 

oczy, nie wiedząc, jakie nowe nieszczęście może mnie spotkać. Tornado? Huragan? 

Zaraza? Nic by mnie już nie zdziwiło. Zważywszy na to, co działo się ostatnio w 

moim życiu, moja aura musiała być sraczkowofioletowa.

Zebrałam się na odwagę i uchyliłam jedno oko.

Obok mnie nie spał żaden detektyw. Telefon nie dzwonił. Nie zawodziły żadne 

panny młode ani najlepsze przyjaciółki. Na razie wszystko było okay.

Ostrożnie wstałam i włączyłam ekspres do kawy. Po dwóch wzmacniających 

filiżankach włączyłam telewizor, żeby zobaczyć, czy mój chłopak został bohaterem 

porannego wydania wiadomości.

Energiczna Reporterka poświęciła aresztowaniu Richarda całe dziesięć sekund. 

Sprawa   traciła   już   na   aktualności,   więc   została   wciśnięta   między   informację   o 

background image

zamknięciu szkoły w jednej z ubogich dzielnic miasta a materiał o psie, który wykrył 

na lotnisku heroinę. Życie toczyło się dalej.

Też powinnam ruszyć naprzód. Richard miał pewnie do dyspozycji całą armię 

prawników, którzy wyciągną z kapeluszy wszystkie dozwolone z prawem króliki, by 

mógł   z   powrotem   wrócić   do   swojego   wymuskanego   mieszkania.   Niby   co   takiego 

mogłam zrobić ja, czego nie mogli oni? I co ważniejsze, dlaczego w ogóle miałabym 

coś robić?

Westchnęłam. Mój wzrok powędrował na test ciążowy na blacie.

Właśnie dlatego.

Wpatrywałam się w niewielkie różowe pudełeczko.

 - Okay, zrobię ten cholerny test! - obwieściłam głośno całemu światu. Złapałam 

pudełeczko   i   pomaszerowałam   do   łazienki.   Po   zaledwie   trzykrotnym   przeczytaniu 

instrukcji (trochę trzęsły mi się ręce) wiedziałam, że powinnam przez całe pięć sekund 

sikać na specjalny wacik. Pięć sekund? Musiałam się przygotować.

Wróciłam   do   kuchni   i   wyjęłam   z   lodówki   dwulitrową   dietetyczną   colę. 

Duszkiem   wypiłam   połowę;   nosem   poszły   mi   bąbelki,   ale   niedużo.   Odczekałam 

dziesięć   minut,   po   czym   zabrałam   colę   ze   sobą   do   łazienki.   Teraz   albo   nigdy, 

pomyślałam.

Zebrałam włosy do tyłu, upinając je spinką, wzięłam głęboki oddech i zaczęłam 

sikać. Okazało się to znacznie bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać. 

Kiedy   skończyłam,   odłożyłam   test   na   bok   i   czekałam.   Jedna   kreska   -   wynik 

negatywny. Dwie kreski... i będę musiała poprosić mamę, żeby kupiła jeszcze jeden 

kosz pełen bucików i smoczków. Pociągnęłam pokrzepiający łyk coli, przyglądając się 

wędrówce wskazówek na moim zegarku. Jeszcze trzy minuty.

Spoko,   dam   radę.   Jestem   twardą   laską.   Niezależnie   od   wyniku   jakoś   sobie 

poradzę. Okay, może będę musiała wozić małego Richiego juniora do więzienia, żeby 

mógł się zobaczyć z ojcem, i może już nigdy nie włożę tego ślicznego topu od Dolce 

& Gabbana, ale jakoś to przeżyję. Oczywiście będę też musiała znaleźć dodatkową 

pracę. Wynagrodzenie z Tot Trots ledwie wystarczało na zupki w proszku i czółenka. 

Nie było mowy, żebym dała radę za takie pieniądze utrzymać dziecko. Rozejrzałam 

się po swoim małym mieszkanku. Pewnie będę musiała przeprowadzić się do mamy i 

background image

Podrabianego   Tatusia.   No   i   pozbyć   się   dżipa.   Dżip   cabrio   nie   był   bezpiecznym 

środkiem transportu dla dziecka. Chyba będę musiała kupić minivana, Boże. Oczyma 

wyobraźni ujrzałam siebie w ciuchach a la moja mama, jeżdżącą beżowym nissanem 

odyssey i mieszkającą nad garażem rodziców.

Nic dziwnego, że znowu zaczęłam się hiperwentylować. Usiadłam na płytkach, 

wsadzając głowę między kolana. Pech chciał, że kiedy pochylałam głowę, moja spinka 

do włosów rozpięła się i wystrzeliła przez niewielką łazienkę, trafiając w butelkę z 

colą.   Plastikowa   butelka   niebezpiecznie   się   zachwiała,   po   czym,   ku   mojemu 

przerażeniu, przewróciła się, a brązowy gazowany płyn zalał mój test ciążowy.

 - Cholera! - Zerwałam się, złapałam ręcznik i zaczęłam osuszać test. Spojrzałam 

na niego. Był przemoczony, wacik na końcu nasiąknął jak gąbka, a okienka przybrały 

mętny,   brązowy   kolor.   Zmrużyłam   oczy,   próbując   zobaczyć   jakieś   kreski.   A 

najchętniej tylko jedną.

Nic.

 - Cholera jasna!

Opadłam z powrotem na podłogę. Super. I co teraz?

Wpatrywałam się w zniszczony test ciążowy. Miałam dwie możliwości. Mogłam 

pojechać do apteki, kupić nowy test i powtórzyć całą procedurę albo wrócić do taktyki 

zaprzeczania   i  wmawiać  sobie,  że  mój  spóźniający  się   okres   to wina  stresu (stres 

potrafi   sprawić,   że   hormony   głupieją,   a   ja   żyłam   ostatnio   w   naprawdę   dużym 

napięciu).   W   tym   drugim   przypadku   mogłabym   na   powrót   zająć   się   odhaczaniem 

kolejnych blondynek z mojej listy podejrzanych, aby uratować tyłek mojego chłopaka 

przed więzieniem.

Jeśli do tej pory nie mogłam zdecydować, co przeraża mnie bardziej - mordercy 

czy   testy   ciążowe   -   po   wyobrażeniu   sobie   siebie   jadącej   minivanem   już   znałam 

odpowiedź.

Wyrzuciłam zalany colą test do kosza, wciągnęłam obcisłe dżinsy i ukochane 

czerwone klapki, kolejny raz przeanalizowałam w myślach swoją listę podejrzanych. 

Została mi już tylko Carol Carter. Jedyne, czego dowiedziałam się o niej z materiałów 

w bibliotece, to to, że była aspirującą aktorką. Jeśli była choć trochę podobna do Dany, 

to pewnie spędzała niedziele na siłowni, rzeźbiąc swoje ciało i przygotowując się na 

background image

kolejny tydzień przesłuchań. Owszem, strzelałam w ciemno, ale i tak wskoczyłam do 

dżipa i ruszyłam do Sunset Gym.

Dwadzieścia minut później okazałam swoją kartę członkowską sterydowcowi z 

recepcji, starając się nie wdychać zbyt głęboko stęchłego zapachu potu, i omiotłam 

wzrokiem   nabitą   salę,   w   poszukiwaniu   blond   kucyka   Dany.   Siłownia   pełna   była 

producentów filmowych, którzy próbowali wypocić to, co przybrali w ciągu tygodnia 

na  diecie  złożonej  z pączków,  i  początkujących aktorek,  które  chętnie  raczyły  ich 

silikonowymi wdziękami, w nadziei że zostaną zauważone i obsadzone w kolejnym 

sezonie  Słonecznego   patrolu.  W   końcu   wypatrzyłam   Danę,   która   trenowała 

ciemnowłosego mięśniaka na atlasie w rogu.

Czując,   że   bardzo   rzucam   się   w   oczy   w   swoich   klapkach   na   obcasie, 

przemknęłam do nich obok piłek lekarskich i materaców.

 - Trzynaście, czternaście, piętnaście... i odpoczynek. Okay, sprawdź sobie tętno, 

Sasza. Nie może przekroczyć stu sześćdziesięciu uderzeń na minutę.

Sasza skinął głową, po jego czole ściekał pot. Przyłożył sobie dwa palce do szyi.

 - Dana? - Skinęłam na nią palcem. Zobaczyła mnie i pomachała.

 - Hej, jak tam? - Dostrzegła moje buty i zmarszczyła czoło. - Nie możesz w nich 

ćwiczyć.

Przewróciłam oczami.

 - Możemy chwilę pogadać?

 - Wal. Zerknęłam na Saszę.

 - Och, wybacz - powiedziała Dana. - Maddie, to jest Sasza. Opowiadałam ci o 

nim. Jest podstawą ludzkiej piramidy w Cirque Fantastique. Sasza, przedstawiam ci 

moją najlepszą przyjaciółkę Maddie.

 - Miło ciebie mnie poznać - powiedział Sasza z wyraźnym obcym akcentem.

 - Wzajemnie. Eee, Dana, możemy pogadać?

 - Jasne. Sasza, zrób jeszcze dwie serie, a potem zajmiemy się czymś innym.

Sasza skinął głową i wrócił do wyprostów nóg. Odeszłyśmy z Daną na bok.

 - O co chodzi z tym Rosjaninem? - zapytałam.

 - Przystojny, nie?

background image

Spojrzałam   na   niego.   Na   karku   wychodziły   mu   żyły,   kiedy   unosił   nogami 

metalowe ciężarki.

 - Jak na sterydowca, może być. A co z twoim współlokatorem?

 - Mówisz o tym dupku? Oho. Problemy w raju.

 - Co się stało? Jeszcze wczoraj wszystko było pięknie. Dana prychnęła.

  -   Też   tak   myślałam.   Ale   kiedy   wróciliśmy   do   domu   i   włożyłam   bukiet   do 

lodówki, on zaczął świrować. Powiedział, że nie rozumie, dlaczego chcę zatrzymać te 

kwiaty. Na co ja, że przecież je złapałam. Na co on, że co w tym takiego niezwykłego. 

Wyjaśniłam, że to znaczy, iż jako następna wyjdę za mąż. Wtedy totalnie mu odbiło. 

A przecież nie powiedziałam, że chcę wyjść za niego, i to najchętniej zaraz. Wściekł 

się i powiedział, że się dusi. I że nie jest gotowy na kulę u nogi. Czy ja wyglądam jak 

kula u nogi?

 - Typowy facet. - Naprawdę zaczynałam mieć dość całego męskiego rodzaju.

  -   Nic   mi   nie   mów.   W   końcu   zaczęłam   płakać,   a   potem   zadzwonił   Sasza   i 

zaprosił mnie na drinka, no i skończyło się na tym, że wylądowaliśmy u niego.

Dana była jedyną znaną mi kobietą, która potrafiła rozpocząć opowieść od tego, 

że rzucił ją facet i skończyć ją tym, że wylądowała w łóżku z innym.

 - A co u ciebie? - zapytała. - Jak tam postępy w śledztwie?

Najwidoczniej   Dana   bez   reszty   zaabsorbowana   rosyjskim   gimnastykiem   nie 

oglądała jeszcze wiadomości. Streściłam jej katastrofalne wydarzenia wczorajszego 

wieczoru,   podczas   gdy   ona   gestem   nakazała   Saszy,   by   zrobił   jeszcze   dwie   serie. 

Wszystko to trwało trochę dłużej, niż się spodziewałam, bo napięte mięśnie Saszy 

trochę   rozpraszały  Danę.   Kiedy  w końcu przenieśliśmy   się  wszyscy do  wioślarza, 

wyciągnęłam wydruk zdjęcia Carol Carter, który zrobiłam w bibliotece, i podsunęłam 

go Danie.

 - Kojarzysz ją? - zapytałam. - Jest aktorką. Pomyślałam, że może przychodzi tu 

ćwiczyć.

Dana i Sasza nachylili się nad zdjęciem. Sasza zagwizdał.

 - U niej cycki duże jak melon.

 - Są sztuczne - powiedziałam. Dana zmrużyła oczy.

 - Jeszcze raz powiedz, jak ona się nazywa?

background image

 - Carol Carter.

  - Nigdy nie widział takich cycków. Cycki w domu płaskie. Jak naleśnik. Jak 

deska. - Sasza obrzucił mnie wzrokiem. - Jak twoje.

Tak. Zdecydowanie nienawidziłam wszystkich facetów.

 - Coś mi mówi to nazwisko - powiedziała Dana, ciągle wpatrując się w zdjęcie. - 

Och! Już wiem. Obie ubiegałyśmy się o rolę dziewczyny w bikini w jednym filmie dla 

nastolatków, w zeszłym miesiącu.

 - Ty byś była dobra dziewczyna w bikini. - Sasza przyjrzał się uważnie Danie. - 

Bardzo dobra.

 - Dzięki! Też tak uważam. Niestety, nie oddzwonili do mnie.

 - Reżyser musieć być ślepy. Ty mieć bardzo dobre ciało. Cycki jak balony.

 - Och, jesteś taki słodki! - Dana nachyliła się i pocałowała Saszę. Odwróciłam 

wzrok, niespecjalnie zainteresowana oglądaniem rosyjskiego języka.

  - Wracając do Carol Carter - powiedziałam po chwili. - Nie masz może jej 

numeru telefonu?

 - Nie, niestety. Ale wiem, kto jest jej agentem. Charlie Platt. Jego agencja mieści 

się w takim dużym budynku na rogu La Brei i Hollywood.

 - Dana, jesteś aniołem. - Gdyby nie była taka spocona, wyściskałabym ją.

 - Ty pewna, że te cycki sztuczne? - Sasza ciągle wpatrywał się w zdjęcie Carol 

Carter. - One wyglądać bardzo miło.

  - Wierz mi, w naturze nie występują takie rozmiary - powiedziałam. Skinął 

głowę.

 - Może ty mieć racja. One nie tak zgrabne jak Dany.

Dana zachichotała i znowu pocałowała Saszę. Tym razem nie ominął mnie widok 

języka. Fuj.

  -   No   cóż,   zostawię   was   samych,   wracajcie   do   treningu...   -   powiedziałam, 

wycofując się, choć byłam prawie pewna, że mnie nie słyszą.

Pognałam do dżipa i zadzwoniłam do informacji, aby uzyskać numer do Agencji 

Platta. Niestety, kiedy tam zadzwoniłam, włączyło się nagranie, że nikogo nie będzie 

aż do czwartej. Zerknęłam na zegar na desce rozdzielczej. Dwunasta. Uznałam, że 

McDonald's jest dobrym miejscem jak każde inne, żeby zaczekać. Odpaliłam silnik i 

background image

obrałam kurs na McDrive'a. Piętnaście minut później wcinałam już big maca, duże 

frytki i truskawkowego shake'a, który niestety przypomniał mi o kolekcji Strawberry 

Shortcake (Strawberry (ang). - truskawka (przyp. tłum.)).

I o tym, że moja dalsza współpraca z Tot Trots stoi pod coraz większym znakiem 

zapytania. Nadal do nich nie oddzwoniłam i miałam przeczucie, że jeśli szybko nie 

dostarczę im projektów butków za kostkę, brak pracy będzie kolejną pozycją na liście 

moich problemów.

Z   westchnieniem   dokończyłam   frytki   i   ruszyłam   ku   domowi.   Jeśli   poświęcę 

godzinkę   na   projektowanie,   zanim   udam   się   na   poszukiwania   Carol   Carter, 

przynajmniej będę mogła zadzwonić do Trot Tots z czystym sumieniem. Po drodze 

wstąpiłam jeszcze do apteki po nowy test ciążowy. Tym razem kupiłam wypasiony 

elektroniczny model. Farmaceutka zapewniła mnie, że jest praktycznie niezniszczalny.

Tyle że kiedy dotarłam do domu, moim oczom ukazał się jedyny widok, którego 

obawiałam się bardziej niż dwóch różowych kresek. Ramirez.

background image

Rozdział 17

Stał oparty o drzwi, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Włosy miał wilgotne, 

jakby przed chwilą wziął prysznic. Wiedziałam, że jeśli podejdę bliżej, poczuję świeżą 

mieszankę mydła Ivory i płynu po goleniu. Ten zapach tak na mnie działał, że zeszłej 

nocy obwąchiwałam poduszki na moim materacu jak jakiś pies gończy.

Wysiadając z dżipa, obiecałam sobie, że nie będę niczego wąchać. Będę udawać, 

że Ramirez w ogóle na mnie nie działa. Bo nie działał. Co z tego, że mnie omamił, 

poznał moją rodzinę, a potem wykorzystał, żeby dorwać Richarda? Nie zamierzałam 

tracić   spokoju.   Nie   jestem   jakąś   nastolatką,   powiedziałam   sobie.   Jestem   twarda. 

Jestem jak Demi Moore G.I. Jane. Jak Urna Thurman w Kill Billu. Jestem spokojna. 

Opanowana. Wszystko jest pod kontrolą.

 - Cześć - powiedział.

  - Cześć? Jak śmiesz mówić do mnie „cześć"? Aresztowałeś Richarda! Po tym 

jak   mnie   obmacywałeś   i   bezczelnie   doprowadziłeś   do   tego,   że   polubiła   cię   moja 

babcia.   Wiesz,   jak   długo   będzie   mnie   teraz   zamęczać   pytaniami   o   tego   miłego, 

katolickiego   chłopca?   Więc   daruj   sobie   to   „cześć"   ty...   ty...   świnio!   -   Spokojna, 

opanowana Maddie. To ja. Matko.

  -   Miałem   nakaz.   -   Jego   głos   był   denerwująco   spokojny.   Co,   oczywiście, 

sprawiło, że mój natychmiast się podniósł.

 - Wykorzystałeś mnie!

  - Ja? Maddie, to nie ja zrobiłem ci dziecko ani porzuciłem bez słowa, żeby 

zaszyć się w jakiejś dziurze w Riverside.

  - Słuchaj, wiem, że uważasz, że Richard to zrobił, ale poszperałam trochę w 

przeszłości Greenwaya i...

Ramirez przewrócił oczami.

  - Jezu, czy nie mówiłem, żebyś zostawiła tę sprawę w spokoju? Zacisnęłam 

zęby, ignorując jego słowa.

 - Chcesz usłyszeć, czego się dowiedziałam czy nie?

 - Okay. Ale może najpierw wejdźmy do środka?

Spojrzałam   na   niego   złowrogo,   choć   musiałam   przyznać,   że   niekoniecznie 

chciałam   dzielić   się   z   sąsiadami   radosną   nowiną   że   Richard   jest   kryminalistą. 

background image

Otworzyłam drzwi i weszłam do środka, kładąc kolejny test ciążowy na kuchennym 

blacie. Nie czekając na zaproszenie, Ramirez wszedł za mną. Oparł się o futrynę, 

znowu skrzyżował ręce na piersi i uniósł pytająco brwi.

 - No to słucham.

Zignorowałam   jego   drwiącą   minę   i   podzieliłam   się   swoją   genialną   teorią   na 

temat kochanki. Streściłam też rozmowy, jakie odbyłam z biuściastymi przyjaciółkami 

Greenwaya.

 - Wszystkie trzy są blondynkami i mogą chodzić w szpilkach - podsumowałam. 

- Pewności nie mam, bo jeszcze nie przejrzałam ich szaf.

Ramirez znowu przewrócił oczami.

 - Cudownie. Genialna detektyw od pantofli.

 - Hej, to ty podsunąłeś mi wskazówkę z butem. - Faktycznie zabrzmiało to jak z 

odcinka kreskówki o Scoobym Doo. Stałam jednak niewzruszona, z dłońmi opartymi 

na biodrach i zadziorną miną.

  - Chcesz,  żebym uwierzył w istnienie jakiejś tajemniczej kobiety w stringach, 

która morduje ludzi?

  - Nie ludzi, tylko Greenwaya. No i może jeszcze jego żonę. Ramirez pokręcił 

głową.

 - To jakaś bzdura. Zresztą, dochodzenie zostało zamknięte.

  - Jak to zamknięte? Nie macie nawet broni, z której oddano strzały. Ramirez 

milczał.

Znowu miałam w żołądku ołowianą kulę.

 - Znaleźliście broń?

 - Dostaliśmy wyniki analizy balistycznej. Greenwaya zastrzelono z broni kaliber 

22.   Pistolet   takiego   samego   kalibru   Richard   kupił   w   zeszłym   roku   żonie.   Żona 

twierdzi, że pożyczył od niej broń, zanim dał nogę. A teraz broń zniknęła.

Przygryzłam wargę.

 - To jeszcze nie znaczy, że Richard pociągnął za spust. Ramirez uniósł ręce.

 - Nie pojmuję, jak możesz tak bezkrytycznie uważać, że ten facet jest niewinny.

 - A skąd pewność, że nie jest? - odparłam, znowu unosząc głos.

background image

 - Bo facet jest dupkiem! Okłamał cię, Maddie. Okłamał policję, okłamał swoją 

żonę. To przestępca.

 - Ale nie jest mordercą.

 - Bo co? Bo jakaś gwiazda porno znalazła stringi?

  -   Hej,   gdybyś   choć   na   chwilę   wystawił   głowę   ze   swojego   przemądrzałego 

machotyłka, zobaczyłbyś, że są jeszcze inni ludzie, którym mogło zależeć na śmierci 

Greenwaya. Sam powiedziałeś, że w pokoju Greenwaya znaleźliście blond włosy i 

ślady szpilek.

 - Jezu, Greenway pewnie zamówił sobie prostytutkę do pokoju.

 - Metallica powiedział, że byłyśmy jedynymi dziwkami, jakie widział.

  - Super,  twoimi  świadkami są  gwiazda porno i ćpun. Myślę, że zwyczajnie 

doszukujesz się dziury w całym.

 - Nie podoba mi się twój ton.

 - A mnie się nie podoba, że mieszasz się do mojego dochodzenia.

 - Mówiłeś, że dochodzenie zostało zamknięte.

 - Bo zostało!

Zamilkliśmy, by zaczerpnąć tchu, z rozszerzonymi nozdrzami, łypiąc na siebie 

złowrogo.   Przypominaliśmy  zawodowych bokserów na   chwilę  przed  rozpoczęciem 

trzeciej rundy.

A potem Ramirez spojrzał na blat kuchenny.

 - Zrobiłaś już ten test?

 - Wyjdź! - Wyprostowaną ręką wskazałam mu drzwi. - Wynocha, natychmiast! - 

Może przesadziłam, ale to był cios poniżej pasa.

Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Złapałam   nowy   test   i  cisnęłam   nim  w   zamknięte   drzwi.   Spadł   na   podłogę   z 

cichym plaśnięciem. Bynajmniej nie usatysfakcjonowana, zaczęłam po nim skakać. 

Mój   obcas   trafił   w   małe   plastikowe   okienko.   Rozległ   się   przyjemny   chrzęst. 

Najwyraźniej farmaceutka, która zapewniła mnie o jego niezniszczalności nie brała 

pod uwagę wściekłych kobiet uzbrojonych w obcasy.

background image

Patrzyłam na popękany plastik. Cholera. Co było ze mną nie tak, że nie mogłam 

zrobić   głupiego   testu   ciążowego   bez   zamienienia   się   w   Furię?   Dosyć   tego. 

Potrzebowałam terapii.

Terapii lodowej.

Wróciłam do dżipa i pojechałam prosto do najbliższej lodziarni Ben & Jerry's, 

gdzie   kupiłam   opakowanie   Chunky   Monkey.   Siedziałam   na   parkingu,   dopóki   nie 

zjadłam całego pół litra.

Niestety,   kiedy   zlizywałam   bananowo   -   czekoladowe   lody   z   plastikowej 

łyżeczki,   uświadomiłam   sobie,   że   część   z   tego,   co   mówił   Ramirez,   jest   prawdą. 

Richard był kłamcą. Zataił przede mną fakt, że jest żonaty. Tak się nie robi. Mimo to 

cząstka mnie wciąż żywiła nadzieję, że jest na to jakieś sensowne wytłumaczenie. 

Była   to,   oczywiście,   bardzo   mała   cząstka.   Ale   istniała,   nie   dając   mi   spokoju, 

zmuszając do dokończenia lodów i skierowania dżipa w stronę kancelarii Richarda. 

Nie wiedziałam, gdzie koledzy Ramireza zawieźli Richarda, ale byłam pewna, że ktoś 

z Dewey, Cheatem i Howe to wie. Nadszedł czas, żebym sobie porozmawiała z tym 

zakłamanym draniem.

Wróciłam   do   centrum   i   zostawiłam   samochód,   naprzeciwko   kancelarii.   Nie 

byłam   w   nastroju   na   kilkusetmetrowy   spacer   z   parkingu   wielopoziomowego, 

zwłaszcza że popołudniowy upał znowu dochodził do czterdziestu stopni. Opłaciłam 

postój w parkometrze i wdzięczna za wynalazek klimatyzacji, wjechałam windą na 

piąte piętro.

Straż   na   posterunku   trzymała   Jasmine   jak   zwykle.   Uniosła   głowę   i   szybko 

zamknęła okno na ekranie komputera. Podejrzewałam, że znowu układała pasjansa.

  - Znowu ty - powiedziała. - Tym razem mnie nie wykołujesz. - Pogroziła mi 

zakończonym tipsem palcem.

  -   Spokojnie,   Barbie.   Przyszłam,   żeby   dowiedzieć   się   o   Richarda.   Jasmine 

wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. Jej mina mówiła: „możesz mnie pocałować 

w tyłek, zdziro".

 - Jak zapewne słyszałaś, Richard jest, hm, niedysponowany.

 - Wiem. Chcę rozmawiać z osobą, która zajmuje się jego sprawą.

 - Jesteś umówiona?

background image

Zacisnęłam   zęby.   Policzyłam   do   dziesięciu.   Obiecałam,   że   zafunduję   sobie 

kolejne pół litra lodów z Ben & Jerry's, jeśli uda mi się załatwić tę sprawę, nie dusząc 

Jasmine przy okazji.

 - Nie, nie jestem umówiona.

Uśmiechnęła się z wyższością. Myślę, że żyła dla takich chwil.

 - Usiądź, proszę. Zawiadomię pana Chestertona, że przyszłaś. Niestety - dodała 

z wyraźnym zadowoleniem - to może chwilę potrwać. Pan Chesterton jest teraz bardzo 

zajęty.

Odpowiedziałam moim najbardziej nienawistnym uśmiechem.

 - Zaczekam.

Usiadłam na krześle niedaleko drzwi, a Miss Plastik zadzwoniła pod wewnętrzny 

numer Chestertona. Rozmawiała z nim przez kilka minut.

  -   Będzie   tu   za   chwilę   -  powiedziała,   co,   sądząc   po  radosnym  błysku  w   jej 

oczach, oznaczało: „Rozgość się, bo trochę sobie poczekasz".

Ugryzłam się w język, patrząc, jak znowu otwiera pasjansa i skupiona wpatruje 

się w monitor. Układanie pasjansa musi być nie lada wyzwaniem dla kobiety z głową 

wypełnioną silikonem. Jej Barbie radar musiał wychwycić, że ją obserwuję, bo nagle 

się odwróciła, przyłapując mnie na gorącym uczynku.

 - Co? - zapytała, opierając dłoń na biodrze.

 - Nic. Po prostu jestem pod wrażeniem twoich licznych obowiązków.

Zmrużyła oczy.

 - Złośliwość nie jest zbyt atrakcyjną cechą.

 - Zdzirowatość też nie.

Jasmine się skrzywiła. A w każdym razie próbowała. W rzeczywistości tylko 

lekko drgały jej brwi.

 - Drgają ci brwi.

Dłonie Jasmine natychmiast powędrowały do czoła. Z satysfakcją patrzyłam, jak 

skrępowana wyciąga puderniczkę.

  -   Dla   twojej   wiadomości,   właśnie   marszczę   brwi.   To   przez   botoks.   Doktor 

Bradley mówi, że jeszcze przez trzy dni nie będę mogła ich zmarszczyć.

Och. W myślach pacnęłam się ręką w czoło.

background image

 - Twoja twarz jest taka statyczna. Jasmine zamknęła puderniczkę.

 - Dziękuję.

Powstrzymałam się od wyjaśnienia, że to nie był komplement.

Dalsza rozmowa na temat jej zabiegu upiększającego numer 5001 została mi 

oszczędzona,   bo   jedne   ze   szklanych   drzwi   się   otworzyły   i   statecznym   krokiem 

podszedł do mnie pan Chesterton.

  -   Panno  Springer,   jest   nam  bardzo   przykro   z   powodu   kłopotów  Richarda   z 

prawem - powiedział, ujmując moją dłoń w obie swoje. Pan Chesterton przypominał 

mi wielkiego pluszowego misia: był wysoki, miał brodę i wielkie włochate dłonie. 

Mówił   donośnym,   głębokim   głosem   podobnym   do   głosu   aktora   Raymonda   Burra, 

który,   z   tego   co   słyszałam,   wywierał   stosowne   wrażenie   na   ławie   przysięgłych. 

Czułam się trochę lepiej, wiedząc, że to on kieruje obroną Richarda.

Tuż   za   nim   stała   Althea,   która   wyglądała   dziś   wyjątkowo   nieatrakcyjnie   w 

kraciastym blezerze, sztruksowej rozszerzanej spódnicy do połowy łydki i płaskich 

mokasynach.   Miała   skromnie   spuszczony   wzrok,   który   nie   podnosił   się   powyżej 

poziomu kolan.

  -  Zrobimy   wszystko,   co  w naszej  mocy,  by  jak  najszybciej  uporać  się  z  tą 

nieprzyjemną sytuacją - ciągnął Chesterton. - Zapewniam, że nie będziemy oszczędzać 

na Richardzie.

Althea cały czas potakiwała głową.

 - Dziękuję - powiedziałam. - Czuję się o wiele lepiej, wiedząc, że ktoś jeszcze 

jest   po   stronie   Richarda.   Zmartwiłam   się,   słysząc,   że   policja   nie   szuka   innych 

podejrzanych.

Chesterton przechylił głowę.

 - Innych podejrzanych?

 - Jeśli Richard tego nie zrobił, musiał to zrobić ktoś inny - wyjaśniłam.

Pan Chesterton patrzył na mnie zaskoczony, zupełnie jakby myśl o niewinności 

Richarda nawet nie przyszła mu do głowy. Albo, co było pewnie bliższe prawdy, 

przyszła, tylko nie miała żadnego znaczenia. Prawnicy z Dewey, Cheatem i Howe, tak 

jak większość prawników spoza świata seriali, nie mieli czasu na zaprzątanie sobie 

background image

głowy tak trywialnymi sprawami jak wina czy niewinność. W prawdziwym świecie 

liczyły się tylko kruczki prawne, luki w przepisach i wysokie honoraria.

Próbując się odwołać do ludzkiej strony pana Chestertona (niektórzy prawnicy 

pewnie mają coś takiego), szybko przedstawiłam swoją teorię z kochanką. Przyznaję, 

że po mało zachęcającej reakcji Ramireza miałam przed tym pewne opory, zwłaszcza 

że Jasmine łowiła każde moje słowo, ale doszłam do punktu, w którym nie miałam 

zbyt wiele do stracenia. A na pewno nie uśmiechały mi się widzenia w San Quentin.

Kiedy   skończyłam,   wyraz   zaskoczenia   na   twarzy   pana   Chestertona   ustąpił 

miejsca wyrozumiałemu uśmiechowi, jakim obdarza się marudzące dzieci czy małe 

nieposłuszne psy.

 - To wszystko jest bardzo... interesujące. Ale pozwól, moja droga, że ja się będę 

martwił, jak wyciągnąć Richarda z tarapatów.

Kolejna gadka w stylu „zostaw tę sprawę dużym chłopcom". Zaczynałam mieć 

po dziurki w nosie wszystkich dużych chłopców, uprzykrzających mi życie.

 - Chcę pomóc - nalegałam.

Pan Chesterton uśmiechnął się pojednawczo.

 - Skarbie, wiesz, co najbardziej pomogłoby Richardowi? - zapytał. Przygryzłam 

wargę.

 - Co?

Pomyślałam, że jeśli każe mi pójść do domu i robić na drutach, to nie ręczę za 

siebie.

  - Bądź dla niego moralnym wsparciem. Richard potrzebuje kogoś w swoim 

narożniku. Kogoś w rodzaju cheerleaderki.

Z dumą wyznam, że nie wybuchnęłam śmiechem. Nawet nie prychnęłam.

 - Czy powinnam kupić sobie pompony?

Na szczęście Chesterton zignorował mój sarkazm.

 - Po prostu zdaj się ze wszystkim na mnie. Richard niedługo wróci do domu.

Poddałam   się.   Było   jasne,   że   Chesterton   był   zainteresowany   listą   kobiet 

żywiących urazę do Greenwaya jeszcze mniej niż Ramirez. Dość miałam wykłócania 

się z upartymi facetami jak na jeden dzień. Słuchałam w milczeniu, kiedy Chesterton 

poinformował   mnie,   że   rano   Richard   został   postawiony   w   stan   oskarżenia   i   że 

background image

kancelaria złożyła wniosek o zwolnienie go za kaucją. Niestety, z uwagi na to, że 

Richard już raz uciekł, było prawdopodobne, że aż do procesu pozostanie w areszcie.

Żegnając się ze mną, prawie poklepał mnie po głowie, po czym z powrotem 

zniknął   za   szklanymi   drzwiami.   Z   trudem   oparłam   się   pokusie,   by   pokazać   jego 

plecom środkowy palec. Faceci!

Althea zwlekała z odejściem. Przygryzając wargę, podeszła do mnie.

  -   Naprawdę   myślisz,   że   Greenwaya   mogła   zabić   któraś   z   jego  kochanek?   - 

zapytała ściszonym głosem, jakby samo mówienie o morderstwie mogło narazić ją na 

niebezpieczeństwo.

Westchnęłam, kątem oka patrząc, jak Jasmine stuka w klawiaturę. Choć starała 

się stwarzać pozory niezainteresowanej, byłam gotowa założyć się o moje ulubione 

botki od Gucciego, że cały czas uważnie nasłuchuje.

  - Nie wiem. Może. Wiem tylko, że Greenway był nieostrożny, jeśli chodzi o 

kobiety.

 - Mówiłaś o tym policji?

Wzdrygnęłam się na wspomnienie kpiącego tonu Ramireza.

 - Jeśli o nich chodzi, sprawa jest już zamknięta.

 - Biedy pan Howe. - Althea utkwiła wzrok w brązowoczerwonej wykładzinie, a 

jej oczy zaszkliły się za okularami grubości denka od butelki. Miałam wrażenie, że 

poza mną jest jedyną osobą na tej planecie, która wierzy, iż Richard nie byłby zdolny 

kogoś zastrzelić. Zapamiętałam sobie, żeby zabrać ją do Fernando's na strzyżenie i 

koloryzację, jak już będzie po wszystkim.

 - Nie martw się - powiedziałam, zaskakując nawet samą siebie. - Ja wiem, że on 

tego nie zrobił. I w taki czy inny sposób w końcu tego dowiedziemy. - Uśmiechnęłam 

się, chcąc dodać jej otuchy.

Kiwnęła głową, pociągając nosem.

 - Dopilnuję, żeby pan Chesterton załatwił ci widzenie z Richardem. Może uda 

się już jutro. Pasuje ci?

Skinęłam głową i podziękowałam jej, choć perspektywa zobaczenia Richarda w 

więziennym stroju sprawiła, że zebrało mi się na mdłości. Zjeżdżając windą, a potem 

idąc do dżipa, powtarzałam sobie, że Chesterton robi wszystko, co w jego mocy, aby 

background image

uwolnić Richarda. Powinno mnie to uspokoić, a tymczasem jedyne, co odczuwałam, 

to   przytłaczająca   presja.   Wiedziałam,   że   jeśli   wkrótce   nie   znajdę   mordercy 

Greenwaya, Richarda czeka proces o zabójstwo. Miałam ogromną nadzieję, że Carol 

Carter była właścicielką broni kaliber 22, bo kończyły mi się pomysły.

Dokładnie o szesnastej dwie skręciłam w przecznicę między Fair - fax i LaBreą, 

szukając   na   Hollywood   Boulevard   miejsca   do   zaparkowania,   które   nie   byłoby 

niedorzecznie daleko od Agencji Platta. Za trzecim okrążeniem poszczęściło mi się i 

zaparkowałam   między   pralnią   chemiczną   a   sklepem   z   pamiątkami.   Po   opłaceniu 

postoju i założeniu blokady na kierownicę skręciłam za róg i weszłam do białego 

budynku,   w   którym   mieściła   się   agencja.   Z   ulgą   stwierdziłam,   że   w   biurze   jest 

klimatyzacja.   Przyjrzałam   się   wystrojowi.   Recepcję   urządzono   w   stylu   vintage, 

przywołującym   na   myśl   czasy   świetności   Doris   Day   i   Rocka   Hudsona   (duże 

plastikowe   kwiaty   na   ścianach,   prostokątna   sofa   i   krzesła,   oliwkowe   dywaniki   w 

geometryczne   wzory   na   błyszczącym   parkiecie).   Nostalgiczny   klimat  potęgowały 

osoby znajdujące się w recepcji, kręciło się tu co najmniej pół tuzina sobowtórów 

Marilyn   Monroe.   Zamrugałam   oczami.   Była   tu   zarówno   Marilyn   ze  Słomianego 

wdowca,  jak   i   Marilyn   w   wydaniu  Happy   Birthday,   Mr.   President.  Matko.   Jakie 

stężenie tlenionych włosów.

Pod jedną ze ścian stały dwa składane stoliki. Na jednym leżał stos zdjęć twarzy, 

na   drugim   ustawiono   dzbanek   z   kawą,   styropianowe   kubki   i   pączki.   Pośrodku 

pomieszczenia   znajdował   się   półkolisty   pulpit   recepcjonistki.   Siedziała   za   nim 

ciemnowłosa kobieta w szylkretowych okularach, a jej znudzona mina sugerowała, że 

nie jest zachwycona pracą w niedzielę.

 - Przepraszam? - powiedziałam, wymijając stado platynowych seksbomb.

Uniosła głowę.

 - Przyszłaś na casting? - zapytała z lekkim nowojorskim akcentem.

  -   Ja?   Nie.   Przyszłam   zobaczyć   się   z   Carol   Carter.   Zdaje   się,   że   jest   waszą 

klientką.

 - Owszem - przyznała recepcjonistka. - Ale jej tu nie ma.

 - Może mogłabym dostać jej numer telefonu?

background image

 - Chwileczkę. - Recepcjonistka nakazała mi gestem, żebym zaczekała, kiedy do 

jej pulpitu przepchnęła się Marilyn w różowym sweterku i czółenkach.

  -   Przyszłam...   -   zaczęła   zadyszana   blondynka.   Znudzona   recepcjonistka 

przerwała jej.

 - Tak, tak, wiem. Nowa produkcja Lifetime Telewision. Wpisz się na listę, tam 

na stoliku. I zostaw zdjęcie. - Pokręciła głową, patrząc za oddalającą się Marilyn, po 

czym mruknęła coś o dużej podwyżce.

Z powrotem skupiła uwagę na mnie.

 - Przepraszam, możesz przypomnieć, kim jesteś?

Wzięłam głęboki oddech, przygotowując się do wygłoszenia przemowy, którą 

ćwiczyłam przez całą drogę w samochodzie.

  -   Reprezentuję   Springer   Productions.   Widzieliśmy   zdjęcia   Carol   Carter   i 

sądzimy, że będzie się idealnie nadawać do naszego nowego filmu. Chcemy się z nią 

skontaktować.

  - Przykro mi - powiedziała recepcjonistka. - Ale Carol Carter jest obecnie w 

Toronto. Nagrywa odcinek pilotażowy dla Foksa.

 - W Kanadzie? Od jak dawna tam jest?

 - Od zeszłej środy.

Starałam się nie okazać, jak bardzo jestem zawiedziona. Jeśli Carol Carter od 

tygodnia   przebywała   poza   krajem,   to   raczej   nie   mogła   przestrzelić   Greenwayowi 

głowy.   Zaczynałam   się   obawiać,   że   mam   równie   małe   szanse   na   rozwiązanie   tej 

zagadki jak na znalezienie kwiatu paproci.

 - Może umówić was na spotkanie w tygodniu? - zaproponowała recepcjonistka, 

rzucając okiem na kolejną Marilyn, która weszła do agencji.

 - Nie, nie trzeba. Odezwiemy się.

 - Przepraszam - powiedziała nowa Marilyn, stając tuż obok mnie w półbutach a 

la   lata   pięćdziesiąte,   dopasowanej   zwężonej   spódnicy   i   różowej   bluzce   w   grochy, 

jakieś dwa rozmiary za małej. - Przyszłam na casting do Goodbye, Norma Jean i... - 

Spojrzała na mnie i urwała.

Zabrało mi chwilę, nim zrozumiałam dlaczego. Spojrzałam w jej duże niebieskie 

oczy, a potem na duże, okrągłe implanty i nagle do mnie dotarło. Bunny.

background image

 - To ty! - wykrzyknęła, wskazując na mnie. - Co ty tutaj robisz?

  -   Eee...   -   Tak   mnie   zaskoczyła,   że   na   chwilę   zaniemówiłam.   -   Nie   wiem 

dlaczego, ale zerknęłam na recepcjonistkę, która nagle się ożywiła. Zdaje się, że jej 

dzień w końcu nabrał kolorów.

Bunny oparła dłonie na biodrach.

 - Wczoraj cały dzień siedziałam w studiu i czekałam na twojego fotografa, który 

oczywiście się nie pojawił.

 - Hm. Coś takiego. - Chciałam wycofać się do wyjścia, ale Bunny i jej ogromne 

implanty zablokowały mi drogę.

 - Wiesz, co myślę? - zapytała.

Pokręciłam głową, wypatrując wśród morza blondynek jakiejś drogi ucieczki.

 - Myślę, że tak naprawdę wcale nie jesteś dziennikarką.

  -   Dziennikarką?   -   Trochę   mniej   znudzona   recepcjonistka   zmrużyła   oczy.   - 

Mówiłaś, że jesteś ze Springer Productions?

 - Eee... - Patrzyłam to na Marilyn, to na recepcjonistkę. Dlaczego moja komórka 

zawsze milczy w takich sytuacjach? To była wprost wymarzona chwila na telefon od 

mamy w sprawie jakiejś ślubnej awarii lub od Dany, potrzebującej pocieszenia po 

rozstaniu. Spojrzałam w dół na torebkę. Cisza. Cholera.

 - Okay, powiem prawdę - odezwałam się w końcu, łamiąc się pod przenikliwym 

spojrzeniem dwóch par groźnych oczu. - Próbuję rozwiązać sprawę zabójstwa Devona 

Greenwaya. A z tego co wiem, obie, to znaczy ty - wskazałam na Bunny - i Carol 

Carter spotykałyście się z nim.

 - No i co z tego? - odparła Bunny. - Devon spotykał się z wieloma kobietami.

 - Co znaczy, że wiele osób mogło mieć powody, by chcieć jego śmierci.

Bunny patrzyła na mnie, mrużąc oczy.

 - Myślisz, że zabiłam Devona? Wzruszyłam ramionami.

  -   To  lepsze   od  Gotowych  na   wszystko!  -  Recepcjonistka   się   rozpromieniła. 

Kiedy weszły dwie kolejne Marilyn, od razu skierowała je do stolika pod ścianą. Jej 

oczy jaśniały bardziej od napisu Hollywood.

  -  Devon  może  i  był dupkiem  - przyznała   Bunny  -  ale   nie  wrobisz  mnie  w 

morderstwo. Poza tym zdaje się, że aresztowali już jego prawnika?

background image

Wzdrygnęłam się.

 - Aresztowali. Ale policja nadal prowadzi dochodzenie.

Bunny ciągle trzymała ręce na biodrach, wypinając na mnie implanty. Bałam się, 

że jeszcze chwila i wystrzelą guziki jej bluzki.

 - Jesteś z policji? Przygryzłam wargę.

 - Nie.

 - W takim razie nie muszę odpowiadać na twoje pytania.

 - Ma rację - powiedziała recepcjonistka. - Oglądam Prawo i porządek. Nie musi 

odpowiadać na twoje pytania.

  - A tak w ogóle - ciągnęła Bunny, zbliżając się do mnie - myślę, że już czas, 

żebyś ty odpowiedziała na kilka pytań. Kim naprawdę jesteś?

 - Ja? Eee... - Byłam przyparta do muru.

Zmuszona   szybko   coś   wymyślić,   sięgnęłam   do   torebki   i   otworzyłam   klapkę 

motoroli.

 - Sorry, muszę to odebrać. - Udałam, że wciskam guzik i przyłożyłam telefon do 

ucha. - Tak? - powiedziałam w ciszę.

 - Nie słyszałam dzwonka - powiedziała usłużnie recepcjonistka. Bunny założyła 

ręce pod biustem.

 - Ja też nie.

„Wibracje",   wyjaśniłam   bezgłośnie,   cały   czas   potakując   i   wydając   dźwięki 

świadczące o aktywnym słuchaniu.

 - Aha... aha... tak... jasne...

Nigdy   się   nie   dowiem,   czy   moje   umiejętności   aktorskie   były   wystarczająco 

przekonujące,   bo   właśnie   w   tym   momencie   mój   telefon   rozbrzmiał   dźwiękami 

uwertury do opery Wilhelm Tell.

Bunny uśmiechnęła się złośliwie.

 - Chyba dzwoni twój telefon.

Cholera. Chyba jednak nie nadawałam się do tej roboty.

  -   Okay,   muszę   lecieć.   -   Rzuciłam   się   do   ucieczki.   Wypadłam   za   drzwi   i 

pognałam   ulicą,   cały   czas   trzymając   w   ręce   dzwoniący   telefon.   Dopiero   kiedy 

background image

dotarłam   do   dżipa   i   zamknęłam   się   od   środka   na   wypadek   ataku   rozwścieczonej 

Marilyn Monroe, mogłam odebrać.

  - Halo? - wydusiłam z trudem, bo sprint, jaki właśnie odbyłam, sprawił, że 

ziajałam niczym golden retriever.

 - Hej, to ja - usłyszałam głos Dany. - Słuchaj, właśnie przypomniałam sobie coś 

odnośnie do Carol Carter.

 - Co?

 - Jest teraz na zdjęciach w Kanadzie.

Moja przyjaciółka ma doskonałe wyczucie czasu.

 - Tak, właśnie się tego dowiedziałam.

  -   Och.   Wybacz.   Słuchaj,   jutro   mam   casting   i   zastanawiałam   się,   czy   nie 

mogłabym wpaść do ciebie z rana i pożyczyć jakiegoś ciucha. Potrzebuję czegoś a la 

lata sześćdziesiąte. Kręcą nową wersję The Mod Squad czy czegoś podobnego, a ja nie 

mam nic, co by się nadawało.

 - Jasne. Mi szafa es su szafa.

 - Dzięki. Och, dzwoni Sasza, muszę kończyć. - Dana się rozłączyła. Zamknęłam 

klapkę i odczekałam chwilę, by uspokoił mi się oddech, po

czym wróciłam na dziesiątkę, kierując się do Santa Monica. Mój dzień był jedną 

wielką   katastrofą.   Nie   byłam   ani   o   krok   bliżej   rozwiązania   zagadki   morderstwa 

Greenwaya. Wkurzyłam tylko gwiazdę porno i przekonałam się, że obrońca Richarda 

jest wstrętnym szowinistą. Nie mogłam nawet z pełnym przekonaniem skreślić Carol 

Carter z listy wściekłych byłych dziewczyn. Owszem, miała alibi, ale przecież mogła 

wynająć   kogoś,   żeby   sprzątnął   Greenwaya.   Wiem,   wymyślałam,   ale   byłam 

zdesperowana.

W drodze do domu wstąpiłam do sklepu po mrożoną pizzę i kolejną dwulitrową 

colę. Jakimś cudem w moim wózku znalazło się także opakowanie pączków i pudełko 

Chunky Monkey. Nie walczyłam z tym. Doszłam do wniosku, że po porażce, jaką 

okazała się wizyta w Agencji Platta, terapia kaloriami dobrze mi zrobi.

Było ciemno, kiedy dotarłam do domu. Sama nie wiedziałam, czy czuję ulgę, czy 

zawód, nie widząc na ulicy SUV - a Ramireza. Choć nie byłam zachwycona naszą 

ostatnią kłótnią, było to już lepsze niż cisza, która na mnie czekała.

background image

Otworzyłam drzwi i włączyłam światło. Nagle o coś się potknęłam.

 - Co jest, do...? - Spojrzałam na podłogę. Leżał tam zniszczony test ciążowy.

Niech to szlag. To od tego wszystko się zaczęło. Nie dość, że mój chyba już były 

chłopak siedział w areszcie, seksowny detektyw nachodził mnie, kiedy przyszła mu na 

to ochota,  a Barbie  zabójca szalała na wolności,  strzelając do ludzi,  musiałam się 

jeszcze borykać z cholernym testem ciążowym!

Co gorsza, cały czas nie byłam pewna, jaki mam do tego stosunek. To znaczy do 

dziecka. Chyba chciałam je mieć. Kiedyś tam. Kto nie lubi dzieci? Są takie słodkie, 

mięciutkie i przytulaśne. Byłabym potworem, gdybym nie chciała mieć dziecka.

Tak, jakaś część mnie naprawdę go pragnęła. Kiedy o tym myślałam, ogarniało 

mnie przyjemne ciepło i chciałam być nową Florence Henderson (Florence Henderson 

(ur.   1934)   -   amerykańska   aktorka   telewizyjna;   odtwarzana   przez   nią   w   latach 

siedemdziesiątych   XX   wieku   postać   Carol   Brady   z   serialu  Grunt   to   rodzinka  jest 

archetypem   amerykańskiej   pani   domu   (przyp.   red.)).   Co   było   jednocześnie   trochę 

przerażające. Florence miała kochającego męża, dom na przedmieściach i gosposię. Ja 

nie miałam żadnej z tych rzeczy. Nie byłam pewna, czy jestem gotowa na założenie 

rodziny. A w każdym razie nie teraz, nie sama.

Nie   wiedzieć   czemu,   nagle   przypomniała   mi   się   rodzina   Ramireza.   Duże 

podwórko   pełne   roześmianych   dzieci.   Łagodna,   uśmiechnięta   twarz   mamy. 

Sponiewierana  pinata  zwisająca   z   gałęzi.   Ramirez   w   spodniach  polepionych  przez 

małe rączki, trzymający na kolanach małą bratanicę. Unoszący się w powietrzu zapach 

empanadas  i   ciasteczek   z   cukrową   posypką.   Muzyka.   Tańce.   Ciało   Ramireza 

ocierające się w tańcu o moje...

Jęknęłam.  Podniosłam test  ciążowy  i  wyrzuciłam do kosza  pod zlewem.  No. 

Przynajmniej jedną rzecz mam z głowy.

Zastanawiałam   się   właśnie,   czy   powinnam   wynieść   śmieci   do   kontenera   na 

tyłach budynku, kiedy zadzwonił telefon.

 - Halo? - powiedziałam.

Nikt się nie odezwał, ale słyszałam w słuchawce oddech.

  - Halo? - powtórzyłam, wyobrażając sobie, że to Richard próbuje się ze mną 

skontaktować, czując na karku oddechy gwałcicieli i morderców.

background image

Tyle że głos, który usłyszałam nie należał do Richarda. Był to głos kobiety.

  - Greenway dostał to, na co zasłużył. Odpuść sobie tę sprawę. Albo następna 

kulka będzie dla ciebie.

background image

Rozdział 18

Stałam jak sparaliżowana, ze słuchawką przyklejoną do ucha, choć połączenie 

zostało już przerwane. Boże. Czy to była Bunny? Andi? Kobieta od stringów? Nie 

wiedziałam. Głos był przytłumiony. Ale zdecydowanie należał do kobiety. Wkurzonej 

kobiety.

Zadrżałam i szybko odłożyłam słuchawkę, jakby owa tajemnicza kobieta mogła 

zastrzelić   mnie   przez   telefon.   Jeśli   potrzebowałam   potwierdzenia,   że   Richard   jest 

niewinny, to właśnie je uzyskałam.

Skąd ona miała mój numer? I skąd w ogóle wiedziała, kim jestem? Czy wiedziała 

też, gdzie mieszkam?

Pognałam   do   drzwi,   żeby   sprawdzić,   czy   są   zamknięte.   Były.   Dla   pewności 

otworzyłam   je   i   jeszcze   raz   zamknęłam.   Potem   sprawdziłam   okna   i   zaciągnęłam 

żaluzje. W odruchu paniki chciałam schować się pod materacem, ale zamiast tego 

szybko   sprawdziłam   szafę,   przypominając   sobie,   jak   sama   siedziałam   w   szafie   u 

Richarda. Z ulgą stwierdziłam, że nikt nie ukrywa się wśród moich swetrów.

Po   ponownym   sprawdzeniu   zamka   przy   drzwiach   usiadłam   na   materacu   i 

włączyłam telewizor - naprawdę głośno - żeby wypełnić złowrogą ciszę powtórkami 

Kronik Seinfelda. Jednak zupełnie nie zwracałam uwagi na Jerry'ego. Nasłuchiwałam 

odgłosów dochodzących z zewnątrz. Takich, które mogłyby towarzyszyć skradaniu się 

szalonej,   owładniętej   żądzą   zemsty   blondynki   w   stringach   i   szpilkach.   Ściszyłam 

telewizor, żeby lepiej słyszeć.

Naprawdę zaczynałam wariować.

Potrzebowałam   broni.   Czegoś,   na   wypadek   gdyby   Barbie   Morderczyni 

próbowała   się   do   mnie   włamać   w   nocy.   Jakiegoś   ostrego   noża   czy   klucza 

francuskiego. Niestety, ponieważ nie gotowałam ani nie naprawiałam gaźników, nie 

miałam   żadnej   z   tych   rzeczy.   Błądziłam   wzrokiem   po   pokoju,   szukając   czegoś 

wystarczająco ciężkiego, by móc walnąć Barbie w łeb. Porwałam z szafy zakurzonego 

thighmastera  (Thighmaster   -   lekki   podręczny   przyrząd   do   ćwiczenia   mięśni   nóg 

(przyp. red.)) i wskoczyłam z powrotem na materac.

Kicha. Wcale nie czułam się bezpieczniej.

background image

Niechętnie wyjęłam z torebki wizytówkę Ramireza. Przez chwilę wpatrywałam 

się w nią. Najrozsądniej było zadzwonić po gliniarza, prawda?

W końcu przed chwilą grożono mi śmiercią. Właśnie takimi sprawami zajmują 

się policjanci. Reagowała na podobne zgłoszenia.

Tyle  że   po   naszej   porannej   kłótni   zupełnie   nie   uśmiechało   mi   się   zrobienie 

pierwszego kroku. Nie chciałam, żeby Ramirez pomyślał, że użyłam tego telefonu 

jako wymówki, by do niego zadzwonić. Bałam się, że dzwoniąc do niego pierwsza, 

wyjdę na cieniaskę.

Przygryzłam wargę, zastanawiając się, co jest gorsze: wyjść na cieniaskę czy 

paść ofiarą Barbie. Złapałam telefon i wybrałam numer. Jednak po pierwszym sygnale 

stchórzyłam i się rozłączyłam. Cholera. Byłam cieniaską.

Telefon   zadzwonił   w   mojej   dłoni,   a   ja   podskoczyłam   chyba   metr   w   górę. 

Trzęsącymi się palcami wcisnęłam guzik.

 - Halo? - Modliłam się w duchu, żeby to był telemarketer.

 - Maddie?

Pobożne życzenie. Dzwonił Ramirez.

 - Och, cześć.

 - Dzwoniłaś do mnie? Przed chwilą wyświetlił mi się twój numer. Szlag by trafił 

te nowoczesne wynalazki.

 - Och, eee, powiedzmy.

 - Co znaczy „powiedzmy"?

 - Okay. Dzwoniłam, ale się rozłączyłam. Zadowolony?

Przez chwilę milczał. Spodziewałam się, że zaraz wybuchnie śmiechem, ale w 

jego głosie usłyszałam niepokój.

 - Co się dzieje? Nic ci nie jest?

Cholera.   Byłam   zła,   że   zachowuję   się   jak   nastolatka,   podczas   gdy   on   jest 

zatroskany i przejęty. Maddie, jesteś naprawdę porąbana, dziewczyno.

 - Nie. Wszystko w porządku. Po prostu odebrałam niepokojący telefon.

Znowu zamilkł.

 - Opowiedz mi o tym.

background image

Opowiedziałam. Nie trwało to długo. Telefon był krótki, choć  pozostawił po 

sobie niezatarte wrażenie. Kiedy skończyłam, znowu zapadła cisza.

 - Chcesz, żebym przyjechał? - zapytał po chwili Ramirez.

Jasne, że tak. I wcale nie myślałam o seksie. No może trochę. Już sama myśl o 

Złym Glinie z wielką, groźną spluwą, stojącym na straży moich drzwi sprawiała, że 

czułam   się   bezpieczniej.   Z   drugiej   strony   dzwonienie   do   Ramireza,   a   potem 

odkładanie słuchawki było bardzo dziewczyńskie. Proszenie go, by przyjechał na noc, 

bo dzwoniła do mnie jakaś kobieta, byłoby jeszcze bardziej dziewczyńskie. Tak więc, 

choć wszystko we mnie krzyczało: „Tak, przyjedź, weź ze sobą spluwę i wskocz do 

mojego łóżka", wykrzesałam z siebie resztki dumy.

 - Nie, dzięki. Mam thighmastera. Wszystko w porządku. Naprawdę. Słyszałam, 

jak westchnął. Zdaje się, że nie uwierzył w moje zapewnienia.

W końcu powiedział:

 - Masz mój numer, tak?

 - Tak.

 - Ustaw go na szybkie wybieranie. - I się rozłączył.

Zrobiłam,   jak   kazał.   Potem   w   towarzystwie   thighmastera   ja   i   moja   duma 

spędziłyśmy   długą,   wyczerpującą   noc,   na   zmianę   czuwając   i   śniąc   sny   o   lalkach 

mordercach i nagim Ramirezie. Chyba mam kompletnie spaczoną podświadomość.

Następnego   ranka   obudziłam   się   wcześnie   i   natychmiast   sprawdziłam,   czy 

wszystkie drzwi i okna nadal są zamknięte. Były. Powinnam poczuć się lepiej, ale to 

tylko spotęgowało moją paranoję. Odpuściłam sobie prysznic (przypomniała mi się 

słynna scena z Janet Leigh w Psychozie),  wypiłam dwie filiżanki kawy i szybko się 

ubrałam.

Sprawdziłam wiadomości na automatycznej sekretarce. Dzwoniła Althea, żeby 

poinformować, że widzenia odbywają się między drugą a czwartą i że wpisała mnie na 

listę, abym mogła się zobaczyć z Richardem. Podziękowałam w duchu za to, że choć 

jedna osoba jest po mojej stronie.

Druga  wiadomość była od Dany. Zmieniła  zdanie  i nie chciała  już pożyczać 

ciuchów.   Potrzebowała   za   to   nowych   butów.   Pytała,   czy   chcę   z   nią   pojechać   na 

zakupy.

background image

Z jednej strony wydawało się to dość frywolne - robić zakupy, kiedy moje życie 

jest w rozsypce. Z drugiej strony nowa para butów zawsze pozwalała mi odzyskać 

jasność myśli...

Szybko oddzwoniłam do Dany i powiedziałam, że spotkamy się w Neimanie 

Markusie za pół godziny.

Dom   towarowy   Neiman   Marcus   znajduje   się   w   Beverly   Hills,   zaledwie   trzy 

przecznice   od   sławnego   Miracle   Mile   przy   Wilshire,   gdzie   pełno   jest   muzeów, 

restauracji i, co najważniejsze, firmowych butików, kuszących ograniczone finansowo 

maniaczki mody takie jak ja. Zostawiłam samochód na parkingu wielopoziomowym i 

odszukałam Danę w dziale z butami. Siedziała obok sterty botków.

 - Spóźniłaś się - powiedziała. Dlaczego ludzie ciągle mi to wypominali?

 - Przepraszam. To była długa noc.

 - Ooo... z twoim detektywem?

 - Nie! - Dzięki mojej głupiej dumie. - On wcale nie jest moim detektywem. Jest 

po prostu detektywem. - Który pojawia się w moich snach. Nago. Rety.

  -   Szkoda.   Bo...   -   W   oczach  Dany   pojawił   się   szelmowski   błysk,   który,   jak 

wiedziałam   po   latach   przyjaźni,   wiązał   się   z   przygodnie   poznanymi   facetami.   - 

Zapytaj mnie o moją noc z Saszą. - Poruszyła brwiami.

 - Będziesz zła, jeśli powiem, że wolałabym nie?

 - Było cudownie! Maddie, ten facet jest jak maszyna. - Uniosła cztery palce. - 

Cztery razy. Cztery oddzielne orgazmy jednej nocy. Możesz uwierzyć?

Ze wstydem przyznałam, że z trudem.

 - Mówię ci, on jest jak króliczek Energizera. Jest nienasycony, jest...

 - Okay, rozumiem.

 - A najlepsze jest to... - Nachyliła się do mnie, zniżając głos. - Że ma przyjaciela. 

Miszę. - Puściła do mnie oko. - Co powiesz na podwójną randkę dziś wieczorem?

Przyznaję,  że  perspektywa  bliższej  znajomości  z króliczkiem Energizera  była 

kusząca.

 - Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję, jest inny facet. Dana przechyliła głowę.

 - Nie mówiłaś przypadkiem, że Richard jest żonaty? I że siedzi w areszcie?

 - Możemy o tym teraz nie rozmawiać? Wzruszyła ramionami.

background image

  -   Jak   chcesz.   Ale   dobrze   to   przemyśl.   -   Ponownie   uniosła   cztery   palce. 

Przewróciłam oczami, szybko zmieniając temat.

 - To Prada?

 - Aha. Podobają ci się? - Dana poruszyła palcami w jasnobrązowych kozaczkach 

z cielęcej skórki.

 - Czy mi się podobają? Są boskie. Stać cię na Pradę? - zapytałam.

 - Chciałabym. Ale przymierzenie nic nie kosztuje.

Jakby na komendę z zaplecza wyszedł sprzedawca, niosąc trzy kolejne pudełka z 

butami. Postawił je obok Dany.

  - Dziękuję, Davidzie - powiedziała, odczytując jego imię z plakietki. - Jesteś 

cudowny.   -   Posłała   mu   swój   najszerszy,   najbardziej   zalotny  uśmiech.   -   Mógłbyś 

sprawdzić, czy macie takie - wskazała na szpilki od Gucciego - w czarnym kolorze?

 - Nie ma problemu - powiedział, po czym spojrzał pytająco na mnie.

 - Eee, ja, eee... - Patrzyłam to na kozaczki od Prady, to na Davi - da. A co tam. - 

Sprawdź jeszcze, czy macie takie w rozmiarze trzydzieści osiem.

Dwadzieścia   minut   później   sprzeczałam   się   sama   ze   sobą,   czy   istnieje   cień 

szansy, żebym mogła sobie pozwolić na Pradę. Może gdybym sprzedała samochód i 

nie jadła przez pół roku, mogłabym je kupić. Przyglądając się swojemu odbiciu w 

lustrze, byłam prawie zdecydowana. Miękka, jasnobrązowa skórka otulała moje nogi 

niczym jedwab, a podeszwy były tak idealnie wyprofilowane, że czułam się, jakbym 

chodziła   po   chmurach.   Nie   wspominając   już   o   tym,   że   dzięki 

ponadsiedmiocentymetrowym   obcasom   moje   łydki   wyglądały   prawie   jak   u   Dany. 

Drobniutki,   precyzyjny   ścieg,   doskonała   sylwetka   i   mały   błyszczący   dzyndzelek 

suwaka z logo Prady. Panie i panowie, właśnie tak powinny wyglądać buty. Obróciłam 

się przed lustrem i westchnęłam.

Niestety, kiedy obliczyłam, ile dziecięcych bucików musiałabym zaprojektować, 

żeby pozwolić sobie na tę jedną parę, poddałam się. Wynik był porażający. Niechętnie 

włożyłam z powrotem swoje szmaragdowe czółenka z odkrytą piętą. Opuściłyśmy 

królestwo Prady z białymi kozaczkami tancerki go - go dla Dany. Była to jej własna 

interpretacja stylu lat sześćdziesiątych.

background image

Powędrowałyśmy   w   dół   ulicy   do   Leon's,   gdzie   zamówiłam   frytki   z   chili   i 

dodatkowym serem, zaś Dana wciągnęła niskokaloryczną pitę z ogórkiem i kiełkami. 

Wtedy opowiedziałam jej o telefonie, jaki odebrałam poprzedniego dnia wieczorem.

Kiedy skończyłam, Dana z zamyśloną miną przeżuwała kiełki.

 - Jak myślisz, kto to był?

  -  Nie  wiem.  Może  Bunny.  Była  nieźle  wkurzona,  kiedy wpadłam  na  nią  w 

agencji Charliego Platta.

 - Aha. - Potakując, Dana włożyła do ust ogórek.

 - Albo Andi. Odniosłam wrażenie, że jest zdolna do tego typu akcji.

 - Zastanawiam się - powiedziała Dana, oblizując palce - czemu nie bierzesz pod 

uwagę żony?

 - Celii? - zapytałam. - Ona nie żyje.

 - Nie, mówię o żonie Richarda. Znieruchomiałam z frytką uniesioną do ust.

 - Zdaje się, że miałyśmy nie rozmawiać o jego stanie cywilnym.

  -   Przepraszam,   przepraszam   -   powiedziała,   wymachując   serwetką.   -   Ale   po 

prostu... - Urwała, przygryzając wargę.

Poddałam się.

 - Mów. O co chodzi z żoną Richarda?

  -   Cały   czas   trzymamy   się   teorii,   że   morderca   ma   związek   z   niewiernością 

Greenwaya. A co z niewiernością Richarda?

Wzdrygnęłam się.

 - Mów dalej.

  -   Może   jego   żona   dowiedziała   się   o   tobie   i   jej   odbiło.   Może   wykorzystała 

Greenwaya, żeby wrobić Richarda? Posłanie niewiernego mężulka do celi śmierci to 

niezła zemsta.

Włożyłam frytkę do ust, zastanawiając się nad teorią Dany. Musiałam przyznać, 

że bardzo mi się spodobała.

 - Jeśli planowała rozwód, to dwadzieścia milionów byłoby idealnym prezentem 

pożegnalnym. A będąc żoną Richarda, miała dostęp do jego dokumentów.

  -   Dokładnie.   Czasami   kobietom   nieźle   odwala,   kiedy   się   dowiadują,   że   są 

zdradzane.

background image

Mnie nie musiała tego mówić. Dana wzruszyła ramionami.

 - W każdym razie nie zaszkodzi wziąć tego pod uwagę.

Miała rację. Pytanie brzmiało, czy Kopciuszek rzeczywiście była zdolna zabić z 

zimną krwią dwoje ludzi, żeby odegrać się na Richardzie? Wzdrygnęłam się. Zawsze 

uważałam, że te disnejowskie postacie są jakieś podejrzane.

 - Okay - powiedziała Dana, zgniatając serwetkę - było fajnie, ale za dwadzieścia 

minut muszę być w Hollywood. - Uniosła swoje kozaczki tancerki go - go. - Życz mi 

powodzenia.

 - Połamania nóg - powiedziałam, a ona posłała mi buziaka i wyszła. Patrzyłam, 

jak   idzie   w   dół   Wilshire   i   znika   za   rogiem,   wracając   po   samochód.   Ciągle 

przetrawiałam  najnowszą  teorię  z  Kopciuszkiem  w  roli  głównej. Rozmiękłą  frytką 

nabrałam   resztkę   chili   i   włożyłam   do   ust.   Muszę   przyznać,   że   im   dłużej   o   tym 

myślałam,   tym   bardziej   chciałam,   żeby   to   Kopciuszek   okazała   się   morderczynią. 

Dlaczego nie? Ramirez powiedział, że to ona jest właścicielką broni. Jeśli tak, to na 

pewno   umiała   się   nią   posługiwać.   Blond   włosy   w   pokoju   Greenwaya   też   mogły 

należeć do niej. Kto wie, może Kopciuszek miała nawet romans z Greenwayem? W 

końcu co tak naprawdę o niej wiedziałam? Niewiele. Tylko tyle, że jeździ nowiutkim 

roadsterem.

I że jest żoną Richarda. Suka.

Spojrzałam   na   zegarek.   Druga   dziesięć.   Dziesięć   minut   temu   zaczęła   się   w 

areszcie pora widzeń. Najwyższy czas, żeby wyciągnąć z Richarda parę odpowiedzi. 

Szybko wyrzuciłam pozostałości po moim kalorycznym lunchu i wróciłam do dżipa.

Budynek aresztu okręgu Los Angeles wygląda jak podobne obiekty w filmach. 

To ciąg posępnych betonowych brył, pomalowanych na kolor ciemnopomarańczowy 

pewnie gdzieś w latach siedemdziesiątych. W środku jest niewiele lepiej: migoczą 

jarzeniówki,   wszędzie   unosi   się   zapach   detergentów   i   dymu   papierosowego.   No   i 

jeszcze napięcie i ludzie, którzy nie patrzą ci w oczy.

Musiałam zgodzić się na rewizję torebki, z której usunięto wszystko, co mogłoby 

posłużyć jako broń (mój pilnik do paznokci został uznany za niebezpieczny), a potem 

zostałam dwukrotnie obmacana przez kobietę, która wyglądała jak John Goodman. W 

końcu   skierowano   mnie   do   pomieszczenia   przypominającego   salę   gimnastyczną, 

background image

pełnego stolików, przy których zapłakane kobiety siedziały naprzeciwko mężczyzn w 

pomarańczowych   kombinezonach.   Jak   na   moje   oko,   wszystkim   przydałaby   się 

porządna kąpiel z dużą ilością mydła antybakteryjnego.

Obecność   stojących   pod   ścianami   strażników   o   kamiennych   twarzach   trochę 

mnie   uspokoiła,   zajęłam   więc   miejsce   przy   stoliku   w   pobliżu   drzwi.   Pięć   minut 

później   przez   samozamykające   się   drzwi   na   drugim   końcu   sali   wprowadzono 

Richarda.   Prawie   zrobiło   mi   się   go   szkoda,   kiedy   usiadł   naprzeciwko   mnie.   Miał 

podkrążone oczy, jakby w ogóle nie spał. Brodę porastała mu jasna szczecina, z tym 

że  wcale  nie  przypominał  faceta  z reklamówki maszynek  do  golenia.  Jeśli  już,  to 

Nicka Nolte z policyjnej fotografii.

 - Dziękuję, że przyszłaś - powiedział. Skinęłam głową, niepewna co powiedzieć.

 - Chesterton mówił ci, że nie wypuszczą mnie za kaucją? Ponownie skinęłam.

 - Przykro mi.

 - Mnie też. - Rozejrzał się, jakby ciągle nie mógł uwierzyć, że tu trafił.

Przyznaję, że mnie samej ciężko było w to uwierzyć. Wzięłam się jednak w 

garść, przypominając sobie, po co przyszłam.

 - Richard, musimy porozmawiać o twojej żonie. Wpatrywał się w swoje dłonie, 

unikając kontaktu wzrokowego.

  -   Przepraszam,  że   ci   o   niej   nie   powiedziałem,   Maddie.   Nie   chciałem   cię 

skrzywdzić.

 - Nigdy nie zamierzałeś mi o niej powiedzieć, prawda?

 - Nie. Słuchaj... jesteśmy w separacji. - Westchnął, nadal nie podnosząc oczu. - 

Ja mieszkam tutaj, ona w Orange County. Nie wniosłem jeszcze sprawy o rozwód, bo 

nie chciałem, żeby jej prawnik węszył teraz w moich aktywach.

Przygryzłam wargę. Nie byłam pewna, czy mu wierzę.

 - A co z roadsterem?

  -   Boże,   skąd   o   tym...   -   Urwał,   w   końcu   unosząc   wzrok.   Pokręcił   głową   i 

przeczesał ręką sterczące włosy. Zdaje się, że żel do włosów nie znajdował się na 

wyposażeniu celi. - Kupiłem Amy samochód, żeby ją trochę udobruchać. Ona już 

chciała składać pozew rozwodowy, a ja nie mogłem ryzykować. Jej prawnik zażądałby 

wglądu w moje rachunki, wytropiłby każdego centa, jaki przeszedł przez moje ręce. 

background image

Biorąc pod uwagę moje interesy z Greenwayem... cóż, nie uważałem, żeby to był 

dobry pomysł.

 - Czyli chodzi jej o twoje pieniądze? - Teoria z Kopciuszkiem wyglądała coraz 

lepiej.

 - Nie. Amy nie jest taka. Nie chodzi jej o pieniądze. Tak, jasne.

Richard pokręcił głową.

 - Roadster był moim pomysłem.

  - Richard, czy Amy wiedziała, że się ze mną spotykasz? Zmieszany, odwrócił 

wzrok, unikając mojego spojrzenia.

 - Nie. Nie powiedziałem jej.

Co   nie   znaczy,  że   nie   dowiedziała   się   tego   sama.   I   wpadła   w   szał.   Byłam 

ciekawa, co Richard myślałby o Kopciuszku, gdyby okazało się, że jest morderczynią. 

Czy wtedy wniósłby sprawę o rozwód? Odebrał roadstera? Szczerze mówiąc, trochę 

niepokoił mnie fakt, że jej broni, choć jak sam przyznał, byli w separacji. I co to za 

brednie, że Kopciuszkowi nie chodzi o pieniądze? Wszystkim chodzi o pieniądze.

Chciałam   go   wymaglować,   wypytać   o   każdy   szczegół   dotyczący   jego 

potencjalnie   niebezpiecznej   dla   otoczenia   żony.   Postanowiłam   trzymać   emocje   na 

wodzy, skupiając się na faktach. Zamierzałam ją pogrążyć. Jednak im dłużej myślałam 

o  idealnym   Kopciuszku   i   jej   roadsterze,   tym  większa   ogarniała   mnie   niepewność. 

Może to przez moje rozregulowane hormony, ale zamiast rzucić: „Myślisz, że twoja 

żona jest zdolna do popełnienia morderstwa?", zapytałam:

 - Ciągle ją kochasz? - Przygryzłam wargę, próbując nie okazać, ile znaczy dla 

mnie jego odpowiedź.

  - Nie. Boże, nie. Naprawdę myślisz, że zrobiłbym ci coś takiego, Maddie? - 

Zajrzał mi głęboko w oczy, jednocześnie sięgając przez stół po moją rękę. Zaczął 

rysować kciukiem niewielkie kółeczka po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka. - 

Przysięgam, pączuszku, że jesteś jedyną kobietą w moim życiu.

Przyznaję, że zaczynałam się wahać. Brzmiało to naprawdę szczerze.

 - A co powiesz o opakowaniu po prezerwatywie na twoim biurku?

 - Co? - Był auntentycznie zaskoczony.

background image

  - Przeszukiwałam twój gabinet i przy okazji natknęłam się na opakowanie po 

prezerwatywie wetknięte pod biurkowy kalendarz.

Richard rozdziawił usta, zszokowany, że miałam czelność myszkować w jego 

gabinecie.

Uniosłam wyzywająco brwi, czekając na odpowiedź. No dalej, wytłumacz się.

 - Nic nie wiem na ten temat.

 - Nie uprawiałeś w pracy seksu ze swoją żoną?

  -  Nie.  -  Pokręcił głową  i  zmarszczył  nos,  jakby  sam  pomysł  wydał  mu  się 

odpychający. - Słuchaj, wiem, że masz wszelkie powody, żeby mi nie wierzyć po tym, 

co przeze mnie przeszłaś, ale przysięgam ci, że nie wiem, o czym mówisz. Pączuszku, 

nie ma nikogo poza tobą. Przysięgam. Proszę, uwierz mi. Potrzebuję cię.

Potrzebuję cię. Nie kocham cię, tęskniłem za tobą. Potrzebuję cię.

Nagle dotarło do mnie, że Richard naprawdę mnie potrzebuje. Siedział w gównie 

po szyję, a ja byłam jedyną osobą na świecie, która mogła go z tego wyciągnąć.

Pytanie  brzmiało  jednak,  czy ja  potrzebuję jego?   Przyjrzałam się  siedzącemu 

naprzeciwko mnie facetowi. Nie wyglądał już jak Ken. Lśniąca, zewnętrzna powłoka 

zniknęła. Pozostał człowiek, którego być może nie poznałabym do końca jeszcze przez 

wiele lat, gdyby nie bałagan, w który nas wpakował. Odnosiłam niepokojące wrażenie, 

że pod zewnętrzną warstwą Richarda, ważnego prawnika, niewiele się kryje.

Przez ostatni tydzień rozpaczliwie pragnęłam go odnaleźć. Sądziłam, że kiedy mi 

się to uda, nie będę już musiała sama borykać się z problemem mojej ewentualnej 

ciąży. Że jeśli zobaczę różową kreskę i spanikuję, przynajmniej będę miała oparcie w 

Richardzie. Kiedy teraz patrzyłam na mężczyznę, z którym spędziłam ostatnich pięć 

miesięcy, uświadomiłam sobie, że nawet gdyby się starał, mógłby okazać się nie dość 

silny, by mnie wspierać. Być może zamiast znaleźć w nim oparcie, musiałabym być 

silna za nas oboje?

Nagle jedyne, czego chciałam, to mu dowalić. Chciałam wrzeszczeć, wyładować 

na nim wszystkie swoje frustracje za to, że w pojedynkę zrujnował mi życie. Chciałam 

dać   upust   emocjom,   poddać   się   typowo   kobiecej   histerii,   załamać   się   i   oczyścić 

właśnie tutaj, w sali widzeń aresztu.

Richard milczał, czekał, aż się odezwę.

background image

  - Musisz mi uwierzyć. - Uniósł moje dłonie do ust i delikatnie całował moje 

kostki. - Proszę, pączuszku, mam tylko ciebie.

Wzdrygnęłam się. Pomyślałam, że jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi do głowy 

związać się z facetem, powinnam się zastrzelić.

 - Okay. Wierzę ci. - Może.

Uśmiechnął się słabo, nie uwalniając moich dłoni.

  -   Dziękuję,   pączuszku.   Wiedziałem,   że   mogę   na   ciebie   liczyć.   Wychodząc, 

czułam w żołądku dziwną pustkę połączoną z mdłościami

i bólem. Zdaje się, że moja cholerna duma znowu dawała o sobie znać.

Po wizycie w areszcie wstąpiłam do Taco Bell, gdzie zamówiłam wielką, tłustą 

porcję   nachos   z   ciągnącym   serem   i   papryczkami   jalapeno.   Tak   dla   poprawienia 

nastroju. Zjadłam wszystko i pojechałam do siebie.

Jadąc do domu, starałam się nie myśleć o rozmowie z Richardem. Najgorsze było 

to,   że   naprawdę   mu   wierzyłam.   Nie   uważałam,   by   był   zdolny   do   prowadzenia 

podwójnego życia, chociaż aż za dobrze mogłam sobie wyobrazić,  jak przekupuje 

Kopciuszka samochodem. Kiedy w zeszłym miesiącu chciałam, żeby poszedł ze mną 

na   bierzmowanie   mojej   kuzynki   Shannon,   zbył   mnie   parą   błyszczących 

dwudziestoczterokaratowych kolczyków. Tak, historia jego życia idealnie przystawała 

do jego moralności. Tylko co to oznaczało dla mnie? Nadal miałam chłopaka czy nie? 

Nie byłam pewna. Nie wiedziałam też, czy tu jeszcze chodzi o mnie. Zerknęłam na 

swój brzuch. Obiecałam sobie, że rano pójdę do apteki po nowy test ciążowy.

Powoli wspięłam się po schodach, tak zatopiona w myślach, że nie zauważyłam 

niczego podejrzanego, dopóki nie stanęłam przed swoim mieszkaniem.

Drzwi były otwarte.

Przeszedł   mnie   zimny   dreszcz,   a   stopy   przyrosły   do   podłogi.   Może   to   tylko 

Dana. Może pokłóciła się z Saszą i przyjechała się wypłakać. Albo wrócił Ramirez. 

Może nie chciało mu się czekać i po prostu wszedł do środka.

Tyle że na ulicy nie widziałam ani jego czarnego SUV - a, ani jasnobrązowego 

saturna Dany.

Powoli   podeszłam   do   drzwi,   uważnie   nasłuchując.   Jedyne,   co   słyszałam,   to 

włączony telewizor u sąsiadów i odgłosy ruchu ulicznego. Ostrożnie pchnęłam drzwi.

background image

 - Halo? Dana?

Głośno wciągnęłam powietrze na widok swojego mieszkania. Wyglądało jak po 

przejściu tornada. Wszystkie szafki były otwarte, moja skromna zastawa kuchenna 

leżała   potłuczona   na   podłodze.   Materac   był   przewrócony   na   bok,   a   poduszki 

rozrzucone po całym pokoju. Po podłodze walały się moje pisaki, wraz z butami, 

ubraniami i kosmetykami do makijażu.

Obawiając   się   najgorszego,   podeszłam   do   stołu   kreślarskiego.   Zassałam 

powietrze, walcząc ze łzami. W poprzek projektu buta z kolekcji Strawberry Shortcake 

ktoś napisał grubym, czarnym markerem: „Odpuść sobie, dziwko".

Zakręciło mi się w głowie, słowa rozmywały mi się przed oczami. Wpatrywałam 

się w zniszczony projekt, wiedząc, że będę musiała zacząć wszystko od nowa. Nagle 

za plecami usłyszałam dźwięk.

Odwróciłam się.

Niestety,   nie   byłam   dość   szybka.   Nim   zdążyłam   zobaczyć,   co   mnie 

zaalarmowało, poczułam eksplozję za skronią. Potem mój stół kreślarski, zniszczony 

projekt i wszystko inne zniknęło, zasnuwając się czernią.

background image

Rozdział 19

Powoli, mrugając, otworzyłam jedno oko. Potem drugie. Obraz był zamazany, 

ale   po chwili  bolesnego mrugania,   wyostrzył  się.  Szmaragdowy  klapek.   Fioletowe 

Paskudztwo   po   drugiej   stronie   pokoju.   Moje   pisaki,   szminka,   torebka.   Powoli 

zmaterializował   się   cały   pokój.   Poruszyłam   głową   i   poczułam   pod   policzkiem 

wykładzinę. Co ja robię na podłodze? Usiadłam, przykładając rękę do głowy, w której 

dudnił młot pneumatyczny.

I nagle sobie przypomniałam. Otwarte drzwi, zniszczony projekt. Cios w głowę. 

Rozejrzałam się wokół, szukając napastnika. Nikogo nie było.

Złapałam   torebkę   i   szybko   zadzwoniłam   pod   numer   alarmowy.   Wstałam 

chwiejnie i w jednym bucie dotarłam do drzwi, a potem do dżipa, gdzie siedziałam 

zamknięta, dopóki nie usłyszałam wycia policyjnych syren.

Pierwsi zjawili się dwaj umundurowani policjanci. Dotarcie zajęło im zaledwie 

kilka minut, ale to wystarczyło, bym zdążyła wpaść w histerię. Płakałam i bełkotałam 

bez składu. Wyglądało na to, że uderzenie w głowę na chwilę pozbawiło mnie resztek 

rozsądku. Jeden z policjantów zadzwonił po karetkę i wkrótce okolica zaroiła się od 

błyskających świateł. Byłam pod wrażeniem. Zwykle widywaliśmy tu takie poruszenie 

tylko przy okazji gangsterskich porachunków.

Policjanci przeszukali moje mieszkanie i - co było do przewidzenia - nikogo nie 

znaleźli. Sanitariusz dał mi torebkę z lodem i okrył brzydkim zielonym kocem, choć 

na dworze było ze trzydzieści stopni. Powiedział, że jestem w szoku. Nie spierałam 

się.

Zanim pojawił się czarny SUV, prawie zdążyłam się pozbierać. Mój oddech się 

uspokoił, miły policjant przyniósł mi z szafy puchate różowe kapcie i prawie przestało 

mi ciec z nosa. Prawie.

Wciągnęłam   powietrze,   kiedy   Ramirez   wysiadł   z   samochodu.   Znowu   miał 

pokerową minę. Miał na sobie wytarte we właściwych miejscach dżinsy i granatowy T 

- shirt, który podkreślał jego wyrzeźbioną sylwetkę. Owinęłam się ciaśniej kocem, 

próbując w ten sposób powstrzymać się przed rzuceniem się w jego ramiona.

Usiadł   obok   mnie   na   schodach,   ciężko   wypuszczając   powietrze,   jakby   był   u 

kresu wytrzymałości.

background image

 - Wszystko w porządku?

 - Chyba tak.

Dotknął   mojej   głowy   i   delikatnie   wymacał   guza.   Jego   dłonie   były   ciepłe, 

przyjemne i miałam ochotę poddać się im bez reszty.

 - Niezły guz.

 - Dzięki.

Jego usta zadrżały w kącikach.

 - To nie był komplement. Przygryzłam wargę.

 - No tak.

Zjechał ręką niżej i pogładził mnie po karku. Zdaje się, że aż westchnęłam z 

zadowolenia.

 - Co się stało? - zapytał.

Zaczerpnęłam tchu i zaczęłam na nowo przeżywać jedne z najstraszniejszych 

chwil w moim dotychczasowym życiu. Fakt, że zostałam zaatakowana we własnym 

mieszkaniu,   miejscu,   które   zawsze   kojarzyło   mi   się   z   bezpieczeństwem   i 

przytulnością, były dla mnie większym wstrząsem niż trzęsienie ziemi o sile siedem 

stopni w skali Richtera. Kiedy skończyłam, moje oczy znowu wypełniły się łzami i 

pociągałam nosem jak szalona.

Ramirez przyglądał mi się, nadal delikatnie masując mój kark.

 - No powiedz to - rzuciłam. Uniósł brew.

 - Co?

  - Wiem,  że nie możesz się doczekać, żeby powiedzieć „a nie mówiłem". Że 

powinnam była cię posłuchać i nie zajmować się tą sprawą. Że nie mam pojęcia, co 

robię i przez to wpakowałam się w kłopoty. Po prostu to powiedz. Wiem, że tego 

chcesz, więc to powiedz i...

Uciszył mnie, kładąc palec na moich ustach.

Znieruchomiałam. Jego dotyk był taki delikatny. A oczy ciemne. Boże, czy on 

zamierzał mnie pocałować? Tutaj? Teraz? Nie zrobił tego. Powiedział tylko:

 - Po prostu obiecaj mi, że dasz sobie wreszcie spokój z tą sprawą.

background image

Z trudem przełknęłam ślinę, kiedy obrysował palcami moje usta. Potem zabrał 

ręce   i   oparł   je   z   powrotem   na   swoich   kolanach.   Z   całej   siły   broniłam   się   przed 

nieprzyzwoitymi myślami.

  -   Ale   czy   to,  że   ktoś   się   do   mnie   włamał,   nie   jest   dowodem   niewinności 

Richarda? - zaprotestowałam. - Że prawdziwy zabójca jest na wolności? - Wiedziałam, 

że zaczynam niebezpiecznie przypominać O.J. Simpsona.

Ramirez tylko pokręcił głową.

  - Nie, Maddie, to tylko dowodzi,  że kogoś wkurzyłaś. Co, szczerze mówiąc, 

wcale mnie nie dziwi. Jeśli ktoś wtyka nos w prywatne sprawy innych ludzi, zawsze 

istnieje ryzyko, że kogoś tym zdenerwuje.

Z   niechęcią   musiałam   przyznać,   że   to,   co   mówi,   ma   sens.   Każda   z   osób,   z 

którymi zetknęłam się w minionym tygodniu, z łatwością mogła się dowiedzieć, gdzie 

mieszkam. Nie byłam najlepszą tajną agentką na świecie.

 - Nie chcę więcej słyszeć twojego nazwiska przez radio policyjne. Obiecujesz, 

że przestaniesz zajmować się tą sprawą?

Potulnie skinęłam głową, jednocześnie krzyżując palce pod zielonym kocem.

 - Dobrze. - Zamilkł na chwilę. - Sanitariusz mówi, że możesz mieć lekki wstrząs 

mózgu. Nie powinnaś zostawać sama. - Jego ciemne oczy wpatrywały się w moje. - 

Masz kogoś, u kogo mogłabyś przenocować?

Przełknęłam ślinę. Ramirez wpatrywał się we mnie. Może to przez szok, jakiego 

doznałam, ale w myślach zaczęłam go rozbierać, tu, na klatce schodowej.

Jeszcze raz przełknęłam.

 - Eee, zadzwonię do Dany.

Wydawało mi się,  że  dostrzegłam w jego oczach cień zawodu, ale wszystko 

działo się tak szybko, że nie miałam pewności.

  -   Dobrze.   -   Wstał,   żeby   pomówić   z   umundurowanym   policjantem,   który 

rozmawiał   ze   mną   pierwszy.   Funkcjonariusz   gwałtownie   gestykulował,   obrazując 

histerię   i   wskazując   na   mnie.   Super.   To   tylko   utwierdzi   Ramireza   w   jego 

przekonaniach   co   do   mnie.   Jedno   uderzenie   w   głowę   i   zamieniałam   się   w 

rozhisteryzowaną panienkę.

background image

Wyjęłam z torebki komórkę i wybrałam numer Dany, modląc się, żeby odebrała. 

Odebrała i szybko wyjaśniłam jej sytuację. Powiedziała, że zaraz przyjedzie.

Dziesięć minut później jasnobrązowy saturn zatrzymał się z piskiem opon tuż za 

radiowozem. W moją stronę rzuciła się koleżanka Twiggy. Miała na sobie kozaczki 

tancerki   go   -   go   i   różowo   -   zieloną   sukienkę,   która   ledwo   zakrywała   jej   tyłek   - 

zwłaszcza kiedy biegła do mnie co sił w nogach. Widziałam, jak dwaj policjanci gapią 

się na nią z wywieszonymi językami.

 - O Boże, Boże, nic ci nie jest? - Dana dopadła do mnie i tak mocno ścisnęła w 

pasie, że oczy prawie wyszły mi na wierzch.

 - Nie mogę oddychać.

 - Przepraszam. - Odsunęła się. - Co się stało?

 - Ktoś się do mnie włamał. Zdemolował mieszkanie, a na koniec walnął mnie w 

głowę.

 - Ooooch, skarbie - jęknęła, znowu mnie ściskając.

 - Nic mi nie jest - powiedziałam, uwalniając się z jej żelaznego uścisku. - Tylko 

potrzebna mi meta na dzisiejszą noc. Mogę pojechać do ciebie?

 - Jasne! Rozłożymy sofę. Zrobimy drinki. To będzie prawie jak pidżama party.

 - Żadnych drinków. - Ramirez stanął tuż za nami. Trzeba mu przyznać - nawet 

nie spojrzał w rejony, gdzie kończyła się króciutka sukienka Dany. No, prawie. - Ma 

podejrzenie wstrząsu mózgu, więc żadnego alkoholu.

  - Okay. Rozumiem. - Dana kiwała głową, jakby w myślach robiła notatki. - 

Żadnych procentów.

 - I nie powinna jednorazowo spać dłużej niż dwie godziny. Trzeba ją budzić i 

sprawdzać, czy nie ma mdłości i nie jest zdezorientowana.

 - Okay. Żadnego spania.

Ramirez spojrzał na mnie z ukosa.

  - I koniec z wtykaniem nosa w prywatne sprawy innych ludzi. Oparłam się 

pokusie pokazania mu języka. Uważam, że zważywszy na

okoliczności, było to bardzo dojrzałe z mojej strony.

 - Żadnego wtykania - powtórzyła Dana.

background image

 - Dopilnuję, żeby zamknęli drzwi, kiedy skończą. - Ramirez wskazał w stronę 

mojego mieszkania.   - Powiedz,  gdzie   będziesz,  to  wyślę   kogoś,  żeby  ci podrzucił 

klucze.

Dana podała mu swój adres i numer telefonu, które zapisał w swoim małym 

notatniku. Potem wsiadł do SUV - a i odjechał, a ja i Dana musiałyśmy się wachlować, 

po tym jak odprowadziłyśmy wzrokiem jego odziany w dżins tyłek.

 - Ten facet jest gorący jak Alabama w sierpniu - orzekła Dana. - Widziałaś ten 

tyłeczek?

Westchnęłam.

 - Wiem.

 - Jesteś pewna, że nie chcesz, żeby był twoim detektywem?

Nie.   Nie   byłam   tego   pewna.   Tak   samo,   jak   nie   byłam   pewna,   czy   mam 

prawdziwe poranne mdłości, czy mój organizm po prostu odreagowuje chaos, jaki 

zapanował teraz w moim życiu. Jedyne, co wiedziałam, to to, że potencjalny wstrząs 

mózgu równa się upiornemu bólowi głowy.

 - Dana, masz może w torebce ibuprom?

Dana sięgnęła do swojej podróbki torebki Kate Spade, jednocześnie przyglądając 

się mojej skroni. Czułam, że wyrasta mi tam gęsie jajo.

  - Wiesz, niechętnie to przyznaję - powiedziała - ale może Ramirez ma rację. 

Może powinnaś zostawić tę sprawę policji?

Et tu, Dana?

Po części się z nią zgadzałam. Miałam całe mnóstwo podejrzanych, tyle samo 

motywów i więcej niesamowitych teorii od fana  Z Archiwum X.  Nie miałam za to 

żadnych dowodów na to, że to ktoś inny niż Richard zabił Greenwaya i jego żonę. 

Zaczynałam   myśleć,   że   może   Chesterton   ma   rację   i   że   jedynym   sposobem   na 

uwolnienie Richarda jest wykorzystanie luk w prawie. Być może swoimi działaniami 

tylko pogarszałam sprawę. Może nadszedł czas, żeby na poważnie rozważyć karierę 

cheerleaderki.

Starając  się  nie  popaść  w  zbyt duże  przygnębienie,  łyknęłam  dwa  ibupromy, 

pozbyłam się zielonego koca i wsiadłam do saturna Dany. Większość drogi do Studio 

background image

City spędziłam z zamkniętymi oczami, próbując nie zastanawiać się, jakim cudem 

moje życie zamieniło się nagle w scenariusz filmu klasy B.

Kiedy   zatrzymałyśmy   się   przed   Domem   Aktorów   i   otworzyłam   oczy, 

zobaczyłam zaparkowanego przed budynkiem niebieskiego pontiaka trans am.

Dana postawiła saturna za pontiakiem.

 - Rety.

 - Rety? Co miało znaczyć „rety"? Przygryzła wargę i spojrzała na mnie.

 - To ci się nie spodoba. Super.

  - To lepiej powiedz mi to szybko, zanim przestanie mnie boleć głowa i będę 

mogła cię udusić.

Dana patrzyła to na pontiaka, to na mnie.

  -   Zdaje   się,   że   powiedziałam   Saszy   i   Miszy,   że   spotkamy   się   z   nimi   na 

podwójnej randce.

 - Dana! Przecież mówiłam ci, że nie chcę.

 - Wiem, wiem. Ale myślałam, że może zmienisz zdanie. W końcu Richard siedzi 

w areszcie.

Jakby musiała mi o tym przypominać.

  -   Przepraszam.   Tak   się   przestraszyłam,   kiedy   zadzwoniłaś,   że   zupełnie 

zapomniałam, żeby zadzwonić do Saszy i to odkręcić.

 - Naprawdę nie jestem teraz w nastroju na zabawę z króliczkiem Energizera.

 - Po prostu tam wejdziemy i wyjaśnię im, że nie czujesz się dobrze, w związku z 

czym musimy przełożyć naszą podwójną randkę.

Spiorunowałam ją wzrokiem.

 - Okay, okay. Żadnych podwójnych randek. Jezu. Przecież wiesz, że chodziło mi 

tylko o twoje dobro. Kiedy ostatni raz uprawiałaś seks?

Nie zaszczyciłam jej odpowiedzią. Głównie dlatego, że nie pamiętałam.

Kiedy weszłyśmy, Sasza i drugi ciemnowłosy mężczyzna siedzieli na sofie w 

salonie. Gość bez Szyi siedział w fotelu naprzeciwko i z rękami skrzyżowanymi na 

piersi rzucał im groźne spojrzenia.

  - Przepraszamy za spóźnienie - zaćwierkała Dana, odkładając torebkę na blat 

kuchni. Rzuciła okiem na Gościa bez Szyi i pocałowała Saszę w policzek.

background image

Gość bez Szyi zmrużył oczy.

  -   Czekamy   z   twój   współlokator.   Wpuścić   nas.   Długo   czekamy   -   odparł   z 

wyrzutem Sasza. Ale kiedy przyjrzał się króciutkiej sukience Dany, dodał: - Ale warto 

czekać.

Oczy Gościa bez Szyi zwęziły się jeszcze bardziej.

  -   Przepraszam,   ale   zdarzył   się   mały   wypadek.   Maddie   -   powiedziała   Dana, 

łapiąc mnie za rękę i ciągnąc za sobą. - To jest Misza, przyjaciel Saszy.

Misza wstał, żeby uścisnąć moją rękę. Mimowolnie parsknęłam. Czubek jego 

głowy   znajdował   się   na   wysokości   mojego   podbródka.   Misza   wyciągnął   rękę, 

uśmiechając się od ucha do ucha.

 - Robię to na górze.

Zamrugałam oczami. Okay, trochę za dużo informacji jak na pierwszą randkę. 

Przeniosłam wzrok z nadmiernie przyjaznego karła na Danę.

 - Proszę, powiedz mi, że on nie powiedział tego, co myślę, że powiedział.

 - Misza jest czubkiem piramidy - wyjaśniła szybko Dana.

 - Tak - przytaknął Misza. - Robię to na górze. Jasne. W myślach pacnęłam się w 

czoło.

Misza usiadł, poklepując miejsce obok siebie. Usiadłam tak daleko od niego, jak 

tylko mogłam.

  - Podobać mi się twoja nowa sukienka - powiedział Sasza, wpatrując się w 

sukienkę Dany, jak człowiek na diecie Atkinsa w pączka.

 - Och, dzięki, skarbie. - Dana zerknęła w stronę Gościa bez Szyi. - Kula u nogi 

fajnie się ubiera, prawda?

Sasza pokiwał głową. Na szyi wystąpiły mu żyły.

  -   Bardzo   dobra   sukienka.   Robi   bardzo  ładne   cycki.   Oczy   Gościa   bez   Szyi 

zmieniły się w maleńkie szparki.

  -   Maddie   projektuje  buty  -   poinformowała   Miszę   Dana,   najwyraźniej  ciągle 

próbując wyswatać moje niezaspokojone libido.

Misza spojrzał na moje puchate kapcie.

 - Nie, nie takie - wyjaśniłam. - Buty dla dzieci.

 - Aha. - Skinął głową.

background image

  - Tyle  że na tych nowych za kostkę jest teraz wszędzie napis „dziwka", bo 

włamała się do mnie kochanka Greenwaya i walnęła mnie w głowę, więc właściwie 

niezbyt nadają się dla dzieci. - Okazuje się, że skłonność do paplania występuje u mnie 

nie tylko wtedy, kiedy jestem zdenerwowana, ale również kiedy mam wstrząs mózgu.

Misza spojrzał na mnie niespokojnie i odsunął się w kąt sofy.

 - Chyba miałaś im o czymś powiedzieć? - przypomniałam Danie, wskazując na 

piramidowych bliźniaków.

  - Racja. - Odchrząknęła. - Chłopaki, Maddie nie czuje się dzisiaj zbyt dobrze, 

więc musimy odwołać naszą randkę. Przykro mi.

Sasza posmutniał, za to Miszy, który nadal zerkał na moje puchate kapcie, chyba 

ulżyło.

 - Kiedy my się znów zobaczyć? - zapytał Sasza. - Ty spotkać się ze mną jutro? 

Może randka w elegancka restauracja?

 - Och, jakie to urocze - powiedziała Dana. - To miło, że niektórzy mężczyźni - 

znowu spojrzała na Gościa bez Szyi - nie boją się zobowiązań.

  - Ja nie bać się niczego - powiedział Sasza. Mało brakowało, a zacząłby się 

walić pięściami w klatę jak Tarzan. - Uwielbiać randki z Dana. Uwielbiać swoja mała 

cycatka.

 - Dość tego! - Gość bez Szyi poderwał się z fotela. Jego gwałtowna reakcja po 

tak   długim   milczeniu   zszokowała   wszystkich.   -   Dana,   jak   możesz   traktować   tego 

gościa poważnie! Przecież on przed chwilą nazwał cię małą cycatką?

Dana oparła dłonie na biodrach.

 - Lepsze to niż kula u nogi.

 - Ale to pacan!

 - A ty jesteś związkofobem!

 - Ciszej - powiedziałam błagalnie. - Mam wstrząs mózgu. Niestety, oboje mnie 

zignorowali.

 - Ja? - odparował Gość bez Szyi. - To ty wskakujesz do łóżka każdemu, kto ci 

się  nawinie.  Może  i nie  rozumiem,  po co  trzymasz  w  lodówce  cholerne  kwiaty z 

cholernego   wesela,   ale   przynajmniej   mam   dość   przyzwoitości,   żeby   zaczekać   z 

gadaniem o twoich cyckach, aż pójdziemy do łóżka.

background image

Sasza wstał.

  - Ty chodzić do łóżka ze współlokator? - zapytał, patrząc to na Danę, to na 

Gościa bez Szyi.

Przyłożyłam   dłoń   do   skroni.   Miałam   wrażenie,   że   moja   głowa   za   chwilę 

eksploduje.

Dana zerkała od jednego amanta do drugiego.

 - Eee, nie. Tak. To znaczy, może raz. Albo dwa.

 - Pięć razy - poprawił ją Gość bez Szyi. - Pięć razy w ciągu jednej nocy. I co ty 

na to, Panie Piramidko?

  - Ty wyzywać Sasza? - Sasza zwinął dłonie w pięści, robiąc krok w stronę 

konkurenta.

Gość bez Szyi zmrużył oczy.

 - Może i wyzywam.

Dana   popatrzyła   na   ich   rozszerzone   nozdrza,   po   czym   posłała   mi   błagalne 

spojrzenie.

 - Maddie?

Westchnęłam, podniosłam się i stanęłam za Saszą.

 - Chyba wszyscy powinniśmy się trochę uspokoić - zasugerowałam.

Oczywiście, obaj panowie, znajdujący się już w stanie pełnej gotowości bojowej, 

całkowicie mnie zignorowali. Sasza zrobił kolejny krok w stronę Gościa bez Szyi, 

który zacisnął pięść, szykując się do zadania ciosu. Od tej pory wszystko działo się 

jakby   w   zwolnionym   tempie.   Misza   poderwał   się   z   sofy,   Dana   wrzasnęła,   Sasza 

uchylił   się,   a   pięść   Gościa   bez   Szyi   przeżyła   spotkanie   bliskiego   stopnia   z   moim 

prawym okiem.

 - Och. - Jęknęłam, lecąc do tyłu, prosto na karła.

 - Boże! Patrz, co zrobiłeś, ty... ty... neandertalczyku! - ryknęła Dana, rzucając mi 

się na pomoc, kiedy Misza częściowo przenosił, częściowo ciągnął mnie na sofę.

Obraz   zrobił   się   zamazany,   ale   chyba   widziałam,   jak   Gość   bez   Szyi   stoi   z 

rozdziawioną buzią, gwałtownie mrugając oczami.

 - Facet się uchylił. Nie chciałem jej uderzyć. Do diabła, przecież nie uderzyłbym 

dziewczyny.

background image

  -   Nieładnie   bić   dziewczyny.   Ty   nie   mieć   honor.   -   Sasza   pokręcił   głową, 

cmokając przy tym z dezaprobatą.

 - To twoja wina! - wrzasnął Gość bez Szyi. - Uchyliłeś się.

 - Zaniknijcie się, obaj - ryknęła Dana, posyłając obu mordercze spojrzenia.

 - Czy ktoś mógłby przynieść mi lodu? - zaskrzeczałam, czując, jak zaczyna mi 

puchnąć oko. Przy odrobinie szczęścia spuchnie tak bardzo, że nie zostanie nawet 

szparka i nie będę się musiała jutro oglądać w lustrze. Miałam przeczucie, że nie jest 

to przyjemny widok.

Gość bez Szyi wyjął z zamrażarki paczkę japońskiego groszku. Dana przyłożyła 

mrożonkę   do   mojego   oka.   Wzdrygnęłam   się,   żałując,   że   nie   wzięłam   czegoś 

mocniejszego niż ibuprom. Albo nie strzeliłam tequili.

Dana odesłała Gościa bez Szyi do jego pokoju, a Rosjan wystawiła za drzwi. 

Sasza popatrzył tęsknym wzrokiem na sukienkę Dany (lub raczej brak), ale dał za 

wygraną, kiedy niezbyt subtelnie zatrzasnęła za nim drzwi.

Zamknęłam   oczy   i   położyłam   głowę   na   oparciu   sofy,   zastanawiając   się,   co 

takiego zrobiłam, żeby sobie na to wszystko zasłużyć. Czy chodziło o to, że nie byłam 

w kościele od Wielkanocy? O to, że pragnęłam Ramireza? Może moja matka miała 

rację? Może Bóg postanowił mnie ukarać?

Dana usiadła obok mnie na sofie i wypuściła głośno powietrze.

 - Jak twoje oko?

 - Boję się spojrzeć.

Dana zabrała mrożonkę, żeby sprawdzić. Skrzywiła się.

 - Nie jest tak źle.

 - Kłamczucha. - Ponownie zakryłam oko groszkiem, zastanawiając się, czy nie 

mogłabym hibernować przez resztę lata w pokoju Dany.

 - Tak mi przykro z powodu twojego oka - powiedziała w końcu Dana.

 - Faceci są do bani.

 - Co ty powiesz.

 - Dosyć tego, kończę z nimi. Wszystkimi. Od tej pory wystarczy mi wibrator.

W tamtej chwili musiałam się z nią zgodzić. Życie z wibratorem wydawało się o 

wiele prostsze. Przynajmniej wibrator nigdy ci nie przyłoży.

background image

Przez całą noc Dana budziła mnie dokładnie co dwie godziny. Był to świetny 

sposób na upewnienie się, że nie zapadłam w śpiączkę, ale kiepski na to, żeby się 

wyspać.   Zanim   poczułam   się   względnie   wypoczęta,   poranek   zamienił   się   w 

popołudnie. Podniosłam się, obolała i zupełnie zdezorientowana. Nie miałam pojęcia, 

gdzie jestem. Koc, pod którym leżałam, nie był mój, tak samo poduszka. Do diabła, 

zdaje się, że nawet T - shirt, który miałam na sobie, należał do kogoś innego.

Wszystko   mi   się   przypomniało,   kiedy   zobaczyłam   Gościa   bez   Szyi,   w 

bokserkach, nalewającego sobie sok. Dana stała sztywno wyprostowana i robiła tost. 

Nie odzywali się do siebie.

Powoli wstałam i wzięłam prysznic, wzdrygając się na widok swojego oka w 

lustrze. Było bardziej niebieskie od cieni mojej matki i, trzeba to przyznać, jeszcze 

mniej atrakcyjne. Darowałam sobie makijaż, uznając, że i tak nie na wiele się zda, i 

pożyczyłam od Dany czyste dżinsy i top. Niestety, jedynymi butami, jakie miała w 

moim   rozmiarze,   były   różowe   szpilki,   które   pasowały   bardziej   do   Bunny 

Hoffenmeyer,   ale   nie   mogłam   wybrzydzać.   Kiedy   wyszłam   z   łazienki,   w   Domu 

Aktorów nadal wiało chłodem. Dana piła kawę i czytała „Variety", zaś Gość bez Szyi 

jadł płatki prosto z pudełka i rozglądał się wściekłym wzrokiem.

 - Dzień dobry - powitała mnie Dana. Spojrzała na zegar na ścianie.

 - Ranny ptaszek z ciebie.

 - Gdzie kawa? - wychrypiałam.

 - W dzbanku.

 - Dzięki. - Wyminęłam Gościa bez Szyi i nalałam sobie pełen kubek, na którym 

widniał napis: „Instruktorzy aerobiku robią to aż do bólu".

  -   Ramirez   podrzucił   klucze   do   twojego   mieszkania   -   poinformowała   Dana, 

odkładając gazetę. - Są na blacie.

 - Był tu? - Przeraziłam się na myśl, że widział mnie chrapiącą i śliniącą się na 

sofie.

  -   Wpadł   tylko  na   chwilę.   Jezu,   ten   facet  jest   tak  gorący,   że   mógłby   stopić 

lodowiec.

Gość bez Szyi ze złością zmiażdżył płatki, które miał w buzi. Dana upiła łyk 

kawy, zupełnie go ignorując.

background image

  -   Mówił   coś   jeszcze?   -   zapytałam.   Na   przykład,   że   pojmał   Tajemniczą 

Morderczynię i mogę wrócić do mojego mieszkania bez obawy, że zarobię kulkę w 

głowę?

 - Nie, przykro mi. Tylko zostawił klucze. A niech to.

  -   Okay,   muszę   lecieć   na   siłownię.   O   pierwszej   mam   zajęcia   ze   spinningu. 

Chcesz pojechać ze mną czy wolisz zostać tutaj?

Hm...   zabrać   moją   obolałą   głowę   na   półtoragodzinną   sesję   pocenia   się   i 

pedałowania donikąd czy siedzieć na sofie Dany i oglądać telewizję?

 - Dzięki, zostanę tutaj.

Dana skinęła głową, dopiła kawę i złapała torbę. Uściskała mnie, a potem posłała 

jeszcze   jedno   złowrogie   spojrzenie   Gościowi   bez   Szyi.   Facet   tylko   coś   burknął   i 

wrócił do swojego pokoju.

Nalałam sobie drugi kubek kawy i zabrałam go ze sobą do salonu.

Zastanawiałam się co teraz?

Chociaż   wczoraj   podjęłam   decyzję   o   zostaniu   cheerleaderką,   siedzenie   z 

założonymi rękami i czekanie, aż Ramirez da znak, że jest już po wszystkim i mogę 

wrócić  do normalnego życia,  wcale  mi  się  nie  uśmiechało.  Poza  tym byłam  teraz 

pewna, że prawdziwa morderczyni nie tylko jest na wolności, ale że zbliżyłam się do 

niej na tyle blisko, by ją zdenerwować.

Świetnie, tylko co dalej? Skończyły mi się kochanki Greenwaya. Zamknęłam 

oczy, ponownie studiując w myślach swoją listę.

Czy   było   możliwe,   żeby   Carol   Carter   wynajęła   kogoś   do   sprzątnięcia 

Greenwaya? Wątpiłam, żeby wiedziała, gdzie szukać gagatka, jeśli naprawdę spędziła 

ostatni tydzień w Kanadzie. Podobnie Andi Jameson. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, 

żeby   po   incydencie   z   „małym   fiutkiem"   Greenway   zaprosił   ją   na   przyjacielską 

pogawędkę do Moonlight Inn.

Zostawała   Bunny.   Miałam   tylko   jej   słowo,   że   ona   i   Greenway   się   rozstali. 

Oczywiście, był jeszcze Kopciuszek. Jeśli zabawiała się na boku z Greenwayem, miała 

taką samą możliwość jak Bunny, żeby się go pozbyć.

Pytanie   brzmiało,   która   z   tych   kobiet   włamała   się   na   lipne   rachunki   i 

wyprowadziła   z   nich   dwadzieścia   milionów   dolarów?   Która   miała   dostęp   do 

background image

komputera   Richarda?   Jak   zdążyłam   się   przekonać,   przedarcie   się   za   stanowisko 

Jasmine nie wymagało umiejętności agenta CIA. Każda blondynka z namiastką mózgu 

mogła dostać się do gabinetu Richarda, kiedy Jasmine wyszła na lunch. Na szczęście 

moja jedyna sojuszniczka w kampanii o uwolnienie Richarda doskonale orientowała 

się w tym, kto bywał w jego gabinecie. Althea.

Spojrzałam na zegar. Było już za późno na wstrzelenie się z moim śledztwem w 

przerwę na lunch Jasmine, więc postanowiłam zaczekać do piątej. Znając Jasmine, 

pierwsza   biegła   do   wyjścia,   kiedy   dzień   pracy   dobiegł   końca.   Jeśli   zjawię   się   o 

odpowiedniej porze, uda mi się złapać Altheę przed wyjściem, bez ryzyka, że nasza 

rozmowa zostanie podsłuchana przez Barbie Plotkarę.

Zadowolona ze swojego planu, usadowiłam się wygodnie na sofie i przez resztę 

popołudnia oglądałam telewizję. Niestety, pierwszym programem, na jaki trafiłam był 

talk - show, w którym wałkowano temat skutków niespodziewanego rodzicielstwa. 

Spojrzałam na swój brzuch. Ciekawe, czy kryła się w nim jakaś niespodzianka?

Rozważałam   kupno   nowego   testu   ciążowego,   ale   biorąc   pod   uwagę   fakt,   że 

byłam bez samochodu, na zewnątrz panował upał, najbliższa apteka była oddalona o 

jakieś   trzy   kilometry   marszu,   a   ja  już   i  tak  wyglądałam   jak  po   dwóch   rundach   z 

Oscarem De La Hoyą, uznałam, że to nie najlepszy pomysł.

Nagle   przypomniałam   sobie,   że   Dana   mówiła   coś   o   awaryjnym   teście 

ciążowym...

Ściszyłam telewizor i poszłam do łazienki. Grzebałam w szafkach, dopóki nie 

znalazłam   znajomo   wyglądającego   pudełeczka   wciśniętego   za   torebkę   wacików 

kosmetycznych. Wpatrywałam się w pudełko. Doszłam do wniosku, że dużo gorzej 

już być nie może. Jeśli miałam czemuś stawić czoło, równie dobrze mogłam to zrobić 

teraz.

Rozdarłam pudełko, na wszelki wypadek jeszcze raz przeczytałam instrukcję, a 

potem   puściłam   pięciosekundowy   strumień   moczu.   Usiadłam   na   brzegu   wanny   i 

czekałam,   zapamiętale   obgryzając   paznokcie.   Wiedziałam,   że   Marco   wrzaśnie   z 

przerażenia, kiedy następnym razem przyjdę na manikiur. Obserwowałam wskazówki 

wodoodpornego zegara z Betty Boop, które powoli odmierzały trzy minuty dzielące 

mnie od chwili, kiedy zobaczę kreski. Albo jedną kreskę. Boże, pomyślałam, mam 

background image

nadzieję, że zobaczę tylko jedną. Kiedy w końcu czerwona wskazówka zakończyła 

trzecie   okrążenie,   podskoczyłam   jak   oparzona.   Opierając   się   pragnieniu   zakrycia 

mojego jedynego sprawnego oka, spojrzałam na małe okienka. Nic. Co jest?

Jeszcze raz przeczytałam instrukcję. Nasikać na płytkę z wacikiem, położyć test 

na płaskiej powierzchni i czekać na wynik. Wszystko zrobiłam, jak należy. Znowu 

spojrzałam w puste okienka. Co jest, do cholery? Wzięłam pudełko i obróciłam je, 

szukając daty ważności. 15 styczeń 2002. Grrr. W myślach walnęłam się ręką w czoło.

Wyrzuciłam bezużyteczną płytkę do kosza, zbyt wyczerpana emocjonalnie, żeby 

przekląć Danę za trzymanie przeterminowanego testu, po czym wróciłam do salonu i 

klapnęłam z powrotem na sofę. Żałowałam, że nie znalazłam u Dany niczego lepszego 

od   niskowęglowodanowych   ciastek   i   dietetycznej   iced   tea,   czym   mogłabym   się 

pocieszyć.   W   tej   chwili   oddałabym   wszystko   za   paczkę   markiz   z   podwójnym 

nadzieniem czekoladowym. No cóż. Pozostało jedynie oglądanie powtórek Ophry.

Do   czwartej   wiedziałam,   jak   nadziać   kurczaka,   poznałam   sześć   oznak,   które 

mówią, że potrzebna ci seksowna metamorfoza oraz dowiedziałam się, że brat Boego 

jest   sekretnym   kochankiem   Hope.   Czułam   się   wystarczająco   odmóżdżona. 

Wyłączyłam telewizor. Jasmine pewnie zbierała się już do wyjścia, w związku z czym 

przyszła pora na kolejny etap operacji o kryptonimie „Uwolnić Richarda". Złapałam 

torebkę i zadzwoniłam po taksówkę. Miałam nadzieję, że dobrze oszacowałam czas 

potrzebny na dotarcie do centrum i że nie napatoczę się na Jasmine.

Niestety,   na   stojedynce   nie   było   żadnych   wypadków,   a   mój   kierowca   w 

niebieskim  turbanie   okazał  się   nader  gorliwym  taksówkarzem,   w  związku  z   czym 

pierwszą osobą, jaką zobaczyłam po wejściu do kancelarii, była Jasmine.

Uniosła głowę, a jej oczy zwęziły się jak u kota.

 - Czego chcesz?

  - Zawsze jesteś tak przyjaźnie nastawiona? Zmarszczyła nos, patrząc na mnie 

przez zmrużone oczy.

 - Co ci się stało w oko?

  - Jedna recepcjonistka była dla mnie niemiła. Pobiłyśmy się. Jeśli myślisz, że 

wyglądam kiepsko, powinnaś zobaczyć ją.

Jasmine oparła dłoń na biodrze.

background image

 - Nie mam czasu na te bzdury. Jestem umówiona. Najlepiej umów się na jutro na 

spotkanie z Chestertonem i wracaj do domu.

 - Właściwie to przyszłam się zobaczyć z Altheą. Jasmine znowu zmrużyła oczy.

 - Altheą? Czego od niej chcesz?

  - To już sprawa pomiędzy mną i Altheą. - Obdarzyłam ją swoim najlepszym, 

plastikowym uśmiechem.

Skrzywiła   się.   To   znaczy,   próbowała.   Skończyło  się   na   krzywym  spojrzeniu. 

Wow, botoks naprawdę działa.

  -  Okay.  Zawołam  ją. Ty  tu  czekaj.  - Obeszła  pulpit,   kręcąc  swoim małym, 

poliposukcyjnym   tyłkiem   w   mikroskopijnej   spódniczce.   Nie   wiem,   jakim   cudem 

noszenie takich ciuchów w pracy uchodziło jej na sucho. Z powodzeniem mogłabym 

pożyczyć od niej strój, gdybym szykowała się na kolejną akcję w Moonlight Inn. 

Jedyną   przyzwoitą   rzeczą,   jaką   miała   na   sobie,   były   podróbki   kozaczków   Prady, 

idealne tajwańskie repliki pary, którą wczoraj przymierzałam. Fajne, ale podobnie jak 

wszystko inne w przypadku Jasmine, nieprawdziwe.

Wróciła parę minut później, prowadząc za sobą Altheę. Altheą miała na sobie 

pasiasty   pulower,   który   kojarzył   mi   się   z   mundurkiem   prywatnej   szkoły.   Był 

absolutnie bezkształtny. Podeszła do mnie, szurając nogami, i ściszonym, choć nie tak 

przejętym jak zawsze głosem zapytała:

 - Maddie, co się dzieje? Coś z Richardem? - Zamilkła na chwilę. - Co ci się stało 

w oko?

  -   Nic.   Bójka   w   barze.   Potknęłam   się.   Nieważne.   -   Zbyłam   jej   pytanie.   - 

Richardowi nic nie jest. Przyszłam, bo chciałam cię zapytać... - Urwałam, zerkając 

przez ramię na Jasmine.

Miałam nadzieję, że pójdzie na swoją randkę, ale nagle przestało się jej spieszyć. 

Wyjęła pilnik do paznokci, udając, że wcale nas nie słucha.

Westchnęłam, pogodzona z faktem, że będzie podsłuchiwać, i wyciągnęłam z 

torebki kserówki prasowych zdjęć Bunny i Andi Jameson.

  - Chciałam cię zapytać, czy nie widziałaś tutaj którejś z tych kobiet. Altheą 

wzięła ode mnie zdjęcia i przyglądała się im, zaciskając usta.

Kątem oka widziałam, jak Jasmine wychyla się zza pulpitu, żeby lepiej widzieć.

background image

 - Nie. - Altheą pokręciła głową. - Przykro mi, ale nie poznaję żadnej z nich. Kim 

są te kobiety?

Starałam się, by w moim głosie nie było słychać zawodu.

  -   Kochankami   Greenwaya.   Pomyślałam,   że   któraś   z   nich   mogła   się   tutaj 

wśliznąć i dobrać do komputera Richarda.

Altheą spojrzała na mnie przepraszająco.

 - Żałuję, że nie mogę jakoś pomóc panu Howe. Nam wszystkim tutaj bardzo go 

brakuje. - Przygryzła wargę, odwróciła się i szurając nogami, zniknęła z powrotem za 

drzwiami z matowego szkła.

Schowałam zdjęcia do torebki, starając się nie poddawać uczuciu porażki. To, że 

Althea   nikogo   nie   widziała,   nie   oznaczało,   iż   nikt   się   nie   zakradł.   Spojrzałam   na 

Jasmine, która nadal udawała, że jest zajęta swoimi sprawami. Wahałam się, czy ją 

zapytać?

Przez chwilę obserwowałam, jak piłuje paznokcie. Jedna z jej założonych noga 

na nogę kończyn wystawała zza pulpitu, tak że widziałam podróbkę Prady. Musiałam 

przyznać, że była to wyjątkowo dobra podróbka. Zwalczyłam pokusę, by zapytać ją, 

gdzie je kupiła. Przyjrzałam się uważniej kozaczkowi, skupiając się na detalach. W 

odróżnieniu od większości podróbek, te na metalowych dzyndzelkach od suwaków 

miały   wytłoczone   logo   Prady.   Ścieg   był   drobniutki,   precyzyjny.  A   kiedy   Jasmine 

wyprostowała  nogi,  zobaczyłam,  że  buty  są  idealnie  dopasowane  i poddają się  jej 

płynnym ruchom, w odróżnieniu od sztywnych podrób. Zbliżyłam się o krok, otwarcie 

gapiąc się na kozaki.

Boże.   To   nie   były   podróbki.   To   były   najprawdziwsze   buty   Prady   za   pięćset 

dolców.

I nagle mnie olśniło. Niby jakim cudem Jasmine było stać na Pradę?

background image

Rozdział 20

Wpatrywałam się jak zahipnotyzowana w importowaną skórkę cielęcą. Czułam 

się nagle jak uczestnik „Va Banque", któremu wyświetlają się po kolei odpowiedzi, a 

którego mózg nie nadąża z formułowaniem pytań. Blond włosy w motelowym pokoju. 

Dostęp do komputera Richarda. Jedna kosztowna operacja kosmetyczna za drugą, i to 

z   pensji,   przy   której   moje   zarobki   wydawały   się   nieprzyzwoicie   wysokie.   Boże. 

Jasmine była kochanką numer 4.

Przełknęłam ślinę, uświadamiając sobie, że cały czas się gapię. Uniosłam wzrok i 

zobaczyłam,   że   Jasmine   również   na   mnie   patrzyła.   Nasze   spojrzenia   się   spotkały. 

Zrobiło mi się zimno.

 - Ciągle tu jesteś? - zapytała dziwnie obojętnym głosem.

 - Ja? - zapiszczałam. - Nie. Już mnie nie ma. To znaczy, już wychodzę. Widzisz, 

wychodzę.

Przechyliła głowę na bok, przyglądając mi się dziwnie. Odwróciłam się i prawie 

biegiem rzuciłam do drzwi. Nie czekałam na windę, tylko pognałam do schodów, 

gdzie przeskakiwałam po dwa stopnie naraz. Miałam nadzieję, że się nie przewrócę i 

nie skręcę karku. W mojej głowie kotłowały się teorie. Czy Greenway poznał Jasmine 

podczas jednej z wizyt w gabinecie Richarda? Czy miał z nią romans? Z jej nawykiem 

podsłuchiwania na pewno usłyszała coś na temat przekrętów Greenwaya i Richarda. 

No i miała łatwy dostęp do dokumentów w komputerze Richarda, łącznie z numerami 

kont bankowych. To Jasmine zastrzeliła Greenwaya, byłam tego pewna.

Ciężko oddychając, wybiegłam na gorącą ulicę i pokonałam połowę drogi do 

wielopoziomowego parkingu, zanim się zorientowałam, że nie przyjechałam dżipem. 

Cholera.

Przystanęłam   na   chodniku   między   Komisem   Berniego   a   Starbucks. 

Wyciągnęłam   komórkę,   gotowa   zadzwonić   do   Ramireza   i   opowiedzieć   mu,   co 

odkryłam, kiedy nagle opadły mnie wątpliwości. Choć byłam pewna, że to Jasmine 

jest   morderczynią,   nie   miałam   nawet   grama   dowodu.   Czułam,   że   kiedy   Ramirez 

usłyszy o mojej najnowszej butoteorii, po prostu się roześmieje i znowu powie coś, o 

zostawieniu tej sprawy „dużym chłopcom". Do tego dochodziła moja obietnica, że 

background image

odpuszczę sobie dalsze śledztwo (nieważne, że miałam wtedy skrzyżowane palce). 

Nie, wcale mi się nie uśmiechało kolejne starcie ze Złym Gliną.

Potrzebowałam   dowodu.   Czegoś,   co   niezbicie   wskazywałoby   na   powiązania 

Jasmine z Greenwayem. Czegoś więcej niż markowego buta. Musiałam dobrać się do 

jej   komputera.   Zauważyłam,   że   za   każdym   razem,   kiedy   wchodziłam   do   recepcji, 

natychmiast zamykała ekran. Byłam gotowa założyć się o moje ulubione klapki, że 

gdzieś   pomiędzy   jej   pasjansami   kryły   się   numery   zagranicznych   kont,   na   których 

ostatnio przybyło dwadzieścia milionów. Ramirez i jego ludzie bez wahania zabrali 

twardy dysk Richarda, ale kto by się przejmował komputerem recepcjonistki?

Spojrzałam na zegarek. Piąta piętnaście. Za kilka godzin kancelaria opustoszeje. 

Będąc   z  Richardem,   nauczyłam  się   jednego  -   jeśli  prawnicy   pracują   do  późna,   to 

zwykle naciągają klienta na kolację. Po ósmej w kancelarii nikogo już nie będzie. 

Droga do komputera Jasmine będzie wolna.

Weszłam do Starbucks i kupiłam mochę frappuccino. Usiadłam przy oknie, żeby 

mieć dobry widok na budynek, w którym mieści się kancelaria. Zaledwie po dwóch 

minutach   z   budynku   wyszła   Jasmine,   kierując   się   w   stronę   parkingu 

wielopoziomowego i kłując mnie w oczy swoimi butami.  Popijałam frappuccino i 

patrzyłam,   jak   z   budynku   wysypują   się   kolejni   pracownicy   kancelarii.   Po   paru 

minutach wyszła Althea, z przewieszoną przez ramię patchworkową torbą z wyszytym 

z przodu kotem, i poszła na stację metra. W końcu kiedy zaczynało się już ściemniać, 

wyszedł Donaldson, odpalił swojego mercedesa i odjechał.

Zmusiłam   się,   by   zaczekać   jeszcze   pół   godziny,   na   wypadek   gdyby   ktoś 

zapomniał ważnych akt czy jakichś innych dokumentów. Zaczynał się wieczorny ruch, 

ludzie   wychodzili   na   kolacje,   Starbucks   wypełniły   trzymające   się   za   ręce   pary. 

Zamówiłam kolejne frappuccino i obserwowałam, jak ulica zapełnia się teatromanami 

i bezdomnymi. Zdrętwiał mi tyłek, a źrenice miałam wielkie jak spodki z powodu 

końskiej dawki kofeiny, kiedy wreszcie złapałam torebkę i ruszyłam do kancelarii.

W budynku panowała niesamowita cisza, kiedy jechałam windą na piąte piętro. 

Wiedziałam, że drzwi kancelarii nie będą zamknięte ze względu na ekipę sprzątającą. 

Na   szczęście   jedynym   dźwiękiem,   jaki   usłyszałam   po   wyjściu   z   windy   było 

monotonne buczenie opuszczonych komputerów.

background image

Powoli   pchnęłam   szklane   drzwi,   cała   nabuzowana   nerwową   energią.   Nie 

wspominając   już   o   dwóch   dużych   frappuccino.   Szłam   na   palcach   przez   ciemną 

recepcję,   bezgłośnie,   bo   wykładzina   tłumiła   moje   kroki,   kierując   się   w   stronę 

światełka przy monitorze Jasmine.

Wsunęłam się za mahoniowy pulpit. Na szczęście, tak jak pozostali, Jasmine nie 

wyłączała komputera, kiedy kończyła pracę. Wylogowała się co prawda z systemu, ale 

z   łatwością   weszłam   z   powrotem,   korzystając   z   hasła   Richarda.   Slipy.   Bardzo 

oryginalnie. Westchnęłam bezgłośnie.

Już po zalogowaniu uświadomiłam sobie, że nie jestem pewna, czego szukam. 

Wiedziałam,  że  mam  małe   szanse  na  znalezienie  pliku  o nazwie   „numer  konta  w 

szwajcarskim banku", ale zupełnie nie miałam pomysłu, gdzie i czego zacząć szukać. 

Przyznaję, że nie jestem komputerowym geniuszem. Korzystam z AOL - u i iTunes, 

ale poza tym niewiele potrafię. Zaczęłam otwierać przypadkowe pliki, z nadzieją, że 

natrafię na coś użytecznego. Słyszałam tykający za moimi plecami zegar i wiedziałam, 

że jest tylko kwestią czasu, zanim do kancelarii wejdzie facet z odkurzaczem i zapyta, 

co tutaj robię.

Otworzyłam   przeglądarkę   internetową   i   weszłam   w   historię.   Natrafiłam   na 

plastikowecuda.com

  stronę   poświęconą   operacjom   plastycznym.   A   to   ci 

niespodzianka.   Sprawdzałam   dalej,   aż   w   końcu   natknęłam   się   na   stronę   z 

cyberseksem, 

kociakinazywo.com

. Fuj. Jasmine nie nudziła się w pracy.

Już byłam gotowa się poddać i przyznać, że Ramirez miał rację, mówiąc, że 

szukam   dziury   w   całym,   kiedy   zauważyłam   pliki,   które   zamiast   nazwami,   były 

oznaczone numerami. Już wcześniej widziałam podobne pliki w komputerze Richarda. 

Zwykle   numery   odnosiły   się   do   numeru  sprawy,   a   pliki   zawierały   różne   notatki 

Richarda. Otwierałam pliki jeden po drugim. Tak jak się spodziewałam, większość 

zawierała   informacje   dotyczące   świadków,   wnioski   przeznaczone   dla   sądu   i   tym 

podobne. Jadąc w dół listy, natknęłam się w końcu na pusty dokument. Przyjrzałam się 

numerom   innych   plików.   Wszystkie   były   sześciocyfrowe.   Ten   miał   oznaczenie 

dziesięciocyfrowe. Poczułam przypływ adrenaliny. Czy numery kont w szwajcarskich 

bankach miały dziesięć cyfr? Złapałam karteczkę post - it i zaczęłam spisywać numer. 

Ramirez będzie musiał uderzyć się w pierś.

background image

Tak bardzo upajałam się swoim geniuszem, że usłyszałam, co się święci, kiedy 

było już za późno.

Ktoś odbezpieczał broń.

Znieruchomiałam z długopisem nad karteczką, mając nadzieję, że to tylko moja 

nadaktywna wyobraźnia spłatała mi figla.

 - Brawo, Sherlocku.

Nie. To nie moja wyobraźnia.

Szybko się odwróciłam i spojrzałam prosto w lufę broni kaliber 22. Tylko cudem 

się nie posikałam, a kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam... Altheę. Co?

 - Althea, co ty tutaj robisz? - Po fakcie dotarło do mnie, jak idiotyczne było to 

pytanie. Pistolet wymierzony w moją głowę nader jasno wyjaśniał, co robi.

  -   Nie   mogłaś   sobie   odpuścić,   co?   Wścibska   suka.   -   Potulna,   ciapowata 

dziewczyna   zniknęła.   Teraz   zza   grubych   szkieł   okularów,   błyszczącymi   oczami 

wpatrywała się we mnie rozwścieczona kobieta. Zaniepokoiłam się, bo broń trzymała 

zaskakująco pewnie.

Przełknęłam ciężko ślinę, nagle świadoma swojej kolosalnej pomyłki. Powinnam 

się domyślić, że Jasmine nie byłaby w stanie uknuć takiej intrygi. Miss Plastik miała 

inteligencję rzepy. Za to Althea, o czym właśnie się przekonałam, była bystrzejsza, niż 

sądziłam.

 - To nie jest plik Jasmine, prawda? - zapytałam, wskazując na pusty dokument. - 

Tylko  twój.  To  ty  buchnęłaś   pieniądze.  I  -  dodałam,  zdziwiona   spokojem  mojego 

głosu, bo nogi zamieniły się już w galaretę - to ty włamałaś się do mojego mieszkania.

Althea uśmiechnęła się, odsłaniając krzywawe zęby.

 - A ja myślałam, że jesteś jeszcze jedną głupią blondynką w szpilkach.

Spojrzałam na pistolet wycelowany w moją pierś i przełknęłam ślinę.

 - To tym zabiłaś Greenwaya? - zapytałam.

Althea znowu się uśmiechnęła, jednak jej oczy pozostały niewzruszone. Nadal 

dziko się we mnie wpatrywały.

 - Greenway był egoistycznym dupkiem - powiedziała.

  -   I   dlatego   go   zabiłaś?   -   Pytałam   bardziej   ze   strachu   o   własne   życie   niż   z 

ciekawości. Jeśli mam być szczera, nic mnie nie obchodziło, co ta uzbrojona wariatka 

background image

myśli o Greenwayu. Chciałam tylko jak najdłużej grać na zwłokę - dopóki nie pojawią 

się sprzątacze.

 - Zasłużył na śmierć. Każdy facet, który kocha się z kobietą, a potem ją porzuca, 

zasługuje na śmierć.

  - Miałaś  romans  z Greenwayem?  - zapytałam z niedowierzaniem. Jakoś nie 

mogłam sobie wyobrazić Althei w stringach w cętki.

Althea zmrużyła oczy, ściągając niewyregulowane brwi.

 - Co, myślałaś, że Greenway nie mógłby się zainteresować kimś takim jak ja? 

Myślisz, że był dla mnie za dobry? Że nikt nie mógłby pokochać małej, nieatrakcyjnej 

Althei? - Jej głos był coraz wyższy, aż przeszedł w piskliwy skrzek. Cofnęłam się, 

napierając na krzesło Jasmine.

 - Nie, nie, jestem pewna, że byłaś dokładnie w jego typie. Althea się zaśmiała.

 - Oczywiście, że byłam w jego typie. Miałam puls. Ten facet uważał, że tylko 

dlatego, iż ma penisa, kobiety powinny padać mu do stóp. Uważał, że żadna mu się nie 

oprze. Pewnego razu zapomniałam torebki, więc się wróciłam. W kancelarii nikogo 

już   nie   było.   Tylko   Devon   w   gabinecie   pana   Howe'a.   Poprosił,   żebym   weszła   i 

pomogła mu się dostać do systemu. Odparłam, że nie powinnam tego robić. Wtedy 

powiedział,   że   jestem   inteligentna.   Zbyt   inteligentna,   by   być   młodszą   kancelistką. 

Mówił, że jestem ładna i słodka. Podałam mu hasło, a on mnie uwiódł, na biurku pana 

Howe'a.

Wzdrygnęłam się w duchu. To wyjaśniało opakowanie po prezerwatywie.

W miarę jak Althea mówiła, jej oczy robiły się coraz większe, coraz bardziej 

szkliste. Wcale nie mrugała. Wyglądała jak ktoś z bardzo wysoką gorączką. Mimo to 

nadal pewnie celowała do mnie z pistoletu. Cofnęłam się jeszcze bardziej i wsunęłam 

dłoń  do  torebki,   szukając   czegoś,   co  mogłabym   wykorzystać   jako   broń.   Szminka, 

drobne, tampon. Cholera.

 - Kiedy się ubraliśmy, zapytałam, kiedy go znowu zobaczę - ciągnęła Althea, z 

nieobecnym wzrokiem. - I wiesz, co zrobił?

Bałam się odpowiedzieć. Pokręciłam przecząco głową. Althea zbliżyła się tak, że 

poczułam zapach jej szamponu.

background image

  - Roześmiał się. Powiedział, że już mnie nie potrzebuje, i zaczął się śmiać. 

Wiesz, jak to jest, kiedy ktoś, kogo kochasz, śmieje ci się w twarz?

Znowu pokręciłam głową. Wtedy moje palce natrafiły w torebce na podłużny, 

ostro zakończony przedmiot. Pilnik do paznokci!

  -   Postanowiłam   wyrównać   rachunki.   Dowiedziałam   się,   co   knują   z   panem 

Howe'em,   i  dałam   cynk  urzędnikowi  z   Komisji  Papierów  Wartościowych  i  Giełd. 

Wyczyściłam konta Devona. Udusiłam jego idealną, chudą żonę. A potem - mówiąc 

to,   spojrzała   mi   w   oczy,   jednocześnie   kładąc   oba   palce   wskazujące   na   cynglu   - 

zabiłam go. Ale nie od razu. Najpierw kazałam mu błagać, prosić mnie o życie na 

kolanach. Posłuchał mnie. I wiesz, co wtedy zrobiłam?

Pokręciłam głową, zaciskając palce na pilniku. Nachyliła się do mnie.

 - Roześmiałam się.

Myślałam,   że   zaraz   zwymiotuję.   Zupełnie   ześwirowała.   Nie   wiem,   dlaczego 

wcześniej tego nie zauważyłam. Każdy, kto nosi kraciaste blezery do sztruksowych 

spódnic, musi być szurnięty. A ona była szurnięta na maksa. Jej usta uśmiechały się, 

ale spojrzenie było nieobecne, zupełnie jakby widziała przed sobą błagającego o litość 

Greenwaya.

Patrząc w jej szalone oczy, nagle coś sobie uświadomiłam.

 - Doprowadziłam cię prosto do niego. Althea się uśmiechnęła.

  - Muszę ci za to podziękować. Domyślałam się, że nadal jest w mieście, ale 

dopiero dzięki tobie odkryłam, że zaszył się w Moonlight Inn. Ten zarozumiały dupek 

myślał, że chcę się z nim jeszcze raz przespać. Był przekonany, że sobie pobzyka. 

Postanowiłam   się   zabawić.   Włożyłam   cholernie   niewygodne   szpilki   i   obcisłą 

spódniczkę. - Jej oczy znowu zaszły mgłą. - A potem go zastrzeliłam. Wpakowałam 

mu dwie kulki.

Spojrzałam na pistolet.

 - Z pistoletu Richarda? Skinęła głową.

  -   Znalazłam   go   w   jego   biurku,   kiedy   w   zeszłym   tygodniu   był   w   sądzie. 

Pomyślałam,   że   najlepiej   będzie   upiec   dwie   pieczenie   na   jednym   ogniu.   Nie 

zamierzałam   dzielić   się   moimi   ciężko   zarobionymi   pieniędzmi   z   takim   idiotą   i 

cudzołożnikiem, jak pan Howe. Nie patrz tak na mnie. Wiem, że jest żonaty.

background image

Wzruszyłam ramionami. Co do Richarda, mogłam jej przyznać rację.

 - I co teraz? - zapytałam z wahaniem. Już się nie uśmiechała.

  -   Teraz   pozbędę   się   ostatniej   przeszkody,   pojadę   na   lotnisko   i   przejdę   na 

wcześniejszą   emeryturę   z   dwudziestoma   milionami   w   kieszeni.   To   powinno   mi 

wynagrodzić fakt, że spałam z Greenwayem.

Z trudem przełknęłam ślinę, w uszach czułam pulsowanie. Nie podobało mi się, 

że   nazwała   mnie   „ostatnią   przeszkodą".   Zwłaszcza   że   trzymała   mnie   na   muszce. 

Mocniej zacisnęłam palce na pilniku. Wzięłam głęboki oddech.

 - Żegnaj - szepnęła Althea.

Wiedziałam, że jeśli się zawaham, wkrótce wyląduję w kontenerze na śmieci. 

Pochyliłam   głowę   i   rzuciłam   się   na   Altheę   z   pilnikiem   w   ręce.   Mimowolnie   się 

skrzywiłam, kiedy poczułam, że wbiłam go w jej ciało.

Usłyszałam   jej   krzyk   oraz   wystrzał.   Kula   roztrzaskała   monitor   Jasmine. 

Poczułam na dłoni ciepły płyn i zdaje się, że też krzyknęłam.

Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że ciecz nie jest czerwona, tylko przezroczysta. 

Popatrzyłam na Altheę. Jedna strona jej klatki piersiowej była mokra. I mniejsza od 

drugiej.

 - Ty suko! Zniszczyłaś mi implant! - wrzasnęła.

W myślach pacnęłam się w czoło. Althea miała implanty? Czy moje cycki były 

najmniejsze w LA?

Althea stała z opuszczoną bronią. Jej jedna pierś wyglądała, jakby uszło z niej 

powietrze. Uznałam, że to odpowiednia chwila, by rzucić się do ucieczki. Obróciłam 

się i pognałam przez recepcję. Byłam już prawie przy drzwiach, kiedy usłyszałam 

drugi wystrzał. Kula roztrzaskała szklane drzwi. Padłam na wykładzinę. Rozległ się 

kolejny wystrzał i moje ramię przeszył ostry ból. Sięgnęłam dłonią do źródła bólu. 

Tym razem moje palce były czerwone.

Pomyślałam, że za chwilę puszczę pawia.

Zgubiłam   jeden   z   butów   Dany,   pełznąc   na   czworakach   za   donicę   z   palmą. 

Usłyszałam   jeszcze   trzy   wystrzały.   Kule   utkwiły   w   ścianie   wyklejonej   elegancką 

tapetą.   Potem   usłyszałam   dźwięk,   który   był   dla   moich   uszu   jak  muzyka   -   szczęk 

pustego magazynku.

background image

 - Cholera! - wrzasnęła Althea. Skończyły się jej naboje. Zerwałam się z podłogi 

i   popędziłam   w   stronę   wind.   Nie   ubiegłam  daleko   po   tłuczonym   szkle.   Althea 

szarpnęła mnie do tyłu za włosy.

Obróciłam się, starając się przypomnieć sobie coś z zajęć tae - bo, na które Dana 

zaciągnęła mnie w zeszłym roku. Wypad, obrót i cios? A może obrót, cios i wypad? A 

niech to. Szkoda, że nie zwracałam większej uwagi na kroki, zamiast gapić się na 

wyrzeźbiony tyłek instruktora. Nie miałam wyjścia. Zaczęłam kopać, wrzeszczeć i 

młócić rękami. Wiedziałam, że walczę jak dziewczyna, ale miałam to gdzieś.

Althea z łatwością powaliła mnie na podłogę. Była strasznie silna jak na kobietę. 

Najwyraźniej pod bezkształtnymi ciuchami ukrywało się ciało kulturystki.

Wbiłam paznokcie w jej skórę, zatapiając je coraz głębiej i głębiej, póki nie 

wrzasnęła. Niestety, na niewiele się zdało. Jej dłonie nadal zaciskały się na moim 

gardle   i   powoli   zaczynałam   widzieć   gwiazdy.   Gorączkowo   macałam   podłogę, 

szukając czegoś, czym mogłabym jej przywalić. Obraz robił się zamazany. Jedyne, co 

dobrze widziałam, to szalone oczy Althei, utkwione we mnie. Podczas szamotaniny 

spadły   jej   okulary.   Jej   gęste   brwi   były   ściągnięte,   a   usta   wykrzywione   w 

makabrycznym uśmiechu rodem z filmów Wesa Cravena. Zachciało mi się płakać, 

kiedy pomyślałam, że ostatnią rzeczą, jaką ujrzę przed śmiercią, będą zarośnięte brwi i 

potargane włosy jakiejś wariatki? To było niesprawiedliwe.

Nagle  moje dłonie  coś  znalazły. Zgubioną  szpilkę  Dany.  Wyciągnęłam palce 

najdalej, jak mogłam, zaciskając je na bucie. Coraz gorzej widziałam, nie mogłam 

oddychać.   Wijąc   się   pod   cielskiem   Althei,   skupiłam   resztkę   siły   w   lewej   ręce. 

Uzbrojona w dziwkarską szpilkę Dany, zamachnęłam się w kierunku szyi Althei.

Usłyszałam krzyk. Sama nie wiem czyj - jej czy mój. Ręce Althei oderwały się 

od mojej szyi. Zamrugałam, gwałtownie łapiąc powietrze. Althea zsunęła się ze mnie, 

jej szyja, w której tkwiła szpilka, była cała w keczupie. Wzrok miała szklisty, z jej ust 

dobiegało rzężenie.

Tym razem nie miałam wątpliwości, kto krzyczał. Ja.

Nadal wrzeszczałam w niebogłosy, kiedy przez rozbite drzwi wpadł Ramirez, a 

za nim paru umundurowanych policjantów. Jeden z nich zaczął robić Althei sztuczne 

oddychanie, wołając, by ktoś wezwał pomoc. Kiedy przyjechali sanitariusze, założyli 

background image

Althei maskę tlenową i podłączyli masę rurek. Potem zjawili się kolejni gliniarze. 

Rozmawiali głośno przez radio. Wszystko wydawało się takie surrealistyczne. Cały 

czas nie mogłam oderwać wzroku od kałuży krwi, w której leżała Althea.

W końcu przestałam krzyczeć i uświadomiłam sobie, że jestem w ramionach 

Ramireza. Trzymał mnie mocno.

 - Nic ci nie jest? - szepnął w moje włosy. Przełknęłam ślinę.

 - Chyba mnie postrzeliła. Czy ona... - Urwałam, nakazując sobie wziąć głęboki 

oddech, zanim znowu zacznę krzyczeć.

  - Nie,  żyje. Na razie. - Ramirez odsunął się, żeby obejrzeć moje lewe ramię, 

gdzie   żywy   ogień   przeszedł   w   tępy   ból.   -   Wygląda   na   ranę   powierzchowną   - 

powiedział, ostrożnie odsuwając moją zniszczoną bluzkę.

Przywołał jednego z zajmujących się Altheą sanitariuszy, który potwierdził jego 

diagnozę. Powiedział, że trzeba to zszyć, więc Ramirez zapakował mnie do swojego 

SUV - a i zawiózł do szpitala.

Trzy godziny później moje ramię wyglądało, jakby należało do jakiegoś zombie, 

a   szyja   była   w   kolorze   Fioletowego   Paskudztwa.   Mogłam   to   ukryć,   nosząc   przez 

kolejnych parę dni golfy, ale nadal pozostawała kwestia mojego oka. Ramirez zawiózł 

mnie   na   komisariat,   gdzie   złożyłam   zeznania,   czemu   towarzyszył   ledwo   tłumiony 

śmiech   policjantów,   gdy   opowiadałam,   jak   przebiłam   Althei   implant.   Zanim 

skończyłam,   zeszły   ze   mnie   resztki   adrenaliny   i   zupełnie   oklapłam.   Jedynym,   co 

utrzymywało mnie w pionie, był Ramirez, który przez całą noc nie odstępował mnie 

na krok.

Słońce   zaczynało   wychylać   się   już   zza   horyzontu,   kiedy   Ramirez   w   końcu 

odwiózł mnie do domu. Kiedy zatrzymał samochód i wyłączył silnik, zadałam na głos 

pytanie, które dręczyło mnie od momentu, gdy zobaczyłam Altheę celującą do mnie z 

pistoletu.

  -   Skoro   to   Althea   podprowadziła   dwadzieścia   milionów,   to   jakim   cudem 

Jasmine stać na botoks i Pradę?

Ramirez przechylił głowę, jakby nie do końca rozumiał, o co chodzi z Pradą, ale 

odpowiedział.

background image

  - Nadal sprawdzają komputer Jasmine, ale z tego, co znaleźliśmy do tej pory 

wynika, że ktoś o nicku SexyJas pracował na seks czacie.

W myślach pacnęłam się w czoło. 

Kociakinazywo.com

.

 - Uprawiała cyberseks w pracy?

  -   Działa   to   mniej   więcej   tak,   że   logujący   się   faceci   płacą   trzy   dolce 

dziewięćdziesiąt   dziewięć   centów   za   minutę   czatowania   z   wybraną   kobietą.   Taki 

nowocześniejszy odpowiednik numerów 0700.

Przewróciłam oczami.

 - Wygląda na to - ciągnął Ramirez - że w ciągu paru ostatnich miesięcy SexyJas 

spędziła zalogowana na tej stronie ponad tysiąc godzin.

Przeprowadziłam   w   myślach   szybkie   obliczenia   i   wyszło   mi,   że   $3.99 

pomnożone przez tysiąc dawało... całe mnóstwo butów Prady. Zapamiętałam sobie, 

żeby koniecznie trochę bardziej zaprzyjaźnić się z komputerem.

Ramirez obrócił się na siedzeniu w moją stronę.

 - To była ciężka noc, co? - Jego dłoń otarła się o mój policzek, kiedy zakładał mi 

za ucho zabłąkany kosmyk włosów. - Śmiało - dodał łagodnie. - Powiedz to.

 - Co? Uśmiechnął się.

 - Wiem, że nie możesz się doczekać, żeby powiedzieć „a nie mówiłam".

Nie mogłam się powstrzymać. Też się uśmiechnęłam.

 - A nie mówiłam.

Uśmiechnął się szerzej, aż na jego policzku pojawił się ten seksowny dołeczek. 

Potem wychylił się zza kierownicy i mnie pocałował. Miękko, delikatnie, jakby się 

bał, że może mi coś zrobić. I w sumie się nie pomylił - czułam, że dosłownie topię się 

na skórzanym siedzeniu.

Odsunął się. Zdaje się, że trochę poleciałam w jego stronę.

 - Chcesz, żebym wszedł? - zapytał. Jego oczy były ciemne i niebezpieczne, jak 

pantera wytatuowana na jego ramieniu.

Tak, tak, tak! Wzięłam głęboki oddech.

 - Nie. - Boże, czy byłam tak samo stuknięta jak Althea? Co znaczyło „nie"?

W jego oczach było widać zawód.

 - Racja. To była długa noc. Na pewno jesteś zmęczona.

background image

Jasne.   Zmęczona.   Tak   naprawdę   byłam   zagubiona.   Rozwiązałam   co   prawda 

sprawę zabójstwa Greenwaya, ale ani trochę nie przybliżyło mnie to do odpowiedzi na 

pytanie, co mam zrobić z własnym zagmatwanym życiem.

Ramirez odprowadził mnie do drzwi i pocałował w czubek głowy. Patrzył w 

moje oczy i dokładnie widziałam, o czym myśli. Czułam, że mięknę.

 - Może innym razem - szepnął i wrócił do samochodu.

Stałam na ciemnych schodach i patrzyłam za nim. Z całego serca pragnęłam, 

żeby wszedł. Przyznaję, że dziko go pożądałam. Jednym spojrzeniem wyrabiał z moim 

ciałem rzeczy, o jakich mi się nawet nie śniło.

Ale był jeszcze Richard. Dałam mu do zrozumienia, że jestem po jego stronie. I 

choć nasze pojmowanie, co to właściwie znaczy, trochę się różniło, na pewno nie 

obejmowało   spędzenia   nocy   z   seksownym   gliniarzem.   Uznałam,   że   dopóki   nie 

postanowię co dalej z Panem Przestępcą w Białych Rękawiczkach ani nie rozwiążę 

problemu niewykonywalnego testu ciążowego, nie powinnam zapraszać Ramireza na 

noc. To byłoby nie w porządku. Zwłaszcza że na własne oczy widziałam, do jakiego 

stanu może doprowadzić człowieka czyjaś niewierność.

Moje libido nadal prowadziło polemikę z rozsądkiem, kiedy otworzyłam drzwi.

Krzyknęłam zaskoczona.

Na materacu, pośród mojego porozrzucanego dobytku, siedział Richard.

 - Co tu robisz? - zapytałam, mrugając oczami.

Wstał. Znowu miał na sobie eleganckie spodnie i koszulę. Poza tym ogolił się i 

nażelował włosy a la Ken. Musiałam przyznać, że wygląda dobrze. Nawet bardzo 

dobrze. Jak dawny Richard. Jak Richard, w którym się kiedyś zakochałam.

 - Dałaś mi klucz - powiedział. Pokręciłam głową.

 - Nie o to mi chodzi. Nie jesteś w areszcie? Boże. Chyba nie uciekłeś?

Richard się uśmiechnął.

  - Nie, nie uciekłem. Prokurator okręgowy wycofał zarzut morderstwa, po tym 

jak aresztowali Altheę. Wyszedłem za kaucją.

Pokręciłam   głową.   Chesterton   nie   tracił   czasu.   Przeszłam   ostrożnie   między 

potłuczonymi naczyniami i rozrzuconymi ciuchami i usiadłam na materacu. Richard 

usiadł obok mnie.

background image

 - Co ci się stało w rękę? - zapytał, szczerze przejęty.

 - Twoja pracownica mnie postrzeliła.

  -   Och,   pączuszku,   tak   mi   przykro.   -   Objął   mnie   ramieniem.   Byłam   zbyt 

zmęczona, żeby zaprotestować. Nawet kiedy zaczął mnie całować w policzek.

 - Bardzo za tobą tęskniłem - szepnął.

Westchnęłam.   Choć   wszystko   byłoby   prostsze,   gdybym   go   nienawidziła, 

musiałam przyznać, że sama też trochę się za nim stęskniłam.

  - Maddie, posłuchaj. Wiem, że wiele się wydarzyło - ciągnął Richard, biorąc 

mnie   za   rękę.   -   Ale   chcę,   żebyś   wiedziała,   jak   bardzo   jestem   ci   wdzięczny   za 

wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Chesterton powiedział mi, że to ty zdemaskowałaś 

Altheę. Ja... - Urwał, a jego oczy zaszły łzami. - Nikt inny we mnie nie wierzył, tylko 

ty.

Przygryzłam wargę, powstrzymując się od wyjaśnienia, że chodziło nie tyle o 

wiarę, co o obawę, że moje dziecko będzie miało ojca kryminalistę.

  - Maddie, wiem,  że w przeszłości zrobiłem parę głupich rzeczy. Poprawka - 

bardzo głupich rzeczy.

 - I chcę ci to wynagrodzić. Chesterton mówi, że może uda mu się wywalczyć dla 

mnie wyrok w zawieszeniu, jeśli zgodzę się zeznawać przeciwko Althei. Proces może 

trochę potrwać, ale kiedy to wszystko się skończy, wynagrodzę ci to. Chcę, żebyś się 

do mnie wprowadziła. Nasza rozłąka uświadomiła mi, jak bardzo cię potrzebuję w 

moim życiu. Nie chcę się z tobą nigdy więcej rozstawać.

Uniosłam ręce.

 - Zaraz, mam się do ciebie wprowadzić? Nie uważasz, że to trochę za szybko.

 - Za szybko? - Patrzył na mnie oczami szczeniaka.

 - Richard, jesteś żonaty!

 - Podpisałem już papiery rozwodowe. Au. Biedny Kopciuszek.

 - Maddie, wiem, że to, co się ostatnio działo, to czyste szaleństwo. Ale wierz mi, 

że jesteś jedyną kobietą w moim życiu.

Pokręciłam głową, czując nadchodzącą migrenę.

 - Richardzie, ja... ja... potrzebuję trochę czasu, żeby się nad tym zastanowić.

Zwiesił ramiona, ale skinął głową.

background image

 - Oczywiście. Zastanawiaj się tak długo, jak chcesz.

Wstałam i odprowadziłam go do drzwi, uważając, żeby się o coś nie potknąć. 

Pożegnaliśmy się i wyszedł, znikając w świetle wczesnego poranka. Zamknęłam za 

nim drzwi i oparłam się o nie, wzdychając.

Zły Glina czy Ken?

Richard znowu był sobą. Jak już będzie miał z głowy proces o defraudację oraz 

rozwód, był idealnym kandydatem na męża i ojca. Ramirez z kolei był podniecającą 

przygodą.   Spojrzenie,   jakim   mnie   dzisiaj   obdarzył,   gwarantowało,   że   z   łatwością 

pobiłabym cztery razy Dany. Tylko co potem?

Była jeszcze jedna sprawa, o której nie mogłam zapominać.

Spojrzałam na swój brzuch. Czy w środku rzeczywiście ktoś był? A jeśli nawet, 

to czy był to wystarczający powód, żeby zostać z Richardem?

  -   Jak  myślisz   -   zapytałam   swój   płaski   brzuch   -   co  powinnam  zrobić?   Zero 

odpowiedzi. Cholera. Gdybym nie brała udziału w strzelaninie,

może miałabym dość energii, żeby pojechać po nowy test. Obiecałam sobie, że 

jutro będzie Dzień Prawdy. Do diabła, jeśli potrafiłam stawić czoło morderczyni, to 

mogłam także stawić czoło małej różowej kreseczce. Albo dwóm.

Z tym postanowieniem wróciłam na materac. Zasnęłam, gdy tylko moja głowa 

spoczęła na poduszce.

Obudziłam   się   wśród   pokrzykiwań   wysiadających   ze   szkolnego   autobusu 

wyrzucającego dzieciaki przy końcu przecznicy i dźwięków telenoweli, którą oglądała 

sąsiadka na dole. Uchyliłam jedno oko. Trzecia po południu. Rety. Wstałam i wzięłam 

najdłuższy   prysznic   w  życiu,   pozwalając,   by   ciepły,   kojący  strumień  wody   obmył 

moje obolałe mięśnie. Włożyłam bezrękawnik z golfem, żeby ukryć fiolet na szyi, 

dżinsową   spódniczkę   i   wysokie   szpilki,   które   miały   mi   zrekompensować   wielki 

brzydki bandaż na ramieniu. Niestety, niewiele mogłam zrobić z podbitym okiem. 

Pomalowałam drugie niebieskim cieniem, żeby moja kontuzja mniej rzucała się w 

oczy.

Zrobiłam dzbanek mocnej kawy i odsłuchałam wiadomości na automatycznej 

sekretarce. Pierwsza była od Tot Trots. Grozili, że wstrzymają mi pensję, jeśli do 

czwartku nie dostaną projektu. Dzwonił też Marco, żeby powiedzieć, że widział mnie 

background image

wczoraj   w   wiadomościach   i   że   wszyscy   w   Fernando's   są   żądni   szczegółów.   Pani 

Rosenblatt   dzwoniła   z   informacją,   że   Albert   zobaczył   w   mojej   przyszłości   czarną 

panterę   i   że   powinnam   szybko   przyjść   na   oczyszczenie   aury.   Dana   zostawiła 

histeryczną wiadomość, że ona i Gość bez Szyi się pogodzili i że w trakcie godzenia 

zobaczyła mnie w wiadomościach. Piskliwym głosem pytała, czy nic mi nie jest.

Najpierw oddzwoniłam do Dany. Odebrała już po pierwszym sygnale.

 - Halo? - powiedziała zdyszana.

 - Cześć. To ja.

 - Boże! Nic ci nie jeeeeest?

Odsunęłam telefon od ucha, nie mogąc znieść jej upiornego pisku.

 - Nie, wszystko w porządku. - Tak jakby. Szybko opowiedziałam jej o butach od 

Prady,   plikach   w   komputerze   Jasmine   i   zapasach   z   uzbrojoną   wariatką.   Kiedy 

skończyłam,   miałam   wrażenie,   że   po   drugiej   stronie   Dana   aż   cała   trzęsie   się   z 

podniecenia.

  - Wow, Maddie, dałaś czadu, dziewczyno.  Uśmiechnęłam się. Rzeczywiście 

byłam całkiem niezła.

  -   Ale   super   -   ciągnęła   Dana.   -   Mówią   o   tobie   w   wiadomościach.   Jesteś 

prawdziwą bohaterką.

 - Och, no nie wiem...

 - Nie bądź taka skromna, skarbie. Sama rozwiązałaś sprawę dwóch morderstw.

Przygryzłam   wargę,   powstrzymując   się   od   przypomnienia   Danie,   że 

podejrzewałam złą blondynkę.

 - Cóż, miałam szczęście.

 - Ba. Mogłaś zginąć.

Spojrzałam na bandaż na ramieniu. Nie musiała mi o tym przypominać.

 - Ale nie zginęłam. Nic mi nie jest.

 - Na razie. Ale co będzie następnym razem?

  -   Następnym   razem?   -   Sorry,   ale   wcale   nie   paliłam   się   do   powtórki   z   tej 

wątpliwej   rozrywki.   -   Zapewniam   cię,   że   to   była   jednorazowa   akcja.   Nie   będzie 

następnego razu.

background image

 - Skąd możesz wiedzieć, Maddie? To było ostrzeżenie. Rozejrzyj się, wariaci są 

wszędzie.

Przewróciłam oczami.

 - Nic mi nie jest, Dana.

 - Jeden gość na siłowni prowadzi zajęcia z samoobrony dla kobiet. Powinnyśmy 

się zapisać. W następnym tygodniu zaczyna się kurs o nazwie „Nowoczesna kobieta 

kontra wielkomiejskie zagrożenia". Co ty na to?

 - Rozłączam się, Dana.

  -  Może  powinnaś   zacząć  nosić  ze  sobą   broń?  Albo  chociaż   gaz   pieprzowy. 

Przynajmniej zastanów się nad kupnem gazu.

Tym razem prawie wywróciłam oczy na drugą stronę.

  -   Na   razie,   Dana.   -   Rozłączyłam   się,   zostawiając   Danę   samą   z   jej   listą 

niezbędnych militariów.

Modląc się, by moi pracodawcy byli w dobrym humorze, wykonałam drugi pilny 

telefon - do Tot Trots. Wyjaśniłam sytuację i poprosiłam, żeby dali mi jeszcze trochę 

czasu. Nie byli zachwyceni, że jedna z ich projektantek wplątała się w aferę dotyczącą 

defraudacji i morderstwa, ale zgodzili się przedłużyć mi termin do końca lipca. Potem 

oddzwoniłam   do   Marca   i   obiecałam,   że   wpadnę   jutro   na   pedikiur   i   ploteczki. 

Zadzwoniłam   też   do   pani   Rosenblatt,   żeby   umówić   się   na   oczyszczanie   aury   w 

przyszłym tygodniu.

Pozostał   mi   już   tylko   jeden   telefon,   którego   obawiałam   się   od   chwili,   gdy 

zobaczyłam Richarda siedzącego na moim materacu.

Nalałam sobie kolejną filiżankę kawy.

Mój   palec   zawisł   nad   przyciskami   szybkiego   wybierania.   Richard   był 

zakodowany   obok   Ramireza.   Boże,   jak   ja   nienawidzę   podejmować   decyzji. 

Zamknęłam oczy i zabawiłam w małą wyliczankę. Nie spodobał mi się wynik, więc 

powtórzyłam ją. Wzięłam głęboki oddech i zadzwoniłam.

 - Halo? - powiedział.

 - Cześć, tu Maddie. Może skoczymy dziś na drinka? Powiedzmy, o siódmej. Co 

powiesz na Casa Madera na Wilshire?

 - Nie mogę się już doczekać. - W jego głosie słychać było podniecenie.

background image

Kiedy się rozłączyłam, uświadomiłam sobie, że ja także nie mogę się doczekać 

tego spotkania. Byłam pewna, że w końcu znalazłam odpowiedź na dręczące mnie 

pytania.

background image

Rozdział 21

Włożyłam czarną jedwabną sukienkę - bez dekoltu, za to krótką i z odkrytymi 

plecami   -   i   szpilki   od   Gucciego.   Nałożyłam   na   rzęsy   czarną   mascarę,   a   usta 

pociągnęłam czerwoną szminką. Po wtarciu pianki i wysuszeniu włosów uznałam, że 

wyglądam   naprawdę   seksownie.   I   o   to   chodziło.   Potrzebowałam   jak   największej 

pewności siebie, żeby zrobić to, co zamierzałam.

Wskoczyłam do dżipa i wcisnęłam się na autostradę, obierając kurs na Wilshire. 

Jedyne wolne miejsce parkingowe znajdowało się dwie przecznice od restauracji, więc 

zaliczyłam jeszcze mały spacer, zbierając się po drodze na odwagę, by stawić czoło 

nieuniknionemu. Motyle w moim żołądku tańczyły mambo, ale powiedziałam sobie, 

że podjęłam słuszną decyzję.

Zobaczyłam   go,   gdy   tylko   weszłam.   Siedział   przy   barze,   plecami   do   drzwi. 

Zaczerpnęłam powietrza i wyprostowana ruszyłam w jego stronę.

Musiał wyczuć moją obecność, bo się odwrócił. Na jego usta wypłynął uśmiech, 

kiedy przyglądał się mojemu strojowi. Przyznaję, że kiedy zobaczyłam uznanie w jego 

oczach,   na   moment   ogarnęły   mnie   wątpliwości.   Natychmiast   mi   przeszło,   kiedy 

nachylił się i pocałował mnie w policzek, mówiąc:

 - Ślicznie wyglądasz, pączuszku. Pączuszku. Fuj. Zmusiłam się do uśmiechu.

 - Cześć, Richard.

 - Zamówić ci drinka? - zapytał, kiedy usiadłam obok niego.

 - Eee... - Spojrzałam na jego szkocką z wodą sodową. - Napiję się dietetycznej 

coli. Dzięki.

Przywołał barmana, który szybko postawił przede mną zimną colę. Pociągnęłam 

spory łyk, w nadziei że to uspokoi motyle w moim żołądku.

 - Maddie, tak się cieszę, że zadzwoniłaś - powiedział, biorąc mnie za rękę.

Zaczerpnęłam tchu.

 - Myślałam o tym, co powiedziałeś w nocy.

  - Tak? Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Kiedy byłem w areszcie, dużo o nas 

myślałem i...

 - Richardzie, to koniec. Spojrzał na mnie.

 - Co?

background image

  -   Mówię   o   nas.   To   koniec.   -   Wypuściłam   powietrze.   Wow,   fajnie   było   to 

powiedzieć.

 - Ale, ja... - Urwał, patrząc na mnie błagalnie. - Myślałem, że dobrze nam było 

razem, pączuszku. Co się stało?

Parsknęłam.

 - Co się stało? Richard, okłamywałeś mnie. We wszystkim.

  -   Myślałem,   że   rozumiesz   dlaczego.   -   Ściągnął   z   konsternacją   perfekcyjnie 

wyregulowane brwi.

  - Owszem, zrozumiałam, ale coś innego. Kiedy sytuacja stała się trudna, po 

prostu uciekłeś. Do tego oszukiwałeś i zdradzałeś. I kradłeś. Jesteś słaby. A ja jestem 

zbyt silna, żeby dać się wyssać takiemu facetowi jak ty. Umiem utrzymać się w pionie 

sama, ale nie mogę trzymać nas oboje. Przykro mi.

Jednym haustem wychyliłam resztę coli. Richard siedział oszołomiony. Ujęłam 

jego twarz w dłonie i pocałowałam w policzek.

  - Powodzenia, Richardzie. Mam nadzieję, że nie wrócisz za kratki. Zabrałam 

torebkę i najszybciej, jak mogłam, wyszłam z restauracji.

Wiem,  że za mną patrzył, ale nie czułam na sobie jego spojrzenia. Jedyne, co 

czułam, to ogromne poczucie wolności.

Tuż za drzwiami otworzyłam klapkę komórki i wcisnęłam przycisk szybkiego 

wybierania. Ramirez odebrał po drugim sygnale.

 - Halo?

 - Co dzisiaj robisz? - zapytałam. Zawahał się.

 - A czemu pytasz? Uśmiechnęłam się szeroko.

 - Bo chyba nadeszła już ta inna okazja.

Czułam,   że   się   uśmiecha,   i   prawie   widziałam   seksowny   dołeczek   w   jego 

policzku.

 - Wprowadzę zmiany w grafiku.

Zalała   mnie   fala   ciepła,   kumulując   się   w   moich   majtkach,   które   dziś 

zdecydowanie nie były babcine.

  -   Ale   przedtem   muszę   jeszcze   coś   załatwić.   Spotkajmy   się   u   mnie   za   pół 

godziny, okay?

background image

 - Okay.

Prawie biegłam do dżipa. Wróciłam na autostradę i odbiłam w Pico na szybką 

wizytę   w   aptece.   Kupiłam   nowy   test   ciążowy,   z   szybką   zabezpieczającą   okienko 

wyniku,   upewniając   się,   że   ma   dobry   termin   ważności  (kończył   się   dopiero   za 

osiemnaście   miesięcy).   Tym   razem   byłam   zdecydowana   doprowadzić   sprawę   do 

końca.

Zaraz po powrocie do domu poszłam do łazienki, przezornie zostawiając colę w 

kuchni. Usiadłam na materacu i czekałam, starając się nie patrzeć na zegar. Można by 

pomyśleć, że jestem już weteranką robienia testów ciążowych, ale przysięgam, że były 

to trzy najdłuższe minuty w moim życiu. Obgryzłam paznokieć. Przekładałam pisaki. 

Chyba z piętnaście razy przeszłam z jednego końca pokoju na drugi.

Nagle   usłyszałam   pukanie   do   drzwi.   Spojrzałam   na   zegar.   Dwie   minuty 

pięćdziesiąt pięć sekund.

  -   Chwileczkę   -   zawołałam.   Zamknęłam   oczy.   Policzyłam   do   pięciu. 

Sprawdziłam wynik.

Jedna kreska. Negatywny.

Wypuściłam powietrze, czując mieszaninę ulgi i zawodu. Okay, może ulga była 

trochę   większa.   Spojrzałam   na   swój   brzuch.   Może   kiedyś.   Ale   na   dzisiejszą   noc 

miałam inne plany...

Szybko wyrzuciłam test do kosza pod zlewem i otworzyłam drzwi.

Ramirez stał oparty o futrynę. Jak zwykle miał na sobie czarny T - shirt i wytarte 

dżinsy.   Wystająca   spod   rękawa   pantera   kokietowała   mnie,   kiedy   mierzył   mnie 

wzrokiem.

Znowu poczułam gorąco w całym ciele.

  -   Cześć   -   powiedziałam,   starając   się,   by   zabrzmiało   to   seksownie   i 

uwodzicielsko. Niestety, znowu było mi bliżej do Myszki Minnie. - Przepraszam, że 

cię   wczoraj   nie   zaprosiłam.   Chciałam,   ale   wszystko   było   takie   zagmatwane,   nie 

wiedziałam,   na   czym   stoję   z   Richardem,   no   i   ciągle   był   jakiś   problem   z   testami 

ciążowymi, ale kupiłam nowy, właśnie zrobiłam i...

Ramirez uciszył mnie, kładąc palec na moich ustach.

background image

 - Wystarczy tego gadania - powiedział niskim, aksamitnym głosem. I pocałował 

mnie. Boże, jak on mnie pocałował.