background image

  

Kroniki Blackstone

                    

JOHN SAUL

Z PROCHU W PROCH: 
              SMOK

background image

                                              

                                                

Prolog

Dął lodowaty marcowy wiatr, przed którym wszyscy mieszkańcy Błackstone, 
z wyjątkiem najbardziej niespokojnych dusz, kryli się w zaciszu własnych 
domostw. Mimo ze temperatura oscylowała powyżej zera, wietrzysko, które 
zakradło się do miasteczka tuż po północy, przywlekło ze sobą wyjątkowo 
paskudny chłód. Rosło przez całą noc, aż przybrało rozmiary upiornego 
monstrum i rozhulało się na dobre - łamało konary nagich drzew, wyrywało 
dachówki, szarpało okiennicami; rozjątrzone szukało sposobu, jak tu dobrać 
sie ludziom do skóry. Rozszalała wichura postrzępiła chmury i po niebie 
pędziła teraz szara pajęczyna, omotywała księżyc, a ponure cienie przesuwały 
się po ulicach - złodziejaszki wślizgujące się do jednego domu po drugim. W 
zakładzie dla obłąkanych na szczycie Północnego Wzgórza inny mroczmy 
cień nie zwracał
uwagi na powstałe nocą zagrożenie. Nieczuły na jęki wiatru, obojętny na 
chłód, przykucnął w swojej izbie miłośnie gładząc złotego smoka. Rubinowe 
ślepia stwora zamrugały, gdy księżyc chował się za jedynym okienkiem 
izdebki. Pieszcząc smoka urękawiczoną dłonią, postać wróciła pamięcią do 
dnia, w którym po raz pierwszy jej wzrok spoczął na tym złowrogim cacku...

background image

                     Wstęp

To było nie w porządku.
To było zupełnie inaczej, niż być miało.
Kiedy okazało się, ze jest w ciąży, Tommy winien był przypuścić szturm do jej ręki i 
wyznaczyć jak najszybszą datę ślubu.
Ale zamiast opiekuńczo objąć ją ramieniem i zapewnić, że wszystko będzie w jak 
największym porządku, spojrzał na nią z taką niepohamowaną wściekłością, że bała 
się, że ją uderzy, wyrzuci ze swojego podrasowanego kabrio i całą drogę do domu 
będzie musiała odbyć na piechotę.
- Jak mogłaś być taką idiotką? - pytał podniesionym głosem. Parkowali na dróżce 
zakochanych na tym stoku Północnego Wzgórza, z którego nie było widać Blackstone, 
i darł się tak głośno, że jacyś ludzie na tylnym siedzeniu innego, zresztą jedynego 
samochodu, który był tam wtedy, przetarli zaparowaną szybę i gapili się na nich z 
ciekawością.
Skuliła się na fotelu, tak skonsternowana, że chciała umrzeć. Wtedy Tommy zapalił 
silnik i pognał ścinając zakręty. Serce podeszło jej do gardła ze strachu, że oboje zginą, 
zanim wrócą do miasteczka.
Może śmierć byłaby lepsza niż to, co ją później spotkało. Zatrzymał się przed jej 
domem, gwałtownie otworzył drzwi od jej strony, a potem obdarzył ją ostatnim 
rozjuszonym spojrzeniem.
- Nie wyobrażaj sobie, że się z tobą ożenię - wycedził ochryple. - Nie wyobrażaj sobie 
nawet, że jeszcze kiedyś zobaczysz mnie na oczy!
Pochlipując wysiadła niezdarnie z wozu, a on znikł za rogiem z wyciem silnika i 
piskiem opon. Tydzień później, kiedy usłyszała, że Tommy zaciągnął się do wojska i 
płynie do Korei, zrozumiała, że nie ma wyboru. Musi powiedzieć rodzicom.
Spodziewała się, że tato będzie szalał, będzie groził, że zabije tego gada, który zrobił to 
jego kruszynce. Kiedy powiedziała ojcu, że Tommy się zaciągnął, krew nabiegła mu do 
twarzy i przysiągł, że jak Północni Koreańczycy nie zabiją tego cuchnącego tchórza, 
tego łobuza, sam to zrobi, choćby miał czekać nie wiadomo jak długo. Matka pytała 
podniesionym głosem, jak jej własna córka mogła dać się wykorzystać takiemu 
Tommy'emu, i łkała, że nigdy więcej nie będzie mogła spojrzeć w twarz żadnej swojej 

background image

przyjaciółce.
Tego wszystkiego się spodziewała.
Nie spodziewała się tego, co następiło następnego dnia. Rodzice zawieźli ją na 
Północnee Wzgórze i oddali do zakładu dla obłąkanych.
Płakała i błagała. Wściekała się na ojca dokładnie tak samo, jak on wściekał się na nią 
dzień wcześniej.
Ale rodzice byłi niewzruszeni. Ma zostać w za-kładzie, dopóki dziecko nie przyjdzie 
na świat.
Dopiew wtedy zdecydują, co z nią dolej zrobić.
Pierwsze dwa miesiące żyła w stałej grozie, lękając się tego, co mogłoby ją spotkać za 
progiem. Przez całe życie ona i jej znajomi po cichu obawiali się domu na szczycie 
Północnego Wzgórza. Przez całe dzieciństwo
słyszała szeptane wieści o straszliwych rzeczach, jakie się tam wyprawia, i niejedną 
noc czuwała schowana pod kołdrą z powodu plotek o ucieczce jakiegoś „obłąkańca".
Najgorsze były pierwsze noce w zakładzie. Nie mogła zasnąć. Mroczne godziny 
ożywały wrzaskami i jękami katownych dusz zamkniętych za niedostępnymi 
kamiennymi ścianami. Lecz z wolna stała się nieczuła na rozpaczliwe wycia 
wybuchające w środku nocy. Wreszcie któregoś dnia odważyła się przestąpić próg 
świetlicy i dołączC do reszty pacjentów uznanych, jak ona, za nieszkodliwych dla 
otoczenia. Ich życie upływało na nie kończących się pasjansach lub bezsensownym 
kartkowaniu czasopism, których nigdy, tak Bogiem a prawdą, nie czytali, oraz na 
paleniu papierosów.
W drugim miesiącu swojego świetlicowego życia też zaczęła palić. To zabijało czas, 
jakoś łagodziło ból samotności, beznadziei i rozpaczy.
W miarę jak tygodnie przechodziły w miesiące, a brzuch rósł razem z dzieckiem, które 
nosiła pod sercem, zaczęła powoli, nieśmiało zaprzyjaźniać się z niektórymi 
pacjentami. Usiłowała nawet nawiązać kontakt z jedną kobietą, która siedziała 
nieruchomo jak kamień, i tylko rozbieganymi oczami zdradzała, że żyje i czuje. Ale 
tamta nigdy się do niej nie odezwała.
Wreszcie pewnego dnia milcząca kobieta znikła i chociaż krążyły opowieści, że umarła 
gdzieś w zamkniętych izbach, które jakoby mieściły się głęboko w piwnicach zakładu, 
dziewczyna nie wierzyła tym opowieściom.
Ale całkiem ich nie odrzucała.
Rodzina nie zjawiała się z odwiedzinami. Nie było w tym nic dziwnego. Ojciec był za 
bardzo wściekły, matka za bardzo się wstydziła.
A dwie siostrzyczki, obie dużo od niej młodsze, były zbyt wystraszone, by zdobyć się 
na odwagę i same złożyć wizytę w zakładzie.
Tak mijały miesiące.
Dzisiaj, w zimny marcowy poranek, po nocy, w której wyjący wiatr był tak głośny, że 
zagłuszył krzyki i jęki mieszkańców zakładu, poczuła pierwsze bolesne skurcze.
Skrzywiła się, gdy poraziły jej ciało, ale zdusiła krzyk, bo przez miesiące ciąży pojęła, 
ze bole porodowe nie będą niczym innym, jak karą za grzech popełniony przez nią i 

background image

Tommy'ego.
Grzech, który przysięgła sobie znosić w milczeniu.
Jednakże w przeciągu godziny skurcze zaczęły się pojawiać co kilka minut i nie 
potrafiła wytrzymać ich bez słowa. Kobiety ze świetlicy zawołały jednego z 
sanitariuszy, a ten wezwał pielęgniarkę.
Bóle przychodziły co dwie minuty. Miała wrażenie, ze pęknie. Przywiązano ją do 
wózka i zawieziono do pokoju wyłożonego białymi kafelkami Na suficie jarzyły się 
trzy oślepiające lampy.
Było zimno, prawie lodowato. Sanitariusze zaczęli zdejmować z niej szlafrok. Błagała, 
żeby tego nie robili Nie zwracali na nią uwagi
Weszła pielęgniarka i lekarz.
Gdy kolejny skurcz przeszył jej ciało, błagała, żeby dano jej coś na uśmierzenie bólu, 
ale oni zajmowali się tylko swoimi czynnościami, ignorując jej prośby.
- To nie operacja - zbył ją lekarz. - Nie potrzeba ci niczego.
Poród wkroczył w fazę decydującą. Krzyczała, napierała na pasy, którymi 
przywiązano ją do wózka. Miała wrażenie, że fale intensywnego bólu toczą się przez 
całą wieczność, była pewna, że traci przytom-
ność, aż po którymś rozdzierającym spazmie poczuła, że dziecko wyśliznęło się z jej 
ciała.
Leżała dysząc, usiłowała złapać oddech, wyczerpane ciało wreszcie zaznawało spokoju. 
Wtedy usłyszała słabe bezradne kwilenie. Jej maleństwo, maleństwo, dla którego 
zniosła tyle bólu, wołało ją.
- Pokażcie mi je - wyszeptała. - Chcę przytulić moje maleństwo.
Lekarz stał odwrócony do niej plecami. Podał coś pielęgniarce.
- Lepiej nie - powiedział. - Lepiej dla was obojga. Pielęgniarka wyszła, a dziewczyna 
słyszała ginące
w oddali kwilenie.
- Nie! - zawołała, ale jej głos był żałośnie słaby, - Muszę zobaczyć moje maleństwo! 
Muszę je przytulić!
Lekarz wreszcie skierował na nią wzrok.
- Przykro mi, ale nie mogę na to pozwolić. Wtedy to byłoby dla ciebie jeszcze 
trudniejsze.
Była zaskoczona. „ Trudniejsze"? O czym on mówi?
- Nie ro... rozumiem.
- Jak go nie zobaczysz, nie będziesz za nim tak tęsknić.
- Tęsknić? - powtórzyła. - O czym pan mówi? Proszę! Moje maleństwo...
- To już nie jest twoje maleństwo - rzekł takim tonem, jakby przemawiał do małego 
brzdąca. - Zostało oddane do adopcji, więc lepiej, żebyś wcale go nie oglądała.
- Adopcji? - powtórzyła. - Ale ja nie chcę oddawać dziecka do... 
— Twoje zdanie się nie liczy - oschle poinformował ją lekarz. - Klamka zapadła.
Ogarnął ją nowy rodzaj bólu, nie tak ostry jak przeszywające skurcze, które przedtem 
tak gwałtownie opanowały jej ciało, a teraz równie szybko znikły. To był tępy ból, 

background image

który zakorzenił się głęboko, i który, jak wiedziała, nigdy nie zniknie - ten rozlewający 
się chłód, panoszący się coraz bardziej jak rak, napełniający rozpaczą, powoli 
pochłaniający ją całą, nie zostawiający żadnej drogi ucieczki Juz czuła, jak się w niej 
rozpycha, i wiedziała, że któregoś dnia nie zostanie z niej nic.
Nie zostanie nic poza bolesną świadomością, że gdzieś tam było należące do niej 
maleństwo, którego nigdy nie utuliła, nigdy nie pogłaskała, nigdy nie widziała.
Pozostawiona suma sobie w sali operacyjnej, zalana zimnym bezlitosnym światłem, 
zaczęła płakać. Nie przyszedł nikt, by ją pocieszyć.

Następnego ranka ocknęła się z powrotem w swoim pokoju i chociaż szczelnie otulono 
ją kołdrą, w niczym nie powstrzymało to rozchodzenia się lodowatego chłodu, który 
zagościł w jej ciele.
Mimo krańcowego wyczerpania coś zwabiło ją do okna. Pejzaż za kratami był nie 
mniej ponury niż wnętrze domu. Nagie szare gałęzie wygrażały ołowianemu niebu. 
Jedynym śladem życia w milczącej przestrzeni była smuga dymu za głównym budyn-
kiem. To dymił komin pieca do spalania śmieci. Już miała się odwrócić, gdy pewien 
ruch przykuł jej uwagę. Pielęgniarka i sanitariusz wyłonili się z domu i szli w 
kierunku pieca. Ta sama pielęgniarka, która wczoraj miała dyżur na sali operacyjnej, i 
jeden z sanitariuszy, który przywiązywał rodzącą do wózka.
Pielęgniarka niosła jakiś przedmiot owinięty kocykiem i chociaż dziewczyna nie mogła 
dojrzeć zawartości, wiedziała, co kryją fałdy koca.
Jej maleństwo.
Wcale nie oddawali go do adopcji.
Chciała odwrócić się od okna, ale coś ją tam trzymało, jakiś mus kazał jej dokładnie 
obejrzeć to, co miało się wydarzyć, chociaż w myślach już wyobraziła sobie wszystko 
od początku do końca. Przez długą chwilę, gdy stała drżąc z zimna i rozpaczliwego 
strachu, ta dopiero co wyobrażona scena toczyła się na żywo przed jej oczami:
Sanitariusz otwiera drzwiczki pieca i nagle buchają płomienie z komory spalania, 
języki ognia żarłocznie liżą żelazne obramowanie zsypu. Na oczach dziewczyny 
pielęgniarka rozwija kocyk.
Dziewczyna obejmuje wzrokiem blade, nieruchome ciałko dziecka, które powiła 
zaledwie dzień wcześniej.
Krzyk udręki rośnie jej w górale i wybucha wyciem rozpaczy, gdy sanitariusz 
zamknął drzwi pieca, litościwie zasłaniając widok tego, co uczyniono jej maleństwu. 
Gdy sanitariusz i pielęgniarka odwrócili się od pieca, zerknęli na okno dziewczyny, ale 
jeśli ją nawet zauważyli, żadne nie dało nic po sobie poznać. Chwilę później zniknęli.
Pozostała przy oknie przez długi czas, wpatrzona w samotny, pozbawiony śladów 
życia pejzaż, który teraz był idealnym odzwierciedleniem zimna i pustki wewnątrz 
niej.
To była wyłącznie jej wina.

background image

Tylko jej wina.
Wcale nie powinna była nic mówić rodzicom, nie powinna była dać się tu przywieźć, 
ani pozwolić im podejmować decyzji w swoim imieniu.
A teraz, przez to, co zrobiła, jej maleństwo nie żyło.
Wreszcie odwróciła się od okna. Teraz odrętwienie ogarnęło nie tylko jej ciało, ale i 
duszę. Jak we śnie wyszła z pokoju i poszła do świetlicy. Siadła na jednym z twardych 
tapicerowanych plastikiem krzeseł. Nie spojrzała na nikogo, nie odzywała się do 
nikogo. Mijały godziny. W jakiś czas potem, po południu, weszła do świetlicy 
pielęgniarka i położyła jej na podołku małą paczuszkę.
- Ktoś przyniósł to dla ciebie. Jakaś dziewczynka.
Minęło dużo czas od wyjścia pielęgniarki, gdy wreszcie wzięła się do rozwijania 
paczuszki. Rozdarła papier. W środku było pudełko. Otworzyła je i wpatrywała się w 
przedmiot w środku.
To była zapalniczka.
Wykonano ją z pozłacanego metalu. Miała kształt smoczego łba. Po naciśnięciu 
spustu ukrytego w szyi, z pyska tryskał płomień.
TRZASK. Oto płomienie, które wystrzeliły żarłocznie z pieca. TRZASK. Ogień 
wypadł i pochłonął jej maleństwo.
Przyłożyła płomień do ramienia i chociaż szybko wchłonęła w nozdrza obrzydliwy 
smród płonącego ciała, nie poczuła niczego.
Żadnego żaru.
Żadnego bólu.
Zupełnie niczego.
Powoliy metodycznie przesuwała po skórze smoczy płomień, ognisty jęzor lizał każdy 
kawałek odsłoniętego ciała, jakby żar mógł spalić pochłaniające ją poczucie winy.
Na oczach milczących pacjentów spaliła siebie - ramiona, nogi, szyję, twarz - aż 
wreszcie nie stało już więcej ciała do zadawania tortur.
Nadal ściskała w dłoni smoka, którego płomień już wygasł, gdy wreszcie przybyli 
sanitariusze i zabrali ją.
W przeciągu godziny jej ciało znalazło się tam, gdzie było ciałko jej dziecka.

Mroczny cień zacisnął urękawiczoną dłoń na smoku. Uśmiechnął się. Już czas.
Czas na smoka, aby po prawie półwiekowym ukrywaniu się w mroku 
wynurzył się poza te kamienne zimne mury.

background image

                     Rozdział 1

Oliver Metcalf podniósł kołnierz, szczelniej owinął się starą szoferską kurtką i 
zerknął na niebo, które szybko wypełniało się deszczowymi chmurami. Była 
niedziela i zamierzał spędzić popołudnie w biurze „Kromki" załatwiając nie 
kończące się drobiazgi, których zawsze nazbierało się tyle, że groziły 
zatopieniem niewielkiemu personelowi gazety, choćby nie wiem jak ciężko 
pracował. Już od godziny brnął przez bagno papierkowej roboty, gdy z 
nieśmiałym uśmieszkiem pojawiła się Rebeka Morrison i zaproponowała, by 
dał sobie spokój z tą harówką i towarzyszył jej na targ staroci, który rozłożył 
się na miejscu starego zajezdnego kina pod gołym niebem na zachodnim 
brzegu miasteczka. Jej zapał był tak zaraźliwy, że Oliver szybko 
zadecydował, iż żadna korespondecja i stare rachunki, którymi od dawna 
powinien się zająć, nie są tak pilne, by
nie mogły poczekać jeszcze dzień lub dwa dłużej. Jednak teraz, gdy drżał w 
chłodzie, jaki niósł koniec marca, zaczął się zastanawiać, czy nie zrobił 
głupstwa. Byli dwie przecznice od nie istniejącego już kina, a niebo wyglądało 
tak, jakby lada chwila miała lunąć ulewa.
- Jakim cudem otwierają tak wcześnie? Nie boją się, że deszcz ich zmyje?
Rebeka uśmiechnęła się pogodnie.
- Nie zmyje ich. To dzień otwarcia i w pierwszy dzień targu staroci nigdy nie 
pada.
- To stosuje się do Parady Róż - poprawił ją Oliver. - I Sylwestra w Kalifornii, 
gdzie nigdy nie pada. Chyba że jest powódź.
- Hm, dzisiaj nie będzie padać - zapewniła go Rebeka. - I lubię targ staroci 
pierwszego dnia. Wtedy jeszcze wszystko, co ludzie znaleźli zimą na strychu 
albo w piwnicy, jest na sprzedaż.
Oliver wzruszył ramionami. Jego zdaniem to, co było dla jednego chłamem, 
wcale nie musiało być skarbem w oczach innej osoby; po jakimś czasie 
również stawało się chłamem. Była taka jedna rzecz, której naoglądał się od 
lat - naprawdę koszmarna porcelanowa lampa, upiększona dziwną latoroślą, 
pnącą się od złoconego postumentu, i oklejona kawałkami czerwonego i 

background image

zielonego szkła, udającego winogrona. Wykończono ją koszmarnym 
abażurem z barwionego szkła - ostatnim razem doliczył się trzech pękniętych 
szkiełek - imitującym rozłożystą winorośl. Lampa po zapaleniu rzucała taki 
blask przez liściasty aba-żur, że każdy, kto znalazł się w jego zasięgu, 
wyglądał na umarlaka. Jak do tej pory Oliver widział ją na trzech tandetach, 
obserwował, jak sprzedawano ją co najmniej cztery razy na aukcji 
Towarzystwa Historycznego Blackstone, a nawet przez kilka dni kłuła go w 
oczy na wystawie sklepu z antykami - chwalić Boga, nie sklepu Janice 
Anderson.
- Tylko obiecaj mi, że nie kupisz tej lampy z winogronami - poprosił.
- Och, to mam już za sobą - zachichotała Rebeka. - Kupiłam ją dwa lata temu. 
Chciałam dla żartu dać ją komuś w prezencie, ale im dłużej jej się 
przyglądałam, tym mniej śmieszny wydawał mi się ten pomysł. Więc dałam 
ją Towarzystwu Historycznemu.
- Czy ktoś kupił ją na aukcji? - zapytał Oliver.
- Też pytanie! Madeline Hartwick rzuciła się na nią natychmiast! Oczywiście, 
kupiła ją tylko ze względu na mnie. Obawiała się, że będzie mi przykro, jeśli 
nie znajdzie się nikt chętny na to szkaradztwo. - Spochmurniała. - Myślisz, że 
wyjdzie z tego? - spytała niespokojnie.
- Na to potrzeba czasu - odparł Oliver. Madeline wreszcie zwolniono ze 
szpitala, ale
nadal nie doszła do siebie po przerażającej nocy,
kiedy to jej mąż, Jules, mało jej nie zabił, a potem z większym powodzeniem 
targnął się na swoje życie. Razem z córką, Celeste, przebywała w Bos-tonie u 
siostry. Oliver zastanawiał się, czy Madeline kiedykolwiek wróci do wielkiego 
domu na końcu Harvard Street.
Najdziwniejsze było to, że nikt dokładnie nie wiedział, czemu Jules Hartwick 
popełnił samobój-stwo. Oliver nie był w stanie rozgryźć ostatnich słów 
bankiera:
„Musicie to powstrzymać... zanim zabije was wszystkich".
Co powstrzymać? Jules nie powiedział nic więcej i umarł na schodach zakładu 
dla obłąka nych. Chociaż Oliver pytał Madeline i Celeste, co mogły znaczyć te 
słowa, żadna z nich nie miała na ten temat zielonego pojęcia. Pytał również 
innych - Andrew Sterlinga, który był w domu bankiera tej straszliwej nocy; 
Melisse Holloway, pracowniczkę banku; adwokata Julesa, Eda Be-ckera. Ale 
nikt nie był w stanie znaleźć żadnej odpowiedzi.
Jedynie wuj Olivera, Harvey Connally, zdobył się na jakie takie 
przypuszczenia:
- Może dopatrywał się pewnych powiązań między tym, co go spotkało, a 
samobójstwem biednej Elizabeth McGuire? - rozważał głośno.
- Ale to nie za bardzo trzyma się kupy, hm? Przede wszystkim, chociaż Jules i 
Bill McGuire są przyszywanymi kuzynami, to Jules i Elizabeth nie są w 
najmniejszym stopniu spokrewnieni. Z tego, co wiem o jej rodzinie, 

background image

znakomita większość miała jakiegoś fisia. Ale to w żaden sposób nie wiąże się 
z Julesem. Jego rodzice mieli poukładane w głowie jak należy. Oboje. - Starzec 
westchnął. - No cóż, sądzę, że nigdy się nie dowiemy, prawda?
Jak do tej pory wypadki potwierdzały słuszność przewidywań Harveya 
Connally'ego - nikt nie wiedział, co spowodowało nagłe załamanie psy-
chiczne i samobójstwo Julesa Hartwicka. Nawet sytuacja w banku zaczynała 
się klarować i chociaż nie była jeszcze całkiem rozwikłana, nikt nie twierdził, 
że Jules zrobił coś niezgodnego z prawem. Może nieostrożność - ale to 
wszystko. Bankowi nie groził upadek i nie było mowy o wyciąganiu 
konsekwencji wobec Julesa ani ze strony rady nadzorczej, ani audytorów 
banku centralnego.
- Nie mogę otrząsnąć się z wrażenia, że powinnam coś zrobić - powiedziała 
Rebeka odruchowo biorąc Olivera za rękę, gdy zbliżali się do obrzeży 
Blackstone i chylącej się palisady, która niegdyś chroniła wytrwałych klientów 
kina pod gołym niebem przed reflektorami samochodów kursujących po 
głównej ulicy, wyjeżdżających z miasteczka i wjeżdżających do niego. - Może 
zamiast modlić się z ciocią Martą, powinnam była...
- Zawahała się przez chwilę, a potem spojrzała bezradnie na Olivera. - Czy nie 
powinnam była czegoś zrobić?
- Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł cokolwiek zrobić - rzekł Oliver 
ściskając ją uspokajająco. - I nie wydaje mi się, żebyśmy kiedyś dowiedzieli 
się, co wydarzyło się tamtej nocy. - Uśmiechnął się pogodnie i zmienił temat.
- Dobra, czy szukamy czegoś konkretnego, czy tylko bobrujemy tak sobie, 
żeby się przekonać, czego też ludzie pozbyli się tego roku?
- Chciałabym znaleźć prezent dla mojej kuzynki - oznajmiła Rebeka.
- Dla Andrei? A wiesz chociaż, gdzie ona jest?
- Wraca do domu.
- Do domu...? - powtórzył Oliver. - Masz na myśli dom swojej ciotki?
Rebeka skinęła głową.
- Zadzwoniła przedwczoraj do cioci Marty i powiedziała, że nie ma dachu 
nad głową.
Oliver przypomniał sobie ostatnią okazję, podczas której widział Andreę 
Ward. Było to dwanaście lat temu i jedyny temat, który Andrea wałkowała, to 
ucieczka z domu matki.
I z Blackstone przy okazji.
Oliver siedział przy ladzie w drugstorze niedaleko miejskiego skweru, gdy 
weszła Andrea z kilkoma przyjaciółkami. Siadły jedna przy drugiej w kącie 
przy ladzie. Został uraczony poglądami mniej czy bardziej typowej nastolatki 
na temat miasteczka Blackstone.
- Nie chce mi się wierzyć, ze wytrzymałam tak długo - oświadczyła Andrea 
niecierpliwie odgarniając t twarzy długą grzywę jasnych włosów, by zaraz 
jęknąć z rozdrażnieniem, gdy z powrotem spadła jej na czoło. - I pierwsze, co 
zrobię, to obetnę tę szopę. Uwierzyłybyście, że matka świecie wierzy, ze 

background image

obcięcie włosów to grzech? - Następnie z nieszczerym śmiechem 
wyrecytowała długą listę rzeczy, które Marta Ward uznawała za grzeszne. - 
Tańczenie, picie i chodzenie do kina, to dopiero początek. I oczywiście palenie 
- dodała i wyzywająco, teatralnym gestem zapaliła papierosa. - No i nie 
zapomnijcie o randkach. Jak mam złapać męża, jeśli nie mogę chodzić na 
randki?
- Może chce, żebyś wstąpiła do college'u? - zasugerowała jedna z przyjaciółek, 
ale to tylko wzbudziło kolejny śmiech Andrei.
- Ona chce, żebym się tylko modliła, tak jak ona - oświadczyła.
Gdy znów odgarnęła włosy z twarzy, Oliver zobaczył, jaka jest śliczna, mimo 
grubego makijazu. A właściwie jaka byłaby śliczna, gdyby nie była taka zła. 
Lecz Andrea od bardzo dawna była zła i przez lata ten gniew uzewnętrznił 
się w ubraniach, które nieco przesadnie podkreślały jej figurę, i w makijażu, 
który wyostrzał rysy twarzy, zamiast podkreślać urodę.
I choć nie wolno jej było umawiać się na randki, cieszyła się dużym 
powodzeniem wśród nastolatków płci męskiej w Blackstone.
O wiele zbyt dużym powodzeniem wedle opinii Marty Ward.
Po tej diatrybie Oliver nie był zaskoczony, gdy Andrea znikła następnego dnia
zostawiwszy jedynie krótki liścik informujący, że wybywa do Bostonu i nigdy 
nie wróci.
Natomiast Marta Ward była zaskoczona.
Była równocześnie zaskoczona i wściekła. Jedyny raz, trzy lata temu, gdy 
Andrea wreszcie przybyła w odwiedziny do Blackstone ciągnąc za sobą 
chłopaka, z którym mieszkała, Marta odmówiła spotkania z nią.
- Nie aprobuję grzechu - oświadczyła. - Nie pokazuj mi się na oczy, dopóki za 
niego nie wyjdziesz albo go nie rzucisz.
Od tamtej pory Andrea nie pojawiła się w Blackstone.
- Co się stało? - zapytał Oliver, gdy skręcili na tereny dawnego kina i zaczęli 
oglądać to, co rozstawiono na dwóch tuzinach stołów - przy czym była to 
zaledwie jedna trzecia tego, co miało pojawić się później, gdy zrobi się ciepłej 
i do Blackstone zaczną zaglądać turyści.
- Chłopak ją rzucił i straciła pracę - powiedziała Rebeka. - Myślę, że naprawdę 
nie ma gdzie pójść. Więc pomyślałam sobie, że znajdę coś, żeby podtrzymać 
ją na duchu.
Przez chwilę kluczyli między stołami, od czasu do czasu przystając i 
zdumiewając się rzeczami, które zdaniem sprzedających mogły być godne 
pożądania w oczach innych. Jeden ze stołów zastawiono małymi ludzikami z 
posklejanych rzecznych kamyków. Miały wymalowane roześmiane twarze. 
KAMYCZKOWE LUDZIKI, informował napis koślawymi drukowanymi 
literami. UJRZEĆ JE, TO ZNACZY POKOCHAĆ Ujrzeć je, to znaczy znielubić 
- pomyślał Oliver, ale trzymał język za zębami, zgadując, że starsza pani, 
wyczekująca z nadzieją za stołem, sama jest twórczynią minihomunkulusów.
Na innym stole leżał zbiór kontaktów elektrycznych z naklejonymi 

background image

fałszywymi diamencikami, a na kolejnym - religijne mozaiki z muszelek.
Uznali, że nic nie nadaje się dla Andrei.
A potem, na stole, którym opiekowała się Janice Anderson, znaleźli coś. 
Rebeka zauważyła to pierwsza, na wpół ukryte za antyczną ramką
na zdjęcie. Była nadtruczona, co dyskwalifikowało ją w sklepie Janice.
- Popatrz! - krzyknęła Rebeka. - Czyż nie piękna?
Oliver spojrzał z ciekawością na przedmiot w dłoni Rebeki. Początkowo nie 
był pewien, do czego służy. Miał kształt smoczego łba. Dwa czerwone ślepia 
łypały groźnie z głębokich oczodołów. Rebeka trzymała go za szyję. Gdy 
ścisnęła palce, z pyska natychmiast trysnął płomień.
- Zapalniczka! - wykrzyknęła Rebeka. — Idealny prezent, no nie?
- Skąd wiesz, że Andrea wciąż pali? - zapytał Oliver.
- Bo słyszałam, jak ciocia Marta mówiła jej, że nie wolno jej palić nigdzie w 
domu. - Rebeka spochmurniała. - Dlatego chcę jej to dać. Ona już czuje się 
okropnie z powodu tego, jak ułożyło się jej życie, a teraz ciocia Marta chce, 
żeby czuła się fatalnie z powodu niepalenia. Przynajmniej ja mogę jej okazać, 
że nie potępiam wszystkiego, co robi.
Płomień zgasł, gdy Rebeka rozluźniła uścisk. Wręczyła zapalniczkę 
Oliverowi. Chciał ją wziąć, ale gdy dotknął metalowego pyska, odruchowo 
cofnął palce, jak oparzony.
- Uważaj! - ostrzegła Rebeka. Czubkiem paka sprawdziła smoczy pysk. Był 
ledwo ciepły. - Musiał cię ugryźć, Oliverze. Wcale nie jest gorący.
- Uśmiechnęła się i upuściła zapalniczkę w otwartą dłoń Olivera.
Zgodnie ze słowami Rebeki zapalniczka była teraz zupełnie zimna. Ale to 
niemożliwe; dopiero co była rozpalona do gorąca. Gdy obracał w palcach 
dziwny przedmiot szukając ceny, zastanawiał się, czy niesamowite wrażenie 
gorąca nie było po prostu znakiem czegoś złego, jak nachodzące go 
nieprzyjemne migreny. Bardzo złego. Zagubiony w niepokojących myślach, 
ledwo zauważył, że Janice Anderson skończyła obsługę poprzedniego klienta 
i odwróciła się do nich. Po szturchnięciu Rebeki, Oliver pozbierał się i pokazał 
zapalniczkę.
- Ile za tego smoka? - zapytał.
Janice spojrzała bez emocji na przedmiot w jego dłoni.
- Jesteście pewni, że to było na moim stole?
- rzekła.
Oliver skinął głową.
- Tu leżało, obok tej ramki.
Janice marszcząc czoło wzięła zapalniczkę i obejrzała ją ze wszystkich stron. 
Na spodzie brakowało nazwy wytwórcy albo napis był zbyt wytarty, żeby 
cokolwiek dało się odczytać. Chociaż na pierwszy rzut oka wydawała się 
złota, Janice widziała, że tania pozłotka zaczynała się
łuszczyć, a „rubinowe" ślepia były najwyraźniej szklane, może nawet 
plastikowe. Podstawowe pytanie brzmiało: skąd się wzięła? Janice nie 

background image

pamiętała, by ją kupowała ani nawet brała z gradami na zapleczu, 
przetransportowanej teraz na stół. Ale z drugiej strony, gdy ogarniała 
wzrokiem pozostałe rupiecie, zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia, skąd 
wzięła się większość tego całego barachła. Wiele rzeczy kupiła hurtem na wy-
przedaży majątków. Inne nabyła od ludzi pojawiających się w sklepie w ciągu 
ostatniego roku i proponujących sprzedaż jakiegoś skarbu, który znaleźli 
ukryty na strychu. Zwykle odsyłała ich z kwitkiem, ale od czasu do czasu 
wyczuwała, że klient jest przyciśnięty do muru, i kupowała bezwartościowy 
przedmiot tylko po to, aby właściciel nie czuł się poniżony i mógł wzbogacić 
się o dolara czy dwa.
Teraz doszła do wniosku, że niewątpliwie w podobny sposób weszła w 
posiadanie tej zapalniczki, chociaż nie pamiętała konkretnych okoliczności 
zakupu. Ale ile mogła za nią dać? Pięć dolarów? Może dziesięć?
- Dwadzieścia? - zasugerowała głośno wiedząc, że nie ma co liczyć na to, by 
Oliver zgodził się na pierwszą cenę. Ku jej niemiłemu zaskoczeniu Rebeka 
Morrison zareagowała bez chwili wahania.
- Biorę! Andrea będzie nią oczarowana!
- Za dwadzieścia dolarów?! - zaprotestowała Janice, wbrew swoim kupieckim 
instynktom. - Nie dostaniesz jej za dwadzieścia dolarów, Rebeko. Z 
pewnością nie jest warta więcej niż dziesięć, a jak już mnie pytasz, uczciwą 
ceną będzie siedem i pół.
- Wspaniale! - wrzasnął Oliver. - A może pięć? Albo może spuściłabyś do 
dwóch i pół?
Janice chciała zgromić go wzrokiem, ale nie mogła powstrzymać się od 
śmiechu.
- A może byśmy zostali już przy siedmiu i pół, jak wycenia to uczciwsza 
strona mojej natury?
Zanim zdążyła zmienić zdanie, Oliver zapłacił za zapalniczkę i Janice 
opakowała smoczą głowę w bibułkę.
- Myślisz, że naprawdę spodoba się twojej kuzynce? - spytał Oliver Rebekę, 
gdy wychodzili z targu staroci kilka minut później.
- Jasne - zapewniła go. Znaleziony drobiazg wprawiał ją w promienną radość. 
- To naprawdę coś idealnego dla niej.
Oliver miał nadzieję, że jeśli Andrea podzieli jego negatywny sąd na temat 
estetycznych zalet zapalniczki, okaże się na tyle miła, że zachowa swoją 
opinię dla siebie.

background image

                    Rozdział 2

Andrea Ward nerwowo przechadzała się po domu, w którym się wychowała, 
i zachodziła w głowę, jak to możliwe, że przez tyle lat nastąpiło tu tak mało 
zmian.
W pokoju dziennym stały te same odrażające, wypchane końskim włosiem 
meble z nietkniętymi pokrowcami na poręczach i oparciach, chociaż z 
obliczeń Andrei wynikało, że w tym domu nie było żadnego gościa od co 
najmniej dwudziestu lat.
Ciężkie zasłony, te same co w czasach jej dzieciństwa, wisiały w oknach i 
nadal przepuszczały jedynie wątłe promienie słońca, pogrążając pokoje w 
ponurym cieniu i ukrywając fakt, że tapety wypłowiały i pomarszczyły się, a 
farba na suficie wyraźnie się łuszczyła. Było jeszcze bardziej obskurnie, niż 
pamiętała, panował jeszcze gorszy stan zaniedbania, ale przygnębiający na-
strój był równic silny jak dawniej - i nic w tym zaskakującego. Jej matka nie 
podlegała żadnym zmianom podobnie jak dom. Wszystko było dokładnie 
takie, jak w dniu, w którym wyjechała. Nawet kaplica, z gęstym, 
przesyconym wonią kadzidła powietrzem i krzykliwą figurką. Andrea 
pamiętała, że kiedyś to był gabinecik ojca, przytulny pokoik z grubym 
dywanem i nęcącym aromatem wiśniowego tytoniu fajkowego.
Ale już nie teraz. Chociaż wtedy miała zaledwie pięć lat, pamiętała tamten 
poranek nadal tak wyraźnie, jakby to było wczoraj. Pan Corelli, właściciel 
sklepu z gratami, przyjechał ciężarówką. Początkowo myślała, że szuka 
swojej córki, Angeli, z którą w tamtych czasach najbardziej się przyjaźniła. 
Ale była w błędzie. Zamiast Angeli pan Corelli zabrał wszystkie meble z 
gabineciku ojca i wrzucił je na ciężarówkę. Andrea błagała matkę, by kazała 
panu Corellemu wstawić z powrotem meble; tatuś będzie zły, kiedy wróci do 
domu i przekona się, że jego „dziupla" stoi pusta. Wtedy to matka 
powiedziała, że ojciec nigdy, przenigdy nie wróci.
- Nawet gdyby chciał, jego noga tu nie postanie - zakończyła Marta. - Twój 
ojciec jest narzędziem szatana i jego noga nie postanie więcej w moim domu!
W ciągu tygodnia przytulne sanktuarium Freda Warda zamieniło się w azyl 

background image

innego rodzaju - kaplicę matki, w której mała dziewczynka modliła się równie 
gorąco jak Marta, błagała Boga i świętych, by spowodowali powrót ojca do 
domu. Przez długie dni marzyła na jawie, udając, że jest pochłonięta 
modlitwą - przeżywała pogodne fantazje: jak ojciec zabiera ją z domu matki, 
tego zimnego, mrocznego budynku, który robił się jeszcze bardziej mroczny i 
zimny z każdym mijającym rokiem. Zabierze ją do siebie, może do Paryża 
albo do pomarańczowego gaju w Kalifornii, a może na słoneczną karaibską 
plażę.
Ale Fred Ward nigdy się nie pokazał.
Kiedy Andrea uciekła z Blackstone, usiłowała go odnaleźć. Przeglądała 
książki telefoniczne w Bostonie i Manchesterze, a nawet w Nowym Jorku. Ale 
miała ograniczone środki, a ojciec znikł jak kamfora. Przez lata bezwolnie 
przenosiła się z miejsca na miejsce, od jednej niesatysfak-cjonującej pracy do 
innej, i przeżywała kolejne, do niczego nie prowadzące romanse. Jakoś 
zawsze coś szło nie tak, jak powinno. Aż pewnego razu, trzy lata temu, 
poznała Gary'ego Fletchera. Dał jej posadę kelnerki w restauracji, której był 
kierownikiem. Był dziesięć lat starszy. Przystojny. Seksy. I zakochany.
Tak przynajmniej mówił jeszcze miesiąc temu.
I tak było aż do dnia, kiedy wyznała mu, że jest w ciąży. Była przekonana, że 
wreszcie wezmą ślub, przeniosą się z mieszkania w bloku do własnego domu 
i po raz pierwszy będzie miała prawdziwą rodzinę.
Wtedy oświadczył, że nie może się ożenić z tego prostego powodu, że nie 
wziął rozwodu ze swoją żoną. A ona nawet nie wiedziała, że jest żonaty. 
Następnego dnia, zamiast złożyć podanie o rozwód, wyrzucił ją z ich 
wspólnego mieszkania.
Jeszcze następnego - wylał ją z jedynej pracy, jaką kiedykolwiek udało się jej 
utrzymać.
A jeszcze następnego - pobrał wszystkie oszczędności ze wspólnego konta.
Ogarnięta paniką usiłowała znaleźć inną pracę, ale każda rozmowa wstępna 
kończyła się odmową. Usiłowała znaleźć jakiś kąt, lecz nie miała pieniędzy. 
Nie miała też przyjaciół, do których mogłaby się zwrócić; Gary był jej całym 
życiem. Zostawiona sama sobie, nie mała innego wyjścia, jak przełknąć te 
resztki dumy, jakie jej zostały, wrócić do Blackstone i spróbować zacząć życie 
od początku. Najpierw podejmie pracę - jakąkolwiek. Potem wróci do szkoły -
i tym razem niej opuści jej, dopóki nie dostanie świadectwa ukoń-czenia.
A następny mężczyzna, z którym się zwiąże, będzie o całe niebo uczciwszy 
od Gary'ego Flet-chera.
Niebogaty. Niekoniecznie nieprzystojny. Po prostu uczciwy i przyzwoity, 
chętny, by zostać ojcem ich dzieci.
Snując te pierwsze od tygodnia pogodne myśli, otrząsnąwszy się z rozpaczy, 
zajechała swoją sponiewiaraną toyotą na znajomy podjazd na Harvard Street i 
odetchnęła z ulgą, kiedy zdała sobie sprawę, że nikogo nie ma w domu. Nie 
musiała stawiać czoła matce - na razie.

background image

Stary klucz, którego nigdy nie miała odwagi wyrzucić, nadal pasował do 
zamka. W środku była przytłaczająca mroczna atmosfera - nawet bardziej 
mroczna i przytłaczająca, niż zapamiętała. Wędrując po parterze i 
stwierdzając brak jakichkolwiek zmian, tym silniej postanowiła trzymać się 
świeżo powziętych zamiarów. Jakoś się postara, żeby wszystko wypaliło.
Wzięła jedną z trzech zniszczonych walizek zawierających całe jej bogactwo, 
zaniosła ją na górę i przekonała się, że jedna rzecz uległa jednak zmianie. Jej 
pokój, jedyny azyl dziecka po tym, jak ojciec ich opuścił, a matka coraz 
bardziej zagłębiła się w swoją własną dziwną wersję religii, ten pokój, który - 
jak się spodziewała - będzie na nią czekał i przywita ją radośnie, nawet jeśli 
matka tego nie zrobi - nie był już jej. Zamieszkała w nim kuzynka, Rebeka. 
Ubrania Rebeki w szafie ściennej, kapcie Rebeki przy łóżku, podniszczony miś 
Rebeki na poduszce. To był bolesny cios. Matka usunęła ją z domu równie 
starannie jak dwadzieścia pięć lat temu ojca. Ta rana była prawie tak samo 
dotkliwa jak zdrada Gary'ego i przez chwilę opanowała ją ślepa zazdrość. 
Potem zdrowy rozsądek powrócił. Przecież Rebeka nie była winna żadnemu z 
jej kłopotów.
Ze świeżą determinacją wróciła na parter i weszła do pokoju sąsiadującego z 
jadalnią. Mały, zaledwie przekraczający wymiary alkowy, dawał odgrodzić 
się od reszty parą rozsuwanych drzwi i nadal stał w nim tapczan, na którym, 
jak pamiętała, matka zawsze ucinała sobie drzemkę, kiedy czuła się zbyt 
znużona, aby wspinać się na piętro do własnego pokoju. Otworzywszy 
walizki zaczęła wieszać ubrania w jedynej tu szafie ściennej.
- A cóż ty tu robisz?
Głos matki, jeszcze bardziej szorstki niż niegdyś, jak nóż uciął marzenia 
Andrei. Zamarła przyciskając do piersi właśnie wieszaną bluzkę.
Chciała powiedzieć: „Nie cieszysz się moim widokiem? Nie chcesz wiedzieć, 
czemu przyjechałam do domu? Nie chcesz mnie uściskać i spytać, czemu 
jestem taka smutna?"
Ale zdołała tylko wydusić:
- Ja tyl... tylko wieszam moje rzeczy, mamo.
- W tym pokoju? - zapytała Marta. Jej twarz stwardniała, a usta zacisnęły się 
w wąską linię wyrażającą naganę.
Andrea nerwowo rozejrzała się po pokoju, jakby ściany mogły jej 
wytłumaczyć powody niezadowolenia matki.
- Jeśli sądzisz, że pozwolę ci tu mieszkać, żebyś mogła wyfruwać i przyfruwać 
o każdej porze dnia i nocy, to się grubo mylisz. Czy myślisz, że będę 
tolerowała twoje grzechy tu, w moim własnym domu?
- Mamo, nie zamierzam...
- Będziesz spała w swoim starym pokoju, obok mojego - zarządziła Marta. 
Rozejrzała się po izdebce. - Nie ma powodu, żeby Rebeka nie mogła 
zamieszkać tutaj.
- Ale mamo, to nieuczciwe! Rebeka tak długo korzystała z mojego pokoju. Nie

background image

powinno się jej teraz przenosić!
Marta spiorunowała córkę wzrokiem.
- Wyrażaj się z szacunkiem, dziecko. „Czcij matkę swoją" - zacytowała. - 
Wiem, że przykazania nic dla ciebie nie znaczą, ale dopóki jesteś pod moim 
dachem, będziesz się do nich stosować. Zrozumiano?
Andrea zawahała się, a potem skinęła głową.
Wyjmując ubrania z szafy, zastanawiała się, jak
powie matce o ciąży. No cóż, tak naprawdę to nie było żadnego powodu, by 
mówić o tym teraz. W gruncie rzeczy, nie było jeszcze nic widać. Może po 
prostu zaczeka i... Nie!
Tak właśnie żyła dotychczas, bezwolnie ulegała wydarzeniom, myśląc, że 
wszystko wyklaruje się samo. Ale koniec z tym. Od tej pory weźmie byka za 
rogi. Jeśli nie, to będzie wegetowała, a nie żyła - Muszę ci coś powiedzieć, 
mamo - powie-działa. Marta podejrzliwie zmrużyła oczy i chociaż Andrea 
chciała uciec przed oskarżającym, nieruchomym wzrokiem, zadała sobie 
gwałt i nie spuściła oczu z twarzy matki. - Gary, facet, z którym mieszkałam, 
z którym miałam nadzieje wziąć ślub... porzucił mnie. I... wyrzucił z roboty. - 
Zawahała się, zapanowała nad sobą, żeby nie wybuchnąć płaczem. Wzięła 
głęboki oddech i uznała, że skoro matka ma ją wyrzucić, to równie dobrze 
można załatwić od razu wszystko. Jednym tchem wypaliła: - Poza tym jestem 
w ciąży.
Wydawało się, że upłynęła wieczność, nim Marta Ward odezwała się. 
Podczas nie kończących się sekund Andrea zastanawiała się, czy matka 
faktycznie wypędzi ją z domu. Wreszcie Marta przemówiła:
- Będziesz modliła się o przebaczenie. Kiedy dziecko się urodzi, znajdziemy 
rodzinę, która się nim zaopiekuje. Wtedy zdecyduję, co dalej. Andrea wzięła 
kolejny głęboki oddech.
- Już ci powiedziałam, co dalej zrobię. Znajdę sobie robotę i wrócę do szkoły.
- Z brzuchem? - spytała podniesionym głosem matka. - Nie pojmuję jak...
Andrea uznała, że lepiej skończyć, co zaczęła, zanim opuści ją odwaga.
- Nie jestem pewna, czy chcę utrzymać ciążę - powiedziała. - Ale bez względu 
na to, co zdecyduję, to będzie moja decyzja, nie twoja.
Marta Ward ledwo mogła pohamować wściekłość. Jak Andrea śmie mówić 
takim tonem?! Jak śmie żyć w grzechu z mężczyzną żonatym z inną kobietą, a 
potem przynosić owoc swoich występków do jej domu?!
Marta znała swoją powinność. Powinna wyrzucić Andreę teraz, wyrzucić z 
domu i nie wystawiać swojej nieśmiertelnej duszy na zbru-kanie.
Ale w tejże chwili zawahała się, przypomniawszy sobie coś, co niedawno 
przeczytała.
„To grzechu trzeba nienawidzić, nie grzesz-nika".
W błysku oświecenia pojęła: jest wystawiona na próbę.
Andrea została jej przywrócona, bo Bóg chce wypróbować jej wiarę. To był jej 
krzyż.

background image

Nie wolno jej wyrzucać A rui rei. Bez względu na to, jak wyrodne dziecko ją 
obraziło, musi nadstawić drugi policzek i sprowadzić marnotrawną córkę na 
ścieżkę prawości.
Odczytując milczenie matki jako zgodę na pozostanie w domu, Andrea 
podniosła walizki i ruszyła na górę do pokoju, w którym się wychowała.
Marta Ward weszła do kaplicy i padła na kolana. Poruszając bezgłośnie 
wargami, modliła się o wskazówkę, jak najlepiej uzdrowić duszę swojej córki.

background image

                       Rozdział 3

Zanim Oliver i Rebeka wrócili do biura „Kroniki", zaczął siąpić zimny 
kapuśniaczek. Oliver uparł się, że odwiezie Rebekę do domu.
- Nie musisz tego robić - zaprotestowała. - To ci nie po drodze. Mogę pójść 
pieszo.
- Oczywiście, że możesz - odparł. - Ale nie pójdziesz. Zresztą to zajmie tylko 
kilka minut.
- Spojrzał na nią z udawaną wściekłością. - Nie kłóć się ze mną.
- Przepraszam. - Rebeka powiedziała to tak szybko, że Oliver natychmiast 
zdał sobie sprawę, iż nie wyczuła żartu. - Nie miałam zamiaru...
- Nie, to ja przepraszam - szybko przerwał jej Oliver, otwierając przed nią 
drzwi volvo. - Możesz kłócić się ze mną, Rebeko, ile wlezie. Na każdy temat. 
Ale i tak odwiozę cię do domu.
- Tym razem postarał się, żeby tym słowom towarzyszył uśmiech, i przyłapał 
się na tym, że
wzbiera w nim zupełnie nieuzasadniona radość, kiedy Rebeka odpowiedziała 
uśmiechem.
- Nie zawsze umiem poznać się na żartach, prawda? - zapytała, gdy usiadł za 
kierownicą.
- Może ja nie dość jasno daję do zrozumienia, źe żartuję - odparł.
Rebeka potrząsnęła głową.
- Nie, to moja wina. Wiem, że wszyscy w mieście uważają mnie za dziwaczkę, 
ale od czasu tamtego wypadku jestem mniej rozgarnięta niż inni.
- Wcale nie uważam cię za dziwaczkę, Rebeko
- zapewnił ją Oliver. - Ale czy mnie można ufać? Wszyscy myślą, że mam nie 
po kolei w głowie.
- Wcale nie.
- Ależ tak. Tylko nie mówią mi tego w oczy, to wszystko. - Oliver zatrzymał 
się za starą toyotą parkującą na podjeździe Marty Ward.
- Chyba Andrea już się zjawiła. Czy myślisz, że powinienem wstąpić i się 
przywitać?

background image

Rebeka spojrzała z niepokojem w kierunku domu.
- To nie przypadłoby do gustu cioci Marcie. Ciocia...
Ogarnięta chwilowym zmieszaniem, zawiesiła głos.
- Czy tylko ja jestem niemile widziany, czy absolutnie każdy mężczyzna? - 
spytał.
Czerwona jak burak Rebeka opuściła wzrok.
Miętosiła w dłoniach szarą torebką, do której Janice Anderson włożyła 
zapalniczkę.
- Każdy - wyjąkała. - Ciocia Marta nie ufa mężczyznom.
Oliver łagodnym ruchem ujął Rebekę pod brodę, tak że nie miała wyjścia i 
musiała na niego spojrzeć.
- Nie wierz we wszystko, co mówi ciocia Marta. Nie skrzywdzę cię, Rebeko, 
nie potrafiłbym.
Przez chwilę wydawało mu się, że Rebeka zaraz coś powie, a może 
wybuchnie płaczem, ale dziewczyna tylko wysiadła szybko z auta i po-
śpiesznie weszła na wernadę. Przy drzwiach odwróciła się, zawahała, a 
potem pokiwała mu dłonią. Odjeżdżając Oliver czuł przemożna ulgę, że 
jednak obejrzała się przed wejściem do domu.
I zdał sobie sprawę, że jego reakcja o czymś świadczy.
Świadczy o tym, że mimo prób racjonalizacji własnych emocji, mimo 
powtarzania sobie, iż jego uczucie wobec niej to jedynie przyjacielska 
opiekuńczość, zakochał się w Rebece Morrison.
Zastanawiał się, jak sobie z tym poradzi.
A co ważniejsze, jak poradzi sobie z tym ona.
Rebeka zamknęła za sobą frontowe drzwi. Z ponurego późnego popołudnia 
na dworze przeszła w ponurość panującą w domu. Już miała zawołać 
kuzynkę, ale zanim imię Andrei zdążyło pojawić się na jej ustach, uszy 
przewiercił jej chorał gregoriański, niezmienny towarzysz modlitewnych sesji 
ciotki w kaplicy. Poruszając się na tyle cicho, by nie zagłuszyć muzyki, Rebeka 
przeszukała parter, ale nie znalazła śladu Andrei. Wtedy uświadomiła sobie, 
że kuzynka może być w kaplicy na modlitwach z matką.
Jednak w chwilę później, gdy już miała otworzyć drzwi pokoju na piętrze, 
wstrzymała się. Coś usłyszała - przytłumiony dźwięk, jakby czyjś płacz. 
Dochodził z jej pokoju. Zawahała się, nie wiedząc, co zrobić.
Oczywiście, to musiała być Andrea. Lecz co Andrea robiła w jej pokoju? 
Wtem przypomniała sobie, że kiedyś był to pokój Andrei, i zapewne 
spodziewała się, że będzie na nią czekał.
Rebeka cicho zastukała, ale nie usłyszała odpowiedzi. Zapukała kolejny raz, 
nieco głośniej.
- Andrea? Mogę wejść?
Teraz rozległo się słabe pociągnięcie nosem, a potem głos Andrei:
- W porządku, Rebeko. Nie są zamknięte na klucz.
Rebeka przekręciła gałkę i pchnęła drzwi. Andrea siedziała na łóżku. 

background image

Zawartość trzech
- Wyobrażam sobie - powiedziała. - Wyglądam zbyt strasznie, żeby mama 
mogła mnie uściskać. A może po prostu nie jest zbyt urado-wana moim 
widokiem.
- Och, nie! - wyrzyknęła Rebeka. Pośpieszyła do łóżka, rzuciła na nie torebkę z
papierowym zawiniątkiem z targu staroci, objęta mocno kuzynkę, a potem 
cofnęła się i rzekła: - Wyglądasz świetnie! Ciocia Marta nie ściska nikogo. I 
jestem pewna, że ucieszyła się na twój widok. Ona tylko jest...
Jakimś cudem Rebece kolejny raz udało się ocenzurować samą siebie, lecz 
Andrea i tym razem nie miała trudności ze skończeniem ia nią zdania.
walizek walała się po podłodze wokół jej Stóp. Policzki miała pokryte Izami, 
w dłoni Ściskała zmiętą chusteczkę. Była wychudzona i bardziej zmęczona niż 
ta dziewczyna, którą zapamiętała Rebeka.
- Andrea? - wyszeptała. - Wyglądasz.** Strasznie. Już miała powiedzieć 
^wyglądasz
strasznie", ale raz przynajmniej, zamiast chlapnąć to, co jej ślina na język 
przyniosła} pohamowała się. Lecz Andrea jakby czytała jej w myślach.
- Wyglądam okropnie, prawda?
Rebeka automatycznie skinęła głową i na ustach Andrei zaigrał ślad 
uśmiechu.
- Stuknięta, zgadza się? - Jej uśmiech zbladł i jakby zapadła się w sobie. - Nie 
powinnam była wracać, prawda? Teraz nie tylko spaprzę swoje życie, ale i 
twoje.
Rebeka natychmiast ją objęła.
- Nie spaprzesz mi życia. Czemu opowiadasz takie bzdury? Cieszę się, że 
wróciłaś do domu.
- To znaczy, że jeszcze nie rozmawiałaś z matką. Mówi, że jeśli mam tu 
zostać, to muszę mieszkać w tym pokoju. Mówi, że musisz przenieść się do tej 
nory za jadalnią. Słuchaj, jest mi z tego powodu naprawdę głupio. Jeśli chcesz, 
znajdę sobie coś innego...
- Nie! - przerwała Rebeka, kładąc palec na ustach Andrei, by ją uciszyć. - To 
twój dom, a to był twój pokój i powinnaś go zatrzymać. Naprawdę się cieszę, 
że tu jesteś. - Wzięła szarą papierową torbę, pomiętą i przemoczoną 
deszczem, i wcis-nąła ją w dłonie Andrei. - Popatrz... kupiłam ci prezent.
Andrea zawahała się i Rebeka miała przedziwne uczucie, że kuzynka z 
jakiegoś powodu nie czuje się godna tego, co jest w środku, choćby nawet 
miało to być coś bezwartościowego.
~ Proszę, weź - powiedziała cicho Rebeka. - To nic wielkiego, ale myślałam, że
może ci się spodoba. A jak nie, to nie musisz tego zatrzymać
Teraz w oczach Andrei zalśniły łzy.
- To zupełnie nie to, co myślisz, Rebeko. Rzecz w tym... - Przez chwilę 
walczyła ze sobą. ale nie potrafiła zahamować łez. - Od tak dawna nikt nie 
dawał mi prezentów, że zapomniałam,

background image

co to za uczucie. I nie mam nic dla ciebie. Ja~.
- Po prostu zajrzyj do środka - powiedziała błagalnie Rebeka. - Dobrze?
Andrea kolejny raz wysiąkała nos i wreszcie zajrzała do torebki. Wyjęła 
owinięty w bibułkę przedmiot. Zerwała bibułkę i ze zdumieniem wpatrywała 
się w pozłacanego smoka.
- Nie ro... rozumiem - wyjąkała. - Co to jest?
Zamiast wyjaśnień, Rebeka wyjęła smoka z dłoni kuzynki i ścisnęła go. 
Trzask! Z pyska wystrzelił ogień. Andrea wybuchnęła śmiechem.
- Piękna! - powiedziała odbierając zapalniczkę i zapalając ją. - Gdzie to 
znalazłaś? Jest cudowna!
- Pogrzebała w torebce, znalazła na dnie paczkę papierosów, wyjęła jednego i 
zapaliła. - Jeśli teraz ktoś powie, że potrafię smagać żywym ogniem, 
przynajmniej będzie miał rację!
- Chcesz powiedzieć, że naprawdę ci się podoba? - zapytała Rebeka. - Jest w 
porządku?
- Jest idealna - zapewniła ją Andrea. - Potem rozejrzała się wokół. - Teraz 
czuję się jeszcze bardziej parszywie zabierając ci twój pokój.
- To nie mój pokój - przypomniała jej Rebeka.
- Tylko twój. A ten na dole będzie znakomity.
Nie potrzeba mi wiele. Założę się, że wcale nie mam tyle ciuchów co ty, no i 
nie będę musiała słuchać chrapania cioci Marty. - Natychmiast złapała się ręką 
za usta, gdy zdała sobie sprawę, że znów palnęła coś, zanim pomyślała, ale 
Andres tylko się roześmiała.
- Naprawdę jest tak fatalnie? Rebeka pokiwała głową.
- Czasem muszę zakładać stopery, żeby zasnąć.
- O Boże - zajęczała Andrea, rzucając się na łóżko. - Może jednak faktycznie 
zrobiłam ci przysługę. - Usiadła i poczęstowała Rebekę pa-pierosem. - 
Zapalisz? 
Rebeka potrząsnęła głową.
- Palenie jest szkodliwe. Andrea roześmiała się, ale tym razem zabrzmią-
ło to gorzko.
- Życie było dla mnie szkodliwe. Nie mam pracy, męża, własnego dachu nad 
głową. Za to , jestem w ciąży. Gdzie dobra strona życia? 
- Będziesz miała dziecko? - spytała Rebeka. - Ależ to wspaniale, Andreo. 
Dzieci są takie kochane, prawda? - Jej wzrok padł na papierosa, którym 
Andrea głęboko się zaciągała. - Ale teraz nie powinnaś palić. To naprawdę 
szkodzi dziecku.
Ostatni słaby promyk optymizmu, który wzbudził w Andrei prezent, zgasł.
- Co ty o tym, do diabła, wiesz? - spytała,
czym boleśnie ugodziła Rebekę. Nie wytrzymując napięcia wstała i podeszła 
do okna, wyjrzała na mrok i deszcz.
Rebeka, zraniona odprawą, jakiej udzieliła jej Andrea, podreptała do drzwi. 
Odwróciła się z nadzieją, trzymając rękę na gałce, ale gdy Andrea nie 

background image

zechciała nawet spojrzeć, potrząsnęła głową.
- Przepraszam, nie chciałam cię wyprowadzić z równowagi - powiedziała. - Ja 
tylko... no... tak plotłam, co mi ślina na język przyniosła. Naprawdę 
przepraszam.
- Daj mi święty spokój, Rebeko. Dobra?
Po chwili Andrea usłyszała, jak drzwi otwierają się i zamykają, i wiedziała, że 
znów jest sama w pokoju. Wróciła do łóżka, kolejny raz usiadła i sięgnęła po 
zapalniczkę.
Zapalała ją i gasiła obserwując, jak gorejący smoczy język wyskakuje z 
pozłacanego pyska i chowa się do środka. Gdy płomień błyskał, a potem gasł, 
błyskał i gasł, myślała o dziecku rosnącym w jej łonie.
Wreszcie ostro nacisnęła zapalniczkę, a gdy smok kolejny raz plunął ogniem, 
podjęła decyzję.

background image

                    Rozdział 4

Marta Ward wyszła z domu o świcie następnego dnia. Źle spała, co w jej 
przekonaniu zawsze świadczyło o udręce duszy. Tego poranka czulą, że 
porcja samotnych modlitw w domowej kaplicy nie wystarczy. W granatowej 
sukience, którą niezmiennie nosiła do kościoła, w kapelusiku i starannie 
upiętej woalce zamknęła frontowe drzwi na klucz. W domu spały Rebeka i 
Andrea, i chociaż dobrze zdawała sobie sprawę, że obie pogrążyły się już w 
grzechu, zawsze zważała na to, że w Blackstone - tak jak wszędzie indziej - 
nie brakuje mężczyzn przepełnionych żądzą, i wolała je przed nimi chronić.
Upewniwszy się, że drzwi są dobrze zamknięte, zeszła z werandy. Gdy ostry 
wiatr przeniknął ją do kości, zapięła pod szyją płaszcz i skierowała się ku 
Harvard Street. Stopy miała powykręcane reumatyzmem. To jeden z krzyży, 
które musiała
dźwigać przez ostatnie dwadzieścia lat. Rozbolały ją potwornie, zanim 
minęła pierwszą przecznicę, ale nie zwracając uwagi na cierpienie, i cicho 
powtarzała różaniec. Tego ranka odmawiała różaniec świętego Benedykta - 
jeden z jej ulubionych - i rytm łacińskich słów nieco ulżył jej mękom. Jeśli jej 
Zbawca niósł krzyż przez ulice Jeruzalem z godnością, to na pewno ona może 
z godnym spokojem znieść reumatyczne bóle. Gdy Charles VanDeventer 
zatrzymał się propo-nując jej podwiezienie, ledwo skinęła mu głową, po czym 
odwróciła się zdecydowanie wyrzekając się pokusy.
Doszła do kościoła katolickiego, stojącego przy miejskim skwerze. Zauważyła 
z satysfakcją, iż mimo wczesnej pory drzwi były już otwarte. Od kiedy 
monsinior Vernon przybył do Blackstone przed kilku laty, mszę odprawiano 
codziennie o siódmej rano. Chociaż wiedziała dobrze, że są w mieście tacy, 
którym obcy jest katolicyzm monsiniora, nie było wśród nich Marty Ward, Od 
dnia, gdy przybył z jakiegoś małego miasteczka w stanie Waszyngton, Marta 
miała w Blackstone bratnią duszę.
- Zawsze zostawiam kościół otwarty dla modlących się - rzekł jej kiedyś - i 

background image

zawsze będę w pobliżu, by wysłuchać twojej spowiedzi.
Nie znaczy to, by Marta musiała poświęcać wiele czasu na rachunek sumienia. 
Prowadziła cnotliwe życie, niemniej jednak rozmowy z mon-siniorem często 
krzepiły ją na duchu.
Minąwszy próg kościoła Marta zanurzyła palce w misie ze święconą wodą, 
przyklękła, a potem szła wolno między ławkami wpatrzona w ukrzy-
żowanego Chrystusa, który wznosił się nad ołtarzem. Powtórnie przyklękła, 
wśliznęła się do pierwszego rzędu ławek, osunęła się na kolana i zaczęła 
modlitwę. Po chwili kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Znaczyło to, że 
monsinior Vernon jest w konfesjonale, czeka na nią.
- Coś cię dziś gnębi - rzekł łagodnie, kiedy odprawił spowiedź, zadał pokutę i 
udzielił rozgrzeszenia. - Czuję, że coś ciąży ci na sercu.
Przez kilka sekund Marta klęczała w milczeniu. Przesuwała w palcach 
paciorki różańca, wahała się, czy wyjawić swoją hańbę. Ale jaki miała wybór?
- Chodzi o moją córkę - wyszeptała drżącym głosem. - Jest w ciąży, ojcze. Ale 
nie ma męża, - Czy usłyszała zduszony oddech, oznakę szoku? Była prawie 
pewna, że tak.
Mocniej ścisnęła różaniec.
- Musisz się modlić - rzekł ksiądz cichym, ale wyraźnym głosem. - Twoja 
córka popełniła śmiertelny grzech i musisz się za nią modlić. Modlić się, by 
ujrzała błędy swojego postępowania. Mod-
lić się, by odwróciła się od grzechu i znalazła drogę powrotną do Kościoła. 
Modlić się, by znalazła drogę prowadzącą w ramiona Chrystusa, tak by jej 
dziecko mogło być zbawione.
Marta czekała, ale z drugiej strony kratki nie padło już żadne słowo. Gdy 
wreszcie opuściła konfesjonał, w kościele znów nie było nikogo. Wróciła do 
ławki, uklękła.
Słowa z konfesjonału brzmiały echem w jej głowie.
„Modlić się, by znalazła drogę prowadzącą w ramiona Chrystusa, tak by jej 
dziecko mogło być zbawione".
Dźwięczny głos monsiniora raz za razem rozlegał się w jej głowie, aż 
rozbrzmiał jak chorał, który rósł i rósł, wypełniał kościół i przenikał Martę do 
głębi duszy.
Czuła się tak, jakby przemówił do niej sam Pan. Marta Ward czuła się 
przemieniona.
Pan wskazał jej drogę.
Andrea będzie zbawiona.
Gdy tylko ocknęła się na tyle, by przypomnieć sobie, gdzie jest i dlaczego, 
Andrea Ward poczuła, że dobre intencje wczorajszego dnia zupełnie z niej 
wyparowują. Sięgnęła na oślep, wymacała na nocnym stoliczku papierosy i 
skorzystała
z zapalniczki w kształcie smoczej głowy, wczorajszego prezentu kuzynki. 
Zaciągnęła się głęboko, zakrztusiła i dostała ataku kaszlu. Kiedy wreszcie 

background image

zelżał, opadła na małą cienką poduszkę, która jej przysługiwała - matka 
zawsze uważała, że jedna najzupełniej wystarczy - i zadała sobie pytanie, po 
co w ogóle ten trud, po co się budzić?
Nic się nie zmieniło przez noc. Nadal była w ciąży, nadal była bez pracy i 
nadal była porzucona przez Gary'ego. Na dodatek była z powrotem w 
Blackstone i matka potępiała ją za grzechy, a Rebeka...
Rebeka! Też mi coś! Chociaż kuzynka starała się być miła, nie miało to 
żadnego znaczenia. Od czasu wypadku stała się jeszcze bardziej do niczego 
niż przedtem, jeśli to w ogóle możliwe. Milutka - owszem, ale do niczego. Co 
znaczyło, że na nic się jej nie przyda.
Przestań! - zbeształa się w myśli. Rebeka nie ponosi winy za nic, co cię 
spotkało. Ty wpakowałaś się w ten kłopot, więc teraz ty sama musisz się z 
niego wygrzebać!
Zgasiła papierosa w mydelniczce, którą wcześniej zabrała w tym celu z 
łazienki, i podniosła się z łóżka. Gdy tylko wstała, ogarnęła ją fala mdłości. 
Rzuciła się do łazienki i ledwo zdążyła zwymiotować do klozetu. Namacała 
przycisk z brzegu
spłuczki i spuściła wodę, ale gdy zaczęła dźwigać się na nogi, żołądek znów 
się skręcił, obrzydliwe połączenie kwasu i żółci urosło w gardle i jeszcze raz 
opadła na kolana. Klęczała skurczona na podłodze i jęcząc czekała, aż mdłości
ustaną. Po dwukrotnych atakach zdecydowała się zaryzykować kolejne 
powstanie z kolan. Odkręcała kran, by przepłukać usta z resztki wymiocin, 
gdy usłyszała pukanie do drzwi, po którym natychmiast rozległ się głos 
Rebeki:
- Nic ci nie jest, Andreo? Pomóc ci?
- Nikt mi nie może pomóc. - Jęknęła. - Po prostu daj mi spokój, dobra?
Zapadła cisza. Po chwili rozległ się odgłos kroków kuzynki wycofującej się w 
kierunku schodów. Andrea spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Oczy 
przekrwione. Przetłuszczone, oklapnięte włosy z wyraźnymi odrostami. Wy-
glądała co najmniej o dziesięć lat starzej, niż miała w rzeczywistości. 
Wyglądała na przepuszczoną przez maszynkę do mięsa. Wyglądała tak, jak 
się czuła. Beznadziejnie.
Jak, na Boga, miała dopełnić tych wszystkich obietnic, które złożyła wczoraj? 
Wróciła do pokoju, włożyła wczorajszą bluzkę i sprane dżinsy i wreszcie 
zeszła na dół. Zastała Rebekę w kuchni. Na stole były dwa nakrycia. Gdy 
Andrea opadła na krzesło, Rebeka postawiła
przed nią szklankę soku pomarańczowego i talerzyk z pulchną bułeczką 
posmarowaną obficie masłem i pomarańczową marmoladą jadowicie żółtej 
barwy.
Już na sam ten widok żołądek Andrei zaprotestował.
- Chcę tylko kawy - wysapała. Zapraszający uśmiech na twarzy Rebeki prze-
szedł w wyraz niepewności.
- Czy to zdrowo dla dziecka? Chyba czytałam... Andrea obrzuciła kuzynkę 

background image

wściekłym wzrokiem.
- Są dla ciebie świeże wiadomości - wycedziła. - Mam w głębokim 
poważaniu, co czytałaś. - Gdy w oczach Rebeki zalśniły łzy, Andrea poczuła 
wyrzuty sumienia. - Słuchaj no, przykro mi. Ale jak do tej pory, to był 
kapitalny poranek. Nie spałam dłużej niż godzinę, a potem zaczęłam rzygać 
dalej, niż widziałem. W tej chwili życie nie układa mi się fantastycznie, 
dociera? W każdym razie, przykro mi, że rzuciłam się na ciebie.
- W porządku. - Rebeka odstawiła na ladę talerz i szklankę, nalała kuzynce 
kawy.
- Gdzie matka? - spytała Andrea. - Na pewno nie śpi. Zawsze traktowała 
leżenie w łóżku o ósmej rano jak jakiś grzech.
- Czasem chodzi do kościoła - wyjaśniła Rebeka. - Zwłaszcza kiedy się czymś 
przejmuje.
Andrea wywróciła oczami.
- No, chyba łatwo zgadnąć, o co modli się dziś rano, nie? Jak myślisz, o czym 
zacznie nawijać, kiedy tylko wparuje do domu?
- Ciocia Marta była dla mnie dobra - powiedziała Rebeka. - I na pewno dobrze 
ci życzy. Martwi się o ciebie cały czas.
- Martwi się o mnie?! - krzyknęła drwiąco Andrea. Nagły gniew sprawił, że 
zatrzęsły się jej ręce. Zapaliła kolejnego papierosa. - Pozwól, że ci coś 
powiem, Rebeko. Matka nigdy nie martwiła się niczym przez całe życie. Liczy 
się tylko, kto grzeszy, i czy ona sama pójdzie do nieba, czy nie. No, dla niej 
też są najświeższe wiadomości. Jeśli niebo to miejsce, do którego zasuwają 
miłe, kochające mamuśki, to ona ma już tam dawno zakaz wjazdu!
Rebeka skurczyła się słysząc jad w głosie Andrei.
- Nie jest taka zła.
- Nie...?! - wściekała się Andrea. - No, to ci coś pokażę.
Podniosła się tak gwałtownie, że o mały włos nie przewróciła krzesła, i 
poszła szybko przez dom, aż znalazła się pod drzwiami pokoju, który 
niegdyś był gabinecikiem ojca. Otworzyła szeroko drzwi, weszła do środka.
- Czy wiesz, że tu dorastałam? - zapytała.
Używając smoczej głowy zaczęła zapalać świeczki ustawione na małym 
ołtarzu, a potem wzięła się do następnych, stojące przed posążkami Matki 
Boskiej i kilkoma wizerunkami świętych.
- Zawsze było w kółko to samo, Rebeko - rzekła, gdy mroczny pokój rozjaśnił 
się drżącym światłem świec. Zafalowały cienie. - Od kiedy byłam małą 
dziewczynką, wciąż tak samo. Musiałam tu przychodzić i modlić się każdego 
ranka, i każdego dnia po szkole, i każdego wieczoru, zanim położyłam się do 
łóżka. I wiesz co, Rebeko? Nigdy nie udało mi się zobaczyć tego pokoju w 
prawdziwym świetle. No, to przekonajmy się, jak wygląda, dobra?
Przeszła przez pokój. Odsunęła ciężkie story najpierw z jednego okna, potem 
z drugiego. Gdy jasny blask dnia zwyciężył światło świec, pokój jakby się 
zmienił. Ściany - niegdyś pomalowane na biało - pokrywała tłusta czarna 

background image

sadza z tysięcy wypalonych świec, a obicie klęcznika okazało się poplamione i 
wytarte. Posążki świętych, których odpustowe kolory ujawniły się w świetle 
dnia, pokrywał ten sam tłusty brud, jaki oblepiał ściany.
- Czemu nie miałam wyrywać stąd najszybciej, jak się dało? Która kobieta 
wychowałaby dziecko w takim otoczeniu? 
- Ale ona cię kocha... - zaczęła Rebeka.
Andrea nie dała jej skończyć.
- To nie miłość, Rebeko! To szaleństwo. Nie widzisz tego? Ona jest stuknięta. 
A może to nie chodzi już tylko o nią? Ciebie też przekabaciła? A może to wina 
tego wypadku? Czy tak odebrał ci rozum, że nie widzisz, co się z nią 
porobiło? Boże! Dlaczego tu wróciłam?
Cisnęła papierosa na dywan, przydeptała obcasem, a potem wypadła z 
pokoju i popędziła schodami na górę.
Rebeka podniosła niedopałek, najlepiej, jak umiała, wyczyściła osmolony 
dywan, po czym szybko zasunęła zasłony, pogrążając pokój w mroku, który 
ukrywał jego wady. Zdmuchnęła świece i właśnie zamykała drzwi kaplicy, 
gdy Andrea pojawiła się u stóp schodów w płaszczu i z kluczykami od 
samochodu w zaciśniętej dłoni.
- Gdzie jedziesz? - spytała Rebeka. Andrea przez krótką chwilę mierzyła ją 
ponurym wzrokiem.
- A co cię to obchodzi? ~ spytała gniewnie. I zanim Rebeka zdążyła 
odpowiedzieć, wyszła.

Za godzinę Rebeka zdążyła już posprzątać kuchnię, swój pokój i pokój 
Andrei. Schodziła na dół wypić ostatnią filiżankę kawy przed wyjściem do 
pracy, ale gdy usłyszała muzykę z kaplicy, zdała sobie sprawę, że ciotka 
wróciła z kościoła, więc zmieniła zdanie i zamiast do biblioteki, ruszyła w dół 
Harvard Street. I tak miała pół godziny w zapasie, a ponieważ Germaine 
Wagner nigdy nie dawała jej klucza od biblioteki, postanowiła pójść Pod 
Rudą Kwokę i tam wypić kawę. Właśnie otwierała drzwi baru, kiedy 
usłyszała klakson, ; a gdy się odwróciła, zobaczyła samochód Olivera 
Metcalfa wjeżdżający na puste miejsce na parkingu przed kinem.
Oliver zaparkował auto i podszedł bliżej. - Jeśli usiądziesz ze mną, stawiam - 
zaproponował.
- Nie musisz mi stawiać - odparła Rebeka.
- Wiesz, mam pieniądze.
- Wspaniale - rzekł przytrzymując drzwi baru.
- W takim razie ty stawiasz. Jak ci się to podoba? - Bardzo. Każdy stale chce 
za mnie płacić,
jakbym wciąż była małą dziewczynką. To głupie, bo przecież mam prawie 
trzydzieści lat.
Oliver udał, że jest wstrząśnięty.

background image

- Nie miałem pojęcia - rzekł. - Jeśli jesteś taka wiekowa, to w takim razie 
możesz mi jeszcze ekstra postawić pączka. - Siedli na wysokich stołkach. 
Uśmiechnął się do niej. - Jak Andrei podobał się twój prezent?
Rebeka zmarszczyła czoło.
- Nie jestem pewna. Kiedy jej go dałam zeszłego wieczoru, myślałam, że się 
spodobał, ale
dzisiaj wszystko wprawiało ją we wściekłość.
Oliver wysłuchał jej relacji o tym, co zdarzyło się od ich wczorajszego 
spotkania.
- Po prostu nie rozumiem - podsumowała.
- Skoro tak bardzo nienawidzi cioci Marty i uważa ją za wariatkę, to czemu 
wróciła do domu?
- Wygląda na to, że nie ma się gdzie podziać
- odparł Oliver. - A ty po prostu byłaś pod ręką, kiedy musiała sobie trochę na 
kimś ulżyć, to wszystko.
Rebeka zerknęła na Olivera, lecz szybko przesunęła wzrok.
- Ale kiedy powiedziała, że jestem tak głupia, że nie widzę, jaka naprawdę 
jest ciocia Marta, to zabrzmiało zupełnie serio. - Milczała chwilę, a potem, 
nadal nie patrząc na Olivera, spytała:
- Czy to prawda, Oliverze? Jestem głupia?
Tak jak porzednio, Oliver ujął ją pod brodę i odwrócił ku sobie, tak że nie 
miała wyboru i musiała na niego spojrzeć.
- Oczywiście, że to nieprawda, Rebeko - rzekł łagodnym głosem. - I nie sądzę, 
żeby Andrea myślała tak na serio. Była po prostu zdenerwowana, a kiedy 
ludzie są zdenerwowani, mówią rzeczy, których nie myślą poważnie. 
Najlepiej zrobisz, jak o tym zapomnisz.
I pod wpływem impulsu,bez chwili zastano-wienia, pochylił się i delikatnie 
pocałował ją w usta.
- Nie jesteś głupia - szepnął jej do ucha.
Jesteś cudowną, uroczą kobietą i bardzo cię kocham, - Oblewając się 
rumieńcem zażenowania, podniósł się szybko i spojrzał na zegarek. - Jestem 
spóźniony - powiedział. - Rzucił kilka drobnych na ladę i czując na sobie 
spojrzenie wszystkich klientów baru, z pośpiechem wyszedł za drzwi.

background image

                    Rozdział 5

Oliver zajechał na parking białego budynku, w którym przez ostatnie 
dwadzieścia lat mieścił się szpital w Blackstone. Stały tam jedynie trzy łóżka i 
nawet one były rzadko wykorzystywane; każdy potrzebujący długiej 
hospitalizacji był kierowany do Manchesteru albo Bostonu/Jednakże przez 
ostatnich kilka miesięcy w szpitalu był większy ruch niż zwykle; najpierw 
tragiczne poronienie Elizabeth McGuire, potem opieka nad Madeline 
Hartwick. Tu przywieziono też początkowo ciało Julesa Hartwicka, ale już 
wtedy, gdy karetka wiozła je w dół wzgórza, wszyscy zdawali sobie sprawę, 
że dzieje się tak jedynie ze względu na wymogi formalne.
Olivera nadal prześladowały obrazy tej straszliwej nocy, gdy znalazł Julesa na 
stopniach zakładu i na własne oczy oglądał, jak Hartwick wbija sobie nóż w 
brzuch. Poza tym miał wrażenie, że bóle
głowy nasiliły mu się ostatnio jeszcze bardziej, a wczoraj, gdy odruchowo 
zląkł się zapalniczki, był
o wiele bardziej wystraszony, niż po sobie pokazał. Być może gdyby nie te 
oślepiające migreny,
nie przeląkłby się tak tego wściekłego żaru, którego faktycznie nie było. Ale 
tamto pozorne wrażenie i bóle głowy nasunęły mu pewną myśl
i chociaż mówił sobie, że jest idiotyczna, nie potrafił się jej pozbyć przez całą 
noc.
Guz mózgu.
Jak inaczej wytłumaczyć nagłe migreny, kiedy przez całe życie jedynie czasem 
doskwierał mu łagodny ucisk w skroniach? Jak wytłumaczyć dziwne wizje - 
halucynacje, które towarzyszyły ogłuszającym bólom, chociaż nigdy nie mógł 
sobie ich przypomnieć, kiedy migreny ustawały. A wczoraj..! Kiedy dotknął 
zapalniczki, głowa go nie bolała. A jednak nadal wyraźnie pamiętał tamten 
wściekły żar. Choć to nieprawdopodobne, ustąpił po chwili, gdy Rebeka 
położyła mu zapalniczkę na dłoni.
No cóż, Phil Margolis niewątpliwie znajdzie wytłumaczenie. Oliver wysiadł z 
volvo i wszedł do szpitala.

background image

- To tylko zrobi ci zdjęcia mózgu - wyjaśnił doktor Margolis.
Tomograf komputerowy znajdował się w małym pokoju, odnowionym 
specjalnie, by pomieścić urządzenie, które lekarzowi udało się kupić
- pięć lat temu zdołał zebrać fundusze na kupno używanego egzemplarza. 
Służył nie tylko Black-stone, ale i kilkunastu innym miasteczkom i przyniósł 
wystarczająco dużo pieniędzy, aby bilans małego szpitala po raz pierwszy w 
historii nie wykazywał deficytu.
- Połóż się na stole, przypnę cię pasami.
- To konieczne? - zapytał Oliver. Ledwo wszedł do tego pokoju, poczuł 
rosnącą falę paniki. Teraz nie mógł oderwać oczu od grubych nylonowych 
pasów. Nagle poczuł, że dłonie mu się pocą.
- Muszę cię unieruchomić - wyjaśnił Margolis.
- Wystarczy, że trochę ruszysz głową, i obraz się zatrze. Najłatwiejsze 
rozwiązanie to pasy.
Oliver zawahał się, nie rozumiejąc, skąd wzięło się to uczucie paniki. Nigdy 
nie miał klaustrofobii
- tak przynajmniej mu się wydawało - ale z jakiegoś powodu myśl, że będzie 
przypięty do łóżka, przerażała go. Właściwie dlaczego? To nie mogło mieć 
żadnego związku z Philem Mar-golisem - znał lekarza od lat.
Czy w takim razie po prostu bał się tego, co może wykazać tomografia? Ale 
to śmieszne. Jeśli coś było z nim nie tak, chciał o tym wiedzieć!
- W porządku - rzekł kładąc się na stole.
Zacisnął dłonie w pięści, zamknął oczy i starał się opanować lęk, który 
ogarnął go natychmiast, gdy lekarz zaczął go krępować. Serce biło mu jak 
oszalałe; czuł pot na dłoniach.
- Dobrze się czujesz, Oliverze? - spytał lekarz.
- Świetnie. - Ale nie czuł się świetnie. Ogarniał go straszliwy lęk, bezrozumna 
groza.
- W porządku, jesteśmy gotowi - powiedział Phil Margolis. Wyszedł i po 
chwili maszyna ożyła, skaner zaczął przesuwać się nad głową, robiąc tysiące 
zdjęć z każdego możliwego kąta, które komputer złoży w idealny obraz 
mózgu.
I tego czegoś, co może w nim rośnie. I wtedy to się stało.
Bez żadnej zapowiedzi oślepiający ból przeszył głowę Olivera i pokój 
wypełnił się jarzącym białym światłem, które w jednej chwili przygasło do 
kompletnej czerni. A potem w tej czerni pojawił się obraz.
Chłopiec jest w małym pokoju, wpatruje się w stół z grubymi skórzanymi 
pasami. Mężczyzna górujący groźnie nad chłopcem czeka niecierpliwie, żeby 
ten podszedł do stołu. W dłoni mężczyzny jest coś.
Coś, co chłopiec widział wcześniej.
Coś, co napawa go grozą.

background image

Zamiast podejść do stołu, chłopiec kuli się w kącie pokoju.
Gdy mężczyzna podnosi przedmiot z dwoma błyszczącymi metalowymi 
bolcami, sterczącymi z końca długiej rurki, chłopiec pochlipuje, spodziewając 
się nadchodzącego bólu.
Mężczyzna zbliża się i chłopiec ucieka z krzykiem. Wielkie muskularne ramię 
mężczyzny wyciąga się...
- To wszystko - powiedział Phil Margolis po powrocie do pokoju. Odpiął 
pasy. - Nie było takie straszne, prawda?
Oliver zawahał się. Prawdę mówiąc zupełnie nie potrafił sobie przypomnieć 
skanowania. Przeżył chwilę paniki, ale potem... i Co?
Ból głowy? Jakaś dziwna halucynacja?
Coś - jakieś niejasne wspomnienie - błąkało się na krawędzi świadmości, ale 
gdy usiłował je przywołać, uciekało.
Pasy opadły luźno. Oliver usiadł. Jakoś zdołał się uśmiechnąć.
- Do wytrzymania - przytaknął. - Zupełnie do wytrzymania.

background image

                     Rozdział 6

Andrea jechała powoli szukając rzeczy nie występującej w przyrodzie - 
wolnego miejsca parkingowego w Bostonie. Już trzy razy minęła ten budynek 
z czerwonej cegły, dwukrotnie jadąc w jednym kierunku, raz w drugim. Czy 
powinna jeszcze raz zawrócić, czy też ma zrezygnować z nadziei znalezienia 
miejsca w pobliżu budynku i rozejrzeć się w jednej z bocznych ulic?
A może po prostu udać się z powrotem do Blackstone?
Natychmiast odrzuciła ostatni pomysł. Przemyślała to gruntownie zbyt wiele 
razy, żeby teraz się wycofać. Jeśli nie załatwi tego teraz, to nigdy. Matka 
zacznie ją urabiać i tym razem nie zdoła przed nią uciec. Wcześniej czy 
później podda się. A bez względu na to, co Marta zdecyduje, nie będzie to 
dobre ani dla niej, ani dla dziecka.
Będzie dobre tylko dla Marty Ward, która kilka następnych lat spędzi na 
rozkoszowaniu się
satysfakcja za "wyciągnięcie cię z tego całego bagna, chociaż nie miałam nic 
wspólnego z tym, jak się w nie wpakowałaś". Uderzenie z trzykrotnym 
odbiciem, najulubieńszy cios matki, po którym Andrea będzie miała poczucie 
winy, wdzięczności i długu, wszystko jednocześnie.
Ala nie tym razem. Tym razem Andrea weźmie w ręce to, co powinna wziąć: 
swoje życie. Pod-jąwszy decyzję skręciła w boczną ulicę, nadal szukając miejsc 
do parkowania. Wreszcie znalazła je trzy przecznice od miejsca 
przeznaczenia, zaparkowała i automatycznie zamknęła na klu-czyk drzwi 
zardzewiałej toyoty, chociaż podej-rzewała że więcej warta byłaby skradziona
niż pozostawiona właścicielce. Zgarbiona, przeniknięta zimną mżawką, która 
zaczęła się przed godziną, Andrea powlokła się do kliniki. Szła ciężkim 
krokiem, z opuszczoną głową.
Gabinet znajdował się na drugim piętrze. W poczekalni siedziało kilka pań. 
Tylko jedna, szykownie ubrana Azjatka, parę lat młodsza od Andrei, uniosła 
wzrok, kiedy weszła nowa pacjentka. Uśmiechnęła się przelotnie, a potem 
szybko opuściła wzrok na stronę przeglądanego czasopisma. Recepcjonistka 
w białym kitlu, siedząca za szklanym przepierzeniem, podniosła głowę i 

background image

przywitała przybyłą: - Czym mogę pani służyć?
Andrea zawahała się. Nadal jeszcze mogła zmienić zdanie, nadal mogła 
odwrócić się na pięcie i najzwyczajniej wyjść.
Ale co wtedy?
Wtedy nic.
Nie ma mowy o szkole, porządnej pracy, normalnym życiu. Nigdy.
- Chciałabym wiedzieć, czy doktor Randall dziś przyjmuje - zapytała.
Pielęgniarka zerknęła na rozłożoną przed nią listę pacjentek.
- Czy może pani przyjść o drugiej?
Andrea skinęła głową i podała swoje nazwisko, następnie wypełniła kartę 
pacjenta, wpisała numer MasterCard modląc się w duchu, żeby Gary nie 
zlikwidował karty kredytowej ani nie wyczer-pał limitu kredytu. Pierwsze 
było wątpliwe, drugie o wiele bardziej prawdopodobne. Wyszła Z 
poczekalni, poszła przed siebie i wkrótce po drugiej stronie ulicy zauważyła 
bar. Weszła do niego i rozpoczęła długie czekanie.
Gdy wróciła dokładnie o drugiej po południu, poczekalnia była pusta.
- Co do minuty - uśmiechnęła się pielęgniarka. Otworzyła drzwi do gabinetu, 
w którym wstaj mężczyna liczący mniej więcej czterdzieści lat, o jasnych, 
krótko ostrzyżonych włosach, atletycz-
nej budowie i sympatycznej, grubo ciosanej twarzy. Podał jej rękę.
- Jestem Bob Randall.
Gdy Andrea usiadła po drugiej stronie biurka, sięgnął po kartę. Na palcu 
błysnęła mu złota obrączka. Cholera.
- Chce pani o tym pomówić? - spytał Randall. Andrea jęknęła w duchu. Co 
teraz? Czy będzie
musiała wytłumaczyć się przed lekarzem? To nie jego interes. Zabieg był 
całkowicie legalny - codziennie przechodziły go setki kobiet, a tysiące innych 
powinny go przejść. Była o tym przekonana. Lekarz zdawał się czytać w jej 
myślach.
- Nie chodzi mi o stronę formalną - powiedział. - Miałem na myśli sam 
zabieg.
- To znaczy, że nie zamierza mnie pan obwiniać? - spytała Andrea.
Randall wzruszył ramionami.
- To pani życie, pani ciało i nikt poza panią nie ma prawa mówić, co należy z 
nim zrobić. Jest pani wystarczająco dorosła, żeby wiedzieć, co robi, a jeśli jest 
pani tak zdrowa, jak stoi w karcie, nie powinno być żadnych powikłań. 
Wyjdzie pani stąd za niewiele ponad godzinę.
Andrea wahała się zaledwie przez moment. Chociaż wcześniej doktor Randall 
obiecał, że nie będzie wygłaszał kazań, nie uwierzyła mu. Ale dotrzymał 
słowa.
Żadnych pytań, żadnych kontrargumentów. Skinęła głową.
- Zróbmy to. Lekarz zabrał ją do innego pomieszczenia
i zostawił samą. Włożyła na siebie szpitalną koszulę. Zjawił się z pielęgniarką. 

background image

Sprawdził ciśnienie i tętno, oddech i odruchy. Osłuchał serce i płuca, obmacał 
brzuch, a potem kazał się położyć na plecach i rozłożyć nogi na podpórkach.
- Ostatnia okazja, żeby zmienić zdanie - powiedział.
- Jedźmy - rzekła Andrea. - Miejmy to już z głowy.
Po kwadransie było po wszystkim. Zabiegi okazał się zaskakująco mało 
nieprzyjemny, najbardziej niemiły w chwili rozszerzania szyjki macicy, ale 
nawet to nie bardzo bolało.
- To wszystko? - zapytała, gdy pielęgniarka wzięła się do sprzątania małego 
pokoju zabiegowego.
- To wszystko, co było do zrobienia - odparł lekarz. - Chciałbym, żeby pani 
teraz poleżała i odpoczęła przez jakieś pół godziny. Obejrzę panią i 
sprawdzę, czy nie wynikły jakieś kłopoty, choć tak naprawdę nie spodziewam
się żadnych. To bardzo prosty zabieg i znam się na rzeczy.
Czterdzieści minut potem Andrea była z powrotem na ulicy. Przestało mżyć. 
Pierwsze, co zrobiła, gdy wyszła z ceglanego budynku, w któ-
rym rozwiązała najgorszy ze swoich problemów, to sięgnęła do torebki i 
wyjęła papierosy.
Papierosy i zapalniczkę, którą Rebeka dala jej wczoraj.
Nacisnęła przycisk ukryty w szyi smoka, zapaliła papierosa i wciągnęła dym 
głęboko w płuca, wreszcie czując, jak opuszcza ją napięcie towarzyszące jej 
przez cały dzień.
Rebeka. 
Będzie musiała przeprosić Rebekę za to, co powiedziała jej dziś rano.
Będzie tez musiała podziękować za upominek. Nadal trzymała zapalniczkę w 
dłoni, która teraz, gdy słońce przebiło się przez chmury, zalśniła jasno. 
Andrea podniosła ją do góry, spojrzała w czerwone ślepia i znów ścisnęła.
Trzask. Trysnął jęzor płomienia, zamigotał w lekkim powiewie.
Andrea długo wpatrywała się w zapalniczkę. Czerwone ślepia błyskały ku 
niej gorejącym światłem, które zdawało się nie pochodzić od słońca, ale z 
głębi smoczego ciała. Płonące szkarłatem ślepia hipnotyzowały. Prawie 
nieświadoma tego, co czyni, uniosła w górę drugą rękę.
Bardzo powoli przysunęła dłoń ku gorejącemu językowi.
Gdy płomień dotknął skóry, nie zabolało. Wcale a wcale.

background image

                     Rozdział 7

Zapadał zmierzch, kiedy Andrea zajechała pod dom matki. W całym 
kwartale, poza sąsiadują-cym domostwem Hartwicków, okna płonęły już 
światłami, a przez cienkie firanki widać było fragmenty ciepłych 
zapraszających wnętrz. Tyl-ko dom matki stał mroczny i jeśli nie liczyć 
ćmiącej się żarówki na werandzie, która dawała jedynie pewne 
bezpieczeństwo na stopniach, ale wcale nie zapraszała do Środka, wydawał 
się opuszczony. Niemniej jednak Andrea była pew-na, że matka jest w domu. 
Niemal czuła bezlitos-ną osobowość Marty, niemal widziała ją na klęczniku, 
przesuwającą w palcach paciorki ró-żańca, podczas mamrotanego „Zdrowaś 
Mario, Matko Boża. Módl się za nami teraz i w godzi-nę..." Tyle że matka 
będzie recytowała w kółko łacińskie formułki, nie bardziej rozumiejąc to, co 
duka, niż córkę, którą wychowała.
Andrea zgasiła silnik, ale zamiast wysiąść,
sięgnęła do torebki, znalazła papierosy i zapaliła. Gdy siedziała tak, paląc 
papierosa, bezmyślnie gasiła i zapalała zapalniczkę, obserwując, jak płomień 
szybko wystrzela, a potem gaśnie. Papieros był wypalony jedynie do połowy, 
gdy drgnęła słysząc stukanie o szybę, i ujrzała Rebekę zaglądającą z 
niepokojem do środka.
- Andrea? Nic ci nie jest?
Zdusiła papierosa w popielniczce i wysiadła z samochodu.
- Wszystko gra.
Westchnęła ze świadomością, że wcale wszystko nie gra. Pierwsze straszliwe 
wątpliwości opanowały ją, jeszcze zanim zdążyła wsiąść do samochodu. Cały 
czas usiłowała sobie wmawiać, że postąpiła właściwie, ale nadal nie potrafiła 
wyzbyć się dręczącego uczucia, że mogła inaczej rozwiązać całą sytuację. Z 
pewnością mogła znaleźć jakąś pracę. Wszędzie spotykało się pracujące 
ciężarne kobiety, wiele z nich aż do ostatniego tygodnia przed rozwiązaniem 
czy coś koło tego. A po urodzeniu dziecka byłoby wiele możliwości. Mogła 
oddać dziecko do adopcji albo nawet zatrzymać je i...
Przestań! - ucięła te mrzonki. Jest po sprawie. Załatwione.

background image

Rebeka nadal wpatrywała się w nią zaniepokojona. Andrea stanęła na 
krawężniku i zmusiła się do uśmiechu.
- Hej, jest w porządku - powiedziała. - Nic mi nie będzie. I słuchaj, 
przepraszam cię za rano, co? Wiesz, miałam poranne nudności i czułam się 
wymięta, no i... nawinęłaś się, więc ulżyłam sobie na tobie. Przykro mi. A 
zapalniczka naprawdę mi się podoba. Używałam ją cały dzień.
- Ale przecież jak się ma dziecko... - zaczęła Rebeka, lecz Andrea nie dała jej 
skończyć.
- Przestaniesz truć? Powiedziałam, że wszystko będzie w porządku. No, jak? - 
Były na werandzie i gdy Rebeka otworzyła drzwi, Andrea poczuła znajomą, 
duszącą woń kadzidła i świec i usłyszała buczenie kościelnych śpiewów pusz-
czanych z płyty. - Modli się, no nie?
Rebeka skinęła głową.
- Właśnie brałam się do kolacji.
- Pomogę. - Andrea powiesiła płaszcz w schowku na ubrania i poszła za 
Rebeką do kuchni. Stół był nakryty na dwie osoby.
Rebeka zauważyła wzrok Andrei na dwóch nakryciach; poczerwieniała.
- Nie wiedziałam, czy będziesz czy nie - uspra-wiedliwiła się szybko. - Położę 
jeszcze jedno...
- Na miłość boską, Rebeko, wyluzuj się. Przygotuję sobie nakrycie. - 
Zmierzyła wzrokiem stoliczek, przy którym razem z matką jadły zawsze od 
zniknięcia ojca, i przy którym, zapewne, Rebeka i matka siadywały do 
posiłków przez ostatnie dwanaście lat. - Mam pomysł. Co powiesz na to, 
żebyśmy zjadły w jadalni? Rebeka wytrzeszczyła oczy.
- Nie wydaje mi się, żeby ciocia Marta była tym zachwycona.
- Czy to ważne, co matka sobie pomyśli? - odpaliła Andrea. - A nasze zdanie 
to już się nie liczy? Nigdy nie chciałaś zjeść w jadalni? - Nie czekając na 
odpowiedź złapała sztućce i włożyła je do szafki przy zlewie. - I myślę, że 
mogłybyśmy też użyć prawdziwego srebra - oświadczyła.
Pół godziny później Rebeka wyjęła podgrzaną pieczeń, pozostałość 
wczorajszej kolacji, i położyła ją na prawdziwej porcelanie. Właśnie gdy z An-
dreą wynosiły talerze z kuchni, pienia w kaplicy nagle ustały i Marta Ward 
wyrosła u końca korytarza. Zanim matka zdążyła otworzyć usta, odezwała 
się Andrea.
- Dziś jemy w jadalni, mamo.
- Nigdy nie jadamy w jadalni - oświadczyła Marta.
- Ale dziś zjemy. Stolik kuchenny jest za mały i co za sens mieć jadalnię, z 
której nigdy się nie korzysta?
- Jadalnia jest dla gości - powiedziała zimno Marta.
- Daj spokój. Kiedy ostatni raz miałaś gości? Marta ściągnęła z naganą usta, 
ale się nie
odezwała, dopóki nie weszła do jadalni i nie zlustrowała stołu. Andrea nie 
tylko przyszykowała srebrne sztućce i obrus, ale i dwuramienny świecznik, 

background image

który tkwił nie używany na bocznym stoliczku przez ćwierć wieku. Rebeka 
stała przy drzwiach jak na szpilkach, przekonana, że Marta zażąda 
przeniesienia kolacji do kuchni i natychmiastowego sprzątnięcia stołu w 
jadalni. Jednakże kiedy ciotka wreszcie się odezwała, chłód w jej głosie lekko 
zelżał.
- Uznajmy to za uroczystą kolację z okazji powrotu Andrei do domu - 
powiedziała. Napięcie w pokoju nieco opadło. Rebeka i Andrea zajęły miejsca 
po przeciwnych stronach, a Marta usadowiła się u szczytu stołu. - Ale tylko 
dzisiaj. Jestem przekonana, że wszysytkie trzy wygodnie zmieścimy się przy 
stoliku kuchennym. Odmówimy modlitwę?
Marta skłoniła głowę. Andrea mrugnęła konspiracyjnie do Rebeki, która 
szybko pochyliła głowę i złożyła ręce, podczas gdy ciotka mruczała 
modlitwę. Gdy skończyła, odkroiła kawałek mięsa, włożyła go do ust. Żuła 
bardzo długo, wreszcie przełknęła, a potem utkwiła wzrok w córce.
- Andreo, dziś rano rozmawiałam z monsinio-rem Vernon.
Córka spojrzała ostrożnie na matkę.
- Tak?
- On mówi, że muszę się za ciebie modlić. Andrea zesztywniała, 
przygotowując się na
nieuchronne kazanie.
- Obawiam się, że na to trochę za późno - zaryzykowała lekki opór. - Nie 
chodziłam tak pilnie do kościoła jak ty.
Marta ze smutkiem przyglądała się córce, jakby rozważając, czy nie jest już 
dla niej za późno na odkupienie. Mimo wszystko uznała, że musi wypełnić 
wskazówki księdza.
- Monsinior Vernon powiada, że muszę się modlić, abyś znalazła drogę 
prowadzącą w ramiona Pana. Ze względu na dziecko - podkreśliła zgryźliwie, 
aby córka nie zrozumiała jej błędnie.
Andrea, która już miała wsunąć kawałek pieczeni do ust, powoli odłożyła 
widelec, a potem spojrzała matce prosto w oczy.
- Jeśli planujesz modlić się za moje dziecko, to marnujesz swój czas. Dziecka 
nie będzie. Dziś rano pojechałam do Bostonu i postarałam się o to.
Marta Ward pobladła.
- Postarałaś się? - powtórzyła ledwo słyszalnym głosem. - Co to znaczy?
Andrea szukała na twarzy matki jakichkolwiek oznak współczucia dla tego, 
przez co musiała przejść, jakiegokolwiek śladu zrozumienia dla tego, co 
musiała zrobić. Ale nie znalazła tam niczego i nagle wątpliwości co do aborcji 
znikły, gdy zdała sobie sprawę, jaka przyszłość czekała jej dziecko: matka 
znalazłaby sposób - a każdy byłby dobry - żeby je jej odebrać. Albo wy-
chowywałoby się w tym domu, dusząc się w fanatyzmie babki, wierząc, że 
zostało poczęte w grzechu i potępione na wieczność.
Nieżyczliwość i przekonanie o własnej świątobliwości, z jakim matka się jej 
przyglądała, przekonały Andreę, że podjęła właściwą decyzję.

background image

- To znaczy, że dziś po południu spędziłam płód, mamo.
Sztywny całun ciszy opadł na jadalnię, gdy Marta i Andrea mierzyły się 
wzrokiem. Wreszcie matka powstała i oskarżycielsko wskazała palcem córkę.
- Morderczyni - wysyczała. Jej głos rósł. - Morderczyni! Obyś spłonęła w 
piekle!
Odwróciła się plecami do córki i jak burzaj wypadła z pokoju. Nie minęła 
chwila, a rozległy się gregoriańskie pienia.
- Ona modli się za ciebie - rzekła cicha Rebeka.
- Nie, nie za mnie - poprawiła ją Andrea. - Ona modli się za siebie. Ja nic jej 
nie obchodzę.
- To nieprawda. Kocha cię.
Teraz Andrea zerwała się na równe nogi.
- Nieprawda, Rebeko. Ona nie kocha nikogo. Gdy wybiegała z jadalni, po jej 
twarzy spływały strugi łez.
Dom wypełniało tajemnicze, rytmiczne buczenie chorałów, a smutna Rebeka 
sprzątała ze stołu w jadalni i zastanawiała się, czy kiedykolwiek jeszcze 
będzie używany.
Rebeka nie była pewna, co ją obudziło; w rzeczy samej początkowo nie była 
nawet pewna, czy w ogóle zasnęła. Chociaż drzwi do jej pokoiku były 
zamknięte, nadal słyszała muzykę dobiegającą z kaplicy, tak jak wtedy, gdy 
szła do łóżka. Przewróciła się na drugi bok i spojrzała na podróżny budzik, 
który wczoraj zabrała z pokoju Andrei.
Trzecia.
Trzecia?
Siadła na łóżku, już dokładnie rozbudzona, i zdała sobie sprawę z czegoś 
jeszcze.
Po domu rozchodził się jakiś zapach; nie normalny, obrzydliwie słodki zapach 
kadzideł ciotki, ale kwaśny odór dymu, który wypełnił pokój dzienny ten 
jedyny raz, gdy usiłowała rozpalić kominek; przekonała się wtedy, że ciotka 
zatkała przewód kominowy zapobiegając uchodzeniu ciepła.
Dym?
Rebeka wyskoczyła z łóżka, naciągnęła szlafrok i podeszła do rozsuwanych 
drzwi dzielących jej sypialnię od jadalni. Zanim rozeszły się na cal, kwaśny 
odór wzrósł i zakrztusiła się wciągając w płuca przesycone dymem 
powietrze. Jednym gwałtownym ruchem rozwarła drzwi i podbiegła do stóp 
schodów.
Tu dym był gęstszy. Patrzyła ze zgrozą, jak kłęby dymu walą z górnego 
piętra.
- Pożar! - krzyknęła w górę schodów. - And-rea, wyłaź! Dom się pali! 
Kiedy nie było odpowiedzi, ruszyła w górę, ale dym natychmiast zepchnął ją 
z powrotem. Kaszlała i usiłowała złapać oddech. Tysiące myśli przebiegało jej 
przez głowę. Znow krzyknęła, tym razem przywołując ciotkę, a potem 
popędziła do kuchni zatelefonować. Dwa razy się pomyliła, zanim wreszcie 

background image

wycisnęła 911. Padła na podłogę, uciekając przed dymem, który teraz wlewał 
się do kuchni z przedpokoju. Kiedy tylko zgłosił się dyżurny, wrzasnęła do 
słuchawki:
- Tu Rebeka Morrison... błagam! Pomocy! Dom się pali! Mieszkam przy... - 
Nagle przeżyła chwilę zaślepienia i poczuła rosnącą panikę, ale zaraz 
usłyszała głos dyżurnego: - Mam już adres. Mieszka pani przy Harvarda 
pięćset dwadzieścia siedem. Wozy już jadą.
Cisnęła słuchawkę i wybiegła do holu. U stóp schodów jeszcze raz zawołała 
kuzynkę, a potem pobiegła na drugą stronę domu i jednym szarpnięciem 
otworzyła drzwi kaplicy.
Wszystkie świece płonęły. Ciotka klęczała na klęczniku, z pochyloną głową, 
zaciskała w dłoniach różaniec.
- Ciociu Marto! - krzyknęła Rebeka. - Dom się pali! Musimy uciekać!
Powoli, jak w transie, Marta Ward odwróciła głowę i spojrzała na Rebekę.
- Wszystko w porządku, dziecko - rzekła łagodnie. - Pan zaopiekuje się nami.
Ignorując słowa ciotki, Rebeka złapała ją za ramię i z całą siłą poderwała na 
nogi, a potem wywlokła z oświetlonego świecami pokoju do holu. Otworzyła 
drzwi frontowe, wypchnęła ciotkę na werandę i potykając się wybiegła na ze-
wnątrz. Padał deszcz, ale Rebeka nie zwracając na to uwagi ściągnęła Martę z 
werandy na trawnik. Syreny wyły. Rebeka spojrzała na piętro, kolejny raz 
przyzywając kuzynkę. Ale już wiedziała, że może być za późno; w 
przeciwieństwie do innych okien w domu, okno Andrei gorzało 
pomarańczowo od tańczącego w środku ognia.
Rebeka padła na kolana. Nie zwracając uwagi na deszcz i zimno, z płaczem 
modliła się razem z ciotką.

background image

                     Rozdział 8

Rebeka siedziała drżąca w poczekalni szpitala w Blackstone. Jak najlepiej 
starała się odpowi-dzieć na wszystkie pytania. Większość wydarzeń 
zachowała wyraźnie w pamięci. Pamiętała, że się obudziła, poczuła dym, 
zawołała ciotkę i kuzynka ostrzegając, że dom pionie. Potem wypadki poto-
czyły się tak szybko, ze nie mogła sobie ich jaśni przypomnieć. Na pewno 
zadzwoniła na 911 i wyciągnęła ciotkę z domu. Od taj chwili wszystki się 
poplątało. Pojawiły się wozy strażackie i radiowóz policyjny, wybiegli ludzie 
z innych domów Zaczęły padać pytania, ale było tak wielu ludzi i tyle pytań, 
że nie mogła sobie niczego uporządkować. Wreszcie wyniesiono Andreę i 
położono w karetce. Rebeka błagała, żeby pozwolono jej pojechać do szpitala 
z kuzynką.
Przykucnięta na podłodze karetki usiłowała nie przeszkadzać stażystom, 
którzy podłączali
Andreę do kroplówki. Kiedy po raz pierwszy ujrzaia kuzynkę, mało nie 
krzyknęła. Twarz Andrei była okropnie poparzona, brwi znikły, ciało 
odchodziło z policzków i nosa. Skóra na rękach i ramionach sczerniała, 
zamiast włosów na pobliźnionej czaszce była tylko zwęglona szczecina. 
Chociaż Rebeka szybko odwróciła wzrok, poczuła się straszliwie bezradna i 
powątpiewała, czy Andrea przeżyje jazdę do szpitala. Lecz gdy karetka 
zatrzymała się z piskiem opon, Andrea nadal oddychała. Rebeka wygrzebała 
się niezdarnie; jakoś zdołała nie wpaść obsłudze pod nogi. W kilka sekund 
nosze z Andrea przejechały obok i Rebece wydało się, że słyszy nikły jęk.
Choć poczekalnia szybko wypełniała się ludźmi i znów posypały się 
niezliczone pytania, Rebeka przede wszystkim z całych sił starała się przeko-
nać samą siebie, że naprawdę słyszała tamtą oznakę życia. Zastępca szeryfa, 
Steve Driver, położył jej dłonie na ramionach, chcąc ją uspokoić, i przyjrzał się 
jej przenikliwie.
- Czy pamiętasz coś jeszcze, Rebeko? Cokolwiek?
Potrząsnęła głową.
- Opowiedziałam wszystko.

background image

Przeniósł spojrzenie na Martę Ward, siedzącą obok siostrzenicy. W dłoni 
ściskała różaniec; modliła się, bezgłośnie poruszając wargami.
- A pani, pani Ward? Słyszała pani cokolwiek? Skoro pani nie spała...
- Modliła się - powiedziała spokojnie Rebeka. - Kiedy się modli, nigdy niczego 
nie słyszy. Nie usłyszała nawet mnie, gdy weszłam do kaplicy wyciągnąć ją z 
domu.
Steve Driver położył rękę na ramieniu Marty.
- Pani Ward...? Muszę z panią porozmawiać. To naprawdę ważne. - Gdy 
Marta nadal jedynie się modliła, ścisnął ją za ramię i lekko potrząsnął. - Pani 
Ward! 
Jak wyrwana z głębokiego snu, Marta nagle podniosła głowę. Miała dziwne, 
puste spojrzenie, ale opuściła dłonie na podołek i potrząsnęła ze smutkiem 
głową.
- Taka była wola boża - oświadczyła.
Steve Driver zmarszczył brwi, zerknął na Rebekę, a spotem skierował uwagę 
z powrotem na Martę. Pochylił się i ujął jej ręce.
- Pani Ward... Słyszy mnie pani? Marta zebrała się w sobie, wzięła głęboki
oddech i wyprostowała się w plastikowym foteli-ku, na skraju którego 
przysiadła.
- Oczywiście, że pana słyszę. I mówię, co się stało. Bóg ukarał Andreę za jej 
grzech.
Zastępca szeryfa zmarszczył się jeszcze bardziej!
- Grzech?
- Zabiła swoje dziecię - rzekła Marta silnym
głosem, niosącym się przez poczekalnię. - I Bóg ją powalił.
Mężczyzna spojrzał pytająco na Rebekę.
- Andrea miała aborcję - wyjaśniła. - Ciocia Marta nie pochwalała tego i...
Marta wyprostowała się jeszcze bardziej. Utkwiła w siostrzenicy gniewne 
spojrzenie.
- Bóg nie pochwalał - oświadczyła. - Bóg sądzi, nie ja. Ja tylko mogę modlić 
się za duszę zamordowanego dziecięcia. - Zacisnęła palce na paciorkach 
różańca. - Módlmy się. Módlmy...
Zanim skończyła zdanie, otworzyły się drzwi sali operacyjnej i wyszła 
pielęgniarka. Dostrzegła Rebekę, podeszła z pośpiechem i przyklękła obok.
- Twoja kuzynka odzyskała świadomość i chce cię widzieć - powiedziała.
- Mnie? - spytała zdziwiona Rebeka. - Czy ciocia Marta nie powinna...
- Pyta o ciebie, Rebeko - powtórzyła pielęgniarka.
- W jakim jest stanie? - zapytał Steve Driver prostując się. - Wyjdzie z tego?
- Nie wiemy - szybko odparła pielęgniarka. - Ma oparzenia trzeciego stopnia 
na przeważającej powierzchni ciała. - Pokręciła głową. - Musi straszliwie 
cierpieć. - Zwróciła się do Rebeki. ~ Ale jest przytomna i pyta o ciebie. To 
będzie dla ciebie bardzo trudne, lecz...
- Nie szkodzi - zapewniła ją Rebeka. - Czym jest to, co ja czuję, w porównaniu 

background image

z mękami Andrei.
Udała się za pielęgniarką, minęła podwójne drzwi i weszła do sali 
operacyjnej. Andrea leżała na stole. Nadal była podłączona do kroplówki, a 
inny przewód biegł do jej nosa. Doktor Margolis i dwaj stażyści starannie 
zdejmowali z Andrei coś wyglądającego na spaloną skórę, ale gdy Rebeka 
podeszła bliżej, zdała sobie sprawę, że to wcale nic skóra, tylko resztki 
nylonowej koszuli nocnej, którą Andrea miała na sobie w chwili, w której 
wybuchł pożar. Rebeka skrzywiła się, gdy jeden ze stażystów podniósł luźny 
strzęp materiału wraz z małym kawałkiem spalonej skóry.
- Mam... mam szczęście - szepnęła Andrea ledwo słyszalnym głosem. - 
Jeszcze nic nie czuję.
Rebeka wyciągnęła rękę, by pogładzić kuzynkę. Powstrzymała się w porę.  - 
Dzięki Bogu, że żyjesz - szepnęła. - I wyjdziesz z tego.
Ranna potrząsnęła głową ledwo zauważalnym gestem.
— Nie wydaje mi się - westchnęła. - Po prostu...
- Zamilkła, skrzywiła się usiłując wziąć oddech, po czym udało się jej 
wydyszeć jeszcze kilka słów. - Moja wina. Zasnęłam z papierosem. Durna 
byłam, nie?
- Wszystko w porządku, Andreo - powiedziała Rebeka. - To nie była twoja 
wina. To wypadek.
- Żaden wypadek - wyszeptała Andrea. - Matka powiedziała...
- Nieważne, co powiedziała ciocia Marta. Liczy się tylko to, że żyjesz i 
wyjdziesz z tego.
Andrea nie odzywała się przez długą chwilę i Rebeka była przekonana, że 
zasnęła. Wreszcie przemówiła raz jeszcze:
- Smok - szepnęła. - Nie pozwól...
Rebeka pochyliła się starając usłyszeć słowa kuzynki. Andrea walczyła z 
niemocą. Zwęglone wargi wreszcie znów się poruszyły.
- Ma... matka - wyszeptała. - Nie...
Ale zanim zdążyła dokończyć, środki uspokajające dodane do kroplówki 
zrobiły swoje i chora pogrążyła się w nieświadomości. Leżała tak nie-
ruchomo, że zaniepokojona Rebeka podniosła wzrok na pielęgniarkę.
- Co się stało? Czy...
- Zasnęła - uspokoiła ją pielęgniarka. - Jeśli chcesz wrócić do poczekalni...
Rebeka potrząsnęła głową nie odrywając wzroku od zniszczonej twarzy 
Andrei.
- Mogę tu zostać? - spytała. - Co będzie, jeśli się obudzi? Jeśli przy niej 
posiedzę, może się nie przestraszy.
Pielęgniarka zawahała się, a potem wskazała fotel przy drzwiach.
- Oczywiście, że możesz przy niej zostać, Rebeko - powiedziała.
Gdy dziewczyna usiadła, pielęgniarka wróciła do pracy pomagając stażystom 
i doktorowi Mar-golisowi oczyścić najcięższe rany. Na wypadek infekcji 
smarowała je silvadenem.

background image

Kompletnie bezradna Rebeka mogła jedynie przyglądać się im w milczeniu.

Oliver Metcalf wstał i przeciągnął się, a potem wyszedł na zewnątrz, by 
zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Przebywał w szpitalu cztery godziny; 
zjawił się w chwilę po tym, gdy Rebeka poszła zobaczyć się z Andreą.
Pozbierał wszystkie strzępki informacji na temat pożaru. Wraz ze Stevem 
Driverem doszli do podobnych konkluzji. Pożar niewątpliwie był 
przypadkowy, spowodowany nawykiem Andrei do palenia w łóżku. Ekipa, 
która zgasiła pożar, znalazła przy łóżku popielniczkę i chociaż była 
przewrócona, wokół leżało kilka przemoczonych niedopałków. Martę Ward 
uratował jedynie fakt, że modliła się w kaplicy na dole, ale nawet to 
okazałoby się na nic, gdyby Rebeka się nie obudziła.
- Mogłoby być dużo gorzej - rzekł Driver,
gdy skończył porównywać swoje zapiski z tym, czego dowiedział się Oliver.
Nie mając nic więcej do roboty w szpitalu, Driver wyszedł. W miarę jak noc 
wlokła się dalej, poczekalnia pustoszała, aż zostali w niej jedynie Oliver i 
Marta Ward. Chociaż Oliver kilkakrotnie usiłował wciągnąć Martę do roz-
mowy, ignorowała go całkowcie, skupiona na nie kończących się modlitwach. 
Wreszcie deszcz ustał i przyszedł dzień, zaświeciło słońce.
Pół godziny wcześniej Phil Margolis zajrzał do poczekalni i zapytał Martę 
Ward, czy chce zobaczyć córkę. Potrząsnęła głową.
- Modlę się za nią - odrzekła. - Za nią i dziecko. Nie muszę jej oglądać.
Lekarz, niemal krańcowo wyczerpany po godzinach ratowania życia Andrei, 
odwrócił się z obrzydzeniem i ruszył z powrotem do pacjentki. Zatrzymał go 
Oliver.
- W jakim jest stanie? - zapytał. Jeszcze nie skończył pytania, a już wszystko 
odczytał z wyrazu twarzy lekarza.
- Nie sądzę, żeby mogła wytrzymać dużo dłużej - powiedział Margolis. 
Spojrzał uważnie na Olivera. - A co z tobą? Jak się czujesz? Te migreny dalej 
występują?
Oliver zaprzeczył.
Hm, z tomografu wynika, że nie masz powo-dów do zmartwień. Miałem 
zamiar zadzwonić do
ciebie dzisiaj przed południem. Przesłałem zdjęcia do przyjaciela w 
Manchestrze i nie znalazł nicze-go niepokojącego. Mówi, że jesteś idealnie w 
normie. - Ledwo wykrzesał znużony uśmiech. - Co prawda nie zna cię tak 
dobrze jak ja, prawda?
Zanim Oliver zdążył odpowiedzieć na ten kiepski dowcip, przy podwójnych 
drzwiach rozdzwonił się brzęczyk i Margolis odszedł z pośpiechem. Oliver 
zapadł się w wysłużoną sofę, a potem, nie mogąc znaleźć spokoju, wstał i wy-
szedł na dwór. Gdy wrócił, Rebeka Morrison ukazała się właśnie w 
podwójnych drzwiach. Miała zaczerwienione oczy, łzy na policzkach. 

background image

Przyśpieszył kroku, objął ją, uściskał.
- Po wszystkim? - spytał cicho, chociaż znał już odpowiedź. Poczuł, jak kiwa 
głową. Potem odsunęła się nieco i spojrzała mu w oczy.
- To było takie dziwne - powiedziała. - Najpierw oddychała spokojnie i 
myślałam, że wszystko będzie w porządku, a wtem przestała. Po prostu 
przestała oddychać. Czemu takie rzeczy się zdarzają?
- Nie wiem - odparł spokojnie. - To po prostu był straszny wypadek. - 
Łagodnie poprawił lok Rebeki opadający jej na czoło, a potem starł łzy z jej 
policzka. - Czasami coś się wydarzy... - zaczął.
Przerwała mu Marta Ward.
- Nic nie wydarza się samo z siebie - oświadczyła. - Jest taka rzecz jak kara 
boska i spotkała właśnie Andreę. Dopełniła się wola boża. Rebeko, czas, 
żebyśmy wróciły do domu.
Oliver poczuł, jak Rebeka sztywnieje, a potem wysuwa się z jego ramion.
- Tak, ciociu Marto - powiedziała cicho. - Oliver na pewno nas zawiezie.
Marta skinęła nieznacznie głową w kierunku Oliwera i rzekła:
- Możesz nas zawieźć do domu. - Skierowała się do wyjścia i nie odwracając 
głowy wyszła na słońce.
Rebeka już miała podążyć jej śladem, lecz Oliver ją powstrzymał.
- Co jest grane? - zapytał. - Czy ona nie zdaje sobie sprawy, co się wydarzyło?
Rebeka skinęła głową.
- Ona uważa, że Andrea została ukarana za aborcję. Ale nie myślę, żeby Bóg 
mógł zrobić jej coś takiego, prawda?
Oliver potrząsnął głową.
- A ja myślę, że nie powinnaś dłużej u niej mieszkać. Nie możesz pójść gdzie 
indziej? Mogłabyś zatrzymać się u mnie. Ja...
- Nie ma powodu do obaw, Oliverze - powiedziała Rebeka. - Nie mogę teraz 
zostawić cioci
Marty. Nie ma nikogo poza mną i zawsze była dla mnie dobra...
- Ale...
- Oliverze, proszę. Zawieź nas do domu. Pięć minut później Oliver zajechał na 
podjazd
domu Marty Ward. Zadziwiające, ale jedyne ślady pożaru z tej strony domu 
to był pognieciony trawnik i krzewy połamane wężami strażackimi.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? - spytał znowu Oliver. - Nawet jeśli w tym 
domu da się mieszkać, będzie smród...
Ale Marta Ward wysiadła już z samochodu i szybkim krokiem zmierzała ku 
domowi. Odwróciła się przy schodach werandy.
- Chodź, Rebeko - rozkazała.
Jak do psa, pomyślał gniewnie Oliver. Mówi do niej jak do psa.
Jednak zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Rebeka też wysiadła z 
samochodu i po chwili wraz z Martą znikła w środku.
Oliver wiedział, że popełnił błąd w tej samej chwili, w której otworzył drzwi 

background image

Rudej Kwoki. Ale głód tak mu dokuczał, że przez chwilę zapomniał o równie 
silnym głodzie stałych bywalców baru - głodzie informacji.
Mężczyźni mówili na to „informacje". Ich żony nazywały to o wiele trafniej - 
plotkami.
Jak zwał, tak zwał, ale gdy Oliver się pojawił, niemal wszyscy w Rudej Kwoce 
przycichli i z wyczekiwaniem utkwili w nim wzrok. Oceniwszy wszystkich 
zgromadzonych, wybrał stolik okupowany przez Eda Beckera i Bilia 
McGuire'a. Byli pogrążeni w rozmowie, którą przerwali na jego widok. Gdy 
Oliver usiadł na ławie obok adwokata, Bill McGuire spojrzał na niego 
pytająco.
- Andrea Ward zmarła jakieś pół godziny temu - powiedział Oliver.
Przedsiębiorca budowlany skrzywił się.
- Do diabła, co się tu wyrabia? - zapytał.
Ed Becker poprosił kelnerkę o dolewkę kawy.
- Nic się nie wyrabia - rzekł i ton jego głosu wystarczył, by Oliver zdał sobie 
sprawę, iż nocny pożar nie był jedyną rzeczą, o której poprzednio 
rozprawiali.
McGuire potrząsał ze smutkiem głową, podczas gdy kelnerka napełniała mu 
kubek.
- Jak możesz gadać takie rzeczy?
- Bo to prawda - odparł prawnik, po czym odwrócił się do Olivera. - Bill 
zaczyna przebąkiwać, że nad miastem ciąży klątwa lub coś podobnego.
- Tego nie powiedziałem - wtrącił trochę za szybko McGuire.
- Dobra, może nie użyłeś dokładnie takich słów - przyznał Becker. - Ale kiedy 
zaczynasz kojarzyć sprawy, które nie mogą się ze sobą łączyć, to czy nie jest 
to gadanie o jakiejś klątwie?
McGuire z uporem potrząsnął głową.
- Mówię tylko, że tu zaczynają się dziać naprawdę niesamowite historie. 
Najpierw bank ma kłopoty i Jules dostaje bzika, i popełnia samobójstwo, 
teraz Andrea Ward wraca do domu po latach nieobecności i następnego dnia 
doznaje śmiertelnych poparzeń w pożarze.
Chociaż nikt nie wspomniał o tym, co zdarzyło się Elizabeth McGuire, nie 
było to konieczne. Jej samobójstwo, poprzedzające o miesiąc czyn Julesa 
Hartwicka, nadal wisiało nad Billem jak zmora.
- Pożar to był wypadek, najzwyczajniejszy w świecie - powiedział Oliver. Ale 
gdy przekazał swoim słuchaczom wszystko, czego dowiedział się w ciągu 
ostatnich kilku godzin, Bill McGuire nadal z niedowierzaniem kręcił głową.
- Kilka miesięcy temu może uwierzyłbym, że Andrea, ot tak, zasnęła z 
papierosem, ale teraz... - Westchnął przeciągle.
- Może to nie był wypadek - zasugerował Ed Becker. - Może Marta ją 
podpaliła.
- Podpaliła?! - powtórzył Oliver, wzdrygając
się na to słówo. - Jezu, Ed, chyba za długo miałeś do czynienia z prawem 

background image

karnym. Czemu, na Boga, Marta Ward miałaby chcieć zabić własną córkę?
- Hm, sam powiedziałeś, że nie rozpaczała za bardzo po śmierci Andrei. Czy 
nie wspomniałeś, że miało to coś wspólnego z wolą bożą?
- "Kara boża", tak to określiła - poprawił go Oliver. - Marta jest religijną 
fanatyczką. Sam wiesz, że widzi rękę Boga praktycznie
we wszystkim.
- Czasem tacy ludzie uważają, że to oni są ręką Boga - zauważył zjadliwie 
Becker. 
- Daj spokój, Ed. - Oliver zniżył głos i rozejrzał się po innych bywalcach baru. 
- Wiesz, jak tutaj rozchodzą się plotki. Jeśli ktoś to usłyszy, nim minie 
południe, będzie na ustach całego miasta.
- I bardzo dobrze! - rzekł Ed Becker. Odchylił się i uśmiechnął złośliwie. - 
Osobiście nigdy nie mogłem znieść Marty Ward. Nawet jako dziecko zawsze 
myślałem, że jest nie tylko bardziej papieska niż sam papież, ale do tego po 
prostu wstrętna. Nie mogę tylko pojąć, po co Andrea w ogóle wracała.
- Nie miała się gdzie podziać. Tak uważa Rebeka - odparł Oliver. 
Zamierzał opowiedzić im o wczorajszej aborcji Andrei, ale powstrzymał się, 
gdy przypomniał
sobie, że poronienie doprowadziło żonę Billa, Elizabeth, do samobójstwa, 
zaledwie kilka dni po tym, jak straciła maleńkiego synka.-m Ja, przeciwnie, 
mam kilka miejsc do odwiedzenia - rzekł wymykając się z loży. - I Bill też, 
chyba że rozciągnie przebudowę mojego biura na tak długo, aż wszystkie 
kłopoty w banku zostaną rozwiązane.
McGuire uśmiechnął się po raz pierwszy tego przedpołudnia.
- Wreszcie na to wpadłeś, co? No, tylko nie wygadaj się swojemu wujowi, 
dobra?
Oliver zmierzył budowlańca ironicznym wzrokiem.
- Wyobrażasz sobie, że on na to nie wpadł? Jak myślisz, czemu co kilka 
tygodni ma nowe pomysły? Daj spokój. Chodźmy. Może wpadniemy na jakiś 
zupełnie nowy pomysł w związku z moim biurem. A nuż Melissa Holloway 
wyprowadzi bank na czyste wody i będziesz w końcu mógł zabrać się do 
pracy nad tym centrum handlowym. I nie mówmy o klątwach ani niecnych 
zamiarach, dobrze? Jestem dziennikarzem, nie powieściopisarzem.
Nie minęła minuta od wyjścia dwóch mężczyzn, a Ruda Kwoka znów 
rozszumiała się od ściszonych głosów, z których każdy przekazywał 
najmniejszy strzępek zasłyszanych wypowiedzi Olivera.
Wreszcie przemówił Leonard Wilkins. Stetryczały siedemdziesięciolatek 
przez trzydzieści lat prowadził kino pod gołym niebem, zanim zostało 
zamknięte i teren przekazano pod targ staroci.
- Mnie się zdaje, że powinniśmy mieć oko na na Olivera Metcalfa.
- Daj spokój - odparł ktoś. - Można mu ufać jak bratu.
- Niewykluczone - odparł na to Wilkins. - Ale wciąż nie wiemy, co takiego 
przydarzyło się jego siostrze, kiedy byli brzdącami. Ostatnio, kiedy zaczęły 

background image

się te okropności, wydawało mi się, że chłopak dziwnie się zachowuje. I 
słyszałem od Trudy, że onegdaj skarżył się Philowi Margoliso-wi na bóle 
głowy. Silne bóle głowy.
Po krótkiej pauzie szum w barze powrócił. Ale nie mówiono już o pożarze, 
który zabił Andreę Ward. Teraz plotkowano o Oliverze Metcalfie.

background image

                     Rozdział 9

Nie chodziło o sam wygląd pokoju, chociaż był wystarczająco koszmarny. 
Łóżko - to łóżko, w którym Rebeka przespała niemal każdą noc przez ostatnie 
dwanaście lat - było przemoczoną, sczerniałą ruiną. Stojąc w drzwiach - 
Rebeka nie zebrała się jeszcze na tyle odwagi, by wejść za próg - widziała, że 
pożar musiał zacząć się od łóżka. Zadrżała wyobrażając sobie zasypiającą 
Andreę, z papierosem między palcami. Papieros musiał upaść na kapę, 
powoli przepalić koce, poszwę, prześcieradło i wreszcie zagłębił się w sam 
materac.
Ale czemu Andrea się nie obudziła? Czy nie krztusiła się dymem 
wypełniającym pokój? Może straciła we śnie świadomość i nie czuła tego, co 
się wokół działo? Na pewno tak, w innym wypadku musiałaby się obudzić, 
gdy ogień ogarnął łóżko, wpełzł na dywan, a potem wspiął po
zasłonach okiennych. Farba na framugach mocno się przypaliła, tapety 
zwisały osmalonymi płatami. Wszystko w pokoju było do wyrzucenia, a 
papier i farbę należało zedrzeć do żywego drewna.
Ten zapach przyprawił Rebekę o dreszcze. Straszliwy zapach, który w niczym 
nie przypominał przyjaznego dymu z kominka. Tego odoru nigdy nie miała 
zapomnieć. Od chwili, w której wróciła z ciotką do domu, wypełniał jej 
nozdrza i z każdym oddechem przeżywała moment przebudzenia w środku 
nocy i myśl, że dom płonie.
Mimo sprzeciwów Marty Ward, Rebeka najszerzej, jak się dało, otworzyła 
okna w każdym pokoju z wyjątkiem kaplicy, zablokowała każde drzwi, żeby 
nie mogły się zamknąć i powstrzymać przewiewu. Zimne powietrze 
wyeliminowało najgorszy kwaśny smród. Zdjęła pościel z łóżek i włożyła do 
wielkiej pralki w suterenie, ale zaczynając pierwsze pranie wiedziała, że 
będzie to trwało w nieskończoność. Każdy kawałek materiału wymagał 
uprania, każdy mebel wyczyszczenia. Każdy dywan należało zanieść do 
pralni. Była przekonana, że nawet wtedy odór pozostanie, co znaczyło, że za 
każdym razem, gdy wejdzie do domu, cała przerażająca scena z ostatniej nocy 
powróci jak koszmar, przed którym nie ma ucieczki.

background image

Stała nadal w drzwiach pokoju Andrei, usiłując
zmusić się do wejścia, gdy usłyszała z dołu głos ciotki:
- Rebeka? Rebeka! Ten dom nie sprzątnie się sam.
Już miała odwrócić się od drzwi, gdy coś wpadło jej w oko.
Coś błyszczącego, dziwnie kontrastującego ze zwęgloną czernią 
pomieszczenia.
Coś prawie ukrytego pod łóżkiem.
Schylając się, już wiedziała, co to jest.
Zapalniczka w kształcie głowy smoka, przedwczorajszy prezent dla Andrei.
Z grubsza otarła ją z sadzy, obróciła w dłoniach. Smocze ślepia wpiły w nią 
płonące spojrzenie i chociaż na złotych łuskach nadal były smugi sadzy, 
cacuszko wydawało się sprawne.
Nacisnęła dźwigienkę i natychmiast wystrzelił ognisty jęzor.
- Rebeka? Rebeka! Czekam na ciebie!
Wzdrygnęła się słysząc rozkazujący głos ciotki, przelękniona wybiegła ze 
zniszczonego pokoju i pomknęła schodami w dół. Marta czekała w holu, obok
stało wiadro wody z mydlinami. Dała Rebece ścierkę.
- Zacznij tu. Ja zacznę w kuchni
Rebeka zerknęła na pobrudzone sadzą tapety.
- Zniszczę tapety, ciociu Marto.
- Tapety się nie zniszczą - oświadczyła Marta.
- Pan oczyści nasz dom do cna, jak ukarał Andreę za jej grzechy. - Jej wzrok 
padł na przedmiot w dłoni Rebeki. - Co to fest? - spytała groźnie.
W pierwszym odruchu Rebeka chciała schować smoka do kieszeni, ukryć go 
przed ciotką, ale wiedziała, że jest już za późno. Z ociąganiem położyła 
złotego smoka na dłoni ciotki.
- To tylko zapalniczka - powiedziała cicho.
- Dałam ją w sobotę Andrei, kiedy wróciła. Marta Ward uniosła wysoko 
zapalniczkę i przyjrzała się jej dokładnie.
- Skąd się to wzięło? - spytała nie spuszczając oczu ze smoka.
- Z targu staroci - odparła Rebeka. - Oliver i ja znaleźliśmy ją i...
- Oliver? - przerwała jej Marta. - Oliver Metcalf?
Rebeka skurczyła się słysząc ton pogardy w głosie ciotki.
- Oliver jest moim przyjacielem - powiedziała tak cicho, że prawie 
niesłyszalnie.
- Mogłam się spodziewać po Oliverze Metcal-fie, że znajdzie coś takiego - 
rzekła Marta zaciskając palce wokół smoka na chwilę przed tym, zanim 
włożyła go do kieszeni fartucha. - Pozbędę się tego. 
- Ale to nie twoje, ciociu Marto. Dałam to
Andrei i... - Głos jej się załamał. - I tylko... tylko chciałam to zatrzymać.
Twarz Marty Ward przybrała ten sam ponury wyraz potępienia, który 
pojawił się owego wieczoru, gdy Andrea powiedziała jej, co zrobiła w 
Bostonie.

background image

- To wizerunek bałwana! Narzędzie diabelskie! - oświadczyła. - Podejmę 
decyzję, jak najlepiej się go pozbyć.
Odwróciła się i znikła w kuchni.
Rebeka zanurzyła ścierkę w wodzie, wykręciła ją i zaczęła czyścić z warstwy 
sadzy framugę drzwi wejściowych. Ale pracując wiedziała dobrze, że to 
bezużyteczne. Może szorować w nieskończoność, a i tak nigdy nie usunie 
straszliwego smrodu pożaru.
Ale wiedziała również, że ciotka za skarby świata nie zwolni jej od tej 
bezcelowej pracy.

background image

                   Rozdział 10

W nocnej ciszy Marta Ward powoli kroczyła przez pokoje swojego domu. 
Mieszkała w nim przez całe życie; każdy kąt ukrywał wspomnienia. Jednakże 
nie szukała ich przez wiele lat, bo dawno temu ograniczyła się do miejsc, w 
których czuła się bezpiecznie.
Jej pokój. Nie pokój rodziców, w którym ona i Frank Ward spali przez kilka 
krótkich lat, zanim ją opuścił, tylko jej dziecinny pokój, w którym mieszkała, 
gdy była jeszcze niewinna, zanim dała się skusić grzechowi. Ten pokój, do 
którego powróciła w dniu wyjazdu Franka Warda, by nie ulegać już pokusom.
Miała szczęście. Tak przynajmniej sądziła. Wyszła za Franka Warda, zanim 
dała mu się zwieść z drogi prawości.
Nie jak jej młodsza siostra, która urodziła
Rebekę zaledwie pięć miesięcy po ślubie z Mickiem Morrisonem.
A już na pewno nie jak jej starsza siostra, która pozwoliła Tommy'emu 
Gardnerowi, by wskazał jej ścieżki zła, i nigdy nie wyszła za mąż.
Podczas tych gorzkich lekcji katechizmu, jakich udzielało jej życie, Marta 
pojęła ciężar grzechu i wszystkich postaci pomsty, które może przybrać wola 
Boga.
Niewątpliwie Jego wola wiele razy odcisnęła się na jej rodzinie przez te 
wszystkie lata. I to na wiele sposobów.
Najpierw jej starsza siostra została przepędzona z domu, gdy tylko jej grzech 
wyszedł na jaw. Ale Marta była wtedy małym dzieckiem i nie rozumiała 
przewiny Marilyn. Myślała po prostu, że siostra zachorowała i dlatego 
zabrano ją do szpitala na szczycie wzgórza. A gdy Marilyn nie było już 
bardzo długo, Marta wreszcie otworzyła skarbonkę siostry, wyjęła wszystkie 
pieniądze i kupiła jej prezent. To była zapalniczka. Złote łuski i rubinowe 
ślepka wydawały się piękne oczom sześciolatki. Przyglądała się im z 
zachwytem, zanim zaniosła to coś do drzwi wielkiego kamiennego szpitala i 
dała pierwszej napotkanej osobie, która obiecała dostarczyć przesyłkę 
siostrze. Ojciec był bardzo zły, gdy dowiedział się, co
zrobiła. Zbił ją i skazał na tygodniowe zamknięcie w pokoju, a gdy wreszcie 
mogła wychodzić, oznajmił, że nigdy więcej nie zobaczy siostry.
Dopiero całe lata później dowiedziała się, co się wydarzyło, a gdy poszła do 

background image

księdza wyspowiadać się z grzechu, wyznała, że dała siostrze narzędzie, które
posłużyło jej do samobójstwa. Spowiednik uspokoił ją.
- To wola boża - rzekł. - Twoja siostra ciężko zgrzeszyła i prezent, który jej 
dałaś, był jedynie narzędziem Boga. Jesteś błogosławiona, gdyż Bóg wybrał 
cię, abyś stała się Jego pośredniczką.
Chociaż starsza siostra została bezzwłocznie ukarana za swój grzech, 
młodszej siostrze Marty Bóg wymierzył karę dopiero szesnaście lat później. 
Niemniej jednak, gdy „wypadek" wreszcie nastąpił, Marta szybko pojęła, że 
nie był to żaden wypadek. W migotliwym blasku świec, ogłuszona 
gregoriańskimi chorałami, które nie dopuszczały do jej uszu żadnego innego 
głosu poza głosem Boga, Marta szybko zrozumiała, że rodzice Rebeki zostali 
wreszcie ukarani za swój grzech. Zrozumiała również, że jej obowiązkiem jest 
zabrać Rebekę - owoc tamtego grzechu sprzed wielu lat - do domu i chronić 
przed zakusami zła.
Zrobiła wszystko, co w jej mocy, by podołać temu zadaniu. Przeznaczyła dla 
Rebeki pokój córki i starała się prowadzić ją z dala od ścieżki, na którą 
zabłądziła Andrea.
Nie chciała postawić nogi w dwóch pokojach
tym, w którym spali rodzice i ona wespół z Frankiem, oraz drugim, w którym 
matka Rebeki spała z Mickiem Morrisonem. Innych, takich jak jadalnia i pokój 
dzienny, których rodzice używali do przyjmowania swoich bezbożnych gości, 
po prostu unikała.
Oczywiście, Rebeka sprzątała je, gdyż Marta zadbała o wychowanie 
dziewczyny, wpoiła jej nie tylko cnotę czystości duchowej, ale i fizycznej.
Sama Marta korzystała tylko ze swojej dziecięcej sypialni, w której, jak 
wiedziała, nie popełniono nigdy żadnego grzechu, i z kaplicy, gdzie modliła 
się o zbawienie i wskazówki, jak zachować od grzechu siebie i Rebekę.
I to było skuteczne. W miarę jak mijały lata modlitwy i oddania Bogu, Marta 
czuła, że dom napełnia się czystością, tą samą czystością, którą miała w 
swojej błogosławionej duszy, i ogarniało ją coraz silniejsze przekonanie, że 
wreszcie jest bezpieczna od potępienia, które dotknęło obie siostry.
Dwa dni temu, gdy Andrea - nie zapowiedziana i nieproszona - powróciła, 
Marta wiedziała, że powinna zamknąć jej drzwi przed nosem, że nie wolno jej 
nawet spojrzeć w twarz nierządnicy.
Ale postąpiła inaczej. Pozwoliła Andrei wejść do
dom, a szatan wśliznął się razem z nią.
Cudzołóstwo z żonatym mężczyzną. Dziecko bez sakramentu małżeństwa.
Aborcja!
Czemu to tolerowała?
A taraz, gdy błąkała się bez celu po pokojach, wszystkie wspomnienia odżyły.
W pokoju dziennym nadal czuła obecność starszej siostry, nawet zapach 
perfum, których użyła do zwabienia diabła w postaci Tommy'ego Gardnera.
A w wielkiej sypialni, nie używanej przez dziesiątki lat, słyszała jęki rozkoszy 

background image

młodszej siostry, gdy oddawała się fałszywej radości grzechu w ramionach 
Micka Morrisona.
Mimo lat modlitwy i pokuty, szatan nadal tu zamieszkiwał. Nawet woń 
dymu z pożaru, w którym zginęła Andrea, nie potrafiła zdusić smrodu 
grzechu* który przenikał dom siarczaną mgłą.
Wreszcie Marta weszła do kaplicy. Zapaliła wszystkie świece, włączyła 
gregoriańskie chorały, niegiośno* by nie obudzić Rebeki, a potem osunęła się 
na klęcznik. Zaczęła cicho recytować dziesiątki różańca, przepuszczając 
paciorki między palcami. Świeczki migotały, śpiewy buczały, a ona otworzyła 
się na głos Boga i utkwiła oczy w twarzy swego Zbawcy. Ale w miarę jak 
mijały powolne kwadranse modlitwy i przechodziły w godziny, twarz, której 
przyglądała się Marta Ward, zaczęła ulegać zmianie.
Oblicze Stwórcy przemieniło się i teraz Marta wpatrywała się w ślepia smoka.
A gdy wpiła spojrzenie w rubinowe oczy, usłyszała głos, który powiedział jej, 
co musi uczynić.
Marta Ward podniosła się i opuściła kaplicę.

Rebeka nie zwróciła uwagi na pierwszą kroplę, która zrosiła jej twarz. Był 
idealny wiosenny dzień, jeden z tych, jakie lubiła najbardziej - gdy słońce 
świeci jasno na łagodnym błękitnym niebie, drzewa pokrywa blada zieleń 
kiełkujących liści, ostatnie krokusy są w rozkwicie, a ledwo rozchylone płatki 
żonkili odsłaniają złociste wnętrze. Ptaki śpiewały i wiał łagodny zefirek, 
wnosząc przez okno cierpką woń sosnowego lasku, rosnącego za domem, i 
Rebeka wciągnęła ją głęboko w płuca. Westchnęła, obróciła się i błogo skuliła 
pod lekkim przykryciem.
Kolejna kropla upadła jej na twarz, a potem następna.
Deszcz?
Ale skąd tu deszcz?
Była w swoim pokoju i chociaż otwarte okno przepuszczało chłodne 
powietrze, widziała, że poranne niebo jest idealnie bezchmurne.
Jednak kolejna kropla opadła jej na twarz, a potem jeszcze jedna.
Skuliła się po raz drugi, potem odwróciła, próbując uciec przed deszczem, 
który psuł idealny poranek.
Słońce zgasło, wokół nastał mrok, zefirek ucichł, a wraz z nim przepadła 
sosnowa woń. Świeże, wonne powietrze, które przed chwilą wprawiło ją w 
taki zachwyt, nabrało kwaśnego zapachu, od którego chciała uciec jak 
najdalej.
Nawet deszcz się zmienił; teraz wcale nie przypominał prawdziwego 
deszczu.
Chór ptasząt też się zmienił, przeszedł z wesołego świergotu, rozlegającego 
się zaledwie przed chwilą, w cichy pomruk, który wydawał się znajomy, choć 
nie do końca rozpoznawalny.

background image

Znów się obróciła. Nagle zakaszlała. Dusiła się. Nozdrza drażnił cierpki 
smród. Ocknęła się gwałtownie i ostatnie resztki snu ustąpiły miejsca jawie.
To wcale nie był poranek; jedyne światło w pokoju rzucał nisko wiszący 
księżyc.
Nie wiał też żaden zefirek, gdyż okna były szczelnie zamknięte nie 
wpuszczając zimnej, marcowej nocy.
Ale deszcz... Co sprawiło, że śniła o deszczu?
Wtem zdała sobie sprawę, że posłanie jest zimne i wilgotne, przesączone 
czymś przypominającym zapach...
Terpentyny?
Ale to niemożliwe. Skąd by...
Dopiero wtedy zauważyła w pokoju jakiś ruch i usłyszała mruczenie, które 
słyszała we śnie. Ę,
Z bijącym sercem uwolniła się od klejącej się pościeli i namacała wyłącznik 
małej nocnej lampki na stoliku przy łóżku. Zmrużyła powieki, ale po chwili 
odzyskała wzrok i ujrzała ciotkę.
Wytrzeszczając szeroko nieruchome oczy, wpatrzona gdzieś daleko w 
przestrzeń, Marta Ward chodziła po pokoju z wielką puszką rozlewając 
terpentynę na zasłony i ściany. Zapach był tak mocny, że całkowicie wyparł 
odór dymu, który dotychczas wypełniał pokój. Rebeka instynktownie 
przycisnęła poszwę do nosa i ust, żeby uchronić się przed duszącymi 
oparami, ale natychmiast znowu się rozkaszlała. Zawartość żołądka podeszła 
jej do gardła, gdy poczuła w ustach gorzki smak terpentyny. Odrzuciła 
przemoczone nakrycie.
- Ciociu Marto, nie! - błagała chrapliwie. - Co...
Nie skończyła pytania, gdy zdała sobie sprawę, że ciotka jest głucha na jej 
głos, podobnie jak okazała się ślepa na włączone światło.
- Oczyścić - mruczała. - Musimy oczyścić się z naszych grzechów, byśmy były 
godne żyć w przytomności Pana!
Wytrząsnęłą ostatnie krople terpentyny, zawahała się przez chwilę, patrząc na
pojemnik niemal tak, jakby nie mogła pojąć, czemu płyn się skończył. 
Odwróciła się gwałtownie i wyszła z pokoju, zasuwając drzwi. Zaraz potem 
Rebeka usłyszała trzask zamka. Wyskoczyła z łóżka, podbiegła do drzwi. 
Ciągnęła, tłukła, usiłowała je otworzyć.l - Ciociu Marto! - Zdała sobie sprawę, 
że jest uwięziona w pokoiku, i ogarnął ją strach. - Ciociu Marto, wypuść mnie!
Zamiast odpowiedzi na te błagania usłyszała tylko mruczenie modlitw, teraz 
zagłuszonych grubymi drzwiami, zamkniętymi na klucz. Wydostać się!
Musi się wydostać i wezwać pomoc!
Złapała szlafrok wiszący w małej szafie ściennej, nałożyła go na siebie, 
wcisnęła na nogi znoszone kapcie i podbiegła do okna. Chociaż zamek 
wreszcie się obrócił, oba skrzydła, dolne i górne, dawno temu pociągnięto 
farbą, której nie dało się ruszyć. Mimo że Rebeka używała całej siły, nie mogła
otworzyć okna. Wreszcie złapała nocną lampkę, rozbiła dolną szybę i 

background image

wytłukła ostre kawałki, tak że mogła bezpiecznie wyjść. Zeskoczyła na 
ziemię, która była zaledwie kilka stóp niżej, i zawahała się.
Dokąd iść?
Przez głowę przebiegały jej wspomnienia - wspomnienia dziwnych spojrzeń 
sąsiadów ciotki, VanDeventerów, które posyłali jej od lat, uwag 
wymienianych, gdy sądzili, że nie może ich usłyszeć.
„Biedna Rebeka".
„Nie w porządku z nią od tego wypadku".
„Boję się, że od tamtej pory ma trochę nie po kolei w głowie".
Co by powiedzieli, gdyby załomotała do ich drzwi w środku nocy, wołając, 
że ciotka zamierza spalić dom?
Oliver!
Oliver jej uwierzy! Był jej przyjacielem i nie brał jej za wariatkę!
Zamiast przedostać się na front domu, Rebeka przebiegła podwórkiem na 
skraj lasku, skąd wąski szlak prowadził wzdłuż posesji Hartwicków, a potem 
łączył się ze ścieżką do zakładu dla obłąkanych. Chociaż na niebie nadal było 
kilka chmur, księżyc świecił na tyle mocno, że Rebeka mogła biec, ale te kilka 
jardów było tak namokłych i błotnistych, że musiała zwolnić i ostrożnie 
wyszukiwać drogę. Zanim pojawiła się na progu Olivera i zaczęła tłuc w 
drzwi wzywając go krzykiem, pantofle przemokły i oblepiły się błotem, które 
pokryło również nogi. Kiedy walenie do drzwi nie przyniosło natych-
miastowego rezultatu, przycisnęła dzwonek, uderzyła jeszcze kilkakrotnie w 
drzwi, a potem cofnęła się i krzyknęła w górę: -.. Oliver! Oliver, obudź się! To 
ja, Rebeka! Wydawało się jej, że minęła wieczność, zanim zapaliło się światło, 
frontowe drzwi otworzyły się z rozmachem i Oliver wyjrzał na dwór.
- Rebeka! O co chodzi? Co...
Wreszcie pokonana przez zimno, mrok i grozę, którą ledwo udało jej się 
zdusić, dziewczyna załkała.
Zamknęła mnie na klucz - zaczęła. - Chciała... to znaczy... - Przerwała, 
zmusiła się do kilku głębokich oddechów, po czym znów straciła panowanie 
nad sobą.
Oliver wciągnął ją do domu. Zamknął drzwi, co odgrodziło ich od zimna.
- Wszystko w porządku. Rebeko - uspokajał ją. - Jesteś już bezpieczna. 
Opowiedz mi tylko, co się stało.
- Chodzi o ciocię Martę - wykrztusiła wreszcie.- Ona... och, Oliverze, ona 
chyba zwariowała!

background image

            

                Rozdział 11

Wszystko było gotowe.
Poza ukochanymi gregoriańskimi chorałami
- jedyną muzyką, która mogła ukoić jej duszę
- w domu Marty Ward zaległo milczenie. Chociaż po głowie tłukło się jej 
niewyraźne
wspomnienie Rebeki wzywającej ją jakiś czas temu, głos siostrzenicy szybko 
umilkł.
Ręka Boga uciszyła grzeszną dziewuchę, Marta była tego pewna.
Po raz ostatni spojrzała w lustro - skarciła się przy tym za próżność, ale była 
pewna, iż zostanie jej to wybaczone, tak jak za kilka minut stanie się z 
wszystkimi innymi jej grzechami
- i uśmiechnęła się, widząc swoje odbicie. Obraz w lustrze idealnie 
odpowiadał wyobrażeniu Marty o sobie samej: młodość przywrócona, 
policzki różane, usta pełne, oczy wielkie i przepełnione dziecięcą 
niewinnością. Chociaż
tę suknię miała już kiedyś na sobie - w dniu ślubu z Frankiem Wardem - w 
lustrze wydawała się tak świeża jak wtedy, kiedy ją kupiła; a prawdę 
powiedziawszy, gdy spoglądała na sztuczne perełki rozsypane na piersiach i 
obrazujące idealną cnotę, na powiewne fałdy czystej bieli, długie rękawy i 
wysoki kołnierzyk, nie pamiętała, by kiedykolwiek wcześniej miała ją na 
sobie.
Tiara z pereł podtrzymywała welon, a gdy spuściła na twarz cienki tiul, jej 
oblicze przybrało eteryczny, prawie niebiański wyraz. Zadowolona, że 
wszystko jest w porządku, wreszcie odwróciła się od lustra; wiedziała, że 
nigdy więcej nie spojrzy na swoje odbicie. Zabrała jedyny przedmiot na 
oczekującą ją ceremonię i wyszła z sypialni łagodnie zamykając za sobą 
drzwi.
Na dole przystanęła przed kaplicą, zebrała myśli, otworzyła drzwi i weszła 
do środka. Pokój był w czerni, jeśli nie liczyć jednego idealnego światła 
rozjaśniającego oblicze Chrystusa, które zdawało się unosić w mroku nad 
kaplicą. Marta przyklękła nisko, a po chwili powoli ruszyła w stronę ołtarza 

background image

nie spuszczając wzroku z twarzy unoszącej się nad nią. Wreszcie, gdy była 
bardzo blisko ołtarza, drżącymi palcami ścisnęła niesiony przedmiot.
Ze smoczego pyska wyskoczył płomień.
Mocno dzierżąc złoconą bestię, zapalała świece na ołtarzu, przechodząc 
systematycznie od jednej do drugiej, przy każdej wygłaszając bezsłowną 
modlitwę.
Modliła się za matkę i ojca.
Za starszą siostrę, Marilyn, której grzechy sprowadziły na nią przedwczesny 
zgon.
Za Tommy'ego Gardnera, którego przysłał szatan, by skusił Marilyn.
Za Margaret i Micka Morrisonów, owoc grzechu których Marta przygarnęła 
pod swój dach.
Smoczy jęzor dotykał świecę po świecy, bo Marta wiedziała dobrze, że 
Blackstone jest wypełnione grzesznikami, i że szczególnie tej nocy należy 
błagać o odkupienie każdego z nich.
Kiedy wszystkie świece w kaplicy płonęły jasno, Marta skierowała się ku 
świętym w niszach, zapalając każdemu świecę, by mogli być świadkami 
chwały tej nocy.
Zapaliła świecę przed Błogosławioną Dziewicą, uklękła przed posążkiem i 
pomodliła się, by sama okazała się warta jedynego syna Przenajświętszej.
Po odprawieniu wszystkich modlitw powstała. Ruszyła w stronę ołtarza, lecz 
zawahała się - zdała sobie sprawę, że jeszcze coś powinna zrobić.
Podeszła do okien, odsunęła ciężkie draperie i starannie przewiązała je 
aksamitnymi szarfami, które wisiały bezużytecznie przez ponad dwadzieścia 
lat. Rozsunęła również firanki i chociaż przegniły materiał rozrywał się w 
palcach, wszystko wokół zdawało się wspaniałe, wystawione na widok 
zewnętrznego świata, tak że każdy chętny mógł się przyglądać i być 
świadkiem jej ostatecznego zbawienia. Gdy ostatni raz zwróciła twarz ku 
ołtarzowi i swemu Zbawcy, była całkiem nieświadoma syren, które wyły na 
dworze, i świateł zapalanych w domach sąsiadów, gdy zrywali się z łóżek, by 
sprawdzić, jakaż to nowa tragedia wydarzyła się w ich miasteczku.
Marta opadła na kolana i w milczeniu zaczęła wznosić modły, które miały 
związać ją na całą wieczność z jej Zbawcą.

Volvo Olivera Metcalfa zatrzymało się przed domem Marty Ward zaraz po 
radiowozie policyjnym, którego syrena budziła sąsiadów. W tym czasie, gdy 
Rebeka starała się wytłumaczyć Ste-ve'owi Driverowi dziwne zachowanie 
ciotki, w pobliżu zaczęli się zbierać mieszkańcy okolicznych domów, 
niektórzy w samych piżamach, inni w narzuconych płaszczach, jeszcze inni 
pośpiesznie ubrani jak należy. Gromadzili się wokół
Rebeki, szepcząc do siebie, gdy pierwszy, a potem następni podsłuchali 
fragmenty jej niesamowitej opowieści. Zanim skończyła, ktoś zauważył, że w 

background image

mrocznym domu dwa okna jarzą się silnym blaskiem.
Zagarnięci przez tłum Rebeka i Oliver przesunęli się ku podjazdowi 
Hartwicków. Wszyscy kierowali wzrok w jedno miejsce. Przez odsłonięte 
okna wyraźnie widzeli Martę Ward stojącą w ślubnej sukni przed ołtarzem. 
Okryta welonem twarz zwrócona była ku górze; całą postać oblewał złoty 
blask migocących świec.
- Co ona robi? - zapytał ktoś.
Nikt mu nie odpowiedział.

Po zakończeniu ślubów Marta Ward uklękła po raz ostatni. Utkwiła wzrok w 
twarzy posągu nad ołtarzem, dłonie zacisnęła na szyi smoka.
Smoczy płomień wystrzelił po raz ostatni.
Marta Ward skierowała dłoń w dół i jęzor gada liznął przesączony terpentyną 
dywan. Płomienie szybko rozeszły się wokół Marty. Wtedy cisnęła smoka i 
wyprostowała się na pełną wysokość. Podniosła welon i poczuła, jak 
wypełnia ją nagła egzaltacja. Gdy ogień pochłaniał jej grzechy, czuła 
uniesienie. Ogarnięta niewysłowioną radością podniosła ręce w górę.
Ukochane średniowieczne pienia ustąpiły miejsca trzaskowi rozbieganych 
płomieni i dusza Marty Ward wzbiła się ku przeznaczeniu, o które zawsze się 
modliła.

- Nie patrz na to - poprosił Oliver. Przyciągnął Rebekę, wtulił jej twarz w 
swoje ramię i zasłonił sobą dom, w którym następowały przerażające 
wydarzenia.
Cisza zaległa tłum obserwujący ostatnie chwile Marty Ward. Płomienie wokół 
niej szybko rosły i milczenie przerwał zduszony jęk. W miarę jak ogień sięgał 
coraz wyżej, niektóre kobiety zaczęły szlochać, a mężczyźni cicho kląć, ale 
nikt nie zrobił nic, by powstrzymać pożar, by przerwać dzieło zniszczenia, 
które już rozszerzało się na cały dom, nie zostawiając niczego po swoim 
pochodzie.
Kolejne syreny rozdarły noc, ale nawet gdy zjawiły się wozy ochotniczej 
straży pożarnej, załogi nie zrobiły niczego, by zgasić płomienie, jedynie 
pilnowały, by nie przeskoczyły na sąsiednie domy.
W przeciągu paru chwil cała budowla została pochłonięta. Żar był taki, że 
nawet najodważniejszych zepchnął na drugą stronę ulicy. Wreszcie dom 
zapadł się i wieża iskier wzbiła się ku
nocnemu niebu w jakiejś dziwnej, makabrycznej celebrze.
Stos dymiących śmieci - oto wszystko, co zostało z domu Marty Ward.

Nastał świt. Oliver przyglądał się zafascynowany, a tłum, który zebrał się w 

background image

nocy, by oglądać pożar, szybko topniał, jakby zażenowany dziennym 
światłem, które ujawniło tę niezdrową ciekawość.
Strażacy krążyli wokół zgliszcz, jak grupa myśliwych ostrożnie przyglądająca 
się powalonej zwierzynie, mająca świadomość, że choć jest śmiertelnie ranna, 
nadal potrafi wyrządzić szkodę każdemu, kto by śmiał podejść bliżej.
- Masz gdzie pójść? - zapytał wreszcie Oliver Rebekę. Trzymała rękę na jego 
ramieniu, ale nadal wpatrywała się w sczerniałą ruinę, która kiedyś była jej 
domem. Przez długi czas nie odzywała się i już miał powtórzyć pytanie, gdy 
usłyszał głos za plecami:
~ Ona będzie mieszkać u mnie. Tego życzyłaby sobie jej ciotka.
Odwrócił się i kilka stóp dalej ujrzał Germaine Wagner w szarym płaszczu 
zapiętym pod szyję i ciemniejszej, również szarej, chustce na głowie.
Skierował wzrok na Rebekę, ale po szeroko otwartych wystraszonych oczach 
wyraźnie było widać, że dziewczyna nie wie, co zrobić.
- Jeśli chcesz, możesz zatrzymać się u mnie - rzekł łagodnie. - Mam 
dodatkowy pokój.
Rebeka zerknęła niepewnie na Germaine Wagner, potem na Olivera, ale 
zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, bibliotekarka znów się odezwała.
- To niedobry pomysł, Oliverze. Wiesz równie dobrze jak ja, że to wywoła 
plotki. - Zacisnęła z naganą usta. - Sam ten pomysł... ty i Rebeka. To... - 
Zawahała się i Oliver nie wiedział, czy skończy myśl. Ale zamiast to zrobić, 
spojrzała mu prosto w oczy. - Wiesz, o co mi chodzi, prawda? Na pewno nie 
muszę ci tego mówić na głos.
Zupełnie tak jak w bibliotece tego grudniowego dnia, kiedy przyszedł zbadać 
historię zakładu dla obłąkanych i poczuł na sobie stanowczy wzrok Germaine,
wróciły doń wspomnienia ludzi, którzy często zerkali na niego kątem oka i 
szeptali coś za jego plecami. Czy to wszystko zaczęłoby się od nowa, gdyby 
Rebeka zamieszkała u niego?
Oczywiście, że tak.
Jedyna różnica w tym, że tym razem szeptano by o Rebece, a nie o jego 
siostrze.
Dla niego nie miało to znaczenia. Ale dla Rebeki?
Nie chciał jej na to narażać.
- Nie - odrzekł w końcu - nie musisz mi tego mówić na głos.
Przyglądał się w milczeniu, jak Germaine Wagner prowadzi Rebekę do 
samochodu, i zadawał sobie pytanie, czy oznacza to, że Rebeka odchodzi od 
niego na zawsze. Westchnął ciężko i zdał sobie sprawę, że nie można 
wykluczyć, iż Germaine ma jakiś związek z tymi wszystkimi pogłoskami.
Kiedy po pewnym czasie odjeżdżał od ruiny domu Marty Ward, poczuł, że 
głowa znowu zaczyna go boleć.
Jednakże tym razem dobrze wiedział, dlaczego.

background image

Podczas tygodni, które upłynęły w Blackstone po tym, jak Marta Ward 
skierowała ku sobie smoczy język, spadło wystarczająco dużo deszczu, by 
zmyć odór pożaru. Słodka woń pierwszych wiosennych kwiatów powoli 
zastąpiła drażniący smród. Jednakże za grubymi murami zakładu dla 
obłąkanych ten sam stęchły smród pleśni i ziemi, który przenikał każdy kąt 
budynku przez ostatnie dziesięciolecia, nadal wisiał ciężko w powietrzu.
Wilgoć nie przeszkadzała mrocznemu cieniowi sunącemu przez ciemne 
pokoje, równie obojętnemu na zatęchłe powietrze w obrębie murów, jak na 
świeże, pełne życia podmuchy na zewnątrz.
Znów był w swoim muzeum, starannie - niemal miłośnie - wklejał relację 
Olivera Metcalfa z ostatnich chwil Marty Ward do oprawionego w skórę 
pamiętnika, który znalazł dwa miesiące temu. Był usatysfakcjonowany 
dopiero wtedy, gdy palcami w gumowych rękawiczkach wygładził każdy 
brzeg i każdą zmarszczkę, jeszcze raz przeczytał każdą stronę, a potem 
odłożył bliski sercu tom.
Teraz, zanim księżyc w pełni zacznie zachodzić, czas zdecydować, który ze 
skarbów będzie następnym podarkiem. Gładził je powoli, zmysłowo, 
wyczuwając szczegóły, które umykały oczom w niepewnym świetle, aż 
wreszcie natrafił na odpowiedni. Ten wyśle jako następny. Niech spełni swoje 
piekielne powołanie.
Chusteczka tkana z najdelikatniejszego płótna, obrębiona najdelikatniejszą 
koronką i z idealnie wyhaftowanym monogramem.
Monogramem, który zaprowadzi ten miły sercu przedmiot do celu tak 
pewnie, jakby był strzałą wypuszczoną z łuku.