background image

ANNA KŁODZIŃSKA

„Nietoperze”

Rozdział 1

- Uważaj! - powiedział Trzeci. Ton jego głosu był ostrzegawczy, ale 

spokojny.

Szósty   siedział   nieruchomo,   ręce   wciąż   jeszcze   trzymał   na 

kierownicy, chociaż stali w tym zagajniku od kilku minut. Oczywiście, 

mógł ustąpić, dotychczas zawsze tak robił. Co prawda Trzeci nie był jego 

bezpośrednim przełożonym, tym niemniej w układzie sił liczył się prawie 

tak jak Pierwszy. Zresztą Pierwszego widywano tak rzadko, że... No nie, 

zapomnieć o nim nikt nawet nie próbował.

Ale dzisiaj Szósty nie chciał ustąpić. Jego kanciasta twarz z mocno 

zarysowaną szczęką wyrażała zdecydowany upór.

- Na co czekamy? - burknął.

- Ja już swoje powiedziałem. Zawracaj.

- W żadnym wypadku. Chcesz tam wracać, to wysiądź z wozu. Na 

szosie   złapiesz   kogoś,   kto   cię   podwiezie.   Zresztą   możesz   iść   pieszo   - 

uśmiechnął się złośliwie.

- Uważaj! - powtórzył Trzeci. Siedział obok niego trochę skulony, 

przeszkadzały   mu   długie   nogi.   Patrzył   jakby   przed   siebie,   ale   Szósty 

background image

wiedział, czuł to, że wzrok tamtego nawet przez sekundę nie omija jego 

twarzy.   Ón   sam   nawet   nie   musiał   spoglądać   w   prawo.   Od   dawna 

zakodowane miał w pamięci te regularne rysy, pięknie osadzoną głowę i 

oczy   koloru   ciemnego   piwa.   Oczy   mordercy.  Tak   przynajmniej   Szósty 

myślał, bo to i owo wiedział.

- Za dobrze cię znam - powiedział. Natychmiast pożałował tych słów. 

Kropelki potu wystąpiły mu na nosie i brodzie.

Trzeci   zmrużył   tylko   oczy,   uśmiechnął   się.   Lewą   rękę   wsunął   w 

kieszeń płaszcza. I gdyby Szósty rzeczywiście dobrze go znał, przeraziłby 

się tego ruchu.

-   Zawracaj!   -   W   głosie   brzmiała   teraz   groźba.   Szósty   wzruszył 

ramionami. Przekręcił kluczyk w stacyjce, srebrzyste audi bezszelestnie 

potoczyło się z wolna w kierunku szosy, z każdą chwilą oddalając się od 

Warszawy.   Wtedy   Trzeci   błyskawicznie   wyszarpnął   rękę   z   kieszeni. 

Tłumik   przygasił   odgłos   strzałów.   Czaszka,   trafiona   z   odległości   może 

piętnastu   centymetrów,   rozprysła   się.   Trzeci   zahamował   wóz,   schował 

pistolet,   sięgnął   na   tylne   siedzenie   po   brązową   torbę,   wyszedł   z 

samochodu i rozejrzał się. W zagajniku, gęsto zarośniętym świerkami i 

krzakami  dzikiego   bzu,  nie  dostrzegł nic,   co  wzbudziłoby  jego  obawę. 

Ranek   był   wczesny,   pogodny,   jesień   dopiero   nadchodziła,   początek 

września. Wiedział, co powinien teraz zrobić, choć wymagało to pewnego 

wysiłku i opanowania nerwów. Sił, nie tylko fizycznych, miał sporo, a 

nerwy   od   dawna   umiał   trzymać   na   wodzy.   Usiadł   więc   znowu   obok 

zabitego   i   ostrożnymi   ruchami   zaczął   go   obszukiwać.   Doskonale 

orientował się, czego szuka; nie interesowały go pieniądze ani paszport.

Nagle, instynktem raczej niż wzrokiem i słuchem, wyczuł, że grozi 

background image

mu niebezpieczeństwo. Wysunął się z wozu. Tak, nie mylił się. Przez las 

szli ludzie. Dwóch, może trzech. Jeszcze byli daleko, ale zbliżali się w 

jego   kierunku.   Słyszał   już   głosy,   rozmawiali,   śmieli   się,   pokrzykiwali. 

Zmarszczył brwi. Nie zdążył znaleźć tego, czego szukał. To źle, bardzo 

źle. Ale trudno, musi stąd odejść jak najprędzej. Zdjął płaszcz, zwinął, 

wpakował   do   torby.   W   sportowym   ubraniu,   opalony,   z   aparatem 

fotograficznym   przez   ramię,   wyglądał   jak   turysta.   Szybkimi   krokami 

oddalał się od samochodu, po kilkunastu minutach znalazł się na szosie. 

Podniesieniem   ręki   i   uśmiechniętą   twarzą   zatrzymał   fiata   126p, 

prowadzonego przez dziewczynę.

Sama. To dobrze - pomyślał. Mówił po polsku bez obcego akcentu, 

jeżeli się starał; teraz musiał. Jechała do Warszawy. Raczej z nudów niż z 

ciekawości spytała,   co  się  stało,  że  o  tak   wczesnej  godzinie   wypatruje 

„okazji”. Odparł, że zabrał się ze znajomymi, ale mogli go dowieźć tylko 

do tego miejsca, dalej skręcali na boczną drogę.

Widział, że od czasu do czasu spogląda na niego z wyraźną sympatią. 

Znał takie spojrzenia, znał też wartość swojej urody i wykorzystywał ten 

atut w razie  potrzeby. Zwłaszcza w kontaktach  z kobietami. W trakcie 

banalnej, przyjaznej rozmowy spytała: - Pan jest leworęczny?

Pomyślał,   że   spostrzegawcza,   to   go   zaniepokoiło.   Odparł,   że 

chwilowo posługuje się lewą ręką, bo prawą miał złamaną i jeszcze boli. 

Wyraziła   umiarkowane   współczucie.   Swego   czasu   drażniła   go   ta 

leworęczność,   w   szkole   niektórzy   wyśmiewali,   przezywali.   Starał   się 

wyrobić   również   prawą   rękę,   ale   mu   nie   wychodziło.   Potem   ktoś 

powiedział, że leworęczny był prezydent Ford i jeszcze paru dostojników, 

co miało stanowić pociechę. Z czasem przyzwyczaił się do tej inności, już 

background image

mu nie przeszkadzała.

*

Minęło   pół   godziny.   W   porzuconym   samochodzie,   zwinięty   na 

przednim   siedzeniu,   leżał   zabity   człowiek.   Ludzie,   którzy   szli   lasem, 

ominęli srebrzyste audi; nie stało im na drodze, nie wiedzieli w ogóle o 

jego istnieniu. Wkrótce jednak w pobliżu znalazł się ktoś, kto przemierzał 

zagajnik z owczarkiem alzackim, czujnym i wytresowanym.

Sierżant   sztabowy   Strzałkowski   miał   wolny   dzień.   Przez   dwie 

ubiegłe doby pomagali - on i pies - w tropieniu grupy włamywaczy, która 

za wszelką cenę usiłowała wykołować pościg. Późnym wieczorem „Trax” 

dopadł   ich   w   starym   wykopie   kanalizacyjnym,   a   wykonawszy   swoje 

zadanie, szturchnął zadowolonym pyskiem rękę przewodnika. W nagrodę 

dzisiaj obaj pozwolili sobie na długi spacer po lesie. Nie było im jednak 

dane zakończyć go spokojnie.

Zareagowali jednocześnie; przyśpieszyli kroku. „Trax” zjeżył sierść i 

węszył ostrożnie, w skupieniu. Sierżant rozgarnął gałęzie, znalazł się przy 

samochodzie.

- No! Ładny gips - mruknął.

Pies stał na sztywnych nogach, potem zaskomlił cicho. Przewodnik 

wciągnął   rękawiczki,   otworzył   przednie   drzwi,   przyjrzał   się   i   zagryzł 

wargi. Zrobiło mu się niedobrze. Zatrzasnął drzwiczki, przez kilka sekund 

zastanawiał   się,   co   robić.   Był   sam,   nie   miał   radiotelefonu,   należało 

natychmiast zawiadomić kolegów z kryminalnego, ale należało również 

zostać przy samochodzie. W końcu wybrał to pierwsze: wybiegł na szosę, 

zaznaczając w myśli miejsce, gdzie stało audi.

Zatrzymał zielonego volkswagena z oficerem Wojska Polskiego za 

background image

kierownicą, w paru słowach wytłumaczył, w czym rzecz, wskoczyli do 

wozu   razem   z   „Traxem”.   Do   Warszawy   nie   mieli   daleko,   kilkanaście 

kilometrów.

Minęła jeszcze godzina. Przy samochodzie w zagajniku było teraz 

rojno. Sierżant Strzałkowski i „Trax” z zaciekawieniem przyglądali się z 

boku czynnościom dwóch ekspertów z Zakładu Kryminalistyki Komendy 

Głównej MO. Zainteresowanie wzbudzali nie tyle ludzie, ile obsługiwany 

przez nich aparat. Sierżant wiedział, że użyto tutaj termowizora; trochę go 

dziwiła   niecodzienność   milicyjnych   czynności,   pomyślał   jednak,   że 

widocznie   morderstwo   tego   człowieka   w   wozie   z   rejestracją   RFN   ma 

jakieś specjalne znaczenie.

- Jak sądzicie, ile czasu minęło? - spytał major Szczęsny.

- Do dwóch godzin - odparł jeden z ekspertów. - Jeszcze chwyci.

- Wóz jest nagrzany - dorzucił jego kolega. - Ale gdzieś za piętnaście 

minut byłoby już za późno.

Posługiwali się urządzeniem AGA - Thermovision 750 szwedzkiej 

produkcji, mieli też kolorowy monitor.

-   Nawet   dość   wyraźnie!   -   rzekł   ekspert-kapitan   z   satysfakcją   w 

głosie. - Obok kierowcy siedział człowiek wysoki, szczupły, w płaszczu, 

bez   nakrycia   głowy.   Pistolet   w   kieszeni,   ogrzany   wskutek   oddania 

strzałów.

-   Kiedy   dostanę   zdjęcia?   -   upomniał   się   Szczęsny.   Jeszcze   nie 

dotykał   niczego   wewnątrz   wozu,   termowizja   była   najważniejsza,   miała 

ściśle ograniczony czasem zasięg działania.

- Jutro.

- Na tylnym siedzeniu nikogo?

background image

- Raczej nie.

- Co to znaczy: raczej?

Oficer wzruszył ramionami.

- Mogło tam siedzieć całe stado - odparł cierpko. - Ale nie w ciągu 

ostatnich paru godzin. Zajmij się nieboszczykiem, może ci powie, jak się 

nazywa zabójca.

-   Może   mi   powie   -   Szczęsny   przytaknął,   nie   przyjmując   do 

wiadomości ironii. - Nie takie rzeczy mówili.

Rozejrzał   się   za   Połońskim,   przywołał   go   ruchem   głowy.   Tamci 

skończyli zdjęcia, po chwili wóz techniczny odjeżdżał powoli w kierunku 

szosy. „Trax” odprowadził termowizor wzrokiem pełnym aprobaty.

Ekipa   dochodzeniowo-śledcza   przystąpiła   do   pracy.   Każdy 

wykonywał   to,   co   do   niego   należało:   wszelkiego   rodzaju   ślady, 

daktyloskopia,   zdjęcia   -   całe   mnóstwo,   opis   samochodu,   układ 

protektorów opon, wgłębienia od kół na trawie, wyraźny odcisk butów, 

zmierzający do szosy. Lekarz medycyny sądowej obejrzał i obmacał to, co 

zostało   z   rozstrzelonej   czaszki,   pobieżnie   zbadał   resztę   ciała.   Sekcja 

wykaże...   i   tak   dalej.   Znaleźli   dwa   pociski   i   dwie   łuski.   Jeden   pocisk 

przebił   czaszkę,   potem   szybę   obok   kierowcy   i   utkwił   w   najbliższym 

drzewie; drugi uwiązł w drzwiczkach.

- Kaliber dziewięć - mruknął kapitan Połoński.

- Łuski, pociski - zastanawiał się Szczęsny. - Nie zależało mu na 

zatarciu śladów. Chyba się śpieszył. Szukał czegoś przy denacie, rozpiął 

mu płaszcz, marynarkę.

- Kierowca mógł sam się porozpinać, bo mu było gorąco.

- Mógł. Ale patrz, tutaj... guzik urwany, wisi na jednej nitce. Przy 

background image

marynarce nadszarpnięta kieszeń. To świeże rozdarcie. Gość nie wygląda 

na   obszarpańca,   te   rzeczy   są   w   bardzo   dobrym   gatunku,   czyściutka 

koszula, elegancki krawat.

Wyjął   zabitemu   z   bocznej   kieszeni   portfel,   pochylił   się   nad 

dokumentami.   Paszport   z   Republiki   Federalnej   Niemiec,   polska   wiza 

wjazdowa, termin pobytu nie przekroczony. Parę fotografii: jakaś” willa w 

ogrodzie,   samochód,   kilka   osób   -   jakby   rodzina.   Dwa   tysiące   marek 

zachodnioniemieckich,   sto   dwadzieścia   dolarów   i   prawie   trzydzieści 

tysięcy polskich złotych. Jeszcze trochę drobiazgów, wykorzystany bilet 

do kina w Warszawie, rachunek z hotelu „Victoria” za czterodniowy pobyt. 

W płaszczu paczka chesterfieidów, brakowało dwóch papierosów.

- Werner Kirshwaid, obywatel RFN - Połoński porównał zdjęcie z 

twarzą, a raczej próbował to zrobić, gdyż była tylko zakrwawioną maską - 

czterdzieści   sześć   lat.   Czekaj,   tu   jest   jeszcze...   -   Wyciągnął   z   portfela 

wizytówkę.   -   jakaś   firma   budowlana,   a   on   tam   jest,   to   znaczy   był, 

inżynierem.   Ciekawe,   kto   go   uziemił.   Chyba   nie   złodziej,   bo   zostawił 

najcenniejsze: portfel, pieniądze, złoty sygnet i zegarek.

- W bagażniku jest walizka - dorzucił technik od daktyloskopii. - 

Piękna rzecz! Z czarnej skóry, metalowe okucia. No i wspaniałe audi.

-   W   tym   gęstym   zagajniku   morderca   nie   mógł   zostać   nagle 

spłoszony, bo gdyby ktoś go nakrył, nie zdążyłby uciec. A że nie widzę 

tutaj   drugiego   trupa   -   Połoński   rozejrzał   się   jeszcze   raz,   na   wszelki 

wypadek - można sądzić, że zabójcy nie interesowały dobra materialne. 

Jeżeli   rzeczywiście   czegoś   szukał   przy   zwłokach,   pewnie   znalazł   i 

spokojnie odszedł; Ślady butów prowadzą do szosy, ale któż nam zaręczy, 

że są to jego buty?

background image

Kiedy   już   wszystkie   czynności,   obowiązujące   w   takiej   sytuacji, 

zostały   wykonane   i   można   było   ciało   zabitego   umieścić   w   „latającej 

trumnie”,   jak   nazywali   specjalną   nysę,   Szczęsny   pokonując   odruchy 

wstrętu   oczyścił  szybę  i kierownicę,  po  czym  zapuścił  silnik.  Połoński 

usadowił   się   obok   niego,   reszta   pojechała   wozem   technicznym.  Audi 

zawarczało cicho, po chwili znaleźli się na szosie do Warszawy.

*

Następnego   dnia   po   południu   obaj   oficerowie   siedzieli   w   swoim 

pokoju   służbowym   w   Stołecznym   Urzędzie   Spraw   Wewnętrznych   i 

przyglądali się zdjęciom. Na biurku Szczęsnego leżał ich cały stos, osobno 

te z termowizora, osobno - wykonane przez własnego technika.

Maszyna   śledcza   od   wczoraj   pracowała   na   pełnych   obrotach.   Na 

adres owej firmy budowlanej w RFN, a także na prywatny adres denata 

zostały   wysłane   telegramy   oględne   w   treści,   zwłaszcza   ten   drugi.   Z 

paszportu nie wynikało, czy Werner Kirshwald ma jakąś bliską rodzinę, ale 

gdyby   ją   miał,   nie   należało   brutalnymi   słowami   odkrywać   z   miejsca 

strasznej   prawdy,   na   którą   zawsze   będzie   czas.   Otworzono   i   zbadano 

dokładnie czarną walizkę, jednakże jej zawartość, choć bogata i gustowna, 

nie   nasunęła   nic,   co   mogło   być   wskazówką   w   śledztwie.   Bielizna, 

wizytowe   ubranie,   dwie   pary   butów,   przybory   toaletowe   w   wysokim 

gatunku, prospekty wspomnianej już firmy, różne drobiazgi.

Jednakże w trakcie dokładnego badania odzieży, którą denat miał na 

sobie   w   chwili   zabójstwa,   pracownik   laboratorium   kryminalistycznego 

natrafił   -   macając   podszewkę   marynarki   -   na   mały,   twardy   i   płaski 

przedmiot,   coś   jakby   wizytówkę   oprawioną   w   metalową   ramkę.  Wyjął 

więc tę rzecz wielkości miesięcznego biletu lub nieco mniejszą, obejrzał, 

background image

zamyślił   się,   a   potem   zaniósł   do   pokoju,   gdzie   siedzieli   Szczęsny   Z 

Połońskim.

- Miał to zaszyte pod podszewką - rzekł zwięźle, kładąc przedmiot 

na biurku. - Zbadajcie sami, ja mam i tak dość roboty.

-   A   my   to   nie?   -   mruknął   kapitan.   Wziął   do   ręki   tajemniczą 

wizytówkę czy co to tam było, przypatrzył się. Szczęsny spojrzał mu przez 

ramię, w jego czarnych oczach błysnęło zaciekawienie.

- Daj!

Całość, pokryta szczelnie przylegającą folią, mieściła się swobodnie 

na dłoni.  Biały  papier, oprawiony  nie wiadomo  dlaczego w ramki,  był 

idealnie czysty - żadnego napisu, nazwiska czy firmowego znaku. Major 

obracał go w ręku, delikatnie pomacał, folia ugięła się lekko. Przesuwał 

palcami po oprawce, szukając jakiegoś zaczepienia, sprężynki lub otworu. 

Nie znalazł. Wziął więc scyzoryk i ostrożnymi ruchami ściągnął folię.

- Ki diabeł? - powiedział Połoński z zainteresowaniem. - Zdejmij 

ramkę. Tam coś musi być w środku.

Metal z początku stawiał opór, potem raptownie oprawka otworzyła 

się i na biurko wypadł złożony na pół arkusik papieru. Szczęsny rozpostarł 

go,   zobaczył   napis.   Mikroskopijne,   lecz   bardzo   wyraźne   litery,   pisane 

chyba na najmniejszej maszynie świata.

- Po angielsku - stwierdził kapitan. - Tłumacz, ty się na tym znasz.

-   Poczekaj.   Więc   tak.   „Smali   nocturnal   mammal   of   the   order 

Chiroptera, resembling a mbuse...” Cóż to za historia?

- Tłumacz, nie wydziwiaj!

- „Mały nocny ssak z gatunku Chiroptera”, nie wiem co to znaczy...

- Nie komentuj, tłumacz, mówię!

background image

- „...z gatunku Chiroptera, podobny do myszy, z przypominającymi 

skórę skrzydłami”... Czekaj, bo zapomniałem słowa. Aha, już wiem. Więc 

dalej: „składającymi się z błony, rozciągającej się od szyi poprzez przednie 

kończyny i wydłużone palce”... Jakaś cholerna zoologia! „...palce, wzdłuż 

boków ciała aż do kończyn tylnych i ogona”. Koniec.

- Rozumiesz co z tego?

-   Przecież   to   jest   opis   nietoperza.   -   Major   podszedł   do   szafy, 

pogrzebał, wyciągnął starą, mocno sfatygowaną encyklopedię. Przerzucił 

kilkanaście stron. - O, jest! „Chiroptera, rząd nietoperzy, obejmuje około 

750 gatunków ssaków” i tak dalej.

- Po jaką cholerę facet tak starannie ukrył treść, którą można znaleźć 

w każdym podręczniku przyrody czy w encyklopedii?

- Nie mam pojęcia. Słuchaj, to jest chyba sprawa dla kontrwywiadu.

- Myślisz, że to jakiś szyfr?

- Na to wygląda.

*

Ale   kontrwywiad   po   kilku   dniach   odpowiedział,   że   w   opisie 

nietoperza nie sposób dopatrzyć się jakiegokolwiek szyfru. Owszem, na 

wszelki wypadek wykonali sobie zdjęcie, jeszcze poszukają, zastanowią 

się. Osoba denata nie jest im znana.

- W takim razie - powiedział pułkownik Daniłowicz, szef wydziału 

kryminalnego SUSW - prowadzimy sprawę dalej. Czy nadeszła odpowiedź 

i Republiki Federalnej?

-   Wczoraj   -   odparł   Szczęsny,   w   gruncie   rzeczy   zadowolony,   że 

śledztwo w sprawie tajemniczego morderstwa wróciło do niego. - Firma 

pana Kirshwalda z głębokim żalem przyjęła wiadomość o śmierci swego 

background image

inżyniera, a po ciało nieboszczyka przyjedzie jego brat, Edwin Kirshwald, 

współwłaściciel tejże firmy.

- Brat... On też się odezwał?

- Nie, tylko przez firmę. Z prywatnego adresu  Wernera,  na który 

wysłaliśmy depeszę, nie przyszła żadna odpowiedź. Widać nie miał, a w 

każdym   razie   nie   mieszkał,   z   rodziną.   Względnie   mieszkał   z   tym 

Edwinem, któremu wystarczyło, że firma nas zawiadomiła.

- Kiedy przyjedzie?

- Pojutrze. Samolotem. Sądzę, że przyleci z nim również ktoś, kto 

zabierze samochód, bo trumnę z ciałem wpakują pewnie do pociągu. Nam 

już do śledztwa wóz niepotrzebny. Wszystko, czego mogliśmy się z niego 

dowiedzieć, wiemy. Zabraliśmy oba pociski i łuski, przestrzeloną szybę, 

rozmaite ślady palców, numer silnika, stan...

-   Do   rzeczy!   -   przerwał   Daniłowicz.   -   Zostaw   tę   wyliczankę. 

Pierwszy raz prowadzisz sprawę zabójstwa w samochodzie?

- Jedenasty - mruknął Szczęsny i roześmiał się. - W porządku, ja 

tylko tak. Nieboszczyk też jest zbyteczny, protokół sekcji masz przed sobą.

- Szkoda, że nic nie wiemy o nietoperzu.

- A może nie ma w tym żadnej tajemnicy? - zauważył Połoński. - 

Może jest to, powiedzmy, znak umowny towarzystwa przyjaciół nocnych 

ssaków z gatunku Chiroptera?

- Chyba się mylisz - rzekł pułkownik. - Znaków czy znaczków takich 

niewinnych stowarzyszeń nie zaszywa się pod podszewką marynarki. Po 

cóż mieliby to robić? Nie, w tym tkwi jakaś specjalna historia. Być może 

jednak dla kontrwywiadu. Ale póki co, zajmijmy się znalezieniem zabójcy 

Wernera Kirshwalda.

background image

*

Szczęsny siedział w gabinecie szefa, miał dyżur. Pałac Mostowskich 

prawie   opustoszał,   dochodziła   jedenasta   w   nocy.   Ruch   był   tylko,   jak 

zwykle,   na   stanowisku   dowodzenia;   w   poszczególnych   wydziałach 

dyżurowali oficerowie.

Od pewnego czasu polubił takie nocne, samotne godziny. Rzadko 

odzywały się telefony, koledzy nie kręcili się po pokojach, a wyjazd do 

kolejnego zabójstwa nie stanowił problemu. Jako zastępca szefa Szczęsny 

organizował ekipę, wyciągając z łóżka zaspanych delikwentów i wysyłając 

ich „w miasto”. Zresztą wyjazdy takie nie zdarzały się często.

Przeglądał   wczorajszy   biuletyn   wydarzeń,   bo   coś   go   tam 

zainteresowało, kiedy drzwi uchyliły się i zajrzał Połoński.

- Po coś przyszedł? - spytał major, nie odrywając oczu od papierów. 

Poznawali się po sposobie chodzenia, otwierania drzwi. Pracowali razem 

od kilku lat, najczęściej wspólnie nad jedną sprawą.

Kapitan   siadł   z   drugiej   strony   biurka,   zrzucił   kurtkę.   Miał   twarz 

trójkątną   jak   u   kota,   z   oczami   tak   czarnymi,   jak   tylko   możliwe;   oczy 

Szczęsnego   wydawały   się   przy   nich   zaledwie   brązowe,   co   go   trochę 

irytowało.

- Posłuchaj. - Gość niecierpliwie zmiótł z biurka wszystkie papiery i 

rozłożył na nim kilka zdjęć. - Doszedłem, zdaje się, do ważnego wniosku. 

Albo czekaj! Zrobimy inaczej.

Zerwał   się,   ustawił   na   środku   gabinetu   dwa   krzesła,   jedno   obok 

drugiego. Wyjął z żelaznej szafy swój pistolet, rozładował, odłożył na bok 

magazynek,   dla   pewności   spojrzał   w   lufę   pod   światło,   nacisnął   spust. 

Cicho   szczęknęła   iglica.   Szczęsny   przyglądał   się   temu   wszystkiemu   z 

background image

umiarkowanym zainteresowaniem, a potem powiedział:

- Na razie doszedłem do wniosku, że nie chcesz mnie zastrzelić. Po 

co te krzesła?

- Siadaj na tym z lewej strony. To jest miejsce kierowcy, rozumiesz? 

Ja obok ciebie. Jak tam, w audi. Dobra. A teraz popatrz na ruch mojej 

prawej ręki.

- Widzę. Wyjmujesz pistolet, chyba z płaszcza, termowizja pokazała, 

że zabójca miał na sobie płaszcz. I co dalej?

- Patrz uważnie. Zakładam, że kierowca nie spodziewał się strzałów, 

ale dostrzegł ruch zabójcy w ostatniej chwili. Musiał go dostrzec, bo moja 

ręka, to znaczy ręka zabójcy, wykonała w powietrzu dość duży łuk, od 

prawej strony do lewej. Denat nie mógł tego nie zauważyć, zwłaszcza że 

mamy prawo sądu, iż atmosfera pomiędzy tymi ludźmi była napięta. A 

dojrzawszy taki nagły ruch, jak myślisz, co robi? Co ty byś zrobił?

- Pewnie bym się zwrócił twarzą do tamtego. Choćby po to, aby 

zorientować się w jego zamiarach.

-  Właśnie!  Wtedy   zabójca   strzela   mu   prosto   w   twarz.  A  co   nam 

pokazały oględziny i sekcja?

- Że dostał w prawą skroń. Tam były wloty obu pocisków. No, a 

gdyby chciał wyskoczyć z wozu, uciekać?

- To by dostał w tył głowy.

- W takim razie... Czekaj! - Szczęsny zerwał się z krzesła, popatrzył 

na zdjęcia, które przecież znał niemal na pamięć, ale teraz spojrzał na nie 

jakby   innym   okiem.   -   W   takim   razie   facet   strzelał   z   lewej   ręki!   Jest 

leworęczny. Cóż ze mnie za osioł! Przecież termowizor wyraźnie pokazał, 

że pistolet znajdował się w lewej kieszeni. Nikt praworęczny by go tam 

background image

nie wkładał.

-   Widzisz   -   Połoński   uśmiechnął   się   z   zadowoleniem.   -   Jak 

powiadają, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zresztą ja też to 

przeoczyłem. - Schował broń do szafy, zamyślił się na chwilę. - Powiedz 

mi, bo nie zdążyłem wtedy zapytać, a potem zapomniałem: skąd się w 

lesie tak błyskawicznie wzięła termowizja? Przecież nie mamy jej u nas w 

laboratorium.

- Po prostu koledzy z Zakładu Kryminalistyki przyjechali z aparatem 

tu,   do   szefa,   coś   tam   omawiali,   demonstrowali.   No,   a   jak   dostaliśmy 

sygnał o morderstwie, namówiłem ich, żeby pojechali. W końcu nam też 

się  przyda  częściej niż  raz  na dwa,  trzy   lata  oglądać  to  cudo w akcji. 

Bohdan, pofatyguj się jutro na lotnisko.

- O której przylatuje ten Kirshwald?

-   Dziesiąta   czy   jedenasta,   nie   pamiętam.   Sprawdź   w   rozkładzie 

lotów. Mówisz dobrze po niemiecku, ja słabo. Przywieź go tutaj, bo...

- Razem z nieboszczykiem? - przerwał kapitan. - To zły omen.

- Nie wydziwiaj. Nieboszczyk w kostnicy. I tam najpierw zawieziesz 

Edwina Kirshwalda na rozpoznanie. Potem tu do nas na rozmowę. Może 

nam powie, kto zamordował mu brata. Jeżeli to był obcokrajowiec - dodał 

w zamyśleniu.

Połoński wzruszył ramionami.

-   Gdyby   to   był   miejscowy   przestępca,   nie   zostawiłby   portfela, 

zegarka i walizki. W to nie uwierzę. Oczywiście, nie wykluczam jakichś 

powiązań szpiegowskich, próby szantażu, czegoś w tym rodzaju. Czy w 

dalszym ciągu nic nie wiemy o ewentualnym kierowcy, który podwiózł 

potem zabójcę? Do Warszawy czy gdziekolwiek? Bo przecież nie szedł 

background image

sobie szosą, gwiżdżąc wesoło. Na pewno z kimś się zabrał.

- Jak dotąd nic. Szukają koledzy z okolicznych jednostek. Może w 

końcu ktoś się zgłosi, były komunikaty. Albo nasi natrafią. Sęk w tym, że 

nie wiemy kogo szukać. „Wysoki, szczupły”, tylko taki rysopis, czyli nic. 

No, dodajmy teraz: leworęczny. Gdybyśmy mieli stuprocentową pewność, 

byłby to ważny ślad. Ale takiej pewności też nie mamy.

*

Bohdan Połoński stał przy poruczniku Wojsk Ochrony Pogranicza i 

śledził wzrokiem podróżnych, podchodzących do kontroli paszportowej. 

Nie wiedział, jak wygląda Edwin Kirshwald; interesujące było zgadywać 

na podstawie rysów twarzy, ubrania, nawet walizek. Samolot z Frankfurtu 

nad Menem wylądował  przed  chwilą  i  pasażerowie  defilowali  z wolna 

przed funkcjonariuszami WOP.

Może ten? - myślał, patrząc na zbliżającego się tęgiego mężczyznę z 

ładnym   neseserem   podróżnym.   -   Opalony,   siwy   krótki   wąs,   okulary. 

Rozgląda się bystro, chyba kogoś szuka.

Tęgi pan odezwał się do porucznika najczystszą polszczyzną, oficer 

wziął   jego   paszport.   Połoński   zerknął.   Rodak,   z   Poznania,   inżynier   od 

Cegielskiego.

Albo   ten?   -  myślał  dalej.   -  Wysoki,   przygarbiony,  bez   kapelusza, 

płaszcz   przerzucony   przez   ramię,   chociaż   na   dworze   chłodno.   Patrzy 

spode łba, rusza szczękami, jakby coś żuł.

Wysoki zagadał szybko, gwałtownie, po włosku. Znów niewypał.

Ale   teraz   to   już   z   pewnością   on!   Ubrany   na   czarno,   twarz 

przygaszona smutkiem. Zatrzymał się, poczekał na towarzysza podróży. 

Też na czarno, jakiś zatroskany, zaaferowany, rozgląda się... Tak, to oni. 

background image

Podchodzą do kontroli.

Połoński zrobił dwa kroki w ich kierunku, spojrzał oficerowi przez 

ramię. Zgadza się.

- Przepraszam - odezwał się po niemiecku. - Pan Edwin Kirshwald?

Czarno ubrany mężczyzna podniósł na niego oczy o zapuchniętych 

powiekach, usta mu zadrgały.

- Tak - odparł cicho.

-   Jestem   kapitanem   stołecznej   milicji   -   wolał   nie   używać   trudno 

zrozumiałego dla cudzoziemca skrótu „SUSW”. - Połoński.

- Kirshwald. To pracownik naszej firmy, Bolentz. Drugi z mężczyzn 

ukłonił się sztywno, nie wyciągając ręki.

-   Chciałbym   przede   wszystkim   wyrazić   panu   najgłębsze   wyrazy 

współczucia z powodu tragicznej śmierci brata - mówił Połoński.

- Dziękuję - odparł Kirshwald. - To straszne, rzeczywiście...

W tym momencie kapitanowi przemknęło przez myśl, że przecież w 

depeszach   nie   zawiadamiali   wcale   o   śmierci,   a   jedynie   o   wypadku, 

jakiemu uległ Werner Kirshwald. Nie było jednak czasu na zastanawianie 

się,   postanowił   więc   później   to   przemyśleć.   Wopista   oddał   przybyłym 

paszporty,   celnicy   przejrzeli   pobieżnie   ich   niewielkie   torby   podróżne. 

Okazało się, że obaj mają zarezerwowane pokoje w „Victorii”.

- Chciałbym prosić o rozmowę - rzekł Połoński. - Kiedy mogę po 

pana przyjechać do hotelu?

- O rozmowę? - W głosie jakby zdziwienie, ale zaraz potem Niemiec 

kiwnął głową ze zrozumieniem. - Tak, oczywiście. Chcę się dowiedzieć 

wszystkich szczegółów i jeżeli panowie mogą mi wyjaśnić... - Spojrzał na 

zegarek. - Może, powiedzmy, za godzinę?

background image

- Dobrze. Za godzinę przyjadę pod hotel i zadzwonię z recepcji. Do 

widzenia panom.

Nie   chciał   z   góry   uprzedzać,   że   przede   wszystkim   musi   zawieźć 

Kirshwalda do kostnicy, miał nadzieję, że Niemiec sam się tego domyśli. 

Takie  wizyty  stwarzały   przykre  niespodzianki,  z omdleniem i zawałem 

serca włącznie. Wprawdzie Wernerowi sklejono jakoś czaszkę i wykonano 

„kosmetykę” twarzy, ale mimo wszystko jego wygląd pozostawiał jeszcze 

wiele do życzenia. Połoński bezwiednie pożałował Edwina; to przecież 

brat.

Na   szczęście   zniósł   to   spokojnie.   Przyjrzał   się,   dotknął   końcami 

palców skamieniałej twarzy, jakby żegnając zmarłego, westchnął ciężko i 

powiedział,   że   tak,   rozpoznaje   swego   brata   Wernera.   Wyszli   potem   z 

ponurego budynku, pojechali do Pałacu Mostowskich. Bolentz nie zabrał 

się z nimi, miał sporo formalności do załatwienia.

Daniłowicz i Szczęsny czekali na Edwina Kirshwalda niecierpliwie; 

człowiek ten  mógł im przecież  niejedno wyjaśnić. Usiedli w gabinecie 

szefa,   sekretarka   przyniosła   kawę.   Pułkownik,   rzuciwszy   okiem   na 

pobladłą twarz zagranicznego gościa, zaproponował winiak i wyjął z szafy 

butelkę węgierskiej brandy „Trois tours”, która - wedle opinii Szczęsnego 

-   stanowiła   brakujące   ogniwo   między   koniakiem   a   winiakiem.   Trzej 

oficerowie   znali   język   niemiecki   lepiej   lub   gorzej,   na   tyle   jednak,   aby 

mogli obyć się bez tłumacza:

Połoński,   starając   się   omijać   drastyczne   szczegóły,   zwięźle 

zrelacjonował, co wydarzyło się w srebrzystym audi. Edwin Kirshwald 

słuchał uważnie, chwilami tylko bolesny skurcz przebiegał mu po twarzy. 

Kiedy   kapitan   skończył   i   zapanowała   cisza,   Daniłowicz   chrząknął, 

background image

odczekał chwilę, czy nie usłyszy jakiegoś pytania, a potem powiedział:

- Będziemy tutaj, w Polsce, dalej energicznie prowadzić śledztwo, 

aby jak najszybciej wykryć i zatrzymać zabójcę pańskiego brata. Jednakże 

pomógłby nam pan w tym, gdyby pan zechciał zastanowić się, pomyśleć, 

kto ewentualnie pozbawił go życia. Czy pan Werner miał wrogów tam, w 

Republice Federalnej? Czy mogła to być, powiedzmy, zemsta?

- Zemsta? - Edwin na chwilę przymknął powieki, przetarł czoło. - 

Nie.   Z   całą   pewnością   nie.   Nie   potrafię   też   wskazać   ani   jednego 

człowieka,   którego   można   by   nazwać   jego   wrogiem.   Werner   miał 

usposobienie łagodne, raczej ustępliwe.

- Czy mieszkał sam? - spytał Szczęsny. - Miał żonę?

- Nie. To znaczy mieszkał samotnie po śmierci swojej żony, zmarłej 

cztery   lata   temu.   Pracował   jako   inżynier   w   firmie,   której   jestem 

współwłaścicielem, choć teraz już wycofałem się z czynnej pracy wskutek 

choroby. Nie mieli dzieci.

- Często widywał pan brata?

- Nie.

Odpowiedź była lakoniczna, więc major wyjaśnił:

- Chodzi mi o to, czy znał pan jego wszystkich znajomych, kontakty. 

Pytam nie z ciekawości... - W głosie Szczęsnego zabrzmiała nutka irytacji.

- Sądzę, że znałem - odparł Kirshwald ostrożnie. - Ale, nie urażając 

panów,   posądziłbym   o   ten   okrutny   czyn   raczej   tutejszego   przestępcę. 

Ostatecznie Werner żył bezpiecznie w swoim kraju ponad czterdzieści lat. 

I dopiero kiedy przyjechał do Polski, został zamordowany.

Połoński przygryzł wargi. Nie chciał podkreślać wobec przybysza 

faktu, że jego bratu nie zrabowano nic, choć do zrabowania miał wiele. I 

background image

kim   był   ów   wysoki,   szczupły,   leworęczny   mężczyzna,   siedzący   obok 

Wernera w samochodzie?

Daniłowicz   zaczął   spokojnie,   metodycznie   pytać   o   znajomych   i 

dalszych krewnych z RFN, o ich ewentualny pobyt w Polsce, przyjazd 

razem z Wernerem, a także o kontakty denata w Polsce. Edwin po kolei, 

wciąż jakby zachowując ostrożność i namyślając się nad każdym zdaniem, 

odpowiedział, że Werner przyjechał do Polski po raz pierwszy, sam, jako 

turysta. Jeżeli się orientuje, brat jego nie miał tutaj żadnych kontaktów ani 

znajomości towarzyskich. Oczywiście nie ma pojęcia, co zdarzyło się w 

ciągu tych kilku dni jego pobytu, kogo poznał.

- Czy panowie wiedzą, jak i kiedy właściwie został zabity? - spytał, 

nie   patrząc   na  nikogo.   Głowę  miał  spuszczoną,   ręka,   w  której   trzymał 

wygasłego papierosa, drżała lekko.

-   Mówiłem   już   -   odparł   Połoński   trochę   zdziwiony   -   ale   chętnie 

powtórzę. Pan Werner otrzymał dwa strzały z pistoletu w głowę, kiedy 

siedział w samochodzie.

Szczęsny   i   kapitan   spojrzeli   na   siebie   ukradkiem.   Za   pierwszym 

razem Bohdan wspomniał o strzałach w prawą skroń, teraz pominął ten 

szczegół.

- Czy mogę sądzić, że morderca jechał z nim razem? - pytał dalej 

Kirshwald.

-  Tak   przypuszczamy.   Poza   tym  trudno   nam   zrozumieć,   dlaczego 

jadąc szosą zboczył nagle dwa kilometry w las. Chciałbym dodać, że do 

dyspozycji   pana   są   wszystkie   osobiste   rzeczy   brata,   łącznie   z 

samochodem. Wydaje nam się, że niczego nie zrabowano, bo denat miał 

przy   sobie,   kiedy   go   znaleźliśmy,   portfel   z   większą   sumą   pieniędzy, 

background image

sygnet, zegarek, paszport i walizkę, sądząc po zawartości nie otwieraną 

przez zabójcę.

Edwin milczał czas jakiś. Dopił brandy, zapalił nowego papierosa.

- Czy  pański brat - odezwał się nagle Szczęsny  - interesował się 

naukami przyrodniczymi? Przypuśćmy, jako hobby?

Kirshwald spojrzał na mówiącego ze zdumieniem.

- Przyrodniczymi? - powtórzył. - Co pan ma na myśli? Motyle, żuki?

- Coś w tym rodzaju.

-   Nie   rozumiem,   skąd   panu   to   przyszło   do   głowy.   Miał   w 

samochodzie jakieś okazy?

Przez kilka sekund czarne wąskie oczy Szczęsnego utkwione były w 

twarzy siedzącego przed nim cudzoziemca. W końcu major odpowiedział 

niedbale:

-   Zdawało   mi   się.   Rzeczywiście,   na   tylnym   siedzeniu   audi   leżał 

piękny okaz pazia królowej. Wie pan, taki motyl. Aie widocznie po prostu 

wpadł przez opuszczoną szybę.

- Jeżeli wolno zadać panu jeszcze jedno pytanie osobiste, dotyczące 

brata   -   rzekł   Daniłowicz   -   to   no   interesuje   nas,   czy   pan   Werner   był 

członkiem   jakichś   stowarzyszeń   naukowych?   Nie   pytam   o   organizacje 

polityczne   -   zastrzegł   się,   widząc   grymas   zniecierpliwienia   na   twarzy 

Edwina.

-   Naukowych?   Nie,   chyba   nie.   Jeżeli   już,   to   mógł   należeć   do 

zrzeszenia   inżynierów   budowlanych,   chociaż   wątpię.   Prowadził   bardzo 

spokojne,   uregulowane   życie,   nie   angażował   się   politycznie   ani   nawet 

towarzysko. Mogę powiedzieć, że był samotnikiem, o co miałem czasem 

do niego pretensje. No, ale to już dzisiaj... Chciałbym przypomnieć, że 

background image

nasza firma ANB znajduje się we Frankfurcie i Werner tam mieszkał, a ja, 

odkąd przestałem w niej pracować, przeniosłem się do Monachium. Tylko 

czasami odwiedzałem firmę i brata.

Zaprowadzono   potem   Edwina   Kirshwalda   do   pokoju,   w   którym 

leżały starannie poukładane rzeczy Wernera. Samochód stał na podwórzu 

Pałacu Mostowskich. Oficerowie pomogli zapakować walizkę, Połoński 

położył przed Niemcem listę przedmiotów, które zabierał, i którą to listę 

Edwin pokwitował, sprawdziwszy przedtem spis ze stanem faktycznym. 

Zeszli następnie na dół. Kirshwald odebrał kluczyki, otworzył wóz, przez 

chwilę   patrzał   nieruchomo   na   przednie   siedzenie   i   kierownicę,   jakby 

przywołując  w myśli straszliwą scenę,  która  tu  się  rozegrała.  Pożegnał 

potem oficerów, zostawiwszy im swój adres i telefon w Monachium, raz 

jeszcze upomniał się o szybkie wykrycie zbrodniarza i odjechał.

- Właściwie dlaczego nie spytaliśmy go o nietoperze? - Szczęsny 

sięgnął po swoją kawę; była zimna i cukier zastygł na dnie filiżanki. - 

Dlaczego nie pokazaliśmy mu tej wizytówki, czy jak ją nazwać?

-  Przecież   uzgodniliśmy   poprzednio,   co   powiemy,  o   co  będziemy 

pytać   -   odparł   Daniłowicz.   -   I   tak   wyrwałeś   się   niepotrzebnie   z   tym 

przyrodniczym hobby.

- E, to w niczym nie zaszkodziło - Szczęsny wzruszył ramionami. - 

Co sądzicie o Edwinie Kirshwaldzie?

- Chyba normalny facet - rzekł Połoński. - Przejęty śmiercią brata, 

zły   na nas,  ale  grzeczny. Dokładny, jak to  Niemiec,  widziałem,  z  jaką 

uwagą   przeglądał   rzeczy  Wernera,   aż   mi   się   głupio   zrobiło.   Cóż,   miał 

prawo.   Zdziwiło   mnie   tylko   jedno   na   lotnisku.   Kiedy   składałem   mu 

wyrazy współczucia z powodu śmierci brata, wyglądało, że już o niej wie. 

background image

A przecież w depeszy pisaliśmy jedynie o wypadku. Werner mógł leżeć w 

szpitalu,   nie   każdy   wypadek   kończy   się   śmiercią.   Tymczasem   Edwin 

wcale się nie zdziwił, nie przeraził moimi słowami. Po prostu już wiedział. 

Skąd?

- Czy któryś z was zawiadamiał konsulat? - spytał szef.

Obaj oficerowie zaprzeczyli ruchem głowy, major dodał, że po co: 

denat miał dokumenty, adres, a odpowiedź na depesze przyszła bardzo 

szybko.

- Ja myślę, że Edwin był w dużym stopniu przygotowany na twoje 

słowa   -   rzekł   Daniłowicz,   zwracając   się   do   kapitana.   -   Liczył   się   ze 

śmiercią. Dlatego przyjął to spokojnie. Szczęsny, oddałeś tę nietoperzową 

wizytówkę do Zakładu Kryminalistyki?

- Tak. Popracują nad nią. Znają się na różnych subtelnościach lepiej 

niż my - stwierdził Szczęsny z tak wyjątkową skromnością, że spojrzeli na 

niego ze zdumieniem.

Jednakże   następnego   dnia   pułkownik,   przemyślawszy   sprawę, 

zdecydował,   że   z   Edwinem   Kirshwaldem   należy   odbyć   jeszcze   jedną 

rozmowę.

Rozdział 2

Wpierw   pokazano   mu   fotografię   wizytówki   z   tekstem   o 

nietoperzach. Przyjrzał się jej dokładnie i powiedział, że niestety nie zna 

języka angielskiego, nie wie zatem, co te kilka zdań oznacza. Szczęsny 

przetłumaczył, a w miarę jak mówił, na twarzy Edwina Kirshwalda rosło 

zdziwienie.

background image

-   Quatsch!   -   mruknął.   -   Z   całą   pewnością   ten...   dokument   - 

zaakcentował wzgardliwie - nie należał do mojego brata. Nie zajmował się 

nietoperzami.

-   Jednakże   miał   to   zaszyte   pod   podszewką   marynarki   -   rzekł 

Daniłowicz. - Czyżby z jakiejś przyczyny włożył tego dnia cudzą?

Edwin   zawahał   się.   Milczał   przez   chwilę,   przygryzając   wargi,   a 

potem powiedział:

- Panowie wspominali o zabójcy, że mógł siedzieć obok Wernera w 

samochodzie. Czy wiecie już, kto to był?

- Nie. Mamy tylko termowizyjne zdjęcie sylwetki, jeżeli orientuje się 

pan w tej terminologii. Proszę - major podał kilka fotografii.

Kirshwald popatrzył, wzruszył ramionami.

-   To   może   być   każdy   -   odparł.   -   Po   prostu   śmieszne!   I   na   tej 

podstawie chcecie znaleźć zabójcę?

- Nie tylko na tej - Szczęsny powściągnął odruch zniecierpliwienia, 

co mu łatwo nie przychodziło. - Ale zdjęcie pokazuje sylwetkę człowieka 

wysokiego, szczupłego, w płaszczu i bez nakrycia głowy. A także widać 

wyraźnie, że człowiek ten ma w kieszeni pistolet, z którego oddano strzały.

Edwin roześmiał się, dotknął palcem zdjęcia.

- Gdzie go pan widzi? - zawołał urągliwie. - To bzdura! Gdzie tu jest 

jakiś pistolet? Ten... ta mglista zjawa jest przecież nie do rozpoznania.

- Jak dla kogo - warknął Szczęsny, a Daniłowicz rzekł spiesznie, aby 

nie dopuścić do „międzynarodowego” konfliktu: 

- Chcemy więc dowiedzieć się od pana, czy brat przyjechał do Polski 

z kimś znajomym. Być może nie wie pan tego dzisiaj, ale mógłby pan 

zapytać tam, wśród sąsiadów i kolegów pana Wernera.

background image

-  Wiem   z   całą   pewnością,   że   przyjechał   tutaj   sam.  Wspominając 

poprzednio o zabójcy, który, jak twierdzicie, siedział obok brata, miałem 

na   myśli   ewentualną   zamianę   marynarek.   Z   jakiegoś   nie   znanego   mi 

powodu mogło tak się zdarzyć. W takim przypadku tekst o nietoperzach 

byłby własnością tego drugiego człowieka.

- I nic pan nie może nam powiedzieć o tym tekście? - raz jeszcze 

spytał Daniłowicz, notując coś na kartce.

- Nie. - Kirshwald pochylił się nad wizytówką i dodał: - To jest, 

jeżeli się nie mylę, fotografia oryginału. Chciałbym go zobaczyć. Może 

wtedy.

Oficerowie   błyskawicznie   wymienili   spojrzenia,   a   szef   wydziału 

rzekł z ubolewaniem w głosie:

- Niestety, nie mamy u siebie oryginału.

- Daliśmy do Zakła... no, do sprawdzenia, czy... - Połoński zająknął 

się,   widząc   ostrzegawczy   wzrok   majora.   -   Zdjęcie   jest   absolutnie 

dokładne.

Edwin spojrzał na niego z pobłażaniem.

- Sądzę, że każda fotografia oryginału jest dokładnym, absolutnie 

dokładnym jego powtórzeniem - odparł. - Myślę jednak, że gdybym miał 

w ręku oryginał, gdybym, powiedzmy, wyczuł palcami gatunek papieru, 

zobaczył tę metalową oprawkę, mógłbym powiedzieć panom coś więcej o 

tym tajemniczym dokumencie.

- Niestety - powtórzył pułkownik i umilkł. Niemiec siedział jeszcze 

przez chwilę, milcząc również, a potem spytał, czy może mają do niego 

jakieś   pytania,   bo   wieczorem   odjeżdża,   więc   chciałby   już   wrócić   do 

hotelu. Pożegnali się, kapitan odprowadził Kirshwalda do wyjścia.”Kiedy 

background image

wrócił, Szczęsny pokręcił głową z niezadowoleniem i rzekł:

- Po cholerę chciałeś go informować, gdzie jest oryginał? Co go to 

obchodzi? To są nasze działania.

- No, nic nie szkodzi - wtrącił Daniłowicz. - Oni też tam mają swoje 

instytuty i zakłady kryminalistyki i kryminologii, to są rzeczy znane na 

całym świecie. Mnie natomiast zastanowiło co innego. Patrzcie - dotknął 

końcem długopisu zdjęcia wizytówki - tutaj zupełnie nie widać metalowej 

oprawki. Widzimy tylko tekst. Więc skąd on wiedział?

- To już jego drugie potknięcie - stwierdził Połoński. - Pierwsze było 

na lotnisku. Wie o dwóch sprawach, o których wiedzieć nie miał prawa. 

Kto go zawiadomił?

Nastała cisza. To był jeden z takich momentów, kiedy oficerowie 

milicji woleliby nie mówić nic. Nawet myślą o tym z ogromną niechęcią, 

bronią się, jak przed czymś złym i groźnym. W końcu szef zabrał głos:

-   Trzeba   się   liczyć   z   tym,   że   w   wydarzeniu   wzięło   udział, 

bezpośrednio lub pośrednio, mnóstwo ludzi. Zacznijmy od przewodnika z 

psem, potem miejscowa jednostka, z pewnością kręciło się w lesie jeszcze 

trochę gapiów. Jakąś drogą mogła dojść do Edwina wiadomość, że brat nie 

żyje. Natomiast ta wizytówka w metalowej oprawce... - urwał, przetarł 

czoło.

- Dokończ, nie łam się! - wykrzyknął Szczęsny. - Ty, ja, Bohdan i 

Marek z laboratorium. No i koledzy z Zakładu. Dziesięć osób albo więcej. 

Kto z nich miał kontakt z Kirshwaldem?

*

Pułkownik   Daniłowicz   zatrzymał   wóz   przed   bramą   ministerstwa, 

okazał   żołnierzowi   przepustkę   i   wjechał   na   parking.   Z   trudem   znalazł 

background image

wolne   miejsce,   wyłączył   silnik,   ale   jeszcze   nie   wysiadał.  Wiedział,   że 

człowiek, do którego miał iść na rozmowę, od pewnego czasu nie znosi 

dymu, należało więc wypalić papierosa „na zapas”. Tkwił za kierownicą, 

zaciągając się i myślał o sprawie, z którą przyjechał. Trudnej i przykrej.

Wreszcie zgasił niedopałek, wygramolił się z fiata, uważając, aby nie 

stąpnąć za mocno lewą nogą. Bolała najbardziej przy pierwszych kilku 

krokach,   potem   udawało   się   jakoś   rozchodzić.   Jak   dotychczas   nie 

pomagały żadne naświetlania, masaże ani ultradźwięki, ponoć niezawodne 

w tych dolegliwościach. „Widocznie mam nietypowe kości - powiedział 

raz do żony. - Trzeba się z tym pogodzić”.

Wszedł do gmachu, wdrapał się na drugie piętro, pozdrawiając po 

drodze i odpowiadając na pozdrowienia, wreszcie dobrnął do właściwych 

drzwi. Uśmiechnął się do jasnowłosej Ani-sekretarki, zajrzał w uchylone 

drzwi do gabinetu pułkownika Polewskiego z kontrwywiadu.

- Można?

- Przecież czekam. Aniu, zrób nam kawy - powiedział Polewski. - 

Siadaj, Stefan.

Daniłowicz   zajął   jeden   z   dwóch   foteli   przy   małym   stoliku,   z 

przyzwyczajenia sięgnął do kieszeni po papierosy, ale zaraz cofnął rękę.

- Pal - zlitował się gospodarz. - Okno otwarte, bo ciepła jesień. Gdzie 

byłeś na urlopie?

Rozmawiali kilka minut o mało ważnych sprawach, zanim sekretarka 

nie wniosła kawy. Kiedy zamknęła drzwi za sobą, Daniłowicz rzekł:

- Słuchaj, Tadeusz, mam kłopoty.

- Ja też.

- To potem o twoich, na razie posłuchaj, z czym przyszedłem.

background image

Streścił   obie   rozmowy   z   Edwinem   Kirshwaldem,   zaakcentował 

swoje spostrzeżenia i zakończył tak:

-   Być   może   jest   to   zupełny   drobiazg,   mnie   on   jednak   nie   daje 

spokoju. Za długo pracuję w tej branży, żeby nie wiedzieć, do jakiego 

stopnia właśnie drobiazgi mogą mieć kolosalne znaczenie. Więc pytanie 

pozostaje   otwarte:   czy   ktoś,   a   jeżeli   tak,   to   kto,   kontaktował   się   poza 

moimi plecami z Kirshwaldem. Uprzedził go o śmierci brata, to zresztą 

mniejsza, ale uprzedził również, może nawet pokazał mu nietoperzową 

wizytówkę. A przecież sprawa zaczęła się od morderstwa. Jestem niemal 

przekonany, że ten angielski tekst ma z nim związek.

Polewski   słuchał   uważnie,   bawiąc   się   długopisem.   Chwilami 

charakterystycznym   dla   siebie   ruchem   przeczesywał   palcami   gęste, 

siwiejące na skroniach włosy. Wreszcie rzekł:

- Rozumiem twoje obiekcje. Powiedz jednak, czego oczekujesz ode 

mnie? Myśmy już zastanawiali się nad tym tekstem i nie znaleźliśmy w 

nim   szyfru.   Bracia   Kirshwaldowie   nie   znajdują   się   u   nas   w   kartotece; 

żadnych   powiązań   szpiegowskich,   nawet   najmniejszych   śladów   w   tym 

kierunku. Co więc chcesz, abym zrobił? Jak mogę ci pomóc?

-   Widzisz,   Tadek.   Przyszło   mi   na   myśl,   czy   ja   przypadkiem   nie 

zostałem pięknie wprowadzony w maliny.

- Co przez to rozumiesz?

-   Powiem   ci,   w   czym   możesz   mi   pomóc.   Sprawdź   przez   swoich 

kolegów, przede wszystkim przez kogoś, kto od dłuższego czasu siedzi w 

Bonn, we Frankfurcie czy Monachium, kim naprawdę są Kjrshwaldowie. 

Co to za firma budowlana. W ogóle... - Zamyślił się, a potem dodał: - Bo 

mam wątpliwości, czy facet, który do nas przyjechał jako Edwin, był nim 

background image

rzeczywiście.

Polewski ściągnął brwi, potem uniósł je w górę.

- Sądzisz, że to ktoś podstawiony?

-   Więcej   nawet.   Sądzę,   że   on   doskonale   wiedział,   co   naprawdę 

oznacza tekst o nietoperzach. Jeszcze więcej: że zależało mu, i to bardzo, 

na jego odnalezieniu.

-  Poczekaj. Coś  mi tu  nie  pasuje. Po  waszej  pierwszej  rozmowie 

zabrał   wszystkie   rzeczy   Wernera   ze   sobą   do   hotelu.   Jeżeli   ten   tekst 

rzeczywiście był dla niego taki ważny, z pewnością od razu przeszukał je 

starannie. Czy wyście tę marynarkę potem zaszyli?

- Tak.

- Takie same nici? Daniłowicz zawahał się.

- Chyba nie. Tak tylko, pobieżnie, żeby nie oddawać rozprutej.

-   To   błąd.   Załóżmy   jednak,   że   Edwin   Kirshwald   nie   dostrzegł 

różnicy. Ale kiedy nie znalazł tej, nazywajmy ją już umownie, wizytówki, 

w ubraniu ani w innych przedmiotach, należących do brata czy kim on tam 

był dla niego, to powinien zgłosić się do was na drugą rozmowę. Nie 

czekając na twoje zaproszenie. Mógł wam zasugerować brak, powiedzmy, 

płaszcza, teczki, diabli wiedzą czego. Dopominać się o to. Nawet urządzić 

awanturę.

- I w końcu musiałbym spytać, czego właściwie szuka, tak? Tadeusz, 

on nie chciał, wyraźnie nie chciał sam zaczynać rozmowy o nietoperzach. 

Dopiero kiedy zobaczył fotografię, upomniał się dwukrotnie o oryginał. 

Zrobił to ostrożnie, bez, nacisku, i choć dałbym głowę, że mu ogromnie 

zależało.   Sądzę,   że   Edwin   to   wytrawny   gracz.   Wiesz,   mam   wrażenie, 

jakbym w tym śledztwie stąpał po kruchym lodzie. Zbyt wiele rzeczy tu 

background image

się nie zgadza.

Milczeli kilka minut. Zadzwonił telefon, ale Polewski nie odbierał. 

W końcu rzekł:

- Przypuśćmy, że ci dwaj, zamordowany i ten, co przyjechał, a także 

trzeci:   zabójca,   stanowią   powiązaną   w   jakiś   sposób   grupę   osób, 

posługujących   się   między   sobą   umownym   znakiem   wizytówki   z 

nietoperzowym tekstem. Nie mam pojęcia, co to może oznaczać i o co im 

chodzi. Natomiast weź pod uwagę taką sytuację: jeden zostaje zabity, dla 

jakichś tam im tylko znanych powodów. Bardzo źle, że stało się to w 

naszym kraju, a nie u nich, ale stało się i trudno. Wizytówka Wernera 

znalazła się W ręku polskiej milicji. Dobrze. I co z tego? Nie jest to szyfr, 

nie   ma   powiązań   szpiegowskich,   chyba   żebym   się   bardzo   mylił. 

Nietoperzowy tekst może sobie leżeć w twoim archiwum czy w Zakładzie 

Kryminalistyki, jako zagraniczne curiosum, nawet sto lat. Czemuż by więc 

tej   grupie   miało   tak   bardzo,   jak   mówisz,   zależeć   na   odzyskaniu 

wizytówki?   Zrobią   sobie   inną.   W  czym   problem?  Twoja   rola:   wykryć 

zabójcę. Powiem ci zresztą, iż mam tutaj poważne wątpliwości.

- Że znajdę?

- Właśnie. Nie irytuj się! Sądzę, że zabójcą był cudzoziemiec, to są 

ich wewnętrzne porachunki, ten facet zwiał i nigdy już się w Polsce nie 

pojawi. Będziesz szukał wiatru w polu. To pewnie przypadek, że zbrodnia 

została   dokonana   akurat   pod  Warszawą.   Może   im  tak   było   wygodniej. 

Oczywiście,   rozumiem   twoje   wątpliwości   i   postaram   się   pomóc. 

Poszukamy za Renem tych Kirshwaldów, ilu ich tam jest, sprawdzimy, 

kim naprawdę był Edwin. Tylko to musi trochę potrwać.

Daniłowicz   wrócił   do   Pałacu   Mostowskich   mocno   zamyślony. 

background image

Zdawał sobie sprawę, że Polewski może mieć rację. Zbrodniarz ulotnił się 

natychmiast   po   zlikwidowaniu   Wernera,   spokojnie   powrócił   do   swego 

kraju i ani mu się śni przekraczać po raz drugi polską granicę. W takim 

razie śledztwo rzeczywiście nigdy nie zostanie zakończone.

-   A   ja   tego   bardzo   nie   lubię!   -   powiedział   do   Szczęsnego, 

wspominając mu o sugestiach Tadeusza.

- Wiadomo - mruknął major, po raz setny przyglądając się zdjęciom z 

termowizora. Milczał potem tak długo, aż szef spytał zniecierpliwiony:

- Czemu nic nie mówisz?

- Będę szukał leworęcznego - odparł Szczęsny z ostrym błyskiem w 

oczach.

- Gdzie? W Erefenie? Nikt cię tam nie wyśle.

- Nie. Tu w Polsce.

- Myślisz, że on wróci? Na jakiej podstawie?

-   Na   żadnej.   Chociaż...   Stefan   ja   obserwowałem   twarz   Edwina, 

zwłaszcza w trakcie drugiej rozmowy. Jemu naprawdę bardzo zależało na 

odzyskaniu wizytówki. Coś w tym musi być.

- Edwin nie jest leworęczny, jeżeli brałeś to pod uwagę.

- Wiem. Jest też niewysoki, dość tęgi, więc nie pasuje do sylwetki 

zabójcy.

Szczęsny   wstał,  przeszedł się  po  gabinecie.  Jego  śniada,  szczupła 

twarz z drobnymi zmarszczkami wokół ust i oczodołów, twarz ruchliwa, 

często zmieniająca wyraz, teraz była nieodgadniona. Pułkownik przyglądał 

mu   się   trochę   z   irytacją,   a   trochę   już   poddając   się   nieokiełznanej 

wyobraźni swego przyjaciela.

- Więc ty  myślisz, że Edwin czy ktokolwiek od nich, przyjmując 

background image

założenia   Tadeusza   o   istnieniu   tajemniczej   grupy,   że   ktoś   stamtąd 

przyjedzie   do   Polski,   aby   odzyskać   wizytówkę   Wernera?   Poczekaj   - 

ożywił się nagle - a jeżeli była w ogóle tylko jedna?

I dlatego ma dla nich takie znaczenie?

- Nie wiem. Może to jest cała grupa, może tylko trzy osoby, jedna 

czy   dziesięć   wizytówek,   obojętne.   Do   nas   należy   znaleźć   i   zatrzymać 

zabójcę Wernera Kirshwalda; A przy okazji rozbić bandę, która wybiera 

sobie nasz kraj dla morderczych porachunków.

Szczęsny szedł potem Krakowskim Przedmieściem w swojej szarej 

zgrabnej kurtce i granatowej czapce z daszkiem, nasuniętej na czoło. Jak 

zwykle ręce włożył w kieszenie. W opinii kolegów „chodził jak chuligan”; 

przyczyna była prozaiczna - najczęściej gubił rękawiczki i rzadko kiedy je 

odnajdywał.

Wstąpił na kawę do barku „Kuchcik”, patrzył na kręcących się w 

lokalu   przelotnych   gości,   ale   myślami   znajdował   się   daleko.   Trudno 

byłoby   mu   teraz   udowodnić,   że   prędzej   czy   później   znajdzie   zabójcę 

Wernera. A jednak był pewien, że znajdzie.

*

Jolanta   nie   czytała   komunikatu   w   prasie.   Zazwyczaj   przerzucała 

tylko gazety, wyszukując w nich to, co ją najbardziej interesowało, a co 

dotyczyło   malarstwa,   rzeźby,   muzyki.   O   ważniejszych   codziennych 

wydarzeniach dowiadywała się z radia lub telewizji. Raczej z radia, bo 

pozwalało   słuchać   nie   patrząc   na   odbiornik.   Mogła   wtedy   malować,   a 

informacje same wpadały do ucha.

Wezwanie   do   kierowcy,   który   tego   a   tego   dnia   wrześniowego 

podwiózł na szosie - prawdopodobnie w kierunku Warszawy - mężczyznę 

background image

wysokiego,   szczupłego,   w   płaszczu,   zastanowiło   ją   na   chwilę.   Nie 

pamiętała jednak daty, w której wracała do” stolicy z wypadu do Krakowa. 

Usłyszała więc komunikat i zapomniała o nim. Kiedy jednak podano go po 

raz drugi, coś ją w nim uderzyło i rozbudziło pamięć.

- Leworęczny? - powiedziała ze zdziwieniem. - Czyżby to był ten 

przystojniak...

-   O   kim   mówisz?   -   spytał   mąż,   zajęty   przyrządzaniem   sałatki 

pomidorowej na kolację. Robił to ze znawstwem i przyjemnością.

E, nic takiego - odparła niedbale. Wieczorem wróciła jednak myślą 

do   tamtego   dnia.   Teraz   dopiero   przypomniała   sobie,   że   nieznajomy 

mężczyzna   nie   zachowywał   się   jak   zwyczajny   polski   autostopowicz. 

Elegancko ubrany, w wieku około czterdziestki, na pozór spokojny, lecz 

rzucający   dokoła   uważne   spojrzenia,   jakby   się   czegoś   obawiał. 

Nadjeżdżając, widziała z daleka, że wyłonił się z lasu. Nie było tam żadnej 

bocznej drogi, w którą rzekomo mieli skręcić jego znajomi z samochodem.

-   Podejrzane   -   mruknęła.   Odwróciła   się   twarzą   do   męża,   mając 

zamiar opowiedzieć mu całą historię, ale już spał. Zasypiał natychmiast, 

kiedy tylko przyłożył głowę do poduszki. Popatrzyła z żalem, jak równo, 

głęboko   oddychał,   posapując   trochę;   czasem   nawet   poświstywał,   co   ją 

irytowało, nie miała jednak serca, aby go budzić.

-   No,   to   sobie   śpij   -   powiedziała.   Ubiła   twardawą   poduszkę   i 

postanowiła, że jutro pójdzie do „Mostowskich” i opowie.

Tak też zrobiła. Kiedy z biura przepustek zadzwoniła na górę pod 

numer podany w komunikacie, odezwał się major Szczęsny. W kilka minut 

później siedziała po jednej stronie biurka, a po drugiej człowiek, patrzący 

na nią z napiętą uwagą swymi wąskimi czarnymi oczami.

background image

- Ależ pan ma koloryt! - powiedziała, zapominając gdzie jest i po co 

przyszła. Szczęsny zdumiał się, potem roześmiał.

-  Chodzi  pani  o   to,   że  mam  jasne   włosy   i  czarne   oczy?   -  spytał 

rozbawiony. - Zdarza się.

- Niezmiernie rzadko. Chciałby pan mi pozować?

Wybuchnął śmiechem. Takiej propozycji jeszcze nigdy nie otrzymał.

-   Nie!   Pani   jest   malarką   czy   rzeźbiarką?   Chyba   to   pierwsze,   bo 

wspomniała pani o kolorycie. Jednakże nie mówmy o mnie. Co pani może 

nam powiedzieć w związku z komunikatem?

- Więc   tak   -  zaczęła   z   namysłem.   - Wracałam  wtedy   z   Krakowa 

swoim   małym   fiatem.   Na   szosie,   w   miejscu...   no,   w   pobliżu   miejsca 

podanego w komunikacie, z lasu, który tam się ciągnie po obu stronach 

drogi, wyszedł jakiś mężczyzna i podniósł rękę gestem autostopowicza. W 

zasadzie nie zatrzymuję się, nie lubię podwozić. Zwłaszcza nieznajomych 

mężczyzn. Ale był jasny dzień, po szosie kręciły się różne wozy, więc 

zaryzykowałam.   Spytał,   czy   może   się   zabrać   do 

Warszawy..Odpowiedziałam, że tak. Usiadł obok mnie.

- Proszę podać możliwie dokładny rysopis.

- Był wysoki, opalony. Bardzo przystojny. Prosty nos, ładny zarys 

głowy i karku, ciemne oczy. Miał chyba czterdziestkę przekroczoną.

- Jak ubrany?

- W jakieś sportowe ubranie. Zdaje się, szare.

- I w płaszcz?

- Nie.

- Nie miał płaszcza? - Szczęsny zmarszczył brwi. Przecież na zdjęciu 

termowizyjnym... A walizkę?

background image

-  Niedużą   torbę   podróżną.   Mógł   się   tam  zmieścić   cienki  płaszcz, 

jeżeli panu o to chodzi.

- Owszem, chodzi. Bystry z pani obserwator. Jaki kolor miała torba?

- Brązowa. Z metalowym okuciem. Z pewnością zagraniczna. Ten 

człowiek był leworęczny.

Szczęsny pomyślał przez chwilę, że zasugerowała się komunikatem.

- Dlaczego pani tak sądzi?

- Po prostu zauważyłam. Jak wsiadał, jak zapalał papierosa i przy 

wysiadaniu.   Zegarek   też   nosił   na   prawej,   odwrotnie   niż   my   wszyscy. 

Nawet spytałam go o to.

- O zegarek?

- Nie. Czy jest leworęczny.

- Co powiedział?

- Że to wypadek czy coś takiego i prawa ręka go boli, więc chwilowo 

posługuje się lewą. Ale nie wyszło mu to przekonywająco. Aha, miał też 

aparat fotograficzny.

- Jakiej marki?

- Nie zauważyłam. W brązowym futerale, na pasku przez ramię.

- Które ramię? Zastanowiła się.

-   Nie   pamiętam.   Jak   wsiadł,   to   położył   torbę   i   aparat   na   tylnym 

siedzeniu.

- O czym jeszcze rozmawialiście?

- Wie pan, takie byle co. Pytałam, co się stało, że ktoś taki jak on 

raptem znajduje się na szosie, bez samochodu. No, bo mi nie wyglądał na 

chłopaka z autostopu.

- I co odpowiedział?

background image

- Że jacyś znajomi podwieźli go właśnie do tego miejsca, a potem 

musieli   skręcić   w   boczną   drogę.   Dziwne,   prawda?   Zwłaszcza   że   nie 

widziałam w promieniu kilkunastu kilometrów żadnej bocznej drogi.

- A on wyszedł z lasu?

- Aha. Jeszcze mogę panu powiedzieć taką rzecz. Może się mylę, ale 

mam wrażliwe ucho. On mówił wprawdzie czysto po polsku, jednak z 

ledwie   uchwytnym   obcym   akcentem.  Tak   mówią   ludzie,   którzy   nie   są 

Polakami, ale nauczyli się naszego języka, władają nim bardzo dobrze i na 

pozór nic ich mowie nie można zarzucić. Tylko że ja takich rozpoznam. 

Więc ten facet to nie był Polak. 

- Dokąd go pani zawiozła?

- Wysiadł, jeżeli pamiętam, gdzieś w okolicy placu Konstytucji.

- I już go pani więcej nie widziała?

-   Nie.  W  ogóle   zapomniałam   o   jego   istnieniu   -  roześmiała   się.   - 

Dopiero komunikat w radio mnie zastanowił.

-   Chciałbym   teraz   prosić,   aby   pani   poszła   ze   mną   do   naszego 

eksperta od portretów pamięciowych i podała mu dokładny rysopis.

- Nie trzeba. Ja już sama to zrobiłam.

Wyciągnęła z dużej kolorowej torby zwinięty rulon brystolu i podała 

Szczęsnemu. Major długo przyglądał się twarzy i sylwetce, naszkicowanej 

wprawną ręką barwnymi pastelami. Z białego tła patrzył na nich człowiek 

niewątpliwie przystojny, o regularnych rysach i oczach koloru ciemnego 

piwa. Aby zaakcentować jego leworęczność, Jolanta wyraźnie zaznaczyła, 

że papierosa trzymał w lewej ręce, a na prawej pobłyskiwał złoty zegarek.

-   Dziewczyno,   jesteś   genialna!   -   powiedział   Szczęsny   z 

nieukrywanym zadowoleniem. - Oczywiście, zostawi mi pani ten szkic?

background image

- Po to go przyniosłam. Ale proszę mi powiedzieć, o co tu chodzi? 

Co się stało z tym nieznajomym? Zabili go?

- Raczej odwrotnie. Mamy prawo podejrzewać, że to on kogoś zabił. 

Dlatego   go   szukamy.   Pani   Jolu,   moja   wdzięczność   nie   ma   granic, 

prosiłbym  jednak,   aby   pani  nie   informowała   nikogo   o   tym  wszystkim. 

Również   i   dla   pani   dobra.   Zresztą,   powiem   wprost:   dla   pani 

bezpieczeństwa.

Patrzyła   na   niego,   lekko   przechyliwszy   głowę,   jak   nadsłuchujący, 

pies.   Miała   krótko   ostrzyżone   jasne   włosy,   twarz   okrągłą,   zabawny 

nieduży nosek i oczy bystre nieokreślonego koloru, ni to szare, ni zielone.

Jaka miła! - myślał. - W innej sytuacji chętnie bym...

- Jest pani niewątpliwie zdolną malarką. Proszę mi jednak szczerze 

powiedzieć, ile w tym portrecie jest prawdy, a ile artystycznej fantazji. 

Ładnie się wyraziłem?

- W każdym razie uprzejmie. Panie majorze, siedziałam obok tego 

mężczyzny   chyba   ze   czterdzieści   minut.   Często   trzeba   było   hamować, 

czekać na skrzyżowaniach, na światłach. Wtedy przyglądałam mu się bez 

żenady, bo taka twarz jest dla malarza interesująca. Mam dobrą pamięć 

wzrokową. Sądzę, że jego znajomi rozpoznaliby go na portrecie bez trudu. 

Ale ponieważ przejawia pan, nazwijmy to: wątpliwości, dlatego proszę 

pokazać mi zdjęcie, kiedy już go zatrzymacie. Dobrze?

- Zgoda. A gdyby pani go zobaczyła po raz drugi, prószę zrobić dwie 

rzeczy. Po pierwsze, absolutnie „nie poznawać”, nawet gdyby on sam się 

pani przypomniał, chciał nawiązać rozmowę.

- A po drugie?

- Po drugie - Szczęsny podał jej małą karteczkę - proszę do mnie jak 

background image

najszybciej zadzwonić pod któryś z tych numerów. O każdej porze dnia i 

nocy. 

- Ja w nocy śpię. No, ostatecznie mogę dla pana zrobić wyjątek.

Uśmiechnęła się, miała śliczne białe zęby. Już w drzwiach spojrzała 

na niego i zapytała, czy by jednak nie chciał pozować.

- Znajdzie pani ciekawsze twarze - zapewnił ją z rozbawieniem.

Zaszedł   potem   do   szefa,   pokazał   portret.   Daniłowicz   polecił 

przygotować kolorowe zdjęcia, a kiedy były gotowe, z jednym pojechał 

znowu   do   pułkownika   Polewskiego.   Oficer   kontrwywiadu   przez   parę 

minut przyglądał się portretowi, przywołał też dwóch kolegów. Orzekli 

wspólnie, że twarz tego człowieka nie jest im znana.

- Chyba żeby... - Jeden z nich spojrzał znacząco na Polewskiego.

- Myślisz o „R-8”?

- Tak. On ich zna najwięcej i ma fenomenalną pamięć. Tylko że go 

teraz nie ma w Polsce.

- Wraca za tydzień - dorzucił drugi.

- Dobrze. Dziękuję, koledzy.

Po wyjściu oficerów Polewski wyjął z biurka jakiś dokument i rzekł:

- Stefan, mam tu już trochę danych odnośnie do braci Kirshwaldów. 

Więc   tak.   Rzeczywiście   jest   ich   dwóch.   To   znaczy   było.   Edwin, 

współwłaściciel   firmy  ANB,   i   nieżyjący   Werner,   inżynier   tejże   firmy. 

Również   miał   tam   jakieś   udziały.   Potwierdza   się   fakt,   że   Werner   był 

wdowcem,   mieszkał   samotnie,   do   Polski   przyjechał   wtedy   po   raz 

pierwszy. W każdym razie oficjalnie. Edwin ma w tej chwili pięćdziesiąt 

Osiem lat, żonaty, dzieciaty. Mieszka we Frankfurcie nad Menem... nie, 

wróć! Mieszkał, kiedy pracował w firmie, bo ona tam ma swoją siedzibę. 

background image

Potem przeprowadził się do Monachium. Niestety, nie mamy jego zdjęcia, 

bo   krótko   po   śmierci   brata   wyjechał   na   dwa,   może   trzy   miesiące   do 

Stanów,   razem   z   żoną,   do   jej   krewnych.   Nasz   „K-5”   będzie   jeszcze 

próbował wydostać zdjęcie sobie tylko wiadomymi sposobami, zastrzegł 

się jednak, że jeżeli się uda, to nieprędko.

- Rozumiem. Powinien działać bardzo ostrożnie, żeby nie wzbudzić 

podejrzeń. Ale  mówiąc  szczerze,  właśnie  zdjęcie  Edwina  jest  dla  mnie 

najważniejsze.

- A jeżeli się okaże, że zamiast niego przyjechał ktoś inny, co wtedy 

zrobisz?

Daniłowicz rozłożył ręce.

- Nie wiem - odparł. - Przecież nie mogę prowadzić śledztwa na 

terenie   Republiki   Federalnej.   Czy   twój   pracownik   ustalił,   że   Edwin 

Kirshwald przyjechał wówczas, we wrześniu, do Polski? Wiesz, co mam 

na myśli. Paszport może być tak świetnie sfałszowany, że nasz konsulat 

bez wahania wyda takiemu gościowi wizę. Przecież nie znają wszystkich 

obywateli RFN.

- „K-5” nie mógł tego sprawdzić. Formalnie wszystko się zgadza. 

Ciało Wernera zostało przywiezione do Frankfurtu, odbył się pogrzeb, z 

pewnością brała w nim udział rodzina i przedstawiciele firmy. Tylko że 

mój   oficer   otrzymał   polecenie   zainteresowania   się   Kirshwaldami   w 

tydzień po pogrzebie. A wtedy Edwin już wyjechał do USA. Stefan, gdyby 

chodziło   o   gwiazdę   filmową,   piosenkarza   czy   ministra,   nie   byłoby 

żadnego   kłopotu   ze   zdjęciem!   Miał   byś   tego   całe   mnóstwo.   Ale 

Kirshwaldowie to zupełnie przeciętni ludzie z branży budowlanej, ich się 

nie fotografuje dla prasy... Poczekaj, może w tamtych gazetach były jakieś 

background image

zdjęcia z pogrzebu. Zaraz, czy on o tym pisze - sięgnął po list, przesłany 

mu  drogą służbową, przebiegł oczami.  - Tak, „K-5” przejrzał gazety  z 

tamtych dni. Owszem, był artykuł o zamordowaniu Wernera w Polsce. 

Dziennikarz sądzi, że zbrodnia miała charakter rabunkowy, są oczywiście i 

aluzje   polityczne,   złośliwostki...   Zamieścili   też   zdjęcie   z   pogrzebu,   ale 

Edwin   stoi   tam   odwrócony   tyłem,   zresztą   fotografowany   z   daleka, 

podobno rodzina nie życzyła sobie żadnych wywiadów ani zdjęć. Trudno, 

musisz poczekać, aż przyjedzie ze Stanów. Jeżeli sprawa jest z gatunku 

śmierdzących, nie byłoby wskazane, żeby nasz pracownik szukał zdjęć w 

zakładach fotograficznych i w gazetach.

Daniłowicz   wrócił   do   Urzędu,   a   że   był   już   wieczór,   postanowił 

trochę   pomieszkać.   Żona   siedziała   przed   telewizorem,   zbliżał   się   czas 

dziennika.

-   Co   jest   na   kolację?   -   spytał,   głodny   i   zły,   bo   nie   zdążył   zjeść 

obiadu.

- Zaraz ci przygotuję - odparła pogodnie. Wyczuła, że miał ciężki 

dzień; przyniosła więc zupę, pokroiła wędlinę, usmażyła jajka, zaparzyła 

świeżą herbatę. Zjadł, humor mu się poprawił. Pocałował żonę i mruknął:

- Szczęśliwym trafem ożeniłem się z właściwą osobą we właściwym 

czasie. Wczoraj w stołówce pewnego ministerstwa była koszmarna zupa i 

równie koszmarny mielony.

- Bo po co jesz Bóg wie gdzie? - obruszyła się. - W domu zawsze 

czeka na ciebie obiad.

*

Major   Szczęsny   ściszył   telewizor   i   poczłapał   w   swoich   starych, 

niesłychanie wygodnych pantoflach do telefonu. Zerkając na ekran - szedł 

background image

ciekawy film - podniósł słuchawkę.

- Tak?

- Szczęsny? - Poznał głos Andrzeja Łanieckiego, eksperta z Zakładu 

Kryminalistyki.

- We własnej osobie. Nie możesz po filmie?

-   Mogę.   Nie   oglądam.   Zresztą   wpadnij   do   mnie   jutro   z   rana. 

Zobaczysz coś interesującego.

- Czego dotyczy?

- To nie jest rozmowa na telefon.  Cześć! Wrócił przed telewizor, 

trochę zaintrygowany.

Przypomniało   mu   się,   że   Andrzej   pracuje   w   wydziale   badań 

dokumentów,   więc   szybko   przebiegł   myślą   sprawy,   które   ostatnio 

prowadzili   w   SUSW,   ale   nie   znalazł   w   nich   żadnego   podejrzanego 

dokumentu - nic, czym zajmowałby się Zakład. Bądź co bądź byle czego 

ci eksperci nie brali.

Z   roztargnieniem   przyglądał   się,   jak   czarnoskórzy   policjanci   z 

„Posterunku przy Hill Street” urządzali obławę na włamywaczy i jak im to 

niezbyt wychodziło. Z zawodowej solidarności powinien im współczuć; za 

dużo tam jednak było hałasu, ścisku i bałaganu, w końcu trudno się było 

połapać, kto jest przestępcą, a kto policjantem, bo wyglądali podobnie. 

Dotrwał do końca i poszedł spać.

Nazajutrz   rano   wchodził   do   szarego   budynku   w   Alejach 

Ujazdowskich,   wciąż   zastanawiając   się,   co   mu   pokażą   i   czy   to 

rzeczywiście   nie   nadawało   się   na   telefoniczną   rozmowę.   Odnalazł 

Andrzeja w jednym z pokojów, biegnących wzdłuż korytarza. Przychodził 

tu czasami, ostatnio we wrześniu, teraz był już koniec października.

background image

Łaniecki pracował razem z kilkoma kolegami, jego biurko stało pod 

oknem   z   lewej   strony.   Wszyscy,   ubrani   w   białe   lekarskie   płaszcze, 

wyglądali jak doktorzy nauk medycznych, zwołani na ważne konsylium. 

Tyle że zamiast łóżka z pacjentem stał tu solidny, na zielono pomalowany 

sejf i różne aparaty.

Szczęsny znał każdego z ekspertów, w pełni doceniał ich wysokie 

umiejętności,   a   w   przystojnej   koleżance   swego   czasu   lekko   się 

podkochiwał, co u niego zresztą nigdy nie trwało długo. Przywitali się 

teraz z uśmiechem jak dwoje dobrych, starych przyjaciół.

- Siadaj - Andrzej zaprosił go do biurka. - Miałem wczoraj kilka 

luźniejszych   godzin,   więc   wróciłem   do   tej   tajemniczej   wizytówki   z 

nietoperzowym   tekstem.   Wiesz,   związanej   z   zabójstwem   Wernera 

Kirshwalda. Oczy Szczęsnego rozbłysły jak dwa węgielki.

- No, no? - przynaglił niecierpliwie. - Znalazłeś coś nowego?

-   Owszem.   Więc   tak.   Badając   wizytówkę   analityczną   lampą 

kwarcową zauważyłem w prawym dolnym rogu papieru maleńką rzymską 

cyferkę   „VI”.   Niewidoczna   gołym   okiem,   ujawniła   się   pod   wpływem 

promieni   ultrafioletowych.   Zbadałem   dalej,   że   cyfra   została   nakreślona 

fluotexem. Jest to, jak pewnie wiesz, rozpuszczalny proszek chemiczny.

-  Wiem   -   przyświadczył   Szczęsny,   co   niezupełnie   zgadzało   się   z 

prawdą,   ale   przecież   nie   mógł   okazać   się   ignorantem,   zwłaszcza   w 

obecności ładnej koleżanki.

- Dalej. Tekst o nietoperzach napisano na maszynie „Olivetti”, typ 

podróżny, mieści się w teczce i ma mikroczcionki. Często posługują się nią 

szpiedzy i różni agenci wywiadów. Ta konkretna maszyna nie ma czcionek 

do   polskiego   języka,   jest   nieuszkodzona,   sądzę,   że   prawie   nowa,   a   w 

background image

każdym razie w bardzo dobrym stanie. Taśma czarna, włóknista, szerokość 

dziesięć milimetrów. Teraz papier. Z całą pewnością zagraniczny, bo jego 

włóknisty   skład   i   wypełniacz   są   wykonane   według   zupełnie   innej   niż 

polska receptury. Słuchaj, co jeszcze wykryłem, bo to ciekawe. Otóż w 

trakcie   badań   mikroskopowych,   a   także   na   specjalnym   urządzeniu 

„Proiectina”, stwierdziłem śladowe cząstki barwionych włókien.

- To ważne?

- Bardzo. Stanowiło odpowiednie zabezpieczenie przed wszelkiego 

rodzaju podrabianiem.

-   Rozumiem.   Możemy   przyjąć,   że   właścicielowi   wizytówki 

ogromnie zależało na tym, aby ktoś niepowołany nie wykonał podobnej.

- Właśnie.  Ale   to   jeszcze   nie   wszystko.   Zbadaliśmy,   już   razem  z 

kolegami,   metalową   oprawę   wizytówki.   Otóż,   jak   nam  wyszło   w   toku 

badań graficznych i metaloznawczych, użyto do jej wykonania stopu cyny, 

antymonu i ołowiu. To są metale miękkie, topią się już w temperaturze 

około   dwustu   siedemdziesięciu   stopni,   a   więc   są   podatne   do   wszelkiej 

obróbki.   Oprawka,   to   znaczy   sam   stop,   nie   jest   tu   specjalnie 

zabezpieczona,   ale   wewnątrz   ramki,   niewidoczna   dla   oka,   znajduje   się 

również cyfra „VI”, niezwykle delikatnie wykuta.

-  Andrzej,   twoje   odkrycie   jest   niesłychanie   ważne!   -   powiedział 

Szczęsny z podziwem w głosie. - Sądzę, że... - Zamyślił się, patrzał to na 

leżącą   na   biurku   niepozorną   wizytówkę,   to   na   twarz   kapitana.   -   Ta 

„szóstka” musiała być czymś w rodzaju pseudonimu Wernera Kirshwalda.

- Raczej kryptonimu - poprawił Andrzej. - Jak myślisz, znajdziecie 

kiedyś zabójcę?

- Musimy.

background image

-   Aha,   jeszcze   jedno   o   papierze   wizytówki.   W   promieniach 

podczerwonych w zakresie fal osiemset pięćdziesiąt milimikrona znajdują 

się   również   pewnego   rodzaju   znaki   zabezpieczające,   a   mianowicie 

niebieskie   włókienka   długości   około   dwóch   milimetrów.   Tak   więc   z 

pewnością masz rację, że ktoś tam za granicą dołożył wszelkich starań, 

aby utrudnić, może nawet wręcz uniemożliwić sfałszowanie oryginałów.

-   Powiedziałeś:   oryginałów?   W   liczbie   mnogiej?   Łaniecki 

uśmiechnął się przelotnie.

-   Oczywiście,   nie   udawaj   greka.   Jeżeli   tutaj   -   wskazał   palcem 

wizytówkę   -   postawiono   cyfrę   sześć,   to   z   całą   pewnością   istnieje 

pierwszych   pięć,   a   być   może   i   siedem,   osiem   i   tak   dalej.   Byłoby 

interesujące,   gdybyś   na   przykład   zatrzymawszy   zabójcę   Wernera 

Kirshwalda znalazł przy nim taki sam znak rozpoznawczy, ale z cyfrą dwa, 

cztery czy nawet piętnaście.

Szczęsny   spoglądał   przez   chwilę   na   spokojną,   trochę   zmęczoną 

twarz kapitana, po czym spytał na pozór obojętnie:

- Ty byś potrafił wykonać taką samą?

- Tak.

- Zrobisz?

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo my się nie zajmujemy fałszowaniem dokumentów.

- Nawet w dobrej sprawie? Łaniecki roześmiał się.

- Nawet w najlepszej. Na co ci druga wizytówka?

Major  westchnął,  przybrał całkowicie  niewinny   wyraz  twarzy, ale 

Andrzej nie dał się wyprowadzić w pole.

background image

- Chciałbyś wleźć w to stado szakali? Szczerze odradzam.

- Różne rzeczy już się robiło, kiedy było trzeba.

- Nic mnie tak nie złości jak odgrywanie bohatera! - odezwała się 

ładna koleżanka. W głosie jej wyczuli wzburzenie.

Szczęsny wstał, przysiadł na brzegu biurka i popatrzył z uśmiechem 

prosto w jej oczy.

- Nie chcesz, żeby mi tam gdzieś rozwalili czaszkę jak Wernerowi? - 

spytał żartobliwie.

- Głupie dowcipy! - obruszyła się.

- Nie obawiaj się, kochanie - wtrącił Łaniecki. - Ani ja mu drugiej 

wizytówki nie zrobię, ani go z czymś podobnym nie wyślą w świat. Chyba 

że zmieni służbę na kontrwywiad, w co wątpię.

Szczęsny   podroczył   się   jeszcze   trochę,   zanotował   dokładnie 

wszystko,   czego   dowiedział   się   od  Andrzeja,   i   zadowolony   z   wyniku 

odwiedzin pojechał do Urzędu.

Daniłowicz przyjął rewelacje z pewnym sceptycyzmem. O tym, że 

nietoperzowa   wizytówka   stanowi   ważny   znak   rozpoznawczy,   wiedzieli 

przecież od dawna. Cyfry, oryginalne zabezpieczenia, fluotex - wszystko 

to   wcale   nie   posuwało   naprzód   śledztwa   w   sprawie   morderstwa. 

Pułkownik z każdym dniem coraz bardziej, choć nie przyznawał się do 

tego, obawiał się, że Polewski ma rację. Zabójca nigdy już do Polski nie 

przyjedzie,   nie   znajdą   go   i   kiedyś   tam   zbrodnia   o   kryptonimie 

„Nietoperze” zatrze się w pamięci, akta ugrzęzną w archiwum. Jeszcze 

rok, może dwa w jednostkach milicyjnych i na granicy funkcjonariusze 

będą zwracać uwagę na wygląd mężczyzn wedle zdjęcia, wykonanego z 

rysunku Jolanty.

background image

Jeżeli   jest   to   rzeczywiście   dobry   portret   pamięciowy   -   pomyślał 

smętnie. - Dziewczyna mogła naszkicować zupełnie inną twarz z jakichś 

tam powodów. Nic o niej nie wiemy. Zabójca nie zostawił w samochodzie 

żadnych   śladów   linii   papilarnych.   To   jasne,   dzisiaj   nawet   pięcioletnie 

dziecko włamywałoby się w rękawiczkach, naród jest w tym względzie 

uświadomiony.   Prawda,   że   wewnątrz   karoserii   nad   drzwiczkami 

znaleźliśmy trzy włosy. Nie należały do Wernera. Widać kiedy zabójcę coś 

spłoszyło i śpieszył się, uderzył głową przy wycofywaniu jej na zewnątrz. 

Cóż, to nam nic nie da, dopóki nie znajdziemy materiału porównawczego. 

A ten rośnie sobie na jego głowie. Potrzebna więc głowa, razem resztą. 

Szlag by to trafił!

Ale w domu, kiedy już zasypiał, znowu powróć myślą do pytania, 

które dwukrotnie zadał kapitan Połoński: „A jeżeli on wcale z Polski nie 

wyjechał Czy możemy go wtedy szukać tylko na podstawie rysunku, bez 

żadnej pewności, że jest prawdziwy?”

Rozdział 3

Pierwszy   tydzień   listopada   nie   przyniósł   poprawy   pogody.  Wciąż 

było   mglisto,   szaro   i   smutno.   Andrzej   szedł   przez   park   Ujazdowski, 

zeschłe liście szeleściły pod nogami, z drzew kapały duże, ciężkie krople i 

od czasu do czasu wpadały mu za kołnierz. Przysiadł na ławce, dopiero 

potem zauważył, że na sąsiedniej ulokowało się dwóch starszych panów. 

Kłócili się zażarcie, ale po cichu.

- Wiesz, co to abolicja? - Jeden raptem podniósł głos.

- Nie - odparł drugi. - Ale jeżeli ty to masz, to pewnie kradzione.

background image

Kapitan Łaniecki roześmiał się, czym ściągnął na  siebie podejrzliwe 

spojrzenia obu panów, więc wstał i ruszył w stronę Pięknej. Pociemniało, 

wiatr   rzucił   w   niego   garścią   deszczu.   Nastawił   kołnierz   kurtki,   wrócił 

myślami do listu, nad którym ostatnio pracował. List został znaleziony 

przy zwłokach kobiety w jej małym, straszliwie brudnym mieszkaniu na 

czwartym piętrze starego domu. Napisała, że odchodzi z tego świata, bo jej 

obrzydł. Andrzej był już jednak pewien, że pismo ktoś podrobił, zresztą 

bardzo   zręcznie,   nie   zostawiając   śladów   linii   papilarnych.   Zabójstwo   - 

myślał,   skręcając   na   chodnik.   Nie   wypiła   ani   łyku   tej   herbaty   z 

arszenikiem, morderca musiał to zrobić przy pomocy jakiegoś zastrzyku. 

Sekcja wykaże, już nie...Dalszy tok rozważań przerwano mu gwałtownie i 

w   sposób   zupełnie   nieoczekiwany.   Coś,   raczej   ktoś   wpadł   na   niego   z 

rozpędu,  a  ponieważ  była  to   kobieta,   mówił  potem:  „Wiesz,  po  prostu 

rzuciła mi się w ramiona...” Na razie jednak zachwiał się, przytrzymał 

mocniej   to,   co   już   trzymał,   i   spojrzał   z   zainteresowaniem.   W   chwilę 

później zainteresowanie spotęgowało się do dziesięciu w skali Beauforta, 

bo   oto   miał   w   ramionach   dziewczynę   takiej   urody,   jakiej   jeszcze   nie 

widział, chyba na obrazku.

- Może by pan mnie puścił? - spytała z wyraźnym rozbawieniem.

Oprzytomniał,   odsunął   się   troszeczkę,   nie   mając   ku   temu   żadnej 

ochoty. Poczuł mocny zapach perfum, więc przybliżył się znowu o kilka 

centymetrów. I patrzył. Pozwoliła mu na to, w końcu roześmiała się.

- Dziękuję za pomocną dłoń. Gdyby nie pan, pewnie leżałabym jak 

długa na chodniku. Ślisko i deszcz.

Nagle   wyraz   jej   twarzy   zmienił   się.   Teraz   przyglądała   mu   się   z 

natężeniem,   aż   poczuł   się   nieswojo.   Chciał   coś   powiedzieć,   spytać, 

background image

dlaczego tak patrzy. Nie zdążył.

-   Andrzej!   -   krzyknęła   radośnie.   -   Andrzej   przecież   to   ty!   Nie 

poznajesz mnie?

Miał absolutną pewność, że jej nie zna, pięknych dziewczyn się nie 

zapomina. Bąknął coś, czego ni dosłyszała, podeszła jeszcze bliżej, niemal 

dotykali się twarzami.

-   Naprawdę   nie   pamiętasz   Doroty?   -   szepnęła   z   uśmiechem   na 

pięknie zarysowanych, wypukłych wargach.

Dorota! Oczywiście, że ją znał, ale...

- Miałaś wtedy jedenaście lat - rzekł, zawstydzony i przejęty. - A ja 

szesnaście.   Wyrosłaś   na   taką   śliczną   dziewczynę,   że   nie   mogłem   cię 

rozpoznać.   Z   pyzatej   uczennicy...   Zawsze   miałaś   palce   poplamione 

długopisem. I kolorowe fartuszki. Dorota! - Chwycił ją za ramiona, kusiło, 

żeby pocałować, ale nie wiedział, czy się nie obrazi. Ma dziś przecież nie 

jedenaście, ale... ile to? Mój Boże, dwadzieścia siedem. Kobieta.

-   Będziemy   tak   stać   na   deszczu?   -   spytała,   odgarniając   z   czoła 

wilgotny kosmyk rudawych włosów.

- Ależ ze mnie idiota! Masz wolną chwilę? Pójdziemy do kawiarni. - 

Rozejrzał   się   mało   przytomnie,   w   pobliżu   były   do   wyboru   trzy.   -   Do 

„Ambasadora”?

- Dobrze - zgodziła się. - Powspominamy, Andrzejku.

Dopiero   kiedy   szatniarz   odebrał  od   nich   okrycia   i  Dorota   stanęła 

przed lustrem, mógł w pełni ocenić jej urodę. Smukła, w miarę wysoka, 

ubrana   w   elegancką,   beżową   sukienkę   z   lekkiej   wełny,   ze   sznurkiem 

mlecznobiałych   pereł,   od   których   kontrastowo   odbijały   jej   gęste,   rude 

włosy, wyglądała jak dziewczyna z okładki „Playboya” czy „Vogue”.

background image

-   Pamiętasz?   -   powiedział,   podchodząc   do   niej.   -   Jako   mała 

dziewczynka marzyłaś, żeby mieć na własność perfumy firmy „Chanel”. 

Wydawały ci się szczytem luksusu. Spełniły się te marzenia?

Odwróciła się do niego, uśmiechnęła.

- Dzisiaj używam „Yves Saint Laurent” - odparła. - Tamte już są 

niemodne.

Zajęli stolik na końcu sali pod oknem. Kelnerka przyjęła zamówienie 

na   dwie   kawy,   mierząc   Dorotę   wzrokiem,   w   którym   był   niekłamany 

podziw i odrobina zazdrości. Łaniecki patrzał na swoją dawną znajomą z 

dziecinnych   lat,   co   chwila   znajdując   nowy   powód   do   zachwytu.   Przy 

rudych włosach miała bardzo białą cerę bez piegów, wąskie łuki brwi, 

oczy ciemnozielone w oprawie czarnych rzęs, ładny prosty nos. Zdawał 

sobie sprawę, że ta twarz sporo - zawdzięcza doskonałym kosmetykom, 

ale nie przeszkadzało mu to. Jak każdy mężczyzna był dumny, że ma koło 

siebie   „takiej   klasy   babkę!”,   która   od   momentu   wejścia   na   salę   ściągą 

tęskne spojrzenia  wszystkich panów przy stolikach.

- Nie widziałem cię od... czekaj, ile minęło? Szesnaście lat! Kawał 

czasu. Co robisz? Gdzie mieszkasz? A rodzice? Ojciec miał chyba warsztat 

elektrotechniczny, jeżeli pamiętam.

- Ma. I sklep z takimi różnymi fatałaszkami Matka tam pracuje, a ja 

jej   pomagam.   Lubię   to   -   roześmiała   się.   -  Ale   nie   mieszkamy   już   na 

Siennej. Mamy chałupę na Goraszewskiej.

- Chałupę? - Nie zrozumiał. - Gospodarstwo rolne?

- Nie, coś ty! No, willę. Musisz przyjść, to zobaczysz.

Spoważniał, zastanawiał się chwilę.

- Warsztat, sklep, willa. Jesteście klasycznym przykładem prywatnej 

background image

inicjatywy - zauważył z odrobiną ironii. - Ja chyba nie pasuję do tych 

wspaniałości.

Przechyliła   się   przez   stolik,   musnęła   ustami   jego   policzek,   aż   na 

moment stracił panowanie nad sobą. Uczuł nieprzepartą ochotę, aby wziąć 

ją po prostu w ramiona, wycałować na oczach całej kawiarni, a potem 

niech się dzieje co chce.

- Dorota - powiedział z wysiłkiem. - Nie rób tego więcej. To znaczy: 

nie rób tego tutaj - poprawił się z uśmiechem. - Nie uznaję czułych gestów 

przed publicznością. Na pokaz.

- Lubię cię - szepnęła. - Zresztą zawsze cię lubiłam. Także i wtedy, 

kiedy szarpałeś mnie za włosy i wołałeś: rudzielec!

- Naprawdę byłem taki wstrętny? Przepraszam cię teraz za to, co 

było wtedy. Bardzo mi się podobają twoje włosy. W ogóle jesteś śliczna. - 

Raptem spochmurniał. - I za elegancka dla mnie.

- Pleciesz. Powiedz mi wreszcie coś o sobie. Ożeniłeś się?

- Nie.

- Oczywiście gdzieś pracujesz? Może w handlu zagranicznym?

-   Nigdy   nie   miałem   zamiłowania   do   handlu.  A  ty   studiowałaś? 

Skrzywiła się lekko, upiła trochę kawy.

-   Rok   byłam   na   prawie.   Potem   dwa   lata   na   Akademii   Sztuk 

Pięknych. Potem... - wybuchnęła śmiechem - potem już nic. A ty?

- Prawo.

- Tu, w Warszawie? - zdziwiła się. - Kiedy? Przecież mogliśmy się 

spotkać.

- Skończyłem w osiemdziesiątym drugim. Nie mogliśmy się spotkać.

- I co teraz robisz?

background image

- Nie wyszłaś za mąż? - ominął pytanie.

- Wyobraź sobie, że nie. Parę razy byłam o krok od tego, ale zawsze 

coś mnie powstrzymywało. W zeszłym roku o mały włos nie zostałam 

żoną francuskiego reżysera filmowego. Spędziłam wtedy cudowny miesiąc 

w   Saint-Tropez.   -   Zadumała   się”   wyjęła   z   torebki   papierosy,   wzięła 

jednego, podsunęła paczkę Andrzejowi. Były to nie znane mu, oryginalne 

raffles-special virginia. Chciał zapytać, skąd ma, ale coś go powstrzymało.

- Będąc żoną reżysera, w dodatku z twoją urodą, mogłaś zagrać w 

filmie - rzekł, podając jej ogień.

- Może i mogłam. Jean był całkiem sympatyczny, ale nigdy nie miał 

czasu. Zresztą, co tam mówić. Tak mi jest wygodniej - powiedziała z nagłą 

szorstkością.

Patrzał na jej ręce, nie przeładowane biżuterią; tylko jeden delikatny 

pierścionek, szafir oprawiony w dwa wąziutkie złote uchwyty. I maleńki 

złoty zegarek o staroświeckim wzorze, antyk albo umiejętnie podrobiony 

pod starocie.

- Daj mi swój telefon - poprosił. - Kiedy najłatwiej cię zastać w 

domu?

- Po południu. Albo późnym wieczorem. Możesz dzwonić nawet o 

północy,   rodziców   nie   zbudzisz.   Na   noc   przełączam   aparat   do   swojej 

sypialni. Masz jakąś kartkę?

Wyrwał   jedną   z   notesu,   podał   jej   razem   z   długopisem.   Zapisała 

numer i adres, roześmiała się.

- Widzisz, teraz też smaruję sobie palce.

- I nosisz kolorowe fartuszki?

- Sometimes. Jak robię kanapki dla gości. Andrzejku, muszę już iść. 

background image

Kochany, bardzo się cieszę, żeśmy się spotkali! Zadzwoń, przychodź. Nie 

bój się prywatnej inicjatywy, nie jesteśmy tacy straszni.

*

Brzęknęło szkło kieliszków. Trzeci powiedział:

- Prosit! 

Pierwszy   nie   zareagował.   Mogło   być   tak,   że   poczuł   się   urażony 

poufałym zwrotem, ale mógł też po prostu nie słuchać, co do niego mówią. 

Siedział   w   głębokim   fotelu   wybitym   czarną   skórą,   obracał   w   palcach 

inkrustowaną zapalniczkę i zastanawiał się nad czymś. Trzeci dałby wiele, 

żeby przeniknąć tę okrągłą, silnie sklepioną, prawie łysą czaszkę, dotrzeć 

w głąb mózgu i rozszyfrować myśli.

Nie doczekawszy się żadnych słów, wziął swój kieliszek i pił powoli, 

pozornie delektując się smakiem któregoś z likierów „DeKuyper”, choć 

zazwyczaj   nie   cierpiał   słodkiego   alkoholu,   ale   Pierwszy   innego   nie 

uznawał,   więc   należało   tu,   w   tym   gabinecie,   poddać   się   jego   gustom. 

Nagle Trzeci zatęsknił za ordynarną, zwykłą wódką.

Siedział   trochę   bokiem,   starał   się   nie   patrzeć   na   szefa,   aby   nie 

napotkać wzrokiem tych oczu wypłowiałych, lodowatych, które zdawały 

się   przeszywać   rozmówcę   niby   dwa   sztylety.   Trzeci   nie   pamiętał,   aby 

kiedykolwiek   Pierwszy   złagodził   wzrok.   Nie   widział   też   jeszcze   nigdy 

jego uśmiechu. Prawdę mówiąc, Trzeci bał się szefa, nie rozumiał go i nie 

zawsze   potrafił   w   pełni   zastosować   się   do   poleceń,   chociaż   starał   się, 

bardzo się starał. Zuchwały i bezwzględny, tutaj pokorniał, cichł. Nie tylko 

ze   strachu.   Doceniał   talenty   Pierwszego,   podziwiał,   całym   swoim   „ja” 

przypadał przed nim do ziemi, czasami myślał, aby uciec stąd na drugi 

koniec świata, ale zawsze tłumił te pragnienia i powracał jak posłuszny 

background image

pies do nóg swego pana. Pan ten wymagał i płacił. Dużo.

-   Źle   zrobiłeś   -   odezwał   się   wreszcie   Pierwszy.   Głos   miał 

przytłumiony, nigdy go nie podnosił.

Trzeci spuścił głowę. Niewiele miał na swoje usprawiedliwienie; coś 

niecoś jednak chciał wyjaśnić, bronić się.

- Nie miałem wyboru - odparł cicho. - W lesie byli ludzie, szli w 

stronę samochodu. My przecież nie wiemy, gdzie który z nas chowa swój 

znak. Szósty nie wykonał zadania, chciał wyjechać na Sycylię. Od dawna 

podejrzewałem   go   o   kontakt   z   tamtejszą   mafią.   Nie   miałem   wyboru   - 

powtórzył.

- Mogłeś to zrobić w innym miejscu.

- Chciałem. Ale on...

Umilkł, bo Pierwszy uniósł rękę gestem, nakazującym milczenie.

- Trzeba odzyskać znak - powiedział.

Trzeci zasępił się. Wiedział, że polskiej granicy nie wolno mu już 

przekroczyć, był tam spalony. Dziewczyna z małego fiata obserwowała go 

i   z   pewnością   zapamiętała   twarz,   kolor   włosów,   wzrost.   Nawet   tę 

leworęczność.   Oczywiście,   mógł   ją   wtedy   załatwić   gdzieś   po   drodze, 

wpakowałby się jednak w nielichą kabałę. Nie, on już do Polski nie wróci. 

Tutaj  go  nie  znajdą.  Powiedział to   wszystko  ostrożnie,   starał się,   żeby 

wypadło przekonywająco. Na koniec odważył się spytać:

- Czy to jest dla nas takie ważne?

-   Co?   -   Spod   grubych   powiek   strzeliło   w   jego   stronę   złe,   ostre 

spojrzenie.

-   Odzyskanie   znaku.   Możemy   wykonać   inny   z   szóstką   i 

przygotować...

background image

Urwał, bo Pierwszy znowu niecierpliwie uniósł rękę.

- Nic nie wiesz, Willy. Nie rozumiesz.

Zdumiał się. Po raz pierwszy szef użył jego imienia. Spojrzał mu w 

twarz i jak zwykle nic z niej nie wyczytał. Tamten ciągnął dalej:

-   To,   co   teraz   powiem,   musi   pozostać   wyłącznie   dla   twojej 

wiadomości. W przeciwnym razie... Zresztą, zdajesz sobie sprawę. Więc 

słuchaj. Każdy z was, choć o tym nie wie, ma trzynastu swoich dublerów. 

Łącznie tworzycie czternastoosobowe grupy. Twój dubler znajduje się w 

Londynie, Paryżu, Madrycie, Rzymie, Bangkoku, Sztokholmie - wymienił 

po kolei trzynaście miast. - Każdy z nich ma znak z trójką. Jak ty. Nie 

znacie się, to jest konieczne w naszym działaniu. Tylko ja was wszystkich 

znam. Tylko ja!

Trzeci   słuchał,   oszołomiony   zarówno   niezwykłą   informacją,   jak   i 

dowodem   takiego   zaufania.   Żebym   tylko   tego   później   nie   żałował   - 

pomyślał   z   przestrachem.   Zbyt   dobrze   pamiętał,   że   ci   spośród 

„Nietoperzy”,   którzy   wiedzieli   dużo,   znikali   w   niewyjaśnionych 

okolicznościach. Na zawsze.

- Dubler - ciągnął dalej szef - to nie znaczy: sobowtór. Nie jesteście 

do   siebie   podobni.   W   każdym   razie   nie   z   wyglądu.   To   niepotrzebne. 

Dubler to ten, który podejmuje zadania zbieżne z innymi dublerami, ale 

wyłącznie na swoim terenie. Trójka z Paryża w zasadzie nie może, nie ma 

prawa... - zawahał się, należało raczej powiedzieć: bezprawia, uśmiechnął 

się niedostrzegalnie, zawsze tak się uśmiechał - więc nie może działać, 

powiedzmy,   w   Rzymie   czy   w   Bernie.   Powtarzam:   nie   znacie   się,   nie 

wiecie nic o sobie, robicie to samo każdy gdzie indziej.

Umilkł, popił trochę likieru. Trzeci wbił oczy we wzorzysty dywan; 

background image

ze strachu rozbolał go żołądek. Może zresztą od obrzydliwego słodkiego 

„DeKuypera”.

-   Na   przykład   twój,   nazwijmy   go,   „odpowiednik”   z   Bangkoku 

zlikwidował   dotychczas   cztery   osoby,   dla   kogoś   niewygodne. 

Przeszkadzające w transakcjach finansowych dużej skali. To bardzo dobry 

dubler.   -   Pierwszy   zamyślił   się   na   chwilę.   Trzeci   chciał   teraz   tylko 

jednego: żeby tamten już skończył, żeby nic więcej nie mówił, bo każdy 

nie znany mu szczegół obarcza go straszliwą odpowiedzialnością, której 

wcale   nie   pragnął.   Niestety,   szef   odstawił   kieliszek   i   kontynuował 

półgłosem:

- Być może istnieje pewne podobieństwo pomiędzy  nami a tymi, 

których nazywają „psy wojny”. Nas też można wynająć do likwidacyjnej 

roboty. Tylko że to kosztuje drogo. Bardzo drogo.

Trzeci pomyślał w tym momencie, że do tej pory właściwie nie wie, 

dlaczego Szósty w Polsce nie wykonał zadania; bał się jednak zapytać. 

Natomiast wciąż jeszcze nie rozumiał przyczyny, dla której odzyskanie 

znaku jest takie ważne. Pierwszy, jakby czytając jego myśli, wyjaśniał:

-   Ponieważ   nie   znacie   się,   nikt   z   trzynastu   dublerów   szóstki   nie 

będzie  wiedział,  czy   osobnik  z takim  właśnie  znakiem,  który   pewnego 

dnia dotrze do niego, rzeczywiście należy do „Nietoperzy”. Zdajesz sobie 

sprawę   z   niebezpieczeństwa,   z   ogromnego   zagrożenia,   jakie   stąd   może 

wyniknąć? Oczywiście, mógłbym natychmiast poinformować tę trzynastkę 

o takiej ewentualności. Ale wówczas musiałbym jednocześnie poznać ich 

wszystkich ze sobą, podać nazwiska i adresy w celu uniknięcia pomyłki. A 

to jest niemożliwe.

- Dlaczego? - Trzeciemu ta niemożliwość wydała się nielogiczna, 

background image

nawet bezsensowna.

- Bo byłby to precedens, sprzeciwiający się naszym podstawowym 

regułom   gry.   Słuchaj,   Willy,   dotychczasowe   całkowite   powodzenie 

działania   „Nietoperzy”   w   świecie   polega   właśnie   na   bezwzględnej 

tajemnicy, na absolutnej konspiracji. Tylko w ten sposób mamy gwarancję, 

że w razie wpadki jednego z dublerów nie zdradzi on innych. Po prostu nie 

wie   o   istnieniu   dublerów   ani   o   tym,   co   który   z   nich   wykonał.   I   taka 

tajemnica   musi   być   utrzymana.   Otrzymujecie   tak   wysokie   pobory,   że 

zwykli najemnicy nie mogą się z wami równać. Nie macie ojczyzny, nie 

należycie do żadnego narodu. Obowiązuje was tylko ten znak - wskazał 

dłonią   na   ogromny   obraz,   przedstawiający   na   granatowym  tle   nocnego 

nieba gromadę  czarnych nietoperzy  w locie  z rozpiętymi skrzydłami. - 

Polecenia   wydaję   wyłącznie   ja.  O   tym,   co  się   dzieje   w  razie   odmowy 

wykonania,   wiesz   dobrze,   bo   sam   wziąłeś   w   tym   udział.   Natomiast 

popełniłeś poważny błąd, nie odbierając znaku. Powinienem właściwie... - 

zawiesił   głos,   a   Trzeci   poczuł,   jak   zimna   struga   potu   spływa   mu   po 

plecach. - Ale doceniam cię. Masz swoje zasługi. Dam ci więc szansę. 

Musisz   odzyskać   znak   Szóstego.   Wiem   -   uprzedził   gestem   ręki   -   nie 

powinieneś tam jechać. Rozejrzyj się wśród twoich pomocników. Wybierz 

takiego, kto potrafi, kto albo już jest w Polsce, albo może bezpiecznie tam 

się   udać.   Oczywiście   powiesz   mu   tylko   tyle,   ile   jest   konieczne.   Po 

zrealizowaniu   zadania   zlikwidujesz   go.   To   też   konieczne.   Całkowita 

odpowiedzialność za powrót znaku tu, do mnie, spoczywa na tobie. Ze 

wszystkimi konsekwencjami. A teraz już idź.

Trzeci wstał, skłonił się nisko, wiedział, że Pierwszy rzadko kiedy 

podaje   rękę,   toteż   nie   czekał   na   to   i   sam   ręki   nie   wyciągał.   Odszedł, 

background image

stąpając bezszelestnie po grubym dywanie, i znikł za drzwiami gabinetu.

Pierwszy   podniósł   się   ociężale,   zbliżył   do   okna,   odsunął   trochę 

firankę. Z jedenastego piętra wieżowca na Theresienstrasse 6 patrzał długo 

na rozświetlone, szumiące setkami samochodów, bardzo stare Monachium.

*

Uroczystość  przeciągała  się. Zimny  listopadowy  wiatr wciskał się 

pod   płaszcze,   szarpał   za   włosy   i   sprawiał,   że   większość   zebranych 

przytupywała   niecierpliwie,   spoglądając   ukradkiem  na   zegarki.   Kolejny 

mówca,   gość   zagraniczny   i   dosyć   ważny,   rozpoczął   przemówienie. 

Złożono już wieńce pod pomnikiem, ale nie wyczerpano oracji.

Dwóch   reporterów,   skulonych   obok   drzewa,   obserwowało 

prelegenta.

- Załóż się - szepnął blondyn w skórzanej kurtce.

- O co? - zdziwił się łysawy w okularach.

-  Że   ta   kapka,  co   mu   wisi  u  nosa,   spadnie,   zanim  facet  skończy 

przemawiać. Ja mówię, że spadnie.

- Nie spadnie. Jest trochę mrozu i z kapki zrobił się sopelek. O co się 

zakładamy?

- O dużą kawę w „Victorii”.

- Stoi. - Szybko podali sobie ręce.

Kiedy mówca powiedział ostatnie zdanie, blondyn przegrał zakład. 

Uroczystość zakończyła się, zebrani truchtem pobiegli do samochodów. 

Plac opustoszał.

Łaniecki znalazł się tu właściwie przypadkiem. Miał wolny dzień po 

dyżurze w Zakładzie; zbudził się późno z bólem głowy i poszedł na spacer 

do parku. Wracając, natrafił na zebranych przy pomniku, trochę słuchał 

background image

przemówień, a trochę rozmyślał nad swoimi sprawami. W końcu znudziło 

mu się sterczeć w tłumie. Wszedł do pobliskiej kawiarni, zamówił dużą 

czarną. Znowu, jak przez ostatnie tygodnie, wrócił niepokój i gniew, może 

żal. Nie mógł się z tym uporać. Wszystkie jego myśli wypełniła Dorota - 

śliczna, zgrabna, cudowna wprost dziewczyna. Trudno mu było skupić się 

nad robotą w Zakładzie, wciąż stawała przed oczami jej twarz pełna uroku, 

przedziwny   uśmiech,   smukła,   wdzięczna   sylwetka.   Po   dłuższych 

namowach zjawił się wreszcie z wizytą u państwa Wiktorskich w willi 

przy ulicy Goraszewskiej. Przyszedł skrępowany, prawie nieszczęśliwy, z 

bukietem   czerwonych   róż,   które   natychmiast   po   wejściu   położył 

ukradkiem   na   stoliku   w   przedpokoju,   ale   które   Dorota   również 

natychmiast dostrzegła, podniosła do ust i pocałowała każdy z siedmiu 

pąków.

Ojciec dziewczyny okazał się zresztą całkiem sympatycznym panem; 

miał siwiejące włosy i pokaźny brzuszek, wystający spod szarego swetra. 

Przywitał Andrzeja tak, jakby się znali od wielu lat, zaproponował drinka, 

pogadali chwilę o byle czym. Potem do pokoju, w którym siedzieli, weszła 

pani  Wiktorska   i   okazało   się,   że   doskonale   pamięta   kilkunastoletniego 

sztubaka, który mieszkał dwa domy dalej i przychodził do Doroty, aby ją 

zabrać do kina czy na ślizgawkę.

- A rodzice pana żyją jeszcze? - spytała, sadowiąc się w fotelu. Jej 

twarz, zwiędła, trochę za mocno umalowana wydała mu się tak różna od 

twarzy tamtej młodej pani, częstującej go domowym sernikiem, że z żalem 

pomyślał o upływającym czasie. Odparł, że rodzice zmarli, na co pani 

wyraziła współczucie i zaraz spytała, czy woli kawę, czy herbatę do ciasta.

-   Kiedyś   jadłem   u   państwa   wspaniały   sernik   -   przypomniał   z 

background image

uśmiechem. - Chyba sama pani pie - I kła?

Odwzajemniła   uśmiech,   przytaknęła.   Dorota   przyniosła   tacę   z 

filiżankami i całą zastawą. Nie było ■, tam jednak domowego sernika, lecz 

ciastka od Bliklego.

- Już nie piekę - powiedziała pani Wiktorska. - A Dorota tego nie 

lubi. Rzadko zagląda do kuchni.

-   Mamo,   przecież   mamy   doskonałą   kucharkę   -   dziewczyna   lekko 

wzruszyła ramionami. - Andrzejku, czego ci nalać?

Siedział   wtedy   na   tej   wizycie   -   pierwszej   po   szesnastu   latach   - 

nieprzyzwoicie   długo,   bo   Dorota   nie   chciała   go   puścić.   W   końcu 

zaproponowała odwiezienie swoim wozem. Pan Wiktorski rzucił niedbale, 

że   on   używa   forda-mustanga,   a   córce   kupił   niedawno   niebieskie   audi. 

Łaniecki grzecznie, ale stanowczo wymówił się od podwiezienia; było coś 

takiego w jego głosie, że Dorota popatrzyła na niego uważnie i przestała 

nalegać.

Nie   powiedział   ani   jej,   ani   państwu   Wiktorskim,   gdzie   pracuje. 

Obmyślił to sobie przed wizytą i jakoś mu się udało wybrnąć z sytuacji. 

Jest   radcą   prawnym,   mówił,   zatrudniają   go   dwie   spółdzielnie   na 

półetatach,   mniejsza   o   nazwy,   takie   tam   sobie   spółdzielnie.   Nie   podał 

swego adresu ani telefonu, wykręcił się, że chwilowo nie ma aparatu, a 

mieszkanie   będzie   zmieniał  na  lepsze.  Wiktorski  zaofiarował  pomoc   w 

jednym   i   drugim,   ale   gdy   kapitan   grzecznie   odmówił,   pan   domu   nie 

ponowił propozycji.

Dorota pożegnała się z nim trochę urażona, milcząca. Wsiadając do 

autobusu w alei Sobieskiego postanowił sobie, że więcej do tej willi nie 

przyjdzie.   Sądził   zresztą,   że   wystarczyłoby   otwarcie   postawić   sprawę: 

background image

jestem oficerem milicji - i miałby tu już drzwi zamknięte. To nie dla mnie 

towarzystwo - myślał potem w domu. - Trzeba z tym skończyć. Lepiej od 

razu.

Łatwo było postanowić, gorzej dotrzymać. Jakby los się na niego 

uwziął, bo zaraz następnego dnia spotkał Dorotę na placu Trzech Krzyży i 

zanim cokolwiek zdążył powiedzieć, już siedział obok niej w kawiarni, a 

mówiła ona. Po godzinie zanotowała jego telefon, podał też adres. Nie 

wymienił tylko miejsca pracy.

Teraz więc, zadumany nad filiżanką kawy, zastanawiał się, jak długo 

uda mu się utrzymać swój zawód w tajemnicy. Dorota miała o coś żal, 

wyczuwała, że nie powiedział prawdy; być może zrobił to nieumiejętnie, 

gdyż nie przywykł ukrywać przed kimkolwiek ani służby w milicji, ani 

oficerskiego stopnia. Wczoraj w nocy doszedł jednak do zawstydzającego 

wniosku:   oto   jedyny   powód,   dla   którego   do   tej   pory   nie   powiedział 

Dorocie,   że   jest   kapitanem   MO,   to   po   prostu   obawa,   iż   dziewczyna 

przestanie się z nim widywać.

Zanim   przyszła   do   jego   mieszkania,   pousuwał   starannie   wszelkie 

ślady   swej   służby.   Zdjął   ze   ściany   proporczyk,   wykonany   z   okazji 

czterdziestolecia   MO   i   SB,   upchnął   na   najwyższej   półce   regałów 

„Problemy  kryminalistyki”  i książki z tej dziedziny, nawet zamknął na 

klucz   biurko,   wymyślając   sobie   w   duchu   od   osłów,   kretynów   i   tym 

podobnych. Za to były kwiaty w wazonie, najlepsze wino, jakie udało mu 

się   kupić,   kasety   z   nowymi   nagraniami   i   wiele,   wiele   czułych   słów, 

gorących pocałunków, na których się oczywiście nie skończyło.

Świnia jestem - myślał, dopiwszy ostatni łyk kawy. - Ona mi wierzy, 

a ja ją po prostu oszukuję. Tak dalej być nie może. Jeżeli jej na mnie 

background image

naprawdę zależy, nie odejdzie. A jeżeli odejdzie, to znaczy, że nie była to 

dziewczyna dla mnie. Przeboleję, trudno. Targnął nim ogromny żal; nie 

mógł już sobie wyobrazić dni i miesięcy bez Doroty. Postanowił nagle, że 

powie jej dziś jeszcze, natychmiast, niech to się raz wyjaśni w tę albo w 

tamtą stronę.

Zerwał   się   od   stolika   tak   spiesznie,   że   przestraszona   kelnerka 

podbiegła,   aby   zainkasować   należność.   Wróciwszy   do   mieszkania, 

nakręcił   numer   Doroty   i   z   bijącym   sercem   czekał,   aż   ktoś   podniesie 

słuchawkę. Była w domu. Sama odebrała telefon.

-  Kochanie,  muszę  się  z  tobą  zobaczyć - powiedział stanowczym 

tonem. - Zaraz. To ważne. Możesz przyjechać?

Milczała chwilę, a potem odparła, że tak. Będzie gdzieś za godzinę. 

Nie spytała, o co chodzi, za co był jej wdzięczny. Nie potrafiłby wyjaśnić 

tego wszystkiego przez telefon. Tym razem nie zdążył kupić kwiatów, ale 

proporczyk   wrócił   na   dawne   miejsce,   książki  i   miesięczniki   też.  Tylko 

biurko   nadal  trzymał  zamknięte;   pomyślał,   że   nawet   gdyby   miał   żonę, 

sprawy służbowe musiałyby pozostać dla niej tajemnicą.

Zadzwoniła do drzwi. Skoczył otworzyć i, nie patrząc jej w oczy, 

zdejmował biały puszysty kożuszek, wieszał go starannie, chciał odwlec 

chwilę, kiedy zacznie mówić. Zdziwiona i jakby spłoszona jego powagą 

zatrzymała się na progu pokoju. Był pewien, że dostrzegła proporczyk, ale 

nie   odezwała   się.   Podsunął   jej   fotel,   sam   usiadł   naprzeciwko,   choć 

zazwyczaj siadali obok siebie na tapczanie.

- Andrzejku, co się stało?  - spytała wreszcie, wyjmując z torebki 

papierosy. - Masz taki dziwny wyraz twarzy, jakby... Najlepiej powiedz 

wszystko   od   razu.   Chyba   -   zawahała   się   -   chyba   nie   chcesz,   abyśmy 

background image

zerwali ze sobą?

Zamiast odpowiedzi pochylił się i długo całował jej ręce, ale kiedy 

zbliżyła   usta   do   jego   twarzy,   odsunął   się.   Najpierw   niech   się   dowie   - 

myślał - a potem zobaczymy. Westchnął ciężko i rzekł:

- Słuchaj, kochanie. Doszedłem do wniosku, że postąpiłem wobec 

ciebie nielojalnie. Nie powiedziałem ci prawdy o sobie.

Spoważniała, zmarszczyła brwi. Twarz jej nabrała obcego, surowego 

wyrazu.

- Jesteś żonaty, tak? - spytała sucho. - A to wszystko między nami to 

tylko taka zabawa? Męska przygoda?

- Mylisz się. Nie jestem żonaty i... wiesz dobrze, że cię kocham. 

Nigdy dotychczas nie kochałem nikogo tak bardzo.

Przyglądała mu się ze skupieniem, wciąż jeszcze bez uśmiechu.

-   Więc   o   co   chodzi?   Zamordowałeś   kogoś,   okradłeś   bank, 

sfałszowałeś   czeki?   Może   jesteś   narkomanem   albo   nałogowym 

alkoholikiem?

Roześmiał się, ale nie był to śmiech wesoły.

- Same negatywy. Nic dobrego we mnie nie zauważyłaś?

- Powiedz wreszcie! - krzyknęła. - Co się z tobą stało? Ale powiedz 

prawdę.

- Dobrze. Więc nie pracuję jako radca w żadne spółdzielni. Jestem 

oficerem milicji, zatrudnionym w Zakładzie Kryminalistyki. To właśnie 

chciałem ci po wiedzieć.

Nastała cisza. Dorota patrzała na niego z na wpół otwartymi ustami; 

wyglądała jak ktoś, kto zbudził się dopiero i nie bardzo wie, co się wokół 

niego   dzieje.   Po   chwili   jednak   Łaniecki   usłyszał   ze   zdumieniem,   że 

background image

dziewczyna   wybuchnęła   kaskadą   głośnego   śmiechu,   aż   twarz   jej 

poczerwieniała.

- Z czego się śmiejesz? - zawołał, zirytowany.

- Z ciebie, Andrzejku! Żebyś wiedział, jaki jesteś teraz zabawny z 

tymi strasznie poważnymi oczami i wielką zmarszczką na czole! Kochany, 

przecież ja się wczoraj nie urodziłam. Mieszkam w Polsce, wiem, co to 

jest milicja i tylko jednego zupełnie nie rozumiem: dlaczego się z tym 

kryłeś?   Z   przyjemnością   czytuję   kryminały,   pasjonują   mnie   wszelkie 

„Kobry” w telewizji i bardzo się cieszę, że jeden z naszych rodzimych 

Sherlocków Holmesów zainteresował się moją skromną osobą! Zwłaszcza 

że jest przystojny.

Gdzieś   po   godzinie,   kiedy   leżeli   obok   siebie   na   tapczanie, 

powiedział:

- Bałem się, że ty... a zwłaszcza że twoi rodzice nie pozwolą mi 

widywać się z tobą.

- Miły mój, ja mam dwadzieścia siedem lat, nie kryję swego wieku, 

bo mnie znasz od dziecka. Ja decyduję o sobie, tylko ja, ani mama, ani 

ojciec. Zresztą - zastanowiła się chwilę - nie musisz im tego mówić.

- A widzisz! - zmartwił się. Chciał coś dodać, ale nie pozwoliła.

-   Nic   nie   widzę.   Ojciec   by   zaraz   chciał   twojej   protekcji,   kiedy 

wymierzą mu mandat, bo fatalnie prowadzi wóz. A mama - machnęła ręką 

lekceważąco - bardzo ją kocham, ale mama nie zna się na polityce ani na 

tych wszystkich rzeczach - dokończyła niejasno. - Jej jest reszta obojętna, 

aby tylko szła sprzedaż w sklepie i w domu miała wszelkie wygody. Więc 

widzisz, Andrzejku - objęła go, przytuliła się - mogłeś tego proporczyka 

nie zdejmować ze ściany, jak tu przyszłam pierwszy raz.

background image

*

„R-8” wysiadł z samolotu zmęczony i śpiący. Cały ubiegły tydzień, 

który spędził w kilku miastach Republiki Federalnej Niemiec, był jednym 

nieprzerwanym   ciągiem   długich,   wyczerpujących   rozmów,   szarpiących 

nerwy. Każda doba tego niemiłosiernego tygodnia zdawała się za krótka, 

każde   spotkanie   nie   miało   końca,   spał   dwie,   trzy   godziny,   budził   się 

nieprzytomny z pustką w głowie. Nie pomagała kawa, trzeba było sięgnąć 

do   tabletek;   rozjaśniały   umysł   na   krótko,   coraz   krócej,   organizm   z 

początku walczył z tym, potem, co gorsza, przyzwyczajał się.

Mimo   to   „R-8”   był   zadowolony.   Sprawa,   dla   której   jego   - 

pracownika kontrwywiadu MSW - wysłano za granicę, choć właściwym 

terenem   działania   tej   służby   jest   własny   kraj,   została   jednak 

rozszyfrowana,   oczywiście   przy   niebagatelnej   pomocy   kolegów   z 

wywiadu.   Mógł   sobie   powiedzieć,   że   wykonał   powierzone   mu   bardzo 

trudne zadanie. Powinienem odpocząć - myślał, wsiadając do taksówki: 

znał trochę tego kierowcę i wiedział, że pojedzie za polskie złote, a nie za 

dolary.

Grażyna   miała   dzień   wolny,   siedziała   w   domu   i   coś   tam 

przygotowywała w kuchni. Pocałował ją mocniej niż zwykle, nie widzieli 

się   przecież   siedem   dni,   to   bardzo   długo.   Kiedy   zasiedli   do   kolacji, 

powiedział:

- Czasami myślę o tobie jako o Jenny. Pamiętasz Golewice? 

- Oczywiście, Stachu. Przecież to było zaledwie rok temu - odparła, 

krając kiełbasę. - No, trochę więcej niż rok. You remember, Ken?

Roześmieli się. Pracowali nad tą sprawą razem i razem ją wygrali, 

choć jego żona wyjechała wcześniej do Warszawy.

background image

- A wiesz, kapitan Skierko awansował na majora i ożenił się. Kiedy 

go   spotkałem,   zacytował   mi   wprawdzie   Sztaudyngera:   „Już   od   czasów 

Adama, niestety, bokiem mężczyznom wychodzą kobiety” ale zaraz dodał, 

że jego to nie dotyczy, bo żonę ma w sam raz.

* Książka pt. „Malwina przegrała milion”, Warszawa 1984.

Wieczorem   Grażyna   sięgnęła   na   półkę   po   kasetę,   nastawiła 

magnetofon,   zgasiła   lampę   pod   sufitem.   Wpół   leżąc,   wsłuchany   w 

głębokie,   przenikające   każdy   nerw   dźwięki   utworów   Vangelisa, 

przymknąwszy   powieki,   „R-8”   odpoczywał.   To   były   jego   prywatne 

godziny we własnym domu, tu nikt obcy nie miał dostępu, tu był sobą - 

bez   wcielania   się   w   postać   innego   człowieka,   bez   trudnej   gry   oficera 

kontrwywiadu. Nieczęsto miał takie godziny.

Następnego   dnia,   kiedy   wszedł   do   gabinetu   pułkownika 

Polewskiego, okazało się, że jest nie tylko mile widziany, ale i bardzo 

potrzebny.

- Siadaj, Stachu. - Polewski wysunął szufladę biurka, szukał w niej 

przez chwilę, potem wyciągnął duże kolorowe zdjęcie jakiegoś rysunku. - 

Spójrz, czy znasz tę twarz.

„R-8”   wziął   do   ręki   fotografię   i   zobaczył   barwny   portret 

przystojnego mężczyzny o regularnych rysach, lekko wysuniętej, gładko 

wygolonej brodzie i ciemnych włosach. Mężczyzna ów był leworęczny, 

tak w każdym razie przedstawiał go rysunek.

- Nie - odparł. - Czyj to portret?

- Ba! Żebyśmy wiedzieli. - W paru zdaniach wyjaśnił kapitanowi, 

kogo   ewentualnie   przedstawia   zdjęcie,   zaznaczając,   że   nie   ma   żadnej 

pewności, iż rysunek jest rzeczywiście portretem, a nie wytworem fantazji 

background image

pewnej sympatycznej malarki. Zaraz potem pułkownik znowu pogrzebał w 

szufladzie i wyjął kilka innych zdjęć. Rozłożył je na biurku, podzielił na 

dwie części. Kapitan popatrzył z uwagą, dotknął palcami tej po prawej 

stronie i rzekł:

-   Rozwalona   czaszka.   Musiał   dostać   z   bardzo   bliskiej   odległości. 

Trudno cośkolwiek poznać, twarz jest zniekształcona.

-   Tak.   Dwa   pociski   kaliber   dziewięć,   w   samochodzie,   zabójca 

siedział   obok   kierowcy.   Ofiara   to   niejaki   Werner   Kirshwald   z   RFN. 

Pojawił się w Polsce jako turysta. Ten drugi - pokazał zdjęcia - to jego 

brat, który przyjechał zabrać ciało, Edwin Kirshwald. Nawiasem mówiąc, 

mamy   pewne   wątpliwości   co   do   tego   braterstwa.   A   teraz,   Stachu, 

posłuchaj, co ci powiem. - Położył obok siebie zdjęcia obu Kirshwaldów i 

portret NN. - Te trzy osoby łączy jakaś dziwna tajemnica. Obchodziłaby 

nas   tyle   ile   zeszłoroczny   śnieg,   gdyby   zabójstwo   nie   wydarzyło   się   w 

Polsce.   Śledztwo   prowadzi   normalnym  trybem   Stołeczny   Urząd   Spraw 

Wewnętrznych, choć Bogiem a prawdą tryb ten  daleki jest od zwykłej 

procedury, bo jestem niemal pewien, że morderca nigdy już się u nas nie 

zjawi.

- Czy masz jakieś dane, że to był obcokrajowiec?

- Szczerze mówiąc, niewielkie. Dlatego Szczęsny, Daniłowicz i paru 

innych ciągną tę sprawę. Idzie im jak krew z nosa, czemu wcale się nie 

dziwię. Rozumiesz jednak, że wobec zagranicy, zwłaszcza wobec tych z 

Republiki Federalnej...

- Rozumiem - przerwał „R-8”. - Naszą ambicją i tak dalej. Podzielam 

ten pogląd. Nie powiedziałeś mi jednak, na czym polega tajemnica?

Polewski   milczał   chwilę,   zapatrzył   się   gdzieś   w   kąt   pokoju. 

background image

Niebieskie,   spokojne   oczy   kapitana   spod   ciemnych   brwi   śledziły   to 

spojrzenie, zdając się zgadywać myśli pułkownika.

- Chcesz, żebym włączył się i pomógł - stwierdził. - Muszę wiedzieć 

trochę więcej.

- Naturalnie. Popatrz więc jeszcze i na to.

„R-8” z pewnym zdziwieniem przyglądał się fotografii małej białej 

wizytówki,   a   potem   kolejno   zdjęciom   metalowej   oprawki, 

mikroskopijnego   tekstu   o   nietoperzach,   rzymskiej   szóstki.   Słuchał 

objaśnień Polewskiego, który wcześniej rozmawiał z Łanieckim i otrzymał 

od niego dokładny opis czynności, wykonanych w Zakładzie.

-   Zanim   wyciągnę   jakieś   wnioski   -   rzekł   -   pozwól,   że   zapytam 

jeszcze,   czy   nasi   koledzy   z   WOP  lub   celnicy   nie   przypominają   sobie 

twarzy z rysunku?

- Nie. Pamiętaj jednak, że, po pierwsze, zbrodnia została dokonana 

pod   koniec   sezonu   turystycznego,   kiedy   oni   zazwyczaj   upadają   już   na 

nosy, zmordowani najazdem zagraniczników i tysiącami naszych rodaków, 

gnających w tę i w tamtą stronę. Po drugie, jak już mówiłem, nie mamy 

żadnej gwarancji, iż portret jest prawdziwy. Jak dotąd owa malarka, która 

domniemanego zabójcę podwoziła do Warszawy, jest jedynym świadkiem 

w sprawie. W autentyzm jej zeznań możemy wierzyć lub nie. Żadnych 

dowodów.   Koledzy   z   SUSW   wypytali   służbę   hotelową,   taksówkarzy, 

kelnerów,   wszystkie   osoby,   które   mogły   mieć   jakikolwiek   kontakt   z 

człowiekiem   z   portretu.   Nikt   go   nie   rozpoznał.   Można   sądzić,   że 

przyfrunął do Polski jak ptaszek i tą samą drogą wyfrunął. Oczywiście, 

pozostają kontakty i kwatery prywatne, dyplomatyczne, zakonspirowane 

meliny, bo ja wiem, co jeszcze?

background image

- Dlaczego wątpisz o pokrewieństwie między Kirshwaldami, jeżeli 

przyjąć, że obaj tak się nazywają?

Polewski   wykonał   jakiś   niezdecydowany   ruch   ręką,   przejechał 

palcami przez bujne, siwiejące włosy”.

-   Mówiłem   ci   o   tych   dwóch   faktach,   które   wzbudziły   nasze 

podejrzenie: pewność śmierci Wernera, kiedy tylko Edwin zetknął się z 

naszym oficerem na lotnisku, i te jego słowa o metalowej oprawce. Zdaję 

sobie sprawę, że można by to wytłumaczyć, chociaż... Nie wiem. Stachu, 

pojedź do RFN, rozejrzyj się. Znajdziesz tam naszych z wywiadu, może 

oni coś wiedzą. Nie tyle o Kirshwaldach, ile o „Nietoperzach”.

- Bats! - powiedział nagle „R-8”, oczy mu rozbłysły. - Czekaj, to by 

mogło być to. Rozumiesz, Tadek? „Bats” to po angielsku „nietoperze”. Nie 

w   RFN,   ale   w   Londynie   na   pewnym,   dość   ekskluzywnym   spotkaniu, 

dokąd   wprowadził   mnie   głęboko   zakonspirowany   „ktoś”,   mniejsza   o 

nazwisko, usłyszałem w jednej rozmowie kilka ciekawych zdań. Czekaj, 

niech sobie przypomnę, to było dwa lata temu. - Przymknął oczy, próbując 

przywołać z pamięci tamten wieczór. - Więc tak. Siedziałem z tym moim 

znajomym   trochę   z   boku,   w   takiej   niszy   półkolistej,   zbudowanej   na 

podwyższeniu,  kilka  stopni niżej  rozstawiono  stoliki.  Kilkanaście  osób, 

trochę   alkoholu,   żadnych   kelnerów,   w   ogóle   żadnej   służby,   wszystko 

załatwiali gospodarze domu, trzej... chyba to byli bracia, bo podobni do 

siebie. Gdzieś o metr niżej od naszej niszy przy stoliku siedziało kilku 

mężczyzn, zresztą na tym spotkaniu znajdowali się wyłącznie mężczyźni. 

Mój znajomy popijał whisky i milczał. Teraz wydaje mi się, że być może 

chciał, abym usłyszał to, co tamci w dole mówią. I właśnie w pewnym 

momencie jeden z nich powiedział trochę głośniej, może nie głośno, ale 

background image

usłyszałem, mniej więcej tak: „Tylko przy pomocy nietoperzy możemy to 

załatwić”. Na to inny: „Owszem, ale to jest bardzo droga impreza, oni 

biorą mnóstwo pieniędzy”. A ten pierwszy: „Innego wyjścia nie widzę”.

- Nic więcej nie usłyszałeś?

- Nie. Mój znajomy popatrzył na mnie z uwagą, jakby chciał, żebym 

zapamiętał te zdania. Nie mogłem go o nic zapytać, rozumiesz, między 

nami był taki układ, że on mnie od czasu do czasu na coś zaprowadzał, 

milcząco  informował,  ale   nigdy  nie   chciał na  ten   temat rozmawiać.   Ja 

wiem, on nie mógł inaczej. W razie czego był kryty. W takich miejscach są 

przecież   mikro-mikrofony,   pochowane   „pluskwy”,   fotokomórki   i 

najróżniejsze cuda elektroniczne. Nie możesz powiedzieć słowa, żeby nie 

pochwyciły,   nie   możesz   poruszyć   się,   żeby   tego   nie   zanotowały.   Istna 

szatańska pułapka dla niewtajemniczonych.

- On jest Anglikiem?

-   Nie.   Z   Trzeciego   Świata.   Mądry   gość,   ma   żelazne   nerwy   i   co 

ważniejsze, jest mi życzliwy. Dobrze, Tadeusz. Pojadę do RFN, a może i 

do Londynu. Spróbuję zebrać wszystko, co się da, o „Batsach”.

Rozdział 4

Maluch zaparł się czterema kołami i sapnął żałośnie. Szczęsny lubił 

swój wóz również i za to, że jak nawalił, to zawsze w pobliżu warsztatu 

naprawczego czy bodaj stacji CPN, w każdym razie nie w lesie. Tak było i 

teraz. „Wszelkie roboty motoryzacyjne” - przeczytał szyld nad drzwiami w 

piętrowym budynku na skraju dużej wsi, która nazywała się Załężna.

Wysiadł,   popchnął   drzwi   pod   szyldem.   Otworzyły   się,   wesoło 

background image

zadźwięczał   dzwonek   jak   w   dawnych   starych   sklepach.   Stary   był   też 

majster,   siwobrody,   ale   nad   podziw   rześki.   Wytarł   usmarowane   ręce, 

obejrzał, ostukał fachowo fiata i powiedział:

- Zrobi się. Przyjdź pan za dwie godziny.

- Wcześniej nie można?

- A można, chociaż ja nie lubię, jak mi się kto przygląda w czasie 

roboty. Taką już mam naturę.

Major wyciągnął paczkę klubowych, poczęstował i sam zapalił, po 

czym spytał:

- Zna pan może Ignacego Wołczaka? Gdzieś tu podobno mieszka.

- Mieszka. Pójdzie pan cały czas prosto jak strzelił, aż znajdzie pan 

się na cmentarzu.

- Wolałbym jeszcze nie - zauważył Szczęsny.

- Nic się pan nie bój. Trzeba przejść przez cmentarz obok kościoła, 

skręcić w lewo i zaraz będzie nieduża chałupa z ogrodem. Tam mieszka 

Wołczak.

Szedł więc „jak strzelił” i rozmyślał nad dziwnym listem, który kilka 

dni temu nadesłał do warszawskiej milicji człowiek z dalekiej Załężnej. 

Krzywymi,   niezdarnymi   literami   zawiadamiał   rzeczowo,   że   służy 

informacją w sprawie Wernera Kirshwalda. Sam przyjechać do Warszawy 

nie może. Tyle było w liście.

O zabójstwie Kirshwalda podawała prasa w małej notatce; widocznie 

tą drogą dotarła i do wsi wiadomość, że milicja poszukuje mordercy.

Minął cmentarz i kościół, zobaczył chałupę z ogrodem, która okazała 

się   piętrową   willą,   na   oko   bardzo   starą   i   zaniedbaną.   Łaciaty   pies 

rozszczekał   się   zajadle,   tańcząc   na   długim   łańcuchu.   Major   ominął   go 

background image

łukiem, zastukał do drzwi. Otworzyła kobieta w chustce na głowie i ze 

spuchniętym policzkiem.

- Zastałem pana Wołczaka? - spytał, a widząc, że patrzy na niego 

niepewnie, powtórzył to głośniej.

- Wyszedł do gospody - odparła jękliwie. Chwyciła się za twarz i 

dodała, choć go to nie interesowało:

- Zęby mnie bolą, calutką noc nie spałam. Wróci za pół godziny.

- Trzeba iść do dentysty - poradził. Spojrzał na zegarek, dochodziła 

jedenasta. - Będę tu o pół do dwunastej - krzyknął jej prosto w ucho. - 

Niech pan Wołczak na mnie czeka.

- Dobrze - przytaknęła. - A dentysty u nas nie ma. Umarł w zeszłym 

tygodniu.

Zawrócił   w   stronę   cmentarza.   Zaciekawił   go   modrzewiowy, 

poczerniały   kościółek   z   wysokim   spadzistym   dachem.   Ze   sto   lat   co 

najmniej   -   pomyślał,   okrążając   go   ścieżką,   pełną   zeschłych   liści. 

Niespodziewanie   natknął   się   na   mężczyznę,   który   wyszedł   z   ulicy   i 

przystanął na jego widok.

- Podoba się panu - stwierdził raczej niż zapylał. Miał ładny baryton, 

mógł być śpiewakiem albo tutejszym organistą.

- Tak, to cenny zabytek - rzekł Szczęsny. - Dobrze, że ocalał w czasie 

wojny.

- Ocalał - powtórzył nieznajomy. - A ludzie nie.

- Ludzie? Z tej wsi?

Obcy   przysiadł   na   ławce,   ruchem   ręki   zachęcił   oficera,   aby   zajął 

miejsce obok niego. Zapalili. Potem mężczyzna zapytał:

- Czy zna pan legendę o dzwonie? Naszą, tutejszą legendę?

background image

- Nie.

-   To   niech   pan   posłucha.   Działo   się   to   jesienią   trzeciego   roku 

hitlerowskiej   okupacji.   Z   naszej   wioski   gestapo   zabrało   pewnej   nocy 

dziewięciu   młodych   mężczyzn   i   powiozło   do   powiatowego   miasta   na 

śledztwo.   Wśród   nich   znajdował   się   szesnastoletni   syn   kolejarza,   Jan. 

Miejscowego   proboszcza   wraz   z   wikarym   hitlerowcy   aresztowali, 

wywieźli   do   Oświęcimia.   Wkrótce   potem   zdjęli   stary,   piękny   spiżowy 

dzwon; jak inne, tak i ten miał zostać przetopiony na działo. Milczała więc 

opustoszała dzwonnica, zmarłych chowano w smutku i ciszy.

Któregoś ranka,   gdzieś tak   w połowie   października   -  a  dzień  był 

ciepły,   jak   letni   -   ludzie   w   wiosce   usłyszeli   narastający   warkot 

samochodów.   Ten..   dźwięk   od   dawna   budził   jedynie   strach.   Więc 

pochowali   się   po   domach,   zamknęli   drzwi   i   okna,   ostrożnie   tylko, 

szparami,   wyglądając   na   zewnątrz.   Trzy   samochody   wjechały   na   plac 

pośrodku wsi. O, tam - nieznajomy wskazał ręką, po czym mówił dalej: - 

ciężarówka i dwa osobowe. Wyskoczyli z nich niemieccy żołnierze, jakiś 

cywil   i   ci   w   czarnych   mundurach.   Potem   z   ciężarówki   wypchnięto, 

wyciągnięto na ziemię dziewięciu młodych, których niedawno zabrano z 

wioski. Pobici, zakrwawieni, ledwie trzymali się na nogach. Mieli skute 

ręce.

Hitlerowcy   ustawili   więźniów   na   placu   w   jednym   szeregu. 

Naprzeciw   nich,   dwukrotnie   liczniejszy,   utworzył   się   drugi   szereg   - 

żołnierzy w mundurach feldgrau. Zdjęli z pleców pistolety maszynowe. 

Szesnastoletni Jan stał wyprostowany, z głową odrzuconą do tyłu. Żaden z 

młodych nie prosił o litość, nie płakał. Kolejarz widział to. On też nie 

zapłakał.   „Pożegnam   cię,   synku   -   szepnął.   -   I   tamtych.   Pożegnam   jak 

background image

trzeba.” Ukradkiem rzucił się między krzaki, gęsto zarastające ścieżkę do 

kościoła.

Mieszkańcy wioski ze zgrozą patrzyli na to, co działo się na placu. 

Żołnierze   unieśli   w   górę   automaty.  Ale   nim   padła   komenda,   z   pustej 

dzwonnicy rozległ się głęboki, spiżowy dźwięk dzwonu. Bił z potężną siłą, 

coraz donośniej, jego głos płynął ponad wioską daleko na pola. Niemiec z 

trupią   czaszką   na   czapce   zdziwił   się;   z   tej   okolicy   wszystkie   dzwony 

wywieziono   już   do   Rzeszy.   Machnął   jednak   ręką,   wydał   rozkaz. 

Zabrzmiała salwa. Dziewięciu młodych osunęło się na ziemię. Przerażeni, 

zdumieni ludzie uchylili okna, bo dzwon wciąż bił, posępnie, groźnie. Na 

trwogę i na śmierć.

Gestapowcy z kilkoma żołnierzami spiesznym krokiem skierowali 

się   w   stronę   kościoła.   Kiedy   pierwszy   z   nich   przestąpił   próg,   raptem 

nastała cisza. Hitlerowiec otworzył drzwi dzwonnicy, spojrzał w górę. U 

szczytu   wieży,   wczepiony   obu   rękami   w   sznur,   który   pozostał,   kiedy 

odjęto  dzwon, wisiał człowiek.  Jego ciało  w podartym, zakrwawionym 

swetrze i spłowiałych spodniach drżało jeszcze rytmem spiżowych tonów. 

Po strzale opadło bezwładnie na ziemię.

Taka   jest   nasza   legenda   -   zakończył   nieznajomy.   Popatrzył   na 

dzwonnicę i dodał: - A może prawda?

Odszedł   tak   nagle,   że   Szczęsny,   zasłuchany,   nie   zdążył   go   o   nic 

zapytać ani podziękować. Siedział jeszcze przez chwilę, z trudem wracając 

myślami   do   rzeczywistości.   Wreszcie   wstał,   rozejrzał   się,   spojrzał   na 

zegarek. Wpół do dwunastej. Czas iść do Ignacego Wołczaka.

Tym   razem   otworzył   mu   mężczyzna   maleńki,   prawie   karzeł,   o 

twarzy   zasuszonej   niczym   stary   pergamin   i   oczach   koloru   ciemnego 

background image

orzecha.  Tylko   te   oczy   żyły,   błyskały   drobnymi   ognikami,   cała   postać 

robiła wrażenie zniszczonego, manekinu, poruszającego się niezdarnymi 

ruchami jak nakręcana lalka. Miał palce dziwacznie powyginane i na wpół 

sztywne,   pewnie   od   reumatyzmu.   Spojrzał   na   Szczęsnego,   bąknął   coś 

niewyraźnie i wpuścił go do mieszkania. Weszli do dużego, zagraconego 

pokoju;   pachniało   w   nim   stęchlizną,   tytoniem   i   jeszcze   czymś 

nieuchwytnym,   czego   w   pierwszej   chwili   nie   mógł   rozpoznać.   Potem 

zorientował   się,   że   to   pachną   suszone   zioła,   rozwieszone   po   ścianach 

wiązankami, gęsto utkane gdzie się dało.

- Pan o mnie pytał. Ja jestem Wołczak - odezwał się karzeł. Głos miał 

cienki, skrzypiący. Wskazał jeden z foteli, zrzucając stamtąd kota.

- Major Szczęsny z warszawskiej milicji. Otrzymaliśmy pański list w 

sprawie Wernera Kirshwalda.

- Pan się wylegitymuje. Chcę wiedzieć, czy to prawda.

Szczęsny   podał  mu   legitymację   służbową.  Wołczak   przejrzał  ją   z 

uwagą, zwrócił oficerowi i coś jakby ulga pojawiła się na jego twarzy. 

Usiadł, przez chwilę zbierał myśli, a potem rzekł:

OT

- On tu był. 

- Kirshwald?

- Tak. Mówił trochę po polsku. Przyjechał samochodem. Nie znam 

się, ale miał ładny wóz, srebrzystego koloru.

- Kiedy się tu zjawił?

- Zaraz, niech sobie przypomnę. - Pocierał czoło, marszczył brwi, 

nagle zerwał się i podbiegł do biurka, stojącego w rogu pokoju. Pochylił 

się nad jakąś książką czy kalendarzem, zaszeleścił kartkami. - Czwarty 

background image

września. Zapisałem, zawsze zapisuję, jak coś się wydarzy.

- A to było wydarzenie?

Wołczak   wrócił   na   fotel,   zmierzył   majora   długim,   ironicznym 

spojrzeniem.

- Pan myśli, że u nas to jak w Warszawie? U nas, panie majorze, 

tygodniami, latami nic się nie dzieje. Przynajmniej ja tak uważam.

- Do kogo przyjechał Kirshwald?

- Tak jakby do mnie. Potem dopiero okazało się, że nie. Zaraz to 

panu wytłumaczę. Otóż ten Niemiec zajechał gdzieś tak koło południa, 

zatrzymał   samochód   przed   domem,   wysiadł   i   zaczął   się   rozglądać. 

Pracowałem   akurat   w   ogrodzie,   pies   się   rozdarł,   bo   obcych   nie   lubi. 

Podszedłem do furtki, pytam się Niemca, kogo szuka. Po polsku pytałem, 

bo   ichniego   języka   nie   znam.   Ale   on   widać   zrozumiał,   bo   najpierw 

popatrzał   tak   dziwnie,   zdawało   mi   się,   że   wyciągnął   jakąś  fotografię   i 

porównuje mnie ze zdjęciem, ale może się myliłem. Potem powiedział też 

po polsku, tylko kiepsko, że chce mówić z panem Rudolfem Sznajderem. 

„Nie ma tu takiego”. To on: „A gdzie mieszka?” Na to ja, że nie znam w 

ogóle   żadnego   Sznajdera.   Porozglądał   się   znowu   i   pyta,   czy   może   na 

chwilę wstąpić do domu, napić się wody. Było ciepło, pomyślałem, że z 

daleka jedzie, to się zmęczył, więc zaprosiłem, chociaż obcych nie lubię, 

jak mój pies. Poczęstowałem go herbatą, samej wody jakoś nie wypadało 

podać.   Wypił,   coś   tam   gadał   o   moich   ziołach,   a   oczy   tak   mu   latały 

wszędzie, jakby chciał nimi ściany przewiercić. Spytał, czy ja długo tu 

mieszkam. Mówię, że nie tak dawno, bo pół roku jak ten dom od gminy 

kupiłem. „A czyj był przedtem?” - pyta. Wtedy mi się przypomniało, że 

poprzedni właściciel nazywał się właśnie Sznajder. No, to mu mówię, jak i 

background image

co. Pyta, gdzie tego pana można teraz spotkać. Wyjaśniłem, że Sznajder 

dom sprzedał i wyprowadził się z Załężnej. Jeszcze spytał, Czy nie znam 

obecnego adresu tego, znaczy się, Sznajdera, na co mu odpowiedziałem, 

że skąd, w ogóle on mnie nie obchodzi, nie widziałem go na oczy. Aha, 

zapomniałem: jak ten Niemiec odjeżdżał, to zostawił mi kartkę z adresem. 

Niby jakbym się dowiedział czegoś o Sznajderze, żeby napisać.

- Ma pan tę kartkę?

-   Tak.   -   Podał   Szczęsnemu   mały,   trochę   wybrudzony   kawałek 

papieru. Był tam adres firmy ANB we Frankfurcie nad Menem i nazwisko 

Wernera Kirshwalda.

- Mówił coś jeszcze? Powiedzmy, dlaczego szuka tego Sznajdera?

- Nie. Ja nie pytałem, nie ciekawym cudzych spraw.

- Czy wstępował do kogoś innego w Załężnej?

- Wiem, że nie. Chyba żeby ktoś się z tym krył. Ale po co?

Szczęsny   pożegnał   Wołczaka,   zjadł   obiad   w   gospodzie,   malucha 

odnalazł gotowego do drogi. Jadąc do Warszawy zastanawiał się, po co 

Kirshwald tak naprawdę przyjechał do Załężnej. Czy rzeczywiście szukał 

Sznajdera?

- To i my go poszukamy - mruknął do siebie.

*

Urząd   Gminny   w   Załężnej   miał   tylko   taką   informację:   Rudolf 

Sznajder,   urodzony   dnia...   w   Sosnowcu,   zameldowany   w   sierpniu 

czterdziestego   piątego,   wymeldowany   w   kwietniu   osiemdziesiątego 

czwartego   do   Szczecina.   Z   zawodu   technik   weterynarii.   Pracował   w 

państwowych   ośrodkach,   potem   prywatnie.   Niczym   specjalnym   się   nie 

wyróżniał.

background image

Miejscowa   milicja   nie   miała   do   Sznajdera   żadnych   pretensji. 

Wyjeżdżając z Załężnej sprzedał dom gminie. Natomiast listonosz, który 

mieszkał tu od urodzenia i znał wszystkich, a przynajmniej tak mu się 

zdawało, przypomniał sobie, że na kilka miesięcy przed wyprowadzką do 

Sznajdera   przyszły   dwa   listy   z   Republiki  Federalnej   Niemiec.   Dwa,   w 

odstępie   paru   tygodni.   Co   w   nich   było,   tego   oczywiście   listonosz   nie 

wiedział.

-   Poszukamy   w   Szczecinie   -   powiedział   Szczęsny.   -   Warto   też 

sięgnąć   do   Sosnowca.   W   końcu   to   jest   jedyny   ślad   polskich   podróży 

Wernera Kirshwalda, na jaki udało nam się dotąd natrafić.

Kapitan Połoński wysłał więc radiogramy i trzeba było poczekać na 

odpowiedź. Przyszła niemal jednoznacznie brzmiąca: ani Rudolf Sznajder 

nie figurował w księgach miejskich Sosnowca, jako tam urodzony, ani też 

nie zameldowano go w Szczecinie. Zaintrygowany Połoński pojechał do 

Załężnej   i,   po   małym   targu,   wydostał   stamtąd   świadectwo   urodzenia 

delikwenta. Na oko dokument wydawał się autentyczny, lecz specjaliści z 

Zakładu Kryminalistyki orzekli, iż został precyzyjnie sfałszowany. Poszły 

więc   w   ruch   teleksy   i   telefony   do   wszystkich   jednostek   MO   w   kraju. 

Dziwnym   trafem   w   ośrodkach   gospodarstw   rolnych   w   Załężnej   nie 

zachowało się ani jedno zdjęcie Sznajdera; był tylko odpis świadectwa 

zawodowego, który zresztą również okazał się nieprawdziwy.

- Miał jakąś rodzinę? - spytał Daniłowicz, kiedy zastanawiali się nad 

tajemniczym zootechnikiem.

- Żonę, która zmarła w czterdziestym dziewiątym. Dzieci żadnych.

- Ile on ma teraz lat?

- Jeżeli świadectwo urodzenia, mimo fałszerstw, podaje autentyczną 

background image

datę, to sześćdziesiąt osiem. Szukamy jeszcze w Załężnej, może ktoś z 

mieszkańców   zachował   jego   fotografię   -   odrzekł   Szczęsny.   -   Podobno 

jednak, poza kontaktami służbowymi, nie utrzymywał z nikim bliższych 

stosunków   towarzyskich.   Nie   leżał   w   okolicznych   szpitalach,   więc   nie 

dysponujemy grupą krwi. Nie był ani razu przesłuchiwany przez milicję, 

więc nie ma odcisków palców. Nie wyjeżdżał za granicę, więc nie składał 

podania o paszport. Jednym słowem idealnie spokojny obywatel, choć z 

punktu widzenia przepisów całkowicie zafałszowany. Pozostaje nam tylko 

czekać, może się zadekował w jakiejś miejscowości, ale bez meldunku 

długo nie wysiedzi. Wtedy go dostaniemy. Musi wyjaśnić swoje załgane 

curriculum vitae.

- A szy nie sądzicje, że on się teraz ukrywa przed kimś z Republiki 

Federalnej? W tych listach mogło być ostrzeżenie, groźby. Wyjechał, zatarł 

za sobą ślady. No, potem ten przyjazd Kirshwalda. Spóźniony. Widać miał 

kiepskie rozeznanie.

- Albo - Daniłowicz zamyślił się na chwilę - albo nie było żadnych 

gróźb, po prostu ktoś go szuka z powodów finansowych, rodzinnych, a on 

sobie nie życzy żadnego kontaktu stamtąd.

- Jeżeli od początku, to znaczy od czterdziestego piątego roku, żył na 

fałszywych papierach, może się okazać, że to jest były gestapowiec lub 

folksdojcz.   Przyczaił   się   i   wsiąkł   w   miejscową   społeczność.   Co   tam 

zresztą snuć przypuszczenia! Znajdźmy Rudolfa Sznajdera, wtedy rzecz 

się wyjaśni.

Nie czekali długo. W połowie grudnia poznańska milicja nadesłała 

informację, że w mieszkaniu przy ulicy Szkolnej osiem znaleziono zwłoki 

mężczyzny   lat   pięćdziesiąt   dwa,   zameldowanego   jako   Andrzej 

background image

Gałęzowski, księgowy. Denat otrzymał strzał z pistoletu w głowę z dość 

bliskiej   odległości.   Podczas   przeszukiwania   lokalu   inspektor   grupy 

operacyjno-śledczej   natrafił   na   ukryty   w   podręcznym   sejfie   dowód 

osobisty   na   nazwisko   Rudolfa   Sznajdera.   Ponieważ   stołeczna   milicja 

interesuje się człowiekiem o takim nazwisku, zawiadamiamy itd.

Major Szczęsny pojechał do Poznania. Ciało zostało już zabrane do 

Zakładu Medycyny Sądowej na sekcję. Zaszedł tam, wraz z kapitanem 

Jodłeckim z  WUSW,  który   odnalazł  w sejfie   ukryty  dokument.  Lekarz 

zakończył   właśnie   swoje   czynności.   Nie   zdejmując   gumowych 

rękawiczek, odkrył białą, martwą twarz Sznajdera i mruknął, że orzeczenie 

dopiero   zacznie   pisać.   Żadnych   rewelacji   kryminalistycznych;   strzał 

oddano   z   odległości   około   trzech   metrów,   denat   znajdował   się   w   tym 

momencie   w   pozycji   stojącej,   twarzą   do   zabójcy.   Sekcja   nie   wykazała 

upojenia alkoholowego ani zażycia środków psychotropowych.

Kiedy   Szczęsny   z   kapitanem   wyszli   z   gmachu   Zakładu,   Jodłecki 

zaproponował   wpierw   obejrzenie   mieszkania   przy   Szkolnej   osiem,   a 

potem rozmowę w Urzędzie. Szczęsny zgodził się bez oporu, gdyż sam 

chciał   przede   wszystkim   zorientować   się,   w   jakich   okolicznościach 

nastąpiło przestępstwo i jak wygląda lokal.

- Nie wykryliśmy najmniejszych śladów włamania - mówił kapitan, 

zrywając plombę z drzwi. - A mimo to sądzę, choć mam na to jeszcze mało 

dowodów, że zabójca wszedł tutaj przed nadejściem Sznajdera i czekał na 

niego ukryty. Pewnie zaopatrzył się w bardzo dobre wytrychy.

-   Dlaczego   zakładasz,   że   przyszedł   pierwszy?   -   spytał   Szczęsny, 

rozglądając się po dużym, trochę staroświecko urządzonym pokoju.

- Zastosowaliśmy metodę betaradiografii. Znasz to?

background image

-   Teoretycznie.   Nie   używaliśmy   jeszcze   w   praktyce.   Metodą 

projekcyjną?

- Nie, stykową. Popatrz  - podszedł do okna i ujął w palce brzeg 

granatowej, cienkiej zasłony. - Ponieważ Sznajder, według opinii lekarza i 

naszej, stał mniej więcej tu, obok stołu, twarzą do okna i strzelono mu 

prosto w sam środek czoła, bardzo wątpię, żeby widząc wymierzony w 

siebie pistolet nie uchylił się, nie rzucił w bok, tylko czekał spokojnie, aż 

tamten pociągnie za spust. Dlatego uważam, że zabójca ukrył się za tą 

zasłoną i strzelił przez nią. Kaliber pięć milimetrów, pocisk nie zostawił w 

tkaninie otworu, widocznego gołym okiem, choć jest, jak widzisz, niezbyt 

ścisła. Natomiast betaradiografia wykazała przebicie zasłony przez cząstki 

prochu. Wykonaliśmy zdjęcia, pokażę ci później; w miejscach przebicia 

widać wyraźnie nieco jaśniejszy obraz.

- Jaki izotop promieniotwórczy stosowałeś?

-   Ce   czternaście.   Co   prawda   długo   trwa   promieniowanie,   około 

czterdziestu godzin, ale wynik rewelacyjny.

Major   w   skupieniu   wodził   wzrokiem   po   meblach,   spłowiałym 

nakryciu   tapczana,   wytartym   dywanie.   Zbliżył   się   do   szafy,   otworzył. 

Wisiały w niej nieco podniszczone garnitury, na półkach bielizna, stare 

swetry. Potem obejrzał dokładnie mały sejf, jakoś nie pasujący samą swą 

obecnością   do   tego   zagraconego   mieszkania   podstarzałego   mężczyzny, 

mało widać dbającego o estetykę wnętrza i własny wygląd.

- Co było w sejfie prócz dowodu osobistego na nazwisko Sznajdera?

-   Różne   papiery,   przejrzysz   sobie   potem.   Ekspert   z   naszego 

laboratorium   kryminalistycznego   stwierdził,   że   dowód,   wydany   swego 

czasu przez jednostkę w Załężnej, jest autentyczny. Cóż, tam nie wiedzieli, 

background image

że   oparty   na   fałszywym   dokumencie   urodzenia.   Natomiast   ten   na 

nazwisko Gałęzowskiego został podrobiony tak misternie, że ekspert ma 

wątpliwości.   Zabierz   dowód   do   Zakładu   Kryminalistyki,   oni  się   z   tym 

pewnie uporają, mają większe możliwości techniczne. W rezultacie nie 

wiadomo   dziś,   czy   denat   nazywał   się   rzeczywiście   Sznajder,   czy 

Gałęzowski.

- Długo tu mieszkał? I w ogóle czyj to lokal?

- Zameldowany prawie dziewięć miesięcy temu. Mieszkanie, pokój z 

małą   kuchnią   i   ubikacją,   bez   łazienki,   wynajął   od   rodziny   pewnego 

technika, który wraz z grupą kolegów wyjechał na dwa lata do Libii coś 

tam budować. Rodzina, nie chcąc za krewniaka płacić komornego, dała 

ogłoszenie, że wynajmie mieszkanie. Sznajder zgłosił się co prawda nie 

jako pierwszy, ale dawał wysokie odstępne, więcej nawet niż tamci żądali. 

Musiał mieć sporo pieniędzy. Zameldował się jako księgowy, jednakże, 

jak zdołaliśmy dotychczas ustalić, nigdzie nie pracował. Być może gdzieś 

prywatnie. Albo tylko dorywczo. Mało wychodził z domu, jak twierdzą 

sąsiedzi.   Z   nikim   nie   zawarł   znajomości,   określili   go   jako 

nietowarzyskiego   mruka.   Na   dzwonek   do   drzwi   długo   nie   otwierał, 

przyglądał   się   przez   „judasza”,   pytał,   kto   i   po   co.   Listonosz   nie 

przypomina sobie, żeby przynosił mu jakieś listy.

- Wygląda na to, że chciał się przed kimś ukryć. A jednak ten ktoś go 

znalazł   i   zabił.   Kaliber   pięć?   Maleństwo,   chociaż   z   tej   odległości 

wystarczy. Żadnych śladów nie zostawił?

- Żadnych. Myślę, że był to przestępca przebiegły, opanowany, że 

przedtem   obserwował   tryb   życia   Sznajdera,   opracował   sobie   plan   i 

zadziałał bez pudła. Wyszedł stąd, nie zauważony przez nikogo. W samo 

background image

południe, jak przypuszczamy.

- Kto znalazł ciało?

- Zaczął się tu dobijać monter z gazowni, bo akurat kontrolowano 

szczelność   przewodów   na   całej   ulicy.   Przyszedł   tak   koło   piętnastej. 

Sąsiedzi, zaintrygowani, czemu Sznajder nie otwiera, bo rano widzieli go, 

jak   wracał   do   domu   ze   sklepu   spożywczego,   zawiadomili   milicję. 

Dzielnicowy”   myśląc,   że   facet   zmarł   nagle   albo   leży   ciężko   chory, 

wyważył wraz z dozorcą drzwi. No, potem ja przyjechałem. Leżał bokiem 

na dywanie, tak jak ustawiłem te chorągiewki. Trochę krwi z głowy. Na 

stole   torba   z   chlebem,   kostka   masła,   pół   kilograma   jabłek.   Widać   nie 

zdążył   tego   zanieść   do   kuchni.   Nikt   nie   słyszał   strzału,   ale   to   nic 

dziwnego;   większość   ludzi   była   w   pracy,   a   w   domach   kobiety,   zajęte 

swymi   sprawami,   wszędzie   radio,   hałasy   uliczne   i   tak   dalej.   Nikt   nie 

dostrzegł kogoś obcego, zresztą w dzień mało kto zwraca na to uwagę. 

Zabójca wiedział, kiedy przyjść.

- Powiedz mi jeszcze, w jaki sposób otworzyłeś sejf?

-   Był   otwarty.   W   dodatku   bez   śladów   manipulowania,   bez 

uszkodzeń. Albo więc Sznajder, wróciwszy do domu, najpierw zajął się 

sejfem, może coś tam włożył, a dopiero potem chciał zanieść do kuchni 

sprawunki, albo też zabójca znał szyfr. Pytanie, czy w ogóle cokolwiek z 

niego zabrał, bo pozostawił pieniądze i dokumenty. Sznajder miał w sejfie 

dwieście   tysięcy   złotych,   marki   zachodnionierhieckie   i   dolary.  Trzymał 

tam  też   trochę   kosztowności:  złoty   zegarek,   sygnet,   dwie   obrączki  bez 

monogramów i dat, chyba coś jeszcze.

W budynku milicyjnym Szczęsny z uwagą przejrzał papiery, wyjęte z 

sejfu, ale nie znalazł w nich nic, co byłoby wskazówką w prowadzonym 

background image

śledztwie.  Trochę   starych   listów   od   jakiejś   kobiety   imieniem   Benigna, 

chyba dalszej krewnej, która w każdym z nich jednocześnie dziękuje za 

przesłane pieniądze i prosi o następne. Listy nosiły daty sprzed kilkunastu 

lat; korespondencja urywała się pewnej jesieni, a do ostatniego doklejono 

mały   nekrolog:   Benigna   Nowak,   lat   osiemdziesiąt   sześć,   zmarła   etc. 

Podpisane: rodzina. Prócz listów w sejfie Sznajder chował dwie książeczki 

PKO   z   wkładami   po   osiemdziesiąt   tysięcy   złotych,   przy   cZym   jedna 

wystawiona   była   na   nazwisko   Rudolfa   Sznajdera,   a   druga   na  Adama 

Gałęzowskiego. Jeszcze kilka starych rachunków za gaz i światło, kwit za 

wpłacone odstępne, kalendarz sprzed trzech lat, czysty, bez najmniejszych 

zapisków.

- Zastanawiałem się - powiedział Jodłecki - po co on to wszystko 

trzymał w sejfie? Rozumiem, że walutę i kosztowności, ale listy i stare 

rachunki?

- Listy pewnie stanowiły dla niego jakąś pamiątkę rodzinną - odparł 

major - a rachunki wetknął tam przez roztargnienie. Szukacie kogoś z jego 

krewnych?

- Daliśmy  ogłoszenie.  Ta  Benigna  Nowak  mogła  mieć   dzieci  czy 

wnuki. Jak sądzisz, kto go zabił? I dlaczego?

- Nie wiem jeszcze. Tak, jak nie wiem, kto i dlaczego zabił Wernera 

Kirshwalda. Coś tych ludzi musiało łączyć i być może zgładziła ich ta 

sama   ręka.   Słuchaj,   Marku,   czy   w   mieszkaniu   Sznajdera   nie   natrafiłeś 

przypadkiem na jakikolwiek ślad nietoperza?

- Nietoperza? - powtórzył Jodłecki ze zdumieniem. - Myślisz o takim 

wypchanym, bo chyba nie o żywym?

Szczęsny   mimo   woli   roześmiał   się,   a   potem   wyjął   z   portfela 

background image

fotografię wizytówki, znalezionej w marynarce Kirshwalda i położył przed 

kapitanem.

- O, coś takiego. Przecież wysłaliśmy wam zdjęcia. Nie pamiętasz?

Jodłecki uderzył dłonią w czoło.

-   Prawda!   Mam   to   u   siebie   w   biurku,   zaraz...   Ale   Szczęsny 

powstrzymał go ruchem ręki.

-   Nie   trzeba,   wierzę   ci.   Więc   czy   była   taka   lub   podobna   w 

mieszkaniu Sznajdera?

- Z całą pewnością nie! Przeszukaliśmy je bardzo starannie.

*

Pierwszy   zapalił   lampę,   stojącą   na   bocznym   stoliku,   prześliczny 

antyk   porcelanowy,   ozdobiony   srebrem.   Potem   ociężale   sięgnął   do 

dzwonka. Po paru sekundach drzwi uchyliły się, stanął w nich mężczyzna 

o twarzy tak nijakiej, że wydawał się urodzony i żyjący przez pomyłkę.

-   Zawołaj   tego...   -   mruknął   Pierwszy,   nie   kończąc.   Służący   czy 

sekretarz, on sam właściwie nie wiedział, kim jest naprawdę, oddalił się 

bezszelestnie,   a   po   chwili   do   gabinetu   wsunął   się   człowiek   średniego 

wzrostu, przyzwoicie ubrany, o włosach gładko przylegających do czaszki 

i lekko wypukłych oczach. Na ogół oczy te miały wyraz pewności siebie, 

dopełniony przez ostro zarysowaną brodę i wąskie wargi; teraz jednak cała 

postać, pochylona w służalczym, może nawet pokornym ukłonie, wyrażała 

tylko   gotowość   do   wysłuchania   tego,   co   chciał   powiedzieć   szef,   i   do 

spełnienia jego woli.

Był to dubler Szóstego, działający w Madrycie. Tym razem zupełnie 

wyjątkowo wracał po wykonaniu misji w innym kraju niż Hiszpania.

- Mów! - powiedział Pierwszy, nawet nie proponując mu, by usiadł. 

background image

Lekceważył dublerów, chociaż ich potrzebował.

- Wykonałem zadanie - odezwał się Szósty z Madrytu.

- Znak?

- Znalazłem w sejfie, zabrałem i przywiozłem. Oto jest - zbliżył się, 

położył   na   stoliku   wizytówkę,   oprawioną   w   metalowe   ramki,   potem 

odsunął się z uszanowaniem i czekał.

Pierwszy ujął w swe grube, krótkie palce nietoperzowy znak, zdjął 

oprawkę, przejrzał tekst. Dźwignął się potem z fotela, podszedł do jakiejś 

aparatury,   stojącej   w   kącie   pokoju,   włożył   tekst   wizytówki   pod   silnie 

powiększające   szkło,   zapalił   lampkę,   uruchomił   urządzenie.   Zobaczył, 

niewidoczną   dla   zwykłego   oka,   rzymską   dziewiątkę   i   kiwnął   głową   z 

zadowoleniem. Wrócił na fotel, przez chwilę obserwował twarz stojącego 

przed nim człowieka, a dojrzawszy na niej strach, znów się ucieszył. Tak 

było zawsze.

- Bez kłopotów? - mruknął pytająco.

-   Bez.   Miałem   trudności   z   odnalezieniem   go,   potem   już   nie. 

Strzeliłem przez kotarę, nawet mnie nie widział. Sejf on sam otworzył 

zaraz po wejściu do mieszkania. Schował tam pieniądze. Kiedy odwrócił 

się twarzą do okna, dostał prosto w środek czoła. Znak wyjąłem z sejfu.

- Nic więcej? - W pytaniu Szósty dosłyszał nutę groźby, więc odparł 

spiesznie, że absolutnie nic, nawet nie tknął pieniędzy ani kosztowności.

- Wiesz, że mogę to sprawdzić?

- Tak. Ale jestem czysty.

-   Możesz   odejść.   Otrzymasz   premię.   Szósty   znikł   za   drzwiami. 

Pierwszy uśmiechnął się sam do siebie; dobrze wiedział, że nie jest w 

stanie sprawdzić, czy z sejfu nie zginęło nic oprócz znaku. Wiedział jednak 

background image

również,   że   utrzymywanie   dublerów   w   poczuciu   całkowitego 

posłuszeństwa i strachu daje mu nad nimi władzę niemal absolutną. W tym 

miejscu zastanowił się nad słowem „niemal”, które już nie pierwszy raz 

pojawiło się w jego rozmyślaniach. Potrafił bowiem zdobyć się na trzeźwą 

ocenę sytuacji.

We wrześniu inny  Szósty, tam w Polsce, został zlikwidowany, bo 

odmówił wykonania tego, na czym „Nietoperzom” zależało. Nie wiadomo, 

czym Szósty wówczas się kierował: obawą, skomplikowanymi warunkami 

miejscowymi, poczuciem bezradności? W każdym razie należało z nim 

skończyć, bo stał się niebezpieczny. I to był pierwszy przypadek, kiedy 

słowo „niemal” zaciążyło nad przywódcą tej złowrogiej organizacji. Po raz 

drugi musiał użyć go w przypadku Dziewiątki.

Człowiek   ten   od   wielu   lat   tkwił   w   Polsce.   Przed   sześciu   laty 

otrzymał   zadanie   usunięcia   z   powierzchni   ziemi   kogoś,   kto   zagrażał 

interesom pewnej firmy w Kolonii. Obiekt - młody, bardzo zdolny fizyk - 

zginął   na   pozór   zwyczajnie,   w   wypadku   samochodowym.   Znaleziono 

później jego ciało w na wpół spalonym wraku fiata. Dziewiąty normalną 

drogą,   a   więc   przez   specjalnego   pośrednika,   zawiadomił   o   tym 

Pierwszego, opisując dokładnie całe wydarzenie. Pośrednik, sprawdziwszy 

jego relację, wrócił do Monachium. Dwa lata temu Dziewiąty wykonał 

podobne   zadanie,   tym   razem   chodziło   o   kobietę,   sprawa   była   dość 

zawikłana, ale przyczyny nie interesowały „Nietoperzy”, liczyły się tylko 

pieniądze. I w tym przypadku Dziewiąty  zrobił, co mu kazano, opisał, 

przesłał, wziął zapłatę.

Jednakże wkrótce potem, nagle i bez uprzedzenia, sprzedał dom i, 

starannie zacierając za sobą ślady, wyprowadził się do Poznania. Pierwszy 

background image

miał zwyczaj „dawania szansy”, jak to nazywał. Wysłał do niego jednego z 

dublerów, aby ten zorientował się, w czym rzecz. Wysłał, to znaczyło, aby 

znalazł   i   przeprowadził   rozpoznanie   sytuacji.   Dubler   wykonał   zadanie. 

Wykonał do końca, jak mu polecono. Był to właśnie ów Szósty z Madrytu.

Dlaczego? - zastanawiał się od pewnego czasu Pierwszy. - Dlaczego 

Werner Kirshwald i Rudolf Sznajder w pewnym momencie wycofali się, 

odmówili współpracy. Co nimi kierowało? Obaj zrobili to w Polsce. Kraju, 

który   ich   szef   znał   jedynie   z   nazwy,   opisów,   prywatnych   kontaktów   z 

paroma   ludźmi,   pracującymi   najczęściej   przy   ulicy   Englischer   Garten. 

Może   to   za   mało   -   myślał,   pijąc   drobnymi   łykami   portorykański   rum 

„Captain   Morgan”,   bo   sprzykrzyły   mu   się   słodkie   likiery.   -   Może 

powinienem   bliżej   poznać   ten   dziwny,   niezrozumiały   kraj,   pełen 

sprzeczności i zaskakujących wydarzeń. Ale jak to zrobić?

*

Dorota   uśmiechnęła   się.   Miała   śliczny   uśmiech   pełen   ciepła   i 

obietnic, których najczęściej nie dotrzymywała.

- Nie zdradzam cię - powiedziała kiedyś do Andrzeja, odpowiadając 

na jego wymówki, że widział ją to tu, to tam w męskim towarzystwie. - 

Trochę więcej zaufania, darling! Nie bądź zazdrosny.

- Jestem - odparł gniewnie. - Nic na to nie poradzę. Chcę cię mieć na 

własność i na zawsze. Najchętniej wsadziłbym cię do klatki, Zamknął na 

klucz. Byłby tylko jeden i tylko u mnie.

- Nie mam w sobie nic z kanarka czy papugi. Lubię przestrzeń i 

swobodę. Musisz się do tego przyzwyczaić.

Takie rozmowy pomiędzy nimi nie zdarzały się często, toteż Dorota 

nie   brała  Andrzejowej   zazdrości  na   serio.   On  jednak,  w  miarę   upływu 

background image

czasu,   stawał   się   coraz   bardziej   zaborczy   i   nie   potracił   jej   wybaczyć 

licznych towarzyskich kontaktów. Za ładna dla mnie - myślał z goryczą - 

za bardzo przyzwyczajona do hołdów i męskiego podziwu. Stawał wtedy 

przed   lustrem   i   długo,   krytycznie   przyglądał   się   swemu   odbiciu. 

Ukazywało twarz o męskich rysach, z pewnością przystojną; gęste falujące 

włosy koloru brunatnego z odrobiną siwizny na skroniach dodawały jej 

uroku. Wąsy zgolił niedawno, bo Dorota twierdziła, że mu „nie pasują”; 

teraz wydawał się młodszy.

Dzisiaj   Dorota   przyszła   niespodziewanie,   czym   wprawiła   go   w 

kłopot;  mieszkanie   było   nie   sprzątnięte,   w   łazience   nad   wanną   wisiały 

uprane koszule i skarpety, a na stole leżały rozłożone papiery, skrypty i 

książki, bo przygotowywał się do pracy doktorskiej.

- Mogłaś uprzedzić - wypomniał łagodnie, bo przecież tak naprawdę 

cieszyła go każda jej wizyta. - W domu bałagan.

- Nie szkodzi - odpowiedziała z uśmiechem. - Mam ochotę na dobrą 

mocną herbatę. Zrobisz?

- Oczywiście.

Wyszedł do kuchni. Kiedy wrócił, niosąc na tacy szklanki i cukier, 

dziewczyna spytała z zaciekawieniem:

- Pracujesz naukowo?

- Tak, chcę zrobić doktorat.

- Jaki temat obrałeś?

-   „Niektóre   metody   badania   dokumentów   w   świetle   najnowszych 

osiągnięć techniki”. Trochę za szeroki, nadawałby się na trzy prace, nie na 

jedną. Dlatego zaznaczyłem „niektóre”.

- Czy to jest akurat potrzebne tam, gdzie jesteś zatrudniony? Mam na 

background image

myśli twój wydział w Zakładzie.

-   Naturalnie.   Proszę,   bierz   cukier.   Przecież   pracuję   w   wydziale 

badania dokumentów, mówiłem ci kiedyś.

- Wiesz, trochę żałuję, że nie skończyłam jednak prawa. - Mogłabym 

też analizować najróżniejsze ciekawe dokumenty. Razem z tobą - objęła go 

za szyję i o mało nie przewróciła szklanki z herbatą. - Twoja praca musi 

być strasznie interesująca. Czy badasz tylko tajne papiery milicyjne, dla 

śledztwa?

-   Nie   tylko.   Często   zgłaszają   się   do   nas   instytucje,   prosząc   o 

uwiarygodnienie   jakiegoś   dokumentu.   Były   takie   prośby   z   muzeów, 

chodziło   o   fałszerstwo   obrazów.   Znana   ci   jest   pewnie   słynna   sprawa 

autentyczności paru listów Fryderyka Chopina, prasa o tym informowała. 

Raz zajmowałem się testamentem, pisanym na bardzo starym pergaminie, 

rzecz była o tyle ważna, że dotyczyła ogromnego zapisu. Rodzina wiodła 

zacięty   spór   z   lokalnym   muzeum.   No,   oczywiście   najwięcej   czasu 

przeznaczamy na sprawy śledcze, mówiąc w skrócie. Jesteśmy przecież 

instytucją milicyjną.

Dorota   słuchała   uważnie,   popijając   gorącą   herbatę.   Pomyślał,   że 

mogłaby tak siedzieć obok niego jako żona, pani tego domu, przyjaciółka i 

towarzyszka codziennych trosk i radości. Jego Dorota. Czy zechce? Za 

wcześnie o to pytać - osądził trzeźwo. - Niech się dobrze poznają, niech 

nabiorą   przekonania,   że   się   dobrali,   bo   wcale   niełatwo   jest   być   żoną 

oficera milicji. Przecież mogą go przenieść do innego miasta, znajdzie się 

w   jednostce   operacyjnej,   przyjdą   dni   i   noce   poza   domem,   ciężkie   dni 

służby   śledczej,   okresy   nagłego   pogotowia,   zmęczenie,   nawet   choroba. 

Czy   ona   to   wytrzyma,   ta   delikatna,   rozkapryszona,   bardzo   wrażliwa 

background image

kobieta?

-   O   czym   myślisz?   -   spytała,   zdziwiona   jego   niespodziewanym 

milczeniem.

Uśmiechnął się, potrząsnął głową jakby odpędzając trudne myśli.

- Nic, tak sobie tylko.

- Powiedz!

- Kiedyś powiem - obiecał. 

- Teraz! - zażądała stanowczo.

- Teraz nie. O co pytałaś przedtem? Aha, o te cywilne sprawy. No, 

więc   owszem,   bywają   bardzo   interesujące   dokumenty.  Ale   to   tylko   z 

daleka   wygląda   pasjonująco.   Na   co   dzień   nasza   robota   jest   żmudna, 

wymaga drobiazgowego, precyzyjnego badania, kroczek po kroczku, aby 

wyłowić prawdę. Bo to jest cel naszej pracy.

- A co to jest prawda? - spytała przekornie, kładąc mu głowę na 

ramieniu. - Pytam jak Piłat.

- Prawda to zgodność myśli z rzeczywistością - zacytował Tomasza z 

Akwinu. - Pamiętam to sformułowanie jeszcze ze studiów. Podoba mi się 

jego jasność i logika. Może jednak dość na dzisiaj o sprawach poważnych. 

Jak myślisz, kochanie?

-   Poczekaj   -   odsunęła   jego   ręce   -   chcę   jeszcze   porozmawiać. 

Opowiedz mi o tych listach Chopina; nie pamiętam, co podawały gazety.

Powściągnął odruch zniecierpliwienia, najmniej teraz interesował go 

Chopin; Zapalił klubowego, choć Dorota za każdym razem częstowała go 

jakimiś zagranicznymi, jak kent III deluxe lub ostatnio merit ultra lights. 

Skąd je masz? - chciał czasem zapytać, ale coś zamykało mu usta. Może 

odpowiedź byłaby zbyt trudna do przełknięcia.

background image

- No, więc... Zaraz,  niech sobie  przypomnę. Do naszego Zakładu 

zwróciło   się   w   tej   sprawie   Towarzystwo   imienia   Fryderyka   Chopina, 

prosząc   o   ekspertyzę.   Otrzymaliśmy   kserokopię,   zatytułowaną:   „Listy 

Chopina do Delfiny Potockiej”, tam były, jeżeli dobrze pamiętam, ręczne 

teksty   czterech   listów.   Dostaliśmy   też   reprodukcję   sześciu   innych   z 

angielskiego czasopisma muzycznego, nie pamiętam nazwy. Jako materiał 

porównawczy   posłużył   album   z   reprodukcjami   autentycznych   listów 

Chopina.   Nie   będę   ci   opowiadał   o   całej,   bardzo   drobiazgowej   pracy 

badawczej. W przypadkach, kiedy mamy do czynienia nie z oryginalnym 

dokumentem   do   porównywania,   ale   z   reprodukcjami,   w   dodatku 

wielokrotnie   powielanymi,   musimy   doskonale   znać   całą   dynamikę 

procesów   graficznych,   a   zwłaszcza   znajomość   impulsu   pisma   osoby... 

Zostawmy, to za trudne dla laika. W rezultacie ustaliliśmy, że sporne teksty 

spreparowano   przy   pomocy   chytrego   fotomontażu,   posługując   się 

autentycznym pismem Chopina, „pociętym”, jeżeli można się tak wyrazić, 

na   poszczególne   elementy   i   połączonym   fotograficznie   w   sfałszowane 

teksty. Zrozumiałaś coś z tej relacji?

- Wszystko. Opowiesz mi jeszcze kiedyś o innych ekspertyzach? To 

szalenie ciekawe!

-   Opowiem.   Kiedyś   -   zgodził   się   łatwo,   bo   w   tym   momencie 

zajmowało   go   zupełnie   coś   innego   niż   jakiekolwiek   ekspertyzy 

dokumentów. Dorota już się nie sprzeciwiała.

*

„R-8” wszedł do gabinetu pułkownika Polewskiego, a widząc, że jest 

zajęty   rozmową   telefoniczną,   usiadł   w   kącie   i   czekał.   Praca   w 

kontrwywiadzie nauczyła go cierpliwości, a także pewnej wyrozumiałości 

background image

wobec   kolegów   starszych   stopniem.   Niektórych   przewyższał 

doświadczeniem, umiejętnością błyskawicznego rozpoznawania sytuacji w 

momencie zagrożenia, prawidłowego wyciągania wniosków. Starał się im 

tego nie okazywać, gdyż poza wszystkim był dobrze wychowany. Z natury 

choleryk   (sam   tak   mówił   o   sobie),   wyuczył   się   tak   doskonałego 

opanowania,   że   ci,   którzy   znali   go   krótko   bądź   mało,   uważali,   iż   jest 

flegmatykiem. Nie wyprowadzał ich z błędu.

Polewskiego lubił i cenił. Zaprzyjaźnili się cztery lata temu, a mimo 

iż dzieliło ich kilka stopni służbowych i stanowisko Tadeusza, to przecież 

przyjaźń ta z czasem umocniła się i trwała. Polewski, choć też pracował w 

kontrwywiadzie, nie był jego szefem, co być może również wpływało na 

ich   wzajemne   stosunki.   Dość   często   jednak   zdarzało   się,   że   jeden 

potrzebował   pomocy   drugiego   przy   wypełnianiu   swoich   zadań,   bo 

kontakty pomiędzy wydziałami zazębiały się i pomagały w pracy..

Pułkownik zakończył rozmowę, wstał, pospacerował po gabinecie, 

głęboko   nad   czymś   zamyślony.   „R-8”   nie   odzywał   się,   aby   nie 

przeszkodzić mu nierozważnym słowem.

-   Dobrze,   że   się   zjawiłeś   -   powiedział   Polewski,   zapominając,   iż 

przed godziną sam go o to prosił. - Kiedy wyjeżdżasz za granicę?

- Pojutrze.

-   Zaszły   nowe   okoliczności   w   związku   ze   sprawą   Wernera 

Kirshwalda, o której ci swego czasu mówiłem.

- Wiem. Zabito Rudolfa Sznajdera, a Kirshwald we wrześniu szukał 

go w Załężnej.

- Już to wiesz? - Tadeusz roześmiał się. - W porządku, nie będę ci 

przypominał.   Dlatego   nagląca   prośba:   zainteresuj   się   nie   tylko 

background image

Kirshwaldami,   ale   przede   wszystkim   „Nietoperzami”.   Pracowałeś   w 

wywiadzie, wiesz, jak to zrobić.

„R-8” spojrzał na niego spod oka.

-   To   prawie   tak,   jakbyś   kazał   mi   włożyć   gołą   rękę   w   gniazdo 

szerszeni.  Wprawdzie   wiem  o   „Batsach”   na   razie   tyle   co   nic,   ale   i   to 

wystarczy, aby zorientować się, że mają wiele wspólnego z terroryzmem. 

Chociaż - zamyślił się - mogą nie mieścić się w uznawanych dziś regułach 

gry.

- Wyjaśnij to.

-   Widzisz,   przeczytałem   niedawno   w   czasopiśmie,   wydawanym 

przez Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych w Londynie, że 

istnieje sześć celów terroryzmu, tak oni to sobie w instytucie wyliczyli. A 

więc na przykład: chęć uzyskania od władzy jakichś ustępstw lub okupu, 

chęć szerzenia zamętu, niepokoju w społeczeństwie i tak dalej. Wśród tych 

sześciu   nie   wymienia   się   likwidowania   pewnych   osób   wyłącznie   za 

pieniądze. Podkreślam: za, a nie dla pieniędzy, bo nie ofiara czy jej rodzina 

miałaby złożyć okup, lecz inicjator zabójstwa za to płaci. Inaczej mówiąc, 

„nietoperza”   ktoś   wynajmuje   po   to,   aby   usunął   człowieka 

niebezpiecznego, niewygodnego, przeszkadzającego inicjatorowi. Bywają 

prywatni detektywi, być może są też prywatni kaci.

- Sądzisz, że w taki sposób zabito Kirshwalda i Sznajdera? Dla kogoś 

stali się zbyteczni?

- Nie wiem, Tadeusz. Myślę tylko, że mocodawca tych zbrodniarzy 

znajduje się poza Polską. A inicjatorzy mogli być różni w obu wypadkach. 

Dla mnie terrorysta to osobnik z zaburzeniami psychicznymi, chociaż na 

ogół świadomy tego, co robi. W przypadku całej grupy, kierowanej przez 

background image

jakąś   bardzo   silną,   groźną   jednostkę,   mamy   do   czynienia   z   tak   zwaną 

patologią kolektywu.

Polewski usiadł za biurkiem, chwilę patrzał w spokojne, jasne oczy 

kapitana, a potem rzekł:

- Słuchaj, Stachu, cofam swoją prośbę. Dowiedz się tylko, ile się da, 

o Kirshwaldach i Sznajderze, a z „Nietoperzami” daj sobie spokój.

„R-8” uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie.

- Sądzisz, że właśnie teraz, kiedy już zacząłem swoją „wielką grę”, 

mógłbym z niej zrezygnować?

Rozdział 5

W styczniu zaczęły się ostre mrozy, śnieg zasypywał ulice i ubielił 

drzewa w parkach. W któryś z takich dni Szczęsny i Daniłowicz żegnali na 

Cmentarzu Północnym starszego kolegę. Odszedł na emeryturę kilka lat 

temu, po dwóch zawałach i z ciężką chorobą wrzodową. Mimo to usiłował 

nie poddać się, zmuszał swój zmęczony organizm do fizycznego wysiłku, 

długich spacerów i gimnastyki. Jakiś czas udawało mu się oszukać serce; 

potem zbuntowało się.

Cmentarz na Wólce Węglowej, który latem wyglądał jak rozległe, 

ukwiecone pole, ciągnące się aż hen po Puszczę Kampinoską, teraz był 

tylko   martwą   równiną   z   zaśnieżonymi,   długimi   rzędami   krzyży   i 

nagrobków.

-   Wiesz   -   powiedział   Daniłowicz,   kiedy   wracali   z   wolna   alejką, 

przepuściwszy przodem rodzinę i delegację z jednostki - może nie tutaj, 

ale na Powązkach przypomina mi się często taka bardzo stara, jeszcze z 

background image

pierwszej  wojny   światowej,  pieśń,  którą   podobno  śpiewano  na  froncie, 

chowając   poległych   żołnierzy.   Ja   oczywiście   jej   nie   słyszałem,   ale 

opowiadał  mi  ojciec.   Zaczynała   się   od   słów:  „Oddaliście   wszystko,  co 

człowiek   mógł   dać...”   Myślę,   że   tym  jednym   zdaniem   można   zastąpić 

najpiękniejszą mowę pogrzebową. Szczęsny podniósł kołnierz brązowego 

kożuszka,   no   wiatr   ziębił   go   w   szyję,   a   potem   mruknął,   że   nie   lubi 

cmentarzy, pogrzebów i w ogóle cholera go bierze, kolega powinien był 

jeszcze żyć co najmniej dziesięć lat, ale nie dbał o siebie.

Wyszli na plac przed bramą, wsiedli do samochodu, silnik długo nie 

chciał   zapalić,   bo   zamarzł.   W   drodze,   jak   zwykle,   wrócili   do   sprawy 

Kirshwalda.

- Nie natrafiliśmy dotąd na żadnych krewnych tej Benigny Nowak - 

rzekł pułkownik. - Być może ich nie ma.

- Odwiozę cię do Urzędu i pojadę do Zakładu Kryminalistyki.

- Po co?

-   Chcę   mieć   odpis   analizy   włosów,   znalezionych   wtedy   w 

samochodzie Wernera:

- Nie przysłali do nas?

-   Owszem,   jest   w   teczce   sprawy.  Ale   ja   chcę   mieć   dla   siebie   - 

powtórzył Szczęsny z uporem. Spojrzał na szefa spode łba, nie lubił, jak 

go za wiele pytano. Daniłowicz westchnął i umilkł. Dopiero kiedy minęli 

już Halę Marymoncką, odezwał się pojednawczo, aby rozładować smętny 

nastrój:

- Wczoraj jeden ze znajomych dziennikarzy, świetny facet zresztą, 

przytoczył mi anegdotkę o pewnym wybitnym polityku. Otóż on bardzo 

nie lubił wszelkich komisji i nie miał dla nich uznania. Kiedyś tak się 

background image

wyraził: „Wielbłąd, moi panowie, to koń zaprojektowany przez komisję”... 

Szczęsny wybuchnął śmiechem, polonez zatoczył się na jezdni, ale jakoś 

utrzymał   równowagę.   Nastrój   w   wozie   wyraźnie   się   poprawił.   Major 

zahamował  przy   Pałacu   Mostowskich,   szef   wysiadł,   potupał  trochę   dla 

rozgrzewki,   syknął,   bo   lewa   noga   zabolała   ostrzegawczo,   i   utykając 

poszedł do wejścia. Szczęsny patrzał za nim chwilę z troską w oczach. 

Wykończy mi się chłop, jak nie pojedzie do sanatorium - pomyślał. Dodał 

gazu, ruszył w stronę Alej Ujazdowskich. Po drodze dojrzał jednak na 

chodniku Andrzeja Łanieckiego, zatrzymał wóz i zaprosił go na kawę.

- Zmarzłem na kość - powiedział.

- W samochodzie? - zdziwił się kapitan.

-   Nie.   Byliśmy   ze   Stefanem   na   pogrzebie...   mniejsza   z   tym,   nie 

znałeś   go.   Zresztą   jechałem   do   was.   Ściślej,   do   wydziału   biologii   w 

Zakładzie.

- To dobrze. Wypijemy kawę i zabiorę się z tobą. Weszli do lokalu, 

usiedli przy stoliku w samym kącie. Podeszła kelnerka. Łaniecki zamówił 

dwie duże, sobie szarlotkę, po czym zwrócił się do Szczęsnego:

- Co dla ciebie?

-   Gniotą   -   odparł   i   spojrzał   na   kelnerkę   z   zainteresowaniem. 

Przymrużyła oczy i odpowiedziała bez wahania:

- Nie ma bajaderek.

-  Jeden   zero   dla   pani  -   mruknął,   ubawiony.  -   Proszę   wobec   tego 

również szarlotkę.

Chciał powiedzieć coś Andrzejowi, ale zauważył, że kapitan patrzy 

w drugi koniec kawiarni z dziwnym wyrazem twarzy, tak jakby czemuś 

nie dowierzał albo był bardzo zaskoczony. Odwrócił się więc, przeleciał 

background image

wzrokiem po stolikach.

- Jaka ładna dziewczyna! - rzekł z uśmiechem. - Znasz ją?

- Tak.

- Pogratulować.

-   Jeszcze   nie   ma   czego   -   odparł   Łaniecki   przez   zaciśnięte   zęby. 

Poznał Dorotę. Nie była sama.

Nagle Szczęsny zmarszczył brwi i z uwagą przyjrzał się mężczyźnie, 

który   siedział   obok   dziewczyny.   Gdzieś   już   go   widział,   może   nawet 

rozmawiali ze sobą, ale gdzie to było? Gość przy stoliku miał gęste, siwe 

włosy w nieładzie spadające na kołnierz, twarz pełną, bladą, usta na twpół 

zakryte bujnymi wąsami. Ubrany był w gruby norweski sweter w barwne 

wzory, odpowiedni bardziej na narty niż do ciepłego lokalu.

- Ty znasz ją, a ja chyba jego - powiedział, wciąż wytężając pamięć. - 

Ale skąd? Do diabła, nie mogę sobie przypomnieć.

- Przesłuchiwałeś go?

-   Nie   przypuszczam.   Dobrze   znasz   tę   laleczkę?   Zdziwił   się,   bo 

Łaniecki raptem poczerwieniał i syknął gniewnie:

-   To   nie   jest...   To   jest...   -   urwał,   nerwowym   ruchem   sięgnął   po 

papierosy.

- Widzę, że jest, bo siedzi. Pytałem, czy ją dobi ze znasz, ale jeżeli 

masz się złościć, to nie mów. Mnie zresztą bardziej interesuje facet, który z 

nią tak czule...

- Przestań!

- O, z tego widać, że cię porządnie wzięło. Przypuśćmy, że to jej 

wujek? Bo na oko duża różnica wieku. Tak sobie pomyśl, a zaraz będzie ci 

lżej.

background image

Kelnerka przyniosła kawy i ciastka, uśmiechnęła się do Szczęsnego. 

Zapłacili, Łanieckiemu nagle zaczęło się śpieszyć. Parząc usta wypił kawę, 

nie dojadł szarlotki, wstał. W tym momencie Dorota i jej znajomy również 

podnieśli   się   z   krzeseł,   zaczęli   iść   w   stronę   wyjścia.   Dziewczyna 

dostrzegła   Andrzeja,   za   późno   już   było   na   wszelkie   uniki.   Major, 

obserwujący tę scenę z pobłażliwym uśmiechem, zauważył, że po twarzy 

pięknej nieznajomej przeleciał cień zażenowania, które jednak natychmiast 

opanowała.   Ze   swobodą   osoby,   obytej   w   najróżniejszych   sytuacjach 

życiowych, podeszła do Łanieckiego i powiedziała:

- Jakże się cieszę, że cię spotkałam, Andrzejku! Nie wiedziałam, że 

bywasz   W   tej   kawiarni.   A   to   pewnie   twój   kolega   -   spojrzała   na 

Szczęsnego. W milczeniu ujął jej rękę, pocałował. Nie wymienił swego 

nazwiska,   gdyż   człowiek,   stojący   tuż   za   dziewczyną...   Tak,   już 

przypomniał   sobie,   kim   jest.   Tamten   jednak   ani   jednym   gestem   czy 

słowem nie okazawszy, że się znają, przywitał się z oficerami, mówiąc 

wyraźnie:

- Balicki. Miło mi poznać.

Nastała chwila ciszy, jakby nikt z tej czwórki nie chciał odezwać się 

pierwszy. Dorota roześmiała się.

- Stoimy w przejściu - powiedziała. - Chodźmy do szatni.

Lawirowała tak, żeby znaleźć się obok Łanieckiego, pociągnęła go 

za   rękę,   odeszli   na   bok   i   szeptała   mu   coś   do   ucha.   Szczęsny   nałożył, 

kożuszek,   ignorując   siwowłosego   mężczyznę,   który   próbował  nawiązać 

rozmowę o mrozach i ostrej zimie. Poznał mnie czy nie? - myślał major. - 

Jeżeli udaje, to całkiem dobrze. Nie, łobuzie, nie dam ci tej satysfakcji. 

Odwrócił się raptownie w jego stronę.

background image

- My się przecież znamy - powiedział ostro. - Już pan zapomniał?

Tamten zmieszał się, potem zaprzeczył ruchem głowy.

- Nie zapomniałem - odparł, akcentując każdą sylabę. Wzrok miał 

zimny, wrogi. - I nie zapomnę.

- Ja również.

Przez   chwilę   mierzyli   się   spojrzeniem;   czarne   wąskie   oczy 

Szczęsnego pobłyskiwały  w mrocznej szatni. Obok nich przesuwali się 

ludzie, oddawali i zabierali płaszcze, ale tych dwóch nie zwracało na nich 

uwagi. Byli jak w zamkniętym, odizolowanym kręgu.

- Zabrał mi pan dwanaście lat życia - mruknął Balicki.

- Nie ja. Sąd. Nawiasem mówiąc, pan też zabrał komuś życie. Myślę, 

że i tak pan się z tego tanio wywinął.

»-   Posiedziałby   pan   chociaż   pięć,   to   by   pan   zobaczył,   jaka   to 

„taniocha”.

W  głosie   siwowłosego   było   coś,   co   kazało   majorowi  spojrzeć   na 

niego odrobinę mniej nieprzyjaźnie.

- Co pan teraz robi? - spytał. Łaniecki tłumaczył dziewczynie jakieś 

zawiłe sprawy, słuchała uważnie, położywszy mu rękę na ramieniu.

- Żyję - odparł Balicki. Wzruszył ramionami.

- Z czego? Jeżeli wolno zapytać.

-   Wolno.   Prowadzę   znajomemu   rachunkowość   w   warsztacie.   Po 

wyjściu   „stamtąd”   nie   przyjęli   mnie   w   dawnym  zakładzie.   Zresztą   nie 

mam do nich pretensji.

Dorota i Andrzej, uśmiechnięci i pogodzeni, wrócili do nich, pragnąc 

włączyć   się   do   rozmowy.   Ale   rozmowy   nie   było.   Obaj   mężczyźni, 

powiedziawszy   sobie   tylko   tyle,   ile   należało   dla   wyjaśnienia   sprawy, 

background image

milczeli. Dziewczyna pożegnała się z oficerami, chciała jeszcze zostać w 

kawiarni, bo dostrzegła przy stoliku znajomą. Balicki znikł, wmieszany w 

grupę gości.

- Częściowo miałeś rację - odezwał się Łaniecki, kiedy jechali w 

stronę Alej Ujazdowskich. - Wprawdzie to nie jej wujek, ale stary znajomy 

ojca. Spotkali się, pogadali przy kawie.

Szczęsny nic nie odrzekł. Zastanawiał się, czy powinien albo też czy 

ma prawo wyjaśnić koledze przestępcze fakty z przeszłości Balickiego. To 

prawlid, że stawał przed sądem za zabójstwo; sąd przyjął że w afekcie. Ale 

karę odcierpiał. Czy przeszłość miała się za nim wlec do końca życia? 

Może ojciec dziewczyny nie uważał za potrzebne mówić o tym w domu. 

Może nawet, w jakiś sposób, usprawiedliwiał względnie rozumiał motywy 

zabójstwa, choć zbrodnia zawsze zbrodnią pozostaje.

- Dlaczego nic nie mówisz? - zdziwił się kapitan.

- Ot, tak. Zamyśliłem się.

I już nie dodał więcej. Za to Łaniecki, wyraźnie podekscytowany 

spotkaniem, powiedział, że zna Dorotę od dziecka, że niedawno spotkali 

się przypadkowo (po szesnastu latach!), odnowili znajomość i, być może, 

związek ich będzie trwały.

- Cóż to za określenie! Powiedz po prostu, że chcesz się z nią ożenić.

- No, tak. Ale jeszcze nie mówiliśmy o tym w sposób zdecydowany.

- Ona gdzieś pracuje?

- W sklepie. Mają taki butik... Andrzej speszył się, umilkł. Major 

rzucił na niego przelotne spojrzenie i znowu ogarnęły go wątpliwości, czy 

dobrze robi, nie wyjaśniając, kim był Balicki. Dojechali już jednak do 

Zakładu, postanowił więc odłożyć to na inną okazję.

background image

W - wydziale biologii Szczęsny poprosił o kopię ekspertyzy trzech 

włosów, znalezionych w srebrzystym audi Kirshwalda.

- Na co ci kopia? - spytał podpułkownik Wilski, chudy, przygarbiony, 

łysy. Miał za sobą ponad dwadzieścia lat pracy w kryminalistyce, napisał 

szereg   prac,   przetłumaczonych   na   kilka   języków,   i   brał   udział   w 

międzynarodowych sympozjach biologów.

- Na prywatny, użytek - odparł Szczęsny i przymknął jedno oko dając 

tym  do   zrozumienia,   że  oczywiście   żartuje,   co  jednak  tylko   częściowo 

było prawdą. Od czasu do czasu prowadził „własne śledztwo” w sprawach, 

które go bardziej interesowały, wynikami dzieląc się uczciwie ze swoim 

szefem.

Wilski wzruszył ramionami, przyjął papierosa; zapalili na korytarzu, 

aby nie drażnić poprzeziębianych gardeł kolegów.

-   Fenotypy   -   mruknął   podpułkownik,   kontynuując   poprzednie 

rozważania. - Rozumiesz, dopiero Culliford swoimi doświadczeniami w 

dziedzinie badania plam krwi umożliwił nam pierwsze próby zastosowania 

tych doświadczeń do włosów, mówiąc w skrócie. 

-   Powiedz   mi,   jaki   termin   ustaliliście   dla   procesu   starzenia   się 

wyrwanych włosów? Chodzi mi o to, czy...

- Wiem, o co ci chodzi. Mamy pozytywne rezultaty badań włosów, 

wyrwanych   nawet   trzy   tygodnie   wcześniej.   -   Zaciągnął   się   dymem, 

rozkaszlał i dodał: - Ogromne znaczenie dla celów sądowo-lekarskich.

- Tak. Zdarza nam się przecież znaleźć włos w trakcie śledztwa, które 

trwa już kilkanaście dni. Sęk w tym, że w sprawie Kirshwalda nie mam, 

jak dotąd, materiału porównawczego. Ale go znajdę! - zapewnił z nagłą 

zaciętością.

background image

Wilski popatrzył na niego, pokiwał głową.

- Daj ci Boże. Oby tylko zabójca miał wciąż jeszcze inną głowę niż 

moja i oby materiału porównawczego nie zabrakło.

Roześmiali się. Podpułkownik nie martwił się łysiną, twierdził, że w 

ten   sposób   przypomina   Kojaka,   a   według   jego   opinii   jest   to   jeden   z 

lepszych   policjantów.   Szczęsny   schował   wręczoną   mu   kopię,   po 

kwadransie siedział już u siebie, w Pałacu Mostowskich. Pewna sprawa 

nie dawała mu jednak spokoju. Połączył się z dzielnicowym urzędem na 

Woli i poprosił do telefonu znajomego porucznika.

- Posłuchaj, stary - zaczął, choć porucznik był od niego kilkanaście 

lat   młodszy.   -   Zapisz   sobie:   Ryszard   Balicki,   lat...   teraz   będzie   miał 

pięćdziesiąt   trzy   bodajże,   z   zawodu   ekonomista,   mieszkał   względnie 

jeszcze mieszka na twoim terenie. Czternaście lat temu stanął przed sądem 

za zabójstwo żony. Dostał dwanaście. Odsiedział. Podobno pracuje jako 

księgowy w jakimś warsztacie.

- To pilne?

- Raczej tak. Powiedzmy  w ciągu kilku dni, jeżeli dasz radę. Bo 

chodzi mi przecież nie tylko o adres, ale o to, co naprawdę robi.

- Postaram się.

Zadzwonił już po dwóch dniach.

-   Wymieniony   osobnik,   formalnie   zatrudniony   w   warsztacie 

elektrotechnicznym na stanowisku księgowego, w rzeczywistości zajmuje 

się bardzo aktywnie handlem walutą. Robi to jednak na tyle sprytnie, że 

nie udało się jak dotychczas zebrać wystarczających dowodów jego winy. 

Nie posługuje się „konikami”.

- Na handlu nie możemy go złapać - mówił porucznik - a w domu 

background image

może  mieć  nawet  sto  tysięcy  dolarów,  ale  nie znaleźliśmy   podstaw  do 

przeszukania. Zresztą, wolno mieć. On na ulicy nie handluje, na to jest za 

szczwany.   Wszystkie   transakcje   załatwia   w   lokalach.   Najczęściej   w 

„Europejskiej” albo w „Metropolu”. Chyba ze cztery razy nasz inspektor 

był absolutnie pewny, że już go ma w ręku, i nic. Pudło.

Szczęsny   podziękował,   odłożył  słuchawkę   i  zamyślił   się   głęboko. 

Nie lubił wtrącać się do prywatnych, bardzo osobistych spraw kolegów; 

przyjaźń   przyjaźnią,   ale   istnieje   pewna   granica,   którą   niechętnie 

przekraczał.   I   nie   lubił   również,   kiedy   jego   próbowano   wyciągać   na 

zwierzenia.

Dlatego   w   domu   długo   zastanawiał   się,   zanim   nakręcił   numer 

Andrzeja. Postanowił, że zapyta go o byle co, a potem może w trakcie 

rozmowy zahaczy o spotkanie z Dorotą. Co będzie dalej, to już zależy od 

Łanieckiego: rozgada się czy urwie temat.

Po kilku sygnałach ktoś z tamtej strony podniósł słuchawkę. Usłyszał 

miękki kobiecy głos, a w tym głosie powstrzymywany śmiech:

- Halo? Słuchamy razem... - Potem było jakby lekkie szamotanie, 

śmiechy, i głos Andrzeja: - Proszę, Łaniecki?

Szczęsny bez słowa odłożył słuchawkę. Nie miało sensu zaczynać 

rozmowy   z   mężczyzną,   u   którego   o   tak   późnej   godzinie   znajduje   się 

dziewczyna.

*

Dorota spojrzała na zegarek.

- Powinnam już iść - mruknęła sennie.

- Zostań - poprosił. - Dwadzieścia stopni mrozu! Ja bym teraz nosa 

nie wychylił na dwór. - Pocałował ją i dodał: - Żartuję, rzecz jasna. Nie 

background image

chodzi o mróz, chcę, żebyś była ze mną do rana.

Uśmiechnęła się, ułożyła wygodniej.

-  Wiesz   -   zaczęła,   gasząc   papierosa   -   latem   zwiedzałam   grotę   w 

pobliżu skały Loreley, niedaleko małego miasteczka St. Goarshausen nad 

Renem. A może zresztą - zastanowiła się - grota była przy Drachenfels? 

Nie pamiętam. W każdym razie weszliśmy do środka. I, wyobraź sobie, 

zobaczyłam zwisające od pułapu mnóstwo nietoperzy! Wisiały głowami w 

dół.

- Nietoperze zwykle tak wiszą - zauważył.

- Okropne. Ni to mysz, ni ptak. Widziałeś go kiedyś z bliska?

- Nieraz.

- Smali nocturnal mammal of the order Chiroptera - szepnęła, jakby 

recytując wiersz czy słowa piosenki.

Uniósł się na łokciu, popatrzył na nią uważnie.

- Skąd to znasz?

- Co?

- To, co mówiłaś przed chwilą. Ten tekst! Przeciągnęła się, zaplotła 

mu dłonie na karku.

-   Kochanie,   po   prostu   określiłam   nietoperza   po   angielsku.   Nie 

zrozumiałeś? Przecież znasz ten język.

Milczał dłuższą chwilę. Coś złego - bardzo złego - ogarnęło myśli, 

zamąciło   je.   Wyswobodził   się   z   rąk   dziewczyny,   usiadł   na   tapczanie. 

Zastanowić   się!   Rozważnie,   spokojnie.   To   może   być   zwyczajny   zbieg 

okoliczności. Nie wolno być podejrzliwym. Tak. Ale nie wolno również 

stracić zawodowej czujności.

Poczuł gorące wargi dziewczyny na swoim policzku.

background image

- Kochasz mnie?

- Po co pytasz - mruknął. - Mało masz dowodów?

- Może i mało - odparła z dziwną intonacją w głosie.

Odwrócił się gwałtownie, chwycił ją za przeguby rąk i ścisnął aż do 

bólu.

- Więc czego chcesz? Co mam jeszcze zrobić dla ciebie, żebyś była 

pewna tej miłości?

Uśmiechnęła się, ukazując drobne białe zęby.

- Zrobiłbyś?

- Co?

Teraz   ona   nie   odzywała   się   czas   jakiś,   słyszał   tylko   jej   szybki, 

nerwowy oddech.

- Co chcesz, żebym zrobił? - powtórzył niecierpliwie.

- Powiem ci. Niedługo. Musiałbyś jednak... - - zawahała się, a jemu 

niespokojnie załomotało serce. Nie chciał zgadywać, nie chciał usłyszeć 

czegoś, co zmusiłoby go do nieodwołalnej decyzji.

- Musiałbym... no, dokończ!

-   Najpierw   trochę   zaryzykować.  A  potem   bylibyśmy   już   zawsze 

razem.

-   Nie   rozumiem.   Przecież   jesteśmy   razem.   Bez   żadnego   ryzyka. 

Parokrotnie proponowałem ci małżeństwo, zawsze odpowiadałaś: trochę 

później. Więc co to znaczy: trochę? Rok, pięć lat? Jakie ryzyko masz na 

myśli?

- Niewielkie. Ale... - znów urwała, przygryzła wargi. Pomyślał, że to, 

co chce powiedzieć, sprawia jej przykrość albo jest trudne.

-  Ale   co?   Dlaczego   nie   mówisz   wprost,   tylko   kołujesz   z   daleka, 

background image

jakbyś się czegoś bała. Co z tym ryzykiem?

- Czy ty jesteś bardzo przywiązany do swego zawodu?

Zesztywniał,   odsunął   się   trochę,   potem   wstał,   narzucił   szlafrok   i 

przeszedł   się   po   pokoju.   Spokojnie!   -   upomniał   sam   siebie.   Może   jej 

chodzi o coś zupełnie innego. Na przykład o rodziców.

- Twój ojciec wolałby zięcia, powiedzmy, inżyniera czy lekarza, aby 

nie oficera milicji? Tak? Mam rację? Mów prawdę!

- O zawodzie mego przyszłego męża decyduję wyłącznie ja. Ojciec 

czy matka nie ma nic do tego.

- Więc o co chodzi, u diabła! Przepraszam - zreflektował się. Usiadł 

przy biurku, zapalił papierosa z leżącej tam paczki. Nawet nie zauważył, 

że były to merit-ultra lights, które ostatnio paliła Dorota.

- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, czy jesteś bardzo przywiązany 

do swego zawodu - odparła, nie spuszczając z niego wzroku.

Nagle pomyślał, że ma w tych pięknych zielonych oczach coś bardzo 

ostrego,   czego   dotąd   nigdy   nie   zauważył.   Tak   na   niego   jeszcze   nie 

patrzała.

-   Jestem.   Bardzo.   I   nie   zmienię   go.   Chyba   że   mnie   wyrzucą   - 

zażartował bez uśmiechu. - Dlaczego o to spytałaś?

- A dla mnie? Też byś nie zmienił?

Wciąż nie rozumiał, jaką grę z nim prowadzi, do czego dąży.

- Gdyby to miał być warunek naszego małżeństwa? - zaryzykował 

wreszcie pytanie, którego właściwie nie chciał postawić. Cóż, już się stało.

- Tak. Właśnie tak. Gdyby to był jedyny, ale istotny warunek naszego 

małżeństwa - powtórzyła.

-  Dzisiaj przeczysz temu,  co  mówiłaś  niedawno, że  nie masz  nic 

background image

przeciwko mojej służbie w milicji. Więc co się nagle stało?Podniosła się, 

zaczęła   ubierać.   Nosiła   tego   dnia   obcisłe   granatowe   spodnie,   nieco 

jaśniejszą w tonacji bluzkę z crepe de Chine, długi granatowy krawat w 

poprzeczne   paski   i   luźny   biały   żakiet   ze   złotymi   guziczkami.   Przy 

krawacie,   jak   nakazywała   moda,   zwisał   do   pasa   złoty   delikatny   sznur, 

podwójnie   spleciony.   Patrzał   na   nią,   czuł   zapach   oryginalnych   perfum 

Anais de Cacharel, znał to wszystko. Jeszcze wczoraj, może jeszcze dziś 

rano, pociągały go, imponowały mu ta zagraniczną wytworna elegancja, 

biżuteria   jakiejś   firmy   paryskiej   czy   włoskiej   Trifari,   te   papierosy, 

szminka, suknie...

Czy   to   naprawdę   jego   dziewczyna?   Ta   Dorotka   z   Siennej,   w 

kolorowym fartuszku, z warkoczykami przewiązanymi białą albo różową 

wstążką, z palcami umorusanymi od długopisu, z którą biegał na lody do 

Zielonej Budki albo na piętnastą do kina?

- Czy ty naprawdę... - chciał powiedzieć: jesteś ta sama, ale Dorota 

zrozumiała   inaczej.   Podeszła   do   niego,   wyjęła   mu   z   ust   papierosa, 

pocałowała lekko.

-   Naprawdę   chciałabym,   żebyś   zmienił   zawód   -   odparła.   -   Jeżeli 

mnie kochasz tak, jak ja ciebie, zrobisz dla mnie to, o co cię niedługo 

poproszę. Ryzyko doprawdy niewielkie. A cała, najpiękniejsza przyszłość 

przed nami! Bogata, niezależna. O tym mogę cię zapewnić. Miej tylko do 

mnie   więcej   zaufania.   Jeżeli   posłuchasz,   będziemy   szczęśliwi.   No 

powiedz,  przecież  chcesz  tego?  -  Zajrzała  mu  w oczy, przytuliła  się.  - 

Przecież kochasz, Andrzejku...

Odprowadził   ją   później   do   samochodu,   przez   chwilę   patrzał,   jak 

zakręca   przed  domem,   ale   zaczął  padać   gęsty   śnieg   i  audi  zniknęło   w 

background image

białej zawiei. Wrócił do mieszkania, uchylił trochę okno, aby wywietrzyć 

dym. Potem leżał bezsennie, wpatrując się w prześwitujące przez zasłonę 

słabe światło latarni.

*

Bardzo zły na siebie i cały świat Szczęsny wreszcie zdecydował się i 

umówił na kawę z Łanieckim. Jeszcze miał cichą nadzieję, że kolega nie 

znajdzie   dla   niego   czasu,   że   choruje   albo   wysłali   go   gdzieś   w   teren. 

Niestety, Andrzej nawet jakby ucieszył się, bąknął coś, że i on „chciał, 

tylko że...” Sam zaproponował najbliższy termin: za godzinę.

- Szlag by to trafił! - warknął Szczęsny i pojechał. Po drodze wstąpił 

do   wojskowej   księgarni   na   Krakowskim,   kupił   nowe   wydanie   trylogii 

Konstantego Simonowa, na które od dawna polował i, uboższy o prawie 

tysiąc złotych, ale zadowolony, wszedł do „Europejskiej”. Tu się umówili, 

bo  chciał  przy   okazji  rozejrzeć   się  wśród  kawiarnianych  gości,   stałych 

bywalców, waluciarzy, spekulantów, którzy dziwnie upodobali sobie ten 

lokal. Sądził też, że być może zobaczy Balickiego.

Łaniecki czekał już, zaszyty w samym kącie bocznej sali, z twarzą 

posępną i przygasłymi oczami. Będą zwierzenia - pomyślał major. - Ja już 

mam   takie   psie   szczęście.   No,   trudno.   Sam   się   podłożyłem.   Wygląda, 

jakby mu się całe mieszkanie spaliło, a nie był ubezpieczony.

- Ty jesteś ubezpieczony? - spytał mimo woli, siadając przy stoliku.

Andrzej spojrzał na niego z bezgranicznym zdumieniem.

- Od czego?

- Tak, w ogóle. Mniejsza z tym. Słuchaj, chciałem z tobą pogadać. 

Widzisz,  dowiedziałem  się  przy   okazji  tego  i  owego  o panu  Balickim. 

Podobno to jest stary znajomy ojca twojej dziewczyny, widzieliśmy ich 

background image

razem.

- Pamiętam - rzekł kapitan. - Czegoś się dowiedział?

- To jest waluciarz, na dużą skalę. Przez te dwa lata, odkąd wyszedł z 

kicia...

- Siedział? Za co?

- Stara historia. Zabił swoją żonę. Tam były jakieś komplikacje, nie 

ma   sensu   teraz   nad   tym   się   rozwodzić.   W   każdym   razie   po   wyjściu 

wprawdzie zatrudnił się jako księgowy w warsztacie elektrotechnicznym, 

ale to jest tylko parawan, żeby się nazywało, że podjął uczciwą pracę. 

Mówię ci o tym, bo może twoja dziewczyna, a także jej rodzice, o tym nie 

wiedzą. Nie chcę, żebyś się wplątał w coś, z czego potem trudno ci będzie 

się wywikłać. Andrzej, nie lubię takich pytań i możesz dać mi w łeb... 

oczywiście, moralnie - rozejrzał się po kawiarni - ale czy ty dobrze ją 

znasz? Czy wiesz, w jakim środowisku się obraca?

Łaniecki milczał długo, aż Szczęsny zniecierpliwił się i powtórzył 

pytanie.

- Czy ją znam? - Andrzej ściągnął brwi, usta mg lekko drżały. - Do 

wczoraj sądziłem, że tak.

- A co było wczoraj?

- Boję się, że...

- No, wal prosto z mostu! Puszcza się, handluje złotem, okłamuje 

cię? Jakieś interesy z cudzoziemcami?

- Nie. Słuchaj, może ja się potwornie mylę, może to jest coś, czego 

nie zrozumiałem, ale... Czy ty pamiętasz sprawę zabójstwa Kirshwalda? I 

ten angielski tekst o nietoperzach?

Szczęsny spoważniał. O, źle! - pomyślał. - Jeżeli tak zaczyna, to już 

background image

całkiem źle.

- Oczywiście, że pamiętam - odparł. - Prowadzimy śledztwo, choć 

nam ciężko idzie. Ale co to ma wspólnego z nią? Z tą dziewczyną... jakże 

ona się nazywa?

- Dorota Wiktorska.

- Więc?

Łaniecki  zaczął   mówić.   Szeptem,   chociaż   sala   była   niemal   pusta, 

opornie, zacinając się. Major nie przerywał ani słowem, tylko jego czarne, 

wąskie   oczy   pobłyskiwały   w   przyćmionym   świetle   lamp.   Słuchał, 

próbował   od   razu   wyciągać   jakieś   sensowne   wnioski,   układał   sobie 

wszystko w pamięci. W pewnej chwili pomyślał: tak, to by się zgadzało. 

Tak to mogło być.

- Zrozum, ona nie powiedziała wprost, o co chodzi - kończył kapitan. 

- To, jak określiła, „niewielkie ryzyko” i ta szczęśliwa przyszłość może 

oznaczać wyjazd do innego miasta, ucieczkę od jej rodziców, od mojego 

zawodu...   Jestem   prawnikiem,   więc   mógłbym   pracować,   w   jej 

wyobrażeniu, jako adwokat, założyć prywatną kancelarię. Dużo zarabiać.. 

Nieprawdopodobne!   -   zniecierpliwił   się   nagle.   -   Dorosła   kobieta, 

zdawałoby   się   inteligentna,   oczytana,   dwa   języki   obce   perfekt   i   taka 

naiwność. Prościutkie, łatwe: wystąpić ze służby w milicji, założyć biuro 

adwokackie, zdobyć od razu ładne mieszkanie, mieć dla niej na drobne 

wydatki ze dwadzieścia „patyków” miesięcznie... Bagatela. 

Szczęsny westchnął. Obym się mylił - pomyślał. - Ale chyba nie.

- Ty ją bardzo kochasz? - spytał niechętnie, musiał jednak od tego 

zacząć.

Andrzej   zwiesił   głowę,   nerwowo   zwijał   i   rozwijał   papierową 

background image

serwetkę.

- Bardzo - odrzekł wreszcie. - I niech ci to wystarczy.

- Jasne, że nie będziesz śpiewał przede mną miłosnej ballady, na co 

mi to. Zapytałem, bo widzę tę sprawę w innym świetle niż ty. O wiele 

gorszym. Nie mącisz ty sobie obrazu tą adwokacką kancelarią, wyjazdem 

do Krakowa, Gdańska czy gdzieś tam, ale w kraju? Powiedz otwarcie: nie 

podejrzewasz czegoś innego?

Łaniecki milczał długo, aż Szczęsnemu żal się go zrobiło; zdawał 

sobie   sprawę,   że   doszli   w   rozmowie   do   najważniejszego   punktu,   po 

którym już nie będzie wolno się cofnąć.

- Pomogę ci, choć mnie cholera bierze, bo nic tu nie zawiniłem, a 

każesz   mi   być   sędzią   tej   dziewczyny.   Otóż   stawiam   sprawę   jasno... 

Naturalnie, mogę się mylić. Dorota niedługo zażąda od ciebie, abyś jej 

dostarczył   nietoperzową   wizytówkę,   którą   przechowujecie   w   sejfie,   w 

wydziale badań dokumentów. Powie ci: „Jeżeli mnie kochasz, przyniesiesz 

mi ją po kryjomu. Zrobisz to tak, żebyś miał kilka dni na przygotowanie 

się   do   wyjazdu.   Ja   ci   dostarczę   fałszywy   paszport,   wyjedziemy   za 

granicę”. Czy ona ma gdzieś tam krewnych?

- Tak. Wuja, brata matki. Mieszka w Monachium.

- Jej matka jest Niemką?

- No - Andrzej zawahał się - z pochodzenia. Jeszcze przed wojną 

wyszła za mąż za Wiktorskiego, ma obywatelstwo polskie.

- Gdzie byli za okupacji?

-   Zdaje   się   w   Szwajcarii.   Po   wojnie   mieszkali   w   Warszawie   na 

Siennej, tam ich poznałem. Teraz mają willę na Goraszewskiej. Dorota 

dość często wyjeżdżała za granicę do tego wuja. Była też, jeżeli się nie 

background image

mylę, w Londynie. Słuchaj, przecież to zupełnie niemożliwe, ona nie ma 

nic wspólnego z zabójstwem Kirshwalda i tą całą sprawą.

- Z zabójstwem nie. Tu się z tobą zgadzam. Ale z „Nietoperzami”... 

Nie   posądzam   jej   o   zapędy   terrorystyczne   ani   o   przynależność   do 

„Batsów”.   Myślę   raczej,   że   chcą   się   nią   posłużyć,   ponieważ 

zaobserwowali, że chodzicie ze sobą, a wiedzą, kim jesteś. Niestety, twoja 

Dorota   musi   mieć   długi   język.   I   kocha   pieniążki.  Andrzej,   myśmy   z 

Daniłowiczem i z pułkownikiem Polewskim na wszystkie strony rozważali 

problem „Nietoperzy”. Doszliśmy do wniosku, opartego na dość pewnych 

podstawach, że z jakiejś przyczyny będą próbowali odzyskać wizytówkę z 

rzymską   szóstką.   Jakakolwiek   byłaby   ta   przyczyna,   dokument   trzeba 

chronić. W Zakładzie Kryminalistyki jest bezpieczny. Chyba że znalazłby 

się ktoś...

Łaniecki poderwał opuszczoną głowę, spojrzał gniewnie.

- Taki ktoś się nie znajdzie - rzucił twardo.

- Ja też nie posądzam. Próbuję iść tokiem myśli terrorystów, jeżeli 

„Nietoperze” nimi są, bo właściwie prawie nic o nich jeszcze nie wiemy. 

Twoja dziewczyna jest elegancka, nosi zagraniczne ciuchy, używa drogich 

perfum. To bardzo dużo kosztuje. Rozumiesz, co mam na myśli? Przykro 

mi, chłopie, ale próbuj popatrzeć na nią od innej strony. Czy naprawdę 

dostaje to wszystko od rodziców?

- Rozumiem. Sądzisz, że gdzieś tam w RFN czy Anglii obiecali jej, a 

pewnie częściowo już dali, sporo pieniędzy, w zamian za...

- Jak ty ją poznałeś po tych szesnastu latach? Szukałeś jej? 

- Nie. Na ulicy, zderzyliśmy się na chodniku. I ona mnie poznała. To 

przypadek.

background image

-   Naprawdę?   A   jeżeli   całe   to   „zderzenie”   zostało   uprzednio 

zaplanowane, wyreżyserowane?

- Już dosyć! - powiedział raptem Łaniecki. Twarz miał ściągniętą 

jakimś przykrym grymasem, bladą, niemal szarą. - Dosyć - powtórzył. - 

Muszę to sam...

Szczęsny   patrzał   na   niego,   pełen   współczucia,   złości,   trochę 

bezradny, trochę gniewny na samego siebie.

- Przepraszam cię, Andrzej. Ale nie mogłem inaczej. Wydarzyła ci 

się paskudna historia, konsekwencje mogły być tragiczne. Jesteś świetnym 

fachowcem,   dobrym   oficerem   milicji,   nie   wolno   ci   zaprzepaścić 

przeszłości   i   przyszłości.   Trzydzieści   dwa   lata,   człowieku!   Całe   życie 

przed tobą. Nie pozwolę ci go zmarnować.

- Pójdę do domu - mruknął kapitan. - Nie spałem w nocy.

Przed kawiarnią Szczęsny mocno uścisnął mu rękę, a wtedy tamten 

nagle spytał:

-   Ty   mi   wierzysz,   że   nie   zrobię   żadnego   świństwa?...   Powiedz, 

wierzysz mi?

- Jak sobie samemu - odparł major. I myślał tak naprawdę.

*

Dwa dni później Dorota zaparkowała samochód przed domem, w 

którym mieszkał Łaniecki, i weszła na trzecie piętro. Zadzwoniła do drzwi 

umówionym kiedyś hasłem - cztery szybkie sygnały, jeden po drugim. Ale 

nikt   nie   otworzył,   w   mieszkaniu   panowała   niczym   nie   zmącona   cisza. 

Spojrzała na zegarek: dwudziesta druga sześć. O tej porze najczęściej był 

już w domu. Dzwoniła jeszcze kilka razy. Bez skutku. Telefon Andrzeja 

nie odpowiadał, nawet w nocy. Czyżby wyjechał, tak bez zawiadomienia? 

background image

- myślała,   zbiegając  ze  schodów. W  sieni minął ją  jakiś  mężczyzna  w 

kurtce   i   futrzanej   czapce.   Przez   sekundę   oczy   ich   spotkały   się,   tamten 

zaraz odwrócił głowę i zaczął wchodzić na górę. Zdziwiła się; do tej pory 

we wzroku każdego mężczyzny widziała tylko zachwyt, uznanie dla urody, 

chęć   zaczepki.   On   patrzył   inaczej.   Chłodno,   obojętnie.   Jak   na   starą, 

brzydką   babę   -   rozgniewała   się,   urażona   w   swej   kobiecej   dumie, 

przywykła do hołdów.

Wsiadła do audi. Postanowiła poczekać na Andrzeja. Może coś go 

zatrzymało w pracy. Okna mieszkania były ciemne, zasłony zaciągnięte. 

Włączyła   ogrzewanie,   otuliła   się   kożuszkiem.   Radio   nadawało   jakąś 

rockową muzykę. Po kwadransie z bramy wyszedł ten sam mężczyzna w 

futrzanej czapce. Przystanął na chwilę, popatrzał na samochód. Odszedł 

nie śpiesząc się, znikł za zakrętem.

Co on mnie obchodzi? - myślała. - Pewnie przyszedł do kogoś i nie 

zastał.   Jak   ja.   Może   do  Andrzeja...   -   Nie   miało   sensu   czekać   dłużej. 

Postanowiła, że nazajutrz zadzwoni do Zakładu Kryminalistyki.

Co prawda prosił, aby robiła to jak najrzadziej, no, ale jeżeli go nie 

ma w domu, nie odzywa się, to chyba jest to jedyne wyjście.

Zadzwoniła   kilka   minut   po   dziewiątej.   Telefon   odebrała   jakaś 

kobieta o niskim głosie. Dorota poprosiła „z kapitanem Łanieckim”.

- Nie ma kapitana - odparła obca pani.

- A kiedy go zastanę?

- O, nieprędko. Wyjechał w teren na dwa, trzy miesiące.

- Czy coś się stało? - spytała niespokojnie.

- Nie, skądże! Po prostu został wydelegowany do specjalnej roboty. 

Ale ja nie jestem upoważniona do udzielania informacji.

background image

-   Proszę   pani,   ja   muszę   się   z   nim   widzieć.   Mam   bardzo   ważną 

sprawę. Bardzo panią proszę, niech mi pani poda jego obecny adres.

- Nie znam adresu. Przepraszam, muszę kończyć rozmowę.

Szczęknęła odłożona słuchawka. Dorota nie przywykła jednak łatwo 

rezygnować z tego, co chciała osiągnąć. Jej piękna twarz była pierwszym 

atutem w grze, którą prowadziła od kilku lat, jak dotąd z powodzeniem. 

Drugi stanowiły pieniądze.

Pod   koniec   dnia   prący   znalazła   się   na   chodniku   w   Alejach 

Ujazdowskich. Przechadzając się z wolna obserwowała drzwi wyjściowe 

Zakładu.   Przed   szesnastą   zaczęli   stamtąd   wychodzić   pracownicy, 

pojedynczo i grupkami,  rozmawiając ze sobą lub zmęczeni, zamyśleni, 

jedni   śpieszyli   do   autobusów,   inni   do   zaparkowanych   samochodów. 

Przyglądała im się uważnie, w końcu zdecydowała: ten. Swym lekkim, 

swobodnym krokiem podeszła, uśmiechnęła się.

- Czy można pana o coś zapytać?

Mężczyzna zatrzymał się, spojrzał na nią niepewnie. Widać było, że 

zbiera myśli i próbuje sobie przypomnieć: znam ją czy nie.

- Proszę - odparł. - Słucham panią.

- Chciałam w ważnej sprawie zobaczyć się z kapitanem Łanieckim. 

Jego telefon w domu nie odpowiada. Czy nie zachorował?

Młody człowiek, stojący przed nią, był wyraźnie zaciekawiony nie 

tyle pytaniem, ile ładną dziewczyną. Przyglądał jej się z upodobaniem.

- Łaniecki? - powtórzył z roztargnieniem. - Nie. Chyba nie.

- Podobno wyjechał?

- Och, prawda. Jest w delegacji, za granicą. Wraca za kilka miesięcy. 

Niech pani dowiaduje się, powiedzmy, latem.

background image

Latem? Ściągnąła brwi. Jej się śpieszyło, czas naglił.

Rozdział 6

Ostatni   tydzień   lutego   był   mroźny,   pełen   śniegu,   przeplatany   od 

czasu do czasu nagłymi odwilżami, trwającymi zaledwie dobę. Pogoda 

sprzyjała reumatyzmowi i grypie.

Edwin   Kirshwald   zaraz   po   powrocie   ze   Stanów   przechorował 

dziesięć dni, co uniemożliwiło mu spacery na cmentarz. Od śmierci brata 

często myślą wędrował pomiędzy grobowcami bardzo starymi i zupełnie 

nowymi,   szedł,   mijał   je,   aż   zatrzymywał   się   przy   „swoim”.   Tak   go 

nazywał; tu leżał Werner, rodzice, chyba jeszcze dziadek, chociaż go nie 

pamiętał, a tablica z nazwiskami zatarła się. Tu kiedyś - i on... Odkąd 

zginął Werner, Edwin przeniósł się z powrotem do Frankfurtu nad Menem, 

gdyż z pewnych względów mieszkanie brata było wygodniejsze; poza tym 

chciał mieć oko na firmę.

W   poniedziałek   poczuł   się   dobrze,   więc   podjechał   szarym 

mercedesem pod bramę cmentarza i poszedł między alejki. Dzień zrobił 

się   jakby   cieplejszy,   powiało   jeszcze   nie   wiosną,   ale   przedwiośniem. 

Kirshwald ze zdziwieniem dostrzegł, że na ławeczce przy grobowcu ktoś 

siedzi.   Pomyślał,   iż   pewnie   któryś   z   emerytów   z   firmy   postanowił 

wspomnieć dawnego kolegę, może szefa. Jednakże w sylwetce siedzącego 

człowieka nie rozpoznawał żadnej znajomej postaci.

Kiedy zbliżył się do grobowca, nieznajomy uniósł głowę i powitał go 

uchyleniem   kapelusza.   Potem,   nie   śpiesząc   się,   wstał.   Obca   twarz   - 

stwierdził Edwin, odpowiadając na ukłon. Mężczyzna ów nie mógł mieć 

background image

więcej   niż   czterdzieści   kilka   lat,   może   nawet   mniej,   na   emeryta   nie 

wyglądał. Średniego wzrostu, szczupły, jasne włosy i broda, ścięta w klin, 

na oczach duże okulary w czarnej oprawie. Po lewej stronie twarzy poniżej 

oka widniała dość długa blizna, zarysowana ukośnie. Ubrany w czarny, 

elegancki   płaszcz   angielskiego   kroju   i   biały   jedwabny   szalik,   w   ręku 

trzymał laskę z oryginalną rączką w kształcie głowy ptaka. Kiedy odezwał 

się, Kirshwald wyczuł w jego niemczyźnie nieznaczny obcy akcent.

- Pozwoli pan, że złożę uszanowanie bratu nieodżałowanej pamięci 

Wernera - rzekł nieznajomy. - Wielka to i bolesna dla mnie strata, z którą 

do dziś nie mogę się pogodzić.

- Dziękuję za słowa współczucia. Wybaczy pan jednak, że spytam, 

skąd pan znał mego brata? Bo jakoś nie przypominam sobie...

- Sorry, jestem jak widać mocno roztargniony. Nazywam się David 

O’Brien,   a  Wernera   poznałem   wiele   lat   temu,   podczas   jego   pobytu   w 

Londynie. Potem widywaliśmy się od czasu do czasu, to w Anglii, dokąd 

przyjeżdżał, to we Frankfurcie, który ja odwiedzałem w interesach swojej 

firmy. Prowadzę firmę budowlaną - dorzucił i ciągnął dalej: - Poznałem 

pana   ze   zdjęć,   które   mi   pokazywał.   Zbyt   późno   dotarła   do   mnie 

wiadomość o jego tragicznej śmierci, dlatego nie zdążyłem na pogrzeb. 

Dwa   dni   temu   przyjechałem   znów   do   waszego   uroczego   miasta,   więc 

pośpieszyłem tutaj, aby złożyć choć teraz wiązankę kwiatów na grobie 

Wernera.

Edwin   mimo   woli   spojrzał   na   płytę   grobowca;   leżał   tam   bukiet 

białego bzu, o tej porze roku z pewnością bardzo kosztowny. Przysiadł na 

ławeczce Anglik - może zresztą Irlandczyk, sądząc po nazwisku - usadowił 

się   obok   niego.   Parę   minut   obaj   milczeli,   jakby   wspólnie   oddając   się 

background image

wspomnieniom o zmarłym, a potem Kirshwald powiedział:

- Nigdy brat nie mówił mi o waszej - zawahał się - znajomości czy 

przyjaźni. Jednakże wiem, że był skryty i małomówny. Kiedy po przejściu 

na emeryturę wyprowadziłem się do Monachium, nasz kontakt rozluźnił 

się jeszcze bardziej.

- A teraz wrócił pan do Frankfurtu. Do jego mieszkania.

Coś   było   dziwnego   w   tych,   na   pozór   zwykłych   słowach.   Edwin 

popatrzał na O’Briena z uwagą.

- Czy mam przez to rozumieć, że zainteresował pan się obecnie moją 

osobą?

David nie od razu odpowiedział. Rozejrzał się dokoła; na cmentarzu, 

prócz nich, nie było żadnej żywej istoty, nie licząc stada wron i kawek, 

krążących pomiędzy drzewami.

- Tak - odparł wreszcie. - W tym celu przyjechałem.

- Czy Werner... czy mój brat zaciągnął u pana jakiś dług? Jeżeli to 

zrobił, to całkowicie prywatnie, nie w interesach naszej firmy. Oczywiście, 

gotów   jestem   uregulować...   w   rozsądnych   granicach.   I   jeżeli   ma   pan 

pisemny dowód takiej pożyczki.

- Pan się myli. Werner nigdy ode mnie nie pożyczał pieniędzy. I nie 

po to przyjechałem.

- Wobec tego nie rozumiem. O co chodzi?

- Chcę odebrać znak.

Kirshwald drgnął, twarz jego z wolna pokryła się bladością, wargi 

zadygotały.

W dalszym ciągu nie rozumiem - szepnął, z trudem wydobywając 

głos z nagle zaschniętego gardła.

background image

-   Rozumie   pan   doskonale.   Chodzi   przecież   o   tekst   nietoperza.   O 

„szóstkę”. Był pan w Polsce, zabrał pan stamtąd nie tylko ciało zmarłego, 

ale i wszystkie jego rzeczy. Werner musiał mieć przy sobie znak, ponieważ 

otrzymał do wykonania zadanie.

- Jakie zadanie? - bąknął, zmartwiały z grozy i bezsilności wobec 

NICH.

- Nie pańska sprawa. Więc co pan zrobił ze znakiem?

- Nie dali mi. Pytałem, bardzo ostrożnie, ale pokazali tylko zdjęcie 

wizytówki. Musiałem udawać, że widzę ją po raz pierwszy.

- O kim pan mówi: oni?

- Oczywiście o polskiej policji. Prosiłem, aby pokazali oryginał, ale 

nie zgodzili się. Nic nie mogłem więcej zrobić - rozłożył ręce bezradnym 

gestem. - Przecież już mnie o to pytaliście.

David O’Brien żachnął się niecierpliwie.

- Trzeba było domagać się ostrzej! Wizytówka należała do pańskiego 

brata,   była   jego   własnością,   więc   jakim   prawem   ją   zatrzymano   w 

Warszawie?

- Niechże pan zrozumie, że ja przez cały czas musiałem udawać, iż 

Werner   niczego   takiego   nie   miał   przy   sobie!   Więc   jak   mogłem   żądać 

czegoś, co nie było oficjalnie jego własnością?

Podniósł się z ławki, rozgniewany. Stanął przy grobowcu, oparł się o 

granitową   płytę,   jakby   tym   ruchem   chciał   bronić   pamięci   zmarłego,   a 

jednocześnie i siebie. Patrzał na O’Briena z nienawiścią i mówił syczącym 

szeptem:

- Od samego początku, odkąd Werner wyjawił mi, że do was należy, 

robiłem co mogłem, żeby go wyrwać z waszych rąk. Prosiłem, błagałem, 

background image

tłumaczyłem... Na nic. Odpowiadał, że już za późno, że kto raz z wami 

zaczął, musi pracować na wasze zlecenia, do końca. Prawda, że takiego 

końca nie przewidziałem, bo bym go wywiózł bodaj na biegun północny 

czy do Australii. Dzisiaj wiem, że i tam sięgają wasze macki. I zabiliście 

go! Wy, nie żaden polski bandyta. Wy, gorsi od największego łotra, stokroć 

gorsi!  Za   pieniądze   mordujecie   każdego,   byle  tylko   ktoś  inny   zapłacił. 

Gdyby nie „Nietoperze”, mój brat żyłby spokojnie i pracował.

- Brał pieniądze - wtrącił O’Brien. - Duże.

- Za czyjeś życie! Był zbrodniarzem na wasze zlecenie. Coście z 

niego zrobili? Kanalie!

Trząsł się, twarz mieniła mu się z gniewu, zdarł z głowy kapelusz i 

cisnął nim o ziemię. Zdawało się, że zaraz rzuci się na obcego, zadusi, 

zabije. David zerwał się, odsunął.

-   Niech   pan   się   uspokoi   -   powiedział.   -   Jemu   to   już   życia   nie 

przywróci. Proszę usiąść. - Podniósł kapelusz, otrzepał ze śniegu i wsadził 

Edwinowi na głowę. - Zaziębi się pan.

Kirshwald ciężko osunął się na ławeczkę, wytarł spoconą twarz.

- Więc znaku nie mam - rzekł już spokojniej. - Niech pan powie tym 

swoim szefom w Monachium... temu, co go nazywają Pierwszym, że nie 

mam i dajcie mi wreszcie spokój.

- Nawet i to panu mówił? - zdziwił się David. - O Pierwszym? Cóż 

za zuchwalstwo i nieostrożność.

Edwin uniósł głowę, popatrzał na niego z ironią.

- A mówił, mówił! Raz się wygadał w chorobie, w gorączce, potem 

pociągnąłem go za język, bo mi to wszystko strasznie śmierdziało. Zawsze 

miał przede mną respekt. Zresztą wiedział, że nikomu nie powiem, bo bym 

background image

go naraził na śmierć. No, ale nie ustrzegłem. Nawet mu się raz wymknęło, 

że gdzieś tam na Theresienstrasse... Mniejsza z tym, pan i tak wie.

O’Brien położył mu rękę na ramieniu.

- Niech pan posłucha. Byłem przyjacielem Wernera i, niech pan mi 

wierzy,   nie   ja   przyczyniłem   się   do   jego   śmierci,   naprawdę   o   niej   nie 

wiedziałem.   Może,   gdybym   przewidział,   potrafiłbym   przeciwdziałać. 

Dlatego,   w   imię   tej   przyjaźni,   zapomnę   o   wszystkim,   co   pan   tutaj 

powiedział. Proszę jednak, bardzo usilnie i stanowczo, aby pan ze swej 

strony absolutnie nikomu nie wspominał o naszej rozmowie. W ogóle o 

mnie. Bo tylko dotrzymując bezwzględnej tajemnicy zachowa pan przy 

życiu i siebie, i mnie.

Kirshwald   słuchał   zdziwiony,   takich   słów   nie   spodziewał   się   od 

„Nietoperzy”.

-   Czyżby   i   wśród   was   znalazł   się   człowiek?   -   mruknął   z 

powątpiewaniem.

-   Niech   pan   o   tym  myśli   jak   chce.  Ale   niech   pan   mi   obieca,   że 

zastosuje się do tego, o co proszę. Czego wymagam - dodał ostrzej.

-   Dobrze.   Nie   chcę   ani   pańskiej   śmierci,   ani   mojej.   Pewnie   nie 

zobaczymy się więcej?

- Nie.

- I nie nazywa się pan O’Brien?

- To obojętne, jak się nazywam. Jesteśmy cyframi, liczbami.

Edwin z wahaniem wyciągnął rękę na pożegnanie, tamten ujął ją i 

lekko uścisnął. Potem rozeszli się, każdy w inną stronę.

*

O   północy,   w   hotelu   „Steigenberger”   przy   placu   Kanclerskim   w 

background image

Bonn, siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, o śniadej pociągłej twarzy, 

ciemnych   oczach   i   z   nosem   zakrzywionym   jak   dziób   sępa,   był 

gospodarzem   pokoju,   który   raczej   trzeba   by   nazwać   apartamentem. 

„Steigenberger” należał do najdroższych, ekskluzywnych hoteli w stolicy 

Republiki Federalnej, a usytuowanie w pobliżu gmachu Urządu Kanclerza 

i innych dostojnych instytucji dodawało mu splendoru.Obaj mężczyźni, 

zatopieni w cichej rozmowie, którą skutecznie zagłuszała - na wypadek 

ukrytych   mikrofonów   -   rockowa   muzyka   w   radio,   nie   interesowali   się 

jednak ani położeniem hotelu, ani jego luksusowym wnętrzem. Drugi z 

nich, szczupły, z jasnymi włosami i krótko ściętą brodą, w okularach, miał 

na lewym policzku ukośną bliznę. Od czasu do czasu sięgał po filiżankę z 

kawą,   z   uwagą   słuchając   tego,   co   mówił   jego   towarzysz.   W   pewnym 

momencie żywo zareagował.

- Nie  obawiam się  Stambułu  -  powiedział.  - Ani  w ogóle  Turcji. 

Trochę znam ten kraj. Natomiast boję się jednego: że on mi nie uwierzy, 

nawet jeżeli wymienię hasło.

Śniady zaprzeczył ruchem głowy.

- Uwierzy - odparł. - Zresztą, na wszelki wypadek, dam ci coś.

-   Żadnych   listów!   -   sprzeciwił   się   jasnowłosy.   -   Żadnych 

dokumentów, nic pisanego czy drukowanego. Kasety ani taśmy też nie.

- Nie pozwoliłeś mi skończyć - upomniał go tamtem. - Dam ci coś, 

co razem z hasłem otworzy ci jego usta i serce.

Podniósł się z fotela, podszedł do stolika, na którym leżało kilka 

drobiazgów. Z małej czarnej torebki wyjął jakiś przedmiot i, położywszy 

na   dłoni,   podał   swemu   gościowi.   Była   to   cienka   złota   bransoleta,   na 

wewnętrznej stronie miała wyryty napis w tureckim języku. Człowiek z 

background image

blizną pochylił się, wziął ją do ręki.

- Niestety, nie znam arabskiego alfabetu - mruknął zawiedziony.

- Tu  jest napisane: „Allah   korusun”,  czyli „Niech  cię   Bóg  ma   w 

swojej opiece”. To bardzo stara bransoleta; dziś w Turcji już nie używają 

tego alfabetu ani pozdrowienia... Chociaż zdarza się - dodał po namyśle. - 

Powtórz to.

-   Allah   korusun.   Zapamiętam.   Czy   mam   mu   to   pokazać   przed 

powiedzeniem hasła, czy potem?

- Zorientujesz się na miejscu. Może wystarczy hasło. Jeżeli dowiesz 

się wszystkiego, co chcesz wiedzieć, oddasz mu bransoletę. Ode mnie. A 

jeżeli   na   początku   okaże   ci   nieufność,   wtedy   pokaż   od   razu.   Hasło 

pamiętasz?

- Tak. „Czand Bardai przypomina”. Przecież tó nie jest twoje imię. 

Kim jest lub był Czand Bardai?

Krzywonosy uśmiechnął się lekko.

- Jeden z najsłynniejszych pisarzy w języku indi. Dwunasty wiek. Po 

prostu   przyjąłem   to   jako   hasło.   I   wyłącznie   dla   Orhana,   chociaż   on   z 

literaturą   ma   niewiele   wspólnego.   Ale   zna   mnie   pod   tym   imieniem. 

Słuchaj, przyjacielu, czy ty potrafisz się z nim porozumieć w jego języku? 

On wprawdzie trochę coś tam bełkocze po angielsku, jednakże tyle co nic.

- Mówię po turecku bardzo słabo, ale dogadam się najprostszymi 

słowami. Dam sobie radę.

Wstał, spojrzał śniademu prosto w oczy.

- Powiedzieć ci zwyczajnie: dziękuję, to zbyt mało.

- Nie trzeba dziękować - odrzekł jego towarzysz, wstając również. - 

Działamy   obaj   w   słusznej   sprawie.  Tylko   jeszcze   raz   ci   przypominam, 

background image

przyjacielu, żebyś zachował się jak czujne, dzikie zwierzę. Miej oczy i 

uszy bez przerwy otwarte, bo niebezpieczeństwo będzie ci grozić w każdej 

sekundzie i na każdym kroku. Ubierz się tak, jak radziłem. Nie rozmawiaj 

z nikim poza Orhanem. I strzeż się, bo chcę cię jeszcze zobaczyć żywego.

- Wiem. Ja też chcę wrócić. Stambuł to zaledwie połowa zadania, 

które mam wypełnić. Więc żegnaj, my friend, i do zobaczenia.

*

Szukał go od świtu, a teraz był już zmierzch. Spał niespokojnie w 

maleńkiej komórce na sienniku z wytartą słomą, podłożywszy pod głowę 

tobołek, w którym upchał garść kolorowych szmat. Wczesnym rankiem 

zbudził się, obmył twarz w misce z wodą, stojącej na starej komodzie, a 

potem długo, starannie poprawiał śniadość skóry, przyciemniał włosy na 

głowie i brodzie, zmienił koszulę, na bose nogi wsunął sandały. Zapłacił 

gospodarzowi za nocleg i wyszedł na ulicę.

W którejś z rzędu czorbiarni zjadł jogurt z bułką; na nabrzeżu od 

rybaka, smażącego ryby na węglikach, kupił jedną wraz ze szczyptą soli w 

papierku   i   kawałem   pszennego   chleba.   Przysiadł   na   pustej   beczce, 

rozglądał   się   uważnie,   jadł,   wsłuchiwał   się   w   uliczny   hałas,   rozmowy, 

obcy - choć trochę już znany - język. Przez cały dzień włóczył się po 

nabrzeżu   i   porcie,   zaglądał   do   meyhanów,   brudnawych   knajpek   nieraz 

ulokowanych w suterenach, pogryzał prażoną kukurydzę, o nic nie pytał i 

na   żadne   zaczepki   nie   odpowiadał.   Kiedy   sytuacja   stawała   się   trudna, 

rozkładał ręce i wymownym gestem pokazywał na usta: niemowa. Wtedy 

zostawiano go w spokoju.

Zaszedł nawet do dzielnicy  umarłych - bardzo starego cmentarza, 

gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczył na nagrobkach kamienne turbany i 

background image

zawoje. Potem zawrócił na Wielki Bazar, choć wiedział, że tam go nie 

spotka, ale chciał obejrzeć ten olbrzymi, kryty plac targowy, gdzie kupić 

można   wszystko   -   od   tandetnej   błahostki   do   bezcennego   antyku, 

oczywiście jeżeli się ma tysiące lirów. Wyszedł z bazaru przez jedną z 

osiemnastu bram i skierował się z powrotem w stronę mostu Galata. Miał 

wielką ochotę na kuzu dolmasi, nadziewane jagnię z ryżem, ale wolał nie 

ryzykować wejścia do nieco lepszej restauracji. Biorąc pod uwagę wygląd 

i strój, mogli go nie wpuścić, a w dodatku poczęstować kopniakiem.

O   zmierzchu   usłyszał   monotonne,   jękliwe   wołania   muezzinów   i, 

wraz z setkami mężczyzn, klęknął, bił czołem o ziemię jak przystało na 

wiernego   muzułmanina.   Sprzedawca   w   długim   fartuchu   podał   mu 

sandwicz   z   salami,   proponując   do   popicia   ciepłe   słodkie   mleko,   ale 

potrząsnął głową, gdyż do mleka miał wrodzoną awersję. Pozwolił sobie 

natomiast na pekmez, napój z winogron. Dwa sandwicze zaspokoiły głód, 

a chociaż zjadłby więcej, nie odważył się. Ktoś, wyglądający jak on, nie 

powinien mieć za dużo pieniędzy.

Wreszcie, kiedy  w porcie rozbłysły  tysiące latarni, odbijając swój 

blask w ciemnych falach Bosforu, dostrzegł grupę hamalów - tragarzy, 

którzy siedzieli w kucki pod murem magazynu i popijali herbatę. Zdjęli z 

pleców nosidła do dźwigania ciężarów, milczeli lub z rzadka rzucali do 

siebie   jakąś   uwagę.   Spod   szmat   i   ręczników,   którymi   owijali   głowy, 

spływały im po twarzach krople potu.

Każdy hamal miał swój numer, był rejestrowany, należał do któregoś 

hurtownika, właściciela statku, sklepikarza. Każdemu z nich wolno było 

poruszać się tylko w przeznaczonym dla niego sektorze, a konkurencja 

twardo   pilnowała   terenu   i   bez   pobłażania   rozprawiała   się   z   obcym 

background image

przybyszem.

Człowiek,   który   od   rana   szukał   jednego   z   hamali,   zobaczył   go 

wreszcie, siedzącego trochę dalej od innych, w zagłębieniu muru. Zbliżył 

się   więc,   przykucnął   obok   i   przez   kilka   minut   milczał,   wpatrzony   w 

złotawe wody Bosforu. Potem ostrożnie odwrócił głowę w stronę tragarza.

- Merhaba - powiedział półgłosem.

- Merhaba - odrzekł hamal, bo tak zwyczajowo odpowiadało się na 

pozdrowienie. Nie poruszył się jednak, powieki miał przymknięte, jakby 

drzemał.

- Czand Bardai przypomina...

Tragarz drgnął, szeroko otworzył oczy i popatrzył na mówiącego. 

Czekał jednak, sądząc, że może się przesłyszał. Więc tamten powtórzył: - 

Czand Bardai przypomina, Orhanie!

- Kim ty jesteś? - spytał cicho. Obejrzał się, nie dojrzał nikogo; inni 

siedzieli daleko.

- Nazywaj mnie jak chcesz.

- Nie jesteś Turkiem. Mówisz jak cudzoziemiec.

- To nieważne. Zrozumiałeś pozdrowienie?

- Tak, ale... - Na twarzy hamala widać było wahanie, może obawę. 

Wtedy   obcy   wyjął   z   zanadrza   zwiniętą   szmatkę,   a   z   niej   cienką   złotą 

bransoletę i powiedział:

- Allah korusun.

Orhan delikatnie wziął z jego dłoni złote cacko, obejrzał napis i nikły 

uśmiech przeleciał mu po wargach. Oddał bransoletę, szepnął: 

- Chcesz, abym ci mówił. Ale nie tutaj. Chodź!

Szli nabrzeżem. Po moście Galata, łączącym Europę z Azją, który 

background image

wisiał jak ogromna klamra nad cieśniną, pędziły samochody, aż tu na dół 

dolatywał smród spalin i nieustanny szum pojazdów. Orhan, spoglądając 

czasami na twarz przybysza, prowadził go przez wąskie uliczki Stambułu, 

przez   plac   Eminónii   nad   Złotym   Rogiem   z   jego   maleńkimi   hotelami, 

knajpkami,   straganami,   w   zapachu   smażonych   ryb,   owoców,   obok 

otwartych już nocnych lokali - yeni inci.

Wreszcie   zatrzymał   się   przed   starą,   zapadniętą   w   ziemię 

kamieniczką. Rozejrzał się uważnie dokoła, potem ruszył na poddasze po 

skrzypiących   drewnianych   schodach.   Hamal   otworzył   drzwi,   wszedł 

pierwszy i zapalił światło w przedpokoju.

- Tu mieszkam - powiedział, zapraszając gościa do wewnątrz. - Sam. 

Ani żony, ani dzieci. Wejdź, siadaj. Chcesz jeść?

- Nie, dziękuję, jadłem w porcie.

- Co jadłeś?

- Dwa sandwicze.

- Mało. Poczekaj, zrobię kolację.

Przybysz rozglądał się po pokoju urządzonym skromnie, ale czysto. 

Po kwadransie Orhan postawił na stole spory kawał smażonego jagnięcia, 

chleb i herbatę. Jedli w milczeniu, mięso było kruche i smaczne. Potem 

gość odsunął talerz i podziękował:

- Teekkiir ederim - starannie wymawiając sylaby. 

Orhan uśmiechnął się.

- Kto cię nauczył po turecku? - spytał, ale nie czekał na odpowiedź. 

Sprzątnął ze stołu, wyjął z jakiegoś zakamarka butelkę i dwie szklaneczki. 

Nalał, podsunął przybyszowi. - Z wodą czy bez?

- To raki?

background image

- Tak. Anyżówka, my ją pijemy zwykle na przemian z wodą.

- Niech będzie wszystko po waszemu - zgodził się.

Nie chciał okazywać zniecierpliwienia; mieli przed sobą całą noc, 

choć musiał liczyć się z tym, że hamal o świcie powinien stawić się do 

roboty   w   porcie.   Czekał   jednak,   aż   tamten   zacznie   mówić   o 

najważniejszym. Czekał na pozór spokojnie, tylko w oczach pojawiały się 

i gasły ogniki wzrastającego podniecenia.

Orhan nagle wstał, podszedł do szafy w kącie. Po chwili na stole 

leżało niewielkie, pożółkłe zdjęcie. On sam, młodszy chyba o dziesięć lat, 

obok uśmiechnięta kobieta o przymglonych wschodnich oczach i dziecko, 

może pięcioletnie, przytulone do, rodziców. Gość wziął do ręki fotografię, 

przez chwilę patrzył, potem przeniósł pytający wzrok na hamala.

- To Halida, moja żona - rzekł Orhan. - I mój syn, Dżelal.

- Gdzie są?

Tragarz   milczał   długo.   Wreszcie   rozpiął   koszulę   na   piersiach   i 

pokazał straszną, głęboką bliznę, biegnącą między żebrami.

- Myśleli, że umarłem - szepnął. - Zabili ją i dziecko, choć broniłem 

ze   wszystkich   sił,   ale   nie   zdołałem,   ich   było   sześciu.   Zostawili   mnie 

ledwie   żywego   obok   trupów   mojej   rodziny.   Obudziłem   się   w   obcym 

pokoju, na łóżku. To on mnie znalazł, wyratował i wezwał lekarza.

- Czand Bardai?

- Tak. On też pochował Halidę i Dżelala. A później... powiedział mi, 

kto ich zabił.

- „Bats”?

Twarz   Orhana   skurczyła   się   jak   u   złego   psa,   z   oczu   strzeliły 

błyskawice gniewu.

background image

- Przeklinam ich każdego dnia i każdej nocy!

- Ale przecież mogli cię jeszcze spotkać. Nie ukrywałeś się?

- Ukrywałem. Przez całe lata. Tamto... tamta śmierć zdarzyła się nie 

w   Stambule,   ale   w  Antalya.   Czand   wywiózł   mnie   daleko,   nad   samą 

granicę. Dopiero po sześciu latach przyjechałem tutaj. Ja nie zawsze byłem 

tragarzem. Od spotkania z Czandem jestem... - zawahał się - no, jestem z 

nim  w   stałym  kontakcie   -  dokończył  niezręcznie.   -   Szukam,   czego   on 

szuka, i przekazuję mu to, czego potrzebuje.

Zabrał ze stołu zdjęcie, schował w szafie, wrócił na miejsce i nalał 

raki do szklaneczek.

- Nie pytam, skąd jesteś - ciągnął dalej. - Mnie wystarczy, że przysłał 

cię Czand Bardai. A teraz mów. Czego chcesz się dowiedzieć? Powiem ci 

wszystko, co wiem.

Rozmowa   trwała   kilka   godzin.   Gość   słuchał   z   ogromną   uwagą, 

notując   jedynie   w   pamięci.   Czasem   prosił   o   powtórzenie,   bo   nie   był 

mocny w tureckim języku; czasem Orhan posługiwał się swoją kiepską 

angielszczyzną.   W   rezultacie   jednak   przybysz   dowiedział   się   tego,   co 

chciał,   a   nawet   więcej.   Była   chyba   druga   nad   ranem,   kiedy   wstał   i 

wyjąwszy z węzełka złotą bransoletę podał hamalowi.

- Dajesz mi? - zdziwił się gospodarz.

- Czand tak kazał.

- Tejekkiir ederim. Zobaczysz się z nim?

- Mam nadzieję. Jeżeli szczęśliwie stąd wyjadę. Orhan spojrzał na 

niego bystro, pokiwał głową.

- Uważaj na siebie. A kiedy  go zobaczysz, powiedz mu, że będę 

pamiętał do końca życia. Jego i to, co dla mnie zrobił.

background image

Uścisnęli sobie dłonie, mocno, po przyjacielsku.

- Allah korusun - powiedział Orhan.

Plan   Stambułu,   z   konieczności   pobieżny,   miał   zakodowany   w 

pamięci od kilku tygodni. Szedł więc dość pewnie, przesuwając się pod 

murami wąskich uliczek, unikał jasno oświetlonych placów i parków. Tak 

dostał się do nowszej części miasta - Beyoglu, zwanej wciąż jeszcze Perą, 

zamieszkanej   prócz   Turków   przez   wiele   innych   narodowości.   Ominął 

główną, elegancką ulicę Istiklal i znalazł się wśród biednych kamieniczek, 

ruder i slumsów.

Czujnym   uchem   usłyszał   czyjeś   kroki,   podążające   za   nim   od 

pewnego czasu, ciche, natarczywe. Wolał się nie oglądać; sięgnął tylko za 

płócienny   pas   pod   koszulą,   namacał   krótki,   ostry   nóż,   wyjął   i   już   nie 

wypuścił z dłoni. Nie chciał, nie wolno mu było atakować; miał jednak 

prawo do obrony, gdyby zaatakowali inni.

Aby przekonać się, jakie zamiary ma osobnik idący za nim krok w 

krok, zatrzymał się przy oknie wystawowym małego sklepiku. W szybie 

zamajaczył   z   daleka   cień,   przystanął   również,   chwilę   czekał.   Raptem 

świsnęło coś w powietrzu, otarło się boleśnie o ramię człowieka, stojącego 

przy   wystawie   i,   utkwiwszy   między   cegłami   starego   muru,   błysnęło 

stalowym ostrzem. Zaatakowany odwrócił się błyskawicznie, ale już nie 

dostrzegł nikogo. Usłyszał tylko tupot oddalających się kroków.

Zbliżył się do noża, który drgał jeszcze siłą wyrzutu, przez szmatę 

wyrwał go z muru, schował w zanadrze. Dotknął zranionej ręki, uczuł 

piekący ból. Na palcach miał krew. Rozejrzał się; był już niedaleko od 

celu, do którego dążył. Pomyślał, że nie warto zajmować się ramieniem na 

ulicy, atak może się powtórzyć. Szedł więc spiesznym krokiem, aż znalazł 

background image

się przed domem o nieco lepszym wyglądzie, odsuniętym od chodnika o 

skrawek ziemi, zarośnięty krzewami i trawą.

Zadzwonił   do   drzwi   na   drugim   piętrze.   Otworzył   mu   zaspany, 

ziewający co chwila mężczyzna, ubrany w kwiecistą piżamę. Odsunął się 

na bok, wpuścił przybysza do mieszkania i starannie zamknął drzwi na 

podwójne zamki. Dopiero wtedy przyjrzał mu się, otwierając szeroko oczy 

ze zdumienia.

- Skaleczyłeś się? - spytał łamaną angielszczyzną. - Trzeba opatrzyć. 

Może być zakażenie, jeżeli... - Urwał, bo tamten zniknął już w łazience. - 

Na półce jest spirytus i jodyna! - zawołał. - A w szafce bandaż.

Postał chwilę, ziewnął, aż mu coś zgrzytnęło w szczękach. Poczłapał 

do   kuchni,   nastawił   wodę   na   herbatę.   Mruczał   do   siebie,   drapał   się   i 

czochrał, nadsłuchując od czasu do czasu kroków i szmerów za ścianą.

- Sait! - dobiegło go wołanie.

- Zaraz - burknął. Odstawił czajnik, bo woda już parowała, wszedł do 

łazienki.

- Zawiąż - powiedział gość, podając mu bandaż.

Sait   zrobił   to   z   wprawą,   widać   nie   pierwszy   raz.   Zgarnął  brudne 

szmaty i zakrwawioną koszulę nie pytając, co się stało. Przywykł mówić 

tylko   tyle,   ile   było   niezbędne.   Do   pokoju   przyniósł   gorącą   herbatę. 

Poczekał, aż szklanka będzie pusta, zabrał i wyszedł. Przybysz rzucił się 

na posłany tapczan, zasnął mimo bólu drętwiejącej ręki. Spał do południa, 

a Sait nie budził go, czekał ze śniadaniem. Kiedy jego lokator wreszcie 

wstał, zmienił mu opatrunek.

- Jedziesz dzisiaj? - spytał, podając na stół smażoną paprykę, salami, 

duże kawały jakiejś ryby i owoce.

background image

- Tak.

- Lepiej jutro. Niech się zagoi. Gość pomyślał chwilę, kiwnął głową.

- Chyba masz rację. Polecę jutro o dziewiątej. A jak było w nocy?

- Spokojnie - odparł Sait. - Nikt przecież nie wie, że tu jesteś. Nie 

szli za tobą?

- Z tego wynika, że nie. Kluczyłem po bramach i uliczkach.

- To dobrze.

Nie   opuszczał   już   mieszkania.   Spał,   słuchał   muzyki   z   radia, 

rozmyślał. Przepowiadał sobie w pamięci to wszystko, o czym mówił mu 

Orhan, aby o niczym nie zapomnieć. Napad nocny zlekceważył; to mógł 

być   zwykły   rabuś,   czający   się   w   ciemnych   ulicach   Pey.   Rabuś   raczej 

tchórzliwy, bo nie trafiwszy - uciekł. Tamci by nie uciekli.

Następnego   dnia   rano   z   domu   wyszedł   mężczyzna   w   czarnym 

płaszczu  z  białym  szalikiem  i w  kapeluszu.  Miał jasne  włosy  i  krótko 

ściętą brodę, a na lewym policzku długą ukośną bliznę. Doszedł spokojnie 

do najbliższego postoju taksówek, i stąd pojechał na lotnisko.

*

Ramię jednak bolało, przyplątała się gorączka. Zatrzymał się na razie 

w   skromnym   hotelu   „Morena”,   leczył   się   sam,   nieznany   doktor   mógł 

powziąć   jakieś   podejrzenia   co   do   rany,   zadanej   nożem,   a   to   już   było 

niebezpieczne.   W   ogóle   Monachium   stawało   się   bezpieczne,   jeżeli 

przebywał w nim dłużej niż godzinę. Opatrywał więc rękę, brał tabletki 

przeciw zakażeniu i gorączce, zresztą wierzył w swój silny, owy organizm.

Człowiek, z którym chciał się tu spotkać, wyjechał na kilka dni. W 

skrzynce na listy zostawił mu kartkę; nie wtajemniczonemu w szyfr nie 

mówiła nic. Czekał, szybko wracał do zdrowia. W sobotę wieczorem do 

background image

drzwi hotelowego pokoju ktoś cicho zastukał. To był „K-5”.

Przywitali   się   serdecznie,   po   przyjacielsku.   Przybysz,   porucznik 

wywiadu   Ministerstwa   Spraw   Wewnętrznych,   w   Monachium   nosił 

nazwisko   Martin   Shrot,   w   Polsce   -   Ryszard   Kożewski,   a   z   wyglądu 

przypominał   raczej   drobnego   sklepikarza   niż   pracownika   tajnej   służby. 

Nieduży,  krępy, łysawy,  o okrągłej  rumianej  twarzy  i wesołych oczach 

koloru   bursztynu,   chodził   trochę   niezgrabnie,   z   nogi   na   nogę,   jak 

niedźwiadek. Dowcipny, wygadany, świetnie znający zarówno niemiecki 

język, jak i obyczaje tutejszych obywateli, wzbudzał ich zaufanie.

Z tym wszystkim wykonywał niejednokrotnie bardzo trudne zadania 

wywiadowcze.

- Chorujesz, Stachu? - zatroskał się, widząc lekarstwa i bandaż. - Co 

się stało?

„R-8” machnął ręką lekceważąco.

- Trochę mnie podrapali - odparł.

- Tutaj?!

-   Nie.   W   Monachium   raczej   użyliby   pistoletu.   W   bardzo 

egzotycznym kraju - uśmiechnął się przepraszająco, a Ryszard zrozumiał i 

nie   pytał   więcej.   Każdego   z   nich   obowiązywała   tajemnica   służbowa, 

odkrywali   ją   wzajemnie   tylko   na   tyle   i   tylko   wtedy,   jeżeli   kolega 

potrzebny   był   do   współpracy.   -   Słuchaj,   zabierz   mnie   do   swego 

mieszkania. Tam porozmawiamy.

- Świetnie - ucieszył się Kożewski. - Pakuj rzeczy, mam na dole 

samochód.

Martin   Shrot   zajmował   na   jednej   z   bocznych   ulic   miasta 

dwupokojowy lokal na trzecim piętrze. Dom był spokojny, mieszkali w 

background image

nim   urzędnicy   skromnie   uposażeni,   zapracowani,   na   ogół   życzliwie 

obojętni wobec sąsiadów. Kożewski zachowywał podobną postawę, nie 

wchodząc z nikim w bliższy kontakt towarzyski. Wiedzieli, że gdzieś tam 

pracuje,   że   wdowiec   (co   nie   było   prawdą),   bezdzietny,   że   należy   do 

stowarzyszenia śpiewaczego i do sportowego klubu, od czasu do czasu 

odwiedza którąś knajpkę na Schwabingu albo też gospodę „Zurnscharfen 

Ritter”, gdzie potrafi wypić cztery kufle piwa pod rząd, a potem jeszcze 

cztery. To imponowało tylko niektórym, Monachijczycy piją je zachłannie, 

zajmując w tym pierwsze miejsce na świecie. Kożewski, kiedy zjawiał się 

w   Warszawie,   na   piwo   nie   mógł   patrzeć   bez   wstrętu.   Tylko 

systematycznym   ćwiczeniom   sportowym   zawdzięczał,   że   nie   porastał 

zbytnio tłuszczem, a jego brzuch nie przypominał beczki.

W mieszkaniu kapitan zdjął bandaż z ramienia i wspólnie obejrzeli 

ranę. Goiła się prawidłowo, blizna poróżowiała, wygładziła się, właściwie 

opatrunek był już niepotrzebny.

-  W  porządku   -   zadecydował.   Naciągnął   koszulę   i   ciepły   sweter; 

połowa marca przypominała raczej listopad.

Ryszard zaparzył kawę, zrobił kilka kanapek. Usiedli, popatrzyli na 

siebie i „R-8” roześmiał się.

- Tyjesz - powiedział. - Jesteś okrąglutki jak księżyc.

-  A,   cholera!   Za   często   muszę   zalewać   się   piwskiem.   Za   to   ty 

wychudłeś jak szczapa. Pościłeś w tej egzotyce, czy co?

- Nerwy. Zawsze spadam na wadze w trakcie roboty.

- Nie oszczędzasz się, Stachu. Długo tak nie pociągniesz.

- Zostaw, nie zawracaj głowy. Za każdym razem, kiedy jestem w 

domu, słyszę to od Grażyny. Wystarczy. Słuchaj, nie mamy wiele czasu. 

background image

Musimy zastanowić się i opracować coś w rodzaju planu działania.

- Dobrze. Od czego zaczniemy?

- Od tego. - Podał mu kolorowe zdjęcie portretu. Kożewski zobaczył 

na nim mężczyznę o przystojnej twarzy, ciemnych włosach, z papierosem 

w lewej ręce; na prawej wyraźnie zaznaczono zegarek.

- Kto to jest?

-   Jeden   z   „Nietoperzy”.   Prawie   na   pewno   zabójca   Wernera 

Kirshwalda w lesie pod Warszawą. Znasz tę sprawę?

- Tak, oczywiście. Łaziłem przecież za zdjęciem Edwina, jego brata. 

Zdaje się, że niedawno wrócił ze Stanów.

- Edwin już nam niepotrzebny. Rozmawiałem z nim na cmentarzu we 

Frankfurcie przy grobie Wernera.

- Też sobie wybrałeś miejsce!

- Tak samo dobre jak każde inne. Wziął mnie za jednego z „Batsów” 

i trochę puścił farbę. Theresienstrasse, mówi ci to coś?

Kożewski zmarszczył brwi, namyślał się chwilę.

- Są kontakty  pomiędzy  niektórymi ludźmi z Englischer Garten a 

kimś z domu numer sześć, przy ulicy, którą wymieniłeś. O kogo chodzi?

-   Niestety,   znam   na   razie   tylko   jego   kryptonim:   Pierwszy.  A  ten, 

którego portret trzymasz w ręku, to Trzeci.

- Dlaczego portret, a nie zdjęcie? Czy masz pewność, że rysopis się 

zgadza?

-  Właśnie   tam,   w   tej   „egzotyce”,   skąd   wróciłem,   otrzymałem   od 

kogoś   potwierdzenie   wyglądu   Trzeciego.   Rzeczywiście,   portret 

wykazywał aż zdumiewające podobieństwo do tego człowieka, który też z 

całą   pewnością   jest   leworęczny.   Ale   naszym   w   Warszawie   to   nie 

background image

wystarczy.  Musimy  mieć  autentyczne  zdjęcia   w kilku  wersjach,  nagrać 

głos. Szczęsny domaga się kategorycznie garści włosów jako tak zwanego 

materiału porównawczego.

- Przecież mu z głowy nie wyrwiemy! Ale, czekaj, to chyba da się 

zrobić.

- Fryzjer?

- Tak. Goli się z pewnością w domu, ale od czasu do czasu musi się 

podstrzyc. Najpierw jednak trzeba gościa odnaleźć. Czy tam, gdzie byłeś, 

nie podano ci przypadkiem adresu? Byłoby nam łatwiej.

Kapitan   spojrzał   na   uśmiechniętą   drwiąco   twarz   kolegi   i   pokiwał 

głową.

-   Po   piwie   masz   taki   humor?   To   dobrze,   bo   ja   mam   szereg 

wątpliwości.

- Jakich?

-   Człowieku,   przecież   nie   wiemy   nawet,   czy   on   mieszka   w 

Monachium! Może tylko przyjeżdża raz na kwartał. Załóżmy, że mieszka. 

Miasto ma pewnie z półtora miliona obywateli. Jak znaleźć człowieka, 

jeżeli zna się tylko jego wygląd? Zresztą mógł zapuścić brodę, wąsy.

- Włócząc się po ulicach i lokalach, możemy go szukać do... śmierci. 

Widzę tylko jedną ewentualność: obserwacja domu przy Theresienstrasse 

sześć.   Jeżeli   przybrali   takie   kryptonimy,   to   ten   zwany   Pierwszym   jest 

pewnie ich szefem. A do szefa od czasu do czasu trzeba przyjść. Słabe to 

wszystko,   wątłe,   ale   zaproponuj   lepszy   plan.   Myślę,   że   powinniśmy 

zaryzykować.

Rozważali jeszcze jakiś czas ten problem, przymierzali do swoich 

możliwości   inne   wersje,   wreszcie   zdecydowali.   Obaj   zaopatrzyli   się   w 

background image

japońskie mikroskopijne aparaty fotograficzne, ukryte w ubraniu, teczce 

czy   w   oprawie   okularów,   oraz   w   mikrofony,  niewidoczne   dla   oka,   tak 

precyzyjne, że chwytały najlżejsze odchylenie dźwięku, zmianę intonacji 

głosu,   oddech,   przełknięcie   śliny,   gotowe   błyskawicznie   rejestrować   to 

wszystko na swojej taśmie.

Pozostawał   jeszcze   wygląd   obu   oficerów.   To   wydawało   się 

najprostsze:   przebrać   się,   twarz   ozdobić   wąsami   i   brodą   albo   ukazać 

gładką, w okularach czy bez, o lasce i w siwiźnie czy na młodzieńczo albo 

na sportsmena. Rozumieli jednak, że mają do czynienia z przeciwnikiem 

bystrym, ostrożnym i bezwzględnym, jeżeli dostrzeże, że jest przez kogoś 

obserwowany, wówczas cała robota na nic.

Toteż przygotowali się bardzo starannie, przy czym kapitan polegał 

tu na zdaniu Ryszarda, gdyż ten najlepiej wiedział, jak wygląda przeciętny 

mieszkaniec Monachium, w co aktualnie się ubiera, jakie papierosy pali 

itd. Umówili się, że każdy będzie obserwował dom na Theresienstrasse 

dwukrotnie w ciągu doby; w ten sposób będą się zmieniać co sześć godzin.

-   Tam   jest   mała   kawiarenka   -   powiedział   Kożewski.   -   Prawie 

naprzeciw numeru sześć. Od czasu do czasu można w niej posiedzieć, 

chociaż jak zauważyłem zbierają się tam „cioty”, a ja z pedałami nie lubię 

mieć do czynienia. Jak mnie który zgniewa, mogę dać w mordę. Jest też 

parę sklepów. Aha, tutaj masz spis lokatorów spod szóstki - podał mu 

kartkę. - Nie wszystkich. Niektórzy mieszkają incognito. Wynotowałem 

takich pięciu na dziesiątym piętrze i dwóch na jedenastym.

- Jakie to mieszkania?

- Duże i drogie. Czy twój informator z egzotycznego kraju nie podał 

ci żadnych szczegółów, dotyczących Pierwszego?

background image

- Nie. On po prostu nie wie. Pomógł mi w tym, w czym mógł. Reszta 

do nas należy.

Cierpliwość   jest   podstawową   cechą   pracownika   wywiadu   i 

kontrwywiadu, tak niezbędną jak odwaga. Major Szczęsny myślał czasem, 

że odwagi mu nigdy nie brakowało, natomiast z cierpliwością najczęściej 

bywał na bakier. Dlatego praca w tych służbach nie nęciła go, choć cenił ją 

wysoko. O „R-8” mówiono, że z odwagą przez życie szedł pod rękę jak z 

piosenką; cierpliwość na początku służby wydawała mu się przeszkodą nie 

do pokonania. Zmuszał się więc, aby ją w sobie wyrobić. Kiedyś na filmie 

„Hubal”   usłyszał  zdanie,   które   zapamiętał   na   długo.   Major  Dobrzański 

powiedział wtedy: „To tak jak przy skoku - rzucić serce za przeszkodę!”. 

Od   tej   pory   „R-8”   rzucał   za   przeszkodę   swój   niepokój   i   okiełznywał 

niecierpliwość.

Kożewskiemu   było   łatwiej.   Żartował,   że   warstewka   tłuszczu 

przykrywa   mu   nerwy,   a   wrodzony   optymizm   nie   pozwala   na   irytację. 

Mógł   godzinami   sterczeć   pod   kinem,   w   bramie   jakiegoś   domu,   przy 

wystawach sklepowych, nie wzbudzał przy tym niczyjego zainteresowania 

i przechodnie mijali go obojętnie. Sam natomiast widział wszystko, co się 

dokoła działo, pamiętał raz widziane twarze, sposób chodzenia, ubrania, 

marki   samochodów.   Dla   kapitana   był   niezastąpionym   informatorem 

lokalnym, znawcą tutejszych obyczajów, knajp i sklepów.

Zaczęli pracować jak zgrany zaprzęg, choć każdy oddzielnie. Kiedy 

jeden wychodził z domu, drugi kończył swoją inwigilację. Widywali się w 

przelocie, spali o innych porach, jedli osobno. Zostawiali sobie kartki na 

stole: „Kup masło, bo się kończy” albo: „Zapłać za światło, pieniądze na 

biurku”.   Tak   minął   jeden   tydzień,   potem   drugi.   Przyszła   wiosna, 

background image

zazieleniły   się   krzaki   i   trawa.   Ludzie   pozrzucali   zimowe   okrycia,   idąc 

ulicą rozpinali płaszcze. Minęła Wielkanoc, przelatywały  ciepłe ulewne 

deszcze.

Aż jednego przedpołudnia do domu numer sześć na Theresienstrasse 

zbliżył się wysoki, przystojny mężczyzna z teczką w lewej ręce. „R-8” 

drgnął, przeszedł go dreszcz podniecenia.

To był Trzeci.

Rozdział 7

Wiktorski odmówił.

-   Powinnaś   pamiętać,   że   mam   ograniczone   możliwości   kupna 

benzyny - powiedział kwaśno. - Są autobusy, tramwaje. Ale ty nawet do 

najbliższego   sklepu   wolisz   brać   samochód.   I   w   połowie   kwietnia 

wyczerpałaś cały limit. To już doprawdy przesada.

Ojciec jest w złym humorze, stwierdziła, patrząc na jego skrzywioną 

twarz i podpuchnięte oczy.

- Masz kłopoty? - spytała pojednawczym tonem. - Mogę ci w czymś 

pomóc?

Pogłaskał ją po głowie, westchnął.

- To nie są sprawy dla takich ślicznych dziewcząt jak ty - odparł. - 

Dam sobie radę. A co do tej benzyny, pogadaj z Balickim.

Trochę   nadąsana,   stanęła   na   przystanku.   Już   w   autobusie 

przypomniało jej się, że przecież nie ma biletów, trzeba więc było wysiąść, 

podejść do kiosku, potem znów czekać, wcisnąć się w tłum pasażerów, 

którzy   gnietli   jej   płaszcz   i   popychali,   kołysani   ruchem   autobusu.   Na 

background image

szczęście ktoś zwrócił uwagę na urodę Doroty i ustąpił miejsca. Nigdy się 

do   tego   nie   przyzwyczaję   -   myślała,   patrząc   przez   zakurzone   szyby.   - 

Wyrwać się stąd w wielki świat! Za każdą cenę. Żeby chociaż taksówek 

było więcej... Ale Goraszewska to zupełne peryferie.

Wysiadła na Krakowskim, wiedziała, że Balicki ostatnio przeniósł 

się   z   „Europejskiej”   do   kawiarni   „Victorii”   z   jakichś   tam   Względów. 

Oddawała płaszcz w szatni, kiedy ktoś jej się ukłonił z miłym uśmiechem. 

Mężczyzna szczupły, jasnowłosy, ze śniadą twarzą  i czarnymi wąskimi 

oczami, patrzał na nią z widoczną przyjemnością. Lubiła takie spojrzenia. 

Nagle   przypomniała   sobie,   że   przecież   go   zna.   Wtedy   błyskawicznie 

podjęła decyzję.

- Dzień dobry - powiedziała, podchodząc do niego. - Pan jest kolegą 

Andrzeja, prawda?

-   Tak   -   odparł,   całując   jej   dłoń.   -   Chciałem   podejść   pierwszy, 

przywitać się, ale obawiałem się, że pani mnie nie pozna i weźmie to za 

jakąś zaczepkę.

- Mam dobrą pamięć - roześmiała się.

- Przepraszam, czy pani jest z kimś umówiona?

- W zasadzie nie. Szukam kogoś, ale być może go tu nie ma.

- To zapraszam na górę, do kawiarni.

Usiedli pod oknem, Szczęsny zamówił dwie kawy, Dorota poprosiła 

też o tonik, ciastek zdecydowanie odmówiła. Przez kilka minut bawili się 

rozmową o niczym, przerzucając słowa jak piłki i kryjąc starannie to, co 

każde z nich naprawdę myślało. Potem Dorota powiedziała z rozżaleniem 

w głosie:

- Czy pan nie wie, co właściwie dzieje się z Andrzejem? Wyjechał 

background image

tak   nagle,   nawet   nie   zawiadomił,   nie   napisał   ani   słowa...  To   do   niego 

niepodobne.

-   No   cóż.   W   naszej   służbie   takie   rzeczy   się   zdarzają.   Czasem 

wieczorem dostajemy polecenie, aby następnego dnia o świcie wyjechać. 

Na dzień, na tydzień albo i dłużej.

- I naprawdę nie może stamtąd napisać?

- Skąd?

-   No,   nie   wiem   gdzie   jest,   ale   podobno   za   granicą.   Przecież   są 

telefony, poczta. Chyba nie znajduje się gdzieś na końcu świata?

- Nie mam pojęcia, dokąd wyjechał. Tak bardzo pani za nim tęskni? - 

spytał przekornie i zajrzał jej w oczy.

- Wcale nie” tęsknię! - rozgniewała się. - Mam mnóstwo znajomych. 

Mogę wśród nich przebierać, jak tylko mi się podoba. Po prostu dziwi 

mnie, że Andrzej... Nie wie pan, kiedy on wraca?

- Zdaje się, że gdzieś w lipcu. Albo w sierpniu.

Nerwowo   zapaliła   papierosa,   zaciągnęła   się   mocno;   twarz   jej 

sposępniała, wyglądała w tej chwili na starszą o dziesięć lat.

- Czy Andrzej miał pani coś załatwić?. - spytał ostrożnie. - Nie zrobił 

tego i teraz ma pani kłopoty? Może ja mógłbym go zastąpić?

Obrzuciła   go   długim,   uważnym   spojrzeniem.   Milczała,   więc   nie 

nalegał.   Zmienił   temat,   mówili   o   serialu   „Niewolnica   Isaura”,   przez 

jednych mieszanym z błotem, przez drugich wielbionym. Spytał Dorotę o 

plany urlopowe, wyciągnął na opowiadania o krajach, które już zdążyła 

poznać. Relacje jej były interesujące, choć bardzo powierzchowne. Jakoś 

znów zatrącił w rozmowie o Łanieckiego i rzekł:

- Wie pani, mam dla Andrzeja wiele uznania. To doskonały znawca 

background image

różnych   starych   dokumentów,   tajemniczych   listów,   fałszywych 

banknotów. Nie wiem, czy opowiadał pani o listach Fryderyka Chopina?

-   Tak.   Wspomniał   też   o   archiwalnym   zapisie,   wykonanym   na 

pergaminie. A pan ma kontakty z Zakładem Kryminalistyki?

-   Oczywiście   -   roześmiał   się.   -   Od   czasu   do   czasu   prosimy   tych 

wspaniałych ekspertów o pomoc w prowadzonym śledztwie.

Przyglądała   mu   się,   coś   w   myślach   rozważając.Pomyślał,   że   jest 

bardziej   naiwna,   niż   przypuszczał.   Mimo   to   nie   ponawiał   propozycji 

zastąpienia Łanieckiego. To musiało wyjść od niej. Być może jeszcze nie 

dzisiaj, przy pierwszej rozmowie. Nie wiedział, że jej się śpieszy.

- Ma pan rację - odezwała się wreszcie. - Andrzej obiecał mi załatwić 

pewną sprawę, ale widać nie zdążył przed wyjazdem. Pomyślałam teraz, 

że być może pan mógłby...

- Jeżeli tylko potrafię. Proszę mi powiedzieć, o co chodzi.

- Widzi pan - mówiła wolno, z namysłem - ja pomagam matce w 

naszym sklepie. To jest taki butik, sprzedajemy różne ładne drobiazgi i 

zależy   nam,   aby   wciąż   mieć   coś   nowego,   oryginalnego.   Są   kłopoty   z 

materiałami do tych wszystkich szalików, chusteczek, broszek, szukamy 

różnych   źródeł   kupna.   Wiele   robimy   z   matką   same.   Otóż   Andrzej 

wspomniał mi kiedyś, że do jego rąk trafił dziwny dokument, wykonany 

na   jedwabistym   papierze,   mocnym   i   ładnym.   Podobno   znajduje   się   w 

Zakładzie   Kryminalistyki.   Jest   bez   znaczenia   dla   śledztwa   czy   czegoś 

takiego,   nie   znam   się   na   tym,   ale   zainteresowanie   wzbudził   właśnie 

gatunek papieru. Pomyślałam sobie, że gdyby udało się skopiować go, 

mam znajomego chemika, to można by na tym malować różne ciekawe 

wzory i... no, sprzedawać dziewczynom, które pasjonują się oryginalnymi 

background image

drobiazgami.   Jak   to   się   mówi:   wychodzimy   naprzeciw   ludzkim 

pragnieniom! - roześmiała się, ale oczy jej pozostały chłodne.

Szczęsny przybrał najbardziej tępy wyraz twarzy, jaki potrafił, i rzekł 

z wahaniem:

- W zasadzie rozumiem, tylko że... Chociaż nie. Nie rozumiem.

Dostrzegł   ironiczne   skrzywienie   ust,   więc   uśmiechnął   się 

przepraszająco.

- Może wyraziłam się niejasno jak dla milicji - odparła.

Gładko przełknął złośliwostkę, była mu na rękę. Chciał, żeby teraz 

„wyraziła się” zupełnie jasno, bez niedomówień. Czekał cierpliwie.

-   Po   prostu  Andrzej   obiecał,   że   przyniesie   ten   kawałek   papieru   i 

pozwoli mi skopiować. Kilka dni, nie dłużej. Potem oddam. Czy teraz do 

pana dotarło?

Pytanie   zabrzmiało   niemal   impertynencko,   ale   Dorota   przesłała 

majorowi   śliczny   uśmiech   i   lekko   dotknęła   jego   ręki.   Palce   miała 

delikatne, ciepłe.

- Znaczy się, chciałaby pani pożyczyć, żeby ten znajomy chemik... A 

jeżeli on nie potrafi?

- To już nasze zmartwienie - odparła z irytacją.

- Bo w Zakładzie na pewno nie mieliby czasu na kopie - ciągnął 

rozwlekle. - Wie pani, oni są na ogół ogromnie zajęci. Chociaż, gdyby 

chcieli, potrafiliby to zrobić, tam też są chemicy. Mógłbym spróbować? - 

spojrzał na nią pytająco.

- Nie! - Z trudem opanowała się. - Nie miałabym sumienia, żeby 

swoimi sprawami obarczać ekspertów zakładu. Jestem przekonana, że mój 

znajomy dokładnie rozpozna gatunek papieru i uda mu się wykonać taki 

background image

sam lub podobny.

- No, jeżeli pani tak twierdzi... Ale ja do tej pory nie wiem, o jaki 

papier chodzi? O jaki dokument?

Zdusiła   w   popielniczce   niedopałek   i   zapaliła   nowego   papierosa. 

Rzuciła Szczęsnemu ostre spojrzenie, milczała chwilę. Starał się wyglądać 

dobrodusznie i przyjaźnie. Wykombinowała tę historyjka na poczekaniu - 

myślał - dlatego szyta grubymi nićmi. Teraz boi się powiedzieć wprost. 

Jeszcze mi nie wierzy. Ale za chwilę powie. Chyba nie ma innego wyjścia. 

Zastanawiające,   że   „Nietoperze”   posłużyli   się   takim   prymitywnym 

móżdżkiem... Ma tylko trochę sprytu i urodę. Albo nie znaleźli innego 

człowieka w Polsce, albo dobrze jej nie znają.

- Co Andrzej mówił panu o mnie? - spytała, raptem zmieniając temat.

- Same dobre rzeczy. Wysławiał pani urodę, wdzięk, elegancję. Nie 

pomylił się zresztą.

- Pan go dawno zna?

- Od początku świata. To znaczy gdzieś od kilkunastu lat.

Znowu jej pozostawił powrót do sprawy dokumentu. Powinna być 

przekonana, że jemu jest to obojętne, ale może to zrobić - dla niej. Ot, 

drobiazg. Koleżeńska przysługa dla Andrzeja.

- Nie wiem dokładnie, jak to wygląda - zaczęła ostrożnie - podobno 

mała   biała   karteczka   w   metalowej   oprawce.   W  środku,   bo   kartka   jest 

złożona,   napisany   jakiś   tekst   o...   zdaje   się   ptakach   czy   motylach.   Po 

angielsku.

- Czy Andrzej nie mówił, skąd dokument wziął się w Zakładzie?

- Chyba nie. Zaraz, niech sobie przypomnę - zamyśliła się. - Zdaje 

się, że gdzieś to znaleźli i schowali jako ciekawostkę.

background image

- I na pewno o motylach? Bo w Zakładzie mają mnóstwo różnych 

dokumentów. Czy nic więcej nie mówił?

-   Już   wiem!   -   Twarz   jej   się   rozjaśniła.   -   Nie   o   motylach,   ale   o 

nietoperzach.

Kiepsko   grasz,   dziewczyno   -   myślał.   -   Do   filmu   bym   cię   nie 

zaangażował. Chyba ze względu na urodę, ale to nie wszystko.

-   O   nietoperzach?   Ciekawe.   Po   co   ktoś   pisze   o   nietoperzach   i 

oprawia to w ramki? W dodatku po angielsku!

Dostrzegł, że zacisnęła palce, aż pobielały kostki u rąk. Musiała być 

rozzłoszczona   jego   tępotą   i   z   trudem   hamowała   gniew.   Teraz   jemu 

niełatwo przyszło powściągnąć rozbawienie, choć gra szła o dużą stawkę.

-   Nie   wiem  po   co   -   odparła   ze   znużeniem.   -   Ludzie   mają   różne 

fantazje. Pewnie ten ktoś lubił nietoperze.

Uznał,   że   Dorota   znajduje   się   już   na   granicy   wyczerpania 

nerwowego, i przystąpił do rzeczy.

- Więc dobrze - powiedział swobodnym tonem. - Z przyjemnością 

wyręczę Andrzeja i postaram się przynieść pani ten papierek. Oczywiście 

nie   dziś   i   chyba   nie   jutro.   Powiedzmy   -   zawahał   się   -   we   czwartek. 

Najlepiej tu, w kawiarni. O której?

- Dostosuję się do pana - odparła z widoczną radością. - Ja mogę 

każdej chwili wyjść ze sklepu.

-   No,   więc   może   o   dwunastej?   Sądzę,   że   uda   mi   się   tak   ułożyć 

zajęcia, aby móc wyskoczyć do „Victorii”. A teraz - spojrzał na zegarek - 

niestety, muszę już iść.

Zapłacił kelnerce, w szatni podał szarmancko płaszcz, pożegnali się 

przed hotelem. Dorota obdarzyła go tak uroczym uśmiechem, że prędko 

background image

przywołał w pamięci Ankę, aby zatrzeć wrażenie. Ty głupi, stary koniu - 

wymyślał   sobie,   przechodząc   przez   Ogród   Saski   -   nie   daj   się   nabrać. 

Wystarczy, że poplątała życie twemu koledze, który teraz siedzi daleko 

stąd, w naszym domu wczasowym, i w teorii kończy pracę doktorską, a w 

praktyce tęskni i cierpi. Ba! Gdyby ona była choć trochę brzydsza... Co też 

baba może zrobić z człowiekiem.

Dorota,   przypomniawszy   sobie   o   Balickim,   wróciła   jeszcze   na 

chwilę   do   kawiarni,   ale   go   nie   znalazła.   Zajrzała   do   „Europejskiej”, 

pokręciła się po śródmieściu. Każdy jej krok był obserwowany, czasem 

były to kobiety, a czasem mężczyźni, zmieniali się dość często, aby nie 

spostrzegła inwigilacji. Zwracali uwagę na osoby, z którymi chociaż przez 

chwilę rozmawiała, i wykonywali ich zdjęcia. Dostarczali materiały  do 

Pałacu   Mostowskich,   gdzie   pracowały   komputery   w   registraturach 

daktyloskopijnych, a oficerowie różnych służb przyglądali się fotografiom 

i sięgali do starych akt.

Nieświadoma tego wszystkiego Dorota spotkała się z Balickim w 

pobliżu   Supersamu,   kiedy   targował   się   z   handlarką   o   cenę   pęczka 

rzodkiewek.   Siwowłosy   waluciarz   potrafił   przepić   w   jedną   noc   tysiące 

złotówek,   ale   był   przeraźliwie   skąpy   w   kontaktach   z   ludźmi   swego 

zawodu, choć na niższym szczeblu środowiskowym. Każda utargowana 

złotówka sprawiała mu swoiste zadowolenie.

Na widok dziewczyny przerwał jednak handlową dyskusję, było mu 

trochę wstyd. Dogadawszy się co do benzyny, poszli - ona do domu, on - 

do   handlarki,   bo   nie   zrezygnował   z   rzodkiewek.   Zmaltretowana   baba, 

mamrocząc najgorsze wyrazy, sprzedała mu pęczek za pół ceny, aby tylko 

sobie poszedł.

background image

- Coś pani taka frajerka? - zaśmiała się jej sąsiadka z koszem pełnym 

jaj. - Dziad chce darmo, to niech se w ogródku zasieje.

- Mordę w kubeł! - burknął, chowając rzodkiewki do torby.

Nie odpowiedziały. Ale kiedy się odwrócił, przyczepiły mu z tyłu do 

płaszcza ubłoconą nać starej marchwi i tak szedł przez miasto, dziwiąc się, 

że słyszy za plecami chichoty.

*

”R-8” siedział w pokoju pułkownika Polewskiego, popijał kawę i 

zdawał relację ze swej podróży. Nie było to sprawozdanie służbowe, raczej 

opowieść o trudnych, nerwowych tygodniach, kiedy wraz z Korzewskim 

czekali cierpliwie na przyjście Trzeciego.

W gabinecie, prócz gospodarza, znajdowali się również Daniłowicz i 

Szczęsny. Kapitan rozłożył na biurku zdjęcia, wykonane w Monachium, 

oraz kasety z nagraniami głosu.

-   Porównajcie   zdjęcia   z   portretem   pamięciowym   tej   malarki   - 

powiedział. - Moim zdaniem podobieństwo wyraźne.

- Duże pudło czekoladek - mruknął Szczęsny i spojrzał wymownie 

na swego szefa.

- Skąd ja ci wezmę czekoladki? - westchnął Daniłowicz. - Sam bym 

zjadł.

- Nie masz chodów u Wedla?

- Nie mam, żebyś wiedział.

- To   sobie   wyrób.  Zresztą   Jolancie   należy   się   lepsza   nagroda   niż 

słodycze.

- Koledzy, potem uzgodnicie poglądy na Jolantę - wtrącił Polewski. - 

Mów dalej, Stachu. Stanąłeś na tym, jak Trzeci wreszcie pojawił się na 

background image

ulicy przed budynkiem numer sześć. Był ucharakteryzowany?

- Na szczęście nie, bo bym go nie poznał. Podszedłem z cygarem w 

ustach, wyglądałem tego dnia jak zażywny, rumiany  Mueller po pięciu 

piwach na Schwabingu. Poprosiłem o ogień. Zatrzymał się, przyjrzał się 

uważnie,   ale   chyba   tylko   tak   z   przyzwyczajenia.   Wyjął   zapalniczkę   i 

przypalił mi. Lewą ręką. Podziękowałem, mówiąc coś o meczu, na który 

pewnie  śpieszy  do telewizora,  rzuciłem luźną  uwagę na temat drużyny 

Bayern-Monachium,   mieli   grać   z   Włochami.   Chwyciło,   bo   wzrok   mu 

złagodniał, podjął temat. Zna się na sporcie, musiałem bardzo uważać, aby 

nie   pomylić   włoskiego   bramkarza   z   którymś   obrońcą.   W   ten   sposób 

nagrałem kilka minut rozmowy i wykonałem zdjęcia.

- Nie zorientował się?

- Gdyby on się zorientował, to ja bym już wąchał kwiatki od spodu. 

Miałem  doskonały   aparat,  tak  mikroskopijny, że  zmieścił się  w guziku 

płaszcza.   Tylko   że   robi   zdjęcia   czarno-białe.   Więc   te   kolorowe 

wykonaliśmy   z   Ryszardem,   kiedy   Trzeci   wychodził   z   budynku.   Ale 

jeszcze przedtem wszedłem za nim do wewnątrz i zatrzymałem się w holu, 

przy   kiosku   z   gazetami.   Ostentacyjnie   kupiłem   zapałki,   bo   stał   przy 

windzie mógł sobie coś niecoś skojarzyć. Wjechał, jak obliczyłem według 

szybkości windy i upływających sekund, na jedenaste piętro. Gdzieś po 

godzinie zjechał na dół. Wtedy podjął go Kożewski, miał na ulicy swój 

volkswagen.   Trzeci   wsiadł   do   mercedesa,   ale   nie   śpieszył   się,   wolno 

jechał,   był   tłok,   więc   czarny   wóz   Ryszarda   ginął   między   innymi 

samochodami.   Nie   będę   już   omawiał   wszystkich   szczegółów   naszej 

roboty. W każdym razie wiemy, jak się nazywa, co robi oficjalnie i gdzie 

mieszka.   To   jest   Willy   Schultz,   z   zawodu   pracownik   umysłowy   dużej 

background image

firmy motoryzacyjnej, załatwia tam transakcje typu kupno-sprzedaż, jeździ 

po kraju, za granicę też. Ma przyzwoite mieszkanie przy Tiirkenstrasse. 

Żona, dwoje dzieci.

-   No,   a   ten   na   jedenastym   piętrze?   Ten   Pierwszy?   -   zapytał 

Daniłowicz. - Co to za typ?

„R-8” potrząsnął głową.

- Nie wiem - odparł. - Żeby dokładniej rozpracować „Nietoperzy”, 

potrzebuję   jeszcze   co   najmniej   kilku   miesięcy.   Nie   wiem,   czy   moje 

kierownictwo   wyraziłoby   zgodę,   jeżeli   podsumować   to,   co   zrobili   w 

Polsce, będą to dwa zabójstwa. Jedna ofiara: Werner Kirshwald, druga: 

Sznajder.   Sądzę,   że   nie   dowiemy   się,   kto   sprzątnął   tego   ostatniego. 

Natomiast   potencjalny   zabójca   Wernera,   Willy   Schultz,   jest   już   znany. 

Pozostaje tylko ściągnąć go tutaj i postawić przed polskim sądem. Ale 

bardzo wątpię, czy znajdziemy tak istotny powód, który zmusiłby go do 

ponownego przyjazdu.

- Znak - odezwał się Szczęsny.

- Owszem, Trzeci musi odzyskać znak - rzekł „R-8”. - Wiem od 

Orhana, że kiedy likwidują jednego spośród swoich ludzi, zabierają jego 

znak. Nie orientuję się jeszcze, dlaczego to jest dla „Nietoperzy” takie 

ważne.   Ale   jest.   Sądzę   jednak,   że   Schultz   ma   zbyt   wiele   zdrowego 

rozsądku, aby pokazywać się w Polsce. Mogli go widzieć ludzie wtedy w 

lesie, mogło go zapamiętać dziesięć osób.

Szczęsny już się nie odzywał. Następnego dnia był czwartek.

*

Przyszedł   kwadrans   wcześniej,   zajął   stolik   tak,   aby   obserwować 

drzwi.   Większość   miejsc   w   kawiarni   zapełniali   obcokrajowcy,   przede 

background image

wszystkim czarnowłosi, śniadzi turyści i handlowcy z Trzeciego Świata. 

Jakieś starsze panie milcząc pożerały świeże kremówki, po dwie na osobę. 

Dziewczyna w czarnych skórzanych spodniach i w jedwabnej czerwonej 

bluzce wyraźnie oczekiwała na propozycję. Otaksowała majora bystrym 

spojrzeniem, uśmiechnęła się leciutko i odwróciła wzrok, jakby mówiąc: 

ładny to jesteś, ale nie przy forsie. Znam się na tym.

Mrugnął   do   niej   okiem,   ot,   tak   żeby   urozmaicić   nudne   czekanie. 

Dorota   spóźniała   się.   W   pewnej   chwili   dostrzegł   koleżankę   ze   służby 

wywiadowczej, wchodzącą wolnym krokiem do kawiarni. Wyglądała jak 

studentka   matematyki   ostatniego   roku;   blada,   niedbale   uczesana,   w 

okularach   na   nieco   przydługim   nosie,   z   książką   pod   pachą.   Była 

interesująca,   jeżeli   się   wiedziało,   że   jest   świetna   w   dżudo   i   jedna   z 

lepszych   w   strzelaniu.   Spojrzała   na   niego   obojętnie,   usiadła   w  pobliżu 

drzwi. W parę sekund później zobaczył Dorotę.

-   Spóźniłam   się?   -   Wydawała   się   zakłopotana   i   jakby   czymś 

przestraszona. - Miałam przykrą rozmowę... - Urwała, przygryzła dolną 

wargę. - Proszę mi zamówić kawę.

Piła   drobnymi   łykami,   w   przerwach   zaciągając   się   papierosem. 

Pokręcił głową z niezadowoleniem.

- Zdaje się, że za dużo pani pali. Szkoda tej ślicznej cery.

- Paczkę dziennie. Nic mi nie będzie.

Oparła   się   o   poręcz   fotela,   siedziała   czas   jakiś   z   przymkniętymi 

powiekami. Miała naturalne cienie pod oczami i dwie małe bruzdy wokół 

ust. Pomyślał, że nie skończyła jeszcze trzydziestki, ale dziś wygląda na 

więcej.   Nie   zaczynał   rozmowy,   czekał,   aż   ona   upomni   się   o   to,   co 

powinien był przynieść.

background image

-   Przepraszam   -   uśmiechnęła   się.   -   Czasami   człowiek   miewa 

kłopoty... - Znów nie dokończyła. - Czy dostał pan ten papierek?

Wyjął   z   kieszeni   płaskie   pudełko,   otworzył.   Leżała   w   nim 

nietoperzowa wizytówka, prawie dokładnie taka, jaką znaleźli zaszytą w 

marynarce Wernera Kirshwalda. Różnica polegała na gatunku papieru i 

drobnych szczegółach, niewidocznych dla oka, ale tego już nie potrafił 

wykonać. Pracowali nad wizytówką, razem z magistrem chemii i kolegą z 

jednostki Wojtaszkiem, przez poprzednią noc aż do świtu.

Dziewczynie   rozbłysły   oczy.   Wyjęła   znak   z   pudełka,   obejrzała. 

Chciała   otworzyć   oprawkę,   ale   nie   wiedziała,   jak   to   zrobić,   więc   jej 

pomógł. Kartka rozchyliła się, w środku był napis: „Smali nocturnal...” i 

tak dalej, dokładnie tyle tekstu, ile było w tamtej. Obserwował Dorotę 

uważnie,   chcąc   się   przekonać,   do   jakiego   stopnia   wtajemniczono   ją   w 

wygląd wizytówki.

- Andrzej miał rację - powiedziała radośnie. - To doskonały rodzaj 

papieru,   miękki   jak   jedwab.   Świetnie   wyjdą   na   nim   batikowania, 

zwłaszcza kwiaty-

- Jeżeli tylko pani znajomy potrafi zgłębić tajemnicę gatunku papieru 

i zrobić taki sam.

- O, z pewnością. Dziękuję za przysługę!

Włożyła znak do pudełka i chciała umieścić w swojej torebce, lecz 

sprzeciwił się temu. Wyjął pudełko z jej ręki, schował do kieszeni. Na 

zdumione spojrzenie Doroty rzekł z ubolewaniem:

- Strasznie mi przykro, ale będzie pani musiała trochę poczekać. Na 

razie dostałem ten papier tylko na pół dnia, i to z trudem. Rzecz w tym, że 

kolega, który zajmuje się dokumentami, zachorował i wraca dopiero w 

background image

poniedziałek. Ktoś inny, po wielkich oporach, wypożyczył mi, że się tak 

wyrażę, nietoperzowy tekst, ale musiałem się zobowiązać, że go zwrócę 

przed szesnastą. A przyniosłem dlatego, żeby pani po prostu mogła się 

przekonać o jego wartości. Mogło się przecież okazać; że na nic się w 

butiku nie przyda.

Zmartwiła się wyraźnie. Spoglądała to na niego, to gdzieś w okna 

kawiarni. Potem powiedziała:

- Naprawdę nie może pan mi zostawić? To przecież taki drobiazg! 

Ten kolega z pewnością nawet nie zauważy jego braku w szafie czy gdzie 

tam   chowa   się   te   rzeczy.   Oddałabym   panu   w   poniedziałek.   Dobrze?   - 

Przechyliła się nad stolikiem, położyła dłoń na jego ręce, zacisnęła palce. 

Twarz jej znalazła się blisko jego twarzy, poczuł zapach drogich perfum. 

Koleżanka w okularach lekko uniosła brwi, jakby czemuś się dziwiąc, ale 

nie była zdziwiona.

- Naprawdę  nie   mogę  -  odparł.  Trochę   irytowało   go  spojrzenie  z 

tamtego   stolika   przy   drzwiach,   czuł   je,   chociaż   nie   patrzał   w   stronę 

„matematyczki”.   -   Miła   pani   Doroto,   przyrzekam,   że   otrzyma   pani 

dokument najpóźniej we wtorek rano. Możemy już dzisiaj umówić się, 

powiedzmy, na dziesiątą. Tu, w tej samej kawiarni. Zgoda?

Westchnęła, spojrzała na zegarek.

- Na pewno przyniesie pan go we wtorek?

- Z całą pewnością. Dziesiąta punktualnie.

- Bardzo mi zależy! 

Teraz już wypadła z gry - myślał. - Nigdy by jej nie zależało na 

kawałku papieru, znajomy chemik sam może zrobić dwadzieścia takich 

jedwabistych,   jeżeli   dobrze   popracuje.   Ileż   tego   potrzebują   w   sklepie? 

background image

Najwyżej kilkanaście metrów. Nie takie rzeczy chemicy robili.

Wstała, pożegnali się przy stoliku, bo Szczęsny jeszcze został, nie 

chcąc   przeszkadzać   obstawie.   Wywiadowczym   niedbałym   krokiem 

podążyła za Dorotą; na ulicy przejął obserwację kierowca wartburga, który 

jechał   później   za   niebieskim   audi   wytrwale   aż   na   Goraszewską.   Tam 

czekał już kto inny.

Szczęsny wrócił do Pałacu Mostowskich, powiedział Daniłowiczowi 

o spotkaniu. Najważniejszy był teraz sposób, w jaki Dorota skontaktuje się 

z człowiekiem, któremu z pewnością przekaże wiadomość o znaku.

- Jak sądzisz, nie zorientowała się, że to był falsyfikat? - Daniłowicz 

był sceptycznie usposobiony; noga mu dokuczała, szło na niż.

- Wykluczone! - zaoponował major. - Musiałaby przecież sprawdzić 

przy   użyciu   specjalnej   aparatury   czy   jest   rzymska   szóstka   i   inne, 

niepowtarzalne cechy. Natomiast jeżeli Trzeci da się nabrać i przyjedzie, 

choćby na jeden dzień, to być może jeszcze tu, w Polsce, będzie chciał 

stwierdzić autentyzm wizytówki. Dlatego... - Szczęsny zakłopotał się, ale 

tylko na chwilę - musisz wówczas wydostać z Zakładu prawdziwy znak.

- Ja?!

- Ty, bo mnie nie dadzą.

- Szczery jesteś - powiedział szef z przekąsem. - Załóżmy nawet, że 

mi się uda. Jak zagwarantujemy, że dokument wróci do Zakładu, cały i nie 

pozbawiony swych oryginalnych cech? Że w ogóle wróci?

- Trzeba zaryzykować.

- W jaki sposób?

- Po prostu. Nie pozwolimy Trzeciemu odjechać.

- Bajesz! - W nodze boleśnie zakłuło i pułkownik się rozgniewał. - 

background image

Facet   może   zjawić   się   pod   innym   nazwiskiem,   kompletnie 

ucharakteryzowany,   z   ważną   wizą   wjazdową,   przyjedzie   samochodem, 

przez którykolwiek punkt graniczny, i szukaj wiatru w polu.

- Zapomniałeś o Dorocie. Nie spuszczamy z niej oka. Jest tak objęta 

obserwacją,   że   nie   zrobi   kroku   bez   naszej   wiedzy.   Stefan,   ja   tego 

zbrodniarza muszę postawić przed sądem. Żadne przestępstwo, popełnione 

w Polsce, nie może pozostać nie wykryte i bezkarne. Żadne.

- Ty mi tu nie wygłaszaj... No, dobrze. Chcę mieć dokładny termin 

przyjazdu Trzeciego. Trzeba przecież wiele spraw omówić, zorganizować 

pomoc.   Myślę,   że   będzie   nam   bardzo   potrzebny   „Gwiazdor”   ze   swoją 

grupą.

*

Pierwszy wezwał go do siebie w nocy. Niektórzy sądzili, że takie 

nocne wezwania gwarantują lepszą konspirację. Prawda leżała zupełnie 

gdzie indziej; Pierwszy cierpiał na bezsenność, zasypiał dopiero nad ranem 

i budził się koło południa.

Trzeci szedł na Theresienstrasse z ciężkim sercem. Nie wydostał do 

tej   pory   znaku   „szóstki”   z   Polski.   Próba   włamania   do   Zakładu 

Kryminalistyki,   podjęta   przez   -   zdawałoby   się   -   wytrawnego   złodzieja, 

któremu   przyobiecano   dolary,   nie   powiodła   się.   Budynek   był 

„naelektryzowany”, jak to włamywacz później określił pośrednikowi, gdyż 

mimo   wszystko   udało   mu   się   uciec.   Wytłumaczył   to   tak:   „Cholera, 

szedłem   w   środku   nocy,   przedostałem   się   na   skwerek   od   tyłu   domu, 

ciemno jak u Murzyna w brzuchu, tam rośnie wysokie drzewo, wdrapałem 

się, dostałem ręką okna, spróbowałem leciutko podważyć, aż tu jak coś nie 

gwizdnie   w   środku,   zaraz   zapaliły   się   światła   we   wszystkich   oknach, 

background image

k...mać, mało gnatów nie połamałem, tak żem spieprzał na ulicę”.

Trzeci, kiedy mu to pośrednik zrelacjonował, zastanawiał się, czy nie 

należałoby   złodzieja   zlikwidować;   pośrednik   też   tak   uważał.   Ale 

warszawski cwaniak przeczuł to widać, bo znikł jak kamfora i nie udało 

się go odnaleźć.

Pozostawała   więc   tylko   Dorota.   Trzeci   miał   z   nią   kontakt   przez 

pewnego   zagranicznego   korespondenta,   który   często   podróżował   to   do 

Warszawy, to z powrotem do Bonn. Pracował w jednej z agencji przy 

placu   Tulpenfeld,   w   zespole   betonowych   gmachów,   zbudowanych   z 

inicjatywy   i   pieniędzy   towarzystwa   ubezpieczeniowego  Alliantz.   Tutaj 

mieściły się redakcje, agencje, biura korespondentów, centrum radiowe i 

telewizyjne Republiki Federalnej. Tu właśnie Trzeci odwiedzał czasami 

owego korespondenta i, nie wgłębiając go w istotę sprawy, zlecał różne 

drobne   a   ważne   dla   „Nietoperzy”   zadania.Płacił   bardzo   dobrze,   toteż 

korespondent   nigdy   nie   odmawiał.   Poznawszy   w   Warszawie   Dorotę, 

zakochał się; odpowiadał mu taki typ urody. Odwiedzanie jej w sklepie lub 

w kawiarni miało więc dla niego podwójną wartość: ładna dziewczyna i 

pieniądze.

Trzeci wjechał windą na jedenaste piętro, zadzwonił. Drzwi otworzył 

jak   zwykle   mężczyzna   o   nijakiej   twarzy,   niepozorny   w   swym   szarym, 

nieco za dużym ubraniu. Z boku wyraźnie odstawał, wsunięty za pasek od 

spodni, pistolet colt woodsman z długą lufą. Trzeci tylko raz dał się zwieść 

pozorom i, trochę pijany, próbował tego wymoczka odsunąć z drogi, aby 

wejść do mieszkania. Otrzymał błyskawiczny cios kolbą w czoło; jedynie 

wyjątkowej twardości swej czaszki zawdzięczał, że wyszedł z tego cało.

- Przepraszam - powiedział wtedy nijaki, wylawszy mu wiadro wody 

background image

na głowę. Było to jedyne słowo, jakie od niego usłyszał.

Teraz   więc   nie   usiłował   nawet   zrobić   kroku,   zanim   tamten   nie 

zaprosi   go   do   wnętrza.   Potem,   z   drżeniem   rąk   i   nóg,   z   wyschniętym 

gardłem, wszedł do gabinetu, przystanął w progu i czekał.

Pierwszy   siedział   za   biurkiem,   obok   jego   ręki   stała   szklanka   z 

mineralną wodą i kieliszek, do połowy napełniony koniakiem hennessy. 

Ostatnio   chętnie   zmieniał   gatunki   alkoholi.   Przeglądał   z   wyraźnym 

upodobaniem   pornograficzny   tygodnik   i   zdawało   się,   że   w   ogóle   nie 

zauważył wejścia swego pracownika. Trzeci wiedział jednak, że szef widzi 

i   słyszy   więcej,   niż   mu   się   zdaje.  Toteż   stał   w   milczeniu   na   miękkim 

dywanie,   próbując   opanować   drżenie   nóg.   Wreszcie   mężczyzna   za 

biurkiem uniósł głowę, popatrzył na przybysza.

- Dziesięć dni - powiedział, nie podnosząc głosu. Odłożył tygodnik.

Trzeci nie zrozumiał. A raczej: nie chciał jeszcze zrozumieć.

- Tak, szefie? - spytał nieśmiało.

- Daję ci ostatnie dziesięć dni na przyniesienie mi znaku Szóstego z 

Polski. Jeżeli nie wykonasz zadania, zajmie się tobą Czwarty.

Człowiek,   stojący   nieruchomo   przed   biurkiem,   zatrząsł   się   ze 

strachu. Czwarty był najbardziej bezwzględnym wykonawcą wyroków na 

tych spośród „Nietoperzy”, którym nie udało się albo którzy z własnej 

winy nie wykonali zadania. Robił to z okrutnym sadyzmem, nie można go 

było przebłagać ani przekupić, nie można też było przed nim uciec. Do tej 

pory jednak Trzeci sądził, iż wyroki wykonywane jego rękami nie dotyczą 

żadnego z pierwszej piątki, lecz wyłącznie „Nietoperzy” pośledniejszego 

gatunku. Teraz usłyszał coś innego.

- Nie obchodzi mnie, jaką drogą wydostaniesz znakz Polski - ciągnął 

background image

Pierwszy.   Miał   przed   sobą   na   biurku   maleńkie   karty,   którymi   układał 

pasjansa;   jeżeli   mu   nie   wychodził,   Pierwszy   pił   dodatkowy   kieliszek 

koniaku i szachrował.

- Jestem tam spalony  - przypomniał Trzeci szeptem, gdyż bał się 

podnieść głos.

-   Wiem.   Ale   to   nie   jest   przeszkoda   dla   „Nietoperzy”. 

Charakteryzacja, inne nazwisko, inny paszport... Czy mam cię uczyć? W 

razie potrzeby dasz sobie złamać nos, zoperować wargi, to drobiazg. Z 

twoich   dotychczasowych   działań   nic   nie   wynika.   Dobrałeś 

nieodpowiednich   pomocników   tam,   w   Warszawie.   Więc   musisz   jechać 

sam. - Popatrzył na kalendarz i dodał: - Czwartego maja przyjdziesz tutaj i 

wręczysz mi znak Szóstego. Żeby nie było nieporozumień: znak Wernera 

Kirshwalda.   Nie   pamiętam   bowiem,   czy   ci   wyjaśniłem,   że   każdy   z 

dublerów ma swój znak z jemu tylko właściwą cechą. Nie próbuj więc na 

przykład unieszkodliwić któregoś z dublerów Szóstego i zabrać mu jego 

znak, bo ja to bezbłędnie rozpoznam.

Trzeci,   który   przed   chwilą   zastanawiał   się   właśnie   nad   taką 

możliwością, opuścił głowę. Szef rzucił mu przelotne spojrzenie, położył 

waleta na dziesiątkę, choć powinien był zrobić to odwrotnie, ale lubił małe 

szachrajstwa   w   kartach.   Potem   ruchem   ręki   pokazał   na   drzwi.   Trzeci 

skłonił się i wyszedł.

- Głupiec - mruknął Pierwszy. Przełożył dziesiątkę na waleta. Pasjans 

wyszedł.

*

- Proszę pani, ile kosztuje ta bluzeczka? Dorota spojrzała wpierw na 

pytającą, potem na białą bluzkę z ręcznym haftem.

background image

- Cztery dwieście - odparła.

Dziewczyna   gwizdnęła   przeciągle,   wpakowała   ręce   w   kieszenie 

dżinsów. Stojący przy niej chłopak powiedział z irytacją:

- Chodźże, tu są straszliwe ceny. Nie wygłupiaj się!

-   Wiem.   Chcę   tylko   popatrzeć.   Taką   bluzkę   -   przyjrzała   się 

krytycznie - można samej uszyć w domu i wyhaftować. Skopiuję, wiesz? - 

szepnęła mu do ucha. Roześmieli się, pokręcili trochę po sklepie i wyszli, 

przytuleni do siebie.

- Może za wysoko wyceniłaś? - spytała pani Wiktorską.

Dorota   zaprzeczyła   ruchem   głowy.   W   tej   chwili   przez   tłumek 

klientów   przecisnęła   się   pani   w   beżowym   kostiumie,   z   mnóstwem 

bransolet i pierścionków.

- To ręczny haft? - zapytała, przyglądając się białej bluzce.

- Tak.

- Co to kosztuje?

- Sześć czterysta - odparła Dorota bez wahania.

- Pani mi zapakuje.

Matka z córką wymieniły spojrzenia, Wiktorską westchnęła. Ona nie 

potrafiła tak jak Dorota otaksować w mgnieniu oka klientkę i odpowiednio 

do tego ustalić cenę. Bała się kontroli, butiki wciąż znajdowały się pod 

obstrzałem.   Kiedy   jednak   próbowała   robić   córce   wymówki,   ta 

odpowiadała niezmiennie: - Nikogo nie zmuszamy, żeby kupował u nas. 

Nie ma pieniędzy, niech idzie do tańszego sklepu. Sprzedajemy modne 

ciuchy dla zamożnej klienteli.

Prawda,   że   interes   szedł.  Trudno   więc   było   spierać   się   z   Dorotą. 

Karteczki   z   ceną   zmieniały   się   w   jej   rękach   zależnie   od   amatorów. 

background image

Kupowano zachłannie, targów w sklepie nie było.

Kilka minut po godzinie czternastej do butiku wszedł mężczyzna w 

jasnym prochowcu, rozpiętym i rozwiewającym się przy każdym ruchu. 

Miał   kędzierzawe   włosy,   przerzedzone   od   czoła,   nos   z   szerokimi 

nozdrzami   i   kształtne   usta,   które   bezustannie   to   uśmiechały   się,   to 

przybierały wyraz powagi. Przez ramię przewiesił aparat fotograficzny w 

skórzanym futerale.

Dorota   dostrzegła   go,   przywołała   ruchem   głowy.   Przywitali   się, 

odeszli na zaplecze. Rozmawiali po niemiecku.

-   Widziałem   się   z   nim   wczoraj   -   rzekł   przybysz.   -   Mam   pani 

przekazać   wiadomość,   z   której   co   prawda   nic   nie   rozumiem,   ale   to 

mniejsza. Otóż on pani daje termin: pięć dni na wydostanie tej rzeczy, 

podobno pani wie jakiej, i przekazanie jemu osobiście.

- Osobiście? - Zdumiała się, przestraszyła. - Czy to znaczy, że mam z 

tym... z tą rzeczą jechać do Monachium? Boję się.

- Nie. On przyjedzie.

- Tutaj? Przecież mówił mi kiedyś, że mu odmówiono wizy. A mnie 

tak szybko nie dadzą paszportu.

-   Meine   Liebchen,   nie   denerwuj   się   -   ujął   ją   za   ręce,   spróbował 

przyciągnąć   do   siebie,   ale   się   oparła,   więc   szybko   zrezygnował.   - 

Przyjedzie widocznie w taki sposób, że nic mu się nie stanie.

- Samochodem?

- Samolotem. Będzie miał bardzo mało czasu, pewnie weźmie wizę 

dwunastogodzinną.   W   ciągu   tej   przerwy   pomiędzy   jego   przylotem   i 

odlotem pani musi zjawić się na lotnisku, podać mu to coś tajemniczego i 

zniknąć.

background image

Zamyśliła się, nerwowo splatała i rozplatała palce.

- Jeżeli przyleci na Międzynarodowy Dworzec Lotniczy, to mnie tam 

nie wpuszczą bez biletu i odprawy celnej.

- Ale on, mając wizę, o której mówiłem, wyjdzie do sali przylotowej, 

a tam pani może wejść bez problemu. To nie pani ma się przedostawać do 

niego przez mury i ściany - zażartował, chcąc, aby się rozweseliła - to on 

do   pani   przyjdzie.   Z   taką   wizą   ma   prawo   wyjść   na   miasto,   podłapać 

dziewczynę, zjeść dobry obiad w „Forum”. W każdym razie ja bym tak 

zrobił. A teraz proszę słuchać dalej. Dziś jest piątek. On chce przylecieć 

we środę przyszłego tygodnia, ale musi oczywiście być przekonany, że 

pani już tę rzecz ma. Najpóźniej we wtorek mam go zawiadomić. Dlatego 

przyjdę tutaj albo, jeżeli pani woli, do kawiarni we wtorek po południu. 

Jeżeli dowiem się, że wszystko gra, dam mu znać i we środę od godziny 

piętnastej proszę czekać na niego na Okęciu. Śliczna pani Dorotko, niech 

pani   nie   pomyli   dworców:   Międzynarodowy,   sala   przylotowa!   Zresztą 

zobaczymy się jeszcze i przypomnę pani.

- Nie trzeba - mruknęła gniewnie. - A jeżeli nie uda mi się wydostać 

tę rzecz? Co wtedy?

Zachmurzył się, usta zwęziły mu się w sznureczek.

- Na pani miejscu - rzekł, dobierając oględnie słowa - zrobiłbym 

wszystko, aby wykonać to, o czym mówiłem.

Trzeci,   a   raczej   Willy   Schultz,   bo   znał   go   tylko   pod   jego 

prawdziwym   nazwiskiem,   powiedział   mu   wtedy,   tam   na   Tulpenfeld: 

„Słuchaj,   Herbert.   Pięć   tysięcy   marek,   jeżeli   cała   sprawa   przebiegnie 

pomyślnie. Guzik z pętelką, jeżelyjie”.

Oferta była kusząca. Herrjert bardzo potrzebował tych pięciu tysięcy, 

background image

postanowił więc za wszelką cenę namówić Dorotę, aby go posłuchała. Nie 

wiedział wprawdzie, co i skąd ma wydostać, sądził jednak, że nie będzie 

miała z tym trudności.

- Dobrze - powiedziała wreszcie. -. Spotkamy się we wtorek o piątej 

po   południu.   Może   w   kawiarni,   bo   tutaj   za   duży   ruch.   Powiedzmy,   w 

„Ujazdowskiej”. Wie pan, gdzie to jest?

- Oczywiście.

Ucałował   jej   ręce,   popatrzył   w   oczy,   pełne   niepokoju   czy   nawet 

strachu, pocieszył zdawkowym: - Wszystko będzie dobrze! - Zatrzymała 

go jeszcze, tknięta nową myślą.

- Jeżeli on przyjedzie bardzo zmieniony, ucharakteryzowany, ja go 

nie poznam. Co wtedy? Przejdziemy obok siebie i miniemy się!

- Niech się pani tym nie kłopocze - zapewnił. - On panią pozna. Pani 

obowiązkiem   jest   tkwić   na   sali,   najlepiej   z   kwiatami,   jakby   na   czyjeś 

przywitanie,   i   czekać.   Samolot   może   mieć   opóźnienie,   proszę   wtedy 

cierpliwie czekać - powtórzył. - A więc do wtorku w „Ujazdowskiej”.

W   godzinę   później   do   majora   Szczęsnego   zgłosił   się   chłopak   w 

dżinsach, z nieco przydługimi włosami i nonszalanckim wyrazem twarzy. 

Wyraz   ten   zmienił   się,   kiedy   siadł   naprzeciw   biurka,   spoważniał   i 

rozpoczął relację. Zakończył ją tak:

-   Mają   się   spotkać   we   wtorek   o   siedemnastej   w   kawiarni 

„Ujazdowska”. Ona i ten zagraniczny facet, Herbert Schmidt. Łatwo go 

rozpoznać, ma taki charakterystyczny nos.

- Dziękuję, sierżancie - powiedział Szczęsny. - I nawet nie pytam, 

jaką drogą uzyskałeś te informacje, bo wiem, że i tak mi nie powiesz.

Sierżant   roześmiał   się;   umiał   wykonywać   trudne   zadania,   ale 

background image

zazdrośnie strzegł swoich „chodów” i kontaktów. Obecny przy rozmowie 

Połoński dorzucił:

-   Tego   Schmidta   trochę   już   znamy.   Nie   jest   akredytowanym 

korespondentem w Polsce, pracuje dorywczo dla jednej z agencji w Bonn. 

Sądzę zresztą, że w tej sprawie jest jedynie przekaźnikiem informacji.

- Pewnie masz rację. Bohdan. Nie udało mi się przekonać starego, 

żeby wydostał z Zakładu autentyczny znak. Uważa, że to za duże ryzyko. 

Będę więc musiał wręczyć Dorocie ten podrobiony. Może to i słuszne... 

Trzeci i tak  nie  zdąży  z  nim wyjechać.  - Zamyślił  się.  -  On  rozpozna 

Dorotę na lotnisku, a my wtedy jego.

Rozdział 8

Bała się. Coś się koło niej działo niedobrego, coś, czemu już nie 

potrafiła zapobiec. Jeszcze dwa lata temu, jeszcze rok, była pewna, że nic 

nie zakłóci jej dotychczasowego beztroskiego trybu życia. Miała urodę, 

pieniądze, mnóstwo znajomych, miała przede wszystkim rodziców, którzy 

dbali o swoją jedynaczkę jak o drogocenny klejnot. Omijał ją wszelki trud 

i codzienne kłopoty, a pracę w butiku traktowała jak rozrywkę.

Wyjazdy do wuja w Monachium to zawsze było nieprzerwane pasmo 

zabaw   i   radości.   Zamożny   przemysłowiec   nie   szczędził   siostrzenicy 

podarków, latem zawoził ją nad jezioro Starnberg czy do Bad Wiesse, zimą 

gdzieś   dalej   na   narty.   Lubiła   tańczyć   przez   całą   noc,   najczęściej   w 

eleganckim hotelu Hiltona lub w „Chinese Restaurant”, które spotkać tu 

było można w każdej dzielnicy. Po nartach piła gorący holunder-crusta na 

czerwonym winie i jagodach, po tańcu - koniak.

background image

- Chcesz przetańczyć życie? - spytał wuj kiedyś żartem.

- Może - roześmiała się.

Miał piękny samochód plymouth turisme duster w kolorze ciemnego 

brązu ze złotym szlaczkiem. Bardzo chciała przyjechać nim choć raz do 

Polski,  ale na to  się nie  zgodził.  Mimo  wszystko wóz cenił wyżej niż 

piękną siostrzenicę.

Ale   właśnie   tam   w   Monachium   pewnego   wieczoru   poznała 

człowieka,   który   otworzył   złą   kartę   w   jej   życiu.   Nazywał   się   Willy 

Schultz.   Dorota,   właściwie   nie   zdając   sobie   z   tego   sprawy,   po   trochu 

stawała   się   coraz   bardziej   zależna   od   jego   woli,   decyzji   i   żądań.   To 

prawda,   że   podobał   jej   się,   bo   był  przystojny,   wysportowany,   świetnie 

tańczył.  Ale   takich   znała   wielu.   Każdego   umiała   trzymać   z   daleka   lub 

przyciągnąć,   pozwalać   na   wiele   lub   nic;   była   to   ciekawa   gra,   nie 

angażująca uczuć.

Z Schultzem od początku stało się inaczej. Nie rozumiała siebie, nie 

wiedziała, czy jej imponuje, czy przeraża. Może jedno i drugie. Spotykali 

się coraz częściej. Wreszcie na początku ubiegłego roku, kiedy siedzieli w 

kawiarni, zapytał:

-   Czy   masz   dość   pieniędzy?   Mogę   dostarczyć   ci   tyle   marek   lub 

dolarów, ile zechcesz.

-   Lepiej   cofnij   swoją   propozycję   -   odparła   pół   żartem.   -   Bo   co 

zrobisz,   jeżeli   zażądam   ogromnej   sumy?   Czasem   wydaje   mi   się,   że 

potrafiłabym wydać każdą. Nawet milion dolarów.

Uśmiechnął się. Wyjął portfel, odliczył dwa tysiące marek, położył 

przed nią.

- To zadatek - rzekł lekkim tonem. - Za kilka dni dostaniesz więcej.

background image

Zastanowiła się, z wahaniem wyciągnęła rękę w stronę banknotów.

- Dlaczego mi dajesz? - spytała nieufnie.

- Bo mam ochotę. I nie mówmy o tym.

Kupiła   wtedy   całe   pudło   kosmetyków   Rene   Garraud,   czarne 

czółenka   na   bardzo   wysokim   obcasie   z   firmy   Baldini   Gimmy,   trochę 

biżuterii.   I   nagle   zobaczyła,   że   pieniędzy   już   zabrakło,   a   tyle   jeszcze 

chciała kupić! Przypomniała sobie jednak, że Willy obiecał: „Za kilka dni 

dostaniesz więcej...”

Dostała.   I   tak   już   było   za   każdym   następnym   przyjazdem   do 

Monachium.   Wuj   nie   orientował   się   w   jej   sprawunkach,   ciotka   tym 

bardziej; słabego   zdrowia,  ze  sparaliżowaną  ręką,  rzadko   wychodziła  z 

domu. Nie przyszłoby jej do głowy przeglądać walizki Doroty lub pytać, 

skąd ma to czy tamto.

Ta beztroska sielanka skończyła się nagle pewnego listopadowego 

wieczoru, kiedy Willy usiadł naprzeciw dziewczyny w małej, ustronnej 

kawiarni „Alabama” i powiedział:

- W Warszawie musisz wykonać ważne zadanie. Jeżeli to zrobisz, 

wypłacę ci naprawdę dużą sumę. Będziesz mogła kupić sobie dobry wóz 

albo coś równie drogiego i cennego.

-   Jakie   zadanie?   -   spytała   zdziwiona.   Po   raz   pierwszy   zażądał 

wykonania czegoś w Polsce. - Mam zawieźć prezent twoim znajomym 

albo przywieźć od nich list?

-   Nie.   Słuchaj   uważnie.   W   Warszawie   znajduje   się   Zakład 

Kryminalistyki, należący do polskiej milicji. W tym Zakładzie został we 

wrześniu umieszczony - zawahał Się - pewien dokument. On należy do 

mnie. I do mnie musi wrócić.

background image

- Skąd się tam wziął? Ty byłeś w Polsce? Nic mi nie wspominałeś.

- Nie przerywaj. Dokument wygląda jak mały bilet autobusowy albo 

wizytówka,   oprawiona   w   metalową   ramkę.   Jest   to   biały,   nie   zapisany 

papier. Prawdopodobnie został schowany w sejfie lub szafie.

- Jeżeli to jest twój dokument - powiedziała, dziwiąc się temu, co 

słyszała - to dlaczego nie upomnisz się? Wystarczy przecież pojechać albo 

napisać do nich. Mogę zawieźć taki list.

Skrzywił się, machnął ręką.

-   Od   ciebie   żądam   czego   innego.   Dowiesz   się,   czy   wśród 

pracujących tam oficerów lub też osób cywilnych znajduje się ktoś, kogo 

znasz. Jeżeli nie, to kogoś takiego poznasz. Zawrzesz bliską znajomość. 

Bardzo bliską - podkreślił. - I namówisz go, aby ci dał względnie pożyczył 

na dzień, dwa ten dokument. Jak już będziesz go miała, natychmiast mnie 

zawiadomisz.   Przywieziesz   mi   albo   ja   sam   przyjadę.   Sposób 

kontaktowania się omówimy później. Zrozumiałaś?Milczała, oszołomiona. 

Cała sprawa wydała jej się skomplikowana, wymagająca wielu zachodów, 

zabierająca   czas.   Nie   lubiła   trudu,   a   czas   wolała   przeznaczać   na 

przyjemniejsze rzeczy.

- Nie zrobię tego - odparła niechętnie. - W ogóle nie rozumiem, o co 

ci chodzi. Cóż to za dokument, jeżeli papier jest nie zapisany? Zresztą nie 

znam nikogo z tego Zakładu.

Tak mu powiedziała wtedy w kawiarni. Rozmawiali potem długo, 

Schultz   miał   ostre   spojrzenie   i   głos   zimny,   bezwzględnie   żądający 

wykonania polecenia. Na jej protesty i prośby rzekł szorstko: 

-   Głupia   jesteś!   Czy   nie   rozumiesz,   że   te   pieniądze,   które   ci 

dawałem, są dla polskich władz dowodem przeciwko tobie? Że, jeśli ja tak 

background image

zechcę,   możesz   stanąć   przed   polskim   sądem   jako   agentka   obcego 

wywiadu?

- ja? Agentka?! - wykrzyknęła gniewnie. - Ależ to kłamstwo. Nie 

mam   nic   wspólnego   z   polityką,   nic   mnie   ona   nie   obchodzi   i   nie 

przekazywałam ci żadnych informacji szpiegowskich.

-  Wiem.  Ale   słowa   będą   bez   znaczenia,   bo   ja   po   prostu   stworzę 

dowody twojej współpracy z którąkolwiek zagraniczną agenturą wywiadu. 

Myślisz, że nie potrafię tego zrobić? To mnie nie znasz.

- Jakie dowody?

-   Każde.   Wszystko   można   spreparować,   od   tego   jest   wiedza   i 

technika - roześmiał się. - Mam na przykład filmy, na których wręczam ci 

pieniądze,   a   ty   je   chowasz   do   torebki.   Mam   dokładne   wyliczenia 

wszystkiego, co kupiłaś w tutejszych sklepach, z podaniem ceny. A są to 

na ogół rzeczy  drogie. Na wasze stosunki luksusowe. Sądzisz, że twój 

szanowny wujaszek oświadczy, iż zapłacił za każdy sprawunek? O, nie! 

Kiedy pan dyrektor dowie się, że jego siostrzenica została oskarżona o 

szpiegostwo,   wyprze   się   nie   tylko   znajomości,   ale   i   pokrewieństwa.   I 

będzie długo się trząsł ze strachu, że mu to zaszkodzi w interesach. Twoje 

częste przyjazdy do Monachium, kontakty z amerykańskimi pracownikami 

CIA...

- Co ty wygadujesz?! Jakie kontakty? - przerwała.

- Naprawdę nie domyślasz się? Mógłbym ci z miejsca wymienić co 

najmniej dwa nazwiska. Bawiłaś się z tymi ludźmi, tańczyłaś, jeździłaś na 

wycieczki   za   miasto.   Każdy   taki   kontakt   został   przez   nas   dokładnie 

opisany, sfotografowany, a można do tego dorzucić jeszcze kilkanaście 

informacji typu, powiedzmy, wojskowego. Całość będzie wtedy wyglądała 

background image

imponująco! Piękna dziewczyna, współczesna Mata Hari.

Tak   wtedy   przebiegała   ich   rozmowa   w   małej,   cichej   kawiarence 

„Alabama”.   I   od   tego   dnia   Dorota   zaczęła   płacić   za   to,   co   zresztą   w 

dalszym ciągu otrzymywała. Płacić - robotą dla Schultza. Po powrocie do 

Polski,   przy   pomocy   różnych   znajomych,   przyjaciółek   i   krewnych, 

uzyskała informacje o kilku pracownikach Zakładu Kryminalistyki. Wśród 

tych   kilku   znalazło   się   nazwisko  Andrzeja   Łanieckiego.   Przypomniała 

sobie wówczas, że przecież zna go z dawnych lat. Może więc wystarczy 

tylko umiejętnie odnowić tę znajomość.

Teraz,   kiedy   w   niedzielny   wieczór   wracała   myślą   do   ostatnich 

miesięcy - od listopada do połowy kwietnia - zrozumiała, że zabrnęła o 

wiele   dalej,   niż   by   kiedykolwiek   przypuszczała.   Marki,   dolary 

otrzymywane   od   Schultza   stały   się   jednak   dla   niej   magnesem, 

przyciągającym z nieodpartą siłą. W zachodnich sklepach wciąż pojawiały 

się coraz to nowe, pięknie opakowane, luksusowe towary. Im więcej miała, 

tym więcej pozostawało do kupienia.

Wstała z fotela, wyszła do kuchni. Pani Wiktorską szykowała sobie 

ziółka, pomagały jej na wątrobę.

- Dorotko, czy masz jakieś zmartwienie? - spytała, patrząc na nią z 

troską. - Kolacji prawie nie ruszyłaś, jesteś blada.

- Głowa mnie boli - odparła. - Wezmę proszek. Dobranoc, mamo.

Pocałowała ją przelotnie w policzek, wróciła do swego pokoju. We 

wtorek   o   dziesiątej   ten   przystojny   major   wręczy   jej   dokument   z 

nietoperzowym tekstem. Również we wtorek o siedemnastej spotka się w 

kawiarni   z   Herbertem,   powie   mu,   że   ma   „tę   rzecz”,   Schultz   może 

przyjechać i zabrać. Pojedzie w środę po południu  na lotnisko. Trzeba 

background image

rzeczywiście kupić jakieś kwiaty, tak będzie bezpieczniej. Poczeka w sali 

przylotowej. Herbert mówił, że Schultz ją pozna. No pewnie, on by nie 

poznał, znają się przecież rok.

Znowu   jednak   ogarnął   ją   strach.   A   co   będzie,   jeżeli   Schultza 

zatrzyma milicja? Wtedy i ją...

-  Nonsens!   -   szepnęła.   Dlaczego   milicja   miałaby   interesować,   się 

jakimś zagranicznym pasażerem, który w dodatku przyleci tranzytem i po 

paru godzinach zniknie z Polski. Wprawdzie Schultz nigdy nie wyjaśnił 

jej,   w   jaki   sposób   ów   dziwny   dokument   znalazł   się   w   Zakładzie 

Kryminalistyki... Przeczytała kiedyś komunikat o zabójstwie w lesie pod 

Warszawą,   ale   nie   zwróciła   uwagi   na   poszukiwanie   człowieka 

leworęcznego, nie przyszło jej do głowy, aby sprawę kojarzyć z Willym i z 

nietoperzową wizytówką.

Jeżeli major dostarczy jej dokument, to widocznie wszystko jest w 

porządku. Może Schultz zgubił go kiedyś, może z innych względów tak 

bardzo  mu  zależy  na  odzyskaniu,  że  gotów jest  przyjechać  z „lewym” 

paszportem.

*

Martin   Shrot   wszedł   do   sklepu   spożywczego,   rozejrzał   się   po 

półkach   i   powoli,   z   namysłem   wybierał   to,   co   było   mu   potrzebne   na 

najbliższe dni. Lubił ten niewielki, świetnie zaopatrzony sklepik, lubił też 

sprzedawcę i właściciela w jednej osobie. O wiele mniej podobała mu się 

jego   żona,   siedząca   przy   kasie,   sztywna,   o   kościstej   końskiej   twarzy   i 

bezbarwnych włosach, niedbale spiętych w mizerny kok. Był jednak dla 

niej   grzeczny   i   czasami   udało   mu   się   wywołać   imitację   uśmiechu   na 

zwiędłych wargach bez szminki.

background image

Zapełniwszy   koszyk   do   granic   możliwości,   stanął   przed   kasą, 

starannie odliczył należność, powiedział kilka uprzejmych zdań, na które 

nie zareagowała, ukłonił się i wyszedł. Na chodniku zatrzymał się, wytarł 

spoconą twarz i mruknął: - Wiedźma!

„R-8” czekał w jego mieszkaniu na trzecim piętrze, trochę słuchał 

koncertów brandenburskich Bacha z płyt, trochę przeglądał czasopisma. 

Kożewski   zadzwonił   do   drzwi;   miał   klucze,   ale   obładowany   paczkami 

wolał, żeby mu otworzono.

- Pół sklepu zakupiłeś? - zdziwił się kapitan.

- Piątek dzisiaj - odparł, zasapany. - Musimy mieć żarcie na sobotę, 

niedzielę i poniedziałek rano. Weź tę puszkę, wsadź do lodówki. Nikt nie 

telefonował?

- Owszem.

- Warszawa?

- Tak. Zanotowałem, ale nie znam twego szyfru.

- Zaraz to zrobimy.

Poukładał przyniesione sprawunki, umył ręce i usiadł przy stole.

-   Więc   tak   -   rozpoczął.   -   „Deine   Schwester   Magdalena   war...”   - 

czytał   półgłosem   niemiecki   tekst,   zaglądając   czasami   do   notesu.   -   W 

porządku!

Zawiadamiają nas,  że  Czesław,  to  jest kryptonim Schultza,  ma  w 

środę   przylecieć   do   Warszawy.   Zatrzyma   się   kilka   godzin   i   odleci   do 

Monachium   po   odebraniu   znaku   od   dziewczyny,   to   znaczy   od   Doroty 

Wiktorskiej.   Schultz   będzie   miał   fałszywy   paszport,   na   który   otrzyma 

dwunastogodzinną wizę. Przyleci oczywiście z inną twarzą... Jaką, tego 

tam nie wiedzą. Również nie wiadomo, na jakie nazwisko konsulat wyda 

background image

mu wizę.

- A wyda?

-   Tak,   jest   uprzedzony,   żeby   w   tych   dniach   nikomu   z   RFN   nie 

wstrzymywać wizy tranzytowej.

„R-8” zamyślił się, a potem rzekł:

-   Z   tego   wynika,   że   do   nas   dwóch   należy   tutaj,   w   Monachium, 

rozszyfrowanie Schultza.

- Właśnie tego Warszawa domaga się od ciebie i mnie. Chcą mieć 

jego nazwisko i wygląd. Bagatela! - Zafrasowany, patrzał to na tekst, to 

gdzieś za okno.

- Masz bezpośredni kontakt z konsulatem? - spytał kapitan.

- Owszem. Załóżmy, że tego typu wiz w najbliższych dniach nie 

będzie   wiele.   Może   trzy,   może   dziesięć.   Musimy   mieć   te   nazwiska. 

Umówię się z Olgierdem, to nasz kolega, żeby dyskretnie sfotografował 

wszystkie zdjęcia w paszportach. Ale diabli wiedzą, czy Schultz już nie 

otrzymał wizy!

-   Tak   czy   tak,   konieczna   jest   obserwacja   jego   domu.   W   nocy   z 

wtorku na środę i następnego dnia aż do godziny, w której musi wyjechać 

na lotnisko. Trzeba wziąć pod uwagę wszystkie zagraniczne linie lotnicze. 

Chyba   powinniśmy   się   podzielić:   jeden   przy   jego   domu,   drugi   przy 

samolotach.

- Poczekaj. Porozumiem się z Olgierdem, spytam, czy dziś, wczoraj i 

jeszcze   parę   dni   wstecz   wydawali   tranzytowe   wizy,   niech   nam   poda 

nazwiska, mężczyzn oczywiście. Wiele to nie ułatwi, co prawda. Wiesz, 

nie rozumiem, czemu Warszawa zadaje nam tę robotę? - zdenerwował się 

nagle. - Przecież nic prostszego niż zatrzymać człowieka, który wysiądzie 

background image

z   samolotu   i   podejdzie   na   sali   przylotowej   do   Wiktorskiej.   To   będzie 

Schultz.

- Niekoniecznie - sprzeciwił się kapitan. - Jak się zorientowałem, ona 

ma   mnóstwo   znajomych.   Również   w   Niemfezech   Zachodnich.   Tutaj 

mieszkają jej krewni ze strony matki. Któż zaręczy, że jeden z nich nie 

zjawi   się   akurat   w   momencie,   kiedy   nasi,   tam   na   Okęciu,   będą 

obserwować dziewczynę? Zdajesz sobie sprawę, co za galimatias może 

wyniknąć?   Zatrzymają   kompletnie   niewinnego   faceta,   a   tymczasem 

Schultz przemknie się gdzieś bokiem, odbierze dokument i szukaj potem 

wiatru w polu. Nie wiemy przecież, czy nie odleci prawie natychmiast, 

którąkolwiek   linią   zagraniczną,   do   któregokolwiek   kraju.   Na   Okęciu 

wybór jest wprawdzie nie taki duży, jak w Arlande czy Orły, ale jednak 

jest.

- Masz rację - westchnął Ryszard. - Nie pozostaje nam nic innego, 

jak... na razie zjeść obiad - dokończył z nagłą energią. Wstał, poszedł do 

kuchni. - Lubisz zupę neapolitańską z parmezanem?

- Lubię - odparł „R-8”, który nie znosił parmezanu, ale nie chciał 

koledze sprawiać kłopotu.

*

Gdyby   nie   to   maleńkie,   żółtobrązowe   stworzonko,   które   pod 

korzeniami   starego   pniaka   założyło   sobie   zimowe   gniazdo,   a   teraz   - 

skuszone   ciepłem   kwietniowym   -   wylazło   z   norki,   może   nigdy,   a   w 

każdym   razie   nieprędko,   odnaleziono   by   pistolet.   Ośmiocentymetrowa 

orzesznica   wzbudziła   ogromne   zainteresowanie   jamnika,   idącego   dotąd 

przykładnie ze swoim panem. Gajowy rozpoznał jednak zwierzątko, objęte 

w Polsce ochroną, złapał psa na smycz, a sam pochylił się nad pniakiem, 

background image

ciekaw, czy w gnieździe są młode. Zamiast nich znalazł broń.

Pistolet  był niemiłosiernie  zabrudzony,  musiał przeleżeć  tu   długo, 

może   całą   zimę.   Ktoś   go   wcisnął   głęboko   między   korzenie,   zasłonił 

kamieniem i trawą. Gajowy bardzo ostrożnie oczyścił broń z pierwszego 

brudu, ale nie odważył się sprawdzić magazynku. Jeżeli pocisk znajdował 

się w komorze i jeżeli był sprawny... Ryzyko strzelania w lesie... Zresztą 

mogło rozsadzić lufę.

Owinął pistolet w chustkę do nosa, włożył do torby. Po godzinie broń 

znalazła się w najbliższym posterunku milicji; jeszcze później - na biurku 

majora   Szczęsnego.   Gniazdo   orzesznicy   tkwiło   bowiem   w   pobliżu 

miejsca, gdzie we wrześniu ubiegłego roku zabito w samochodzie Wernera 

Kirshwalda. Szczęsny Wpierw przyjrzał się pistoletowi, potem zeszedł z 

nim piętro niżej do eksperta mechanoskopii i broni palnej. Porucznik zajął 

się oględzinami z całą sumiennością; nieczęsto zdarzało mu się mieć do 

czynienia z tak straszliwie brudnym okazem.

-   Colt,   kaliber   dziewięć   -   powiedział   do   Szczęsnego,   który   w 

laboratorium czekał na wynik. - W magazynku pięć naboi, dwa zostały 

wystrzelone.   Bardzo   dawno,   co   najmniej   pół   roku.   Bez   numeru 

ewidencyjnego. W ogóle bez żadnej cechy osobistej właściciela. Produkcja 

- zawahał się - powiedziałbym, że sprzed kilku lat. Gdzie on był?

- W lesie. Schowany w korzeniach jakiegoś pniaka. Myślę, że te dwa 

pociski wystrzelono na początku września. Zrobisz mi „konfrontację” z 

nimi? Mam też łuski.

Ekspertyza pistoletu przy porównaniu z tym, co swego czasu wyjęto 

z ciała Kirshwalda i z samochodu, dała rezultat pozytywny. Z tej broni 

zabito Wernera.

background image

- No, dobrze - Szczęsny nie przejawiał entuzjazmu. - Ale jak mu to 

udowodnimy?

-   Najpierw   go   zatrzymajmy   -   mruknął   jego   szef.   -   Masz   już 

odpowiedź z WOP-u?

-   Tak.   Obywatel   Republiki   Federalnej   Niemiec   Willy   Schultz 

przyjechał   do   Polski   trzydziestego   sierpnia   ubiegłego   roku,   wyjechał 

szóstego września. W obie strony samolotem.

- Powód przyjazdu?

- Turysta.

-   Szóstego...  To   znaczy,   że   uciekł   następnego   dnia   po   zabójstwie 

Wernera.

- Jeżeli to rzeczywiście on zabił - zauważył Połoński.

Szczęsny wziął z biurka kartkę papieru i długopis.

- Podsumujmy to, co już wiemy - rzekł. - A więc: był w tym czasie w 

Polsce, ale nie znaleźliśmy żadnego śladu pobytu w hotelach. Przyjmuję, 

że mieszkał prywatnie. Po drugie: wyjechał natychmiast po zabójstwie. To 

o niczym nie świadczy. Po trzecie: wiemy, to już z całą pewnością, że w 

dniu zabójstwa wyszedł z lasu niedaleko miejsca zbrodni, wsiadł do wozu 

Jolanty,   podwiozła   go   do   Warszawy.   Po   czwarte:   jest   leworęczny,   a 

Wernera zastrzelono właśnie w ten sposób, z lewej ręki. Co jeszcze? - 

Długopis zatrzymał się w powietrzu.

-   Teraz   mamy   pistolet,   ukryty   w   pobliżu   miejsca   przestępstwa   - 

dorzucił Połoński. - Broń, z której zabito.

- To by było: po piąte.

- Włosy - przypomniał Daniłowicz.

-   Po   szóste.   Ale   wymaga   ekspertyzy   przy   pomocy   materiału 

background image

porównawczego, więc na razie dowód niepewny.

Milczeli parę minut, wreszcie szef stwierdził z westchnieniem:

- Proces poszlakowy.

- Chyba że się przyzna.

- Tak myślisz? - Kapitan pokręcił głową. - Na pewno nie. Niewiele 

by na tym zarobił.

- Owszem. Okoliczności łagodzące. Sąd weźmie pod uwagę.

- My wciąż zapominamy o jednym - powiedział Daniłowicz. - On 

może   sądowi   przedstawić   swoje   przestępstwo   jako   rezultat   jakichś 

długoletnich sporów z Kirshwaldem, ogromnej krzywdy, którą tamten mu 

kiedyś wyrządził, strzałów oddanych w emocji i różne takie. Nasz sąd nie 

będzie się w to wgłębiał, bo te rzeczy działy się poza terenem Polski, z 

wyjątkiem oczywiście samego zabójstwa. Dobry adwokat znajdzie jednak 

dziesięć   przyczyn,   dla   których   zbrodnia   okaże   się   porachunkami 

osobistymi zagranicznych obywateli, w niczym nie zagrażającymi naszym 

rodakom. Może się skończyć po prostu ekstradycją.

-  A  jeżeli   „R-8”,   powołując   się   na   nietoperzowy   znak...   -   zaczął 

Szczęsny, ale szef mu przerwał:

-   Nie   organizacja   „Nietoperzy”   będzie   przedmiotem   rozprawy 

sądowej,   tylko   zabójstwo   w   lesie   pod   Warszawą.   Ja   również,   tak   jak 

Bohdan,   nie   wierzę,   aby   Schultz   przyznał   się   dobrowolnie   do 

czegokolwiek przed polskim sądem. Możemy wówczas przedstawić dwa, 

może trzy dowody rzeczowe, które obrońca natychmiast podważy. Po lesie 

sobie spacerował, leworęcznych jest wielu, a co do włosów, powie, że jego 

klient  owszem,   siedział  tego   dnia   w  samochodzie  Wernera,   wychodząc 

uderzył głową o drzwiczki, ale kiedy rozstawali się, tamten był zdrów i 

background image

cały.

- No, to po co ta cała robota?! - wybuchnął major. Zmiął i cisnął 

zapisaną   kartkę   do   kosza.   -   Niech   przyjeżdża,   niech   zabiera   znak,   w 

porządku. Fałszywy znak! - roześmiał się nagle. - Nie, moi kochani. Ja 

tego Schultza muszę dostać. Poszlakowy, nie poszlakowy, to już nie moja 

sprawa, tylko sądu. Do nas należy zatrzymać przestępcę. I tyle.

*

Zgrabna   ciemnowłosa   pielęgniarka   otworzyła   drzwi   i   zmierzyła 

Schultza   uważnym   spojrzeniem.   Pomyślał,   że   go   otaksowała   jak 

przedmiot.

- Pan sobie życzy?

-   Jestem   umówiony   z   profesorem   Mayerem.   Nazywam   się   Willy 

Schultz.

-   Proszę   -   odsunęła   się,   aby   mógł   wejść   do   środka.   -   Na   którą 

godzinę?

- Na teraz - odparł szorstko.

Wszedł   do   poczekalni,   urządzonej   ładnie   i   z   dobrym   gustem;   w 

niczym  nie   przypominała   tego,   czym  była   w   istocie.   Żadnych   pism   w 

kolorowych okładkach, żadnych oleodruków na ścianach ani napisów w 

rodzaju: „Pluć tylko  do spluwaczki”.  Miękkie  fotele,  dyskretne  światło 

stojącej lampy, zasłony ze złotego egipskiego brokatu, jedna bardzo dobra 

kopia „Kobiet zbierających kłosy” Jean-Francois Milleta. Duży puszysty 

dywan.

- Zechce pan usiąść.

Zajął miejsce w fotelu, spojrzał na zegarek.

- Śpieszy mi się - mruknął. - Mój czas jest drogi.

background image

Umyślnie przybrał pozę lekceważąco-nonszalancką, aby nie okazać, 

że się boi. Strach opanował go od chwili, kiedy Pierwszy wysłał go do 

Mayera.

- Czas profesora jest o wiele droższy - odparła cierpko. - Powiem 

mu, że pan się zgłosił. Proszę czekać.

Kiedy wyszła, poderwał się z fotela i zaczął niespokojnie krążyć po 

pokoju. Wyciągnął papierosy, ale nie dojrzał nigdzie popielniczki, więc 

klnąc schował je z powrotem. Od dwóch godzin miał ogromną ochotę na 

kieliszek koniaku, nawet dwa, nie wiedział jednak, czy lekarz by go nie 

zwymyślał, poczuwszy przy badaniu woń alkoholu. Pierwszy nie ułatwił 

mu   sytuacji,   nie   napomknął   ani   słowem,   o   czym   sam   rozmawiał   z 

Mayerem.   Pierwszy   nie   liczył   się   z   czyimś   strachem,   niewiedzą   ani 

kłopotami.

Pielęgniarka   pojawiła   się   bezszelestnie,   przez   wąski   korytarz 

poprowadziła   go   w   głąb   mieszkania.   Potem   była   jeszcze   jedna 

poczekalnia, znowu korytarz. Zrozumiał, że profesor stara się ukryć swoje 

zabiegi, a w każdym razie niektóre z nich. Wreszcie otworzyła podwójne 

drzwi, do tych drugich lekko zastukała. Schultz nie usłyszał wezwania, ale 

widocznie nie było już potrzebne. Wszedł do gabinetu.

Zza biurka podniósł się mężczyzna przyjaźnie uśmiechnięty, tęgi, o 

twarzy okolonej siwym zarostem, w okularach. Był ubrany w biały kitel, 

przyciasny i rozpięty na brzuchu.

- Witam, panie Schultz - powiedział, ściskając mu rękę. - Niech pan 

siada,   porozmawiamy.   I   proszę   się   nie   denerwować,   każdy   zabieg 

wykonuję   pod   znieczuleniem.   Tak...   -   Przyglądał   mu   się,   przechylając 

trochę głowę w bok, dotknął palcami jego skroni, przesunął nimi po nosie, 

background image

brodzie,   szyi.   Trzeci   siedział   nieruchomo,   zdezorientowany,   wciąż   na 

nowo pełen strachu. Wreszcie Mayer odsunął się i spytał rzeczowo:

- Kiedy ma pan być gotowy?

- Za tydzień.

-   O,   to   niedobrze!   Bardzo   mało   czasu.   -   Zmarszczył   brwi, 

zastanawiał się chwilę. - jeżeli za wcześnie wyciągnę szwy, mogą pozostać 

nieładne blizny. Wprawdzie, być może, dadzą się później usunąć, ale... 

Naprawdę,   bardzo   krótki   termin.   Wobec   tego   umówimy   się,   że   po 

powrocie stamtąd przyjdzie pan do mnie i będziemy naprawiać to, co teraz 

zepsujemy - uśmiechnął się. - Wolałbym się jednak upewnić, czy pan się 

zgadza na zabiegi?

Schultz chciał powiedzieć, że nie ma innego wyjścia, ale osądził, że 

mogłoby to wyglądać na krytykę Pierwszego, a to byłoby już sięganiem po 

stryczek na własną szyję.

- Tak, zgadzam się - odparł stanowczym tonem. Profesor położył 

przed nim arkusz papieru i długopis.

- Chciałbym to mieć na piśmie.

-  Ale   przecież   ja   jeszcze   nie   wiem,   co   to   będzie   za   operacja?   - 

zdziwił się. - Może, kiedy pan profesor mi wyjaśni, wówczas...

Mayer uniósł brwi i rzekł odrobinę mniej uprzejmie: 

- Kwestia zaufania. Ja nie muszę tego robić - zaakcentował słowa. - 

Natomiast muszę mieć pańską pisemną zgodę a priori. Inaczej... - rozłożył 

ręce wymownym gestem.

Schultz   zwiesił   głowę.   Potem   ujął   długopis,   napisał   kilka   zdań, 

wyrażających zgodę na zabiegi, nie dodając, o jakie chodzi. Podpisał się, 

westchnął ciężko.

background image

- Ile... jakie honorarium pan weźmie?

- To już załatwię z pańskim szefem.

Wstał, schował dokument w biurku, naciśnięciem ukrytego kontaktu 

przywołał asystentkę. Nie była to ciemnowłosa pielęgniarka, lecz kobieta 

w średnim wieku, wysoka, z twarzą bardzo spokojną i chłodnym wyrazem 

szarych oczu.

-   Więc   tak   -   rzekł   Mayer,   patrząc   na   nią,   ale   mówił   raczej   do 

pacjenta.   -   Pierwszy   zabieg   to   tak   zwane   boczne   podniesienie   twarzy. 

Normalnie usuwamy w ten sposób zmarszczki wokół oczu, z policzków, 

częściowo   z   czoła.   Tutaj   zrobimy   odwrotnie.  Wytniemy   płaty   skóry.   - 

Asystentka zbliżyła się, potakiwała ruchem głowy, okazując, że wszystko 

rozumie, - o, tu i tu... Skóra na policzkach, u nasady nosa i wokół powiek 

zmarszczy   się,   zmieniając   w   dużym   stopniu   poprzedni   wygląd.   Drugi 

zabieg   to   nos.   -   Zamyślił   się,   znowu   przejechał   palcami   po   nosie   i 

policzkach   Schultza.   -   Sądzę,   że   najłatwiej   będzie   zmienić   kształt   na 

garbaty. Cięcie chirurgiczne wewnątrznosowe.

- Opatrunek musi pozostać do dwóch tygodni - zauważyła.

-   Ale   pozostanie   tydzień   -   odparł   profesor   pogodnie.   -   Zabieg 

prowizoryczny.   Później   się   wykona   modelowanie   nosa.   Po   powrocie 

pacjenta. Założymy mocne szwy. Jak pan się zapatruje na korektę uszu?

- Korektę? - Schultz był przerażony. - Mam normalne uszy.

-   Myślałem   o   zmianie.   Możemy   je   ustawić   w   pozycji   dużego 

odchylenia od czaszki. Kąt mógłby wynieść nawet dziewięćdziesiąt stopni. 

Coś takiego daje ogromny efekt!

- Nie, panie profesorze. Sądzę, że poszlibyśmy już za daleko. Zresztą 

uszu nie będzie widać pod czapką.

background image

- Słusznie.

- Cera - odezwała się asystentka. - Blizny, wypryski.

-   Oczywiście   -   przyświadczył   Mayer.   -   Jak   najwięcej.Schultz 

pomyślał   z   wściekłością,   że   zaczynają   go   traktować   jak   ofiarę 

eksperymentów,   doświadczalne   pole   dla   tych   wszystkich   cięć,   zmian, 

ustawień i garbatych kształtów. Postanowił się bronić.

-   Nie   zgadzam   się   również   na   blizny   -   powiedział   stanowczo.   - 

Potrafię to zrobić sam, bezboleśnie i bez konsekwencji. Po prostu przy 

pomocy plasteliny kosmetycznej.

Profesor   przypatrywał   mu   się   wciąż   jeszcze   z   uwagą,   jakby 

wyszukując kolejne miejsca do operacji. Bardzo lubił zmieniać ludziom 

twarze; obojętne mu było - na lepsze czy na gorsze. Musiał się jednak 

liczyć z opinią Pierwszego. „Nie za wiele - powiedział wczoraj człowiek o 

lodowatym spojrzeniu i cichym głosie. - On powinien czuć się swobodnie 

w trakcie wykonywania tego, co mu poleciłem. Zresztą jest mi jeszcze 

potrzebny.”

-   Dobrze   -   Mayer   wstał,   przeszedł   do   sąsiedniego   pokoju, 

urządzonego   jak   niewielka   sala   operacyjna.   -   Niech   pani   przygotuje 

pacjenta.

Po czterech godzinach Schultz ocknął się z półdrzemki po silnych 

zastrzykach, otworzył oczy i popatrzał dokoła. Nie wiedział, gdzie jest. 

Bolała go cała twarz, „ciągnęła” skóra, piekło wewnątrz nosa. Po chwili 

zorientował się, że leży na czymś, co mogło być łóżkiem, gdyby nie pasy, 

obejmujące   jego   ciało   i   ukryte   gdzieś   w   dole.   Nagle   zaniepokoił   się, 

szarpnął, próbując wydostać się spod więzów. Trzymały jednak mocno, 

więc krzyknął.

background image

- Spokojnie - powiedział kobiecy głos. - Jak pan się czuje?

- Gdzie ja jestem? Kto tu jest?

- Jest pan u profesora Mayera, po zabiegu. Co pana boli?

- Wszystko - jęknął. - Cała twarz, głowa! Zwłaszcza nos.

-   Znieczulenie   przestało   działać.   Dostanie   pan   później   tabletki 

przeciwbólowe.

Kobieta   w   białym   fartuchu   odpięła   pasy,   pomogła   mu   wstać. 

Podniósł się i zatoczył z powrotem na łóżko; cały pokój wirował, uczuł 

mdłości. Podała mu jakieś lekarstwo. Kiedy mógł już chodzić w miarę 

prosto,   przeprowadziła   go   do   gabinetu   profesora,   posadziła   w   fotelu. 

Mayer   poklepał   go   życzliwie   po   ramieniu,   uśmiechnięty,   z   czegoś 

zadowolony.

- Zostanie pan u mnie kilka dni - powiedział. - Wyjmiemy szwy i 

wtedy   zobaczy   pan   siebie   w   lusterku.   Na   razie   proszę   nie   ruszać 

opatrunków, o niczym nie myśleć. Jeść, spać i czekać.

To   było   przerażające.   Kiedy   piątego   dnia   po   zabiegu   profesor 

zręcznymi   ruchami   usunął   szwy   i   asystentka   podała   Schultzowi   lustro, 

przez kilkanaście sekund patrzał znieruchomiały w szklaną taflę, czując 

zimny   pot,  spływający   mu  po  plecach.  To  nie   był on! Miał naprzeciw 

siebie jakąś obcą, brzydką twarz z garbatym nosem, pełną zmarszczek i 

fałd. Oczywiście, pozostały też świeże blizny. Nawet oczy - jego ładne 

oczy wyglądały jakby były własnością kogoś innego, spoglądały wrogo, 

urągliwie. Wszystko zdawało się mówić: „Masz, - czego chciałeś!”

-   Prawda,   że   doskonały   efekt?   -   spytał   Mayer   z   wyraźnym 

upodobaniem. - Nikt pana teraz nie pozna.

Musiał   mu   przyznać   rację.   Tak,   to   nie   była   już   twarz   Willego 

background image

Schultza   i   profesor   mógł   być   z   siebie   zadowolony.   Trzeci   rozumiał 

doskonale, że przyszedł tutaj, aby ją zmienić. Aby go nie rozpoznano na 

lotnisku w Warszawie. Nie miał dotąd żadnego niepokojącego sygnału ze 

strony   Herberta.   Dziewczyna   dogadała   się   z   kimś   z   Zakładu 

Kryminalistyki czy z innej jednostki milicyjnej, dostanie znak, przyniesie 

na Okęcie, wręczy mu i odejdzie. A kiedy on znajdzie się już z powrotem 

w Monachium, Dorotę trzeba będzie usunąć. Może i szkoda, bo wykonała 

niezłą robotę, ale byłoby niebezpiecznie ją pozostawić. Już za dużo wie.

Z kliniki zadzwonił do żony i, nie wdając się w szczegóły, polecił jej, 

aby zabrała dzieci i na tydzień przeniosła się do mieszkania rodziców w 

Bad Godesberg, niedaleko Bonn. Nie po raz pierwszy wymagał od niej 

takich   przenosin;   ładna,   potulna,   nie   wtajemniczona   w   jego   sprawy, 

przywykła o nic nie pytać. Mógł więc być pewny, że kiedy otworzy drzwi 

swego mieszkania przy Tiirkenstrasse, zastanie pusty dom.

Do   firmy,   w   której   pracował,   klinika   Mayera   przesłała   uprzejme 

zawiadomienie   o   chorobie   pacjenta   Schultza;   na   razie   jest   po   operacji, 

potrzebny mu spokój, jak wyzdrowieje, natychmiast się zgłosi.

Wrócił więc do domu, aby w błyskawicznym tempie załatwić kilka 

naglących spraw. Pierwszy zapewniał mu fałszywy paszport, ale do tego 

paszportu trzeba było wkleić zdjęcie nowej twarzy. Najbardziej obawiał 

się, że w odpowiednim terminie nie otrzyma dwunastogodzinnej wizy z 

polskiego konsulatu. O dziwo jednak, dostał ją niemal od ręki.

-   Pan   Friedrich   Lechman?   -   spytał   urzędnik.   -   Kiedy   pan   chce 

jechać?

- We środę. Mam pilny interes do załatwienia w Sztokholmie, ale 

chcę się przez kilka godzin zatrzymać w Warszawie, popatrzeć znowu na 

background image

wasze piękne miasto - odparł uprzejmie.

- Miło mi to słyszeć. Za pół godziny może pan się zgłosić po wizę.

Potem,   w   mieszkaniu   z   opuszczonymi   zasłonami,   zapalił   lampę 

przed dużym lustrem, przyglądał się sobie z żalem i wstrętem, ale powoli 

przyzwyczajał   się,   bo   musiał.   Ćwiczył   też   godzinami   prawą   rękę, 

wyjmował nią papierosy, zapalał, podawał paszport, słodził kawę, podnosił 

w górę filiżankę. Wreszcie doprowadził do tego, że prawą władał równie 

swobodnie jak lewą. Trzeba było jeszcze nauczyć się na pamięć nowego 

nazwiska, danych personalnych, przygotować ubranie, inną torbę podróżną 

niż tę, którą we wrześniu miał w Polsce, inny płaszcz, nawet inne buty i 

rękawiczki.

W poniedziałek kupił bilet lotniczy w biurze Deutsche Lufthansa AG 

na   trasę:   Monachium-Warszawa-Sztokholm,   z   przesiadką   w   Polsce. 

Zaopatrzył się w odpowiednią sumę dolarów, marek i szwedzkich koron. 

Teraz już był gotowy do wyjazdu. I Czekał na sygnał od Herberta.

*

Kożewski złapał się za głowę.

- Jedenaście nazwisk! - zawołał z irytacją. - I to w ciągu paru dni. 

Jakby się uwzięli. Stachu, jak my z tego wybrniemy?

„R-8” uśmiechnął się. Im trudniejsza sytuacja, tym większy ogarniał 

go spokój; dopiero później przychodziła reakcja organizmu.

- Wziąłeś, oczywiście, tylko nazwiska mężczyzn?

- Tak. Popatrz, tu jest lista, a tutaj zdjęcia z paszportów.

Pochylili się  nad  papierami.   Porucznik  przyglądał się  fotografiom 

mrucząc kolejno: - Erwin Katzinger... czterdzieści siedem lat, zamieszkały 

w Monachium... Heinrich Goletzek, pięćdziesiąt dwa... Johan Wolbeck... 

background image

zobacz, Stachu, z twarzy jakby trochę podobny do Schultza?

- Chyba nie. Ale nie sugeruj się podobieństwem. Schultz z pewnością 

przybierze „inną twarz”. Co masz dalej?

- Friedrich Lechman, czterdzieści pięć... Dziwna facjata. Jakby go 

ktoś pokaleczył.

- Pokaż!

„R-8”   długo,   przez   szkło   powiększające   przyglądał   się   zdjęciu,   a 

potem rzekł:

- To może być on.

Kożewski pokręcił głową z powątpiewaniem.

- Zupełnie inny nos. Schultz nie miał zmarszczek.

-   Wszystko   jest   do   zrobienia.   Wystarczy   dobry   chirurg-plastyk. 

Pytałeś Olgierda, którą ręką podpisywał się przy odbiorze wizy?

- Pytałem. Prawą. To znaczy nie pytałem konkretnie o Lechmana, ale 

ogólnie, czy ktokolwiek z tych jedenastu jest leworęczny. Nikt.

Kapitan   wciąż   patrzał   z   wytężoną   uwagą   na   zdjęcie   twarzy 

Lechmana   i   jego   podpisu   w   paszporcie.   W   końcu   odłożył   je   na   bok. 

Przejrzeli   potem   pozostałe,   z   których   jeszcze   dwa   mogły   ewentualnie 

przypominać twarz Schultza. - Która godzina? - spytał „R-8”.

- Dziewiąta dwanaście. Wtorek, jeżeli zapomniałeś.

-   Połącz   się   z  Warszawą.  Twoja   lista   nazwisk   jest   ułożona   w   tej 

samej kolejności, co u Olgierda?

-   Tak.   To   przecież   ważne.   I   w   Warszawie   już   mają   taką   samą. 

Lechman jest czwarty. Dzwoń!

*

Szczęsny przeczytał krótką notatkę, popatrzył na leżący przed nim 

background image

spis nazwisk.

-   Czwarty   to   Friedrich   Lechman.   Nie   mają   żadnej   pewności,   ale 

zwracają nam uwagę na to nazwisko - powiedział do swego szefa. - Stefan, 

musimy   mieć   jego   zdjęcie   jeszcze   dzisiaj.   Daniłowicz   zastanowił   się 

chwilę.

- Za mało czasu, aby wysłać kogoś do Erefenu, nie uzyska wizy. 

Spróbuję skontaktować się z Olgierdem. Albo on sam przyleci, albo ktoś z 

konsulatu.

-   Zdjęcie   można   przecież   przekazać   przez   tele-foto   -   zauważył 

Połoński.

- Nie  w  tym wypadku.  Chodzi o  całkowitą  dyskrecję,  inaczej  go 

spłoszymy.

Pułkownik wyszedł. Szczęsny spojrzał na zegarek i również wstał, 

zabierając się do wyjścia. O dziesiątej miał spotkanie z Dorotą.

*

Przyszła   do   kawiarni   hotelu   „Victoria”   bardzo   punktualnie   i 

Szczęsny   wyraził   jej   z   tej   przyczyny   uznanie.   Pożartowali   trochę,   ale 

widać było, że dziewczyna sili się na dobry humor, zdenerwowana czymś, 

blada i nie umalowana, co jej się dotąd nie zdarzało.

- Przyniósł pan? - spytała.

Zwrócił  uwagę  na jej  zwężone  źrenice,  drżenie  i  chłód  rąk,  choć 

dzień był bardzo ciepły, słoneczny. Pomyślał, że zażywa jakieś silne środki 

nasenne, weronal, luminal w czystej postaci lub jako składnik.

Było   mu   żal,   że   użyto   jej   do   złej   sprawy,   że   musi   ponieść 

konsekwencje. Cóż, nie jest dzieckiem - powtarzał sobie - i robi to dla 

pieniędzy. A mimo to żałował.

background image

-   Przyniosłem,   naturalnie.   -  Wyjął  z   kieszeni   maleńką   paczuszkę, 

rozwinął,   podał   Dorocie.   Wzięła   znak   z   westchnieniem   ulgi,   ale   i   z 

niedowierzaniem, bo otworzyła oprawkę i dokładnie przeczytała angielski 

tekst. Wtedy twarz jej się wypogodziła.

- Dziękuję! - Spojrzała ciepło, serdecznie, a jemu zrobiło się głupio. 

Zaraz jednak przywołał siebie do porządku.

- Nie ma za co - odparł niedbale. - Może pani to trzymać nawet przez 

cały tydzień. Koledze powiedziałem, że... e, już nawet nie pamiętam co. 

Pewnie, że mi jest do czegoś potrzebne - roześmiał się. - Miała pani rację, 

ten   bilet   nietoperzowy   nie   ma   żadnego   znaczenia   w   jakimkolwiek 

śledztwie. No, ale po tygodniu proszę mi go jednak zwrócić, chcę być w 

porządku wobec Zakładu.

- Ależ oczywiście! Mój znajomy, wie pan... ten chemik - zająknęła 

się, przygryzła wargi - on się tylko zorientuje w gatunku papieru, potem 

mi odda.

-   I   wkrótce   w   pani   butiku   pojawią   się   nowe,   oryginalne   szaliki, 

chusteczki,   co   tam   jeszcze,   z   pięknego   jedwabistego   materiału   - 

powiedział, rzucając okiem po sali, bo ciekaw był, czy i tym razem w 

obstawie   zjawiła   się   koleżanka   „matematyczka”,   ale   nie   dojrzał   jej. 

Natomiast   w   pobliżu   wejścia   usadowił   się   długowłosy   wywiadowca   w 

jaskrawej   niebieskiej   kurtce   z   poprzecznymi   pasami.   Pił   herbatę, 

zagłębiony w porannej gazecie; od czasu do czasu spoglądał w ich stronę..

Szczęsny, mimo słabego sprzeciwu dziewczyny, zapłacił rachunek, 

Pożegnali się przy szatni. „Niebieska kurtka” przewinęła się obok nich w 

stronę drzwi.

Dorota wsiadła do swego audi i, po krótkim namyśle, postanowiła 

background image

wrócić   do   domu.   Z   Herbertem   miała   się   spotkać   dopiero   późnym 

popołudniem.   Mogła   wprawdzie   odwiedzić   znajomych,   mogła   też 

popracować w sklepie, ale nagle odechciało jej się wszystkiego. Była to 

reakcja   organizmu,   trzymanego   samymi   tylko   nerwami,   na   przemian 

podniecanego i uspokajanego środkiem psychotropowym. Teraz ogarnęło 

ją ogromne znużenie, chciała zamknąć się w swoim pokoju, zwinąć w 

kłębek na tapczanie i odpoczywać. Jadąc w kierunku Sadyby, powtarzała 

sobie z cichą radością: - Mam dokument! Nareszcie go mam.

Jutro, najdalej pojutrze przyleci Schultz. Odda mu tę bezsensowną - 

jak jej się wydawało - rzecz, skończy się szukanie, prośby, strach... Będą 

pieniądze.   Willy   przecież   obiecał,   a   dotychczas   zawsze   dotrzymywał 

słowa. „Dużo pieniędzy - powiedział. - Dolary”.

W domu nastawiła budzik na trzecią po południu, połknęła tabletkę i 

po   kwadransie   już   spała.   Zbudziła   się   wypoczęta,   ku   zadowoleniu 

rodziców   zjadła   z   nimi   obiad.   Kilka   minut   przed   umówioną   godziną 

weszła   do   kawiarni   „Ujazdowska”.   Myślała,   że   będzie   pierwsza,   ale 

Herbert   już   siedział.   Zerwał   się   na   jej   widok   i   podszedł,   pytając 

natarczywie, czy przyniosła.

- Pozwolisz, że usiądę? - Zirytował ją ten pośpiech.

Umyślnie   zwlekała   z   odpowiedzią,   wyjęła   papierosy,   zapalniczkę, 

poprosiła kelnerkę o kawę, popatrzała po sali, czy nie dojrzy kogoś ze 

znajomych.

- Dorota, ja się rozchoruję przez ciebie! - jęknął. - Masz?!

-   Oczywiście,   że   mam   -   odparła.   Odzyskała   już   pewność   siebie, 

dumę z urody, elegancji, bogactwa.

- Pokaż!

background image

- Zwariowałeś? Do kawiarni będę z tym przychodzić?

- Słuchaj. On mi kazał sprawdzić. Mam zaraz do niego dzwonić.

Poczerwieniała z gniewu, błysnęła oczami.

- No to idź i dzwoń.

Patrzał na nią nieufnie, był w głębokiej rozterce.

- Idź! - powtórzyła. - Czemu jeszcze siedzisz?

- Dorota, jeżeli nie... jeżeli robisz ze mnie idiotę, to...

- Byłoby to wywalanie otwartych drzwi - mruknęła złośliwie.

- Dobrze - najeżył się. - Ale nie chciałbym być na twoim miejscu, 

jeżeli on jutro przyleci na próżno!

Drgnęła, pobladła. A więc jutro.

- Mam ten dokument - powiedziała już łagodniej. - Możesz go o tym 

zapewnić. Na moją odpowiedzialność.

- Nareszcie mówisz ze mną jak prawdziwa Dorota - odetchnął z ulgą 

- a nie jak wróg. Co cię ugryzło, że tak na mnie napadłaś?

- Przepraszam. Jestem zdenerwowana. Myślisz, że mi łatwo przyszło 

zdobyć... No, ale mam. Więc przyjedzie jutro?

-   Tak   zostało   ustalone.   Nie   przyjechałby,   gdybyś   nie   miała 

dokumentu. O piętnastej przylatuje Lufthansą z Monachium. Masz być w 

sali przylotowej Międzynarodowego Portu Lotniczego. Kup jakieś kwiaty. 

I nie rozglądaj się za bardzo, bo może się zdarzyć, że przyjdzie trochę, no, 

zmieniony.   On   ciebie   znajdzie,   podejdzie.   Gdyby   samolot   się   spóźnił, 

czekaj.

- Wiem, już mi to wszystko mówiłeś. Pamiętam.

Rozdział 9

background image

W środę rano lało jak z cebra, ale w południe wypogodziło się. Kilka 

minut po dwunastej Szczęsny z Połońskim zebrali w Pałacu Mostowskich 

sześciu   podoficerów,   którzy   stanowili   grupę   specjalnie   dobraną   do 

zatrzymania Schultza i Doroty. Znali już swoje zadania: ująć terrorystę i 

jego agentkę. To drugie nie przedstawiało trudności, natomiast terrorysta 

był,   jak   dotąd,   dla   całej   ósemki   wielką   niewiadomą.   Nie   znali   jego 

nazwiska, wyglądu, cech szczególnych. Wiedzieli tylko, że podejdzie do 

dziewczyny, zabierze od niej maleńką paczuszkę, może kopertę, oddali się 

i będzie miał kilka godzin przerwy do następnego samolotu. Dysponuje 

dwunastogodzinną wizą tranzytową, może wyjechać na miasto, spotkać się 

z kimś w hotelu, kawiarni czy w mieszkaniu prywatnym.

- Dwa wozy na parkingu przy Międzynarodowym Porcie Lotniczym 

- rzekł major. - Lepiej byłoby obok parkingu. Łatwiej wyjechać, gdyby 

facet wyskoczył w miasto. -

-   Czy   może   być   tak,   że   będzie   na   niego   czekał   ktoś   prywatnym 

samochodem? - spytał sierżant Marian. - Powiedzmy, wóz z CD.

- Nie wiem - odparł Szczęsny. - Wszystko może być w tej cholernej 

sprawie. A jeżeli dziewczyna prócz dokumentu da mu kluczyki swojego 

audi, którym przyjechała na lotnisko? Jeden z nas powinien wobec tego 

zaparkować w pobliżu jej wozu. I czekać.

-   Na   co   jeszcze   mamy   być   przygotowani?   -   spytał   plutonowy 

Ryszard. - Weźmy pod uwagę wszystkie możliwe warianty.

-   Nie   przyleci   z   bronią   palną,   bo   naraziłby   się   na   kontrolę   przy 

odlocie.   Ale   „Security”   może   nie   wykryć   materiału   wybuchowego. 

Dlatego zatrzymanie musi być przeprowadzone bardzo szybkoi stanowczo, 

background image

żeby nie zdążył nawet włożyć ręki do kieszeni.

- W takim razie powinniśmy zrobić to natychmiast jak tylko odejdzie 

od dziewczyny.

Szczęsny zaprzeczył ruchem głowy.

- W zasadzie byłoby to najprostsze. Przecinamy jednak w ten sposób 

ewentualność innych jego kontaktów w Polsce. Nie wiemy przecież, czy 

prócz   Doroty   nie   znajdzie   się   na   lotnisku   jeszcze   ktoś,   z   kim   on   ma 

umówione spotkanie. Jak już wspomniałem, przerwa w locie umożliwia 

mu również wyjazd na miasto, kontakty z osobami, o których w tej chwili 

nic jeszcze nie wiemy, a które musimy poznać. Nie. Zatrzymanie musi 

nastąpić zależnie od rozwijającej się sytuacji. Na lotnisku, na drodze w 

samochodzie, gdzieś w bramie, przed kawiarnią, może nawet tuż przed 

jego odlotem z Warszawy. Nie wiem, kochani, więc nasze oczy i uszy 

niech będą otwarte - zakończył z uśmiechem.

- Jeszcze jedno, majorze - rzekł sierżant sztabowy Andrzej - a gdyby 

on   nagle   zdecydował   się   na   przyśpieszenie   wyjazdu   i   prosto   od 

dziewczyny   skierował   się   do   sali   odlotowej?   Taki   gość   dysponuje   na 

pewno niemałą sumą pieniędzy, może też mieć w portfelu dwa, nawet trzy 

bilety na różne trasy. Co wtedy? Co robimy?

-   Jasne.   Jeżeli   skieruje   się   od   razu   do   sali   odlotowej,   tam   go 

zatrzymujemy. Bo wtedy  już, że tak powiem, pali nam się ziemia pod 

nogami.   Przypominam   tylko,   moi   drodzy,   żebyśmy   starali   się   uniknąć 

szumu i zamieszania na sali, będzie tam przecież wielu innych pasażerów. 

Błyskawicznie, po cichu, wyprowadzić do pomieszczeń WOP, a wtedy... - 

Umilkł,   popatrzał  po   ich   twarzach  swymi  wąskimi  czarnymi  oczami.   - 

Wtedy może się zdarzyć, że to nie będzie on.

background image

Któryś roześmiał się, inny wzruszył ramionami i rzekł:

- Przeprosimy ładnie, odwieziemy, gdzie zażąda. Mogę mu nawet 

postawić kawę.

Połoński, który dotąd nie zabierał głosu, zauważył:

- Sprawdzenie, czy to właściwie jest Schultz, nie przyjdzie nam tak 

szybko. Dlatego nie wolno dopuścić, aby w momencie zatrzymania pozbył 

się znaku. Tego dokumentu od dziewczyny. Bo to jednak jest dowód.

Samolot   Lufthansy   wystartował   z   Monachium   z   niewielkim 

opóźnieniem; podobno czekali na kogoś, a może przyczyną była mgła i 

ostrzeżenie   meteo.   Komplet   pasażerów   nie   sprawiał   kłopotu 

stewardessom; sezon turystyczny jeszcze się nie rozpoczął, podróżowali 

handlowcy,   mała   grupa   rockowa   z   ładną   piosenkarką,   kilkunastu 

sportowców   -   ci   od   razu   rozpoczęli   zajadłą   dyskusję   o   wczorajszym 

meczu.

Willy Schultz rozsiadł się wygodnie i przymknął oczy. Czuł ciągle 

jeszcze ból w zoperowanym nosie i w fałdach na policzkach. Pewność, z 

jaką profesor Mayer twierdził, że po powrocie wszystko da się naprawić i 

przywrócić   twarzy   dawny   kształt,   wydawała   mu   się   podejrzana.   Coś 

przecież tam wycięli, tu wstawili, ówdzie poprzecinali... Nie, Schultz nie 

odzyska już nigdy swoich regularnych rysów i prostego nosa.

-   Czego   pan   się   napije?   -   usłyszał   nad   sobą   melodyjny   głos 

stewardessy. - Może podać kanapki?

-   Poproszę   kawę.   Czy   orientuje   się   pani,   jaka   pogoda   jest   w 

Warszawie?

- Ładna. Słońce i około osiemnastu stopni ciepła.

Przyniosła   mu   kawę.   Wypił,   rzucił   okiem   na   zegarek.   Czternasta 

background image

dziesięć. Przez chwilę przyglądał się temu zegarkowi. Nosił go na lewej 

ręce   jak   inni,   lecz   zadanie,   które   miał   spełnić,   było   z   całą   pewnością 

nietypowe. Po każdej stronie, trochę poniżej tarczy, ledwie dostrzegalne 

gołym   okiem,   lecz   wyczuwalne   palcami,   znajdowały   się   dwa   kontakty 

wielkości   główki   od   szpilki.   Wiedział,   że   są,   a   mimo   to   dotknął   ich 

delikatnie, aby raz jeszcze się upewnić; potrzebował tego, bo - choć nie 

chciał się przyznać sam przed sobą - bał się.

Wyjął kieszonkowe lusterko, popatrzył na swoją twarz. Doprawdy, 

zupełnie nie przypominała dawnych rysów, nikt w Polsce nie jest w stanie 

go rozpoznać, zwłaszcza ta dziewczyna z małego fiata, która podwiozła go 

wówczas   do   Warszawy.   Gdyby   nawet   jakimś   niewiarygodnym 

przypadkiem znalazła się dzisiaj na lotnisku...

*

Kilka   minut   przed   godziną   czternastą   Dorota   włożyła   do   torebki 

dokument, otrzymany od Szczęsnego, i podeszła do okna. Świeciło słońce, 

wiatr   przeganiał   małe   białe   obłoczki.   Ulicą   Goraszewską   przejechał 

ciężarowy samochód, wiozący cegły na budowę. Pani w jasnym kostiumie 

wyprowadziła na spacer tłustego spaniela. Pokrzykiwały dzieci, grały w 

piłkę   na   podwórku.   Z   kuchni   w   mieszkaniu   państwa   Wiktorskich 

dolatywały jakieś smakowite zapachy; kucharka przygotowywała obiad.

Wszystko działo się jak zwykle, jak codziennie, w to kwietniowe, 

spokojne i ciepłe popołudnie. Zapragnęła nagle włączyć się w ten spokój, 

nie mieć już nigdy nic do czynienia z Schultzem, dokumentami, całą tą 

tajemniczą,   strach   budzącą   rozgrywką.   Podrzeć   papier   z   angielskim 

tekstem bez sensu, nie jechać na Okęcie. Będzie czekał, rozgniewa się. 

Znajdzie   ją.   Nie   on   sam,   to   inni.   Koniec   z   dolarami.   Może   nawet... 

background image

Wstrząsnęła   się,   przeniknął   ją   dreszcz   niepokoju.   Złe   przeczucia   - 

pomyślała. - Od wczoraj mam złe przeczucia.

Usiadła   przed   lustrem,   poprawiła   makijaż.”Kilka   kropel   perfum 

Anais de Cacharel, złota bransoletka na rękę. Wystarczy. Ciepło, płaszcz 

niepotrzebny.

- Pani wychodzi? - zawołała gosposia z kuchni.

- Tak. Wrócę na czwartą, na obiad.

Audi stało przed willą. Już miała wsiąść, kiedy przypomniała sobie o 

kwiatach.  W  pobliżu   był  prywatny   kiosk,   znała  właścicielkę.   Podeszła, 

rozejrzała się.

- Dać róże? - spytała kwiaciarka. - Mam śliczne, czerwone.

Pomyślała,   że   nie   warto   w   takim   celu   kupować   drogich   róż, 

wystarczą po prostu tulipany. Wzięła pięć, z przybraniem, owiniętych w 

przezroczystą folię. Jechała potem przez miasto, niespokojna, pełna obaw. 

Żeby   mieć   to   już   za   sobą!   -   myślała.   Kwadrans   przed   piętnastą 

zaparkowała wóz przy Międzynarodowym Porcie Lotniczym.

*

- Monachium ma opóźnienie - Połoński wszedł do pokoju wopistów 

przy sali przylotowej. Siedział tam Szczęsny i trzech Z grupy, inni czekali 

na wyznaczonych stanowiskach.

- Ile?

- Około dziewięciu minut.

- Dziewczyna przyjechała?

- Jeszcze nie. Chociaż... czekaj, dowiem się. - Wrócił po chwili i 

powiedział: - Właśnie wysiadła ze swojego wozu. Z kwiatami.

- Ryszard tam jest?

background image

- Oczywiście. W samochodzie obok audi.

Major wstał, popatrzał na monitory. Zobaczył Dorotę, wchodzącą do 

sali.   Przyglądał   się   dziewczynie   w   zadumie,   mimo   woli   podziwiał   jej 

urodę. Zauważył, że jest zdenerwowana.

- Nic dziwnego - mruknął do siebie.

- W czym? - spytał Połoński.

- W niczym, tak sobie pomyślałem. Marian i Andrzej, idźcie na salę, 

Janusz dołączy za kilka minut. Jest bardzo ładna, więc niech się wam nie 

wydaje, że można jej przesyłać namiętne spojrzenia... A zresztą - nagle 

zmienił zdanie - owszem, jeden z was może się nią zainteresować, będzie 

wyglądało bardzo naturalnie.

-   Najlepiej   ja   -   zaofiarował   się  Andrzej.   -   Umiem   postępować   z 

kobietami, zabawię ją, zanim tamten przyleci.

Szczęsny   obrzucił   go   krytycznym   spojrzeniem   i   wyraził   zgodę. 

Wysoki,   przystojny   sierżant   w   jasnym   garniturze   nie   miał   wprawdzie 

większych   szans   u   Doroty,   ale   mógł   przelotnie   wzbudzić   jej 

zainteresowanie. Ot, dla zabicia czasu.

Megafon oznajmił, że samolot z Monachium przyleci z opóźnieniem 

ośmiu   minut.   Dorota   zmarszczyła   brwi.   Wysoki   mężczyzna   w   jasnym 

ubraniu,   widząc,   że   wyciąga   papierosy,   podszedł   i   podał   jej   ogień. 

Podziękowała z roztargnieniem.

- Pani też czeka na Monachium? - spytał. Przyjrzała mu się uważnie. 

Powiedział: „też”.

A jeżeli on czeka nie tyle na samolot z Monachium, ile na Schultza? 

Zna ją z widzenia, z opisu. Pilnuje?

- Powiedzmy - odparła powściągliwie.

background image

- Za kilka minut przyleci. Ładne kwiaty pani kupiła.

- A pan będzie witał z pustymi rękoma?

- Mężczyźni sobie kwiatów nie wręczają - roześmiał się.

Umilkła.   Każde   następne   słowo   mogło   być   ryzykowne. 

Ostentacyjnie wzruszyła ramionami.

- Niech pan się odczepi! - rzuciła ostro. - Nie czekamy na tę samą 

osobę.

- Taka pani pewna? - zadrwił. Żartobliwym gestem przyłożył dwa 

palce do czoła. - Do zobaczenia, śliczna! - odwrócił się i odszedł w kąt 

sali.

Nie   miała   już   wątpliwości,   że   Willy   przysłał   tu   kogoś,   aby   ją 

pilnował, dopóki on sam nie odbierze dokumentu. Gniewna, wystraszona, 

spoglądała   co   chwila   na   mężczyznę   w   jasnym   garniturze,   ale   on   nie 

zwracał już na nią uwagi. Oczywiście, dał jej poznać, że jest, czeka, nie 

pozwoli,   aby   stąd   odeszła,   zanim   nie   odda   nietoperzowego   świstka. 

Postanowiła, iż powie Schultzowi kilka słów prawdy! Żeby już zupełnie 

nie mieć do niej zaufania, przysyłać jakiegoś „goryla”...

Szczęsny obserwował w monitorze tę scenę, ale nie słyszał wymiany 

zdań; dostrzegł tylko, że dziewczyna zirytowała się i Andrzej odszedł. Nie 

wolno go było jednak teraz przywołać, mogła zorientować się, że wchodzi 

do pomieszczenia WOP i nabrać podejrzeń. Sam zaś w żadnym wypadku 

nie powinien pokazywać się na sali, dopóki Schultz nie zabierze od Doroty 

dokumentu.

- Majorze, Monachium ląduje - powiedział jeden z żołnierzy.

Spojrzał   na   zegarek:   siedem   minut   po   piętnastej.   Przeszedł   do 

monitora, nastawionego na płytę lotniska. Samolot Lufthansy kołował już 

background image

w   pobliżu   budynku.   Kamery   pokazały,   jak   podjeżdżają   schodki,   jak 

otwierają się drzwi, a po chwili zaczęli wychodzić pasażerowie. Połoński 

zbliżył   się   do   Szczęsnego,   razem   obserwowali   na   ekranie   sylwetki 

podróżnych, ładujących się do autobusu lotniskowego.

- Mógł zmienić twarz, ale nie wzrost i tuszę - mruknął kapitan. - 

Widziałeś tego wysokiego w ciemnym ubraniu?

- Z czarną teczką? Tak. Ale wysokich było jeszcze kilku.

- Przypuszczam, że przyleciał bez bagażu. Chociaż, dla zmylenia... 

diabli go wiedzą.

- Jeżeli nie ma bagażu, tylko mały neseser albo teczkę, to odprawa 

celna   go   w   ogóle   ominie.   Zwłaszcza   przy   wizie   tranzytowej.   Uważaj! 

Wchodzą.

Tkwili teraz nieruchomo przy monitorach, pokazujących wnętrze sali 

przylotowej.   Wysoki   mężczyzna   w   ciemnoszarym   ubraniu,   z   teczką   w 

prawej ręce, zatrzymał się kilka sekund i rozglądał dokoła. Z Monachium 

przyleciało kilkadziesiąt osób, między innymi grupa jakichś sportowców i 

zespół muzyczny, na który czekało grono wielbicieli rocka, dziennikarze i 

fotoreporterzy. Wytworzył się zamęt, tłum co chwila przesłaniał Dorotę.

- Cholera - zirytował się Szczęsny. - Nie widzę... Ale teraz, patrz, 

Bohdan!   Podchodzi   do   niej.   To   ten   z   czarną   teczką.  Ależ   gęba!   Jest 

praworęczny...

Do pokoju wszedł sierżant Marian.

-   Majorze,   Friedrich   Lechman   rozmawia   właśnie   z   dziewczyną. 

Chyba to ori.

- Tak - mruknął Szczęsny. - Podała mu kwiaty... wyjmuje z torebki 

kopertę...   słuchaj,   ona   jest   przerażona,   może   go   nie   poznaje?   Ale 

background image

widocznie   powiedział   jakieś   hasło.  A  jeżeli   w   ostatniej   chwili   zamiast 

Schultza przyleciał jego wysłannik?

Połoński, który przez chwilę odbierał telefon, od -  łożył słuchawkę i 

rzekł:

-   „R-8”   przysłał   z   Monachium   wiadomość,   przed   chwilą   nasi 

rozszyfrowali. Lechman to Schultz, oni tam są pewni.

-   Dobrze.   -   Czarne   oczy   Szczęsnego   rozbłysły;   już   nie   miał 

wątpliwości, wiedział, że „R-8” pracuje bez pudła. - No, to go mamy.

*

Dorota   w   osłupieniu   patrzała   na   jakże   zmienioną,   brzydką, 

odstręczającą   twarz   Willy’ego.   Nigdy   by   go   nie   poznała,   gdyby   nie 

podszedł, gdyby nie odezwał się, bo głos pamiętała. Oczy też zostały takie 

same, poza tym nic. Miał teraz siwe włosy i posługiwał się prawą ręką.

- Willy? - wyszeptała przestraszona. - To ty?

- Nic nie mów - rzucił szorstko. - Daj kwiaty, uśmiechnij się. Już!

Kiedy wręczała mu tulipany, schylił się i pocałował ją; właściwie 

chciał   to   zrobić,   ale   bezwiednie   odsunęła   twarz.   Gniewnie   zmarszczył 

brwi. Wziął bukiet, skrzywił wargi w uśmiechu.

- Daj tamto! - burknął. Kątem oka obserwował salę, lecz w tłumie 

podróżnych i witających nie dostrzegł nic podejrzanego. - Nikt cię nie 

śledził, jak tu jechałaś?

- Nie, skądże! - Wyjęła z torebki kopertę, podała. Szybkimi ruchami 

rozerwał ją, obejrzał dokument, kiwnął głową z zadowoleniem.

-   W   porządku.   Wracaj   do   domu.   I   pamiętaj,   jeżeli   dałaś   mi 

nieprawdziwy, znajdę cię i nie chciałbym wtedy być w twojej skórze!

- Dałam ci ten, który był schowany w Zakładzie Kryminalistyki - 

background image

odparła urażona. - Zamiast się złościć i grozić, powiedz, kiedy dostanę 

obiecane dolary? Miałam z tą rzeczą mnóstwo kłopotów.

- Dostaniesz. Prześlę ci przez Herberta. No, idź już!

-   Przecież   masz   wizę   dwunastogodzinną   -   zdziwiła   się.   -   Nie 

możemy trochę tu porozmawiać? Posiedzieć?

- Nie.

-   Ale   tego   „goryla”   do   pilnowania   to   mogłeś   mi   oszczędzić   - 

powiedziała z gniewem.

Znieruchomiał. Oczy mu się zwęziły.

- Jakiego „goryla”?

- No, kręcił się taki w jasnym garniturze. Zaczepił mnie, pytał, czy 

też czekam na samolot z Monachium, coś tam jeszcze plótł. Myślałam, że 

to   ktoś   z   twojego   polecenia.   Mówi,   że   oczekuje   przyjazdu   jakiegoś 

mężczyzny i pewnie tego samego, co ja.

- Gdzie on jest? Pokaż mi go! Rozejrzała się.

- Nie ma. Pewnie czekał jednak na kogoś innego i wyszli razem. Po 

prostu   chciał  mnie  poderwać,  bo  moja  uroda  -  podkreśliła  słowa   -  nie 

zmieniła się.

Przygryzł   wargi,   coś   burknął.   Odwrócił   się,   wyszedł   z   sali. 

Zaniepokoił   go   ten   obcy,   który   zaczepił   Dorotę.   Oczywiście,   że   mając 

wizę   tranzytową   mógł   zaczekać   do   wieczornego   samolotu   i  wrócić   do 

Monachium.   Mógł   też   za   cztery   godziny   polecieć   do   Kopenhagi   lub 

Sztokholmu. Jednakże...

Zastanawiał   się   minutę.   Potem  zdecydowanym  krokiem  skierował 

się   do   drugiego   budynku,   gdzie   mieściła   się   sala   tranzytowa   i   kasy 

biletowe. Dwukrotnie, przecinając skwer i chodniki, obejrzał się, czy ktoś 

background image

za nim nie idzie; dostrzegł tylko jakieś małżeństwo z dzieckiem i dwie 

rozgadane, śmiejące się dziewczyny. Nie zauważył tych, którzy od chwili 

kiedy opuścił salę przylotową śledzili go bacznym okiem, gotowi w każdej 

chwili zareagować.

Duża sala tranzytowa pełna była pasażerów, czekających na swoje 

samoloty. Grupa czarnoskórych turystów czy handlowców, z kwiatami i 

paczkami z Cepelii, stała pośrodku, rozprawiając o czymś z przejęciem. 

Schultz wyminął ich, podszedł do monitora z rozkładem lotów. Studiował 

go  przez  chwilę,  po  czym  poszukał  wzrokiem właściwej  kasy.  Za  trzy 

kwadranse odlatywał Boeing-707 do Londynu.

*

-   Kupuje   bilet   na   samolot   do   Londynu!   -   powiedział   Połoński, 

zaniepokojony. - Widać zmienił zamiar.

- Chce jak najszybciej wydostać się z Polski - odparł Szczęsny. - To 

zrozumiałe. Idziemy!

Dorota, eskortowana - przez sierżanta sztabowego Andrzeja, weszła 

do pomieszczenia wopistów. Poprosił, aby usiadła.

- A mówiłem, że się jeszcze zobaczymy - rzekł. 

Znów   podał   jej   ogień.   Teraz   jednak   na   jego   twarzy   nie   było 

uśmiechu.

Obaj   oficerowie   weszli   na   salę   odlotową   w   momencie,   kiedy 

odbywała się odprawa biletowo-celna dla podróżnych do Londynu. Czarna 

teczka   Schultza   leżała   już   na   taśmie   „Heimana”.   Żołnierz   WOP   nie 

dostrzegł w monitorze nic, co by mogło wzbudzić jakieś podejrzenia, w 

teczce   znajdowały   się   jedynie   drobne   przedmioty,   potrzebne   w   czasie 

krótkiej   podróży.   Pasażerowie   ustawili   się   w   kolejce   do   drzwi,   przy 

background image

których   stewardessa   naziemna   odbierała   karty   wstępu   do   samolotu. 

Schultz   tkwił   w   samym   środku,   wciśnięty   w   grupę   czarnoskórych 

podróżnych.

Szczęsny porozumiał się wzrokiem z porucznikiem WOP. Nie chciał 

wyciągać Schultza siłą, miał od swoich szefów nakazane, aby w miarę 

możliwości działać „spokojnie i grzecznie”.

- Bez awantur! - ostrzegał Daniłowicz.

- Czy ja kiedykolwiek robię awantury? - obruszył się Szczęsny. - Nie 

bój   się,   przecież   nam   nie   ucieknie.   W   razie   czego   obstawię   samolot 

armatami i ostrzelam..

-   Żartuj   sobie,   żartuj.   Znamy   twój   porywczy   charakter.   I   skąd 

weźmiesz armaty?.

Tak   się   wczoraj   przekomarzali.   Wydawało   się,   że   kiedy   Schultz 

przyleci   na   Okęcie,   nic   prostszego,   jak   zatrzymać   go   „grzecznie   i 

spokojnie”.   Sytuacja   jednak   zmieniała   się   z  każdą   minutą.   Mając   wizę 

dwunastogodzinną,   Schultz   raptem   kupił   bilet   na   najbliższy   samolot, 

dezorientując Szczęsnego, który czekał - bo musiał - aby upewnić się, czy 

ten   nie   będzie   kontaktował   się   jeszcze   z   kimś   prócz   Doroty,   czy   nie 

wyjedzie na miasto. Ale nie zrobił tego - i oto podchodzi już do drzwi 

wyjściowych, otoczony innymi pasażerami.

Porucznik   WOP   szepnął   coś   żołnierzowi,   który   przeprowadzał 

ostatnią kontrolę paszportów. Ten odsunął się. Oficer zasalutował, wziął 

paszport Schultza, obejrzał i powiedział po niemiecku:

- Pan będzie łaskaw zatrzymać się chwilę.

- O co chodzi? - spytał, marszcząc brwi.

- Proszę poczekać tu z boku.

background image

Pasażerowie   przeszli   tymczasem   na   płytę   lotniska.   Schultz 

błyskawicznie   ocenił   sytuację   jako   krytyczną.   Odepchnął   żołnierza, 

Wyskoczył na płytę. Dwa samoloty: Tu-134 i Boeing-707 znajdowały się 

w   pobliżu,   ich   odrzutowe   silniki   już   pracowały.   Do   Tu-134   właśnie 

podstawiono   schodki.   Żołnierz,   stojący   przed   maską   kabiny   pilotów, 

popatrzał ze zdziwieniem na biegnącego samotnie mężczyznę w ciemnym 

ubraniu. Usłyszał krzyk oficera:

- Stój! Halt, halt!

Mężczyzna nie zatrzymał się. Żołnierz ściągnął z pleców pistolet, nie 

rozumiał sytuacji, bał się strzelić bez rozkazu. I wcale nie chciał zabijać. 

Zanim jednak zdążył zorientować się, o co chodzi, Schultz wdarł się na 

schodki   Tu-134,   przeskakując   pp   kilka   stopni,   i   wbiegł   do   kabiny 

pasażerskiej.

Szczęsny   zrozumiał,   że  pozostaje   mu   już  tylko   jedno.   Dopadł  do 

radiotelefonu, połączył się z Krajowym Portem Lotniczym.

-   Jurek?   -   krzyknął,   usłyszawszy   znajomy   głos.   -   Zabieraj   swoją 

grupę i przyjeżdżajcie błyskawicznie na Międzynarodowy! Nie pytaj po 

co, nie ma czasu do stracenia... Tak, z pewnością uprowadzenie. Szybko!

Stewardessa   Monika   zajęta   była   właśnie   w   kabinie   pasażerskiej. 

Zobaczyła Schultza w chwili, kiedy dostał się do wnętrza. Nie zdążyła 

krzyknąć; chwycił ją za gardło i wychrypiał po polsku:

- Nie ruszaj się!

Widziała jego dzikie, krwią nabiegłe oczy. Wariat! - pomyślała, zaraz 

potem przyszła refleksja: - Uprowadzi samolot. Spróbowała złapać go za 

rękę, ale przycisnął ją do ściany, kopnął kolanem w brzuch. Zrobiło jej się 

mdło, osłabła.

background image

Z   kabiny   załogi   wyjrzał   zaniepokojony   pierwszy   pilot,   oczy 

rozszerzyły mu się zdumieniem. Schodkami wbiegał żołnierz z pistoletem, 

zobaczył przerażoną, czerwoną twarz stewardessy i stanął, nie wiedząc, co 

robić. Schultz krzyknął do pilota:

- jeżeli ktoś się do mnie zbliży, uduszę dziewczynę!

- Rozumiem - odparł kapitan - nie zbliżymy się, ale niech pan zwolni 

uchwyt, uszkodzi jej pan tchawicę. O co chodzi?

-   Słuchaj,   nie   mam   czasu.   Lecimy   natychmiast   do   Monachium. 

Odstawić   schodki,   zamknąć   drzwi,   tego   tam   -   pokazał   ruchem   głowy 

żołnierza   -   won!   Mam   przy   sobie   materiał   wybuchowy.   Jeżeli   nie 

posłuchasz, wysadzę cały interes w powietrze”.

- Razem z tobą! - Pilot nie bawił się już w towarzyską konwersację.

- Razem ze mną. I wszystkimi. Czekam pięć sekund, potem... wiesz, 

co zrobię.

Kapitan powiedział do żołnierza:

- Proszę opuścić samolot.

Nie musiał już nic dodawać, wopista sam wiedział, kogo teraz trzeba 

zawiadomić. Wyskoczył na płytę, puścił się biegiem do budynku.

- Z tym materiałem wybuchowym to oczywiście bluff? - Pilot nie 

wierzył, ale nie mógł ryzykować. Chciał zyskać na czasie.

- Nie.

Schultz,   nie   zwalniając   chwytu   na   gardle   Moniki,   zgiął   nogę   w 

kolanie.   Palcami   prawej   ręki   manipulował   kilka   sekund   przy   obcasie, 

wyjął z niego białą kostkę. Przytrzymał ją dwoma palcami, pozostałymi 

wydostał z górnej kieszonki marynarki coś w rodzaju cienkiego długopisu. 

Właściwie   była   to   krótka   metalowa   rurka   z   zielonym,   zwiniętym   w 

background image

podłużne pasemko kabelkiem antenowym.

W   kabinie   stłoczyli   się   drugi   pilot,   nawigator   i   radiooperator,   w 

przeciwległym   końcu   przy   wejściu   do   toalety   stała   przerażona,   blada 

stewardessa Barbara. Nawigator w pewnej chwili zrobił ruch, jakby chciał 

rzucić się w stronę terrorysty, ale kapitan powstrzymał go. Już wiedział, że 

słowa o materiale wybuchowym nie były przechwałką, rozumiał, że rurka 

z zielonym kablem to detonator. Nie orientował się jeszcze, skąd może 

popłynąć sygnał alarmowy.

Schultz   swymi   silnymi,   wyćwiczonymi   palcami   błyskawicznie 

wyżłobił   w   plastykowej   kostce   otwór,   wbił   w   niego   metalową   rurkę. 

Uśmiech   triumfu   przeleciał   mu   przez   twarz.   Puścił   dziewczynę   i 

powiedział:

- W detonatorze  jest materiał  inicjujący. Wystarczy, że  nacisnę  te 

mikroskopijne   kontakty   w   swoim   zegarku.   Wybuch   będzie   sterowany 

sygnałem radiowym. Czy wszystko jasne?

- Tak - odparł kapitan. - Zdaje się, że nie mamy innego wyjścia. 

Dokąd pan chce lecieć?

- Powiedziałem już: do Monachium. Natychmiast!

- Dobrze, polecimy do Monachium. Myślę jednak, że na tyle pan się 

orientuje w komunikacji lotniczej, iż bez mapy powietrznej i bez podania 

stanu pogody nie jest to możliwe. Dlatego pozwoli pan, że zażądam od 

wieży tych dwóch informacji, a odpowiedni pracownik tutaj je dostarczy.

-   Nie   zgadzam   się!   Jeżeli   ktokolwiek   otworzy   drzwi,   wysadzę 

samolot   w   powietrze.  Wyleciałem   z   Monachium   dzisiaj   około   godziny 

czternastej przy dobrej pogodzie. Nic nie zapowiadało pogorszenia. Kołuj 

teraz na środek pasa startowego, dalej od budynków!

background image

Schody   były   już   odstawione,   drzwi   zamknięte.   Samolot   z   wolna 

zaczął   kołować   na   drogę   startową   numer   trzy,   potem  zatrzymał   się   na 

środku. Drugi pilot i reszta załogi przeszła do swojej kabiny.

Schultz stał wciąż jeszcze przy fotelu, trzymając w prawej ręce białą 

plastykową   kostkę   z   wetkniętym   detonatorem.   Lewą,   na   której   miał 

zegarek, uniósł trochę przed siebie. Patrzał to na Monikę, to przez okienka 

samolotu. Stewardessa rozcierała obolałą krtań, przełknęła ślinę i spytała 

cicho:

- Czy mogę usiąść?

Zaprzeczył ruchem głowy. Wolał mieć ją przed sobą niż gdzieś z 

tyłu. Wystarczy, że na końcu kabiny stała druga dziewczyna. Nie wierzył, 

aby któraś z nich desperacko rzuciła się na niego, chcąc przeszkodzić w 

uprowadzeniu. Ostatecznie jeżeli pilot posłucha, nic im się nie stanie. W 

Monachium on będzie już bezpieczny, a samolot powróci do Warszawy.

- Otwórz drzwi do kabiny pilotów! - zażądał. - Otwórz i zostań w 

miejscu. Bez głupstw, ostrzegam!

Przesunęła się do drzwi, otworzyła. Kapitan-pilot rozmawiał właśnie 

z wieżą. Kiedy spostrzegł, co zaszło, natychmiast przeszedł na szyfr:

- Podaj mi pogodę w Monachium... Cztery, dziewięć, pięć, sześć i 

jedenaście.

- Rozumiem - odparła wieża. - Za chwilę podam stan pogody.

- Nie rozmawiać szyfrem! - wrzasnął Schultz w stronę pilota.

- W porządku. Nie będziemy.

Co było potrzeba, już zostało powiedziane. Te liczby oznaczały, że 

porywacz ma wybuchowy  materiał z detonatorem, sterowany  sygnałem 

radiowym z zegarka na lewej ręce.

background image

- Dlaczego opóźniasz lot? - krzyknął Schultz. Drugi pilot wyszedł z 

kabiny, zatrzymał się na progu i rzekł spokojnym tonem:

-   Odlatujemy   natychmiast   po   otrzymaniu   stanu   pogody   w 

Monachium. Niechże pan będzie choć odrobinę rozsądny. Przecież nikt z 

nas nie stawia oporu, wszystko dzieje się tak, jak pan chciał. Za półtorej 

godziny,   może   nawet   wcześniej,   wylądujemy   w   Monachium; 

Zrezygnowaliśmy, na pańskie życzenie, z dostarczenia mapy powietrznej, 

chociaż   utrudnia   to   przelot.   Zdaje   pan   sobie   sprawę,   że   w   tej   sytuacji 

możemy zderzyć się z innym samolotem, czego nikomu nie życzę. Dlatego 

prosiłbym,   aby   pan   pozwolił   nam   spokojnie   kierować   lotem,   bo 

zdenerwowanie może doprowadzić do katastrofy.

Mówił rzeczowo, starając się przedłużać swoją wypowiedź. Przybrał 

przy   tym   zrezygnowany   wyraz   twarzy,   jakby   zdawał   się   na   łaskę 

porywacza.  W  duchu   liczył  sekundy   i   minuty,   w   czasie   których   grupa 

specjalna   Milicji   Obywatelskiej   do   walki   z   terroryzmem   powietrznym, 

inaczej   zwana:   komandosi   milicyjni,   zdąży   przyjechać   na   lotnisko   i 

przystąpić do akcji.

Schultz, przemyślawszy sytuację, nagle uspokoił się. Rzeczywiście, 

teraz już nie miało sensu straszyć, grozić i denerwować pilotów. Jemu 

przecież   najbardziej   zależało   na   tym,   aby   bez   przeszkód   dolecieć   do 

Monachium. Kiwnął więc głową, co oznaczało, że przyjął do wiadomości 

słowa pilota i zgadza się z nimi. Mając wciąż przed oczami jego i Monikę, 

cofnął się parę kroków. Położył kostkę z detonatorem na fotelu po prawej 

stronie, sam zajął miejsce na innym, po lewej. W ten sposób widział, co się 

dzieje   przed   nim   i   po   bokach.   Stewardessa   w   końcu   kabiny   nie 

przedstawiała zagrożenia, po prostu jakby jej nie było.

background image

- Możesz startować w kierunku progu trzy koma trzy - odezwała się 

wieża. - W Monachium pogoda dobra do lądowania.

- Zrozumiałem - odparł kapitan. Odwrócił samolot, poczekał chwilę.

- Szybkość kołowania sześćdziesiąt kilometrów, pod koniec do stu - 

usłyszał z wieży.

Odetchnął   z   ulgą.   Nawigator   spojrzał   porozumiewawczo   na 

radiooperatora.   Wiedzieli   już,   że   kiedy   wieża   wyznacza   im   szybkość 

kołowania, to znak, że grupa komandosów weszła do akcji. Teraz jednak i 

od załogi zależy, aby wszystko przebiegało sprawnie i bezpiecznie.

- Uważaj! - powiedział kapitan do drugiego pilota.

*

Od Krajowego Portu Lotniczego pędziły dwa otwarte landrovery. W 

każdym   siedziało   czterech   mężczyzn   z   grupy   specjalnej   MO,   której 

zadaniem   było   zwalczanie   terroryzmu   powietrznego.   Mieli   na   sobie 

gładkie, ciemnoszare mundury  bez guzików, odznak czy  naszywek. Na 

nogach czarne buty skoczka spadochronowego. Z boku, w pochwie, nóż 

szturmowy   i   rewolwer   colt   sześciostrzałowy,   kaliber   trzydzieści   osiem, 

zwany detectiv special. Czarne berety, mocno przylegające do głowy. W 

pierwszym   wozie   siedział   ich   dowódca   w   stopniu   kapitana.   Ponieważ 

występował   kiedyś   w   telewizji,   koledzy   nadali   mu   pseudonim 

„Gwiazdor”.

Szczęsny czekał na nich przy wjeździe. Kapitan wyskoczył, zanim 

pierwszy wóz zahamował.

- Krótko: co zaszło? - patrzał nie na majora, lecz ha płytę lotniska i 

na pas startowy, po którym Tu-134 z wolna nabierał szybkości. - To ten? - 

Wskazał na samolot.

background image

- Tak. Pasażerów nie ma, tylko porywacz z RFN-u. Ma plastykową 

kostkę   z   detonatorem,   radiowy   sygnał   sterujący   może   nadać   ze   swego 

zegarka, który nosi na lewej ręce. Siedzi tyłem do ogona.

- Wieża przekazała pilotowi szybkość kołowania?

- Tak. Wpierw sześćdziesiąt, potem sto.

-   Dobra.   Powiedz,   że   kiedy   znajdziemy   się   pod   silnikami,   niech 

szybkość zmaleje do osiemdziesięciu.

Wskoczył   do   wozu.   Oba   landrovery   pomknęły   szerokim   łukiem 

przez lotnisko, trzymając się z tyłu Tu-134. W sali tranzytowej megafony 

ogłosiły wstrzymanie wszelkich lotów z powodów technicznych na okres 

około dwudziestu minut. Pasażerowie, stłoczeni przy drzwiach, napierali 

na stewardessę i wopistę, zasypując ich pytaniami, co właściwie się stało i 

kiedy odlecą. Podszedł oficer, tłumaczył, że zauważono uszkodzenie na 

dwóch pasach startowych, ale naprawa nastąpi bardzo szybko, to drobna 

awaria, bez znaczenia. Nie można jednak wypuścić samolotów, start musi 

być bezpieczny.

Tylko   jeden   z   pasażerów,   który   od   paru   chwil   w   napięciu 

obserwował to, co działo się na lotnisku, zdawał sobie sprawę z powagi 

sytuacji.   Był   to   dziennikarz   z   wojskowej   gazety.   -   Pilot   starał   się 

utrzymywać   zwolnione   tempo;  ze   swego   fotela   nie   mógł  dostrzec,   czy 

milicyjne wozy są już na płycie lub na pasie. Reszta załogi obawiała się 

wstać, aby nie spłoszyć porywacza. Siedzieli niemal bez ruchu i od czasu 

do czasu ukradkiem spoglądali w głąb kabiny pasażerskiej. Monika stała 

przy   ścianie,   z   opuszczoną   nisko   głową.   Domyślała   się,   co   w   każdej 

sekundzie może nastąpić; nie chciała więc, aby wyrazem twarzy, na którą 

teraz patrzał terrorysta, dała mu poznać, że z tyłu kabiny coś zaczyna się 

background image

dziać:   Wystarczyło   przecież   lekkie   drgnięcie   ust,   błysk   w   oczach... 

Utkwiła wzrok w dywanie na podłodze, liczyła trójkąty i kółka wzoru, 

choć chwilami mąciło jej się w głowie.

Stewardessa   Barbara   również   orientowała   się,   że   pomoc   nadejść 

może tylko od strony luku bagażowego. Stała na progu pomiędzy kabiną a 

korytarzykiem, gdzie znajdowały się toalety. Dalej był luk, drzwi do niego 

zamknięte. Gdyby mogła cofnąć się parę kroków, otworzyć te drzwi... Nie 

odważyła się jednak. Nie woino było niczym zwracać uwagi porywacza na 

tył samolotu.

- Trzymaj się dwieście metrów za ogonem - powiedział dowódca 

grupy do kierowcy; drugi wóz jechał tuż za nimi. Spojrzał na zegarek: 

siedemnasta pięćdziesiąt. Na dworze poszarzało, chmury zakryły słońce, 

deszcz   wisiał   w   powietrzu.   Może   być   ślisko   -   pomyślał.   -   Trzeba   się 

pośpieszyć.

Na   bokach   pasa   startowego   zabłysły   czerwone   światła 

sygnalizacyjne. To również był znak umowny dla pilotów.

- Osiemdziesiąt.

Kapitan-pilot   wyrównał   szybkość   kołowania.   Monika   przymknęła 

oczy. Druga stewardessa z bijącym sercem starała się usłyszeć, poprzez 

szum silników, jakiś szmer od strony luku.

- Podjeżdżamy! - rzucił „Gwiazdor”. - Marek, przygotuj się.

W   chwilę   potem   oba   landrovery   znalazły   się   tuż   pod   silnikami 

samolotu.

- Tak trzymać! - Dowódca mimo woli uśmiechnął się; zabrzmiało to 

niczym rozkaz dla sternika okrętu.

Marek, szczupły w pasie jak dziewczyna i silny jak atleta, uniósł się, 

background image

stanął   w  rozkroku   na   siedzeniu   samochodu   i  sięgnął  rękami   do   drzwi, 

wiodących do tylnego luku bagażowego. Oba wozy nie wysunęły się spod 

Tu-134 i nikt ze znajdujących się w samolocie nie mógł ich dojrzeć.

Drzwi   nie   chciały   ustąpić.   Marek,   przytrzymywany   przez   kolegę, 

uderzył butem w oporną klamkę. Odskoczyła, drzwi cofnęły się o kilka 

centymetrów, po czym z wolna uniosły w górę. Otwór był nie większy niż 

metr, może półtora, ale to wystarczyło.

- Odsuń się!

„Gwiazdor”   szedł   pierwszy;   tak   już   było   nieraz,   brał   na   siebie 

pierwszy   kontakt   z   terrorystą.   Najłatwiej   było   po   prostu   oddać 

błyskawicznie  jeden czy   dwa  strzały, miał specjalny   rewolwer,  którego 

pociski   nie   wywoływały   dekompresji.   Ale   Szczęsny   zdążył   mu 

powiedzieć,   że   porywacz   nie   jest   „takim   zwyczajnym”   porywaczem   i 

trzeba, absolutnie trzeba dostać go żywego.

Dobrze - pomyślał teraz kapitan grupy. - Tylko jak to zrobić?...

W luku było już ich trzech, w pierwszym wozie pozostał jedynie 

kierowca. Drugi landrover stanowił rezerwę.

-  Spróbuję   -  szepnął   „Kindżi”   do   ucha   dowódcy.  -  Podpełznę   do 

fotela.

-   Chwytaj   za   prawą   rękę!   Wtedy   uniemożliwisz   mu   naciśnięcie 

kontaktów w zegarku.

- Może przycisnąć lewą do poręczy fotela - również szeptem zwrócił 

uwagę „Paker” (takie sobie kiedyś wymyślili pseudonimy dla zabawy).

- Nie zdąży - mruknął „Kindżi”.

Był najzwinniejszy ze wszystkich, w czasie ćwiczeń przesuwał się 

pod   tak   nisko   umieszczonymi   przeszkodami,   że   zdawało   się   -   kot   nie 

background image

przejdzie. On jednak przechodził, nie dotykając barierki czy drutu.

Dowódca   odsunął   się,   przepuścił   go   do   drzwi,   prowadzących   na 

korytarzyk   z   toaletami.   Nie   przypominał:   „Ostrożnie!”   Każdy   z   nich 

wiedział, do jakiej służby wstąpił i jak ogromne pokonać musi ryzyko. 

Nieostrożność   jednego   mogła   pociągnąć   za   sobą   śmierć   lub   kalectwo 

wielu.

„Kindżi” otworzył drzwi. Barbara drgnęła lekko, ale nie odwróciła 

głowy, odsunęła się tylko o pół kroku na bok. Schultz siedział w fotelu, 

spokojny już, - pewien, że wygrał. Biała kostka z wetkniętym detonatorem 

spoczywała   na   siedzeniu.   Porywacz   położył   lewą   rękę   z   zegarkiem   na 

poręczy fotela, prawą opuścił w dół. Patrzał na Monikę, zastanawiał się, 

dlaczego wciąż ma zwieszoną głowę; pomyślał, Iż pewnie boli ją jeszcze 

szyja. Za szybami okienek migały coraz szybciej - a przynajmniej tak mu 

się   zdawało   -   pasy   startowe,   samoloty   przycupnięte   do   ziemi,   gdzieś 

daleko zielone pola i zabudowania.

„Kindżi” bezszelestnie pełzł po dywanie, trzymając się bliżej lewej 

strony foteli. Widział czubek głowy porywacza i jego rękę, zwisającą nad 

przejściem, palce znajdowały się osiem, może dziesięć centymetrów od 

podłogi. Tę rękę - myślał, zbliżając się ostrożnie. - Palce? Lepiej od barku. 

Mocnym chwytem. Nagle zorientował się, że dowódca czołga się tuż za 

nim. Odwrócił lekko głowę, a kapitan szepnął mu do ucha: - Ty prawą, ja 

lewą!

Podnieśli   się   jednocześnie,   wyrośli   za   plecami   Schultza   niczym 

duchy. „Kindżi” żelaznym chwytem unieruchomił prawą rękę porywacza, 

dowódca poderwał lewą i zacisnął palce na przegubie, powyżej zegarka. W 

tym samym momencie „Paker” przewinął się obok nich, stanął naprzeciw 

background image

Schultza z rewolwerem, wymierzonym w jego stronę, i zawołał:

- Nie ruszaj się! Milicja Obywatelska. Jeden ruch, a strzelam.

Monika   rzuciła   się   do   kabiny   pilotów,   ale   samolot   już   hamował, 

załoga   porwała   się   z   siedzeń,   wybiegła   do   pasażerskiej.   Schultz, 

zaskoczony w chwili, kiedy zdawało mu się, że jest już całkowicie panem 

sytuacji   -   wściekły,   przerażony   konsekwencjami,   jakłe   z   pewnością 

poniesie, nie mógł się ruszyć. Do kabiny wpadli trzej pozostali z grupy. 

Któryś ostrożnymi ruchami odpiął z ręki Schultza zegarek, inny z kostką i 

detonatorem czekał, aż samolot zatrzyma się. Potem wyskoczył, pobiegł 

daleko   za   pasy   lotniska,   położył   ją   na   trawie.   Musiał   teraz   przy   niej 

pozostać tak długo, aż kierowca podjedzie, zabierze i saperzy zdetonują 

materiał wybuchowy w specjalnym bunkrze.

Dowódca trzymał na dłoni zegarek porywacza. Patrzał na maleńkie 

metalowe   kontakty,   dwa   po   każdej   stronie   obudowy   tarczy.   Delikatnie 

ułożył śmiercionośny przyrząd w przygotowanym do tego pudełku. Kiedy 

w   bunkrze   znajdzie   się   już   biała   plastykowa   kostka,   można   będzie 

spokojnie   nacisnąć   radiowy   sygnał.  Albo   też   rozbroić   kostkę   bez   jego 

pomocy.Do samolotu podjeżdżał milicyjny radiowóz. Barbara otworzyła 

drzwi, przykołowały schodki. Szczęsny z Połońskim wbiegli do kabiny. 

Jedno   spojrzenie   wystarczyło   majorowi,   aby   w   pełni   ocenić   sytuację. 

Podszedł do „Gwiazdora”, wyciągnął rękę.

-   Gratuluję,   Jerzy!   -   powiedział,   ściskając   mu   dłoń.   -   To   była 

wspaniała robota.

Kapitan grupy pokazał na „Kindżiego”, „Pakera” i innych.

- Im pogratuluj - odparł. - Bez nich nic bym nie zrobił.

Schultzowi założono kajdanki i wyprowadzono do radiowozu.

background image

- Ich protestiere! - wybuchnął. - Jestem... - urwał. Od tej chwili nie 

odzywał się już po polsku, tak jakby nagle zapomniał tego języka.

W pomieszczeniach komisariatu na Krajowym Dworcu Lotniczym, 

dokąd pojechali, Szczęsny wyjął z portfela terrorysty nietoperzowy znak i 

rzekł z uśmiechem politowania:

- Nie na wiele przydałby się panu ten dokument. Nie ryzykowaliśmy, 

panie Schultz! Prawdziwa wizytówka z rzymską „szóstką” znajduje się w 

dalszym ciągu w bezpiecznym schronieniu. Ten znak jest falsyfikatem. - 

Rzucił   niedbale   wizytówkę   na   stół.   -   „Mały   nocny   ssak   z   gatunku 

Chiroptera”...   Wie   pan,   kogo   mi   żal?   Prawdziwych   nietoperzy.   Że   tak 

zapaskudziliście ich nazwę.