background image
background image

Jessica Lemmon

Tej kobiety nie wolno ci

całować

Tłumaczenie: Julita Mirska

HarperCollins Polska sp. z o.o. 

Warszawa 2021

background image

Tytuł oryginału: His Forbidden Kiss

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2020

Redaktor serii: Ewa Godycka

© 2020 Jessica Lemmon

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o.,

Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin

Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji

części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek

podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych –

jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi

znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i

zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym

do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą

być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books

S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6712-0

background image

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek

Woblink

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Stukając  obcasami  o  marmurową  posadzkę,  Taylor

Thompson biegła przed siebie w wyszywanej koralikami sukni
od Versace. Kupiła ją na coroczny Bal Walentynkowy w River
Grove, nie sądziła jednak, że będzie zmuszona do ucieczki i że
wąski dół będzie jej tę ucieczkę utrudniał.

Podciągnąwszy suknię do kolan, minęła toaletę, w której,

jak podejrzewała, kłębiło się od wyfiokowanych dam, i skryła
się w szatni. Która okazała się mała i ciasna.

Nie  szkodzi.  Potrzebowała  paru  sekund  z  dala  od

zaciekawionych  spojrzeń.  Boże,  Brannon  zamierza  się  jej
oświadczyć!

Ponieważ co roku uczestniczyła w balu, nie przyszło jej do

głowy, by się jakoś wykręcić. Zresztą nawet nie wypadało.

Thompsonowie wraz z rodziną Brannona Knoxa pomogli

zbudować  River  Grove.  Dwadzieścia  sześć  lat  temu,  kiedy
Taylor  miała  dwa  latka,  jej  zmarły  niedawno  ojciec  Charles
Thompson  oraz  Jack  Knox,  ojciec  Brannona,  połączyli  siły
i  stworzyli  jedną  z  największych  firm  technologicznych
w kraju – ThomKnox.

Dziś Brannon chciał zawrzeć innego rodzaju związek.

- Och Bran, co ci strzeliło do łba?

Właściwie to samo pytanie mogłaby zadać sobie. Należało

odmówić, kiedy Brannon poprosił, aby była jego parą na balu.

background image

A ona zgodziła się, uznając, że nazajutrz odbędą tę poważną
rozmowę;  że  jutro  mu  powie:  To  nie  ma  sensu,  po  prostu
zostańmy przyjaciółmi.

Stojąc w szatni, zastanawiała się, co ma zrobić. Przemknąć

do toalety? Nie. Tam wpadłaby na panią Muelller lub na Patsy
Sheffield.  Zaraz  całe  River  Grove  plotkowałoby,  że  Taylor
Thompson ukrywa się przed swoim chłopakiem.

Gdyby  nie  choroba  nowotworowa  i  śmierć  ojca,  pewnie

nie zaczęłaby umawiać się z Brannonem. Znali się całe życie,
ale nigdy nie czuli do siebie pociągu. Wzdrygnęła się na myśl
o czekającej ich rozmowie. Nie gniewaj się, Bran. Spotykałam
się  z  tobą,  bo  byłam  smutna.  I  wiedziałam,  że  tata  by  się
ucieszył.

- Szlag! – Sfrustrowana tupnęła nogą.

W pomieszczeniu  było duszno. Musi znaleźć  większe;  tu

nie mogła się skupić.

Zacisnęła dłoń na klamce, ta jednak ani drgnęła.

- Do jasnej cholery! – Szarpnęła. Kropelki potu wystąpiły

jej  na  czoło.  Szkoda,  że  zostawiła  torebkę  na  stole.  Gdyby
wzięła ją z sobą, przynajmniej miałaby telefon.

Nie  cierpiała  na  klaustrofobię,  ale  nie  chciała  zemdleć

z  braku  powietrza.  Powinna  była  podejść  do  Brannona
i wszystko wyjaśnić, gdy tylko zobaczyła go z pudełeczkiem
od Tiffany’ego w ręce.

Wytężyła  słuch.  Nie  dochodził  tu  żaden  najmniejszy

dźwięk.  Puściła  klamkę  i  cofnęła  się.  Zamierzała  pchnąć
drzwi,  ale  w  tym  momencie  ktoś  je  otworzył.  Ujrzała
wysokiego mężczyznę ubranego w czarny smoking.

background image

-  Taylor?  Co  tu  robisz?  –  Starszy  brat  Brannona

zmarszczył brwi.

-  Royce,  dzięki  Bogu!  –  Chwyciła  go  za  przedramiona.

Kiedyś,  w  wieku  chyba  szesnastu  lat,  idąc  do  limuzyny,
potknęła  się,  a  on  ją  złapał.  Jego  dotyk  sprawił,  że  poczuła
motyle  w  brzuchu.  Dziś  poczuła  się  identyczne.  Dotyk
Brannona nigdy tak na nią nie działał.

Wtedy  przed  laty  widziała  karcące  spojrzenie  ojca.

Powiedział,  żeby  trzymała  się  z  dala  od  starszego  z  braci
Knoxów. Jest dla ciebie za stary.

Ojciec  marzył,  by  jego  ukochana  córka  wyszła  za

młodszego Knoxa, Brannona.

Zabrała ręce. Nie była pewna, co jej bardziej przeszkadza:

to, że zaczęła umawiać się z Brannonem, czy że Royce nadal
wzbudza w niej pożądanie.

- Myślałam, że tu umrę – mruknęła.

- Mało prawdopodobne. Bran cię szuka.

-  Wiem.  –  Oczami  wyobraźni  zobaczyła  pierścionek

z brylantem. – Uciekłam przed nim.

- Dlaczego?

I nagle usłyszała:

- Widział ktoś Taylor?

Bran był za rogiem, jeszcze nie dostrzegł jej ani swojego

brata. Niewiele się namyślając, Taylor wciągnęła Royce’a do
ciasnego  pomieszczenia.  Wolała  się  udusić  niż  stawić  czoło
mężczyźnie, który zamierzał się jej oświadczyć.

- Hej! Co ro…?

background image

Przyłożyła rękę do ust Royce’a.

Stali bez ruchu, wsłuchując się w odgłosy za drzwiami. Po

chwili  kroki  zaczęły  się  oddalać.  Taylor  wypuściła  z  płuc
powietrze  i  nagle  zdała  sobie  sprawę  z  palców  Royce’a
zaciśniętych na jej nadgarstku i z ciepłego oddechu na swojej
dłoni.

-  Tu  się  zaręczyli  moi  rodzice  –  powiedziała.  W  słabym

świetle nie widział jej twarzy, za to wyraźnie  słyszał smutek
w  głosie.  –  Na  Balu  Walentynkowym.  Mama  twierdzi,  że  to
był najbardziej romantyczny wieczór w jej życiu.

Zrobiło mu się żal Taylor i Diny. Wszyscy mocno przeżyli

śmierć Charlesa. Knoxowie i Thompsonowie byli jak rodzina.

-  Pewnie  dlatego  Bran  wybrał  to  miejsce  i  ten  dzień  –

dodała.

Zatem  miał  odpowiedź:  wiedziała  o  oświadczynach,

którymi Brannon planował ją zaskoczyć. Odciągnął jej rękę od
swojej  twarzy.  W  nozdrza  uderzył  go  zapach  perfum.  Taylor
zawsze pachniała bosko, tyle że rzadko dane mu było to czuć.
Charles się o to postarał.

- Wiedziałaś, że chce ci się oświadczyć?

- Tak.

Nie  brzmiała  na  zadowoloną.  Nawet  się  nie  zdziwił.

Chodziła  z  Branem  od…  miesiąca?  Dwóch?  Kiedy  Brannon
pokazał mu pierścionek, Royce, który zawsze był człowiekiem
trzeźwo  myślącym,  nie  krył  zdumienia.  Nie  za  szybko,
braciszku kochany?

- To stanowczo za szybko – rzekła.

background image

Ogarnęła  go  ulga.  Bran  nie  myślał  logicznie;  ludzie

powinni  dłużej  z  sobą  chodzić,  zanim  zdecydują  się  na  taki
krok.

- Planował niespodziankę. Kto się wygadał?

- Nikt. Zobaczyłam go z pierścionkiem.

Royce puścił jej rękę. Po omacku zaczął szukać kontaktu.

Kiedy  w  końcu  udało  mu  się  zapalić  światło,  zauważył  trzy
rzeczy:  puste  wieszaki,  plastikowe  pojemniki  z  dekoracjami
świątecznymi oraz piękną kobietę, w której oczach malowała
się rozpacz.

Do  urody  Taylor  dawno  przywykł,  lecz  wyraz  smutku

rzadko gościł na jej twarzy.

Miała  ciemnoblond  włosy,  które  zwykle  nosiła

rozpuszczone;  dziś  upięła  je  w  kok.  Usta  pomalowała
ciemniejszą  szminką  niż  zazwyczaj.  Od  najmłodszych  lat,
podobnie  jak  on  i  Brannon,  bywała  w  eleganckim  świecie.
Wiedziała,  jak  się  ubrać,  jak  zachowywać  zarówno  w  pracy,
jak i w życiu. Tak jak oni, wyssała to z mlekiem matki.

Cechowała  ją  inteligencja  i  ambicja.  Po  części  dlatego

zdumiał  go  pomysł  Brannona.  Świetnie  im  się  z  Taylor
pracowało,  obaj  traktowali  ją  jak  siostrę,  ciut  starszą  od  ich
rodzonej  siostry  Gii…  Z  drugiej  strony,  co  on  wie?  Może
faktycznie Taylor i Bran się kochają?

Chociaż  nie,  Taylor  nie  sprawiała  wrażenia  zakochanej.

Najwyraźniej  też  uważała,  że  zaręczyny  z  Branem  to  zły
pomysł.

-  Gorąco  tu.  Spróbuj  otworzyć.  –  Nie  czekając,  odsunęła

go na bok i zaczęła naciskać klamkę. Potem naparła na drzwi

background image

ramieniem, a gdy i to nie pomogło, warknęła ze złością.

- Nie denerwuj się. – Próbował ją uspokoić. – Prędzej czy

później ktoś nas uwolni. Weź głęboki oddech…

- Nie mogę. Mam na sobie bieliznę modelującą.

Uśmiechnął się pod nosem.

- Postaraj się… - Zgiął nogi w kolanach, tak by ich oczy

znalazły się na jednym poziomie. – Oddychaj razem ze mną.

Posłuchała. Wdech, wydech, wdech… Kiedy wypuszczała

z płuc powietrze, kilka łez spłynęło jej po policzku.

- Royce, nie chcę zranić jego uczuć – szepnęła, zaciskając

palce na klapach smokingu.

- Wiem. – Uznał, że lepiej nie wdawać się w dyskusję.

-  To  wina  mojego  taty.  Nie  powinnam  była  umawiać  się

z  Brannonem.  Bran  jest  cudownym  człowiekiem,  ale…  -
Potrząsnęła  głową.  –  Zamierzałam  zerwać  z  nim  w  ten
weekend. Tylko z grzeczności zgodziłam się towarzyszyć mu
na dzisiejszy bal.

- Ale nie tłumacz się.

- Nie chcę go zranić – powtórzyła cicho.

-  Taylor.  –  Popatrzył  jej  w  oczy.  –  Nie  musisz  wbrew

sobie,  z  grzeczności,  przyjmować  oświadczyn.  Bez  względu
na to, czego by pragnął twój ojciec.

Wciąż ściskając klapy smokingu, skinęła głową. Powinien

był wyprostować się, ale coś go powstrzymywało.

- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

background image

Zamierzał udzielić jej jeszcze kilku rad, dodać otuchy, ale

nie  zdołał.  Nie  zdołał,  bo  przytknęła  usta  do  jego  warg
i zaczęła go namiętnie całować, jakby za chwilę miał nastąpić
koniec świata.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Przestań!  Taylor  była  dziedziczką  fortuny  Thompsonów,

on jednym z dziedziców majątku Knoxów. Bez względu na to,
co  mu  wyjawiła  i  co  on  sam  sądził  o  pomyśle  brata,  nie
powinien się z nią całować. Ale nie potrafił przestać.

Usta  miała  miękkie,  kuszące.  Kojarzyły  mu  się

z  szampanem  i  wspaniałym  seksem,  jakiego  dawno  nie
uprawiał, więc delektował się ich dotykiem i smakiem. Chciał
sobie  przypomnieć…  Nie,  nie  przypomnieć.  Tego  pocałunku
nie  mógł  do  niczego  porównać.  Była  w  nim  nowość,  była
świeżość i witalność, był…

Zresztą nieważne. Po prostu teraz, gdy pocałował Taylor,

nie mógł się od niej oderwać. Chciał poznać zakazany owoc,
nacieszyć się tym, czego dotąd nie śmiał tknąć.

Ona  pierwsza  zaczęła  go  całować,  ale  teraz  role  się

odwróciły.  Rozchylił  jej  wargi,  językiem  dotknął
podniebienia…

Prowadził  uporządkowane  życie,  nad  wszystkim  zawsze

miał  kontrolę.  Sądził,  że  taki  się  urodził;  że  odziedziczył  po
ojcu  zmysł  do  interesów,  podczas  gdy  Brannon  odziedziczył
jego  spontaniczność.  Cechy  współzałożyciela  ThomKnoxu
zostały  sprawiedliwie  podzielone  między  synów,  Gia  zaś
otrzymała podwójną dawkę wszystkiego.

background image

Royce  świetnie  się  czuł  na  stanowisku  dyrektora

finansowego.  Doskonale  znał  się  na  budżetach  i  strategiach
finansowych. Te sprawy nie miały przed nim tajemnic.

W  ThomKnox  zaczął  pracować  w  wieku  dwudziestu

trzech  lat.  W  pismach  branżowych  z  miejsca  obwołano  go
geniuszem.  Na  szczęście  woda  sodowa  nie  uderzyła  mu  do
głowy. Koncentrował się na liczbach, które nigdy nie kłamały.
W przeciwieństwie do plotkarzy na portalach internetowych.

Ale  mieliby  używanie,  gdyby  odkryli,  że  całuje  się

z wybranką swojego brata!

Ta myśl podziałała na niego jak kubeł zimnej wody. Mimo

że Bran nie miał do Taylor żadnych praw – dopiero zamierzał
się jej oświadczyć, a ona miała zamiar z nim zerwać – przestał
ją obejmować. Cofnął się, wziął głęboki oddech.

Patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami;  spojrzenie

miała  ogniste,  usta  otwarte,  jakby  chciała  powiedzieć…  Nie,
nie wiedział co. Wiedział tylko, że jej pragnie.

Głuchy  na  głos  rozsądku  ponownie  zbliżył  usta  do  jej

warg. Jeszcze jeden pocałunek. W poniedziałek rano poniesie
konsekwencje,  teraz  liczyła  się  siła  przyciągania,  której  nie
potrafił się oprzeć.

Objął  Taylor  w  pasie;  ledwo  zaczął  ją  całować,  kiedy

drzwi  się  otworzyły.  Odskoczyli  od  siebie  jak  przyłapana  na
gorącym uczynku para nastolatków.

W  progu  stał  Brannon.  Wyraz  zdziwienia  na  jego  twarzy

znikł, ustępując miejsca furii.

-  Prosiłem,  żebyś  pomógł  mi  ją  szukać,  a  nie  się  z  nią

migdalił.

background image

- My nie…

- Nie jestem ślepy!

Royce  od  najmłodszych  lat  opiekował  się  bratem.  Był

starszy  i  bardziej  odpowiedzialny.  Oczywiście  mógł
powstrzymać  Taylor,  kiedy  przyciągnęła  go  do  siebie,  ale…
Ale tego nie zrobił.

- To moja wina – oznajmił.

-  Rozumiem,  dlaczego  próbowałeś  odwieść  mnie  od

zaręczyn. Sam miałeś na nią ochotę.

- Słucham? – przerwała im Taylor.

- Miałem zamiar ci się oświadczyć.

- Wiem.

Royce nie wtrącał się do rozmowy.

Taylor  nie  powinna  była  umawiać  się  z  Brannonem,  by

sprawić  przyjemność  swojemu  ojcu.  A  jak  już  zaczęła,  to
powinna  była  wcześniej  z  nim  zerwać.  Zanim  kupił
pierścionek.  Z  drugiej  strony,  gdyby  nie  zobaczyła
pierścionka,  to  nie  uciekłaby  przerażona,  on  nie  zacząłby  jej
szukać i nie doszłoby do ich pocałunku.

- Jak? Skąd? – Twarz Brana przybrała kolor czerwony.

-  Widziałam,  jak  trzymasz  pierścionek  i…  uciekłam.

Royce mnie znalazł. Ja… zawsze chciałam go pocałować.

- Co? – spytali obaj naraz.

-  Bran,  chciałam  w  ten  weekend  z  tobą  zerwać  –

oznajmiła,  przenosząc  na  niego  spojrzenie.  –  Podjęłam
nieodwołalną  decyzję.  Nie  wiedziałam,  że  planujesz…  -

background image

Wskazała  głową  na  wypukłość  w  kieszeni  marynarki,  gdzie
znajdowało się pudełeczko z pierścionkiem.

- No tak. – Zawstydzony i zraniony, odwrócił się na pięcie.

- Brannon, poczekaj! – zawołał Royce, ale nim zdążył coś

więcej powiedzieć, Taylor chwyciła go za rękę.

- Nie, to moja wina. – Rzuciła się za Branem tak szybko,

jak na to pozwalała długa wąska suknia i szpilki.

Royce  obserwował  ją  oparty  o  framugę.  Nagle  zauważył

dwie kobiety stojące przed wejściem do toalety.

Taylor dogoniła Brana; razem wyszli na zewnątrz. Royce

nie ruszył się z miejsca. Psiakrew, nie powinien był całować
Taylor.  Działał  pod  wpływem  impulsu,  ale  to  żadne
usprawiedliwienie.  Proste  zasady,  którymi  się  kierował
w  życiu  i  w  pracy,  czemuś  służyły:  porządkowały  świat.
Całując się z Taylor, przekroczył granicę.

To mu się nigdy wcześniej nie zdarzyło. I nigdy więcej się

nie powtórzy.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

No  cóż,  sobotni  wieczór  mógł  mieć  zdecydowanie  inny

przebieg.  Czym  tłumaczyła  sobie  swoją  chwilową
niepoczytalność? Niczym. Dlaczego pocałowała Royce’a? Bo
chciała.  Pojawiła  się  okazja,  stali  blisko  siebie  w  ciasnym
pomieszczeniu, i to wystarczyło: spełniła swoją fantazję. Nie
kierowała  nią  żadna  racjonalna  myśl,  ale  od  kiedy  to  rozum
rządzi sercem?

Tak, chciała zerwać z Brannonem, ale wolałaby to zrobić

delikatniej.  Niestety  Bran  przyłapał  ją  z  Royce’em  i  to
przesądziło sprawę. Odkąd ojciec kazał jej się trzymać z dala
od starszego Knoxa, Royce coraz bardziej ją fascynował. Ale
posłuszna ojcu, unikała go.

Ich drogi nie krzyżowały się aż do tej wiekopomnej chwili

w szatni. Obracali się w innych kręgach, głównie z uwagi na
różnicę  wieku.  Owszem,  widywali  się  w  pracy,  ale  w  firmie
przestrzegała równie surowych zasad co on.

O Chryste! Opuściła głowę na biurko. Miała ochotę zapaść

się pod ziemię.

- Hej, słońce. – Gia, młodsza siostra Knoxów, wparowała

do gabinetu.

Chodziły  razem  do  szkoły,  dopiero  na  studiach  ich  drogi

się  rozeszły.  Taylor,  świadoma  własnych  możliwości
intelektualnych,  nawet  nie  próbowała  dostać  się  do  MIT.

background image

Brana  do  MIT  nie  przyjęto,  a  Royce’a  ta  uczelnia  nie
interesowała.  Jack  Knox  nie  nalegał;  zachęcał  swoje  dzieci,
aby zajęły się tym, co im sprawia przyjemność.

- Cześć – odparła Taylor. Całą niedzielę miała wyłączony

telefon.  Nie  wiedziała,  co  przyjaciółka  myśli  o  sobotnich
wydarzeniach.

- Facetami nie ma się co przejmować – stwierdziła Gia.

Ubrana  była  w  czerwony  kostium,  który  skrywał  jej

krągłości. Miała mózg geniusza, a ciało Jennifer Lopez.

Taylor  uśmiechnęła  się.  Tamtego  wieczoru,  kiedy  go

dogoniła, Bran przystanął i patrząc jej w oczy, spytał:

- Musiałaś? W dodatku z Royce’em?

-  To  nie  było…  -  urwała.  Tak  jak  myślisz?  Pewnie  Bran

uważał, że ona i Royce wymknęli się z sali balowej w celach
erotycznych, a to nie była prawda. – Nie chciałam cię zranić.

I w tym momencie Brannon uświadomił sobie, że uciekła

z  sali,  kiedy  zobaczyła  go  z  pierścionkiem.  O  nic  więcej  nie
pytał.  Odszedł,  zostawiając  ją  samą  na  chodniku.  Może  to
i lepiej?

-  Nienawidzisz  mnie?  –  Taylor  zwróciła  się  do

przyjaciółki.

Gia przysunęła do biurka fotel i usiadła.

-  Ja?  Uwielbiam.  Nie  miałam  pojęcia,  co  Bran  planuje,

dopóki nie wrócił, mrucząc pod nosem, że popełnił błąd.

Taylor zbladła. Co powiedział siostrze? I innym gościom?

-  Nie  denerwuj  się  plotkami.  –  Gia  ścisnęła  jej  dłoń.  –

Zaciągnęłam  Brannona  do  prywatnej  salki.  Royce  do  nas

background image

dołączył.  Bran  przyznał,  że  popełnił  błąd,  zamierzając  ci  się
oświadczyć na balu. Royce powiedział, że wyszedł cię szukać.
Znalazł cię w szatni, spanikowaną.  Zaczął cię uspokajać  i to
doprowadziło  do  waszego  pocałunku.  Bo  to  był  zwykły
pocałunek?

- Nie wiem – przyznała smętnie Taylor.

Sama  się  nad  tym  zastanawiała.  Może  zwiastował

początek czegoś nowego?

- Co ci jest? – Gia poklepała ją po kolanie.

- Nic. Brannon pewnie mnie nienawidzi.

-  Cierpi  na  urażoną  dumę.  Posłuchaj:  poczucie  winy  nie

jest  dostatecznym  powodem,  aby  przyjmować  oświadczyny.
Nawet jeśli z poczucia winy poszłaś na kilka randek.

Taylor  przyjrzała  się  uważnie  przyjaciółce.  Nigdy  o  tym

z nią nie rozmawiała. Nie mogła, bądź co bądź chodziło o jej
rodzonego brata.

- Jesteś piekielnie spostrzegawcza.

-  Zdumiało  mnie,  kiedy  razem  pojawiliście  się  na  balu.

Sądziłam, że Bran zaprosi inną dziewczynę, a ty zatańczysz ze
mną.  –  Gia  przyłożyła  starannie  wypielęgnowaną  dłoń  do
serca i zatrzepotała rzęsami. – Byłam pewna, że do tego czasu
się rozstaniecie. W ogóle między wami nie iskrzyło.

-  Odwlekałam  ten  moment.  Lubię  Brana,  ale  go  nie

kocham.

Czy Gia byłaby równie wspaniałomyślna, gdyby widziała

ją  w  namiętnym  uścisku  z  Royce’em?  Ona  pierwsza  go
pocałowała,  ale  potem…  Potem  kiedy  on  odwzajemnił

background image

pocałunek, aż zakręciło się jej w głowie. Płonęła. Iskry leciały.
Drżała na całym ciele. Chryste, ale ten facet potrafił całować!
Na randkach z Branem wymieniła kilka całusów, ale żaden nie
mógł się równać z pocałunkami Royce’a.

Teoretycznie Branowi niczego nie brakowało. Świetnie się

czuła w jego towarzystwie; był mądry, zabawny, niesamowicie
przystojny – obaj bracia odziedziczyli urodę w genach. Ale nie
pociągał jej fizycznie. Uważała go za kumpla, za przyjaciela.
Miała nadzieję, że to, co się stało, nie przekreśli lat przyjaźni.

Gdyby mogła cofnąć czas, rozstałaby się z Branem tydzień

temu.  A  może  nie  poszłaby  z  nim  na  pierwszą  randkę?  Jego
duma chyba mniej by wtedy ucierpiała.

-  Nie  spodziewałam  się  oświadczyn.  –  Utkwiła  wzrok

w  przyjaciółce.  –  Byłam  pewna,  że  przestał  się  mną
interesować.  Zgodziłam  się  towarzyszyć  mu  na  balu,  bo…
sama wiesz, jakie nudne potrafią być te imprezy.

-  To  prawda.  –  Gia  zamilkła.  –  Uprawialiście  seks,  ty

i Bran?

- A skądże! – Taylor nie zdołała powstrzymać śmiechu.

- Kurczę, co mu odbiło?

- Mniej bym się zdziwiła, gdyby grzecznie oznajmił, że to

koniec między nami.

-  Tak,  znając  mojego  brata,  zerwanie  byłoby  bardzo

kulturalne.

Taylor ogarnęły wyrzuty sumienia.

-  Spanikowałam.  Nigdy  nie  sądziłam,  że…  -  Potrząsnęła

bezradnie głową.

background image

Przed  oczami  stanął  jej  obraz  Brannona,  który  w  świetle

lampy podziwiał pierścionek. Na jego twarzy… Zaraz, zaraz.
Nagle coś ją tknęło.

-  Zanim  rzuciłam  się  do  ucieczki,  Bran  patrzył  na

pierścionek. On… Gia, on się nie uśmiechał. Nie cieszył się,
nie  był  przejęty  ani  podekscytowany.  Sprawiał  wrażenie…
zrezygnowanego.

-  Hm,  a  może…  Zresztą  nieważne.  Nie  ma  sensu

spekulować.

- Nie, powiedz! Co może?

-  Tak  się  zastanawiam…  -  Gia  przygryzła  wargę.  –  Czy

pomysł  oświadczyn  może  mieć  związek  z  przejściem  na
emeryturę naszego ojca. Jako człowiek stateczny, z żoną, Bran
bardziej nadawałby się na prezesa firmy niż Royce.

- Ale chybaby nie… - Taylor urwała.

Brannon  często  mówił  o  zbliżającej  się  emeryturze  ojca

i  że  chętnie  zastąpiłby  go  na  stanowisku  dyrektora
ThomKnoxu.  Podczas  ich  randek  rozmowa  zwykle  obracała
się wokół pracy i przyszłości Brana w firmie.

Tata  odejdzie  szybciej,  niż  myślisz,  rzekł  któregoś

wieczoru, po drugim kieliszku wina.

Royce’a  nazwał  swoim  konkurentem.  Powiedział  też,  że

o  ile  jemu  bardziej  zależy  na  awansie,  to  Royce  bardziej
zasługuje  na  to,  by  kierować  firmą.  Sprzeciwiła  się:  obaj
macie takie same kwalifikacje, oznajmiła. Była to prawda.

-  Nie  twierdzę,  że  cię  wykorzystywał  –  kontynuowała

Gia. – Nie jest tak podły ani przebiegły.

background image

- Wiem – przyznała Taylor. Znali się z Branem niemal od

kołyski. Nie upadłby tak nisko.

-  Ale  może  podświadomie  uznał,  że  będąc  w  stałym

związku,  zyska  przewagę.  Jest  dyrektorem  do  spraw
marketingu,  ty  dyrektorem  zarządzającym;  pasujecie  do
siebie. – Gia zmrużyła oczy. – Twój tata chciał, żebyście się
pobrali.

Taylor westchnęła.

- Psiakość, nie darowałabym sobie, gdybym ich poróżniła.

- Nie byłaś w tej szatni sama. Zresztą co ma być, to będzie.

Na  twoim  miejscu  cieszyłabym  się,  że  nie  muszę  dłużej
udawać.

- Jesteś kochana.

Gia wzruszyła ramionami.

-  Swoją  drogą  muszę  porozmawiać  z  Brannonem.  –  Na

samą myśl zrobiło się Taylor słabo. Ale pracowali razem. Nie
chciała, by czuli się skrępowani w swojej obecności albo żeby
Bran jej unikał z powodu urażonej dumy.

- Słusznie. Ale faktem jest, że Bran nie zachowywał się jak

facet  szaleńczo  zakochany.  Nie  wiem,  co  mu  strzeliło  do
głowy.

- Powinnam była zerwać z nim wcześniej.

- Powinnaś była. Trudno. Teraz sobie wszystko wyjaśnicie.

Tak,  pomyślała  Taylor.  Przecież  nie  było  między  nimi

chemii,  oboje  mieli  tego  świadomość.  Nie  iskrzyło  między
nimi tak jak między nią a Royce’em.

background image

Incydent z Royce’em uzmysłowił jej coś ważnego. Że jest

atrakcyjna  erotycznie,  że  może  wzbudzać  pożądanie.  Przez
dwa  lata  żyła  w  celibacie,  potem  zaczęła  się  umawiać
z Branem, ale to nie był gorący romans.

Czasem zastanawiała się, czy kiedykolwiek spotka kogoś,

kto sprawi, że serce zabije jej szybciej. Nie przypuszczała, że
tym kimś będzie Royce.

- Do zobaczenia na zebraniu kwartalnym.

- Dzięki, Gio.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Royce wszedł do sali konferencyjnej i zajął miejsce przy

długim mahoniowym stole. Spotkanie miała prowadzić Stella,
kierowniczka  działu  finansów,  która  przygotowawszy
projektor, przeglądała swoje notatki.

Od  paru  dni,  a  dokładniej  od  pocałunku  z  Taylor,  nie

potrafił  skupić  się  na  sprawach  zawodowych.  Ale  nic
dziwnego;  wiedział,  że  nie  należy  mieszać  pracy  z  zabawą.
Nie żeby miał czas na zabawę. Był odpowiedzialny za finanse
ThomKnoxu i bardzo poważnie traktował swoje obowiązki.

Gia, jak zwykle, zjawiła się ostatnia. Usiadła koło Taylor,

która  siedziała  po  prawej  ręce  Royce’a.  Brannon  siedział
naprzeciwko  i  stukając  ołówkiem  o  blat,  łypał  gniewnie  na
Royce’a.

Royce udawał, że tego nie dostrzega.

- Możemy zacząć? – zapytała Stella.

Nie  lubił  zebrań,  ale  miał  świadomość,  że  są  potrzebne.

Osoby na kierowniczych stanowiskach muszą się orientować,
co  się  dzieje  w  innych  działach  i  być  zgodne  w  kwestii
dalszego rozwoju firmy. Było to ważne zwłaszcza teraz, gdy
ojciec coraz częściej wspominał o emeryturze.

Jack  Knox  nie  miał  zamiaru  grać  w  golfa  ani  budować

domków  dla  ptaków.  Chciał  podróżować,  zwiedzać  świat,

background image

korzystać z uroków życia. Miał sześćdziesiąt jeden lat, wciąż
był młody duchem.

Bran wbił wzrok w plik kartek, a Taylor i Royce w swoje

tablety. Gia trzymała przed sobą fantazyjny notes w skórzanej
oprawie ozdobiony kryształkami, z którego sterczały kolorowe
karteczki. Nie przepadała za konwenansami. Bran też nie. I nie
korzystał z urządzeń elektronicznych, które firma ThomKnox
sprzedawała.

Bracia od dwóch dni niemal się do siebie nie odzywali. Ich

ostatnia  rozmowa  miała  miejsce  podczas  balu,  przy  szatni.
Kiedy  później  Royce  podszedł  do  brata,  ten  odwrócił  się  na
pięcie i wmieszał w tłum. Był wściekły.

Royce rozumiał go, ale po siedmiu esemesach, na które nie

dostał odpowiedzi, poddał się.

Dziś rano uznał, że musi coś w tej sprawie zrobić. Wszedł

do gabinetu Brana i powiedział „Dzień dobry”. Bran zmrużył
oczy,  po  czym  podniósł  telefon  i  ignorując  Royce’a,  odbył
z kimś rozmowę.

To  było  dwie  godziny  temu.  Teraz  siedzieli  naprzeciwko

siebie i udawali, że się nie widzą.

Wzdychając cicho, Royce zerknął na Gię. Robiła notatki.

Jej  żywy  umysł  wszystko  chłonął.  Zawsze  słuchała
w skupieniu, nie to co Bran, który szybko się nudził.

Przy stole brakowało Jaysona Coopera, byłego męża Gii,

który  nadal  pracował  w  firmie.  Przysłał  swoją  asystentkę
Whitney, która miała mu streścić przebieg spotkania.

Taylor zadała pytanie.

background image

Wszyscy  zwrócili  się  w  jej  stronę,  Royce  również.

Patrzenie  na  nią  sprawiało  mu  przyjemność.  Była  piękna,
a w pracy zachowywała się profesjonalnie. Przyjaźnili się od
najmłodszych lat. Ona i Gia były w podobnym wieku, on był
sześć  lat  od  nich  starszy,  ale  podczas  spotkań  ich  rodziców
często  się  widywali.  Razem  uczęszczali  na  różne  imprezy
charytatywne, loterie, wystawy i bale, jednak nigdy nie myślał
o Taylor inaczej jak o przyjaciółce Gii.

W  miarę  dorastania  dostrzegał  zmiany,  jakie  w  niej

zachodziły,  lecz  przyjął  bez  sprzeciwu  słowa  Charlesa
Thompsona,  aby  trzymał  się  z  dala  od  jego  córki.  Traktował
Charlesa jak drugiego ojca i bardzo go szanował.

Ale  od  czasu  tamtej  rozmowy  zwrócił  uwagę  na  pewne

cechy  Taylor,  których  wcześniej  nie  dostrzegał.  Była
zachłanna. Chciała mieć wszystko, w dodatku naraz. Była jak
dziecko, które stoi przed bufetem i pragnie zmieścić na talerzu
choć odrobinę każdej potrawy.

On,  Royce,  był  prościej  skonstruowany.  Lepiej

funkcjonował,  koncentrując  się  na  jednej  rzeczy.  Niestety
w  sobotę  skoncentrował  się  na  Taylor.  Popełnili  błąd.  Teraz
należałoby  wrócić  do  punktu  wyjścia,  do  dnia
poprzedzającego feralny sobotni wieczór.

Oboje  kochali  ThomKnox;  od  śmierci  ojca  Taylor

pracowała  na  stanowisku  dyrektora  zarządzającego.  Odejście
Charlesa odcisnęło na niej piętno. Ona i jej matka Dina bardzo
to przeżyły. Zresztą nie tylko one.

Charles  Thompson  i  Jack  Knox  byli  najlepszymi

przyjaciółmi,  którzy  nie  we  wszystkim  się  zgadzali,  ale
wspólnie  podejmowali  najlepsze  biznesowe  decyzje.  Po

background image

śmierci przyjaciela Jack zaczął mniej czasu poświęcać firmie,
a  więcej  nauce  skakania  ze  spadochronem,  wyjazdom  do
Afryki  na  safari  oraz  nurkowaniu  na  Wielkiej  Rafie
Koralowej.

Może Jacka dopadł spóźniony kryzys wieku średniego, ale

Royce  popierał  decyzję  ojca  o  przejściu  na  emeryturę,  bez
względu  na  to,  kogo  wyznaczy  na  swoje  miejsce.  Obydwu
braciom  zależało  na  stanowisku  prezesa.  Bran  umiejętnie
łączył pracę z zabawą; podobało się to zarówno pracownikom,
jak  i  inwestorom,  więc  przypuszczalnie  był  lepszym
kandydatem.

Royce był bardziej zamknięty w sobie, mniej przystępny.

Cechowała  go  metodyczność,  dobra  organizacja,  świetne
przygotowanie, ostrożność.

Stella  skończyła  odpowiadać  na  pytanie  Taylor.  Ta

z  uśmiechem  podziękowała  za  wyjaśnienie.  Royce  poczuł
ukłucie w podbrzuszu. Zdumiał się, kiedy w sobotę chwyciła
go  za  klapy  i  przywarła  ustami  do  jego  warg.  Ilekroć
wcześniej  o  niej  myślał,  to  jak  o  kimś,  kogo  absolutnie  nie
wolno  mu  tknąć.  Niespodziewany  pocałunek  zachwiał  jego
światem, zburzył jego ład.

Ale pokusa to rzecz ulotna. Wygasa. Zamierzał wepchnąć

dżinna z powrotem do butelki, zatkać ją korkiem i cisnąć do
morza.  Prezes  ThomKnoxu  niedługo  wyznaczy  swojego
następcę. Dobrze by było, żeby w firmie panował spokój, żeby
bracia  nie  kłócili  się,  zwłaszcza  o  kobietę,  która  również
zajmowała wysokie stanowisko.

Inwestorzy cenią stabilność.

background image

Taylor  odchyliła  się  w  fotelu,  założyła  nogę  na  nogę,

odgarnęła kosmyk za ucho. Royce powiódł spojrzeniem po jej
czarnych  butach  na  wysokim  obcasie,  po  szczupłej  kostce,
łydce  i  widocznym  spod  czarnej  sukienki  kawałku  smukłego
uda.

Głos  Stelli  stał  się  cichy  i  niewyraźny,  jakby  docierał

z  oddali.  Royce  odpłynął  myślami.  Wyobraził  sobie,  jak
przytula  się  do  Taylor,  całuje  ją  po  szyi,  wciąga  w  nozdrza
zapach jej perfum…

- Royce?

Poderwał głowę. Stella uśmiechnęła się.

- Zdaje się, że chciałeś nam przedstawić jakieś liczby?

-  Tak.  Dziękuję,  Stello.  –  Odnalazł  raport  w  tablecie

i nagle zamarł. Nic się nie zgadzało.

No  świetnie!  Miał  przed  sobą  sprawozdanie  finansowe

z zeszłego kwartału, a nie to, które przygotował dziś rano.

- Przepraszam, chwila…

Świadom, że wszystkie pary oczu są skierowane na niego,

zaczął szukać pliku w chmurze. I nagle przypomniał sobie, że
wysłał mejlem gotowy tekst do Brana oraz Taylor. Wystarczy
otworzyć pocztę…

-  Stello,  może  ja  przedstawię  raport?  –  zaproponowała

Taylor.  –  Rozmawiałam  rano  z  Royce’em  i  nie  było  jasne,
które  z  nas  ma  zabrać  głos.  No  więc  liczby  na  ten  kwartał
wskazują na wzrost…

Royce  słuchał  uważnie,  jak  Taylor  przedstawia  jego

materiał.  Przejęła  pałeczkę  i  wybawiła  go  z  opresji.  Był  pod

background image

wrażeniem  jej  wiedzy,  inteligencji,  tego,  z  jaką  łatwością
porusza się w temacie. Co najmniej przez minutę nie potrafił
oderwać od niej spojrzenia.

W  końcu  przymknął  powieki,  czując,  jak  brat  przeszywa

go wzrokiem. Wiele razy się z Branem nie zgadzał, mieli inny
pogląd na otaczający ich świat. Ojciec często tłumaczył im, że
kłótnie  i  nieporozumienia  między  braćmi  są  czymś
normalnym, ale chyba ojcu chodziło o inny rodzaj kłótni. Oni
spięli  się  z  powodu  Taylor  i  nie  było  w  tym  nic  zdrowego,
wprost  przeciwnie.  Ze  spojrzenia  Brannona  biła  wrogość.
Royce miał nadzieję, że nikt tego nie widzi.

Jego,  Brana  i  Taylor  łączyła  firma;  stanowili  jej  trzon.

Taylor  odziedziczyła  udziały  po  swoim  ojcu,  ich  ojciec
wkrótce  odejdzie  i  przekaże  im  ster.  Byli  następnym
pokoleniem  ThomKnoxu.  Czas  najwyższy,  by  zaczęli
zachowywać się odpowiedzialnie.

Royce nigdy nie zagapił się na żadnym zebraniu; zawsze

był  obecny  ciałem  i  duchem.  Co  go  tym  razem
zdekoncentrowało?  Taylor,  a  raczej  ich  pocałunek.  Który
nigdy więcej nie może się powtórzyć.

Dla  dobra  firmy  musi  przejść  nad  tym  do  porządku

dziennego.  Zapomnieć  o  wszystkim.  Napotkał  wzrok  Gii,
która  uniosła  brwi,  jakby  pytała:  masz  jakiś  problem,
braciszku?

Owszem, miał.

Musi skupić się na pracy, nie rozpraszać się. Firmę czekają

zmiany.  Nastanie  nowy  prezes,  którym  będzie  albo  on,  albo
Bran. Obaj mieli kwalifikacje.

background image

Okres przejściowy powinien trwać jak najkrócej, a zmiana

dokonać  się  płynnie,  tak  by  nie  miało  to  wpływu  na
funkcjonowanie firmy.

Zerknął  na  brata.  Decyzja  zapadła:  muszą  porozmawiać,

czy Bran tego chce, czy nie.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Nieduży  piesek  razy  papillon  stanął  na  tylnych  łapkach,

a przednie oparł o uda Taylor.

- Och, ty żebraku. – Taylor pogłaskała psinę po miękkich

uszach.

- Nie dawaj mu… - Matka pokręciła z dezaprobatą głową.

Dina  Thompson  dorastała  w  rodzinie  inwestorów

i  przedsiębiorców  związanych  z  branżą  lotniczą.  W  świecie
bogaczy  czuła  się  jak  ryba  w  wodzie.  Dziś  ubrana  była
w  różową  garsonkę  z  wpiętą  w  klapę  broszką  w  kształcie
pszczoły,  do  tego  złote  kolczyki  i  pierścionek.  Usta  miała
pociągnięte  nierozmazującą  się  szminką,  włosy  proste,
zaczesane za ucho.

- To pies, mamo, a psy lubią mięso bardziej niż ja. Ja wolę

ziemniaki i szparagi. – Które już zjadła.

Do  kolacji  usiadły  przy  ogromnym  stole  ciągnącym  się

przez długość jadalni. Swobodnie mieściło się przy nim tuzin
gości  i  często  tyle  rodzice  zapraszali,  na  przykład  w  Święto
Dziękczynienia.

- To mały piesek. Nie chcę, żeby przytył.

- Kawalątek steku mu nie zaszkodzi, prawda, Rolf?

Taylor odłożyła serwetkę i pochyliwszy się, przytknęła nos

do  nosa  psa.  Nigdy  nie  sądziła,  że  takie  małe  hałaśliwe

background image

stworzenia  mają  tak  wielkie  serca.  Po  śmierci  Charlesa  Rolf
spędzał całe wieczory na kolanach Taylor lub Diny, próbując
je pocieszyć.

-  Kocha  cię  –  powiedziała  ze  śmiechem  Dina.  –  Chyba

uważa cię za siostrę.

-  No  cóż,  mamy  równie  jedwabistą  sierść,  to  znaczy

włosy.  –  Ignorując  grymas  na  twarzy  matki,  Taylor  podała
pieskowi ostatni kawałek mięsa.

Była jedynaczką, ale nigdy nie czuła się samotna. Zawsze

mogła liczyć na towarzystwo mamy, poza tym przyjaźniła się
z Knoxami. Royce’a, Brana i Gię wychowywali zapracowani
rodzice  przy  pomocy  opiekunek.  Natomiast  Dina  –  mimo
licznej  służby  –  wolała  zrezygnować  z  pracy.  Oprócz
zajmowania się córką uwielbiała prowadzić dom, organizować
przyjęcia,  dobierać  wina  do  posiłków.  Oraz  spędzać  czas
w pracowni.

Taylor  wiedziała,  że  nie  musi  naśladować  matki.

Poświęcała  mnóstwo  czasu  pracy.  Sprzątanie  na  ogół  zlecała
fachowej ekipie. Czasem jednak zastanawiała się, jak pogodzi
pracę  z  życiem  domowym,  kiedy  w  końcu  zdecyduje  się
założyć rodzinę i urodzić dziecko.

- Nie chciałaś mieć więcej dzieci? – spytała, uwalniając się

od psich łap.

Do jadalni wszedł kucharz, by zabrać ze stołu naczynia. Po

chwili  wrócił  z  dwiema  porcjami  crème  brûlée  oraz  dwoma
kieliszkami porto.

Nie pamiętając o pytaniu córki – lub je ignorując - matka

nabrała odrobinę kremu na łyżeczkę.

background image

- Mamo…

-  Tak?  A,  przepraszam.  Pytasz  o  dzieci.  Nie  mogliśmy

mieć więcej – odparła Dina takim tonem, jakby oznajmiała, że
właśnie skończyło się mleko.

- Nie mogliście…? – Taylor potrząsnęła głową.

- Nie chodziło o względy medyczne – wyjaśniła matka. –

Po prostu twój ojciec był zapracowany, ja też. Kiedy firma się
powiększyła,  postanowiłam  odejść  i  zająć  się  moją  małą
dziewczynką. – Uśmiechnęła się. – Tobą.

- I nigdy nie chcieliście dać mi braciszka czy siostrzyczki?

- Wahaliśmy się, ale miałaś Knoxów, a ja musiałam dbać

o figurę – zażartowała matka.

Była  piękną  kobietą.  Taylor  uważała  się  za  szczęściarę:

odziedziczyła  po  matce  szczupłą  sylwetkę  i  zamiłowanie  do
sportu.

- A dlaczego pytasz? Czyżby wykluwał się jakiś romans?

Nie rozmawiałyśmy po sobotnim balu…

Dina  pojawiła  się  na  Balu  Walentynkowym,  kierując  się

poczuciem obowiązku, wyszła jednak po godzinie. Taylor nie
dziwiła  się  matce,  która  żałobę  po  mężu  wolała  przeżywać
w ciszy, a nie w tłumie ludzi.

- Nie słyszałaś o pomyśle Brannona?

- Powiedziałam, że nie rozmawiałyśmy, a nie że o niczym

nie wiem.

-  Zerwaliśmy.  Atmosfera  w  firmie  jest  napięta.  Bran

chodzi naburmuszony.

- Całowałaś się z jego bratem.

background image

- Czyli wszystko wiesz.

-  Patsy  Sheffield  mnie  poinformowała  –  odparła  Dina.  –

Twojemu  ojcu  nie  spodobałoby  się,  że  zadajesz  się  ze
starszym Knoxem. – Matka uniosła brwi. – I co? Fajnie było?

Taylor  wróciła  myślami  do  tamtego  dnia.  Czuła  zarost

Royce’a na twarzy. Widziała jego płomienne spojrzenie.

- Fantastycznie – przyznała.

- Starsi mężczyźni – matka westchnęła – mają w sobie coś

wyjątkowego.

Dina  miała  pięćdziesiąt  cztery  lata,  dziesięć  mniej  od

męża.  Kiedy  zgodziła  się  go  poślubić  –  w  owym  czasie
Charles  zajmował  się  sprzedażą  bezpośrednią  –  jej  ojciec,
a  dziadek  Taylor,  wpadł  w  szał.  Taylor  słyszała  tę  historię
wielokrotnie.  Charles,  zaśmiewając  się  do  rozpuku,
opowiadał, jak w końcu przekonał do siebie teścia.

Taylor  ciągle  słyszała  śmiech  rodziców.  Albo  razem

wybuchali  śmiechem,  albo  jedno  zaczynało,  a  drugie
dołączało. To się skończyło wraz ze śmiercią ojca.

Niedawno  zastanawiała  się,  dlaczego  ojciec  kazał  jej  się

trzymać z dala od Royce’a. Nawet gdy był już ciężko chory,
powtarzał, że Brannon bardziej do niej pasuje.

-  Przynajmniej  się  dobrze  bawiłaś  –  rzekła  matka.  –

Kiedyś lubiłam bale, a teraz… To było moje pierwsze wyjście
od…  -  Urwała.  Słowa  „od  śmierci  Charlesa”  nie  chciały  jej
przejść  przez  usta.  –  Ludzie  oczekują,  że  się  pojawisz
i będziesz wyglądać jak milion dolarów.

- I tak wyglądasz, mamo. – Taylor ujęła dłoń matki. – To

niesamowite,  bo  wiem,  jak  bardzo  tęsknisz  za  tatą.  Ja  też

background image

tęsknię; czuję się, jakbym straciła rękę…

- A ja obie ręce i nogi. – Dina zacisnęła mocno wargi.

Charles  był  słabszego  zdrowia  niż  żona;  uwielbiał  tłuste

potrawy,  palił  cygara,  kochał  życie  towarzyskie.  Taylor
uśmiechnęła się smutno.

Bran miał w sobie beztroskę i swobodę, które kojarzyły się

jej z ojcem. Przypuszczalnie dlatego poszła z nim na pierwszą
randkę,  potem  drugą  i  trzecią.  Ale  nie  było  między  nimi
chemii. Gdyby Bran na moment zapomniał o urażonej dumie,
przyznałby  jej  rację.  Ludzie,  którzy  czują  do  siebie  pociąg
erotyczny, zachowują się… jak ona z Royce’em w tej ciasnej
szatni.

Całe życie podziwiała Knoxów, ich niesamowitą więź. Oni

z kolei traktowali ją jak siostrę, a ich rodzice, Jack i Macy, jak
córkę.  Kiedy  ona,  Gia  i  Bran  chodzili  do  szkoły  średniej,
Royce  już  studiował  i  rzadko  bywał  w  domu.  Ale  ilekroć
przyjeżdżał, zawsze wodziła za nim wzrokiem.

Nie  przypuszczała  jednak,  to  znaczy  do  soboty,  kiedy  ją

pocałował, że on nie widzi w niej siostry.

- Muszę porozmawiać z Brannonem – oznajmiła. – Dziś na

zebraniu Royce i Bran łypali na siebie wrogo. To przeze mnie.

Na  zebraniu  Royce  był  rozkojarzony.  Podejrzewała,  że

również z jej winy. Nie, nie było po nim nic widać, ale kiedy
zmarszczył  czoło,  zorientowała  się,  że  jest  nieobecny
myślami. 

Potrzebował 

pomocy, 

dlatego 

wstała

i zaproponowała, że to ona przedstawi raport finansowy.

-  Brannon  głupio  się  zachował.  –  Dina  potrząsnęła

głową. – Kocham tego chłopaka, ale… Nie zrozum mnie źle,

background image

skarbie;  nie  twierdzę,  że  z  Royce’em  byłoby  ci  lepiej.  Ale
kiedy się pocałowaliście, nie miałaś na palcu żadnej obrączki.
Po prostu byłaś ciekawa…

I podniecona, dodała w myślach Taylor.

- Jeszcze nie doszłaś do siebie po śmierci ojca – ciągnęła

matka. – Potrzebujesz czasu. Niczego sobie nie narzucaj, nie
wymagaj od siebie zbyt wiele.

Taylor  westchnęła.  W  przeciwieństwie  do  matki,  która

lubiła płynąć z prądem, ona lubiła nadawać prądowi właściwy
kierunek.

-  Jak  myślisz  –  Dina  podniosła  kieliszek  –  kogo  Jack

wyznaczy na swoje miejsce?

- Na pewno nie Gię. Jej nie interesuje zarządzanie firmą.

- Mądra dziewczyna. Pewnie wskaże Royce’a.

-  Bran  też  by  sobie  świetnie  poradził,  ale  Royce  jest

starszy i bardziej doświadczony.

- A może Jack wybierze ciebie?

-  O  nie.  –  Taylor  potrząsnęła  głową.  –  Mnie  odpowiada

moje  obecne  stanowisko.  Wyobrażam  sobie,  że  tata  patrzy
z  chmurki  i  jest  ze  mnie  dumny.  –  Chciała  powiedzieć  coś
więcej, ale gula w gardle jej to uniemożliwiła.

-  Och,  kotuś.  –  Matka  uścisnęła  ją.  –  Na  pewno  jest

dumny. Nie mam co do tego wątpliwości. Zawsze powtarzał,
że  jesteś  jego  największym  skarbem.  Tak  bardzo  go
przypominasz,  Tay.  Wiesz,  czego  chcesz  i  umiesz  dążyć  do
celu.  –  Na  moment  zamilkła.  –  Kiedy  będziesz  gotowa,

background image

założysz  rodzinę.  Ale  z  tym  nie  musisz  się  spieszyć,  masz
czas.

- Dzięki, mamuś.

-  Teraz  zostawię  cię  i  udam  się  do  pracowni…  -  Dina

przyjrzała  się  córce.  –  A  ty  mimo  późnej  pory  pewnie
zasiądziesz do pracy?

- Jak dobrze mnie znasz! – Tyle że dla Taylor praca była

wytchnieniem.

Matka opuściła jadalnię, Rolf podreptał za ukochaną panią.

W drodze do domu Taylor zastanawiała się, co Royce porabia.
Czy  siedzi  przy  biurku  i  odpowiada  na  mejle,  a  może  duma
nad  arkuszem  kalkulacyjnym?  Czy  od  czasu  pocałunku  choć
raz o niej pomyślał?

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

- Prawdę mówiąc, nie wracam do tego myślami – oznajmił

chłodno Bran.

Royce podejrzewał, że brat wolałby uniknąć tej rozmowy,

ale nie dał mu wyboru. Przyjechał bez zapowiedzi i wparował
do środka, gdy tylko Bran otworzył drzwi.

Wypijając  łyk  piwa,  zaczął  rozmowę  od  stwierdzenia,  że

muszą porozmawiać o sobocie. Zdjął okulary i schował je do
kieszeni marynarki.

- Nie ściemniaj.

Bran  skrzywił  się;  ten  grymas  na  jego  twarzy  był  coraz

częstszym widokiem.

-  Nie  możesz  się  na  nas  gniewać  bez  końca.  Pracujemy

razem.  Tay  jest  dyrektorem  zarządzającym,  ty  od  spraw
marketingu,  ja  od  finansów.  Wkrótce  jedno  z  nas  obejmie
funkcję prezesa.

W  kuchni  nastała  cisza.  Royce  kochał  brata,  ale  również

kochał ojca i wiedział, że zaakceptuje każdą jego decyzję.

- Ty, ja albo Taylor. Stanowimy trzon ThomKnoxu. Jeżeli

inwestorzy coś zwęszą i się wystraszą…

Bran uśmiechnął się z pobłażaniem.

– Byłem pewien, że zalecasz się do Taylor, ale widzę, że

nadal jesteś cyborgiem.

background image

Royce  poczuł,  jak  wzbiera  w  nim  złość.  Odczekał

moment; nie było sensu się kłócić.

– Słuchaj, ty i ja jesteśmy rodziną. Jakoś sobie poradzimy.

Ale z Tay musisz pogadać. Nie wiem, co ci strzeliło do głowy.
O mało się jej nie oświadczyłeś.

Bran zaczerwienił się.

-  Co  mam  jej  powiedzieć?  Przepraszam,  że  chciałem  się

z tobą ożenić?

- A chciałeś? – spytał Royce.

- Jakie to ma teraz znaczenie?

-  Taylor  spanikowała.  W  tej  szatni,  w  której  się

zatrzasnęła,  ledwo  była  w  stanie  oddychać.  W  kółko
powtarzała,  że  nie  sądziła,  że  zaledwie  po  kilku  tygodniach
postanowisz kupić jej pierścionek. – Royce pociągnął kolejny
łyk  piwa.  –  Schowała  się  przed  tobą,  Bran.  Czy  tak
postąpiłaby kobieta, która przyjęłaby twoje oświadczyny?

Zaciskając ręce na blacie, Bran wykrzywił wargi.

- Czyli powinienem jej podziękować? Że nie dała mi kosza

na oczach wszystkich?

- Tak – odparł Royce. – A nasz pocałunek… po prostu tak

wyszło. Nikt niczego nie planował.

Royce  żył  pracą,  samotność  nigdy  mu  nie  doskwierała.

Jeśli  chciał  iść  na  przyjęcie  z  kobietą,  bez  trudu  znajdował
chętną.  Akurat  na  Bal  Walentynkowy  przyszedł  sam;  nie
zdążył nikogo zaprosić.

Na  ogół  nie  kończył  znajomości  po  jednej  randce.

Umawiał się z daną kobietą kilka razy, czasem szedł z nią do

background image

łóżka. Ale nie wiązał się na dłużej. Nie miał czasu na randki.

-  Chodzi  mi  o  to,  że  Taylor  nie  zamierzała  mnie

pocałować.

-  Ach,  więc  to  ona  pocałowała  ciebie?  I  co,  podobało  ci

się?

- Nie, no skąd – skłamał Royce. Powinni jak najszybciej

o  wszystkim  zapomnieć.  –  I  zaraz  mnie  przeprosiła.  Też
chciałem ją przeprosić, uprzedziła mnie dosłownie o sekundę.
Była  strasznie  zawstydzona.  To  nasza  przyjaciółka,  Bran,
i wspólniczka.

- Która ma fantastyczną figurę i ponętne wargi – mruknął

Brannon. Ale z jego oczu nie wyzierała zazdrość.

-  Nie  jestem  ślepy,  widzę  jej  atuty,  ale  my  do  siebie

naprawdę nie pasujemy – stwierdził rzeczowo Royce.

- Okej. – Bran skinął głową.

-  Pogadaj  z  nią.  –  Royce  odsunął  butelkę  i  wstał.  –

Wytłumacz jej, co tobą kierowało. Wszyscy popełniamy błędy,
ale nie możemy tracić z oczu tego, co ważne.

- A ważne jest stanowisko prezesa?

- Niech wygra najlepszy.

- Czyli ja? – spytał ze śmiechem młodszy brat. Po chwili

spoważniał. – Jesteś pierworodny. Ojciec wyznaczy ciebie.

-  Na  kogo  padnie,  na  tego  bęc.  Przyjmę  każdą  decyzję

Jacka.

-  Sam  jesteś  bęc.  –  Bran  wyszczerzył  zęby.  –  Taylor

pewnie żałuje, że cię pocałowała.

background image

- Tak sądzę – odparł Royce, ciesząc się, że konflikt został

zażegnany.

Zawsze  starał  się  chronić  swoich  bliskich,  teraz  też

zamierzał  postąpić  właściwie.  To  on,  jako  starszy  i  bardziej
doświadczony,  powinien  zasiąść  na  fotelu  prezesa,  ale  jeśli
ojciec  wybierze  Brana,  nie  zaoponuje;  do  końca  swoich  dni
może pełnić rolę dyrektora finansowego. Nie musi nikomu nic
udowadniać.

Idąc  do  samochodu,  obejrzał  się  przez  ramię.  Bran  stał

w oknie, zrelaksowany, pisząc esemesa. Może do Taylor?

Royce  wsunął  się  za  kierownicę.  Miał  nadzieję,  że  Tay

poprze jego słowa o pocałunku. Chociaż na wszelki wypadek
lepiej,  by  się  z  nią  skontaktował.  Wyciągnął  telefon  i  też
napisał  kilka  esemesów,  po  czym  włączył  silnik  i  ruszył  do
domu.

Przez dłuższą chwilę Taylor stała w zaparowanej kabinie,

usiłując oczyścić umysł z myśli. Potem wyszła spod prysznica,
jeden  niebieski  ręcznik  owinęła  wokół  głowy,  drugi  wokół
ciała.  Może  zamiast  po  raz  setny  roztrząsać  to,  co  się
wydarzyło, zdoła obejrzeć jakiś film w telewizji albo poczytać
kryminał? Fajnie by było.

Dawniej  uwielbiała  chodzić  na  randki,  ale  kiedy  ojciec

zachorował, ograniczyła życie towarzyskie do minimum. Cały
wolny czas poświęcała Charlesowi. Nie chciała choremu ojcu
przedstawiać nowych znajomych. I nie chciała, by ktoś z tych
nowych pocieszał ją na pogrzebie.

Kiedy była gotowa wrócić między ludzi, uznała, że Bran

będzie dobrym wyborem. Był na pogrzebie. Znał jej ojca. Nie
musiała mu nic tłumaczyć, bo wszystko wiedział. Rozumiał jej

background image

smutek  i  ból,  a  gdy  podczas  którejś  randki  zarzuciła  go
opowieściami o Charlesie, słuchał cierpliwie, nie przerywając.

Był  cudownym  przyjacielem.  Liczyła  na  to,  że  znów  tak

będzie.

Nie spiesząc się, wysuszyła włosy, następnie wtarła balsam

w  ręce  i  nogi.  Włożyła  legginsy  i  bluzę  z  długim  rękawem;
w lutym wieczory w Kalifornii bywały zimne. Usiadłszy przed
telewizorem, sięgnęła po telefon, by wyłączyć dźwięk i nagle
zauważyła  kilka  esemesów.  Jeden  od  Brannona,  parę  od
Royce’a.

Najpierw otworzyła wiadomość od Brana:

Musimy porozmawiać o sobocie.

Wreszcie do tego dojrzał. Najwyższa pora.

Następnie przeczytała wiadomości od Royce’a:

Powiedziałem  Branowi,  że  żałujesz  pocałunku.  Że  mnie

przeprosiłaś.

Spanikowałaś. Byłaś pogubiona. Bran zrozumie.

Poczuła, jak ciśnienie jej skacze.

-  Byłam  pogubiona?  Żałuję?  –  Wcisnęła  numer  Royce’a.

Nawet  nie  próbowała  ukryć  złości.  –  Powiedziałeś  Branowi,
że  cię  pocałowałam?  Że  żałuję?  Że  cię  przeprosiłam?  Że
byłam pogubiona?

- Mniej więcej.

Wciągnęła nozdrzami powietrze. Do jasnej cholery… Jak

słusznie zauważyła Gia: nie była tam sama.

- Czy ty, Royce, też żałujesz?

background image

Obejmował ją mocno, wpijał się w jej usta, jakby od tego

zależało  jego  życie.  Mimo  wieczorowych  strojów  ich  ciała
idealnie do siebie przylegały. A gdyby mieli na sobie mniej?
Albo nic?

- Oczywiście – oznajmił beznamiętnym tonem.

-  Nieprawda.  –  Może  wcześniej  nie  wykazywał  nią

zainteresowania,  ale  później,  podczas  zebrania  w  firmie,
zauważyła,  jak  mierzy  ją  wzrokiem.  –  Wziąłeś  stare
sprawozdanie finansowe.

-  Szczyt  niekompetencji.  Dzięki,  że  mi  o  tym

przypominasz – mruknął gniewnie, co z kolei ją rozgniewało.

- Na zebraniu byłeś rozkojarzony – stwierdziła. – Coś cię

absorbowało?  Nie  pozwalało  się  skupić  na  bieżących
sprawach?

- Owszem – odparł zmienionym głosem. – Ale to się już

więcej nie powtórzy.

Nie  powtórzy?  Skąd  ta  pewność?  Chciała  powiedzieć:

wyglądałeś, jakbyś chciał mnie całą wylizać. Ale w ostatniej
chwili ugryzła się w język.

Wyobraziła  sobie,  jak  Royce  ją  liże:  zaczyna  od  stopy

i przesuwa się wolno do góry, łydka, kolano, udo… Teraz, gdy
już  wiedziała,  co  potrafią  jego  usta,  tym  bardziej  pragnęła
poczuć je na sobie.

-  Powiedziałeś  Branowi,  że  spanikowana  i  pogubiona

rzuciłam  się  na  ciebie,  a  ty  wsunąłeś  mi  język  do  ust?  Że
całowaliśmy  się  bez  opamiętania?  –  Serce  waliło  jej  jak
oszalałe. Czekała na odpowiedź.

background image

Royce  przez  dłuższy  czas  milczał.  Pogratulowała  sobie

w duchu. Ma rację, jemu też pocałunek zawrócił w głowie.

- Trochę mnie poniosło – przyznał cicho.

Zadowolona,  uśmiechnęła  się  i  pogładziła  zamszowe

obicie  fotela.  Czyli  nic  jej  się  nie  wydawało;  oboje  dali  się
„ponieść”.

-  Kiedy  Jack  przejdzie  na  emeryturę,  a  nastąpi  to

niebawem,  firmę  czekają  zmiany.  Musimy  myśleć
o udziałowcach i inwestorach. Nie bój się, więcej pocałunków
nie  będzie.  Przysięgam.  Będziemy  pracować  tak  jak  dotąd.
Chyba zgodzisz się, że powinniśmy stanowić zwartą drużynę?

Poczuła,  jak  buzują  w  niej  emocje.  Wiedziała,  że  Royce

lubi mieć wszystko pod kontrolą, ale bez przesady! Są granice.
A on się zachowywał tak, jakby jeden pocałunek mógł zburzyć
idealną harmonię panującą w ThomKnoxie. Tak wysoko cenił
swoje pocałunki? Palant!

Okłamywał siebie, udając, że nie ma między nimi chemii.

Psiakrew!  Niemal  od  dwóch  lat  z  nikim  nie  spała.  Żyła  jak
mniszka.  Zapomniała  o  czymś  takim  jak  seks  i  pożądanie.
Całą  energię  wkładała  w  modlitwy  o  zdrowie  ojca,
w medytację, w szukanie informacji na temat alternatywnych
metod  leczenia.  Zrobiłaby  wszystko,  żeby  przedłużyć  ojcu
życie. Jeśli nie o dwadzieścia lat, to choćby o dziesięć. Choćby
o rok.

Jej  wysiłki  okazały  się  daremne.  Losu  nie  dało  się

przechytrzyć.  Ojciec  zmarł.  To  niesprawiedliwe!  –  często
wykrzykiwała te słowa, wpatrując się w białą ścianę sypialni.
A  teraz  taki  Royce  będzie  jej  tłumaczył,  co  czuła,  kiedy  go
pocałowała?  Że  była  pogubiona?  Że  spanikowała?  I,  co

background image

gorsza, będzie twierdził, że sam nic nie czuł, żadnego pociągu,
żadnej chemii?

-  Możesz  kłamać,  ile  wlezie  –  powiedziała  –  ale  w  głębi

duszy  wiesz,  jaka  jest  prawda.  Prawda  jest  taka,  że  ten
pocałunek  nie  powinien  się  wydarzyć.  Mam  zamiar  o  nim
zapomnieć i tobie radzę to samo.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Zakończywszy rozmowę z jednym Knoxem, nie miała siły

na rozmowę z drugim. Wściekła na Royce’a bała się, że może
nieopatrznie  wyładować  złość  na  niewinnym  Branie.  A  poza
tym,  choć  wcale  nie  chciała  się  do  tego  przyznać,  to  jednak
Royce miał rację.

Firmę  czekały  zmiany,  toteż  kierownictwo  powinno

tworzyć  wspólny  front  i  mówić  jednym  głosem.  Ona
i  Brannon  popełnili  błąd;  on  –  planując  oświadczyny,  kiedy
nawet  z  sobą  nie  spali,  ona  –  nie  zrywając  z  nim  mimo
świadomości, że ich związek nie ma szans.

Przypomniała  sobie,  co  mówił  jej  ojciec:  nie  wolno

chować głowy w piasek. Innymi słowy, trzeba przyznać się do
błędu i spróbować go naprawić.

Nazajutrz  specjalnie  przyszła  później  do  firmy,  by  nie

wpaść  na  Brana  lub  Royce’a.  Budynek  był  duży,  gabinety
dyrektorów znajdowały się w sporej odległości od siebie.

Sprawdziwszy  terminarz,  upewniła  się,  że  Brannon  jest

w pracy. Świetnie. Poprawiła włosy, sukienkę i ruszyła do jego
gabinetu.

Asystentka  Brana,  Addison  Abrams,  pracowała

w  ThomKnoxie  od  czerwca.  Brannon  uważał,  że  jest
niezastąpiona.  O  ile  Taylor  się  zorientowała,  Addi  była
inteligentna,  uczynna  i  niezwykle  serdeczna.  Jako  jedna

background image

z pierwszych podeszła do niej po śmierci jej ojca, przytuliła ją,
powiedziała  parę  ciepłych  słów.  Drobny  gest,  lecz  jakże
znaczący.  Poza  pracą  nie  miały  kontaktu,  ale  Taylor  nie
zdziwiłaby się, gdyby kiedyś się z sobą zaprzyjaźniły.

- Dzień dobry. – Uśmiechnęła się.

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc, panno Thompson?

Zaskoczył  ją  urzędowy  ton.  I  jeszcze  to  „panno

Thompson”.

- Wszystko w porządku? – spytała.

Addi  była  typową  dziewczyną  z  Kalifornii:  jasne  włosy,

wysokie kości policzkowe, niebieskie jak chabry oczy, złocista
cera. Ubrana była w jaskrawo pomarańczową sukienkę, która
wyglądałaby  koszmarnie  na  każdej  innej  kobiecie,  a  do  niej
idealnie pasowała.

-  Tak,  wszystko  w  porządku.  –  Z  niebieskich  oczu  bił

chłód.

- Chciałam się widzieć z Branem, jeśli jest wolny. Chyba

że rozmawia przez telefon?

Asystentka  zerknęła  na  biurko;  czerwone  światełko

w telefonie dwukrotnie zamigotało, po czym zgasło.

- Właśnie skończył.

- Super. To mogę wejść?

Z wymuszonym uśmiechem Addison skinęła głową.

Taylor  zapukała,  po  czym  nacisnęła  klamkę.  Zauważyła

wyraz zdziwienia na twarzy Brana.

- Napisałeś, że musimy porozmawiać…

background image

- Więc przyszłaś? – Zmrużył oczy. – Zapraszam.

Wskazując na dwa skórzane fotele przy szklanym stoliku,

wstał  od  biurka.  Zanim  jednak  zrobił  krok,  wcisnął  przycisk
w telefonie.

-  Addison,  przyślij,  proszę,  stażystę  z…  -  Puściwszy

przycisk, popatrzył na Taylor. – Czego się napijesz?

- Kawy.

Zwolnił przycisk i ponownie zwrócił się do asystentki.

- Z dwiema kawami. Czarna dla Taylor, a dla mnie…

- Ze śmietanką i dwiema łyżeczkami cukru – dokończyła

Addi ciepłym tonem. – Już się robi, szefie.

- Czyli Addison nie ma złego humoru, tylko mnie dziś nie

lubi – stwierdziła Taylor.

Bran nie zaprzeczył.

-  Uważa,  że  skoro  pracuje  dla  mnie,  to  powinna  być  po

mojej stronie. Zwykła lojalność.

Taylor podejrzewała jednak, że chodzi o coś więcej. Addi

wyraźnie  nie  podobało  się,  że  ona,  Taylor,  przyszła  do
Brannona i że drzwi do gabinetu są zamknięte.

Bran  zdjął  marynarkę;  krawat,  żółty,  z  pomarańczowymi

słońcami  –  z  całą  pewnością  nie  „dyrektorski”  –  zostawił
zawiązany  pod  szyją.  Przemknęło  Taylor  przez  myśl,  że
idealnie harmonizuje z sukienką Addison.

Przez  kilka  minut  rozmawiali  o  sprawach  służbowych  –

uprzejmie, choć widać było, że są spięci.

background image

Kiedy stażysta wyszedł, zostawiwszy tacę na stoliku, Bran

podał jej kubek z czarnym aromatycznym płynem, swoją kawę
doprawił  śmietanką  oraz  cukrem,  po  czym  usiadł  wygodnie
i wypił łyk. Milczał, czekając, aż ona pierwsza się odezwie.

- Dlaczego chcesz się ze mną ożenić?

Roześmiał się.

- Nie chcę.

- Ale chciałeś?

- Ja… - Zmarszczył czoło. – To był błąd.

- Minęły prawie dwa tygodnie od naszej ostatniej randki.

A te dwa razy, kiedy się całowaliśmy… słabo to wypadło.

- Wielkie dzięki.

-  Nie  obrażaj  się  –  powiedziała  z  uśmiechem.  –  Jesteś

moim przyjacielem. Bądź ze mną szczery.

Podniósł wzrok.

- Fakt, te pocałunki były letnie. Ale to nie moja wina.

- Uznałeś, że zaręczyny coś zmienią?

Odstawił kawę i oparł łokcie na kolanach.

- Narzeczeństwo może trwać długo. Wiele rzeczy może się

w tym czasie zdarzyć.

O  czymś  jej  nie  mówił.  Może  Gia  miała  rację?  Może

faktycznie sądził, że jeśli się ustabilizuje, będzie miał większą
szansę na objęcie funkcji prezesa?

- Royce skłamał.

- Skłamał?

background image

-  Nie  przepraszałam  go.  I  nie  żałuję.  Chociaż  nie,  to  nie

tak; powinnam była zakończyć nasz… z braku lepszego słowa
„związek”…  kilka  tygodni  temu.  Po  tamtej  okropnej  kolacji,
na której jedliśmy owoce morza.

- Zawsze nam się świetnie rozmawiało, a wtedy…

- Rozmowa w ogóle się nie kleiła. Dlaczego? Możesz mi

powiedzieć? Jesteśmy kumplami.

Uderzyła go lekko w ramię. Rozchmurzył się. Uwielbiała,

kiedy się uśmiechał. Może jego uśmiech nie działał na nią tak
jak Royce’a, ale i tak był niesamowicie czarujący.

-  Stanowisko  prezesa  wiele  dla  mnie  znaczy.  ThomKnox

też. I oczywiście chcę mieć żonę i dzieci. Ale myślałem, że nie
muszę się spieszyć. – Wzruszył ramionami. – Sprawy jednak
nabrały tempa.

Skrzywił  się.  Wiedział,  że  to  źle  zabrzmiało.  Ona  jednak

go znała. Nie, Bran jej nie wykorzystał, po prostu skupiony na
rywalizacji z bratem myślał tylko o tym, by zwyciężyć.

- W grę wchodziły twoje ambicje zawodowe. Nie zależało

ci na ślubie.

- Byłoby za szybko – odrzekł łagodnie, nie chcąc zranić jej

uczuć.

- Trochę się pogubiłeś, Bran, ale kierowały tobą szlachetne

intencje. Podobnie jak Jack, masz wielkie serce. Gotów byłbyś
zrobić wszystko dla rodziny i dla firmy, nawet coś tak durnego
jak zawrzeć ze mną małżeństwo.

Potarł ręką czoło.

- Boże, Tay! Co mi strzeliło do łba?

background image

-  Powinnam  była  podejść  do  ciebie,  kiedy  trzymałeś

pierścionek, i porozmawiać. A ja spanikowałam.

- I zamknęłaś się w szatni.

- Niechcący.

-  A  Royce’a  też  niechcący  pocałowałaś?  –  spytał

zaciekawiony.  –  Ty  i  Royce…  -  Pokręcił  głową.  –  Jeszcze
mniej do siebie pasujecie niż ty i ja.

-  Bo  ja  wiem?  Oboje  lubimy  białe  wino,  którego  ty  nie

znosisz.

- Na takim balu Charles oświadczył się twojej matce, a ty

byłaś  smutna  po  jego  śmierci.  Pomyślałem…  Cholera,  nie
wiem,  co  myślałem.  Zachowałem  się  jak  kretyn.  –  Wstał
i wyciągnął do niej ręce. – Wybaczasz mi? Sztama?

- W ogóle co za pytanie!

Zgarnął ją w objęcia, po czym uśmiechając się łobuzersko,

cofnął się krok.

- A fuj! Co za okropny uścisk. Wstrętny! – zażartował.

- Koszmarny – odparła.

Sięgnęła  po  kubek;  upijając  łyk,  przez  szybę  w  drzwiach

dostrzegła pomarańczowy kształt.

-  Prędzej  czy  później  spotkasz  swojego  królewicza,  Tay,

ale  nie  jestem  nim  ja  –  orzekł  Bran.  –  Więc  przestań  mi  się
narzucać.

Roześmiała się wesoło.

- I nie jest nim również Royce.

- Tak myślisz?

background image

-  Jako  twój  przyjaciel  uważam,  że  stać  cię  na  kogoś

lepszego.

Skinęła głową, udając, że się zgadza. Do pewnego stopnia

naprawdę  się  zgadzała.  Ostatnio  Royce  zachowywał  się  jak
nadęty osioł.

- Dzięki, że wpadłaś. – Bran otworzył drzwi i patrząc na

Addison, która usta miała zaciśnięte, a spojrzenie pochmurne,
dodał: - Ta laska nie chce się ode mnie odczepić.

Nie powinien był tak żartować. Oddalając się, Taylor czuła

na  sobie  wzrok  Addison.  Zrobiło  jej  się  żal  dziewczyny.
Korciło ją, by wrócić, powiedzieć, że nic poza przyjaźnią nie
łączy jej z Brannonem.

Najpierw jednak musiała zająć się innymi sprawami.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Pod koniec tygodnia wszystko wróciło na dawne tory. No,

prawie  wszystko.  W  piątek  Royce  sprawdzał  obliczenia
i  czytał  raporty,  kiedy  do  jego  gabinetu  wpadła  Taylor
i  zaczęła  nadawać  na  Lowella  Olsena,  właściciela  Boxu,
ekskluzywnego sklepu z elektroniką.

-  Apple  to  nie  jedyny  na  świecie  producent  seksownych,

nowoczesnych  urządzeń  elektronicznych.  My  zaraz
wypuszczamy  dobry…  ba,  o  niebo  lepszy,  tablet,  a  facet
uważa, że powinniśmy mu płacić dwa razy większe półkowe.

Mówiąc  to,  tak  energicznie  gestykulowała,  że  rozpiął  się

jej guzik w bluzce. Royce próbował skupić wzrok na twarzy
Taylor,  ale  jego  spojrzenie  ciągle  wędrowało  w  stronę
rozpięcia.  Wreszcie,  najwyższym  wysiłkiem  woli,  popatrzył
na tablet, który trzymał w dłoni, i udał, że czyta notatki.

- Słuchasz mnie czy nie?

Słuchał;  na  dowód  powtórzył  ostatnie  zdanie,  jakie

wypowiedziała, a od siebie dodał:

-  Lowell  jest  idiotą,  jeśli  sądzi,  że  ThomKnox  nie

wytrzyma konkurencji. Po prostu ma mały rozumek.

Taylor  przygryzła  wargę,  usiłując  powstrzymać  śmiech.

Royce starał się zignorować pożądanie, ale kiepsko mu to szło.
O  ile  ona  zachowywała  się  w  miarę  normalnie,  o  tyle  on

background image

zabarykadował  się  w  gabinecie.  Wychodził  jedynie  na
zebrania i czekał, aż to, co czuje, minie.

-  Powiedziałem  coś  śmiesznego?  –  spytał,  ponownie

zerkając na jej biust.

- Royce, gapisz się na moje piersi?

- Nie. – Odwrócił spojrzenie.

-  Cholera!  Mogłeś  mi  zwrócić  uwagę.  –  Szybko  zapięła

guzik.

- Jeszcze byś pomyślała, że cię molestuję w miejscu pracy.

Odgarnęła włosy za uszy.

-  Dobra,  dobra.  Następnym  razem,  jak  będę  świecić

biustem  lub  jakąkolwiek  inną  częścią  ciała,  masz  mi  o  tym
natychmiast powiedzieć.

Zmarszczył czoło, wyobrażając sobie Taylor nagą.

- Okej.

-  A  wracając  do  Lowella.  Może  zmieni  zdanie,  zanim

nowy  tablet  trafi  na  rynek.  –  Wskazała  na  kopertę,  którą
położyła na biurku. – Możesz podpisać?

- Co to?

- Kartka urodzinowa dla Addison.

-  Nie  było  bardziej  błyszczącej?  –  spytał  kwaśno,

strząsając z blatu złote drobinki brokatu, po czym oddał Taylor
podpisaną  kartę.  –  Jest  jakiś  powód,  dlaczego  osobiście
zbierasz podpisy?

- Muszę rozładować emocje po rozmowie z Lowellem.

- Wszystko się ułoży.

background image

-  Poza  tym  sama  chcę  zanieść  Addi  kartkę.  W  geście

dobrej woli. Oraz wielki bukiet kwiatów, żeby przestała mnie
nienawidzić.

- Nienawidzić? Addison wszystkich lubi.

Fakt,  zawsze  była  pogodna,  uśmiechnięta,  a  w  dodatku

bardzo kompetentna. Bran nie mógł się jej nachwalić. I ciągle
namawiał  Royce’a,  aby  również  zatrudnił  asystentkę.  Royce
natomiast wolał korzystać z pomocy stażystów. Asystentka za
bardzo by „naruszała” jego przestrzeń osobistą.

- Kiedy zobaczyła, jak przytulam Brana, to gdyby mogła,

zabiłaby  mnie  wzrokiem.  –  Taylor  wzniosła  oczy  do  sufitu,
więc nie zauważyła reakcji Royce’a, który znieruchomiał.

- Przytuliłaś Brana?

-  No  tak.  –  Wzruszyła  ramionami,  jakby  to  nie  miało

większego  znaczenia.  –  Poszłam  z  nim  porozmawiać.
Wychodząc, przytuliłam go. Addison nas zobaczyła i chyba jej
się to nie spodobało.

Jemu też się nie podobało.

- Wydaje mi się – ciągnęła Taylor – że ona coś do niego

czuje, a on, głupek, tego nie widzi.

-  Dlaczego  przytulałaś  Brana?  –  Royce  nie  zdołał

powstrzymać  pytania.  Był  spięty.  Rozluźnił  krawat,  ale  to
niewiele pomogło.

- Bo jest moim przyjacielem – odparła Taylor.

Popatrzyła  na  niego,  jakby  postradał  zmysły.  Może

faktycznie tak było. Przecież wielokrotnie przytulała ich obu.
Ale skoro wzbudziła zazdrość Addison…

background image

- Nie wystarczyło poklepać go po ramieniu?

Utkwiła w nim spojrzenie.

- Przepraszam, mam mnóstwo pracy… - mruknął.

Nie  odrywając  od  niego  wzroku,  Taylor  ujęła  w  palce

perłowy  guziczek  przy  bluzce.  Royce  natychmiast  skupił  na
nim  uwagę.  Wyobraził  sobie,  jak  podchodzi  do  niej,  rozpina
guziki,  powoli  zsuwa  jej  bluzkę  z  ramion  i  obsypuje
pocałunkami każdy skrawek odsłoniętej skóry.

- Dzięki za podpis.

Zamrugał.

- Jasne – oznajmił chłodno.

Obróciła  się  na  pięcie  i  wyszła,  a  on  wypuścił  z  płuc

powietrze.  Psiakrew,  chciał  w  niej  widzieć  wspólniczkę
i przyjaciółkę rodziny, ale kiepsko mu to szło, zwłaszcza gdy
była  podminowana  sytuacją  z  Lowellem  czy  Addi.  Wtedy
oczy jej lśniły i…

Nie,  nie  może  ulec  pokusie.  Musi  pracować,  myśleć

o  firmie.  Taylor  po  prostu  wzięła  sobie  do  serca  jego  słowa,
aby  porozmawiać  z  Branem,  wyjaśnić  nieporozumienie.
Powinien się cieszyć. To dlaczego nie czuł radości?

Zwykle  wychodził  z  pracy  o  szóstej.  Dziś  wyszedł

wcześniej.  Ojciec prosił, by spotkał się z nim w Rust&Boar,
restauracji słynącej z doskonałych steków. Było mu to na rękę,
bo i tak nie mógł się na niczym skoncentrować.

Jack  Knox  rzadko  prowadził  rozmowy  biznesowe

w  gabinecie;  wolał  mniej  formalne  spotkania  przy  cygarze
i  whisky.  Sam  nie  palił;  cygara  uwielbiał  jego  wspólnik,

background image

Charles  Thompson.  Ale  po  śmierci  przyjaciela  Jack
kontynuował  tradycję.  Podobało  mu  się,  że  nawet
w  Kalifornii,  gdzie  ludzie  mieli  bzika  na  punkcie  zdrowego
stylu  życia,  można  było  rozmawiać  o  interesach  przy  steku
i whisky.

Royce  uśmiechnął  się  na  wspomnienie  ostatniego

spotkania w Rust&Boar, kiedy Taylor pojawiła się w miejsce
ojca. Charles byłby z niej dumny.

Z każdą minutą coraz bardziej się denerwował. Wszedłszy

do lokalu, zauważył ojca przy barze. Jack odrzucił w tył głowę
i  roześmiał  się.  Obok  niego  siedziała  kobieta,  która
przyczyniła się do sukcesu firmy, kobieta, którą Royce kochał
nad życie: jego matka Macy.

-  Pięknie  wyglądasz,  mamo.  –  Pocałował  ją  w  policzek,

następnie uścisnął dłoń ojca. – Dobrze cię widzieć, tato.

- Zaraz nasz stolik będzie gotowy. – Jack uśmiechnął  się

szeroko.

Tak,  Brannon  odziedziczył  po  ojcu  pogodę  ducha,  a  on,

Royce, głowę do interesów.

- Zapraszam państwa…

Kierownik  restauracji,  trzymający  w  ręku  oprawione

w skórę karty dań, zaprowadził ich do prywatnej sali, zwanej
oranżerią  z  powodu  ilości  okien.  Mieszcząca  się  na  piętrze
sala należała do ThomKnoxu. Royce podejrzewał, że właśnie
w  niej  odbędzie  się  przyjęcie  z  okazji  przejścia  ojca  na
emeryturę.

-  Co  to  za  okazja?  –  spytał,  kiedy  usiedli  przy  oknie,  za

którym roztaczał się wspaniały widok na góry.

background image

Rzadko  jedli  kolację  we  troje.  Zazwyczaj  obecny  był

również  Bran,  Gia  oraz,  zanim  się  rozwiedli,  jej  mąż  Jayson
Cooper.

- Najpierw zamówmy wino – powiedział Jack.

Nie  spiesząc  się,  dokonał  wyboru.  Następnie  zamówili

specjalność  szefa  kuchni:  pstrąga  w  migdałowej  panierce
nadziewanego  szpinakiem.  Mniej  więcej  w  połowie  kolacji
Jack  ni  stąd,  ni  zowąd,  między  jednym  kęsem  a  drugim,
wyjawił powód spotkania.

- Wyznaczam cię na prezesa.

Royce  wytarł  serwetką  usta  i  zerknął  na  matkę.  Jej

promienny  uśmiech  świadczył  o  tym,  że  aprobuje  decyzję
męża.

-  Oczywiście  zwołam  w  firmie  zebranie  i  ogłoszę  to

oficjalnie. Ale chciałem cię uprzedzić. Wiem, że potrzebujesz
więcej czasu niż Brannon, żeby przywyknąć do zmian.

- Oni wiedzą? Bran i Gia?

- Wkrótce im powiem.

-  Gię  stanowisko  prezesa  nigdy  nie  kusiło  –  wtrąciła

matka.  –  Po  rozwodzie  z  Jaysonem  jeszcze  nie  znalazła
swojego miejsca. Na pewno dział sprzedaży jej nie bawi.

-  Moim  zdaniem  –  rzekł  Jack  –  Gię  interesuje  dział

technologii.

-  Chciałbym  zobaczyć  minę  Coopa  –  mruknął  Royce.

Jaysonowi  nie  przeszkadzałaby  kobieta  szef,  ale  gdyby  tym
szefem była jego eks…

- Co innego Bran – powiedziała matka. – Jemu zależy.

background image

- Ale tobie bardziej – stwierdził ojciec.

Royce pokręcił głową, ale wszystko w nim wołało „Tak!”

Jack uniósł rękę, nie dopuszczając go do głosu.

-  Odmawiasz  sobie  tego,  czego  w  gruncie  rzeczy

pragniesz.  Jesteś  naszym  ambitnym  pierworodnym,  a  ciągle
ustępujesz  rodzeństwu.  Nie,  nie  zaprzeczaj.  Chcesz  być
szefem.  I  to  ty  powinieneś  zarządzać  firmą,  kiedy  ja  będę
budował hotel na wyspie, żebyśmy z twoją matką mieli gdzie
wypoczywać. Szkoda mi poświęcać więcej czasu i energii na
ThomKnox. – Ojciec mrugnął, pokazując, że żartuje.

Szkoda  czasu  i  energii?  Royce  wyprostował  ramiona.

Jemu  nie  było  szkoda.  Marzył  o  tym  o  najmłodszych  lat.
Kochał ThomKnox. Oczywiście Brannon i Gia też. Ale firma
najlepiej  będzie  prosperować  pod  jego  czujnym  okiem.  Kto
ma więcej czasu, chęci i zapału? On, Royce Knox.

Nie  był  obarczony  żoną  ani  dziewczyną.  Po  pocałunku

z  Taylor  przez  chwilę  dał  się  ponieść  emocjom,  ale  teraz…
teraz  wszystko  się  zmieni.  Skupi  się  na  pracy,  a  o  tamtym
incydencie zapomni.

Stanowisko prezesa. Tak, to jest to.

Jack  roześmiał  się  i  poklepał  syna  po  policzku,  tak  jak

wtedy, gdy Royce był dzieckiem.

- Widzisz? – zwrócił się do żony. – Mówiłem ci, że będzie

zachwycony.

- To prawda. Mówiłeś.

Royce  rozciągnął  wargi  w  uśmiechu.  Dopiero  w  tym

momencie pozwolił sobie na to, by poczuć radość.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Taylor  powiesiła  bluzkę  w  szafie  i  gładząc  w  zadumie

delikatny jedwab, wróciła myślami do poranka. Royce wodził
po  niej  wzrokiem,  słowem  nie  wspominając  o  rozpięciu  na
biuście.  Czasem  nie  rozumiała  facetów.  O  co  im,  do  diabła,
chodzi?

Potrząsnęła głową. To był długi dzień; nie miała siły tego

roztrząsać.  Zdjęła  spodnie  i  je  również  powiesiła,  po  czym
odsunęła na bok kilka wieszaków, szukając swoich ulubionych
legginsów.

Co  jej  Royce  usiłował  dziś  powiedzieć?  Że  jest

nieatrakcyjna? Przesunęła kolejny wieszak. Ale patrzył na nią,
jakby chciał ją zjeść. Jakby…

- Pożerał mnie wzrokiem…

Pożerał, a potem temu zaprzeczył.

- Czego się boi?

A ty, Tay?

No właśnie.  Dlaczego  nic mu nie powiedziała?  Dlaczego

nie  odbyła  z  nim  rozmowy,  jak  wcześniej  z  Branem?
Z  powodu  speszenia?  Z  lenistwa?  A  może  podświadomie
chciała postąpić zgodnie z wolą ojca?

To nie było w jej stylu. Zawsze dążyła do celu. Z drugiej

strony Royce nigdy nie patrzył na nią tak jak dzisiaj. Widziała,

background image

że  toczy  z  sobą  walkę,  że  sam  siebie  karci  w  duchu.  Nie
zareagowała. Dlaczego? Bo ojciec uznał, że Royce jest dla niej
nieodpowiedni  i  powinna  trzymać  się  od  niego  jak  najdalej.
W owym czasie wydawało jej się to zabawne, bo Royce ledwo
ją dostrzegał.

- Ale dziś dostrzegł.

Cholera, powinna adoptować kota. Albo kupić rybkę. Jak

tak  dalej  będzie  mówić  do  siebie,  wyląduje  u  czubków.
Przesunęła  jeszcze  jeden  wieszak  i  nagle  zobaczyła  rzecz,
o której istnieniu już nie pamiętała.

Z  Sethem  Wheelerem  spotykała  się  –  jak  na  siebie  –

całkiem długo, niemal do ich pierwszej rocznicy. Wierzyła, że
kiedyś  się  pobiorą  i  będą  mieli  dzieci.  Zakochała  się  już  po
miesiącu,  jej  rodzice  go  lubili  i  kiedy  Seth  w  końcu
wypowiedział  te  dwa  magiczne  słowa  –  „kocham  cię”  –  nie
posiadała  się  ze  szczęścia.  Odpowiedziała,  że  ona  jego
również.  Byli  parą,  sporo  pracowali,  obojgu  zależało  na
karierze.  Tego  dnia,  kiedy  dowiedziała  się  o  chorobie  ojca,
Seth, zdolny inżynier, otrzymał ofertę pracy w Dubaju.

Wszystko  się  zmieniło.  Jej  życie  legło  w  gruzach.  Seth

natomiast był podniecony „niepowtarzalną szansą”, jaką dostał
od  losu.  Nie  chciał  zostać  w  Kalifornii,  a  Taylor  nie  chciała
opuszczać ojca. Liczyła na to, że Seth zrezygnuje z Dubaju. Że
będzie wspierał ją w tak trudnej dla niej chwili.

Nie  zrezygnował.  Usiłował  wytłumaczyć  jej  swoją

decyzję: „Rozumiesz, Tay, nie ma gwarancji, że nasz związek
przetrwa. A praca w Dubaju jest pewna na sto procent”.

Otrząsnąwszy  się,  wróciła  do  teraźniejszości.  Piękna,

czarna  i  niesamowicie  droga  sukienka  wyglądająca  jak

background image

koszulka  nocna,  halki  ozdobiona  ręcznym  haftem,  wyglądała
jak  najprawdziwsze  dzieło  sztuki,  a  ona,  przymierzając  ją
w  sklepie,  czuła  się  jak  bogini.  Planowała  włożyć  ją  na
pierwszą  rocznicę  związku  z  Sethem.  Do  rocznicy  nie
dotrwali, ale sukienkę zatrzymała.

Może  kiedyś,  pomyślała,  spotka  mężczyznę,  któremu

będzie chciała się w niej pokazać.

Pocierając delikatny materiał, przypomniała sobie reakcję

Royce’a na wieść, że rozmawiała z Branem i że go przytuliła.
Minę miał… hm, taką jak Addison. Czyli targała nim paląca
zazdrość!

-  Lubisz  jedwab,  prawda?  –  szepnęła,  ściągając  sukienkę

z wieszaka.

Wpadł  jej  do  głowy  pewien  pomysł.  Czas  przekonać  się,

czy ojciec miał rację. Kochała ojca. Szanowała go. Wierzyła,
że chce jej szczęścia. Ale mógł się mylić.

Royce pragnął jej, a ona jego. A zatem…

Dół  bieliźnianej  sukienki  odsłaniał  jędrne  uda,  cieniutkie

ramiączka  podkreślały  smukłość  ramion.  Jeśli  tak  ubrana
pojawi się u Royce’a, czy zdoła się jej oprzeć?

Czas najwyższy, by zrobiła coś dla siebie. Dlatego że tak

chce. Nie dlatego, że rodzice lub przyjaciele tego oczekują.

Nie  codziennie  iskrzyło  między  nią  a  jakimś  mężczyzną.

Właściwie  dawno  nie  iskrzyło.  Dopiero  teraz  czuła
przysłowiowe  motylki  w  brzuchu.  Nie  czuła  ich  nawet
z Sethem.

Wyciągnęła z szafy śnieżnobiały, sięgający do połowy ud

prochowiec. Z pudełka na górnej półce wyjęła czarne szpilki.

background image

Odziana  jedynie  w  chytry  uśmiech,  przeszła  do  łazienki
i wzięła szybki  prysznic.  Dwadzieścia  minut  później  wsiadła
do samochodu i ruszyła z wizytą do Royce’a.

Niezapowiedzianą.

Wróciwszy  do  domu,  Royce  wrzucił  klucze  do  ozdobnej

miski  na  stole  w  holu.  Obok  stała  roślina  o  soczyście
zielonych,  wypolerowanych  na  błysk  liściach.  Z  kolei
w kuchni na blacie gosposia zostawiła półmisek z cytrynami,
a w jadalni wazon pełen świeżych kwiatów.

Doceniał  te  drobne  gesty.  Lubił  mieszkać  sam,  ale

podobała mu się świadomość, że ktoś się o niego troszczy i że
z tym kimś nie musi powadzić długich rozmów.

Kiedy  rodzice  przekazali  mu  informację,  że  przejmie  po

ojcu  funkcję  prezesa,  przepełniła  go  bezbrzeżna  radość.
Rzadko czuł tak silne emocje. Po kolacji matka pojechała do
domu,  a  on  z  ojcem  przeszli  do  baru  na  drinka.  Jack
powtórzył,  że o swojej  decyzji  chce osobiście  poinformować
Brana i Gię, i poprosił Royce’a, aby o niczym rodzeństwu nie
wspominał.

-  Plotki  mogą  zniszczyć  firmę  –  rzekł  i  na  moment

zamilkł. – Jesteś inteligentny, ale też rozważny, systematyczny
i myślisz, zanim cokolwiek powiesz; nie działasz pochopnie.
Te cechy sprawią, że będziesz znakomitym prezesem.

Royce 

słuchał 

uważnie. 

Ojciec 

trafnie 

go

scharakteryzował, ale potem dodał coś dziwnego:

- Czasem jednak twoja roztropność bywa wadą. Niekiedy

trzeba sobie pozwolić na beztroskę, a nawet brawurę. Świat się
nie zawali, jeśli zaszalejesz.

background image

Znów  przeniósł  się  myślą  do  Taylor  i  pocałunku,  do

którego  nie  powinno  było  dojść.  To  było  szalone.
Spontaniczne i szalone. I nie, świat się nie zawalił, ale mocno
się zachwiał.

Taylor stanowiła  pokusę.  Pokusę, której  powinien  był się

oprzeć. Pokusę, której uległ i której miał ochotę stale ulegać.

Rzucił  marynarkę  na  krzesło  w  jadalni,  wyjął  spinki

z  mankietów,  po  czym  udał  się  do  kuchni.  Zamierzał  nalać
sobie kieliszek wina, żeby uczcić awans.

Ze stojaka na wino wyjął wąską czarną butelkę Old Vine

Zindfandel. Lubił swój dom i panującą w nim ciszę, ale dziś
czuł  się  jak  w  dźwiękoszczelnym  kokonie.  Najchętniej
zadzwoniłby do Brana albo Gii, lecz nie mógł. Był zdany na
własne towarzystwo.

Nie  cierpiał  ukrywać  czegokolwiek  przed  rodzeństwem,

rozumiał  jednak  powody,  które  kierowały  rodzicami:  chcieli
osobiście  poinformować  Brana  i  Gię  o  swojej  decyzji.
W  porządku,  szanował  to.  Otworzył  butelkę  i  nalał  wina  do
kieliszka.

Nie  bardzo  wiedząc,  co  z  sobą  począć,  włączył  lampę

i  usiadł  na  nowej,  lecz  stylizowanej  na  starą,  skórzanej
kanapie. Bębniąc palcami o kolano, rozejrzał się za pilotem do
kominka.  Wcisnął  przycisk;  rozbłysły  płomienie.  Jakie  to
dziwne,  pomyślał  po  chwili,  tak  sobie  siedzieć  bez  pracy.
Odstawił  kieliszek  i  wziął  ze  stolika  kolorowy  magazyn,
przerzucił kilka stron, po czym odłożył go na miejsce.

Zdegustowany  pokręcił  głową.  Ojciec  ma  rację.  Ciągle

myśli o pracy i nie potrafi się odprężyć.

background image

Ciszę przerwał dzwonek do drzwi.

Royce  poderwał  się  z  kanapy,  ciesząc  się  z  towarzystwa.

Nie  wiedział  czyjego,  ale  to  nieważne.  Grunt,  że  może
zaprosić kogoś do środka, zaproponować kieliszek wina. Wino
pite  w  towarzystwie  smakuje  o  wiele  lepiej  niż  pite
w samotności.

Na  czarno-białym  ekranie  domofonu  zobaczył  stojącą  na

werandzie kobietę. Była za wysoka jak na Gię. Zmrużył oczy.

- Taylor? – Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, to

że coś strasznego musiało się wydarzyć.

Bo  czy  inaczej  przyjeżdżałaby  bez  zapowiedzi?  Druga

myśl to, że pomyliła adres.

Miała  na  sobie  przewiązany  w  pasie  krótki  płaszcz  typu

prochowiec,  który  skrywał  jeszcze  krótszą  sukienkę.  Spod
płaszcza wystawały długie opalone nogi w butach na cienkich
wysokich  obcasach.  Włosy  miała  rozpuszczone,  lekko
falujące, takie jak w pracy, ale bardziej puszyste.

Trzecia myśl: jednak będzie miał z kim świętować.

Bądź  rozsądny,  Royce,  przykazał  sobie.  Tyle  że  w  takiej

chwili,  kiedy  patrzy  się  na  długonogą  piękność  na
niebotycznych  obcasach,  trudno  o  rozsądek.  Zerknął  na
szpilki: czarne, z delikatnym paseczkiem wokół kostki. Wolno
powiódł spojrzeniem w górę: zgrabne łydki, kolana, uda…

Poczuł,  jak  pewna  część  jego  anatomii  ożywa.  Chryste,

Royce, weź się w garść!

Łatwo powiedzieć.

background image

Na  moment  zatrzymał  spojrzenie  na  krótkim  białym

prochowcu  zapiętym  na  czarne  guziki,  następnie  skierował
wzrok  wyżej,  na  ciemnoblond  włosy  opadające  na  ramiona.
Była olśniewająco piękna. Dziwne; gdyby tydzień temu Bran
spytał go, jak ocenia urodę Taylor, odparłby, że może być.

Może  być?  Guzik  prawda.  Zapierała  dech  w  piersiach.

Miała  ponętne  wargi,  wysokie  kości  policzkowe  pociągnięte
różem i długie czarne rzęsy przysłaniające lśniące piwne oczy.

- Dobry wieczór – powiedziała słodko niczym Czerwony

Kapturek, rozciągając usta w niemal drapieżnym uśmiechu.

Zanim  zdążył  po  raz  trzeci  lub  czwarty  nakazać  sobie

zachowanie rozsądku, usłyszał w głowie słowa ojca: Czasem
jednak  twoja  roztropność  bywa  wadą.  Niekiedy  trzeba  sobie
pozwolić na beztroskę.

Świat  się  nie  zawalił,  kiedy  w  sobotę  pocałował  Taylor.

Przeciwnie, wszystko układało się znakomicie. Może to znak,
że podąża właściwą drogą? Że postępuje słusznie?

Wyszczerzył  zęby  niczym  wilk.  Na  szczęście  Czerwony

Kapturek nie musiał obawiać się o swoje życie.

- Zapraszam – rzekł, wskazując ręką hol.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Powtarzała  to  jak  mantrę,  kiedy  po  wyjściu  z  kabiny

prysznicowej  suszyła  włosy.  Posmarowała  ręce  i  nogi
pachnącym olejkiem, następnie włożyła jedwabną sukienkę na
ramiączkach.  Poszperawszy  w  szufladzie,  znalazła  pasujące
koronkowe  stringi.  Ich  też  ani  razu  nie  miała  na  sobie  –
czekały na wyjątkową okazję.

Teraz,  stojąc  w  holu,  nerwowo  zaciskała  ręce  na  pasku.

Może  za  daleko  się  posunęła?  Może  niepotrzebnie
ryzykowała? Może powinna się wycofać?

-  Idealnie  się  wstrzeliłaś.  Siedziałem  sam,  nie  miałem

z  kim  świętować.  Napijesz  się  wina?  –  spytał  Royce,  nie
okazując zdziwienia, że zjawia się bez zapowiedzi, o dziesiątej
wieczorem, w króciutkim prochowcu i seksownych szpilkach.

- Chętnie.

Zabrał z jej drżącej dłoni kluczyki samochodowe i torebkę,

po czym wskazał szafę.

- Zdejmiesz płaszcz?

Wystraszyła się: może Royce ma rentgen w oczach? Może

wie,  co  ona  skrywa  pod  spodem?  Może  domyśla  się,  po  co
przyjechała?

- Nie, ja… zimno mi.

background image

Skinął głową, jego twarz niczego nie zdradzała.

- Wino cię rozgrzeje.

Przeszedł  do  kuchni,  a Taylor  ruszyła  do  salonu.  Była  tu

raz, pięć lub sześć lat temu. Wtedy zachwyciła ją przestrzeń,
ale uważała, że całość sprawia nieco chłodnawe wrażenie.

Teraz  wnętrze  było  przytulne.  Człowiek  miał  ochotę

wyciągnąć się w piżamie na dużej skórzanej kanapie, poczytać
coś lub popatrzeć na buzujące w kominku płomienie.

- Proszę. – Royce podał jej pękaty kieliszek bez nóżki.

Ręce  miała  wilgotne  od  potu.  Seksowna  bogini,  za  jaką

chciała  dziś  uchodzić,  coraz  bardziej  czuła  się  jak  mały
wystraszony  kotek.  Z  każdą  sekundą  jej  pewność  siebie
zanikała.  Może  źle  odczytała  wcześniejszą  reakcję  Royce’a.
Może wcale nie łypał na nią z pożądaniem. Może gapił się na
jej biust bez żadnych zdrożnych myśli. Czy to tak trudno sobie
wyobrazić? Że potrafi się jej oprzeć?

-  Royce,  ja…  -  Popatrzyła  mu  w  twarz,  zamierzając  go

przeprosić za najście i wrócić do siebie.

- Może jednak dasz mi płaszcz?

Nie  wiedziała,  jak  się  zachować.  Powiedzieć,  że  nie,  że

wciąż  jej  zimno,  że  wpadła  omówić,  jaką  strategię  obrać
wobec  Lowella  Olsena.  Royce  wysłucha  jej  uważnie,  udzieli
kilku rad, wtedy ona mu podziękuje i ruszy do wyjścia.

Jeśli natomiast zgodzi się, jeżeli zrzuci płaszcz i ukaże się

Royce’owi  w  tej  bieliźnianej  sukience…  No  cóż,  wszelkie
wyjaśnienia, dlaczego przyjechała, będą zbędne.

Wóz albo przewóz.

background image

Co  zrobi  Royce,  kiedy  zobaczy  ją  w  negliżu?  Może

zarzuci jej płaszcz na ramiona – albo koc, co będzie bliżej –
i powie: smyrgaj do domu, młoda damo. No dobra, pewnie nie
użyje  tych  słów,  ale  na  jedno  wyjdzie.  Był  sześć  lat  starszy
i zdaniem jej ojca to był jeden z powodów, dlaczego powinna
trzymać się od niego z daleka.

Niewykluczone,  że  na  Balu  Walentynkowym  działał  pod

wpływem  chwili,  a  tak  naprawdę  to  cały  czas  widzi  w  niej
przyjaciółkę  swojej  młodszej  siostry.  Nie  kobietę,  która
pragnie go rozebrać i zaciągnąć do łóżka.

Ogarnął  ją  strach.  Gula  w  gardle  utrudniała  mówienie.

Może popełniła błąd? Może te spojrzenia, jakimi ją obrzucał,
wynikały z ciekawości, a nie pożądania?

- Taylor? – Uniósł zmieszany brwi.

Okej, ma szansę wycofać się i uciec, zachowując twarz.

Ale  wewnętrzny  głos  zaprotestował.  Masz  szansę,  wolał,

zdobyć  to,  czego  pragniesz.  Nigdy  nie  była  buntowniczką.
Może czas najwyższy, by nią została?

Ręka Royce’a zawisła w powietrzu. Czekał.

Taylor  zadrżała.  Na  co  się  decydujesz?  –  szepnął  rogaty

diabeł, który przycupnął na jej lewym ramieniu. Zanim zdołała
naradzić  się  ze  skrzydlatym  aniołem  siedzącym  na  ramieniu
prawym, ten mrugnął do niej zachęcająco.

I co teraz?

- Dobrze – powiedziała.

Wprost  nie  mogła  uwierzyć,  że  zdobyła  się  na  odwagę.

Kiedy  ujęła  rękę  Royce’a  i  zbliżyła  do  swojej  talii,  miała

background image

wrażenie, jakby oglądała w kinie film.

- Ale ty rozwiąż pasek.

Stała  bez  ruchu.  Serce  jej  waliło,  oddech  miała  urywany.

Z napięciem patrzyła, jak Royce przysuwa drugą rękę, potem
delikatnie ciągnie za dwa końce paska.

Pragmatyzm i rozsądek ustąpiły miejsca żądzy. Nawet nie

próbował z tym walczyć.

Z  paskiem  w  mig  sobie  poradził,  po  czym  odchylił  poły

płaszcza  i  zdębiał.  Ciało  Taylor  opinał  lekko  połyskliwy
czarny  materiał.  Kiedy  zmieniła  pozycję,  materiał  przesunął
się, przyciągając uwagę do widocznych pod spodem twardych
sutków.

Uświadomił  sobie,  że  to,  co  widzi,  nie  całkiem  jest

sukienką. Jest seksem w najczystszej postaci.

Utkwił spojrzenie w twarzy Taylor. Zobaczył przyzwolenie

oraz pytanie: czy mu się podoba?

- Co za miła niespodzianka – szepnął.

Na twarzy Taylor odmalowała się ulga.

- Miałam nadzieję, że to usłyszę.

- Czy mógłbym powiedzieć coś innego?

- Mógłbyś mi kazać się ubrać i wracać do domu.

Takiego  scenariusza  sobie  nie  wyobrażał.  Zsunął  jej

płaszcz z ramion.

- Chciałabyś? Wrócić do domu?

Potrząsnęła głową.

To dobrze. On by też tego nie chciał.

background image

Położył  płaszcz  na  oparciu  kanapy  i  wierzchem  dłoni

pogładził materiał okrywający jej ciało. Podejrzewał, że skórę
Taylor  ma  równie  jedwabistą.  Pachniała  cudownie,  mmm,
wyczuwał  cytrusową  nutę  przywodzącą  na  myśl  słoneczne
letnie dni. Delikatnie przyciągnął ją do siebie, zbliżył wargi do
jej ust, rozchylił je językiem.

Odwzajemniając  pocałunek,  przesuwała  ręce  po  jego

torsie, po ramionach i plecach. Przytulił ją mocniej, po czym
wysunął  do  przodu  biodra  i  wbił  się  członkiem  w  jej
podbrzusze. Zamruczała cicho.

Zasypując  pocałunkami  jej  szyję,  dotarł  do  wgłębienia

przy obojczyku, następnie zawrócił w stronę ucha. Jego ręce
wędrowały  coraz  wyżej,  zaciskały  się  na  żebrach…  Przy
biuście  na  moment  przyhamował,  dając  Taylor  szansę
powstrzymania  go.  Przyjechała  w  płaszczu  narzuconym  na
kusą  haleczkę  i  w  seksownych  szpilkach,  ale  gdyby  chciała
zmienić decyzję…

Nie chciała. Przywierając ponownie ustami do jego warg,

ujęła jego dłoń i przycisnęła sobie do piersi. Drugą ręką zaczął
pocierać  kciukiem  sutki.  Szepcząc  jego  imię,  zamknęła  oczy
i odchyliła głowę.

- Po to dziś przyjechałaś, Tay? – spytał.

Rzadko  sobie  dogadzał.  No  czasem,  kiedy  już  nie  mógł

oprzeć  się  pokusie,  kupował  kawałek  tortu  czekoladowego.
Taylor  w  pewnym  sensie  była  jak  grzeszny  deser,  słodka,
a zarazem pikantna. Wiedział, że gdy tylko weźmie pierwszy
kęs, będzie się nią delektował, dopóki jej całej nie zje.

- Tak, ale…

background image

- Ale? – Uniósł głowę.

- Nie wiedziałam, jak zareagujesz.

Przycisnął jej rękę do swojego przyrodzenia, tak żeby nie

miała najmniejszych wątpliwości. Jej źrenice się rozszerzyły,
niemal w całości zachodząc na tęczówki.

- Jesteś pewna, że chcesz? – Bestia, którą w sobie obudził,

zawyła w proteście; zignorował ją. Musiał mieć pewność, że
Taylor wie, co robi, zanim do czegokolwiek więcej dojdzie.

- A ty? – Rozluźniła mu krawat i cisnęła go na podłogę. –

Wcześniej,  kiedy  zajrzałam  do  twojego  gabinetu,  nie
wydawałeś się zainteresowany.

- Byłem w pracy – odparł. – Czego się spodziewałaś?

- Masz rację – szepnęła, gładząc go po ramionach.

Podobało  mu  się,  jak  na  niego  patrzy.  Jakby  był  jej

ulubionym smakołykiem, a ona była bardzo głodna.

W  jego  głowie  kołatała  się  tylko  jedna  myśl:  Na  co

czekasz? Pokaż jej, jaka jest piękna. I jaką odwagą wykazała
się, przyjeżdżając do ciebie.

Przyjechała,  kiedy  jej  potrzebował.  Kiedy  jej  pragnął.

Zanim sam to sobie uświadomił.

Przykucnąwszy,  wsunął  ręce  pod  jedwabną  koszulkę;

wodził  nimi  po  udach  Taylor,  po  jej  pośladkach.  Wyczuł
palcami  wąski  paseczek  stringów.  Z  jego  ust  wydobył  się
cichy  pomruk.  Zacisnął  usta  na  przysłoniętym  jedwabiem
sutku. Taylor wygięła plecy.

- Jak dobrze, Royce… - szepnęła.

background image

Zostawił  sutek  i  z  drapieżnym  uśmiechem  na  twarzy

chwycił w zęby ramiączko – jedno, po chwili drugie. Obnażył
Taylor  biust,  po  czym  zsunął  koszulkę  na  biodra.  Opadła  na
podłogę, tworząc lśniącą czarną kałużę. Albo jezioro.

Usta i język wróciły do piersi, a ręka powędrowała w dół.

Taylor naparła na jego dłoń. Gotów był eksplodować. Ach, co
za  wspaniała  tortura!  Postanowił  się  zemścić,  zobaczyć,  ile
ona  wytrzyma.  Pocierając  wzgórek  łonowy,  ponownie
uchwycił  w  zęby  sutek.  Ssąc,  słyszał,  jak  Taylor  powtarza:
Royce, Royce.

-  Tak,  tak…  -  Coraz  mocniej  naciskała  biodrami  na  jego

rękę. – Royce, błagam…

Wyprostował  się  i  utkwił  w  niej  oczy.  Chciał  widzieć  ją

w chwili uniesienia, gdy przeżywa rozkosz.

- Czego pragniesz, Taylor?

- Tego – odparła z zamkniętymi powiekami.

- To znaczy? Powiedz. – Oczywiście wiedział, ale chciał to

usłyszeć. – Proszę…

To  jedno  słówko  –  proszę  –  przeważyło  szalę.  Taylor

uniosła  powieki  i  spoglądając  na  Royce’a  rozpalonym
wzrokiem, szepnęła:

- Ciebie. Twojego dotyku.

-  Gdzie  cię  dotykać?  –  Starał  się  zachować  spokój,  ale

coraz trudniej mu to przychodziło. Pragnął jej do bólu, a nie
powinien.

Jednak  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  dlaczego  nie

powinien. Coś mu kołatało, że praca, że zmiany w firmie, że

background image

są wspólnikami, że jednolity front…

Miał mętlik w głowie, na niczym nie mógł się skupić poza

kobietą, którą trzymał w ramionach.

-  Chcę…  potrzebuję…  -  Oddychała  ciężko,  twarz  się  jej

wykrzywiła.

Poczuł wilgoć na palcach. Kiedy zgięła nogi w kolanach,

jakby nie miała siły ustać, objął ją w pasie, a ona zamruczała
cicho.

- Jesteś piękna, jak szczytujesz. Zjawiskowo piękna.

Uśmiech wykwitł na jej wargach. Przytulona do Royce’a,

odgarnęła mu włosy z czoła.

- Założę się, że ty też.

Uwielbiał jej tupet. Zawsze była odważna, ale dopiero na

balu  miał  okazję  przekonać  się  o  tym  osobiście.  Kiedy
chwyciła go za klapy i przyciągnęła do siebie, zakręciło mu się
w głowie. I od tamtej pory nie przestawało się kręcić.

- Jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać…

Wziąwszy Taylor na ręce, ruszył w głąb salonu. Gdy tylko

położył  ją  na  kanapie,  natychmiast  zaczęła  rozpinać  mu
spodnie.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Od  tygodnia  czuła  silny  ucisk  w  trzewiach,  takie  dziwne

ssanie.  Nie  bardzo  rozumiała,  co  oznacza.  Dopiero  dziś
doznała olśnienia: pożądanie. Trawiło ją pożądanie.

Palce  Royce’a  poruszały  się  po  jej  kobiecości  niczym

palce pianisty po klawiaturze fortepianu. To było niesamowite.
Wcześniej gotowa była przysiąc, że niczego jej nie brakuje, że
tą  sferą  swojego  życia  sama  świetnie  zawiaduje.  W  końcu
czym się różnią jej palce od palców mężczyzny?

A jednak różnic było wiele. Gładkie ręce versus szorstka

skóra. Świadome ruchy versus ekscytujące oczekiwanie na to,
co  nastąpi.  Cisza  versus  zberezeństwa  szeptane  do  ucha.  Na
samo  wspomnienie  poczuła  mrowienie  na  plecach.  To  był
najlepszy orgazm, jaki miała od lat.

Oczywiście  nie  mogła  winić  siebie,  że  tak  długo

zadowalała  się  życiem  w  pojedynkę.  Jakoś  instynktownie
wiedziała, że chodzi o Royce’a; że z nikim innym nie byłoby
jej tak dobrze.

Kiedy zdjął jej płaszcz, wciąż nie była pewna, czy jej nie

odtrąci. Zawsze był taki rozsądny, opanowany.

Ale nie dzisiaj. Dziś był podniecony, pragnął ją zaspokoić,

sprawić jej przyjemność.

Zsunął  spodnie  razem  z  bokserkami.  Stał  przed  nią

umięśniony,  z  płaskim  brzuchem  i  sterczącym  dumnie

background image

członkiem.  Rozciągając  usta  w  uśmiechu,  zdjął  koszulę.
Oczom Taylor ukazał się wspaniały, lekko owłosiony tors.

Czekała niecierpliwie na dalszy ciąg. Zrobiło jej się gorąco

na samą myśl, że z tym mężczyzną zaraz zacznie się kochać.
Royce zgarnął ubranie, po czym pocałował ją w usta.

- Za moment wrócę. – Ruszył do holu.

- Dokąd idziesz? – Podparłszy się na łokciach, nie mogła

oderwać spojrzenia od jego bosych stóp i zgrabnego tyłka.

- Po gumkę – odparł, znikając w ciemności.

A, słusznie! Położyła się na plecach. Całkiem zapomniała

o zabezpieczeniu; dobrze, że on pamiętał.

Wrócił  po  chwili  i  szybko  nasunął  prezerwatywę.  Taylor

rozchyliła  uda.  Ułożył  się  między  jej  nogami.  Przeszył  ją
dreszcz.

- Lubię, jak masz rozpuszczone włosy. – Owinął kosmyk

wokół palca. – Zwróciłem na nie uwagę dziś rano.

- Nie tylko na włosy zwróciłeś uwagę.

Zerknął przez ramię na czarne szpilki, których nie zdjęła.

- Opleć mnie w pasie – poprosił z lubieżnym uśmiechem.

Gdy  to  zrobiła,  członek  znalazł  się  tuż  u  wejścia  do

pochwy. Wchodził w nią powoli, rozpychając miękkie ścianki.
Dopiero gdy zniknął w niej cały, zaczął się ruszać.

-  Kiedy  stałaś  na  werandzie,  wyglądałaś  niewinnie,  jak

Czerwony Kapturek, ale w twoim spojrzeniu była dzikość.

- Dzikość? – Wciągnęła z sykiem powietrze, gdy wysunął

się z niej, a potem wbił z powrotem.

background image

- Zadająca kłam niewinności.

- Z ty jesteś wilkiem? – Zanurzyła palce w jego włosach.

-  Może  oboje  jesteśmy  wilkami.  –  Ponownie  się  w  nią

wbił, tym razem trafiając w punkt G.

Zacisnęła powieki.

- Czy ja to nie wiem, ale ty na pewno – szepnęła. – Mmm,

podoba mi się, że tak na ciebie działam. Że nie potrafisz mi się
oprzeć.

- Bo mi to utwardzasz… Utrudniasz.

- Fajne przejęzyczenie.

- Zamknij się.

Pocałunkiem  skutecznie  ją  uciszył,  po  czym  zwiększył

tempo wykonywanych przez siebie ruchów. Oddychała coraz
szybciej, orała paznokciami jego plecy.

-  Kapturku  –  powiedział,  sapiąc  –  chcę  znów  zobaczyć

rozkosz na twojej twarzy.

- No to postaraj się, Wilku. To od ciebie zależy.

Przyjął jej wyzwanie. Chwycił jej kolano w zgięcie łokcia

i  uniósł  tak,  by  jeszcze  głębiej  w  nią  wejść.  Otworzyła  usta,
ale jedyne, co była w stanie wydukać, to:

- Och, jak dobrze…

Zadowolony z reakcji, naparł mocno biodrami, wykrzywił

twarz, odsłonił zęby. Taylor nie odrywała od niego spojrzenia.
Miała rację: szczytując, wyglądał fantastycznie.

- Czyste – rzekł, podając jej legginsy i bluzę z logo MIT. –

Gia  przebierała  się  u  mnie  przed  balem.  Zostawiła  swoje

background image

rzeczy, a ja oddałem je do prania.

Taylor uśmiechnęła się. Tak, Knoxowie wszystko oddawali

do pralni. Chyba nigdy nie widziała, by Gia włączała pralkę.

Kiedy ona wyprowadziła się od rodziców, odkryła, że lubi

sprzątać.  Gdy  awansowała  na  dyrektora  zarządzającego,
zatrudniła  gosposię,  ale  z  niektórych  prac  domowych  nie
zamierzała rezygnować.

Na przykład z gotowania. Jasna, otwarta na salon kuchnia

sprzyjała  kreatywności.  Oraz  z  prania.  Nie  była  zapaloną
domatorką  jak  jej  mama.  Po  prostu  dbała  o  swoje  ubrania
i  tylko  rzeczy  wymagające  chemicznego  czyszczenia
oddawała do pralni.

-  Dzięki.  –  Zasłaniając  się  koszulką,  wzięła  legginsy

i  bluzę.  Czuła  się  dziwnie  onieśmielona,  a  bliskość  Royce’a
jeszcze bardziej ją peszyła. – Czy mógłbyś… no wiesz…

-  Jasne,  przepraszam.  –  Odwrócił  się,  na  jego  twarzy

pojawił się grymas.

Czy  to  ten  sam  człowiek,  z  którym  przed  chwilą  się

kochała? Który przeniósł ją do erotycznego raju? Tamten był
czuły, uśmiechnięty…

Oboje zachowali się w sposób nietypowy dla siebie. Ona

przyjechała,  żeby  go  uwieść.  On,  zawsze  opanowany
i zasadniczy, rzucił się na nią, gdy tylko dała pozwolenie.

- Nie, poczekaj. Usiądź. Nie wygłupiajmy się.

Uniosła  biodra  i  w  miarę  dyskretnie  włożyła  springi.

Royce utkwił wzrok w jej kolanach.

- Za późno – mruknął rozbawiony.

background image

Wciągnęła  legginsy,  dziękując  w  duchu  Gii  za  to,  że  je

zostawiła.  Nie  bardzo  miała  ochotę  wracać  do  domu  ubrana
jedynie w koszulkę i krótki prochowiec. Następnie wciągnęła
przez  głowę  mięciutką  szarą  bluzę  zsuwającą  się  z  jednego
ramienia.

Usiadłszy  wygodnie,  Royce  sięgnął  po  kieliszek.  Taylor

również.

-  A  więc  –  powiedziała  –  zajęło  ci  dziesięć  lat,  żeby

dostrzec we mnie kobietę.

Wypił łyk wina.

- Dostrzegłem to dużo wcześniej.

- Serio? – spytała autentycznie zaskoczona.

Roześmiał  się.  Ubrany  był  w  granatowy  T-shirt  i  luźne

spodnie  od  piżamy.  Stopy  miał  bose.  Taylor  zamyśliła  się.
Chyba  nigdy  nie  chodziła  z  mężczyzną,  który  paradował  po
domu w spodniach od piżamy. W dresach tak, w bokserkach
owszem, ale nie w spodniach od piżamy.

-  Oczywiście,  ale  to  nie  znaczy,  że  wodziłem  za  tobą

pożądliwym  wzrokiem.  Byłaś  najlepszą  przyjaciółką  Gii,
wiekiem  byłaś  bardziej  zbliżona  do  Brannona  niż  do  mnie.
Zresztą  czego  mogłaby  osiemnastolatka  chcieć  od  faceta
dwudziestoczteroletniego? Stracić z nim dziewictwo?

- Ha! Straciłam je dwa lata wcześniej. A sześć lat różnicy

to  wcale  nie  tak  dużo.  Co  innego  gdybyś  miał  czterdzieści
pięć, a ja osiemnaście. – Nagle umilkła.

W owym czasie Royce’a bardziej interesowały studentki,

a  nie  jakaś  licealistka,  która  cierpła  na  myśl,  że  musi  iść  na
kolejną galę, bo tak jej każą rodzice. Royce nie miał pojęcia,

background image

że  przyglądała  mu  się  dyskretnie.  Że  podziwiała  jego  urodę,
sposób  bycia,  charakter.  Odznaczał  się  pewnością  siebie,
opanowaniem,  rozwagą.  Brannon  był  wesołkiem,  lubiła  go
jako  kumpla,  ale  jeśli  miałaby  się  z  kimś  wiązać,  to  tylko
z człowiekiem odpowiedzialnym, na którego mogłaby liczyć.
Z kimś podobnym do jej ojca.

Przełknęła  łzy,  które  niespodziewanie  podeszły  jej  do

gardła, i szybko zmieniła temat.

-  Mogłeś  mnie  zaprosić  na  jedną  z  tych  imprez

charytatywnych, na których musieliśmy bywać.

- I na których nadal bywamy. – Z jego tonu wynikało, że

męczą go tak samo jak ją.

- Uczestniczysz w nich z przymusu? Bez przyjemności? –

Trochę ją to zdziwiło, bo sądziła, że nie przeszkadzają mu te
wszystkie  bale.  Ubrany  w  smoking,  krążył  między  gośćmi
z drinkiem w ręku, uśmiechając się przyjaźnie.

-  Więc  mówisz,  że  dobrze  skrywam  niechęć?  –  Uniósł

pytająco brwi.

-  Wiele  rzeczy  robisz  dobrze  –  odparła,  spoglądając  na

niego  znad  kieliszka.  Świetnie  się  tu  czuła,  w  jego  domu,
siedząc przed kominkiem, rozmawiając, pijąc wino.

- Robię to, czego się ode mnie oczekuje. Jak przystało na

pierworodnego syna. – Wzruszył ramionami.

Na  pewno  nikt  nie  „oczekiwał”,  że  zaciągnie  Taylor

Thompson  do  łóżka.  Ani  że  ona  zjawi  się  u  niego  bez
zapowiedzi, tylko i wyłącznie w jednym celu: by go uwieść.
Poczuła,  jak  rozpiera  ją  duma.  Wreszcie  nie  pytała  nikogo
o zgodę, po prostu spełniła swoje marzenie.

background image

-  Balu  Walentynkowego  chyba  najbardziej  nie  lubiłem.

W tym  roku  to się zmieniło.  – Oczy  mu  płonęły. Ni stąd,  ni
zowąd ujął jej stopę. – Przynieść ci skarpetki?

-  Nie,  dzięki.  Muszę  z  powrotem  włożyć  te  papucie.  –

Wskazała na leżące pod stolikiem szpilki, które przypominały
narzędzie tortur. Kiedy Royce poszedł się przebrać, zrzuciła je,
by chwilę dać nogom odpocząć.

- Są bardzo seksowne.

-  Jestem  ostatnią  osobą,  którą  spodziewałeś  się  zobaczyć

na werandzie, prawda? – To było szaleństwo. Przyjechała, bo
miała ochotę na seks. Nie wiedziała, jak Royce się zachowa,
ale przeczucie rzadko ją myliło.

- Fakt, zaskoczyłaś mnie. Raczej spodziewałem się Brana.

Że przyjechał mi dokopać. Pomyślałem, że ojciec powiedział
mu… - urwał. – Nieważne.

- Co? Że co mu Jack powiedział?

Potarł  brodę,  zastanawiając  się,  czy  zdradzić  Taylor

szczegóły  swojej  rozmowy  z  ojcem,  czy  lepiej  nie.  Wstał
z kanapy, wziął z fotela koc, rzucił jej, by się okryła, po czym
trzymając w ręce kieliszek, utkwił spojrzenie w ciemności za
oknem.

- Mam być prezesem.

Zamrugała zdziwiona. Chyba mniej by się zdziwiła, gdyby

pojawił się u niej w samym prochowcu.

- I jak… jak się z tym czujesz? – Musiała spytać, bo nie

potrafiła wyczytać nic z jego głosu ani twarzy.

- To jest odpowiedzialność.

background image

- Chcesz ją?

- Oczywiście – warknął.

Lepiej nie drążyć, pomyślała. Uprawiali seks, ale to jej nie

daje prawa wściubiać nosa w jego sprawy.

-  Pójdę  już.  –  Zrzuciła  z  siebie  koc.  –  Jutro  wcześnie

zaczynam dzień. Od śniadania z moją mamą.

Nie zaprotestował, ale czego się spodziewała? Że poprosi

ją, aby rozebrała się i poszła z nim do sypialni? Romans chyba
nie był im pisany.

Sięgnęła  po  szpilki,  zapięła  paski  wokół  kostek

i skierowała się do holu. Royce ruszył za nią. Podał jej torebkę
i  kluczyki.  Na  zewnątrz  rześki  wiatr  poruszał  liśćmi  palm;
kołysały się na tle czarnego nieba.

- Dobranoc. – Odgarnęła włosy za uszy. – I gratuluję.

Zrobiła  krok  w  stronę  zaparkowanego  na  podjeździe

samochodu,  kiedy  usłyszała,  jak  Royce  wypowiada  jej  imię.
Wstąpiła w nią nadzieja.

Zatrzymaj mnie. Poproś, żebym została.

Zszedł po schodkach, otworzył usta i jej nadzieja prysła.

- Nie mów Brannonowi ani Gii, dobrze?

- Jasne – odparła, czując bolesne kłucie w sercu.

Skrzyżował  ręce  na  piersi,  jakby  chronił  się  przed

chłodnym wiatrem.

-  Rodzice  chcą  ich  osobiście  poinformować.  Zanim

oficjalnie ogłoszą wiadomość.

Skinęła w milczeniu głową. Co miała powiedzieć?

background image

Royce  obrócił  się,  wszedł  do  domu,  zamknął  za  sobą

drzwi. A więc to tyle, jeśli chodzi o romans.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Uroczystą  kolację  z  okazji  urodzin  Jacka  Knoxa

przygotowano  w  Hourglass,  niedużym  hotelu  w  San
Francisco,  w  którym  kiedyś  mieściła  się  fabryka  marmuru.
Mercury  Hill,  sławna  firma  architektoniczna,  odrestaurowała
budynek,  zachowując  jego  dawny  elegancki  charakter,
a  jednocześnie  nadając  wnętrzu  nowoczesny  artystyczny
wygląd.

Royce  przyjechał  razem  z  Gią.  Nawet  przemknęło  mu

przez myśl, by zabrać Taylor, ale zawsze sama przyjeżdżała na
różne imprezy, więc uznał, że nie będzie się narzucał.

Ich wczorajsze rozstanie było… hm, dziwne, nigdy jednak

nie  potrafił  odczytywać  emocji  kobiet,  zwłaszcza  tej  jednej
kobiety.

Lubił  jasne,  klarowne  sytuacje,  przejrzyste  jak  arkusz

kalkulacyjny,  gdzie  każda  informacja  wpisana  jest  do
oddzielnej  rubryki,  a  rubryki  na  siebie  nie  zachodzą.  Lubił
prostotę, dokładność, konkret.

Taylor  zaś  była  niczym  statek  podczas  burzy,  nie  do

opanowania.

Uprawiali  seks,  było  fantastycznie.  Czy  to  znaczy,  że

powinien  do  niej  zadzwonić?  Że  są  parą?  Im  dłużej  o  tym
myślał,  tym  bardziej  się  irytował.  W  drodze  do  Hourglass

background image

podjął  decyzję:  dziś  świętują  urodziny  Jacka  i  na  tym  trzeba
się skupić.

- Solenizant jest w drodze – oznajmił głośno Bran, tak by

słyszeli go również ci, który wyszli na dach. Uśmiechając się
szeroko, schował telefon do kieszeni.

Widząc brata w tak dobrym humorze, Royce domyślił się,

że  rodzice  nie  przekazali  mu  informacji  o  tym,  kogo  ojciec
wyznaczył  na  swoje  miejsce  w  firmie.  Podczas  trwającej
godzinę  jazdy  zorientował  się,  że  Gia  również  nic  nie  wie.
W przeciwnym razie na pewno coś by napomknęła.

- Szkocka dla pana. – Barman podał mu szklankę.

- Dzięki. – Royce skinął głową.

Był  tu  dopiero  od  pięciu  minut,  jeszcze  nie  zdążył  się

rozejrzeć.  Gości  zjawiło  się  sporo,  co  najmniej  sześćdziesiąt
osób.  Przyjęcie  miało  zacząć  się  o  ósmej,  ale  wiadomo  –
zacznie  się,  kiedy  przybędzie  solenizant,  który  zwykle  się
spóźniał. Bywał punktualny, gdy tego wymagały okoliczności,
ale  w  sytuacjach  mniej  oficjalnych  pozwalał  sobie  na
piętnastominutowe  spóźnienie.  Przypuszczalnie  dzisiejsi
goście  wiedzieli,  że  podczas  urodzinowej  kolacji  Jack  ogłosi
zamiar przejścia na emeryturę.

Kiedy stał ze szklanką w dłoni, podeszła do niego Taylor

w  prostej  czarnej  sukience  do  kolan.  Zakręciło  mu  się
w  głowie.  Sukienka  opinała  ciało,  które  poznał.  Dekolt
przypomniał  mu  o  seksownej  bieliźnie.  Z  kolei  bielizna
przypomniała  mu  o  tym,  co  robili  na  kanapie.  O  tym,  jak
Taylor  szeptała  jego  imię.  O  stringach,  które  z  niej  ściągnął.
Ciekawe, co dzisiaj ma pod spodem? Chyba niewiele, sądząc

background image

po  tym,  że  sutki  są  wyraźnie  widoczne  pod  materiałem
sukienki.

- Cześć – powiedział, bo nie bardzo mógł spytać: czy masz

na sobie bieliznę?

- Cześć. – Trzymała pusty kieliszek.

- Białe czy czerwone? – spytał, wyjmując go z jej palców.

- Różowe.

No  tak,  coś  pomiędzy.  Cała  Taylor.  Uśmiechając  się  pod

nosem, poprosił barmana o kieliszek różowego wina.

-  W  identycznym  kolorze  miałaś  policzki,  kiedy  wczoraj

do mnie przyjechałaś – stwierdził, oddając jej kieliszek.

Zaskoczyły go własne słowa, zazwyczaj nie flirtował, ale

przy Taylor często sam siebie nie poznawał.

Uniosła kieliszek do ust. Wysadzana klejnotami bransoleta

zalśniła w blasku światła.

-  Pierwszy  raz  tu  jestem.  –  Rozejrzała  się  po  sali.  Na

ścianach  wisiały  podświetlone  obrazy,  sporo  barwnych
abstrakcji, które współgrały z nowoczesnymi meblami, a także
sceny myśliwskie.

-  Tak?  A  to  jedna  z  moich  ulubionych  knajp,  nie  tylko

dlatego,  że  można  tu  zamówić  najdroższą  whisky  świata,
Macallan  z  1926  roku.  –  Uniósł  szklankę  z  bursztynowym
płynem.  –  Podobają  mi  się  te  krzesła.  Pasowałyby  do
obskurnego  baru,  ale  są  z  najlepszej  gatunkowo  skóry
i piekielnie wygodne.

- Słowem kręci cię brak zadęcia i pretensjonalności…

background image

-  W  toalecie  męskiej  wisi  obraz  przedstawiający  psy

grające w pokera.

- Serio? – Taylor wytrzeszczyła oczy.

- Żartuję. – Lubił się z nią drażnić.

Przechyliła  na  bok  głowę.  Włosy  opadły  jej  na  ramiona.

Zauważył jaśniejsze i ciemniejsze pasemka.

- Byłaś u fryzjera?

-  Dziś  rano.  –  Przeczesała  jedwabiste  loki  mieniące  się

odcieniami złota i brązu. – Bardzo jesteś spostrzegawczy.

Otworzył  usta,  zamierzając  opowiedzieć,  na  co  wczoraj

zwrócił uwagę: na jej zaczerwienione policzki, na cytrusowy
zapach, jaki po jej wyjściu został mu na skórze, na to, jak jej
włosy łaskotały go w ramiona, kiedy się z nią kochał, na to, że
rano  obudził  się  z  erekcją,  że  wciąż  brzmi  mu  w  uszach  jej
ochrypły jęk…

- Witajcie, moi mili. – Brannon podszedł z piwem w ręce.

Taylor  instynktownie  zwiększyła  odległość  między  sobą

a  Royce’em,  ale  Bran  zdawał  się  tego  nie  widzieć.
Pochyliwszy się, cmoknął ją w policzek.

- Piękną masz koszulę – pochwaliła.

Royce poczuł ukłucie zazdrości. A on to co? Słowem nie

zająknęła się o jego garniturze.

Bran  wyszczerzył  zęby,  po  czym  zerknął  wyczekująco

w  stronę  drzwi.  Royce  się  zaniepokoił.  Ojciec  znany  był  ze
swojej  spontaniczności,  lubił  być  w  centrum  uwagi.  Chociaż
powiedział, że informację o tym, kogo wyznacza na swojego

background image

następcę,  przekaże  na  zebraniu  w  firmie,  to  czy  dotrzyma
słowa? Może szykuje niespodziankę?

- Przyjechał! – krzyknął ktoś na dachu.

Po chwili Jack Knox wszedł z żoną do sali.

- Bawmy się, kochani! – zawołał, biorąc z tacy drinka.

Bran pierwszy podszedł do ojca i go uściskał. Gia druga.

Royce  odczekał,  puszczając  przodem  bliskich  przyjaciół
i współpracowników ojca.

-  Jack  to  prawdziwy  równiacha  –  szepnęła  mu  do  ucha

Taylor.

- Równiacha?

- Równy gość.

- To zdecydowanie lepiej brzmi.

- Dla kogoś w twoim wieku pewnie tak. – Roześmiała się

wesoło  i  przysunęła  bliżej,  robiąc  przejście  dla  osób
tłoczących się wokół solenizanta.

-  A  propos  wieku,  Royce  staruszek  musi  wyjść  stąd

najpóźniej o dziewiątej.

- Ojej…

Ucieszył go wyraz zawodu na jej twarzy.

-  Wieczorami  lubi  sobie  obejrzeć  film  kryminalny

i rozwiązać krzyżówkę.

Dopiero po chwili zorientowała się, że z niej żartuje.

- Dowcipniś.

background image

- Ty zaczęłaś. – Wciągnął w nozdrza znajomy cytrusowy

zapach. – Byłaś na dachu?

- Nie, ale gość honorowy jest tutaj. – Wskazała w stronę

Jacka.

- Nieprawda, jest ze mną – rzekł Royce i ujmując Taylor

za łokieć, wyprowadził ją na opustoszały dach.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Gdyby miała wskazać trzy rzeczy, które najbardziej się jej

na  dachu  podobały,  to  na  trzecim  miejscy  byłoby  niebo
w kolorze intensywnego granatu, na drugim kwadratowy stół
z  paleniskiem  pośrodku,  a  na  pierwszym,  bezdyskusyjnie,
mężczyzna, który jej towarzyszył.

Miał na sobie ciemnoszarą marynarkę, białą koszulę oraz

szare  spodnie  ze  stylowym  dodatkiem  w  postaci  szelek.
Zachwycała  ją  też  mucha  pod  szyją,  granatowa  z  lekkim
srebrnym połyskiem, idealnie dopełniająca stylizację.

Rozpiąwszy guzik przy marynarce, Royce wysunął krzesło

i  skinął  zapraszająco  głową.  Taylor  usiadła,  przycisnęła
kieliszek  do  piersi.  Wiał  chłodny  wiatr.  Mimo  ognia
w palenisku zrobiło jej się zimno. Zadrżała.

Nie uszło to uwadze Royce’a. Zdjął marynarkę i okrył jej

ramiona. Sam usiadł na sąsiednim krześle.

Z  sali  dobiegł  śmiech  Jacka.  Solenizant  był  w  swoim

żywiole.

-  Twój  ojciec  nie  sprawia  wrażenia  osoby  w  wieku

sześćdziesiąt plus. A ty tak. – Taylor zmrużyła oczy. – Bardzo
dziwne.

- Bardzo.

- Aha, nic nie mówiłam Branowi i Gii. Ani o nas, ani o…

tamtym – dodała szeptem.

background image

- Wiem. Przyjechałem z Gią jednym samochodem. Gdyby

słyszała o moim awansie, nie dałaby mi spokoju.

- Przyjechaliście razem?

Przez chwilę milczał.

- Od czasu jej rozwodu z Jaysonem polega na mnie jako

kierowcy.  Tylko  nie  mów  jej,  że  ci  mówiłem,  bo  mnie
oskalpuje.

Taylor  skinęła  głową.  Gia  była  bardzo  niezależna;  nie

chciałaby, aby ktokolwiek wiedział, że brat ją wozi.

- Ale spytała o nas, czy coś się między nami wykluwa. –

Royce  wypił  łyk  szkockiej.  Widział,  że  Taylor  czeka
w napięciu na jego odpowiedź. – Odpowiedziałem, że nie.

Nie  lubiła  mieć  tajemnic  przed  przyjaciółką,  ale  dopóki

sama  nie  zorientuje  się,  na  czym  stoi  z  Royce’em,  nie
zamierzała jej nic mówić.

Nagle usłyszała za plecami głos Gii:

- Tu uciekliście? – Usiadła koło Royce’a i poklepała go po

kolanie. – Co tam, braciszku?

- Nic. – Dał jej pstryczka w nos.

-  Powinieneś  być  w  środku.  Przecież  zależy  ci  na

prezesurze.

Royce wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Taylor.

- Branowi też – ciągnęła Gia. – Należałoby was wpakować

do klatki, żebyście stoczyli walkę na śmierć i życie. Tay i ja
byśmy patrzyły z trybun.

background image

-  Rozczaruję  cię,  nie  mam  zamiaru  walczyć.  Przyjmę

każdą decyzję ojca.

Zmrużywszy oczy, Gia wbiła wzrok w brata.

- No co? – spytał, ale przed Gią niewiele dało się ukryć.

- To ty, prawda?

- Ale…

Nie dokończył. W powietrzu rozległ się znajomy śmiech,

a po chwili do ich grupki dołączył Bran z Cooperem. Gia nie
spuszczała oczu z Royce’a, lecz nie kontynuowała tematu.

Godzinę później większość gości pożegnała się i opuściła

przyjęcie.  Licząca  ze  dwanaście  osób  garstka,  która  została,
wyszła na dach. Kelnerzy wynieśli dodatkowe piecyki, by nikt
nie zmarzł. Na upstrzonym gwiazdami niebie świecił księżyc
w nowiu.

Taylor wciąż miała na ramionach marynarkę Royce’a. Nikt

tego nie skomentował, chociaż Gia rzuciła jej spojrzenie, które
mówiło: pogadamy później.

Jayson Cooper usiadł na krótkiej ławie obok Gii; zaledwie

parę centymetrów dzieliło byłych małżonków. Bran na krześle
obok  Taylor.  Rozmawiali  o  tym,  że  Jack  pięknie  się  starzeje
i że zupełnie nie pasuje do obrazu emeryta.

- Cieszę się, że odziedziczyłam po ojcu bujną czuprynę –

powiedziała Gia. – Ale siwizny wolałabym uniknąć.

- Co to? – Jason ujął w palce pojedynczy włosek. – Cały

biały.

- Sam jesteś biały! – Odtrąciła rękę swojego eksa.

Wyszczerzył zęby. Taylor pokręciła głową.

background image

- Nie słuchaj go. Masz piękny kasztanowy kolor bez śladu

siwizny.

- Lubię ją wkręcać – powiedział ze śmiechem Jayson.

- Dlatego nie jesteśmy już małżeństwem – mruknęła Gia.

- I dlatego, że nie umiesz przyznać mi racji.

Taylor  westchnęła.  Często  sobie  docinali,  a  ona  nie

wiedziała,  o  co  im  chodzi.  Czasem  wydawało  jej  się,  że
flirtują,  a  czasem,  że  to  ich  sposób  na  zachowanie  w  miarę
przyjaznych relacji po rozwodzie.

- Chciałbym wznieść toast. – Jack wysunął się spomiędzy

osób,  z  którymi  rozmawiał,  i  uniósł  butelkę  wody
mineralnej. – Oraz coś ogłosić.

Royce ponownie zerknął na Taylor. Nie dała po sobie nic

poznać.  Tylko  Jack  się  domyślał,  co  to  może  być;
niewykluczone, że właśnie teraz, a nie na zebraniu w firmie,
chce powiadomić wszystkich o decyzji, jaką podjął.

Jack  Knox  wskazał  na  szklane  ogrodzenie  ciągnące  się

wokół dachu.

- Mogłem nam załatwić grupowy skok spadochronowy…

Royce  ściągnął  brwi.  Ojciec  coraz  częściej  wykazywał

zainteresowanie ryzykownymi sportami, ale skoki z budynków
były nielegalne, więc chyba nie mówił poważnie.

-  Dziękuję,  że  zostaliście  dłużej.  Na  szczęście  kelnerzy

w miarę sprawnie pognali widłami resztę towarzystwa – dodał
z wesołym błyskiem w oku.

Pośród  tych,  co  zostali  dłużej,  była  matka  Royce’a,  Gia

z Brannonem, Taylor, jej matka Dina, Addison, Whitney oraz

background image

kilka osób z kierownictwa i zarządu. Wszyscy godni zaufania.

-  Jeszcze  raz  dziękuję  wam  za  obecność.  –  Jack  krążył

między zgromadzonymi. – Wiecie, nigdy nie przypuszczałem,
że  ThomKnox  tak  się  rozwinie.  Kiedy  zakładaliśmy
z  Charlesem  firmę,  chcieliśmy  stworzyć  małe  przyjazne
miejsce  dla  siebie  i  naszych  pracowników.  Ale  dorosło
następne  pokolenie:  moje  dzieci…  -  poklepał  po  ramieniu
Brana, a następnie Taylor – oraz córka Charliego.

Taylor  uśmiechnęła  się.  W  jej  oczach  był  smutek  i  coś,

czego Royce nie potrafił odczytać, choć bardzo chciał.

-  Nie  sądziłem,  że  staniemy  się  wiodącą  firmą

technologiczną,  najbardziej  jednak  zaskoczyła  mnie  choroba
i  śmierć  mojego  przyjaciela  i  wspólnika,  Charlesa.  –  Jack
ponownie zacisnął dłoń na ramieniu Taylor.

Przymknęła powieki. Ból wciąż był świeży.

Po  chwili  Jack  zbliżył  się  do  Diny  i  pocałował  ją

w policzek.

-  Ważny  etap  w  historii  ThomKnoxu  dobiegł  końca.

Charles  odszedł,  a  mnie  przybywa  lat,  choć  Macy  pewnie
powie wam, że robię wszystko, aby cofnąć czas.

- To prawda – przyznała jego żona. – Spytajcie jego nowe

ferrari.

Rozległ się chóralny śmiech.

Jack uniósł rękę, uciszając towarzystwo.

-  Najwyższy  pora,  żebym  skupił  się  na  rzeczach,  które

zawsze odkładałem na później. ThomKnox jednak zostawiam
w dobrych rękach. Brannon znakomicie spełnia się na swoim

background image

stanowisku,  a  nasza  mądra  córka,  która  odziedziczyła  umysł
ścisły  po  ojcu,  fantastycznie  sobie  radzi  na  swoim,  w  czym
dzielnie pomaga jej geniusz technologiczny Jayson Cooper.

- Skoro taka mądra, to dlaczego się ze mną rozwiodła? –

Jason otoczył Gię ramieniem i pocałował w skroń.

- Głupi jesteś – odparła, uśmiechając się pod nosem.

-  I  jeszcze  Royce…  -  Jack  stanął  za  swoim  najstarszym

dzieckiem. – Zajmuje się finansami, odkąd pamiętam. To taki
nasz kujonek.

Znów rozległ się śmiech. Royce skrzywił się nie z powodu

żartobliwej uwagi ojca, ale dlatego, że domyślał się, do czego
ojciec zmierza.

-  Inteligentny,  pewny  siebie…  Od  dziś  jest  waszym

nowym szefem. Prezesem ThomKnoxu.

Na dachu zapadła cisza. Pierwsza otrząsnęła się Gia.

- Wiedziałam! – zawołała.

Bran milczał, jedynie zmarszczył czoło.

- Zdrowie Royce’a. – Jack uniósł butelkę z wodą, pozostali

wznieśli szklanki i kieliszki.

-  Będzie  przemówienie?  –  ktoś  spytał.  –  Musi  być

przemówienie!

Royce  westchnął.  To  nie  tak  miało  wyglądać.  Ojciec

powinien  był  porozmawiać  z  Branem  i  Gią  na  osobności,
a dopiero potem, w firmie, ogłosić swoją decyzję.

- No, synu, powiedz coś do swoich podwładnych.

- Nie tak się umawialiśmy.

background image

Jack wzruszył ramionami.

Royce  wstał,  wbił  spojrzenie  w  człowieka,  którego  całe

życie  podziwiał.  Po  chwili  zdał  sobie  sprawę,  że  jest  zbyt
wściekły, aby cokolwiek mądrego wygłosić.

- Odwieziesz Gię do domu? – spytał Jaysona.

Ten zerknął niepewnie na swoją eks.

-  Ja  odwiozę  –  zaoferowała  Taylor  i  skinęła  dyskretnie

głową.

Z  jej  oczu  Royce  wyczytał:  Idź,  ja  się  wszystkim  zajmę.

Więc  okręcił  się  na  pięcie  i  wyszedł.  Bez  żadnego
przemówienia.

- Czego się napijemy? – spytała Gia, kiedy weszły do baru

koło jej domu.

- Ja już nie mogę – odparła Taylor. Półtora kieliszka, które

wypiła w Hourglass, było aż nadto. – Ale chętnie dotrzymam
ci towarzystwa.

Czyli nie będzie przemówienia, oznajmił Jack po wyjściu

syna,  ale  nikt  się  nawet  nie  uśmiechnął.  W  powietrzu
wyczuwało  się  napięcie.  Z  głębi  sali  dobiegła  muzyka  i  po
chwili goście znów zaczęli prowadzić rozmowy. Bran milczał,
z  jego  twarzy  nie  sposób  było  nic  wyczytać;  nieco  więcej
można było dojrzeć w twarzy Gii.

Po  kwadransie  Gia  szepnęła  Taylor  na  ucho,  że  chętnie

pojechałaby do domu.

- Parę łyczków… Co ci szkodzi?

Taylor  uległa  –  musiały  porozmawiać,  a  sprawy,  które

chciała omówić, najlepiej omawiało się przy alkoholu.

background image

- Dwa kieliszki różowego – Gia poprosiła barmana. – To

co, nie mam żadnych siwych włosów? Słowo?

Taylor przyłożyła rękę do serca.

- Ani jednego.

Gia westchnęła ciężko.

- Kiedy ten mój eks zacznie żyć własnym życiem?

- A ty?

- Małpa! – Gia parsknęła śmiechem, po czym oparła głowę

na  ramieniu  przyjaciółki.  –  Mógłby  znaleźć  sobie  jakąś
kobitkę; miałabym spokój.

-  Jayson  Cooper  nigdy  nie  przestanie  się  z  tobą

interesować.  Czy  był  choć  na  jednej  randce,  odkąd  się
rozstaliście?

-  Mam  nadzieję!  Niemożliwe,  abyśmy  obydwoje  żyli

w celibacie ponad rok.

-  Współczułabym  ci,  gdyby  nie  to,  że  sama  dopiero

zakończyłam dwuletni celibat – powiedziała Taylor, popijając
wino.

Gia wytrzeszczyła oczy.

- Przespałaś się? Z kim? Mów!

Jakiś  czas  temu  Taylor  wyznała  jej,  że  odkąd  Seth  ją

zostawił,  wszystko  w  niej  zamarło,  jakakolwiek  ochota  na
seks.  Choroba  ojca  dodatkowo  wzmogła  jej  przygnębienie.
Gia próbowała ją pocieszyć, mówiła: spokojnie, z niczym się
nie spiesz. Kiedy będziesz gotowa, otworzysz się na miłość.

background image

Taylor  wypiła  kolejny  łyk,  choć  to  oznaczało,  że  będzie

musiała  zostać  nieco  dłużej,  aby  alkohol  wywietrzał  jej
z głowy.

- Obiecaj, że nie będziesz zła.

- Z Brannonem?

- Z Royce’em.

- Z naszym Royce’em? – Gia niemal otworzyła usta.

-  Tak.  Pojechałam  wczoraj  do  niego  w  seksownej  halce,

którą kupiłam dawno temu.

- Dlaczego? Dlaczego Royce?

- To przez mojego ojca.

Gia uniosła brwi.

-  Latami  prosił,  żebym  się  go  wystrzegała.  Żebym

trzymała  go  na  dystans.  Bo  jest  dla  mnie  za  stary.  Ale  po
pocałunku na balu, kiedy zobaczyłam, jak na mnie patrzy…

-  Wodził  za  tobą  wzrokiem?  Dlaczego  mi  nic  nie

powiedziałaś? – W głosie Gii zabrzmiała oskarżycielska nuta.
Dotąd nie miały przed sobą tajemnic.

- Sama nie byłam pewna. Raz pożerał mnie wzrokiem, to

znów wiało od niego chłodem. A wczoraj nastąpiła eksplozja.

Gia potrząsnęła głową.

- Jak to możliwe, że niczego nie zauważyłam?

- Bo dobrzy z nas aktorzy.

- I jak?

background image

-  Co  jak?  –  Udając,  że  nie  wie,  o  co  przyjaciółka  pyta,

Taylor odstawiła kieliszek.

- Jak było wam w łóżku?

Barman, zaintrygowany, popatrzył w ich stronę.

- Ładnie tak podsłuchiwać? – skarciła go Gia.

- Nie mogłabym marzyć o lepszym zakończeniu posuchy –

odparła Taylor.

-  O  decyzji  ojca  też  wiedziałaś?  –  Gia  domyśliła  się,  że

Royce jej powiedział.

-  Tak,  ale  Jack  prosił  Royce’a,  żeby  wam  nic  nie  mówił.

Zamierzał  osobiście  was  poinformować,  a  potem  zwołać
zebranie i ogłosić swoją decyzję reszcie pracowników.

-  A  wyszło  jak  wyszło.  –  Gia  przygryzła  wargę.  –  Nie

umiem ocenić, jak Bran to odebrał.

Kiedy  wychodziły,  był  pochłonięty  rozmową  z  Addison,

ale  –  przemknęło  Taylor  przez  myśl  –  może  tylko  udawał
pochłoniętego, by nie musieć rozmawiać z ojcem.

- No cóż, jest dorosły – stwierdziła po chwili Gia. – Royce

też. Tay, najadłaś się na przyjęciu?

- Wciąż mi burczy w brzuchu.

- No właśnie. – Gia pomachała do barmana. – Jaką macie

najlepszą przystawkę?

- Kazano mi mówić, że wszystkie są wyśmienite, ale moim

zdaniem  najlepszy  jest  dip  jogurtowo-szpinakowy  i  smażony
ser z chilli.

- To i to? – Gia spojrzała na przyjaciółkę.

background image

- Zdecydowanie to i to.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Od  rana  w  poniedziałek,  kiedy  podano  informację,  kto

zostanie  nowym  prezesem,  w  budynku  ThomKnoxu  huczało
od  plotek.  Taylor  nie  miała  czasu  uspokajać  kierowników
działów  ani  odpowiadać  na  dziesiątki  telefonów  oraz  mejli.
Ale  rozumiała  ludzi:  kapitan  przechodzi  na  emeryturę,
przekazuje  ster  synowi.  Zmiana  warty  zawsze  wywołuje
niepewność i lęk.

Co  będzie  ze  mną?  Jakie  inne  zmiany  nas  czekają?  Czy

w moim dziale też nastąpi restrukturyzacja?

We  wtorek,  kiedy  w  końcu  odważyła  się  wyjść  do  holu,

przez  szybę  w  drzwiach  gabinetu  Royce’a  zobaczyła  Jacka
i  jego  dwóch  synów  rozmawiających  z  ożywieniem.  Nie
słyszała głosów, ale sądząc po zaciętych minach, rozmowa nie
należała do przyjemnych.

Dni wlokły się niemiłosiernie. W piątek, w dniu filmowej

prezentacji  nowego  tabletu,  miała  wrażenie,  jakby  minął
miesiąc,  a  nie  zaledwie  tydzień  od  upublicznienia  informacji
o  nowym  prezesie.  W  sali  konferencyjnej  zebrało  się  całe
kierownictwo, z Jackiem na czele.

-  To  moje  ostatnie  zebranie  –  oznajmił.  –  Chcę  razem

z  wami  obejrzeć  reklamę  T13,  naszego  nowego  tabletu.  Ten
siedmiominutowy  film,  nakręcony  przez  chicagowski  zespół
Downey Design…

background image

Taylor wodziła dyskretnie wzrokiem po sali. Gia, stukając

złotym piórem w swój terminarz, słuchała uważnie ojca – albo
udawała,  że  słucha.  Jayson  siedział  odchylony  na  krześle,
z  rękami  skrzyżowanymi  na  piersi  i  również  słuchał.  Bran
i Royce łypali na siebie gniewnie.

- No dobra, oglądamy. – Jack wcisnął kontakt w ścianie.

Wąska  smuga  światła  wędrowała  po  czarnym  ekranie;

okręciła się wokół urządzenia, które wyglądało jak obły wóz
sportowy…

Taylor poczuła, jak uśpione feromony nagle budzą się do

życia  i  wypełniają  powietrze.  Zmysły  się  jej  wyostrzyły.
Royce przysunął się bliżej. Kiedy wypuścił z płuc powietrze,
przypomniała  sobie  jego  gorący  oddech  na  szyi,  a  potem
polecenie: obejmij mnie nogami.

Mimo że nie widzieli się od tygodnia, ciągle nachodziły ją

wspomnienia.  Często  snuła  fantazje.  Zastanawiała  się,  czy
Royce  miał  rację,  twierdząc,  że  w  tak  trudnym  dla  firmy
okresie powinni trzymać się na dystans, skupiać wyłącznie na
pracy.

W  trakcie  ostatnich  nerwowych  dni  łatwo  jej  było  go

unikać, ale teraz siedzieli koło siebie… Czując dotyk palców
na  swoim  nadgarstku,  wciągnęła  z  sykiem  powietrze.  Po
chwili  przełknęła  ślinę.  Lekki  niewinny  dotyk,  muśnięcie,
a w niej wezbrało pożądanie.

Rozejrzała  się,  sprawdzając,  czy  ktoś  widział  jej  reakcję.

Chyba nie. Wszyscy patrzyli na ekran, wsłuchując się w głos
lektora  wychwalającego  zalety  T13.  Powinna  robić  to  samo,
ale  myślała  jedynie  o  ręce  Royce’a,  która  gładziła  ją  po

background image

kolanie.  I  przesuwała  się  wyżej,  powoli,  lecz  zdecydowanie,
po wewnętrznej stronie jej uda.

Czekała  w  napięciu.  Przygryzła  wargę,  nie  miała  odwagi

spojrzeć  na  Royce’a.  Nie  chciała,  by  dostrzegł  żar  w  jej
oczach.  On  jednak  nie  potrzebował  zachęty.  Jeszcze  chwilę
kontynuował  pieszczotę,  po  czym  zabrał  rękę  i  uniósł  brwi,
jakby mówił: twoja kolej.

Co  to  miało  być?  Wyzwanie?  Niemądrze  postępujesz,

Knox, niemądrze!

Ponownie  popatrzyła  w  prawo  i  w  lewo,  następnie

rozpostarła dłoń na jego udzie. Podskoczył i udając, że kaszle,
zmienił  pozycję.  Uśmiechnęła  się  szeroko  niczym  kot
z  Cheshire.  Gdyby  ktoś  ją  obserwował,  mógłby  nabrać
podejrzeń, ale wszyscy spoglądali na ekran. Zacisnęła rękę na
podbrzuszu  Royce’a  i  napotkała  jego  wzrok.  Blask  bijący
z  ekranu  oświetlał  jego  twarz.  Przez  chwilę  siedzieli  bez
ruchu, po czym Taylor cofnęła rękę.

Wypuściła  z  płuc  powietrze,  serce  jej  waliło.  Przydałaby

się  jakaś  szatnia,  jakiś  mały  pokoik,  w  którym  mogliby  się
skryć  we  dwoje.  Przywarłaby  ustami  do  ust  Royce’a
i całowała go do utraty tchu.

Oklaski wyrwały ją z odrętwienia. Kiedy zapalono światło,

zerknęła  na  Royce’a;  sprawiał  wrażenie  oszołomionego.
A raczej napalonego.

- Jakieś uwagi? – spytał Jack, siadając koło niego. – Nowy

prezesie?

Royce, skonsternowany, poprawił krawat.

background image

- Podoba mi się. Jest intrygujący. Tablety są na rynku od

lat,  nigdy  dotąd  mnie  nie  pociągały,  ale  zmieniłem  zdanie.  –
Przeniósł  spojrzenie  z  ekranu  na  Taylor.  –  To  cudo  jest  zbyt
seksowne, żeby je zignorować. Wystarczy raz wziąć je do ręki
i nie chce się go puścić. Taylor, a ty co myślisz?

Czuła, że policzki ma czerwone. Trudno. Nie odwracając

wzroku, odparła:

- Od dawna taki egzemplarz mnie kusi. Marzyłam o nim

i  nie  mogłam  się  go  doczekać.  Ale  wreszcie  jest.  Kto  wie,
może odmieni moje życie?

Wszyscy  po  kolei  zabierali  głos,  dzielili  się  uwagami.

Taylor obserwowała ich, ale jej ciało wyrywało się do jednego.
Do mężczyzny, którego nie chciała trzymać na żaden dystans.
Którego pragnęła dotykać, całować, pieścić.

Kolejno opuszczali salę konferencyjną. Royce przytrzymał

drzwi dla Taylor, która minęła go, bardziej niż zwykle kręcąc
biodrami.  Patrzył  na  jej  pupę  ukrytą  pod  wąską  granatową
sukienką.  Czerwone  buty  na  wysokich  obcasach  również
przykuwały uwagę.

Czekał,  aż  wszyscy  wyjdą.  Wreszcie  w  sali  zostali

w czwórkę: on, Brannon, Gia i Jack.

- Pogodziliście się w końcu? – spytała Gia.

Pewien,  że  siostrze  chodzi  o  niego  i  Taylor,  na  wszelki

wypadek nie odpowiedział.

-  Czego  się  spodziewałaś?  –  mruknął  Brannon.  –  Że

rozwalę stół?

Czyli  najwyraźniej  miała  na  myśli  zażartą  dyskusję,  jaką

parę dni temu on, Bran i Jack prowadzili u niego w gabinecie.

background image

- Chłopaki, prowadzimy firmę. Ty nie, tato. – Obróciła się

do ojca. – Ty podobno przeszedłeś na emeryturę.

-  No  właśnie,  to  już  nie  mój  problem.  –  Jack  ruszył  do

wyjścia.  –  A  ci  dwaj…  -  wskazał  na  synów  –  niech  sobie
nawzajem spuszczą łomot i będzie po krzyku.

Royce prychnął. Często się z Branem kłócili, ale sprzeczki

nigdy nie przeradzały się w bójki.

- Najmocniej przepraszam, obowiązki wzywają – oznajmił

Bran  i  dumnie  wyprostowany  skierował  się  do  swojego
gabinetu.

Będzie dobrze, pomyślał Royce. Musi być. Bran nie miał

mu  za  złe,  że  został  prezesem,  lecz  że  go  o  tym  nie
poinformował.

-  A  ty  –  Gia  dźgnęła  go  palcem  –  kiedy  zamierzałeś  mi

powiedzieć o sobie i Taylor?

Rozejrzał się, upewniając się, że nikt ich nie słyszy.

-  W  ogóle  nie  zamierzałem.  Nie  opowiadam  ci

o kobietach, z którymi sypiam.

Czyli  Taylor  wygadała  się.  No  ale  były  przyjaciółkami,

wszystko sobie mówiły.

- Poza tym to sprawa jednorazowa – dodał, choć dzisiejsze

pieszczoty pod stołem temu przeczyły.

Gia uśmiechnęła się słodko.

-  Jeśli  myślisz,  że  nikt  nie  zauważył,  jak  na  siebie

patrzycie, to jesteś w dużym błędzie.

-  Ale…  Nie  możemy…  Prezes  i  dyrektor  zarządzający?

Zarząd nie będzie…

background image

- Zarząd może się wypchać. To jest nasza firma, Knoxów

i  Thompsonów.  Jeśli  jesteście  z  sobą  szczęśliwi,  nie
przejmujcie się opinią innych.

Poczuł się tak, jakby dawała mu swoje błogosławieństwo.

Właściwie miała rację. Dlaczego ma się przejmować tym, co
inni myślą?

- No to zmykam do siebie. – Pomachawszy na pożegnanie,

ruszyła do windy.

Royce  wrócił  do  swojego  gabinetu  i  stanął  jak  wryty.

Taylor siedziała na biurku z nogą założoną na nogę. Czerwone
szpilki,  czerwona  szminka  na  ustach  i  figlarny  uśmiech  na
twarzy  przyprawiły  go  o  szybsze  bicie  serca.  Oblizał  wargi.
Gotów był paść przed nią na kolana i błagać o jeszcze jeden
pocałunek.  O  jeszcze  jeden  dotyk.  O  jeszcze  jedną  szansę
doprowadzenia jej do orgazmu.

Na ogół nie rządziło nim pożądanie, ale przy Taylor tracił

rozum.  Chociaż  nie,  nieprawda.  Przecież  wiedział,  co  robi
podczas  zebrania.  Świadomie  ją  pieścił.  Chciał  ją  znów
uwieść.

- Cześć… – Zamknął za sobą drzwi. Nie uszło jego uwagi,

że żaluzje są opuszczone. Przekręcił klucz w zamku.

-  To,  co  robiłeś  w  tamtej  sali,  było  bardzo  ekscytujące  –

powiedziała.

Sięgnął po jej nogę i zaczął gładzić łydkę; wolno, leniwie

przesuwał  rękę  w  dół  ku  kostce.  Po  chwili  but  spadł  na
podłogę.

-  Też  robiłaś  ekscytujące  rzeczy.  –  Sięgnął  po  drugą

nogę. – I powiedziałaś Gii.

background image

- Tak.

- Chyba przestaję się przejmować tym, co kto sobie myśli.

- Jednak zamknąłeś drzwi na klucz.

Przywarł  ustami  do  jej  warg.  Cały  tydzień  na  to  czekał,

głodny  i  spragniony.  Kiedy  widział  ją  na  korytarzu
rozmawiającą  z  Branem  lub  Addison,  czuł  ukłucie  w  piersi,
ale  odczytywał  je  jako  ostrzeżenie,  by  trzymać  się  z  daleka.
Dopiero  kiedy  w  sali  konferencyjnej  zgasło  światło,
uzmysłowił sobie, czym jest to ukłucie. Pożądaniem.

Drobne pieszczoty pod stołem nie zaspokoiły jego apetytu.

Przeciwnie, były jak przytknięcie zapałki do stosu siana. Czuł,
że płonie. Z trudem się opanował.

Taylor  rozpięła  mu  koszulę  i  przytknęła  wargi  do  jego

torsu.  Zadrżał.  Jedna  noc,  którą  spędzili  razem,  to
zdecydowanie  za  mało.  Pamiętał  każdą  sekundę,  każdy
pocałunek,  każde  muśnięcie.  Dzięki  Taylor  zrozumiał,  co  to
jest  prawdziwa  namiętność.  Znał  smak  sukcesów
zawodowych, ale pierwszy raz tak bardzo pragnął być blisko
drugiego  człowieka.  Pierwszy  raz  czuł  tak  wielką  potrzebę
sprawienia kobiecie rozkoszy…

W kilka sekund rozpiął sukienkę Taylor, potem stanik. Ona

rozpięła  mu  spodnie.  Zacisnął  ręce  na  jej  piersiach,  ona  na
jego  członku.  Kontynuowali  to,  co  rozpoczęli  w  trakcie
zebrania.  Przysunął  fotel,  usiadł  i  opuścił  siedzenie  jak
najniżej.  W  tej  pozycji  na  wprost  swojej  twarzy  miał  gładki
miękki brzuch.

-  Co  robisz?  –  spytała  Taylor  głosem  drżącym

z podniecenia.

background image

- Zgadnij – odparł, zdejmując czerwone stringi.

Postawił jej stopy na swoich ramionach. Odchyliła się na

biurku  i  oparła  na  łokciach.  Pokrywał  jej  uda  pocałunkami,
dopóki nie dotarł do ziemi obiecanej.

Tak  jak  się  spodziewał,  smakowała  wyśmienicie.

Docisnęła  uda  do  jego  uszu.  Jak  przez  mgłę  słyszał  jej
ochrypłe  jęki.  Czuł  palce  w  swoich  włosach  i  unoszący  się
w powietrzu cytrusowy zapach.

Korzystał  z  całego  swojego  doświadczenia  i  wiedzy,  aby

dostarczyć  jej  niezapomnianych  wrażeń.  Przesuwał  język
w  różne  strony,  urozmaicając  jej  doznania.  I  uśmiechał  się
zadowolony z siebie, kiedy wiła się na blacie.

- Jak tam, dobrze? – spytał, ale nie czekał na odpowiedź.

Zwiększając językiem tempo, przyciągnął ją na skraj biurka. –
Pokaż, jak szczytujesz.

Posłuchała;  orgazm  wstrząsnął  jej  ciałem.  Nawet  dźwięk

telefonu,  który  strąciła  na  podłogę,  nie  przeszkodził  jej
w przeżywaniu rozkoszy. Nie zdążyła ochłonąć, gdy zalało ją
kolejne  tsunami.  Oddychając  ciężko,  zaczęła  gnieść  jakąś
kartkę;  drugą  ręką  zrzuciła  z  biurka  kalkulator  i  etui  na
okulary.

Royce  zaczął  się  powoli  odsuwać.  Odsuwając  się,

pokrywał  pocałunkami  jej  udo,  miejsce  pod  kolanem,  łydkę,
stopę.  Gdy  usiadła,  włosy  miała  rozczochrane,  spojrzenie
półprzytomne.  Patrzył  na  nią  z  nieskrywanym  zachwytem.
Była nieprzewidywalna jak burza z piorunami i równie groźna.
A on stał na otwartej przestrzeni, trzymając w ręku rozłożony
parasol. Pozostawił za sobą swój czarno-biały świat i powoli
wkraczał w zamglone odcienie szarości.

background image

Zresztą  co  tam  kolory,  ważne  były  emocje.  Między  nim

a Taylor coś się rodziło. Nawet jeśli nie miał czasu ani ochoty
na poważny związek, to jednak pragnął jej do bólu.

Powiększająca się wypukłość w jego bokserkach była tego

najlepszym  dowodem.  Taylor  zsunęła  się  z  biurka  i  uklękła
przed jego fotelem. Położył rękę na jej głowie, a ona wzięła go
do ust i zaczęła odprawiać czary.

Nie  tak  dawno  temu  zamierzał  wepchnąć  dżinna

z  powrotem  do  butelki.  Teraz  zmienił  zdanie.  Jak  mógłby
zrobić coś tak głupiego, kiedy dzięki Taylor serce biło mu dwa
razy  szybciej?  Kiedy  dzięki  niej  wszystko  wydawało  się
lepsze i piękniejsze?

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Zawsze  marzyła  o  kominku  w  sypialni.  U  siebie  go  nie

miała.  Nie  miała  też  kamiennych  podłóg,  wystroju  w  stylu
toskańskim  ani  łóżka  wielkości  boiska  do  koszykówki.
A Royce to wszystko miał.

Przeciągnąwszy  się  pod  puszystą  czerwono-złotą  kołdrą,

wbiła  wzrok  w  płomienie.  Przez  tydzień,  w  pracy,  z  trudem
panowali  nad  pożądaniem,  ale  dziś  była  trzecia  –  nie,
czwarta!  –  noc,  którą  spędzali  razem.  Wczoraj  Royce
przyjechał do niej z kolacją. Najpierw jednak zaspokoili inny
głód  –  erotyczny.  A  dopiero  potem,  siedząc  nago  przed
telewizorem,  zjedli  kolację  z  pięciogwiazdkowej  restauracji.
Było cudownie.

Dzisiejszy  wieczór  nieco  się  różnił  od  wczorajszego:

najpierw  zjedli  kolację  w  mieście,  a  potem  pojechali  do
Royce’a i szybko pozbyli się ubrań.

Mimo że znała Royce’a od lat, nie zdawała sobie sprawy,

że jest takim domatorem. Widziała, jak znakomicie radzi sobie
w kuchni, jak dba o porządek i pilnuje, by gościom, czyli jej,
niczego nie brakowało.

Teraz  wszedł  do  sypialni  z  tacą,  na  której  stały  dwie

szklanki i butelka whisky, ulubiony trunek jej ojca.

- Pierwszy raz piłem szkocką z twoim tatą. – Postawił tacę

na środku łóżka.

background image

Miał  na  sobie  jedynie  czarne  bokserki.  Wcześniej  przez

wiele  lat  podziwiała  go  w  garniturze,  ale  w  bokserkach
wyglądał znacznie ciekawiej.

-  Miałem  osiemnaście  lat,  właśnie  skończyłem  szkołę

średnią.  –  Podał  Taylor  szklankę  z  bursztynowym  płynem
i ogromną kostką lodu. – I pierwszy raz paliłem cygaro.

- Tak, to w stylu mojego ojca.

-  Charlie  odciągnął  mnie  na  bok  i  powiedział:  „Skoro

jesteś  mężczyzną,  pij  i  pal  jak  mężczyzna”.  –  Royce
uśmiechnął  się  do  wspomnień.  –  Cygara  nigdy  mi  nie
podeszły, ale lubię ziemisto-dymny posmak whisky.

- Cały ty – zażartowała Taylor.

- Pomyślałem, że wzniesiemy toast za Charliego.

Oczy się jej zaszkliły.

- Wiesz?

- Że dziś są jego urodziny? Wiem.

-  Nie  znoszę  whisky.  –  Usiadła,  w  jednej  ręce  trzymając

szklankę,  drugą  niezdarnie  usiłując  zakryć  piersi.  –  Ale
wypiję. Na cześć taty.

Skrzywiła się, czując, jak trunek spływa jej do gardła.

- Jezu, jakie to wstrętne. – Wzdrygnęła się. Po śmierci ojca

próbowała  polubić  szkocką.  Bez  powodzenia.  –  Masz,
dokończ – powiedziała, oddając Royce’owi szklankę.

- Spróbuj jeszcze raz. Nie śpiesz się. Pij powoli. Małymi

łyczkami. Delektuj się.

background image

Przyszło  jej  do  głowy,  że  te  słowa  trafnie  opisują  ich

relację.  Najpierw  „delektowali  się”  na  dystans.  Pierwszy
pocałunek  zatrząsł  jej  światem.  A  potem…  potem  wpadła
w nałóg. Tym nałogiem był on, Royce.

Poczynali  sobie  coraz  śmielej.  Seks  w  biurze,  wspólne

noce.  Jeżeli  im  nie  wyjdzie,  nic  strasznego  się  nie  stanie.
Znów  skupią  się  na  sprawach  firmowych,  a  ona  postara  się
zapomnieć, że najlepszy orgazm przeżyła dzięki niemu.

Jeżeli natomiast im wyjdzie…

Uśmiechnęła  się.  Następny  łyk  szkockiej  smakował

znacznie lepiej.

- Lód pomaga. – Royce wsunął poduszkę pod plecy i oparł

się o wezgłowie.

Wpatrywał  się  w  buzujące  płomienie,  ona  zaś  nie  mogła

oderwać  oczu  od  jego  twarzy.  Pomarańczowy  blask  ognia
oświetlał  mocno  zarysowaną  szczękę,  prosty  nos,  namiętne
usta, szerokie brwi.

-  Tata  chciał,  żebym  poszła  w  jego  ślady.  Pracując

w ThomKnox, oddaję mu hołd.

- Ale…? – Zmrużył oczy.

-  Ale  pragnę  też  mieć  rodzinę.  Moja  mama  uważała,  że

tych dwóch rzeczy, rodziny i pracy, nie da się pogodzić.

-  A  ty  jak  uważasz?  –  Z  jego  spojrzenia  nie  sposób  było

nic wyczytać.

-  Moim  zdaniem  można  mieć  jedno  i  drugie.  –  Wbiła

wzrok w szklankę; nie chciała, by pomyślał, że mówi o nim. –

background image

Męża.  Rodzinę.  Karierę.  Tylko  trzeba  znaleźć  odpowiednią
równowagę między życiem osobistym a zawodowym.

- A to nie jest proste – oznajmił neutralnym tonem.

- Mój tata poświęcał się pracy, ale zawsze dla mnie miał

czas. Często zabierał mnie z sobą do ThomKnoxu.

- Pamiętam.

- Tak? – Jako nastolatka widywała Royce’a w firmie. Był

wtedy świeżo po studiach.

- Kazał mi trzymać się od ciebie z daleka.

-  Ojciec?  –  spytała  zaskoczona.  Oczywiście  jej  mówił  to

samo,  ale  nie  sądziła,  że  rozmawiał  również  z  Royce’em.  –
Ojej, głupio mi.

- Mądrze mówił. – Royce powiódł po niej spojrzeniem, po

czym  przytknął  palec  do  sutka,  który  wysunął  się  spod
kołdry. – Tylko popatrz na nas.

- Miał tupet.

- Kochał cię.

- Sam był dziesięć lat starszy od mamy, a byli świetnym

małżeństwem. Dlaczego uznał, że ja tak nie mogę?

- Po prostu chciał cię chronić. Kiedyś był w moim wieku

i  wiedział,  jacy  są  faceci.  Myślisz,  że  zawsze  był
dżentelmenem? Że nie podrywał Diny?

Taylor  wybuchnęła  śmiechem.  Dina  była  piękną  kobietą,

ojciec na pewno miał mnóstwo zbereźnych myśli.

- Marzył mu się dla mnie Brannon.

- To bezpieczniejszy wybór.

background image

W  głosie  Royce’a  pobrzmiewała  duma.  Między  nim

a  Taylor  istniała  chemia,  której  brakowało  w  jej  związku
z Branem.

-  Nie  złość  się  na  ojca.  Dla  niego  ciągle  byłaś  małą

dziewczynką. Mój ojciec też ma swoje drobne przywary.

- Kocha być w centrum uwagi.

Przez chwilę Royce w milczeniu obserwował ogień.

- Powiedziałeś mi, że zgodziłeś się zostać prezesem, bo to

twój  obowiązek.  –  Poruszyła  szklanką;  kostka  lodu
zabrzęczała. – Czy to jedyny powód?

- Ta firma to moje dziedzictwo. Twoje też, dlatego w niej

pracujesz. Charles wszystko robił z myślą o tobie. Byłaś całym
jego światem.

- Brakuje mi go. – Przytknęła szklankę do piersi.

- Mnie też. – Royce zgarnął Taylor w ramiona i pocałował

w czubek głowy.

- Jak to możliwe, że po śmierci ojca mama nie zwariowała

z rozpaczy? – spytała, nie oczekując odpowiedzi. – Człowiek
znajduje  miłość,  tę  jedną  jedyną  osobę,  którą  kocha  bez
pamięci, a potem ją traci. Gdzie tu sprawiedliwość?

- Na tym polega życie. Rodzimy się i umieramy. Zawsze

ktoś odchodzi pierwszy.

Jego  słowa,  choć  smutne,  podziałały  na  nią  kojąco.

Przytuliła się mocniej.

Royce  stuknął  palcem  w  szklankę,  którą  wciąż  ściskała

w ręku. Podniosła ją do ust i wypiła łyk.

- I jak?

background image

- Hm, to… skomplikowane – odparła.

To, co czuła do Royce’a, też było skomplikowane. Nie, nie

kochała go, ale… pięknie by było spędzić z kimś takim jak on
resztę życia.

- Musimy przestać się tak spotykać.

Weszła do magazynku, w którym trzymali zapas artykułów

piśmienniczych.  Minęło  pięć  dni,  odkąd  w  łóżku  Royce’a
sączyła whisky. Pięć dni, odkąd ją tulił i pocieszał. Pięć dni,
odkąd  uświadomiła  sobie,  że  darzy  go  coraz  większym
uczuciem.

Starała  się  o  tym  nie  myśleć.  Uczucia  bywają  ulotne,

nietrwałe.  Mimo  to  nie  zawróciła,  nie  skręciła  w  bok;
skierowała  się  prosto  do  magazynku,  gdzie  czekał  na  nią
Royce w garniturze, z muchą pod szyją.

Dużo  pracował  w  tym  tygodniu,  do  późnych  godzin

nocnych. Dzisiejszy dzień nie należał do wyjątków. Piętro, na
którym  znajdowały  się  gabinety  dyrektorów,  było  prawie
puste.  Nowa  funkcja,  nowe  obowiązki…  Oczywiście  tak  nie
będzie zawsze, tylko w okresie przejściowym. Wkrótce Royce
będzie wracał do domu przed dziewiątą.

Przez  ostatnie  kilka  dni  niewiele  mieli  czasu  dla  siebie.

Chociaż  codziennie  widywali  się  w  pracy,  tęskniła  za  nim.
W domu był innym człowiekiem, ciepłym, otwartym. Cieszyła
się, że zdołała go poznać od tej strony.

- Późno już…

Wyglądał na bardzo zmęczonego; miał cienie pod oczami,

a koszula, zawsze idealnie wyprasowana, była pomięta.

background image

-  Niczego  nie  mogę  znaleźć.  –  Podniósł  pudełko

zszywaczy. – Szukam tych… no… takich ściskaczy.

- Ściskaczy? Może ja wystarczę?

Uśmiechnął się znużony.

Sięgnęła do półki po pojemnik ze spinaczami.

- O to ci chodzi?

-  Tak,  dziękuję.  Rozmowy  z  kandydatkami  na  asystentkę

wykańczają mnie. Połowa z nich pytana o doświadczenie gada
bez  sensu,  a  druga  połowa  ma  zbyt  wysokie  kwalifikacje.
Znalezienie odpowiedniej osoby to prawdziwe wyzwanie. Nic
dziwnego, że Bran wychwala Addi pod niebiosa.

-  Cierpliwości,  i  ty  trafisz  na  swoją  Addison.  –  Taylor

wygładziła mu muchę pod szyją. – A na razie… fajnie, że cię
tu spotkałam.

- Przypomniał mi się bal… - Zmęczenie znikło, oczy mu

płonęły. Pragnął Taylor. I widział, że ona jego też. Od czasu
balu nic się nie zmieniło.

Wspiąwszy  się  na  palce,  przywarła  ustami  do  jego  warg,

wsunęła ręce w jego włosy i zamruczała. Rozchylił językiem
jej wargi. Spinacze rozsypały się po podłodze.

- Seks w magazynku… Myślisz, że wypada? – spytała.

Uśmiechnął się łobuzersko.

- Ja tu rządzę. Mogę robić, co mi się podoba.

- Tak, możesz…

Wpijał się w jej usta, a ona wodziła dłońmi po jego ciele.

Oboje  musieli  zrzucić  z  siebie  napięcie.  Po  co  czekać  na

background image

lepszą okazję?

Nagle  rozbłysło  światło.  W  drzwiach  stała  Addison

z  plikiem  kartek  w  ręce.  Najwyraźniej  przyszła  skorzystać
z kopiarki.

- Ojej, przepraszam… O mój Boże…

W  jej  głosie  nie  było  jednak  oburzenia,  tylko  miłe

zaskoczenie.  Taylor  opuściła  ręce,  Royce  objął  ją  w  talii
i ustawił się za nią. Poczuła przy pośladkach twardy członek.
Uśmiechnęłaby się, ale nie była pewna reakcji Addison.

Jeśli Addi wcześniej nie wiedziała o niej i Roysie, to teraz

już  wie.  A  jeśli  Brannon  coś  wcześniej  podejrzewał,  to  po
rozmowie z Addi jego wątpliwości znikną.

-  Wrócę  później.  –  Addison  odwróciła  się,  zamierzając

wyjść.

-  Addi,  poczekaj.  –  Taylor  ruszyła  za  nią.  Przeszkadzało

jej, że od jakiegoś czasu Addison odnosi się do niej z rezerwą.
Że uważa ją za „czarny charakter”, a ona bardzo nie lubiła być
nielubiana.

- Słucham?

- Czuję, że masz do mnie żal. Może się mylę, ale wydaje

mi się, że dotyczy Brana.

Addison  nie  potwierdziła  ani  nie  zaprzeczyła,  ale  jej

policzki przybrały jaskrawoczerwony kolor.

- Nie wiem, co słyszałaś, ale Bran mi się nie oświadczył.

Wspólnie  uznaliśmy,  że  wolimy  pozostać  na  stopie
przyjacielskiej. Tamten uścisk, którego byłaś świadkiem…

background image

- To nie moja sprawa. Taylor, naprawdę nie musisz mi się

tłumaczyć.

-  Patrzysz  na  Brannona…  -  Taylor  urwała;  chciała

powiedzieć:  tak  jak  ja  na  Royce’a  –  jakby  ci  na  nim
autentycznie zależało. Czy on wie, co do niego czujesz?

-  Nie  rozumiem,  do  czego  zmierzasz.  Nie  musisz  się

niczego obawiać. Nie powiem mu o tobie i Roysie.

- Nie o to chodzi. Ty i Bran…

-  Łączą  nas  relacje  czysto  zawodowe.  –  Addison

uśmiechnęła się wymuszenie. – Nie interesuje mnie, z kim się
całujesz  w  pracy.  Po  prostu  staram  się  wykonywać  swoje
obowiązki.

Taylor  podjęła  jeszcze  jedną  próbę  naprawienia  ich

stosunków.

- Moim zdaniem ty i Bran idealnie do siebie pasujecie! –

zawołała za oddalającą się postacią.

Addison przystanęła i odwróciła się. Wyglądała tak, jakby

najchętniej  zapadła  się  pod  ziemię.  Po  chwili  Taylor
zrozumiała dlaczego.

W  polu  widzenia  ukazał  się  Brannon.  Miał  taki  sam

speszony wyraz twarzy jak jego asystentka.

Taylor  zaklęła  w  duchu.  Nie  mogła  trzymać  języka  za

zębami? Musiała się wydzierać? Teraz na poprawę stosunków
z Addi przyjdzie jej poczekać dłużej.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Sądził,  że  droga  od  dyrektora  finansowego  do  prezesa

będzie  prosta.  Że  wystarczy  zmienić  tabliczkę  na  drzwiach.
Jednak  mylił  się,  cały  proces  okazał  się  dłuższy  i  bardziej
skomplikowany.  Dopóki  stanowisko  dyrektora  finansowego
pozostawało nieobsadzone, sam nadal zajmował się finansami
firmy.  Na  szczęście  miał  na  dziś  wyznaczone  dwa  spotkania
z  potencjalnymi  kandydatami.  Liczył,  że  uda  mu  się
sfinalizować  sprawę  i  zająć  wyłącznie  obowiązkami,  które
wiązały się z rolą prezesa.

Przez cały tydzień tylko raz zdołał zjeść kolację z Taylor,

a chciał spędzać z nią wszystkie wieczory. Była wyrozumiała,
tłumaczyła mu, że „te rzeczy” wymagają czasu, pocieszała go,
że wkrótce wszystko się ułoży.

- Zobaczysz, będzie dobrze.

Oby było, i to jak najszybciej.

Obiecał  jej,  że  w  czwartek  wyjdzie  z  biura  w  południe

i zabierze ją na lunch. Nie wyszedł. W piątek obiecał to samo
i  znów  nie  dotrzymał  słowa.  Wiedział,  że  dziś,  w  sobotę,
również się nie wyrwie. Chwycił komórkę, by wysłać esemesa
z  przeprosinami,  gdy  nagle  pojawiła  się  w  drzwiach  jego
gabinetu z dużą brązową torbą w ręku.

- Niespodzianka!

background image

Zerknął  na  znajomy  znak  firmowy  widniejący  na  torbie,

wciągnął w nos kuszący zapach czosnku, sosu pomidorowego
i oregano, i w brzuchu mu zaburczało.

-  Pachnie  niesamowicie  –  oznajmił.  –  Ty  też  –  dodał

szybko.

Nie  obraziła  się,  świadczył  o  tym  szeroki  uśmiech  na  jej

twarzy.

- Nie zadzwoniłeś w południe…

Sprawdził godzinę w telefonie. 1:47. Psiakość!

- Przepraszam. Nie zorientowałem się, że już tak późno.

- Tak pomyślałam. Zresztą i tak musiałam dziś wpaść do

firmy  i  zająć  się  paroma  rzeczami.  –  Popatrzyła  na  stosy
papierów na biurku Royce’a. – Wiesz, że możesz prosić mnie
o pomoc?

Wskazał  na  jedenaście  okien  otwartych  na  ekranie

komputera.

- Miałbym cię na to narazić? Za bardzo cię lubię.

-  Komu  na  tyle  ufasz,  żeby  powierzyć  mu  największe

tajemnice firmy?

Postawiła  pojemniki  z  jedzeniem  na  stoliku,  po  czym

wyciągnęła do Royce’a kawałek ciabatty. Ślinka pociekła mu
do ust. Ściągnął pokrywkę ze swojego pojemnika. Na widok
lazanii  pokrytej  świeżo  startym  parmezanem  ponownie
zaburczało mu w brzuchu.

-  Mówisz  serio?  –  Zamoczył  pieczywo  w  gęstym  sosie

i odgryzł kęs. Niebo w gębie!

background image

-  Jestem  dyrektorem  zarządzającym.  Mogę  przejąć  część

twoich  obowiązków  –  powiedziała.  –  Przynajmniej
spędzalibyśmy razem czas. Takie randki w pracy. – Podała mu
plastikowy widelec.

- Sialibyśmy zgorszenie. – Wyszczerzył zęby.

- Z pewnością. – Odwzajemniła uśmiech.

Pocałował ją w kącik ust.

Podczas  lunchu  omawiali  strategię  i  zastanawiali  się  nad

podziałem  obowiązków.  Kiedy  skończyli  jeść,  Royce,  który
oprócz  swojej  porcji  spałaszował  również  połowę  porcji
Taylor,  poczuł  się  jak  nowo  narodzony:  wreszcie  miał
konkretny plan działania.

- Jak Bran się miewa? – spytała nagle Taylor.

Starał  się  zignorować  ukłucie  zazdrości.  Od  czasu  balu

wiedział ponad wszelką wątpliwość, że Taylor chce być z nim,
a nie z jego bratem.

- Udaje, że mnie nie widzi.

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  złości  się  na  ciebie.  Wyboru

dokonał wasz ojciec. Nie wywierałeś nacisku na Jacka.

-  Branowi  bardziej  chodzi  o  to,  że  o  niczym  go  nie

poinformowałem. Powinienem był.

- Przecież nie wiedziałeś, że Jack ogłosi swoją decyzję na

przyjęciu. – W jej głosie pobrzmiewało wahanie.

- Nie, ale mogłem się domyślić. Naprawdę możesz przejąć

za mnie część obowiązków? Dopóki nie znajdę asystentki?

- Tak.

background image

- Dziękuję. Za wszystko.

- To znaczy?

- Że przyszłaś, że dałaś mi jeść, że zmniejszyłaś mój stres.

- Ja tylko…

Nie  czekał,  przywarł  ustami  do  jej  ust.  Miał  za  sobą

męczący tydzień i chociaż lubił uchodzić za twardziela, który
ze wszystkim radzi sobie sam, to jednak jej pomoc i wsparcie
były nieocenione.

- Usiłuję powiedzieć, że jestem ci wdzięczny bardziej niż

myślisz.

Dawno  nie  był  w  poważnym  związku,  nie  miał  kogoś,

komu by ufał i na kim mógłby polegać. Taylor sprawiała, że
czuł  się  silniejszy.  Cieszył  się  z  jej  obecności,  musiał  tylko
pamiętać,  że  praca  jest  priorytetem.  Że  firma  jest
najważniejsza. Na życie osobiste zostawało niewiele czasu.

-  To  chyba  niezbyt  rozsądne.  –  Przygryzając  wargę,

spojrzała na krótki mejl na ekranie.

- Dlaczego?

Zmrużyła oczy.

-  Sam  wiesz.  Lowell  Olsen  to  poważny  dystrybutor,  a  ty

chcesz zakończyć z nim współpracę tylko dlatego, że ja go nie
lubię?

-  Nikt  go  nie  lubi.  Poza  tym  próbuje  cię  zastraszyć.  Nie

negocjujemy z oprychami. Znajdziemy inny sklep.

- Ale…

background image

Royce  przycisnął  palec,  który  trzymała  nad  klawiaturą,

i  mejl  o  treści  „Nie  jesteśmy  zainteresowani  sprzedażą
naszych produktów w pańskim sklepie” został wysłany.

-  O  kurczę!  Nie  wierzę!  Nie  zrobiłeś  tego!  –  zawołała

Taylor przejęta, zszokowana i… upojona władzą.

- Owszem, zrobiłem.

Największą  miłością  Royce’a  była  praca,  więc  to,  że  dla

niej, Taylor, zakończył współpracę z Lowellem Olsenem… Po
prostu  nie  mogła  otrząsnąć  się  ze  zdumienia.  To  był  bardzo
romantyczny gest, większy niż gdyby przyniósł jej bukiet róż,
czekoladki lub szczeniaka z kokardą na szyi.

Nagle uświadomiła sobie, że myśli jak zakochana kobieta.

Tak,  zadurzyła  się  po  uszy.  W  Roysie.  Oczywiście

wiedziała,  że  nie  może  się  z  tym  zdradzić.  Odkąd  przejął
obowiązki  prezesa,  nie  miał  kiedy  podrapać  się  po  głowie.
Gdyby mu teraz wyznała miłość, chyba by się załamał.

Zabrał  jej  laptopa  i  postawił  na  zawalonym  papierami

stoliku.

- Wiesz co?

Też mnie kochasz?

- Co?

- Czas na deser.

-  Deser?  –  Niedawno  zjedli  ogromną  pizzę  z  pysznym

kozim  serkiem  i  karmelizowanym  sosem  cebulowym.  –
Zdołasz jeszcze cokolwiek zmieścić? Bo ja… - urwała, kiedy
zaczął z niej ściągać legginsy. – Royce…

background image

-  Tak,  cały  weekend  ciężko  pracowałaś  i  należy  ci  się

nagroda.

Czy  mogła  się  sprzeciwiać?  Nawet  jej  to  przez  myśl  nie

przeszło, zwłaszcza gdy pchnął ją na plecy. Zdjął jej legginsy,
przycisnął usta do pępka, potem wolno przesunął się niżej…
Wstrzymała  oddech.  Ależ  był  utalentowany!  Jego
umiejętności erotyczne chyba przewyższały jego umiejętności
zawodowe.  Sypiali  z  sobą  od  ponad  miesiąca  i  za  każdym
razem  przeżywała  wprost  nieziemską  rozkosz.  Kto  by
pomyślał,  że  w  tym  poważnym,  skupionym  na  finansach
mężczyźnie płonie taki ogień.

- O tak, właśnie tam… - szepnęła.

- A może tu?

Lubiła sobie wyobrażać, że to ona obudziła w nim dzikie

zwierzę.  A  on  w  niej.  Idealnie  się  wyczuwali,  idealnie
uzupełniali. Ani razu jej nie zawiódł, nie rozczarował. Ani ona
jego. Zawsze była gotowa mu pomóc, zarówno w firmie, jak
i w domu. Nie było to żadne poświęcenie z jej strony, robiła to
z sympatii.

Do języka Royce dołączył palce. Zbliżała się do orgazmu.

Wszystko  znikło,  wszelkie  myśli,  troski.  Powtarzała  szeptem
„Tak,  Royce,  tak”,  ale  gdyby  się  nie  bała,  że  go  wystraszy,
wołałaby „Kocham cię, kocham”.

- Poczekaj, zaraz wrócę – powiedział. W idealnym świecie

szepnąłby: „Ja ciebie bardziej”.

Wyszedł  z  pokoju.  Wiedziała,  że  nie  wolno  go  ponaglać.

Pragnęła go, nawet jeśli nie odwzajemniał jej uczuć. Pragnęła,
nawet jeśli to oznaczało, że musi ukrywać przed nim prawdę.

background image

Mieli mnóstwo czasu; prędzej czy później on też ją pokocha.
Może już ją kochał, tylko jeszcze sobie tego nie uświadomił?
Bo za dużo się działo. Bo miał zbyt wiele na głowie.

Wrócił z nasuniętą prezerwatywą, ale zamiast się położyć,

zgarnął  Taylor  z  kanapy  i  przycisnął  do  ściany,  a  następnie
kazał  jej  opleść  go  nogami  w  pasie.  Poczuła,  jak  się  w  nią
wślizguje.  Kiedy  zaczął  się  poruszać,  mięśnie  pochwy
zacisnęły się wokół jego członka.

- O Chryste, Tay… - wyszeptał.

Wsunęła  palce  w  jego  włosy.  Plecami  uderzała  o  ścianę.

Ich  gorące  oddechy  się  zlewały.  Nie  odrywała  spojrzenia  od
jego  twarzy.  Chciała  widzieć  jego  oczy,  kiedy  będzie
szczytował;  kiedy  niesiony  falą  orgazmu  straci  nad  sobą
kontrolę.  Coraz  szybciej  poruszał  biodrami,  krople  potu
pojawiły się na czole, z gardła wydobywały się westchnienia
przetykane słowami uchodzącymi za niecenzuralne.

- Jeszcze. Mocniej – zachęcała. Kocham cię.

- Już… już… - zawołał, przyciskając ją do ściany.

Całowała  go  po  twarzy,  po  oczach  i  szyi,  czując  na

wargach słony smak jego skóry. On też ją kochał. Nie miała co
do tego wątpliwości. Wkrótce to sobie uświadomi. Nie będzie
go popędzać.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Rozległo się pukanie, ale gość nie czekał na zaproszenie.

Po prostu wszedł.

-  Nie  rozmawiam  z  tobą  –  oznajmił  Bran,  zamykając

drzwi.

Royce zsunął okulary z nosa.

- W porządku, to wyjdź, jestem zajęty. – Podejrzewał, że

Bran  też  ma  mnóstwo  pracy.  Niemal  od  miesiąca  nie
rozmawiali  z  sobą,  wiedział  jednak,  że  kiedyś  to  się  zmieni
i znów będzie jak dawnej.

Ech, rodzeństwo! Tydzień temu Gia przyszła do niego, aby

by mu powiedzieć, że jeśli skrzywdzi Taylor, to ona osobiście
go  wykastruje.  Wyjaśnił  siostrze,  że  z  Taylor  nie  łączy  go
żaden  poważny  związek.  Oczywiście  skłamał.  Od  półtora
miesiąca widywali się kilka razy w tygodniu, w tym tygodniu
już dwa razy, mieli plany na dzisiejszy wieczór…

Z  kolei  Bran  wiedział,  że  on  i  Taylor  „randkują”.  Nie

wtajemniczał brata w swoje sprawy, a Bran o nic nie pytał.

- Jeśli zamierzasz zostać, to przynajmniej usiądź.

- Bo co?

- Bo nic.

-  Jesteśmy  umówieni.  Na  dwunastą.  –  Bran  skrzyżował

ręce na piersi.

background image

- Nie mam nic takiego w kalendarzu.

- To sobie wpisz. I rusz tyłek.

- Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to powiedz i wracaj do

siebie. Cały ten nonsens…

- Właśnie o to chodzi, o ten nonsens. Wstawaj, jedziemy.

Royce  zrobiłby  wszystko,  by  pogodzić  się  z  bratem.

Obecna  sytuacja  nie  może  trwać  wiecznie.  Firma  ich
potrzebowała, jej rozwój zależał od dobrych relacji pomiędzy
tymi, którzy nią zarządzali.

Odsunął fotel od biurka.

- Co mam z sobą zabrać?

Bran wykrzywił wargi.

- Nic. Wszystkim się zająłem.

Brannon mieszkał w nowoczesnym domu ze szkła i stali,

prostym,  minimalistycznie  urządzonym,  pozbawionym
akcentów  tworzących  przytulny  nastrój,  takich  jak  misy
z owocami czy kwiaty w wazonach. Surowy wystrój bardziej
pasował  do  Royce’a,  który  kochał  liczby,  przejrzystość
i klarowność, a nie do pogodnego towarzyskiego Brana.

Na  zewnątrz,  w  ogrodzie,  znajdował  się  bar,  stolik

z krzesłami, basen i… nowy nabytek, którego Royce jeszcze
nie widział.

- Czy to…?

- Tak, ring bokserski.

- Chcesz się bić? Serio potraktowałeś słowa ojca?

background image

- Ruch to zdrowie. Trochę ćwiczyłem z trenerem. I wiesz,

do jakiego doszedłem wniosku?

- Że nie pokonałbyś Mike’a Tysona?

-  Że  boks  rozładowuje  napięcie.  –  Bran  rzucił  bratu

rękawice. – I pomaga rozwiązywać konflikty.

- Nie będę się z tobą bił.

- Nie bił, a boksował. Boks to sport. – Bran wyszczerzył

zęby. – No co? Boisz się, że skopię ci tyłek?

Royce  połknął  haczyk.  Ulegając  swym  pierwotnym

instynktom,  zdjął  marynarkę  i  wysłuchawszy  krótkiego
instruktażu, wciągnął rękawice. Zaczęli się okrążać.

- Powinieneś był mi powiedzieć, że ojciec cię wybrał.

- Prosił, żebym nic nie mówił. – Royce opuścił ręce.

-  Osłaniaj  się.  –  Bran  zademonstrował,  w  jaki  sposób.  –

Nie chcę złamać ci nochala.

- To głupie – mruknął Royce, ale podniósł ręce. Całkiem

odpowiadał mu kształt swojego nosa.

-  Zawsze  trzymaliśmy  sztamę.  Pamiętasz,  jak  stłukliśmy

okno  w  sypialni  gościnnej?  Zamiast  się  przyznać,
postawiliśmy przed oknem jakąś wielką donicę z rośliną.

-  Ale  i  tak  wszystko  się  wydało  –  powiedział  Royce,

osłaniając się przed ciosem.

-  Niezłe  blokowanie  –  pochwalił  Bran.  –  A  wracając  do

ojca, to wolałbym wiedzieć, zamiast siedzieć na przyjęciu jak
idiota i wytrzeszczać oczy.

- Wszyscy i tak gapili się na mnie. Co nie było fajne.

background image

- Powinniśmy grać w jednej drużynie.

Bran zamachnął się, ale Royce znów odskoczył.

- Hej, powyżej szyi nie można! Takie ustaliłeś zasady.

- Okej, okej. Jak wam się układa, tobie i Taylor?

- Słucham?

-  Nie  udawaj.  Addison  przyłapała  was  w  magazynku.  –

Bran  znów  się  zamachnął  i  na  szczęście  znów  spudłował.  –
Nie sądziłem, że się zakochasz.

-  Czyś  ty  zwario…  -  Royce  opuścił  ręce,  ale  w  porę  się

zreflektował i zablokował cios.

Bran wybuchnął śmiechem.

- Pamiętaj o gardzie.

-  Nie  zakochałem  się.  Oboje  z  Taylor  wiemy,  czego

chcemy od życia.

- Jesteś pewien, że ona nie chce czegoś więcej?

Royce  przypomniał  sobie  wieczór,  kiedy  rozmawiali,

popijając whisky.

- Owszem, zależy jej na małżeństwie i rodzinie, ale nie ze

mną.

- Czyżby?

Royce zastygł.

-  Jesteś  inteligentnym  facetem,  stary,  ale  strasznie

naiwnym, jeśli chodzi o kobiety.

Royce  wymierzył  cios  i  pogratulował  sobie  w  duchu,  bo

mimo że nie trafił, to jednak Bran stracił równowagę.

background image

-  Uważasz  się  za  mądrego?  Addison  wodzi  za  tobą

wzrokiem, a ty, ślepaku, nawet tego nie dostrzegasz.

- Taylor zawstydziła nas, mówiąc, że pasujemy do siebie.

Całe biuro ją słyszało.

- Nonsens! Nikogo poza nami nie było w firmie.

- Zresztą Addi i mnie łączy tylko praca. A ty nie zmieniaj

tematu.

Przez  minutę  walczyli  w  milczeniu,  ale  słowa  brata

krążyły Royce’owi po głowie niczym stado głodnych piranii.

- Sądzisz, że znasz Taylor lepiej niż ja? – spytał w końcu,

licząc, że czegoś się od brata dowie.

-  Przyjaźnimy  się  od  najmłodszych  lat  –  odparł  Bran.  –

Zawsze  mówiła,  że  chce  mieć  męża  i  dzieci.  Oraz  golden
retrievera. Jakoś nie wpisujesz mi się w ten obraz.

Fakt,  nie  wpisywał  się.  Ale  nie  na  tym  polegał  jego

związek z Taylor.

- Jakie kwiaty ją uczulają?

-  Stokrotki  –  wypalił  Royce,  wymierzając  cios  w  żebra

brata, który zgrabnie odskoczył. Cholera, dobry był.

- Lilie. Czy wy w ogóle z sobą rozmawiacie?

Tym razem Royce uchylił się przed ciosem.

-  Czy  lubisz  lilie,  kochanie?  Nie,  nie  pytałem  jej  o  to.

Pominęliśmy ten arcyważny dla każdej pary temat.

- Czyli przyznajesz, że jesteście parą? – Bran przystanął.

Royce  wyprowadził  kontrę,  lecz  siłą  rozpędu  wpadł  na

liny.

background image

- Ty i Taylor mieliście znacznie więcej czasu na rozmowy

niż  ja  i  ona.  –  Royce  odepchnął  się  od  lin  i  ponownie  się
zamachnął.

Tym razem trafił w cel. Bran chwycił się za brzuch. Royce

skinął z zadowoleniem głową i kontynuował:

- My używamy ust do czegoś innego.

Bran obrócił się i wyprowadził lewy prosty. Royce uniósł

rękawice o ułamek sekundy za późno.

- Cholera! – Przyłożył rękę do oka.

-  Sorki.  Celowałem  w  nos  –  powiedział  Bran  bez  cienia

skruchy w głosie.

- O co ci chodzi? Chcesz ją odzyskać?

Bran  opuścił  ręce,  na  jego  twarzy  odmalowało  się

zdumienie.

–  Zwariowałeś?  Taylor  i  ja  to  przeszłość.  Całe  szczęście,

że zwiała, zanim się oświadczyłem.

-  Czyli  chodzi  o  firmę?  Jesteś  wściekły,  że  zostałem

prezesem?  –  spytał  Royce.  Jeszcze  go  głowa  nie  bolała,  ale
czuł, że lada moment zacznie.

- Nie. Jestem wściekły, że trzymałeś to w tajemnicy przede

mną i Gią. Zawsze staliśmy za sobą murem.

Royce  milczał.  Brannon  miał  rację.  Stanowili  jedność,

wspierali  się  w  każdej  sytuacji.  Kiedy  byli  dziećmi,  rodzice
dopiero rozkręcali interes, więc nie mieli dla nich zbyt wiele
czasu.  To  sprawiło,  że  on,  Bran  i  Gia  zawsze  trzymali  się
razem. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Bran ściągnął rękawice.

background image

- Taylor kocha cię i jeśli tego nie widzisz, to jesteś jeszcze

większym  idiotą,  niż  ja  byłem.  –  Uniósł  linę,  zszedł  z  ringu
i usiadł na schodkach.

Royce skrzywił się, czując, jak na jego policzku tworzy się

siniak.  Prezes  z  podbitym  okiem?  Wspaniale.  Usiadł  koło
Brana. Obaj sapali po wysiłku.

-  Spaprałem  to,  Royce  –  oznajmił  Bran,  wpatrując  się

w swoje buty.

- Kierowałeś się sercem.

- Właśnie że nie. Ale jeśli komukolwiek o tym powiesz, to

podbiję ci drugą gałę.

Royce uniósł rękę do ust i udał, że przekręca kluczyk.

-  Myślałem,  że  jako  człowiek  zaręczony  zwiększę  swoją

szansę na zostanie prezesem.

Royce zmarszczył czoło.

- Masz znakomite kwalifikacje.

- Wiem, ale ojciec nie brał mnie pod uwagę, tylko ciebie.

Szkoda, że nic mi nie powiedziałeś. Że musiałem dowiedzieć
się przy wszystkich.

Royce westchnął. Też żałował.

- Niewiele brakowało, żebym skrzywdził Taylor – ciągnął

Bran. – Gdyby mnie kochała i przyjęła moje oświadczyny… -
Potrząsnął  głową.  –  Nigdy  by  mi  nie  wybaczyła,  że  się  nią
posłużyłem.  Bo  prędzej  czy  później  zerwałbym  zaręczyny.
Uwielbiam  tę  dziewczynę,  ale  żenić  się  z  nią  nie  miałem
zamiaru.

background image

- Wątpię, żeby chciała mnie poślubić – powiedział Royce,

ale w jego głosie słychać było wahanie.

Bardzo się zbliżyli, zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie.

Często u siebie nocowali. Tay przyniosła mu lunch do biura,
zaproponowała pomoc w pracy. Byli parą… Parą? Kurczę, nie
był gotów na poważny związek!

- Jak będziesz się z nią widział, powiedz jej, że Addi i ja

nie zamierzamy się umawiać.

- Dlaczego? Jest ładna…

- Jest przepiękna.  Ale rzuci pracę, jeśli Taylor będzie się

z  nią  dalej  droczyć.  A  sam  wiesz,  jak  trudno  o  dobrą
asystentkę. – Bran znów potrząsnął głową. – Widziałem minę
Addi, kiedy Taylor krzyknęła do niej, że pasujemy do siebie.
Biedaczka chciała się zapaść pod ziemię. Wierz mi, poza pracą
nic  nas  nie  łączy.  Gdyby  Addi  coś  do  mnie  czuła,  to  bym
o tym wiedział.

- Nie bądź taki pewien. Nie każda kobieta, która czuje coś

do faceta, rzuca się na niego w szatni.

Wybuchnąwszy  śmiechem,  Bran  zepchnął  Royce’a  ze

schodów na trawę. W dzieciństwie często się tak kotłowali na
trawniku. Nie bili się, nie walczyli z sobą, po prostu się tarzali.
Po chwili wyciągnął się obok niego.

-  Przepraszam,  że  nie  powiedziałem  ci  o  rozmowie

z ojcem.

- No, niech to będzie ostatni raz.

Leżeli obok siebie, wpatrując się w błękitne niebo. Royce

czuł, jak mu serce wali; wiedział, co musi zrobić.

background image

Praca na stanowisku prezesa dawała mu wiele satysfakcji,

ale  była  wymagająca.  Taylor  zeszła  na  drugi  plan;  nie
narzekała,  więc  sądził,  że  nie  ma  nic  przeciwko  temu.  Ale
teraz  zaczął  się  zastanawiać,  czy  na  pewno  tak  jest.  Może
z czasem będzie chciała więcej, niż on będzie w stanie jej dać?
Może już chce?

Bran miał rację. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Był  winien  bratu  i  siostrze  troskę  o  firmę,  o  ich  wspólne
dziedzictwo.  A  on  zakończył  współpracę  z  Lowellem
Olsenem, by sprawić Taylor przyjemność.

Czas najwyższy, żeby przestał myśleć o sobie i skupił się

wyłącznie na jednym: na pracy.

Poczuł  ukłucie  w  piersi.  Serce  protestowało.  Pragnął

Taylor.  Pragnął  Taylor  w  łóżku,  w  życiu.  Na  kanapie  i  na
biurku  w  gabinecie.  Ale  nie  mógł  dać  jej  tego,  czego  ona
pragnęła: rodziny. I nie wiedział, czy kiedykolwiek zdoła.

Jego  przyszłość  była  z  góry  określona.  Sukces

ThomKnoxu spoczywa na jego barkach. Pracując osiemnaście
godzin  na  dobę,  nie  miałby  czasu  dla  Tay.  Na  razie
akceptowała taki stan rzeczy, ale jak będzie za pół roku? Jego
marzenie się spełniło, a jej? Jak długo będzie musiała czekać?
Nie chciał być mężczyzną, który ciągle powtarza: jeszcze nie
teraz, może za rok.

Tak,  jego  plany  i  ambicje  były  ważne,  ale  jej  marzenia

także.  Nie  mógł  jej  prosić,  by  zrezygnowała  z  własnych
pragnień i poświęciła się dla niego. Seks to nie wszystko.

-  Słyszę,  jak  mózg  ci  się  lasuje.  –  Bran  przeniósł

spojrzenie na brata. – O czym myślisz?

background image

- Że przemówiłeś mi do rozsądku.

-  Cieszę  się.  –  Bran  wstał,  włosy  sterczały  mu

w nieładzie. – Przydałby ci się lód.

- A tobie fryzjer – mruknął Royce.

Bran  szturchnął  go  butem  w  żebra,  po  czym  ruszył  do

domu.  Po  chwili  Royce  usłyszał  brzęk  kostek  wypadających
z maszynki do lodu. Niedługo brat mu przyniesie zimny okład,
a potem wszystkim będzie się chwalił, jak to mu oko podbił.
No  trudno.  Royce  westchnął  i  ponownie  wrócił  myślami  do
Taylor. Wiedział, co musi zrobić. Ale bardzo tego nie chciał.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj.

Nie był pewien, czy kwiaty są odpowiednim dodatkiem do

tego,  co  zamierzał  powiedzieć,  ale  nie  mógł  zjawić  się
z pustymi rękami. Dobrze, że Bran uprzedził  go o uczuleniu
Taylor  na  lilie.  Dopilnował,  aby  ani  jedna  nie  znalazła  się
w bukiecie.

Miał rozstrój żołądka i przekrwione oczy. Źle spał w nocy

i żeby rano oprzytomnieć, musiał wypić kilka kubków kawy.
Godziny  nocne  spędził  na  rozmyślaniu  o  różnych  sprawach:
o  Taylor,  ThomKnoxie  i  swojej  prezesurze,  o  radzie,  jaką
Brannon mu udzielił, o Gii, nawet o Jaysonie Cooperze. Gia
i  Coop  byli  kiedyś  tak  zakochani,  że  na  ich  widok  innych
mdliło. A potem się odkochali. Po prostu.

Jeżeli wypaliło się uczucie pary, która świata poza sobą nie

widziała,  to  jaką  szansę  mają  on  i Taylor?  Jeżeli  nie  zdołają
połączyć  swoich  marzeń,  a  on  nie  zakończy  ich  związku,
powoli zaczną patrzeć na siebie wilkiem. Rozmowy o rodzinie
i pracy będą przypominać pole minowe. Coraz częściej będą
się  kłócić,  mieć  do  siebie  pretensje;  w  końcu  dojdzie  do
otwartej wojny. Za nic w świecie tego nie chciał.

Pragnął,  by  Taylor  wiodła  takie  życie,  jakie  sobie

wymarzyła, by nie musiała iść na kompromis. Była mu bardzo
bliska, zależało mu na jej szczęściu. Wolał się więc wycofać
teraz, póki był czas.

background image

A  jeżeli  Taylor  jest  zakochana…  Chociaż  nie,  to

niemożliwe.  Jeśli  już,  to  jest  zauroczona,  zafascynowana.
Kiedy napięcie erotyczne sięga zenitu, granica czasem staje się
zatarta.  Te  chwile  tuż  po  orgazmie,  kiedy  człowieka  ogarnia
cudowna błogość, bywają zdradliwe. On też odczuwał wtedy
coś bardzo niezwykłego, bardzo głębokiego.

Serce to podstępny narząd. Nie mógł pozwolić, by emocje

przysłoniły mu wszystko inne. Miał wiele ważnych spraw na
głowie:  wprowadzenie  na  rynek  nowego  produktu,  bycie
szefem, ojca, który odszedł na emeryturę, rodzeństwo, którego
nie mógł zawieść, pracowników firmy, którzy na nim polegali.
Musiał się na tym skupić.

Miał  ścisły  umysł,  lubił,  gdy  wszystko  chodzi  jak

w  zegarku.  Wiedział  jednak,  że  nie  zdoła  pogodzić  pracy
z życiem osobistym. Na pewno nie w tym momencie. Może za
dziesięć  lat?  Ale  nie  mógł  prosić  Taylor,  by  na  tak  długo
odłożyła własne marzenia.

Rodzina. Pies. Mąż, który wraca do domu przed dziesiątą

wieczorem i nie pada na nos ze zmęczenia. Tego pragnęła. On
zaś mógł jej zapewnić bezpieczeństwo finansowe oraz ciepłe
łóżko – pod względem erotycznym byli idealnie dopasowani –
ale to wszystko.

Jego ojciec, Jack, był cudownym człowiekiem, lecz rzadko

bywał  w  domu.  Często  zabierał  dzieci  z  sobą  do  pracy,
najpierw jego, potem Brana i wreszcie Gię. Tak, ThomKnox to
prawdziwie  rodzinna  firma,  bo  właśnie  tam  rodzina
najczęściej się zbierała. Chyba ani razu nie byli na rodzinnych
wakacjach, by ojciec nie siedział z telefonem przy uchu.

background image

Charles,  ojciec  Taylor,  był  zupełnie  inny.  Też  ciężko

pracował,  ale  na  pierwszym  miejscu  stawiał  córkę;  świata
poza  nią  nie  widział.  Podobnie  jak  jej  matka,  która  odeszła
z  firmy,  żeby  zająć  się  dzieckiem  i  domem.  Taylor  chciała
mieć i to, i to: rodzinę oraz karierę. Jak ona to ujęła? Że trzeba
znaleźć  odpowiednią  równowagę  między  życiem  osobistym
a zawodowym.

Nie  umiał.  A  poza  tym  jeśli  nigdy  nie  będzie  chciał

założyć rodziny? Jeśli praca wystarczy mu do szczęścia? Nie
ma  prawa  żądać  od  Taylor,  aby  zrezygnowała  z  marzeń,  nie
dając  jej  niczego  w  zamian.  Straciła  ojca,  to  wystarczy.  Za
bardzo mu na niej zależało, aby sprawiać jej ból. Dlatego do
niej przyjechał: żeby porozmawiać. Żeby zamknąć za sobą ten
rozdział. Bo to był tylko rozdział, krótki cudowny romans od
początku skazany na niepowodzenie.

Dzisiejsza wizyta i zerwanie – to najtrudniejsza rzecz, jaką

kiedykolwiek musiał zrobić. Ale nie miał wyjścia; znał siebie,
swoje wady, zalety i ograniczenia. Uczciwość nakazywała mu,
by postąpił, jak należy. Żeby wypowiedział słowa, których ani
on, ani Taylor nie chcieli słyszeć.

Otworzyła  drzwi.  Na  widok  Royce  zaparło  jej  dech.

Ucieszyła  się,  że  w  sobotni  poranek  przyjechał  do  niej,
zamiast pędzić od razu do biura.

Śniadania w weekendy – na ogół croissanty z kawą – jadła

ubrana  w  legginsy  i  bluzę.  Royce  prezentował  się  nieco
strojniej; miał na sobie ciemne dżinsy, koszulę z podwiniętymi
rękawami  oraz  nieodłączną  muchę  pod  szyją.  Wyglądał
piekielnie  seksownie,  o  czym  poinformowała  go  zalotnym
uśmiechem.

background image

Nie  odwzajemnił  go.  Prawdę  rzekłszy,  minę  miał

niemrawą.  Zamierzała  spytać,  co  się  stało,  ale  pierwszy  się
odezwał.

- Podobno jesteś uczulona na lilie – powiedział, wręczając

jej  bukiet  złożony  z  róż,  goździków  oraz  innych  kwiatów,
których nazw nie znała.

- Nie jestem. Po prostu nie bardzo je lubię. – Przysunęła

kwiaty do nosa. – Te są piękne i pięknie pachną. Dziękuję.

Nie odpowiedział. Mars na jego czole się pogłębił.

Wyraźnie  coś  mu  leżało  na  wątrobie.  Ale  cokolwiek  to

było,  poradzą  sobie.  Kochała  tego  faceta,  a  kiedy  się  kogoś
kocha, pozwala mu się czasem mieć gorszy humor.

- Wejdź. Przygotowałam mrożoną herbatę.

- Nie, dziękuję. Wpadłem dosłownie na chwilę.

Unikał  jej  spojrzenia,  wolał  patrzeć  na  swoje  buty.

Ogarnęło ją złe przeczucie.

-  Okej.  –  Skoro  nie  chciał  wejść,  wyszła  do  niego  na

zewnątrz.  Zauważyła  coś  jeszcze,  a  mianowicie,  że  nie
pocałował jej na powitanie. Jej niepokój się nasilił.

- Chcesz mieć rodzinę – oznajmił beznamiętnym tonem.

Znieruchomiała.  Nie  była  pewna,  co  czego  zmierza,  ale

sądząc po jego podkrążonych oczach, do niczego dobrego.

- Dom, męża, dzieci, może psa…?

- No tak. Kiedyś. – Skrzyżowała ręce na piersi.

-  Ten  pocałunek  w  szatni  na  balu  zmienił  moje  życie  –

ciągnął łagodniejszym tonem. – To było niesamowite.

background image

Poczuła ulgę, która po chwili jednak znikła.

- Nie sądziłem, że ty i ja… że posuniemy się tak daleko.

Że nawiążemy romans. Że zaczniesz snuć plany z myślą o nas
obojgu… plany, których nie mogę zaakceptować.

-  Royce,  o  czym  ty  mówisz?  –  Bukiet  zaczął  jej  ciążyć,

jakby każdy płatek ważył tonę. Położyła go na krześle w rogu
werandy.  Psiakość,  może  należało  położyć  kwiaty  na
podłodze, a samej usiąść? Kręciło się jej w głowie…

- Wkrótce wprowadzamy na rynek nowy tablet. – Mówił

monotonnym głosem, niemal jak robot. – To pierwszy produkt
za mojej prezesury. Coraz więcej czasu będę spędzał w firmie.

-  Ja  też.  –  Roześmiała  się.  –  Ale  to  taka  chwilowa

niedogodność. Potem wszystko wróci do poprzedniego stanu.

- Do stanu sprzed walentynek.

- Zrywasz ze mną?

Zrobiła rzecz nie do pomyślenia: zakochała się. Wiedziała,

że nie powinna, że na razie musi wystarczyć jej seks, ale…

-  Tak  –  odparł.  –  Zanim  będzie  za  późno.  Zanim

skończymy jak Gia i Jayson.

-  Gia  i  Jayson?  A  co  oni  mają  z  tym  wspólnego?  –

Potrzebowała  jakiegoś  wyjaśnienia,  bo  nic  z  tego  nie
rozumiała.  Przyjechał  do  niej  z  wielkim  bukietem,  by
oznajmić, że już jej nie chce? Tak ni stąd, ni zowąd? – Co się
stało? Skąd taka decyzja?

- Ktoś mi nabił rozumu do głowy.

Zauważyła ciemny siniak wokół jego lewego oka..

- Można wiedzieć kto?

background image

Nie odpowiedział.

-  Tu  nie  chodzi  o  Gię  i  Jaysona.  Nie  przyniosłeś  mi

kwiatów  –  rzuciła  posępne  spojrzenie  na  wspaniały  bukiet  –
żeby rozmawiać o ich nieudanym małżeństwie. Tak, chcę mieć
rodzinę, ale nie dziś, nie teraz. Kiedyś.

-  Nie  powiedziałaś  mi,  że  się  we  mnie  zakochałaś  –

mruknął oskarżycielskim tonem, a ona się zawstydziła, jakby
była nastolatką, która popełniła głupi błąd. – Pewnie dlatego,
że bałaś się mojej reakcji.

-  Twojej  reakcji?  Nie.  –  Jeśli  bała  się  czegokolwiek,  to

raczej siebie i swoich emocji. – Nie powiedziałam ci, bo… Bo
jesteś zawalony robotą. Zasuwasz od rana do nocy. Zresztą ja
też.  I  po  prostu  nie  chciałam  zawracać  ci  głowy…  -  To
kiepskie usprawiedliwienie. Miała mnóstwo okazji, by wyznać
Royce’owi, co do niego czuje. Nie zrobiła tego, bo nie…

Miał  rację.  Bała  się  go  wystraszyć.  Gdyby  uznał,  że

próbuje wywrzeć na nim presję, mógłby chcieć zakończyć ich
związek. Co właśnie zrobił.

-  Nic  się  nie  musi  zmienić  –  powiedziała,  próbując

wszystko  naprawić.  –  Uczę  się  zachowywać  równowagę
między pracą a życiem osobistym. Razem możemy…

- Jak długo, Tay?

Zamrugała.

- Co jak długo?

-  Jak  długo  gotowa  jesteś  czekać  z  założeniem  rodziny?

Zbliżasz się do trzydziestki. Więc…?

background image

- Nie wiem, kilka lat. – Nigdy o tak intymnych sprawach

z  nikim  nie  rozmawiała,  na  pewno  z  żadnym  ze  swoich
mężczyzn  i  na  pewno  nie  na  werandzie,  gdzie  wszyscy
sąsiedzi mogli ją słyszeć.

- Pięć? Siedem? Dziesięć?

Dopiero  po  chwili  uzmysłowiła  sobie,  że  Royce  nie

prowadzi z nią negocjacji, lecz stara się coś udowodnić.

- Nie mogę cię prosić, żebyś budowała swoje życie wokół

mojego. – Jego spojrzenie stało się łagodniejsze.

To  był  nadal  on,  mężczyzna,  w  którym  się  zakochała.

Który od lat ją fascynował. Który podbił jej serce… ale po co?
Żeby je złamać?

- To nie proś – szepnęła. – Zaufaj mi.

-  Moim  priorytetem  jest  praca  i  kariera.  Nie  chcę,  żeby

cokolwiek mnie od niej odciągało. Przykro mi, Taylor.

Zabrzmiało  to  jak  ostateczny  werdykt.  Tak  postanowił:

odtrącić  ją  i  skupić  się  na  firmie,  która  –  jak  często
powtarzał – była jego dziedzictwem.

Taylor  zamarła.  Miała  wrażenie,  jakby  nieopodal

wybuchła bomba, której huk ją ogłuszył. Jedyne, co słyszała,
to bicie własnego serca.

Wykonawszy  zadanie,  Royce  wrócił  do  samochodu.

Patrzyła, jak siada za kierownicą i odjeżdża; dopiero gdy znikł
jej z pola widzenia, osunęła się na drzwi.

Powiedział  wszystko.  Nie  musiał  mówić  nic  więcej.

Zdawał sobie sprawę, że ona go kocha, lecz nie odwzajemniał

background image

jej uczuć. Najważniejsza była dla niego firma. Ona, Taylor, się
nie liczyła.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Kiedy  Gia  zaprosiła  ją  do  siebie,  aby  spędzić  niedzielne

popołudnie  nad  basenem,  w  pierwszym  odruchu  Taylor
chciała odmówić.

Cały  wczorajszy  dzień  chodziła  przygnębiona,  a  w  nocy

prawie  nie  spała.  Trudno  się  śpi  między  jednym  a  drugim
spazmem płaczu. Obudziła się zmęczona i w podłym humorze.
Oraz smutna, bardzo smutna. Podobnie się czuła, kiedy umarł
ojciec. Oczywiście to był inny rodzaj smutku, ale doskwierał
jej równie silny ból. Taki, który wysysa całą radość życia.

Przychodziły jej do głowy dziesiątki pomysłów, co mogła

powiedzieć  i  jak  zareagować,  gdy  Royce  oznajmił,  że  to
koniec,  i  ruszył  do  samochodu.  Zamiast  stać  jak  niemowa,
mogła mu wykrzyczeć, że myśli jednotorowo. Mogła chwycić
go  za  muchę  i  wpić  mu  się  w  usta,  by  zapamiętał,  z  czego
rezygnuje.  Ale  oczywiście  nic  nie  zrobiła.  Gdy  odjechał,
wzięła  z  krzesła  bukiet  i  zanosząc  się  płaczem,  zaczęła
wrzucać  kwiaty,  po  jednym,  do  kosza  na  śmieci.  Po  co  je
kupił? Sądził, że ukoją jej rozpacz?

Czy wiedział, ile on dla niej znaczy?

Nigdy mu tego nie mówiła. Nie umiała zdecydować, czy to

świadczyło  o  jej  mądrości  czy  głupocie.  Kiedy  pozbyła  się
bukietu, zwinęła się na kanapie i włączyła telewizor. Chciała
czymś zająć umysł. I patrząc na ekran, cały czas płakała.

background image

Od strony ulicy dom Gii wydawał się spory, ale od strony

basenu wręcz ogromny. Kwietniowe słońce silnie operowało,
mimo to woda w basenie była podgrzewana. Taylor siedziała
na  leżaku,  ale  nie  zamierzała  pływać.  Nie  miała  siły;  samo
robienie dobrej miny do złej gry kosztowało ją wiele wysiłku.

- Koktajl z odrobiną wódki oraz warzywa i humus. Może

być? – spytała Gia.

Miała  na  sobie  bikini  uwypuklające  jej  fantastyczne

kształty, na to włożyła luźną tunikę plażową.

- No pewnie. – Taylor zmusiła usta do uśmiechu.

- Okej. Zajrzę do kuchni i zaraz wracam.

Gdy z mężem kupili ten dom, Gia żartobliwie określiła go

mianem „rezydencji”. Po rozwodzie Jayson wyprowadził się,
zostawiając wszystko żonie. Taylor zamyśliła się: ciekawe, jak
by postąpiła na miejscu Gii? Gdyby wyszła za Royce’a, a on
by  ją  zostawił,  chyba  nie  chciałaby  dalej  mieszkać  w  „ich”
domu. Czy Gii to naprawdę nie przeszkadza?

Słońce  nie  było  w  stanie  przebić  się  przez  chmury

gromadzące się w jej sercu. Bez przerwy wracała myślami do
Royce’a. Dupek! Łzy podeszły jej do oczu.

Jasne  błękitne  niebo,  lśniąca  woda  w  basenie,  w  ręku

różowy  koktajl  z  kawałkami  owoców…  Zacisnęła  powieki.
Musi  się  wziąć  w  garść,  skupić  na  rzeczach  przyjemnych.
Podniosła kieliszek do ust. Może alkohol pomoże stępić ból?

Gia  pojawiła  się,  niosąc  półmisek  z  humusem

i pokrojonymi warzywami.

- Chciałam zaprosić cię w zeszłym tygodniu, ale okres tak

mi  się  dawał  we  znaki,  że  wolałam  nikogo  nie  narażać  na

background image

swoje humorzaste towarzystwo.

Mówiąc  to,  uśmiechnęła  się,  a  Taylor  –  ku  własnemu

zdumieniu – całkiem szczerze odwzajemniła uśmiech.

- Na szczęście za jakieś dwadzieścia lub dwadzieścia pięć

lat będziemy miały z tym spokój.

Gia wzniosła oczy do nieba.

-  Dwadzieścia?  Boże,  za  jakie  grzechy?  W  najbliższej

przyszłości  nie  planuję  mieć  potomstwa,  ale  dlaczego  co
miesiąc muszę cierpieć?

Taylor  westchnęła.  To  samo  powiedziała  Royce’owi:  że

w  najbliższej  przyszłości  nie  planuje  dzieci.  On  jednak
w ogóle ich nie chciał. Może powinna wcześniej porozmawiać
z  nim  o  przyszłości,  zanim  przyjechał  oznajmić  jej,  że  to
koniec.  Może  od  razu,  gdy  tylko  uświadomiła  sobie,  że  go
kocha, powinna była go o tym poinformować?

Wtedy  jednak  zerwanie  nastąpiłoby  szybciej  –

w  momencie,  gdy  byli  w  łóżku.  Może  kiedyś,  myśląc
o  przeszłości,  zrozumie,  dlaczego  im  nie  wyszło  i  że  Royce
postąpił słusznie, kończąc ich związek.

Ale dziś tego nie rozumiała.

- Przypomnij, żebym ci pokazała projekty reklamowe T13

przeznaczone do gazet. Są znakomite! Najbardziej…

Taylor usiłowała słuchać, ale nie mogła się skupić. Jedna

myśl krążyła jej po głowie: kiedy miała ostatnią miesiączkę?

Ponieważ nie mogła sobie przypomnieć, ogarnął ją strach.

Zawsze z Royce’em uważali. Byli bardzo ostrożni. Na ogół to
on pamiętał o zabezpieczeniu. Zanim sięgał po prezerwatywę,

background image

ona  zwykle  była  już  po  pierwszym  orgazmie.  Ale  mogli  coś
przeoczyć,  zapomnieć  jeden  raz.  Zresztą  gumki  nie  dają
stuprocentowej gwarancji…

Boże. Kiedy? Kiedy miała okres? Była taka zaaferowana,

zajęta  pracą…  Po  paru  minutach  Gia  zmieniła  pozycję  na
leżaku  z  leżącej  na  siedzącą  i  przesunęła  okulary  słoneczne
z nosa na czubek głowy.

- Pogadamy? – spytała.

- Ja… O czym?

- Widzę, jaka jesteś smutna. Plotłam trzy po trzy, licząc, że

sama się przede mną otworzysz. Coś cię dręczy.

- Ano dręczy – przyznała niechętnie Taylor.

-  Spotykasz  się  z  moim  bratem,  a  ja  kocham  was  oboje.

Jeżeli…

- Ja też go kocham. – Szlag by trafił Royce’a i jego głupi

bukiet!

- Naprawdę? – Oczy Gii rozbłysły radością.

- Ale bez wzajemności. Wczoraj ze mną zerwał.

- Co? Dlaczego? Chryste, co za kretyn! – Gia wzdrygnęła

się,  po  czym  siląc  się  na  spokój,  spytała:  -  Trzymasz  się?
Dajesz radę?

Taylor  potrząsnęła  głową.  Wzrok  miała  zamglony.  Nie

zdejmując okularów słonecznych, usiłowała dyskretnie otrzeć
łzy. Gia poderwała się z leżaka i kucnęła koło niej.

-  Zabiję  tego  drania,  przysięgam  –  powiedziała,  gładząc

Taylor po ramieniu. – Ostrzegałam go, że jeśli cię skrzywdzi,
będzie miał ze mną do czynienia.

background image

-  Może  od  początku  nie  byliśmy  sobie  przeznaczeni?  –

Taylor  pociągnęła  nosem.  –  To  znaczy,  było  nam  dobrze
razem,  ale…  Mamy  inne  oczekiwania  co  do  przyszłości.  On
na  pierwszym  miejscu  stawia  firmę  i  karierę,  a  ja…  ja
zasługuję na coś lepszego.

- Jasne, że tak.

-  Nie  umiem  myśleć  tak  pragmatycznie  jak  Royce.  Po

prostu się zakochałam… - Znowu pociągnęła nosem. – A on
nie. Trudno mi się z tym pogodzić. A jeszcze trudniej z tym,
że on nawet nie chce spróbować, nie chce dać nam szansy.

Mimo  życzliwych  zapewnień  Gii,  że  zasługuje  na  kogoś,

kto  będzie  ją  kochał,  a  nie  „próbował”  pokochać,  Taylor
poczuła  bolesny  ucisk  w  sercu.  Wiedziała,  że  nic  jej  nie
poprawi  humoru,  ani  ciepłe  promienie  słońca,  ani  różowy
koktajl,  ani  obecność  przyjaciółki.  Musi  sama  uporać  się  ze
swoimi emocjami, z bezbrzeżnym smutkiem.

Postanowiła  zaczekać  do  przyszłego  tygodnia,  zanim

wykona test ciążowy.

Czekanie nie pomogło, nie wywołało miesiączki. O swoich

podejrzeniach  nikomu  nie  mówiła.  Kilka  dni  po  spotkaniu
z przyjaciółką udała się do apteki, kupiła trzy testy i wszystkie
trzy wykonała. Według instrukcji na opakowaniu wynik miał
się  pojawić  po  dwóch  minutach,  ale  ona  niemal  natychmiast
ujrzała dwie kreseczki.

W poniedziałek zamiast do biura – zadzwoniła, że źle się

czuje – pojechała do lekarza, aby ten potwierdził wynik testu.
Lekarz  nie  tylko  potwierdził,  ale  podał  termin  porodu:
dwudziesty siódmy listopada.

background image

Nie  skłamała,  mówiąc,  że  źle  się  czuje.  Na  samą  myśl

o spotkaniu Royce’a robiło jej się słabo. Nie mogła uwierzyć,
że  od  ich  zerwania  minął  miesiąc.  Royce  traktował  ją
uprzejmie,  ale  był  zdystansowany.  I  często  był  nieobecny.
Większość  czasu  drzwi  do  jego  gabinetu  były  zamknięte,
a światło się nie paliło. Przez ten miesiąc zaszło sporo zmian:
Jack cieszył się emeryturą, Royce oficjalnie objął stanowisko
szefa, a ona dowiedziała się, że jest w ciąży.

Niestety  nie  mogła  tego  ukrywać  w  nieskończoność.

Wkrótce  jej  ciało  się  zmieni,  talia  się  powiększy.  Wszyscy
domyślą  się  prawdy.  Tym  bardziej  że  pracy  nie  zamierzała
rzucać, a ciąży usunąć.

Ech, życie… Westchnęła ciężko.

Jeszcze nigdy nie czuła się tak szczęśliwa, a jednocześnie

tak przybita. Z jednej strony tęskniła za Royce’em, z drugiej
przepełniała ją radość na myśl o dziecku i rodzinie, z trzeciej
żałowała, że jej ojciec nie zobaczy wnuka. Do tego dochodziło
poczucie  strasznego  osamotnienia,  bo  na  razie  informację
o ciąży trzymała w tajemnicy.

Dziś jednak planowała zawiadomić Royce’a.

W  sekretariacie,  z  którego  przechodziło  się  do  jego

gabinetu,  zobaczyła  zadbaną,  elegancko  ubraną  kobietę,  na
oko  pięćdziesięciokilkuletnią.  Okulary  na  nosie  dodawały  jej
powagi, a piegi na policzkach odejmowały lat.

- W czym mogę pani pomóc? – spytała uprzejmie.

-  Jestem  Taylor  Thompson,  a  pani  to  pewnie  nowa

asystentka Royce’a?

- Tak, jestem nową asystentką pana prezesa.

background image

- Witam w ThomKnoxie.

Kobieta nie odpowiedziała.

– Muszę porozmawiać z Royce’em.

- Prosił, żeby mu nie przeszkadzano, ale przekażę, że pani

tu była. – Z szuflady biurka kobieta wyjęła notes i długopis.

- Nalegam. Mam ważną sprawę – oznajmiła Taylor.

Była  zmęczona,  marudna  i  w  ciąży.  Postąpiła  krok

w stronę gabinetu, ale asystentka zastąpiła jej drogę.

- Jestem dyrektorem zarządzającym.

- Rozumiem, ale pan prezes wydał mi jasne polecenie.

-  Żeby  mnie  do  niego  nie  wpuszczać?  –  To  byłoby

straszne.

- Żeby nikogo nie wpuszczać.

- Dopiero rozpoczęła pani tu pracę. – Taylor uśmiechnęła

się, siląc się na cierpliwość. – I nie rozumie, jak działa nasza
firma.  Royce  na  pewno  będzie  zainteresowany  tym,  co  mam
mu do powiedzenia. To sprawa niecierpiąca zwłoki.

Kiedy  sięgnęła  do  klamki,  asystentka  siłą  odciągnęła  jej

rękę.

-  Nie  wejdzie  pani.  Bez  względu  na  to,  kim  pani  jest.

Wypełniam polecenie służbowe.

Taylor  straciła  cierpliwość.  Czerwona  na  twarzy

przysunęła się do kobiety.

-  A  jeśli  powiem,  że  jestem  matką  jego  nienarodzonego

dziecka? – warknęła. – Wtedy mnie pani wpuści?

background image

W tym momencie drzwi się otworzyły i Royce, blady jak

ściana, przeniósł spojrzenie z asystentki na Taylor.

- Panie prezesie…

-  W  porządku,  Melindo  –  powiedział.  Krew  z  powrotem

napłynęła mu do twarzy. – Taylor, zapraszam.

Nie chciała, by w ten sposób się dowiedział, ale nie było

już  odwrotu.  Zamknąwszy  drzwi,  wskazał  skórzaną  sofę.
Usiadła. On naprzeciwko niej, w fotelu.

- Jest bardzo stanowcza i nieustępliwa. – Taylor obciągnęła

nerwowo spódnicę. – To znaczy, twoja asystentka.

-  Powinienem  był  doprecyzować,  kogo  obejmuje  moje

polecenie.

- Mam nadzieję, że mnie by nie objęło?

Zmarszczył czoło.

- Oczywiście, że nie.

Uff, przynajmniej jej nie nienawidził.

-  Mam  w  torbie  trzy  testy  z  pozytywnym  wynikiem

ciążowym  i  zaświadczenie  od  lekarza.  –  Zdjęła  torbę
z ramienia i zaczęła w niej grzebać.

- Nie szukaj. – Powstrzymał ją. – Wierzę ci.

- Nie zrobiłam tego specjalnie…

- Wiem – odparł spokojnie.

Jak  na  jej  gust  był  zbyt  spokojny.  Sama  nie  wiedziała,

jakiej reakcji oczekiwała, ale na pewno nie takiej.

-  Nie  mam  zamiaru  usunąć  ciąży.  Jeżeli  zechcesz

uczestniczyć  w  życiu  swojego  dziecka,  nie  będę  miała  nic

background image

przeciwko temu. Ale wiem, że jesteś zajęty i że rola prezesa
wymaga  wielu  poświęceń.  Ja  będę  chciała  przychodzić  do
firmy  tak  długo,  jak  to  będzie  możliwe,  a  potem  większość
czasu pracować zdalnie.

- Dobrze.

- Twój poziom zaangażowania będzie zależał wyłącznie od

ciebie. Nie chcę cię na siłę obarczać rodziną, jeżeli nie jesteś
na  nią  gotowy.  –  A  nie  był;  dał  jej  to  jasno  do  zrozumienia,
kiedy rozmawiali u niej na werandzie.

Royce  skinął  głową.  Zapadła  cisza,  jedynie  zza  drzwi

dochodził głos Melindy, która rozmawiała przez telefon.

Winę za swoją huśtawkę emocjonalną Taylor przypisywała

ciąży.  Wiadomo,  że  wzrost  stężenia  hormonów  wpływa  na
zmienność  nastrojów.  Nie  chciała  płakać  przy  Roysie  ani
skomleć  jak  porzucony  szczeniak.  Musi  być  silna.  Za  kilka
miesięcy urodzi dziecko, będzie miała rodzinę – dwuosobową,
sądząc po zaciętej minie ojca dziecka.

-  Trzeba  ustalić  szczegóły  –  powiedziała,  licząc  na  jakąś

odpowiedź.

- Dobrze.

- Dobrze – powtórzyła. – W takim razie pójdę już.

Odprowadził ją do drzwi.

-  Chyba  wyjście  będzie  mniej  problemowe  niż  wejście  –

zażartowała.

-  Powiem  Melindzie,  żeby  cię  zawsze  wpuszczała.  Może

na listę wpuszczanych dopiszę również Brana i Gię.

Nacisnął klamkę. Żadne z nich się nie uśmiechnęło.

background image

- Dziękuję, że wpadłaś – powiedział.

Miała nadzieję, że ten oschły, oficjalny ton jest na użytek

Melindy.

Nie  tak  dawno  temu,  kiedy  wciągnęła  go  do  szatni

i  pocałowała  namiętnie,  odkryła  nowe,  nieznane  oblicze
Royce’a. Od tamtej pory wszystko zaczęło toczyć się inaczej,
aż doszli do punktu, w którym znajdowali się teraz.

Wróciwszy do siebie, Taylor usiadła przy biurku i wlepiła

wzrok w ciemny ekran komputera. Po chwili zalogowała się,
otworzyła pocztę i przystąpiła do pracy.

Może  potrzebują  czasu  z  dala  od  siebie.  Czasu,  by

przywyknąć do myśli, że za kilka miesięcy zostaną rodzicami.
Czasu,  by  pogodzić  się  z  faktem,  że  ich  dziecko  nie  będzie
miało pełnej rodziny.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Czas powinien stępić ból. Ale tak się nie stało.

Royce  codziennie  myślał  o  ostatniej  rozmowie  z  Taylor

i  codziennie  dochodził  do  tego  samego  wniosku:  miał
przechlapane.

Taylor  była  w  ciąży,  a  on  zachował  się  jak  kretyn.

Oznajmiła,  że  sam  może  ustalić  swój  „poziom
zaangażowania”,  zupełnie  jakby  to  była  jakaś  gra
komputerowa.  Na  swoją  obronę  miał  to,  że  informacja  go
zaskoczyła; usłyszał ją w obecności swojej nowej asystentki.
Może  gdyby  byli  sami,  gdyby  Taylor  go  przygotowała…
Może  zareagowałby  lepiej.  Chociaż  diabli  wiedzą.  Był
laikiem,  jeśli  chodzi  o  te  sprawy.  Pierwszy  raz  w  życiu
usłyszał, że zostanie ojcem. Jeszcze nie do końca to do niego
dotarło.

Spokojnie, powtarzał sobie. Dziecko urodzi się dopiero za

kilka miesięcy. Nie ma sensu pochopnie o niczym decydować.
Wciąż  pełnił  dwie  funkcje  –  prezesa  oraz  dyrektora
finansowego.  Obowiązków  miał  od  groma.  Dlatego  prosił
Melindę, by nikogo do niego nie wpuszczała.

Na szczęście odbył już rozmowy kwalifikacyjne i wyłonił

trzech  kandydatów  na  stanowisko  finansowego.  Dalsze
rozmowy  przeprowadzą  Brannon  z  Taylor.  Czyli  miał  teraz
więcej czasu na rozmyślanie o sobie i przyszłości.

background image

Zatem: Jak się czuł?

Był przejęty.

Załamany.

Podniecony.

Wściekły.

I dziko szczęśliwy.

Ale  nie  potrafił  cieszyć  się  swoim  szczęściem.  Ono  było

jak  balon,  którego  nie  dawało  się  do  końca  nadmuchać,  bo
jakiś idiota wbił w niego igłę. Tym idiotą był on sam, co go
jeszcze bardziej irytowało.

Skierował swoją złość na Taylor. Jakim prawem za niego

decyduje?  Powiedziała,  że  nie  musi  uczestniczyć  w  życiu
dziecka. Może, ale nie musi. Co sobie myślała? Że nie będzie
miał czasu zajmować się własnym synem lub córką?

Dziecko urodzi się zimą. To było przerażające, a zarazem

ekscytujące.

Bran wparował bez pukania, wyrywając go z zadumy.

-  Odczekałem,  aż  Melinda  pójdzie  na  lunch.  –  Otrząsnął

się teatralnie. – Ta kobieta budzi postrach.

-  Wykonuje  moje  polecenia.  Czego  chcesz?  –  spytał

znużonym  tonem  Royce.  –  Jeśli  pogadać  o  kandydatach  na
dyrektora finansowego, to siadaj.

- Chodzi o Taylor.

- A to nie, nie siadaj. To wyjdź.

-  Chętnie  bym  cię  zostawił  pałającego  świętym

oburzeniem, ale niestety. – Bran spoczął w fotelu naprzeciwko

background image

biurka. – Musimy porozmawiać.

- Głuchy jesteś? Powiedziałem, że nie chcę gadać o Taylor.

O  jej  ciąży  wiedzieli  wszyscy.  Melinda  i  każdy,  kto

w  tamtej  chwili  znajdował  się  w  pobliżu  otwartych  drzwi
sekretariatu.  Oraz  Bran  z  Gią,  których  Royce  natychmiast
poinformował. Nauczony doświadczeniem, wolał dmuchać na
zimne i niczego więcej nie ukrywać przed rodzeństwem.

Patrząc na brata, westchnął ciężko.

-  No  więc  mówiąc  mi  o  dziecku,  oznajmiła,  że  mogę

wybrać, do jakiego stopnia chcę być obecny w jego życiu. Tak
jakbym  mógł  być  nieobecny  –  rzekł,  choć  jeszcze  przed
chwilą upierał się, że nie chce na ten temat rozmawiać. – To
się  nie  mieści  w  głowie.  Czy  to,  co  było  między  nami,  tak
mało dla niej znaczy? Ja i to, co nas łączyło?

Bran wybuchnął gromkim śmiechem.

-  Człowieku,  czy  ty  się  słyszysz?  A  ona  ile  dla  ciebie

znaczy, skoro tak bezceremonialnie ją rzuciłeś?

- Zrobiłem to, co musiałem.

-  Mnie  też  zaskoczyła  jej  ciąża.  Ale  nie  możesz  winić

Taylor,  że  myśli  o  przyszłości.  Jej  życie  zmieni  się
bezpowrotnie.

- Moje też! – zawołał Royce.

- Zdaniem Gii powinieneś się cieszyć, że Taylor w ogóle

cię poinformowała.

- Aha, czyli gadacie o mnie za moimi plecami? Może we

troje, z Taylor, powinniście ustalić, do jakiego stopnia wolno
mi będzie się angażować?

background image

- Nie złość się na mnie. To Gia wyzywała cię od kretynów,

a  jak  wiesz,  ten  temat  od  zawsze  mnie  frapuje.  –  Bran
wyszczerzył  zęby,  ale  po  chwili  spoważniał.  –  Masz
świadomość, że od waszego rozstania chodzisz jaka struty, czy
ten fakt również usiłujesz zignorować?

- Struty? Przesadzasz. Czuję się świetnie. – Jeśli świetnie

może czuć się człowiek, który ma serce zgniecione na krwawą
miazgę.

- Świetnie to ty się czułeś, kiedy byliście razem – oznajmił

Bran.

Zazwyczaj Royce kierował się rozumem. Wiedział, kiedy

nie warto sobie zawracać czymś głowy, a kiedy trzeba walczyć
do  upadłego.  I  potrafił  zwyciężać.  Ale  nie  dziś,  dziś  nie  był
w nastroju.

-  Przestań,  Bran.  Nie  dobijaj  mnie  –  powiedział  cicho.  –

Cały  czas  myślę  o  dziecku  i  o  tym,  jak  się  sprawdzę  w  roli
ojca.  Jednocześnie  usiłuję  zatrudnić  kogoś  sensownego  na
stanowisko  dyrektora  finansowego.  I  denerwuję  się,  że
kobiecie, którą kocham, jest wszystko jedno, czy będę obecny
w życiu naszego dziecka czy nie.

Drzwi  do  gabinetu  otworzyły  się.  Gia  stała  z  ręką  na

klamce, szeroko otwierając oczy.

- Cześć, siostra. – Royce odchylił się w fotelu i rzucił na

biurko długopis, który trzymał w palcach. – No chodź, siadaj.
A  może  mam  zwołać  zebranie  całego  kierownictwa
i wszystkich poinformować o tym, co czuję?

Gia wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Branem, po

czym oboje utkwili wzrok w starszym bracie.

background image

- No czego? – warknął.

Gia uniosła brwi.

- Co się tak na mnie gapicie?

-  „Kobiecie,  którą  kocham”.  Słyszałeś,  Bran,  prawda?  –

spytała, nie odrywając spojrzenia od Royce’a.

- Owszem. I zamurowało mnie – odparł Brannon.

Royce  nie  miał  pojęcia,  o  czym  mówią.  Ostatnia  rzecz,

jakiej  teraz  potrzebował,  to  żeby  trajkotali  mu  nad  uchem.
Najchętniej wyrzuciłby ich za drzwi, by w spokoju…

Którą kocha? On tak powiedział?

- O rany, zobacz! – Gia trąciła Brana łokciem. – Dopiero

w  tej  chwili  to  sobie  uświadomił.  Myślisz,  że  nie  wiedział,
dopóki mu tego nie uzmysłowiliśmy?

- Nie jestem pewien. Popatrzymy, co się wydarzy. – Bran

skrzyżował ręce na piersi.

Royce’owi  zrobiło  się  gorąco.  Miał  wrażenie,  że  mucha

zaciska mu się na szyi i odcina dopływ krwi do mózgu.

Wcześniej, kiedy padło słowo na K, mówił prosto z serca,

a serce nie konsultowało wypowiedzi z głową.

- Kocham Taylor – rzekł na głos, po raz pierwszy się do

tego  przyznając.  –  Bez  niej  jestem  nieszczęśliwy.  Czuję  się
tak,  jakbym  tonął,  jakbym  z  kamieniami  przywiązanymi  do
nóg  szedł  na  dno.  I  mimo  podejmowanych  prób  nie  mógł
wydostać się z powrotem na powierzchnię.

- To wygląda na miłość – stwierdziła cicho Gia. – Tak się

czułam po rozwodzie. Chciałabym cię pocieszyć, że ból minie.

background image

Że przestaniesz tonąć. Ale może nie minie. Po prostu nauczysz
się z nim żyć, oddychać płyciej…

-  A  ja  chętnie  bym  ci  powiedział,  że  zasłużyłeś  na  taki

los.  –  Bran  potrząsnął  głową  –  Ale  nie  powiem,  bo  bym
skłamał.  Taylor  cię  zmieniła.  Na  lepsze.  Mam  wyrzuty
sumienia, bo mówiłem, że powinieneś z nią zerwać.

- Idiota! – Gia huknęła go pięścią w ramię.

- Wiem, nie bij! – Pocierając obolałe miejsce, popatrzył na

Royce’a.  –  Dzieciak…  to  poważna  sprawa.  W  dodatku,  jeśli
kochasz  kobietę,  która  nosi  go  w  swoim  łonie…  O  Chryste,
Royce, będziesz ojcem!

-  Będziesz  tatusiem  –  zapiszczała  Gia.  –  A  ja  ciocią!

Z początku byłam zła, że Taylor nie powiedziała mi o teście…
że musiałam dowiedzieć się od ciebie… Ale zachowałam się
jak egoistka, bo tu nie chodzi o mnie, tylko o was. Powinieneś
się cieszyć, że Taylor nie odcięła się od ciebie na dobre.

- Bo to mądra dziewczyna – oznajmił Bran, a Gia pokiwała

głową.

-  Bardzo  mądra  –  przyznał  Royce.  –  Zawsze  myśli

o  innych.  Próbowała  ułatwić  mi  podjęcie  decyzji.  A  ja,
baran…

- Jeszcze nie jest za późno – przerwała mu Gia. – Możesz

jej wszystko wynagrodzić.

- Już wiesz, czego byś chciał? – spytał Bran. – Jak bardzo

się angażować?

Nie, jeszcze musi się zastanowić. Wstał i ruszył do drzwi.

- Chcę zostać sam. Wyjdźcie, proszę.

background image

Bran  z  Gią  opuścili  gabinet.  Wychodząc,  Bran  poklepał

brata po ramieniu.

- Przykro mi, stary.

- Coś wymyślę. Na pewno coś wymyślę – odparł Royce.

Nie  wiedział  co,  ale  wiedział,  że  nie  chce  żyć  bez  matki

swojego  dziecka.  Bez  kobiety,  którą  kocha.  Wymyśli,  w  jaki
sposób  ją  odzyskać;  co  musi  zrobić,  żeby  bolesne
wspomnienie zastąpić radosnymi obrazami.

Telefon  zabrzęczał,  przypominając  mu  o  rozpoczynającej

się  za  pięć  minut  konferencji.  Należało  omówić  ostatnie
szczegóły reklamowe przed wypuszczeniem na rynek nowego
tabletu. Royce zaklął w duchu; ciągle stawiał sprawy firmowe
na pierwszym miejscu.

Tak,  ThomKnox  to  jego  dziedzictwo.  On  musi

wszystkiego dopilnować. Bez niego ludzie sobie nie poradzą,
firma  padnie.  To  były  jego  stałe  argumenty.  A  może
wymówki? Nie znosił wymówek. Nienawidził siebie za to, że
bez przerwy ich szuka.

- Szlag by to trafił! – Cisnął telefon na biurko i wyszedł,

zamykając za sobą drzwi.

-  Dokąd  tak  pędzisz?  –  spytał  Bran,  kiedy  minął  go

w biegu.

- Na dół. – Wsiadł do windy, nacisnął parter.

- A co z konferencją?

- Ty ją poprowadź, ja się muszę zająć czymś innym.

Wiedział,  że  nigdy  nie  zapomni  wyrazu  twarzy  brata.

Zanim  drzwi  windy  się  zasunęły,  oczy  Brannona  rozbłysły

background image

dumą. I dobrze, uznał Royce. Koniec z wykrętami. Nie chciał
dłużej żyć bez ukochanej kobiety.

Jadąc  windą  na  dół,  zaczął  układać  w  głowie  plan.

Z  budynku  ThomKnoxu  wyszedł  podekscytowany.  Serce
waliło  mu  młotem.  Nie  miał  pewności,  czy  zdoła  Taylor
odzyskać, ale musiał spróbować. Jedna myśl mu towarzyszyła,
kiedy wsiadał do samochodu: Jestem gotów na wszystko.

Miejsce  Taylor  jest  u  jego  boku.  Są  sobie  przeznaczeni.

Czas najwyższy, żeby to od niego usłyszała.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Przygnębiona  wszystkim,  co  się  wydarzyło  w  ciągu

ostatniego  miesiąca,  Taylor  pojechała  do  matki  na  kolację.
Mało  że  Royce  ją  dalej  ignorował,  to  jeszcze  czuła  chłód
bijący  od  Gii.  To  takie  niesprawiedliwe.  Przecież
powiedziałaby  przyjaciółce  o  ciąży,  ale  uważała,  że  Royce
pierwszy  powinien  się  dowiedzieć.  Czy  to  tak  trudno  jest
zrozumieć?

Oczywiście  Gia  pogodzi  się  z  sytuacją,  złość  jej  minie.

Z  kolei  Brannon  milczał.  Psiakość!  Chciała,  by  Knoxowie
z  radością  powitali  nowego  członka  rodziny  i  nie  mieli
pretensji o to, kto kiedy został poinformowany o ciąży.

W dodatku  dokuczały  jej poranne  mdłości.  Kiedy  weszła

do  domu  matki  i  w  nozdrza  uderzył  ją  zapach  czosnku  oraz
grillowanej ryby, żołądek natychmiast podjechał jej do gardła.
Rzuciła  się  pędem  do  łazienki.  W  porcelanowej  muszli
wylądował zjedzony w południe lunch.

-  Mój  Boże,  Tay!  –  Matka  chwyciła  z  wieszaka  ręcznik

i  zamoczyła  go  pod  kranem.  Pomogła  córce  wstać,  a  potem
usiąść na desce klozetowej. – Co ci jest?

Spuściwszy  wodę,  Dina  przetarła  Taylor  usta,  następnie

przyłożyła  mokry  ręcznik  do  jej  rozgrzanych  policzków.
Zawsze była czułą i troskliwą matką. Niedługo ona, Taylor, też
tak troskliwie będzie opiekowała się swoim dzieckiem. Sama
lub z pomocą Royce’a.

background image

-  Przeziębiłaś  się?  Coś  ci  zaszkodziło?  –  Dina  przyjrzała

się  córce,  po  czym  dotknęła  jej  czoła.  –  Nie,  nie  masz
gorączki. Ale jesteś strasznie blada.

Taylor  skinęła  głową.  Jeszcze  nic  matce  nie  mówiła,

a  Dina  najwyraźniej  z  nikim  nie  rozmawiała.  Okej,  teraz
podzieli się z nią nowiną; przynajmniej matka się ucieszy.

-  Jestem  w  ciąży,  mamo.  Z  Royce’em  –  rzekła,  patrząc

matce w oczy. – I ryby mi ostatnio nie służą.

Dina  wyprostowała  się.  Na  jej  twarzy  pojawiło  się  pięć

różnych emocji. Przeważyła radość.

-  Będą  babcią?  Będę  babcią!  To…  to  fantastycznie!

W którym jesteś tygodniu?

-  Minął  dziewiąty.  Termin  mam  dwudziestego  siódmego

listopada.

Taylor  uśmiechnęła  się  zadowolona  z  wzorowej  reakcji

matki.  Dina  cieszyła  się,  nie  oceniała.  Właśnie  tak  powinna
zachować się każda matka.

-  Mogę  przygotować  kartki  z  zawiadomieniem!  Mam

odłożony żółty papier z wytłoczonymi kaczuszkami. Chociaż
pewnie  nie  starczy  go  dla  wszystkich.  Ale  mam  też
z  niedźwiadkami.  Może  niektórym  wyślemy  kaczuszki,
a niektórym niedźwiadki? Czy to nie będzie zbyt kiczowate?
Zresztą  niech  będzie!  Kto  by  się  tym  przejmował?  –
Powtarzając,  że  zostanie  babcią,  Dina  z  całej  siły  przytuliła
córkę.

Godzinę  później  skończyły  kolację  –  bezrybną,  dzięki

znakomitemu kucharzowi matki. Najedzone, podziękowały za

background image

deser.  Taylor  zrezygnowała  również  z  wina  na  rzecz  wody
z limonką.

Dopiero wtedy Dina poruszyła temat ojca.

- A jak Royce?

-  Nie  jestem  pewna  –  odparła  Taylor.  –  Na  razie  nie

okazuje żadnych emocji. – Innymi słowy, zachowywał się jak
dupek.  –  Nie  wyszło  nam,  mamo.  Rozstaliśmy  się,  zanim
dowiedziałam się o ciąży.

Matka zmarszczyła czoło.

- Nic nie mówiłaś…

- Usiłowałam to jakoś przetrawić.

- Rozumiem. Wiele ostatnio przeszłaś.

Taylor  była  wdzięczna  matce  za  to,  że  ta  nie  czyni  jej

wyrzutów.

-  Nie  mam  pojęcia,  na  ile  Royce  będzie  chciał  się

angażować.

- Skarbie, pamiętaj, że zawsze możesz liczyć na mnie.

- ThomKnox to jego ukochane dziecko. Mam nadzieję, że

znajdzie w sercu miejsce na jeszcze jedno.

- Na pewno. Twój ojciec znalazł. Byłaś córeczką tatusia.

Taylor poczuła bolesne ukłucie w piersi.

- A on był najlepszym ojcem na świecie.

Po chwila Dina wróciła do kwestii zawiadomień i zaczęła

się  zastanawiać,  kiedy  można  by  urządzić  przyjęcie
„bociankowe”.  Potem  matka  z  córką  przeszły  do  pracowni,
przejrzały  kolorowe  arkusze  papieru,  wybrały  kaczuszki,

background image

niedźwiadki, jachty oraz niebieskie wieloryby z rozgwiazdami
na brzuchu.

W  pewnym  momencie  Dina  spytała,  czy  Taylor  nie  chce

zamieszkać  ponownie  w  domu  rodzinnym.  Nie,  nie  chciała,
ale  żeby  matce  nie  było  przykro,  obiecała,  że  będzie  jej
podrzucać  dziecko,  kiedy  sama  po  urlopie  macierzyńskim
wróci do pracy.

Mimo  pretensji  Gii,  braku  reakcji  Brannona  i  milczenia

Royce’a postanowiła być szczęśliwa. Jeżeli musi zrezygnować
z mężczyzny, którego kocha, aby zapewnić dziecku życie, na
jakie ono zasługuje, to trudno, tak zrobi.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

I  wreszcie  nadszedł  ten  dzień,  dzień  premiery  nowego

tabletu.  Taylor,  którą  od  rana  dręczyły  mdłości,  zjawiła  się
w pracy z półgodzinnym opóźnieniem.

Nie  wiedziała,  czego  się  spodziewać,  ale  na  pewno  nie

spodziewała się, że wszystko będzie wyglądało dokładnie tak
jak  wczoraj,  kiedy  o  piątej  opuszczała  firmę.  Większość
pracowników  siedziała  przy  swoich  biurkach,  kilka  osób
rozmawiało z sobą w pokoju socjalnym, Bran, gdy go mijała,
pomachał do niej na powitanie.

W gabinecie Royce’a nie paliło się światło, za to Melinda

niczym  cerber  warowała  przy  jego  drzwiach.  W  ostatnim
czasie Taylor zauważyła, że u Royce’a zwykle jest ciemno, ale
sądziła, że dziś będzie inaczej. Powinien był zjawić się przed
wszystkimi, przejęty i podekscytowany.

Nie  chcąc  żadnych  zatargów  z  Melindą,  bez  słowa

skierowała  się  do  własnego  gabinetu.  Otworzyła
w  komputerze  pocztę  i  wzięła  się  do  pracy.  Była  pewna,  że
wkrótce ktoś ją zawiadomi o zebraniu kierownictwa. Ale nie,
zebrania  nie  było.  Natomiast  otrzymała  wiadomość,  że
Royce’a nie ma w firmie.

Jak  to?  Nie  zamierza  dziś  przyjść?  Wypuszczają  nowy

produkt,  pierwszy  za  jego  prezesury,  a  jego  nie  ma?  Gdyby
trafił do szpitala i leżał na stole operacyjnym, to by rozumiała,
a tak…

background image

Nagle usłyszała ciche pukanie do drzwi.

- Proszę!

Do pokoju weszła atrakcyjna blondynka.

- Cześć, Addi.

- Masz chwilę? – Asystentka Brana unikała jej wzroku.

- Oczywiście. – Taylor wstała i obeszła biurko.

-  Nie  zajmę  ci  dużo  czasu.  Chciałam…  chciałam  cię

przeprosić. – Addison wygładziła sukienkę. – Zachowywałam
się paskudnie w stosunku do ciebie… To znaczy, może ty tego
tak  nie  odbierałaś,  ale  mnie  jest  strasznie  głupio,  no  i…  Po
prostu  gratuluję  ci  ciąży,  bardzo  się  cieszę.  Nie  chcę,  żeby
były między nami jakieś złe emocje czy niesnaski…

Taylor uśmiechnęła się wzruszona.

-  Też  ci  jestem  winna  przeprosiny.  Nie  chciałam  cię

wprawiać  z  zakłopotanie,  mówiąc,  że  ty  i  Bran  do  siebie
pasujecie.

-  Nie  żartuj…  To  nie…  -  Addison  potrząsnęła  głową.  –

Poza tym chciałam ci podziękować za kartkę urodzinową oraz
kwiaty. I powiedzieć, że gdybyś czegokolwiek potrzebowała,
to zawsze służę pomocą.

Addi wykazała się większą odwagą, pierwsza wyciągnęła

rękę  do  zgody,  ale  obie  były  zadowolone,  że  udało  im  się
oczyścić atmosferę. Zniknęło uczucie dyskomfortu.

Asystentka  Brana  opuściła  gabinet,  ale  zanim  Taylor

zdążyła  zamknąć  za  nią  drzwi,  do  środka  wparowała  Gia
z  nietypowym  dla  siebie  wyrazem  smutku  na  twarzy.  Bez
słowa pochwyciła Taylor w ramiona; trzymała ją tak z dobrą

background image

minutę. Łzy podeszły Taylor do oczu; nie rozpłakała się tylko
dlatego, że Gia w końcu ją uwolniła.

-  Boże,  co  za  potwór  ze  mnie!  Jestem  ci  winna

przeprosiny.

-  Ty?  Bez  przesady.  Ale  tak  z  ciekawości…  co  was

wszystkich naszło? Tam za drzwiami ustawiła się kolejka do
mnie czy co? – spytała Taylor.

Jeśli tak, to Royce powinien stać na jej czele.

- Wybacz, że traktowałam cię z taką rezerwą. Byłam zła,

że  o  swoim  bratanku  lub  bratanicy  dowiedziałam  się  od
Royce’a, a nie od ciebie. Ale cieszę się jak głupia.

Taylor, owszem, czuła chłód bijący od Gii, ale…

-  Royce  to  twój  brat.  Rozumiem  twoją  lojalność  wobec

niego.

- Ty jesteś najważniejsza – rzekła Gia i nawet jeśli nie do

końca  była  to  prawda,  zrobiło  się  Taylor  ciepło  na  sercu.  –
Rozmawiałaś dziś z Royce’em?

- Nie. A co?

- Nic.

- Nie wiesz, dlaczego dziś, w tak ważnym dniu, nie ma go

w pracy? – Taylor powoli zaczęła nabierać podejrzeń.

-  Nie  mam  pojęcia.  –  Gia  zasznurowała  usta.  Unikała

wzroku przyjaciółki.

- Może Bran coś wie. Bo Melinda na pewno nie udzieli mi

informacji.

background image

- Bran? Tak, jego spytaj; to dobry pomysł. Okej, zmykam,

niecodziennie  wypuszczamy  na  rynek  nowy  produkt.  –  Gia
znikła pośpiesznie za drzwiami.

Dziwna rozmowa, pomyślała Taylor. I dziwne, że w ciągu

kilku minut dwie osoby przyszły się z nią pogodzić.

Skierowała się do gabinetu Brana.

- Czy ty też zamierzasz mnie przeprosić?

-  Nie,  kotku,  my  mamy  ten  temat  przepracowany.  –

Mrugnął go niej.

Fakt.  Łączyła  ich  silna  przyjacielska  więź,  którą  bardzo

sobie ceniła.

- Gdzie Royce? Na pewno wiesz.

- W domu. – Bran popatrzył jej w oczy. – Zadzwonił rano,

że do końca tygodnie bierze wolne.

- Żartujesz?

- Nie. Nawet swój telefon firmowy zostawił na biurku.

- Ale to pierwsza premiera za jego prezesury! – zawołała.

Oszalał? Teraz brać wolne? W tak ważnym dniu?

- Trudno. Nie czuje się najlepiej. Jeśli nie wiesz dlaczego,

widocznie słabo go znasz.

Tego już za wiele! Poczuła się dotknięta.

-  Może  powinnaś  go  odwiedzić?  –  kontynuował  Bran.  –

Sprawdzić, jak się miewa.

Taylor skrzyżowała ręce na piersi.

- Prosił, żebyś mi to przekazał?

background image

- Nie.

- Gniewa się na mnie? Dlatego nie przyjechał do firmy?

- Nie. – Bran uniósł zdziwiony brwi.

- Serio coś mu dolega?

- Owszem.

-  Mnie  też.  Poranne  mdłości.  Każdy  dzień  od  nich

zaczynam.

Bran obszedł biurko i stanął koło niej.

-  Przykro  mi,  że  macie  tak  napięte  stosunki.  Myślę,  że

Royce  nie  za  dobrze  sobie  radzi  ze  zmianami,  jakie  nagle
zaszły  w  jego  życiu.  Zanim  cokolwiek  powiesz  –  dodał
szybko, widząc, że Taylor otwiera usta – to wiem, że w twoim
również zaszły zmiany. – Na moment zamilkł. – Powinienem
ci się do czegoś przyznać: wasze zerwanie to częściowo moja
wina. Naciskałem na Royce’a…

- Co takiego?

-  Nieświadomie.  Widziałem,  że  darzysz  go  uczuciem

i bałem się, że może wyrządzić ci krzywdę. Poza tym byłem
wściekły, że nie powiedział mi o decyzji ojca. Zachowałem się
jak szczeniak.

- I jak szczeniak podbiłeś mu oko.

- To akurat był wypadek.

- Jasne. A ja wcale nie mam uczulenia na lilie. Po prostu

ich nie lubię.

- Aha.

background image

-  No  właśnie,  aha.  –  Chciała  zwalić  winę  za  swoje

rozstanie  z  Royce’em  na  Brana,  ale  nie  mogła.  –  Royce  jest
dorosłym  facetem.  Bez  względu  na  to,  co  mówiłeś,  to  on
podjął  ostateczną  decyzję.  Nie  da  się  zmusić  nikogo,  żeby
zrobił  coś  wbrew  swojej  woli.  Każdy  wybiera,  co  jest  dla
niego najważniejsze.

Bran uśmiechnął się szeroko.

- W punkt! Dla Royce’a najważniejsi są ci, których kocha.

Słuchaj, mogę cię prosić o przysługę? Jedź do niego i postaraj
się mu wytłumaczyć, że powinien być dziś w firmie. Nie może
sobie  odpuszczać  w  takim  dniu.  Myślę,  że  masz  większą
szansę przemówić mu do rozumu niż ja.

-  Sama  nie  wiem…  -  Zawahała  się.  Jaki  ma  sens  jej

pośrednictwo, jeśli Royce nie otworzy jej drzwi?

-  Jesteś  dyrektorem  zarządzającym,  drugą  najważniejszą

osobą w ThomKnoxie.

- To cios poniżej pasa – mruknęła. Nigdy nie uchylała się

od  swoich  obowiązków.  I  nie  pozwoli,  by  Royce  to  robił.  –
W  porządku.  Postaram  się  wywlec  go  z  jego  kryjówki.  Ale
będziesz moim dłużnikiem.

- Będę – zgodził się Bran.

Wolność wolnością, ale są granice. Royce może robić, co

chce  ze  swoim  życiem  prywatnym,  ale  nie  z  zawodowym.
Z  jej  powodu  nie  może  zniszczyć  firmy,  którą  założyli  ich
ojcowie i która tak wiele dla nich wszystkich znaczy.

Dojechawszy  na  miejsce,  wytrzeszczyła  oczy  na  widok

kartonów z meblami tarasującymi garaż. Biurko, fotele, kilka
regałów, wszystko w pudłach opartych o ścianę.

background image

Weszła  do  domu,  a  tam  jej  oczom  ukazały  się  kolejne

pudła,  kawałki  styropianu  i  rozrzucona  folia  bąbelkowa.  Na
jednym  pudle  zobaczyła  zdjęcie  łóżeczka  dla  dziecka,  na
innym rysunek kojca, na jeszcze innym wysokiego krzesełka.

Skierowała  się  do  salonu,  minęła  kanapę,  na  której

pierwszy  raz  się  kochała  z  Royce’em,  i  skręciła  w  stronę
korytarza, skąd dobiegał warkot wiertarki. Kiedy na moment
warkot ucichł, usłyszała siarczyste przekleństwo.

- Royce? – Dźwięk wiertarki zagłuszył jej głos.

Hałas  dochodził  z  jednej  z  sypialni.  Royce  siedział  na

podłodze  pośród  drewnianych  pałąków,  które  wyglądały  jak
wielkie  zapałki,  a  przypuszczalnie  stanowiły  części  łóżeczka
dziecięcego.  Podniósł  wzrok,  wyraźnie  zaskoczony  jej
obecnością.

Miał na sobie szary T-shirt i jasne dżinsy. Był potargany;

pewnie  palcami  przeczesywał  włosy.  Chyba  nigdy  go  takim
nie widziała. To znaczy widziała w dżinsach i T-shircie, ale nie
tak  potarganego.  Nie  z  podkrążonymi  oczami  świadczącymi
o niewyspaniu, nie z takim zagubieniem w spojrzeniu.

- Taylor?

Słysząc  zdumienie  w  jego  głosie,  wiedziała,  że  Bran  nie

skłamał: Royce nie spodziewał się jej wizyty.

-  Dziś  twoja  firma  wypuszcza  na  rynek  nowy  tablet.

Dlaczego nie jesteś w pracy?

- Mógłbym ci zadać to samo pytanie. – Wyszczerzywszy

zęby,  wskazał  na  wiertarkę.  –  Montuję  łóżeczko.  A  raczej
staram  się  zmontować.  –  I  sądząc  po  bałaganie  w  pokoju,
chyba nie za dobrze mu szło. – Do kitu ze mnie stolarz.

background image

- Ale dlaczego…

- Bo spodziewamy się dziecka.

My.  Powiedział:  my.  Serce  zabiło  jej  mocniej.  Czekała

w  napięciu  na  dalsze  słowa.  Z  drugiej  strony  nic  się  nie
zmieniło.  Owszem,  Royce  kupił  mebelki  i  zamiast  pójść  do
pracy,  usiłował  je  sam  złożyć.  Ale  to  oznaczało  jedynie,  że
postanowił zachować się jak przystało na ojca, natomiast nie
wpływało na ich, jego i jej, wzajemne relacje.

- A ty co tu robisz?

Rozejrzała  się  po  pokoju;  wszędzie  walały  się  podarte

kawałki  kartonu,  styropian,  folia,  a  także  pogniecione  kartki
zawierające instrukcję montażu.

- Okej, ja zacznę. – Royce odłożył wiertarkę i wstał.

Wydał  jej  się  wyższy,  niż  pamiętała.  Czuła,  jak  serce

tłucze  jej  się  w  piersi.  Nadal  kochała  tego  mężczyznę,  ale
przez miesiąc, przez jeden przeraźliwie długi miesiąc, prawie
go  nie  widywała.  Próbowała  nauczyć  się  żyć  bez  niego,
przywyknąć do myśli, że zostanie z dzieckiem sama.

-  No  więc  myliłem  się  –  oznajmił,  wsuwając  ręce  do

tylnych  kieszeni  spodni.  –  Moje  priorytety  całkiem  mi  się
pokiełbasiły.  Sądziłem,  że  ThomKnox  jest  na  pierwszym
miejscu,  że  lojalność  wobec  ojca  i  rodzeństwa  na  drugim.  –
Potrząsnął  smutno  głową.  –  Ale  to  ty,  Taylor,  jesteś
najważniejsza.  Nigdy…  –  Na  moment  urwał  speszony.  –
Nigdy  dotąd  nie  byłem  zakochany.  Zawsze  byłem  realistą,
który twardo stąpa po ziemi. Człowiekiem odpowiedzialnym.
Miłość kojarzyła mi się z czymś frywolnym, z kaprysem. A ja

background image

nie  chciałem  nikogo  zawieść.  Być  oparciem,  opoką…  taką
narzuciłem sobie rolę.

- Dbałeś o dziedzictwo – szepnęła.

-  Tak.  –  Podszedł  krok  bliżej.  –  I  długo  trwało,  zanim

uświadomiłem  sobie  ten  błąd.  Moim  dziedzictwem,  a  raczej
powinienem  powiedzieć  moim  największym  skarbem,  jesteś
ty.  Jesteś  miłością  mojego  życia.  I  razem  daliśmy  początek
nowemu życiu. To cud.

Uśmiechnął  się  promiennie.  To  było  tak,  jakby  po

ciągnącej  się  miesiącami  ulewie  wreszcie  wyjrzało  słońce.
Jeszcze nigdy nie widziała Royce’a tak szczęśliwego.

- Tak, to niesamowite. – Kąciki ust same się jej uniosły.

-  Powinienem  był  lepiej  zareagować,  kiedy  powiedziałaś

mi  o  ciąży.  A  ja…  po  prostu  zgłupiałem.  Poczułem  się
przytłoczony. Ale już nie jestem. Teraz już wiem.

- Co wiesz?

Zacisnął ręce na jej ramionach.

- Że chcę spędzić z tobą życie. Firma jest ważna, ale mogę

kierować nią zdalnie, żeby być z dzieckiem, kiedy ty wrócisz
do  pracy.  Nie  chcę,  żebyś  sama  się  ze  wszystkim  zmagała.
Chcę,  żebyś  była  ze  mną,  w  moim  domu,  w  moim  łóżku,
w moim życiu.

Ona  również  tego  pragnęła.  Czy  jej  marzenie  o  rodzinie

i odwzajemnionej miłości wreszcie się spełni?

- Po to zamówiłem meble biurowe. Jeżeli będziesz wolała

pracować w domu, żeby być przy dziecku, to tutaj urządzimy

background image

ci gabinet. Jeżeli natomiast będziesz wolała jeździć do firmy,
to ja zostanę w domu z dzieckiem.

Z  naszym  dzieckiem…  Jakże  by  mogła  odmówić

mężczyźnie, którego kochała?

-  Nie  musimy  iść  drogą,  którą  nasi  ojcowie  wytyczyli.

Możemy obrać własną. – Oczy mu lśniły. – Każdy ma jakąś
misję,  jakiś  cel  do  spełnienia.  Wbrew  temu,  co  sądziłem,
moim nie jest rola prezesa ThomKnoxu; jest nim rola twojego
męża i będę najlepszym, jakiego możesz sobie wyobrazić.

Uczucie  szczęścia  przepełniło  jej  serce.  Royce  ją  kocha?

Pragnie być jej mężem? O niczym bardziej nie marzyła, ale…

- Royce, jeśli dopadł cię jakiś kryzys wieku średniego…

-  Nie.  Doznałem  olśnienia.  Spadły  mi  klapki  z  oczu.

Dotychczas  byłem  zamknięty  emocjonalnie,  a świat jawił mi
się  w  barwach  czarnych  i  białych.  Twój  ojciec  to  wiedział
i  dlatego  próbował  uchronić  cię  przede  mną.  Nie  wiedział
jednak, że ty zdołasz mnie zmienić, otworzyć na miłość. Jesteś
pierwszą kobietą, którą pokochałem. Pierwszą i ostatnią.

Może miał rację? Może ojciec tylko chciał jej oszczędzić

smutku i rozczarowań?

- Kochasz mnie, Tay? Wybaczasz mi, że jak kretyn z tobą

zerwałem?  Przepraszam  cię,  najdroższa.  Mówiłem,  że  nie
widzę się w roli ojca i męża, ale to nieprawda. Po prostu nie
próbowałem się zobaczyć. A ty mi ofiarowałaś najwspanialszy
dar  na  świecie:  swoje  serce.  Kocham  cię  do
nieprzytomności. – Zamilkł. – Każde z nas marzyło o czymś
innym.  Teraz  nadszedł  czas  na  wspólne  marzenia  i  na
wytyczenie nowej drogi, takiej tylko dla nas.

background image

- To mi się podoba. – Znalazłszy się w objęciach Royce’a,

Taylor otarła łzy.

Tak,  teraz  nadszedł  czas  na  wspólne  marzenia.  Skręcą

z drogi, jaką obrali dla nich ich ojcowie. Założą rodzinę i będą
dalej prowadzić ThomKnox, ale razem. Po swojemu.

Nie odrywając ust od jej warg, Royce szepnął:

- Zamieszkaj ze mną. Zostań moją żoną.

-  Dobrze  –  odparła.  Nie  było  się  nad  czym  zastanawiać.

Kochali się i wiedziała, że wszystko się ułoży.

Ale  oni  mieli  czas,  a  zaplanowanej  na  dziś  premiery

nowego tabletu nie można było przesunąć.

- Royce, dzisiejsza premiera…

- Kotku, myślisz, że Bran i Gia pozwoliliby firmie paść?

- No nie.

- Myślisz, że bez ciebie sobie nie poradzą?

- Poradzą.

-  No  właśnie.  Beze  mnie  też  dadzą  sobie  radę,  a  ja  nie

mogę jechać do biura. Muszę skręcić łóżeczko.

-  I  kojec.  –  Roześmiała  się  wesoło.  –  Dlaczego  nie

zatrudniłeś fachowca?

- Chciałem ci pokazać, że we wszystkim możesz na mnie

polegać. Że będę dobrym mężem i dobrym ojcem. Takim jak
nasi ojcowie.

- Ależ ja to wiem. Kocham cię, Royce.

- A ja ciebie, skarbie. – Pocałował ją.

background image

Nigdy  w  niego  nie  wątpiła,  w  to,  że  będzie  kochał  ich

dziecko. Jeśli wątpiła, to w siebie. Tego dnia, kiedy przyniósł
jej  kwiaty,  powinna  była  wyznać  mu  miłość.  Może  wtedy
doznałby olśnienia i zrozumiał, że on też świata poza nią nie
widzi.

- Będę najlepszym ojcem pod słońcem – obiecał. – Zawsze

dotrzymuję słowa, a twoja miłość tylko doda mi sił.

Odwzajemniła  pocałunek,  a  potem  dała  się  porwać  do

sypialni,  gdzie  długo  i  nieśpiesznie  się  kochali.  W  ciągu
jednego  popołudnia  nie  nadrobili  straconego  miesiąca,  ale  to
był dobry początek.

Dobry początek szczęśliwego życia.

background image

Spis treści:

OKŁADKA

KARTA TYTUŁOWA

KARTA REDAKCYJNA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI


Document Outline