background image

Zeznanie

Adam Pietrasiewicz

A

Nazywam się Dupont. François Dupont. Mam 35 lat i pewnie nie 

będę miał nigdy 36. Skądinąd nikt już nie będzie miał okazji święcić 

kolejnych   urodzin,   chyba   że   ci,   którym   to   święto   wypada   w 
najbliższym czasie. Ale wątpię, czy będą mieli ochotę zdmuchiwać 

świeczki na torcie.

Zresztą świeczki są ostatnio cennym towarem. Zapałki też.

Siedzę   przy   stole   i   oświetlam   papier   lampą   naftową.   Jestem 

pisarzem,   to   znaczy   od   czasu   do   czasu   piszę   jakąś   książkę   albo 

opowiadanie, wykłócam się z wydawcą o każdego centima i jakoś 
sobie   trwam   od   pierwszego   do   pierwszego.   Lepiej   czy   gorzej   ale 

raczej gorzej niż lepiej.

Piszę   książki   kryminalne,   w   których   ci   co   wydają   się   dobrzy 

wcale nie są dobrzy, a ci co są źli są jeszcze bardziej źli niż by się 
mogło   wydawać.   A   ludzie   to   czytają   i   gdy   je   kończą,   to   są 

niezadowoleni, bo moje książki nigdy nie kończą się happy endem. 
Ludzie   lubią,   gdy   książki   dobrze   się   kończą,   gdy   w   ostatnim 

momencie przyjeżdża kawaleria i wszyscy są szczęśliwi.

Ja   tam   wcale   nie   wierzę,   że   wszystko   dobrze   się   kończy. 

Najlepszym przykładem na to, że tak nie jest to nasze zasrane życie, 
które zawsze kończy się śmiercią. I dlatego nie lubię happy endów.

No   i  mam   satysfakcję.   Najwspanialsza   historia,   która  trwa  od 

wieków, historia życia na Ziemi, wcale nie kończy się dobrze. A nie 

mówiłem?!   Też   mi   satysfakcja.   Najgorsze   jest   to,   że   w   tej   całej 
historii jestem szwarc charakterem. Całkiem przypadkiem.

Ale w moich książkach czarne charaktery też stają się czasami 

czarnymi   charakterami   zupełnie   przypadkiem.   Tyle,   że   ten 

przypadek nie jest nigdy do końca taki przypadkowy. Zawsze jakoś 
się go sprowokowało. W moim przypadku też tak było. Będę szczery, 

nie muszę się już obawiać konsekwencji. Wyrok zapadł, ten sam dla 
wszystkich. A piszę, bo muszę zabić czymś czas, który mi pozostał, 

który pozostał kilku miliardom ludzi płacąych za to, co zrobiłem. 

Wcale nie mam wyrzutów sumienia. Ponoszę konsekwencje za 

swoje   czyny   jak   dorosły   człowiek.   Wcale   nie   chciałem   rozciągać 
konsekwencji   na   innych   ale   nie   zależało   to   ode   mnie.   Natomiast 

jestem   wściekły.   O,   tak,   wściekły   jak   cholera.   Ale   zanim   napiszę, 
dlaczego   jestem   wściekły,   opowiem   co   się   dzieje.   Tego   wymaga 

sztuka pisarska, nie można od razu na pierwszej stronie wszystkiego 
wyjawić,   trzeba   dozować   napięcie,   trzeba   trzymać   czytelnika   bez 

tchu.   Pewnie,   że   nikt   tego   nigdy   nie   przeczyta.   Ale   jak   się   pisze 

background image

Adam Pietrasiewicz

książki, to się je pisze dla jakiegoś niezidentifikowanego "odbiorcy" i 

też się go nie zna, i też się nie wie czy ktoś to przeczyta. W tym 
przypadku   sytuacja   jest   tylko   odrobinę   inna,   po   prostu   wiem,   że 

napewno, nikt, nigdy tego nie przeczyta. Ale piszę, bo jest to jedyna 
rzecz, którą potrafię robić.

Wszystko   zaczęło   się   w   ponurym   barze,   na   rogu   ulicy 

Kapeluszników w Metzu. Bar nazywa się Pod Wagą i jest siedliskiem 

dziwnych typów mających jakieś kontakty ze skrajną prawicą. Snują 
tu plany wytępienia we Francji arabskiej zarazy, która zalewa piękny 

kraj   Joanny   d'Arc.   Nie   spodziewali   się,   że   ich   plany   zostaną 
zrealizowane w tak radykalny sposób. Arabska zaraza, jak nazywali 

robotników,   którzy   przybyli   do   Francji   w   latach   sześćdziesiątych, 
zostanie   wytępiona   definitywnie.   Wszyscy   Arabowie   znikną   z   tego 

padołu,   co   do   ostatniego,   i   to   już   bardzo   niedługo.   Nie   jestem 
pewien, czy skrajnie prawicowe typy przewidywały w swych planach 

również zniknięcie ich samych, co nastąpi w tym samym czasie co 
zniknięcie Arabów. Ja też nie przewidywałem. Ale ani prawicowe typy 

ani   arabscy   robotnicy   nie   mieli   żadnego   związku   z   historią,   którą 
opisuję. Przejdę do rzeczy.

Siedziałem   więc   w   barze   Pod   Wagą   z   moim   psem 

Arystotelesem.   Arystoteles   jest   gigantycznym   bassetem,   waży   50 

kilo   i   jest   strasznie   leniwy.   Zawsze   zabierałem   go   do   baru,   gdzie 
dostawał na spodku soku cytrynowego, który uwielbiał. Kompletny 

degenerat,   czy   widział   ktoś   psa,   który   pije   sok   cytrynowy?   A 
Arystoteles to lubił.

Ja piłem piwo. Nie lubię piwa, ale pijam je czasem, bo jakbym 

powiedział w barze, że nie lubię piwa, toby nikt ze mną nie chciał 

gadać. A ja lubię gadać, nawet ze skrajnie prawicowymi typami.

Padał deszcz. Była wiosna ale Słońce nie pokazywało się często 

na niebie i było zimno. Przyznam, że od tego czasu poznałem jeszcze 
większe zimno i Słońce też nie pokazuje się na niebie ale wszystko 

po   kolei.   No   więc   siedziałem   przy   piwie   i   słuchałem   opowieści   o 
jakiejś dziewczynie, co dawała dupy każdemu. Tak to już bywa. W 

pewnym   momencie   drzwi   się   otworzyły   i   wszedł   kompletnie 
przemoczony facet, o dziwnym wyglądzie. Wszedł, siadł przy barze i 

zamówił wódkę. Mało kto zamawiał wódkę w barze Pod Wagą. Jak już 
mówiłem, piło się tu piwo.

Ale właśnie to mnie zainteresowało, więc podszedłem bliżej  ze 

szklanką w ręku i usiadłem obok niego przy barze. Skoro pił wódkę, 

to była szansa, że się upije. A skoro może się upić, to być może uda 
mi się zrobić z nim jakiś interes.

Bo   muszę   się   przyznać,   że   poza   zawodem   pisarza,   który   nie 

background image

przynosi   nikomu   wielkich   pieniędzy,   od   czasu   do   czasu   handluję 

różnymi drobiazgami. Są ludzie, którzy mówią, że jestem drobnym 
oszustem ale nie jest tak całkiem. Prawdą jest, że nie zawsze staram 

się   poinformować   wszystkich,   o   wszystkim   co   wiem.   Bo   i   po   co, 
ludzie są dorośli, mają oczy i uszy jak ja. Wystarczy patrzeć, słuchać, 

dotknąć. A jak mają ochotę dać się zrobić w konia, to już ich sprawa. 
Mnie też zrobiono w konia.

Facet wypił kieliszek do dna, jak Polak.
- Ale pan ma spust. Nie lubi pan piwa?

- Nie. Wódka. Tylko wódka.
Mówił z jakimś dziwnym akcentem.

- Pan jest Polakiem?
W Metzu mieszka mnóstwo Polaków, mają taki śmieszny akcent, 

gdy mówią.

- Nie, - facet popatrzył na mnie, - chyba nie. A co to takiego?

Teraz, gdy na mnie spojrzał, zauważyłem, że jest jakiś dziwny. 

Nie, nie miał w sobie nic z Araba ani z Murzyna. Miał dziwne oczy, 

jakby szalonego, przerażonego człowieka. Przysunąłem się bliżej.

- Bo chleje pan jak Polak.

- Skoro pan tak mówi...
- Dużo pan tak może wypić?

- Nie wiem. Chciałbym jak najwięcej. Dobrze mi to robi.
- Z przyjemnością postawię panu kielicha - powiedziałem dając 

znak barmanowi. - Jeannot, nalej tu jeszcze temu panu   wódki. A 
mnie jeszcze dolej piwka.

Facet wziął kieliszek i znów jednym haustem wypił. Patrzyłem z 

podziwem nigdy nie potrafiłem tak pić.

- Pan to chyba jednak Polak. Akcent też ma pan taki dziwny.
- Akcent... - tamten jakby się zastanowił. - A, akcent. Tak, nie 

miałem czasu dobrze przetrenować.

- Przetrenować?

- Nieważne. 
Jeannot   na  mój  znak  nalał   jeszcze   raz   do  pełna  wódki.  Facet 

popatrzył na kieliszek, uśmiechnął się i powiedział do barmana:

- Dziękuję.

- Nie mnie, to Diabłowi niech pan dziękuje. 
Wszyscy   w   barze   Pod   Wagą   nazywali   mnie   Diabeł.   Nie   wiem 

czemu,   chyba   ktoś   kiedyś   musiał   stwierdzić,   że   jestem   do   niego 
podobny.

Facet popatrzył na mnie i uśmiechnął się.
- To pan za to płaci?

- Ano ja. Zobaczyłem, że ma pan jakiś problem, to pomyślałem, 

3

background image

Adam Pietrasiewicz

że   może   chociaż   tak   mogę   panu   pomóc.   Musimy   się   wzajemnie 

wspierać, trzeba pomagać bliźnim.

- Pan jest Diabeł?

-   Ja.   Tak   mnie   przynajmniej   tu   nazywają.   Ale   na   imię   mam 

François. Diabeł, to tylko takie przezwisko.

- Z nieba mi pan spada.
Uśmiechnąłem  się  szeroko.  Pewnie  przysyła go  do  mnie  jakiś 

klient, który był wyjątkowo zadowolony z moich usług.

- Wie pan, diabeł raczej nie spada z nieba - zażartowałem chcąc 

wprowadzić dobrą atmosferę.

- Ale tak się mówi. Przynajmniej tak wynika z... - Facet zawahał 

się i zamilkł.

- Co pana do mnie sprowadza?

- Chciałbym zaproponować panu interes.
Lubię ludzi, którzy wiedzą, czego chcą. Z takimi ludźmi dobrze 

się   handluje,   bo   zazwyczaj   tylko  im   się   wydaje,  że   wiedzą,   czego 
chcą. Tak naprawdę, to pod otoczką twardziela siedzi wystraszony 

człowieczek,   którego   wystarczy   tylko   trochę   połaskotać,   żeby 
wepchnąć mu byle co.

- Wal pan, nie ma co owijać w bawełnę.
Facet   popatrzył   na   mnie,   uśmiechnął   się   po   raz   pierwszy   od 

wejścia do baru i rozejrzał się dookoła.

- Nie spodziewałem się, że tu pana spotkam. Nie spodziewałem 

się, że w ogóle pana spotkam. Dziwne miejsce.

- Wie pan, mnie można spotkać albo u mnie, albo tu. Raczej nie 

podróżuję.

Facet zaczął się śmiać.

- Z pana to żartowniś. Dobre...
Nie wiedziałem z czego się śmiał. Ja wcale nie uważałem, że jest 

coś   śmiesznego   w   fakcie,   że   nigdzie   się   nie   ruszam.   Nie   mam 
pieniędzy, żeby się gdziekolwiek ruszać.

- Co to za interes? - Zapytałem nieco zagniewany jego reakcją.
-   Przysłali   mnie   tu,   żebym   kupił   trzy   okoliczne   słońca.   Nie 

bardzo wiedziałem, z kim mam rozmawiać. Wszyscy, do których się 
zgłaszałem   mówili   "idź   pan   do   diabła!",   a   nikt   mi   nie   chciał 

powiedzieć, gdzie mam pana znaleźć. Pan zarządza tym kawałkiem 
przestrzeni, jeśli dobrze rozumiem.

Delirium. Facet musiał być chory psychicznie. Nie miałem nic 

innego  do roboty,  więc  postanowiłem  zabawić  się  trochę.   No  cóż, 

widać nie dane było mi pohandlować tego wieczora.

Lepiej byłoby, gdybym od razu wezwał pogotowie. Zabraliby go, 

zamknęli   w   szpitalu   psychiatrycznym   i   byłby   spokój.   I   tak   by   się 

background image

wydostał, pewnie w ten sam sposób, jak się tu dostał.

Ale nie wezwałem pogotowia.
- Wie pan, zasięg mojej władzy nie jest dokładnie sprecyzowany. 

Ale wszystko, co jest w najbliższej okolicy należy do mnie.

- Należy? Zazwyczaj mam do czynienia z zarządcami. Wie pan, 

dziwna jest ta planeta...

- Pewnie, że dziwna, nie pan pierwszy to zauważył.

Facet popatrzył na mnie nie mówiąc nic przez dłuższą chwilę. 

Sięgnął po kieliszek, który był pusty. Dałem znak barmanowi, żeby 

mu nalał. 

- Tak więc po pierwsze chciałbym wiedzieć, czy są na sprzedaż. 

Trzy, jeśli pan chce, to mam tu mapy, zaraz panu pokażę...

- Nie, nie ma potrzeby. - Powstrzymałem jego rękę, którą sięgał 

do stojącej na podłodze teczki.

-   Nie   chce   pan   sprzedać?   -   W   jego   głosie   zabrzmiała   nutka 

smutku. - Nie mogę wrócić z pustymi rękami. Ja jestem na procencie, 
jest   pan   moją   ostatnią   szansą.   Jak   wrócę   bez   niczego,   to   mnie 

wywalą.

-   Nic   z   tych   rzeczy.   Nie   ma   potrzeby   wyciągać   mapy,   bo 

wszystko jest na sprzedaż. A co pan chce kupić?

-   Mówiłem   już,   słońca.   Trzy.   Wezmę   jednak   mapy,   lepiej 

rozmawiać o konkretach.

Sięgnął   po   teczkę   i   wyjął   jakieś   zwoje   i   rulony.   Nie   był   to 

zwyczajny papier, przypominało to trochę folię aluminiową. Rozłożył 
to wszystko na kontuarze i położył palec po środku.

- Te trzy. Tu, tu i tu. To jest pański sektor, prawda?
Popatrzyłem   na   zapełnioną   różnokolorowymi   kropkami   i 

kreskami kartkę. Nie bardzo wiedziałem, co to może być. Na wszelki 
wypadek powiedziałem:

- Tak, to mój sektor.
Bo   i   czemu   by   nie.   Facet   przyszedł   kupować   słońca,   to   ten 

kawałek mapy, bo zorientowałem się, że może to być mapa nieba, 
może być moim sektorem.

- To co, sprzeda pan?
-   Wie   pan   co,   w   interesach   nie   można   być   takim   raptusem. 

Powiedzmy, że możemy ponegocjować.

Tamten westchnął ciężko.

-  Tak,  ma  pan rację.  Trzeba  negocjować.  Ale  ja  nie  mam już 

czasu. Pańska cena będzie moją. Mam nadzieję, że pozostaniemy w 

granicach rozsądku.

Popatrzyłem na niego zastanawiając się, co odpowiedzieć. Był 

to   najwyraźniej   szaleniec   ale   czasami   szaleńcy   mają   pieniądze. 

5

background image

Adam Pietrasiewicz

Czemu by nie spróbować.

- Trzy miliony? Po milionie za słońce?
Tamten   przez   chwilę   nic   nie   mówił.   Wyciągnął   jakieś 

pudełeczko,   chyba   kalkulator,   ale   nigdy   nie   widziałem   takiego 
modelu i zaczął liczyć.

-   Trzy   miliony,   to   drogo.   Ale   zgadzam   się.   Nie   mam   wyboru, 

mówiłem już panu. Gdzie są zbiorniki? Na Księżycu? Widziałem, że 

macie tu ładnego satelitę, może kiedyś wpadnę, to ponegocjujemy. 
Ale   następnym   razem   nie   będę   się   tak   spieszył.   Zazwyczaj   w 

interesach jestem trudnym partnerem.

- Co na Księżycu?

-   No,  pytam  czy   zbiorniki  na  antymaterię   są  na  Księżycu.  Bo 

chyba   nie   chce   pan,   żebym   wyładował   panu   trzy   miliony   baryłek 

antymaterii   tu,   na   Ziemi.   Wie   pan,   że   regulaminy   na   to   nie 
pozwalają.

Delirium   zaczęło   osiągać   apogeum.   Facet   chciał   kupić   trzy 

słońca   ale   płacił   antymaterią.   Logiczne,   prawda?   Może   jeszcze 

ptasim   mleczkiem...   Postanowiłem   bawić   się   dalej.   Wyjąłem   z 
kieszeni banknot piećsetfrankowy. Ostatni, który mi pozostał.

- Nie, ja myślę o tym. Trzy miliony franków.
Facet wziął banknot do ręki, obejrzał go dokładnie ze wszystkich 

stron i westchnął, chyba tylko do siebie:

- Gdzie się nie ruszę, to zawsze trafiam na jakichś szaleńców. 

Albo ekscentryków.

Nie odpowiedziałem. Cóż, normalny człowiek zawsze wydaje się 

wariatowi szaleńcem. Albo ekscentrykiem.

- To co, chce pan tego trzy miliony?  Jak pan chce, ale wszystko 

spiszemy. Nie mam ochoty mieć potem nieprzyjemności. 

Wyjął z teczki jakieś dokumenty, które zaczął rozkładać wokół 

siebie. Barman, który stał trochę z boku, z rozbawieniem patrzył na 
sterty papierzysk na kontuarze.

-   Może   przejdziemy   do   stolika,   tam   będzie   wygodniej.   - 

Zaproponowałem.

Facet   zebrał   wszystko   i   siedliśmy   przy   oknie.   Zaczęło   się 

przejaśniać, przez dziurę w chmurach wyjrzało Słońce.

- Jak pan chce. Więc trzy miliony, tak?
- Tak. Trzy i sześć zer.

- Pozwoli pan, że zrobię kopię - facet sięgnął po banknot, który 

trzymałem w ręku. Cofnąłem dłoń.

- Rozumiem, że jest to coś o dużej wartości...
- Pewnie, że dużej wartości, to już ostatni, który mi został.

- Aha, rozumiem. Ale muszę zrobić kopię do kontraktu. Żeby mi 

background image

nikt nie powiedział potem, że pana oszukałem.

Jak   się   bawić,   to   się   bawić.   Podałem   mu   banknot   ale 

przesunąłem się nieco, by móc złapać go, gdyby chciał uciec. 

Nie próbował uciekać. Włożył pięćset franków do jakiejś małej 

maszynki i po chwili wyjechały z niej trzy banknoty. Jeden mi oddał, 

dwa położył przy dokumentach.

-   Wszystko   już   przygotowałem.   Kontrakt   jest   zrobiony, 

napisałem go w pańskim języku, mamy ostatnio nakaz prowadzenia 
negocjacji w jezyku naszych kontrahentów. Zechce pan podpisać?

Wziąłem z jego ręki dokument, który również był z tego samego 

dziwnego   materiału.   Zacząłem   czytać.   Wyglądało   to   na   klasyczną 

umowę kupna-sprzedaży. Na końcu, tam gdzie była mowa o cenie, 
była przyklejona kopia mojego banknotu.

-   Ma   pan   pióro?   -   zapytałem   poklepując   się   po   piersiach   w 

poszukiwaniu długopisu.

Podał mi coś, co przypominało pióro wieczne. Nie wiedziałem 

jak mam się tym posłużyć ale zobaczyłem jak on to robi i zrobiłem to 

samo.

Gdy   podpisałem   trzy   egzemplarze   facet   wstał   i   wyciągnął   do 

mnie rękę. 

- Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Mam nadzieję, że 

będziemy się mogli jeszcze spotkać. Gdzie mam panu dostarczyć te 
trzy miliony? 

- Niech pan mi je tu przyniesie.
-   Dobrze.   Zaraz   wracam.   Może   pan   rzucić   okiem   na   moje 

dokumenty przez ten czas?

- Nie ma problemu.

Facet   wyszedł,   a   ja   siedziałem   zastanawiając   się   jaki   będzie 

dalszy ciąg tej zwariowanej historii. Nie minęło dziesięć minut gdy 

tamten   siadał   przede   mną   przy   stoliku.   W   ręce   trzymał   wielką 
walizkę. Kufer.

-   Proszę   bardzo.   Nie   miałem   specjalnych   problemów   z 

odtworzeniem. Resztę zostawiłem przy drzwiach. Ciężkie. Nie macie 

tutaj   odtwarzaczy?   Bo   jeśli   nie,   to   ja   mogę   panu   zaproponować, 
niedrogo...

- Wie pan, ja raczej niczego nie kupuję. Niech się pan zgłosi do 

kogoś innego.

- Oczywiście, oczywiście. No dobrze, teraz będę już leciał. Miło 

było mi pana poznać. I dziękuję za wódkę, uwielbiam wódkę.

Facet wstał, uścisnął mi rękę i wybiegł z baru Pod Wagą jakby 

go wszyscy diabli gonili.

Barman podszedł do mnie i pokazując na kufer, który stał przy 

7

background image

Adam Pietrasiewicz

stoliku, zapytał:

- Co on ci tam zostawił, Diabeł?
- Trzy miliony franków. Przecież to chyba oczywiste. Sprzedałem 

mu trzy słońca. 

- Przestań się wygłupiać. Lepiej otwórz i zobacz co tam jest.

Położyłem   kufer   na   podłodze   i   nie   bez   pewnego   trudu 

podniosłem wieko. Gdy zobaczyłem zawartość zamarłem.

- O, kurwa! - powiedział barman.
W kufrze, ciasno poukładane, leżały banknoty pięćsetfrankowe. 

Cały   kufer   wypełniony   był   banknotami   pięćsetfrankowymi.   Wokół 
nas   zgromadzili   się   goście   baru.   Wszyscy   stali   i   patrzyli   jak 

oglądałem mile szeleszczące banknoty.

- Ty, Diabeł, ile tego jest?

- Trzy miliony.
-   E   tam,   jest   więcej.   Trzy   miliony,   to   by   było   sześć   tysięcy 

banknotów. A tu jest więcej.

Przypomniałem  sobie, że facet powiedział, że resztę zostawia 

przy wejśćiu. Zerwałem się i podbiegłem do drzwi. Pod ścianą stały 
trzy kufry. Takie same jak mój.

Oczywiście   były   pełne   banknotów.   Facet   nie   dał   mi   trzech 

milionów franków. Dał mi półtora miliarda. Trzy miliony banknotów 

pięćsetfrankowych.   Stałem   się   bogatym   człowiekiem.   Bardzo 
bogatym.

Ale,   jak   to   bywa,   nie   trwało   to   długo.   Gdy   przeglądałem 

zawartość kufrów zauważyłem jakieś niezwykłe zamieszanie na ulicy. 

Ludzie   biegli   i   coś   krzyczeli.   Zamknąłem   walizy   i   poszedłem 
zobaczyć, co się dzieje.

Ludzie na ulicy stali i z zadartymi głowami patrzyli do góry. Na 

niebie, obok Słońca, które chmury odsłoniły jakby jedynie po to, by 

można   było   wszystko   widzieć,   pojawiła   się   koparka.   Tak   jest, 
wyglądało   to   jak   zwyczajna   koparka,   z   wielką   łyżką   z   przodu.   I 

zbliżała się do gwiazdy. Gdy była już całkiem blisko, Słońce zniknęło 
w łyżce koparki i zrobiło się ciemno.

Nastąpiła   kompletna   panika.   Na   niebie   pokazały   się   gwiazdy, 

ludzie na ulicy zaczęli biegać we wszystkie strony jak opętani. Obłęd.

Wróciłem   do   baru,   gdzie   Jeannot   zapalił   światło.   Podszedł   do 

mnie, mocno przerażony i cichym głosem powiedział:

- Widziałem, co podpisywałeś. Ale nikomu nie powiem jeśli mi 

dasz jeden kufer.

- A bierz sobie - odpowiedziałem mu.
Barman   najwyraźniej   nie   zdawał   sobie   sprawy   z   konsekencji 

tego,   co   się   stało.   Czytywałem   swego   czasu   książki   popularno 

background image

naukowe i myślę, że mogę ocenić rozmiar katastrofy. Nie myliłem 

się.

Ogólna panika po jakimś czasie zanikła. Zamieniła się w apatię i 

rezygnację.   Nie   można   było   nic   zrobić.   Wszelkie   źródła   energii 
zostały   zarekwirowane   do   użytku   władz,   które   lepiej   czy   gorzej 

starały   się   urządzić   jakoś   życie   na   Ziemi,   której   nie   oświetlało 
Słońce. Ale nie miało to sensu, temperatura zaczęła bardzo szybko 

spadać. Niedługo zaczną zamarzać oceany. A potem zamarznie cała 
reszta.

Leży przede mną kontrakt, który podpisałem wtedy w barze, w 

którym teraz siedzę. Jest i mapa nieba z zaznaczonymi gwiazdami, 

które sprzedałem. Przyniosłem z biblioteki atlasy astronomiczne, z 
których chciałem się dowiedzieć, o jakie jeszcze gwiazdy chodziło. 

Tak z ciekawości.

I   co   się   okazało?   Okazało   się,   mam   na   to   dowody,   że   ten 

sukinsyn się pomylił. To znaczy nie on, ale ci, którzy przylecieli, żeby 
zabrać nasze Słońce. Ale to jego wina, pewnie się spieszył i stąd ta 

pomyłka.   To   wcale   nie   Słońce   mieli   zabrać,   tylko   zupełnie   inną 
gwiazdę.

Tyle, że chociaż w kontrakcie jest klauzula, mówiąca, że w razie 

sporu umowa podlega kompetecji sądu handlowego w (i tutaj jest 

nazwa, której nawet nie potrafię skopiować), to przecież jak się tam 
dostać.   To   może   być   gdziekolwiek   we   Wszechświecie,   a 

Wszechświat, jak wszyscy wiedzą, jest nieskończony.

Ale nawet nie to doprowadza mnie najbardziej do wściekłości. 

Otóż   co   jest   w   tym   wszystkim   najgorsze,   to   to,   że   ten   cholerny 
międzyplanetarny handlarz zrobił mnie w konia. I to jeszcze jak! Trzy 

miliony   banknotów   w   kufrach   są   dokładnymi   kopiami   tego,   który 
miałem   w   kieszeni.   Włącznie   z   numerem   serii.   Cholerny   fałszerz. 

Barman o mało co mnie nie zabił.

B

Metz, 1995

M

9

background image

Adam Pietrasiewicz

A

ADAM PIETRASIEWICZ 

K L O N

Agnieszce, bez której ta książka

zatrzymałaby się po drugim rozdziale.

background image

Wstęp

Dostojna Lea Christophe, sześćdziesięcioletnia prezes Światowej 

Rady   Etycznej,   sędzia   Międzynarodowego   Trybunału   w   Hadze 

zamknęła   dossier,   nad   którym   pracowała   od   dziesięciu   miesięcy. 
Postanowiła nie podpisywać jeszcze wydanego już wyroku, chciała 

przemyśleć pewne aspekty sprawy.

Opasła   teczka   poświęcona   badaniom   nad   klonowaniem   ludzi 

zawierała ponad dwa tysiące dokumentów oskarżających największą 
na świecie organizację medyczną. Zarzutem było traktowanie ludzi 

gorzej od zwierząt laboratoryjnych. Ludzi, którym nie dano szansy 
nawet nimi zostać. Ludzi, których nazywano klonami.

Rozdział 1

Huragany   na   Karaibach   bywają   różne,   jak   kobiety,   czasami 

rozszalałe przez kilka chwil, aby uspokoić się prawie natychmiast, 
czasami pozornie spokojne, hodują w sobie wściekłość godzinami, by 

wyładować ją potem na każdej napotkanej na drodze przeszkodzie. I 
chyba dlatego ludzie nadają im imiona kobiet.

Marylin   nie   była   wielkim   huraganem,   wykluła   się   szybko   i 

szybko zmarła gdzieś w morzu. Nie było ofiar, kilka domów znalazło 

się   bez   dachu,   ale   przecież   ludzie   byli   do   tego   przyzwyczajeni,   a 
firmy   ubezpieczeniowe   szybko   i   bez   dyskusji   wypłaciły 

odszkodowania. Ot, huragan jakich kilka w roku przechodzi przez ten 
rejon globu.

Samuel   Goldman   przyglądał   się   ze   spokojem   dachowi   swego 

domku   pod   palmami.   Nie   pierwszy   i   nie   ostatni   raz   odbudowywał 

dach, więc specjalnie nie przejmował się zniszczeniami. To, co miało 
pozostać   nietknięte,  znajdowało  się  w  bezpiecznym   bunkrze,   kilka 

metrów   pod   ziemią   i   nie   musiało   obawiać   się   nawet 
najstraszniejszego kataklizmu.

Na horyzoncie pojawił się jakiś punkt, który z dużą prędkością 

zaczął zbliżać się do wyspy. Po chwili dało się rozpoznać helikopter 

lecący   na   dość   wysokim   pułapie.   Goldman   popatrzył   jak   maszyna 
robi   koło   nad   wyspą.   Nie   spodziewał   się   niczyjej   wizyty,   ale   też 

helikopter   nie   wylądował   na   plaży   lecz   zawrócił   i   odleciał   za 
horyzont. Wrócił więc do swych rozmyślań.

Myślał   o   swoich   dzieciach,   tam   daleko   na   północy,   o   swoim 

synu, o córkach i jak żołnierz liczył dni i miesiące, które dzieliły go od 

końca   kontraktu.   Nie   mógł   ich   ze   sobą   tu   zabrać.     Nie   mógł   ich 

11

background image

Adam Pietrasiewicz

zabrać, bo dzieci nie są już dziećmi, chodzą już do szkoły.

Ale plaże na wyspie były wspaniałe, woda błękitna, piasek żółty, 

jak na pocztówce, jak w raju.

Wyspa Świętego Patryka, 70 km porośniętych palmami, leżała w 

najpiękniejszym   miejscu   świata,   na   Antylach   w   sercu   Morza 

Karaibskiego.   Należała   do   mikroskopijnej   republiki,   której   nazwy 
Goldman nawet nie pamiętał, bo dla niego była po prostu własnością 

Asocjacji.   Podobno   oficjele   republiki   próbowali   kiedyś   kontrolować 
działania Asocjacji na swym terenie, ale szybko zrozumieli, że lepiej 

być bogatym i nie wtrącać się w nie swoje sprawy.

Goldman   nikogo   poza   przedstawicielami   Asocjacji   od   roku   na 

wyspie nie widział. Raz tylko jakiś statek zatonął niedaleko wybrzeży 
i kilku rozbitków wylądowało na plaży. Szybko jednak zapakował ich 

w  helikopter   i   wysłał   na   Martynikę.   Nie   mieli   nawet   czasu   by   mu 
podziękować,   a   on   sam   głęboko   w   nosie   miał   ich   podziękowania, 

chciał mieć spokój i tyle.

Helikopter   przylatywał   raz   na   pięć   dni.   Startował   z   Martyniki, 

przywoził listy, czasami trochę alkoholu i raz w miesiącu przylatywał 
Doktor, postać wybitnie antypatyczna, aby sprawdzić, czy wszystko 

jest   w   porządku.   Doktor   był   małym     człowiekiem,   o   pryszczatej 
twarzy niewyżytego młodzieńca, który szczycił się przed każdym kto 

chciał i nie chciał słuchać, że skończył studia w Yale i ma dyplom 
chirurga i psychiatry. Co do dyplomu psychiatry, Goldman nie miał 

wątpliwości,  każdy wie, że psychiatra zawsze jest trochę stuknięty, 
a Doktorowi wyraźnie  natura  nie  wszystko dobrze  poukładała pod 

sufitem.   Ale   o   tym   lepiej   było   nikomu   nie   mówić,   toteż   kiedy 
przylatywał helikopter z Doktorem, przyjęcie zawsze było uprzejme. 

Ale   też   i   bez   przesady.   Choć   to   ponoć   Doktor   zajmował   się 
wypłacaniem co miesiąc okrągłej sumki 12 tysięcy dolarów na konto 

Goldmana   w   First   National   Bank   of   USA   w   Montrealu,   pieniędzy, 
które pozwalały spokojnie myśleć o przyszłości. 

W każdym razie Doktor przedwczoraj odleciał i nie pojawi się 

wcześniej niż za cztery, pięć tygodni. Teraz zaś należało zabrać się 

za naprawę dachu.

Zazwyczaj Goldman brał kogoś z obozu do pomocy, ale od kiedy 

rudy   olbrzym   o   niebieskich   oczach   złamał   sobie   nogę,   Doktor 
oficjalnie   zabronił   używania   klonów   do   jakichkolwiek   prac.   A   poza 

klonami w obozie był tylko strażnik i pielęgniarki. Będzie więc musiał 
radzić sobie przy ich pomocy. Tyle, że głupio będzie prosić łysego 

Daniela o pomoc akurat w dwa czy trzy dni po ich dyskusji.

-   Szefie   -   mówił   łysy   Daniel   wykrzywiając   śmiesznie   twarz 

poparzoną kiedyś w wypadku - powinien pan zamieszkać z nami, w 

background image

bunkrze,   miałby   pan   trzy   pokoje   do   dyspozycji,   ciepłą   wodę, 

wszystko,   czego   dusza   zapragnie,   a   pan   mieszka   w   tym   szałasie 
przeżartym przez korniki.

Ale   Goldman   nie   chciał   mieszkać   w   bunkrze,   to   idiotyzm 

mieszkać   w   bunkrze   na   Karaibach.   Nie   było   tu   żadnych 

niebezpiecznych   zwierząt,   jadowitych   gadów,   jedynie   ptaki,   które 
budziły   rano   urzekającym   śpiewem.   I   nie   musiał   wysłuchiwać 

idiotycznych   dyskusji   pielęgniarek,   które   choć   były   bardzo   miłe, 
znały   fach,   nie   miały   jednak   za   grosz   polotu.   Nie,   zdecydowanie 

wolał swój, jak mówił łysy Daniel, szałas, który był w rzeczywistości 
zupełnie   przyzwoitym   domkiem,   z   dwoma   pokojami   i   pięknym 

widokiem na morze. A Goldman nie wstydził się wcale tej szczypty 
romantyzmu, tak obcego innym.

No,   ale   nie   było   wyjścia,   łysy   Daniel   był   jedyną   osobą,   którą 

mógł wykorzystać przy odbudowie dachu i postanowił zrobić to po 

południu.

A teraz trzeba było wracać do obozu na zabiegi, bo dziś akurat 

przypadał   dzień   cokwartalnych   zabiegów,   jedynego   ciekawszego 
wydarzenia w codziennej monotonii.

Obóz   nie   był   właściwie   niczym   innym   jak   jednym   wielkim 

bunkrem z przyległościami, w postaci kuchni polowej, placu 20 m na 

20   m,   wszystko   otoczone   siatką   z   drutu   kolczastego.   Bunkier 
wyglądał   paskudnie,   jak   wszystkie   bunkry   i   Goldman   nieraz 

zastanawiał   się   dlaczego   zamiast   bunkra   nie   wybudowano 
normalnego domu z kilkoma poziomami piwnic. Ale widać szefowie 

Asocjacji tak woleli, a to oni płacą, więc lepiej nie pytać i nie dziwić 
się.

Goldman   nie   wiedział   od   jak   dawna   Asocjacja   posiadała   tę 

wyspę,   nie   obchodziło   go   to   bardziej   niż   wszystkie   inne   pytania, 

które możnaby postawić na temat Asocjaji. Uważał, że i tak to co 
wie, to zbyt wiele.

*

Goldman   dostał   tę   robotę   w   momencie,   gdy   tego   naprawdę 

potrzebował.   Stracił   posadę   psychologa   w   General   Motors,   policja 
zamknęła   mu   wieczorowy   klub   japońskich   metod   samoobrony,   bo 

okazało się, że 90% uczniów to okoliczne opryszki, i w ogóle nic mu 
się nie układało. Nie mógł znieść widoku żony wychodzącej co rano 

do pracy, nie chciał myśleć o tym, jak go widzą dzieci. Denerwowało 
go wszystko, włączał telewizor co rano, po wyjściu żony, zmieniał 

programy   co   trzy   minuty,   nie   potrafił   się   na   niczym   skupić.   W 
gazetach czytał tylko tytuły, bo nie miał cierpliwości zagłębiać się w 

treść   i   zaczynał   wariować.   Do   szału   doprowadzał   go   widok 

13

background image

Adam Pietrasiewicz

gigantycznych   wieżowców   będących   dumą   Montrealu,   na   które 

musiał patrzeć całymi dniami przez okno.

Pewnie,   że   miał   spotkania   w   różnych   firmach,   ale   co   z   tego, 

proponowano   mu   kontrakty   na   3   miesiące   albo   na   stałe   na 
warunkach nie do przyjęcia. Jak ten właściciel supermarketu, który 

chciał by był jego gorylem i chłopcem na posyłki.

Żył   tak   przez   6   miesięcy.   Strasznych   miesięcy,   które 

doprowadziły go do głębokiej depresji. Gdy wracał teraz myślami do 
tego okresu, starał się zrozumieć swój ówczesny stan, ale nie było to 

takie proste. To tak, jak najedzony nie potrafi zrozumieć głodnego. 
Niby nie brakowało mu niczego, żona zarabiała i tak więcej, niż mogli 

wydać, z dziećmi nie miał żadnych problemów, a jednak to wtedy po 
raz pierwszy w życiu kupił pistolet i nie po to, by się bronić przed 

włamywaczami lecz by móc sobie strzelić w łeb, gdy już wszystkiego 
będzie miał dość.

Pamiętał doskonale ten dzień, gdy wychodził ze sklepu z bronią 

w   pudełku   pod   pachą.   Gdy   się   ma   przy   sobie   pistolet   jest   się 

zupełnie innym człowiekiem. Jako psycholog niejednokrotnie czytał o 
reakcjach ludzi, którzy nagle w ręku mają instrument, którym mogą 

zabić naciskając jedynie na spust. Ale nie wiedział jak bardzo może 
to wpłynąć na jego własną świadomość. Nie, nie miał ochoty strzelać 

do   wszystkiego   co   się   rusza,   pławił   się   po   prostu   w   słodkiej 
świadomości dominacji nad wszystkimi, którzy go otaczają.

Trwało to jednak krótko. Pistolet powędrował na dno najgłębszej 

szuflady,   bo   Goldman   panicznie   bał   się   by   żona,   przeciwniczka 

wszelkich narzędzi mordu w ogóle, a broni palnej w szczególności, 
nie   znalazła   go   przypadkiem.   Wyjmował   go   czasami,   gdy   była   w 

pracy, czyścił, smarował i zastanawiał się, czy go kiedyś użyje.

Właśnie kiedyś gdy czyścił pistolet, zadzwonił telefon.

- Pan Goldman? - zapytał głos jakiejś kobiety.
-   Tak,   Goldman,   słucham   -   odpowiedział,   usiłując   sobie 

przypomnieć, czy już gdzieś słyszał ten głos.

-   Dzwonię   z   biura   pana   Taylora,   dyrektora   departamentu 

operacyjnego Asocjacji. Dostaliśmy pański list i życiorys, i pan Taylor 
chciałby   omówić   z   panem   kilka   spraw   dotyczących   pańskiego 

ewentualnego zatrudnienia w naszej organizacji. - Głos był miły, ale 
Goldman   od   razu   wyczuł,   że   był   to   conajmniej   piąty   telefon   tej 

sekretarki od rana, bo powtarzała tekst machinalnie, jak kaseta.

- O jakiej organizacji pani mówi? - spytał, by ją wybić z rytmu.

-   Stowarzyszenie   Medyczne   do   Spraw   Badań   Genetycznych   - 

odpowiedziała sekretarka tym samym mechanicznie miłym głosem. - 

Chcielibyśmy, by przyszedł pan do naszego biura dziś o godzinie 3 

background image

po południu. Czy ma pan nasz adres?

-   Nie   wiem,   nie   pamiętam,   zaraz   wezmę   coś   do   pisania   - 

odpowiedział sięgając po notes - proszę dyktować.

Zanotował adres, spojrzał na zegarek i widząc, że pozostało mu 

jeszcze 3 godziny, spokojnie złożył pistolet i poszedł umyć ręce.

-   Właściwie   to   co   ja   mogę   mieć   wspólnego   z   genetyką   - 

zastanawiał się stojąc przed lustrem w łazience. - Nawet nie wiem 

czy ADN jest lewo czy prawoskrętny. A może chcą mnie na królika 
doświadczalnego, o to byłoby ciekawe, zamknęliby mnie w klatce z 

samicą   mojego   gatunku   i   kazaliby   się   rozmnażać,   by   badać   czy 
wszystkie moje geny przechodzą do potomstwa...

Ubrał   się   w   najlepszy   garnitur   jaki   miał   w   szafie.   Chwilę 

zastanawiał się nad krawatami, wreszcie wybrał niebieski i wyszedł 

zamykając dokładnie drzwi.

Budynek Stowarzyszenia do Spraw Badań Genetycznych, czyli 

po prostu Asocjacji jak przywykł potem mówić, i jak mówili wszyscy, 
był   niepozorny   -   cztery   piętra,   ot   mała   kamienica   w   średnio 

przyzwoitej   dzielnicy.   Mała   tabliczka   przy   drzwiach   była   jedynym 
dowodem, że nie pomylił adresu.

Ponury portier przyglądał mu się przez chwilę porównując twarz 

z   fotokopią   zdjęcia,   które   Goldman   wysłał   w   liście   z   życiorysem   i 

ponurym głosem powiedział:

- Drugie piętro, biuro 213, drugie drzwi na prawo.

Wnętrze urządzone było bardzo nowocześnie, co kontrastowało 

z tymi co najmniej stuletnimi murami. Nowocześnie, ale z gustem. W 

korytarzach panowała zupełna cisza potęgowana przez grube, szare 
wykładziny, którymi wyłożona była zarówno podłoga jak i ściany.

Ani   śladu   jakichkolwiek   laboratoriów   czy   innej   działalności 

naukowej. Oczywiście miał świadomość, że pozory mogą mylić, że za 

tymi ścianami mogą znajdować się sale pełne sprzętu i szalonych 
naukowców   igrających   z   diabłem   w   szklanych   probówkach. 

Wyglądało jednak, że są tu raczej tylko biura.

I tak było.

Gdy   zapukał   do   drzwi   z   numerem   213,   otworzyła   je   kobieta 

mająca wygląd klasycznej sekretarki. Biuro nie miało nic, co mogłoby 

przypominać   laboratorium,   a   telefony   i   komputer   w   niczym   nie 
przypominały autoklawu i palników.

- Bardzo proszę, niech pan wejdzie panie Goldman - powiedziała 

mechanicznie   odsuwając   się   by   zrobić   mu   przejście,   -   pan   Taylor 

oczekuje pana w swym gabinecie.

Nawet   jej   głos   nie   zamącił   ciszy   panującej   w   tych 

pomieszczeniach. Goldman był przekonany, że nikt w korytarzu nie 

15

background image

Adam Pietrasiewicz

usłyszałby głosu sekretarki.

Gdy   wszedł   do   biura   Taylora,   znalazł   się   w   pomieszczeniu 

przypominającym   dokładnie   wszystkie   biura   kierowników   i 

dyrektorów   średniego   szczebla.   Zwyczajne   meble,   kilkadziesiąt 
książek na półkach, stolik, trzy krzesła, biurko z wielkim fotelem z 

czarnej skóry (albo imitacji skóry), jakieś fotografie. Widział już te 
biura w co najmniej trzydziestu firmach, do których przychodził w 

sprawie pracy, więc poczuł się zupełnie swobodnie.

-   Niech   pan   siada,   panie   Goldman   -   powiedział   zza   biurka 

dystyngowany jegomość lat około pięćdziesięciu. - Znalazł nas pan 
bez problemu?

-   Znam   dość   dobrze   tę   dzielnicę,   mieszkałem   tu   kiedyś   - 

odpowiedział sadowiąc się na krześle.

-   Niech   mi   pan   opowie   trochę   o   sobie,   wie   pan   życiorysy   są 

wszystkie do siebie podobne, a ja chciałbym poznać człowieka, bo 

mam pracować z panem, a nie z pańskim życiorysem.

Goldman nie lubił mówić o sobie. Nie lubił, ale potrafił i dobrze 

wiedział, po tych kilkudziesięciu spotkaniach jakie odbył w różnych 
firmach, jak należy mówić, co należy mówić i, co najważniejsze, jak i 

czego nie należy mówić.

Mówił   spokojnie,   zwięźle   i   krótko,   akurat   tyle,   by   nie   znudzić 

faceta za biurkiem, który musiał wysłuchiwać kilka takich spowiedzi 
dziennie.

- Czy łatwo znosi pan samotność? - zapytał Taylor gdy skończył.
- Dziwne pytanie, czy ja wiem, to zależy od sytuacji, czasami 

tak, czasami nie.

-   Bo   widzi   pan,   stanowisko,   na   które   chciałbym   pana 

zaangażować wymaga umiejętności przystosowania się do życia w 
samotności. Otóż nasze Stowarzyszenie, Asocjacja jak przywykliśmy 

mówić, ma laboratorium na jednej z wysp morza Karaibskiego, a jak 
pan się domyśla, większość tamtejszych wysp, to wyspy bezludne. 

Oczywiście   w   naszym   laboratorium   pracują   ludzie,   ale   nie   ma   ich 
wielu,   nie   ma   tam   kina   ani   teatru,   ani   nawet   baru   z   hot-dogami. 

Wiem   jak   bardzo   może   być   trudne   do   zniesienia   życie   na   takiej 
wyspie, bo właśnie szef naszego laboratorium na Karaibach opuścił 

nas,   nie   wytrzymując   samotności.   Więc   pierwsze   pytanie,   które 
powtarzam,   i   które   uzależni   tok   naszej   dalszej   rozmowy,   brzmi 

następująco - czy myśli pan, że jest pan w stanie znieść samotność 
na Karaibach?

- To zależy - Goldman nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. - 

Czy byłbym tam z rodziną?

-   Raczej   nie,   myślę,   że   sam   pan   rozumie,   nie   ma   tam   szkół, 

background image

rozrywek, a ponadto w liście napisał pan, że pańska żona pracuje, a 

chyba byłoby dla niej uciążliwe dojeżdżać codziennie rano do pracy z 
Karaibów do Montrealu.

- Wie pan, nie wiem - nadal nie wiedział co powiedzić. Pewnie, 

że lepiej pracować na Karaibach niż siedzieć   bezmyślnie w domu, 

ale z drugiej strony nie przyszło mu nigdy do głowy opuścić Kanadę 
dla pracy. - Ale zacznijmy od początku, co miałbym tam robić?

- Otóż, jak mówiłem, szef naszego laboratorium złożył dymisję 

po dwóch latach pobytu na wyspie. Szukamy kogoś, kto mógłby go 

zastąpić.

- Mam nadzieję, że nie zaszło jakieś nieporozumienie - Goldman 

zastanawiał   się,   czy   Taylor   czytał   jego   życiorys.   -   Nie   jestem 
genetykiem, jestem psychologiem, do tego kiepskim, bo jak pan wie, 

wywalili mnie z General Motors.

- O, niech pan nie przesadza, panie Goldman, nie jest pan takim 

kiepskim   psychologiem.   Czytałem   pańskie   artykuły   na   temat 
zachowań   ludzkich   w   wielkich   firmach   przemysłowych   i   muszę 

powiedzieć, że były bardzo interesujące. A co do General Motors, to 
zwolnili pana, bo zięć dyrektora działu kadr też jest psychologiem. 

Sam pan rozumie...

Goldmana zamurowało. Pierwszy raz ktokolwiek, poza wydawcą 

przyznał, że czytał artykuły. Ten człowiek dobrze wiedział czego chce 
i   chyba   lepiej   niż   myślałem.   Co   do   zięcia   dyrektora,   sprawa   była 

oczywista.

- A co do pańskich kwalifikacji, - kontynuował Taylor - niech się 

pan nie niepokoi. Nie szukam genetyka, szukam szefa laboratorium, 
a   to   nie   to   samo.   Będzie   pan   odpowiedzialny   za   sprawy   ogólne, 

personalne, po prostu za administrację. Do tego nie potrzeba panu 
specjalnych   kwalifikacji   naukowych,   natomiast   pańskie 

doświadczenie jako psychologa może być bardzo przydatne.

- Za ile? - wypalił Goldman nieco zbity z tropu. 

Taylor musiał nieźle pracować, by wydobyć artykuły napisane 

przed   dwoma   laty.   Ani   w   liście,   ani   w   życiorysie   nie   było   o   nich 

mowy.   Z   tego   wniosek,   że   musi   posiadać   niezłe   środki,   by   tak 
dokładnie dowiadywać się o przeszłości kandydata. A to dobry znak, 

skoro   ma   środki,   będzie   mógł   przyzwoicie   zapłacić   i   być   może 
wreszcie   spełni   się   marzenie   o   domu   w   Kaliforni.   A   skoro   Taylor 

wyszukał artykuły, to znaczy, że naprawdę chce go zatrudnić.

-   Panie   Goldman   -   odpowiedział   Taylor   poważnym   głosem, 

robiąc długą przerwę między każdym słowem. - Suma, którą panu 
proponuję   jest   bardzo   wysoka.   Oczywistym   jest   jednak,   że   mam 

pewne wymagania. Myślę, że zaspokoi pański apetyt i zapewni panu 

17

background image

Adam Pietrasiewicz

wygodne   życie   po   zakończeniu   kontraktu,   ale   w   zamian   będę 

wymagał,   by   się   pan   całkowicie   poświęcił   pracy   w   Asocjacji   i 
zachował najdalej idącą dyskrecję.

Goldmanowi   ciarki   przeszły   po   plecach.   Przypomniały   mu   się 

setki filmów, w których właśnie w ten sposób zatrudniano ludzi w 

mafiach   i   innych   podobnych   przedsiębiorstwach.   Z   drugiej   strony 
mogła to być życiowa szansa. Słuchał więc w skupieniu dalej.

-   Nie   żądam   od   pana   natychmiastowej   decyzji,   ale   też   nie 

powiem   panu   wszystkiego   od   razu.   Szczegóły   dotyczące   pańskiej 

pracy otrzyma pan po podjęciu decyzji. Narazie, za dwuletni kontrakt 
przewidujący   kierowanie   naszym   laboratorium   na   jednej   z   wysp 

morza Karaibskiego, w warunkach jak powiedziałem skromnych lecz 
przecież   przyzwoitych,   z   miesięcznym   urlopem   raz   w   roku   i   z 

możliwością przedłużenia kontraktu na następne dwa lata, proponuję 
panu   12   tysięcy   dolarów   miesięcznie   plus   pokrycie   wszystkich 

kosztów.

Gdy pracował w General Motors, 12 tysięcy dolarów stanowiło 

dużo   więcej   niż   jego   półroczne   wynagrodzenie.   Z   szybkością 
komputera obliczył, że po dwuletnim kontrakcie będzie mógł kupić 

dom w Kaliforni.

-   Panie   Taylor,   -   zwrócił   się   sztucznie   spokojnym   głosem   do 

człowieka   za   biurkiem   -   nie   zdziwi   się   pan,   gdy   nazwę   pańską 
propozycję conajmniej zaskakującą. Myślę też, że zrozumie pan, że 

nie mogę ot tak, podjąć decyzji z marszu. Chciałbym mieć trochę 
czasu na zastanowienie, powiedzmy do piątku.

-   Ależ   oczywiście,   przecież   powiedziałem,   że   nie   oczekuję 

decyzji natychmiast, i doskonale rozumiem pańskie wątpliwości. Co 

mogę dorzucić do tego co powiedziałem, to to, że nasza działalność 
jest całkowicie legalna. Pańska praca na Karaibach nie postawi pana 

poza   prawem.   Pozostawiam   panu   wolną   rękę   we   wszelkich 
działaniach, które podejmie pan najprawdopodobniej, by dowiedzieć 

się czegoś więcej o Asocjacji. I jeszcze raz powtarzam, że doskonale 
rozumiem pańskie wahania.

Taylor   wstał,   co   było   oczywistym   znakiem,   że   spotkanie 

dobiegło   końca.   Goldman   nie   mógł   pozbierać   myśli,   podniósł   się, 

uścisnął rękę Taylora i szybkim krokiem wyszedł do sekretariatu.

Sekretarka   z   przyklejonym   do   ust   uśmiechem   wepchnęła   mu 

plik informatorów o Asocjacji i jakąś wizytówkę z numerem telefonu. 
Wyszedł, nie mówiąc nawet do widzenia. 

Zatrzymał  się  w  pierwszym  napotkanym  barze  gdzie  zamówił 

podwójną whyski i usiadł przy stoliku by nieco ochłonąć. Z kolorowo 

wydanych informatorów dowiedział się, że Stowarzyszenie Medyczne 

background image

do Spraw Badań Genetycznych było fundacją założoną przed 40 laty 

przez   niejakiego   profesora   J.M.M   Massona   w   celu   finansowania 
badań   nad   genetyką.   Z   reklamówki   wynikało,   że   Stowarzyszenie 

zajmuje   się   wszystkim,   co   ma   jakikolwiek   związek   z   genetyką, 
posiada   laboratoria   we   wszystkich   poważniejszych   ośrodkach 

naukowych i w ogóle jest organizacją dużo większą niż mogłoby się 
wydawać patrząc na skromny budynek siedziby zarządu.

Na liście członków Stowarzyszenia było kilka znanych nazwisk, 

lista   "dobroczyńców"   wydrukowana   tłustymi   literami   składała   się 

wyłącznie   ze   znanych   nazwisk   -   byłych   prezydentów,   sekretarzy 
stanu,   sędziów   Sądu   Najwyższego,   prezenterów   telewizyjnych, 

aktorów. Owi "dobroczyńcy" wpłacili każdy conajmiej milion dolarów. 
Byli i tacy, którzy wspomogli Stowarzyszenie sumą dziesięciokrotnie 

wyższą.   Zrozumiałe   więc   było,   że   Taylor   mógł   zaproponować   12 
tysięcy dolarów miesięcznie.

Na   ostatniej   stronie,   jak   to   zwykle   bywa,   wydrukowany   był 

kupon   do   wycięcia   i   dołączenia   do   czeku   w   celu   wspomożenia 

organizacji. Od sumy miliona dolarów można było zostać honorowym 
członkiem i, jak było napisane, wziąć czynny udział w badaniach.

Goldman   usiłował   wyobrazić   sobie   debilną   Lindę   Johnston, 

bohaterkę   idiotycznego   serialu,   członkinię   "dobroczyńcę",   biorącą 

udział   w   doświadczeniach   naukowych,   przy   mikroskopie.   Albo 
piszącą na tablicy skomplikowane wzory. Nie było to łatwe. Ale było 

śmieszne.   Wybuch   niepohamowanego   śmiechu   przyciągnął 
spojrzenia innych klientów baru.

Ciekawe   co   Stowarzyszenie   uważa   za   czynny   udział   w 

badaniach.   Jedyne   co   mu   przyszło   do   głowy,   to   że   Honorowi 

Członkowie mieli zaszczyt zwiedzenia laboratoriów raz w roku albo 
dostawali w prezencie jakiegoś hybryda - skrzyżowanie psa z kotem 

czy konia z krową.

Nie   miało   to   większego   znaczenia   -   należało   jak   najszybciej 

podjąć decyzję, która mogła zaważyć na całym życiu.

Taka   kupa   pieniędzy,   to   nie   byle   co,   ale   przecież   z   drugiej 

strony nie mogę ot tak powiedzieć żonie - kochanie, wyjeżdżam na 
dwa lata, obiad zostawiam w piecyku.

Postanowił,   że   najpierw   sam   podejmie   decyzję,   a   następnie 

porozmawia z Martine.

Decyzję podjął szybciej niż myślał. Zdecydował się, że pojedzie 

na te dwa lata, następnie kupi dom w Kaliforni i będzie zastanawiał 

się,   co   robić   dalej.   Przed   telefonem   do   Taylora,   postanowił 
skontaktować   się   ze   swym   starym   przyjacielem   z   lat   szkolnych, 

Jacques'em  Johns'em,  który był jakąś grubą rybą w FBI w Nowym 

19

background image

Adam Pietrasiewicz

Jorku.   Asocjacja   była   fundacją   kanadyjską,   ale   większość   jej 

ośrodków mieściło się na terenie USA.

Dodzwonił się od pierwszego razu. 

- Witaj gliniarzu, kopę lat już nie rozmawialiśmy.
-   Ach,   czołem  Sam,   co,  znowu  mandat?   -   Johns   strasznie   nie 

lubił,   gdy   ktoś   prosił   go   o   interwencję   w   sprawie   mandatu.   Ale 
interweniował   w   komisariatach   różnych   miast   Stanów 

Zjednoczonych,   wymyślając   nieprawdopodobne   historie   mające 
wytłumaczyć, dlaczego ktoś tam nie mógł jechać wolniej, że był to 

tajny agent FBI itd, itp.

- Nie, wiesz przecież, że jestem teraz w Kanadzie. O ile wiem, 

FBI nie ma tu jeszcze sywch biur.

-   Co   ty   tam   wiesz,   FBI   jest   wszędzie   gdzie   tylko   chce.   Co   u 

ciebie nowego?

- Mam do ciebie prośbę...

- A jednak, jakżesz mogłoby być inaczej - wpadł mu w słowo 

Johns. - Coś ty tam znowu napsocił?

-   Nic,   chciałbym   się   od   ciebie   dowiedzieć,   co   ty   myślisz   o 

Stowarzyszeniu   Medycznym   do   Spraw   Badań   Genetycznych?   -   i 

Goldman   w   kilku   zdaniach   opowiedział   przyjacielowi   rozmowę   z 
Taylorem.

Johns   przez   chwilę   nic   nie   mówił.   W   słuchawce   słychać   było 

stukanie klawiszy komputera. 

-   Tak,   mam   coś   takiego   w   komputerze.   Poczekaj,   zobaczę 

dalej...   O,   mój   drogi,   w   dobrym   towarzystwie   będziesz   pracował. 

Wiedziałeś,   że   w   radzie   nadzorczej   siedzi   dwóch   senatorów   i   mój 
osobisty szef? No, no, Sam, jak się będziesz z takimi osobistościami 

zadawał,   to   daleko   zajdziesz.   Zaraz   ci   powiem,   co   oni   naprawdę 
robią. Albo i nie powiem.

I znów przez chwilę słychać było stukanie klawiszy. 
- No więc mój drogi, niewiele mogę ci powiedzieć, ponad to co 

już   wiesz   sam.   Wygląda   na   to,   że   ci   panowie   wolą   nie   ujawniać 
szczegółów prac Stowarzyszenia. Informacje zablokowane są kodem 

4a, to znaczy, że są raczej tajne. A ja nie mam ochoty, żeby ktoś się 
dowiedział, że użyłem mego klucza do otwarcia kodu.

- Co to jest, ten kod 4a? - zapytał Goldman zaniepokojony. - Czy 

to może oznaczać jakieś ciemne afery?

-   Nie   sądzę   mój   przyjacielu   -   Johns   śmiał   się   do   słuchawki.   - 

Możesz   spać   spokojnie.   Kod   4a   oznacza   utajnienie   informacji, 

których ujawnienie mogłoby naruszyć prawo do intymności jakichś 
ludzi.   Nic   ponadto.   Tak   są   utajnione   informacje   o   kochankach 

kongresmanów,   o   syfilisie   syna   prezydenta   i   o   ciągotkach   do 

background image

alkoholu   sędziów   Sądu   Najwyższego.   Teoretycznie   mogę   te 

informacje przeczytać, ale po co mam się narażać? W każdym razie 
twoje Stowarzyszenie nie jest organizacją kryminalną, ani nawet pod 

specjalną   kontrolą.   Nie   ma   też   prawdopodobnie   nic   wspólnego   z 
wywiadem i innymi ciemnymi sprawami, bo gdyby tak było, to bym 

od razu natrafił na kody bezpieczeństwa i to wyższego stopnia. A co 
ty tam masz robić?

Goldman w szczegółach opowiedział przyjacielowi o Karaibach i 

o proponowanej pensji. 

- No, mój kochany, przez dwa lata na Karaibach będą ci płacić 

12 tysięcy miesięcznie? I ty dzwonisz do FBI, żeby się dowiedzieć co 

masz   robić?   Nie   kpij   sobie   ze   mnie.   Lepiej   opowiedz   jak   tam 
dzieciaki, czy twój syn przyjdzie pracować do mojej firmy?

-   Mój   syn   gliną?   Nie   mój   drogi,   ja   jestem   człowiekiem   z 

zasadami, mój syn zostanie gliną po moim trupie. I po twoim, bo jak 

go ściągniesz do FBI to cię uduszę. Kiedy będę cię mógł zobaczyć w 
Montrealu?

-   Najpierw   poczekam   aż   zostaniesz   bogatym   człowiekiem,   a 

potem przyjadę. 

Po   rozmowie   z   Johnsem   Goldman   uspokoił   się   zupełnie. 

Wiedział, że podjął słuszną decyzję. Intymne sprawy mężów stanu i 

innych   osobistości   nie   miały   w   sobie   nic   groźnego.   A   za   takie 
pieniądze byłby gotów zostać powiernikiem nawet Maty Hari.

21

background image

Adam Pietrasiewicz

Rozdział 2

 Za oknem padał mokry śnieg z deszczem, jak to zwykle bywa 

na początku zimy we wschodniej Francji. Śnieg topniał na chodniku 
tworząc błotnistą maź, przekleństwo kierowców przejeżdżających w 

tej porze roku przez Metz. 

Maurice   Bermes   siedział   przy   biurku,   nogi   na   blacie,   fotel 

przechylony   do   tyłu.   Wpatrywał   się   w   mapę   świata   i   wyraźnie 
głęboko nad czymś myślał.

Sekretarka,   która   przechodziła   za   przeszklonymi   drzwiami 

popatrzyła nań lekko zdziwiona i przeszła dalej. Wiedziała, że lepiej 

nie przeszkadzać szefowi, gdy niewidzącymi oczami wpatruje się w 
jakiś punkt.

Chyba   jest   trochę   nienormalny,   pomyślała   ponownie 

przechodząc   przed   biurem   Bermesa.   Ale   wszyscy   jesteśmy   trochę 

nienormalni, każdy ma którąś klepkę nieco nierówno ułożoną. 

Ale   szef   nie   był   wcale   nienormalny.   Myślał   po   prostu   o 

wczorajszej rozmowie, mocno zakrapianej Ballentains'em, z Jackym, 
starym kumplem z lat szkolnych. Jacky od zawsze interesował się 

medycyną, nic więc dziwnego, że w końcu został lekarzem. Ale nie 
takim, co chodzi od pacjenta do pacjenta i przepisuje lekarstwa na 

kaszel. Nie, Jacky został naukowcem, chorych nie oglądał, zajmował 
się badaniami i całymi dniami siedział w laboratoriach.

Nie   widzieli   się   już   od   kilku   lat.   Bermes   już   o   nim   prawie 

zapomniał.   Rozstali   się,   gdy   Jacky   Neurohr   wyjeżdżał   do   Kanady, 

gdzie   zaproponowano   mu   posadę   w   jakimś   stowarzyszeniu 
medycznym   zajmującym   się   badaniami   nad   dziedziczeniem   cech, 

czy czymś w tym rodzaju. Bermes już w tym czasie był właścicielem 
zupełnie dobrze prosperującej firmy informatycznej sądził, że życie 

ma już ułożone. 

Ale tak naprawdę to wierzył, że uda mu się dokonać czegoś w 

życiu, czegoś lepszego niż stworzenie firmy informatycznej. Wierzył 
w to od zawsze, wierzył szczególnie, gdy przed laty zaciągał się do 

chorwackiej   Legii   Cudzoziemskiej,   aby   sobie   udowodnić,   że   jest 
mężczyzną.

Był w Legii przez ponad rok. Neurohr pojechał z nim, też pewnie 

chciał   coś   udowodnić.   Bermes   był   oficerem   odpowiedzialnym   za 

teletransmisję   w   jednej   z   brygad,   Jacky   był   szefem   szpitala 
polowego.   Tak   naprawdę,   to   poza   ćwiczeniami,   wiele   z   wojny   nie 

widzieli. Bermes, jako oficer siedział w baraku na tyłach i jedynym 
kontaktem z wrogiem było dla niego właściwie radio, poza kilkoma 

background image

atakami serbskich komandosów na ich punkt dowodzenia.

Umiał strzelać. Nawet zupełnie nieźle, ale szybko stwierdził, że 

w nowoczesnej wojnie na taką skalę, jak to miało miejsce w byłej 

Jugosławii,   raczej   rzadko   strzela   się   do   wroga,   którego   się   widzi. 
Wszystko odbywało się przy pomocy artylerii, czołgów i nielicznych 

samolotów.   Być   może   jednostki   liniowe   miały   czasem   możliwość 
siedzenia w okopach, ale i to raczej nie często.

Raz,   w   czasie   ataku   komandosów,   musiał   walczyć   wręcz   z 

wrogiem   i   wykorzystać   swe   umiejętności   w   Taekwen   Do,   starej 

koreańskiej sztuce walki. 

Komandosi   podkradli   się   nocą.   Było   ich   pięciu,   doskonale 

wyszkolonych, ubranych na czarno, uzbrojonych po zęby. Najpierw 
sprzątnęli   strażnika,   potem   dwóch   żołnierzy   z   batalionu   łączności, 

którzy   mieli   pecha   znaleźć   się   w   nieodpowiednim   miejscu   w 
nieodpowiednim czasie. Ich celem było centrum łączności brygady, 

dowodzone przez setnika Bermesa. Mieli je zniszczyć i wycofać się 
do oczekującego niedaleko helikoptera.

W   tym   czasie   ochrona   ośrodka   łączności   nie   była   specjalnie 

rozbudowana.   Dowództwo   nie   sądziło,   że   Serbowie   będą   w   stanie 

dostać   się   tak   daleko   za   linię   frontu.   Umiejscowienie   centrum   na 
wyspie jeszcze bardziej uspokajało chorwacką generalicję. Siedmiu 

ludzi zapłaciło za to życiem.

Bermes   siedział   przed   centralą   teletransmisyjną,   która   miała 

niewiele   wspólnego   z   radiostacją,   przypominając   bardziej 
nowoczesny   komputer.   Słyszał   szum   morza   za   oknami   i 

pokrzykiwania jakichś nocnych ptaków. Zastanawiał się właśnie nad 
bezsensem swej pracy, nad tym, że zaciągając się do chorwackiej 

Legii Cudzoziemskiej liczył na nieco więcej, niż naciskanie guzików i 
przekazywanie zakodowanych informacji. Śmiał się sam z siebie, ale 

czuł, że wolałby być w ogniu walk, w Sarajewie, czy gdziekolwiek 
indziej, niż na tej zapomnianej przez wszystkich wyspie na Adriatyku. 

Serbscy   komandosi   byli   już   w   korytarzu   baraku   centrali,   gdy 

zorientował się, że coś jest nie tak. Strażnik, którego znał, bo mówił 

biegle   po   francusku,   zazwyczaj   pogwizdywał   w   czasie   pełnienia 
służby.   Bermesa   zawsze   to   denerwowało,   bo   chłopak   miał   raczej 

ograniczony repertuar. Ale w końcu przyzwyczaił się i co drugi dzień, 
w czasie nocnej służby, słuchał wciąż tych samych melodii.

Usłyszał, jak melodia urwała się, ale nie zwrócił na to uwagi. 

Gdy jednak po dłuższej chwili na zewnątrz wciąż było cicho, podszedł 

do okna, by zobaczyć czy strażnik czasem nie zasnął.

Leżał   kilka  metrów  od  muru  baraku.  Miał  praktycznie  odciętą 

głowę od ciała. W pierwszym momencie Bermes myślał, że chłopak 

23

background image

Adam Pietrasiewicz

położył się na ziemi, ale dziwne ułożenie głowy i podrygujące jeszcze 

ciało przekonało go, że coś niedobrego dzieje się w bazie.

Sięgnął   po   karabin,   sprawdził,   czy   pistolet   jest   na   swoim 

miejscu, musnął ręką nóż i cicho podszedł do drzwi. Sam się sobie 
dziwił, z jakim spokojem to robi. Zaczął się zastanawiać, kto mógł 

zamordować strażnika i czy należy od razu włączać alarm. 

Ustawił się w kącie pomieszczenia, za kasą pancerną, tak aby 

kontrolować drzwi wejściowe. Teraz usłyszał już szmer na korytarzu. 
Conajmniej dwóch, może trzech - pomyślał spokojnie. 

Światła   w   korytarzu   były   wygaszone,   włączenie   alarmu 

zapaliłoby   je.   Ktokolwiek   by   się   tam   znalazł,   nie   będzie   mógł   się 

ukryć.   Szpara   pod   drzwiami   pozwoli   mu   zobaczyć,   czy   ktoś 
podchodzi. Nacisnął przycisk alarmu.

Wycie   syren   i   włączone   światło   spowodowało   nieopisane 

zamieszanie.   W   sąsiednim   baraku,   gdzie   spali   żołnierze   z   plutonu 

ochrony łączności dało się słyszeć przekleństwa. Żołnierze myśleli, 
że to ćwiczenia. 

Przez   szparę   pod   drzwiami   Bermes   zobaczył   cienie   szybko 

przebiegających nóg. Nie robiły hałasu, napastnicy musieli mieć buty 

z miękkiej skóry. Wycelował karabin i czekał. 

Drzwi otwarły się z trzaskiem. Bez wahania nacisnął na spust, 

ścinając z nóg ubraną na czarno postać. Strzelał ogniem ciągłym, 
przebijając cienkie ścianki przepierzeń. Trafił jeszcze dwóch. Jeden z 

komandosów przeskoczył przez ciała swych kolegów i zaczął biec w 
stronę drzwi wyjściowych. Natknął się tam na pierwszych wyrwanych 

za snu żołnierzy ochrony. Zabił czterech zanim padł na schodach od 
kul następnych.

Ostatni komandos udawał martwego. Postanowił chyba zabawić 

się   w   kamikaze,   aby   wypełnić   powierzoną   misję.   Gdy   Bermes 

wychodził z pomieszczenia rzucił się na niego od tyłu i osłaniając się 
jak tarczą, wszedł do centrum łączności.

Maurice   oswobodził   się   i   dwoma   ciosami   unieszkodliwił 

napastnika.   Serb   tylko   cicho   jęknął   i   padł   na   podłogę.   W   tym 

momencie wpadli do pomieszczenia żołnierze z ochrony. Rzucili się 
na leżącego, nieprzytomnego komandosa i zaczęli go kopać.

Ktoś   związał   mu   ręce   pasem   od   munduru   i   wywlekli   go   na 

dziedziniec.   Po   raz   pierwszy   Bermes   poznał   głębię   nienawiści 

Chorwatów do Serbów. Zaczęli się  znęcać  nad więźniem bijąc  go, 
szarpiąc za włosy, kopiąc, łamiąc kości. Gdy wyszedł na zewnątrz, 

komandos był już jedynie trzęsącą się kupą mięsa.

-   Zostawcie   go!   -   ryknął,   ale   żołnierze   byli   jak   w   amoku.   - 

Zostawcie go w spokoju, musimy przekazać go do dowództwa! Jest 

background image

jeńcem!

-   Gówno,   setniku,   gówno!   To   jest   gówno,   a   nie   jeniec.   - 

Odpowiedział   jeden   z   żołnierzy.   -   Serb   nie   jest   jeńcem!   Jest 

wściekłym psem, a nie jeńcem. 

Serb miał wybite oko. Bermes przez chwilę przyglądał mu się ze 

zdziwieniem stwierdzając, że wybite oko może się jeszcze trzymać 
na jakimś nerwie i nie spaść  na ziemię. Podszedł bliżej. Żołnierze 

odsunęli się na kilka kroków. Jeden z nich podszedł do Bermesa.

- Zostaw go nam, setniku. To nie twoja wojna. Zostaw go nam, 

on i tak stąd żywy nie wyjdzie. Nie odstawisz go nigdzie setniku, on 
stąd   żywy   nie   wyjdzie.   -   Powiedział   głosem,   w   którym   nie   było 

groźby, jedynie głęboka desperacja.

Bermes   spojrzał   w   oczy   żołnierza.   Przeraziła   go   głębia 

nienawiści, jaką w nich zobaczył. Spojrzał na rzęrzącego komandosa, 
na stojących wokół ludzi. Nie, nie ludzi, potwornych demonów, którzy 

na tym jednym wrogu chcieli pomścić zabitych w wojnie krewnych. 
Wyjął pistolet z kabury, przyłożył do skroni leżącego i strzelił. 

Pierwszy raz zabił człowieka z zimną krwią. Nie miał wyrzutów 

sumienia, uważał nawet, że zrobił tak, jak powinien, ale wydarzenie 

to na zawsze pozostało w jego pamięci.

Gdy wczoraj przyjechał Jacky, gdy rozpamiętywali przy butelce 

dawne czasy, wspomnienia znowu ożyły. Siedzieli do późnych godzin 
opowiadając   sobie   wydażenia   z   ostatnich   lat.   Głównie   jednak   to 

Jacky opowiadał, a Bermes słuchał.

Opowiadał o swojej pracy. Przez ostatnie cztery lata pracował w 

Montrealu,   w   Stowarzyszeniu   Medycznym   do   Spraw   Badań 
Genetycznych.   Był   kierownikiem   laboratorium   i   zajmował   się   tak 

niezwykłymi badaniami, że aż trudno było w to uwierzyć.

Wyrzucili go stamtąd i miał ciągle wrażenie, że jest śledzony. 

Przyjechał więc do Francji, próbując uwolnić się od swych aniołów 
stróżów. Wyglądało na to, że mu się udało, ale z opowieści wynikało, 

że z tamtymi ludźmi nigdy nic nie wiadomo. 

Wyrzucili go, bo dowiedzieli się o jego przeszłości w Jugosławii i 

powiedzieli,   że   nie   mają   ochoty   mieć   z   tego   powodu   kłopotów. 
Kombatanci   z   chorwackiej   Legii   Cudzoziemskiej   prawie   wszędzie 

uważani   byli   za   zwyczajnych   najemników,   a   z   takimi   ludźmi 
Stowarzyszenie nie chciało pracować.

- Pewnie, że nie chodziłem i nie krzyczałem po ulicach, że byłem 

w Jugosławii. Co miałem się wygłupiać. Ale to też nie powód, żeby 

człowieka wyrzucać z pracy. - Jacky był bardzo rozżalony. - Ty wiesz 
ile   oni   mi   płacili?   10   tysięcy   miesięcznie.   Dziesięć   tysięcy, 

wyobrażasz ty sobie? I co, miałem stracić te pieniądze tylko dlatego, 

25

background image

Adam Pietrasiewicz

że kilka lat temu zszywałem rany chorwackim legionistom?

- I to tylko dlatego cię wyrzucili? - Zapytał Bermes. - Dlatego, że 

byłeś w Chorwacji? 

-   Ano   jak   widzisz,   tak.   Przynajmniej   tak   mi   powiedzieli,   że 

zataiłem  część  mojego  życiorysu  i,  że mi  już  nie mogą  ufać.  I  że 

praca   w   Stowarzyszeniu   opiera   się   na   zaufaniu.   Że   członkowie 
Stowarzyszenia   to   ludzie   zbyt   znani,   by   mogli   sobie   pozwolić   na 

kontakty z kimś takim jak ja. Jakbym był jakimś pariasem.

Ale w każdym razie już tam nie pracuję, i jak ci opowiem, czym 

się   tam   zajmowaliśmy,   to   spadniesz   z   krzesła.   Oczywiście   to   jest 
tajemnica,   kazali   mi   popodpisywać   jakieś   papiery,   ale   mam   to   w 

dupie, teraz jestem w Europie i nic mi już nie mogą zrobić. A ponadto 
mam   ochotę   wykręcić   im   pewien   numer,   który   nie   dość,   że   ich 

załatwi, to jeszcze pozwoli mi na zarobienie dużych pieniędzy. Albo 
nam, bo chciałbym, żebyś był ze mną.

- Opowiedz mi najpierw, co oni tam robią za dziwne rzeczy?
I Jacky opowiedział. Gdyby Bermes go nie znał, pomyślałby, że 

ma do czynienia z szaleńcem, który po przeczytaniu kilku książek, 
całą   historię   wymyślił.   Ale   Jacky   był   facetem   mocno   stojącym   na 

ziemi i nie podejrzewał go o konfabulacje. Zresztą po co? Skoro mieli 
pracować razem, to i tak bardzo szybko wszystko wyszłoby na jaw.

Plan Jackiego trzymał się kupy. Wyglądało na to, że rzeczywiście 

da   się   na   tym   zarobić   kupę   forsy,   i   to   w   sposób   względnie 

bezpieczny. W każdym razie nawet jak cała sprawa by się wydała, 
napewno nie znalazłaby się na pierwszych stronach gazet.

Zadaniem   Bermesa   w   pierwszym   etapie   akcji   miało   być 

dostanie  się  do  pewnego  komputera w  Montrealu  i wydrukowanie 

pewnych   informacji.   W   komputerze   znajdowały   się   wszelkie 
potrzebne im dane, a przejście przez tajne kody i blokady było jego 

specjalnością.   Nie   raz   i   nie   dwa   robił   to   już,   czasem   dla   sportu, 
czasem dla pieniędzy, nigdy nikomu nie udało się złapać go za rękę.

Pewnie, że nie udało mu się dostać do komputerów Ministerstwa 

Obrony, nawet tego nie próbował, ale już nie raz przechadzał się jak 

po   parku   w   komputerach   CNRS,   francuskiego   centrum   badań 
naukowych. Podłączenie się do komputera jakiegoś stowarzyszenia 

medycznego   było   dla   niego   jedynie   kwestią   czasu.   I   odrobiny 
szczęścia.

Bardziej   niepokojące   były   plany   Jackyego   co   do   następnych 

etapów,   ale   przecież   kto   nie   ryzykuje   ten   nic   nie   osiąga.   W 

najdelikatniejszym, trzecim etapie akcji ster przechodził całkowicie w 
ręce Jackiego. Twierdził, że wie do kogo ma się zwrócić, i że lepiej 

aby zrobił to sam. Mniejsze ryzyko, a poza tym on sam tylko wiedział 

background image

z kim i jak ma rozmawiać.

Jeśli   wszystko   by   się   dobrze   powiodło,   to   za   jakieś   sześć   do 

ośmiu   miesięcy   mieli   być   bogaci.   Bardzo   bogaci.   Jeśli   by   się   nie 

udało, to albo nic  się nie stanie, co jest prawdopodobne, albo do 
końca życia będą musieli cichaczem przemykać się po ulicach. Ale 

było   to   mało   prawdopodobne.   I   zawsze   można   było   sprzedać 
wiecznie   wygłodniałym   dziennikarzom,   wyspecjalizowanym   w 

sensacyjkach,   kilka   informacji,   trochę   fotografii.   To   też   może 
przynieść pewne zyski.

Jacky   otworzył   już   konto   w   pewnym   polskim   banku   w 

Luksemburgu. Nie ma to jak banki z byłych krajów komunistycznych 

-   tak   dbają   o   klienta,   że   umieszczone   w   nich   pieniądze   są 
bezpieczniejsze   niż   złoto   w   Fort   Knox.   A   ich   właściciel   może 

spokojnie   spać   nie   martwiąc   się   o   nic,   polscy   bankierzy   byli 
dyskretniejsi   niż   szwajcarscy.   A   jeszcze   do   tego   luksemburskie 

prawo bankowe było lepsze od szwajcarskiego.

Bermes nie lubił dzielić skóry na niedźwiedziu. Ale wiedział, że 

grube   szychy   z   całego   świata   chętnie   zapłacą   za   towar,   którego 
dostawcą   będzie   on   i   Jacky.   A   poza   tym,   jeśli   wszystko   dobrze 

pójdzie,   to   nie   oni   będą   z   grubymi   szychami   pertraktować,   a   to 
eliminuje   ryzyko   represji.   Gdy   dojdzie   do   negocjacji,   oni   będą   już 

opalali się pod palmami na jakiejś plaży na Oceanie Indyjskim. Jeśli 
wszystko dobrze pójdzie...

Do drugiego etapu trzeba będzie wykorzystać stare znajomości 

ze   światka   najemników.   Potrzeba   będzie   pewnie   z   pięciu   ludzi, 

trochę sprzętu, duży kuter albo i statek. Może jeszcze helikopter.

Bermes   siedział   z   nogami   na   blacie   biurka   i   rozmyślał. 

Zastanawiał się do kogo się zwrócić, w drugim etapie. Przed oczami 
stawały mu sylwetki starych znajomych, kumpli z Jugosławii, którzy 

za   niewielkie   pieniądze   gotowi   byli   nadstawić   kark.   Było   ich 
kilkunastu, nic tylko wybierać.

Ustalili z Jacky'm, że nie będą z nikim dzielili łupu. Chłopakom, 

którzy wezmą udział w akcjii zapłacą z własnej kieszeni. Tak będzie 

bezpieczniej.   Połowa   przed   akcją,   połowa   po   akcji.   Po   20   tysięcy 
dolarów   na   głowę,   połowę   wyłoży   Jacky,   połowę   Bermes.   W   ten 

sposób chłopaki raz wykonawszy akcję pojadą do domu i nie będą 
musieli się martwić o resztę. A on i Jacky zajmą się resztą.

Bermes   sięgnął   po   notes   z   adresami   i   wizytówkami.   Otoczył 

kółkiem pięć nazwisk i sięgnął po telefon.

- Agnes, proszę mi znaleźć numer do hotelu Concorde w Metzu i 

wykręcić numer. - Powiedział do słuchawki. - Czekam.

Telefon zadzwonił po kilkunastu sekundach.

27

background image

Adam Pietrasiewicz

- Recepcja hotelu Concorde, słucham.

- Proszę mnie połączyć z pokojem pana Neurohra.
-   Słucham.   -   Jacky   był   zaspany.   Mocno   zaspany.   Wyraźnie 

alkohol wypity poprzedniego wieczora mu nie  posłużył.

- Cześć, tu Maurice, masz kaca?

- Odwal się, najpierw mnie upijasz, a potem się dziwisz. Mam 

kaca   i   nawet   bzyczenie   much   pod   sufitem   doprowadza   mnie   do 

rozpaczy. Czego chcesz? 

- Pamiętasz o czym wczoraj rozmawialiśmy?

- Pewnie, że pamiętam. No i co, zdecydowałeś się?
- Z tego co mówisz wnioskuję, że jednak nie bardzo pamiętasz. 

Już wczoraj ci powiedziałem, że jestem z tobą. Mam tu, przed sobą 
pięć nazwisk. Wpadnij do biura, to pogadamy i zadzwonimy do nich.

- OK, jestem za pół godziny. Zjem coś tylko i jadę.
Po trzech kwadransach Agnes weszła do biura.

- Pan Neurohr do pana, panie dyrektorze.
-   Proszę   go   wprowadzić   i   niech   nam   pani   przygotuje   mocnej 

kawy. Pan Neurohr napewno z przyjemnością napije się kawy.

-   Nie   wątpię,   panie   dyrektorze,   wystarczy   się   mu   dobrze 

przyjrzeć.

-   Agnes,   niech   pani   będzie   tak   dobra   i   zachowa   dla   siebie 

komentarze na temat moich gości, dobrze?

Jacky   wszedł,   usiadł   na   fotelu   przy   stoliku   i   drżącą   reką 

wyciągnął   papierosa.   Następnie   rozejrzał   się   niepewnie   po 
pomieszczeniu.

-   Mam   nadzieję,   że   u   ciebie   wolno   palić.   Bo   w   Kanadzie,   to 

zapanowało zupełne szaleństwo. Nigdzie nie wolno palić. Nawet jak 

się jest w domu, to też lepiej wyjść do ubikacji, żeby cię nikt nie 
zobaczył z papierosem.

-   O,   mój   drogi,   Francja   nie   jest   gorsza   od   Kanady,   tutaj   też 

nigdzie nie wolno palić. Ostatnio dwóch moich pracowników przyszło 

z   żądaniem   wyznaczenia   palarni   dla   palaczy.   I   zakazu   palenia   w 
biurach.   Dla   mnie   informatyk   bez   papierosa   to   nie   informatyk. 

Chorobą zawodową informatyków jest rak płuc. I marskość wątroby, 
ale to inna historia.

-   O   nie   wątpię,   szczególnie   po   wczorajszym   wieczorze.   Ale 

wiesz, straciłem zupełnie mocną głowę, z której ponoć słynąłem w 

latach studenckich. Ale nieważne, co chciałeś mi powiedzieć?

- Od rana siedzę tu i dumam nad tym, o czym rozmawialiśmy 

wczoraj.   I   pomyślałem,   że   mogę   zastanowić   się   nad   wyborem 
naszych towarzyszy. Myślę, że twój pomysł z płaceniem z własnej 

kieszeni jest dobry. Rozwiązuje to problem ewentualnych niesnasek. 

background image

Tyle,   że   musimy   wyłożyć   pieniądze.   Więc   chciałbym   ci 

zaproponować pewien układ...

Bermes   zawiesił   głos   patrząc   uważnie   w   oczy   przyjaciela. 

Historia, w którą miał się wplątać była tak niezwykła, że wolał się 
zabezpieczyć. Tak na wszelki wypadek.

- No mów, i tak nie jestem dziś w stanie ci się sprzeciwić. 
-   Otóż   chciałbym   ci   zaproponować,   żebyś   to   ty   zapłacił 

chłopakom zaliczkę i wyłożył środki na realizację akcji, a ja zapłacę 
drugą część po robocie i oddam ci połowę innych kosztów. Co ty na 

to?

Propozycja   wydawała   mu   się   uczciwa.   Co   do   pieniędzy   za 

robotę, nie było problemu. Każdemu najemnikowi całość pieniędzy 
należała   się   w   pierwszej   sekundzie   rozpoczęcia   akcji.   Taka   była 

niepisana umowa w tym fachu i wszyscy jej przestrzegali. W razie 
śmierci   należne   pieniądze   wypłacane   były   wdowie   albo   innej 

wskazanej osobie. A co do kosztów sprzętu, to Jacky musiał ponieść 
to   ryzyko,   Bermes   nie   zamierzał   wykładać   pieniędzy,   zanim   na 

własne   oczy   nie   przekona   się   o   realności   opowieści   Neurohra. 
Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi.

- Ty mi chyba nie wierzysz, przyjacielu. - Jacky patrzył się prosto 

w oczy Bermesa. - Chyba napewno mi nie wierzysz. Ale zgadzam się, 

jak chcesz. Mogę sfinansować początek akcji.

- To nie tak, mój drogi. Tu nie chodzi o to, że ci nie wierzę. Tu 

chodzi   o   zasady.   Kwestia   pryncypiów.   Pomysł   jest   twój,   więc   ty 
najwięcej ryzykujesz. A gdybym ci nie wierzył, nie siedziałbyś dziś w 

tym biurze.

-   Dobra,   nie   ma   o   czym   mówić.   Będzie   jak   chcesz.   O   kim 

myślisz? Kto z nami pojedzie?

-   Jean-Marc   Becker,   Robert   Maurer,   Antoine   Bastesin, 

Aleksander   Falkowski   i   Philippe   Iribarne.   Pięciu   wystarczy,   jak 
sądzisz?

-   Myślę,   że   tak,   ale   czemu   chcesz   zabrać   tego   holernego 

hrabiego? Wiesz, że go nie cierpię. 

- Bądź spokojny, nie dla jego pięknych oczu. Po prostu uważam, 

że jest skuteczny. I myśli. A z tego co mi opowiadałeś, to ważniejsze 

jest to, co się ma pod sufitem, a nie bicepsy. Czy nie tak?

- Masz rację. Ale go nie lubię.

Aleksander   Falkowski   był   po   kądzieli   spadkobiercą   wielkiej 

polskiej   rodziny   hrabiowskiej.   Niestety   po   kądzieli   tytuły   nie 

przechodzą, ale Falkowskiemu nie przeszkadzało to chwalić się na 
lewo i na prawo swym arystokratycznym pochodzeniem. 

Nie   zmieniało   to   faktu,   że   we   wszystkich   wspólnie   odbytych 

29

background image

Adam Pietrasiewicz

akcjach   był   bardzo   skuteczny.   Nie   był,   jak   wielu   najemników, 

żądnym  krwi zbójem, był inteligentnym  wykonawcą rozkazów. Nie 
zabijał bez sensu, nie narażał swoich ludzi. Był po prostu skuteczny. 

- No to co, dzwonimy? - zapytał Bermes.
- A pamiętasz jeszcze kody?

Gdyby wzrok mógł zabijać, Neurohr leżałby trupem na podłodze. 

Kody pamiętało się całe życie, wszyscy pamiętali kody. Były kody na 

każdą okazję, aby wyjechać do Afryki, aby wykonać jakąś akcję w 
Europie dla któregoś z rządów, aby bronić kolegi.

Bermes   sięgnął   po   słuchawkę   i   wykręcił   kilkunastocyfrowy 

numer.

- Mówi Bermes, co dobrego?
- Bermes, stary koniu, co się z tobą działo przez te lata?

-   Wszystko   w   porządku.   Postanowiłem   wysłać   żonę   z 

dzieciakami na wakacje na koniec świata... - powiedział zawieszając 

głos.

Po   drugiej   stronie   w   słuchawce   zapadła   cisza.   Słychać   było 

oddech Falkowskiego, wreszcie cisza została przerwana.

- A dokąd to, jeśli można wiedzieć?

- Na Karaiby.
- Mój Boże, przecież to musi cholernie drogo kosztować. 

- Dwadzieścia tysięcy za wszystko.
- A z kim jadą?

- Jest dwóch przewodników i jeszcze cztery inne osoby. 
- To nie jest wycieczka z grupą organizowaną?

-   Nie,   po   prostu   kilka   rodzin   zdecydowało   się   tam   pojechać, 

złożyły   się   i   tyle.   Zdecydowali,   że   gdyby   było   ich   więcej,   to 

przyjemność   byłaby   mniejsza.   A   poza   tym   wynajmują   mały 
stateczek, samolot byłby za drogi.

- Kiedy jadą?
- Za dwa miesiące. Ale nic to, nie będziemy przecież rozmawiali 

o mojej rodzinie, opowiadaj, co u ciebie? Kiedy przyjeżdżasz?

- Świetnie, że dzwonisz, właśnie chciałem to samo zrobić. Za 

kilka dni powinienem być we Francji. Będziesz miał dla mnie miejsce 
w pokoju gościnnym i butelkę dobrego wina?

-   Oczywiście   panie   hrabio.   Jestem   do   usług.   Kiedy   mogę   się 

pana hrabiego spodziewać?

- W przyszły piątek, polecę do Frankfurtu porannym samolotem. 

Jeśli możesz, przyjedź po mnie.

- Będę na ciebie czekał.
Dla   postronnego   słuchacza   rozmowa   mogła   wydać   się   bez 

znaczenia.   Dla   Falkowskiego   były   to   jednak   cenne   informacje   na 

background image

temat ich wspólnej akcji. Zdecydował się i weźmie udział w akcji. 

Szczegóły omówią na miejscu, w piątek, już w drodze z Frankfurtu do 
Metzu.

Machina ruszyła.

31

background image

Adam Pietrasiewicz

Rozdział 3

W piątek rano Goldman zatelefonował do Taylora i powiedział, 

że się zgadza.

-   Cieszę   się   panie   Goldman,   myślę,   że   to   rozsądna   decyzja   - 

odpowiedział Taylor. - Spotkajmy się u mnie w biurze, powiedzmy o 
drugiej.   Przedstawię   panu   nieco   więcej   szczegółów   i   dopełnimy 

pewnych   formalności.   A   od   tej   chwili   może   się   pan   uważać   za 
pracownika Asocjacji. 

Punkt druga Goldman zapukał do drzwi sekretariatu. Sekretarka 

z uśmiechem zaprosiła go do środka. Jej uśmiech wydawał się nieco 

mniej   sztuczny,   a   może   tylko   lepiej   przyklejony.   Wypełnianie 
druczków   i   świstków   personalnych   zajęło   kwadrans.   Następnie 

wszedł do biura dyrektora.

- Proszę, niech pan siada, napije się pan szklaneczkę dżinu?

- Nie, dziękuję. - Nienawidził dżinu, za każdym razem, gdy pił, 

miał ochotę wymiotować.

- Panie Goldman - Taylor nalał sobie i wygodnie rozsiadł się przy 

stoliku   -   jeszcze   raz   chciałbym   pogratulować   panu   decyzji.   Mam 

nadzieję, że małżonka nie była przeciwna?

-   Raczej   nie.   Głównie   zdziwiona.   Sam   pan   rozumie,   że   nie 

codziennie   proponowano   mi   12   tysięcy   miesięcznie.   Jesteśmy 
zgodni,   że   taka   suma   pieniędzy   warta   jest   poświęceń.   Ale   mam 

nadzieję, że będę mógł w czasie kontraktu przylecieć na jakiś czas 
do Montrealu.

- Będzie pan miał miesiąc urlopu na rok. Będzie go mógł pan 

wykorzystać jak pan będzie chciał.

Taylor z uśmiechem patrzył prosto w oczy swego rozmówcy.
- Ale zanim wsiądzie pan do samolotu, porozmawiajmy o tym, 

co   będzie   pan   robił.   I   czego   nie   będzie   pan   robił   -   dodał   już   bez 
uśmiechu. - Będę pana prosił o zobowiązanie się, że od tej chwili 

wszystko co pan usłyszy i zobaczy, zachowa wyłącznie dla siebie. 
Badania, które prowadzimy mają związek w pewnej mierze również z 

obroną   narodową,   więc   sam   pan   rozumie,   że   wymagamy   najdalej 
idącej dyskrecji. Ale mogę od razu pana uspokoić, że to, co będzie 

pan   robił   na   Karaibach   nie   ma   nic   wspólnego   z   zabijaniem   ludzi, 
wręcz przeciwnie...

Taylor zawiesił głos i przez chwilę przyglądał się swej szklance. 

Goldman spodziewał się tego pamiętając o tym, co usłyszał podczas 

pierwszego spotkania w tym biurze i od Johnsa. Nie potrafił jedynie 
powiązać   w   żaden   sposób   faktu   występowania   Asocjacji   o   pomoc 

background image

prywatną ze współpracą z obroną narodową.

- Czytałem dokumenty, które poprzednim razem dała mi pańska 

sekretarka i jeśli mi pan wybaczy szczerość, zapytam wprost, czy 

ministerstwo   obrony   nie   ma   wystarczających   środków   na 
finansowanie waszych badań? Czemu apelujecie o pomoc prywatną?

-   Widzi   pan,   panie   Goldman,   nasze   badania   dotyczą   obrony 

narodowej, ale też i osób prywatnych, jeśli można tak nazwać tych, 

których nazwiska widział pan na naszej reklamówce. Genetyka jest 
nauką dotyczącą wszelkich dziedzin życia, bo przecież właśnie życie 

jest   jej   główną   domeną.   Powiedzmy,   że   działamy   jednocześnie   w 
interesie publicznym i prywatnym. Obie sfery są w Asocjacji objęte 

całkowitą   dyskrecją,   sprawy   obrony   ze   względów   oczywistych   a 
reszta dlatego, że to co robimy mogłoby się wydać niezrozumiałe w 

pewnych   kręgach.   Porozmawiamy   o   tym   później,   teraz   chciałbym 
aby poszedł pan ze mną do laboratorium, gdzie zrobimy panu kilka 

testów, badanie krwi i parę innych zabiegów. Mam nadzieję, że nie 
boi się pan pobierania krwi? Ja na sam widok strzykawki mdleję jak 

licealistka. - Taylor wstał i z uśmiechem poprowadził gościa do drzwi. 
-   Pani   Jenkins   zaopiekuje   się   panem,   a   gdy   już   wszystkie   te 

nieprzyjemne operacje będą skończone, zapraszam pana ponownie 
do mojego biura, gdzie porozmawiamy trochę bardziej szczegółowo 

o pańskiej przyszłości.

Trzecie   piętro   budynku   zajęte   było   w   całości   przez   ogromne 

laboratorium   medyczne.   Kilka   kobiet   w   białych   kitlach   snuło   się 
sennie po pomieszczeniach, z pokoju w głębi korytarza słychać było 

głosy   zwierząt,   prawdopodobnie   laboratoryjnych.   Pani   Jenkins   bez 
słowa zaprowadzila go do małej salki, gdzie pobrano mu odrobinę 

krwi, potem zmierzono, zważono, prześwietlono i zadano tysiąc sto 
pytań   dotyczących   chorób,   które   przebył     w   dzieciństwie,   chorób 

rodziców,   rodzeństwa   i   nieomalże   listonosza.   Potem   przeszedł   do 
sali,   w   której   senny   psycholog   zrobił   mu   kilka   prymitywnych 

testów, narzekając   na   bezmyślność   dyrekcji,   która   kazała   robić 
psychologiczne testy takiemu fachowcowi jak Goldman. Potem był 

elektrokardiogram,   próba   wytrzymałościowa   na   rowerze, 
elektroencefalogram i po dwóch godzinach tych  katusz pani Jenkins 

sprowadziła go na drugie piętro do gabinetu Taylora.

- Przykro mi, że musiał pan znosić te wszystkie manipulacje, ale 

regulamin Asocjacji jest bardzo surowy, nie możemy sobie pozwolić 
na niespodzianki. Mam nadzieję, że nie ma pan mi tego za złe? - 

Taylor był bardzo serdeczny i chyba naprawdę było mu przykro. - 
Napijemy się kawy?

- Chętnie, po tych wszystkich badaniach zaschło mi trochę  w 

33

background image

Adam Pietrasiewicz

gardle.   Rozumiem   oczywiście,   że   to   wszystko   było   konieczne   - 

Goldman usiadł na podsuniętym krześle i z przyjemnością wypił łyk 
podanej kawy.

- Wygląda na to, że jest pan całkiem zdrowy na ciele i jeśli pan 

pozwoli,   na   umyśle.   Potrzeba   nam   zdrowych   ludzi,   wie   pan,   nasz 

kontrakt przewiduje pokrycie kosztów leczenia, ale jak nie trudno się 
domyślić, dyrekcja nie lubi wydawać pieniędzy na szpitale. - Taylor 

sciszył nieco głos, jakby się obawiał, że ktokolwiek może usłyszeć to 
co   mówi.   -   A   przecież   główna   część   pieniędzy,   którymi   obraca 

Asocjacja   ląduje   w   szpitalach   we   wszystkich   częściach   świata. 
Porozmawiajmy o konkretach.

Wiem, że może być to trochę niegrzeczne z mojej strony, ale 

pozwolę sobie przypomnieć panu, że w dokumentach, które dziś pan 

podpisał   przed   wejściem   do   tego   biura   było   zobowiązanie   do 
zachowania wszelkich uzyskanych informacji dla siebie. Jakiekolwiek 

niedotrzymanie   tego   zobowiązania   pociągnie   za   sobą   zerwanie 
kontraktu i ewentualne konsekwencje finansowo-prawne. Przykro mi, 

że po raz kolejny już o tym rozmawiamy lecz chcę by miał pan pełną 
świadomość,   że   praca,   którą   będzie   pan   wykonywał   objęta   jest 

zarówno tajemnicą służbową jak i państwową. A tajemnica ta jest na 
tyle   ścisła,   że   prosiłbym,   żeby   nawet   pańska   żona   nie   była 

wprowadzana   w   te   sprawy.   Omówimy   później   wersję,   którą 
przedstawi pan swym najbliższym i może być pan spokojny, że w 

dużej mierze będzie się ona pokrywała z rzeczywistością. Dlatego od 
razu uprzedzam, że pańska rodzina nie będzie mogła pana odwiedzić 

na   wyspie,   pańskie   ewentualne   wakacje   na   Karaibach   będą   się 
musiały odbyć poza naszym laboratorium.

- Myślę, że doskonale zrozumiałem wszystko, o czym pan mówi 

- Goldman był nieco zniecierpliwiony, nie lubił gdy go traktowano jak 

jakiegoś   nierozgarniętego   szczeniaka   -   i   zapewniam   pana,   że   nie 
musi   się   pan   obawiać   jakiejkolwiek   niedyskrecji   z   mojej   strony. 

Oczywiście pod warunkiem, że jak mnie pan zapewnia, wszystko co 
będę robił jest całkowicie legalne.

- Och, wie pan, wystarczy zadzwonić do FBI, oni panu powiedzą, 

czy   nasza   organizacja   jest   legalna   -   odpowiedział   Taylor   patrząc 

prosto w oczy Goldmana. Ten jednak nie zareagował.

- Cieszę się, że się rozumiemy, panie Goldman. Przejdźmy więc 

do konkretów. Pozwoli pan, że przedstawię historię Asocjacji, główne 
tematy   naszych   badań   i   cele,   ku   którym   zmierzamy.   Nie   będę 

zagłębiał się w szczegóły techniczne, bo ani ja, ani pan nie znamy się 
na tym wystarczająco. Będę mówił wyłącznie o sprawach ogólnych, 

ale myślę, że uda mi się pana zainteresować.

background image

Genetyka, jak pan wie, jest nauką względnie nową. Nowoczesne 

techniki   badań   naukowych   pozwoliły   w   latach   pięćdziesiątych 
zobaczyć   chromosomy,   w   latach   sześćdziesiątych   i 

siedemdziesiątych rozszyfrować część kodu genetycznego, w latach 
osiemdziesiątych

 

wyhodowano

 

pierwsze

 

krzyżówki 

międzygatunkowe, w tychże latach rozpoczął się boom na dzieci z 
probówek.   Równolegle   trwały   i   do   dziś   trwają   prace   nad 

rozszyfrowaniem kodu genetycznego.

Asocjacja praktycznie od początku brała udział w badaniach, w 

doświadczeniach   laboratoryjnych,   udostępniała   sprzęt   i 
pomieszczenia wybitnym i dobrze zapowiadającym się naukowcom. 

Naszą dewizą było i jest niedopuszczenie do zahamowania postępu.

Czy   wie   pan,   że   gdyby   od   całości   nakładów   finansowych   na 

badania   genetyczne   odjąć   sumy   wyłożone   przez   Asocjację,   to 
rozszyfrowanie   kody   genetycznego   zabrałoby   naukowcom   całego 

świata   około   dziesięciu   tysięcy   lat   pracy.   Z   pieniędzmi   Asocjacji 
możemy liczyć, że ludzki kod genetyczny zostanie rozszyfrowany za 

najdalej sto lat. Za sto lat choroby dziedziczne, wszystkie choroby 
dziedziczne, będzie można leczyć. Od zespołu Downa po skłonność 

do chorób wieńcowych. Ale droga ku temu nie jest usiana różami.

Przypomina   pan   sobie,   jak   wiele   dyskusji   poświęconych   było 

manipulacjom   genetycznym.   W   latach   dziewięćdziesiątych   kościół 
katolicki potępił wszelkie takie manipulacje en bloc. A jakoś nikt nie 

mówił   wtedy   o   manipulacjach   genetycznych   służących   wszystkim, 
jak nowe odmiany zbóż czy zwierząt hodowlanych. Nie, mówiło się 

tylko o krzyżowaniu człowieka z małpą i o hodowli geniuszy, co, jeśli 
nawet zdarzało się w niektórych laboratoriach, to było i nadal jest 

całkowicie marginesową częścią badań. Folklor naukowy, nic więcej. 

  A z resztą czemu przeciętny, cywilizowany człowiek może ze 

spokojem patrzeć na reportaże o umierających z głodu dzieciach, o 
ludziach umierających na choroby leczone w innych częściach świata 

w kilka dni, czemu ten człowiek może objadać się do syta ze swymi 
dziećmi,   ze   zwykłym   katarem   biec   do   szpitala,   a   nie   chce   się 

zgodzić,   by   dziecko   sąsiada   miało   dwukrotnie   większy   iloraz 
inteligencji niż jego własne? Panie Goldman, zakazując prowadzenia 

badań   naukowych   nie   zniweluje   się   różnic   socjalnych   -   spójrzmy 
prawdzie w oczy - ten przeciętny, cywilizowany człowiek boi się, że 

jego status społeczny może być zagrożony i tyle. Nie pamięta o tym, 
że dzieci ludzi bogatych i tak wylądują w życiu lepiej niż jego własne 

i   że   to   właśnie   one,   a   nie   jego,   będą   kiedyś   rządziły   światem.   A 
chyba lepiej żeby ci, co nami rządzą byli inteligentniejsi od nas.

A   badania   naukowe   wymagają   ciągłego   napływu   pieniędzy, 

35

background image

Adam Pietrasiewicz

ogromnych   sum,   które   przecież   będą   koniec   końców   wydane   z 

korzyścią   dla   ogółu.   Wyhodowanie   embriona   geniusza,   operacja 
aktualnie   dość   prosta,   choć   nie   mamy   jeszcze   stuprocentowych 

sukcesów,   kosztuje   rodziców   2   miliony   dolarów.   Czy   wie   pan,   ile 
wynoszą   realne   koszty?   Gdy   wliczymy   elektryczność,   gaz,   pensję 

sprzątaczki i portiera - 700 dolarów.

Pomyśli   pan   pewnie,   że   reszta   idzie   do   kieszeni   różnych 

dyrektorów   jak   ja.   Otóż   nie,   reszta   pieniędzy   idzie   na   badania   w 
innych   dziedzinach,   na   opracowywanie   nowych   gatunków   roślin, 

zwierząt   hodowlanych,   na   badania   nad   chorobami   dziedzicznymi. 
1999300 dolarów płacą rodzice jedynie na to, by umierające z głodu 

dzieci   miały   co   jeść,   aby   nie   rodziły   się   potworkami,   aby   jednym 
zastrzykiem można było wyleczyć wszystkie choroby.

Hodowla geniuszy potrzebna jest nam do finansowania innych, 

poważniejszych   prac   o   charakterze   ogólnospołecznym.   Można 

powiedzieć, że nasi naukowcy hodują geniuszy w godzinach wolnych 
od pracy, ot tak dla wprawy. Czy jest to moralne czy nie, nie wiem, 

wiem,   że   dla   przyszłości   naszego   świata   nie   ma   to   większego 
znaczenia.   Ale   nie   wszyscy   chcą   to   zrozumieć   i   wciąż   jeszcze 

rozpętywane   są   kampanie   prasowe   skierowane   przeciwko 
laboratoriom, przeciwko naukowcom. Jest to temat, który przyciąga 

przeciętnego   zjadacza   chleba.   I   wychodzi   taki   na   ulicę   krzycząc 
"PRECZ   Z   UCZNIAMI   DIABŁA"   nie   zdając   sobie   sprawy,   że   tak 

naprawdę   woła   -   "MAM   W   NOSIE   DZIECI   TRZECIEGO   ŚWIATA"   i 
ponadto,   a   właściwie  przede  wszystkim   "NIE   POZWOLĘ   BY   DZIECI 

SĄSIADA MIAŁY LEPSZE STOPNIE W SZKOLE NIŻ MOJE". Szczęśliwie 
nie ma to wpływu na tok naszych badań, przedstawiam panu pewne 

aspekty   naszej   działalności,   by   dowiedzieć   się,   jaka   jest   pańska 
opinia na ten temat.

Goldman   zastanawiał   się   przez   dłuższą   chwilę   zanim 

odpowiedział.

- Tak naprawdę to nie mam jasno sprecyzowanej opinii co do 

badań   genetycznych.   Nie   obawiam   się   o   to,   że   moje   dzieci   będą 

głupsze od innych, trudno mi też powiedzieć, czy wzrusza mnie tak 
naprawdę los dzieci trzeciego świata. Nie mam dwóch milionów, by 

kupić   sobie   genialne   dziecko,   ale   nie   przeszkadza   mi,   że   inni   to 
robią. Czy to co myślę ma jakiś związek z moją pracą?

-   Jestem   zdania,   że   w   obopólnym   interesie   leży   wyjaśnienie 

pewnych  spraw. Pańska  praca  będzie  łączyła się z pewną częścią 

naszej działalności, powiedziałbym marginesowej, bardzo czułej na 
opinię   społeczną.   Chciałbym   wiedzieć,   czego   się   mam   po   panu 

spodziewać. 

background image

Będę   z   panem   szczery,   nie   uważam,   że   ukrywanie   faktów 

dokonanych jest słuszne. Zanim przekroczył pan próg mego biura, 
wiedziałem o panu więcej niż pan sam. Powiedzmy tyle, ile wie o 

panu FBI. Nie mogłem sobie pozwolić na błądzenie ani na pomyłkę.  I 
wiem,   że   zasadniczo   nie   powinien   pan   być   przeciwny   naszej 

działalności.   Chcę   jednak,   by   pan   sam   wypowiedział   się   na   nasz 
temat.   Przedstawię   więc   w   ogólnym   zarysie   zakres   pańskich 

obowiązków.

Goldmana   nie   zaszokowało   specjalnie,   że   Taylor   pytał   się   o 

niego   w   FBI.   Teczki   otwarte   są   tam   praktycznie   na   wszystkich,   i 
skoro   są,   to   ktoś   z   nich   korzysta.   Tym   bardziej,   jeśli   szef   Biura 

Śledczego   jest   członkiem   Asocjacji.   W   teczce   Goldmana   nie   było 
niczego, czego miałby się bać więc problem nie istniał. 

- Każdy z nas boi się śmierci. - Mówił dalej dyrektor. - Swojej, 

swych   bliskich.   Genetyka   nie   rozwiąże   problemu   umierania,   umrą 

wszyscy prędzej czy później i na to rady nie ma. To co naukowcy 
mogą   zrobić,   to   najwyżej   przedłużyć   życie,   do   pewnych   granic 

oczywiście.   Czy   będzie   to   120   czy   200   lat   nie   ma   znaczenia, 
kostucha i tak zbierze co człowiek zasiał. Ale dla niektórych, a sądzę, 

że jest ich większość, lepiej żyć długo i w dobrym zdrowiu niż umrzeć 
młodo po ciężkiej chorobie.

A tych co umierają jak to się mówi, w kwiecie wieku, jest bardzo 

wielu   i   myślę,   że   wiele   by   dali,   by   pobyć   jeszcze   trochę   na   tym 

padole.   Umierają   w   wypadkach   samochodowych,   w   katastrofach 
lotniczych,   na   choroby   serca,   na   raka,   na   cukrzycę.   Umierają,   bo 

takie było ich przeznaczenie, ale też i dlatego, że lekarze nie mogli 
nic poradzić. Albo co gorsza mogli, ale nie mieli jak. Nie było dawcy 

organu,   którego   pacjent   potrzebował,   nie   było   odpowidenich 
narzędzi, odpowiednich kompetencji.

I tu dochodzimy do głównego tematu naszej rozmowy.
Czy   wie   pan   jak   się   umiera   na   białaczkę?   Ot,   zwyczajnie, 

zasypia pan i nie budzi się już następnego dnia rano. Tyle, że przez 
kilka miesięcy leży pan w łóżku nie mogąc ruszyć ani ręką ani nogą i 

czeka   pan,   czy   laboratorium   znajdzie   wreszcie   dla   pana   dawcę 
szpiku   kompatabilnego   z   pańskim.   Są   to   miesiące   przerażającego 

czekania, które niszczą bardziej niż choroba. Czasami dawca szpiku 
się znajdzie, czasami nie...

A   jak   umierają   chorzy   na   serce,   czekając   na   ofiarę   wypadku 

drogowego, która odda im swoje? Też leżą i każdy ruch powoduje 

sinienie twarzy, każdy wysiłek powoduje duszenie. I też zasypiają, by 
się   już   nigdy   nie   obudzić,   bo   chirurgom   piętro   niżej   udało   się 

odratować osiemnastoletniego chłopca przywiezionego z wypadku. 

37

background image

Adam Pietrasiewicz

Odratowali go, bo miał silny organizm i... serce jak młot. Tyle, że 

chłopiec   nie   ma   lewego   płuca   i   nerki,   bo   chirurdzy   nie   potrafią 
dokonywać cudów.

To, czego nam brakuje, to magazynu części zamiennych, panie 

Goldman. Takich półek, gdzie leżałyby nerki, wątroby, serca i inne 

organy. Tylko brać i wszczepiać. Piękne by to było, prawda? Tylko 
narazie nierealne, serca czy nerki nie potrafimy jeszcze wyhodować 

tak, jak hoduje się kapustę czy kalafior. Być może kiedyś będzie to 
możliwe,   ale   narazie   musimy   zadowolić   się   technikami   jakimi 

dyponujemy.   A   są   one   niewystarczające,   by   zapobiec   niektórym 
chorobom, czy wyleczyć inne. Gdy znajdzie się dawca, znajdzie się 

biorca.     Serca,   nerki,   płuca   i   wątroby   zawsze   mogą   zmienić 
właściciela.   Wystarczy   znaleźć   dawcę,   a   tych   nie   znajduje   się   na 

każdym rogu ulicy.

Naukowcy   pracujący   dla   Asocjacji   mieli   inny   pomysł.   Zamiast 

szukać   ofiar   wypadków   dla   zdobycia   płuca   czy   nerki,   postanowili 
zlikwidować   problem   już   w   zarodku.   Niech   płuca,   nerki,   serca   i 

wątroby czekają na nas, aż będą potrzebne. Pomyśli pan, że sam 
sobie przeczę? Otóż nie, w tym co mówię nie ma sprzeczności. Te 

wszystkie   organy   nie   będą   leżały   na   półkach   w   celofanowych 
woreczkach. Będą znajdowały się w żywych organizmach gotowe w 

każdej   chwili   do   przeszczepu.   I   będą   to   organy   w   stu   procentach 
kompatabilne, w idealnym stanie.

Goldman   słuchał   z   coraz   większą   uwagą.   Siedział   sztywno 

ściskając filiżankę z kawą i zastanawiał się dokąd Taylor zmierza.

Nie myślał chyba hodować świń czy małp z ludzkim sercem... A 

gdyby   tak   nawet   było,   to   te   serca   musiałyby   skądś   pochodzić,   a 

przecież przy wszelkich przeszczepach najważniejszym problemem 
był i jest dawca. I przecież organy te nie mogłyby być stuprocentowo 

kompatabilne...

-   Czy   ma   pan   rodzeństwo?   -   zapytał   Taylor   wyraźnie   nie 

oczekując odpowiedzi. - Pański brat, o ile wiem zginął na Grenadzie. 
A czy wie pan, że jeśli, nie daj Boże, zachoruje pan kiedyś na nerki, 

to pański świętej pamięci brat mógłby był pana uratować oddając 
panu   swoją?   Ale   już   teraz   jest   to   niemożliwe,   a   ponadto   choć 

istniałyby wysokie szanse, 85 na 100, że przeszczep by się przyjął, 
to te piętnaście procent mogłoby wystarczyć, by zasilił pan anielskie 

chóry.

My proponujemy rozwiązanie tego problemu, jeśli nie dla pana, 

to   przynajmniej   dla   pańskich   dzieci.   Tych,   które   jeszcze   się   nie 
narodziły.

Skąd się bierze człowiek? Nie muszę chyba przeprowadzać tutaj 

background image

kursu   uświadamiania   seksualnego.   Dość   powiedzieć,   że   z   dwóch 

komórek, plemnika i jajeczka, powstaje jedna komórka. Zaczyna się 
ona   dzielić   w   postępie   geometrycznym,   najpierw   na   dwie   części, 

następnie na cztery, osiem i tak dalej, aż powstanie człowiek. Są i 
inne teorie na ten temat, jak na przykład ta, która mówi, że człowiek 

jest jedynie metodą rozmnażania się plemników i jeśli się uprzeć, to 
trudno temu zaprzeczyć.

W   każdym   razie   w   pierwszym,   krótkim   okresie   swego   życia 

człowiek jest jedną komórką, która nestępnie dzieli się na dwie. I jeśli 

oddzielić   tę   drugą   połowę   od   pierwszej   otrzymamy   rodzeństwo 
bliźniacze. Zdarza się to raz na osiemdziesiąt zapłodnień. Powstaje 

dwóch takich samych ludzi, dokładnie takich samych. Gdybym był 
teologiem,   znając   mechanizm   powstawania   bliźniaków,   mógłbym 

zastanawiać się czy mają oni jedną czy dwie dusze.

Zapłodnione   jajeczko   dzieli   się   przez   pewien   czas   w   sposób 

jednorodny.   Każda   nowa   komórka   jest   dokładnie   identyczna   z 
sąsiednią.   Potrafimy   stwierdzić,   w   którym   momencie   dochodzi   do 

definitywnego podziału na dwa odrębne organizmy. Potrafimy też, i 
to   jest   najważniejsze,   stwierdzić,   w   którym   momencie   do   takiego 

podziału   już   dojść   nie   może.   Wszystko   to   może   odbywać   się   pod 
mikroskopem   i   patrząc   w   ten   mikroskop   wiemy,   że   z   jednego 

jajeczka będą bliźniaki, a z drugiego nie.

Ale między momentem, w którym podział może nastąpić, a tym, 

gdy   już   wykształci   się   niepodzielny   zarodek   nowego   organizmu, 
możemy   interweniować.   Interweniować   i   stworzyć   bliźniaka. 

Bliźniaka,   który   nie   miał   żadnych   szans   na   powstanie,   bliźniaka, 
który nie będzie nikim, bo z założenia nie może istnieć.

Pan nie jest osobą wierzącą, ale niech mi pan powie, czy ten 

bliźniak,   którego   stwarzamy,   jest   człowiekiem   w   religijnym   sensie 

tego słowa, czy nie? Czy ma duszę? Bo przecież dobry Bóg chciał 
stworzyć tylko jednego, a myśmy stworzyli dwóch, czy trzech albo i 

dziesięciu. A to już w sposób naturalny nigdy się nie zdarza. Mało 
tego, to nie może się zdarzyć, sama konstrukcja genetyczna na to 

nie pozwala. Tyle, że my tę konstrukcję nieco modyfikujemy. Tak, 
panie   Goldman,   człowiek   zaczyna   się   coraz   bardziej   wtrącać   w 

sprawy, które dotychczas były zarezerwowane dla Boga. To znaczy 
my,   Asocjacja,   zaczynamy   wtrącać   się   w   sprawy   Pana   Boga, 

stwarzając, tak jest, STWARZAJĄC istoty, które bez naszej interwencji 
nigdy by nie istniały.

Myślę, że zaczyna pan rozumieć do czego zmierzam. Te klony, 

bo są to klony, trudno nazwać je ludźmi skoro nigdy się nie urodziły, 

są magazynami części zamiennych dla swego rodzeństwa. Nigdy się 

39

background image

Adam Pietrasiewicz

nie urodziły, bo hodujemy je w laboratorium, od początku do końca 

w   inkubatorach.   Hodujemy   klony   tak   jak   się   hoduje   kury,   bo   jak 
narazie nie potrafimy inaczej zrobić magazynu części zamiennych. 

Gdy dorosną wysyłamy je do obozu, czy jak pan woli, przechowalni, 
gdzie   przebywają   tak   długo,   jak   długo   nie   zaistnieje   potrzeba 

pobrania organów.

Pańską   rolą   w   tym   przedsięwzięciu,   panie   Goldman,   będzie 

kierowanie   naszym   ośrodkiem   na   Karaibach.   Będzie   pan 
magazynierem   w   pierwszym   na   świecie   magazynie   części 

zamiennych dla ludzi.

Goldman   siedział   bez   słowa   i   patrzył   w   oczy   rozmówcy.   Nie 

bardzo   wiedział   jak   ma   zareagować   na   to   wszystko,   co   usłyszał. 
Zastanawiał   się   nawet   przez   chwilę,   czy   Taylor   jest   całkiem 

normalny.

-   Nie   ukrywam,   że   jak   narazie   przerasta   mnie   to   wszystko   - 

zaczął   nie   bardzo   wiedząc   jak   przerwać   przedłużającą   się   ciszę.   - 
Jednym   słowem   mam   być   kierownikiem   nowoczesnego   obozu 

koncentracyjnego...   Panie   Taylor,   myślę,   że   jednak   popełnił   pan 
pomyłkę co do osoby.

- Pańska reakcja była do przewidzenia. - Taylor uśmiechnął się 

szeroko.   -   Popełnia   pan   jednak   pewien   błąd.   W   obozach 

koncentracyjnych byli ludzie, w naszym ośrodku są klony...

- Jaka to różnica?! To są ludzie tacy jak pan i ja!

- Ogromna różnica, to nie są ludzie. Nie wystarczy mieć ręce, 

nogi i głowę by być człowiekiem. Po to by nim być potrzeba czegoś 

więcej. Klony nie są ludźmi, bo po pierwsze nigdy się nie urodziły, 
więcej, nie miały prawa się urodzić, po drugie nie są ludźmi, bo nie 

mają   świadomości,   że   mogliby   nimi   być.   Klon   ma   wymazywaną 
pamięć co kwartał. Klon nie potrafi mówić, czytać, pisać, klon nie ma 

żadnej   świadomości.   Jest,   zgodzę   się   ostatecznie   na   porównanie, 
małpą   trochę   bardziej   niż   inne   do   nas   podobną.   Ale   i   nawet   to 

porównanie   nie   jest   dobre.   Małpa   ma   świadomość   tego,   że   jest 
małpą,   małpa   potrafi   się   bać,   cieszyć,   małpa   kocha   swoje 

potomstwo. Klon jest tego wszystkiego pozbawiony, klon wegetuje, 
oddycha, je i wydala. I nic ponadto.

- Ale to wy mu nie pozwalacie na nic więcej.
-   Nie   pozwalamy,   bo   nie   widzimy   potrzeby.   Myśmy   stworzyli 

klona i uważamy, że mamy prawo własności. Nie pozwalamy tak, jak 
nie pozwolimy komórce, z której już niedługo wyhodujemy ludzkie 

serce wyrosnąć na pełnego klona. A przecież nie zaprzeczy pan, że 
hodowla   serc   i   płuc   nie   wzbudziłaby   w   panu   wątpliwości   natury 

moralnej.   A   ponieważ   serca   jeszcze   wyhodować   nie   możemy, 

background image

hodujemy całe organizmy.

- Ale przecież oni mają mózg, myślą...
- Nie bardziej niż pomidor, którego prędzej czy później zje pan w 

hamburgerze. To są istoty, które tym różnią sie od roślin, że nie mają 
korzeni. Może nieco przesadzam, ale niewiele.

O ile wiem, nie ma pan nic przeciwko sztucznemu utrzymywaniu 

przy życiu ofiar wypadków w stanie tak zwanej śmierci mózgowej. A 

przecież to co my robimy, to jest to samo, tyle, że nasi podopieczni 
nie   są   ofiarami   wypadków,   bo   żaden   wypadek   nie   może   się   im 

przydarzyć. A cel jest ten sam - ratowanie życia ludzi.

Nasze klony, panie Goldman, nie widują wschodów słońca, bo 

od początku do końca swego życia znajdują się w laboratorium, z 
którego nigdy nie wyjdą. Pańskim zadaniem będzie między innymi 

zadbanie o to, by warunki ich wegetacji były optymalne.

- Ja myślałem... to znaczy, sądziłem, że te klony... że one tak jak 

my...

-  Myślał pan,  że  ot  po  prostu  są  to  ludzie  jak pan  i  ja,  tylko 

przeznaczeni   na   rzeź?   Panie   Goldman,   genetyków   można 
podejrzewać  o różne pomysły, ale  nie  przesadzajmy. Mówiłem  już 

panu, że myśmy ich stworzyli, ale przecież nie po to, by byli ludźmi 
lecz by służyli jako magazyn części zamiennych. Nie ma potrzeby, by 

żyli życiem takim jak pan czy ja. Żyją, by żyły ich organy, tak jak 
ludzie w stanie śmierci mózgowej mają podtrzymane pewne funkcje 

życiowe, by oddać swe serce czy wątrobę komuś potrzebującemu.

Różnica   jest   taka,   że   nasi   podopieczni   stwarzani   są   na 

zamówienie, a ich utrzymanie kosztuje zleceniodawców 250 tysięcy 
dolarów   rocznie,   nie   mówiąc   o   kosztach   operacyjnych   i   innych,   o 

których nie będziemy teraz rozmawiać. Czy pańskie obiekcje zostały 
rozwiane?

41

background image

Adam Pietrasiewicz

Rozdział 4

Telefony   zajęły   im   ponad   dwie   godziny.   Wyglądało   na   to,   że 

wszyscy   zgadzali   się   na   udział   w   akcji,   która   nie   była   "wycieczką 
zorganizowaną". 

W   kodzie   najemników   "wycieczka   zorganizowana"   oznaczała 

akcję na polecenie jakiegoś rządu czy przedstawicieli jakichś władz. 

Była   ona   o   tyle   bezpieczniejsza,   że   zleceniodawca   zapewniał 
uczestnikom jakieś przynajmniej minimalne zaplecze. Istniały jakieś 

"tyły" gdzie w razie porażki można było się schronić, opatrzyć rany.

"Wycieczka   niezorganizowana"   była   akcją   samodzielną,   bez 

osłony i bez zaplecza. Ale wszystko miało swą cenę i najemnicy za 
pieniądze gotowi byli na wiele. 

Bermes   wyznaczył   na   niedzielę   spotkanie   całej   ekipy.   Do 

niedzieli   postanowił   zobaczyć,   czy   uda   mu   się   podłączyć   do 

komputera   w   Montrealu.   Był   przekonany,   że   nie   powinno   mu   to 
sprawić kłopotu.

Po   wyjściu   Neurohra   poprosił   Agnes   o   znalezienie   mu   książki 

telefonicznej Montrealu. Sekretarka przyzwyczajona była do różnych 

ekstrawaganckich poleceń szefa, ale tym razem nie wytrzymała.

- Panie dyrektorze, niech mi pan powie gdzie ja panu znajdę w 

Metzu   książkę   telefoniczną   Montrealu.   Niech   mi   pan   poda   nazwę 
firmy, to dowiem się numeru w informacji międzynarodowej.

-   Agnes,   moja   droga   Agnes   -   Bermes   uśmiechnął   się   do 

dziewczyny. - Czy pamięta pani, co powiedziałem, gdy przychodziła 

pani do mnie pracować? Powiedziałem pani, że potrzeba mi osoby z 
inicjatywą,   osoby   z   wyobraźnią   a   nie   jedynie   gryzipiórka   i 

maszynistki.   I   co   mi   pani   odpowiedziała?   Że   jest   pani   w   stanie 
wykonać nawet najbardziej niezwykłe polecenia...

-   Tak   panie   dyrektorze,   ale   dodałam   jeszcze,   proszę   nie 

zapominać, "w granicach zdrowego rozsądku".

-   A   co,   odszukanie   w   Metzu   książki   telefonicznej   Montrealu 

przekracza pani zdaniem granice zdrowego rozsądku? Uważam, że 

wcale nie przekracza. Ale spróbójmy inaczej. Agnes, mam do pani 
prośbę.   Niech   pani   będzie   taka   dobra   i   znajdzie   mi   książkę 

telefoniczną Montrealu... Co pani na to?

Agnes wyszła na korytarz nie zamykając drzwi. Miała wrażenie, 

że jeszcze chwila, a rzuci to wszystko i pójdzie do domu. Ale jednak 
rozsądek zwyciężył i spokojnie doszła do biurka. Sięgnęła po telefon i 

zaczęła wydzwaniać.

Książkę miała po półtorej godziny szukania. Aż sama się dziwiła, 

background image

jak jej to łatwo poszło. Wzięła służbowego Peugeota i pojechała po 

nią   do   biur   France   Telecom,   francuskich   telefonów,   które   jak   się 
okazuje,   mają   do   dyspozycji   książki   telefoniczne   z   całego   świata. 

Weszła   następnie   do   biura   Bermesa   i   ostentacyjnie   rzuciła   ją   na 
biurko.

- Znalazłam, ale zastanawiam się, co pan wymyśli następnym 

razem.   Bo   jeśli   to   będzie   wczorajsze   menu   z   restauracji   w   hotelu 

Holliday Inn w Kapsztadzie, to ja się podaję do dymisji.

Bermes   spojrzał   na   zegarek,   pokiwał   głową   i   z   niewinnym 

uśmiechem powiedział:

- Widząc czas, w jakim znalazła mi pani tę książkę, sądzę, że nie 

byłoby   problemu   z   menu   z   Kapsztadu.   Bardzo   pani   dziękuję.   Nie 
ukrywam, że nie bardzo wiedziałem, gdzie coś takiego znaleźć. Może 

mi pani zrobić kawy?

Agnes wyszła zrobić kawę, a Bermes zaczął przeglądać książkę 

telefoniczną. Potrzebował jej, by sprawdzić możliwość najprostszego 
połączenia z komputerem Asocjacji. W większych przedsiębiorstwach 

komputery połączone były zazwyczaj w sieć, a sieć opierała się na 
liniach telefonicznych. Najłatwiej było dostać się do komputera przez 

telefon.

Oczywiście   trzeba   było   wiedzieć   jak.   Nie   każdy   mógł   to 

wiedzieć, ale Bermes nie jedną już sieć robił i znał przeróżne sprytne 
sztuczki, by tego dokonać. Najprostszą drogą był telefax. 

Od   momentu   pojawienia   się   telefaxu   technologia   jego 

konstrukcji rozwijała się w zawrotnym tempie. Bez faxu już nikt nie 

potrafił   pracować,   faxem   przesyłało   się   wszystko.   Telex,   który 
królował od lat we wszelkiego rodzaju biurach właściwie całkowicie 

przestał   istnieć.   Oczywiście,   były   firmy,   które   z   niego   jeszcze 
korzystały, ale było ich coraz mniej. 

Jedyną   różnicą   między   dokumentem   przesłanym   faxem,   a 

dokumentem   przesłanym   telexem   była   wartość   prawna.   Otóż 

jedynym   dokumentem   przesłanym   telegraficznie,   a   mającym 
wartość   dowodu   w   ewentualnym   sporze   był   telex.   Konstrukcja   i 

metoda   działania   telexu,   a   także   zabezpieczenia   systemu 
powodowały,   że   nie   można   było   telexu   podrobić.   Z   faxem   można 

było   robić   wszystko   co   się   chciało.   Ale   mało   kto   pamiętał   o 
uwarunkowaniach   prawnych   i   wszyscy   woleli   porozumiewać   się 

faxem, a nie telexem.

I   tu   otwierało   się   szerokie   pole   działania   dla   wszelkich 

ewentualnych piratów informatycznych.

Początkowo faxy były osobnymi urządzeniami, które podłączało 

się   do   sieci   telefonicznej,   jak   zwykły   telefon.   Przez   dłuższy   czas 

43

background image

Adam Pietrasiewicz

zachowały nawet słuchawkę telefoniczną i klawiaturę do wybrania 

numeru.   Ale   rozwój   elektroniki,   telekomunikacji   i   informatyki 
spowodował stapianie się faxów z komputerami by doprowadzić do 

ich połączenia.

Po co kupować kosztowny aparat, jaśli można zakupić niewielki 

moduł   elektroniczny   i   zainstalować   go   w   komputerze?   Istniały 
przecież   moduły   dla   wszelkich   modeli   komputerów,   od   wielkich 

począwszy na mikrokomputerach kończąc. Wygodniej było odbierać 
informacją bezpośrednio w terminalu informatycznym niż na kartce 

papieru.   I   łatwiej   było   wysłać   dokument   bezpośrednio   z   edytora 
tekstu niż drukować i przepuszczać przez maszynkę.

Elektronicy instalujący faxy nie brali prawie nigdy pod uwagę 

wymagań   bezpieczeństwa   systemów   informatycznych.   Jak   sami 

mówili,   "szli   na   skróty".   Skądinąd   trudno   było   pogodzić   wymogi 
bezpieczeństwa z ogólną dostępnością faxu dla każdego, kto wykręci 

odpowiedni numer. 

I wszyscy zaczęli instalować faxy w komputerach nie myśląc o 

piratach. Bermes o tym wiedział, ale nie opowiadał o tym nikomu. 
Prędzej   czy   później   sprawa   i   tak   zostanie   roztrąbiona   przez 

wyspecjalizowane   miesięczniki,   ale   narazie   mógł   korzystać   z   tej 
niezwykłej   drogi.   Sam   korzystał   ze   staroświeckiego   modelu   faxa   i 

nieczuły   był   na   różnego   rodzaju   akcje   promocyjne   faxów 
komputerowych.

W   książce   telefonicznej   wyszukał   numer   faxu   Stowarzyszenia 

Medycznego   do   Spraw   Badań   Genetycznych.   Był   tylko   jeden,   co 

oznaczało, że jest na dobrej drodze. Większe firmy, jeśli miały kilka 
numerów, posiadały z reguły stare modele faxów. Te, które miały 

tylko   jeden,   podłączały   go   do   komputera,   który   sam   zarządzał 
kolejnością przesyłki dokumentów i sam wykręcał numer.

Jacky   Neurohr   wyjaśnił   mu   jak   pracował   na   swoim   terminalu. 

Podał mu kilka kodów, które miał wpisywać, gdy miał wyświetlić na 

ekranie poufne informacje. Kody zawsze mogą się przydać, ale lepiej 
próbować starymi, wypróbowanymi metodami. 

Przy   pomocy   swojego   mikrokomputera   wykręcił   numer   do 

Kanady.   Następnie   uruchomił   program,   który   napisał   już   kilka   lat 

temu.   Program,   który   jak   po   nitce   do   kłębka   dochodził   do   serca 
komputera przechodząc przez sygnał faxu. Na dodatek wprowadzał 

takie   zamieszanie   na   linii,   że   gdyby   ktoś   chciał   sprawdzić   skąd 
pochodzi połączenie telefoniczne, jako odpowiedź uzyskałby zestaw 

16 par cyfr nie mających nic wspólnego z numerem telefonu. 

Na ekranie zaczęły pojawiać się szeregi niezrozumiałych znaków 

i cyfr. Bermes nie wiedział, co mogą oznaczać, ale nie miało to dla 

background image

niego najmniejszego znaczenia. Program, który napisał sam docierał 

do punktu, począwszy od którego musiał działać człowiek. 

Ekran   przestał   wyświetlać   niezrozumiałe   znaki,   pokazał   się 

natomiast napis:

Canadian Fax Networks Corporation

Vancouver - Canada
system Sequoia S 490

Fax serial number SC 22245679

Był   to   punkt   wyjścia   do   dalszych   działań.   Instalatorzy   faxów 

zawsze   zostawiali   po   sobie   ślad.   Program   Bermesa   potrafił 
wywąchać ten ślad, jak świnia wywąchuje trufle.      

W swoim mikrokomputerze zainstalowanych miał kilkaset takich 

śladów. Miał klucz do faxów wszystkich największych firm świata i 

conajmniej   połowy   mniejszych.   CFNC   była   poważną   firmą   - 
Stowarzyszenie Medyczne do Spraw Badań Genetycznych nie zadaje 

sie z małymi spólkami. I to ich zgubi - pomyślał uśmiechając się pod 
nosem.

Po   kilkunastu   sekundach   był   już   w   sercu   komputera 

centralnego.   Zaczął   rozglądać   się,   szukając   jakiegoś   punktu 

zaczepienia,   jakiegoś   początku,   który   pozwoliłby   mu   iść   dalej. 
Znalazł   go   dość   szybko.   Wszedł   w   klasyczny   system   obiegu 

informacji   tak,   jakby   był   zwyczajnym   użytkownikiem   komputera 
Stowarzyszenia.

W   ciągu   kilkunastu   minut   zebrał   wszelkie   interesujące   go 

informacje.   Starał   się   pracować   jak   najszybciej,   aby   obsługa 

komputera i użytkownicy nie zorientowali się, że linia telefoniczna 
faxu jest zbyt długo zajęta. Gdy przechwycił ostatnią fiszkę, przerwał 

połączenie. Nie interesowało go nic więcej, nie zamierzał instalować 
żadnych wirusów ani bomb logicznych.

Zebrane informacje wydrukował na podręcznej drukarce, zwinął 

je i wsadził do nesesera. Zamknął drzwi od biura i szybkim krokiem 

ruszył do wyjścia.

- Agnes, gdyby ktoś mnie szukał, to mnie nie ma i nie wiadomo 

kiedy będę.

- Tak jest panie dyrektorze. A gdyby dzwonił prezydent?

- Szczególnie gdyby dzwonił prezydent.
  Rozłożył w domu na biurku wszystkie wydruki i zaczął je po 

kolei czytać. Miał w ręku sto pięćdziesiąt fiszek klonów znajdujących 
się w laboratorium na wyspie Świętego Patryka. Na każdej z fiszek 

była fotografia, twarze były bez wyrazu, głowy ogolone na łyso.

Był tam wnuk prezydenta Stanów Zjednoczonych. Miał numer 

744.   Byli   synowie   i   córki,   wnuki   i   wnuczki     aktorów,   senatorów, 

45

background image

Adam Pietrasiewicz

deputowanych i innych grubych ryb z całego świata. Był nawet wnuk 

dyktatora Korei Północnej. 

Wyglądało   na   to,   że   Jacky   wiedział   o   czym   mówi.   Bermes   z 

zainteresowaniem   czytał   informacje,   które   bardziej   przypominały 
kartę   choroby   niż   personalną.   Choroby,   to   może   niezbyt   dobrze 

powiedziane,   klony   nigdy   nie   chorowały,   większość   czasu 
pozostawały w sterylnych warunkach i nie miały gdzie się zarazić. 

Chociaż   nie,   klon   syna   księcia   Walii   złamał   nogę.   A   jednak   i 

klonom mogło się czasami coś przydarzyć. Bermes z coraz większym 

zainteresowaniem   przeglądał   fiszki.   Chciał   dokonać   pierwszej 
selekcji.   Nie   mogli   zająć   się   wszystkimi,   trzeba   było   wybrać 

dziesięciu, najlepiej z najbogatszych rodzin.

Musiał   najpierw   ustalić   kryteria   wyboru.   I   to   zanim   przejrzy 

wszystkie   fiszki,   by   nie   sugerować   sobie   kryteriów   na   podstawie 
przeczytanych informacji.

Po   pierwsze   -   wiek.   20   -   30   lat.   Organizm   jest   wtedy 

najodporniejszy,   nie   wiadomo   jak   długo   to   wszystko   potrwa   i   jak 

klony to wszystko zniosą.

Po   drugie   płeć.   Lepiej   wybrać   mężczyzn,   zlikwiduje   to 

niepotrzebne dwuznaczne sytuacje w czasie operacji. Nigdy nic nie 
wiadomo z chłopakami. Nie wiadomo też co będzie potem.

Po   trzecie   pochodzenie.   Wydawałoby   się,   że   najlepiej   wybrać 

tych z najbogatszych rodzin. Ale czy napewno? Rodzina Salenzano z 

Detroit   miała   na   wyspie   Św.  Patryka  aż   trzy  klony.   Nieźle   musieli 
płacić   za  ich  utrzymanie.   Ale   przecież   lepiej   z  nimi   nie  zadzierać, 

tacy   ludzie   mają   zazwyczaj   długie   ręce.   I   nie   lubią,   gdy   obcy 
mieszają się do ich spraw rodzinnych. Najlepiej wybrać rodziny poza 

wszelkimi   podejrzeniami,   rodziny   o   nazwiskach   znanych   szerokiej 
publiczności. 

Długo przeglądał fiszki, jedne odrzucał, drugie odkładał, wracał 

do tych, które odrzucił. Wreszcie, gdy było już dobrze po jedenastej 

wieczorem ułożył plik dziesięciu fiszek. Odetchnął, nalał sobie zimnej 
kawy z porannego parzenia i poszedł spać.

Następnego dnia rano zadzwonił do Agnes, by poinformować ją, 

że nie przyjdzie do biura. Spakował do nesesera trochę papierów, 

wsiadł do samochodu i ruszył do Frankfurtu po "Hrabiego". Samolot 
lądował   o   dwunastej   trzydzieści,   miał   przed   sobą   jeszcze   cztery 

godziny.   Zupełnie   wystarczająco,   by   pokonać   280   kilometrów 
dzielące Metz od Frankfurtu.

Lotnisko we Frankfurcie jest gigantyczne. Mimo tego wciąż się 

rozbudowywuje   i   końca   prac   nie   widać.   Bermes   nie   znał 

niemieckiego, nie lubił tego języka, więc nie bez kłopotów odnalazł 

background image

terminal, do którego podchodziły samoloty z Polski.

Stojący przy drzwiach ponury policjant przyjrzał mu się bardzo 

dokładnie.   Od   kilku   miesięcy   niemiecka   policja   była   w   stanie 

najwyższej   gotowości   bojowej.   Arabskie   organizacje   terrorystyczne 
zagroziły Niemcom straszliwymi represjami za udział Bundeswehry w 

drugiej   akcji   przeciwko   Irakowi.   Był   to   pierwszy   przypadek   w 
ostatnim   pięćdziesięcioleciu   gdy   armia   niemiecka   brała   udział   w 

akcji zbrojnej poza granicami Niemiec.

Wszedł do hali terminala i stanął za szklaną szybą oddzielającą 

oczekujących   od   przylatujących.   Na   tablicy   świetlnej   ogłoszono 
właśnie   przylot   samolotu   Lufthansy   z   Warszawy.   Przez   bramki 

kontroli   paszportowej   zaczęli   wysypywać   się   pierwsi   przyjezdni. 
Poznał Falkowskiego od razu. Wysoki, lekko rudawy blondyn, krótko 

ostrzyżony   brodacz   wyróżniał   się   swymi   195   centymetrami   i 
szerokimi barami.

Jak było w zwyczaju najemników, obaj udali, że się nie znają. 

Nigdy nie wiadomo, kto może jednego lub drugiego śledzić. Spotkają 

się po wyjściu. Falkowski przejdzie koło niego, wyjdzie na zewnątrz i 
stanie przy drzwiach. Bermes wsiądzie do samochodu i ruszy, tak 

aby Hrabia zobaczył, jaki ma samochód i czy napewno nikt go nie 
śledzi. Teoretycznie na takie spotkania nie wolno było przyjeżdżać z 

"ogonem". Ale przecież nie zawsze udawało się ogon zgubić, coraz to 
nowe techniki inwigilacji utrudniały ucieczkę śledzącym.

Wsiadł   do   samochodu,   który   specjalnie   zaparkował   blisko 

wyjścia, na parkingu dla taksówek. Mandat zza wycieraczki schował 

do kieszeni. Trzydzieści marek nia stanowiło problemu, a jeśli miał 
ogon, to będzie mu trudno umknąć uwadze Falkowskiego. Wystarczy 

popatrzeć   na   inne   źle   zaparkowane   samochody,   które   ruszają   z 
miejsca. A mandat jest jeszcze jednym z elementów kontroli. Jeśli 

ruszy za nim samochód, który nie miał mandatu za wycieraczką, są 
duże   szanse,   że   go   śledzi.   Policjanci   nie   wypisywali   mandatów 

kolegom.

Ruszył   i   spokojnie   włączył   się   w   ruch.   Falkowski   stał   przy 

krawężniku i obojętnie patrzył gdzieś w lewo. Po przejechaniu kilku 
przecznic prowadzących do innych terminali zawrócił.

Gdy go zobaczył, Hrabia ruszył szybkim krokiem przed siebie. 

Teraz Bermes miał sprawdzić czy Polak nie ma ogona. Wyglądało na 

to,   że   za   nim   nikt   nie   jechał,   bo   gdyby   Polak   zobaczył   coś 
podejrzanego, nie ruszyłby przed siebie lecz dalej stałby w miejscu.

  Za   Falkowskim   najwyraźniej   też   nikt   nie   szedł.   Po   kilkuset 

metrach podjechał i otworzył prawe drzwi. 

- Wsiadaj dryblasie, jedziemy.

47

background image

Adam Pietrasiewicz

- Jak się masz stary byku - Falkowski uśmiechał się szeroko. - Ile 

to już lat się nie widzieliśmy?

- Będzie ze cztery z okładem - Bermes ścisnął dłoń Polaka. - W 

ogóle się nie zmieniłeś od tamtego czasu.

-   O   skoro   tak   mówisz,   to   musiałem   się   nieźle   posunąć.   Ale 

jeszcze mam trochę sił, by zarobić nieco pieniędzy. A co u ciebie, 
dalej bawisz się w komputery?

- Mam małą firmę, jakoś mi to idzie, mam z czego żyć, ale wciąż 

mi czegoś w życiu brak. Tak jak i tobie. Pamiętasz jak rozmawialiśmy 

wtedy w Mostarze? 

-   Pewnie,   że   pamiętam,   sikałeś   ze   strachu   w   majtki,   jak 

Serbowie walili do nas z siedemdziesiątki piątki. 

Bermes nacisnął pedał gazu do oporu i sunęli teraz ponad 230 

km na godzinę.

Rozmawiali   przez   chwilę   o   kolegach,   których   już   nie   było. 

Niektórzy   polegli,   inni   trafiali   za   kraty.   Ciężko   było   myśleć   o 
kolegach,   którzy   odeszli.   Ciężej   jeszcze   było   dowiedzieć   się,   że 

któryś z nich zmarł w więzieniu. Dla żołnierza była to najgorsza z 
możliwych śmierci. Najemnicy nie umierają w więzieniu, najemnicy 

umierają na polu bitwy, od kuli. Albo ze starości, pod palmami na 
Wyspach Kokosowych.

-   A   ty   co   robiłeś   od   tego   czasu?   Byłeś   jeszcze   gdzieś   po 

Jugosławii? - zapytał Hrabiego.

- Byłem w Iraku. Wzięli nas tam Amerykanie, do bardzo brudnej 

roboty   na   tyłach   wroga.   Tak   brudnej,   że   nawet   nie   chcieli   posłać 

swoich   zielonych   beretów.   Oj   ciężko   było,   ciężko.   Mieliśmy 
zaatakować   jakąś   małą   wioskę,   gdzie   ukrywała   się   rodzina 

prezydenta.   Spuścili   nas   na   spadochronach   i   obiecali   podstawić 
helikopter po dwudziestu czterech godzinach.

Znaleźliśmy   jakieś   dwie  kobiety  z   gromadką   dzieci   pilnowane 

przez   kilkunastu   goryli.   Ochroniarzy   sprzątnęliśmy,   a   kobiety   z 

drobiazgiem   zabraliśmy   dżipami   w   stronę   Basry.   Zanim 
przejechaliśmy 10 kilometrów, mieliśmy już za nami pościg. Nieźle 

żeśmy   się   natrudzili,   żeby   się   wymknąć,   ale   w   końcu   zgubiliśmy 
cholernych sierściuchów.

Na nic się to nie zdało, bo jak kobiety zobaczyły, że pościg nas 

nie   złapie,   to   wzięły   i   otruły   dzieciaki,   a   same   rozerwały   się 

granatem.   Straciliśmy   przy   okazji   dwóch   chłopaków.   Potworne   to 
było, mówię ci, ci Arabowie to zupełnie dzicy ludzie.

No i oczywiście helikopter nie przyleciał i musieliśmy się sami 

przebijać przez prawie dwieście kilometrów pustyni. 

- Zapłacili wam chociaż?

background image

- A pewnie, że zapłacili, zabitym też, ale potem dostaliśmy kopa 

w dupę i tyle z tego było. Z Amerykanami nie jest łatwo. A co ty 
masz mi do zaproponowania?

-   Karaiby   mój   przyjacielu.   Karaiby,   słoneczne   plaże,   piękne 

Indianki   i   palmy   nad   wodą.   Spokojną   akcję,   bez   fajerwerków, 

przyjeżdżamy, napędzamy trochę strachu towarzystwu i po sprawie. 
A w kieszeni 20 tysiączków.

- Coś mi to za ładnie brzmi, mój kochany. Coś zbyt to wszystko 

piękne. Akcja nie jest zorganizowana?

-   Nie.   Przewodnikiem   będzie   Jacky.   I   ja,   ale   głownie   to   on. 

Pojutrze spotykamy się u mnie, to wszystko omówimy.

Niewiele rozmawiali w dalszej drodze. Obaj wspominali dawne 

czasy i Jugosławię, gdzie się poznali. Po półtorej godziny jazdy byli 

na granicy francuskiej. Bermes nie obawiał się specjalnie kontroli, 
samochód   zarejestrowany   miał   w   Metzu,   w   departamencie 

graniczącym   z   Niemcami,   a   tych   raczej   na   granicy   nie 
zatrzymywano.   Przejechali   obok   opustoszałych   budek   celników   z 

przepisową prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Kilkanaście kilometrów od granicy stała bramka do płacenia za 

autostradę.   Przy   bramce   stał   lotny   patrol   celników   na   motorach. 
Jeden z motocyklistów ruszył za nimi, gdy przekroczyli bramkę.

- Jesteś czysty? - zapytał Bermes.
- Jak łza. Ale nie lubię tych facetów. Wydaje im się, że wszystko 

im wolno. Zatrzymają nas, myślisz?

- Zobaczymy zaraz.

Celnicy   na   motocyklach   wyprzedzili   ich   i   kazali   zjechać   na 

pobocze.   Skontrolowali   papiery,   zajrzeli   do   bagażnika   i   odjechali. 

Polowali   raczej   na   ciężarówki,   samochody   osobowe   zatrzymywali 
jedynie dla rozrywki.

W Metzu Falkowski wynajął pokój w hotelu naprzeciwko dworca 

i   poszedł   zwiedzać   miasto.   Nie   miał   nic   więcej   do   roboty   aż   do 

niedzieli, do spotkania wszystkich uczestników planowanej akcji.

*

Komisarz Jacques Richert z DST, francuskiego kontrwywiadu w 

Metzu, przeglądał papiery  leżące  na biurku. Miał  przed  sobą kilka 

teczek   personalnych   i   raporty.   Wśród   papierów   przewracały   się 
zdjęcia  czarnego  mercedesa  500  sfotografowanego   na  bramce   na 

autostradzie   pod   St.Avold.   W   mercedesie   wyraźnie   widać   było 
twarze dwóch mężczyzn. Kierowcę, Maurica Bermesa  znał dobrze, 

były   najemnik,   który   zmieniwszy   zawód   stał   się   właścicielem 
doskonale   prosperującej   firmy   informatycznej   na   Technopolu   w 

Metzu.   Drugiego   nigdy   nie   widział.   W   raporcie   lotnego   patrolu 

49

background image

Adam Pietrasiewicz

wpisane było - Polak, lat 35, Aleksander Falkowski, paszport polski, 

zamieszkały w Polsce.

Richert   sięgnął   po   telefon.   Po   wykręceniu   kilkunastu   cyfr 

usłyszał   sygnał.   Nie   potrafił   mówić   po   polsku,   więc   nieporadną 
angielszczyzną   poprosił   do   telefonu   pułkownika   Wilczyńskiego, 

którego   poznał   kiedyś   na   stażu   w   Interpolu.   Nie   miał   wcale 
przeczucia, ani nie spodziewał się rewelacji. Po prostu postanowił nie 

odnosić akt do archiwum, zanim nie sporządzi kompletnego raportu 
z akcji inwigilacyjnej.

Po dwudziestominutowej rozmowie z Wilczyńskim podszedł do 

faxu, który stał w sąsiednim biurze i czekał. Pomyślał sobie, że może 

to była jednak intuicja...

Gdy   przeczytał   raport   z   polskiego   Urzędu   Ochrony   Państwa 

postanowił   nie   odnosić   akt   do   archiwum.   Sięgnął   po   telefon   i 
połączył się z wydziałem operacyjnym.

background image

Rozdział 5

Dojście do bunkra nie było łatwe. Jedyna ścieżka, którą można 

było przejść, była właściwie niewidoczna. Oczywiście Goldman, łysy 
Daniel i pielęgniarki znały ją na pamięć, ale dla kogoś z zewnątrz 

była to droga nie do przebycia. Cały teren był zaminowany, raz na 
pół   roku   przyjeżdżała   ekipa   saperów   i   sprawdzała   stan   min.   Min, 

które według  słów zagadniętego sapera  nie  zabijały  tylko  urywały 
nogi.

-   Wie   pan   -   tłumaczył   Goldmanowi   młody   saper   -   na   wojnie 

czasami lepiej poranić niż zabić przeciwnika. Jak się zabije to reszta 

idzie dalej, jak się porani kilku musi się nim zająć i nie biorą udziału 
w walkach albo opóźniają marsz. A co wy tu właściwie robicie?

Widać było z jak wielkim zdziwieniem młody żołnierz patrzył na 

bunkier, płot i pole minowe.

- To jakieś super tajne laboratoria, co? Mówili nam, że nie mamy 

prawa   nikomu   opowiadać   o   tym,   co   widzieliśmy.   Pan   jest   z 

Pentagonu?

- Ściśle tajne - odpowiedział Goldman, - lepiej zmieńmy temat.

Przy   bramie   stał   łysy   Daniel.   Przyglądał   się   swemu   szefowi, 

który pewnym krokiem przechodził przez pole minowe. Dwa kroki do 

przodu, w lewo, trzy kroki, w prawo, cztery kroki i brama.

Druty   kolczaste   stanowiły   drugi   pas   ochronny.   Był   to   jakiś 

sprytny system drutów połączonych w obwód elektryczny, który przy 
jakimkolwiek naruszeniu ciągłości włączał alarm. Wystarczyło ponoć 

przeciąć jeden drut, by zaczęła wyć syrena, nastąpiło zablokowanie 
drzwi   od   bunkra   i   został   nadany   automatyczny   sygnał   radiowy 

informujący centralę o wtargnięciu  nieproszonego  gościa na teren 
obozu.

Początkowo   Goldman   obawiał   się,   że   alarm   włączy   się 

przypadkowo,   uruchomiony   przez   jakieś   zwierzę   czy   wiatr.   Ale 

okazało się, że zwierząt na wyspie nie ma, to znaczy nie ma takich, 
które mogłyby tego dokonać, a wiatr, nawet huraganowy, nie był w 

stanie zerwać drutów.

Chociaż   wczorajszy   huragan   zabawił   się   minami,   powodując 

eksplozje   conajmniej   kilkunastu,   rzucając   na   nie   kawałki 
wyłamanych gałęzi i kamienie. Kolejna ekipa saperów będzie miała 

trochę roboty przy zakopywaniu i maskowaniu nowych.

- Za godzinę zaczynamy. - łysy Daniel otworzył bramę. - Zejdzie 

pan od razu do laboratorium czy robimy sami?

- Zejdę z wami. Jak tam nr 24? Noga mu się zrosła?

- Nie wiem, niech pan zapyta dziewczyn, to ich robota.

51

background image

Adam Pietrasiewicz

Były trzy pielęgniarki. Ich zadaniem było utrzymywanie klonów 

przy życiu, kontrola ciśnienia, rytmu serca itp. Miały pod opieką sto 
pięćdziesiąt   klonów,   po   pięćdziesiąt   każda.   Były   wśród   klonów 

kobiety, byli mężczyźni, były i kilkunastoletnie dzieci. Wielokrotnie 
Goldman   zastanawiał   się   czy   są   to   mężczyźni   i   kobiety,   czy   też 

samce i samice...

Myślał o stronie moralnej działalności, w której uczestniczył lecz 

uznał, że opory moralne, przynajmniej w jego przypadku, powinny 
maleć   w   tempie,   w   jakim   pęczniało   konto   w   banku.   W   bazie   nikt 

nigdy   nie   rozmawiał   o   tych   sprawach.   Był   to   temat   niechętnie 
podnoszony, wszyscy woleli rozmawiać o czymś innym.

Pielęgniarki były wysoko kwalifikowanymi specjalistkami w swej 

dziedzinie, zarabiały niewiele mniej niż szef placówki, a praca była 

dość   prosta.   Chodziło   o   utrzymanie   przy   życiu   w   dobrym   zdrowiu 
kilkudziesięciu   osobników,   łagodnych   jak   szczenięta,   nie 

stawiających nigdy oporu i nigdy właściwie nie chorujących. Nic więc 
dziwnego, że dwie były już tu na drugim z kolei kontrakcie. Trzecia, o 

pięknym imieniu Elsa zjawiła się na wyspie przed trzema miesiącami 
zastępując   Angelę,   która   popełniła   samobójstwo   po   ostatnim 

zabiegu.

Goldman   starał   się   wyobrazić   sobie   więzy,   jakie   rodziły   się 

między   pielęgniarkami   i   ich   podopiecznymi.   Trzy   miesiące   opieki 
wystarczało   czasami   klonom,   by   zacząć   poznawać   swe   opiekunki. 

Niektóre   klony   śmiały   się   głośno   gdy   do   nich   podchodziły,   inne 
zaczynały poruszać się gwałtownie, jakby tańcząc, inne jeszcze nie 

reagowały   wcale.   Mogło   to   wystarczyć,   by   obudzić   w   kobiecie 
uczucia   macieżyńskie,   a   zabieg   przekreślał   wszystko.   Po   zabiegu 

klon   stawał   się   poruszającą   się   kupą   mięsa   i   mimo   umiejętności 
chodzenia,   pierwszych   kilkanaście   dni   spędzał   na   tak   zwanej 

szubienicy albo huśtawce. Był to skomplikowany system wyciągów i 
pasów   pozwalający   na   utrzymanie   ciała   w   jakiejś   pozycji   i   na   jej 

zmianę w celu uniknięcia odleżyn.

Sala szubienic była raczej ponurym widowiskiem. Pomieszczenie 

miało   jakieś   50   metrów   kwadratowych,   a   ciała   wisiały   na   kilku 
poziomach,   tak   by   się   nie   dotykały.   Obok   była   maszynownia,   w 

której kilkadziesiąt dźwigni i guzików pozwalało opuszczać, podnosić 
i   zmieniać   pozycje   ciał.   Każdy,   kto   tu   wchodził   po   raz   pierwszy 

całkiem   automatycznie   cofał   się   z   przerażenia,   jakby   oglądał   film 
grozy. Ale do wszystkiego można było się przyzwyczaić i po trzech 

zapiegach Goldman spokojnie przechodził pod wiszącymi ciałami. A 
właściwie nie pod, tylko wyznaczoną ścieżką, bowiem klony będąc 

organizmami   pozbawionymi   świadomości   załatwiały   swe   potrzeby 

background image

fizjologiczne pod siebie, nie zwracając uwagi na przechodzące dołem 

osoby.

Łysy   Daniel   otworzył   pancerne   drzwi   bunkra   swoją   kartą 

magnetyczną i znaleźli się w przedsionku, z którego kilka korytarzy 
prowadziło   do   laboratoriów,   części   mieszkalnej,   magazynów,   sali 

klonów, biblioteki i innych  pomieszczeń.  Pancerne  drzwi zamknęły 
się za nimi bezszelestnie. Goldman zawsze dziwił się, że nigdy nawet 

ani jeden zawias nie skrzypnął.

-   No   i   co   panie   Goldman   -   odezwał   się   łysy   Daniel,   gdy 

niekończącym   się   korytarzem   szli   do   przylegającego   do   sali 
szubienic   gabinetu   zabiegowego   -   rozdmuchało   panu   szałas,   co? 

Będzie go pan naprawiał?

- A będę. Nie mam zamiaru na tak pięknej wyspie mieszkać w 

betonowym bunkrze. I liczę na pana pomoc przy odbudowie, trzeba 
zrobić nowy dach i trochę wszystko uporządkować. 

-   Nie   ma   problemu   szefie.   Daniel   potrafi,   szczególnie   jeśli 

rozpuszczalnik do kleju...

- Tak, wiem, - Goldman był zadowolony, że tak łatwo poszło mu 

z   łysym   Danielem,   -   rozpuszczalnik   do   kleju   musi   pochodzić   ze 

szkockiej beczki. Wiem, zobaczymy co się da zrobić.

Picie   alkoholu   nie   było   dobrze   widziane   przez   kierownictwo 

Asocjacji, ale tak naprawdę nikt na to nie zwracał uwagi, jeśli nie 
dochodziło   do   ekscesów.   Goldman   właściwie   nie   pił,   jeśli   już,   to 

jakieś dobre wino. Łysy Daniel przyzwyczaił się do braku kompanów 
do kieliszka i popijał umiarkowanie. Kiedyś wyznał, że jest ostrożny, 

bo boi się, że jakby zbyt dużo wypił, toby mógł wleźć na minę. Pole 
minowe nazywał skądinąd polem wytrzeźwień.

- Wie pan co? - uśmiechnął się myśląc o czekającej go butelce 

Whyski - możemy zacząć po południu, po zabiegu.

- Dobrze, myślę, że do wieczora powinniśmy skończyć. A jak nie, 

to butelczynę wypijemy w bunkrze.

Zgasło światło. Bunkier nie miał okien więc zrobiło się całkiem 

ciemno. Kilka sekund, które potrzebne były na rozruch generatora 

pomocniczego wystarczyły, by Goldman poczuł się nieswojo. 

- Całe szczęście, że FBI nie wie nic o mojej klaustrofobii, nigdy 

bym   tu   nie   przyjechał   -   pomyślał,   ze   wszystkich   sił   opanowując 
ochotę złapania łysego Daniela za rękę.

- A niech to szlag nagły trafi - łysy Daniel z wściekłością patrzył 

na lekko migoczącą lampę zasilaną z rezerwowego generatora. - Na 

rezerwowym nie będziemy mogli zrobić zabiegów.

- To się je przesunie. Niech pan teraz pójdzie zobaczyć, co to się 

stało. Ja idę do pielęgniarek i do klonów.

53

background image

Adam Pietrasiewicz

Łysy   Daniel   zawrócił,   a   Goldman   szybkim   krokiem   ruszył   w 

stronę gabinetu zabiegowego. Przed drzwiami natknął się na Elzę.

- Co się stało szefie? - zapytała z pięknym uśmiechem.

"Ładna bestia, cholernie ładna" pomyślał, a głośno powiedział:
- To generator, wysłałem Daniela by go naprawił. Ale boję się, 

że z zabiegu nic dziś nie będzie.

- Klony są niespokojne. - Elsa popatrzyła na Goldmana swymi 

zielonymi oczami jakby z ulgą.

-   To   pewnie   ten   chwilowy   brak   światła.   A   poza   tym   mam 

wrażenie, że one czują, że będzie zabieg. Już kilka razy zauważyłem, 
że w dniu zabiegu stają się niespokojne.

Była   to   prawda.   Rzeczywiście   za   każdym   razem,   gdy 

uczestniczył w zabiegach, klony były dziwne. Inne niż na codzień, 

jakby zdenerwowane. Trudno było jasno to sprecyzować, ich reakcje 
nie były takie jak ludzi. Nie były to reakcje dzieci, nie były to reakcje 

zwierząt.

Co trzy miesiące przez jedno popołudnie klony poddawane były 

zabiegowi tak zwanej dememoryzacji. Chodziło o to, że posiadając 
normalny ludzki mózg gromadziły pewną wiedzę, pamiętały tak jak 

pamięta człowiek, a Asocjacja życzyła sobie, by klony nie posiadały 
żadnej pamięci, żadnej świadomości.

Okazuje się, żę pewne pola magnetyczne o niezwykle wysokiej 

częstotliwości, oddziaływując na odpowiedzialne za pamięć struktury 

RNA   w   mózgu,   są   w   stanie   wymazać   wszystko,   co   się   w   nich 
znajduje. I tak po poddaniu ludzkiego mózgu działaniu takiego pola 

można   wyprodukować   istotę   bez   osobowości   i   bez   jakichkolwiek 
wspomnień. Urządzenie służące do przeprowadzania takiego zabiegu 

podobne   było   nieco   do   krzesła   elektrycznego   czy   fotela 
dentystycznego. Osobnik, któremu przeprowadzano operację siadał 

na   fotelu,   na   głowę   zakładano   mu   kask   i   po   minucie   było   po 
wszystkim.

Urządzenie dememoryzujące wynalezione zostało w połowie lat 

dziewięćdziesiątych.   Pierwsze   doświadczenia,   przeprowadzone   w 

Paryżu,   polegały   na   dememoryzacji   osób,   które   wielokrotnie 
podejmowały   próby   samobójcze.   Odbywało   się   to   oczywiście   za 

zgodą  tych  osób,  które  widziały  w   tym   szansę   na   zabicie  się  bez 
zabijania   ciała.   Wiele   o   tym   pisano   w   wyspecjalizowanych 

periodykach   lecz   metoda   nie   przyjęła   się   jako   terapia   manii 
samobójczych.   Okazywało   się   bowiem,   że   osobnicy   poddani 

dememoryzacji owszem, zaczynali po odpowiedniem przygotowaniu 
normalne życie lecz brak korzeni w otaczającym świecie powodował 

równie tragiczne skutki. Po dwóch, najdalej trzech latach większość 

background image

pacjentów podejmowała kolejną próbę targnięcia się na życie. Tym 

razem skutecznie.

Maszyna dememoryzacyjna wylądowała w magazynie i wszyscy 

o   niej   zapomnieli.   Wszyscy   poza   Asocjacją,   która   postanowiła 
wykorzystać ją do swych własnych celów.

Klony   były   istotami   całkowicie   sztucznymi.   Nie   istniały   jako 

obywatele jakiegokolwiek państwa, nie były dziećmi żadnych rodzin. 

Były   jedynie   magazynami   kompatabilnych   części   zamiennych   i 
niczym więcej. Decyzję o stworzeniu klona podejmowało małżeństwo 

jeszcze przed poczęciem dziecka. Przekazywało do Asocjacji wniosek 
o   sklonowanie   ich   przyszłego   dziecka   i   gdy   po   rutynowej   kontroli 

przeprowadzanej przez funkcjonariuszy Asocjacji okazywało się, że 
rodzina   będzie   w   stanie   utrzymać   klona   płacąc   250   000   dolarów 

rocznie, zapadała decyzja.

Poczęcie dziecka następowało w probówce. Z nasienia i jajeczek 

rodziców   oczywiście.   Przez   kilkanaście   godzin   po   zapłodnieniu 
embrion znajdował się pod obserwacją mikroskopową w oczekiwaniu 

na   moment,   w   którym   technicy   mogą   interweniować,   by   go 
sklonować   i   oddzielić   klona   od   embriona.   W   przypadku 

spontanicznego   powstania   bliźniąt   klonowano   dwa   osobniki,   za   tę 
samą cenę oczywiście. Taki prezent Asocjacji. Gdy kiedyś Goldman 

czytał dokumenty opisujące techniki klonowania zaczął się śmiać, bo 
pomyślał   o   sezonowych   przecenach   w   supermarkecie:   "   Dwa   Za 

Cenę Jednego!!!!". I właśnie tak było, Jeśli rodzice chcieli zapewnić 
maksimum bezpieczeństwa dziecku, musieli płacić.

Pierwszych dziesięć do piętnastu lat klon spędzał w specjalnym 

ośrodku   Asocjacji   w   pobliżu   miejsca   zamieszkania   swych 

życiodawców.   (Asocjacja   dokładała   wszelkich   starań,   by   nigdy   nie 
używać   określeń   mogących   wskazywać   na   to,   że   klony   są   w 

jakikolwiek   sposób   ludźmi.   Życiodawcą   klona   był   jego   bliźniak, 
rodzice   w   ogóle   w   żaden   sposób   nie   byli   brani   pod   uwagę   przez 

regulaminy.) A to ze względu na statystyki wskazujące, że właśnie w 
okresie   kilkunastu   pierwszych   lat   potrzeba   przeszczepów   jest 

najczęstsza.   Dzieci,   nawet   z   najbardziej   sprawnymi   organami 
wewnętrznymi mają tendencję do oblewania się gorącymi płynami, 

ucinania sobie palców, itp.

Po upływie piętnastu lat klon, jeśli jeszcze nie był wykorzystany 

i   mógł   samodzielnie   podtrzymywać   swe   funkcje   życiowe   odsyłany 
był to ośrodka takiego jak na wyspie Św.Patryka. Jeśli natomiast miał 

już   wcześniej   pobrane   pewne   organy   i   musiał   być   sztucznie 
utrzymywany   przy   życiu,   pozostawał   w   jednym   z 

wyspecjalizowanych ośrodków na kontynencie.

55

background image

Adam Pietrasiewicz

Lekarze Asocjacji stali się najlepszymi specjalistami w świecie w 

dziedzinie   podtrzymywania   funkcji   organizmu.   Potrafili   latami 
utrzymywać   przy   życiu   klony   pozbawione   serca,   płuc   i   wątroby. 

Przez lata prac wynaleziono skomplikowane aparaty umożliwiające 
dokonywanie   nieomalże   cudów.   Chodziło   o   to,   że   Asocjacja 

zobowiązywała się do zwrotu wszelkich kosztów życiodawcy, którego 
klon nie nadawałby się do użytku.

Po   śmierci   życiodawcy   klon   stawał   się   wyłączną   własnością 

Asocjacji,   która   mogła   z   nim   zrobić   wszystko.   "Osierocone"   klony 

stawały   się   z   reguły   królikami   doświadczalnymi   dla   laboratoriów 
farmaceutycznych,   które   sprawdzały   na   nich   działanie   nowych 

leków.   Przynajmniej   taka   była   wersja   oficjalna,   jaką   Asocjacja 
przedstawiała swym pracownikom. Goldman jednak miał co do tego 

pewne wątpliwości, bo jeśli nawet wersja ta była prawdopodobne, to 
gdzie w tym wszystkim było miejsce dla Ministerstwa Obrony? Nigdy, 

ani   razu   w   trakcie   kursu   przygotowawczego   nie   padło   ani   jedno 
zdanie   na   temat   roli   Pentagonu   w   działalności   Asocjacji.   Na 

zadawane pytania lektor odpowiadał wymijająco lub nie odpowiadał 
wcale.   A   saperzy   instalujący   miny   byli   żołnierzami   US   Army   i   nie 

mogli działać bez zgody wyższych instancji.

Goldman starał się o tym nie myśleć. I tak nie miał możliwości 

znalezienia odpowiedzi na swe pytania. Wiedział też, że zbyt daleko 
posunięta ciekawość może być bardzo niezdrowa.

Klony   praktycznie   cały   czas   przebywały   w   bunkrze.   Nie   było 

wprawdzie nigdy powiedziane, że nie wolno ich wyprowadzać, ale po 

historii   ze   złamaną   nogą   nr   24   Goldman   postanowił   oficjalnie 
zakazać wyprowadzania ich z bunkra.

Życie   na   wyspie   toczyło   się   ustalonym   rytmem   znaczonym 

cokwartalnymi zabiegami dememoryzującymi. Przez kilkanaście dni 

po zabiegu klony przebywały w sali szubienic, następnie schodziły do 
pomieszczeń   gdzie   przebywały   pod   opieką   pielęgniarek   aż   do 

następnego zabiegu. W pierwszym okresie kilkunastu lat, gdy klony 
nie były jeszcze w obozie, utrzymywano je w stanie uśpienia. Miało 

to   na   celu   powstrzymanie   rozwoju   mózgu   tak,   aby   jedynym 
podobieństwem klona do człowieka był wygląd. Następnie w ośrodku 

cokwartalny zabieg miał wystarczyć, by utrzymać je w odpowiedniej 
formie.

Zabieg wymazywał całą pamięć nabytą przez klona w okresie 

poprzedzających  tygodni. Okazywało się jednak, jak zaobserwował 

Goldman, że nie we wszystkich przypadkach zabieg dawał ten sam 
efekt. Oczywiście za każdym razem następowała utrata świadomości 

lecz   trwała   ona   czasami,   u   niektórych,   niezwykle   krótko.   Nr   24   A 

background image

ostatnim razem ocknął się już po trzech  dniach w sali szubienic i 

pielęgniarki   musiały   zaprowadzić   go   do   sali   ogólnej,   gdzie   przez 
tydzień czekał na resztę klonów.

Również   reakcje   zaobserwowane   w   trakcie   codziennej 

pielęgnacji   wskazywały,   że   klony   nie   o   wszystkim   zapominały,   bo 

czasami   bardzo   szybko   rozpoznawały   opiekujące   się   nimi 
pielęgniarki. Był przypadek, że po wyjściu z sali szubienic któryś z 

klonów głośnym krzykiem odmówił pozostania w innej sali, niż ta, w 
której znajdował się przed zabiegiem.

Goldman uznał to jednak za zachowanie mieszczące się jeszcze 

w   ramach   norm   zachowań   klonów   i   nie   napisał   na   ten   temat 

specjalnego   raportu.   Nie   napisał,   bo   wiedział   co   by   to   za   sobą 
pociągnęło   -   wizyty   komisji   lekarskich,   przesłuchania   personelu   i 

nieopisany   bałagan,  który  wybiłby   go  ze  spokojnego   i  wygodnego 
rytmu życia na wyspie.

-   Niech   pani   do   nich   zajrzy,   pani   Elzo,   nie   chciałbym   żeby 

wybuchły jakieś awantury. Zabieg przeprowadzimy jak tylko Daniel 

naprawi   generator,   prawdopodobnie   jutro.   -   Goldman   patrzył   za 
odchodzącą, która bujała biodrami, jakby specjalnie chciała na siebie 

zwrócić uwagę. 

*

Neurohr   siedział   koło   Bermesa   na   wielkim   skórzanym, 

pikowanym   fotelu   i   powoli   popijał   alkohol   ze   szklanki   z   grubego 

szkła. Reszta siedziała na krzesłach a Hrabia na wielkim pufie. Za 
oknem   zaczęło   się   już   sciemniać,   w   listopadzie   dni   były   bardzo 

krótkie.

-   Wiesz   Maurice,   -   Hrabia   patrzył   na   zegarek   i   za   okno,   -   w 

Polsce o tej porze jest już głęboka noc, nie wiedziałem że jest tu tak 
wielka różnica w czasie.

-   Już   Kopernik,   twój   rodak,   udowodnił,   że   Słońce   chodzi   po 

niebie,   więc   ponieważ   idzie   do   nas   od   wschodu   na   zachód,   to   w 

Polsce noc zapada wcześniej. - Odpowiedział Hrabiemu Becker.

- Co ty za bzdury opowiadasz - obruszył się Bastesin, - Kopernik 

właśnie udowodnił, że to Ziemia się kręci, a Słońce stoi.

-   Dziękuję   ci   za   wyjaśnienia,   co   my   byśmy   bez   ciebie   zrobili 

drogi Antoinie. 

I   wszyscy   oprócz   Bastesina   wybuchnęli   gromkim   śmiechem. 

Zawsze dawał się wpuszczać w maliny i nigdy nie wiedział, czy ktoś z 
niego żartuje, czy mówi prawdę. Możnaby pomyśleć, że jest naiwny, 

ale  on  po prostu  brał  życie  bardzo  na  serio  i uważał, że  wszyscy 
powinni być tacy, jak on.

Bermes   wstał   z   fotela   i   odsłonił   wielką   mapę   Karaibów 

57

background image

Adam Pietrasiewicz

przyczepioną do ściany.

- No, do rzeczy panowie, nie zebraliśmy się tu po to, by nabijać 

się z siebie. Oto cel naszej akcji - powiedział wskazując długopisem 

na maleńką wysepkę na południe od Martyniki. - Za dwa tygodnie, 
dokładnie   za   piętnaście   dni   macie   wszyscy   być   w   Kingstown   na 

wyspie St. Vincent. Stamtąd będziemy startować.

Celem akcji jest   bunkier na tej właśnie wysepce. Nie ma tam 

żadnej   ochrony   w   postaci   wojska.   Będziemy   mieli   do   sforsowania 
jedynie pole minowe i płot pod napięciem. To wszystko. 

Nie będziemy strzelać do nikogo, o ile będzie to możliwe. Jest 

tam dwóch mężczyzn i trzy kobiety, zamknięci w bunkrze. Jest tam 

centrum   łączności,   na   dachu   jest   antena.   Musimy   dostać   się   do 
środka gdy drzwi będą otwarte, jeśli zatrzasną je, nie damy rady ich 

sforsować. Drzwi otwierają się za pomocą systemu elektronicznego 
na kartę z mikroprocesorem. Nie da się tego podrobić, więc trzeba 

będzie poczekać, aż drzwi będą otwarte. Jest to najsłabszy punkt w 
naszym planie - jeśli ci na wyspie zamkną drzwi, to nie damy rady 

nic   zrobić.   Ale   nie   załamujmy   się.   Mamy   na   wyspie   naszego 
człowieka, który spowoduje, że drzwi pozostaną otwarte.

Bermes podszedł do mapy i odczepił ją od ściany. Odsłonił się 

plan jakichś pomieszczeń.

-   Oto   plan   bunkra.   Nie   jest   wykluczone,   że   w   środku   będzie 

ciemno, okien tam nie ma. Naszym celem są te trzy pomieszczenia - 

ciągnął   wskazując   długopisem   wyrysowane   na   planie   sale.   Mamy 
stamtąd wyprowadzić 10 ludzi, którzy mogą znajdować się w stanie 

trudnym   do   przewidzenia,   ale   najprawdopodobniej   będą   całkiem 
bierni.

- Mówiłeś, że są tam tylko trzy dziewczyny i dwóch facetów... - 

powiedział Jean-Marc Becker. - Skąd się tam wzięło tych dziesięciu 

facetów?

- Trzy dziewczyny i dwaj mężczyźni są obsługą. Poza nimi jest 

tam... - Bermes zawiesił głos, jakby szukał odpowiedniego słowa - 
stu   pięćdziesięciu   więźniów.   Naszym   zadaniem   jest   wydobycie 

dziesięciu, których fotografie zaraz wam dam.

- To to jest jekieś więzienie? - Philippe Iribarne, były terorysta 

baskijski miał uczulenie na wszelkiego rodzaju miejsca odosobnienia. 
- Skoro to jest więzienie, to czemu nie ma klawiszy?

- Nie jest to więzienie takie, jak ty sobie to wyobrażasz. Jest to 

innego rodzaju więzienie, nie wiem czy nie gorsze. 

Tak jak powiedziałem, mamy stamtąd wydostać dziesięciu ludzi 

i   załadować   na   kuter,   który   będzie   czekał   przy   brzegu.   Ci   ludzie 

mogą się wam wydawać jacyś dziwni, jakby oszołomieni. Albo jak 

background image

chorzy psychicznie. Prawdopodobnie nic nie będą mówili, będą jak 

lunatycy. Jest to wynik działania narkotyków, którymi są szpikowani.

Ważnym jest, by żadnemu nie stała się jakakolwiek krzywda...

-   To   jacyś   twoi   kumple?   -   zapytał   Maurer   -   Bo   jeśli   to   twoi 

kumple, to bądź spokojny, że nie zostanie po tym bunkrze kamień na 

kamieniu. Słyszałem już o takich miejscach, ale nie wiedziałem, że to 
takie okropne. Wszyscy są tam pod działaniem narkotyków?

-   Wszyscy.   Ale   powtarzam,   naszym   celem   jest   jedynie 

wydobycie stamtąd dziesięciu ludzi. Koniec kropka. Nic nie będziemy 

wysadzać   w   powietrze,   nikogo   nie   będziemy   zabijać.   Gdy   ta 
dziesiątka   znajdzie   się   w   Kingstown,   wypłacam   wam   drugą   część 

sumy i wszyscy znikacie. Na tym kończy się wasza rola.

Teraz podział ról. Jacky z Robertem  przypłyną morzem.  Jacky 

znajdzie   w   Bridgetown   odpowiedni   kuter   i   razem   z   Robertem 
wypłyną jedenastego grudnia o ósmej rano. Zobaczymy się z nimi 

dopiero   na   wyspie.   Reszta   panów   poleci   ze   mną   helikopterem. 
Spotkamy   się   w   Kingstown   na   wyspie   Saint-Vincent   dwunastego 

grudnia dokładnie o ósmej rano w hotelu Excelsior. Dostaniecie tam 
sprzęt,   ale   macie   przyjechać   każdy   osobno,   wynajętym 

samochodem. Do St.Vincent przylatujemy wszyscy czyści jak łza. I z 
prawdziwymi papierami, żeby nie było jakichś historii na lotnisku.

-   Które   prawdziwe   papiery   mam   wziąć   -   spytał   Baskijczyk 

wzbudzając wybuch radosnego śmiechu. Od tak dawna się ukrywał, i 

używał tak wielu różnych dokumentów, że jak mówił, sam zapomniał, 
jak się nazywa.

- Sam wiesz najlepiej, które wziąć. A teraz panowie przejdziemy 

do najprzyjemniejszej części naszego spotkania. - Bermes sięgnął do 

szuflady i wyjął pięć wypchanych kopert. - Od tej chwili jesteśmy w 
akcji moi panowie.

Neurohr,   który   nic   nie   mówił   od   początku   spotkania   wstał   i 

wyjrzał przez okno. Następnie zasunął zasłony. Wszyscy popatrzyli 

na niego z niepokojem.

- Coś nie tak, Jacky? - zapytał Iribarne.

-   Nie   wiem,   wolę   na   zimne   dmuchać.   Dziś   rano   widziałem 

facetów z DST. Byli w hotelu i przeglądali księgi meldunkowe. Może 

to nie ma znaczenia, ale lepiej, żebyśmy byli ostrożni. Na wszelki 
wypadek sprawdźcie, czy nie macie ogona.

59

background image

Adam Pietrasiewicz

Rozdział 6

Richert z wściekłością rzucił dopiero co zapalonego papierosa 

do   popielniczki.   Nie   cierpiał,   gdy   ktoś   zwracał   mu   uwagę.   Tym 
bardziej jeśli chodziło o takiego szczeniaka jak ten inspektor Barthel. 

Chucherko   takie,   ledwo   od   ziemi   odrósł,   a   pozwala   sobie   na 
zwracanie uwagi przełożonym.

Ale teoretycznie miał rację, nie wolno było palić w biurze. Tyle, 

że w tym biurze to właśnie on, Richert był szefem. Ale nie ma o co 

się pieklić, szczeniak zaraz wyjdzie, wtedy sobie zapali.

-   Już   gaszę   panie   inspektorze,   już   gaszę.   Czy   wlepi   mi   pan 

mandat?   Teoretycznie   może   mi   pan   wlepić   mandat   za   700.   -   Nie 
mógł opanować złości.

-   Panie   komisarzu,   ja   bardzo   przepraszam,   mi   nie   chodzi   o 

mandat. Tu chodzi o zasady. 

-   Pyskaty   jesteś   chłopcze,   bardzo   pyskaty.   Daleko   zajdziesz. 

Albo nigdzie nie zajdziesz. Czas pokaże. No, masz coś nowego?

- Proszę bardzo, oto lista gości hotelu Concorde, Ibis i Mercure. 

Resztę   list   przyniesie   inspektor   Collin,   powinien   już   tu   być.   - 

Powiedział Barthel kładąc na biurku szefa plik papierów. Nie cierpiał 
tonu swego szefa. Szanował go, Richert był doskonałym policjantem, 

ale był strasznie denerwujący. - Mam je wpuścić na komputer?

-  To znaczy, że jeszcze nie  jest to zrobione?  -  Richert szukał 

dziury w całym.

- Sam pan prosił, żeby jak najszybciej przynieść panu te listy, 

panie komisarzu.

- Oj, pyskaty jesteś chłopcze, bardzo pyskaty. Właduj mi to do 

komputera i przynieś wyniki. Jak zobaczysz Collina, niech zrobi to 
samo. Nie mam ochoty babrać się w tonach papierzysk. 

W   momencie   gdy   inspektor   przekroczył   próg   biura,   Richert 

wyciągnął   nowego   Camela   i   szybko   zapalił.   Zaciągnął   się 

aromatycznym dymem i wrócił do przerwanych rozmyślań.

Bermes był najemnikiem w Jugosławii. Wszyscy o tym wiedzieli, 

ale   nic   mu   nie   można   było   udowodnić,   więc   zostawiono   go   w 
spokoju.   Zresztą   Richerta   niewiele   obchodziło   gdzie   Bermes   był, 

mógłby  być  i  na  Falklandach,  byleby  siedział  spokojnie  i  nie  robił 
głupstw. 

Falkowski   też   był   w   Jugosławii.   Przyjechał   być   może   tylko   w 

odwiedziny do przyjaciela, może wpadł ot tak, na weekend. Ale może 

i   nie.   Komisarz   nie   lubił   gdy   na   jego   terenie   robiło   się   gęsto   od 
najemników. Komputer znajdzie wśród gości hotelowych nazwiska, 

które   zna.   Albo   i   nie   znajdzie.   W   każdym   razie   postanowił   nadal 

background image

obserwować Bermesa, jak robił to od lat, od czasu do czasu. Z takimi 

ludźmi   nic   nie   wiadomo.   Czasami,   jak   im   coś   przyjdzie   do   głowy, 
zaczynają strzelać do wszystkiego, co się rusza, nawet zupełnie bez 

powodu. A w Metzu miał być spokój i porządek.

Ostatnio   na   spotkaniu   komisarzy   w   Paryżu   jego   okręg   został 

wyróżniony.   Zawsze   to   dobry   punkt   w   teczce   personalnej.   Jeden 
stopień do promocji. I być może będzie mógł kiedyś, tak jak marzył, 

zainstalować  się na Reunion, by za 10  lat przejść  na emeryturę i 
zostać konsultantem w dziedzinie bezpieczeństwa. 

Ale   narazie   trzeba   było   zająć   się   Bermesem,   i   to   w   jak 

najbardziej dyskretny sposób, żeby nie wzbudzić podejrzeń, bo jeśli 

by   coś   szykował,   to   lepiej   go   nie   płoszyć.   Jeśli   w   Metzu   będzie 
jeszcze jeden najemnik poza Falkowskim, będzie to mogło oznaczać 

początek   jakiejś   akcji.   A   najemnicy   raczej   nie   organizują   akcji 
zbierania pieniędzy dla Armii Zbawienia. Jeśli będzie jeszcze chociaż 

jeden, wystąpi do sędziego o zgodę na podsłuch. 

Richert   zastanawiał   się   czego   mogliby   szukać   najemnicy   w 

Metzu. Wykluczał akcję na terenie Francji, nie mieli zwyczaju działać 
w   Europie   Zachodniej.   Prawdopodobnie   coś   przygotowywali, 

problemem było jedynie dowiedzenie się gdzie. Popatrzył na wielką 
mapę świata rozpiętą na ścianie naprzeciwko biurka. Miejsc mogło 

być dziesiątki, zawsze gdzieś były jakieś niepokoje, zawsze gdzieś 
była wojna. 

Czytał,   że   od   końca   drugiej   wojny   światowej   nie   było   ani 

jednego dnia w którym na całej ziemi panowałby pokój. A wszelkie 

wojny, wojenki i pucze były pożywką dla ludzi takich jak Bermes. Ale 
najważniejszym zadaniem Richerta była ochrona interesów Francji. 

Za to mu płacono i tylko tym miał się zajmować.

Trudno   jednak   było   nie   niepokoić   się,   gdy   pojawiali   się   tacy 

ludzie. Ich zamiary nigdy nie były czyste, tak jak ich ręce zawsze 
były schlapane  krwią. Interesy  Francji, to pojęcie  bardzo szerokie. 

Może obejmować zarówno to co dzieje się w ramach jej granic, jak i 
stosunki z innymi państwami. Więc plany najemników mogą w jakiś 

sposób również godzić w interesy Francji. I dlatego właśnie należy 
się nimi zająć.

Z   rozmyślań   wyrwał   go   Barthel.   Wszedł   ze   stertą   wydruków 

komputerowych.   Podszedł   do   biurka   Richerta   i   zwalił   wszystko   na 

jedną kupę. 

- Jest tu wszystko. Chyba miał pan rację, panie komisarzu. Coś 

się dzieje.

- Naucz się chłopcze - Richert uwielbiał mieć rację i nigdy nie 

tracił okazji, by to okazać. - Naucz się chłopcze, że twój przełożony 

61

background image

Adam Pietrasiewicz

ma   zawsze   rację.   To   się   nazywa   nos.   Jak   trochę   popracujesz,   jak 

trochę jeszcze pobędziesz gliną, to może też będziesz miał taki nos. 
A   narazie   zostaw   mnie   w   spokoju.   Szef   będzie   myślał,   a   jest   to 

czynnośc wymagająca skupienia.

- Już idę panie komisarzu. Jeszcze tylko chciałem powiedzieć, że 

Collin jeszcze nie wrócił, jak wróci, to zaraz go do pana przyślę.

- Zmykaj. I zamknij porządnie drzwi.

Jak   to   zwykle   bywało   w   takich   razach,   komputer   na   każdego 

praktycznie gościa hotelowego coś miał. Mało było na świecie osób, 

które   czegoś   tam   nie   przeskrobały   w   życiu.   Tym   razem   jednak 
Barthel   zakreślił   czerwonym   ołówkiem   dwa   nazwiska.   Bastesin   i 

Maurer. 

Znał   tych   ludzi.   Znał   ich   nawet   zbyt   dobrze.   Poczuł   jakiś 

wewnętrzny niepokój.  Serce   zaczęło  mu  bić  mocniej,  ręce  zaczęły 
lekko drżeć. 

Bastesin był zwyczajnym płatnym mordercą, któremu niedość 

było   zabijać   pojedynczych   ludzi   więc   stał   się   najemnikiem,   by   w 

jakichś brudnych wojenkach i puczach zabijać masowo. Nigdy nic mu 
nie   udowodniono.   Miał   na   koncie   prawdopodobnie   ponad   20 

morderstw we Francji, Belgii, Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. 
Ponoć gdy został najemnikiem podszkolił się i stał się specjalistą od 

materiałów wybuchowych. Richert zdziwił się widząc to nazwisko na 
liście, myślał, że Bastesin siedzi w Ameryce Południowej.

Maurer był klasycznym typem najemnika. Spędził dziesięć lat w 

Legii Cudzoziemskiej i nie mógł sobie po wyjściu znaleźć miejsca w 

świecie   cywilów.   Do   Legii   nie   mógł   wrócić,   bo   przed   odejściem 
pozadzierał   z   oficerami   i   mogłoby   się   to   dla   niego   źle   skończyć. 

Jeździł więc po całym świecie i zaciągał się, gdzie mógł i gdzie go 
chcieli. 

Był dość prymitywny, Richert miał okazję przesłuchiwać go raz, 

gdy   zupełnie   przypadkiem   zamieszany   był   w  jakąś   bijatykę,   która 

zakończyła się strzelaniną w barze w Besançon. Był na tyle głupi, że 
dał   się   złapać   mając   przy   sobie   broń,   oczywiście   bez   pozwolenia. 

Skończyło się na grzywnie i konfiskacie, była to jednak doskonała 
okazja   dla   Richerta   by   poznać   jedną   z   osób,   które   w   archiwach 

figurowały w dziale "pod specjalną kontrolą".

Obecność   Maurera   nie   wróżyła   niczego   dobrego.   Komisarz 

postanowił poczekać na wyniki poszukiwań inspektora Collina, przed 
podjęciem konkretnych działań, wezwał jednak do siebie Barthela.

- Masz tu chłopcze fiszki trzech panów. I jeszcze jedną, którą 

dostałem   dziś   z   Polski.   Otóż   ci   panowie   są   najemnikami.   A 

najemnicy, to czarne charaktery, zapamiętaj to sobie. Natomiast my, 

background image

gliniarze, jesteśmy białymi charakterami, bo za nami stoi prawo. Tak 

więc jako biały charakter masz się zająć tymi zbójami.

Zdejmuję   cię   ze   wszystkich   spraw,   na   których   jesteś,   na 

najbliższych kilka dni. Pojedziesz na Technopole pod firmę Bermesa i 
będziesz wszędzie mu towarzyszył. Tylko dyskretnie, bo jak nie, to 

nogi   z   dupy   powyrywam.   Masz   być   wszędzie,   gdzie   będzie. 
Wszędzie,   zrozumiałeś?   Zabierz   kilku   chłopaków   z   operacyjnego, 

możesz wziąć trzy samochody i w drogę. I macie nie interweniować 
w żadnej sytuacji. Jakby nawet na środku ulicy gołymi rękami dusił 

nieletnie dzieci masz udawać, że nic nie widzisz. I trzy, nie, cztery 
razy   dziennie   masz   mi   składać   raport.   Chcę   wiedzieć   wszystko, 

włącznie z ilością papierosów, które wypali. Wszystko. Zrozumiałeś, 
czy mam ci zrobić rysunek?

- Zrozumiałem panie komisarzu. Jadę. A co z Collinem? Dołączy 

do mnie?

-   Wy   coś   za   bardzo   jesteście   nierozłączni.   Jeszcze   trochę   i 

zacznę   sobie   zadawać   pewne   pytania...   -   Richert   popatrzył   z 

krzywym uśmieszkiem na inspektora. - Zjeżdżaj, Collinem sam się 
zajmę.

Po  wyjściu Barthela przysunął się do  telefonu  i wykonał kilka 

rozmów. Następnie siadł przy terminalu komputera i zaczął stukać w 

klawisze. 

*

Po   niedzielnym   spotkaniu   wszystkich   uczestników 

przygotowywanej   akcji   Bermes   został   jeszcze   chwilę   z   Jackym. 

Zaniepokoiło   go,   to   co   Jacky   mówił   o   inspektorach   DST.   Był   to 
najmniej   odpowiedni   moment   na   zajmowanie   się   jeszcze 

policjantami. 

-   Myślisz,   że   to   ciebie   szukają?   -   zapytał   rozsiadłszy   się 

wygodnie w fotelu. - Może po tych historiach, jak za tobą chodzili w 
Kanadzie? Jak myślisz?

-   Nie   wiem,   ale   mi   się   to   nie   podoba.   Żeby   to   była   jeszcze 

zwyczajna policja, ale to jest DST. Nie lubię tego, bardzo nie lubię.

- Posłuchaj mnie, DST ma na nas teczki, to pewne. Ale przecież 

nie mogą nam zabronić urządzania spotkań towarzyskich. Uspokój 

się, myślę, że nie ma się czym przejmować. A może oni po prostu 
szukają kogoś innego?

-   Znasz   mnie,   Maurice.   Znasz   mnie   dobrze   i   wiesz,   że   wolę 

przewidywać najgorsze.  Dzięki temu jestem tu przed tobą, a nie pół 

metra pod ziemią gdzieś na końcu świata.

- Nie przesadzajmy, co nam mogą zrobić? Jesteśmy czyści.

- Tylko narazie, za dwa tygodnie przestaniemy.

63

background image

Adam Pietrasiewicz

Jacky   wyszedł   późną   nocą.   Rozmawiali   jeszcze   o   dawnych 

czasach,   o   Jugosławii,   o   pracy.   Jacky   opowiedział   Bermesowi   o 
Kanadzie,   przejrzeli   jeszcze   raz   fiszki   wydobyte   z   komputera 

Asocjacji. Uznali, że wybrali najlepsze. 

Bermes nie podzielał niepokoju Neurohra co do DST. Uważał, że 

obecność inspektorów w hotelu to tylko przypadek. Zdecydował, że 
na   wszelki   wypadek   od   rana   zacznie   sprawdzać,   czy   nie   jest   pod 

obserwacją.

Nikt nie jechał za nim, gdy rano wyszedł do pracy. Objechał trzy 

razy   dookoła   osiedle,   zatrzymywał   się   i   ruszał   w   najdziwniejszych 
miejscach   i  wyglądało   na  to,  że  nie   ma  "ogona".  Gdy   w  południe 

wyszedł na obiad też dokładnie sprawdził kto za nim jedzie. Uspokoił 
się już zupełnie. Jacky jest trochę histerykiem, pomyślał.

Wieczorem, gdy wychodził z biura miał przez moment wrażenie, 

że ktoś za nim jedzie, ale czerwony opel szybko zniknął za zakrętem.

Po   powrocie   do   domu   zabrał   się   do   przygotowań.   Pierwszą 

sprawą było załatwienie sprzętu. Siadł przy komputerze i zaczął robić 

spis. Przy każdym punkcie zostawiał miejsce na wpisanie kto i w jaki 
sposób dostarczy. A więc najpierw helikopter. Bez wahania wpisał 

obok   nazwisko   -   Rodriguez.   Stary   przemytnik   zamieszkały   na 
Trynidadzie   już   nie   raz   dostarczał   mu   różnego   rodzaju   sprzętu. 

Bermes   wiedział,   że   ma   on   również   helikopter,   i   to   działający. 
Przynajmniej   miał   jeszcze   na   początku   roku,   gdy   lecieli   razem   do 

Gujany. Następnie broń. Pięć M-16, pistolety, granaty, noże. Część 
mógł dostarczyć Rodriguez, miał nieprzeliczone ilości różnych rzeczy 

w swoim    baraku,  ale  nie  można było uzależnić   powodzenia  akcji 
jedynie od niego jednego. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Trzeba było 

szukać gdzie indziej.

Jeszcze   w   czasach   rewolucji,   w   Nikaragui   Bermes   poznał 

człowieka, który mógł ewentualnie być pomocnym. Handlarz bronią, 
najczęściej kradzioną, miał lub mógł mieć wszystko. Jedyną sprawą 

była   cena   -   handlując   bronią   kradzioną   ryzykował   tak   wiele,   że 
musiał sprzedawać drogo, bo, jak mówił, żona by go zamordowała.

- Co ja mam za życie, panie Bermes, - zwierzał się kiedyś po 

kilku   kielszkach.   -   Z   jednej   strony   mam   na   grzbiecie   policje 

wszystkich krajów Ameryki Centralnej, na dodatek CIA ma na mnie 
oko, wszyscy chcą mnie dopaść. Z drugiej strony, gdy już uda mi się 

wymknąć   ze   wszystkich   zastawianych   na   mnie   pułapek,   i   cały   i 
zdrów   wracam   do   domu   to   czeka   tam   na   mnie   coś   gorszego   od 

wszystkich policji, CIA i KGB razem wziętych. I tak to już ja mam. 
Panie Bermes, niech się pan czasem nie żeni.

Zanotował   jego   nazwisko   koło   broni   maszynowej   i   granatów. 

background image

Pistolety   postanowił   zdobyć   na   Martynice,   miał   tam   starego 

przyjaciela, wiedział, że może na niego liczyć. Dopisał go również 
przy   pozycji   "dokumenty".   Musieli   mieć   na   wszelki   wypadek 

dokumenty dla wszystkich. Po akcji pięciu musiało wrócić do domu, i 
lepiej, żeby nie afiszowali się za bardzo.

Z   ukryciem   klonów   nie   powinno   być   większych   kłopotów. 

Najbliższa kryjówka znajdowała się na Martynice, w Fort de France, 

naprzeciwko koszarów żandarmerii. W myśl zasady, że najciemniej 
jest pod latarnią. Neurohr miał tam znajomego, który nie zadawał 

niepotrzebnych pytań i za niewielką opłatą był gotów wynieść się z 
domu na jakiś czas. 

Jacky podjął się zorganizowania wszystkiego co było niezbędne 

do   akcji   od   strony   morza.   Kuter,   radar,   radio,   wszystko   to   miał 

załatwić gdzieś na Barbados. Już jutro miał wylecieć do Bridgetown.

Przygotowanie   planów   zajęło   mu   kilka   godzin.   Był 

perfekcjonistą,   lubił   gdy   wszystko   było   dopięte   na   ostatni   guzik. 
Wiedział oczywiście, że nigdy nie można przewidzieć wszystkiego, że 

każdy plan ma słabe strony. Myślał o słabych stronach ich planu i 
znalazł   ich   kilka.   Najpierw   zła   pogoda.   Cyklon   tropikalny   mógł 

pokrzyżować wszystko i odroczyć akcję. Mógł zepsuć się helikopter. 
Mogło wydarzyć sie jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które odłożyłyby 

lub   uniemożliwiłyby   wykonanie   akcji.   Zanotował,   że   przed   akcją 
trzeba będzie sprawdzić prognozę pogody. Położył się spać dopiero 

nad ranem.

*

Gdy   Elsa   odeszła   do   klonów,   Goldman   wszedł   do   gabinetu 

zabiegowego.   Pomieszczenie   było   puste,   lekko   migocząca   lampa 

oświetlała maszynerię dememoryzatora. Usiadł na fotelu i nałożył na 
głowę   kask.   Już   kilka   razy   siadał   na   fotelu   i   zawsze   gdy   to   robił 

odczuwał lekki dreszczyk emocji. Czuł się, jakby igrał ze śmiercią, bo 
całkowita   utrata   pamięci,   to   przecież   była   jak   gdyby   śmierć. 

Oczywiście ciało żyło nadal, ale była to tabula rasa, były to jakby 
narodziny nowego człowieka.

Dememoryzator   był   piekielną   maszyną,   był   to   prawdziwy 

diabelski   wynalazek.   Łączył   w   sobie   śmierć   z   narodzinami,   łączył 

jakby dobre ze złym. Był fizycznym dowodem na nieistnienie Boga 
będąc   równolegle  dowodem   na   istnienie   Szatana.   Goldman   nieraz 

czytał   o   przypadkach   utraty   pamięci.   Starał   się   sobie   wyobrazić, 
jakby to było, gdyby całkowicie stracił pamięć.

Życie   jest   pewnym   kointinuum.   Świadomość   opiera   się   na 

wspomnieniach   uporządkowanych   według   schematów   świata 

wewnętrznego,   który   istnieje   w   każdym   człowieku.   Świata 

65

background image

Adam Pietrasiewicz

wewnętrznego, który jest obrazem świata zewnętrznego. Obrazem, 

który tworzy się i przekształca od momentu narodzin aż do śmierci. 
Najpierw jest nim twarz matki, potem ściana, sufit i kilka zabawek 

powieszonych nad łóżeczkiem. Z czasem świat ten staje się coraz 
bardziej   skomplikowany,   coraz   bardziej   złożony.   Każdej   strukturze 

zewnętrznej   odpowiada   jakaś   struktura   wewnętrzna.   I   życie 
psychiczne polega na dostosowywaniu się struktur wewnętrznych do 

tych, jakie istnieją na zewnątrz. Każda nowa struktura, każda nowa 
rzecz, jaką widzimy po raz pierwszy, powoduje powstanie konfliktu 

między   tym   co   na   zewnątrz,   a   tym   co   wewnątrz.   I   konflikt   ten 
owocuje   powstaniem   lub   przemianą   jednej   ze   struktur   świata 

wewnętrznego. Życie jest ciągiem takich konfliktów. Jedną z definicji 
inteligencji   była   właśnie   elastyczność   świata   wewnętrznego   do 

dostosowywania się do świata zewnętrznego. 

Dememoryzator   likwidował   wszystko.   Likwidował   struktury, 

likwidował   wspomnienia.   Z   opracowań   omawiających   przypadki 
niedoszłych samobójców poddanych zabiegowi wynikało jednak, że 

nie   całkiem   wszystko   znikało.   Lekarze   psychiatrzy   opiekujący   się 
tymi   ludźmi   stwierdzali,   że   po   zabiegu   odbudowywali   sobie   świat 

wewnętrzny według podobnych do poprzedniego schematów. Mogło 
to   oznaczać,   że   obrazy   świata   w   mózgu   odpowiadały   pewnym 

strukturom   neuronalnym.   Oznaczałoby   to,   że   zabieg 
dememoryzujący   nie   wymazuję   tak   naprawdę   wszystkiego. 

Wymazanie wszystkiego musiałoby się równać dezintegracji mózgu, 
czyli śmierci ciała.

Przypadki klonów, które zdawały się rozpoznawać otoczenie po 

zabiegu potwierdzały te obserwacje. "Dusza jest strukturą mózgu", 

Goldman nie wierzył w Boga, ale pomyślał, że gdy kiedyś teologowie 
będą   musieli   rozważyć   trudny   problem   zabicia   świadomości   bez 

zabijania ciała, to prędzej czy później dojdą do takiego wniosku.

Posiedział   jeszcze   chwilę   na   fotelu   nestępnie   ruszył   w   stronę 

generatorów, zobaczyć co robi łysy Daniel. Zastał go przy zupełnie 
rozmontowanym głównym generatorze.

-   Niech   to   wszystko   nagła   cholera,   szefie.     Nic   tu   nie   widzę, 

wszystko powinno działać, a nie działa. Próbowałem go zapuścić, ale 

nie zaskakuje. Przeczyściłem wszystko, przewody paliwowe, pompę, 
gaźnik. Generator powinien normalnie działać.

- No to co będzie? Sprowadzamy mechaników z Martyniki?
-   E,  nie.   Daniel  potrafi   szefie.   Jakoś   to   wszystko   poskręcam   i 

maszyna ruszy. Jeszcze tak nie było, żeby kupa złomu przeciwstawiła 
się mojej woli. Naprawię to wszystko, a narazie będziemy używali 

zapasowego.

background image

- Mówił mi pan kiedyś, że zapasowy nie daje prądu dla całości 

urządzeń. Co nie działa?

Łysy Daniel podrapał się w głowę, wstał, wytarł ręcę w jakąś 

nieprawdopodobnie brudną szmatę i zaczął wyliczać.

-   Nie   ma   ciepłej   wody.   To   raz.   Ta   piekelna   maszyna   co   się 

klonom zakłada na głowę też nie działa, to dwa. No... co jeszcze... 
Radio działa, kuchnia jest na gaz, jeszcze coś tam było szefie, ale już 

nie   pamiętam.   Musiałbym   zobaczyć   na   planach   instalacji.   Ten 
zapasowy generator jest prawie tak samo wydajny, jak główny, ale 

ci,   co   go   tu   instalowali   uznali,   że   lepiej   będzie,   jak   się   go   będzie 
oszczędzało. A, tak jest, już wiem. Klimatyzacja nie działa. To znaczy 

jest   nawiew,   ale   tylko   nawiew   świeżego   powietrza   i   nic   więcej.   I 
drzwi wejściowe trzeba zamykać ręcznie, blokady też nie działają. 

Goldman popatrzył na rozkręconą maszynę. Nigdy nie znał się 

na   mechanice,   więc   zostawił   łysego   Daniela   przy   robocie,   nie 

zapomionając jednak dać mu dobrej rady:

- Niech pan sprawdzi zapłon.

- Panie Goldman, - odpowiedział mechanik do odchodzącego, - 

ja   mam   swoje   sprawy,   pan   ma   swoje.   Ja   się   do   pańskich   nie 

mieszam. Niech więc pan zostawi mnie w spokoju z tą maszyną i 
zajmie się lepiej swoim szałasem.

Ostatnie   słowa   wypowiedział   nieomalże   sycząc   ze   złości. 

Goldman wiedział, że łysy Daniel nie lubi, gdy ktoś wtrąca się do 

jego działki. Nie potrafił opanować się jednak w takich sytuacjach i 
za każdym razem coś musiał powiedzieć. 

Drzwi   od   bunkra   rzeczywiście   nie   działały.   Goldman   zupełnie 

automatycznie   włożył   swą   kartę   do   czytnika,   ale   drzwi   ani   nie 

drgnęły.   Podszedł   do   wielkiego   koła,   którego   przekręcenie 
powodowało odblokowanie metalowych blokad drzwi i zaczął kręcić. 

Nie było to łatwę, drzwi musiały ważyć ponad tonę, z czego połowa 
przypadała z pewnością na mechanizm blokujący. Po kilku obrotach 

był zlany potem, a drzwi jak były, tak były zamknięte. dopiero przy 
dziesiątym   obrocie   ukazała   się   mała   szparka,   przez   którą   wpadło 

nieco światła.

Wyszedł wreszcie na zewnątrz z obolałymi od kręcenia rękami. 

Wyglądało   na   to,   że   system   ręcznego   otwierania   nie   był 
przystosowany do obsługi przez jednego tylko człowieka. Gdyby w 

bunkrze pozostała tylko pielęgniarka, prawdopodobnie nigdy by już 
nie wyszła. A w regulaminie ośrodka czarno na białym było napisane, 

że   drzwi   bunkra   mają   być   wciąż   zamknięte.   Chyba   ten,   kto 
opracował regulamin nie miał zbyt bujnej wyobraźni.

Zaniepokoił   go  brak   klimatyzacji.   Jeśli   działał  jedynie   nawiew, 

67

background image

Adam Pietrasiewicz

klony mogły się poprzeziębiać albo przegrzać i wtedy dopiero byłby 

problem.   Postanowił   polecić   łysemu   Danielowi   podłączenie 
klimatyzacji   i   mechanizmu   drzwi   wejściowych   do   generatora 

pomocniczego. Nie powinno to być zbyt skomplikowane.

Wyszedł na plac przed bunkrem i zatrzymał się przed płotem 

pod napięciem. Zastanawiał się, czy generator dostarcza w tej chwili 
prądu do drutów. Wolał nie sprawdzać, chociaż podobno nie było to 

wysokie napięcie, prąd  płynął jedynie po to, że jeśliby  płot został 
przerwany, włączyłby się alarm.

Goldman nie uważał się za specjalistę od spraw zabezpieczania 

obiektów.   Jego   zdaniem   zabezpieczanie   ośrodka   na   tej   nieznanej 

nikomu   wyspie   graniczyło   z   paranoją.   Na   dodatek   w   razie   awarii 
głównego   generatora   prądu,   jeśli   drzwi   nie   zostaną   uprzednio 

zamknięte, cały system zda się psu na budę, bo każdy kto będzie 
chciał, wejdzie do bunkra.

Wyszedł przez bramę, przeszedł przez pole minowe i ruszył w 

stronę   domku,   by   przygotować   wszystko   do   naprawy   dachu.   Gdy 

wszedł na ścieżkę prowadzącą w stronę plaży poczuł jakiś niepokój. 
Przyszło mu do głowy, że skoro klony żyją w bunkrze, że wszystko 

otoczone jest polem minowym, to chyba jednak ktoś przewidywał, że 
ośrodek mógłby być napadnięty.

Nie było tu skarbów. Klony raczej nie stanowiłyby celu napaści, 

mało   kto   o   nich   wiedział   i   same   w   sobie   nie   miały   wartości 

materiałnej.   Niepokój   minął,   gdy   stwierdził,   że   wszystkie   te 
zabezpieczenia były prawdopodobnie narzucone przez wojskowych, 

którzy zawsze starają się przewidzieć najgorsze.

Zamiast zbierać deski z dachu,  poszeł wykąpać  się w morzu. 

Pławił się w wodzie przez ponad godzinę, wyszedł na plażę i położył 
się nago na rozgrzanym piachu. Zawsze leżał nago na plaży, czuł się 

wtedy wolny. Myślał o dzieciach, o Montrealu, o domu w Kaliforni. 
Postanowił, że za dwa miesiące weźmie urlop i pojedzie rozejrzeć się 

w okolicach Los Angeles.

background image

Rozdział 7

Taylor   z   wściekłością   rzucił   słuchawkę   na   widełki   i   uderzył 

pięścią w blat biurka. Kieliszek porto, z którego jeszcze przed chwilą 
z przyjemnością popijał zachwiał się i upadł. Czerwony napój rozlał 

się   wielką   plamą   na   porozkładanych   papierach.   Taylor   zaklął   i 
wezwał sekretarkę.

- Panno Jenkins, proszę mi to posprzątać. 
Sekretarka   nic   nie   odpowiedziała   i   wyszła   po   ścierkę.   Taylor 

wstał, podszedł do donicy z ogromnym fikusem i kopnął ją ze złości. 
Sięgnął   do   kieszeni,   wyciągnął   papierosa   i   zaciągnął   się   dymem. 

Jeszcze   nigdy   nic   takiego   się   nie   przydarzyło.   Po   raz   pierwszy   w 
historii   Asocjacji   ktoś   włamał   się   do   komputera   centralnego.   A   to 

właśnie   on   był   odpowiedzialny   między   innymi   za   bezpieczeństwo 
danych   informatycznych.   Tak   to   jest,   pomyślał,   gotując   się   z 

wściekłości, tak to jest, jak się powierza sprawy informatyki, komuś, 
kto się na tym nie zna. Prezesura skąpi pieniędzy, nie chce zatrudnić 

dyrektora   informatycznego,   powierza   sprawy   bezpieczeństwa 
komuś, kto się na tym nie zna, i takie są efekty.

Taylor zastanawiał się, co teraz należy zrobić. Pierwszą rzeczą 

bedzie zwolnienie Lavisse'a, szalonego młodzieńca, którego przyjęto 

do   pracy   kilka   lat   temu,   powierzając   mu   nieco   na   wyrost 
informatykę,   jako   odrębny   dział   Departamentu   Operacyjnego. 

Lavisse   oczywiście   mówił   o   bezpieczeństwie   informatyki,   a   jakże. 
Wyłącznie o tym mówił. Ale według niego bezpieczeństwo, to miały 

być   drzwi   pancerne   i   taśmy   przechowywane   w   ognioodpornym 
schowku. A każdy laik wie, że najważniejszym jest zabezpieczenie 

komputera przed spiratowaniem danych.

Siadł przy biurku i sięgnął po telefon.

-   Lavisse,   niech   pan   będzie   łaskawy   przyjść   tu   do   mnie.   - 

powiedział, i nie czekając na odpowiedź wyłączył się.

Lavisse   zapukał   do   drzwi   po   kilku   minutach.   Taylor   wciągnął 

powietrze i głęboko odetchnął. Postanowił zachować spokój. Odliczył 

do dziesięciu i niezbyt głośno powiedział:

- Niech pan wchodzi, Lavisse.

Informatyk,   trzydziestoletni   niewysoki   mężczyzna   o   lekko 

szpakowatych włosach, ubrany w wytarty sweter i dżinsy, wszedł i 

niepewnie  spoglądając   na dyrektora  stanął  przed  biurkiem.  Taylor 
udawał,   że   jest   niezwykle   zainteresowany   jakimś   pismem,   które 

trzymał w ręku. Przez chwilę trwała cisza.

-   Może   pan   usiąść   Lavisse,   zaraz   się   panem   zajmę   -   głos 

dyrektora operacyjnego brzmiał złowrogo.

69

background image

Adam Pietrasiewicz

Lavisse przysiadł bokiem na krześle i patrzył w okno. Próbował 

opanować drżenie rąk kładąc jedną na drugą, ale kropelki potu na 
czole   zdradzały   jego   stan.   Bał   się   swego   szefa   tak,   jak   wszyscy, 

którzy mieli z Taylorem chciaż raz do czynienia w ramach kontaktów 
służbowych.   Dyrektor   Departamentu   Operacyjnego   Asocjacji   był 

ponoć najstarszym członkiem Rady Nadzorczej, i mimo, że nie był 
prezesem, miał chyba najwięcej do powiedzenia. A prezesem nie był, 

bo jak głosiła fama, był na to zbyt inteligentny. Wolał pociągać za 
sznureczki poruszające kukiełkami z Zarządu samemu pozostając w 

cieniu.

Taylorowi   podlegał   Departament   Operacyjny,   czyli   cała   część 

administracyjna Asocjacji, księgowość, dział kadr, dział informatyki, 
dział kontaktów zagranicznych oraz jeszcze kilka innych, o których 

Lavisse   nawet   nie   wiedział.   Struktura   Asocjacji   była   na   tyle 
skomplikowana, że przeciętny kierownik działu nie wiedział, co robią 

pracownicy z biura za ścianą.

Pozycja kierownika informatyki była na tyle wygodna, że mógł 

mieć teoretycznie dostęp do wszelkich danych Asocjacji. Ale tylko 
teoretycznie, bo w praktyce nie wiedział nic. System haseł i blokad 

komputera   nie   był   specjalnie  skomplikowany,   każdy   szanujący   się 
fachowiec   mógł   przezeń   przejść,   było   to   jednak   niebezpieczne. 

System   archiwizujący   codziennie   wszystkie   operacje   był   na   tyle 
zabezpieczony, że nie można było zatrzeć za sobą śladów. Ponadto 

po   co   miałby   przełamywać   blokady,   kiedy   i   tak   nie   zrozumiałby 
nawet   jednej   dziesiątej   informacji,   do   których   by   doszedł.   Lavisse 

znał   się   na   wielu   sprawach,   ale   na   genetyce   wcale.   Ponadto   za 
pieniądze, które dostawał, wolał nie interesować się sprawami, które 

go nie dotyczyły.

- Lavisse, mam wrażenie, że jest pan skończonym durniem - nie 

można było odmówić Taylorowi bezpośredniości. - Jak się ten ktoś 
dostał do naszego komputera? Sprawdził już pan?

- Tak, panie dyrektorze. Przez fax.
- Przez jaki fax? O czym mi pan tutaj opowiada?

- Przez fax, który pan kazał zamontować w komputerze, panie 

dyrektorze. - Lavisse powiedział to tak bezczelnym tonem, że aż sam 

się   zdziwił.   Rzeczywiście   fax   był   pomysłem   Taylora,   tutaj 
przynajmniej nie miał sobie nic do zarzucenia. Jak to zwykle bywało 

w takich sytuacjach, dyrektor dostał reklamówkę i spodobało mu się, 
że   będzie   mógł   zlikwidować   kilkanaście   czy   nawet   więcej   faxów 

podłączonych do telefonów jednym faxem centralnym.

Usiłował przypomnieć sobie, czy w którymś z raportów napisał o 

niebezpieczeństwie podłączania faxu, ale nie mógł. Sprawa była tak 

background image

oczywista,   że   być   może   nawet   nie   przyszło   mu   do   głowy,   by 

kogokolwiek   uprzedzać.   Zresztą   gdy   Taylor   przysyłał   mu   pismo   z 
propozycją   od   jakiejś   firmy,   oznaczało   to,   że   należy   propozycję 

przyjąć bez dyskusji. Jedyne co miał zrobić, to przedyskutować cenę i 
obniżyć ją o conajmniej 20  procent. A propozycję CNFC dostał od 

Taylora i cenę wynegocjował do 80 procent. Tak więc od tej strony 
był czysty.

- Panie kierowniku - głos dyrektora zabrzmiał dziwnie słodko. - O 

ile sobie przypominam, to pan zajmuje się informatyką w Asocjacji 

czyż   nie   tak?   I   o   ile   wiem,   to   pan   negocjuje   zakupy   tego   typu 
rozwiązań. Ale może się mylę, panie Lavisse? Może mam już sklerozę 

i sam nie wiem, o czym mówię?

Lavisse starał się wytrzymać przeszywający go na wskroś wzrok 

Taylora lecz odwrócił głowę.

- Nie panie dyrektorze, to prawda. - Odpowiedział patrząc na 

gołębia siedzącego na parapecie. - To ja podpisałem kontrakt.

- I co, panie informatyku? Nie pomyślał pan pewnie, że przez fax 

można dostać się do komputera. A może nie wiedział pan tego? Nie, 
przecież jest pan doskonałym specjalistą, jak mówił mi pański wuj. 

Słowo   "doskonałym"   wypowiedziane   było   tak   zgryźliwie,   że 

Lavisse'owi aż ciarki przeszły po grzbiecie. Rzeczywiście przyjęto go 

do   pracy   za   wstawinnictwem   jego   wuja,   który   był   profesorem 
medycyny   na   Uniwersytecie   w   Toronto.   Nie   lubił,   gdy   mu   to 

wypominano, czuł, że jego godność osobista na tym cierpi. A Taylor 
nigdy nie omieszkał o tym wspomnieć, gdy coś z informatyką nie 

szło.

-   Wiedziałem,   panie   dyrektorze.   Liczyłem   jednak,   że   CNFC 

zabezpiecza   swoje   programy   przed   piratami.   Ale   jak   widać 
przeliczyłem się. 

- Do jakich danych dotarł pirat? - Taylor postanowił przejść do 

rzeczy.

- Do podsystemu operacyjnego A i B.
- Lavisse, ja się na pańskich podsystemach nie znam. Niech pan 

do mnie mówi po ludzku, dobrze?

-   No   więc,   w   największym   skrócie   doszedł   do   danych 

dotyczących   wszystkiego   co   jest   związane   z   działalnością 
Departamentu   Rozwoju   Badań   Genetycznych,   Płodności   i 

Embrionów.

Taylor   zamarł.   Pirat   wiedział,   czego   szuka.   Departament 

Rozwoju Badań Genetycznych, Płodności i Embrionów zajmował się 
wyłącznie klonami. Wyciągnął z szuflady skoroszyt, w którym miał z 

grubsza   rozpisany   rozkład   danych   w   komputerze   i   nie   zwracając 

71

background image

Adam Pietrasiewicz

uwagi na mokrego od potu Lavisse'a, zaczął go studiować. Po kilku 

minutach popatrzył mu w oczy i zapytał:

- Czy może mi pan powiedzieć, do czego dokładnie dotarł?

- Mogę to sprawdzić w raportach z archiwum, panie dyrektorze.
- To niech pan sprawdzi. Chodzi mi głównie o zbiór, który się 

nazywa KKSWP. Niech pan idzie i natychmiast mi odpowie.

Lavisse wstał i nie czekając wyszedł z gabinetu. Taylor podszedł 

do   barku   i   nalał   sobie   pół   szklanki   dżinu.   Wysisnął   całą   cytrynę   i 
jednym haustem wypił. Usiadł za biurkiem i starał się zebrać myśli.

Jeśli   pirat   doszedł   do   danych   departamentu   klonów,   to   albo 

przez   przypadek,   albo   właśnie   tam   chciał   dojść.   Jeśli   przez 

przypadek, to znaczy, że szukał czegoś innego. A czego innego mógł 
szukać? Niczego. Wszelkie dane związane z badaniami naukowymi 

znajdowały się na sieciach mikrokomputerów nie mających wyjść na 
zewnątrz. Z tego wniosek, że albo był to pirat, który ot, tak po prostu 

dostał   się   dla   przyjemności   do   ich   komputera,   albo   chciał   zebrać 
informacje o klonach. Piratów, dostających się ot, tak sobie nie ma, z 

tego wniosek, że ten, który się do nich dobrał, wiedział, czego szuka. 
CND.

Otworzył   jeszcze   raz   skoroszyt,   by   sprawdzić   jakiego   rodzaju 

dane znajdowały się w zbiorach podsystemów A i B. Nie było tam na 

szczęście lokalizacji ośrodków, były jednak zdjęcia i dokładne dane 
wszystkich klonów Asocjacji. Każdy plik danych odpowiadał jednemu 

ośrodkowi, największy, KKWSP, dotyczył klonów z Karaibów. Zdjęcie, 
nazwisko   życiodawcy,   wiek,   adres   życiodawcy,   wysokość   składki 

rocznej,   suma   dotychczas   wpłaconych   pieniędzy,   data   ostatniej 
wpłaty, wszystkie podstawowe dane. I dane te znajdowału się teraz 

również poza murami Asocjacji.

Lavisse potwierdził przez telefon obawy Taylora. Pirat dostał się 

do   zbioru   klonów   z   Karaibów,   i   najprawdopodobniej   je   skopiował. 
Skądinąd,  jak  powiedział  Lavisse,   plik  KKWSP   był  prawdopodobnie 

jedynym celem włamania.

Najgorszym   wrogiem   Asocjacji   mogli   być   w   tym   przypadku 

dziennikarze.   Wywleczenie   na   łamy   prasy   najstaranniej   strzeżonej 
tajemnicy   równałoby   się   końcowi   działania   organizacji.   Wszyscy 

dostojni   "honorowi   członkowie"   wyparliby   się   jakichkolwiek 
kontaktów z Asocjacją, na wyspę przyjechaliby  reporterzy  i nawet 

Pentagon by sobie z nimi nie dał rady.

Taylor   zaczął   nabierać   przekonania,   że   włamania   dokonali 

dziennikarze.   Szczęśliwie   w   komputerze   nie   było   danych   o 
umiejscowieniu   ośrodka,   więc   gryzipiórki   będą   musiały   jeszcze 

dowiedzieć się, gdzie klony są. Chyba, że już wiedzą. Ale w takim 

background image

przypadku   na   wyspę   wyśle   się   kilku   żołnierzy,   postawi   się   tablice 

ostrzegawcze,   że   jest   to   teren   wojskowy,   i   żaden   dziennikarz   nie 
przejdzie. 

Zresztą skąd mogliby się dowiedzieć? A właściwie skąd mogli 

się   dowiedzieć   o   klonach?   To   jest   właśnie   najważniejsze   pytanie, 

jakie   należało   sobie   postawić.   Ktoś   musiał   im   o   tym   powiedzieć. 
Tylko kto?

Sięgnął do teczki zawierającej nazwiska pracowników Asocjacji 

mających dostęp do danych o klonach. Po wyeliminowaniu 3 osób 

nie znających wyspy Św. Patryka pozostało mu 7 nazwisk, z czego 
jedno   lekarza   niedawno   zwolnionego   z   pracy.   Jacky   Neurohr,   tak, 

pamiętał tego młodego, niezwykle zdolnego lekarza. Zwolnili go za 
jakieś dziury w życiorysie, a tak, nie napisał, że brał udział w wojnie 

w   Jugosławii.   Tak,   to   mógł   być   Neurohr,   zwolnił   go   w   trybie 
dyscyplinarnym, a tego nikt nie lubi. Dostał nielichą odprawę, ale 

każdy   chce   mieć   więcej,   a   gazety   potrafią   dobrze   zapłacić   za 
ciekawe informacje.

Złapał za słuchawkę telefoniczną i wezwał do siebie kierownika 

działu bezpieczeństwa danych Asocjacji. Polecił mu sprawdzić gdzie 

jest aktualnie Neurohr. Następnie przywołał pannę Jenkins i polecił 
jej poinformowanie Zarządu o posiedzeniu nadzwyczajnym.

-   Prezesa   nie   musi   pani   informować.   Tak,   prezesa   nie.   - 

powtórzył,   gdy   sekretarka   ze   zdziwienia   przestała   notować.   Nie 

będzie   informował   tego   starego   pierdoły,   pożal   się   Boże   prezesa, 
który   nie   był   niczym   innym   niż   kukiełką   w   rękach   kilku   członków 

zarządu. Poinformuje go, jak przyjdzie na to pora.

Gdy panna Jenkins wyszła sięgnął po telefon i wykręcił numer 

specjalnej linii do Pentagonu.

-   Mówi   Taylor,   kod   423a.   Chciałbym   rozmawiać   z   generałem 

McNeil'em. Czekam.

*

Naprawa   generatora   poszła   łysemu   Danielowi   nadzwyczaj 

sprawnie. Około 6 po południu przełączył całość urządzeń i wszystko 

zaczęło   działać   normalnie.   Drzwi   od   bunkra   zaczęły   ponownie 
zamykać   i   otwierać   się   automatycznie,   klimatyzacja   znów 

utrzymywała   stałą   temperaturę   i   wilgotność   w   pomieszczeniach. 
Łysy   Daniel   cały   wymazany   smarami   wyszedł   z   pomieszczenia 

generatorów i ruszył w stronę pryszniców. Kolację przygotowywała 
dziś Jane, najstarsza z pielęgniarek, a nie lubiła ona, gdy do stołu 

siadało się z brudnymi rękami.

Jedzenie w bunkrze przygotowywali na zmianę jego mieszkańcy. 

W   kuchni   mieli   cztery   palniki   gazowe,   ogromną   lodówkę   i 

73

background image

Adam Pietrasiewicz

zamrażarkę, zmywarkę do naczyń i kuchenkę mikrofalową. Asocjacja 

dbała   o   swoich   pracowników   starając   się   stworzyć   jak   najbardziej 
domowe   warunki   życia   w   tym   miejscu   odosobnienia.   Jedzenie   dla 

klonów  odgrzewane   było  w  kuchence   mikrofalowej;  były  to   porcje 
specjalnie przygotowanej papki, zawierające wszystkie potrzebne do 

życia składniki. Klony jadły raz dziennie, tak jak to ustalili lekarze 
Asocjacji.  W   czasie  pobytu  klonów  w  sali  szubienic   karmione  były 

dożylnie,   kroplówką.   Osobne   jedzenie   i   inny   rytm   posiłków   był 
jeszcze   jednym   elementem,   który   miał   na   celu   odebranie   klonom 

jakiegokolwiek podobieństwa do ludzi. 

Łysy Daniel lubił jedzenie przygotowywane przez Jane. Pomimo 

ogromnych,   regularnie   odnawianych   zapasów   w   zamrażarce, 
jedzenie   było   stosunkowo   monotonne.   Nie   było   co   marzyć   o 

wysublimowanych daniach, jakie można było zjeść w malowniczych 
restauracyjkach   San   Francisco.   Jane   potrafiła   jednak   nadać   tym 

jednostajnym   posiłkom   niezwykły   smak,   tak,   że   wszyscy   zawsze 
dziwili się, jak to jest możliwe. No i podane to było jakoś inaczej, 

jakoś ładniej, bardziej apetycznie.

Po wyjściu spod prysznica łysy Daniel wyszedł na zewnątrz by 

zameldować   Goldmanowi   o   naprawieniu   uszkodzenia.   Poszedł   w 
stronę domku przy plaży i znalazł go siedzącego na piasku.

- Skończyłem szefie, - powiedział wyrywając go z zamyślenia. - 

Jakieś świństwo dostało się do paliwa, jakbym naprawiał samochód w 

San   Francisco   powiedziałbym,   że   ktoś   dosypał   cukru   albo   czegoś 
innego do zbiornika. Myślę jednak, że to musiało być co innego, bo 

kto   dosypywałby   tu   cukru.   Tyle,   że   nie   wiem   co.   Przeczyściłem 
przewody   paliwowe,   wymieniłem   benzynę   w   zbiorniku   i   generator 

działa jak nowy.

- Doskonale, w takim razie dziś będę spał w bunkrze, domku nie 

zdążymy   naprawić.   -   Goldman   ze   smutkiem   popatrzył   na   rozbity 
dach.  Nie  był  specjalnie  zadowolony.  Będzie musiał  brać  udział  w 

bezsensownych   dyskusjach,  będzie   pewnie   musiał   obejrzeć   z  nimi 
jakiś   film   z   magnetowidu.   I   będzie   się   dusił   w   tych   betonowych 

murach. - Kto dziś robi jeść?

-   Jane,   szefie.   Ona   jedna   jest   w   stanie   przygotować   coś 

sensownego z tych cholernych mrożonek.

- Lubię jej jedzenie. No to chodźmy, żeby coś dla nas zostało. - 

Goldman   wiedział   doskonale,   że   nikt   nie   siądzie   do   stołu,   dopóki 
wszyscy nie będą na miejscu.

Gdy ruszyli ścieżką prowadzącą do bunkra usłyszeli dzwonek i 

głos jednej z dziewcząt, która przez megafon wzywała Goldmana do 

radia. Chciał z nim rozmawiać Taylor.

background image

-   Wściekły   jak   osa,-   powiedziała   pielęgniarka   zasłaniając 

mikrofon, gdy Goldman wszedł do sali radiowej.

- Dziękuję pani. Słucham, Goldman.

- Mówi Taylor. Czy jest pan sam?
Goldman   popatrzył   na   pielęgniarkę,   która   bez   słowa   wstała   i 

wyszła z sali radiowej zamykając dokładnie za sobą drzwi.

- Teraz tak, panie dyrektorze.

- Niech pan przejdzie na kanał czwarty i włączy kodowanie.
Goldman   przełączył   aparat   na   kanał   czwarty   i   uruchomił 

urządzenie kodujące połączenie radiowe. W przypadku, gdyby ktoś 
słuchał rozmowy, od tego momentu jedynym dźwiękiem, jaki usłyszy 

będzie   świst   o   bardzo   wysokiej   częstotliwości.   Nic   więcej. 
Rozkodowanie   sygnału   jest   praktycznie   niemożliwe,   aparaty 

kodujące   produkowane   były   zawsze   w   unikalnych   parach.   Dla 
nadawcy i dla odbiorcy. Odkodowanie sygnału trwałoby dłużej  niż 

najdłuższa nawet rozmowa.

Goldman   nie   miał   okazji   jeszcze   używać   systemu   kodowania 

rozmów radiowych. Procedura ta zarezerwowana była wyłącznie do 
sytuacji krytycznych. Wynikało z tego, że dzieje się coś niedobrego. 

Tym bardziej, że Taylor chciał rozmawiać sam na sam.

- Dekoder włączony panie dyrektorze. - Jego słowa po przejściu 

przez urządzenie kodujące zabrzmiały w głośnikach jak odbite echo. 

-   No   więc   niech   pan   słucha,   Goldman.   Prawdopodobnie   ktoś 

będzie się starał dostać na wyspę w najbliższym czasie. Myślę, że 
będą to dziennikarze. Wie pan, co ja myślę o dziennikarzach i zdaje 

pan   sobie   sprawę   czym   mogłoby   być   dla   Asocjacji   odkrycie   i 
wywleczenie   na   łamy   prasy   samego   faktu   istnienia   ośrodka.   Tak 

więc   prosiłbym   o   zachowanie   jek   najdalej   idącej   ostrożności.   Czy 
wszystko u was w porządku? 

- Zepsuł się dziś generator, ale McFollen naprawił go. Mieliśmy 

robić   zabiegi,   ale   zrobimy   je   jutro.   Poza   tym   wszystko   jest   w 

porządku. A skąd się wzięli ci dziennikarze?

- To już nie pana sprawa. Najważniejsze, że taka groźba istnieje 

i w związku z tym przyślę panu kilku żołnierzy, którzy będą na stałe 
pilnowali   wyspy.   Nie   możemy   pozwolić   sobie   na   jakiekolwiek 

przecieki. 

Żołnierze   będą   mieszkali   w   pana   domku.   Obawiam   się   panie 

Goldman, że będzie pan musiał przenieść się do bunkra. Ale to już 
nie   moja   sprawa.   Komandosi   przylecą   jutro   rano   helikopterem 

wojskowym   bez   żadnych   oznaczeń.   Będzie   ich   pięciu,   dowódca 
nazywa   się   Stuart   Overwood.   Kapitan   Stuart   Overwood.   Wysoki, 

metr   osiemdziesiąt   dziewięć.   Niebieskie   oczy.   Jego   znakiem 

75

background image

Adam Pietrasiewicz

rozpoznawczym będzie czerwony beret. Reszta będzie miała zielone.

- Zapamiętałem. Czy to naprawdę taka poważna sprawa?
- Jeśli panu to mówię, to widocznie tak. Żołnierze oczywiście nie 

wiedzą, co jest bunkrze. I jak zwykle nie mają prawa wiedzieć. Mają 
za zadanie niedopuszczenia nikogo do wyspy. Mają rozkaz strzelania 

ostrą amunicją, jeśli nie będzie innego wyjścia. Zrozumiał pan?

- Tak, panie dyrektorze. Czy jest coś jeszcze?

-   Niech   pan   powie   reszcie,   że   na   wyspę   przyjedzie   ekipa   do 

wymiany min. Proszę nic im nie mówić o niebezpieczeństwie.

-   Rozumiem.   Co   do   min,   to   akurat   będzie   kilka   do   wymiany. 

Długo tu zostaną?

-   Nie   wiem,   tyle   czasu,   ile   będzie   trzeba.   Proszę   im   pokazać 

wszystkie urządzenia w bunkrze, oczywiście bez części klonów. Są 

uprzedzeni,   że   części   bunkra   nie   będą   mogli   zobaczyć,   więc   nie 
powinno   być   problemu.   Niech   sprawdzą   generator,   skoro   był 

zepsuty.   Nie   możemy   pozwolić   sobie   na   jakikolwiek   problem.   W 
przypadku   przedostania   się   kogokolwiek   na   teren   ośrodka   będzie 

pan działał zgodnie z regulaminem w przypadkach, alertu. Wszystko 
jasne?

-   Tak   jest,   panie   dyrektorze.   Zrozumiałem.   Czy   w   przypadku 

skrajnym   mam...   -   Goldman   zawiesił   głos,   jakby   sam   obawiał   się 

tego, co chciał powiedzieć.

-   Tak   jest.   W   razie   sytuacji   skrajnej   zlikwiduje   pan   wszystkie 

klony   i   wysadzi   w   powietrze   bunkier.   Ale   nie   sądzę,   by   do   tego 
doszło.   Po   to   właśnie   przysyłam   tych   żołnierzy.   To   wszystko, 

wyłączam się.

Dał   się   słyszć   dźwięk   wyłączanego   nadajnika   i   zapadła   cisza. 

Goldman siedział przed głuchum aparatem i rozważał wszystko, co 
przed chwilą usłyszał. Pamiętał oczywiście wskazówki dotyczące tak 

zwanych   "sytuacji   skrajnych",   ale   tak   naprawdę   nigdy   nie 
przypuszczał, że kiedykolwiek będzie musiał je stosować.

Ośrodek był absolutnie niedostępny dla dziennikarzy jako teren 

wojskowy   należący   do   Pentagonu.   Nie   było   na   jego   terenie   broni 

palnej,   ale   podstawowym   zadaniem   Goldmana   było   strzeżenie   go 
przed   niepowołanymi   osobami.   Celem   Asocjacji   było   oczywiście 

chronienie klonów przed kimkolwiek spoza jej struktur. Stąd bunkier, 
płot pod napięciem i pole minowe. 

Przysłanie   wojskowych   świadczyło   o   poważnym 

niebezpieczeństwie. Komandosi nie bawili się w dyskusje, najpierw 

strzelali   następnie   zadawali   pytania.   Goldman   pozostawał 
kierownikiem   ośrodka,   nie   miał   prawa   pokazać   żołnierzom 

zawartości   bunkra,   ale   w   sytuacji   krytycznej   oficer   dowodzący 

background image

oddziałem   ochrony   przejmował   ster   w   swoje   ręce.   Zadaniem 

Goldmana   było   wówczas   zatarcie   wszelkich   śladów   działalności 
Asocjacji   w   ośrodku.   Oznaczało   to   fizyczną   likwidację   klonów. 

Bunkier   był   wyposażony   w   system   ładunków   wybuchowych,   które 
można było uruchomić, jeśli znało się odpowiedni kod. Goldman znał 

ten kod.

Helikopter przyleciał o ósmej rano następnego dnia. Z maszyny 

wyszło   pięciu   mężczyzn   w   mundurach   polowych,   z   plecakami, 
karabinami automatycznymi, i całym ekwipunkiem komandosów. Na 

ziemi   rozłożyli   skrzynie   ze   sprzętem.   Goldman   podszedł   do 
dowodzącego nimi oficera po odlocie helikoptera. Rozpoznał go po 

czerwonym berecie. I po wzroście

-   Witam   panów.   Moje   nazwisko   Goldman...   -   zawiesił   głos 

czekając na odpowiedź oficera. Przyszło mu do głowy, że gdyby nie 
byli to żołnierze zapowiedzeni przez Taylora, to prawdopodobnie nie 

miałby żadnej możliwości ucieczki do bunkra. 

-   Jestem   kapitan   Overwood,   Stuart   Overwood   -   odpowiedział 

olbrzym, - chcielibyśmy złożyć gdzieś nasz sprzęt. Powiedziano nam, 
że ma pan dla nas jakiś dom, czy tak?

-   Oczywiście   panie   kapitanie,   proszę   za   mną,   zaraz   panom 

wszystko pokażę.

Goldman odetchnął z ulgą i ruszył ścieżką w stronę domku. Po 

drodze   pomyślał,   że   w   taki   oto   prosty   sposób   rozwiązał   problem 

naprawy   dachu.   Pięciu   młodych   chłopaków   zrobi   to   w   trzy 
kwadranse.

-   Przykro   mi,   ale   dach   panów   kwatery   został   przedwczoraj   w 

nocy rozdmuchany przez wiatr. Ale mam tu wszelkie narzędzia, jeśli 

panowie   zechcecie,   będziecie   mogli   doprowadzić   wszystko   do 
porządku.

-   Nie   ma   problemu,   zaraz   wszystko   naprawimy.   Czy   są   tu 

rekiny?   Można  się  kąpać?  -   Kapitan  Overwood  popatrzył  w  stronę 

plaży.

- Kąpię się codziennie. I jak narazie mam obie nogi. Nie wiem 

czy są rekiny, ja nie spotkałem żadnego. Oto panów kwatera. Czy 
jedzenie mamy przynosić?

- Moi chłopcy i ja, jesteśmy przyzwyczajeni do życia w trudnych 

warunkach.   Mamy   wszystko,   czego   potrzeba,   jedzenie 

przygotowujemy sami. Mówiono nam, że mamy wymienić miny. Jak 
wszystko rozładujemy, to się tym zajmiemy.

Po  kilku  minutach  Goldman  zaprowadził ich  w  stronę  bunkra. 

Żołnierze zabrali się do pracy przy polu minowym, a on wszedł do 

środka i poszedł zjeść wreszcie śniadanie.

77

background image

Adam Pietrasiewicz

Rozdział 8

Inspektor Barthel dygotał z zimna. Na zewnątrz padał deszcz ze 

śniegiem a w samochodzie było zimno jak w psiarni. Zastanawiał sie, 
dlaczego to właśnie gdy on miał kogoś śledzić, padał deszcz i było 

zimno.   Collin   siedział   na   miejscu   pasażera   i   próbował   spać. 
Wymieniali się co dwie godziny. Obserwowali dom Bermesa już od 

dwóch   dni,   jak   narazie   bezskutecznie.   Od   dwóch   dni   komisarz 
Richert   usiłował   wydostać   od   sędziego   zezwolenie   na   podsłuch 

telefoniczny,   ale   sędzia,   młody   i   ambitny,   był   przeciwnikiem 
wszelkich podsłuchów i inwigilacji. 

Barthela trafiał szlag. Gdyby założyć kilka mikrofonów w domu 

delikwenta   i   podłączyć   mu   się   do   telefonu,   nie   musiałby   teraz 

siedzieć na deszczu i marznąć. Ale pan sędzia jeszcze nie wie, pan 
sędzia się waha, pan sędzia ma w dupie zdrowie inspektorów DST. 

Pan sędzia siedzi teraz pod pierzyną i kocha się z panią sędziową. 
Panu sędziemu jest ciepło i pan sędzia uważa, że komisarz Richert 

nie   powinien   mu   przeszkadzać   w   pracy   opowiadając   o   swoich 
przeczuciach.

A  przecież  wszyscy  wiedzą,   że  przeczucia  komisarza  Richerta 

warte są całego worka dowodów materialnych. Jak komisarz mówi, 

że   coś   się   szykuje,   to   coś   się   szykuje.   Co   do   tego   Barthel   był 
przekonany po dziesięcioletniej służbie pod jego rozkazami. Richert 

jak coś mówi, to wie co mówi. Facet, którego namierzali nie miał 
czystego sumienia. Za bardzo sprawdzał, czy ktoś za nim nie chodzi. 

Jak się ma czyste sumienie, to się nie ogląda za siebie. A ten Bermes 
wciąż się oglądał.

Od   dwóch   dni   nie   spuszczali   go   z   oka   i   wiedzieli   już   o   nim 

wszystko.   Był   kawalerem,   chyba   nie   miał   kochanki,   bo   żadna 

dziewczyna do niego nie przychodziła, tylko mężczyźni. Ale pedałem 
też raczej nie był, bo mężczyźni, którzy go odwiedzali nie byli nigdzie 

notowani   jako   homoseksualiści.   Byli   natomiast   notowani   jako 
najemnicy, a wśród najemników niewiele jest ciot.

Jednym z odwiedzających Bermesa był stary znajomy Barthela, 

jeszcze   z   czasów   służby   w   Bayonne.   Philippe   Iribarne,   działacz 

baskijskich organizacji separatystycznych, członek IPARETARAK. Miał 
na   sumieniu   kilka   krwawych   operacji   w   Kraju   Basków   zarówno   w 

części hiszpańskiej jak i francuskiej. Ale to było przed dziesięciu laty, 
od   tego   czasu   nic   o   nim   nie   było   słychać.   Ponoć   wydostał   się   ze 

środowiska terrorystów i zaczął wykorzystywać umiejętności nabyte 
w Libii i w Irlandii Północnej dla sprawy, która w historii ludzkości 

wchłonęła   najwięcej   ofiar.   Nie   była   to   żadna   walka   wyzwoleńcza, 

background image

sprawa ta miała starą, biblijną nazwę - mamona.

Richert zabronił zatrzymywania kogokolwiek. Chciał wiedzieć, co 

się szykuje. Namierzyli od dwóch dni sześciu ludzi, poza Bermesem. 

Niezła   mała   ekipa,  z   takimi  ludźmi   można   wykonać   nielichy  skok. 
Przyjechał nawet ten Polak, którego namierzył patrol kilka dni temu z 

Bermesem   na   autostradzie.   Niestety   zgubili   go,   bo   Collin   w   jakiś 
sposób zdradził się, że za nim chodzi. No i ten Polak, Aleksander 

Falkowski, wynajął samochód i niczym się nie przejmując pojechał do 
Paryża.   W   Paryżu   miała   go   przejąć   tamtejsza   ekipa,   ale   facet   był 

sprytny, poszedł do ambasady polskiej na rue Talleyrand i wszelki 
ślad po nim zaginął. Ani widu, ani słychu. Samochód zostawił na ulicy 

i pewnie jutro rano zostanie zabrany przez Hertza. A do rana przy 
samochodzie pewnie będą siedzieli chłopcy z Paryża. Ciekawe, czy w 

Paryżu też jest taka paskudna pogoda.

Wybiła pierwsza. Barthel włączył radio, nie za głośno, żeby nie 

obudzić   Collina,   któremu   jakoś   chyba   udało   się   zasnąć.   Jeszcze 
godzina i będzie musiał się obudzić. Nastawił muzykę i bezmyślnie 

zaczął   wpatrywać   sie     w   zasłonięte   żaluzjami   okna   Bermesa.   Z 
drugiej   strony   domu   stała   inna   ekipa,   pilnująca   tylnego   wyjścia. 

Włączył walkie-talkie i wywołał kolegów niedoli.

- Co tam u was? Spokojnie?

- Zimno, oj zimno. Czy tobie też tak zimno, Michel?
- Zimno, ale służba nie drużba. Tylko mi tam nie zasypiać, bo 

nogi z dupy powyrywam.

- Możesz być spokojny, za zimno, żeby spać.

-   Collin   śpi   jak   niemowlę,   jemu   chyba   nie   jest   zimno.   Jean 

Jacques też kimie?

- Ależ panie inspektorze - głos Jean Jacques'a pełen był dobrze 

udawanego oburzenia, - jakże bym mógł spać na służbie. Chyba nie 

myśli pan, że lekceważę swoje obowiązki.

- Nie pieprz, nie mam ochoty do żartów. Wyłączam się, cześć.

Odłożył radiotelefon i zaczął słuchać muzyki. Puszczali właśnie 

stare przeboje z lat osiemdziesiątych. Nie lubił nowoczesnej muzyki 

młodzieżowej, nie rozumiał jej. Była dla niego całkiem pozbawiona 
uroku.  Jedynie  rytm  i recytacja  jakichś  dekadenckich  tekstów.  Nie 

ma   to   jak   Dire   Straits,   Scorpions   czy   U2.   Przypomniała   mu   się 
rozmowa, którą miał kiedyś ze swoim ojcem. Miał wtedy nie więcej 

niż piętnaście lat. Pamiętał, że siedział u siebie w pokoju i na cały 
regulator nastawił Queen. Freddy Mercury umarł właśnie na AIDS i w 

radio puszczali całymi dniami przeboje tego zespołu. Ojciec wszedł 
do   pokoju,   ściszył   wzmacniacz   i   starając   się   nie   przybierać   pozy 

wszystkowiedzącego wapniaka zapytał:

79

background image

Adam Pietrasiewicz

- Michel, mój chłopcze, czy ty naprawdę tak bardzo lubisz tę 

muzykę?   I   czy   naprawdę   myślisz,   że   to,   czego   słuchasz,   to   jest 
muzyka?

Ale   ojciec   zatrzymał   się   na   Beatlesach   i   Rolling   Stonesach   i 

Barthel patrząc na niego z niebotycznej wysokości swych piętnastu 

lat odpowiedział:

- A czy dziadek nigdy ci nie mówił, że twoi Beatlesi, to nie jest 

muzyka? To jest konflikt pokoleń, drogi przodku. Każde pokolenie ma 
swoją muzykę.

A   teraz   sam   nie   mógł   słuchać   nowej   muzyki   młodzieżowej. 

Stwierdził, że tak jak jego ojciec, zatrzymał się na jakimś etapie i ani 

rusz   nie   potrafił   pójść   dalej.   Ale   na   szczęście   były   jeszcze   stacje 
radiowe, które pamiętały o takich jak on dinozaurach.

Czas wlókł się niemożliwie. Jakiś spóźniony kierowca wracał do 

domu po wieczorze bardzo mocno zakrapianym, bo wyraźnie miał 

kłopoty z zamknięciem samochodu. Dziurka od kluczyka uciekała mu 
na wszystkie strony. Barthel z rozbawieniem patrzył na pijanego, gdy 

usiłował otworzyć furtkę prowadzącą do willi. Zastanawiał się, czy 
czeka na niego żona z wałkiem do ciasta. 

Zza   zakrętu   wyjechał   radiowóz   policyjny.   Jechał   powoli,   z 

przygaszonymi   światłami.   Policjanci   szukali   kradzionych 

samochodów   i   ewentualnych   włamywaczy.   Gdy   podjechali   na 
wysokość   Barthela,   radiowóz   zatrzymał   się.   Wysiadł   policjant   i 

podszedł do ich samochodu.

- Prosze otworzyć szybę - powiedział zajrzawszy uprzednio do 

środka. - Poproszę o pańskie dokumenty.

Kierowca radiowozu został w środku i łączył się  z kimś  przez 

radio.

Barthel   wyjął   białą   legitymację   przekreśloną   niebieskobiało-

czerwonym paskiem. Policjant wziął ją do ręki, popatrzył na Barthela 
i odszedł. Radiowóz odjechał.

O drugiej obudził Collina, a sam próbował zasnąć.

*

Bermes nie lubił śmiać się z niedoskonałości innych ludzi, ale 

gdy przypomniał sobie tych czterech policjantów, którym wydawało 

się,   że   potrafią   go   przechytrzyć,   nie   potrafił   opanować   śmiechu. 
Śmiechu, który nie odzwierciedlał jednak prawdziwego stanu ducha - 

fakt,   że   miał   za   sobą   ogon   wprowadzał   pewien   niepokój.   Od 
poprzedniego   wieczora,   gdy   zorientował   się   w   czasie   zakupów   w 

centrum handlowym St. Jacques, że ma "towarzystwo", zastanawiał 
się co DST wie na temat przygotowywanej akcji.

Prawdopodobnie   nic.   Nie   miał   wątpliwości,   że   nikt   się   nie 

background image

wygadał.   Ludzie,   z   którymi   miał   pracować   posiadali   zbyt   wielkie 

doświadczenie,   by   pozwolić   sobie   na   jakieś   niedyskrecje.   Pięciu 
najemników już wyjechało, Neurohra sam wsadził do pociągu i był 

pewien,   że   nikt   go   nie   śledził.   Prawie   pewien.   Pewne 
przyzwyczajenia, gdy ma się coś do ukrycia, stają się drugą naturą 

człowieka. Bermes, nawet gdy był czysty jak łza, od czasu do czasu 
sprawdzał, czy napewno jest sam.

Wielokrotnie w ciągu ostatnich  kilku lat wydawało mu się, że 

jest   obserwowany.   Kilkakrotnie   w   czasie   spotkań   handlowych   w 

różnych   restauracjach   miał   wrażenie,   że   niektórzy   goście   z 
zainteresowaniem  przysłuchują się prowadzonym przy jego stoliku 

rozmowom.   Ale   kładł   to   na   karb   przewrażliwienia   i   uspokajał   się 
bezowocnym rachunkiem sumienia. Był czysty jak łza.

A teraz ktoś go śledził. I to prawdopodobnie nieprzypadkowo. 

Fakt   ten,   połączony   z   relacją   Neurohra   wprawił   go   w   głęboki 

niepokój. Neurohr widział funkcjonariuszy DST w hotelu, twierdził, że 
był śledzony w Kanadzie. A on, po raz pierwszy od kilku lat nie miał 

czystego sumienia. Postanowił jak najszybciej zniknąć.

Zakupy w St. Jacques zaplanował jeszcze przed zorientowaniem 

się, że ma ogon. I zdążył zakupić wszystko, czego mu było potrzeba, 
w ukrytym w piwnicznej ścianie sejfie miał gotówkę i bilet lotniczy. 

Wszystko było już przygotowane w samochodzie. Samolot odlatywał 
następnego dnia z Luksemburga.

Zastanawiał się, czy próbować zgubić ogon przed odlotem, czy 

też niczym się nie przejmując wsiąść do samolotu. Zdecydował, że 

prościej   będzie   jechać   do   Luksemburga   jak   gdyby   nigdy   nic. 
Policjanci z DST i tak nie będą mieli prawa tam działać i wątpliwym 

jest, by mogli wsiąść do samolotu nie mając biletu. A na Jamajce, bo 
tam   zdecydował   najpierw   polecieć   DST   nie   miała   i   tak   nic   do 

powiedzenia.

Około   pierwszej   położył   się   spać   lecz   jeszcze   długo   leżał 

przemyśliwując   różne   elementy   przygotowywanego   planu.   Jak 
narazie, poza doraźnym kłopotem z ogonami plan rozwijał się bez 

zmian. Podsłuch telefoniczny, nawet jeśli był zainstalowany, nie mógł 
nikogo naprowadzić na ślad. Wszystkie rozmowy prowadzone były w 

sposób   tak   zakodowany,   że   jedyne   co   podsłuchujący   mógłby 
zrozumieć, to to, że Bermes wybiera się w najbliższych dniach na 

polowanie.   Aby   nie   zapomnieć   o   zabraniu   jutro   dubeltówki, 
przygotował ją przy łóżku. 

Następnego   dnia   rano   zbudził   go   telefon.   Dzwonił   Neurohr, 

który   przyleciał   przed   godziną   na   lotnisko   Grantley   Adams   na 

Barbados. Czekał właśnie na wynajęty samochód. Akurat było święto 

81

background image

Adam Pietrasiewicz

Niepodległości i pracownicy Hertza na lotnisku mieli pewne kłopoty z 

personelem.

- Przyjechałem bez problemu. Freddy nie zabrał się ze mną, ale 

może przyleci później. Dzwonił do ciebie?

Bermes   spodziewał   się   takiego   obrotu   spraw.   Freddy   było 

kodowym   oznaczeniem   ogona.   Tak   więc   na   dworcu,   gdy 
odprowadzał Neurohra, najprawdopodobniej nie udało się go zgubić. 

A to jest znak, że puszczono za nimi fachowców.

-   Dzwonił   i   chciał   się   spotkać.   Ale   nie   mam   czasu,   idę   na 

polowanie. Jak tam pogoda na rajskich wyspach?

- Upał, ale jest przyjemnie, żyć  nie  umierać. Zaraz zajmę się 

wynajęciem łódki i popłynę na ryby.

- A co z naszym znajomym, z którym miałeś się spotkać?

- Zaraz postarm się z nim połączyć, chcę sprawdzić czy u niego 

wszystko w porządku.

Znajomym był człowiek Neurohra w bunkrze na wyspie. Jeżeli 

próba udała się, będą mieli otwartą drogę. Mieszkańcy bunkra mogli 

najwyżej stawiać opór pasywny. Przy otwartych drzwiach nic ich nie 
zatrzyma.

- Tylko się nie utop na rybach. I miłego wędkowania, złap mi 

rekina to zrobię zupę. Do zobaczenia.

- Trzymaj się, i nie daj się zabić na polowaniu. Uważaj na siebie.

*

Po   odłożeniu   słuchawki   Neurohr   wrócił   do   biur   Hertza. 

Samochód   czekał   już   na   parkingu.   Wziął   kluczyki,   podpisał 

dokumenty,   zapłacił   zaliczkę   i   wyszedł   na   zewnątrz.   Maurer   stał 
oparty   o   zielonego   Volkswagena   i   z   rozkoszą   oddawał   się   kąpieli 

słonecznej.

-   Stwierdzam   jednak,   że   lubię   podróżować.   Żeby   nie   ten 

cholerny   samolot,   to   właściwie   mógłbym   być   stewardessą.   Nie, 
Jacky,   jak   myślisz,   nadawałbym   się   na   stewardessę?   -   zapytał 

wykonując kilka ruchów bardziej jak pederasta niż jak kobieta. - Tyle 
że ja się cholernie boję latać samolotem. I nic na to poradzić nie 

potrafię.   Nie   boję   się   skakać   ze   spadochronem,   a   boję   się   lecieć 
samolotem.   Jak   nas   zrzucali   wtedy   w   Gruzji,   to   pamiętam,   że 

lecieliśmy na jakimś cholernie wysokim pułapie, tak, że nie mieliśmy 
się co bać obrony przeciwlotniczej. A ja niemal w portki robiłem ze 

strachu.   A   jak   skoczyliśmy   do   tego   piekła,   bo   mówię   ci,   tam   to 
dopiero   było   piekło,   to   przestałem   się   bać.   A   walili   do   nas   z 

katarynek jak do kaczek.

- Ja to się w samolocie po prostu nudzę. Nie lubię latać, bo mnie 

to nudzi, a nie potrafię się niczym zająć. A ze spadochronem to ja 

background image

nigdy nie skakałem, nawet nie wiem, czy bym się bał. Gdyby Bóg 

chciał,   żeby   ludzie   latali   jak   ptaki,   to   dałby   im   skrzydła.   A   terez 
przestań się opalać, załaduj bagaże i jedziemy. Byłeś już tu kiedyś? - 

Neurohr rzucił Maurerowi kluczyki, a sam usadowił się wygodnie na 
miejscu obok kierowcy.

Mieli   tylko   dwie   małe   walizki.   Cały   sprzęt   miał   dostarczyć   im 

Ramirez, łowca skarbów w zatopionych przed wiekami angielskich, 

francuskich,   hiszpańskich   i   holenderskich   galionach,   a   w   wolnych 
chwilach handlarz bronią i wszelkiego rodzaju sprzętem.

-   Nigdy   tu   nie   byłem,   ale   mi   się   podoba.   Są   tu   jakieś 

dziewczyny?

- Wszystko, czego dusza zapragnie. Mamy prawie dwa tygodnie 

na   przygotowanie   akcji,   znajdziemy   czas   na   wszystko.   Na 

dziewczyny też. A narazie jesteśmy turystami i jedź wolno, bo nie 
chcę, żebyśmy wpadli na jakiś patrol. Skręcaj w prawo, w stronę Sam 

Lords Castle, tam się zatrzymamy.

Sam Lords Castle jest starą posiadłością brytyjskich plantatorów 

przekształconą   w   luksusowy   hotel   i   muzeum.   Za   niewielką   opłatą 
można tam obejrzeć wspaniale rzeźbione meble, za nieco większą 

sumę   pieniędzy   można   się   na   nich   przespać.   Całe   wyposażenie 
pochodzi   z   okrętów   ograbionych   w   XIX   wieku   przez   Sama   Lorda, 

który   dla   zmylenia   przepływających   statków   zapalał   na   wybrzeżu 
ognie   i   powodował   katastrofy   morskie   na   przybrzeżnych   skałach. 

Hotel nie jest najdroższy ani najtańszy, zaletą jego jest natomiast 
położenie   na   terenach   stosunkowo   niezamieszkałych.   No   i   do 

Ramireza nie było stamtąd daleko.

Zainstalowali   się   w   apartamencie   na   drugim   piętrze.   Z   okien 

roztaczał się wspaniały widok na skaliste wybrzeża Atlantyku i jego 
wzburzone fale. W oddali widać było opalających się na oślepiająco 

białej   plaży   turystów   i   młodych   ludzi   surfujących   na   ogromnych 
grzywaczach.   Maurer   popatrzył   przez   lornetkę   na   rajskie   widoki, 

rozpakowali walizki i poszli spać, aby nadrobić straty snu w wyniku 
przesunięcia stref czasu.

Następnego   dnia   czekała   ich   trudna   robota   -   negocjacje   z 

Ramirezem zawsze były trudne, ale był on w porządku, nigdy nikomu 

nie wykręcił numeru po zakończonych negocjacjach. Skądinąd gdyby 
próbował komuś numer wykręcić to biorąc pod uwagę środowiska w 

jakich się obracał, prawdopodobnie drugi raz by już tego nikomu nie 
zrobił. Nic by już nikomu nie zrobił. Nigdy.

*

Barthel obudził się całkiem skostniały z zimna. Collin otwierał 

właśnie termos z kawą, której aromat wyrwał go ze snu. Na dworze 

83

background image

Adam Pietrasiewicz

było jeszcze ciemno, zegar na tablicy rozdzielczej pokazywał wpół do 

piątej. Zgłośnił radio i odwrócił się do swego towarzysza niedoli:

- Widzę, że zrobiłeś mi prezent z pół godziny snu. Pan Bóg ci to 

wynagrodzi młody człowieku, ba ja ci tego nie wynagrodzę. Daj mi 
trochę kawy.

Dmuchając na gorący płyn popatrzył się w stronę willi Bermesa.
- A jak tam nasz delikwent. Rusza się?

- Śpi, bo zupełnie nic się nie dzieje. Ciemno, głucho jak w chacie 

u Murzyna.

- Jak chcesz, to śpij jeszcze, posiedzę do rana.
- Posiedzę z tobą, i tak bym już nie zasnął.

Do ósmej rano nie działo się nic. Zaczęli się już nawet niepokoić, 

podejrzewając,   że   być   może   Bermes   używając   jakiejś   sztuczki, 

wydostał   się   niezauważony.   Ale   kilka   minut   po   ósmej   zapaliło   się 
światło przy drzwiach od garażu. Barthel uprzedził   Jean Jacquesa i 

włączył silnik. BMW Bermesa wyjechało z garażu. Inspektor uważnie 
patrzył,   czy   kierowca   zdradzi   się   jakoś,   że   ich   zauważył.   Ale 

najwyraźniej były najemnik nie był specjalnie spostrzegawczy.

Ruszyli   w   stronę   autostrady   A31   prowadzącej   z   Metzu   do 

Luksemburga. Była to codzienna droga, którą pokonywali razem od 
dwóch dni, droga, którą Bermes jeździł co rano do pracy. Na trzecim 

zjeździe skręcali w prawo, zjeżdżali z autostrady i przebijali się przez 
gigantyczne   o   tej   porze   korki   w   stronę   dzielnicy   Borny,   gdzie 

znajdowały  się   biura  If   Informatique,  firmy  należącej  w  całości   do 
byłego najemnika.

Tym razem z autostrady nie zjechali.
- O, nareszcie coś. Jak myślisz,gdzie jedziemy?

- Zobaczymy. - Barthel dodał gazu aby nie zastać za daleko w 

tyle za Bermesem. - Połącz się z Richertem, trzeba mu przekazać 

nowinę. I niech nam przyślą jeszcze dwie ekipy, na krzyżówce z A4 i 
za Thionville, na drodze do Luksemburga. 

Collin włączył radio i połączył się z centralą. Richerta jeszcze nie 

było   w   biurze,   ale   połączyli   się   z   jego   samochodem.   Komisarz 

nakazał kontynuować obserwację bez ujawniania się.

-   Będziecie   za   nim   jechali   nawet   na   koniec   świata.   Nie 

spuszczać   mi   go   z   oczu.   I   na   Boga,   jak   tylko   miniecie   Thionville, 
uprzedźcie przejście graniczne z Luksemburgiem, żeby mi go jakiś 

cholerny gliniarz ani celnik nie zatrzymał.

Skrzyżowanie   z   autostradą   A4   Strasbourg   Paris   minęli   nie 

kierując   się   w   stronę   stolicy.   Jeśli   Bermes   nie   jechał   po   prostu   w 
sprawach   zawodowych   do   Thionville,   to   jego   celem   był 

prawdopodobnie  Luksemburg,  bądź Belgia.  Kilka kilometrów  przed 

background image

Thionville było rozwidlenie autostrady, której jedna część  ciągnęła 

się  w stronę  Longwy  a  druga na  północ. Longwy mogło oznaczać 
Belgię.   Barthel   kazał   ekipie   oczekującej   na   autostradzie   paryskiej 

zaczaić   się   na   odjeździe   na   Longwy,   a   ekipie   Jean-Jacquesa   kazał 
wyprzedzić   ich   i   jechać   na   Thionville.   Sam   siedział   na   ogonie 

czarnego BMW, którego postanowił nie spuszczać z oka.

Na   wysokości   Mondelange,   gdy   mijali   gigantyczne   centrum 

handlowe CORA, czarne BMW zwolniło. Inspektor Barthel sądził, że 
Bermes zjedzie tutaj z autostrady i chciał już uprzedzać inne ekipy. 

Ale   obserwowany   samochód   włączył   światła   awaryjne,   zjechał   na 
boczne pasmo i stanął. Barthel w ostatnim momencie zdążył włączyć 

kierunkowskaz   i   zjechał   z   autostrady   zatrzymując   się   kilkaset 
metrów   dalej.   Zatrzymał   samochód   tuż   za   zjazdem   w   miejscu,   w 

którym   samemu   pozostając   niewidocznym   mógł   dobrze   widzieć 
drogę za sobą. 

Bermes   wysiadł   z   samochodu   i   podniósł   maskę.   Z   bagażnika 

wyciągnął   jakieś   narzędzia   i   coś   tam   przez   chwilę   dokręcał. 

Następnie zamknął maskę i podszedł do drzwi od strony kierowcy. 
Ale zamiast wsiąść, popatrzył w ich kierunku.

- Myślisz że nas zobaczył? - Collin patrzył na autostradę przez 

małą lornetkę.

-   Nie   wiem.   Ale   niczego   to   nie   zmieni,   będziemy   się   nim 

opiekować bez względu na to, czy o tym wie, czy nie.

Czarne   BMW   ruszyło,   a   inspektorzy   DST   znów   zjechali   na 

autostradę. Na rozjeździe przed Thionville Bermes skierował się w 

stronę Luksemburga. Barthelowi przyszła do głowy myśl.

- Połącz się z Richertem - powiedział do Collina, - przyszła mi do 

głowy myśl.

Po chwili w głośniku zabrzmiał głos komisarza.

- Co się dzieje inspektorze?
-   Panie   komisarzu,   przyszła   mi   do   głowy   pewna   myśl. 

Mianowicie co mamy zrobić jak on pojedzie do Luksemburga? A w 
Luksemburgu   powie   policji,   że   go   ktoś   śledzi?   Zanim   wszystko 

wyjaśnimy, będzie miał czas nam nawiać.

- A co, zorientował się, że za nim jedziecie?

- Nie wiem, mam nadzieję, że nie, ale nigdy nic nie wiadomo.
- Przed granicą połączcie się ze mną. Zastanowię się. A narazie 

jedźcie z nim w trzy samochody, dwa niech jadą przed nim.

- Panie komisarzu, niech pan proszę sprawdzi, czy za Thionville 

nie ma czasem radaru. Po co głupio mamy wpaść na stójkowych? 
Bermes Jedzie w czarnym BMW 524, nasze samochody pan zna.

- Zaraz sprawdzę. Nie spuszczajcie go w żadnym razie z oka.

85

background image

Adam Pietrasiewicz

Barthel   dobrze   znał   zwyczaje   lokalnej   żandarmerii,   która   na 

odcinku   między   Thionville   i   Luksemburgiem,   w   miejscu   gdzie 
autostrada   jest   kręta,   a   prędkość   ograniczona   do   110   km   na 

godzinę,   miała   paskudny   zwyczaj   ustawiania   czarnej   skrzynki   na 
trójnogu.   Żandarmi   coraz   częściej   korzystali   z   osiągnięć   techniki   i 

radary   były   samoczynne   dzięki   wmontowanemu   aparatowi 
fotograficznemu. Często jednak stali gdzieś niedaleko w radiowozie 

czekając na kierowców, którzy jechali z wyjątkowo dużą prędkością. 
Gdy był z nimi urzędnik z prefektury, kierowcy zabierano na miejscu 

prawo   jazdy.   Inspektor   Barthel   dwukrotnie   już   korzystał   ze   swych 
znajomości   w   brygadzie   żandarmerii   w   Thionville,   by   nie   musieć 

płacić mandatu.

Ale tym razem radaru nie było. Na dziesięć kilometrów przed 

przejściem granicznym, gdy nie było już możliwości zjechania w bok, 
Barthel   połączył   się  z   Richertem,   by  dowiedzieć   się,   co  ma   robić. 

Istniały   oczywiście   umowy   między   Luksemburgiem   i   Francją   na 
temat ścigania przestępców i prowadzenia akcji śledczych, ale tym 

razem nie chodziło o przestępcę, ani o regularną akcję śledczą. Zbyt 
wiele   czasu   zajęło   by   uregulowanie   spraw   z   władzami   Wielkiego 

Księstwa,   a   Luksemburczycy   są   na   dodatek   szczególnie   czuli   na 
wszelką ingerencję w ich kompetencje terytorialne.

Francuska   straż   graniczna,   uprzedzona   przez   DST   nie 

zatrzymała   ich.   Nie   było   w   tym   nic   nadzwyczajnego,   od   czasu 

porozumienia między krajami EWG na granicy nie było wielkich ekip 
policyjnych, a akcje kontroli przeprowadzane były od przypadku do 

przypadku, ot tak, żeby nie wyjść z wprawy.

Przed miastem Luksemburg zjechali w stronę lotniska. Bermes 

wykonał manewr dość gwałtownie, tak, że tylko Barthel jadący za 
nim w odległości kilkuset metrów zdążył skręcić. Dwa samochody, 

które jechały przed nimi nie zdążyły wykonać manewru i pojechały w 
stronę   stolicy.   Barthel   postanowił   nie   używać   radia,   aby   nie 

niepokoić tutejszej policji. 

Gdy dojechali do lotniska stwierdził, że prawdopodobnie stracili 

Bermesa   bezpowrotnie.   Jeśli   wsiądzie   do   samolotu,   słuch   po   nim 
wszelki zaginie.

Zaparkowali   samochód   na   podziemnym   parkingu   kilka 

stanowisk   obok   czarnego   BMW.   Collin   został   na   dole,   aby 

kontrolować   parking,   a   Barthel   poszedł   za   Bermesem   do   wind. 
Wsiedli   do   jednej   windy,   która   wywoziła   pasażerów   do   pawilonu 

odlotów. 

Barthel zupełnie bezsilny patrzył, jak Bermes przechodzi przez 

kontrolę   paszportową   i   kieruje   się   do   rejestracji   bagażu   przy 

background image

stanowisku dla lotu DEL 354 w kierunku Kingston na Jamajce. Gdy 

tracił   już   go   z   oczu   po   rejestracji   bagażu   i   za   bramką   kontroli 
osobistej   zobaczył,   że   Bermes   odwraca   się   w   jego   stronę   i   z 

ironicznym uśmieszkiem kiwa mu na pożegnanie ręką.

Inspektor Barthel skierował się z powrotem do windy.

87

background image

Adam Pietrasiewicz

Rozdział 9

Komandosi sprawnie przeprowadzili naprawę pola minowego i 

przeszli   do   przejrzenia   generatora.   Jeden   z   nich   był   mechanikiem 
samochodowym, jak łysy Daniel, więc obaj zabrali się do ponownego 

przeglądu   maszyny.   Goldman   nie   przeszkadzał   im,   wiedząc   jak 
bardzo mechanicy nie lubią kibicowania. Poszedł w stronę domku, w 

którym     żołnierze   naprawili   poprzedniego   dnia   dach.   Z 
przyjemnością popatrzył na efekt ich pracy i skierował się w stronę 

plaży, gdzie zobaczył kapitana Overwooda wykonującego ćwiczenia 
oddechowe.

-   Widzę,   we   jest   pan   adeptem   sztuk   walki   -   powiedział   do 

oficera. - Uczą was w wojsku kung fu?

-   Nie   jest   to   kung   fu,   jest   to   metoda   walki   opracowana   dla 

naszych  ludzi. Taki zlepek różnych technik. Ale wydaje się to być 

skuteczne. A pan też się tym zajmuje?

-   Bardziej   jako   amator.   Kilka   lat   temu   chciałem   się   temu 

poświęcić, ale moje życie potoczyło się inaczej. Mam pierwszy dan w 
karate. Ostatnio nie trenowałem od kilku miesięcy.

- To co, może spróbujemy się?
-   Wie  pan,  kapitanie,  nie   bardzo  lubię  popisywać  się.  Uczono 

mnie, że to co umiem, powinno być wykorzystane w ostateczności. 

-   Mnie   nauczono   walki   wręcz   żeby   zabijać.   Wiem,   że   pewnie 

pana to razi, znam filozofię wschodnich sztuk walki, ale uważam, że 
to   co   robię,   też   jest   potrzebne.   Nie   proponuję   panu   full   contact, 

spróbujmy ot tak, dla zabawy.

Goldman zdjął koszule i rzucił ją na biały piasek. Oficer wyższy 

był   od   niego   o   conajmniej   pół   głowy,   a   jego   mięśnie   mogły 
przywrócić   o   zawrót   głowy   mistrza   świata   w   kulturystyce.   Tym 

bardziej, że nie były to mięśnie sztucznie nadymane, jak to często 
bywa. Były owocem długotrwałych, regularnych treningów.

Goldman   nie   był   specjalnie   umięśniony.   Nigdy   nie   chodził   do 

siłowni,   nigdy   nie   wyciskał   sztang.   Wolał   zachować   sprawność 

poprzez   zwinność   i   szybkość.   Zbyt   wielka   masa   mięśniowa 
utrudniała czasami szybkie reakcje. Oczywiście nawet gdy się było 

górą   mięsa,   tak   jak   kapitan   Overwood,   można   było   zachować 
sprawność,   ale   jedynie   kosztem   ponadludzkich   wysiłków 

treningowych.

Goldman   zaczął   spokojnie   oceniać   przeciwnika   starając   się 

jednocześnie   wykonywać   podstawowe   ćwiczenia   oddechowe.   To 
właśnie oddech był jednym z najważniejszych elementów w walce 

wręcz, trzeba było dbać o ciągłe, pełne dotlenienie organizmu. 

background image

Komandos drgnął i nieznacznymi krokami zaczął przesuwać się 

w   stronę   Goldmana.   Ten   stał   i   czekał   aż   przeciwnik   wykona   jakiś 
ruch, by odparować cios. Nie spuszczał go z oczu, ale nie patrzył mu 

w twarz. Gdy  uczono go podstaw walk wręcz, jedną z pierwszych 
nauk było - "Nie wierz oczom przeciwnika, oczy przeciwnika kłamią". 

Goldman, tak jak wszyscy koledzy, z którymi przed dziesięciu laty 
chodził na kursy karate w Detroit, wierzył, że patrząc przeciwnikowi 

w oczy wyprzedzi jego działania. Lan Panti San, koreańczyk, który go 
wówczas uczył, szybko udowodnił, że jest to błąd. Goldman boleśnie 

się   o   tym   przekonał,   gdy   kilkakrotnie   znalazł   się   na   macie,   nie 
wiedząc nawet skąd nadszedł cios.

Pierwszy   zadał   cios   komandos.   Goldman   odparował,   ale 

natychmiast poczuł, że ma przed sobą nieprzeciętnego przeciwnika. 

Uskoczył w bok i nie czekając na drugi cios wybił się do góry, by 
uderzeniem   stóp   przewrócić   przeciwnika.   Nie   był   wystarczająco 

szybki i tamten zdążył odskoczyć. Goldman znalazł się na plecach w 
piachu. Oficer odsunął się na krok i czekał aż wstanie. Nie czekał 

długo, bo w ułamku sekundy tym razem sam znalazł się na piachu.

"Nigdy nie wierz, że przeciwnik jak leży to jest słabszy od ciebie. 

Jak   przeciwnik   leży,   to   jeśli   nie   jest   martwy,   nadal   pozostaje 
przeciwnikiem"   mawiał   Lan   Panti   San.   Goldman   nie   był   martwy   i 

wykorzystał moment nieuwagi komandosa.

Walczyli tak przez kilka minut aż na plaży nie pojawili się inni 

żołnierze.

- Wszystko w porządku panie kapitanie? - zapytał jeden z nich 

nie bardzo pewien, czy ma interweniować.

-   W   porządku,   odpowiedział   Overwood   z   uśmiechem.   - 

Trenujemy sobie z panem Goldmanem, żeby nie wyjść z wprawy. - 
Sprawdziliście wyspę?

-   Tak,   wszystko   w   porządku.   John   zainstalował   punkt 

obserwacyjny   na   jednej   z   palm.   Będziemy   stamtąd   obserwować 

okolicę w nocy. Co robimy z niewybuchami min?

W czasie wymiany pola minowego znalazło się kilkanaście min, 

które ze starości prawdopodobnie nigdy by nie wybuchły. Komandosi 
obejrzeli je i nabrali jak najgorszego pojęcia o saperach, którzy je 

zakładali i kontrolowali.

- Zanieście je na plażę z drugiej strony wyspy i rozwalcie. Tylko 

uważać na siebie.

-   Wie   pan,   -   kontynuował   patrząc   na   Goldmana,   który 

wytrzepywał piasek z włosów - moi chłopcy lądowali w Somalii, w 
ramach akcji pacyfikacyjnej. A było co pacyfikować. No i wleźli na 

jakieś pole minowe. Bardzo sprawnie je rozbroili, ale jak zobaczyli w 

89

background image

Adam Pietrasiewicz

jakim stanie były miny, to zapomnieli o ostrożności. No i teraz jeden 

siedzi u świętego Piotra a drugi ma małą małpkę, która karmi go 
łyżeczką,   bo   mu   łapy   pourywało.   I   wszystko   odbyło   się   przed 

kamerami   telewizyjnymi,   bo   dziennikarzy   było   tam   więcej   niż 
żołnierzy.

- Widziałem reportarze w telewizji, było to niesmaczne. Podobno 

dano wam rozkaz lądowania w czesie gdy w Stanach był dziennik 

telewizyjny.

-   Wtedy   nie   zastanawialiśmy   się   nad   tym.   Powiedzieli,   że 

lądujemy   o   północy,   to   lądowaliśmy   o   północy.   Nikt   się   nie 
zastanawiał,   która   jest   godzina   w   Nowym   Jorku.   Ale   jak   na   plaży 

wpadliśmy na tłum pismaków z tymi wszystkimi fleszami, lampami i 
kamerami, to mogę panu powiedzieć, że czuliśmy się głupio. Szli za 

nami krok w krok, a myśmy wyglądali na idiotów w naszych strojach 
bojowych   z   wysmarowanymi   twarzami.   Od   tego   czasu   nie   lubię 

dziennikarzy.

- A wie pan, po co pana tu przysłali? - Goldman wolał sam nie 

mówić o roli, jaką mieli spełnić żołnierze na wyspie Św. Patryka.

- Wiem, i wcale mi się to nie podoba. Powiedziano mi, że mam 

strzec   wyspy   przed   dziennikarzami.   A   co   ja   mam   zrobić,   jak 
nakierują na nas te swoje kamery? Mam do nich strzelać, i na żywo 

w   telewizji   urządzić   masakrę?   Nie   lubię   dziennikarzy,   bardzo   nie 
lubię.

Goldman   zamyślił   się   przez   moment.   Zastanawiał   się,   co   by 

było, gdyby rzeczywiście przyjechali tu dziennikarze. Miał nadzieję, 

że   Taylor   się   pomylił,   ale   nie   wierzył,   że   dyrektor   operacyjny 
wezwałby wojsko bez wystarczających przesłanek. Jeśli dziennikarze 

tu   przylecą   to   prawdopodobnie   skończy   się   to   bardzo   źle. 
Dziennikarze   nie   lubią,   gdy   niedopuszcza   się   ich   do   informacji,   a 

przecież   nie   mogli   się   dowiedzieć   co   się   dzieje   na   wyspie   Św. 
Patryka.

- Ma pan dokładne rozkazy, panie kapitanie, co ma pan robić, 

jeśli przybędą tu niepowołane osoby?

- Mam nie dopuścić nikogo do bunkra. Tylko tyle. I może pan 

być   spokojny,   że   nie   dopuszczę.   Chyba,   że   miałbym   walczyć   z 

pułkiem Legii Cudzoziemskiej.

Goldman   założył   koszulę   i   ruszyli   w   stronę   domku.   Po   kilku 

minutach   z   drugiej   strony   wyspy   dał   się   słyszć   odgłos   głuchego 
wybuchu.   Komandosi   dokonali   eksplozji   bezużytecznych   min. 

Goldman   zostawił   oficera   na   schodkach   a   sam   ruszył   do   bunkra. 
Klony, po wczorajszym zabiegu leżały w sali szubienic, panował więc 

spokój. Przed bramą stał łysy Daniel i dyskutował o czymś z jednym 

background image

z   żołnierzy.   Gdy   zobaczyli   Goldmana,   ruszyli   w   jego   stronę   nie 

czekając aż do nich podejdzie.

- Szefie, - zaczął łysy Daniel pokazując palcem na komandosa - 

niech pan posłucha co mówi ten człowiek.

- No więc sprawdziliśmy generator i jestem absolutnie pewien, 

że   ktoś   coś   dodał   do   paliwa.   Nie   ma   innej   możliwości,   wszystko 
działa sprawnie. Mam wrażenie, że ktoś tu sabotuje sprzęt.

- Chyba pan żartuje - Goldman uśmiechnął się szeroko, - kto 

mógłby tu sabotować maszyny?

- Nie wiem, nikogo o nic nie oskarżam, po prostu stwierdzam 

fakt. Trudno nazwać to przypadkiem, nie sądzę, by ktoś w czasie 

słodzenia sobie kawy pomylił pojemnik i nasypał cukru do zbiornika 
benzyny.

- Ale czy jest pan pewien sierżancie, że ktoś coś dosypał?
-   Znam   się   na   robocie   panie   Goldman.   Każdy   ma   swoją 

specjalizację, prawda? Ja znam się na silnikach. Pan Daniel też się 
zna   na   silnikach   i   obaj   doszliśmy   do   wniosku,   że   to   jedyne 

wytłumaczenie.

-   Jakoś   nie   mogę   w   to   uwierzyć.   Czyli   mamy   na   wyspie 

sabotażystę, czy tak?

- Na to wygląda szefie. Ale to nie ja. Ani nie pan, bo jak światło 

zgasło, to byliśmy razem. Czyli jedna z dziewczyn. Tylko która? I po 
co miałaby to robić?

-   Nie   wiem   i   nie   zamierzam   jak   narazie   prowadzić   śledztwa. 

Przekażę informację do centrali i oni już sami zadecydują. W środku 

spokój?

- Tak jest. Dziewczyny chciałyby wyjść na zewnątrz, zobaczyć 

żołnierzy. Mam się pana zapytać czy mogą.

- Nie mogą. Wolę, żeby żołnierze się z nimi nie zadawali.

Sierżant popatrzył się mocno nieprzyjaźnie na Goldmana i ruszył 

w stronę plaży. Goldman wszedł za bramę i zamknął ją dokładnie za 

sobą.

-   Chciałbym,   żeby   ci   wojskowi   jak   najmniej   przebywali   na 

terenie   bunkra.   To,   co   mamy   tam   w   środku   nie   powinno   być 
oglądane przez niepowołanych. Dziewczynom sam powiem, że mają 

się nie ruszać ze środka.

*

Richert stał za biurkiem i kipiał ze złości. Barthel z Collinem stali 

przed nim i ze spokojem wysłuchiwali potoku przekleństw i wyzwisk, 

które spadały na ich głowy.

-   Najpierw   zgubiliście   tego   Polaka.   Jak   dzieci,   jak 

przedszkolaków was wyrolował. Potem ci z Paryża zgubili Neurohra. 

91

background image

Adam Pietrasiewicz

A   teraz   wy   pozwoliliście   Bermesowi   wyjechać.   Mam   wrażenie,   że 

jesteście   bandą   durniów.   Ja   na   głowie   staję,   żeby   załatwić 
zezwolenia na podsłuch, a wy tracicie kontakt z podejrzanym.

- Mówił pan, panie komisarzu...
-   Zamknij   gębę,   Barthel.   Różne   rzeczy   wam   mówiłem,   ale 

napewno   nie   mówiłem,   że   macie   puścić   Bermesa.   Skąd   teraz   się 
dowiemy, gdzie oni są i co robią?

- Bermes jest na Jamajce, przynajmniej tam leciał.
- Na Jamajce, to on może i jest, ale jak długo? Myślisz zakuta 

pało, że będzie tam siedział, aż po niego nie przylecisz?

-   Skoro   jest   na   Jamajce,   to   nie   powinno   nas   to   obchodzić. 

Wyjechał z Francji...

- To co nas obchodzi, i to czym mamy się nie przejmować, to nie 

twój business, Barthel. To ja ci mówię, co jest ważne, a co nie. A ty 
wykonujesz   rozkazy.   Z   Jamajki   mógł   już   gdzieś   odlecieć. 

Gdziekolwiek.   Sprawdźcie,   czy   mamy   tam   jakieś   kontakty.   I 
przekażcie na Gwadelupę i na Martynikę informację o Bermesie. Jak 

będzie trzeba, to niech kontrolują wszystkich, bo czuję, że szykuje 
się coś niedobrego.

Barthel z Collinem wyszli z gabinetu szefa. W biurze ogólnym 

siedzieli   inni   inspektorzy   i   pytającym   wzrokiem   popatrzyli   na 

wychodzących. 

- No i co, zmył wam głowę? - zapytał jeden z nich. - Od czasu jak 

dostał to wyróżnienie, wrzeszczy na wszystkich jak opętany. Odbiło 
mu już zupełnie.

-   Nawet   specjalnie   nie   krzyczał.   Ale   nie   był   zadowolony.   Coś 

czuję, że szykuje sie nam wyjazd na Karaiby. Gdzie są telefony do 

biur na Gwadelupie i na Martynice?

- No, no, to sie wam udało. Kiedy macie jechać? I kto pojedzie? - 

Koledzy   Barthela   stanęli   wokół   niego   kołem.   -   Barthel,   jakbyś 
potrzebował kogoś do noszenia walizki, to mogę z tobą pojechać.

- Dam sobie radę sam, dziękuję. A narazie niech no któryś z was 

połączy mnie z Fort de France.

Po   chwili   stał   przy   mapie   świata   rozwieszonej   na   ścianie   ze 

słuchawką   przy   uchu.   Policjanci   na   Martynice   nie   byli   szczególnie 

szybcy   i   jakoś   nikt   nie   odbierał.   Po   kilkunastu   sygnałach   usłyszał 
wreszcie zaspany głos.

- Direction Securité du Territoire, słucham.
-   Mówi   inspektor   Barthel   z   Metzu.   Chciałbym   rozmawiać   z 

komisarzem... - zawiesił na chwilę głos, próbując odszukać w grubym 
zeszycie   struktur   wewntrznych   DST   nazwisko   komisarza   na 

Martynice - o, mam, z komisarzem Lambertem.

background image

- Panie inspektorze Barthel z Metzu. Czy wie pan, która jest u 

nas godzina? - głos po drugiej stronie był zniecierpliwiony. - Jest tu 4 
nad ranem. Czwarta panie inspektorze. A o czwartej, to my tu śpimy.

- To kto pilnuje naszych zamorskich terytoriów jak gliny śpią? - 

zapytał Barthel siląc się na dowcip.

-   Niech   pan   nie   będzie   taki   dowcipny,   panie   inspektorze   z 

Metzu. I jak pan chce porozmawiać z szefem, to niech pan zadzwoni 

za parę godzin. Do widzenia, panie inspektorze. 

Dał   się   słyszeć   trzask   odkładanej   słuchawki,   a   po   chwili 

przerywany   sygnał   zajętej   linii.   Barthel   odłożył   słuchawkę   i   usiadł 
przy biurku. Zastanawiał się nad następnymi krokami, jakie powinien 

począć.   Zdecydował,   że   jeśli   Bermes,   albo   któryś   z   najemników 
pokaże   się   w   departamentach   francuskich   na   Karaibach   pojedzie 

tam, by samemu dopilnować, co będą tam robić. Przysunął maszynę 
do pisania i zaczął pisać raport dzienny.

W   tym   czasie   inspektor   Michel   Collin   przygotowywał   dossier 

dotyczące   siedmiu   najemników,   których   miano   ewentualnie 

obserwować   na   Karaibach.   Siedmiu   ludzi,   których   życiorysy   i 
fotografie   miał   przygotowane.   Zdjęcie   Polaka,   przesłane   faxem   z 

Warszawy nie było najlepszej jakości, fotografie innych były całkiem 
wyraźne.   Collin   połączył   się   telefonicznie   z   biurami   w   Paryżu   aby 

dowiedzieć się, czy nie zrobili czasem Falkowskiemu zdjęcia w czasie 
jak   go   obserwowali.   Okazało   się,   że   mieli   parę   zdjęć   i   obiecali 

przesłać je na Martynikę i na Gwadelupę jeszcze przed południem. 
Po   przygotowaniu   wszelkich   niezbędnych   dokumentów,   oddał   je 

sekretarkom, do przesłania na Karaiby, a sam zajął się studiowaniem 
rozkładu   lotów,   startów   i   lądowań   w   tamtejszych   francuskich 

departamentach zamorskich.

- Myślisz, że pojawią się gdzieś? - zapytał Barthela, spoglądając 

nań znad rozkładu lotów.

- Znasz Richerta równie dobrze jak ja. Wierzę mu, gdy mówi, że 

coś się dzieje. I myslę, że nasze ptaszki prędzej czy później pojawią 
się na naszym terenie. Czekaj, przyszła mi do głowy myśl - Barthel 

sięgnął po telefon i wykręcił numer zapisany na fiszce personalnej 
Bermesa.

- Dzień dobry, chciałbym rozmawiać z panem Bermesem. Moje 

nazwisko Verrier z firmy Genesis Informatique.

-   Pana   Bermesa   nie   ma   dziś   w   biurze,   a   czy   mogę   mu   coś 

przekazać? - odpowiedziała sekretarka.

- Raczej nie, a kiedy będę mógł go zastać?
- Szczerze panu powiem, że nie wiem. Pan Bermes nie pojawił 

się   dziś   w   biurze   od   rana,   w   domu   też   go   nie   ma.   Teoretycznie 

93

background image

Adam Pietrasiewicz

powinien tu zaraz być, ktoś z resztą na niego czeka.

- To ja spróbuję zadzwonić za pół godziny, dziękuję pani bardzo. 

Do widzenia. - Barthel odłożył słuchawkę i popatrzył na Collina.

-   Dzwoniłem   do   Bermesa   do   biura.   Nie   wyjechał   służbowo, 

sekretarka   by   o   tym   wiedziała.   Więc   sam   widzisz,   że   przeczucia 

Richerta mogą być słuszne.

Po   napisaniu   raportu   z   porannej   akcji   inwigilacyjnej   Barthel 

wyszedł do sąsiedniego biura, w którym była palarnia i piło się kawę. 
Nalał sobie pełną filiżankę i siadł przy stole by przeczytać poranną 

prasę.   Drużyna   FC   Metz   od   ostatniego   miesiąca   była   na   czele 
ekstraklasy   i   komentatorzy   sportowi   nie   mogli   się   temu   nadziwić. 

Prezydent Leotard postanowił podać się do dymisji ze względu na 
podeszły   wiek,   ale   wszyscy   wiedzieli,   że   to   raczej   ze   względu   na 

liczne   afery,   w   które   był   zamieszany.   Barthel   z   zasady   nie   brał 
udziału w wyborach, nie bardzo wierzył w system demokratyczny. 

Zbyt   wiele   widział   oszustw   i   korupcji,   do   zbyt   wielu   teczek 
wydawałoby   się   osób   publicznych   bez   skazy   miał   dostęp.   Jeden   z 

artykułów z cotygodniowego dodatku popularno naukowego przykuł 
jego uwagę.

Tytuł   brzmiał   "Wyhodowane   serce".   Mowa   była   o   sztucznej 

hodowli   organów   z   komórek   przechowywanych   w   inkubatorach. 

Amerykańscy   genetycy   doprowadzili   do   wychodowania   z   jednej 
komórki   tkanki,   która   tworzyła   ścianki   ludzkiego   serca.   Autor 

artykułu   zapewniał,   że   za   najdalej   dziesięć   lat   będzie   można 
hodować   odrębne   organy   z   jakiejkolwiek   komórki   ludzkiej.   Jak 

narazie   postęp   w   tej   dziedzinie   zahamowany   jest   trudnymi   do 
przejścia   barierami,   których   część   udało   się   przełamać   w 

amerykańskich laboratoriach.

Barthel pomyślał o Lei. Córka jego konkubiny była jakby jego 

własnym dzieckiem. Nie mówiła do niego tatusiu, mówiła po prostu 
po imieniu, ale traktował ją jakby był jej ojcem. Lea miała białaczkę. 

Leczona była chemioterapią już od ponad roku i jej stan, raz lepszy, 
raz gorszy, cały czas się pogarszał. Coraz częściej opuszczała ich na 

niekończące się zabiegi w paryskich szpitalach i właściwie umierała 
na ich oczach. Coraz częściej zgłaszał się do nocnych akcji, coraz 

mniej siedział w domu, bo nie mógł patrzeć na umierające dziecko.

Dziewczynka miała już 16  lat, nie była już dzieckiem, ale jak 

dziecko garnęła się do niego i do Fabienne, jakby czuła, że koniec 
jest   bliski.   Lekarze   kiwali   głowami,   jak   tajemnicze   zaklęcia 

wypowiadali różne niezrozumiałe terminy medyczne i przepowiadali 
jeszcze kilka do kilkunastu miesięcy życia. 

Dziewczynka nie wiedziała nic o powadze choroby. Przynajmniej 

background image

nikt jej o tym nie mówił. Ale Barthel wiedział, że w wieku szesnastu 

lat   doskonale  obserwuje   się  otaczający   świat  i   wie   się   więcej,   niż 
dorośli sobie wyobrażają. Lea spokojnie poddawała się leczeniu, nie 

zapominała nigdy o codziennej dawce pastylek. Cierpiała z powodu 
włosów,   które   wypadły   jej   od   chemioterapii.   Cierpiała   patrząc   jak 

cierpi jej matka.

Lekarze mówili coś o przeszczepie szpiku. Że przeszczep szpiku 

jest jej jedyną szansą. Ale żeby dokonać takiej operacji, musi znaleźć 
się dawca, a o takiego  jest bardzo  trudno. We  Francji nie było  w 

bazach danych kandydatów do przeszczepu ani jednej takiej osoby. 
Ani   Fabienne,   ani   on   nie   mieli   wystarczająco   podobnych 

charakterystyk immunologicznych, by oddać dziecku własny szpik. A 
jej ojciec nawet nie poddał się badaniu. Aby znaleźć odpowiedniego 

dawcę, trzeba było mieć niezwykłe szczęście. Szansa na znalezienie 
takiego człowieka była niższa niż 1 na 100 000.

Artykuł   o   hodowli   in   vitro   komórek   ludzkiego   serca   zasiał 

odrobinę nadziei w jego sercu. Zastanawiał się, czy tak jak tkankę 

serca można będzie wychodować ludzki szpik. Postanowił dowiedzieć 
się   od  dziennikarza,  który   napisał  artukuł,   skąd  miał  informację   o 

amerykańskich doświadczeniach.

Po   przeczytaniu   gazety   i   po   wypiciu   kawy   wrócił   do   swego 

zawalonego   stertami   papierów   biurka.   Próbował   skupić   się   na 
przeglądanych dokumentach, ale nie potrafił.

- Ej, Michel, pojdziesz ze mną do MacDonalda? - zapytał Collina - 

Mam ochotę coś przekąsić. 

- Dobrze, tylko skończę pisać raport. Napisałeś już swój?
- Godzinę temu. Pospiesz się, bo nam hamburgery wystygną.

W   drodze   do   restauracji   nie   odzywali   się   do   siebie.   Collin 

wiedział, że  jego kolega  ma problemy  z dzieckiem  i nie  próbował 

przerwać   przedłużającej   się   ciszy.   Przerwał   ją   Barthel   już   przy 
stoliku.

-   Myślę,   że   koniec   końców   będziemy   musieli   pojechać   na 

Martynikę. Takie mam przeczucie.

-   Jeśli   oni   coś   przygotowują.   I   jeśli   pojawią   się   tam,   albo   na 

Gwadelupie.   Świat   jest   wielki,   nie   ma   się   co   podniecać. 

Niewykluczone, że za tydzień Richert zamknie całą sprawę, tak jak 
już   to   robił   wiele   razy.   A   za   dwa   tygodnie   usłyszymy   o   jakimś 

przewrocie w Hondurasie czy innym Haiti. I za trzy tygodnie nasz 
podopieczny pojawi się w Metzu z kieszeniami wypchanymi forsą. I 

tak jak to zwykle bywa, nic mu nie udowodnimy.

- Nie miałbym nic przeciwko kilku dniom nad ciepłym morzem w 

towarzystwie pięknej mulatki albo murzynki...

95

background image

Adam Pietrasiewicz

- Nie podskakuj, bo wszystko powiem Fabienne i nigdzie dalej 

niż po zakupy nie pojedziesz. - Collin uśmiechnął się, ale zobaczył, że 
Barthelowi wcale nie do śmiechu. - Czy coś nie w porządku z Leą?

- Nie, bez zmian, ale czytałem taki artykuł o medycynie i jakoś 

mi   tak   smutno.   Wiesz,   to   jest   niesprawiedliwe,   żeby   dzieciaki 

umierały.   Jak   jest   wypadek   samochodowy,   to   jest   tragedia,   ale 
łatwiej to przyjąć. A ona umiera na raty, tak po trochu każdego dnia. 

I nic na to nie można poradzić. Mam wrażenie, że umieram razem z 
nią.   I   niesamowicie   zazdroszczę   innym   ludziom,   że   mają   zdrowe 

dzieci.

- Może jednak znajdzie się ktoś do przeszczepu...

- Daj spokój, Collin. Nie pieprz, sam wiesz jak to jest. Nie mam 

ochoty robić sobie fałszywych nadziei. Nie wierzę w cuda.

- Wiesz co, Michel - Collin po chwili milczenia przerwał ciszę, - 

jesteśmy dobrymi kumplami, to chyba mogę ci to powiedzieć. Wiem, 

że cierpisz. Wiem, jak bardzo to wszystko z Fabienne przeżywacie. I 
myślę, że w takim stopniu, w jakim jest to możliwe rozmumiem i 

współczuję   wam.   Ale   jedno,   czego   mnie   życie   nauczyło,   to   to,   że 
nigdy nie należy tracić nadziei. Jak mi mówisz, że nie wierzysz w 

cuda, to tak jakbyś już pochował to dziecko. A ona żyje, żyje i będzie 
jeszcze żyła długo. A dopóki żyje, jest nadzieja. Przepraszam cię, że 

tak ostro reaguję, ale myślę, że robisz źle tracąc nadzieję.

Barthel nic nie odpowiedział. O, nadzieję to on miał, mnóstwo 

nadziei. Jeszcze rok temu, dwa lata temu, jak Lea zaczęła chorować. 
Ale nadziei jest jakiś zapas, i zapas ten był u niego na wyczerpaniu. 

Jak   długo   można   zamydlać   sobie   oczy,   jak   długo   można   nie 
przyjmować do wiadomości rzeczywistości?

- Collin, co ty możesz wiedzieć o nadziei? Co ty możesz o tym 

wiedzieć. Nie masz dzieci, jesteś sam. Nic nie wiesz, nic!

- Chodźmy, wracajmy do biura, może w robocie zapomnisz o 

tym wszystkim.

Collin   wstał   i   wyrzucił   do   kubła   pudełka   od   hamburgerów   i 

plastikowe kubki po coca coli. 

background image

Rozdział 10

Grudniowe słońce paliło niemiłosiernie równikowym żarem, gdy 

Maurice Bermes wysiadał z samolotu w Kingston. Prosto z lotniska 
skierował się do hotelu, ale gdy wszedł do pokoju, musiał rozebrać 

się i wejść pod prysznic. Na dworze było ponad 30 stopni.

Gdy spłukał z siebie pot, zmienił ubranie, przygotował brudne 

rzeczy do oddania do hotelowej pralni i zamówił śniadanie. Włączył 
telewizor i nastawił na wewnętrzny, hotelowy kanał, na którym szedł 

jakiś   western.   Gdy   pokojówka   przyniosła   tacę,   leżał   na   tapczanie 
walcząc z ogarniającą go sennością. Po zjedzeniu jajek sadzonych i 

chleba wypił szklankę mleka i zasnął.

Spał   do   wieczora.   Około   dziewiętnastej   zbudził   go   telefon. 

Telefonistka łamaną francuzczyzną usiłowała mu coś powiedzieć.

- Niech się pani nie trudzi - przerwał jej, - może pani do mnie 

mówić po angielsku.

- W recepcji czeka na pana pan Rodriguez. Czy mam go wpuścić 

na górę?

- Niech poczeka w hallu, zaraz do niego zejdę.

Wstał   z   łóżka,   założył   świeże   ubranie   i   zszedł   na   dół.   W 

głębokim   skórzanym   fotelu   obok   wejścia   siedział   Rodriguez.   Jak 

zwykle   wybrał   sobie   miejsce,   z   którego   mógł   łatwo   obserwować 
wchodzących   i   wychodzących   samemu   pozostając   z   boku.   Gdy 

zobaczył Bermesa wstał i przyjaźnie pomachał ręką.

-   Witam   szanownego   pana   i   klienta,   cóż   to   za   dobre   wiatry 

sprowadzają pana w te strony?

-   Cześć   Rodriguez.   Nie   gadaj   tyle,   tylko   zaprowadź   mnie   do 

jakiejś dyskretnej knajpy. Jesteś czysty?

-  Ależ panie Bermes,  toż pan mnie  obraża. Ja zawsze  jestem 

czysty, gdy spotykam się z mymi klientami. 

- Słuchaj Rodriguez, nie mam czasu na głupie gadanie, idziemy.

Wyszli   z   hotelu   na   wygrzaną   przez   słońce   ulicę.   Od   godzin 

wieczornych zaczynało się prawdziwe życie na Jamajce, jako że w 

ciągu dnia upał był zbyt wielki. Wmieszali się w tłum, kierując się w 
stronę   dzielnicy   portowej.   Rodriguez   zawsze   najlepiej   się   czuł   w 

towarzystwie   zapitych   marynarzy   i   portowych   dziwek.   Czuł   się 
bezpieczny, bo wiedział, że policja nie lubiła się tam zapuszczać.

Siedli w jednej z knajp portowych przy stoliku z którego mogli 

obserwować wejście nie rzucając się w oczy. Przy barze wzięli dwa 

kieliszki   rumu   i   zamówili   coś   do   jedzenia.   Bermes   brzydził   się 
jedzenia w takich miejscach, ale wolał to niż słuchać jak mu kiszki 

marsza grają.

97

background image

Adam Pietrasiewicz

- Jak widzę Rodriguez, stary zbóju, - zaczął po wypiciu rumu, - 

jak   narazie   jeszcze   nie   dyndasz   na   krótkim   sznurku   za   szyję.   Jak 
myślisz, kiedy zawiśniesz?

- Czy musimy rozmawiać o tak nieprzyjemnych sprawach, panie 

Bermes - nazwisko Francuza wypowiedział ze śmiesznym akcentem 

Hiszpana mówiącego po angielsku. - Pomówmy lepiej o konkretach, 
bo nie mam wiele czasu i za kilka godzin muszę stąd zniknąć.

-   Ty   Rodriguez,   to   kiedyś   znikniesz   definitywnie,   jak   się   nie 

ustatkujesz.   Potrzebuję   trochę   sprzętu   no   i   chciałbym,   żebyś   mi 

pożyczył swój helikopter.

-   A   jakiego   sprzętu   pan   potrzebuje,   panie   Bermes?   -   oczy 

Rodrigueza zapaliły się płomieniem chciwości.

-   Dwa   tuziny   świec   dymnych,   dwadzieścia   granatów,   siedem 

radiotelefonów.   Poza   tym   podstawowy   sprzęt   medyczny,   plastry, 
morfinę, opatrunki, wszystko dla dwudziestu ludzi. 

- A co, szykuje się jakaś rewolucyjka na naszych wyspach?
- Rodriguez, stare chińskie przysłowie mówi: kto mniej wie ten 

lepiej śpi. Więc jak chcesz spać dobrze dzisiejszej nocy, to lepiej nie 
zadawaj głupich pytań. - Bermes przełknął kawałek steku z rekina, 

który bardziej przypominał starą podeszwę niż lokalny przysmak. - 
Potrzebuję tego wszystkiego najdalej za tydzień.

-   Pan,   panie   Bermes   to   ma   zawsze   wymagania   nie   do 

spełnienia. Skąd ja panu to wszystko wydobędę? Ja nie mam sklepu 

z wyposażeniem dla wojska. Trudnię się drobnym handlem, i tyle. - 
Rodriguez zawiesił głos i czekał na reakcję Francuza.

Bermes   nie   pierwszy   raz   negocjował   z   Hiszpanem,   wiedział 

więc,   że   ma   on   wszystko,   że   jego   składy   mogłyby   wyposażyć 

dwutysięczną   armię,   a   nie   jedynie   kilku   najemników.   Bez   słowa 
sięgnął po drugi kieliszek rumu i popatrzył Rodriguezowi w oczy. Ten 

nie   mrugnąwszy   nawet   wytrzymał   przeszywający   wzrok   i   siedzieli 
tak przez chwilę nic nie mówiąc.

- Rodriguez, ja wiem, że ty masz wszystko, czego mi potrzeba. 

Ty wiesz, że ja to wiem. A ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem. Więc po 

co mamy bawić się w chowanego? Powiedz, ile to będzie kosztować i 
zjeżdżaj, bo nie mam czasu się tobą zajmować.

- Panie Bermes, jeśli już tak pan do mnie mówi, to odpowiem, że 

mogę   to   wszystko   mieć.   Ale   najpierw   niech   mi   pan   powie,   gdzie 

mam to wszystko dostarczyć. Bo jak na Tahiti, to ja helikoptera nie 
oddam.

- Oddasz, oddasz. Za dobrze cię znam stary przemytniku. Nawet 

do lotu na Marsa byś oddał. Chce wszystko to mieć w bezpiecznym 

miejscu   na   wyspie   St.Vincent   przed   dziesiątym   grudnia.   Wszystko 

background image

ładnie zapakowane i helikopter z pełnym bakiem paliwa.

Rodriguez   przez   chwilę   zastanawiał   się.   Bermes   patrzył   na 

przemytnika   i   zastanawiał   się   ile   operacji   przeliczania   pieniędzy 

Hiszpan potrafi zrobić w ciągu kilku minut. 

- No więc panie Bermes. powiedział pan tak: helikopter, świece 

dymne,   granaty   i   materiał   medyczny.   Helikopter   mogę   dać   na 
najwyżej tydzień i z kaucją. Granaty i resztę zapakuję w skrzynie i 

będą czekały na lotnisku w Kingstown na St.Vincent. A wszystko to 
za pięćdziesiąt tysięcy plus kaucja za helikopter, powiedzmy, dwie 

stówy.

- Kaucji za ten latający wrak ode mnie nie dostaniesz. Jak go 

rozwalę,   to   zrobię   ci   tym   jedynie   przysługę.   Co   do   pięćdziesięciu 
tysięcy, to mogę ci dać najwyżej piętnaście.

-   Panie   Bermes,   ja   jestem   człowiekiem   interesu.   Nie   mam 

zwyczaju   bawić   się   w   ciuciubabkę   z   moimi   klientami.   Jeśli   mówię 

pięćdziesiąt, to znaczy pięćdziesiąt. I jak mówię, że chcę kaucję, to 
bez kaucji helikoptera nie dam.

Zaczęły się negocjacje przerywane co chwila wspomnieniami i 

opowieściami  różnych   przygód   przemytnika.  Bermes  był  spokojny, 

że   wynegocjuje   lepsze   warunki   więc   słuchał   opowieści   Hiszpana. 
Około   dziesiątej   wieczorem   dobili   targu.   Stanęło   na   dwudziestu 

tysiącach   dolarów   za   sprzęt   i   dziesięciu   tysiącach   kaucji   za 
helikopter. Rodriguez nieomalże płakał, skarżąc się na bezduszność 

Bermesa,   ale   targu   dobili.   Francuz   dał   dziesięć   tysięcy   dolarów 
zaliczki i wyszedł do hotelu.

Następnego dnia postanowił pojechać na Martynikę, gdzie miał 

spotkać   się   ze   Szlomo   Guldbergiem,   handlarzem   bronią,   którego 

spotkał   niegdyś   w   Nikaragui.   Pertraktacje   z   Żydem   były   zawsze 
niezwykle trudne, ale nigdy go on nie zawiódł. 

Po   powrocie   do   hotelu   spakował   walizkę,   razem   z   brudnymi 

rzeczami,   których   w  rezultacie  nie   oddał   do  pralni.   Położył  się   do 

łóżka i zaczął rozmyślać o ostatnich kilku dniach. 

Uśmiechnął   się   sam   do   siebie,   gdy   przypomniał   sobie 

zrozpaczonego gliniarza, któremu wydawało się, że będzie mógł go 
śledzić.   Udało   mu   się   wykiwać   go   jak   dzieciaka   i   teraz 

najprawdopodobniej będzie miał już spokój. Ale gdzieś w głębi duszy 
tkwiła niepewność - dlaczego DST go śledziło? Czy mieszkanie było 

na   podsłuchu?   Co   francuscy   policjanci   mogą   wiedzieć   o 
przygotowywanej akcji?

Odpowiedź na ostatnie pytanie była prosta - nic. Bo gdyby coś 

wiedzieli, nie pozwoliliby mu wyjechać. A skoro pozwolili, to mogą 

najwyżej coś podejrzewać, tyle, że sami nie mogą wiedzieć co. Co do 

99

background image

Adam Pietrasiewicz

podsłuchu, to w czasie spotkania ze wszystkimi uczestnikami akcji 

napewno go nie było. A potem... no cóż, nawet jeśli był, nawet jeśli 
podsłuchiwali rozmowy telefoniczne, to i tak niczego nie mogli się 

dowiedzieć.   Nie   było   więc   powodu   do   zmartwień,   przynajmniej 
narazie. Przypomniał sobie, że stwierdził to już dwa dni temu, gdy 

przed domem stały samochody z policjantami.

Usiadł na łóżku i sięgnąl po telefon. Gdy połączył się z recepcją, 

zapytał o kierunkowy na Barbados. Następnie wykręcił numer hotelu 
Sam Lords Castle i poprosił z o połączenie z pokojem Neurohra.

- Witaj przyjacielu - zaczął, gdy Jacky odebrał telefon - jak mijają 

wakacje na rajskich wyspach?

- O, Maurice, cieszę się, że cię słyszę. Czy już przyjechałeś do 

pierwszego etapu?

- Tak, i jutro zaczynam drugi. A ty? Co załatwiłeś?
-   Mam  wspaniałą   łódź  i  codziennie  pływam  na  ryby.  Gdybym 

miał sieci, mógłbym na nią załadować chyba z 10 ton. Albo i więcej. 
Wspaniała   łajba,   i   nawet   szybka.   Spotkałeś   naszego   wspólnego 

przyjaciela?

- Tak, wszystko u niego w porządku. Jest na tyle uprzejmy, że 

zgodził się pomóc nam w organizowaniu wycieczek. A co z Freddym?

- Nie wiem, nie spotkałem go ostatnio. A ty?

- Odprowadził mnie na lotnisko, ale został, nie chciał ze mną 

lecieć. W takim razie, tak jak było umówione, spotykamy się za kilka 

dni. Bawcie się dobrze i nie dajcie się rekinom.

-   Tak   jest,   do   miłego.   -   Odpowiedział   Neurohr   i   odłożył 

słuchawkę.

Jak narazie wszystko rozwijało się wedle planu. Neurohr zdobył 

kuter na który będą mogli załadować około dziesięciu osób. Powinno 
wystarczyć,   jeśli   wszystko   dobrze   się   powiedzie,   siedem   klonów   i 

trzech   ludzi   popłynie   morzem   a   trzy   klony   i   reszta   dolecą   do 
Kingston helikopterem. Miał nadzieję, że klony, które według opisu 

Neurohra, nie miały żadnych ludzkich odczuć, nie przestraszą sie w 
helikopterze   ani   na   wodzie.   W   razie,   gdyby   były   jakieś   problemy, 

kilka   zastrzyków   uspokajających,   które   dostarczy   Rodriguez, 
powinno   rozwiązać   problem.   Klony   czy   nie   klony,   istoty   te   miały 

ludzkie organizmy.

W tej chwili powodzenie planu opierało się już prawie wyłącznie 

na   powodzeniu   pertraktacji,   które   Jacky   miał   przeprowadzić   na 
Barbados. Jeśli nic z nich nie wyjdzie, cały plan weźmie w łeb i stracą 

kupę pieniędzy. Przecież sami nigdy nie będą w stanie szantażować 
dziesięciu rodzin i Asocjacji. Byłoby to zbyt wielkim ryzykiem.

Bermes przed zaśnięciem poprosił recepcjonistkę, żeby obudziła 

background image

go przed siódmą. Chciał się umyć i znaleźć się w klimatyzowanej sali 

lotniska   jeszcze   przed   upałem,   który   zaczynał   się   około   dziesiątej 
rano. Samolot do Fort de France odlatywał o dwunastej.

*

Porucznik Gates z nowojorskiego FBI nie lubił swojej pracy. Po 

raz czwarty w ciągu ostatnich sześciu lat przenoszono go na inne 
stanowisko,   do   innego   stanu.   Tak   jak   większość   agentów 

operacyjnych   nie   pozostawał   dłużej   niż   półtora   roku   w   jednym 
mieście,   aby   lokalny   światek   przestępczy   nie   przyzwyczaił   się   do 

jego twarzy. Tak więc porucznik Gates z nowojorskiego FBI nie był 
już   właściwie   porucznikiem   Gates   z   nowojorskiego   FBI   tylko   był 

porucznikiem   Gates   z   bostońskiego   FBI.   Oczywiście   każde 
przeniesienie łączyło się ze znaczną podwyżką pensji, ale łączyło się 

też   z   nowym   środowiskiem,   nowymi   współpracownikami   i   nowym 
mieszkaniem   z   nowymi   meblami.   Do   Bostonu   miał   jechać   już   za 

miesiąc.

Sprawa, nad którą ostatnio pracował w Nowym Jorku nie była 

ani   specjalnie   interesująca,   ani   nie   wymagała   wysiłku 
intelektualnego i sprytu. Porucznik Gates obserwował nowojorskich 

mafiozów notując kiedy i z kim się spotykają, co jedzą na obiad i z 
kim sypiają. Po prostu rutynowa robota policyjna, niestety wciąż w 

jego przypadku taka sama. Wielokrotnie usiłował sobie wytłumaczyć, 
że jego koledzy, którzy biorą udział w akcjach, o których pisze potem 

prasa,   narażają   swoje   życie,   a   on   jedynie   czasami   ryzykuje 
przeziębieniem zbyt długo wystając w deszczu na ulicy. Nic na to nie 

potrafił   poradzić,   zazdrościł   im   i   z   nienawiścią   patrzył   na   swój 
służbowy   pistolet,   z   którego   nie   miał   nigdy   okazji   strzelać   poza 

strzelnicą.

Rozpracowywał   ostatnio   rozkład   dnia   i   zwyczaje   niejakiego 

Waltera Zelaznego, znanego w nowojorskim świecie  przestępczym 
pod pseudonimem "Wujek z Ameryki". Zelazny był synem polskich 

emigrantów przybyłych do USA w latach siedemdziesiątych. W mafii 
nie   zajmował   jasno   sprecyzowanego   stanowiska,   był   kurierem 

pracującym dla kilku rodzin. Poruszał się wyłącznie czarnym Ferrari, 
którego, jak twierdził, wygrał na loterii fantowej. Pseudonim "Wujek z 

Ameryki"   pochodził   stąd,   że   co   raz   odwiedzali   go   jego   kuzyni   i 
siostrzeńcy z Polski. Przez jakiś czas nawet przyjeżdżający do niego 

Polacy byli brani pod lupę i dokładnie sprawdzani, ale okazywało się, 
że są to naprawdę krewni Zelaznego. 

Zelazny   nie   miał   specjalnie   skomplikowanego   rozkładu   dnia. 

Rano wyjeżdżał samochodem spod swego domu na 16 Alei i jechał w 

odwiedziny   do   różnych   ludzi,   którzy   byli   winni   mafii   pieniądze. 

101

background image

Adam Pietrasiewicz

Przekonywał ich, że należy je oddać i jechał dalej. Gates na początku 

obserwacji Polaka sądził, że wreszcie znajdzie się w samym centrum 
akcji   przeciwko   mafii,   ale   okazało   się,   że   wszyscy   płacili   uczciwie 

swoje długi i nigdy Zelazny nie musiał używać innych niż rozmowa 
argumentów. Skądinąd jego akta były praktycznie puste, nigdy za 

nic   nie   był   skazany   i   nigdy   nic   nie   można   mu   było   zarzucić. 
Zadziwiającym   było,   jak   łatwo   i   bezboleśnie   ludzie   oddawali 

pożyczone   pieniądze.   Aż   się     wierzyć   nie   chce,   myślał   Gates,   jak 
bardzo rzeczywistość jest niepodobna do tej, z gangsterskich filmów. 

Powierzono mu tę sprawę, żeby wypełnić nieco  teczkę Polaka,  bo 
przełożeni nie lubili widoku pustych teczek współpracowników mafii.

Szóstego grudnia rano porucznik Gates wstał z łóżka jak zawsze 

o wpół do siódmej. Dzieci jeszcze spały, więc po cichutku wszedł do 

ich sypialni, by przy łóżkach postawić zakupione poprzedniego dnia 
słodycze.   W   jego   rodzinie   tradycyjnie   na   Świętego   Mikołaja   dzieci 

dostawały   cukierki.   Nastepnie   przeszedł   do   kuchni,   gdzie 
przygotował   sobie   lekkie   śniadanie,   zjadł,   wypił   szklankę   soku 

pomarańczowego   i  wyszedł   by  tak  jak   robił  to  od   dwóch   tygodni, 
obserwować Zelaznego. 

Tym razem Polak ruszył w stronę Manhattanu. Poranne korki w 

Nowym   Jorku   nie   pozwoliły   mu   zgubić   się   obserwującemu   go 

policjantowi, więc Gates bez trudu dotarł za nim do biura podróży 
niedaleko   Empire   State.   Zelazny   wysiadł   ze   swego   samochodu   a 

Gates   przekazał   do   centrali   pierwszy   raport   o   ruchach 
obserwowanego. Za pół godziny w centrali będą wiedzieli, co robił w 

biurze podróży, i dla kogo kupował bilet.  Tymczasem pojechali dalej, 
w   codzienny,   jak   to   nazywał   w   rozmowach   z   kolegami,   poranny 

obchód.

Około czternastej przekazał obserwację koledze, którego twarzy 

nawet   jeszcze   nie   widział,   a   głos   jedynie   słyszał,   gdy   rozmawiali 
przez   radio.   Sam   ruszył   do   biura,   gdzie   czekała   nań   codzienna, 

nużąca   papierkowa   robota.   Na   schodach   zatrzymał   go   Johns, 
dyrektor departamenu operacyjnego.

- A, Gates, dobrze, że pan jest, proszę przyjść za pół godziny do 

mojego biura.

Gates nie lubił chodzić do biur dyrektorów. Nigdy nic dobrego z 

tego   nie   wynikało.   Gdy   chodziło   o   awans   czy   podwyżkę   FBI 

załatwiało   sprawę   listem   poleconym.   Gdy   działo   się   coś 
nieprzyjemnego,   jakaś   nagana,   przeniesienie   na   inne   stanowisko, 

wyjazd w jakieś zupełnie nieciekawe  okolice, wówczas  szło się do 
biura dyrektora. 

Wszedł   do   biura   ogólnego   wydziału   i   usiadł   za   biurkiem.   Na 

background image

klawiszach   terminala   komputera   wystukał   swoje   inicjały,   hasło   i 

sprawdził, czy nie ma dla niego jakiejś informacji. Była oczywiście 
tylko   jedna,   że   ma   się   zameldować   w   biurze   Johnsa.   Wymazał 

przekaz i uruchomił program, przy pomocy którego pisał codzienne 
sprawozdania. Sprawozdania, w których jedynym elementem, który 

zmieniał się od dwóch tygodni były adresy pod którymi zatrzymywał 
się Zelazny. Gdy skończył pisać  stwierdził, że czas,  by przejść  do 

biura szefa.

- Niech pan siada poruczniku i nic się nie przejmuje. Sam kiedyś 

byłem na pana miejscu i wiem, jak bardzo nieprzyjemnym może być 
pobyt   w   dyrektorskim   biurze.   Tym   razem   to   co   pan   usłyszy   nie 

będzie specjalnie nieprzyjemne. Nie ukrywam, że sam chciałbym być 
na pana miejscu.

Otóż pański podopieczny wykupił dziś bilet na Barbados, a pan z 

nim pojedzie, żeby zobaczyć co on tam robi. Jeśli wyjeżdża na urlop, 

to będzie miał pan okazję spędzić ten urlop razem z nim. Ale tak 
naprawdę,   to   wątpie,   żeby   Zelazny   jechał   na   wakacje,   więc 

postanowiłem pana wysłać za nim.

-   A   kiedy   mam   jechać   panie   dyrektorze?   Bo   widzi   pan,   moja 

żona   chciała,   żebyśmy   chociaż   w   tym   roku   mogli   spędzić   razem 
święta.

- Wyjedzie pan jutro rano, tym samym samolotem co Zelazny. A 

jak   długo   pan   tam   zostanie,   tego   niestety   nie   wiem,   będzie   to 

zależało od Zelaznego, a nie ode mnie. W każdym razie nie wróci 
pan do domu, poruczniku, zanim pana podopieczny nie znajdzie się 

w Nowym Jorku. Jeśli z Barbados trzeba będzie jechać gdzieś dalej, 
to proszę się ze mną skontaktować. Ale w zasadzie ma pan za nim 

jechać   wszędzie,   gdzie   i   on   pojedzie.   I   niech   pan   sfotografuje 
wszystkich, z którymi się będzie spotykał. Mamy pewne informacje 

na   temat   jakiejś   przygotowywanej   akcji,   prawdopodobnie   przerzut 
narkotyków, ale jeszcze nie wiemy. 

Gates   wyszedł   z   biura   dyrektora   i   wrócił   do   swojego   biurka. 

Sięgnął po słuchawkę, by przekazać żonie nowinę. Po raz kolejny nie 

spędzą   prawdopodobnie   razem   świąt   Bożego   Narodzenia.   No   cóż, 
tak chyba już być musi.

Po poinformowaniu żony, która bez entuzjazmu przyjęła plany 

wyjazdowe męża spakował wszystkie dokumenty do biurka, wyłączył 

i zablokował kluczykiem terminal komputera i ruszył w stronę wind. 
Musiał   odebrać   z   księgowości   bilet   lotniczy,   który   pewnie   już   na 

niego czekał. Z kasy musiał wziąć trzy tysiące dolarów w gotówce, 
które stanowiły zaliczkę na ewentualne koszty operacyjne. Koszty te 

oczywiście będzie musiał rozliczyć po powrocie, ale i tak ich część 

103

background image

Adam Pietrasiewicz

będzie dodatkiem do pensji. Jeszcze nigdy nikomu w FBI nie udało 

się rozliczyć kosztów operacyjnych inaczej niż wyjaśniając przyczyny 
wydania   całości   zaliczki.   Wszyscy,   od   dyrektora   począwszy   na 

sprzątaczce kończąc wiedzieli, że zaliczka jest po prostu dodatkiem 
do pensji i księgowość nie trudziła się nawet by czytać rozliczenia.

Z kasy przeszedł do magazynów w piwnicy, skąd wziął zapas 

amunicji   do   broni   służbowej,   aparat   fotograficzny   z   wielkim 

teleobiektywem i noktowizorem. Gdy doszedł do swego samochodu 
stojącego na podziemnym parkingu FBI musiał położyć wszystko na 

ziemi by z teczki wyjąć kluczyki.

Samolot   odlatywał   o   dziewiątej   piętnaście.   Żona   odmówiła 

odwiezienia   go   samochodem,   więc   wziął   taksówkę,   powtarzając 
sobie,   że   musi   poprosić   kierowcę   o   fakturę   po   przyjeździe   na 

lotnisko. 

W   kolejce   do   rejestracji   bagażu   stanął   tuż   za   Zelaznym.   Nie 

starał się ukrywać, nie sądził bowiem by tamten go rozpoznał. Nawet 
jeśli   zorientował   się   w   ciągu   ostatnich   dni,   że   jest   śledzony, 

wątpliwym było, by rozpoznał twarz swego anioła stróża.

W bagażach miał zapakowany sprzęt oraz broń służbową. FBI 

uprzedziło   ochronę   lotniska   o   zawartości   jego   walizki,   więc   nie 
powinno   być   problemu   przy   kontroli.   Nie   chciał   mieć   broni   przy 

sobie, bo choć było to możliwe, to jednak musiałby zatrzymać się 
przy stanowisku kontroli osobistej, a to mogłoby na niego zwrócić 

niepotrzebnie uwagę innych pasażerów. Wolał udawać turystę albo 
businessmana.

Lot   trwał   ponad   pięć   godzin.   Gates   usiadł   w   samolocie   jak 

najdalej od Zelaznego aby nie zwrócić na siebie uwagi. Senni celnicy 

na  lotnisku  Long   Bay   nie  interesowali   się  specjalnie   wynoszonymi 
bagażami, więc bez kłopotu znalazł się na postoju taksówek, gdzie 

spotkał również Polaka. Postarał się tak wymanewrować, aby dostać 
się do taksówki zaraz za nim, by zobaczyć w jakim zatrzymuje się 

hotelu.

Piętnaście kilometrów dzielące lotnisko od Bridgetown pokonali 

w kilkanaście minut. Taksówka Zelaznego zatrzymała się przy Broad 
Street, niedaleko Trafalgar Square. Wśród kilkupiętrowych domów w 

stylu   kolonialnym   stał   tam   Grand  Hotel,   który   wielkim   był  tylko   z 
nazwy. Polak wysiadł przed nim z taksówki, zapłacił i z walizką w 

ręce wszedł do budynku.

Gates  poczekał  chwilę na  ulicy oglądając  z zainteresowaniem 

witrynę jednego z licznych tu sklepów Duty Free, a gdy uznał, że 
tamten   miał   wystarczająco   czasu   na   dokonanie   formalności 

meldunkowych sam wszedł do hotelu.

background image

Szczęśliwym   trafem,   jak   zapewnił   recepcjonista,   w   hotelu   był 

jeszcze   wolny   pokój.   Gates   rozglądając   się   po   hallu   stwierdził,   że 
takie "szczęśliwe trafy" zdarzać się tu muszą codziennie, przez cały 

rok. W grubej księdze zawierającej nazwiska gości sprawdził numer 
pokoju Zelaznego i ruszył na piętro do swojego.

Z   okien   mógł   obserwować   ulicę   i   wszyskie   wychodzące   i 

przychodzące   osoby.   Pokój   Polaka   znajdował   się   naprzeciwko,   po 

drugiej   stronie   korytarza.   Usiadł   na   łóżku,   rozpakował   walizkę, 
przygotował   torbę   na   sprzęt   fotograficzny   i   zainstalował   się   przy 

oknie.

Nie musiał długo czekać. Po kilkunastu minutach usłyszał trzask 

zamykanych drzwi po przeciwnej stronie korytarza. Uchyliwszy nieco 
swoje upewnił się, że to Zelany wychodził z pokoju, zabrał więc torbę 

z  aparatem   fotograficznym,   portfel   z  dokumentami   i  pieniędzmi,   i 
wyszedł za nim.

Zelazny   ruszył   w   stronę   Trafalgar   Square,   niewielkiego   placu 

wypełnionego po brzegi ludźmi przechadzającymi się pod pomnikiem 

admirała   Nelsona.   Z   placu   skręcili   w   stronę   rzeki   i   po   przejściu 
Chamberlain Bridge znaleźli sie nad płytką zatoką morską, na której 

roiło   się   od   różnych   statków   i   stateczków.   Polak   ruszył   w   stronę 
długiego   molo   przy   którym   stały   załadowane   bananami   kutry. 

Zatrzymał się mniej więcej w połowie i dłuższy czas stał wpatrując 
się w morze, jakby na kogoś czekał. Po kilkunastu minutach do molo 

podpłynął mały kuter z dwoma osobami na pokładzie.

Zelazny szybko wskoczył do kutra. Gates ledwo zdążył wydobyć 

aparat   fotograficzny   i   gdy   robił   zdjęcie,   stateczek   odpływał   już 
kiwając   się   lekko   na   fali.   Spakował   aparat   do   torby   i   postanowił 

czekać na Zelaznego przy molo. Była to najprawdopodobniej jedyna 
szansa dokładnego sfotografowania ludzi, z którymi Polak odpłynął.

Czekając   na   ich   powrót   usiadł   na   wyschniętych   deskach 

pomostu,   spuścił   nogi   poza   jego   brzeg   i   przyglądał   się 

przechodzącym dziewczynom. Nie był to sezon turystyczny, po molo 
chodziły głównie czarne tubylki, które nie były specjalnie zgrabne. 

Ale raz na jakiś czas zdarzała się młoda Mulatka na której przyjemnie 
było zawiesić wzrok.

Przy   molo   stał   zacumowany   okręt   podwodny   Atlantis,   który 

zabierał za niewielką opłatą turystów na przejażdżkę na głębokości 

kilkudziesięciu   metrów.   Przez   jego   przeszklone   okna     można   było 
oglądać bogactwo podwodnego życia w okolicach Barbados. Atlantis 

stał   nieruchomo,   niewielu   było   chętnych   na   wycieczkę   w   morskie 
głębiny. 

Obok   stały   dwa   żaglowce,   również   turystyczna   atrakcja   tego 

105

background image

Adam Pietrasiewicz

regionu   i   tak   jak   Atlantis   stały   ze   smutno   opuszczonymi   żaglami. 

Żaglowce   były   wiernymi   kopiami   pirackich   galionów,   które   przed 
wiekami pływały po tutejszych wodach siejąc strach i zniszczenia.

Zelazny wrócił po kilku godzinach. Gates chciał już iść do hotelu 

gdy   zobaczył   wpływający   do   portu   kuter.   Tym   razem   czekał   z 

przygotowanym   teleobiektywem   i   zrobił   dwa   tuziny   zdjęć   trzech 
mężczyzn, którzy nim przypłynęli.

Nie ztrzymując się już nigdzie wrócili do hotelu, gdzie Gates ze 

smutkiem zobaczył, że Zelazny płaci za pokój, zapowiadając wyjazd 

następnego   dnia.   Zapłacił   więc   też   i   poszedł   na   górę   zapakować 
niedawno rozpakowany bagaż.

Poszedł na wszelki wypadek za Zelaznym, gdy ten rezerwował 

bilet   na   lot   do   Nowego   Jorku,   mając   nadzieję,   że   zostaną   jeszcze 

jakiś   czas   na   Antylach.   Niestety,   8   grudnia   w  południe   lądował   w 
Nowym   Jorku,   gdzie   pogoda   nie   miała   nic   wspólnego   z   błękitnym 

niebem Barbados.

background image

Rozdział 11 

Z okien biur DST w Metzu widać było jak na dłoni katedrę św. 

Szczepana,   najwyżej   położony   budynek   w   tym   mieście.   Inspektor 
Barthel siedział obok faxu i patrząc bezmyślnie na panoramę miasta 

czekał   na   informację,   którą   zapowiedział   mu   komisarz   Lambert   z 
Martyniki. Na lotnisku w Fort de France wylądował ponoć Bermes. 

Przeczucia Richerta nie były więc bezpodstawne - Bermes szykował 
jakąś akcję i miała ona związek z terytorium Francji. A jeśli tak było, 

to zadaniem DST było uniemożliwienie jej, jeśli mogła w jakiś sposób 
zaszkodzić państwu.

Oczywiście   możliwym   było,   że   przypadkowo   na   Martynice 

wylądował ktoś o takim samym nazwisku. Ale skoro samolot przybył 

z Jamajki, trudno było jeszcze mieć wątpliwości co do osoby, która 
nim   przyleciała.   Na   wszelki   wypadek   komisarz   Lambert   przesyłał 

zdjęcia i dane personalne tego człowieka.

Fax   włączył   się   i   powoli   zaczął   się   zeń   wysuwać   przesyłany 

dokument.   Barthel   z   niecierpliwością   czekał   na   fotografię.   Gdy 
przekaz zakończył się, wyrwał papier z maszyny i podszedł do lampy 

by   przyjrzeć   się   dokładnie   niewyraźnej   odbitce   fotografii.   Tak,   nie 
było   wątpliwości,   to   był   Bermes.   Z   sekretariatu,   gdzie   stał   fax 

przeszedł prosto do biura Richerta.

- Mamy go panie komisarzu, - zawował od drzwi. - Bermes jest 

na Martynice, teraz już go nie wypuścimy.

- Znając wasze umiejętności, - zaczął Richert - śmiem wątpić. 

Ale pojedziesz tam i będziesz go pilnował. Narazie niech chodzą za 
nim tubylcy, mam nadzieję, że nie wystraszą nam ptaszka.

-   Panie   komisarzu,   ale   on   mnie   zna,   rozpoznał   mnie   na 

lotnisku...

-   To   tym   bardziej   będziesz   ostrożny   chłopcze.   Jak   chcesz,   to 

mogę ci dać przyklejane wąsy i brodę, mój syn powinien mieć coś 

takiego w swoich zabawkach.

- Czy mam lecieć jeszcze dziś?

-   Nie,   nie   spiesz   się,   polecisz   za   dwa   miesiące,   jak   będzie 

ładniejsza pogoda... no, na co czekasz, pakuj walizkę i znikaj.

Barthel wskoczył do służbowego samochodu   i po dwudziestu 

minutach był w domu. Spakował bagaże, ucałował Fabienne i wszedł 

do pokoju Lei. Dziewczynki nie było.

- Gdzie jest Lea? Chciałem się z nią pożegnać.

- Wyszła z koleżankami do kina, będzie wieczorem. Powiem jej, 

że chciałeś ją ucałować. Tylko uważaj na siebie na tych Antylach. I 

nie   przywoź   mi   drogich   prezentów,   no   ostatecznie   może   być 

107

background image

Adam Pietrasiewicz

diamentowa kolia, ale nic więcej. - Fabienne pocałowała go czule.

-   Nic   ci   nie   przywiozę,   figę   z   makiem   dostaniesz.   Ucieknę   z 

piekną kreolką i tyle mnie będziesz widziała. Albo na złość ci dam się 

pożreć rekinom.

Wyszedł   i   wsiadł   do   samochodu,   w   którym   czekał   na   niego 

Collin.

-   Powiedz   mi,   dlaczego   to   zawsze   ty   wyjeżdżasz,   jak   gdzieś 

trzeba   jechać,   a   ja   muszę   tu   tkwić,   w   tej   cholernej,   wilgotnej 
Lotaryngii?

-   Bo   mój   drogi,   ja   jestem   utalentowanym,   młodym,   pełnym 

życia,   dobrze   zapowiadającym   się   inspektorem   francuskiego 

kontrwywiadu, a ty jesteś starym prykiem i tyle.

Dojazd   na   lotnisko   zajął   im   ponad   półtorej   godziny,   bo   na 

autostradzie między Metzem i Nancy, która prowadziła również do 
lotniska   regionalnego   obsługującego   dwa   największe   miasta 

lotaryńskie   był   wypadek.   Przewróciła   się   na   wyślizganej   drodze 
ciężarówka   i   zablokowała   prawie   całkiem   trzy   pasy.   Kilkunastu 

policjantów,   którzy   usiłowali   rozładować   zator   wyraźnie   nie   mogło 
dać   sobie   rady   z   nadjeżdżającymi   samochodami.   Utknęli   jakieś 

dwieście   metrów   przed   miejscem   wypadku   i   aniu   rusz   nie   mogli 
przejechać. Po dwudziestu minutach stania, gdy wyraźnie nie było 

już   szans   na   szybkie   rozładowanie   korka,   Barthel   wysiadł   z 
samochodu i podszedł do dowodzącego policjantami podoficera.

-   Inspektor   Barthel   z   DST   -   powiedział,   wyjmując   portfel   z 

legitymacją.   -   Niestety   jestem   służbowo   i   nie   mogę   już   dłużej   tu 

czekać. Za czterdzieści pięć minut odlatuje mój samolot. Jak by więc 
był pan łaskaw umożliwić mi przejazd...

- Już się robi panie inspektorze. Niech pan idzie do auta, wyślę 

za panem kogoś.

Podjechał   do   nich   policjant   na   motocyklu   i   nakazując 

przesunięcie   się   okolicznym   kierowcom   samochodów   odblokował 

dostęp   to   bocznego,   awaryjnego   pasma   ruchu   i   włączył   syrenę 
motocykla.   Barthel   oddalając   się   od   nieszczęsnych   kierowców 

zablokowanych   w   korku,   nie   mogących   tak   jak   on   odjechać, 
zauważył   pełne   nienawiści   spojrzenia.   We   Francji   ludzie   nie   lubią 

policji, oj nie lubią, pomyślał, gdy wydostali się z zatoru. Na lotnisko 
zajechali prowadzeni przez motocyklistę na sygnale.

Formalności przed odlotem przedłużyły się nieco, gdy okazało 

się,   że   nie   ma   odpowiednich   dokumentów   do   przewozu   broni 

służbowej   samolotem.   Nie   pomyślał   o   tym   oczywiście   zawczasu   i 
spowodowało to niemało zamieszania przy stanowisku kontrolnym. 

Przez   chwilę   musiał   nawet,   ku   ogromnej   uciesze   Collina,   stać 

background image

odwrócony z rękami na ścianie i z szeroko rozstawionymi nogami. 

Jednak po kilku telefonach do Komisariatu   Centralnego i do DST w 
Metzu, pozwolono mu przejść, pod warunkiem, że rozładuje broń i 

włoży naboje do tylnej kieszeni spodni. 

Pierwszy raz miał okazję lecieć najnowszym typem Boeinga 797, 

ogromnego samolotu, który zabierał na pokład trzystu pięćdziesięciu 
pasażerów.   Wsiadając   bezpośrednio   z   hali   odlotów   przez 

przystawiony rękaw nie miał możliwości zobaczyć ogromu maszyny. 
Czytał   gdzieś   o   tym   typie   statku   powietrznego,   ale   nigdy   nie 

wyobrażał sobie, jak jest on wielki. Pasażerowie siedzieli w czterech 
trójfotelowych   rzędach   w   kadłubie   samolotu,   który   skądinąd   miał 

dwa piętra lecz najbardziej niezwykłym był fakt, że siedzieli również 
w skrzydłach,  które wyposażone były w fotele i okna.

Samolot   był   na   tyle   wielki,   że   kilkoro   dzieci   lecących   z   nimi 

mogło   się   przez   dłuższy   czas   bawić   w   chowanego.   Przed   każdym 

fotelem   zamontowany   był   mały   ekranik,   na   którym   można   było 
oglądać   programy   telewizyjne   praktycznie   z   całego   świata, 

odbierane   w   samolocie   dzięki   samonaprowadzającej   antenie 
satelitarnej lecz Barthel nie lubił telewizji. Wyciągnął więc kupioną 

przed wyjazdem książkę i zatopił się w lekturze.

Gdy   lądowali   w   na   lotnisku   Lamentin   Fort   de   France,   była 

godzina szósta po południu. Na lotnisku czekali na niego inspektorzy 
z   lokalnej   brygady   DST.   Zarezerwowano   mu   pokój   w   w 

dwugwiazdkowym   hotelu   Victoria,   DST   nie   lubiło   wydawać   zbyt 
wielkich sum na hotele dla swych pracowników.

Na   dworze   było   już   zupełnie   ciemno,   gdy   wysiadał   przed 

hotelem   ze   służbowego   radiowozu.   Następnego   dnia   rano   miał 

zameldować   się   u   komisarza   Lamberta.   Wszedł   do   pokoju, 
rozpakował   bagaże,   zastanawiając   się,   co   się   stanie,   gdy   będzie 

musiał zostać dłużej niż przez tydzień. Fabienne przygotowała mu 
czystą   bieliznę,   lekkie   koszule   i   marynarki   akurat   na   siedem   dni. 

Zresztą   nie  miał  nawet   więcej   ubrań  w   domu,   i  szczęśliwie   przed 
dwoma dniami zrobione zostało wielkie pranie i prasowanie. 

Po rozłożeniu bagażu położył się na łóżku i sięgnął po telefon. 

Chciał, tak jak obiecał, powiadomić o szczęśliwym przylocie na ten 

koniec świata.

Telefon   odebrała   zapłakana   Fabienne.   Właściwie   nie 

powiedziała "halo", a jedynie wydała z siebie długi szloch.

- Co się stało? No, mów, co się stało, czy coś z Leą?! 

Spłakana   Fabienne   nie   mogła   wydobyć   z   siebie   ani   słowa. 

Barthel   próbował   ją   uspokoić,   ale   nie   potrafił.   Po   chwili   jednak 

przekazała mu nowinę:

109

background image

Adam Pietrasiewicz

- Lea jest w szpitalu. Ma coś z sercem. Godzinę temu zabrali ją 

do   szpitala.   -   Fabienne   wypowiedziała   to   jednym   tchem   i   znów 
zaniosła się płaczem.

Po dłuższej chwili dowiedział się, że dziewczynka po powrocie z 

kina poczuła się jakaś senna, zmęczona i skarżyła się na ból w klatce 

piersiowej. Fabienne przygotowała jej ciepłego mleka myśląc, że to 
jak zawsze, reakcja organizmu na chemioterapię. Ale tym razem ból 

nie ustępował, a wręcz nasilał się mimo leżenia spokojnie na łóżku. 
Gdy przyjechało pogotowie, dziecko było nieprzytomne.

Jak mógł, tak starał się uspokoić zrozpaczoną matkę. Czekała na 

jego telefon, wiedziała, że napewno zadzwoni. Chciała, żeby wracał, 

ale Barthel nie mógł tego zrobić. Obiecał, że wróci najszybciej jak to 
będzie możliwe, najdalej za tydzień. I że zadzwoni do szpitala, by się 

wszystkiego dowiedzieć od lekarza.

Długo   nie   mógł   dojść   do   siebie   po   odłożeniu   słuchawki. 

Nerwowo szukał notesu, wreszcie sięgnął po telefon i wykręcił numer 
do   kliniki   Claude   Bernard,   w   której   dziewczynka   zazwyczaj   robiła 

badania.

-   Poproszę   z   doktorem   Alinem   -   powiedział,   gdy   po   dłuższej 

chwili telefonistka odebrała słuchawkę.

-   Alin,   słucham.   -   Głos   lekarza   zdradzał   zmęczenie   i 

zniecierpliwienie.

-   Dzień   dobry   panie   doktorze,   mówi   Barthel.   Czy   widział   pan 

Leę?

-   Jest   na   kardiologii.   Widziałem   ją   dwadzieścia   minut   temu, 

panie   Barthel   i   od   razu   muszę   powiedzieć,   że   sytuacja   nie   jest 
najlepsza...

- Co to znaczy "nie jest najlepsza" panie doktorze? Nigdy nie 

miała kłopotów z sercem, ona ma białaczkę, a nie chore serce.

-   Wiem   dobrze   co   jej   jest,   panie   Barthel.   Ale   tym   razem   nie 

sądzę, by miało to jakiś związek z jej chorobą. Pierwszą diagnozą jest 

ostre zapalenie mięśnia sercowego. Prawdopodobnie chemioterapia, 
której   była   poddana   osłabiła   jej   mechanizmy   obronne.   Mówiłem 

panu,   że   leczenie,   któremu   jest   poddana   niesie   za   sobą   pewne 
ryzyko. 

- Ale co to jest za choroba? Czy można ją leczyć? 
- Jest to ciężka choroba, panie Barthel. Można ją leczyć, tak jak 

można   leczyć   coraz   więcej   różnych   chorób.   Ale   czy   da   się   ją 
wyleczyć,   tego   niestety   nie   wiem.   Gdyby   nie   miała   białaczki, 

powiedziałbym, że jest 60 procent szans na całkowite wyleczenie. W 
jej przypadku, gdy organizm jest już osłabiony przewlekłą chorobą, 

po   prostu   nie   wiem.   Niewykluczone,   że   trzeba   będzie   dokonać 

background image

przeszczepu...

- Jakiego przeszczepu? O czym pan mówi?
- Przeszczepu serca.

Barthel   zamarł.   Jeszcze   tylko   tego   brakowało.   Najpierw 

białaczka, teraz przeszczep serca. Jak się wali, to się wali wszystko. 

Alin   dodał   jeszcze,   że   dziecko   będzie   musiało   zostać   w   szpitalu 
jeszcze przez conajmniej kilka tygodni, i że ze względu na jej stan 

raczej nie będzie można jej odwiedzać.

- Panie doktorze, a co potem?

- Kiedy potem? Chyba zdaje sobie pan sprawę ze stanu, w jakim 

znajduje   się   dziecko.  Już  pół  roku  temu   mówiłem,  że  żyje  ona  na 

kredyt. Robimy co możemy, ale nie umiemy dokonywać cudów panie 
Barthel. 

- Czy jest gdzieś jakiś lekarz, który...
- Panie Barthel, - Alin był wyraźnie zniecierpliwiony, - Jeśli nie 

ufa   pan   naszej   ekipie   z   Claude   Bernard,   to   pana   prawem   jest 
umieszczenie dziewczynki w innym szpitalu. We Francji może pan 

wybrać   sobie   takiego   lekarza,   jakiego   pan   chce.   Ja   tego   panu 
zabronić   nie   mogę.   Ale   uprzedzam,   że   na   ile   znam   się   na   moim 

fachu, a znam się wystarczająco dobrze, to mogę pana zapewnić, że 
nie   ma   na   świecie   lekarza,   który   potrafi   zrobić   coś,   o   czym   nasi 

lekarze   nie   wiedzieliby.   Jeśli   trzeba   będzie   przewieźć   dziecko   do 
innego szpitala, to sami to panu zaproponujemy. 

- Przepraszam pana, doktorze, nie chciałem...
- Niech pan nie przeprasza, rozumiem pana, ale zapewniam, że 

robimy,  co  możemy.  I  jeśli  zaistnieje  taka  potrzeba,  to  dokonamy 
wszelkich   aktów   medycznych,   które   będą   konieczne,   by   utrzymać 

Leę przy życiu. Niech mi pan wierzy, że przywiązałem się do niej 
przez tych ostatnich kilkanaście miesięcy.

-   Kiedy   mogę   zadzwonić,   żeby   dowiedzieć   się   czegoś   o   jej 

stanie?

- Niech pan zadzwoni jutro nad ranem, jeśli mnie nie będzie, 

albo jeśli będę spał, to dyżurny lekarz na kardiologii powie panu, co 

się dzieje. I jeszcze jedno, niech pan poprosi swoją ... - Alin zawiesił 
głos, jakby szukał odpowiedniego słowa - niech pan powie matce Lei, 

żeby tu narazie nie przychodziła. I tak nie będzie mogła przy niej 
siedzieć,   dziewczynka   jest   na   oddziale   intensywnej   opieki,   nie 

możemy tam nikogo wpuścić.

- Dziekuję panu doktorze, zadzwonię jutro rano.

Ne spał przez całą noc. Telefonował jeszcze do Fabienne i około 

czwartej nad ranem zadzwonił ponownie do szpitala. Alina nie było, 

ale   przełożona   pielęgniarek   powiedziała   mu,   że   Lea   jest   wciąż 

111

background image

Adam Pietrasiewicz

nieprzytomna,   ale   elektrokardiogram   wskazuje   na   niewielką 

poprawę. Pod wpływem podanych lekarstw stan zapalny osłabł nieco 
i dziecko powinno niedługo odzyskać przytomność.

Zaspany,   z   podkrążonymi   oczami   stanął   rano   przed   biurkiem 

Lamberta.   Barthel   zdziwił   się   widząc,   że   komisarz   o   tak   czysto 

francuskim   nazwisku   jest   wysokim   Murzynem.   Usiadł   na 
podsuniętym   wiklinowym   fotelu   i   z   przyjemnością   przyjął 

proponowaną kawę.

- Widzę, że tutejszy klimat panu nie służy, inspektorze. Jest pan 

chory?

- Nie, panie komisarzu, mam trochę problemów, to wszystko.

- Jeśli mógłbym panu w czymś pomóc, proszę się nie wahać. 

Słyszałem o panu dużo dobrego, komisarz Richert uważa pana za 

jednego z najzdolniejszych inspektorów ze swojej brygady. Czy nie 
będzie to niedyskrecją z mojej strony, jeśli zapytam, co się stało?

Barthel   w   kilku   zdaniach   opowiedział   o   Lei.   Lambert   przez 

chwilę siedział w milczeniu po czym powiedział:

- Przed trzema laty zginął mój syn. Myślę, że potrafię zrozumieć 

pańskie cierpienie, choć myślę, że nie całkiem. Jean-Luc nie cierpiał, 

zabił się w wypadku samochodowym.

Siedzieli   chwilę   w   milczeniu.   Barthel   wypił   kawę   i   poprosił 

komisarza   o   drugą.   Ten   wstał,   podszedł   do   ekspresu   nalał   pełną 
filiżankę i podał inspektorowi.

- No cóż, przejdźmy do rzeczy - Lambert przerwał przedłużającą 

się   ciszę.   -   Mam   tu   dossier   pana   podopiecznego.   Mamy   go   od 

przedwczoraj na oku. Jeśli nie myśli pan wracać do Metzu, to mogę 
przekazać go panu. Jeśli natomiast chciałby pan...

- Nie, nie, panie komisarzu. Zajmę się tym, prowadzę sprawę od 

początku   i   chcę   ją   doprowadzić   do   końca.   Czy   komisarz   Richert 

wyjaśnił panu o co chodzi?

-   Tak,   w   kilku   zdaniach.   Chodzi   o   jakąś   akcję   najemników   w 

naszym regionie. Szczerze panu powiem, że nie bardzo wiem, o co 
może tu chodzić. Od jakichś dziesięciu lat panuje tu zupełny spokój, 

aż się wierzyć nie chce. Nawet na kontynencie nie ma już krwawych 
partyzantów   i   wojen   domowych.   Nie   bardzo   wiem,   co   mogliby   tu 

robić najemnicy.

- My też nie wiemy, ale jesteśmy pewni, że coś tu się będzie 

działo. Stąd moja obecność. Czy Bermes coś od przedwczoraj robił, z 
kimś się spotykał?

- O, bardzo wiele robił. Zainstalował się w hotelu i robi wypady 

do różnych dziwnych miejsc. Ostatnio był w porcie, gdzie w jakiejś 

knajpie spotkał się z tym oto człowiekiem - Lambert podał Barthelowi 

background image

fotografię   mężczyzny   o   wyraźnych   semickich   rysach,   około 

pięćdziesiątki.

- Nie znam go, kto to jest? - zapytał Barthel przyglądając się 

zdjęciu. 

- To jest Szlomo Guldberg, jeden z najbardziej poszukiwanych 

na Antylach handlarzy bronią. Szlomo ma dar wymykania się policji 
zapadając   się   pod   ziemię,   gdy   tylko   jakiś   mundur   pojawia   się   w 

promieniu kilometra. Inspektor, który pilotował Bermesa zdążył go 
sfotografować, ale nie zorientował się z kim ma do czynienia. A gdy 

wywołaliśmy wczoraj wieczorem film, to było już oczywiście za późno 
na jakąś akcję. Nie zatrzymywaliśmy Bermesa, żeby dowiedzieć się 

od niego gdzie jest Szlomo, bo nie chcieliśmy  panu  psuć  szyków, 
panie inspektorze. Ale jak go pan złapie, to chciałbym móc z nim 

porozmawiać przez kilka chwil.

- Oczywiście, rozumiem panie komisarzu. A ten handlarz bronią 

ma jakąś specjalność? 

- O, jego specjalnością jest wszystko, co tylko daje jakikolwiek 

zysk.   A   w   szczególności   duże   pieniądze.   Poszukiwany   jest   za 
nielegalny   handel   bronią   oraz   wszelkiego   rodzaju   sprzętem 

wojskowym kradzionym w całym naszym regione, ale i za narkotyki, 
za   przemyt   kamieni   szlachetnych,   metali   strategicznych   i 

wszystkiego co jest zakazane. Mamy podejrzenia, że jest zamieszany 
w   niedawną   próbę   porwania   księcia   Karola,   brytyjskiego   następcy 

tronu.

- No to rzeczywiście niezły ptaszek. Długo rozmawiali?

- Jakąś godzinę. Mam tu zdjęcia, niech pan zobaczy.
Fotografie   robione   przy   pomocy   silnego   zoomu   przedstawiały 

Bermesa   rozmawiającego   z   Żydem   przy   stoliku   kawiarnianym,   w 
porcie   i   na   ławce   pod   drzewem.   Na   jednym   ze   zdjęć   Francuz 

przekazywał swemu rozmówcy grubo wypchnaną kopertę.

-   Jak   widać   doszli   do   porozumienia.   Jeśli   w   kopercie   są 

studolarówki,   to   jest   tam   conajmniej   dziesięć   tysięcy.   -   Ocenił 
Lambert z miną znawcy. - Albo i więcej.

- Przed wyjazdem z Francji Bermes dokonał kilku przelewów i 

innych operacji bankowych, w które zamieszanych było conajmniej 

dziesięć   banków.   Wydział   finansowy   z   Metzu   zajmuje   się 
rozgryzieniem   dróg,   którymi   przeszły   pieniądze,   przed   moim 

wyjazdem nie mogli się jeszcze połapać. Bermes nie używa prawie 
książeczki   czekowej   ani   kart   kredytowych,   gdzie   może   płaci 

przelewem   albo   gotówką.   Ale   w   grę   wchodziły   sumy   w   granicach 
pięciuset tysięcy franków.

- No to pewnie dziesięć tysięcy tam jest. A za dziesięć tysięcy 

113

background image

Adam Pietrasiewicz

można już trochę sprzętu kupić. Ale to już pana sprawa, pan sam 

zobaczy na co wydał te pieniądze. Nasi ludzie są cały czas w okolicy 
pana delikwenta, mamy z nimi stały kontakt, więc jeśli pan chce, 

możemy go panu przekazać. 

Wolałbym jednak,  żebyśmy pozostali  w stałym  kontakcie.  Nie 

zna   pan   dobrze   naszego   terenu,   wolę,   żeby   się   pan   nie   zapędził 
gdzieś   za   daleko.   Pojedzie   z   panem   nasz   nowo   promowany 

inspektor,   on   pana   poprowadzi   w   terenie,   a   pan   pokaże   mu   jak 
pracują fachowcy. Zgoda?

- Oczywiście, panie komisarzu. Czy da mi pan jakiś samochód?
- Z tym, to mogę mieć problemy, ale nie sądzę, żeby pan go tu 

potrzebował.   Bermes   nie   wynajął   samochodu,   porusza   się   pieszo, 
wie pan, u nas wszędzie jest blisko. Dam natomiast panu miniradio, 

dzięki któremu będziemy w stałym kontakcie.

Lambert   wezwał   do   siebie   młodego,   mniej   więcej 

dwudziestotrzy   letniego   Kreola,   który   okazał   się   być   tym   młodym 
inspektorem.   Ubrany   był   wedle   najnowszej   mody   w   jaskrawo 

kolorowe,   obcisłe   spodnie   i   Tshirt,   który   wedle   najnowszego   stylu 
mienił się błyszczącymi kołami i zmieniał kolor w zależności od pory 

dnia   i   wilgotności   powietrza.   Materiał,   z   którego   był   wykonany 
przypominał bawełnę lecz robiony był w stu procentach z sztucznych 

włókien czułych na światło słoneczne i na wilgoć.

- Mam na imię Ludwig. Moja mama uwielbia muzykę poważną, a 

ja   z   tego   powodu   muszę   cierpieć   -   młody   człowiek   podszedł   do 
Barthela z wyciągniętą reką i szerokim uśmiechem. - Mamy spędzić 

razem parę dni i mam być pana przewodnikiem, czy tak?

-   Dzień   dobry,   jestem   Michel.   -   Barthel   uścisnął   wyciągniętą 

rękę.   -   Czy   mowemy   zaczynać   zaraz?   Chciałbym   już   zobaczyć 
naszego podopiecznego.

- No to chodźmy, chyba że pan komisarz...
- Nie, nie, idźcie już. I bawcie się dobrze.

Z   biura   Lamberta   przeszli   do   magazynu,   który   do   złudzenia 

przypominał   magazyn   w   biurach   DST   w   Metzu.   Dostali   tam 

mikronadajniki,   których   głośniki   mocowało   się   w   uchu   a   mikrofon 
przylepiało się pod szczęką. Urządzenie było tak skonstruowane, że 

pozostawało praktycznie niewidoczne. Techniki miniaturyzacji doszły 
tak daleko, że żartowano czasem o nowych telewizorach wielkości 

główki od szpilki.

Do Bermesa dotarli po kilkunastu minutach marszu. Prowadził 

ich inspektor, który za nim szedł. Ludwig dał mu dyskretny znak, że 
może odejść w momencie, gdy zobaczyli najemnika, który szedł ulicą 

spokojnie oglądając sklepy. 

background image

Barthel   założył   ciemne   okulary,   by   nie   zostać   rozpoznanym   i 

rozdzielili się. Ludwig wyprzedził Bermesa i starał się iść kilkanaście 
metrów przed nim. Porozumiewali się przez miniradia i w ten sposób 

Bermes nie miał możliwości zorientowania się, że ktoś za nim idzie.

Podeszli pod jakiś hotel gdzie obserwowany najemnik wszedł do 

środka. Inspektorzy DST zatrzymali się, nie wiedząc przez chwilię, co 
robić.   Wejście   do   hotelu   mogło   być   ryzykowne   dla   Barthela,   więc 

stanął   przed   wejściem   starając   się   obserwować   wchodzących   i 
wychodzących. Ludwig wszedł do środka.

Bermes siadł przy barze i zamówił coca colę. W zamontowanej 

w   uchu   słuchawce   Barthel   usłyszał   jak   Ludwig   zamawia   sok 

pomarańczowy.   Barthela   bawiła   nieco   sytuacja,   w   której   mógł   do 
kreolskiego   inspektora   mówić,   co   chciał,   a   tamten   nie   mógł   mu 

odpowiedzieć.

- Ludwig, chcesz, opowiem ci dobry dowcip. 

Kreol lekko chrząknął, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie 

ma ochoty na Słuchanie dowcipów. Barthel jednak nie przejmując sie 

tym   nabrał   powietrza   by   zacząć   opowiadać,   gdy   nagle   zobaczył 
wchodzącego   do   hotelu   człowieka,   którego   zdjęcie   widział   przed 

godziną w biurze Lamberta.

-   Ludwig,   wchodzi   Szlomo   Guldberg.   Postaraj   się   usłyszeć,   o 

czym rozmawiają.

Usłyszał   przyspieszony   oddech   młodego   inspektora   i   jakieś 

szmery.   Po   chwili   zapadła   cisza,   mikrofon   mikronadajnika   nie 
przekazywał zbyt odległych odgłosów hotelowej kawiarni. Przekazał 

centrali informację o namierzeniu poszukiwanego przez policję Żyda 
i   czekał.   Po   kilkunastu   minutach   niedaleko   hotelu   zatrzymał   się 

czarny Peugeot, a w sąsiedniej przecznicy autobus z kilkunastoma 
uzbrojonymi policjantami. Z Peugeota wysiadło czterech mężczyzn i 

skierowali   się   w   stronę   wejścia   do   recepcji.   Policjanci   z   autobusu 
wyszli na ulicę i ustawili się tak, by mieć na oku ulicę i hotelowe 

drzwi.

Od   tego   momentu   wydażenia   potoczyły   się   bardzo   szybko. 

Siedzący na pobliskiej ławeczce senny mężczyzna wstał i szybkim 
krokiem   skierował   się   do   kawiarni,   w   której   siedzieli   Guldberg   z 

Bermesem.   Barthel   usłyszał   po   chwili   jakieś   zduszone   odgłosy 
szamotaniny   i   charczenie   jakby   zarzynanego   zwierzęcia.   Z   hotelu 

prawie biegnąc wyszedł Bermes, a za nim Guldberg i człowiek, który 
przed chwilą wszedł do środka. 

Nadchodzący w ich stronę policjanci byli na tyle daleko, że nie 

zdążyli zareagować, tym bardziej, że z kawiarni wybiegło kilka osób, 

w tym jakaś rozhisteryzowana kobieta. Barthel nie widząc Ludwiga 

115

background image

Adam Pietrasiewicz

pełen najgorszych przeczuć pobiegł w stronę hotelu.

Na podłodze, w kałuży krwi, leżał chłopak, którego miał uczyć 

jak   działają   profesjonaliści.   Nie   żył   już,   ale   z   rozprutego   nożem 

brzucha   sączyła   się   jeszcze   krew.   Po   chwili   doszli   cywilni   i 
mundurowi   policjanci,   którym   nie   udało   się   odnaleźć   morderców 

młodego inspektora.

Do   późnego   wieczora   siedział   w  biurze   komisarza   Lamberta   i 

czytał   raporty   z   akcji   inwigilacyjnej   prowadzonej   przed   jego 
przyjazdem.   Jedynym   elementem,   który   mógł   dać   mu   szansę   na 

odnalezienie Bermesa był jego pobyt na małym lotnisku sportowym 
poprzedniego   dnia   po   południu.   Poprosił,   aby   komisarz   Lambert 

sprawdził, czy Bermes nie wynajął czasem samolotu.

Podejrzenia okazały się słuszne. Bermes wynajął samolot i był 

już prawdopodobnie daleko poza Martyniką. Według tego, co mówił, 
miał lecieć na St.Vincent, do Kingston.

Barthel   zadzwonił   jeszcze   do   Metzu,   żeby   dowiedzieć   się   o 

stanie   Lei,   ale   dziewczynka   cały   czas   była   nieprzytomna.   Potem 

poprosił Lamberta o zarezerwowanie lotu na St.Vincent.

- Dopadnę go, - powiedział, gdy Lambert odwiózł go do hotelu. 

background image

Rozdział 12

Porucznik   Gates   przeglądał   jakieś   papiery,   które   jedna   z 

sekretarek położyła mu na biurku. Ciągle jeszcze myślał o Karaibach, 
na które wyjechał za Żelaznym na jeden dzień i żałował, że nie mógł 

zostać tam dłużej. Te palmy, to morze, te dziewczyny... Życie oficera 
FBI   nie   było   do   pozazdroszczenia.   Tam   mógł   wygrzewać   się   na 

słońcu, na białym piasku plaż, a tu za oknem była nowojorska zima, - 
15ø   Celsjusza   (ile   to   będzie   Fahrenheita?   -   pomyślał   próbując 

przeliczyć), wiatr i smog. Minęło już pięć dni od podróży, a jeszcze 
był pod wrażeniem swego krótkiego wypadu.

Miał chociaż zdjęcia. Gdy sfotografował Żelaznego ze wszystkich 

możliwych   stron,   narobił   mnóstwo   zdjęć   z   tamtejszych   okolic,   i 

zdjęcia te zamierzał zachować dla siebie. FBI nie musiało wiedzieć, 
jak tam było pięknie. Jessy z laboratorium fotograficznego obiecała 

mu, że w sposób dyskretny odda mu je po wywołaniu. Będzie to taki 
gwiazdkowy prezent od policji dla porucznika Gatesa.

Zadzwonił telefon. 
- Poruczniku Gates, proszę mi przynieść dossier Żelaznego, jeśli 

je pan ma. 

- Tak jest panie dyrektorze, zrobiłem już raport, czekam jeszcze 

na zdjęcia. Nie popędzałem laboratorium, bo sądziłem, że nie jest to 
bardzo pilne.

- To po drodze niech pan tam wpadnie, może już mają. Chcę 

zamknąć akta, mamy już wystarczająco dokumentów do tej teczki, 

można sprawę zamknąć.

- Ale przecież nie wiemy z kim się spotykał na Karaibach...

- A tak bardzo to pana obchodzi poruczniku? Bo jeśli tak, to ja 

mogę...

-   Nie,   panie   dyrektorze,   jeśli   uważa   pan,   że   sprawę   można 

zamknąć,   to   napewno   tak   jest.   Myślę,   że   spotkał   się   tam   z 

przyjacielem z lat szkolnych albo z kolegą z wojska.

- No widzi pan, panie poruczniku. Rozumiemy się, niech mi pan 

to   przyniesie,   przejrzę   i   oddam   do   archiwum,   a   panu   dam   coś 
innego. Niech pan tu będzie za jakieś pół godziny.

Gates ruszył w stronę laboratorium zadowolony, że nie będzie 

musiał "opiekować się" już Żelaznym. Miał nadzieję, że tym razem 

dostanie jakąś bardziej interesującą sprawę. 

Wszedł   bez   pukania   do   biura   Jessy.   Nie   było   jej,   ale   nad 

drzwiami ciemni paliło się czerwone światełko - laborantka była w 
środku   i   nie   wolno   było   wchodzić.   Usiadł   przy   jej   biurku   i   zaczął 

przeglądać   stertę   leżących   fotografii.   Szukał   swoich,   które   chciał 

117

background image

Adam Pietrasiewicz

zabrać nic nikomu nie mówiąc, ale ich nie znalazł. Znalazł natomiast 

mnóstwo innych ujęć, drobnych dealerów sprzedających narkotyki, 
kilku kongresmanów z podejrzanie wyglądającymi kobietami, serię 

fotografii   jakiegoś   przerażająco   pokiereszowanego   ciała   i   kilka 
widoków okien nowojorskich biurowców.

Drzwi od ciemni otworzyły się i wyszła Jessy.
- Cześć Gates, wiesz, że nie wolno ci oglądać tych zdjęć? Ściśle 

tajne, mój drogi. 

- Przyszedłem po moje zdjęcia, szukałem ich na twoim biurku.

-   Bardzo   cię   proszę,   żebyś   był   łaskaw   nie   grzebać   w   moich 

rzeczach.   Bardzo   tego   nie   lubię.   Twoje   zdjęcia   mam   w   teczce   na 

szafce za tobą. A w ogóle to bądź łaskaw zejść z mojego krzesła, to 
moje biuro i moje biurko.

- Czemu jesteś taka wściekła Jessy, nic ci nie zrobiłem. Dobra, 

dawaj   te   fotografie   i   się   zmywam.   A   jak   ci   przejdzie   złość,   to 

zadzwoń do mnie, to cię zaproszę do nas na obiad.

Gates   wstał,   zabrał   kopertę   i   wyszedł.   Na   korytarzu   wyjął 

fotografie i zaczął je przeglądać. Te, na których nie było nic poza 
widokami   plaż,   palm   i   pięknych   dziewczyn   zostawił   w   kopercie,   a 

resztę wyjął. Uzupełnił dossier Żelaznego i ruszył do biura dyrektora 
operacyjnego.

Przed   drzwiami   Johnsa   przystanął   by   zamienić   kilka   słów   z 

dwoma   starymi   kumplami,   którzy   szybciej   niż   on   awansowali   i 

pracowali już w biurach dyrekcji. Gdy stanął przed drzwiami i sięgnął 
do klamki, drzwi otworzyły się gwałtownie i uderzyły go boleśnie w 

nos. Opasłe, pełne dziennych raportów i fotografii dossier Żelaznego 
wylądowało   na   ziemi   a   Gates   trzymając   się   za   rozbity   nos   zaczął 

szukać po kieszniach chusteczki by zatamować krew.

- Bardzo pana przepraszam, naprawdę bardzo mi przykro.

Człowiek,   który   wychodził   z   biura   Johnsa   przykucnął   i   zaczął 

zbierać rozsypane papiery. Z głębi biura nadszedł sam dyrektor.

- Co tu się stało?
-   Znokautowałem   pańskiego   agenta,   panie   dyrektorze.   Ale 

proszę   nie   traktować   tego   jako   zamach   na   amerykańską 
administrację, chciałbym uniknąć nieporozumień dyplomatycznych. 

Już panu lepiej? Niech pan pokaże nos - gość Johnsa wziął Gatesa 
pod ramię. - Niech pan usiądzie, zajmę sie tymi papierami.

-   W   porządku   Gates?   -   Johns   powiedział   to   bardziej   w   trybie 

oznajmującym niż pytając. - Niech pan idzie do ubikacji i przemyje 

twarz. I może pan już dziś wracać do domu, niech pan obłoży sobie 
nos lodem. 

-   Niech   się   pan   nie   trudzi,   panie   Taylor,   zajmę   się   tymi 

background image

papierami - Johns schylił się i zaczął zbierać rozsypane akta. - Bardzo 

pana przepraszam...

-   To   moja   wina,   powinienem...   -   Taylor   zawiesił   głos   i   zaczął 

uważnie przyglądać się jednej z fotografii. - Panie dyrektorze, wiem, 
że   może   się   to   panu   wydać   dziwne,   ale   czy   możemy   jeszcze   na 

chwilę wejść do pańskiego biura? Chciałbym z panem porozmawiać 
na temat człowieka na tej fotografii.

Johns   wziął   zdjęcie   z   rąk   Taylora,   popatrzył   na   nie   i   zaprosił 

gościa z powrotem do biura. Odwrócił się w stronę, w którą odszedł 

Gates i zawołał:

-   Poruczniku,   jak   się   pan   doprowadzi   do   porządku,   proszę 

jeszcze do mnie wpaść. I niech pan się postara zrobić to szybko.

Gates przepłukał w łazience chusteczkę zimną wodą, przemył 

pokrwawioną twarz i po dziesięciu minutach zapukał do biura Johnsa.

-   Niech   pan   siada   poruczniku.   Niestety,   okazuje   się,   że   nie 

możemy zamknąć akt Żelaznego.

- Pan Taylor - ciągnął dyrektor - jest funkcjonariuszem pewnej 

poważnej   organizacji   międzynarodowej   i   jak   się   okazuje,   zna 
człowieka, z którym Żelazny spotkał się na Barbados. Ale niech on 

sam panu to opowie.

- Jeszcze raz pana przepraszam za ten wypadek - Taylor patrzył 

Gatesowi   prosto   w   oczy   i   wydawało   się,   że   naprawdę   jest   mu 
przykro. - Ale czasami wypadki są początkiem ważnych spraw. I tak 

jest i tym razem.

Dowiedziałem   się   od   pana   dyrektora   Johnsa   kim   jest   pański 

podopieczny, Walter Żelazny. Otóż ja znam człowieka, z którym się 
spotkał, gdy byliście panowie wspólnie na Barbados, i jestem bardzo 

zaniepokojony, że ci dwaj ludzie się znają. Mam pewne podstawy, by 
twierdzić, że omawiali oni sprawy jak najbardziej niebezpieczne dla 

naszej instytucji. 

Moje   dzisiejsze   spotkanie   z   panem   dyrektorem   Johnsem 

poświęcone   było   skądinąd   temu   zagrożeniu,   którego   jesteśmy 
świadomi już od kilkunastu dni. Jednakże pańska akcja inwigilacyjna 

zupełnie   zmienia   układ   przewidywanych   przez   nas 
niebezpieczeństw,   a   co   za   tym   idzie,   zdecydowanie   wpływa   na 

metodę działania, którą musimy przyjąć.

Organizacja,   którą   reprezentuję   jest   fundacją   medyczną 

zajmującą   się   badaniami   genetycznymi.   W   ramach   naszych   prac 
współpracujemy   również   z   Pentagonem   co   powinno   uświadomić 

panu ich wagę. Ich wagę, a także poufność, przynajmniej ich części.

Jeszcze przed kwadransem mieliśmy wrażenie, że pewni niezbyt 

godni   zaufania   dziennikarze   próbują   wywlec   na   światło   dzienne 

119

background image

Adam Pietrasiewicz

część wyników naszych prac, stąd moja obecność w biurach FBI. W 

tej   chwili   jednak   mam   wrażenie,   że   pomyliłem   się   całkowicie   w 
ocenie niebezpieczeństw i myślę, że należałoby zająć się sprawą w 

zupełnie inny sposób. Oczywiście jeśli pan dyrektor Johns się zgodzi - 
Taylor zawiesił głos oczekując na odpowiedź Johnsa.

- Myślę, że sprawa jest jasna, panie Taylor. Skoro pan tu siedzi i 

rozmawiamy, to nie po to, by opowiedzieć sobie ostatnio oglądany 

film. Poruczniku Gates, zajmie się pan Żelaznym od nowa, chcę o 
nim wiedzieć absolutnie wszystko, jeszcze dziś zostanie mu założony 

podsłuch.   Zmontuje   pan   ekipę   pięciu   ludzi,   doświadczonych   ludzi 
poruczniku,   nie   chcę,   żeby   pojawił   się   jakikolwiek   problem.   Za   tą 

sprawą   stoi   Pentagon   i   jeśli   coś   sknocimy,   to   nas   za   to   nie 
pogłaszczą.   A   sprawę   oddadzą   naszym   drogim   kolegom   i 

konkurentom.

Trwające od lat współzawodnictwo między FBI i CIA nigdy nie 

osłabło i każdy funkcjonariusz tych instytucji za podstawowy punkt 
honoru uważał niedopuszczenie do wydarcia jakiegokolwiek dossier 

przez konkurencję.

- Oddaję panu akta sprawy i chcę mieć raport dwa razy dziennie 

na biurku. Sprawa jest ściśle tajna, nikt nie ma prawa wiedzieć nad 
czym   pan   pracuje.   Swojej   ekipie   powie   pan,   że   kazałem   jeszcze 

dołożyć kilka papierów do akt Żelaznego. Aha, jeszcze jedno, pan 
Taylor   powiedział   mi,   że   niewykluczoną   jest   akcja   poza   granicami 

Stanów. Niech pan będzie gotów na natychmiastowy wyjazd. Przykro 
mi,   że   ma   to   wszystko   miejsce   przed   Świętami,   ale   służba   nie 

drużba. Zrozumieliśmy się?

-   Tak   jest   panie   dyrektorze.   Ale   czy   mogę   wiedzieć   trochę 

dokładniej, o co w tym wszystkim chodzi?

Johns popatrzył na Taylora, jakby czekał na jego zgodę. Taylor 

ledwie zauważalnym ruchem oczu dał znak, żeby nic nie mówić.

- Poruczniku Gates, nie mogę dać panu pełnego dostępu do akt. 

Tak jak mówiłem, sprawa jest ściśle tajna i od pana oczekuję jedynie 
pełnych   informacji   na   temat   Żelaznego.   Przykro   mi   bardzo 

poruczniku. 

- Przepraszam bardzo panie dyrektorze, ale jest to niezgodne 

z...

-   Wiem,   poruczniku   -   Johns   wpadł   mu   w   słowo,   nie   dając 

skończyć. - Wiem poruczniku Gates, że jest to niezgodne z naszymi 
zwyczajami.   Ale   zapewniam   pana,   że   tak   musi   być,   nie   jestem 

upoważniony   do   wprowadzenia   pana   w   szczegóły.   Takie   mam 
rozkazy i tak je panu przekazuje. Czy wyraziłem się jasno?

- Tak jest, panie dyrektorze. - Gates był nieco zniecierpliwiony. 

background image

Nie lubił takich sytuacji. Zasadą przecież było, że oficer operacyjny 

wprowadzany   jest   w  całość  akt  sprawy   i  wie   po   co   pracuje.  Poza 
nielicznymi przypadkami akcji wobec wysokich funkcjonariuszy, FBI 

trzymało się ściśle tej zasady. Na ile można było mówić o zaufaniu w 
tej instytucji, zasada była jego fundamentem.

-   Widzę,   że   spowodowałem   nieporozumienie   między   panem   i 

pańskim przełożonym, poruczniku - Taylor uśmiechnął się patrząc z 

zakłopotaniem na oficera. - Nie było to moim zamiarem. Ale niech mi 
pan wierzy, sprawa jest najwyższej wagi, nie chodzi tu o narkotyki 

ani morderstwo. Chodzi tu o sprawy naprawdę poważne ja sam nie 
znam ich całości.

Taylor przerwał i popatrzył na Johnsa. Ten wstał i wyszedł zza 

biurka. Gates podniósł się i ruszył w stronę drzwi.

- Poruczniku, proszę przedstawić mi pierwszy raport jutro przed 

ósmą   rano.   Pozostawiam   panu   wolną   rękę   we   wszystkich 

działaniach, niech pan się postara nie używać broni zanim się pan 
nie dowie co knuje ten Żelazny. I wszystko, czego się pan dowie, 

przedstawi pan mi pod stopniem tajności 2b.

Gates   wyszedł   na   korytarz   zamyślony.   Stopień   tajności   2b 

odnosił się w niektórych przypadkach do malwersacji finansowych na 
średnią skalę kongresmanów. Ot, informacje mogące złamać czyjąś 

karierę,   nic   więcej.   W   aktach   o   utajnieniu   2b   nie   było   raczej 
samobójców, były to zwyczajne drobne afery. Afery, których należało 

strzec jednak za wszelką cenę przed dziennikarzami.

Ale 2b raczej nie odnosiło się do mafii. W tych sprawach albo 

dossier   nie   było   utajniane   wcale,   co   było   normalne,   albo   też 
utajnienie dochodziło do 1c czy 1b jeśli zamieszany był ktoś z kół 

politycznych. "Dziwne, - pomyślał Gates, - dziwne i podejrzane."

Zszedł do swojego biura gdzie przekazał nowinę trzem kolegom, 

których   postanowił   zabrać   ze   sobą.   Gdy   powiedział   im,   że   od   tej 
chwili marka papierosów jakie pali Żelazny jest utajniona kodem 2b 

nie mogli się nadziwić.

- Nie zadawajcie niepotrzebnych pytań - przerwał im dyskusję 

Gates. - Nic was to nie obchodzi. Macie robić co wam każę.

- A czy może być gorąco?

-   Jak   się   zapisywałeś   do   glin   przyjacielu,   to   powiedziano   ci 

chyba, że twoje życie jest warte kilku gramów ołowiu, co?  To nie 

narzekaj teraz i do roboty. Skoro taki jesteś cykor, to będziesz ze 
mną w ekipie.

- Tak jest, panie poruczniku.
Rozdzielili   się   na   dwie   ekipy   i   postanowili   pracować   po 

dwanaście godzin. Pierwszą ekipą był Gates z młodym detektywem 

121

background image

Adam Pietrasiewicz

Reevsem. Gates zajrzał do akt Żelaznego.

-   O   tej   porze   powinien   być   w   knajpie   na   obiedzie,   przy   146 

Avenue. Zawsze tam jada. Ja jeszcze zatelefonuję a ty idź i znajdź mi 

odpowiedni samochód. Powiedz w warsztatach, że jak się zepsuje, to 
im   jaja   pourywam.   I   radio   ma   działać,   wszystko   ma   działać.   A 

popielniczka ma być pusta. No, leć.

Sięgnął po telefon i zadzwonił do żony. Przyzwyczajona była do 

takich sytuacji, była żoną policjanta od dziesięciu lat i wiedziała co 
robi mówiąc "TAK" przed pastorem, ale mimo wszystko, za każdym 

razem, gdy dzwonił, by powiedzieć, że nie wróci do domu na noc, 
coś ją ściskało w sercu. I zawsze czuł to. A ona nigdy nic nie mówiła, 

nigdy nie miała pretensji i tylko myślała, kiedy nadejdzie ten dzień, 
gdy to nie jej mąż zadzwoni, tylko jakiś inny oficer, by powiedzieć, że 

mąż nie wróci na noc ani dziś, ani już nigdy.

- Kocham cię, uważaj na siebie. Bardzo na siebie uważaj.

- Będę uważał, ucałuj dzieciaki. A, i myślę, że z naszych planów 

na week end nic nie wyjdzie, nie sądzę, żebym skończył. Musimy to 

przełożyć.

Mieli iść z dziećmi do ZOO, a one nigdy nie chciały iść tylko z 

mamą. Mówiły, że ZOO bez taty to nie jest żadna przyjemność.

Gates zastanawiał się, prowadząc samochód po ulicach Nowego 

Jorku,   dlaczego   samochody   policyjne   zawsze   muszą   mieć   coś 
zepsute.   Tym   razem   było   to   ogrzewanie.   Albo   buchało   na   nich 

gorące nie do zniesienia powietrze, albo nie dmuchało wcale i przy 
kilkunastostopniowym mrozie szyby pokrywały się woalką szronu.

-   Powiedziałem   ci,   że   wszystko   ma   działać,   -   powiedział   do 

Reeves'a, który usilnie próbował naprawić dmuchawę.  

- O'Hara z warsztatów powiedział, że to najlepszy wóz jaki ma.
- Jak popracujesz jeszcze trochę, to się nauczysz, że O'Hara nie 

kłamie tylko jak śpi. A i tego nie byłbym pewien. Dobra, stajemy. Idź 
zobacz, czy Żelazny siedzi w środku.

Młody detektyw wysiadł, a Gates potrzymał jeszcze samochód 

na obrotach, żeby nagrzać wnętrze. Żelazny lubił smacznie zjeść i 

potrafił przy stoliku w restauracji siedzieć czasami i dwie godziny.

Reeves wrócił biegiem do samochodu.

- Już wychodzi, zobaczyłem go w szatni. Jest sam.
- Widziałeś gdzieś jego samochód?

Krwistoczerwony Pontiac  Żelaznego rzucał się w oczy i Gates 

przez ostatnie dwa tygodnie nie miał nigdy problemu z odszukaniem 

go na ulicy. Ale teraz samochodu nie było.

-  Nie  widziałem,  restauracja nie  ma parkingu, musi gdzieś  tu 

stać.

background image

Drzwi od restauracji otworzyły się i wyszedł Polak w szczelnie 

zapiętym   płaszczu.   Na   głowie   miał   futrzaną   czapkę,   w   ręce   niósł 
aktówkę. Ruszył spokojnym krokiem w stronę Manhattanu.

- Znając nasze zasrane szczęście, to zaraz wejdzie do metra. A 

tam go zgubimy i tyle z tego będzie.

-   Czemu   jest   pan   takim   pesymistą,   panie   poruczniku?   Nie 

można tak...

-   Tu   przemawia   twój   brak   doświadczenia,   chłopcze.   Prawa 

Murphy'ego mówią, że jeżeli coś może się nie udać, to napewno się 

nie uda. Ja nie jestem pesymistą, jestem dobrze poinformowanym 
optymistą. Nauczysz się tego jeszcze. 

- I niech ci nie przyjdzie do głowy w metrze przeskakiwać nad 

barierką. - Ciągnął Gates. - Nie kręcimy filmu gangsterskiego, tylko 

mamy robotę do zrobienia. Kupisz bilet jak wszyscy. 

- A pan ze mną nie pójdzie?

- Pójdę, ale nie będziemy szli razem. Załóż sobie nadajnik do 

ucha.

Żelazny nie wszedł do metra. Zatrzymał się przy krawężniku i 

wsiadł do przejeżdżającej taksówki. Ruszyli za nim aż do biur Pan 

Am.   Tam   Polak   wysiadł   i   wszedł   przez   oszklone   drzwi   do   kas 
biletowych.

Gates połączył się natychmiast z biurami FBI.
- Mówi Gates, kod 44032. Samochód 442. Sprawdźcie wszystkie 

rezerwacje od tej chwili w biurach Pan Am'u przy 142 Avenue. Jedna 
powinna być na nazwisko Żelazny. Ż - E - L - A - Z - N - Y. ... Nie, nie 

wiem   w   jakim   kierunku.   Jeśli   będzie   rezerwacja   na   to   nazwisko, 
zarezerwujcie   i   dla   mnie.   Kod   2b,   powtarzam,   kod   2b.   Uprzedzić 

dyrektora Johnsa. Skończyłem.

Gates  odwiesił mikrofon i z uśmiechem  popatrzył na swojego 

pasażera.

- Widzisz chłopcze? Czasami dobrze być gliną. Twój bezpośredni 

przełożony, czyli ja, poleci sobie samolotem. A ty tu zostaniesz.

- To niesprawiedliwe panie poruczniku. Ja też bym chciał sobie 

polecieć na Karaiby, tak jak pan wtedy.

- A kto ci powiedział, że to ma być sprawiedliwe? Pokaż mi gdzie 

w   regulaminie   jest   napisane,   że   praca   w   FBI   ma   się   opierać   na 
zasadach sprawiedliwości?

Gdy Żelazny wyszedł z biur kompanii lotniczej w radio odezwał 

się głos policjantki z centrali.

- Wzywam kod 44032, porucznik Gates.
- 44032, samochód 442, Gates. Macie już tę rezerwację?

-   Ma   pan   samolot   za   trzy   godziny,   do   Fort   de   France   na 

123

background image

Adam Pietrasiewicz

Martynice.   Uprzedziliśmy   lotnisko   o   pańskiej   obecności,   może   pan 

wsiadać z bronią. Dyrektor Johns kazał przekazać panu, żeby oddał 
pan Żelaznego drugiej ekipie i leciał do domu po rzeczy i prosto na 

lotnisko, gdzie dostanie pan sprzęt fotograficzny i pieniądze.

Ruszył do domu zostawiająć młodemu detektywowi samochód z 

poleceniem   przekazania   Żelaznego   drugiej   ekipie.   Sam   wsiadł   w 
taksówkę.

Żona,   jak   to   zwykle   żona,   przyjęła   wiadomość   o   wyjeździe   z 

mieszanymi uczuciami. Nie lubiła jego samotnych wyjazdów, trochę 

dlatego,   że   nie   chciała   zostawać   sama,   trochę   dlatego,   że   była 
zazdrosna.   Gates   żartował   zawsze,   że   ma   dziewczynę   w   każdym 

porcie. Ot tak, żeby się z nią podrażnić. Wiedziała, że jest to bez 
sensu,   że   zazdrość   prowadzi   do   nikąd,   ale   nie   potrafiła   nad   nią 

panować.

- Jak poznam jakąś piękną Kreolkę, to ci przywiozę jej zdjęcie.

- Tatusiu, a co to jest kreolka? - pięcioletnia córeczka Gatesa 

stała obok matki i próbowała jej pomagać przy pakowaniu walizki 

ojca.

- Kreolka drogie dziecię, to jest taka marka samochodu. Bardzo 

ładnego samochodu. A tatuś lubi ładne samochody.

- Jak będę duża to ci kupię kreolkę tatusiu.

- Dobrze córeczko - Gates z rozbawieniem popatrzył na żonę, 

która   z   trudem   opanowywała   śmiech.   -   Jak   będziesz   duża,   to   ci 

pokażę, jaką kreolkę chciałbym mieć i mi ją kupisz.

- A czy ja też będę mogła jeździć na kreolce?

Żona Gatesa nie mogła opanować wybuchu radosnego śmiechu. 

Porucznik   natomiast   zachowując   kamienną   twarz   odpowiedział 

zdziwionej śmiechem mamy córeczce.

- Kochanie, nie jeździ się na samochodzie tylko samochodem. I 

myślę, że mamusia by ci nie pozwoliła. Ale zapytaj jej.

- Wkładam ci koszule z krótkimi rękawami, pięć zmian bielizny i 

trzy pary spodni. Chcesz garnitur?

-   Jeden   zapakuj,   jak   będę   jeździł   na   kreolce,   to   muszę   być 

porządnie ubrany.

Oboje   parsknęli   śmiechem.   Gates   przytulił   żonę,   pocałował 

dzieci i wyszedł. Pod domem wsiadł do zamówionej taksówki i ruszył 
na lotnisko.

W   kolejce   do   rejestracji   bagażu   ustawił   się   kilka   kroków   za 

Żelaznym. Nie chciał, żeby przypadkiem posadzono go obok niego. 

Przy oddawaniu bagażu poprosił pracownika za ekranem komputera, 
żeby sprawdził, gdzie siedzi ten czarnowłosy jegomość, i żeby dał 

miejsce w drugim końcu samolotu.

background image

Zdziwiny   urzędnik   chciał   coś   powiedzieć,   ale   na   widok 

dyskretnie   pokazanej   legitymacji   FBI   szybko   zaczął   stukać   w 
klawisze.

-   Ma   pan   miejsce   27   G.   Dla   niepalących.   Jest   pan   za   nim, 

ubikacja jest z drugiej strony, nie powinien koło pana przechodzić. 

Czy mam uprzedzić obsługę samolotu?

- Nie, to niepotrzebne.

Policjanci kontrolujący bramkę przepuścili go bez problemu. Gdy 

przechodził wyłączyli urządzenie wykrywające przedmioty metalowe 

i pistolet w kaburze pod pachą nie dał o sobie znać.

W   samolocie   Gates   pomyślał   o   dzieciach.   Za   dwa   tygodnie 

Święta, trzeba będzie pomyśleć o prezentach. Dla żony postanowił 
kupić francuskie perfumy - Martynika była przecież departamentem 

Francji.

125

background image

Adam Pietrasiewicz

Rozdział 13

-   Złapał   pan   pana   Boga   za   nogę   -   powiedział   Overwood 

podchodząc do wyciągniętego na plaży Goldmana. - I oni panu za to 
płacą?

-   Tak   to   czasami   bywa,   panie   kapitanie.   Nie   ukrywam,   że 

podoba mi się moja, że się tak wyrażę, praca. Szczególnie w takie 

dni,   jak   dziś.   Tyle,   że   jak   wszystko   dobrze   pójdzie,   to   za   dwa 
tygodnie pan będzie siedział z rodziną przy wigilijnym stole, a ja cały 

czas będę tutaj.

-   Nie   mam   rodziny.   -   Twarz   Overwooda   zachmurzyła   się   na 

chwilę. - Straciłem wszystkich w zamachu w Passadenie...

Przed   kilku   laty   przez   Stany   Zjednoczone   przeszła   fala 

krwawych   zamachów   terrorystycznych.   Nasłani   przez   jakieś 
organizacje   arabskie   szaleńcy,   finansowani   prawdopodobnie   z   kas 

irackich,   postanowili   pomścić   hańbę,   za   jaką   uważali   przegrany 
konflikt w Zatoce Perskiej. Bomby wybuchały wszędzie, conajmniej 

jedna dziennie, i doszło do tego, że ludzie zaczęli się bać.

Władze były bezsilne, CIA ręka w rękę z FBI starały się uprzedzić 

krwawe ciosy, ale wszystko odbywało się w takim tempie, że okazało 
się, iż są bezsilni. Codzienne dzienniki telewizyjne zaczynały się od 

relacji z kolejnych zamachów, skierowanych przeciwko wszystkiemu 
i wszystkim. Bomby wybuchały w centrach handlowych, na ulicy w 

godzinach szczytu, w szkołach i urzędach. 

Bomba, która wybuchła w Passadenie była pierwszą. Wybuchła 

w   ogromnym   centrum   handlowym,   w   sobotnie   popołudnie. 
Terroryści postanowili nie dać szansy nikomu. Gigantyczny budynek 

centrum   zawalił   się,   jak   domek   z   kart.   Bomba,   która   była   całym 
zespołem  bomb  i granatów  kulkowych.  Było  siedmiuset  zabitych  i 

dwustu   rannych.   Większość   poranionych   była   w   stanie,   w   którym 
woleliby zginąć niż cierpieć.

- Przykro mi, przepraszam kapitanie.
- Wie pan, panie Goldman, jeszcze dziś jakoś nie potrafię sobie 

wytłumaczyć, że oni nigdy nie wrócą. Miałem żonę, syna i córkę. Dziś 
nie mam nic. Ma pan dzieci?

- Mam i myślę, że potrafię zrozumieć pański ból.
- Sądzę, że nie można tego zrozumieć. Nie chcę pana urazić, ale 

myślę, że jeśli się tego nie przeżyło, to nie można tego zrozumieć. To 
siedzi   w   panu   jak   wrzód,   nie   daje   spać.   Jedyne,   co   pozostaje,   to 

ucieczka do przodu, żeby zapomnieć. Ale tego się nie zapomina. 

Ale   nie   roztkliwiajmy   się   nad   sobą,   mam   tu   pana   pilnować,   i 

tego pańskiego bunkra, a nie opowiadać ponure historie. W każdym 

background image

razie, w ramach pilnowania pana, może byśmy popływali? Nie widzę 

na   horyzoncie   wrogich   lotniskowców,   które   mogłyby   nas 
zaatakować, więc myślę, że desant nie nastąpi zaraz. Co pan na to?

- To pan jest tu szefem obrony wyspy. Porobił pan już okopy? Bo 

jak nie, to mam bunkier do pańskiej dyspozycji...

-   Dziwny   jest   ten   bunkier.   Wie   pan   co?   Taki   bunkier,   to 

wytrzyma   i   atak   nuklearny.   Ciekaw   jestem,   co   pan   tam   trzyma? 

Wiem, że to nie moja sprawa, ale jestem ciekaw. I nie oczekuję od 
pana żadnej odpowiedzi...

- Ależ nie ma problemu, kapitanie. Prezydent założył tu sobie 

piwnicę   z   winami,   a   ja   jej   pilnuję.   Jest   to   bardzo   niebezpieczna 

robota,   szczególnie   dla   zdrowia.   Mam   już   początek   marskości 
wątroby i co raz włażą na mnie pająki i węże... A, tak à propos, jeśli 

nie ma pan nic przeciwko temu, to wpadnę wieczorem do chatki i 
napijemy się prawdziwego rumu z Martyniki. Co pan na to?

-   Wie   pan,   panie   Goldman,   jako   stary   żołnierz,   jestem 

człowiekiem z zasadami. Tak więc, skoro ktoś mi coś proponuje, to 

nie mogę odmówić.

Obaj   mężczyźni   zaśmiali   się   głośno   i   po   chwili,   zostawiwszy 

ubrania na piasku, zanurzyli się w ciepłych wodach zatoczki.

*

Elsa Halsworth wyszła z pomieszczenia klonów i skierowała się 

w stronę części mieszkalnej bunkra. Nie lubiła zbyt długo siedzieć z 

klonami   po   zabiegu   dememoryzacyjnym,   nie   mogła   się   cały   czas 
przyzwyczaić do ich mglistych, jakby szklanych oczu, które nabierały 

nieco życia dopiero po dwóch, trzech tygodniach od zejścia z sali 
szubienic. Robiła jedynie minimum tego, co musiała, i jak mogła, tak 

unikała dodatkowych robót.

Poprzedniego   dnia   wieczorem   wszystko   już   przygotowała. 

Cieszyła się, że za kilka dni będzie wyzwolona od tej strasznej pracy, 
że będzie wyzwolona od pracy w ogóle. "Człowiek nie jest stworzony 

do   pracy.   Gdyby   człowiek   był   stworzony   do   pracy,   toby   się   nie 
męczył."   Często   powtarzała   sobie   tę   zgrabną   formułkę,   którą 

powiedział jej kiedyś Jacky.

A   jutro   będzie   już   daleko   stąd,   a   potem   inni   będą   za   nią 

pracować, a ona się będzie opalała, popijała koktajle, jadła owoce i 
tak   już   do   końca   życia.   Jacky   obiecał   jej,   że   jak   już   będzie   po 

wszystkim, to może nie będą najbogatszymi ludźmi na świecie, ale 
niczego im już nigdy nie zabraknie. No i, że będą nareszcie razem.

Elsa   Halsworth   miała   28   lat   i   uznała,   że   już   najwyższa   pora 

ustatkować się, założyć dom i mieć rodzinę. Miała już z kim, Jacky 

był   najwspanialszym   mężczyzną,   jakiego   kiedykolwiek   poznała. 

127

background image

Adam Pietrasiewicz

Pozostał problem, za co. Ale tym miał zająć się Jacky, właśnie jutro. A 

ona miała jedynie zablokować generator, dokładnie o wpół do ósmej 
rano. Ani wcześniej, ani później.

Już   raz   to   zrobiła,   okazało   się   że   reakcja   była   taka,   jak 

przewidziała.   Drzwi   zostały   otwarte   przez   Goldmana   i   nikt   ich   nie 

zamknął. Goldman miał prawdopodobnie klaustrofobię, a jak się ma 
klaustrofobię,   to   już   sama   myśl   o   zamkniętych   drzwiach   może 

przyprawić o zawał serca. Jutro też otworzy drzwi. I przyjedzie Jacky, 
wejdzie przez te drzwi i ją zabierze.

Jedynym problemem byli ci żołnierze. O tym Jacky nic nie mówił, 

przylecieli przed kilku dniami helikopterem i usadowili się w domku 

Goldmana. Goldman powiedział, że to ludzie do wymiany min, ale ci 
co przylatywali do wymiany min, to zostawali najwyżej dzień, dwa i 

odlatywali, a ci siedzieli już dużo dłużej. Ale jeśli nawet Jacky o nich 
nic nie wie, a pewnie wie, bo on wie wszystko, to i tak sobie z nimi 

da radę. Jak był na wojnie, to nie takich już widział. Opowiadał jej, jak 
strzelał do ludzi, zawsze szybciej niż tamci do niego. 

Tak, żołnierze nie poradzą sobie z Jackym, nikt sobie z nim nie 

poradzi. "Tylko ja potrafię go ujarzmić", pomyślała uśmiechając się 

do siebie. "I ujarzmię, i już na zawsze będzie mój."

Weszła do swojego pokoju, siadła na łóżku i z szuflady wyjęła 

małe zawiniątko. Rozwinęła folię aluminiową i rozłożyła na stoliku. 
Leżał przed nią kawałek masy przypominającej plastelinę. Miała to 

wrzucić   dokładnie   o   wpół   do   ósmej   do   baku   generatora.   Jacky 
powiedział,   że   gdy   ta   plastelina   się   rozpuści,   to   silnik   zacznie 

pracować na tak wysokich obrotach, że po chwili się rozpadnie. I że 
nikt nigdy się nie dowie co to było.

"A   z   resztą   nawet   jakby   się   dowiedział,   to   będzie   to   bez 

znaczenia, będą już z Jackym daleko, na jakiejś wspaniałej wyspie, 

na   leżaku   na   plaży".   Nastawiła   budzik   na   siódmą.   przed 
nastawieniem sprawdziła jeszcze czy na pewno działa, głupio byłoby 

zaspać.   Jacky   powiedział   jej,   że   najlepiej   przygotowane   akcje 
czasami nie udają się właśnie przez takie głupoty, jak nie działający 

budzik czy wyładowany akumulator w samochodzie.

Ktoś zapukał do drzwi.

- Kto tam? zapytała pospiesznie pakując "plastelinę" w folię.
- To ja, Daniel, mogę wejść?

-   A   musisz?   -   Elsa   nie   bardzo   miała   ochotę   widzieć   się   z 

Danielem akurat w tej chwili. Pewnie, że przespała się z nim ostatnio 

kilka razy, ale to dlatego, że każda normalna kobieta potrzebuje od 
czasu do czasu przespać się z mężczyzną. Tyle, że nie upoważnia to 

go do wyobrażania sobie Bóg wie czego. A Danielowi się spodobało i 

background image

teraz coraz częściej pukał do jej pokoju.

- Wpadłem, żeby zobaczyć co robisz.
- No to zobaczyłeś, siedzę na łóżku i rozmyślam. Zadowolony 

jesteś?

- Czemu jesteś taka nieprzyjemna? Coś jest nie tak?

- Wszystko jest w porządku, tyle że nie mam ochoty dziś nikogo 

widzieć.

-   Nawet   mnie?   -   W   głosie   łysego   Daniela   słychać   było   żal 

pomieszany z niedowierzaniem.

- Nawet ciebie. Czy ty sobie wyobrażasz, że jak poszliśmy do 

łóżka ze sobą, to teraz już wszystko możesz? Jeśli tak myślisz, to się 

mylisz. Poszliśmy do łóżka, bo miałam na to ochotę... A z resztą co ja 
ci   się   będę   tłumaczyć.   Słuchaj   Daniel,   jak   będę   miała   na   ciebie 

jeszcze ochotę, to zadzwonię. A teraz zjeżdżaj, chcę być sama.

Łysy Daniel nic nie odpowiedział. Zamknął za sobą drzwi i ruszył 

w stronę swojego pokoju. "Takie to już one są", pomyślał siadając na 
fotelu. 

*

Promienie   popołudniowego   słońca   oświetlały   bezmiar   wód 

oceanu.   Co   jakiś   czas   błyskały   łuski   wyskakujących   z   wody 
latających   ryb.   Przed   dziobem   kutra   i   po   bokach   płynęło   stado 

delfinów. Wyglądało na to, że bawi je ściganie się z łodzią,

Jacky   Neurohr   siedział   przy     sterze   i   leniwie   przyglądał   się 

spokojnym   falom.   Koło   sterowe   zaczynało   już   być   przeżytkiem 
przeszłości, system satelitarnego naprowadzania jednostek morskich 

był   na   tyle   sprawny,   że   automatyczny   pilot   nie   tylko   utrzymywał 
wyznaczony kurs, ale dbał o niedopuszczenie  do zderzenia z inną 

jednostką,   a   podobno   potrafił   w   całkowitej   mgle   samodzielnie 
wprowadzić   statek   do   portu.   Wszystkie   ponad   dziesięciometrowe 

jednostki   były   wyposażone   w   to   nowoczesne   urządzenie 
elektroniczne,   a   od   niedawna,   ze   względu   na   znaczny   spadek 

kosztów, nawet i mniejsze.

Robert Maurer stał na dziobie i patrzył na delfiny. Gładka skóra 

morskich   ssaków   błyskała   w   słońcu   i   wyglądało   to   jak   pokaz 
sztucznych ogni. 

-   Widziałeś   jak   te   ryby   potrafią   szybko   płynąć?   -   zapytał 

Neurohra.

- To nie ryby Robercie. To ssaki. 
- Jak siedzą w wodzie, to ryby. Myślisz, że to się da zjeść?

- Ponoć delfiny są jadalne. Ale ja osobiście nie mam ochoty na 

delfina. Nawet nie wiedziałbym jak przygotować mięso. Wolę zjadać 

nasze puszki.

129

background image

Adam Pietrasiewicz

- Mam ochotę postrzelać. Nie masz nic przeciwko temu?

-   Wiesz  co  Robert?   Powiem  ci,  że  jak  byłem  mały,  to  bardzo 

wiele   czytałem   o   delfinach.   Ponoć   to   są   zwierzaki   tak   samo 

inteligentne jak ludzie. Mózg to nawet mają większy. I słyszałem, że 
czasami ratują rozbitków. Więc wolałbym, żebyś do nich nie strzelał.

- Jak chcesz, ale nudzi mi się. 
-   Niedługo   powinniśmy   dopłynąć   w   okolice   wyspy,   będziesz 

wtedy   miał   co   robić.   Popatrzysz   sobie   przez   lornetkę,   to   się 
rozerwiesz.   Musimy   zobaczyć,   czy   wszystko   jest   w   porządku.   A 

narazie sobie posiedź i popatrz na morze.

- Nie lubię wody. - Maurer usiadł na dziobie, spuścił nogi nad 

fale i przez dłuższą chwilę się nie odzywał.

Neurohr usiadł na fotelu sternika i sięgnął po ostatni biuletyn 

meteo.   Nic   się   nie   szykowało   w   ich   rejonie,   bezchmurne,   czyste 
niebo zapowiadało spokojną akcję. Przez najbliższe dni nie powinno 

padać ani nie powinno mocniej wiać. 

Zastanawiał się,  czy  próbować  łączyć  się z  Bermesem,  ale  w 

końcu zrezygnował, nie miało to żadnego sensu ani celu. Jutro rano o 
ósmej   spotkają   się   i   tak.   A   narazie   mieli   obserwować   wyspę,   w 

okolice której powinni dopłynąć za jakieś pół godziny.

Słońce dochodziło już do horyzontu gdy   zobaczyli Wyspę Św. 

Patryka. To znaczy zobaczyli jakąś wyspę, a urządzenia nawigacyjne 
stwierdzały, że jest to wyspa Św. Patryka. Neurohr wyłączył silnik, 

zszedł do części mieszkalnei i wyszedł na pokład z wielką wojskową 
lunetą, przez którą, jak twierdzili producenci, można policzyć siwe 

włosy   na   głowach   kosmonautów   na   Księżycu.   Rozstawił   trójnóg   i 
przyłożył oko do okularu.

Maurer zszedł z dziobu kutra i stanął koło Neurohra.
- No i co, widać coś?

-   Widać,   zaraz   ci   dam,   to   sobie   popatrzysz...   Czekaj   no,...   - 

Neurohr zamarł i zaczął uważnie przypatrywać się wyspie - Robert, 

mam wrażenie, że tam jest wojsko. Popatrz sam.

Maurer podszedł do lunety, schylił się i zaczął patrzeć.

- Zielone berety, szefie. Conajmniej trzech. I oficer. Tego chyba 

nie było w planie, co?

- Nie było. Skąd oni się tam wzięli? - pytanie było jak najbardziej 

retoryczne, Maurer nie mógł wiele wiedzieć na ten temat.

- To co, lądujemy mimo wszystko?
- Poczekaj, narazie skontaktuję się z Bermesem. Zadecydujemy 

razem. Myślę, że to ekipa do wymiany min.

- Bo jeśli chodzi o mnie, to...

- Robert, pieniądze dostaniesz w każdym razie. Nikt nikogo tu 

background image

nie   ma   zamiaru   robić   w   konia.   -   Neurohr   nie   mógł   ukryć 

zdenerwowania.

- Nie to chciałem powiedzieć szefie. Mnie tam zielone berety nie 

przeszkadzają, tylko chodzi o to, że to trochę komplikuje sprawy. Ale 
ja mogę strzelać i do zielonych beretów. Mnie tam jest bez różnicy.

- Muszę skontaktować się z Bermesem. - Odpowiedział Neurohr i 

wszedł do kabiny sternika, gdzie był radiotelefon.

*

Klimatyzacja   w   hotelu   Excelsior   nie   była   wystarczająca,   by 

wysuszyć   pot   zbierający   się   na   czole   Bermesa.   Po   telefonie   od 
Neurohra   zaczął   naprawdę   się   niepokoić.   Najpierw   ta   historia   w 

Metzu, potem na Martynice, gdzie za nim chodzili, teraz wojsko na 
wyspie. Wygląda na to, że nie wszystko układało się według planu.

Zawsze   jak   się   niepokoił,   to   się   pocił.   Nie   potrafił   tego 

opanować. I to nie ręce, jak to bywa zazwyczaj, ale na czole. Czasem 

aż tak, że pot spływał mu na oczy. Teraz też miał mokre czoło.

Jeśli na wyspie jest dużo wojska, to po prostu po wylądowaniu 

otoczą ich i wyjmą jak kasztany z ognia. I tyle będzie z ich planów. 
Neurohr powiedział, że było przynajmniej trzech i oficer. Jeśli to byli 

wszyscy, to jeszcze można było działać, jeśli było ich pięc razy tylu, 
to   lepiej   było   zwinąć   bagaże   i   zakończyć   akcję.   Co   do   ekipy 

saperskiej, o której mówił Jacky, było to raczej mało prawdopodobne. 
Nie   byliby   to   komandosi.   Poza   tym   ekipa   do   wymiany   min   nie 

zostawała  na  wyspie  na  dłużej.  Więc  pewnie  Asocjacja czegoś  się 
spodziewa.   Rozsądek   nakazywałby   pięć   razy   zastanowić   się   przed 

rozpoczęciem jakiejkolwiek akcji.

Tyle,   że   nie   bardzo   miał   wybór.   Wydał   już   tyle   pieniędzy,   że 

nawet nie bardzo miałby za co wrócić do Metzu. A ponadto trzeba 
było zapłacić chłopakom, bez względu na to, czy akcja się odbędzie, 

czy nie.

A jeszcze na dodatek w Metzu czekało na niego DST. Co do tego 

nie miał już wątpliwości. Po rozróbie w knajpie w Fort de France nie 
miał co liczyć na pozostanie w cieniu. Nie złapali go, to prawda, ale 

ktoś go napewno widział, a może i sfotografował. Po śmierci tego 
cholernego gliny, któremu Szlomo wpakował nóż w brzuch, długo się 

będzie   tłumaczył   francuskiej   policji,   jeśli   go   złapią.   Lepiej   już   do 
Francji nie wracać.

Usiadł na łóżku w oczekiwaniu na telefon od Neurohra. Umówili 

się, że zadzwoni za godzinę. Przez godzinę powinni zorientować się 

ilu jest na wyspie żołnierzy. Zdecydują wtedy co robić dalej.

*

Gates z lotniska Lamentin na Martynice dojechał za Żelaznym 

131

background image

Adam Pietrasiewicz

do   hotelu   Imperatrice   w   Fort   de   France   taksówką.   Polak   nie 

zorientował się, że ktoś  za  nim  jedzie, przynajmniej nie starał się 
Gatesowi uciec.

W   czterogwiazdkowym   hotelu   nie   jest   łatwo   o   pokoje.   Nawet 

gdy są wolne, ponury, aczkolwiek uprzejmy portier odpowie zawsze, 

że miejsc  nie ma. Zawsze trzeba ponalegać, i zawsze  jakiś  wolny 
pokój się znajdzie.

Żelazny najwyraźniej nie obawiał się braku wolnych pokoi. Ktoś 

musiał mu zarezerwować. Gates zaniepokoił się nieco, że dla niego 

nie będzie miejsca, ale International Business Card Visa rzeczywiście 
otwiera wiele drzwi, i gdy portier zobaczył kartę kredytową Gatesa 

(w rzeczywistości była to karta FBI, ale tego nikt nie musiał wiedzieć) 
wolny pokój się znalazł.

-   Czy   możliwym   byłoby,   żebym   miał   pokój   na   tym   samym 

piętrze, co pan Żelazny? - zapytał człowieka za kontuarem podając 

mu dyskretnie studolarowy banknot. - I chciałbym, żeby się o tym 
nie dowiedział oczywiście.

Recepcjonista   nic   nie   odpowiedział.   Wyjął   jakieś   papiery, 

którymi przykrył zielony banknot, sięgnął i po klucz.

- Pokój 317, trzecie piętro. Tamten pan ma 316, zaraz obok. Nie 

ma   niestety   połączenia   przez   wewnętrzne   drzwi.   Czy   będzie   pan 

używał telefonu?

-   Tak   proszę   mi   włączyć.   Bagaż   wniosę   sam.   -   dodał   Gates 

widząc, że recepcjonista chce wezwać kogoś do wzięcia walizek.

Recepcjonista popatrzył z niesmakiem na nowego klienta, ale 

zabrał rękę z dzwonka. Ci Amerykanie nigdy nie nauczą się dobrych 
manier, pomyślał. Ale przynajmniej płacą, więc trzeba robić dobrą 

minę do złej gry.

- Czy zostanie pan u nas na długo?

- Nie wiem, prawdopodobnie na kilka dni, czy sprawia to jakiś 

problem?

-   W   naszym   hotelu   nigdy   nie   ma   żadnych   problemów,   panie 

Gates.   -   Odpowiedział   recepcjonista   oddając   kartę   kredytową.   - 

Słowo "problem" wymazaliśmy z naszego słownika.

- Miło to słyszeć, chociaż jedno miejsce na ziemi, gdzie wszyscy 

są zadowoleni.

Recepcjonista nie wyczuł ironii w głosie nowego klienta. Podał 

klucz i odprowadził wzrokiem Gatesa, gdy ten kierował się do windy. 
Następnie wprawnym ruchem schował do kieszeni zielony banknot, 

który   postanowił   dać   w   prezencie   swojemu   siostrzeńcowi   na 
imieniny. Sam zarabiał tyle, że nie musiał liczyć na drobne napiwki.

Gates wszedł do pokoju, położył walizkę na łóżku, a torbę ze 

background image

sprzętem fotograficznym na podłodze. Włączył telewizor i nastawił 

CNN.   Najstarszą   informacyjną   amerykańską   stację   telewizyjną 
można   było   odbierać   na   całym   świecie,   skądinąd   wszyscy 

producenci   telewizorów   regulowali   kanał   9   na   jej   częstotliwość. 
Informacja była podstawowym surowcem przetwarzanym przez ludzi 

od   ostatnich   dwudziestu   pięciu   lat.   A   Gates   lubił   być   dobrze 
poinformowany.

*

Doktor Gilbert Alin z kliniki Claude Bernard w Metzu siedział bez 

ruchu   przy   biurku.   Pielęgniarka,   która   weszła   do   gabinetu   przez 
chwilę myślała, że z lekarzem jest coś nie w porządku.

- Przepraszam, panie doktorze, chciałam... 
- A, to pani, co się stało?

- Czy wszystko w porządku panie doktorze?
- Wie pani, siedzę tu od 72 godzin. Spałem może wszystkiego 5. 

A tak poza tym to wszystko w porządku. Coś nowego? Jak tam Lea?

- Bez zmian, przed dziesięcioma minutami miała lekki spadek 

ciśnienia,  100  na  60,  ale  stan  jest  stacjonarny. Elektrokardiogram 
bez   zmian.   Jest   przytomna,   ale   bardzo   słaba.   -   Pielęgniarka 

przerwała i przez chwilę patrzyła baz słowa na lekarza.

- Czy myśli pan, że znajdziemy?

Alin   odwrócił   wzrok.   Umierające   dzieci   były   najstraszniejszym 

widokiem, jaki przyszło mu oglądać w ponad dwudziestopięcioletniej 

karierze lekarskiej. Uczył się, by być lekarzem, ratować ludzi, a nie 
prowadzić ich do śmierci. A śmierć dziecka była najtrudniejszym, ale 

nieodłącznym elementem jego praktyki.

- Wie pani, od trzydziestu lat siedzę w środowisku lekarskim. 

Nawet więcej, bo moi rodzice też byli lekarzami. Jak zaczęto robić 
przeszczepy,   to   bardzo   wiele   mówiono   o   tych,   które   się   udały, 

niewiele   o   tych,   których   nie   zrobiono   z   braku   dawcy.   I   im   więcej 
gazety i telewizja robiły szumu wokół sprawy, tym mniej znajdowało 

się dawców. Bo gdy powiedziano w telewizji, że potencjalnym dawcą 
jest   każdy,   kto   nie   ma   przy   sobie   dokumentu,   w   którym   jest 

napisane,   że   nie   chce   być   dawcą,   wszystko   się   zawaliło.   Tym 
dziennikarzom wydawało się, że wszyscy tak chętnie oddadzą swoje 

serce czy nerkę w razie wypadku, a tu okazało się, że kupa ludzi 
zaczęła przechadzać  się po ulicy z takimi właśnie dokumentami. I 

ilość przeszczepionych organów spadła do 3/4 ilości przeszczepów 
przed podaniem tej informacji. 

Wie   pani   ile   jest   w   Metzu   osób   czekających   na   przeszczep 

serca? Wczoraj było ich 15. Dziś nie wiem, pewnie o kilku mniej, bo 

już nie doczekali. A jutro, pojutrze, albo za tydzień, będzie jeszcze o 

133

background image

Adam Pietrasiewicz

jedną mniej, o to szesnastoletnie dziecko.

Alin spuścił głowę i smutno popatrzył na pielęgniarkę. Drżały mu 

ręce, ledwie dawał radę siedzieć wyprostowany.

-   Jest   pan   bardzo   zmęczony,   doktor   Defives   mówił   mi,   że 

przyjdzie   za   pół   godziny   i   pana   zastąpi.   Niech   się   pan   położy   na 

kozetce, zrobię panu kawy.

-   Niech   pani   nie   robi   kawy,   bo   będzie   następny   klient   do 

przeszczepu. Od przedwczoraj musiałem wypić conajmniej 5 litrów. 
Jeśli by pani mogła natomiast przynieść mi soku pomarańczowego i 

zrobić mi dożylnie półtora centymetra Melfortu 500.

Pielęgniarka   wyszła   z   gabinetu   żeby   przygotować   zastrzyk. 

Skoro Alin decydował się na Melfort, widać chciał jeszcze zostać w 
szpitalu. Wiedziała, że nie ma go co namawiać na powrót do domu. 

Za dobrze go znała.

Kiedyś  poszła   fama   po   szpitalu,  że   Alin   się  narkotyzuje.  Jakiś 

pacjent zobaczył, że lekarz robi sobie sam zastrzyk i rozpowiedział 
wszystkim o swym odkryciu. Dużo trzeba było czasu i argumentów, 

by   przekonać   pacjentów,   że   doktor   Alin   nie   jest   narkomanem.   Że 
jeśli   wstrzykuje   sobie   Melfort,   środek   wzmacniający,   oddalający 

potrzebę   snu   i   pozwalający   na   zachowanie   pozorów   pełnej 
sprawności, to tylko dla ich dobra. Od tego czasu dyrekcja szpitala 

zabroniła   lekarzom   robienia   sobie   samodzielnie   iniekcji.   Miały   się 
tym zajmować pielęgniarki.

background image

Rozdział 14

Dzień   na   szerokościach   równikowych   wstaje   nagle.   Słońce 

pojawia się na horyzoncie i z nocy robi się dzień. Nie ma momentu, 
w którym miliony ludzi wyglądając przez okno rano stwierdza, że to 

już niedługo, ale można jeszcze sobie pospać.

Neurohra   obudziły   pierwsze   promienie   słońca.   Robert   spał 

jeszcze i Jacky postanowił go nie budzić. Była szósta, mógł jeszcze 
spać przez pół godziny. 

Wyszedł na pokład i usiadł na dziobie patrząc na ryby i delfiny 

przepływające koło kutra. Starał się nie myśleć o akcji, ale jak zwykle 

odczuwał niepokój. Nie wstydził się tego niepokoju, zawsze uważał, 
że jak ktoś się nie boi śmierci, to musi być szalony. Uważał nawet, że 

ta odrobina niepokoju zmieszanego ze strachem daje mu zastrzyk 
adrenaliny tak potrzebnej w czasie akcji. 

Tym   razem   niepokój   zwiększył   się,   od   momentu   gdy   się 

zorientowali, że na wyspie jest wojsko. Pięciu żołnierzy z oficerem, 

zielone berety. Wyglądało na to, że nie spodziewają się poważnego 
ataku, nie wyglądali na żołnierzy w stanie pełnej go-towości bojowej. 

Ale byli to jednak komandosi i znali się na swojej robocie.

W innej sytuacji prawdopodobnie akcja zostałaby odłożona. Ale 

ani   Bermes   ani   on   nie   mieli   już   drogi   odwrotu   -   przygotowania 
pochłonęły całe oszczędności jednego i drugiego i w chwili obecnej 

byli skazani na sukces.

Niepokojącą   była   obecność   na   wyspie   dodatkowego   radia. 

Komandosi z pewnością posiadali swoje, przez które mogli wzywać 
posiłki.   Plan   przewidywał   zaatakowanie   bunkra   z   helikoptera   i   w 

pierwszym   momencie   zniszczenie   anten.   To   miało   odciąć 
mieszkańców wyspy od połączeń ze światem.

Bermes   jako   człowiek   doświadczony   w   sprawach 

telekomunikacji   przewidział   jednak   wzięcie   ze   sobą   zagłuszacza, 

urządzenia, które jest w stanie zablokować jakąkolwiek komunikację 
radiową w promieniu kilku kilometrów. Atak zacznie się od włączenia 

tej małej maszynki.  Jeśli  ktoś  akurat  w tym  momencie  nie  będzie 
siedział   przy   radiostacji,   to   nie   powinno   to   zlikwidować   efektu 

zaskoczenia.

Omówili wszystko poprzedniego dnia wieczorem przez telefon. 

Starali   się   rozmawiać   w   sposób   maksymalnie   niejasny   dla 
ewentualnych   niedyskretnych   uszu,   wiedzieli,   że   CIA   podsłuchuje 

praktycznie wszystkie komunikacje radiowe na świecie. Oczywiście 
średnio inteligentny specjalista od nasłuchu byłby w stanie szybko 

zorientować się, że szykują jakąś akcję, ale czas grał na ich korzyść. 

135

background image

Adam Pietrasiewicz

Zanim CIA zareaguje, będzie już po wszystkim.

Po kilkudziesięciu minutach obserwacji poprzedniego wieczora 

oddalili się za horyzont, żeby ludzie na wyspie nie nabrali podejrzeń. 

Neurohr   zawsze   wychodził   z   założenia,   że   strzeżonego   pan   Bóg 
strzeże. O siódmej postanowił włączyć silniki, by przed ósmą być jak 

najbliżej wyspy. 

Na   trójnogu   na   dziobie   zamontowali   poprzedniego   dnia 

wieczorem   ciężki   karabin   maszynowy,   który   stał   teraz   przykryty 
brezentową   płachtą.   Maurer   wyczyścił   go   wczoraj   dokładnie, 

nasmarował i wypróbował wystrzeliwując kilka serii w stronę nieba. 
Był to jeden ze starszych typów tej broni, ale co do skuteczności nie 

można było mieć zastrzeżeń. Mógł wystrzeliwać maksymalnie 1000 
naboi na minutę, co dawało dość poważną siłę ognia.

Neurohr   dziękował   Bogu,   że   zdecydowali   się   na   zabranie 

większej   ilości   broni.   Oczywiście   wszyscy   byli   doświadczonymi 

żołnierzami i nigdy nie ruszyliby na akcję z pistoletami, ale z drugiej 
strony   początkowy   plan   nie   przewidywał   w   ogóle   konieczności 

strzelania.   Broń   miała   swoją   obecnością   jedynie   uspokoić 
ewentualnych bohaterów, którzy chcieliby się im przeciwstawić.

Teraz   sytuacja   wyglądała   inaczej.   Prawdopodobnie   trzeba 

będzie strzelać, a pewnie i zabijać. Albo i być zabitym, bo i to się 

może   zdarzyć.   Tyle,   że   na   kutrze   byli   względnie   bezpieczni,   w 
każdym   razie   bardziej   niż   Bermes,   który   przyleci   z   chłopakami 

helikopterem i będzie musiał stanąć oko w oko z zielonymi beretami.

Otworzyły się drzwi od kabiny i wyszedł Maurer. Przeciągnął się 

na słońcu, ziewnął i rozejrzał się w poszukiwaniu Neurohra. 

- A, tu siedzisz, już myślałem że cię rekiny zjadły na śniadanie. 

W ogóle nie widać cię zza tego brezentu.

-   Siedzę   sobie   i   czekam.   Za   dwadzieścia   minut   ruszamy. 

Będziesz coś jadł?

- Pieczeń wołową.

- To idź złapać wołka, a ja napalę w piecu.
Pytanie było żartem. Neurohr tak jak i Maurer nigdy przed akcją 

nie jedli, nigdy nie wiadomo co się może przydarzyć, a postrzał w 
brzuch przy pełnym żołądku pogarszał szanse na wylizanie się z ran. 

- Wyczyść jeszcze broń, i sprawdź wszystkie magazynki - dodał 

Neurohr. - Coś czuję, że będą potrzebne.

*

Elsa Halsworth nie mogła opanować drżenia rąk. Gdy omawiali 

przed   miesiącem   z   Jackym   plan   działania,   wydawało   się   jej,   że 
wszystko będzie proste. A teraz, gdy przyszło co do czego ręce latały 

jej jak pannie młodej przed nocą poślubną. 

background image

Pamiętała   dokładnie   co   jej   mówił:   "Po   pierwsze:   wstać   o   tej 

samej   porze   co   zawsze.   Po   drugie:   ubrać   się   tak   jak   zawsze.   Po 
trzecie: zjeść śniadanie ze wszystkimi, tak jak zawsze. Po czwarte: 

pójść   do   pomieszczenia   z   generatorem   na   przykład   pod   pozorem 
odnalezienia Daniela. Po piąte: nie denerwować się."

Co do czterech pierwszych instrukcji, problemu nie było. Wstała, 

ubrała się, zaraz pójdzie na śniadanie, a potem do generatora. Ale co 

do ostatniego, to musiała przyznać, że nie było to łatwe. Okropnie 
się   bała.   Bała   się,   że   ją   ktoś   zobaczy,   że   ją   złapie   za   rękę,   że 

wszystko   się   wyda.   A   Jacky   powiedział,   że   jest   najważniejszym 
ogniwem w całej akcji. Tak powiedział: "Elsa, jeśli ty nie zrobisz tego, 

co   masz   zrobić,   to   od   razu   możesz   szykować   mi   koszyk   z 
pomarańczami do więzienia".

Przy stole na śniadaniu starała się zachowywać normalnie, ale 

wciąż miała wrażenie, że wszyscy się jej przyglądają i jakoś dziwnie 

się na nią patrzą. Usiłowała wytłumaczyć sobie, że to tylko strach, 
który ma wielkie oczy, ale nie mogła. 

- Elsa, co ci jest od wczoraj? - zapytał Daniel sięgając po masło. 

- Zachowujesz się jakbyś zobaczyła wampira.

- Wystarczy mi, że się na ciebie popatrzę, Dan. Za trzy wampiry 

mi   wystarczy.   -   Wysiliła   się   na   złośliwość   żeby   zatuszować 

zaniepokojenie.

- Od wczoraj wieczora jesteś niezwykle uprzejma. 

- Jestem tak samo uprzejma od zawsze... O, Dan, daj mi spokój, 

nie   mam   ochoty   na   pogaduszki.   Czy   wszystkie   klony   zeszły   już   z 

szubienic? - zapytała Jody, przełożonej pielęgniarek.

- Dziś w nocy zszedł ostatni. Siedzą już w sali ogólnej, masz dziś 

dyżur   do   czwartej.   A   ty   Daniel   mógłbyś   wykazać   nieco   więcej 
inteligencji, wiesz przecież jak to bywa czasami z kobietami.

-   Wiem   Jody,   wiem.   Ale   nie   mogę   się   do   tego   przyzwyczaić. 

Najpierw jesteście słodkie i wspaniałe, a następnego  dnia na pięć 

metrów się nie da zbliżyć.

Goldman siedział przy stole bez słowa. Nie lubił tych rozmów 

przy śniadaniu, tak jak nie lubił rozmów przy obiedzie i kolacji. Nie 
lubił rozmów o niczym. Więc się nie wtrącał, jadł i czekał na moment, 

w którym będzie mógł wyjść na zewnątrz z tego okropnego bunkra.

Wczoraj   widzieli   na   horyzoncie   kuter.   Pokazał   się   przed 

zachodem   słońca   i   po   kilkudziesięciu   minutach   zniknął.   Kapitan 
Overwood chciał przyjżeć mu się bliżej, ale jedyne co zobaczył, to 

dwóch   mężczyzn   spokojnie   łowiących   ryby.   Komandos   zanotował 
jednak   numery   i   nazwę   kutra.   "Nigdy   zbyt   wiele   ostrożności," 

powiedział, gdy Goldman zdziwiony zapytał po co to robi.

137

background image

Adam Pietrasiewicz

- Jak pan myśli, jakby to byli dziennikarze, to co by zrobili?

- Pewnie zrobiliby zdjęcia, nie?
-   Tak,   zdjęcia,   ale   to   już   po   wylądowaniu.   A   zanim   by 

wylądowali, to udawaliby zwyczajnych turystów. Tak jak tamci. Kiedy 
ostatni raz widział pan tu jakiś kuter?

- Czy ja wiem... - tak naprawdę Goldman nigdy nie patrzył na 

przepływające jednostki. - Kilka tygodni temu coś tam pływało na 

horyzoncie. Nigdy się specjalnie tym łódkom nie przyglądałem. 

-   A   ja   tu   jestem   po   to,   żeby   się   właśnie   takim   łódkom 

przyglądać.

Goldmam   popatrzył   na   Elzę   i   zrobiło   mu   się   gorąco   w   dole 

brzucha. Dziewczyna była tak ładna, że nie mógł się opanować, i gdy 
na nią patrzył, za każdym razem wyobrażał sobie ją w swoim łóżku. 

Nie miał specjalnych wyrzutów sumienia w stosunku do Martine, nie 
robił sobie złudzeń co do jej wierności małżeńskiej.

Elza była ładna, ale dość głupia. Tak jak to zazwyczaj bywa - 

uroda raczej nie idzie w parze z inteligencją. Ale Goldman nigdy nie 

próbował zdobyć jej względów. Wiedział, że łysy Daniel już się tym 
zajął,   a   nie   trzeba   było   być   psychologiem,   by   stwierdzić,   że   gdy 

dwóch mężczyzn konkuruje o jedną kobietę, zdecydowanie może to 
wpłynąc na atmosferę i stosunki międzyludzkie.

Po śniadaniu Elza wyszła pierwsza podczas gdy Goldman dopijał 

jeszcze herbatę, którą lubił letnią. Gdy wstał od stołu, zgasło światło.

-   Do   jasnej   cholery,   Daniel,   mówiłem,   że   generator   ma   być 

naprawiony.   -   Goldman   zdenerwowaniem   ukrywał   strach   przed 

znalezieniem się w ciemnościach.

- Szefie, naprawiłem, naprawdę. Sam pan widział, ten żołnierz 

był ze mną, może się pan go zapytać.

- No więc widać niedokładnie naprawiłeś, bo znowu nie działa. 

Niech  się  pan pospieszy, a pani -  tu zwrócił  się  do pielęgniarki, - 
niech pani znajdzie Elsę i idźcie do klonów. 

Wstał i ruszył do wyjścia. Znów trzeba będzie ręcznie otwierać 

drzwi, i znów trzeba je będzie zostawić otwarte...

*

Stary helikopter, którym lecieli trząsł okropnie. Hałas, jaki robił 

obudziłby  umarłego  i  Bermes   z przerażeniem  zastanawiał się,  czy 
zanim   nie   zostaną   wykryci   przez   radar,   żołnierze   na   wyspie   nie 

usłyszą po prostu łoskotu silnika. Bo mogliby pomyśleć, że zbliża się 
do   nich   cała   armada   desantowa,   a   nie   jedynie   jeden   helikopter   z 

pięcioma ludźmi.

Popatrzył   na   instrumenty   na   tablicy   rozdzielczej,   zerknął   na 

mapę i odwrócił sie w stronę kabiny.

background image

-   Za  kilka   minut  powinniśmy  zobaczyć   wyspę.   Iribarne,   włącz 

całą   maszynerię.   Walisz   laserem   jak   tylko   namierzysz   radar.   Nie 
czekaj   na   rozkaz,   tylko   naciskaj   na   guzik.   Becker,   ty   skaczesz   do 

wody z Bastesinem na mój znak. 

Plan,   który   przewidzieli   do   ataku   wyspy   opierał   się   na 

zróżnicowanej taktyce. Pierwszym i najważniejszym elementem było 
unieruchomienie   przeciwnika   poprzez   wyłączenie   ewentualnych 

radarów.   System   niszczenia   radarów   naziemnych   był   w 
standardowym   wyposażeniu   helkopterów   bojowych.   Przygotowując 

akcję nawet nie pomyśleli, że mógłby się przydać, ale okazało się, że 
jest jak znalazł w sytuacji, gdy wyspa chroniona była przez wojsko. 

Po ewentualnym zniszczeniu radarów, nie byli pewni czy żołnierze 
mają radar, Hrabia miał włączyć zagłuszacz radia na maksimum, tak, 

aby przed zniszczeniem radiostacji nikt nie mógł połączyć się z bazą, 
skąd przybyli komandosi. 

W tym samym czasie Becker i Bastesin skaczą do wody i płyną 

do   wyspy   na   skuterach   wodnych,   które   Bermes   w   panice   znalazł 

poprzednigo   dnia   wieczorem   na   St.Lucie.   Musiał   je   ukraść,   nie 
starczyłoby mu pieniędzy na kupienie nowych. 

-   Maurice,   mam   sygnał   -   krzyknął   Iribarne   i   w   tym   samym 

momencie   spod   helikoptera   wystrzelił   promień   lasera,   który 

wycelowany był w źródło, z którego nadeszły fale radiowe radaru. 
Urządzenie   zostało   zniszczone,   ale   komandosi   na   wyspie   w   tym 

samym   momencie   wiedzieli,   że   są   atakowani.   Teraz   wszystko 
zależało od szybkości akcji.

Bermes obniżył lot tak, że płozy helikoptera dotykały nieomalże 

fal,   zatrzymał   helikopter   i   Becker   z   Bastesinem   spuścili   skutery 

wodne   i   wyskoczyli.   Na   plecach   mieli   torby   ze   sprzętem   i   bronią. 
Mieli dostać się jak najszybciej do wyspy, ale był to najtrudniejszy 

element operacji. W czasie, gdy płynęli, nie mogli strzelać i osłaniać 
ewentualnie swego desantu. Bermes nie mógł im wiele pomóc, bo 

natychmiast   po   spuszczeniu   ich   na   wodę   skręcił   na   zachód   by 
dolecieć do wyspy od innej strony. Chciał maksymalnie rozproszyć 

siły komandosów.

Włączył   gaz   na   maksimum   i   odleciał,   gdy   tylko   skutery   z 

pasażerami   znalazły   się   na   wodzie.   Kątem   oka   zobaczył   w   lesie 
rozbłyski strzelającej broni maszynowej. Byli jeszcze za daleko, by 

ktoś mógł ich trafić, ale dwuosobowy desant na skuterach wodnych 
nie będzie miał łatwego zadania.

- Hrabio, włączaj zagłuszacz! - krzyknął do Falkowskiego który 

siedział na siedzeniu drugiego pilota. - Na maksimum.

- Zrobione. Teraz są zupełnie głusi. Przynajmniej mam nadzieję.

139

background image

Adam Pietrasiewicz

-   Oni   są   głusi,   ale   my   też.   Przygotujcie   się,   za   dwie   minuty 

lądujemy. Iribarne, siadaj do karabinu maszynowego i wal jak tylko 
zobaczysz,   że   się   coś   w   dole   rusza.   Wolę,   żebyś   pozabijał   jakieś 

zwierzaki, niż wpaść w łapy zielonych beretów.

Iribarne usadowił się przy karabinie maszynowym, starym, ale 

skutecznym modelu, który siłą ognia dorównywał kompanii żołnierzy 
uzbrojonych w M-16. Strzelał 2000 naboi na minutę, ruch bębna i 10 

luf   napędzany   był   silnikiem   elektrycznym.   Strzelający   musiał   być 
przypięty pasami, aby odrzut broni nie wypchnął go ze stanowiska. 

Niezwykle skuteczna broń, którą armia amerykańska wprowadziła w 
początkach lat osiemdziesiątych, i która po dwóch dziesięcioleciach 

zaczęła   wychodzić   z   użycia,   wyparta   przez   jeszcze   bardziej 
mordercze modele.

*

Po otwarciu drzwi od bukra i zablokowaniu ich w tej pozycji tak, 

aby się nie zatrzasnęły, Goldman wyszedł na zewnątrz by odetchnąć 
nieco   świeżym   powietrzem.   Chciał   pójść   na   plażę   i   porozmawiać 

trochę   z   kapitanem   Overwoodem.   Po   przejściu   pola   minowego 
zatrzymał się, bo wydawało mu się, że usłyszał jakiś hałas. Dochodził 

od   północnej   strony   wyspy,   tam,   gdzie   komandosi   zainstalowali 
radar.

Goldman   rozejrzał   się   szukając   wzrokiem   któregoś   z 

komandosów. Chciał powiedzieć o tym hałasie, który podobny był do 

szumu silnika, ale nie zobaczył nikogo. Ruszył więc w stronę domku 
przy   plaży,   licząc,   że   tam   zastanie   Overwooda.   W   połowie   drogi 

wpadł na oficera, który w bronią w ręku biegł w stronę bunkra.

-   Goldman,   jesteśmy   atakowani.   I   to   nie   przez   dziennikarzy, 

tylko   przez   dobrze   uzbrojonych   ludzi.   Niech   pan   idzie   do   bunkra, 
szybko.

- Ale kto to jest? Kto nas atakuje?
-   Mamy   helikopter   z   powietrza,   dwóch   ludzi   od   północy   na 

skuterach   wodnych   i   ten   kuter,   co   go   wczoraj   widzieliśmy   od 
południa. Niech pan leci do bunkra i zablokuje drzwi, ja sobie jakoś z 

nimi dam radę. I niech pan wezwie pomoc przez radio, jeśli się panu 
uda. Moje radio nie działa. A, jeszcze jedno, umie pan strzelać?

- Trochę umiem, z pistoletu.
- To niech pan weźmie mój - Overwood odpiął pas z kaburą. - 

Wszystko   to  raczej  wygląda   niedobrze,   boję   się,   że  będzie  musiał 
pan go użyć. Niech pan już idzie.

Overwood ruszył w stronę plaży a Goldman pobiegł do bunkra. 

Szum silników helikoptera wzmógł się, było go już wyraźnie słychać. 

Nie miał wątpliwości, że celem ataku będzie bunkier, więc biegł ile sił 

background image

w nogach, by być na miejscu, zanim maszyna wyląduje. "I tyle to 

warte jest pole minowe, pomyślał, powinni byli jeszcze zaminować 
bunkier od strony powietrza". 

Gdy   dobiegał   do   pola   minowego   nad   bunkrem   pojawiła   się 

maszyna. Goldman wyraźnie zobaczył sylwetki trzech ludzi w środku. 

Jeden z nich siedział z boku w otwartych drzwiach. Przed sobą miał 
karabin maszynowy.

Gdy usłyszał pierwsze wystrzały, padł na ziemię i przeturlał sie 

w   bok,   by   skryć   się   w   otaczających   zaroślach.   Ale   kule   nie   były 

skierowane   przeciwko   niemu.   Strzelec   z   helikoptera   celował   w 
anteny na dachu bunkra.

W   ciągu   niespełna   pół   minuty   anten   już   nie   było.   Parabola 

satelitarna, przez którą łączył się raz w miesiącu z Montrealem, z 

Martine, leżała porozbijana na kawałki, resztek masztu antenowego 
nawet nie widział.

Gdy  strzelec  uporał  się  z antenami, zaczął strzelać  w okolice 

bramy. Po kilkunastu sekundach ogrodzenie zostało rozbite w drobny 

mak, a okoliczne miny zaczęły wybuchać jedna po drugiej. Goldman 
leżał w krzakach z zakrytą rękami głową. Pomimo przerażenia, jakie 

ogarnęło   go   w   momencie   ataku,   rozbawiła   go   sytuacja,   w   której 
Overwood dał mu pistolet. Cóż mógł zdziałać pistoletem wobec takiej 

siły ognia. Wyjął go jednak z kabury i odbezpieczył, wiedząc, że w 
którymś momencie może mu się przydać. Helikopter będzie musiał 

wylądować i ci co w nim siedzą będą musieli wyjść na zewnątrz.

Popatrzył   z   przerażeniem   na   otwarte   drzwi.   Nigdy   nie   zdąży 

dobiec, by je zamknąć. Bunkier stał otwarty i napastnicy mieli prawie 
rozłożony czerwony dywan, by wejść do środka. "Do cholery, gdzie 

są ci komandosi, mieli pilnować bunkra".

Gdy   strzały   z   helikoptera   umilkły   usłyszał   wyraźnie   odgłosy 

strzelaniny od strony północnej plaży. Po momencie od strony chatki 
też   dało   się   słyszeć   wystrzały   z   broni   maszynowej.   Wyspa   była 

atakowana   z   kilku   stron   naraz   i   komandosi   zajęci   byli   obroną 
brzegów.

Goldman   zerwał   się   z   ziemi   w   momencie,   gdy   helikopter 

odwrócił się tak, że strzelec z karabinem maszynowym znalazł się po 

przeciwnej stronie. W tym samym momencie z sąsiedniej, oddalonej 
o jakieś 10 metrów kępy wybiegł jeden z komandosów.

Na   widok   Goldmana  nerwowym   ruchem  wymierzył  swój  M-16 

lecz szczęśliwie w porę go rozpoznał.

- Niech się pan schowa, bo pana utłuką, na ziemię! Na ziemię! - 

krzyczał jak opętany. 

Goldman   skulił   się   przy   kępie   krzaków,   a   komandos   z 

141

background image

Adam Pietrasiewicz

szybkością godną sprintera zaczął biec w stronę bramy. Dwa razy się 

potknął, ale z niezwykłą szybkością zerwał się na nogi i biegł dalej. 
Goldman pomyślał o minach, które chroniły dostępu do bramy i miał 

nadzieję, że strzelec z helikoptera zniszczył wszystkie, bo komandos 
zupełnie na nie nie zwracał uwagi. Biegł, by być przed napastnikami 

przy drzwiach bunkra.

Nie   dobiegł.   Gdy   przekroczył   rozbitą   bramę   helikopter   nagle 

wylądował   na   betonowym   dachu.   Karabin   maszynowy   skierowany 
był tym razem w stronę bramy. Ogień z dziesięciu luf był oślepiający, 

choć wystrzelona seria naboi była krótka. Wystarczająca jednak, by 
rozerwać   żołnierza   praktycznie   na   strzępy.   Goldman   zobaczył   jak 

ręka w której komandos trzymał M-16 odpada w zupełnie inną stronę 
niż padło podziurawione ciało.

Z helikoptera wyskoczyło dwóch ludzi. Trzeci, ten, który siedział 

przy karabinie maszynowym pozostał w środku i pilnował okolicy. Ci, 

którzy wyszli skierowali się do drzwi bunkra.

Gdy   schodzili   z   dachu   Goldman   z   przerażeniem   zobaczył,   że 

łysy Daniel próbuje zamknąć drzwi. Zapierał się z całej siły, ale nie 
dał   rady.   Ludzie   z   helikoptera   doszli   do   niego   w   momencie,   gdy 

drzwi drgnęły i łysy Daniel próbował zaprzeć się, by je przesunąć.

Pierwszy z wchodzących do bunkra napastników trzymał w ręce 

pistolet, ale nie zastrzelił łysego Daniela. Złapał go za poły koszuli i z 
nieprawdopodobną siłą rzucił nim o ścianę. Daniel padł na ziemię, 

prawdopodobnie   nieprzytomny,   a   tamci   weszli   do   środka.   W   tym 
momencie bunkra i klonów broniły już tylko trzy kobiety.

Goldman zastanawiał się, co ma teraz robić. Do bunkra nie miał 

jak   się   dostać,   człowiek   w   helikopterze   miał   w   polu   ostrzału   zbyt 

wielki teren. Od strony plaż dochodziły ciągle odgłosy strzelaniny. 
Postanowił czekać.

Kanonada   na   plaży   południowej   nagle   ucichła.   Goldman 

zastanawiał się, co to mogło oznaczać. Czy komandosi odparli atak, 

czy też... Na wszelki wypadek wsunął się jeszcze głębiej w zarośla. 
Jeśli   komandosi   odparli   napastników,   pewnie   tędy   będą   próbowali 

dostać   się   do   bunkra.   Jeśli   zaś   nie,   to   napastnicy   napewno   też 
skierują się w tę stronę.

Trzask   łamanych   gałęzi   doszedł   go   od   tyłu.   Skulił   się   i   z 

pistoletem w ręku czekał, by zobaczyć kto wyjdzie zza drzew. Ale 

szelest   ucichł   i   nie   wyszedł   nikt.   Goldman   zrobił   kilka   głębokich 
wdechów, by się opanować i zaczął nasłuchwać. Komandosi nie mieli 

powodu by się skradać.

Jakby szóstym zmysłem poczuł za sobą czyjąś obecność. Gdy 

gwałtownie obrócił się, by zobaczyć kto za nim stoi, ręką, w której 

background image

trzymał pistolet zachaczył o gałąź. Broń wylądowała na ziemi wśród 

liści.   Stanął   oko   w   oko   z   wysokim   mężczyzną   o   pomalowanej   jak 
indianie   twarzy.   Człowiek   trzymał   w   jednym   ręku   karabin,   a   w 

drugim nóż. 

- Widzisz mój drogi? Masz szczęście. Kazali nie zabijać nikogo 

poza   żołnierzami,   to   cię   nie   zabiję.   Masz   cholerne   szczęście 
chłoptasiu.   Takie   szczęście,   że   nawet   sam   nie   potrafisz   sobie 

wyobrazić jakie to szczęście. Oj tak, masz szczęście. - Wymalowany 
napastnik   mówił   uśmiechając   się   szeroko   i   powoli   podchodząc   do 

Goldmana.

- Nie zabiję cię wcale. Wcale, ale to zupełnie wcale. Tamtych 

twoich   wspaniałych   obrońców   na   plaży   wysłaliśmy   do   świętego 
Piotra, bo byli bardzo, ale to bardzo niegrzeczni. Wyobraź sobie, że 

strzelali do nas z karabinu. Tak jest, z karabinu. To musieliśmy im 
wyjaśnić niestosowność takiego zachowania. Ale ty masz szczęście. 

Ty jesteś grzecznym chłopcem i do wujka Roberta z karabinu strzelał 
nie będziesz, prawda? Tylko trochę cię walnę w głowę i zwiążę ręce, 

ale wcale cię nie zabiję. Cieszysz się? - i znów zrobił krok w stronę 
Goldmana.

Mówił   ze   strasznym   akcentem.   "Chyba   Francuz",   pomyślał 

Goldman   przygotowując   się   do   odparcia   ataku.   Kątem   oka   szukał 

pistoletu, który jednak leżał poza zasięgiem rąk.

Oceniał przeciwnika starając się stwierdzić, czy jest mańkutem. 

Nóż trzymał w prawej ręce, więc chyba nie. Trzeba było najbardziej 
uważać na nóż, M-16 w walce wręcz nie był specjalnie przydatny. 

Goldman zrobił krok do tyłu.

- O kochasiu, nie bój się wujka - powiedział Francuz uśmiechając 

się jeszcze szerzej. - Wujek ci nic złego nie zrobi.

Goldman zrobił jeszcze jeden korok do tyłu co spowodowało, że 

napastnik rzucił się na niego. Goldman czekał na to i w momencie 
gdy najemnik był już blisko, jedną ręką chwycił go za gardło a drugą 

wykręcił   rękę,   w   której   tamten   trzymał   nóż.   Maurer   stracił 
równowagę   i   przewrócił   się   na   ziemię.   Jego   nogi   podrygiwały   w 

spazmach   a   z   gardła   wydobywał   się   charkot.   Długi,   ponad 
dwudziestopięciocentymetrowy nóż przebił go na wylot, tak, że jego 

czubek przeszedłszy przez plecy przebił materiał kurtki mundurowej.

Charkot po chwili ustał i Goldman usiadł na ziemi obok trupa. Po 

raz pierwszy w życiu zabił człowieka i ze zdziwieniem patrzył, jak 
łatwo   mu   to   poszło.   Nagle   dostał   mdłości   i   zwymiotował   brudząc 

spodnie i koszulę. Z obrzydzeniem zerwał z siebie ubranie i rzucił je 
obok   trupa.   Wielokrotnie   czytał   o   takich   reakcjach,   widział   je   na 

filmach,   ale   nie   bardzo   w   to   wierzył.   Zawsze   myślał,   że   jest   to 

143

background image

Adam Pietrasiewicz

reakcja   na   jakiś   bardzo   silny   stress,   albo   na   strach.   A   gdy 

przypomniał sobie całą sytuację, to ze zdziwieniem stwierdził, że ani 
przez chwilę się nie bał, nie było na to czasu. Cała akcja przebiegła w 

ciągu kilkunastu sekund.

Z niepokojem spojrzał w stronę bunkra. Helikopter stał cały czas 

na   dachu.   Łysy   Daniel   leżał   związany   przed   drzwiami   bunkra, 
prawdopodobnie   nieprzytomny,   bo   się   nie   ruszał.   Strzelec   w 

helikopterze  nie  zauważył  chyba  co  się  działo  w krzakach,  bo  nie 
reagował.

Goldman sięgnął po M-16 leżące na ziemi i odwrócił trupa by 

zabrać mu magazynki. Zrobił tak, bo zawsze bawiło go, gdy oglądał 

różne   filmy   wojenne   i   przygodowe,   że   bohaterowie,   choć   byli 
nieuzbrojeni,  nie  korzystali  z  okazji  by  zabrać   broń  zabitym  przez 

siebie   przeciwnikom.   Teraz   on   był   bohaterem   i   postanowił   broń 
zabrać. Tyle, że tym razem nie był to film.

Zabity   miał   przy   sobie   pięć   granatów   i   pięć   zapasowych 

magazynków   do   M-16.   Problem   polegał   na   tym,   że   Goldman   nie 

bardzo wiedział jak się strzela z takiej broni, ale stwierdził, że lepiej 
jednak ją ze sobą zabrać. Co do granatów, to teoretycznie wiedział, 

co się z nimi robi, ale wolał się z nimi nie przechadzać po lesie. 

Przełożył   przez   ramię   torbę   z   magazynkami,   odszukał   w 

krzakach   pistolet,   który   mu   dał   Overwood   i   cofnął   się   w   stronę 
gęstszych zarośli. Nadal nie bardzo wiedział co ma robić ani gdzie 

ma iść. Postanowił zostać w okolicy bunkra i patrzeć czego chcieli 
napastnicy. 

Po przejściu jakichś dwudziestu metrów usiadł za pniem grubej 

palmy   i   zaczął   oglądać   karabin.   Wyglądało   na   to,   że   strzelanie   z 

niego   nie   było   specjalnie   skomplikowane.   Goldman   usiłował 
przypomnieć   sobie   wszystkie   filmy,   w   których   widział   żołnierzy 

używających tej broni. Po chwili odblokował magazynek, sprawdził, 
że były w nim jeszcze naboje i założył go z powrotem. 

Strzały   na   plaży   północnej   ucichły.   Goldman   uważnie 

nasłuchiwał kroków lub szelestu zbliżających się ludzi, ale jak narazie 

panowała cisza. Gdy podniósł się, by popatrzeć w stronę bunkra ktoś 
złapał   go   od   tyłu   za   głowę.   Szybkim   ruchem,   nie   dającym 

napastnikowi   czasu   na   złamanie   mu   karku,   wyswobodził   się   i 
wymierzył szybki cios w miejsce, gdzie powinna znajdować się głowa 

napastnika.   Ręka   przecięła   pustkę,   a   Goldman   poczuł   nagle   na 
plecach ciężar, który przyparł go do ziemi.

- Niech się pan nie rusza, to ja, Overwood.
- Mogłem pana zabić kapitanie, - wyszeptał Goldman podnosząc 

się z ziemi. - Co panu przyszło do głowy?

background image

-   To   raczej   ja   pana   mogłem   zabić.   Już   conajmniej   od   minuty 

pana obserwowałem, ale nie pokazałem się, bo się bałem, że mnie 
pan   weźmie   za   jednego   z   tamtych   i   zastrzeli.   Dlatego   zaszedłem 

pana od tyłu i chciałem zatkać panu usta. Tyle, że chyba pan tego 
nie lubi...

- Co tu się właściwie dzieje kapitanie? Kto na nas napadł?
-   Nie   wiem,   jacyś   uzbrojeni   ludzie.   Dwóch   od   północy   na 

skuterach wodnych, dwóch od południa na kutrze i jeszcze kilku w 
tym helikopterze. Widział ich pan?

- Tak, jest ich trzech, jeden z karabinem maszynowym, siedzi w 

helikopterze i kontroluje wejście do bunkra i dwóch, którzy weszli do 

środka.

- Jak to do środka? A drzwi?

- Drzwi były otwarte... - Goldman zastanawiał się jak wyjaśnić 

Ovewoodowi dlaczego drzwi były otwarte. - Drzwi były otwarte, bo...

- Dobra, nieważne. Co tam jest w tym bunkrze. Teraz może mi 

pan powiedzieć...

- Ludzie. 150 osób. Tyle panu mogę powiedzieć. I nie możemy 

dopuścić, by ci ludzie opuścili wyspę.

- No to mamy kupę roboty panie Goldman. Bo chciałem panu 

powiedzieć,   że   jest   nas   dwóch.   Dwóch   mi   zabili   na   plaży 

południowej,  jednego  na   północnej,  a   jeden   gdzieś   przepadł,  więc 
pewnie też go trafili.

-   Leży   tam,   przed   bunkrem.   Zabili   go   z   tego   karabinu   w 

helikopterze. Jakby go przez maszynkę do mięsa przepuścili. 

Overwood popatrzył w stronę bunkra i usiadł chowając twarz w 

dłoniach. Po chwili popatrzył na Goldmana.

-   No   to   panie   Goldman,   jedyne   co   nam   pozostaje,   to 

partyzantka. Albo nie robić nic. Co pan radzi? Co to za ludzie w tym 

bunkrze, których nie możemy wypuścić? Jacyś więźniowie?

- Nie mogę tego panu powiedzieć. Ludzie i tyle. I jakby wyszli, to 

nie wolno do nich strzelać. Musimy ich chronić.

-   Niech   pan   nie   pieprzy   panie   Goldman.   Tamci   zabili   mi 

wszystkich ludzi, a pan tu mi pierdoli o tajemnicach państwowych. W 
dupie mam pańskie tajemnice. Jak ci pańscy ludzie z tamtymi razem 

zaczną do mnie strzelać, to może być pan spokojny, że będę do nich 
walił jak do kaczek. Słyszy pan, Goldman?

- Co do tego, to może pan być spokojny. Ci z bunkra nie będą do 

pana strzelać.

- Kto tam jest jeszcze w bunkrze? Te dziewczyny, tak?
- Tak, trzy dziewczyny. Daniela załatwili przy wejściu, ale nie 

zabili. Leży tam związany. Ma pan jakieś radio, żeby wezwać pomoc?

145

background image

Adam Pietrasiewicz

-   Te   skurwysyny   włączyły   zagłuszacze.   Nawet   jakbym   miał 

radio, to i tak z nikim byśmy się nie połączyli. Pozostaje nam czekać i 
nie dać się zabić. 

- Jest ich sześciu. Trzech w bunkrze i trzech od strony plaży. 

Jednego udało mi się zneutralizować przed chwilą.

- A to stąd pan ma tę broń - Overwood popatrzył na M-16 leżące 

przy nogach Goldmana. - Umie pan z tego strzelać?

- Czy ja wiem? Pewnie nie, ale zawsze mogę spróbować.
- No to niech pan sobie wmówi, że umie, bo może się to nam 

jeszcze cholernie przydać.

W   drzwiach   bunkra   pojawiły   się   sylwetki   ludzi.   Goldman   z 

Overwoodem   przypadli   do   ziemi   i   obserwowali   przedpole   bunkra 
ukryci za gęstymi krzakami.

Napastnicy   zaczęli   wychodzić   prowadząc   ze   sobą   klony. 

Goldman   zaczął   liczyć   i   doliczył   się   dziesięciu.   Przy   klonach   szły 

pielęgniarki, dwie miały związane ręce, trzecia, Elsa szła wolno obok 
jednego z napastników. Kierowali się w ich stronę.

Z   okolicznych   zarośli   wyszli   inni   uzbrojeni   ludzie.   Goldman   z 

Overwoodem skulili się jeszcze bardziej i nasłuchiwali.

- Widzieliście Maurera?
- Nie, myśleliśmy, że jest z wami.

-   Był   na   plaży   południowej   z   Jackym,   a   potem   znikł.   Iluście 

trafili?

- Jednego. Drugi zwiał gdzieś.
- To uważajcie. Ja skoczę helikopterem zobaczyć co z Jackym a 

wy   tu   pilnujcie   tych   ludzi.   Uważajcie   na   pielęgniarki,   tamte   dwie, 
związane.

Jeden z napastników podszedł do helikoptera i odleciał w stronę 

plaży. Reszta zapchnęła klony i pielęgniarki w stronę bunkra robięc z 

nich żywy mur a sami skryli się przy wejściu. 

Helikopter wrócił po kilku minutach i wylądował na placu przed 

bunkrem. Pilot wyskoczył na zewnątrz i podbiegł do drzwi.

-   Jacky   z   Robertem   załatwili   dwóch.   Bastesin   z   Beckerem 

jednego. Jeden leży tutaj, to cztery, został jeszcze jeden. I ten typ z 
obsługi,   szef   ośrodka.   Trzeba   uważać.   Stójcie   tutaj,   a   ja   przelecę 

zobaczyć, czy ich nie znajdę.

Helikopter   wzniósł   się   i   ruszył   w   stronę   ukrytych   w   krzakach 

Goldmana   i   Overwooda.   Przeleciał   nad   nimi   i   zatrzymał   się   nad 
ciałem zabitego Maurera. Maszyna wylądowała dwadzieścia metrów 

od ich kryjówki.

-   Goldman,   teraz   będzie   moment,   w   którym   musi   pan 

stwierdzić, czy umie pan strzelać. Musimy rozwalić ten helikopter, 

background image

mocno im to pokrzyżuje plany. Gotów jest pan?

Overwood   załadował   do   grubej   rury   podczepionej   pod 

karabinem   nabój   nieco   większy   od   pudełka   z   filmem   do   aparatu 

fotograficznego i wycelował w helikopter.

-   Goldman,   jak   strzelę,   to   helikopter   zostanie   rozwalony.   Nie 

sądzę, żeby któryś z nich uszedł z życiem, ale jeśli nawet, to się nim 
zajmę. Pan niech uważa na tych przed bunkrem. Może mamy jeszcze 

jakąś szansę ich załatwić. Zostało ich sześciu. Zaraz będzie ich tylko 
czterech.

Wybuch   helikoptera   spowodował   straszne   zamieszanie   wśród 

stojących   przed   bunkrem.   Gdy   napastnicy   zorientowali   się,   że 

maszyna   została   zaatakowana,   postanowili   przebijać   się   do   plaży 
osłaniając   się   jak   murem   związanymi   pielęgniarkami   i   klonami. 

Overwood uważnie patrzył w stronę płonącej maszyny, ale nikt się 
nie   ruszał.   Odwrócił   się   do   Goldmana   i   razem   skierowali   lufy 

karabinów w stronę bunkra.

Gdy klony z pielęgniarkami i z napastnikami odeszły na kilka 

metrów   od   bunkra   w   drzwiach   pojawił   się   klon.   Za   nim   wyszedł 
następny   i   po   chwili   przedpole   pełne   było   poruszających   się   jak 

lunatycy postaci. Goldman z przerażeniem zobaczył, że coraz więcej 
nagich   postaci   pojawiało   się   w   drzwiach.   Spowodowało   to   pewne 

zamieszanie wśród napastników, którzy postanowili jeszcze szybciej 
odejść od bunkra. Ale jeden z prowadzonych klonów oddalił się od 

grupy i Elsa ruszyła za nim, by go przyprowadzić.

-   Overwood,   mam   pomysł.   Ta   pielęgniarka   jest   razem   z  tymi 

ludźmi.   Niech   ją   pan   zneutralizuje   i   ogłuszy   tego   człowieka,   za 
którym ona idzie.

Goldman szybkim ruchem zerwał z siebie kąpielówki.
- Goldman, czy jest pan pewien, że jest to odpowiedni moment 

na gwałt zbiorowy na pielęgniarce? To, że ona jest z nimi to chyba 
jeszcze nie powód, żeby się na nią rzucać?

- Niech pan się nie wygłupia kapitanie i zrobi co powiedziałem. 
Nagi Goldman odłożył karabin i przesunął się o kilka metrów. 

Klon skręcił, ale Elsa przeszła wystarczająco blisko Overwooda, by 
ten   mógł   ją   złapać   za   nogi   i   przewrócić.   Reszta   klonów   z 

napastnikami była już tylko kilkanaście metrów od miejsca w którym 
schował się Goldman.

Elsa upadła na ziemię. Klon, za którym szła ruszył w kierunku 

nienaruszonej   części   ogrodzenia.   Goldman   obejrzał   się   w   stronę 

Overwooda i w tym momencie wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Klon wszedł na minę, która wybuchła rozrywając mu nogi i część 

korpusu na strzępy. Overwood, który podniósł Elsę odwrócił się w 

147

background image

Adam Pietrasiewicz

tamtą   stronę   i   stanął   oko   w   oko   z   Bermesem,   któremu   udało   się 

wydostać   z   płonącego   helikoptera.   Bermes   strzelił   dwa   razy. 
Pierwszym   strzałem   zabił   dziewczynę,   którą   osłonił   się   komandos, 

jadnakże następna kula utkwiła w środku czoła kapitana. Oficer padł 
na plecy nie wydając żadnego dźwięku.

Bermes sprawdził, czy dziewczyna i komandos nie żyją i ruszył 

w stronę reszty napastników i prowadzonych klonów. Dokładnie w 

kierunku Goldmana.

Goldman wstał i starając się zachwać jak najbardziej obojętny 

wyraz twarzy zaczął iść w kierunku najemnika. Ten stanął, popatrzył 
na drgające jeszcze ciało zabitego na minie klona i delikatnie wziął 

Goldmana za rękę.

-   Choć   skarbeńko,   chodź,   zastąpisz   swojego   zabitego   kolegę. 

Twoi rodzice też pewnie mają dużo pieniędzy, co?

Gdy   związane   pielęgniarki   zobaczyły   prowadzonego   w   stroju 

Adama   Goldmana,   popatrzyły   na   niego   ze   zdumieniem,   ale   nie 
powiedziały nic. Goldman stanął razem z innymi klonami i starał się 

jak najbardziej do nich upodobnić.

- Maurice, żyjesz? Już myślałem że ten skurwysyn cię załatwił.

- Nie, drogi hrabio, wiesz dobrze, że starego Mauricea tak łatwo 

się nie załatwia. Ale załatwił Iribarna. A przedtem Maurera. Nożem. 

Żeby Maurera załatwić nożem to trzeba być nie lada kim. Ale już go 
nie ma, władowałem mu kulę między oczy. Jeszcze zanim zdążyłem 

to zrobić, zabił Elsę, dziewczynę Jacky'ego. Został jeszcze ten szef 
ośrodka, ale pewnie zakopał się na pięć metrów pod ziemię i sra ze 

strachu   w   majtki.   Antoine,   -   ciągnął   Bermes   -   skocz   i   zaczep 
Robertowi i Philipowi po granacie, lepiej żeby nikt nie rozpoznał ciał.

Bastesin oddalił się od grupy, która ruszyła w stronę plaży. Po 

kilku   minutach   dał   się   słyszć   odgłos   dwóch   detonacji.   Antoine 

Bastesin wrócił i tylko kiwnął głową w stronę Bermesa na znak, że 
wykonał robotę.

-   Dobra,   teraz   musimy   załadować   ten   towar   na   kuter   i 

zjeżdżamy. Nie ma co tu dłużej siedzieć. Te dziewczyny zostawimy 

na plaży, nie będziemy ich ze sobą ciągać.

Gdy wszystkie klony z Goldmanem zostały załadowane do kutra, 

Hrabia wyskoczył na brzeg i rozwiązał pielęgniarki. Te stały patrząc 
na niego przerażonymi oczami i nie ruszały się z miejsca.

- Na co jeszcze szanowne panie czekają? - zapytał Falkowski. - 

Na specjalne zaproszenie? Zmykajcie zanim nie zmienimy zdania. A 

jak   spotkacie   waszego   szefa,   to   dokładnie   upierzcie   mu   spodnie, 
pewnie są całe obsrane.

Pielęgniarki ruszyły biegiem w stronę bunkra, a Jacky włączył 

background image

silniki.   Becker   z   Bastesinem   zajęli   się   demontażem   karabinu 

maszynowego   z   dziobu,   Falkowski   zmiótł   do   morza   stertę 
porozrzucanych   łusek   od   wystrzelonych   naboi.   Bermes   wszedł   do 

kajuty gdzie siedziały klony.

- Jacky - zawołał do stojącego na mostku Neurohra. - Wygląda 

na to, że się udało. 

- Masz wszystkie?

- Jednego musiałem podmienić, bo tamten wlazł na minę, ale 

dziewięć jest oryginalnych. A dziesiąty też pewnie będzie dobry. 

149

background image

Adam Pietrasiewicz

Rozdział 15

Porucznik Gates stwierdził, że tak naprawdę, to życie oficera FBI 

nie   zawsze   było   nudne   i   bezbarwne.   Sam   był   tego   najlepszym 
przykładem.   Leżał   wyciągnięty   na   tarasie   hotelu   Imperatrice,   a 

kelner podawł mu napoje. Wyglądało na to, że Żelazny przyjechał tu 
na  wakacje.   13   grudnia   rano  wstał   o  ósmej   trzydzieści,   zszedł   na 

śniadanie   i   wylegiwał   się   po   drugiej   stronie   basenu.   Gates   nie 
spuszczał go z oka, nie było to specjalnie trudne zajęcie, bo tamten 

wyraźnie nie spodziewał się, że ktoś go będzie śledził.

Sięgnął   po   gazety.   Nie   bardzo   chciało   mu   się   zajmować 

problemami świata, gdy mógł sobie leżeć tu na słońcu, ale uznał, że 
jako   funkcjonariusz   państwowy,   nawet   w   tych   warunkach   ma 

obowiązek śledzenia na bieżąco wydażeń. Tyle, że nie działo się nic. 
Od   czasu   zakończenia   konfliktu   na   bliskim   wschodzie   i 

spacyfikowania   Iraku   i  Libii   świat   był   spokojny   jak   nigdy.   Interesy 
Stanów   Zjednoczonych   nie   były   przez   nikogo   bezpośrednio 

zagrożone...

Gates zaśmiał się sam do siebie. A czy on sam tak naprawdę 

przejmował   się   interesami   Stanów   Zjednoczonych?   Co   go   to 
właściwie obchodziło? To, że został gliniarzem, to jedynie przypadek, 

równie dobrze mógł teraz po drugiej stronie basenu popijać koniak z 
Żelaznym   i   omawiać   jakieś   ponure   przedsięwzięcia   przestępcze. 

Wszystko było jedynie kwestią przypadku i wcale nie wiadomo, czy 
nie   mógłby   być   szczęśliwszym.   Są   ludzie,   którzy   uważają,   że 

policjantem   trzeba   się   urodzić.   Gówno   prawda,   zostaje   się 
policjantem,   bo   taki   był   zbieg   okoliczności,   nawet   jeśli   się   tym 

okolicznościom pomogło i je organizowało.

Z   zamyślenia   wyrwał   go   kelner,   który   przyniósł   sok 

pomarańczowy. Stanął przed leżakiem zasłaniając słońce i postawił 
na stoliku szklankę.

- Czy mam coś jeszcze podać?
-   Narazie   dziękuję.  Od  której   w  restauracji  będę   mógł  dostać 

obiad?

- Od dwunastej trzydzieści, ale jeśli chciałby pan wcześniej, to 

mogę w kuchni powiedzieć...

- Nie, dziękuję, tylko chciałem wiedzieć.

Gates   duszkiem   wypił   przyniesiony   przez   kelnera   sok,   bo 

Żelazny wstał z leżaka i ruszył w stronę hotelu. Porucznik zerwał się i 

poszedł za nim.

Polak   zatrzymał   się   w   hallu   i   podszedł   do   telefonu.   Wystukał 

numer tak szybko, że Gates nie dał rady go zapamiętać. Ale usłyszał 

background image

rozmowę.

-   Zgodnie   z   umową,   jest   godzina   jedenasta.   Czy   jesteście 

gotowi?

- ...
- Ale ja muszę zobaczyć. Mam sprawdzić, takie mam polecenie.

- ...
- Albo zobaczę jeszcze dziś po południu, albo nic z umowy. Nie 

zamierzam dłużej dyskutować.

- ...

-   Czekam   w   hotelu   Imperatrice   za   kwadrans   w   hallu   przy 

recepcji. Nie powinniśmy się rozminąć.

Żelazny   odłożył   słuchawkę   i   ruszył   w   stronę   pokoju.   Gates 

wsiadł razem z nim do windy, ale nie wysiadł na tym samym piętrze. 

Pojechał wyżej, by zejść następnie schodami. Po kilku minutach stał 
przy okienku Avisu, gdzie wypożyczył samochód. Pod pachą, zakryty 

połą marynarki, miał w kaburze swój służbowy rewolwer.

*

- A coś ty myślał, że on da ci pieniądze ot tak, bez zobaczenia 

klonów? Ty go chyba masz za jakiegoś frajera, co? - Bermes stał przy 

Neurohrze i uśmiechał się kpiąco. - Takie operacje przeprowadza się 
na zasadzie "z rączki do rączki". Zbyt wielkie sumy tu wchodzą w 

grę.

- Ja bym wolał nie pokazywać mu naszej kryjówki. A jak ktoś za 

nim będzie szedł?

- Nie mamy specjalnie wyboru. Myślę, że to zawodowiec i wie co 

robi. Takich jak on to gliny tak łatwo nie namierzą. Wracajmy teraz, 
trzeba zwolnić hrabiego, niech już wraca. Nie chcę, żeby brał udział 

w rozmowach. Pewien jesteś, że się nie obudzą?

-   Dałem   im   niewielkie   dawki,   ale   myślę,   że   nie   powinny   się 

pobudzić.   Raczej   nie   są   przyzwyczajone   do   środków   nasennych, 
dotychczas nie żyły w specjalnym stressie...

- Tak jak świnie w chlewie w oczekiwaniu na wyjazd do rzeźni. 

Tak   abstrahując   od   wszystkiego,   to   jednak   trzeba   mieć   nieźle 

narąbane   pod   sufitem,   żeby   na   taki   pomysł   wpaść.   Ci   wszyscy 
naukowcy to banda psychopatów.

- Myślisz, że lekarze też? Bo o ile pamiętam, na moim dyplomie 

napisane jest, że jestem lekarzem...

- Lekarze szczególnie mój przyjacielu.
- Nie pieprz Bermes. Ja jestem okazem zdrowia psychicznego... - 

Neurohr zrobił zeza, wykrzywił twarz w jakimś okrop-nym grymasie i 
wypluł  trochę  śliny  na  brodę.  -  Doktor  Frankenstein,  mój  osobisty 

psychiatra zawsze mi to powtarzał. 

151

background image

Adam Pietrasiewicz

- Przestań się wygłupiać, chodź już, jedź po tego mafiosa, a ja 

wracam i zwalniam Falkowskiego.

Neurohr   wsiadł   do   samochodu,   a   Bermes   ruszył   w   stronę 

budynku   żandarmerii.   Ich   kryjówka   znajdowała   się   o   kilkadziesiąt 
metrów dalej. Wszedł do bramy obok i zszedł do piwnicy. 

Klony leżały na siennikach i spały. Hrabia siedział przy drzwiach, 

w kącie, tak aby móc kontrolować zarówno całość pomieszczenia jak 

i   ewentualnych   wchodzących.   Przez   małe,   zakratowane   okienko 
wpadała odrobina światła słonecznego.

- No dobra Hrabia, możesz się zmywać. Za trzy dni powinieneś 

dostać pieniądze. A teraz leć już, bo zaraz masz samolot. Chciałbym, 

żebyś   zajął   się   we   Francji   żoną   Roberta,   słyszałem,   że   ją   znasz. 
Sprawdź,   czy   dostała   pieniądze   i   czy   niczego   jej   nie   brakuje.   Nie 

chciałbym, żeby poszła fama, że Bermes robi kumpli w konia.

-  OK, masz jak  w banku, możesz być  spokojny.... - Falkowski 

zawiesił głos i popatrzył na śpiące klony. - Słuchaj no, Maurice, co to 
za ludzie? Nie znam tych gęb, czemu oni są nago? O co tutaj chodzi?

- Mówiłem ci hrabio, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Afera 

jest bardzo, ale to bardzo brudna. Tyle mogę ci powiedzieć i niech ci 

to   wystarczy.   Ale   można   zarobić   pieniądze,   to   zarabiam.   I   ja 
zarabiam, i ty zarabiasz, więc o co ci chodzi?

- Nie, nic, tak z ciekawości. Siedziałem tu, patrzyłem na nich i 

zastanawiałem się, skąd oni są. I kto ich wszystkich tak naćpał. Bo to 

chyba nie Jacky. Zanim im porobił te zastrzyki, to już byli tacy jakby 
zaćpani...

- Hrabio, idź już. Albo zjeżdżaj, jak wolisz. Za chwilę tu przyjdą 

ludzie, i nie chcę, żebyś na nich wpadł. Trzymaj się. Odezwę się do 

ciebie, mnie raczej w Metzu nie szukaj.

- No dobra, czołem Maurice. I żegnajcie tajemniczy nieznajomi - 

dodał patrząc na klony. - Jeszcze tylko jedno, Maurice. Popatrz na 
tego przy ścianie. Zauważyłeś coś?

- Co? - Bermes popatrzył na śpiącego klona nie bardzo wiedząc 

na co miałby zwrócić uwagę.

- Patrz dobrze, tamci wszyscy mają całkiem bladą skórę, a ten 

jest   opalony.   Chyba,   że   ma   taką   karnację.   Ale   to   już   nie   moja 

sprawa. Czołem.

Hrabia   wyszedł   zamykając   za   sobą   dokładnie   drzwi.   Bermes 

podszedł do śpiącego klona i przewrócił go na plecy. 

*

Pomysł podania się za klona przyszedł Goldmanowi do głowy w 

ostatnim momencie. Wtedy, gdy tamten wpadł na minę. Napastnicy 

wyraźnie   chcieli   zabrać   dziesięć   klonów,   a   mina   odebrała   im 

background image

jednego. Postanowił spróbować go zastąpić. 

Nie zastanawiał się nad konsekwencjami swej decyzji. Wiedział, 

że   komandosi,   a   właściwie   ostatni   z   nich,   nie   da   rady   zatrzymać 

bandytów   więc   pomysł   wydał   mu   się   jedynym   słusznym   w   tym 
momencie. Widział jak jeden z napastników zastrzelił Overwooda i 

przez moment miał ochotę wygarnąć do niego z M-16. Ale nie zrobił 
tego dzięki czemu jeszcze żył.

Podróż   w   zatęchłej   kajucie   niewielkiego   kutra   była   bardzo 

uciążliwa.   Cztery   klony   natychmiast   dostały   choroby   morskiej,   a 

wszystkie   dziewięć   wyglądały   na   mocno   przestraszone.   Nie 
wydawały   żadnych   dźwięków,   nie   rzucały   się,   zbiły   się   jedynie   w 

gromadkę, jak małe króliki pozostawione przez matkę. Wyglądało na 
to,   że   nie   były   pozbawione   wszelkich   instynktów,   zabiegi 

dememoryzacyjne   oddziałyaływały   na   wyższe   funkcje   mózgu, 
podstawowe pozostawały bez zmian. Przynajmniej strach w nowej, 

nieznanej sytuacji.

Goldman pomyślał, że jeśli kiedyś jakiś psycholog zainteresuje 

się życiem umysłowym klonów, ciekawym będzie zanotowanie tego 
faktu.

"Idiotyzm, pomyślał zaraz potem, kompletny idiotyzm. Siedzę tu 

i nie wiem, czy do jutra dożyję, a myślę o psychologach badających 

klony. Trzeba być zupełnie stukniętym, żeby mieć takie myśli".

Przez   całą   podróż   bardzo   uważnie   obserwował   swych 

towarzyszy niedoli. Musiał zachowywać się dokładnie tak jak oni aby 
nikt   nie   zorientował   się,   że   coś   nie   gra.   Klony   zbite   w   gromadę 

siedziały na podłodze, a Goldman starał się być jak najbliżej. Nie było 
to łatwe. Nie chciały by się do nich zbliżał, musiały wyczuć, że jest 

od nich inny. "Jak zwierzaki, jak szczeniaki, które nie chcą przyjąć do 
gromady rodzeństwa innego koloru." Był inny, choć niewiele od nich 

odbiegał wyglądem. Zawsze strzygł się bardzo krótko, w upale było 
to wygodne. Był opalony, ale na całym ciele równomiernie, nigdy nie 

leżał na plaży w kąpielówkach. Jaśniejsze miejsca po kąpielówkach 
mogłyby go zdradzić.

Czuł   wyraźnie   tę   inność.   Tym   razem,   po   raz   pierwszy,   był 

zależny od klonów. Nie one od niego lecz on od nich. Nie pozwalały 

mu zbliżyć się, nie były agresywne, ale po prostu odsuwały się od 
niego   jek   tylko   zbliżał   się   na   mniej   niż   pół   metra.   I   wszystkie 

jednocześnie, jakby jednakowo myślały.

"Czy one w ogóle myślą? Czy ktoś, kto nie ma pamięci może w 

ogóle   myśleć?   Czy   jak   się   nie   ma   pamięci,   to   się   jest   kimś   czy 
czymś?". Nie były to nowe pytania. Zadawał je sobie wielokrotnie 

przedtem, gdy zamyślony patrzył na nie w sali szubienic czy w sali 

153

background image

Adam Pietrasiewicz

ogólnej.   Nigdy   nie   potrafił   odpowiedzieć   na   te   pytania.   Zawsze 

jednak pamiętał, żeby nawet w myślach nie nazwać ich ludźmi. To 
były klony. K L O N Y.

Taylor   wbijał   mu   to   do   głowy   wielokrotnie.   Do   znudzenia 

powtarzał mu to instruktor na kursie przygotowawczym. Mówił, że 

traktowanie ich jak ludzi jest pułapką, w którą nie należy wpadać. 
Klony   są   klonami,   ludzie   są   ludźmi.   Zwierzęta   są   zwierzętami,   a 

klony nie są zwierzętami. Klony, to osobna odmaina istoty. Jest to 
istota   użytkowa,   której   celem   jest   przechowywanie   organów   dla 

życiodawcy. Cel życia człowieka, to problem filozoficzny, cel życia 
zwierzęcia częściowo też. Celem życia klona są organy wewnętrzne i 

nie ma co filozofować na ten temat.

I   Goldman   sam   zaczął   tak   myśleć,   bo   zrozumiał,   że   jeśli   nie 

wbije   sobie   tego   do   głowy,   to   nie   wytrzyma   na   wyspie.   A   za   12 
tysięcy dolarów miesięcznie plus wikt i opierunek, łatwo było myśleć 

tak jak każą. Dużo łatwiej niż za darmo.

Czasami przychodziło mu do głowy, że się sprzedał. Że sprzedał 

Asocjacji swoją duszę, ale zawsze  gdzieś  w głębi  jakiś  głos mówił 
"może   się   sprzedałeś,   ale   przynajmniej   za   dobre   pieniądze".   I 

przestawał myśleć. A teraz ten sam głos mówił mu, że na dodatek 
będzie mógł zostać bohaterem. To, czego dokonuje w tej chwili na 

pewno zostanie docenione. 

Byle tylko się udało.

Nie bardzo wiedział, co ma robić i co ma się udać. Wyglądało na 

to,   że   tamci   się   nie   zorientowali.   Przynajmniej   nic   na   to   nie 

wskazywało. Pielęgniarki na szczęście nie dały po sobie znać, że go 
rozpoznają, Elsa, która miała chyba z nimi płynąć została w kałuży 

krwi na wyspie. Tak więc miał przewagę, która mogła pochodzić z 
zaskoczenia. Tylko nie bardzo wiedział kogo ma zaskoczyć i w jaki 

sposób. 

Napastników   było   pięciu.   Jeden   z   nich   był   lekarzem,   w   kilka 

godzin po odpłynięciu od wyspy dokładnie zbadał wszystkie klony. 
Przy   każdym   z   nich   zatrzymywał   się   i   przeglądał   jakieś   papiery. 

Wyglądało   na   to,   że   miał   dossier   każdego.   Do   jednego   z   klonów 
zwracał   się,   z   nieukrywaną   kpiną   w   głosie,   per   "wasza   książęca 

mość".   Goldman   nigdy   nie   zastanawiał   się   kim   byli   życiodawcy 
klonów.   To   znaczy   na   początku   był   ciekaw,   ale   po   jakimś   czasie 

przestał   o   tym   myśleć.   Rozpoznanie   któregokolwiek   było   bardzo 
trudne. Lata życia w normalnych warunkach, radości, smutki, złość, 

wszystkie uczucia jakie przeżywa normalny człowiek zostawiają ślad 
na twarzy, nadają jej wyraz. Twarze klonów były bez wyrazu. Ślady 

podobieństwa do życiodawcy były na tyle nikłe, że właściwie żadne. 

background image

Do tego dochodziły włosy, wąsy, brody, makijaże...

Gdy   lekarz   podszedł   do   Goldmana,   ten   starał   się   zachować 

twarz   całkowicie   bez   wyrazu.   Cofnął   się,   tak   jak   klon,   który   był 

badany przed nim

-   Doucement,   n'aie   pas   peur.   Je   ne   te   ferai   rien,   je   veux 

seulement   t'examiner.   -   lekarz   mówił   po   francusku   spokojnym, 
łagodnym głosem.

"Francuz,   albo   Kanadyjczyk.   Ale   raczej   Francuz,   w   Quebecu 

mają   inny   akcent.   Tamten   na   wyspie   też   mówił   z   francuskim 

akcentem."   Znał   trochę   francuski,   w   Montrealu,   od   kilkunastu   lat 
trudno było porozumieć się po angielsku. Udał uspokojonego.

- Ciekaw jestem kim ty jesteś. Kto jest twoim tatusiem, kim jest 

twój   braciszek   bliźniak.   Ale   nic   się   nie   martw,   odnajdziemy   ich, 

odnajdziemy.   Możesz   być   spokojny,   że   nikt   ci   krzywdy   nie   zrobi. 
Przynajmniej narazie. 

- No, zdrowy jesteś jak byk, pokaż no jeszcze zęby - i lekarz 

wysunął rękę w stronę ust Goldmana.

Goldman błyskawicznym ruchem ugryzł wyciągniętą rękę. Gdy 

lekarz badał poprzedniego klona wpadł w panikę, gdy przypomniał 

sobie   trzy   koronki,   które   przed   kilkoma   laty   musiał   sobie 
zafundować.   Wiedział,   że   wszystkie   klony   miały   zdrowe   zęby. 

Odpowiednia   żywność,   zrównoważony   skład   podstawowych 
bioelementów  w  jedzeniu  powodowały,  że  próchnica  była  chorobą 

wymazaną z ksiąg chorób w ośrodku. Widok trzech koronek i kilku 
plomb wystarczyłby lekarzowi, by stwierdzić, że nie ma przed sobą 

klona.

- Kurwa mać, ty cholerna świnio, czego gryziesz...

Obserwujący badanie dwaj ludzie przy wejściu zaczęli się śmiać.
-   E,   Jacky,   uważaj,   może   oni   nie   wiedzą,   że   kanibalizm   jest 

niemoralny.   Daj   im   lepiej   coś   lepszego   do   jedzenia,   twoje   mięsko 
musi być niestrawne, jeszcze nam ich potrujesz.

Wszyscy mówili po francusku. Goldman odnotował to w pamięci, 

na   wyspie   posługiwali   się   angielskim,   a   właściwie   jakimś   takim 

dziwnym żargonem, którego źródłem musiał być angielski.

Lekarz wstał i i usiadł na koi by zrobić sobie opatrunek. Zęby 

Goldmana przebiły skórę do krwi.

-   Ty   cholerny   skurwysynu   jeden,   ja   ci   jeszcze   pokażę.   - 

Pomrukiwał pod nosem, ale już nie próbował zaglądać Goldmanowi 
w   zęby.   Przeszedł   do   badania   reszty   klonów,   którym   na   wszelki 

wypadek też nie robił kontroli jamy ustnej.

Podróż   trwała   cały   dzień.   Goldman   usiłował   podsłuchać 

rozmowy na mostku, ale docierały do niego jedynie strzępy zdań, do 

155

background image

Adam Pietrasiewicz

tego   po   francusku.   Jedyne,   czego   się   dowiedział,   to   że   płyną   na 

Martynikę. Wyglądało też na to, że nie wszyscy mieli jednakową rolę, 
dwóch   kilkakrotnie   rozmawiało   na   osobności   i   przerywało,   gdy 

podchodził   do   nich   trzeci.   Tyle,   że   nie   bardzo   wiedział   o   czym 
rozmawiali...

Dobrze   już   po   zachodzie   słońca   jeden   z   mężczyzn   zszedł   ze 

stertą ubrań. Goldman i wszystkie klony zostali przebrani w lekkie 

marynarskie koszule i spodnie.

Z małego portu, do którego przybili, zostali przeprowadzeni do 

ciężarówki gdzie zamknięto ich w ciemnej budzie. Stali w niej dłuższą 
chwilę. Goldman usłyszał strzępy prowadzonej podniesionym głosem 

kłótni.

- Rodriguez, przestań się złościć. Wiedziałeś, że jest ryzyko. Jak 

pożyczałem   od   ciebie   helikopter,   to   przecież   nie   po   to,   by   zrobić 
sobie nim wycieczkę krajoznawczą...

- Panie Bermes, pan chyba sobie nie zdaje sprawy z tego co pan 

mówi.  Na   wyspach   jest   conajmniej   setka   policjantów,   którzy   będą 

wiedzieli, że helikopter był mój. A gdzie on teraz jest? Co pan z nim 
zrobił? Co ja mam teraz zrobić?

- Rodriguez, to już nie moja sprawa. Martw się o to sam. Ja ci 

zapłaciłem, dostałeś pieniądze...

- Jakie pieniądze, czy pan myśli, że to co mi pan dał wystarczy 

na zakup nowego? Że wystarczy, żeby zapłacić komu trzeba, jak po 

mnie przyjdą? Gdzie wyście tym helikopterem latali? O, kurwa, i tam 
był mój laser...

- Gdzie myśmy latali, to już nie twoja sprawa...
Dały się słyszeć głosy szamotaniny.

-   Zresztą   już   chyba   nic   więcej   nie   będzie   twoją   sprawą 

Rodriguez. Przykro mi bardzo chłopie...

- Panie Bermes, pan chyba nie....
Zdanie   zostało   przerwane   cichym   odgłosem   wystrzału   z 

pistoletu z tłumikiem. Jakby odkorkowywanej butelki. 

- Hrabio, zaczep mu kamień i wrzuć do wody w porcie, zajmą się 

nim rybki. Zbyt był niebezpieczny, a pewnie by do niego dotarli po 
numerze silnika maszyny.

Goldman   z   przerażeniem   pomyślał,   że   stał   się   świadkiem 

morderstwa. I to nie w akcji, tak jak na wyspie, gdzie wszyscy do 

siebie strzelali, by nie dać się zabić, tylko morderstwa z zimną krwią. 
Na bezbronnym prawdopodobnie człowieku. Po plecach przeszły mu 

ciarki. 

Przewieźli   ich   na   przedmieścia   jakiegoś   miasta.   Gdy 

wyprowadzano   go   z   samochodu   z   innymi   klonami   kątem   oka 

background image

zobaczył niebiesko-biało-czerwony świetlny napis "ŻANDARMERIA" o 

jakieś sto metrów od budynku, do którego zostali wprowadzeni.

*

Inspektor Barthel nie bardzo wiedział, dlaczego komisarz Richert 

nie   pozwala   mu   wracać.   Bermes   zniknął   z   pola   widzenia   i 

prawdopodobnie już nie wróci, a tam w Metzu, w szpitalu leżała Lea i 
czekała na przeszczep serca. Richert zachowywał się tak, jakby był 

człowiekiem pozbawinym jakichkolwiek uczuć.

- Barthel, zostaniesz jeszcze 5 dni. Jeśli przez pięć dni tamten 

się nie pojawi, to pozwolę ci wrócić. Ale narazie masz tam siedzieć i 
koniec.

- Ale panie komisarzu, Lea...
- Wiem, jest z nią matka. Ty nic nie pomożesz dziewczynie, a 

tylko wykończysz się nerwowo. Możesz telefonować na koszt firmy 
do szpitala ile chcesz, ale masz mi złapać tego Bermesa. Masz go 

złapać i przyprowadzić mi tu na sznurku. Zrozumiałeś?

Pewnie, że zrozumiał. Richert zawsze powtarzał, że najlepszym 

lekarstwem na wszelkie zmartwienia jest wytężona praca, ale tym 
razem trochę przesadził. 

Siedział w biurach DST w Fort de France i przeglądał raporty z 

lotnisk.   Wszyscy   mężczyźni,   choćby   trochę   podobni   do   Bermesa, 

wystarczyło,   że   byli   tego   samego   wzrostu,   byli   fotografowani,   a 
zdjęcia   trafiały   na   jego   biurko.   Zbliżała   się   pora   obiadu,   a   nie 

przejrzał jeszcze nawet jednej trzeciej zdjęć z poprzedniego dnia. Po 
objedzie na biurku znajdzie się sterta nowych, z przedpołudnia.

Sięgnął po telefon i wykręcił numer do swego kolegi, z którym 

przed   dziesięciu   laty   odbywał   służbę   wojskową.   Tamten   został   w 

wojsku i przeszedł do pracy w żandarmerii. Skorzystał z okazji, by 
pracować   w   rajskich   warunkach   francuskich   departamentów 

zamorskich.

-  Chciałbym rozmawiać  z majorem Venetem...  Panie majorze, 

inspektor Barthel do raportu.

-   Spocznij.   Cześć   stary   byku,   to   co,   idziemy   coś   zeżreć?   Ja 

stawiam...

- Widzę, że masz przypływ dobroci.

-  Nie,  tylko  wiem, że w DST   to raczej marnie płacą, a my w 

żandarmerii takich problemów nie mamy. Mówiłem ci, że w mojej 

brygadzie zawsze będzie dla ciebie miejsce.

- Pogadamy przy obiedzie.

- A jak Lea?
- Bez zmian, czekamy na przeszczep.

-   Wiesz   co,   jak   tylko   jest   jakiś   wypadek   na   wyspie,   zaraz 

157

background image

Adam Pietrasiewicz

sprawdzam czy nie ma ofiar...

- Dziękuję ci Jean-Marie...
- Dobra, bądź tu za pół godziny. Przysłać po ciebie kogoś?

- Nie, przejdę się trochę, jest ładnie.
Inspektor   Barthel   odłożył   zdjęcia,   powiedział   komisarzowi 

Lambertowi, że wychodzi na obiad i ruszył w stronę biur żandarmerii. 
Po   drodze   myślał   o   Lei   i   przyszło   mu   do   głowy,   że   od   paru   dni 

właściwie   o   niczym   innym   nie   myśli.   Szedł   nie   bardzo   uważając, 
kilkakrotnie potrącił przechodzących obok ludzi. Karaibskie słońce na 

niemal bezchmurnym niebie nadawało przybrzeżnym palmom wręcz 
bajkowy wygląd, ale Barthel nie podziwiał krajobrazu.

Nie   bardzo   wierzył   w   instynkt   policjanta,   o   którym   tyle   razy 

opowiadał komisarz Richert. Ale wielokrotnie zauważył, że cały czas 

jakaś część jego osobowości pozostawała policjantem. Nawet gdy był 
najbardziej   zamyślony   i   zajęty   innymi   sprawami.   Tak   było   i   tym 

razem.

Nie   zauważył   Bermesa   świadomą   częścią   swego   mózgu. 

Bermesa zauważył siedzący w nim policjant i przez dłuższą chwilę 
musiał naciskać na dzwonek alarmowy, żeby zajęta Leą część mózgu 

ocknęła się i skłoniła do działania.

Najemnik   stał   przy   budce   telefonicznej   razem   z   jakimś 

człowiekiem, który właśnie odłożył słuchawkę. Dzieliła ich szerokość 
jezdni, kilkanaście metrów. Barthel jednym ruchem odwrócił się do 

tamtych tyłem i zastanawiał się, co ma robić.

Człowiek   w   samochodzie   odjechał,   a   Bermes   ruszył   pieszo   w 

kierunku   żandarmerii.   Barthel   odczekał,   aż   tamten   odejdzie   na 
bezpieczną   odległość   i   ruszył   jego   śladem.   Policjant,   który   w   nim 

siedział   całkowicie   nim   owładnął,   nie   było   już   miejsca   dla   innych 
spraw.

Bermes   wszedł   do   dwupiętrowego   domu   przez   drzwi 

prowadzące   najwyraźniej   do   piwnicy.   Inspektor   podszedł   bliżej   i 

zaczął zastanawiać się nad dalszym działaniem. Po kilku minutach z 
domu wyszedł jakiś mężczyzna, w którym rozpoznał Polaka ze zdjęć, 

które widział w Metzu. Richert miał rację z tym cholernym swoim 
instynktem. "Nieprawdopodobne, pomyślał. Nieprawdopodobne".

Postanowił, że narazie nie będzie wchodził do domu, poczeka i 

zobaczy ilu tam jest w środku ludzi i co tam się właściwie dzieje. 

Bliskość   budynku   żandarmerii   uspokoiła   go,   wiedział,   że   zawsze 
będzie mógł ich poprosić o pomoc.

Po kiku minutach pod dom zajechał samochód, który widział już 

przy   budce   telefonicznej.   Wysiadł   z   niego   jeden   z   najemników, 

których zdjęcia widział w Metzu, nie mógł sobie przypomnieć jego 

background image

nazwiska. Razem z nim przyjechał człowiek, którego nie znał. 

Zza   zakrętu   wyjechał   jeszcze   jeden   samochód.   Zatrzymał   się 

kilkadziesiąt metrów wcześniej. Człowiek za kierownicą robił zdjęcia 

aparatem z teleobiektywem. Barthel postanowił sprawdzić kim jest 
tamten, zanim zacznie jakąkolwiek akcję. Wolał wiedzieć, czy jest to 

wróg   czy   sprzymierzeniec.   Wolnym   krokiem   podszedł   do 
zaparkowanego   samochodu.   Odbezpieczył   pistolet   i   zatrzymał   się 

przy drzwiach od struny kierowcy. Wyjął legitymację policyjną.

- Policja, dokumenty proszę.

*

Neurohr   z   Żelaznym   weszli   do   zatęchłej   piwnicy.   Bermes 

siedział za stołem i palił papierosa, klony spały na rozłożonych na 
podłodze   materacach.   Były   brudne,   leżały   w   swoich   odchodach, 

Hrabia nie zgodził się posprzątać, a Bermes tak bardzo się brzydził, 
że nie dał rady.

Żelazny popatrzył z niesmakiem na leżące ciała.
- I to ma być to?

- Tak.
- A jak mogę mieć pewność, że to właśnie ci?

- Mamy dokumenty wszystkich. To znaczy dziewięciu, w czasie 

akcji   mieliśmy   niewielki   problem   i   musieliśmy   zabrać   jednego, 

którego pochodzenia nie znamy. Ale możemy się dowiedzieć.

- Wobec tego nasze negocjacje finansowe muszą zostać uznane 

za nieważne... - Żelazny popatrzył prosto w oczy Neurohra.

- Niech pan nie żartuje panie Żelaski...

- Żelazny.
- Panie Żelazny. Dziewięciu mamy z metryczkami, nie ma co do 

tego żadnych wątpliwości.

- Ale co do dziesiątego...

- To już panu powiedziałem, że się dowiemy. Ma pan pieniądze?
Żelazny podniósł do góry, na wysokość  oczu Neurohra, dużą, 

czarną aktówkę. 

-   Pięć   milionów,   reszta   po   sprawdzeniu,   jak   to   pan   ładnie 

określił, metryczek.

Neurohr popatrzył na Bermesa z niekrywaną radością. 

-   Ale   ze   względu   na   tego   dziesiątego   mogę   zostawić   tylko   4 

miliony pięćset. Resztę dostaniecie jak sprawdzicie, kto to jest.

-   Nie   ma  problemu  panie   Żelas...  Żelazny.  Robienie   z  panem 

interesów, to przyjemność. - Neurohr promieniał.

Żelazny nie uśmiechał się. W Nowym Jorku znany był z tego, że 

nie   umiał   się   śmiać,   ani   z   siebie,   ani   z   innych.   Nie   potrafił   też 

opowiadać dowcipów. 

159

background image

Adam Pietrasiewicz

Podszedł do pierwszego śpiącego klona i jednym ruchem nogi 

przewrócił go na plecy.

- Ten, to który? - zapytał patrząc na najemników.

Neurohr sięgnął do teczki, którą trzymał Bermes. Wyciągnął z 

niej stertę papierów i rozłożył na chwiejącym się stole pod oknem.

- Nr 25 EE. Jego ojcem jest... to znaczy był Leonidas Moreno, ten 

z Paragwaju. Jego syn, o ile pamiętam, posiada na własność połowę 

terytorium tego kraju. Drugą połowę dzierżawi.

- A ten, to w takim razie też jest jego synem?

- I tak i nie. To jest klon.
Neurohr   zaczął   tłumaczyć   Żelaznemu   skąd   wzięły   się   klony. 

Tamten   słuchał   uważnie   nie   przerywając.   Gdy   wyjaśnienia   zostały 
skończone, położył walizkę na stole i otworzył ją.

- Obrzydliwe to jest. Nawet mi do głowy nie przyszło, że może to 

być tak okropne. Ale to już nie moja sprawa. Ile czasu możecie się tu 

nimi zająć?

- Najwyżej trzy dni. Powinno to wystarczyć mam nadzieję.

- Jutro o dwudziestej wypływa z Fort de France S.S. Castilio pod 

banderą cypryjską. O dziewiętnastej czterdzieści pięć mają wszystkie 

być na nadbrzeżu siódmym. Niech mi pan pokaże jeszcze te papiery 
- Żelazny wyciągnął rękę do Neurohra.

-   Mam   kopie   wszystkich,   to   znaczy   dziewięciu.   Papiery 

dziesiątego dostarczę w ciągu dziesięciu dni. Zgoda?

Żelazny nic nie odpowiedział, wziął papiery i sięgnął po walizkę. 

Zaczął odliczać pliki banknotów.

Bermes stał z boku i przysłuchiwał się rozmowie. Nie mówił nic 

patrzył jedynie na klony, a szczególnie na tego innego. Coś mu się w 

tym wszystkim nie zgadzało. 

- Jacky, pamiętasz tego, który cię ugryzł?

-   Jasne,   że   pamiętam.   I   długo   jeszcze   będę   pamiętał   - 

odpowiedział Neurohr podnosząc zranioną rękę. - Mam nadzieję, że 

sukinsyn nie ma wścieklizny.

- Nie byłbym tego taki pewien. - Bermes sięgnął po leżący na 

stole pistolet. - Chodź ze mną. Chcę, żebyś mu zajrzał w zęby, teraz, 
jak śpi. Hrabia zwrócił mi uwagę na coś...

Żelazny wstał od stołu i popatrzył na najemników.
- Coś nie gra?

- Nie wiemy, ten dziesiąty klon jest jakiś dziwny. - Odpowiedział 

Neurohr   zdając   sobie   sprawę,   że   rozmawiał   z   Bermesem   po 

francusku, a Żelazny prawdopodobnie nie znał tego języka.

Rzeczywiście,   o   ile   inne   klony   miały   właściwie   całkiem   białą 

skórę, skórę, która nigdy nie widziała słońca, o tyle ten był opalony. 

background image

Ale   było   coś   jeszcze   w   wyglądzie   tego   klona,   co   odbiegało   od 

wyglądu   innych.   Włosy.   Dziewięć   klonów   miało   bardzo   krótko 
ostrzyżone włosy, wszyscy byli ogoleni na jeża, a ten miał normalną 

fryzurę, choć też krótkie włosy.

Bermes schylił się nad leżącym i otwartą dłonią uderzył go w 

twarz. Tamten otworzył oczy. Najemnik wyciągnął rękę, by podnieść 
leżącego lecz tamten  szybkim ruchem nóg podciął go, przewrócił na 

ziemię i jednym ciosem pozbawił przytomności.

*

Inspektor   Barthel   z   porucznikiem   Gatesem   stali   przy   domu   i 

przysłuchiwali się rozmowie. Barthel stał przy zamalowanym zieloną 

farbą   okienku   piwnicznym,   Gates   przy   drzwiach.   Słyszeli   całą 
rozmowę z historią klonów włącznie i nie bardzo wiedzieli co mają 

robić. Było ich tylko dwóch, tamtych w środku było trzech, pewnie 
dobrze uzbrojonych. Inspektor DST postanowił zostawić Gatesa na 

czatach, a samemu pobiec do pobliskiego budynku żandarmerii po 
pomoc. Sprawa wyglądała na poważną.

Odszedł od okienka i starając się nie zdradzić swojej obecności 

jakimkolwiek szmerem, ruszył do Gatesa.

- Pan  tu zostanie, ja lecę po żandarmów. Za pięć  minut cały 

teren będzie obstawiony.

Gates   nie   odpowiedział,   kiwnął   tylko   głową.   Gdy   Barthel 

odwrócił   się,   by   odejść,   z   piwnicy   doszdł   ich   jakiś   łomot   i 

przekleństwa. Inspektor zawrócił i stanął przy Gatesie.

*

Niewielka   dawka   środków   uspokajających,   które   Neurohr 

wstrzyknął  klonom,  by  je   uśpić  nie   wystarczała,  by  unieszkodliwić 

Goldmana.   Używał   w   życiu   tak   wielu   lekarstw,   w   tym   i   środków 
nasennych,   że   mały   zastrzyk   nie   miał   żadnego   działania   w   jego 

przypadku.

Dopiero   w   momencie,   gdy   w   piwnicy   pojawił   się   Żelazny, 

zrozumiał sens całej akcji porwania klonów. Rzeczywiście pomysł był 
dobry, rodziny życiodawców z całą pewnością będą wolały zapłacić, 

niż   zawiadomić   policję.   Rodziny   życiodawców   najbardziej   bały   się 
skandali. Asocjacja też.

Gdy najemnik podszedł do niego po raz pierwszy, udał, że śpi. 

Nie bardzo wiedział, co ma robić i postanowił nie robić nic, dopóki 

nie będzie do tego zmuszony. Tamten popatrzył na niego, pokiwał 
głową i odszedł. Goldman leżał napięty, gotowy do skoku. Wiedział, 

że   ma   nad   tamtym   przewagę   wypływającę   z   ewentualnego 
zaskoczenia. Wiedział, że może się wydostać, ale postanowił tego nie 

robić,   postanowił,   na   ile   będzie   mógł,   chronić   klony.   Za   to   mu 

161

background image

Adam Pietrasiewicz

przecież płacono.

Tym   razem   jednak   sytuacja   była   inna.   Bermes   podszedł   do 

niego   z   pistoletem,   a   Neurohr,   jeśli   by   mu   zajrzał   w   zęby, 

natychmiast by się zorientował. Trzeba było działać.

*

Barthel z Gatesem wpadli do pomieszczenia w momencie gdy 

Żelazny   wyszarpywał   spod   poły   marynarki   pistolet.   Odepchnięte 

drzwi przewróciły go na ziemię. Udało mu się jednak wydobyć broń i 
strzelić. Kula utkwiła w ramieniu Gatesa, który wypuścił z ręki swój 

pistolet i upadł na ziemię.

Barthel odskoczył w bok i wystrzelił w stronę leżącego Polaka. 

Kula przebiła skroń i wyszła z drugiej strony czaszki rozrywając kości. 
Podłoga zaczerwieniła się mieszanką krwi i mózgu. Żelazny nie żył 

już, ale ciało podrygiwało jeszcze w spazmach.

Inspektor   DST   odwrócił   się,   by   zobaczyć   gdzie   jest   reszta 

bandytów i zderzył się z Neurohrem, który chciał sięgnąć po leżącą 
w   kącie   broń   zabitego.   Zaczęli   się   szamotać.   Barthel   nie   mógł 

strzelić, tamten zbyt mocno ściskał mu rękę. Ani jeden ani drugi nie 
byli specjalistami w walce wręcz, więc szamotali się bardziej niż bili. 

Neurohr próbował odsunąć od siebie lufę trzymanego przez Barthela 
pistoletu, a tamten próbował się na nią nie nadziać. Szamotali się 

tak przez chwilę, aż nagle Neurohr zwiotczał i osunął się na ziemię.

Barthel stanął oko w oko z nagim mężczyzną. Goldman jednym 

ciosem uwolnił go od Neurohra, który leżał teraz bez przytomności 
pod ich nogami.

- Niech pan idzie po policję, ja się zajmę pańskim kolegą.
- Ja jestem z policji... - Barthel z trudem łapał oddech. - Kim pan 

jest?

- Nazywam się Goldman. Niech pan wezwie pomoc, tych ludzi 

trzeba stąd zabrać - odpowiedział tamten pokazując na śpiących na 
podłodze.

- Nigdzie nie pójdziecie, moi panowie. 
Głos doszedł z drugiej części piwnicy. Bermes, który zdążył się 

już   ocknąć   stał   z   pistoletem   w   jednej   ręce,   a   drugą   wycierał 
zakrwawione czoło.

-   Odsuńcie   się  od  tego   stołu,  a  ty  odłóż  pistolet   -  powiedział 

wskazując   lufą   na   Barthela.   -   A,   poznaję   cie   teraz   -   ciągnął   po 

francusku - to ty za mną chodziłeś wtedy pod hotelem. Z tym twoim 
kumplem, to bardzo mi przykro. To nie ja mu wetknąłem ten nóż w 

brzuch.   Ale   gdybym   mógł,   tobym   wetknął.   A   ty   pewnie   jesteś 
Goldman z wyspy?

Goldman nic nie odpowiedział. Stanął pod ścianą i z nienawiścią 

background image

patrzył na Bermesa.

- Bermes, nie wygłupiaj się, sto metrów stąd jest żandarmeria... 

- Barthel stał pod ścianą bez pistoletu. - Jeśli usłyszeli strzały, będą 

tu za minutę...

- Jeśli usłyszeli, bardzo dobrze to zauważyłeś glino. A jeśli nie 

usłyszeli, to nie przyjdą wcale. A gdyby nawet przyszli, to posłużycie 
mi za zakładników.

Nie spuszczając ich z oka Bermes kucnął i lewą ręką sięgnął po 

leżący na podłodze kawałek liny. Rzucił ją w stronę drzwi.

-   Gliniarzu,   zwiążesz   ręce   Goldmana,   a   potem   sobie   sam 

założysz kajdanki. Mam nadzieję że masz je w kieszeni?

Barthel   schylił   się   po   linę.   Starał   się   znaleźć   jakąś   drogę 

ucieczki, coś zrobić, żeby odwrócić sytuację na swoją korzyść. Ale 

nie   mógł   nic   zrobić.   Bermes   był   za   daleko,   żeby   próbować   mu 
wytrącić pistolet. Miał ich w ręku. 

Związał   ręce   Goldmana   na   plecach.   Starał   się   nie   ściskać   za 

mocno,   żeby   tamten   mógł   się   w   razie   czego   wyswobodzić,   ale 

Bermes nawet z odległości kilku metrów to zauważył.

- Nie próbuj sobie ze mnie żartować. Pociągnij jeszcze mocniej... 

O, tak właśnie. Niech ci się nie wydaje, że będziesz sobie mógł ze 
mnie zakpić. Teraz sięgnij po kajdanki... i radzę ci robić to powoli, bo 

jeśli zrobisz jakiś nierozsądny ruch, to skończysz marnie, tak jak twój 
kumpel, tam na ziemi.

Barthel   popatrzył   na   Gatesa,   który   leżał   w   kałuży   krwi.   Ze 

zdumieniem zobaczył, że Amerykanin wcale nie jest nieprzytomny. 

Porucznik leżał na boku, tyłem do Bermesa, ale jak najbardziej był 
świadom   tego,   co   się   wokół   niego   dzieje.   W   ręku   ściskał   swój 

pistolet. Czekał na moment, w którym będzie mógł go użyć.

Zanim Barthel wyjął kajdanki, Bermes zażądał, żeby rzucił mu 

kluczyki.   W   momencie,   gdy   Bermes   się   po   nie   schylał,   Gates 
odwrócił się i strzelił. Trafił w brzuch.

Bermes zamiast upaść, wstał. Lewą ręką zakrył czerwoną plamę 

na dolnej części koszuli, prawą zaś strzelił do leżącego oficera FBI. 

Następnie upadł na twarz.

Barthel   podszedł   do   Gatesa   lecz   ten   już   nie   żył.   Kula 

wystrzelona przez Bermesa trafiła prosto w serce. Barthel usiadł na 
podłodze i schował twarz w rękach.

- Niech mnie pan rozwiąże, trzeba unieszkodliwić jeszcze tego 

ostatniego.   -  Powiedział   Goldman   wskazując   nogą   na  leżącego  na 

podłodze nieprzytomnego Neurohra.

Barthel sięgnął po kajdanki, założył je najemnikowi, który powoli 

zaczął dochodzić do siebie i usiadł na krześle.

163

background image

Adam Pietrasiewicz

- Co tu się dzieje? Co to wszystko ma znaczyć? Co to za ludzie?

Goldman rozcierając nadgarstki sięgnął po papiery leżące koło 

walizki z pieniędzmi.

- Myślę, że może je pan przeczytać, teraz to już nie ma takiego 

znaczenia, i tak się wszystko wyda.

Goldman   zaczął   opowiadać   Barthelowi   historię   klonów. 

Inspektor siedział, słuchał i jakoś nie mógł w to wszystko uwierzyć. 

Przeglądał   papiery   dotyczące   charakterystyki   klonów,   ze 
zdumieniem   odczytywał   powpisywane   na   kartkach   nazwiska.   W 

pewnym momencie jedna z rubryk przyciągnęła jego uwagę. Sięgnął 
po kolejny  papier, potem  po  następny.  I  znalazł  to,  czego  szukał. 

Grupa   krwi   O   Rh   +.   Charakterystyka   tkankowa....   Wszystko 
pasowało.

- Wygląda na to, że to są dossier tych dziewięciu klonów, oni 

chcieli je sprzedać mafii, a ta wydusiłaby od rodzin okupy.

- Tak, widzę. - Barthel trzymał w ręku jedną z fiszek. - 12 F, to 

który?

Goldman wstał i podszedł do leżących klonów. Każdy z nich miał 

na ręce małą plastikową opaskę z numerem. Podniósł rękę jednego i 

powiedział:

- To ten.

Barthel   popatrzył   jeszcze   raz   na   papier,   na   Goldmana,   na 

walizkę   z   pięcioma   milionami   dolarów.   Było   to   wystarczająco   by 

uciec   na   koniec   świata,   znaleźć   lekarza,   który   zrobi   operację   i 
spokojnie żyć w dostatku i bez zmartwień. Przyłożył lufę pistoletu do 

głowy Neurohra i strzelił. Następnie popatrzył na Goldmana.

- Przykro mi, panie Goldman. Nie mam nic do przeciwko panu, 

ale proszę zrozumieć, że Lea umiera w Metzu na serce...

Goldman   bardziej   zdziwiony   niż   przestraszony   popatrzył   na 

skierowaną prosto w oczy lufę. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, 
ale nie zdążył. Jego mózg nie zarejestrował błysku wystrzału. Zanim 

ośrodek wzroku przetworzył informację, Goldman już nie żył.

Epilog

Dostojna Lea Christophe sięgnęła po telefon i wykręciła numer 

do swego starego, osiemdziesięciopięcioletniego ojca.

- Tato, skończyłam. Za chwilę podpiszę wyrok i od poniedziałku 

przechodzę na emeryturę. Zasłużoną.

- Czy mówisz o sprawie tych klonów? - głos ojca brzmiał pewnie 

jak na tak wiekowego człowieka.

- Tak, wydaję w tym wyroku zakaz prowadzenia wszelkich prac 

background image

nad klonowaniem ludzi. Rozwiązuję Stowarzyszenie do Spraw Badań 

Genetycznych,   przynajmniej   tę   jego   część,   która   się   klonami 
zajmowała.   Lekarze   staną   przed   Międzynarodowym   Trybunałem   i 

będą odpowiadać za zbrodnie przeciwko ludzkości. To ostatni wyrok, 
jaki wydaję w mojej karierze, i myślę, że jest to jedyny wyrok, jaki 

wydałam nie mając żadnych, ale naprawdę żadnych wątpliwości, co 
do jego słuszności.

- Cieszę się, że jesteś taka pewna siebie, choć co prawda nigdy 

ci nie brakowało tupetu. Zanim jednak podpiszesz, wpadnij do mnie, 

to porozmawiamy.

- Będę u ciebie za pół godziny, zrobię tylko trochę porządków w 

biurze.   Jutro   mam   tu   spotkanie   pożegnalne,   przyjedzie   sam 
prezydent.

Odłożyła słuchawkę i sięgnęła po fiolkę z tabletkami, które brała 

odkąd   dokonano   jej   przeszczepu   serca.   Tabletki   chroniły   ją   przed 

odrzutem   obcego   w   jej   ciele   organu.   Pomyślała   jak   zawsze   o 
człowieku,   który   umierając   pozwolił   jej   żyć.   Zawsze   chciała   się 

dowiedzieć, kim był, ale nigdy się jej to nie udało. Nawet teraz, gdy 
miała   dostęp   do   wszelkich   archiwów,   do   wszystkich   możliwych 

dokumentów,   które   gdziekolwiek   istniały,   nie   odnalazła   akt 
medycznych dokonanego na niej przeszczepu.

Koniec

Metz, listopad 1992 - marzec 1993

165