background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

84. Beethoven na lewą stronę wywrócony       Roll Over Beethoven 

Jay Friedman, wrzesień 1993 

artykuł napisany dla magazynu The Instrumentalist 
 
Nadeszła era super dyrygenta. Nigdy wcześniej nie było tak wielu zdolnych dyrygentów orkiestr. 

Potrafiących zapamiętać nieprawdopodobną ilość repertuaru, mających tak zręczną technikę batuty, 
że  potrafią  wytrząsnąć  frazę  z  najbardziej  mętnego  utworu  i  do  piątku  podzielić  go  na  trzynaście 
sposobów.  Naklejki  na  zderzakach  głoszą,  że  wygrywa  ten,  kto  zdoła  przed  śmiercią  zgromadzić 
najwięcej  zabawek.  W  muzyce  miałby  zwyciężyć  ten,  co  we  łbie  pomieści  największą  ilość  nut. 
Trafiają się wprawdzie zdolni interpretatorzy, ale to nieliczne wyjątki; poza tym to ogromna pustynia. 
Rzesze  dyrygentów  używają  muzyki  do  prowadzenia  orkiestry,  a tylko  garstka  używa  orkiestry  do 
dyrygowania muzyką. 

Wielu dzisiejszych dyrygentów potrafi uporać się z symfonią Mahlera tak, jak chirurg stosujący 

najbardziej zaawansowane technologie, nie zostawiając nawet śladu nacięcia. Pacjent nie doświadcza 
żadnej  niewygody,  brak  jakichkolwiek  długotrwałych  następstw,  z  wyjątkiem  sporego  uszczuplenia 
kapitału obrotowego orkiestry. 

Na  każdej  walizce,  każdej  kartce  przypiętej  do  lodówki,  w  każdym  kalendarzu,  współcześni 

super-dyrygenci zapisali swoje credo: wolno znaczy głęboko, wolniej to jeszcze głębiej, a najwolniej 
to  najgłębiej.  Oczywiście,  dotyczy  to  tylko  muzyki,  którą  kompozytor  zamyślił,  jako  żywą, 
dramatyczną  i  energetyczną.  Muzykę,  napisaną  w  tempie  Largo  lub  Adagio,  muzykę  szeroko 
rozlewną  i  majestatyczną,  jak  ostatnia  część  III  Symfonii  Mahlera,  wezmą  w  tempie  Moderato, 
albowiem  współczesnym  interpretatorom  brakuje  architektonicznych  umiejętności  do  utrzymania 
takich temp i szybko znudzeni są muzyką rozwijającą się tak powoli. 

Współcześni  dyrygenci  stosują  wolne  tempa  w  dążeniu  do,  jak  to  określają,  wyrafinowania 

i sprawienia  wrażenia  gęstości.  W  rezultacie  mamy  jedynie  pseudo-cantabile  (nazywam  to  wielkim 
legato) i wyeliminowanie wszelkiej intensywności. 

Prawie każdy muzyk kiedyś w życiu zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że muzyka tak samo 

żyje  w  ciszy,  jak  i  w  dźwiękach.  Frazowanie,  w  dużej  mierze,  oparte  jest  na  przerwach  między 
dźwiękami,  lub  zasugerowanych  przerwach  domyślnych;  wspaniałe  frazowanie  polega  na 
strategicznym planowaniu elementów ciszy, również tych domyślnych. 

Pianiści wiedzą o tym lepiej niż inni, trochę dlatego, że fortepian nie podtrzymuje dźwięku, ale 

również  dlatego,  że  niewiarygodnie  nudne  jest  granie,  lub  słuchanie  całego  recitalu  z wciśniętym 
prawym  pedałem.  A  jednak  do  takiego  właśnie  grania  zmuszanych  jest  wiele  orkiestr.  Doskonale 
wiedzą  śpiewacy,  że  ograniczenie  dla  portamento  stanowi  nie  legato,  ale  buczenie,  pozbawione 
intensywności i pełni pulsującej ekspresji. 

To  dziwne,  że  niezdolny  do  wytwarzania  vibrato  fortepian,  ciągle  osiąga  niezwykłą  ekspresję 

poprzez  frazowanie.  Osiąga  też  to,  czego  prawie  nigdy  nie  wymaga  się  od  orkiestr  (z  wyjątkiem 
tremolo):  spokój  i  poczucie  bezruchu,  osiągnięte  poprzez  czysty  dźwięk,  wytworzony  w  cichej 
dynamice. 

Według  kanonu  nowoczesnego  stylu  orkiestrowego  najważniejsza  jest  ekspresja,  zaś dynamika 

wchodzi  do  gry  dopiero  po  uzyskaniu  wielkiego  brzmienia.  Poziomy  dynamiczne  to  jedne 
z najbardziej  zaniedbanych  dziś  aspektów  wykonania  orkiestrowego.  (Czasem,  choć  rzadko, 
dyrygenci zabierają się za korygowanie intonacji, za to ze zdwojoną siłą). 

Oto,  dlaczego  nic  nie  jest  zbyt  ciche,  lub  zbyt  intensywne.  Pianissima  nie  mają  zamierzonej 

przez kompozytorów jakości misterioso, bo dyrygenci zajmują się tylko ekspresją, co dla nich znaczy 
granie głośniej. Spośród niezliczonej liczby dyrygentów, którzy poczuli się zmuszeni do spróbowania 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

swych  sił  w  I  Symfonii  Mahlera,  nikt  jeszcze,  według  moich  doświadczeń,  nie  zrealizował  spokoju 
(oznaczenie  Mahlera)  na  pierwszych  stronach  partytury.  Czy  interpretatorzy  mają  odmienne  wizje, 
niż  kompozytorzy?  Jeśli  chodzi  o  wizje,  to  Mahlera  trzeba  uznać  za  największego  marzyciela. 
Przyjrzyjmy się następującemu fragmentowi z pierwszej części jego II Symfonii (Zmartwychwstanie): 

 

 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

W  dzisiejszym  orkiestrowym  świecie  nikt  nie  realizuje  mahlerowskiej  wizji,  bo  wszyscy  czują 

przymus  brzmienia.  Moja  definicja  ppp  (myślę,  że  też  Mahlera)  to:  „ledwo  słyszalnie”.  Powinno  się 
mieć wątpliwości: czy to dźwięk z sennych marzeń, czy rzeczywisty? 

Mahler napisał coś, co jest prawdopodobnie najdoskonalszą sekwencją sennych marzeń w całej 

muzyce 

Symphony No. 3 

 

 
Ten  fragment  zawiera  problem  solówki  granej  zza  sceny,  która  powinna  być  słyszalna,  lecz 

jednocześnie  dochodzić  z  oddali,  z  pogłosem  i  brzmiąco.  Mahler  napisał  ppp,  co  wydaje  się 
sugerować marzycielską atmosferę, w której mający zamknięte oczy słuchacz nie mógłby powiedzieć 
czy to jawa, czy sen. 

Jakże  trudno  osiągnąć  to  podczas  koncertu,  a  też  podczas  nagrania;  mimo  wszystkich 

elektronicznych cudów, umożliwiających niemal perfekcyjną realizację kompozytorskich wizji, jeszcze 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

się to nie udało. Być może obawy Wagnera, że: całkowicie wiernie zrealizowane wystawienie Tristana i Izoldy 
byłoby nie do zniesienia, ratują mnie tylko przeciętne wykonania

 można odnieść też do innych jego dzieł. Być 

może nie da się osiągnąć perfekcji w żadnym z tych przykładów, ale ważne jest to, że prawie każdy 
próbuje. Marzyciele? 

I  na  odwrót,  gwałtownym  walnięciom,  rozpoczynającym  Eroikę,  obecnie  zawsze  zakłada  się 

aksamitne  kapcie  i  z  beethovenowskiego  brutalnego  dźwięku  czyni  coś  na  kształt  salonu  modnego 
paniczyka. Być może takie kapciowate podejście odzwierciedla styl życia współczesnych dyrygentów. 
Taka  muzyka  podobna  jest  do  filmu,  z  którego  pozostał  tylko  środkowy  wąski  obraz,  obcięty  na 
ekranie przez paski z góry i z dołu. Pozbawiona pełnego zakresu dynamiki traci wiele z tego, co sobie 
wyobraził  kompozytor.  Dzisiejsi  dyrygenci  spędzają  cenny  czas  próby  na  zręcznym  przycinaniu, 
kształtując coraz mniejszy obraz dzieła. 

 
Tragiczny przypadek

 Roberta Schumanna. 

W pierwszych latach doby romantyzmu Beethoven i Schubert rozszerzyli granice muzycznego 

świata tak bardzo, jak nikt inny spośród kompozytorów. Ich Dziewiąte Symfonie nakierowały muzykę 
symfoniczną  na  nowy  kurs.  Czyż  Symfonia  Schuberta  nie  doprowadziła  klasyki  muzycznej  do 
najdalszych  granic?  Schubert  używał  klasycznej  orkiestry,  jakby  była  ogromnym  kwartetem 
smyczkowym, traktując każdy instrument jak równorzędnego partnera. Osiągnął przy tym swobodę 
instrumentacyjną  niemającą  sobie  równych  w  muzyce  symfonicznej.  Forma  miała  gigantyczne 
rozmiary,  ale  faktura  orkiestracji  pozostała  przejrzysta.  W  rezultacie  powstał  żywy,  pełen  wyrazu, 
dramatyczny (romantyczny) klasycyzm. 

Liczni  interpretatorzy  próbowali  wyeliminować  późnoromantyczną  wrzawę  z  IX  Symfonii 

Schuberta,  spowalniając  tempo  i  zagęszczając  fakturę,  lecz  generalnie  temu  dzieło  udało  się  uciec 
przed  ciężką  ręką  nadętykierów.  Jedno  słowo  oddaje  dokładnie charakter  tego dzieła:  podniosłość. 
Podobnie, jak po erze moralnej swobody zawsze następuje czas religijnych i społecznych represji, tak 
u Schuberta, po zdumiewających dowolnościach instrumentacji osiągniętych w Wielkiej Symfonii C-dur
nastąpił  okres  ascezy,  w  którym  odrzucił  wszystkie  instrumenty  orkiestry,  by  używać  ich,  jak 
religijnych artefaktów  tylko  w szczególnych  ceremoniach, dzięki czemu staną się  bardziej  magiczne 
i elitarne. 

Schumann,  Mendelssohn,  a  zwłaszcza  Brahms,  dźwigali  ciężar  odpowiedzialności  za  kanon 

nowego  klasycyzmu,  a  typki  podejrzane,  takie  jak  Berlioz,  wytyczały  własne  ścieżki.  Schumann  był 
wytworem  swych  czasów  i  zmagał  się  z  ciężarem  Beethovena,  Mozarta  i  Schuberta,  poszukując 
nowych  kierunków  dla  czegoś,  co  pewnie  miało  się  stać  ostatnimi  filarami  muzycznego  panteonu. 
Schumann,  wraz  z  innymi  kompozytorami  jego  epoki,  poszukiwał  nowych  środków  wyrazu, 
szczególnie  w  muzyce  orkiestrowej.  Jednym  z  pomysłów  było  rozszerzenie  zakresu  dynamiki 
w orkiestrze,  poprzez  stosowanie  bogatszej  faktury  i  zestawianie  nowych  połączeń  instrumentów, 
zdwajanie  głosów  w  celu  stworzenia  uzyskania  sumy  mocniejszej,  niż  jej  części  składowe.  Przede 
wszystkim  kładł  duży  nacisk  barwę:  płynne  linie  melodyczne  dublujących  się  unisono  waltorni, 
fagotów  i  wiolonczel,  flety  delikatnie  dublujące  skrzypce  i  naprawdę  pomysłowo  napisane  partie 
trąbek, w miejsce zwyczajowych tonik i dominant. Smyczki, grające podwójnie atakowane ósemki dla 
zwiększenie intensywności wyrazu, bez śladu ciężkości, za którą kiedyś go straszliwie skrytykowano. 

Był to tylko jeden ze składników nowej muzyki, który dołączał do harmonii, formy chromatyki 

materiału  tematycznego;  zresztą  stanowił  logiczny  krok  w  postępującym  od  końca  XVIII  wieku 
rozwoju orkiestrowej siły wyrazu. Ale współcześni interpretatorzy rzucają się na niego, jak stado hien 
na  króliczka.    To  jak smażenie  omletu-  wystarczy  łyżeczka  masła,  ale  pewnie pół  kilo będzie dużo 
lepsze... 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

Tempa  się  spowalnia,  niemal  upodabnia  do  Brucknera,  a  dołożone  ciężary  można  by  układać 

jeden  na  drugim  (też,  jak  u  Brucknera...)  stosując  sostenuto  i  lekceważąc  prośby  Schumanna 
o sforzando  i  staccato  dla  zróżnicowania  faktury.  Gdy  z  sosu  zostaną  usunięte  wszystkie  grudki, 
zostanie nam muzyczna papka. Wszystko odbywa się w imię „długiej, nieprzerwanej linii”, której tam 
jednak  nie  ma,  bo  jednym  z  przymiotów,  których  brakuje  naszym  współczesnym  dyrygentom 
(a należy on do najważniejszych cech dyrygenta) jest fundamentalne poczucie rytmu. To nie ma nic 
wspólnego  z  odliczaniem.  Dyrygent  bez  fundamentalnego  poczucia  rytmu  jest  jak  transatlantyk 
pozbawiony steru. Sprawia wrażenie, że stojąc na dziobie ogromnego statku prowadzi łajbę według 
kursu  wytyczonego  na  mapie;  dla  patrzącego  z  lotu  ptaka  jest  jednak  oczywiste,  że  statek  kręci  się 
w kółko. 

Super dyrygent, wraz z orkiestrą, zapada w wielką głębię tak bardzo, że całemu przedsięwzięciu 

grozi zawalenie się pod własnym ciężarem, zaś brzmi jak parodia niemieckiej muzyki. Nie może się 
wznieść,  jak  orzeł,  któremu  do  skrzydeł  przywiązano  obciążniki.  To  dlatego  instrumentację 
Schumanna  zwykle  opisuje  się,  jako  mętną.  Potem  następują  przeróbki.  Przekonany  jestem,  że 
zmiany  oryginalnego  tekstu  następują  zawsze  tuż  po  pierwszym  przeczytaniu,  a  nie  po  dokładnym 
sprawdzeniu  intencji  kompozytora.  Wątpię,  by  wiele  osób  miało  okazję  kiedykolwiek  usłyszeć 
symfonie  Schumanna  w  oryginalnej  orkiestracji  i  z  dynamiką  przez  niego  przewidzianą.  Wielki  łuk 
wymaga,  by  orkiestra  grała  wielkim  dźwiękiem,  więc  w  bardzo  wielu  czarownych  frazach  zanika 
pianissimo o jakości misterioso. Przez 30 lat mej pracy w orkiestrze nie zauważyłem nigdy przypadku, 
w  którym  kompozytorski  zamysł,  dokładnie  przełożony  na  brzmienie,  nie  byłby  lepszy  od  wersji 
mającej dzieło uleczyć. 

Przedziwną drogę w dzisiejszych czasach przeszło pojęcie Allegro. W pierwszej części II Symfonii 

Schumann  napisał  Allegro  ma  non  troppo,  ćwierćnuta  =  144  i  Allegro  molto  vivace,  w  czwartej  części, 
w którym półnuta = 170.  

Nie  słyszałem  Allegro  vivace  (poza  Typewriter  Song,  gdzie  jednak  piszący  na  maszynie  okazał  się 

bardziej muzykalny, niż dyrygent) w tempie zbliżonym do 144 w żadnej symfonii doby romantyzmu. 
Można się zastanawiać, jak Mendelssohnowi i Schumannowi udało się żyć w tej samej epoce; muzyka 
Mendelssohna  jest  grana  z  szacunkiem  należnym  późnym  symfoniom  Mozarta,  a Schumannowi 
nadaje się brzmienie jakby groteskowej parodii nadchodzącego romantyzmu. 

Niedawno dyrygowałem Symfonią Reńską Schumanna, kontemplując ją i przygotowując się jakieś 

15 lat. W pierwszej części napotkałem kompozytorskie oznaczenie, półnuta z kropką = 66, idealnie 
zgodne  z  moją  koncepcją.  Jednakże  ostania  część,  Lebhaft,  ma  oznaczenie  półnuta  =  120,  co 
faktycznie oznacza nieco wolniej, niż błyskotliwy, porywający i lotny styl, który sobie wyobraziłem, 
więc ostatecznie wziąłem 126. 

Dlaczego całkowicie akceptuje się, a nawet zachęca dyrygentów do przyjęcia tempa o 40 kresek 

metronomu  wolniejszego,  niż  wskazał  kompozytor,  zaś  tempo  wskazane  przez  autora,  czy  szybsze 
o jedną kreskę uważa się za muzyczną herezję? 

Jak to możliwe, że Richard Strauss w słynnym komentarzu o interpretacji Salome mówi: grajcie 

tak, jak mozartowskie 

Cosi

...

, a nasi współcześni badacze historii wykonawstwa twierdzą, że Schumann 

chciałby  słyszeć  swą  muzykę  brzmiącą  podobnie,  jak  V  Symfonia  Brucknera.  Dla  kupujących  taki 
pomysł mam na sprzedaż kolumnę Zygmunta. 

 
Co  do  odwiecznych  pytań  odnośnie  oznaczania  tempa  przez  Beethovena,  w  kontekście 

niesprawnego, szybszego o 10 kresek metronomu, znalezionego w rzeczach po kompozytorze, mogę 
przypomnieć  pogląd  Marka  Twaina.  Każdy  problem  ma  proste,  logiczne  i  doskonale  oczywiste 
rozwiązanie, które jest całkowicie błędne. 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

 
Czarna Dziura 
Znam  straszliwą  przepowiednię,  która,  mam  nadzieję,  nigdy  się  nie  spełni.  Istnieje  olbrzymia, 

niewidzialna, muzyczna czarna dziura, która powoli, lecz nieubłaganie wsysa wszystkie tempa: allegra, 
adagia, wypluwając rozwlekłe stąpanie. Ta sama czarna dziura połyka wszystkie zakresy dynamiczne 
zamierzone  przez  kompozytorów,  szczególnie  te  z  cichego  końca  brzmieniowej  palety.  W  celu 
zbalansowania  cichych  fragmentów  dyrygent  orkiestry  kameralnej  przestanie  prosić  wszystkich 
granie ciszej, bo nie słyszy głosu solowego, ale w orkiestrze symfonicznej poprosi solistę, by grał głośniej, bo 
go nie słychać

W końcu całą literaturę symfoniczną uprości się w stylu Muzak, gdzieś między 60 a 72 uderzenia 

na minutę, w dynamice mezzoforte. 

Dzieje się tak dlatego, że dyrygenci od pokoleń, jak dawni Indianie nieposiadający umiejętności 

pisania, pocztą pantoflową (poprzez wykonania) przekazują sobie tradycje, czy raczej zmanierowania. 
Ponieważ w partyturach brak najmniejszego śladu wskazań tradycji, więc jedynym sposobem, w jaki 
dyrygent  może  nabyć  umiejętności  dopuszczalne  w  głównym  nurcie  „indywidualizmu”,  jest 
kopiowanie  manieryzmów  innych  interpretatorów.  Owe  manieryzmy  w zamierzeniu  mają  na  celu 
odróżnienie  się  od  pozostałych,  ale  im  który  dalej  odbiega  od  zapisanego  tekstu,  tym  bardziej 
upodabnia  się  do  innych.  Całkiem  przeciwnie  niż  powszechnie  się  uważa:  trzeba  dużo  więcej 
wyobraźni  by  ożywić  to,  co  zapisano  i  zrobić  z  tego  muzykę,  niż  wykonać,  według  koszmarnego 
stwierdzenia Hanslicka: „swobodne opracowanie Symfonii, według Beethovena”. Berlioz miał rację, 
kiedy  powiedział,  że  „w  muzyce  liczy  się  nie  talent,  ale  pomysły”.  Dotyczy  to  w  równym  stopniu 
wykonawcy, jak i kompozytora. Wszyscy znamy spostrzeżenie Mahlera, że „tradycja, to jest to, co się 
pamięta  z  ostatniego  złego  wykonania”;  tradycja  dzisiaj,  to  jest  odstępstwo  od  tego,  co  napisał 
kompozytor. Mahler też pewnie był, w głębi serca, klasykiem. 

 
Przerażające 

Non Troppo

 

Brahms był prawdopodobnie najbardziej niewzruszenie klasycznym kompozytorem XIX wieku. 

Gdy  udało  mu  się  zdobyć  oryginalne  partie  klarnetów,  dodane  do  Symfonii  Jowiszowej  Mozarta  to, 
mimo  iż  był  zapalonym  muzykologiem,  nie  chciał  ich  nikomu  pokazać.  Mógł  śledzić  linię 
muzycznego  rozwoju  od  Mozarta,  poprzez  Beethovena,  aż  do  Mendelssohna,  choć  przecież 
doskonale znał rozwój muzyki w poprzednich okresach. 

Beethovenowski  sposób  pisania  na  orkiestrę  wydaje  się  być  jak  ciosany  z  granitu,  z niewielką 

troską  o  dopasowanie  orkiestracji  do  specyfiki  poszczególnych  instrumentów,  jeśli  pominąć 
fragmenty,  które  uznał  za  nieuniknione  dla  realizacji  swych  muzycznych  pomysłów. 
Instrumentowanie  Brahmsa  zaś  sprawia  wrażenie,  jakby  kompozytor  był  zakochany  w  każdym 
spośród instrumentów orkiestry i nigdy nie uważał, że mogą one zaszkodzić jego muzycznym celom. 

Jakimż mistrzem orkiestry był Brahms! Nie chodzi tu tylko o jego dogłębną znajomość każdego 

instrumentu, też o jego romantyczną wizję brzmienia, jakie te instrumenty mogą osiągać. Orkiestrację 
Brahmsa  można  by  opisać  jako  klasyczną,  obficie  rozświetloną  ciepłem;  przejrzystą  i delikatną, 
zdolną  do  wyrażania  ekspresji  wieloma  różnymi  aspektami  emocji.  Przy  uważnym  przestudiowaniu 
jego IV  Symfonii  można zauważyć około  36  minuty silnie  zasugerowane  oczekiwanie, że  ta  muzyka 
zostanie  odebrana  jako  zorientowana  klasycznie,  z  bogactwem  brzmienia  już  wbudowanym 
w partyturę. 

Część  pierwsza  III  Symfonii  w  oryginale  została  oznaczona  jako  Allegro  vivace,  na  6/4.  Brahms, 

mając  oczywiście  na  względzie  szybkość,  jaką  (zwłaszcza  w  tamtych  czasach)  implikuje  to 
oznaczenie,    zmienił  je  na  Allegro  con  brio.  Obawiał  się,  że  ta  część  będzie  mylnie  traktowana  jako 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

scherzo.  Pan  się  nie  boi,  doktorze  Brahms!  Współcześni  interpretatorzy  obładowują  tę  część  tak 
dużym bagażem, że każde scherzo zabrzmi jak balet stada ciężarnych słonic. 

Szczęściem,  dla  naszych  współczesnych  nadętykierów,  czcigodny  kompozytor  nie  żyje,  gdyż 

podobno strzelał z łuku do hałaśliwych kotów. Na pewno użyłby go przeciw nadętym egoistom. 

Brahms  kilkakrotnie  używał  oznaczenia  Allegro  non  troppo,  by  odróżnić  swe  poważne 

fragmenty od perlących się Allegri Schuberta i Mendelssohna, lecz muzyczne hieny stosują non troppo 
jako licencję na zabijanie, a co najmniej na wysączanie każdego grama energii z muzyki. 

W  rękach  super  dyrygentów  fraza  rozpoczynająca  IV  Symfonię  stała  się  jednym 

z najzabawniejszych  przykładów  w  kalejdoskopie  muzycznych  zmanierowań.  Trudno  to  wyrazić 
słowem pisanym, ale spróbujmy. Brahms napisał: 

 

Nieodmiennie jest to interpretowane mniej więcej tak: 
 

 

 
Inny przykład, to wielka pauza ćwierćnutowa w ostatniej części I Symfonii Brahmsa. Tu Brahms 

stosuje  ciszę  dla  podkreślenia  dramatyzmu  końcówki  przetworzenia  w  ten  sam  sposób,  w  jaki 
Beethoven zastosował pełen takt ciszy w pierwszej części swej V Symfonii.(Przypominam o łyżeczce 
masła, która przekształciła się w półkilogramową łychę). 

Jeśli  pauza  na  jedną  miarę  potęguje  dramatyzm,  to  dziura  rozmiaru  ciężarówki  pewnie  będzie 

jeszcze  bardziej  monumentalna,  czyż  nie?  Po  wydrukowanym  umiarkowanym  calando,  trwającym 
cztery takty, następuje jakby przekształcenie w gigantyczne molto largamente, które zaczyna się zawsze 
o 12 taktów wcześniej, niż wskazał Brahms i cały impet grzęźnie na dobre. Powstaje efekt Preludiów
powszechny we wszystkich niemal interpretacjach Brahmsa. 

Brahms  był  tak  bardzo  klasycystyczny,  że  jeszcze  długo  po  wejściu  w  powszechne  użycie 

instrumentów chromatycznych pisał na naturalne trąbki i rogi. Powinno być oczywiste, że wytworzył 
muzykę,  która  może  i  powinna  być  grana  zasadniczo  w  takim  samym  tempie  i  z  pełnią  muzycznej 
ekspresji.  Współczesnym  kapelmistrzom  brakuje  zwykle  pomysłów  niezbędnych  do  wykorzystania 
ogromnych  wyrazowych  i  dynamicznych  możliwości  orkiestry.  Ponieważ  całe  to  buczenie 
w jednolitym  (choć  subtelnie  zróżnicowanym)  brahmsowskim  tempie  mogłoby  uśpić  nawet 
dyrygentów, więc każdy fragment części interpretują, jakby miał naklejoną etykietkę, która sprawi, że 
dyrygent wyda się muzykalny. 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

Można  by  pomyśleć,  że  opowiadam  się  za  graniem  całej  literatury  symfonicznej  w  szybszych 

tempach. Nic bardziej mylnego. Pamiętam tylko jednego dyrygenta, który zagłębił się w wagnerowski 
Marsz  Żałobny

  ze  Zmierzchu  Bogów  w  mocarnie  wolnym  i  majestatycznym  tempie,  które  zamyślił 

Wagner.  Początek  Świtu  i  Podróży  Zygfryda  po  Renie,  w  którym  nastrojowe  przedstawienie  wschodu 
słońca  nad  Renem  rozpoczyna  się  od  cudownie  rozwijanej  melodii  wiolonczeli.  Wagner  zaznacza 
tam  nicht  schleppend  (nie  ciągnąć).  Ten  komentarz  ma  skutek  odwrotny,  jak  budzące  postrach 
brahmsowskie  oznaczenie  non  troppo  (co  dowodzi,  że  w  muzyce,  podobnie  jak  w  społeczeństwie, 
większość  zawsze  się  myli,  a  kiedy  ma  rację,  to  z  niewłaściwego  powodu.  Wagner  miał  na  myśli 
frazowanie, a nie tempo; ta scena powinna rozwijać się krocząc w naturalnym tempie, niespiesznie, 
ale nieuchronnie, w prawdziwym legato. To samo dotyczy Preludium do I aktu Lohengrina

Nie  opisałem  ociężałości,  z  jaką  Schumann  i  Brahms  są  interpretowani  jako  „podobni”  do 

Wagnera, bo nienawidzę, gdy Wagner jest grany „jak Wagner”. 

Obecnie  powszechnie  słyszy  się  Meistersingerów  wykonywanych  w  ciężkim,  pseudogermańskim 

i rozwlekłym  stylu.  Takie  powolne  kroczenie  przypomina  mi  scenę  epidemii  dżumy  z  filmu 
Monty Python  i Święty  Graal

,  w  której  za  wozem  pchanym  przez  nieszczęśników  wzdłuż  ulicy  idzie 

Eryk  Idle,  dzwoniący  na  trójkącie  i  głoszący:  „Wynoście  swoich  zmarłych,  wynoście  swoich  zmarłych”. 
Według  zamysłu  Wagnera  Meistersingerzy  mieli  być  średniowiecznym  festiwalem  portretującym 
Niemców  jako  ludzi  żywotnych,  namiętnych  i  przemyślnych.  Drobiazgowość  Mesistersingerów  to 
tylko jeden aspekt (i jedyny negatywny) obrazu, pokazującego obfitość średniowiecznej żywotności. 
A przecież Wagner, według świadectwa Straussa, wykonywał tę uwerturę w zaledwie dziewięć minut. 

Wydaje  mi  się,  że  musi  gdzieś  istnieć  jakaś  uniwersalna  szkoła  dyrygowania,  która  naucza 

takiego  cicho-powolnego  i  głośno-szybkiego  systemu  kreowania  muzyki.  Rozmaici  interpretatorzy, 
okropnie  traktujący  Brahmsa  z  przypiętą  etykietką,  tak  samo  traktują  Czajkowskiego,  kompletnie 
dziesiątkując jego symfonie. Dlaczego początek pierwszego Allegro w każdym wykonaniu V Symfonii 
Czajkowskiego  ma  brzmieć  jak  Pieśń  Wioślarzy  Znad  Wołgi  (a  część  trzecia  jak  ckliwy  Valse  Triste)? 
Potem nastaje nieuchronne accelerando do pierwszego fortissimo. Tych pierwszych kilka ósemek ppp 
w smyczkach zawsze brzmi tak, jakby muzycy zostali skazani na wieczne przykucie do swych wioseł. 
Czajkowski starannie dozował romantyzm w swej muzyce, nie trzeba dokładać dziesięć razy więcej. 

Przekładając  to  na  kulinaria:  jeśli  Brahms  serwuje  delikatnie  przyprawiony  gulasz,  oni  zwykle 

tłamszą  go  tłustym  muzycznym  sosem;  rosyjskie  bliny  Czajkowskiego  nieodmiennie  polane  są 
słodkim, lepkim sosem, przypominającym brzmienie niegdyś popularnej orkiestry „101 smyczków”.  

Dlaczego  dyrygenci  wypaczają  tylko  znaną  muzykę?  Taki  nieznane  utwory,  jak  wczesne 

symfonie  Dworzaka,  nadają  się  do  tych  wygibasów,  ale  prawie  nigdy  nie  stają  się  ofiarą 
współczesnych  tradycji,  być  może  dlatego,  że  nie  są  wykonywane,  nagrywane,  więc  nie  da  się  ich 
skopiować. 

Toscanini najlepiej to podsumował: Tradycja to zdrada. Nie słuchaj żadnych dyrygentów, również mnie. 

Patrz tylko w nuty. Powiedzą Ci wszystko, co powinieneś wiedzieć

. Naprawdę inspirujące i równie niezwykłe, 

jak  filozofia  Toscaniniego,  były  jego  relacje  z  kompozytorami  oraz  koncepcja  prowadzenia  prób 
i koncertów. Podczas prób zajmował się zwykłymi technicznymi szczegółami, ale dodawał też całą 
intensywność  i  energię  wykonania  koncertowego.  Ćwiczył  frazowanie,  ekscytację  i  emocje.  Mając 
orkiestrę  już  naładowaną,  technicznie  oraz  duchowo,  podczas  koncertów  dyrygował  bardzo 
dyskretnie. Toscanini nie chciał wtrącać się między muzykę a publiczność. 

Porównajmy  to  z  obowiązującymi  normami  w  dzisiejszym  symfonicznym  światku:  muzyka 

podczas  prób  poddawana  jest  wiwisekcji,  w  podniecającej,  godnej  laboratorium  kryminalistycznego 
atmosferze,  niewskazującej  jednak  na  to,  do  czego  wykonanie  będzie  podobne.  Nagle  dyrygent, 
podczas koncertu, z włosami rozwianymi na wszystkie strony, zaczyna zmierzać w kierunku studium 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

szaleństwa, skupiając na sobie możliwie całą uwagę (według słów Toscaniniego: dbając wyłącznie o swój 
frak

). Orkiestra, nieuprzedzona wcześniej o takiej niespodziance, wykazuje pewną powściągliwość co 

do uczestnictwa w tej orgii. 

 

Umysły niespokojne

 

Będąc  w  wieku  średnim  zaczynam  wierzyć,  że  nadmiar  inteligencji  to  rzecz  niedobra  przy 

interpretacji.  Może  powinienem  powiedzieć  raczej  powiedzieć:  inteligencja  opacznie  rozumiana. 
Prawdziwa muzykalność jest darem niezależnym od inteligencji. Inaczej mówiąc, niektórzy dyrygenci 
są  zbyt  przemądrzali,  jak  na  swoje  możliwości.  Zdaje  się,  że  dzisiaj  ilość  opanowanego  na  pamięć 
materiału  jest  odwrotnie  proporcjonalna  do  zdolności  emocjonalnego  angażowania  się  dyrygenta. 
U dyrygenta, zapełniającego pamięć olbrzymią ilością muzyki, istnieje osobliwy emocjonalny rozziew 
w dziedzinie  muzykowania.  Nie  umiem  wytłumaczyć  tej  dziwacznej  tendencji,  ale  może  to  sam 
wysiłek uczenia się tak wielu nut osłabia im intensywność uczuć i tracą poczucie sensu; podobnie, jak 
z powtórzonego  wielokrotnie  słowa  ulatuje  znaczenie,  pozostawiając  tylko  fizyczny  akt  wydawania 
dźwięku. 

Od ponad trzydziestu lat studiuję partytury i fantazjuję o tym, jak mogłyby zabrzmieć. Zawsze 

jednak, nawet po jej zapamiętaniu, używam partytury do pobudzania mej wyobraźni i stymulowania 
obrazu  brzmienia  (Toscanini  często  ganił  orkiestrę:  niszczycie  moje  marzenia).  Podejmowanie  decyzji 
muzycznych  to  proces  ekscytujący,  ale  gromadzenia  rozległej  mentalnej  biblioteki  utworów,  to  jak 
lanie wody na żar inspiracji. Georg Solti powiedział, że nigdy nie wygrałby konkursu dyrygenckiego, 
ponieważ  wiele  czasu  zajmuje  mu  nauka  i  przyswojenie  sobie  partytury.  Jego  zachwycająca  etyka 
pracy bardzo dobrze służyła kompozytorom. 

W dzisiejszym, odrzutowym świecie wykonań w rodzaju „graj i uciekaj”, dyrygenci powtarzają tę 

samą  muzykę  z  tak  wielką  ilością  orkiestr,  że  muszą  cierpieć  na  chorobę  typu:  Jeśli  dziś  wtorek,  to 
jesteśmy  w  Belgii

1

.  I  tu  zaczyna się  problem.  Im  bystrzejszy dyrygent,  tym  szybciej  staje się  znudzony 

i atakuje go podstępna dolegliwość potrzeby zrobienia dziś wieczór czegoś zupełnie innego. Porzuca 
nadzieje  na  perfekcyjne  wykonanie,  jako  będące  tylko  niedościgłym,  mitycznym  kwiatem  paproci 
i zaczyna się zabawiać. 

W  wyniku  tych  swawoli  powstaje  encyklopedia  dziwacznych  frazowań,  w  których  koncepcja 

oryginalna jest nieustannie zmieniana i zniekształcana. Tym sposobem ktoś o niskim IQ, dostawszy 
pracę  na  linii  produkcyjnej,  będzie  zafascynowany  wkładając  bez  końca  tę  samą  śrubę  w  ten  sam 
otwór,  zaś  geniusz  będzie  szukał  sposobów  uczynienia  pracy  bardziej  interesującą.  Może  się  więc 
okazać,  że  kilku  dyrygentom  pięćdziesiąte  wykonanie  VII  Symfonii  Beethovena  wyda  się  nudne 
i będą  raczej  szukali  zabawnych  odwróceń,  zamiast  dążenia  do  realizacji  doskonałego  wykonania 
muzyki  wymyślonej  przez  Beethovena.  Kiedyś  geniusz  określał  muzykalność;  dziś  wydaje  się,  że 
całkowicie błędnie należy się temu, który potrafi zapamiętać i poprowadzić wiele utworów.  

Z interpretacją  jest  tak,  jak  z  maleńką  fiolką  wody  sprzed  lat  w  Twojej  kieszeni.  Ze  źródła 

wypłynęła czysta i żywa; trudność polega na zachowaniu jej w czystości przez długi czas. I jeśli nawet 
pierwsza interpretacja dyrygenta była perląca się i wyrazista, to, wobec długowieczności dyrygentów, 
czystość rzadko udaje się utrzymać.  Jak stwierdził Sibelius: Inni kompozytorzy wytwarzają koktajle, ja zaś 
warzę czystą, zimną wodę

. Wolałbym raczej odczuć promień słońca dzięki czystej, zimnej wodzie, niż po 

koktajlu. 

Pokażcie  mi  dyrygenta,  który  trzech,  lub  czterech  kompozytorów  wykonuje  dobrze,  z  pasją 

i zasadami. Dla niego idealna interpretacja to ta zamknięta w partyturze, realizuje ją z zapamiętaniem 

                                                 

1

 Film Mela Stuarta (1969), według scenariusza Davida Shawa, o grupie amerykańskich turystów udających się w szaloną wycieczkę po 

Europie. 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

10 

Don  Juana  poszukującego  archetypu  odwiecznej  kobiety.  Taki  dyrygent  stara  się  być  jak  przewód 
odgromnika między kompozytorem a słuchaczem. Wierzę, że to najważniejsza cecha interpretatora. 
Strawiński  powiedział,  że  nie  skomponował  Święta  Wiosny,  lecz  był  tylko  naczyniem,  przez  które 
przelała się muzyka. Jeśli dyrygent nie posiada ugruntowanego z góry obrazu brzmienia partytury, to 
nie ma w ogóle po co dyrygować. 

Współczesnym  dyrygentom  zdaje  się  brakować  dyscypliny  w  procesie  interpretacyjnym. 

Strawiński  powiedział  również,  że  bez  względu  na  to,  jak  dalece  odbiegał  od  utartych  ścieżek 
komponowania,  zawsze  przestrzegał  zasad.  Sporządził  swoje  własne  reguły,  co  powinien  zrobić 
każdy  kompozytor.  Można  je  też  uznać  za  wewnętrzną  logikę.  Każda  interpretacja  powinna 
wypływać  z  owej  logiki,  tego  podstawowego  rytmu.  Picasso  przewidywał  bliski  koniec  sztuk 
pięknych, ponieważ zanikły elity. Krytycy muzyczni już dawno temu zaniechali wyrażania uznania dla 
interpretatorów odpowiedzialnych wobec kompozytora; teraz daremnie szukają ukrytej muzykalności 
w najbardziej chaotycznym muzykowaniu. 

 
Ocenianie dyrygentów 
System  oceniania  i  angażowania  dyrygentów  powinien  zostać  zweryfikowany  i poddany 

przeglądowi.  Dla  przemysłu  fonograficznego  i  agencji  artystycznych  największe  znaczenie  mają 
aspekty  marketingowe  i  show-biznesowe,  ale  istnieje  też  wiele  instytucji,  które  próbują  uczciwie 
podejść do angażowania dyrygentów w oparciu o talent i zdolności. Fatalnym błędem jest ocenianie 
dyrygentów  po  wyglądzie  w  czasie  dyrygowania  i  odmierzania  pulsu.  To  tak,  jakbyśmy  przed 
podpisaniem  kontraktu  na  książkę  z  pisarzem  upewniali  się,  że  potrafi  czytać  i  pisać.  Wyobrażasz 
sobie, że wydawca mówi: Wprawdzie nie wiemy, czy dobrze pisze, ale podoba nam się sposób, w jaki przykłada 
pióro do papieru

Dyrygenta  powinno  się  oceniać  pod  kątem  jego  muzycznych  pomysłów  oraz  zdolności  do 

inspirowania odmalowania wielkiego obrazu kompozytorskich marzeń i wizji zawartych w partyturze. 
Jeśli  dyrygent  nie  tworzy  wspaniałej  muzyki,  nie  należy  go  angażować.  Uwolni  to  muzykę  od 
syndromu  obserwowanego  w  sporcie,  w  którym  te  same  zmęczone  twarze  przechodzą  z jednego 
zespołu  do  innego.  Gdy  trener  osiągnie  ekstraklasę  to  może  się  tam  utrzymać  na  zawsze,  jeśli  nie 
ustanie  w  rozwoju. W  muzyce panuje pogląd,  że  ogromnie  brakuje  dobrych  dyrygentów,  ponieważ 
orkiestry zatrudniają te same miernoty i nie odkrywają nowych talentów. 

Uważam,  że  wielu dyrygentów  można przypisać do  kilku podstawowych  profili;  przedstawiam 

niektóre  z  nich.  Kapelmistrz  ma  pretensje  do  sławy  dlatego,  bo  tak  dużo  wie  o  muzyce  i  tak  wielu 
rzeczy  już  dokonał.  Dla  niego  ważne  jest,  by  się  pokazać  i  dowodzić.  Podczas  dyrygowania 
przypomina  całkiem  wyschniętą,  znaną  z  filmów,  dawną  pompę  kopalni  ropy  naftowej.  Głowa 
w partyturze,  ciało  i  ramiona  nieruchome,  dłonie  trzepoczą,  jakby  miał  zerwane  wszystkie  ścięgna 
nadgarstka. Intensywność rodzi się sercu i transmitowana jest poprzez przeguby. 

Następny to Kaligraf, geniusz takiej wielkości, że dyrygował w Bayreuth już jako jedenastolatek. 

U  niego  muzyka  siada  z  tyłu,  z  przodu  jest  miejsce  dla  kaligrafii.  To  mistrz  techniki,  przekształca 
płynne  uderzenia  w  kapryśne  filigrany.  Szekspirowski  tekst  traktuje  tylko  jako  środek  do  ukazania 
sztuki kaligrafii. Normalnie nie spotyka się podobnie zakręconych umysłów w tak zdrowym ciele. 

I  w  końcu  Mistrz  Zen,  podobnie  jak  inni  historyczni  fanatycy,  próbuje  zahipnotyzować  masy. 

Głosi,  że  jako  jedyny  potrafi  odczytać  i  zweryfikować  partyturę,  by  osiągnąć  więcej  nawet,  niż 
przewidywał kompozytor. Jeśli Strauss napisał półnuta = 88, to tylko Mistrz Zen wie, że tak naprawdę 
chciał,  by  ćwierćnuta  była  grana  =  88,  nie  przeszkadzają  mu  nagrania  Straussa  oraz  innych 
kompozytorów dyrygujących swoimi dziełami, ukazujące intensywne i proste interpretacje. W czasie 

background image

Jay Friedman, Roll Over Beethoven, Sep 1, 1993 tłum.

 Łukasz Michalski

 

 

 

11 

nadmiernych  prób  Mistrza  Zen  dynamika  i  tempa  stają  się  tak  ekstremalne,  że  muzyka  zostaje 
kompletnie pozbawiona treści. Tymczasem tłumy walą oddać hołd jego dziwacznym produkcjom.  

Nie  wszyscy  dyrygenci  są  samolubami,  czy  pomylonymi  szarlatanami.  O  ile  dyskredytuję 

nadętykierów, to chciałbym wspomnieć absolutnie wielkich. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej 
przykuwającego  uwagę,  niż  Rafael  Kubelik  prowadzący  Moją  Ojczyznę  Smetany,  czy  Carlos  Kleiber 
dyrygujący  II  Symfonią  Brahmsa?  Uwzględnijmy  chwałę  Pierre  Monteux,  prowadzącego  Symfonię  
d- moll

 Francka, czy Planety nagrane przez Adriana Boulta z Philharmonia Orchestra, Toscaniniego z 

symfonią  Manfred  Czajkowskiego,  VII  Symfonię  Brucknera  z  Soltim,  czy  nagranie  Zaratustry  pod 
Reinerem  z  roku  1954.  Cenię  Kusewickiego  nagrywającego  II  Symfonię  Sibeliusa,  V Sibeliusa 
z Simonem  Rattle,  nowojorskie  Heldenleben  Mengelberga,  III  Mahlera  F.  Charles'a  Adlera  (jedno 
z najbardziej naładowanych emocjami wykonań wszechczasów), czy Straussa w jego własnej Symfonii 
Alpejskiej

  (tego  utworu  nienawidzą  krytycy,  ale  wszyscy  znani mi  dobrzy  muzycy  uwielbiają  go).  Te 

wykonania mają jedną wspólną cechę, bardzo widoczną, bo jej brakuje: to tradycja. 

Rafael  Kubelik  to  modelowy  przykład  tego,  jaki  powinien  być  dyrygent.  Wykonywanie  z  nim 

Mojej Ojczyzny

, albo IX Mahlera to jedno z najwspanialszych muzycznych przeżyć. Kiedy dyryguje, nie 

jest interpretatorem, ani kompozytorem, jest samą partyturą. Ramiona ma naładowane jak przewody 
piorunochronu, przez które przepływa partytura. Jego osobliwie dźgające nadgarstki i poruszająca się 
szczęka  już  w  pierwszym  starciu  pozwalają  mu  zostawić  w  tyle  wszelkich  konkurentów.  Pracuje 
niezwykle intensywnie, do każdego wykonania podchodzi tak, jakby miało być jego ostatnim. Carlos 
Kleiber jest uosobieniem muzykalnego muzyka, nadaje nowe znaczenie pojęciu tradycji. Chociaż jego 
muzykalność wydaje się wynikać z nurtu tradycji wiedeńskiej, to po bliższym zbadaniu okazuje się, że 
jego  muzykowanie  opiera  się  na  solidnym  fundamencie  klasycznych  zasad  (niemal  podobnie,  jak 
u Toscaniniego) połączonym z niesamowitą wyobraźnią, który przechwytuje marzenia kompozytora. 
Kleiber  dyryguje  długimi,  zamaszystymi  frazami,  które  czasami  wydają  się  nie  mieć  związku 
z orkiestrą.  Jego  repertuar  jest  niewielki,  ale  nadzwyczaj  obfity  w  uczucia.  Jest  najbardziej 
niezmanierowany wśród interpretatorów, ponieważ jego styl większy nad życie w całości opiera się na 
muzycznej inspiracji. 

W znanej bajce o Nowych Szatach Cesarza przekonywano ludzi, by uwierzyli w to, co im kazano, 

zamiast  w  oczywistą  prawdę.  Współcześni  dyrygenci  podobnie  chcą  przekonać  wielu,  że  nadęte 
i zniekształcone  interpretacje  wspaniałych  klasyków są  lepsze  od  tego,  co  Beethoven,  Brahms  oraz 
inni wielcy mistrzowie oryginalnie napisali. Na to nie ma zgody.  

Uważam, że dyrygent ma do spełnienia rolę podobną, jak oddechowy aparat do ożywiania; ma 

tchnąć  życie  w  dzieło  sztuki,  które  bez  tego  pozostałoby  uśpione  na  kartach  papieru.  To  nie 
sfrustrowany kompozytor. Strawiński określił niektórych dyrygentów mianem pasożytów, bo używali 
określeń  typu:  Mój  Brahms,  Mój  Beethoven.  Dyrygent  powinien  być  pokorny,  ale  pewny  na  swoim 
muzycznym miejscu, jako osoba motywowana prawdziwym szacunkiem dla dzieła sztuki. 

Berlioz  rozumiał  rolę  zarówno  dyrygenta,  jak  i  kompozytora,  i  ponad  sto  lat  temu  napisał: 

Wykonawcy  muszą  czuć,  że  on  czuje,  rozumie  i  jest  przejęty,  zatem  jego  emocje  komunikują  się  z tymi,  którymi 
dyryguje. Że rozgrzewa ich jego wewnętrzny ogień, jego entuzjazm ich ponosi, że promieniuje z niego energia muzyczna. 
Lecz  jeśli  będzie  zimny  i  obojętny,  sparaliżuje  wszystko  wokół,  jak  pływające  po  morzu  polarnym  góry  lodowe, 
których bliskość zapowiadana jest przez nagłe ochłodzenie atmosfery.