background image

 

 

 

background image

Z leśnych mgieł 

Edward Simbierowicz 

 

 

 

Spis treści 

Od autora ................................................................................................................................................ 3 

Taki był początek ..................................................................................................................................... 5 

Rewizja..................................................................................................................................................... 7 

Pacyfikacja ............................................................................................................................................... 8 

„Lis” w akcji ........................................................................................................................................... 12 

Kaziek ..................................................................................................................................................... 16 

Wiec ....................................................................................................................................................... 19 

Przysięga ................................................................................................................................................ 21 

Nowe zadania ........................................................................................................................................ 23 

Po broń .................................................................................................................................................. 25 

Grupa „Toma” ....................................................................................................................................... 29 

Doktor Grzyb ......................................................................................................................................... 30 

Nieoczekiwane spotkanie ...................................................................................................................... 32 

Pan Adam .............................................................................................................................................. 34 

Stanowcze kroki ..................................................................................................................................... 36 

Decyzja................................................................................................................................................... 41 

Pomocne dłonie ..................................................................................................................................... 43 

Orzełki .................................................................................................................................................... 45 

Most w Sielpii ........................................................................................................................................ 49 

Las szumiał jednako ............................................................................................................................... 52 

Ślubowanie ............................................................................................................................................ 57 

Dzień w lesie .......................................................................................................................................... 61 

Leśna drukarnia ..................................................................................................................................... 65 

Pozycja ................................................................................................................................................... 68 

„Lotczik” ................................................................................................................................................ 72 

Celne strzały .......................................................................................................................................... 74 

Kierunek Krynki...................................................................................................................................... 76 

Ostatnia zapałka .................................................................................................................................... 82 

background image

Nareszcie wolni...................................................................................................................................... 84 

 

 

 

Od autora

 

 

Wspomnienia te poświęcam tym wszystkim towarzyszom, kolegom i znajomym, z którymi razem 
przeżywałem ciężkie lata okupacji, dyskutowałem zażarcie o przyszłości i wreszcie o przyszłość tę 
walczyłem. 

Od dawna już nosiłem się z myślą napisania wspomnień z tamtych dni i o tamtych ludziach, z których 
wielu nie doczekało Tej, „co nie zginęła”. Od dawna walczyłem z natłokiem mieszanych uczuć, 
z zapałem i rezygnacją. Kilka razy zaczynałem już pisać i zniechęcony odkładałem pióro. Po co 
odgrzebywać w pamięci fakty i wydarzenia, o których się już prawie zapomniało, a które nie 
przydadzą się pewnie nikomu i do niczego? 

Wiele przecież z tego, co przeżywaliśmy podczas okupacji, odczuwamy już dzisiaj inaczej. Inne jest też 
nasze spojrzenie na mnóstwo różnych i bardzo złożonych konfliktów, które zawiązały się w tamtych 
trudnych latach. Naprawdę nie sposób byłoby, moim zdaniem, preparować skalpelem wszystkie 
nerwy okupacyjnego życia tylko po to, aby każdą nitkę wyodrębnić i każdą pokazać osobno. Nie 
zamierzam zresztą tego robić. 

Z tamtego okresu wybrałem zupełnie świadomie tylko niektóre obrazki i fragmenty, codzienne 
i typowe dla ziemi kieleckiej lat 1939-1945. Chciałem pokazać tło i atmosferę ówczesnych wydarzeń 
w wąskich wycinkach i w środowisku ludzi najlepiej mi znanych. 

Nie szukajcie przeto tutaj wspomnień o sprawach wielkich. Błędnie mniemaliby ci, którzy 
doszukiwaliby się w pracy konspiracyjnej i w partyzanckich działaniach nieprzerwanego pasma 
bohaterskich zmagań z wrogiem. Obok rzeczy wielkich działy się przecież wtedy rzeczy drobne albo 
też nic godnego uwagi nie działo się. I wtedy dni były wypełnione osobistymi sprawami, troskami, 
radościami oraz zupełnie prozaicznymi czynnościami. Chciałem również pokazać niektóre obrazki 
z naszego życia partyzanckiego w okresach wytchnienia pomiędzy walkami, gdy toczyło się szare 
życie, monotonne i urozmaicone tylko nie kończącymi się rozmowami na postojach i w marszach. 

Niech Czytelnik nie szuka w moich wspomnieniach ścisłej chronologii historycznej. Jeśli niektóre fakty 
i wydarzenia, występujące w różnych okresach, zestawiłem obok siebie, to dlatego, że niekiedy 
wymagała tego konstrukcja poszczególnych opowiadań lub zawiodła mnie po prostu pamięć. Od 
tamtych dni minęło już przecież ponad dwadzieścia lat. 

Koleje mojego losu były dosyć złożone. Najpierw, już w grudniu 1939 roku, trafiłem do Związku Walki 
Zbrojnej. Pierwotny zapał w pracy konspiracyjnej stopniowo ustępował miejsca wątpliwościom, czy 
rzeczywiście dobrą drogę walki wybrałem. Głoszone przez ZWZ hasła nie zadowalały mnie całkowicie. 
W domu wychowywany byłem w duchu postępowym. Mój ojciec na długo przed wojną był czynnym 
działaczem Związku Nauczycielstwa Polskiego, brał udział w strajku nauczycieli, prenumerował 
postępową prasę, a w czasie okupacji, pozbawiony przez Niemców prawa wykonywania zawodu 
nauczycielskiego, należał do Tajnej Organizacji Nauczycielskiej (TON). Pod wpływem częstych rozmów 
w domu i z kolegami, którzy podobnie jak ja również przeżywali wewnętrzną rozterkę, znalazłem się 

background image

na marginesie ZWZ i byłem z nim związany tylko formalną przynależnością. W tym okresie jeden 
z moich znajomych, kolega gimnazjalny i przyjaciel Antek Leszczyk - ”Polluks”, proponował mi 
przejście do BCh. Nie skorzystałem z tego, ponieważ już wówczas - a było to latem 1943 roku - 
miałem nawiązane kontakty z organizacją „Świt” poprzez Sylwestra Wątrobińskiego - ”Wieniawę” 
i Tadeusza Maja - ”Łokietka”. 

W tej organizacji rozpoczął się dla mnie okres nowej, bardzo intensywnej pracy konspiracyjnej. „Świt” 
odgrywał niewątpliwie szczególną rolę na Kielecczyźnie. O obliczu ideowym tej organizacji może 
w pewnym sensie świadczyć sama jej nazwa: Rewolucyjna Grupa Inteligencji Socjalistycznej „Świt”. 
Była ona niejako zbiornikiem, który przejmował elementy radykalne z AK i innych organizacji oraz 
ułatwiał im przejście do PPR i Armii Ludowej. Działacze „Świtu” czerpali swoją wiedzę polityczną 
z rewolucyjnych tradycji Kielecczyzny i owocnej działalności jej wiernych synów z szeregów KPP, PPS-
Lewicy oraz radykalnych odłamów „Wici”. Brak doświadczenia w pracy konspiracyjnej zastępowali 
entuzjazmem i szczerym przekonaniem o słuszności podjętej sprawy. 

Pod koniec 1943 roku wraz z aktywem „Świtu” znalazłem się w PPR, a w następnym roku latem wraz 
z dwoma braćmi i grupą towarzyszy poszedłem do lasu, gdzie po pewnych nieprzewidzianych 
tarapatach trafiłem do zgrupowania AL pod dowództwem pułkownika Moczara. 

W oddziałach AL pełniłem początkowo funkcję oficera propagandy w sztabie III Obwodu i zostałem 
tutaj awansowany do stopnia kaprala. W tym okresie zajmowałem się redagowaniem i drukowaniem 
odezw i ulotek, a także pisaniem meldunków sytuacyjnych, szyfrowaniem depesz radiowych itp. 
W bitwie pod Szałasami walczyłem już jako podporucznik i od tej pory, po porzuceniu „papierkowej 
roboty”, do ostatnich dni pobytu w lesie pełniłem obowiązki zwiadowcy. Była to bardzo trudna 
i ryzykowna praca. 

Muszę przyznać, że moja droga konspiracyjnej działalności od ZWZ poprzez „Świt” do PPR i Armii 
Ludowej nie odbyła się bez wahań i bez konfliktów. Ewolucja tego przejścia nie była taka prosta 
i łatwa, jak ją teraz w skrócie przedstawiam. Proces dojrzewania mojej świadomości przebiegał 
względnie powoli i nie był wolny od załamań. 

Na zakończenie chciałbym jeszcze personalnie wymienić kilku moich najbliższych współtowarzyszy 
walki i pracy konspiracyjnej. Spośród wielu na pierwsze miejsce wysuwa się Sylwester 
Wątrobiński - ”Wieniawa” (nie żyje). On właśnie był moim nauczycielem i przewodnikiem w trudnych 
latach okupacji. Obok niego Kazimierz Zapalski - ”Motyl” (nie żyje), niepozorny, wytrwały i ofiarny. 
A dalej: Apoloniusz Janczarski - ”Kmicic” i jego brat Ireneusz - ”Zdara”, Mieczysław 
Mazurkiewicz - ”Przełom” i jego brat Kazimierz - ”Maszt”, Ryszard Klimczak - ”Wola”, Maksymilian 
Pora - ”Przelot”, Jan Pora - ”Rozłucki” i jego brat Leon, wreszcie moi bracia: Mieczysław - ”Czarny” 
i Kazimierz - ”Zew”. Obok nich było wielu innych, których pseudonimów już nie pamiętam lub też nie 
używali ich nigdy, jak: Kazimierz Lubecki (nie żyje), Adam Cieśla (nie żyje), Wiktor Jabłecki (nie żyje), 
Stanisław Łyjak (nie żyje), Bałuch (nie żyje), Jan Strojnowski, Jan Gawlik, Edward Sobich, Staś Mozal i 
„Grab”. 

Wymieniam te nazwiska, aby w ten sposób spłacić choćby w części kredyt zaufania, jakim darzyli 
mnie w latach okupacji. Oprócz wymienionych kolegów i współtowarzyszy kontaktowałem się także 
z wieloma znanymi uczestnikami ruchu oporu na Kielecczyźnie. Mam tu na myśli Tadeusza Maja, 
Adama Bakalarczyka, Eugeniusza Iwańczyka, Czesława Boreckiego, Mieczysława Świostka oraz 
Władysława Sobczyńskiego, Hilarego Chełchowskiego i wreszcie Mieczysława Moczara, który był 
dowódcą III Obwodu Armii Ludowej w okresie najcięższych zmagań partyzanckich z hitlerowskim 
okupantem na Kielecczyźnie. 

background image

 

Taki był początek

 

 

Gdy wybuchła druga wojna światowa, miałem dziewiętnaście lat. Tego roku, w pierwszych dniach 
grudnia wieczorem, poszedłem razem z moim ojcem do gospodarza z sąsiedniej wsi Osówka, 
w gminie Pętkowice powiatu iłżeckiego, na spotkanie z „nieznajomym”. Na moje pytanie, w jakim 
celu tam idziemy i z kim mamy się spotkać, otrzymałem krótką odpowiedź ojca: 

- Zobaczysz! 

W mrocznej izbie, ledwo oświetlonej żółtym, przyćmionym światełkiem małej lampki naftowej, 
oczekiwało nas dwóch mężczyzn. Jednego z nich, młodszego, znałem. Pochodził z Nowej Wsi. Był 
z zawodu nauczycielem, ale nie rozpoczął jeszcze pracy zawodowej, gdyż po ukończeniu seminarium 
nauczycielskiego pełnił służbę wojskową aż do wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku. Widziałem go, 
jak podczas urlopów paradował w mundurze podchorążego po okolicznych wsiach, wzbudzając tym 
zainteresowanie i zazdrość ludzi. 

Bez żadnych wstępów, zaraz po przywitaniu się i kilku zdawkowych pytaniach, nieznajomy, starszy już 
wiekiem mężczyzna, wyjaśnił krótko cel naszego spotkania. Mówił powoli, lekko zacinając się: 

- Wojsko polskie nie złożyło zupełnie broni. Walka toczy się dalej, choć musiała zejść do podziemia. 
Zmieniły się tylko jej formy, ale każdy powinien wziąć w niej udział. Obecnie organizuje ją Związek 
Walki Zbrojnej. Do ZWZ wstępuje się dobrowolnie, jeśli nie brać pod uwagę patriotycznego nakazu 
własnego sumienia i historycznych kart przeszłości narodu, zwłaszcza tutaj, na Kielecczyźnie... 

Nie wahaliśmy się przystąpić do walki. Odebrano od nas przysięgę. Najpierw nieznajomy wyjął 
z kieszeni kartkę papieru i nagrzewał ją nad płomieniem świecy. Papier żółcił się coraz bardziej 
i równocześnie zaczęły na nim zarysowywać się wyraźnie niewidzialne przedtem litery. W ten sposób 
zobaczyliśmy tekst napisany atramentem sympatycznym. 

Podczas składania przysięgi chodziło mi mrowie po plecach. Płomień świeczki pełgający cieniem po 
ścianie, mały krucyfiks w ręku nieznajomego i my dwaj: ojciec i syn, powtarzający uroczyste słowa 
z palcami prawej ręki na krzyżu. Było coś niesamowitego w tym obrządku, przywodził na myśl 
masońskie wtajemniczenia. Wzdrygnąłem się. Czułem się bardzo zażenowany, gdyż nie znosiłem 
efekciarstwa w ogóle, a cóż dopiero w tak poważnej chwili. Wreszcie odetchnąłem z ulgą, gdy 
powtórzyłem ostatnie słowa przysięgi. Była krótka. Zaledwie dwa czy trzy zdania, a wydawało się, że 
wieki przeminęły, zanim krzyżyk zawisnął z powrotem na swoim miejscu w izbie nad drzwiami. 

Po złożeniu przysięgi zostaliśmy wtajemniczeni w system organizacyjny ZWZ i poznaliśmy 
pseudonimy naszych zwierzchników. Pamiętam, że młodszy nazywał się „Topór”. Ja przybrałem 
pseudonim „Mat”. Dostałem „niewidzialny” tekst przysięgi na kartce papieru i pierwsze polecenie 
organizacyjne: „zdobyć dla siebie broń i werbować dalszych konspiratorów”. 

Oszołomieni, wracaliśmy obydwaj z ojcem do domu. Zostać tak nieoczekiwanie żołnierzem polskiej 
armii podziemnej, to przecież nie byle co! Droga powrotna nie była długa, gdyż odległość z Osówki do 
Hieronimowa wynosi nie więcej niż dwa kilometry, ale wtedy wydawała mi się jeszcze krótsza. Przez 
cały czas nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. 

Z zapałem wziąłem się do roboty. Rozpocząłem ją od przygotowania tekstów przysięgi. Nagrzałem 
otrzymaną kartkę nad świecą, aby przepisać tekst przysięgi na kilkunastu kartkach, używając do tego 

background image

celu, zamiast atramentu, mleka lub soku z cebuli. Tekst przysięgi znałem zresztą wkrótce na pamięć. 
Zacząłem werbunek. Gdzie miałem szukać godnych zaufania ludzi, jeśli nie w swojej wsi, wśród 
swoich najbliższych kolegów? 

Najpierw wtajemniczyłem Jasia Porę, potem moich braci Kazika i Mietka, a później Stefka Skrzypczyka 
(nie żyje), Kazika Zapalskiego (nie żyje) i innych. Chociaż słowa przysięgi znałem doskonale na pamięć, 
to jednak nie zawsze podczas jej odbierania mogłem powstrzymać się od powtarzania poznanego już 
ceremoniału. Wydawało mi się, że odbycie jego jest konieczne, że jest to nieodłączna i tajemnicza 
oprawa naszego spiskowania. A ponieważ ceremonia przejścia do konspiracji zrobiła na mnie samym 
ogromne wrażenie, miałem prawo przypuszczać, że i inni będą dzięki temu pod większym urokiem 
konspiracji. Nie bez znaczenia również było i to, że wówczas miałem dziewiętnaście lat, a i większość 
„konspiratorów” liczyła sobie lat przeważnie „naście”. Nie mogło być pełnego ceremoniału tylko 
wtedy, gdy zaprzysiężenie odbywało się w lesie lub w polu. 

Wkrótce stanowiliśmy pełną drużynę, która mogła odbywać ćwiczenia z bronią i przechodzić 
elementarne przeszkolenie taktyczne. W „arkana sztuki wojennej”, a szczególnie terenoznawstwa, 
wprowadzał nas plutonowy Kazik Zapalski. Od czasu do czasu robiliśmy wyprawy po broń i amunicję. 
Regularne początkowo ćwiczenia poszły po pewnym czasie w zapomnienie. Aktywność konspiracyjnej 
pracy stopniowo malała. Zaczęła się ponownie nasilać dopiero po 1942 roku. Zresztą w różnych 
okresach okupacji przebiegało to różnie. Działalność konspiracyjna wzrastała nierównomiernie 
i krzywa tego postępu przybierała raczej obraz wykresu o licznych załamaniach. Jedynie kolportaż 
podziemnej prasy nasilał się coraz bardziej i coraz częściej otrzymywaliśmy nowe gazetki pisane 
w różnym duchu. Jako rzecz charakterystyczną można odnotować, że prawie przez cały okres 
okupacji otrzymywaliśmy i kolportowaliśmy gazetki o różnych odcieniach ideologicznych. 

Prasa konspiracyjna nie płynęła jednakowo równym strumieniem. Jedne gazetki otrzymywałem 
prawie regularnie, inne pokazywały się od czasu do czasu. Jedne, widocznie drukowane w małym 
nakładzie, docierały w pojedynczym egzemplarzu, inne w wielu. Jedne wychodziły przez długi okres 
okupacji, inne ukazywały się i znikały jak meteory. Najczęściej otrzymywaliśmy „Biuletyn 
Informacyjny”. 

Poziom gazetek był bardzo różny. Znajdowały się w nich artykuły poważne, naiwne albo wręcz 
zupełnie niewybredne w treści i formie. Czytane były jednak wszystkie od deski do deski nawet 
wtedy, gdy treść artykułów denerwowała czytelnika. Rekordy naiwności i głupoty bili zazwyczaj 
redaktorzy „Pobudki”. 

Kiedyś, a było to podczas roztopów wiosennych lub pluchy jesiennej, przyniosłem z punktu 
rozdzielczego „swój” przydział prasy. Powróciłem do domu utytłany błotem i zmoczony po kolana. 
Wśród przyniesionej prasy znajdował się również (któryś tam z kolei) numer „Pobudki” odbijany na 
powielaczu. Po przeczytaniu artykułu wstępnego, rzekłbym redakcyjnego, nie miałem wątpliwości, 
dla jakiego czytelnika był on przeznaczony. Jaki jednak był sens kolportowania „Pobudki”, tego nie 
mogłem pojąć. Autor ubolewał nad utratą warunków życiowych, które miał przed wojną, malując je 
mniej więcej w taki sposób: ze snu budziła nas służąca, wnosząc do pokoju aromatyczne kajzerki 
z masłem i kawę ze śmietanką. Nastawiamy radio i przy dźwiękach muzyki ubieramy się bez 
pośpiechu. Potem odbywamy spacer po parku lub pobliskim lesie i jemy obiad w gronie miejscowych 
notablów. Drzemka po obiedzie, a wieczorem gramy w karty lub bawimy się w towarzystwie uroczych 
dam. Pijemy wina lub likiery i koniaki. Późną już nocą kładziemy się szczęśliwi do łóżka. Jutro obudzi 
nas znów służąca. I... da capo al fine. Żyć nie umierać! 

background image

Mój kontakt organizacyjny w ramach ZWZ zerwany został prawie zupełnie, gdy po pierwszych 
aresztowaniach w sąsiedniej okolicy przeniosłem się w styczniu 1942 roku do Kroczowa Małego 
w gminie Kazanów, gdzie prowadziłem tajne nauczanie. 

 

Rewizja

 

 

Po przegranej kampanii wrześniowej, gdy na nasze tereny wkroczyli i usadowili się na dobre Niemcy, 
radykalnie zaczęło się zmieniać postępowanie miejscowych kolonistów niemieckich od lat 
zamieszkujących na tutejszych ziemiach. 

Przede wszystkim znalazło to swój wyraz w bezczelnym zachowaniu się i w ubiorze. Większość 
kolonistów nosiła na rękawach szerokie, czerwone opaski z dużą, czarną swastyką. Nie chodzili 
pojedynczo, lecz tylko grupkami. Nie pokazywali się bez broni. Nosili pistolety, a nawet karabiny. 
Początkowo widać było, że niektórzy niezbyt dobrze i niezbyt pewnie czują się w swej nowej roli. 
Poruszali się jakby niezręcznie i chyba nawet ze wstydem trochę. Ale szybko nabrali wprawy, 
naśladując swoich prowodyrów i przyzwyczaili się do nowej sytuacji. Wojskowe władze niemieckie 
organizowały „nowy ład”. Wójtem mianowany został Niemiec ze wsi Kadłubek, Ludwik Kienetz. 
Z miejscowych volksdeutschów utworzono w Siennie posterunek policji. Rozpoczęły się we wsiach 
pierwsze rewizje przeprowadzane przez „naszych” Niemców i pierwsze ich wybryki. Tyle tylko, że 
stosowaną wówczas karą była na razie najwyżej kara chłosty. 

W Hieronimowie i w innych okolicznych wsiach, a więc w Janowie, Gozdawie i Kadłubku, mieszkało 
wielu kolonistów niemieckich. Oni też pierwsi zaczęli przeprowadzać masowe rewizje u wszystkich 
prawie Polaków. Nie ominęli również budynku szkolnego w Hieronimowie, w którym mieszkałem 
razem z rodzicami. Do nas też przyszła któregoś dnia grupa uzbrojonych wyrostków ze swastykami na 
rękawach. Przewodził im Zygmunt Hein, syn sołtysa z Hieronimowa. Chodził razem ze mną do szkoły 
powszechnej i niedawno jeszcze był uczniem mojego ojca. Budynek szkolny był jednopiętrowy, 
a mieszkanie nasze mieściło się na piętrze. Właśnie zabieraliśmy się do kolacji, gdy usłyszeliśmy tupot 
nóg po drewnianych schodach. Wyjrzeliśmy zobaczyć, kto idzie. Na korytarz wpadł jako pierwszy 
Zygmunt Hein, za nim inni i zaraz rozbiegli się po całym domu. 

- Nie ruszać się! - krzyknął Zygmunt stając w drzwiach, po czym podszedł do mojego ojca i powiedział: 
- Zdać broń! 

- Broń? Co ty pleciesz? - zdziwił się ojciec. 

- Powtarzam, zdać broń! 

Ojciec spojrzał na niego uważnie i najspokojniej powiedział: 

- Mieszkam już tutaj ponad dziesięć lat. Czy ty, Zygmunt, widziałeś u mnie kiedykolwiek broń, choćby 
nawet zwykłą fuzję lub wiatrówkę? Nie mam przecież żadnej broni. 

- Zdać broń! - powtórzył ostro Zygmunt. 

- To ty się nie wstydzisz, Zygmunt, przychodzić do mnie robić rewizję? 

- Zdać broń! - upierał się tamten, mierząc nas zimnym wzrokiem. 

- To sobie szukaj sam! 

background image

Nie trzeba ich było do tego zachęcać. Jak tylko wpadli do domu, zaczęli myszkować po wszystkich 
kątach. 

Po dokładnym przejrzeniu pomieszczeń w szkolnym budynku, wyszli jak niepyszni, z niczym. Na 
odchodne Zygmunt rzucił jeszcze raz ostrzeżenie: 

- Trzeba uważać, żeby broni nie było! 

Takie rewizje, zaskakujące, ale jednocześnie prymitywne, nigdy nie doprowadzały do wykrycia broni. 
Mało kto przechowywał ją u siebie w domu, zwłaszcza w okresie, gdy niemiecka akcja poszukiwawcza 
nabrała szerszego rozgłosu. 

Podobnie oczywiście było z nami. Wkrótce jednak Niemcy ponownie „złożyli nam wizytę”. Tym razem 
w zupełnie innym celu. Polecili nam po prostu opuścić budynek szkolny i przenieść się „dobrowolnie” 
w inne miejsce. Szkołę zajęli nauczyciele niemieccy, którzy mieli prowadzić lekcje dla dzieci 
miejscowych volksdeutschów. Jako pierwsza przybyła tutaj Wanda Koch rodem z Łodzi. 

„Samorzutna” działalność miejscowych Niemców dotkliwie dokuczała nam na każdym kroku. Na 
palcach jednej ręki można było policzyć kolonistów, którzy nie przyłączali się do niej. Do takich 
należał na przykład nasz najbliższy sąsiad, popularnie zwany „Bęcem”. On właśnie w rozmowach 
z nami często mówił: 

- To wszystko kiedyś na złe się obróci. Przyjdzie czas strasznej kary i ludzie będą żałować. Tutaj się 
urodziłem, nikomu nie stałem na zawadzie i tutaj chciałbym umrzeć bez wstydu za tamtych... 

 

Pacyfikacja

 

 

Było to w pierwszych dniach marca 1942 roku. Niemcy zaczęli już brać tęgie baty na froncie 
wschodnim. Na naszych ziemiach wzmagał się terror okupanta, który w ten sposób chciał utrzymać 
„jaki taki” spokój na tyłach swojej armii. Z całą wściekłością ściągano kontyngenty i przeprowadzano 
rekwizycje. W sercach naszych zaczęła natomiast odżywać nadzieja. Spotęgowany napór hitlerowców 
napotykał już teraz nie tylko na wzmożony bierny opór. Zaczęły się coraz bardziej aktywizować 
jednostki i organizacje. 

Niedaleko wsi Ranachów koło Ciepielowa w powiecie iłżeckim zabity został żołnierz Wehrmachtu, 
volksdeutsch z Karolina, przebywający tam na urlopie (wieś zamieszkiwali niemieccy koloniści). 

Śniegi leżały jeszcze wówczas wszędzie ogromne, wszystkie drogi były całkowicie zasypane i choć to 
już marzec był, zima nie myślała wcale ustępować. Po zabiciu Niemca okoliczni chłopi wystraszyli się 
początkowo i opuścili swoje domostwa na jakiś czas, ale cisza ze strony władz niemieckich zmyliła ich 
czujność. Wrócili do swych chałup. Wszędzie panował spokój. Nie wzbudziło czujności wśród chłopów 
nawet polecenie z powiatu, aby zrobić „szarwark” na prowadzących do okolicznych wsi drogach, 
celem oczyszczenia ich ze zwałów śniegu. 

Aż nadszedł dzień 18 marca 1942 roku, drugi dzień 7 dawna oczekiwanej odwilży wiosennej... 

Było jeszcze ciemno, gdy na odśnieżonych drogach, prowadzących do wszystkich wsi w gminach 
Kazanów i Ciepielów, pojawiły się samochody ciężarowe załadowane - jak się później okazało - 
niemieckimi żołnierzami z formacji SS. Z samochodów wysypali się uzbrojeni SS-mani, w ogromnej 

background image

większości synowie miejscowych kolonistów, i pod osłoną nocy zaczęli otaczać wsie pogrążone 
jeszcze we śnie. 

Akcja rozpoczęła się równocześnie w kilkunastu okolicznych wsiach. Łomotanie do drzwi i okien 
chałup pobudziło psy i pozrywało ludzi z pościeli. 

Nie od razu można było zrozumieć, co się właściwie dzieje. Szmery jakieś, potem głosy, nawoływania, 
stukot butów, brzęk tłuczonych szyb i huk wywalanych kolbami drzwi, który wstrząsnął domem, to 
wszystko razem wzięte z trudem docierało do półświadomości. Co za koszmar?! Sen trzepoce się na 
powiekach niepewnie. Ryk prawie zwierzęcy grzmotnął w dom. Błyski latarek przywracają 
przytomność. Wyolbrzymione sprzęty latają po ścianach jak zwariowane. Postacie uwijają się po izbie 
- potwory, nie ludzie... Do mózgu przenika wreszcie myśl: „Niemcy, żandarmeria!” 

Zdezorientowany kompletnie zapominam, gdzie leży ubranie... Nuże, prędzej! Co robić? Raz po raz 
przebłyski świadomości... Niemcy! I znów pustka. Jakaś bierność i bezradność... Niemcy. W każdym 
oknie widać hełmy, drzwi zatarasowane... Niemcy. Wszędzie ich pełno... myszkują, wywracają 
i rozrzucają sprzęty, hałasują... Błyski świateł. 

Trr... trr... trrrr... Seria z automatu. 

- Idź, no! Nuże... 

Ocknąłem się na dobre. Szczeniak jakiś sterczał nade mną i wydzierał gębę. Oczy latały mu, błyskając 
białkami. Cywil w kapeluszu uwijał się po domu. Ktoś podawał mi czapkę. 

- Nie trzeba! - warknął jakiś dryblas z rewolwerem w łapie. 

Ogłuszonego, zahukanego wrzaskiem, waląc kolbami gdzie popadnie, wyprowadzają mnie na dwór. 
W drzwiach mignęły przerażone oczy dziewczyny i krwią spływająca biała twarzyczka... Chciała za 
mną lecieć, ale cios kolbą powalił ją na ziemię. Rozdzieliła nas masa rozbestwionych szwabów. 
W izbie pozostało odrętwienie, przestrach zakamieniały w spojrzeniu dziewczyny, nieme przerażenie. 
Przede mną drzemał jeszcze szary, ponury dzień marcowy. Nie czuć było zimna. Wiosenna odwilż 
rozkuwała lody, czerniła pola, spływała drogami brudną wodą. 

Tyle ludzi... Wszyscy stoją pod płotem i trzymają podniesione w górę ręce. Niemcy formują gromady 
spędzonych mężczyzn w szeregi. Przede mną kroczy Kęska, kowal z wioski Kroczów Mały, młody 
jeszcze chłopak. Obok niego, trochę w przodzie, ciężko sapie jeden z gospodarzy z tej samej wsi, 
Roman Posłuszny. Jakaś kobieta w rozchełstanej koszuli zawodzi przeciągle. Przeraźliwie głośny 
i przejmujący jest ten lament. 

Na chwilę przykuwa moją uwagę coś błyszczącego na rękach poprzednika. Trudno zobaczyć, co to 
jest. Dzień już wstawał, ale mglisty jakiś. Co to może być? Oczy powróciły do poprzedniego obrazu. 
Nagle zrozumiałem. Jeden z gospodarzy miał na rękach kajdany. Kajdany! Otoczony tylu zbirami to 
mało, skuli go jeszcze! Uporczywie kusi myśl zobaczyć, co się dzieje w tyle. Odwracam głowę i... świat 
zakołował się nagle przed oczami. Robi mi się dziwnie, coś trzasnęło w szczęce, a silne kopnięcie 
oprzytomniło: „nie wolno się oglądać!” 

Zaraz za wsią staliśmy jakiś czas. Oczekiwano na coś lub kogoś. Ze wszech stron tymczasem pędzono 
ludzi, wyrywanych ze snu, w bieliźnie tylko. Od pobliskiej chaty czterech Niemców wlokło dwie 
kobiety, które słaniały się na nogach... 

background image

Frauen zurück!

1

 - rzucił w ich stronę komendant. Zostawiono je tak na śniegu w niemocy bezradnej. 

Noch weiter ziehen!

2

 

I poczłapały ciężko nogi, brnąc w miękkim śniegu. Obuwie nabierało wody. Po drodze mijaliśmy wsie, 
a wtedy gromada ludzi rosła. 

Pacyfikacja! 

I szliśmy tak ciężko i długo. Na postojach leżeliśmy twarzą na śniegu, bici, kopani, popychani. 
Kopnięcia mówiły: „kłaść się”, „wstać”, „milczeć”... 

Podczas jednego z postojów ustawiono ludzi z rękami podniesionymi do góry pod jakimś murem. 
Tam podzielono nas na kilka grup. Wyczytywanych z listy ustawiono na boku. Nie było mnie wśród 
wyczytanych. 

Znowu marsz uciążliwy. Nogi zapadają głęboko, woda chlupoce w butach. Ciałem przebiega dreszcz. 
Ciężkie chmury przewalają się nisko nad polami. Zimno trzęsie coraz bardziej, zęby szczękają. 
Zatrzymano nas wreszcie koło szkoły we wsi Karolin, w której mieszkali niemieccy koloniści i z której 
zabity został volksdeutsch. Na placu szkolnym dużo ludzi, sami mężczyźni: starzy i młodzi. Długo już 
czekają tam depcząc ziemię. Zewsząd napływają tłumy nowych ludzi, pobitych, w poszarpanej 
i pokrwawionej odzieży. Ledwie powłóczą nogami. Niemcy dzielą, ustawiają w gromady. Jednych 
gdzieś biorą, inni stoją dalej... 

A z lewej strony, pod gruszami w polu, kopią doły. Miarowo wylatuje w górę ziemia, miarowo rośnie 
świeży nasyp ociekający wilgocią. 

Grupki szczeniaków ze znakami SS i hackenkreutzami chodzą, obserwują, dzielą się uwagami. Żadne 
uczucie litości, czy nawet zażenowania, nie przebija na tych tępych, wypasionych mordach. Obojętnie 
przechodzą koło chłopów, pokazują sobie niektórych znajomych palcami. Nic ich to nie obchodzi, że 
wszyscy cierpią fizycznie i psychicznie - za chwilę oni wyzwolą ich od wszystkich trosk... na zawsze! 

Oni... Wszyscy młodzi i znający język polski. Tu wyrośli, na polskiej ziemi. W Karolinie, Gozdawie, 
Janowie, Kadłubku. Chodzą po dwóch, po trzech, jedzą i opowiadają sobie kawały... Okropne są te 
śmiechy! 

Kilku zabitych powieźli w stronę kopanych dołów, krew i białe plamki mózgu zostały tylko na saniach. 

Tymczasem w szkole odbywał się „sąd”. Zabierano dokumenty i badano. Przerażające krzyki biją co 
chwila stamtąd w powietrze. Potem cisza. I znów świst bijaków i przeciągłe, głuche jęki. Tłum stał 
i nasłuchiwał, trwożnie i ze współczuciem spoglądając po sobie. Powoli wszystko cichnie. Tylko wśród 
ludzi oczekujących swojej kolejki zrobił się ruch. Wyszedł „sąd”. Żołnierze otaczają wszystkich silnym 
kordonem i wiodą w stronę dołów. 

Dobrze, że już. Tak ciężko czekać na coś, co się pewnie stanie... Ktoś rozpłakał się w głos. 

- Tato, uciekajmy! - usłyszałem rozpaczliwy szept. 

- Nie, synu, i tak zabiją, tu to chociaż razem... Nie, synu! Daleko nie ucieknę, stary już jestem... 

                                                           

1

 Kobiety zostawić! 

2

 Iść dalej! 

background image

Doły coraz bliżej. Żółci się w bladym słońcu marcowym świeża ziemia. Depce ją pruskie żołdactwo, 
depce ją polski skazaniec... „I czemu to tak, czemu?” Przybliżam się do dołów razem z gromadą ludzi. 
Idę spokojny, bo cóż tam: wszystko już jedno... 

A ona... Ona!... Dlaczego ciągle myślę tylko o niej i to teraz właśnie? Ustawicznie, z natarczywością, 
zarysowuje się postać drogiej dziewczyny, która została tam, przy trupie swojego ojca. Wrócić do niej, 
na chwilę chociaż, zajrzeć w te ufne oczy, raz jeszcze i raz jeszcze szepnąć „kocham”. Wrócić na 
chwilę i jeszcze raz usłyszeć z jej ust to samo słowo... Chciałem myśleć o czymś innym, lecz nie 
mogłem. Myśl uporczywie wracała do Krysi. 

Oficer czytał coś długo, bełkocąc donośnym głosem. Do uszu dolatywały pojedyncze słowa: Führer... 
das ewige Deutschland... polnische Banditen
... 

Żółci się ziemia w bladym słońcu. Błoto czepia się do nóg. Ciężko posuwać się, tak ciężko... Doły coraz 
bliżej, a iść coraz ciężej... Nagle ostry grzmot przeszył powietrze, wdarł się do mózgu, zaszarpał 
w sercu i zamarł. Rozległa się pierwsza salwa, a potem druga, trzecia i następne. 

Piątka za piątką szły nieprzerwanie przez długie godziny. Ludzie powiązani sznurami, tyłem ustawieni 
do strzału. 

Przy każdej piątce padała krótka komenda Feuer

I rozlegał się suchy trzask karabinowej salwy. Oprawcy mierzyli celnie, czapki leciały w górę, raz płat 
głowy zawirował w powietrzu... 

Fleisch! - rzucił jakiś „dowcipniś”. 

I znów Feuer!, i znów piątka runęła do dołu. 

Ludzie zamarli w bezruchu, nikt słowa nie krzyknął. Szli skazani na śmierć ojcowie i bracia, mężowie 
i synowie, regularnie piątka za piątką. Zupełnie spokojnie, jakby nie na śmierć. 

Spokojnie umierali, jak spokojne było ich życie. 

Egzekucja trwała tak długo, aż wykopane rowy wypełniły się ciałami po brzegi. Dopiero wówczas 
rozpuszczono do domów ludzi, którzy byli tylko niemymi świadkami masowego mordu. Rozeszli się, 
aby wśród najbliższych opowiedzieć o tym, co widzieli. Dla przestrogi zapewne i dla wywołania 
strachu. 

Ślepy los ustawił obok wielu ludzi również i mnie w szeregach, które nie miały być rozstrzelane. 

Wróciłem do domu późnym popołudniem kompletnie rozbity i oszołomiony. W tym jednym dniu 
pacyfikacji, pierwszej tak masowej na Kielecczyźnie, rozstrzelanych zostało ponad 150 mieszkańców 
Kazanowa i Ciepielowa, Kroczowa Małego i Większego, Pcina i Karolina, Ranachowa i innych wsi. 

Oficjalny komunikat, który później przeczytałem - jeśli mnie pamięć nie myli w Völkischer Beobachter 
- głosił, że oddział SS stoczył pod Karolinem zwycięską potyczkę z „polską bandą dywersyjną”. 
W walce poległ jeden żołnierz i ponad 150 „bandytów”. 

Jednym z nich był również ojciec mojej żony Władysław Posłuszny. Zabrali go Niemcy wprost 
z pościeli i wyprowadzili w bieliźnie na dwór. Na darmo najstarsza córka Krysia usiłowała wynieść za 
ojcem jego ubranie i buty. Nie pozwolili, odpędzając od drzwi jak psa. Nie słyszała nawet strzałów, od 
których zginął ojciec, zabity przed domem w czasie próby ucieczki. 

background image

Niejednokrotnie postanawiał sobie, że nie pozwoli się Niemcom aresztować. Mówił zawsze, że woli 
zginąć od razu, niż wpaść ponownie w łapy żandarmów. Doznał już ich metod na własnej skórze, gdy 
był więziony na samym początku okupacji. 

 

„Lis” w akcji

 

 

Pewnego dnia późnej jesieni 1943 roku przyjechał do mnie niespodziewanie „Lis”, który podczas 
pobytu w oddziałach partyzanckich ĄK pełnił jakiś czas funkcję adiutanta „Szarego”. Moniek, bo tak 
nazywaliśmy „Lisa”, wyłuszczył powód przybycia: 

- Musimy „zrobić” spółdzielnię i mleczarnię w Siennie. Pomożesz w uzyskaniu informacji potrzebnych 
do zorganizowania napadu. 

- Dobrze, Moniuś, postaram się o informacje - odpowiedziałem - ale pod warunkiem, że „zrobicie” 
również biuro, w którym pracuję. Widzisz, chodzi o to, że Niemcy zamierzają zwiększyć wsi wymiar 
kontyngentu mięsnego i kazali już przygotować odpowiednie wykazy. Trzeba im w tym przeszkodzić. 
Wystarczy, jak zniszczycie książki inwentarza żywego. Odwlecze to na długi czas przygotowanie 
wykazów, gdyż przed tym trzeba będzie odtworzyć księgi inwentarzowe na podstawie spisów 
z natury, a to będzie praca długa. Przez ten czas chłopi będą mogli dokonywać nielegalnych ubojów 
lub po prostu ukryją kolczykowane sztuki bydła i trzody chlewnej. A poza tym będzie to doskonały 
sposób odwrócenia ode mnie ewentualnych podejrzeń Niemców. 

- Pomyślę o tym. 

- Kiedy to jest bardzo pilne! Trzeba nawet podobną akcję niszczenia dokumentów przeprowadzić 
również i w innych gminach. To jest przecież takie ważne. 

- Pogadam z Antkiem. Tymczasem zatrzymam się u ciebie na kilka dni, a ty staraj się rozpoznać 
sytuację. 

Wspólnie z „Lisem” rozważyliśmy plan przygotowania i przeprowadzenia akcji. Najmniej kłopotów 
mieliśmy ze spółdzielnią. Jan Strojnowski, który pracował tam jako główny księgowy, chętnie udzielił 
nam wszystkich niezbędnych informacji. Gorzej było z mleczarnią. Nie znałem tam nikogo, kto mógłby 
nam pomóc. 

- Jak ty myślisz, Jasiu - zwróciłem się do Strojnowskiego - może lepiej będzie „zrobić skok” na 
transport masła poza mleczarnią, na przykład na drodze do Starachowic? 

- Można i tak, tylko że samochód jeździ nieregularnie i po dwóch trasach: przez Iłżę i przez Ostrowiec. 
Poza tym zawsze jest konwojowany przez uzbrojonych żołnierzy. 

- Ilu ich jest? 

- Przeważnie jeden, czasem kilku. 

- W porządku, pogadam z „Lisem”. Rozejrzyj się tymczasem i podaj mi dokładnie dni i godziny odjazdu 
samochodu. 

„Lis” zgodził się na naszą propozycję. Partyzanci mieli przygotować zasadzkę na jednej z tras 
w dogodnym miejscu, poza miasteczkiem. 

background image

Zebranie informacji zajęło mi trochę czasu, bo trzeba było działać ostrożnie, by nie wzbudzić 
podejrzeń. „Lis” tymczasem odpoczywał u mnie po trudach życia partyzanckiego, nie wychodząc 
prawie zupełnie z mieszkania. Nawet obiady przynosiłem mu z miasta. 

Z tymi obiadami miałem trochę kłopotów. Panna Anna Łączkowska, u której „stołowaliśmy” się razem 
ze Strojnowskim, ani rusz nie chciała uwierzyć, że ten dodatkowy obiad biorę dla brata. 

- Przecież mógłby przyjść do mnie zjeść obiad... 

- Nie może, bo źle się czuje. 

- Ale ja panu nie wierzę i dlatego nie dam obiadu. 

Co miałem robić? Trudno mi było brnąć dalej, bo i tak by już nie uwierzyła. Nie dała się staruszka 
podejść tym bratem, ale przecież nie mogłem się przyznać, że to dla partyzanta. Miała dobre serce. 
Wiedziałem, że trochę pogdera, ale obiad dostanę na pewno. 

- Nie, to znajomy przyjechał do mnie na odpoczynek. Znajomy z dawnych lat... 

Zapewne nie uwierzyła mi, ale bez obaw mogłem liczyć na jej dyskrecję. Panna Anna była bardzo 
wścibska i wszystko bez mała interesowało ją w naszym miasteczku. Mieszkała tutaj od kilkunastu lat 
razem ze swoją siostrą Marią. Zajmowały one skromny lokal w budynku spółdzielni. Gdy wychodziłem 
z obiadem dla „Lisa”, uśmiechnęła się znacząco i powiedziała: 

- Tylko niech pana nikt nie zobaczy po drodze. Przecież cały rynek musi pan przejść na oczach ludzi. 

- Dobrze, będę uważał. 

- Ale powie mi pan, panie Edziu, kiedy będzie napad - poprosiła niespodziewanie. - Ja się tak okropnie 
boję, gdy Niemcy strzelają, a jeśli będę wiedzieć, że to nie oni, lecz partyzanci, to wcale nie będę się 
bać... I drzwi zostawię otwarte na schody - szepnęła cichutko ze zrozumieniem, całując mnie w czoło. 

- Mówiłem już pani, że to znajomy tylko, a nie żaden bandyta! 

O tym, że „Lis” jest u mnie, wiedzieli jeszcze tylko moi współlokatorzy. Pobyt „Lisa” trwał już u nas 
kilka dni, aż wreszcie uzyskaliśmy wiadomość, kiedy transport masła odchodzi do Starachowic. 
Samochód ciężarowy miał być konwojowany przez jednego żołnierza i miał jechać prawdopodobnie 
szosą ostrowiecką około godziny dwunastej. 

„Lis” pojechał rowerem do oddziału „Szarego” z wiadomością, aby niezwłocznie przygotował „skok” 
na transport masła. 

Następnego dnia zjawił się u mnie znowu. Niestety, oczekiwali na próżno samochodu. Nie było go. 
Samochód nie pojechał trasą, która była sygnalizowana, lecz dotarł do Starachowic przez Iłżę. 

Dwa razy jeszcze przygotowywana zasadzka zakończyła się fiaskiem. W ostatniej chwili trasa 
przejazdu samochodu była zmieniana, co uniemożliwiało przerzucenie partyzantów na miejsce innej 
zasadzki. Zdołaliśmy jednak ustalić, że kierowca wybrał inną drogę z powodu przypadkowego „łebka”, 
który za pieniądze poprosił o dowiezienie go do Iłży. Kierowca zgodził się na tę propozycję, mimo że 
pierwotnie zamierzał jechać przez Ostrowiec. 

„Łebki”! A może by tak spróbować w ten sposób skierować samochód na obstawioną przez 
partyzantów szosę? Za każdym przecież razem sygnalizowanego odjazdu samochodu partyzanci 
czekali na próżno. A pogoda nie była wcale odpowiednia. Bez przerwy prawie padał deszcz i było 
przejmujące zimno. Sytuacja taka zaczynała być denerwująca. 

background image

„Lis” zdecydował się od razu. Pojedzie samochodem w charakterze „łebka” i skieruje go w ten sposób 
na drogę obstawioną przez partyzantów. Przenocował jeszcze jedną noc u mnie i rano poszedł 
ubrany w czarny, ceratowy płaszcz do kierowcy, aby go zabrał ze sobą do Ostrowca. 

Kierowca kręcił się właśnie koło samochodu, coś tam jeszcze majstrując przed odjazdem. 

- Kiedy pan odjeżdża? - zapytał „Lis”. 

- Zaraz, a bo co? 

- Potrzebuję do Ostrowca. 

- Nic z tego, nie jadę tam. Jadę do Iłży. 

- Muszę do Ostrowca, do szpitala... Niech mi pan pomoże. 

- Mówiłem już, że nie jadę tam. 

- Zapłacę przecież. 

- Też mi nowina! A coś pan myślał, że może wiózłbym go darmo? 

- Panie, dobrze zapłacę. 

- Idź pan do żołnierza. Może się zgodzi, mnie tam wszystko jedno. I tędy droga, i tamtędy... 

- A po co ja mam z nim rozmawiać? Załatw to pan jakoś sam! 

Rozmowa prowadzona była półgłosem i w pewnej chwili Moniek wsunął szoferowi do ręki „górala”. 
Kierowca spojrzał przelotnie na banknot, rozwijając go o tyle tylko, aby mógł dojrzeć jego wartość. 
Wysokość kwoty była przekonywająca. Ten argument trafił w sedno sprawy i rozwiał wszelkie 
wątpliwości. 

- Dobra, siadaj pan, jedziemy - powiedział nie zamierzając nawet poinformować żołnierza o zmianie 
kierunku jazdy. 

Pojechali. W kabinie obok kierowcy siedział konwojent i Moniek z rewolwerem w kieszeni płaszcza. 
Deszcz padał ciągle. Jazda była kiepska, bo to i szosa nie najlepsza i samochód załadowany po brzegi, 
a do tego jeszcze strumienie deszczu siekącego gęsto w szybę. Wyjechali później, niż 
przypuszczaliśmy, i Moniek niepokoił się, czy chłopcy będą jeszcze czekać. Żeby choć nie zrezygnowali 
za wcześnie! Zgodnie z planem oni mieli zatrzymać samochód. „Lis” będzie pomagał tylko 
w ostateczności, a więc tylko wtedy, gdyby Niemiec próbował się bronić. 

Samochód nie jechał zbyt prędko i droga dłużyła się już Mońkowi. Rozmowa nie kleiła się zupełnie. 
Urwała się szybko, bo o czym tu mówić w takiej chwili. Napsioczyli trochę na pogodę i na tym koniec. 
Każdy zajęty był swoimi myślami. Deszcz bez przerwy uderzał w szybę. Na dworze było ponuro 
i prawie już ciemno. 

„Żeby choć chłopcy nie zawiedli - myśli Moniek. - Tyle już razy przychodzili na próżno i mokli na 
deszczu”... 

Nagle pasażerowie szoferki kiwnęli się gwałtownie do przodu. To kierowca niespodziewanie 
zahamował. Nikt poza nim nie zauważył sygnału „stój”. Nim pasażerowie wrócili do normalnej 
pozycji, już z obu stron w otwartych drzwiach pojawili się uzbrojeni ludzie w płaszczach ociekających 
wodą. 

background image

- Wszyscy wysiadać! Szybko, szybko! 

Niemiec nie próbował nawet się bronić. Wysiadł za innymi z rękami wzniesionymi do góry. 
Wysiadających poddawano rewizji osobistej. „Lisa” rewidował sam dowódca oddziału. 

- Dokąd pan jedzie? - zwrócił się do niego. 

- Do Ostrowca. 

- No to szoruj pan dalej na piechotę, a prędko, bo popędzę! 

„Lis” odszedł niezwłocznie, a dowódca zwrócił się do pozostałych: 

- Co wieziecie na samochodzie? 

- Masło. 

- Ty - powiedział do Niemca - wracaj do Sienna i tam dopiero zamelduj o tym, co tu było. Tylko 
pamiętaj, nie próbuj nawet wcześniej robić alarmu, bo się jeszcze spotkamy! 

Kierowca miał zostać na miejscu i czekać na „okazję” powrotu do Sienna. W czasie, kiedy to się działo, 
a wszystko to musiało się odbyć błyskawicznie, gdyż szosą ostrowiecką jeździło sporo pojazdów, 
jeden z partyzantów zapuszczał już silnik samochodu. Wkrótce ciężarówka pojechała dalej w kierunku 
Ostrowca, zabierając po drodze „Lisa”. Na najbliższej, bocznej drodze odbył się przeładunek masła 
z ciężarówki na wozy zaprzężone w konie, którymi powozili partyzanci. Odbyło się to tak sprawnie, że 
po krótkim czasie na drodze pozostał pusty samochód. 

W kilka dni później odbył się „napad” na sklep spółdzielczy. Partyzanci zabrali sporo różnych 
artykułów żywnościowych, a najwięcej kasz, mąki i cukru. Odchodząc potłukli zapas wódki, obficie 
wydawanej przez Niemców chłopom za dostawy kontyngentowe. 

- Nieładnie, że mnie pan nie uprzedził - robiła mi później wymówki panna Anna. - Tak się okropnie 
bałam, gdy zaczęli dobijać się do drzwi, żeby otworzyć. Myślałam, że to Niemcy idą po pana 
Strojnowskiego. 

- Sam nie wiedziałem, kiedy to nastąpi - tłumaczyłem się słabo, ale nie wierzyła mi wcale. 

- Nie wiedział, nie wiedział, a ja widziałam tutaj Alusia, jak biegł do magazynu... 

To była prawda. Alek Janczarski nie wytrzymał w roli obserwatora. Dotrwał tylko do tego momentu, 
gdy partyzanci zaczęli co gorliwszym kierownikom i pracownikom miejscowych urzędów dozować 
karę chłosty. 

- Popatrz, popatrz - zająknął się Alek, gdy zabierali się do jego kierownika, omotawszy mu przedtem 
głowę szmatami. - To tak się bije? Ja mu sam wieję, to dłużej popamięta! 

- Siedź spokojnie i patrz! Widowisko jak w teatrze, a ty masz przecież lożę w tym oknie - dowcipkował 
któryś z nas. 

- Idę, a wy popatrzcie, jak ja mu przyleję. 

- Zostań - próbowałem mitygować Alka, ale na próżno. 

Mimo zakazu wziął udział w akcji. Nie licząc się z tym, że może być rozpoznany przez któregoś 
z mieszkańców Sienna, opuścił nas, kiedy przez okno obserwowaliśmy przebieg wypadków. 

background image

Wkrótce po tym, w następnym tygodniu, a może trochę później, wpadła grupa partyzantów do 
„mojego” biura i narobiła spustoszenia niszcząc segregatory. Przezornie w tym czasie nikogo z nas nie 
było w mieszkaniu, żebyśmy nie musieli potem opisywać „napastników” podczas ewentualnych 
zeznań. 

Niestety, robota była spartaczona. Partyzanci pomylili szafy i zniszczyli nie to, co było trzeba. 
Spostrzegłem to, gdy tylko powróciłem do domu od panny Anny, u której siedzieliśmy do godziny 
policyjnej. 

- Cholera jasna! Nie ta szafa, nie ta szafa! Co robić? 

- Jak to co? Spalmy w piecu to, co oni zostawili - poradził Ryszard Klimczak. 

Podjęliśmy się bardzo trudnego i ryzykownego zadania. Papier palił się powoli, tym bardziej że były to 
dość grube księgi zawierające spis inwentarza żywego z terenu dwóch gmin. Jaś Pora chodził po 
drzewo, a ja z Klimczakiem i przy pomocy Janczarskiego oraz moich braci zabraliśmy się do kończenia 
dzieła zaczętego przez „leśnych”. Darliśmy księgi i wrzucaliśmy je do pieca, przekładając od czasu do 
czasu drewnem i wołając, gdy go brakowało: 

- Jaśko, idź jeszcze po sztachety, bo nie chce się palić. 

Jaśko przynosił sztachety, wyłamując je z ogrodzenia naszej posesji. 

Otworzyliśmy drzwi i okna na oścież, taki był upał w pokoju. Aż piec popękał od wielogodzinnego 
palenia. Do rana ledwie uporaliśmy się ze wszystkim. Na szczęście nikt do nas nie zaglądał tej nocy, 
a Niemcy przyszli dopiero koło południa następnego dnia. Nie bardzo nawet oglądali „plac boju”. 
Może dlatego, że kierownik biura osobiście i bez wezwania zameldował na posterunku policji polskiej 
o „napadzie”. 

 

Kaziek

 

 

Kazimierz Zapalski należał do PPR od lata 1942 roku. Znałem go dobrze, razem z nim chodziłem do 
jednej szkoły. Najważniejsze okresy z jego życia chcę przypomnieć. Choć przybrał sobie pseudonim 
„Motyl”, to i tak wszyscy znajomi i współtowarzysze nazywali go „Kaziek”, bo tak właśnie wołali go 
we wsi Hieronimów, z której pochodził. Wieś leży w gminie Sienno powiatu iłżeckiego. Założono ją na 
rozparcelowanych gruntach księcia Druckiego-Lubeckiego, przeważnie piaszczystych i otoczonych ze 
wszystkich stron lasami. 

Kaziek pochodził z biedoty wiejskiej. Dzieciństwo i młodość zeszły mu na ustawicznej pracy 
i głodowaniu. Jako osiemnastoletni chłopak zgłosił się na ochotnika do wojska. Ciągnęło go stale coś 
nowego, coś co pchało z domu w świat, do nowych, innych ludzi. 

Gdy włożył mundur, przyjeżdżał do domu bardzo rzadko. Po kilku latach był kapralem i przyjęty został 
na „zawodowego”. Ludzie mówili, że powodzi mu się dobrze i stara się do lotników. 

Wkrótce jednak przyszła zawierucha wojenna 1939 roku. O Kaźku wszelki ślad zaginął. Mówiono tu 
i ówdzie, że walczył, ale trudno było odgadnąć, ile w tym jest prawdy i co faktycznie dzieje się 
z chłopakiem. 

background image

Początek okupacji był ciężki. Wsie jakby zamarły i pogrążyły się w smutku. O klęsce mówiono 
niechętnie, przebąkiwano tylko niekiedy wśród sąsiadów. Chłop był nauczony znosić z pokorą 
przeciwności losu. 

Szarugi jesienne wypędziły ludzi w pole, aby spóźnionych siewów dokończyć. Cóż robić, ziemia 
potrzebuje swego. I jeść też trzeba. Pola należy obrobić i obsiać jak się patrzy. A co dalej, pokaże 
przyszłość. Na razie niech tam! Wieś wracała powoli do normalnego życia... 

I oto pewnego dnia zjawił się we wsi Kaziek. Jakby odmieniony, milczący, ostrożny. Opowiadał 
o walkach z Niemcami w Dęblinie i o dwudniowej niewoli, z której zdołał uciec. Przyniósł do wsi 
najnowsze wieści. Dzielił się nimi wśród najbardziej zaufanych, ale rozniosło się to prędko wśród ludzi 
zgodnie z powiedzeniem: „wie Grześ i cała wieś”. Kaziek nie osiadł na stałe. Znikał niespodziewanie 
co kilka dni i niespodziewanie wracał. Ciągle jeździł gdzieś rowerem, za handlem niby. Powróciwszy 
rozmawiał z kilkoma najbliższymi kolegami i znikał znowu. Ciekawskim mówił, że szuka pracy, bo we 
wsi nie może usiedzieć. 

Wkrótce jednak stało się jasne, że należy do organizacji podziemnej. I tak było rzeczywiście. Kaziek 
zwerbowany został przeze mnie do Związku Walki Zbrojnej. Przebywał z chłopcami, których uczył 
terenoznawstwa, posługiwania się bronią i niektórych reguł taktyki. Razem chodzili na wyprawy po 
broń, razem ją czyścili i czytali „gazetki”. 

Dla zmylenia podejrzeń i odwrócenia od siebie uwagi ożenił się i osiadł na stałe we wsi. Założył 
i prowadził warsztat ślusarski, który pociągał go od małego. Reperował wszystko: maszyny rolnicze, 
rowery i sprzęt gospodarski. Klientów w warsztacie i interesantów miał dużo, sam zaś mniej jeździł 
i chodził. Borykał się z losem o tyle skutecznie, że pracą zarabiał na chleb dla powiększonej już 
o jedno dziecko rodziny. Ciężkie było ich życie. Koniec z końcem ledwo wiązał. Klepał biedę, dla 
innych żyjąc, nie dla siebie. Marzył o poprawie bytu swoich najbliższych, o zmianie doli chłopa. Mówił 
mało i powoli, bacznie ważąc i dobierając słowa. Chciał Polski nowej, gdzie by nie było wyzysku 
robotnika i chłopa, gdzie by się ziemia uśmiechnęła wreszcie do tych, którzy ją bronili i uprawiali. Ze 
swoimi najbliższymi był bardziej rozmowny. Kaziek zapalał się czasem. Wtedy wypieki występowały 
na jego sczerniałej i ospowatej twarzy. 

Któregoś dnia znikł na dłużej. Gdy wrócił, wyglądał jakby przybyło mu wiele lat, jakby walczył ze sobą 
i coś poważnego odganiało mu sen z powiek. Coś sumował, nad czymś się zastanawiał. Widoczne 
było, że coś przeżył głęboko... 

Wreszcie jednego dnia przywiózł inne gazetki niż zwykle i powiedział zdecydowanie, że przeszedł do 
innej organizacji, bliższej jemu sercem, do partii. Do Polskiej Partii Robotniczej. Jeśli chcą być razem 
z nim, niech przejdą do tej organizacji, której celem jest nie tylko walka z Niemcami, ale również 
walka ze starym światem, z wyzyskiem. Był przekonany, że postąpił słusznie, choć strach przed 
konsekwencjami wstrzymywał go długo przed zmianą organizacji. Kaziek zdawał sobie sprawę z tego, 
że czeka nas walka długa i ciężka, ale wierzył w jej ostateczne zwycięstwo. 

Minęły prawie dwa lata. Jesienią 1943 roku front wschodni przybliżył się do naszych ziem. Strach padł 
na rodzimych faszystów. Wypadki przechodziły najśmielsze oczekiwania. Zwycięska Armia Radziecka 
idzie na zachód. Przyjdzie i do nich też, a co wtedy? 

Strach jest złym doradcą. W połączeniu z nienawiścią doprowadza do kroków nierozważnych, 
zgubnych, do samej zbrodni. Wzmogło się szpiclowanie działaczy lewicowych, denuncjowano przed 
hitlerowcami nawet tych, którzy w Związku Radzieckim widzieli tylko wybawcę z niewoli, a nie 

background image

zwycięski ustrój socjalistyczny i sojusznika uciskanych klas społecznych. Padły pierwsze bratobójcze 
strzały... 

Wkrótce po Nowym Roku, w szarą i dżdżystą noc Trzech Króli, zajechał do wsi wóz zaprzężony w parę 
koni. Wysiadło z niego czterech uzbrojonych ludzi. Dwaj poszli do Kaźka, a jeden do jego najbliższego 
przyjaciela, Maksymiliana Pory - ”Przelota”. Zabrali ich ze sobą i powieźli w ciemność nocy. Obaj 
pojechali bez jesionek i czapek, gdyż „nie były im potrzebne”. Kaziek miał na nogach trepy. Zrazu nie 
przeczuwał, co go czeka. Nic mu nie mówili, tylko kazali się zabierać. Powiozła ich furmanka 
w kierunku lasu... Odprowadzał ich trwożny wzrok żony Kaźka - Ewki. Wyszła przed izbę z dzieckiem 
na ręku. Coś ją tknęło. Załamała się. Zaniosła się na długo spazmatycznym płaczem. Tyle razy przecież 
wychodził i nie miała tego uczucia panicznego strachu. A wtedy jednak czegoś się bała. 

Następnego dnia Kaziek nie wrócił. „Przelot” dał znać przez znajomych, że Kaziek został widocznie 
zabity w grechowskim lesie. Po dwóch dniach zameldował ktoś w urzędzie gminnym, że znaleziono 
w lesie ciało zabitego młodego mężczyzny z kartką: „Tak zginie każdy bandyta i komunista”. 

Żona nie miała odwagi pojechać. Bała się prawdy. Pojechał brat. Poznał go. To był Kaziek. Kule zniosły 
mu wierzch czaszki, nie naruszając twarzy. Na nogach miał trepy. 

Ewka rozpaczała bardzo: - ”O rety! Za co go zabili, dranie, za co? Ludzie! Przecież jego lubił każdy. 
Nikomu nie zrobił żadnej krzywdy! On był dobrym ojcem! Miał żonę i dzieci, które żywił! Nikt go nie 
pytał, z czego żył i czego pragnął!” 

Pogrzeb Kaźka odbył się spokojnie. Za trumną szła wdowa i dwie siostry, towarzysze walki 
i przyjaciele, koledzy, znajomi, ciekawscy. Ksiądz nic nie mówił, na cmentarz nie poszedł. Wiadomo: 
„komunista i bandyta!”... Pochowali go w kącie cmentarza, gdzie samobójców chowano. Ten i ów 
patrząc na drobiny, które zostawił po sobie zamordowany, łzę ocierał i odchodził w milczeniu, inny 
zaciskał pięści... 

Nazajutrz znaleziono na grobie wieniec z kwiatów białych i czerwonych z napisem: „Cześć ofierze 
faszyzmu!” 

Śmierć Kaźka przysłużyła się sprawie. Niewinna i niezasłużona śmierć nastawiła przychylnie opinię do 
szeregów, z których go wyrwano. Wypadek, który miał być ostrzeżeniem, był zachętą. Szeregi 
komunistów wzrastały. 

Kaziek zaznał w życiu wiele niesprawiedliwości i niesprawiedliwą miał śmierć. A walczył przecież 
o sprawiedliwość i za nią oddał młode życie. Niech chociaż pamięć o nim pozostanie na długo. 

Towarzysz jego zabaw dziecinnych i pracy konspiracyjnej, Maksymilian Pora, cudem uniknąwszy kul 
poszedł do lasu i został partyzantem AL w oddziałach pod dowództwem pułkownika Moczara. 

Oto krótka relacja Maksa o tamtej nocy. 

Wieźli ich w kierunku Rzeczniowa. Kaziek zapytał, gdzie i po co ich wiozą. Początkowo nie było 
odpowiedzi. Później oznajmili, że staną przed sądem partyzanckim za to, że zdradzili organizację. 
Czeka ich kula w łeb... 

Maks szepnął do Kaźka: 

- Jak wjedziemy w las, uciekajmy! Każdy w swoją stronę. 

background image

- Dobrze - zgodził się Kaziek i z rozpaczą spojrzał na swoje nogi, obute w ciężkie trepy na wysokiej, 
drewnianej podeszwie. Las grechowski był coraz bliżej. Maks raz po raz majstrował coś koło nóg. 
Odsznurowywał kamasze, żeby łatwiej było uciekać. 

- W trepach nie dasz rady, Kaziek, zdejm je! 

- Kiedy nie mogę rozplatać sznurówek. 

- Musisz, zaraz skaczemy! 

Gdy tylko wjechali w las głębiej, trącili się łokciami i obaj dali susa, każdy w swoją stronę. Posypały się 
za nimi strzały. Kule zaświstały Maksowi koło głowy. Poczuł dwa uderzenia. Zatoczył się na chwilę, ale 
znów porwał się na nogi i klucząc zmykał przed siebie. Lekko mu było uciekać bez butów, choć po 
mokrym i gęstym śniegu. Same nogi go niosły. Już dawno kule go nie goniły, a on jeszcze biegł i biegł. 
Gdy zatrzymał się, ledwo stał na nogach. Obfity pot spływał mu po twarzy. Wycierając go zauważył, 
że ręka jest ciemna. 

- Trafili mnie... 

Umył twarz i szyję w śniegu. Zapiekły skaleczenia i zadrapania od kul i gałęzi. Jedna kula drasnęła go 
w szyję, inna skaleczyła skórę na głowie, przebierając krwawą ścieżkę we włosach. Piekły go policzki. 

Wkrótce wydostał się na drogę i rozpoznawszy okolicę, poszedł do znajomych. 

Kazkowi, niestety, nie powiodła się ucieczka. Już jeden z pierwszych strzałów musiał być celny, gdyż 
ciało jego znaleziono niedaleko drogi, którą ich wieźli. Leżał twarzą do śniegu, z nogami spętanymi 
w trepach. 

Do domu Maksa jeszcze dwukrotnie potem przychodzili jacyś ludzie, ale go nie zastali. Maks od tego 
czasu ani razu w domu nie nocował. A gdy tylko zrobiło się cieplej, poszedł do lasu już jako partyzant 
AL, „Przelot”. Trafił do oddziału „Brzozy”. 

 

Wiec

 

 

Pojawienie się „Przelota” w oddziale „Brzozy”, a szczególnie jego opowiadanie o okolicznościach 
śmierci „Motyla” wywołało ogromne poruszenie wśród wszystkich partyzantów. Maks zmuszony był 
do kilkakrotnego opowiadania tego samego. Towarzysze dopytywali się po wiele razy o te same 
szczegóły, wciąż napraszali się o nowe fakty i nie znane im okoliczności, jakby chcieli to wszystko 
dokładnie wyryć w pamięci. Partyzanci gruntownie roztrząsali szczegóły mordu i nie posiadali się 
z oburzenia, że „takie” rzeczy mogli zrobić Polacy. 

- A może rzeczywiście „chodziliście na bandytyzm”, przyznaj się, Maks - zaczęli podejrzewać 
niektórzy. - Mało to takich się włóczy... Niemcy ich nie ścigają, bo wszystkie ich rabunki i wybryki idą 
na rachunek „leśnych”. 

- Głupiś! - zgasił krótko inny. - Jakby tak było, jak ty mówisz, napisaliby tylko: „tak zginie każdy 
bandyta”. A oni dodali: „i komunista”. Dla nich bandyta i komunista, to jedno. Zresztą bandytów nie 
ścigaliby wcale. Tu idzie o coś innego, o coś więcej... Na pewno idzie o to, żeby nas kompromitować 
przed ludźmi i żeby nas nastraszyć... 

- Ale niedoczekanie ich! 

background image

- Musimy coś z tym zrobić. Tak przecież nie można tego wszystkiego zostawić. Trzeba stanąć 
w obronie pamięci i honoru „Motyla”, „Przelota” i nas wszystkich. Powinniśmy nawet uroczyście 
uczcić pamięć zamordowanego. Niech wiedzą, że się ich nie boimy! - dorzucił któryś z rozmówców. - 
Trzeba ludziom wytłumaczyć, że „Motyl” nie był żadnym bandytą, a zginął tylko za to, że przystał do 
komunistów. 

Powoli zrodził się zarys, a następnie plan działania: zwołają wiec protestacyjno-agitacyjny. Wkrótce 
plan przygotowań do wiecu i sam jego przebieg opracowano w najdrobniejszych szczegółach. 
Partyzanci AL mieli otoczyć i obstawić dwie wsie: Hieronimów i Piasków, leżące w gminie Sienno, 
wsie, w których żyli i pracowali „Motyl” i „Przelot”. Wszystkich dorosłych mężczyzn i kobiety zbierze 
się w sali szkolnej, gdzie wysłuchają przemówienia. Oprócz mieszkańców wsi mieli być także obecni 
robotnicy z pobliskiego Ostrowca. Chodziło o to, by otwarcie zademonstrować jedność i siłę ludności 
w walce z ukrytym wrogiem. Wiec powinien mieć charakter uroczystego zebrania z prezydium, 
referatem i rezolucją. Odpowiedni referat mieli przygotować towarzysze z Ostrowca. Na barki 
partyzantów spadł obowiązek zorganizowania osłony zebrania przed ewentualnym najściem 
żandarmów. Oprócz tego mieli oni trzymać w odpowiednim respekcie kolonistów niemieckich, 
których postanowiono również „zaprosić” na wiec. 

Przebieg wiecu był imponujący. 

Jeszcze przed wieczorem wyruszyło z Ostrowca kilka wozów z robotnikami. Partyzanci wyruszyli na 
zwiad i ubezpieczenie. Głęboką nocą, przez godzinę prawie, trwał werbunek chłopów na uroczyste 
zgromadzenie. Sala szkolna, największa w okolicy, wypełniona była po brzegi. Jedni siedzieli 
w ławkach szkolnych, inni po prostu na ławkach, a jeszcze inni stali zbici w ciasną gromadę. 

W asyście znakomicie uzbrojonych partyzantów, z opaskami AL i PPR na rękawach, weszło do sali 
szkolnej prezydium zebrania składające się z trzech towarzyszy. Usiedli za stołem nauczycielskim, 
obok stanęli w postawie „na baczność” partyzanci i - zaczęło się. Zagajenie było krótkie. Mówiło 
o przyczynach i celu zebrania. Apelowało o zachowanie spokoju na sali. Następnie zabrał głos główny 
referent, który zapoznał zebranych z deklaracją PPR „O co walczymy”. Omówił ją dość szczegółowo 
i kończąc nawiązał do wypadku zabójstwa Kazimierza Zapalskiego. 

Żałuję, że nie byłem na tym zebraniu i nie słyszałem ani zagajenia, ani referatu. Opowiadał mi o tym 
mój ojciec, który był jednym z uczestników wiecu. 

- Żebyś ty wiedział - mówił ojciec - jaką mowę palnęli, bo dwóch czy trzech mówiło. Potępiali walkę 
bratobójczą. Nawoływali do jedności i solidarności. Jeszcze takiej mowy nie słyszałem w swoim 
życiu... A na zakończenie odczytali przygotowaną rezolucję, potępiającą walkę bratobójczą 
i nawołującą do wstępowania w szeregi PPR i AL. 

Zamykając wiec przewodniczący prezydium wezwał wszystkich, aby przez powstanie i trzyminutową 
ciszę uczcili pamięć zamordowanego. Partyzanci zaintonowali „Rotę”. 

Jak ogromne i niezatarte wrażenie zostawił na ludziach ten uroczysty wiec, niech świadczy fakt, że 
przebieg wypadków z tamtej nocy długo był komentowany w całej okolicy i ludzie nie mogli wyjść 
z podziwu. A najlepsze było to, że i niemieccy koloniści, mieszkańcy Hieronimowa, zostali zmuszeni 
do uczczenia pamięci Kaźka. Żeby wiedzieli, że to nie przelewki! Jeden z nich, Beniamin Hein, mówił 
do mojego ojca: „Prusaków trzeba się bać, to nie są dobrzy ludzie. My się też ich boimy, może nawet 
więcej niż wy!” 

Na odjezdne kazali partyzanci zameldować o wszystkim w urzędzie gminnym. „To dla waszego 
bezpieczeństwa, ludzie, i Niemcom dla przestrogi” - powiedzieli. 

background image

Ale tym razem żandarmeria niemiecka nie kwapiła się nawet prowadzić śledztwa w tej sprawie. 

 

Przysięga

 

 

Sylwestra Wątrobińskiego - ”Wieniawę” poznałem jeszcze przed wojną, gdy był uczniem seminarium 
nauczycielskiego. Pochodził z Suchedniowa. Przyjeżdżał często do swojej siostry, również 
nauczycielki, Heleny Piaskowej, która uczyła w Hieronimowie. Sylwek dal się lubić. Był bezpośredni, 
wesoły, lecz może nazbyt ironiczny. Mnie jednak charakter Sylwka odpowiadał. Zresztą imponował 
mi czym innym. Znał stosunki w Polsce przedwrześniowej i komentował je chętnie, podając własne 
i bardzo oryginalne naświetlenie. Takiego naświetlenia na próżno byłoby szukać w gazetach. Chyba 
trochę w „Epoce” lub w „Dzienniku Popularnym”, ale i tam nie było tego, o czym mówił Sylwek. 

Dopiero w czasie okupacji dowiedziałem się, skąd Sylwek czerpał swoją wiedzę. Po zdaniu matury nie 
otrzymał pracy nauczycielskiej. Znalazł zatrudnienie w biurze Związku Nauczycielstwa Polskiego 
w Warszawie. Tam zetknął się z postępowymi działaczami związkowymi (znał osobiście Wandę 
Wasilewską). Był świadkiem, a może nawet uczestnikiem, przygotowań do znanego strajku 
nauczycielskiego. 

Podczas okupacji pracował jako nauczyciel w Siennie. Nie zmienił się wiele. Może był nieco więcej 
zgryźliwy i zaczepny, a przy tym bardziej jeszcze serdeczny i uczynny dla bliskich. Miał wielu 
znajomych i przyjaciół. Łatwo znajdował do ludzi drogę. Wywierał duży wpływ na wszystkich, 
a szczególnie na mnie i na mojego przyjaciela „Wolę”. Spojrzenie miał bystre, sąd trzeźwy. Odwiedzał 
nas często w biurze, w którym pracowaliśmy dla zabezpieczenia się przed Niemcami i zbyt 
ciekawskimi. Było to swego rodzaju konspiracyjne alibi. Praca nie przeszkadzała nam w działalności 
podziemnej, a wręcz przeciwnie - ułatwiała ją. 

Przez otwarte okna i drzwi nieraz płynęła na rynek nowa wiązanka pieśni układu „Woli”. 
Z młodzieńczą niby beztroską uprzyjemnialiśmy sobie nudny czas śpiewem. Mój radosny pomruk 
kłócił się z dźwięcznym głosem „Woli”. Ze śpiewem było nam lżej i jakby lepiej. Byle dzień prędzej 
zleciał. Na brak humoru nie narzekaliśmy. Promieniały nam gęby na całe miasteczko, że trudno było 
przypuszczać, abyśmy mogli mieć związek z czymś poważniejszym, co zawsze groziło śmiercią. 

- Co wy robicie - powiedział kiedyś „Wieniawa” z satyryczną spostrzegawczością. - Idę do szkoły, 
u was jeszcze zamknięte, wlokę się do domu na obiad - już zamknięte, wracam z obiadu - jeszcze 
zamknięte, przechodzę po skończonych lekcjach - już zamknięte, a jeśli przypadkiem otwarte, to 
jakieś wycia nieludzkie wydostają się stamtąd. Wpadniecie na pewno! 

Ale nie wpadliśmy jakoś. Tymczasem leciały dni i szybko następowały nowe wydarzenia. W podziemiu 
dochodził do głosu dynamiczny i świeży nurt... 

Najpierw odwiedził nas kilka razy Tadeusz Maj - ”Łokietek”, późniejszy dowódca drugiej brygady AL 
„Świt”. Mówił o tym, co go bolało: o karierowiczostwie, o braku idei, o krzywdzie chłopa i robotnika, 
o tym, że powinno i musi być inaczej. Odchodząc zostawił deklarację PPR „O co walczymy”, 
przezornie na noc ukrytą w segregatorze dokumentów biurowych. Przeczytaliśmy ją jednym tchem, 
a potem jeszcze wiele razy wracaliśmy do niektórych fragmentów i poszczególnych sformułowań. 
Wkrótce znaliśmy deklarację prawie na pamięć. Znaleźliśmy tam odpowiedź na wiele nurtujących nas 
wówczas wątpliwości. Jakkolwiek bowiem słyszeliśmy już przedtem o powstaniu PPR i głoszonych 
przez nią hasłach, gdyż coraz częściej mówiły o niej gazetki i rozrzucane ulotki - to jednak pełnego 

background image

pojęcia o tym, co to jest PPR, nie mieliśmy. Z tego względu deklaracja była nam bardzo potrzebna. 
Ona porządkowała wiele argumentów podnoszonych dotychczas w sporach, które toczyliśmy między 
sobą. Deklaracja utwierdzała nas o słuszności wielu odczuwanych tęsknot, precyzowała je i nazywała 
po imieniu. Tezy deklaracji uzbrajały nas do dyskusji prowadzonych z wieloma znajomymi z naszego 
otoczenia. 

Ale nie wszystko stało się dla nas od razu jasne i oczywiste. Na przykład nazwa. Skoro partia dążyła do 
rozszerzenia swego zasięgu również na tereny wiejskie, to sam miałem wątpliwości, dlaczego nazywa 
się tylko Polską Partią Robotniczą. Wydawało mi się wówczas, że lepsza byłaby nazwa PPR-Ch, 
Robotniczo-Chłopska. 

Dyskutowaliśmy więc zawzięcie ze sobą, skacząc nieraz sobie do oczu jak koguty... 

Wkrótce po odwiedzinach „Łokietka” przyszedł do nas znów „Wieniawa”. Było to późną jesienią 1943 
roku. „Wieniawa” spotykał się z nami dosyć często i przedtem, ale teraz jego duża spostrzegawczość 
i sceptycyzm zaczęły ustępować miejsca próbom realnego rozwikłania splotu zagadnień, które 
nurtowały i jego, i nas coraz bardziej. 

- Odprowadzę cię do domu - zaproponował mi raz „Wieniawa”. 

Chętnie skorzystałem. Poszliśmy. Był piękny, słoneczny i zupełnie jeszcze ciepły dzień. „Wieniawa” 
idąc kołysał się z nogi na nogę i co chwila wypowiadał dręczące go myśli. Było w jego słowach wiele 
żarliwej pasji, wybuchał prawie i zaraz potem przerywał na chwilę, by znowu spokojnie powrócić do 
podjętego tematu. 

- Powiedz sam - zwrócił się wreszcie do mnie - czy naprawdę nigdy nie zginie wszelkiego rodzaju 
wyzysk? Czy nigdy ludzie nie wygrzebią się spod tej nawarstwionej od wieków kupy przesądów 
i naleciałości? Czy nigdy nie zapanuje sprawiedliwość? 

Nie zdążyłem jeszcze odpowiedzieć, gdy „Wieniawa” przeszedł do innej sprawy. 

- Znam cię dobrze od dawna. Wiem, że chcesz pracować dla dobra ludzi, prostych i zwyczajnych ludzi, 
a nie dla jakichś tam wybrańców, urodzonych pod szczęśliwą gwiazdą. Wiem na pewno, że chcesz tak 
jak ja innego świata, lepszego niż ten, w jakim teraz żyjemy... 

- Tak, Sylwek, oczywiście, zupełnie się z tobą zgadzam - wyszeptałem z przejęciem, przerywając mimo 
woli w połowie jego zdania. 

- Otóż właśnie, posłuchaj uważnie, co ci powiem. Ja nie tylko chcę, ale już czynnie realizuję moje 
pragnienie w partii. Wyraźnie mówię: w organizacji, która nazywa się Polską Partią Robotniczą. 
Czytałeś przecież deklarację PPR „O co walczymy”, więc wiesz już, z jakim programem wychodzimy do 
społeczeństwa. Odpowiada ci, prawda? - zatrzymał się na chwilę i spojrzał mi w oczy. - Przytakujesz, 
zgadzasz się, więc przyłącz się do nas, od dzisiaj pójdziemy razem. Daj rękę i daj pyska. Ty cholero, ty 
„Misiu”. Zapamiętaj ten dzień naszej przysięgi! 

Łzy miał prawie w oczach, gdy to mówił. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak wzruszonego. Zresztą ten 
nastrój udzielił się również i mnie, bo nie byłem przygotowany na taki nagły przeskok myśli i uczuć. 

- Gdybym zdradził, strzel mi spokojnie w łeb. Dla dobra ludzi i sprawy - dorzucił twardo „Wieniawa” 
i zawrócił w stronę Sienna. 

Patrzyłem za nim długo i westchnienie wyrwało mi się z piersi. Ruszyłem wreszcie, rozważając jeszcze 
raz słowa mojego przyjaciela. 

background image

Rozpoczynałem nową drogę, ciężką i daleką. Byłem wówczas na samym jej początku, stawiałem 
dopiero pierwsze kroki, które miały mnie zaprowadzić do celu. 

Zanosiło się na wiatr. Zachodzące słońce oblewało czerwienią odległą wstęgę lasów na horyzoncie. 
Spojrzałem w tamtym kierunku i kojarząc w myśli grę kolorów, powiedziałem sam do siebie: „A 
jednak bez krwi nie obejdzie się...” 

 

Nowe zadania

 

 

Wkrótce po zaprzysiężeniu mnie przez „Wieniawę” przedstawiony zostałem Mieczysławowi 
Świostkowi - ”Rogowi” i Eugeniuszowi Iwańczykowi - ”Wiśliczowi”. Odbyło się to przy okazji rozdziału 
zadań w związku z powstałą możliwością utworzenia nowego rejonu „Świt” w Siennie. 

Zebranie odbyło się w Rzeczniowie u Czesława Karwińskiego - ”Bohuna” w pomieszczeniu przy 
sklepie, który był jego własnością. Szyld sklepowy uzasadniał przebywanie tu większej liczby ludzi. 
Obchodzono też u niego wówczas jakąś uroczystość rodzinną, która mogła świetnie pozorować nawet 
liczniejsze zgromadzenie niż nasze, tym bardziej że zgodnie z tradycją wsi wódka lała się wtedy 
obficie... 

Sylwek zarekomendował mnie obecnym, podając tylko mój pseudonim „Miś”, chociaż wielu z nich 
znało mnie doskonale, a ja ich również. 

Powierzono nam zadanie przeprowadzenia werbunku do „Świtu” na terenie gminy Sienno, aby 
można było powołać nowy rejon, gdyż dotychczas tworzyliśmy jeden rejon Rzeczniów-Sienno. 
Omówiono z grubsza zadania organizacyjne, ustalono kontakty, łączników (właściwie łączniczki, które 
też były na tym zebraniu) i wróciliśmy do Sienna. 

Z powierzonej mi wówczas funkcji oficera propagandy byłem bardzo dumny. Wkrótce „obgadałem” 
Rysia Klimczaka - ”Wolę”, a po pewnym czasie szeregi nasze zasilili inni sienniacy, a także mieszkańcy 
okolicznych wiosek. 

Nie były to zresztą wcale pierwsze kontakty „świtowców” z Siennem. Już wcześniej przyjeżdżali do 
Sienna, i to dość często, „Róg” i Tadek Maj - ”Łokietek”. Zwłaszcza „Róg” utrzymywał ożywione 
kontakty z Wojciechem Tomaszewskim - ”Toporem”, pracownikiem urzędu gminnego w Siennie. 
Przez „Topora” nawiązał kontakt również z Sylwestrem Wątrobińskim - ”Wieniawą”. 

Zanim podjąłem się samodzielnie wykonywać zadania propagandowo-agitacyjne, wprawiałem się 
pod okiem Sylwestra Wątrobińskiego. Z nim to najczęściej jeździłem razem na agitację. 
Przychodziłem mu czasem z pomocą w dyskusji, podsuwałem argumenty, ale ciężar przekonywania 
spoczywał głównie na nim. Dawał sobie zresztą doskonale radę. „Miał gadane”, jak to się u nas 
mówiło! Trafiały się jednak trudne chwile, zwłaszcza gdy temat schodził na kolektywizację. Nie była to 
wcale sprawa ani oczywista, ani prosta dla chłopa targanego sprzecznymi uczuciami. Chłop kielecki 
w swojej masie miał mało ziemi, i to nie najlepszej. A tu prawie pod bokiem, w Bałtowie, Woli 
Sienniejskiej i w innych bliższych i dalszych miejscowościach, ciągnęły się posiadłości księcia 
Druckiego-Lubeckiego i bogate ziemie innych dziedziców. Rząd obiecujący parcelację ziemi dworskiej 
był tym, któremu chłop mógł zaufać i dać swoje poparcie. Tęsknota do ziemi była nieodparta, 
a perspektywa urzeczywistnienia marzeń na drodze podziału pańskich gruntów bardzo bliska 
i pociągająca. Ale jak tu pogodzić tę tęsknotę z równoczesną obawą o wprowadzenie kołchozów? 

background image

Na jednym z zebrań padło właśnie takie pytanie wprost: 

- Dlaczego rząd obiecuje chłopom ziemię dworską, skoro będzie organizował równocześnie kołchozy? 

Pociliśmy się obydwaj, żeby z utarczki słownej wyjść zwycięsko. „Wieniawa” przypieczętował 
argumentem: 

- Ziemię weźmiecie sobie sami, rząd pomoże wam w tym. A kołchozy będzie zakładać wtedy, kiedy 
przekonacie się, że razem lepiej gospodarować niż w pojedynkę. Nikt was siłą nie będzie tam 
ciągnął... 

- Powinieneś być z siebie zadowolony - powiedziałem do Sylwka w drodze powrotnej - mówiłeś 
przekonywająco. 

- Nie, bracie, to nie to. Musimy się uczyć i to dużo! 

Wzięliśmy się poważnie do nauki. Każdą wolną chwilę przeznaczaliśmy na czytanie i na dyskusje, 
które nieraz przeradzały się w spory. Wymienialiśmy ze sobą poglądy i dyskutowaliśmy zażarcie. 

Spotykaliśmy się wówczas coraz częściej. Rozmowom i dyskusjom nie było końca. Jeździliśmy razem 
po wsiach i osadach, aby agitować do partii, obsługiwaliśmy zebrania. Jedno z takich zebrań odbyło 
się w Pakosławiu w biały dzień, gdy jedni ludzie szli do kościoła na sumę, a inni wracali z mszy. 
W stodole zebrało się ponad trzydziestu dorosłych i młodzieży. Sylwek „trzymał mowę”, ale taką, że 
długo siedziała mi w głowie. Trudno ją było zapomnieć, tak przekonywająco i sugestywnie mówił. 

Wielu z obecnych na tym zebraniu poszło do lasu, a niektórzy jeszcze tego samego dnia. Późną nocą -
wracaliśmy do domu na rowerach i choć w nogach było już wykręconych kilkadziesiąt kilometrów, 
powrót należało zaliczyć do radosnych. Akcja była udana. „Wieniawa” świetnie nadawał się do takiej 
roboty. Był w swoim żywiole. Nie darmo był później jednym z redaktorów konspiracyjnego „Świtu”. 

Oczywiście nie wszystkie „występy” były tak owocne, jak ten w Pakosławiu. Przezwyciężać trzeba 
było nieraz wiele oporów, zwalczać wiele przesądów, prostować kłamliwą agitację Londynu. Trudy 
jednak opłacały się, gdyż szeregi bojowników ciągle rosły. 

Sam „Wieniawa” też wkrótce poszedł do lasu. Walczył tam w zgrupowaniu AL, a kiedy trzeba było 
nawiązać bezpośrednią łączność z Naczelnym Dowództwem Wojska Polskiego w Lublinie i przekazać 
szczególnie cenne informacje, „Wieniawa” podjął się tego zadania. Przed nim zginęli już dwaj 
partyzanci podczas przekraczania linii frontu. On jednak doszedł. Trudno powiedzieć, w jaki sposób 
zdołał przebrnąć ten ryzykowny szlak. 

Przy wykonywaniu zadania groziły mu dwa niebezpieczeństwa. Jedno od Niemców, podczas 
przechodzenia frontu, drugie od naszych za frontem, których trudno było przekonać, że przeszedł bez 
pomocy Niemców, że nie jest przez nich nasłany itp. Nie ominęło go zresztą, jak przewidywał, 
aresztowanie w Lublinie do czasu wyjaśnienia jego misji. W ostatecznym rachunku wszystko jednak 
skończyło się pomyślnie. 

Zanim Sylwester Wątrobiński wybrał się do partyzantki, przekazał mi redagowanie i wydawanie 
„Świtu”, naszej gazetki. Pierwsza wyprawa mająca na celu przekazanie obowiązków „naczelnego” nie 
powiodła się. Pojechaliśmy jak zwykle na rowerach. Przeszliśmy przez dwie rewizje przeprowadzane 
przez żandarmów. Pierwszą wkrótce po wyjeździe z Sienna. Zatrzymało nas dwóch Niemców 
zdążających do miasteczka. 

Ausweiss, bitte - powiedział jeden z nich. 

background image

Już sięgałem ręką po dowód, ale żandarm uprzedził mój ruch i sam wyjął mój dowód osobisty 
z kieszeni marynarki. Drugi legitymował Sylwka. Obmacali po wierzchu nasze ubrania i puścili wolno. 

Nie ujechaliśmy nawet pół kilometra, gdy niespodziewanie wyskoczyli zza zakrętu żandarmi na 
rowerach. Było ich wielu. 

Halt, halt! - zawołało kilka głosów. 

Powtórzyło się to samo, co przed chwilą i z tym samym skutkiem co za pierwszym razem. 

- Za dużo szczęścia jak na jedną podróż - dowcipkował Sylwester. - Lepiej jedźmy inną drogą. 

Dotarliśmy do Jasieńca, ale Jana Kozika - ”Szeli” nie było w domu. Przywitała nas jego żona, ale nawet 
nie wpuściła do mieszkania. Czekaliśmy na próżno na podwórku. „Szela” nie zjawił się w tym dniu. 
Wróciliśmy do Sienna późną nocą. Całodzienny wysiłek poszedł na marne. 

Praca przygotowawcza i wydawanie gazetki zabierały mi dużo czasu i trudu. Wyczerpywały nerwowo. 
I wcale nie było mi żal, gdy porzucałem ją, zamieniając pióro na karabin. 

 

Po broń

 

 

Broni nie było za dużo. I nie od razu jak manna spadała z nieba. Staraliśmy się o nią własnymi siłami. 
Trzeba ją było, jak to się wówczas mówiło, „organizować”. Zadanie to zawsze było trudne 
i niebezpieczne. Jedynie w pierwszych dniach okupacji było stosunkowo najłatwiej o broń. We 
wrześniu co przezorniejsi ukryli sporo broni, porzuconej przez cofających się polskich żołnierzy. 
Wystarczyło tylko drogą własnego wywiadu dowiedzieć się, kto posiada broń. Reszta zależała już od 
sposobu rozmowy z właścicielem. Jedni oddawali broń chętnie i pozbywali się kłopotu z pełnym 
zrozumieniem. Ale byli i tacy, którzy nie zgadzali się odstąpić broni. Nie przekonywały ich żadne 
argumenty. Niekiedy też broń, a szczególnie amunicję, wydobywaliśmy z ziemi w stanie nie 
nadającym się do użytku. Nie każdy przecież wiedział, jak należy zabezpieczyć ją przed zniszczeniem. 

W tej akcji intensywnego poszukiwania broni chciałbym zwrócić uwagę na jeden bardzo 
charakterystyczny szczegół. Uważam, że nieprzypadkowo ZWZ kilkakrotnie wydawał rozkazy 
zobowiązujące wszystkich członków do meldowania o znanych kryjówkach broni. Zgodnie z tymi 
rozkazami broń musiała być magazynowana w wyznaczonych miejscach i mogliśmy ją otrzymać 
z powrotem dopiero w okresie rozpoczęcia większych akcji przeciwko okupantowi. Ale obok tego 
musiała być także inna przyczyna, która skłoniła dowództwo ZWZ do wydawania takich rozkazów. 
W ten przezorny sposób zabezpieczało się ono przed ewentualnymi niespodziankami ze strony 
elementów radykalnych, które już przed wojną dawały znać o sobie na Kielecczyźnie dzięki 
rozwiniętej działalności „Wici”, PPS-Lewicy i KPP. Nierzadkie przecież były np. w Hieronimowie 
wypadki organizowania wieców chłopskich. Nierzadkie były również aresztowania i osadzania 
w więzieniach, a nawet w Berezie. Polityczną świadomość chłopów z mojej wsi kształtowały: 
„Czerwony” i „Zielony Sztandar”, „Dziennik Popularny” i „Epoka”. „Epokę” i „Dziennik” 
prenumerował mój ojciec. „Czerwony Sztandar” dostarczał nam Malicki, późniejszy więzień Berezy, 
oraz Fudalej również wielokrotnie sądzony za działalność lewicową. 

Trzeba przyznać, że w początkowym okresie akcji gromadzenia broni ZWZ stosunkowo szybko zebrał 
ją w licznych „leśnych arsenałach”. Ponieważ jednak akcja ta była powszechna, a może też i z innych 
przyczyn, zaczęły się zdarzać wypadki wykrywania przez Niemców poszczególnych „arsenałów”. 

background image

Zgromadzona pieczołowicie broń bezpowrotnie zmieniała właściciela. Podnosiły się w związku z tym 
głosy, że przechowywanie broni w „arsenałach” mija się z celem. Zamiast pojedynczych sztuk, 
wpadały w łapy hitlerowców całe magazyny i nie można było przez długi czas wyrównać poniesionych 
strat. Dlatego też mało kto kwapił się z oddawaniem posiadanej przez siebie broni. Każdy teraz 
ukrywał ją na własne ryzyko i we własnych schowkach. Niekiedy tylko niespodziewana kanonada 
podczas pożaru we wsi świadczyła, ile amunicji kryły chłopskie strzechy. Najczęstszym jednak 
miejscem ukrycia broni były okoliczne, pobliskie lasy. 

Z biegiem czasu zdobycie broni, a szczególnie amunicji, zaczynało być coraz trudniejsze. Nierzadko 
trzeba było nabywać broń od handlarzy, którzy kupowali ją od żołnierzy niemieckich lub od chłopów. 

Zawsze jednak podejmowaliśmy próby zdobycia broni i amunicji, gdy tylko informacje na ten temat 
mogły się okazać prawdopodobne. Prawie każda wyprawa po broń odbywała się nocą i pozostawiała 
niezatarte wrażenie. Często we wspomnieniach powracaliśmy do tych chwil i rozpamiętywaliśmy od 
nowa wszystkie okoliczności, które im towarzyszyły. Szczególnie jedna z takich wypraw utkwiła mi 
w pamięci z tamtych lat. 

Było to w lecie 1943 roku. Powoli zapadała noc. O zmroku wyruszyliśmy w czwórkę w drogę. 
Postronny obserwator nie domyśliłby się na pewno, co nas łączy i dokąd idziemy. W nasuniętych 
głęboko czapkach, z krótką bronią ukrytą w kieszeniach i z obojętnym wyrazem na twarzach 
wyglądaliśmy na zwykłych, wiejskich chłopców, którzy późną porą wracają do domów z pracy. 

Przewodził wyprawie „Czarny”. Przed wyruszeniem obejrzał nas jeszcze od stóp do głów, uzupełnił 
bębenek swojego nagana, a potem machnął ręką: 

- Idziemy! 

„Rozłucki” miał przy sobie „szóstkę”, „Hindus” doskonałego „visa”, a ja nadzieję tylko, że może 
właśnie dziś „coś” zdobędę. 

Ogarnęła nas noc. Oblepiła gęstwa mroku. Ciemna ściana lasu zagradzała drogę. Z lewej strony 
przykucnęła wioska, nerwowo wpatrując się w dal bladymi, drgającymi punktami świateł. Czuwała. 

Raz po raz dreszcz przelatuje po ciele. Zęby szczękają z chłodu i z wrażenia. Szepty dławią się w krtani. 
Lekkie podenerwowanie udziela się wszystkim. Kawał drogi mieliśmy przed sobą. Kilka godzin 
uciążliwego marszu. Przeważnie przez pola i wsie. Szliśmy gęsiego. „Czarny” otwierał pochód. 
Milczenie ciążyło nam bardzo. Przywykliśmy wygadać się przy każdej okazji, a tu taka okazja i trzeba 
milczeć. 

W czwórkę, z niewielkimi odstępami, przylepiliśmy się do ściany lasu. Tak było bezpieczniej. „Czarny” 
bacznie rozglądał się wokoło. Nic podejrzanego: cisza, pustka, mrok. Zaraz za lasem była wieś, 
a później już tylko pole i pole. 

Coraz wyraźniej majaczą się strzeliste sylwetki drzew, robi się jaśniej. Czuć powiew pól. Smugi mgły 
wloką się nisko i wsiąkają pomiędzy pnie. Jeszcze kilka krzaków do brzegu lasu. Jaśkowi plączą się 
nogi. Zaklął szpetnie. Wyskoczyliśmy spiesznie spośród drzew i jednym susem daliśmy nura pomiędzy 
żyta. Nachylone kłosy biły po rękach rozpryskując rosę. Czasem opadały na wargi krople słodyczy. 
Kamasze nasiąkłe wilgocią i oblepione ziemią ciążyły nieznośnie. Wokół panowała cisza, tylko 
chwilami gdzieś tam w oddali poszczekiwał pies lub na pobliskiej szosie z nagła zawarczał samochód. 

Szybki marsz rozgrzał wszystkich. Koszule lgnęły do pleców, rozpaliły się twarze. Nie pierwszy to raz 
mieliśmy taką wyprawę. W zeszłym tygodniu dwie noce odkopywaliśmy w kamieniołomach broń. Ale 
za to jaki łup! Pięć karabinów, dwa bagnety i kilka tysięcy sztuk naboi. Karabinów zresztą mieliśmy już 

background image

dość, wystarczyły dla wszystkich, ale każdy „chorował” na broń krótką, na „visa” szczególnie. Dziwna 
to była choroba. Nie dawała spać po nocach. Nie pozwalała myślom uwolnić się od majaczącego 
wyglądu pistoletu. Ta gorączka wypędzała nas nieraz z domu na wariackie poszukiwania. Jeśli tylko 
gdzieś „słychać” było o broni, choćby bardzo daleko, szliśmy nieodwołalnie. Trzy wyprawy 
urządziliśmy po broń krótką. Przynieśliśmy „szóstkę” z trzema nabojami i stary 
rewolwer - ”ośmioosobowy” jak mówiono. Dość dużo jak na ówczesne możliwości, ale apetyty 
mieliśmy znacznie większe. 

Szosa została za nami. Jeszcze tylko godzina drogi do wsi, której ciemna wstęga wiła się na wprost 
nas. Trochę z prawej strony, podsunąwszy się do wsi, czerniły się kontury lasu, gdzie były ukryte 
skarby. 

- Jaśko! Trafisz od tyłu? 

- Trafię. Czwarta stodoła od końca. Obok niej stoi druga nowa, trochę w bok dom pod dachówką. 

- Wal pierwszy! 

Jaśko wysunął się na czoło. W chwilę potem bębnił w okno, aż się szyby trzęsły. Pies ujadał 
gwałtownie. Gęsi darły się jak opętane. Spłoszona cisza uciekła. Wreszcie zrobił się ruch jakiś w domu 
i zaspany trwożliwy głos kobiety zapytał: 

- Kto? 

- Otworzyć. Swoi. Czy stryj jest w domu? 

Chwila wahania. Niepewność błądzi po izbie. 

- Ignac, to do ciebie, chodź ino. 

Otworzyły się drzwi. 

- Leżeć, ty cholero! Całą wieś obudzisz! 

Kundel zamilkł natychmiast, po czym uciekł cicho skowycząc. Nadal jednak ujadały inne psy 
zaalarmowane jego szczekaniem. 

- Ilu was jest? 

- Czterech. 

- Nie potrzeba tylu. Jeden się kropnie spać u mnie w stodole... 

Nikt jednak nie zostaje. Dalej pójdziemy w pięciu. Prowadzi stryj. Wiedzie nas ścieżką przez opłotki 
wzdłuż wsi pogrążonej w głębokim śnie. Uspokoiło się znowu. 

Za wsią skręciliśmy gwałtownie w lewo i w chwilę potem postacie nasze znikły znowu w ciemności 
lasu. Stryj kluczył. Raz po raz spoglądał w górę, jakby tam była droga wyrysowana, a on jej szukał. 
Szedł pewnie, lecz wolno, bacznie przepatrując wierzchołki drzew. 

- No, tu możemy zapalić. Stąd już blisko. 

- Gdzie jesteśmy? 

- Prawie w środku lasu. 

background image

Zamigotały ogniki oświetlając na moment skupione twarze. Paliliśmy powoli zaciągając się głęboko, 
żując dym w gębie i cedząc go z wolna przez zęby. „Hindus” położył się i zasnął natychmiast. Ten 
dopiero miał melodię do spania! Mówili o nim parafrazując powiedzenie pijaków, co to piją między 
jednym kieliszkiem a drugim, że on śpi między jednym snem a drugim. 

Skąpa początkowo rozmowa zacinając się i urywając nabierała powoli rozpędu, aż potoczyła się 
wartkim nurtem. Podzieliliśmy się informacjami o sytuacji na froncie wschodnim i w kraju. Stryj 
mówił o codziennych bolączkach. „Trzeba ukrócić wybryki niemieckie. Ostatnio szwaby bardzo szaleją 
po okolicy. Nie ma dnia bez egzekucji. Terror wzmaga się. Jeżdżą bezkarnie, pojedynczo, nawet bez 
broni długiej. Zbyt się panoszą. U słabszych wzmaga się zwątpienie, zatruwające duszę jak jad 
i doprowadzające do rezygnacji. To bardzo niepokojące zjawisko. Czy jeszcze doczekamy się tego 
dnia, że będziemy z nimi walczyć?” 

- Doczekamy się na pewno! - podjął z przekonaniem któryś z nas. - Hitlerowcy dostają już solidne baty 
na wschodnim froncie, a w kraju powstaje coraz więcej oddziałów partyzanckich. Już wkrótce będzie 
można rozpocząć akcje na większą skalę. Sporadyczne wypadki odwetu rzeczywiście nie odnoszą 
należytego skutku. Pociągają za sobą częste represje. Mieliśmy pacyfikację całej okolicy, w której 
zdarzył się wypadek zabicia hitlerowca. Mogą to zrobić, gdyż mają czas! Co znaczy jeden Niemiec? Jak 
zaczniemy ich strzelać w całej Polsce jednocześnie i po kilku na raz, wtedy braknie im czasu na 
krwawe odwety! Będą mieli dość roboty z grzebaniem zabitych. Musimy rozszerzyć zasięg naszych 
akcji i systematycznie uderzać na wroga. Niemcy nabiorą wtedy respektu do nas. Oni muszą wreszcie 
zrozumieć, że przeciwko nim działa organizacja, a nie ludzie kierowani rozpaczą. Oni muszą się nas 
bać! W przeciwnym bowiem razie my będziemy się ich bali. 

- Niedoczekanie ich! - oburzył się stryj. - Popamiętają oni nas jeszcze długo! Ale chodźmy już... 

Wkrótce mieliśmy już w rękach polski erkaem, „visa” i ze dwie setki naboi do niego, trzy karabiny 
i dosyć dużą skrzynkę amunicji. Wszystko było zachowane w doskonałym stanie, zakonserwowane 
i starannie owinięte natłuszczonymi szmatami. Z miejsca też zabraliśmy się do sprawdzania broni. 
Zamki, sprężyny podajników, bezpieczniki, urządzenia spustowe działały lekko i sprawnie. 
Ładowaliśmy także magazynki do erkaemu i karabinowe łódki. Bez przerwy rozlegał się szczęk 
metalu. 

Szczególnie cieszyła nas amunicja. O dobre naboje zawsze było trudno. Pod wpływem długiego 
leżenia w ziemi amunicja często groziła różnymi niespodziankami. Do najbardziej przykrych należały 
niewypały podczas akcji. Niekiedy sekunda przerwy w strzelaniu mogła decydować o przyszłości 
strzelającego. Kto pierwszy wówczas strzelił, ten mógł mieć nadzieję, że i później będzie strzelał 
znowu. 

Ta jednak amunicja mogła wzbudzić nasze zaufanie: ani śladu rdzy! 

Stryj przygotował troskliwie „skarb”, uprzednio odkopawszy go z ziemi. Broń i amunicja leżały ukryte 
jeszcze od pamiętnego września. Dużo tego było wszędzie - można było brać, ile kto chciał. 

Bez żalu oddawał stryj swoje skarby. Wiedział, że tak trzeba i że w dobre idą ręce. Znał nas wszystkich 
od dziecka. 

Cenną zdobycz rozdzieliliśmy między siebie. Musieliśmy się spieszyć, gdyż droga powrotna czekała 
nas jeszcze, a tu tylko patrzeć, jak zacznie świtać. Byliśmy już prawie gotowi do odejścia, gdy nagle 
gdzieś zatrajkotał erkaem. 

background image

- E, to pewnie mój Władek próbuje swojego - powiedział stryj. - To cholera, mówię wam. Tę wierzbę 
na rozstaju to prawie na pół przeciął, tak ją raz koło razu serią przejechał. 

Jednak nie był to chyba Władek, gdyż erkaem zaszczekał znowu, tym razem z przygrywką automatów. 
Pomagały im z rzadka strzały karabinowe. Nagle ktoś wypluł cały magazynek z rewolweru. 
Hitlerowcy... 

- Jaka jest wieś w tej stronie? 

- Osówka. 

Krzyk uderzył z lewej strony. Nie milknące lamenty szły z końca w koniec. Psy wyły i szczekały na 
przemian. Bydło porykiwało. Na ledwie rozjaśnionym niebie zaróżowiła się wielka łuna ognia. 

- Pali się! 

Wyszliśmy z lasu i spojrzeliśmy w stronę ognia. W Osówce szalała najpewniej kompania 
pacyfikacyjna. Wieś szła z dymem. Kanonada nie ustawała. Niebo było już czerwone od bijących 
iskier. Jeszcze jedna więcej zbrodnia do pomszczenia! Zemsta będzie straszna i prędka. Nie można 
dłużej czekać. 

W milczeniu pożegnaliśmy stryja i poszliśmy do swojej wsi. 

 

Grupa „Toma” 

 

Byłem akurat w sklepie Spółdzielni Rolniczo-Handlowej w Siennie, gdy na ulicy powstało jakieś 
zamieszanie. Wyjrzałem zaciekawiony. Ulicą, zalaną jasnym, południowym słońcem, maszerował 
oddział partyzancki. Większość partyzantów, a było ich chyba pół setki, to młodzi chłopcy, ubrani 
w nowe, polskie mundury, uzbrojeni po zęby. Żółte pasy opinały ich szczupłe figury, na beretach 
widniały orzełki. 

Gdy oddział mijał sklep, kilku chłopców z ostatnich szeregów oderwało się od maszerujących. Oddział 
stopniowo malał podążając dalej w stronę rynku. Po drodze odłączało się od niego po dwóch, trzech 
partyzantów w miejscach dość odległych od siebie. 

Pozostawieni partyzanci rozstawiali erkaemy. Jedno takie stanowisko znajdowało się w pobliżu 
sklepu. Erkaem wylotem swojej lufy wymierzony był w kierunku uliczki prowadzącej do młyna. Po 
chwili dwaj partyzanci weszli do spółdzielni. 

- Co to za oddział? - zapytałem jednego z nich. 

Zawahał się chwilę. 

- „Toma” - rzucił przez ramię i podbiegł do swego kolegi, który tymczasem zabierał się już do 
rekwizycji towarów ze sklepu. 

Co to może być za oddział? Słyszało się o działaniach wielu oddziałów partyzanckich, ale o „Tomie” 
nie wiedziałem nic. Trudno zresztą było znać pseudonimy dowódców wszystkich oddziałów 
operujących na Kielecczyźnie. Ciekawe, kto to jest ten „Tom”? 

Pokręciłem się jeszcze trochę po sklepie i wyszedłem zobaczyć, co się dzieje na ulicy. Rynek 
miasteczka był obstawiony stanowiskami erkaemów. Wszystkie wyloty ulicy były ubezpieczone. 

background image

Zatrzymałem się na podwórku koło poczty, tuż za bramą. Było już tam kilku mieszkańców Sienna. 
Kilkadziesiąt osób stało grupkami lub pojedynczo na rynku. Jakiś wojskowy, widocznie komendant 
oddziału, przemawiał. Mówił głośno, prawie krzyczał, o potrzebie walki o wielką Polskę od morza do 
morza, o konieczności zwalczania niepewnych elementów. 

Komendant zakończył swoje przemówienie okrzykiem: „Niech żyje Polska!” Kilka głosów na rynku 
niepewnie podtrzymało „niech żyje” i krzyk załamał się. Przecież w Siennie są jeszcze Niemcy! Ludzie 
z niepokojem spoglądali wokoło. Było to bowiem wiosną 1944 roku, kiedy cała okolica Sienna i samo 
miasteczko żyło pod terrorem Millera, komendanta tutejszego wzmocnionego posterunku 
żandarmerii. Niemców jednak wciąż jeszcze nie było widać ani słychać. 

Ludzie z ożywieniem komentowali niecodzienny wypadek. Partyzanci pójdą sobie, a oni zostaną. 
Ciekawe tylko, co z tego potem wyniknie. Ale nie ukrywali swego podziwu i słów uznania pod 
adresem „szaleńców”: 

- Co za odwaga u tych „leśnych”, a jaka brawura! W biały dzień, pod okiem Niemców!... 

Nagle ostre gwizdy rozdarły powietrze. Dowódca partyzantów ściągał posterunki i formował oddział 
do odmarszu. Kolumna „Toma” opuszczała Sienno w szyku ubezpieczonym. 

Któryś z partyzantów oddał na pożegnanie kilka strzałów rewolwerowych w powietrze i kolumna 
ruszyła w kierunku Woli Sienniejskiej. 

- Co to za zgrupowanie? - spytałem jednego ze znajomych, który słyszał całe przemówienie na rynku. 
- Czy dowódca oddziału nie wspominał o tym? 

- Oczywiście, wspominał. Powiedział, że to jest oddział Narodowych Sił Zbrojnych... 

Teraz już bez żadnych wątpliwości zrozumiałem, dlaczego Niemcy siedzieli dotychczas cicho. 
Wprawdzie w pół godziny po odejściu „partyzantów” ruszył ich śladem oddział żandarmerii, ale bez 
pośpiechu i wkrótce też powrócił do Sienna. 

Wówczas już wiedziałem, że NSZ nie tylko nie szukał walki z Niemcami, ale przeciwnie: 
współpracował z nimi. Oddziały NSZ zajmowały się tropieniem i likwidowaniem organizacji 
lewicowych. Obecność takich „partyzantów” zapewne bardzo odpowiadała żandarmom w powiecie 
iłżeckim. 

 

Doktor Grzyb

 

 

Mieszkańcy Sienna prawie oczekiwali tego. Nadszedł przecież nowy, trzeci z rzędu poniedziałek. Coś 
musiało się stać, tylko co? Na kogo teraz przyszła kolej? Kto znalazł się w ten poniedziałek „na 
rozkładzie” Ohdego i Millera? 

Ohde i Miller, żandarmi z Sienna, działali z pruską systematycznością. Ich dniem indywidualnych 
„wyczynów” był poniedziałek. W każdy poniedziałek osobiście mordowali swoje z góry upatrzone 
ofiary. Dlaczego akurat w tym dniu, trudno było zgadnąć... 

W poniedziałek wymordowana została cała rodzina Wojtasów, podczas obficie zakrapianego wódką 
przyjęcia, przygotowanego dla żandarmów na polecenie Millera. Przyszło ich akurat tylu, ile było osób 
w rodzinie Wojtasów - sześciu oprawców. Za stołem zastawionym jadłem i piciem usiedli w taki 

background image

sposób, że każdy z nich miał naprzeciw kogoś z członków rodziny. Jedli, pili i kazali grać na harmonii 
Adasiowi Wojtasowi. Coś jednak wisiało w powietrzu. Atmosfera stawała się ciężka, aż nie do 
zniesienia. Zbyt długo przeciągała się uczta. 

Nagle Miller wyjął pistolet, a za nim uczynili to samo jego kompani. Odległość była taka, że nie mogli 
chybić, nawet po pijanemu. Sześć trupów w jednej chwili zwaliło się na stół biesiadny i na podłogę. 
W harmonii wypuszczonej z ręki zamarły ostatnie akordy. 

To samo spotkało w następny poniedziałek rodzinę Wrzesińskich, sąsiadów Wojtasów. Tym razem 
żandarmi podpalili jeszcze zabudowanie. 

Nie było prawie dnia bez pożaru, nie było dnia bez trupów. Ohde i Miller sami lub na czele 
żandarmów z posterunku w Siennie robili częste wypady po rozległej okolicy. Na szlaku ich 
bandyckich wyczynów pozostawał zawsze płacz sierot, swąd pogorzelisk po spalonych domach, 
skatowane do krwi ofiary i bezsilna rozpacz niewinnych ludzi. 

Tymczasem nadszedł ten trzeci z kolei poniedziałek. 

Ludzie oczekiwali go z trwogą i w napięciu. Znali już przecież tutejszych żandarmów i ich zwyczaje. Nie 
byli tak łatwowierni, jak latem 1942 roku. Wtedy dali się zaskoczyć. W Siennie na rynku odbyła się 
pierwsza w tamtych stronach egzekucja „polskich bandytów”. Zawiśli wówczas na szubienicach trzej 
chłopi i jedna kobieta ze wsi Karolów za współudział w zabójstwie komendanta żandarmerii z Lipska. 
Szubienice budowali i wykonywali egzekucję miejscowi Żydzi, zmuszeni do tego przez hitlerowskich 
siepaczy. Potem przyszła wieść o powieszeniu na rynku w Ostrowcu dwudziestu mieszkańców. 
A potem wreszcie rozpoczęły się codziennie akty dyskryminacji i terroru, tak częste i dotkliwe, że 
ludzie z lękiem oczekiwali jutra. 

W ten pamiętny poniedziałek trwożne oczy mieszkańców wypatrywały ukradkiem, dokąd tym razem 
skieruje swe kroki Ohde i Miller. Właśnie opuścili budynek żandarmerii i polną ścieżką udali się 
w kierunku starej szkoły. Szli opłotkami, skradając się jak dzikie zwierzęta do upatrzonej przez siebie 
ofiary. Czyżby do szkoły? 

Ale nie! Ominęli szkołę, przeszli po kładce na drugi brzeg rzeczki i wspinali się gęsiego pod górę polną 
ścieżką, która biegła równolegle do ulicy Iłżeckiej, sięgając aż do Sikornika. Po chwili zniknęli za 
drzewami sadów. Zakryła ich zieleń liści majowych. 

Widocznie Ohde i Miller dobrze już znali Sienno, skoro wiedzieli, którędy trzeba iść, aby trafić „od 
tyłu” do mieszkania doktora Zygmunta Grzyba. Doktor Grzyb był akurat u siebie. Przyjmował licznych 
chorych, którzy walili do niego ze wszystkich okolicznych wsi. Był znanym, szanowanym 
i powszechnie lubianym lekarzem. Za wizyty brał mało albo wcale. Opiekował się chętnie chorymi 
i miał „zręczną rękę”. Nic dziwnego, był przecież chirurgiem. A przy tym wszystkim często pił, może 
nawet za często, i prawie z każdym był na „ty”. 

Doktor Grzyb udzielał także często pomocy lekarskiej rannym partyzantom, przebywającym na 
melinach. Przyjeżdżali po niego chłopi po nocach i jeszcze nocą odwozili go do domu. Jeździł chętnie, 
operował, zmieniał opatrunki i stawiał ich na nogi. 

Doktor Grzyb kończył właśnie badanie pacjenta ze wsi, gdy Ohde i Miller weszli do gabinetu. 

- No, doktor, kończ pracę... dość na dziś... w gardle nam zaschło, taki upał... 

- Jeszcze mam tylko jednego pacjenta, zaraz skończę. Poczekajcie na mnie w pokoju - odrzekł doktor, 
nie przeczuwając w tej wizycie nic złego. Pił już z nimi przecież niejeden raz wódkę i wydawało mu 

background image

się, że nic o jego działalności konspiracyjnej nie wiedzą. Pogróżek rzucanych ostatniego poniedziałku, 
kiedy to zorganizował akcję ratunkową i kierował nią przy gaszeniu pożaru kilku zabudowań Sienna 
podpalonych przez żandarmów, nie potraktował zbyt serio. 

- Nie, poczekamy tutaj, aż skończysz. Sami nie będziemy siedzieć. Do ciebie przecież specjalnie 
przyszliśmy w goście... 

Wkrótce siedzieli za stołem, na którym zjawiła się obficie, jak zawsze, wódka i zakąski. Jedli i pili dużo. 
Ohde i Miller na przemian opowiadali jakieś tłuste kawały i pili bez miary. Niejedną już opróżnili 
butelkę, a wizyta nieproszonych „gości” wciąż trwała i trwała. Ale wesołość żandarmów była jakaś 
inna niż poprzednio. Złowróżbna. Może doktor też coś zaczął przeczuwać, bo coraz częściej napełniał 
kieliszki. 

„Niemiec pijany mniej niebezpieczny niż trzeźwy” - mawiał nieraz. Widocznie postanowił ich upić, 
gdyż wysłał gospodynię po nowe butelki. Sam doktor miał głowę mocną. Mógł pić dużo i rzadko się 
upijał. 

- Coś ty taki twardy, doktorze, że nie możemy ci dać rady? Nalej jeszcze wódki... 

- Trudno wam będzie dziś wygrać ze mną, bo czuję, że to mój dzień - odpowiedział doktor, 
napełniając kieliszki żandarmów. Czynność tę spełniał zawsze stojąc, a był to chłop na schwał. Wysoki 
i dobrze zbudowany. 

- Tak, mocną ty masz głowę, bandyto - spokojnie powiedział Miller, celując do Grzyba z rewolweru... 

- A poza tym to jest rzeczywiście twój dzień, ale... ostatni - w ręku Ohdego błysnęła również stal. 

Strzelili jednocześnie jak na komendę. Doktor Grzyb zwalił się na ziemię. 

Gdy wróciła gospodyni z wódką, było już po wszystkim. Ohde i Miller wyszli nie spiesząc się zbytnio 
na ulicę i kroczyli jej środkiem, zataczając się na boki. 

W niecały tydzień potem Ohde już nie żył. Zabity został w zasadzce, gdy wracał z Sienna do Iłży. Los 
Millera nie jest mi znany. Od niechybnej śmierci w Siennie uratowało go przeniesienie służbowe 
w inne, odległe okolice. 

 

Nieoczekiwane spotkanie

 

 

Minęło kilka tygodni od opisanych wypadków. W godzinach rannych udałem się rowerem z Sienna do 
Hieronimowa. Miałem doręczyć jednemu z jego mieszkańców - jako łącznikowi AL - najnowsze 
gazetki i polecenie od „Wieniawy” przekazania jakiegoś meldunku Władysławowi 
Kowalskiemu - ”Zaporze”, członkowi PPR i AL działającemu na terenie Bałtowa i okolicy. 

Łącznikiem między Siennem i Bałtowem okazał się dobrze mi znany Jan Bałuch. Tymczasem jednak 
nie wiedziałem o tym. Miałem go odszukać na polu przy pracy i rozpoznać według umówionego 
hasła. 

Drogę z Sienna do Hieronimowa odbywałem setki razy pieszo lub rowerem. Przez dwa lata 
pokonywałem tę ponad pięciokilometrową odległość dwa razy dziennie, jako uczeń szóstego 
i siódmego oddziału szkoły powszechnej. W Hieronimowie było wówczas tylko pięć oddziałów. Drogę 

background image

znałem przeto doskonale i nie dłużyła mi się wcale, gdyż często zmieniałem trasę. Tym razem 
jechałem prosto gościńcem, a następnie przez Piasków. 

Byłem już prawie w połowie wsi, gdy uderzyło mnie coś szczególnego w jej wyglądzie. Wyraźna 
różnica, ale nie mogłem sobie uświadomić, co wywoływało to wrażenie. Wreszcie zrozumiałem. Po 
drodze nie spotkałem nikogo, kto by jechał od wsi w moją stronę. Jeżeli kogoś mijałem, to 
zdążającego w tym samym kierunku co i ja. Osiągnąłem już ostatnie chałupy Piaskowa, a we wsi nie 
widziałem żywego ducha. 

Zaniepokoiła mnie cisza panująca w obejściach gospodarskich. Żadnej krzątaniny o tej porze?! Coś 
niebywałego, nigdy nie zdarzyło mi się, aby przechodząc lub przejeżdżając przez wieś przed 
południem, kiedy panuje tam największy ruch, nie spotkać kilku znajomych gospodarzy, a cóż dopiero 
dzieci, których przecież w każdej wsi wszędzie było pełno! 

Zwolniłem jazdę i bacznie rozglądałem się wokoło. Przejeżdżałem właśnie krzyżówkę przed walącą się 
chałupą Zapalskiego. Za krzyżówką - to już Hieronimów. Spojrzałem w prawo, wzdłuż drogi biegnącej 
od wsi do pobliskiego hieronimowskiego lasu. Zobaczyłem samochód ciężarowy, a na nim żołnierzy 
w niemieckich mundurach. A więc to oni byli przyczyną zagadkowej ciszy i martwoty we wsi. 

Nacisnąłem mocniej pedały i pomknąłem dalej. Przeskoczyłem drogę. Zasłoniła mnie chałupa 
Zapalskiego. Mignęła mi przed oczyma postać kobiety. To żona Zielińskiego stała właśnie w furtce. Na 
mój widok zrobiła wymowny ruch ręką, jakby chciała coś powiedzieć. A może wydawało mi się tylko? 
Nie zareagowałem przeto na sygnał i w pośpiechu pedałowałem dalej. Skręciłem w prawo na szeroką 
ścieżkę, biegnącą za opłotkami wzdłuż Hieronimowa. Pod osłoną drzew wpadłem do ogrodu i już 
byłem na podwórku, nie zauważony przez nikogo. Rower wprowadziłem do drwalki i przykryłem 
szybko słomą i drwami przygotowanymi na opał. Zamknąłem drzwi drwalki na skobel i pobiegłem do 
domu na górę. 

Rodziców zamierzałem odwiedzić dopiero w drodze powrotnej do Sienna, lecz w tej sytuacji 
musiałem zmienić kolejność. Należało coś zrobić z gazetkami i meldunkiem. Nie mogłem przecież 
jechać z tym przez wieś, w której byli Niemcy. 

Matka, gdy mnie zobaczyła, skamieniała: 

- Edziu, mój Boże!... 

- Co się tu dzieje? - zapytałem. 

- Niemcy. Patrz, wkoło żandarmi... Obstawili wieś. Chodzili po wszystkich domach. U nas też byli. Po 
coś ty dziś przyjechał tutaj? Chcą, żeby wszyscy mężczyźni stawili się na miejsce zbiórki. Na końcu wsi, 
koło Martyna. Jak kto nie przyjdzie, będą sprawdzać po domach i strzelać... Uciekaj zaraz! 

Ukradkiem spojrzałem przez okno w kuchni. Wychodziło na stronę wschodnią. Rzeczywiście! Dwa 
stanowiska karabinów maszynowych widać było wyraźnie. Poszedłem do pokoju „północnego”. To 
samo. Co robić? Wracać do Sienna? Ryzyko. Zostać - też. 

- Kiedy byli u nas Niemcy? - zapytałem. 

- Przed godziną, dwoma. Ale wieś obstawili już wcześniej. Widziałam z okna szkoły. Ustawili się za 
zakrętem drogi i jak ktoś jedzie do wsi, nie widzi ich wcale. Oni natomiast widzą, gdy ktoś opuszcza 
wieś. Zatrzymywali wszystkich. Nie wypuścili nikogo. Nawet furmankę z mlekiem do mleczarni 
zatrzymali. 

background image

- Nie widziałem Niemców, jak tu jechałem. Może wyjadą już wkrótce. Jeden samochód stoi na drodze 
Zapalskiego pod lasem. 

- Dlaczego akurat dzisiaj przyjechałeś? - niepokoiła się matka. 

- Co mamusia powiedziała, jak tu byli? 

- Że nie ma mężczyzn. A wtedy sołtys Hein zapytał: „A gdzie synowie?” Odpowiedziałam mu, że 
pracują w Siennie i do domu nie zawsze przyjeżdżają. 

- Uwierzył? 

- Nie wiem. Poszli zaraz dalej. 

- Po co zbierają ludzi? 

- Podobno jakieś zarządzenie mają czytać. 

Nie jestem ciekawy ich zarządzenia. Niech sobie czytają - pomyślałem i postanowiłem zostać w domu. 
Poza Zielińską nikt mnie chyba nie widział. Wątpiłem, żeby jej mąż poszedł na zbiórkę zwoływaną 
przez Niemców. Chyba że zastali go w domu. 

Ukryłem się na poddaszu i postanowiłem tam przeczekać całą akcję. Może nie będą sprawdzać. Jak 
znajdą, to trudno. Dobrowolnie włazić im w łapy ani myślałem. 

Kilkunastu mieszkańców Hieronimowa zgłosiło się na punkt zborny. Kilku przyprowadzili żandarmi. 
Wszystkich zabrali do samochodów i powieźli na przymusowe roboty. 

Na umówione miejsce spotkania przybyłem z kilkugodzinnym opóźnieniem. Jan Bałuch jednak wciąż 
czekał. Zdziwił się wyraźnie, gdy mnie zobaczył. Wymieniliśmy hasła. Wszystko stało się jasne. Nie 
spodziewaliśmy się zetknąć w takich okolicznościach. Znaliśmy się od dawna i żaden z nas nie wiedział 
o drugim, że pracował w konspiracji. Dla nas obu spotkanie było dużym zaskoczeniem. 

Nie musiałem nawet usprawiedliwiać przed Bałuchem swojego spóźnienia. Wiedział o Niemcach. Gdy 
wychodził na spotkanie z łącznikiem, maskując kosą na ramieniu potrzebę wyjścia w pole, niby to po 
paszę dla bydła, zauważył samochody na drodze pod lasem. Nie wrócił już do domu, chociaż 
spóźniłem się na spotkanie. W dalszym ciągu oczekiwał mnie na polu, długo jeszcze po wyjeździe 
żandarmów ze wsi. Tym razem wyjście na pole w celu przejęcia meldunku z Sienna okazało się dla 
towarzysza Bałucha pożyteczne, a być może nawet zbawienne. 

Po wyzwoleniu Jan Bałuch pracował w Milicji Obywatelskiej, najpierw w Lipsku, a potem w Iłży. Zginął 
od kuli skrytobójczej. 

 

Pan Adam

 

 

Jesienią 1944 roku raz po raz zmieniały się stacjonujące w Siennie wojska niemieckie i satelickie. 
Najdłużej przebywali tam Węgrzy. Ale i ci opuścili Sienno, pozostawiając kilkadziesiąt ton mąki 
w magazynach miejscowej spółdzielni. Miejsce Węgrów zajął jakiś oddział Wehrmachtu. 

Było to pod koniec listopada. Dowódca oddziału, pułkownik, zatrzymał się we „dworze”, starym 
budynku szkolnym, którego sale na parterze spełniały rolę magazynów. 

background image

Niemcy zażądali mąki na wypiek chleba dla wojska. Adam Cieśla, prezes miejscowej spółdzielni 
spożywców, odmówił twierdząc, że mąki nie ma. Tymczasem w tym samym dniu zajechały pod 
magazyny spółdzielni dwa samochody ciężarowe i prawie na oczach Niemców załadowano je mąką 
pozostawioną przez Węgrów. 

Załadunku pilnowało czterech młodych ludzi, którzy bacznie rozglądali się wokoło. Po chwili 
załadowane do granic możliwości samochody odjechały w kierunku Iłży. 

Pan Adam odszedł od okna, z którego obserwował w napięciu całą, dosyć dziwnie wyglądającą scenę. 
Dopiero gdy samochody ruszyły, odetchnął z ulgą. Udało się... 

Mąka poszła na zaopatrzenie oddziałów partyzanckich. Nie była to zresztą jedyna tego rodzaju 
dostawa żywności dla „leśnych”. 

Operujące w terenie oddziały partyzanckie wymagały stałego zaopatrzenia w żywność. Nie do 
pomyślenia jednak było zaopatrywanie się w potrzebne artykuły, choćby nawet za zapłatą, we wsiach 
łupionych bezlitośnie przez wroga. W ten sposób mogły się zaopatrywać w żywność tylko małe grupy, 
a przecież na Kielecczyźnie operowały od lata 1944 roku oddziały AL i AK w składzie kilku tysięcy 
żołnierzy. Napady na magazyny lub niemieckie transporty z żywnością na front nie zdarzały się 
codziennie. Poważnym źródłem zaopatrzenia były więc rekwizycje we dworach i dobrowolne lub 
przymusowe, opłacane lub bezpłatne, świadczenia od organizacji handlowych. 

Świadczenia w postaci dostaw mąki i kaszy, cukru i soli, mięsa i tłuszczów szły na zaopatrzenie 
„leśnych” najczęściej transportem konnym, a nierzadko również i samochodowym. 

Czasem mąka kierowana była bezpośrednio do wybranych „wsi partyzanckich”, w których odbywał 
się nocami wypiek chleba. Na kilometr rozchodziły się wówczas łechcące podniebienie zapachy 
świeżego pieczywa, a nazajutrz o świcie ogromne bochny zjawiały się na partyzanckich stołach. 
Wszystko to połączone oczywiście było z dużym ryzykiem, niekiedy większym niż pobyt w oddziałach 
partyzanckich. 

Adam Cieśla miał niemałe możliwości wykonania prawie każdego „zamówienia” partyzantów. 
Dostawa artykułów żywnościowych odbywała się zawsze pod „opieką” konwojenta, a księgowanie 
rozchodu było zupełnie formalne, na podstawie kwitu wystawionego na fikcyjnego odbiorcę. Oryginał 
kwitu był później niszczony. Załatwiał te sprawy ówczesny główny księgowy spółdzielni, Jan 
Strojnowski, na pewno sprytnie, bo kontrole niemieckie, przeprowadzane dość często, nic nie 
wykrywały. 

Trzeba przyznać, że „leśni” przychodzili czasem z pomocą księgowemu. Starannie przygotowany 
nocny „napad” na sklep, połączony ze „zrabowaniem” lub zniszczeniem towarów oraz pozostawione 
wspaniałomyślnie „pokwitowanie” od dowódcy oddziału były dostateczną legitymacją dla spółdzielni 
przed Niemcami. 

Jeśli partyzanci nie zabrali ze sobą wszystkiego towaru od razu, przyjeżdżał po kilku dniach 
„konwojent” i w dzień zabierał to, na co opiewało pokwitowanie pozostawione nocą. A w razie braku 
pokwitowania spółdzielnia sama przeprowadzała remanent i w ten sposób zamykał się „obrót 
towarów”. 

Spółdzielnia w Siennie prowadziła też inne „transakcje”, które mogły się skończyć poważnymi 
konsekwencjami. Ignorując surowy zakaz władz niemieckich, zaopatrywała miejscowych Żydów 
w artykuły żywnościowe, dosyć regularnie i prawie bez ograniczeń. 

background image

Większą kombinację przeprowadzono z hurtownikiem, Żydem Ejbuszycem z Ostrowca. Ejbuszyc 
ratując swoje towary przed konfiskatą niemiecką „wstawił” je za zgodą Adama Cieśli do spółdzielni. 
Spółdzielnia nie wykazała przejętych towarów w księgowości magazynowej, lecz ograniczała się tylko 
do podręcznej ewidencji, aż do zakończenia sprzedaży. W miarę upłynniania towarów kilkakrotnie 
przekazywano ich równowartość w gotówce córce Ejbuszyca. 

Opisana „lewa” transakcja z Ejbuszycem świadczyła o bezinteresownym ryzyku wtajemniczonych 
w nią kilku osób, a wśród nich Adama Cieśli i Jana Strojnowskiego. Świadczyła o dużym zaufaniu, jakie 
mieli okoliczni Żydzi do tych ludzi. 

Prowadząc takie transakcje, pan Adam niejeden raz igrał ze śmiercią. Narażał się świadomie, a co 
najdziwniejsze, podczas okupacji nie należał do żadnej organizacji podziemnej. Był powszechnie 
znanym, jednym z przedwojennych prekursorów ruchu spółdzielczego w Polsce, a szczególnie 
spółdzielni oszczędnościowo-pożyczkowych, tzw. Kas Stefczyka. Może właśnie dlatego nie chciał 
wiązać się organizacyjnie z jakąś jedną tylko grupą konspiracyjną, aby nie popaść tym samym 
w konflikty z innymi. Musiał się zresztą liczyć i z tym, że może być obserwowany przez okupanta. 
A może po prostu chciał mieć ręce zupełnie wolne do szerokiej działalności, nie skrępowanej żadnymi 
więzami organizacyjnymi. Adam Cieśla nie stał przecież na uboczu walki prowadzonej przeciwko 
Niemcom. Przeciwnie: solidaryzował się z nią i czynnie pomagał jej, chociaż na swój sposób. Wspierał 
działalność partyzantów systematycznymi dostawami żywności, organizował dowóz artykułów 
spożywczych, sprzedawał je miejscowej ludności po dostępnych cenach i w odpowiedniej ilości. 
W tamtych latach nielegalny handel żywnością traktowany był przez okupanta jako przestępstwo 
gospodarcze na równi z sabotażem. Toteż Adam Cieśla ryzykował w stopniu na pewno nie mniejszym 
niż ktokolwiek inny, bezpośrednio działający w podziemiu. 

W pierwszej dekadzie (piątego lub szóstego) grudnia 1944 roku Adam Cieśla udał się do Starachowic 
po kolejną partię towaru dla spółdzielni w Siennie. Pojechał przez Ostrowiec, gdzie dodatkowo 
załadowano ciężarówkę zapasem partyzanckiej broni. Adam Cieśla podjął się zawieźć ją do lasów 
starachowickich „po drodze” do miasta. W pobliżu Krynek ciężarówka wjechała w las i zaczął się 
wyładunek broni i żywności 

I wtedy właśnie, niespodziewanie, nadjechał oddział własowców. Partyzantów przyjmujących 
ładunek było tylko kilku. Adam Cieśla wraz z kierowcą zostali błyskawicznie otoczeni. Stos dowodów 
rzeczowych „winy” piętrzył się wśród drzew... 

Niemiec, dowódca oddziału własowców, nie wahał się długo. Kazał odprowadzić aresztowanych 
trochę na bok od leśnej drogi. Kierowca spróbował szczęścia w ucieczce i mimo strzelaniny udało mu 
się zbiec. Adam Cieśla zginął na miejscu i tam również został pochowany. 

 

Stanowcze kroki

 

 

Coś tam niezupełnie widocznie klapowało w organizacji, bo aż od dwóch łączniczek otrzymałem 
wezwanie na mające się odbyć plenarne posiedzenie KP PPR. A może ta nadgorliwość uzasadniona 
była powagą sytuacji? I rzeczywiście, jak się wkrótce okazało, w posiedzeniu miał wziąć po raz 
pierwszy udział nowy dowódca III Obwodu AL, pułkownik Mieczysław Moczar, oraz przedstawiciel KC 
PPR Hilary Chełchowski („Długi Janek”). Zebranie odbywało się w końcu maja (lub na początku 
czerwca) 1944 roku we wsi Rybiczyzna, w stodole ojca towarzysza Mieczysława Świostka - ”Roga”. 

background image

Była akurat niedziela, dzięki czemu nie obawialiśmy się, by większe zgromadzenie „gości” wzbudziło 
czyjekolwiek podejrzenia. 

Pojechałem tam z Sylwkiem Wątrobińskim - ”Wieniawą”. Po przywitaniu się z gospodarzami i innymi 
„gośćmi” oraz po krótkim poczęstunku (ktoś nawet przygrywał na harmonii) przenieśliśmy się 
pojedynczo do stodoły, dokąd też wkrótce przyszli pułkownik Moczar, „Długi Janek”, „Wiślicz”, „Róg”, 
„Jurand” „Władek” oraz inni. 

Przysłuchiwałem się z ciekawością dyskusji, której przedmiotem było szczegółowe omówienie sytuacji 
na Kielecczyźnie i na wschodnim froncie oraz podjęcie zakrojonej na szeroką skalę działalności 
partyzanckiej. Przedstawiony nam został oficjalnie nowy dowódca III Obwodu AL, pułkownik Moczar. 
On też zaproponował w obszernym zarysie konkretny plan działania. 

Jako naczelne zadanie wysunięto wówczas sprawę szerokiego werbunku do oddziałów partyzanckich 
AL. Uzbrojenie miało być dostarczone przez dowództwo Wojska Polskiego. Chodziło przede 
wszystkim o sianie zamętu na tyłach wojsk niemieckich oraz o powszechność działań przeciw 
Niemcom na zapleczu, aby w ten sposób zdezorganizować poważnie zaopatrzenie wroga, związać 
jego pokaźne siły w walce z nami i ułatwić przeprowadzenie nowej ofensywy radzieckiej. Liczono się 
nawet wówczas z możliwością oddziaływania naszego przykładu na AK i wciągnięcia jej do 
zdecydowanych wystąpień przeciw wojskom hitlerowskim. 

Kielecczyzna to nie była przecież ziemia niczyja. Kieleckie w czasie powstania „Świtu” znajdowało się 
pod przemożnym wpływem ZWZ. Dopiero stopniowo pod uderzeniami argumentów „świtowców” 
ten monolit polityczny i wojskowy zaczął się kruszyć. Sprzyjała temu obiektywna sytuacja rozwijająca 
się na froncie wschodnim. 

Szeregi „Świtu” rosły coraz szybciej i coraz bardziej rozszerzały się wpływy PPR. Ale przewaga 
organizacyjna i liczebna w różnych okresach była różna. 

Związek Walki Zbrojnej (ZWZ) pierwszy, bo już jesienią 1939 roku, zaczął rozciągać swoją siatkę 
organizacyjną nad ziemią kielecką. Mienił się organizacją czysto wojskową i apolityczną. Istotnie 
bazował w początkowym okresie tylko na wojskowych: oficerach i podoficerach z czynnej służby 
i oficerach rezerwy. Oni stworzyli szkielet organizacji, który potem wypełniała patriotyczna młodzież 
polskich wsi i miasteczek. 

Dzięki temu ZWZ zdołał w dość szybkim tempie dotrzeć do prawie wszystkich zakątków Kielecczyzny, 
a ponieważ przychodził jako pierwszy, usadowił się mocno w każdej niemal wsi kieleckiej. 

Dlatego też każda nowa organizacja, która przychodziła potem na „ich teren” i sięgała po „ich ludzi”, 
była „uzurpatorem”, znajdowała się zawsze w trudniejszej sytuacji. Ale tak było tylko w pierwszym 
okresie okupacji. Wtedy ZWZ był bardzo aktywny i prężny: organizował, ćwiczył, zbierał broń. 
Osłabienie aktywności w następnym okresie konspiracji zaczęło działać na niekorzyść ZWZ, ułatwiając 
penetrację w jego szeregach innym organizacjom, szczególnie tym, które oprócz zadań walki 
z okupantem głosiły hasła reform społecznych i politycznych. Te właśnie hasła, obok czynnej walki 
z najeźdźcą, pomogły wtargnąć radykalnym organizacjom na tereny zdobyte przez ZWZ. Zasięg 
i wpływy ZWZ zaczęły się zmniejszać. 

Właśnie organizacje GL i PPR, BCh i SL przedstawiały społeczeństwu konkretne programy polityczne i 
społeczne. Szeregi ZWZ zaczęły stopniowo topnieć, gdyż żołnierze ZWZ stali się naturalnymi 
obiektami agitacji prowadzonej przez postępowe organizacje. 

background image

Wprawdzie PPR dość szybko, bo już latem 1942 roku, dała znać o sobie na Kielecczyźnie, ale 
w pierwszym okresie dotarła jednak tylko do pojedynczych działaczy KPP lub kilkuosobowych 
lewicujących zespołów i grup, i to najczęściej mieszkańców miast i miasteczek. Wsie pozostawały 
wciąż jeszcze poza szerszym zasięgiem byłych działaczy KPP, a następnie PPR. Istniały wprawdzie tu 
i ówdzie małe liczebnie komórki składające się z byłych kapepowców, przeważnie jednak zamknięte 
w sobie, nieufne i sekciarskie. Grupy te i poszczególni członkowie działali w lokalnych, odrębnych 
ośrodkach, nie tworząc jednolitej organizacji politycznej. 

Dopiero „Świt” zaktywizował znaczną część społeczeństwa kieleckiego. Przy jego pomocy rozwinęła 
się gwałtownie najbardziej postępowa organizacja polityczna, jaką była PPR. „Świtowcy” pomogli PPR 
nie tyle zespolić luźne ośrodki, utworzone z przedwojennych lewicowców, ile zasilić ją młodymi 
rewolucjonistami z iłżeckich wsi. 

Przy omawianiu środków realizacji tego zadania „świtowcy” podnieśli sprawę utrudnionego 
werbunku na tutejszych terenach z uwagi na skomplikowaną sytuację (podwójna konspiracja) tych 
wszystkich, którzy zdecydowali się opuścić szeregi swoich organizacji i przejść do „Świtu”. Za to 
groziły im sankcje organizacyjne ze strony dotychczasowych dowódców, którzy przejście do innej 
formacji wojskowej utożsamiali ze zdradą, wydając nawet wyroki śmierci. Jedynym rozsądnym 
wyjściem z sytuacji byłoby zawarcie porozumienia z miejscowym dowództwem AK i BCh w sprawie 
swobodnego wyboru przez żołnierzy sztandarów, pod którymi chcieliby dalej walczyć. Porozumienie 
takie przyczyniłoby się do osiągnięcia trzech celów: pierwszy - zabezpieczenie przed represjami tych 
wszystkich, którzy już po kryjomu opuścili szeregi AK; drugi - umożliwienie dalszego swobodnego 
przechodzenia do Armii Ludowej innych żołnierzy AK i BCh, oraz trzeci - zapobieganie rozszerzaniu się 
walk bratobójczych. Oczywiście należałoby także zapewnić na prawach równości możliwość 
przechodzenia żołnierzy AL do innych oddziałów, co mogliśmy swobodnie gwarantować, znając 
postawę ideologiczną naszych szeregów partyzanckich. 

Odpowiednia uchwała została w końcu podjęta i wyznaczono ludzi do przeprowadzenia tych 
trudnych rozmów. Z naszej strony wziął w nich udział m. in. „Wiślicz”, ze strony AK - ”Szary”. 
W rezultacie porozumienie takie zostało zawarte i szeregi AL rosły z dnia na dzień. W ten sposób 
zdołaliśmy stworzyć podstawy do realizacji następnych uchwał, dotyczących zorganizowania na 
terenie III Obwodu AL brygad partyzanckich, jako dużych związków bojowych. Warto przypomnieć, że 
od początku jesieni 1944 roku działało już na Kielecczyźnie pięć brygad AL, z których jedna złożona 
była prawie w całości ze „świtowców”. Również w kompanii sztabowej III Obwodu AL niemało było 
członków „Świtu”. 

Szeroko omawialiśmy także świeży wypadek zabicia „świtowca” „Stalowego” przez nieznanych 
sprawców w Józefowie. Wśród zebranych odezwały się nawet głosy nawołujące do odwetu na 
bratobójcach. Oburzenie na morderców brało górę nad rozsądkiem. 

Wystąpiłem przeciwko zwolennikom odwetu. Apelowałem, aby zastanowili się nad konsekwencjami, 
które mogą z takiej postawy wyniknąć. Byłem tak podniecony, że głos mi drżał i załamywał się. 
Argumentowałem za zachowaniem rozsądku, przeciw samosądom i przeciw przelewaniu na próżno 
bratniej krwi... 

Wtedy podskoczył gwałtownie w moją stronę brat „Stalowego” i zaczął niemal krzyczeć: 

- Łatwo wam tak mówić, bo to nie o waszego brata chodzi, a o mojego! Musimy się mścić, bo żyć nam 
nie dadzą! Sam znajdę morderców brata!... 

background image

Zaczynało być gorąco. Zerwałem się z miejsca. Chciałem coś mówić, ale powstrzymał mnie siedzący 
obok Jan Kozik - ”Szela”. 

- Siadaj. Daj spokój. Nie przekonasz go. Zabili mu brata i to go zaślepia. Nie widzisz, jaki jest 
zacietrzewiony? 

Brat „Stalowego” rzeczywiście nie panował nad sobą. Zaperzył się. Krzyczał, gestykulował, potrząsał 
głową. 

Wówczas do rozgorączkowanej dyskusji włączyli się pułkownik Moczar i kapitan „Władek”, studząc 
rozsądnymi argumentami rozpalone głowy. 

- Chcecie iść na rękę Niemcom? - zapytał Moczar. - Przecież im tylko o to chodzi, żebyśmy się sami 
wzięli za łby. Gotowi nam nawet w tym pomagać. Nam nie wolno dać się wciągnąć w walkę 
bratobójczą! Nie wolno dać się sprowokować nieobliczalnym w skutkach wyskokom. Trzeba 
uświadamiać wszystkich o konieczności zachowania w takich wypadkach zimnej krwi. Trzeba 
spokojnie wyjaśniać ludziom, że walki między Polakami to woda na szwabski młyn! Wystarczy potępić 
wypadek, napiętnować go publicznie, ale nie można dopuścić do porachunków. Oczywiście 
odczuwamy szczery żal z powodu niepotrzebnej śmierci dzielnego towarzysza, który mógłby 
niejednego hitlerowca wysłać na tamten świat, ale trudno. Jest wojna i muszą być ofiary. Nieraz, jak 
w tym przypadku, ofiary są dotkliwe, ale musimy mężnie to znosić! Dla dobra przyszłości, o którą 
walczymy... 

Wystąpienie to podobało nam się bardzo i rozładowało napiętą atmosferę. 

Postanowiono wyprawić „Stalowemu” partyzancki pogrzeb, a mnie zobowiązano do dokładnego 
zbadania okoliczności jego śmierci, co też wkrótce wykonałem i odpowiedni raport, oparty o relacje 
naocznych świadków, wysłałem do „Wiślicza”. Stwierdziłem wówczas, że „Stalowy” zginął raczej 
w wyniku tragicznego nieporozumienia, a nie ze świadomej, złej woli. Faktyczny przebieg wypadku 
był następujący: 

„Stalowy” wracał z roboty zza Wisły. We wsi Długowola zepsuł mu się rower. Naprawiać nie miał 
czasu i chyba ochoty. Był przecież partyzantem. Postanowił więc zdobyć inny. Wpadł na jakieś 
podwórze, gdzie stało kilka rowerów opartych o ścianę. Nie namyślając się długo zabrał jeden z nich 
i szybko odjechał. Z chałupy wyskoczyło za nim kilku młodych chłopaków, oburzonych samowolą 
„Stalowego”. Nie wiedzieli przecież, kim był faktycznie i dlaczego tak postąpił. W oczach 
poszkodowanych „Stalowy” mógł uchodzić po prostu za złodzieja, których wówczas, niestety, też 
pełno było w okolicy. Trzech skoczyło więc na rowery i ruszyło w pogoń za uciekinierem wołając, aby 
się zatrzymał. Gdzież tam! „Stalowy” ani myślał usłuchać wezwania. Już był w połowie wsi Józefów, 
gdy ścigający posłali za nim kilka strzałów. Ale „Stalowy” miał też pistolet i nie bał się walki. Był do 
szaleństwa odważny. Zeskoczył z roweru i zaczął się ostrzeliwać zza przydrożnej studni. Wymiana 
strzałów trwała dość długo, na oczach całej wsi. Obserwowało ją wiele ludzi nie wiedząc, kto i o co się 
bije. 

Tymczasem obie strony strzelały do siebie coraz celniej. Ale „Stalowy” był jeden, a napastników 
więcej. Zaczęli go więc otaczać. Nie chciał się poddać. I wtedy jeden z napastników trafił go 
śmiertelnie. Gdy doskoczyli do niego, już nie żył, ugodzony kilkoma strzałami. Tragiczna pomyłka, 
zacietrzewienie i brawura wyrwały z szeregów bojowników dzielnego żołnierza. 

Opisany wypadek świadczy dobitnie, jak konieczne było w owym czasie lanie kubłów zimnej wody na 
szybko rozpalające się głowy. Szkoda jednak, że wśród konspiracyjnych organizacji tylko dowództwo 
AL o tym konsekwentnie pamiętało! 

background image

Na zakończenie obrad dłuższe przemówienie wygłosił pułkownik Moczar. Mówił prosto, 
bezpośrednio i zrozumiale o konieczności zespolenia wysiłków wszystkich ludzi dobrej woli w walce 
z Niemcami, a także o potrzebie włączenia do tej walki innych ugrupowań konspiracyjnych, a więc 
również BCh i AK. 

Przypominam sobie porównanie, jakiego użył wówczas towarzysz Moczar, mówiąc, że żyjemy tu jak 
w kotle, w którym wszystko wrze i kipi. Zewsząd otaczają nas Niemcy, frontu nie ma nigdzie, a mimo 
tego wszędzie jest walka. Tym trudniejsza, że bez zaplecza. Tkwimy w środku tego wszystkiego 
i często musimy być zdani tylko na własne siły w prowadzonej ustawicznie walce. 

Porównanie to było bardzo trafne i słuszne. Rzeczywiście w okresie okupacji cała Kielecczyzna wrzała 
jak jeden wielki kocioł. W gorączce walki były również gorące głowy. 

Radosny był nasz powrót do domu, choć w drodze złapała nas burza i gwałtowny deszcz zmoczył do 
suchej nitki. 

Opowiadał mi później Adaś Bakalarczyk, jak on i Tadek Maj zatrzymali kiedyś dwóch partyzantów 
z miejscowej placówki AK, podejrzanych o zamordowanie towarzysza Barszcza. Miał się odbyć sąd 
nad nimi przy udziale kapitana „Władka”. W tym celu akowcy zostali przyprowadzeni do lasu pod 
Aleksandrowem koło Grabowca. 

„Łokietek” palnął wówczas mowę do zatrzymanych, wykazując ich kainową rolę w bratobójczej walce 
oraz szkodliwość takich czynów wobec prowadzonej przez cały kraj walki z okupantem. Mówił krótko, 
ale z zapałem i trafnym doborem argumentów. 

Akowcy stali bez słowa, słuchając płomiennego przemówienia i dziwili się pewnie, po co ta zbędna 
agitacja, skoro i tak za chwilę żyć już nie będą... 

Oni sami nie mieli żadnych złudzeń. Za mord popełniony przez nich na Barszczu nie mogło być innej 
kary niż kara śmierci. 

Toteż kiedy „Łokietek” zakończył swoje przemówienie oświadczeniem, że są wolni, nie wierzyli 
własnym uszom i oczom. Z wrażenia nie mogli nawet zrobić kroku, mimo że zdjęto już im więzy, 
którymi byli skrępowani. 

Jeśli nawet rozsądne przemówienie „Łokietka” nie zrobiło na nich odpowiedniego wrażenia, to sam 
fakt zwolnienia musiał wstrząsnąć ich sumieniami. Świadoma rezygnacja z odwetu za śmierć 
towarzysza była wymownym potwierdzeniem głoszonych przez nas deklaracji, które nawoływały do 
zaniechania aktów gwałtu i terroru w walce politycznej prowadzonej na Kielecczyźnie. Był to jeden 
z przejawów wyraźnego zadokumentowania przez naszych ludzi pełnej dojrzałości politycznej wraz ze 
szczerym pragnieniem zapobiegania rozlewowi bratniej krwi. 

Po kilku miesiącach, a byłem już wtedy oficerem propagandy w kompanii sztabowej III Obwodu AL, 
kapitan „Władek” podpisał przygotowany przeze mnie na polecenie pułkownika Moczara krótki list 
do tamtejszego dowództwa AK o następującej treści (podaję z brudnopisu, który zachował mi się 
z tamtych czasów): 

Mp. 2.9.44. 

Wojsko Polskie 
XII Obwód AL 

Do Komendy AK 

w Skarżysku 

background image

Zwracamy się z uprzejmą prośbą do Panów o pomoc w otrzymaniu dokładnych wiadomości 
o ruchu wojsk niemieckich, rozłożeniu obiektów wojskowych, magazynów i w ogóle ważnych 
urządzeń npla w Skarżysku i jego okolicy. 
Wszelkie trudy i koszty poniesione przy dostarczaniu nam szkiców o położeniu npla zwrócimy 
w formie i wysokości podanej przez Panów. Mamy nadzieję, że Panowie przychylą się do 
naszej prośby, gdyż chodzi tu o zwalczanie wspólnego wroga Słowiaństwa - Niemiec. 
Polecając się łaskawej pamięci Panów, oczekujemy dokładnych szkiców. Jeżeli macie Panowie 
pewną obawę, to prosimy tą drogą wyznaczyć miejsce i czas spotkania, celem omówienia tej 
sprawy ustnie. 

Z poważaniem 

(-) „Władek” kpt. 

Komenda AK wyznaczyła spotkanie w celu omówienia przedstawionej przez nasze dowództwo 
propozycji. Na spotkanie poszedł kapitan „Władek” i „Dębowy”. 

W wyniku przeprowadzonych rozmów miała później miejsce kilkakrotnie wymiana informacji 
o nieprzyjacielu, zdarzały się też przypadki współdziałania w walce. Były to wciąż jednak pojedyncze 
zjawiska. 

Do systematycznej współpracy nie doszło. 

 

Decyzja

 

 

W małej izbie Mazurkiewiczów aż ciemno było od dymu papierosów. Zebrała się tutaj spora 
gromadka kompanów z Sienna, a przewodził im Ryszard Klimczak - ”Wola”. Właśnie kończył swe 
wystąpienie nawołujące do zerwania z bezczynnym siedzeniem w szeregach AK, gdy ktoś podskoczył 
do niego i krzyknął: 

- Ty pewnie chcesz, żeby nas rozłupali przy byle jakiej okazji podobnie jak Zapalskiego, co?! Nie damy 
się nabrać na taki numer! 

Nie będę tutaj powtarzał wszystkich argumentów, których użył wówczas „Wola” w celu przekonania 
swego kolegi. Obok wielu słusznych i zupełnie dojrzałych, sporo było też naiwnych, podyktowanych 
raczej młodzieńczym entuzjazmem, a nie faktyczną znajomością ówczesnej sytuacji i przemian, które 
coraz wyraźniej zaczęły występować w podziemiu. Myślę zresztą, że my wszyscy w tamtym czasie 
działaliśmy dosyć często pod wpływem różnych impulsów, niekiedy tylko doraźnych i krótkotrwałych. 
Byliśmy tak surowi ideologicznie, że aż dziwne mogły się wydawać wyniki naszego werbunku do 
„Świtu” i poprzez tę organizację do partii. 

Tym razem jednak, chociaż był to już początek czerwca 1944 roku, nie poszło nam tak gładko jak 
zwykle. 

Dyskusja toczyła się długo, ale o jednomyślną decyzję wciąż było trudno. Jedni od razu stawali po 
stronie „Woli”, inni w dalszym ciągu wahali się. Prawie przed tygodniem postanowili pójść do lasu 
i oto teraz toczyła się ostatnia batalia: do jakich oddziałów, AK czy AL? Wreszcie zdenerwowany 
„Wola” użył argumentu, o którym dopiero później dowiedziałem się, gdyż w tej części zebrania nie 
brałem już udziału. Zerwał się z krzesła, aż potoczyło się do ściany, wskoczył na stół 
i z wytrzeszczonymi oczami krzyczał: 

background image

- Dowódcą naszej placówki AK jest „Błyskawica”, znacie go wszyscy. Czy chcecie się jemu lub takim 
jak on podporządkować? No, śmiało, powiedzcie otwarcie! „Wieniawa”, „Miś” i ja wybieramy inną 
drogę i idziemy razem. Jeśli nie zamierzacie pójść z nami, jeśli nie widzicie wyraźnie swojego miejsca, 
to trudno. Musimy się wobec tego rozstać. Trzeciego wyjścia nie ma! Idźcie do „Błyskawicy”! 

I trzeba przyznać, że chociaż chwyt był dziecinnie naiwny, to jednak okazał się skuteczny. Wśród 
zebranych od razu zapanowała jednomyślność. 

- No, cieszę się bardzo - przypieczętował „Wola” podjętą decyzję. - Stanowimy teraz jedną rodzinę 
i to jaką, „misiową rodzinę”. Myślę, że i on też się ucieszy! 

Oczywiście ucieszyłem się z pomyślnego zakończenia sprawy. Ale wierzcie mi, że więcej niż radość 
i duma z sukcesu „Woli” zaciążyła na mnie odpowiedzialność za tych ludzi. Od tej chwili ja musiałem 
troszczyć się o nich. Na moje barki spadał znaczny ciężar odpowiedzialności za ich dalsze życie, a być 
może nawet za przedwczesną śmierć. 

Podjętą decyzję zakropiliśmy niejednym kieliszkiem wódki i wkrótce potem rozpoczęły się szybkie 
przygotowania do wymarszu. Kontakt z oddziałami partyzanckimi AL pod dowództwem pułkownika 
Moczara miałem już nawiązany, chociaż tylko drogą pośrednią. Mietek Mazurkiewicz zajął się 
zorganizowaniem jednakowych ubrań dla całej grupy. Broń i amunicję mieliśmy ukrytą w pobliskich 
stogach słomy. O żywność i inne podręczne przybory każdy musiał zatroszczyć się sam. Ustaliliśmy 
dokładnie datę i godzinę wymarszu naszego oddziału w pole, a raczej do lasu. Mieliśmy wychodzić 
z Sienna w małych grupach i spotkać się we wsi Dębowe Pole. 

Pożegnanie z rodziną było krótkie. Ojca w tym czasie nie było w domu. Ucałowałem matkę, siostrę, i 
poszedłem powoli w stronę Sienna. Wkrótce po mnie opuścili dom moi bracia Mietek i Kazik. Z okna 
odprowadzał nas wzrok drogich kobiet. Na długie dni naszego pobytu w lesie one pozostały same 
w domu. Nasza matka, siostra i moja żona. 

Tymczasem Krysia była jeszcze razem ze mną. Odprowadzała mnie daleko, daleko. Chciała być ze mną 
jak najdłużej i gdy mimo woli przyśpieszyłem kroku, prosiła, aby iść wolniej. Jakże chętnie poszłaby ze 
mną. Wiedziała, że dziewczęta walczyły w lesie. Ona też nie bała się trudów. Była dzielna. Musiała 
jednak zostać. Spodziewała się dziecka. 

Szliśmy długo razem, rozmawiając o wszystkim, na pozór zupełnie spokojni. Zdawaliśmy sobie sprawę 
oboje, że należało się już rozstać, że na mnie już czas. Przeciągaliśmy jednak chwilę pożegnania. 
Wreszcie zatrzymałem się. Nie mogłem pozwolić na to, aby koledzy czekali. 

- Bądź zdrowa, Krysiu! Uważaj na siebie i bądź dobrej myśli! 

- Do widzenia, kochanie... Wracaj szybko... 

Nie poszła od razu do domu. Stała jeszcze i patrzyła długo za mną. 

Szedłem coraz szybciej, jakbym był lżejszy, zostawiając cały ciężar rozstania mojej żonie Krysi. Przed 
sobą miałem jeszcze kilka kilometrów drogi. W Siennie wstąpiłem po „Wolę” i razem poszliśmy do 
Dębowego Pola. Wszyscy wtajemniczeni zgłosili się punktualnie na miejscu zbiórki. 

Oprócz mnie i moich braci „Czarnego” i „Zewa”, był „Rozłucki” z bratem Leonem Porą, „Zdara” i jego 
brat Alek Janczarski - ”Kmicic”, „Przełom” oraz jeszcze kilku sienniaków. Wkrótce też nadjechał wóz 
z bronią i amunicją. Powoził Kazimierz Mazurkiewicz - ”Maszt”. Było z nim jeszcze dwu innych 
towarzyszy. Cała nasza grupa liczyła trzynastu zapaleńców, jednakowo ubranych w mundury 
pocztowców, w pełni uzbrojonych i dobrej myśli. 

background image

Czas był najwyższy do wymarszu w las. Słońce chyliło się już ku zachodowi, a nas czekała jeszcze 
daleka droga do sztabu partyzanckiego AL. 

W umówionym przed kilkoma dniami miejscu nie zastaliśmy jednak oddziałów pułkownika Moczara. 
Pozostawione ślady po obozowisku świadczyły, że partyzanci przenieśli się w inne strony. Nie 
mogliśmy jednak zorientować się, w którym poszli kierunku. Pułkownik Moczar zamierzał przecież 
w tym miejscu spędzić dłuższy czas, aby dać ludziom trochę wytchnienia i aby przyjąć nowych 
ochotników do walki. 

Nie było rady. Zmęczeni udaliśmy się do leśniczówki, w której mieściła się skrzynka pocztowa „Świtu” 
i punkt etapowy do kontaktów. Rozmowa z Langerami (Marianem i Antonim) nie wniosła nic nowego: 

- Powinni znajdować się tam, gdzie byliście. Nic jeszcze nie wiemy o zmianie miejsca postoju. Musicie 
czekać do jutra. Coś się przecież wyjaśni, jak przyjdą łącznicy... 

Pierwsze niepowodzenia i wielogodzinny marsz, który okazał się nadaremny, zbiły nas trochę 
z pantałyku. Nie takie to wszystko będzie proste, jak się wydawało jeszcze tego dnia rano. Trzeba 
nauczyć się przystosowywać do nowych, nieoczekiwanych sytuacji. 

Zdecydowaliśmy się na nocleg w pobliżu leśniczówki, w odległym o niecały kilometr zagajniku. Po 
ustaleniu kolejności warty zasnęliśmy w pierwszą noc partyzancką w lesie. Ile będzie tych nocy, nikt 
z nas nie wiedział i nikt nie pytał. Las nie był dla nas nowością. Znaliśmy go od dzieciństwa. Noce 
w lesie też. Niejeden przecież obóz harcerski mieliśmy za sobą. Ale ta sytuacja była zupełnie nowa. 
Byliśmy małą i niedoświadczoną grupą, a do tego całkiem osamotnioną i zdaną tylko na własne siły. 

Długo nie mogłem zasnąć. Po tylu przeżyciach w ciągu ostatnich dni sen nie nadchodził łatwo. 
Leżałem więc i zastanawiałem się, jakie będzie to życie partyzanckie, które dobrowolnie wybraliśmy 
i które ciągle jeszcze było dla nas wielką niewiadomą... 

 

Pomocne dłonie

 

 

Dzień wstawał blady, mglisty jakiś. Dalekie poszumy drzew mieszały się z niepewnym kwileniem 
budzących się ptaków. 

W zagajniku panowała cisza, ciężka od ołowianych chmur, które przewalały się nisko nad drzewami. 
Czasem gałązka spadła z takim trzaskiem, jakby się las walił. Czasem ptak jakiś poderwał się do lotu, 
aż podmuch powietrza szedł po twarzach. 

Z wolna ożywił się las. Przejmujące zimno budziło co chwila któregoś z nas. Ten i ów spoglądał 
odruchowo po szarzyźnie dnia, przesuwał się bliżej do sąsiada, owijał szczelniej kocem lub płaszczem 
i zasypiał znowu ciężko westchnąwszy. 

Leżeliśmy w różnych pozach, po dwóch, po trzech na posłaniu z gałęzi świerkowych. Ciepło dawały 
mchy i liście. Przytuleni do siebie, zawsze razem, ufający sobie jak bracia. 

Zawiał lekki wiatr przedświtowy. Powoli przerzedzały się chmury. Nikłe początkowo promienie słońca 
zaczęły przebijać się z rzadka, potem coraz częściej przez chmury, rozszczepiając się o gęstwę liści 
i gałązek na drobne światełka i mieniąc kolorami tęczy na oszronionej trawie. Delikatny blask migotał 
plamkami na twarzach opalonych i sczerniałych. Czasem grymas jawił się na ustach śpiącego, czasem 

background image

wstrząsał nim dreszcz. To chłód ranny dawał się we znaki. Sen był coraz bardziej niespokojny, coraz 
częściej ktoś mruczał ze złością, aż jeden z leżących szczękając zębami syknął: 

- Cholera, a to zimno! Kazik, wstawaj, no! Widzicie, kapotę ze mnie ściągnął i śpi sobie smacznie, 
Kazik! 

- Idź ty, safanduło! Zaraz „ściągnął”... I tak zimno jak cholera, a on się piekli. Niech to diabli! 

„Diabli” było pewnie wysłane pod adresem zimna, choć bardziej możliwe, że odnosiło się też do 
poszkodowanego, który w tej chwili właśnie, odszukawszy swoją kurtkę, ciągnął ją mocno w swoją 
stronę. 

- Zamknij gębę, Jaśko! - rzucił któryś, wysuwając brodę spod koca i rozprostowując kości aż 
trzeszczało. 

- O, już gdera, ledwie oczy otworzył - odciął się nazwany Jaśkiem i wtulił się ponownie w odzyskaną 
„kapotę”. Teraz już wszyscy zbudzili się i raz po raz któryś przeklinał dobitnie dokuczające nam zimno. 
Rzucaliśmy przy tym w siebie takimi wymysłami, za które kto inny dawno by już w pysk oberwał. 

Zziębnięci przyszliśmy prędko do siebie i sprawnie zaczęliśmy się przygotowywać do dalszej drogi. Ale 
przed tym jeszcze z wilczym apetytem usiedliśmy do pierwszego partyzanckiego śniadania. 

Żarty umilkły na chwilę, gdy zabraliśmy się do pochłaniania posiłku. Czynność tę wielce szanowaliśmy, 
nie zawsze mając okazję do spokojnego i obfitego jedzenia. Potem zaczęliśmy rozpatrywać plan 
dalszego działania. 

Kłóciliśmy się o czas, miejsce i rodzaj akcji, którą projektował Alek. Szosą szły niemieckie tabory. 
Trzeba je ponaglić trochę do powrotu nach Vaterland. Okazja była dobra. Rozpatrując różne 
kombinacje, próbowaliśmy wybrać na mapie miejsce najlepiej nadające się do napadu. 

- Co się będziecie wygłupiali z tą mapą. Ja tutaj każde prawie drzewo znam tak, że nocą trafię do 
niego - obraził się w końcu Alek. 

I miał rację. Dotychczas prowadził nas zawsze nocą, tam gdzie chcieliśmy, i nigdy jeszcze nie zabłądził. 
Dziwnym instynktem człowieka lasu znajdował właściwą drogę pośród drzew i krzewów, choćby 
w największej gęstwinie. Tu się wychował, tu wyrastał. Las był mu kolebką w dzieciństwie. Zaperzony 
trochę spojrzał w bok i zaraz twarz mu się zmieniła. Zrobił się baczny jak wyżeł, gdy tropi zwierzynę. 
Skupił się w sobie kładąc palec na ustach z ostrzegawczym tssss... 

Spojrzeliśmy za jego wzrokiem, przysuwając bliżej siebie karabiny. Między drzewami przemykało się 
dwóch mężczyzn, za blisko, by nas nie zauważyli. „Trzeba ich zatrzymać” - pomyślałem. 

- Lesiek, za mną! - skoczył Alek, łamiąc krzaki, jakby stado dzików leciało. - Stój! Ręce do góry! 

Stanęli posłusznie. Alek rozmawiał z nimi chwilę na odległość. Wreszcie sprowadził ich do oddziału. 

- Eh, to nie szwaby - powiedział rozczarowany i nieprędko rozchmurzyła mu się gęba, taką miał 
ochotę przetrzepać Niemcom skórę. 

To byli radzieccy żołnierze, którzy uciekli podczas przewożenia ich do obozu dla jeńców. Niemcy 
wykorzystywali ich do prac przy budowie okopów. W drodze ich kolumna samochodów ciężarowych 
ostrzelana została przez samoloty radzieckie. Skorzystali z zamieszania i uciekli. Szli całą noc przez las, 
cały czas na wschód. Teraz za dnia chcieli zorientować się w terenie, liczyli na to, że trafią na polskich 
partyzantów. Nie wiedzieli dokładnie, gdzie się znajdują. Lasy starachowickie są duże. Przechodząc 
usłyszeli gwar, ale nie chcieli wyjść znienacka w obawie, by nie padły nieopatrzne strzały. Zauważyli, 

background image

że jesteśmy oddziałem partyzanckim i to ich ucieszyło. Słyszeli o walce Polaków z Niemcami. Chcieli 
nam pomóc. Padały krótkie pytania i odpowiedzi. Mówili o wspólnej zemście na faszystowskim 
najeźdźcy za krzywdy popełnione na bratnich słowiańskich narodach. Nie było wahania w oddziale. 
Wymizerowane twarze i zniszczone mundury uciekinierów wzbudzały od razu zaufanie... 

- Dobrze, zostańcie z nami. Będziemy wspólnie spełniać swoje zadania. Pomożemy wam. Wy nam 
pomożecie. Pójdziemy razem, jednego mamy wroga. 

Zostali. Jeden z nich nazywał się Mienkin. Później w ogniu walk hartowała się nasza przyjaźń, 
zrodzona w ciągłym wspólnym bytowaniu, w trudzie codziennego życia. Krzepło braterstwo broni 
polskich partyzantów i radzieckich żołnierzy. A tymczasem nasza grupa powiększyła się do piętnastu 
ludzi. 

 

Orzełki

 

 

Porucznik „Krzyk” z oddziałów AK dowodzonych przez „Szarego” nie wahał się ani chwili. 

- Cóż, chłopcy - mówił - chcecie być u nas, prosimy. Zmusza was widać do tego sytuacja. Jesteście 
rzeczywiście zbyt małą grupą, aby operować samodzielnie. Powiadacie, że chcecie być z nami tylko 
tak długo, dopóki nie spotkamy po drodze oddziałów AL? W porządku, dobrze, że stawiacie sprawę 
uczciwie. A może spodoba się wam u nas, rozmyślicie się i zechcecie pozostać? Przyjmiemy was 
z otwartymi rękami, bo chętnych do walki żołnierzy, a przy tym dobrze uzbrojonych, zawsze 
potrzeba. Nigdy nie będzie nas za dużo. O, macie, jak widzę, ze sobą Rosjan. Znajdą tu swoich, mamy 
ich już kilkunastu. No więc jak? 

- Zostajemy, chcemy tylko być razem w jednej drużynie. 

- Jeżeli chodzi o mnie, to zgoda, ale ostateczna decyzja należy do „Szarego” - odpowiedział porucznik 
„Krzyk”. 

Kontakty i rozmowy z Langerami - członkami „Świtu”, po kilku dniach daremnego oczekiwania na 
wieści o aktualnym miejscu pobytu oddziałów AL, nie przyniosły nic nowego. Wciąż jeszcze nie 
dotarła do leśniczówki żadna interesująca nas wiadomość. Działanie samodzielne tak małą grupą, i do 
tego w okresie wzmagającej się penetracji lasów przez wojska niemieckie, byłoby co najmniej 
głupotą. Musieliśmy po prostu uzbroić się w cierpliwość i czekać. 

Towarzysz Marian Langer, widząc nasze zakłopotanie, radził poszukać w ostateczności kontaktu 
z jakimkolwiek większym oddziałem, obojętnie AK czy BCh. Powoływał się przy tym na zawarte już 
przez AL porozumienie z tymi organizacjami, zezwalające na przechodzenie z bronią z jednych 
formacji do drugich. 

- Nadarzy się okazja - mówił - to wówczas przejdziecie do oddziału AL, a do tej pory lepiej będzie, gdy 
przyłączycie się do jakiegoś ugrupowania AK, najlepiej zaś do oddziału „Szarego”. Ostatecznie chodzi 
przecież o to, by walczyć z Niemcami. W tym celu przyszliście do lasu... 

Przeżywaliśmy prawdziwą rozterkę: co robić? Pytanie nie było zbyt łatwe. Mimo że byliśmy młodzi 
i raczej pochopni w podejmowaniu decyzji, tym razem wahaliśmy się ciągle i zwlekaliśmy jeszcze kilka 
dni. Może jednak nadejdą oczekiwane z niecierpliwością wieści od pułkownika Moczara? 

background image

Langer nie nalegał. Tłumaczył nam, że lepsze jest takie wyjście, niż narażanie się w małej i niezbyt 
jeszcze doświadczonej grupie na zagładę w razie obławy ze strony Niemców. Zresztą w tym czasie 
dwaj jego synowie również byli w partyzantce AK i on nie widział w tym nic złego. Poszli z bronią 
w ręku bić Niemców i to było najważniejsze. 

Wreszcie jednak klamka zapadła. I, jak często się zdarza, zadecydował przypadek. 

Podczas kolejnego spotkania towarzysz Langer poinformował nas, że w okolicy zatrzymał się oddział 
AK ze zgrupowania „Szarego”, który prowadzi werbunek ludzi do lasu. Byli u niego dziś w nocy, może 
nas zaprowadzić do tego oddziału AK. Zna osobiście dowódcę, to dobry żołnierz i walczy z Niemcami. 
Ma z nim kontakt. Dalsze odwlekanie decyzji nie miało sensu. Poszliśmy z werbującym oddziałem na 
miejsce postoju zgrupowania AK. Maszerowaliśmy z ciężkim sercem, ale pełni przekonania, że było to 
tylko doraźne rozwiązanie naszego położenia do czasu napotkania oddziałów AL. Kierowaliśmy się po 
prostu przymusem chwili i obiektywną oceną sytuacji. Ten przejściowy okres trwał około miesiąca. 

Przywitał nas porucznik „Krzyk”. Utworzono z nas dwie drużyny. Dwaj Rosjanie włączeni zostali do 
drużyny gospodarczej, gdzie było już kilku Gruzinów i Rosjan, obywateli radzieckich, którzy po 
ucieczce z obozów hitlerowskich trafili do oddziału „Szarego”. 

Nie zamierzam dokładnie opisywać naszego pobytu w oddziałach AK. Było różnie. Najpierw 
zorganizowano bardzo pożyteczne i na dobrym poziomie stojące wykłady teoretyczne z zakresu 
taktyki i sporo ćwiczeń praktycznych dla nowicjuszy. Taka pseudopodchorążówka leśna. 
Wykładowcami byli zawodowi oficerowie i podoficerowie WP, należący do AK. Potem były marsze 
i musztra. A w przerwach odpoczynki i walki, akcje udane i nieudane. Były sukcesy i ofiary. Na 
przykład w boju z wojskami niemieckimi, ubezpieczającymi jakąś jednostkę sztabową w umocnionym 
budynku dworskim w Janikowie, polegli: szeregowy „Wilnianin” i plutonowy „Klin”, a kilku było 
rannych. Przeżywaliśmy na przemian chwile radosne i momenty smutne. Były zmęczenia 
i zniecierpliwienia, ale najwięcej „fasowaliśmy” marszów i musztry. 

Denerwujący był zwłaszcza surowy dryl wojskowy, który w warunkach leśnych raził bezmyślną 
tępotą. Wyobraźcie sobie w lesie, na mchu lub na szyszkach, oddział partyzancki ćwiczący krok 
defiladowy! Chyba po to, żeby nie było czasu myśleć. Wczoraj musztra i dziś musztra. Codziennie. Ba, 
kilka razy dziennie, na wszystkich prawie postojach. Ogłupiające, bezsensowne komendy musztry „od 
podstaw” stały się tak denerwujące, tak nam dopiekły, że któregoś dnia odmówiliśmy wykonywania 
ćwiczeń. Po komendzie „padnij!” i „czołgaj się!”, któryś tam z kolei raz, nikt z trzech plutonów 
nowicjuszy nie wstał, gdy plutonowy rzucił: „powstań!” i „biegiem marsz!”. Pozostaliśmy głusi. 
Plutonowy oniemiał. Coś podobnego zdarzyło mu się po raz pierwszy. Wymyślał nam od 
„cywilbandy”, ale wszystko na próżno. Wreszcie dał za wygraną i pobiegł wściekły do dowódcy. 

Podczas raportu pierwszy z brzegu zapytany o przyczynę buntu oświadczył, że przyszedł bić Niemców, 
a nie uczyć się musztry i marnować czas na krok defiladowy. Każdy z nas powtarzał to samo. Byliśmy 
wszyscy jednomyślni. 

- Kto was podburzył? - spytał ostro dowódca. 

Nie odpowiedzieliśmy. Milczenie przekonało go, że nie znajdzie wśród nas wichrzycieli. 

Poskutkowało jednak. Musztry odtąd zaniechano. Nastąpiła natomiast reorganizacja oddziałów 
i każdy z nas znalazł się w innym plutonie i innej drużynie. Od tej pory mogliśmy widywać się rzadziej. 
A dni płynęły i pozostawiały za sobą przemierzone naszymi nogami dziesiątki i setki kilometrów, 
najczęściej podczas nocnych przemarszów. Tylko szarża, i to ta najwyższa, używała koni. 

background image

Gdy ofensywa radziecka ruszyła od Bugu i doszła do Wisły, „Szary” zdecydował zwolnić wszystkich 
żołnierzy radzieckich, którzy byli w jego oddziałach. Dowiedziałem się o tym od Mienkina, który chciał 
się z nami pożegnać i podziękować za zaopiekowanie się nimi wówczas w lasach starachowickich. 
Poszedłem z interwencją do „Lisa”, adiutanta „Szarego”, aby zwalnianym dać broń, a najlepiej 
zatrzymać ich do czasu, aż spotkamy oddziały AL, które ich z otwartymi rękami przyjmą. Chciałem też 
w ten sposób wywrzeć jakiś wpływ na bieg wypadków w naszej sprawie. Pośrednictwo „Lisa” 
poskutkowało. Żołnierzy radzieckich zatrzymano. Wreszcie którejś nocy rozłożyliśmy nasz obóz 
w pobliżu oddziałów AL. Nie wiedziałem, kto był ich dowódcą. Jedni mówili, że „Wiślicz”, inni że 
Moczar. 

Po rannym apelu żołnierze radzieccy opuszczali w milczeniu obóz „Szarego”, kierując się do 
oddziałów AL. Nie było czasu na porozumienie się z innymi towarzyszami. Wystąpiłem sam do 
raportu, prosząc o pozwolenie przejścia naszej grupy, zgodnie zresztą z umową, do oddziałów AL. 

Komendant wysłuchał prośby i zwołał sztab na naradę. Narada przeciągała się. W tym czasie 
zdołałem uprzedzić wszystkich naszych chłopców, żeby byli gotowi do wymarszu. Niespodziewanie 
zaczęli przyłączać się do nas inni akowcy. Zrobiło się znaczne poruszenie w obozie. Mieliśmy przecież 
wśród partyzantów „Szarego” wielu naszych kolegów z ławy szkolnej i dawnych znajomych. Tam 
poznaliśmy również wielu nowych ludzi, gorących patriotów, rwących się do walki z Niemcami. Był 
np. u „Szarego” odbity przez niego z więzienia „Bukowy”, był „Lis”, „Kruszyna”, „Bej” (Zdzisław 
Stanisz) i wielu, wielu innych. W większości byli oni żołnierzami i nie zwracali żadnej uwagi na 
polityczne rozgrywki dowództwa. Poszli do lasu, aby bić wroga, aby spełnić obywatelski obowiązek 
z własnej woli. Skoro już jednak zaciągnęli się pod sztandary AK, nie chcieli zmieniać znaków na inne, 
mimo że niejednemu z nich nie wszystko się tam również podobało. 

Niektórzy jednak usiłowali zatrzymać nas, perswadując: 

- Nie żal wam odchodzić? Źle wam tu z nami? Zostańcie! 

Inni natomiast aprobowali decyzję, przyłączając się do nas. Dwuszereg chętnych do przejścia 
wydłużał się. Sytuacja robiła się trochę kłopotliwa. Mogą nas przecież posądzić o buntowanie 
żołnierzy. Otoczyli nas akowcy ciasnym kołem, ciekawi, co z tego wyniknie... 

- Szeregowy „Mat”, wystąp - wezwał mnie porucznik „Krzyk”. - Zgodnie z decyzją komendanta 
opuścicie dziś nasz oddział. Zameldować godzinę odejścia. Możecie odmaszerować. Gapie, rozejść 
się! Co za zbiegowisko?! 

- Panie poruczniku... - zacząłem, przewidując, że sprawa naszego przejścia przybiera niepomyślny 
obrót. 

„Krzyk” spojrzał na mnie zniecierpliwiony: 

- O co chodzi jeszcze? 

- Ja nie przyszedłem sam. Jest nas więcej, wszyscy chcemy odejść. Pan chyba pamięta naszą pierwszą 
rozmowę... 

- O tym nie było mowy! - porucznik „Krzyk” zawahał się jednak i zawrócił do namiotu „Szarego”. 

Tym razem rozmowa w namiocie była jeszcze dłuższa, ale ostatecznie uzyskaliśmy zgodę na przejście 
do AL. Wyznaczono nam termin wyjścia z obozu na godzinę przedwieczorną, po apelu. Ażeby 
„morale” pozostających nie było narażone na szwank, miała nas wyprowadzić z obozu drużyna 
służbowa. 

background image

O wyznaczonej godzinie stanęliśmy w dwuszeregu. Razem było nas około dwudziestu. Oficjalnie 
żegnał nas porucznik „Sęp”. Krótko, po żołniersku. 

- Polska jest jedna i niepodzielna - powiedział. - Nie wiadomo jeszcze, po czyjej stronie będzie racja. 
Idźcie, jeśli uważacie, że tam lepiej przysłużycie się ojczyźnie. Przed odejściem złóżcie broń i amunicję. 

- Broń jest nasza - próbowałem ratować sytuację - przyszliśmy z nią. Porozumienie mówi 
o przechodzeniu z bronią... 

- Z bronią nie pójdziecie, taki jest rozkaz komendanta. My mamy broni mało, a tam, gdzie idziecie, 
mają jej dość. Nie ma o czym dyskutować, jasne? 

Zanim zdecydowaliśmy się rzucić broń, ktoś z obecnych krzyknął ze złością w głosie: 

- Te, komunisty! Orzełki też oddajcie! One mają koronę na głowie, a wasz orzeł jest bez korony. Po co 
wam zresztą orzełki?! 

- Gwiazdę niech sobie przyczepią! - dorzucił inny wysuwając się z szeregu. 

- Spokój! - zareagował szybko porucznik „Sęp”. - Odczepcie się! Nie wasza sprawa! Orzełek z koroną 
czy bez - zawsze orłem zostanie. 

Tamci umilkli na chwilę, jakby speszeni nieoczekiwaną reakcją oficera. Nie odstępowali jednak od 
nas. Wówczas porucznik „Sęp” ponaglił nas: 

- Orzełki zostawcie sobie, oddajcie broń i idźcie już! 

Rzuciliśmy broń na jedno miejsce i zdenerwowani tym incydentem na oczach wszystkich obcięliśmy 
scyzorykami korony piastowskim ptakom. 

Ruszyliśmy do wyjścia. 

Za nami poszła drużyna służbowa. 

Na pożegnanie przystąpił do nas jeszcze raz porucznik „Sęp” i tak jakoś miękko powiedział: 

- Zazdroszczę wam, idziecie bić Niemców naprawdę. Ale ja muszę zostać. Mam tutaj tyle zobowiązań 
wobec moich chłopców, tyle długów wdzięczności do spłacenia. Nie mogę iść z wami. Do zobaczenia 
we wspólnej walce z Niemcami! 

- Poruczniku, zabierzcie ochronę! Nie boimy się lasu ani ciemności. Pójdziemy sami. 

- Ale my się boimy. 

- Czego? 

- Złego przykładu! 

Dla kogo była ta ochrona, nie wiem do dziś na pewno. Odprowadziła nas do najdalej wysuniętej 
placówki AK. Rozstaliśmy się... 

- Idźcie prosto drogą, do lasu nie wchodźcie... 

Obejrzałem się. Ochrona szła za nami w pewnej odległości... Mimo woli przyspieszyłem kroku. Szliśmy 
coraz szybciej i coraz szybciej zapadały ciemności. Za pierwszym zakrętem na wszelki wypadek 
wpadliśmy w las i dopiero wówczas odetchnęliśmy. 

background image

Do obozu AL przyszliśmy po przeszło godzinnym kluczeniu po lesie. Zaskoczeni byli przybyciem o tej 
porze oddziału AK, choć przejścia takie nie były rzadkie. Wszyscy mieli jeszcze w pamięci niedawne 
przejście do AL całego oddziału AK pod dowództwem „Fina”. Ale dzisiaj zdziwienie było o wiele 
większe. Rano przybyła grupa żołnierzy radzieckich, wieczorem my. „Co się dzieje?” - zastanawiali się 
partyzanci. 

Podszedłem do jednego z nich i zapytałem, kto jest dowódcą zgrupowania? Popatrzył na nas 
i odrzekł: 

- Pułkownik Moczar. 

- Prowadźcie nas do niego, tam wszystko wytłumaczymy! 

Po chwili witaliśmy się już z dowódcą i innymi oficerami ze sztabu partyzanckiego zgrupowania. 
Spotkanie było bardzo serdeczne i radosne. Od razu dostaliśmy porządną kolację i broń. Nie 
przerywając jedzenia, opowiedzieliśmy szczegółowo o naszych przeżyciach w ciągu ostatnich tygodni 
i o samym przejściu, które pozostawiło na nas przykre wrażenie. Oficerowie słuchali i z aprobatą 
ocenili naszą decyzję. „Tutaj spotkacie wielu waszych kolegów” - powiedział jeden z nich. 

Nie wszyscy jednak akowcy, którzy przybyli wówczas razem z nami, zostali w AL. Niektórzy już 
w następnym dniu poprosili o pozwolenie powrotu do domów. Mieli dość tułaczki, dość wojowania 
i partyzanckiej włóczęgi. Przejście do AL było dla nich pretekstem do wyjścia z oddziałów AK, które 
nie zwalniały ze służby do domów z wyjątkiem ciężko chorych. Wyjście zaś na własną rękę 
traktowane było na równi z dezercją. Wśród tych, którzy w ten sposób opuścili szeregi AK, 
a następnie AL, był również jeden mieszkaniec Sienna. Próbowałem nakłonić go do pozostania 
w lesie, ale na próżno. Nie odniosły też skutku rozmowy, które przeprowadził z nim kapitan 
„Władek”. Odszedł, a wkrótce po tym oddziały AL opuściły także dotychczasowe miejsce postoju, 
przenosząc się w rejon Świniej Góry. 

 

Most w Sielpii

 

 

W krótkim czasie zaatakowali Niemcy zgrupowanie partyzanckie pułkownika Moczara na Świniej 
Górze. Kilkakrotnie ponawiane ataki hitlerowców załamały się na twardej obronie partyzantów. 
Wreszcie Niemcy dali spokój. Dowództwo AL nie zatrzymało się po tych walkach tu dłużej, lecz 
zdecydowało zmienić miejsce postoju. Oddziały nasze przeniosły się w inny rejon lasów, oddalony 
o kilka kilometrów od obecnego. Pozostawaliśmy wciąż jednak w okolicach Świniej Góry. 

Po kilku dniach przyjęliśmy większy zrzut broni i amunicji oraz nowych ochotników. Przy tej 
sposobności pułkownik Moczar przeprowadził reorganizację swoich oddziałów. Zmniejszona została 
wydatnie liczba jednostek partyzanckich przy sztabie III Obwodu AL. „Wygospodarowane” w ten 
sposób oddziały, rozbudowane o nowych ochotników, miały zasilić pierwszą i drugą brygadę AL Ziemi 
Kieleckiej, które utworzono w pierwszej dekadzie sierpnia 1944 roku. 

Wówczas to zostałem przydzielony do kompanii sztabowej, którą wtedy dowodził kapitan Władysław 
Sobczyński - ”Jurand”. Wszystkich moich przyjaciół wcielono do drugiej brygady AL „Świt”, którą 
dowodził wtedy Tadeusz Maj - ”Łokietek”. Wkrótce kilku z nich poszło na „samodzielną” robotę. Mieli 
przejąć ważne dokumenty hitlerowskie. Siedmioosobową grupę wypadową poprowadził Jan Pora – 
„Rozłucki”. Pozostali to: Apoloniusz Janczarski - ”Kmicic”, Ryszard Klimczak - ”Wola”, Józef 
Bugajski - ”Azja”, Jan Szymański - ”Sosna” i nie znani mi osobiście dwaj partyzanci, „Mazur” i „Stach”. 

background image

Rozkaz dowódcy brygady brzmiał całkiem jasno. Należało zdobyć dokumenty dostarczane z Końskich 
do Kielc dla hitlerowskiego sztabu grupy operacyjnej do spraw partyzanckich. Nasze rozpoznanie 
ustaliło trasę i przybliżoną godzinę przejazdu kuriera, który miał przewieźć te dokumenty do sztabu. 

- Dokumenty te mogą stanowić dla nas nieocenioną wartość - mówił kapitan „Łokietek”, dowódca 
drugiej brygady AL „Świt”. - Są tam podobno wykazy osób sympatyzujących z ruchem lewicowym, są 
nazwiska konfidentów i sprzedawczyków różnej maści, są wreszcie plany działania przeciwko nam, 
partyzantom. Szwaby chcą nas szybko zlikwidować. Szykują się do ofensywy, a może tylko do obrony 
linii Wisły, i dążą do oczyszczenia swoich tyłów. A tu ruch partyzancki rozwija się coraz bardziej. 
Zabierają się do nas coraz mocniej i gniotą nas coraz silniej. Nasz sztab przywiązuje wielką wagę do 
zdobycia tych dokumentów. 

Ustalone zostało miejsce zasadzki na samochód wiozący kuriera. Wybór padł na most między wsiami 
Rudą Maleniecką i Sielpią na rzece Czarnej. Omówiono szczegółowo plan akcji i wkrótce mała grupka 
partyzantów wyruszyła, aby wykonać zadanie. 

Była głęboka noc. Prawie północ. Przy pomocy „sztabówki” przemierzali nie znaną im trasę. Pierwszy 
raz znajdowali się w tamtych stronach. Kawał drogi mieli jeszcze przed sobą. Ponad dziesięć 
kilometrów. Szli forsownym marszem. Noc, sprzymierzeniec braci partyzanckiej, w sierpniu jest 
jeszcze krótka i nie sprzyja maruderom. Cały czas szli w milczeniu. O czym każdy z nich myślał, któż 
zgadnie? Może o zbliżającej się walce, o rodzinie czekającej w domu? A może tylko o tym, jak to 
byłoby przyjemnie wyciągnąć się na mchu i zasnąć beztrosko w tę krótką noc sierpniową. 

Omijali wioski. Tam na każdym kroku mogło czyhać niebezpieczeństwo i zza każdego zakrętu mogła 
bluznąć znienacka ogniem broń wroga. We wsiach było pełno wojsk niemieckich. 

Tu, w lesie, co innego! Czuli się bezpiecznie, panowali niepodzielnie. Szczególnie nocą. Księżyc co jakiś 
czas wyłaniał się zza chmurek i oświetlał na chwilę dukty leśne, ocienione z obydwu stron gęsto 
rosnącymi drzewami. 

Na rozmyślaniach w marszu czas mijał szybko. Świtało. Do celu wyprawy już niedaleko. Około dwóch 
kilometrów drogi. Postanowili zatrzymać się. Nie muszą się śpieszyć. I tak dojdą przed czasem. Jedni 
pokładli się na ziemi, inni siedząc wyciągnęli z kieszeni po niewielkim kawałku razowego chleba. 
Chleb był czerstwy. Zagryzali go soloną słoniną. Wydzielane sobie samym racje żywnościowe 
pozwalały zawsze zaspokajać najwyżej pierwszy głód. Do syta jedli tylko przy okazji pobytu we wsi. 

Zjedli szybko skromny posiłek i popili go obficie wodą z pobliskiego strumyka, pocieszając się tym, że 
lepiej podobno, gdy żołnierz przed walką nie ma pełnego żołądka. Przestrzelenie wypełnionego 
pokarmem brzucha zwielokrotniało niebezpieczeństwo śmierci. 

Odpoczynek przedłużał się. Ogarniała ich senność. Należało iść dalej. Wkrótce przez drzewa zaczęła 
prześwitywać biała wstęga szosy. Nie dalej jak pół kilometra od celu. Wzdłuż obu boków szosy 
przykucnęły dwurzędem chaty Sielpii. Środkiem niewielkiej doliny toczyła swoje wody rzeka Czarna. 

Las koło Sielpii jest gęsty. I tu jednak, jak wszędzie po obu stronach dróg prowadzących przez lasy, 
wycięli Niemcy drzewa w pasie pięćdziesięciometrowej szerokości. Dla bezpieczeństwa żołnierzy III 
Rzeszy, dla ochrony przed polskimi „bandytami”. 

Pod osłoną drzew, wzdłuż linii drogi, zajęli partyzanci dogodne pozycje. Rozłożyli się na kształt 
odwróconego wachlarza, aby mieć ostrzał na wszystkie strony i nie ranić swoich. Siedem postaci 
przyczajonych za krzakami wypatrywało niecierpliwie hitlerowskich samochodów. Miała to być 

background image

czarna limuzyna i dwa „łaziki”. Cel ich wyprawy. Ale do godziny przejazdu samochodów było jeszcze 
bardzo daleko. Teraz czas oczekiwania zaczął się dłużyć niesamowicie. 

Złocista kula słoneczna wychyliwszy się powoli znad widnokręgu rozpoczęła swoją zwykłą wędrówkę 
po niebie. Ptaki obudziły się i napełniały las radosnym gwarem. Ludzie oczekujący na samochody 
zasypiali co chwila. Forsowny marsz, bezsenna noc, a teraz wyciągnięcie się w wygodnej pozycji, 
w bezruchu, działało usypiająco. Powieki zamykały się same, tym bardziej że okres wyczekiwania 
przedłużał się ponad przewidywania. Zasypiający partyzanci tracili poczucie rzeczywistości. 

Od czasu do czasu, ale bardzo rzadko, przelatywały drogą pojedyncze samochody osobowe lub 
ciężarowe i swoim warkotem przywoływały partyzantów do porządku, przykuwając na chwilę do 
siebie ich rozproszoną uwagę. Sygnałem do otwarcia ognia i jego celem miała być limuzyna na 
moście. 

Słońce było już wysoko na niebie i grzało niemiłosiernie, gdy na góreczce ukazał się nareszcie 
oczekiwany cel. Trzy wozy mknęły ku swojemu przeznaczeniu. Jedna limuzyna i dwa „łaziki”. „Chyba 
to nasze?” - pomyśleli wszyscy. Dłonie mocniej ścisnęły broń. Celowniki nastawione, iglica napięta. 
Ładownice otwarte, a w nich zapasowe magazynki. 

Zaczęło się bez rozkazu. Ktoś nie wytrzymał nerwowo lub za późno obudził się z drzemki. Wnet 
z siedmiu luf posypały się strzały. Ogień był celny. Limuzyna skręciła raptownie i całą siłą swojego 
rozpędu uderzyła w drewnianą barierę mostu, waląc się do rzeki. Dwa pozostałe samochody jechały 
jednak dalej. „Łazik”, który pędził za limuzyną, skręcił gwałtownie, wymijając trafiony samochód, 
przechylił się niebezpiecznie na najbliższym zakręcie i dogonił pierwszy. Ich obu widocznie nie 
dosięgnęła żadna kula. Wszyscy partyzanci strzelali tylko do limuzyny. Fatalnie. „Łaziki” oddaliły się 
szybko poza linię ognia i wkrótce zniknęły za wzgórzem. Na próżno dwóch partyzantów zmieniło 
pozycje, usadawiając się szybko na górce. Strzelali długimi seriami do obu samochodów, aby nie 
przepuścić ich dalej. Na próżno! Kule nie dosięgnęły celu. Z samochodów wysypali się Niemcy 
i skokami zaczęli przybliżać się do miejsca zasadzki. Już doszli do wzniesienia. Zaterkotał ich karabin 
maszynowy. Najpierw jeden, w chwilę potem drugi oraz pojedyncze strzały karabinowe i serie 
z pistoletów. To Niemcy z „łazików” zajęli już dogodne dla siebie pozycje i zaczęli ostrzeliwać linię 
brzegową lasu. Kilka naszych karabinów odpowiedziało na strzały wroga, zdradzając swoje miejsca. 
Ogień Niemców wzmógł się na sile i przydusił partyzantów do ziemi. 

„Rozłucki” zdecydował dotrzeć z dwoma innymi towarzyszami do auta, które z mostu stoczyło się do 
rzeki. Papiery nie dawały mu spokoju. 

- Osłaniajcie nas - krzyknął do pozostałych. - Pójdziemy po dokumenty. 

Zakosami zbliżali się do mostu. Nogi grzęzły po kostki w głębokim piachu. Nareszcie dopadli brzegu 
rzeki. Ogień hitlerowców skierował się w ich stronę. Zdążyli jednak skryć się za niewysokim brzegiem 
rzeki. Stanowił wystarczającą osłonę przed kulami. 

Brodząc po pas w wodzie, z bronią gotową do strzału, posuwali się ostrożnie do limuzyny. Kule siekły 
gęsto przed nimi wodę. Dostęp do samochodu nieruchomo tkwiącego w wodzie został odcięty. 
Musieli zrezygnować z dotarcia do niego. Nie było innej rady! Ogień był zbyt silny i celny. Zaczęli się 
wycofywać. Brnęli korytem rzeki pod mostem w kierunku lasu. Strzelanina trwała zbyt długo i mogła 
ściągnąć im na kark więcej Niemców. Z bezsilną rozpaczą opuszczali rzekę, w której sterczało auto, 
bokiem zanurzone w wodzie. A w aucie nieosiągalne papiery... 

Po powrocie do obozu „Rozłucki” zdawał relację z wyprawy spokojnie, ale jakby z pewną rezygnacją: 

background image

- Melduję posłusznie - zaczął, ale „Łokietek”, który był jego kolegą gimnazjalnym, a nawet 
współtowarzyszem na stancji w Ostrowcu, przerwał niecierpliwie: 

- Nie wygłupiaj się, tylko mów, masz papiery czy nie? Prędko! 

- Nie udało się. Mogliśmy nie wyjść cało. 

- Do kitu z taką robotą. Jak było? 

„Rozłucki” opisał szczegółowo wypadki. Gdy skończył, „Łokietek” zauważył sarkastycznie: 

- To nawet nie wiesz, czy to byli oni, czy wieźli coś, ani też, co się z nimi i papierami stało! 

- To było niemożliwe... 

Cała ta wyprawa malowana była czarnym kolorem: rzeka Czarna, tkwiąca w niej limuzyna czarna, 
a jeszcze do tego bezsilna rozpacz partyzantów, też oczywiście czarna. 

A no, zdarzały się w partyzantce i takie rzeczy. 

 

Las szumiał jednako

 

 

Gorączka opanowała całą partyzancką brać. Wszyscy komentowali żywo ostatnie wypadki na 
wschodnim terenie, które leciały na podobieństwo jakiejś lawiny. Szczególną otuchą napawał 
pospieszny odwrót Niemców znad Bugu i wręcz paniczna ucieczka znad Wisły. 

Był nawet taki okres, dwu- lub trzytygodniowy, w którym wydawało się, że Wehrmacht nie zdoła już 
wykrzesać z siebie żadnych sił i nie stawi już skutecznego oporu nacierającej Armii Radzieckiej. 

Wszystkie drogi zawalone były wówczas niemieckimi taborami, a po polach włóczyli się żołnierze-
maruderzy, kompletnie zdezorientowani rozmachem dotychczasowego odwrotu. Wojsko szło na 
zachód dniami i nocami. Wyniszczone to było, znędzniałe, apatyczne. Ciosy waliły się na nich ze 
wszystkich stron. Z tyłu ścigały ich oddziały radzieckie, z góry sypały się bomby, a z przodu i z boków 
raz po raz nękały grupy partyzantów. Ogłuszona i wykrwawiona armia przemykała prawie chyłkiem 
po dawnych szlakach sławetnego marszu na wschód. 

Sytuacja taka, chociaż nie trwała długo, bardzo sprzyjała rozwinięciu aktywnych działań 
partyzanckich. Na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku akcje leśnych oddziałów mnożyły się jak grzyby 
po deszczu. 

Piękna lipcowa pogoda ustąpiła miejsca równie pięknej w sierpniu i wrześniu. Pola zaroiły się od 
snopków, ustawionych w mendlach, których gospodarze przezornie nie zwozili do stodół 
w oczekiwaniu rychłych bojów. 

„Niech tam lepiej na polu - mawiano. - Chociaż stodoła się spali, to jednak chleb zostanie”. 

Ludzie pracowali jednak leniwie. Skwar osłabiał mięśnie, zalewał potem czoła, wysuszał język i gardło. 

A partyzanci? 

Wciąż w drodze, wciąż w marszach... Nagrzane powietrze stało w bezruchu. Popękana ziemia łaknęła 
deszczu. Drzewa stały smętne, opuszczając zwiędłe liście. Chciało się pić. Pragnienie zwiększał słony 
smak potu, który spływał bez przerwy na wargi maszerujących. Ze zmęczenia krwawe plamki 

background image

wirowały przed oczyma. Las trzeszczał zeschłą trawą, igliwiem i mchami, męczył jakąś martwotą 
bezwietrzną. Ptaki ucichły przyczajone gdzieś w gąszczu. 

Podczas takiej spiekoty marsze były bardzo uciążliwe i wyczerpujące. Rzemienie wpijały się 
w ramiona, plątały się nogi na korzeniach i nierównościach gruntu. Młoty waliły w głowie, koszule 
przylegały do pleców, aż piana występowała na bluzy. Na postojach ludzie padali tam, gdzie stali. 
Leżeli długo otępieni ciężkim wysiłkiem. Odprężenie ogarniało od razu każdą cząstkę ciała. Umysł 
pragnął spokoju, orzeźwienia. Gdy wreszcie nadchodził upragniony nocleg, człowiek walił się z nóg jak 
automat, obojętny na wszystko. 

Zbudziłem się późno, czując ociężałość członków. Słońce stało już wysoko. Z wolna wracała 
świadomość. Dzień był trochę chłodniejszy niż poprzednie. Chmury pokazywały się na niebie. Czasem 
szmer szedł konarami. 

„Nareszcie może będzie deszcz” - westchnienie ulgi wyrwało się z piersi. Spojrzałem raźniej wokoło. 
Ktoś obozował tu przed nami. Świadczyły o tym ślady. Łaziłem po terenie i jakby od niechcenia 
przewracałem nogami leżące przedmioty. Rozrzucone czapki, naczynia i inne rzeczy walały się 
wszędzie. Znać, że zostawione w pośpiechu, w nieładzie. Próbowałem wyobrazić sobie, co się tu 
mogło dziać niedawno. Bałagan, w jakim zostawiono to miejsce, świadczył, że rozegrała się tu walka. 
Przypuszczalnie nierówna i niespodziewana. Widocznie zostali zaskoczeni. Na wprost mnie, trochę 
w prawo, leżała jakaś skrzynia. Tylko dlaczego taka długa? To trumna! Zbita trumna ze zwykłych, 
surowych desek. Obok niej leżał jakiś zeszyt zgięty wzdłuż na pół. Pewnie wysunął się z kieszeni. 
Podniosłem go. 

O papier do pisania nie było łatwo. Rzuciłem okiem do środka. Już chciałem położyć go, gdy 
zobaczyłem daty i notatki. Pamiętnik! Jakiś partyzant zapisywał widocznie na gorąco swoje wrażenia 
z pobytu w lesie. Zawahałem się. Wdzierać się w cudze tajemnice, w czyjąś duszę? 

Kilku towarzyszy tymczasem śpiewało rzewnie: 

Ej, ta droga, tonie we mgłach, 
Znowu ból i trwoga... 

Znaleziony zeszyt nie dawał mi spokoju. „Może się czegoś dowiem?” - pomyślałem i zacząłem 
przewracać kartki. Po chwili zatonąłem w cudzych wspomnieniach bez reszty. Przesuwały się daty, 
przewijały się przed oczyma przeżycia partyzanta, żołnierza AK. 

Opisy były barwne, język żywy, plastyczny, miejscami soczysty. Pamiętnika, niestety, nie mam. 
Odtwarzam tutaj jego obszerne fragmenty na podstawie przygotowanego jeszcze w 1945 roku do 
druku opowiadania. Napisałem je w oparciu o znaleziony pamiętnik, ściśle zachowując chronologię 
wydarzeń, koleje losu nieznanego autora i jego język. 

15.8.1944. Odczytano nam dziś rozkaz, że mamy iść na koncentracją oddziałów AK w lasach 
nad Pilicą. Wyruszamy dziś lub najpóźniej jutro. Musimy się śpieszyć, gdyż z lasów koneckich 
do Przysuchy mamy kawał drogi i to w przeważającej części przez tereny odkryte... 
Może to i lepiej jednak, że już stąd wyruszamy. Niemcy odcięli nam wszystkie drogi i zaczyna 
być głodno. 
W tej sytuacji „Szary” zdecydował się na wypad do Końskich w celu zdobycia żywności. 
W mieście było jednak pełno Niemców. Użyto więc podstępu, gdyż „normalny” wypad byłby 
zbyt ryzykowny. Sześciu partyzantów odpowiednio dobranych i znających język niemiecki, 
przebranych w mundury żołnierzy Wehrmachtu, udało się rano wozem wojskowym 
zaprzężonym w parę rosłych koni do miasta po żywność. Byłem jednym z nich. Żegnali nas 

background image

koledzy z niepokojem i nadzieją. Żeby się tylko udało. Bali się o nas. Uzbrojeni wprawdzie 
byliśmy dobrze, ale przecież mogliśmy się natknąć na większy oddział żandarmerii i wtedy 
musiałaby wybuchnąć awantura. Wśród „Szwabów” był również „Szczodry”. 
Zajechaliśmy do sklepu bez żadnych komplikacji. Dwóch poszło do kierownika zrobić 
zamówienie, dwaj inni zostali przed sklepem jako obstawa, a reszta zaczęła ładować na wóz 
różne artykuły żywnościowe. 
Gdy wszystko było gotowe do powrotu, wynikło małe nieporozumienie przy płaceniu. 
Ujawniliśmy się, kim jesteśmy i zamiast pieniędzy pokazaliśmy rewolwery. W tym czasie 
przechodzili akurat chodnikiem koło sklepu dwaj żandarmi. Wybiegliśmy właśnie ze sklepu 
z bronią gotową do strzału... 
Żandarmi zbaranieli. Nim zorientowali się i chwycili za broń, posypały się w ich kierunku 
strzały „obstawy” z wozu, który już ruszał z miejsca. Dwaj partyzanci wskakiwali do niego 
w biegu. Wkrótce gnaliśmy ulicami miasta, ile sił w końskich nogach. 
Ludzie usuwali się z drogi patrząc z zaciekawieniem na podskakujący po bruku wóz 
i zmykających na nim „Niemców”, z których jeden bez przerwy okładał konie batem. Co się 
mogło stać!? 
Zanim Niemcy zorganizowali pościg, aby dogonić partyzantów, my, nie zwalniając ani na 
chwilę karkołomnej jazdy, znajdowaliśmy się już pod osłoną lasu. Z obu koni piana spadała 
wielkimi płatami. 
Tego wieczoru nie było już kaszy jęczmiennej z cukrem. Kolacja była wspaniała! 
20.8.1944. Jesteśmy wciąż jeszcze w drodze. Marsze w dzień i marsze nocą. Ludzie są bardzo 
wyczerpani. O jedzenie coraz trudniej, bo w lasach bardzo ludno. Zewsząd ciągną nasze 
oddziały. Po drodze mieliśmy kilka walk z Niemcami. Kierunek marszu - północ. Nie wiem już 
sam, kiedy lepiej maszerować: w dzień czy nocą. Dni są męczące, bo bez przerwy jest 
potwornie gorąco. Upał straszny. Ani chmurki na niebie. Spiekota taka, że trudno wytrzymać 
w cieniu, a cóż dopiero maszerować wśród tumanów kurzu i w oślepiającym słońcu. Żeby 
choć po całodziennym prawie marszu był w nocy odpoczynek! Gdzież tam! Bardzo często 
jesteśmy w drodze jeszcze o północy. Po takich wyczynach ludzie zasypiają od razu na 
najkrótszych nawet postojach. Zdarza się i tak, że śpią podczas marszów. 
Przed kilkoma dniami mieliśmy taki właśnie uciążliwy marsz. Szliśmy w dużej kolumnie. 
Postoje były częste. Tempo marszu nierówne. Raz krok za krokiem, to znów prawie „biegiem 
marsz”. Wieczorem z trudem trzymałem się na nogach. Toteż, gdy wypadł nowy postój, nie 
zdawałem sobie zupełnie sprawy, że położyłem się widocznie nie w kierunku marszu, 
a odwrotnie. A może przekręciłem się podczas snu, nie wiem sam. 
Gdy dotarła wreszcie do mojej świadomości komenda „powstań!” i „maszerować!”, 
półprzytomny podniosłem się i poszedłem przed siebie. Idąc spałem pewnie, gdyż nie 
zauważyłem, że cała kolumna szła w przeciwną stronę. Kiedy się spostrzegłem wreszcie, że 
idziemy w przeciwne strony, zapytałem pierwszego z brzegu partyzanta: 
- Dlaczego się wracacie? 
- Coś ty głupi! Kto się wraca? To ty się sam wracasz. Jaki twój oddział? 
- A ten jaki? 
- „Nurta”... 
- A gdzie „Szarego”? 
- Człowieku, „Szary” idzie na czele kolumny! 
Oprzytomniałem od razu. Zawróciłem. Było już dawno po północy, gdy wreszcie znalazłem 
nasz oddział. Goniłem go więcej niż godzinę, a dogoniłem tylko dlatego tak szybko, że 
oddziały zatrzymywały się po drodze. Teraz już nigdy nie zmylę kierunku marszu. Zrobiłem 
przecież tyle kilometrów na próżno. Nóg prawie nie czułem... 

background image

Albo wczoraj. Szliśmy nocą przez las. Czegoś podobnego jeszcze nigdy nie widziałem, 
a przecież nie pierwszy raz spędzam noc w lesie. Nie było księżyca i pewnie musiały być 
chmury, a może też dlatego, że las był wysoki i gęsty, ciemno było niesamowicie. Mrok był 
tak gęsty, że nie widziałem zupełnie zarysów poprzednika. Drzewa też nie odcinały się w głębi 
leśnej. Tonęły w czerni, rozpływały się zupełnie, tworzyły jedną ciemną masę. Ludzie co 
chwila włazili sobie na pięty i klęli dosadnie. Wytrzeszczałem oczy, żeby coś zobaczyć przed 
sobą. 
Ale na nic zdał się ten wysiłek. Raz po raz schodzisz człowieku z drogi, włazisz na drzewa 
i potykasz się o korzenie. Niespodziewanie wyrastają przed tobą krzaki zagradzające drogę, 
chwytają za ubranie, biją po twarzy, czepiają się nóg. Wyostrzona do ostatnich granic uwaga 
wszędzie wietrzy niebezpieczeństwo, i krok twój staje się niepewny. Jedynie zimno stali 
wpływa kojąco na rozdygotane nerwy. Spokojnie. Spokojnie. Trzeba więcej w lewo, by wrócić 
do kolumny. Robię krok w lewo i wpadam w głęboką koleinę drogi. Erkaem odskakuje mi od 
biodra i z całą siłą wali wciąż w to samo miejsce. Cholera! 
Wreszcie ktoś wpada na pomysł. Zawiązać białe chusteczki na lufach karabinów albo wprost 
na szyjach! Rzeczywiście pomogło. Teraz patrzysz już tylko w białą plamkę przed tobą i idziesz 
raźniej i pewniej. Wkrótce zresztą i las się przerzedził, gdyż zrobiło się widniej i można już 
było iść prawie swobodnie. Napięcie nerwów minęło całkowicie. Wracał spokój i pewność 
siebie. Umysł zaczynał znowu pracować zimno, rozważnie. Widać sylwetki drzew coraz 
wyraźniej. Robiło się jaśniej. 
To musi być straszne chodzić tak całe życie po omacku... 
 
24.8.1944. Dowiadujemy się, że mamy iść na pomoc walczącej Warszawie. Nareszcie coś 
konkretnego od tylu dni. Nie mogę tego znieść, że nasze dowództwo tak spokojnie rozważa 
sprawę udzielenia pomocy Warszawie. Mówią o tym od przeszło trzech tygodni, a Warszawa 
nadal walczy sama. Beznadziejnie... 
Czemu nie ogłoszono ogólnego powstania w Polsce?! Dlaczego siedzimy prawie bezczynnie, 
podczas gdy nasze siły zdałyby się w Warszawie? Chłopcy są spragnieni walki z Niemcami. 
Jeśli już zaczęło się powstanie, to trzeba je utrzymać wysiłkiem całego narodu! Nie można 
pozwolić, aby ofiary były daremne. Wczoraj w nocy siedzieliśmy jeszcze na miejscu. Okazało 
się, że wymarsz ma nastąpić 25.8. o godz. 4 rano. Ale wieczorem była chryja! Wiktor, żebyś ty 
widział! Ty jesteś w Warszawie i krwawisz razem z nią, a my doszliśmy zaledwie do Przysuchy 
i siedzimy tu w lesie jak borsuki w norze! Wczoraj odwiedził naszą koncentrację jakiś 
pułkownik w otoczeniu świty. Podobno z Londynu. Ustawili nas wszystkich w czworobok 
i oczekiwaliśmy na pułkownika. Czekaliśmy bardzo długo. Wreszcie przyszedł. Myślisz, że 
choć powiedział do nas kilka słów? Skądże! Padła komenda „baczność!”, a pułkownik wzniósł 
dwa okrzyki: „czołem chłopcy!”, a potem „niech żyje Polska!”... i było po wszystkim. Oni 
wcale nie myślą iść do Warszawy! 
Wiktor! Ja chyba zwariuję. Coś mi jest, coś się ze mną dzieje. Nienawidzę w tej chwili tych, co 
dali hasło do powstania w samej tylko Warszawie. Nienawidzę ich za to, że ty musisz tam 
walczyć, a my wałęsamy się bez celu. Kochany, gdy ty walczyłeś wczoraj, niektórzy nasi 
oficerowie „urżnięci w sztok” szaleli po lesie, nie dając nam spać. Śpiewali i krzyczeli. Dla 
żartów zrobili nam. alarm do wymarszu na Warszawę, który po godzinie, gdy bractwo było 
już gotowe do drogi, odwołali. To samo powtórzyło się jeszcze dwa razy. Byliśmy oburzeni 
i mieliśmy już dość tych awantur. Nasza kompania ostro zareagowała na idiotyczne wyczyny. 
Rozlegały się okrzyki: „nie chcemy kryć się po lasach!”, „Warszawa krwawi!”, „dajcie nam 
chleba!” Wszystkiemu położyła kres dopiero strzelanina. Najpierw „Czarny” rąbnął serię 
w stronę namiotów, pod którymi szaleli pijani. Później „Mokry” strzelał z erkaemu. Ledwo 

background image

zdołaliśmy zapobiec rozlewowi krwi i odciągnąć narwanych chłopców. Ale poskutkowało! 
Nieprzytomni wytrzeźwieli od razu, jak po kuble zimnej wody. 
Świt wstawał blady, szary i mglisty. Gęsta mgła osłaniała drzewa. Zaraz też wyruszyliśmy dalej 
na północ. Ja już nie mogę pisać o tym spokojnie. Tak oburzające są przejawy bezduszności 
i cynicznego wyrachowania. 

Pod datą 26.8.44 był opis jakiegoś boju pod J. 

Byłem w wałce. Przeżycie ogromne. Nie wierzcie nikomu, gdy będzie wam mówił, że on nie 
miał „pietra”. Ja go miałem. Na komendę: „biegiem marsz!” nie mogłem się ruszyć z miejsca. 
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Gdy wreszcie zacząłem biec, miałem w gardle tak sucho, że 
tchu nie mogłem złapać. Opanowałem się trochę dopiero, gdy usłyszałem gwizd pierwszych 
pocisków i nie padałem od nich. Zacząłem strzelać i wtedy przestałem się bać. Straciliśmy 
dwóch ludzi. Jeden zginął trafiony w czoło, a drugi, „Kajtek”, dostał pocisk prosto w Krzyż 
Walecznych, który nosił na sercu. Obaj podobno z Warszawy. 
Wyobraź sobie, Wiktor, jaka z tego Janka zielona małpa! Szliśmy do walki pod J. Już po 
zachodzie słońca zbliżyliśmy się do celu naszego marszu. Jeszcze tylko trzeba było sforsować 
nasyp kolejowy i jakąś szosę, która była w budowie lub przebudowie. Dźwigałem na plecach 
niemiecki erkaem. Dobra broń, tylko ciężka i niewygodna. Źle wymierzyłem skok i ten erkaem 
taki ciężki... Wpadłem prosto do rowu zamiast na szosę, po pas w gęste, gliniaste błoto. 
A Janek widział to i aż przysiadł z uciechy. Nawet erkaemu nie wziął ode mnie, tylko ryczał ze 
śmiechu jak opętany. Wściekły byłem na niego, bo sam nie mogłem wydobyć się z błota 
trzymając oburącz nad głową karabin maszynowy, żeby się nie zmoczył. Dopiero „Zew” podał 
mi rękę. Aż do J. wlokłem się na końcu, bo buty miałem tak oblepione gliną, że ledwie nogi 
mogłem dźwigać - ważyły pewnie ze dwadzieścia kilo. 
A w ogóle w tej walce nie miałem szczęścia. Zza drzewa prułem krótkimi seriami z erkaemu 
w okna szkoły czy dworu, nie wiem sam. Ale strzela! Taśma z nabojami wlecze się po ziemi, 
a on wali bez zacięcia. Podczołgał się ktoś do mnie i prosi: „daj postrzelać trochę”. Niech 
spróbuje, myślę sobie, i odstąpiłem mu miejsce przy erkaemie, zmieniwszy przedtem 
rozgrzaną lufę na zapasową. „Amator” zabrał się do strzelania, a ja przypomniałem sobie, że 
lufy nie schowałem do futerału. Chwyciłem ją to rękę i... na całej dłoni wyskoczył mi jeden 
ogromny bąbel. Aż skoczyłem z bólu taka była gorąca. Wracałem do obozu zmęczony i zły. A 
„Czarny” i „Zew” cieszyli się przy mnie ze zdobytego na Niemcach nowiutkiego karabinu 
maszynowego produkcji czeskiej. 

Wreszcie ostatnia data, 28.8.44, a przy niej jeden wyraz: Wracamy! I na następnej kartce: 

Nie idziemy już do Warszawy. Podobno jest to bezcelowe. Co kogo może obchodzić, że tam 
walczą beznadziejnie. Tam można przecież łatwo zginąć, po co się więc pchać, kiedy trzeba 
„cenne głowy” zachować na okres powojenny. Tylko gorycz pozostała, Wiktorze! 
Wczoraj walczyłem znowu. Mieliśmy rannych i zabitych. Ranny też został jakiś gospodarz ze 
wsi, który wyszedł przed dom zobaczyć, kto strzela. Trafiła go zabłąkana kula. Zabraliśmy go 
z sobą, a nasz lekarz przeprowadził operację i wyjął tę kulę. Lekarz twierdzi, że chłop będzie 
żył. 
Mimo odniesionych strat chłopcy wracali uradowani. Szli śpiewając: 

Choć biedy dwie, 
naszą wszak młodość jest... 

Albo też parafrazując słowa: 

Choć biedy trzy 
i choć gryzą nas wszy... 

background image

Dziś stolarz zrobił dla naszych trumny. Potrzebne były trzy, ale on zaczął robić czwartą. Na 
zapas widocznie. Jutro odbędzie się pogrzeb poległych na cmentarzu partyzanckim w lasach 
koneckich. 

Na tym urywały się wspomnienia. Nie znane mi są koleje losu partyzanta, który je pisał. 

Nie wiem, kim był autor pamiętnika. Tajemnicę jego dalszych przeżyć zabrała wojna i ukrył las, 
jednakowo obojętny na los wszystkich partyzantów bez względu na ich przynależność organizacyjną. 
Las przygarniał nas do siebie i szumiał dla wszystkich jednako. 

 

Ślubowanie

 

 

Znowu garnizony AL z Ostrowca, Starachowic, Wierzbnika i sąsiednich okolic skierowały do oddziałów 
partyzanckich sporą partię ochotników. 

Do zgrupowania AL pułkownika Moczara trafiła tym razem kilkudziesięcioosobowa grupa robotników 
oraz młodzieży, największa spośród wszystkich, jakie dołączyły do nas w pierwszych dniach września 
1944 roku. 

Otoczyliśmy ochotników ciasnym kołem, a po chwili cała polana zaroiła się od małych grupek, 
rozgadanych i ucieszonych mnóstwem przyjacielskich spotkań. Zewsząd padały okrzyki: „jak się 
masz!”, „jak się czujesz?”, „co słychać we wsi?”... Wybuchały raz po raz śmiechy. Hałaśliwe powitania 
ustąpiły wkrótce miejsca rzeczowej wymianie zdań i uwag na tematy najbliższe rozmówcom. 

Szczególne zainteresowanie „starych” partyzantów wzbudzały dziewczęta. Spoglądaliśmy na nie 
nieco zażenowani. Sprzeczne uczucia miotały nami. Po co im te trudy? Nie wszyscy mężczyźni mogą 
je znieść, a cóż dopiero dziewczęta! Raźniej z nimi wprawdzie, ale... lepiej, żeby zostały w domu. 

Wkrótce zaczęła się jednak zdwojona praca w partyzanckim zgrupowaniu. Trzeba było zapoznać 
nowicjuszów z podstawowymi warunkami życia w lesie, wymogami dyscypliny wojskowej, a przede 
wszystkim nauczyć ich posługiwania się bronią. Wielu z nich po raz pierwszy w życiu miało przecież 
pistolet lub karabin w rękach. „Starzy” partyzanci nie mogli oczywiście w jednym dniu przekazać 
swym kolegom wszystkich wiadomości i nabytych w lesie umiejętności. Na początku wystarczyło więc 
tylko wskazanie najbardziej istotnych wymogów „partyzanckiego elementarza”. Właściwe 
doświadczenie mieli zdobywać młodzi ochotnicy w walce i w codziennym trudzie. 

Każdy nowo przychodzący do oddziału podlegał „zarejestrowaniu”. Obowiązek rejestracji spoczywał 
na mnie. Takie polecenie otrzymałem od kapitana „Władka”, prawdopodobnie dlatego, że najłatwiej 
można było odnaleźć mnie wśród partyzanckiej braci. Nosiłem brodę. 

„Pójdziesz do tego czarnego z brodą - żartowano z nowicjuszy - on cię opisze, jak się patrzy. Od tej 
chwili będziesz prawdziwym partyzantem i wtedy już nie zginiesz”. 

Rejestracja odbywała się, z grubsza biorąc, następująco. Siadałem gdzieś na uboczu i wpisywałem do 
specjalnego wykazu dane personalne zgłaszających się kolejno ochotników. Trwało to dość długo, 
gdyż wykaz obejmował sporo rubryk, które trzeba było dokładnie wypełnić. Poza nazwiskiem 
i imieniem trzeba było podać datę urodzenia, imiona rodziców, ostatnie miejsce zamieszkania, 
zawód, wykształcenie, pochodzenie społeczne, pobudki, którymi kierował się ochotnik przechodząc 
do partyzantki, i inne jeszcze danej których już teraz nie pamiętam. Ochotnicy dziwili się, po co to 
wszystko jest potrzebne, a niektórzy z nich nie chcieli nawet odpowiadać. 

background image

Występowało to zwłaszcza przy pytaniach na temat pobudek i motywów, którymi kierowali się idąc 
do lasu. Nie wszyscy chcieli rozdrapywać na nowo świeżo zakrzepłe rany, dla wielu zaś była to sprawa 
zupełnie prozaiczna. 

Ta rubryka zawierała nieraz w skrócie całą gehennę ludzką, opowiedzianą często w jednym zdaniu. 

- Zostałem sam, wszystkich wymordowali Niemcy - odpowiadał taki nieśmiało, dodając czasem jakby 
na usprawiedliwienie tego, że on żyje: - Nie było mnie wtedy w domu. 

Inni odpowiadali jeszcze krócej: „Na wezwanie partii” albo: „Uciekłem przed Niemcami”. 

Jakże różne pobudki i drogi prowadziły do lasu, do partyzantki AL. Jedni przychodzili z konieczności, 
chroniąc się przed aresztowaniem, inni z rozpaczy po utracie najbliższych i chęci zemsty; jeszcze inni 
dlatego, że szli ich przyjaciele i koledzy, a sporo było takich, którzy kierowali się rzeczywiście 
świadomym poczuciem obowiązku wobec ojczyzny i partii. Ci stanowili element najbardziej dojrzały. 

Najwięcej jednak nieporozumień i komicznych nieraz sytuacji wywoływała rubryka „pseudonim”. 

- Co to jest? - pytano. 

- A po co mi pseudonim? - mówił inny. - Zawsze wołali mnie w całej wsi „Franek”, to niech tak 
zostanie i tutaj. Nazwiska mogę nie używać, i tak dużo tutejszych chłopaków zna je przecież. Jesteśmy 
z jednych stron. Znamy się od dawna... 

- Nie, nie chcę, po co te cuda? - oponowali niektórzy. 

Niekiedy dość długo i cierpliwie musiałem wyjaśniać rolę pseudonimu. Najbardziej przekonywał ich 
argument bezpieczeństwa pozostawionych rodzin. Wszystkie inne wydawały się im czczą 
formalnością. 

Wybór pseudonimu też nie zawsze był łatwy. Namyślali się, wahali i - najczęściej pytali rozglądając się 
bezradnie po lesie: 

- To można tak wszystko, i drzewa, i zwierzęta, i w ogóle? 

- Tak, można wszystko... 

- To może „Dąb”? 

- Kiedy już mamy „Dęba”. 

- A może „Klon”? 

- Też jest... 

- A „Lis”? 

Dla ułatwienia wyboru podpowiadałem nieraz kilka przykładowych nazw, gdyż w przeciwnym 
wypadku mielibyśmy w oddziałach tylko samych „Lisów”, „Dębów” i „Klonów”. Niektórzy partyzanci 
z pełnym rozmysłem sami dobierali sobie pseudonimy, które najbardziej odpowiadały pewnym 
szczególnym cechom lub walorom ich osobowości. Mieliśmy więc już w oddziałach AL „Ostrego”, był 
„Chytry”, „Bystry”, „Cichy”, „Biały”, „Czarny” lub „Francuz” (Fiutowski), był też „Radek”, „Kmicic” 
(Janczarski) i „Rozłucki” (Pora). Pomimo takiej mozaiki nietrudno było jednak spotkać partyzantów 
noszących te same pseudonimy. 

background image

Najmniej kłopotów było z tymi, którzy działali już konspiracyjnie w garnizonach AL. Przychodzili do 
nas obeznani z wymogami oddziałów leśnych i nie bez dumy ujawniali swoje pseudonimy. 

Przy spisywaniu danych personalnych zdarzały się także wahania zupełnie innego pokroju. Ochotnicy 
wręcz pytali: 

- A dlaczego spisujecie wszystko? 

- Napiszcie tylko pseudonim i koniec, bo co będzie, jak wam zginie ten wykaz i dostanie się w ręce 
Niemców? 

Było w tym dużo racji, ale musieliśmy przecież mieć jakiś porządek ewidencyjny w oddziałach leśnych. 
Partyzantka nie była ruchem żywiołowym. 

W mozolnym trudzie dnia partyzanckiego wszyscy przechodzili ciężką próbę hartu i silnej woli. 
Zdarzało się, że nie każdy wytrzymywał ją z powodzeniem. Nie były to wprawdzie wypadki częste, ale 
spotykaliśmy się z nimi od czasu do czasu. Ktoś nagle zrozumiał, że wziął na siebie za duży trud, za 
wielki ciężar i dalej nie poradzi go dźwigać. Impuls, który go popchnął do lasu, zanikł i następowało 
załamanie. Kryzys taki przechodziło wielu partyzantów. Jedni już po kilku dniach nie mogli sobie 
znaleźć miejsca, inni wytrzymywali swą depresję znacznie dłużej. Te chwile zależały od osobowości 
każdego z nas i od odporności fizycznej i psychicznej. Bardzo często perswazja współtowarzyszy i ich 
przykład osobisty pozwalały nowicjuszowi przełamać chwilowe załamanie i kryzys mijał 
bezpowrotnie. 

Nie zawsze jednak wewnętrzna rozterka kończyła się takim rezultatem. 

Gdy ktoś nie mógł się poddać rygorom życia leśnego, odchodził. Musiał to uczynić dla swojego dobra 
i dla dobra naszych oddziałów. Nie było to jednak odejście samowolne. Nie znam ani jednego takiego 
przypadku. Odchodził po zameldowaniu przełożonym chęci powrotu do domu i po uzyskaniu 
osobistej zgody pułkownika Moczara, który w pełni rozumiał takich ludzi. Moczar dostrzegał powody 
konfliktów narastających w świadomości człowieka oderwanego od środowiska, w którym się 
dotychczas wyłącznie obracał, troszczył się więc o każdego partyzanta, zagadywał o to, co go gnębi 
i trapi, a w razie potrzeby chętnie przychodził z pomocą. Czasem przecież wystarczało tylko dobre 
słowo i sam fakt zainteresowania się czyimiś kłopotami lub zmartwieniami. 

Niedostrzeganie w porę nabrzmiewających konfliktów mogłoby być przyczyną dramatów osobistych. 
Zdarzało się niekiedy, że ludzie doszczętnie załamani i rozgoryczeni porywali się na własne życie lub 
po prostu tracili zmysły. 

Źródła konfliktów były różne. Nie musiał to być w każdym przypadku lęk przed śmiercią. Czasami 
przyczyną wywołującą kryzysy psychiczne był lęk o losy najbliższych, był niepokój o to, co robią, jak 
żyją i co się z nimi dzieje. Niepokój, na który była tylko jedna rada: pójść, zobaczyć na własne oczy 
i potem wrócić. 

Twarde życie leśne wymagało twardych charakterów. Ludzie potrzebowali jednak troskliwości i opieki 
prawie ojcowskiej. Nieraz przychodził do lasu element zupełnie surowy i bardzo podatny na 
oddziaływanie różnych bodźców. Towarzysz Moczar interesował się więc wszystkim, nawet pozornie 
drobiazgami. Pytał o samopoczucie, zwracał uwagę na wyposażenie żołnierzy nie tylko w broń, ale 
również w mundury i buty, dbał o to, aby byli syci i wypoczęci. Likwidował od ręki wszelkie 
nieporozumienia między ludźmi i nie pozwalał, aby doprowadzały do rozdrażnień i do napiętej 
atmosfery. Bez przerwy prawie w marszach i na postojach przebywał z żołnierzami, rozmawiał z nimi i 
uczył ich. Spał pod jednym namiotem i z tego samego jadł kotła. Lubiany był przez partyzantów za to, 

background image

że okazywał się współtowarzyszem znoszącym te same trudy co inni, wrażliwym na krzywdę. 
Uważany był za „swojego chłopa”. Dla swoich żołnierzy zawsze znajdował czas. 

Tak było i tym razem. 

Pułkownik Moczar zawiadomiony o tym, że przyprowadzono większą partię ochotników, poszedł, aby 
ich powitać. Przybysze zażenowani trochę, jak to zwykle na początku bywa, przyglądali mu się 
ciekawie. Niejeden z nich myślał pewnie: „To tak wygląda nasz dowódca, o którym tyle słychać 
wokoło?” 

- Dobrze, że przyszliście do nas - zaczął z uśmiechem towarzysz Moczar. - Dziś w nocy odebraliśmy 
duży zrzut broni i nie wiedzieliśmy, co z nią zrobić - zażartował. - A tak pójdzie w dobre ręce. 
Czekaliśmy na was... 

Mówił krótko, ale bardzo serdecznie, starając się od czasu do czasu powiedzieć coś dowcipnego, aby 
rozładować napięcie wśród nowo przybyłych. 

- Widzę, że niektórzy tak się spieszyli do lasu, że nawet zapomnieli włożyć buty. Ale to nic, 
dostaniecie je u nas. Otrzymaliśmy dziś w nocy kilkanaście par. Dla wszystkich może nie starczy, bo 
i niektórzy nasi zdarli już swoje buty w lesie... 

W tym momencie spojrzałem na moje kamasze, a właściwie żałosne ich resztki, i pomyślałem, że też 
by mi się nowe buty przydały. Nogi miałem prawie zawsze mokre, więc katar dokuczał mi stale. 

Pułkownik widocznie zauważył to, gdyż rzekł do kapitana „Władka”: 

- Jedną parę z tych, co dostałeś, daj „Misiowi”. 

Buty były na gumowej podeszwie, bardzo wygodne, nie licząc jednego mankamentu. Miały miękkie 
noski bez usztywniaczy i zanim się do tego przyzwyczaiłem, niejeden raz syczałem z bólu, gdy 
zawadziłem o korzeń lub inną nierówność gruntu. Zupełnie jakbyś bosą nogą kamienie kopał! 

- Zajmijcie się nimi troskliwie - zwrócił się towarzysz Moczar do otaczających go oficerów. - Rozdajcie 
im broń, niech sobie ją sami oczyszczą z wazeliny. Urządzimy dziś uroczystość. Odbierzemy od 
wszystkich ślubowanie. Trzeba, żeby się wszyscy do tego godnie przygotowali. 

W tym dniu jednak nie odbyła się zapowiedziana uroczystość. Tyle było roboty z doprowadzeniem 
zrzutowej broni do porządku, że o odebraniu ślubowania nie mogło być nawet mowy. Do późnych 
godzin czyściliśmy automaty i karabiny maszynowe, pokryte grubą warstwą smaru konserwującego. 
Broń trzeba było rozebrać, wytrzeć starannie każdą część, zwłaszcza lufę i mechanizm zamka, 
a potem złożyć. Nowi partyzanci powtarzali te czynności po kilka razy, dopóki nie poznali dokładnie 
budowy broni i jej działania. Trwało to dosyć długo, tym bardziej że po ostatnim zrzucie wypadało na 
każdego z nas po kilka automatów, erkaemów, a także dostaliśmy sporo rusznic przeciwpancernych. 

Wreszcie po kilku dniach, kiedy zakończone zostały wszystkie przygotowania, odbyła się uroczystość 
ślubowania poprzedzona odczytaniem okolicznościowego rozkazu. 

Staliśmy na skraju polany, ustawieni kompaniami w czworobok. Każdy wypucował się jak mógł na tę 
uroczystość i doprowadził broń do połysku. Żołnierze wyglądali imponująco w pełnym uzbrojeniu. 
Większość miała nowe pistolety maszynowe typu PPS, i PPSz, granaty za pasem i masę amunicji. 
Oprócz tego co trzecia prawie para uzbrojona była w ręczny karabin maszynowy, a przed nami stały 
na trawie rusznice przeciwpancerne. Siła ognia naszych oddziałów była bardzo duża. 

background image

Niecierpliwie czekaliśmy na koniec rozkazu. Czytanie przeciągało się. Wreszcie szef sztabu dobrnął do 
końca. Blade słońce wrześniowe oświetlało polankę odbijając się słabo w oksydowanych częściach 
broni. 

Po krótkim przemówieniu, nawiązującym do tradycji powstańczych walk z 1863 roku, pułkownik 
Moczar dał rozkaz do odebrania przysięgi. Czytał ją powoli donośnym głosem jeden z oficerów: 

- Ja, syn ludu polskiego, antyfaszysta, przysięgam. 

A my powtarzaliśmy za nim chórem: 

- Ja, syn ludu polskiego, antyfaszysta, przysięgam... i dalej: - że mężnie i do ostatnich sił 
walczyć będę o niepodległość Ojczyzny i wolność ludu. Przysięgam, że oddaję się pod 
komendę Armii Ludowej, z bezwzględnym posłuszeństwem wykonywać będę rozkazy oraz 
powierzone mi zadania bojowe i nie cofnę się przed żadnym niebezpieczeństwem... 

Słowa płynęły coraz równiej i potężniej, aż echo szło wśród drzew. Niejeden zapewne powtarzał je 
sięgając myślą w tej uroczystej chwili do własnych przeżyć, a może nawet rozmyślał o przeszłości 
i powstańczych szlakach Langiewicza i Czachowskiego, którzy walczyli niegdyś na Kielecczyźnie. Ileż to 
razy nasze drogi mogły się krzyżować, ile razy przychodziło nam w tych samych miejscach rozpalać 
ogniska i toczyć boje! 

- Przysięgam, że nie zdradzę nigdy... - dochodziły jakby z oddali słowa czytającego. 
- Przysięgam, że dochowam tajemnicy wojskowej i nie zdradzę jej nigdy - powtarzaliśmy 
równo, prawie skandując - nawet wobec najokrutniejszych tortur i że bezlitośnie 
demaskować będę i ścigać tych, którzy dopuścili się zdrady. W walce o wyzwolenie Ojczyzny 
i wolność ludu nie spocznę aż do pełnego naszego zwycięstwa. 
... nie spocznę aż do pełnego naszego zwycięstwa - powtórzyło dalekie echo odbite w lesie. 

Koniec ślubowania, ale nie koniec uroczystości. 

Pułkownik Moczar podaje następną komendę: 

- Do Roty! 

Uderzyły zgodnym chórem słowa patriotycznej pieśni. Rozbiegły się wśród drzew i poszły hen, daleko, 
daleko... 

Do końca tego dnia panował nastrój podniosły i uroczysty. Rozpaliliśmy ognisko, przy którym 
rozbrzmiewały pieśni partyzanckie i żołnierskie, polskie i radzieckie. Nie zabrakło również 
„Międzynarodówki”, a także starej, powstańczej pieśni „Gdy naród do boju”. Jako „zapiewajło” 
występował z dużą wprawą „Rządca”, który zginął później podczas przechodzenia naszych oddziałów 
przez front pod Chotczą pod koniec października 1944 roku. 

 

Dzień w lesie

 

 

Przed przybyciem na nowe miejsce postoju wyprzedzał nas zawsze oddział rozpoznawczy, złożony 
z doświadczonych partyzantów, którzy wybierali najlepszy teren pod obóz. Często w wyszukiwaniu 
odpowiedniego miejsca w lesie pomagali nam gajowi. 

background image

Obozowisko rozbijano z reguły na uboczu lasu w miarę możliwości w pobliżu dróg i w tej jego części, 
która była najmniej uczęszczana przez okolicznych mieszkańców. Zależało nam także na tym, by obóz 
zajmował centralne miejsce w wybranej okolicy, gdyż dzięki temu mogliśmy łatwiej organizować 
wypady w teren. Najchętniej korzystaliśmy z miejsc położonych na wyżynach i nie w gęstwinie, 
a raczej pośród grubych drzew, rzadko rosnących. Z zagajników korzystaliśmy tylko doraźnie, podczas 
krótkich postojów. Zawsze w pobliżu obozu musiała być woda. 

Po wyborze miejsca postoju dowództwo ustalało kolejność przemarszu poszczególnych oddziałów 
i orientacyjnie wyznaczało dla nich odcinki terenu do zajęcia. Rozmieszczaliśmy się kompaniami. 
Czasem zdarzało się, że oddział rozpoznawczy wybrał miejsce nieodpowiednie. W takich wypadkach 
zatrzymywaliśmy się tylko na jeden dzień i po krótkim odpoczynku ruszaliśmy dalej. Najczęściej 
zmiany miejsca postoju odbywały się nocą. Po przyjściu więc na nowy teren ludzie zazwyczaj od razu 
kładli się spać, z wyjątkiem żołnierzy wyznaczonych uprzednio do składu warty i służby. 

Pierwszy ranek na nowym obozie budził nas zawsze do wytężonej pracy. Musieliśmy rozbić namioty, 
przygotować „trwałe” posłania, wykonać własnymi siłami podręczny sprzęt kwatermistrzowski. 
Należało także uporządkować trochę teren obozu, zniwelować większe nierówności gruntu zwłaszcza 
na środkowej polanie, gdzie krzyżowały się przejścia komunikacyjne między poszczególnymi 
oddziałami. 

Namioty mieliśmy wojskowe, duże i wygodne. Było ich jednak stanowczo za mało i nie wszystkich 
mogły pomieścić. Dlatego też wielu z nas spało po prostu pod gołym niebem lub pod małymi, zwykle 
dwuosobowymi namiotami z płótna „paraszutów”

3

. Niektórzy partyzanci nie przywiązywali dużej 

wagi do przygotowania sobie odpowiedniego miejsca noclegowego. Rozbijali namioty niedbale 
i później przeklinali swoją dolę, gdy w środku nocy lunął nieoczekiwanie deszcz. 

W okresach pogody najwięcej było amatorów świeżego powietrza. Takie noclegi miały nawet swoisty 
urok, typowy dla życia partyzanckiego. 

Namioty sztabu najczęściej znajdowały się w samym środku obozu, w bezpośrednim sąsiedztwie 
kompanii sztabowej. 

Pierwszy dzień pobytu na nowym miejscu, a zwłaszcza sam ranek, był trochę rozbity i odbiegał od 
„normalnego” porządku zajęć. Ludzie musieli się rozlokować, a na to potrzeba było czasu. Tylko 
drużyna gospodarcza najpierw przygotowywała śniadanie dla wszystkich, a dopiero później mogła 
myśleć o swoich „wygodach”. 

Ze snu budziły nas promienie wschodzącego słońca lub ruch w obozie. Czasami także łącznicy, którzy 
nieraz mieli sporo kłopotów ze śpiochami. Byli wśród nas tacy i żadna siła nie mogła im zmącić snu 
z wyjątkiem chyba strzałów. 

Z ubieraniem się nie było większego kłopotu. Spaliśmy przeważnie w ubraniach, co najwyżej 
zdejmując buty i bluzy. „Starzy” partyzanci przestrzegali nieraz nowicjuszów rozbierających się na noc 
do spania. „Buty miejcie ciągle pod ręką jak broń. Najlepiej nie zdejmować ich w ogóle i nie 
rozsznurowywać”. 

I byli oczywiście tacy, co kpiny te brali poważnie. 

Kto chciał, szedł myć się w rzece. Niektórzy golili się, inni tylko przeczesywali brody. 

                                                           

3

 Spadochron. 

background image

Na śniadanie była najczęściej jakaś zupa i chleb, a czasem też kawa. Chleb „fasowaliśmy” na cały 
dzień z góry, jeśli oczywiście było co „fasować”... W porze śniadaniowej przerywaliśmy wszystkie bez 
wyjątku prace. Budzili się nawet śpiochy, mamrocząc przez sen pod nosem do współtowarzyszy: 
„Weź i dla mnie. Zjem później”. 

Po śniadaniu każdy wracał do swoich zajęć. 

Skończyłem właśnie rozbijać swój „namiocik” zrobiony z czaszy spadochronu i prawie już 
przygotowałem wygodne posłanie, gdy ktoś krzyknął: 

- Zabierajcie do jasnej cholery tę drukarnię! Co mi tu będzie zawadzać! 

Nie było rady, musiałem zabrać swój „warsztat pracy” i przestawić go na inne miejsce. Z tą drukarnią 
zawsze miałem kłopot. Najczęściej było tak, że wszyscy kończyli rozbijanie i maskowanie namiotów, 
a ja błądziłem po obozie w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, w którym można było ulokować 
drukarnię. 

Na maskowanie zwracaliśmy dużą uwagę. Niektórzy tak umiejętnie wykonywali tę czynność, że 
z odległości kilku metrów trudno było dojrzeć, co kryje się pod  sztucznie zasadzonym krzakiem lub 
stertą gałęzi. Dzięki takiemu maskowaniu nie obawialiśmy się bystrego wzroku niemieckich lotników, 
którzy krążyli nieraz nad obozem. Mogły nas tylko zdradzić dymy i ogniska, ale i pod tym względem 
byliśmy bardzo ostrożni. 

Ruch w obozie trwał przez prawie cały dzień. Jedne oddziały odchodziły na akcje, inne wracały. 
Przybywali i odjeżdżali łącznicy. Przychodzili ludzie z okolicznych wsi i kolporterzy ulotek. Raz ktoś 
czegoś chciał, innym razem czegoś szukał, niekiedy ktoś się o coś kłócił... 

Już od samego rana zajęcia goniły zajęcia. Oczywiście nie wszyscy robili wszystko. Obowiązywał 
podział czynności. Obok stałych zajęć wykonywaliśmy również doraźne. Niektóre zajęcia dzienne 
obowiązywały jednak wszystkich - na przykład apel, który na ogół miał podobny przebieg jak 
w regularnym wojsku. Wysłuchiwaliśmy go ustawieni w czworobok. Apel obejmował odczytanie 
rozkazu dziennego, informującego o najważniejszych wydarzeniach na froncie i o przeprowadzonych 
akcjach partyzanckich, a także omówienie różnych bieżących spraw. 

Po apelu odbywały się zazwyczaj pogadanki polityczne. Prowadzili je w grupach, a czasem ze 
wszystkimi obecnymi w tym czasie partyzantami, kapitan „Władek”, „Długi Janek”, pułkownik Moczar 
bądź inni oficerowie. Każdą pogadankę poprzedzały informacje z frontu walki z Niemcami. Informacji 
takich wysłuchiwaliśmy czasem bezpośrednio przez radio z komunikatów nadawanych przez 
rozgłośnię lubelską, a niejednokrotnie z audycji w języku polskim transmitowanych przez inne 
rozgłośnie radiowe. 

Następnie omawiane były różne tematy, najczęściej dotyczące sytuacji w kraju, a zwłaszcza zmian, 
które miały nastąpić w Polsce po wojnie. Interesowała nas parcelacja majątków bez odszkodowania, 
nacjonalizacja przemysłu i mnóstwo innych problemów. Bardzo często tematy pogadanek 
proponowali sami słuchacze. Spotkania były żywe i miały charakter otwartych dyskusji. Szczególnie 
interesowało nas życie w Związku Radzieckim. Zasypywaliśmy kapitana „Władka” pytaniami, na które 
ledwo nadążał odpowiadać. Przez kilka lat przebywał on na terenie Związku Radzieckiego i mógł wiele 
na ten temat powiedzieć. A jak pięknie gawędził! Słuchało się go z zapartym tchem. Miał ogromny 
dar opowiadania w sposób niezwykle interesujący, barwny, a co najważniejsze, obrazowy. Widziało 
się to wszystko, o czym mówił, jak na dłoni. Z tych opowiadań wyłaniała się przed nami powoli wizja 
nowej Polski, nowych stosunków politycznych, ekonomicznych i międzyludzkich... 

background image

Po pogadankach przechodziliśmy do zajęć ściśle wojskowych. Najczęściej rozpoczynały się one od 
czyszczenia i konserwacji broni. Później była musztra oraz szkolenie taktyczne, które nas najbardziej 
interesowało. Przerabialiśmy w bardzo uproszczonym zarysie różne warianty działań bojowych, 
najczęściej spotykanych na partyzanckim szlaku. Uczyliśmy się organizować zasadzki, prowadzić bój 
spotkaniowy, walczyć w okrążeniu i w nocy. Zajęcia te stanowiły również świetną okazję do wymiany 
doświadczeń. Wyjaśniano nam także podstawowe zasady współdziałania ogniowego w walce i ciągle 
przypominano o potrzebie umiejętnego posługiwania się bronią. 

Na przykład w jednym ze zrzutów otrzymaliśmy nowy typ granatów. Normalnie powinno się je nosić 
zatknięte za pasem. Kiedyś jednak rozerwał się taki granat pod jednym z partyzantów podczas 
czołgania się. Należało się przed takimi niespodziankami zabezpieczyć na przyszłość. Poradzono nam 
wówczas przywiązywać łyżkę sznurkiem, aby nie wysuwała się zza pasa. Najchętniej jednak nosiliśmy 
granaty w kieszeniach spodni, w chlebakach i w plecakach. Ale i to nie zawsze było stuprocentowo 
bezpieczne. Pewnego razu po akcji, gdy miałem już za sobą bieganie, skoki i czołganie się, sięgnąłem 
ręką do kieszeni po chleb. Zamiast chleba namacałem palcami granat, z którego samoczynnie 
wykręcił się zapalnik z łyżką. Wyjąłem więc czym prędzej niebezpieczną zawartość kieszeni i... 
struchlałem na moment. W zapalniku dojrzałem z niemałym zdziwieniem wyciągniętą do połowy 
zawleczkę. Widocznie zaczepiła o coś i niewiele brakowało do „samobójstwa w kawałkach”. 

Szkolenie wojskowe kończyło się zwykle na godzinę przed obiadem. Każdy więc wracał do swoich 
stałych czynności. Ja najczęściej zajmowałem się wtedy drukarnią, pisaniem raportów lub meldunków 
z odbytych akcji, rozkazów, ulotek i odezw. Dużo czasu zabierało mi szyfrowanie depesz do Polskiego 
Sztabu Partyzanckiego. Radziści musieli mieć meldunek gotowy na ściśle wyznaczoną godzinę. 
Dlatego zawsze musiałem się spieszyć, aby zdążyć na czas. Trwało to jednak długo, gdyż szyfr był 
bardzo skomplikowany. Nauczyłem się za to bardzo zwięźle redagować meldunki, zgodnie zresztą 
z przyjętą w wojskowej łączności zasadą. 

Ileż potem było satysfakcji, gdy płynęły na falach radiowych umowne sygnały mówiące o naszych 
działaniach, kłopotach, potrzebach... 

adin, tri, nul, adin, nul, dwa - dyktował „Saszka”, a po drugiej stronie Wisły inny Saszka lub Kola 
zapisywał to wszystko, a następnie przekazywał komu trzeba do rozszyfrowania. 

Odpowiedź przychodziła szybko albo w postaci zrzutu broni, ubrań, butów, lekarstw, albo też 
w postaci bomb na wykryte przez nas obiekty wojskowe na tyłach wroga. 

Z obiadami było tak, jak ze śniadaniami. Albo było coś dobrego, albo nic. W zależności od warunków, 
w których wówczas znajdowaliśmy się. Często było mięso, czasem zupa i chleb albo tylko chleb. Za 
żywność zakupioną we wsiach płaciliśmy według umowy. We dworach rekwirowaliśmy artykuły 
żywnościowe bez zapłaty. Czasem jednak, gdy partyzantowi żal się zrobiło zabijać jakąś ładniejszą 
krowę dworską, to wymieniał ją u chłopa na inną starą krowinę, co to już i mleka mało dawała. 

W porze popołudniowej ściągały do obozu nasze oddziały wysłane w teren do wykonania zadań. 
Podział zadań odbywał się codziennie dla poszczególnych batalionów, kompanii lub nawet plutonów 
czy drużyn. Pułkownik Moczar wydawał osobiście rozkazy dowódcom wyruszającym w teren „na 
robotę”. Akcje w terenie prowadziliśmy codziennie, ale nie wszystkimi siłami równocześnie. Cały 
skład zgrupowania walczył tylko wtedy, gdy Niemcy urządzali obławę na nasze stanowiska. 
Poszczególne kompanie rozchodziły się w teren, aby minować mosty i tory, wysadzać i ostrzeliwać 
pociągi, zdobywać wiadomości, żywność itd. Obóz nasz był dla nich bazą wypadową, do której wracali 
po wykonaniu zadania. Trwało to nieraz kilka dni. Zawsze żegnaliśmy wychodzących z niepokojem 
i oczekiwaliśmy ich powrotu z nadzieją, że wszystko będzie w porządku. Jeśli po wykonaniu zadania 

background image

wracali bez strat własnych, radość była powszechna w obozie. Na powitanie powracających wylęgali 
licznie partyzanci, wypytując o szczegóły akcji. Krzyżowały się uwagi i okrzyki. Wtedy i kucharze 
zawsze coś lepszego znaleźli dla „zasłużonych”. Nie zawsze jednak wracali wszyscy. Smutne to były 
wówczas powroty... 

Rannymi zajmowała się dr Anka i sanitariuszki, reszta udawała się na zasłużony odpoczynek. Jutro 
pójdą inni, a oni będą spędzać dzień według utartego trybu, wałęsając się nieraz bez celu po obozie. 
Chyba że Niemcy zgotują jakąś niespodziankę... Wtedy nastąpi przymusowa zmiana dotychczasowego 
miejsca postoju. 

Wypady w teren odbywały się nie tylko w dzień. Częste były również nocne akcje. 

Sztab pułkownika Moczara utrzymywał łączność z brygadami za pomocą radia i łączników. Tą drogą 
wysyłane były dowódcom brygad lub batalionów rozkazy i odbierane meldunki. 

Pracowity był dzień partyzancki, choć nie zawsze efektowny, i każda prawie noc była witana z ulgą. 
Wieczorem ponownie stawaliśmy wszyscy do apelu, podczas którego słuchaliśmy wiadomości 
radiowych. Dzień partyzancki w lesie miał się ku końcowi. 

Wkrótce cisza nocna ogarniała obóz. 

* * 

Czasem przychodzili do nas w odwiedziny okoliczni mieszkańcy, członkowie partii lub członkowie 
garnizonów AL. Nie przychodzili nigdy z pustymi rękami. Przynosili wiadomości o ruchach wojsk 
niemieckich, o ich rozlokowaniu w okolicy. Przynosili zawsze ze sobą papierosy lub tytoń, bimber 
i zagrychę... 

Wysłuchiwali z nami komunikatów radiowych, zabierali przygotowane przez nas ulotki lub odezwy i 
wsiąkali w ciemność lasu. Niekiedy zjawiali się także z samego rana i przebywali z nami cały dzień, 
biorąc udział w odprawach, pogadankach i ćwiczeniach z bronią. 

Mieliśmy już wówczas, mimo naturalnych trudności, częsty, żywy i serdeczny kontakt ze wsią 
i poważny wpływ na podnoszenie się świadomości naszych rodaków. Ludzie, którzy przychodzili do 
nas, czuli się jak u siebie w domu, a spotykając się w lesie ze swoimi bliskimi i znajomymi, uważali nas 
za swoją armię i swoich obrońców. My byliśmy wyrazicielami ich ukrytych pragnień i tęsknot. W nas 
pokładali swoje nadzieje na lepszą przyszłość. 

 

Leśna drukarnia 

 

O drukarni wspominałem już wcześniej, ale chciałbym jeszcze raz do niej powrócić. Własna drukarnia 
w zgrupowaniu partyzanckim od dawna była nam potrzebna. Wypadki na froncie i na tyłach zmuszały 
nas do coraz intensywniejszego rozwijania akcji propagandowo-politycznych wśród okolicznej 
ludności. Jedna maszyna do pisania, której pilnowaliśmy jak oka w głowie, i jeden powielacz to było 
stanowczo za mało zważywszy nasze potrzeby. Nie wypadało nic innego zrobić, jak „złożyć 
zamówienie” drogą radiową w Lublinie. Wkrótce prośba poszła w eter, a my czekaliśmy 
z niecierpliwością... 

background image

Po pewnym czasie przyszła odpowiedź: „przesyłamy drukarnię, potwierdzić odbiór po najbliższym 
zrzucie”. 

Lublin dotrzymał obietnicy. Cóż to była za radość! 

- Masz, „Misiu”, i drukuj - powiedział do mnie pułkownik Moczar. - Jest na twojej głowie. 

Łatwo powiedzieć, ale jak się do tego zabrać? O pracy drukarskiej wiedziałem tylko tyle, co 
wyczytałem kiedyś z książek. Nikt z nas nie miał okazji zetknąć się z nią praktycznie. Kłopot był tym 
większy, że drukarnię otrzymaliśmy rozmontowaną na drobne części. Trzeba ją było najpierw złożyć, 
a ja niestety nie miałem zielonego pojęcia o mechanice precyzyjnej. 

Najpierw próbowaliśmy wspólnie z „Długim Jankiem” zmontować coś z tych części przy pomocy 
załączonej instrukcji. „Długi Janek” znał się na mechanice lepiej ode mnie. Początkowo jakoś szło, ale 
wkrótce utknęliśmy na skomplikowanych detalach. Albo walec nie chciał przyciskać papieru, albo 
automat nie podawał papieru na formę, albo jeszcze coś innego. Instrukcja nie była widocznie dla nas 
zbyt jasna. Wtedy ściągnięto z miasteczka fachowca, ślusarza mechanika. Siedziałem przy nim bez 
przerwy i podglądałem ciekawie jego pracę. Majstrował cały dzień. Wreszcie był koniec roboty. 
Drukarnia działała znakomicie. Powoli przystąpiłem do robienia pierwszych prób. Najpierw ułożyłem 
z czcionek kilka zdań z instrukcji o posługiwaniu się drukarnią, no i oczywiście swój pseudonim. Nic 
innego nie chciało mi przyjść do głowy. Zakręciłem korbą. Odbijała, aż miło... 

I tak się zaczęła moja nowa funkcja. Przy powierzonej mi drukarni byłem po trosze wszystkim. 
I zecerem, i siłą pomocniczą, korektorem i pakowaczem, byłem też redaktorem tekstów. Moją pracą 
opiekował się „Długi Janek”, a kapitan „Jurand” (Władysław Sobczyński) był cenzorem. 

Zaczęliśmy od razu wykorzystywać drukarnię „na całego”. Po kilku udanych próbach zabrałem się do 
pisania pierwszego apelu-odezwy. Kończyłem właśnie swój elaborat, gdy akurat przechodził 
towarzysz Moczar. 

- No, jak ci idzie pisanie, pokaż... 

Podałem Moczarowi brudnopis odezwy. Przeczyta! uważnie i powiedział: 

- Wiesz co, to jest zbyt zawiłe i tak jakoś z górnego tonu. Do kogo ty piszesz? Do prostych ludzi? 
Wyobraź sobie chłopa ze wsi lub robotnika z fabryki i pisz dla nich, żeby cię zrozumieli. Pisz prosto, 
zrozumiale i serdecznie. Spróbuj napisać jeszcze raz o tym samym, tylko inaczej. 

Oddał mi moje „wypociny”. Krytyka była słuszna, ale poczułem się zdruzgotany. Zacząłem pisać od 
nowa. Tekst ostatecznie został przyjęty przez kapitana „Władka” i „Długiego Janka” i poszedł do 
druku. Była to pierwsza odezwa wykonana do końca naszymi siłami. Nie posiadałem się z radości, gdy 
zobaczyłem egzemplarze papieru zadrukowane świeżą farbą. Czytałem odezwę od nowa po kilka razy 
i wydawało mi się, że pierwszy raz ją widzę. 

Odtąd żyłem tylko drukarnią. Nie miałem czasu na jedzenie. Nie miałem czasu na nic. Zapomniałem 
zupełnie o świecie, w którym żyłem. Odbijałem egzemplarz za egzemplarzem. Przychodzili łącznicy 
i kolporterzy. Przygotowywałem paczki do roznoszenia po wsiach i miasteczkach. Ale pomimo nawału 
pracy ciągle wracałem myślą do tego dnia, kiedy po raz pierwszy wydrukowałem odezwę. Niżej 
przytaczam jej początkowy i końcowy fragment w oparciu o mój rękopis z tamtych czasów. Dziś czyta 
się to zupełnie inaczej niż dawniej, gdy tkwiliśmy w głębi kieleckich lasów. To już przecież tyle lat 
minęło... 

Wojsko Polskie 

background image

III Obwód AL 

Rodacy! 

Do was zwracamy się z gorącym apelem. Chodzi o Polskę wolną i wielką, chodzi o cały naród. 
Dlaczego ciągle jeszcze w Polsce mówi się my i wy? Dlaczego wciąż jeszcze trwa to 
rozgraniczenie? My i wy to jedno - Polacy, synowie jednej, umęczonej przez hitleryzm 
Matki!... 
... Idźmy razem dla dobra całego narodu. Stanowimy wielką silę skonsolidowani w jeden blok. 
Nasze miejsce jest przy boku Armii Czerwonej, bo z nią idzie Wojsko Polskie i Komitet 
Wyzwolenia Narodowego gwarantujący nam ustrój demokratyczny. Jedyny ustrój dający 
możność swobodnego rozwoju życia jednostek, życia społeczeństwa. Ustrój zapowiadający 
szerokie możliwości rozwoju szkolnictwa, zapewniający podniesienie rolnictwa, przemysłu 
i handlu, zamykający drogę wyzyskowi i spekulacji... 
... Takiej Polski nam trzeba! Polski, w której każdy znajdzie miejsce do pracy. Stańcie wszyscy 
przy naszym boku, popierajcie nasze żądania, po naszej stronie jest słuszność 
i sprawiedliwość. Niech Wolna Demokratyczna Polska będzie wspólnym dziełem! Nie wierzcie 
rządowi z Londynu! 
Zaufajcie Komitetowi Wyzwolenia Narodowego, który na ziemiach oswobodzonych realizuje 
już nasz program. 
Przyjmijcie naszą dłoń wyciągniętą do współpracy dla dobra ludu polskiego i dążcie w szeregi 
AL. 
Precz z faszyzmem! 
Niech żyje demokracja! 

Dowództwo III Obwodu AL 

Potem poszły do druku inne odezwy. Czy były lepsze od tej czy gorsze, nie wiem. Były różne. Nie 
wiem nawet, czy u kogoś zachowały się egzemplarze jakiejś ulotki z tamtych lat. W mojej pracy 
wprowadzałem wciąż nowe techniczne ulepszenia. Byłem, jak to się dziś mówi, racjonalizatorem. 
Często brakowało mi odpowiedniego papieru. Drukowałem więc na byle jakim, cienkim, grubym, 
szarym, kolorowym, bez wyboru. 

Ulotki natomiast drukowałem oszczędnościowo, na małych formatach, ale za to dwustronnie. 

Pisałem również dosyć często wiersze nawołujące do czynnej walki z okupantem hitlerowskim. 

Wkrótce przybyli mi konkurenci do pisania tekstów. Odezwa potępiająca mordy skrytobójcze NSZ, 
dokonane na żołnierzach AL pod Borowem, powstała w wyniku mego „współzawodnictwa” 
z porucznikiem Bolesławem Łazarskim - ”Chmurą”. W drodze „konkursu” zakwalifikowany został do 
druku jego tekst. 

Wciąż miałem pełne ręce roboty, gdyż oprócz pisania i pracy przy drukarni szyfrowałem również 
depesze i meldunki radiowe. Była to praca bardzo żmudna, wymagająca stałej uwagi i dobrej pamięci. 
Polubiłem zresztą tak bardzo swoje zajęcie pisarsko-drukarskie, że zaraz po wojnie miałem nawet 
jakiś czas legitymację dziennikarską tygodnika „Świt”. 

Niestety, po bitwie pod Szałasami, w czasie której dowodziłem drużyną, nie wróciłem już więcej do 
pracy przy drukarni. 

Żal mi było bardzo tego zajęcia. Przywiązałem się do drukarni, chociaż miałem z nią tyle kłopotów, bo 
ciężka była jak diabli! A wcale nie wyglądała na taką. Była to właściwie mała płaska drukarenka, 
w działaniu podobna raczej do powielacza. Z tą tylko różnicą, że tekst do odbijania nie był pisany na 

background image

kalce, a musiał być składany z metalowych czcionek w przeznaczonej do tego specjalnej formie, która 
miała rozmiary 30 X 50 cm. 

W dniu naszego odwrotu spod wsi Szałasy wyszła ostatnia odezwa. Drukarnię musieliśmy zostawić. 
Została zakopana w lesie. Była za ciężka, aby ją nieść ze sobą. Tam zostawiliśmy również nasze tabory 
i wiele innego ciężkiego sprzętu. 

Od tego czasu została mi już tylko wojaczka. Byłem zwiadowcą, a ołówek wziąłem do ręki dopiero po 
wojnie. 

 

Pozycja 

 

Pułkownik Moczar reasumował wyniki narady sztabowców: 

- Bitwę stoczymy tutaj. Żołnierzy mamy w całej okolicy dużo, trzeba ich tylko pościągać do nas 
i wzmocnić nimi stanowiska. Łączność radiową z Polskim Sztabem Partyzanckim musimy mieć stale 
utrzymaną. Rozdać ludziom żywność i wszystką amunicję. Niech każdy bierze tyle, ile może unieść. 
Dowódcy odcinków wyznaczą łączników ze sztabem. Musimy znać rozwój sytuacji. Stąd wyjdziemy 
później, po bitwie. Tabory powinny być każdej chwili przygotowane do wymarszu. 

Przerwał na chwilę i kończył już na stojąco: 

- Tylko pamiętajcie, nie szarżować bez potrzeby. Działać rozważnie, oszczędzać ludzi. Damy im radę, 
jeśli każdy z nas wypełni dobrze swoje obowiązki i przygotuje się jak należy na przyjęcie Niemców... 

Już drugi dzień odbywały się gorączkowe narady i przygotowania do obrony przed spodziewanym 
atakiem niemieckim na nasze zgrupowanie w lasach pod Szałasami, gdzie pułkownik Moczar 
postanowił przyjąć bitwę. Nasze oddziały zajęły już pozycje i wypatrywały hitlerowców, którzy lada 
chwila mogli się pojawić na przedpolu. 

Środek naszej linii obronnej, okopany na skraju lasu w najbliższej okolicy wsi Szałasy, był 
przygotowany na przyjęcie głównego uderzenia wroga, natomiast skrzydła miały prowadzić działania 
zaczepne. 

Każdy oddział otrzymał dokładne zadanie i pozycję do obrony wyznaczoną z mapy. Sprawdzał to 
osobiście pułkownik Moczar wraz z najbliższymi współpracownikami: „Długim Jankiem”, „Bystrym”, 
„Wickiem”, „Jurandem” i innymi. Zawsze prawie jak nieproszony gość towarzyszyła im Anka 
z automatem w ręku. Musiała być tam, gdzie było niebezpiecznie i niewiele sobie robiła z zakazów 
pułkownika Moczara. 

- Mówiłem ci, Anka, zostań na miejscu! – robił jej niejeden raz wyrzuty. - Po co męczysz się z nami, 
skoro tam nie będziesz potrzebna. Zostań! 

- Nigdy nie wiadomo, kiedy mogę się przydać - odpowiadała, wymownie spoglądając na swoją 
sanitarną torbę. - W całym lesie rozlegają się strzały. Nie słyszycie, jak kule gwiżdżą? 

- No to co, że gwiżdżą? Ty też gwiżdżesz, ale na moje rozkazy! 

Rzeczywiście pociski od czasu do czasu gwizdały w głębi lasu, gdyż Niemcy ostrzeliwali cały nasz teren 
prowadząc ogień nękający z granatników. Deprymujące to jest bardzo, gdyż nigdy nie wiadomo, 
z której strony usłyszysz strzał. Kiedy wiesz, że strzelają z przodu, możesz się ukryć za drzewo i czekać 

background image

spokojnie, aż ogień się przybliży i pokażą się Niemcy. A wtedy ty po nich! A tak, to licho wie. Raz 
słychać strzały z lewej, to znów z prawej strony, raz bliżej, raz dalej. Trzeba być już dobrze 
„ostrzelanym”, żeby nie oglądać się na próżno wokoło, i trzeba mieć zaufanie do współtowarzyszy, że 
nie opuszczą swoich stanowisk i nie zostawią cię samego na pastwę losu i wreszcie samemu trzeba 
wytrwać na wyznaczonym miejscu. 

W takich chwilach ludzie skupiają się wokół siebie, szukając bliskiego towarzystwa innych. Wydaje im 
się, że w gromadzie jest bezpieczniej i pewniej, a bzykanie kul już nie jest wtedy takie straszne. 

Pułkownik Moczar obchodził stanowiska rozłożone na skraju lasu, sprawdzał rozstawienie oddziałów 
i korygował je według swojego uznania. 

- Musimy wytrwać do nocy, wtedy odpoczniemy - zachęcał i przechodził dalej. 

Trzeba go było widzieć w takich chwilach! Rozważny, czujny i baczny na wszystko. A nade wszystko 
spokojny, całkiem spokojny. Ten jego spokój udzielał się otoczeniu. Kiedyś, przy innej okazji, 
towarzyszyłem pułkownikowi Moczarowi oraz „Długiemu Jankowi” i „Władkowi” w obchodzie 
naszych pozycji. Była z nami również Marysia Sidor. Po niespodziewanym napadzie Niemców na nasz 
obóz, gdyż akurat zaskoczyli nas w momencie przygotowywania się do zmiany miejsca postoju - 
odrzuciliśmy napastników bezładnym początkowo, ale silnym ogniem z automatów. Pościg nasz nie 
poszedł daleko za wrogiem, lecz zatrzymał się na najbliższym dukcie leśnym. Przed dalszym pościgiem 
należało rozpoznać siły Niemców, ich rozlokowanie i uporządkować naszą obronę. 

Wyszliśmy na drogę. W naszą stronę galopował na koniu jakiś partyzant. Wkrótce minął nas, nie 
mogąc zatrzymać spłoszonego konia. To był „Lis”. 

- Tam Niemcy!... Strzelają!... 

- Stój, gdzie pędzisz? - krzyknął za nim Moczar - Wróć! 

- „Strzelają, strzelają” - mamrotał pod nosem Moczar kierując się w stronę, skąd jechał „Lis”, 
i przyśpieszył kroku. - Widzisz go, strzelają, a co mają robić?! 

„Lis” zawrócił wreszcie i pognał znowu tą samą drogą, a my szliśmy brzegiem lasu za nim 
z automatami gotowymi do strzału. „Lis” jechał coraz wolniej. Wreszcie koń przeszedł w stępa. Już 
zbliżał się do duktu, gdy nagle posypały się w jego kierunku następne strzały. „Lis” zawrócił konia 
i puścił się cwałem w drogę powrotną. Pogoniły za nim kule, ale nie trafiła go żadna. 

Sadząc duże kroki szedł pułkownik Moczar dalej, lekko pochylony do przodu i tylko rozpięte poły 
płaszcza powiewały od szybkiego marszu. 

Pierwsze strzały Niemców rzuciły nas na ziemię. Ale Moczar już poderwał się, wpadł trochę głębiej 
w las i znów pobiegł dalej. My biegliśmy również powiększając odstępy i tylko od czasu do czasu 
Marysia spoglądała z niepokojem, czy Moczarowi nie stało się coś złego. Kule tymczasem szły górą, 
nie wyrządzając nam żadnej krzywdy. Wkrótce osiągnęliśmy krzyżówkę dróg, od której padały strzały. 
Otworzyliśmy gwałtowny ogień i biegliśmy dalej wciąż strzelając. Z prawej strony odezwały się 
również serie automatów. „Przelot” i „Lis” zaszli, a właściwie zajechali Niemców z boku, likwidując 
ostatni w tym miejscu punkt oporu. Było tam dwóch Niemców z ręcznym karabinem maszynowym. 
W innych częściach lasu nadal rozlegały się strzały. 

Kiedy wreszcie „Lis” przycwałował z powrotem do nas, Moczar przywitał go sarkastycznie: 

- Wiesz co, na konia siadaj wtedy tylko, gdy będziesz jechał do dziewczyny! Na Niemca lepiej jednak 
iść na własnych nogach. 

background image

Wróćmy jednak do boju pod Szałasami. Powierzono mi tam do obrony odcinek drogi leśnej, biegnącej 
niejako na przedłużeniu głównej ulicy we wsi Szałasy. Do najbliższych domów było około dwustu 
metrów od naszego stanowiska. Znajdowało się ono bez przerwy pod ostrzałem Niemców, którzy 
w ten sposób usiłowali paraliżować łączność między naszymi oddziałami okopanymi na skraju lasu po 
obu stronach „naszej” drogi. Na tę drogę skierowane było w poprzednim dniu uderzenie wroga, który 
usiłował wedrzeć się w głąb naszych pozycji przy użyciu kilku czołgów, ale został zatrzymany przez 
„peteerowców” radzieckich. Próbowali wtedy Niemcy obejść nasze pozycje z boków i od tyłu. 

Mieliśmy ostrzeliwać pozycje niemieckie rozmieszczane u wylotu wsi i trzymać ich w ustawicznym 
szachu, a gdyby przedarli się przez naszą główną linię obronną - nie dopuścić ich w głąb lasu. Ja 
z moją drużyną zajmowałem lewą stronę drogi, po prawej znajdowały się obsadzone już wcześniej 
stanowiska innych oddziałów. 

Nasze zadanie było proste. Musimy wytrwać na stanowisku do chwili, aż nas stąd odwołają. Moja 
drużyna składała się z ośmiu ludzi. Dysponowaliśmy dwoma erkaemami i kilkoma karabinami, nie 
mówiąc już o automatach i granatach, które w tym wypadku, z uwagi na odległy cel, nie zdawały się 
na nic. 

Gdy podchodziliśmy na wyznaczoną pozycję, przywitały nas gęste strzały. Aż kurz wzbijał się z drogi i 
liście leciały z drzew. Przypadliśmy do ziemi i dalej już trzeba się było czołgać. 

Po zajęciu upatrzonych miejsc leżeliśmy jakiś czas w milczeniu. Pulsowały skronie. Każdy był 
rozgorączkowany długim i szybkim marszem oraz przywitaniem, jakie zgotowali nam Niemcy. Po 
pewnym czasie strzały ucichły. 

- Poruczniku, muszę na stronę... 

- To idź! 

„Potrzebujący” szybko wycofał się i kucnął w pobliżu. My natomiast ucięliśmy sobie dla odprężenia 
nerwów pierwszą rozmówkę z towarzyszami przez drogę. 

- Hej tam, żyjecie jeszcze?! 

- Chyba tak, bo jeść się chce jak diabli! 

- Do wieczora wytrzymacie, a na głodnego bezpieczniej! 

- Łatwo wam mówić, bo dopiero co przyszliście, a my tu już od rana tak bez ruchu. Papierosy macie? 

- Mamy, ale chodźcie wy do nas... 

- Zaraz przyjdzie jeden. 

Zanim amator palenia zdecydował się na przyjście, strzelanina rozpoczęła się znowu, jeszcze bardziej 
gwałtowna. Przywarliśmy do ziemi, a pociski gwizdały nad nami tak gęsto, że nie można było się 
ruszyć z miejsca. Aż korciło mnie sprawdzić, czy szwaby celnie strzelają. Skorzystałem ze starego 
wypróbowanego sposobu. Na lufę automatu nałożyłem czapkę i podniosłem w górę. Natychmiast 
huknął strzał, jeden, drugi i trzeci. Opuściłem automat. Czapka była przestrzelona. Oczywisty dowód, 
że Niemcy wstrzelali się w naszą pozycję i nie dadzą nam się stąd ruszyć. Trzeba coś z tym zrobić. 

- Hej tam! - krzyknąłem do sąsiadów za drogą. - Wyślijcie Niemcom dłuższą serię, musimy zmienić 
pozycję. Nie dają nam się ruszyć... 

- Kiedy my ich wcale nie widzimy i diabli wiedzą, skąd strzelają! - odpowiedziało kilku na raz. 

background image

Właśnie - diabli wiedzą! Nie jest to wesoła sytuacja, kiedy. wiesz, że strzelają do ciebie, a ty nie 
widzisz skąd i nie możesz skutecznie odpowiedzieć. Tym razem oni nas mieli na muszce. 

Kłopotliwa sytuacja przedłużała się i zaczęła -nas niepokoić. Niemcy strzelali gęsto, a my wciąż nie 
wiedzieliśmy skąd. Niejeden z nas czuł się niepewnie i najchętniej odczołgałby się głębiej w las. 
„Musimy zacząć wreszcie strzelać do celu - pomyślałem sobie - bo inaczej ludzie nie wytrzymają 
nerwowo i opuszczą wyznaczone miejsce”. Ktoś tam z naszych poruszył się niespokojnie... 

- Nie ruszaj się, bo cię kula przygwoździ! - ostrzegłem i po chwili dodałem: - Chłopcy, może ktoś z was 
wejdzie na drzewo i zobaczy, skąd Niemcy właściwie strzelają? Tylko ostrożnie! 

- Ja pójdę! - wyrwał się ten, który kucał nie opodal za gęstym krzakiem jałowca. Obejrzałem się 
i zobaczyłem, jak podniósł się i stanął w rozkroku. 

W tej samej sekundzie gwizdnęła kula. 

Partyzant pobladł nagle i nim zdążyłem krzyknąć „padnij!”, już leżał na ziemi. „Zabity” - przeleciało mi 
przez głowę, ale on już czołgał się w stronę niedalekiej sosny, podciągając po drodze spodnie. Po 
chwili straciłem go z oczu. Szybko wdrapał się na drzewo i długo patrzył przez lornetkę w stronę wsi, 
skąd padały strzały. 

- Co tam widzisz? 

- Na razie nic! Spróbujcie postrzelać trochę po dachach pierwszych chałup - zawołał obserwator po 
chwili. - Zobaczę, co z tego będzie... 

Zaczęliśmy ogień. Krótkimi seriami tłukliśmy w widoczne szczyty budynków. Obserwator milczał. 
Niemcy odpowiedzieli gwałtownie. Co u licha? 

- Tee! Popatrz no lepiej, skąd te strzały! 

- Patrzę przecież, strzelajcie dalej do tej chałupy po prawej stronie drogi! 

Karabiny maszynowe pluły teraz długimi seriami... 

- Spróbujcie wyżej trochę. Strzelacie chyba za nisko - korygował nasz ogień z wierzchołka sosny. 

Przycisnęliśmy mocniej kolby do dołu i strzelaliśmy dalej długimi seriami. Po chwili Niemcy przerwali 
ogień. 

- Nie strzelać! - zawołałem do swoich. Wtedy znowu Niemcy rozpoczęli walić w naszym kierunku. 

- Zobacz, skąd biją! 

- A skąd by? Pewnie z tej chałupy po prawej stronie drogi. Rozpoczęli, jak wyście przestali. 

Zaczęliśmy znowu ostrzeliwanie domu. Wtedy Niemcy umilkli. „Aha, mamy was, tam siedzicie” - 
myślę sobie. Trzeba im trochę dłużej pośpiewać, to może wtedy zupełnie przestaną. Zaczęła się 
zabawa na dobre jak w ciuciubabkę. My strzelamy, oni milczą. My przestajemy, oni zaczynają... 

Po którejś tam jednak kolejnej „zmianie ognia”, kiedy na nich przyszła kolej, Niemcy nie podjęli akcji. 
Zamilkli. Zresztą dzień już mijał, robiło się ciemno. Walka ustawała na całej linii. 

Jutro, skoro świt, rozgorzeje na nowo. 

background image

Nasze zadanie było jednak wykonane. Jutro nie trzeba będzie już bronić tej drogi, jutro pójdziemy do 
szturmu. W nocy mamy otrzymać nowy zrzut broni. Na stanowiskach zostają tylko te oddziały, które 
bronią skraju lasu. My zaś idziemy odbierać zrzut. O odpoczynku nie może być już dzisiaj mowy... 

 

„Lotczik” 

 

Przyszedł do naszych oddziałów pod koniec września 1944 roku. Staliśmy wówczas w lasach koło 
Wąchocka. Zjawił się niespodziewanie skoro świt, na drugi dzień po naszym przyjściu na nowe 
miejsce postoju. Był młody, twarz miał okrągłą, gładko wygoloną, włosy jasne. Ubrany był w trochę 
już podniszczony mundur lotnika radzieckiego. Podawał się za zestrzelonego przez Niemców przed 
trzema dniami nad tymi lasami „lotczika”. Miał być rodem z Orła. 

Dowództwo partyzantów radzieckich, z którymi razem obozowaliśmy, postanowiło sprawdzić drogą 
radiową wiarogodność informacji podawanych przez przybysza. Tymczasowo przydzielony został do 
naszej kompanii. Opiekę nad „lotczikiem” powierzono mnie i Stasiowi Mozalowi. Staraliśmy się, by 
nie wiedział, że mamy łączność radiową z dowództwem w Lublinie i że tą drogą sprawdzane będą 
jego informacje. Opiekę mieliśmy tak sprawować, aby nie wzbudzić w nim podejrzeń, że jest 
pilnowany. 

Rozmawiałem z „lotczikiem” często. Wiedział dość dużo o naszych dotychczasowych ruchach 
i chętnie na ten temat rozmawiał z nami. 

- Wczoraj, kiedy przechodziliście przez tory, ostrzeliwali was Niemcy - powiedział raz. - Widziałem to 
i szedłem za wami, aby się przyłączyć do was. Złapałem jednego waszego konia, który wtedy się 
spłoszył. Objuczony był różnymi waszymi rzeczami. Znalazłem tam też deskę. Takie deski mają na 
dnie worki zrzutowe. 

- Jaka to była deska? - spytałem, gdyż rzeczywiście podczas ostatniego forsowania torów kolejowych 
zagubiło się kilka naszych koni, a: z nimi niektóre nasze rzeczy, w tym również mój plecak z okrągłą 
deską z dykty, wyjętą z worka zrzutowego. Deskę tę kładłem na kolanach i w ten sposób zastępowała 
mi stół do pisania. 

- Taka okrągła. Narysowany był na niej jakiś partyzant, a pod rysunkiem był podpis po rosyjsku: 
„Sasza partyzan”. 

- To moja deska! - krzyknąłem. - Gdzie ją masz!? 

Ale „lotczik” nie miał deski. Zostawił ją tam w lesie, gdzie złapał konia. Dlaczego to zrobił? Tak mi było 
żal zguby, na której jeden z partyzantów radzieckich, Wołodia, narysował karykaturę partyzanta. 
Dlaczego „lotczik” nie zabrał ze sobą którejś z zagubionych przez nas rzeczy? Szedł przecież do nas. 

Stałe asystowanie „lotczikowi” stawało się już kłopotliwe. W dzień było jeszcze jako tako, ale 
w nocy... 

Noce spędzaliśmy najczęściej pod gołym niebem. Gdy była słota lub zanosiło się na deszcz, 
rozpinałem „namiot” z płótna spadochronu. Pod takim namiotem spaliśmy we dwójkę razem ze 
Stasiem Mozalem, a w czasie pilnowania „lotczika” - nawet w trójkę. Braliśmy go wówczas do 
namiotu między siebie i tak ściśnięci zasypialiśmy na zmianę. Bardzo trudno było walczyć ze snem 
w pozycji leżącej. Pewnej nocy, gdy była moja kolej dyżuru, zasnąłem, a wtedy „jeniec” spróbował 

background image

ucieczki lub może tylko tak mi się zdawało. Był już więcej niż połową ciała wysunięty z namiotu, gdy 
się zbudziłem... 

- No, podsuń się wyżej, bo zmarzniesz - rzekłem, ciągnąc go z powrotem do namiotu. Wsunął się 
posłusznie do środka i przeleżeliśmy tak do rana, nie zamieniwszy więcej ze sobą ani słowa. 

Informacje, które nadeszły drogą radiową, były dla naszego „lotczika” wyrokiem. 

Partyzanci radzieccy zabrali go do swojego obozu. Musieli przecież wyjaśnić całą sprawę do końca. 
„Lotczik” przyparty do muru przyznał się, że został nasłany przez Niemców. Zebrane przez niego 
informacje miały posłużyć do likwidacji naszego zgrupowania. 

Los niemieckiego szpiega był przesądzony. 

Bezpośrednio po wyroku nastąpiła zmiana miejsca postoju. Tym razem naszym celem były 
Radkowice. 

Przypominają mi się czasem jeszcze te „wspólne” noce spędzone ze szpiegiem pod jednym 
namiotem. Szczególnie zaś nasze rozmowy oraz ostre wymówki towarzyszy radzieckich, którzy skarcili 
mnie za nieostrożne przyznanie się przed „lotczikiem” do zagubionej deski. 

Bardzo często, gdy nocowaliśmy w lesie, nawiedzały mnie podczas snu urojone widziadła kojarzące 
się z rzeczywistymi przeżyciami i obrazami. Raz śniła mi się kąpiel w lodowato zimnej wodzie jakiejś 
rzeki. Nie mogłem się obudzić, ale gdy się ocknąłem wreszcie, deszcz lał jak z cebra, a ja cały prawie 
leżałem w wodzie. Długo suszyłem się potem przy ognisku, owinięty tylko w jakiś szynel czy koc. 
Resztę wilgoci z ubrania wysuszyłem już na sobie. Jednak stanowczo lepiej było spać pod 
spadochronem rozciągniętym między drzewkami! 

Gdy przyszły chłody jesienne, spaliśmy chętnie wokół ogniska, przygrzewając sobie na zmianę 
zmarznięte boki. Nie było to ani przyjemne, ani zdrowe. W okresie tym prawie każdego z nas łamało 
w kościach, a wszyscy byli ustawicznie zakatarzeni. 

Zaledwie przez dwie noce i jeden dzień Niemcy dali nam spokój w lasach pod Radkowicami. Wkrótce 
zaczęła się obława na szeroką skalę. 

W boju tym przeszedł partyzancki chrzest Bruno Lehmann, strzelając bardzo celnie z erkaemu do 
atakujących nas własowców. 

Lehmann był u nas od niedawna. Kiedy donieśli nam chłopi, że w ich wsi ukrywa się jakiś żołnierz 
Wehrmachtu, który chce przejść do partyzantów, dostałem polecenie przyprowadzenia go do nas. 

Poszliśmy we dwójkę do wsi. Gospodyni, u której ukrywał się Niemiec, przygotowała dla nas pyszną 
jajecznicę i dała nam mleka. Rozmowa z Niemcem kulała bardzo nie tylko dlatego, że nie znałem 
niemieckiego języka zbyt dobrze. Niemiec miał dosyć dziwną wymowę różniącą się od tej, jaką 
niegdyś poznałem w szkole. Dopiero później, gdy przebywając z nim rozmawiałem częściej, zacząłem 
go rozumieć lepiej. Pochodził z Prus Wschodnich. Nazywał się Bruno Lehmann. Był na froncie 
wschodnim i, jak wynikało z zapisów w książce wojskowej, był dwukrotnie ranny. W domu zostawił 
żonę i dwoje dzieci. Nie chciał dłużej wojować po stronie Hitlera. Ukrywała go gospodyni, ale on miał 
dość ukrycia, chciał walczyć z hitlerowcami. 

Do obozu wróciliśmy głęboką nocą. Bruno został z nami, ale nie od razu dostał broń. Stało się to 
dopiero w kilka dni później, gdy poszliśmy w piątkę z Lehmannem na zwiady. Mieliśmy się dowiedzieć 
o ruchach wojsk niemieckich w okolicy. Lehmann szedł bez broni. Długi czas maszerowaliśmy 
w milczeniu, aż wreszcie zapytał: 

background image

Warum glauben Sie mir nicht?

4

 

Wir glauben dir

5

 - odrzekłem trochę zdziwiony, bo przecież zażywał pełnej swobody w naszym 

obozie, a dzisiejszy zwiad był chyba najlepszym dowodem zaufania. 

Lehmann wyjaśnił dokładnie, o co mu chodziło. My byliśmy uzbrojeni, podczas gdy on był bez broni. 
A przecież możemy się spotkać z hitlerowcami! On chciał także walczyć. Niewątpliwie miał rację. 
Skoro powiedzieliśmy „a”, biorąc go do siebie, trzeba było powiedzieć „b”. Lehmann dostał ode mnie 
wówczas pistolet TT. 

 

Celne strzały 

 

- Rysiu, tam strzelaj, w lewo! - zawołał „Przełom”, gdy nagle zamilkł jego pistolet maszynowy. - A to 
cholera! - złościł się dalej i złorzeczył, wyszarpując granaty zza pasa... 

Zanim rzucił, Rysiek odwrócił się gwałtownie w lewo i bez namysłu strzelił krótką serią z automatu. 
Potem drugą, trzecią i następne. Siał po skaczących od drzewa do drzewa postaciach napastników. 

Partyzanci nie spodziewali się ataku z tej strony. Zadaniem ich była obrona lewego skrzydła pozycji. 
A tu tymczasem znienacka trzy czarne postacie nadbiegły z boku z ręcznym karabinem maszynowym 
i już zabierały się do ustawienia go na stanowisku, gdy ujrzał ich „Przełom”. Sam nie mógł strzelać 
mocując się z pistoletem maszynowym, który akurat zaciął się, a może tylko zabrakło w nim amunicji. 
Krzyknął więc na „Wolę”. 

Już po pierwszej serii Rysia śmiertelne niebezpieczeństwo, zagrażające od lewej strony grupie 
partyzantów, zostało zlikwidowane. Trzy czarne postacie zwaliły się z wrzaskiem na krzaki. Karabin 
maszynowy, wypuszczony z rąk, zarył się lufą w ziemię. 

Tymczasem współtowarzysze walki też nie próżnowali. „Przełom” szybko uporał się ze swoim 
automatem. Jaśko prażył z erkaemu, „Maszt” flegmatycznie rozglądał się wokoło i spokojnie naciskał 
spust swojej „pepeszy”, „Zew” strzelał na stojąco, gdyż akurat w tym miejscu teren był podmokły 
i mógłby sobie pobrudzić „mundurek”. 

Strzelanina była gęsta i bardzo celna. Najpierw pojedyncze postacie napastników, a potem już całe 
ich gromady zaczynały odrywać się od drzew i przemykać chyłkiem do tyłu. 

- Naprzód! Ognia! Biegiem! - wołał kapitan „Orkan” i rzucił się pierwszy w pogoń, a za nim darli się jak 
opętani partyzanci i rwali co sił w nogach za uciekającymi. Jak zawsze, tak i teraz „Orkan” atakował 
z właściwą sobie brawurą. 

Z podobną brawurą kontratakował również Niemców środek naszych linii dowodzony osobiście przez 
pułkownika Moczara. 

Także kapitan „Łokietek”, który ze swoimi oddziałami na prawym skrzydle obrony „powitał” 
atakujących Niemców gęstym ogniem, natarł teraz z całą furią. 

Charakterystyczna rzecz: „Łokietek”, który zawsze przy planowaniu akcji wykazywał tyle troski o ludzi, 
tyle rozwagi i ostrożności, gdy przychodziło do konkretnego działania, mógł świecić niejednemu 

                                                           

4

 Dlaczego mi nie dowierzacie? 

5

 My ci wierzymy. 

background image

przykładem męstwa i brawury. Wówczas nie zważając na niebezpieczeństwo stawiał wszystko na 
jedną kartę. Interes osobisty ustępował u niego zawsze na dalszy plan, gdy chodziło o dobro sprawy. 
On to przecież nie zawahał się ani na chwilę, gdy otrzymał zadanie wymaszerowania do lasu na czele 
niespełna trzydziestu „świtowców” wiosną 1944 roku. Poszedł nie bacząc na to, że akurat w tym 
czasie jego żona obdarzyła go „następcą tronu”. 

Atak niemiecki, trzeci czy czwarty w tym boju, załamał się. Był to też, jak się później okazało, ostatni 
atak w tym dniu. Pogoń za uciekającymi Niemcami przemieniła się faktycznie w strzelanie do 
„zająca”. Zanim uciekający wymknęli się z lasu, do którego tym razem zapuścili się za głęboko, 
właściwie było już po wszystkim. Tu i ówdzie odzywały się jeszcze pojedyncze strzały, ale było już 
jasne, że akcja Niemców w dniu 6.X.1944 roku, zmierzająca do zlikwidowania oddziałów 
partyzanckich AL pod Radkowicami, nie powiodła się. Niemcy nie mogli już dalej atakować bez 
przeprowadzenia nowych przygotowań, a te zawsze wymagały pewnego czasu. 

Czas natomiast działał na korzyść partyzantów. W obozie naszym zaraz po walce przygotowano się do 
wymarszu w inne lasy. Było to już kanonem taktyki partyzanckiej, że po stoczonej walce z Niemcami 
przenosiliśmy się na inny teren. Tak było bezpieczniej, mimo że ludzie strudzeni walką zasługiwali na 
wypoczynek. Tym razem celem naszego marszu były Krynki w lasach starachowickich. 

Z pogoni za Niemcami wracały grupy partyzantów żywo rozpowiadając o przebiegu walki. Tutaj 
analizowało się od razu, na gorąco i na gorąco wyciągało się wnioski. Radość partyzantów była wielka. 

Był to przecież nasz trzeci sukces po niedawnym wydarciu się z okrążenia pod Gruszką i po zręcznym 
powtórzeniu tego samego manewru pod wsią Szałasy. I tym razem nie zdołali Niemcy, pomimo 
liczebnej przewagi, rozbić i zlikwidować naszego zgrupowania. 

Straty nasze w dzisiejszym boju wynosiły kilku zabitych i rannych. Tam też ranny został w nogę Jan 
Pora - ”Rozłucki”. 

- Na drugi raz, Jaśko, chowaj nogi, jeśli masz za długie, a wystawiaj inną część ciała! - żartował z niego 
„Przełom”. - Nogi musisz oszczędzać, bo bez nich jak nic szwaby zatłuką cię w tym lesie... Wyobraźcie 
sobie - ”Przełom” ciągnął dalej innym już głosem - że w najbardziej gorącej chwili zaciął mi się 
automat, właśnie wtedy, gdy waliło się w naszą stronę tych trzech drabów z erkaemem, a za nimi 
przemykały dalsze grupki. Każdy z was zajęty był swoim przedpolem i nic nie widzieliście; gdyby nie 
Ryszard („Wola”), już byście pewnie nie siedzieli tutaj... On was uratował! 

- Co ty bredzisz? „Wola”? Ten humanista strzelał do ludzi? - zdziwił się ktoś z obecnych. - To chyba 
niemożliwe! 

- Odczep się! Zaraz „niemożliwe”. Strzelał. I to jak! Za pierwszą serią posłał ich na łono Abrahama, 
a może Belzebuba. Sam widziałem. 

Ryszard Klimczak - ”Wola” zastrzegał się idąc do lasu, że on nawet chętnie idzie, z tak zwaną 
„rozkoszą”, ale strzelał będzie tylko do większej grupy nieprzyjaciół, a nigdy do pojedynczego 
człowieka. Taki już z niego był humanista. 

Nie wiem, jak tam siebie rozgrzeszał Rysio ze strzelania w bitwie pod Gruszką, gdzie doszło do walki 
wręcz, a on pruł z automatu bez pamięci. Może tym, że noc była ciemna i nie mógł w takim mroku 
odróżnić pojedynczego szwaba, więc strzelał w te miejsca, skąd dolatywał najgłośniejszy wrzask 
hitlerowców. A może czym innym? Dość, że pod Gruszką „załatwiał” nacierających bez pardonu 
i prawie hurtem, pomimo swych skrupułów. No, ale tutaj, pod Radkowicami, to już pojęcie ludzkie 
przechodziło. 

background image

- Jak to było, Rysiu, powiedz, śluby zmieniłeś czy co? 

- Tak, zmieniłem. Ty byś może nie strzelał, gdybyś zobaczył te gęby zakazane przed sobą tak blisko, że 
tylko ręką sięgnąć. I ten erkaem wymierzony w naszą stronę. Przecież, gdybym im z miejsca nie posłał 
serii z pistoletu maszynowego, was tu by może już nie było, a mnie też chyba razem z wami. Zresztą 
ja wówczas nie myślałem. Działałem jak automat, odruchowo. To był instynkt samoobrony. Zabijałem 
z konieczności. A poza tym to zupełnie nie ludzie, a gady... 

- E, Rysiu, opamiętaj się. To są jednak ludzie. Tylko widzisz, z humanizmem to znów nie taka prosta 
sprawa... Mówisz „może nie byłoby was” - nie „może”, a na pewno! Nie szli chyba do nas z. wizytą 
kurtuazyjną, choć tam po drodze coś bełkotali po pijanemu. A jeśli cię gryzie sumienie za tamtych 
trzech, to ci powiem, że przewrócili się pewnie nie od twoich kul, lecz od wódki... 

- Masz, łyknij i ty trochę bimbru - zaproponował „Przełom” - rozjaśni ci się od razu w głowie. „Bez 
wódki nie rozbieriosz”. A na drugi raz też nie filozofuj, tylko strzelaj, jeżeli chcesz z nami wrócić do 
domu... 

Ale czy naprawdę można się „Woli” zbytnio dziwić? Przecież to był wówczas prawie dzieciuch jeszcze. 
Miał niespełna szesnaście lat, gdy znalazł się w ruchu konspiracyjnym. Bardzo ciężko znosił trudy 
pierwszych dni w lesie. Już po kilku marszach stopy miał całe w bąblach i jeszcze teraz dziwię się, jak 
można było na takich stopach chodzić. Mimo to nie skarżył się wcale. Ukrywał swoje cierpienia 
i nadrabiał je miną. Mężnie znosił wszystkie przeciwności losu. Początkowo nawet stanowczo mi 
odmawiał, gdy chciałem mu pomóc w dźwiganiu karabinu. Ustąpił dopiero wówczas, gdy zrozumiał, 
że kieruję się tylko serdeczną życzliwością i szczerą troską o niego. 

Nie przychodziło mu to wcale łatwo. Brak mu było takiej zaprawy fizycznej, jaką mieli robotnicy lub 
nawet każdy z nas, wiejskich chłopaków. Rysio pochodził z Łodzi, a przy tym był jedynakiem i oczkiem 
w głowie u matki. 

Byłem świadkiem pożegnania „Woli” z rodzicami. Matka tuliła jego głowę do piersi, a jej oczy pełne 
łez patrzyły na mnie błagalnie, abym strzegł jej syna od niebezpieczeństwa, abym przyprowadził go 
zdrowego i całego do rodziców. Przecież on taki niedoświadczony jeszcze, raptowny i zapalczywy... 

Unikając matczynego wzroku plotłem coś bez związku, chcąc pokryć narastające zmieszanie. W końcu 
powiedziałem: 

- Będziemy razem, będę uważał na Ryszarda. Zaopiekuję się nim. Obiecuję pani, że on wróci... 

 

Kierunek Krynki 

 

- Ja już dłużej nie mogę - jęknął Alek zatrzymując się na skraju drogi, którą szła długa kolumna 
partyzantów. Spory już kawał czasu niósł na plecach rannego w nogę w boju pod Radkowicami 
„Rozłuckiego”. - Kazik, Mietek! - wołał do współtowarzyszy - zmieńcie mnie! Zmordowałem się jak 
cholera. Cały jestem mokry. Spasłeś się w tym lesie, Jaśko, czy co, że cię dźwignąć nie można? 

- To nie dźwigaj! Połóż na ziemi, bo trzęsiesz jak wielbłąd i noga mnie boli jeszcze bardziej - żalił się 
płaczliwie ranny Jaśko. 

- O, już kwili - zauważył „Przełom”. - Niosą go, a ten jeszcze narzeka! 

background image

- Poskarż się ojcu - doradzał „Zew”. 

- Pocałujcie mnie wszyscy w nos! - nie dawał się Jaśko, ale odczuwało się w tym nutkę zadowolenia 
i pewnie trochę dumy, że troszczą się o niego z powodu tej „głupiej” rany w nodze. Cóż z tego, że 
gderali, on też niby gderał, ale to był normalny styl ich rozmów. Było w tych przegadywaniach tyle 
szczerej sympatii i serdeczności, że nawet postronny słuchacz wyczuwał to od razu. 

Nikt się nie obrażał, chociaż wszyscy usiłowali prześcignąć się nawzajem w doborze dowcipnych 
sformułowań i porównań. Taki już był wśród nich zwyczaj, pomimo że przypominał on trochę zwykłe 
błazeństwo. 

Jaśko mógł być zadowolony z opieki, którą otoczyli go towarzysze. Kiedy otrzymał postrzał w stopę, 
wieść o tym rozeszła się szybko i po bitwie znaleźli się koło niego wszyscy najbliżsi. Był tam mój brat 
Kazik - ”Zew” i Alek Janczarski - ”Kmicic”, Mietek Mazurkiewicz - ”Przełom”, Kazik 
Mazurkiewicz - ”Maszt” oraz Ryszard Klimczak - ”Wola”. Byli tam również jego koledzy z gimnazjum 
ostrowieckiego: Adam Bakalarczyk - ”Dulka” i Tadeusz Maj - ”Łokietek”. 

Cały czas szczęśliwie omijały ich kule, aż dopiero pod Radkowicami on jeden spośród całej ich paczki 
został ranny. Wobec tego oni sami poczuwali się do obowiązku udzielenia pomocy Jaśkowi. Bez ich 
pomocy Jaśko musiałby zostać na melinie w pobliżu Radkowie. Oni uparli się jednak i oto szli teraz 
razem, zdążając na koncentrację do lasów starachowickich. Uciążliwa to była droga, bo chociaż 
zmordowane walkami i ustawicznymi marszami oddziały partyzanckie posuwały się wolno robiąc 
częste postoje, to jednak oni i tak wlekli się na samym końcu kolumny. 

Postoje nie zawsze były dostatecznym odpoczynkiem. Często rozdrażniały tylko zmęczonych 
partyzantów, którzy co najwyżej mogli rozprostować nogi lub wyciągnąć się na trawie i już podrywała 
ich komenda do dalszego marszu. Ileż trzeba było wysiłku i woli, aby przemóc się, wstać i ruszyć przed 
siebie. Najgorsze były zwłaszcza te pierwsze kroki. Dopiero po kilku minutach człowiek „rozchodził 
się” i jakoś się szło. A przecież musieli się znaleźć tacy, którzy nadkładali jeszcze drogi, chodząc na 
zwiady albo ubezpieczając kolumnę marszową. Inni natomiast pomagali wytrwać słabszym. 

Noga dokuczała Jaśkowi bardzo, gdy zaraz po prowizorycznym opatrunku zaczął się odmarsz 
oddziałów. Pierwsze godziny marszu wytrzymał jakoś znośnie. Może było to wynikiem występującego 
jeszcze po walce napięcia nerwowego, a może po prostu wynikiem nieustannego ruchu, dość że Jaśko 
do pierwszego postoju czuł się dobrze. Szedł sam, trochę tylko utykając. Ale już po pierwszym postoju 
nie mógł zrobić kroku bez pomocy kolegów. Noga spuchła jak bania i trzeba było rozcinać cholewkę 
buta, żeby zmniejszyć choć trochę bóle. 

„Rozchodzę się i będzie dobrze” - pocieszał się Jaśko. Było z nim jednak coraz gorzej. Dostał gorączki. 
Język wysechł mu na wiór, a usta zlepiały się z braku śliny. Na którymś tam kolejnym postoju 
skapitulował. 

- Zostawcie mnie. Dalej nie mogę. Idźcie sami. Nie dam już rady. Zostawcie... Pić! 

- Nie ma wody... 

- Jak to nie ma? Deszcz co chwila pada, mokro wszędzie. Dajcie pić! 

- Nie mamy wody! 

- A to co? - Jaśko nachylił się nad rowem, przy którym usiedli, i nabrał z niego w czapkę wody 
deszczowej, ściekającej tam z drogi. Nim się spostrzegli, zaczął pić, „cedząc” brudy przez czapkę. 

background image

- Ty baranie! - podskoczył Alek i wyrwał Jaśkowi czapkę. Wyglądało na to, że dostanie jeszcze w pysk 
od Alka, który wprost był wściekły. A prawdę mówiąc, to należało się Jaśkowi! 

- Chodź na plecy! Dam ci pić, jak dojdziemy do najbliższej wsi. Co tylko zechcesz. Zobaczysz... 

Zarzucił go sobie na plecy i ruszył wolno za maszerującymi. Alek miał osobliwy dar wydostawania 
„spod ziemi” rzeczy potrzebnych i pozornie nieosiągalnych. On mógł wszystko. Tymczasem jednak 
było szczere pole, siąpiący deszcz i do wsi daleko. 

Koledzy na zmianę albo nieśli Jaśka „na barana”, albo podpierali w marszu, wlokąc go właściwie za 
sobą. Ledwo nadążali za długą kolumną maszerujących partyzantów. 

Przerzut oddziałów z lasów Siekierno-Rataje do lasów starachowickich należał do ryzykownych, ale 
koniecznych. Przeważającą część drogi trzeba było przejść po odkrytej przestrzeni, wobec czego 
marsze mogły odbywać się prawie wyłącznie nocą i to w forsownym tempie. Droga na Swiślinę 
i Krynki, choć okrężna i w związku z tym znacznie dłuższa, wybrana została przez nasze dowództwo 
zupełnie świadomie. Chodziło o zapewnienie licznym oddziałom większego bezpieczeństwa 
przemarszu. Pułkownik Moczar mógł wybrać inną drogę, przez lasy. Była nawet krótsza, ale 
prowadziła przez podwójne lub potrójne linie okopów, które przekroczyliśmy już raz zmieniając 
miejsce postoju po bitwie pod Szałasami na Radkowice. Droga na Krynki, według informacji 
zwiadowców, była bezpieczniejsza od innych, gdyż na tej trasie większe oddziały niemieckie 
stacjonowały tylko w Brodach. Dlatego właśnie tędy wiodła nasza marszruta. Prowadziła ona mniej 
uczęszczanymi drogami polnymi i tylko w jednym miejscu przecinała rzekę Kamienną i tor kolejowy 
Starachowice-Ostrowiec, który w tym czasie był szczególnie mocno obsadzony posterunkami 
niemieckimi. 

Na trasie korzystaliśmy z przewodników, którzy zgłaszali się sami z miejscowych garnizonów. Zresztą 
także okoliczni mieszkańcy chętnie spełniali tę funkcję i prowadzili partyzantów w żądanym przez 
nich kierunku, wybierając najbardziej bezpieczne przejścia. 

Partyzantom bardzo dłużył się czas marszu i skracali go sobie, jeśli tylko było można, rozmowami i; 
dowcipami. Humor nie opuszczał ich, choć najczęściej był to humor wisielczy. 

- Oprzyj się, Jaśko, mocniej na mnie - ofiarował się z kolei „Zew”, dając zmianę „Przełomowi”. - Niech 
ci się w ten sposób odwdzięczę za to, żeś mnie w lasach pod Gruszką nie zostawił samego. 

- Wypiłeś, czy co?! 

- Piłem trochę, a masz może coś tam pod ręką? 

- Jakbym miał, to sam wypiłbym. A pod ręką to mam, ale nie wódkę, lecz ciebie. Wystarczy ci zresztą 
to, co wypiłeś. I tak już każdy pozna, że jesteś po jednym. Ja też poznałem... 

- Poznałeś, poznałeś, bo ty, Jaśko, jesteś bystry jak cholera - gderał „Zew”. - Wypiłem za twoje 
zdrowie, ty łachudro! A co ty sobie myślisz, że nie mam może powodu, aby golnąć sobie nieźle? 
Wypiłem z radości, że żyjemy i że mogę cię dźwigać. Bez ciebie byłoby mi ciężko iść samemu. Zresztą 
wiesz, mam trochę bimbru. To prezent od Alka. Masz, pij, choć nie wart jesteś, żeby się o ciebie 
troszczyć! 

- Daj prędko, no, czego nie dajesz? Daj, bo jeszcze wypijesz - próbował przerwać Jaśko, ale „Zew” 
niewiele sobie z tego robił. 

- Cicho siedź, nie przerywaj... 

background image

- Ależ ględzisz! Mówię ci, przestań, bo mnie od twojego gadania noga więcej rozbolała. 

- A niech cię boli. Będę gadał dalej, bo mnie też bolała i ręka, i noga, a nie narzekałem tak, jak ty 
teraz. Pamiętasz, jaką miałem spuchniętą łapę? Litowałeś się wtedy nade mną? Cieszę się, że mogę ci 
się teraz odpłacić tym samym... Aż mi oczy na wierzch wyłaziły, gdy wciągałeś mnie na sosnę, 
pamiętasz? 

- Pamiętam, pamiętam, tylko, że ty pleciesz głupstwa! To nie była sosna, lecz dąb... 

- Tym gorzej dla niego, bo go obfajdałem od góry do dołu... 

- Ze strachu pewnie? 

- Nie bądź taki chojrak, ty safanduło! Nie ze strachu, a z potrzeby, rozumiesz? Fizjologicznej potrzeby, 
poniał? Prawdę mówiąc to strachu też się najadłem. A co ty sobie myślisz? Było się czego bać! Ty 
może się nie bałeś. Przywiązałeś mnie tak mocno paskiem do drzewa, że gdyby mnie szwaby 
zobaczyli i ustrzelili jak kawkę, to bym tam jeszcze do dzisiaj wisiał rozdziobany przez kruki. 

- Rozdziobią nas kruki, wrony... Głupstwa pleciesz. 

- A właśnie, że tak. Pamiętasz, jak to było pod Gruszką? Spadłem ze spłoszonego konia, a kozła 
fiknąłem takiego, że nie mogłem wstać. Wprost do lepkiego bagna, cholera! Jeszcze do dziś jestem 
ubrudzony od tamtego błota... 

- Daj już spokój, Kazik - próbował przerwać mu Jaśko. - Niech cię ktoś wreszcie zmieni, boś się zasapał 
od tego mielenia ozorem... 

- Nie chcę. Muszę ci wszystko dobrze wytłumaczyć. Porządny to ty może i jesteś, ale straszna oferma. 
Żeby się tak dać postrzelić Szwabom! Po to wyszedłeś cało spod. Gruszki i tak się śpieszyłeś na 
miejsce koncentracji, żeby teraz kuśtykać? No, powiedz sam, masz ty rozum, chłopie? 

- Wtedy pod Gruszką mieliśmy szczęście, żeśmy się schowali wysoko, a nie w krzakach. Widziałeś, jak 
je własowcy i Niemcy obszukiwali z psami? Łazili po całym terenie i dobijali rannych. Psy mają dobre, 
ale nas nie zwęszyły. Za dużo leżało trupów na ziemi, a i śladów pełno było wszędzie. Musiało je to 
zmylić i zgłupiały... 

Gdy stawała kolumna, rozmowa urywała się nagle, nieraz na długo. Czasem toczyła się zaraz dalej. 
I tak było całą drogę. Trochę szli, trochę odpoczywali. Znowu marsz i znów postój. Rozmawiali, 
przekomarzali się lub milkli na całe godziny. 

W małym zagajniku napotkanym po drodze spędzili cały dzień, a w następną noc ruszyli w dalszą 
drogę. Wciąż w tym samym kierunku. Na Krynki - do lasów starachowickich. Dobrze, że nie 
powierzono im w drodze wypełniania innych zadań, troszczyli się przeto tylko o siebie i o Jaśka. 
O wszystkich martwić się musiał pułkownik Moczar z dowódcami brygad i batalionów. Do boju pod 
Radkowicami ściągnięto wszystkie działające w okolicy siły AL. Przybył tam również oddział 
dowodzony przez „Łokietka”. Partyzanckie zgrupowanie liczyło więc blisko 2 tysiące ludzi. 

Teraz idą razem i rozważają powstałą sytuację, która nie była wesoła. Niemcy gnietli ostatnio 
partyzantów prawie bez przerwy. Trzeba było pomyśleć o odpoczynku dla ludzi i o zmianie taktyki 
działania. Sztab zgrupowania stanął wobec trudnego zadania: jakie wybrać wyjście? Czy wycofać się 
przed Niemcami głębiej na zachód i dalej rozwijać działania nękające, czy też przerzucić siły przez 
front stojący nad Wisłą? Dyskutowano nad tym w marszu i na postojach. Przed dojściem do Krynek 
plan działania musiał być gotowy. 

background image

Jaśko po całodziennym odpoczynku czuł się lepiej, ale nie mógł nawet marzyć o samodzielnym 
chodzeniu. Musiała się przeto powtórzyć sytuacja z poprzedniego dnia. Uwieszony towarzyszy doli 
i niedoli wlókł się za innymi. Tylko rozmowniejszy był bardziej niż wczoraj. 

- Jaśko! - wołał za nim „Maszt”. - Tee, „Rozłucki” chcesz pić? 

- Nie! Wczoraj chciałem. Dziś ożłopałem się, ile tylko mogłem zmieścić. Na zapas. 

Po chwili „Maszt” i „Zew” podciągnęli Jaśka do przodu. 

- Żyjesz jeszcze - drwił „Zew” - a już myślałem wczoraj, że skonasz! Taki byłeś przegrany 
i nieprzystępny. 

- Boś mnie zmęczył swoim nudzeniem. 

Kolumna zatrzymała się nagle, ale ruszyła zaraz dalej. I tak już było przez całą drogę. Oddziały 
zatrzymywały się w różnych miejscach planowo, a niekiedy zupełnie nieoczekiwanie i po krótkich 
postojach cierpliwie maszerowały nadal. Na trzeci dzień wczesnym rankiem kolumna dotarła do 
lasów starachowickich. Ledwo zagłębiliśmy się w las, podano od czoła komendę postoju. 
Zapowiedziano posiłek. Ludzie zaczęli rozlokowywać się tam, gdzie stali. Humory wyraźnie poprawiły 
się, najpewniej dlatego, że perspektywa jedzenia stała się tak bliska. „Zew” zwrócił się do 
„Rozłuckiego”: 

- Spójrz no, Jasiu, pułkownik Moczar idzie pytać o twoje zdrowie, widzisz?! 

- Widzę przecież, że idzie, czego się drzesz?! 

- Tylko jakąś niewesołą minę ma nasz pułkownik. Idzie zamyślony, widocznie coś go gnębi... 

- No pewnie, że ma go co gnębić. Tyle trosk na głowie, a coś ty myślał... 

Pułkownik tymczasem zrównał się z siedzącą na skraju drogi przy rowie grupką partyzantów. 

- Podciągnąć głębiej w las. Nie zostawać przy drodze. Cóż to, trochę sił wam zabrakło? Razem 
będziemy odpoczywać, nie w luźnych grupach, czego jeszcze siedzicie? 

- Odpoczniemy trochę i dobijemy do przodu, pułkowniku! Mamy ze sobą rannego. Zaraz pójdziemy 
dalej. 

- Co mu jest? 

- Dostał w nogę pod Radkowicami. 

- Trzeba go było położyć na wozy. 

- Kiedy nie chciał. Bał się, że zostawimy go po drodze jak tabory pod Gruszką. 

- Byłeś tam? Ciężko było, co? - zwrócił się pułkownik Moczar do rannego. 

- A byłem, bardzo ciężko, ale jakoś mieliśmy szczęście... 

- No, nie wszyscy... trzymajcie się, chłopcy, tak dalej. Humor, widzę, macie, a to dużo! Najgorzej, jak 
stracisz rezon, już cię wtedy Niemcy mają. Opatrunek zrobiony? 

- Tak, ale dawno, przed wymarszem. 

- Przyślę wam doktor „Ankę”. Ona go opatrzy, ma złote ręce. Palić chcecie? 

background image

- Kto by nie chciał, tylko nie ma co! 

- Macie. Tyle mam przy sobie. Tylko uważać, palić w garści! No, czołem, chłopcy! 

Pułkownik Moczar odszedł, a wtedy zaczęła się wymiana uwag na temat wydarzeń ostatnich dni. 
Oceniali na swój sposób walkę pod Radkowicami. Porównywali ją z bitwą pod Gruszką. Zastanawiali 
się nad stratami. 

- Wiecie co, ale właściwie to my mamy wielu takich morowych dowódców - zaczął któryś. 

- Chyba przesadzasz trochę... 

- Ależ tak, mówię wam! 

- No to kto? 

- Na przykład „Orkan”... 

- Albo „Łokietek”... 

- „Brzoza”... 

- „Góral”... 

- „Fin”... 

Każdy kogoś dorzucał, aż wreszcie „Zew” przerwał: 

- Skończcie już tę litanię! Pogadajmy lepiej o czym innym. 

- O czym? 

- ...Wiecie co, mnie jednak najbardziej gnębi bitwa pod Gruszką - powiedział „Zew”. 

- Każdego gnębi. Tylu naszych poległo... 

- Jak ty myślisz, Jaśko, ilu straciliśmy pod Gruszką? 

- Ja myślę, że dużo. Piekielny był ten ogień. Chyba więcej niż dwustu! Razem oczywiście, zabitych, 
rannych i zaginionych. 

- Tak to urzędowo powiedziałeś, jak w raporcie lub w komunikacie wojennym. 

- A bo co? Trzeba liczyć razem, bo przecież rannych albo dobili, albo zabrali do niewoli. A zaginieni 
mogą już nie wrócić. 

- Nas też mogli już uważać za zaginionych. Przecież dopiero po trzech dniach dogoniliśmy ich... 

- Ee, dwustu to może nie straciliśmy, ale swoją drogą na pewno wielu. Wiesz co, ja myślę, że pod 
Gruszką trafiliśmy na nieodpowiedni teren. Tamten las był stanowczo za mały do rozwinięcia twardej 
obrony. A poza tym siedzieliśmy tam za długo z powodu tych zrzutów... 

- Szwabów zostało tam dużo więcej niż naszych i najważniejsze, że wyrwaliśmy się z okrążenia. 
Widziałeś, jak Tadek Maj objeżdżał konno pierwszą linię walki, choć kule padały gęsto? To była 
odwaga! Konia pod nim zabili. Albo ten kontratak „świtowców” prowadzony przez niego na pozycje 
niemieckie... 

- Gorąco było, masz rację. Aleśmy za to wpadli znów pod Radkowicami. Trzeba mieć pecha! 

background image

- Rzeczywiście. Ledwo zdążyliśmy się zameldować, że żyjemy, i przywitać z niektórymi, a tu już alarm, 
bo Niemcy wtargnęli do lasu. Właściwie to widziałem się tylko z Adasiem Bakalarczykiem i dwoma 
Tadkami: Majem i Łęckim... 

- I tak mieliśmy szczęście, bo jakbyśmy spóźnili się o jeden dzień, już naszych nie byłoby pod 
Radkowicami i musielibyśmy samotnie drałować dalej aż tutaj. A tak, to chociaż w kompanii... 

- Też mi kompania, kuternoga... No, ale za to jesteśmy bogatsi o jedno doświadczenie więcej. 

Dla wielu żołnierzy III Obwodu AL w tych właśnie lasach kończyły się w październiku 1944 roku trudy 
codziennego życia partyzanckiego. Dużą ich część poprowadził za linię frontu na przyczółku pod 
Chotczą kapitan „Orkan”, a wszyscy ranni i chorzy, których było również wielu, odesłani zostali do 
garnizonów. Mnie także zmogły trudy leśnego życia. Chorowałem już od dłuższego czasu na zatoki, 
kiedy jednak złapały mnie bóle ischiasowe, skapitulowałem ostatecznie. 

Dowództwo nasze utworzyło z pozostałych żołnierzy małe oddziały operacyjne, które manewrując 
często z miejsca na miejsce, działały na terenie Kielecczyzny aż do wyzwolenia. 

W tych właśnie lasach, w których ostatnio zatrzymaliśmy się, kilka dni przedtem, zanim dotarły tam 
nasze oddziały, urządzili Niemcy obławę na partyzantów AK. Mimo pomocy, jaką otrzymali akowcy od 
oddziałów BCh, zaskoczone oddziały, nie spodziewające się obławy, zostały rozbite. 

 

Ostatnia zapałka 

 

Nigdy nie paliłem papierosów i dotychczas obce mi jest to uczucie rzekomej przyjemności. Skądinąd 
wiem jednak, że nałogowi palacze gotowi są niekiedy do największych wyrzeczeń za cenę kilku 
papierosów. Spotykałem się z tym bardzo często w lesie. 

Jakże często brak tytoniu malował się na twarzach partyzantów i to tak wyraźnie, jakby całym ciałem 
łaknęli dawki nikotyny. Zazwyczaj organizm ich szczególnie domagał się trucizny po silnych napięciach 
nerwowych, po akcjach, kiedy przychodziło odprężenie. Wtedy papieros poszukiwany był najbardziej, 
zwłaszcza gdy nie można było od razu sięgnąć do kieszeni i zapalić, bo nie było co... 

Obserwowałem nieraz „kręcących się” za papierosem i rozumiałem ich coraz lepiej. Wiele też razy 
ratowałem niejednego z nich w krytycznych okolicznościach. „Fasowałem” przecież swoją część 
papierosów tak, jak „fasowaliśmy” chleb. Dla każdego tyle, ile wypadało na dziś... Zjesz czy nie, 
wypalisz czy nie - twoja sprawa. Bierz i rządź się sam. Gospodarowali też sobie różnie partyzanci, 
w zależności od sytuacji i silnej woli. Jedni liczyli się z tym, że jutrzejszy przydział nie taki pewny, a inni 
znów, że życie też... 

I dziwna rzecz! Mógł zdarzyć się wypadek, że jeden drugiemu wyciągnął „zorganizowany” w jakiś 
przemyślny sposób i dość głęboko schowany na „czarną godzinę” cały bochen chleba, a następnie 
podzielił ten chleb po kawałku wśród najbliższych, nie omijając i „poszkodowanego” - ale żeby tak 
zrobić z cudzymi papierosami, to nie! Nie do pomyślenia było nawet, aby ktoś próbował kogoś 
„naciągnąć” na paleniu. Co innego być poczęstowanym lub nawet poprosić o poczęstunek. W tym 
względzie panowały inne zwyczaje. 

Zazwyczaj podchodzili do mnie niby przypadkiem koledzy, zagadując o to lub owo i pilnie oczekując, 
aż ich poczęstuję. 

background image

Przyzwyczaili się stopniowo do tego, że u mnie zawsze coś się znajdzie do palenia, jak nie papieros, to 
trochę tytoniu na „skręta”, więc przychodzili chętnie przy różnych okazjach. Nigdy im nie 
odmawiałem. 

Poszliśmy kiedyś we czterech do Wąchocka. Przed wymarszem otrzymaliśmy ogólne instrukcje 
i wskazówki, jak się zachować: 

- Nie szukać zaczepki z Niemcami, strzelać tylko w razie niezbędnej konieczności. Powrót najpóźniej 
rano. Informacje, po które idziecie, są bardzo ważne. Zachować ostrożność... 

Wyszliśmy po południu z takim wyliczeniem, aby dotrzeć o zmroku do Wąchocka od południowo-
zachodniej strony lasu. W tym celu należało zatoczyć dość duże półkole. Szliśmy nie śpiesząc się 
zbytnio. Deszcz padał równo i jednostajnie, jak to często bywa jesienią. 

Nikt ze spotykanych po drodze ludzi nie mógł podejrzewać, że jesteśmy partyzantami, gdyż broń 
mieliśmy ukrytą pod płaszczami. Jeden z nas miał na sobie pelerynę. Chyba tylko moja broda mogła 
wzbudzać podejrzenia. Ale i to było mało prawdopodobne, gdyż szybko zapadał wieczór, a przy tym 
bez przerwy siąpił deszcz. 

Pierwszy odpoczynek zrobiliśmy dopiero na polanie w odległości około pół kilometra od brzegu lasu, 
rozważając szczegółowo plan działania. Bez żadnych komplikacji dotarliśmy do jednego z domów na 
peryferiach miasteczka. Czekali już tam na nas. Oprócz gospodarzy było trzech towarzyszy ze 
Skarżyska. Przygotowali dla nas suty poczęstunek. Jedliśmy słuchając informacji. Zdawali relacje 
z wykonanego rozpoznania. Zrobiłem szczegółowe notatki o ruchach wojsk niemieckich w okolicy 
i rozlokowaniu jednostek w Skarżysku. Zaznaczyłem na planie miasta przy nazwach ulic numery 
domów, w których stacjonowały jakieś oddziały niemieckie. Nawiasem wspomnę, że informacje te, 
które wówczas uzyskaliśmy, zostały następnie zaszyfrowane i przekazane drogą radiową do 
Dowództwa WP w Lublinie celem odpowiedniego wykorzystania. 

Potem musieliśmy opowiadać, jak nam się wiedzie w lesie, na kiedy przewidujemy koniec wojny i tak 
dalej. Wreszcie nadeszła pora powrotu. Było już po północy. 

Prowadzący nas partyzant pochodził z okolic Wąchocka, ale dość dawno nie był już w domu. 

- Wpadnę na chwilę do ciotki - powiedział. - To prawie po drodze... Zobaczę swoich, może trochę 
gruszek i jabłek wezmę. Skrócimy sobie dojście przez ogrody, zajdziemy od tyłu - zaproponował 
i zaraz skręcił w lewo, a następnie przesadził niewysoki płot. 

Poszliśmy za nim. Znaleźliśmy się w jakimś ogrodzie. Potem znowu płot, skok i... stanęliśmy jak wryci. 
Wleźliśmy wprost na stanowisko niemieckiej baterii przeciwlotniczej, ukrytej w sadzie na 
przedmieściach. Deszcz wciąż padał. Żołnierze pod plandekami o czymś tam szwargotali... Tss!... Co 
robić? 

Wracamy za płot. Jeden z nas zawadził płaszczem o sztachety. Na chwilę zawisł w powietrzu, 
zamachał rękami bezradnie. Trzask łamanej deski... Zwalił się w błoto i zaklął: „to cholera!” Nie było 
rady. Automaty zaciążyły w rękach i posłaliśmy krótkie serie w stronę wybiegających Niemców, 
a zaraz potem trzy granaty rzucone na komendę wstrząsnęły sadem... 

Las był blisko. Szybko osłonił nas ciemnością, ale biegliśmy jakiś czas jeszcze oddalając się coraz 
bardziej. Nikt nas nie ścigał. Błyski rakiet dogoniły nas dopiero wtedy, gdy byliśmy daleko w lesie. 
Maszerowaliśmy już po jakimś nasypie, nadrabiając znów ten sam łuk drogi co w tamtą stronę. 
Szliśmy jednak szybciej i widoczność mieliśmy lepszą. 

background image

- Tylko prowadź teraz tam gdzie trzeba, a nie do sadu, pewnie już odechciało ci się jabłek? 

- Sporo ich tam pewnie naspadało po wybuchu... 

- Jutro pójdziesz za dnia, to sobie wyzbierasz. Teraz ciesz się, że nie wisisz na płocie, boby cię pewnie 
Niemcy już zdejmowali. A wątpię, czyby uwierzyli, że przyszedłeś po jabłka tylko... 

Po prawie dwugodzinnym bardzo forsownym marszu zatrzymaliśmy się, aby trochę odsapnąć. Deszcz 
nie ustawał. Lał bez przerwy, nie było na nas suchej nitki. W butach chlupało, a do naszego obozu 
jeszcze ponad godzinę drogi. 

Chciało się odpocząć i zapalić, ale... nikt nie miał zapałek. Zostały tam, w izbie. 

- Poszukajmy, może ktoś ma jakąś zapałkę, draska jest - powiedziałem. Szukaliśmy. Wywracałem tak, 
jak oni mokre kieszenie. Bez skutku. Ktoś znalazł jedną zapałkę, ale siarka rozmiękła od deszczu 
i oblazła z patyka przy dotknięciu palcami. Obmacując jeszcze, tak na wszelki wypadek, brzegi 
marynarki znalazłem dwie zapałki. Ogryzki, nie zapałki. Prawie same łebki. Jedna trochę dłuższa. 
Kiedyś służyły mi do dłubania w zębach i widocznie zrobiły sobie dziurę w kieszeni i wpadły za 
podszewkę. Wyciągnąłem je ostrożnie i podałem koledze. 

- Masz, tylko uważaj, bo jedną to trudno nawet w palcach utrzymać. 

Przykryliśmy się peleryną i nastąpił długi, dramatyczny moment oczekiwania. Trzech palaczy 
z papierosem w zębach oczekiwało na ogień. Jeden z nich wziął zapałkę ode mnie i potarł raz, drugi 
i trzeci o draskę. Nie zapaliła się. Tylko ostry swąd spalonej siarki połechtał nozdrza. Niech to diabli! 

Dałem mu drugą. Była jeszcze mniejsza niż pierwsza. Wziął zapałkę w palce i niezdecydowanym 
ruchem przymierzał do pudełka. Ręka mu drżała. Wahał się tak chwilę i odczuwało się, że obecni 
wstrzymują oddech. Zachciało mi się śmiać. 

- Nie dasz rady zapalić sam! Daj mi. Ręka drży ci jak dziadowi. Ja ci zapalę. Mnie nie zależy na tym, czy 
zgaśnie, czy nie... 

Oddał szybko. Potarłem zapałkę. Na krótką tylko chwilę ukazał się nikły płomyk parząc mi palce, ale 
to wystarczyło, aby zapalić upragnionego papierosa. Od tego pierwszego przypalili inni i zaciągnęli się 
wcale niewonnym dymem junaków („Haudegenów”). 

Odpoczywali, a odpoczynek bez papierosa nie liczył się. 

Kiedy ostatni z nich dopalał swojego papierosa, zaproponowałem im jeszcze po jednym z mojego 
zapasu. Skorzystali chętnie. 

O świcie byliśmy w oddziale. 

W raporcie z naszej wyprawy powiedzieliśmy o wszystkim: o przebiegu spotkania, o Niemcach, 
o zapałce nawet, ale nie wspominaliśmy o gruszkach. I tak mieliśmy nieprzyjemną rozmowę na temat 
strzelaniny... 

 

Nareszcie wolni 

 

Któregoś dnia wieczorem wpadł do mieszkania Janek, młodszy brat mojej żony, z zaskakującą 
wiadomością: 

background image

- Przyjechał wozem twój kolega z Warszawy, leży na słomie, jest ranny. 

Nie miałem kolegi w Warszawie, więc trochę zaintrygowany wyszedłem przed dom. Na wozie 
wysłanym słomą leżał „Wiślicz”. Był rzeczywiście ranny. Jeszcze w bitwie pod Gustawowem oberwał 
serię z automatu, która zgruchotała mu kość udową. Przykuty został od tego czasu na długie tygodnie 
do łóżka, a później mógł poruszać się tylko o kulach. Ubytek kości nie mógł być szybko wyrównany 
przez organizm. Właśnie w takim stanie zobaczyłem go na wozie wraz z jego żoną i synem. 

- Udaję ofiarę cywilną z powstania warszawskiego. Zatrzymam się tutaj jakiś czas - powiedział. 

Ciekawskim wyjaśniłem, że to istotnie mój kolega z Warszawy. Chyba wierzyli mi, bo nie pytali o nic 
więcej. W tym czasie zajęty byłem przygotowaniem odpowiedniego miejsca do słuchania radia. 
Pomagali mi w tym domownicy, a najwięcej Stach Pyrka. Tylko żona moja z niepokojem śledziła nasze 
poczynania, ale widząc, że pracujemy bez wytchnienia, nie próbowała oponować. Żałowałem jedynie 
tego, że zanim skończymy kopanie schronu, to ona już nie będzie mogła przecisnąć się przez otwór 
w podłodze, aby posłuchać radia. Jej kształty „zaokrąglały się” z dnia na dzień coraz bardziej... 

Czas pobytu „Wiślicza” u mojej teściowej schodził nam na rozmowach w oczekiwaniu na bliską już 
ofensywę wojsk radzieckich. 

Jeszcze raz przed wyzwoleniem musiał „Wiślicz” opuścić melinę w Kroczowie Małym i przenieść się 
w inne miejsce. Było to w połowie grudnia 1944 roku. Ja również szukałem sobie nowego miejsca. 
Uprzedziły nas łączniczki, donosząc o aresztowaniu towarzyszy Stanisława 
Chmurzyńskiego - ”Topora”, Czesława Karwińskiego - ”Bohuna” i innych. Schronienia udzielił mi 
wtedy Edward Sobich, kolega z Wielgiego. Nie pytał o nic. Przyjął mnie na kilka dni. Następnie 
przeniosłem się do Hieronimowa. Wkrótce ruszyła ofensywa radziecka na całej długości frontu nad 
Wisłą. Ale to było później. Do tego czasu - od dnia opuszczenia przeze mnie oddziałów leśnych - 
intensywnie pracowałem w garnizonach AL. 

Okres ten wypełniony był zgoła innymi obowiązkami i zadaniami niż poprzedni. Przede wszystkim 
należało się przygotować organizacyjnie do przejęcia władzy po wypędzeniu okupanta. Tworzyliśmy 
gminne rady narodowe tam, gdzie ich jeszcze nie było. 

Skład konspiracyjnej i pierwszej po wyzwoleniu Gminnej Rady Narodowej w Siennie nie był duży. 
Mniej niż dwadzieścia osób, ale i tak nie pamiętam wielu nazwisk. Staraliśmy się, aby były w niej 
reprezentowane większe wsie, a z Sienna najlepsi z najlepszych. O jednym z nich chciałbym tylko 
przypomnieć. Był nim ksiądz Włodzimierz Sedlak. Ksiądz-patriota i społecznik. Orędownik biedoty 
wiejskiej i miejskiej, wróg wszelkich form wyzysku i bezprawia, nienawidzony przez kołtunerię 
i robigroszów okupacyjnych. 

Ksiądz Sedlak był opiekunem i ideowym przywódcą wielu młodych ludzi z Sienna. Piętnował podczas 
kazań niedzielnych otępienie na łzy, krew i nędzę, nawoływał do solidarności i pomocy wzajemnej, 
w razie potrzeby do ofiarności i wyrzeczeń. Umiał skutecznie przemawiać do sumień ludzkich 
i odwoływać się do ich kieszeni. Zbierane przez księdza Sedlaka środki szły na pomoc dla 
wysiedleńców, więźniów i opuszczonych ludzi i w ogóle dla tych wszystkich, którzy pomocy 
materialnej najbardziej potrzebowali. Uzyskiwali nie tylko pomoc materialną, ale także wsparcie 
moralne i wskazówki. U niego to właśnie niejeden raz zatrzymywał się „Róg” - Świostek, gdy 
przyjeżdżał do Sienna w sprawach organizacji „Świt”. 

Przygotowywaliśmy także oddziały Milicji Obywatelskiej. Praca ta była tym trudniejsza, że często 
musieliśmy zmieniać miejsca pobytu i kontakty zrywały się. Na szczęście, dzięki natarciu Armii 
Radzieckiej, okres ten nie trwał długo. 

background image

Od 17 stycznia 1945 roku zaczęła się dla, mnie historia naszego dwudziestolecia, dwudziestolecia 
Polski Ludowej. 

Jeszcze w tym samym bowiem dniu przystąpiłem do swych nowych obowiązków. Nawiązałem 
kontakt z dowódcą oddziałów radzieckich, które zatrzymały się w Siennie. Przypilnowałem przejęcia 
przez Gminną Radę Narodową w Siennie „władzy”. Przed tym jednak rozszerzyliśmy skład wyłonionej 
jeszcze przed wyzwoleniem konspiracyjnej Rady, uwzględniając liczną reprezentację działaczy 
z okolicznych wsi. „Nasza” Rada rozpoczęła urzędowanie w dawnym budynku gminnym. Powołaliśmy 
posterunek Milicji Obywatelskiej, przejęliśmy klucze od magazynów i sklepów spółdzielni rolniczo-
handlowej oraz wydaliśmy kilka tymczasowych zarządzeń. 

Pierwsze kroki były niepewne, a pierwsze decyzje bardzo trudne. Kto żyw podsuwał projekty, co 
robić, doradzał, jak robić. Tyle tego było, że nie wiedzieliśmy, od czego zacząć. Rada wydała polecenie 
przeprowadzenia remanentów w sklepach i magazynach spółdzielni oraz w młynie i mleczarni. 
Uważałem, że powinniśmy dowiedzieć się, jakie były zapasy i ile tego mamy na zaopatrzenie bieżące. 
Na dostawy ze wsi nie mogliśmy prędko liczyć. 

Wszystkie polecenia nowej władzy wykonywane były bez sprzeciwu i niezwłocznie przez 
zainteresowanych, tym bardziej że niektóre decyzje rodziły się publicznie, przy udziale szerokich rzesz 
interesantów i gapiów. Obecni roztrząsali na żywo propozycje, godzili się lub wysuwali kontrprojekty, 
doradzali albo też po prostu kłócili się między sobą, jak będzie lepiej. 

Tak było oczywiście przez pierwsze dwa-trzy dni. Potem władza już okrzepła, a ludzie wrócili do 
normalnych zajęć. Rozpoczęła się nauka w szkołach. Życie w miasteczku wracało do normy. Ład 
i spokój zapewniały stacjonujące wojska radzieckie i oddziały „naszej” milicji. Przed wszystkimi 
magazynami, narażonymi na ewentualne kradzieże, postawiliśmy uzbrojone posterunki ochronne. 
Brać partyzancka zaczęła od razu pełnić ciężką i odpowiedzialną służbę na samym progu wolności. Nie 
dane jej było zaznać odpoczynku po trudach leśnych. Pora nie była ku temu. 

Wszyscy wyglądaliśmy trochę niezwykle. Bez automatów i bez broni krótkiej nie ruszaliśmy się 
zupełnie z domu. Broń była wówczas, w tych pierwszych dniach wolności, wyłącznym atrybutem 
władzy. Nosił ją żołnierz radziecki i polski, nosił milicjant i przedstawiciel Rządu Tymczasowego, 
a także działacz partyjny. 

Często jednak stawaliśmy przed trudnymi decyzjami, raz po raz wybuchały konflikty. Przychodzili 
chłopi domagając się zwrotu zboża, które zabrali im Niemcy jako kontyngent. Jakże tu oddać chłopom 
zboże, kiedy było go mało w magazynach? A zresztą komu oddać? Ile? Nie można się było na to 
zgodzić! Pożyczaliśmy natomiast w sporadycznych przypadkach najbardziej potrzebującym pewne 
ilości zboża, rejestrując jednak dłużników z zastrzeżeniem, że terminy i forma zapłaty za zboże 
ustalone zostaną później. Uruchomiliśmy piekarnię. 

Wojsko też wymagało zaopatrzenia. Wydawaliśmy potrzebne ilości artykułów żywnościowych i zboża, 
głównie owsa za pokwitowaniem odbioru przez dowództwa jednostek. Gdy pierwszy raz postawiłem 
takie żądanie, oficera aż zatkało. Po co? Przecież jest wojna, a to własność poniemiecka. 

- Nie! - uzasadniłem żądanie - dla nas bałagan wojenny już się skończył. Musimy dbać o porządek. 
Zboże jest nasze, nie poniemieckie, choć przez nich zabrane ze wsi. My teraz odpowiadamy za 
rzetelne gospodarowanie majątkiem. W tym celu robiliśmy przecież spisy towarów. Musimy się 
wyliczyć co do kilograma. Zboże otrzymacie, ale zostawcie pokwitowanie, ile wzięliście od nas... 

Oficer nie dowierzał własnym uszom. 

background image

- Krwi nie żałujemy, a wy certolicie się z owsem - próbował jeszcze argumentować. 

- Nie chcemy przecież pieniędzy, dajcie pokwitowanie za to, co bierzecie... 

Ustąpił, ale widać było, że tylko dlatego, aby uporem swoim nie wywołać jakiegoś skandalu. My też 
już czuliśmy, że struna cierpliwości oficera wobec cywilnej „władzy” napięta była do ostateczności. 
Byliśmy przecież świadomi, że zadzierać z frontowym wojskiem, to nie przelewki... 

Któregoś dnia wyjechałem sankami z „Rogiem”, „Przelotem” i innymi do Bałtowa. Nie pamiętam już 
w jakim celu. Na nocleg zatrzymaliśmy się w pałacu księcia Druckiego-Lubeckiego. Bałagan był tam 
niesamowity. Znać, że w pośpiechu opuszczał książę wraz ze swoją rodziną te strony. Znać, że ktoś tu 
już plądrował... 

Chodziłem po salach pałacowych i przeglądałem książki rozrzucone w nieładzie po podłodze. 

Było już po północy, gdy „Róg” zagnał mnie wreszcie do spania. Leżał na łóżku w książęcej sypialni 
z rękami pod głową. Palił papierosa i mówił z przekąsem: 

- Kładź się tutaj obok na drugim łóżku i śpij. Nie spałeś jeszcze na tak dostojnym sprzęcie i pewnie nie 
będziesz miał drugiej takiej okazji w życiu! Słyszane to rzeczy, żeby partyzant mógł bezkarnie 
prostować swoje gnaty na herbowej pościeli... 

Przesadzał oczywiście, gdyż po herbowej pościeli nie było nawet śladu. Żadnej pościeli nie było. 
Leżeliśmy na gołych materacach. Wkrótce zasnęliśmy snem sprawiedliwego. 

Około 20 stycznia pojechałem do Iłży na wiec organizowany przez pełnomocnika Rządu 
Tymczasowego Józefa Niemca. Oprócz niego przemówienie wygłosił „Wiślicz” i Antoni Langer. 

Z Iłży nie wróciłem już do domu, w którym zostawiłem chorą żonę. Usprawiedliwiłem się trochę sam 
przed sobą, że poradzi sobie beze mnie, a opiekę zapewnią jej rodzice. W większym jednak stopniu 
działałem pod wpływem chwilowego impulsu. Prawie wszyscy moi koledzy i towarzysze walki jechali, 
a ja miałbym zostać? Pojechałem zaraz następnego dnia wraz z wieloma peperowcami do Radomia. 
W tym dniu wyjechał tam prawie cały aktyw dawnego „Świtu”. Znaleźli się w Radomiu 
„Róg” - Świostek, „Łokietek” - Maj, „Wiślicz” - Iwańczyk, „Szela” - Kozik i inni. Wkrótce też, za 
wkraczającym wojskiem, zawitał do Radomia „Wieniawa” - Wątrobiński, który przyjechał wprost 
z Lublina. Przy powitaniu popłynęło dużo łez radości i niemało wódki... 

Obok spotkań radosnych były w tym czasie i smutne. 

Szedłem kiedyś ulicą Radomia, gdy niespodziewanie chwycił mnie ktoś w objęcia i gwałtownie 
przyciskając, łkał przerywanym głosem: 

- Żyjesz... nie zginąłeś... jak dobrze, że wróciłeś... co się z tobą działo?... 

Zaskoczony nie wiedziałem, jak się zachować. Była to niewątpliwie pomyłka. Nie znałem zupełnie 
tego człowieka. 

- Pan się myli. Bierze mnie pan za kogoś innego. Nie znam pana... 

Odsunął mnie na długość rąk, nie puszczając jednak moich ramion, przyglądał się chwilę uważniej 
i najwyraźniej nie dowierzał. 

- To niemożliwe. To ty, Heniu, przecież jesteś! 

- Nie jestem Heniek. Pan się pomylił. Naprawdę. Przykro mi bardzo... 

background image

Nieznajomy zdjął okulary i zaczął je przecierać chusteczką. Widziałem, jak ręce drżały mu ze 
wzruszenia. A ja czułem się jak winowajca, nie wiedząc, czy zostać, czy iść dalej. Wreszcie nieznajomy 
odwrócił się i odszedł powoli w swoją stronę. 

Wstrząśnięty do głębi wróciłem do domu rozmyślając o spotkaniu. Na kogo czekał ów nieznajomy 
spotkany na ulicy Radomia w styczniowe popołudnie 1945 roku. Na syna, brata, przyjaciela?... 

Nawiasem mówiąc ta pomyłka mogła powstać z powodu mojej brody, którą wciąż jeszcze nosiłem. 
Widocznie upodobniała mnie do innych i to tak bardzo, że nieznajomy wziął mnie za bliską mu osobę. 
Żal mi się zrobiło, że nie byłem tym, którego on oczekiwał. 

Rozpocząłem pracę w Komitecie Miejskim PPR w Radomiu, którego pierwszym sekretarzem został 
towarzysz „Róg” - Świostek. 

Wiele wówczas nocy spędziliśmy w budynku dawnego starostwa, śpiąc w fotelach w pozycji siedzącej 
i nie rozbierając się wcale. Spaliśmy w tych samych pokojach, w których pracowaliśmy całymi dniami 
po dwanaście i więcej godzin na dobę. W pierwszych dniach było dużo zamieszania i chaosu. Wszyscy 
robili wszystko. Przyjeżdżali wprawdzie do Radomia „starzy” działacze partyjni, towarzysze Oks, 
Doliński, Kalinowski i inni. Uczyli nas, ale mieliśmy wtedy taki zamęt w głowie od ilości tworzonych 
organizacji, funkcji, jak też od skrótów różnych instytucji, że trudno było zorientować się w tym 
wszystkim. Powoli wykrystalizowały się zarysy organów władzy, partii, związków zawodowych 
i innych instytucji. Ludzie otrzymywali konkretne skierowania do pracy i konkretne zadania. 
Dostaliśmy wreszcie jako Komitet Miejski PPR własny lokal przy ul. Sienkiewicza. Utworzone 
instytucje również stopniowo opuszczały gmach starostwa. 

Nie miałem zupełnie czasu myśleć o domu, a mimo to tęsknota do najbliższych odzywała się coraz 
częściej i coraz mocniej. Powoli zaczęły przyjeżdżać nasze rodziny. Wreszcie i ja mogłem przywitać się 
z moją żoną. Przyjechała nie uprzedzając mnie. Tak ma prawo zjawiać się tylko władza. Co do tego nie 
miałem wkrótce złudzeń. Wprawdzie na powitanie „władza domowa” rozpłakała się, gdy zobaczyła 
mnie w trudnych warunkach i w kiepskim stanie, ale za to potem zaczęły się dla mnie nowe porządki. 
Byłem wymizerowany i chory. 

- Jak ty wyglądasz, jak ty żyjesz?! - żona przypuściła gwałtowny atak. 

- Nic mi nie jest - próbowałem ratować sytuację. 

- Pójdziemy do doktora. Jak chcesz pracować, to musisz być zdrowy. 

Nie ustąpiła i miała rację. Stan mojego zdrowia był taki, że powinienem był zaraz położyć się do łóżka. 
Zlekceważyłem wskazówki lekarza i perswazje żony. 

Kurowałem się nie przerywając pracy. Dopiero po latach, kiedy rozchorowałem się na dobre 
i mogłem chodzić tylko o laskach, zrozumiałem swój błąd. Do dziś od czasu do czasu dokuczają mi 
zatoki i bóle ischiasowe, których wówczas nie wyleczyłem całkowicie. 

Długo jeszcze mieszkałem razem z żoną w Hotelu Europejskim, dopóki nie otrzymaliśmy mieszkania. 

Czas płynął szybko. Pracowaliśmy bez wytchnienia i tym ciężej, że byliśmy zmuszeni przez życie uczyć 
się wszystkiego od początku. Entuzjazm zastępował doświadczenie, dodając sił i zdrowia. 

Zwarta początkowo grupa partyzantów AL, która ściągnęła do Radomia i „opanowała” tam prawie 
wszystkie biura i urzędy, zmniejszała się powoli. Poszczególni towarzysze przechodzili w inne okolice, 
do innych obowiązków. I ja też opuściłem Radom przenosząc się do Łodzi, gdzie zacząłem studia 
ekonomiczne. 

background image

Dziś my, byli partyzanci AL Kielecczyzny, pracujemy rozsiani po całej Polsce i spotykamy się ze sobą na 
ogół rzadko. Czasem przypadek zdarzy, że w podróży służbowej napatoczysz się w hotelu na 
znajomego z lasu. Spotkania w większym gronie odbywać się mogą tylko od wielkiego dzwonu. 

Mimo to więzy przyjaźni zadzierzgnięte w trudnych latach walki i pracy są nadal mocne. 

 

 

background image

Obwolutę i stronę tytułową projektowała Irena Łyżwińska 

Redaktor Wanda Zbyszewska 

Redaktor techniczny Jolanta Michałowska 

Korektor Barbara Klamrowska 

Cztery tysiące dwieście pięćdziesiąta publikacja Wydawnictwa MON 

Printed in Poland Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1968 r. Wydanie II 

Nakład 10 000+306 egz. Objętość: 7,44 ark. wyd.; 11 ark. druk. Papier druk. mat. V ki., 65 g, 82 x 104 cm z Zakładów Celulozowo-Papierniczych im. J. Marchlewskiego we Włocławku. Druk ukończono w październiku 1968 r. 

Wojskowe Zakłady Graficzne w Warszawie. Zam. nr 4914 z dnia 8.VI.1968 r. 

Cena zł 10.- N-26