background image

Candace Schuler KIERUNEK - MIŁOŚĆ

ROZDZIAŁ

Goniące za sensacją ilustrowane czasopisma nadały jej przezwisko Hollywoodzkiej 

Królowej Lodu. Tym razem trafiły w sedno, rozmyślał Rafe, wpatrując się w zdjęcie kobiety 
zdobiące okładkę „National Enquirer”. Kobiety niewiarygodnie pięknej - jeŜeli komuś 
odpowiadał typ urody Grace Kelly - emanującej chłodem i nieprzystępnej. Jemu nie 
odpowiadał.

Ciemna szatynka o delikatnych rysach z włosami ściągniętymi do tyłu i upiętymi w kok 

przywodziła na myśl zwiewne tancerki baletów klasycznych. Ogromne, szafirowe oczy w 
rzeczywistości zapewne nie miały tak intensywnej barwy jak na fotografii, pomyślał 
uszczypliwie. To dzięki umiejętnemu i dyskretnemu makijaŜowi rzęsy były tak gęste i długie, 
a brwi zarysowane w piękne łuki. Nos wąski, arystokratyczny, skóra jasna i bez skazy -jak z 
alabastru albo z płatków róŜ.

Jedynie usta wskazywały, Ŝe pod tą idealną powłoką mogła kryć się prawdziwa kobieta. 

Zarys jej warg był zachwycający. Górna; jakby dziecięca, nadawała twarzy wyraz 
niewinności. Dolna, pełna i zmysłowa, kojarzyła się z ogniem płonącym w kominku i 
czerwonymi, jedwabnymi prześcieradłami.

Jednak wyniosły uśmiech malujący się na tych kuszących wargach psuł całe wraŜenie. Był 

to bowiem zdecydowanie fałszywy uśmiech, w którym na próŜno by szukać kobiecego 
ciepła. Z wielkich, szafirowych i zimnych oczu wyzierało zniecierpliwienie i niezadowolenie, 
jakby to, na co patrzyła, zupełnie jej nie interesowało. Oczywiście, miała przecieŜ przed sobą 
tylko grupę reporterów wykonujących swą pracę.

Rafe Santana posłał ostatnie spojrzenie kobiecie, której dłoń obejmowała ramię Dona 

Johnsona, i rzucił pismo na stos magazynów ilustrowanych i róŜnych innych czasopism 
związanych z przemysłem filmowym, tuŜ obok swych stóp, opartych na blacie biurka. W 
kaŜdym z nich moŜna się było natknąć na informacje o pięknej pannie Claire Kingston. 
Przejrzał połowę i doszedł do wniosku, Ŝe nie musi czytać reszty, Ŝeby dowiedzieć się, jaką 
w istocie jest kobietą.

Dobrze znał ten typ, pomyślał, patrząc jeszcze raz na zdjęcie, z którego spoglądały na niego 

oczy pełne grzecznego lekcewaŜenia. Oto księŜniczka. Rozpieszczona, uprzywilejowana 
dzięki pieniądzom i właściwemu, bo anglosaskiemu pochodzeniu. Och, tak, dobrze znal ten 
typ. Miewał juŜ do czynienia z takimi kobietami i niestety doświadczenia te nie naleŜały do 
najprzyjemniejszych.

A tego popołudnia czekało go spotkanie właśnie z nią i rozmowa, od której zaleŜała jego 

najbliŜsza przyszłość.

- Co, u licha, taka kobieta moŜe wiedzieć o produkcji filmów? - mruknął do siebie ze 

złością.

- Mówiłeś coś? – spytała młoda kobieta, odrywając oczy od komputera.
Była śniada, ciemnowłosa i ciemnooka jak jej pracodawca. Jego młodsza siostra, piąte z 

kolei dziecko spośród siedmiorga rodzeństwa.

- Claire Kingston. - Rafe wskazał na okładkę pisma. - Co, u licha, ona moŜe wiedzieć o 

produkcji filmów?

- Z pewnością sporo - odparła Pilar Santana. - UwaŜa się, Ŝe jest w Hollywood jedną z 

najbardziej obiecujących producentek młodego pokolenia.

- Gruba przesada - burknął.
- „Para za parą”, „Wszystko jasne”, „Obietnica”, „Diabelska gra”, „Dni chwały”. - Pilar 

wymieniła tytuły ostatnich pięciu filmów, które powstały przy udziale Claire Kingston. Nie 
musiała dodawać, Ŝe wszystkie cieszyły się wielkim powodzeniem, gdyŜ o tym jej brat 
doskonale wiedział. - Według mnie to bardzo zdolna i fachowa producentka.

- Asystentka producenta - poprawił ją Rafe. - I zapewne nie miałaby takiej opinii, gdyby nie 

jej sławna rodzina.

- Co? - roześmiała się Pilar. - Czy mam rozumieć, Ŝe ty byś mnie nie zatrudnił, gdybym nie 

była twoją siostrą?

background image

- Wszyscy, którzy mają do czynienia z przemysłem filmowym, wiedzą, Ŝe to matka Claire 

rządzi Wytwórnią Kingston, podpisuje wszystkie umowy i nadzoruje produkcję. Bracia albo 
grają główne role, albo są szefami ekipy operatorów. A ojciec reŜyseruje. Jak wynika z 
lektury tych pism - Rafe potrącił butem stos ilustrowanych magazynów - Królowa Lodu 
spędza czas głównie na przyjęciach i premierach i z punktu widzenia zawodowego jest z 
pewnością przereklamowana. W najlepszym razie wykonywała jakieś zlecone przez 
producenta czynności.

- Czy nie osądzasz jej zbyt surowo? MoŜe jest bardzo kompetentną i miłą osobą.
- Wątpię. - Rafe w zamyśleniu jeszcze raz spojrzał na fotografię. Claire Kingston 

odpowiedziała mu uśmiechem pięknej, władczej księŜniczki. Lodowato zimnym.

- Miła czy nie, powinieneś znaleźć jakiś sposób, Ŝeby stosunki między wami dobrze się 

układały - stwierdziła Pilar. - PrzecieŜ macie ze sobą przez pewien czas współpracować. O ile 
ona w ogóle zaangaŜuje cię jako reŜysera „Desperata”.

- ZaangaŜuje mnie, na pewno - powiedział cicho do siebie, gdy Pilar zajęła się swoją pracą.
Jego słowa zabrzmiały jak zaklęcie. Albo modlitwa. Był młodym reŜyserem i pochlebiało 

mu, Ŝe Wytwórnia Kingston, mająca dobrą markę, rozwaŜała jego kandydaturę. W miarę 
czytania scenariusza początkowe zainteresowanie przerodziło się w gorące pragnienie 
zrealizowania tego filmu.

To moŜe być waŜny etap jego zawodowej kariery.
WyreŜyseruje ten film.
Wyciągnął rękę i nieświadomie powiódł palcem po delikatnym zarysie górnej wargi Claire 

Kingston, spoglądającej na niego ze zdjęcia. Powtórzył w duchu przyrzeczenie. Nic go nie 
powstrzyma przed reŜyserowaniem „Desperata”. Nawet ta oziębła dama, która się łudzi, Ŝe 
jest liczącą się producentką filmową.

- Dzień dobry, Robercie.
Claire Kingston szła szybkim krokiem przez biuro. Nie zatrzymała się przy biurku 

asystenta, tylko juŜ w drodze do gabinetu, jak zwykle, wydawała polecenia.

- Połącz mnie z biurem Mike’a Ovitza. W czasie śniadania doszły mnie pewne plotki i 

muszą sprawdzić, ile w nich prawdy.

- śe Madonna szuka nowego scenariusza? - spytał Robert.
Claire przystanęła z ręką na klamce i odwróciła się do asystenta.
- JuŜ wiesz? „U Huga” zaczęło się o tym mówić dopiero dzisiaj rano.
W restauracji „U Huga” jadały śniadanie co znamienitsze postaci przemysłu filmowego 

Hollywood.

- Mam swoje źródła. - Robert wzruszył ramionami.
- Rzeczywiście - uśmiechnęła się Claire. Z doświadczenia wiedziała, Ŝe asystenci, podobnie 

jak cały personel pomocniczy w Hollywood, zawsze byli dobrze poinformowani. Nie tak 
dawno sama naleŜała do tej grupy.

Zwróciła się do Roberta z dalszymi poleceniami.
- Jak połączysz mnie z Mike’em, spróbuj załatwić spotkanie z Costnerem i jego agentem. 

Muszę mieć ich odpowiedź jak najszybciej. Zatelefonuj do Jane Jenkins z Agencji Aktorów i 
dowiedz się, czy ma dla mnie dalsze taśmy z próbnymi zdjęciami. No i... chwileczkę - 
zastanawiała się przez moment - nadaj fax do Olivera Stone’a z wiadomością, Ŝe moŜemy 
podpisać umowę, jeŜeli zgodzi się na niŜsze wynagrodzenie. Zadzwoń do Goldie Hawn i 
powiedz, Ŝe jesteśmy nią bardzo zainteresowani, ale moŜemy się spotkać najwcześniej w 
połowie przyszłego tygodnia. I przynieś mi teczkę z danymi Santany. Muszę jeszcze raz je 
przejrzeć przed popołudniową rozmową. Zapisałeś wszystko?

- Tak. - Robert zakończył stenografowanie ozdobnym zakrętasem.
Skinęła głową, weszła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi.
W pokoju panował błogosławiony chłód. Stonowane kolory eleganckiego wnętrza działały 

kojąco. Długie, kremowe zasłony w oknach nie dopuszczały porannego słońca. Cichy szum 
klimatyzacji tłumił odgłosy z zewnątrz. Obite szarym brokatem małe sofki, ustawione przed 
wytwornym, stylowym stolikiem z początku osiemnastego wieku, pełniącym rolę biurka, 
zachęcały, by na nich usiąść.

Claire wstała o wpół do siódmej, gdyŜ musiała przebić się przez zatłoczone jezdnie Los 

background image

Angeles i zdąŜyć przed ósmą trzydzieści na umówione śniadanie „U Huga”. Nie znosiła 
pośpiechu, lecz nie udało się jej wymknąć wcześniej z wieczornego przyjęcia, więc zaspała.

Czuła, Ŝe zbliŜa się ból głowy, który stanie się nie do zniesienia, jeŜeli go jakoś od razu nie 

powstrzyma. Najlepiej zrobiłaby jej drzemka, niestety, sofki były za krótkie, Ŝeby się na nich 
wygodnie wyciągnąć, a poza tym nie miała na to czasu. Czerwone światełko telefonu dawało 
juŜ znak, Ŝe na linii jest połączenie z Mike’em Ovitzem. Nikt, kto chciał nadal jadać lunch z 
wpływowymi ludźmi z branŜy filmowej, nie mógł dopuścić, aby wszechwładny szef 
największej w Hollywood agencji artystycznej czekał na rozmówcę.

Po uzyskaniu od Ovitza potrzebnych informacji połączyła się z Robertem i poprosiła o dane 

Santany.

Asystent zjawił się z herbatą w pięknej filiŜance z cienkiej porcelany. Ustawił ją na biurku 

przed Claire.

- Pomyślałem, Ŝe najpierw chciałabyś napić się czegoś gorącego - powiedział. - A tu masz 

dwie aspiryny.

- Skąd wiedziałeś? - Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Masowałaś sobie nasadę nosa. Miałaś cięŜki wieczór?
- Długi. Byłam na przyjęciu u Spellingów i późno wróciłam do domu. - Upiła łyk mocnego 

naparu.

- Och, cudowna. Nikt nie potrafi tak parzyć herbaty jak ty. - Odstawiła filiŜankę, co 

oznaczało, Ŝe przerwa w pracy jest zakończona.

- Nie zastałem agenta Kevina Costnera, więc zostawiłem wiadomość jego sekretarce. 

Goldie Hawn powiedziała, Ŝe nie ma pośpiechu i zgodziła się na spotkanie w przyszłym 
tygodniu. Jane Jenkins znalazła trzy bardzo dobre kandydatki do roli Molly. Taśmy z 
próbnymi zdjęciami dwóch z nich przyśle dzisiaj po południu, a trzeciej za parę dni. Tu masz 
pocztę.

- PołoŜył przed nią grubą teczkę. - To dzienne raporty produkcji. - PołoŜył drugą. - A jeśli 

znajdziesz wolną chwilę, rzuć okiem na te informacje. - DołoŜył trzecią. - Spodoba ci się to, 
co napisali o „Stworzonych dla siebie”. Krótko, ale bardzo pochlebnie.

- Tak? - „Stworzeni dla siebie” był ostatnim filmem jej brata Pierce’a, romantyczną 

komedią, kręconą w Toronto. W filmowym światku zastanawiano się od tygodni, jak Pierce, 
grający do tej pory role

awanturników w filmach akcji, da sobie radę z nową, całkowicie odmienną postacią. - Co 

napisali?

- Cytuję: „Stuprocentowy, twardy męŜczyzna pokazał zupełnie inną twarz i okazało się, Ŝe 

moŜe pretendować do przejęcia berła po Carym Grande”. Koniec cytatu.

- Kochany Pierce, zawsze dobry - powiedziała Claire z czułością. Dobrze pamiętała, jak 

bardzo brat nie chciał przyjąć tej roli, gdy mu ją zaproponowała. -Wiedziałam, Ŝe mu się uda. 
Czy jest jeszcze coś godnego uwagi?

- Mogłabyś przeczytać w „Entertainment Weekly” artykuł o kobietach, zajmujących 

wysoką pozycję w Hollywood. Sytuują twoją matkę gdzieś pomiędzy Joanną D’Arc, Joan 
Crawford i Audrey Hepburn.

Claire roześmiała się.
- PrzekaŜ jej to do ParyŜa telexem. Będzie w siódmym niebie.
- JuŜ to zrobiłem.
- Świetnie. No to daj mi teczkę Santany. - Zrobiła na biurku miejsce, odsuwając na bok 

pozostałe trzy do przejrzenia na później. - Co tam jeszcze masz?- Zmarszczyła brwi na widok 
dziwnej miny asystenta. Na wierzchu ostatniej teczki, którą trzymał, leŜał ilustrowany 
magazyn.

Claire poczuła, Ŝe ból głowy się wzmaga. Wypiła duŜy łyk herbaty.
- O co chodzi tym razem? Czy tata znowu uwiódł jakąś wschodzącą gwiazdkę?
Ojciec Claire, niepoprawny kobieciarz, o którego uroku krąŜyły legendy, a do tego znany, 

nagrodzony Oskarem reŜyser, był w równej mierze przedmiotem zainteresowania młodych 
aktorek, jak dziennikarzy.

Robert pokręcił przecząco głową.
- Jakaś dramatyczna historia o Tarze i jej najmłodszym dziecku? - zgadywała dalej. Tara 

background image

była Ŝoną starszego brata Claire, Gage’a. Od trzech lat nie występowała przed kamerą, lecz 
jako była gwiazda, grywająca w serialach telewizyjnych, nadal była łakomym kąskiem dla 
prasy.

- A moŜe to kolejna przepowiednia, Ŝe Pierce i Nikki są o krok od rozwodu?
- Nie. Chodzi o ciebie. Jesteś na okładce „National Enquirer”.
- Ja? - spytała zdumiona. Odkąd przestała grać w filmach, jej zdjęcia bardzo rzadko zdobiły 

pierwsze strony ilustrowanych magazynów. - Z jakiego powodu?

- Najwyraźniej w związku z kolacją we dwoje, na którą wybrałaś się z Donem Johnsonem.
- Kolacją we dwoje?
- „Królowa Lodu wciska się pomiędzy najbardziej zakochaną parę Hollywoodu”. - Robert 

przeczytał tytuł artykułu, kładąc pismo przed Claire.

- Najbardziej zakocha... O, mój BoŜe! -JuŜ przypomniała sobie ten moment. Wychodzili 

właśnie z restauracji i dotknęła lekko ramienia Dona, Ŝeby zwrócić mu uwagę na czatujących 
reporterów. Odwrócił się do niej z uroczym, pytającym uśmiechem. Tyle tylko, Ŝe obiektyw 
nie objął Melanie Griffith idącej obok Dona, który trzymał za rękę swą kochaną i kochającą 
Ŝ

onę. We troje omawiali w czasie kolacji moŜliwość udziału tej słynnej gwiazdorskiej pary w 

przyszłym filmie Wytwórni Kingston.

Claire zacisnęła dłonie. Miała ochotę wyrwać tę okładkę, zgnieść ją i rzucić w kąt pokoju. 

Z trudem się powstrzymała.

- NiezaleŜnie od wszystkiego zdjęcie jest dobre. - Robert przerwa ciszę, która nagle zapadła 

w gabinecie.

Claire wydało się, Ŝe ból głowy ustępuje. Pierce tak właśnie pocieszał ją przy podobnych 

okazjach.

- A nazwisko zostało napisane prawidłowo. - Powiedziała to, gdyŜ Pierce zawsze mawiał, 

Ŝ

e kaŜda wzmianka w prasie jest dobra, jeŜeli nazwisko nie zostało przekręcone. Oczywiście, 

najlepiej byłoby za to komuś przyłoŜyć. Ale Claire nigdy nie lubiła robić z siebie widowiska. 
Ani w Ŝyciu zawodowym, ani prywatnym.

Powoli i spokojnie złoŜyła magazyn na pół.
- Wyślij Melanie tuzin róŜ z karteczką, Ŝe bardzo mi przykro. - Rzuciła pismo do kosza z 

gestem najwyŜszej pogardy. - Więc masz te dane Santany?

- Nic nowego w nich nie znajdziesz. - Robert połoŜył teczkę na biurku. - Nie moŜna by go nazwać 

człowiekiem Hollywoodu. Jest związany z przemysłem filmowym od niedawna, w kaŜdym razie jako 
reŜyser. Chyba teŜ nie udziela się towarzysko, nie widać go na waŜnych przyjęciach. Zresztą na mniej 
waŜnych takŜe nie. śadnych kolacji w „Spago” lub czegoś w tym rodzaju. śadnych kręcących się koło 
niego atrakcyjnych gwiazdek. Ani plotek o wybrykach na planie. Według mnie to raczej nudnawy facet.

Claire skinęła głową, choć właściwie wcale nie słuchała Roberta.
Rafe Santana był znakomitym reŜyserem, rozmyślała, przeglądając informacje. Po prostu 

ś

wietnym. Co było tym bardziej zaskakujące, Ŝe nie miał Ŝadnych powiązań z 

hollywoodzkim światem filmu.

Przez krótki czas pracował jako kaskader, zastępując w niebezpiecznych scenach takich 

aktorów jak Stall one, Seagal czy innych bohaterów filmów akcji. I nagle, ni stąd ni zowąd, 
wziął się za reŜyserowanie.

Zrealizowany przez niego film dokumentalny o cięŜkiej sytuacji ubogich Meksykanów, 

zatrudnianych przez potęŜne koncerny amerykańskie za marne grosze, okazał się 
arcydziełem. Potrafił poruszyć serca widzów bez uciekania się do taniej propagandy. Uzyskał 
w swej kategorii nominację do Oskara.

Dwa fabularne, niskobudŜetowe filmy, które potem zrobił, równieŜ były swego rodzaju 

perełkami. Wykazał się w nich umiejętnością subtelnego i głębokiego ujęcia tematu, 
oczekiwaną raczej w filmach większego formatu. śywa akcja nie przesłaniała 
psychologicznego rysunku postaci, gdyŜ reŜyser potrafił wydobyć ze scenariusza coś ponad 
samą tylko treść. Claire podobało się zwłaszcza prowadzenie ról kobiecych. W jego filmach 
bohaterki odznaczały się poczuciem humoru i inteligencją, nie traktował kobiet jak 
dekoracyjne manekiny. Szukała reŜysera obdarzonego takim właśnie talentem.

Jedno ją tylko niepokoiło - jego styl pracy. ChociaŜ nie wprowadzał przesadnie surowej 

dyscypliny na planie, nie pozwalał na odstępstwa od swoich załoŜeń. Tym, którym się to nie 
podobało, widzieli w nim upartego autokratę, ignorującego uświęcone zasady 

background image

hollywoodzkiego kina. Ci, którym jego styl pracy odpowiadał, uwaŜali go za pomysłowego 
reŜysera, spontanicznego nowatora, nienaginającego się do skostniałych, zastanych reguł.

Zdaniem producenta jego ostatniego filmu Santana celowo rezygnował z powtarzania po 

wielokroć tych samych scen, gdyŜ bardziej cenił świeŜość pierwszego ujęcia. W 
konsekwencji nie zdarzało mu się przetrzymywać aktorów do późna w nocy dla osiągnięcia 
właściwego efektu.

Z wyjątkiem scen zbiorowych lub z udziałem kaskaderów nie uznawał scenopisów w 

formie rysunków przedstawiających kolejne kadry na taśmie filmowej. To było równieŜ 
niepokojące, gdyŜ z pewnością utrudniało określenie harmonogramu zdjęć i kosztu filmu, 
przynajmniej w takim precyzyjnym stopniu, na jakim

Claire zaleŜało.
Najgorszą wadą Santany była skłonność do zmian w scenariuszu w czasie zdjęć. A według 

Claire scenariusz „Desperata” nie wymagał Ŝadnych korekt. Jednak plusy były niewątpliwe. 
Pomysłowość i nowatorstwo reŜysera, tak podkreślane przez producenta, z którym ostatnio 
pracował. Sympatia i zaufanie, jakim go darzyli aktorzy, zdający sobie sprawę, jak wiele 
potrafią dać z siebie pod jego kierunkiem. Wreszcie wymowa dotychczas zrobionych przez 
niego filmów, bardziej przekonujący dowód jego wybitnego talentu niŜ wszystkie zebrane 
informacje o nim.

Claire zamknęła teczkę. Nie miała wątpliwości. Rafael Santana mógł nie wywodzić się ze 

ś

rodowiska hollywoodzkich filmowców, być wolnym strzelcem i właściwie nie znaną 

postacią w środowisku, lecz to jego właśnie chciała mieć jako reŜysera swego filmu 
„Desperat”.

Tym filmem chciała coś udowodnić - sobie, swojej rodzinie i Hollywood.
Santana musi jej w tym pomóc.

ROZDZIAŁ 2

Brzęczyk interkomu zapowiedział umówioną, popołudniową wizytę. Claire spojrzała na 

zegarek - było dziesięć po czwartej. Podniosła słuchawkę i przekazała Robertowi polecenie.

- Powiedz mu, Ŝe rozmawiam przez telefon, odczekaj piętnaście minut i dopiero potem 

wprowadź go do mnie.

Nie cierpiała tych gierek, mających pokazać, kto tu rządzi, lecz umiała je zastosować we 

właściwym momencie, tak jak wszyscy w filmowym biznesie.

Rafael Santana spóźnił się, celowo lub nie, teraz ona kaŜe mu poczekać parę minut dłuŜej. 

To było małostkowe, ale konieczne.

Mieć władzę w Hollywood to znaczyło dawać czekać na siebie. Podobne znaczenie miało 

lepsze miejsce na parkingu studia czy stolik w „Spago” lub najwygodniejsza przyczepa w 
plenerze.

A poza tym najlepiej jest występować z pozycji siły, zwłaszcza kobiecie. W przemyśle 

filmowym nie patrzono łaskawym okiem na koleŜanki po fachu. Ci dobrzy, zacni chłopcy 
zniszczyliby kaŜdą, gdyby tylko nadarzyła się im sposobność. Claire nauczyła się juŜ nie 
dawać im jej.

O godzinie czwartej dwanaście przesunęła scenariusz „Desperata” na brzeg stolika, 

otworzyła przed sobą teczkę z dokumentami, na których ułoŜyła wieczne pióro marki Mont 
Blanc. Chciała stworzyć wraŜenie, Ŝe gość przerwał producentce filmu pilną pracę.

O godzinie czwartej piętnaście przełoŜyła pióro o centymetr dalej.
O czwartej osiemnaście poprawiła klapy bladoniebieskiego Ŝakietu Chanel, dotknęła 

sznurka duŜych pereł, zdobiących jedwabną bluzkę koloru kości słoniowej, przygładziła 
włosy i poprawiła kok, choć nie wystawał z niego najmniejszy kosmyczek.

O czwartej dwadzieścia cztery zakazała sobie ruszać się z miejsca i zachowywać jak 

początkująca asystentka producenta.

Wiele razy miała podobne spotkania. I to z ludźmi na pewno sprytniejszymi i bardziej 

onieśmielającymi od świeŜo upieczonego i niedoświadczonego reŜysera.

Da sobie z Santaną radę. Znała zasady słownej szermierki. śadne tajniki filmowego fachu 

nie były jej obce. Bracia uwaŜali nawet, Ŝe mogłaby innym udzielać lekcji ubijania interesów 

background image

w hollywoodzkim stylu.

I chociaŜ tym razem bardziej niŜ zwykle zaleŜało jej na zawarciu umowy, wcale nie musiała 

zmieniać reguł gry.

Tylko spokojnie, upominała się, kiedy otworzyły się drzwi gabinetu. Chwyciła pióro i 

pochyliła się nad papierami.

- Chwileczkę - powiedziała, nie podnosząc oczu. - Muszę jeszcze coś zapisać. - 

Nagryzmoliła pierwszą linijkę dziecięcego wierszyka, który tak lubił jej dwuletni 
siostrzeniec. - O co chodzi, Robercie?

- Pan Santaną przyszedł na umówione spotkanie, proszę pani - zaanonsował Robert jak 

angielski lokaj.

Powoli odłoŜyła pióro i przeniosła wzrok na stojącego obok asystenta męŜczyznę.
Zawodowy półuśmiech zamarł jej na wargach. Poczuła dreszcz na karku i prawie bolesny 

ucisk w gardle.

Rafael Santaną naleŜał do tego rodzaju męŜczyzn, którzy od pierwszego wejrzenia 

wzbudzali w niej nieufność. Był jednym z tych stuprocentowych przedstawicieli swego 
gatunku, moŜna nawet powiedzieć: kwintesencją męskości.

Wysoki, silnie zbudowany, miał szerokie ramiona i wąskie biodra. Emanował jakimś 

diabelskim powabem.

Swym strojem chciał z pewnością zrobić wraŜenie na zwykłych śmiertelnikach. Obcasy 

czarnych kowbojskich butów jeszcze go podwyŜszały, obcisłe, czarne dŜinsy przylegały do 
muskularnych, długich nóg. Prosta, czarna koszula podkreślała masywną klatkę piersiową, a 
bluza w stylu Dzikiego Zachodu - rozłoŜystość ramion.

Miał niedbale zaczesane do tyłu czarne włosy. Jak krucze pióra, przemknęło jej przez myśl. 

Ostre rysy, skórę bardzo śniadą, ocienioną ukazującym się juŜ popołudniowym zarostem na 
linii szczęki i podbródka znamionującego stanowczość.

A jego oczy były koloru mocnej, gorącej kawy. To były oczy inteligentne, przenikliwe, o 

ś

miałym, wręcz zuchwałym spojrzeniu. Taksowały Claire tak samo uwaŜnie, jak ona jego.

Stal w progu w niedbałej pozie, lecz czujny i nieruchomy jak drapieŜnik, w którego polu 

widzenia znalazła się ofiara. Promieniowała z niego zmysłowość i męska siła, niczym ciepło 
z ogniska.

Czuła tę niepokojącą energię na odległość. Nie, nie moŜe nawet o tym myśleć, powinna 

udawać, Ŝe niczego nie zauwaŜa. PrzecieŜ w sztuce udawania była profesjonalistką.

Z trudem powstrzymała się od pomasowania karku, po którym przebiegało mrowienie. 

Przełknęła ślinę, Ŝeby wydobyć słowa ze ściśniętego gardła i uśmiechnęła się mile. W miarę 
mile.

- Proszę wybaczyć, panie Santana, Ŝe kazałam panu czekać.
Jej głos zabrzmiał jak zwykle chłodno i spokojnie.
Skinął lekko głową, jakby przyjmując usprawiedliwienie, lecz w oczach miał Ŝartobliwe 

uznanie dla kłamstwa, które wypowiedziała bez zająknięcia.

Wstała zza biurka zdecydowana dać mu do zrozumienia, kto tu jest szefem. Najlepiej na 

samym początku pokazać, Ŝe ona tu rządzi, Ŝeby w przyszłości nie było Ŝadnych 
nieporozumień na tym tle. Musi tak postępować, zwłaszcza wobec takiego męŜczyzny jak on. 
ś

adnych dwuznaczności, które kiedyś mogłyby się na niej zemścić.

- Robercie, czy moŜesz mi przynieść filiŜankę herbaty? - spytała swym najbardziej 

władczym tonem. - I... - spojrzała na potęŜnego męŜczyznę, stojącego nadal bez ruchu w 
progu... - kawy? - Uniosła pytająco w górę swe doskonałe w linii brwi.

- Bardzo proszę.
Jego mroczny, gardłowy głos, pomyślała Claire z drŜeniem, robi tak samo niepokojące 

wraŜenie, jak i cała postać. Mógłby szeptać groźby. Albo składać obietnice, którym trudno 
byłoby się oprzeć.

- Z cukrem, bez śmietanki - dodał.
A kiedy Robert zniknął w sekretariacie, gość przestąpił próg gabinetu.
Claire z wysiłkiem opanowała się Ŝeby nie wezwać asystenta z powrotem. O mało nie 

zawołała: „Nie zostawiaj mnie z nim samej w pokoju!”. Jednak uniosła wysoko podbródek 
zdecydowana potraktować Rafaela Santanę jak przystało na dojrzałą, opanowaną kobietę.

background image

Na miłość boską, nie była juŜ niedoświadczonym niewiniątkiem, a on jakimś 

mitologicznym potworem, który poŜera dziewice na śniadanie.

Był reŜyserem ubiegającym się u niej o pracę. Ta sytuacja ustawiała ją w dogodnej pozycji, 

przekonywała się Claire. Ona miała w ręce wszystkie karty i nadszedł czas, Ŝeby mu to 
uświadomić.

Posłała mu najzimniejsze i najgroźniejsze spojrzenie, dzięki któremu prasa ochrzciła ją 

Królową Lodu juŜ jako dwudziestojednoletnią dziewczynę.

- MoŜe pan usiądzie, panie Santana - odezwała się szorstkim głosem. - Mamy do omówienia

wiele spraw, zanim podejmę decyzję.

- Dobrze go pani wyszkoliła - stwierdził gość. Stojąc nadal w pobliŜu drzwi, skierował 

wzrok w stronę sekretariatu, do którego tak pospiesznie wybiegł Robert.

- Owszem - odparła spokojnie, jakby nie usłyszała ironii w głosie Santany.’- Robert jest 

znakomitym asystentem. - Ponownie wskazała obitą brokatem sofkę. -MoŜemy przystąpić do 
rzeczy, panie Santana?

- Rafe - powiedział i ruszył z miejsca.
- Słucham? - spytała zduszonym głosem, gdyŜ zorientowała się, Ŝe idzie ku niej.
- Tak mam na imię. - Zatrzymał się dwa kroki przed nią. - Rafe. - Wyciągnął do niej dłoń.
Musiała przywołać całą siłę woli, Ŝeby się przed nim nie cofnąć. KaŜdy nerw i kaŜde 

włókno jej ciała walczyło z paniką, jaka ją ogarniała.

On był tak przytłaczająco męski. Taki mroczny. Taki potęŜny. Taki...
- W moich stronach, przed przystąpieniem do interesów podajemy sobie ręce. - Spojrzał na 

jej dłoń, której nadal nie podnosiła.

- Och. Och, tak, oczywiście. - Panika ustąpiła zmieszaniu. - Nie wiem, o czym myślałam. 

To pewno przez tę rozmowę telefoniczną...

Niechętnie podała mu dłoń. Objęły ją duŜe, mocne i cieple palce. To ciepło nią wstrząsnęło 

- grzało nie tylko skórę, lecz takŜe płynącą pod nią krew. Rozpaczliwie pragnęła cofnąć rękę, 
zanim ogarnie ją całą.

- Miło mi pana poznać, panie Santana. -Po zdawkowym uścisku usiłowała cofnąć dłoń, lecz 

jego palce zacisnęły się mocniej.

Podniosła na niego wzrok. Jej źrenice rozszerzyły się, gdyŜ z kaŜdym ułamkiem sekundy 

wzmagało się w niej uczucie niepewności i niepokoju.

Wciągnęła głęboko powietrze, gotowa zapomnieć zarówno o dumie, jak i swym sławetnym 

opanowaniu i wołać Roberta na ratunek. Przed czym - nie wiedziała.

- Cała przyjemność po mojej stronie - odrzekł, wpatrując się w nią bacznie. - Jak 

powiedziałem, na imię mi Rafe. - Niedbały, trochę senny uśmiech złagodził jego ostre rysy. - 
A właściwie - powaŜny głos takŜe złagodniał i stał się niebezpiecznie uwodzicielski - Rafael. 
Rafael Enrique Santana. Ale tylko mama tak do mnie mówi. - Uśmiech stał się cieplejszy, 
pogłębił zmarszczki wokół ciemnych oczu. - I tylko wtedy, kiedy jest zła. - Wypuścił dłoń 
Claire i skierował się w stronę sofki.

Claire czuła, jak jej oddech wraca do normy. Ten męŜczyzna nie jest wielkim, 

przeraŜającym potworem, dybiącym na jej ciało. To zwykły człowiek, na którego matka 
czasem się złości. To na jej wspomnienie tak się uśmiechnął. Czy ktoś taki moŜe być 
niebezpieczny?

Rafe usadowił się na sofce, załoŜył wysoko nogę na nogę i lekko uderzając w dłoń 

zwiniętym scenariuszem „Desperata”, czekał na następny ruch Claire.

Patrzył, jak stoi za swym niby-biurkiem, wpatrzona w niego czujnym i bacznym 

spojrzeniem, jakby był dzikim zwierzęciem, wypuszczonym na wolność. Albo Ŝarłoczną 
bestią, gotową do niej doskoczyć przy pierwszej okazji. Chyba tracił czas, usiłując się zbliŜyć 
do tego sopla lodu. Nie, to nieprawda. Podobnie jak nieprawdziwe było zdjęcie.

Tak, ci, co je zrobili, dobrze uchwycili chłodną elegancję i arystokratyczną wyniosłość, 

która prowokowała, Ŝeby tej księŜniczce trochę utrzeć nosa. Lecz zupełnie nie udało im się 
oddać zmysłowości kipiącej pod tą powłoką. Królowa Lodu mogła być zimna, lecz nie 
oziębła. Bynajmniej.

Prawda, Ŝe jej ciało pod nieskazitelnym strojem było smukłe jak trzcina, ale wdzięczny, 

background image

kobiecy sposób, w jaki się poruszała, był wyraźnym zaproszeniem dla kaŜdego, w czyjej krwi 
było dość testosteronu, Ŝeby je rozpoznać i na nie odpowiedzieć.

Jasna skóra rzeczywiście była bez skazy jak alabaster albo płatki róŜy, ale emanowała 

równieŜ niemal namacalnym ciepłem, którego nie jest w stanie oddać fotografia. A zarys ust 
był nawet bardziej uroczy niŜ na zdjęciu. Prawdziwą naturę tej kobiety zdradzały przede 
wszystkim oczy, bo pod lodowatym chłodem spojrzenia czaił się blask uczuć, których Ŝaden 
fotograf nie zdołałby uchwycić.

Odgadywał je, kiedy patrzyła na niego. Czuł je, gdy trzymał w palcach jej lekko drŜącą 

dłoń. Słyszał je w szybkim oddechu. Doznawał ich, kiedy - cała w napięciu - usiłowała tę 
dłoń wysunąć, a jednak pozostawiła ją w jego ręce. Jego męskość zrobiła na niej wraŜenie, 
choć za wszelką cenę starała się to ukryć. Rozpieszczona księŜniczka była zaszokowana, Ŝe 
mógł ją pociągać zwykły wieśniak.

Ta diagnoza trochę go zezłościła, a jednocześnie zaintrygowała. Co potrafiłoby rozgrzać 

Królową Lodu i do jakiego stopnia? Oczywiście nie zamierzał szukać odpowiedzi na to 
pytanie. A w kaŜdym razie, poprawił się w duchu, dopóki nie rozwiąŜe innych problemów. 
Takich jak umowa na wyreŜyserowanie filmu „Desperat”. W tym momencie Ŝadna kobieta, 
rzucająca mu nie wiadomo jak intrygujące wyzwanie, nie była warta zaprzepaszczenia 
szansy, na którą tak bardzo liczył. Nawet ta kusząca mała księŜniczka, Claire Kingston.

- Czy są dla pana do przyjęcia, panie Santana?
Głos kobiety przerwał jego gorączkowe rozmyślania. Ten głos kojarzy się z lodami 

waniliowymi, pomyślał, celowo ociągając się z podjęciem rozmowy. Był tak uroczo 
dźwięczny, miły, wręcz słodki. Choć niewątpliwie wystarczająco zimny, Ŝeby zmrozić 
męŜczyznę, który by zapomniał o rozwadze.

- Panie Santana?
Powoli uniósł oczy, tylko oczy, odrywając wzrok od czubka kowbojskiego buta, i 

stwierdził, Ŝe Claire siedzi za stolikiem z utkwionym w niego spojrzeniem.

Jej piękne, wiśniowe wargi były zaciśnięte jak u zniecierpliwionej i niezadowolonej 

nauczycielki, zbyt długo oczekującej na odpowiedź ucznia.

- Czy co jest do przyjęcia, panno Kingston? - zapytał.
- Ogólne warunki kontraktu, którego projekt panu przesłałam. Zakładam, Ŝe udało się panu 

rzucić na niego okiem.

Rafe potrząsnął głową.
- Ogólne warunki przewaŜnie nie mają znaczenia. - Pochylił się do przodu, jakby 

przygotowując się do powaŜnych negocjacji. - Zajmijmy się szczegółami.

Claire splotła oparte na blacie dłonie, udając sama przed sobą, Ŝe nie zwróciła uwagi na 

włosy, które opadły mu na czoło i na niedbały, typowo męski gest ręki, jakim je odgarnął.

- Co pana konkretnie interesuje?
- Obsada.
- Oglądałam juŜ kilka taśm z próbnymi zdjęciami, a Agencja Aktorów ma mi jeszcze 

przysłać następne. Do tej pory z nikim nie przeprowadzono przesłuchań.

Zastanawiał się przez chwilę nad tą informacją. Skoro mówiła o próbnych zdjęciach i 

przesłuchaniach, to oznaczało, Ŝe nie zamierzała zaangaŜować Ŝadnych renomowanych 
aktorów. Nie szkodzi. Film oparty na takim scenariuszu odniesie sukces równieŜ bez udziału 
gwiazd ekranu. Jego w tym głowa.

- Rozumiem. Lecz zastrzegam sobie prawo zatwierdzenia wyboru.
Claire uniosła do góry pięknie zarysowane brwi.
- Podziwiam pana... ambicję - oznajmiła tonem nie pozostawiającym wątpliwości, co sądzi 

o tym Ŝądaniu - ale obawiam się, Ŝe to nie wchodzi w rachubę.

Spojrzał jej prosto w oczy, gdyŜ wiedział, w jaki sposób moŜe zwalczyć jej opór. Albo 

stracić szansę podpisania umowy. O tym wolał nie myśleć.

- Wobec tego ja obawiam się, Ŝe dalsza dyskusja jest bezcelowa - powiedział z kamiennym 

spokojem. - W tym punkcie nie mogę ustąpić.

Jego spojrzenie i postawa wyraŜały niezłomne zdecydowanie. Była pewna, Ŝe wyszedłby, 

gdyby się nie zgodziła.

Skinęła głową.

background image

- Niech będzie.
Rafe powstrzymał westchnienie ulgi.
- W porządku. - Teraz juŜ wiedział, jak bardzo jej na nim zaleŜy. I ile zyskał swą 

nieustępliwością.

- Jak wysoki jest budŜet?
- Dwanaście milionów. To nieprzekraczalna granica - odparła stanowczo.
Nie ukrywał niedowierzania.
- Na film Wytwórni Kingston?
- Czytał pan scenariusz. To film kameralny. Raczej studium charakterów - stwierdziła. - 

Bez specjalnych nacisków czy wyczynów kaskaderskich. Bez udziału wielkich gwiazd. 
Dwanaście milionów to duŜo.

- Ile z tego przeznacza pani dla mnie? Zapytał, bo ona z pewnością tego oczekiwała. Jeśli 

chodziło o niego, mógłby robić taki film nawet za darmo. Do licha, jeszcze by jej dopłacił. 
Choć do tego nie mógł się przyznać.

- Czterysta tysięcy dolarów.
Usiłował wyrazem twarzy dać do zrozumienia, Ŝe to marna zapłata, gdy tymczasem była to 

dla niego fura pieniędzy. Mógł z niej pokryć w całości koszty wyŜszych studiów młodszych 
braci i zapłacić za remont starego, rodzinnego domostwa, z którego matka za nic w świecie 
nie chciała się wyprowadzić. I jeszcze odłoŜyć coś na czarną godzinę.

Ciszę, która zapadła, przerwało wejście Roberta. Postawił na brzegu stolika srebrną tacę, 

zastawioną dwoma małymi czajniczkami, dwiema filiŜankami na spodeczkach - wszystko z 
delikatnej porcelany - i talerzem jakichś wymyślnych, kruchych ciasteczek.

Claire skinęła asystentowi głową, uśmiechając się automatycznie, bo jej uwaga była 

pochłonięta całkowicie siedzącym naprzeciwko męŜczyzną.

Robert napełnił filiŜanki i wyszedł bez słowa.
- Przewiduję premię, jeŜeli uda się panu zrobić film przed terminem - powiedziała 

najwidoczniej dla zachęty. Wzruszył ramionami i odłoŜył scenariusz.

- W jakiej wysokości? - Sięgnął po filiŜankę.
- To zaleŜy od tego, jakie będą oszczędności.
Patrzyła, jak Rafe próbuje włoŜyć swój duŜy palec w malutkie uszko filiŜanki. Nie udało 

mu się. Objął filiŜankę dłonią.

- A jaki czas zdjęć się proponuje? - Spojrzał na Claire ponad posrebrzanym brzegiem 

filiŜanki. Szybko przeniosła wzrok na jego twarz.

- Nie proponuje się go. Został juŜ ostatecznie określony - odparła. - Wynosi czterdzieści 

osiem dni. Dobrze to wiedziała, gdyŜ sama ten termin ustaliła. Rafe upił łyk kawy i udawał, 
Ŝ

e się zastanawia. Czterdzieści osiem dni to było więcej niŜ trzeba. Zwłaszcza Ŝe sam 

wyliczył czas filmowania na czterdzieści dni.

- Zgoda. - Pokiwał powoli głową, jakby trudno mu było przyjąć takie wygórowane Ŝądanie. 

Spojrzał na scenariusz. - Kiedy będę się mógł spotkać z autorem?

Claire mocniej zacisnęła dłonie.
- Nie spotka się pan z nim. Tym razem nie musiał udawać. Był autentycznie zaskoczony.
- A dlaczegóŜ to, u licha?
- A czy istnieje po temu jakaś szczególna potrzeba? - Uniosła władczo brwi.
- Sceny od dwudziestej czwartej do trzydziestej pierwszej naleŜy przerobić. Wloką się 

niemiłosiernie.

Claire ukryła irytację wywołaną tak otwarcie sformułowanym zarzutem.
- PrzekaŜę pana zastrzeŜenia. - Nie przyznała się, Ŝe i ona miała podobne wątpliwości. - 

Zawiadomię pana o stanowisku autora przed rozpoczęciem zdjęć.

- I to wszystko?
- Tak, to wszystko.
- śadnych dyskusji, wymiany poglądów? śadnego spotkania?
- Właśnie tak.
- Kto to, do licha, jest K.E.C.? - spytał, wskazując na inicjały umieszczone na scenariuszu.
- Nie mogę tego ujawnić. Pewien odludek, który zastrzegł sobie szereg warunków przy 

sprzedaŜy praw do scenariusza. Jednym z nich było zachowanie całkowitej anonimowości. 

background image

Kolejnym jest zakaz zmian w scenariuszu, poza autorskimi.

Spojrzała na Rafe’a z powagą. W oczach miała stanowczość. A w Ŝołądku gulę wielkości 

pomarańczy.

- JeŜeli panu to nie odpowiada, moŜemy uznać rozmowę za zakończoną.
Rafe nie musiał się zastanawiać. I nawet nie udawał, Ŝe się waha.
- Czy członkowie ekipy realizacyjnej równieŜ zastrzegli anonimowość? - Nie mógł sobie 

odmówić tej ironii. ChociaŜ musiał przyjąć warunki, taka sytuacja wcale mu się nie 
podobała.

Claire nie mogła okazać zadowolenia. Jeszcze nie wygrała do końca.
- Oczywiście, Ŝe nie - odparła spokojnym głosem.
- Robert sporządzi harmonogram spotkań ze wszystkimi, jak tylko zostanie uzgodniony 

skład zespołu.

- Chciałbym mieć tego samego asystenta, który pracował ze mną przy poprzednich dwóch 

filmach.

Rafe teŜ miał swoje zastrzeŜenia.
- Dobrze.
Claire wiedziała, Ŝe asystentką Rafe’a była jego siostra, co mogło stwarzać pewien 

problem. Jednym z zadań asystenta reŜysera było zabezpieczanie na planie interesów 
producenta. Jednak to nie miało znaczenia. Zamierzała kaŜdego dnia zjawiać się osobiście.

- I proponuję Becky Ward jako scenografa.
Claire udała, Ŝe rozwaŜa tę propozycję. Sama od początku wybrała Becky Ward.
- A Dennisa Cleary’ego na operatora.
Claire domyśliła się, czego Rafe się po niej spodziewał.
- Dobrze - odparła z uśmiechem. Spojrzał na nią uwaŜnie.
- Nie upiera się pani przy swoim bracie?
- Wprawdzie Gage jest najlepszy, ale dla mnie zbyt drogi.
A tak naprawdę, to chciała trzymać wszystkich członków swojej utalentowanej i sławnej 

rodziny z daleka od „Desperata”. Wypłynie albo utonie, lecz będzie zawdzięczała to 
wyłącznie sobie.

- A poza tym - dodała - on teraz pracuje nad czymś innym. JeŜeli Dennis Cleary jest wolny i 

jego wynagrodzenie zmieści się w naszym budŜecie, to moŜemy go zatrudnić. Coś jeszcze?

Rafe zawahał się. Do diabła, musi spróbować, sprawa była tego warta.
- Chciałbym mieć prawo akceptacji ostatecznej wersji montaŜu.
- Takiego uprawnienia nie przyznałabym nawet Eastwoodowi - odrzekła oschłym tonem - 

chociaŜ dostał Oscara. O co panu chodzi? Chce pan wykazać, Ŝe jest wart więcej, niŜby to 
wynikało z krąŜących o panu pochlebnych opinii?

- CóŜ. - Odchylił się do tyłu i oparł plecami o sofkę. W tej swobodnej pozie znowu 

emanował utajoną, męską siłą. - Rozumiem - rzekł z zaczepnym uśmiechem - Ŝe pani sama 
chce się o tym przekonać, tak?

Ten zuchwały uśmiech był wyzwaniem. Nie powinna okazać nawet cienia słabości. 

Zdobyłby nad nią przewagę. Obrzuciła lekcewaŜącym spojrzeniem okazałe, muskularne 
ciało, Ŝeby dać panu reŜyserowi do zrozumienia, Ŝe ono nie wodzi jej na pokuszenie. Ani nie 
zagraŜa.

- Tak - wycedziła lodowatym tonem. - Chyba tak. - Wstała. - A zatem, czy doszliśmy do 

porozumienia, panie Santana?

On takŜe się podniósł.
- Na imię mi Rafe. Zgoda. Sprawa załatwiona. Wyciągnął do niej dłoń ponad stolikiem 

słuŜącym za biurko.

- Załatwione, Rafe.
Podała mu rękę dla przypieczętowania umowy.

ROZDZIAŁ 3

- Więc ty jesteś takŜe kierownikiem produkcji tego filmu?
Claire podniosła wzrok znad tablicy przedstawiającej kalendarzowy plan zdjęć 

background image

poszczególnych scen filmu, który sprawdzała jeszcze raz przed pierwszym spotkaniem całej 
ekipy realizacyjnej „Desperata”.

Jej reŜyser patrzył na nią ze złością. Stał przy biurku i trzymał w ręce harmonogram zdjęć, 

który dala mu do przejrzenia. Nazwisko Claire widniało na nim w dwóch miejscach.

- Tak - odrzekła tonem tak lodowatym, Ŝe masło z pewnością zamarzłoby w jej ustach. 

Szeroko otwarte oczy patrzyły niewinnie. - Nie wspominałam ci o tym?

- Nie.
Wzruszyła ramionami.
- No to teraz juŜ wiesz. - Odwróciła się, Ŝeby wyrównać jeden z przypiętych do tablicy 

pasków, jakby absorbowała ją wyłącznie ta czynność. - Mam nadzieję, Ŝe to nie przysporzy ci
kłopotów - powiedziała, zdając sobie sprawę, Ŝe kaŜdy dobry reŜyser miałby podobne 
obiekcje.

Do licha, na pewno przysporzy, i tobie takŜe.
- CzyŜby? - rzuciła przez ramię. - Dlaczego?
- Claire, nie zgrywaj się. Dobrze wiesz dlaczego. JeŜeli producent przebywa nieustannie na 

planie i we wszystko wtyka nos, to podkopuje autorytet innych.

- Nie będę na planie jako producent, tylko jako kierownik produkcji. I nie zamierzam 

wtykać do niczego nosa - zapewniła go beztrosko, nadal przypatrując się tablicy. - Nasza 
współpraca dobrze się ułoŜy.

- Nie ułoŜy się.
Rafe rzucił papiery na biurko i podszedł do Claire, Ŝeby stanąć z nią oko w oko.
- Nie mogę dobrze pracować, jeŜeli ktoś bez przerwy zagląda mi przez ramię, próbując na 

mnie wpływać i dezawuować moje polecenia. - Ujął ją pod brodę, gdyŜ chciał patrzeć jej w 
oczy. - Na planie filmowym nie moŜe być dwóch szefów - oświadczył. - A juŜ szczególnie u 
mnie - dodał burkliwie.

Claire przekonywała się, Ŝe nie ma powodu do paniki. Nic się nie moŜe stać, skoro w 

pokoju obok jest Robert, a reszta filmowców ma się zjawić lada chwila.

Powolnym, spokojnym ruchem odsunęła rękę Rafe’a i spojrzała na niego wzrokiem, który 

potrafiłby zmrozić lawę.

- Nie mam zamiaru zaglądać ci przez ramię ani podwaŜać autorytetu twojego, ani w ogóle 

niczyjego. - Serce biło jej nierówno, ale udało się jej nadać słowom spokojny i opanowany 
ton. - Na planie ty rządzisz według własnych zasad, a ja jestem tylko kierownikiem 
produkcji.

Cofnęła się, odwróciła da niego i nieświadomie przesunęła przeszło metrowej szerokości 

tablicę, odgradzając się od niego w ten sposób. Dopiero wtedy ponownie odwróciła ku niemu 
twarz.

- Obiecuję, Ŝe jeŜeli będę miała jakieś wątpliwości jako producent, nie zgłoszę ich na 

planie. PrzekaŜę ci je dopiero po zakończeniu zdjęć w danym dniu - przyrzekła.

Teraz, kiedy oddzielała ich większa przestrzeń i tablica, poczuła się pewniej.
- A jak sobie wyobraŜasz utrzymanie delikatnej równowagi między oboma stanowiskami? 

Uśmiechnęła się ironicznie.

- Tak samo jak twoja siostra, która jest twoją asystentką i rzeczniczką moich interesów jako 

producenta.

- Więc o to chodzi? Boisz się, Ŝe Pilar nie będzie wystarczająco dobrze cię reprezentowała i 

postanowiłaś dopilnować mnie osobiście? -

- Nawet jeszcze nie poznałam twojej siostry - odezwała się rzeczowo. - Postanowiłam, Ŝe 

będę kierownikiem produkcji tego filmu znacznie wcześniej, niŜ dowiedziałam się, Ŝe Pilar 
ma być twoją asystentką. Dla ścisłości, jeszcze zanim zdecydowałam się na złoŜenie ci 
propozycji reŜyserowania filmu. - Poprawiła na tablicy jeden z ruchomych pasków, 
obrazujących poszczególne sceny. - To była decyzja natury zawodowej, nie mająca Ŝadnych 
osobistych podtekstów.

- Czy twoja matka wie o tej decyzji natury zawodowej?
- Moja matka? - spytała, unikając jego wzroku. - A co ona ma do tego?
- Czy nie jest dyrektorem działu produkcji waszej wytwórni? Nie powiesz mi, Ŝe jedna z 

najbardziej wpływowych kobiet w Hollywood - nawiązywał do artykułu w „Entertainment 

background image

Weekly” z poprzedniego tygodnia - zaaprobuje taką niedorzeczną decyzję.

Claire potrząsnęła stanowczo głową.
- Ja jestem kierownikiem produkcji filmu „Desperat” i nikt poza mną. - Wymawiała te 

słowa jak wydający rozkazy sierŜant. - JeŜeli dla ciebie ta decyzja jest niedorzeczna i 
uwaŜasz, Ŝe przysporzy ci kłopotów, to proszę, odpowiedz, zanim zjawi się tu cała ekipa: czy 
mam szukać innego reŜysera?

Zdumiała go ta raptowna zmiana w jej postawie. Przed chwilą była opanowana i nieco 

pogardliwa, odsunęła jego dłoń, jakby się bała, Ŝe zostawi plamę na jej alabastrowym 
podbródku, potraktowała jego uzasadnione obawy jako drobne dokuczliwości. A teraz nagle 
zmieniła się w rozszalałą kotkę. Stała z dłońmi na biodrach, wysoko uniesioną głową i 
oczami rzucającymi lodowate błyski.

- Czy mam szukać kogoś innego na twoje miejsce? - powtórzyła wyniosłym tonem 

obraŜonej królowej. Nie potrafił powstrzymać śmiechu.

- Nie.
Odpowiedziało mu zakłopotane spojrzenie szafirowych oczu.
- To... w porządku - wymamrotała zaskoczona jego wesołością. To głupie, Ŝe z rękami na 

biodrach awanturuje się jak przekupka. Zacisnęła dłonie na lamówce eleganckiego Ŝakietu, 
Ŝ

eby odzyskać zimną krew. - Zatem wszystko zostało wyjaśnione - powiedziała szorstko. 

Usiłowała udawać, Ŝe nic się nie stało.

Rafe popatrzył na nią z Ŝartobliwym uśmiechem.
- Nie wszystko, kochanie. - Zanim się zorientowała, juŜ był przy niej. - Nie uda ci się 

wywinąć z tego w ten sposób.

- Wywinąć? O czym ty mówisz? - Chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz głos uwiązł jej w 

gardle, gdyŜ poczuła na wargach dotyk palców Rafe’a.

Skamieniała.
- O, widzisz, juŜ lepiej. - Był wyraźnie zadowolony, Ŝe tak łatwo zmusił ją do milczenia. - 

O wiele lepiej. A teraz...

Chciał jej powiedzieć... o czymś. Albo zwrócić uwagę... na coś. Lecz pod wpływem 

spojrzenia tej kobiety, stojącej tak nieruchomo i wpatrzonej w niego tymi 
nieprawdopodobnie szafirowymi oczami, całkiem się pogubił.

Więc tylko czubkami palców wodził po jej wargach, zafascynowany wraŜeniem, jakie na 

niej robiła ta pieszczota.

- Masz najbardziej zmysłowe usta pod słońcem - powiedział zduszonym szeptem. - Takie 

miękkie. - Powiódł palcem po delikatnym zarysie górnej wargi. - Takie słodkie. - Dotknął 
dolnej, jakby obrzmiałej. - Kuszą jak świeŜo zerwane dojrzałe wiśnie. - Przesunął palec pod 
jej brodę, Ŝeby odchylić do tyłu głowę. - Na pewno tak samo smakują. - Pochylił ku niej 
twarz.

W głowie Claire odezwał się sygnał ostrzegawczy. Powinna odsunąć się albo zacząć 

krzyczeć, odepchnąć jego dłoń. Jednak niezdolna do jakiegokolwiek działania, mogła tylko 
tak stać jak sama złapana w światła nadjeŜdŜającego samochodu, oczekująca na spełnienie 
się losu.

Wydawało się jej, Ŝe jego twarz zbliŜa się bardzo powoli, jakby oglądana na filmie w 

zwolnionym tempie - kaŜdy szczegół widziany tak ostro i wyraźnie jak przez najczulszy 
obiektyw kamery. Ciemne włosy opadły mu na czoło, kiedy się nad nią pochylał. Czarne 
oczy, przepełnione poŜądaniem, utkwione były w jej ustach, a jego lekko rozchylone wargi 
były coraz bliŜej i bliŜej...

Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Rafe zaklął pod nosem i opuścił rękę. Oboje starali 

się uspokoić przyspieszone oddechy.

- Bardzo przepraszam. - Robert wetknął głowę przez drzwi. - Pan Cleary i panna Santana 

juŜ przyszli na spotkanie. Panna Ward telefonowała z samochodu i powiedziała, Ŝe razem z 
panem Benningtonem utknęli w korku, ale są juŜ w drodze. Od pozostałych osób nie 
otrzymałem Ŝadnych wiadomości. Czy mam czekać, aŜ wszyscy się zjawią, czy wprowadzić 
tych, którzy juŜ przyszli?

Rafe i Claire spojrzeli na siebie ukradkiem.
- Proszę ich wprowadzić - odrzekli równocześnie.

background image

- A dlaczego nie Woody Harrelson? - zapytał Rafe. Dwa dni po spotkaniu z ekipą filmową 

zasiedli oboje przy stole konferencyjnym, Ŝeby uzgodnić, któremu aktorowi zostanie 
powierzona główna rola w „Desperacie”. - Jest młody, przystojny, potrafi przekonująco 
zagrać takiego pozornie lekkomyślnego prostaka jak Josh. W filmie „Biały człowiek nie umie 
tak skakać” udowodnił, Ŝe to dzięki niemu publiczność waliła do kin. A w „Niemoralnej 
propozycji” pokazał, jakie ma moŜliwości aktorskie.

- Dlatego właśnie juŜ się dla nas nie nadaje. Jest za drogi.
- Nie moŜesz zaoszczędzić na innych pozycjach budŜetu? Skrócić czasu zdjęciowego? - 

zaproponował, wskazując na tablicę. - Coś z tego da się okroić.

- Nie będzie nas stać na Harrelsona, choćbyśmy coś okroili o połowę.
- Jestem przekonany, Ŝe potrafisz gdzieś znaleźć pieniądze. Wszyscy dobrzy producenci to 

potrafią. A ty jesteś dobra, prawda?

Nie zamierzała zwracać uwagi na tę Ŝartobliwą drwinę.
- Nie stać nas na niego - powtórzyła i wskazała na stos taśm z próbnymi zdjęciami. - śaden 

z tych aktorów ci nie odpowiada?

Rafe potrząsnął głową.
- Podobnie jak tobie.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Nie sądzę. Wiem.
Uśmiechnął się do niej niedbale, trochę sennie, jak w czasie ich pierwszego spotkania. 

Prawie uwierzyła wtedy, Ŝe on nie moŜe być tak niebezpieczny, na jakiego wygląda. Teraz 
wiedziała, Ŝe ten uśmiech nie powinien był jej zwieść.

- Skąd wiesz?
- Gdybyś się którymś z nich zainteresowała, wyznaczyłabyś termin przesłuchania. Mam 

rację?

- No... tak. - Nie była pewna, czy ma być zadowolona, Ŝe tak szybko dostosował się do jej 

stylu pracy. Trocheja zatrwoŜyło, Ŝe w ciągu zaledwie kilku dni tak dobrze się na niej poznał.

- Tyle czasu przeglądamy te taśmy, Ŝe wszystko mąci mi się przed oczami. - Rafe odchylił 

się na oparcie krzesła i przetarł powieki wierzchem dłoni. - I Ŝadna z aktorek nie nadaje się 
do roli Molly.

- Chyba nie masz racji - sprzeciwiła się Claire. Wstała od stołu i włoŜyła kolejną kasetę do 

magnetowidu. - Jeszcze raz popatrz na Christine Bishop. - Wróciła na swoje miejsce przy 
stole. - Ja uwaŜam, Ŝe jest doskonała.

- Zbyt wyrafinowana. Molly jest prowincjonalną dziewczyną z małego miasteczka. A ta 

kobieta - wskazał na ekran - wygląda... czy ja wiem... jest chyba zanadto doświadczona, Ŝeby 
grać rolę ufnej, naiwnej i skrzywdzonej.

- Molly została skrzywdzona, ale nie moŜna jej nazwać naiwną. To po prostu osoba 

wraŜliwa na ciosy. I nie była taka znowu ufna. Josh musiał sobie cięŜko zapracować na jej 
zaufanie. A poza tym Molly była bardziej doświadczona, niŜ myślisz. - Spojrzała na Rafe’a 
kątem oka. Wyglądał wzruszająco, zmęczony, ze śladami popołudniowego zarostu. - Jak 
większość kobiet.

- Co większość kobiet? - spytał, jakby myślał o czymś innym. Popatrzył na ekran, usiłując 

dostrzec to, o czym mówiła Claire.

- Są mniej naiwne i bardziej doświadczone, niŜ to się zdaje męŜczyznom.
Odwrócił do niej głowę, gdyŜ uderzył go jakiś ukryty sens tego zdania.
- Coś mi umknęło? - zapytał. Potrząsnęła głową. Niepotrzebnie to powiedziała. Wskazała 

na ekran.

- Popatrz tylko, jak Christine gra tę scenę. Spójrz na jej oczy. Dostrzegasz tę wraŜliwość i 

bezbronność? A jednocześnie jak ona stara się ukryć swą słabość? - Cofnęła taśmę. - 
Obejrzyj jeszcze raz tę scenę bez dźwięku. Teraz widzisz? Trzeba złagodzić makijaŜ, zmienić 
uczesanie, zwrócić jej uwagę na teksaski akcent i będzie doskonała. Myślę, Ŝe musimy 
zaprosić ją na przesłuchanie.

Spojrzał na Claire, jakby spłynęło na niego natchnienie.
- UwaŜam, Ŝe ty powinnaś zagrać Molly.

background image

- Ja? - Była autentycznie zdumiona. - Nie jestem aktorką.
- Ale byłaś. I to bardzo dobrą. PrzecieŜ w „Oszustach” grałaś taką prowincjonalną 

dziewczynę, jak Molly. Jesteś oczywiście trochę starsza, ale od czego właściwy makijaŜ i 
odpowiedni strój. To ty masz właśnie w sobie niewinność i czystość.

- Nie - odrzekła porywczo. - Od siedmiu lat nie grałam w fiknie i nadal nie mam na to 

ochoty. - Nie lubiła tego zawodu nawet wtedy, gdy uchodziła za cudowne dziecko 
Hollywoodu.

- To nie znaczy, Ŝe nie moŜesz wrócić przed kamerę. - Pochylił się w jej kierunku z 

oŜywieniem. Spodobał mu się pomysł, Ŝe mógłby być jej reŜyserem, kierować nią, i wreszcie 
wydobyć na światło dzienne emocje, które chowała pod kruchą powłoką lodu. Stosunki 
między reŜyserem i aktorką mogą być bardzo intymne. A on chciał, wręcz pragnął nawiązać z 
nią intymny kontakt. - Rola Molly jest po prostu dla ciebie napisana. Jak mogłem tego nie 
zauwaŜyć? - Wyciągnął do niej dłoń.

Odskoczyła od stołu, zanim zdąŜył jej dotknąć.
- Nie bądź śmieszny. - Była zła i przeraŜona równocześnie. On chyba nie uświadamiał 

sobie, jak bliski był prawdy.

- Co w tym śmiesznego? Byłaś podziwianą aktorką. Zdobyłaś Oskara za rolę w 

„Pełnoletniej” - przypomniał, tak jakby ona tego nie pamiętała.

- Byłam tylko podziwianym, cudownym dzieckiem ekranu. - Podeszła do magnetowidu i 

zaczęła przewijać taśmę. - Dostałam Oskara, kiedy miałam trzynaście lat.

- I co z tego? Bardzo wiele aktorek, które obecnie odnoszą sukcesy, zaczynały grać w filmie 

jako dzieci. Elizabeth Taylor. Natalie Wood. Jodie Foster. Po „Oszustach” wydawało się, Ŝe 
pójdziesz w ich ślady. I wtedy zrezygnowałaś z kariery.

Dobrze pamiętał, jak prasa rozpisywała się o przyczynach jej zniknięcia po zakończeniu 

zdjęć do „Oszustów”.

Wymyślano rozmaite. Cierpiała na anoreksję i została umieszczona w szpitalu przez 

zaniepokojoną rodzinę. PrzeŜyła załamanie nerwowe. Uciekła z Ŝonatym męŜczyzną. Miała 
zniekształconą figurę po przebytej chorobie. Poszła na wyŜsze studia. Została członkiem 
religijnej sekty. Uprowadzili ją przybysze z kosmosu. Urodziła upośledzone dziecko i 
poświęciła się jego wychowywaniu.

Oczywiście Ŝadna nie była prawdziwa. Hollywoodzki światek uznał w końcu, Ŝe powodem 

porzucenia aktorstwa był po prostu kaprys gwiazdy.

Lecz patrząc na nią teraz, nagle zesztywniałą. Rafe zaczął się zastanawiać, czy choć w 

jednej z tych plotek

nie kryło się źdźbło prawdy. Coś przecieŜ stworzyło tę lodową zaporę, ukrywającą jej 

prawdziwe uczucia.

- Dlaczego? - spytał cicho. - Jak to się stało, Ŝe odnosząca sukcesy młoda aktorka, która 

praktycznie wychowała się przed kamerą, porzuciła karierę i odeszła z zawodu?

Claire zatrzymała taśmę i wyjęła kasetę. Odetchnęła głęboko i z wysoko uniesioną głową 

odwróciła się do niego. Była juŜ gotowa do odpowiedzi, takiej samej zresztą, jakiej 
niejednokrotnie udzielała swojej rodzinie.

- Sam juŜ sobie odpowiedziałeś na to pytanie. Wychowałam się przed kamerą. Dosłownie. 

Moja matka była ze mną w ciąŜy, kiedy pracowała z Seanem Connery. Gdy miałam cztery 
lata, ojciec dał mi małą rolę w swoim filmie. Wszyscy mówili, Ŝe jestem urodzoną aktorką. A 
dla mnie aktorstwo było rzeczą tak naturalną jak oddychanie. Jako dziecko, nigdy nie 
zastanawiałam się, czy lubię to zajęcie.

W gruncie rzeczy go nie cierpiała. Wzrastanie w nieustannym świetle jupiterów i w 

związanym z tym rozgłosie miało swe ujemne strony, których dziecko najpierw nie umiało, a 
później nie mogło wyrazić. Kariera aktorska sprawiała satysfakcję jej rodzicom. Stwarzała 
podwaliny przyszłych sukcesów. Dawała moŜliwość bogatych przeŜyć. To wszystko wtedy 
się liczyło.

- Nie rozwaŜałam początkowo powaŜnie, czy aktorstwo jest moim Ŝyciowym powołaniem. 

Taka refleksja przyszła dopiero wtedy, gdy zagrałam w „Oszustach”. Miałam prawie 
dziewiętnaście lat i zrozumiałam, Ŝe juŜ więcej nie mam na to ochoty.

- Ale nadal mi nie powiedziałaś dlaczego.

background image

- Znudziła mi się ta praca. Taki prosty powód. Przestała juŜ być dla mnie wyzwaniem, więc 

postanowiłam spróbować czegoś innego. A to - zatoczyła wkoło ręką, wskazując na stosy 
kaset z próbnymi zdjęciami, tablice z kalendarzowym planem zdjęć, stertę nie przeczytanych 
jeszcze scenariuszy - jest właśnie tym czymś.

Rafe nadal nie był przekonany.
- I nigdy potem nie ciągnęło cię przed kamerę? Nie wabiły cię światła jupiterów? śądza 

sławy i dalszej kariery gwiazdy filmowej?

- Nie, nigdy. - Wypowiedziała te słowa z najgłębszym przekonaniem. - A teraz chyba 

powinieneś jeszcze raz przejrzeć tę taśmę. - Podsunęła mu kasetę z próbnymi zdjęciami 
Christine Bishop. - Musimy wreszcie znaleźć aktorkę do roli Molly.

- Przyznaję, myliłem się - stwierdził Rafe, spoglądając chmurnym wzrokiem. Claire 

Kingston była naprawdę producentką o niesamowitym instynkcie, dzięki któremu bezbłędnie 
dobierała obsadę aktorską. - Przesłuchanie Christine Bishop wypadło...

- ...kapitalnie - podsunęła, bardzo z siebie zadowolona. - Zdumiewająco.
- Miałem na myśli: zadowalająco.
Chciał ją zezłościć. Zaczął stosować taką metodę, Ŝeby się przekonać, czy uda mu się 

znowu wyprowadzić ją z równowagi, jak wtedy, gdy zarzucił jej podjęcie decyzji bez zgody 
matki. Jak dotąd bez skutku. Jej opanowanie zaczynało go powoli doprowadzać do szału.

- Droczysz się, bo nie miałeś racji - odparła spokojnie. Nie da się sprowokować. Tylko raz 

mu się powiodło i to się juŜ nie powtórzy. Tak było bezpieczniej. - Christine zagrała pięknie i 
dobrze o tym wiesz. Teraz musimy wyszukać jej partnera o podobnej sile wyrazu i 
odpowiednim stylu gry.

- Mam kandydata do roli Josha - oznajmił Rafe. - Znalazłem go tam, gdzie wcale nie 

zamierzałem szukać. Przeskakiwałem wczoraj wieczorem z kanału na kanał w telewizji i 
nagle mi się objawił.

Claire nawet nie podniosła oczu znad dziennego raportu produkcji.
- Kto i za ile?
- Aktor dobry warsztatowo. - Nie wprowadzał jej w szczegóły, gdyŜ wiedział, jak ona ceni 

zwięzłość.

- Nie jest olśniewający, ale ma duŜe umiejętności. MoŜe trochę za stary do tej roli...
- Kto i za ile? - Tym razem Claire uniosła wzrok.
- Twój stary przyjaciel z „Oszustów”.
- Kto i za... - W jej oczach pojawił się przestrach.
- Z „Oszustów”?
Rafe skinął głową.
- Dax Wyatt - wyjaśnił, oczekując, Ŝe będzie mile zaskoczona.
- Dax Wyatt? - Patrzyła na niego, jakby postradał zmysły. - Chyba Ŝartujesz. Zmarszczył 

brwi.

- Dlaczego ci nie odpowiada?
- No... - Zastanawiała się gorączkowo, co ma mu powiedzieć, jaką znaleźć wymówkę. 

Cokolwiek, byle nie prawdę. - Przede wszystkim jest za stary. - Energicznie przekładała 
kartki raportu, usiłując ułoŜyć je we właściwej kolejności. - Sam to stwierdziłeś.

- To Ŝaden problem. RóŜnica wieku nie jest taka duŜa. Poza tym on potrafi zagrać 

męŜczyznę młodszego od siebie. NajwaŜniejsze, Ŝe jest naturalny i bezpretensjonalny. A 
fizycznie będzie dobrym kontrastem dla Christine.

- Nie.
- Dlaczego?
- Nie chcę go. Dlatego. - ZłoŜyła gwałtownie teczkę z raportem i wstała. - To kończy 

sprawę.

- O nie, nie kończy, bynajmniej. - Rafe’a zaczęła ogarniać złość. - Nie moŜesz podejmować 

sama takiej decyzji, dopóki przynajmniej ze mną jej nie przedyskutujesz. Mam prawo 
zatwierdzania obsady, zapomniałaś?

- Ja takŜe mam takie prawo - odparła ostro. - I nie godzę się na Daxa Wyatta.

background image

- Dlaczego?
- PoniewaŜ... poniewaŜ go nie cierpię. To wszystko. - Skierowała się do stojącej za 

biurkiem sekretery i otworzyła szufladę. - Czy moŜemy juŜ uznać ten temat za wyczerpany? 
Bardzo proszę.

- Nie, nie moŜemy - odrzekł Rafe z uporem. - Chyba Ŝe mnie przekonasz. Dax Wyatt jest 

dobrym aktorem. Według mnie świetnie nadaje się do tej roli. Nie odrzucę jego kandydatury 
tylko dlatego, Ŝe ty go nie lubisz. Do licha, Claire, przecieŜ nie namawiam cię, Ŝebyś poszła z 
nim do łóŜka. Proponuję tylko przesłuchanie i...

Zamknęła szufladę z trzaskiem.
Czarne oczy Rafe’a zwęziły się, jakby zaczął się czegoś domyślać.
- Co ci jest? Miałaś z Daxem Wyattem nieszczęśliwy romans? I dlatego nie chcesz z nim 

pracować? Czy właśnie o to chodzi?

- Romans? - Palce Claire zacisnęły się na uchwycie szuflady. - Z Daxem Wyattem? - Przez 

krótki, przeraŜający moment myślała, Ŝe zemdleje. Albo zwymiotuje. Opanowała się całą siłą 
woli. Kiedy odwróciła się do Rafe’a, znowu była Królową Lodu.

- Nie obraŜaj mnie - powiedziała tonem, jakby rozmowa o Daxie Wyattcie zaczynała ją 

nudzić. - To wstrętny typ. - Pięknie zarysowana górna warga wykrzywiła się w lekkim 
grymasie szyderstwa. - Obleśny, męski szowinista. A ja po prostu z kimś takim nie lubię 
pracować. Ale skoro sądzisz, Ŝe on moŜe być dobry w roli Josha... - Wzruszyła ramionami, 
co miało wskazywać, Ŝe na temat gustów się nie dyskutuje, i otworzyła swój terminarz. - 
Chyba będę miała trochę czasu w przyszłym tygodniu. - Przerzucała strony kalendarza. - Jaki 
dzień najbardziej by ci odpowiadał? - Podniosła na niego wzrok, gdyŜ milczał. -Rafe?

- Co za zaskakująca zmiana poglądów.
- Jestem ci to winna. - Musiała się jakoś wytłumaczyć. - Ty zawierzyłeś mojemu 

instynktowi przy obsadzaniu roli Molly, więc chyba powinnam ci się zrewanŜować. Kto wie? 
MoŜe będę mile zdziwiona. Niewykluczone, Ŝe Dax wydoroślał od tamtych czasów. - Wzięła 
do ręki pióro. - Co powiesz na czwartek?

- Molly, musisz podjąć decyzję. - Dax Wyatt wypowiadał swą kwestię ze scenariusza. - 

Ufasz mi czy nie? - Patrzył w oczy Christine Bishop. - Co się z tobą dzieje, jedziesz ze mną 
czy zostajesz - wyczuwało się, Ŝe pod oschłym tonem pragnie za wszelką cenę ukryć głęboką 
rozpacz.

Nikt z oglądających tę scenę nie miał wątpliwości, Ŝe bohater przeŜywa mękę walki 

wewnętrznej. Modulacja głosu i wyraz oczu mówiły, Ŝe Molly odmową zadałaby mu cios w 
samo serce. A on raczej by umarł, niŜ się do tego przyznał.

Rafe spojrzał na Claire znacząco. Jego wzrok wyraźnie mówił: Czy nie miałem racji, Ŝe 

Dax Wyatt będzie doskonały w tej roli?

Niewątpliwie miał rację, pomyślała Claire. Aktor wspaniale zagrał zakochanego młodego 

człowieka - czułego, a jednocześnie bojącego się wyjawić uczucie, które uwaŜał za słabość.

MoŜe rzeczywiście dojrzał psychicznie od czasu, kiedy razem pracowali?
- Ja... ja nie mogę. - To była kwestia Christine Bishop. - Nie teraz. Jeszcze nie. Proszę. - 

Aktorka połoŜyła dłoń na ramieniu Daxa. - Josh, proszę cię, daj mi trochę czasu.

- Ile? - spytał szorstko, jakby lekcewaŜył takie babskie gadanie, gdy tymczasem słychać 

było łzy w jego głosie.

- Kilka dni. Dopóki mama nie wyzdrowieje. Wtedy pojadę z tobą. Obiecuję.
- Przedtem teŜ mi obiecywałaś.
- Tym razem dotrzymam słowa, naprawdę. Musisz mi uwierzyć. - Zacisnęła palce na gorsie 

jego koszuli. - Powiedz, Ŝe nie wyjedziesz beze mnie. Proszę, Josh.

Odsunął ją od siebie.
- Nie mogę się tu obijać w nieskończoność - odrzekł twardo.
- Jeszcze tylko parę dni.
Claire obserwowała, jak z wolna twarz aktora łagodnieje.
- Niech będzie. - Wziął partnerkę w ramiona i ich usta zwarły się w namiętnym pocałunku. 

Pocałunek trwał o wiele dłuŜej, niŜ wymagał scenariusz.

A jednak Dax nie wydoroślał, pomyślała Claire, patrząc z zakłopotaniem, jak Christine 

background image

stara się w miarę dyskretnie wysunąć z jego objęć.

- To chyba wystarczy - powiedziała Claire donośnym głosem. Nie mogła dłuŜej znieść tego 

Ŝ

enującego widowiska.

Dax uniósł głowę z uśmiechem.
- I jak mi poszło? - spytał, najwyraźniej nieświadomy reakcji Christine na przedłuŜoną 

scenę pocałunku.

Rafe spojrzał na Claire. Skinęła niechętnie głową.
- Moje gratulacje - rzekł Rafe. - Masz tę rolę.

- A zatem jak dotąd, nie ma między nami rozbieŜności. - Claire powiodła wzrokiem po 

zgromadzonych wokół stołu konferencyjnego.

Właśnie dobiegało końca zebranie, jedno z tych długich i wyczerpujących spotkań z 

głównymi realizatorami filmu przed przystąpieniem do zdjęć.

Uczestniczyli w nim scenograf, dekorator wnętrz, asystentka reŜysera, sekretarka planu, 

szef operatorów i oczywiście reŜyser.

- Rozumiem - mówiła dalej Claire - Ŝe nikt nie ma wątpliwości, co i jak chcemy osiągnąć. 

Wszyscy wiecie, jakimi środkami dysponujemy i znacie ograniczenia. A zwłaszcza kaŜdy 
pamięta o wysokości naszego budŜetu. Tak?

Odpowiedzią były znuŜone potakiwania. Nikt nie zgłaszał dalszych uwag, więc Claire 

zwróciła się jeszcze do dwóch osób - Becky Ward, scenografa, i Benningtona, dekoratora 
wnętrz.

- Becky? R.J.? Czy wszystko jasne?
- Jasne jak słońce - odparł R.J. Bennington w imieniu obojga.
- A ty, Anno? Nie masz Ŝadnych pytań lub uwag?
Anna Markowitz zdjęła okulary i pomasowała nasadę nosa.
- JeŜeli przyjdzie mi coś do głowy, czego jeszcze nie przemaglowaliśmy tysiąc razy, to dam 

ci znać.

- Pilar? O niczym nie zapomnieliśmy?
- O niczym. Wszystko zostało omówione.
- W kółko i na okrągło - powiedział Rafe scenicznym szeptem.
Wszyscy się roześmieli, nawet Claire, która jednak nie dawała za wygraną.
- Denis, a ty? Masz jeszcze jakieś nie rozwiązane problemy?
Operator powiedział tylko jedno słowo.
- Plener.
Tak. Jak dotąd była to nadal otwarta kwestia. Po trzech tygodniach poszukiwań małego, 

prowincjonalnego miasta w Teksasie, mającego oddawać klimat Burley, w którym autor 
scenariusza umiejscowił akcję filmu, nie udało się znaleźć niczego, co odpowiadałoby 
wymaganiom Claire.

- Ja się tym zajmę. To znaczy - poprawiła się, rzucając szybkie spojrzenie na reŜysera - my. 

Rafe i ja wyruszymy w sobotę skoro świt do Teksasu - wyjaśniła. Starała się, by jej głos nie 
zdradził, Ŝe na samą myśl o wspólnej podróŜy dostawała gęsiej skórki.

Przemierzanie rozległych obszarów zachodniego Teksasu wypoŜyczonym samochodem w 

poszukiwaniu małego miasteczka, smaŜone kurczaki w wiejskich gospodach, nocowanie w 
skromnych motelach bez obsługi i telewizji zupełnie się jej nie uśmiechało. Przede 
wszystkim ze względu na nieustanną obecność Rafe’a, w samochodzie, podczas posiłków, a 
nocą w sąsiednim pokoju.

- Przyrzekam, Ŝe znajdziemy Burley przed rozpoczęciem zdjęć. - Przysięgła sobie w duchu, 

Ŝ

e będzie to najkrótszy rekonesans plenerów w dziejach kina.

- Nawet gdybym musiała wybudować to miasteczko gołymi rękami - dodała.
- Brawo - skomentowała Becky Ward, po czym ziewnęła. - Czy moŜemy juŜ iść do domu?
- Wy moŜecie - powiedziała Claire z westchnieniem, jak wyrozumiała matka do gromadki 

dzieci.

- Robert natychmiast was zawiadomi, jak tylko coś znajdziemy.
Zebrani zaczęli wstawać od stołu.
- I pamiętajcie, Ŝe wszyscy członkowie naszej ekipy realizacyjnej mają zawiadamiać 

background image

Roberta o swych aktualnych planach. - Claire nie mogła odmówić sobie tej uwagi. - Wszelkie 
zmiany w dotychczasowych ustaleniach powinny być zgłoszone na piśmie albo...

Rafe podszedł do niej i stanowczym ruchem połoŜył jej dłoń na ustach, przerywając w pół 

słowa.

- Wiemy, wiemy - powiedział. - Daj juŜ... Urwał gwałtownie, gdyŜ wyczuł, Ŝe ona 

zadygotała nerwowo. W jej szeroko otwartych oczach dojrzał oburzenie i przeraŜenie, 
zupełnie nie pasujące do tego niewinnego gestu. Natychmiast cofnął rękę.

Claire oddychała szybko, lecz odwróciła się od niego bez słowa, jakby nic nie zaszło.
- Zanim wyjdziecie... - Zamilkła na moment, gdyŜ musiała odchrząknąć. - Zanim wyjdziecie 

- powtórzyła juŜ opanowana jak zawsze - chciałabym jeszcze coś powiedzieć.

Pięć dorosłych osób westchnęło głośno. Jak zawiedzione dzieci, którym oznajmiono, Ŝe 

wyjazd na wakacje się opóźnia.

Tylko Rafe stał w milczeniu i zastanawiał się, czy przypadkiem nie poniosła go 

wyobraźnia, kiedy przed chwilą wydawało mu się, Ŝe dostrzegł w oczach Claire panikę.

- Uspokójcie się - mówiła dalej. - Nie zamierzam wam znowu o czymś przypominać ani 

wydawać ostatnich poleceń. Chciałam po prostu powiedzieć, jak bardzo jestem wam 
wdzięczna za tyle cięŜkiej pracy, którą juŜ wykonaliście. Wiem, Ŝe przy tym właśnie fiknie 
dałam się wam trochę we znaki...

- Trochę, to za mało powiedziane - wtrąciła Ŝartobliwie Anna Markowitz.
- Zgoda, zalazłam wam porządnie za skórę. - Claire uśmiechnęła się ze skruszoną miną. - 

Pragnęłabym więc choć w drobnej mierze się odwdzięczyć. Zapraszam was na bal. Urządza 
go Tara w sobotni wieczór w domu Pierce’a. Na cele dobroczynne. Będziecie moimi gośćmi 
- podkreśliła z naciskiem. - MałŜonkowie i bliskie sercu osoby mile widziane. Mam tylko 
nadzieję - uśmiechnęła się kpiąco - Ŝe nie przyprowadzicie jednych i drugich. - Kiedy 
zamilkły chichoty, dodała: - Stroje wieczorowe. Będzie kolacja i oczywiście tańce, a dla 
zainteresowanych aukcja. Nie przejmujcie się dojazdem, przyślę po was samochody. Są 
chętni?

Wszyscy byli, oczywiście. Bale dobroczynne Tary Channing-Kingston miały opinię jednej 

z najwaŜniejszych imprez towarzyskich. Między innymi dlatego, Ŝe nie urządzała ich tak 
często jak inne damy Hollywoodu, więc zaproszenie do niej było nadzwyczaj poŜądane.

Udział w jej przyjęciu mógł mieć korzystny wpływ na pozycję towarzyską i wizerunek w 

ś

wiecie filmowym. W najgorszym razie umoŜliwiał kontakt z wybitnymi ludźmi. A w 

najlepszym... Plotka głosiła, Ŝe szczegóły dotyczące jednej trzeciej filmów zostały 
opracowane na koktajlowych serwetkach w czasie przyjęć u Tary.

Jedynie Rafe nie wydawał się szczególnie podekscytowany.
- Nie chodzę na bale dobroczynne - odezwał się, kiedy juŜ reszta towarzystwa opuściła 

pokój.

- Nie? Dlaczego?
- Głównie ze względu na snobistyczne towarzystwo i czczą gadaninę - odparł.
Patrzył, jak Claire idzie wzdłuŜ stołu ze spuszczoną głową i zbiera pozostałe po długim 

dniu pracy papiery.

- Płacisz setki dolarów - ciągnął dalej - i dostajesz za to rozgotowane spaghetti i kilka 

listków sałaty, które nie wystarczyłyby nawet królikowi. Czasem przy odrobinie szczęścia 
trafi ci się kawałek nie dopieczonego kurczaka. - Podniósł kosz na śmieci i zaczął sprzątać ze 
stołu z drugiej strony. - A te wszystkie pieniądze idą w końcu raczej na dekoracje wnętrz i 
rozrywki niŜ dla potrzebujących wsparcia.

- Jeśli chodzi o towarzystwo, to oczywiście masz rację, ale w tym mieście nie moŜna od 

tego uciec. Za to jedzenie u Tary jest zawsze znakomite. Tym razem szykuje jakieś 
egzotyczne, tajlandzkie potrawy, maje przyrządzać kucharz z San Francis... - urwała 
gwałtownie.

Uświadomiła sobie, Ŝe Rafe stoi zupełnie blisko z wyciągniętym ku niej koszem w ręce. 

Posłała mu spłoszone spojrzenie, wrzuciła śmieci do kosza i odeszła w przeciwnym kierunku, 
Ŝ

eby zabrać ze stołu swoje teczki i notatniki.

- Zaręczam, Ŝe nie umrzesz z głodu - mówiła dalej, jakby nic się nie stało. - A cały dochód 

jest przeznaczony na sfinansowanie programu badań prenatalnych prowadzonych przez 

background image

szpital połoŜniczy we wschodniej dzielnicy Los Angeles i tam zostanie od razu przekazany. 
Ten program to oczko w głowie Tary. Zainteresowała się nim, kiedy zmarło jej pierwsze 
dziecko, urodzone przedwcześnie. To oczywiście było dawno temu, ale...

- Claire.
Zatrzymała się na dźwięk swego imienia wypowiedzianego niskim, gardłowym głosem.
Przycisnęła kurczowo do piersi plik teczek i uniosła głowę.
- Słucham? - Patrzyła na niego zupełnie jak wtedy, gdy połoŜył jej dłoń na ustach.
Prawie tak samo, poprawił się. Z jej oczu nie wyzierała juŜ panika, tylko jakaś czujna 

obawa. Przypominało mu się pewne wydarzenie z dzieciństwa. Koło stajni ich sąsiadów 
półdzikie kociaki łowiły myszy. Złapał jednego, bo chciał go oswoić. Kiedy w swoim pokoju 
leŜał na brzuchu na podłodze i próbował pieszczotliwym tonem nakłonić kotka, Ŝeby wziął z 
jego ręki jedzenie, zwierzątko patrzyło na niego właśnie takim samym wzrokiem, jak teraz 
Claire.

- Masz jakiś uraz do mnie - spytał miękko - czy boisz się wszystkich męŜczyzn?
W oczach Claire błysnęło oburzenie.
- Nie boję się męŜczyzn.
- A więc jedynie mnie.
- Ciebie teŜ nie. - Uniosła wysoko głowę. - Nie wiem, skąd ci przyszła do głowy podobnie 

ś

mieszna myśl.

- Obserwowałem, jak okrąŜasz stół, Ŝeby stale nas rozdzielał, jakbyś się bała, Ŝe cię złapię i 

przewrócę na blat.

- Co za bzdura.
- Naprawdę?
- Totalna - warknęła. - I irytująco typowa.
- Typowa?
- Dlaczego męŜczyźni zawsze uwaŜają, Ŝe kaŜda kobieta, która się nimi nie interesuje, musi 

albo się ich bać, albo cierpieć na oziębłość. Nie przychodzi im do głowy, Ŝe moŜe być po 
prostu wymagająca.

- Czy moŜemy przeprowadzić mały test?
- Jaki?
- Będziesz tutaj stała, a ja przejdę wzdłuŜ stołu. ZmruŜyła podejrzliwie oczy. Jakby 

spodziewała się pułapki.

- I co potem?
- Nic. Podejdę i stanę obok ciebie, a ty tylko będziesz spokojnie stała. Myślę, Ŝe ci się to nie 

uda. Strach ci na to nie pozwoli.

Wzruszyła ramionami i połoŜyła teczki z trzaskiem na stole.
- Bardzo proszę.
Zaczęła przeglądać jakieś papiery, jakby była sama w pokoju.
A Rafe juŜ był przy niej. Poczuła bijące od niego ciepło. Nie powinno drgnąć najmniejsze 

włókno jej ciała. Tylko w ten sposób moŜe udowodnić, Ŝe się go nie boi i nie jest nim 
zainteresowana. Musi zachować całkowitą obojętność.

Stała nieruchomo, choć czuła juŜ, Ŝe jego pierś dotyka jej ramienia, a gorący oddech unosi 

włosy na jej skroni. Odczekała dla pewności jeszcze parę sekund.

- Zadowolony? - spytała uszczypliwie, unikając jego wzroku. KaŜdy nerw miała napięty, 

lecz zdecydowana była za Ŝadne skarby świata nie okazać zdenerwowania.

Bynajmniej, pomyślał Rafe, i ta myśl go zdziwiła. Lecz zaraz uświadomił sobie, Ŝe dopiero 

wtedy będzie usatysfakcjonowany, kiedy ona zacznie mu jeść z ręki. I pomrukiwać z 
zadowolenia, jak w końcu tamten półdziki kotek.

NajwaŜniejsze było wzbudzenie jej zaufania.
- Jesteś bardzo opanowana, Claire Kingston, muszę to przyznać. - W jego głosie brzmiało 

rozbawienie i podziw. - Ale nie aŜ tak, jakbyś chciała. Pod lodową maską, którą przybrałaś, 
kipi wulkan. Widzę go w twoich oczach, za kaŜdym razem, kiedy na mnie patrzysz. 
Wyczuwam w mchach twego ciała pod zakrywającym je szczelnie kostiumem. Dostrzegam 
na miękkiej skórze, o tu, pod brodą. - Bardzo powoli i ostroŜnie podniósł rękę i nie 
dotykając, wskazał na pulsujący punkt nad wysokim kołnierzykiem jedwabnej, ozdobionej 

background image

falbanką bluzki. - Tak szybko bije ci tętno. Pewnego dnia namiętność, którą w sobie 
uwięziłaś, wybuchnie z całą mocą. Potrzebny jest ci tylko ktoś, kto by cię poprowadził we 
właściwym kierunku. Kto odbezpieczyłby zapalnik. I ja zamierzam być tym kimś.

Spojrzała na niego kątem oka.
- Skończyłeś juŜ te naiwne, pseudopsychologiczne rozwaŜania?
Królowa Lodu nie ustąpiła nawet o włos. Odpowiedział uśmiechem na tę kąśliwą uwagę. 

Skinął głową.

- Na razie.
- Więc teraz zejdź mi z drogi. Mam jeszcze mnóstwo pracy. - Obrzuciła go odpychającym 

spojrzeniem.

- Ciebie oczywiście nie zatrzymuję. To juŜ było prawie polecenie.
- Aha, jeszcze jedno. - Zatrzymał się w drodze do drzwi. - O której jutro przyślesz po mnie 

samochód?

- Sądziłam, Ŝe nie bywasz na balach dobroczynnych. Uśmiechnął się do niej od progu.
- Zmieniłem zdanie. O której?
Chciała mu powiedzieć, Ŝeby nie przejmował się jej zaproszeniem. Lecz taka reakcja 

byłaby zbyt oczywista. Poza tym zaprosiła przecieŜ wszystkich. Prasa mogłaby rozdmuchać 
fakt, Ŝe jedynie reŜyser nie pojawił się na przyjęciu.

- O wpół do ósmej. Punktualnie. I Rafe - poczekała, aŜ ponownie zwróci na nią wzrok - 

musisz się ogolić po południu - powiedziała słodkim głosem

- Ŝebyś nie wyglądał na gangstera przebranego w smoking, który, niestety, będziesz 

zmuszony sobie kupić. Jeśli ci się uda w tak krótkim czasie znaleźć odpowiedni rozmiar.

ROZDZIAŁ 4

Uwaga Claire o smokingu, rozmyślał Rafe, sadowiąc się w samochodzie, który po niego 

przysłała, była zapewne rewanŜem za jego „naiwne, pseudopsychologiczne rozwaŜania”. 
Prawie całe sobotnie przedpołudnie spędził na poszukiwaniach odpowiedniego rozmiaru i 
tylko dzięki solidnemu napiwkowi krawiec jednego z najdroŜszych salonów mody dopasował 
mu ten strój na wieczór.

W dzieciństwie Ŝył w skromnych warunkach i zwykle nosił przerabiane i uŜywane rzeczy. 

Nadal wydawało mu się absurdalne wyrzucanie masy pieniędzy na wytworne, wieczorowe 
ubranie. Ale, do licha cięŜkiego, nie mógł sobie pozwolić na to, Ŝeby wyglądać na przyjęciu 
jak ubogi krewny. Claire strzeliła w ciemno, lecz trafiła w słaby punkt, jakim było jego 
pochodzenie. A właśnie ono odbierało mu pewność siebie.

Dorastał w biedzie, w małym miasteczku zachodniego Teksasu, niewiele róŜniącym się od 

owego fikcyjnego Burley z „Desperata”. Meksykańskie dziedzictwo, z którego był dumny, 
stanowiło jednak obciąŜenie na drodze do społecznej akceptacji, nie mówiąc juŜ o karierze. 
Po śmierci ojca stal się głową rodziny, choć miał dopiero piętnaście lat i był o wiele za młody
na dźwiganie takich obowiązków. Tylko dzięki własnemu, zawziętemu dąŜeniu do sukcesu i 
nieugiętej woli matki, udało mu się zdać maturę. WyŜsze studia nie wchodziły w rachubę, 
skoro trzeba było wyŜywić, odziać i wykształcić sześcioro rodzeństwa. Tak więc Rafe 
poszedł do pracy na polu naftowym i większość zarobionych pieniędzy wysyłał co tydzień do 
domu.

Od tego czasu zdobył jeszcze trochę wykształcenia, a i samo Ŝycie dodało mu ogłady, lecz 

nadal nie był całkowicie pewny, którego widelca ma uŜyć, gdy leŜały dwa przy nakryciu. To 
dlatego nie uczęszczał na bale dobroczynne i inne wystawne hollywoodzkie przyjęcia. Nie 
czul się na nich swobodnie. Bal się, Ŝe się wygłupi.

I teraz, mknąc w luksusowej limuzynie, ubrany w czarny smoking i czarne, kowbojskie buty 

z węŜowej skóry, zastanawiał się, czy właśnie dokładnie tego nie robi. Błaźni się. Z powodu 
rozpieszczonej, pochodzącej z wyŜyn społecznych księŜniczki.

JuŜ mu się to kiedyś zdarzyło.
W małym, teksaskim mieście, takim jak Flat Rock, społeczne linie podziału były znacznie 

ostrzejsze niŜ gdzie indziej, a jego od początku los umieścił po tej gorszej stronie. 
Oczywiście, wiele dziewcząt chętnie przekraczało tę niewidzialną granicę. Takie zawsze się 

background image

znajdą, w kaŜdym mieście. Lecz nie robiły tego nigdy publicznie. Zawsze wycofywały się, 
gdy pojawiło się ryzyko utraty pozycji towarzyskiej. Jakoś sobie z tym radził. Dla większości 
znajomość z nim była jedynie

okazją poznania innego świata. Wiedział o tym. I nawet go to czasem bawiło.
Spotkał tylko jedną dziewczynę, która wydawała się inna. Poznał ją przed maturą. Nie kryła 

się z tym, Ŝe chodziła z nim na randki, obwoziła go odkrytym, czerwonym kabrioletem, który 
dostała od ojca na szesnaste urodziny. Na spacerach trzymali się za ręce, razem chodzili 
popływać do miejscowego klubu, nie zwaŜając na plotki. Zakochał się w niej bez pamięci, 
oddał jej swe młode serce wraz z obietnicą małŜeństwa. W końcu któregoś dnia w pełni 
długiego, gorącego teksaskiego lata oznajmiła mu, Ŝe nie chce go juŜ więcej widzieć. Miesiąc 
później wyjechała bez poŜegnania. Dopiero wtedy uświadomił sobie, Ŝe go wykorzystała, aby 
skłonić swego bogatego tatusia do wysłania jej na studia do Dallas.

Potem były oczywiście inne kobiety. Tak zwane porządne dziewczyny i te trochę mniej 

porządne. Ze wszystkich moŜliwych sfer. Od nich nauczył się, Ŝe nie naleŜy patrzeć na 
stosunki między kobietą i męŜczyzną przez pryzmat bolesnego doświadczenia wyniesionego 
z kontaktów z jedną zepsutą dziewczyną. Mimo to, pierwsza lekcja była ciągle Ŝywa i jej 
wspomnienie nawiedzało go w najmniej odpowiednich momentach. Takich jak ten.

W wytwornej rezydencji Pierce’a w Beverly Hills trwały ostatnie przygotowania do balu. 

Claire, od dawna juŜ przebrana i uczesana, wręcz narzucała się bratowej z pomocą. Nie 
mogła znieść myśli, Ŝe choć na chwilę zostanie sama. Pragnęła znaleźć się w hałaśliwym 
dumie. MoŜe gwar gości zagłuszyłby wspomnienie niskiego, gardłowego głosu Rafe’a, który 
wmawiał jej, Ŝe potrzebuje kogoś, kto poprowadziłby ją we właściwym kierunku. I Ŝe on 
miałby być tym kimś. Taka wizja była równie podniecająca, jak i alarmująca.

Wstąpiła do kuchni, lecz gospodyni, groźna pani Gilmore, całkowicie panowała nad 

sytuacją, poganiając personel swym zwykłym, nie znoszącym sprzeciwu głosem i rzucała 
mordercze spojrzenie na kaŜdego, kto ośmieliłby się pomyśleć o wścibianiu nosa w jej 
sprawy.

Claire szybko wycofała się z kuchni i weszła na piętro. Tarę zastała tam, gdzie mogła się jej 

spodziewać - w przygotowanym przez Pierce’a dla siostrzeńców pokoju dziecinnym. 
Bratowa właśnie karmiła piersią niemowlę. Jej mąŜ - starszy brat Claire, Gage, czytał na 
dobranoc bajkę dwuletniemu Beau. Malec siedział mu na kolanach. Okoloną potarganymi 
blond włoskami główkę przytulił do plisowanego gorsu białej, wieczorowej koszuli ojca. 
Tara z uśmiechem zaprosiła Claire gestem dłoni do środka, lecz Claire potrząsnęła głową.

- Przyjdę później.
Nie chciała zakłócać im tej rodzinnej, intymnej atmosfery. Dobrze wiedziała, ile wysiłku 

kosztuje Tarę i Gage’a danie dzieciom tych wspólnych szczęśliwych chwil. Wiedziała takŜe, 
jak waŜne będą takie wspomnienia, gdy juŜ dorosną. Ona sama, dziecko rodziców 
pochłoniętych zawodowymi zajęciami, szczęśliwe chwile dzieciństwa zawdzięczała głównie 
niańce.

Pierce’a i Nikki spotkała na szerokich schodach, wiodących ku wyłoŜonemu marmurami 

holu. Trzymając się za ręce, skradali się w górę jak złodzieje. Ich

miny nie pozostawiały wątpliwości, jaki jest cel tej wyprawy.
Claire przysunęła się do połyskującej poręczy z orzechowego drewna i właśnie 

zastanawiała się, czy ją w ogóle zauwaŜyli, gdy Nikki odwróciła się, by sprawdzić, czy nikt 
ich nie obserwuje z holu - i znieruchomiała.

- Pierce. - Szarpnęła męŜa za rękę. Rozejrzał się wokoło.
- Och, Claire, cześć. Co słychać?
- Dziękuję, wszystko w porządku - odparła Claire z uśmiechem. Młodszy z jej dwóch braci 

zapominał o dobrych manierach, kiedy ulegał niepohamowanemu apetytowi na Ŝonę. Na tym 
między innymi polegał jego urok. - A co u ciebie?

- Jak dotąd - rzucił spojrzenie na zapłonioną Nikki - wszystko szło jak najlepiej.
ZbliŜył się do siostry i pocałował ją w policzek.
- Cieszę się, Ŝe cię widzę, Claire.
- Mnie teŜ miło widzieć was oboje. - Claire równie czule pocałowała brata. - Ale właściwie 

background image

co tu robicie? Przeglądałam wczoraj raporty produkcji i wynika z nich, Ŝe zdjęcia do 
„Stworzonych dla siebie” mają potrwać jeszcze przynajmniej dwa tygodnie. Czy nie 
powinniście być w Toronto? W pracy?

- Och, Claire, daj spokój. Nie bądź taka zasadnicza. Jesteśmy na przyjęciu.
- Przyjechaliśmy tylko na weekend - pospieszyła z wyjaśnieniem Nikki, kierując w stronę 

męŜa piorunujące spojrzenie. - Prawda, Pierce?

Głębokie, cięŜkie westchnienie Pierce’a miało świadczyć o godnym poŜałowania losie 

pantoflarza.

- Tak, kochanie.
Obie panie roześmiały się.
- No to wracajcie do swoich zajęć - powiedziała Claire. - A ja pójdę zobaczyć, co się dzieje 

w ogrodzie.

Pierce miał juŜ iść na górę, gdy Nikki pociągnęła go za rękaw, wskazując głową w kierunku 

Claire.

- Co? Jej to nie przeszkadza. O Jezu - jęknął. Zza zakrętu schodów wyłonili się Tara i Gage. 

- To juŜ koniec.

- Chyba nie zdąŜycie powiedzieć dzieciom dobranoc - odezwał się Gage. Wesołe błyski w 

jego oczach wyraźnie wskazywały, Ŝe ma na myśli zupełnie co innego.

- Za trzy godziny trzeba będzie karmić Chloe. A Beau zawsze przy tej okazji się budzi. - 

Gage objął ramieniem Nikki i zaczął sprowadzać ją i Ŝonę po schodach. - Wtedy będziecie 
mogli ich zobaczyć.

Pierce z komicznym grymasem rozczarowania podał ramię Claire, która ujęła je ze 

ś

miechem. Zeszli na dół za resztą rodziny.

Limuzyna wioząca Rafe’a zwalniała na długim, ciągnącym się łukiem podjeździe. Rafe 

wytrzeszczył oczy na widok, jaki mu się ukazał. Miał przed sobą budowlę przypominającą do 
złudzenia stary, normandzki zamek. Front budynku był wyłoŜony szarymi kamieniami, 
pomiędzy którymi połyskiwały ozdobione witraŜami okna. Surowość muru przysłaniały pędy 
bluszczu pnącego się aŜ pod sam dach. Dwa olbrzymie, kamienne lwy strzegły okazałego 
portalu. Dwaj odźwierni w uniformach stali gotowi na kaŜde skinienie.

Samochód stanął, lecz Rafe nie wysiadał. Czuł bowiem, Ŝe potrzebuje trochę czasu, by 

wziąć się w garść. Trudno mu było przyznać się przed samym sobą do ogarniającego go 
niepokoju. Przesunął dłonią po brodzie, sprawdzając, czy jest dostatecznie gładka, poprawił 
spinki, badając równocześnie, czy mankiety wystają z rękawów marynarki na obowiązującą 
długość. Wreszcie dotknął szpilki z onyksem, zdobiącej wykrochmalony gors koszuli i 
dopiero wtedy sięgnął do klamki. Gdy tylko wysiadł, jeden z odźwiernych otworzył 
masywne, szerokie odrzwia. Idąc ku nim kamiennymi schodami, Rafe pokręcił kpiąco głową 
- niewykluczone, Ŝe usłyszy witające go na progu fanfary.

Tymczasem z holu wybiegł mu naprzeciw melodyjny, kobiecy śmiech.
Ś

miech Claire.

Uniósł głowę i zobaczył obraz, za którego uwiecznienie kaŜdy szanujący się fotoreporter 

oddałby duszę. Sam Rafe nie potrafiłby lepiej zaaranŜować sceny symbolizującej świetność 
Hollywoodu, niŜ to zrobiła rodzina Claire, schodząca właśnie w dół po szerokich schodach.

KaŜdy z jej członków z osobna nie robił tak oszałamiającego wraŜenia, lecz razem tworzyli 

zespół gwiazd Hollywoodu, który byłby w stanie rozjaśnić całe Los Angeles.

Bracia podobni byli do siebie z postawy - wysocy, o szerokich ramionach i smukłych 

sylwetkach, świetnie prezentowali się w wieczorowych strojach. Pierce był bardziej 
efektowny. Miał” gęste, jasne, falujące włosy i oczy o tym samym odcieniu głębokiego 
szafiru co siostra. To była uroda chłopięca, tak chwytająca za serce kobiety. Gage Kingston 
wyglądał powaŜniej od brata, miał ciemniejszą karnację, oczy bursztynowe i gładko 
zaczesane włosy, tej samej kruczoczarnej barwy co Claire.

Ich Ŝony były swoim całkowitym przeciwieństwem. Tara Channing-Kingston o lekko 

zaokrąglonych kształtach z chmurą rozwichrzonych, rudych włosów i lekko skośnymi oczami 
koloru akwamaryny wyglądała na kobietę zmysłową i uwodzicielską.

Nikki Kingston prawie tak wysoka jak jej mąŜ, robiła wraŜenie seksownej Amazonki z 

background image

długimi nogami tancerki rewiowej. Jej zielone oczy kontrastowały z czarnymi, bardzo krótko 
ostrzyŜonymi włosami. A Claire...

Rafe stłumił westchnienie niekłamanego podziwu.
W przylegającej do ciała, lśniącej, srebrnoniebieskiej sukni, podkreślającej jej szczupłą 

sylwetkę i odsłaniającej jedno ramię, wyglądała jak cudowna i niedosięŜna księŜniczka z 
bajki. Włosy miała upięte, jak zwykle, w węzeł nad karkiem. Kolczyki połyskiwały blaskiem 
brylantów. Podobnie przyozdobiona bransoletka otaczała wąski przegub jej ręki. Do tej pory 
Rafe nie widział Claire tak odpręŜonej, łagodnej, rozbawionej. Nie mógł oderwać oczu od jej 
ujmującej, rozpromienionej twarzy.

Claire wyczuła badawcze spojrzenie. Zarumieniła się i odwróciła głowę, szukając 

wzrokiem. Brylanty kolczyków zamigotały w świetle. Spojrzenia Rafe’a i Claire spotkały się.

Zapatrzyli się w siebie.
Trwało to parę sekund. Wystarczająco długo, Ŝeby dostrzegła, jak doskonale leŜy na nim 

ś

wietnie skrojona, smokingowa marynarka. I Ŝe biel koszuli podkreśla smagłość jego cery. A 

czarne, kowbojskie buty i lśniące, krucze włosy przydają tej formalnej elegancji nieco 
intrygującej fantazji.

Na widok samotnego nieznajomego Tara natychmiast wystąpiła w roli gospodyni. 

Wysunęła rękę spod ramienia męŜa, pospieszyła w dół po schodach, a potem szybkim 
krokiem przemierzyła wyłoŜoną czarnymi i białymi marmurowymi płytami posadzkę 
eleganckiego holu.

- Proszę mi wybaczyć. Nie zdawałam sobie sprawy, Ŝe nasi goście juŜ przybywają. - 

Wyciągnęła do Rafe’a dłoń przyjaznym gestem powitania. Poczuł zapach delikatnych 
perfum. - Tara Kingston.

- Rafe Santana. - Uścisnął jej dłoń. - Jestem reŜyserem „Desperata” - dodał, gdyŜ zauwaŜył, 

Ŝ

e jego nazwisko nic jej nie mówi.

- Och - twarz Tary rozjaśniła się - pracuje pan z Claire.
Odwróciła się z uśmiechem do męŜa, który właśnie do nich podszedł.
- Gage, kochanie, to Rafe Santana, reŜyseruje najnowszy film Claire. Pamiętasz, 

wspominała nam o tym nowym projekcie. Nosi tytuł „Desperat”. Rafe, to mój mąŜ, Gage.

Panowie uścisnęli sobie dłonie, bacznie się sobie przyglądając.
- A to mój szwagier Pierce. I jego Ŝona Nikki. Znowu nastąpiły powitania.
- Właśnie szliśmy na werandę na drinka przed nadchodzącym szaleństwem... - zaczęła Tara.
- Proszę sobie nie przeszkadzać - wpadł jej w słowo Rafe. - Zaraz pójdę sobie do ogrodu.
- Nonsens. Nie ma mowy. Bardzo prosimy z nami. Będzie nas sześcioro, a więc do pary. - 

Rzuciła figlarne spojrzenie na szwagierkę. - Z pewnością dlatego Claire zaprosiła cię na 
nieco wcześniejszą godzinę. Prawda, Claire?

Wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę.
- Tak - wybąkała, choć do tej pory nie zdawała sobie nawet sprawy, Ŝe wysłała po niego 

samochód wcześniej. - Chyba tak.

- A widzisz? - Tara ujęła Rafe’a pod ramię i ruszyli przodem. - Przyszedłeś akurat w 

dobrym momencie, zdąŜysz nam opowiedzieć o sobie i Claire, no i o „Desperacie”. Bo od 
niej trudno się czegoś na ten temat dowiedzieć.

No, nie jest tak źle, pomyślał Rafe trochę juŜ rozluźniony, przyjmując z rąk Pierce’a 

kieliszek szampana. Zwykle pijał dobrze schłodzone piwo Lone Star, albo marganie, lecz w 
tak baśniowym świecie, pośród tych urodziwych ludzi, szampan wydawał się najbardziej 
odpowiednim trunkiem.

- No więc - Pierce usadowił się naprzeciwko niego na jednej z trzech wąskich sof - jak ci 

się podoba współpraca z naszą małą dyktatorką? - Wskazał oczami siostrę. - Dałeś juŜ jej 
łupnia?

- Słucham? - Rafe o mało nie zakrztusił się szampanem.
- O, tak. - Pierce podniósł Ŝartobliwie dwie pięści do podbródka Claire.
Spojrzała na brata z wściekłością.
Rafe dobrze pamiętał, jak on i reszta rodzeństwa podobnie się przekomarzali. Roześmiał 

się.

background image

- Nie myślałem jeszcze o takim podejściu do zagadnienia - przyznał. - A czy ty zwykle w 

taki właśnie sposób dawałeś sobie z nią radę, kiedy ci szefowała?

- Nie... Na ogół robiłem, co chciała.
- Bo ona na ogół ma rację - wtrąciła się Nikki.
- W kaŜdym razie miała rację, gdy ciebie wybrała. - Pierce przyciągnął Ŝonę, Ŝeby ją 

pocałować.

- Pierce, proszę - odezwała się Tara z lekkim wyrzutem - mamy gościa.
- Mnie to nie przeszkadza. - Rafe spojrzał na Claire.
Claire przez chwilę nie odwracała od niego wzroku, zahipnotyzowana wyrazem jego oczu. 

Przypomniało się jej, jak oskarŜał ją o skrywanie emocji, mówił o namiętności, która kiedyś 
wybuchnie z całą mocą. I nie zapomniała przyrzeczenia, Ŝe to on w niej tę pasję wyzwoli. 
Pochyliła twarz nad uniesionym kieliszkiem w nadziei, Ŝe nikt nie zauwaŜy rumieńców, które 
nagle poczuła na policzkach.

Zebrani wymienili znaczące spojrzenia.
- Podobno jutro jedziesz z Claire do Teksasu szukać pleneru do „Desperata” - zagadnął 

Gage.

Podtekst tych słów był wyraźny. Rafe sam miał cztery siostry.
- Ona nalegała - odparł miękko. - PrzecieŜ jest szefem.
Gage skinął głową.
- Nie zapominaj o tym.
Spojrzenie Rafe’a zapewniało, Ŝe Claire będzie z nim bezpieczna. Przynajmniej tak dalece, 

jak to jej będzie odpowiadało.

- No, to teraz zmieńmy temat. - Pierce przerwał ciszę, która zapadła na moment. 

Uśmiechnął się do Ŝony. - Nikki i ja chcemy wam coś oznajmić.

- Wiedziałam, Ŝe nie przyjechaliście do domu tylko na przyjęcie - odezwała się Tara. 

Podniosła wzrok na męŜa. - A nie mówiłam?

- Mówiłaś. - Gage objął Ŝonę ramieniem. - A więc? - spytał z udanym zaciekawieniem, 

jakby nikt z nich nie domyślał się nowiny. - Czy potrzebne będą większe ilości szampana dla 
wzniesienia toastu?

Pierce uśmiechnął się szelmowsko.
- Tak, do licha, prosimy o szampana dla wszystkich. To znaczy, z wyjątkiem Nikki. - Ujął 

jej dłoń i podniósł do ust. - GdyŜ ona ma zamiar wydać na świat nową supergwiazdę 
Kingstonów - oświadczył uroczyście. Popatrzył z dumą na zarumienioną i szczęśliwą Ŝonę.

Nastąpiły uściski i gratulacje. Panie miały w oczach łzy. Rafe po złoŜeniu Ŝyczeń stanął 

nieco z boku. Miło mu było, Ŝe brał udział w tej rodzinnej uroczystości, lecz czuł się trochę 
speszony. Nowina o mającym przyjść na świat dziecku jest zawsze dla rodziny niezwykłą 
wiadomością. I ma bardzo intymny charakter lub powinna taki mieć. Jednak tym ludziom 
nieustannie występującym publicznie trudno było zachować swoją prywatność. MoŜe dlatego 
w takiej chwili nie czuli się skrępowani.

- JeŜeli jest na świecie sprawiedliwość, to urodzi się dziewczynka. - Gage wyciągnął rękę z 

kieliszkiem w stronę brata. - RewanŜ ze strony tych ojców, którym pomogłeś osiwieć.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem na widok komicznie przeraŜonej miny Pierce’a i wznieśli 

do góry kieliszki.

- Bardzo przepraszam. - W drzwiach ukazał się jeden z kelnerów. - Pani Gilmore 

zawiadamia, Ŝe goście się schodzą.

Jak na komendę Kingstonowie pospiesznie dopili szampana i odstawili kieliszki.
- Czas na występ - oznajmił Pierce.
- Trzeba iść do pracy - westchnęła Claire.

Ogród na tyłach rezydencji Pierce’a Kingstona skrzył się setkami białych światełek. 

Drzewa udekorowano girlandami małych Ŝaróweczek. Na podium grała orkiestra. Kelnerzy w 
białych marynarkach zwinnie poruszali się wśród zgromadzonego przy oświetlonym basenie 
tłumu gości, roznosząc pikantne przystawki kuchni tamilskiej i szampana. Pod białym 
namiotem, ustawionym na kortach tenisowych, słuŜba kończyła nakrywać do dwóch duŜych 
stołów, jaśniejących bielą adamaszkowych obrusów i lśniących blaskiem porcelanowej 

background image

zastawy.

Rafe, stojący teraz samotnie, wsparty o kamienną kolumnę, podtrzymującą balustradę 

tarasu wychodzącego na basen, popijał drugi kieliszek szampana i obserwował Claire w 
akcji. Od pół godziny krąŜyła między gośćmi.

W tym czasie zdąŜyła wymienić jakieś Ŝartobliwe uwagi z Michaelem Douglasem i jego 

Ŝ

oną, poświęciła piętnaście minut na dyskusję z Susan Sarandon i Goldie Hawn na temat 

stowarzyszenia zwanego „Kobiety Filmu” i przywitała się w przelocie z półtuzinem agentów, 
reŜyserów i innych hollywoodzkich grubych ryb.

Zatrzymał ją, kiedy właśnie przechodziła do kolejnej grupy gości.
- Naprawdę traktujesz to jak pracę? - zapytał.
- W tym celu urządza się przyjęcia w Hollywood - odparła chłodno. - Po cóŜ innego 

przyszłoby tu tyle ludzi?

- śeby się zabawić.
- Nie. Chodzi o nawiązanie kontaktów. - Upiła mały łyk szampana. - O uzyskanie 

zakulisowych informacji. Kto jest w liczącym się układzie. Kto juŜ z niego wypadł. Kto co 
robi. Co kto zamierza robić. Więc wybacz mi - zamierzała go wyminąć - ale muszę wrócić do 
pracy.

Zastąpił jej drogę.
- Przepraszam za wszystkie słowa, które kiedyś mogły sprawić ci przykrość, i
- Rafe...
- Claire, powiedziałem, Ŝe cię przepraszam. Kobieto, okaŜ mi trochę litości.
- Litości?
- Czuję się jak ryba wyjęta z wody. Jestem tu obcy. - Uśmiechnął się rozbrajająco. Usiłował 

przybrać minę człowieka nieśmiałego, wpatrzonego w nią z podziwem bez Ŝadnej ubocznej 
myśli. Nie wiedział tylko, czy wypadł przekonująco. - Ty mnie zaprosiłaś na ten 
oszałamiający spęd. I twoim obowiązkiem jest przypilnować, Ŝebym się dobrze bawił.

- Kiedy rozmawiałeś z Sharon Stone przed paroma minutami, wyglądało, Ŝe nawet bardzo 

dobrze się bawisz.

Spojrzał na nią oczami niewiniątka.
- To była ona? - spytał, zadowolony, Ŝe to zauwaŜyła.
Patrzyła na niego przez chwilę trochę zła, a trochę juŜ rozbawiona. Rozbawienie wzięło 

górę.

- Dobrze, chodź ze mną. - Dała znak kelnerowi, Ŝeby zabrał jej kieliszek. - PokaŜę ci, jak się

obracać w tym towarzystwie.

Ujęła go pod rękę, tak jak często chodziła z braćmi, nieświadoma, Ŝe po raz pierwszy 

dotknęła go z własnej woli.

Do Rafe’a dotarło to natychmiast. Wydawało mu się, Ŝe ta mała dłoń trzymająca jego ramię 

przypieka mu skórę poprzez materiał. Miał ogromną ochotę przykryć ją swoją ręką, lecz bal 
się, Ŝe wtedy Claire uświadomi sobie, co zrobiła.

- Pierwsza zasada głosi, Ŝe trzeba sobie wybrać odpowiedni cel - powiedziała. - Pójdziemy 

tam - wskazała głową drugi koniec basenu. - Widzisz Jona Petersa? - To był jeden z 
producentów. - Rozmawia z Arnoldem Schwarzeneggerem.

- A my którego namierzamy?
- Ty wybieraj.
- Schwarzeneggera.
- Dlaczego?
- Bo większy.
Roześmiała się cicho, uroczo, jak wtedy na schodach, i ścisnęła jego ramię. Rafe był w 

siódmym niebie.

- Powinnaś to częściej robić.
- Co mianowicie?
- Śmiać się tak jak teraz.
Zdziwiona, podniosła na niego wzrok.
- Bardzo często się śmieję.
- Ale nie tak wesoło, nie tak spontanicznie.

background image

- Jestem tu z rodziną. - Była zdumiona, Ŝe on zauwaŜył tę róŜnicę. Myślała, Ŝe jest lepszą 

aktorką.

- Zawsze wśród nich się odpręŜam. Chyba dlatego, Ŝe dają mi poczucie bezpieczeństwa.
- Bezpieczeństwa? - powtórzył.
Pomyślał, Ŝe to niezwykle słowo w jej ustach.
- Czuję się kochana. - Szybko starała się skierować jego myśli na inne tory. - Akceptowana. 

Hołubiona. No, róŜu... O, Dennis, Mary, dobry wieczór. - Przystanęła, Ŝeby przedstawić 
Rafe’owi Ŝonę operatora zatrudnionego przy „Desperacie”. - Dobrze się bawicie?

- Tak, dzięki - odrzekła Mary Cleary. - Wspaniałe przyjęcie.
- Cieszę się. - Claire uśmiechnęła się i ruszyła dalej. - Druga lekcja dotyczy spotykania się i 

witania z tymi - przepychali się teraz przez tłum zebrany wokół przebieralni - do których nie 
masz interesu. Trzeba to robić w taki sposób, aby cały czas iść do celu i nie tracić go z oczu. - 
Wymieniła właśnie po drodze uśmiechy i ukłony z koleŜanką, producentką Sherry Lancing.

- Ale - dodała szeptem - musisz równieŜ wiedzieć, kiedy naleŜy przystanąć i poplotkować. - 

Don, Melanie, witajcie - przywitała ciepło mijaną parę.

- Co słychać? Miło spędzacie czas?
Don Johnson wzniósł do góry szklankę z wodą mineralną.
- Tara zawsze urządza nieziemskie przyjęcia.
- Jeszcze raz dziękuję ci za róŜe - odezwała się Melanie Griffith swym cichym głosem 

malej dziewczynki. - To było bardzo miłe z twojej strony, choć naprawdę niepotrzebne.

- Wiem - uśmiechnęła się Claire - ale po tym lepiej się poczułam.
- RóŜe? - spytał Rafe, gdy juŜ zostali sami. Claire skrzywiła się.
- Opublikowano paskudny artykuł o mnie i Donie kilka tygodni temu.
- Tak, coś sobie przypominam. „Królowa Lodu wciska się między najbardziej zakochaną 

parę Hollywood”. - Pamiętał teŜ, jak go to zezłościło, choć nie wiedział dlaczego. - No i co?

- Wysłałam Melanie róŜe z przeprosinami.
- Za co?
- Za ten ohydny artykuł.
- Po co? PrzecieŜ to było kłamstwo. Zamilkł na moment, wmawiając sobie, Ŝe to nie jego 

sprawa. Chyba Ŝe...

- A moŜe prawda? - zapytał, zanim zdołał się powstrzymać.
Claire puściła jego ramię.
- Nie - odrzekła stanowczo, lecz bardzo chłodno - to nieprawda.

- CzyŜ to nie wspaniałe przyjęcie? - Pilar w przerwie między tańcami postanowiła 

odetchnąć i porozmawiać przez chwilę z bratem.

- Rzeczywiście - przyznał Rafe posępnym głosem, wodząc cały czas wzrokiem za Claire, 

która teraz rozmawiała z reŜyserem Ronem Howardem. Po tym ostatnim, nieszczęsnym 
pytaniu, zostawiła go samego i wyraźnie zaczęła unikać.

Do licha, jak mógł się tak głupio zachować? Claire Kingston nie naleŜy do kobiet, które 

romansują z Ŝonatymi męŜczyznami. Wyglądało na to, Ŝe ona w ogóle nie romansuje. A jeśli 
nawet, to i tak nie jego sprawa. W kaŜdym razie jeszcze nie.

- Nie do wiary, ile tu sław - ciągnęła Pilar. - Gwiazdy i gwiazdorzy pierwszej wielkości.
Pilar juŜ prawie dwa lata pracowała w Hollywood, lecz nadal była pod ich wraŜeniem, jak 

kaŜdy kinoman.

- Siedziałam podczas kolacji przy tym samym stole co Denzel Washington i jego Ŝona 

Pauletta. Wiesz, ona jest przepiękna. Rozmawiałam takŜe z Geeną Davis. - Upiła łyk 
szampana. - A z kim ty jadłeś kolację? - Nie odpowiadał, więc nadal się dopytywała. - Jakie 
znakomitości siedziały koło ciebie?

- Billy Crystal z Ŝoną. Steven Spielberg. A, i Michelle Pfeiffer.
- Jadłeś kolację z Michelle Pfeiffer i nie jesteś podekscytowany?
Rafe wzruszył ramionami. Byłby podekscytowany, gdyby to była Claire.
BoŜe, co za Ŝałosna sytuacja. Pilar miała rację. KaŜdy normalny męŜczyzna z krwi i kości 

byłby przejęty, gdyby miał okazję siedzieć koło Michelle Pfeiffer. A on dąsa się i patrzy 
wilkiem znad swego kieliszka tylko dlatego, Ŝe to nie była Claire.

background image

- ...Ŝeby za nim przepadała.
- Przepraszam, Pilar. Co mówiłaś?
- Powiedziałam, Ŝe chyba Claire nie przepada za naszym pierwszym amantem.
Wskazała kieliszkiem stojącą w oddali parę.
- To chyba ona z Daxem Wyattem, prawda?
Rafe spojrzał we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, to był Dax Wyatt. I stał o wiele za 

blisko Claire. Pochylony ku niej, jedną ręką opierał się o kamienną kolumnę nad głową 
rozmówczyni. Odsunęła się nieznacznie z odwróconą od niego twarzą. Cała jej postać była 
nienaturalnie sztywna. KaŜdy męŜczyzna z odrobiną wraŜliwości cofnąłby się, gdyŜ było 
oczywiste, Ŝe ona czuje się osaczona. Claire nazwała go wstrętnym typem. I chyba miała 
rację.

Rafe zerwał się z miejsca pod wpływem ślepej i dzikiej furii, jaka ogarnia męŜczyznę, 

kiedy widzi, Ŝe jego kobieta jest napastowana. Podkradł się do nich i znienacka połoŜył 
Daxowi rękę na ramieniu. Miał zamiar przekręcić go ku sobie i przyłoŜyć mu pięścią w 
Ŝ

ołądek.

- Co, do... - Dax najwidoczniej przestraszył się tej niespodziewanej ingerencji.
Claire odwróciła głowę i Rafe napotkał jej spojrzenie. Szeroko rozwarte oczy wyraźnie 

błagały go, Ŝeby nie wszczynał awantury.

- Wybacz, Dax - Rafe powściągnął wściekłość nadludzkim wysiłkiem woli - ale Claire 

obiecała, Ŝe ze mną zatańczy przed końcem przyjęcia. Właśnie przyszedł na to czas.

ROZDZIAŁ 5

Orkiestra grała klasycznego, staromodnego walca angielskiego. W tym tańcu partnerzy 

powinni utrzymać między sobą stosowną odległość. Rafe jedną ręką ujął dłoń Claire, a drugą 
połoŜył na jej plecach tuŜ pod łopatkami. Ona zaś, zacisnąwszy kurczowo dłoń na jego 
ramieniu, dała mu się poprowadzić w rytmiczne rozkołysanie. Oddaleni od siebie prawie na 
długość ramienia, a jednak połączeni, obracali się powoli w takt muzyki.

Jakie to kojące, myślała Claire, być tak na wpół w jego ramionach. Oszalałe serce 

uspokajało się, straszliwa panika po kilku chwilach ustąpiła. Dłoń na jego ramieniu 
stopniowo rozluźniała się. Krew w Ŝyłach zaczęła normalnie krąŜyć.

Uniosła głowę i napotkała czekający na jej spojrzenie wzrok Rafe’a.
- Dziękuję - szepnęła.
- Zawsze do usług.
Przez chwilę tańczyli w milczeniu - ich ciała w pełnej harmonii, ich oczy wpatrzone w 

siebie. Jej - szeroko otwarte, pełne niedowierzania i wahań. Jego - spoglądające z czułością i 
niepokojem. Zadawały pytania, na które nie chciała odpowiedzieć.

Odwróciła wzrok.
- Dobrze się czujesz? - zapytał.
- Tak. - Teraz tak, pomyślała.
- Co on ci powiedział? Potrząsnęła głową.
- Właściwie nic takiego. Dax... po prostu jest nadal sobą.
- Pozbędziemy się go. RozwiąŜ z nim umowę, zaangaŜuj kogoś innego do roli Josha.
- Nie. - Spojrzała na niego zdumiona, Ŝe on moŜe nawet coś takiego sugerować. Dax Wyatt 

zagrał Josha w czasie przesłuchania bezbłędnie. - Naprawdę nie ma potrzeby. Nic nie zrobił, 
właściwie nic teŜ szczególnego nie powiedział. On tylko...

- ...jest nadal niedojrzałym, wstrętnym typem.
Claire sama była zdziwiona, Ŝe potrafiła zareagować uśmiechem.
- Tak, jest wstrętnym typem, utalentowanym, ale wstrętnym. - Jej uśmiech zastygł. - 

Powinnam była lepiej dać sobie z nim radę. I tak będzie następnym razem.

- Po prostu wyobraź sobie, Ŝe on jest mną.
- śe on jest tobą?
- Wydaje mi się, Ŝe nie nastręcza ci Ŝadnego kłopotu ustawienie mnie na właściwym 

miejscu, kiedy przekraczam pewną linię - powiedział z ironią.

Zastanawiała się przez moment.

background image

- To dlatego, Ŝe jesteś dŜentelmenem. - Uświadomiła sobie, jak trafnie charakteryzuje go to 

określenie. W sprawach naprawdę się liczących był subtelnym człowiekiem. - Umiesz 
pogodzić się z tym, Ŝe ktoś mówi ci „nie”.

Roześmiał się.
- Chyba tak. Bardzo ci dziękuję.
- To miał być komplement.
- Wiem. I to właśnie mnie martwi. W stronach, z których pochodzę, kobieta, która nazywa 

męŜczyznę dŜentelmenem, nieuchronnie zaczyna mu z kolei mówić, jak bardzo mu ufa i jaka 
się czuje przy nim bezpieczna. Co oznacza, Ŝe juŜ jest gotowa traktować go jak brata. - 
Przyciągnął ją nieco bliŜej do swojej piersi. Nie za mocno, ale tak, Ŝeby mogła wyczuć jego 
twarde muskuły. - Claire, ja nie jestem jednym z twoich braci - ostrzegł ją. - Nie myl mnie z 
nimi.

- Wiem - odrzekła cicho, nie spuszczając z niego wzroku. - Nie obawiaj się.
Orkiestra przestała grać, a oni stali objęci jeszcze przez chwilę.
- MoŜe zaprowadziłbym cię do domu? - zaproponował Rafe. - Właściwie juŜ po balu, a ty 

wyglądasz na wykończoną. Reszta Kingstonów da chyba sobie radę z poŜegnaniem gości.

- Dobrze - skinęła głową. - Jestem rzeczywiście bardzo zmęczona. A nasz samolot wylatuje 

jutro bardzo wcześnie.

- Dzisiaj. - Rafe zerknął na zegarek. - Jest po pierwszej.
Zeszli z parkietu. Przeprowadza ją obok basenu, a potem szerokimi, kamiennymi schodami 

ku tarasowi pierwszego piętra.

Panował tu półmrok. Balustrada obrośnięta bluszczem i pnącą się, tropikalną, słodko 

pachnącą bugenwillą stanowiła osłonę przed wesołym gwarem panującym jeszcze na dole. 
Szczęśliwym trafem dwa fotele przy stoliku z rozpiętym nad nim ogrodowym parasolem były 
puste.

- Chyba usiądę na chwilę - odezwała się Claire.
- Po domu pewno kręcą się jeszcze jacyś goście, a tu jest tak pięknie i spokojnie. Nie 

musisz dotrzymywać mi towarzystwa - dodała, siadając na jednym z wysłanych poduszkami 
foteli. - Będzie mi tu bardzo dobrze samej.

- Usiłujesz się mnie pozbyć?
- Nie. - I, o dziwo, powiedziała prawdę. - Pomyślałam tylko, Ŝe chcesz wrócić do domu, 

Ŝ

eby się trochę przespać przed jutrzejszą podróŜą. Dzisiejszą - poprawiła się.

- Będę spał w samolocie.
- Zazdroszczę ludziom, którzy to potrafią. - Przysunęła stopą drugi fotel i połoŜyła nogi na 

miękkim siedzeniu. - Mnie się to nigdy nie udaje.

- Boisz się latać?
- Nie. - Zamknęła oczy i odchyliła do tyłu głowę.
- Nie mogę usnąć wśród obcych ludzi.
- Droga pani ma niezły problem z systemem nerwowym. Zdajesz sobie z tego sprawę?
- JuŜ mi to mówiono. - Otworzyła szybko oczy, gdyŜ poczuła, Ŝe Rafe wsuwa dłonie pod jej 

stopy. - Co ty wyprawiasz?

- Zamknij oczy i odpręŜ się. - Usiadł na fotelu i połoŜył sobie jej stopy na kolanach. - 

Zamierzam uchylić przed tobą nieco wrota do niebiańskiej rozkoszy. - Jego zęby zabłysły w 
uśmiechu. - Tak przynajmniej podczas masaŜu mówiła moja mama.

Zręcznie rozpiął wieczorowe sandałki, jakby to robił juŜ tysiące razy, zdjął je i ostroŜnie 

postawił na podłodze obok fotela.

- Masowałeś stopy swojej mamie? - spytała, gdy zaczął uciskać jej palce.
- Prawie kaŜdego wieczoru, kiedy wracała do domu po pracy. Pracowała w barze 

samoobsługowym przy miejskim szpitalu. Nosiła wprawdzie specjalne obuwie, ale i tak po 
całym dniu na nogach ledwo się ruszała. No i jak się czujesz?

- Cudownie - odparła. Musiała powstrzymać jęk, kiedy jego kciuki zaczęły okręŜnym 

ruchem pocierać podbicie stóp.

Początkowo była zakłopotana, jakby połączyło ich coś intymnego, choć przecieŜ wcale tak 

nie było. Ale juŜ po chwili czuła jedynie przyjemność. Ukojenie. Chyba nie miało to nic 
wspólnego z seksem ani niczym nie groziło. Po prostu rozcierał jej stopy.

background image

A on nadal powoli zataczał kciukami kręgi wzdłuŜ całej podeszwy, delikatnie na 

wraŜliwym śródstopiu, mocniej na piętach. Powtarzał te ruchy wolno, cierpliwie, czując, jak 
napięcie jej mięśni maleje. Kiedy pieszczotliwie zaczął masować ścięgna ponad piętą, nie 
mogła powstrzymać głośnego westchnienia. Uśmiechnął się do siebie. Wsunął ręce pod 
obrzeŜe długiej, srebrzystej sukni, Ŝeby pomasować jej mięśnie łydek. Wiedział, Ŝe kobiety 
odczuwają w nich ból po dłuŜszym chodzeniu w pantoflach na wysokich obcasach, a Claire 
przez wiele godzin nie zdejmowała szpilek.

- O BoŜe! To powinno być nielegalne - szepnęła w błogim upojeniu. - Jeszcze nigdy nie 

czułam się tak wspaniale.

Nagle z ciemności dobiegło ich chrząknięcie. Claire chciała się poderwać, wysunąć stopy z 

rąk

Rafe’a, lecz on przytrzymał je w kostkach.
- Prosimy - zawołał bez cienia zmieszania w kierunku postaci majaczącej za fotelem Claire 

- nie zagraŜamy dobrym obyczajom.

- To, co słyszałem, nie brzmiało tak niewinnie - rzekł Pierce. Postąpił do przodu i jego 

twarz oświetlił blask Ŝaróweczek dekorujących pobliskie drzewo.

-Dobrze, Ŝe to nie Gage usłyszał te pojękiwania i westchnienia - zwrócił się do Claire. - 

Zaraz by tu przyleciał z rewolwerem i pastorem.

- Pierce, na miłość boską! - Claire miała nadzieję, Ŝe Ŝaden z nich nie zauwaŜył jej 

rumieńców. Wyrwała stopy z rąk Rafe’a i postawiła je na podłodze. - On tylko masował mi 
stopy.

- Aha. - Ton głosu Pierce’a wskazywał, Ŝe to wytłumaczenie wydaje mu się zbyt proste. - 

Po takim masaŜu męŜczyzna moŜe dostać od kobiety wszystko, czego zaŜąda. MoŜe jednak 
lepiej zawołam uzbrojonego Gage’a.

Rafe roześmiał się cicho, jakby całkowicie zgadzał się z Pierce’em.
Claire poczuła, Ŝe pod wpływem tego śmiechu dreszcz przebiega jej po plecach.
- Natychmiast przestańcie, obydwaj. - Wstała.
- JeŜeli macie zamiar wymieniać poglądy na temat techniki uwodzenia kobiet, to ja 

odchodzę.

- Do twojej wiadomości, nasze panie są w dziecinnym pokoju - rzekł Pierce. - Tara obiecała 

udzielić Nikki lekcji poglądowej przewijania dzieci.

- Bardzo dobrze. Jestem pewna, Ŝe rozmowa na temat pieluszek będzie ciekawsza. Claire 

weszła do domu.

- No, to nam wygarnęła - odezwał się rozbawiony Rafe.
Wstał z fotela.
- Chyba juŜ pójdę. Czy mogę liczyć na samochód?
- Nie spiesz się tak bardzo - zaprotestował Pierce.
- Samochód moŜe być w kaŜdej chwili. - WłoŜył ręce do kieszeni spodni i oparł się o 

balustradę, jakby miał zamiar jeszcze trochę porozmawiać. - Po takich przyjęciach zawsze 
idziemy do kuchni na kawę. Panie lubią pogawędzić na gorąco o tym, czy wszystko się udało. 
To jest taka nasza tradycja. Jak kieliszek szampana przed balem na werandzie.

- Chyba jak na jeden wieczór wystarczająco zakłóciłem wam rodzinny rytuał.
- Tarze będzie przykro, jeŜeli się do nas nie przyłączysz. Prosiła, Ŝebym cię zaprosił.
Rafe postanowił iść na całość. Musi wiedzieć, na czym stoi.
- Dlaczego?
- No, cóŜ. Tara to kobieta o czułym sercu i...
- Pierce wzruszył ramionami. - Nic ci to nie mówi?
- Co do serca Tary nie mam wątpliwości, ale nadal nie rozumiem, dlaczego mnie zaprasza.
- A niech to licho. - Pierce westchnął teatralnie.
- Tara mnie ostrzegła, Ŝe mam być dyskretny, ale chyba masz prawo wiedzieć. Ja na twoim 

miejscu chciałbym wiedzieć. OtóŜ panie mają zamiar zrobić na ciebie zamach. - 
Zaprezentował swój słynny uśmiech.

- Bardzo taktownie, rzecz jasna.
- Zamach na mnie? W jakim celu? Pierce spowaŜniał i przyglądał się Rafe’owi przez długą 

chwilę, zanim odpowiedział.

background image

- Jesteś jednym z niewielu męŜczyzn, którym Claire okazała zainteresowanie z powodów, 

Ŝ

eby tak rzec, pozazawodowych. - Powiedział to lekkim tonem, lecz jego oczy bardzo 

uwaŜnie wpatrywały się w Rafe’a w oczekiwaniu na jego reakcję.

Spojrzenie Rafe’a równieŜ było powaŜne.
- Poza tym jesteś jedynym, którego przyprowadziła do domu i przedstawiła rodzinie. Więc 

rozumiesz, Ŝe wzbudziłeś naszą ciekawość.

Słowa Pierce’a zaciekawiły Rafe’a. Nawet bardzo.
- Niewielu, to ilu?
- Dwóch.
- Dwóch? - powtórzył Rafe jak echo. Trudno mu było w to uwierzyć.
- Chyba Ŝe prowadziła podwójne Ŝycie. Ale o tym nic nam nie wiadomo. I oba te związki 

miały - jak by tu powiedzieć - bardzo letnią temperaturę, co najwyŜej. I, jak wiemy, do 
niczego nie doprowadziły.

- Znowu się uśmiechnął. - JeŜeli piśniesz choć słówko, wszystkiemu zaprzeczę.
- Więc po co mi to, u licha, mówisz?
- PoniewaŜ Claire się tobą interesuje. I tym razem wyczuwam wyŜszą temperaturę. A poza 

tym, dlatego - jego szafirowe oczy nabrały twardego, ostrzegawczego wyrazu - byś dokładnie 
zdawał sobie sprawę, Ŝe rodzina czuwa.

- Jeśli wyrządzę jej krzywdę, padnę trupem?
- Zgadza się. Więc gotów jesteś narazić się Tarze czy przyjmujesz zaproszenie na kawę?
- Oczywiście nie chciałbym jej urazić.
- Ja teŜ tak bym zdecydował na twoim miejscu - stwierdził Pierce. - Gage potrafi być bardzo

niemiły dla ludzi, którzy dokuczają jego Ŝonie.

- Niech będzie kawa.
Rafe ruszył za gospodarzem w stronę drzwi. O mało nie potknął się o pantofle Claire. 

Podniósł je ostroŜnie i wszedł za Pierce’em do domu.

Claire rzeczywiście znalazła bratowe w dziecinnym pokoju, krzątające się wokół 

najmłodszych Kingstonów.

- O wilku mowa. - Nikki na widok Claire podniosła wzrok znad stołu, na którym zmieniała 

pieluszkę Chloe. W jasnych, zielonych oczach Ŝony Pierce’a błyskały wesołe iskierki. - 
Waśnie rozmawiałyśmy o tobie i tym twoim urodziwym przyjacielu. Gdzie go do tej pory 
ukrywałaś?

- On nie jest moim przyjacielem, tylko reŜyserem. I wcale go nie ukrywałam.
- Ja w kaŜdym razie nigdzie go nie widziałam. A gdyby ktoś taki kręcił się w pobliŜu, na 

pewno bym go zauwaŜyła. Jest prawie tak przystojny jak Pierce.

- Nikki zapięła do końca śpioszki i wzięła dziecko na ręce. - Albo jak ta młoda dama.
- Ostatnio właściwie niczego nie mogłaś zauwaŜyć.
- Claire posadziła sobie na biodrze bratanka, dwuletniego Beau, który od dłuŜszej chwili 

szarpał ją za sukienkę. - Nie było cię tutaj.

- To prawda - wtrąciła się Tara. - Za to ja byłam i teŜ go nigdy przedtem nie widziałam.
- Bo on nie bywa tam, gdzie ty - odparła Claire.
- ReŜyseruje mój najnowszy film. Kropka. Nie jest nikim więcej. Nie, Beau, kochanie, nie 

ciągnij cioci Claire za kolczyk, to boli. - Wyciągnęła rękę i potrząsnęła ozdobioną brylantami 
bransoletką, Ŝeby zwrócić na nią uwagę chłopczyka. Zaczął ją przekręcać, usiłując dociec, 
jak zdjąć z ręki błyszczące cacko. - Dzisiaj wieczorem Rafe Santana był tu tylko dlatego - 
ciągnęła - Ŝe zaprosiłam całą ekipę filmową pracującą nad „Desperatem” w podziękowaniu 
za ich wysiłek.

- Taak, ale ich wszystkich nie zaprosiłaś na wcześniejszą godzinę i na kieliszek szampana w 

rodzinnym gronie - zauwaŜyła Nikki.

- Wcale nie zaprosiłam go na szampana przed przyjęciem - zaprzeczyła Claire, lecz 

pomyślała, Ŝe choć podświadomie, właśnie to zrobiła. - PrzecieŜ to Tara mu zaproponowała, 
Ŝ

eby poszedł z nami na werandę.

- Chyba nie mogłam go zostawić samego w progu? - spytała Tara z niewinną miną.
- No tak, ale...
- A poza tym - nacierała w dalszym ciągu Nikki - to nie Tara przez cały wieczór wymieniała 

background image

gorące spojrzenia z pewnym wysokim, przystojnym brunetem.

- Ja nie wy...
- Puk, puk. - Zza drzwi dobiegł głos Pierce’a.
- Czy nikt nie jest rozebrany? MoŜemy wejść?
Wszystkie trzy panie poczuły wyrzuty sumienia, Ŝe tak długo kazały na siebie czekać.
- Za minutkę schodzimy - odpowiedziała Tara - tylko połoŜymy dzieci do łóŜek.
- Nie ma zmartwienia - oznajmił Pierce, wchodząc do pokoju z tacą pełną filiŜanek i 

spodków. - To my postanowiliśmy przyjść na górę.

Za bratem kroczył Gage z drugą tacą, na której stał duŜy dzbanek z kawą, mały ze 

ś

mietanką i cukierniczka. Na końcu szedł Rafe z dyndającymi na paskach pantoflami Claire.

Wyciągnął je ku Claire na zgiętym palcu.
- Zostawiłaś na tarasie.
- Mam nadzieję, Ŝe tylko to - odezwał się Gage, stawiając tacę na dziecinnym stoliku.
Claire obrzuciła brata lodowatym spojrzeniem i, ku swemu przeraŜeniu, zaczerwieniła się 

jak burak. Beau poklepał ciocię po policzku.

- Ciepły! - zawołał.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, więc i on zaśmiał się radośnie i powtarzał „ciepły, ciepły, 

ciepły” z nadzieją, Ŝe to słowo wywoła dalsze wybuchy śmiechu. Rafe pospieszył Claire na 
ratunek.

- Czy rodzina nie jest cudownym wynalazkiem? - spytał, usiłując odwrócić uwagę 

zebranych od zapłonionej Claire.

Wyciągnął do niej ponownie rękę z pantoflami.
- Masz, a ja wezmę tego małego dowcipnisia.
- Nie wiem, czy pójdzie do ciebie. Pewno będzie się wstydził i...
Tymczasem Beau gwałtownie pochylił się do przodu, jak to się zdarza małym dzieciom.
Rafe rzucił pantofle na ziemię, wyciągnął ręce i przygarnął malca do piersi, choć Claire 

wcale go nie wypuściła. Jej ramiona zostały uwięzione, przyciśnięte do muskularnego torsu 
ciałkiem bratanka. A piersi opierały się o dłonie Rafe’a przytrzymujące dziecko. 
Znieruchomieli na moment, wplątani nagle w sieć intymności. Sutki Claire stwardniały pod 
jedwabiem sukni. Mięśnie torsu Rafe’a napręŜyły się jak struny. Poczuli przepływającą przez 
nich falę poŜądania. Rafe - gwałtownego i płomiennego, Claire - dopiero rodzącego się i 
jeszcze nie w pełni uświadomionego. Emocja, jakiej się poddali, była niemal namacalna, 
oczywista dla wszystkich obecnych.

Uwięzione między nimi dziecko zaczęło się wiercić.
Claire, zakłopotana, chciała się cofnąć, lecz Rafe instynktownie mocniej przytulił 

chłopczyka, jakby chciał mieć przy sobie jeszcze bliŜej kobietę, której zapragnął.

- Puść mnie! - zawołał Beau. Dolna warga zaczęła mu niebezpiecznie drgać.
Rafe ocknął się i nieco uniósł chłopczyka, Ŝeby Claire mogła uwolnić ręce.
- JuŜ dobrze - powiedział do dziecka przymilnie. Podrzucił je leciutko na ramieniu do góry 

kilka razy w nadziei, Ŝe zapobiegnie łzom malca.

Lecz Beau miał juŜ dosyć. Spojrzał na trzymającego go obcego człowieka i zaczął kwilić.
- Chodź do taty, synku. - Gage przyszedł dziecku z pomocą i wziął je na ręce. - Zobacz, tam 

jest mama.

Nagle wszyscy, poza Rafe’em i Claire znaleźli się przy stoliku z kawą i wychwalając 

grzecznego, dzielnego Beau, zaczęli napełniać filiŜanki.

Tylko oni dwoje stali na uboczu, jakby byli sami w pokoju. Rafe miał ochotę dotknąć 

miękkiego, alabastrowego policzka Claire, ciągle jeszcze zaróŜowionego. A ona stała ze 
spuszczoną głową, z opadającym na ramię puklem czarnych włosów, który Beau w czasie 
zabawy musiał wyciągnąć jej z koka. Przygryzając drŜącą wargę, obracała nerwowo 
bransoletkę na przegubie ręki.

Tylko raz w Ŝyciu doznała podobnego uczucia - przejmującego dreszczem, wzbudzającego 

jednocześnie lęk i podniecenie. Nie ufała temu uczuciu, gdyŜ tak naprawdę nie ufała 
Ŝ

adnemu poza miłością do rodziny. Nie dowierzała bowiem tego typu porywom, budzącym 

się łatwo i równie łatwo przemijającym, a jeszcze łatwiej branym za uczucie, którym w 
istocie nie były. Zwłaszcza gdy, tak jak teraz, ogarnęła ją zdradziecka tęsknota za czymś, 

background image

czego być moŜe wcale nie pragnęła, a co mogło się dla niej skończyć bólem jak kiedyś.

- Claire - wyszeptał Rafe zdławionym głosem, tak cichym, Ŝe nikt nie mógł go usłyszeć - 

Claire, popatrz na mnie.

Rzuciła mu tylko jedno krótkie, spłoszone spojrzenie. Rafe westchnął. Nie mógł się do niej 

zbliŜyć w obecności tych wszystkich ludzi udających, Ŝe nie zwracają na nich uwagi. Nie 
mógł unieść jej podbródka do góry i zaŜądać, Ŝeby popatrzyła mu w oczy. Nie mógł zapytać, 
dlaczego namiętność, którą w nim rozbudziła i jej własna reakcja przejęły ją taką nieufnością 
i strachem.

- Chyba juŜ pójdę. - Uświadomił sobie, Ŝe tego wieczoru, w tym pokoju, nie otrzyma 

odpowiedzi na swe pytanie.

Skinęła głową, nie usiłując nawet z grzeczności go zatrzymywać.
- Odprowadzisz mnie do drzwi? Claire zawahała się.
Spojrzał na gromadkę skupioną przy stoliku z kawą.
- JeŜeli tego nie zrobisz, uznają twoje zachowanie za dziwne - ostrzegł ją. Tylko tak mógł ją 

przekonać. - I po moim wyjściu rzucą się na ciebie z tysiącem pytań.

Ten ostatni argument przemówił do niej.
- Odprowadzę Rafe’a do wyjścia, a potem pójdę spać - oznajmiła.
Miała tutaj, w domu brata, własny pokój, tak zresztą jak i pozostali członkowie rodziny. 

Zadbano, aby nie zabrakło w nim jej przyborów toaletowych, a nawet kilku strojów w szafie. 
Uznała więc, Ŝe najlepiej będzie, jeśli przenocuje tu dzisiaj, rano wstanie wcześnie, Ŝeby 
uniknąć kłopotliwych pytań rodziny, a po rzeczy wstąpi do domu po drodze na lotnisko.

Rafe został miło poŜegnany i razem z Claire opuścił dziecinny pokój. Szli w dół schodami 

w całkowitym milczeniu ku pogrąŜonemu w półmroku westybulowi, gdzie w płynącym z 
piętra świetle połyskiwała tylko czarno-biała posadzka. Kiedy zeszli z ostatniego stopnia, 
Claire zesztywniała z obawy, Ŝe Rafe będzie próbował ją pocałować. Zastanawiała się teŜ, 
jak powinna się w takiej sytuacji zachować. Nikomu nie pozwalała na to od bardzo długiego 
czasu. A jeszcze dłuŜej nie pragnęła Ŝadnego męŜczyzny. Byli juŜ przy drzwiach.

- Nie zrobię tego, jeŜeli ty nie będziesz chciała - powiedział.
Nie patrzyła na niego.
- Czego nie zrobisz?
- Nie pocałuję cię na poŜegnanie - odrzekł. - Jednak - dodał lekkim tonem - radziłbym ci 

zdobyć się na odwagę i mieć to juŜ za sobą.

Wyraz jej oczu był parodią chłodnego opanowania.
- Po co?
- PoniewaŜ oboje wiemy, Ŝe to się w końcu zdarzy. Podobno oczekiwanie i wydarzenie to 

niemal to samo, a nic nie okazuje się ani takie złe, ani takie dobre, jak to sobie wyobraŜamy. 
JeŜeli cię teraz nie pocałuję, będziesz się zamartwiała i zastanawiała przez całą noc, kiedy to 
nastąpi. Nie wyśpisz się, w samolocie będziesz zmęczona i zła. Weź teŜ pod uwagę, Ŝe 
obecność twoich obu braci tam, na górze, powstrzyma mnie przed czymś więcej poza 
pocałunkiem. W innych okolicznościach moŜe byłoby to trudne. Razem wziąwszy, nie 
znajdziesz lepszej - w duchu dopowiedział: bezpieczniejszej - okazji do naszego pierwszego 
pocałunku.

- Zmusił się do uśmiechu. - A przecieŜ nie mogę nawet być pewny, czy ci się to spodoba.
- A co byś powiedział, gdybym nie chciała się z tobą całować, ani teraz, ani kiedykolwiek?
- Ale ty chcesz. - Jego głos zmienił się w uwodzicielski, schrypnięty szept, sam brzmiący 

jak pieszczota.

- Prawda, Claire?
Stała pełna wątpliwości, z dłonią na klamce, usiłując pojąć, co właściwie czuje. Czy 

rzeczywiście chce, Ŝeby ją pocałował?

- Tak - przyznała. Powiedziała to bardziej do siebie niŜ do niego. - Tak, chcę.
- No to - starał się zapanować nad wzruszeniem - odwróć się do mnie.
Czekał, a wydawało mu się, Ŝe mijają wieki. I nagle była tuŜ blisko, z twarzą uniesioną ku 

niemu i tymi wpatrzonymi w niego niezwykłymi, szafirowymi oczami, błyszczącymi w 
półmroku jak klejnoty. Wyglądała na taką kruchą i bezbronną, bez pantofli, z opadającym na 
ramię puklem włosów i czającą się w spojrzeniu niepewnością i nieufnością. Robiła wraŜenie 

background image

raczej dziecka spodziewającego się kary niŜ kobiety czekającej na pocałunek.

Rafe pragnął wziąć ją w ramiona. Nie z namiętności, lecz z czułości. Chciał ją uspokoić, 

dodać jej

odwagi i ochronić przed czymś, co powodowało, Ŝe trzęsła się ze strachu na samą myśl o 

pocałunku. W jego umyśle zaczęło kiełkować podejrzenie, co było tym „czymś”, i ten domysł 
nie był przyjemny. „Dają mi poczucie bezpieczeństwa” - tak powiedziała o swojej rodzinie. 
„Jesteś jednym z niewielu męŜczyzn, którym Claire okazała zainteresowanie” - przypomniał 
sobie słowa Pierce’a. Wszystko to wydawało mu się nad wyraz dziwne.

Claire Kingston, utalentowana i urodziwa, pracowała w branŜy, która przyciągała 

przystojnych, obdarzonych twórczymi zdolnościami i pasją męŜczyzn. Myśl, Ŝe Ŝaden z nich 
nie rozpalił w niej ognia namiętności, była śmieszna, wręcz absurdalna. Chyba Ŝe jego 
podejrzenia okazałyby się słuszne. Jeśli tak, to postawa Królowej Lodu jest kamuflaŜem. 
Barwą ochronną. Czy tylko on widział w niej przeraŜoną kobietę? I tylko on domyślał się 
prawdziwych powodów przywdziania przez nią maski oziębłej kobiety?

- JeŜeli masz zamiar mnie pocałować, to pocałuj - odezwała się oschle. Nerwy miała 

napięte do ostateczności od tego czekania i Ŝaru, którym płonęło jej ciało. Chciała pocałunku 
i bała się go jednocześnie. Podobne doznania juŜ kiedyś były przyczyną jej kłopotów. - 
Chciałabym trochę się przespać przed podróŜą - dodała.

Rafe uśmiechnął się z zadowoleniem. Była przeraŜona, lecz nie stchórzyła.
Jeszcze bardziej zbliŜył się do niej. Wzdrygnęła się, ale nie cofnęła.
- Zamknij oczy, Claire - poprosił cicho. Nie posłuchała go. - W porządku - rzekł z 

westchnieniem - jak wolisz.

I bardzo powoli, z rękami celowo opuszczonymi wzdłuŜ ciała, pochylił głowę, Ŝeby ją 

pocałować.

Jego wargi dotknęły jej ust lekko, delikatnie. Jakby motyl musnął kwiat. Bez nacisku. Bez 

zniewolenia. Bez przymusu. Tak bardzo się bal, Ŝeby nie odwróciła głowy. Wyczuwał jej 
napięcie, ona jednak pozostała nieporuszona. Nie wychodziła mu naprzeciw, ale teŜ nie 
wycofywała się. Przycisnął wargi troszkę mocniej, wciąŜ ostroŜny, gotowy do odwrotu przy 
pierwszym odruchu niechęci z jej strony.

Lecz Claire nie poruszyła się. Nie wiedziała, Ŝe wargi męŜczyzny mogą być tak miękkie. A 

pocałunek taki delikatny. Czując jego usta na swoich, miała wraŜenie takiej samej słodyczy i 
bezpieczeństwa jak wtedy, kiedy malutki Beau całował ją w policzek. Powoli zamknęła oczy 
i zdała sobie sprawę, Ŝe jakaś drobna cząstka jej niepokoju ulatuje. Pochyliła się nieznacznie 
ku męŜczyźnie, próbując sama troszkę mocniej przycisnąć do jego ust swe wargi.

W odpowiedzi kaŜdy nerw ciała Rafe’a zadrŜał od szalonego napięcia. Wcisnął ręce do 

kieszeni spodni, Ŝeby się powstrzymać od przyciągnięcia jej do siebie i okazania swej 
namiętności. Zacisnął dłonie i czubkiem języka zaczął wodzić po jej wargach, cierpliwie, 
łagodnie, czekając, aŜ utajone w niej pragnienie wyzwoli się i skłoni ją do dalszego 
ustępstwa. A jego doprowadzi do szaleństwa.

Zdał sobie bowiem sprawę, Ŝe pocałunek z Claire jest niewyobraŜalnym przeŜyciem. Smak 

jej warg odurzył go, a ich nieśmiały dotyk pobudził bardziej niŜ wszystkie wyrafinowane 
pieszczoty, które ofiarowały mu dotąd inne kobiety. Zastanawiał się, jak daleko jeszcze moŜe 
się posunąć, Ŝeby nie stracić panowania nad sobą. Chciał porwać tę kobietę w ramiona, 
przytulić do siebie, czuć jak najbliŜej jej małe, piękne piersi. Pragnął rozpaczliwie wyrazić w 
najgorętszym pocałunku całą swą namiętność. Lecz równocześnie wiedział, iŜ nie moŜe sobie 
na to pozwolić, dopóki nie przywiedzie jej do takiego samego pragnienia i nie otrzyma od 
niej sygnału zachęty. Nagle poczuł, Ŝe jej język wysuwa się powoli, z wahaniem i wreszcie 
dotyka jego języka. Jęknął cicho i na moment dotarł do słodkiej głębi jej ust. Zaraz jednak 
oderwał się od niej i cofnął o krok.

- Dobranoc, Claire - powiedział. Głos miał ochrypły z poŜądania. Oczy rozszerzone z 

namiętności. Ciało napięte i tętniące rytmem rozszalałej krwi. - Do zobaczenia rano na 
lotnisku.

Chwycił klamkę i gwałtownie otworzył drzwi. Wiedział, Ŝe musi uciekać, w przeciwnym 

razie ulegnie spojrzeniu jej szeroko otwartych, błyszczących oczu, w których widział rodzące 
się poŜądanie. Gdyby pocałował ją tak, jak naprawdę chciał i czego ona nieświadomie 

background image

oczekiwała, śmiertelnie by ją wystraszył. Czuł instynktownie, Ŝe nie była jeszcze gotowa do 
dzielenia z nim nieokiełznanej pasji, a on nie potrafiłby juŜ dłuŜej utrzymać się w ryzach. 
Szybkim krokiem wyszedł na ganek, minął kamienne lwy, zbiegł po schodach i nie oglądając 
się za siebie, wskoczył do czekającej na niego limuzyny.

Claire stalą w progu z dłonią przy gorących wargach i patrzyła, aŜ samochód zniknął za 

bramą na końcu długiego podjazdu. Zastanawiała się, czy właśnie nie zrobiła pierwszego 
kroku, którego obiecała sobie nigdy więcej nie postawić.

I dziwne było to, Ŝe perspektywa wspólnego wyjazdu z Rafe’em nie wydawała się jej juŜ 

tak zatrwaŜająca.

ROZDZIAŁ 6

Królowa Lodu wróciła. Następnego dnia rano siedziała dumnie wyprostowana obok Rafe’a 

w samolocie lecącym do Lubbock w Teksasie. Zrobiła wszystko, co moŜliwe, Ŝeby 
przywrócić swój wizerunek. WłoŜyła wygodne, praktyczne obuwie, szczelnie zapięty pod 
szyję Ŝakiet, włosy ściągnęła do tyłu w kok, zrobiła nieskazitelny makijaŜ. A zachowywała 
się tak ozięble, Ŝe juŜ na sam jej widok człowiek mógłby dostać zapalenia płuc.

Rafe poczuł się nieco rozczarowany, lecz nie był zdziwiony. Wiedział bowiem, Ŝe metoda 

„krok do przodu, dwa kroki wstecz” jest typowa dla odzyskiwania równowagi po kaŜdym 
doświadczeniu, które pozostawiło uraz fizyczny czy psychiczny. U Claire, rozmyślał, 
obserwując ją spod oka, prawdopodobnie chodzi o obydwa.

Dla kobiety gwałt musi być wstrząsającym przeŜyciem, pozostawiającym wielorakie 

następstwa. Rozmowa z Pierce’em poprzedniego wieczoru i zachowanie Claire w czasie 
pocałunku utwierdziły w przekonaniu Rafe’a, Ŝe to właśnie jej się przydarzyło. Nie 
okazywała bowiem wahania czy lęku na myśl o pocałunku, naturalnego i instynktownego 
przed pierwszym zbliŜeniem. A potem jej usta pod jego wargami nie drŜały z nerwowego 
podniecenia. Ona była autentycznie przeraŜona. To był pierwotny, skręcający wnętrzności 
strach.

Mimo to pocałowała go. To mii dawało nadzieję. Nadzieję, Ŝe pewnego dnia, moŜe juŜ 

niedługo, zanim on całkiem oszaleje w oczekiwaniu na ten moment - ona pozwoli mu na 
więcej niŜ tylko pocałunek. Sama go do tego zachęci i będzie dzielić z nim to przeŜycie z 
niekłamanym uniesieniem i namiętnością.

Podobnie oceniała sytuację psycholog dyŜurująca przy telefonie zaufania dla ofiar gwałtu, 

czynnym całą dobę, z którą przeprowadził rozmowę po powrocie do domu.

- Nie mogę niczego stwierdzić z całą pewnością bez znajomości stanu faktycznego - 

powiedziała, kiedy podzielił się z nią swymi podejrzeniami. - Jednak wydaje mi się, Ŝe pana 
przypuszczenia są słuszne. Chyba była zgwałcona. JeŜeli naprawdę tak się stało i pan jest 
pierwszym męŜczyzną, którym się po tym zainteresowała, to mogę panu udzielić tylko jednej,
ale bardzo waŜnej rady. Proszę postępować niezmiernie ostroŜnie. Niech pan nie będzie 
natarczywy i do niczego jej nie nakłania. MoŜe pan spróbuje z nią na ten temat porozmawiać. 
To zawsze pomaga. I niech pan ją zachęci, Ŝeby poradziła się specjalistów. Nawet mimo 
znacznego upływu czasu fachowa porada pomogłaby jej uporać się z tego typu problemem. 
Jednak nade wszystko - powtórzyła psycholog z naciskiem - niech pan nie dąŜy do zbliŜeń i 
nie wymaga od niej współdziałania. Proszę pozwolić, Ŝeby to ona nadawała kierunek waszym 
stosunkom zgodnie z jej własnymi psychicznymi moŜliwościami.

Rafe zamierzał w pełni dostosować się do rady. AŜ do osiągnięcia celu.
Niczego od niej nie zaŜąda ani do niczego nie przymusi. Po prostu będzie przy niej przez 

cały czas. Jak pokusa. Jak przynęta. Niech przyzwyczai się do niego i jego obecności. Będzie 
ją łagodnie prowadził we właściwym kierunku, aŜ zaufa mu na tyle, Ŝeby ulec drzemiącej w 
niej namiętności. I tak juŜ ufała mu bardziej, niŜ to sobie uświadamiała.

Właśnie przed chwilą usnęła, choć twierdziła, Ŝe nie moŜe spać w obecności obcych ludzi. 

Siedziała z rękami opuszczonymi na kolana i z głową niewygodnie przechyloną na oparcie 
fotela. Uśmiechając się czule, wyjął z jej palców wieczne pióro i odłoŜył na podniesiony, 
podręczny blat. Uniósł rozdzielającą ich siedzenia podpórkę i delikatnie wsunął ramię pod jej 
plecy. Zesztywniał, kiedy wymamrotała coś przez sen. Wstrzymał oddech w obawie, Ŝe 

background image

Claire się obudzi i zaprotestuje przeciwko takiej poufałości. Lecz ona tylko przytuliła się do 
niego. Z policzkiem przy jego piersi i dłonią opartą tuŜ ponad srebrną klamrą jego paska 
wyglądała jak pełne ufności kocię, które znalazło się w znajomych, czułych rękach.

Rafe nakrył jej dłoń swoją i przycisnął ją lekko do siebie. Zamknął oczy. Zasypiał z 

uśmiechem cichej satysfakcji.

- ...schodzimy do lądowania w Lubbock. Kapitan prosi o zapięcie pasów, opuszczenie 

podręcznych blatów i ustawienie w pionie oparć foteli...

Metaliczne, zniekształcone głośnikiem polecenia wyrwały Claire z głębokiego snu.
Rafe takŜe się obudził, lecz nie otwierał oczu, tylko czekał ciekawy, jak się Claire zachowa. 

Gdy tylko zauwaŜyła, co jej słuŜyło za poduszkę, zesztywniała i usiłowała usiąść prosto. 
Usłyszał, Ŝe cicho sapnęła z irytacją i oczyma duszy widział zakłopotanie na jej twarzy, kiedy 
rozwaŜała swój kolejny ruch.

Rzuciła okiem na Rafe’a, Ŝeby się upewnić, czy śpi, i przygryzając wargę, bardzo powoli, 

milimetr po milimetrze wysunęła dłoń. Potem uchwyciła w dwa palce jego nadgarstek, 
podniosła do góry rękę i uchylając głowę, przełoŜyła mu ją na kolano. Chwyciła wieczne 
pióro, ułoŜyła rozrzucone papiery i dopiero wtedy trąciła Rafe’a łokciem.

- Rafe, obudź się - odezwała się oŜywionym głosem. - Schodzimy do lądowania.
- Hm? - udawał, Ŝe z wolna powraca do przytomności. Wyprostował ramiona, potem się 

przeciągnął, ocierając się przy okazji o Claire.

Nie odsunęła się nawet o centymetr.
- Długo spałem? - zapytał.
- Chyba przez całą drogę - wymamrotała, schylając się po teczkę. PołoŜyła ją na kolanach i 

otworzyła z trzaskiem. - Właściwie nie zwróciłam uwagi.

- Przez cały czas pracowałaś? - Patrzył, jak metodycznie układa papiery i przybory do 

pisania na właściwe miejsca.

- Uhm. - Zatrzasnęła teczkę. - W samolocie moŜna się dobrze skupić.
Skoro ona chce prowadzić taką grę, niech tak będzie, pomyślał. Tymczasem. Nie powie jej, 

Ŝ

e na policzku ma odciśnięty ślad guzika jego koszuli.

- Co to za miasto? - zapytała Claire. MruŜąc oczy, usiłowała w gęstniejącym mroku 

odszukać na leŜącej na kolanach mapie kolejną mijaną przez nich miejscowość w zachodnim 
Teksasie.

- Ropesville.
Rafe nie musiał nawet odczytywać tablicy informacyjnej witającej przybyszów. Odwrócił 

się do Claire.

- MoŜe byśmy się tu zatrzymali? Wyjrzała przez okno samochodu i zlustrowała otoczenie.
- Nie, nie nadaje się - odrzekła, potrząsając głową.
- Za duŜe, za ruchliwe. - Znów pochyliła się nad mapą. - Myślę, Ŝe powinniśmy zjechać z 

tej szosy w jakąś mniej uczęszczaną. Skręć w lewo przy pierwszym zakręcie. - Podniosła 
mapę bliŜej do oczu. - To chyba będzie droga numer 41.

Rafe zatrzymał samochód na parkingu następnego motelu.
Claire spojrzała zdumiona znad mapy.
- Co ty robisz? Dlaczego stoimy?
- Zwracam ci uwagę, jeśli sama tego nie zauwaŜyłaś, Ŝe słońce juŜ zaszło i nic prawie nie 

moŜna odczytać z mapy. Według mnie czas na odpoczynek.

- Ale...
- śadnego ale - przerwał Rafe. Jego cierpliwość wystawiona na próbę przez Królową Lodu, 

przez cały dzień w najwyŜszym stopniu oziębłą i odpychającą, wyczerpywała się.

- KrąŜymy juŜ tak w kółko - spojrzał na zegarek - prawie od sześciu godzin, przejeŜdŜamy 

przez kaŜdy przeklęty metr kwadratowy tego nieszczęsnego bezludzia. Nie wiem, czy od 
przedwczoraj spałem z pięć

godzin, wliczając w to drzemkę w ciasnym fotelu w samolocie. A jadłem tylko podany tam 

omlet i jakiegoś hamburgera po drodze. Jestem zmęczony i głodny. Muszę wziąć gorący 
prysznic, wypić zimne piwo i zjeść solidny stek z wszystkimi moŜliwymi dodatkami. W tej 
właśnie kolejności. A potem chcę się porządnie wyspać przez osiem godzin. Myślę, Ŝe tobie 

background image

teŜ się to naleŜy.

Przyjrzał się jej uwaŜnie i uderzyło go, Ŝe wcale nie robi wraŜenia zmęczonej. Wyglądała 

tak samo świeŜo i nieskalanie jak rano, kiedy wyruszali w podróŜ.

Z jakichś niezrozumiałych dla niego samego przyczyn jej wygląd go zezłościł.
- A moŜe Hollywoodzkiej Królowej Lodu obce są takie słabości, typowe dla zwykłych... - 

urwał nagle, gdyŜ zobaczył wyraz jej twarzy. - Co się stało?

Odwróciła głowę.
- Masz rację - odrzekła, wpatrując się w mapę - to był długi dzień. - Zaczęła ją składać lub 

raczej próbowała to robić. Dlaczego mapy nigdy nie składają się tak łatwo jak się rozkładają, 
przemknęło jej przez myśl. - Jesteśmy oboje zmęczeni i...

Wyciągnął rękę, Ŝeby jej dotknąć, lecz tylko przytrzymał mapę, z którą nie mogła sobie 

poradzić.

- Nie chciałem być taki obcesowy. - Wyrządził jej przykrość i poczuł się jak grubianin. A 

przecieŜ to nie ona go rozdraŜniła, po prostu był wykończony. Wypuścił z ręki mapę. - 
Przepraszam cię.

- Nie masz za co przepraszać - szepnęła ze wzrokiem utkwionym w mapę. Otworzyła 

szeroko oczy. To była znana sztuczka, która miała powstrzymać łzy. - Dobrze, Ŝe się 
zatrzymałeś. A ja... - Sztuczka się nie udała. - Do licha - powiedziała cicho i odwróciła twarz 
w stronę okna. Zgniotła w palcach brzeg mapy.

- Claire, na miłość boską. - Rafe patrzył przeraŜony na pierwszą łzę spływającą po jej 

policzku. - Claire, kochanie, nie płacz - powiedział zrozpaczony i bezradny, jak kaŜdy 
męŜczyzna wobec kobiecych łez. - JeŜeli nie chcesz, nie musimy się tu zatrzymywać. - 
Gotów był jej wszystko teraz obiecać, byleby nie płakała. - MoŜemy jechać tak długo, jak 
zechcesz.

Po policzku pociekła druga łza. Otarła ją wierzchem dłoni, jak dziecko.
- Ja n-nie dlatego - odparła, zła na siebie za okazanie słabości. Czuła się upokorzona.
- Więc dlaczego?
- To nic. Przepraszam. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Ja...
Rafe nie mógł znieść tego ani chwili dłuŜej. Ujął jej twarz i delikatnie odwrócił ku sobie.
- Powiedz mi - poprosił łagodnym głosem. Patrzyła na niego w milczeniu przez chwilę, 

która jemu wydawała się wiecznością, szafirowymi, błyszczącymi od łez oczami. Wargi jej 
drŜały. Rafe pragnął scałować te łzy z czułością, która falą zalała mu serce. A potem całować 
wargi, Ŝeby zaczęły drŜeć juŜ nie ze smutku, lecz z namiętności. - Powiedz mi - powtórzył 
cicho, z trudem powstrzymując odruch tkliwości.

- Nie cierpię tego przezwiska! - wybuchnęła gwałtownie. - Nigdy go nie znosiłam. Ale 

jeszcze bardziej jest mi przykro, kiedy ty tak o mnie mówisz.

- Chodzi ci o Królową Lodu?
Kiwnęła głową.
- Jakbym była taka zimna... i nieczuła... i... - Choć sama nie była pewna, czy to nie jest 

prawda. Nawet teraz, gdy ją to tak zabolało, nie była pewna.

- JuŜ nigdy tak nie powiem - przyrzekł. - I spiorę na kwaśne jabłko kaŜdego, kto cię tak 

nazwie. - Ujął jej twarz w dłonie i kciukami otarł resztki łez. - JuŜ wszystko dobrze?

Pociągnęła jeszcze nosem i skinęła głową.
- Przepraszam, Ŝe zachowałam się jak idio...
- Nie. - Dotknął kciukami jej warg. - To ja przepraszam, Ŝe doprowadziłem cię do płaczu. 

To się nigdy nie powtórzy. - Miał taką nadzieję. Musiał uŜyć całej siły woli, Ŝeby oderwać 
dłonie od jej twarzy. - Co powiesz na taki pomysł. MoŜe byśmy wynajęli sobie dwa pokoje w 
tym motelu? - zaproponował. - Wykąpiemy się, przebierzemy i poszukamy największych, 
najbardziej soczystych steków w całym Ropesville.

Claire zmusiła się do podobnie lekkiego tonu.
- A czy moŜna by zamienić jeden z tych steków na porcję jarzyn? Nie jadam mięsa.

- Wątpię, czy tutaj mają jakieś specjalne dania jarskie - odezwał się Rafe, kiedy w godzinę 

później siedzieli naprzeciwko siebie w restauracji. - Ale wiem, Ŝe będziesz mogła dostać 
tutejszą cętkowaną fasolę, pieczone ziemniaki, bo to zawsze podają do steków. No i zieloną 

background image

sałatę, jak ładnie poprosisz.

- Skąd wiesz, co tu podają do steków? W pierwszej chwili miał ochotę skłamać. Zdziwiło 

go to, gdyŜ juŜ od dawna nie odczuwał takiej pokusy. Przestał ukrywać swe pochodzenie, 
kiedy przekonał się, Ŝe nie dla wszystkich kobiet wartość męŜczyzny zaleŜy od tego, kto był 
jego dziadkiem i czy jego rodzina jest zamoŜna.

- Wychowałem się we Flat Rock, kilkadziesiąt kilometrów stąd - powiedział. - JeŜeli 

chłopak chciał zrobić na dziewczynie wraŜenie, to przyjeŜdŜał z nią na randkę właśnie do 
Ropesville. Tu było najbliŜsze kino i kręgielnia. Najlepsza restauracja w promieniu wielu mil 
znajdowała się wprawdzie w klubie sportowym we Flat Rock, ale - w jego głosie zabrzmiała 
gorycz - tam wstęp był tylko dla członków.

- Rozumiem, Ŝe ty nie miałeś karty członkowskiej.
- To byłoby raczej trudne - odrzekł zupełnie szczerze, jakby chciał się zrehabilitować przed 

sobą za poprzednią pokusę kłamstwa. - Moja rodzina mieszkała w najbiedniejszej dzielnicy 
tego miasteczka. Ludzie naszego pokroju nie byli mile poza nią widziani, chyba jako dozorcy 
czy kucharki.

Nie wiedział, jak przyjmie to zwierzenie kobieta, przed którą wszystkie drzwi stały 

otworem.

Wyglądało na to, Ŝe całkiem normalnie.
- Czy twoja rodzina nadal tam mieszka, we Flat Rock?
- Tak. W domu, w którym się wychowałem, wciąŜ jeszcze mieszka mama z moim 

najmłodszym bratem, Matteo. Zostanie sama, kiedy on na jesieni wyjedzie na studia. 
Najstarsza siostra, Inez, wyszła za mąŜ za farmera i mieszka w pobliŜu. Druga siostra. 
Mercedes, i jej mąŜ, teŜ są niedaleko, mają dom na przedmieściu Brownfield. Prowadzą 
szkołę pilotaŜu na tamtejszym lotnisku i wykonują róŜne usługi lotnicze.

- Jak liczne masz rodzeństwo?
- Ze mną jest nas siedmioro. Jeszcze jedna siostra, Ramona, jest adwokatem w Dallas - 

powiedział z wyraźną dumą. - Pilar znasz. Brat Luis jest na drugim roku studiów.

- A twój ojciec?
- Zginął w czasie poŜaru na polu naftowym, kiedy miałem piętnaście lat.
- Bardzo mi przykro - szepnęła, gdyŜ z tonu, jakim to powiedział, wywnioskowała, Ŝe 

bolesne wspomnienie o wypadku ojca było ciągle Ŝywe.

- Mnie teŜ - mruknął.
Zjawiła się kelnerka z napojami - piwem Lone Star z lodu dla Rafe’a i mroŜoną herbatą dla 

Claire.

Przyjęła od nich zamówienie, nie mrugnąwszy nawet okiem, kiedy Claire poprosiła o porcję 

steku bez steku.

- Chyba będziesz chciał się zobaczyć z rodziną, skoro juŜ jesteś tak blisko?
- Chyba. - Westchnął. Gdyby do nich nie wstąpił, matka urwałaby mu głowę.
Claire spojrzała na niego zaciekawiona. Wydawało się, Ŝe jego rodzina była bardzo zŜyta, 

więc powinien skwapliwie skorzystać z okazji odwiedzenia bliskich.

- Nie masz ochoty?
- Nie, skądŜe, mam. Tylko... - Wzruszył ramionami i zaczął zeskrobywać paznokciem 

etykietę z butelki. - Moja matka zrobi zaraz z tego wielką hecę. Powrót marnotrawnego syna i 
takie tam. Będzie chciała sprosić wszystkich krewnych z bliŜszych i dalszych okolic, i 
wyprawić wielkie, rodzinne przyjęcie, na które poświęci swego najdorodniejszego cielaka.

- Więc co z tego? - Claire nadal nie mogła zrozumieć, dlaczego Rafe tak niechętnie się 

odnosi do wizyty w domu. Ją bardzo by ucieszyło, gdyby matka chciała dla niej zrobić 
przyjęcie. Niestety, jej matka wydawała przyjęcia jedynie z towarzyskiego obowiązku. - 
Chyba byłoby bardzo przyjemnie?

- Taak. - Rafe porównał w myślach to rodzinne zgromadzenie do balu w domu brata Claire, 

gdzie był zaledwie wczoraj.

- Myślę, Ŝe powinieneś zrobić to dla swojej matki. Kelnerka przyniosła zamówione dania. 

Claire jadła z prawdziwą przyjemnością. Zielona sałata była świeŜa i krucha, pomidory miały 
pomidorowy smak, co się rzadko zdarzało, cienkie plasterki czerwonej cebuli i sos winegret 
zaostrzały apetyt. A do tego podano grube grzanki chleba domowego wypieku na kwasie, 

background image

natarte czosnkiem, z roztapiającym się na nich masłem.

- Nigdy bym nie pomyślał, Ŝe sobie z tym poradzisz - odezwał się Rafe po kilku minutach 

pełnej skupienia ciszy.

Claire, z pełnymi ustami, spojrzała na niego pytająco.
Wskazał widelcem niemal pusty talerz.
Przełknęła jedzenie.
- Ty zjadłeś hamburgera dzisiaj po południu, a ja tylko frytki.
- Myślałem, Ŝe wpadłaś na jakiś idiotyczny pomysł odchudzania się. Gdybyś mi wcześniej 

powiedziała, Ŝe nie jadasz mięsa, moglibyśmy gdzieś po drodze kupić chociaŜ owoce.

- Nie chciałam ci zawracać głowy. I to mówi kobieta, pomyślał, która nie zawaha się przed 

wierceniem dziury w brzuchu kaŜdemu, kto pracuje nad jej filmem. Pokręcił głową ze 
zdziwieniem nad skomplikowaną kobiecą psychiką.

- I wolałaś być głodna - stwierdził z nutą Ŝartobliwej nagany. - Wobec tego jutro rano - 

rzekł stanowczo - przed wyruszeniem w drogę zabierzemy ze sobą torbę chłodniczą i 
załadujemy do niej zapas owoców i soków. Trzeba było tak zrobić juŜ przed wyjazdem z 
Lubbock. Lepsze to niŜ tłuste hamburgery. Aaa, oto mój stek. - Spojrzał łakomie na mięso. - 
Nie jadłem kawałka porządnej wołowiny od wyjazdu z Teksasu.

Pozwoliła mu w spokoju sycić się soczystym mięsem i dopiero po paru dobrych chwilach 

spytała:

- Skoro wychowałeś się w tej okolicy, to zapewne dobrze znasz wszystkie małe miasteczka 

w tym regionie.

Miał to być subtelny wyrzut, Ŝe niepotrzebnie krąŜyli tak długo w poszukiwaniu idealnego 

Burley.

- Właściwie nie bardzo. - Jej aluzja była dość przejrzysta. - Opuściłem dom w parę miesięcy

po maturze. - Niedługo po tym, jak Laura Lyn Parker wystawiła go do wiatru. - I nigdy tu na 
dłuŜej nie wracałem. Małe miasteczka szybko się zmieniają, zwłaszcza w takich 
niestabilnych ekonomicznie czasach, jakie mieliśmy przez ostatnie dwanaście lat.

- Dokąd wyjechałeś po maturze?
- Początkowo nie za daleko. Dostałem pracę na polu naftowym w rejonie Midland, potem 

przeniosłem się do Houston, a w końcu na platformę wiertniczą w Zatoce Meksykańskiej.

- A jak to się stało, Ŝe z Zatoki Meksykańskiej przeniosłeś się do Hollywood, i to jako 

reŜyser?

Przeszłość Rafe’a tak bardzo róŜniła się od Ŝyciorysów znanych jej ludzi. To było 

fascynujące.

- Przyjechała ekipa filmowa robić film dokumentalny o pracy i Ŝyciu na dalekomorskiej 

platformie wiertniczej. Byłem wtedy jeszcze bardzo młody, miałem dwadzieścia trzy lata, i 
kręcenie filmu, nawet dokumentalnego, wydawało mi się o wiele bardziej interesujące niŜ 
wydobywanie ropy. Więc trochę im pomagałem, a kiedy skończyli, wyjechałem razem z 
nimi. Ale praca nad filmem się skończyła, a ja byłem bez grosza i musiałem szukać nowego 
zajęcia.

- I dlatego zostałeś kaskaderem?
- Tak. Ta robota zapowiadała się na znacznie ciekawszą od przenoszenia z miejsca na 

miejsce oświetlenia czy kamer. - I o niebo lepiej płatną, dodał w duchu. - Stąd juŜ droga do 
stanowiska szefa ekipy kaskaderów była stosunkowo prosta. A potem dalej, do 
reŜyserowania filmów akcji.

- A ten film dokumentalny, który zasługiwał na Oskara, zrobiłeś tak od niechcenia? - 

spytała. Skinął głową w podziękowaniu za komplement.

- No to juŜ znasz historię mego Ŝycia. Teraz twoja kolej.
- Moja?
- Proszę o historię twojego Ŝycia. Jak to się stało, Ŝe siedzi tu przede mną Claire Kingston, 

producentka filmowa? - spytał, patrząc na nią uwaŜnie.

- O nieba! - To pytanie ją speszyło. Nie lubiła opowiadać o swojej przeszłości. - Wystarczy 

przeczytać pierwsze lepsze czasopismo zajmujące się kinem albo jeszcze lepiej popularne 
magazyny. Powtarzają do znudzenia te same fakty z mojego Ŝycia. Zapis dla potomności.

- Z. pewnością nie wszystkie fakty. - Nie spuszczał z niej wzroku.

background image

- Wszystkie, które miały znaczenie - powtórzyła z uporem.
RozłoŜyła palce, Ŝeby na nich wyliczać te wydarzenia.
- Trzeba zacząć od tego, Ŝe urodziłam się - dotknęła pierwszego palca - i to jak stwierdzają 

dziennikarze - uśmiechnęła się - we właściwym czasie, gdyŜ w tym dniu moi rodzice 
obchodziliby jedenastą rocznicę ślubu, gdyby przedtem się nie rozwiedli, co im nie 
przeszkodziło wkrótce pobrać się na nowo. Nie pamiętam tego, ale mówiono mi, Ŝe pierwsze 
urodziny spędziłam z nianią w Beverly Hills, bo mama i tata właśnie załatwiali sobie w 
Meksyku drugi rozwód. Potem przez jakiś czas nic się specjalnego nie działo, a w czwartym 
roku Ŝycia zadebiutowałam w filmie w niewielkiej roli sierotki o anielskiej buzi i 
niewyparzonym języku. Partnerowałam aktualnej kochance mego ojca, grającej zakonnicę. 
Wypaliłam pierwszego - i dzięki Bogu jedynego - papierosa przed kamerą, kiedy miałam 
dziesięć lat. Całowałam się pierwszy raz jako trzynastolatka w filmie „Pełnoletnia” i za tę 
rolę dostałam Oskara.

Zaczęła wyliczać na palcach drugiej ręki. - Pierwszą scenę miłosną zagrałam mając 

szesnaście lat, ale nie mogłam obejrzeć tego filmu, bo był dozwolony od lat osiemnastu. - 
Ton jej głosu był teraz mniej niefrasobliwy. - Wtedy teŜ włoŜyłam po raz pierwszy długą 
suknię, gdyŜ bohaterka, którą grałam, szła na bal maturalny.

Nie dodała tylko, Ŝe to był jedyny bal maturalny, w którym brała udział.
- Dwa lata później zagrałam pierwszą juŜ dorosłą rolę w „Oszustach”, po czym 

zrezygnowałam z aktorstwa. I tak oto - dotknęła ostatniego palca - Claire Kingston, kobieta, 
producent filmowy, siedzi teraz naprzeciwko ciebie.

- Rzeczywiście wtedy całowałaś się po raz pierwszy?
-Tak.
Wszystko, co robiła po raz pierwszy, działo się w filmie. Pierwsze wypowiedziane 

ordynarne słowo, pierwszy wypalony papieros, pierwsza długa suknia, pierwszy romans - 
wszystko na oczach ekipy filmowej. KaŜdy znaczący krok w jej Ŝyciu był pozorem, fikcją, 
przeŜyciem sfabrykowanym dla potrzeb kamery. Doszło do tego, Ŝe zaczynała zastanawiać 
się, czy jest zdolna do przeŜywania prawdziwych uczuć, czy je rozpozna, gdy nadejdą. Co 
doprowadziło nieuchronnie do zdarzenia, które rozegrało się później.

- JuŜ państwo zjedli? - Kelnerka przerwała ich rozmowę, zanim Rafe zdołał zadać następne 

pytanie.

- Tak, dziękujemy - odparła Claire.
- MoŜe przynieść jakiś deser? Kawę?
- Dla mnie nie. A dla ciebie, Rafe?
Potrząsnął głową.
- Proszę rachunek.

Z restauracji wyszli w milczeniu. Był ciepły, teksaski wieczór. Powietrze pachniało kurzem, 

bylicą i spalinami unoszącymi się nad przecinającą szosę drogą,” która oddzielała parking 
restauracji od ich motelu.

Kiedy przechodzili przez skrzyŜowanie, choć nie było wielkiego ruchu. Rafe wziął Claire 

za rękę.

Claire pozwoliła mu spleść palce ze swoimi bez najmniejszego protestu. Nie czuła nawet 

cienia niepokoju. Przeciwnie, wydawało się jej, Ŝe tak właśnie powinno być - jej dłoń w jego 
gorącej, silnej, chroniącej ją ręce.

Spoglądała na niego spod oka, gdy, ciągle trzymając się za ręce, przechodzili koło biur 

motelu, a potem obok basenu, w kierunku przydzielonych im pokojów. Zastanawiała się, 
jakim byłby kochankiem. Czy okazałby jej taką delikatną czułość jak wczoraj, przy 
pocałunku? Czy moŜe nie potrafiłby opanować namiętności? Czy oczekiwałby od niej takiej 
samej reakcji? Czy umiałby się powstrzymać, gdyby się zlękła? Był takim silnym, potęŜnie 
zbudowanym męŜczyzną. Lecz takŜe dŜentelmenem. Człowiekiem subtelnym. Nie 
wyrządziłby jej krzywdy, choćby nawet nie sprostała jego oczekiwaniom.

Pociągał ją fizycznie - wbrew jej woli. Być moŜe nigdy nie będzie miała lepszej 

sposobności, Ŝeby zmierzyć się ze swym strachem. A jednak gdy wypuścił jej rękę, aby 
wyjąć klucz z kieszeni opiętych na muskularnych nogach dŜinsów, poczuła uścisk w Ŝołądku. 

background image

Czy wystarczy jej odwagi, aby poszukiwać odpowiedzi na nurtujące ją pytania? Czy ma 
pozostać emocjonalną kaleką, dlatego Ŝe nie potrafi wyzbyć się obaw, mimo nadarzającej się 
szansy?

Otworzył drzwi jej pokoju.
- Dobranoc, Claire - powiedział łagodnym głosem. Ujął jej dłoń i połoŜył na niej klucz. - 

Ś

pij smacznie.

Odwrócił się w stronę drzwi swego pokoju.
- Rafe? - Usłyszała swój głos, zanim zdąŜyła ten
impuls powstrzymać.
- Słucham.
Przełknęła ślinę.
- Czy pocałujesz mnie na dobranoc?

ROZDZIAŁ 7

Te ciche słowa były jak uderzenie pięścią w splot słoneczny. Znieruchomiał, starając się 

pojąć ich właściwe znaczenie.

„Czy pocałujesz mnie na dobranoc?” Chciała, Ŝeby ją pocałował na dobranoc. Niewątpliwie

to zdanie znaczyło dokładnie to. Nic więcej. Nic mniej. Czy rzeczywiście?

Odwrócił się do niej, zdecydowany spełnić jej prośbę, a potem zabrać ją do siebie. I wtedy 

przypomniał sobie, co mówiła psycholog z telefonu zaufania. „Niech pan nie będzie 
natarczywy i do niczego jej nie nakłania. Proszę pozwolić, Ŝeby to ona nadawała kierunek 
waszym stosunkom zgodnie z jej własnymi moŜliwościami psychicznymi”. Wiedział, Ŝe musi 
się dostosować do tej rady. ZbliŜył się do Claire i tak jak poprzedniego wieczoru, z rękami 
opuszczonymi wzdłuŜ ciała, pochylił głowę i tylko wargami dotknął jej ust.

ZadrŜała.
Uniósł głowę.
- Claire?
- Całuj mnie - domagała się szeptem, jakby w udręce. Pochyliła się ku niemu i oparła 

zaciśnięte dłonie na jego piersi. - Proszę. Całuj mnie.

Otoczył ją ramionami i połączył jej usta ze swymi.
Zarzuciła mu ręce na szyję, wspięła się na palce, podsuwając gwałtownie usta do 

pocałunku, jak kobieta opanowana niepowstrzymaną namiętnością.

Poddał się na moment temu wraŜeniu. Mocniej ją przytulił. Rozwarł szerzej wargi. JuŜ miał 

dać się ponieść nieoczekiwanej fali uniesienia, gdy nagle uświadomił sobie, Ŝe to nie 
namiętność nią kieruje, lecz jakaś brawurowa, rozpaczliwa zuchwałość. Przypominała małą 
dziewczynkę, która decyduje się nagle na otwarcie drzwi szafy, aby stanąć oko w oko z 
zamieszkującym ją potworem. Ciało Claire w jego ramionach było napięte i sztywne, nie 
wyczuwał w nim uległości i poŜądania. A dźwięk, który usłyszał, nie był jękiem zachwytu, 
lecz przeraŜenia. Jego zapał ostygł, jakby ktoś oblał go kubłem zimnej wody. Objął dłońmi 
jej głowę i głaskał zaplecione po kąpieli w warkocz włosy. Potem odchylił ją leciutko do 
tyłu.

- Claire - powiedział z ustami przy jej wargach. Jego oddech był jeszcze gorący. Jej - 

przyspieszony, urywany, jakby po długim biegu. Czul pod swymi kciukami na jej skroniach 
szybko bijący puls.

- Claire. Uspokój się, dziecino. To nie jest wyścig. To pocałunek. - Dotknął wargami 

najpierw jednego, a potem drugiego kącika jej ust. - Po prostu pocałunek.

Wciągnęła powietrze głęboko, spazmatycznie, jak dziecko, które dopiero co przestało 

szlochać, i kiedy znowu objął ją ramionami, pozostała nieruchoma z uniesioną ku niemu 
twarzą.

- O to właśnie chodzi - pochwalił ją i zaczął całować jej policzki, brodę, powieki. 

Delikatnie, powoli, Ŝeby ukoić to wzburzenie. Gdy poczuł, Ŝe się odpręŜa, szepnął:

- Tak, właśnie tak. - I znów dotknął wargami jej ust.
Jeszcze jakby trochę niepewna, tym razem pokonując wahanie, rozchyliła wargi w 

oczekiwaniu. Pieszczotę jego ust i języka przyjęła z cichym westchnieniem, nie jak 

background image

agresywną napaść, lecz podarunek, którego nie moŜe odrzucić. Starała się rozpoznać uczucia, 
które ją ogarnęły. Ten męŜczyzna obdarowywał ją czułością, poczuciem bezpieczeństwa. I 
wywoływał w niej jeszcze coś, co dopiero zaczynała pojmować - zmysłowe podniecenie. 
Chciała się sycić jego pocałunkiem bez końca, gdyŜ z tą pieszczotą nie wiązało się Ŝadne 
nieprzyjemne doznanie - strachu, niebezpieczeństwa, bólu. Dokonuję zadziwiającego 
odkrycia jak na dwudziestopięcioletnią kobietę, pomyślała. Pragnęła się rozkoszować tym 
pocałunkiem i upajać się nim coraz bardziej.

Rafe od razu wyczuł zmianę, jaka w niej zaszła. Oparł się o futrynę na wpół otwartych 

drzwi, przyciągnął Claire do siebie tak mocno, aŜ poczuł przy sobie jej piersi i biodra, a 
potem zaczął pieścić plecy poprzez cienki jedwab bluzki. Kusiło go, Ŝeby przesunąć palce 
wzdłuŜ wyczuwalnych pod materiałem ramiączek stanika i ująć w dłonie jej małe piersi. Lecz
nie był pewien, jak by to przyjęła. Czy była gotowa na kolejny krok?

Tuliła się do niego taka rozgrzana. Jej zmysły juŜ były pobudzone, wilgotne wargi 

odwzajemniały pocałunki, a palce nieprzerwanie gładziły jego włosy. Przesunął ręce ku jej 
piersiom i musnął je lekko. Zesztywniała. Odsunął ręce.

- Nie, nie - szepnęła tuŜ przy jego ustach. - Wszystko w porządku. Tylko mnie trochę 

wystraszyłeś. - Jej głos nieco drŜał. - JuŜ dobrze, naprawdę.

Rafe jednak wiedział, Ŝe to nieprawda. Powrócił ślad dawnych obaw, a on nie mógł 

pozwolić, aby choć cień jej strachu ciąŜył na atmosferze ich fizycznego zbliŜenia. JeŜeli w 
końcu Claire mu się odda, to całkowicie, bez zastrzeŜeń.

- Kochanie, jutro znowu mamy przed sobą długi dzień - wyszeptał, rozluźniając uścisk 

ramion.

Oparta o niego, nie zareagowała, jakby bała się poruszyć.
- Ale przecieŜ ty... ty...
- Pragnę ciebie? - Wiedział, Ŝe to miała na myśli.
- Tak, pragnę. - PołoŜył dłonie na jej karku i przytulił czoło do jej czoła. - Czy nikt ci nie 

mówił, Ŝe nie za kaŜdym razem męŜczyzna musi otrzymać to, czego pragnie?

- Nie? - spytała z niedowierzaniem.
Zastanawiał się, czy rzeczywiście tego nie wiedziała, czy po prostu była zdziwiona, Ŝe to 

męŜczyzna jest orędownikiem wstrzemięźliwości.

- Nie. - Objął dłońmi jej talię. - Myślałem, Ŝe wie o tym kaŜda dziewczyna juŜ w liceum. 

Przynajmniej taka, która ma starszych braci.

- Nie chodziłam do liceum - odparła. - Miałam prywatnych nauczycieli. A Gage i Pierce są 

znacznie starsi ode mnie - odruchowo stanęła w obronie rodziny.

- Pozwól więc, Ŝe uzupełnię luki w twej edukacji, panno Kingston. Nie spełnione poŜądanie 

moŜe być dla męŜczyzny frustrujące, ale z pewnością niczym mu nie grozi. I kobieta nie musi 
się tym przejmować, chyba Ŝe sama pragnie je zaspokoić. Czy to jasne? - Uniósł jej twarz do 
góry. - Jasne? - powtórzył.

- Tak - odrzekła słabym głosem.
Była zaŜenowana, lecz równocześnie odczuła wielką ulgę.
- Dobrze. A to po to, Ŝebyś dobrze zapamiętała, co powiedziałem.
Jeszcze raz ją pocałował, równie delikatnie, jak przedtem, lecz na tyle długo, Ŝe gdy 

wreszcie uniósł głowę, oboje cięŜko oddychali.

- Dobranoc, Claire - szepnął schrypniętym głosem i szybko odsunął ją od siebie.
Wpatrywała się w niego trochę jeszcze oszołomiona.
- Idź juŜ. - Popchnął ja lekko w kierunku pokoju. - Poczekam, aŜ zamkniesz się na klucz.
- Dobranoc, Rafe. - Z jej oczu wyczytał zdumienie. - I dziękuję - szepnęła, zamykając za 

sobą drzwi.

Odczekał moment, a kiedy usłyszał, Ŝe klucz przekręca się w zamku, podszedł do drzwi 

swego pokoju. Za pierwszym razem nie mógł trafić do zamka. Zaklął cicho.

- Cała nadzieja w tym, Ŝe mają tu telewizję kablową - wymruczał, otwierając wreszcie 

pokój. Wiedział, Ŝe tej nocy nie zmruŜy oka. KaŜda cząstka jego ciała wyrywała się do 
kobiety, która była tuŜ obok, za ścianą.

Claire myślała, Ŝe następnego dnia rano będą się czuli niezręcznie. Powinni. Dzięki 

background image

Rafe’owi tak się jednak nie stało. Zjedli razem śniadanie w złudnym chłodzie wczesnego 
poranka, po czym wyszli na zakupy. Kupili torbę chłodniczą i zapakowali do niej zapas 
owoców, napojów i trochę róŜności do przegryzania. Rafe wyśmiewał się z jej dietetycznych 
odŜywek owsiano-orzechowo-rodzynkowych i „źródlanej” wody, a ona wyliczała mu kalorie 
w czekoladowych batonach i cukierkach, które według niego były niezbędne w czasie 
dłuŜszej podróŜy. Uzupełnili paliwo i o godzinie ósmej trzydzieści ruszyli na zachód w 
promieniach słońca wpadających juŜ przez boczną szybę samochodu.

Claire wydawało się, Ŝe nigdy jeszcze nie czuła się tak odpręŜona i beztroska. Po części 

dlatego, Ŝe znalazła się daleko od Hollywood. Poza zasięgiem obmowy, podstępnych ciosów 
w plecy. Z dala od plotek i dziennikarzy, od nie kończących się przyjęć, podczas których 
moŜna było zyskać lub stracić reputację pomiędzy jednym daniem a drugim.

Kolejnym powodem była niewątpliwie przyjemność podróŜowania samochodem w 

przepiękny, pogodny dzień, pokonywania kilometrów przy cichej muzyce płynącej z radia, w 
lekkim wietrze, wpadającym przez uchylone szyby. W takiej chwili miała wraŜenie, Ŝe 
wszystko, co najlepsze, jest jeszcze przed nią.

Lecz najwaŜniejsza przyczyna leŜała w czym innym. MoŜna by powiedzieć raczej, Ŝe 

siedziała, o pół metra od niej. Claire spojrzała na trzymającego kierownicę i wpatrzonego 
przed siebie męŜczyznę. Usadowił się wygodnie, widać było, Ŝe jego mięśnie są całkowicie 
rozluźnione, a przecieŜ wciąŜ wyglądały na twarde jak skala i nieodparcie kojarzyły się z 
opoką. Patrząc na jego profil, Claire pomyślała, Ŝe jest to twarz człowieka powaŜnego i 
bezkompromisowego.

Szerokie, gładkie czoło, orli nos, wydatne kości policzkowe, znamionujący upór podbródek. 

Wyraz powagi łagodziły jednak kształtne usta, długie rzęsy i czarne, faliste włosy, teraz 
rozwiane wiatrem. Dłonie spoczywające na kierownicy były silne i niezawodne, palce lekko 
wystukiwały rytm piosenki country płynącej z radia. Szerokie ramiona, tors zwęŜający się w 
talii, płaski brzuch, muskularne uda. Emanował siłą, zmysłowością, a jednocześnie budził 
zaufanie.

Wiedziała juŜ, Ŝe mogła na niego liczyć, zwłaszcza na jego wraŜliwość i odpowiedzialność. 

Czuła, jak ta zlodowaciała grudka, którą gdzieś w głębi siebie przechowywała od tak dawna, 
zaczyna się powoli roztapiać.

- Co takiego dostrzegłaś? - spytał. Czuł na sobie jej wzrok jak delikatną pieszczotę. - 

Została mi na brodzie resztka sosu?

Jadł na śniadanie kiełbaski i ta swoista dieta w stylu Południa była przyczyną Ŝartów Claire, 

która zamówiła otręby z chudym mlekiem.

Potrząsnęła głową.
- Zastanawiałam się, kiedy dojedziemy do Flat Rock.
Spojrzał na nią kątem oka.
- Spieszy ci się z jakiegoś szczególnego powodu?
- Nie.
A jednak się jej spieszyło. Zainteresowanie osobą Rafe’a przeniosło się na wszystko, co go 

dotyczyło.

- Po prostu lubię mieć wszystko zaplanowane - dodała.
- Tak? - udał zdumienie. - Naprawdę? W odpowiedzi usłyszał jej cichy śmiech.
- Zawiadomiłem mamę, Ŝe nie moŜe nas oczekiwać wcześniej niŜ o trzeciej.
- Sądziłam, Ŝe do Flat Rock jest około osiemdziesięciu kilometrów.
- Tak - przyznał - w linii powietrznej. Ale my nie fruwamy, a nawet nie wybraliśmy sobie 

najkrótszej drogi. Pomiędzy Ropesville i Flat Rock jest sporo małych miasteczek. MoŜe 
któreś z nich okaŜe się naszym Burley.

- MoŜe.
Do Flat Rock zajechali jednak wcześniej, gdyŜ Claire wystarczyła za kaŜdym razem jedynie 

minuta na podjęcie decyzji, Ŝe Ŝadne z kolejnych mijanych małych miast nie spełnia jej 
wymagań. Gdy dojechali do znaku granicznego na skraju Flat Rock, Rafe mógł juŜ tylko 
szczerze współczuć ekipie, która do tej pory poszukiwała lokalizacji pleneru. Ani jedna 
miejscowość, którą widzieli, nie odpowiadała wyobraŜeniom Claire.

- Budynek szkolny jest zbyt nowoczesny - orzekła w jednym z miasteczek.

background image

- Za duŜo szyldów na głównej ulicy - stwierdziła w innym.
- Wielkomiejska atmosfera.
- Na rynku powinno stać podium dla orkiestry jak w dawnych czasach.
- Budynek sądu jest z kamienia, a powinien być z cegły.
- Nie ma baru z napojami bezalkoholowymi.
- Zaniedbane.
- Współczesne budownictwo.
- Wszystko psuje ten parking.
Rafe starał się jej wytłumaczyć, Ŝe nie ma racji. Kupcom moŜna by zapłacić za tymczasowe 

zdjęcie szyldów, budowa podium czy ceglanej fasady budynku nie była problemem, a skoro 
nie przewidywali kręcenia scen na parkingu, to obojętne, jaki on jest lub czy go w ogóle nie 
ma.

Claire nie chciała słuchać.
- Czego ty, do licha, szukasz? - zawołał w pewnym momencie.
- Burley - odparła chłodno.
Jego groźne spojrzenie nie wywarło na niej Ŝadnego wraŜenia. Pochyliła się nad mapą i 

czerwonym krzyŜykiem skreśliła kolejne miasto.

Rafe musiał powstrzymać uśmiech podziwu. Claire w róŜnych kwestiach mogła wykazywać 

niepewność, gdy jednak chodziło o sprawy zawodowe, nie wahała się nigdy. Przystąpiła do 
poszukiwań fikcyjnego Burley jak dowódca oddziału zwiadowczego, który nie moŜe odstąpić 
od wyznaczonego celu. Kiedy w parę minut później wjechali w główną ulicę Flat Rock, a 
Claire zaczęła się rozglądać wokół z duŜym zainteresowaniem, rozbawienie Rafe’a 
przygasło.

Flat Rock wyglądało rzeczywiście tak, jakby ostatnie ćwierćwiecze nie wywarło na nie 

Ŝ

adnego wpływu. Wprawdzie tu i ówdzie zauwaŜało się ślady upływu czasu, lecz w zasadzie 

wszystko było bardzo zadbane przez dumnych ze swego miasteczka mieszkańców. Boisko 
zbudowanego przed dwudziestu pięciu laty liceum otaczały z dwóch stron drewniane ławki 
dla widzów, którym wyniki rozgrywek sportowych pokazywano na staromodnej tablicy, gdyŜ 
technika elektroniczna jeszcze tu nie dotarła. Na rynku stało drewniane podium, a przez 
szybę miejscowej drogerii widać było stoisko z napojami chłodzącymi.

- Budynek sądu nie jest z cegły - zwrócił uwagę Rafe.
- Ale za to bank jest - zauwaŜyła Claire, obserwując bacznie okazałą, starą budowlę. - 

Jestem przekonana, Ŝe właściciele pozwoliliby nam go wykorzystać.

- Tutejsi radni zaprojektowali parking na przeciwległym końcu miasta.
Claire spojrzała na Rafe’a z wyrzutem.
- Od początku wiedziałeś, Ŝe Flat Rock doskonale nadaje się na Burley - stwierdziła. - 

Prawdopodobnie juŜ po przeczytaniu scenariusza. Dlaczego nie powiedziałeś? 
Zaoszczędziłoby to wiele czasu i wysiłku.

- Flat Rock jako Burley? - zaśmiał się. - Chyba Ŝartujesz.
- Nie, mówię powaŜnie i ty dobrze o tym wiesz. Jest po prostu doskonałe. Ten rynek, 

podium, szkoła. O, mój BoŜe! Czy to jest biblioteka? Wręcz wymarzona. Zatrzymaj się - 
poprosiła. - Muszę ją obejrzeć od środka.

Rafe skierował samochód w stronę parkingu przy motelu, połoŜonym na skrzyŜowaniu 

autostrady i szosy prowadzącej do centrum miasteczka. Przez całą drogę nadal dyskutowali o 
moŜliwości nakręcenia plenerów we Flat Rock.

- Nie do wiary. - Claire ze zdumieniem pokręciła głową, wysiadając z samochodu. - Ono 

jest właśnie takie jak trzeba. - Zatrzasnęła drzwiczki. - MoŜe jesteś zbyt blisko z nim 
związany, dlatego nie widzisz, Ŝe jest idealne - zastanawiała się na glos, zdziwiona, Ŝe dla 
Rafe’a nie jest to tak oczywiste.

- MoŜe - odparł posępnym tonem. A moŜe nie chcę kręcić tego przeklętego filmu właśnie 

tutaj, dodał w duchu.

W czasie ostatnich piętnastu lat starał się otrząsnąć ze swych butów pył Flat Rock. śyć z 

dala od tych małostkowych, prowincjonalnych tradycjonalistów.

Oczywiście, bywał tutaj. PrzyjeŜdŜał - jeśli tylko mógł - na róŜne uroczystości rodzinne, 

takie jak wesela czy chrzciny. Lecz nigdy nie zostawał dłuŜej niŜ jeden, lub najwyŜej dwa 

background image

dni. I za Ŝadną cenę nie chciałby spędzić w rodzinnym mieście przeszło półtoramiesięcznego 
okresu zdjęciowego.

Dusił się we Flat Rock. Czuł się osaczony przez tutejszych ludzi. Oni go tu juŜ 

jednoznacznie osądzili, bez względu na to, czy kiedyś pokładali w nim nadzieje, czy byli do 
niego uprzedzeni. Dla nich wszystkich pozostał na zawsze biednym, meksykańskim 
chłopakiem z ubogiej dzielnicy, który zbyt wysoko mierzył, zadając się z Laurą Lyn Parker i 
dostał po nosie.

Z pewnością w stanie Teksas było wiele innych miejscowości nadających się na filmowe 

Burley.

- Jak tylko zainstalujemy się w motelu - Claire mówiła w podnieceniu - zaraz zatelefonuję 

do Tony’ego.

Tony kierował wszystkim, co wiązało się ze sprawnym przebiegiem zdjęć plenerowych, 

począwszy od wyŜywienia ekipy realizacyjnej, na niezbędnych uzgodnieniach z władzami 
miasta kończąc.

- JeŜeli mamy zacząć zdjęcia zgodnie z harmonogramem - ciągnęła - musi się tu jutro 

zjawić i szybko załatwić formalności. Nie zostało wiele czasu. I trzeba zadzwonić do Roberta 
- tę uwagę skierowała bardziej do siebie - Ŝeby zawiadomił wszystkich o znalezieniu Burley. 
Dennis, Becky i R.J. teŜ muszą jak najszybciej tu przylecieć i zacząć działać.

- Więc podjęłaś decyzję. Bez uzgodnienia ze mną.
- Ale dlaczego, na litość boską, miałbyś się nie zgodzić? - spytała.
Była gotowa wysłuchać wszystkich jego zastrzeŜeń. Jako reŜyser musiał przecieŜ mieć 

wizję scen plenerowych i z jego opinią powinna się liczyć.

- Tylko weź pod uwagę - dodała - Ŝe na dalsze poszukiwania nie zostało wiele czasu, a Flat 

Rock wygląda naprawdę na idealne miejsce. Chyba Ŝe jest coś, o czym nie wiem. MoŜe 
biurokraci z magistratu będą stawiać jakieś przeszkody?

Potrząsnął głową. Urzędnicy z pewnością gotowi będą wręczyć jej klucze do miasta na 

wiadomość, Ŝe ona chce tu robić film. I postawią jej pomnik, jak się zorientują, ile pieniędzy 
przy tej okazji zasili lokalny budŜet.

- Więc o co chodzi? - Szczerze ją dziwiła niechęć Rafe’a.
A jemu duma nie pozwoliła na wyjawienie prawdy. Nie potrafiłby znieść litości, a bał się, 

Ŝ

e takie uczucie wzbudzi w Claire, jeśli przyzna się do swych rozterek.

- O nic - odparł. - Oczywiście, masz rację. Flat Rock jest idealne.

ROZDZIAŁ 8

Kiedy zajechali pod dom pani Santana, zobaczyli stojące juŜ przed nim cztery inne 

samochody. Rafe od razu je rozpoznał. Zakurzony pikap ze strzelbą myśliwską, przewieszoną 
w poprzek tylnej szyby naleŜał do Inez, Ŝony farmera. Świetnie utrzymanym kombi z dwoma 
dziecięcymi fotelikami przyjechali Mercedes z męŜem, Jimmym Lee. Właścicielem starego, 
rozklekotanego mustanga był Luis, który uparcie nazywał ten wehikuł zabytkiem. Stał teŜ 
srebrzysty taurus, kupiony przez Rafe’a matce kilka lat temu. Brakowało tylko japońskiego 
czerwonego, dwuosobowego kabrioletu Ramony, ale ona musiała jechać z Dallas ponad 
piętnaście godzin.

Rafe przyglądał się z uśmiechem tej zbieraninie. Teksańczycy kochali samochody. śałował, 

Ŝ

e nie mógł przyjechać z Kalifornii swym starym porche. Zrobiłby wraŜenie, zwłaszcza na 

szwagrze - Jimmym Lee.

- Chyba juŜ wszyscy są - powiedział do Claire, wysiadając z auta.
- Sądzisz, Ŝe ten strój jest odpowiedni? - spytała. Wysiadła, nie czekając, aŜ Rafe otworzy 

jej drzwiczki.

- MoŜe powinnam była włoŜyć coś bardziej eleganckiego?
- Nie - potrząsnął głową. - Wyglądasz świetnie, wierz mi.
Miała na sobie jasnobłękitną, jedwabną bluzkę, wpuszczoną w bawełniane spodnie koloru 

khaki, w militarnym stylu. Włosy zaplotła w jakiś bardzo skomplikowany warkocz. Na nogi 
włoŜyła proste sandałki. Domyślał się, Ŝe w jej wyobraŜeniu takie ubranie było odpowiednio 
skromne i stosowne dla kobiety na kierowniczym stanowisku w czasie wolnym od pracy. I 

background image

zapewne miała rację. Lecz ponadto ujawniało ono jej wrodzone poczucie stylu i podkreślało 
wszystkie wdzięki dziewczęcej, szczupłej figury. Pod przylegającym do ciała jedwabiem 
bluzki rysowały się niewielkie, kształtne piersi. Skórzany i chyba bardzo kosztowny pasek 
uwydatniał wcięcie w talii, a spodnie - łagodne zaokrąglenie bioder.

Rafe, zbliŜając się do Claire, sycił się tym uroczym widokiem.
- Świetnie, to mało powiedziane. - Posłał jej Ŝartobliwie lubieŜne spojrzenie.
Zarumieniła się, zmieszana komplementem.
- MoŜe powinnam wziąć Ŝakiet. LeŜał na siedzeniu samochodu, więc schyliła się, Ŝeby po 

niego sięgnąć.

- Zostaw. - Odciągnął ją od drzwi samochodu i zatrzasnął je. - Chodź. - WłoŜył jej rękę pod 

swe ramię. - PokaŜę ci, jak się bawić w tym towarzystwie.

Ominął główną ścieŜkę, prowadzącą do frontowych drzwi i poprowadził Claire dookoła 

domu boczną dróŜką, krętą i częściej uŜywaną, pomiędzy wybujałymi, obsypanymi 
róŜowymi kwiatami krzewami mirtu, a potem koło garaŜu, słuŜącego jego matce raczej jako 
składzik. Unoszący się zapach pieczonego na ruszcie, przyprawionego aromatycznymi 
ziołami mięsa mieszał się w ciepłym powietrzu późnego popołudnia ze słodką wonią letnich 
kwiatów. Dochodzący z wnętrza domu gwar stawał się coraz głośniejszy. Słychać było 
zarówno charakterystyczne, teksaskie przeciąganie głosek, jak i szeleszczący, melodyjny 
hiszpański. Dochodzili do otwartych, tylnych drzwi domu.

- Jesteś pewna, Ŝe chcesz uczestniczyć w tym spędzie? Oho, za późno. JuŜ nas zobaczyli.
Uwolnił rękę Claire i wyciągnął ramiona do drobnej, uśmiechniętej kobiety, prawie 

biegnącej w ich stronę.

- Mamo. - Przytulił ją do siebie.
Z potoku hiszpańskich słów Claire zrozumiała tylko „Rafael”, ale z tonu wyczuła, Ŝe matka 

czule beszta syna.

Rafe, potrząsając głową ze śmiechem, odpowiadał w tym samym języku, po czym odwrócił 

się do Claire, Ŝeby ją przedstawić.

Claire nie wiedziała wprawdzie, jak powinna wyglądać spracowana wdowa, która 

dochowała się siedmiorga dorosłych dzieci, jednak Ŝaden z obrazów, które mogłaby 
podsunąć wyobraźnia, nie odpowiadały wizerunkowi stojącej przed nią postaci. Zamiast 
przygarbionej, zgaszonej staruszki w czerni zobaczyła wesołą kobietę w bardzo kolorowej, 
kretonowej sukience i espadrilach. Matka Rafe’a miała czarne, krótko ostrzyŜone włosy, 
mocno przyprószone siwizną, a oczy, podobnie jak syn, koloru gorącej, czarnej kawy. I 
równie przenikliwe.

- Mamo, to jest Claire Kingston. - Rafe dokonał prezentacji. - Moja mama, Dolores 

Santana.

Claire ujęła silną, stwardniałą od pracy dłoń.
- Bardzo mi miło panią poznać, pani Santana - powiedziała, Ŝałując w duchu, Ŝe nie zdobyła 

się na bardziej oryginalne powitanie. - Rafe duŜo mi o pani opowiadał.

- Tak? - Starsza pani uniosła zaciekawiony wzrok na syna, po czym powróciła spojrzeniem 

do Claire. - O tobie mówił nam bardzo mało. Chodź.

- Poklepała jej szczupłą dłoń, której nie wypuszczała ze swej ręki. - Musisz poznać moje 

córki i opowiedzieć nam o tym filmie, który robisz z Rafaelem.

- Mamo - Rafe próbował się wtrącić, choć wiedział, Ŝe nie uda mu się odwieść matki od 

tego tematu - nie sądzę, by Claire chciała rozmawiać o pracy. To podobno ma być przyjęcie.

- Nie mam nic przeciwko temu - odparła Claire, tak jak się spodziewał.
- A widzisz? Ona nie ma nic przeciwko temu. A teraz - machnęła ręką w kierunku syna - idź 

porozmawiać sobie z braćmi. Luis juŜ nie moŜe się doczekać, kiedy pokaŜe ci, jak z Jimmym 
Lee wyszykowali samochód. A Miguel, mąŜ Inez, z pewnością potrzebuje cię do pomocy 
przy roŜnie. Ją oddam ci później, jak się lepiej poznamy.

- Ale - Rafe gorączkowo szukał wymówki - ona jeszcze nikogo nie poznała.
- Nie ma sensu przytłaczać jej całą rodziną od razu - odrzekła Dolores pogodnie. - Niech 

pozna wszystkich po kolei.

- Ja teŜ się jeszcze z nikim nie przywitałem.
- Z siostrami zdąŜysz przywitać się przed kolacją. Pani Santana pociągnęła Claire za sobą, 

background image

pozostawiając na placu boju skonsternowanego Rafe’a.

- Proszę, bracie. - Szwagier Rafe’a Jimmy Lee podał mu butelkę zimnego piwa.
- Dzięki. - Rafe pociągnął spory łyk, nie spuszczając wzroku z matki, prowadzącej Claire w 

stronę ustawionego pod rozłoŜystym drzewem stołu, gdzie zebrało się kilka kobiet.

- Przyjaciółkę Luisa teŜ tam zaprowadziła. - Jimmy Lee wskazał głową ładną blondynkę, 

siedzącą przy końcu stołu. Trzymała na kolanach jedną z bliźniaczek Jimmy’ego i Mercedes.

Luis uśmiechnął się kwaśno.
- JuŜ od pół godziny mama nie daje jej spokoju.
- Musi się dowiedzieć tego, co ją najbardziej interesuje - wtrącił Miguel. - Jak się 

prowadzicie tam, na uczelni, kiedy nie moŜe mieć was na oku. - Mrugnął szelmowsko do 
Rafe’a. - Twojej pani teŜ to nie ominie.

Rafe coś mruknął i upił piwa.
- Czy mama nie zdaje sobie sprawy, Ŝe Ŝyjemy w dwudziestym wieku? Teraz na 

przyjęciach męŜczyźni i kobiety nie zbierają się w osobnych grupach. - Rafe nie był 
zachwycony tą sytuacją towarzyską.

- We Flat Rock taki jest zwyczaj. - Matteo, najmłodszy z braci, wręczył Miguelowi miskę z 

sosem. -A mama go stosuje zwłaszcza wtedy, gdy chce zaspokoić swoją ciekawość.

Miguel polał pikantną zaprawą ułoŜone na roŜnie Ŝeberka i kurczaki.
- Jedzenie będzie gotowe nie wcześniej niŜ za godzinę - stwierdził Jimmy Lee. - Chodź ze 

mną, Rafe. PokaŜę ci, co udało mi się zrobić z wyścigówką Luisa.

- Od jak dawna się widujecie? - spytała Dolores, nie tracąc czasu na wyszukane wstępy.
- Widujemy? - powtórzyła zdziwiona Claire. Oczekiwała, Ŝe matka Rafe’a będzie ją 

wypytywać o film. - My się nie spotykamy. Po prostu razem pracujemy. My... - Jak moŜna 
nazwać męŜczyznę, z którym się nie „widuje”, natomiast całuje, tak jak ona poprzedniego 
wieczoru? - ...jesteśmy kolegami - dodała, mając nadzieję, Ŝe rumieńce na jej policzkach 
zostaną przypisane upałowi. - Kolegami z pracy.

Dolores nie wyglądała na przekonaną.
- Rafael nigdy nie przedstawiał rodzinie Ŝadnego swego kolegi z pracy.
- No cóŜ... - Claire nie wiedziała, co powiedzieć. - Właściwie, to on nie przywiózł mnie 

tutaj, Ŝeby przedstawić rodzinie. Po prostu byliśmy w tych stronach, bo poszukujemy 
plenerów do „Desperata” i... - wzruszyła ramionami - znaleźliśmy się w tym mieście.

- „Desperat”? Plenery? Co to wszystko znaczy?
- Na miłość boską, mamo - odezwała się jedna z kobiet - daj jej przynajmniej usiąść, zanim 

przystąpisz do przesłuchania trzeciego stopnia. - Uśmiechnęła się do Claire i poklepała 
drewnianą ławkę obok siebie. - Jestem Inez, najstarsza siostra Rafe’a.

Claire usiadła koło niej.
- A to Mercedes. - Inez wskazała kobietę w zaawansowanej ciąŜy, siedzącą przy stole na 

obitym pluszem fotelu. - A tamta to Sandy, przyjaciółka Luisa ze studiów, trzyma na 
kolanach Dorrie, jedną z bliźniaczek Mercedes. - Objęła ramieniem dziesięcioletnią 
dziewczynkę siedzącą obok i powiedziała:

- A to Susana, moja najstarsza. Dziewczynka wstała i dygnęła.
- Chciałabyś się czegoś napić? - Mercedes przejęła rolę gospodyni, gdyŜ Inez zajęła się 

córką, która coś jej szeptała na ucho. - Piwa? - Oparła się o poręcz fotela, Ŝeby się podnieść. - 
MoŜe lemoniady?

- Proszę, nie wstawaj, jeśli mi powiesz, gdzie jest lemoniada...
- Nic mi nie będzie, rozwiązanie nie jest takie bliskie, jak na to wygląda. - Mercedes ruszyła 

w kierunku stojącego po drugiej stronie stołu termosu.

- Ruch dobrze mi zrobi. - Nalała lemoniady do plastykowego kubka. - Mamo, skoro juŜ tu 

jestem, moŜe i tobie podać jeszcze jeden?

Dolores potrząsnęła niecierpliwie głową.
- Kiedy się spodziewasz? - spytała zaciekawiona Claire, biorąc z rąk Mercedes kubek. Tara 

nawet w dniu porodu nie była taka tęga.

- Za jakieś trzy miesiące. To znowu będą bliźnięta, dlatego tak wyglądam. - Mercedes 

background image

ostroŜnie usadowiła się w fotelu. - Jimmy Lee jest oczywiście zachwycony i bardzo dumny 
ze swojego wyczynu, a nawet zapowiada podobny za dwa lata, ale ja zgłosiłam weto. Bardzo 
kocham moje dzieci, ale te - poklepała się czule po brzuchu - będą ostatnie.

Dolores odczekała cierpliwie, aŜ Mercedes skończy swe zwierzenia, i przystąpiła do ataku.
- Więc od jak dawna ty i Rafe jesteście kolegami z pracy?
- Mamo! - zawołały chórem Inez i Mercedes takim samym zirytowanym tonem.
- O co chodzi? - Dolores obrzuciła córki wzrokiem pełnym urazy. - Czy nie wolno mi 

zainteresować się pracą mego pierworodnego syna? No, opowiedz mi - zwróciła się do 
Claire.

Rafe patrząc na Claire siedzącą pomiędzy Jimmym Lee i Matteo przy zastawionym 

jedzeniem stole, zastanawiał się, o czym ona teraz myśli. Co sądzi o jego rodzinie i czy 
porównuje tę biesiadę z przyjęciem w rezydencji jej brata.

Nie, rozmyślał, nie moŜna było w ogóle porównywać szampana w kryształowych 

kieliszkach z zimnym piwem Lone Star pitym prosto z butelki, egzotycznych dań 
podawanych na delikatnej porcelanie z mięsem pieczonym na grillu i układanym na 
papierowych talerzach. Podobnie jak zawodowej hollywoodzkiej orkiestry z piosenkami 
country płynącymi z magnetofonu i wreszcie jego zwykłej, małomiasteczkowej rodziny z 
konstelacją supergwiazd Hollywoodu. Nie wydawało się, Ŝe Claire zaprzątają takie 
porównania, co było dziwne, zwaŜywszy, Ŝe jemu się one nasunęły.

- Jakie konkretnie zadania spełnia producent filmu? - zapytał Matteo, gdy juŜ wszyscy 

zaspokoili pierwszy głód i byli gotowi zająć się jeszcze czymś innym poza jedzeniem.

- No, cóŜ. - Claire wytarła usta papierową serwetką. - Producent to rodzaj... nadzorcy, 

chyba tak najlepiej moŜna go określić. Kiedy jakiś projekt zostanie przyjęty, producent 
zaczyna kompletować zespół, który będzie realizował film. AngaŜuje scenarzystę, reŜysera, 
scenografa, kierownika zdjęć, to znaczy szefa operatorów kamery - wyjaśniła - aktorów i całą 
resztę ekipy. Producent równieŜ określa wysokość budŜetu filmu oraz okres zdjęciowy i 
pilnuje, Ŝeby te załoŜenia zostały dotrzymane. Oczywiście - zerknęła na Rafe’a siedzącego po 
drugiej stronie stołu, ciekawa, czy on jej słucha - producent współpracuje przy tym 
wszystkim bardzo ściśle z reŜyserem. Od niego w wielkiej mierze zaleŜy sukces filmu. Dobry 
producent zawsze bierze pod uwagę Ŝyczenia reŜysera.

- Chyba Ŝe pozostają w sprzeczności z oczekiwaniami producenta - dokończył ironicznie 

Rafe.

Chylące się ku zachodowi słońce rzucało na przedwieczorne niebo bladoróŜowe i 

pomarańczowe smugi. Starsze dzieci poszły nakarmić jabłkami kozy sąsiadów, młodsze 
ułoŜono juŜ do łóŜek. Mercedes drzemała w fotelu. Miguel czyścił roŜen. Jimmy Lee z 
Matteo majstrowali przy którymś z samochodów. Inez i Dolores szykowały w kuchni kawę i 
desery. Luis ze swoją blondynką, oparci o płot dzielący podwórze od pastwiska, chichotali i 
szeptali sobie czułe słówka.

Rafe obserwował Claire siedzącą samotnie przy stole. Z brodą opartą na splecionych 

dłoniach, wpatrywała się w ciemniejący nad widnokręgiem nieboskłon. Najwyraźniej czuła 
się wśród jego rodziny lepiej, niŜ mógł przypuszczać. W kaŜdym razie nie była tak 
powściągliwa jak zwykle wobec obcych ludzi. Kto by zresztą zachowywał długo nieufność - 
myślał Rafe -wobec bezpośrednich, gadatliwych mieszkańców Teksasu, zasypujących gościa 
wścibskimi pytaniami. Claire dzielnie znosiła te przesłuchania, a nawet obiecała zdobyć dla 
Matteo plakat z roznegliŜowaną Heather Locklear opatrzony jej autografem.

Po raz pierwszy od przyjazdu do domu matki mógł być z Claire sam na sam, podszedł więc 

do stołu i usadowił się koło niej na ławce.

- Zmęczona?
Spojrzała na niego z ciepłym uśmiechem.
- Chyba trochę. Ale to jest miłe zmęczenie. - Westchnęła błogo i powróciła wzrokiem do 

odległej linii horyzontu. - Piękny wieczór, prawda?

- Rzeczywiście piękny - potwierdził wpatrzony w jej profil.
- W Los Angeles nie ma takich zachodów słońca - stwierdziła. - Tu kolory są wprost 

background image

niewiarygodne. Takie Ŝywe i intensywne. Trzeba parę razy wykorzystać tę scenerię w 
„Desperacie”.

- Tylko z filmem kojarzy ci się piękny zachód słońca? - spytał rozbawiony.
- No nie. - PołoŜyła splecione dłonie na blacie stołu. - Siedząc tutaj, myślałam sobie...
- Ogólnie o pracy - podpowiedział z łagodną przyganą.
- I o innych sprawach.
- O jakich? - Postanowił się z nią podręczyć. - Ośmielam się prosić, Ŝebyś uchyliła rąbka 

tajemnicy.

- Po prostu... o innych. - Na próŜno usiłowała przybrać chłodny wyraz twarzy. Bo myślała o 

nim. O tym, jak ją całował poprzedniego wieczoru. O tym, czy takŜe dzisiaj będzie ją tak 
całował. I co ona wtedy zrobi.

- Oho, Claire Kingston - Rafe delikatnie przesunął palcem po jej policzku - czy to 

przypadkiem nie jest rumieniec?

Zacisnęła mocniej dłonie, gdyŜ pod wpływem tego dotyku przeszedł ją dreszcz.
- To tylko odblask słońca - stwierdziła speszona. Rafe roześmiał się cicho.
- Prosimy na kawę i deser do kuchni - zawołała Inez, wychylając się przez kuchenne drzwi.
Trzy dziecięce postacie przemknęły obok stołu z szybkością błyskawicy. Mercedes 

podniosła się z fotela. Miguel załoŜył pokrywę na roŜen i ruszył w stronę domu. Za nim 
podąŜyli trzymający się za ręce Luis i Sandy.

- Masz ochotę na coś słodkiego? - zwrócił się Rafe do Claire.
Spojrzała na niego zdumiona.
- Po takiej kolacji?
Jadła sałatkę z makaronem, zapiekaną fasolkę, wspaniałe, wyhodowane w ogrodzie matki 

Rafe’a pomidory, marynowane ogórki, galaretkę z malin, jajka faszerowane, a po tych 
przystawkach podano jej dwie kolby świeŜo ugotowanej, polanej masłem kukurydzy, 
pieczone w folii ziemniaki i koktajl owocowy.

- I tak juŜ wyszłam na głodomora.
- Jest kruche ciasto z truskawkami.
- Nie kuś mnie. - Potrząsnęła głową. - Jestem przejedzona.
Rafe roześmiał się, gdyŜ wyczuł, Ŝe to tylko kwestia perswazji, nawet jeśli Claire nie 

zdawała sobie z tego sprawy.

Pochylił się ku niej i wyszeptał jej do ucha:
- Domowe, kruche ciasto z truskawkami. - Takim samym tonem zwykł podsuwać innego 

typu pokusy. - Na maśle domowej roboty. Z truskawkami z grządki Inez. A na wierzchu 
obłoŜone wspaniałym kremem - cedził słowa wolno, uwodzicielsko - z prawdziwej śmietany, 
ubitej z cukrem waniliowym.

Claire poczuła, Ŝe jej serce zaczyna szybciej bić w oczekiwaniu na coś, co nie miało nic 

wspólnego z kruchym ciastem.

- Nie dasz się skusić? Nawet nie spróbujesz? - szeptał jej do ucha. - Choć troszkę?
Wstała od stołu. Takim głosem potrafiłby skłonić ją do wypróbowania wszystkiego.

- O, Rafe uwaŜa się za twardego męŜczyznę - roześmiała się cicho Inez, podając Claire 

umyty talerzyk do wytarcia. - Trzeba przyznać, Ŝe jest silny, jak, nie przymierzając, jeden z 
tych nagrodzonych byków Miguela. A uparty jak osioł, kiedy jakiś pomysł przyjdzie mu do 
głowy - dodała. - Ale serce ma gołębie. Pamiętasz, mamo, Ŝe zawsze znosił do domu 
wszystkie zabłąkane w okolicy zwierzaki? - Zwróciła się do matki, która pakowała resztki 
smakołyków, Ŝeby je wręczyć dzieciom przed wyjazdem do domów. - Okaleczone ptaki. 
Oposy. Króliki. - Spojrzała znowu na Claire. - Raz nawet przyniósł duŜego armadyla. Biedne 
zwierzę ledwie uniknęło śmierci na autostradzie i Rafe zawziął się, Ŝe je wyleczy.

- Kogo się zawziąłem wyleczyć? - Rafe właśnie wszedł do kuchni. Szukał Claire, gdyŜ 

pomyślał, Ŝe moŜe chciałaby juŜ wracać do motelu. Widok Claire wycierającej w kuchni 
naczynia niepomiernie go zdumiał. Nie sądził, Ŝe ona w ogóle wie, jak to się robi.

- Tego biednego pancernika, którego na wpół Ŝywego znalazłeś przy autostradzie - 

przypomniała mu Inez. - Przyniosłeś go do domu i trzymałeś w drewnianej zagrodzie, dopóki 
na tyle nie wydobrzał, Ŝe mógł powrócić na wolność.

background image

- Niczego podobnego nigdy nie zrobiłem. - Rafe pokręcił głową. - Musiałaś mnie pomylić z 

Matteo.

- Matteo teŜ był taki. Ale nie pomyliłam cię z nim.
- Spojrzała na matkę. - Mamo, przecieŜ to był Rafe, prawda?
Dolores przytaknęła skinieniem głowy.
- Pewnego razu oswoił na wpół zdziczałego kotka - opowiadała dalej Inez. - Rafe, tego 

łaciatego kodaka chyba pamiętasz? Wielki, piętnastoletni chudzielec czule przemawiał do 
malutkiego kotka. Mówię ci, to był widok. Przez kilka tygodni go oswajał i nigdy się nie 
zniecierpliwił. Do niczego go nie zmuszał. Tylko się do niego przymilał, aŜ wreszcie 
stworzonko zaczęło chodzić za nim jak pies. Ciekawe, co się stało z tym kotkiem? - Inez 
postawiła kolejny umyty talerzyk na kuchenny blat.

Claire podniosła go odruchowo i zaczęła wycierać. Zastanowiło ją to opowiadanie o 

gołębim sercu Rafe’a, o jego okaleczonych ptakach, o potrąconym przez samochód armadylu 
i na wpół zdziczałym kotku. Pomyślała, Ŝe moŜe i ona w jakimś sensie pasuje do tej 
menaŜerii. CzyŜby Rafe traktował ją jak zranione, półdzikie zwierzątko, które wymagało 
ostroŜnego oswajania? Byłoby upokarzające, gdyby tylko dlatego tak czule ją całował i tak 
delikatnie obejmował. A moŜe ona potrzebowała właśnie takiego traktowania? Obcowania z 
męŜczyzną, który był tak subtelny i wraŜliwy?

- ...i doŜył prawie szesnastu lat - mówiła Dolores.
- Kazałam Matteo zakopać go na podwórzu pod tą kępą mirtu, przy której tak lubił się 

wylegiwać całymi dniami.

- Ach, ty moja sentymentalna matulu.- Inez uśmiechnęła się do matki. - Nie wiedziałam, 

Ŝ

e...

- Jimmy Lee mówi, Ŝe szykują juŜ z Mercedes bliźniaczki do drogi, bo na nich czas - 

oznajmił Luis, wchodząc do kuchni. - Jimmy uwaŜa, Ŝe Mercedes powinna się wcześniej 
połoŜyć. A my z Sandy i Matteo wybieramy się do Bucka. Dzisiaj występuje u niego nowy 
zespół muzyczny, chcemy go posłuchać. - Spojrzał na brata. - Nie poszlibyście z nami?

- To u Bucka występują teraz zespoły muzyczne? - spytał Rafe. Za jego czasów Buck miał 

knajpkę z barem, kilkoma stolikami, automatami do gry i grającą szafą. To nie było miejsce, 
do którego zapraszało się dziewczyny.

- MoŜna teŜ potańczyć - zachęcał Luis.
- A kto tam przychodzi? - dopytywał się Rafe.
- Ludzie są w porządku. Nie zabrałbym Sandy do jakiejś spelunki. No to idziecie czy nie?
- Sam nie wiem. - Rafe spojrzał na Claire. - Co ty na to? Masz ochotę trochę się zabawić? - 

Bardzo pragnął, Ŝeby się zgodziła. Chciał trzymać ją w ramionach tańczącą przy dźwiękach 
kowbojskich ballad i miłosnych piosenek country. Chciał poczuć, jak ich ciała poruszają się 
w zgodnym rytmie. - JeŜeli ci się nie będzie podobało, zawsze moŜemy wyjść.

- Chętnie pójdę. MoŜe być miło.

W powszedni dzień u Bucka nie było tłoku. Czteroosobowy zespół grał wcale nieźle i nie 

za głośno, co się nieczęsto zdarzało w tego typu prowincjonalnych knajpkach. Rafe nie 
czekając nawet, aŜ podadzą im drinki, poprowadził Claire na parkiet.

- Chodź, nauczę cię tańczyć slow-foxa w tutejszym stylu.
Poszła bez najmniejszych oporów i wpatrywała się w niego ufnym wzrokiem, kiedy ustawił 

ją przed sobą.

- Muzykę country tańczy się trochę inaczej. Ja kładę swoją rękę tutaj - połoŜył prawą dłoń 

na jej ramieniu w pobliŜu karku - a ty swoją...

- Tutaj - umieściła dłoń na jego boku tuŜ nad paskiem dŜinsów. - Widziałam „Miejskiego 

kowboja”. - Uśmiechnęła się wesoło.

Zaśmiał się.
- Podstawowy krok jest bardzo prosty. O, tak, dosuwasz jedną stopę do drugiej, raz i dwa, i 

trzy, i cztery. Gotowa? Raz i dwa, i trzy, i cztery. Dobrze

- pochwalił, prowadząc ją juŜ w rytm melodii. - Troszkę uginaj kolana. Świetnie. I rozluźnij 

ramiona.

- Uścisnął lekko kilka razy mięśnie jej ramienia i karku, aŜ wyczul, Ŝe się odpręŜają. - O to 

background image

chodzi. No widzisz - powiedział z uśmiechem, gdy okrąŜyli mały parkiet - umiesz juŜ tańczyć 
muzykę country. Jak dotąd wszystko w porządku?

Jak dotąd, pomyślała, jest cudownie.
- Wydaje mi się, Ŝe w „Miejskim kowboju” ten taniec trwał trochę dłuŜej i krok był bardziej

skomplikowany.

- Czy to znaczy, Ŝe masz ochotę na jeszcze? JeŜeli będzie ją trzymał trochę bliŜej, to...
- Tak - szepnęła. Zdecydowanie miała ochotę na jeszcze kilka okrąŜeń.
Mocniej przycisnął dłoń do jej karku, tym samym bardziej przyciągając ją do siebie. 

Przysunęła się nawet bliŜej, niŜ to było konieczne. Wprawdzie nie dotykali się ciałami, lecz 
oboje czuli nawzajem bijące od nich ciepło. Rafe prowadził ostroŜnie, utrzymując 
wyznaczony przez nią dystans.

- Teraz musisz obrócić się wkoło - ostrzegł ją cicho i mocnym ruchem dłoni zachęcił do 

tanecznej ewolucji.

Zawirowała z wolna pod jego uniesionym ramieniem i znowu była przy nim. Teraz dzieliły 

ich milimetry. Ponownie nią zakręcił, tym razem szybciej, i gdy do niego wróciła, ich ciała 
juŜ przywarły do siebie. Tańczyli z zamkniętymi oczami, oboje świadomi nagle tego, co 
moŜe i powinno się stać. Rafe objął szyję Claire i odchylił jej głowę tak, Ŝe piękne, wiśniowe 
usta znalazły się tuŜ koło jego warg, jakby gotowe do pocałunku. Ona zacisnęła palce na jego 
koszuli i trzymała ją kurczowo. Spletli mocno dłonie. Wyczuwała ruch mięśni jego ciała, 
jego oddech tuŜ przy swoich wargach, uderzenia serca przy swych piersiach. A takŜe jego 
poŜądanie. Przez moment w napięciu oczekiwała, Ŝe ogarnie ją przeraŜenie. Lecz on 
natychmiast zwolnił uścisk i Claire z cichym westchnieniem ponownie poddała się rytmowi 
ballady o kowboju tęskniącym za swą ukochaną.

Rafe musnął wargami jej usta i wyszeptał:
- Claire?
- Tak - odpowiedziała mu drŜąco i zamknęła oczy.
- Nie - rzekł łagodnie, lecz stanowczo. - Spójrz na mnie.
Otwierała powieki powoli, jakby były zbyt cięŜkie.
- Sądzę, Ŝe wiem, czego chcesz - mówił cicho schrypniętym głosem, rozpalającym Ŝarem jej 

krew -do czego mnie zapraszasz. Ale to nie wystarczy. Musisz mi to wyraźnie powiedzieć, 
Claire? - Spojrzenie jego oczu koloru gorącej kawy przeszyło ją do głębi. - Musisz mi 
powiedzieć, czego pragniesz, zanim posuniemy się dalej.

Wpatrywała się w niego szafirowymi oczami pełnymi rodzącego się poŜądania. Chciała 

tylko tego, czego pragną inne kobiety. Miłości. Namiętności. Doświadczania i wyraŜania 
tych uczuć bez strachu. Czuła instynktownie, Ŝe Rafe Santana, który patrzył na nią 
płomiennym wzrokiem, który tak delikatnie jej dotykał i jeszcze delikatniej całował, stworzy 
jej taką szansę. Ona tylko musi zdobyć się na odwagę i postawić następny krok.

- Claire?
- Rafe, chcę, Ŝebyś się ze mną kochał - powiedziała zdławionym głosem.

ROZDZIAŁ 9

Nie mógł sobie później przypomnieć, jak wyjaśnił braciom, dlaczego w takim pośpiechu 

wychodzą z Claire od Bucka.

Ledwie pamiętał drogę do motelu. Lecz nigdy nie zapomniał wyrazu jej szeroko otwartych, 

szafirowych oczu, kiedy juŜ zamknęły się za nimi drzwi jego pokoju.

Była w nich namiętność, wahanie, determinacja, strach.
Znów oŜył w pamięci obraz owego małego, łaciatego kotka, wpatrzonego w niego i 

próbującego zdobyć się na odwagę, gdy pierwszy raz miał wziąć jedzenie z jego ręki.

Lecz sprawa z Claire nie była taka prosta. Zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie 

łudził się tylko, Ŝe potrafi rozwiązać jej problemy.

- Kochanie, jesteś pewna, Ŝe tego chcesz? - zapytał cicho.
- Tak, oczywiście. - Widział, jak dzielnie usiłuje odzyskać resztki swej dawnej wyniosłości. 

- PrzecieŜ powiedziałam.

Powoli, ostroŜnie wyciągnął do niej rękę.

background image

- To chodź tutaj.
Zawahała się, wpatrzona w niego czujnie. Powoli opuszczał rękę.
- Nie... proszę. - Podeszła do niego i podała mu dłoń. - Ja tylko... jestem trochę... 

zdenerwowana, to wszystko. - Nie patrzyła mu teraz w oczy, długie rzęsy ukrywały jej 
spojrzenie. - Po prostu bardzo dawno nie... i jestem trochę zdenerwowana.

- Pozwól, Ŝe pomogę ci się odpręŜyć. - Rafe uniósł jej dłoń do warg i lekko pocałował, po 

czym podszedł do radia stojącego na nocnym stoliku. - Trochę cichej muzyki. - Pogasił 
wszystkie lampy, poza palącą się w łazience, i uchylił do niej drzwi. - Nie za duŜo światła. A 
teraz oboje zdejmiemy buty, Ŝeby nam było wygodniej.

Usiadł na brzegu łóŜka i zaczął ściągać swoje. Udawał, Ŝe nie widzi, jak Claire stoi 

niezdecydowana. Po chwili jednak pochylona, przytrzymując się szafy, zsunęła ze stóp 
sandałki.

- I co teraz? - zwróciła się do niego z pantoflami w ręce.
- Teraz - odebrał jej pantofle i rzucił za siebie - teraz będziemy tańczyć. - Wyciągnął do niej 

rękę.

Uśmiechnęła się niepewnie i podeszła do niego. Objął ją ostroŜnie ramieniem, choć 

najbardziej pragnąłby przytulić do siebie z całej siły. Z radia płynęła piosenka o zagubionej i 
odnalezionej miłości kowboja, o straszliwej tęsknocie i spełnionych pragnieniach. Kołysali 
się łagodnie w takt muzyki. Właściwie nie tańczyli, gdyŜ nawet nie było na to miejsca, tylko 
złączeni ze sobą poddawali się powolnemu rytmowi. Rafe objął plecy Claire, a ona połoŜyła 
mu dłonie na piersiach. Przebrzmiała jedna piosenka, potem druga i nagle, w połowie 
trzeciej, jakby pod wpływem słów o czułym pocałunku, niosącym dwóm sercom radość i 
spełnienie marzeń, Claire objęła Rafe’a i uniosła ku niemu twarz.

- Pocałuj mnie - poprosiła cicho.
Z uśmiechem pochylił głowę i dotknął wargami jej ust. Tym razem były rozchylone, 

gotowe na przyjęcie zmysłowej pieszczoty. A on zaczął niespiesznie wodzić językiem po ich 
obrzeŜach; draŜnił je, rozpalał, Ŝeby pocałunek stał się jeszcze słodszy i bardziej upragniony. 
Poczuła zapach kawy z cynamonem - taką właśnie według meksykańskiej tradycji 
przyrządzano w domu Rafe’a - i jeszcze coś upajającego, niezwykłego, rodzącego się w niej 
samej.

Troszkę mocniej objął szczupłe, gorące, nie stawiające najmniejszego oporu ciało, 

przycisnął do siebie i przywarł wargami do rozwartych, wiśniowych ust, Ŝeby spełniło się 
marzenie o namiętnym pocałunku. I tak się stało, gdyŜ Claire odchyliła głowę, objęła go 
ramionami i odwzajemniła pieszczotę. ZadrŜał na poły z triumfu, na poły z ulgi. Wiedział, Ŝe 
moŜe posunąć się o krok dalej, więc zaczął przesuwać dłonie po jej plecach, powoli, 
zmysłowo, przytulać ją bardziej do siebie, lecz nadal delikatnie, Ŝeby nie przestała czuć się 
bezpieczna w jego uścisku.

A ona zrozumiała, Ŝe się go nie boi, i dała się ponieść tym osobliwym emocjom, które 

doprowadziły ją juŜ tak daleko. Rafe był taki potęŜny, myślała, taki męski. Muskularne ciało 
było takie gorące. Zaczęła dłońmi przesuwać po jego plecach.

Jęknął cicho pod wpływem tej pieszczoty i przyciągnął Claire jeszcze bliŜej. Chciał ją 

porwać w ramiona, połoŜyć na łóŜku i poczuć pod sobą jej ciało. Jej nagie ciało. Piersi i sutki 
wezbrane poŜądaniem. Chciał... tak wiele. Ale najpierw powinna jeszcze bardziej mu zaufać 
i dać się rozebrać. Uchwycił w dłoń jej bluzkę ponad paskiem i zaczął ostroŜnie wyciągać ją 
ze spodni. Zesztywniała, lecz nie odsunęła jego ręki. Oderwał wargi od jej ust.

- Podciągnę bluzkę do góry, bo chciałbym dotknąć twoich nagich pleców. Tylko pleców. 

Nie zrobię niczego bez twojej zgody, dobrze?

- Tak. -Wypowiedziała to słowo miękko i powoli. Wsunął dłonie pod bluzkę i gładził jej 

plecy tuŜ ponad paskiem spodni.

- W porządku?
- Ach...a.
Zabrzmiało to, jakby zabrakło jej tchu. Nie wiedział, czy ze strachu, czy z podniecenia. 

Sięgnął dłonią wyŜej i wodził nią po gładkiej skórze tak samo, jak przedtem pieścił ją przez 
bluzkę. Powoli przesuwał rękę wzdłuŜ kręgosłupa, do góry i na dół, cierpliwie, rytmicznie, 
szepcząc słowa zachwytu nad jedwabistą gładkością jej ciała, aŜ poczuł, Ŝe mięśnie pod jego 

background image

dłonią znowu się rozluźniają.

Odsunął się od niej nieco.
- Chciałbym rozpiąć ci bluzkę. Mogę? Zawahała się, wstrzymała na moment oddech, a 

potem skinęła głową.

- Claire, pragnę to usłyszeć od ciebie - poprosił łagodnie. - Muszę mieć pewność.
- Tak - odparła.
Wziął w palce pierwszy guzik, lecz go nie odpinał.
- MoŜesz mnie powstrzymać, kiedy tylko zechcesz. Powiedz tylko „nie „ i przestanę.
Odczekał chwilę i dopiero wtedy zaczął pomału rozpinać guziki. Były drobne, a jemu 

trzęsły się trochę palce, więc czuł, Ŝe robi to niezręcznie. Lecz Claire stalą nieruchoma i 
milcząca, z opuszczonymi rękami i pochyloną głową, wpatrując się w jego dłonie posuwające
się coraz niŜej. Gdy odpiął ostatni guzik i chciał rozchylić bluzkę, zadrŜała i odetchnęła 
głęboko.

- Mam przestać? - zapytał. Jeszcze raz wzięła głęboki oddech.
- Nie - powiedziała bardzo cicho, lecz wyraźnie. Rozsunął bluzkę i sięgnął do zapięcia 

staniczka między piersiami.

- Mam się zatrzymać?
Znów zadrŜała.
- Nie.
Cichy odgłos odskakującej klamerki zabrzmiał w uszach Claire jak wystrzał armatni. Czuła, 

jak staniczek się rozsuwa i opada luźno. Rafe z wahaniem dotknął brzegu materiału.

- Proszę - powiedziała, zanim zdąŜył zapytać. Odsunął materiał. I oto miał jej piersi. Były 

pełniejsze, niŜ mu się wydawało, w przyćmionym świetle kremowobiałe. Brązowe, aksamitne 
sutki otaczały małe, beŜowe aureole. Objął palcami piersi od zewnętrznej strony, a kciukami 
muskał coraz bardziej nabrzmiałe sutki.

- Nosisz stroje, które skrywają wspaniałość twego ciała - powiedział cicho, wpatrując się 

płomiennym wzrokiem w olśniewająco jasną skórę, z którą tak kontrastowały jego śniade 
dłonie. - Jest doskonałe.

Claire słyszała, jak pod wpływem pieszczot Rafe’a zaczyna łomotać jej serce i zastanawiała 

się, czy i on to słyszy. Prawie całkowicie wyzwolona od strachu, doznawała teraz innego 
uczucia - zapierającego oddech podniecenia i pragnienia dalszych pieszczot. Nie wiedziała 
do tej pory, Ŝe poŜądanie moŜe być tak rozkoszne i wszechogarniające. Pulsowało w całym 
jej ciele, oczekującym dalszej gry miłosnej.

- Chciałbym teraz dotykać cię ustami - szepnął. - Mogę?
- Tak.
Pochylił głowę i dotknął ustami jej szyi w miejscu, gdzie pod skórą drgała Ŝyłka tętniąca 

krwią. Odsunął bluzkę i przywarł wargami do zagłębienia ramienia. A potem przesunął usta 
niŜej, na delikatną skórę ponad piersiami, aŜ dotarł wreszcie do ich wzniesienia.

- Mogę?
- Tak. - To było prawie błaganie.
Muskał je pocałunkami, a kiedy chwycił wargami sutek, Claire wstrząsnął dreszcz, jakby 

przeszył ją prąd.

Uniósł głowę.
- Nie chcesz?
- Chcę - oddychała gorączkowo - chcę, chcę. Rafe zrzucił koszulę i przed kaŜdą kolejną, 

coraz śmielszą pieszczotą pytał Claire o pozwolenie. Chciało mu się krzyczeć z radości i 
triumfu. Nie pozostał nawet ślad po Królowej Lodu. Wreszcie rozebrał ją zupełnie i pieścił 
nagą, ciągle delikatnie, pośród czułych szeptów.

W końcu nadszedł decydujący moment.
- Claire, czy chcesz, Ŝebym się z tobą kochał?
Chyba zabiłby się, gdyby odmówiła.
- Tak - szepnęła, podobnie jak on, głosem ochrypłym z poŜądania.
Zaprowadził ją do łóŜka i zaczął na nim układać. I kiedy tak obejmując ją ramieniem, 

pochylony nad nią sięgnął do zamka spodni, ciało Claire zesztywniało w nagłym odruchu 
oporu. Rafe momentalnie to wyczul. Nie wypuszczając jej z ramion, przewrócił się z nią na 

background image

plecy.

- Zmieniłem zamiar - oznajmił. Uniosła się nad nim nieco i spojrzała na niego podejrzliwie.
- Zmieniłeś zamiar?
- Mam inny pomysł. - Zdobył się na szelmowski, zmysłowy uśmiech, choć umierał z 

przeraŜenia, Ŝe moŜe na nowo ją przestraszyć. - To ty powinnaś kochać mnie.

Usiadła prosto, nieświadoma, Ŝe obejmuje go udami.
- Ja ciebie?
Przekonywał ją i uczył. Słowami i pieszczotami. Długo i cierpliwie. Zapewniał ją, Ŝe w 

kaŜdej chwili moŜe się wycofać. Gdy nadeszło spełnienie, przyjęli je z najwyŜszą radością. 
Ona - w ekstazie nowo odkrytych doznań, on - w poczuciu zwycięstwa.

- Nie m-miałam p-pojęcia - wyjąkała, gdy trochę ochłonęła. Łzy popłynęły jej po 

policzkach. - Nie miałam pojęcia - powtórzyła. - Nie myślałam, Ŝe jestem zdolna do takich 
przeŜyć.

Wzruszony Rafe ujął twarz Claire w obie ręce. Delikatnie połoŜył ją przy sobie.
- Oczywiście, Ŝe jesteś, dziecino. - Całował jej mokre policzki. - Oczywiście, Ŝe jesteś.
- Nie wiedziałam - powiedziała. - Dziękuję ci. Przywarła wargami do jego ust. Starał się 

zapanować nad sobą, lecz nie potrafił. Przyjął ten pocałunek jak cenny dar, obsypał ją 
namiętnymi pieszczotami, aŜ ich ciała znowu się połączyły. Kiedy Claire ponownie doznała 
rozkoszy, z jej ust wyrwał się krzyk, krzyk upojenia, które Rafe dzielił z nią w tej 
obejmującej ich płomieniem poŜodze zmysłów.

Później, gdy odpoczywali. Rafe, tuląc do siebie Claire, zastanawiał się, czy nie nadszedł 

czas, Ŝeby pomówić z nią o tym straszliwym zniewoleniu, którego padła ofiarą. PrzecieŜ 
stawiła juŜ czoło przeraŜeniu, które się jej z tym kojarzyło i chyba całkowicie je 
przezwycięŜyła. Czuła się w tej chwili bezpieczna i spokojna. MoŜe nigdy nie będzie lepszej 
sposobności do poruszenia tego tematu.

- Claire?
- Mmm?
- Czy sądzisz, Ŝe teraz moŜesz mi opowiedzieć o gwałcie? Zesztywniała.
- Gwałcie? - powtórzyła zdumionym głosem, usiłując stworzyć wraŜenie, Ŝe zupełnie nie 

wie, o co mu chodzi. - Jakim gwałcie?

- Na tobie.
- O czym ty w ogóle mówisz? - Próbowała się od niego odsunąć, lecz on jej nie puszczał. - 

Nigdy nie zostałam zgwałcona.

- Czy jako dziecko byłaś seksualnie napastowana?
- Nie - odparła szczerze oburzona - nigdy.
- Więc co to było, Claire? Wiem, Ŝe coś złego ci się przydarzyło. Coś, co cię wewnętrznie 

zmroziło. Pierce powiedział mi, Ŝe jestem jednym z trzech męŜczyzn, którymi się trochę 
zainteresowałaś.

- Pierce jest głupim gadułą - parsknęła ze złością. - JuŜ ci mówiłam, po prostu w stosunku 

do męŜczyzn mam wysokie wymagania.

- Kiedy po raz pierwszy cię pocałowałem, trzęsłaś się jak liść osiki. Nie, do licha, dygotałaś 

przy trzech pierwszych pocałunkach. A dzisiaj wieczorem początkowo zachowywałaś się jak 
lękliwa dziewica.

- To nerwy - odpowiedziała. - Tłumaczyłam ci, Ŝe dawno się z nikim nie kochałam.
- Nerwy? Claire, ty prawie chciałaś uciekać, kiedy się nad tobą pochyliłem! Byłaś 

zgwałcona - powtórzył z uporem.

Zastanawiał się tylko, czy psycholog z telefonu zaufania nie uznałby jego nalegania na 

wyznanie prawdy za „natarczywość”.

- Nie byłam zgwał...
Nie dokończyła, bo połoŜył jej dłoń na ustach. Zareagowała gwałtownie, zaczęła się 

wyrywać, kopać go, bić pięściami i drapać. Puścił ją dopiero wtedy, kiedy zobaczył, Ŝe ma do 
krwi zadrapaną rękę i poczuł bolesne uderzenie kolanem w Ŝebra.

- Claire, kochanie, uspokój się. - Usiadł na łóŜku i wyciągnął do niej dłoń, Ŝeby ją 

pocieszyć.

background image

- Nie dotykaj mnie!
- Nie dotknę cię. Popatrz. - Podniósł ręce do góry jak człowiek pod lufą pistoletu. -Tak 

trzymam ręce. Nie dotknę cię. JuŜ dobrze? - Powoli je opuszczał. - Tylko opowiedz mi o tym, 
dziecino.

Potrząsnęła głową.
- Nie ma nic do opowiadania.
- Jest - nalegał. Wiedział, Ŝe powinna o tym porozmawiać, Ŝe to by jej dobrze zrobiło. Za 

długo dusiła to w sobie. - On połoŜył ci dłoń na ustach, prawda?

- Kto?
- MęŜczyzna, który cię zgwałcił. Zamknął ci usta dłonią, Ŝebyś nie mogła krzyczeć. A 

potem rzucił się na ciebie i zgwałcił.

- Nie zgwałcił mnie. Ile razy mam ci powtarzać?
- Więc co zrobił?
- On... - Jej usta zaczęły drŜeć Ŝałośnie, a oczy napełniać się łzami. - On...
- No, dziecino, opowiedz mi o tym. Nie będzie lepiej, dopóki tego z siebie nie wyrzucisz.
- Nigdy nie będzie lepiej. Nigdy. - Łzy płynęły juŜ strumieniem po jej jasnych policzkach. 

Objęła się ramionami i skuliła z bólu. - Nigdy, nigdy, nigdy...

To było dla Rafe’a nie do zniesienia. OstroŜnie przysunął się i wziął ją w objęcia. Przez 

moment usiłowała mu się wyrwać, ale nie miała dość siły, a poza tym tak bardzo pragnęła, 
Ŝ

eby ją pocieszył, Ŝeby ją tulił i zapewniał, Ŝe wszystko będzie dobrze.

Rafe oplótł ją mocno ramionami i zaczął kołysać. Z ustami przy jej włosach szeptał czułe 

słowa otuchy i pociechy jak do przestraszonego dziecka. A ona wypłakiwała swój ból z 
głową przytuloną do barczystego, nagiego ramienia męŜczyzny, od którego mogła czerpać 
silę.

Myśl, Ŝe nikt jej nie pomógł bezpośrednio po tym wydarzeniu, napawała Rafe’a 

oburzeniem. Dlaczego, do diabła, nie znalazł się ktoś, kto okazałby jej wtedy zrozumienie, 
nie przekonał jej, Ŝe wszystko się dobrze ułoŜy. Nie nakłonił, Ŝeby zasięgnęła rady 
specjalisty. Jak się orientował, rodzice nie wykazywali o nią nadmiernej troski. Lecz gdzie 
byli jej bracia? Dlaczego nie dopadli tego zboczeńca, który ją tak skrzywdził i mógł 
skrzywdzić jeszcze inne kobiety?

- JuŜ lepiej? - spytał. Przestała płakać i tylko od czasu do czasu wstrząsał nią spazm. - 

Chcesz wytrzeć nos?

Poczuł, Ŝe potakująco poruszyła głową.
- I... chcia... chciałabym napić się wody.
- Dobrze. - PołoŜył ją i przykrył kocem. - LeŜ tutaj, zaraz ci przyniosę.
Wrócił po paru chwilach z pudełkiem chusteczek, szklanką wody i mokrym ręcznikiem. 

Podał jej chusteczki, a kiedy wytarła nos, zaczął z czułością przecierać chłodnym ręcznikiem 
jej rozgorączkowaną twarz i szyję. Claire przyjmowała te przejawy troskliwości jak 
posłuszna dziewczynka. Napiła się wody i oddała mu szklankę z cichym podziękowaniem. 
Odstawił ją na nocny stolik, odsunął koc i połoŜył się przy Claire. Objął ją, a ona przytuliła 
się do niego z głową na jego ramieniu, tak po prostu, jakby zawsze to robiła.

- Czy teraz chcesz mi o tym opowiedzieć? - zapytał.
Westchnęła i zaczęła mówić, wpatrując się w sufit poprzez wypełniający pokój mrok.
- To się stało dawno temu. Byłam wtedy bardzo młoda. I w kimś się zakochałam. - Poczuł, 

Ŝ

e zadrŜała. - Albo tak mi się wydawało. Zawsze miałam pewne trudności ze zrozumieniem 

własnych uczuć. W kaŜdym razie - ciągnęła pospiesznie, jakby bojąc się, Ŝe on jej przerwie, 
gdy tymczasem on milczał w obawie, Ŝeby nie przestała mówić - pewnego popołudnia 
byliśmy sami i on mnie całował. Początkowo to mi się podobało. Nawet bardzo. Muszę 
przyznać. LeŜałam na kanapie i pozwalałam mu się całować. I odwzajemniałam jego 
pocałunki. Nawet specjalnie się nie sprzeciwiałam, kiedy mi włoŜył rękę pod sweter. I nagle, 
sama nie wiem... coś się ze mną stało. Przestraszyłam się. Próbowałam go odepchnąć, 
prosiłam, Ŝeby przestał, ale on nie chciał słuchać. Powiedział, Ŝe jak zaczął, to musi 
skończyć. I Ŝe Ŝaden męŜczyzna nie lubi, Ŝeby się z nim tak draŜnić. Zaczęłam płakać, a 
wtedy on połoŜył mi dłoń na ustach. Prawie nie mogłam oddychać, bo okropnie szlochałam, a 
przez tę jego rękę nie byłam w stanie złapać tchu. A on podciągnął mi spódniczkę, rozerwał 

background image

majtki... i zrobił to. Byłam bardzo obolała, ale niezbyt mocno krwawiłam, więc on tylko 
powiedział, Ŝebym przestała być taką beksą. Potem znowu zaczął mnie całować i powiedział, 
Ŝ

e następnym razem wszystko pójdzie łatwiej, bo juŜ będę wiedziała, czego mam się 

spodziewać. I gdy juŜ się do tego przyzwyczaję, nauczy mnie kilku sztuczek. A ja mu 
powiedziałam, Ŝe poskarŜę się rodzicom, Ŝe mnie zgwałcił. Moje słowa go wprost zdumiały. 
Do końca Ŝycia nie zapomnę tej zdziwionej miny. Roześmiał się i oświadczył, Ŝe nigdy by mi 
nie uwierzyli, a gdyby nawet, to i tak nic by się nie stało poza tym, Ŝe dziennikarze mieliby 
swój wielki dzień. Przemyślałam to i doszłam do wniosku, Ŝe on ma rację.

- Chyba nie sądziłaś, Ŝe twoja rodzina ci nie uwierzy? - spytał z niedowierzaniem.
- No, nie... to znaczy... przypuszczam, Ŝe by uwierzyli. W kaŜdym razie na pewno Pierce i 

Gage. I matka. MoŜe. Ale to ja przecieŜ zachowałam się prowokująco. Miałam na niego 
„ochotę. Całowałam go. - Zaśmiała się gorzko. - On nawet się zabezpieczył, powiedział mi, 
Ŝ

e ma juŜ jedną sprawę o ustalenie ojcostwa i nie zamierza mieć drugiej. Więc kto by mi 

uwierzył, Ŝe zostałam zgwałcona? Ja sama czasami mam wątpliwości.

- Nie - odparł gwałtownie. - Byłaś zgwałcona. Kiedy kobieta mówi „nie”, bez względu na 

to, w jakim momencie, a męŜczyzna na to nie zwaŜa i posuwa się dalej, to jest gwałt. 
Szczególnie jeŜeli ma do czynienia z niedoświadczoną dziewczyną, jaką ty wtedy byłaś.

- Rozumiem, co masz na myśli. Och, oglądałam przecieŜ program Oprah - usiłowała 

zaŜartować - i teoretycznie się z tym zgadzam, ale - dotknęła piersi nad sercem - tu, tak w 
głębi duszy, nie jestem pewna, czy to przynajmniej w części nie była moja wina.

- Do diabła, nie twoja! I proszę cię, nawet tak nie myśl.
Uświadomił sobie, Ŝe ściska w garści koc. Lecz to nie ten nieszczęsny koc powinien 

trzymać teraz w morderczym uścisku, ale kark zboczeńca, który tak skrzywdził Claire.

- Kto to był? - spytał cicho.
- To niewaŜne.
- Dla mnie bardzo waŜne. Potrząsnęła głową.
- Nikomu wtedy nie powiedziałam i nadal nie zamierzam tego zrobić. - Uniosła się na 

łokciu, Ŝeby spojrzeć mu w oczy. - Rafe, musisz mi przyrzec, Ŝe i ty takŜe nikomu nie 
powiesz. Ani słowa. Zwłaszcza mojej rodzinie. Gdyby Pierce i Gage teraz się o tym 
dowiedzieli, byłoby im bardzo przykro. Mieliby wyrzuty sumienia, Ŝe ich przy mnie nie było, 
gdy... Proszę, obiecaj mi, Ŝe nic nie powiesz. Stało się i się nie odstanie. Nic na świecie tego 
nie zmieni. A być moŜe teraz - pogładziła jego policzek, na którym pojawił się juŜ zarost - 
dzięki tobie, będę powoli o tym zapominać.

Rafe przycisnął na moment jej dłoń do policzka, po czym zbliŜył ją do swych ust. Całował 

ją gorąco, namiętnie, a potem obie jej dłonie połoŜył sobie na piersiach.

- Teraz się prześpij - szepnął czule. UłoŜył wygodniej jej głowę na swoim ramieniu. - 

Musisz być bardzo zmęczona.

LeŜał wpatrzony w mroczną przestrzeń pokoju i tuląc do siebie śpiącą kobietę, obmyślał 

zemstę na męŜczyźnie, który ją tak skrzywdził. Nie wymieniła jego nazwiska, to prawda, ale 
niechcący zdradziła więcej, niŜ zamierzała. Filmowy światek Hollywood był mały i 
hermetyczny, więc nie będzie trudno natrafić w końcu na tego drania. Gdzieś. Pewnego dnia.

A kiedy juŜ go dopadnie, jego w tym głowa, Ŝeby ten łajdak przeklął chwilę, w której 

pierwszy raz dotknął Claire Kingston.

ROZDZIAŁ 10

Następnego ranka Claire obudził dochodzący z oddali, lecz natarczywy dzwonek telefonu. 

Przedzierał się do jej świadomości poprzez pokłady snu i sennych marzeń. Opierała się przez 
parę chwil temu natrętnemu wołaniu i mocniej wtuliła głowę w poduszkę. Nie chciała jeszcze 
stracić tego niezwykłego uczucia zadowolenia i radości, w jakim była pogrąŜona. Miała taki 
wspaniały sen! Jednak telefon dzwonił nieustępliwie.

Sięgnęła po omacku w stronę nocnego stolika w poszukiwaniu aparatu. I wtedy poczuła, Ŝe 

jej dłoń spoczywa na czymś, co bez najmniejszej wątpliwości było męską, owłosioną piersią. 
W łóŜku leŜał męŜczyzna! Zesztywniała na moment i nagle przypomniała sobie wszystko. Z 
uczuciem bezmiernej ulgi i wdzięczności.

background image

Rafe.
Była w jego łóŜku.
W jego pokoju.
W jego ramionach.
Telefon dzwonił w sąsiednim pokoju.
Claire naleŜała do tej kategorii ludzi, którzy z natury nie są w stanie oprzeć się naglącemu 

wezwaniu telefonicznego dzwonka, więc zaczęła wstawać. Rafe zaś naleŜał do tej kategorii 
ludzi, którzy potrafią oprzeć się wszystkiemu, co w danej chwili właśnie im nie odpowiada, 
więc objął Claire w pasie i pociągnął ją z powrotem na łóŜko.

- Niech sobie dzwoni - powiedział i wtulił twarz w ciepłe zagłębienie jej szyi.
- To moŜe być coś waŜnego.
- To równieŜ moŜe być pomyłka.
- Ale...
- JeŜeli to coś waŜnego, zadzwonią o przyzwoitej porze.
Claire uniosła głowę znad poduszki, zerkając ponad jego ramieniem w kierunku zegarka, 

stojącego na nocnym stoliku.

- Która to godzina?
- Wczesna - zapewnił. Pomrukując cicho, zaczął pieścić ustami jej kark. - Bardzo wczesna.
- To chyba niemoŜliwe. Słońce jest juŜ... Rafe! - ZadrŜała, gdyŜ poczuła, Ŝe jego wargi 

muskają jej sutki. - Co ty robisz?

Westchnął głęboko, co miało oznaczać, Ŝe jest rozczarowany takim brakiem zrozumienia 

dla jego poczynań. Gorący oddech owiał wraŜliwą skórę jej piersi.

- Usiłuję cię zainteresować porannymi igraszkami. Ale - spojrzał na nią spod gęstych brwi - 

skoro pytasz, to jest oczywiste, Ŝe moja technika wymaga jeszcze dopracowania.

PołoŜył się na plecy, przyciągnął ją do siebie i objął jej głowę dłońmi.
- Chodź tu bliŜej - szepnął i przycisnął jej usta do swoich.
Tego rana jego pocałunki były długie, namiętne i gorące. Pełne czułości i miłości. Kiedy 

wreszcie udało się jej złapać oddech, było oczywiste, Ŝe jego technika nie wymaga 
dopracowania.

- Jak się dzisiaj czujesz, kochanie? - szepnął, wpatrując się uwaŜnie w jej oczy.
- Świetnie.
- śadnych niemiłych następstw? Potrząsnęła głową.
- Nie znienawidziłaś mnie za to, Ŝe skłoniłem cię do wyznań?
- Czy tak wygląda ktoś, kto nienawidzi? Zaśmiał się. Jaka inna kobieta, pomyślał, 

potrafiłaby z takim wdziękiem zrobić królewską minę, leŜąc

całkiem nago na męskiej piersi?
- Czy wobec tego mogę cię jeszcze bardziej zainteresować porannymi igraszkami?
Jej rumieńce wystarczyły mu za odpowiedź. Gdy telefon znowu zadzwonił, Claire juŜ go 

nie słyszała, gdyŜ Rafe wśród czułych szeptów i pieszczot tak rozpalił w niej namiętność, Ŝe 
głośniejsze okazało się bidę jej serca.

- Wiesz, zanim się tu zjawi cała ekipa - oznajmiła Claire przy śniadaniu, które jedli w 

kawiarni we Flat Rock - będziemy musieli ustalić kilka podstawowych zasad.

- Oczywiście - zgodził się Rafe. Był przekonany, Ŝe chodzi jej o problemy związane z 

kręceniem filmu. - O czym myślisz?

- O niczym nadzwyczajnym. - Upiła łyk herbaty. - Chodzi mi o pewne podstawowe zasady, 

których będziemy musieli przestrzegać, Ŝeby nie było między nami zgrzytów.

Rafe zatrzymał rękę z filiŜanką kawy w pół drogi do ust.
- Między nami?
- Tobą i mną - wyjaśniła.
- Chcesz między nami ustalać zasady?
Claire uniosła brwi. Z jakichś niejasnych dla niego przyczyn Rafe uznał, Ŝe nie zrobiła tego 

z takim samym wdziękiem jak rano.

- PrzecieŜ powiedziałam.
- Masz na myśli nasze stosunki zawodowe czy osobiste?

background image

- A jaka to róŜnica?
- Do tej pory miałem wraŜenie, Ŝe istotna. Najwidoczniej myliłem się. - Postawił na stole 

filiŜankę tak gwałtownie, Ŝe zadźwięczał spodek. - MoŜe lepiej przejdź do rzeczy.

- Nie wiem, dlaczego jesteś zdenerwowany.
- Nie jestem.
- Pomyślałam tylko, Ŝe aby zapobiec jakimś plotkom na planie, które mogłyby przedostać 

się do prasy, powinniśmy dostosować się do pewnych reguł.

- To znaczy do jakich?
- Chodzi mi o to, Ŝebyśmy publicznie nie demonstrowali naszych... uczuć, unikali ciągłego 

odwiedzania się w pokojach, przesiadywania przy posiłkach. O takie sprawy.

Rafe spojrzał na nią ostro.
- Dlaczego? Wstydzisz się tego, co nas łączy?
- Nie, oczywiście, Ŝe nie! - Była prawdziwie zaszokowana, Ŝe on mógł tak pomyśleć. - Po 

prostu nie chcę dawać nikomu Ŝadnych powodów do plotek, to wszystko.

- W świecie filmu plotki są nieuniknione - stwierdził. - Sądziłem, Ŝe zdąŜyłaś przyjąć do 

wiadomości ten fakt.

- Tak, masz rację. Aleja chcę uniknąć rozgłaszania tego, co nie jest absolutnie niezbędne.
- Dlaczego? - zapytał ponownie.
- PoniewaŜ „Desperat” ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. I zaleŜy mi na tym, Ŝeby sukces 

albo klęska tego filmu zostały przypisane jego rzeczywistym wartościom, bez względu na to, 
czy i jakie stosunki łączyły mnie jako producentkę z reŜyserem. Właśnie dlatego.

- Czy zaleŜy ci na tym z jakichś szczególnych powodów? - spytał, choć juŜ się domyślał.
Claire zawahała się, jednak zdecydowała, Ŝe powinna mu to powiedzieć.
- Od pierwszej chwili pracy w Wytwórni Kingston na stanowisku producentki musiałam 

udowadniać, Ŝe reprezentuję coś więcej niŜ nazwisko. Wszyscy byli przekonani, Ŝe 
powierzono mi tę funkcję wyłącznie ze względu na rodzinne powiązania. Prawdą jest, Ŝe na 
początku właściwie tak było. Gdy zaczynałam, byłam zupełnie zielona i zrobiłam parę 
błędów. Ale szybko się nauczyłam tego zawodu i jestem naprawdę dobra. Mam na swoim 
koncie spore osiągnięcia.

- A niektórzy ludzie w Hollywood nadal sądzą, Ŝe pozostałaś dziewczynką na posyłki 

twojej matki.

- Właśnie.
- I masz nadzieję dzięki „Desperatowi” udowodnić swoją wartość. Dlatego do pracy przy 

filmie nie zaangaŜowałaś nikogo z rodziny, prawda?

- Tak. Chciałam go zrobić na własny rachunek. I chcę, Ŝeby ludzie to wiedzieli.
Rafe właściwie ją rozumiał. W pewnej mierze. Jemu teŜ by się nie podobało, gdyby na 

efekty jego pracy przy tym filmie patrzono przez pryzmat plotek, Ŝe został jego reŜyserem, 
poniewaŜ przespał się z szefową. Lecz to nie wyjaśniało jeszcze, dlaczego Claire nie chciała, 
Ŝ

eby nikt nie dowiedział się o łączącej ich zaŜyłości. Fakt, Ŝe była z nim, nie mógł mieć 

najmniejszego wpływu na opinię ojej pracy jako producentki.

- Wiesz, Claire, to jest trochę mało przekonujące - rzekł podejrzliwie. Jego dawne 

kompleksy dały o sobie znać.

- Mało przekonujące?
- W Hollywood nie będą osądzać twojej pracy w zaleŜności od tego, czy sypiasz ze mną, 

czy nie.

- Spojrzał na nią spod oka. - Więc jaka jest prawdziwa przyczyna udawania, Ŝe nic nas nie 

łączy?

- To moja sprawa.
- Claire...
- Nie Ŝyczę sobie Ŝadnych plotek na nasz temat.
- Dlaczego? - JeŜeli ona się jego wstydzi, to on musi o tym wiedzieć. Teraz.
- PoniewaŜ...-Wzruszyła niepewnie ramionami i spuściła oczy, krusząc w palcach kromkę 

bułki. Oczekiwał, Ŝe to, co usłyszy, nie będzie miłe.

- PoniewaŜ ta sytuacja - odparła w końcu - jest dla mnie zupełnie nowa. Nie chcę, Ŝeby 

nasze... stosunki - nie bardzo wiedziała, jak to inaczej określić - były analizowane i 

background image

komentowane w prasie całego kraju. - Podniosła na niego oczy szeroko otwarte, jasne i 
szczere. - Czy to tak trudno zrozumieć? Trochę mnie to... peszy.

- Tak - odrzekł - to moŜna zrozumieć. - Westchnął. Musi jej ustąpić i udawać, Ŝe łączą ich 

tylko więzy ściśle zawodowe. - I jakich jeszcze mamy przestrzegać zasad?

- Rafe. Ju-hu. Rafe Santana. - Kobiecy głos był piskliwy i miał teksaski akcent.
Rafe uniósł głowę. Dyskutował właśnie z Becky Ward o szkicach scenograficznych 

głównych wnętrz, w których umiejscowiono akcję „Desperata”. Wybrane juŜ zostały 
plenerowe obiekty, znaleźli nawet idealny wprost, walący się budynek, który miał być 
domem głównego bohatera na jego farmie. Jednak Tony Banks wciąŜ szukał odpowiedniego 
domu Molly, wywodzącej się z wyŜszych sfer niŜ Josh. Czas naglił, musieli liczyć się z 
harmonogramem zdjęć i gdyby Tony nic nie znalazł, trzeba by było robić dekoracje w 
wynajętej remizie straŜackiej, a R.J. Bennington, dekorator, wydałby fortunę na 
umeblowanie tych zaaranŜowanych wnętrz. Praca pod presją napiętych terminów i jeszcze 
bardziej napiętego budŜetu nie wprawia reŜysera w najlepszy nastrój, zwłaszcza tuŜ przed 
rozpoczęciem kolejnego ujęcia. Ostatnią rzeczą, która mu teraz była potrzebna, to jakieś 
zakłócenia toku dokładnie zaplanowanych prac, zŜymał się Rafe, patrząc spod 
zmarszczonych brwi w kierunku, skąd dochodził kobiecy głos. A ta kobieta była mu 
potrzebna jak dziura w moście.

- To ja, Laura Lyn Parker - powiedziała z promiennym uśmiechem - to znaczy teraz Parker-

Moore. Nie mów, Ŝe mnie sobie nie przypominasz - roześmiała się kokieteryjnie - po tym, 
kim dla siebie byliśmy.

Och, bardzo dobrzeją pamiętał. Laura Lyn Parker, piękność z Flat Rock w Teksasie, 

dziewczyna, która udzieliła mu pierwszej lekcji perfidii, do jakiej są zdolne niektóre kobiety. 
Kiedyś na jej widok serce zaczynało mu bić szybciej. Nawet gdy go juŜ porzuciła, nie mógł 
się pozbyć myśli o niej. Podczas wielu samotnych nocy na platformie wiertniczej w Zatoce 
Meksykańskiej fantazjował, jak to wróci do Flat Rock po odniesionym w świecie sukcesie i 
rzuci sobie Laurę do stóp, a następnie na oczach całego miasta wzgardzi jej wdziękami. 
Właśnie to marzenie przez wiele lat pobudzało jego ambicję i kierowało nim, a okazało się 
niewarte czasu, które na nie poświęcił. Teraz, patrząc na nią, doszedł do wniosku, Ŝe 
mogłoby się spełnić bez nadmiernego z jego strony wysiłku. Laura Lyn sama szła mu w ręce.

- Wybacz Lauro, podejdę do ciebie za chwilę
- powiedział i odwrócił się od niej. Z trudem zdobył się na minimum grzeczności. Rzucił 

notatnik na szkice scenograficzne i ryknął, przywołując swego kierownika produkcji. - 
Claire, gdzie ty się, do diabła, podziewasz?

- Jestem tutaj. - Szła do niego bez pośpiechu.
- Nie musisz się tak na mnie wydzierać.
- Nie wydzieram się na ciebie. Wydzieram się, bo cię szukam. A to róŜnica.
- Naprawdę? - Obrzuciła go lodowatym wzrokiem, który miał mu pokazać, gdzie jest jego 

miejsce.

To spojrzenie go rozbawiło.
- Tak, naprawdę. - Ściszył głos do uwodzicielskiego szeptu. - JeŜeli pójdziesz ze mną do 

przyczepy, to wytłumaczę ci szczegółowo róŜnicę.

Puściła mimo uszu tę propozycję, tak samo jak ignorowała jego inne, podobne aluzje. W 

miejscach publicznych powrócili do statusu Królowej Lodu i reŜysera i przewaŜnie on 
przegrywał w takich jak ta utarczkach. W ciągu dwóch tygodni, które minęły od pierwszego 
dnia zdjęciowego, nikt na planie nie Ŝywił nawet cienia podejrzenia, Ŝe łączy ich coś więcej 
poza zawodową współpracą. To doprowadzało Rafe’a do szaleństwa. Coraz częściej 
ogarniała go przemoŜna ochota, Ŝeby publicznie ogłosić swoje prawa do Claire. Nie chodziło 
zresztą o prawo, jakie w prymitywnym sensie ma męŜczyzna do swojej kochanki. Nawet nie 
myślał tymi kategoriami. Lecz nie opuszczało go poczucie niewątpliwego, niezaprzeczalnego 
posiadania tej kobiety. Ani na chwilę. Nasilało się z dnia na dzień. A zwłaszcza nocami.

Rafe przypuszczał, Ŝe ma to związek z Daxem Wyattem, gdyŜ zaobserwował, iŜ aktor krąŜy 

wokół Claire jak cień, gdy tylko ma okazję. Dax był hollywoodzkim, wiecznym złotym 
młodzieńcem, starszym od Claire o jakieś osiem lat. Miał gęste włosy koloru dojrzalej 

background image

pszenicy, miejscami jeszcze rozjaśnione słońcem, niebieskie oczy, określane przez 
ilustrowane magazyny jako „rozkosznie łajdackie”, i wspaniałe, białe zęby. Ze swym 
charakterystycznym, drwiącym uśmiechem bardzo przekonująco grał postaci wraŜliwych 
nicponi. JeŜeli chciał, potrafił uśmiechać się uroczo i nadać swej twarzy niewinny wyraz, 
stwarzający wraŜenie, Ŝe pod tą podejrzaną powłoką bije serce ze szczerego złota. W sumie 
idealnie pasował do roli Josha. Co było dość niepomyślną okolicznością, bo Rafe zaczął 
odczuwać do niego narastającą niechęć.

ChociaŜ Claire nie ukrywała, Ŝe nie cierpi szczególnego rodzaju wdzięku, jakim odznaczał 

się ich gwiazdor, wydawało się, Ŝe ostatnio nie przejmuje się zbytnio jego dość natrętnym 
towarzystwem. Rafe nie musiał jej wybawiać z jego lepkich palców. I chociaŜ był 
zadowolony, Ŝe znalazła sposób trzymania aktora na dystans, nie mógł pozbyć się niezbyt 
szlachetnego uczucia... tak, chyba powinien się do tego przed sobą przyznać... zazdrości, 
która dawała o sobie znać za kaŜdym razem, kiedy widział ich razem. Łączyło ich to samo 
anglosaskie pochodzenie. Pracowali od dawna w tej samej branŜy, a nawet razem zrobili 
film, który odniósł sukces.

Redaktorzy rubryk plotkarskich w ilustrowanych czasopismach mieli pole do popisu. I o ile 

w Ŝadnym z nich nie ukazała się najmniejsza wzmianka o romansie Rafe’a z Claire, o tyle we 
wszystkich szeroko roztrząsano intrygujący fakt, Ŝe ona nie flirtuje z Daxem Wyattem.

- Masz do mnie jakąś sprawę? - spytała, widząc, jak bacznie się jej przygląda. - PrzecieŜ 

mnie wołałeś. A moŜe po prostu chciałeś sobie pokrzyczeć? Mam mnóstwo pracy, chyba 
wiesz.

- Pracy? - powtórzył. - Ach tak, pracy, teraz sobie przypomniałem. - Ujął ją pod ramię, 

przyciągnął blisko do siebie i odszedł z nią trochę na bok, poza zasięg bystrych oczu i 
ciekawskich uszu Laury.

- Pozbądź się jej jakoś.
- Jej? Kogo?
- Tego miejscowego babsztyla z szopą na głowie. - Przechylił głowę w kierunku Laury Lyn. 

- Nie znoszę, jak mi się tu obcy kręcą na planie, kiedy usiłuję pracować. Zupełnie nie mogę 
się skupić.

- Tak, nawet wiem dlaczego. Ona jest dość ładna.
- Jeśli ktoś lubi typ panien zagrzewających do boju druŜyny sportowe.
Claire spojrzała na niego kątem oka.
- Sądząc z tego, co mówiła mi Pilar, ty lubiłeś, i to bardzo.
- Pilar mówiła ci o Laurze?
- A takŜe o Ionie, Tiffany, Bobbi Sue i Cathe...
Rafe chciał zakryć jej usta dłonią, by przerwać tę litanię. Miarą postępu Claire było to, Ŝe 

się nie wzdrygnęła. Miarą wraŜliwości Rafe’a - Ŝe cofnął dłoń.

- A więc czy moŜesz ją stąd wypłoszyć?
Potrząsnęła głową.
- Nie mogę.
- Co to znaczy nie mogę? Jesteś kierownikiem produkcji. Podejdź do niej i opowiedz jakąś 

bajeczkę, na przykład, Ŝe ze względu na bezpieczeństwo nie moŜemy pozwolić, Ŝeby na 
planie przebywały osoby nie zatrudnione i nie ubezpieczone. Albo coś takiego. Słyszałem, 
jak wczoraj uŜyłaś tego argumentu wobec łowców autografów.

- Laura nie jest łowczynią autografów. Jest jednym z naszych gospodarzy na tym terenie.
- Jakich gospodarzy?
- Ona konkretnie reprezentuje klub sportowy, który na okres naszego pobytu we Flat Rock 

wspaniałomyślnie otworzył swoje podwoje dla aktorów i członków całej ekipy. Oczywiście 
odpłatnie.

Na twarzy Rafe’a pojawił się grymas złości.
- Rafe, bądź rozsądny. Nie mogę przecieŜ im tak ni stąd, ni zowąd odmówić. Mają 

najlepszą restaurację w mieście. I jedyny basen pływacki w promieniu wielu kilometrów. JuŜ 
nie wspominając o klimatyzowanej sali na nocne partyjki pokera. Ludzie z naszego zespołu 
zlinczowaliby nas oboje, gdybym nie przyjęła zaproszenia klubu tylko dlatego, Ŝe ty masz do 
jego zarządu zadawnione urazy.

background image

- Wobec tego przydziel jej kogoś, kto ją weźmie na wycieczkę do Europy w dowód naszej 

głębokiej wdzięczności. I pozbądź się jej.

- Upatrzyłeś juŜ kogoś konkretnego na przewodnika?
Rafe obejrzał się w kierunku grupy aktorów siedzących w cieniu rozłoŜystego drzewa w 

oczekiwaniu na kolejne ujęcie. Złośliwy błysk zalśnił w jego ciemnych oczach.

- Powierz ją opiece Daxa Wyatta - odrzekł. - Pasują do siebie.

- Stop! Do diabła, stop! - krzyknął Rafe ze złością.
- Chwila odpoczynku dla wszystkich. - Pilar ubiegła następne polecenie brata.
Przez cale rano próbowali to samo ujęcie i ciągle nie wychodziło. Nie mieli jeszcze ani 

metra dobrze sfilmowanej taśmy, więc Rafe był juŜ porządnie rozdraŜniony. Zawołał na 
pomoc Claire i ruszył w stronę przyczepy, będącej jego bazą na planie. Nie obejrzał się 
nawet, Ŝeby sprawdzić, czy za nim idzie.

- Piętnaście minut - ogłosiła Pilar przez tubę.
- Nie rozchodźcie się za daleko.
- Ta scena nam nie wychodzi. - Zatrzasnął za nią drzwi. - JuŜ mnie zmęczyła współpraca na 

odległość z tym tajemniczym scenarzystą. Zatelefonuj natychmiast do tego K.E.C., 
kimkolwiek on, do licha, jest, i zaŜądaj, Ŝeby przyleciał tu najbliŜszym samolotem. Niech 
wreszcie ruszy swój utajniony tyłek. Muszę z nim omówić osobiście tę scenę i kilka innych - 
mówił zacietrzewiony, przemierzając nerwowym krokiem wąską przyczepę. - Zobaczymy, 
czy nie będzie moŜna dokonać zmian w tym jego bezcennym scenariuszu.

- A moŜe mi powiesz, co konkretnie chciałbyś tym razem zmienić? - Głos Claire był 

podejrzanie spokojny. JuŜ dwukrotnie tę scenę przerabiali, a Rafe ciągle nie był zadowolony.

- Sama doskonale wiesz, co wymaga zmiany. Ta scena - machnął ręką w kierunku drzwi 

przyczepy - nie wychodzi, bo jest po prostu źle napisana.

- A moŜe nie wychodzi, bo ty niewłaściwie ją interpretujesz - podsunęła słodkim tonem.
- Moja interpretacja jest właściwa! - krzyknął ze złością. - Błąd leŜy w scenariuszu. I trzeba 

go zmienić. Natychmiast - zaŜądał.

- PrzecieŜ wiesz, Ŝe to niemoŜliwe. Muszę zatelefonować do pisarza wieczorem i...
- Natychmiast - ponowił Ŝądanie z uporem. Podniósł słuchawkę i wyciągnął rękę do Claire. 

- Zadzwoń, a skoro ty nie potrafisz dać sobie z tym rady, to ja z nim porozmawiam.

- Z nią - powiedziała Claire odruchowo.
- Co?
- Z nią - powtórzyła przez zaciśnięte zęby. - Ten pisarz jest kobietą.
- Dobrze. Niech sobie będzie. Połącz mnie z nią, a ja juŜ jej wyjaśnię, co trzeba zmienić.
- A moŜe ona wcale nie potrzebuje wyjaśnień. MoŜe oczekuje, Ŝe reŜyser okaŜe się 

dostatecznie wraŜliwy, by zrozumieć tę scenę tak, jak została napisana.

- A ja oczekuję, Ŝe ona wreszcie zacznie zachowywać się jak profesjonalistka. Pofatyguje 

się na plan i osobiście przekona, Ŝe scena jest spaprana. - Wręczył Claire słuchawkę. - Więc 
dzwoń do niej - polecił.

OdłoŜyła ją z trzaskiem.
- Nie muszę do niej dzwonić.
- Nie musisz...? Do licha cięŜkiego, Claire, powiedziałem, dzwoń do niej! - wrzasnął.
- A ja mówię, Ŝe nie ma potrzeby - odpowiedziała mu równieŜ podniesionym głosem. - Bo 

ona jest tutaj.

- O czym ty, do diabła, mówisz?
- To ja! - krzyknęła Claire z wściekłością. - Ja jestem autorką. Ja napisałam scenariusz. 

Wytrzeszczył na nią oczy oniemiały.

- K.E.C. to są moje inicjały - wyjaśniła, myśląc, Ŝe on jeszcze nie zrozumiał. - Claire Elise 

Kingston, w odwrotnym porządku.

- Więc to ty jesteś scenarzystką.
- Tak. - Skinęła głową, Ŝeby rozwiać jego wątpliwości. - Właśnie ja.
- I od początku bawisz się ze mną w tę śmieszną szaradę, wmawiasz we mnie, Ŝe musisz się 

porozumiewać z ukrywającym swoją toŜsamość pisarzem za kaŜdym razem, kiedy trzeba 
zmienić choć jedno słowo w scenariuszu.

background image

-Tak.
- Na miłość boską, po co to wszystko?
- Nie chciałam, Ŝeby ktokolwiek się o tym dowiedział - odparła, jakby to było całkiem 

oczywiste. - I nadal pragnę utrzymać to w tajemnicy.

- Dlaczego? - spytał ponownie.
- Z tych samych przyczyn, dla których zaleŜy mi na unikaniu plotek. Z tego samego powodu 

nikt z mojej rodziny nie uczestniczy w pracy nad tym filmem. Nie chcę, aby ludzi uwaŜali, 
Ŝ

e. podjęłam się produkcji „Desperata”, bo to był mój scenariusz i miałam poparcie rodziny.

- A nie to było przyczyną?
Spojrzała na niego rozŜalonym wzrokiem.
- Myślałam, Ŝe mnie zrozumiesz.
- No cóŜ, oczywiście, Ŝe cię rozumiem. Jeśli chodzi o mnie, to nie zainteresowałbym się 

tym scenariuszem, gdyby nie był naprawdę świetny. - Spostrzegł, Ŝe ta uwaga sprawiła jej 
przyjemność. - Ale przecieŜ nie byłoby w tym nic złego, gdybyś miała takŜe inne motywy. 
Powstało wiele wybitnych filmów w rodzinnych produkcjach.

- Tak, ale ten film nie będzie zawdzięczał swego sukcesu Ŝadnym moim rodzinnym 

powiązaniom. Nikt z mojej rodziny nie wie, Ŝe to ja napisałam scenariusz. I tak zostanie aŜ 
do chwili, gdy film wejdzie na ekrany.

- Dobrze - zgodził się Rafe. - Lecz niezaleŜnie od tego wszystkiego, tekst wymaga 

przeróbek.

- Wiem - przyznała. Chyba znalazła wyjście z sytuacji. - A moŜe zrobimy przerwę na 

wcześniejszy lunch? Przynieślibyśmy sobie kanapki tu, do przyczepy, i razem ustalili, co i 
jak trzeba poprawić. Wiem,

Ŝ

e masz kilka pomysłów, bo juŜ o nich mówiłeś, i to nieraz - dodała z uśmiechem. - Chyba 

są niezłe. Ja je tylko nieco zmodyfikuję, Ŝeby utrzymać konsekwencję w sylwetkach postaci. 
Co ty na to?

- Całą przerwę na lunch spędzimy w mojej przyczepie, a ty nie będziesz się bala plotek? 

Potrząsnęła głową.

- Zostawimy otwarte drzwi.
Wstała i skierowała się do wyjścia, lecz Rafe ją zatrzymał. PołoŜył jej dłoń na ramieniu. 

Spojrzała na niego pytająco.

- Twój scenariusz jest naprawdę wspaniały - powiedział z pełnym przekonaniem.
To była pochwała osoby kompetentnej. Zarumieniła się z radości.

- Idę, idę - zawołała Claire, wstając od biurka. Wstawiono ten mebel na jej Ŝądanie do 

pokoju w motelu. Poszła otworzyć drzwi, do których właśnie ktoś pukał.

Ostatnio występowała w trzech rolach, a właściwie w czterech, jeśli uwzględnić nową, 

kochanki. I to stawało się coraz bardziej męczące. Zrywała się przed świtem, Ŝeby przez 
nikogo nie zauwaŜona, wrócić z pokoju Rafe’a do siebie. Potem prowadziła rozmowy 
telefoniczne z dwoma młodymi, niedoświadczonymi reŜyserami, którzy kręcili filmy w 
plenerach Nowego Jorku. Jak tylko skończą się zdjęcia do „Desperata”, a więc mniej więcej 
za tydzień, będzie musiała tam pojechać i osobiście im pomóc. Przez ostatnie dziesięć dni 
matka zasypywała ją z ParyŜa teleksami w sprawie najnowszego filmu Wytwórni Kingston 
„Osobistość”, gdyŜ starano się pozyskać do głównej roli Richarda Gere’a. Robert-Bogu niech 
będą dzięki za jego sumienność - przysłał jej ekspresem bieŜące raporty o będących w 
realizacji czterech filmach. Tym wszystkim musiała się zająć, zanim zjawiła się na planie 
„Desperata” o ósmej rano.

- Wejdź, Rafe - powiedziała, przekręcając klucz w zamku. Nawet nie spojrzała na 

wchodzącego, gdyŜ musiała wrócić do telefonu. - Za minutę kończę.

Wbrew oczekiwaniom rozmowa telefoniczna z montaŜystą znacznie się przeciągnęła. Kiedy 

po kilkunastu minutach wróciła do swego gościa, zobaczyła Daxa Wyatta. Siedział na jej 
łóŜku, przeglądał ostatnie wydanie „Variety” i popijał z plastykowego kubka kawę. 
Postanowiła za wszelką cenę zachować swój sławetny spokój i chłód. Poradzi sobie. Dawała 
juŜ sobie radę z tym typem przez ostatnie dwa miesiące.

- W czym mogę ci pomóc, Dax? - spytała uprzejmie. Patrzyła na niego, jakby był węŜem, 

background image

który wślizgnął się do jej pokoju i zwinął w kłębek na łóŜku.

- Przyniosłem ci kawę. - Wyciągnął do niej kubek.
- Miło z twojej strony, Ŝe o tym pomyślałeś - odpowiedziała - ale ja pijam herbatę. - 

Odczekała chwilę. - Masz do mnie jakąś sprawę?

- Widziałaś ostatnie tygodniki filmowe?
- Nie - odrzekła krótko. - Bardzo rzadko poświęcam czas tym bzdurom.
- Powinnaś to robić częściej. W jednym z nich jesteś głośną gwiazdą.
- Ja?
- Tak. - Zaprezentował swój zwodniczo niewinny uśmiech, który miał zrobić na niej 

oszałamiające wraŜenie. - A właściwie my.

- Nie istnieje coś takiego jak „my”. - Jej oczy nabrały lodowatego wyrazu.
- Zgodnie z tym, co napisano, istnieje. - Podniósł z łóŜka ilustrowane pismo, które 

najwyraźniej przyniósł ze sobą, i podał Claire.

Zawahała się, lecz sięgnęła po nie. Było to jedno z bardziej szmatławych piśmideł. Tytuł 

artykułu wielkimi literami głosił: „Dawne uczucia zapłonęły na nowo”. Pod nim 
umieszczono zdjęcia, które miały go uzasadniać. Fotografie były zrobione niewątpliwie na 
planie „Desperata”. Patrząc na nie, pomyślała, Ŝe musiały być specjalnie zaaranŜowane przez 
Daxa dla osiągnięcia takiego efektu.

Na pierwszym zdjęciu stali oboje w drzwiach przyczepy. Przypomniała sobie, jak to było - 

zatrzymał ją, Ŝeby „przedyskutować” jakąś scenę.

Na drugim, zrobionym w miejskiej bibliotece, ona siedziała przy stole na krześle, a on stał 

za nią tak pochylony, jakby wargami skubał płatek jej ucha. Tę scenę równieŜ dobrze 
zapamiętała. Korzystając z przerwy między zdjęciami, poszła do biblioteki, Ŝeby w spokoju 
przygotować tekst teleksu do Roberta, kiedy niespodziewanie Dax się nad nią pochylił. Zaraz 
wstała i wyszła stamtąd. Reszta zdjęć była w podobnym stylu. Z wyjątkiem dwóch. Te dwie 
fotografie zostały zrobione na planie „Oszustów” prawie osiem lat temu. Grali w nim parę 
młodych kochanków. Jedna z nich przedstawiała scenę z filmu - byli na niej 
ucharakteryzowani, w kostiumach. Na drugiej, zrobionej z ukrycia, uchwycono ich, gdy 
siedzieli razem w czasie przerwy na posiłek. Tak, wtedy jeszcze w swej bezdennej głupocie 
uwaŜała, Ŝe jest w nim zakochana. Kiedy przeczytała artykuł stanowiący komentarz do zdjęć, 
zrobiło się jej niedobrze. Była to łzawa historia o kochankach rozdzielonych przez rodziców 
dziewczyny. Napomknięto w nim nawet, Ŝe aktorka zrezygnowała z kariery w filmie właśnie 
z powodu tego bolesnego przeŜycia. Sugerowano, Ŝe maskę Królowej Lodu przybrała 
celowo, w samoobronie przed podobnym cierpieniem, a obecnie jej serce oŜyło na nowo, 
gdyŜ kochankowie, wprawdzie juŜ nie tak młodzi, ponownie jednak połączyli się na planie 
innego filmu. Claire uniosła oczy znad czasopisma. W jej wzroku widać było furię.

- Jaki to ma mieć cel?
- AleŜ Claire, przecieŜ to znakomity artykuł.
- Poza tym, Ŝe nie zawiera ani słowa prawdy.
Dax wzruszył ramionami.
- No, nie całkiem. Ty rzeczywiście byłaś we mnie zakochana, a ja złamałem ci serce. 

Wprost zatrzęsła się z gniewu.

- Nie złamałeś mi serca, ty draniu! Ty mnie zgwałciłeś!
- O BoŜe, Claire. Ciągle wracasz do tej swojej historyjki. Byłaś napaloną panienką, która 

juŜ nie mogła wytrzymać, Ŝeby dać mi swój ruciany wianek.

- Byłam osiemnastoletnią dziewczyną, która sądziła, Ŝe kocha.
- No właśnie. - Znowu wzruszył ramionami. -To przecieŜ powiedziałem, prawda? Rzuciła w 

niego czasopismem.

- Wynoś się - warknęła głosem ochrypłym z obrzydzenia.
Dax wstał z łóŜka.
- Claire, ty nadal jesteś gorącą pannicą - stwierdził i wyciągnął do niej rękę.
Poczuła, Ŝe jego dłoń zaciska się na jej ramieniu. Skamieniała. O BoŜe, to ma się znowu 

powtórzyć, przemknęło jej przez myśl. Stała sparaliŜowana przeraŜeniem. Otworzyła usta, 
Ŝ

eby krzyknąć, lecz struny głosowe odmówiły jej posłuszeństwa. Och, BoŜe, proszę, nie 

dopuść, Ŝeby mnie to znowu spotkało, modliła się w duchu.

background image

Dax roześmiał się cicho.
- I nadal nie moŜesz się doczekać, Ŝeby mi to dać - chełpił się, biorąc najwyraźniej 

paraliŜujący ją strach za przyzwolenie. Przyciągnął ją bliŜej i pochylił głowę ku jej twarzy.

Na myśl o jego ustach dotykających jej warg, instynktownie cofnęła się, a on napierał na 

nią jak pies pasterski na przeraŜoną owcę.

- Dziewczynka rozochocona, Ŝe aŜ miło - powiedział z chichotem i popchnął ją na łóŜko.
Bezradnie młóciła na oślep pięściami, jedną z nich natknęła się na otwarty pojemnik z 

kawą, który Dax zostawił na nocnym stoliku. Musiała się ratować. Chwyciła pojemnik na 
ś

lepo, nie bacząc, Ŝe gorący płyn pochlapał jej palce, w przeraŜeniu i rozpaczy zdobyła się na 

wysiłek i rzuciła nim w Daxa.

- Wynoś się! - krzyknęła, gdyŜ nagle odzyskała głos.
Pojemnik trafił go w pierś, gorąca kawa rozbryzgła się na wszystkie strony.
Przystojna twarz męŜczyzny wykrzywiła się we wściekłym grymasie.
- Ty Ŝmijo! - warknął i rzucił się ku niej. Claire błyskawicznie podciągnęła do góry kolana i 

zaczęła go kopać z całych sił.

- Nie pozwolę na to po raz drugi! - krzyknęła. Trafiła stopą w jego pierś i kopnęła go tak 

mocno, Ŝe z łomotem runął na ścianę. Na podłogę spadła zdobiąca ją rycina.

Te hałasy zaniepokoiły mieszkającego obok Rafe’a. Wpadł jak bomba do pokoju Claire.
- Co, do diabła... - zaczął, lecz widok, który ujrzał, mówił sam za siebie. Z okrzykiem rzucił 

się na Daxa i uchwycił go za koszulę na plecach. W szale poderwał go na nogi i wykręcił mu 
ramię. Jednym jego pragnieniem było zmienić raz na zawsze nie do poznania oblicze 
pięknisia Daxa Wyatta.

- Rafe, nie bij go! - Claire rzuciła się do przodu i chwyciła Rafe’a za ramię.
Nieprzytomny ze złości, usiłował strząsnąć jej dłoń. śadnemu męŜczyźnie napastującemu 

jego kobietę nie ujdzie to bezkarnie.

- Rafe, na miłość boską, zostaw go! - Claire wczepiła się jak pijawka w jego ramię. - On ma 

do odegrania jeszcze tylko cztery sceny!

- Sceny? - powtórzył z niedowierzaniem, jakby nie był pewny, czy się nie przesłyszał. - Ten 

łobuz cię zaatakował - potrząsał nim jak dog terierem - a ty się martwisz scenami, które 
zostały do nakręcenia?

- Jeśli mu pokiereszujesz twarz, będzie musiał się leczyć, a my przekroczymy budŜet w 

związku z opóźnieniem - wyjaśniła.

Patrzył na nią zdumiony, bo ona się uśmiechała. Ona się śmiała.
Rafe poczuł, jak gniew powoli ustępuje. Ona się śmiała!
- Czy przynajmniej mogę mu parę razy przyłoŜyć w inne miejsce?

ROZDZIAŁ 11

Wyrzucili Daxa z pokoju jak worek ze śmieciami - Claire trzymała otwarte drzwi. Rafe, 

uchwyciwszy od tyłu jedną ręką kołnierzyk jego koszuli, a drugą pasek u spodni, wypchnął 
go na zewnątrz. Dax potknął się o jeden ze słupów podpierających zadaszenie i ledwo 
utrzymał się na nogach. Zapewne równieŜ z tej przyczyny, Ŝe ręką osłaniał symbol swej 
męskości i chwytał powietrze jak ryba wyjęta z wody.

Claire bowiem kopnęła go w podbrzusze i obcasem trafiła w to czułe miejsce, tak Ŝe z bólu 

nie tylko nie mógł się poruszać, ale nawet oddychać. W tej sytuacji pomoc Rafe’a była raczej 
juŜ tylko moralnym wsparciem.

- Porachuję się z wami w sądzie - wysapał Dax.
- Będzie nam bardzo miło cię tam zobaczyć - zadrwił Rafe i zatrzasnął drzwi.
Claire rzuciła się ku niemu i całym ciałem przycisnęła go do zamkniętych drzwi.
- Claire, kochanie, nic ci się nie stało? Czy ten drań nie zrobił ci jakiejś krzywdy? Och, 

dziecinko, nie płacz, nie płacz, proszę.

Uniosła ku niemu twarz, aby pokazać, Ŝe nie płacze. W kaŜdym razie nie był to płacz ani ze 

strachu, ani z bólu. Zduszone dźwięki, które wydobywały się z jej gardła, były raczej 
stłumionymi wybuchami śmiechu. A łzy cieknące z kącików oczu - wyrazem ulgi i radości.

- O BoŜe - powiedziała, niemal trzęsąc się ze śmiechu - czy widziałeś jego minę? 

background image

Widziałeś? On był zdumiony. Nie spodziewał się, Ŝe potrafię wygrać z nim tę walkę. A mnie 
się udało - triumfowała - udało!

- Jeszcze jak, dziecino. - Uniósł ją do góry i zaczął wirować po pokoju. - Jeszcze jak ci się 

udało.

Cieszył się jej radością. Zakręciło im się w głowie, więc Rafe chwiejnym krokiem podszedł 

do łóŜka i opadli na nie oboje. Trzymał ją ciągle w ramionach, a ona wysunęła się z nich 
tylko po to, Ŝeby się na nim połoŜyć. Pochyliła głowę i pocałowała go w usta.

Pocałunek był namiętny, gwałtowny, dziki.
- Kochaj mnie, Rafe - poprosiła - kochaj mnie teraz.
Zawahał się. Przed chwilą przeŜyła napaść i choć wydawało się, Ŝe zniosła to zadziwiająco 

dobrze, jej reakcja mogła być wynikiem szoku.

- Teraz - nalegała z ustami przy jego wargach. Objął ją ramionami, mocno przytulił do 

siebie i całował z takim zapamiętaniem i namiętnością jak ona. PrzedłuŜał tę pieszczotę, gdyŜ 
nie był pewny, czy ona rzeczywiście chce tego, czego od niego Ŝąda, a bał się, Ŝe zaraz straci 
nad sobą panowanie. Claire uniosła głowę.

- Nic mi się nie stało i nie jestem w szoku - powiedziała, patrząc mu w oczy. - Nie jestem 

okaleczonym małym ptaszkiem ani łaciatym kotkiem, którego trzeba delikatnie oswajać. W 
kaŜdym razie juŜ nie. Jestem kobietą, która zmierzyła się z przeszłością i wygrała. Pragnę 
uczcić moje zwycięstwo z męŜczyzną, którego kocham, najlepiej jak umiem.

- O mój BoŜe, Claire... - Rafe był tak wzruszony, Ŝe nie mógł dokończyć zdania. - Claire...
- Porozmawiamy później - przerwała mu i znowu zaczęła go całować.
Poddali się niepohamowanej namiętności. Całowali się. Dotykali. Zrzucili z siebie ubrania, 

Ŝ

eby zatracić się w pieszczocie ciał. Wśród czułych szeptów i miłosnych westchnień dotarli 

zdyszani do granicy wręcz bolesnego poŜądania.

- Teraz, Rafe - prosiła Claire, przyciągając go do siebie - teraz.
Oddawała mu się, spragniona jego zaborczej władzy nad jej ciałem, a on chciał, Ŝeby 

poznała wszystko, czego odmawiała sobie Królowa Lodu. I tak się stało - usłyszał to w jej 
ochrypłym jęku ekstazy, gdy juŜ i jego porwał zachwyt upojenia, jakiego jeszcze nigdy nie 
zaznał. Po pewnym czasie, kiedy ochłonęli, wyszeptał słowa, które pragnęła usłyszeć.

- Byłaś wspaniała. Ponad wszystko w świecie wspaniała. Kocham cię. Pierwszym 

samolotem polecimy do Las Vegas, Ŝeby wziąć ślub.

- Ale...
Rafe połoŜył jej palec na ustach.
- Nie ma Ŝadnego ale. Nie obchodzi mnie, czy będzie dotrzymany harmonogram zdjęć. Nie 

interesuje mnie, czy przekroczymy budŜet. Nie będę się przejmował, jeŜeli złośliwi 
dziennikarze napiszą, Ŝe reŜyseruję film tylko dlatego, Ŝe wykorzystałem osobiste powiązania 
z producentem, Ŝe załatwiłem to przez łóŜko. Tylko ty się liczysz. - Odjął palec od jej warg. - 
Co mi odpowiesz?

Odpowiedziała:
- Tak.

Reporterzy ilustrowanych czasopism mieli prawdziwe uŜywanie. Zaskakujące okoliczności 

związane z produkcją filmu „Desperat” były wyjątkowo smakowitym kąskiem. Wiadomości 
o wstrzymaniu zdjęć i przekroczeniu budŜetu wprawiły dziennikarzy w uciechę, którą moŜna 
było porównać tylko do radosnego podniecenia dzieci w Wigilię BoŜego Narodzenia.

Nie zabrakło sugestii o wykorzystywaniu rodzinnych powiązań oraz aluzji na temat 

seksualnego napastowania. Cała machina insynuacji została puszczona w ruch bez 
najmniejszych zahamowań. Plotki o cichym ślubie w Las Vegas równieŜ dostały się na łamy 
prasy. Później im zaprzeczono, donosząc o skromnej uroczystości ślubnej w rezydencji 
Pierce’a Kingstona w obecności najbliŜszej rodziny. Na szczęście, młodzi małŜonkowie, 
zaszyci na odludziu w nie znanym nikomu domu letniskowym Kingstonów w górach w 
pobliŜu granicy meksykańskiej, mogli nie zwaŜać na całe to zamieszanie.

Prapremiera „Desperata” po przyspieszonym montaŜu, którego ostateczną wersję 

zaakceptował w końcu reŜyser, odbyła się w iście hollywoodzkim stylu w cztery miesiące 
później. W rezultacie film mógł wejść na ekrany w tygodniu przedświątecznym. Przybyło 

background image

zarówno mnóstwo krytyków filmowych z pism branŜowych, jak i reporterów ilustrowanych 
magazynów. Ci drudzy spodziewali się nie lada sensacji, kiedy reŜyser, producent i odtwórca 
głównej męskiej roli pojawili się razem. Większość Ŝądnych skandali pismaków oczekiwała 
wręcz rozlewu krwi. Niestety, ku ich rozczarowaniu, wszyscy zachowywali się w sposób 
Ŝ

ałośnie cywilizowany.

Krytycy przybyli tłumnie, poniewaŜ doszły ich plotki, Ŝe autorem scenariusza jest ktoś z 

rodziny Kingstonów, więc kaŜdemu się spieszyło, Ŝeby zmieszać film z błotem. Pokusa była 
zbyt duŜa, Ŝeby dać się komuś wyprzedzić. Krytycy nie mieli litości dla filmu. Ckliwie 
sentymentalny to był ich najoględniejszy epitet. Zdecydowanie niskie notowania dał znany 
komentator telewizyjny Gene Siskel. Tylko Roger Ebert uznał, Ŝe film moŜna pochwalić za 
optymistyczne przesłanie oraz za znakomitą grę Christine Bishop w roli Molly.

JednakŜe juŜ w ciągu pierwszego świątecznego tygodnia film przyniósł dwadzieścia 

dziewięć milionów dolarów zysku. Po kolejnych dwunastu tygodniach, jak podał 
„Entertainment Weekly”, plasował się nadal w czołówce pierwszych dziesięciu najlepszych 
fumów wyświetlanych w tym czasie. Okazało się, Ŝe chociaŜ krytykom nie przypadł do gustu,
publiczność kinową wprost zachwycił.

W wieczór uroczystego rozdania nagród Akademii Filmowej Rafe i Claire zajęli miejsca w 

sali, gdzie odbywała się ceremonia. Po lewej stronie Claire siedziała wysmukła juŜ Nikki, 
która przed dwoma miesiącami urodziła córeczkę, a obok niej Pierce, nominowany do Oskara 
za najlepszą rolę męską w filmie

„Stworzeni dla siebie”. Tara i Gage tym razem nie oczekiwali Ŝadnych nagród, więc 

usadowili się w drugim rzędzie z siostrą Rafe’a Pilar, która starała się nie gapić w podziwie 
na kaŜdą z zebranych w tym miejscu gwiazd Hollywoodu. Po prawej stronie Rafe’a siedziała 
jego matka, promieniejąca dumą i szalenie elegancka w kreacji od Yves Saint Laurenta. 
Czerwony kolor sukni znakomicie podkreślał jej ciemną karnację.

Pozostali członkowie klanu Santanów zebrali się w domu Inez i Miguela na ich farmie, 

Ŝ

eby w telewizji obejrzeć ceremonię wręczania nagród. Matka Claire oglądała uroczystość 

dzięki przekazowi satelitarnemu w ParyŜu, gotowa wysłać niezwłocznie gratulacje, gdyby 
jakiś film produkcji jej wytwórni lub ktoś z rodziny otrzymał tę najbardziej prestiŜową 
nagrodę. Ojciec Claire był w Istambule, gdzie kręcił swój najnowszy film i flirtował z 
dwudziestojednoletnią odtwórczynią głównej roli.

Na scenie Billy Crystal przedstawiał właśnie osobę, która miała prezentować najlepsze 

filmy i wręczać nagrody.

Rafe i Claire trzymali się za ręce, kryjąc je w fałdach jej srebrnozłotej, szyfonowej sukni i 

słuchali trzyminutowych omówień kaŜdego z filmów, które w tym roku były nominowane do 
Oskara. Wydawało się im, Ŝe to trwa całą wieczność. Mniej więcej w połowie występu 
prezentera Rafe nachylił się od ucha Ŝony i zapytał cicho:

- Czy będziesz zdruzgotana, jeŜeli „Desperat” nie zdobędzie nagrody?
Claire uniosła na niego błyszczące jak szafiry oczy.
- A ty?
- Ja spytałem pierwszy.
Zastanawiała się nad tym. Czy będzie zdruzgotana? Dzięki temu filmowi osiągnęła przecieŜ 

wszystko, co sobie zakładała i jeszcze coś więcej. Bez cienia wątpliwości udowodniła, na co 
ją stać. Jej pozycja samodzielnej producentki została ugruntowana. Okazało się równieŜ, Ŝe 
potrafi być dobrą scenarzystką. Najdziwniejsze było jednak to, Ŝe zawodowe osiągnięcia nie 
miały dla niej juŜ tak wielkiego znaczenia jak wtedy, gdy przystępowała do pracy nad 
„Desperatem”.

Zdała sobie sprawę, Ŝe przestały być takie waŜne z chwilą, gdy ostatecznie wyzwoliła się z 

pęt przeszłości. PrzecieŜ w gruncie rzeczy bardziej jej zaleŜało na przekonaniu się, ile jest 
warta jako kobieta, niŜ w umocnieniu swojej pozycji producentki filmowej. I właśnie 
siedzący koło niej męŜczyzna umoŜliwił jej poznanie siebie. To on uświadomił jej - i 
uświadamiał nadal kaŜdego dnia - jaką ona ma naprawdę naturę. Czułą, uczuciową. Odkrył w 
niej kobietę zdolną głęboko kochać i zasługującą na miłość. Och, reporterzy nadal nazywali 
ją Królową Lodu, lecz teraz zupełnie się tym nie przejmowała, gdyŜ wiedziała, jak bardzo się 
mylili.

background image

- Claire? - wyszeptał Rafe, zaniepokojony jej długim milczeniem.
Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się.
- Nie, nie będę zdruzgotana - zapewniła go. - MoŜe rozczarowana, ale nie zdruzgotana. A 

ty? Zaśmiał się cicho.

- Och, do licha, tak, ja będę niepocieszony. Całkowicie przybity. Więc będziesz musiała 

zabrać mnie do domu i zastosować wszystkie znane ci środki, Ŝeby pomóc memu ciału 
wydostać się z tego pourazowego szoku.

- Wszystkie znane mi środki? Hm, to brzmi interesująco - odparła szeptem. Jej ciało juŜ 

zareagowało Ŝarem na tę propozycję.

- Nagrodę Oskara za najlepszy film otrzymuje... - Prezenter odczekał chwilę, Ŝeby wzmóc 

napięcie.

Kamery ze wszystkich stron zostały skierowane na Rafe’a i Claire, operatorzy mieli 

nadzieję uchwycić ich reakcję na wieść o triumfie. Lecz Rafe i Claire ze splecionymi dłońmi 
pochylili się właśnie ku sobie, Ŝeby połączyć się w pocałunku. Bez względu na to, kto tego 
wieczoru odebrał Oskara, oni juŜ zwycięŜyli.