background image

tytuł: "Niedzielne dziecko" 
autor: Ingmar Bergman 
przeło

Ŝ

yła: Halina Thylwe 

 
Prószy

ń

ski i S-ka 

Warszawa 1994 
 
* * * 
 

 
Pami

ę

tam, 

Ŝ

e stosunek babci i wuja Carla do naszego domu letniskowego był  

wyj

ą

tkowo krytyczny, ale z ró

Ŝ

nych powodów. Wuj - cho

ć

 uchodził za lekko  

pomylonego, wiedział niejedno - stwierdził, 

Ŝ

e nie jest to 

Ŝ

aden dom, willa  te

Ŝ

 

nie, a ju

Ŝ

 z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 nie da si

ę

 tego nazwa

ć

 mieszkaniem. Ów  fenomen 

architektury mo

Ŝ

na byłoby ewentualnie uzna

ć

 za kompozycj

ę

  poustawianych obok 

siebie i jedna na drugiej czerwonych skrzy

ń

. Zdaniem  wuja przypominał troch

ę

 

gmach Opery Sztokholmskiej. 
 
A wi

ę

c kilka pomalowanych na czerwono skrzy

ń

 z białymi w

ę

głami,  ozdobionych tu 

i ówdzie białymi gzymsami. Na parterze okna wysokie i  przewiewne, na pi

ę

trze 

takie jak w poci

ą

gu - szczelne, ale za to  nieotwieralne. Dach kryła zniszczona, 

połatana papa. W czasie ulewnego  deszczu woda spływała po 

ś

cianie górnej 

werandy do pokoju mamy. Tapeta w  kwiaty była w tym pokoju odklejona i 
odstawała. Owa zbieranina skrzy

ń

  spoczywała na dwunastu głazach. Mi

ę

dzy jej 

doln

ą

 cz

ęś

ci

ą

 a nierównym,  wyboistym podło

Ŝ

em powstała w ten sposób mniej 

wi

ę

cej  

siedemdziesi

ę

ciocentymetrowa przestrze

ń

. Poniewierały si

ę

 tam siwe, omszone  

drwa, stare wiklinowe krzesła, trzy zardzewiałe garnki o niezwykłych  
kształtach, kilka worków cementu, łyse opony samochodowe, blaszana wanna ze  
zdezelowanymi sprz

ę

tami kuchennymi, sterty zwi

ą

zanych drutem gazet. Zawsze  si

ę

 

tam wyszperało co

ś

 ciekawego. Wła

Ŝ

enie pod dom było wprawdzie  zabronione, matka 

obawiała si

ę

 chyba, 

Ŝ

e si

ę

 pokaleczymy zardzewiałymi  gwo

ź

dziami albo, 

Ŝ

e zwali 

si

ę

 na nas cały ten kram, ale...  

 
Przybytek, czy jak to nazwa

ć

, zbudował pastor zielono

ś

wi

ą

tkowców,  Frithiof 

Dahlberg. Chciał zapewne przebywa

ć

 jak najbli

Ŝ

ej swojego Boga i  Pana. Dlatego 

obrał sobie miejsce góruj

ą

ce nad Dufnas. 

 
Kupił taras pod skał

ą

 i oczy

ś

cił grunt. Najprawdopodobniej pastor  Dahlberg 

my

ś

lał, 

Ŝ

e Pan, doceniwszy jego zamysł, ze

ś

le na

ń

 i jego synów  wiedz

ę

 o sztuce 

stawiania domów, której im nie dostawało. Czekaj

ą

c na  inspiracj

ę

, wzi

ę

li si

ę

 do 

pracy. Po pi

ę

ciu latach najró

Ŝ

niejszych  przeciwno

ś

ci losu, w czerwcu 1902 roku, 

dzieło pastora było gotowe.  Podziwiaj

ą

cy przybytek członkowie zboru doszukali 

si

ę

 w nim pewnych  podobie

ń

stw do arki Noego. Noe te

Ŝ

 nie był cie

ś

l

ą

, tylko - 

dokładnie rzecz  ujmuj

ą

c - odrobin

ę

 zapijaczonym szyprem barki kursuj

ą

cej po 

Eufracie, a  dzi

ę

ki wiedzy jak

ą

 dał mu Pan, zbudował pojemn

ą

 łód

ź

, zdoln

ą

 

przetrzyma

ć

  znacznie dotkliwsze ciosy ni

Ŝ

 te, na które mogła by

ć

 nara

Ŝ

ona 

skromna  siedziba pastora Dahlberga.  
 
Niektórzy wierni uwa

Ŝ

ali, 

Ŝ

e górna południowa weranda ze szczodrym  widokiem na 

dolin

ę

, rzek

ę

 i wrzosowiska jest odpowiednim miejscem na  oczekiwanie s

ą

du 

ostatecznego, kiedy to nad granie opodal Gangbro i Basny  przyszybuj

ą

 anioły 

Apokalipsy. 
 
Tu

Ŝ

 poni

Ŝ

ej siedziby głównej niezmordowany pastor wzniósł rzadkiej urody  

szeregowiec. Składał si

ę

 on z siedmiu cel, przykrytych jednym dachem. Do  ka

Ŝ

dej 

prowadziły nieszczelne zielone drzwi. Przypuszczalnie  przemieszkiwali tutaj 
go

ś

cie, kilka dni, a mo

Ŝ

e tygodni, by wspóln

ą

  modlitw

ą

 i pie

ś

niami umocni

ć

 si

ę

 

w swej i tak ju

Ŝ

 niezachwianej wierze.  Szeregowiec, niekonserwowany i 

nieremontowany, mocno podupadł i słu

Ŝ

ył  obecnie za siedlisko flory i fauny. 

background image

Podłog

ę

 bujnie zaległa trawa, z okna  wychylała si

ę

 brzoza. Lewe skrzydło obj

ą

ł  

w posiadanie troskliwy borsuk  Einar z rodzin

ą

, w innych celach grasowały le

ś

ne 

myszy. Na jaki

ś

 czas  pokoik z brzoz

ą

 przywłaszczyła sobie sowa, ale si

ę

 

niestety stamt

ą

d  wyprowadziła. W najobszerniejszym pomieszczeniu harcowały 

półdzika ruda  kocica o zło

ś

liwym pysku i sze

ś

cioro potomstwa. Tylko matka nie 

bała si

ę

  zbli

Ŝ

y

ć

 do tej bestii. Miała szcz

ęś

liw

ą

 r

ę

k

ę

 do kwiatów i zwierz

ą

t i  

broniła naszej mena

Ŝ

erii przed wszelkimi zakusami Maj i Lalli, które  zajmowały 

dwie 

ś

rodkowe cele. Lalla prowadziła kuchni

ę

, a Maj była  dziewczyn

ą

 do 

wszystkiego po trochu. Wi

ę

cej o nich potem. 

 
Cało

ś

ci dopełniał przesadnie du

Ŝ

y, wal

ą

cy si

ę

 wychodek, którego surowe,  

niemalowane 

ś

ciany pyszniły si

ę

 na skraju lasu. Było w nim miejsce dla  czterech 

osób; z nieoszklonego okienka w drzwiach roztaczał si

ę

 wspaniały  widok na 

Dufnas, na skrawek zakola rzeki i na kolejowy most. Otwory ró

Ŝ

niły  si

ę

 

wielko

ś

ci

ą

: mały, mniejszy, malusie

ń

ki i tyciute

ń

ki. W tylnej 

ś

cianie,  na dole, 

znajdowała si

ę

 niewielka klapa, teraz rozchwierutana i nie do  zamkni

ę

cia. 

Ilekro

ć

 Maj i Linnea wpadały do wychodka na krótk

ą

 pogaw

ę

dk

ę

 i  małe siusiu, 

pobierałem z bratem najwcze

ś

niejsze nauki z kobiecej anatomii.  Patrzyli

ś

my i 

zdumiewali

ś

my si

ę

. Nikt ani pomy

ś

lał o łapaniu nas na gor

ą

cym  uczynku. Nigdy 

nie przyszło nam do głowy studiowa

ć

 od dołu ojca, matk

ę

 czy  opasł

ą

 ciotk

ę

 Emm

ę

Nawet w pokoju dziecinnym obowi

ą

zuje niepisane tabu.  

 
Umeblowanie przybytku było heterogeniczne. Pierwszego lata matka  załadowała 
cały wagon sprz

ę

tami nie od pary, pochodz

ą

cymi z plebanii w  mie

ś

cie. Babcia 

dorzuciła to i owo ze strychu i piwnicy w Varoms. Matka  dumała i planowała, 
uszyła zasłonki, utkała dywan i okiełznała t

ę

 cudaczn

ą

  zbieranin

ę

 

najró

Ŝ

niejszych, wzajem sobie nienawistnych elementów, tworz

ą

c  harmonijn

ą

 

cało

ść

. Pokoje, tak jak je pami

ę

tam, tchn

ę

ły przytulno

ś

ci

ą

.  Wła

ś

ciwie w tym 

osobliwym dziele pastora Dahlberga czuli

ś

my si

ę

 lepiej ni

Ŝ

  w wielkopa

ń

skim, 

wysmakowanym Varoms babci, poło

Ŝ

onym kwadrans drogi  piechot

ą

 przez las.  

 
Wspomniałem na pocz

ą

tku, 

Ŝ

e wuj Carl dosy

ć

 krytycznie oceniał "t

ę

 melin

ę

,  która 

nie jest domem". Babcia te

Ŝ

 nie była zachwycona, ale z innych  powodów. Mamin

ą

 

decyzj

ę

 wynaj

ę

cia majstersztyku Dahlberga uwa

Ŝ

ała za cichy,  acz oczywisty bunt. 

Latem przywykła do obecno

ś

ci dzieci. Dlatego tolerowała  odwiedziny zi

ę

ciów i 

synowych. Tego lata urz

ę

dowała w Varoms z wujem  Carlem, który z ró

Ŝ

nych 

przyczyn, zwłaszcza finansowych, nie mógł si

ę

 nijak  temu przeciwstawi

ć

. Wujowie 

Nils, Folke i Ernst wyjechali z rodzinami do  zagranicznych kurortów. Tak wi

ę

babcia została z wujem Carlem i dwiema  podstarzałymi słu

Ŝą

cymi, Siri i Alm

ą

które niech

ę

tnie ze sob

ą

 rozmawiały,  mimo 

Ŝ

e pracowały razem przeszło 

trzydzie

ś

ci lat. Lalla, te

Ŝ

 z babcinego  sztabu, nieoczekiwanie doszła do 

wniosku, 

Ŝ

e mama potrzebuje wszelkiej  mo

Ŝ

liwej pomocy, i na pocz

ą

tku czerwca 

przeniosła si

ę

 do Dufnas, gdzie w  prymitywnych warunkach wyczarowywała 

przepyszne klopsiki i niezrównane  pieczone szczupaki. Lalla znała mam

ę

 od jej 

młodzie

ń

czych lat i była wobec  niej niezłomnie lojalna, owa lojalno

ść

 budziła 

jednak strach. Matka  wła

ś

ciwie nikogo si

ę

 nie bała, ale zdarzały si

ę

 dni, kiedy 

nie miała odwagi  wej

ść

 do kuchni, by spyta

ć

 Lall

ę

, co upichci na obiad. 

 
Podwórko było okr

ą

głe i wy

Ŝ

wirowane, po

ś

rodku widniała kolista plama  trawy ze 

szcz

ą

tkami przerdzewiałego zegara słonecznego. Przed kuchni

ą

  panoszyła si

ę

 

imponuj

ą

ca plantacja rabarbaru, a wszystko razem opasywała  nieco zmierzwiona, 

jeszcze nie 

ś

ci

ę

ta ł

ą

ka, której jakie

ś

 sto metrów dalej  kładły kres nadw

ą

tlony 

płot i 

ś

ciana lasu. Las, g

ę

sty i zaniedbany,  podpełzał stromym zboczem pod 

skał

ę

, urwisko pochylało si

ę

 troch

ę

, co  podczas burzy m

ś

ciło si

ę

 echem. Szaro-

Ŝ

owa góra kryła w sobie gł

ę

bok

ą

  grot

ę

, mo

Ŝ

liw

ą

 do zdobycia po 

ś

miertelnie 

niebezpiecznej wspinaczce. Nie  wolno si

ę

 było do niej zbli

Ŝ

y

ć

, dlatego n

ę

ciła. 

Gór

ę

 okalał płytki  kamienisty potok; wij

ą

c si

ę

 wzdłu

Ŝ

 naszego płotu, nikn

ą

ł 

gdzie

ś

 pod polami,  by na północ od Solbacki poł

ą

czy

ć

 si

ę

 z rzek

ą

. Latem prawie 

całkowicie  wysychał, wiosn

ą

 rwał, zim

ą

 szemrał mrocznie i niespokojnie pod 

cienkimi  powłokami szarego lodu, a w porze jesiennych deszczów 

ś

piewał wysoko,  

niejednostajnie. Woda była czysta i zimna. W zakolach tworzyły si

ę

 gł

ę

bokie  

background image

bajorka, raj dla strzebli, czego

ś

 w rodzaju uklei, 

ś

wietnej przyn

ę

ty na  sznury 

haczykowe do w

ę

dkowania w rzece lub Svartsjon. Na zboczu opodal  poro

ś

ni

ę

tej 

poziomkami ziemnej piwniczki marniał s

ę

dziwy sad, wci

ąŜ

 rodz

ą

cy  sercówki i 

jabłka. Stroma le

ś

na 

ś

cie

Ŝ

ka prowadziła do Berglundów,  wła

ś

cicieli najwi

ę

kszego 

gospodarstwa w Dufnas. Stamt

ą

d brali

ś

my mleko,  jaja, mi

ę

so i inne niezb

ę

dne 

wiktuały.  
 
W

ą

ska dolina, urwiste skały, puszcza, rw

ą

cy potok, pagórkowate pola i  gł

ę

boko 

wrzynaj

ą

ce si

ę

 w parów koryto rzeki, pos

ę

pnej i zwodniczej,  wrzosowiska i 

granie stanowiły krajobraz mało romantyczny, dramatyczny i  niepokoj

ą

cy. Natura 

nie była ani 

Ŝ

yczliwa, ani zbyt szczodra. Owszem, rosły  tam poziomki, konwalie, 

zimoziół, słodkie le

ś

ne dary lata, ale sk

ą

po,  rozwa

Ŝ

nie. Kaskady kolczastych 

malin, burze ogromnych, ostro pachn

ą

cych  paproci na stokach, miliony pokrzyw, 

umarłe drzewa, wiatrołomy, głazy  porozrzucane przed wiekami przez olbrzymów, 
truj

ą

ce bezimienne grzyby o  napawaj

ą

cych strachem wła

ś

ciwo

ś

ciach. Przez 

dziewi

ęć

 letnich miesi

ę

cy  mieszkali

ś

my w dahlbergowym przybytku, który 

przycupn

ą

ł pod urwiskiem  opodal puszczy, opanowuj

ą

cej stopniowo ł

ą

k

ę

 i malutki 

trawnik. Gdy z  południowego wschodu nadci

ą

gała nawałnica i od rozległych 

wrzosowisk za  rzek

ą

 gnał wicher, sklecone do kupy czerwone skrzynie 

trzeszczały, w  nieszczelnych oknach gwizdało i zawodziło, a zasłony wydymały 
si

ę

  złowieszczo. Jaki

ś

 admirator dzieci wmówił im, 

Ŝ

e sprzyjaj

ą

cy podmuch  

uniesie Dahlbergówk

ę

 w powietrze i posadzi j

ą

 na skale. Razem z rodzin

ą

  

Bergmanów, z le

ś

nymi myszami i mrówkami. Tylko mieszka

ń

cy szeregowca,  borsuk 

Einar, Lalla, Marta i Maj mieli wyj

ść

 z tego cało. Nigdy do ko

ń

ca w  to nie 

wierzyłem, ale kiedy zrywała si

ę

 straszliwa wichura, skwapliwie  wskakiwałem do 

łó

Ŝ

ka Maj i prosiłem, by czytała mi co

ś

 z "Allt for Alla"  lub z "Allers 

Familjejournal". 
 
Ju

Ŝ

 wtedy miałem kłopoty z rzeczywisto

ś

ci

ą

. Granice były zamazane i  wyznaczali 

je doro

ś

li. Widziałem i słyszałem: tak, oczywi

ś

cie, to jest  niebezpieczne, a to 

bezpieczne. Nie ma 

Ŝ

adnych duchów, nie b

ą

d

ź

 głupi, nie  ma upiorów, demonów ani 

trupów, które w biały dzie

ń

 pokazuj

ą

 si

ę

 tu czy  tam, rozdziawiaj

ą

c krwawe usta, 

nie ma trolli ani wied

ź

m. Tymczasem we wsi,  u Andersa-Pera, w chatynce o 

zabitych gwo

ź

dziami oknach, 

Ŝ

yła w zamkni

ę

ciu  okropna starucha. Zdarzało si

ę

Ŝ

e przy pełni ksi

ęŜ

yca nocn

ą

 cisz

ę

  przeszywał nagle jej ryk, dobrze słyszalny w 

całej wiosce. Skoro nie było  duchów, dlaczego Maj opowiadała o zegarmistrzu z 
Borlange, który powiesił  si

ę

 przy le

ś

nej drodze na wzgórzu obok Berglundów? 

Albo ta dziewczyna,  która utopiła si

ę

 pewnej zimy w Gimmenie i wypłyn

ę

ła na 

przedwio

ś

niu przy  mo

ś

cie kolejowym z brzuchem pełnym w

ę

gorzy? Sam widziałem, 

jak j

ą

 nie

ś

li,  miała na sobie czarny płaszcz i jeden zimowy but, drugiego nie 

było;  sterczał tylko nagi piszczel. Straszyła, spotykałem j

ą

 w snach, czasem na  

jawie i wcale nie w ciemno

ś

ciach. Dlaczego ludzie mówi

ą

Ŝ

e nie ma duchów,  

dlaczego si

ę

 

ś

miej

ą

 i kr

ę

c

ą

 głowami, nie, Puniu, mo

Ŝ

esz by

ć

 zupełnie  spokojny, 

duchów nie ma, dlaczego tak mówi

ą

, a potem z pasj

ą

 rozprawiaj

ą

 o  czym

ś

, co 

kogo

ś

 o zbyt zaludnionej wyobra

ź

ni napawa prawdziwym wstr

ę

tem.  

 
Teraz wypadałoby - króciutko - opowiedzie

ć

 o Konflikcie. Wtedy, czyli  latem 

1926 roku, istniał dokładnie od szesnastu lat. Jego 

ź

ródłem stało si

ę

  wej

ś

cie 

studenta teologii Erika Bergmana do rodziny Akerblomów w  charakterze przyszłego 
mał

Ŝ

onka starannie chronionej córki. Pani Annie nie  podobał si

ę

 ten zwi

ą

zek i z 

niemałym samozaparciem postanowiła  przedsi

ę

wzi

ąć

 stanowcze kroki. W gruncie 

rzeczy kandydat na pastora  powinien stanowi

ć

 marzenie niejednej te

ś

ciowej: 

ambitny, dobrze wychowany,  schludny i do

ść

 postawny. W dodatku z perspektyw

ą

 

stabilnej pa

ń

stwowej  posady. Pani Anna miała jednak oko. Pod nienagann

ą

 

powierzchowno

ś

ci

ą

  dostrzegła co

ś

 całkiem innego: chimeryczno

ść

, nadwra

Ŝ

liwo

ść

porywczo

ść

,  nagły chłód emocjonalny. Poza tym dobrze znała swoj

ą

 córk

ę

, jasnego 

i  odrobin

ę

 rozpieszczonego beniaminka rodziny. Karin była ogromnie uczuciowa,  

Ŝ

ywa, bystra, niezwykle wra

Ŝ

liwa i jako si

ę

 rzekło, rozpieszczona. Pani  Anna 

uwa

Ŝ

ała, 

Ŝ

e jej dziewczynka potrzebuje m

ęŜ

czyzny dojrzałego,  naturalnie 

uzdolnionego, o twardej, acz troskliwej r

ę

ce. Taki wła

ś

nie  młodzieniec kr

ę

cił 

si

ę

 ju

Ŝ

 koło rodziny, docent historii religii, Torsten  Bohlin. Wszyscy si

ę

 

background image

zgadzali, 

Ŝ

e Torsten i Karin stanowi

ą

 idealn

ą

 par

ę

 i  rodzice ufnie oczekiwali 

na deklaracj

ę

 z ich strony. Zreszt

ą

 Erik Bergman i  Karin Akerblom byli dalekimi 

kuzynami, co dodatkowo czyniło t

ę

 kombinacj

ę

  zbyt ryzykown

ą

. W linii Bergmanów 

kryła si

ę

 tak

Ŝ

e pewna trudna do  zdefiniowania, dziedziczna choroba, atakuj

ą

ca 

kapry

ś

nie i straszliwie;  stopniowo post

ę

puj

ą

cy zanik mi

ęś

ni nieuchronnie 

prowadził do ci

ęŜ

kiego  inwalidztwa i przedwczesnej 

ś

mierci.  

 
Anna Akerblom uznała wi

ę

c, 

Ŝ

e Erik Bergman nie jest odpowiednim  kandydatem na 

m

ęŜ

a dla jej córki.  

 
Podobnego zdania był Johan Akerblom, ale z innych powodów. Ów stary  chorowity 
człowiek kochał swoj

ą

 jedynaczk

ę

 gor

ą

c

ą

 oddan

ą

 miło

ś

ci

ą

. Ka

Ŝ

dy  konkurent, czy 

to prawdziwy, czy urojony, wydawał mu si

ę

 nienawistny.  Staruszek pragn

ą

ł jak 

najdłu

Ŝ

ej zatrzyma

ć

 swój promyczek sło

ń

ca dla siebie.  Karin odwzajemniała 

ojcowsk

ą

 miło

ść

 czuł

ą

, cho

ć

 nieco roztargnion

ą

  tkliwo

ś

ci

ą

 
Kiedy silna wi

ęź

 emocjonalna dwojga młodych stała si

ę

 czym

ś

 oczywistym,  pani 

Anna przyst

ą

piła do radykalnych, mniej lub bardziej przemy

ś

lanych  działa

ń

Zainteresowani t

ą

 kwesti

ą

 mog

ą

 si

ę

gn

ąć

 po szczegółowy dokument  zatytułowany 

"Dobre ch

ę

ci". 

 
* Erik Bergman nie bez przyczyny czuł si

ę

 odepchni

ę

ty i 

ź

le traktowany.  Mi

ę

dzy 

nim a przyszł

ą

 te

ś

ciow

ą

 dochodziło do powa

Ŝ

nych zatargów. Marcin  Luter gdzie

ś

 

powiedział, 

Ŝ

e trzeba ostro

Ŝ

nie dobiera

ć

 słowa, "poniewa

Ŝ

  tych, które wyfrun

ą

nie sposób pochwyci

ć

 za skrzydła". Domy

ś

lam si

ę

Ŝ

e w  pierwszych latach padło 

ich wiele. Erik Bergman, dra

Ŝ

liwy, nieufny i  pami

ę

tliwy, o wyimaginowanej lub 

rzeczywistej krzywdzie nigdy nie zapomniał  i nigdy jej nie wybaczył. 
 
Karin Akerblom była pod wieloma wzgl

ę

dami córk

ą

 swojej matki. Daj

ą

c wyraz  

swojej nieugi

ę

tej woli, zdecydowała: sp

ę

dzi 

Ŝ

ycie z Erikiem Bergmanem. W  ko

ń

cu 

dopi

ę

ła swego i przyszły pastor, cho

ć

 niech

ę

tnie, został  zaakceptowany.  

 
Od chwili ogłoszenia zar

ę

czyn pogrzebano wszelkie otwarte przejawy  konfliktu. 

Ton stał si

ę

 wyrozumialszy, 

Ŝ

yczliwie uprzejmy, czasem nawet  serdeczny, dobrze 

grano swoje role. Nic nie mogło zakłóci

ć

 familijnej  wspólnoty. 

 
Nienawi

ść

 i gorycz istniały nadal, niewidoczne, uwewn

ę

trznione. Dawały o  sobie 

zna

ć

 w zdaniach rzucanych mimochodem albo w nagłej ciszy, w ledwie  

dostrzegalnych reakcjach, w braku u

ś

miechu lub w u

ś

miechach wymuszonych.  

Wszystko to razem, niezwykle wyrafinowane, nie wykraczało poza 

ś

ci

ś

le  wytyczone 

granice chrze

ś

cija

ń

skiej wyrozumiało

ś

ci.  

 
Jedn

ą

 z utajonych komplikacji stanowiły wakacje. Jak je zorganizowa

ć

?  Gdzie 

pastor z rodzin

ą

 b

ę

dzie sp

ę

dza

ć

 urlop? Matka w dzieci

ń

stwie i  młodo

ś

ci 

nieodmiennie wyje

Ŝ

d

Ŝ

ała do serca Dalarny, do domu swoich rodziców.  Uznała za 

rzecz oczywist

ą

Ŝ

e jej wybranek tak jak ona polubi Varoms i  Dufnas. Erik 

Bergman podporz

ą

dkował si

ę

 temu bez słowa, poniewa

Ŝ

 chciał  zadowoli

ć

 swoj

ą

 

młod

ą

 mał

Ŝ

onk

ę

. Potem przyszły na 

ś

wiat dzieci i dobrze si

ę

  czuły u babci. Gdy 

idylla si

ę

 cementowała, coraz bardziej uwyra

ź

niały si

ę

  przemilczenia i 

uprzejmo

ść

, cisza i mimowolne słowa.  

 
Z czasem, mo

Ŝ

e zbyt pó

ź

no, Karin Bergman zdała sobie spraw

ę

Ŝ

e wszystko  

zmierza ku katastrofie. Pewnego lata m

ąŜ

 nie przyjechał, wymówił si

ę

  

konieczno

ś

ci

ą

 przyj

ę

cia zast

ę

pstwa za chorego koleg

ę

. Innym razem Erik  Bergman 

bawił z nimi tylko około tygodnia, reszt

ę

 czasu strawił na pieszej  wycieczce z 

kilkoma przyjaciółmi. Kiedy indziej nieoczekiwanie zachorował i  musiał sp

ę

dzi

ć

 

urlop w go

ś

cinnym Mossebergu, troskliwie piel

ę

gnowany przez  dobrodziejk

ę

 

rodziny, niesamowicie bogat

ą

 Ann

ę

 von Sydow.  

 
Matka zdała sobie zatem spraw

ę

, cho

ć

 dopiero po jakim

ś

 czasie, 

Ŝ

e trzeba  co

ś

 

zrobi

ć

. Wynaj

ę

cie przybytku Dahlbergów było kompromisem i cich

ą

 pro

ś

b

ą

  o 

background image

przebaczenie. Dom, jak wspomniałem, le

Ŝ

ał w odległo

ś

ci spacerowej od  Varoms. 

Rodzina Bergmanów miała by

ć

 rodzin

ą

 tak

Ŝ

e podczas urlopów ojca.  Celebrowanie 

niedzielnych obiadów w Varoms i nagłe, zazwyczaj  niezapowiadane, wizyty babci w 
prymitywnym letnisku Bergmanów niosły ze  sob

ą

 nieuniknione komplikacje. 

 
Matka dokonała niełatwej przeprowadzki z humorem. Nieoczekiwanie przyszła  jej z 
pomoc

ą

 stara Lalla, która w lecie opu

ś

ciła swój wygodny pokoik za  kuchni

ą

 w 

Varoms i zamieszkała u nas, w prymitywnym szeregowcu. Matka, jej  ulubienica, 
zasłu

Ŝ

yła sobie na wszelk

ą

 niezb

ę

dn

ą

 pomoc. Ten do

ść

 oczywisty  odruch 

wstrz

ą

sn

ą

ł babci

ą

 niemal w równym stopniu, co bunt córki.  

 
Matka doczekała si

ę

 znikomego uznania za swój wyczyn. Kiedy ojciec  zawitał do 

Dufnas tu

Ŝ

 przed moimi ósmymi urodzinami, był niespokojny,  roztargniony i 

przygn

ę

biony. 

 
 
 
II 
 
 
 
Stacja kolejowa w Dufnas składa si

ę

 z czerwonego budynku o białych  w

ę

głach, 

wychodka z napisem "M

ęŜ

czy

ź

ni i Kobiety", dwóch semaforów, dwóch  torów 

przetokowych, magazynu towarowego, wybrukowanego peronu i ziemnej  piwnicy. 
Zawiadowca Ericsson mieszka na pi

ę

terku czerwonego budynku z chor

ą

  na tarczyc

ę

 

Ŝ

on

ą

. Pu wła

ś

nie sko

ń

czył osiem lat i mama z babci

ą

 pu

ś

ciły go  na stacj

ę

 

samego. Ericssona nikt nie spytał o zdanie, traktuje jednak  swojego młodego 
go

ś

cia z roztargnion

ą

 uprzejmo

ś

ci

ą

. Jego biuro  przesi

ą

kni

ę

te jest fajkowym 

dymem, linoleum zalatuje st

ę

chlizn

ą

. Na szybach  brz

ę

cz

ą

 senne muchy, od czasu 

do czasu terkoce telegraf, wypluwa papierow

ą

  tasiemk

ę

 poznaczon

ą

 kropkami i 

kreskami. Ericsson pochyla si

ę

 nad du

Ŝ

ym  biurkiem i co

ś

 pisze w podłu

Ŝ

nej 

ksi

ąŜ

ce z czarnymi okładkami. Potem  sortuje listy przewozowe. Od czasu do czasu 

kto

ś

 puka w okienko w  poczekalni i kupuje bilet do Repbacken, Insjon, Larsbody 

lub Gustavs. Cisza  jest jak wieczno

ść

 i z pewno

ś

ci

ą

 równie dostojna. 

 
Pu wchodzi nie zapowiedziany. Mały, uderzaj

ą

co szczupły, wr

ę

cz chudy,  bardzo 

krótko obci

ę

ty ("na pieczark

ę

"), strupy na prawym kolanie. Poniewa

Ŝ

  jest koniec 

lipca, w to sobotnie popołudnie ma na sobie zniszczone sandały,  spran

ą

 koszul

ę

 

z obci

ę

tymi r

ę

kawami i spodenki, spod których wystaj

ą

  kalesony. Przytrzymuje je 

skautowski pas, na pasie wisi finka. Trudno si

ę

  zorientowa

ć

, o czym Pu my

ś

li. 

Jego spojrzenie jest nieco senne, policzki  dzieci

ę

co okr

ą

głe, wpółotwarte usta, 

prawdopodobnie polipy. 
 
Wita si

ę

 układnie: dzie

ń

 dobry, wujku Ericsson. Wujek Ericsson zerka w  swoj

ą

 

czarn

ą

 ksi

ąŜ

k

ę

 i szybko podnosi wzrok, fajka skwiercz

ą

c wypuszcza  mały 

obłoczek: dzie

ń

 dobry, paniczu Bergman. 

 
Pu wdrapuje si

ę

 na wysoki trójno

Ŝ

ny stołek przy telegrafie 

 
- Ojciec przyje

Ŝ

d

Ŝ

a poci

ą

giem o trzeciej. 

 
- Ach, tak. 
 
- Powitam go. Mama i Maj przyjd

ą

 pó

ź

niej. Maj na pewno odbierze przesyłk

ę

  

towarow

ą

 
- Aha. 
 
- Ojciec był w Sztokholmie i wygłaszał kazanie dla króla i królowej. 
 
- Szykownie. 

background image

 
- A potem został zaproszony na obiad. 
 
- Przez króla? 
 
- Tak, przez króla. Ojciec jest starym przyjacielem króla i królowej.  Zwłaszcza 
królowej. Udziela jej dobrych rad i tak dalej. 
 
- To dobrze. 
 
- Król i królowa nie poradziliby sobie bez ojca. 
 
Nast

ę

puje długa pauza. Wujek Ericsson zapala gasn

ą

c

ą

 fajk

ę

. Mucha  dogorywa w 

spiekocie okna. Tłusty dropiaty kot przeci

ą

ga si

ę

, prostuje  przednie łapy, 

mruczy. Potem robi kilka chwiejnych kroków po zagraconym  stole, pod oknem i 
wali si

ę

 na "Szwedzkie poł

ą

czenia komunikacyjne". Pu  mru

Ŝ

y oczy. Nad torami  i 

rosłymi brzozami wisi białe pal

ą

ce sło

ń

ce. Z  tyłu, na 

ś

lepym torze, 

ś

pi mała 

lokomotywa przetokowa, do której  przyczepiono kilka wagonów z drewnem. 
 
- My

ś

l

ę

Ŝ

e królowa kocha si

ę

 w moim ojcu. 

 
- Aha, no, prosz

ę

 
Nie robi to na wujku Ericssonie szczególnego wra

Ŝ

enia, jest zaj

ę

ty  listami 

przewozowymi, co

ś

 si

ę

 nie zgadza, liczy je raz po raz i układa w  dwóch kupkach: 

pi

ę

tna

ś

cie, szesna

ś

cie, siedemna

ś

cie, osiemna

ś

cie. Kto

ś

 puka  w okienko w 

poczekalni. Wujek Ericsson zostawia fajk

ę

 w popielnicy, wstaje  i otwiera 

przeszklone okienko kasy. Dzie

ń

 dobry, dzie

ń

 dobry. O, dzisiaj a

Ŝ

  do Rattviku? 

Aha, a jutro do Orsy? Tak, tak. Dwa siedemdziesi

ą

t pi

ęć

.  Dzi

ę

kuj

ę

. Prosz

ę

 
Słonecznie białym piaszczystym poboczem nadchodz

ą

 niespiesznie mama, Maj  i brat 

Dag. Mama jest w jasnej letniej sukience z szerokim paskiem  podkre

ś

laj

ą

cym jej 

w

ą

sk

ą

 tali

ę

, i w 

Ŝ

ółtym kapeluszu z du

Ŝ

ym rondem. Jak  zwykle pi

ę

kna, bodaj 

najpi

ę

kniejsza na 

ś

wiecie, urodziwsza od Marii  dziewicy i Lilian Gish. Maj ma 

na sobie krótk

ą

 spran

ą

 sukienk

ę

 w niebiesk

ą

  kratk

ę

, czarne po

ń

czochy i czarne 

zakurzone buciki z cholewkami. Dag,  cztery lata starszy od Pu, wło

Ŝ

ył mniej 

wi

ę

cej to samo co brat, tyle, 

Ŝ

e  kalesony nie wystaj

ą

 mu spod spodenek. Mama 

wygl

ą

da na lekko poirytowan

ą

,  co

ś

 mówi do Daga, marszczy czoło i u

ś

miecha si

ę

Dag kr

ę

ci głow

ą

, rozgl

ą

da  si

ę

, spostrzega Pu za oknem i wskazuje na niego. Ach, 

tak, oczywi

ś

cie tu  jeste

ś

, mówi odrobin

ę

 rozgniewana mama, ale to jest jak w 

kinie, trzeba si

ę

  domy

ś

la

ć

, co kto  powiedział. Daje mu znak, 

Ŝ

eby natychmiast 

wyszedł. Do  widzenia, wujku Ericsson. 
 
W tym momencie dzwoni 

ś

cienny telefon. Dwa krótkie sygnały. Zawiadowca  chwyta 

słuchawk

ę

. Halo, Dufnas. Kto

ś

 mówi: Z Lannhedenu trzecia  pi

ęć

dziesi

ą

t dwie. 

Wujek Ericsson wkłada słu

Ŝ

bow

ą

 marynark

ę

 i czapk

ę

 z  czerwon

ą

 kokardk

ą

, z 

niebieskiego stojaka przy drzwiach wyjmuje chor

ą

giewk

ę

  i wychodzi na schody. 

Tu

Ŝ

 za nim sunie Pu. Podchodz

ą

 do semafora, który po  chwili podnosi swoje 

pasiaste, biało-czerwone rami

ę

. Teraz poci

ą

g mo

Ŝ

e  wjecha

ć

. Wujek Ericsson 

salutuje mamie i Maj, potem maszeruje do jakiego

ś

  wozaka. Zamieniaj

ą

 kilka słów 

i pokazuj

ą

 na magazyn towarowy. 

 
Pu pilnuje semafora. Mama go woła, ale kiedy on nie słyszy albo udaje, 

Ŝ

e  nie 

słyszy, kiwa tylko głow

ą

 i odwraca si

ę

 do Maj.  

 
Ostre sło

ń

ce przypieka magazyn, budynek stacji, tory, peron. Pachnie  dziegciem 

i rozgrzanym 

Ŝ

elazem. Przy wiadukcie szemrze rzeka, nad  poplamionymi rop

ą

 

podkładami drga rozgrzane powietrze, kamienie wysyłaj

ą

  błyski. Cisza. 

Oczekiwanie. Tłusty kot usadowił si

ę

 na drezynie. Parowozik  przetokowy lekko 

wzdycha. Pomocnik maszynisty Oscar rozpalił pod kotłem.  Nagle zza zakr

ę

tu przy 

Langsjon wyłania si

ę

 poci

ą

g, niemy kleks w bujnej  zieleni ro

ś

nie, po chwili 

background image

słycha

ć

 go coraz wyra

ź

niej, pot

ęŜ

na dwuczłonowa  lokomotywa z o

ś

mioma wagonami 

ju

Ŝ

 jest na mo

ś

cie, dudni

ą

 zwrotnice, huk  ogromnieje i serce Pu dygoce. 

 
Lokomotywa syczy i dyszy, spod tłoków bucha para, ziemia dr

Ŝ

y, oto i  wagony, 

długie, eleganckie sztokholmskie wagony, krzycz

ą

 hamulce. Wujek  Ericsson 

salutuje maszyni

ś

cie. Pu stoi skamieniały. Zawiadowca macha  czerwon

ą

 

chor

ą

giewk

ą

. Zgrzyt, łoskot, wszystko si

ę

 w jaki

ś

 niewytłumaczalny  sposób 

zatrzymuje i nieruchomieje, tylko lokomotywa st

ę

ka. I st

ę

ka. Chod

ź

  tu, Pu, 

niecierpliwi si

ę

 matka. Lepiej jej posłucha

ć

, kiedy odzywa si

ę

  takim tonem. 

 
Ojciec wysiada na peron, jest do

ść

 daleko, ale ju

Ŝ

 si

ę

 zbli

Ŝ

a szybkimi  du

Ŝ

ymi 

krokami. Ma goł

ą

 głow

ę

, cienkie włosy unosz

ą

 si

ę

 lekko. Płaszcz  przerzucił 

przez rami

ę

, w prawej dłoni trzyma kapelusz, w lewej niesie  czarn

ą

 zniszczon

ą

 

teczk

ę

, p

ę

kat

ą

 od ksi

ąŜ

ek i tego co najniezb

ę

dniejsze.  Nie znosi podró

Ŝ

owa

ć

 z 

tobołami, woli lekki baga

Ŝ

 podr

ę

czny. Matka i ojciec  całuj

ą

 si

ę

 w policzek, 

Ŝ

ółty kapelusz matki przekrzywia si

ę

, u

ś

miechaj

ą

 si

ę

  do siebie, teraz kolej na 

Daga, wyci

ą

ga dło

ń

 na powitanie, ojciec poklepuje  go po karku, chyba zbyt mocno 

i nie najczulej. Pu rozp

ę

dza si

ę

 i z radosnym  

ś

miechem rzuca si

ę

 w ojcowe 

ramiona. Ojciec momentalnie si

ę

 rozpromienia,  podnosi syna i przytula go. Matka 

zaj

ę

ła si

ę

 kapeluszem i płaszczem, Maj,  dygn

ą

wszy nie

ś

miało, uwalnia pastora od 

wypchanej teczki. Ojciec pachnie  wod

ą

 po goleniu i cygaretkami, jego policzek 

troch

ę

 drapie. Daj mi buziaka,  mówi ojciec, i Pu wyciska siarczystego całusa na 

ojcowym uchu. 
 
Wujek Ericsson daje znak do odjazdu. Lokomotywa wyrzuca czarne kł

ę

by  dymu, koła 

buksuj

ą

, wreszcie łapi

ą

 przyczepno

ść

, trzaskaj

ą

 drzwi i  drzwiczki. Podnosi si

ę

 

rami

ę

 semafora i poci

ą

g coraz 

Ŝ

wawiej toczy si

ę

 ku  wiaduktowi. Na zakr

ę

cie przy 

Varoms lokomotywa gwi

Ŝ

d

Ŝ

e, po czym znika w  lesie. 

 
- Czy musimy wraca

ć

 do domu? - niepewnie pyta Dag władz

ę

 rodzicielsk

ą

 
Nie, ale

Ŝ

 sk

ą

d mówi mama i u

ś

miecha si

ę

 pospiesznie, pytanie Daga jest  bowiem 

mało stosowne. Nie, prosz

ę

 bardzo. Tylko nie spó

ź

niajcie si

ę

 na  obiad. Masz 

przecie

Ŝ

 zegarek, krótko ucina ojciec. Popsuł si

ę

, przyznaje  Dag, ale mog

ę

 

spyta

ć

 o godzin

ę

. Ku

ź

nia le

Ŝ

y kilkaset metrów na północ od  stacji. To wysoki, 

ale w

ą

ski, 

ź

le zbudowany czerwony drewniany dom. Ku

ź

nia  mie

ś

ci si

ę

 na parterze, 

na pi

ę

trze, w dwóch pokojach z obszern

ą

 kuchni

ą

  mieszkaj

ą

 kowal Kowal, jego 

Ŝ

ona Helga i pi

ę

cioro dzieci w ró

Ŝ

nym wieku i  wydaniu. Jonte jest rówie

ś

nikiem 

Pu, a Matsen Daga. Wszystko, co otacza  rodzin

ę

 Kowali, jest brudne, obskurne i 

ubogie, ale, o ile pami

ę

tam, humoru  tam nie brak. Dlatego ci

ą

gnie nas na 

podwórko przy ku

ź

ni. Kowal Kowal  wygl

ą

da jak kirgizki wódz, postawny i 

ś

niady, 

jego rosła 

Ŝ

ona nosi 

ś

lady  dawnej urody. Nie ma zbyt wielu z

ę

bów, cz

ę

sto si

ę

 

jednak 

ś

mieje,  zasłaniaj

ą

c usta du

Ŝą

 dłoni

ą

. Cała rodzina jest czarna jak noc,  

przynajmniej je

ś

li chodzi o włosy i oczy. Najmłodsza pociecha ma cztery  

miesi

ą

ce i nazywa si

ę

 Desideria. Ma zaj

ę

cz

ą

 warg

ę

 
Kiedy Dagowi i Pu udaje si

ę

 odł

ą

czy

ć

 od komitetu powitalnego, ruszaj

ą

  

pospiesznie na kategorycznie im zabroniony placyk zabaw za ku

ź

ni

ą

. Matka  uwa

Ŝ

a, 

Ŝ

e nie powinni si

ę

 zadawa

ć

 z dzie

ć

mi Kowala. Babcia jest innego  zdania, dlatego 

mog

ą

 si

ę

 spotyka

ć

. Kategoryczny zakaz dotyczy tylko jednego  miejsca, do którego 

nie wolno im si

ę

 zbli

Ŝ

a

ć

. Oczka. Oczko to zbiornik  wodny w okr

ą

głym zagł

ę

bieniu 

pagórkowatych błoni, ci

ą

gn

ą

cych si

ę

 od  stromych le

ś

nych zboczy po  rzek

ę

 i 

parowy. Wiosn

ą

 ma gł

ę

boko

ść

 przeszło  dwóch metrów, latem jest znacznie płytsze. 

W m

ę

tnawej wodzie roi si

ę

 od  kijanek i uklei, tu i ówdzie przemknie spasiona 

płotka. 
 
Wła

ś

nie tego popołudnia odbywa si

ę

 bitwa morska. Dwie poka

ź

ne skrzynie,  nie

ź

le 

uszczelnione i wysmarowane dziegciem, z wymalowanymi na  prowizorycznych 
dziobach trupimi czaszkami to statek piracki i korsarz  królowej El

Ŝ

biety. Brat 

Pu, Dag, re

Ŝ

yseruje ow

ą

 gr

ę

 wojenn

ą

, a jednocze

ś

nie  ni

ą

 kieruje. Przydzielił 

sobie rol

ę

 herszta piratów. Matsen jest generałem  Archibaldem. Generał i pirat 

background image

sami prowadz

ą

 swoje jednostki. Na dany znak  ruszaj

ą

 ka

Ŝ

dy ze swojego brzegu i 

machaj

ą

 domowej roboty wiosłami, płyn

ą

 co  sił ku sobie. Zderzenie jak si

ę

 

patrzy! Potem wojownicy popychaj

ą

 si

ę

 i  szturchaj

ą

 wiosłami. Walka powinna 

trwa

ć

 pi

ęć

 minut; czuwa nad tym starsza  siostra Matsena Inga-Britta, 

zaopatrzona w budzik rodziny Kowali. Ten, kto  wleci do wody, przegrywa. Je

ś

li 

statek si

ę

 wywróci, pora

Ŝ

k

ę

 uznaje si

ę

 za  sromotn

ą

 
Bengt, Sten i Arne Frykholmowie z Missionsvillan trzymaj

ą

 stron

ę

 Daga.  Wiecznie 

zasmarkani i kaszl

ą

cy chłopcy Tornqvistów dopinguj

ą

 Matsena. Mimo  zapiekłej 

wrogo

ś

ci rodzinna solidarno

ść

 wymaga, 

Ŝ

eby Pu kibicował bratu.  Walka, czego 

mo

Ŝ

na si

ę

 było spodziewa

ć

, jest za

Ŝ

arta i po minucie rytuał  pojedynku zamienia 

si

ę

 w chaotyczn

ą

 nawalank

ę

. Dag, straszliwie zawzi

ę

ty,  zwykł si

ę

 tłuc o byle 

co. Kilka minut pó

ź

niej przewraca statek Matsena,  wyskakuje ze swojego i 

rywale, zanurzeni po pier

ś

 w gliniastej wodzie,  grzmoc

ą

 si

ę

 na 

ś

mier

ć

 i 

Ŝ

ycie, 

ostro zagrzewani do boju przez swoich  zwolenników. Kiedy walka kompletnie 
dziczeje, otwiera si

ę

 okno na pi

ę

trze i  Helga Kowal woła do nich, 

Ŝ

e je

ś

li maj

ą

 

ochot

ę

 na sok i ciastka, musz

ą

  natychmiast przyj

ść

 do domu. Publiczno

ść

 czym 

pr

ę

dzej opuszcza walcz

ą

cych,  którzy wobec braku zainteresowania zaprzestaj

ą

 

bójki i wychodz

ą

 na l

ą

d.  Zdejmuj

ą

 mokre łachy, zostaj

ą

 tylko w kalesonach. 

Dagowi nie grozi wi

ę

c  wpadka, a Pu nie starczy odwagi, 

Ŝ

eby go wsypa

ć

 
W kuchni Kowali jest tłoczno. Musz

ą

 si

ę

 podzieli

ć

 dwiema szklankami i  czterema 

poobtłukiwanymi porcelanowymi fili

Ŝ

ankami. Go

ś

cie maj

ą

  pierwsze

ń

stwo. 

Ciasteczka s

ą

 jeszcze ciepłe. Rozlega si

ę

 ciche, dyskretne  siorbanie. Sło

ń

ce 

strzela promieniami w brudne okno, kurz połyskuje, upał  nie do wytrzymania, 
dławi

ą

ce zapachy. Pani Helga daje piersi najmłodszej  pociesze, siedzi na łó

Ŝ

ku 

w pokoju s

ą

siaduj

ą

cym z kuchni

ą

. Podci

ą

ga  poplamion

ą

 ciemnoczerwon

ą

 bluzk

ę

 i 

Desideria cmokta łapczywie. Po posiłku i  bekni

ę

ciu wolno jej le

Ŝ

e

ć

 na łó

Ŝ

ku. 

Potem Helga prosi do siebie mojego  koleg

ę

, Jonte. Chod

ź

, Jonte, teraz ty. 

Całkiem mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e Jonte si

ę

  wstydzi, nie pami

ę

tam, ale nie s

ą

dz

ę

. W ka

Ŝ

dym 

razie podchodzi do matki i  staje mi

ę

dzy jej kolanami. Helga podnosi ci

ęŜ

k

ą

 

pier

ś

 i Jonte pije chciwie.  (Chorował na gru

ź

lic

ę

 i cał

ą

 zim

ę

 przele

Ŝ

ał w 

sanatorium). Nasycony,  wyciera usta wierzchem dłoni i wcina 

Ŝ

ytni

ą

 bułeczk

ę

 z 

melas

ą

. Helga ju

Ŝ

 ma  obci

ą

gn

ąć

 bluzk

ę

 i wsta

ć

, gdy Pu pyta gło

ś

no, czy i on 

mógłby skosztowa

ć

.  Wszyscy parskaj

ą

 

ś

miechem, w gor

ą

cej brudnej kuchni niesie 

si

ę

 gromki  rechot. Kobieta te

Ŝ

 si

ę

 

ś

mieje i kiwa głow

ą

. Prosz

ę

 bardzo, Pu, nie 

mam nic  przeciwko temu. Ale przedtem spytaj babci

ę

 albo mam

ę

. Znów wybuch 

ś

miechu i  Pu jest za

Ŝ

enowany, najpierw czerwieniej

ą

 mu odstaj

ą

ce uszy, potem 

policzki  i czoło, wreszcie pojawiaj

ą

 si

ę

 łzy, których nie jest w stanie 

powstrzyma

ć

.  Helga Kowal poklepuje go sw

ą

 tward

ą

 dłoni

ą

, proponuje drug

ą

 

bułeczk

ę

,  posmaruje j

ą

 dla niego melas

ą

, ale Pu nie chce 

Ŝ

adnej bułeczki, ta 

obcesowa  uprzejmo

ść

 miesza go jeszcze bardziej, łzy skapuj

ą

 z nosa w k

ą

ciki 

ust:  Kurwa jebana ma

ć

, kurwa ma

ć

. Wszyscy po raz trzeci wybuchaj

ą

 

ś

miechem. Pu  

jest wła

ś

ciwie dziewczyn

ą

, to wida

ć

 jak na dłoni, szydzi Dag. Pu ciska  

fili

Ŝ

ank

ę

 soku w twarz brata i potykaj

ą

c si

ę

, w

ś

ciekły schodzi po stromych  

schodach do ku

ź

ni.  

 
Przy okopconym sadz

ą

 oknie Maj rozmawia z kowalem. Przyniosła rondel do  

lutowania. Na kowalskim palenisku płonie w

ę

giel. Czarne koła, d

ź

wignie,  o

ś

ki, 

pod oknem, pod dłu

Ŝ

sz

ą

 

ś

cian

ą

, dziobata ława. Na o

ś

lizłej zbutwiałej  podłodze 

łaty z desek i płaskich kamieni. Zalatuje palonym w

ę

glem, gor

ą

c

ą

  

 
rop

ą

 i sadz

ą

. Kowal te

Ŝ

 rozsiewa jaki

ś

 zapach. W ka

Ŝ

dym razie nie pachnie  

ź

le, 

Maj najwyra

ź

niej si

ę

 podoba. 

Ś

mieje si

ę

 z czego

ś

, co mówi kowal,  odsuwa si

ę

 

nieco, ale w jej reakcji nie ma nic nieuprzejmego. 
 
Maj zwraca sw

ą

 piegowat

ą

, opalon

ą

 twarz ku Pu i z głupkowatym u

ś

mieszkiem  

oznajmia, 

Ŝ

e je

ś

li nie chc

ą

 si

ę

 spó

ź

ni

ć

 na obiad, musz

ą

 si

ę

 pospieszy

ć

.  

Odgarnia z czoła kosmyk włosów. Kowal kiwa Pu głow

ą

 i szczerzy z

ę

by; s

ą

  białe, 

jak nowe. Przed ku

ź

ni

ą

 czeka z rosłym koniem do podkucia wysoki  chudzielec. 

Krótkie po

Ŝ

egnanie i rower Maj. Pu przywiera do tylnego  baga

Ŝ

nika i kurczowo 

background image

ś

ciska spr

ęŜ

yny siodełka. Tu

Ŝ

 przed jego oczami i  nosem wierci si

ę

 tyłek Maj. 

Maj pachn

ą

 uda, talia i plecy. Pu kocha Maj  prawie tak mocno, jak kocha matk

ę

czasem nawet mocniej, cho

ć

 inaczej. 

 
Przy poczcie 

Ŝ

wirowa droga na krótkim odcinku stromo pnie si

ę

 w gór

ę

. Maj  

pedałuje przez chwil

ę

, w ko

ń

cu si

ę

 poddaje i id

ą

 obok siebie, pchaj

ą

c  rower. 

Beczałe

ś

, mówi Maj. Nie patrzy na Pu. Nie, wcale nie beczałem, tylko  si

ę

 

cholernie wkurzyłem, natychmiast odpowiada Pu. Kiedy jestem zły,  wygl

ą

dam tak, 

jakbym beczał, ale ja nie becz

ę

. Czy to przez Dagge, wypytuje  Maj. Pu 

zastanawia si

ę

 i mówi zupełnie powa

Ŝ

nie: Którego

ś

 dnia zad

ź

gam go  no

Ŝ

em. Pu 

wci

ą

ga smarki, niemal si

ę

 uspokoił. Nie b

ę

dziesz si

ę

 z bratem  no

Ŝ

ował, chichoce 

Maj. Bo wyl

ą

dowałby

ś

 w poprawczaku. Nie 

ś

miej si

ę

. Pu  zgrzyta z

ę

bami i odpycha 

Maj. Przesta

ń

 si

ę

 szturcha

ć

, gówniarzu, 

Ŝ

yczliwie  mówi Maj i dodaje: no dobrze 

ju

Ŝ

, dobrze, nie b

ę

d

ę

 si

ę

 

ś

mia

ć

, obiecuj

ę

. Ale  zapami

ę

taj sobie, 

Ŝ

e ludzie 

potrafi

ą

 si

ę

 

ś

mia

ć

 ze wszystkiego i bez powodu.  Tobie te

Ŝ

 by to nie 

zaszkodziło. 
 
Punktualnie o pi

ą

tej wszyscy domownicy staj

ą

 przy swoich krzesłach wokół  stołu 

w jadalnym. Splataj

ą

 dłonie, odmawiaj

ą

 chórem: W imi

ę

 Jezusa do stołu  siadamy, 

pobłogosław jedzenie, które spo

Ŝ

y

ć

 mamy, i hała

ś

liwie si

ę

 sadowi

ą

.  Oto oni, 

razem dziesi

ęć

 osób: naprzeciw siebie matka i ojciec, na prawo od  ojca ciotka 

Emma, która nie jest 

Ŝ

adn

ą

 ciotk

ą

, tylko stryjenk

ą

 ojca,  porzuconym n

ę

kanym 

nadwag

ą

 dinozaurem z jego rodziny. ("Ciotka" było  wówczas do

ść

 prowincjonaln

ą

 

form

ą

 zwracania si

ę

 do starszych krewnych płci  

Ŝ

e

ń

skiej bez przydziału. Emma 

najcz

ęś

ciej mieszkała w Gavle, gdzie  zajmowała dwunastopokojowy apartament. 

ś

arłok i straszliwe sk

ą

piradło, w  dodatku mało sympatyczne, dosy

ć

 ci

ę

te i mocne 

w g

ę

bie. Składanie wizyt  latem i podczas 

ś

wi

ą

t Bo

Ŝ

ego Narodzenia uwa

Ŝ

ała za 

swój chrze

ś

cija

ń

ski  obowi

ą

zek. Dzieci traktowała z szorstk

ą

 czuło

ś

ci

ą

, czytała 

im bajki, grała  z nimi w chi

ń

czyka. Pu był pupilem ciotki Emmy, ch

ę

tnie 

składała  deklaracje, 

Ŝ

e kiedy

ś

 on wła

ś

nie odziedziczy jej maj

ą

tek. Pu u

ś

miechał 

si

ę

  przymilnie, jak na przymilne dziecko przystało.) 

 
Na lewo od ojca siedzi Lalla, jak na szpilkach, poniewa

Ŝ

 bardzo jest  

niezadowolona z demokratycznych pomysłów mamy, która zdecydowała, 

Ŝ

e  pa

ń

stwo i 

słu

Ŝ

ba maj

ą

 jada

ć

 wspólnie. (Lalla zawsze była taka sama. Nie  przypominam 

sobie, by kiedykolwiek wygl

ą

dała inaczej lub jako

ś

 szczególnie.  Niska, 

Ŝ

ylasta, 

Ŝ

wawa osóbka o m

ą

drej twarzy, sarkastycznym u

ś

miechu,  szerokim czole, siwych 

włosach z przedziałkiem po

ś

rodku, gł

ę

bokim  niebieskim spojrzeniu. Lalla 

niepodzielnie panowała w kuchni. Cho

ć

  pami

ę

tała matk

ę

 jako dziecko i młod

ą

 

dziewczyn

ę

, uparcie mówiła do niej  "pani Bergman".) 

 
Obok Lalli siedzi Maj. Czuwa nad Mał

ą

, która sko

ń

czyła cztery lata i  przesiadła 

si

ę

 z dzieci

ę

cego krzesełka na twarde, dorosłe. (Mała była  pulchniutk

ą

, mił

ą

 

osóbk

ą

. Pu ch

ę

tnie bawił si

ę

 z siostr

ą

, kiedy nikt go nie  widział. W obecno

ś

ci 

Dagge nazywał j

ą

 Słonin

ą

. Poniewa

Ŝ

 Dag tłukł Pu za  byle drobiazg, Pu za byle 

drobiazg tłukł Mał

ą

. Mała siadała na swojej  tłu

ś

ciutkiej pupie i patrzyła na 

brata ze zdumieniem, a jej du

Ŝ

e niebieskie  oczy wypełniały si

ę

 łzami. Rzadko 

jednak chodziła na skarg

ę

. Pu wolał bawi

ć

  si

ę

 z siostr

ą

 lalkami, które miały 

własny zmy

ś

lny domek, ni

Ŝ

 zadawa

ć

 si

ę

 z  bratem, najcz

ęś

ciej pochłoni

ę

tym 

ołowianymi 

Ŝ

ołnierzykami.) 

 
Po drugiej stronie Małej urz

ę

dowała Marianne, ciemnowłosa pi

ę

kno

ść

, o  szerokich 

biodrach i wydatnym biu

ś

cie. (Ojciec i matka przyja

ź

nili si

ę

 z  rodzicami 

Marianne, którzy zgin

ę

li w katastrofie poci

ą

gu. Marianne,  konfirmantka ojca, 

cz

ę

sto bywała na plebanii. Tego lata miała uczy

ć

 Daga  niemieckiego i 

matematyki. Dag nie protestował, poniewa

Ŝ

 si

ę

 w swojej  urodziwej nauczycielce 

podkochiwał. Pu te

Ŝ

 si

ę

 w niej durzył, ale na  odległo

ść

. Zdawał sobie spraw

ę

 z 

własnej niedoskonało

ś

ci. Bratu jednak  zazdro

ś

cił i droczył si

ę

 z nim, ilekro

ć

 

ten zbyt jawnie okazywał swe  uczucia. Marianne chciała zosta

ć

 

ś

piewaczk

ą

 

operow

ą

, natura obdarzyła j

ą

  ładnym altem.) 

 

background image

Obok matki, po jej lewej stronie, siedz

ą

 Dag i Pu, a obok Pu siedzi  Marta. 

(Marta Johansson, wysoka, szczupła, w nieokre

ś

lonym wieku, lekko  przygarbiona i 

chodz

ą

ca jak kaczka, miała wykształcenie pedagogiczne i  mogła uczy

ć

 w ni

Ŝ

szych 

klasach szkoły podstawowej. Zbyt jednak była  chorowita: słabe serce, jedno 
płuco. Dzi

ę

ki łagodnemu usposobieniu i  takiemu

Ŝ

 sposobowi bycia ze wszystkimi 

Ŝ

yła w przyja

ź

ni. Oprócz Lalli.  Lalla jej nie lubiła. Którego

ś

 wieczoru 

zapomniała wył

ą

czy

ć

 na plebanii  piec gazowy i doszło do małej eksplozji. Według 

Lalli byłoby najlepiej,  gdyby ta "nieszcz

ę

sna osoba" umarła. Ilekro

ć

 matka i 

ojciec wychodzili z  domu, Marta przejmowała ster i kierowała wszystkim z 
dobroduszn

ą

  stanowczo

ś

ci

ą

. Tego lata była bardzo słaba, przyjechała nabra

ć

 sił 

i  wypocz

ąć

. Pu wyobra

Ŝ

ał sobie, 

Ŝ

e anioły wygl

ą

daj

ą

 tak jak Marta. Kilka lat  

ź

niej umarła i z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 została aniołem.) 

 
W soboty zwykle podaje si

ę

 na obiad te same potrawy, rzadko czyni si

ę

 w  tej 

mierze odst

ę

pstwa. Klopsiki, gotowany w białym sosie makaron i borówki.  Na 

deser kisiel rabarbarowy, truskawkowy lub agrestowy. Przystawka jest  zawsze 
stała: marynowany 

ś

led

ź

 i młode ziemniaki. Do tego pastor wypija  kieliszek 

wódki i szklaneczk

ę

 pilznera. Reszta rodziny poprzestaje na  cieniutkim piwie 

albo na lemoniadzie. 
 
Obszerny, jasny pokój jadalny, który słu

Ŝ

y tak

Ŝ

e za salon, s

ą

siaduje z  dług

ą

 

przeszklon

ą

 werand

ą

. Do stołu podaje Maj, w razie potrzeby pomaga jej  Marianne. 

Marta ma na siebie uwa

Ŝ

a

ć

, a Lalla musi siedzie

ć

 spokojnie i  pozwala

ć

 si

ę

 

obsługiwa

ć

, czego nie lubi. 

 
Teraz na stół wje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

 kartofle, półmisek kr

ąŜ

y, ojciec nalewa wódk

ę

,  ciotka 

Emma te

Ŝ

 wypije kropelk

ę

 do dwóch dzwonek 

ś

ledzia i ró

Ŝ

owego,  ciemnoskórego 

ziemniaka. Wejd

ź

, prosz

ę

, do obrazka, sta

ń

 przy drzwiach na  werand

ę

 albo usi

ą

d

ź

 

na sfałdowanej kanapie pod 

ś

ciennym zegarem: najpierw  mówimy jeden przez 

drugiego, zachowuj

ą

c jednak dobre maniery i popisuj

ą

c  si

ę

 ogład

ą

. Nie za 

gło

ś

no. Chodzi naturalnie o pogod

ę

: pogod

ę

 w Sztokholmie  i pogod

ę

 w Dufnas, ach 

ten nieoczekiwany upał, ciotka Emma czuje w kolanie,  

Ŝ

e zanosi si

ę

 na burz

ę

, a 

po chwili tonem wybrednej smakoszki wychwala  klopsiki. S

ą

 pyszne. Lalla cieszy 

si

ę

Ŝ

e pannie Eneroth smakowały. Ale  mówi to z kwa

ś

nym u

ś

miechem. Lalla nie 

jest wra

Ŝ

liwa ani na pochwały, ani  na nagany, zwłaszcza gdy je wygłasza panna 

Eneroth. 
 
Jedynym, który czasem przemawia Lalli do rozs

ą

dku na przekór jej  smalandzkiej 

wyniosło

ś

ci, jest pastor. To sobie ceni, tak by

ć

 powinno.  Delikatne napomnienie 

krzepi dusz

ę

. Matka mówi, 

Ŝ

e na polach susza i woda w  naszym potoku opadła. 

Szkoda złocieni i kampanuli. A na to Marianne, z  u

ś

miechem, 

Ŝ

e znalazła jedno 

takie miejsce, ł

ą

czk

ę

 przy drodze do Gimmenu.  Zatrz

ę

sienie kwiatów i poziomek. 

Byli

ś

my tam z Dagiem przedwczoraj, nie, we  wtorek. Ach, tak, 

Ŝ

artobliwie wtr

ą

ca 

ojciec, wycieczka w 

ś

rodku tygodnia?  Od sznapsa lekko poczerwieniało mu czoło. 

Erik te

Ŝ

 si

ę

 powinien wybra

ć

.  Wspaniała wyprawa. Ł

ą

ka skryta w lesie, z drogi 

jej nie wida

ć

. Ojciec  zgadza si

ę

. Tak, byłoby przyjemnie, mówi i u

ś

miecha si

ę

 

do Marianne.  Nieoczekiwanie odzywa si

ę

 matka: Alma zajrzała do nas przed 

południem. I  Siri, mi

ę

kkim półszeptem dodaje Marta. Pokazała mi swoj

ą

 robótk

ę

,  

chciałabym zrobi

ć

 co

ś

 podobnego. Teraz, kiedy tak zmarniałam, warto by si

ę

  

czym

ś

 zaj

ąć

. I 

ś

mieje si

ę

 
Ojciec 

Ŝ

yczliwie j

ą

 pociesza. Marta wygl

ą

da o wiele zdrowiej ni

Ŝ

 kilka  tygodni 

temu, na pocz

ą

tku swojego pobytu. Marta lekko kr

ę

ci głow

ą

. W ka

Ŝ

dym  razie Alma 

uprzedziła, 

Ŝ

e Ma wpadnie tu dzi

ś

 wieczorem z wujem Carlem.  Ojciec reaguje 

natychmiast. To miło. Bardzo dobrze, cieszy si

ę

 Dag, wujek  Calle jest mu winien 

dwie korony. Ja ci je zwróc

ę

 rozstrzyga mama. 

 
Ach, tak, przyjdzie Pani Te

ś

ciowa, przyjdzie Ciocia. Ojcowe czoło jest  nadal 

czerwonawe. Mo

Ŝ

emy ju

Ŝ

 podawa

ć

 kisiel agrestowy. Matka zwraca si

ę

 do  Maj i 

Marianne. Zrywaj

ą

 si

ę

 z miejsc i zbieraj

ą

 talerze po klopsikach. Tak,  ci

ą

gnie 

matka, Ma przyjdzie, 

Ŝ

eby porozmawia

ć

 o naszej wspólnej wycieczce  do 

background image

Mangsbodarna i 

Ŝ

eby si

ę

 z tob

ą

 przywita

ć

. A Carl dotrzyma jej  towarzystwa. 

Odk

ą

d skr

ę

ciła nog

ę

, woli nie chodzi

ć

 sama po lesie. No to si

ę

  przekonamy, czy 

wujek umie strzela

ć

 z łuku, wtr

ą

ca Dag. Ojciec cz

ę

stuje si

ę

  kisielem, wlewa 

mleko do gł

ę

bokiego talerza z kwiatowym szlaczkiem. Tak czy  inaczej, to dziwne, 

mówi i kiwa głow

ą

. Matka reaguje od razu. Co? - pyta.  Dziwne, 

Ŝ

e Ma zadaje 

sobie tyle trudu, z Varoms do nas ładny kawałek drogi.  Byłoby pro

ś

ciej, 

gdyby

ś

my to my, młodzi i 

Ŝ

wawi, wybrali si

ę

 do niej  spacerkiem. Matka sili si

ę

 

na uprzejmo

ść

: wiesz przecie

Ŝ

, jaka jest Ma.  Troch

ę

 jej teraz nudno, gdy 

została sama w tym du

Ŝ

ym domu. 

 
Czy 

Ŝ

aden z synów nie my

ś

li odwiedzi

ć

 jej tego lata? Nawet Ernst? Nie  wiem. Na 

razie tak to wła

ś

nie wygl

ą

da. Matka marszczy czoło, jej głos  odrobin

ę

 t

ęŜ

eje. A 

co z jutrzejszym obiadem? - dopytuje ojciec. Jak zwykle?  Czemu pytasz? Bo, jak 
wiadomo, jad

ę

 do Granas z kazaniem i nie jestem  pewien, czy zd

ąŜę

 na pi

ą

t

ą

. I 

ojciec spogl

ą

da na matk

ę

. Ale

Ŝ

 drogi Eriku!  Nic nie rozumiem! Chcesz 

powiedzie

ć

Ŝ

e droga powrotna z Granas zajmie ci  trzy godziny?! To chyba 

niemo

Ŝ

liwe. Owszem, mo

Ŝ

liwe, odpowiada ojciec  lekkim tonem. Całkiem mo

Ŝ

liwe. 

Nie mog

ę

 si

ę

 wymiga

ć

 od udziału w niewielkim  przyj

ę

ciu po mszy. Proboszcz 

napisał do mnie, 

Ŝ

e bardzo si

ę

 cieszy na to  spotkanie. Nie wyrusz

ę

 z Granas 

przed drug

ą

, a najwcze

ś

niejszy poci

ą

g  towarowy z Insjon odchodzi tu

Ŝ

 po wpół do 

czwartej. Musisz wi

ę

c w moim  imieniu niestety przeprosi

ć

. Czy Pu jedzie ze mn

ą

Co?! Pu niemiłosiernie  rozdziawia usta. Nie słuchał zbyt uwa

Ŝ

nie, zreszt

ą

 

ilekro

ć

 rodzice  przybieraj

ą

 ów wyj

ą

tkowo ugrzeczniony ton, na ogół si

ę

 wył

ą

cza, 

a poza tym  w pytaniu czaiło si

ę

 powa

Ŝ

ne zagro

Ŝ

enie dla planów matki. 

 
Co? Pytam, Puniu, czy masz ochot

ę

 towarzyszy

ć

 ojcu do Granas? Nie  s

ą

dzisz, 

Ŝ

mo

Ŝ

e by

ć

 przyjemnie? (Chwila ciszy). No, chyba podzi

ę

kujesz.  Marianne próbuje 

zatrze

ć

 przykre wra

Ŝ

enie. Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e ch

ę

tnie pojedzie,  dodaje matka, a Dag 

wyszczerza si

ę

 w zło

ś

liwym u

ś

miechu. O, tak, na pewno  b

ę

dzie fajowo. Ojciec 

patrzy na Pu, który zdj

ę

ty niemot

ą

, je kisiel  agrestowy z mlekiem. Niech Pu nie 

czuje si

ę

 do niczego zmuszony. Głos ojca  brzmi 

Ŝ

yczliwie. Je

ś

li masz w planach 

co

ś

 ciekawszego, nie musisz... nie,  mówi  

 
Pu. Matka u

ś

miecha si

ę

, zawsze udaje jej si

ę

 wszystko załagodzi

ć

. No, co,  

sko

ń

czyli

ś

my? Wstajemy. Podnosz

ą

 si

ę

 od stołu, ustawiaj

ą

 za krzesłami i  kład

ą

 

dłonie na oparciach: Dzi

ę

kujemy ci, Bo

Ŝ

e, za straw

ę

. Amen. Ukłony i  dygania. 

Potem pocałowanie matki w r

ę

k

ę

, "dzi

ę

kuj

ę

 za jedzenie" i ju

Ŝ

  wszyscy znosz

ą

 ze 

stołu. Z wyj

ą

tkiem ojca i ciotki Emmy, którzy sadowi

ą

 si

ę

  na nagrzanej sło

ń

cem 

werandzie po

ś

ród pelargonii i balsamin. 

 
Tu

Ŝ

 przy twarzy Pu wyrasta głowa Daga. Fajowo, co? Marianne chwyta go za  ucho i 

ci

ą

gnie. Zajmij si

ę

 lepiej swoimi sprawami, bo inaczej przez cał

ą

  niedziel

ę

 

b

ę

dziesz 

ś

l

ę

czał nad klasówk

ą

 z arytmetyki. 

ś

eby przynajmniej raz  Dagge trzymał 

dziób na kłódk

ę

! Pu straszliwie doskwiera powstały problem. 

 
Marianne bierze Pu za rami

ę

 i przytula do swoich mi

ę

kkich piersi. Ojciec  by si

ę

 

ucieszył, gdyby

ś

 powiedział, 

Ŝ

e chcesz z nim jecha

ć

. Pu kr

ę

ci głow

ą

.  Ucieszy 

si

ę

 jeszcze bardziej, je

ś

li ty z nim pojedziesz. Marianne z powag

ą

  patrzy na 

Pu. Nic z tego. Czemu nic z tego? Po prostu nie, mówi Marianne i  wypuszcza Pu z 
obj

ęć

 
Nie uciekajcie, woła Maj, pomo

Ŝ

ecie zmywa

ć

. Pu wytrze ły

Ŝ

ki i widelce. I  Maj 

porywa Daga. Zaraz, woła Pu, tylko si

ę

 wysikam. Przemyka za Marianne,  p

ę

dzi 

zgarbiony na skraj lasu, chowa si

ę

 za sercówk

ą

, ale nie sika.  Obserwuje z 

daleka przybytek Dahlbergów i jego mieszka

ń

ców. 

 
Na werandzie za kwiatami i pn

ą

czami majacz

ą

 sylwetki ciotki Emmy i ojca.  Ojciec 

zapala cygaretk

ę

, ciotka łyka pigułki na zgag

ę

. Przez chwil

ę

 w  otwartych 

drzwiach prowadz

ą

cych na schody pojawia si

ę

 matka. Trzyma za r

ę

k

ę

  Mał

ą

. Jest 

tam Pu? Nie oczekuje jednak odpowiedzi. Marta wnosi do jadalnego  na tacy 
szklanki i talerze, mówi co

ś

 do matki, co, nie słycha

ć

, a matka jej  na to, 

Ŝ

background image

Pu nie powinien w tak niemiły sposób okazywa

ć

 złego humoru. Musz

ę

  z nim 

porozmawia

ć

. Na kuchenne schody ostro

Ŝ

nie wysuwa si

ę

 Lalla, z  wiaderkiem. 

Trzeba zamyka

ć

 drzwi, bo zaraz si

ę

 tu zlec

ą

 roje much i  komarów! Marianne jest 

na pi

ę

trze, energicznymi ruchami rozczesuje swe  grube ciemne włosy i co

ś

 

ś

piewa. Matka idzie z Mał

ą

 na werand

ę

. Po drodze  zabieraj

ą

 zepsut

ą

 szmacian

ą

 

lal

ę

. Maj zmywa, a

Ŝ

 furczy, i rozmawia z Mart

ą

,  ale okno kuchenne jest 

zamkni

ę

te, wi

ę

c nie słycha

ć

, co mówi. Dag, uzbrojony  w 

ś

cierk

ę

, wyciera 

kieliszki i szklanki. Marta siedzi na krze

ś

le i wyciera  talerze. Na słowa Maj 

ś

mieje si

ę

, a Maj szturcha Daga biodrem. Marianne  zbiega ze schodów. Natyka si

ę

 

na Mał

ą

. Podnosi j

ą

 i przytula. Ma gołe  ramiona. Mała 

ś

ciska kurczowo swoj

ą

 

star

ą

, rozlatuj

ą

c

ą

 si

ę

 lalk

ę

. Podchodz

ą

  do wysokiego rze

ź

bionego pianina. 

Marianne siada z Mał

ą

 na kolanie.  Uderzaj

ą

 klawisz za klawiszem: najpierw Mała, 

potem Marianne. Matka stoi  przy 

Ŝ

ardynierze, twarz

ą

 do Pu. Nie widzi go jednak, 

pochłania j

ą

 usuwanie  po

Ŝ

ółkłych li

ś

ci z bujnej pelargonii, której drobny 

czerwony kwiat chyli  si

ę

 ku zakurzonej szybie. 

 
Sło

ń

ce przeniosło si

ę

 za dom, zostawiaj

ą

c werand

ę

 w niebieskawym cieniu.  Szumi

ą

 

drzewa, w leciwych pniach sercówek co

ś

 skrzypi i szele

ś

ci. Pu nie  mo

Ŝ

e si

ę

 

obroni

ć

 przed nagłym smutkiem. Nie trwa to jednak długo. 

 
Przy rozchwierutanej furtce słycha

ć

 teraz konwersacj

ę

. Babcia i wuj Carl.  

Gło

ś

no sapi

ą

 po wyczerpuj

ą

cym marszu z Varoms przez las. Pu nadarza si

ę

  

znakomita okazja, 

Ŝ

eby unikn

ąć

 wycierania naczy

ń

. P

ę

dem goni przez podwórze  do 

furtki. Babcia głaszcze go po policzku, a wuj Carl mocno 

ś

ciska za kark.  

Pachnie ponczem. Pu wie, 

Ŝ

e to poncz, bo matka zawsze wita wuja tym samym  

zdaniem: Nie rozumiem, dlaczego Calle wiecznie pachnie ponczem. A wuj jej  
odpowiada: Pewnie dlatego, 

Ŝ

e wiecznie pij

ę

 poncz. Wuj Carl ma zadban

ą

  brod

ę

tłuste mi

ę

kkie dłonie, du

Ŝ

y brzuch, na którym wisi ła

ń

cuszek  zegarka, biały, 

lekko poplamiony letni garnitur, sztywny kołnierzyk, krawat  i pomi

ę

ty lniany 

kapelusz. Zza pince-nez spogl

ą

daj

ą

 du

Ŝ

e niebieskie oczy. 

 
Babcia, mimo 

Ŝ

e jest niskiego wzrostu, wydaje si

ę

 niemal okazała. Ma  

sze

ść

dziesi

ą

t dwa lata. Okr

ą

gła twarz z przyzwoitym, podwójnym podbródkiem,  

niebieskoszare badawcze oczy, sczesane z szerokiego czoła białe l

ś

ni

ą

ce  włosy. 

Wło

Ŝ

yła czarn

ą

, si

ę

gaj

ą

c

ą

 kostek sukni

ę

 z białym kołnierzykiem i  koronkowymi 

mankietami. Przez rami

ę

 przerzuciła szarobe

Ŝ

owy płaszcz. Małe  pulchne dłonie 

babci bywaj

ą

 mi

ę

kkie i twarde. 

 
Co

ś

 mi si

ę

 zdaje, 

Ŝ

e Pu urósł od wczoraj, naigrawa si

ę

 wuj Carl. A mo

Ŝ

e  tylko 

nos. I ci

ą

gnie Pu za nos. Pu jest zachwycony, uwielbia wujka Carla.  Babcia 

kładzie płaszcz na ramieniu Pu i bierze go za r

ę

k

ę

. Przyjdziesz do  mnie jutro? 

Przeczytamy kilka rozdziałów z "Wyspy skarbów". Nie, nie mog

ę

.  Nie? Nie. Jad

ę

 z 

ojcem do Granas. Ma wygłosi

ć

 kazanie w tamtejszym ko

ś

ciele  i chce, 

Ŝ

ebym z nim 

pojechał. Aha. Ach, tak. To miłe, drwi wuj Carl. Babcia  obrzuca go krótkim 
spojrzeniem i wuj milknie. W nast

ę

pn

ą

 niedziel

ę

  przeczytamy dwa razy tyle! I 

babcia 

ś

ciska dło

ń

 Pu. 

 
Matka wychodzi im na spotkanie, ojciec opuszcza werand

ę

, ciotka Emma  pokazuje 

si

ę

 w drzwiach jadalnego. Witaj w Dufnas, drogi Eriku! Pi

ę

knego i  spokojnego 

urlopu! Dzi

ę

kuj

ę

 drogiej cioci! Dzi

ę

kuj

ę

 
Cze

ść

, Calle, napijesz si

ę

 koniaku? Ojciec klepie wuja Carla po  ramionach. Nie 

ma koniaku, ucina matka. Na podwórku pojawiaj

ą

 si

ę

 pozostali  członkowie rodziny 

i z ró

Ŝ

nym nasileniem serdeczno

ś

ci witaj

ą

 si

ę

 z babci

ą

.  Matka zaprasza go

ś

ci do 

bzowej altanki. Na kaw

ę

 i ciasto. 

 
Ja chc

ę

 strzela

ć

 z łuku, woła Carl. Czy kto

ś

 si

ę

 odwa

Ŝ

y stan

ąć

 ze mn

ą

 do  walki? 

Stawiam dwukoronówk

ę

! Z du

Ŝ

ej portmonetki wyłuskuje l

ś

ni

ą

c

ą

 monet

ę

 i  kładzie j

ą

 

na sp

ę

kanym wsporniku słonecznego zegara. Sam nie wiesz, co  ryzykujesz! Babcia 

sadowi si

ę

 ze 

ś

miechem w niegdy

ś

 ładnym fotelu  ogrodowym. Ciotka Emma, matka i 

background image

ojciec dotrzymuj

ą

 jej towarzystwa. Od razu  zaczynaj

ą

 rozmawia

ć

 o wycieczce do 

Mangsbodarna, która tradycyjnie ma si

ę

  odby

ć

 w drug

ą

 niedziel

ę

 sierpnia. 

 
Lalla siedzi na kuchennych schodkach z robótk

ą

 i popija kaw

ę

, zagryzaj

ą

c  

cukrem. Marta czyta na hamaku jak

ąś

 powie

ść

, a Maj szykuje łó

Ŝ

ka na noc. I  

gwi

Ŝ

d

Ŝ

e. 

 
Oprócz wuja Carla w zawodach łuczniczych bior

ą

 udział Dag, Pu i Marianne.  Łuk 

jest skrzy

Ŝ

owaniem zabawki z broni

ą

, gro

ź

na rzecz. Na du

Ŝ

ej tarczy  strzeleckiej 

czarny 

ś

rodkowy punkt opasuj

ą

 kolorowe kółka. Tarcz

ę

 opiera  si

ę

 na drzwiach 

wychodka i krokami mierzy odległo

ść

. Pu zyskuje kilka  metrów. 

 
By

ć

 mo

Ŝ

e nie wybierzemy si

ę

 na wycieczk

ę

 tego lata. Ojcowy baryton  słycha

ć

 

bardzo wyra

ź

nie. Matka co

ś

 mu odpowiada, a babcia 

Ŝ

yczliwie si

ę

  u

ś

miecha. 

Strzały wbijaj

ą

 si

ę

 w mi

ę

kk

ą

 tarcz

ę

. Nie, nie wybierzemy si

ę

. To  znowu ojciec. 

Marta podnosi wzrok znad powie

ś

ci, zaraz jednak wraca do  lektury. Lalla 

siorbie, nalewa gor

ą

c

ą

 kaw

ę

 na talerzyk i balansuje nim na  opuszkach trzech 

palców. Wuj Carl strzela. Marianne bije brawo. Teraz jej  kolej. Dag le

Ŝ

y na 

ziemi i liczy punkty. Wuj zapala cygaro i siada na  stołku, który przed laty 
kto

ś

 zostawił na ł

ą

ce i zapomniał o jego  istnieniu. Pu zbiera strzały. 

 
Ogromnie to uprzejmie ze strony Cioci, ale to niczego nie zmienia. W  dalszym 
ci

ą

gu słycha

ć

 tylko ojca, mimo 

Ŝ

e w dosy

ć

 o

Ŝ

ywionej konwersacji  bior

ą

 udział 

wszyscy. Ogromnie uprzejme. Ciocia przypuszczalnie my

ś

li, 

Ŝ

e  jeste

ś

my 

niewdzi

ę

czni, ja jednak... Ty mo

Ŝ

esz sobie rezygnowa

ć

, rozbrzmiewa  podniesiony 

głos matki, ale ja zadecyduj

ę

... O czym, nie słycha

ć

. Mniej  wi

ę

cej godzin

ę

 

przed zachodem sło

ń

ca drzewa przenika wiaterek. Na pastwisku  Berglundów ryczy 

krowa, raz po raz szczeka Sudd. 
 
Ze zdumieniem stwierdzam, 

Ŝ

e nie wspomniałem o Suddzie. To br

ą

zowy pudel  

arcyszlachetnego pochodzenia, według rodowodu nazywa si

ę

 Teddy af  Trasselsudd. 

W dzieci

ń

stwie uciekł z matk

ą

 z cyrku i trafił do Psiarni,  punktu zbornego dla 

zagubionych miejskich kundli. Ojciec kupił go tam za  pi

ą

taka. Sudd natychmiast 

stał si

ę

 członkiem rodziny. Pu bał si

ę

 go, co  pies błyskawicznie wyczuł i gryzł 

chłopca przy ka

Ŝ

dej nadarzaj

ą

cej si

ę

  okazji. Pu nie pozostawał mu dłu

Ŝ

ny. 

Ś

pi

ą

cego oblewał wod

ą

 albo strzelał mu  nad uchem kapiszonami. Teraz Sudd dla 

porz

ą

dku szczekał na krow

ę

  Berglundów. 

 
Pu ma strzela

ć

, nie starcza mu jednak sil, 

Ŝ

eby porz

ą

dnie naci

ą

gn

ąć

 luk.  Czuje 

na plecach tłusty brzuch wuja Carla. Zaczekaj, pomog

ę

 ci! Pu jest  wujem 

okr

ąŜ

ony, owiewa go dym z wujowego cygara, wuj pomaga mu napi

ąć

  ci

ę

ciw

ę

. No? 

Szepce z cygarem w grubych sinawych wargach. No? Pu dobrze  wie, co to "no?" 
znaczy. Wspólnie trzymaj

ą

 łuk, strzała jest osadzona  na  ci

ę

ciwie, ale nie 

celuj

ą

 w tarcz

ę

, tylko w altank

ę

. Ostry stalowy grot  szuka: ojciec, nie, matka, 

nie, Pu zamyka oczy, otwiera, znowu zamyka. Wuj  oddycha ci

ęŜ

ko, chrz

ęś

ci zbyt 

ciasna kamizelka, brzuch szemrze. No? Nad Pu  zawisa chmura cygarowego dymu. 
Babcia siedzi profilem, zwrócona ku ciotce  Emmie. Mówi

ą

c, stuka palcem 

wskazuj

ą

cym w rant ogrodowego stołu. 

ś

eby tak  raz na zawsze uciszy

ć

 t

ę

 wiecznie 

paplaj

ą

c

ą

 jadaczk

ę

, szepce wuj Carl. 

 
Matka wstaje. Dolewa babci kawy. Zasłania j

ą

. Nagle strzała wylatuje z  

przenikliwym 

ś

wistem i trafia w czarny 

ś

rodek tarczy. Pu wygrał, niech mnie  

diabli! - wola wuj Carl i łami

ą

c wszelkie reguły gry, wr

ę

cza chłopcu  

dwukoronówk

ę

, a ten rozdziawia usta ze zdumienia. Zamknij buzi

ę

, Pu. Wuj  

przykrywa mu brod

ę

 mi

ę

kk

ą

 dłoni

ą

 Głupio wygl

ą

dasz, kiedy si

ę

 tak gapisz. A  

głupi chyba nie jeste

ś

, co? A mo

Ŝ

e jeste

ś

 
Na kuchennych schodach pojawia si

ę

 Maj. Trzyma emaliowan

ą

 ba

ń

k

ę

 na mleko.  Na 

pewno pomie

ś

ci trzy litry. Czy Pu pójdzie ze mn

ą

 po mleko? - wola przez  

podwórze. Tak, Pu ch

ę

tnie pójdzie. Chowa tylko dwukoronówk

ę

 do kieszeni  spodni. 

 

background image

Maj puszcza si

ę

 zboczem w kierunku lasu. Pu truchta obok. 

 
Wło

Ŝ

yła niebiesk

ą

 lnian

ą

 sukienk

ę

, a rude włosy splotła w warkocz, który  si

ę

ga 

talii. Maszeruje z podan

ą

 do przodu głow

ą

, pogwizduje, zadarty nosek  celuje 

prosto przed siebie. Cała Maj pachnie potem i zielonym mydłem o  nazwie 
"Palmolive". Na mo

ś

cie zatrzymuj

ą

 si

ę

. Potok płynie cicho i wartko,  wokół 

przybrze

Ŝ

nych kamieni utworzyły si

ę

 mroczne bajorka, w których  niespiesznie 

wiruje woda. W 

Ŝ

wirze na dnie kołysz

ą

 si

ę

 wodorosty. Widzisz  ryby? - pyta Pu. 

Cicho! Spłoszyło je nasze tupanie. Poczekajmy troch

ę

 w  milczeniu. Maj kl

ę

czy, 

Pu staje obok, na czworakach, i delikatnie przysuwa  si

ę

 do jej biodra. Maj 

kładzie mu r

ę

k

ę

 na ramieniu. Nagle wod

ę

 przenikaj

ą

  połyskuj

ą

ce ruchliwe cienie. 

Pod nimi sunie co

ś

 ci

ęŜ

kiego i spłaszczonego;  to kur rogacz. Od potoku bije 

przyjemny chłód Maj zanurza dło

ń

. Ławica  pierzcha jednym zgodnym ruchem. Na 

piaszczystym dnie zostaje tylko kur. 
 
Tutaj powiesił si

ę

 zegarmistrz. Maj mówi szeptem. Co? Maj patrzy na Pu,  mru

Ŝą

oczy, i karci go: Ci

ą

gle "cokasz", jakby

ś

 był głuchy, a przecie

Ŝ

  dobrze 

słyszysz! Gdzie si

ę

 powiesił? My

ś

lałam, 

Ŝ

e wiesz! Tam, za tymi  zro

ś

ni

ę

tymi 

sosnami, w zaro

ś

lach. Tak, powiesił si

ę

. Wszyscy mówili, 

Ŝ

e z  powodu 

zawiedzionej miło

ś

ci, ale to nieprawda. No to czemu si

ę

 powiesił?  Dokładnie nie 

wiem. Spytaj Lall

ę

. Ona zna cał

ą

 t

ę

 histori

ę

. Czy on straszy?  Pu przeszywa 

chłodny dreszcz. Albo od potoku, albo dlatego, 

Ŝ

e jest tak  blisko miejsca tego 

straszliwego czynu; trudno powiedzie

ć

. Czy straszy?  Tak, podobno buszuje w 

zaro

ś

lach. S

ą

 tu zreszt

ą

 tłuste 

Ŝ

mije, wi

ę

c lepiej  uwa

Ŝ

aj. 

 
Duchy i 

Ŝ

mije, mruczy Pu. Ja tam nigdy czego

ś

 podobnego nie widziałam.  Ale ja 

nigdy takich rzeczy nie widz

ę

ś

eby zobaczy

ć

 duchy, upiory i  krasnoludki, 

trzeba mie

ć

 w sobie co

ś

 szczególnego. Moja babka jest  jasnowidz

ą

ca, a ja nie. 

Ani troch

ę

. A ja jestem, bo urodziłem si

ę

 w  niedziel

ę

. Jeste

ś

 niedzielnym 

dzieckiem? Nie wiedziałam. Tak, urodziłem si

ę

  czternastego lipca tysi

ą

dziewi

ęć

set osiemnastego o trzeciej w nocy. Maj  pow

ą

tpiewa. I co widziałe

ś

? O, 

niejedno. Pu robi si

ę

 wa

Ŝ

ny. Musisz kiedy

ś

  opowiedzie

ć

. To bardzo ciekawe. Maj 

ochlapuje mu twarz wod

ą

 i 

ś

mieje si

ę

:  Strugasz wa

Ŝ

niaka. 

 
Maj wstaje i rusza kamienist

ą

 kr

ę

t

ą

 le

ś

n

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

. Pu truchta za ni

ą

 
- Je

ś

li chcesz, mog

ę

 ci

ę

 straszy

ć

 po 

ś

mierci. 

 
- A po co? 
 
- Opowiedziałbym ci, jak tam jest. 
 
- Gdzie? 
 
- No, po drugiej stronie.  
 
- Dzi

ę

kuj

ę

 bardzo. Ale nie mam ochoty. 

 
- Zjawiłbym si

ę

 bardzo spokojnie. I w biały dzie

ń

 
- Co to za głupoty, Pu? 
 
- Obiecuj

ę

 
- Jak człowiek martwy, to martwy. 
 
- A zegarmistrz? 
 
- E tam, to tylko takie tam zabawne historie. 
 

background image

Kilka lat pó

ź

niej Maj utopiła si

ę

. Zaszła w ci

ąŜę

 i ojciec dziecka nie  chciał 

jej zna

ć

. Pewnego zimowego dnia wypłyn

ę

ła przy zakolu rzeki z du

Ŝą

  ran

ą

 na 

czole. Czasem my

ś

l

ę

 o niej i o naszej rozmowie na mo

ś

cie nad  potokiem. Nigdy 

nie straszyła. Zreszt

ą

 niczego nie obiecywała. 

 
Gospodarstwo Berglundów rozsiadło si

ę

 po dwóch stronach go

ś

ci

ń

ca.  Zabudowania 

mieszkalne stoj

ą

 pod lasem, a stodoła, stajnia, szopa i obora  opodal pól, które 

ci

ą

gn

ą

 si

ę

 do rzeki i stacji kolejowej. W drewnianym,  osiemnastowiecznym domu 

jest kuchnia, a w niej palenisko, stół i dwie  kanapy 

Ŝ

eberkowe. Z drugiej 

strony sieni wchodzi si

ę

 do mleczarni. Na  poddaszu obok graciarni, gdzie 

poniewieraj

ą

 si

ę

 najró

Ŝ

niejsze sprz

ę

ty i  ubrania pami

ę

taj

ą

ce kilka pokole

ń

gnie

Ŝ

d

Ŝą

 si

ę

 dwie izdebki. 

 
W gł

ę

bi rozległego, dobrze utrzymanego podwórza wznosi si

ę

 leciwa komora,  

słu

Ŝą

ca jako spichlerz. Naprzeciwko starego domu stoi stosunkowo nowe  

"Do

Ŝ

ywocie" z przeszklon

ą

 werand

ą

, na którym ro

ś

nie sad. 

 
Starsza pani Berglund, kr

ę

pa i przysadzista, pomaga w mleczarni. Jest w  lu

ź

nym 

pasiastym fartuchu i w chustce. Ma pomarszczon

ą

 twarz, brak jej  z

ę

bów. W 

przestronnej mleczarni jest tylko jedno okno, 

ś

ciany, podłoga i  sufit 

ś

wiec

ą

 

biel

ą

. Pod 

ś

cianami stoj

ą

 szerokie półki, a na nich pyszni

ą

  si

ę

 sery o 

najró

Ŝ

niejszych kształtach. W jednym k

ą

cie połyskuje r

ę

czna  wirówka, po

ś

rodku 

króluje kad

ź

. Pani Berglund nalewa mleko litrow

ą

 miark

ą

  na długiej, haczykowato 

zako

ń

czonej r

ą

czce. 

 
- Szlachtujemy dzisiaj dwa cielaki, niech Maj powie pani Bergman i pani  
Akerblom, 

Ŝ

e b

ę

dzie ciel

ę

cina. W

ą

tróbka te

Ŝ

. Pastor przepada za w

ą

tróbk

ą

  

ciel

ę

c

ą

. Podobno dzisiaj przyjechał? Chłopak mówił. Był na stacji i  dowiedział 

si

ę

 od Ericssona, 

Ŝ

e pastor przyjechał ze Sztokholmu tym o  trzeciej. Mo

Ŝ

panicz Bergman chce miodowego cukierka? 
 
Pani Berglund kolebie si

ę

 na opuchni

ę

tych nogach do niebieskiej szafki w  kwiaty 

i figurki i wyjmuje z niej porcelanow

ą

 miseczk

ę

 z p

ę

katymi 

Ŝ

ółtymi  cukierkami, 

które wygl

ą

daj

ą

 jak poduszeczki. Niech we

ź

mie dwa, mówi  staruszka i Pu czuje 

jej oddech. Nigdy jeszcze nie widział kogo

ś

 tak  paskudnego, nawet ciotce Emmie 

daleko do pora

Ŝ

aj

ą

cej brzydoty pani  Berglund.  No, podzi

ę

kuj ładnie, ponagla 

Maj. Co? Pu szybko si

ę

 jednak  opanowuje. Dzi

ę

kuj

ę

 bardzo, mówi i lekko si

ę

 

skłania. Odrywa dwa lepkie  cukierki i co pr

ę

dzej wsuwa do ust, wypychaj

ą

policzki. Dobre, co? Pani  Berglund mru

Ŝ

y oczy. Niemal zupełnie schowały si

ę

 pod 

zmarszczkami i  br

ą

zowawymi guzami. Czy Maj napije si

ę

 kawy? Parz

ę

 dla tych, co 

szlachtuj

ą

.  Nie, dzi

ę

kuj

ę

, musimy wraca

ć

. Maj dyga. Ale dzi

ę

kuj

ę

. Pani Berglund 

kładzie  dło

ń

 na głowie Pu. Cieszysz si

ę

Ŝ

e ojciec przyjechał na urlop? Pu  

potakuje. Jutro wybieramy si

ę

 do Granas i ojciec wygłosi kazanie. Tak,  

słyszałam. Staruszka przesuwa pokryw

ę

 na kadzi z mlekiem. Szkoda, 

Ŝ

e nie  mog

ę

 

by

ć

 na mszy w Granas, to dla mnie za daleko. A ford chłopców jest w  Borlange, w 

naprawie. Pani Berglund wychodzi z nimi przed sie

ń

, a potem  idzie do kuchni 

dopilnowa

ć

 p

ę

katego kociołka kawy. Nie zapomnij powiedzie

ć

  pani Bergman o 

ciel

ę

cinie. Staruszka 

Ŝ

egna ich bezz

ę

bnym u

ś

miechem. Nie  zapomn

ę

! Dobranoc, 

pani Berglund! Dobranoc, Maj, i dobranoc, Puniu. 
 
Pod obor

ą

 odbywa si

ę

 szlachtowanie. Jeden cielak le

Ŝ

y ju

Ŝ

 na platformie z  

poder

Ŝ

ni

ę

tym gardłem, krew spływa do blaszanki. Stary Berglund mocno ni

ą

  

potrz

ą

sa. Dwaj młodsi m

ęŜ

czy

ź

ni zało

Ŝ

yli uzd

ę

 drugiemu cielakowi. Do uzdy  

przywi

ą

zuj

ą

 sznur i wyprowadzaj

ą

 zwierz

ę

. Chłop chowa za plecami młot  kowalski. 

Troje małych Berglundów stoi z markotnymi minami w pobli

Ŝ

u  miejsca egzekucji. 

Młoda pani Berglund pomaga te

ś

ciowi przy zaszlachtowanym  ju

Ŝ

 cielaku. 

 
Pu staje jak wryty. Widział, jak si

ę

 zabija kur

ę

; to jednocze

ś

nie zabawne  i 

straszne. Raz kogut, bez głowy, frun

ą

ł a

Ŝ

 na stodółk

ę

 i par

ę

 dobrych  minut 

trzepotał skrzydłami, zanim run

ą

ł w dół. Ale szlachtowania du

Ŝ

ego  zwierz

ę

cia Pu 

nigdy nie widział. Chłop wali cielaka młotem mi

ę

dzy uszy.  Głuchy trzask. Ciel

ę

 

background image

podskakuje, ta

ń

czy, po uchu spływa co

ś

 brunatnego.  Jeszcze jeden pot

ęŜ

ny cios. 

Pada, natychmiast si

ę

 podnosi i stoi nieruchomo  z otwart

ą

 mord

ą

. Po trzecim 

uderzeniu przednie nogi uginaj

ą

 si

ę

 i zwierz

ę

  wali si

ę

 w drgawkach. 

 
Wiatr w sercówce ucichł, zmierzcha si

ę

, lecz nagle niebo nad zachodnimi  

graniami rozja

ś

nia si

ę

 ogni

ś

cie. Wieczorny poci

ą

g do Krylbo daje sygnał  koło 

Varoms i odpoczywa na stacji; z komina lokomotywy unosi si

ę

 słup dymu,  słycha

ć

 

post

ę

kiwania i głos wujka Ericssona. Opuszcza semafor i rozmawia z  kim

ś

 ze 

stacji. 
 
W dahlberskiej siedzibie albo, jak mówi wuj Carl, w "tworze ", w  jadalnym, w 
kuchni i na dolnej werandzie zapalono lampy naftowe. W pokoju  matki, na 
pi

ę

trze, płonie lampka nocna; to z my

ś

l

ą

 o Małej, która boi si

ę

  ciemno

ś

ci. Gdy 

patrzy si

ę

 spod wychodka, dom, czy jak to nazwa

ć

, przypomina  zaczarowan

ą

 chatk

ę

 

z ba

ś

ni i snów; tak jest rozja

ś

niony. 

 
Doro

ś

li zebrali si

ę

 przy stole w jadalnym, który o

ś

wietlaj

ą

 dwie lampy,  jedna z 

góry, druga z boku. Matka haftuje, ojciec przegl

ą

da gazet

ę

, oboje  u

Ŝ

ywaj

ą

 

okularów, matka zawsze zsuwa je na czubek nosa. Ciotka Emma kładzie  pasjansa. 
Marta, pochylona nad blokiem rysunkowym, maluje rozcie

ń

czonymi  farbkami wodnymi 

zimoziół. Marianne czyta opasł

ą

 biografi

ę

 Richarda Wagnera  i czasami co

ś

 w niej 

podkre

ś

la ołówkiem. 

 
W kuchni Dag i Pu chrupi

ą

 chleb z twaro

Ŝ

kiem i popijaj

ą

 ciepławym jeszcze  

mlekiem. Lalla ceruje przy kuchennym stole skarpet

ę

, zdj

ę

ła sznurowane  botki na 

obolałe stopy wło

Ŝ

yła mi

ę

kkie kapcie. Mimo dusz

ą

cego ciepła  narzuciła na 

ramiona wełniany kaftan. Na nosie ma okr

ą

głe okulary w  drucianych oprawkach. 

Obok niej, na stole, ostatnia ju

Ŝ

 w tym dniu  fili

Ŝ

anka kawy. 

 
- Jutro Przemienienie Pa

ń

skie - wyja

ś

nia Lalla, jakby bracia Bergmanowie  

powinni si

ę

 interesowa

ć

 takim wydarzeniem. -Dzie

ń

 Przemienienia Pa

ń

skiego  -

powtarza - dzie

ń

 szczególny. 

 
- Dlaczego? - przez uprzejmo

ść

 pyta Pu. 

 
- Bo w tym wła

ś

nie dniu Bóg mówi do uczniów. I jak piorun w czasie burzy  

rozlega si

ę

 głos z obłoku: "Ten jest Syn mój umiłowany, którego sobie  

upodobałem, jego słuchajcie!" Bóg miał na my

ś

li Jezusa, 

Ŝ

e Jezus jest jego  

ukochanym synem. Byli tacy, którzy w to w

ą

tpili. 

 
- A co w tym szczególnego? - dziwi si

ę

 Dag i siorbie mleko ze szklanki. 

 
- Tam, gdzie si

ę

 urodziłam i dorosłam, dzie

ń

 Przemienienia jest  szczególny. 

 
- W jaki sposób jest szczególny? - pyta Pu i mimo woli zaczyna go to  
interesowa

ć

 
- Mo

Ŝ

na si

ę

 na przykład dowiedzie

ć

, ile si

ę

 b

ę

dzie 

Ŝ

yło. Ten, kto pójdzie  o 

zachodzie sło

ń

ca tam, gdzie kto

ś

 si

ę

 zabił, niejednego si

ę

 dowie. Tak  było u 

nas w domu. 
 
- Czy Lalla próbowała? - pyta ironicznie Dag. 
 
- Ja nie, ale moja przyrodnia siostra. 
 
- No i...? 
 
- Nic nie powiem. Ale było to szczególne. Poza tym siostra urodziła si

ę

 w  

niedziel

ę

 
- Co? - mówi Pu i rozdziawia usta. 

background image

 
- Ja jestem dzieckiem czwartkowym i widz

ę

, co maj

ą

 pod ubraniami zgrabne  

dziewczyny - prostodusznie informuje Dag. 
 
Chrupi

ą

 chleb i pij

ą

 mleko. Lalla u

ś

miecha si

ę

, ma ładne, równe, sztuczne  z

ę

by 

i pogodny u

ś

miech, który szybko zara

Ŝ

a jej niebieskoszare oczy. 

 
- Nigdy nie wiadomo, co tu jest prawd

ą

, a co ni

ą

 nie jest. Pu widzi  inaczej ni

Ŝ

 

Dag. Pastor widzi inaczej ni

Ŝ

 panna Eneroth. Ja widz

ę

 to, czego  nie widzi Maj. 

Ka

Ŝ

dy widzi swoje. 

 
  - Dlaczego zegarmistrz odebrał sobie 

Ŝ

ycie? - nieoczekiwanie pyta Pu,  cho

ć

 

wcale nie zamierzał o to pyta

ć

 
- Nikt tego nie wie na pewno - mówi Lalla z tak

ą

 min

ą

, jakby doskonale  

wiedziała. 
 
- Niech Lalla opowie. 
 
- To Pu tak si

ę

 spietra, 

Ŝ

e si

ę

 zeszczy popod siebie - wtr

ą

ca Dag. 

 
- Zamknij si

ę

! - odparowuje bez wrogo

ś

ci zniecierpliwiony Pu. 

 
- Nikt nie wie na pewno - powtarza Lalla. - Ale słyszałam, 

Ŝ

e zwariował  ze 

strachu. Nie pochodził st

ą

d, tylko z Tammerforsu. Najpierw osiadł w  

Kvarnsvedenie, ale nikt si

ę

 tam nie interesował zegarami, wi

ę

c zarobek miał  

marny. Kiedy 

Ŝ

ona umarła na tyfus, przeniósł si

ę

 do Borlange, gdzie du

Ŝ

o  si

ę

 

wtedy działo i zacz

ę

ło mu si

ę

 niezgorzej powodzi

ć

. Ale ludzie uwa

Ŝ

ali  go za 

dziwaka. Nie dlatego, 

Ŝ

e był szorstki czy opryskliwy, nie, to nie to.  

Przeciwnie. Miły, uprzejmy i z zamówie

ń

 si

ę

 wywi

ą

zywał, jak nale

Ŝ

y. 

 
 Był z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 uczciwy. A mimo to uchodził za dziwaka. 

 
- Dlaczego popełnił samobójstwo? 
 
Pu drapie si

ę

 pod kolanem, gdzie ugryzł go komar. Przestał je

ść

 kanapk

ę

.  Nawet 

Dag przysłuchuje si

ę

 ze sceptyczn

ą

 ciekawo

ś

ci

ą

. Lalla, wiedz

ą

c, 

Ŝ

e  zyskała 

wdzi

ę

cznych słuchaczy, nie 

ś

pieszy si

ę

 
- Miał w sklepie wysoki stoj

ą

cy zegar, czarny, ze złotymi ornamentami  wokół 

tarczy. Jak si

ę

 otworzyło górne drzwiczki, mo

Ŝ

na było popatrze

ć

 na  wahadło. Z 

jakiego

ś

 powodu były te

Ŝ

 dolne drzwiczki. A za nimi nic,  przynajmniej na to 

wygl

ą

dało. Zegar tykał dostojnie i miarowo, pos

ę

pnym  tonem wybijał półgodziny i 

godziny. Przez wiele lat zachowywał si

ę

 zupełnie  normalnie. Chodził bardzo 

punktualnie i ani razu nie trzeba go było  naprawia

ć

. A

Ŝ

 tu nagle, z dnia na 

dzie

ń

, zmienił si

ę

 nie do poznania.  Całkiem si

ę

 rozregulował, albo si

ę

 

spó

ź

niał, albo si

ę

 spieszył, czasem po  kilka godzin na dob

ę

. A kiedy miał na 

przykład wybi

ć

 drug

ą

, wybijał siódm

ą

.  A kiedy miał wybi

ć

 pełn

ą

 godzin

ę

, wybijał 

pół, czasem zatrzymywał si

ę

, jak  martwy, 

Ŝ

eby potem sam z siebie, nie 

nakr

ę

cany; ruszy

ć

 z kopyta. Historia z  zegarem bardzo zmartwiła zegarmistrza. 

Naprawiał go, wymienił mechanizm,  tryby, ci

ęŜ

arek, wahadło i wskazówki. Ale nic 

nie pomagało. W ko

ń

cu wyniósł  zegar do sypialni, ciemnej nory na tyłach sklepu, 

która słu

Ŝ

yła mu te

Ŝ

 za  kuchni

ę

. Nie mógł przecie

Ŝ

 dopu

ś

ci

ć

 do tego, 

Ŝ

eby taki 

niezno

ś

ny zegar  wystawiał go na po

ś

miewisko klientów. To zrozumiałe. I tym 

sposobem  mieszkał z zegarem dzie

ń

 i noc. Kilka razy dziennie zamykał sklep i 

biegł  do sypialni sprawdza

ć

, czy zegar ju

Ŝ

 si

ę

 opami

ę

tał. Nocami budził si

ę

 co  

godzina i słuchał jego uderze

ń

. Nic si

ę

 nie zgadzało. Pewnego dnia, kiedy  

wyjmował mechanizm, 

Ŝ

eby mu si

ę

 dokładnie przyjrze

ć

, ni st

ą

d, ni zow

ą

d,  

obluzował si

ę

 jaki

ś

 trybik i gł

ę

boko rozci

ą

ł mu dło

ń

. Krwawiła okropnie,  krew  

 

background image

spływała na mechanizm i kapała na stół. Musiał szuka

ć

 pomocy w szpitalu.  Tam go 

opatrzyli i zatamowali mu krwotok. Której

ś

 nocy poderwało go na  równe nogi 

trzyna

ś

cie uderze

ń

, a mo

Ŝ

e nawet czterna

ś

cie, chocia

Ŝ

 było wpół  do czwartej. 

Działo si

ę

 to zim

ą

ś

wiatła w pokoju si

ę

 nie paliły, a od  dolnej cz

ęś

ci zegara 

bił jaki

ś

 dziwny blask. Zegarmistrz usiadł na łó

Ŝ

ku i  patrzył. 

 
Do kuchni wchodzi Maj. Jest boso. Stawia na stole kwiecist

ą

 fili

Ŝ

ank

ę

 bez  ucha, 

po brzegi wypełnion

ą

 poziomkami. 

 
- Gdzie Maj znalazła poziomki o tej porze roku? - dziwi si

ę

 Lalla, by

ć

  mo

Ŝ

wdzi

ę

czna za t

ę

 przerw

ę

 
Pewnie zdaje sobie spraw

ę

Ŝ

e jej relacji dobrze zrobi pauza retoryczna.  A mo

Ŝ

si

ę

 z tym swoim zegarmistrzem zagalopowała i teraz ma troch

ę

 czasu  na 

wymy

ś

lenie jakiego

ś

 rozwi

ą

zania? 

 
- Za starym młynem. Zawsze tam s

ą

, dwa, trzy razy w ci

ą

gu lata. Poszłam  ot, 

tak, dla 

Ŝ

artu. I co widz

ę

? Zatrz

ę

sienie poziomek! Ale zrobiło si

ę

 ju

Ŝ

  za 

ciemno. 
 
- Maj mo

Ŝ

e sobie nala

ć

 kaw

ę

. Zostało troch

ę

 w dzbanku. 

 
- Rozmawiamy o zegarmistrzu - wyja

ś

nia Dag. 

 
- Aha, o tym. Czy to dla Pu nie za straszne? I tak na noc. 
 
- Nie boj

ę

 si

ę

 
Sk

ą

d wszystko wiadomo o tym zegarmistrzu? - pyta Dag. 

 
- Ostatnie lata swojego 

Ŝ

ycia sp

ę

dził w skromnej oficynie Andersa-Pera  przy 

drodze do Solbacki, jakie

ś

 

ć

wier

ć

 mili st

ą

d. I Anders-Per powiedział  waszej 

babci, 

Ŝ

e zegarmistrz zostawił list, a na kopercie napisał:  "Otworzy

ć

 po mojej 

ś

mierci". Ale nikt nic nie wie na pewno, bo tylko  Anders-Per czytał ten list. 

Po jego 

ś

mierci młodzi sprzedali na aukcji jego  sekretarzyk i list przepadł. 

 
- Opowiadaj! - ponagla Pu, ju

Ŝ

 wstrz

ąś

ni

ę

ty. 

 
-Tak... - Lalla powoli si

ę

 rozkr

ę

ca. - Zobaczył, 

Ŝ

e dolne drzwiczki  zegara same 

si

ę

 otwieraj

ą

... i z gł

ę

bi, z ciemno

ś

ci dobiega dziwny d

ź

wi

ę

k.  Podobny do 

płaczu. I nic nie wida

ć

. Zegarmistrz potwornie si

ę

 przeraził,  ale nie mógł 

przecie

Ŝ

 siedzie

ć

 w łó

Ŝ

ku. Dr

Ŝą

c

ą

 r

ę

k

ą

 zapalił 

ś

wiec

ę

 na  nocnym stoliku i ze 

ś

wiecznikiem w gar

ś

ci podkradł si

ę

 na palcach do  zegara. Ze zdenerwowania 

zapomniał wło

Ŝ

y

ć

 kapcie, ale nawet nie poczuł, 

Ŝ

e  podłoga jest lodowato zimna, 

bo kominek dawno wygasł. 
 
- To zrozumiałe - mówi Pu, szcz

ę

kaj

ą

c z

ę

bami. 

 
- Tak. I ledwie si

ę

 zegarmistrz podkradł do zegara, od razu zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e  

wahadło porusza si

ę

 wolniej ni

Ŝ

 zwykle, jako

ś

 oci

ęŜ

ale, z wysiłkiem, jakby  si

ę

 

miało lada moment zatrzyma

ć

. Obie wskazówki opadły na szóstk

ę

. Górne  drzwiczki 

były zamkni

ę

te, dolne chrz

ęś

ciły i jeszcze kapk

ę

 si

ę

 uchyliły.  Zegarmistrz 

run

ą

ł w swej długiej nocnej koszuli na kolana, otworzył  drzwiczki na o

ś

cie

Ŝ

 i 

po

ś

wiecił. Najpierw nie zobaczył nic, ale potem,  kiedy oczy przywykły do 

ś

wiatła, dostrzegł w gł

ę

bi jeszcze jedne drzwiczki.  

 
Były uchylone. I ju

Ŝ

 wiedział, kto to tak płakał. W 

ś

rodku kuliła si

ę

  

malusie

ń

ka kobieta i rozpaczliwie łkała. Miała na sobie dług

ą

 koszul

ę

, na  

ramiona opadały długie czarne włosy. Zegar si

ę

 zatrzymał, było teraz  słycha

ć

 

tylko szloch kobiety i szum wiatru w przewodzie kominowym.  Zegarmistrz 
wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

 i dotkn

ą

ł tej małej istotki. Nie miała wi

ę

cej  ni

Ŝ

 pół metra 

background image

wzrostu, nie była jednak ani dzieckiem, ani karlic

ą

, tylko  najprawdziwsz

ą

 

kobiet

ą

. Gdy j

ą

 dotkn

ą

ł, podniosła głow

ę

, któr

ą

 do tej pory  chowała w dłoniach. 

I mógł zobaczy

ć

 jej twarz. Patrzyła na niego du

Ŝ

ymi  

ś

lepymi oczami, zamiast 

ź

renic połyskiwały bł

ę

kitnawe białka, w na  wpółotwartych ustach nie było wida

ć

 

z

ę

bów; tak miała pokrwawione wargi.  Twarz poci

ą

gła i blada, niemal wychudzona, 

czoło wysokie, nos w

ą

ski i  zgrabny. Zegarmistrz uznał, 

Ŝ

e nigdy w 

Ŝ

yciu nie 

widział nikogo  pi

ę

kniejszego, mimo 

Ŝ

e była taka maciupe

ń

ka. 

 
- I oczywi

ś

cie si

ę

 w niej zakochał - mówi Maj. 

 
- Nie wiem, czy si

ę

 zakochał, ale co

ś

 si

ę

 z tym biedakiem porobiło -  wzdycha 

Lalla i zdejmuje z grzybka zacerowan

ą

 skarpet

ę

. Rozci

ą

ga swoje  dzieło na 

kraw

ę

dzi stołu i wygładza. 

 
- A potem? - przynagla Pu, zdj

ę

ty strachem. 

 
- Wyj

ą

ł mał

ą

 panienk

ę

 z jej wi

ę

zienia, przetarł jej usta i czoło wilgotn

ą

  

szmatk

ą

, owin

ą

ł w szal i poło

Ŝ

ył na łó

Ŝ

ku. A potem zapalił lamp

ę

 naftow

ą

 i  

patrzył na ni

ą

. Zasłoniła swoje 

ś

lepe oczy powiekami. Chyba usn

ę

ła. Ale nie  

min

ę

ło du

Ŝ

o czasu, a czarny zegar zacz

ą

ł nagle skrzypie

ć

 i dygota

ć

, jakby  

zwariował. Wybijał godziny, zawsze raz i nieregularnie. Po prostu  straszliwie 
hałasował, inaczej tego nazwa

ć

 nie mo

Ŝ

na. Drzwiczki, górne i  dolne, otwierały 

si

ę

 i zamykały z gło

ś

nym trzaskiem, wahadło hu

ś

tało si

ę

  jak szalone. 

Zegarmistrz zrozumiał, 

Ŝ

e zegar si

ę

 w

ś

ciekł i zamierza go  zabi

ć

. Wybiegł wi

ę

do warsztatu po ci

ęŜ

ki stalowy młot z obuchem z jednej  strony i z ostrym 

szpicem z drugiej i rzucił si

ę

 na zegar. Kiedy jednym  uderzeniem zniszczył 

tarcz

ę

, zegar run

ą

ł na niego całym swoim ci

ęŜ

arem.  Wielko

ś

ci

ą

 znacznie 

przewy

Ŝ

szał niskiego, szczupłego chłopin

ę

. Zegarmistrz  wyszedł z tego z ran

ą

 na 

stopie. Zanim zegar grzmotn

ą

ł o podłog

ę

, w chwili  gdy tarcz

ę

 mia

Ŝ

d

Ŝ

ył młot, 

wydało mu si

ę

Ŝ

e za trybami mechanizmu majaczy  wykrzywiona, zła twarz. Twarz o 

ś

lepych wybałuszonych oczach,  rozdziawiaj

ą

ca usta pełne spróchniałych z

ę

bów. Na 

czole widniało szerokie  ci

ę

cie, z którego tryskała krew. To na pewno straszne, 

ale b

ę

dzie jeszcze  straszniej. 

 
Lalla dopija kaw

ę

 i ły

Ŝ

eczk

ą

 wyskrobuje cukier z dna fili

Ŝ

anki. Maj, Dag  i Pu 

czekaj

ą

 w skupieniu i napi

ę

ciu. Byle nie przerywa

ć

 
- No i tak - mówi Lalla po starannie odmierzonej pauzie. - Zegarmistrz  
roztrzaskał zegar w drobny mak, kto wie, czy nie rozgniótł te

Ŝ

 tego  stworzenia, 

które tam mieszkało. Ale to tylko domysły, bo w jego li

ś

cie nie  było o tym ani 

słowa. W trakcie niszczenia zegara malutka kobieta  wrzeszczała i wyła, wydawała 
z siebie jakie

ś

 nieludzkie ryki, jak lis w  potrzasku albo co

ś

 w tym rodzaju. Na 

pró

Ŝ

no zegarmistrz usiłował j

ą

  pociesza

ć

. Tulił j

ą

 i głaskał, mówił do niej, 

mo

Ŝ

e si

ę

 nawet o

ś

wiadczył, a  ona bez przerwy krzyczała. Ogarni

ę

ty rozpacz

ą

zaklinał j

ą

 na swoje 

Ŝ

ycie,  płakał i błagał. Bo rzeczywi

ś

cie chodziło o 

Ŝ

ycie. 

Kobieta próbowała go  dosta

ć

, ale przecie

Ŝ

 była 

ś

lepa, wi

ę

c mógł si

ę

 broni

ć

Nagle mu si

ę

  wyrwała, sturlała z łó

Ŝ

ka na podłog

ę

 i ruszyła na czworakach. 

Przewrócił  si

ę

 stolik z lamp

ą

 naftow

ą

 i w k

ą

cie zacz

ę

ło si

ę

 pali

ć

, chocia

Ŝ

 

dokładnie  nie wiem, bo w li

ś

cie nic o tym nie było. Zegarmistrz rzucił si

ę

 za 

ni

ą

,  chwycił mocno i całował, a ona k

ą

sała jego wargi, tak, i walczyli 

zaciekle,  a

Ŝ

 trudno opowiedzie

ć

 o wszystkim, co si

ę

 tam działo. Wreszcie 

zegarmistrz  roztrzaskał kobiet

ę

 młotkiem, w taki sam sposób, w jaki roztrzaskał 

zegar.  Stracił panowanie nad sob

ą

. Szalał. Kiedy si

ę

 uspokoił, zakopał kobiet

ę

 

i  zegar w ogrodzie. Kilka dni pó

ź

niej przeprowadził si

ę

 z Borlange do  Andersa-

Pera, przy drodze do Solbacki, a po niecałym roku powiesił si

ę

 
Wokół 

Ŝ

ółtego koła lampy naftowej g

ę

stnieje mrok, o szklany klosz uderza  

ć

ma. Z 

przyległego pokoju słycha

ć

 Marianne. 

Ś

piewa a cappella jedn

ą

 z  "Songes" Jonasa 

Love Almqvista. 
 
 

background image

 

Ŝ

 za rozkosz, Bo

Ŝ

e, Panie, 

 
słysze

ć

 

ś

wi

ę

tego anioła niebia

ń

sk

ą

 pie

śń

 

Ŝ

 za błogo

ść

, Bo

Ŝ

e, Panie, 

 
umrze

ć

 przy wtórze tonów cnych. 

 
Łagodnie pły

ń

, o, duszo, rzek

ą

 
tajemn

ą

, rajsk

ą

 purpury rzek

ą

 
Łagodnie si

ę

 zanurz, o, duchu, 

 
w orze

ź

wiaj

ą

ce Boga obj

ę

cia. 

 
 
 
Dag cicho wstaje od stołu, wstawia do zlewu pust

ą

 szklank

ę

 po mleku i  znika; 

drzwi do jadalnego bezgło

ś

nie si

ę

 otwieraj

ą

 i zamykaj

ą

 
- Dagge kocha si

ę

 w Marianne - mówi Pu. 

 
- Co taki smarkacz jak Pu mo

Ŝ

e o tym wiedzie

ć

 - odpowiada Maj i szczypie  Pu w 

ucho. 
 
Pu jest zachwycony. 
 
- Wiem. Sam mi to powiedział. Chce 

ś

piewa

ć

 w operze, tak jak Marianne. 

 
- Nieładnie donosi

ć

 na brata. - Lalla wstaje i składa swój koszyk z  przyborami 

do szycia. - Pu powinien ju

Ŝ

 i

ść

 spa

ć

 
- Wolno mi siedzie

ć

 do wpół do dziesi

ą

tej. 

 
- Kto tak powiedział? 
 
- Babcia. 
 
- Co innego u babci, co innego tutaj. U Bergmanów obowi

ą

zuje godzina  dziewi

ą

ta. 

 
Pu z westchnieniem podnosi si

ę

 z krzesła i my

ś

li o jutrzejszym dniu. Du

Ŝ

o  si

ę

 

wydarzy w dzie

ń

 Przemienienia Pa

ń

skiego. O wschodzie sło

ń

ca wyprawa do  miejsca 

samobójstwa, 

Ŝ

eby si

ę

 przekona

ć

, czy uda mu si

ę

 spotka

ć

  zegarmistrza, a potem 

podró

Ŝ

 z ojcem do ko

ś

cioła w Granas. 

 
- Co ci jest, Pu, 

ź

le si

ę

 czujesz? 

 
- Co? - mówi Pu i rozdziawia usta. 
 
Maj patrzy na mał

ą

 posta

ć

 
- Zamknij buzi

ę

. Pytam, czy Pu nie czuje si

ę

 dobrze. 

 
- Dobrze - wzdycha Pu - ale tyle tego. 
 
- Chod

ź

, posłuchamy przez chwil

ę

 Marianne, a potem dopilnuj

ę

Ŝ

eby

ś

  poszedł do 

łó

Ŝ

ka. Nie stercz z rozdziawionymi ustami. Musisz pami

ę

ta

ć

 o  zamykaniu buzi. 

Głupio si

ę

 wygl

ą

da. 

 

background image

- Wiem. Tylko idioci si

ę

 rozdziawiaj

ą

 
- Dobranoc, Pu - mówi Lalla. - I nie zapominaj, 

Ŝ

e jeste

ś

 niedzielnym  

dzieckiem. 
 
- Tak. - Pu kiwa głow

ą

, przygn

ę

biony i wyró

Ŝ

niony. - Tak. 

 
- Dobranoc, Maj. Id

ę

 do siebie. 

 
- Dobranoc. panno Nilsson. 
 
- Dobranoc, Pu. 
 
- Dobranoc, Lalla. 
 
Lalla znika na kuchennych schodach prowadz

ą

cych do szeregowca z ciasn

ą

  cel

ą

Maj chwyta Pu za chudy kark i prowadzi przed sob

ą

 do jadalnego. 

 
Marianne 

ś

piewa. W mroku. Zgaszono lampy, tylko dwie 

ś

wiece na kredensie  

o

ś

wietlaj

ą

 pokój. Siedzi na stołku do pianina, lekko pochylona, z dło

ń

mi na  

podołku. Patrzy rozszerzonymi oczyma, 

ś

piewa 

Ŝ

ywym, barwnym głosem Ja te

Ŝ

  si

ę

 w 

niej kocham, my

ś

li ze smutkiem Pu. 

 
Matka siedzi przy stole. Głow

ę

 wsparła na dłoni, zamkn

ę

ła oczy. Pu  wzdycha: 

Najbardziej jestem zakochany w matce. Chciałbym czu

ć

 na sobie jej  oddech, ale 

nie mam odwagi do niej podej

ść

. Nie, najlepiej zostawi

ć

 j

ą

 w  spokoju. Pu siada 

przy drzwiach do holu na krze

ś

le z wysokim oparciem. Z  góry schodzi cichutko 

senna Mała. Z misiem Baloo w obj

ę

ciach. Pu łapie j

ą

 w  progu i sadza sobie na 

kolano. Mała nie protestuje, natychmiast wkłada  kciuk do buzi. Drgaj

ą

 długie 

rz

ę

sy, przytula si

ę

 mocno do Pu; przyjemnie  mu, 

Ŝ

e siedzi w mroku z siostr

ą

 w 

obj

ę

ciach. 

 
Ojciec odsun

ą

ł krzesło od stołu, okulary ma na czole, przesłania oczy  dłoni

ą

zdj

ą

ł lewy but, porusza si

ę

 w skarpecie du

Ŝ

y palec. Ciotka Emma 

ś

pi  w swoim 

wygodnym krze

ś

le, pod głow

ę

 podło

Ŝ

yła poduszk

ę

. Otwarte usta,  zakatarzony, 

niemal chrapliwy oddech. Smutne, nieruchome spojrzenie Marty.  Mimo 
utrzymuj

ą

cego si

ę

 wszechobecnego ciepła marznie. Czerwone policzki. Na  pewno ma 

gor

ą

czk

ę

 
 
 
III 
 
 
 
Dag i Pu zamieszkuj

ą

 pokój przypominaj

ą

cy wskutek braku planów  

architektonicznych straszliwie rozci

ą

gni

ę

t

ą

 garderob

ę

 o powierzchni mniej  

wi

ę

cej dwa metry na siedem. Sufit opada w kierunku okien, przy których mo

Ŝ

e  si

ę

 

wyprostowa

ć

 tylko kto

ś

, kto mierzy mniej ni

Ŝ

 sto trzy centymetry. Pod  dłu

Ŝ

sz

ą

 

ś

cian

ą

 stoj

ą

 jedno za drugim dwa liche 

Ŝ

elazne łó

Ŝ

ka o spr

ęŜ

ystych  spodach. 

Mi

ę

dzy oknami składany stolik. Dwa krzesła nie do pary i  rozchybotana szafa z 

lustrem dopełniaj

ą

 wyposa

Ŝ

enia. 

 
Pu 

ś

pi, a mo

Ŝ

e nie 

ś

pi. Dag czyta ksi

ąŜ

k

ę

 z czerwonymi okładkami,  

przypuszczalnie ogl

ą

da tylko fotografie. Na krze

ś

le stoi 

ś

wiecznik, daj

ą

c  

stonowane o

ś

wietlenie. Pu zerka. 

 
- Co czytasz? 
 
- Gówno ci

ę

 to obchodzi. 

 

background image

- Czy to ksi

ąŜ

ka z gołymi babami? 

 
- Sam zobacz. Ale to kosztuje pi

ęć

 ore. 

 
Pu natychmiast wyjmuje pi

ęć

 ore z kartonowego pudełka. Masz pi

ęć

 ore. 

 
Bracia wlepiaj

ą

 oczy w czerwon

ą

 ksi

ąŜ

k

ę

. Nosi tytuł "Nackte Schonheit".  Dag, 

który od dwóch lat uczy si

ę

 niemieckiego, wie, co to znaczy. Na  zdj

ę

ciach 

pozuj

ą

 panowie i panie, biegaj

ą

, skacz

ą

, gimnastykuj

ą

 si

ę

, pij

ą

  kaw

ę

ś

piewaj

ą

 

przy obozowym ognisku. Wszyscy nadzy. Dag pokazuje: Ta ma na  myszce niezł

ą

 

peruk

ę

, widziałe

ś

 co

ś

 takiego? Zdj

ę

cie przedstawia chud

ą

  kobiet

ę

, która 

zamierza zrobi

ć

 mostek. Ustawiona jest pod ostre 

ś

wiatło. Pu  bardziej si

ę

 

podoba dosy

ć

 kr

ą

gła dziewczyna, która biegnie prosto na  aparat. 

 
- Jest podobna do Marianne. 
 
- Id

ź

 do diabła, wcale nie jest. 

 
- Ta jest dobra - mówi Pu i zaczynaj

ą

 go pali

ć

 policzki. - Ta jest  naprawd

ę

 

dobra. Mo

Ŝ

na byłoby j

ą

 ugry

źć

 
- Jeste

ś

 głupi. - Dag zamyka ksi

ąŜ

k

ę

. - Nie powiniene

ś

 ogl

ą

da

ć

 takich  zdj

ęć

. To 

dla ciebie niezdrowe. 

Ś

pimy. 

 
- Od kogo dostałe

ś

 ksi

ąŜ

k

ę

 
- Nie dostałem, tylko kupiłem, idioto. 
 
- Od kogo? 
 
- Oczywi

ś

cie od wuja Carla. Zapłaciłem koron

ę

 pi

ęć

dziesi

ą

t. Wuj nigdy nie  ma 

pieni

ę

dzy. Gdyby mógł, sprzedałby babci

ę

 
- My

ś

lisz, 

Ŝ

e wzi

ę

łoby si

ę

 par

ę

 groszy za ciotk

ę

 Emm

ę

 

ś

eby si

ę

 tej baby pozby

ć

, trzeba płaci

ć

. Ale Lalla pewnie by co

ś

  dorzuciła. 

 
Kilka minut ciszy. Ciemno

ść

 
- Dagge? 
 
- Zamknij si

ę

ś

pi

ę

 
- My

ś

lisz, 

Ŝ

e Maj pieprzy si

ę

 z Johanem Berglundem? 

 
- Zamknij si

ę

. Ona si

ę

 pieprzy z naszym starym. Chyba wiesz, idioto. 

 
- Ze starym? 
 
- Nie chce mi si

ę

 gada

ć

. Zamknij si

ę

 
- A Marianne? Czy to nie Marianne pieprzy si

ę

 ze starym? 

 
- Ona te

Ŝ

. Wiesz przecie

Ŝ

Ŝ

e ojciec ma pierdolca na punkcie pieprzenia.  Włazi 

na wszystkie baby oprócz Lalli i ciotki Emmy. 
 
- Babci

ę

 te

Ŝ

 pieprzy? 

 
- No jasne, ale tylko na Bo

Ŝ

e Narodzenie i Wielkanoc. Zamknij si

ę

  wreszcie. 

 

background image

Łó

Ŝ

ko Daga cicho i rytmicznie poskrzypuje. Pu chce co

ś

 powiedzie

ć

, ale  daje 

sobie spokój. Nie bardzo wie, czym si

ę

 teraz brat zajmuje, przeczuwa  jednak, 

Ŝ

to co

ś

 absolutnie niedozwolonego. 

 
- Dagge? 
 
- Zamknij si

ę

, do cholery. 

 
- My

ś

lisz, 

Ŝ

e stary i stara pieprz

ą

 si

ę

 w tej chwili? 

 
 - Chcesz oberwa

ć

 
Chwila ciszy. Miarowe skrzypienie łó

Ŝ

ka nasila si

ę

 
- Dagge? 
 
- O! 
 
- Co robisz? 
 

ś

adnej odpowiedzi. Łó

Ŝ

ko uspokaja si

ę

 
- Dagge? 

Ś

pisz? 

 

ś

adnej odpowiedzi. Z braku kompana do rozmowy Pu niemal od razu zasypia.  

Niespokojni mieszka

ń

cy dahlberskiego przybytku 

ś

pi

ą

 
 
 
*** 
 
 
 
Znad skały nadci

ą

ga nocny wiatr, szumi w sosnach, sercówce i li

ś

ciach  

rabarbaru. Na rozgrzan

ą

 pap

ę

 si

ą

pi chwilowy deszczyk. 

 
Skrzypi

ą

 schody i w drzwiach staje ciotka Emma. Wystrojona w długi  szlafrok. Na 

głowie szydełkowa czapeczka, włosy splecione w ciasny szary  w

ę

zeł. Wej

ś

cie na 

schody bardzo j

ą

 zm

ę

czyło. Oddycha ci

ęŜ

ko. 

 
- Chłopcy 

ś

pi

ą

 
Mruczenie, senne mamrotanie. 
 
- Musz

ę

 prosi

ć

 którego

ś

 z was, 

Ŝ

eby mi pomógł. 

 
- Co? 
 
- Musz

ę

 pój

ść

 do wychodka. 

 
- Co? 
 
- Musz

ę

 natychmiast do wychodka. Kto

ś

 musi ze mn

ą

 pój

ść

, wzi

ąć

 lamp

ę

 i  

podtrzyma

ć

 mnie. Nie mog

ę

 i

ść

 sama, bo si

ę

 przewróc

ę

 
- A nie mo

Ŝ

e ciocia Emma zrobi

ć

 do wiadra? 

 
- Nie, bo to chodzi o co

ś

 powa

Ŝ

niejszego, rozumie Dag. 

 
- A nie mo

Ŝ

e ciocia zaczeka

ć

 do rana? Maj albo Marta mogłyby wtedy pomóc. 

 

background image

- Nie wytrzymam, rozumie Dag. Wczoraj wieczorem zjadłam pół pudełka fig.  
Okropnie boli mnie brzuch, i wzdyma. 
 
- Mog

ę

 cioci pomóc - uprzejmie zgadza si

ę

 Pu. 

 
Wstaje z łó

Ŝ

ka i wsuwa stopy w sandały. Dag odwraca si

ę

 do 

ś

ciany. 

 
- Punio jest bardzo miły dla starej ciotki. I dostanie koron

ę

 za fatyg

ę

 
- No, je

ś

li ciocia absolutnie musi, to nie ma sprawy - odzywa si

ę

 Dag i  siada 

na łó

Ŝ

ku. 

 
- Nie, dzi

ę

kuj

ę

Ś

pij dalej. Ciocia Emma nie b

ę

dzie sprawia

ć

 kłopotu. 

 
I procesja rusza. Pu idzie pierwszy, w lewym r

ę

ku niesie star

ą

 lamp

ę

  stajenn

ą

praw

ą

 

ś

ciska mał

ą

 tłust

ą

 dło

ń

 ciotki Emmy. Ciotka porusza si

ę

  ostro

Ŝ

nie, wolno 

stawia jedn

ą

 nog

ę

 przed drug

ą

, dyszy z wysiłku i bolesnych  dolegliwo

ś

ci. Od 

czasu do czasu przystaje, na ramiona zarzuciła koc.  Jeszcze m

Ŝ

y, a z 

trawiastego zbocza i kamienistej 

ś

cie

Ŝ

ki odparowuje  słoneczne ciepło. 

 
Wreszcie docieraj

ą

 do celu. Lampa na jednej z desek wychodka. Starsza  pani, 

poj

ę

kuj

ą

c, wbija si

ę

 w najwi

ę

kszy otwór. Pu siedzi na schodkach i  drapie si

ę

 

tam, gdzie uk

ą

sił go komar. Drzwi s

ą

 na wszelki wypadek otwarte.  W gigantycznym 

brzuchu ciotki Emmy dudni i bulgoce. W nocnej ciszy grzmi

ą

  głuche, cuchn

ą

ce 

pierdni

ę

cia. Za szczupłymi plecami Pu słycha

ć

 post

ę

kiwania  i j

ę

ki. A potem 

ci

ęŜ

kie pluski i gło

ś

ny szum. Szczy jak ko

ń

, my

ś

li Pu.  Dyskretnie zaciska nos 

kciukiem i palcem wskazuj

ą

cym, 

Ŝ

eby ciotka tego nie  zauwa

Ŝ

yła i nie poczuła si

ę

 

za

Ŝ

enowana. Zalega cisza. 

 
- Czy ciocia Emma sko

ń

czyła? 

 
- Nie. Nie poganiaj mnie. 
 
- Je

ś

li ciocia chce, mo

Ŝ

emy tu siedzie

ć

 cał

ą

 noc. 

 
- Jeste

ś

 bardzo miłym chłopcem, Puniu. 

 
- Czy bardzo cioci

ę

 boli brzuch? 

 
- Bo ja wiem? Chyba tak. Nie, nie wiem, Puniu. Tak mi przykro. Całej  cioci 
Emmie jest przykro. Nigdy nie mog

ę

 si

ę

 połapa

ć

 z tymi obstrukcjami i  

biegunkami. Czasem wydaje mi si

ę

Ŝ

e wszystko ze mnie wyleci, kiszki,  

Ŝ

ą

dek, 

dusza, i umr

ę

. My

ś

l

ę

 o jedzeniu, które w siebie ładuj

ę

, przysi

ę

gam  sobie, 

Ŝ

b

ę

d

ę

 uwa

Ŝ

a

ć

 i nie tkn

ę

 ju

Ŝ

 tego, co 

ź

le znosz

ę

, ale nast

ę

pnego  dnia nie 

dotrzymuj

ę

 przysi

ę

gi i znów si

ę

 zaczyna. Oj. Oj. Och. Oj. Chyba  umr

ę

 
Przytłumione d

ź

wi

ę

ki tr

ą

bki i głuche odgłosy b

ę

benka. Ogromna posta

ć

  kołysze 

si

ę

, kurczy i prostuje w sk

ą

pym migotliwym 

ś

wietle stajennej lampy;  dyndaj

ą

 

tłuste nogi, łokcie przywieraj

ą

 do boków. Oj. Oj. 

 
- No tak, a teraz naturalnie krwawienie. Okropne hemoroidy, 

Ŝ

e te

Ŝ

 nigdy  si

ę

 

nie goj

ą

. Ciocia musi zatamowa

ć

 krew swoj

ą

 nocn

ą

 czapeczk

ą

. Dlaczego  Bergmanów 

nie sta

ć

 na papier toaletowy? Dlaczego pastor u

Ŝ

ywa gazet?  Ch

ę

tnie bym 

zapłaciła. Aj, znów si

ę

 zaczyna, a ja... 

 
Sapanie milknie, Pu ju

Ŝ

 nie słyszy oddechu ciotki. Odwraca si

ę

. A je

ś

li  ciotka 

Emma umarła i gapi si

ę

 na niego rozszerzonymi, martwymi oczami?  Byłoby si

ę

 

czego ba

ć

. Ale ciotka nie umarła. Starsza pani ukryła twarz w  dłoniach. Siedzi 

wyprostowana, koszula nocna zadarta na pot

ęŜ

nych udach,  włosy w nieładzie, bo 

ś

ci

ą

gn

ę

ła czapeczk

ę

, r

ę

ce na twarzy, ciche kołysanie.  Mo

Ŝ

e płacze? 

 

background image

- Czy cioci Emmie jest smutno? 
 
- Tak. 
 
- Dlaczego? 
 
- To piekło, Puniu. 
 
- Co? 
 
- Tak, piekło. 
 
Odsłania twarz i teraz Pu widzi na zwiotczałych policzkach ciotki Emmy  
połyskuj

ą

ce stru

Ŝ

ki łez. Ciotka spuszcza głow

ę

 i przebiera palcami po  stajennej 

lampie. Cie

ń

 na 

ś

cianie ogromnieje. I mówi jakim

ś

 szczególnym  głosem: 

 
- Staro

ść

 to piekło, rozumie Punio. A kiedy człowiek umiera, to te

Ŝ

 wcale  nie 

jest zabawne. Wszyscy odczuj

ą

 ulg

ę

, dostan

ą

 w spadku par

ę

 groszy i  troch

ę

 

mebli. Jak to dobrze, 

Ŝ

e ta baba wreszcie wykitowała. Nigdy o nikogo  si

ę

 nie 

troszczyła. I została sama! I zajadła si

ę

 na 

ś

mier

ć

, tak, to  prawda. Nie da si

ę

 

zaprzeczy

ć

Ŝ

e warzyła przepyszne wigilijne piwo. 

 
Ciotka Emma szele

ś

ci gazet

ą

, kładzie czapeczk

ę

 w jakim

ś

 stosownym  miejscu, 

podci

ą

ga długie ró

Ŝ

owe kalesony i opuszcza nocn

ą

 koszul

ę

. Pu  pomaga jej zej

ść

 z 

dwóch schodków. Dło

ń

 ciotki jest zimna i wilgotna.  Ciotka nieporadnym ruchem 

głaszcze Pu po głowie. Nad gór

ą

 i wst

ę

g

ą

 lasu  wisi brzask. 

 
 
 
*** 
 
 
 
Pu 

ś

pi snem skonanego. Mo

Ŝ

e mu si

ę

 

ś

ni, 

Ŝ

e lata albo jest malutki i le

Ŝ

y  goły 

na brzuchu Maj, albo posiadł moc zabijania. Najpierw zabije brata,  potem 
przyjdzie kolej na ojca. Ojciec b

ę

dzie go błagał, płakał i krzyczał  ze strachu. 

Ś

mier

ć

 b

ę

dzie jednak nieuchronna, konieczna. Król rozkazał Pu  zabi

ć

 ojca, wi

ę

nie ma o czym dyskutowa

ć

 
Kto

ś

 powiedział, 

Ŝ

e "l

ę

k urzeczywistnia przedmiot l

ę

ku". Ta słuszna  maksyma 

dotyczy tak

Ŝ

e małych dzieci, na przykład takich jak Pu. Od ubiegłej  zimy Pu 

n

ę

ka niepokój, 

Ŝ

e ojciec i matka nie chc

ą

 ju

Ŝ

 by

ć

 ze sob

ą

. Raz stał  si

ę

 

mimowolnym 

ś

wiadkiem r

ę

koczynów mi

ę

dzy rodzicami. Gdy si

ę

 zorientowali,  

Ŝ

e s

ą

 

obserwowani, natychmiast przestali si

ę

 bi

ć

 i zaj

ę

li si

ę

 Pu, który nie  potrafił 

pohamowa

ć

 łez. Łez strachu. Ojciec miał zadrapany policzek, matka  zmierzwione 

włosy, dr

Ŝą

ce wargi, pociemniałe oczy i czerwony nos.  Wyja

ś

niali mu porywczo, 

Ŝ

e doro

ś

li mog

ą

 si

ę

 na siebie w

ś

cieka

ć

 jak byle  dziecko. Ale to ich wyja

ś

nianie 

nie na wiele si

ę

 zdało. Pu si

ę

 przel

ą

kł,  cho

ć

 nie od razu. Strach narastał w 

nim stopniowo. I od tamtej pory zacz

ą

ł  si

ę

 rodzicom baczniej przygl

ą

da

ć

Widział, 

Ŝ

e czasem ich twarze przybierały  szczególny wygl

ą

d i szczególne mieli 

głosy. Ojciec bladł, bielały mu oczy i  ledwie dostrzegalnie ruszał głow

ą

. Matka 

pachniała dziwnie metalicznie, jej  ciepły głos chropowaciał, jakby brakowało 
jej powietrza. Pu podzielił si

ę

  tym z bratem, ale Dag popatrzył na niego 

szyderczo i roze

ś

miał si

ę

: Mam  tych pa

ń

stwa w dupie. Dla mnie mog

ą

 sobie i

ść

 do 

diabła. Najwa

Ŝ

niejsze,  

Ŝ

eby mi dali spokój i 

Ŝ

eby ten pieprzony cham, który 

twierdzi, 

Ŝ

e jest moim  ojcem, przestał mnie bi

ć

 trzepaczk

ą

. Pu milczal. Problem 

pozostał. 
 
Teraz budzi si

ę

 z gł

ę

bokiego snu. Ma takie wra

Ŝ

enie, jakby oberwał w  przepon

ę

jest zdezorientowany, nie kojarzy, w której si

ę

 znalazł  rzeczywisto

ś

ci: w 

swojej, tej oswojonej i dobrze kontrolowanej, która mimo  istniej

ą

cych w niej 

background image

przedziwnych obrazów i postaci, jest jego własna, łatwo  rozpoznawalna, czy w 
tej drugiej, nowej i budz

ą

cej strach, która zacz

ę

ła  okupowa

ć

 jego my

ś

li i 

uczucia. Sekund

ę

 po przebudzeniu wie, co go wyrwało  ze snu. Z pokoju matki 

dobiegaj

ą

 głosy: niskie, czasem szepcz

ą

ce. Rodzice  pochłoni

ę

ci s

ą

 jak

ąś

 

rozmow

ą

, nie poznaje ich głosów, 

ś

ci

ś

le rzecz bior

ą

c,  przywołuj

ą

 w nim pami

ęć

 o 

nagłym strachu. Co teraz, do cholery? Co znacz

ą

  te 

ś

ciszone, 

ś

lizgaj

ą

ce si

ę

obce tony w 

ś

rodku nocy? Pu szcz

ę

ka z

ę

bami,  psiakrew, musz

ę

 posłucha

ć

, musz

ę

 

posłucha

ć

 pod drzwiami, 

Ŝ

ebym zrozumiał, o  czym mówi

ą

. Wstaje, stawia bose 

stopy na linoleum. Jest zimne. Dygoce, mimo  

Ŝ

e ciepło nie opu

ś

ciło tego 

kichowatego pokoju. 
 
Drzwi do pokoju matki s

ą

 na wpół otwarte. Zajmuje dogodn

ą

 pozycj

ę

 na  korytarzu: 

mo

Ŝ

e patrze

ć

 z ukrycia. Matka siedzi na łó

Ŝ

ku, r

ę

ce obejmuj

ą

  kolana, nocna 

koszula ze

ś

lizn

ę

ła si

ę

 z kr

ą

głego ramienia. Nie zaplotła na  noc warkocza, 

ci

ęŜ

kie ciemne włosy opadaj

ą

 na barki, w mieni

ą

cym si

ę

  

ś

wietle brzasku jej 

twarz wydaje si

ę

 blada. Girlandy kwiatów na roletach,  ciepłe zielone 

ś

ciany. 

Chi

ń

ski parawan przy umywalce, pejza

Ŝ

e (akwarele  wuja Ernsta), słoneczno

Ŝ

ólty 

szmaciak na podłodze, wszystko jest szare,  zmienia si

ę

, wolno, powoli. Ojciec 

siedzi na białym krze

ś

le z wysokim  oparciem. Ma krótk

ą

 nocn

ą

 koszul

ę

 z 

czerwonymi lamówkami, jest bosy, dłonie  splecione. Pu my

ś

li, 

Ŝ

e si

ę

 w niego 

wpatruje, ale oczy ojca nie widz

ą

,  ojciec przypuszczalnie nie widzi nic prócz 

własnej zgryzoty. Mimo  anemicznego 

ś

wiatła obraz rodziców jest wyrazisty. 

Dobrze go pami

ę

tam. Mog

ę

  go przywoła

ć

, kiedy tylko zechc

ę

, odtworzy

ć

 napawaj

ą

cy 

strachem dystans i  bezruch. W tym momencie 

ś

wiat, nad którym Pu tak dobrze 

panował, gdzie  nawet duchy miały swoje miejsce, odebrał cios 

ś

miertelny. 

Rozsypał si

ę

,  rozpadł, nic po nim nie zostało. Zdetronizowany król musiał 

opu

ś

ci

ć

 swój  pałac, by jako najmniejszy i najn

ę

dzniejszy ze wszystkich małych i 

n

ę

dznych  penetrowa

ć

 utracon

ą

 krain

ę

, która ku jego przera

Ŝ

eniu nie miała 

granic.  Tam, na łó

Ŝ

ku, siedziała matka, obejmuj

ą

c r

ę

kami kolana, tam, na 

krze

ś

le z  wysokim oparciem siedział, splataj

ą

c dłonie, ojciec i patrzył 

nieruchomo w  jaki

ś

 punkt za lewym uchem Pu. Nie pami

ę

tam, jakie padły słowa, 

pami

ę

tam  obraz i chłód podłogi, wydaje mi si

ę

Ŝ

e pami

ę

tam ton głosu i ładny 

zapach  matczynych kwiatów i mydła. Ale słów nie pami

ę

tam, wymy

ś

liłem je,  

domy

ś

liłem, zrekonstruowałem sze

ść

dziesi

ą

t cztery lata pó

ź

niej. 

 
- To upokarzaj

ą

ce - mówi ojciec i gł

ę

boko wzdycha. 

 
- Przecie

Ŝ

 powiedziałam, 

Ŝ

e nie musisz przyje

Ŝ

d

Ŝ

a

ć

 
- Musiałem przyjecha

ć

 z bardzo prostej przyczyny. T

ę

skni

ę

 za tob

ą

 i za  dzie

ć

mi, 

nie chc

ę

 by

ć

 sam. Mam dosy

ć

 samotno

ś

ci. 

 
- Nie mógłby

ś

 by

ć

 troch

ę

 przyjemniejszy, Eriku? Chyba widzisz, jak si

ę

  

cieszymy, 

Ŝ

e tu jeste

ś

. A mo

Ŝ

e tego nie widzisz? 

 
-Tak, wyobra

Ŝ

am sobie... ale to takie upokarzaj

ą

ce. Wparadowuje tu twoja  matka, 

wlek

ą

c z sob

ą

 tego pajaca Carla i nawet nie spyta, czy wolno. 

 
- Jeste

ś

 niesprawiedliwy. Mama zadała sobie tyle trudu, 

Ŝ

eby do nas  przyj

ść

 

wył

ą

cznie po to, 

Ŝ

eby ci

ę

 przywita

ć

 
- Przyszła, 

Ŝ

eby mnie zawstydzi

ć

, znam t

ę

 niegodziw

ą

 kobiet

ę

. Jaki to dla  niej 

triumf, 

Ŝ

e mieszkamy w tej szkaradnej ruderze w szkaradnej okolicy.  Wbrew mojej 

woli. Wbrew mojej wyra

ź

nej woli. 

 
- Nie s

ą

dziłam, 

Ŝ

e sługa bo

Ŝ

y mo

Ŝ

e nosi

ć

 tak wielk

ą

 nienawi

ść

 w sercu. 

 
- Nie wybaczam tym, którzy chc

ą

 mnie zniszczy

ć

 
- To straszne, co mówisz 
 

background image

- Ach, tak, straszne? 
 
- Straszne. Przypominasz swoj

ą

 nieszcz

ę

sn

ą

 mam

ę

. Mówisz jak maniak. 

 
- Nie mog

ę

 wybaczy

ć

 komu

ś

, kto nienawidzi mnie tylko dlatego, 

Ŝ

e  istniej

ę

 
- Mówisz dokładnie tak jak Alma! 
 
- My nie byli

ś

my tacy wytworni. Otó

Ŝ

 to. Nie byli

ś

my tacy wytworni.  Oczywi

ś

cie. 

 
- Powiniene

ś

 si

ę

 usłysze

ć

 

 
- A ty powinna

ś

 siebie usłysze

ć

, kiedy mówisz "nieszcz

ę

sna mama". 

 
- Czym my si

ę

 wła

ś

ciwie zajmujemy. 

 
- Nie mogli

ś

my chodzi

ć

 do teatru ani wybra

ć

 si

ę

 do Włoch czy Mosseberga,  nie 

sta

ć

 nas było na kupno najnowszych powie

ś

ci. 

 
- Nie masz w tej sprawie nic do powiedzenia. Korzystałe

ś

 z moich  pieni

ę

dzy w 

takim samym stopniu, co ja i dzieci. 
 
- Tak. 
 
- I nie mów w ten sposób. 
 
- Tak. 
 
- To straszne, kiedy si

ę

 tak zachowujesz. 

 
- Mo

Ŝ

liwe. Ale to nie ja chciałem mieszka

ć

 na Villagatan, w tym drogim  

mieszkaniu. Na Skeppargatan było nam dobrze. 
 
- Bez sło

ń

ca. I dzieci chorowały. 

 
- Powtarzasz to. 
 
- Doktor Furstenberg powiedział. . . 
 
- Wiem, co powiedział doktor Furstenberg. 
 
Matka chce si

ę

 odezwa

ć

, milczy jednak. Ogryza paznokie

ć

. Jest w

ś

ciekła.  Milczy 

i zbiera siły. Pu widzi, 

Ŝ

e ojciec si

ę

 poddał, patrzy na 

Ŝ

on

ę

 z boku  i staje 

przy białym biurku. Jego sylwetka odcina si

ę

 wyra

ź

nie na tle  jasnego prostok

ą

ta 

rolety. Cisza p

ę

cznieje, staje si

ę

 coraz bardziej  przera

Ŝ

aj

ą

ca. Teraz ojciec ma 

głos:  
 
- Nic nie mówisz? 
 
- Uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e powinnam co

ś

 powiedzie

ć

 
- Mo

Ŝ

esz chyba powiedzie

ć

, co my

ś

lisz. 

 
Ojciec si

ę

 boi, to wida

ć

 
- Wi

ę

c s

ą

dzisz, 

Ŝ

e mog

ę

 powiedzie

ć

, co my

ś

l

ę

 - mówi wolno matka. 

 
Ojciec milczy i matka milczy. Kiedy matka si

ę

 po chwili odzywa, jej głos  jest 

spokojny jak wiruj

ą

ce płatki 

ś

niegu. Pu kurczy si

ę

 

Ŝ

ą

dek i łzy cisn

ą

  si

ę

 do 

oczu, cho

ć

 wcale nie chce płaka

ć

. I nie chce słysze

ć

, co matka ma do  

background image

powiedzenia, ale nie mo

Ŝ

e si

ę

 ruszy

ć

, stopy odmawiaj

ą

 posłusze

ń

stwa, musi  wi

ę

zosta

ć

 i słucha

ć

 
Matka mówi, zerkaj

ą

c na odgryzion

ą

 skórk

ę

 na palcu wskazuj

ą

cym; troch

ę

  krwawi. 

 
- Chcesz wiedzie

ć

, co ja my

ś

l

ę

? Tak, od roku cz

ę

sto si

ę

 nad czym

ś

  

zastanawiałam. A je

ś

li mam by

ć

 dokładna, odk

ą

d urodziła si

ę

 Mała. 

 
- Mo

Ŝ

e nie chc

ę

 wiedzie

ć

 - mówi ojciec słabym głosem. 

 
- Ale teraz ja chc

ę

Ŝ

eby

ś

 wiedział, i ju

Ŝ

 mnie nie powstrzymasz. 

 
- Chyba sobie pójd

ę

 
- Oczywi

ś

cie, nie kr

ę

puj si

ę

. Byłoby jednak dobrze, gdyby

ś

my cho

ć

 raz  

porozmawiali szczerze. 

ś

eby

ś

my raz na zawsze wiedzieli, na czym stoimy. 

 
Matka patrzy na ojca i lekko si

ę

 u

ś

miecha. 

 
- Długo my

ś

lałam o tym, 

Ŝ

eby zabra

ć

 dzieci i na jaki

ś

 czas ci

ę

 opu

ś

ci

ć

 
Cisza. Posta

ć

 przy oknie tkwi bez ruchu. Matka odwraca głow

ę

 i patrzy na  ojca. 

 
- Chc

ę

 si

ę

 przeprowadzi

ć

 do Uppsali, w kamienicy rodzinnej jest wolne  

pi

ę

ciopokojowe mieszkanie, na ostatnim pi

ę

trze. Mog

ę

 je tanio wynaj

ąć

. Od  

podwórza, słoneczne i ciche, 

ś

wie

Ŝ

o po remoncie, z łazienk

ą

 i wszelkimi  

wygodami. Dag i Pu b

ę

d

ą

 mieli blisko do szkoły, tylko przej

ść

 przez ulic

ę

.  A 

Maj ch

ę

tnie zaopiekuje si

ę

 Mał

ą

. Zamierzam te

Ŝ

 podj

ąć

 prac

ę

. Napisałam  ju

Ŝ

 do 

siostry Elisabeth. Jestem tam mile widziana. Poza tym b

ę

d

ę

 bli

Ŝ

ej  brata Ernsta 

i mamy, i moich najlepszych przyjaciół. Bez pytania. . . bez  twojego. . . bez 
tej. . . zazdro

ś

ci. . . b

ę

d

ę

 troch

ę

 wolniejsza. . . b

ę

d

ę

.  . . wolniejsza. . . 

 
W brzozie za rolet

ą

 rozskrzeczały si

ę

 poranne sroki, lekko wieje, roleta  

wybrzusza si

ę

. Ojciec opu

ś

cił głow

ę

 i rysuje co

ś

 palcem po bibule na  podkładce 

do pisania. Pu stoi skamieniały, sparali

Ŝ

owany 

ś

miertelnym  przera

Ŝ

eniem. 

 
- A wi

ę

c mamy si

ę

 rozwie

ść

 
- Tego nie powiedziałam. 
 
- Chcesz, 

Ŝ

eby

ś

my si

ę

 rozwiedli, i zamierzasz mnie opu

ś

ci

ć

 
- Uspokój si

ę

, Eriku, i spróbuj posłucha

ć

, co... 

 
- Odejdziesz i zabierzesz dzieci. 
 
- Nigdy nie mówiłam o rozwodzie. 
 
- Czy to Torsten naszpikował ci

ę

 tymi pomysłami? 

 
- Nie, nie Torsten. 
 
- Ale z nim rozmawiała

ś

 
- Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e rozmawiałam. 

 
- Rozmawiała

ś

 o nas z obcymi. 

 
- On jest naszym najlepszym przyjacielem, Eriku! I dobrze nam 

Ŝ

yczy. 

 

background image

-Tak jak twoja mama i naturalnie Ernst, twój szanowny brat, i siostra  
Elisabeth! A z kim nie rozmawiała

ś

? Wstyd mi, naprawd

ę

 wstyd. Rozmawiasz ze  

wszystkimi oprócz mnie. S

ą

dz

ę

Ŝ

e ch

ę

tniej słuchasz obcych ni

Ŝ

 mnie. 

 
Gorzka rozterka. Pu wci

ąŜ

 nie mo

Ŝ

e si

ę

 ruszy

ć

, a najbardziej ze  wszystkiego 

obawia si

ę

 ko

ń

ca bez łaski, kary bez wybaczenia, ci

ś

ni

ę

ty w  mrok wyl

ą

duje 

po

ś

ród ostrych kamieni i nikt go nie b

ę

dzie szukał, nikt go  nie d

ź

wignie z 

ciemno

ś

ci. 

 
- Teraz przynajmniej ju

Ŝ

 wiesz, czego ja chc

ę

 - mówi matka po długim  milczeniu. 

- Pytałe

ś

 i wiesz. 

 
- A gdybym nie zapytał? 
 
- Nie wiem, Eriku. Czekałam na okazj

ę

, ale byłam niepewna. 

 
- Ale, jak rozumiem, teraz jeste

ś

 pewna. 

 
- Usi

ą

d

ź

 na łó

Ŝ

ku, mój drogi. Jeste

ś

 tak daleko, a musimy si

ę

 przecie

Ŝ

  jako

ś

 z 

tego wykaraska

ć

. Wspólnie. Nie chciałabym ci

ę

 rani

ć

 
- Ach, tak, nie chciałaby

ś

 
W głosie pastora jest wi

ę

cej smutku ni

Ŝ

 ironii. Siada ci

ęŜ

ko w nogach  łó

Ŝ

ka, 

daleko od 

Ŝ

ony. 

ś

ona usiłuje dotkn

ąć

 przegubu jego dłoni. Nic z  tego. 

 
- To takie trudne, Eriku. Nie chciałabym ci

ę

 rani

ć

 
- Ju

Ŝ

 to powiedziała

ś

 
- Ile razy tu przyje

Ŝ

d

Ŝ

asz, zawsze stajesz si

ę

 niespokojny i  niecierpliwy. A w 

domu mamy mnóstwo pracy. Martwisz si

ę

 kazaniami, brakuje  nam czasu na wspólne 

wyjazdy, a je

ś

li nawet gdzie

ś

 wyje

Ŝ

d

Ŝ

amy, jeste

ś

  skwaszony, 

Ŝ

e musi si

ę

 to 

odbywa

ć

 na mój koszt. Poza tym moje zaj

ę

cia  parafialne, prowadzenie domu, 

opieka nad dzie

ć

mi ogromnie mnie czasem  m

ę

cz

ą

 
Ojciec zbli

Ŝ

a dło

ń

 ku twarzy i poci

ą

ga nosem. Niewprawnie i okropnie.  Matka 

kl

ę

ka, by pogładzi

ć

 go po policzku, ale on si

ę

 odsuwa i wstaje. 

 
- Wychodzisz? 
 
- Przejd

ę

 si

ę

. Dobrze mi to zrobi. 

 
- Teraz, w 

ś

rodku nocy? 

 
- Tak, wła

ś

nie teraz. 

 
- Pójd

ę

 z tob

ą

 
Matka wstaje, zbiera rozpuszczone włosy. Mała bosa stopa wysokim podbiciu  i 
okr

ą

głych palcach: id

ę

 z tob

ą

 
- Nie, dzi

ę

kuj

ę

, Karin. Chc

ę

 by

ć

 sam. 

 
- Nie mo

Ŝ

esz tak wyj

ść

 
- Nie b

ę

dziesz mi mówi

ć

, co mi wolno, a czego nie wolno. 

 
- Nie id

ź

. To najgorsze, co mo

Ŝ

esz zrobi

ć

 

background image

Ojciec ruszył ju

Ŝ

 ku drzwiom, ale teraz si

ę

 zatrzymuje i odwraca. Mówi z  

niezm

ą

conym spokojem. 

 
- Jedno sobie zapami

ę

taj, Karin. Po raz ostatni grozisz mi zabraniem  dzieci i 

wyprowadzk

ą

. Po raz ostatni! Ty i twoja matka. Dosy

ć

 ju

Ŝ

  upokorze

ń

 
- To nie gro

ź

ba. 

 
- Tym gorzej. Wobec tego wiemy, czego si

ę

 trzyma

ć

 
- Chyba tak. 
 
- Zawsze wła

ś

ciwie byłem sam. Teraz b

ę

d

ę

 naprawd

ę

 sam. 

 
I ojciec idzie, a Pu bezszelestnie daje nura za drzwi pokoju dziecinnego.  
Trzeszcz

ą

 schody, na krze

ś

le obok garderoby le

Ŝą

 ojcowe ubrania. Pu  zastanawia 

si

ę

, czy nie pój

ść

 do matki po pociech

ę

. Mógłby na przykład  powiedzie

ć

Ŝ

e nie 

mo

Ŝ

e usn

ąć

, bo boli go brzuch, je

ś

li matka b

ę

dzie w  nastroju, zawsze co

ś

 zyska. 

Jaki

ś

 glos mu jednak mówi, 

Ŝ

e w tej wła

ś

nie  chwili nie ma raczej co liczy

ć

 na 

słowa otuchy. Zerka na ni

ą

 ukradkiem.  Siedzi wyprostowana na łó

Ŝ

ku, bosa stopa 

na podłodze, łka bez łez, przesuwa  dło

ń

 po policzku i czole, jakby chciała 

zdj

ąć

 niewidzialn

ą

 paj

ę

czyn

ę

.  Chlip, chlip, wci

ą

ga powietrze: tak, jest ci

ęŜ

ko. 

 
Nagle zaczynaj

ą

 pia

ć

 na wy

ś

cigi wioskowe koguty, jeden rezyduje u  Berglundów, 

drugi u ogrodnika Tornqvista. 
 
Pu dług

ą

 chwil

ę

 si

ę

 zastanawia, w ko

ń

cu podejmuje decyzj

ę

. Tak, tak  zrobi. 

Wła

ś

nie tak. Nie ma sensu i

ść

 do ló

Ŝ

ka, naci

ą

gn

ąć

 kołdr

ę

 na głow

ę

 i  udawa

ć

Ŝ

nic si

ę

 nie stało, teraz, kiedy znany mu 

ś

wiat run

ą

ł z hukiem na  jego oczach. I 

uszach. Cicho wchodzi do pokoju dziecinnego i szybko si

ę

  ubiera: sprana 

koszula, obci

ę

te kalesony, krótkie spodenki i sweter,  sandały w r

ę

k

ę

. Przemkn

ąć

 

po schodach, unikaj

ą

c skrzypi

ą

cych stopni. W  brzuchu harcuje zm

ę

czenie i 

podniecenie, w

ą

ą

 klatk

ę

 piersiow

ą

 

ś

ciska  przera

Ŝ

enie, ale nie płacze, nie 

mo

Ŝ

na płaka

ć

, przebaczenia ju

Ŝ

 nie ma, po  co zanosi

ć

 modlitwy do Boga i 

wypłakiwa

ć

 mu si

ę

, przecie

Ŝ

 Bóg najwyra

ź

niej  Pu olewa. Pu przeczuwał to od 

dłu

Ŝ

szego czasu. Anioły stró

Ŝ

e odleciały z  furkotem i Bóg o nim zapomniał. Mo

Ŝ

nie istnieje. Na bialym niebie nie ma  chmur, w swoim ogromnym kole tu

Ŝ

 pod 

skał

ą

 Djurmo dudni sło

ń

ce. Czarna  rzeka zamienia si

ę

 w ciekłe srebro. Ju

Ŝ

 

prawie dzie

ń

, sweter grzeje. W  drzewach szumi wiatr, jaskółcze dzieci startuj

ą

 

do próbnych lotów. 
 
Pu od razu dostrzega ojca. Siedzi na ko

ś

lawej ławce pod werand

ą

. Ma na  sobie 

koszul

ę

 bez kołnierzyka i znoszone letnie spodnie, ci

ą

gle jest w  kapciach, na 

ramiona narzucił star

ą

 skórzan

ą

 kurtk

ę

. Pali fajk

ę

. Trawa l

ś

ni  od rosy. Pu 

zmoczył sobie stopy. Podchodzi do ławki i siada. 
 
Ojciec patrzy na niego ze zdumieniem. 
 
- Ju

Ŝ

 wstałe

ś

 
- Wybieram si

ę

 do lasu. 

 
- Aha. A po co, je

ś

li mo

Ŝ

na spyta

ć

 

ś

eby si

ę

 przekona

ć

, czy zobacz

ę

 ducha. 

 
- Chciałby

ś

 zobaczy

ć

 ducha? 

 
- Widmo. 
 
- A gdzie? 

background image

 
- Na miejscu samobójstwa. 
 
- Zegarmistrza? 
 
- Jestem przecie

Ŝ

 niedzielnym dzieckiem. 

 
- Czy ty naprawd

ę

 my

ś

lisz, 

Ŝ

e duchy istniej

ą

 
- Lalla i Maj mówi

ą

Ŝ

e tak. 

 
- Aha. 
 
Knwersacja zamiera. Ojcowa fajka skwierczy. Kiedy ga

ś

nie, ojciec znów j

ą

  

zapala. Pu w

ą

cha. Lubi ten zapach. 

 
- Dym fajkowy odp

ę

dza komary - mówi ojciec. 

 
- Dosy

ć

 du

Ŝ

o tu komarów, jak na tak wczesn

ą

 por

ę

 - grzecznie odpowiada  Pu. 

 
I znów cisza. Sło

ń

ce wylewa si

ę

 na górski grzbiet, białe i ostre, Pu  przymyka 

oczy, piek

ą

 powieki. 

 
- Masz ochot

ę

 towarzyszy

ć

 ojcu do Granas? Najpierw pojedziemy poci

ą

giem  do 

Djuras, a potem dobr

ą

 mil

ę

 rowerem. 

 
Ojciec zwraca twarz ku Pu i patrzy na niego niebieskim spojrzeniem,  wreszcie 
wyjmuje fajk

ę

 z ust i pyta jeszcze raz. Pu milczy, stan

ą

ł przed  dylematem nie 

do rozwi

ą

zania: Ojciec jest smutny i prosi, by Pu dotrzymał  mu towarzystwa. Nie 

mo

Ŝ

e odmówi

ć

.  

 
- Wła

ś

ciwie to miałem układa

ć

 tory. Przy wychodku chciałem zrobi

ć

 stacj

ę

  

ko

ń

cow

ą

, a obok brzozy zwrotnice i obrotnic

ę

. Jonte obiecał przyj

ść

 
- Rozumiem. Nie musisz si

ę

 decydowa

ć

 od razu. Zastanów si

ę

 
Ojciec u

ś

miecha si

ę

 przyja

ź

nie i wystukuje tyto

ń

 z fajki o ławk

ę

. Pu  łapie 

biedronk

ę

 na palec. Ucisk w klatce piersiowej nie ust

ę

puje.  

 
- Pojechaliby

ś

my małym poci

ą

giem towarowym, tym, który w niedziel

ę

  odje

Ŝ

d

Ŝ

a z 

Dufnas o dziewi

ą

tej. Ci

ą

gnie tylko wagony z drewnem i jeden  wagon osobowy. 

Mogliby

ś

my kupi

ć

 pommac na drog

ę

.- Siedz

ą

 w odległo

ś

ci dwóch  metrów od siebie. 

Paruje rosa, nad rzek

ą

 wisi smuga mgły, zapowiada si

ę

  upalny dzie

ń

 
 
 
*** 
 
 
 
A teraz o pewnym wydarzeniu z przyszło

ś

ci. Jest rok 1968. Ojciec ma  

osiemdziesi

ą

t dwa lata, od niedawna jest wdowcem. Zajmuje pi

ę

ciopokojowe  

mieszkanie na Ostermalmie. Dom prowadzi siostra Edit. Diakonisa,  pi

ęć

dziesi

ą

osiem lat, dorodna, kwitn

ą

ca kobieco

ś

ci

ą

, o ciepłych  ciemnobr

ą

zowych oczach i 

długich rz

ę

sach. Ma szerokie, suche dłonie, jej  wydatne usta ch

ę

tnie si

ę

 

ś

miej

ą

. Siostra Edit, jedna z pierwszych  konfirmantek ojca, stała si

ę

 

przyjaciółk

ą

 rodziny. Mówi wyrazistym  dialektem z Halsinge. 

 
Ojciec, ci

ęŜ

ko dotkni

ę

ty dziedziczn

ą

 atrofi

ą

 mi

ęś

ni, chodził w butach  

ortopedycznych i u

Ŝ

ywał laski; smukłe kształtne dłonie cz

ęś

ciowo obj

ą

ł  uwi

ą

d. 

background image

Mi

ę

dzy ojcem i siostr

ą

 Edit istniała milcz

ą

ca, acz tkliwa wi

ęź

.  Wyra

ź

nie dobrze 

si

ę

 z sob

ą

 czuli. 

 
Szedłem południowym wzniesieniem Grevturegatan. Przedwio

ś

nie, 

ś

nieg z  deszczem, 

ostry poblask topniej

ą

cych zasp, byle jak posypany piaskiem  oblodzony chodnik. 

Od roku ojciec i ja 

Ŝ

yli

ś

my w pozornej zgodzie, okazuj

ą

c  sobie 

Ŝ

yczliwe 

wzajemne zrozumienie. Nie znaczy to jednak, 

Ŝ

e oddawali

ś

my  si

ę

 rozwa

Ŝ

aniom o 

przeszło

ś

ci, komplikacjach, nieporozumieniach i  nienawi

ś

ci. Nie wspominali

ś

my o 

trwaj

ą

cych przeszło pokolenie niesnaskach.  Nasze strapienia pozornie 

wyparowały. Nienawi

ść

 do ojca traktowałem jak  rzadk

ą

 chorob

ę

, która 

niesko

ń

czenie dawno temu dopadła kogo

ś

 innego, nie  mnie. Obecnie pomagałem ojcu 

w prowadzeniu finansów i administrowaniu -  mało obci

ąŜ

aj

ą

ce zaj

ę

cia. W ka

Ŝ

de 

sobotnie popołudnie na kilka godzin  zagl

ą

dałem do niego i siostry Edit. O 

jednej z takich wizyt opowiem. 
 
Winda ze skrzypi

ą

c

ą

 ostermalmsk

ą

 godno

ś

ci

ą

 zawiozła mnie na ostatnie  pi

ę

tro 

kamienicy. Dwa krótkie dzwonki. Siostra Edit otworzyła natychmiast i  kład

ą

palec na ustach, szepn

ę

ła, 

Ŝ

e musimy zachowa

ć

 cisz

ę

: ojciec  przedłu

Ŝ

ył 

poobiedni wypoczynek o godzin

ę

, miał ci

ęŜ

k

ą

 noc, bóle biodra i  pleców. 

Odszepn

ą

łem, 

Ŝ

e w takim razie mogliby

ś

my porozmawia

ć

 troch

ę

 o  interesach. 

Siostra Edit uznała to za dobry pomysł. Spytała, czego si

ę

  napij

ę

, kawy czy 

herbaty, wła

ś

nie upiekła scony. Nie, nie, dzi

ę

kuj

ę

, byłem  po lunchu z 

dyrektorami skandynawskich teatrów, nie, dzi

ę

kuj

ę

Ś

ci

ą

gn

ą

łem  palto, mokre 

zimowe buty zamieniłem na par

ę

 ojcowych kapci i usiedli

ś

my w  pokoju siostry 

Edit. Wychodził na ulic

ę

; niezbyt du

Ŝ

y, ale przytulnie  umeblowany: jasne 

tapety, ładne stonowane obrazy i reprodukcje, lekkie  zasłonki, dobrze 
wyposa

Ŝ

ona eta

Ŝ

erka, dwuosobowa kanapka, fotel, zegar  wahadłowy z wyszukanymi 

girlandami. Na łó

Ŝ

ku szydełkowa narzuta w 

Ŝ

ółtych  barwach. Pod oknem białe 

biurko i dwa krzesła. Usiedli

ś

my przy biurku. Edit  wyj

ę

ła skoroszyt i pokazała 

mi dla porz

ą

dku kilka zapłaconych rachunków,  wyci

ą

g z konta i pismo od 

gospodarza domu informuj

ą

ce o podwy

Ŝ

ce komornego  od pierwszego lipca. 

Przeczytała je i westchn

ę

ła. 

 
- Najgorsze, rozumie Ingmar, jest to, 

Ŝ

e Erik ci

ą

gle si

ę

 martwi  finansami. Nic 

nie pomagaj

ą

 moje zapewnienia, 

Ŝ

e dobrze si

ę

 nam wiedzie. 

 
- Porozmawiam z ojcem. 
 
- Czy nie zechciałby Ingmar powiedzie

ć

 przy okazji Erikowi, 

Ŝ

e go nie  zostawi

ę

 

i co najwa

Ŝ

niejsze, 

Ŝ

e Ingmar nie odda go na oddział dla  przewlekle chorych. 

 
- Aha. Ach, tak. Tak mówi? 
 
- My

ś

li, 

Ŝ

e chcemy tego mieszkania. 

 
- Mieszkania? 
 
- Mówi czasem, 

Ŝ

e ja i Ingmar chcemy zaj

ąć

 to mieszkanie. I 

Ŝ

e to tylko  kwestia 

czasu kiedy go wepchniemy do zakładu opieki nad przewlekle chorymi.  Bardzo 
wtedy rozpacza i nic nie pomaga. 
 
- A jak si

ę

 Edit czuje? 

 
- Dzi

ę

kuj

ę

, dobrze. Martwi

ę

 si

ę

Ŝ

e ojciec Ingmara jest taki  przygn

ę

biony. I 

wyizolowany. I udr

ę

czony. A ja jestem przy nim i nic nie  mog

ę

 zrobi

ć

. No i 

jeszcze to ze 

ś

mierci

ą

 
- Ze 

ś

mierci

ą

 
- Mówi

ą

c szczerze, my

ś

l

ę

Ŝ

e ojciec Ingmara boi si

ę

. Nie mówi tego  wprost, ale 

ja go przecie

Ŝ

 znam. Poniewa

Ŝ

 nie chce pokaza

ć

 po sobie, 

Ŝ

e si

ę

  boi, nawet w 

background image

tym jest. I brakuje mu cierpliwo

ś

ci, wykłóca si

ę

 o drobiazgi.  Ja si

ę

 tym nie 

przejmuj

ę

, niech zrz

ę

dzi i gdera. Nie ma nic złego na my

ś

li.  Czasem, kiedy si

ę

 

troch

ę

 poawanturuje, zwłaszcza o jakie

ś

 głupstwo,  przynosi mi kwiaty. Wi

ę

c w 

sumie nie jest nam razem 

ź

le. Ale to ze  

ś

mierci

ą

, to co innego. Tu nie mog

ę

 mu 

pomóc i nie rozumiem jego niepokoju.  Jest przecie

Ŝ

 ksi

ę

dzem i powinien si

ę

 zda

ć

 

na miłosierdzie Jezusa. My

ś

l

ę

,  

Ŝ

e on utracił wiar

ę

. Biedny Erik, wspierał tylu 

ludzi, mnie te

Ŝ

, przede  wszystkim mnie. Jego wiara była taka czysta i mocna, 

Ingmar dobrze o tym  wie, czasami wydawało si

ę

Ŝ

e jest ni

ą

 prze

ś

wietlony. Rok 

po 

ś

mierci Karin  cz

ę

sto rozmawiali

ś

my o cudzie ponownego poł

ą

czenia. Był 

przekonany, 

Ŝ

e on i  Karin spotkaj

ą

 si

ę

 w innym 

ś

wiecie, oczyszczeni i 

przemienieni. Mówił o tym  z najprawdziwsz

ą

 rado

ś

ci

ą

, a ja my

ś

lałam sobie, 

Ŝ

Bóg jest miłosierny,  skoro daje staremu człowiekowi pewno

ść

 zmartwychwstania. 

Sama ju

Ŝ

 nie wiem,  Ingmarze. Troch

ę

 teraz popłakuj

ę

, ale nie ma si

ę

 czym 

przejmowa

ć

. Tylko  bardzo mi 

Ŝ

al ojca Ingmara, to taki dobry człowiek. Dlaczego 

musi umiera

ć

  za 

Ŝ

ycia? To okrutne i nie widz

ę

 w tym sensu. Bardzo go lubi

ę

 i 

naprawd

ę

  chciałabym zrobi

ć

 wszystko, 

Ŝ

eby w swoich ostatnich latach znalazł 

troch

ę

  spokoju i rado

ś

ci. 

 
- Siostra Edit wydmuchała nos, tr

ą

bi

ą

c lekko. Nale

Ŝ

ała do tych  nielicznych, 

którzy od płaczu ładniej

ą

. Wytarła nos, osuszyła łzy i  za

ś

miała si

ę

 
 - Ale jestem głupia, becz

ę

 jak smarkula. Czy Ingmar na pewno nie napije  si

ę

 

herbaty? Ju

Ŝ

 czwarta. Chyba powinnam jednak obudzi

ć

 proboszcza. Czy  Ingmarowi 

si

ę

 

ś

pieszy? Chwileczk

ę

! Zdaj

ę

 si

ę

Ŝ

e go słysz

ę

. Tak, idzie.  Aha, póki 

pami

ę

tam. Mam kopi

ę

 przelewu, który Ingmar załatwił, najlepiej,  

Ŝ

eby Ingmar to 

wzi

ą

ł. 

 
Siostra Edit poderwała si

ę

 

Ŝ

wawo, widomy znak siły ducha i oczywistej  rado

ś

ci. 

W korytarzu zadudniły kroki ojca. Wspieraj

ą

c si

ę

 na lasce, st

ą

pał  ci

ęŜ

ko w 

swoich ortopedycznych butach. Zapukał, Edit zawołała "wejd

ź

" i  ojciec otworzył 

drzwi. Ju

Ŝ

 miałem si

ę

 podnie

ść

Ŝ

eby do niego podej

ść

, ale  mnie powstrzymał. 

Stan

ą

wszy w progu, obrzucił nas roztargnionym  spojrzeniem. Rzadkie włosy 

zwichrzone, jedno ucho bordo. Wysłu

Ŝ

ona  ciemnozielona bon

Ŝ

urka pachniała 

cygarami, 

Ŝ

ylast

ą

 dło

ń

 zacisn

ą

ł na główce  laski. 

 
- Chciałem si

ę

 tylko dowiedzie

ć

, czy Karin ju

Ŝ

 wróciła - wymruczał,  spogl

ą

daj

ą

to na Edit, to na mnie. Nie poznał nas. - Czy Karin ju

Ŝ

  wróciła?  

 
W tym momencie jego twarz si

ę

 zmienia.  

 
Z bolesn

ą

 gwałtowno

ś

ci

ą

 u

ś

wiadomił sobie gdzie jest i co mu ofiarowuje  

rzeczywisto

ść

: Karin nie 

Ŝ

yje, paln

ą

ł głupstwo. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 straszliwym  

u

ś

miechem: przepraszam, jeszcze si

ę

 nie rozbudziłem. Dzie

ń

 dobry, synu,  mo

Ŝ

esz 

do mnie zajrze

ć

 za chwil

ę

 
Odwrócił si

ę

 i poczłapał mrocznym korytarzem do swojego pokoju. Edit  stała ze 

skoroszytem w dłoniach. 
 
- To nic! Niech si

ę

 Ingmar nie l

ę

ka. Erik my

ś

li czasem, 

Ŝ

e Karin jest w  

pobli

Ŝ

u. A kiedy odkrywa swoj

ą

 pomyłk

ę

, smutnieje. Dlatego, 

Ŝ

e Karin nie  

Ŝ

yje i 

- co mo

Ŝ

e najgorsze - dlatego, 

Ŝ

e strzelił gaf

ę

. Pójd

ę

 do niego.  Ingmar mo

Ŝ

przyj

ść

 za kwadrans. 

 
 
 
*** 
 
 
 
Ojciec pochyla si

ę

 nad Pu, chyba zasypiasz? Nie poło

Ŝ

ysz si

ę

? Jest  dopiero 

pi

ą

ta. Po

ś

pisz jeszcze co najmniej trzy godziny. Pu nic nie mówi,  tylko kr

ę

ci 

background image

głow

ą

: nie, dzi

ę

kuj

ę

, chc

ę

 siedzie

ć

 tutaj i patrze

ć

 na sło

ń

ce.  Chc

ę

 tu siedzie

ć

 

z ojcem. Chc

ę

 ojca pilnowa

ć

Ŝ

eby nie czmychn

ą

ł. Jestem  

ś

pi

ą

cy i smutny. Nie 

b

ę

d

ę

 si

ę

 kładł, 

Ŝ

eby w

ą

cha

ć

 poranne pierdni

ę

cia  braciszka, zreszt

ą

 ile razy 

walczymy na b

ą

ki, zawsze przegrywam. Pu ziewa  pot

ęŜ

nie i zasypia równie nagle, 

jak nagle ga

ś

nie zdmuchni

ę

ta wiatrem  

ś

wieczka. 

 
Broda na piersiach, dłonie na deskach ławki. Cienkie włosy stercz

ą

 na  karku, 

sło

ń

ce pali w policzek. Ojciec siedzi nieruchomo i patrzy na syna.  Fajka 

zgasła. 
 
We 

ś

nie Pu w

ę

druje przez las, zna go i nie zna zarazem. Szemrze strumyk.  Nad 

głow

ą

 migoc

ą

 słoneczne strzały. Idzie w dusznym cieniu. Cały czas przed  siebie, 

cho

ć

 wcale tego nie chce. W ko

ń

cu si

ę

 zatrzymuje i rozgl

ą

da, tak,  to na pewno 

miejsce samobójstwa. Nie musi długo czeka

ć

. Cisza, słycha

ć

  tylko szum strumyka, 

mrówki bezgło

ś

nie przebiegaj

ą

 mrowisko i le

ś

ne  

ś

cie

Ŝ

ki. Nie ma ju

Ŝ

 sło

ń

ca, 

dokoła siwy półmrok i mimo chłodu  przytłaczaj

ą

cy upał. Pu marznie. Kuca. Za 

podwójn

ą

 sosn

ą

 kto

ś

 łazi, Pu  widzi plecy zega 

 
rmistrza. Rozpostarte ramiona, na brudny kołnierzyk spływaj

ą

 kosmyki  cienkich 

włosów. Zegarmistrz odwraca si

ę

 i patrzy na Pu wyłupiastymi oczami  bez 

ź

renic, 

obwisłe usta czerni

ą

 si

ę

 od zakrzepłej krwi, ledwo wida

ć

 jasne  brwi, wysokie 

szare czoło znacz

ą

 plamy. Nie, to nieprawda, nie chc

ę

 tego  ogl

ą

da

ć

, nie mog

ę

 

ani płaka

ć

, ani uciec, 

Ŝ

eby si

ę

 ukaza

ć

, zegarmistrz  odebrał mi wszystkie siły, 

gdzie ja to słyszałem, mo

Ŝ

e od Lalli: duchy  czerpi

ą

 siły z 

Ŝ

yj

ą

cych i dlatego 

człowiek sztywnieje, wpadłem, czuj

ę

 si

ę

  tak, jakbym si

ę

 za chwil

ę

 miał udusi

ć

Pu mówi co

ś

, szcz

ę

kaj

ą

c z

ę

bami:  przepraszam, ja wła

ś

ciwie nie chciałem tutaj 

przyj

ść

, tylko co

ś

 we mnie,  co

ś

 niedobrego. Nie pami

ę

tam, jak tu trafiłem - a 

je

ś

li ja 

ś

ni

ę

? A je

ś

li,  co jeszcze okropniejsze, nigdy si

ę

 z tego snu nie 

obudz

ę

 
Niepokój narasta gor

ą

cym płomieniem, całe ciało Pu przenika nieopanowany  ból. 

Zegarmistrz zwrócił ku niemu twarz. Gał

ą

zka przesłania sylwetk

ę

. Duch  kołysze 

si

ę

 i wydyma, cho

ć

 nie ma wiatru. Niedzielne dziecko, dzie

ń

  Przemienienia 

Pa

ń

skiego. Tak, trzeba zapyta

ć

. I Pu pyta. Nie otrzymawszy  odpowiedzi, powtarza 

pytanie: Kiedy umr

ę

? Zegarmistrz namy

ś

la si

ę

, a Pu ma  wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e co

ś

 słyszy, 

krwawe usta i zesztywniałe wargi szepc

ą

  niewyra

ź

nie, mgli

ś

cie: Zawsze. 

Odpowied

ź

 brzmi: zawsze. 

 
Las dr

Ŝ

y od słabego podmuchu, gdzie

ś

 krzyczy kawka. Zegarmistrz faluje z  

wiatrem, głowa frunie znad szyi i ramion, podpływa do Pu, a Pu zastanawia  si

ę

czy wybiła jego ostatnia godzina, zastanawia si

ę

, czy głowa wgryzie  si

ę

 z

ę

bami 

w jego gołe ramiona czy w kolano. Na rozkładaj

ą

cej si

ę

 twarzy  pozostał zło

ś

liwy 

wyraz. Powraca wiatr, głowa rzednie, oczy wisz

ą

 jeszcze  chwil

ę

 pod gał

ę

ziami 

sosny i gasn

ą

, niknie cały duch, ziemia pochłania  ramiona, najpierw prawe, 

rozwarte dłonie gubi

ą

 czarne paznokcie, spadaj

ą

  niczym zgniłe niedojrzałe 

jabłka. Zegarmistrz gnie si

ę

, Pu widzi na jego  szyi czerwon

ą

 pr

ę

g

ę

 po sznurze i 

odłamki wystaj

ą

cych ko

ś

ci. Wszystko odbywa  si

ę

 błyskawicznie, po zegarmistrzu 

zostaje tylko zapach ple

ś

ni, taki sam,  jaki czai si

ę

 pod linoleum w pokoju 

dziecinnym. 
 
Pu z wysiłkiem wydobywa si

ę

 ze snu i szeroko otwiera oczy, 

Ŝ

eby drugi  

ś

wiat 

znów go nie wchłon

ą

ł. Ojciec nabija fajk

ę

. Obok siedzi Marianne,  wróciła znad 

rzeki, k

ą

pała si

ę

. Krótkie ciemne włosy oblepiaj

ą

 głow

ę

, twarz  wystawiła do 

sło

ń

ca. Ma na sobie długie spodnie i koszulk

ę

, pod któr

ą

  odznaczaj

ą

 si

ę

 piersi. 

Jest boso. Ojciec mówi, 

Ŝ

e niedługo siódma i pora  si

ę

 ogoli

ć

. Marianne z 

zachwytem opowiada o k

ą

pieli przy tratwie. Było  cudownie, chocia

Ŝ

 drewno 

pokonało ła

ń

cuch i spi

ę

trzyło si

ę

 w przybrze

Ŝ

nym  szlamie, wkoło 

Ŝ

ywego ducha, 

mo

Ŝ

na si

ę

 k

ą

pa

ć

 nago. W wodzie tylko  dwana

ś

cie, trzyna

ś

cie stopni, podobno 

rzeka jest wyj

ą

tkowo zimna w tym  roku. Nie ma to jak archipelag, wzdycha ojciec 

i zapala fajk

ę

. Tam si

ę

 nie  brodzi w szlamie. 

 

background image

- Czy Pu pojedzie do Granas? 
 
- Nie wiem. Pytałem, ale nie przejawiał zbytniego entuzjazmu. 
 
- Ja mog

ę

 pojecha

ć

 - proponuje Marianne. 

 
- A nie powinna

ś

 dotrzyma

ć

 towarzystwa Karin? 

 
- Ch

ę

tnie si

ę

 wybior

ę

 na rowerow

ą

 przeja

Ŝ

d

Ŝ

k

ę

 
- Aha. 
 
Ojciec powa

Ŝ

nie kiwa głow

ą

 
- Z tob

ą

 
- Pu si

ę

 ucieszy. 

 
- Mogliby

ś

my pojecha

ć

 we troje. 

 
- Ma budowa

ć

 tory kolejowe od wygódki do pryzmy piasku. Jonte b

ę

dzie mu  

pomagał. 
 
- No, co o tym my

ś

lisz? Jak chcesz? - pyta Marianne. 

 
    - Byłoby miło - przyznaje z wahaniem ojciec. 
 
Pu przeci

ą

ga si

ę

 i ziewa. 

 
- Pojad

ę

 do Granas - o

ś

wiadcza stanowczo. 

 
Ojciec i Marianne przygl

ą

daj

ą

 mu si

ę

 z pewnym zaskoczeniem, aha, nie  

ś

pisz, a 

to dopiero. Tak, nie 

ś

pi

ę

, ale zaraz si

ę

 poło

Ŝę

. A do Granas  pojad

ę

. Wstaje, z 

na wpół przymkni

ę

tymi oczami truchta za w

ę

gieł, wdrapuje  si

ę

 po schodkach do 

pokoju, zrzuca ubranie i sandały, wali si

ę

 na j

ę

cz

ą

ce  łó

Ŝ

ko i wwierca głow

ę

 w 

poduszk

ę

Ś

pi, nim zasn

ą

ł. 

 
 
 
*** 
 
 
 
Jest za dziesi

ęć

 ósma. Maj mocno nim potrz

ą

sa. Dag, który ju

Ŝ

 si

ę

 ubrał,  

przyniósł z pokoju matki karafk

ę

 i leje brata wod

ą

. Przesta

ń

, wrzeszczy Pu,  ale 

Dag tylko si

ę

 

ś

mieje. Do jasnej cholery! Pu broni si

ę

. Dag odskakuje,  po czym 

ciska w braciszka sandałem. Maj wkracza do akcji, zanim konflikt  przybierze 
rozmiary bratobójcze. 
 
Pu czekaj

ą

 dalsze szykany. Maj zmusza go do umycia z

ę

bów, wyszorowania  uszu, 

wyczyszczenia i obci

ę

cia paznokci. Na dokładk

ę

 musi wło

Ŝ

y

ć

 czyste  ubranie: 

drapi

ą

cy podkoszulek, za dług

ą

 koszul

ę

 i kalesony. Cholera, warczy  Dag, zawsze 

zalatuje od ciebie szczyn

ą

, nie rozpinasz rozporka, kiedy  lejesz? Z garderoby 

wyjmuje si

ę

 niedzielne spodenki: ciemnoniebieskie o  sztywnych kantach, z 

idiotycznymi szelkami. Pu protestuje, ale Maj jest  nieugi

ę

ta, gotowa w razie 

potrzeby u

Ŝ

y

ć

 siły. Wytrzyj nos! - rozkazuje  podtykaj

ą

c Pu czyst

ą

 chusteczk

ę

Dlaczego ty masz zawsze tyle smarków? 
 
- Bo nie wyjmuje palca z nosa - mówi Dag, 

ś

wiadek tego upokarzaj

ą

cego  

ubierania. - Jak co

ś

 znajdziesz, to si

ę

 podzielimy, nie? 

 

background image

Dag z łoskotem zbiega po schodach. Pu siada na łó

Ŝ

ku i ogarnia go  ołowiana 

senno

ść

. Maj wychodzi z garderoby. A to co? 

Ź

le si

ę

 czuj

ę

 mruczy  Pu. Poczujesz 

si

ę

 lepiej, jak si

ę

 najesz, no, chod

ź

 ju

Ŝ

 
Kiszki skr

ę

caj

ą

 si

ę

 i trz

ę

s

ą

, twardy balas napiera na odbyt, chce si

ę

  wydosta

ć

Musz

ę

 zrobi

ć

 kup

ę

, mówi zrozpaczony Pu, to absolutnie konieczne.  Nie teraz, po 

ś

niadaniu, decyduje Maj. Nie wytrzymam, musz

ę

 teraz. Pu jest  bliski łez. No to 

si

ę

 pospiesz! Le

ć

 do wychodka. Kiedy ja musz

ę

 teraz,  zaraz. Rób do wiadra. Maj 

przysuwa nog

ą

 emaliowane wiadro, do połowy  wypełnione brudn

ą

 wod

ą

 po myciu. 

Pomaga Pu zdj

ąć

 szelki, 

ś

ci

ą

ga mu spodenki  i kalesony. W ostatniej chwili. 

Cholernie boli mnie brzuch, jak wszyscy  diabli, j

ę

czy Pu. Maj przysiada na 

kraw

ę

dzi łó

Ŝ

ka i trzyma go za r

ę

k

ę

. Za  kilka minut b

ę

dzie ju

Ŝ

 dobrze. 

 
Na schodach grzmi głos Marty: Jest tam Pu?! Czas na 

ś

niadanie. Czy jest  tam 

Pu?! Halo! Maj! Pu boli brzuch, odkrzykuje Maj, nie puszczaj

ą

c jego  dłoni. 

Przyjdziemy, kiedy przyjdziemy. 
 
Marta przekazuje słowa Maj matce. Pu boli brzuch. Obie stoj

ą

 na schodach.  Czy 

bardzo go boli? - dopytuje matka. Nie, sk

ą

d, niedługo b

ę

dziemy gotowi,  uspokaja 

Maj. W jadalnym gwarno, brz

ę

k porcelany i sztu

ć

ców. No to  przychod

ź

cie, rzuca 

na odchodnym matka. 
 
Pot rosi czoło Pu, mimo opalenizny jest blady. Oczy zapadły gł

ę

boko,  wargi s

ą

 

suche. Maj gładzi go po czole. No, gor

ą

czki nie masz, wła

ś

ciwie  nic ci nie 

jest, prawda? Do licha, ale cuchnie! Mo

Ŝ

e co

ś

 zjadłe

ś

? Pu kr

ę

ci  głow

ą

 i 

wstrz

ą

sa nim jeszcze jedna fala skurczów. Pochyla si

ę

. Cholerne  pieprzone 

gówno. Kurwa ma

ć

. Psiakrew. Martwisz si

ę

 czym

ś

? - pyta Maj. Co?  Pu rozdziawia 

usta. Skurcze ustaj

ą

. Przejmujesz si

ę

 czym

ś

? Nie. Boisz si

ę

  czego

ś

? Nie.  

 
Atak min

ą

ł, Pu wracaj

ą

 kolory, normalnieje oddech. Musz

ę

 si

ę

 czym

ś

  podetrze

ć

We

ź

my papier z twojego bloku rysunkowego, proponuje Maj. Nie, za  gruby. To mo

Ŝ

czerwon

ą

 bibułk

ę

? Nie, za nic, protestuje Pu, to bibułka  Dagge, owija ni

ą

 swój 

samolot, zabije mnie, jak j

ą

 rusz

ę

. Ju

Ŝ

 wiem, Maj  jest zdecydowana, myjka. Nie 

ma rady. Potem j

ą

 upior

ę

. Podnie

ś

 tyłek, Pu. 

 
- O, tak, no i co, przyjemnie? 
 
 
 
*** 
 
 
 

Ś

niadaniu towarzyszy sceneria podobna do tej podczas obiadu. Jedynie  stroje s

ą

 

nieco sztywniejsze, bardziej uroczyste, jest przecie

Ŝ

 niedziela,  niedziela 

dwudziestego dziewi

ą

tego lipca, dzie

ń

 Przemienienia Pa

ń

skiego. Na  stole biały 

obrus zast

ą

piła od

ś

wi

ę

tna cerata w 

Ŝ

ółty dese

ń

. Pod 

Ŝ

yrandolem  pyszni

ą

 si

ę

 w 

miedzianym naczyniu polne kwiaty. 
 
Niedziela, ósma rano. W rodzinie Bergmanów panuj

ą

 karoli

ń

skie obyczaje. W  dni 

powszednie 

ś

niadanie spo

Ŝ

ywa si

ę

 o wpół do ósmej, w niedziele pół  godziny 

ź

niej; niewielkie ust

ę

pstwo na rzecz porannego lenistwa mamy. 

 
Ojciec ch

ę

tnie zrywa si

ę

 o 

ś

wicie. To ranny ptaszek. Zd

ąŜ

ył si

ę

 wyk

ą

pa

ć

 w  

rzece, ogoli

ć

 i nauczy

ć

 kazania. Jest niemal podniecony przed czekaj

ą

c

ą

 go  

wycieczk

ą

. Pu zamiast owsianki dostaje talerz ciepłego kleiku. Pachn

ą

cy  łagodny 

kleik i kromka białego chleba z serem. Dzieło Lalli. Nikt nie ma  odwagi pisn

ąć

 

słowa, mimo 

Ŝ

e zdaniem obojga rodziców, i nie tylko, kleik  dowodnie 

ś

wiadczy o 

rozpieszczaniu, a wszelkie formy rozpieszczania  stanowi

ą

 

ź

ródło złych nawyków. 

I krzewi

ą

 je. Nikt jednak nie oponuje  przeciwko kleikowi Lalli, ani matka, ani 

ojciec, nikt. Pu je zachłannie,  całkiem zadowolony. M

ę

ki ust

ą

piły miłemu 

background image

odr

ę

twieniu, kleik Lalli zapełnia  dokuczliw

ą

 pró

Ŝ

ni

ę

, rozgrzewa 

Ŝ

ą

dek 

wychłodzony niedawn

ą

 kolk

ą

 
Drzwi do przedpokoju i na schody s

ą

 otwarte na o

ś

cie

Ŝ

. W ostrym  słonecznym 

ś

wietle połyskuje piasek na podwórku. 

 
- Zapowiada si

ę

 ciepły dzie

ń

 - mówi matka. - Zastanawiam si

ę

, czy nie  b

ę

dzie 

burzy. 
 
I ka

Ŝ

dy zgłasza swoje uwagi o burzy. Ciotka Emma nie ma w

ą

tpliwo

ś

ci, od  wielu 

dni czuje burz

ę

 w kolanach. Lalla mówi o mleku w piwnicy, które po  raz pierwszy 

tego lata si

ę

 zwarzyło. 

 
Marta oddycha z trudem, pod oczami czerwone plamy, pot na górnej wardze,  pewnie 
ma gor

ą

czk

ę

. Ojciec rado

ś

nie stwierdza, 

Ŝ

e mała burza nie zawadzi,  chłopi 

czekaj

ą

 na deszcz. W czasie deszczu dobrze bior

ą

 ryby, ze zło

ś

liwym  u

ś

miechem 

wtr

ą

ca Dag. Ciekawe, jak to zniesie mój biedny braciszek?  Przecie

Ŝ

 potwornie 

boi si

ę

 burzy. 

 
I paplanina trwa... "Gdy rozmawiamy, przemija 

Ŝ

ycie", powiada Czechow.  Całkiem 

mo

Ŝ

liwe. Drzwi prowadz

ą

ce na schody przesłania nagle kr

ą

gła, lekko  rozkołysana 

posta

ć

. W progu, z walizeczk

ą

 w r

ę

ku, stoi wuj Carl. I u

ś

miecha  si

ę

za

Ŝ

enowany. Cze

ść

, Carl! - woła ojciec. Wchod

ź

, co

ś

 przek

ą

sisz i  łykniesz 

jednego! Wygl

ą

dasz mi na takiego, co sprzedał masło i zgubił  pieni

ą

dze! Chod

ź

siadaj, mój drogi, wł

ą

cza si

ę

 matka. W jej głosie nie ma  jednak ojcowej 

serdeczno

ś

ci. Czy co

ś

 si

ę

 stało? Dlaczego jeste

ś

 z walizk

ą

?  Nakrywa

ć

? - pyta 

Marta, podnosz

ą

c si

ę

 z krzesła. Nie, nie, dzi

ę

kuj

ę

, prosz

ę

  si

ę

 nie trudzi

ć

mruczy Carl i ociera pot z twarzy brudn

ą

 chustk

ą

 do nosa.  Mógłbym na chwilk

ę

 

usi

ąść

 
Nie czekaj

ą

c na odpowied

ź

, obchodzi jadalny, kłania si

ę

 na wszystkie  strony i 

opada na kanap

ę

 pod oknem. Ojciec bierze z kredensu kieliszek i  butelk

ę

pocz

ę

stuj si

ę

, braciszku! Carl opró

Ŝ

nia kieliszek jednym haustem,  pince-nez 

potnieje. Dzi

ę

kuj

ę

, Eriku, bardzo ci dzi

ę

kuj

ę

, prawdziwy z ciebie  

chrze

ś

cijanin, który lituje si

ę

 nad najn

ę

dzniejszym z n

ę

dznych. 

 
- Czy co

ś

 si

ę

 stało? 

 
Matka powtarza pytanie i patrzy surowo na przyrodniego brata. Carl  przeciera 
pince-nez. Wydaje si

ę

 zal

ę

kniony. Wreszcie u

ś

miecha si

ę

  niepewnie. 

 
- Stało i stało! Bez przerwy co

ś

 si

ę

 dzieje, nieprawda

Ŝ

? Jak powiada  Pismo 

Ś

wi

ę

te, jest czas rozrzucania kamieni i czas zbierania kamieni. 

 
- Ale wyje

Ŝ

d

Ŝ

asz? - dopytuje wesoło ojciec. 

 
- W ka

Ŝ

dym razie zamierzam si

ę

 przenie

ść

 
- Przenie

ść

? Dok

ą

d si

ę

 przeniesiesz, je

ś

li wolno spyta

ć

 
W głosie matki pobrzmiewa chłód. 
 
- Jeszcze nie wiem. Najwa

Ŝ

niejsze to zachowa

ć

 godno

ść

 
- Co si

ę

 stało?! 

 
Po raz trzeci. Teraz w głosie matki wi

ę

cej niepokoju ni

Ŝ

 surowo

ś

ci. Carl  wkłada 

szkło na nos i wierci si

ę

. Wszyscy przygl

ą

daj

ą

 mu si

ę

 z uwag

ą

 
- Wolałbym porozmawia

ć

 o tym z Erikiem. To, co mam do powiedzenia, nie  nadaje 

si

ę

 dla dzieci i osesków. 

background image

 
- No wi

ę

c zosta

ń

 tu i odpocznij. Pogadamy wieczorem - pospiesznie  decyduje 

ojciec, nawet spojrzeniem nie pytaj

ą

c o zgod

ę

 matki. - Teraz nie  mam zbyt wiele 

czasu. Jad

ę

 z Pu do Granas, z kazaniem. Ale na pewno  b

ę

dziemy na obiedzie w 

Varoms. 
 
Jasnoniebieskie oczy wuja Carla wypełniaj

ą

 si

ę

 łzami. Raz po raz kiwa  głow

ą

przystaj

ą

c na taki układ. 

 
- Równy z ciebie go

ść

, Eriku! 

 
Na znak matki wszyscy wstaj

ą

 i odmawiaj

ą

 modlitw

ę

: Dzi

ę

kuj

ę

 ci Bo

Ŝ

e za  

jedzenie, amen. Odjazd za kwadrans dziewi

ą

ta!  - obwieszcza ojciec,  si

ę

gaj

ą

c do 

kieszonki kamizelki i zerkaj

ą

c na złoty, nakr

ę

cany małym  kluczykiem zegarek na 

ła

ń

cuszku. Punktualnie! A potem odwraca si

ę

 do wuja  Carla: Je

ś

li chcesz u nas 

zosta

ć

 par

ę

 dni, nie ma problemu. Troch

ę

 si

ę

  

ś

cie

ś

nimy. Prawda, Karin? Matka w 

odpowiedzi kr

ę

ci głow

ą

 i wychodzi do  kuchni z półmiskiem kaszy. 

 
 
 
*** 
 
 
 
- Chcesz zarobi

ć

 dwadzie

ś

cia pi

ęć

 ore? - pyta Dag, przyja

ź

nie szczerz

ą

c  z

ę

by. 

 
Trzyma r

ę

k

ę

 za plecami. Stoj

ą

 przy kuchennych schodkach, gdzie Pu, mimo  zakazu, 

przed chwil

ą

 sikał. 

 
- Chc

ę

 
- Aha. Tu jest dwudziestopi

ę

ciokoronówka. 

 
Dag kładzie monet

ę

 na schodkach. Jest dziwnie podniecony. 

 
- Co mam zrobi

ć

 
- Ze

Ŝ

re

ć

 robaka. 

 
- Co? 
 
- Zamknij dziób, bo wygl

ą

dasz jak przygłup. 

 
- Mam ze

Ŝ

re

ć

 tego robaka? 

 
Dag macha przed nosem Pu wij

ą

c

ą

 si

ę

 przyn

ę

t

ą

 na ryby. 

 
- Za nic! 
 
- A gdybym ci dał pi

ęć

dziesi

ą

t ore? 

 
- Nie. W 

Ŝ

yciu! 

 
- Siedemdziesi

ą

t pi

ęć

 ore, Pu! To cholernie du

Ŝ

o pieni

ę

dzy. 

 
Na schodki wybiegł pudel Sudd; oblizuje pysk po 

ś

niadaniu. Obłudnie merda  

ogonem do swojego boga, a Pu, swego antagonist

ę

, obrzuca drwi

ą

cym  spojrzeniem. 

 
- Dlaczego chcesz, 

Ŝ

ebym zjadł robaka? Przecie

Ŝ

 to obrzydliwe. 

 
- Chłopcy wyznaczyli mi zadanie specjalne. Mam sprawdzi

ć

 twoj

ą

 odwag

ę

background image

 
- Co takiego? Co?! 
 
- Je

ś

li wyka

Ŝ

esz si

ę

 odwag

ą

, przyjmiemy ci

ę

 do naszego tajnego zwi

ą

zku, a  na 

dokładk

ę

 zarobisz siedemdziesi

ą

t pi

ęć

 ore. 

 
- Koron

ę

 
- Zwariowałe

ś

? Koron

ę

? Za koron

ę

 musiałby

ś

 ze

Ŝ

re

ć

 co najmniej jeden balas  

ciotki Emmy. 
 
- A masz siedemdziesi

ą

t pi

ęć

 ore? - pyta nieufnie Pu. 

 
- Zaraz zobaczysz. Prosz

ę

! Trzy l

ś

ni

ą

ce dwudziestkipi

ą

tki. I robak. No? 

 
- Mog

ę

 zje

ść

 pół. 

 
- Nie bred

ź

! Zjadasz całego albo nic. Tak my

ś

lałem. 

Ś

mierdz

ą

cy tchórz!  Nigdy 

nie b

ę

dziesz w naszym zwi

ą

zku, prawda, 

 
Sudd? 
 
Dag odwraca si

ę

 do Sudda. Pudel rozdziawia pysk i wywala j

ę

zor.  Najwyra

ź

niej 

ś

mieje si

ę

 szyderczo. 

 
- Dawaj tu tego cholernego robaka - mówi Pu, 

Ŝą

dny pieni

ę

dzy i w

ś

ciekły. 

 
Wkłada całego robaka do ust i gryzie, gryzie, gryzie. Oczy wypełniaj

ą

 si

ę

  

łzami. Gryzie. Robak wierci si

ę

 i wije pod j

ę

zykiem, próbuje si

ę

 wy

ś

lizn

ąć

  

k

ą

cikiem ust, ale Pu wsuwa go z powrotem. I połyka, połyka. Gwałtownie  

protestuje 

Ŝ

ą

dek, Pu zwalcza odruch wymiotny. 

 
- Ju

Ŝ

 - mówi. 

 
- Otwórz usta, musz

ę

 skontrolowa

ć

 
Pu otwiera usta. Brat kontroluje. Długo. A potem ka

Ŝ

e mu zamkn

ąć

 usta,  

Ŝ

eby 

robak nie wylazł. Zabiera swoje trzy dwudziestkipi

ą

tki i wabi Sudda. 

 
- Co do cholery?! - krzyczy Pu. 
 
Dag patrzy na brata z rezygnacj

ą

: Chłopaki i ja chcieli

ś

my sprawdzi

ć

  poziom 

twojej głupoty. Je

ś

li za siedemdziesi

ą

t pi

ęć

 ore zjesz przyn

ę

t

ę

 na  ryby, to 

jeste

ś

 za głupi, 

Ŝ

eby

ś

my ci

ę

 mogli przyj

ąć

, a ju

Ŝ

 na pewno za  głupi, 

Ŝ

eby 

zarobi

ć

 siedemdziesi

ą

t pi

ęć

 ore. 

 
Pu rzuca si

ę

 na brata. Obrywa w przepon

ę

, przy okazji Sudd szarpie go za  

nogawk

ę

. Traci oddech i siada na kuchennych schodkach. Dag z Suddem,  rado

ś

nie 

si

ę

 drocz

ą

c, odchodz

ą

. Na podwórku spotykaj

ą

 Marianne. Pu nie  słyszy, co mówi

ą

ma wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e planuj

ą

 co

ś

 miłego. Zmaga si

ę

 z robakiem.  Wyrzyga

ć

? Wsadzi

ć

 

palce gł

ę

boko do gardła? Nie, nie zrobi bratu tej  przyjemno

ś

ci. Przez chwil

ę

 

Ŝ

ycie wydaje mu si

ę

 gówno warte. W brzuchu robal  i jeszcze msza w Granas! Pu 

kuli si

ę

 na schodkach, nikt nie czuje si

ę

  paskudniej ni

Ŝ

 ja. 

 
W altance ojciec z wujem Carlem. Pali fajk

ę

. Wuj został pocz

ę

stowany  cygarem i 

drug

ą

 wódk

ą

. Mówi bez przerwy, ojciec u

ś

miecha si

ę

 zach

ę

caj

ą

co.  Sk

ą

d ta nagła 

sympatia do wuja Carla? Patrzy teraz na zegarek i  prawdopodobnie oznajmia, 

Ŝ

musi si

ę

 ju

Ŝ

 zbiera

ć

, je

ś

li on i Pu chc

ą

 zd

ąŜ

y

ć

  na towarowy, który zwłaszcza w 

niedziele bywa bardzo punktualny. Wstaje i  poklepuje wuja po ramieniu. Na 
schodach pojawia si

ę

 matka. Woła Pu. Trzyma  w r

ę

ku zielon

ą

 walizk

ę

 ojca. Dag 

wyprowadza rower i walizka l

ą

duje na  tylnym baga

Ŝ

niku. Przedni jest 

background image

zarezerwowany dla Pu. Marianne wsuwa w wyłóg  ojcowej marynarki bukiecik 
kampanuli. Nadbiega Marta ze swoim skrzynkowyrn  aparatem, fotografuje cz

ę

sto i 

ch

ę

tnie. Ciotka Emma odwiedziła po 

ś

niadaniu  wychodek, drepcze teraz 

ś

cie

Ŝ

k

ą

kołysz

ą

c si

ę

 jak kaczka. Pod pach

ą

  egzemplarz "Gefle Dagblad". Z kuchni wyłania 

si

ę

 Lalla, niesie prowiant na  drog

ę

, który zostaje wci

ś

ni

ę

ty do walizki. Nie 

bez dyskusji. S

ą

 w niej  sztywny kołnierzyk ojca, czysta biała koszula, surdut i 

tekst kazania. A  je

ś

li butelka z mlekiem trza

ś

nie? I zniszczy surdut i kazanie? 

Poło

Ŝ

ymy j

ą

  na dnie, a ubrania na wierzchu. Nie, lepiej zrezygnowa

ć

 z mleka: u  

proboszcza b

ę

dzie przecie

Ŝ

 kawa, Pu zgodnie z ojcow

ą

 obietnic

ą

 dostanie  pommac, 

kupi

ą

 go w drodze powrotnej. 

 
Marta chce robi

ć

 zdj

ę

cia, matka te

Ŝ

 powinna na nich by

ć

, kiedy 

Ŝ

egna si

ę

  z 

ojcem, ale matka si

ę

 wzbrania, nie, dzi

ę

kuj

ę

, niech podró

Ŝ

nicy pozuj

ą

  sami. W 

ko

ń

cu pstryka jedn

ą

 fotk

ę

: ojciec, nieco sztywny, 

ś

ciska wysoko  podniesion

ą

 

kierownic

ę

. Na głowie kapelusz, jest w letniej marynarce i  czarnych spodniach 

do mszy, bo nie zmie

ś

ciły si

ę

 w walizce; nogawki spi

ę

te  klamerkami. Biała 

koszula bez kołnierzyka i buty dopełniaj

ą

 stroju. Pu  prócz opisanego wcze

ś

niej 

ubrania ma ciut za du

Ŝ

y biały lniany kapelusz,  który opiera si

ę

 na odstaj

ą

cych 

uszach. Twarz w półcieniu. Siedzi na  baga

Ŝ

niku. Nogi rozstawione. 

 
Wszyscy mówi

ą

 jeden przez drugiego, 

Ŝ

ycz

ą

 im przyjemnej podró

Ŝ

y, matka  

informuje, 

Ŝ

e babcia przesun

ę

ła obiad a

Ŝ

 o godzin

ę

, wi

ę

c nie mog

ą

 si

ę

  spó

ź

ni

ć

Zdaniem ciotki Emmy b

ę

dzie burza, tak, z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 b

ę

dzie  burza. 

 
Hen za wrzosowiskami, nad odległymi górami wisz

ą

 czarne chmury, kilka  białych 

obłoków wysuwa wiotkie palce ku 

ś

rodkowi nieboskłonu. To według  ciotki Emmy 

zwiastun burzy. Matka daje Pu całusa i co najmniej dwa razy  powtarza, 

Ŝ

eby 

uwa

Ŝ

ał i nie wetkn

ą

ł stóp w szprychy przedniego koła. Wuj  Carl, z altanki. 

macha na po

Ŝ

egnanie cygarem: Udanego połowu dusz, szanowny  bracie! Dag uczepił 

si

ę

 Marianne, Daga uczepił si

ę

 Sudd. Maj 

ś

cieli łó

Ŝ

ko w  pokoju matki. Odsuwa 

sut

ą

 firank

ę

 w jedynym otwieraj

ą

cym si

ę

 oknie na  pi

ę

trze, woła do Pu i macha 

r

ę

k

ą

. Pu niemrawo odmachuje. Niedzielna  sukienka Maj ma kwadratowy dekolt, 

kiedy pochyla si

ę

, Pu widzi jej piersi.  

Ś

wie

Ŝ

o umyte rudawe włosy wymkn

ę

ły si

ę

 

warkoczowi, niby płomienie okalaj

ą

  jej piegowat

ą

, mił

ą

 buzi

ę

 
 
 
IV 
 
 
 
Ojciec zaczyna od karkołomnego zjazdu. Jest wprawnym, a zarazem  brawurowym 
cyklist

ą

. W

ą

skie i strome zbocze wiod

ą

ce z przybytku Dahlbergów  pełne jest 

wybojów i kamieni. 
 
Na go

ś

ci

ń

cu ojciec zaczyna pedałowa

ć

: psiako

ść

, co za upał, mówi,  zdejmuj

ą

kapelusz. Pilnuj go, Pu. 
 
Poci

ą

g towarowy ju

Ŝ

 stoi na stacji i lokomotywka przetokowa ma co robi

ć

:  wagony 

wysoko załadowane dłu

Ŝ

yc

ą

 pojad

ą

 do tartaku w Giman, puste trafi

ą

 do  składu 

spławnego drewna w  Insjon, a trzy wagony pachn

ą

cych, 

ś

wie

Ŝ

o  

ś

ci

ę

tych pni 

zostan

ą

 w Dufnas, by posłu

Ŝ

y

ć

 za budulec dla nowej siedziby  rzeczników 

abstynencji. Hamulcowi wygramolili si

ę

 ze swoich ciasnych kabin  i snuj

ą

 si

ę

 po 

peronie, jeden popija kanapk

ę

 piwem z butelki, drugi kurzy  fajk

ę

, jaki

ś

 

kolejarz gania mi

ę

dzy zwrotnicami przy mo

ś

cie, mała lokomotywa  cofa si

ę

 i znowu 

pcha, dwóch m

ęŜ

czyzn haruje w pocie czoła przy sprz

ę

głach,  dzwoni

ą

 bufory i 

solidne 

Ŝ

elazne haki. Sło

ń

ce stoi dokładnie nad zakolem  rzeki. 

 
Ojciec i Pu wchodz

ą

 do biura i witaj

ą

 si

ę

 z wujkiem Ericssonem. O, widz

ę

,  

Ŝ

pastor wybiera si

ę

 gdzie

ś

 z synem w niedziel

ę

? Tak, do Granas, z  kazaniem, 

wyja

ś

nia ojciec. To najpierw poci

ą

giem do Djuras, a stamt

ą

d  rowerem, prawda? 

background image

Wujek Ericsson wyci

ą

ga z szafki biletowej mały br

ą

zowy  kartonik i stempluje go 

w specjalnym aparacie. Czy musz

ę

 nada

ć

 rower na  baga

Ŝ

? - pyta ojciec. Nie, 

mo

Ŝ

na go wzi

ąć

 do przedziału. W niedziele nie ma  tu podró

Ŝ

nych, wsiadaj

ą

 

dopiero w Leksandzie, nie wcze

ś

niej. 

 
Z pi

ę

tra schodzi pani Ericsson. Szyja silnie zdeformowana, zeszpecona  

powi

ę

kszon

ą

 tarczyc

ą

, oczy wyskakuj

ą

 z oczodołów. U

ś

miecha si

ę

 bezz

ę

bnie i  

serdecznie. W r

ę

ku fili

Ŝ

anka kawy: Pomy

ś

lałam, 

Ŝ

e pastor ch

ę

tnie si

ę

  napije, z 

orsa

ń

ska mówi pani Ericsson. A Punio miałby mo

Ŝ

e ochot

ę

 na  cukierka? Wyjmuje z 

kieszeni fartucha lepk

ą

 tutk

ę

 i cz

ę

stuje Pu  biało-czerwon

ą

 laseczk

ą

 mi

ę

tow

ą

 

własnej roboty. Pu kłania si

ę

 i dzi

ę

kuje.  Jak si

ę

 pani Ericsson miewa? Ojciec 

patrzy prosto w wyłupiaste oczy  kobiety. Nie najlepiej, pastorze. Nocami m

ę

cz

ą

 

mnie duszno

ś

ci, w zeszłym  tygodniu byłam w szpitalu w Falun. Doktor powiedział, 

Ŝ

e powinnam by

ć

  operowana i chciał pobra

ć

 kawałeczek tarczycy. Sama nie wiem. . 

. duszenie  si

ę

 jest straszne, ale przecie

Ŝ

 codziennie jem sól jodow

ą

, tyle 

Ŝ

nic mi  nie pomaga, czuj

ę

 si

ę

 coraz gorzej. I wygl

ą

dam okropnie. Zeszłego lata 

wola  nie było wida

ć

, wyrosło takie zim

ą

, wtedy, kiedy miałam gru

ź

lic

ę

 i  

straciłam... no, sam pastor wie, nie jest najlepiej, a w pokojach na górze  
duchota, w sypialnym sło

ń

ce po południu, czasem znosz

ę

 materac do  poczekalni i 

tam 

ś

pi

ę

. Ma okna od północy, zawsze troch

ę

 chłodniej. Był tu  raz inspektor, 

zobaczył materac i kategorycznie zakazał mi noclegów w  poczekalni, 

Ŝ

e to niby 

zabronione, ale Ericsson mu odpalił, 

Ŝ

e ma to w  dupie, jak inspektor chce, 

niech nas zaskar

Ŝ

y, prosz

ę

 bardzo. No i wtedy  si

ę

 zmył. 

 
Pu wdrapał si

ę

 na okno, bardziej go interesuj

ą

 poczynania lokomotywy  

przetokowej ni

Ŝ

 wole pani Ericsson. Ss

ą

c cukierka, obserwuje dwa wagony z  

dłu

Ŝ

yc

ą

. Parowozik dał im lekkiego kuksa

ń

ca i tocz

ą

 si

ę

 teraz grzecznie na  tor 

przetokowy, ten najbli

Ŝ

szy budynku stacji. Jeden z m

ęŜ

czyzn poło

Ŝ

ył  klocek 

zaporowy, wagony zatrzymuj

ą

 si

ę

, przez chwil

ę

 przesuwaj

ą

 si

ę

 to w  przód, to w 

tył, jakby były 

Ŝ

ywe, i nieruchomiej

ą

 
- Sko

ń

czyli! - woła Pu i złazi z parapetu. - Ju

Ŝ

 s

ą

 gotowi! 

 
Chce wyj

ść

, podró

Ŝ

, cho

ć

 krótka, ekscytuje. A wi

ę

c jedziemy, pastorze.  Wujek 

Ericsson wkłada kolejarsk

ą

 czapk

ę

 i bierze czerwon

ą

 chor

ą

giewk

ę

 z  okr

ą

ą

 

zielon

ą

 płytk

ą

 na drzewcu. Wystarczy da

ć

 ni

ą

 znak i ju

Ŝ

 wiadomo, 

Ŝ

e  poci

ą

gotów do odjazdu. Ojciec dopija kaw

ę

, a

Ŝ

 do fusów, dzi

ę

kuje i  wyci

ą

ga r

ę

k

ę

 na 

po

Ŝ

egnanie: Porozmawiam o chorobie pani Ericsson z  profesorem Forssellem, to 

mój dobry przyjaciel, mo

Ŝ

e co

ś

 poradzi. 

 
- Bardzo dzi

ę

kuj

ę

, ale niech pastor nie robi sobie kłopotu. 

 
Hamulcowy pomaga wnie

ść

 rower i walizk

ę

 do małego wagonu osobowego, który  

znajduje si

ę

 na ko

ń

cu składu. Wagon jest szarozielony, sterany wiekiem, z  

drzwiami po bokach. Wyposa

Ŝ

enie sparta

ń

skie: dwana

ś

cie drewnianych ławek  

ustawionych naprzeciwko siebie, sze

ść

 po lewej stronie i sze

ść

 po prawej.  Przy 

co drugiej stoi spluwaczka, na podłodze zniszczone br

ą

zowe linoleum,  przy 

krótszej 

ś

cianie 

Ŝ

elazny piecyk. Małe okna opuszczone, to przecie

Ŝ

  lato. Dwa 

szklane klosze na suficie kryj

ą

 gazowe lampy. W całym wagonie  pachnie 

pokostowanym drewnem i 

Ŝ

elazem. 

 
Pu wisi w oknie, jest podniecony, b

ę

dzie jechał poci

ą

giem, za kilka  sekund 

wujek Ericsson da znak, lokomotywa wypluje czarn

ą

 chmur

ę

 i wagon  potoczy si

ę

 po 

torach. Ojciec znalazł gazet

ę

, to "Borlange-Posten", i  studiuje "Publiczne 

ogłoszenia": Jutro, w niedziel

ę

, o godzinie jedenastej  w ko

ś

ciele w Granas w 

zespole parafii Gagnef wygłosi kazanie pastor Erik  Bergman ze Sztokholmu. 
Podczas nabo

Ŝ

e

ń

stwa b

ę

dzie udzielana 

Ś

wi

ę

ta Komunia  Pa

ń

ska. 

 
Poci

ą

g ci

ą

gle stoi. Pu wychyla si

ę

 niebezpiecznie przez okno, chce pozna

ć

  

przyczyn

ę

. Wujek Ericsson czyta jakie

ś

 papiery, kolejarz co

ś

 mu wyja

ś

nia i  

pokazuje. Lokomotywa wzdycha, jakby si

ę

 uskar

Ŝ

ała na dokuczliwe ciepło i  

background image

czekaj

ą

ce j

ą

 wzniesienia. Za zasłonk

ą

 na pi

ę

trze budynku stacji majaczy  

zniekształcona twarz pani Ericsson. 
 
Słycha

ć

 głosy. Pu odwraca głow

ę

. Szybkim krokiem maszeruj

ą

 Marianne, Dag  i wuj 

Carl. Maj

ą

 w

ę

dki, Dag niesie słoik z perforowan

ą

 zakr

ę

tk

ą

 i r

ą

czk

ą

. W  

ś

rodku s

ą

 

robaki. Wuj Carl zarzucił na plecy worek z prowiantem. 
 
- Hej! - woła Marianne. - Jeszcze nie pojechali

ś

cie? 

 
- Dok

ą

d si

ę

 wybieracie? - pyta ojciec, staj

ą

c obok Pu w małym oknie. 

 
- Do Kallbacken, na ryby - tr

ą

bi wuj Carl. - Lada chwila wpadnie Ma, wi

ę

c  

siostrzyczka Karin zarz

ą

dziła wycieczk

ę

. Uznała, 

Ŝ

e b

ę

dzie lepiej, je

ś

li  sama 

porozmawia z Ma. Nie miałem nic przeciwko temu. 
 
W ko

ń

cu poci

ą

g towarowy rusza ci

ęŜ

ko, zgrzyta, bucha dymem. Wszyscy  machaj

ą

. Pu 

dostrzega w przelocie, 

Ŝ

e Marianne kładzie dło

ń

 na ramieniu  Daga. Dag u

ś

miecha 

si

ę

, zachwycony, i energicznie macha bratu na  po

Ŝ

egnanie. Szybko gin

ą

 z pola 

widzenia, poci

ą

g nabiera p

ę

du, twarz Pu  smaga pachn

ą

ce ostro w

ę

glem powietrze. 

 
Na zakr

ę

cie, pod gór

ą

, lokomotywa daje sygnał, wagonem rzuca, koła dudni

ą

  na 

ą

czach. Min

ą

wszy rzek

ę

, zanurzaj

ą

 si

ę

 w las. Lokomotywa z trudem pnie  si

ę

 po 

zboczu, drewniany wagonik trzeszczy i podskakuje. Siadaj, mówi  ojciec. Nie 
mo

Ŝ

esz wisie

ć

 za oknem, to niebezpieczne. Chwyta Pu za szelki i  odci

ą

ga od 

okna. 
 
Ojciec i syn siedz

ą

 naprzeciw siebie, ojciec czyta gazet

ę

 
- Ojcze? 
 
Ojciec składa gazet

ę

 
- Tak? 
 
- Co to jest "historia"? 
 
- To opowie

ść

 o przeszło

ś

ci. 

 
- Wobec tego 

ś

mier

ć

 dziadka jest histori

ą

 
- Istniej

ą

 ró

Ŝ

ne odmiany historii. Jest wielka historia, traktuj

ą

ca o  wojnach, 

królach, całych narodach, i jest mała historia, historia 

Ŝ

ycia  rodzinnego. I w 

tym sensie 

ś

mier

ć

 dziadka to te

Ŝ

 historia. 

 
Ojciec siedzi pochylony, z łokciami na udach, splótł dłonie. Bacznie  przygl

ą

da 

si

ę

 synowi. Ilekro

ć

 z kim

ś

 rozmawia, ktokolwiek by to był, zawsze  patrzy mu 

prosto w oczy i zawsze uwa

Ŝ

nie słucha. 

 
- Ojciec nie lubi by

ć

 z nami w Dufnas? 

 
- Nie przepadam za Dufnas, ot co. Lubi

ę

 twoj

ą

 matk

ę

 i swoje dzieci, ale  Dufnas 

nie. 
 
- Dlaczego ojcu si

ę

 nie podoba Dufnas? 

 
Bo czuj

ę

 si

ę

 tam zamkni

ę

ty, je

ś

li rozumiesz, co mam na my

ś

li. - Nie. 

 
- Nie mog

ę

 o sobie decydowa

ć

 
- Czy to babcia decyduje? 
 

background image

- Mo

Ŝ

na tak powiedzie

ć

 
- I dlatego ojciec nienawidzi babci. 
 
- Nienawidz

ę

 
Ojciec u

ś

miecha si

ę

 lekko, k

ą

cikami ust, i patrzy na swoje splecione  dłonie. 

 
- Dag twierdzi, 

Ŝ

e ojciec i babcia si

ę

 nienawidz

ą

 
- Babcia i ja inaczej my

ś

limy o wielu sprawach. Tak, niemal o wszystkim.  I to 

nas denerwuje. Chyba rozumiesz. 
 
- Tak. 
 
- Czasem jest bardzo ci

ęŜ

ko. Zwłaszcza latem. Wtedy musimy mieszka

ć

  blisko 

siebie i łatwo o nieprzyjemno

ś

ci. Lepiej jest zim

ą

, kiedy babcia  mieszka w 

Uppsali, a my w Sztokholmie. 
 
- Lubi

ę

 babci

ę

 
- To dobrze. Babcia lubi ciebie, a ty lubisz babci

ę

. I tak powinno by

ć

 
- Czy ojciec by si

ę

 cieszył, gdyby babcia umarła? 

 
- Teraz si

ę

 zagalopowałe

ś

. Dlaczego miałbym si

ę

 cieszy

ć

? Po pierwsze  wiem, 

Ŝ

tobie, matce, Dagowi i wielu, wielu ludziom byłoby smutno, a po  drugie nie 
miewa si

ę

 takich my

ś

li. 

 
Pu medytuje. To i wyczerpuj

ą

ce, i wa

Ŝ

ne. Poza tym rzadko si

ę

 zdarza, 

Ŝ

eby  

ojciec znalazł czas na rozmowy. Musi skorzysta

ć

 z okazji. 

 
- Aha - mówi, zmartwiony. - A ja bardzo bym chciał, 

Ŝ

eby mnóstwo ludzi  umarło i 

stało si

ę

 histori

ą

! Ciotka Emma i Dag, i. . . 

 
- To zupełnie co innego - przerywa ojciec. - Nie zastanawiasz si

ę

 nad  tym, co 

to jest 

ś

mier

ć

. Dlatego szastasz takimi 

Ŝ

yczeniami. W  rzeczywisto

ś

ci nic one 

nie znacz

ą

 
- Ile razy pomy

ś

l

ę

Ŝ

e matka nie 

Ŝ

yje, jest mi smutno. 

 
- A czy nie pragniesz czasami 

ś

mierci swojego ojca? Kiedy na przykład  jeste

ś

 

zły. 
 
Ojciec 

ś

mieje si

ę

ś

miej

ą

 si

ę

 jego oczy, w głosie nie słycha

ć

 gro

ź

nych  tonów. A 

zatem to prawdziwa rozmowa, my

ś

li Pu. Dotychczas rozmowy albo  dyskusje zwykł 

był wie

ść

 tylko z babci

ą

. W Uppsali, gdy sp

ę

dzał u niej  ferie 

ś

wi

ą

teczne. Matka 

i ojciec nigdy nie mieli na to czasu. 
 
- Nie, ani razu nie pragn

ą

łem ojca 

ś

mierci - kłamie Pu z uczciw

ą

 min

ą

 
Ojciec klepie go w policzek, u

ś

miech nie schodzi mu z twarzy. 

 
- Przepraszam ci

ę

, Pu, ale czasem zadajesz naprawd

ę

 głupie pytania. 

 
Pu rezolutnie kiwa głow

ą

 i odwzajemnia u

ś

miech. 

 
Poci

ą

g hamuje, jazgot na całego, zgrzyty, grzechoty, rz

ęŜ

enia. Las  otwiera si

ę

 

na gra

ń

, na stromych zboczach przycupn

ę

ły wiejskie zagrody.  Ojciec poklepuje Pu 

po kolanie: doje

Ŝ

d

Ŝ

amy, nie zapomnij swojego kapelusza  i zajmij si

ę

 moim. 

 

background image

Poci

ą

g zatrzymuje si

ę

 w Djuras; rozeschni

ę

ty drewniany peron, szosa  

przecinaj

ą

ca tory, 

Ŝ

adnych bocznic ani semafora. Z budki dró

Ŝ

nika gramoli  si

ę

 

gruba kobieta, 

Ŝ

eby si

ę

 stamt

ą

d wydosta

ć

, musi si

ę

 przeciska

ć

 bokiem.  Wita 

pastora, pomaga mu si

ę

 upora

ć

 z rowerem i walizk

ą

. Upal taki, 

Ŝ

e  siekier

ę

 mo

Ŝ

na 

powiesi

ć

, na stoku ryczy krowa. Ze swojej kabiny wychyla si

ę

  maszynista, oddaje 

honory ojcu i synowi. Dró

Ŝ

niczka sygnalizuje. 

Ŝ

e  wszystko gotowe, i poci

ą

rusza w dół, ku Sifferbo, nie dymi, nie sapie,  nie stukocze. 
 
- Fili

Ŝ

ank

ę

 kawy? - zaprasza grubaska. 

 
- Nie, dzi

ę

kuj

ę

, pani Brogren. Ju

Ŝ

 jeste

ś

my spó

ź

nieni. 

 
- Krew mnie zalewa, 

Ŝ

e nie b

ę

d

ę

 w ko

ś

ciele, ale Olsson le

Ŝ

y w szpitalu i  musz

ę

 

tu stercze

ć

 w pi

ą

tek i 

ś

wi

ą

tek. A mo

Ŝ

e kropelk

ę

 soku dla syna? 

 
- Nie, dzi

ę

kuj

ę

 - grzecznie odpowiada Pu. 

 
- No to 

Ŝ

ycz

ę

 szcz

ęś

cia w podró

Ŝ

y. 

 
- Dzi

ę

kuj

ę

, pani Brogren, i prosz

ę

 pozdrowi

ć

 pana Olssona. 

 
- Czy pastor my

ś

li, 

Ŝ

e Bóg nas pokarze? 

 
- Dlaczego Bóg miałby was pokara

ć

 
- Ano dlatego, 

Ŝ

Ŝ

yjemy w grzechu. Tak powiedział prezes zwi

ą

zku  misyjnego. 

Jaki

ś

 miesi

ą

c temu strasznie na nas pomstował, a nast

ę

pnego dnia  Olsson wlazł 

na zardzewiały gwó

ź

d

ź

, dostał zaka

Ŝ

enia krwi i wyl

ą

dował w  szpitalu. My

ś

li 

pastor, 

Ŝ

e to kara boska? 

 
Ojciec trzyma kierownic

ę

 obiema r

ę

kami. O po

ś

piechu nie ma ju

Ŝ

 mowy,  przepadł 

jak zdmuchni

ę

ty. Ojciec nie patrzy na pani

ą

 Brogren, która stoi z  zatroskan

ą

 

min

ą

 i wzdycha. Patrzy na rzek

ę

 i po

Ŝ

ar sło

ń

ca w mrocznej  wodzie. Zastanawia 

si

ę

. W ko

ń

cu wbija wzrok w strapion

ą

 dró

Ŝ

niczk

ę

 
- Nie - mówi stanowczo. - Jestem przekonany, 

Ŝ

e prezes misji Stromberg  si

ę

 

myli. Bóg nie ukarze pani Brogren ani pana Olssona za takie  wykroczenie. Bóg 
nie jest małostkowy, wypada jedynie ubolewa

ć

Ŝ

e godzi si

ę

  na głupot

ę

 i 

pami

ę

tliwo

ść

 swoich parafian. Je

ś

li n

ę

kaj

ą

 pani

ą

 takie my

ś

li,  radziłbym 

porozmawia

ć

 z panem Olssonem. Ch

ę

tnie udziel

ę

 wam 

ś

lubu,  gdyby

ś

cie podj

ę

li tak

ą

 

decyzj

ę

. Wystarczy napisa

ć

 słowo. Jak pani wiadomo,  jestem teraz w Dufnas. 

 
Tłusta kobieta przez moment nie mo

Ŝ

e z siebie wydoby

ć

 głosu, kiwa wi

ę

c  głow

ą

 i 

przełyka 

ś

lin

ę

, tak, porozmawiam z Olssonem, w czwartek jad

ę

 do  szpitala, dadz

ą

 

kogo

ś

 na zast

ę

pstwo z Leksandu. 

 
- Do widzenia, pani Brogren. 
 
- Do widzenia, pastorze. 
 
Pu kłania si

ę

 w milczeniu i siada na baga

Ŝ

nik, ojciec stawia praw

ą

 stop

ę

  na 

o

ś

ce tylnego koła, lew

ą

 trzyma na pedale, dzi

ę

ki czemu z niezł

ą

  szybko

ś

ci

ą

 mkn

ą

 

ku rzece. Pu 

ś

ciska ojcowy kapelusz i szeroko rozstawia  nogi; trzeba uwa

Ŝ

a

ć

 na 

szprychy. 
 
W oddali gwi

Ŝ

d

Ŝ

e poci

ą

g, poza tym panuje niczym nie zm

ą

cony niedzielny  spokój. 

Ostro zalatuje krowami i macierzank

ą

. Na drog

ę

 wychylaj

ą

 si

ę

 w

ą

tłe  kłosy 

Ŝ

yta, 

chłoszcz

ą

 goł

ą

 nog

ę

 Pu. 

 
Pu czuje, 

Ŝ

e ojcu jest wesoło, wi

ę

c te

Ŝ

 si

ę

 rozja

ś

nia. Ojciec gwi

Ŝ

d

Ŝ

e,  potem 

nuci, wreszcie 

ś

piewa: 

background image

 
 
 
Li

ść

mi bogate konary 

 
a naszej ziemi proch szary 
 
szata zdobi zielona. 
 
Kwiecia mnogo

ść

 wielobarwna 

 
cieszy bardziej ni

ź

li sławna 

 
uczono

ść

 Salomona. 

 
 
 
Ojciec hamuje. Ostry zakr

ę

t w prawo, piasek, 

ś

lisko: Musimy uwa

Ŝ

a

ć

Ŝ

eby  nie 

wyl

ą

dowa

ć

 na uszach! Jak b

ę

dzie kołysało, trzymaj si

ę

 mocno. Daj mi  kapelusz, 

wło

Ŝę

 go na głow

ę

, na udar jak znalazł. Pu chwycił baga

Ŝ

nik  dwiema r

ę

kami. 

Ojciec pedałuje ostro

Ŝ

niej. Tak, tu trzeba uwa

Ŝ

a

ć

, m

ą

drzy  si

ę

 Pu. Przewrócimy 

si

ę

, to po nas. 

 
Pu i ojciec szcz

ęś

liwie pokonuj

ą

 niebezpieczny odcinek i z przyzwoit

ą

  

pr

ę

dko

ś

ci

ą

 staczaj

ą

 si

ę

 po lekkiej pochyło

ś

ci wzdłu

Ŝ

 bruzdy rzeki. Kola  gwi

Ŝ

d

Ŝą

 

i chrz

ę

szcz

ą

, połyskuje ciemne lustro wody, drewno płynie  niespiesznie, 

spi

ę

trza si

ę

 przy ła

ń

cuchach. 

Ś

ciana burzowych chmur  podniosła si

ę

 nad graniami 

mniej wi

ę

cej na szeroko

ść

 palca. Ojciec dzielnie  pedałuje, pod

ś

piewuj

ą

c. Pu nie 

rozpoznaje melodii. A mo

Ŝ

e to nie jest 

Ŝ

adna  melodia? Teraz ojcu dopisuje 

humor, ale wyprawy z nim bywaj

ą

 zazwyczaj  ryzykowne. Nigdy nie wiadomo, czym 

si

ę

 sko

ń

cz

ą

. Czasem jest w humorze cały  dzie

ń

, czasem, ni st

ą

d, ni zow

ą

d, 

dopadaj

ą

 go demony, staje si

ę

 wtedy  małomówny, zamkni

ę

ty w sobie, dra

Ŝ

liwy. 

 
- No co, chyba nie 

Ŝ

ałujesz, 

Ŝ

e wybrałe

ś

 si

ę

 na wycieczk

ę

 
Ojciec przerywa nucenie i poklepuje Pu po kapeluszu. 
 
- Nie - kłamie Pu, my

ś

l

ą

c z melancholi

ą

 o poci

ą

gu i torach, które miał  układa

ć

 

mi

ę

dzy wychodkiem a 

ś

ci

ę

t

ą

 brzoz

ą

 
Cały czas z górki! Mo

Ŝ

na by pu

ś

ci

ć

 długi skład osobowy, dojechałby  spokojnie a

Ŝ

 

do zwrotnic, udaj

ą

c elektryczn

ą

 kolejk

ę

 djursholmsk

ą

 
Przy promowisku stoi ju

Ŝ

 par

ę

 bryczek z parafianami, którzy witaj

ą

  pastora. 

Ojciec uchyla kapelusza, odwzajemnia pozdrowienia. Na przejazd  czekaj

ą

 te

Ŝ

 

zgarbiony starzec w skórzanej czapce i jego powalana gnojem  krowa. Oboje 
cuchn

ą

, wokół nich chmary du

Ŝ

ych niebieskawych much. Starzec  nie wydaje si

ę

 tym 

speszony. Nad wod

ą

 snuje si

ę

 kilku chłopców. S

ą

 boso.  Wybieraj

ą

 si

ę

 nad 

Djuptjarn na okonie. 
 
Nad rzek

ą

 wisz

ą

 stalowe liny. Przyczepiony do nich 

Ŝ

elaznymi  pier

ś

cieniami i 

bloczkami prom przeci

ą

ga si

ę

 r

ę

cznie. Pasa

Ŝ

erowie płci  m

ę

skiej chwytaj

ą

 za 

drewniane r

ą

czki na linkach. W ten sposób płaskodenny  statek kursuje od brzegu 

do brzegu, przecinaj

ą

c czarn

ą

, w tym miejscu  pogł

ę

bion

ą

 rzek

ę

. W jego burty 

uderza głucho dryfuj

ą

ce drzewo. 

 
Ojciec wdaje si

ę

 w pogaw

ę

dk

ę

 z dwiema kobietami siedz

ą

cymi w faetonie.  Młodsza 

jest w stroju parafialnym, starsza nosi 

Ŝ

ałob

ę

, mimo opalenizny ma  poszarzał

ą

 

twarz. Przygl

ą

da si

ę

 swym plamistym dłoniom i milczy. Mówi  młodsza, barwnym 

dialektem, przywołuj

ą

cym na my

ś

l górskie w

ę

drowanie.  Ojciec kiwa głow

ą

 i 

słucha: Aha, ach, tak, tak szybko? Chyba zupełnie  nieoczekiwanie? Był taki 

background image

Ŝ

wawy, w sianokosy uwijał si

ę

 jak zwykle, potem  miał jecha

ć

 na zawody 

strzeleckie, tak, to było w ubiegł

ą

 niedziel

ę

. Kiedy  matka przyniosła kaw

ę

le

Ŝ

ał z głow

ą

 na bok i z zamkni

ę

tymi oczami,  pomy

ś

lała, 

Ŝ

e znów zasn

ą

ł. A on 

nie 

Ŝ

ył. 

 
Pu siedzi na pokładzie, na samym przodzie. Zdejmuje sandałki, spuszcza  nogi do 
wody, która mimo pełni lata jest lodowato zimna. Cmokta i mlaska  wokół stóp Pu. 
 
Ledwie prom odbija od przycumowanej do brzegu, rozhu

ś

tanej tratwy, ojciec  

zostawia kobiety, bierze drewniany uchwyt i przyczepiwszy go do stalowej  liny, 
pomaga m

ęŜ

czyznom w przeci

ą

ganiu promu na drug

ą

 stron

ę

 rzeki. 

 
Pu przysuwa si

ę

 jeszcze bli

Ŝ

ej kraw

ę

dzi; woda przyjemnie chłodzi sw

ę

dz

ą

ce  

ukłucia komarów pod kolanami. Nagle kto

ś

 łapie go za ramiona, odci

ą

ga i  wali w 

policzek, raz, potem drugi. Ojciec jest w

ś

ciekły: przecie

Ŝ

 ci  zabroniłem! Nie 

rozumiesz, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e ci

ę

 wessa

ć

 i nikt nawet nie zauwa

Ŝ

y, 

Ŝ

e  znikn

ą

łe

ś

? I kolejny 

siarczysty policzek, w sumie trzy. Pu patrzy na ojca,  nie płacze, nie tutaj, 
nie przy obcych. Nie płacze, ale nienawidzi:  pieprzony cham, zawsze by tylko 
bił, jak wrócimy do domu, wyko

ń

cz

ę

 go,  wymy

ś

l

ę

 jak

ąś

 cholernie bolesn

ą

 

ś

mier

ć

b

ę

dzie 

Ŝ

ebrał o lito

ść

 
Kłody przewalaj

ą

 si

ę

 z głuchym łoskotem, szumi woda, sło

ń

ce przypieka. Pu  staje 

z boku. W głowie po

Ŝ

ar, szczypi

ą

 powieki. Kobiety w faetonie widziały  całe 

zaj

ś

cie, kiwaj

ą

 głowami i co

ś

 szepc

ą

. Mówi młodsza. Pu jej nie słyszy,  widzi 

tylko ich plecy, ulokował si

ę

 na rufie. Ojciec pomaga przeprawi

ć

  prom, zmaga 

si

ę

 z tym upiornym pagajem, jest zły, co nie uchodzi uwagi Pu.  Zdj

ą

ł marynark

ę

zakasał r

ę

kawy koszuli, kapelusz na karku. 

 
 
 
*** 
 
 
 
Jeszcze jedno spojrzenie w przyszło

ść

 
- Jaki popełniłem bł

ą

d? 

 
Ojciec siedzi za biurkiem, ja zapadłem si

ę

 w skórzany fotel, w gł

ę

bi  pokoju. Za 

oknem jasnoszary zimowy dzie

ń

, na dachach i w powietrzu 

ś

nieg.  Ojciec patrzy na 

mnie, w czworok

ą

cie okna odbija si

ę

 ciemna sylwetka. Z  trudem rozró

Ŝ

niam rysy 

jego twarzy, ale głos słysz

ę

 wyra

ź

nie. 

 
- Jaki popełniłem bł

ą

d? 

 
Znowu to samo pytanie, i co ja mam odpowiedzie

ć

? Na biurku le

Ŝ

y dziennik  mamy. 

 
- Otworzyłem drug

ą

 skrytk

ę

 bankow

ą

 Karin i tam znalazłem kolejne zeszyty.  

Wyobra

ź

 sobie, pisała dziennik od marca tysi

ą

c dziewi

ęć

set trzynastego,  kiedy 

si

ę

 pobrali

ś

my, a

Ŝ

 do ko

ń

ca. Sko

ń

czyła dwa dni przed 

ś

mierci

ą

. Pisała  

codziennie. 
 
- Czy ojciec o tym nie wiedział? 
 
- Pewnego razu spytałem i Karin powiedziała, 

Ŝ

e robi takie krótkie  notatki o 

tym, co si

ę

 wydarzyło, ale nie, 

Ŝ

e... 

 
Ojciec potrz

ą

sa głow

ą

, kartkuje zeszyt w br

ą

zowej okładce: codziennie. 

 
- Próbuj

ę

 co

ś

 z tego zrozumie

ć

, chodzi mi o aspekt czysto praktyczny,  matka 

pisała maczkiem... Musz

ę

 u

Ŝ

ywa

ć

 szkła powi

ę

kszaj

ą

cego. 

background image

 
I jakby na usprawiedliwienie ojciec unosi szkło: codziennie,  mikroskopijne 
literki, kody. 
 
- Jej charakter pisma był zazwyczaj wyra

ź

ny, czytelny. Ale ten jest inny.  I 

jeszcze skróty słów i imion, czasem co

ś

 w rodzaju szyfru, kompletnie  

niezrozumiałego. 
 
Ojciec oddycha gł

ę

boko, po czym podnosi zeszyt. Wstaj

ę

, bior

ę

 go od  niego. Rok 

1927: Matka w szpitalu, radykalna operacja, macica, usuni

ę

cie  jajników. Trzy 

miesi

ą

ce. L

ę

k o dom i dzieci. Ojciec z wizytami codziennie:  Nie mog

ę

 go prosi

ć

Ŝ

eby nie przychodził, m

ę

czy mnie jego niepokój. Jakbym  powinna mie

ć

 wyrzuty 

sumienia, 

Ŝ

e tu le

Ŝę

 
Czytam wolno, ze szkłem powi

ę

kszaj

ą

cym, zamykam zeszyt i zwracam go ojcu,  

przesuwaj

ą

c po blacie biurka. 

 
- Czytam i czytam. Stopniowo sobie u

ś

wiadamiam, 

Ŝ

e nie znałem kobiety, z  któr

ą

 

prze

Ŝ

yłem przeszło pi

ęć

dziesi

ą

t lat. 

 
Odwraca głow

ę

, patrzy na padaj

ą

cy 

ś

nieg i białe dachy. Jego kark jest  długi i 

szczupły, włosy przerzedzone. Odległy głos dzwonów Jadwigi  Eleonory. Nic nie 
wiem, mówi. 
 
- Karin pisze o fiasku. O 

Ŝ

yciowym fiasku. Czy potrafisz to zrozumie

ć

?  

Posłuchaj: "Którego

ś

 dnia przeczytałam w jakiej

ś

 ksi

ąŜ

ce dwa słowa:  >>

Ŝ

yciowe 

fiasko<<. Dech mi zaparło i pomy

ś

lałam, 

Ŝ

e to s

ą

 wła

ś

nie te  słowa: >>

Ŝ

yciowe 

fiasko<<". 
 
- Matka niekiedy dramatyzowała - próbuj

ę

 
- I pytam sam siebie - ojciec mówi wolno, ledwie słyszalnie - i pytam sam  
siebie, jaki popełniłem bł

ą

d. 

 
- Ale matka i ojciec chyba ze sob

ą

 rozmawiali? 

 
- Tak, naturalnie. Rozmawiali

ś

my. To znaczy mówiła Karin. Bo có

Ŝ

 ja?  Karin 

miała tyle pomysłów na zmiany w naszym 

Ŝ

yciu. Chciała odpowiedzi na  swoje 

pytania, ale co ja jej mogłem powiedzie

ć

? Uwa

Ŝ

ała, 

Ŝ

e jestem leniwy.  Nie leniwy 

w pracy, ale w ogóle, rozumiesz. 
 
Ojciec patrzy na mnie, nie widz

ę

 wyrazu jego twarzy, 

ś

wiatło od okna jest  zbyt 

ostre, ale w głosie słysz

ę

 wezwanie: powiedz co

ś

, co by to wyja

ś

niło,  co dałoby 

mi punkt oparcia. 
 

Ś

niło mi si

ę

 tej nocy, 

Ŝ

e idziemy z Karin nasz

ą

 ulic

ą

 i jak to czasem  

robili

ś

my, trzymamy si

ę

 za r

ę

ce. Przy chodniku, zamiast jezdni, była  przepa

ść

a na jej dnie połyskiwała m

ę

tna woda. I nagle Karin puszcza moj

ą

  dło

ń

 i rzuca 

si

ę

 w przepa

ść

 
- Czasami wmawiam sobie, 

Ŝ

e matka jest przy mnie - mówi

ę

 z wahaniem. -  Wiem, 

Ŝ

to rodzaj t

ę

sknoty, nic wi

ę

cej, ale... 

 
- Aha - zgadza si

ę

 ojciec - tak to jest. Najpierw człowiek odkrywa, 

Ŝ

e...  nie, 

nie wiem... nie umiem tego wyja

ś

ni

ć

. Jaki popełniłem bł

ą

d? 

 
- A sk

ą

d ja mam to wiedzie

ć

 
- Jakbym 

Ŝ

ył całkiem innym 

Ŝ

yciem ni

Ŝ

 Karin. Nigdy nie uciekałem si

ę

 do  Boga. 

Zawsze my

ś

lałem, 

Ŝ

e takie jest moje 

Ŝ

ycie i niewiele si

ę

 na to  poradzi. Mo

Ŝ

byłem jak potulny pies. Jak Sudd? 

background image

 
Ojciec u

ś

miecha si

ę

 smutno. Duch Sudda przemyka po dywanie, kładzie nos w  

ojcowej dłoni i przygl

ą

da si

ę

 swemu najukocha

ń

szemu panu melancholijnym  

spojrzeniem. 
 
- Matka była chyba inteligentniejsza ode mnie. Tyle czytała, je

ź

dziła za  

granic

ę

... Ja najcz

ęś

ciej 

Ŝ

yłem własnymi uczuciami i inspiracjami. Teraz  jestem 

odarty ze wszystkiego. Nie zamierzam si

ę

 skar

Ŝ

y

ć

, nie my

ś

l, 

Ŝ

e si

ę

  skar

Ŝę

, ale 

kiedy tak tu siedz

ę

 i staram si

ę

 zinterpretowa

ć

 dzienniki  matki. . . 

 
- Jak si

ę

 ojcu zdaje, czy matka chciała, 

Ŝ

eby ojciec to czytał? 

 
- Nie jestem pewien. Wydawało si

ę

 czym

ś

 normalnym, jakby ustalonym, 

Ŝ

e ja  umr

ę

 

pierwszy. Taki 

Ŝ

art, pojmujesz. Zwłaszcza ja... tak, naturalnie. I  kiedy si

ę

 

okazało, 

Ŝ

e mam raka przełyku sprawa była jasna, przynajmniej ja  tak my

ś

lałem, 

Ŝ

e jest jasna. 

 
- Najgorszy był chyba nasz paniczny strach. 
 
- Strach? 
 
Ojciec patrzy na mnie, szczerze zmieszany, jakby po raz pierwszy usłyszał  to 
słowo. 
 
- Bali

ś

cie si

ę

 
- Bali

ś

my si

ę

Ŝ

e ojciec b

ę

dzie zły. Zawsze spadało to tak nagle, czasem  nie 

mieli

ś

my poj

ę

cia, dlaczego ojciec nas łaje i bije. 

 
- No, tym razem przesadziłe

ś

 
- Ojciec spytał, wi

ę

c staram si

ę

 odpowiedzie

ć

 
- Byłem chyba dosy

ć

 łagodny. 

 
- Nie. Bali

ś

my si

ę

 ojcowych wybuchów w

ś

ciekło

ś

ci. Nie tylko my, dzieci. 

 
- Chodzi ci o matk

ę

. . . 

Ŝ

e Karin miałaby. . .? 

 
- My

ś

l

ę

Ŝ

e matka te

Ŝ

 si

ę

 bała, ale inaczej. Nauczyli

ś

my si

ę

 wykr

ę

ca

ć

,  

kłama

ć

... Musz

ę

 jednak przyzna

ć

Ŝ

e mówienie o tym po tylu latach wydaje  si

ę

 

troch

ę

 kr

ę

puj

ą

ce... dwaj starsi panowie. I troch

ę

 komiczne. 

 
- Ale matka nie zwykła milcze

ć

 
- Była mediatork

ą

, interweniowała. Ojciec zawsze si

ę

 na przykład zło

ś

cił  na 

Daga. Pami

ę

tam, ile razy oberwał. Trzepaczk

ą

. Na gołe ciało. Krwawił,  łuszczyła 

mu si

ę

 skóra. A matka patrzyła. 

 
- Robisz mi wyrzuty. . . 
 
- Nie, nie robi

ę

. Powiedziałem przecie

Ŝ

Ŝ

e uwa

Ŝ

am t

ę

 rozmow

ę

 za  komiczn

ą

. Ale 

skoro ojciec spytał, odpowiadam. By wyrazi

ć

 rzecz  dramatycznie, byli

ś

my 

niesamowicie wystraszeni. 
 
- Pami

ę

tam, Karin powiedziała... 

 
- Co powiedziała? 
 

background image

- Czasem, kiedy była zła, mówiła 

Ŝ

e jestem "ograniczony". Pisze o tym w  wielu 

miejscach. "Erik jest nieprzejednany. Erik nigdy nie przebaczy i nie  oka

Ŝ

wyrozumiało

ś

ci, taki z niego ksi

ą

dz. Erik jest nie

ś

wiadomy siebie". 

 
Ojciec ga

ś

nie, wspiera głow

ę

 na dłoni. 

 
- Dosi

ę

gła mnie kara, prawda? 

 
- Kara? 
 
- Nie s

ą

dzisz, 

Ŝ

e czytanie dzie

ń

 po dniu zapisków matki to dostateczna  kara? 

Nie podobaj

ą

 jej si

ę

 nawet moje kazania. 

 
Ojciec u

ś

miecha si

ę

 sarkastycznie: Wi

ę

c ty i twoje rodze

ń

stwo powinni

ś

cie  by

ć

 

zadowoleni. Niektórzy uwa

Ŝ

aj

ą

Ŝ

e piekło jest ju

Ŝ

 na ziemi. Obecnie  jestem 

skłonny si

ę

 z tym zgodzi

ć

. Nie, nie, nie. Co, odchodzisz? 

 
 
 
*** 
 
 
 
Prom przybija z głuchym t

ą

pni

ę

ciem, woda spłukuje deski pokładu, kolebie  si

ę

 

pontonowy pomost, bryczki wytaczaj

ą

 si

ę

 na l

ą

d. Ojciec 

Ŝ

egna si

ę

 z  matk

ą

 i 

córk

ą

, chłopcy wybieraj

ą

cy si

ę

 nad Djuptjarn zbieraj

ą

 w

ę

dki, cze

ść

  Pu, mówi

ą

na pewno widzieli, jak oberwał, wci

ąŜ

 poci

ą

ga nosem, jedzie na  msz

ę

 do Granas. 

Starzec z powalan

ą

 krow

ą

 drepce pod gór

ę

 
- Chod

źŜ

e, głuptasie! - 

Ŝ

yczliwie odzywa si

ę

 ojciec. 

 
Pu stoi odwrócony, 

Ŝ

yczliwy ton kusi łzy. Ojciec podchodzi i daje mu  lekkiego 

kuksa

ń

ca w plecy. 

 
- Chyba rozumiesz, 

Ŝ

e si

ę

 przestraszyłem, mogłe

ś

 uton

ąć

 i nikt by niczego  nie 

zauwa

Ŝ

ył. 

 
Kuksa go jeszcze raz. Stoi za synem, rower oparł na biodrze. 
 
Przewo

ź

nik zaczyna wpuszcza

ć

 na pokład pasa

Ŝ

erów chc

ą

cych si

ę

 przeprawi

ć

  na 

drugi brzeg. Ojciec wyci

ą

ga do syna sw

ą

 du

Ŝą

 dło

ń

, rower opiera o siatk

ę

  

zabezpieczaj

ą

c

ą

. Sadowi si

ę

 na odwróconej do góry dnem fasce i przyci

ą

ga Pu  do 

siebie. 
 
- Przestraszyłem si

ę

, rozumiesz. A jak si

ę

 człowiek przestraszy, jest  zły, 

chyba wiesz? Uderzyłem za mocno, po prostu tak wyszło, nie zd

ąŜ

yłem  si

ę

 

zastanowi

ć

. I jest mi z tego powodu przykro. Dostałe

ś

 wi

ę

cej, ni

Ŝ

  zasłu

Ŝ

yłe

ś

, i 

to było głupie. 
 
Ojciec patrzy na Pu wyczekuj

ą

co, teraz jego kolej. Pu nie chce patrze

ć

 na  ojca 

i przełyka łzy, jasna cholera, kiedy ojciec jest taki miły, człowiek  by si

ę

 

najch

ę

tniej szczerzył w u

ś

miechu, niech to cholera we

ź

mie. Dlatego  tylko kiwa 

głow

ą

: tak, tak, kapuj

ę

 
- No to w drog

ę

 - mówi ojciec, cz

ę

stuj

ą

c Pu klapsem w tyłek. 

 

ś

egna si

ę

 z przewo

ź

nikiem i toczy rower po 

ś

liskim pokładzie i pontonowym  

pomo

ś

cie. W płytkiej przybrze

Ŝ

nej wodzie 

ś

miga ławica male

ń

kich uklei.  

Wszystkie jednocze

ś

nie podryguj

ą

, migocze lustro wody. Pu idzie boso,  ojciec 

przyczepia sandały do tylnego baga

Ŝ

nika, 

ś

ci

ą

ga walizk

ę

 rzemieniem. 

 

background image

Podej

ś

cie od promowiska jest strome. Pu pomaga ojcu pcha

ć

 rower. Na  szczycie 

ś

ciana upału, widok na otwarte pola i piaszczysty go

ś

ciniec, który  snuje si

ę

 

prost

ą

 nitk

ą

 na zachód. Podmuchy wiatru wzbijaj

ą

 obłoczki  miałkiego kurzu, 

spi

ę

te l

ś

ni

ą

cymi klamerkami czarne spodnie ojca szarzej

ą

,  czarne sznurowane 

buty spowija pył. 
 
Ojciec i Pu zjawiaj

ą

 si

ę

 w Granas z dziesi

ą

tym uderzeniem dzwonu.  Cienisty 

cmentarz, kilka kobiet w czerni porz

ą

dkuje groby, podlewa kwiaty,  grabi. Pod 

portalem miły chłód. Przewodnicz

ą

cy rady parafialnej prowadzi  ojca do 

zakrystii. W zakrystii szafka, miednica i dzbanek, mydło i r

ę

cznik;  ojciec 

rozbiera si

ę

 do pasa i myje si

ę

. Potem wyjmuje z walizki czyst

ą

  biał

ą

 koszul

ę

koloratk

ę

, wykrochmalone mankiety i surdut. Przewodnicz

ą

cy  krz

ą

ta si

ę

 obok. 

 
- Kiedy pastor wejdzie na ambon

ę

, prosz

ę

 odwróci

ć

 klepsydr

ę

, to stary  zwyczaj w 

tym ko

ś

ciele, a modlitw

ę

 za zmarłych odmawiamy przed podzwonnym,  czekam na 

"amen" pastora i uruchamiam du

Ŝ

y dzwon. Trwa to kilka sekund, bo  mechanizm 

działa troch

ę

 opieszale. Proboszcz udziela wła

ś

nie komunii w  Utby, mo

Ŝ

e si

ę

 

odrobin

ę

 spó

ź

ni

ć

, dlatego prosił mnie, bym pastorowi  przypomniał, 

Ŝ

e po mszy 

odb

ę

dzie si

ę

 na plebanii małe spotkanie przy kawie.  A teraz poprosz

ę

 o psalmy, 

zaraz je z chłopcem wywiesimy. Za dziesi

ęć

  jedenasta dzwoni

ę

, i o tej porze 

zaczn

ą

 si

ę

 wszyscy schodzi

ć

. Do tego czasu  przewa

Ŝ

nie s

ą

 na cmentarzu albo 

wdaj

ą

 si

ę

 w pogaduszki. 

 
Ojciec wypisał na dwóch kartkach po pi

ęć

 psalmów, zaznaczaj

ą

c liczb

ę

  wersów. 

Jedna kartka dla przewodnicz

ą

cego rady parafialnej, druga dla  organisty. 

Staruszek werbuje Pu do pomocy. Ojciec siada za du

Ŝ

ym d

ę

bowym  stołem i pochyla 

si

ę

 nad starannie napisanym kazaniem. Nie b

ę

dziemy teraz  pastorowi 

przeszkadza

ć

, szepce przewodnicz

ą

cy i ci

ą

gnie Pu za r

ę

k

ę

. Znasz  cyfry? - pyta 

po chwili, otwieraj

ą

c czarn

ą

 szaf

ę

, w której wisz

ą

 w rz

ą

dkach  rnosi

ęŜ

ne 

numerki. 
 
Staruszek wchodzi na drabink

ę

, a Pu podaje mu z szafy 

Ŝą

dane cyfry;  zawisn

ą

 na 

dwóch czarnych tablicach w złotych ramkach, po prawej i lewej  stronie 
prezbiterium. O konwersacji nie ma mowy. Zadanie jest wyj

ą

tkowo  wa

Ŝ

ne: jedna 

zła cyfra i katastrofa gotowa. 
 
Po pracy Pu wychodzi z przyjemnie chłodnego ko

ś

cioła w upał, który  łagodz

ą

 

nieco cieniste wi

ą

zy. Niebo białe, ani jednej chmurki, bezdech,  duchota. Jakie

ś

 

trzmiele, komar na ramieniu, za murem ryczy krowa.  Wygrabionymi 

Ŝ

wirowymi 

alejkami spaceruje kilka osób w czarnych,  niedzielnych strojach, przyciszone 
rozmowy. Pu kieruje si

ę

 ku niewielkiemu  kamiennemu budynkowi w północnej cz

ęś

ci 

cmentarza. Ci

ęŜ

kie, wysmołowane  drzwi s

ą

 uchylone. Wokoło 

Ŝ

ywej duszy. Pu 

dobrze wie, co to za dom, ale nie  mo

Ŝ

e si

ę

 powstrzyma

ć

. W

ś

lizguje si

ę

 do 

ś

rodka: kamienna posadzka, surowe  

ś

ciany, wzmocniony grubymi belkami drewniany 

sufit, niskie matowe okienka.  Na krótszej 

ś

cianie prosty ołtarz: czarny 

drewniany krzy

Ŝ

, cynowe  

ś

wieczniki, otwarta Biblia. Na prawej dłu

Ŝ

szej 

ś

cianie 

półki, a na nich  cztery trumny, ró

Ŝ

nych rozmiarów i roboty. Po

ś

rodku na 

posadzce katafalk.  Na katafalku biała trumna bez wieka, ustawiona pochyło. W 
trumnie młoda  kobieta. Twarz zmizerowana, szara, wokół zamkni

ę

tych oczu sine 

cienie, nos  ostry, pod brod

ą

 zbiór hymnów, na powiekach srebrne monety. W 

dłoniach,  długich, wychudłych, hymny, koronkowa chusteczka do nosa i biały 
go

ź

dzik.  Odsłoni

ę

t

ą

 twarz bombarduje z bzykiem kilka much, uderzaj

ą

 potem w 

matowe  czworok

ą

ty okienek. Odór wi

ę

dn

ą

cych kwiatów i czego

ś

 słodkawego, co 

wdziera  si

ę

 nosem i przenika skór

ą

 i trwa wiele godzin. Pu stoi długo. Do jego 

warg  przykleja si

ę

 nagle zbł

ą

kana mucha, odgania j

ą

, w panice. 

 
Z alejki słycha

ć

 głosy i ci

ęŜ

kie kroki. Do 

ś

rodka wchodz

ą

 dwaj m

ęŜ

czy

ź

ni  w 

ciemnych garniturach i białych szalikach, przeganiaj

ą

 Pu, ale bez gniewu,  

szybko o nim zapominaj

ą

. Wieko trzeba przykr

ę

ci

ć

, zebra

ć

 kwiaty. Półki z  

trumnami zasłania si

ę

 brudn

ą

 kotar

ą

, na ołtarzu zapala si

ę

 

ś

wiece. Drzwi na  

o

ś

cie

Ŝ

, na chwil

ę

 zagl

ą

daj

ą

 

Ŝ

ałobnicy, chc

ą

 si

ę

 po

Ŝ

egna

ć

 przed msz

ą

background image

 
- A, tu jeste

ś

, Puniu - woła 

Ŝ

ona proboszcza i macha do niego. 

 
Niesie przed sob

ą

 ogromny brzuch. Przydałoby si

ę

 kółko. Kwiecista suknia  jest 

wyra

ź

nie za ciasna, na twarzy i opalonej szyi br

ą

zowi

ą

 si

ę

 plamy  w

ą

trobiane. 

Proboszczowa prowadzi za r

ę

k

ę

 syna. 

 
- Dzie

ń

 dobry, Puniu! Wła

ś

nie si

ę

 widziałam z twoim tat

ą

. Powiedział, 

Ŝ

e  gdzie

ś

 

tu ci

ę

 znajd

ę

. A to mój chłopiec, jest twoim rówie

ś

nikiem.  Sko

ń

czyłe

ś

 osiem 

lat, prawda? Konrad sko

ń

czy w przyszłym tygodniu. No,  Konradku, przywitaj si

ę

 

grzecznie z Puniem. 
 
Konrad jest ni

Ŝ

szy od Pu, ale za to szeroki w ramionach. Brzuch wydatny,  ale 

nie tak jak u proboszczowej, słomiane włosy, oczy jasnoniebieskie,  rz

ę

sy białe. 

Dłonie i czoło w banda

Ŝ

ach, ró

Ŝ

owe plamy. Cały Konrad cuchnie  karbolem. Chłopcy 

witaj

ą

 si

ę

 bez entuzjazmu. Mał

Ŝ

onka proboszcza  zadowolona, po mszy Pu i Konrad 

mog

ą

 si

ę

 razem bawi

ć

, na przyj

ę

ciu b

ę

d

ą

  ciasteczka i sok, ale nie musz

ą

 cały 

czas siedzie

ć

 z dorosłymi, dwóm małym  urwisom na pewno si

ę

 to znudzi. 

 
Nim Pu zd

ąŜ

ył si

ę

 pozbiera

ć

, grzmi

ą

 dzwony na msz

ę

 i proboszczowa bierze  go za 

r

ę

k

ę

 i turla si

ę

 z chłopcami do ko

ś

cioła, do plebanijnej ławki. Musz

ę

  si

ę

 

wysika

ć

, szepce za

Ŝ

enowany Pu. Pospiesz si

ę

, przykazuje proboszczowa, i  

przepuszcza go. Pu przeciska si

ę

 koło niej, z trudem, i p

ę

dzi za ko

ś

ciół,  ku 

północnej 

ś

cianie. Kiedy sobie ul

Ŝ

ył, rozgl

ą

da si

ę

. Jest tu tylko kilka  

nagrobków, zaro

ś

ni

ę

tych, pochylonych. Pu wie, o co chodzi: S

ą

d ostateczny  

nadejdzie z północy i przewróci północn

ą

 

ś

cian

ę

 ko

ś

cioła. Dlatego po tej  

stronie grzebie si

ę

 tylko samobójców i złoczy

ń

ców. Ich zmartwychwstanie nie  

jest szczególnie wa

Ŝ

ne. Nic si

ę

 wielkiego nie stanie, je

ś

li runie na nich  mur, 

i tak pójd

ą

 do piekła. 

 
Dzwony wybrzmiały, rozlegaj

ą

 si

ę

 pierwsze akordy pierwszego hymnu. Pu  nie

ś

miało 

sunie 

ś

rodkowym przej

ś

ciem. Przewodnicz

ą

cy rady parafialnej  otwiera drzwi 

zakrystii, pojawia si

ę

 w nich ojciec, gdy idzie, wzdyma si

ę

  lekko czarna 

jedwabna peleryna. Pu łudzi si

ę

Ŝ

e ojciec go nie zobaczy,  płonne nadzieje, on 

widzi wszystko, teraz te

Ŝ

, unosi brwi, zdziwiony, lecz  jednocze

ś

nie si

ę

 

u

ś

miecha. Jeste

ś

my przyjaciółmi, my

ś

li Pu. Ten du

Ŝ

y  m

ęŜ

czyzna w czerni jest 

moim ojcem. A ci wszyscy ludzie - nie tak ich znowu  du

Ŝ

o - czekaj

ą

, a

Ŝ

 do nich 

przemówi i by

ć

 mo

Ŝ

e złaje. Pu przeciska si

ę

 obok  

Ŝ

ony proboszcza. 

 
Ojciec stoi przodem do ołtarza, potem odwraca si

ę

 do zgromadzonych i  intonuje: 

Ś

wi

ę

ty, 

Ś

wi

ę

ty, 

Ś

wi

ę

ty jest Pan zast

ę

pów. Pełna jest wszystka  ziemia chwały 

jego. 
 
Pu, wbity mi

ę

dzy 

ś

cian

ę

 a ci

ęŜ

arn

ą

 proboszczow

ą

, popada w odr

ę

twienie.  Wcale go 

to nie martwi, msza jest niewyobra

Ŝ

alnie nudna. Rozgl

ą

da si

ę

, to,  co widzi, 

trzyma go przy 

Ŝ

yciu: obraz ołtarzowy, pomalowane okna, obrazy na  

ś

cianach, 

Jezus i złoczy

ń

cy we krwi i m

ę

czarniach. Maria pochyla si

ę

 nad  Janem: "oto syn 

twój, oto matka twoja"". Maria Magdalena, czy ta grzesznica  pieprzyła si

ę

 z 

Jezusem? W zachodnim sklepieniu tyczkowaty, przygarbiony  Rycerz gra w szachy ze 

Ś

mierci

ą

: od dawna stałam za twoimi plecami. Obok  

Ś

mier

ć

 

ś

cina Drzewo 

ś

ycia, na 

którym załamuje r

ę

ce przera

Ŝ

ony kuglarz: "czy  dla aktorów nie ma innych reguł?" 

Ś

mier

ć

 prowadzi korowód tancerzy do  Krainy Ciemno

ś

ci, dzier

Ŝ

y kos

ę

 jak 

sztandar, ta

ń

cz

ą

 parafianie, na ko

ń

cu  przemyka trefni

ś

. Diabły podtrzymuj

ą

 

ogie

ń

, grzesznicy wpadaj

ą

 głowami do  kadzi, Adam i Ewa poznaj

ą

Ŝ

e s

ą

 nadzy, 

ogromne oko Boga zezuje zza  Zakazanego Drzewa, a W

ąŜ

 skr

ę

ca si

ę

 z rado

ś

ci. Nad 

południowymi oknami  maszeruj

ą

 biczownicy, okładaj

ą

 si

ę

 biczami, wrzeszcz

ą

 z 

boja

ź

ni grzechu. 

 
Pu chyba si

ę

 nieco zdrzemn

ą

ł, bo ojciec jest ju

Ŝ

 na ambonie i czyta tekst  

ewangelii na Dzie

ń

 Przemienienia Pa

ń

skiego:. . . i prowadzi ich na wysok

ą

  gór

ę

na osobno

ść

. I został przemieniony przed nimi, i zaja

ś

niało oblicze  jego jak 

background image

sło

ń

ce, a szaty jego stały si

ę

 białe jak 

ś

wiatło. I oto ukazali  si

ę

 im: Moj

Ŝ

esz 

i Eliasz, którzy z nim rozmawiali. Na to odezwał si

ę

 Piotr  i rzekł do Jezusa: 

Panie! Dobrze nam tu by

ć

; i je

ś

li chcesz, rozbij

ę

 tu  trzy namioty: dla ciebie 

jeden, dla Moj

Ŝ

esza jeden i dla Eliasza jeden. Gdy  on jeszcze mówił, oto obłok 

jasny okrył ich i oto rozległ si

ę

 głos z  obłoku: Ten jest Syn mój umiłowany, 

którego sobie upodobałem, jego  słuchajcie! A gdy to usłyszeli uczniowie, upadli 
na twarz swoj

ą

 i  zatrwo

Ŝ

yli si

ę

 bardzo. I przyst

ą

pił Jezus, i dotkn

ą

ł si

ę

 ich, 

i rzekł:  Wsta

ń

cie i nie l

ę

kajcie si

ę

 
Pu nie potrafi okiełzna

ć

 wyobra

ź

ni, eksploduje wyra

ź

nym obrazem:  Wierzchołek 

skały w Dufnas, widok na wie

ś

, rzek

ę

, wrzosowiska i granie. Pu  stoi... nie, 

unosi si

ę

 kilka centymetrów nad kamieniem, sandały nie  dotykaj

ą

 mchu. Jest w 

si

ę

gaj

ą

cej kostek nocnej koszuli ojca, twarz 

ś

wieci  jak 

Ŝ

arówka. Za nim wisi 

burzowa chmura, jest okr

ą

gła i niebieskoczama.  Przed nim stoj

ą

 Dag i bracia 

Frykholmowie. Gapi

ą

 si

ę

 z głupimi minami, s

ą

  przera

Ŝ

eni. Chmura otwiera si

ę

szczelin

ą

 wytryskuje 

ś

wiatło, przestworza  tnie dudni

ą

cy głos, podobny do głosu 

ojca: Ten jest Syn mój umiłowany,  którego sobie upodobałem, jego słuchajcie! 
Grzmot, białe 

ś

wiatło ga

ś

nie,  Dag i bracia Frykholmowie padaj

ą

 na ziemi

ę

 i 

kryj

ą

 twarze w dłoniach. Pu  podchodzi do nich i mówi łagodnie: Wsta

ń

cie i nie 

l

ę

kajcie si

ę

 
Po mszy kawa u proboszcza, s

ą

 na niej przewodnicz

ą

cy rady parafialnej z  

astmatyczn

ą

 mał

Ŝ

onk

ą

 i kilka członki

ń

 dobroczynnego kółka krawieckiego z  

Granas. Konrad i Pu siedz

ą

 przy osobnym stole, dla dzieci, s

ą

 ciastka i sok  z 

czarnej porzeczki. Pochyla si

ę

 nad nimi proboszcz, nawet urokliwy, ma  białe 

sztuczne z

ę

by i silne szkła. S

ą

 wolni, mog

ą

 ju

Ŝ

 opu

ś

ci

ć

 ko

ś

cieln

ą

  wspólnot

ę

 
- Mam egzem

ę

 - informuje Konrad. - Mam egzem

ę

 na r

ę

kach i na głowie, bez  

przerwy mnie sw

ę

dzi, a najgorzej jest latem. 

 
Konrad otwiera drzwi do swojego pokoju i przygl

ą

da si

ę

 Pu wynio

ś

le: I co  ty na 

to? 
 
Pokój wystrojem przypomina kaplic

ę

. Na szybach kolorowa bibułka, pod  krótsz

ą

 

ś

cian

ą

 ołtarz; mosi

ęŜ

ny siedmioramienny 

ś

wiecznik i rozło

Ŝ

ona  Biblia. Nad 

ołtarzem kolorowa ilustracja z jakiego

ś

 chrze

ś

cija

ń

skiego  magazynu w 

pozłacanych listewkach. Po

ś

rodku w rz

ę

dzie kilka stołków nie do  pary. W k

ą

cie 

małe organy, na nich nuty i zbiór hymnów. Na 

ś

cianach, w  ramkach, ryciny z 

motywami biblijnymi. Cuchnie karbolem i zdechłymi  muchami. 
 
- No?! - ponagla Konrad. 
 
- Mo

Ŝ

na otworzy

ć

 okno? Cholernie tu 

ś

mierdzi. 

 
- Nie, nie mo

Ŝ

na, bo podrze si

ę

 bibułka. Co wolisz? Kazanie czy pogrzeb?  Mam w 

garderobie trumn

ę

 
Konrad otwiera drzwi do zagraconego schowka, w którym, po

ś

ród  najró

Ŝ

niejszych 

rupieci, stoi biała dzieci

ę

ca trumienka. 

 
- Dzi

ę

kuj

ę

, nie skorzystam - mówi uprzejmie Pu. - Nie chc

ę

 si

ę

 bawi

ć

 ani  w 

msz

ę

, ani w pogrzeb. Nie wierz

ę

 w Boga. 

 
- Nie wierzysz w Boga? Idiota! 
 
- Bóg to pic na wod

ę

, gówniany Bóg, jak si

ę

 pomy

ś

li, jak on to wszystko  

urz

ą

dził. Sam jeste

ś

 idiota. 

 
- Co? Ja jestem idiota?! 
 

background image

- Tym, którzy wierz

ą

 w Boga, brak pi

ą

tej klepki, tobie, mojemu staremu i  całej 

reszcie. 
 
- Zamknij dziób! 
 
- Sam zamknij. 
 
Pu i Konrad zaczynaj

ą

 si

ę

 popycha

ć

, potem pluj

ą

 na siebie. Konrad uderza  Pu w 

pier

ś

. Pu kontruje ciosem w policzek, banda

Ŝ

 na głowie przeciwnika  zmienia 

poło

Ŝ

enie. Walka coraz agresywniejsza. Pu szybko zdaje sobie spraw

ę

  z przewagi 

Konrada, pozwala si

ę

 przewróci

ć

, ale Konrad nie jest zadowolony.  Siada okrakiem 

na Pu i toczy 

ś

lin

ę

, tak jest, nie pluje, tylko toczy 

ś

lin

ę

 
- Poddaj

ę

 si

ę

 - mówi Pu. 

 
W Dufnas oznacza to przyznanie si

ę

 do pora

Ŝ

ki i zako

ń

czenie działa

ń

  wojennych. 

W Granas ta zasada najwyra

ź

niej nie obowi

ą

zuje. Konrad zaczyna  mu wykr

ę

ca

ć

 

r

ę

k

ę

: Powiedz, 

Ŝ

e wierzysz w Boga! 

 
- Aj, to boli! - skomle Pu. - Pu

ść

 mnie. Puszczaj! 

 
Konrad nie puszcza: Powiedz, 

Ŝ

e wierzysz w Boga. 

 
- Nie. 
 
- Mów! 
 
- B

ę

d

ę

 ci wykr

ę

cał r

ę

k

ę

 tak długo, a

Ŝ

 powiesz. 

 
- Aj! Aj! Do cholery! 
 
- No mów! 
 
- Aj! Powiem! 
 
- Przysi

ę

gnij na krzy

Ŝ

Ŝ

e wierzysz w Boga. 

 
- Przysi

ę

gam na krzy

Ŝ

Ŝ

e wierz

ę

 w Boga. 

 
Konrad natychmiast wstaje i energicznie drapie si

ę

 w banda

Ŝ

. Pu siada, z  nosa 

leci krew, ale niegro

ź

nie, zaledwie kilka kropel. 

 
- To zreszt

ą

 naukowo udowodnione, 

Ŝ

e Bóg istnieje - monotonnie recytuje  Konrad. 

- Starzec o nazwisku Einstein powiada, 

Ŝ

e zobaczył Boga w swoich  matematycznych 

formułach. No i co? 
 
Pu rezygnuje z odpowiedzi. Postanawia okaza

ć

 przeciwnikowi pogard

ę

  wyniosłym 

milczeniem. Nad

ą

sani, siadaj

ą

 ka

Ŝ

dy w swoim k

ą

cie. Pu znajduje  egzemplarz 

"Allers Familjejournal" i zatapia si

ę

 w lekturze komiksu "Willy  i Dick w 

d

Ŝ

ungli". Konrad drapie si

ę

 w egzem

ę

 i dłubie w nosie; to, co  wydłubie, wkłada 

do ust. 
 
Po

Ŝ

egnaniu towarzyszy szczera ulga, dyktowana nud

ą

 bycia razem. Spokój i  lekkie 

rozbawienie dotleniaj

ą

 krew a

Ŝ

 po najmniejsze rozgał

ę

zienia naczy

ń

  wie

ń

cowych. 

Ojciec podaje r

ę

k

ę

, jest swoim najmilszym "ja". Proboszcz  trzyma rower, 

mał

Ŝ

onka pomaga przytroczy

ć

 walizk

ę

. Dzi

ę

kujemy za pi

ę

kne i  poruszaj

ą

ce 

kazanie! Dzi

ę

kuj

ę

 za wspaniał

ą

 kaw

ę

 i wspaniałe towarzystwo.  Odwied

ź

cie nas w 

Dufnas, ja i Karin bardzo by

ś

my byli radzi! Nie  zostaniecie do obiadu? Zanosi 

si

ę

 na paskudn

ą

 pogod

ę

. Nie, dzi

ę

kuj

ę

,  obiecali

ś

my wróci

ć

 przed czwart

ą

, musimy 

zd

ąŜ

y

ć

 na poci

ą

g w Djuras. A  burza? Po tej suszy mo

Ŝ

e straszliwie la

ć

Przelotna ulewa b

ę

dzie prawdziwie  o

Ŝ

ywcza. Nie rozpu

ś

cimy si

ę

, prawda, Pu? Co? 

background image

Pu rozdziawia usta, nie  słuchał, zastanawia si

ę

, jak by tu przywali

ć

 Konradowi, 

ale nic  szczególnego nie przychodzi mu do głowy. No to jedziemy. 

ś

egnajcie.  

ś

egnajcie. Po

Ŝ

egnaj si

ę

 z Pu, 

Ŝ

ona proboszcza ponagla swojego  naburmuszonego 

syna. Do widzenia, b

ą

ka Konrad. Je

ś

li my

ś

lisz, 

Ŝ

e Bóg  istnieje, jeste

ś

 głupi 

jak but, szepce Pu i czym pr

ę

dzej wdrapuje si

ę

 na  przedni baga

Ŝ

nik. 

 
I odje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

 alej

ą

 spod plebanii. Proboszcz i 

Ŝ

ona machaj

ą

. Proboszczowa  chwyta 

praw

ą

 r

ę

k

ę

 Konrada i zmusza go do machania. Ojciec podnosi r

ę

k

ę

, ale  si

ę

 nie 

odwraca. Gwi

Ŝ

d

Ŝ

e, a Pu wyci

ą

ga nogi, maj

ą

 niezł

ą

 pr

ę

dko

ść

 na  łagodnym stoku. 

 
- Najpierw pommac w sklepiku, a potem k

ą

piel w Svartsjon i posiłek. Chyba  ju

Ŝ

 

zgłodniałe

ś

 
- Starałem si

ę

 nie je

ść

 tych ohydnych ciastek proboszczowej - mówi Pu. -  Cały 

czas my

ś

lałem o pommacu i kanapkach. 

 
- I miałe

ś

 racj

ę

 
Ojciec klepie syna po lnianym kapeluszu. 
 
Sklepik jest pi

ę

trow

ą

 ruder

ą

Ś

cian

ę

 oblepiaj

ą

 reklamy "Białego  Nied

ź

wiedzia" 

(pierze, nie przerywaj

ą

c snu), "Cukierków na piersi"  Augustssona, "Ocznego 

kakao" (dwoje oczu gapi si

ę

 w obł

ę

dzie), pisma  "Tidsfordrif" (roze

ś

miany 

staruszek ze sztuczn

ą

 szcz

ę

k

ą

) i naturalnie  tomteskur i pommaca. 

 
Ojciec puka w oszklone drzwi wej

ś

ciowe, w napis "zamkni

ę

te" na tle  opuszczonej 

białej rolety. Po chwili słycha

ć

 hałas i powłócz

ą

ce kroki,  roleta w gór

ę

 i w 

szybie objawia si

ę

 twarz Dzwonnika z Notre Dame. Na widok  ojca przera

Ŝ

aj

ą

ce 

stworzenie wykrzywia si

ę

 w zach

ę

caj

ą

cym u

ś

miechu, klucz  chrz

ęś

ci w zamku i 

drzwi si

ę

 otwieraj

ą

 
Padaj

ą

 zwyczajowe frazy powitalne. Sklepikarz ku

ś

tyka do magazynu i  podnosi 

lad

ę

 chłodnicz

ą

. Wyjmuje dwie oszronione butelki pommaca i stawia  na kontuarze. 

Ojciec pyta, co słycha

ć

. Stary drapie si

ę

 w rzadk

ą

 bródk

ę

 i  mówi, 

Ŝ

e b

ę

dzie 

burza, czuje to od paru dni. Rozumie pastor, jedyny po

Ŝ

ytek  z tych moich pleców 

jest taki, 

Ŝ

e przepowiadaj

ą

 pogod

ę

 
Kładzie ospowate dłonie na kontuarze, ciemno

Ŝ

ółte paznokcie zaginaj

ą

 si

ę

.  Mimo 

zapachu solonych 

ś

ledzi, przypraw i skóry odór oddechu sklepikarza  dominuje nad 

wszystkim niczym silny głos fletu nad poł

ą

czonymi d

ź

wi

ę

kami  pozostałych 

instrumentów. 
 
- Mo

Ŝ

e tutk

ę

 cukierków dla chłopaczka? - proponuje starzec. 

 
- Sam nie wiem - waha si

ę

 ojciec, patrz

ą

c na Pu. - Matka zabroniła mu  słodyczy, 

psuj

ą

 z

ę

by. Ale mała tutka, czemu nie. 

 
Stary 

ś

ci

ą

ga zatłuszczon

ą

 czapk

ę

 i macha ni

ą

 wkoło: Ju

Ŝ

 si

ę

 robi. Ju

Ŝ

 si

ę

  robi. 

Wystawia pojemnik z kolorowymi cukierkami, z br

ą

zowego pakowego  papieru zwinnie 

skr

ę

ca tutk

ę

 i nachyliwszy szklany cylinder do Pu, zdejmuje  pokrywk

ę

. Prosz

ę

 

si

ę

 cz

ę

stowa

ć

, młody panie Bergman. Stop, dzi

ę

kuj

ę

, mówi  ojciec. To stanowczo 

za du

Ŝ

o. Ile kosztuje ta przyjemno

ść

? Pi

ęć

dziesi

ą

t ore  za pommac, pastorze. 

Cukierki na dokładk

ę

. Ojciec wyci

ą

ga poka

ź

n

ą

  portmonetk

ę

 i wyłuskuje na kontuar 

dwie dwudziestkipi

ą

tki. 

 
- K

ą

piel 

ś

wietnie nam zrobi! 

 
Ojciec skr

ę

ca do Svartsjon, w boczn

ą

 dró

Ŝ

k

ę

. W

ą

ska i kr

ę

ta, przecina  pastwisko 

z wyleguj

ą

cymi si

ę

 w chmurze much i gzów krowami, po czym zapada  w g

ę

sty 

li

ś

ciasty las i prowadzi nad w

ą

ski piaszczysty brzeg. Svartsjon  jest okr

ą

głe i 

background image

nie bez przyczyny zwie si

ę

 czarnym jeziorem. Kwaskowo pachn

ą

  paprocie i gnij

ą

ce 

sitowie. 
 
Ojciec i Pu rozbieraj

ą

 si

ę

. Ojciec wskakuje do lodowatej wody, rzuca si

ę

  na 

plecy, parska, młóci r

ę

koma, potem si

ę

 obraca i płynie, wzbijaj

ą

c  fontanny 

wody. Pu jest ostro

Ŝ

niejszy: z takim Svartsjon nie ma 

Ŝ

artów, tam  w dole, kilka 

tysi

ę

cy metrów pod powierzchni

ą

, z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 czaj

ą

 si

ę

  potwory bez oczu, 

galaretowate monstra, 

Ŝ

mijopodobne paskudztwa o ostrych  z

ę

biskach. I jeszcze 

szkielety zwierz

ą

t i ludzi, którzy ton

ę

li tutaj od  tysi

ę

cy lat. Pu robi kilka 

pływackich ruchów, jasna, br

ą

zowawa woda zamyka  si

ę

 wokół niego. Zanurza si

ę

nie widzi dna, tylko ciemno

ść

, ani 

ś

ladu  ro

ś

linno

ś

ci, okonków czy uklei, nic. 

 
Siedz

ą

 na brzegu i schn

ą

 w rojach owadów. Cie

ń

 brzóz i olch nie przynosi  

ochłody. Ojciec ma proste ramiona, wysok

ą

 klatk

ę

 piersiow

ą

, silne długie  nogi i 

spore nieowłosione przyrodzenie. Na jasnej skórze umi

ęś

nionych r

ą

k  mnóstwo 

przebarwie

ń

. Pu ulokował si

ę

 mi

ę

dzy ojcowymi kolanami, podobnie jak  na starym 

tryptyku Jezus mi

ę

dzy kolanami Boga. Ojciec znalazł k

ę

pk

ę

 

Ŝ

ółtych  kwiatków z 

czerwonymi plamkami. Delikatnie rozbiera kielich. 
 
- To berło króla Karola: Pedicularis sceptrum-Carolinum, tu, na południu,  jest 
bardzo rzadka, ch

ę

tnie wzi

ą

łbym par

ę

 do herbarium, chocia

Ŝ

 nie, chyba  nie. Jak 

je wło

Ŝę

 do walizki, zaplami

ą

 mi ubranie. 

 
Wydłubuje malutki groszek z wn

ę

trza kwiatu, wkłada go do ust i 

Ŝ

uje w  

zamy

ś

leniu. 

 
- Od nasionek berła dostaje si

ę

 podobno zawrotów głowy i zaczyna si

ę

  nagle 

mówi

ć

 w obcych j

ę

zykach, ale to pewnie tylko bajki. 

 
I odkłada zbadane zioło. 
 

Ś

ciemnia si

ę

, woda czernieje, nad kotlin

ą

 zawisa pyli

ś

cie szare niebo.  Kilka os 

przypuszcza atak na butelk

ę

 po pommacu i resztki masła. Nagle na  połyskliwej 

powierzchni wody pojawiaj

ą

 si

ę

 niezliczone kółka i niemal od  razu znikaj

ą

. W 

oddali niesie si

ę

 echem grzmot. Wiatr umilkł. 

 
- Oho, zanosi si

ę

 na burz

ę

 - mówi zachwycony ojciec. - Lepiej ruszajmy. 

 
Kiedy Pu i ojciec wyje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

 z lasu na rozległ

ą

 równin

ę

ś

cian

ę

 chmur nad  

grani

ą

 przecinaj

ą

 pionowe błyskawice, grzmoty wal

ą

 to bli

Ŝ

ej, to dalej,  kurz 

ś

cie

Ŝ

ki przygniataj

ą

 grube krople, tworz

ą

c najró

Ŝ

niejsze wzorki. Ojcu  to 

najwyra

ź

niej nie wadzi, gwi

Ŝ

d

Ŝ

e jaki

ś

 stary przebój i dziarsko pedałuje. 

 
- Mogliby

ś

my tak jecha

ć

 dookoła ziemi, ojciec i ja - mówi Pu. 

 
Ojciec 

ś

mieje si

ę

, zdejmuje kapelusz i powierza go pieczy syna. Obaj s

ą

 w  

humorze. Rzucili 

ś

wiatu wyzwanie, niestraszna im 

Ŝ

adna burza. 

 
- Ja te

Ŝ

 jestem niedzielnym dzieckiem - mówi nagle ojciec. 

 
Gdy sun

ą

 pod gór

ę

, opodal wyludnionej wioski, zaczyna wali

ć

 grad. Zrywa  si

ę

 

huragan, po czarnym niebie ta

ń

cz

ą

 błyskawice, grzmoty przypominaj

ą

  kanonad

ę

, a 

zamiast grubych deszczowych kropli spadaj

ą

 lodowe kulki. Ojciec  i Pu biegn

ą

 do 

najbli

Ŝ

szej opuszczonej zagrody i kryj

ą

 si

ę

 w starej  wozowni. Jest tu kilka 

porzuconych taczek i fura z podniesionymi dyszlami.  Rw

ą

ce potoki deszczu 

wlewaj

ą

 si

ę

 dziurami w dachu. Pod tym, co niegdy

ś

 było  pasz

ą

, mo

Ŝ

na znale

źć

 

schronienie i osłon

ę

 przed wiatrem. 

 
Siedz

ą

 na zwalonej belce i patrz

ą

. Na pochyło

ś

ci stoi rosła brzoza. Dwa  razy 

trafia w ni

ą

 piorun, z pnia bucha dym, masy li

ś

ci kołysz

ą

 si

ę

 i wij

ą

  jak w 

m

ę

czarniach, grzmoty wstrz

ą

saj

ą

 ziemi

ą

. Pu zatyka uszy. Jest blisko  ojca, tu

Ŝ

 

background image

przy jego kolanach. Ojcowe spodnie czu

ć

 wilgoci

ą

, wyciera r

ę

kawem  mokre włosy i 

twarz. 
 
- Boisz si

ę

 
- A je

ś

li to s

ą

d ostateczny - mówi nagle Pu i zwraca ku ojcu blad

ą

 twarz. 

 
Ojciec wybucha 

ś

miechem. 

 
- A co ty wiesz o s

ą

dzie ostatecznym? 

 
- Anioły dm

ą

 w tr

ą

by i gwiazda, która si

ę

 nazywa Piołun, spada do morza,  i 

morze zamienia si

ę

 w krew. 

 
- Je

ś

li to jest s

ą

d ostateczny, to dobrze, 

Ŝ

e jeste

ś

my razem, prawda,  Puniu? 

 
- Musz

ę

 si

ę

 wysika

ć

 - mówi Pu. 

 
Podnosi si

ę

 dr

Ŝą

cy i idzie za 

ś

cian

ę

. Widzi ojca od tyłu. Wyłuskał fajk

ę

,  

nabija j

ą

 i zapala. 

 
Ciepłe podmuchy wiatru nagle ochłodły. Gdy Pu wraca, ojciec otula syna  
marynark

ą

 
 
 
*** 
 
 
 
Ostatnie spojrzenie w przyszło

ść

 
Data: 22. marca 1970. Ojciec jest umieraj

ą

cy. Traci 

ś

wiadomo

ść

, zdarzaj

ą

  si

ę

 

krótkie momenty przytomno

ś

ci. Stoj

ę

 przy nogach łó

Ŝ

ka, siostra Edit  pochyla si

ę

 

nad nim. 

Ś

wieci nocna lampka, przykryta cienkim szalem. Zegarek  na nocnym 

stoliku tyka gorliwie. Obok taca z wod

ą

 mineraln

ą

 i szklanka z  rurk

ą

. Twarz 

ojca wymizerowana, to twarz 

Ś

mierci. 

 
- Profesor mówi, 

Ŝ

e ojciec jest nieprzytomny, ale to nieprawda. Gdy z nim  

rozmawiam i trzymam go za r

ę

k

ę

, czuj

ę

, jak lekko 

ś

ciska mi dło

ń

. On mnie  słyszy 

i rozumie. 
 
Ojciec otwiera oczy i patrzy na Edit, poznaje j

ą

 i porusza głow

ą

. Edit  podaje 

mu wod

ę

. Twój chłopiec jest tutaj, mówi cicho, wyra

ź

nie. 

 
Podchodz

ę

 do wezgłowia, ojciec odwraca głow

ę

. Cho

ć

 twarz jest w cieniu,  widz

ę

 

jego spojrzenie, zadziwiaj

ą

co jasne. Z ogromnym wysiłkiem podnosi  r

ę

k

ę

 i po 

omacku szuka mojej. Po kilku sekundach ciszy zaczyna mówi

ć

,  najpierw porusza 

wargami, po chwili pojawia si

ę

 głos, ale nie rozumiem.  Ojciec mówi urywanie i 

bełkotliwie, jasny wzrok nieustannie mnie lustruje. 
 
- Co on mówi? - pytam siostr

ę

 Edit. - Nie rozumiem. 

 
Edit siada na kraw

ę

dzi łó

Ŝ

ka, pochyla si

ę

Ŝ

eby pochwyci

ć

 słowa, chyba  rozumie, 

bo kiwa głow

ą

 
- Co on mówi? - szepc

ę

 
- Ojciec ci

ę

 błogosławi. Nie słyszysz?. . . Niech ci da pokój. . . w imi

ę

  Ducha 

Ś

wi

ę

tego. . . 

 

background image

To tak nagłe i nieoczekiwane, 

Ŝ

e nie potrafi

ę

 si

ę

 broni

ć

. Ojciec zamyka  oczy, 

wycie

ń

czony wysiłkiem, znów popada w odr

ę

twienie. Uwalniam si

ę

 od  jego dłoni i 

wychodz

ę

 do jadalni. Pokój spowijaj

ą

 ciemno

ś

ci, co przypomina  mi jadalny mojego 

dzieci

ń

stwa: trzy okna z ci

ęŜ

kimi, zielonymi zasłonami,  stół powleczony ciemn

ą

 

bejc

ą

, staro

ś

wiecki brzuchaty kredens z matowo  połyskuj

ą

c

ą

 zawarto

ś

ci

ą

, ciemne 

obrazy w złotych ramach, niewygodne krzesła  z wysokimi oparciami. Stoj

ę

 przy 

krótszej kraw

ę

dzi stołu, mam suche oczy i  l

ę

k w sercu. Siostra Edit otwiera 

drzwi: Nie przeszkadzam? Nie, nie. Nie  zapalaj 

ś

wiatła! Tak jest dobrze. 

 
Edit podchodzi do okna, patrzy na cich

ą

 za

ś

nie

Ŝ

on

ą

 ulic

ę

, krzy

Ŝ

uje r

ę

ce  na 

piersiach, na jej twarzy spokój. 
 
- Dlaczego jeste

ś

 taki zatrwo

Ŝ

ony? 

 
- Zatrwo

Ŝ

ony? Nie, nic takiego nie czuj

ę

. Mo

Ŝ

e troch

ę

 współczucia, troch

ę

  

czuło

ś

ci, troch

ę

 l

ę

ku przed 

ś

mierci

ą

, nic wi

ę

cej. Jest przecie

Ŝ

 moim ojcem! 

 
- W takiej sytuacji trudno chyba cokolwiek czu

ć

. To si

ę

 mo

Ŝ

e przydarzy

ć

  

ka

Ŝ

demu. 

 
- Nie o to chodzi. Patrz

ę

 na niego i my

ś

l

ę

Ŝ

e powinienem zapomnie

ć

, ale  nie 

zapominam. Powinienem wybaczy

ć

, ale niczego nie wybaczam. Mógłbym  przynajmniej 

poczu

ć

 odrobin

ę

 przywi

ą

zania, ale nie potrafi

ę

 si

ę

 zdoby

ć

 na  przywi

ą

zanie. Jest 

mi obcy. Nigdy nie b

ę

dzie mi go brakowało. Matki mi  brakuje. Brakuje mi jej 

ka

Ŝ

dego dnia. Ojciec jest ju

Ŝ

 zapomniany, nie my

ś

l

ę

  o osobie, która tam umiera, 

jej w ogóle nie znam, ale o człowieku, który  grał w moim 

Ŝ

yciu jak

ąś

 rol

ę

, jest 

zapomniany, nie ma go. Chocia

Ŝ

 nie, to  nieprawda. Bardzo bym chciał o nim 

zapomnie

ć

 
- Musz

ę

 wraca

ć

. Pójdziesz ze mn

ą

 
- Nie. 
 
- No to do widzenia i trzymaj si

ę

 
- Wolałbym tego tak nie odczuwa

ć

 
- Nie mo

Ŝ

esz rozkazywa

ć

 swoim uczuciom. 

 
- Nie b

ą

d

ź

. . . 

 
-  ... zła. Zrozum, Erik jest moim najdro

Ŝ

szym przyjacielem, jeszcze z  

dzieci

ń

stwa. Dla mnie to kto

ś

 zupełnie inny ni

Ŝ

 dla ciebie. Nie znam osoby,  o 

której mówisz. 
 
Edit kiwa głow

ą

 i lekko si

ę

 u

ś

miecha. Stoj

ę

 przy ciemnym błyszcz

ą

cym  stole. 

Przez zamkni

ę

te drzwi słysz

ę

 głos Edit. 

 
 
 
*** 
 
 
 
Warto by tu jeszcze doda

ć

 co

ś

, co niewielki ma zwi

ą

zek z t

ą

 histori

ą

,  jako 

Ŝ

powy

Ŝ

sza scena rozgrywa si

ę

 przeszło dwadzie

ś

cia lat temu. Niemal  

niepostrze

Ŝ

enie zmienił si

ę

 mój stosunek do ojca. Z niezno

ś

nie dotkliwym  

wzruszeniem my

ś

lałem o jego spojrzeniu, gdy wydobywszy si

ę

 z krainy mroku,  

zesłał na syna bo

Ŝ

e błogosławie

ń

stwo. Zacz

ą

łem bada

ć

 wczesne dzieje moich  

rodziców, dzieci

ń

stwo i okres dorastania ojca, dostrzegłem powtarzaj

ą

cy si

ę

  

ci

ą

g wzniosłych zmaga

ń

 i upokarzaj

ą

cych pora

Ŝ

ek. Dostrzegłem te

Ŝ

 trosk

ę

,  

background image

czuło

ść

 i niebywały zam

ę

t. I u

ś

miech na jego twarzy, i niebieskie  spojrzenie, 

przyjazne i ufne. Widziałem, jak si

ę

 starzał, ci

ęŜ

ko  upo

ś

ledzony, kaleki, z 

własnego wyboru wyizolowany wdowiec: prosz

ę

, nie  oskar

Ŝ

aj mnie, prosz

ę

, nie 

tra

ć

 czasu, na pewno masz wa

Ŝ

niejsze sprawy.  Prosz

ę

, zostaw mnie w spokoju. 

Czuj

ę

 si

ę

 znakomicie, pod ka

Ŝ

dym wzgl

ę

dem.  Dzi

ę

kuj

ę

, to miłe, dzi

ę

kuj

ę

, ale 

nie, ogl

ą

danie mnie przy stole i tych  moich niezdarnych r

ą

k musi sprawia

ć

 

bardzo przykre wra

Ŝ

enie. 

 
Jest uprzejmie nieprzyst

ę

pny, zadbany, starannie ogolony, schludny, głowa  lekko 

mu si

ę

 trz

ę

sie, nie patrzy na mnie błagalnie, nie oczekuje  współczucia. 

Wyci

ą

gam dło

ń

 i prosz

ę

 go o wybaczenie, teraz, dzisiaj, w tej  chwili. 

 
 
 
*** 
 
 
 
Ojciec zdejmuje marynark

ę

 i otula Pu. Jest ciepła ciepłem jego ciała,  niczym 

przyjemny wilgotny okład. Pu ju

Ŝ

 nie marznie. 

 
- Nie marzniesz? 
 
- Nie. Jest mi ciepło. 
 
Krajobraz niknie za 

ś

cian

ą

 deszczu. Gradobicie ustało, ale na ziemi wci

ąŜ

  

mrowie lodowych drobinek. Przed wozowni

ą

 tworzy si

ę

 jezioro i stopniowo  podmywa 

kamienn

ą

 podmurówk

ę

. Wkrótce zewsz

ą

d otacza ich woda. Siwe płaskie  

ś

wiatło 

przywodzi na my

ś

l zmierzch bez zachodu sło

ń

ca. Grzmoty coraz  odleglejsze i 

stłumione, ale równie uporczywe i bardziej przera

Ŝ

aj

ą

ce. Pada  rz

ę

si

ś

cie. 

 
Ojciec i Pu ruszaj

ą

 w drog

ę

Ś

cie

Ŝ

ka jest rw

ą

cym strumieniem, niełatwo j

ą

  

pokona

ć

 na rowerze. Nagle przednie koło buksuje. Pu podkurcza nogi i turla  si

ę

 

po trawiastym zboczu. Ojciec zostaje. Kiedy Pu szybko si

ę

 podrywa, on  le

Ŝ

nieruchomo; jedna noga pod rowerem, głowa do przodu. Pu u

ś

wiadamia  sobie, 

Ŝ

ojciec nie 

Ŝ

yje. 

 
Chwil

ę

 pó

ź

niej ojciec odwraca głow

ę

 i pyta, czy Pu nic si

ę

 nie stało. Pu  mówi, 

Ŝ

e troch

ę

 si

ę

 zamoczył, bo wyl

ą

dował w kału

Ŝ

y, i macha jak klown  długimi 

r

ę

kawami marynarki. Ojciec u

ś

miecha si

ę

 przyja

ź

nie i gramoli si

ę

  spod roweru; 

oho, tylna opona przebita. Znów si

ę

 

ś

mieje i kr

ę

ci głow

ą

,  musimy drałowa

ć

 na 

piechot

ę

, Puniu. 

 
Do stacji kolejowej jest 

ć

wier

ć

 mili*. Ojciec i Pu s

ą

 mokrzy i ubłoceni.  Na 

ojcowym policzku zadrapanie. Pada nieustaj

ą

co, deszcz jest chłodny.  Ojciec pcha 

popsuty rower, Pu pomaga. 
 
Faro, 1 sierpnia 90[KM1] 
 
 
 
* Ksi

ąŜ

ka Bergmana, która ukazała si

ę

 w Szwecji w roku 1991, a w  przekładzie 

polskim pojawi si

ę

 w ko

ń

cu roku 1994 nakładem "Czytelnika"  (przy. tłum.). 

 
* Fjardingsvag - 1/4 starej mili szwedzkiej, czyli ok. 2672 m (przyp.  tłum.). 
 
KONIEC