background image

Carla Neggers

Huragan na wyspie

Tłumaczyła 

Monika Chilewicz

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Antonia...
Antonia Winter zatrzymała się w pół kroku. Wy-

dało  jej  się,  że  słyszy,  jak  ktoś  woła  ją  po  imieniu. 
Rozejrzała  się  po  niemal  pustym  parkingu,  ale  nie 
dostrzegła  nikogo.  Ruszyła  ponownie,  stukając  ob-
casami po betonowej podłodze. Wybierała się właś-
nie na kolację w „Back Bay", więc miękkie, płaskie 
buty  szpitalne  zamieniła  na wysokie  czarne  szpilki, 
które  idealnie  komponowały  się  z  małą  czarną  su-
kienką.

To  pewnie  zmęczenie,  doszła  do  wniosku.  Cóż 

innego  mogłoby  sprawić,  że  zwyczajne  na  parkingu 
dźwięki pomyliła z własnym imieniem.

- Antonia Winter... Doktor Antonia Winter...
Nabrała głęboko powietrza i przebiegła kilka ostat-

nich metrów, jakie dzieliły ją od auta. Trzęsącymi się 
rękami przycisnęła guzik pilota, by odblokować drzwi. 
Otworzyła je i błyskawicznie usiadła na fotelu kierow-
cy. Od razu też zablokowała wszystkie zamki.

To niemożliwe, myślała. To chyba jakiś koszmarny

background image

160      Carla Neggers

sen! A przecież coś takiego zdarzyło jej się nie po raz 
pierwszy...

Było tuż po siódmej wieczorem, zakończyła właśnie 

dwunastogodzinny dyżur, nic więc dziwnego, iż czuła 
się zmęczona.  Pracując jako  chirurg  urazowy  w  jed-
nym z bostońskich szpitali, miała do czynienia z wielo-
ma trudnymi przypadkami, a miniony dzień nie byL 
pod  tym  względem  wyjątkowy.  Była  jednak  profe-
sjonalistką i umiała sobie radzić ze stresem, jaki niósł 
ze  sobą  ten  zawód.  Nie  przytrafiło  jej  się  dotąd,  by 
słyszała tajemnicze głosy, czy też widziała nierzeczy-
wiste postaci. Nie wyciągała też pochopnie dramatycz-
nych  wniosków  ze  zwyczajnych  wydarzeń.  Może 
jednak w końcu przedobrzyła z pracą i przestała sobie 
radzić z własnymi emocjami? Miała ostatnio dużo na 
głowie, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywat-
nym.  Od  paru  miesięcy  była  zakochana  w  Hanku 
Callahanie, z którym miała się za chwilę spotkać. Była 
to jednak trudna, pełna komplikacji znajomość. Wpraw-
dzie byli sobie szalenie bliscy, ale jednocześnie wiele ich 
różniło - praca, rodzina, przeszłość... Nie miała jednak 
prawa obwiniać Hanka za obecną sytuację. Była roz-
sądną,  trzeźwo  stąpającą  po  ziemi  kobietą.  Skoro 
wydawało  jej  się,  że  ktoś  ją  zawołał  po  imieniu,  to 
zapewne tak właśnie się stało.

Przekręciła kluczyk w stacyjce, a gdy silnik urucho-

mił się, ruszyła powoli, raz po raz spoglądając w luster-
ko wsteczne, czy nie pojawi się w nim jakaś podejrzana 
postać.  Przez  moment  chciała  nawet  zapytać  straż-
nika, czy nie słyszał czegoś dziwnego, ale ostatecznie 
zrezygnowała. Doszła do wniosku, że głos był na tyle

background image

Huragan na wyspie

161

cichy, iż nie mógł dotrzeć do budki, znajdującej się przy 
wjeździe  na  parking.  Gdy  wreszcie  znalazła  się  na 
ulicy, zjechała na moment na pobocze, by wziąć kilka 
głębszych oddechów.

Poprzedniego  dnia  otrzymała  dziwną  wiadomość 

pocztą  elektroniczną.  Trzecią  z  kolei.  „Pacjenci  ufają 
pani. A co, jeśli zawiodła pani to zaufanie?-" Wszystkie 
traktowały o tym samym, dotyczyły relacji pacjent -
lekarz oraz zdrady. Antonia skonsultowała się z lepiej 
od  niej  zorientowanym  w  komputerach  znajomym, 
który oznajmił, że wytropienie autora anonimowych 
wiadomości elektronicznych jest praktycznie niemożli-
we,  jeśli  osoba  ta  nie  chce  zostać  zidentyfikowana. 
Teksty te nie stanowiły bezpośrednich pogróżek, nie 
wspominały  też  ani  słowem  o  Hanku  Callahanie, 
kandydacie do senatu ze stanu Massachusetts. Wybory 
miały się odbyć w pierwszy wtorek listopada, a więc za 
niespełna dwa miesiące. Gdyby w poczcie do niej poja-
wiło się jego nazwisko, musiałaby go o tym poinformo-
wać,  ale  jak  na  razie  uznała,  że  lepiej  będzie  go  nie 
niepokoić. Poza tym trudno było jej uwierzyć, że ktoś 
mógłby chcieć ją zastraszyć. Niby dlaczego ktoś miałby 
ją prześladować? Niemożliwe. Musiała to sobie ubzdu-
rać. Była zmęczona i spięta, co pewnie miało wpływ na 
jej  zdolność  kojarzenia  faktów.  Może  tak  naprawdę 
nikt nie wołał jej po imieniu, tylko powietrze zasyczało 
w  rurze  wydechowej?-  A  wiadomości  przychodziły  od 
kogoś znajomego, kogo numeru nie rozpoznałaś- Może 
ktoś z jej przyjaciół czy współpracowników pracował 
nad artykułem o etyce w medycynie i z braku świeżych 
pomysłów zarzucał ją retorycznymi pytaniami?

background image

162      Carla Neggers

Mimo  iż  powinna  się czuć spokojniejsza,  gdy już 

podjechała  przed  wejście  do  restauracji,  to  jednak 
wolała  oddać  kluczyki  do  auta  parkingowemu,  by 
uniknąć kręcenia się po kolejnym garażu. Nim weszła 
do  restauracji,  postała  parę  minut  na zewnątrz,  aby 
zaczerpnąć świeżego powietrza.

Hank już czekał przy ich ulubionym stoliku. Gdy 

zbliżała się, podniósł się z krzesła, więc pomachała mu 
wesoło.  Niewątpliwie był  najprzystojniejszym  męż-
czyzną,  jakiego  kiedykolwiek  spotkała.  Miał  czter-
dzieści  jeden  lat,  szpakowate  włosy,  kwadratową, 
silnie zarysowaną dolną szczękę, a do tego niewiarygo-
dnie niebieskie oczy. Poznała go w listopadzie ubieg-
łego roku w rodzinnym Cold Ridge, niewielkim mias-
teczku z stanie Nrw Hampshire. Właśnie rozpoczynał 
kampanię do senatu i przyjechał w góry White Moun-
tains, by odpocząć, wędrując w towarzystwie daw-
nych kolegów z wojska - Tylera Northa i Manny'ego 
Carrerya.

Hank  pochodził  z  Callahanów  z  Massachusetts, 

rodziny od niepamiętnych czasów aktywnej politycz-
nie i społecznie,  wychowującej kolejne pokolenia do 
służby  krajowi  i  narodowi.  Gdy  przed  dwoma  laty 
kończył  karierę  wojskową  w  stopniu  majora  lotnic-
twa, jego ostatnią misją była niebezpieczna wyprawa 
na ratunek pięciu rybakom, których kuter wywrócił się 
podczas  sztormu.  Choć  wcześniej  wiele  razy  brał 
udział  jako  pilot  helikoptera  w  podobnych  akcjach, 
tym  razem  wiadomość  o  ich  pełnej  poświęcenia  po-
stawie znalazła się na pierwszych stronach wszystkich 
gazet w kraju. Antonia nie miała wątpliwości, że Hank

background image

Huragan na wyspie

163

bez  wahania  podjąłby  się  ochrony  jej  przed  prze-
śladującym  ją  nieznajomym.  Uczyniłby  to  nie  tylko 
dlatego, że był szkolony do niesienia ratunku, ale i z 
powodu  osobistej  tragedii,  jaką  przeżył  przed 
dziesięciu laty, kiedy to jego żona i córeczka zginęły 
w wypadku samochodowym. Choć nie byłby w stanie 
im w żaden sposób pomóc, wciąż prześladowały go 
wyrzuty sumienia, że w momencie ich śmierci znaj-
dował się tysiące kilometrów od nich. Dlatego, gdyby 
Antonia szepnęła choć słowo, iż czuje się zagrożona, 
Hank  zapewne  rzuciłby  wszystko,  aby  otoczyć  ją 
opieką, a tego zdecydowanie nie chciała.

Robert  Prancer  zajrzał  do  restauracji  przez  duże 

okno. Pani doktor siedziała przy niewielkim stoliku, 
popijając  wino  w  towarzystwie  przystojnego  kan-
dydata na senatora.

Jakże to?- Czyżby nie wiedziałaś? Musiał się siłą 

powstrzymywać, by nie zacząć walić pięściami w szy-
bę, żeby zwróciła na niego uwagę. Jak mogła nie zda-
wać sobie sprawy z tego, co' czuł, gdy widział ją z 
innym  mężczyzną?  Nie  wiedziała,  jak  bardzo  bolała 
go świadomość, że ani trochę o niego nie dbała? Ze od 
jakiegoś czasu  żył złudzeniami?  Nie  miał pojęcia,  co 
powinien dalej robić. Od paru dni działał instynktow-
nie, ale nie przynosiło mu to satysfakcji. Co z tego, że 
wysyłał jej wiadomości, skoro nie mógł widzieć wyra-
zu  jej  twarzy,  gdy  je  odczytywała?  Czy  była  prze-
straszona? A może tylko zaskoczona? Napisał je tak, 
by  nie  mogła  mieć pewności,  czy  ktoś  chce  ją  tylko 
przestraszyć, czy jednak rzeczywiście jest w niebez-

background image

164      Carla Neggers

pieczeństwie. Co do jednego był przekonany: doktor 
Antonia Winter nie zaalarmuje nikogo, póki nie będzie 
na sto procent przekonana, że coś jej grozi. Od niemal 
trzech lat obserwował ją przy pracy i wiedział, że nie 
ma  w  zwyczaju  panikować.  Tym  lepiej.  Zamierzał 
dozować  pogróżki  tak,  aby  wreszcie  trzęsła  się  ze 
strachu i błagała, by darował jej życie. Wpatrywał się 
w parę, która wesoło rozmawiała z obsługującym ich 
kelnerem. Czy istotnie chciał, by błagała go o litość? 
Czy był gotów zajść aż tak daleko? A może jeszcze 
dalej ?

Ostatnia akcja na parkingu udała mu się wyśmieni-

cie. Słyszał, jak na długi czas wstrzymała oddech, a 
potem  wypuściła  gwałtownie  powietrze.  Żałował,  że 
nie  mógł  widzieć  jej,  miny.  Wciąż  czuł  na  ubraniu 
zapach oleju silnikowego, w który niechcący usiadł na 
parkingu. Plamę na betonowej posadzce zauważył za 
późno,  a  nie  chciał  się  niepotrzebnie  ruszać,  by  nie 
zwrócić na siebie uwagi. Doktor Antonia przemierzała 
właśnie parking, stukając czarnymi szpilkami. Spieszy-
ła się na spotkanie z kandydatem na senatora. Opieku-
jąc  się  pacjentami,  unikała  zwykle  pośpiechu.  Była 
spokojna, opanowana, bez reszty oddana swej pracy. 
A przynajmniej tak mu się wydawało... Wrócił wspo-
mnieniami do  chwili,  gdy przed paroma tygodniami 
postrzelił się w stopę. Miał wtedy okazję przekonać się, 
co w jej rozumieniu oznaczało poważne podejście do 
pracy. Najzwyczajniej w świecie zdradziła go. Dzięki 
niej najpierw musiał tłumaczyć się policjantom, a po-
tem  psychiatrze.  Nie  miała  nawet  pojęcia,  ile  czasu 
zajęło mu odkręcanie wszystkiego. W dodatku stopa

background image

Huragan na wyspie

165

wciąż go pobolewała. A chciał tylko, by zwróciła na 
niego uwagę, mimo że był zwykłym sprzątaczem, a ona 
ważną lekarką. Pomyślał, że zrobi coś dramatycznego, 
by ją przetestować, by sprawdzić, jak się wobec niego 
zachowa. Była jedyną kobietą w jego życiu. Pierwszą 
i jedyną. Nawet jeszcze nim ją poznał, był jej wierny. 
Powinien  był  postrzelić  kogoś  innego.  Na  przykład 
któregoś ze sprzątaczy. Wtedy mógłby przynieść go do 
niej na ostry dyżur, żeby uznała go za bohatera. Przecież 
lubiła bohaterów. Dzielnych pilotów, którzy ratowali 
życie innych żołnierzy czy rybaków.

Cóż, człowiek uczy się przez całe życie...

Gdy stopa mu się jako tako zagoiła, wrócił do pracy 

na oddziale. Do nieudaczników, którzy uważali wyży-
manie mopa i machanie szczotką za szczyt szczęścia. 
Do traktujących go z wyższością lekarzy i pielęgniarek. 
Do  pracowników  administracji  szpitala, powtarzają-
cych do znudzenia wyświechtane frazesy o tym, jaka 
to ważna i niezbędna jest ciężka praca ekipy sprzątają-
cej. Jego koledzy i koleżanki grali w totolotka, kibico-
wali drużynie Red Sox, wozili dzieci do szkoły, wymie-
niali się przepisami kulinarnymi i bonami zniżkowy-
mi.  Przy  tym  wszystkim  naiwnie  wierzyli,  że  tak 
właśnie  powinno  wyglądać  szczęśliwe  życie.  Tym-
czasem Robert Prancer miał iloraz inteligencji równy 
156,  więc  zdawał  sobie  sprawę,  że  zamiast  sprzątać 
korytarze,  powinien  być  dyrektorem  szpitala.  Jego 
współpracownicy w ogóle tego nie dostrzegali, ale nic 
w tym dziwnego, bo byli prości i ograniczeni. Wiecznie 
naśmiewali się z jego nazwiska, a on nie miał ochoty 
przyznać, że matka podała to nazwisko na cześć jej

background image

166      Carla Neggers

ulubionego renifera z bajki, bo nie wiedziała, kim był 
jego ojciec i jak się nazywał. Umarła, gdy miał jedenaś-
cie lat.  Dobrze jej  tak!  Robert  nie  tolerował  głupich 
ludzi.

Sądził,  że  Antonia  Winter  dostrzegła  w  nim  tę 

inteligencję i potencjal, że ujrzała w nim bratnią duszę. 
Dobre sobie! A jednak wciąż łudził się, iż nie wszystko 
stracone. Była tak piękna, że aż zapierało mu dech 
w piersiach. Miała proste kasztanowe włosy, niebies-
kie  oczy  i  nieduży  kształtny  nos.  Podobały  mu  się 
kobiety piękne, a zarazem inteligentne.

-  O,  nie!  -  zawołał,  kręcąc  głową,  przez  co  kilka 

mijających go osób spojrzało na niego podejrzliwie. 
- O, nie! Zupełnie nie jest w moim typie!

Kobieta w jego typie nigdy by go nie zdradziła. 

A doktor Winter zrobiła to i jako lekarka, i jako kobieta. 
Złamała mu serce, choć przecież nie był taki najgorszy, 
mógł się nawet podobać.

Był piękny, ciepły wieczór, więc domyślał się, że 

randka potrwa znacznie  dłużej  niż  sama kolacja.  Na 
szczęście wiedział, gdzie Antonia mieszka. W dodatku 
miał klucze do jej domu. Postanowił więc wykorzystać 
tę okazję...

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Hank  Callahan  miał  dokładnie  godzinę  do  spot-

kania z miejscowymi biznesmenami. Wierzył, że wy-
starczy mu tyle czasu, aby wyciągnąć z Carine Winter, 
młodszej siostry Antonii Winter, potrzebne informa-
cje. Jeśli mu się jednak nie uda, nie odpuści i wróci tam 
przy najbliższej okazji. Chciał dowiedzieć się, gdzie się 
podziała Antonia, po której słuch zaginął przed paroma 
dniami.

Zaparkował przed skromnym budynkiem na tyłach 

Inman  Square,  gdzie  późną  wiosną  Carine  Winter 
wynajęła  mieszkanie,  czym  kompletnie  zaskoczyła 
swoją siostrę. Zupełnie nie pasowała do Cambridge, 
jej miejsce było w Cold Ridge, gdzie mieszkała w skrom-
nym  drewnianym domku  u  podnóża  góry  o  tej  sa-
mej  nazwie.  Była  świetną  fotograficzką,  specjalizo-
wała  się  w  fotografowaniu  przyrody.  Zapewne  nie 
zrezygnowałaby z tej pasji, gdyby w lutym jej życie nie 
legło w gruzach, kiedy to porzucił ją narzeczony, w 
efekcie czego zdecydowała, iż powinna zamieszkać w 
mieście. Kiedy zaś ktokolwiek z rodziny Win-

background image

168      Carla Neggers

terów  coś  postanowił,  nie  sposób  było  go  od  tego 
odwieść.

Tyler North, były narzeczony Carine, a jednocześ-

nie jeden z najbliższych przyjaciół Hanka, ostrzegał go 
przed tym wiele razy. Trudno mu było odmówić racji, 
zwłaszcza że znał rodzinę Winterów od zawsze, choć 
zakochał  się  i  oświadczył  młodszej  z  sióstr  dopiero 
zeszłej jesieni, co było zaskoczeniem dla większości ich 
krewnych i znajomych. Jak się potem okazało, niepo-
trzebnie  się  nad  tym  głowili,  bo  tydzień  przed  wy-
znaczoną datą ślubu Tyler wycofał się. Utrzymywał, 
że powodem był nie tyle strach, co nagłe olśnienie, że 
ich styl życia jest tak skrajnie odmienny, iż prędzej czy 
później  stanie  się  źródłem  konfliktu.  Carine,  która 
straciła rodziców wieku trzech lat, wolała prowadzić 
spokojne życie, Tylera zaś ciągle gdzieś nosiło.

Zerwanie  przez  przyjaciela  zaręczyn  odbiło  się 

niekorzystnie także na Hanku, który musiał pracować 
parę  miesięcy  nad  zasypaniem  przepaści,  jaka  utwo-
rzyła się między nim i Antonią w wyniku źle pojętej 
siostrzanej solidarności. Dopiero niedawno udało mu 
się ją przekonać, by patrząc na niego, nie myślała ciągle 
o złamanym sercu siostry.

- Winterowie trzymają się razem - ostrzegał Tyler. 

- Nie daj się zwieść pozorom. Mogą się kłócić, obrażać, 
ale niech ktoś, nie daj Boże, skrzywdzi jedno z nich, 
reszta stanie za nim murem. Są uparci i nieustępliwi, 
nie masz przy nich najmniejszych szans.

Skoro niewiarygodnie uparty i nieustępliwy Tyler 

North mówił coś takiego, sytuacja musiała być istotnie 
poważna. Jednak Hank nie zamierzał ani wycofać się

background image

Huragan na wyspie

169

ze starań o Antonię, ani zakończyć przyjaźni z Tyle-
rem, choć miał z tego powodu spore nieprzyjemności. 
Bądź co bądź, gdyby przyjaciel nie zaprosił go zeszłej 
jesieni  do  Cold  Ridge,  nigdy  by  nie  poznał  sióstr 
Winter.

Jak się spodziewał, początkowo Carine w ogóle nie 

chciała go wpuścić.

- Porozmawiajmy, proszę - nie ustępował. - Mart

wię się o Antonię.

Młodsza z sióstr wyraźnie walczyła ze sobą przez 

chwilę, aż wreszcie uchyliła szerzej drzwi frontowe. 
Była wyższa od Antonii o jakieś pięć centymetrów, jej 
włosy miały ciemniejszą o kilka tonów barwę, ale ich 
oczy były niemalże identyczne.

- Nie ma jej tu - mruknęła.
- Wiem. Mogę wejść?
- Jestem zajęta...
- Carine. Proszę cię...

Westchnęła, ale widać było, że nie potrafi być dla 

niego  niemiła,  choćby  nie  wiadomo  jak  się  starała. 
Zresztą bycie niemiłym wobec Hanka nie sprawiłoby 
jej tyle przyjemności, ile zepchnięcie Tylera z urwiska, 
co obiecała mu, gdyby zjawił się ponownie na jej progu. 
Nie  zapowiadało  się jednak,  by  miało  to  rychło  na-
stąpić, ponieważ Tyler nie pokazał się w Cold Ridge od 
kilku miesięcy, a i sama Carine trzymała się z daleka od 
Cold  Ridge.  Hank  widział,  że  bardzo  martwiło  to 
Antonię, ale jako że temat samopoczucia siostry stano-
wił absolutne tabu, wolał nie podejmować dyskusji.

Carine otworzyła drzwi.

- Jak to? Bez obstawy? - zapytała z przekąsem,

background image

170      Carla Neggers

zerkając na korytarz. - Pozwalają ci na taką samowolę? 
-  udawała  zdziwienie,  widocznie  postanowiła jednak 
odegrać się na nim za winy przyjaciela. - A gdzie jest 
twoja limuzyna?- Na dole czy może raczej za rogiem?

- Carine, daj spokój, staram się jak mogę.
- Akurat!  -  Gestem  zaprosiła  go  do  środka,  od-

suwając  się  jednocześnie.  -  Dobrze,  dobrze.  Wejdź, 
proszę.

Hank podążył za nią kiepsko oświetlonym koryta-

rzem. Odniósł wrażenie, że ten budynek komunalny 
i  jej  uroczy  drewniany  domek  w  Cold  Ridge  znaj-
dowały się na dwóch przeciwległych biegunach.

- Widzę, że ostro zabrałaś się do pracy- stwierdził, 

rozglądając się po kolorowych, świeżo pomalowanych 
ścianach.

- Właściciel zaproponował, że mogę coś zmienić, 

więc postanowiłam trochę tu odświeżyć.

- Nie sądzisz, że wolałby, żebyś wybrała bardziej 

neutralne  koloryt  Na  przykład  biel?  -  zasugerował, 
spoglądając na zielone  szafki  kuchenne i cytrynowe 
ściany.

Uśmiechnęła się ciepło, siadając przy stoliku barwy 

lawendy.

- Szczerze mówiąc, nie pytałam.

Na ścianie nad stolikiem wisiało zdjęcie jastrzębia 

z czerwonym ogonem. Jego widok sprawił, że Hanka 
przeszły ciarki, podobnie jak podczas oglądania więk-
szości prac Carine. Miała niewątpliwy talent do foto-
grafowania przyrody, a mieszkanie w mieście dawało 
jej  zapewne  niewielkie  możliwości,  by  go  rozwijać. 
Antonia wprawdzie unikała tematu młodszej siostry,

background image

Huragan na wyspie

171

ale wspomniała coś mimochodem, że Carine ostatnio 
przyjęła zlecenie przygotowania reklamy jednego z bu-
tików przy Newbury Street.

- Kontaktowałaś się ostatnio z Antonią"?
- Czemu pytasz"?
- Jedliśmy razem kolację w sobotę. Skończyła właś-

nie dyżur, była chyba zmęczona, nawet poirytowana, 
na pewno rozkojarzona. Wspomniała, że  chce wyje-
chać  na  kilka  dni,  żeby  skończyć  artykuł,  który  już 
dawno  obiecała  jakiemuś  medycznemu  czasopismu. 
Domyślam się, że tym się właśnie zajmuje?

- Nic ci nie powiedziała"?
- Zdaje się, że nie dosłyszałem terminu ani nazwy 

miejsca, w które się wybierała - odparł wymijająco. 
- Zostawiłem jej kilka wiadomości w poczcie głosowej, 
ale nie oddzwoniła.

- Może powinieneś wreszcie przyjąć do wiadomoś-

ci tę subtelną aluzję.

- Carine, na litość boską...

Dziewczyna  usadowiła  się  wygodnie  na  kuchen-

nym krześle.

- A jak idzie kampania?
- Dziękuję, nieźle. Ale to nie ma nic wspólnego 

z celem mojej wizyty.

- Były  major  lotnictwa.  Bohater  narodowy.  Cal-

łahan z Massachusetts. Kandydat na senatora. Zdaje 
się, że nie jesteś przyzwyczajony, żeby cię ktokolwiek 
zbywał"?

- Gdyby  Antonia  chciała  się  mnie  pozbyć,  na 

pewno  nie  wybrałaby  ucieczki,  żeby  dać  mi  to  do 
zrozumienia - oświadczył z większym przekonaniem,

background image

172      Carla Neggers

niż naprawdę czuł. - Powiedziałaby mi to wprost, bo 
jest odważna i uczciwa.

- Pewnie, zawsze lepsza szybka śmierć niż powol-

na i bolesna.

- Carine,  zauważ,  proszę,  że  nie  jestem  Tylerem 

Northern.

- To prawda. - Uśmiechnęła się lekko. - Gdybyś 

nim był, na pewno byś tu nie siedział. Nie wpuściła-
bym cię za próg. Przykro mi, Hank, ale nie jestem 
w stanie ci pomóc.

Wyraz jej oczu zdradzał jednak coś zupełnie prze-

ciwnego.  Carine  mogła,  ale  nie  chciała  mu  pomóc. 
Wiedziała coś, co wolała zostawić tylko dla siebie. 
A  może  siostra  zobowiązała  ją  do  milczenia  w  tej 
sprawie?

- Normalnie nie nachodziłbym cię tu ani nie naga-

bywał.  Zaczekałbym  na  jej  powrót  i  wtedy  z  nią 
porozmawiał. Teraz jednak czuję, że coś jest nie w 
porządku.  Zachowywała  się  dziwnie  podczas  tej 
kolacji, ale tłumaczyła się nadmiarem pracy, tyle że nie 
wypadła specjalnie przekonywująco. Nie mam pojęcia, 
o co może chodzić...

- Może o ciebie? - podsunęła usłużnie.

Tyler  ostrzegał  go,  że  Carine  potrafi  doskonale 

wyczuć najbardziej czuły punkt i bez skrupułów w 
niego uderzyć. Dobrze, że się tego spodziewał, bo w 
przeciwnym razie mógłby za ostro zareagować.

- Może. Ale naprawdę mi na niej zależy.
Carine wpatrywała się w niego w milczeniu, uznał

więc, że najlepszą strategią będzie spokojne wyrażanie 
swego zaniepokojenia, by w końcu nabrała do niego

background image

Huragan na wyspie

173

zaufania. Nie było to łatwe, bo wciąż cierpiała po tym, 
co zrobił jej Tyler, więc trudno się dziwić, że nie była 
skłonna ufać jego najlepszemu przyjacielowi.

- A jeśli to coś, z czym nie będzie potrafiła sobie

sama poradzić ? Jeśli ma kłopoty? - nie ustępował.

Szybko odwróciła wzrok. A więc trafił w dziesiątkę. 

Coś  było  na  rzeczy,  nie  wymyślił  sobie  tego.  Wolał 
jednak  nie  dać  po  sobie  poznać,  że  się  czegokolwiek 
domyśla. Za bardzo zależało mu na informacjach, aby 
mógł  sobie  teraz  pozwolić  na  przedwczesny  triumf, 
czekał więc cierpliwie. Mijały sekundy, minuty, a Ca-
rine nadal milczała, unikając jego spojrzenia.

- OK,  jeśli  nie  chcesz,  nie  mów,  nie  mogę  cię

zmusić. Zadzwonię do Gusa.

To  jej  się  specjalnie  nie  spodobało.  Gus  był  jej 

stryjem, który po śmierci rodziców zajął się nimi jak 
tylko potrafił najlepiej, choć sam miał zaledwie dwa-
dzieścia  lat  i  żadnego  doświadczenia  w  opiece  nad 
dziećmi.

- Jak  to,  zadzwonisz  do  Gusa?!  -  Zerwała się na 

równe nogi. - Przecież Antonia nie ma dziesięciu lat!

- Dobrze, zostawię Gusa w spokoju, za to sprowa-

dzę tu Tylera. Złapie cię za kostki i wywiesi za okno, aż 
zdecydujesz się mówić.

Sięgała właśnie do kranu, aby odkręcić wodę, ale 

w tym momencie jej dłoń znieruchomiała na kurku.

- Proszę bardzo. W ogóle mnie to nie obchodzi.
- Chcę ci po prostu uświadomić, że mam poważne 

zamiary. Coś się dzieje, wiemy o tym obydwoje, tyle że 
to ty posiadasz konkretne informacje i nie chcesz mi 
ich udzielić, bo obiecałaś trzymać język za zębami.

background image

174      Carla Neggers

Jestem pewien, że Antonia ci wybaczy, gdy wyjaśnisz, 
że straszyłem cię Tylerem.

- Czyli blefowałeś?
- Nie  do  końca.  Powinnaś  jednak  docenić  moją 

determinację.

Nabrała powietrza w płuca, jakby chciała coś po-

wiedzieć, ale po chwili wypuściła je gwałtownie.

- Czy  Antonia  ma jakieś  kłopoty?  -  naciskał.  -

A może ty?

- Nie,  nie  mam  kłopotów  -  odparła  zniecierp-

liwiona. - Tym razem nie ja.

A więc miał rację! Coś się działo, teraz wystarczyło 

tylko wyciągnąć więcej szczegółów.

Carine odkręciła  kurek,  by  napełnić  kubek  wodą. 

Mimo  że  na  jej  policzkach  widniał  rumieniec,  wy-
glądała na wyczerpaną wydarzeniami  ostatnich paru 
miesięcy. Choć intensywne kolory na ścianach i meb-
lach ożywiły wnętrze, nie zatuszowały śladów zuży-
cia,  świadczących  o  tym,  jak  skromne  były  jej  moż-
liwości finansowe. Mimo trudnej sytuacji nie wynajęła 
jednak  ani  nie  wystawiła  na  sprzedaż  swego  drew-
nianego  domku  w  Cold  Ridge.  Czyżby  rozważała 
możliwość powrotu  w rodzinne strony? A może w 
głębi  serca  miała  jeszcze  nadzieję  na  pojednanie  z 
Tylerem ?

- Powiedz mi, co wiesz, Carine - poprosił.
Sącząc wodę, odwróciła się powoli w kierunku

niedużego telewizora, aby go włączyć. Nie miał poję-
cia,  o  co  chodzi,  ale  obserwował  ją  w  milczeniu. 
Nastawiła  kanał  pogodowy,  w  którym  raz  po  raz 
podawano komunikaty na temat nadciągającego hura-

background image

Huragan na wyspie

175

ganu Hope, wędrującego z Południa wzdłuż Wschod-
niego Wybrzeża ze średnią prędkością dwustu kilomet-
rów na godzinę. Jak na razie w ich rejonie nie ogłoszo-
no stanu alarmowego, bo prognozy przewidywały, iż 
huragan  zmieni  kierunek,  nim  dotrze  tak  daleko  na 
Północ.

- Wiesz, że moja rodzina mieszka w White Moun-

tains od czasów prezydenta Madisona?- - odezwała się 
ni z tego, ni z owego. - Nawet jedno ze wzgórz nazywa 
się Górą Madisona.

- Carine...
- Gdybyś  mnie  posadził  na  wysokości  półtora 

tysiąca  metrów  nad  poziomem  morza,  nawet  przy 
zbliżającej się burzy, wiedziałabym, co robić. - Zerk-
nęła  na  moment  na  ekran  telewizora.  -  Ale  nie 
miałabym  pojęcia,  jak  się  zachować  w  obliczu  nad-
ciągającego huraganu.

Hank nie pojmował, o co jej chodzi, ale postanowił 

niczemu się otwarcie nie dziwić.

- Martwisz się huraganem Hope?
- Tak, ale nie o siebie. Nie jestem tu tak narażona, 

jak  wy  tam  na  przylądku  Cape  Cod  i  okolicznych 
wyspach. Twoja rodzina mieszka gdzieś na przylądku, 
prawda?

- Tak,  w  Brewster.  Przeżyliśmy  już  wiele  sztor-

mów i  burz. Ludzie w moich stronach nauczyli  się 
obserwować  zmienne  warunki  i  wsłuchiwać  się  w 
ostrzeżenia.  Jeśli  przychodzi  nakaz  ewakuacji,  nie 
zastanawiają się, tylko szybko pakują najpotrzebniej-
sze rzeczy.

Odpowiadał spokojnie, powoli, chcąc zyskać na

background image

176      Carla Neggers

czasie, zastanawiał się bowiem, w jakim celu skierowa-
ła  rozmowę  na  ten  tor.  Czy  chciała  go  zdekoncen-
trować, czy  może próbowała mu coś  przekazać, nie 
mówiąc tego wprost?

- Ale to dlatego, że są od lat tego nauczeni, a poza 

tym mają dostęp do prognoz pogody i ostrzeżeń. A
gdyby...  -  zawahała  się,  nie  odrywając  wzroku  od 
ekranu. - Gdyby ktoś nie miał żadnego doświadczenia, 
jeśli chodzi  o  huragany, a do  tego  miał  myśli  zajęte 
czymś innym? Gdyby ktoś był na bezludnej wyspie 
i znalazł się na trasie huraganu... Mogłoby się stać coś 
złego, prawda?

- Mogłoby. Ale to tylko teoria, przecież nie ma już 

bezludnych wysp w naszej okolicy...

Są, wbrew pozorom - wpadła mu w słowo. 
Przyjrzał jej się spod zmrużonych powiek.

- Carine, czy chcesz przez to powiedzieć, że An-

tonia jest sama na bezludnej wyspie, bez dostępu do 
informacji o pogodzie i aktualnych ostrzeżeniach?

- Ja nic nie powiedziałam - zastrzegła, spoglądając 

mu jednocześnie prosto w oczy.

Jej wzrok mówił, że teraz jego kolej, że powinien się 

domyślić,  co  chciała  mu  przekazać  i  zacząć  działać. 
Wyjął  więc szybko  komórkę i  wybrał  numer  Tylera 
Northa, który stacjonował obecnie w bazie Hurlburt 
na  Florydzie,  gdzie  był  szefem  oddziału  do  zadań 
specjalnych. Spodziewał się, że w związku z kolejną 
akcją przyjaciel ma wyłączony telefon i przyjdzie mu 
zostawić  wiadomość,  tymczasem  w  słuchawce  ode-
zwał się głos Tylera.

- Tu North, słucham.

background image

Huragan na wyspie

177

- Gdzie jesteś?
- Na Florydzie, piję sobie zimne piwo. A tyś-
- W Cambridge. Jestem u Carine. Coś niedobrego 

dzieje się z Antonią, ale nie mogę wydobyć z Carine 
żadnych szczegółów, chyba obiecała siostrze, że nic nie 
powie.

- Powodzenia, stary - zaśmiał się Tyler. - Carine 

nic ci nie powie, póki sama nie będzie tego chciała.

- Coś mi jednak zasugerowała. Antonia jest praw-

dopodobnie na jakiejś wysepce w okolicy Cape Cod. 
Istnieje  obawa,  że  jeśli  huragan  Hope  nie  zmieni 
kierunku, może jej się stać coś złego. Nie wiadomo, czy 
ma dostęp do komunikatów pogodowych.

- Nie martw się, one są niezniszczalne, przetrwają 

każdy kataklizm.

- Wiem, jedna z nich niemalże wyszła za ciebie za 

mąż.  Na  szczęście  w  porę  dostrzegłeś  zbliżające  się 
nieszczęście.

- Lepiej nie tykajmy tego tematu, majorze.
Tyler zwracał się do niego per „majorze" tylko

wtedy, gdy chciał się od niego z jakiegoś powodu 
zdystansować.

- Wiedziała, że do ciebie zadzwonię.
- Naprawdę?  W  takim  razie  sytuacja  musi  być 

naprawdę poważna  -  stwierdził  Tyler  znacznie  bar-
dziej  poważnym  tonem.  -  Jestem  ostatnią  osobą,  z 
którą Carine chciałaby się kontaktować. Co się dzieje?

- Nie mam pojęcia. Ale zamierzam się dowiedzieć.
- A jak Carine? Wszystko u niej w porządku? Jest 

bezpieczna?

Hank po raz kolejny doszedł do wniosku, że nic nie

background image

178      Carla Neggers

rozumie. Najpierw Tyłer był zakochany w Carine na 
śmierć i życie, potem ni z tego, ni z owego odwołał 
ślub,  a  teraz  z  kolei  martwił  się  o  bezpieczeństwo 
swojej byłej narzeczonej.

- W  porządku,  nic  jej  nie  grozi.  Stoi  teraz  przed

telewizorem, ogląda kanał pogodowy i udaje, że nie
wie,  do  kogo  dzwonię.  Chyba  z  jakiegoś  powodu
uważa, że wiesz, gdzie może być Antonia.

Tyler ciężko westchnął. Znał Winterówny całe swe 

życie, w pewnym sensie były jego jedyną rodziną. Jak 
mógł nie wiedzieć takich rzeczy?

- Jest na Shelter Island. Wychowałeś się w tamtej 

okolicy, powinieneś wiedzieć, gdzie to jest.

- Oczywiście,  że  wiem.  Tylko  że  to  rezerwat 

dzikiego ptactwa, nie ma tam żadnych zabudowań, 
a namiotów rozbijać nie wolno.

- A  wyobrażasz  sobie  Antonię  w  namiocie?  Na 

wyspie jest jedna chata, należy do staruszki, która jest 
znajomą Antonii. Ma dożywotnie prawo korzystania 
z tej chaty, a kiedy umrze, budynek będzie rozebrany. 
Antonia  jeździła  tam,  gdy  uczyła  się  do  sesji  egza-
minacyjnej na akademii medycznej.

Ciekawe, że nigdy nie wspomniała ani o znajomej 

staruszce,  ani  o  domku  na  wyspie.  Jak  wiele  miała 
jeszcze przed nim tajemnic...

- Wybierasz się tam?- upewnił się Tyler.
- Oczywiście, i to jak najszybciej. Wolałbym, żeby 

huragan  nie  zmiótł  jej  z  powierzchni  ziemi.  Mam 
wrażenie, że dzieje się coś niedobrego, ale nie chciała mi 
nic powiedzieć podczas naszej ostatniej kolacji.

- Sądzisz, że Carine coś wieś?

background image

Huragan na wyspie

179

- Najprawdopodobniej tak, ale też nie chce mi nic 

powiedzieć.

- Chcesz, żebym przyjechał i to z niej wycisnął?
- Nie ma takiej potrzeby. Zresztą, jeśli Carine wie 

coś,  co  pozwoli  uratować  jej  siostrę,  na  pewno  mi 
powie.

Nie  zareagowała,  wciąż  udając,  że  nie  słucha  ich 

rozmowy.

- Winterowie  nie  myślą,  jak normalni  ludzie

- przestrzegł  go  przyjaciel.  -  Ile  znasz  kobiet,  które
pojechałyby  samotnie  na  maleńką  wysepkę,  choć
wszędzie nadaje się ostrzeżenia przed nadciągającym
huraganem?Skoro  Antonia  nie  widzi  potrzeby  opusz
czenia wyspy, to nie masz szansy jej stamtąd wyciąg
nąć choćby i siłą.

- Masz dla mnie jakieś praktyczne rady?
- Owszem, mam. Zawieź jej zawieszkę z imieniem 

i nazwiskiem, żeby ekipa ratunkowa mogła ją ziden-
tyfikować po przejściu huraganu.

- North, na litość boską... - żachnął się Hank.
- Mówię poważnie. Pracuje na izbie przyjęć, miała 

nieraz  okazję  napatrzyć  się,  co  się  dzieje  z  ludźmi, 
którzy nie słuchają ostrzeżeń. - To  powiedziawszy, 
Tyler rozłączył się bez uprzedzenia.

- Naprawdę chciałaś za  niego  wyjść,  Carine?

- Uśmiechnął się.

- Naprawdę.  Teraz  wydaje  się  to  niedorzeczne, 

prawda?  Co  zamierzasz?  Antonia  bardzo  nalegała, 
żebym ci nic nie mówiła...

- Tego akurat zdążyłem się domyślić. Zamierzam 

tam do niej pojechać.

background image

180      Carla Neggers

- Jest  bardzo  niezależna,  nie  spodoba  jej  się  po

czucie, że ktoś mógłby uważać, że potrzebuje pomocy.
Wyjdzie na to, że zwątpiliśmy w jej możliwości...

- Rozumiem... Mam jeszcze tylko jedno pytanie.
Skinęła w milczeniu głową.

- Nie  chodzi  tylko  o  ten  huragan,  prawda?  Coś 

jeszcze cię martwi.

- Owszem. Jest coś jeszcze, ale nie chciała na ten 

temat rozmawiać.

Po raz pierwszy Hank spostrzegł w jej oczach smutek 

i rozczarowanie. Zwykle kryła je za fasadą zadziorności 
i uporu, postawiła sobie bowiem za punkt honoru nie 
dopuścić do tego, by Tyler zmarnował jej życie.

- Wiesz coś? A może coś podejrzewasz?

- Wydaje mi się,  że jest przerażona, a to do  niej

niepodobne. - Nerwowym gestem przeczesała włosy.
- Jedziesz sam, czy z obstawą?

Domyślił się, że tym razem miała na myśli oddział 

specjalny pod wodzą Tylera, a nie grupę ochroniarzy, 
z którymi ostatnio niemal się nie rozstawał.

- Sam.
- Proszę, proszę, jak widać są jeszcze pewne rzeczy, 

które  potrafisz  zrobić  sam.  -  Uśmiechnęła  się  prze-
kornie.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Najważniejsze  to  nie  stracić  z  oczu  przyszłego 

senatora.

Robert nie miał pojęcia, w jaki sposób to zrobi, ale 

uznał, że przy swoim ilorazie inteligencji 156 zdoła coś 
wymyślić. Jak mógł w ogóle pozwolić doktorce tak się 
wymknąć?  Powinien  był  się  domyślić,  że  siostrunia 
pożyczy  jej  samochód,  żeby  mogła  wyjechać  niepo-
strzeżenie z miasta.

Carine Winter, nawiedzona fotograficzka. Widział 

jej  dziwaczne  zdjęcia  w  mieszkaniu,  do  którego  za-
kradł się przed tygodniem, aby skopiować klucze do 
apartamentu  siostry.  Przejrzał  przy  okazji  kilka  jej 
emaili.  Nie  chciałby  być w  skórze tego  faceta,  co  ją 
rzucił... Wpadł przy tym na genialny pomysł - wysłał 
z jej komputera parę wiadomości do doktor Antonii. 
Rozważał przez chwilę podłożenie ognia, ale zdecydo-
wał, że powinien się skupić na tym, co najważniejsze, 
aby zrealizować swoje zamierzenia. Wyobraźnia pod-
sunęła mu obraz, który miał pod powiekami każdego 
wieczoru przed zaśnięciem. Doktor Antonia Winter.

background image

182      Carla Neggers

Przerażona. Spocona. Skazana na jego łaskę i niełaskę, 
tak jak on wtedy, gdy przyszedł do niej ze zranioną 
stopą. Błagająca o litość.

Jeszcze  nie  wiedział,  co  zrobi,  by  to  osiągnąć. 

Powinien mieć jakiś plan, ale za bardzo kochał spon-
taniczność, by przygotowywać szczegółowe strategie. 
Dlatego nie był jeszcze pewien, czy ostatecznie powi-
nien  zabić  doktorkę.  Zdecyduje,  gdy  już  nadejdzie 
odpowiedni moment.

Siedział po turecku na ładnym, miękkim łóżku w jej 

przytulnym apartamencie w Back Bay. Sypialnia miała 
dziewczęcy, romantyczny wystrój, czego się zupełnie 
nie spodziewał. Na ścianach wisiały fotografie kwia-
tów, niewątpliwie autorstwa siostrzyczki, na półkach 
znajdowały się pachnące świece, a pościel ozdobiona 
była  delikatnymi  haftami.  Przejrzał  też  zawartość 
szuflady  z  bielizną.  Głównie  jedwab  i  delikatne  ko-
ronki.  Dotykając  miękkiej  tkaniny,  wspominał,  jaka 
była dla niego miła i troskliwa, gdy trafił na oddział. 
Sądził  wtedy,  że ma u  niej szansę.  Że się jednak  nie 
pomylił,  sądząc,  że  wystarczy  dać  jej  znak,  by  od-
ważyła  się  ujawnić  swe  uczucia.  Tymczasem  ona 
doniosła  na  niego  na  policję.  Twierdziła,  że  takie  są 
wymogi  prawne,  by  zgłaszać  wszystkie  przypadki 
postrzału. Akurat! Przecież postrzelił się sam, nie było 
więc  mowy  o  jakiejkolwiek  zbrodni.  Gdyby  tylko 
chciała, mogłaby machnąć na to ręką. Ale nie chciała...

Kiedy tylko został sam na sali, wyciągnął z ręki igłę 

kroplówki  i  uciekł,  nie  zważając  na  obolałą  stopę. 
Gliniarze dopadli go na parkingu, choć sądził, że zdoła 
im umknąć. Znał przecież cały teren szpitalny jak

background image

Huragan na wyspie

183

własną kieszeń. Tak, wspomnienie tej pogoni przypo-
mniało mu o celu wizyty. Odszukał nożyczki i pociął 
na  drobne  skrawki  całą  bieliznę.  Jeśli  jakimś  cudem 
Antonia zdoła wrócić do domu, nim on dowie się, gdzie 
jest, z pewnością to ją przestraszy nie na żarty. Dobrze 
jej tak!

Dopiero po raz drugi odwiedził jej mieszkanie, ale 

starał się nie narażać niepotrzebnie na niebezpieczeń-
stwo.  Wprawdzie  ta  nieudacznica  Carine  nie  miała 
pojęcia, że pożyczył sobie klucze z jej mieszkania ani że 
wysłał z jej komputera wiadomości... Uśmiechnął się 
do siebie. To ten wysoki iloraz inteligencji pomagał mu 
przeprowadzić to, co większości by nawet nie przeszło 
przez myśl.

Babcia, która wychowywała go po tym, jak oferma 

matka przedawkowała narkotyki, mawiała często, że 
gdy  tylko  sobie  coś  postanowił,  był  w stanie  zrobić 
wszystko,  aby  dopiąć  swego.  Biedaczka,  zmarła  na 
wylew, gdy miał szesnaście lat.

Nie chciał teraz myśleć o babci, niepotrzebnie go to 

rozpraszało, a powinien się skoncentrować, by wymy-
ślić  sposób  na  wytropienie  supermana  Hanka  Cal-
lahana. Istniały przecież dwie możliwości - albo wie-
dział,  gdzie  jest  Antonia  i  pojechał  za  nią,  albo  nie 
wiedział i też szukał śladów.

Tknięty przeczuciem, podniósł słuchawkę i przycis-

nął guzik ponownego wybierania numeru. Ciekaw był, 
z kim doktorka rozmawiała tuż przed wyjazdem.

- Dzień dobry, tu rezydencja Winslowów.

Robert odchrząknął, by przybrać najbardziej uprzej-

my ton głosu, na jaki go tylko było stać.

background image

184      Carla Neggers

- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam. Czy roz

mawiam z panią Winslow?

- Tak, słucham.

Uwielbiał starszych ludzi. W dzisiejszych czasach 

tylko oni bez wahania podawali obcym przez telefon 
informacje, które powinni zatrzymać dla siebie.

- Szukam doktor Winter. Czy jest może u pani?
- Doktor Winter? Nie, nie ma jej. Była tu parę dni 

temu.  Teraz jest  w  moim  domku  na Shelter  Island. 
Przepraszam, ale nie dosłyszałam pańskiego nazwiska.

- Jestem  jej  kolegą  ze  szpitala  -  podał  tonem 

wyjaśnienia.  -  Przepraszam,  że  panią  niepokoiłem. 
Bardzo dziękuję i życzemiłego dnia.

Rozłączył się, nim staruszka zdążyła odpowiedzieć. 

Shelter Island. Nigdy o takiej wyspie nie słyszał, ale nie 
miał wątpliwości, że szybko uda mu się ją odnaleźć. 
W końcu był przecież geniuszem.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Antonia  stała  na  niewielkim  wzniesieniu  poroś-

niętym trawą morską i kępami soczystozielonej mącz-
nicy.  Białogrzywa  fala  zbliżała  się  szybko  ku  plaży. 
Nadchodził  przypływ,  wody  zatoki  podnosiły  się. 
Powoli  wypuściła  powietrze.  Była  bezpieczna,  nie 
musiała się tu  nikogo  obawiać.  Zyskała kilka dni na
przemyślenia, pracę i odpoczynek.

- Wszystko będzie dobrze - zapewniła samą siebie. 

- Na pewno.

Było późne popołudnie. Nie znała dokładnej godzi-

ny, bo po przybyciu na wyspę schowała zegarek, by 
symbolicznie  odciąć  się  od  pełnego  pośpiechu  życia, 
jakie prowadziła w mieście. Była sama w miejscu, które 
pod  wieloma  względami  przypominało  raj,  więc  nie 
pozostawało  jej  nic  innego,  jak  wreszcie  oddać  się 
lenistwu. Shelter Island stanowiła swego rodzaju przy-
stanek dla ptactwa wędrownego, mieszkały tu także 
na stałe  liczne gatunki  ptaków  nabrzeżnych i  mors-
kich. Były wśród nich brodźce, siewki, kaczki, rybitwy, 
mewy, sowy, orły i sokoły. Antonii udawało się już

background image

186      Carla Neggers

rozpoznać część z nich, wciąż jednak wielu nie umiała 
nazwać. Brakowało jej cierpliwości i wytrwałości, jakie 
charakteryzowały jej siostrę. Starała się nie wchodzić 
ptakom w drogę, czuła bowiem, że to ich miejsce, a ona 
jest tu po prostu chwilowym intruzem.

Tylko Carine znała jej miejsce pobytu. Przed wyjaz-

dem  Antonia  kazała  siostrze  przysiąc,  że  dochowa 
tajemnicy- może niepotrzebnie, ale wtedy wydawało 
jej  się  to  niezbędne.  Miała  nadzieję,  że  nawet  te 
szczątkowe informacje nie narażały Carine na niebez-
pieczeństwo  ze  strony  ewentualnego  prześladowcy. 
Hankowi  nie  wspomniała  ani  słowem  o  celu  swej 
podróży. Im mniej wiedział, tym lepiej dla niego i jego 
kampanii.

Powietrze  pachniało  tropikiem,  co  oznaczało,  że 

huragan Hope wciąż stanowił realne zagrożenie. Ko-
munikaty radiowe sugerowały, że być może do rana 
zostanie ogłoszony stan alarmu dla Cape Cod i wyse-
pek  położonych  w  Cod  Bay.  Gdyby  tak  się  stało, 
ogłoszona  zostałaby  ewakuacja,  a  Antonia  nie  była 
przekonana, że  chciałaby wyjechać.  Huragan mógł 
w  ostatniej  chwili  zmienić  kierunek,  co  dałoby  jej 
jeszcze kilka dni spokoju, odsuwając w czasie perspek-
tywę ponownego spotkania z prześladowcą. Spędziła 
trzy  dni  przy  komputerze,  przeglądając  dokładnie 
karty pacjentów, a wciąż nie miała pojęcia, kto mógłby 
chcieć ją zastraszyć. Kto byłby tak nieustępliwy i pod-
stępny? Dziwne wiadomości przesyłane pocztą elektro-
niczną czy szepty na parkingu niczego jeszcze przecież 
nie dowodziły. Gdyby z czymś takim zgłosiła się na 
policję, prawdopodobnie zostałaby uznana za osobę

background image

Huragan na wyspie

187

przewrażliwioną.  Nawet  gdyby  potraktowano  ją  po-
ważnie,  śledztwo  prędzej  czy  później  objęłoby  też 
Hanka, a na to nie mogła pozwolić.

Niewiele brakowało, by po sobotniej kolacji wspól-

nie wrócili do jej mieszkania, ale Hank zauważył jej 
roztargnienie i nieobecny wzrok, więc odprowadził ją 
tylko  do  drzwi  wejściowych.  Nie  mogła  przestać 
myśleć o tych dziwnych szeptach, które słyszała na 
parkingu.  Nic  mu  o  nich nie  wspomniała,  widziała 
więc, że był nieco zaskoczony jej zachowaniem, ale na 
szczęście nie naciskał. Nie chciała w ogóle dotykać tego 
tematu, póki nie zyska pewności, że coś się faktycznie 
dzieje.  Było  jej  przykro,  iż  musiała  coś  przed  nim 
ukrywać,  więc  gdy  znalazła  się  na  górze,  z  jej  oczu 
popłynęły łzy. Jak przez mgłę ujrzała lekko powiewają-
ce na wietrze muślinowe firanki w oknach sypialni. 
Przecież  nigdy  nie  zostawiała  otwartych okien, wy-
chodząc  z  domu.  Rozejrzała  się  dokoła.  Nie  było 
żadnych śladów włamania, wszystko leżało na swoim 
miejscu, ale uchylone okno świadczyło, iż ktoś tu był 
pod jej nieobecność.

Sięgnęła po słuchawkę, by zadzwonić na policję, ale 

po przyciśnięciu jednej cyfry zmieniła zdanie. Przecież 
miała następnego dnia wyjechać, a zgłoszenie włama-
nia tylko by ten wyjazd opóźniło. Potrzebowała czasu, 
by  zastanowić  się  nad  elementem  wspólnym,  łączą-
cym  szepty, wiadomości i uchylone okno. Mogła to 
równie dobrze zrobić sama w ciszy domku na Shelter 
Island, bez wzywania policji. Z dala od ewentualnego 
prześladowcy, od Carine, a przede wszystkim od Hanka. 
Nie miała wątpliwości, że media z przyjemnością

background image

188      Carla Neggers

zajęłyby się tą sprawą, czego chciała za wszelką cenę 
uniknąć. Nim znalazła się w mieszkaniu, liczyła też po 
cichu  na  to,  iż  przez  kilka  dni  jej  nieobecności  ów 
tajemniczy ktoś znudzi się i zakończy swą kampanię 
przeciwko niej. Włamanie jednak było czymś zupełnie 
innym niż wysyłanie dziwnych wiadomości, stanowiło 
zwykłe przestępstwo, a całą sprawę stawiało w zupełnie 
innym świetle.

Odwróciła się od oceanu i ruszyła powoli piaszczys-

tą  ścieżką  między  karłowatymi  sosnami  i  drobnymi 
krzakami jałowca. Ściany starego domku, do którego 
zmierzała, zbudowane były z cedrowych bali, noszą-
cych ślady wichur i ulew. Pomalowane na biało ramy 
okienne i niebieskie drzwi dodawały mu niezwykłego 
uroku.  Niewielka  weranda  od  strony  cieśniny  Nan-
tucket zapewniała zapieraj ące dech w piersiach widoki.

Antonia  poznała  Babs  Winslow  jeszcze  w  czasie 

studiów  na  Akademii  Medycznej,  gdy  starsza  pani 
pracowała jako wolontariuszka w szpitalu klinicznym. 
Mimo tak dużej różnicy wieku zaprzyjaźniły się ser-
decznie. Babs była najprawdziwszą w świecie ekscen-
tryczną arystokratką, zarządzającą ogromnym mająt-
kiem rodzinnym, a jednocześnie zaangażowaną w po-
moc ubogim. Nigdy nie obnosiła się ze swym bogac-
twem, wręcz przeciwnie, była niesłychanie skromna 
i  bezpretensjonalna.  Domek na wyspie  wyposażony 
był  tylko  w  niezbędne  udogodnienia,  z  sufitu  na 
środku pomieszczenia wisiała jedna żarówka, zaś do-
datkowe oświetlenie zapewniały dwie lampy naftowe. 
Woda  była  tylko  zimna,  więc  do  mycia  należało  ją 
grzać na mikroskopijnej kuchence. Nieduży generator

background image

Huragan na wyspie

189

zasilał oprócz żarówki również malutką lodówkę i pom-
pę. Do niedawna toaleta znajdowała się w niewielkiej 
komórce na zewnątrz, ale na szczęście Babs zdecydo-
wała  się  wygospodarować  na  nią  kącik  w  domku. 
Carine wprawdzie nie miałaby nic przeciwko korzys-
taniu  z  zewnętrznego  wc,  ale  Antonia  ceniła  sobie 
umiarkowaną wygodę.

Weszła  na  werandę,  by  sprawdzić,  czy  ręcznik 

kąpielowy,  który wcześniej wywiesiła na drewnianej 
balustradzie, zdążył już wyschnąć. Nagle zatrzymała 
się w pół kroku. Dobiegł ją jakiś dziwny dźwięk. Nie 
był to śpiew ptaka ani też odgłos oceanu czy wiatru.

Wstrzymała  oddech,  starając  się  opanować  ogar-

niające ją przerażenie i skoncentrować na wsłuchiwa-
niu w panujące odgłosy.

Gwizdanie. Ktoś gwizdał. W dodatku była to pio-

senka krasnoludków z disneyowskiego filmu Królewna 
Śnieżka. 
Odruchowo uśmiechnęła się wesoło, ale szyb-
ko  spoważniała.  Przecież  nie  miała  pewności,  kto 
gwiżdże. Nie powinna dopuścić, by wesoły refren „Hej 
ho, hej ho" uśpił jej czujność. Wśliznęła się po cichu do 
domku, podbiegła do kredensu i na wszelki wypadek 
wyjęła  z  szuflady  ostry  nóż.  Najprawdopodobniej 
załoga przepływającej obok wyspy łodzi zauważyła jej 
kolorowy ręcznik i zgłosiła władzom lokalnym, że ktoś 
przebywa w strefie zagrożenia. Władze zaś przysłały 
kogoś, by sprawdził, czy wie o niebezpieczeństwie i 
czy będzie się w stanie ewakuować, gdyby zaszła taka 
potrzeba.  Nie  podejrzewała,  aby  jej  prześladowca 
anonsował  się  wesołą  piosenką  krasnoludków,  ale 
wolała nie ryzykować. Jak najciszej wyszła tylnymi

background image

190      Carla Neggers

drzwiami i zbiegła po rozchwianych schodkach. Chcia-
ła się dostać w miejsce, z którego mogła obserwować 
intruza,  nie  będąc  sama  widzianą.  Przykucnęła  za 
rozłożystym  krzakiem  dzikiej  róży,  starając  się  nie 
pokłuć  ostrymi  kolcami.  Nie  zdawała  sobie  nawet 
sprawy, że nóż trzyma jak skalpel, a nie jak broń.

Gwizdanie urwało się.

A może to Gus? Jeśli Carine choćby napomknęła mu 

o jej podejrzeniach oraz o wyjeździe w okolice Cape 
Cod, stryj niewątpliwie wsiadł do auta i ruszył jej na 
pomoc,  nie  zważając  na  to,  że  bratanica  ma  już 
trzydzieści pięć lat, pracuje na izbie przyjęć, więc nie 
powinna mieć kłopotu z poradzeniem sobie w kryzyso-
wej sytuacji.

Z pewnością nie była to Carine, która nie potrafiła 

w ogóle gwizdać.

Z  werandy  po  drugiej  stronie  domu  dobiegł  ją 

odgłos kroków.

-  Antonia? To ja, Hank.  Hank Callahan  - uściślił, 

jakby w jej życiu był przynajmniej tuzin mężczyzn 
o tym imieniu.

Słysząc jego głos, poczuła tak ogromną ulgę, że nogi 

niemal odmówiły jej posłuszeństwa. Jak zdołał zmusić 
Carine  do  zdradzenia  jej  miejsca  pobytu?  Zapewne 
użył skutecznej metody perswazji lub zmylił ją, tak że 
wygadała  się,  nim  zdążyła  się  zorientować.  A  może 
namówił Tylera, by ten wytrącił biedną Carine z rów-
nowagi? Obydwaj byli nieugięci, gdy sądzili, że mają 
rację  w  jakiejś  kwestii  i  potrafili  użyć  wszelkich 
dostępnych sposobów, aby dopiąć swego.

Dopiero teraz dotarło do niej, że jej zachowanie

background image

Huragan na wyspie

191

musiało  wzbudzić  w  Hanku  podejrzenia.  Zapewne 
podczas sobotniej kolacji wyglądała na czymś zaniepo-
kojoną,  a  potem  zniknęła  bez  śladu.  Zresztą  nawet 
gdyby  nie  sprawiała  wtedy  wrażenia  wzburzonej, 
Hank i tak zmartwiłby się jej nagłą nieobecnością. Nie 
rozumiała,  dlaczego  wcześniej  zdawało  jej  się,  że 
będzie zbyt zapracowany, by zauważyć jej zniknięcie. 
Jak  się  powinna  była  spodziewać,  rzucił  wszystkie 
ważne zajęcia i ruszył na poszukiwanie. Gdyby ją teraz 
spostrzegł, jak kuca za krzakiem róży z nożem w ręku, 
nie uwierzyłby na pewno, gdyby próbowała go zapew-
niać, że wszystko jest w porządku. Dlatego wbiła nóż 
w ziemię i podniosła się, przywołując na twarz pogod-
ny uśmiech.

- Jestem na tyłach domu - zawołała. - Jak mnie tu

znalazłeś?

Usłyszała, jak wchodzi do chaty. Nie zapukał, co ją 

zdziwiło, zwłaszcza biorąc pod uwagę,  że należał do 
najlepiej wychowanych mężczyzn, jakich kiedykolwiek 
spotkała. Tym razem jednak wyraźnie nie miał ochoty 
na ceremonie, coś innego zaprzątało jego myśli. Tylne 
drzwi skrzypnęły, Hank wyszedł z nich na rozchwiane 
schody i zszedł w kierunku czegoś na kształt podwórka, 
porośniętego kępami mącznicy, krzakami karłowatych 
polnych róż, jałowcem i wiotkimi samosiejkami dębu. 
Wokół  domu  rosło  sporo  trującego  bluszczu,  który 
oplatał wszystkie dostępne pionowe przedmioty.

- Cóż za niespodzianka - przywitała go.
- Jesteś jakaś dziwnie blada - stwierdził, przypat-

rując jej się uważnie.

- Naprawdę? Niemożliwe...

background image

192       Carla Neggers

- Mam nadzieję, że cię nie wystraszyłem.

- Tylko odrobinę. Nie spodziewałam się gości. Nie

masz żadnych spotkań w związku z kampanią?

- Miałem, ale je odwołałem.
Trudno było jej odgadnąć ton jego głosu. Czy był na 

nią zły? A może raczej zaniepokojony ?

- Już  od jakiegoś czasu  nie słuchałam  komunika-

tów pogodowych. Czy huragan się zbliża?

- Niestety tak, idzie dokładnie w naszym kierunku 

- odparł już łagodniejszym głosem. - Przyspieszył na 
tyle, że chyba nie zdąży skręcić, nim dotrze do Cape Cod.

A więc będzie miała okazję przekonać się, co znaczy 

powiedzenie  „z  deszczu  pod  rynnę".  Przyjechała  na 
Shelter Island, by odzyskać poczucie bezpieczeństwa, 
a tu tymczasem znów los zmusza ją do ucieczki.

- Jestem pewna, że gdyby przyszło do ewakuacji,

udałoby mi się szybko zareagować.

- Widziałem przycumowany kajak. To twój?
Skinęła głową.
- Jest nowy, kupiłam go specjalnie na tę wyprawę. 

Wiem, że niebezpiecznie jest pływać w pojedynkę, ale 
na  wodach  zatoki  było  tyle  łodzi,  że  postanowiłam 
zaryzykować. Zapasy dowiozła mi wodna taksówka.

- Ocean czasem  bywa  zbyt  wzburzony,  żeby  po 

nim pływać kajakiem, zwłaszcza w pojedynkę.

- Może nawet nie podejrzewasz, ale jestem świet-

ną wioślarką - pochwaliła się. -A gdybym potrzebowa-
ła pomocy, na pewno kogoś udałoby mi się zatrzymać.

Hank ubrany był w oliwkowe szorty i biały pod-

koszulek,  ale  mimo  to  trzymał  się  prosto  jak  każdy 
wojskowy. Roztaczał wokół siebie aurę autorytetu, jak

background image

Huragan na wyspie

193

przystało  na amerykańskiego  senatora,  choć przecież 
dopiero  kandydował  na  to  stanowisko.  Nie  ulegało 
wątpliwości,  że  nie  należał  do  mężczyzn,  których 
łatwo zbyć byle wykrętem, więc zadanie Antonii nie 
było łatwe. Choć tego nie lubiła, tym razem musiała 
ukrywać prawdę, naciągać i bagatelizować coś, co było 
poważną  sprawą.  Hank  zaś  sprawiał  wrażenie  czło-
wieka, który potrafi inteligentnie i w czarujący sposób 
wydobyć każdą informację na interesujący go temat. 
Zwykle spoglądał na nią z podziwem i czułością, teraz 
jednak  w  jego  wzroku  widziała  powątpiewanie  i 
dystans. Co też Carine mogła mu naopowiadać, że aż 
tak bardzo zmienił swe podejście?

- Carine powiedziała ci, gdzie jestem? domyśliła się.
- Nie  do  końca.  Ledwie  cokolwiek  napomknęła, 

reszty pomógł mi się domyślić Tyler.

Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

- Jak to? Jest u niej w Cambridge?
- Nie, na Florydzie. Twierdzi, że nie odważy się 

przyjechać  do  Nowej  Anglii, bo Gus  zabije go,  gdy 
tylko go tam zauważy.

- Niewiele w tym przesady - zgodziła się. - Trudno 

się w tym wszystkim połapać. Najpierw Gus groził, że 
go zabije, gdy ośmieli się poprosić Carine o rękę. Teraz 
chce go zabić za to, że się z nią jednak nie ożenił.

- Nawet nie próbuję się w tym połapać. - Uśmiech-

nął się lekko.

- Ja też już dawno przestałam próbować. Zwłasz-

cza, że Tyler też jest nieprzewidywalny. - Zdjęła z 
ramienia  pozostałość  pajęczyny,  którą  zniszczyła, 
kryjąc się za krzakiem. - Czemu gwizdałeś „Hej ho"?

background image

194      Carla Neggers

- Nie chciałem cię zaskoczyć swoim nagłym poja-

wieniem się.

- Całkiem słusznie.  -  Zerknęła dyskretnie w kie-

runku krzaka, pod którym tkwił wbity w ziemię nóż. 
-  Bandyta  gwizdałby  po  to,  żeby  odwrócić  moją 
uwagę...

- Ale ja nie jestem bandytą.

Przypomniała  sobie  ów  pamiętny  listopadowy 

dzień, gdy spotkali się po raz pierwszy w drewnianej 
chacie Carine. Od razu poczuła, że stojący przed nią 
mężczyzna odegra niesłuchanie ważną rolę w jej życiu. 
Kto  wie,  może  najważniejszą..?  Potem  zastanawiała 
się wiele razy, jak mogła pozwolić sobie na to, by się 
zakochać od pierwszego wejrzenia. Tylko że nie sposób 
było tu mówić o pozwoleniu, wszystko działo się jakby 
poza jej wolą.

- Tyler  sugerował,  że  powinienem  przywieźć  ci 

zawieszkę  z  imieniem  i  nazwiskiem,  żeby  w  razie 
czego  można  cię  było  zidentyfikować.  -  Delikatnie 
zdjął jej z włosów resztkę pajęczyny.

- Wydaje mu się, że jest taki dowcipny...
- Ależ on wcale nie żartował. Powiedział, że jak się 

uprzesz...

- Dlaczego niby miałabym się upierać?
- Nie mam pojęcia, czemu mógłby cię uważać za 

upartą. - Uśmiechnął się z rozbawieniem.

- Jeśli tylko zostanie ogłoszony alarm, nie zamie-

rzam zostać tu ani minuty dłużej.

- Ale brałaś to pod uwagę - spoważniał. - Powiedz 

mi, co takiego zdarzyło się w Bostonie, że rozważałaś 
pozostanie na niewielkiej wysepce w czasie huraganu ?

background image

Huragan na wyspie

195

- Nawet  nie  wiemy,  czy  huragan  w  ogóle  tędy 

przejdzie - przypomniała, chcąc uniknąć odpowiedzi. -
Widzę, że się o mnie martwisz i jest mi z tego powodu 
bardzo miło, ale niepotrzebnie zawracasz sobie głowę. 
Ostatnio miałam  kilka spraw do przemyślenia, więc 
przyjechałam tu, żeby się nad nimi zastanowić.

- Nie ma tu telefonu, prawda?
- Nie, nie  ma.  -  Pokręciła przecząco  głową. - Ko-

mórki  też  nie  działają,  brak  zasięgu.  Ale  na  wszelki 
wypadek wzięłam race alarmowe.

- Race  -  powtórzył  z  niedowierzaniem.  -  Jesteś 

bardzo oryginalna, wiesz?- Większość ludzi zaszyłaby 
się w  miękkim  fotelu  ze szklaneczką  whisky,  gdyby 
potrzebowała przemyśleć parę spraw. A ty przyjecha-
łaś na samotną wyspę i wzięłaś ze sobą race....

- Zawsze  mi  się  tu  bardzo  podobało.  Poza  tym 

łatwiej mi się skupić tu niż w Bostonie. Przypłynąłeś 
sam? - Zmieniła temat, aby nie narażać się na sytuację, 
w  której  umiejętnymi  pytaniami  wydobyłby  z  niej 
informacje, które wolała zachować dla siebie.

- Owszem, samiuteńki. - Uśmiechnął się.
- Na szczęście nie przyleciałeś helikopterem. W ży-

ciu bym do czegoś takiego nie wsiadła.

Swoją  drogą,  ciekawe,  że  pociągało  ją  to,  czego 

powinna  się  wystrzegać  i  ludzie,  których  powinna 
unikać.  Wychowana  w  górach,  nie  miała  żadnego 
doświadczenia, jeśli chodzi o sztorm czy huragan, a 
jednak  postanowiła  w  tak  niebezpiecznym  okresie 
spędzić  samotnie  kilka  dni  na  wyspie.  Mając  na 
uwadze smutne doświadczenia swojej siostry, powin-
na się wystrzegać wojskowych pilotów, a jednak nie

background image

196      Carla Neggers

potrafiła przestać myśleć o Hanku. Może owego lis-
topadowego  wieczoru  w  chacie  Carine  rzeczywiście 
było  coś  w  powietrzu,  skoro  obydwie  związały  się 
później z niewłaściwymi mężczyznami?

Skarciła się w duchu. Zdecydowanie za wiele sobie 

wyobrażała, przecież jej znajomość z Hankiem ledwie 
wykroczyła  poza  ramy  przyjaźni.  Zjedli  razem  parę 
razy kolację, byli w kinie i teatrze, na beznadziejnym 
meczu baseballu, a przed paroma tygodniami wylądo-
wali w łóżku. Nie oznaczało to jednak od razu dzwo-
nów weselnych, zwłaszcza że Hank stracił żonę i cór-
kę, więc z pewnością trudno mu było zdecydować się 
po czymś takim na kolejny poważny związek. Dobrze 
się składało, biorąc pod uwagę, że poważny związek 
oznaczał  komplikacje,  które  byłyby  co  najmniej  nie-
wskazane w sytuacji, w jakiej się znalazła.

- Po drugiej stronie wyspy zacumowałem łódkę

- poinformował, nie spuszczając z niej zaniepokojone
go wzroku. - Możemy wyruszyć jutro rano.

Rano... Chata była naprawdę niewielka, znajdowa-

ło się w niej tylko jedno bardzo niewygodne i wąskie 
łóżko.  Jak  poradzą  sobie  we  dwójkę?  Wyobraźnia 
usłużnie podsunęła jej obrazy, od których na jej po-
liczki wypłynął rumieniec.

- Sprawa na pewno trafi do gazet - westchnęła.

- „Hank Callahan, kandydat na senatora, ratuje lekar
kę z wyspy zagrożonej uderzeniem huraganu".

- Nie lubisz być ratowana?
- Nie o to chodzi. Wolałabym nie znaleźć się w 

sytuacji,  w  której  potrzebowałabym  ratunku,  ale 
cieszę się, że po mnie przyjechałeś.

background image

Huragan na wyspie

197

Zajrzał jej głęboko w oczy i wpatrywał się w nie tak 

intensywnie, że w końcu odwróciła wzrok.

- Jesteś bardzo spięta. Czemu?
- Może  z  powodu  zbliżającego  się  huraganu?  -

podsunęła.

- Wątpię.

Minęła  go,  muskając  niechcący  jego  ramię,  na  co 

obydwoje zareagowali drżeniem. Najpierw nieznajo-
my  prześladowca,  potem  huragan,  a  wreszcie  Hank 
Callahan. Jakże miała w takiej sytuacji logicznie rozu-
mować? Zerknęła za siebie, ruszając w górę po scho-
dach prowadzących do domku.

- A  co  zrobisz,  jeśli  zmienię  zdanie  i  nie  zechcę 

rankiem z tobą odpłynąć? - rzuciła przez ramię.

- Dostosuję się.
- To znaczy zostaniesz?
- Prawda, że to byłoby ekscytujące? - Uśmiechnął 

się i podążył za nią. - Ty, ja, huragan i mała jednoiz-
bowa chatka...

- A twoi pracownicy i ochroniarze nie będą się 

o ciebie martwić?

- Nawet jeśli, to co z tego?- Przecież o ciebie też się 

martwi kilka osób, a siedzisz tu od kilku dni.

- Musisz  mieć  ostatnie  słowo,  prawda?  -  roze-

śmiała się.  -  Na  szczęście ja  nie muszę.  -  Udała, że 
mdleje. - Z przyjemnością pozwolę się wyratować.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Robert odpoczywał na najwyższej wydmie w przy-

legającej do cieśniny Nantucket części wyspy. Plecak 
położył na kępie trawy morskiej, przykucnął i podciąg-
nął nogawki spodni. A niech to! Kleszcze! Mnóstwo 
kleszczy wpiło mu się w kostki i łydki. Przeklął w 
duchu wstrętną doktorkę. To jej wina, że dopadły go te 
obrzydliwe insekty.

Był już kilkadziesiąt metrów od jej chaty, o czym 

najprawdopodobniej nie miała pojęcia. Przypłynął oko-
ło  godzinę  przed  supermanem  Hankiem,  którego 
przedwczesne pojawienie się zirytowało go niesłycha-
nie. Oczywiście zdawał sobie sprawę, iż Callahan ją 
odnajdzie, ale jako że jemu samemu tak się poszczęś-
ciło z Babs Winslow, liczył na większą różnicę czasu. 
Gdyby się wszystko udało, kandydat na senatora mógł 
zastać swą dziewczynę już martwą...

Sapiąc ciężko, zaczął wyskubywać insekty z łydek. 

Żałował,  że  nie  zapakował  pincety.  Doktor  Suka 
zapewne miała w chacie podręczną apteczkę, ale nie 
spodziewał się, by zechciała mu pomóc. Jeden z klesz-

background image

Huragan na wyspie

199

czy wbił się na tyle głęboko, że gdy udało mu się go 
wyciągnąć, pociekła krew. Wiedział, że stworzenia te 
mogą  przenosić  bardzo  groźny  wirus  boreliozy,  ale 
zaryzykował, bo tylko droga przez krzaki i gęstwiny 
mogła mu zapewnić możliwość pozostania niezauwa-
żonym. Gdyby przemieszczał się ścieżkami, wpadłby 
od razu w łapy Callahana i zniweczył cały wysiłek.

- Nie trać z oczu nagrody - powiedział półgłosem

sam do siebie.

Mógł  wprawdzie  załatwić  superpilota  jednym 

strzałem, ale byłoby to zbyt łatwe. Teraz jednak musiał 
radzić sobie z dwiema, a nie z jedną osobą, co stanowiło 
nie lada problem.

- To  nie  problem,  tylko  wyzwanie,  idioto  -  po

uczył sam  siebie,  usuwając kolejnego  kleszcza. -  Mu
sisz po prostu na bieżąco brać pod uwagę zmieniające
się warunki, ot co.

Musiał  przyznać,  że  z  Callahana  był  prawdziwy 

przystojniak. Do tej pory widział go kilka razy w prasie i 
telewizji,  także  na  żywo  w  towarzystwie  Antonii, 
choć nigdy dotąd z bliska. Stanowili wyjątkową parę: 
on - dzielny pilot kandydujący teraz do senatu, ona -
śliczna,  niebieskooka  lekarka.  W  porównaniu  z  nimi 
Robert był nikim, przypominał kleszcza, którego nale-
żało usunąć, rozdusić i wyrzucić. Ale nie zignorować. 
Odkąd  odkryto,  że  roztocza  te  przenoszą  boreliozę, 
nikt już ich nie ignorował...

Ni z tego, ni z owego zaczął padać lekki deszczyk, 

który zmył z jego nóg piasek i krew. Niestety, gdy tylko 
się  poruszył,  kolejne  ziarenka  przykleiły  się  w  to 
miejsce. Rozejrzał się dokoła, zastanawiając się, czy

background image

200      Carla Neggers

podnoszący się poziom wody oznacza przypływ, czy 
może  zbliżanie  się  huraganu  Hope.  Gdyby  jednak 
chodziło  o  to  drugie,  jego  szanse  na  przeżycie  były 
praktycznie zerowe. Łódź Callahana zacumowana była 
po drugiej stronie wyspy. Robert przypłynął taksówką 
wodną. Okłamał taksówkarza, że jedzie po znajomą, z 
którą za parę godzin będzie wracać kajakiem. Dopiero 
gdy  łódka  odpłynęła,  zdał  sobie  sprawę,  że  w  ten 
sposób  także  i  on  utknął  na  wyspie.  Mógł  się 
wydostać, korzystając jedynie z łodzi supermana Han-
ka lub kajaka Antonii. Na wszelki wypadek zabrał jej 
wiosło -Antonia Winter nie miała prawa odpłynąć bez 
jego zgody.

Babcia  zwykła  mawiać,  że  jest  niesłychanie  in-

teligentny, ale nie rozumuje jak większość ludzi. Kie-
dyś uważał ją za kochaną, ale pozbawioną wyobraźni 
staruszkę, ostatnio jednak coraz częściej dochodził do 
wniosku, iż miała słuszność. Teraz na przykład tkwił 
na malutkiej wysepce, zaatakowany przez głupie, ale 
groźne kleszcze, zagrożony nadejściem huraganu, a to 
wszystko w imię czego? Zemsty? Odrobiny sprawied-
liwości w życiu ?

Robiło mu się niedobrze na wspomnienie bólu, jaki 

promieniował  z  postrzelonej  stopy,  gdy  czekał,  aż 
Antonia  -  słodka  Antonia  -  jak  ją  wtedy  nazywał, 
opatrzy mu ranę, a jednocześnie zasugeruje, jak bardzo 
jej na nim zależy. Tymczasem sprawiła, iż poczuł się 
jak  życiowy  nieudacznik.  Jak  zakochany  dwunasto-
latek, któremu się wydaje, że mógłby mieć szansę u 
pięknej studentki.  Był gotów się założyć,  że po tym, 
jak doniosła na niego policji, poszła na randkę z Cal-

background image

Huragan na wyspie

201

lahanem.  Nie,  nie  mógł  pozwolić,  by  uszło  jej  to 
płazem.  Zdradziła  go,  upokorzyła,  musiała  więc  po-
nieść karę. Nie była taka, za jaką ją uważał. Wierzył 
w  nią,  ubóstwiał  i  dokąd  to  go  zaprowadziło?  Na 
podmywaną  falami  wydmę...  Cokolwiek  ostatecznie 
zdecyduje się z nią zrobić, uświadomi jej, dlaczego tak 
postępuje.  Koniec  z  anonimowością.  Niech  błaga, 
niech się trzęsie ze strachu, niech wreszcie zrozumie,
co mu zrobiła.

Deszcz padał coraz intensywniej, więc Robert wy-

jął  z  plecaka  gumowany  płaszcz  i  nie  bez  wysiłku 
narzucił go na plecy. Próbował nałożyć kaptur, ale ten 
wciąż zsuwał mu się z czubka głowy. Aby go utrzymać 
na miejscu, zawiązał pod brodą elastyczny sznureczek, 
który przy pierwszym podmuchu urwał się, uderzając 
go boleśnie w podbródek. Zirytowało go to tak bardzo, 
że poczuł nieodpartą ochotę, aby kogoś zabić dla sa-
mego wyładowania się.

Nie mógł nawet założyć obozowiska, bo nie wziął 

ani namiotu, ani śpiwora czy kuchenki turystycznej. 
Nie przyszło mu także do głowy, by nazbierać drewna 
na ognisko. Zresztą nie przywiózł także nic konkret-
nego do jedzenia, miał tylko krakersy, jabłka, ser żółty 
oraz całkiem spory zapas wody pitnej.

Zdecydował, że jeśli huragan Hope faktycznie ude-

rzy,  nie  będzie  nawet  próbował  kryć  się  gdzieś  po 
krzakach, tylko od razu zajmie  chatę. Na szczęście 
miał broń, mógł więc zadbać o własne interesy. Wyjął 
pistolet, by jeszcze raz przyjrzeć mu się z lubością. 
Był to Smith & Wesson, kaliber 0,38 - może niewielki, 
ale użyteczny. Jeśli dopisze mu szczęście, huragan

background image

202       Carla Neggers

zatrzyma doktorkę i Callahana razem z nim na wyspie, 
a  wtedy  będzie  mógł  zrzucić winę  za  ich  śmierć  na 
szalejący żywioł.

- Świetnie - mruknął sam do siebie. - Bardzo mi to 

odpowiada.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Mieliśmy  z  Carine  rację,  pomyślał  z  niepokojem 

Hank. Antonia była wyraźnie czymś zaniepokojona. 
Twierdziła,  że  przyjechała  na  Shelter  Island,  by  się 
odprężyć, ale choć warunki sprzyjały wypoczynkowi, 
wyglądała na zmęczoną, a w jej  zachowaniu widać 
było napięcie.

- Jak ci idzie pisanie artykułu? - zapytał, wskazu-

jąc ruchem dłoni na rozłożony na stoliku komputer.

- Słucham? - Przez chwilę wpatrywała się w niego, 

wyraźnie próbując skojarzyć, o co mu chodzi, po czym 
rzuciła się do laptopa i wyłączyła go, nie zamykając 
poprawnie wszystkich okienek. Było to na tyle podej-
rzane,  że  Hank  zaczął  się  zastanawiać,  co  było  na 
ekranie.  Z  pewnością  nie  ów  rzekomy  artykuł,  bo 
przecież nie miałaby chyba nic przeciwko temu, gdyby 
go przeczytał - większości i tak by nie pojął. Naukowy 
wywód na temat chirurgii urazowej byłby dla niego 
równie zrozumiały jak tureckie kazanie.

- Jakoś  idzie,  ale  to  żmudna  robota  -  odparła, 

chowając notatnik do plecaka. - Zabrałam komputer

background image

204       Carla Neggers

głównie po to, żeby móc wieczorami grać w kierki i 
układać pasjansa. Nie uwierzysz, ale życie towarzys-
kie  tu  praktycznie  nie  istnieje  -  zażartowała,  by 
zatuszować swoje zdenerwowanie.

- Dzisiejszy wieczór będzie nieco inny.
Na jej policzki wypłynął lekki rumieniec.

- Schowam go, bo i tak bateria jest na wykończe-

niu. - Sięgnęła po komputer, by włożyć go do plecaka.

- Antonia, powiedz mi, proszę, co się dzieje.
- Nic.

Tym  razem  nie  drążył  tematu,  postanowił  cierp-

liwie czekać, aż zdecyduje się go wtajemniczyć. Ist-
niała  również  szansa,  że  uda  mu  się  ją  na  czymś 
przyłapać,  a następnie  wyciągnąć  jakieś wyjaśnienia. 
Musiał jednak uzbroić się w cierpliwość, bo jak na razie 
robiła  wszystko,  by  niczego  podejrzanego  nie  zoba-
czył. Szybko zapięła plecak i wsunęła go pod stolik, jak 
gdyby  chciała  w  ten  sposób  zaznaczyć,  że  temat 
zawartości laptopa uważa za zakończony.

- Nie  żartowałeś,  gdy  mówiłeś,  że  zostałbyś  ze 

mną, gdybym odmówiła wyjazdu?- - zapytała.

- Raczej nie żartuję w poważnych sprawach. Ani 

nie kłamię, bo to nie tylko nieuczciwe, ale i kłopotliwe. 
Trudno spamiętać, komu się jaką wersję opowiedziało. 
- Uśmiechnął się.

- Cóż, w  moim zawodzie  też szanuje  się praw-

dę. Mówię, co myślę i myślę, co mówię. Tylko nigdy 
nie  wiadomo,  co  dana  osoba  tak  naprawdę  usłyszy, 
prawda?

- Powiedz, czy masz problem z jakimś pacjentem? 

Ktoś cię skrzywdził?

background image

Huragan na wyspie

205

Nie odpowiedziała. Wydawała się pochłonięta jaki-

miś rozmyślaniami,  wpatrywała się w milczeniu w 
swoje dłonie. Wreszcie poderwała się na równe nogi i 
bez  jakiejkolwiek  zapowiedzi  wyszła  na  werandę, 
skąd zabrała ręcznik.

- Pada - oznajmiła. - Ciekawe, czy to z powodu

huraganu.

Hank dostatecznie wiele razy w swej wojskowej 

karierze  widział  osoby  ogarnięte  strachem,  by  nie 
rozpoznać tych samych symptomów u Antonii. Jako 
lekarka musiała zawsze być opanowana, wystrzegać 
się paniki, aby nie narażać zdrowia pacjenta. Obser-
wowała  przerażenie innych, jednocześnie  nie  mogąc 
mu ulec, by móc dobrze wykonać swoją pracę. Teraz 
zaś to ona bała się, traciła kontrolę nad swoim życiem, 
widać to było w jej zachowaniu, w sposobie porusza-
nia, spojrzeniu. Czy właśnie po to ukryła się na Shelter 
Island, żeby nikt nie patrzył, jak się zmaga ze swoim 
strachem? A może popełniła jakiś błąd w diagnozie 
i teraz zadręcza się wyrzutami sumienia?

- Powinieneś sprawdzić, czy nie masz kleszczy

- poradziła beznamiętnym tonem. - Nie chciałbyś
chyba złapać boreliozy?

- Skądże znowu, pani doktor. - Uśmiechnął się.

- Ale pochodzę z Cape Cod i wiem wszystko o klesz
czach i boreliozie.

- A komary? Nie pogryzły cię po drodze? Przecież 

niektóre z nich przenoszą wirus Zachodniego Nilu...

- Mogłabyś mnie pouczać, gdybyś sama była ubra-

na w długie spodnie, a nie szorty - zauważył pogodnie, 
chcąc rozładować atmosferę.

background image

206       Carla Neggers

Cóż, ja przynajmniej byłabym w razie czego w 

stanie rozpoznać u siebie symptomy...

- Ale  jakie  jest  prawdopodobieństwo,  że  ugryzł 

mnie zainfekowany komar? A jeśli już, szanse zakaże-
nia są tak małe...

- Czy wiesz, ile razy dziennie słyszę coś takiego 

w pracy? - Przewróciła oczami. - „Nie myślałem, że 
mnie uderzy". „Nie sądziłem, że się skaleczę".

- A ty nie sądziłaś, że tu za tobą przyjadę - przy-

pomniał, zbliżając się jednocześnie o krok.

- To prawda. Po co przyjechałeś?
- Bo coś jest nie w porządku i chcę ci pomóc.
- Ładnie z twojej strony. Dziękuję. -Jej ton nagle 

stał się oficjalny, zupełniejakby zwracała się do kolegi 
lekarza, z którym się  konsultowała w sprawie diag-
nozy. - Miło cię widzieć.

Akurat!  Zupełnie  nie  potrafiła  kłamać,  bo  nawet 

przy najszczerszych chęciach trudno byłoby się dopat-
rzyć w niej radości z jego niespodziewanego pojawie-
nia  się.  Czuł  jednak,  że  nie  chodzi  o  niego,  ich 
znajomość, nawet nie o byłego narzeczonego siostry. 
Być może kwestie te stanowiły przyczynę, dla której 
nie  zwierzyła  mu  się  ze  swoich  kłopotów,  lecz  na 
pewno istotą sprawy było coś zupełnie innego. Mimo 
wszystko postanowił postępować ostrożnie, wiedział 
bowiem,  że  Antonia  była  przyzwyczajona  samotnie 
analizować i rozwiązywać problemy.

A przecież tyle razy obiecywał sobie, że nie będzie 

się angażował w żaden związek... Piękna doktor Win-
ter od razu wpadła mu w oko, więc spotkał się z nią 
parę razy, ale nie planował, że wyniknie z tego coś

background image

Huragan na wyspie

207

poważniejszego. Przecież miał kiedyś żonę i córeczkę, 
kochał  je  z  całego  serca  i  nie  zamierzał  już  nigdy 
podejmować tak poważnych zobowiązań wobec niko-
go. Szukał więc tylko miłego towarzystwa, kogoś, z 
kim  mógłby  od  czasu  do  czasu  zjeść  kolację,  pożar-
tować,  porozmawiać.  Tymczasem  wbrew  swej  woli 
zaangażował się i to nawet bardzo. Gdyby mu na niej 
nie  zależało,  byłby  w  Bostonie,  a  nie  na  malutkiej 
wyspie, zagrożonej atakiem huraganu.

- Naprawdę jestem ci wdzięczna, że przyjechałeś 

-  wyznała  niespodziewanie.  -  Przy  tobie  czuję  się 
znacznie bardziej bezpieczna. Ale gdybyś się nie zjawił, 
dałabym sobie radę sama. A gdyby coś mi się stało, nie 
byłaby to twoja wina.

- Antonia... - zaczął, wpatrując się w nią pociem-

niałymi oczyma.

- Nie jesteś odpowiedzialny za moje decyzje.
- Ale wyrzuty sumienia są niezależne od rozumu.
- Wiem.  - Skinęła głową.  - Przez wiele lat sądzi-

łam,  że  jestem  częściowo  winna  śmierci  rodziców. 
Może gdybym była grzeczniej sza, nie poszliby wtedy 
w góry? Albo gdybym przewidziała, że pogoda się tak 
zmieni i poprosiła ich, żeby nie szli...?.

- Przecież miałaś wtedy pięć lat!
- Wiem.
- To nie to samo...
- Oczywiście, że nie. Służyłeś za granicą, gdy twoja 

żona i córeczka zginęły w wypadku. Ale nie mogłeś nic 
zrobić,  żeby  im  pomóc,  tak  jak  ja  nie  mogłam  nic 
zrobić,  żeby  ocalić  moich  rodziców.  -  Zamilkła  na 
krótką chwilę. - Przepraszam, nie mam prawa...

background image

208       Carla Neggers

- Przeciwnie, masz wszelkie prawo.

Pochylił się i pocałował ją. Pociągnęła go do siebie 

i  obydwoje  opadli  na  wąską,  przykrytą  kolorową 
narzutą,  kanapę.  Hank  rozmyślał  o  tej  chwili  od 
dawna, zarówno w czasie swej podróży z Bostonu na 
Cape Cod, jak i podczas krótkiego rejsu łodzią. Wyob-
rażał sobie nawet najdrobniejsze szczegóły, takie, jak 
odgłos kropli deszczu bębniących o dach nad łóżkiem. 
Mimo to żywiołowość jej reakcji zaskoczyła go, choć 
oczywiście nie zamierzał z tego powodu narzekać. Jej 
dłonie wsunęły się pod jego koszulę i wędrowały w 
górę i w dół po nagich plecach.

- Miałam  nadzieję,  że  przyjedziesz  -  wyszeptała 

wprost  w  jego  usta.  -  Nfe  do  końca  świadomie,  ale 
jednak marzyłam... —urwała, gdy przesunął dłonią po 
jej udzie.

- Może porozmawiamy później?- zaproponował z 

szelmowskim  uśmiechem. - A niech to...  -  mruknął, 
gdy próba rozpięcia jej stanika zakończyła się fiaskiem.

- Pozwól, że ja to zrobię.

Sięgnęła za plecy i jednym sprawnym ruchem zdjęła 

biustonosz. Hank aż zamarł w bezruchu na widok jej 
kształtnych piersi.

- Jesteś najpiękniejszą...
- A może porozmawiamy później? - przypomniała 

mu jego słowa i roześmiała się.

Podmuch  wiatru  sprawił,  że  drzwi  i  okna  chatki 

zatrzęsły się i zabrzęczały. Można było niemal odnieść 
wrażenie,  że  budynek  kołysze  się  na  wietrze,  zbyt 
słaby, by stawiać opór. Wysepka była na tyle odizolo-
wana, że Hank czuł się tak, jakby byli jedynymi ludźmi

background image

Huragan na wyspie

209

na  całym  świecie.  Delikatna,  miękka  skóra  Antonii 
smakowała solą,  pieścił  ją  pocałunkami  niespiesznie, 
bo mieli przecież przed sobą cały wieczór i noc. Gdy 
zsunął jej szorty, a wraz z nimi jedwabne majteczki, 
nabrała gwałtownie powietrza w płuca. Niepewność, 
z  jaką  kochali  się  po  raz  pierwszy,  ustąpiła  miejsca 
swoistej  poufałości,  charakterystycznej  dla  par  za-
znajomionych  ze  sobą  na  tyle,  by  nie  odczuwać 
zażenowania.  Wzajemne  pragnienie  zaskoczyło  ich 
obydwoje, chcieli jednocześnie jak najwięcej dotykać, 
czuć,  smakować...  Wkrótce  powolne,  leniwe  tempo 
pieszczot przestało im wystarczać, a gdy już nie byli 
w stanie zapanować nad emocjami, stali się jednym na 
długą chwilę, pełną słodyczy i uniesienia.

Dużo  czasu upłynęło, nim  zdołali wyrównać  od-

dechy. Leżeli przytuleni, wsłuchani w swe bicie serca, 
wyczerpani,  a  jednocześnie  pulsujący  energią.  Hank 
pocałował Antonię w wilgotne czoło, ona zaś podnios-
ła na niego poważne spojrzenie.

- Wydaje mi się, że ktoś mnie śledzi.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Zanim  Antonia  zaczęła  cokolwiek  wyjaśniać, 

uznała  za  konieczne najpierw się ubrać.  Ukryła  się 
więc  za  zasłoną,  oddzielającą  część  sypialną  od 
reszty jednoizbowej chaty, by włożyć lekkie baweł-
niane  spodnie,  bluzę,  sportowe  skarpetki  i  buty. 
Słońce  już  zaszło  i  w  domku  zaczęło  się  robić 
chłodno.

Usiadła na łóżku ze wzrokiem utkwionym w różno-

barwne  poduszki,  starając  się  zebrać  w  ten  sposób 
myśli. Jeszcze nigdy nie spędziła całej nocy z Hankiem, 
teraz zaś była skazana na jego obecność, zwłaszcza po 
tym, jak powiedziała  mu o  swym prześladowcy. Nie 
miała wątpliwości, że będzie chciał wiedzieć wszystko.

Przeszła  do  drugiej  części  pokoju.  Hank  również 

zdążył  się  już  ubrać,  nalewał  właśnie  wrzątek  do 
dwóch wyszczerbionych kubków. Włączył radio i na-
stawił je na program z informacjami o pogodzie. Z 
pełnego  liczb  komunikatu  wynikało,  że  huragan 
Hope wprawdzie przyspieszył, ale jednocześnie stracił 
na sile w zetknięciu z chłodniejszymi masami powiet-

background image

Huragan na wyspie

211

rza, przemieszczającymi się z północy. W rejonie Cape 
Cod ogłoszono stan ostrzegawczy, który do rana mógł 
zostać przekształcony w alarm.

Trzeba mieć prawdziwego pecha, żeby natknąć się 

na  huragan  akurat  w  momencie,  gdy  człowiek  po-
trzebuje ukryć się na samotnej wyspie, pomyślała z 
przekąsem.  Usiadła  na  rozchwianym  kuchennym 
krześle, świadoma wyczekującego spojrzenia Hanka.

- Naprawdę bardzo się starałam zachować zdrowy

rozsądek i nie wysnuwać pochopnych wniosków - za
częła niepewnie.

Opowiedziała mu wszystko po kolei. O wiadomoś-

ciach elektronicznych, szeptach na parkingu, porusza-
nych wiatrem firankach. Nie przerywał jej, tylko w 
milczeniu kontynuował parzenie herbaty.

- Być może to tylko ciąg przypadkowych, niepo-

wiązanych ze sobą zdarzeń - stwierdziła na koniec.

- Zdarzyło  ci  się  wcześniej  otrzymywać  dziwne 

wiadomości pocztą elektroniczną?

- Nie.  Szczerze  mówiąc,  nie  korzystam  z  takich 

wynalazków, nawet nie wiem, skąd się wziął w moim 
komputerze program do ich wysyłania i odbioru.

Podał jej kubek herbaty.

- Czy ktoś kiedyś wołał cię szeptem na parkingu? 
Pokręciła przecząco głową.
- Ale mogło mi się to w ogóle tylko wydawać.
- Odniosłaś wrażenie, że ktoś wołał cię po imieniu 

i nazwisku?

- Tak, zdawało mi się, że ktoś wołał: „Antonia... 

Antonia  Winter...  Doktor  Winter".  Chyba,  że  się 
przesłyszałam.

background image

212       Carla Neggers

- A  co  do  powiewających  firanek...  Masz  może 

sprzątaczkę?

- Nie, po co? Mam małe mieszkanie. Poza tym lubię 

sprzątanie. Daje wymierne, choć krótkotrwałe efekty.

Usiadł po drugiej stronie stołu.

- Sprzątałaś  tamtego  ranka  przed  wyjściem  do

pracy?

Potrząsnęła przecząco głową.

- Antonia, spójrz prawdzie w oczy - zasugerował.

- Przecież okno się samo nie otworzyło.

-Ale Carine ma zapasowe klucze, może była u mnie 

i wietrzyła.

- Pytałaś ją o to?     
- Nie. - Wypiła łyk bardzo mocnej herbaty. - Tylko 

by się zmartwiła. 

- I tak się martwi. 
Antonia zagryzła wargę.
- Wiem. Żałuję, że ją w to wciągnęłam.
- Ale nikomu nie opowiadałaś o tym szczegółach? 

Tylko nie pomyśl, że to ja cię prześladuję i próbuję się 
dowiedzieć, czy ktoś coś podejrzewa... - dodał poważ-
nym tonem.

- Daj spokój! Nigdy by mi do głowy nie przyszło, 

że to mógłbyś być ty! - obruszyła się. - Nie wspomina-
łam ci o tym, bo...

- Wiem, bo nie chciałaś mnie w to mieszać - wpadł 

jej w słowo. - Doceniam to, ale nie potrzebuję takiej 
ochrony. Nieważne, że trwa kampania wyborcza. Jeśli 
będzie się działo coś podejrzanego, chcę o tym natych-
miast  wiedzieć.  Nawet  gdyby  miało  mnie  to  kosz-
tować fotel senatora.

background image

Huragan na wyspie

213

- To nie takie proste...
- Ależ to właśnie jest proste!
- A  co,  gdyby  role  się odwróciły? Gdybym  to  ja 

miała na głowie wiele ważnych spraw, gdybyś sądził, 
że angażowanie mnie w twoje sprawy mogłoby nara-
zić na szwank moją reputację?-

- Nie wymyślaj. Nie chodzi o moją reputację, czy 

też  napięty  kalendarz, po  prostu nie jesteś  przyzwy-
czajona do dzielenia się z nikim swoimi problemami.

- Pewnie masz rację - przyznała po długiej chwili 

milczenia.

- Pewnie? - roześmiał się.
- No  dobrze,  przyznam,  że  nie  wiedziałam,  co 

zrobić.  Aż  do  momentu,  gdy  się  tu  znalazłam,  nie 
zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jestem przerażona. 
Cały  czas  miałam  nadzieję,  że zanim  wrócę  do  Bos-
tonu, wszystko się rozwiąże samo. Zresztą może tak 
się właśnie stanie?

- Może tak, a może nie... A czy w ogóle zastanawia-

łaś się, co by było, gdyby ktoś cię w końcu zaatakował? 
A ty nie poszłaś na policję w obawie, że mnie skompro-
mitujesz, gdyby się okazało, że tylko ci się wydawało?

Przez moment sączyła wciąż gorącą herbatę.

- Nie ponosisz odpowiedzialności za moje decyzje.
- Wiesz dobrze, że nie o to mi chodzi.
- Szczerze mówiąc, uważam, że postąpiłam roz-

sądnie...

- Rozsądnie! - prychnął. - Pozwól, że zakończę tę 

bezsensowną dyskusję. Masz pomysł, kto mógłby cię 
prześladować?

- Początkowo sądziłam, że któryś z pacjentów.

background image

21Ą      Carla Neggers

W szpitalu stykam się z różnymi przypadkami, czasem 
niesłychanie trudnymi. Przestępcy, ich ofiary, chorzy 
psychicznie, długo by wymieniać. Przywiozłam nawet 
dyskietkę z kartami pacjentów, ale nie znalazłam nic 
podejrzanego. Nie wydaje mi się, żeby ten ktoś chciał 
mnie  skrzywdzić.  Gdyby  tak  było,  miałby  ku  temu 
wiele okazji.

- Nie cieszyłbym się za wcześnie. - Pokręcił głową.

-To, że cię nie skrzywdził, nie oznacza, że w końcu nie
spróbuje.

- Myślisz, że bawi się ze mną jak kot z myszką?
Nie odpowiedział, więc wstała, by przejść się po

pokoju.  Jedna  niewielka  żarówka  ledwie  rozjaśniała 
głębokie  ciemności,  Antonia  rozważała  nawet  przez 
moment rozpalenie lamp naftowych. Nie miała poję-
cia, która może być godzina. Z pewnością pora kolacji 
dawno minęła, bo ssało ją w żołądku z głodu.

- Wydawało mi się, że przyjazd tutaj pomoże mi 

pozbierać  myśli,  podjąć  jakieś  decyzje.  Powiadomić 
ochronę szpitala, czy nie? Zgłosić się na policję, czy dać 
sobie spokój?

- Powiedzieć mi, czy milczeć? - uzupełnił.

W jego głosie nie słyszała ani cienia wyrzutu czy 

goryczy.  Zebrała  się  na  odwagę  i  odwróciła  się,  by 
spojrzeć mu w oczy.

- Owszem.

Szybko  się  podniósł  i  zanim  zdążyła  się  zorien-

tować, wziął ją w ramiona.

- Posłuchaj  mnie  uważnie,  proszę.  Nie  chcę, 

żebyś
widziała we mnie kandydata na senatora czy byłego
pilota ani też człowieka, który stracił żonę i nie wolno

background image

Huragan na wyspie

215

go narażać. Chcę, żebyś widziała mnie takiego, jakim 
jestem. Rozumiesz?

- Rozumiem, ale dla mnie jesteś tym wszystkim 

jednocześnie, nie potrafię tego oddzielić...

- Nie mogę pozwolić na to, żebyś narażała się z 

mojego  powodu  na  niebezpieczeństwo.  Nie  chcę, 
żeby kobieta, którą kocham, ukrywała coś przede mną, 
aby mnie chronić.

- Hank... - zaczęła, całkowicie zbita z tropu.
- Naprawdę cię kocham. Wiem,  że  to  wyznanie 

jest trochę nie w porę, ze względu na sprawę twojej 
siostry,  moją  kampanię i  tę  sytuację  z  twoim  prze-
śladowcą.  Niestety,  nic  na  to  nie  mogę  poradzić.  -
Pochylił  się,  by  ją  pocałować.  -  Następnym  razem 
powiedz mi o wszystkim, zgoda?

- Chciałam dobrze. Wiesz o tym, prawda?
- Wiem.  Ale  przypominam  ci,  że  wszyscy  Win-

terowie świetnie sobie radzą, gdy muszą podjąć ryzy-
kowne decyzje. Więc zaryzykuj i zaufaj mi, proszę.

- Zgoda. Ale powiedz mi coś jeszcze. Mówisz, że 

mnie  kochasz. Nie dziwi  mnie  to,  bo  ja się  w tobie 
zakochałam  w  chwili,  gdy  się  poznaliśmy.  Ale  czy 
walczysz z tym uczuciem?

Przez moment przypatrywał się jej w milczeniu.

- Masz tu coś na kolację? - zmienił temat.
- Hank...
- Jedyna rzecz, z którą w tej chwili walczę, to chęć 

zabrania cię do łóżka jeszcze przed kolacją. - Uśmiech-
nął się ciepło.

Roześmiała się, całkowicie rozluźniona.

- Hola, hola! Wszystko w swoim czasie, mój panie.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Zgodnie z przewidywaniami, w nocy ogłoszono stan 

alarmowy dla Cape Cod, po nim zaś przyszedł nakaz 
ewakuacji zagrożonych obszarów. Spodziewano się, że 
zanim huragan Hope skręci na wschód, uderzy właśnie 
w te okolice. Hank nie łudził się, iż ktokolwiek przejmie 
się losem miniaturowych wysepek, które od wieków 
zmieniały kształt po przejściu każdego huraganu. Zresztą 
nie podejrzewał, by komukolwiek przyszło do głowy 
sprawdzić, czy jedyny dom na Shelter Island jest obecnie 
zamieszkany. Zarzucił swój plecak na jedno ramię, torbę 
Antonii  na  drugie  i  wyruszyli  w  poprzek  wyspy  w 
kierunku  zatoczki,  gdzie  zacumował  łódź.  Miał 
nadzieję,  że  jeśli  silne  wiatry  i  fale  istotnie  nadadzą 
wyspie nowy kształt, ich już tu nie będzie. Wędrowali 
wąską, krętą ścieżką wśród karłowatych sosen, krzaków 
jałowca,  kolczastych  gałęzi  jeżyn  oraz  kęp  trawy 
morskiej. Deszcz wprawdzie na razie tylko siąpił, ale 
wiatr wzmagał się z każdą chwilą, z daleka było słychać 
uderzenia fal o brzeg. Antonia z pewnością w takich 
warunkach nie dałaby rady dowiosłować swoim kaja-

background image

Huragan na wyspie

217

kiem do stałego lądu. Silny wiatr z pewnością zniósłby ją 
z kursu, miałaby szczęście, gdyby w ogóle udało jej się 
utrzymać na powierzchni.

Zadawała  się  być  rozluźniona  i  znacznie  mniej 

zafrasowana niż poprzedniego wieczoru. Miał nadzieję, 
że to jego obecność tak dobrze na nią wpłynęła. Zapewne 
ulżyło jej, gdy wreszcie mogła się komuś zwierzyć ze 
swych podejrzeń, ale liczył na to, iż jego bliskość, czułość 
i wyznanie miłości także odegrały ważną rolę. Uśmiechał 
się właśnie do swych myśli, gdy spostrzegł, że zatrzymała 
się gwałtownie na brzegu i zmarszczyła brwi.

- Gdzie jest twoja łódź?
Zaskoczyła go tym pytaniem. Był tak przekonany, 

że zastanie łódkę tam, gdzie ją zakotwiczył, iż w ogóle 
się nad tą kwestią nie zastanawiał.

- Powinna być gdzieś tutaj - stwierdził, przypat-

rując się uważnie wodom  zatoczki. -  Rzuciłem  kot-
wicę kilka metrów od brzegu.

- Może się jakoś obluzowałaś?
- Nie  miała  prawa,  powinna  wytrzymać  nawet 

przy takiej pogodzie. - Pokręcił głową z niedowierza-
niem. - Przecież wychowałem się nad oceanem, wiem, 
jak zabezpieczyć łódź.

- Co teraz zrobimy? Mam jeszcze moje race, możemy 

próbować zaalarmować przepływające jednostki.

Hank  w  milczeniu  wpatrywał  się  w  wodę.  Tak 

paskudny obrót spraw nie wydawał mu się przypad-
kowy.

- Gdzie jest twój kajak, Antonio?
- Nie  możemy  obydwoje  do  niego  wsiąść,  jest 

jednoosobowy...

background image

218      Carla Neggers

- Nie popełniłem błędu - wpadł jej w słowo. - Moja

łódź zniknęła, choć ją tu zakotwiczyłem.

Przyglądał się przez chwilę, jak jej twarz bladła, zaś 

w oczach pojawiło się zrozumienie, a następnie przera-
żenie.

- Zostawiłam go niedaleko stąd, przy plaży.
Zarzuciła na ramię plecak i ruszyła w kierunku

stromej wydmy, zaś Hank podążył za nią.

- Uważaj na trujący bluszcz- ostrzegła, wskazując

na pnącze, oplatające pień mijanej sosny.

Między drzewami, rosnącymi na skraju piaszczys-

tej plaży, leżał lśniący czerwony kajak.

- Wiosło!  -  zawołała  niespodziewanie.  -  Hank,

wiosło zniknęło.

- Zostawiłaś je w kajaku ? 
Skinęła w milczeniu głową.
- Kiedy?
- Pierwszego  dnia.  Od  tamtej  pory  tu  nie  za

glądałam.

Zajrzał pod spód, ale wiosła nie było. Antonia w 

tym  czasie  przeszukiwała  okoliczne  krzaki,  niestety 
bez rezultatu.

- Może zabrała je fala? - zastanawiała się głośno, 

starając się odzyskać spokój i kontrolę nad sobą. - Miejmy
nadzieję,  że  jeśli  ktoś  znajdzie  twoją  łódź,  zdąży 
zaalarmować policję, zanim dopadnie ją huragan.

- Nie będzie to takie łatwe. Łódź należy do moich 

przyjaciół z Chatham. Powiedzieli, że mogę ją poży-
czyć, gdy tylko zechcę, więc skorzystałem z propozycji 
pod ich nieobecność. Są w Pradze, nieprędko policji uda 
się ich zlokalizować.

background image

Huragan na wyspie

219

- Biorąc  pod  uwagę  warunki,  prawdopodobnie 

uznają, że kotwica się urwała, a łódź odpłynęła pusta. 
Miejmy nadzieję, że tak faktycznie było, bo w przeciw-
nym razie...

- To  nie  ja  zawiniłem  -  przypomniał.  -  Ktoś 

zwinął najpierw moją łódź, a potem twoje wiosło.

- Wiem - przyznała cicho.
- To znaczy, że nie jesteśmy tu sami...

Robert zaklął pod nosem. Bolało go całe ciało, każde 

otarcie, guzy, bąble i rany, których miał pełno wszędzie. 
Teraz dla odmiany kolce róż, rosnących na tyłach chaty 
podłej doktorki,  wbijały mu się w plecy i ramiona. 
W  dodatku  w  związku  z  nadciągającym  huraganem 
wilgotność powietrza stała się nieznośna, tym bardziej 
dla kogoś okrytego gumowym płaszczem przeciwdesz-
czowym.  Czul  się  jak  w  saunie,  a  spocona  skóra 
swędziała coraz bardziej. Nie był w stanie się skupić, nie 
mógł  więc  planować.  Machnął  już  ręką  na  kleszcze, 
których  setki  obsiadły  mu  nogi,  tak  że  kostki  miał 
całkiem czarne. Miał nadzieję, że gdy wróci na stały ląd, 
zdąży przyjąć jakiś silny antybiotyk, by uchronić się 
przed borełiozą. Może udałoby się zmusić Antonię, aby 
przed śmiercią wypisała mu receptę^

Mało nie oszalał z wściekłości, wiedząc, że spędza 

noc w jednej chacie z tym przystojniakiem. Zrozumiał 
natomiast,  dlaczego  tak  często  wyobrażał  sobie,  jak 
zrozpaczona  błaga,  by  darował  jej  życie.  Było  to 
bowiem najlepsze rozwiązanie. Zabić ją i jej faceta. 
Tak właśnie należało uczynić. Przecież i tak nie zamie-
rzała gjo wpuścić do swojego życia. Był dla niej nikim,

background image

220      Carla Neggers

znaczył  mniej  niż  taki  choćby  kleszcz,  przenoszący 
groźną chorobę. Sprzątacz, mijany codziennie na szpi-
talnym korytarzu.

Udało się ją przestraszyć dziwacznymi wiadomościa-

mi  przesyłanymi  pocztą  elektroniczną,  szeptami  na 
parkingu, otwartym oknem - tu już okazał się bardziej 
dokuczliwy  niż  zwykły  kleszcz.  Niestety,  nie  miała 
świadomości, że to on stał za tymi pozornie niezwiąza-
nymi wydarzeniami. Nie wiedziała nawet, iż poszatko-
wał jej bieliznę ani że to on uwolnił łódź Callahana, 
zabrał jej wiosło, a teraz planował kolejne uderzenie. 
Nagle zaczęło mu zależeć na tym, by dowiedziała się, iż 
to on był sprawcą wszystkiego, co ją ostatnio zaniepokoi-
ło. Nie chciał się zakraść do niej od tyłu z bronią w ręku. 
Nie  przyniosłoby  mu  to  żadnej  satysfakcji,  nie  dało 
poczucia, że sprawiedliwości stało się zadość.

-  A  to  co  takiego?  -  odezwał  się  sam  do  siebie 

półgłosem.

Pod  krzakiem  róży  z  ziemi  wystawało  coś,  co 

wyglądało  jak  rękojeść  noża.  Sięgnął  po  nią  i  z  za-
skoczeniem odkrył, że natknął się na długi nóż kuchen-
ny.  To  musiał  być  znak  od  Boga.  Zupełnie  jakby 
Stwórca chciał powiedzieć: „Oto kolejna broń, Rober-
cie. Czyń swoją powinność".

Wytarł ostrze o spodnie. Wysadzana ostrymi kol-

cami gałąź uderzyła go w twarz. Miał ochotę rzucić się 
na nią  ze swym  nowym  znaleziskiem,  ale zdołał  się 
opanować. Musiał skupić się na tym, po co tu w ogóle 
przybył. Zdecydowanie nie było to siekanie na kawałki 
krzewu różanego. Przykucnął, aby rozłożyć wiosło na 
dwie części, tak by było łatwiej nim manewrować.

background image

Huragan na wyspie

221

Planował wyskoczyć z krzaków i z zaskoczenia ude-
rzyć  nim  Callahana  w  głowę,  a  przy  tak  długim 
narzędziu mogłoby się to okazać zbyt trudne.

Tak naprawdę mógł już dawno być w chacie, ale 

wolał wybrać się na brzeg, by zobaczyć miny swych 
zakładników, gdy odkryli, że nie są sami na wyspie. 
Oczywiście nie mieli jeszcze świadomości, iż są czyi-
miś  zakładnikami,  ale  stanowiło  to  tylko  kwestię 
czasu. Nietrudno było dopilnować, by go nie słyszeli, 
bowiem szum wiatru i uderzenia fal o brzeg zagłuszały 
wszelkie inne odgłosy. Prawdziwym wyzwaniem oka-
zało  się  jednak  chowanie  się  za  niewielką  ilością 
sporych drzew i krzaków. Raz nieomal go spostrzegli, 
ale w porę padł na twarz za rozłożystym jałowcem.

Z łodzią rozprawił się poprzedniego wieczoru. Nie 

było łatwo ją zatopić, musiał wejść do głębokiej po pas 
wody i wybić kotwicą dziurę w kadłubie. Gdy zranił się 
przy tym w ramię, miał ochotę wystrzelić w kierunku 
łodzi, aby jednocześnie wyładować się i załatwić szybko 
sprawę, na szczęście w porę się opanował. Mógłby w ten 
sposób zaniepokoić swych zakładników, którzy przed-
wcześnie dowiedzieliby się o jego obecności. Nie ulegało 
wątpliwości, że Callahan bez trudu odróżniłby wystrzał 
z pistoletu od huku nadciągającej burzy. Uparł się, by łódź 
zatopić, a nie po prostu wypuścić, ponieważ mogłaby 
wrócić do brzegu. Znacznie bardziej mu odpowiadało, że 
leżała bezużyteczna na dnie oceanu. Wprawdzie wypeł-
nienie jej  wodą  zajęło  mu  znacznie  więcej  czasu  niż 
sądził. Czekał na brzegu, atakowany przez żarłoczne 
komary, obserwując, jak kadłub bardzo powoli zanurza 
się, aż wreszcie niknie pod powierzchnią wody. Zanim

background image

222       Carla Neggers

dotarł  z  powrotem  do  swojej  kryjówki,  był  cały 
pogryziony.  Zastanawiał  się,  czy  gdyby  zaraził  się 
malarią lub boreliozą, doktor Antonia zaopiekowałaby 
się  nim.  Musiałaby,  bo  do  tego  zobowiązywała  ją 
przysięga Hipokratesa. Gdyby go zignorowała, złamałaby 
prawo, a przecież rzekomo w imię tegoż prawa doniosła 
na niego policji.

W każdym razie warto było się narazić na niebez-

pieczeństwo, by zobaczyć ich miny, gdy odkryli brak 
łodzi.  Dotarli  do  chaty  tuż  przed  nim,  wyraźnie 
poruszeni  i  zestresowani.  Postanowił  dać  im  trochę 
czasu na analizę sytuacji, aby mogli się jeszcze trochę 
podenerwować. Zastanawiał się, czy choć podejrzewa-
li, jak poważne niebezpieczeństwo im grozi. Zdawał 
sobie  sprawę,  że  powinien  wreszcie  podjąć  jakieś 
decyzje, dopracować plan działania, ale nie był w stanie 
się skupić, tak bardzo dokuczał mu deszcz, ból i swę-
dzenie. W dodatku rozpraszała go myśl, że tych dwoje 
siedzi za ścianą o kilka metrów od niego, drżąc z obawy 
o swoje życie.

Naraz skrzypnęły tylne drzwi.
Robert  pochylił  się  nisko,  wstrzymując  przy  tym 

oddech, by Hank Callahan nie zauważył jego obecnoś-
ci. Tymczasem tamten w ogóle nie sprawiał wrażenia 
osoby  przerażonej,  wręcz  przeciwnie  -  wyglądał  jak 
snajper wypatrujący swego celu. Arogancki drań! Po-
winien przecież trząść się ze strachu!

Robert poczuł, jak krew mu wrze w żyłach. W jed-

nym ręku uniósł wiosło, w drugim nóż i uzbrojony 
w ten sposób rzucił się przez krzew róży na Callahana. 
Uderzył go wiosłem w okolice nerek.

background image

Huragan na wyspie

223

- Do diabła! - krzyknął, bo miał wrażenie, jakby

zaatakował kamienny posąg, a nie żywego człowieka.

Zamierzał następnie wbić majorowi nóż w serce, ale 

nie mógł tego uczynić, bo ten nie padł na kolanach, jak 
się  tego  Robert  spodziewał.  Co  więcej,  nie  dość,  że 
wytrzymał atak, to jeszcze obrócił się błyskawicznie, 
gotowy  do  kontry.  Było  jasne,  że  wiedział,  jak  się 
zachować  w  sytuacji  napaści,  zaś  Robert,  zwykły 
sprzątacz,  nie  miał  pojęcia,  jak  skutecznie  go  obez-
władnić. Poczuł, jak ogarnia go panika... Zaczął machać 
na oślep nożem. Zupełnie przypadkiem udało mu się 
zranić Hanka w ramię, a on mimo to zdołał sobie tylko 
wiadomym sposobem przechwycić wiosło. By zakoń-
czyć sprawę raz na zawsze, Robert sięgnął za pasek po 
broń. Zniknęła! Musiała mu się wysunąć, gdy kucał za 
krzakiem róży.

- Lepiej mi się nie narażaj - poradził pewnym siebie

głosem. - Bo jak cię zabiję, doktorka zostanie na mojej
łasce i niełasce.

Obydwaj byli przemoczeni, u ich stóp tworzyły się 

kałuże,  a  wiatr  smagał  ich  po  twarzach  kroplami 
deszczu.  Trawa  była  tak  śliska,  że  poruszanie  się 
nastręczało  poważne  trudności.  Co  więcej,  gdyby 
Robert stracił równowagę, miał szansę nadziać się na 
własny  nóż  i  wykrwawić  na  śmierć,  bo  przecież 
Antonia na pewno nie udzieliłaby mu pomocy. Zapo-
mniałaby o przysiędze Hipokratesa, jeśliby chodziło 
o  kogoś,  kto  zaatakował  jej ukochanego.  Z  przyjem-
nością zostawiłaby go na plaży, żeby umierał w bólu 
i samotności, a potem zrzuciła winę na huragan Hope.

- Idzie huragan - oznajmił Callahan, ignorując

background image

224       Carla Neggers

krwawiące ramię. - Nie chciałbyś chyba, żeby cię tu 
zastał. Odłóż nóż...

- Żebyś  mógł  mnie  zabić,  a  potem  powiedzieć

policji,  że  to  była  obrona  konieczna?  -  Robert  wpadł
mu w słowo. - Nie ma mowy.

Z  zazdrością  jednocześnie  obserwował  opanowa-

nie, jakie tamten okazywał w tak trudnej sytuacji.

- Jak się nazywasz?
- Odwal się!
- Daj spokój. Odłóż broń. Póki nikomu nie stała się 

krzywda.

- Jak to nikomu. A tobie?
- To  tylko  draśnięcie.  Nic  ci  nie  zrobię,  jeśli od-

łożysz teraz nóż i pójdziesz ze mną do chaty - upierał 
się Callahan. - Huragan...

- Nie boję się huraganu!
Zerknął  w  kierunku  domku,  w  którego  drzwiach 

stała Antonia. Wyglądała tak pięknie... Ciężko było mu 
zebrać w sobie siły, by uczynić to, co sobie zaplanował. 
Zdawał sobie sprawę, że nie pokona Callahana w ucz-
ciwej  walce,  pozostawały  mu  zatem  dwa  wyjścia: 
poddać się albo  brać nogi  za  pas.  Nie  miał  zamiaru 
złożyć broni, więc odwrócił się na pięcie i uciekł w 
gęstwinę.  Przeskakując  przez  mniejsze  krzaki,  miał 
nadzieję, że się przy tym nie pośliźnie i nie ugodzi 
w serce, bo byłby to niefortunny epilog całej historii. 
Ściskał w dłoni trzonek noża, aby w razie czego móc się 
bronić,  gdyby  jednak  Callahan  zdecydował  się  go 
gonić. Choć jego działanie mogło z boku wyglądać na 
tchórzostwo, sam uważał, że w gruncie rzeczy osiąg-
nął swój cel. Wprawdzie tamten wciąż żył, był zaled-

background image

Huragan na wyspie

225

wie  draśnięty,  nie  mógł  jednak  mieć  nawet  cienia 
wątpliwości  co  do  tego,  że  zamiary  Roberta  były 
poważne.

Przedzierał się przez krzaki karłowatych sosen i ja-

łowców,  rozchlapywał  stopami  wodę  z  kałuż,  aż 
wreszcie  znalazł  się  na  wydmie,  za  którą  zostawił 
swoje  rzeczy.  Postąpił  kilka  kroków  do  przodu,  gdy 
wielka fala niespodziewanie przewróciła go na plecy. 
Niemal zakrztusił się słoną wodą. Podrażnione gardło 
piekło  go  nieznośnie,  ale  jeszcze  bardziej  dokuczały 
rany, obmyte oceaniczną wodą, zmieszaną z piaskiem. 
Klnąc pod nosem, na czworaka dotarł do obozowiska. 
Skoro woda zagarnęła już tyle plaży, musiał się szybko 
przenieść w głąb wyspy, jeśli nie chciał stracić skrom-
nego ekwipunku.

Czerwone bąble na dłoniach i ramionach puchły i 

swędziały z każdą chwilą coraz bardziej. Przyjrzał się 
im uważnie. Na niektórych tworzyły się już pęcherze, co 
oznaczało, że nie były to ślady po ukąszeniu jakichkol-
wiek insektów, lecz oparzenia po zetknięciu z trującym 
bluszczem. Nic dziwnego, że nie dał rady zwalić z nóg 
Callahana, skoro był cały obolały. Zdecydował, że musi 
wrócić za krzak róży, by odnaleźć broń. Wyjął z plecaka 
amunicję. Dwanaście naboi. Powinno wystarczyć, na-
wet biorąc pod uwagę, że przyszły senator będzie mu 
chciał utrudnić sprawę. Miał nadzieję, iż w ogóle nie 
będzie musiał strzelać, skoro nadchodzi huragan, który 
załatwi sprawę cicho i bez żadnego śladu.

Walcząc  z  przemożną  potrzebą  drapania  się  po 

rękach i nogach, powrócił w okolice domku, odnalazł 
pistolet i zajął pozycję obserwacyjną za rozłożystą

background image

226      Carla Neggers

karłowatą sosną. Podejrzewał, że Antonia zajmuje się 
właśnie opatrywaniem ran ukochanego, więc należało 
działać natychmiast. Swoją drogą, był zaskoczony, że 
po jego odejściu nie przeszukali okolicy, na wypadek 
gdyby  zostawił  jakieś  ślady.  Na  szczęście  dla  niego 
zachowali się jak ostatnie ofermy, dlatego mógł teraz 
załadować broń. Nigdy w życiu nie strzelał do nikogo 
oprócz  siebie  samego,  ale  podejrzewał,  że  była  to 
wyjątkowo łatwa sprawa, skoro tylu idiotów wiedzia-
ło,  jak  używać  pistoletu.  Jako  że był  mądrzejszy  niż 
przeciętny Amerykanin, nie miał wątpliwości, iż okaże 
się doskonałym strzelcem, mimo braku praktyki. Nie 
lubił  nic  ćwiczyć,  sprawdzać,  dowiadywać  się.  Nie 
miał do tego cierpliwości. Od zawsze wolał po prostu 
wiedzieć.

Deszcz  wciąż  padał,  utrudniając  mu  obserwację. 

Raz po raz przecierał mokre oczy kciukami, dopiero po 
dłuższej  chwili  zorientował  się,  że  być  może  w  ten 
sposób  wprowadza  truciznę  z  bluszczu  i  wkrótce 
powieki  mu  tak  spuchną,  że  już  niczego  nie  dojrzy. 
Potrzebował więc jak najprędzej zaplanować i wyko-
nać kolejny krok. Miał nadzieję, iż jest jedyną uzbrojo-
ną osobą na wyspie.  Wolał  tego nie  sprawdzać,  wy-
stawiając z krzaków głowę, bo mogłoby się okazać, że 
był w błędzie. Nie sądził jednak, by lekarka posiadała 
broń. Ani kandydat na senatora, który przypłynął, aby 
dotrzymać towarzystwa  kobiecie, nie podejrzewając 
nawet, iż może ona mieć jakiekolwiek kłopoty. Nie, na 
pewno nie byli uzbrojeni.

-  Jesteście  otoczeni!  -  zawołał  z krzaków.  -  Wy-

chylcie się przez drzwi albo okno, a zacznę strzelać!

background image

Huragan na wyspie

2i17

Żadnej  odpowiedzi.  Może  nie  usłyszeli?A  może  się 

schowali?  Choć  nawet  sam  dla  siebie  brzmiał  jak 
maniak,  był  gotowy  na  wszystko.  Nawet  na  to,  by 
strzelić do Antonii. Od dawna czekał na to, by ujrzeć ją 
zakrwawioną, wijącą się z bólu.

- Boicie się?! - krzyknął po chwili. - Słusznie. Ja też

się  bałem,  gdy  przyszedłem  po  pomoc  do  ciebie,  ty
doktorko Suko! I co ty na to? Może chcesz, żebym cię
potraktował tak samo, jak ty mnie?

Pamiętał,  jak  jej  smukłe  dłonie  delikatnie  opat-

rywały mu ranę. Jej miłe, ciepłe słowa. I nagle zapytała, 
jak on się nazywa. Jakby widziała go po raz pierwszy 
w życiu. Już w tym momencie, nawet zanim wydała 
go policji, zrozumiał, że źle ulokował swe uczucia. Był 
dla niej nikim. Zerem.

- Macie tu przedsmak  tego, co z wami  w końcu

zrobię! - zawołał, zirytowany wspomnieniami.

Wystrzelił  w  kierunku  bocznego  okna.  Broń  od-

skoczyła do tyłu tak samo jak wtedy, gdy postrzelił się 
w  stopę.  Wiatr  huczał  tak  głośno,  że  stłumił  brzęk 
tłuczonego szkła, ale sam widok napełnił serce Roberta 
satysfakcją.  Jeszcze  nie  wiedział,  co  dalej  zrobi,  ale 
teraz piłeczka była po stronie doktorki i jej kochasia. 
Wreszcie zrozumieli chyba, kto tu rządzi.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Przez  wybitą  szybę  wiatr  zawiewał  do  środka 

krople deszczu, liście, a nawet co drobniejsze gałązki. 
Na szczęście kula przeleciała przez całe pomieszczenie 
i utkwiła w drzwiach do łazienki, nie robiąc nikomu po 
drodze krzywdy. Po co ten idiota w ogóle wystrzelili 
Nie miał szansy, by kogoś dosięgnąć, chodziło mu więc 
chyba tylko o to, żeby ich przestraszyć. Tylko czy nie 
lepiej byłoby wpaść niespodziewanie do chaty i zabić 
ich obydwoje, zanim się w ogóle zorientują, że on ma 
broń?

Kimkolwiek był, ich prześladowca miał sobie tylko 

wiadomy  plan  i  myślał  w  trudny  do  przewidzenia 
sposób. Paradoksalnie informacja o tym, że jest uzbro-
jony, dawała im szansę. Schyleni nisko, by drań ich nie 
dostrzegł,  zabarykadowali  frontowe  drzwi  ciężkim 
fotelem i kilkoma składanymi krzesłami. Wprawdzie 
konstrukcja ta nie była na tyle solidna, by powstrzy-
mać go na długo, ale przynajmniej dowiedzieliby się 
o  jego  nadejściu  na  tyle  wcześnie,  by  Hank  mógł 
działać. Po poprzednim spotkaniu bolały go plecy,

background image

Huragan na wyspie

229

obite wiosłem, a rana na ramieniu wciąż krwawiła, ale 
był gotowy na kolejną konfrontację. Teraz miał pod 
ręką nóż, zaś w drzwiach zaporę, o którą nie sposób 
było się nie przewrócić. Był także zdeterminowany, by 
tym razem nie dać się zaskoczyć. Miał tylko nadzieję, 
iż  nie  będzie  musiał  walczyć,  a  tym  bardziej  zabić 
napastnika na oczach Antonii. Wprawdzie jako lekarka 
była  przyzwyczajona  do  widoku  krwi,  a  do  tego 
świetnie umiała panować nad swoimi emocjami, ale 
zdawał sobie sprawę, jak bardzo wstrząsnął nią fakt, że 
jej prześladowca użył broni.

Gdy  już  skończyli  się  barykadować,  uparła  się 

opatrzyć ranę na ramieniu Hanka.

- Dobrze  -  zgodził  się  wreszcie.  -  Ale  tylko  pod 

warunkiem, że cały czas będę mógł obserwować nasze-
go przyjaciela.

- Gdybym była  na jego  miejscu,  ukryłabym się 

w  krzakach  z  boku  chaty.  Dzięki  temu  mogłabym 
jednocześnie  obserwować  obydwa  wejścia  i  okna. 
Zwłaszcza  skoro  strzelił  w  okno  nad  zlewozmy-
wakiem...

- Masz rację. Przesuńmy stół bliżej tamtej ściany.

Usiedli tak, żeby Hank, będąc niewidocznym z ze-

wnątrz, miał oko na tę część ogrodu, w której praw-
dopodobnie znajdował się napastnik. Antonia wydo-
była spod łóżka staroświecką apteczkę, postawiła ją na 
stole  i  zajrzała  do  środka.  Choć  było  po  niej  widać 
zdenerwowanie,  potrafiła  nad  sobą  zapanować,  co 
wynikało z pewnością z jej doświadczeń w pracy na 
izbie przyjęć.

- Powinnam ci założyć szwy.

background image

230       Carla Neggers

- A  ja  powinienem  był  wbić  temu  draniowi  nóż 

między żebra.

- Ty? Na pewno byś tego nie zrobił. - Uśmiechnęła 

się do niego serdecznie.

Wiedział,  że  powiedziała  to,  aby  zmusić  go  do 

myślenia o czymś innym niż o bolesnej ranie. Był jej za 
to wdzięczny, choć w życiu zdarzało mu się cierpieć 
dużo bardziej.

- North był szkolony we wbijaniu ludziom noży

we wszelkie możliwe części ciała. - Odpowiedział jej
uśmiechem.  -  Ja  byłem  tylko  prostym,  łagodnym
pilotem helikoptera.

Znalazła buteleczkę środku odkażającego, odkręciła 

ją i nasączyła kawałek gazy.

- Tak sobie właśnie pomyślałam, gdy zobaczyłam, 

jak odbierasz naszemu gościowi wiosło. Prosty, łagod-
ny pilot helikoptera.

- Wystraszył cię nie na żarty, prawda? - spoważ-

niał Hank.

- Cóż, biorąc pod uwagę, że ma broń...
- Owszem,  ale  żeby  z  niej  skorzystać,  musi  nas 

najpierw dorwać.

- Chyba  nie  chcesz  powiedzieć,  że  w  tej  chwili 

mamy  nad  nim  przewagę?  -  Posłała  mu  zdziwione 
spojrzenie.

- Nie, ale na razie jesteśmy bezpieczni.

Nie była co do tego przekonana, jednak wolała nie 

wdawać się w dyskusję na ten temat.

- Lepiej pokaż ramię - poprosiła.
Pomogła mu zdjąć koszulkę, obejrzała dokładnie

ranę i zabrała się do pracy. Zwinnymi, wprawnymi

background image

Huragan na wyspie

231

ruchami  oczyściła  skórę,  posmarowała  okolice  cięcia 
antybiotykiem w maści, nałożyła opatrunek, a następ-
nie zabandażowała ramię.

- Mam nadzieję, że obejdzie się bez amputacji?--

zażartował.

- Tak, pod warunkiem, że nie wda się zakażenie, 

zanim dostarczymy cię do szpitala.

- Dzięki, pani doktor. Bardzo sobie cenię szczerość, 

aczkolwiek powinnaś raczej odpowiedzieć, że wszyst-
ko będzie dobrze.

- Wszystko będzie dobrze. - Uśmiechnęła się.
Zerknął przez okno. Deszcz padał tak gęsto, że

trudno było cokolwiek zobaczyć.

- Nie  mogę  uwierzyć,  że  tak  się  dałem  podejść 

temu bandycie.

- Lepiej o tym nie myśl, tylko ciesz się, że tak się to 

skończyło. Rana nie jest poważna, więc nic strasznego 
ci nie grozi. Gdyby cięcie było głębsze, nie miałabym 
jak cię tu opatrzyć.

- Ale powinienem był pójść za nim - nie ustępo-

wał. - Wydaje mi się, że nie miał wtedy broni, więc 
gdybym  mu  deptał  po  piętach,  nie  mógłby  po  nią 
wrócić.

- A może się mylisz? Co by było, gdyby jednak miał 

wtedy rewolwer przy sobie?  Gdyby cię  postrzelił i 
straciłbyś przytomność?

- Nie straciłbym przytomności.
Antonia odsunęła się, by przyjrzeć się krytycznie 

swemu dziełu.

- Powiedz  mi,  jak  on  wyglądał  -  poprosiła  nie

spodziewanie.

background image

232       Carla Neggers

- Przecież go widziałaś.
- Owszem, ale nie zdążyłam się dokładnie przyj-

rzeć. Byłam zajęta zamartwianiem się o ciebie.

- Biały  mężczyzna  w  wieku  około  dwudziestu 

pięciu lat. Średniego wzrostu, szczupły. Włosy blond, 
lekko kręcone, półdługie. Był bardzo szybki, szybszy, 
niż  się  spodziewałem.  Twardy.  Sprytny.  Wywiódł 
mnie w pole, bo kazał mi myśleć, co by się zdarzyło, 
gdybym poszedł za nim i pozwolił się zabić. Dałem się 
nabrać, zacząłem to analizować, a wtedy on uciekł.

- Gotowe.  -  Wskazała  na  opatrunek,  kończąc 

tym  samym  temat.  -  Nie  gwarantuję,  że  maść  była 
pierwszej świeżości, ale bandaż wydawał się czysty. 
Boli?

- Bardziej bolało, gdy mi przyłożył wiosłem.
- Niestety,  na  to  nie  mogę  nic  poradzić.  -  Roz-

łożyła ręce. - Ale daj mi znać, gdy zauważysz krew 
w moczu.

- Jasne, pani doktor, nie omieszkam tego zrobić

- odparł z uśmiechem. - Ale mogę pogonić złoczyńcę,
gdyby była taka potrzeba?

- Proszę bardzo, zostało mi jeszcze dużo bandażu

- zaśmiała się.

- I tak trzymać.
- Hank...
- Jakoś z tego wyjdziemy, obiecuję. - Założył z 

powrotem koszulkę. - Rozpoznałaś go, prawda?

Skinęła głową z westchnieniem.

- To Robert Prancer.
Nigdy  wcześniej  nie  wspominała  o  nim.  Takie 

nazwisko na pewno by zapamiętał.

background image

Huragan na wyspie

233

- Tylko zgadujesz, czy jesteś pewna?
- Jestem pewna. A ten nóż... - Spojrzała mu prosto 

w  oczy.  -  Powinieneś  wiedzieć,  że  to  był  mój  nóż. 
Zabrałam  go  z  kuchni,  gdy  usłyszałam  twoje  gwiz-
danie. Wydawało mi się...

- Ze to ten Prancer?- domyślił się.
- Tak, choć jeszcze wtedy nie miałam pewności, że 

to może być on. Jednak wynotowałam jego nazwisko 
z listy pacjentów, których leczyłam w ciągu ostatnich 
kilku tygodni.

- Kto  to  taki? -  zapytał,  ale była  tak  pogrążona 

w myślach, że prawdopodobnie go nie usłyszała.

- Byłam pewna, że uda mi się utrzymać okolicznoś-

ci mojego wyjazdu z Bostonu w tajemnicy. Nikomu 
nie  powiedziałam,  dokąd  się  wybieram.  Pożyczyłam 
nawet samochód od Carine...

- Teraz już rozumiem...
- Nie podejrzewałam, że mnie wytropi, ale gdy się 

pojawiłeś,  schowałam  się  za  krzakiem  róży.  Coś,  co 
wtedy wydawało mi się rozsądne, teraz brzmi zupeł-
nie śmiesznie.

- Wcale  nie  tak  śmiesznie.  Zwłaszcza  w  świetle 

wydarzeń ostatnich godzin.

- Pewnie  masz  rację,  ale  gdy  spojrzę  na  twoje 

ramię...  -  zawiesiła  głos.  -  Nie  chciałam,  żebyś  się 
dopytywał, więc gdy zdałam sobie sprawę, że to ty, 
wetknęłam nóż w ziemię i wyszłam zza krzaka. Potem 
o nim zapomniałam.

- Przecież  Prancer  mógł  go  sobie  równie  dobrze 

wziąć z kuchni, gdy byliśmy po drugiej stronie wyspy. 
Mamy szczęście, że nie schował się pod łóżkiem. Teraz

background image

234       Carla Neggers

prawdopodobnie pluje sobie z tego powodu w brodę, 
bo musi moknąć, a my siedzimy w suchej chacie.

- Przepraszam cię. - Jej oczy zalśniły od łez.
- Nie  masz  za  co  mnie  przepraszać.  -  Uniósł  się 

lekko, by zerknąć za okno. - Gdyby nie miał tego noża 
czy  wiosła,  mógłby  użyć  broni,  więc równie  dobrze 
mogłaś mi w ten sposób uratować życie. Kim jest ten 
szaleniec ?

- Opatrywałam  mu  postrzeloną  stopę.  Musiałam 

powiadomić policję...

- Wiem, taki był twój obowiązek w świetle prawa.
- Niestety,  on  nie  zdawał  sobie  chyba  z  tego 

sprawy.  Nie  chciał  mi  powiedzieć,  co  się  stało,  ale 
najprawdopodobniej sam się zranił. Wysłałam go na 
prześwietlenie i tyle go widziałam, nie mam pojęcia, 
jak  zdołał  stamtąd  uciec.  Miał  przecież  podłączoną 
kroplówkę, a stopę przestrzeloną niemal na wylot.

- Kiedy to się stało?
- Zdaje się, że niespełna trzy tygodnie temu. Policja 

dogoniła  go  na  parkingu.  Nie  rozumiem,  jak  mógł 
sądzić,  że  ucieknie  w  takim  stanie. -  Nerwowym 
gestem  potarła  czoło.  -  Pracuje  w  szpitalu,  w  ekipie 
sprzątającej.  Z  tego,  co  słyszałam,  jest  nieprzeciętnie 
inteligentny, ale jakoś nie potrafi się dogadać z ludźmi. 
Początkowo  go  nie  poznałam,  byłam  tak  skoncen-  , 
trowana  na  tym,  co  robię.  Potem  starałam  się  za-
chowywać  spokojnie,  żeby  nie  sprawić  mu  przykrości 
czy  pogorszyć  jego  sytuacji  w  pracy.  To  była  szalenie 
niezręczna sytuacja.

- Myślisz, że może się w tobie podkochuje?
Antonia zarumieniła się po same uszy.

background image

Huragan na wyspie

235

- Być  może.  Generalnie  nie  zwracam  na  takie 

rzeczy uwagi.

- W takim razie wszystko jest jasne. Zdradziłaś go 

i to na dwa sposoby. Po pierwsze, przekazując informa-
cję o nim policji, a po drugie, spotykając się ze mną. 
A teraz, skoro nie może cię mieć...

- Tak  też  sądziłam.  Żałuję  tylko,  że  cię  w  to 

wmieszałam. Przecież to ciebie nie dotyczy.

- Jeśli coś dotyczy ciebie, to i mnie też. 
Przez dłuższą chwilę siedziała w milczeniu.
- Brak ci słów, doktor Winter?

- Zaskoczyłeś mnie. Mam przeczucie, że nie po raz

ostatni.

Hank  poczuł  pulsowanie  w  rozciętym  ramieniu. 

Mimo przeszywającego bólu cieszył się, że nie stało 
się nic gorszego, na przykład, że Prancer nie zdołał 
go  obezwładnić.  Albo  nie  zastrzelił  go  na  schodach 
domku.

- Próbowałem wejść w jego sposób myślenia, ale on 

zdaje się mieć swoją własną, nieprzewidywalną logikę. 
Czy może uratowałaś mu wtedy życie?

- Oczyściłam mu ranę, więc uchroniłam go praw-

dopodobnie przed poważną infekcją. Ale raczej trudno 
powiedzieć, żebym go przez to ocaliła.

- Przyjechał sam do szpitala?
- Nie, ale sam zadzwonił po karetkę.
- A więc zapewne chciał, żebyś to ty go opatrzyła. 

Chciał zyskać twoje współczucie i zainteresowanie.

Silny  powiew  wiatru  zatrząsł  chatą,  a  kolejne 

kawałki gałęzi wraz z kroplami deszczu wpadły do 
izby przez wybite okno. Sytuacja wyglądała coraz

background image

236       Carla Neggers

poważniej, huragan Hope wyraźnie nie zamierzał dać 
za wygraną.

- Powinniśmy  się  skoncentrować  na  tym,  żeby 

w ogóle przetrwać nawałnicę - orzekła Antonia. - Nie 
podejrzewam, żeby Robert Prancer zamierzał tkwić na 
zewnątrz, skoro to on ma broń.

- W takim razie to my musimy dopaść go pierwsi.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Robert stał po kostki w wodzie. Przypływ, ulewny 

deszcz i silny wiatr sprawiły, że dokoła nie było widać 
ani skrawka gruntu. Nie mając dostępu do komunika-
tów pogodowych, nie wiedział nawet, czy był to już 
huragan  w  swej  pełnej  sile,  czy  może  tylko  jego 
forpoczta. Nie zamierzał jednak pozostać na zewnątrz, 
aby  się  o  tym  przekonać.  Przecież  nieopodal  stała 
całkiem wygodna, a przede wszystkim sucha chata Babs 
Winslow. Nakrył się swym gumowanym płaszczem, 
dodatkowo owinął kawałkiem niebieskiego brezentu, 
który sfrunął z werandy i spłynął ku niemu po wodzie, 
gnany porywistym wiatrem. W pewnym sensie czuł się 
w tym jak w worku na zwłoki, a więc coraz bardziej 
uświadamiał sobie poczucie krzywdy oraz niewygodę. 
Dzięki temu cierpieniu zabicie siedzącej w cieple pary 
mogło przynieść mu jeszcze więcej satysfakcji. Babcia 
przecież  zawsze  powtarzała,  że  na  wszystko  to,  co 
wartościowe, trzeba sobie zasłużyć.

- Robert! Robert!
Zamarł w bezruchu. Był to głos Antonii. Wołała go

background image

238       Carla Neggers

tak, jak wiele razy w jego snach. Wstrzymał oddech, 
wsłuchując się w szum deszczu. A więc już się wszyst-
kiego  domyśliła.  Wiedziała,  że  to  on  moknie  na  ze-
wnątrz. Wreszcie znalazł poczesne miejsce w jej myś-
lach. Nie był już anonimowym, bezdusznym napast-
nikiem. Przypomniała sobie jego nazwisko, być może 
nawet jego postać. Świetnie. Idealnie.

Nie  wiedział,  skąd  wołała,  ale od  razu  wykluczył 

frontowe drzwi, bo stamtąd jej głos nie doleciałby aż 
tak daleko. Może stała w oknie? A może w tylnych 
drzwiach ?

- Robercie, nie możesz tam tak stać!

Choć musiała krzyczeć, by zagłuszyć nadciągający 

huragan, udało jej się wyrazić głosem współczucie i 
troskę.  Była  jednak  lekarką  na  izbie przyjęć,  świetnie 
więc umiała udawać troskę i współczucie. Dlatego nie 
odpowiedział. To nie był sen, a ona nie wołała go z 
miłości.  Próbowała go  wywieść w  pole,  wykorzystać 
jego słabość do niej.

- Nadchodzi huragan. Będzie coraz gorzej. Rober-

cie, zginiesz, jeśli nie znajdziesz się pod dachem.

- A  co  ciebie  to  obchodzi!  -  odkrzyknął,  łamiąc 

postanowienie zachowania milczenia.

Zdradził tym samym swoje położenie, ale niewiele 

go to obchodziło, bo Antonia i Callahan nie byli w 
stanie nic mu zrobić. Przecież to on miał broń.

- Jestem lekarką, ale też twoją koleżanką z pracy 

- nie ustępowała. - Wiem, jak ciężko pracujesz...

- Akurat! Nic o mnie nie wiesz. Będziesz w siód-

mym niebie, jeśli zginę.

Mówił jak skończony idiota, ale przez ten deszcz

background image

Huragan na wyspie

239

i swędzenie skóry nie był w stanie myśleć logicznie, a tym 
bardziej wypowiadać się powściągliwie. Musiał wziąć się 
w garść, jeśli chciał wyjść z tej sytuacji obronną ręką. 
Próbuj ąc wziąć chatę szturmem, byłby z daleka widoczny 
i niewątpliwie wpadłby w zasadzkę, powinien więc
wymyślić coś dla odwrócenia ich uwagi, aby zbliżyć się 
niepostrzeżenie.  Żałował,  że  nie  przywiózł  ze  sobą 
koktajlu Mołotowa swojej roboty. W ten sposób mógłby 
wzniecić ogień w okolicach domku i, korzystając z 
zamieszania, wśliznąć się do środka.

- Robercie,  proszę  cię  -  nie  ustępowała.  -  Poroz

mawiajmy, zanim sprawy zajdą za daleko. Wiem, że
jesteś  tu  z  mojego  powodu.  -  W  jej  głosie dało się
słyszeć wahanie, a nawet odrobinę żalu. - Z powodu
błędu, jaki popełniłam. Proszę, wejdź do środka, razem
przeczekamy tę nawałnicę.

Czyżby  mówiła  poważnie?Czy  jego  działania 

pomogły jej zrozumieć, co zrobiła źle?- Choć trudno mu 
było w to uwierzyć, wyszedł ostrożnie zza krzaków, 
ciągnąc za sobą brezent. Był zmęczony, przemoknięty, 
krople deszczu spływały mu po twarzy i szyi, swędzące 
bąble po komarach i bluszczu doprowadzały go do szału.

- Wejdę, ale tylko pod warunkiem, że ty i Callahan 

będziecie moimi zakładnikami! - odkrzyknął.

- Przecież i tak nimi jesteśmy. Robercie, nie możesz 

tam zostać. Po prostu nie możesz...

Mówiła,  jakby  jej  naprawdę  na  nim  zależało. 

Jakby  za  wszelką  cenę  chciała  go  ocalić.  Czyżby 
świadomość, że może zginąć, porwany przez wzburzo-
ny  ocean,  pomogła  jej  zrozumieć,  jak  bardzo  był  jej 
drogi?- A może Callahan nie wydawał jej się już taki

background image

240      Carla Neggers

przystojny i wspaniały? Z drugiej strony, za kogo się 
uważała, zapraszając go do środka? Oferując siebie 
i swojego  ukochanego  jako zakładników?-  Zupełnie, 
jakby to ona dyktowała tu warunki. Zatrzymał się, by 
wydobyć broń spod płaszcza, chciał, by w razie czego 
była gotowa do wystrzału. Czyżby naprawdę uważała 
go za głupca, który nie wykorzysta swej ewidentnej 
przewagi? Który zostanie na deszczu, zamiast zabić 
ich  obydwoje,  rozgościć  się  w  chacie  i  przeczekać 
huragan z filiżanką gorącej herbaty w ręku?

Przecież  mógł  ich  zastrzelić  bez  przeładowywania. 

Pif,  paf.  Tak  po  prostu.  Właśnie  tak  należało  od 
początku zrobić. Nie  czekać, aż  huragan  załatwi spra-
wę. Należało pozbyć się ich jak najprędzej i to właśnie 
zamierzał uczynić. Dlatego korzystając z niemal zero-
wej  widoczności,  ruszył  w  kierunku  domku,  z  rewol-
werem wycelowanym przed siebie, gotowy do oddania 
strzału, gdyby zaistniała taka potrzeba.

Gwałtowny  podmuch  wiatru  niemal  wyrwał  fron-

towe  drzwi  z  zawiasów,  na  szczęście  Hank  przewi-
dział to i zabezpieczył je haczykiem, by w razie czego 
nie odsłoniły go niepotrzebnie. Przykucnął na podłodze, 
aby  nie  znaleźć  się  na  linii  ognia.  Prancer 
prawdopodobnie  wciąż  znajdował  się  w  krzakach  z 
boku  chaty,  ale  domyślali się,  że  jednak  zaryzykuje  i 
zechce  wejść  do  wewnątrz,  by  nie  narażać  się  na 
porwanie  przez  wiatr  czy  przygniecenie  pniem  lub 
konarem drzewa. Tak więc zabawa w kotka i myszkę 
prawdopodobnie  dobiegła  końca.  Hank  czekał  w 
drzwiach, trzymając wiosło w jednym ręku, w dru-

background image

Huragan na wyspie

241

gim  zaś  nóż  kuchenny.  Nagle  dobiegł  go  dźwięk 
wystrzału. Nie zdziwił się jednak ani trochę, bo polecił 
wcześniej  Antonii,  aby  uchyliła  tylne  drzwi.  Jak  się 
spodziewali, Prancer nawet nie zaczekał, kto się w tych 
drzwiach ukaże. Oznaczało to przynajmniej tyle, że 
nie brakowało mu amunicji.

Na  wszelki  wypadek  Antonia  trzymała  na  gazie 

garnek gotującej się wody. Gdyby Hankowi nie udało się 
zatrzymać Roberta w drzwiach, miała oblać napastnika 
wrzątkiem. Była lekarką, wiedziała więc, w jaki sposób 
oblać, aby spowodować jak największe straty. Jednakże 
z zawodu powołana do uśmierzania bólu, a nie do jego 
zadawania, zdecydowała się użyć wrzątku tylko w sytua-
cji bezpośredniego zagrożenia życia.

Hank  wyszedł  na  zewnątrz.  Gdy  tylko  pokonał 

schody prowadzące z werandy, jego stopy znalazły się 
po kostki w płynącej w nieokreślonym kierunku wo-
dzie.  Wiatr  smagał  go  ciężkimi  kroplami  deszczu, 
jednak nawet te kiepskie warunki można było wyko-
rzystać do swego celu. Szum, hałas, kiepska widocz-
ność, pośpiech. Robert Prancer nie miał łatwego zada-
nia. Hank przeszedł za róg domu, w kierunku tylnego 
wyjścia, kryjąc się za krzakami liliowców.

- Antonia! Ty suko! - zawołał z całkiem niedaleka

Robert. - Chodź tu, chcę ci przystawić lufę do głowy.
Chcę, żeby twój superman patrzył, jak mdlejesz z prze
rażenia. Słyszał, jak błagasz o litość.

Hank zacisnął zęby i mocniej uchwycił wiosło oraz 

trzymany w ręku nóż.

- Boję się - odpowiedziała Antonia. - Ale nie ciebie,

tylko huraganu.

background image

242      Carla Neggers

Doskonale, mów do niego, wciągnij go do roz-

mowy, pochwalił ją w duchu Hank. Odchylił ociekają-
ce wodą liście bzu, by rozejrzeć się po okolicy. Jakieś 
dziesięć metrów od tylnego wejścia od domu spo-
strzegł przemieszczający się kawałek jaskrawoniebies 
kiego brezentu. Nie ulegało wątpliwości, że był to 
Prancer. Materiał miał go zapewne chronić przed 
deszczem, jednocześnie wyraźnie przeszkadzał w po-
ruszaniu.

- Wyjdź,  żebym  mógł  cię  zobaczyć  -  zażądał 

Robert. - Mam mnóstwo naboi, jesteście przegrani.

- Dobrze...
- Zaraz. Zaczekaj. - Niebieska postać zatrzymała 

się  niespodziewanie.  -  Gdzie  jest  Callahanś-  Twój 
ukochany eks-mapr^ Każ mu się odezwać!

- Już wychodzę, Robercie...
- Kazałem  ci  zaczekać.  Nie  ma go  tam,  prawda? 

Oszukałaś mnie, ty zdziro!

Gwałtownym  ruchem zrzucił  z ramion  brezent i 

rzucił  się  biegiem  w  kierunku  chaty,  rozbryzgując 
naokoło  wodę.  W  jego  prawej  dłoni  lśnił  rewolwer. 
Hank błyskawicznie wyskoczył zza krzaka bzu. Pran-
cer zauważył go i od razu wystrzelił, celując nie w 
niego, ale w tylne drzwi. Antonia miała być w domu, 
pilnować gotującej się wody. Hank miał nadzieję, że 
trzymała się ustaleń. Rzucił się na szaleńca, uderzył go 
wiosłem z całej siły w splot słoneczny. Ten zachwiał 
się, więc Hank skorzystał z okazji i wytrącił mu z ręki 
broń.  Jednak  jakimś  cudem  bandyta  utrzymał  się na 
nogach, a nawet zdążył sięgnąć po nóż. Ale Antonia 
błyskawicznie zbiegła po schodach i nadepnęła mu na

background image

Huragan na wyspie

243

lewą stopę - tę samą, którą przed paroma tygodniami 
opatrywała. Zawył z bólu i upadł na kolana, gubiąc 
przy tym nóż.

- Wstawaj!  -  nakazał  Hank,  sięgnął  po  leżący

w  kałuży  rewolwer  i  wycelował  go  w  Prancera.
- Wstań i podnieś ręce, żebym je widział.

Robert podniósł się i posłusznie wyciągnął ręce ku 

górze, uśmiechając się przy tym pogardliwie. Był blady 
z bólu, ale wydawało się, że w ogóle nie zdaje sobie 
z tego sprawy.

- Nie  zabijesz  mnie.  To  by  przekreśliło  twoje

szanse w wyborach.

Hank nie zwrócił nawet na niego uwagi, tak bardzo 

niepokoił się o Antonię.

- Dobrze się czujesz?
- Dobrze. - Skinęła głową. - Nic mi nie zrobił.
Nie była to prawda. Po ramieniu spływała jej

strużka krwi, Hank spostrzegł ją kątem oka.

- Dasz radę wrócić do chaty o własnych siłach?-
Skinęła głową. Jej upór i niezależność szalenie mu

zaimponowały.

- Będziemy potrzebowali czegoś, czym da się go 

skrępować.

- Gus twierdzi, że do takich celów najlepsza jest 

szeroka taśma klejąca.

Gus miał zdecydowanie niestandardowe podejście 

do  wychowania  dzieci.  Któż  inny  uczyłby  swoich 
podopiecznych, jak najlepiej obezwładnić i skrępować 
napastnika?

Hank poczekał, aż Antonia zniknęła w drzwiach 

domku i przytknął lufę rewolweru do pleców Prancera.

background image

244       Carla Neggers

- Idziemy - rozkazał.

Robert stracił dużo ze swej wcześniejszej buńczucz-

ności.  Szedł powoli,  kulejąc  i pojękując z  bólu.  Miał 
porwaną koszulę, zadrapaną w wielu miejscach skórę, 
bąble  na  rękach.  Z  kącika  ust  sączyła  mu  się  krew. 
Musiał przygryźć sobie wargę, bo Hank nie uderzył go 
dostatecznie mocno, by spowodować krwawienie we-
wnętrzne. Gdy znaleźli się pod dachem, Hank nakazał 
mu siąść na krześle przy kuchennym stole.

- Idź  do  diabła  -  mruknął  Prancer,  ale  wreszcie

usiadł.

Antonia przeszukała szafkę pod zlewozmywakiem 

i  znalazła  w  niej  rolkę  szerokiej  brązowej  taśmy 
klejącej.  Użyli  jej  do  unieruchomienia  więźnia.  Nie 
uszło uwagi Hanka, że przy tej okazji obejrzała Rober-
ta dokładnie, by sprawdzić, czy nie ma jakichś poważ-
niejszych obrażeń. Podziwiał ją za to, że choć pacjent 
groził jej śmiercią, potrafiła zdobyć się na tak szlachet-
ny gest.

- Kula drasnęła mi ramię - wyznała wreszcie, gdy 

usiadła na krześle po drugiej stronie stołu. - Chyba 
będę potrzebowała twojej pomocy.

- Tylko nie zemdlej, proszę. - Uśmiechnął się. -

Będziesz  musiała  mi  mówić,  co  i  jak  powinienem 
robić.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Jak się okazało, Hank nie potrzebował tak szcze-

gółowych instrukcji, jak się spodziewała. Podczas swo-
jej  kariery  pilota  brał  udział  w  tak  wielu  misjach,  iż 
nauczył się podstaw pierwszej pomocy. Na szczęście 
kula  nie  utkwiła  w  ramieniu,  ale  draśnięcie  było 
poważniejsze  niż  rana,  jaką  Prancer  zadał  Hankowi 
nożem.

- Dlaczego stałaś w drzwiach? - zbeształ ją.
- Nie stałam. Nie mam pojęcia, jakim cudem kula 

mnie dosięgła.

- Mam nadzieję, że policja się tego dowie.
Zatem był jednak zdecydowany zgłosić sprawę

policji. A tak bardzo chciała mu tego oszczędzić.

Robert,  przytwierdzony  ciasno  do  krzesła  taśmą 

klejącą, spoglądał na nich z nieskrywaną nienawiścią. 
Widać było, że cierpi, ale Antonia nie była w stanie nic 
dla  niego  zrobić.  Siedziała  na  kanapie,  skupiona  na 
czynnościach, które wykonywał Hank.

- Będziesz  patrzeć?  -  zapytał,  delikatnie  dezyn

fekując jej ranę.

background image

246      Carla Neggers

- Oczywiście.

Z podziwem obserwowała jego pewne, swobodne 

ruchy.  Był  w  stanie  się  skoncentrować,  opanować 
drżenie rąk, choć niewątpliwie denerwował się całą tą 
sytuacją.

- Powinnaś  mieć  założone  szwy  -  stwierdził,  za

bezpieczając bandaż plastrem.

Miał słuszność. Pocisk rozorał głęboko skórę, ale nie 

pozostał w środku. Nie była pewna, czy dałaby radę 
poinstruować  Hanka,  jak  należy  go  wyłuskać.  Rana 
niewątpliwie wymagała szwów, jeśli nie poważniej-
szej operacji.

- Nie wiem, czy uda nam się wydostać z wyspy, 

zanim  będzie  za  późno  na  szwy.  Ale  na  pewno 
wszystko będzie dobrze. Bardzo ci dziękuję, świetnie 
sobie poradziłeś.

- Antonia... - zawahał się, wyraźnie czymś zanie-

pokojony.

- Nie możemy w tej chwili nic więcej zrobić. A jak 

się  miewa  nasz  więzieni  -  zapytała, podchodząc  do 
unieruchomionego Prancera.

Robertowi  wyraźnie  przeszkadzały  bąble  po  uką-

szeniach komarów i kontakcie z trującym bluszczem, 
ale poza tym był w niezłym stanie fizycznym. Lewa 
stopa była zaczerwieniona, lecz uraz nie wydawał się 
poważny. Psychicznie natomiast miał się nie najlepiej. 
Gdy go krępowali taśmą, wyrzucił z siebie wszystkie 
zarzuty, jakie nosił od jakiegoś czasu w sercu. Obarczył 
ją też odpowiedzialnością za wszystko, czego dokonał 
od chwili, gdy zjawił się na izbie przyjęć ze zranioną 
stopą. W tym momencie Hank stanowczo go uciszył

background image

Huragan na wyspie

247

i odradził Antonii jakichkolwiek prób prowadzenia 
z nim rozmowy. Stwierdził także, iż od tej chwili los 
Roberta  spoczywa  w  rękach  policji  i  sądu,  oni  zaś 
powinni się skupić tymczasem na obronie przed nad-
chodzącym huraganem.

Domek Babs Winslow wytrzymał wiele nawałnic, 

ale  nie  mieli  pewności,  że  przetrwa  tę  nadchodzącą. 
Utkali  ręcznikami  szpary  pod  drzwiami,  tak  by  nie 
wdarła się nimi woda, napełnili też wszystkie dostępne 
garnki i dzbanki wodą pitną, na wypadek, gdyby miało 
jej zabraknąć. Starali się nie wyobrażać sobie, co by się 
stało, gdyby gwałtowny powiew wiatru zabrał dach. 
Nie byli już w stanie go w żaden sposób wzmocnić, 
więc pozostało jedynie czekać, ściskając mocno kciuki.

- Zdradziłaś mnie - niespodziewanie odezwał się

spokojnym  głosem  Prancer.  -  Mnie  i  swoją  profesję.
Doktor Suka. Odtąd wszyscy będą cię tak nazywać.
Powiem to głośno na moim procesie. Zostanę uniewin
niony. Wiesz o tym, prawda?-

Hank sięgnął po rolkę taśmy.

- Jeszcze jedno słowo, a zaknebluję cię - zapowie-

dział ostro.

- Odwal się. Mam cię gdzieś. Was obydwoje.
To wystarczyło, aby Hank oderwał kilkucentymet-

rowy kawałek taśmy i zakleił nim usta Roberta.

- Na pewno zostanie skazany. - Mrugnął porozu-

miewawczo do Antonii. - Słyszysz? - Uśmiechnął się 
promiennie. - Helikopter.

- Niemożliwe. Nic nie słyszę. - Znieruchomiała na 

moment. - Rzeczywiście. Początkowo sądziłam, że to 
wicher tak hałasuje. Może użyjemy rac?

background image

248       Carla Neggers

Gdy  wybiegli  na  werandę,  okazało  się,  że  śmig-

łowiec wisi już nisko nad wyspą.

- To  straż  nabrzeżna  -  oznajmił  z  wyraźną  ulgą 

Hank.

- Pewnie Carine wszczęła alarm.
- Tyler też.
- Przecież jest na Florydzie...
- Jeśli  tylko  znalazł  sposób,  by  się  wkręcić  do

tutejszego oddziału  ratunkowego, to  pewnie jest bli-
żej, niż sądzisz.  -  Otworzył  drzwi  chaty.  -  Już  nie-
długo z przyjemnością przedstawię ci mojego serdecz-
nego przyjaciela, sierżanta Tylera Northa! - zawołał 
do Prancera.

- Hank, postawiłam cię w bardzo niezręcznej sytua-

cji... - szepnęła.

- Sam siebie  w  niej  postawiłem  -  sprostował.  -

Zrobiłem  to,  co  uznałem  za  stosowne  i  niczego  nie 
żałuję.  -  Objął  ją  ramieniem.  -  A  więc,  pani  doktor, 
będzie  pani  chyba  jednak  musiała  się przelecieć  heli-
kopterem.

- Wyobraź  sobie,  że  tym  razem  nie  mam  nic 

przeciwko temu. - Uśmiechnęła się. - To lepsze, niż 
pozostawanie tu w czasie huraganu. Ale policji i twoim 
wyborcom nie spodoba się, że kandydat na senatora 
został ugodzony nożem.

- Mnie  się  to  też  nie  podoba.  Ani  to,  że  pewna 

lekarka została postrzelona.

Chwilę po tym, jak śmigłowiec straży nabrzeżnej 

wylądował na plaży nieopodal chaty, okazało się, że 
przeczucia  nie  myliły  Hanka  i  Tyler  North  zdołał 
załatwić sobie miejsce wśród załogi ratunkowej.

background image

Huragan na wyspie

249

- Zdaje  się,  że  nigdy  nie  przestaniesz  mi  tego 

wypominać - stwierdził Hank, podając dłoń niewyso-
kiemu, ale mocno zbudowanemu blondynowi.

- Nigdy  -  odpowiedział  z  uśmiechem  tamten.  -

Antonia, dasz radę dojść sama, czy potrzebujesz noszy?

- Dam radę.

Za  chwilę jednak  stwierdziła,  iż  przeceniła swoje 

możliwości, więc szybko przynieśli jej nosze i zabrali 
ją  do  wnętrza  helikoptera.  W  tym  czasie  jeden  ze 
strażników pilnował Roberta, którego doprowadzono 
do śmigłowca tuż przed odlotem.

Na szczęście,  wyczerpana psychicznie  i  fizycznie 

Antonia  zapadła  w  sen  na  cały  czas  trwania  lotu 
helikoptera z wyspy na stały ląd.

Tyler zniknął, jeszcze zanim huragan uderzył z peł-

ną siłą.

- Ożeń  się  z  Antonią  -  poradził  na  odjezdnym 

Hankowi. - To pozwoli Gusowi zapomnieć, że obiecał 
mnie zamordować.

- Ale Carine...
- Nic jej nie będzie. Przecież nie chciałaby stać swej 

siostrze na drodze do szczęścia. Nie powinieneś mieć co 
do tego żadnych wątpliwości.

- Jest tutaj ?
- Tak. Gus zresztą też.
Jak się spodziewał, Tyler chciał uniknąć niezręcznej 

sytuacji,  dlatego  tak  szybko  się pożegnał.  Wolał  nie 
spotkać się z byłą narzeczoną i jej opiekunem, wyso-
kim, niecierpliwym, a teraz też parskającym ze złości 
pięćdziesięciolatkiem.

background image

250      Carla Neggers

Antonia  najpierw  zażądała  porządnej  aptteczki 

pierwszej  pomocy,  a  naststępnie  sama  sobie  założyła 
szwy, choć rodzina próbowała ją od tego odwieść. Nie 
chciała  jednak  nikogo  słuchać,  twierdząc,  że  przecież 
jest to jej chleb  powszedni i  zna się na tym jak  mało 
kto.  Potem  została  przesłuchana  przez  policję  i  choć 
żartowała,  że  mogła  się  wykręcić,  udając  kolejne 
omdlenie,, poradziła sobie ze szcze-gółowymi pytaniami 
zasskakująco  dobrze,  odpowia-dając  w  sposób 
rzeczowy i opanowany. Jak się okazało, Carine poszła 
do mieszkania siostry,  gdzie znalazła pociętą bieliznę.. 
Przerażona, zgłosiła to na policję, która zebrała dowody 
i  dotarła  dzięki  nim  do  Roberta  Prancera.  Sąd 
błyskawicznie  wydał  makaz  przeszukania  jego 
mieszkania, w  którym  z  kolei  wisiały dziesiątki  zdjęć 
Antonii,  a  także  kilka  fotografii  Hanka.  Większość  z 
nich pomazana była czerwoną farbą.

- I wtedy dotarło do naas, w jakim jesteście niebez

pieczeństwie  -  dokończyłła  Carine,  gdy  siedzieli  przy
stoliku  w  miejscowej  reststauracji,  dokąd  udali  się,  by
przeczekać  huragan,  jako  że  było  już  za  późno,  aby
wyruszyć w dalszą drogę.

- Tyler zadzwonił do Gusa. Drań jeden - dodała.
Hank podejrzewał, że  nikt nie uświadomił Carine,

iż Tyler brał udział w akcji ratunkowej.

- Trzeba było się schować w górach -  zauvważył z 

niezadowoleniem stryj, f pijąc gorącą czekoladę. - Co ty 
wiesz  o  oceanie?-  W  górach  przynajmniej  mogllibyś-my 
pchnąć tego wariata p prosto w przepaść.

- Kochany jesteś, Gus.  - Uśmiechnęła się Anttonia.

background image

Huragan na wyspie

251

- Ale  przyznaj,  że  Hank  i  ja  świetnie  sobie  z  nim
poradziliśmy.

- Taaak... Ty i Hank.

Carine uniosła kieliszek z różowym drinkiem.

- Uważam, że wspaniała z was para. Lekarka z izby 

przyjęć  i  senator.  Ładnie  brzmi,  prawda?  A  więc  za 
jesienny ślub w rodzinie Winterów.

- Carine! - zbeształa ją starsza siostra, rumieniąc 

się  gwałtownie.  -  Wszyscy  mamy  za  sobą  ciężkie 
chwile, powinniśmy więc odpocząć...

- Daj  spokój!  -  Carine  wyraźnie  szumiało  już 

trochę  w  głowie  od  alkoholu.  -  Nie  ma  się  czego 
wstydzić. Przecież wszyscy widzą, jaki Hank jest w 
tobie  zakochany.  Jak  to  się  mówi,  Gus?  O,  wiem, 
świata poza tobą nie widzi.

- Jak ktoś tak paple, jak ty, mówi się o nim, że jest 

wstawiony - wtrącił się stryj. - Przystopuj trochę.

- Twoja  siostra  ma  rację  -  przyznał  Hank,  po-

chylając się ku Antonii. - Jestem w tobie zakochany 
i świata poza tobą nie widzę.

- Kręci  mi  się  w  głowie.  -  Roześmiała  się.  -  To 

pewnie przez te lekarstwa. - Puściła do niego oczko.
- No dobrze, ja też cię kocham. Zakochałam się w tobie
w chwili, gdy po raz pierwszy spotkałam cię w chacie
Carine. Pamiętasz, stałeś wtedy przy kominku...

- Pewnie, że pamiętam. Od razu wiedziałem, co się

święci. Poznałem to po twoich maślanych oczach
- zażartował.

- Kocham szczęśliwe zakończenia - przyznała Ca-

rine i zaczęła chichotać.

- Wystarczy nam już tych różowych drinków

background image

252      Carla Neggers

- zawołał do barmana Gus. - Jak już wyznaczysz datę 
ślubu,  masz  się  jej  trzymać,  rozumiesz?  -  zwrócił  się 
surowym tonem do Hanka. - Nie zamierzam składać 
do kupy kolejnego złamanego serca.

Huragan Hope stracił znacznie na sile, nim ostatecz-

nie dotarł do Cape Cod, zatem nie dokonał większych 
zniszczeń poza  lokalnymi  podtopieniami,  połamany-
mi drzewami i kilkoma zaginionymi łodziami. Ratow-
nicy i strażacy, którzy czekali na rozwój sytuacji w 
knajpce,  rozeszli  się  do  swych  obowiązków,  zatem 
Winterowie  i  Hank  pozostali  tam  sami.  Właściciel 
zafundował  im  pyszne  kanapki,  a  gdy  się  posilili, 
oznajmił, że w przedsionku pełno jest dziennikarzy i 
fotoreporterów.

- To  na  pewno  z  mojego  powodu  -  wyraźnie

ucieszył się Gus.

Carine,  która  zasnęła  na  ramieniu  stryja,  jakby 

znów była małą dziewczynką, przebudziła się i wymie-
rzyła mu sójkę w bok.

- Nie  jesteś  taki  zabawny,  jak  by  ci  się  mogło

wydawać.

Antonia zdawała sobie sprawę, że próbowali ją w 

ten  sposób  rozluźnić  przed  czekającym  ją  trudnym 
sprawdzianem.  Choć  kiepsko  im  to  szło,  była  im 
niesłychanie wdzięczna.

- Chyba  będę  musiał  odbyć  zaimprowizowaną 

konferencję prasową- stwierdził Hank, odgarniając jej 
kosmyki włosów z twarzy.

- Będą chcieli poznać wszystkie szczegóły - wes-

tchnęła zrezygnowana.

- To żaden problem. Z przyjemnością opowiem

background image

Huragan na wyspie

253

im, jak to wyruszyłem na odsiecz ukochanej kobiecie, 
która znalazła się w trudnej sytuacji. - Pocałował ją 
w czoło. - Chcesz iść ze mną?

- Z tobą?- Uśmiechnęła się ciepło. - Zawsze.