background image

Joanna Siedlecka

JAŚNIE JL PANICZ

O Witoldzie Gombrowiczu
Od autorki
Historyk literatury mógłby wytknąć mojej książce sporo nieścisłości. Gombrowicz 
na przykład nie „pomarł" wcale w biedzie, jak utrzymywał były lokaj jego 
rodziny. Trudno też stwierdzić z pewnością, czy rzeczywiście -jak uważało wielu 
moich rozmówców - przewidział groźbę nadciągającej wojny.
Biografię pisarza zostawiam jednak historykom literatury. Jako reporterce 
chodziło mi natomiast o utrwalenie najdrobniejszych nawet śladów pamięci o nim, 
jakakolwiek by była, choć nie zawsze uważam ją za zgodną z rzeczywistością. Ale 
taki, a nie inny jej kształt to przecież świadectwo wciąż żywej legendy 
Gombrowicza, fascynującej coraz to nowe pokolenia czytelników. Legendy, która ma 
swoje źródło nie tylko w wyjątkowej twórczości, ale i w losie pisarza - 
emigracji, samotności, sławie - a przede wszystkim w bezkompromisowej walce o 
swoje pisarstwo, w długiej, paradoksalnej obecności i jednocześnie nieobecności 
w naszym życiu literackim oraz kulturalnym.
Brak również w mojej książce wypowiedzi osób tak dla niego ważnych, jak 
chociażby Rita Gombrowicz czy Konstanty A. Jeleński. Nie udało mi się, niestety, 
spotkać z nimi podczas mojej bardzo krótkiej (z przyczyn materialnych) wizyty w 
Paryżu. Z drugiej jednak strony nie są tu obecni także ci, którzy pisali o 
Gombrowiczu sporo, jak na przykład Artur Sandauer czy Tadeusz Kępiński.
Lecz cel mojej - podkreślam - reporterskiej książki to przede wszystkim „drugi 
plan": relacje osób, które nie chwyciłyby nigdy same za pióro. Ich wspomnienia o 
Gombrowiczu przepadłyby bezpowrotnie. A przecież coraz już mniej wśród żyjących 
tych, co go znali i pamiętają.
Nieprzypadkowo więc przeważają wspomnienia osób z kręgów nielite-rackich: byłej 
służby Gombrowiczów, dworskich, dalszej i bliższej rodziny, kolegów, bynajmniej 
nie po piórze. Wspomnienia literatów o literacie to zresztą i wyeksploatowane, i 
konwencjonalne, a ten kpiarz tak przecież gardził konwenansem oraz tradycją. 
Unikał pisarzy, „salonów", Paryża, zafascynowany był natomiast zawsze 
„niższością" i niedojrzałością. Najpierw chociażby „kredensem" - parobkami, 
lokajczykami, kuchennymi dziewkami, potem argentyńskimi zaułkami Retiro.
Nie bez kozery więc „drugiemu planowi" oddalam przede wszystkim głos.
W drugim, poszerzonym wydaniu mojej książki znalazły się relacje, które nie 
weszły do wydania pierwszego ze względów cenzuralnych: Jerzego Giedroycia, 
Romana Palestra. Oprócz nich przygotowane specjalnie do wydania drugiego między 
innymi relacje Czesława Miłosza, Wojciecha Karpiń-skiego, Krystyny Maryańskiej-
Zgrzebnickiej - „nowoczesnej pensjonarki" rozpamiętującej pierwszy pocałunek z 
Witkiem „Gąbrowiczem", niepublikowane dotychczas listy do Jadwigi Kukułczanki, 
wybór co bardziej pamiętnych ataków prasowych na Gombrowicza.
Trzecie wydanie „Jaśnie Panicza" poszerzyłam o aktualizujące przypisy i 
uzupełnienia, a także nowe relacje, między innymi Jana Lebensteina, Kazimierza 
Ryttla, właściciela oryginalnych gombrowiczianów; prawdziwych perełek - wierszy 
Gombrowicza do „biurowej, urzędniczej tłuszczy" w argentyńskim Banco Polaco.
Wydanie czwarte, przygotowane z okazji setnej rocznicy urodzin Witolda 
Gombrowicza, wzbogaciłam o wiele nowych, unikatowych, niepublikowanych 
dotychczas zdjęć. Między innymi pierwszej miłości pisarza, panny Kry-sty 

background image

Janowskiej z Bartodziejów, pradziadów i dziadów zarówno po mieczu, jak i po 
kądzieli itd.
Przede wszystkim jednak dodałam daty śmierci większości swoich rozmówców, tak że 
dziś moja reporterska biografia nie byłaby już możliwa. Zdążyłam naprawdę w 
ostatniej chwili.
CZĘŚĆ PIERWSZA
;':,ua,,. ^fx'.5<mcf łs.Mirr..' .fs^fos-it sći
n oH-^i* l* J
oq om J.9J-.
Jest w Bodzechowie
Na łąkach
Kolumna bociana
Niepowtarzalna
W czworakach żyją ludzie
Pracujący w ziemi
Pracują ciężko bo każdy chce chleba
Po dworze Kotkowskich zostały piwnice
O Witoldzie Gombrowiczu
Tutaj nikt nie słyszał
Podobnie w „Witulinie"
Jedynie dawny stangret kiwa głową
Ale nic nie mówi bo mu starość odebrała mowę
Kolumna z kamienia od wieków tu stała
Jest w Małoszycach aleja grabowa
Resztki stawu wokół którego biegał mały Witold
Jabłonki
Żyje jeszcze Jan Popek pamiętający dziedzica
I jego syna który ponoć pisarzem został
Ale we wsi nikt nie wie co napisał
Przyjeżdżają różne i pytają
Chcą zobaczyć miejsce w którym się urodził
Ten niezwykły jaśnie talent
Co z chłopskimi dziećmi po ogródkach
Gorzkie jabłka zrywał zanim w świat pofrunął
Powiedzieć można że z wyglądu podobny był do bociana
Na długich cienkich nogach
Twarzy prawie dziewczęcej
Chorowity

'

Ale złakniony polnych dróg i przestrzeni
Pachnącej pszenicą
Pajdy chleba i garnuszka mleka
Toteż dziedziczka nieraz krzyczała
Że zarazków dostanie od tego biegania boso
I brudnego jedzenia
Tak było moi drodzy - mówi Popek - narwijcie sobie jabłuszków
We wsi gadają że pofrunął do ciepłych krajów
I tam na Polskę umarł
Jest w Przybysławicach cmentarz
Spoczywają na nim rodziny Młodożeńców, Baczyńskich, Gombrowiczów
Żołnierze bez nazwisk plebani i chłopi

background image

Nie ma między nimi Witolda z Małoszyc
Leży w ziemi francuskiej
W Kielcach pod lastrikiem
Spoczywa jego matka
Jest w Bodzechowie kolumna bociana
Na łąkach pasą się krowy
Od obór zalatuje gnojeni
Nad starymi drzewami polskiej kultury
Krążą wrony*
* Ryszard Miernik, „Kolumna bociana" - pierwodruk w „Przemianach" (grudzień 
1980), kieleckim miesięczniku społeczno-kulturalnym.
t 3ci SilSOlff '-11, fbol
>?axl€f. l- . fpv>f.ioc; YJK
;.;:/^f«'r Eł!s;;ł.:»fffieft i sd
Jaśnie Panicz
Teraz wystarczy, że ktoś siedział z nim chwilkę przy jednym stoliku w 
„Ziemiańskiej", „Zodiaku" czy też „Querandi" lub „Rexie" w Buenos Aires, a już 
pisze wspomnienia i rozprawy.
Władysława Dulna z Opatowa, rencistka dorabiająca sobie sprzątaniem placu wokół 
Zakładów Dziewiarskich, dopiero ma do opowiadania o nim i jego rodzinie! Bo ona 
jest rocznik 1912, rodem z Małoszyc, z domu Moras, tymczasem grunty Morasów 
sąsiadowały z majątkiem jaśnie państwa Gombrowiczów. Co więcej, jej świętej 
pamięci mamusia - Zofia Moras z domu Zawierucha, rocznik 1893 - była za kucharkę 
na ich stole. Razem z mamusią osiem lat mieszkała Władysława na górce 
Gombrowiczowskiego pałacu. A kucharowanie mamusi rozeszło się o chleb.
Zawsze gdy jaśnie pan Gombrowicz objeżdżał na koniku swoje Małoszy-ce, wstępował 
do sąsiadów. Dziadek Moras miał aż trzydzieści morgów. Był za pierwszego 
małowskiego* gospodarza i jaśnie pan lubił z nim pogadać czy też ubić jakiś 
interes. Gdy kupował na przykład do majątku żniwiarkę, sprowadzał ją również i 
dziadkowi, a ten zwracał mu potem pieniądze. Nigdy też nie mógł nachwalić się 
chleba, którym go częstowano. Jaśnie państwo mieli własny młyn, a on nic, tylko 
cudował, że Morasów chleb taki smaczny, bez zakalca, jak puch. Więc gdy tylko 
babka Moraska upiekła chleb, zawijała go w czystą lnianą szmatkę, dodawała 
świeży miód w plastrach - mieli osiemnaście pni uli - i dziadek szedł 
przypodchlebić się jaśnie panu. Przedtem mył nogi, bo zawsze chodził boso, 
nakładał białe lniane spodnie, taką samą koszulę ze stójką na wypust.
W 1915 roku najstarszy syn dziadka, czyli właśnie jej tatuś, pojechał do 
Ameryki. Młody był, pachniało mu jechać, no i nie mógł liczyć, że dostanie od 
ojca dużo morgów. Dziecek było aż pięcioro, wszystkie żeniate, dzieciate, 
ściśnięte w ojcowej chałupie.
* Oczywiście małoszyckiego, zachowuję jednak ten regionalizm z relacji Dulnej 
(przyp. mój - J.S.).
Jaśnie Panicz
I wtedy jaśnie pan Gombrowicz zmówił się bez płot z dziadkiem, żeby dał mu 
synową Zośkę za kucharkę. Wiedział, że nie tylko pomagała przy chlebie, ale jako 
panienka kucharowała u samego księdza. Matka poleciała niczym na skrzydłach. Dla 
Morasów synową tylko była i gdy mąż wyjechał, nie miała u nich za słodko. 
Wiadomo przecież, wątroba nie mięso, synowa nie własne dziecko. Czekała ją 
lżejsza robota niż w polu. Jaśnie pan płacił też żywą gotówką, a to się wtedy 
bardzo w Małoszycach liczyło.

background image

- Wzięła mnie ze sobą - mówi Dulna - i zaczął się mój raj. Bo co miałabym u 
dziadków? Latałabym cały dzień za krowami, gęsiami, jak wszystkie małowskie 
dziecka. A tak, moje pałacowe życie do dziś stoi mi przed oczami. Większość 
służby jaśnie państwa: służące, ludzie od bydła, koni, ekunom, kasjer, ogrodnik 
- mieszkała w czworakach. Rządca, nauczycielka i pani od ochronki - w rządcówce. 
One tymczasem dostały pokoik w samym pałacu. Na górce, z żelaznym łóżkiem na 
sprężynach, stolikiem, krzesłem. Sąsiadujący z pokojem buchalterki, która miała 
prawdziwe pianino i nie tylko wpuszczała ją czasem do siebie, ale pozwalała 
nawet postukać w klawisze! Jaśnie pan Gombrowicz był piękny, wysoki, postawny. 
Jak tur albo niedźwiedź. Drugiego takiego pana ze świecą trzeba byłoby szukać. 
Taki na przykład jaśnie pan Karski z sąsiedniego Włostowa nie zrobił nawet drogi 
do swego majątku. A ten - jeden z czworaków przeznaczył na bandosiarnię i każdy 
dziad mógł tam zamieszkać i żyć, gdy tylko robota mu za bardzo nie śmierdziała. 
W Małoszycach był alfabetyzm, więc w czworaku koło mleczarni zrobił darmową, 
czterooddziałową szkołę, żeby tę dzicz trochę oświecić. Choć taki pan Karski czy 
Sawicki z niedalekich Bogusławie ani o tym myśleli. Sprowadził nauczycielkę - 
panią Helenę Smoleńską, dał jej pokoik, pensję, przywiózł skądś szkolne ławki. W 
innym czworaku zarządził ochronkę, gdzie mogły przychodzić i jeść nie tylko 
dziecka dworskie, ale i małowskie -gospodarskie oraz wyrobników. W ogóle każdego 
dziada, wszorza, do piersi
przytulił.
Maćkowi Wanatów, co był we dworze za pastucha, padła jedyna krowa. Dziecka, 
których miał ośmioro, obstąpiły ją i taki płacz podniosły, aż jaśnie
pan przykazał:
- Maciek, idź do obory, wybierz sobie na własność najlepszą krowę!
Fornalowi, co stracił przy robocie oko, dał za nie dwie morgi.
Poprzedniej kucharce, która nie nadawała się już do kucharowania, nie kazał iść 
precz. Dożywała sobie powolutku.
Marysi Moras, najmłodszej córce sąsiada, słowa nie powiedział, gdy jej gęsi 
wlazły w szkodę na Gombrowiczowską niwę. Przykazał tylko, żeby częściej chodziła 
do ochronki.
Jaśnie pani Gombrowiczowa była sucha, czarniawa i podobno trochę pomylona. Z 
Bodzechowa rodem, Kotkowszczanka z domu, a Kotkowskie mieli tutaj opinię 
zgłupkowanych. Czasem sama drogą leciała, ręcami wymachiwała, głośno do siebie 
mówiła. Gdy kto z małowskich dostawał pomy-
lenia, latał po wsi, po polach i wszyscy o tym wiedzieli. Ale że to była jaśnie 
pani, trzymali ją na pokojach i mało kto miał z nią styczność. W kuchni prawie 
się nie pojawiała. Przychodził jaśnie pan. I cała kuchnia cudowała, że żyje z 
taką, dziewek sobie nie bierze. Szlachetny był człowiek, nie to co inni tutejsi 
dziedzice, którzy tańcowali po stołach z gołymi babami.
Dziedzicoków było czworo: Jurek, Janusz, Irka i Witek. Za jej czasów 
przyjeżdżali do Małoszyc już tylko na wakacje, na stałe siedzieli w Warszawie. I 
jak to na wakacjach - bawili się cały boży dzień. Bawił się głównie panicz 
Witek, bo najmłodszy. Trochę jeszcze panienka Irka. Ze starszych już
była kawalerka.
- I jaśnie panicz Witek, i panienka Irka - mówi Dulna - ulasie byli, aż dziw! A 
wesołe, a żywe! Nie wynosili się nad inne dziecka. Nie patrzyli, czy to syn 
fornala, czy innego wszorza. Panicz Witek jak jaki guniec latał ze wszystkimi po 
alejkach swego parku, aż kurzyło się, dudniła ziemia! Krzyczeli do siebie po 
imieniu, szaleli, bili się! Ile razy i on, i panienka Irka brali małowskie 

background image

dziecka na bryczkę, wieźli do kościoła, po wsi. Pływali z nimi łódkami po stawie 
Gombrowiczów, pod mostami schylali głowy, śmiali się, łapali żaby. Gdy tylko 
chcieli pojeździć na kucach, przykazywali foszmonowi Matyjasowi, żeby zaprzęgał 
także i dla mnie. Bo co? Nudzili się tylko ze sobą, a ja byłam pod ręką.
Gdy przyjechali do Małoszyc, lecieli zaraz do szkoły. Nieśli książki, globusy, 
mapy. Zwoływali małowskie dziecka na pokoje, uczyli czytać, pisać, a gdy któreś 
było bardziej pojętne, panicz Witek częstował cukierkami. Tylko że latem nie 
mieli za bardzo kogo zwoływać - trzeba było latać za gęsiami, krowami, pomagać 
ojcom w polu.
Gdy mieszkali jeszcze w Małoszycach na stałe, urządzali na pokojach jasełka. Na 
ostatnich za świętego Józefa był syn stelmacha, za Matkę Boską -Kędzierszczanka; 
za anioła - fornala córka, Zosia Kaniów, bo miała białe włosy, za króla Heroda - 
Jasiek Popków. Jezuskiem była duża lalka panienki Irki. Razem z dziedzicokami na 
jasełka patrzyli również jaśnie państwo. Zgasili światło, zapalili ognie 
bengalskie, a małowskie dziecka w krzyk!
Irka i Witek ich uspokajały.
Panienka Irka miała serce najlepsze. Każdego lata zwoziła z Warszawy kupę 
oberwanych sierot. Nocowała ich w pałacu, gdzie jedli śniadania i kolacje. Na 
obiady rozprowadzała po co bogatszych małowskich gospodarzach, u których można 
się było dobrze pożywić. Calutkie lato wodziła się z tymi wszorzami, zamiast - 
jak na panią przystało - poleżeć do góry brzuchem.
- Tylko co? Nie mogłam cały czas latać za dziedzicokami - wzdycha Dulna. - 
Mamusia była za główną kucharkę i choć miała do pomocy dwie dziewczyny, lokaja, 
lokajczyka, lubiła, gdy kręciłam się koło niej. To jej coś trzeba było podać, to 
pomóc przy wirowaniu mleka, robieniu masła czy zacierek, pieczeniu chleba. 
Jaśnie pan też był nie od tego, żebym pomagała. Czysta była ze mnie dziewczynka, 
a z dziewuchami do pomocy i lokajczy-
15
kiem różnie się zdarzało. Dlatego przede wszystkim pamiętam, co jaśnie państwo 
jadało.
Najbardziej lubili proste wiejskie potrawy.
- Nie po to my na wieś przyjeżdżamy - mówił zawsze w kuchni jaśnie pan - żeby 
jeść tak jak w Warszawie.
Na śniadanie jedli najczęściej zacierki na mleku, które pomagała drobić. Poza 
tym: kartofle w skórce pieczone w duchówce, w których musiała wydłubywać 
dziurkę, żeby jaśnie państwo mogło sobie wkładać łyżeczką masło. Kartofle bez 
skórki, obtarte w grubej żytniej mące, soli i też pieczone w duchówce, podawane 
z kwaśnym mlekiem. Kury, koguty, rosół. Szparagi. Najróżniejsze ryby. Raki, 
które przynosił Wałek Moras, stryjeczny brat ojca. Ciasta do cukrowanej herbaty 
- przede wszystkim drożdżowe i serowiec. I dużo innych, drobnych rzeczy, aż 
trudno wszystko spamiętać, bo jaśnie państwo było żarte, nie ma co ukrywać. 
Ciągle coś szło na stół.
Nowej kucharki nie mogli się wprost nachwalić. Dogadzała im lepiej niż 
poprzednia. Zawsze też jaśnie pan płacił jej regularnie pensję, trzynastkę, 
wigilijne i inne świąteczne dodatki, często tycał coś w fartuszek.
Nie brakowało oczywiście i takich, którzy bardzo jej tego zazdrościli, chcieli 
wsadzić na tę posadę kogoś swojego. Naskarżyli więc jaśnie panu, że główna 
kucharka kradnie. Zaprowadzili do kuchni, otworzyli szafę, pokazali świeżutki 
serowiec z rodzynkami.
A był to właśnie serowiec z resztek, które matka zawsze chowała do szafy, żeby 

background image

potem raz-dwa upiec ciasto, gdy tylko jaśnie państwo zjeżdżało do Małoszyc z 
Warszawy. Jaśnie pan dobrze o tym wiedział i wcale jej nie zwolnił, na złość 
tamtym jeszcze pochwalił:
- Dobra to kucharka - powiedział - która i z resztek coś zrobi.
Choć raz o mały włos nie straciła posady przez własną głupotę. Wyrwała krzak 
róży z pańskiego klombu, zasadziła przed domem Morasów. Pałacowy ogrodnik zaraz 
to zauważył, podał Morasów do sądu. Mieli płacić po sto marek za różę. Stary 
Moras nie chciał, żeby synowa straciła posadę, powiedział więc, że zrobiła to 
Maryśka, jego najmłodsza córka; mała i głupia. Zawezwano ją do sądu.
- Szłam i szczałam ze strachu - wspomina Maryśka, czyli 83-letnia dziś Maria 
Cebulina z domu Moras, mieszkająca w Opatowie. - Lecz niepotrzebnie. Jaśnie pan 
dowiedział się, że zrobił to dzieciak, i kazał darować. Miał dla dzieci miękkie 
serce.
- Zawsze gdy przechodził koło mnie - mówi Dulna - nie wytrzymał, żeby choć nie 
pogładzić po głowie.
Uważał ją prawie za sierotę.
Po ośmiu latach przyjechał jednak ojciec i trzeba było wracać do dziadków. 
Przywiózł dwa tysiące czterysta dolarów i jaśnie pan chciał mu sprzedać młyn, 
lecz ojciec odmawiał - do prowadzenia młyna trzeba mieć głowę. A on co? Mało 
brakowało, przehulałby wszystko z dziadkiem i braćmi. Cały-
mi dniami jedli, pili, tańczyli, grali na harmonii, lejku. Cud, że matka obt 
rżała się w porę, dobrała się po kryjomu do kuferka z dolarami, ukradła mu 
sześćset dolarów, kupiła w sąsiednich Kornacicach dwanaście mórg z walącym się 
domem. Przenieśli się tam i zaczęli żyć jak wszyscy. Pobudowali się,
urodziła się Marysia.
- Jaśnie państwa nigdy więcej nie widziałam, lecz słuchałam o nich całe życie. 
Mamusia żyła osiemdziesiąt jeden lat (zmarła w 1974) i do śmierci powtarzała 
zawsze, najpierw mężowi i córkom, potem zięciom, wnukom:
- Jaśnie państwo Gombrowiczowie to mnie uszanowali! U państwa Gombrowiczów 
dopiero miałam życie! Gombrowiczom smakowałby ten rosół! Panienki Irki i panicza 
Witka nie trzeba było gonić do książek!
* * *
Dobrze na oczach ma go też Zofia Popkowa z Małoszyc, z domu Kania, rocznik 1907, 
ta sama, która była na ostatnich jasełkach za anioła. A także brat jej świętej 
pamięci męża Władysława - Jan Popek, rocznik 1906, czyli jasełkowy król Herod.
- W jednych my byli latach - wspomina Popek - to i razem bawili się. Raz ja mu 
przyniósł gruszek, a on zaraz poleciał do swego ogrodu, też mi gruszek natrząsł, 
aż dziwił się pałacowy ogrodnik. Innym razem dał mi się przejechać na rowerze i 
śmiał się, gdy ja upadł, bo skąd ja mógł wiedzieć, jak się na takim czymś 
jeździ? Ale śmiał się z serca, nie ze złośliwości.
Lecz w miarę gdy przybywało im lat, przestawali być dziećmi - skończyły się 
wspólne zabawy.
- Wtedy to już - mówi Popkowa - ja, choć gospodarska córka, wstydziłam się nawet 
na nich spojrzeć. Bo gdzie? Brudna, w lnianej górze, zgrzebnym dole, wełnianych 
pończochach, z glutem pod nosem, gęsim pierzem we włosach, gęsim gównem 
śmierdząca. Chowana za piecem, cały dzień za krowami i gęsiami, za kromką 
chleba. A oni wracali z zagranic, z Warszawy, ze szkół. Przystrojeni, elegancko 
przybrani, pachnący perfumami. Umieli się pięknie wysłowić, czytali książki, 
mieli nauczycielki, które uczyły ich obcej mowy. Żyli wysoko - spacerowali 
alejkami parku, jaśnie pan wymachiwał laską, prowadził jaśnie panią pod rękę, w 

background image

biały dzień przyjmowali gości, do kościoła we Wszechświętnym jeździli bryczką 
albo szli wolniutko, spacerkiem - czasu im nie brakowało. W kościele mieli 
własną ławkę obok prezbiterium. Najstarszemu z paniczów, Januszowi, kupili 
samochód - pięknego forda, na którego nie wiadomo czemu panicze mówili 
„kitajec". Było też w pałacu prawdziwe radio. Z tego wszystkiego nie wiedzieli 
już, czy mają chodzić na palcach, czy też na piętach. Panicz Janusz, na 
przykład, zszedł się z żoną jaśnie pana Cichowskiego z Linowa, odbił mu ją i z 
rozwiedzioną wziął ślub! Świętej pamięci Władek Popek woził dla niej listy od 
panicza Janusza.
2. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
A już najbardziej uciekała Zosia przed paniczem Witoldem. Ojciec jej przywiózł 
akurat z Ameryki dwa tysiące dolarów i panicz Janusz coraz od niego pożyczał 
dolary. Matkę tak to ośmieliło, że poszła do jaśnie pana, prosiła, czy córka nie 
mogłaby paść krów na Gombrowiczowskiej niwie. Pan się zgodził. Przechadzał się 
tam czasem z książką panicz Witold. (Miał gdzieś tak siedemnaście lat, ona 
piętnaście). I mówi raz do niej:
- Słuchaj, Zosiu, gdyby ojciec dał ci te wszystkie dolary - ożeniłbym się z 
tobą! <•* Spuściła głowę, nic nie powiedziała.
- No i co z tymi dolarami ? - spytał następnym razem.

; /;

Od tego czasu uciekała przed nim jeszcze bardziej.
- Ja też już się z nim nie bawił - mówi Popek - tylko motor mu czyścił. Panicz 
Witold prosił, wciskał pieniądze, więc ja mu chętnie usłużył. Przyjemnie było 
choć na motor popatrzeć, bo gdzie - takie cudo! Nie krzyczał już ja na niego: 
Witek, a on do mnie: Popku, Popciu! Mówił ja: paniczu, jaśnie paniczu, albo: 
panie, a on: Janie, Janku! I tak jak ojce uczyli, czapkę ja przed nim zdejmował, 
chciał w rękę całować, gdy wciskał pieniądze. On już ciągle był w szkołach, a 
gdy przyjeżdżał na lato, tylko z książką chodził, z wiatrówki dla zabawy 
strzelał - raz zabił moje gęsi, ale zaraz dał mi za nie pieniądze. A ja z bratem 
najmował się na lato do Gombrowiczowskich buraków, potem poszedł na czeladnika 
kowalskiego do dziedzica Karskiego z Włostowa. I tak z oczu ja go stracił.
Lecz choć porośli z nich panicze, widać było, że nie wdali się w rodziców. Na 
jaśnie pana wystarczyło spojrzeć i jasne było, że to pan nad pany. Dziedziczka 
była wprawdzie trochę za sucha, też jednak prawdziwa pani. A dzieci już nie. 
Może jeszcze najstarszy na pana wyglądał, bo krępy był pierun, w sobie, brzuch 
miał i pięknie, prosto się trzymał. Najmniej na dziedzica podobny był najmłodszy 
Witold. Owszem, elegancko przybrany, tylko suchy jak ta szczapa, chuderlawy, te 
oczy wielgachne na pół twarzy. Zupełnie jakby nie pański syn.
* * *
Galina z Małoszyc, czyli Władysława Halik, rocznik 1892, piętnaście lat służyła 
u państwa Gombrowiczów, potem u panicza Janusza w Potoczku, nie chce jednak nic 
mówić.
- Rozum już mi się pomieszał - wykręca się. - I o czym tu gadać? Państwo 
Gombrowiczowie byli dobrzy ludzie: pieniędzmi płacili, raz mnie na kostiumik 
dali. Na żadnego panicza ja tam nie patrzyłam, bo trzeba było robić. Do prania 
pchnęli, to prałam, do świń, to przy świniach robiłam.
Całe Małoszyce wiedzą jednak dobrze, że rozum wcale się jej jeszcze nie 
pomieszał. Wstydzi się o Gombrowiczach gadać, bo złapali ją, gdy ukradła
f
Jaśnie Panicz

background image

im indora. Do tej pory służyła za pokojówkę, po indorze - pchnęli ją do świń. 
Panną była, a dziecko miała, więc szła, gdzie kazali, co miała robić? Choć teraz 
opowiada niby, że wolała robotę przy świniach niż przy państwu Gombrowiczach. Bo 
świnie obrządziła i miała spokój, a koło państwa musiała ciągle się kręcić. Lecz 
tylko tak gada. Gdy była na pokojach, jadła ^przecież to samo, co oni, jako 
świniarka chodziła do kuchni czeladnej, do czworaków. Podobno do dziś pluje 
sobie za tego indora w brodę.
Oprócz Dulnej, Popków i Galiny, wszyscy, którzy mieli z nim styczność -leżą już 
w ziemi.
To znaczy swego rodzaju kontakt mają jeszcze ci, co obsiedli jego majątek. W 
roku 1938 panicz Janusz, który występował jako plenipotent całej rodziny, 
sprzedał wszystko. I tak już chciał się Małoszyc pozbyć, że oddawał ziemię nawet 
„na wypłat" - na raty, które wpłacało się do banku.
Pałac kupili gospodarze z niedalekich Krzeczonowic, rozebrali, postawili swoim 
dzieciom szkołę. Czterysta morgów rozkupili co lepsi okoliczni gospodarze, 
którzy chcieli dalej się rozwijać: Antoni Mucha, Władysław Popek z Małoszyc, 
Stanisław Żelazowski ze Szczucie i Józef Szumliński - urzędnik z Ostrowca. Żyje 
i gospodaruje jeszcze tylko żona Popka oraz dziadek Żelazowski.
Żelazowski ma nawet w szafie odpis aktu kupna. Oryginał jest w Sandomierzu.
(...) Wyciąg z dotychczasowej księgi wieczystej nr 227 dla byłych dóbr ziemskich 
w powiecie opatowskim. (...) Stanisław Żelazowski jako właściciel działki, którą 
nabył od Janusza Gombrowicza, Ireny Gombrowicz i Mariana* Gombrowicza - na mocy 
aktu z dnia 21.12.1940 roku za sumę 12 tysięcy 600 złotych. (...)
- Panicz Janusz był chytry - wspomina Żelazowski - u rejenta założył nogi na 
stół i mówi, że sprzedaje ziemię razem ze swoimi ludźmi; tymi wszystkimi 
fornalami, stelmachami. A my, że nie, nie damy się nimi osiodłać! Trzeba by ich 
przecież wynagrodzić. Niech ureguluje ludzi, wtedy kupim ziemię! Musiał więc 
rozliczać się z nimi, godził się, jak mógł. Wsadzał ich do fabryk w Skarżysku, 
Ostrowcu, Starachowicach.
U Muchów i Szumlińskich gospodarują dziś ich synowie, córki z zięciami, wnuki. 
Syn Józefa Szumlińskiego, Tadeusz, nie może oczywiście pamiętać Gombrowiczów, 
mimo to ciągle ich wspomina. Gdy tylko na przykład zgnije mu siano albo na 
burakach szybko rośnie chwast, Szumliński klnie Gombrowiczów, na czym tylko 
świat stoi.
* Pierwsze imię Witolda Gombrowicza.
Jaśnie Panicz
- Cholera na ich łeb! - krzyczy. - Przez nich męczę się na roli!
- Bo to było jaśnie państwo - mówi - tylko że miało pustki w kieszeniach. Panicz 
Janusz pożyczał od mego ojca, a spłacał ziemią - dał mu pięćdziesiąt trzy morgi. 
Gdy sprzedawał potem majątek, też namawiał ojca na kupno, tłumaczył, że dla 
mojej matki, która miała jedno suche płuco, najlepszy pobyt na wsi. Ojciec 
rzucił więc posadę, sprzedał w Ostrowcu dom, za czyste złoto kupił od niego aż 
dwieście mórg. Gdyby Gombrowiczowie nie potrzebowali sprzedawać, Szumlińskie 
siedzieliby w Ostrowcu i byłby ze mnie miastowy człowiek!
Samo serce majątku kupiły Popki.
I dziś tam, gdzie był pałac Gombrowiczów, park, staw, podwórko - siedzi Popkowa, 
która wstydziła się kiedyś nawet spojrzeć na paniczów. Po śmierci męża 
sprowadził się do niej jego brat - Jan Popek, ten sam, który czyścił motor 
Witoldowi, zdejmował przed nim czapkę.
Tam, gdzie był pałac, stoi dom Władzi, Popkowej córki. Z pałacu została tylko 

background image

piwnica, gdzie Władzia trzyma kartofle.
Park, w którym były kiedyś stare piękne drzewa, prawie już nie istnieje. Zostało 
jeszcze trochę jesionów i - jakimś cudem - niemal cała aleja grabowa. Świętej 
pamięci Władek Popek powycinał drzewa na zagrody dla świń, na płoty, na opał - 
codziennie przecież trzeba palić pod płytą. Były dwa drzewa żelazne, których nie 
dał rady spiłować - wyrwał je z korzeniami.
Staw, po którym Popki pływały kiedyś z Witoldem łódkami, prawie już wysechł. 
Zostało skąpe bajorko.
- I bardzo dobrze - cieszy się Popek - nareszcie zaczniem paść tam krowy i nawet 
ze stawu będzie pożytek!
Wielkie kamienie z bramy wejściowej walają się po obejściu Popkowym, obłażą je 
kury.
Najbardziej nienaruszona, choć tak samo stara i waląca się, jest drewniana 
rządcówka. Mieszka tam dziś Wojtek Moras, którego ojce kupili ten dom również w 
trzydziestym ósmym. Są też jeszcze resztki kuchni dworskiej.
W Kornacicach, w szopie Genowefy Gałki, leży rozebrany piec z Gombro-
wiczowskiego pałacu. Pieców było tam aż osiemnaście i podczas rozbiórki jeden z 
nich kupił jej świętej pamięci ojciec, Józef Łukasik. Jeszcze z rok temu piec 
stał w chałupie, ale dymił i zajmował pół pokoju - miał trzy metry wysokości, 
pół metra szerokości. Więc go rozebrali, postawili nowy, biały, taki jak u 
wszystkich. Ponieważ jednak pięknie rzeźbione zielone kafle są nadal w porządku, 
rzucili je do szopy między stare wiadra i inne rupiecie. Może ktoś kupi je choć 
na kuchnię dla świń?
W kościele we Wszechświętnym - parafii Małoszyc, w księgach kościelnych, gdzie 
zanotowane są wszystkie tutejsze chrzty, pod datą 8 września 1904 roku zapisano:
Jaśnie Panicz
Marian Witold Gombrowicz z Małoszyc, urodzony 4 sierpnia 1904, ojciec Jan Onufry 
Gombrowicz, matka Antonina Kotkowska. Rubryka - rodzice chrzestni - pusta.
I materialnie byłoby to po Gombrowiczach wszystko*.
Małoszyce wiedzą, że panicz Witold się wybił.
- Nic dziwnego, że został tym wielkim poetą - mówi dziadek Żelazowski. - 
Gombrowicze mieli przecież łeb nie od parady. Sprzedali majątek w sam czas. 
Jeszcze trochę by się wstrzymali, a upaństwowiliby i mieliby figę, tak jak 
wszyscy okoliczni dziedzice. A oni widać mieli przeczucie. Przewidzieli, że 
wszystko pójdzie do góry nogami.
Wiadomo, że Witold się wybił, ponieważ ciągle tu przyjeżdżają wypytywać o niego.
- Początkowo - mówi Popek - myślał ja, że chodzi im o jaśnie pana, ale nie, 
wszyscy tylko: Witold i Witold! I już teraz wiadomo, że gdy jedzie do Małoszyc 
piękne auto, a w środku nieznani, miastowi ludzie - jasne, że będą rozpytywać o 
Witolda.
- Jezu, ile razy już o nim opowiadałam! - mówi Popkowa. - Ile ludzi kręciło się 
po moim obejściu! I państwo z Warszawy, i Krakowa, i redaktorzy z Kielc, i 
adwokaci. Kto by tam ich spamiętał!
Przyjeżdżają również cudzoziemcy.
- Akurat zbieraliśmy kombajnami jęczmień - wspomina Celina Kłonica, córka 
Szumlińskiego - nagle patrzę, na drodze staje taryfa z warszawską rejestracją. 
Taryfiarz wychodzi, pyta, gdzie tu kiedyś mieszkał jakiś Witold Gombrowicz, bo 
ten Włoch specjalnie dla niego jechał tu z Warszawy. Włoch również wysiadł z 
taryfy, pokazywał książkę, a w niej zdjęcia, jak kiedyś wyglądał park i staw w 
Małoszycach. Wysłałam ich do obejścia Popków, chałupy Mora-sa. Chciałam nawet 

background image

sama zaprowadzić, bo gdzie? Z takiego dalekiego kraju! Lecz były żniwa, akurat 
największa robota, i kto miał głowę do Gombrowicza!
Przyjeżdżali też Niemcy, Francuzi i inni cudzoziemcy. Jeden z Niemców był 
również taryfą z Warszawy. Młodziutki, brodaty, w drelichowym, jakby
- W maju 1994 władze Opatowa ufundowały i postawiły na rynku opatowskim pomnik 
Witolda Gombrowicza - postawione na cokole popiersie, wykonane z ćmielowskiej 
ceramiki przez tutejszego rzeźbiarza Gustawa Hadynę.
Na drodze do Małoszyc natomiast - mur zasłaniający „nieefektowną" i „nieprzyno-
szącą chwały" zagrodę Popków, a przed murem obelisk - płaskorzeźba Gombrowicza, 
również dzieło Gustawa Hadyny. Zarówno na popiersiu, jak i obelisku umieszczono 
jedynie imię i nazwisko oraz daty, a także miejsca urodzenia i śmierci pisarza.
„Przywracamy go ziemi, na której się urodził i którą przywoływał w większości 
swoich utworów. Dołączył do wielkich postaci polskiej literatury wywodzących się 
z regionu kieleckiego: Kochanowskiego, Sienkiewicza, Żeromskiego" - powiedział 
Jan Pacławski, profesor kieleckiej WSP, na uroczystości odsłonięcia pomnika.
Jaśnie Panicz
roboczym ubraniu. Reszcie towarzyszyli Polacy, którzy tłumaczyli, pokazywali. 
Wszyscy łazili po Małoszycach, fotografowali Popków, ich dom, obejście, resztkę 
parku, stawu, kuźni, rządcówkę, piwnicę, gdzie Władzia trzyma kartofle. 
Wypytywali o jakiekolwiek zdjęcia z tamtych lat.
- Ale tutaj szła partyzantka - mówi Popkowa - i człowiek patrzył, żeby choć 
wyjść z życiem, nie pilnował niczego innego.
- Drodzy państwo, znajdujemy się oto w rodowej posiadłości naszego wielkiego 
poety, Witolda Gombrowicza - tłumaczy syn Popkowej, inżynier, który przyjeżdża 
często do matki i lubi oprowadzać gości. -Tu właśnie urodził się, rósł... Jak 
państwo na pewno wiedzą - materiały do swojej pracy doktorskiej zbierał aż w 
Buenos Aires...
Co opowiada dalej, nie wiadomo. Ponieważ nie mam aparatu fotograficznego, 
inżynier Popek wątpi w moje dziennikarstwo i nie będzie się dla mnie wysilał. 
Poza tym - jak to przy niedzieli - podpił trochę.
Czasem goście fotografują całe Małoszyce, a tu akurat jest się czym pochwalić.
Gospodarze mają i po trzydzieści hektarów, ciągniki, traktory. Wielkie stodoły, 
obory, nowe domy. Za dniówkę płacą teraz pięćset złotych. Harują od rana do 
wieczora. Kawalerka z okolicznych wsi, która mocno pod gazem wraca o trzeciej w 
nocy z gospody, urządza im kawały - udaje koguty i śmieje się, widząc, jak 
małowscy wstają do roboty. „Braciszkowie" - mówi się tu o nich, bo bardzo 
trzymają się razem. Żenią się też przede wszystkim między sobą.
Mirek Kłonica z Kornacic musiał długo bić się z małowskimi chłopakami, zanim 
ożenił się z Celiną Szumlińską z Małoszyc.
Gdy w latach pięćdziesiątych miał tu powstać PGR, wszyscy - nawet kobiety i małe 
dzieci - kładli się pod nadjeżdżające traktory. Dano więc im w końcu spokój.
* * *
Dulna nie jeździ już do Małoszyc, a do Opatowa goście nie zaglądają. I nie wie 
wcale, że panicz Witold się wybił, a nawet czy żyje jeszcze, czy już nie?
- Gdy jaśnie państwo sprzedawało majątek - mówi - dziewięć mórg za rzeką; sześć 
mórg pola i trzy morgi łąki oddało w dzierżawę. Popki to dzierżawiły, potem 
załatwiły sobie własność przez zasiedzenie. O, Popki chytre - pewnie o tym nawet 
nie wspomniały. Lecz gdyby tak on albo jego żona, dziecka, wnuki, chciały tu 
wrócić - mogłyby te morgi wyprocesować. Wszyscy przecież pamiętają, że to 
Gombrowiczów, Popki tylko dzierżawcy. Gdyby wzięli dobrego adwokata, podpłacili 

background image

- wygraliby na pewno! To przecież dobra, buraczana ziemia, co zasiejesz, zaraz 
zbierzesz. No i dziewięć mórg nie w kij dmuchał. Więc gdy pani ma z nim 
styczność - trzeba mu przypomnieć o jego ziemi.
Może wróci się?
Ii-
Wdychałem szaleństwo
Moja matka z domu Kotkowska. (...) Bodzechów, gniazdo ich rodzinne
(gdzie część dzieciństwa spędziłem), za czasów dziadka mego,
Ignacego Kotkowskiego, trzysta włók liczył przedniej ziemi sandomierskiej.
Dwór czcigodny, przez Małachowskich stawiany,
w parku stuletnim, po którym duch kanclerza Małachowskiego
przechadzał się w noce drżące księżycową pełnią.
Witold Gombrowicz, „Dziennik 1961-1966"
W Bodzechowie niemal w każdym domu powiedzą coś o Kotkowskich. Ostatnia 
właścicielka - pani Jankowska, Kotkowska z domu, siedziała tu przecież do roku 
1945. Tak jak i większość okolicznych ziemian wyjechała wtedy do Warszawy. Poza 
tym Kotkowszczacy wbili się w pamięć. Nie było z nich bowiem zwyczajne sobie 
państwo, tylko - jak się tu mówi - fisie, czyli dziwadła, oryginały. Wszystko 
pewnie stąd, że przez pokolenia większość z nich żeniła się w rodzinie*.
W 1838 roku Bodzechów kupił od Małachowskich Kotkowski lgnąc. Jego czterej 
synowie: Józef, Marceli, Franciszek i Seweryn, pożenili się, każdy miał kupę 
dzieciaków. Jak to zwykle bywało, nie podzielili się majątkiem. Razem mieszkali 
i gospodarowali. A mieli na czym.
Przeszło tysiąc mórg wspaniałej ziemi z lasem oraz łąkami i co ważniejsze - 
przemysł. Huta z piecami pudlinkami, gdzie wytapiano żelazo, papiernia, 
cegielnia, tartak, młyny, goździarnia. Szklarski Józef, który był u ostat-
* Jerzy Gombrowicz, „Komentarz biograficzny do twórczości Witolda Gombrowicza", 
napisany w 1967 dla IBL PAN, s. 62-63: Dwór ten stanowił pewnego rodzaju 
curiozum, opisane przez Sobieszczańskiego w jego „Wędrówkach po Polsce". (...) 
Bracia Kotkowscy pożeniwszy się zamieszkali wszyscy w obszernym dworze i 
okalających dziedziniec oficynach. Powstała w ten sposób w Bodzechowie pierwsza 
i jedyna w Polsce spółdzielnia rodzinno-szla-checka. (...) To skupienie rodzinne 
dało pewne niekorzystne rezultaty. Już wnukowie Ignacego zaczęli żenić się w 
rodzinie. (...) Doprowadziło to nie tylko do pewnych zdziwaczeń, ale nawet 
chorób umysłowych potomstwa...

, ,-,.„,.

Jaśnie Panicz
niej dziedziczki za lokaja, trzyma w domu jeszcze kilka takich goździ, bo dziś 
już takich nie robią - mają trzy kanty.
W oddalonych o dwadzieścia kilometrów Dolach mieli również kopalnię dolomitu i 
piaskowca, fabrykę wyrobów kamieniarskich oraz papieru. Bo-dzechów był bardzo 
zamożny, ludzie mieli gdzie zarobić i nie narzekali.
Na dodatek wszystkiego, co sobotę robotnicy szli do karczmy, jedli, pili, bawili 
się - płacili Kotkowscy - wspomina Zofia Łapianka, lat 85.
W Bodzechowie założono też pierwszy w okolicy telefon między dworem i fabryką, w 
fabryce światło elektryczne. Jeden z pierwszych samochodów miał właśnie 
Stanisław Kotkowski. Wszyscy okoliczni panowie jeździli jeszcze końmi, a 
Kotkowszczak z domu do fabryki - samochodem! Bodzechów był wtedy ważniejszy od 
Ostrowca.
Więc żeby nie wypuszczać z rąk pięknego majątku, większość wnuków i prawnuków 
Ignacego żeniła się ze sobą. Albo co najwyżej z sąsiadami Ci-chowskimi, którzy 

background image

przez liczne z nimi małżeństwa stali się szybko kuzynami. Na przykład dwie z 
czterech córek Marcelego Kotkowskiego wyszły za Kot-kowskich - swoich 
stryjecznych braci, jedna za ciotecznego*. Tylko najmłodsza złączyła się z 
obcymi, na co Kotkowscy zawsze patrzyli kosym okiem.
Druga żona Stanisława Kotkowskiego była nie byle kim - z domu Leszczyńska, i to 
bodajże z tych, którzy wydali samego króla Stanisława. Kotkowscy jednak uważali 
ją za coś gorszego tudzież godnego politowania. Owszem, ładna, miła, dobra, ale 
obca - nie Kotkowska ani Cichowska.
Żenili się między sobą i nie brakło rezultatów, czego najlepszym przykładem był 
Kaźmierz oraz Bolek.
Kaźmierz Kotkowszczak zmarł w 1937, tak że wiele starszych osób dobrze ma go 
jeszcze na oczach. Łapały go często - jak sam mówił - złe wpływy, które 
przeczekiwał albo przeskakiwał. Tego samego nauczył również swego psa Kastora, a 
nigdy się z nim nie rozstawał. Kawałek drogi zajmował im kilka godzin. Poza tym 
nawet był przytomny: zagadał, zadeklamował „Pana Tadeusza" - umiał go na pamięć. 
Jego rodzona siostra Aniela miała w niedalekich Małoszycach córkę Antoninę, 
która nie wyszła za żadnego z Kotkowsz-czaków czy Cichowszczaków, tylko wzięła 
sobie obcego - Jana Gombrowicza. Miała z nim czwórkę drobiazgu: Jurka, Nanka 
(Janusza), Renę i Witka. Kaźmierz często chodził do Małoszyc - Gombrowiczka 
zawsze wciskała mu na odczepnego parę złotych - było nie było, zawsze to jednak 
wuj.
Chodził też Kaźmierz na sąsiednią Wolę do Maryśki, którą rzucił jej chłop, choć 
zdatna z niej była kobita. Miał z nią troje dzieci: Józka, Marysię oraz 
Stasiunię. Z Józka - tak jak i z Kaźmierza - był kół, córki jednak w po-
* Według pracy Jerzego Gombrowicza (s. 13) Maria Kotkowska wyszła za Bolesława 
Kotkowskiego, Aniela za Ignacego Kotkowskiego, Bronisława za brata ciotecznego - 
Włodzimierza Jakubowskiego z Pałkowa. Jedynie Emilia nie poślubiła krewniaka, 
tylko Ludwika Paszkiewicza z Zórawicy.

i "•„./TOH j '.wti',<

m
Wdychałem szaleństwo
rządku. Stasiunia nawet się wyuczyła - skończyła powszechniak, a dziś to tyle 
samo co gimnazjum.
Marysia żyje jeszcze, wyjechała jednak na stałe z Bodzechowa i nikt nie zna jej 
adresu. Pelagia Malinowska, lat 81, znała zarówno ją, jak i Stasiunię - swoją 
rówiennicę. Chodziła na Wolę, żeby się z nimi bawić. Choć była córką jednego z 
bogatszych bodzechowskich gospodarzy, bardzo często im zazdrościła. Bo mimo że 
nosiły nazwisko Maryśki, Kotkowscy mieli na nich uważanie. Maryśka brała w 
sklepie u Żyda, co tylko się jej podobało, i Kotkowscy płacili. Co raz 
przynosiła swoim dzieciom w zajdce to kiełbasę, to słodkie bułeczki, a nawet 
pomarańcze!
Kotkowscy obiecywali również zapisać im kawałek placu oraz dom, w którym 
mieszkał Kaźmierz razem ze swoim lokajem Pajdą - nie trzymano go bowiem we 
dworze. Ale dopóki żył, patrzyli łaskawym okiem na spacery do Maryśki. Wiadomo, 
każde stworzenie czuje bożą wolę. Gdy zmarł, zapomnieli o przyrzeczeniach. Kiedy 
umierał, ani Maryśki, ani dzieci nie dopuścili nawet na pokoje. Dom i plac 
zapisali kościołowi na plebanię, która mieści się tam do dziś. Maryśka 
desperowała, płakała, żałowała, że zadawała się z Kaźmierzem.
A co do Bolka, Kotkowscy tłumaczyli niby, że był całkiem w porządku, dopóki na 
studiach w Petersburgu nie dostał podczas pojedynku szablą w głowę. - Tylko co 
tu mydlić oczy pojedynkami - mówią w Bodzechowie. Rodzice Bolka: Aniela oraz 

background image

Ignacy, byli przecież stryjecznym rodzeństwem; ich ojcowie - Marceli i Józef - 
rodzonymi braćmi. Po prostu, jak to w tej rodzinie często bywało, Kotkowski 
ożenił się z Kotkowską*. Mówili niby, że z litości - wiedział, że nikt inny jej 
nie weźmie; po ospie, na którą chorowała, zostały jej na twarzy szpecące ślady. 
Na pewno chodziło jednak i o to, żeby nie rozdrabniać majątku.
No i synek był zupełnie nieprzytomny. Mimo to początkowo trzymano go we dworze, 
tyle że w wydzielonych pokojach. Ciągle śpiewał, bełkotał i choć miał swego 
lokaja Skrabiczyńskiego, ciągle w samych kalesonach uciekał na podwórze, do 
parku.
We dworze było pełno dzieciaków. Przyjeżdżała też często z Małoszyc, a od 1905 
mieszkała tu kilka lat na stałe, rodzona siostra Bolka - Antonina Gombrowiczowa 
- i jej dzieciaki, szczególnie najmłodszy Witek, strasznie się tego wuja bały. 
Nic więc dziwnego, że matka Bolka - Ignacowa, zamieszkała z nim w Dołach, potem 
w domku przy ulicy Opatowskiej, który stoi w Bodzechowie do dziś. Była z niej 
niezwyczajna kobieta - całe życie po-
* Z pracy Jerzego Gombrowicza, s. 74: Jedyny brat naszej matki Bolesław 
Kotkowski w czasie studiów uniwersyteckich w Wiedniu dostał nagle i 
niespodziewanie choroby umysłowej, która trwała aż do śmierci w 1937 roku i 
odebrała mu wszelką świadomość. Choroby umysłowe często zdarzały się w rodzinie 
Kotkowskich, prawdopodobnie wiążąc się z ciągłymi małżeństwami z bliskim 
pokrewieństwem.
Jaśnie Panicz
święciła opiece nad Kaźmierzem oraz Bolkiem, czyli bratem i synem. Tyle tylko 
było jej szczęścia, że zmarli w jednym roku - w 1937.
W rodzinie Kotkowskich sporo było chorób umysłowych; gdy przyjeżdżałem do mojej 
babki na wieś, bałem się okropnie; dom duży, parterowy, przedzielony był na dwie 
części; w jednej mieszkała moja babka, a w drugiej jej syn, brat mojej matki, 
wariat nieuleczalny, który chodząc w nocy po pustych pokojach usiłował zagłuszyć 
strach dziwnymi rozhoworami, przetaczającymi się w pienia jakieś przedziwne, 
które kończyły się nieludzkim wrzaskiem; całą noc to trwało; wdychałem 
szaleństwo. Ja jestem artystą po matce, a po ojcu jestem trzeźwy, spokojny, 
opanowany - wspominał potem Gombrowicz, rozmawiając z Dominiąue de Roux*.
Ignacowej, babce Witolda, zawdzięcza też przede wszystkim swoje istnienie 
bodzechowski kościółek. Przedtem chodziło się do kościoła w Denko-wie, Ignacowej 
jednak trudno było opuszczać Bodzechów. Jak mówi księga parafialna:
Miała ona na swojej opiece syna i brata, obydwu chorych umysłowo. Pragnęła więc 
bardzo mieć bliżej kościół, żeby u stóp Boga częściej czerpać siłę do spełniania 
trudnych obowiązków. Dla swoich pragnień zdołała pozyskać zięcia -Jana 
Gombrowicza.
Ignacowa dała plac, lecz śmierć zięcia odsunęła budowę. Dopiero w roku 1937 jej 
dorosłe już wnuki - Witold i Janusz - przeniosły do Bodzechowa drewniany 
kościółek ze Wsoli, gdzie postawiono akurat murowany. I do dziś na wiernych 
spogląda Zofia Baczyńska z domu Kotkowska, która pozowała do obrazu świętej 
Zofii.
Z resztą Kotkowskich nie było aż tak, jak z Kaźmierzem czy Bolkiem. Po prostu 
nie brakowało wśród nich fisiowatych, i to wszystko.

3.;

Weźmy chociażby siostrę Bolka - Antoninę Gombrowiczową.
Wójcik Wincenty był u Kotkowskich karbowym i dobrze miał - na koniu sobie 
jeździł, pędził innych do roboty. Dziś ma osiemdziesiąt pięć lat i lichy już 
jest, w łóżku tylko leży, jednak - jak mówią w Bodzechowie - na umyśle jeszcze 

background image

niestracony. I tę Gombrowiczkę, Kotkowszczankę z domu, dobrze pamięta. Choć jej 
rodzice byli stryjecznym rodzeństwem, ona sama w porządku, ale mumia straszna. 
Nigdy - jak to inne panie - nie zagadała, nie raczyła nic powiedzieć, gdy 
zdejmowało się przed nią czapkę, grzecznie kłaniało. Pyszna, dumna, sztywna. 
Zawsze ubrana na czarno, z parasolką, choć świeciło słońce. Często też sama do 
siebie gadała, zapominała o wszystkim. ;
Złączyła się z obcym mężczyzną, więc jej dzieci, owszem, niczego sobie. Z tym 
jednak, że nie wszystkie. Wójcik dobrze je pamięta - podawał im przecież piłki 
do tenisa.
Córka Rena i syn Jurek - mądrale, jak najbardziej przytomni.
* Dominiąue de Roux, „Rozmowy z Gombrowiczem", Instytut Literacki, Paryż 1969, 
s. 8-9. • siWu-m-Kt^
Wdychałem szaleństwo
Najmłodszy Witek też niby taki sam, nie wiadomo jednak, co z niego wyrosło. 
Podobno mumia bardzo chciała mieć jeszcze jedną córkę, bo Rena była nieładna. 
Urodził się trzeci syn, Witek. Długo więc - tak jak dziewczynkę - ubierała go w 
sukieneczki z falbankami, nie strzygła mu długich włosów. A chłopakowi na pewno 
coś takiego nie wychodzi na dobre.
Syn Nanek był najbardziej niewyraźny. Wdał się w Kotkowszczaków. Ożenił się ze 
swoją kuzynką, Dzidką Kotkowską. Jego matka też przecież Kot-kowska, więc jak to 
tak? Jakby brakowało rodzinnego poplątania - Dzidką była rozwódką, dla Nanka 
rozwodziła się przez Rzym! Za pierwszego męża miała bowiem, jak typowa 
Kotkowszczanka, swego kuzyna, Jana Cichowskie-go z Linowa, spokrewnionego na 
dodatek również z Gombrowiczami!
Albo inny, Bolesław, syn, zdaje się, Franciszka Kotkowskiego. Trudno dziś dać za 
to głowę - rodzina była ogromna, każdy z Kotkowskich miał pełno dzieci, nie 
sposób spamiętać dokładnie, kto kogo rodził. Bolesław mieszkał na sąsiedniej 
leśniczówce zwanej Kotówką. Śmiechu było z niego co niemiara. Gdy się ożenił, 
wsiadł na konia, pojechał zameldować o tym na policję. Kiedy sobie podpił, co 
się często zdarzało, dostawał nieludzkiej siły i łamał w ręku podkowy, sztaby. 
Całkiem nieprzytomny jednak nie był. Niektórzy mówili, że udaje tylko fisia, 
żeby straszyć Żydów, za czym również przepadał.
A Henryk, syn Bronisława Kotkowskiego? Pan przecież, a tymczasem jeździł do 
Rakowa w zaloty do zwykłej Żydówki! Kupił sobie żydowską myckę, paradował w 
niej, jakby nigdy nic.
A znów Franciszek Kotkowski, jeden z czterech synów Ignacego, wpadł na pomysł, 
żeby zamiast wyrzucać gnój na pole, płacić ludziom z Bodzecho-wa za to, żeby od 
razu szli na dworskie pola. Bo po co podwójna robota? Wynajął stróża, który 
płacił. Ale wkrótce trzeba było z pomysłu zrezygnować -bodzechowscy latali w 
pole po kilka razy dziennie. Bez żadnej potrzeby, skoro jednak dostawali po 
kopiejce...
Swój majątek na niedalekim Podlesiu nazwał po francusku „Malgretu" (malgre tout 
- pomimo wszystko) i siedział tam niczym kret. Bez żony, dzieci, milczący, 
samotny, z włosami i brodą niemal do ziemi, obdarty, choć pieniędzy mu przecież 
nie brakowało.
Tylko co się dziwić. Zła krew robiła na pewno swoje, lecz bódł też ich dobrobyt, 
to życie, jakiego nie będą mieli nawet w niebie. Było wśród Kotkowskich kilku 
bardzo pracowitych, przede wszystkim Stanisław, Ignacy, potem jego zięć 
Gombrowicz, który na kilka lat przeniósł się z rodziną z Małoszyc do Bodzechowa, 
zarządzał fabryką oraz całym majątkiem. Robili od świtu do nocy i oni to 

background image

właściwie uprzemysłowili Bodzechów. Stworzyli pozostałym rajskie życie. Reszta 
mogła nic nie robić. A wtedy, wiadomo, przychodzą człowiekowi do głowy różne 
fanaberie.
Jaśnie Panicz
Cały czas przecież tylko śniadania, podobiadki, obiadki, podwieczorki, kolacje, 
podkurki. (Do stołu zasiadało kilkadziesiąt osób). Polowania, karty, tenisy, 
spacery, bale, goście. Tak tam było wesoło, gwarno, rojno, towarzystwo w każdym 
wieku, że okoliczni panowie - ci wszyscy Jakubowscy, Pio-trowscy, Koziełł-
Poklewscy, Baczyńscy, Cichowscy - ciągnęli do Bodzechowa niczym pszczoły w 
grykę.
Bo cóż, Kotkowszczacy całymi dniami zabawiali się jak dzieci. Raz na przykład 
któryś z nich dostał list: Gdy nie położysz pod kamień w parku dziesięciu 
tysięcy rubli, zginie cała twoja rodzina! Zamykali się, barykadowali, w końcu 
znudziło im się siedzieć ciągle we dworze, wychodzili wobec tego z nabitą 
bronią, uciekali z krzykiem przed byle podmuchem wiatru. Potem okazało się, że 
to któryś z nich, wielki kartołup, zgrał się zupełnie i chciał wykombinować 
trochę grosza.
Ich dzieci miały niańki, bony z Francji i Niemiec, potem studia w Wiedniu czy 
Petersburgu. Panie Kotkowskie - zagraniczne damy do towarzystwa, do pomocy czy 
sprawunków (oprócz służby oczywiście), najrozmaitsze ubogie krewne, które miały 
we dworze dożywotkę. Nic więc dziwnego, że prawie w ogóle nie mówiły po polsku, 
tylko po francusku, nie znały wartości pieniądza. Jedna z nich, Maria Kotkowska 
(z domu również Kotkowska), kładła na tacę w kościele, ile miała przy sobie - 
nieraz i sto rubli! Nie wiedziała wcale, czy to mało, czy dużo. Kiedy mąż 
przestał dawać jej pieniądze, rzucała na tacę drogocenne pierścionki, 
bransolety. Mąż leciał więc do księdza, błagał o zwrot...
Z kolei Bronka Kotkowska zawsze mówiła, że niemal codziennie spotyka się z 
duchami. Coraz widziała w parku białą damę albo czarnego pana.
W ogóle można byłoby o Kotkowskich opowiadać bez końca. Już czego jak czego, 
dziwaków wśród nich nie brakowało*.
* Z pracy Jerzego Gombrowicza, s. 78-79: Rodzina Kotkowskich stanowiła prawdziwą 
galerię typów udziwacznionych odrębnością bytowania. Jeden z naszych ciotecznych 
dziadków uchodził na przykład w dzieciństwie za niemowę, gdyż do siódmego roku 
życia nie wypowiedział ani jednego słowa. Jakaż była radość rodziców, gdy jadąc 
z nimi przez łąki do kościoła, całkiem wyraźnie rzekł: „oto kopka siana". (...) 
Jedna z ciotek, wielka moralizatorka, kupowała portmonetki bawiąc w mieście i 
wkładała w nie sentencje umoralniające zamiast pieniędzy. Siadała na ławce w 
parku, udawała, że śpi, trzymając portmonetkę na kolanach. Była uszczęśliwiona, 
gdy ją skradziono, i uważała swój pomysł za wybitnie pedagogiczny. (...) Jak w 
każdym skupieniu, powstawały w kochającej się i solidarnej rodzinie nieustanne 
zatargi wywołane najbłahszymi przyczynami. Oczywiście, jak w każdym 
partykularzu, zatargi te były przedmiotem szerokich omówień, powtarzanych 
dzieciom przez niezbyt dyskretną służbę. Myślę, że stać się to mogło zaczątkiem 
tak wyraźnego u Witolda kompleksu „ciotecznego". Typy, różne od egzystujących w 
mniej anachronicznych warunkach, mogły też wywrzeć wpływ na postacie jego 
bohaterów, nieraz bardzo psychicznie zdeformowanych.
WdychaJem szaleństwo
Przeszło osiemdziesięcioletnia pani Maria Marchwińska z domu Kotkow-ska, córka 
Seweryna Kotkowskiego, zamieszkała dziś w Warszawie, nie bez wzruszenia wspomina 
Bodzechów oraz swoją rodzinę. Weseli, pełni życia, wręcz Tarletonowie z 

background image

„Przeminęło z wiatrem". Naturalnie, wielkie dziwadła - częste małżeństwa w 
rodzinie robiły swoje.
Tylko prawdę mówiąc, czyż najbliżsi sąsiedzi, ci wszyscy Baczyńscy, Pio-trowscy, 
Jakubowscy, Koziełł-Poklewscy, różnili się od nich tak bardzo? Sandomierskie, 
trudno ukryć, gromadziło najbardziej chyba tradycyjne, zasiedziałe i zdziwaczałe 
ziemiaństwo.
Taki na przykład Leon Baczyński z Psar, skoligacony zresztą z Gombrowiczami - 
żonaty z Zofią Kotkowską.
Bogaty i ogromnie skąpy. Zamykał do cukierniczki muchę, żeby sprawdzić, czy nikt 
przypadkiem nie podkradał cukru. Zawsze też był u niego darmowy administrator. 
Jego siostra miała bowiem sześciu synów. Brał więc któregoś na bok, obiecywał, 
że zapisze mu Psary (własnych dzieci nie miał), ale pod warunkiem pomocy w 
gospodarstwie. Wybraniec wstawał o czwartej rano, robił do północy. Za rok lub 
dwa wuj Baczyński oświadczał, że jest z niego niezadowolony, po czym brał na bok 
następnego i obiecywał mu Psary. Kolejny wybraniec wstawał o czwartej rano przez 
rok lub dwa... itd.
Mimo jednak swego skąpstwa, w 1939 zapakował do walizeczki milion złotych, 
wsiadł w pociąg do Warszawy. Do trzeciej klasy oczywiście - na lepszą żałował 
pieniędzy. W Warszawie poszedł na Klonową do Rydza-Śmigłe-go, oświadczył w 
sekretariacie, że daje milion na polską łódź podwodną. Zobaczyli jednak 
obdartego dziada ze starą tekturową walizką, nie chcieli nawet gadać. Otworzył 
walizkę, pokazał pieniądze i zaraz wprowadzono go do Rydza. Na drugi dzień w 
gazetach było zdjęcie: Rydz, bez czapki, odprowadza grzecznie do samochodu 
obdartego wuja Baczyńskiego - ofiarodawcę miliona na łódź podwodną!
- Trudno się właściwie dziwić antyziemiańskiej fobii kuzyna Witolda -mówi pani 
Marchwińska.
Pamięta go doskonale. Śmiał się, drwił z Kotkowskich, niby to ubolewał, że 
został przez nich dziedzicznie obciążony. Mimo to dobrze rozumiał, ile im 
zawdzięcza. Niesłychanie go fascynowali, ubóstwiał o nich słuchać, przyjeżdżał 
często do Bodzechowa.
Wiele bodzechowskich postaci, sytuacji, krajobrazów, wyrażeń odnajdywała potem w 
jego utworach. W powieści kryminalnej „Opętani", drukowanej przed wojną w 
„Expressie Porannym", akcja toczy się w dziwnym dworze, do złudzenia 
przypominającym bodzechowski. A znów w „Ślubie" Pijak mówi na tak ważny w tym 
utworze palec - „palie", czyli właśnie po bodzechowsku.
- Gdy oglądałam „Ślub", poczułam się jak w domu - mówi pani Marchwińska.
Oczywiście, jak w dawnym domu. Z Bodzechowa, który pamięta, zostało bowiem 
bardzo niewiele.
l
Jaśnie Panicz
Pani Jadwiga Czechowa, primo voto Cichowska, rocznik 1918, jest mieszkanką Nowej 
Huty, emerytką nowohuckich zakładów mięsnych. Jej świętej pamięci matka to 
Władysława Mrozińska z domu Kotkowska (córka Marii i Bolesława), tak że pani 
Czechowa ma o Kotkowskich sporo do powiedzenia. Najkrócej mówiąc, oryginalni, 
barwni, niepowtarzalni, czego najlepszym przykładem była właśnie jej matka.
Niby typowa panna z dobrego domu, a jednak gdy została nagle młodą wdową (ojciec 
pani Jadwigi zmarł, gdy miała dwa lata), nie sprzedała gospodarstwa, czyli 
Jędrzejowa. Prowadziła je - i to z sukcesem - sama, to znaczy przy pomocy rządcy 
oraz „rady rodzinnej", w skład której wchodził między innymi wuj Gombrowicz, 
ojciec Witolda.

background image

Była dzielna, pracowita, świetnie radziła sobie z okolicznymi chłopami. Znała 
perfect francuski, niemiecki, kochała karty; grała z miejscowym proboszczem, a 
gdy nie przyjeżdżał, cóż - rżnęła sama, musiała mieć trochę odpoczynku od 
gospodarki! Prawdę mówiąc, wyswatała swoją córkę, czyli pannę Jadwigę, tak 
wcześnie za mąż, bo przyszły zięć - Stanisław Cichowski -też lubił karty! Co 
więcej - jak to u Kotkowskich - był ich kuzynem, na szczęście dalekim, tak że 
nie trzeba było dyspensy.
Albo z kolei Kaźmierz Kotkowski. Niewątpliwie chory umysłowo, ale jednocześnie 
szalenie ciekawy. Bał się przede wszystkim tak zwanych złych prądów, wpływów, 
biorytmów, które rzeczywiście wyczuwał. Dlatego unikał pewnych miejsc i ludzi, 
bo emanowało z nich „coś złego". Może dziś byłby znanym różdżkarzem?
A znów wuj Baczyński z Psar to właściwie postać także i tragiczna. Gdy przyszli 
Niemcy, odciął się zupełnie od świata, udawał, że nie pojmuje, co się wokół 
niego stało, uważał Niemców za Francuzów, zwracał się do nich po francusku! Nie 
udało mu się utrzymać ukochanych Psar, zmarł u sióstr zakonnych, które go na 
starość przygarnęły.
Rację miał kuzyn Witold, który - mimo krytycyzmu wobec „Kotkowsz-czaków" - miał 
do nich słabość. Zawsze powtarzał, że co wuj to temat na opowiadanie, co 
ciotunia - na powieść! To Kotkowscy właśnie dostarczyli mu materiału na całe 
życie.
Pani Czechowa dobrze go pamięta. Uczęszczała przed wojną na pensję w Warszawie i 
odwiedzała wtedy często na Służewskiej wujostwa Gombrowiczów. Ciocia Tosia 
przepadała za wizytami krewniaków z kochanego Bo-dzechowa, a i kuzyn Witek też 
jakoś znajdował dla nich czas. Nazywał ją Dziudłą i dokuczał złośliwie, ale też 
serdecznie.
Na imieniny, na które go kiedyś zaprosiła, przyniósł jej na przykład tylko 
kwiaty, prezent natomiast - co oczywiście wprawiło ją w fatalny humor -pięknej 
kuzynce Marceli Mrozińskiej, później Cichowskiej, która na pewno mu się 
podobała. Była to płyta z nagranymi przez niego życzeniami. Jedną
Wdychałem szaleństwo
stronę dedykował na szczęście solenizantce, drugą kuzynce Marceli. Nie zawierała 
jednak wcale miłych, stereotypowych życzeń. Na „jej" stronie bowiem znajdował 
się tekst mniej więcej następujący:
Mówią, że Dziudła nie jest łakoma, choć zjada tysiące napoleonek! Dziudła 
podobno nie jest łakoma, a pochłania tyle na obiad! I nawet gdy Dziudła nie 
będzie się już mieściła w drzwiach, zawsze będę powtarzał - że nie jest łakoma!
Strona dla kuzynki Marcelki była w podobnym stylu:
Parasol marki „Słoń" ma piękną rączkę, kuzynka Marcela - piękne nogi. Parasol 
marki „Słoń" chroni nas od deszczu - Marcela od nudy. Dlatego radzę -kupujcie 
parasol marki „Słoń", a kochajcie się w Marceli!
Gdy wydał „Ferdydurke", wielu z Kotkowskich nie ukrywało, że to - według nich - 
idiotyzmy. Współczuło cioci Tosi z powodu „niewydarzonego" syna. Niektóre z 
ciotek uważały nawet, że powinna teraz - przy spotkaniu z nimi - przechodzić na 
drugą stronę ulicy, bo jak spojrzy im w oczy? Gdy nie przyszła na żurek do Manci 
Paszkiewiczówny, były przekonane, że to ze wstydu za Witka...
Pani Czechowa też nie ukrywa, że woli Dobraczyńskiego, Krawczuka, Kossak-
Szczucką. Nie lubi jego „oderwanej" od życia twórczości. Ale mimo to ona 
osobiście ogromnie go ceni, wspomina z sympatią. Był przecież z Kotkowskich, z 
Bodzechowa, a zna go prawie cały świat.
Babka pana Antoniego Arkuszewskiego, Helena Cichowska, to córka Seweryna 

background image

Kotkowskiego, stryjeczna siostra Ignacego Kotkowskiego, dziadka Witolda.
Blisko siedemdziesięcioletni dziś pan Arkuszewski*, emerytowany inżynier 
zamieszkały w Warszawie, ma u siebie w domu cenną pamiątkę - kromkę rodzinną 
spisaną przez jednego z nieżyjących już dziś Kotkowskich. Zawiera ona krótką 
historię rodu oraz dokładne drzewo genealogiczne. Wyszczególnieni są wszyscy 
potomkowie czterech synów (piąty, Fryderyk, zginął młodo) i dwóch córek Ignacego 
Kotkowskiego. Ich daty urodzenia oraz śmierci, zawody czy zajęcia, miejsca 
zamieszkania, współmałżonkowie, dzieci itp.
Witoldowi Gombrowiczowi poświęcone są jedynie trzy wiersze, tak jak każdemu 
przeciętnemu potomkowi Kotkowskich:
Witold Gombrowicz, ur. 1904, zm. 1969, mgr praw (podkreślenia moje - J.S.), 
autor „Ferdydurke", „Dziennika", „Kosmosu" i innych, do roku 1939 mieszkał w 
Warszawie, po czym w Argentynie, następnie do śmierci we Francji.
Wielu przedstawicielom rodu kronika poświęca więcej miejsca.
Po prostu jej autor uważał, że nie brakowało Kotkowskich nieporównanie bardziej 
od Witolda zasłużonych dla kraju. Bo był to - zdaniem pana
* Zmarł 5 czerwca 2002 r.
Jaśnie Panicz
Arkuszewskiego - ród światły, wykształcony, i to często za granicą. Przed wojną 
kończono przeważnie Instytut Rolnictwa na Marymoncie, Szkołę Główną w Warszawie, 
politechniki w najróżniejszych krajach Europy, głównie w Niemczech. Po wojnie 
też przeważnie uczelnie techniczne i gospodarcze. Trudno wprost zliczyć 
wybitnych inżynierów, profesorów, adwokatów, lekarzy, rolników.
Tak więc Witold Gombrowicz wcale nie jest dumą ani chlubą Kotkow-skich! 
Przeciwnie, na ogół mają do niego żal, że bardzo podkreślał ich dziwactwa i 
szaleństwa. Słowem natomiast nie napomknął o zasługach.
A weźmy chociażby Zygmunta Skibniewskiego (jego matka z domu Kot-kowska): 
wybitny architekt - współorganizator Biura Odbudowy Stolicy, współtwórca Trasy 
W-Z - były poseł na Sejm, laureat nagrody państwowej, profesor Politechniki 
Warszawskiej. Jego żona to Halina Skibniewska, również architekt, wicemarszałek 
Sejmu, laureatka nagrody państwowej, a <
O, to są - według kroniki - chluby Kotkowskich, a nie Witold Gombrowicz!
Czyż jego dziwne książki mogą się równać z osiągnięciami takiego na przykład 
Zygmunta?

.v;

Naprawdę, w kronice rodu wystarczą mu więc tylko trzy wiersze.
Dziś w dawnej posiadłości Kotkowskich mieści się PGR*.
Nie ma już murowanego „dworu czcigodnego", stawianego jeszcze przez 
Małachowskich, gdzie do roku 1933 mieszkali Gombrowiczowie. Została po nim tylko 
piwnica oraz nieuprzątnięte gruzy i resztki znajdującej się we dworze kaplicy 
ariańskiej. Po drugiej wojnie nikt dworu nie remontował, więc walił się, 
marniał. W końcu gmina rozebrała go na belki do mostu. Za władzą gruchnęli 
ludzie - każdy przecież potrzebował cegieł czy desek.
Stoją natomiast dwa drewniane skrzydła dworu. W lepiej utrzymanym mieszczą się 
biura PGR-u. Bardziej zniszczone przeznaczone jest - według dyrektora PGR-u - na 
wyburzenie. Na razie mieszka tam pięć rodzin pege-erowskich pracowników, którzy 
zamiast cieszyć się, że historia rzuciła ich na, było nie było, pańskie pokoje, 
bardzo na nie narzekają i trudno się oczywiście dziwić. Bez żadnych wygód, od 
trzydziestu przeszło lat nieremonto-wane, tyle tylko, że po wojnie podzielono je 
na małe izby i pokryto dach.
- Gombrowicz? - dziwi się dyrektor PGR-u - ja takiej osobistości nie znam! Dawno 

background image

rozebrałbym wszystko, co przedwojenne, tylko nie mam środków!
Jeszcze po przejściu frontu był obok dworu stuletni, piękny, ogrodzony park. 
Pełen alejek, klombów, strzyżonych drzew, za Kotkowskich pielęgno-
Obecnie w stanie likwidacji.
Wdychałem szaleństwo
wany przez ogrodników. Zdobiły go liczne figury. Park przechodził w Lisiny -las 
uwieczniony w „Pornografii": To nie krzaki, tylko czuby drzew z wąwozu, z Lisin, 
który łączy się z lasem bodzechowskim... - pisał Gombrowicz.
Tam gdzie był park, są dziś tereny PGR-u, więc wszędzie pełno kur, kaczek, szop, 
składzików. Choć na zachowanej bramie wjazdowej do dworu umieszczono tablicę: 
„Zabrania się wyrzucać śmieci i wylewać zlewki" - co krok puste butelki, 
połamane wiadra, zardzewiałe miednice. Na skraju parku postawiono ubikację dla 
pracowników, ale wolą oni, niestety, łono natury.
Lisiny uznano wprawdzie za zabytek przyrody, mieszkańcy Bodzechowa nie ukrywają 
jednak, że gdy potrzebują drzewa - idą do Lisin, których nikt przecież nie 
pilnuje.
Z rzeźb jest jeszcze - jak się tu mówi - boginią Ceres, tyle że przewrócona, z 
odłupanymi rękoma. Ktoś puścił plotkę, że Małachowscy zakopali pod nią złoto. 
Podkopano stojącą od XVIII wieku figurę i nic nie znaleziono, odłupano więc 
młotem głowę i ręce, szukając złota w jej wnętrzu.
W powozie, którego koła zapadając się w piaszczyste koleiny wydają głuchy jęk, 
jedziemy (...). Mnie śmiać się chciało. Powóz, konie, ten furman (...), kurz, 
słońce, mucha uprzykrzona koło twarzy i jęk tych gum ocierających się o piasek - 
ależ od wieka wieków to znane i nic, nic zupełnie się nie zmieniło! -opisywał 
Gombrowicz w „Pornografii" drogę z Bodzechowa do pobliskich Małoszyc.
Teraz jednak takie same pozostały jedynie lessowe wąwozy. Poza tym zmieniło się 
niemal wszystko. Droga utwardzona, żadnego śladu piachu, ani jednego drzewa; 
zamiast nich przy drodze wysypiska pegeerowskich śmieci. Po prawej stronie 
poszatkowane pola bodzechowskich gospodarzy, z miedzami, przydrożnymi 
kapliczkami, ze świętymi figurkami. Po lewej - wielkie pola pegeerowskie.
Najlepiej zachowały się dawne pomieszczenia gospodarcze Kotkowskich. Do dziś 
mieszczą się tam pegeerowskie stajnie, stodoły, magazyny, piwnice.
W niedalekich Dołach Biskupich stoi nadal - i w dość przyzwoitym stanie - 
fabryczna osada oraz fabryka papieru, zwana przez miejscowych „Wi-tulinem". W 
roku 1905 ojciec Witolda założył Towarzystwo Akcyjne, do którego przystąpił 
właśnie z udziałem Dołów. Ponieważ udział ten oraz dochody przeznaczył 
Witoldowi, nazwał Towarzystwo „Witulinem", a miejscowi mówią tak również i na 
fabrykę oraz przyfabryczną osadę. Do dziś pracują te same dziewiętnastowieczne 
maszyny, nadal produkuje się tekturę. Lecz są to już raczej ostatnie dni 
fabryki. Jej dzisiejsi szefowie, czyli Warszawskie Zakłady Papiernicze w 
Konstancinie, odmawiają pieniędzy na renowację i generalny remont. Czekają po 
prostu na powolną śmierć techniczną starej fabryki.
Na cmentarzu w pobliskim Denkowie jest dobrze utrzymana kaplica, będąca 
jednocześnie grobem rodzinnym kilku pokoleń Kotkowskich. Bo oni nawet i w ziemi 
leżą razem.
Jaśnie Panicz
Wójcik Wincenty, który najlepiej pamiętał Kotkowskich oraz Gombrowiczów i 
najwięcej opowiedział, trochę z niepokojem patrzy na moje notatki.
- Z jakiej to właściwie okazji wypytuje pani o Kotkowskich? Wskrzesza 
nieboszczyków? - pyta.

background image

Niby wprawdzie pod niczym się nie podpisywał, żeby tylko nie miał jednak potem 
jakichś przykrości.
- Nie będzie żadnych nieprzyjemności - uspokajam. - Po prostu Witold, syn 
Gombrowiczowej z domu Kotkowskiej, został pisarzem!
- Syn mumii, Ignacowej córki - pisarzem? Proszę, w nim też się jednak odezwało!
Herbaciarz
Będzie mówił:
Michał Romanów, lat 79, który był u Gombrowiczów za stangreta, potem za 
gajowego;
Władysław Miazga, lat 71 - ich były lokajczyk, później polowy;
jego bratowa - Maria Miazga, lat 71, którą wołano do pałacu do szycia.
Może jeszcze powie co Jan Czerwiński, lat 70, pomocnik stangreta Ro-manowa, i 
Jan Więckowski, lat 75, również były lokaj.
Oprócz nich wszyscy dworscy już pomarli. A reszta starych ludzi ze Wso-li nie 
miała z Gombrowiczami większej styczności. -Trochę za późno namyśliła się pani 
na przyjazd - słyszę.
Najwięcej powie Romanów. Był ułanem i na wojnie 1920 roku znalazł się w jednym 
szwadronie z porucznikiem Jerzym Gombrowiczem, który wziął go sobie za 
ordynansa. W Koziatyniu pod Kijowem porucznika przysypało, Romanów go odkopał, 
zawiózł nieprzytomnego na punkt zborny, jednym słowem, uratował życie. Porucznik 
odwdzięczył mu się, biorąc do siebie na stałe na służbę. Romanów chętnie się 
zgodził - pochodził wprawdzie aż spod Tarnopola, nie był jednak głupi tam 
wracać. Rodzeństwa cała kupa, a tylko sześć mórg.
Po wojnie służył u Gombrowiczów najpierw w Warszawie, na Służew-skiej, potem w 
Małoszycach, wreszcie we Wsoli pod Radomiem. W 1924 porucznik ożenił się z panną 
Aleksandrą Pruszakówną z Wośnik, która dostała Wsolę w posagu. Na ich weselu w 
Hotelu Rzymskim w Radomiu podawano nawet pieczone pawie!
Młodzi państwo Gombrowiczowie we Wsoli zrobili swoje posiedzenie. Był przecież 
śliczny pałacyk, trzysta mórg ziemi ornej, trzysta czterdzieści lasu, olejarnia, 
cegielnia, młyn, tartak. Jak na prawdziwe państwo przystało, mieli tylko jedną 
córeczkę - Tereskę, a nie kupę dzieciaków, jak każdy ciemny chłop. Wszystko im 
szło jak po maśle, bardzo długo majątek kwitł.
Oczywiście przyjeżdżała w gości i rodzina porucznika; matka, ojciec, czyli 
starsi państwo Gombrowiczowie, siostra Rena, czasem brat Janusz, a najczęściej 
brat Witold. .-,.„„„.,„,,..„! _,.
Jaśnie Panicz
Tylko że o Witoldzie nic ciekawego powiedzieć nie można. -To pani za nim 
przyjechała, nie za porucznikiem Jerzym? - dziwią się. - O poruczniku można 
byłoby godzinami. Prawdziwy pan - wysoki, postawny, rozmowny, życiowy, dusza po 
prostu. A Witold, owszem, też chłopak niebrzydki, tylko że już średniego 
wzrostu, szczuplutki, delikatny na buzi jak panieneczka. Bardzo spokojny, cichy, 
taki co to - wydawałoby się - nie potrafi do trzech zliczyć. Był z niego 
człowiek przyjezdny. Przyjeżdżał latem, siedział dwa, trzy tygodnie albo aż do 
jesieni. Mieszkał zawsze w pokoju gościnnym, który ciągle był w papierach, 
niedopałkach papierosów - cały czas nic nie robił, tylko pisał nocami. Potem - 
blady jak upiór - wstawał o jedenastej, dwunastej, kiedy normalni ludzie dawno 
mieli za sobą połowę dnia. Cóż, taką już widać miał chorobę.
Romanów miał więcej śmiałości niż reszta służby - było nie było, uratował swemu 
panu życie. Poza tym, dopóki się nie ożenił, stołował się na jego stole. 
Któregoś dnia odważył się więc spytać:

background image

- Panie Witoldzie, cóż pan tak nocami pisze?

r

- Powieści - on na to.
- Czemu nocą, nie w dzień, jak człowiek?
- Tylko w nocy mam zupełny spokój.
O czym pisze, już go nie pytał. Po co mu to było wiedzieć? Piszesz sobie, to 
pisz, twoja sprawa! Gdy zwlókł się wreszcie z pościeli, podjadł trochę, tyle że 
nie za wiele, zaraz przecież podawano obiad. Pograł w siatkę albo w tenis z 
bratową lub kulawym Żydkiem, którego ojciec zabierał z pałacu mleko. Wyszedł na 
ogród, pochodził, popatrzył, pojeździł na rowerku, który potem ktoś mu ukradł. 
Jednym słowem, calutki czas się obijał. Potem jechał na następną obijankę do 
Warszawy lub do majątku brata Janusza.
Były lokaj Więckowski też nie powie o panu Witoldzie nic nadzwyczajnego. Bo i 
skąd, skoro tak rzadko się odzywał? Wstydził się pewnie brata Jerzego - ten miał 
wymowę, on nie. Choć zdarzało mu się czasem powiedzieć przy stole coś do 
śmiechu, na przykład:
- Nie jedzcie tyle, udławicie się na śmierć!
Innym razem wyszedł przed pałac, złapał wiatrówkę, zaczai strzelać gdzieś tak w 
kierunku niedalekich Bierwiec. Zlecieli się wszyscy: porucznik, służba. A on, że 
chce zastrzelić Przyjaźń, czyli pannę Wandę Przyłęcką z Bierwiec, którą tak 
nazywał. Przemówił się z nią poprzedniego dnia.
Wszyscy się z niego śmiali - dorosły chłop, a strasznie bał się nietoperzy. Że 
wlecą przez okno, wkręcą się we włosy i będzie musiał strzyc się na melona, 
inaczej się nietoperza nie pozbędzie. Zawsze go tym nietoperzem straszono, 
pytano, czy na pewno zamknął w swoim pokoju okno.
Miał w sąsiednich Bartodziejach panienkę Krysię. Przyjeżdżała tu czasem, on też 
do niej jeździł. Owszem, ładna, wysoka, może trochę za szczupła, za 
wysportowana, zbytnia mądrala, tylko taki widać miał gust. W kuchni gadano, że 
bardzo mu się podobała i byłby się z nią ożenił, lecz go nie chciała. Miała duże 
powodzenie, mogła przebierać, po co był jej taki, co to cały czas
Herbaciarz
nic nie robi, tylko pisze? Jakie miałaby z nim życie? I żeby to jeszcze pisał do 
czytania, przy stole mówiono jednak, że z jednej jego powieści bardzo się 
śmiali, krytykowali po gazetach i pewnie to ją zmroziło. No, gdyby on jeszcze - 
tak jak jego bracia - siedział na majątku, gdyby był wyższym urzędnikiem, może 
patrzyłaby na niego łaskawszym okiem. A powieścio-pisarza nie chciała. Mówili 
wprawdzie, że miał niby w Warszawie jakąś posadę, tylko pewnie nic wielkiego, 
skoro mógł tyle czasu obijać się we Wsoli, jeździć jeszcze do brata Janusza!
Cały kredens zazdrościł mu życia usłanego różami. Dorosły mężczyzna, a rodzice 
go pięknie ubierali, karmili, wysyłali za granicę. Bracia też gościli, ile tylko 
chciał. Korzystał bez żadnego wstydu. Przyjechał, najadł się, napił, wyspał, 
popisał, i do widzenia! Dobrze miał, i chyba byłby głupi, gdyby brał się do 
roboty!
Władysław Miazga również go oczywiście pamięta, choć między Bogiem a prawdą - o 
innych gościach powiedziałby więcej. Jak to lokaj - podawał im kapoty, otwierał 
drzwi, przynosił coś przekąsić, wypić, oni natomiast wciskali mu do ręki geld i 
miał drugą pensję. Tymczasem pan Witold, owszem, był dla służby grzeczny, nie 
chuligan - nie urągał, nie krzyczał, nie kazał za bardzo koło siebie chodzić. 
Tylko co z tego, gdy nigdy nie dawał grosza, choć przecież przyjeżdżał tak 
często! Dlatego właśnie Miazga nie zwracał na niego takiej uwagi, jak na innych 
panów. Nie kręcił się w pobliżu, nie nadskakiwał, nie zaglądał w oczy. Wiedział, 

background image

że i tak nic nie dostanie. Po co miał marnować czas?
Nic więc dziwnego, że nikomu ze służby specjalnie się Witold nie podobał. 
Podśmiewali się z niego i nazywali herbaciarzem albo łachcykiem. Her-baciarzem, 
bo był z niego taki miejski panek, co to nic porządnego nie robi, tylko łazi z 
kąta w kąt, coś tam sobie wypisuje i cały czas tylko popija herbatę. A znów 
łachcyk to po tutejszemu taki, co to ni prawdziwy pan, ni gospodarz, tylko nie 
wiadomo co.
Bo ani ten Witold zjadł, ani wypił jak prawdziwy pan. Najwyżej tylko to, co mu 
się podało. Nigdy nie prosił o więcej.
Nie miał nawet własnego auta, a na przykład porucznik Jerzy miał zawsze co 
najmniej dwa - chociażby wielką minerwę i mniejszego fiacika.
Umiał jeździć konno, wcale jednak w tym nie gustował, a przecież panowie i panie 
wprost za tym przepadali. Czego jak czego, koni we Wsoli nie brakowało. Sześć 
było wyłącznie cugowych, cztery do jazdy. Wspaniała klacz Purpelka, kobyłka 
angloarabska zwana Gaz, koń Patryk i dobry, wytrwały koń angielskiej krwi, 
którego imienia nie pamięta już ani Romanów, ani Czerwiński.
Nie bawił się też Witold tak jak większość panów. Nie pachniała mu wcale 
„Europa" czy „Francuska" w Radomiu, gdzie zbierali się okoliczni dziedzice. 
Nigdy tam z bratem nie pojechał, Romanów zawsze woził tylko porucznika, potem 
czekał na niego aż do rana. Bywało, że już nawet policjanci przeganiali go do 
domu. _..,.—:..-.i^
Jaśnie Panicz
- I ty, chłopie, zamarzniesz, i ta twoja kobyła - mówili.
Tylko cóż, taki już los stangreta - porucznik jak się bawił, to bawił, zapominał 
o bożym świecie. Potem przepraszał, dziwił się: - Michał, czekałeś na mnie całą 
noc? ««
Nie grał też Witold w karty, nie polował, o czym najlepiej wie Romanów, który w 
1927 przeszedł ze stangreta na gajowego. Czekanie na porucznika nadszarpnęło mu 
bowiem zdrowie, a najlepiej leczy świeże powietrze. Prowadził na polowaniach 
nagonki, wynosił z gajówki łóżka, sprzęty, a z pałacu nieśli stoły, wódkę, 
zagrychę - przede wszystkim bigos. Gazowali jak złoto. Witolda nigdy z nimi nie 
było, choć przyjeżdżali przecież nie byle partacze, tylko wojewodowie, ministry, 
księża.
Nie czepiał się też - jak to inni panowie - wiejskich dziewuch. Żona Więc-
kowskiego, Zofia Bolkówna z domu, może zaświadczyć. Ona również pracowała u 
Gombrowiczów - przyrządzała to, co Więckowski podawał, i tak się poznali. Zanim 
jednak ten lokaina zawiązał jej życie, była młoda, wolna, piękna i zdrowa. 
Tymczasem pan Witold nic, nigdy nie zaczepił ani jej, ani innych dziewuch z 
kuchni, nie zażartował nawet, nie mówiąc już, żeby gdzie ciągnął.
Nie interesował się również Witold gospodarstwem. Nie wyszedł nawet nigdy na 
pole - nie było zdarzenia. Pod tym względem wdał się w brata. Porucznik był 
człowiekiem wojskowym i też nie wiedział nawet, czy to, co rośnie na jego 
polach, to żyto czy pszenica. Od wszystkiego byli rządcy, najpierw Kopeć, potem 
Soborski. Majątek nie obchodził go ani trochę. Niech się wali i pali! Bywało, 
rządca przyprowadził mu złodziei, którzy kradli drzewo z jego lasu, on tymczasem 
wcale ich nie ukarze. „Cóż - mówi - widać im ciężko, skoro muszą kraść". Powie 
najwyżej: „Żeby to mi się więcej nie powtórzyło!". Nie każe nawet pisać 
protokołu. Za głupie drzewo ciągać kogoś po aresztach?
Nigdy też nie zagadał Witold z dworskimi, ze służbą. Żeby się z nimi spo-ufalał, 
bratał z parobkami, w ogóle nie było mowy. Już prędzej porucznik Jerzy, z niego 

background image

był brat łata. Z każdym napił się wódki, pożartował, uszanował. Na przykład na 
zebraniach straży pożarnej w Jedlińsku wszyscy okoliczni dziedzice rozwalali się 
na honorowych miejscach, uważali, że to coś oczywistego. A porucznik, gdy tylko 
zobaczył, że stoi stary chłopina, zaraz dawał mu swoje krzesło, sam siadał na 
schodach. Bratał się ze swoimi ludźmi i dziedzic Morawski z niedalekiej Planty. 
Razem z siedmioma synami wychodzili z nimi w pole, robili tyle, co i oni. 
Tymczasem Witold nie zamienił z nikim słowa, a co dopiero mówić o czymś więcej! 
Jak to miał w zwyczaju, patrzył tylko w milczeniu na wszystko i wszystkich.
* * *
Długo jeszcze szło we Wsoli jako tako, dworscy nie narzekali. Porucznik miał 
przecież gorzej niż obecne dyrektory, musiał im zagwarantować: - darmowe 
mieszkanie w czworakach, nie gorszych od dzisiejszych bloków;
Herbaciarz
- tak na ogół co trzy miesiące 35, potem 50 złotych pensji;
- na rok 14 metrów żyta, piętnasty metr na przemiał;
- 12 metrów opału;
- strawne w pieniądzach, gdy trzeba było jechać w drogę;
- dwie krowy, które można było wypaść na pańskich łąkach, a gdy zalęgło się 
cielę, też pozwalano je trzymać, co najwyżej porobiło się za nie jeden dzień za 
darmo. I już miało się trzy krówki, można było sprzedawać pachcia-rzowi mleko, a 
to zawsze dodatkowy grosz.
Lecz już tak przed wojną Wsola coraz bardziej podupadała. Goście, zabawy, służba 
kosztowały przecież swoje. A ponieważ porucznik nie dbał nic o majątek, coraz 
częściej musiał puszczać ziemię w dzierżawę, pożyczać od pachciarzy, a przede 
wszystkim sprzedawać, co tylko się dało: morgi, krowy, konie, świnie. A w końcu, 
gdy już bardzo podupadł - nawet i kamienie, którymi miał wybrukowane podwórze 
przed pałacem.
Komornicy zajmowali mu samochody i jeździł do Radomia pierwszą lepszą zatrzymaną 
chłopską furmanką. Pachciarze, którym nie oddawał długów, zabierali drzewo, 
pszenicę, co tylko się dało.
Romanów wpadł kiedyś do pałacu, a tam zimno jak w psiarni. - Cóż to, w piecach 
nie palą? - zdziwił się. A porucznik: - Czym? Nie ma na węgiel!
- Co najważniejsze - mówi Romanów - był mi winien już 2400 za niewypłacone 
pensje. I co? Moje dzieci miały palce lizać? Codziennie molestowałem go o moje 
pieniądze, powiedział więc kiedyś:
- Michał, ty przecież siedzisz w lesie, a las to pieniądz! Zakombinuj coś
- wytnij, sprzedaj, odbij sobie dług! Radź sobie sam!
Cóż, skoro kazał kombinować - kombinowałem, i żyliśmy w zgodzie. Bywało, 
przychodził nawet do mnie pożyczyć ze sto złotych, bo jechał do Radomia, do 
„Europy", a tu pustki w kieszeniach. Gdy wykręcałem się, mówił: -Skocz do kogoś, 
do karbowego na przykład, przecież ty tu wszystkich znasz!
-1 faktycznie, skakałem, a potem oddawałem im z lasu - od niego nie było można 
wydębić złotówki.
Romanów nie mógł jednak spokojnie patrzeć na rujnację tak pięknej gospodarki. 
Nie wytrzymał więc kiedyś i spytał: - Poruczniku, jak tak można? A on: - Michał, 
ty się o to nie martw, tylko baw się, dobrze odżywiaj, patrz zdrowia! 
Gospodarzyć nie umiem, nie lubię, co najważniejsze - wiem, co robię! Spójrz, co 
się na świecie dzieje, jaka zawierucha! W Rosji rewolucja, w Radomiu co i raz 
demonstracje, pochody na l maja, w Europie Hitler! Nie wiadomo, czy jaw ogóle 
wyjdę z życiem, a ty mi tu o majątku! I tak mi go odbiorą, i tak czy prędzej, 

background image

czy później, nie będzie mój! Czas mój krótki, moja godzina niedługo wybije, 
wspomnisz moje słowo! Po co mam tu wkładać choćby grosz?
Faktycznie, przyszedł wrzesień 1939 roku, porucznik poszedł na wojnę, znalazł 
się aż w Rumunii. Herbaciarz przestał się pojawiać, jakby ręką uciął. 
Porucznikowa posiedziała jeszcze trochę we Wsoli, lecz - tak jak
Jaśnie Panicz
i wszystkim - nie było jej za słodko. Już przecież nie siali, nie orali, już 
posyłała do Romanowów służącą, żeby pożyczyła od nich trochę mąki. Na szczęście 
zdążyła jeszcze kupić od ludzi cielaka, kartofli, kaszy, grochu, mąki. Uprosiła 
Romanowa, żeby powiózł to razem z nią do Gombrowiczów do Warszawy. Romanów bał 
się - na drodze przecież Germany, lecz cóż, zgodził się. I tak będzie, co Pan 
Bóg da, a jeszcze gdzie zginą ci Gombrowicze z głodu! Pojechali, zawieźli, 
wrócili szczęśliwie. Starsza Gombrowiczowa - teściowa porucznikowej, i Rena - 
bratowa, bardzo im dziękowały. W Warszawie od razu ciężko było z jedzeniem, one 
tymczasem takie nieżyciowe - nie umiały zakombinować, zaszmuglować. Herbaciarza 
jakoś nie było widać.
Zaraz potem Germany wyrzuciły porucznikową z pałacu i folwarku, same tam 
zamieszkały. Poszła najpierw do Firleja - do zwykłej chłopskiej chaty, potem do 
Radomia. Porucznik wrócił dopiero w czterdziestym piątym. Do Wsoli już nie było 
po co - przeprowadzono reformę rolną. Rzeczywiście, przeczuł, że mu ją zabiorą.
A inni tutejsi dziedzice do ostatniego dnia ściskali swoje majątki, myśleli, że 
będą na nich siedzieć wiecznie. Niektórzy po cichu dokupywali przecież ziemię 
jeszcze podczas okupacji. Jak na tym wyszli, wiadomo. Kilku z nich zabiły 
Germany, majątki poniszczyła wojna, front, potem je upaństwowiono. Jedna 
dziedziczka dostała nawet wtedy fugla - cały czas leżała 
krzyżem,krzyczała,rozpaczała. ) /» r ?
Oni wszyscy zazdrościli bardzo porucznikowi. Choć sobie użył - nie napracował 
się, tylko zabawił, zjadł, wypił. Co więcej, cieszył się nawet, że wreszcie 
koniec kłopotów. Przecież gdyby nie wojna, reforma, Wsola i tak zostałaby 
rozparcelowana, taka już była zaniedbana, zadłużona. Prawdę mówiąc, reforma 
zabrała mu tylko długi. Mówili, że miał ich z dwieście pięćdziesiąt tysięcy. 
Głównie jednak u Żydów, którzy poginęli. Tak że mimo wszystko zostawił po sobie 
dobrą pamięć. Nie patrzył - tak jak inni - majątku i nie gonił tym samym do 
roboty, nie wymagał, nie zwalniał, sam pozwalał kombinować.
Dlatego też Gombrowiczka nie rozpaczała tak jak inne panie. Jaroszowa ze Wsoli 
pytała ją kiedyś, czy za bardzo sobie nie krzywduje. W końcu miała pałac, 
służbę, a teraz co? A ona: - Moja Józiu, grunt żebym ja zdrowa była, to 
najważniejsze. Trzeba godzić się z losem.
W Radomiu żyli jak wszyscy. Dwa przejściowe pokoje z kuchnią, ale nie własne - 
płacili lokatorne. Gombrowiczowa gotowała, i to - jak chwalił się porucznik 
Romanowowi - bardzo smacznie. Córeczka była na posadzie. On natomiast stałej 
posady nie miał. Może nie chciał, poza tym nikt wtedy nie zatrudniał tak chętnie 
byłych panów. I tak czuł się jednak jak ryba w wodzie.
Był bardzo w Radomiu znany. Działał w jakichś towarzystwach, kołach, w PAX-ie, 
dawał najróżniejsze odczyty, korepetycje. We wczesnych latach pięćdziesiątych 
Miazga robił na wartowni Banku Rolnego w Radomiu i któregoś dnia zebrano 
wszystkich pracowników na wiec. Przemawiał właśnie
Herbaciarz
porucznik. Mówił jak to on - bardzo pięknie. Że przed wojną było źle - 
arystokracja, ziemiaństwo i burżuazja wyzyskiwały lud pracujący. Teraz natomiast 

background image

jest inaczej: mamy socjalizm, czyli ludową demokrację, wspólną własność, 
równość, sprawiedliwość. Trzeba pracować z całych sił, pomnażać socjalistyczne 
dobro.
Potem był za redaktora - pisał do „Życia Radomskiego", „Słowa Ludu". Tylko 
podpisywał się jakoś dziwnie: Szymkowicz-Gombrowicz, choć przed wojną był tylko 
Gombrowiczem. Cóż, dawnym panom nie było wtedy za rozkosznie, wielu łapało się 
nawet za miotłę, żeby jakoś przetrzymać. On tymczasem chciał pisać po gazetach, 
więc pewnie dodał sobie tego Szymkowicza dla przemaskowania się. Żeby myślano, 
że to kto inny, nie dawny pan ze Wsoli.
Nadal jednak pozostał człowiekiem życiowym. Gdy tylko spotkał kogoś ze Wsoli, 
zaraz: dzień dobry, jak dzieci, cenne zdrówko. Gdy zobaczył kiedyś w Radomiu 
Romanowa, choć był akurat z towarzystwem, zaprosił do restauracji na kielicha, 
przedstawił swoim znajomym.
Jego dawni ludzie też o nim pamiętali. Znosili mu do domu to serki, to masełko 
czy cielęcinę. On natomiast pisał im podania, załatwiał różne sprawy -pchał na 
przykład dzieciaki do szkół, internatów. Wszędzie miał znajomości.
Gdy zmarł w 1971, prawie cała Wsola przyszła go pożegnać.
* * *
W dawnym pałacyku Gombrowiczów we Wsoli zaraz po wojnie był posterunek MO, potem 
dom starców. Później starców przeniesiono do Jedlińska i na miejscu Gombrowiczów 
zamieszkało robactwo; zdaje się jedwabniki. Lubiły jeść morwy, lecz zanim je 
wyhodowano - dawno zdechły. Po robactwie długo było pusto, w końcu przywieziono 
tutaj nienormalne, nierozwi-nięte dzieci - po pijakach, wenerykach, pańskich 
zbytkach.
W pokoju gościnnym, w którym pisał kiedyś Witold, mieszka kalectwo najgorsze. 
Ci, którzy w ogóle nie wstają, są przywiązani do łóżek pasami, bo wyłażą i mogą 
sobie zrobić krzywdę. Okno zaryglowane, lecz już nie przed nietoperzami, tylko 
dla bezpieczeństwa.
A co do Herbaciarza, okazało się, że też miał chyba przeczucie. Jego brat 
słusznie przeczuł, że wiecznie panem nie będzie, i przehulał majątek. On 
natomiast na miesiąc przed wojną wyjechał do Ameryki na wycieczkę! Dlatego też 
we Wsoli mówi się: „mieć przeczucie albo nosa niczym Gombrowicze".
Choć tak między Bogiem a prawdą, z Herbaciarzem mógł być tylko przypadek. W 
odróżnieniu od swego brata nie miał specjalnej głowy, nie był człowiekiem 
politycznym, czyli takim, który pierwszy wszystko wie.
Może jednak i on czuł zawieruchę? Piekło na ziemi? Przeczuł, że mu śmierć 
pisana? Do wojska był przecież niezdatny, a Germany niszczyły przede wszystkim 
takich właśnie herbaciarzy: powieściopisarzy, redakto-
Jaśnie Panicz
rów, profesorów. Ciemny, prosty chłop potrzebny był im do roboty, odstawiania 
świnek. Herbaciarzom - zaraz kulka w łeb. Na pewno Germany by go zniszczyły; nie 
ma co gadać.
A tak, życie swoje przeżył. Tylko podobno niczego się nie dorobił; nawet dzieci. 
Długo on - obsługiwany pan Gombrowicz - żył w biedzie, pomarł na obczyźnie. Ale 
cóż, żył, pobył jednak trochę panem, napisał te swoje powieści - Więckowski 
słyszał, że jedną czytali nawet w „Lecie z radiem", wypytuje o niego redaktorka 
z Warszawy. ans
I on ma za co dziękować losowi.

•>L

!
i

background image

Stryj i kuzyn
Spotkanie po latach
Panie Aleksandra i Teresa Gombrowicz - bratowa i bratanica Witolda -mieszkają w 
Radomiu w dwupokojowym mieszkaniu, pełnym cennych mebli i obrazów. Fotele, w 
których siadywał kiedyś Chopin (pani Aleksandra jest prawnuczką jego przyjaciela 
- Kostusia z Sannik), kopia Madonny Rafaela pędzla Marii Wodzińskiej. Z 
warszawskiego mieszkania rodziców Witolda nie ma niestety nic - niemal wszystko 
spłonęło w Powstaniu Warszawskim.
Pani Aleksandra, rówieśnica swego szwagra Witolda, nie czuje się już najlepiej*, 
honory domu pełni więc pani Teresa**. Opiekuje się matką, jest ekonomistką, 
pracuje w Urzędzie Wojewódzkim, jej hobby to zagraniczne podróże.
* Stryj Witold? Pewnie, że pamiętam. To znaczy, byłam za mała, żeby przypominać 
go sobie z czasów, kiedy przyjeżdżał do nas, do Wsoli. Oprócz niego było tam 
pełno ludzi i ginął wśród nich. W roku 1938 wyjechałam do Warszawy, do gimnazjum 
Platerówny, mieszkałam w internacie, na soboty i niedziele przychodziłam do 
babci Gombrowiczowej i cioci Reny na Cho-cimską. Dziadek Gombrowicz już wtedy 
nie żył. A tam nie sposób było nie zauważyć wuja Witolda.
Nazywałam go Niduch - Złyduch. Bardzo mnie fascynował. Nieprawda, że nie lubił 
dzieci. Nie życzył tylko sobie, żebym go całowała, ściskała. Grał za to pięknie 
na pianoli, ja tańczyłam. Nauczył mnie na pamięć „Pochwały ku czci matrony" 
Światopełka Karpińskiego i podczas wizyt poważnych dam lub ciotek - namawiał do 
recytacji. Wciągał w groteskowe rozmowy między sobą, babcią i służącą Anielą. 
Babcia zwykle załamywała się pierwsza, ponieważ jednak lubiła mieć ostatnie 
słowo, biegła do łazienki, zamykała się na klucz, zbierała w spokoju argumenty i 
przygotowana znów stawiała stryjowi czoło. Nie zawsze jej na to pozwalał - 
czasem biegł za nią, dyskutowali przez drzwi.
* Zmarła w 1983 r.
*.* Zmarła w 1989 r.
Jaśnie Panicz
Miał swój pokój, do którego wchodziłam zawsze rano z Anielą, gdy niosła mu na 
tacy śniadanie. Lubiłam te wizyty - to było tak, jakbym wkraczała w inny świat. 
W całym mieszkaniu było już czysto, widno, gwarno - wszyscy dawno wstali. U 
stryja tymczasem ciemność, bo długo sypiał, nieporządek -pełno papierów, 
niedopałków, o które złościła się Anielka.
Potem wyjechał, przyszła wojna, rodzina się wycierpiała, rozsypała, a później - 
żyła skromnie, powoli wymierała.
Babcia Gombrowiczowa z ciotką Reną cudem przeżyły Powstanie Warszawskie, 
wywiezione potem do Końskich, przywędrowały do Kielc, zostały, wynajęły pokoik. 
Ciotka pracowała w księgarni katolickiej, zmarła w 1961 roku, babcia w 1959.
Stryj Janusz, najstarszy brat Witolda, razem z synem Józiem wywiezieni zostali 
do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, pasierbica Janusza - na roboty do 
Niemiec. Wszyscy przeżyli. Stryj Janusz mieszkał potem w Warszawie, nigdy nie 
miał stałego zajęcia, zmarł w 1968.
Jerzy, mój ojciec - starszy brat Witolda - znalazł się w czasie wojny w Rumunii, 
potem był działaczem społeczno-kulturalnym w Radomiu, dziennikarzem, zmarł w 
1971 roku na raka.
Jestem jedyną osobą z rodziny, która widziała stryja po jego wyjeździe z kraju. 
Reszta w sierpniu trzydziestego dziewiątego pożegnała go już na zawsze. Zostały 
tylko listy.
Korespondował przede wszystkim ze stryjem Januszem, lecz w sumie listów do mego 

background image

ojca również sporo się zebrało. Znajdują się obecnie w warszawskim Muzeum 
Literatury oraz Bibliotece IBL PAN.
Z listów do brata Jerzego znajdujących się w IBL, przekazanych w roku 1967 przez 
Jerzego Gombrowicza, jeszcze za życia i za zgodą Witolda*:
23.01.57 Drogi Nidasie, zaczynam od wielu pozdrowień i pięknych ukłonów dla 
Oleni tudzież dla Teresy. Od lat się nie odzywałem, ponieważ Matka z Reną dały 
mi do zrozumienia, że to byłoby niepożądane... (...)
Wiesz zapewne, że w Polsce ma urodzić się 5 moich utworów, tj. właściwie 
wszystko, co napisałem, oprócz „Dziennika". Forsa z tych wydań będzie pokapy-
waćw ratach w ciągu tego roku... (...) Na razie z pierwszych wpływów dałem 14 
tyś. tym Paniom oraz 6 Januszowi, który zainicjował ten proces a teraz mi pomaga 
w Warszawie. Dla Ciebie przeznaczam 2 tyś., co niestety niewielką Warn 
przyniesie ulgę, ale niechaj będzie dowodem mojej pamięci. Muszę naturalnie mieć 
przede wszystkim na uwadze Matkę, która jest dotąd na utrzymaniu Reny...
7.11.57 Drogi Nidasie, donoszę iż przeczytałem Twoje o mnie wspominki w „Słowie 
L." z wielkim oczywiście zainteresowaniem (...) wolałbym tylko abyś
* W przytoczonych tu i dalej listach Witolda Gombrowicza zachowano oryginalną 
interpunkcję i pisownię ich autora.
Stryj i kuzyn
nie traktował mnie per „Gombrowicz" sam Gombrowiczem będąc (...) mniemam, że 
„Witold" czy „mój brat" to mniej uroczyste. W ogóle w familijnym łonie powinien 
panować raczej zdrowy sceptycyzm na punkcie ewentualnej wielkości jej członków.
Co się tyczy mojej „olbrzymiej wiedzy", to przyznaj iż nieco to zmitologizo-
wałeś, może na użytek Kielczan, bo Olenia świadkiem iż we Wsoli więcej 
zabawiałem się tenisem czy pingpongiem niż książkami i w ogóle nigdy do zbyt 
zapalczywych czytelników nie zaliczałem się...
28.10.64 (...) Bardzo się ucieszyłem, że jako tako się miewacie i raczej 
spokojnie Warn życie upływa.
(...) Co się tyczy tych 30 dolarów na uporządkowanie grobów rodzinnych, to Ci je 
poślę, ale nie zaraz, bo mój budżet mocno trzeszczy. Mam ludzi w Argentynie, 
którym jestem winien pieniądze jeszcze z dawnych czasów, a oni są w biedzie, bo 
teraz tam kryzys. Żywym przyznaję pierwszeństwo przed umarłymi, zresztą przyznam 
się - wygląd tych grobów nie ma dla mnie większego znaczenia - może nawet 
wolałbym żeby były zarośnięte trawą...
Listy z lat późniejszych przekazane są do Muzeum Literatury:
8.07.66 (...) Pewnie wiecie, że dostałem Prix de Litteraire za „Kosmos". Otóż 
chciałbym Warn dać mały prezencik, ale ponieważ nie mogę wszystkich Was 
uszczęśliwić (bo podatki mi zjadły prawie połowę a też muszę pooddawać niektóre 
długi, dość palące z czasów argentyńskich). Więc myślę że najlepiej zrobię 
rezerwując dla Teresy 100 dolarów.
- Gdy przebywał w Argentynie - kontynuuje pani Teresa - spotkanie z nim nie było 
realne ani dla nas, ani dla niego. Kiedy w 1963 wrócił do Europy, stało się 
bardziej możliwe. Wtedy jednak nie było jeszcze tak łatwo z wyjazdami. Oprócz 
tego i mój ojciec, i stryj Janusz, czyli jedyni żyjący członkowie najbliższej 
rodziny, byli już starzy, chorzy. W końcu, w 1966 roku, przyjechała do nas jego 
przyszła żona - Rita Labrosse, mimo wszystko nie było to jednak spotkanie z nim. 
Wreszcie w 1968, już po śmierci stryja Janusza, pojechałam ja.
Czekał na mnie z Ritą na lotnisku w Nicei. Był więcej niż wzruszony - 
trzydzieści lat nie widział nikogo z rodziny. Wiedział o wszystkim z listów, od 
Rity, lecz oczywiście spotkanie to co innego. Szczególnie że było już po śmierci 

background image

niemal wszystkich bliskich mu osób: matki, siostry, najstarszego brata. Pytał, 
jak chorowali, umierali, ile to trwało. Czekała go przecież taka sama śmierć. 
Oni wszyscy również zmarli na astmę. Janusz, Rena i Witold byli fizycznie 
podobni do matki - te wąskie klatki piersiowe - i po niej odziedziczyli chorobę.
Na wieczór Witold z Ritą wynajęli stolik w restauracji w Vence. Mieliśmy się 
bawić, pić szampana, cieszyć z rodzinnego spotkania, opowiadać so-
Jaśnie Panicz
bie to wszystko, co wydarzyło się u nas i u niego przez trzydzieści lat. Miałam 
mu tyle do powiedzenia, przede wszystkim o matce, która tęskniła za nim do 
śmierci - był przecież jej najmłodszym, ukochanym dzieckiem.
Lecz los postanowił, widać, znów go z rodziną rozłączyć. Do tego spotkania już 
nie doszło. Więcej ze sobą nie rozmawialiśmy. Tyle tylko co w drodze z Nicei do 
Vence i ze dwie, trzy godziny w jego domu. Zaraz potem dostał ciężkich ataków 
astmy, doszła jeszcze grypa żołądkowa. Cierpiał strasznie, był niezdolny do 
życia. Dniami i nocami siedział w fotelu z głową opartą o biurko - to była 
pozycja, w której stosunkowo najmniej się męczył. Tak spał, nie mógł leżeć: 
trudno mu było wówczas oddychać. Miał czterdzieści stopni gorączki, dusił się. 
Wyglądał przeraźliwie: pod oczami worki od lekarstw. W ogóle, chory, zmęczony, 
stary człowiek.
Dostałam wizę jedynie na dziesięć dni, musiałam wyjeżdżać. To była podróż, żeby 
zobaczyć już tylko jego chorobę i powolną śmierć. Choć jeszcze się z tej grypy 
wygrzebał, doszedł do jakiej takiej formy. Zmarł niemal równo w rok później - 25 
lipca 1969 roku. Jego żona pisała, że odbyło się to spokojnie. Jeszcze coś 
mówił, coś zjadł, wypił trochę wina, zdrzemnął się nawet, i nagle koniec.
Mam po nim fajkę, którą podarowała mi Rita - lekarze zalecili mu ją na astmę; 
papierosów już dawno nie mógł palić. Trochę pamiątek wyniesionych z powstania 
przez babcię Gombrowiczową: kilka szkolnych zdjęć, świadectw, metrykę urodzenia. 
Telegram od Rity zawiadamiający nas o jego śmierci. I oczywiście wszystkie 
książki w najróżniejszych językach świata, nawet japońskim.
Koresponduję również z Ritą, która zaprasza mnie czasem latem do Francji, w 
ogóle utrzymuje kontakty z resztką naszej rodziny.
A oprócz mnie i mojej matki z najbliższej rodziny w kraju żyją jeszcze dwie 
kuzynki Gombrowiczów: Marietta Borewiczowa oraz Stanisława Ci-chowska, 
jednocześnie pasierbica stryja Janusza.
Lecz nasze nazwisko, nasz ród, nie zaginą.
Józio, syn stryja Janusza, znalazł się po wojnie we Francji, ożenił z Francuzką. 
Mają czworo dzieci: dwóch synów, dwie córki - nadzieje naszego rodu.
Czerwony krawat

>-

Babka pani Marietty Borewiczowej - Antonina Nartowska z domu Gombrowicz, to 
rodzona siostra Jana Gombrowicza, ojca Witolda. Witold i jego bracia byli więc 
wujami pani Marietty, jednak jako młodzieńcy bardzo nowocześni wymagali 
zwracania się do siebie po imieniu. Bardzo często wpadali do domu jej rodziców 
na Hożą.
- Marylciu - mówił Witold do matki pani Marietty, czyli do swojej ciotecznej 
siostry-daj mi Marietkę! Idziemy do „Simu"! ,»,
Stryj i kuzyn
Zabierał ją tam czasem - trochę mu się chyba podobała. Nudziła się jednak z jego 
towarzystwem. Sami początkujący poeci, literaci (między innymi Uniłowski), nie 
bardzo więc mogła włączać się w rozmowy.
Pani Borewiczowa mieszka nadal w Warszawie. Na ścianach jej mieszkania wiszą 

background image

portrety rodziców Witolda wykonane przez Kazimierza Górskiego, a przede 
wszystkim portret Witolda pędzla jego przyjaciela, Eliasza Kanarka.
- Cała rodzina - wspomina pani Borewiczowa - tłumaczyła jego matce: Tosiu, 
robisz przecież z Witka kalekę! - Ciągle pakowała go do łóżka, wpychała pod 
pachę termometr, sprawdzała, czy założył szalik. Woziła nawet i po zagranicznych 
uzdrowiskach, według niej miał „coś z płucami", choć naprawdę nie było powodów 
do obaw. Chodziła z nim wyłącznie lewą stroną placu Mokotowskiego, obok którego 
mieszkali - uważała, że po prawej wieją silniejsze wiatry, które mogą mu 
zaszkodzić. W rezultacie nie posiadał najmniejszej odporności i faktycznie był 
chorowity.
Była oschła, surowa. Może tak ją wychowano?! Czy też był to skutek nieustannego 
niepokoju i uzasadnionej zazdrości w stosunku do męża, rzeczywiście wielkiego 
kobieciarza. Wuj Jan nawet u nas bywał w tajemnicy przed nią - nie uwierzyłaby, 
że odwiedzał tylko rodzinę. W każdym razie choć bardzo Witka kochała - nigdy go 
nie przytuliła, nie pocałowała. Tylko ta bezwzględna troska o jego zdrowie, 
czuwanie nad lekcjami, przede wszystkim francuskim. Dość długo odprowadzała go i 
przyprowadzała za rączkę ze szkoły, co budziło śmiech jego kolegów.
Choć i wuj Gombrowicz ogromnie dbał o Witka. Młodzież ziemiańska, nawet bardzo 
zamożna, wyjeżdżała zwykle na wakacje na wieś, do rodzinnych majątków. Witold - 
jako młody student - pojechał do Paryża. Dostał od ojca do dyspozycji książeczkę 
czekową, mógł z niej korzystać bez ograniczeń! Ojciec z matką bardzo go prosili, 
żeby koniecznie pojechał również odpocząć na południe, na Riwierę, miało to 
dobrze zrobić jego płucom, o które nadal się obawiali.
Na pewno właśnie przez zbytnią opiekuńczość matki tak długo był milczący, 
zamknięty w sobie. Bardzo nieśmiały; zwłaszcza wobec kobiet. Wobec mężczyzn 
zresztą też - zawsze wydawało mu się, że ma niemęską, dziewczęcą urodę. Jego 
bracia bawili się, tańczyli, flirtowali z pannami, brylowali w towarzystwie. On 
nie.
Później bardzo chciał w jakiś sposób dominować, drażnić, szokować. Nowych gości 
zaskakiwał pytaniem: - Co by pani zrobiła, gdyby tak wsiadła do karety, a tu 
wylała się na panią zupa szczawiowa? - W pamiętniku, w którym wszyscy pisali mi 
wierszyki w rodzaju „Na górze róże, na dole fiołki", napisał:
Jesteś unikatem wśród wielu ciotek
wydzielających starych ksiąg zapach,
które są zgorzkniałe, smutne, mądre jak wujaszek.
Jaśnie Panicz
Rada dla Marietki: zamiast do klasztoru -wstąp do operetki!
Teraz to oczywiście nic, lecz wtedy wstydziłam się pokazywać komukolwiek swój 
pamiętnik. Z takimi bredniami?
Był wprost wniebowzięty, gdy Kanarek, twórca jego portretu, namalował go w 
czerwonym krawacie, choć ani mu w czymś takim nie pozował, ani nawet nie miał. 
Powiesił portret w swoim pokoju i cała rodzina chodziła oglądać dzieło. Tadeusz 
Kępiński umieścił jego reprodukcję w drugim wydaniu swojej książki o Witoldzie. 
Zdjęcia są jednak czarno-białe, znikł więc zupełnie skandaliczny charakter 
portretu.
Większość rodziny i kolegów, których znałam, nie rozumiała go i nie traktowała 
poważnie. Nie zmieniły tego jego pierwsze utwory: „Pamiętnik z okresu 
dojrzewania", potem „Ferdydurke". Przeciwnie, ugruntowały opinię, że z Witkiem 
nie jest najlepiej. Byliśmy wychowani na literaturze niepodległościowej, 
patriotycznej, poważnej - chociażby Żeromskim, Sienkiewiczu, a tu gorszące 

background image

zwroty: „przyprawić pupę", „przyprawić gębę", „zgwałcić przez uszy"... No i to 
bezsensowne zakończenie „Ferdy": „Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba!".
Potem Witold wyjechał, zawsze jednak wiedziałam, co się z nim dzieje -odwiedzał 
mnie często kuzyn Janusz Gombrowicz. Witold z nim przede wszystkim korespondował 
i nie dziwiłam się. Janusz cenił jego twórczość, bardzo chciał, żeby wszystko 
wyszło w Polsce - pomagał mu w tym, jak potrafił. Łączyło ich również podobne 
poczucie humoru i w pewnym sensie styl życia.
Janusz na przykład płacił moim synom po sto złotych za każdą dwójkę przyniesioną 
ze szkoły. Moją mamę, czyli swoją cioteczną siostrę, którą zresztą bardzo lubił, 
witał zawsze:
- Marylciu, tyś jeszcze nie zdechła? Jeszcze się na tym świecie męczysz?
W latach pięćdziesiątych miał masę kłopotów. Więc on - Gombrowicz, były pan na 
Potoczku, żył tak, żeby jak najmniej rzucać się komukolwiek w oczy. Malutki, 
kwaterunkowy pokoik, w którym mieścił się właściwie tylko tapczan. Żadnych dóbr 
materialnych - wyłącznie dwie koszulki. Jedna aktualnie na nim, druga namoczona 
w miednicy. I ta abnegacja została mu do końca życia.

; i

W roku 1974, już po śmierci kuzyna Witolda, w warszawskim Teatrze Dramatycznym 
odbyła się premiera „Ślubu". Wypożyczono ode mnie portret Witolda i ustawiono go 
w hallu teatru. Na premierę, a po niej na uroczyste przyjęcie, dyrektor Holoubek 
zaprosił całą naszą rodzinę, w tym mnie, Teresę Gombrowicz, Stachę Cichowską, 
kuzynów Sołtanów, a także adwokata de Vi-riona z córką, który prowadził wtedy 
sprawy wydania w kraju dzieł Witolda. Co najważniejsze, między innymi właśnie z 
tej okazji przyjechała wtedy do Polski - już po raz drugi - wdowa po Witoldzie, 
pani Rita Gombrowicz.
Stryj i kuzyn
Rozmawiałam z nią i okazało się, że Witold jej o mnie wspominał, nazywał 
ulubioną oraz najładniejszą z kuzynek, noszącą oprócz tego nazwisko niemal tak 
szykowne, jak i jego. Uważał, że nazwiska zakończone na -icz, takie właśnie jak 
Gombrowicz czy Borewicz, są w najlepszym tonie. Te na -ski lub -cki - zbyt 
pospolite, „gminne". Wzruszyłam się. Minęło przecież tyle lat, a ten kpiarz 
jednak pamiętał! Właściwie nic w tym dziwnego. Zawsze wiedziałam, że nosi tylko 
maskę. Pamiętam, był tak wzruszony na pogrzebie swego ojca - cały czas stał 
wyprężony na baczność - że zawsze wiedziałam, iż to w gruncie rzeczy bardzo 
rodzinny chłopak.
Przenosiny
Franciszka z Kotkowskich była stryjeczną siostrą Antoniny z Kotkow-skich 
Gombrowiczowej, matki Witolda. Pierwszy mąż Franciszki (i kuzyn jednocześnie) to 
Jan Cichowski. Drugi (również kuzyn) - Janusz Gombrowicz. Matka Witolda była 
więc zarówno kuzynką, jak i teściową Franciszki.
Pani Stanisława Cichowska, dziś już rencistka*, jest córką Franciszki z 
pierwszego małżeństwa. Tak że Gombrowiczowie to jej kuzyni, a Janusz Gombrowicz 
jeszcze ponadto ojczym. A później - także i najbliższy człowiek na świecie, 
towarzysz życia. Pani Cichowska nie ukrywa bowiem, że Janusz opuścił Franciszkę, 
swoją żonę, a jej matkę, i związał się właśnie z nią; swoją pasierbicą. 
Zamieszkali razem, przeżyli szczęśliwie prawie trzydzieści lat. Oczywiście był 
to dla rodziny, a szczególnie pani Gombrowiczowej - matki Janusza - ogromny cios 
i szok. Hańba i tragedia, którą otaczano tajemnicą. Ukarano ich rodzinną 
infamią, w towarzystwie starano się nawet o nich nie wspominać, traktować niczym 
umarłych. Mało kto nie zerwał z nimi stosunków, nikt ich nie odwiedzał ani nie 
zapraszał. Januszowi zresztą zupełnie na tym nie zależało i żyli właściwie tylko 

background image

we dwójkę. Choć Witold na przykład pisywał całe życie - i to bardzo serdecznie - 
nie tylko do nich, ale i do Franciszki, żony Janusza, matki Stanisławy 
Cichowskiej.
Po śmierci Janusza pogodziła się z matką, przeprowadziła się do niej, opiekowała 
się nią aż do śmierci podczas jej wieloletniej, ciężkiej choroby. I dziś mieszka 
samotnie w Brwinowie pod Warszawą, w domu - dworku właściwie, który był kiedyś 
własnością matki oraz jej kuzynki Wandy Jankow-skiej z domu Kotkowskiej. 
Wielkim, pięknym, lecz już bardzo zaniedbanym i zniszczonym. Po wojnie - ze 
względu na olbrzymi metraż - przeszedł pod kwaterunek i pełen jest 
najrozmaitszych lokatorów, którym ani w głowie troska o państwową własność.
Mieszkanie Stanisławy Cichowskiej ma około stu metrów kwadratowych, kilka 
wielkich pokoi. Ponieważ jednak ciężko jej już utrzymywać je w po-
Zmarła w 1987 r.
4. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
rządku, a zwłaszcza ogrzewać, mieszka właściwie tylko w jednym, pełnym cennych 
pamiątek po Gombrowiczach. Jest tam przede wszystkim lustro z połowy XVIII wieku 
ozdobione ich herbem, sekretarzyk - dzieło lenogir-skich stolarzy, przywieziony 
jeszcze przez dziadów Witolda z Litwy. Wszystko generalnie odnowione. Ma też 
mały stolik z rzeźbionymi nogami (stoi na nim telewizor), lecz to już mebel 
rodem z Bodzechowa - własność Anieli Kotkowskiej, babki Witolda. Jeszcze nie 
odnowiony, ciągle jakoś brak pieniędzy.
- Kuzyn Witold? Bardzo dobrze go pamiętam, mówiliśmy sobie po imieniu, 
widywaliśmy się do roku 1939, korespondowaliśmy ze sobą aż do jego śmierci.
Pierwsze spotkanie z nim, które pamiętam, odbyło się w Bodzechowie. Miałam wtedy 
sześć lat, on szesnaście. Ogromnie lubiłam się popisywać, a ponieważ słyszałam, 
że jest bardzo nowoczesny - zagrałam na fortepianie i zaśpiewałam: „Artystki z 
variete nie biorą miłości zbyt poważnie...". Zamiast jednak pochwalić mnie, 
powiedział:
- Czy to nie za wczesny dla ciebie repertuar, moje dziecko?
Później przyjeżdżał czasem do mamy i ojczyma do Potoczka. Lecz tylko wtedy, gdy 
trochę chorował, bo nudził się u nas. Sąsiadów niewielu, dwór w lesie, oprócz 
polowań, których nie lubił, trudno było o inne rozrywki. Mogłabym oczywiście 
przypomnieć sobie wiele z nim scenek, tylko czy miałoby to sens? Lepiej powiem, 
co mu zawdzięczam, to przecież najważniejsze.
Po pierwsze, wpłynął bardzo na mój rozwój intelektualny.
Byłam dzieckiem niechcianym, takim trochę niczyim. Moja mama wyszła za mąż, 
mając siedemnaście lat. Chciała wyrwać się z domu, bawić, bywać w towarzystwie. 
Dziecko nie wchodziło w grę. Gdy się urodziłam, zawiozła mnie zaraz do 
Bodzechowa, do swojej matki, gdzie się wychowywałam. Potem byłam na uboczu 
jeszcze bardziej - mama rozwiodła się, wyszła drugi raz za mąż, właśnie za 
Janusza Gombrowicza. W końcu, w 1927 roku, gdy miałam trzynaście lat, moja babka 
kupiła mieszkanie w Warszawie na Wilczej 42 (kamienica stoi do dziś). 
Zamieszkałyśmy razem, zaczęłam chodzić na pensję Platerówny.
A w Warszawie odwiedzałam często wujostwo Gombrowiczów. Kuzyn Witold zajął się 
mną w sposób dla mnie dotychczas niespotykany. Byłam młodą panienką, chodziliśmy 
więc razem do teatru - na przykład na „Lato w Nohant" Iwaszkiewicza, potem długo 
rozmawialiśmy o tym, co widzieliśmy. Zawsze wracaliśmy piechotą - Witold nie był 
specjalnie rozrzutny, żałował na taksówkę. Już wtedy pisał, obracał się w 
„środowisku" i ceniłam jego opinię, rady. Czytałam - albo tylko próbowałam - 

background image

wszystko, o czym wspominał. Nawet i Wellsa, w ogóle dzieła filozoficzne. Każdą 
zresztą książkę, którą chwalił. Oczywiście wyszło mi to tylko na dobre. Później, 
niestety, nikt mnie już tak w górę nie ciągnął.
Po drugie, Janusz, mój ojczym, zawdzięcza Witoldowi życie.
Stryj i kuzyn
Gdy był w czasie wojny w Mauthausen, któregoś dnia brano więźniów setkami do 
gazu. Janusz był już w jednej z nich, gdy nagle jakiś szrajber, Polak, krzyknął:
- Gombrowicz?
- To ja - mówi Janusz. A on na to:
- Witold?
- Tak - mówi bezwiednie Janusz, bo co to w końcu za różnica umierać jako Janusz 
czy Witold?
- Pisarz? Autor „Ferdydurke"? - pyta ten dalej i nie czekając na odpowiedź, 
wyciąga Janusza z szeregu. Janusz nigdy więcej już go nie widział i nie 
dowiedział się, kto go uratował. Czy ten szrajber wykonywał czyjeś polecenia? A 
może sam znał lub czytał Witolda? Witold był znany przed wojną, przede wszystkim 
właśnie po „Ferdydurke", tak że było to jak najbardziej możliwe. Po tym 
incydencie starano się odsuwać Janusza od najcięższych robót. W ogóle traktowano 
go jako pisarza, którego trzeba szczególnie chronić. Oczywiście niczego nie 
prostował i przeżył. Choć gdy wyszedł, był żywym trupem - ważył trzydzieści pięć 
kilogramów.
10.04.1960 (...) Napisz mi w końcu, w jaki sposób „Ferdydurke" Cię ratowała, bo 
nigdy się tego nie dowiedziałem... - pisał Witold do brata.
Po trzecie, Witold pomagał mi i - choć już nie żyje - nadal pomaga finansowo.
Po wojnie Gombrowiczowie stracili wszystko - pieniądze, majątki, pozycję. 
Właściwie tylko Jerzy się zasymilował, radził sobie i jego rodzina nie 
potrzebowała pomocy. Lecz byli przecież inni. Wprawdzie Rena pracowała, 
mieszkała jednak ze starą matką. Moja mama dostała rentę za Potoczek, tylko że 
nie było tego za wiele - dopiero przed samą śmiercią brała 2600. Ja również 
pracowałam, gdzie się dało, lecz jedynie siedemnaście lat; potem Janusz chorował 
na astmę i trzeba go było pielęgnować - nie mogliśmy sobie pozwolić na 
pielęgniarkę. Żal mi też było zostawiać go samego na całe dni, wiedziałam, że to 
jego ostatnie chwile. Nie wysłużyłam więc emerytury. A już Janusz nigdy nie miał 
stałego zajęcia - najpierw kurował się po obozie, potem złapał wyrok i choć go w 
końcu uniewinnili, niełatwo było o pracę z haczykiem w papierach, wrogim 
pochodzeniem i nazwiskiem. Na szczęście miał głowę do interesów. Potem jednak 
przyszła astma, nie mógł chodzić, zarobki się urwały.
Oczywiście, bardzo długo o pomocy ze strony Witolda nie było mowy -sam żył w 
biedzie, lecz gdzieś tak od pięćdziesiątego siódmego, ósmego roku, gdy tylko 
zaczai być wydawany, tłumaczony, wystawiany, pomagał nam w miarę swoich 
możliwości. Co kwartał wysyłał trzydzieści pięć dolarów i bardzo się to 
wszystkim przydawało. Przesyłał w pesos i w banku wymienialiśmy na bony. Dzielił 
oczywiście on. Najwięcej matce, Renie, potem Januszowi, mnie. Kiedyś nie miał 
chyba pieniędzy, dostaliśmy więc kawę.
Jaśnie Panicz
A jakżeśmy się cieszyli, gdy w 1957 roku wyszły jego książki! Tyle pieniędzy i 
niemal wszystkie dla nas! Potem, gdy mieszkał już w Europie, był zamożniejszy - 
tym bardziej nie zapominał o Januszu, o mnie, czasem i o Jurku. Matka oraz Rena 
już wtedy nie żyły. Co kwartał mieliśmy od niego osiemdziesiąt dolarów, a to 
była wtedy duża suma.

background image

Nawet pogrzeb Janusza odbył się za pieniądze Witolda. Nie mieliśmy przecież 
oszczędności, rent, nic. Po jego śmierci zaraz wysłał mi pieniądze i list. 
Pisał, że będzie prosił swoich dobrych znajomych: Tadeusza Brezę i Jarosława 
Iwaszkiewicza, żeby pomogli znaleźć mi jakąś posadę - musiałam przecież z czegoś 
żyć. Niby się starali, nic jednak nie załatwili, choć gdyby tylko chcieli...
Tego listu Witolda nie oddałam do Muzeum Literatury. Wydawał mi się wówczas zbyt 
osobisty:
Droga Stasiu, wczoraj późnym wieczorem otrzymaliśmy Twój telegram. Wyobrażam 
sobie, biedactwo, jak musiałaś być zmęczona i roztrzęsiona. Ja z ulgą 
dowiedziałem się o śmierci Janusza, gdyż to konanie bylo beznadziejne. Oczekuję 
Twojego listu, chciałbym wiedzieć, czy wszystko odbyło się bez większych 
cierpień. Przekaż ode mnie Dzidzi* serdeczne uściśnienia.
Telegraficznie wysłałem dziś do Rysia 10 dol. Żeby Ci zaraz przesłał. Jeżeli Ci 
potrzeba więcej, telegrafuj. Pamiętaj, że Staś Sołtan był mi winien 40 dol. 
(przypuszczam, że już Ci oddał). Myślę, że Jurek pomoże Ci we wszystkim. Biorę 
na siebie koszta pogrzebu.
Będziesz miała pewnie okres trudny, ale wszystko powoli się znormalizuje i 
będziesz mogła urządzić sobie życie. Ja naturalnie będę Ci w dalszym ciągu 
przesyłał pieniądze, a też myślę, że przy pomocy Jarosława i Tadeusza uda się 
znaleźć dla Ciebie jakąś pracę przyjemniejszą. Napisz mi o tym, jak trochę 
wypoczniesz. Wobec śmierci Janusza będę musiał jeszcze raz do nich pisać, 
polecając im już tylko Ciebie.
Trzymaj się mocno, najgorsze już przeszło, ja bardzo Ci jestem wdzięczny za 
opiekę tyloletnią nad Januszem, ściskam Cię serdecznie 10168

Witold

- Przed swoją śmiercią pamiętał, że jestem w trudnej sytuacji. Nie mam przecież 
renty, moja mama jest stara, chora i niedołężna, a Janusz już w grobie. Polecił 
mnie więc opiece swojej żony. Prosił, żeby pamiętała o jego rodzinie w kraju, a 
przede wszystkim właśnie o kuzynce Stasi. Był mi bardzo wdzięczny za opiekę nad 
Januszem, którego kochał. I wdowa po nim wypełnia jego wolę - pamięta o mnie 
regularnie. Co jakiś czas dostaję od niej większą sumę. Również i dla mnie jest 
część dochodów z jego sztuk wystawianych w polskich teatrach. Zgodnie z umową 
zawartą z ZAiKS-em Rita
* Franciszka z Kotkowskich Gombrowiczowa, matka Stanisławy Cichowskiej.
Stryj i kuzyn
mogła otrzymywać je w dewizach. Wybrała jednak złotówki, które przeznaczyła dla 
rodziny Witolda żyjącej w kraju - głównie właśnie dla mnie oraz Teresy 
Gombrowicz i jej matki.
W końcu, mimo że przepracowałam tylko siedemnaście lat, w 1978 roku ZUS przyznał 
mi jednak rentę. Lecz do tego czasu żyłam dzięki pamięci Witolda i sztukom przez 
niego napisanym. Na szczęście ciągle go jakiś teatr wystawiał i wystawia.
Sprzedałam również do Muzeum Literatury sto osiemdziesiąt listów, które napisał 
do Janusza i do mnie. Zrobiłam to z zastrzeżeniem, że mogą być publikowane w 
dziesięć lat od daty sprzedaży. Ten czas już niedługo mija, więc gdy się, być 
może, ukażą - będą ciekawym, bo nieznanym przyczynkiem do jego portretu nie tyle 
pisarza, ile człowieka.
Widać w nich bowiem - wbrew temu, co sam podtrzymywał, ponieważ nie pasowało mu 
to wyraźnie do wizerunku artysty - jak bardzo interesował się rodziną. Wypytywał 
o wszystko i wszystkich, troszczył się - pisał na przykład do mnie, żebym 
przypadkiem nie żałowała na leki dla Janusza. A przede wszystkim - choć w 
Argentynie mu się nie przelewało - wysyłał nam pieniądze niemal regularnie. I 

background image

usprawiedliwiał się, gdy było mniej niż trzydzieści pięć dolarów, bo nie 
wypłacili mu jeszcze obiecanej zaliczki czy też pesos właśnie spadł albo akcje, 
w których ulokował pieniądze, nie dały spodziewanych dochodów.
Dopiero w tych listach widać tak naprawdę jego chorobę. Janusz przecież też 
cierpiał na astmę, informowali się więc nawzajem, co biorą, wysyłali sobie 
lekarstwa. Witold długo łudził się, że to tylko katar wietrzny, potem, że pomoże 
mu klimat Riwiery.
Był tak chory, że gdy na pół roku przed śmiercią brał ślub, nie mógł już nawet 
wstać z fotela, żeby powiedzieć „tak". Ślub odbył się w jego domu -państwa 
młodych odwiedził mer. Przyszedł też - nie wiadomo po co - policjant, i Witold 
się wystraszył. Świadkami byli państwo Paczowscy, na zakończenie szampan, i po 
wszystkim.
Gdy przekonał się, że jest śmiertelnie chory - myślał o samobójstwie, prosił 
żonę oraz przyjaciół o rewolwer, ale nikt mu go nie dał. Miał wprawdzie pod ręką 
środki uspokajające, nie chciał jednak kończyć życia w ten sposób.
Zawsze bardzo chciałam go zobaczyć, lecz nie doszło do tego. Raz tylko mało 
brakowało, a rozmawialibyśmy ze sobą przez telefon! Gdy w 1963 roku przyjechał 
do Berlina, zaraz napisał, że ma telefon i możemy dzwonić! Polecieliśmy na 
pocztę na Grochowie, tylko gdy uzyskaliśmy wreszcie połączenie z Berlinem, ani 
Janusz, ani Witold nie potrafili wykrztusić słowa - dwadzieścia cztery lata nie 
słyszeli swoich głosów.
Za kilka dni dzwoniliśmy znów - tym razem ja chciałam z nim porozmawiać. Lecz 
już złapała go astma, przebywał w klinice. Zaszkodziła mu bardzo zmiana klimatu. 
Pojechał do Europy po sławę i śmierć. Później dzwoniłam
Jaśnie Panicz
kiedyś do Vence i znów się nie udało - w przeddzień miał zawał serca, nie było 
mowy, żeby podszedł do telefonu.
Do Francji pojechałam dopiero w 1975 roku - na zaproszenie Rity.
Tak że w końcu zobaczyłam w Yence już tylko jego grób. Pojechałyśmy tam razem z 
Ritą. Przywiozłam mu kwiaty. Prawie że odchorowałam tę wizytę.
Owszem, grobowiec ma piękny, z biało-różowego prowansalskiego marmuru. Nigdy w 
życiu nie widziałam jednak bardziej przygnębiającego i bezosobowego cmentarza. 
Przypomina schludne laboratorium. Żadnej roślinki, drzewka, tylko rzędy 
identycznych płaskich płyt z krzyżem, imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia i 
śmierci. A Witold nie ma nawet krzyża. Wymusiłam na Ricie obietnicę, że mu go 
umieści, i prawdopodobnie już to zrobiła. Co prawda, oboje niewierzący, jednak 
tradycja zobowiązuje.
Po tej wizycie myślę często, że on się tam męczy. Leży też sam jak palec. 
Owszem, żona go odwiedza, składa kwiaty. Jednak nie za często. Z Yence dawno się 
już wyprowadziła, zamieszkali tam wyłącznie dla jego zdrowia. Gdy skończy pisać 
książkę o nim, prawdopodobnie wyjedzie do Kanady, gdzie ma rodzinę. Odwiedzi go 
też czasem Józio z dziećmi, Polacy przebywający lub przejeżdżający latem przez 
Riwierę. I to już właściwie wszyscy.
A przecież on ma swoje miejsce w grobowcu rodzinnym Gombrowiczów w 
Przybysławicach w Sandomierskiem. Przybysławice to parafia Jakubowie, wsi, którą 
kupił po przyjeździe z Litwy jego dziad. Dziad Onufry i babka Antonina tam są 
właśnie pochowani, mają tablicę „Przybyli z guberni kowieńskiej", dziad ma w 
trumnie woreczek z ziemią z cmentarza poremi-golskiego na Litwie - miejsca 
spoczynku kilkunastu pokoleń Gombrowiczów. W Przybysławicach leży również ojciec 
Witolda: Jan, brat Janusz, jego żona, ja również będę tam pochowana - to moja 

background image

ostatnia wola.
Matka Witolda spoczywa w Kielcach, nie chciała leżeć obok swego małżonka. Rena 
oraz Jerzy w Radomiu - tam skończyli życie i Teresa z Olenią chciały ich mieć 
jak najbliżej.
Nie od razu powstał w Przybysławicach grób rodzinny. Pochowano tam najpierw 
tylko dziadków Witolda. Jego ojciec zmarł w Warszawie, przez pewien czas leżał w 
katakumbach na Powązkach. Ponieważ jednak zawsze mówił, że chciałby spocząć obok 
swoich rodziców, a już szczególnie ukochanej matki, Janusz wykupił zaniedbane 
sąsiednie groby i na tym miejscu wybudowano murowaną kryptę.
Może się tam pomieścić aż dwanaście trumien - w założeniu miała tam leżeć cała 
rodzina. Więc po co Witold ma się męczyć w dalekim Yence, gdzie bardzo rzadko 
odwiedza go ktoś z Polski? Jego dziad spoczął jednak w kraju i z nim powinno być 
podobnie. Poza tym jest przecież tak polskim pisarzem, że jego miejsce właśnie 
tutaj.
To najpiękniejszy wiejski cmentarz, jaki znam. Płaczące białe brzozy, stare 
drzewa, pełno kwiatów, ptaków. Proste drewniane krzyże. Przychodzą okoliczni 
chłopi, modlą się, płaczą. Cmentarz leży na wzgórzu i widać do-
Stryj i kuzyn
brze Jakubowice - wieś jego dziadów. Gdy przyjeżdżam do Przy by sławie, zawsze 
daję organiście parę złotych i na grobach jest porządek. Choć należałoby już je 
odnowić.
Zawsze bardzo chciałam odwdzięczyć się Witoldowi za jego pamięć o mnie. Przecież 
tylko dzięki niemu radzę sobie jakoś finansowo. Nigdy jednak nie wiedziałam, jak 
to zrobić. Po wizycie w Vence stało się jasne. Gdy tylko zdrowie mnie nie opuści 
i będę żyła - prędzej czy później sprowadzę jego prochy do Przybysławic. 
Najważniejsze, czyli miejsce, przecież ma, odpada połowa kłopotów. Może w tym 
lub przyszłym roku, gdy będę miała pieniądze, wyjadę znów do Francji i zacznę 
wszystko załatwiać.
Rodzina ma do tego prawo. Oczywiście, niezbędna jest zgoda jego żony. Lecz już z 
nią na ten temat rozmawiałam. Nie dała mi jeszcze słowa ostatecznego, nie mówiła 
jednak: nie. Myślała, żeby pochować go w Paryżu, ale nie chciał. I z Paryża ma 
teraz do niego daleko. Ponadto jest przecież Kanadyjką, być może wróci kiedyś do 
swego kraju.
Józio natomiast mieszka w Paryżu, nie jeździ więc do niego za często. Nie 
wiadomo również, jak potoczy się życie jego dzieciom. Gdzie będą mieszkały? 
Gdzie osiądą? Może któreś z nich zdecyduje się jednak na Polskę? Nigdy nic nie 
wiadomo. I kto wtedy zapali na jego grobie lampkę?
Odpukać - sam los chce, żebym to przeprowadziła. Wszystko mi się jak na razie 
dobrze układa. Najprawdopodobniej zamienię wreszcie swoje wielkie mieszkanie na 
kawalerkę z wygodami. Dostałam rentę. Rita o mnie pamięta. Sztuki Witolda ciągle 
są grane.
Więc gdy tylko zdrowie mnie nie opuści - sprowadzę go do kraju. Jestem starszą, 
upartą, samotną kobietą, mam bardzo dużo czasu. Prędzej czy później Witold i tak 
spocznie w Przybysławicach. To jedynie kwestia czasu.
Kres
Ja jestem artystą po matce. (...) j Ona bardzo mnie kochała. ' Dominiąue de 
Roux, „Rozmowy z Gombrowiczem"
Pani Irena Możdżeńska, lat 80, obecnie mieszkanka warszawskiego domu rencistów 
przy ulicy Nowoursynowskiej, była przyjaciółką Reny Gombrowicz, siostry Witolda, 
uczyły się też razem w gimnazjum Platerówny. A co najważniejsze, po wojnie z 

background image

Reną i jej matką prawie czternaście lat mieszkały w Kielcach w jednym mieszkaniu 
- wynajmowały sąsiednie pokoje. Tak że Witold Gombrowicz jest dla niej osobą 
znaną i nawet poniekąd bliską, choć właściwie widywała go tylko w Warszawie, 
podczas swoich wizyt u Reny.
W czasie wojny Irena Możdżeńska znalazła się w Niemczech, w obozach pracy 
przymusowej. W 1945 nie chciała wracać do Warszawy - nie było już jej domu i 
rodziny, z wyjątkiem kilku dalszych krewnych w Kielcach, dlatego też pojechała 
tam pierwszym transportem. Szybko się dowiedziała, że los rzucił tu także Renę 
Gombrowicz i jej matkę. Przeszły Powstanie Warszawskie, Pruszków, przyjechały do 
Kielc, ponieważ przeniosła się tu ze zburzonej stolicy księgarnia katolicka 
„Yerbum", w której Rena pracowała przed wojną i w czasie okupacji. Pani 
Możdżeńska szybko się z nią skontaktowała, Rena natomiast poleciła ją swojej 
gospodyni oraz przełożonym księgarni. Nie tylko więc razem mieszkały, ale 
również pracowały.
I tak żyły - wynajęte pokoje, niewielkie pensje - praca niemalże społeczna. 
Oczywiście, nie była to bieda: pokoje duże, ładne, dobrze umeblowane, dwa razy w 
tygodniu dziewczyna do sprzątania, obiady u właścicielki mieszkania, a gdy była 
w złym humorze - u dozorczyni. Jedynie śniadania oraz kolacje we własnym 
zakresie, i skromnie: jajka, parówki, herbata. Rena przygotowywała wszystko dla 
siebie oraz matki - pani Gombrowiczowa nigdy nie nauczyła się nawet kroić 
chleba, parzyć herbaty. Zarówno ona, jak Rena miały też na większe wydatki czy 
na czarną godzinę resztki biżuterii i dolarów, które wyniosły z powstania 
zaszyte w spódnicach. Naturalnie daleko jednak było do tego, jak żyły wcześniej. 
Matce Reny: pani z Bodzecho-
__________________Kres__________________
wa, Małoszyc, potem żonie przemysłowca, zajmującej zawsze wielkie, luksusowe 
apartamenty, nigdy pewnie nie przyszło do głowy, że będzie mieszkała w jednym 
pokoju - wynajętym, umeblowanym cudzymi rzeczami.
Mimo to ani ona, ani Rena wcale nie rozpaczały, nie skarżyły się. A Renie było 
już absolutnie wszystko jedno, gdzie mieszka, co jada i jak się ubiera. 
Pochłaniała ją bez reszty jej praca, taka była zawsze. Przed wojną pracowała nie 
tylko w „Verbum", lecz i z niewidomymi dziećmi w Laskach (kiedyś obiecała 
przywieźć im z zoo prawdziwego niedźwiadka, i dotrzymała słowa). Była też 
„Wiekiem", czyli wiceprzewodniczącą Koła Młodych Ziemianek, i ta jej 
działalność, między innymi biblioteki ludowe, szwalnie społeczne, kluby dla 
młodych robotnic, towarzystwa opieki nad matką i niemowlęciem, niesłychanie 
śmieszyła Witolda, który nie żałował siostrze złośliwostek.
Raz tylko był z jej pracy i funkcji niesłychanie zadowolony. Do Polski 
przyjechała młoda wówczas i prześliczna Indira Gandhi, którą Rena - razem z 
działaczkami innych organizacji kobiecych - gościła w Warszawie. Zaprosiła ją na 
śniadanie do domu na Służewską. Indira zrewanżowała się na drugi dzień 
śniadaniem w „Bristolu". Witold poleciał tam raniutko, zarezerwował obok stolik 
i cały czas gapił się bezwstydnie na egzotyczną Indirę, która najwyraźniej go 
zafascynowała.
Rena prezesowała również Kołu Byłych Platerek, które istnieje zresztą do dziś. 
(Aż strach pomyśleć, jak wyglądałoby bez niego życie pani Moż-dżeńskiej. Nie 
widzi już prawie zupełnie, nie ma nikogo z rodziny. Na szczęście co tydzień 
wpada któraś z Platerek, czyta jej książki, gazety, pisze listy, prowadzi na 
spacer - personel zakładu nie ma czasu na takie luksusy).
Pani Gombrowiczowa stała się nawet bardziej bezpośrednia i przyjacielska niż w 

background image

czasach warszawskich. Cóż, trudno, wszystko przewróciło się do góry nogami, lecz 
żyć - choć w innych warunkach - trzeba dalej. I gdy one z Reną wychodziły rano 
do pracy, zostawała w domu. Modliła się, odmawiała różaniec, czesała swoje 
długie do kostek włosy, których za nic nie dawała skracać, czytała książki; 
głównie klasykę polską i obcą, z gazet jedynie „Tygodnik Powszechny", udzielała 
lekcji francuskiego studentkom, które również wynajmowały tutaj jeden pokój. Po 
obiedzie Irena Możdżeńska parzyła jej czarną kawę, pani Gombrowiczowa natomiast, 
zawsze zresztą elegancka, dostojna, zakładała złoty łańcuch - pamiątkę dawnych 
czasów, i rozmawiały. Zdarzało się, że przyjmowały gości - po wojnie w 
spokojnych Kielcach zamieszkało trochę ludzi z ich dawnego środowiska. 
Przyjeżdżał też czasem syn Janusz z Warszawy, z Radomia syn Jerzy z żoną i 
córką.
Najważniejsze jednak były dni, kiedy przychodziły z Argentyny listy od Witolda: 
syna najmłodszego, który po wojnie odszukał rodzinę przez Czerwony Krzyż. 
Zdarzał się taki dzień raz w miesiącu - pisał bardzo regularnie. Oddzielnie do 
matki i Reny, które sobie potem opowiadały treść listów. Pani Gombrowiczowa - 
tak jak i jej córka - nie była osobą wylewną, tylko po-
Jaśnłe Panicz
wściągliwą, opanowaną, skrytą; szczególnie w sprawach osobistych, rodzinnych. O 
Witoldzie lubiła jednak powiedzieć czasem kilka słów. To był jej najbardziej 
kochany i udany syn. Ten, któremu się w życiu powiodło.
Bo Rena, owszem, idealna córka, dbała przecież o matkę do ostatnich jej dni. 
Tylko cóż, chora na astmę, surowa, niekobieca, samotna stara panna. Co 
najdziwniejsze, wszyscy trzej synowie byli wprost przepiękni, jedyna, upragniona 
córka - nieładna. Nie wyszła za mąż, nad czym matka skrycie bolała. Choć jeszcze 
na Służewskiej w Warszawie państwo Gombrowiczowie stroili ją, urządzali dla niej 
bale, w rezultacie których pan Gombrowicz chodził zdenerwowany po wielkich 
pokojach - widział przecież córkę siedzącą pod ścianą.
Janusz był człowiekiem inteligentnym, dobrym gospodarzem, lecz Mau-thausen 
zniszczyło mu zdrowie, majątek upaństwowiono. On też chorował na astmę, biedował 
w kwaterunkowym pokoiku - nie pracował nigdzie na stałe, jedynie trochę 
handlował.
Z Jerzym niby w porządku - rodzina, mieszkanie, ciągle dobry humor, karty, 
mocniejsze trunki, wesołe towarzystwo. Tyle że był z niego „lotny ptak" i nie 
wpadał do matki za często, bo i dziennikarstwo, i PAX, i nawet odczyty w 
terenie.
Natomiast z Witoldem wyłącznie wszystko co najlepsze.
Jak to matka, była szczęśliwa, że uniknął wojny, gehenny powstania i w ogóle 
wojennej poniewierki: tułaczki Jerzego, losu Janusza, a być może i śmierci. Był 
słaby fizycznie, nie przeżyłby - tak jak Janusz - obozu czy więzienia. Cieszyła 
się, że los ocalił życie jej najmłodszemu.
Miał też według niej wybitny talent literacki. Ceniła sobie bardzo jego 
pierwsze, jeszcze przedwojenne utwory: „Pamiętnik z okresu dojrzewania", 
„Ferdydurke", „Iwonę, księżniczkę Burgunda".
- To literatura przyszłości, wszyscy będą kiedyś tak pisać - broniła go, gdy 
ciotki i kuzynki przyznawały, że nie rozumieją ani w ząb, a Renie wyrwało się, 
że to dziwne, niezrozumiałe. Jerzy natomiast - jak to on - dowcipkował, kpił. W 
obecności pani Gombrowiczowej nie mogło paść żadne krytyczne zdanie na temat 
twórczości Witolda.
Jaka była szczęśliwa, gdy gdzieś tak na początku lat pięćdziesiątych przysłał 

background image

jej swoje następne utwory: „Ślub", potem „Trans-Atlantyk"!
- Normalny człowiek przeczyta najwyżej do czterdziestej strony - powiedziała 
Rena, pożyczając „Trans-Atlantyk" Irenie Możdżeńskiej.
Pani Możdżeńska nie dobrnęła jednak tak daleko, były tam rzeczy, w których 
gustować nie mogła. Tego się w ogóle nie dawało czytać. Pani Gombrowiczowa 
natomiast, że to wspaniałe, a jej Witold - wybitny umysł!
Jaka biła z niej duma, satysfakcja, gdy w 1957 roku wyszły w kraju po raz drugi 
wszystkie jego przedwojenne utwory, a po raz pierwszy „Ślub" i „Trans-Atlantyk". 
I znajomy jej oraz Reny, pan Tadeusz Byrski - dyrektor Teatru im. Stefana 
Żeromskiego w Kielcach - chciał natychmiast wystawić „Ślub". Pani Gombrowiczowa 
- jak to ona - nie mówiła za wiele. Teraz jed-
_________________Kres__________________
nak nie mogło już być najmniejszych wątpliwości co do talentu i powodzenia jej 
ukochanego syna.
Choć w końcu do wystawienia „Ślubu" nie doszło, mimo że uzyskano aprobatę 
ministerstwa. Nie zgodził się sam Witold. Nie chciał premiery w Kielcach czy 
Radomiu.
5.04.57 (...) Przypuszczam, że jest to jakiś prowincjonalny teatrzyk pod 
zdechłym Medorem. Sandauer mi radzi, żeby wystawić w „Cricot".
21.05.57 (...) „Ślub" powinien być wystawiony w najlepszym i najbardziej 
autorytatywnym teatrze polskim - nie eksperymentalnym... - pisał do brata 
Janusza.
(...) Ta bomba musi wybuchnąć w Warszawie, a w najgorszym razie w Krakowie... - 
tłumaczył dyrektorowi Byrskiemu*.
Choć pani Gombrowiczowa żyła długo, bo 87 lat, nie doczekała jego sławy 
europejskiej. Lecz i tak los obdarował ją - jako matkę - nie najgorzej. Trzymała 
bowiem w dłoniach większość utworów swego najmłodszego. Cieszyła się, że jej 
wysiłki: troska o jego zdrowie, lekcje francuskiego, nie poszły na marne. 
Promieniała po prostu. Proszę, ten mały, chorowity, delikatny i - wydawałoby się 
- niezdarny Witold, z którego w ogóle miało nic nie być!
Uważała również, że w końcu nieźle urządził się i pod względem materialnym. 
Ciągle miał przecież jakieś posady, wprawdzie nie najlepsze, ale zawsze. 
Wreszcie dostał zupełnie dobrą, bo stałą i w banku. Gdzieś tak chyba od 1956 
roku - nieproszony - zaczął przysyłać pieniądze matce, Renie, choremu Januszowi. 
Nie były to wielkie sumy, ale utwierdzały ją w przekonaniu, że naprawdę nieźle 
mu się powodzi. Pieniądze z jego utworów, które wyszły właśnie w kraju, 
przeznaczał przede wszystkim dla niej i Reny. Nie doszło już wprawdzie do 
trzeciego wydania „Ferdydurke", lecz - szczęście w nieszczęściu - jedenaście 
tysięcy zaliczki zostało w rodzinie.
Cieszyło ją również, że mieszka - jak zapewniał - w pięknych pensjonatach, 
odpowiada mu argentyński klimat, leczy swoją astmę, jeździ do najrozmaitszych 
uzdrowisk, skąd przysyłał kartki i listy. O jego zdrowie drżała bowiem 
najbardziej. - Czy Witold na pewno nosi szalik? - martwiła się. I faktycznie, 
niemal na każdym zdjęciu jest w szaliku - to matka go do tego przyzwyczaiła.
Choć bardzo za nim tęskniła, nie namawiała do powrotu do Polski. Przynajmniej 
zewnętrznie pogodziła się z myślą, że najprawdopodobniej nie zobaczy już swego 
najmłodszego.
- Dobrze, że tam jest - przekonywała siebie i innych. - Przynajmniej on uniknął 
wojny i wszystkich późniejszych trosk. To dziecko tak dumne, harde, nieliczące 
się z nikim i niczym. Tam się jednak jakoś urządził, wydaje książki, a tu?

background image

* Zob. „Kultura" (Warszawa) 1980, nr 33.
Jaśnie Panicz
Pierwsze lata powojenne nie były przecież najłatwiejsze, zaraz potem przyszedł 
stalinizm. Ledwo udało się wyciągnąć z więzienia Janusza, już trzeba było 
martwić się o Renę. Jej serdecznej przyjaciółce sprzed wojny, Halinie Dorii-
Dernałowicz, byłej prezesce Koła Młodych Ziemianek, wytoczono sprawę o „kontakty 
z Zachodem". Przed wojną Koło rzeczywiście utrzymywało stosunki z Wszechświatową 
Unią Katolickich Związków Kobiecych. Na szczęście skończyło się na 
przesłuchaniach, śledztwo umorzono.
Podczas rewizji w jej mieszkaniu funkcjonariusze UB zabrali wiele dokumentów, 
listów, między innymi listy oraz artykuły Reny Gombrowicz - pisywała trochę w 
„Yerbum", „Młodej Ziemiance". I to nawet skecze wystawiane podczas różnych 
uroczystości w Laskach. Na szczęście śledztwo umorzono.
Materialnie jednak pani Gombrowiczowa i jej dzieci radziły sobie jako tako, a 
Jerzy nawet nieźle. Ale reszta rodziny znajdowała się w o wiele gorszej 
sytuacji.
Jedna z kuzynek Kotkowskich na przykład była bliska załamania. Miała na 
utrzymaniu matkę i córkę, nigdzie tymczasem nie mogła znaleźć pracy, choć znała 
biegle francuski oraz niemiecki. Ale cóż - i to nie najlepiej widziane 
pochodzenie, i ten świętej pamięci mąż w Delegaturze Rządu londyńskiego (przez 
długi czas bały się aresztowania). Na szczęście przed wojną, podczas kuracji w 
Vichy, nauczyła się z nudów i dla zabawy robić na drutach swetry, które później 
uratowały jej rodzinę. W parę lat później musiała się jednak zatrudnić na byle 
jakiej państwowej posadzie - inaczej córka nie dostałaby się na studia. Została 
dozorczynią - innej pracy dla niej nie było. Bardzo zazdrościła kuzynce 
Gombrowiczowej, że ma syna za granicą, nie musi przepychać go przez życie, 
martwić się o jego posady, dochody.
A kuzyn Miecio Skibniewski? (Jego matka z domu Kotkowska). Magister filozofii, 
absolwent Wyższej Szkoły Muzycznej im. Chopina, tułał się z żoną i dwójką dzieci 
po prowincji jako nauczyciel, zwalniany ciągle za „fałszywą propagandę wśród 
uczniów". (Czyli między innymi za to, że uczył literatury nie według nowych 
podręczników, lecz Chrzanowskiego, mówił o takich postaciach jak ksiądz Skarga, 
w dzienniku klasowym informację „ferie zimowe i wiosenne" przerobił na „ferie 
Bożego Narodzenia i Wielkanocy"). W końcu miarka się przebrała, za złośliwy żart 
na temat „genialnego nauczyciela ludzkości" został aresztowany. W każdej klasie 
byli przecież -w co długo nie mógł uwierzyć - uczniowie od „specjalnych 
poruczeń". Groziło mu osiem lat więzienia. Na szczęście odsiedział jedynie kilka 
miesięcy - uratowała go ciężka choroba, na którą cierpiał, plus amnestia roku 
1953.
Po wyjściu z więzienia nie starał się już o państwowe posady. Utrzymywał 
rodzinę, udzielając lekcji muzyki. Miał kilka lekcji dziennie, bywało -wyłącznie 
za obiady. Błogosławił swoich rodziców, że gnali go do fortepianu, który teraz 
ratował jego rodzinę.
W roku pięćdziesiątym czwartym uśmiechnął się los i do niego, niestety 
połowicznie. Żona, również nauczycielka, dostała służbowe mieszkanie, tyle
Kres
że z lokatorem, którego jedynym dobytkiem było sześć oprawionych w skórę tomów 
dzieł „wodza ludzkości". Podsłuchiwał bezustannie, wypytywał, co sądzą na 
przykład o aresztowaniu prymasa Wyszyńskiego. Doniósł władzom, że córka 
nauczycielki ludowego państwa kształci się w klasztorze, co zresztą było prawdą. 

background image

Szybko ją więc stamtąd zabrali - nie mogli pozwolić, żeby odebrano im 
mieszkanie.
Na szczęście w 1956 „inspektor" - bo tak się przedstawił - znikł nagle, nie 
zabierając nawet dzieł swego „wodza". Nigdy się po nie nie zgłosił.
Jak więc mogła pani Gombrowiczowa namawiać Witolda do powrotu?
Dom, w którym mieszkała pani Możdżeńska i Rena z matką, stoi w Kielcach, jak 
stał. Przy Mickiewicza 8, mieszkania 5. Dziś też mieszka tu kilku lokatorów - 
mieszkanie ma przeszło sto metrów. Żyje również córka właścicielki: pani Halina 
Słabińska, obecnie sześćdziesięciokilkuletnia, niesłyszą-ca już pani. (Piszę jej 
pytania na kartce). Pokój pań Gombrowicz wynajmują teraz dwie panienki z liceum. 
Kto to był Witold Gombrowicz, nie wiedzą. Poza tym wszystko tutaj tak, jak za 
tamtych czasów.
Pani Gombrowiczowa z córką jadły właśnie przy tym stole w kuchni, na tym łóżku 
pod ścianą spała panna Rena, z łóżka pani Gombrowiczowej zrobiono tę szafę, 
etażerka spod okna również tu wtedy stała, i ten piec. Wisiało też lustro w 
pięknej ramie, które jest dziś w pokoju pani Słabińskiej.
Tyle że i mieszkanie, i meble były kiedyś oczywiście w lepszym stanie. Teraz - 
ruina. Wszystko pomszczone, zrujnowane, zaniedbane - pani Słabińska nie ma już 
sił ani zdrowia.
- Lokatorki były z nich jak trzeba - wspomina. - Spokojne, kulturalne, pobożne, 
płaciły w terminie. Gdy tu przyszły, miały tyle, co na sobie, mimo to biła z 
nich prawdziwa pańskość. Dziś lokator patrzy, aby tylko oszukać, nie zapłacić, 
zniszczyć. Oczywiście, wspominały o Witoldzie. Że wielki pisarz. Starsza pani 
składała jego listy do pudełeczka, strzegła niczym oka w głowie - miały być 
przecież kiedyś wydane, znane wszystkim. Po jej śmierci napisał do panny Reny, 
że teraz już wie - na pewno nie przyjedzie do kraju. Nie ma po co. Panna Rena 
nie miała mu tego za złe - była bardzo za bratem*.
Co się stało z jego listami do matki, pani Słabińska nie wie. To już nie jej 
interes. Może jeszcze najwyżej powiedzieć, co się paniom Gombrowicz gotowało, 
nic więcej.
Rozmawiając z Ireną Możdżeńska, Rena powiedziała kiedyś, że z Witoldem wcale nie 
jest tak wspaniale, jak wynika z jego listów do matki. Po pro-
* Po śmierci matki mój wyjazd do Polski stał się mniej aktualny - pisał w liście 
do Janusza 29 stycznia 1960.
Jaśnie Panicz
stu nie chciał jej martwić, dlatego też kłamał, że mu się dobrze powodzi. 
Tymczasem długo żył w nędzy - zdarzało się, że nie miał czym zapłacić za obiad, 
najtańszy pokój. Razem z Gustkiem Kotkowskim, kuzynem i przyjacielem, który też 
wyjechał do Argentyny, w Buenos Aires nosili przez jakiś czas ciężary w porcie, 
żeby zarobić parę złotych. Po kilku latach jego życie jakoś się unormowało, 
jednak nie aż tak, jak donosił matce. Pensjonaty i pokoje, w których mieszkał, 
były więcej niż skromne. Posadę dostał dopiero w banku i w każdej chwili mogli 
go stamtąd wyrzucić - nie był najlepszym urzędnikiem. Zresztą później sam z 
banku zrezygnował, żył z pisania.
Dlatego też po śmierci Antoniny Gombrowiczowej na życzenie Witolda zniszczono 
jego listy do niej.
Jak wiesz, pisząc do matki musiałem bardzo się ograniczać, a nieraz nawet 
deformować rzeczywistość, więc żadnej wartości te listy nie posiadają - pisał w 
jednym z listów do Reny (6 czerwca 1960).
Nie wiadomo już dziś, w jaki sposób, w każdym razie jeden z jego listów do matki 

background image

ocalał. Najprawdopodobniej dlatego, że adresowany był również do Reny. Znajduje 
się obecnie - razem z listami Witolda do Janusza -w warszawskim Muzeum 
Literatury.
Droga Matko i Reno,
Otrzymałem parę dni temu list Matki. Bardzo mnie ucieszyła wiadomość, iż wasze 
kłopoty mieszkaniowe się uspokoiły. Wolałbym, żeby Matka zamiast ogólnikowych i 
niezbyt dających się zastosować w praktyce rad opisała mi np. swój dzień, albo 
coście jadły na obiad. Szczegóły są o wiele ciekawsze. Widzę zatem, iż Matka 
niezupełnie zdaje sobie sprawę z wielkich trudności, z jakimi muszę się parać, a 
które płyną z faktu, iż nie mogę poświęcić całej mojej energii na zarobkowanie 
na życie. Gdybym nie miał większych kłopotów jak ten, czułbym się idealnie.
Tutaj nic nowego, jestem b. zapracowany wykańczaniem „Trans-Atlanty-ku", który 
już jest przepisywany na maszynie. Będę miał 5 egzemplarzy, ale nie wiem, czy 
będę mógł Warn przesłać jeden w najbliższym czasie, gdyż cierpię na chroniczny 
brak egzemplarzy. Brak mi również egzemplarzy polskich dramatu, który wskutek 
tego prawie jest nieznany poza sferą języka hiszpańskiego. Posłałem jeden 
egzemplarz francuski Kuncewiczowej do Londynu i otrzymałem od niej wspaniałe 
pismo na 6 stronicach, tak entuzjastyczne, iż nawet Mickiewicz czułby się 
nieswojo. Pisze: „Napisał Pan po prostu nowego «Hamleta» na miarę naszych 
czasów... Osiągnięcie artystyczne wspaniałe - czyn ludzki niemiłosierny i - 
powiedziałabym - barbarzyński" (?) ,Jako szczytowy wyraz powojennego 
rozczarowania «Ślub» wydaje mi się dramatem nieprześcignionym i doskonałym. Jako 
dzieło sztuki - parodia genialna. Jako fajerwerk inteligencji - cudo. Jako 
widoki wystawienia we Francji Sartrowskiej i Picassowskiej i Bar-raultowskiej - 
powinno byćun succesfou". Ta ostatnia uwaga najbardziej mnie interesuje, gdyż 
ona zna doskonale tamtejsze stosunki. Ale w ogóle ten list jest ważny, gdyż jej 
dom w Londynie jest jednym z centrów polskiego życia intelek-
Kres
tualnego, a to jest właściwie pierwszy egzemplarz, który postałem Polakom na 
emigracji. Oczywiście zrezygnowałem całkowicie i od dawna z jakiegokolwiek 
oddźwięku na terenie krajowym, z czym musicie się pogodzić. W tych sprawach nie 
ma miejsca na kompromis.
Napisałem do Janusza. Nie rozumiem dlaczego Matka nie prześle Guciowi życzeń. 
Zachował się on jak dżentelmen, żeniąc się z kobietą, z którą żył, i zresztą 
jest to wyjątkowo miła dziewczynina. Gustavo ma dobrą posadę w b. solidnej 
firmie handlowej, bywa w najlepszym towarzystwie, nie rozumiem więc o co chodzi. 
Serdeczne uściśnienia
Witold 30 V1950 Tucuman 402, Buenos Aires
Pani Gombrowiczowa zmarła 25 lipca 1959 roku. Żyła lat 87, do ostatnich dni 
zachowała jasny umysł. Odeszła spokojnie i tak jak chciała, bo nie w szpitalu, 
lecz przy córce i w łóżku, tyle że - tak jak pokój - wynajętym. Przed śmiercią 
przez jej unormowane, kieleckie życie przeszedł huragan. Małżonek Antoniny 
Gombrowiczowej był niezwykle przystojnym mężczyzną, miał ogromne powodzenie u 
kobiet. Jedna z nich była jego wielką miłością. Trwało to wszystko kilka dobrych 
lat - spotykali się, wyjeżdżali razem za granicę. Na rozwód nie mógł się jednak 
zdecydować ze względu na dzieci i katolickie zasady. Gdy umierał w 1933, błagał 
Renę, żeby pod jakimś pozorem wyprowadziła matkę z domu, sprowadziła tamtą 
kobietę, chciał się z nią pożegnać. Rena nie chciała nawet słuchać o tym, żeby 
„ta pani" przestąpiła próg ich domu. Dlaczego nie prosił Witolda, który też 
wtedy przy nim czuwał - nie wiadomo. Zmarł bez pożegnania z ukochaną.

background image

Kilka dni przed śmiercią pani Gombrowiczowej, „ta pani", zamieszkała zresztą na 
stałe w Kielcach, odwiedziła ją - słyszała o jej stanie zdrowia. Pozornie wizyta 
była miła, kurtuazyjna. W pani Gombrowiczowej ożyły jednak wspomnienia, 
zadraśnięta miłość własna, żal do męża. Prosiła córkę, żeby nie chowała jej w 
rodzinnym grobie w Przybysławicach, obok teściów i męża. Nie chciała obok niego 
spoczywać. Rena wypełniła więc ostatnią wolę matki - pochowała jaw samotnym 
grobie na kieleckim cmentarzu.
Pani Gombrowiczowa nie przewidziała jednego. „Ta pani", czując się 
odpowiedzialna za wieczne niejako rozłączenie małżonków - pielęgnuje jej grób, 
składa na nim kwiaty, pali lampki.
„Ta pani" nadal mieszka w Kielcach. Była w wieku dzieci pana Gombrowicza, który 
chcąc ją mieć przy sobie, swatał nawet z synem Januszem,
Jaśnie Panicz
ale mu się nie podobała. Zresztą otwarcie mówiła: „Panie swacie, wolę za cię".
Myślałam więc, że pójdziemy razem na grób pani Gombrowiczowej. Jednak na stary 
cmentarz kielecki (kwatera 3 C, nr 109), na grób przykryty kamienną płytą, na 
której napisane jest tylko: Marcela Antonina z Kot-kowskich Gombrowiczowa, 
urodzona w roku 1872, zmarła 25 lipca 1959 - poszłam sama.
„Ta pani" ma przeszło osiemdziesiąt lat i od roku nie chodzi już na grób 
Antoniny Gombrowiczowej, od pół roku w ogóle nie wstaje z łóżka. Poza tym - jak 
stwierdza - właściwie nie ma już po co jej odwiedzać. Ktoś - pewnie synowa, 
czyli żona Witolda, ta podobno piękna i zamożna Hiszpanka* -postawił nową, 
zakrywającą grób płytę. Odpadły wszelkie porządki.
A o Witoldzie i rodzinie Gombrowiczów nie będzie z nikim rozmawiać.
Po śmierci matki Rena Gombrowicz przeniosła się do Radomia - chciała być bliżej 
brata, bratowej, bratanicy. Irena Możdżeńska czasem ją tam odwiedzała i 
współczuła Renie. Pokój, który wynajmowała, był nieporównanie skromniejszy od 
kieleckiego. Bez żadnych wygód, łazienki, prymitywnie umeblowany, pełen starych 
poupychanych po kątach gratów. Rena mogła znaleźć coś lepszego, miała jeszcze 
trochę oszczędności, bała się ich jednak ruszać - nie wiedziała, z czego w ogóle 
będzie żyła. Nie mogła już pracować; nie pozwalała jej na to astma, coraz 
częstsze ataki, powodujące, że z trudem oddychała, dusiła się, słabła.
Zaczęła starania o emeryturę, na których zeszły jej ostatnie lata życia. Dobrze 
się jeszcze przed śmiercią namartwiła. Miała potwierdzenia swojej pracy, 
kwestionowano jednak jej przedwojenny staż - dokumenty z tego okresu uznano za 
niewystarczające. Radom rozpatrzył jej sprawę negatywnie. Były to lata, w 
których działaczom katolickim nie starano się pójść na rękę. Odwoływała się więc 
do Kielc, gdzie odbyła się rozprawa apelacyjna. Pani Możdżeńska była świadkiem, 
mówiła o przedwojennej działalności Reny. Mimo to jednak i tym razem 
oświadczono, że ciągle jest za mało podstaw do zaliczenia przedwojennego stażu. 
Po ogłoszeniu werdyktu ta zawsze opanowana Rena nie wytrzymała i krzyknęła:
- Pracowałam przecież w „Yerbum" nawet i podczas Powstania Warszawskiego! 
Roznosiłam powstańcom książeczki do nabożeństwa!
Choć było to prawdą, nie zaważyło na decyzji sądu.
Rena bardzo to wszystko przeżywała. Całe życie pracowała dla innych, a kiedy 
była stara, chora, nie mogła liczyć na parę złotych. Odwoływała się po raz 
trzeci; tym razem do Krakowa. Na szczęście wstawił się za nią Jerzy
* Rita Gombrowiczowa jest, jak już wspomniano, Kanadyjką.
_________________ Kres ________________
Zawieyski, pisarz, działacz katolicki i wówczas członek Rady Państwa, poseł na 

background image

Sejm katolickiego koła „Znak". Dowiedział się o kłopotach Reny i sam zgłosił się 
na świadka. Zeznawał, że przed wojną oraz w czasie okupacji był częstym klientem 
warszawskiej księgarni „Yerbum" przy Moniuszki 8 i zawsze widział za ladą panią 
Gombrowicz. Autorytet Zawieyskiego zrobił swoje - przyznano Renie rentę.
Na tym się jednak skończyło.
Mijało jedenaście miesięcy, a pieniądze ciągle nie przychodziły, choć Rena 
pisała, interweniowała. Pomagała jej bardzo bratowa: przynosiła posiłki, 
sprzątała, opiekowała się nią - Rena czuła się coraz gorzej. Każde wejście, 
nawet na pierwsze piętro, przypłacała atakiem.
Finansowo nadal wspomagał ją Witold. Coraz więcej przecież wydawał, był 
tłumaczony, wystawiany. Miał też niewielki, jednak - co w jego sytuacji było 
najważniejsze - stały dochód. Część pieniędzy ulokował bowiem na procent, kupił 
też maszynę do robienia plastyku, której użytkownicy - państwo Świeczewscy - 
płacili mu co miesiąc. Podsyłał więc Renie to dwadzieścia, to trzydzieści czy 
pięćdziesiąt dolarów. Można je było wtedy odbierać jedynie w towarze lub bonach, 
w złotówkach oczywiście też, lecz nie bardzo się kalkulowało. Na szczęście 
większość pekaowskich towarów: ortaliony, non-irony, zagraniczne bluzeczki, 
znajdowała wówczas natychmiast mnóstwo kupców. Witold chętnie pomagałby Renie 
jeszcze bardziej, musiał pamiętać również o chorym i niepracującym Januszu.
W końcu stan Reny wymagał szpitala. A tam, czując, że umiera - prosiła rodzinę, 
żeby zniszczyła listy, które pisał do niej Witold. Korespondowali ze sobą bardzo 
szczerze, nie chciała, żeby to wszystko wydostało się na światło dzienne.
Rodzina wypełniła jej ostatnią wolę, lecz nie w stu procentach. Rzeczywiście 
zniszczyła listy najbardziej osobiste, ocaliła jednak niewielką resztę. Na 
początku roku 1967 jej brat Jerzy Gombrowicz - jeszcze za życia i za zgodą 
Witolda - część z nich sprzedał do Instytutu Badań Literackich, bez zastrzeżeń 
do publikacji.
Są nie tylko świadectwem troski o zdrowie i kłopoty siostry, ale także i reszty 
rodziny.
Najwięcej tam jednak pytań o jej finanse - czy dostała już przekaz, czy nie 
trzeba jej większej sumy, bo następne pięćdziesiąt dolarów prześle dopiero, gdy 
wpłyną mu jakieś pieniądze.
23.10.1957 (...) Nie dawaj się astmie, to jest choroba, którą można do pewnego 
stopnia opanować. (...) Jest rzeczywiście smutne, że nie możemy się zobaczyć, i 
myślę, że obecnie rozmawialibyśmy bliżej i szczerzej, niż to się działo w 
czasach naszej formy familijnej z przedwojnia...
5. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
5.01.1960 (...) Czy otrzymałaś forsę? Napisz mi jeszcze coś o Matce i jej 
ostatnich chwilach, a także, gdzie pochowana. Kiedy wyjeżdżałem w podróż do 
Ameryki, specjalnie przyjechała ze Wsoli, żeby się ze mną pożegnać, i jak się 
okazało - miała rację, gdyż nie zobaczyliśmy się więcej. Czy z Tobą się zobaczę, 
też jest wątpliwe - ta jazda powrotna staje się trudniejsza, gdyż z każdym 
rokiem nerwy, a także inne czynniki stają na przeszkodzie.
29.01.1960 (...) Janusz pisze, że otrzymał już przekaz dla Ciebie - 50 dolarów, 
ale trzeba to podjąć w towarze. (Mnie tu powiedziano, że wypłacają w 
złotych...).
7.03.1960 (...) Za 1500 dolarów (z zaliczki na „Ferdydurke") kupiłem maszynę do 
robienia plastyku, od której Świeczewscy płacą mi 3500 pezów miesięcznie. (...) 
Piszę Ci o tym, żebyście się mogli zorientować w moich możliwościach...

background image

6.03.1960 (...) Co do Twojej renty, to zastanów się, czy nie mógłbym Ci się 
przydać, bo jednak mogę liczyć w kraju na pewną ilość osób życzliwych, czasem na 
wysokich stanowiskach (...). Przed sierpniem otrzymasz swoje 50 dolarów - napisz 
tylko, przez kogo wysiać. Od nowego roku mam tylko dochodzik z maszyny, co i na 
10 dni w miesiącu nie wystarcza.
(...) Widzę, że kiepsko się miewasz, co mnie martwi, ale dobrze (na psa urok), 
że ataków nie masz. Oby ta cała histońa z emeryturą w końcu się załatwiła...
12.08.1960 (...) Przesyłam Ci 50 dolarów przez Banco Continental na Pekao (tak 
zwane paczki Pekao), ale można pobierać w gotówce - o ile wiem, w Radomiu nie, 
tylko w Warszawie. (W razie co, powołaj się na tutejszy numer, pod jakim to 
poszło -130 W „Lista zleceń" (arg.).
19.11.1960 (...) 20 dolarów prześlę Ci po 15 grudnia, kiedy mi wpłyną pieniądze. 
To bardzo szczęśliwa wiadomość, że przyznano Ci emeryturę.
[Bez daty] (...) Jakbyś miała trudności finansowe, pisz, podeślę ze 20 dolarów. 
Trochę forsy muszę mieć w pogotowiu dla Janusza.
21.12.1960 (...) Prosiłem, żebyś mi przesłała prawdopodobną wysokość swojej 
emerytury, bo chciałbym w bieżącym roku znormalizować moją pomoc dla Was. 
Miałbym dla Was do dyspozycji przeciętnie 1500 pezów (dolar - 82 pezy) 
miesięcznie. Miałem nadzieję, że po śmierci Matki będę mógł bardziej Ci pomóc, 
co słusznie Ci się należy -bo z Was trojga tylko Ty pracowałaś i miałaś Matkę na 
utrzymaniu. Ale choroba Janusza to skomplikowała, trudno, jemu trzeba pomagać. 
Tobie będę przesyłał 500 pezów miesięcznie, a Januszowi -1000. W każdym razie to 
zmniejszy Ci sumę, którą musiałabyś zarobić lekcjami. (...) Ratę za 3 miesiące 
prześlę Ci w okolicach lutego i marca.
Od nowego roku, czyli 1961, Witold postanowił pomagać Renie oraz Januszowi 
bardziej regularnie. Co miesiąc miał przesyłać im do podziału niewielki, lecz 
dla nich najważniejsze - stały dwudziestodolarowy zasiłek.
Renie już jednak nie zdążył.
__________________Kres__________________
Zmarła w lutym 1961 roku. Żyła 62 lata. Przeżyła swoją matkę tylko o niecałe dwa 
lata.
Chyba lepiej, że Rena umarła, jej życie stało się bardzo ciężkie, bez żadnej 
nadziei polepszenia. Spodziewam się, że nie męczyła się zanadto, to jest bodaj 
jedynie ważne (...) Chciałem przesyłać jej stały, miesięczny zasiłek, niestety 
niewielki, bo choroba Janusza nie pozwalała mi pomóc jej tak, jakbym chciał. 
Pisała, że zamierza dorobić lekcjami, ale te wszystkie dochody razem wzięte 
zaledwie wystarczyłyby na nędzne bytowanie, które by ją i tak wkrótce razem z 
chorobą wykończyło... - pisał Witold do brata Jerzego w jednym z listów również 
przekazanych IBL-owi.
Rena miała ciężką śmierć. Tak jak później Witolda i Janusza, zadusiła ją astma. 
Bardzo się męczyła. Umierała w szpitalu. Mówiła, że wszystko jej jedno, gdzie 
będzie pochowana; położono ją więc tam, gdzie było już miejsce - na cmentarzu 
radomskim, w grobowcu Pruszaków: rodziny jej bratowej, żony Jerzego.
W dzień pogrzebu Reny przyszła pierwsza rata emerytury.
Moja noga twojej nodze
Janusz Gombrowicz, najstarszy brat Witolda, ożenił się w roku 1922 z wielkiej 
miłości i z nie mniejszym skandalem. Panna młoda, Franciszka Kotkowska, była 
jego kuzynką, miała też kilkuletnią córkę z pierwszego małżeństwa. Zawarła je 
jednak jako osoba niepełnoletnia, siedemnastoletnia zaledwie, toteż udało się - 
przy niemałych kosztach oczywiście - uzyskać rozwód konsystorski. Nic dziwnego, 

background image

że ślub w kościele Zbawiciela w Warszawie był cichy i skromny. Obecna była 
jedynie męska część rodziny pana młodego: ojciec, brat Jerzy oraz Witold. Matce 
i siostrze Renie, katoliczkom bardzo serio, przyjść nie wypadało, choć lubiły 
Franciszkę.
Nazywano jaw rodzime Dzidzią lub Finezją. Była zamożną partią - dostała w posagu 
Potoczek, majątek w powiecie iłżeckim. Dwór, sto osiemdziesiąt hektarów ziemi, 
sześćdziesiąt hektarów stawów. Przede wszystkim jednak prawie tysiąc hektarów 
pięknego sosnowego lasu, gdzie młoda para zbudowała sobie leśniczówkę. Nie 
chciała mieszkać we dworze - ciągnęło od stawów. W lesie lepsze powietrze i 
przyjemniej - sarny i jelenie podchodziły niemal pod okna.
Witold był raczej słabego zdrowia - częste bronchity, „podgorączki", matka 
obawiała się nawet o jego płuca. Wysyłała go więc do Zakopanego albo właśnie do 
Potoczka. Uwiecznił go później w „Dziennikach" i „Wspomnieniach polskich". 
Pisał, że nudził się tam trochę (naokoło tylko lasy), próbował pisać swoją 
pierwszą powieść, którą sam później zniszczył.
Z tym że - o czym jakoś nie wspominał - przyjeżdżał do Potoczka i po pieniądze. 
Janusz był bardzo dobrym gospodarzem. Potoczek kwitł: osiemdziesiąt krów, 
dwadzieścia cztery konie, pszenica, mak, groch, ze stawów rocznie sześć tysięcy 
kilogramów karpi. Najbardziej dochodowy był jednak tartak, nastawiony między 
innymi na wyrób skrzynek do masła.
W ogóle miał Janusz głowę do interesów. Zaraz na przykład po pierwszej wojnie 
kupił tanio - z likwidacji dóbr Wielopolskich - tak zwaną Karczmę Miłkowską: 
przeszło sto hektarów lasów pod samym niemal Ostrowcem. W 1923 roku wystarał się 
o pozwolenie na parcelację i wylesienie. Gdy rozpoczął się kryzys gospodarczy w 
rolnictwie, sprzedawał place i miał z czego dokładać do Potoczka oraz Małoszyc.
Moja noga twojej nodze
Po śmierci ojca Janusz przejął więc rodzinne finanse. Parcelował Mało-szyce i 
powoli spłacał rodzeństwo. Witold zawsze wyjeżdżał z Potoczka z większą sumą w 
kieszeni.
Jego pobyty dobrze pamięta pan Bogdan Kiełczewski, obecnie profesor poznańskiej 
Akademii Rolniczej. Jest krewnym Gombrowiczów - jego babka, Antonina Nartowska z 
domu Gombrowicz, to rodzona siostra Jana Gombrowicza, ojca Witolda. Profesor 
Kiełczewski chętnie przekaże swoje wspomnienia - ma wobec Gombrowiczów dług 
wdzięczności. Gdy był na drugim roku studiów, zmarł jego ojciec, i dziadek Jan 
Gombrowicz przesyłał mu wtedy co miesiąc dwieście złotych. Skończył studia 
dzięki niemu. Gdy po dyplomie szukał pracy, pomógł mu z kolei wuj Janusz 
Gombrowicz, który potrzebował akurat inżyniera leśnika.
Pan Kiełczewski był więc pracownikiem oraz domownikiem Potoczka. Bardzo lubił 
przyjazdy wuja Ity, jak nazywano Witolda. Wuj Ita, starszy zresztą tylko o 
dziesięć lat, ogromnie mu imponował. Elegancki, wytworny, nie to co wuj Janusz, 
który ciągle chodził w tych samych sportowych butach od „Baty". Wcale nie 
dominujący, nie agresywny, jak go potem często przedstawiano. Przeciwnie, 
opanowany, nieśmiały, delikatny - wzdragał się na samą myśl o polowaniu, które 
było w Potoczku rozrywką numer jeden. Dobrze wychowany; szczególnie w obecności 
osób trzecich. Zaprosił ich na przykład kiedyś na obiad proboszcz z Sandomierza 
i nudził niemiłosiernie. Pan Kiełczewski ledwo mógł usiedzieć, a wuj Ita - być 
może z przekory -słuchał z nabożnym zainteresowaniem, przytakiwał, wypytywał, 
był zachwycony każdą opinią proboszcza.
Janusz był inteligentny, oczytany - abonował wiele nowości z księgarni 
wysyłkowej. Lubił dyskusje na poważne, filozoficzne tematy. Wuj Ita przewyższał 

background image

go jednak błyskotliwością i absurdalnym humorem. Ubóstwiał mieć odmienne zdanie 
niż jego rozmówcy. Gdy ktoś ganił „Trędowatą", on chwalił. Potrafił tak 
dyskutować z Januszem o teorii Einsteina, że Bogdan Kiełczewski nie śmiał się 
włączyć, a Witold już za chwilę deklamował wierszyki w stylu:
W Skolimowie, w willi Faramuszce, w szafie byli skryci dwaj bandyci...
Na egzemplarzu „Ferdydurke" ofiarowanym Januszowi napisał: Moja noga twojej 
nodze ten poemat części data ofiaruje.
A swojej babce, Anieli Kotkowskiej: Przejrzałej babce - niedojrzały wnuk.
Choć bywał też i poważny. Gdy przejeżdżali przez okoliczne żydowskie miasteczka 
- Ożarów, Tarłów, cierpiał, widząc, jak żyją tam ludzie. Brud, zaniedbanie, 
ubóstwo. Kocie łby, walące się obskurne drewniane chałupy.
Jaśnie Panicz
Po wybuchu wojny Janusz został w Potoczku. Nie kwalifikował się do wojska - miał 
sztywną lewą rękę, którą postrzelił sobie kiedyś na polowaniu, miało się nawet 
skończyć amputacją. Sprzedał tylko warszawskie mieszkanie - uznał, że w czasie 
wojny będzie w Potoczku bezpieczniej. Przywiózł z Warszawy gramofon Witolda „His 
Master's Voice", jego płyty, między innymi Liszta, Verdiego, Bacha, Beethovena. 
Były jedyną właściwie rozrywką, bo skąd gazety czy nowe książki? Lecz i w 
Potoczku nie sposób było odciąć się od świata, słuchać tylko drugiej rapsodii 
Liszta, symfonii Beethove-na, „Traviaty" czy „Cyrulika sewilskiego". Na majątek 
nałożono bardzo wysokie kontyngenty. W potoczkowskich lasach polowały niemieckie 
władze okręgu iłżeckiego. Na oddaloną od świata leśniczówkę napadali bandyci, 
złodzieje, a przede wszystkim mocno tu osadzona lewicowa partyzantka, która już 
wcześniej uprowadziła kilku okolicznych dziedziców.
Pierwszy poważniejszy napad nastąpił w roku 1940. Mieli broń, przyszli nocą, 
wdarli się do środka. Zebrali domowników i służbę w jednym pokoju, co już było 
szokiem - wtedy jeszcze dbało się o zewnętrzne formy, a tu towarzystwo obojga 
płci w nocnej bieliźnie! Akurat gościła u syna pani Gombro-wiczowa. Choć zdjęli 
jej już z palców pierścionki, ślubną obrączkę, z uszu kolczyki - nie potrafiła 
zrozumieć, co się właściwie dzieje.
- Dis-moi, ma cherie, qui sont ses jeunes hommes? - spytała głośno Stasię, 
pasierbicę swego syna.
- Ces sont des bandites! - krzyknęła dziewczyna.
Zabrali kosztowności, Janusza w charakterze zakładnika, który miał odwieźć ich 
do drogi. Na szczęście wrócił po kilku godzinach. Okazało się też, że Józio, 
jego syn, nie stracił podczas napadu zimnej krwi. Spokojnie wyjął klucz od 
szuflady, a w dziurkę schował dwa brylanty matki, które ocalały.
Podobny napad w roku 1943 zakończył się mniej szczęśliwie. I tym razem w 
leśniczówce było sporo ludzi - oprócz Janusza oraz jego rodziny -Bogdan 
Kiełczewski z matką i siostrą, służba: pokojówka, gospodyni. Wszyscy schronili 
się na piętro. Po wcześniejszych napadach Janusz porobił w dachu otwory, na 
wypadek gdyby przyszło się bronić. I on, i pan Kiełczewski mieli broń śrutową z 
wyliczoną ilością naboi - służba leśna miała do niej prawo. Janusz strzelił 
ostrzegawczo w górę, domownicy kręcili ręczną syreną alarmową, żeby posłyszała 
ich granatowa policja w Tarłowie. Nocni goście wyważyli jednak drzwi, zaczęli 
wchodzić na górę. Wtedy Janusz strzelił, trafił jednego z nich w nogę. Dopiero 
wtedy wycofali się do lasu, ale ponieważ nie potrafili zatamować krwotoku, ranny 
zmarł. Gdy przyjechała policja, było po wszystkim.
Obawiano się jednak zemsty. Janusz z rodziną uciekł więc natychmiast do 
Warszawy, do matki i siostry Reny. Bogdan Kiełczewski został jeszcze przez 

background image

pewien czas w Potoczku, przywoził im żywność. Lecz i w Warszawie
Moja noga twojej nodze
nie czuli się bezpiecznie - nie mieli warszawskich kennkart ani arbeistkart. 
Przez AK załatwili sobie później zameldowanie, lecz nadal nie mieli kart pracy. 
Poza tym niemieckie władze okręgu iłżeckiego za samowolną ucieczkę wydały na 
Janusza wyrok: obóz koncentracyjny.
I rzeczywiście się tam znalazł. Tyle że razem z osiemnastoletnim synem wzięto go 
z Powstania Warszawskiego. Z trzytysięcznym transportem mężczyzn zabrano ich 
najpierw do Oświęcimia, potem do Mauthausen.
Byli w Mauthausen od września 1944 roku do maja 1945. Janusz przeżył obóz dzięki 
kilku szczęśliwym przypadkom. Przede wszystkim dlatego, że podczas jednego z 
transportów wzięto go za Witolda Gombrowicza, którego chciano ratować. Pod sam 
koniec obozu uratował go również - o ironio - jeden z bandytów, biorący udział w 
pierwszym napadzie na Potoczek. Jako więzień kryminalny miał względy oraz dobre 
funkcje. Pracował akurat w obozowym lazarecie. Poznał Janusza, na dodatek - jak 
się okazało -z sympatią wspominał jego ojca, a swego dawnego dyrektora, starego 
Gombrowicza, z czasów, gdy był jednym z zarządzających starachowicką fabryką. 
Polecił Janusza doktorowi lazaretu, który wziął go „do pomocy". Hodował na nim 
świerzb i w ten sposób ocalił.
Ale kiedy 8 maja weszli Amerykanie, Janusz nie miał już nawet sił, żeby otworzyć 
im drzwi lazaretu. Nie dawał się odwieźć do szpitala - bał się, że gdy umrze, 
nikt nawet nie będzie wiedział o jego śmierci. Został, Amerykanie nakarmili go 
grochówką, czego omal nie przypłacił życiem. Gdy trochę wydobrzał, chciał iść 
szukać syna, którego zabrano do innego podobozu. Lecz jak wypuścić półtrupa 
ważącego trzydzieści pięć kilogramów? W końcu dostał przepustkę, szybko jednak 
wrócił - bez pieniędzy nie warto było się ruszać. Zaczął obierać w kuchni 
ziemniaki, za co płacono papierosami -obozową walutą. Gdy miał ich wystarczającą 
ilość, poszedł znów i znalazł Józia w podobozie w Ebensee.
Pracował później jako intendent w szpitalu unrowskim w Austrii; gdy szpital 
zlikwidowano, znalazł się w Salzburgu, w obozie dla przesiedleńców.
Józia pociągnęło w świat, zdecydował się zostać na Zachodzie. Janusz zastanawiał 
się, w końcu jednak w 1947 wrócił do kraju. Choć Amerykanie prowadzący obóz w 
Salzburgu ostrzegali go:
- Panie Gombrowicz, służba bezpieczeństwa natychmiast pana aresztuje!
- Nie jest już przecież tak najgorzej - tłumaczył Janusz. - Bez sądów nie 
wsadzają.
Jak się okazało, wrócił jednak za wcześnie.
Aresztowano go dokładnie w trzy miesiące później. W biały dzień, w centrum 
Warszawy. („Pan pozwoli za mną..."). Aresztował go funkcjonariusz Urzędu 
Bezpieczeństwa - syn jego byłego fornala. Od dawna - jak mówią w Potoczku - 
„miał na Gombrowicza złość" i doczekał się chwili, kiedy mógł się zemścić. 
Janusz siedział najpierw w areszcie UB na Cyryla i Metodego w Warszawie, potem 
przewieziono go na UB w Starachowicach. Traktowano trochę lepiej od
Jaśnie Panicz
chwili, gdy śledczy znaleźli w jego notesie adresy i telefony jego kolegów z 
Mauthausen - Józefa Cyrankiewicza, a także księcia Krzysztofa Radziwiłła.
Akt oskarżenia zarzucał Januszowi, że zabił partyzanta, nie bandytę, podczas 
okupacji współpracował z Niemcami, źle traktował zatrudnionych w swoim majątku 
Żydów. Był złym panem dla swoich poddanych, mówiąc językiem tamtych czasów - 
„wrogiem ludu".

background image

Choć sytuacja wcale nie była zabawna - śmiał się, gdy zobaczył na sali sądowej 
swoich byłych ludzi. Wiedział po prostu, że zostali w różny sposób nakłonieni do 
zeznań. Syn dawnego fornala, a obecnie funkcjonariusz SB, był koronnym 
świadkiem. Janusz dostał trzy lata*. Siedział w więzieniu w Radomiu. Z „obcymi 
klasowo" zbytnio się nie cackano, umieszczono go więc razem z kryminalistami, 
którzy znęcali się nad nim, połamali mu żebra. Nie wrócił już nigdy do zdrowia, 
a gdy wyszedł z więzienia, mówił: - Nawet w Mauthausen było mi lżej niż tam...
Rodzina - szczególnie brat Jerzy - stawała wprost na głowie, uruchamiała 
wszystkie możliwe znajomości. W końcu wystarała się o apelację, dotarła bowiem 
do adwokatki, bliskiej przyjaciółki prokuratora, z którą bardzo się liczono. 
Przejęła rozprawę apelacyjną, poparł ją też jeden z sędziów, który wysunął votum 
separatum. Janusz odpowiadał z wolnej stopy, został uniewinniony, zwolniony z 
więzienia.
* „Wyrok" w sprawie Janusza Gombrowicza (Odpis. Sygn. akt II. K. 145 48): Wyrok 
w Imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Dn. 11 października 1948 r. Sąd Okręgowy w 
Radomiu w Wydziale II Karnym w skladzie następującym: Przewodniczący S.S.O. J. 
Nowachowicz, Ławnicy: Horoszewicz i Gajewski, Protokolant apl. Z. Bialkowski, w 
obecności Podprokurato-ra S.O.Nowakowskiego - rozpoznawszy dn. 11 października 
1948 r. sprawę Janusza Gombrowicza, syna Jana i Antoniny, urodź. 20.5.1894 r. w 
Małoszycach, gm. Sadowię, pow. Opatów, o to, że: w latach 1942 i 1943 w 
Potoczku, gm. Pętkowice, pow. iłżeckiego, jako zarządca majątku, idąc na rękę 
władzy państwa niemieckiego, działał na szkodę osób spośród ludności cywilnej 
przez fizyczne i moralne znęcanie się nad zatrudnionymi w majątku robotnikami 
narodowości polskiej i żydowskiej, a w szczególności: uderzył raz batem i kopnął 
Bogdana Zająca za to, że nie napoił koni; zamknął w piwnicy nieznanego z 
nazwiska i imienia Żyda za zbieranie drzewa w lesie; uderzył batem nieustalonej 
tożsamości Żydówkę, która chwilowo zaprzestała pracy przy bunkrach; zbił batem 
Jana Czerwonkę za to, że ten odmówił bicia Żydów; a nadto sam bił batem i szczuł 
psem oraz groził wywiezieniem na roboty do Niemiec tych robotników, którzy 
ociągali się w pracy lub też upominali się o wypłatę należnych im zarobków, to 
jest o czyn, przewidziany w art. 2 dekr. z dnia 31.8.1944 r. - orzekł, że tegoż 
Janusza Gombrowicza uznaje winnym zarzuconego mu przestępstwa i na zasadzie art. 
2 i art. 7 dekretu z dnia 31 sierpnia 1944 roku podanego w jednolitym brzmieniu 
w obwieszczeniu Min. Sprawiedliwości z dnia 10 grudnia 1946 roku (Dz. U. R.P. Nr 
69, póz. 376) skazuje go na trzy lata więzienia, na utratę praw publicznych i 
obywatelskich praw honorowych na okres lat dwóch oraz na utratę całego jego 
mienia; na poczet tak wymierzonej kary pozbawienia wolności zalicza Januszowi 
Gombrowiczowi okres tymczasowego zaaresztowania od dnia l lipca 1947 r. do dnia 
5 listopada 1947 roku; zwalnia Janusza Gombrowicza od uiszczenia opłaty sądowej, 
zaś kosztami postępowania obciąża Skarb Państwa.
Moja noga twojej nodze
Udowodniono, że zabity nie był partyzantem żadnej z organizacji. Zarówno Janusz, 
jak i służba leśna musieli towarzyszyć Niemcom podczas polowań, nie odpowiadają 
jednak za to, że jeden z esesmanów zabił wówczas kobietę, która przepłoszyła mu 
dziki. Żydów traktował ostro jedynie w obecności Niemców, którzy odwiedzali 
często Potoczek. Dzięki temu mógł bez podejrzeń zatrudniać wielu Żydów i w ten 
sposób odwlekać ich śmierć. Czy gdyby źle się do nich odnosił, przylecieliby do 
Potoczka po ratunek, kiedy wyganiano ich z Tarłowa do getta? Oszaleli ze 
strachu, przybiegli wtedy do majątku. Gdzie mógł jednak schować taką masę ludzi?
Przeprowadzono wywiad w Potoczku i sąsiedniej Wólce Pytkowskiej. Większość ludzi 

background image

mówiła o Januszu bardzo dobrze. Potoczek dawał dochody, nie mieli biedy nawet 
podczas okupacji. Nikt też wtedy z majątku nie zginął, nie został wywieziony, 
aresztowany. Zatrudniał fikcyjnie w tartaku wielu ludzi z Wólki i Tarłowa, 
ratując ich przed robotami w Rzeszy.
- Był wymagający, lecz sprawiedliwy - zeznawał Bogdan Kiełczewski, który był 
świadkiem.
W 1995 roku, w kieleckim „Słowie Ludu" z 9 czerwca, do procesu Janusza wróciła 
Wiesława Lipińska w tekście „Wróg ludu":
Szedł z pasierbicą pod rękę. Nie mógł się nacieszyć widokiem Warszawy. Rok temu 
powrócił z obozu w Mauthausen. Przechodzili właśnie koło gmachu Ministerstwa 
Bezpieczeństwa Publicznego. Wydawało mu się, że koło bramy mignęła znajoma 
twarz. Nie poznał jednak swego parobka Bogdana Z., ale ten doskonale pamiętał 
dziedzica z Potoczka. Następnego dnia (...) Janusz Gombrowicz, najstarszy brat 
słynnego pisarza, został aresztowany jako „wróg ludu".
30 czerwca 1947 r. Bogdan Z., wywiadowca w Wydziale Ochrony Rządu MBP, miał 
służbę. Wychodził z bramy, a tu po przeciwnej stronie idzie Janusz Gombrowicz, 
dziedzic z Potoczka, ze Stanisławą Cichowską. Przypomniał sobie zdarzenie sprzed 
kilku lat. Były żniwa. Robotnicy zwieźli zboże i leżeli w stajni. Dziedzic 
wszedł do środka i zobaczył, że konie są nienapojone. Wściekły kopnął go i 
smagnął biczem po plecach. Teraz on był górą. Pracował w UB i budował nową 
Polskę - robotniczo-chłopską. Tamten to wróg klasowy. Poszedł do biura i napisał 
doniesienie, że w czasie wojny Janusz Gombrowicz współpracował z Niemcami, 
zastrzelił dwóch partyzantów. Bił Żydów, którzy u niego pracowali, i służbę 
folwarczną. Janusz Gombrowicz był właścicielem kilkuset hektarów ziemi w 
Potoczku, w woj. kieleckim. Podczas okupacji Niemcy zostawili mu zarządzanie 
gospodarstwem. W zamian płacił im wysoką kontrybucję. W kwietniu 1943 opuścił 
majątek i wyjechał do Warszawy. Po Powstaniu Warszawskim został wywieziony do 
obozu.
Na podstawie notatki służbowej byłego robotnika rolnego w Potoczku, Powiatowy 
Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Iłży rozpoczął śledztwo przeciw
Jaśnie Panicz
„wrogowi ludu". Od lipca do listopada 1947 roku Janusz Gombrowicz przesiedział w 
radomskim więzieniu, w jednej celi z kryminalistami. Ostatecznie został 
oskarżony na podstawie dekretu z sierpnia 1944 r. o dokonanie zbrodni przeciw 
państwu polskiemu. Zarzucano mu, że w latach 1942-43 szedł na rękę władzom 
niemieckim i znęcał się nad robotnikami polskimi i żydowskimi. W części 
dotyczącej zabicia partyzantów dochodzenie umorzono z powodu braku dowodów. W 
lutym 1943 r. na dwór w Potoczku miał miejsce napad rabunkowy. W obronie własnej 
Janusz Gombrowicz strzelił do rabusiów. Zwłoki jednego z nich znaleziono potem w 
lesie. Domniemany partyzant okazał się członkiem bandy grasującej w okolicy.
Radomska prokuratura sporządziła akt oskarżenia, opierając się na zeznaniach 
kilku mieszkańców Potoczka, głównie chłopów, którzy mieli osobiste konflikty z 
byłym dziedzicem. Przedstawiali go jako człowieka okrutnego dla pracowników. 
Mówili o wizytach Niemców w jego majątku, wspólnych polowaniach.
- Moja sytuacja w czasie okupacji była bardzo skomplikowana. Z jednej strony 
musiałem kontaktować się ze Schmitem, szefem żandarmerii w Starachowicach, i 
utrzymywać z nim poprawne stosunki, by zatrzymać majątek. Z drugiej strony 
pracowało u mnie 200 Żydów z pobliskiego Tarłowa. Kiedy przyszła pogłoska o 
likwidacji getta, wystąpiłem z propozycją skoszarowania ich w barakach przy 
tartaku. Zawsze zatrudniałem więcej Żydów niż potrzeba, by ustrzec ich przed 

background image

wywozem do obozów koncentracyjnych. Kontaktowałem się również z partyzantami. 
Dawałem im zboże, jedzenie, bydło - wyjaśniał na rozprawie Janusz Gombrowicz.
Proces w Sądzie Okręgowym w Radomiu trwał kilka miesięcy. Maria Gaje-wiczowa, 
obrońca oskarżonego, wezwała na świadków kilka osób, które w czasie okupacji 
znalazły schronienie w Potoczku. Bogdan Kiełczewski, pracownik naukowy, 
instruktor podziemnej szkoły podchorążych, poszukiwany przez gestapo, był 
nadleśniczym w dworskich lasach. Tadeusza Dobrowolskiego, redaktora 
konspiracyjnej gazetki „Głos Ludu", powojennego zastępcę dyrektora Polskiego 
Radia, zaangażował jako korepetytora dla dzieci. Józefa Rościszewskiego i 
Leonarda Pożarskiego, wysiedleńców z Poznania, fikcyjnie zatrudnił w tartaku. 
Wszyscy oni potwierdzili pomoc, jaką okazał im Janusz Gombrowicz. Jeden z 
mieszkańców Potoczka zeznał również, że dziedzic ukrywał u siebie rodzinę 
żydowską z Tarłowa. Mimo to 11 października 1948 roku Janusz Gombrowicz zostaje 
skazany na trzy lata pozbawienia wolności i utratę całego majątku. Za 
bezwzględną karą więzienia opowiedziało się dwóch ławników. Przewodniczący 
składu orzekającego, sędzia Józef Nowachowicz, złożył wotum separatum. Jest 
rzeczą bezsporną, że mogły być przypadki uderzenia Żyda lub szorstkiego 
obchodzenia się z pracownikami (...) ale nie udowodniono, że sprawca szedł na 
rękę władzy państwa niemieckiego. Bezkrytyczne zeznania miejscowej ludności 
stoją w rażącej sprzeczności z zeznaniami tej miary, co T. Dobrowolskiego i 
innych. (...) Sam fakt naruszenia nietykalności cielesnej lub obraźliwe odezwa-
Moja noga twojej nodze
niesie może stanowić przestępstwo według przepisów kodeksu karnego. Lecz do 
zastosowania art. 2 dekretu z 31 sierpnia 1944 r., tj. zbrodni, wymagane jest 
bezwzględne udowodnienie winy z całą wyrazistością (...)". W tamtych czasach 
takie odrębne zdanie sędziego było aktem dużej odwagi i niezawisłości.
Po rewizji wniesionej przez obrońcę Sąd Apelacyjny w Lublinie uchylił wyrok i 
przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. 9 maja 1949 roku Sąd Okręgowy w 
Radomiu uniewinnił Janusza Gombrowicza od stawianych mu zarzutów.
PS Przy zbieraniu materiałów do publikacji korzystałam z akt sądowych, które 
znajdują się w archiwum Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu.
Po procesie Janusz szukał pracy. Starał się o nią w trzech miejscach. Mimo że 
skończył SGGW, miał praktykę, nigdzie go nie chciano. Tak zresztą jak wielu 
„wysadzonych z siodła".
- Obejdę się, poradzę sobie sam - powiedział wtedy. Faktycznie, do końca życia 
nie pracował etatowo. Podobnie jak młodszy brat Jerzy, który zawsze szczycił się 
statusem wolnego dziennikarskiego strzelca.
- Nie wyobrażam sobie - mówił profesor Kiełczewski - żadnego z Gombrowiczów na 
posadzie, z wyznaczonymi godzinami pracy, szefami, zależnością. Byli absolutnie 
niezdolni do podporządkowania się.
Witold musiał się wprawdzie męczyć dziesięć lat jako urzędnik, lecz gdy tylko 
zebrał trochę oszczędności, natychmiast rzucił bank i dzień ten był jedyną 
rocznicą, którą świętował. Tylko Rena Gombrowicz pracowała cały czas na 
posadzie, nie była jednak taką indywidualnością jak jej bracia.
Janusz zarabiał na życie, handlując złotem, dolarami, biżuterią. Pracował 
głównie w „Roxanie" i „Pod Arkadami" na placu Konstytucji, gdzie zbierali się 
waluciarze, koniarze, byli ziemianie. Po Mauthausen, procesie, więzieniu uważał, 
że najszczęśliwszy, najbardziej niezależny jest ten, kto nic nie ma. Nikt, 
szarak. Żył, aby przeżyć. Miał pieniądze - dobrze, nie miał - drugie dobrze. 
Mieszkał w małym, kwaterunkowym pokoiku na Grocho-wie. Jego stanem posiadania 

background image

były dwie koszule. Gdy ktoś kupował mu coś nowego do ubrania - wyrzucał przez 
okno. Cóż to, źle w starych ciuchach? Popiół z papierosów strzepywał na podłogę, 
zawsze leżała tam gruba jego warstwa. Porządków nie uznawał - po co komu tak 
bezsensowna czynność?
Z Witoldem korespondował od chwili, gdy wrócił do Polski. I aż do roku 1968, to 
jest do chwili swojej śmierci. Pisywali do siebie, co miesiąc. Blisko dwieście 
listów przechowywanych obecnie w Muzeum Literatury jest najliczniejszym zbiorem 
w jego korespondencji rodzinnej. Listów do brata Jerzego (znajdujących się w 
IBL-u, a także w Muzeum Literatury) jest o wiele mniej, rzadziej ze sobą 
korespondowali. Zbyt się różnili. Ukochanym bratem był Janusz. I z wzajemnością.
Jaśnie Panicz
- Janusz mówił ludziom prawdę w oczy - wspomina profesor Kiełczewski - toteż za 
nim nie przepadali. On też za nimi specjalnie nie tęsknił, był samotnikiem. O 
wszystkich wyrażał się nie najlepiej - z wyjątkiem Witolda. Cenił bardzo jego 
twórczość.
Od roku 1956 Janusz stał się niejako agentem, plenipotentem Witolda, który 
upoważnił go oficjalnie do załatwiania wszystkich spraw związanych z wydaniem w 
kraju swych pięciu utworów: „Ferdydurke", „Pamiętnika z okresu dojrzewania", 
„Ślubu", „Trans-Atlantyku", „Iwony, księżniczki Burgunda". Biegał po 
wydawnictwach, drukarniach, konsultował się z Arturem Sandauerem. Wysyłał 
Witoldowi umowy, dopilnowywał korekt; kontrolował przede wszystkim - w myśl 
wskazań brata - czy nie wprowadzono aby jakichś zmian czy skreśleń. Odbierał 
zaliczki, honoraria, wysyłał egzemplarze autorskie, wycinki prasowe na jego 
temat.
29.03.58 (...) Jestem Ci bardzo wdzięczny, że tak do serca bierzesz moje sprawy 
i przyznaję, że inteligentnie nimi zawiadujesz. Chętnie przekazałbym Ci dużo 
więcej, ale wpływy są tak małe, że musi być wedle stawu grobla...
Większą część pieniędzy z wydanych w kraju książek przeznaczył Witold matce, 
Renie, Januszowi, trochę Jurkowi. Reszta była dla niego - nadal znajdował się w 
trudnej sytuacji finansowej.
18.07.59 (...) Zimę jako tako znoszę przy pomocy piecyka kaflowego, który należy 
do luksusów, na jaki sobie ostatnio pozwoliłem...
Z przekazywaniem mu pieniędzy było sporo kłopotów. Oczywiście nie potrzebował 
złotówek. Na szczęście nie tylko w „Roxanie" nie brakowało pośredników zdolnych 
przekazać za granicę każdą walutę. W Argentynie było przecież wielu Polaków, 
którzy pomagali finansowo swoim rodzinom. Nie opłacało się jednak wysyłać im 
pieniędzy przez bank Pekao, który wypłacał wówczas w bonach jedynie w Warszawie, 
a na prowincji w tak zwanych paczkach towarowych. Bardziej kalkulowało się, gdy 
Janusz dawał ich rodzinom kilka czy kilkanaście tysięcy złotych, a oni z kolei w 
Argentynie oddawali tę sumę Witoldowi w pesos. Po tamtejszych przeliczeniach 
oczywiście.
Od roku 1960 Janusz zaczai chorować na astmę. Nie mógł wysiedzieć w kinie, 
wychodził w połowie; było mu trudno oddychać. Mniejsza zresztą o kino. Coraz 
rzadziej pojawiał się na mieście. Od roku 1966 nie był już w stanie wychodzić z 
domu. Przestał tym samym zarabiać, a nie miał renty. Na szczęście Witold od 
dawna regularnie mu pomagał. Co kwartał przesyłał trzydzieści pięć dolarów, od 
czasu gdy zamieszkał we Francji - osiemdziesiąt.
20.01.64 (...) Wyobrażam sobie - pisał do Janusza - że to przebywanie na 
Grochowie odciętym od świata nie musi należeć do przyjemności. Szkoda wielka, że 
i pisanie Cię męczy - mógłbyś mi opisać Waszą histońę z czasów wojny (...) to 

background image

zawsze mnie interesuje...
Rodzinna astma bardzo ich zresztą zbliżała. Witold zaczai chorować już w 
Argentynie.
Moja noga twojej nodze
5.09.62 (...) Mieszkanie na drugim piętrze bez windy to dla mnie tortura, która 
oby mi serca na dłuższą metę nie osłabiła. (...) Ale w obecnym stanie finansowym 
nie ma mowy o wyprowadzeniu się. (...) W tym pokoju mieszkam już 15 lat i 
korzystam z ochrony lokatorów...
W Berlinie Zachodnim, potem we Francji był już ciężko chory. Zażywał kortyzon - 
łagodził on wprawdzie ataki astmy, lecz osłabiał serce, niszczył nadnercze, 
powodował opuchliznę twarzy, którą widać na jego późniejszych zdjęciach. Janusz 
pisał, prosił, żeby rzucił kortyzon, radził inne leki, których sam używał - 
proastmin, eufilinę. Nic innego jednak Witoldowi nie pomagało. Szok po 
przerwaniu kortyzonu okazał się zbyt gwałtowny. Dusił się, nie mógł spać, choć 
przyjmował środki nasenne.
6.04.64 (...) Ten list piszę siedząc, co oznacza, że serce się wzmocniło...
8.02.65 (...) Moje życie stało się niezbyt przyjemne i ciągle przemyśliwam nad 
tym, żeby się wynieść na tamten świat. Perspektywa kwękania wieloletniego 
niezbyt mi przypada do gustu. Otóż mam wrażenie, iż mimo lękliwego usposobienia 
zdobyłbym się może na ten krok, gdybym to miał należycie pod względem 
technicznym opracowane. Zażywanie środków nasennych, gaz świetlny etc. to zbyt 
niepewne, a nie byłbym w stanie strzelić do siebie. Najlepsze byłoby Cjankali 
(tak chyba po polsku, po francusku „cyanure"), które działa szybko i pewnie. Ale 
tu, we Francji, nie mam kontaktów z chemikami, z tymologami, etc. z ludźmi, 
którzy mają do tego dostęp. Myślę, że w Polsce łatwiej może byłoby znaleźć 
jakiegoś wielbiciela, który by mi mógł to przesłać (w buteleczce z inną 
etykietą). B. chętnie dałbym mu 100 i więcej dolarów.
Zastanów się, czybyś nie mógł mi tego załatwić. Ja naturalnie nie mam zamiaru 
się truć zaraz, ale chciałbym mieć te drzwi otwarte - to dobrze wpływa na nerwy. 
Dużą oddałbyś mi przysługę. Weź to po prostu i nie myśl, że to objaw chwilowej 
depresji, bywają sytuacje, że to decyzja najmądrzejsza. Lubię życie i z 
przyjemnością z 10 lat jeszcze bym przebiedował, ale jakby się okazało, że za 
dużo trzeba za to płacić, to nie warto... Naturalnie zaleca się dyskrecję, bo 
gotowi w gazetach ogłosić, że pisarz-emigrant etc. Napisz, co o tym myślisz. 
Pozdrawiam. W.
•*•*•*•
Od roku 1964 Witold coraz częściej pisze Januszowi o Ricie, młodej Kanadyjce, 
którą poznał w Royaumont pod Paryżem - francuskich Oborach. Studiowała 
literaturę na Sorbonie, w Royaumont dorabiała sobie latem jako telefonistka. 
Chwalił ją, że zaradna, inteligentna, uczciwa, zabawna.
Myślę urządzić się z nią na kilka miesięcy zimowych - planował.
Janusz cieszył się - nareszcie Witold nie jest sam, ma kogoś, kto się nim 
opiekuje.
Urządził się z nią jednak na dłużej. W roku 1966 Rita Labrosse, przyszła żona 
Witolda, przyjechała do Polski. Choć zapowiadał jej wizytę - wpadła trochę 
niespodziewanie. Wieczorem, w eleganckiej wieczorowej sukni, ra-
Jaśnie Panicz
żem z Krzysztofem Radziwiłłem i Arturem Sandauerem, który przedstawił ją jako 
panią Gombrowicz. Wracali prosto z przyjęcia wydanego z okazji dwudziestolecia 
PIW-u. Drugi raz Rita zjawiła się sama, taksówką. Tak szybko zorientowała się 

background image

jednak w Warszawie, że trzecim razem przyjechała już autobusem, choć musiała 
przesiadać się co najmniej trzykrotnie! Mieszkała u Sołtanów - kuzynów 
Gombrowiczów, którzy przebywali akurat za granicą.
Janusz znakomicie znał francuski, traktował Rite jak bratową, zaczęli mówić 
sobie po imieniu i bardzo szybko się polubili. Panowała naprawdę rodzinna 
atmosfera. Przyjechała również Teresa, córka Jerzego. To było trochę tak jakby 
spotkanie z Witoldem. Jeszcze niby planowano, że Janusz wsiądzie w samolot, 
poleci do Yence, zobaczy się z bratem. Lecz było jasne, że do tego nie dojdzie. 
Janusz - tak samo jak i Witold - ciężko chorował, nie wychodził już z domu, 
podczas odwiedzin Rity cały czas leżał w łóżku.
Zmarł przed Witoldem - 9 stycznia 1968 roku.
- Tu, w tym małym pokoiku na Grochowie, przeżyłem swoje najszczęśliwsze lata - 
mówił przed śmiercią. - Robiłem, co chciałem, byłem wolny, niezależny, 
nieobarczony żadną odpowiedzialnością.
Męczył się mniej niż Rena i Witold, których też zabrała astma. Nie dusił się tak 
jak oni w długich męczarniach. Zmarł spokojnie. Zgodnie z ostatnim życzeniem 
pochowano go w grobie rodzinnym Gombrowiczów w Przybysła-wicach w 
Sandomierskiem.
Kiedyś śniliście mi się wszyscy razem, cala rodziną gdzieś tak we Wsoli - pisał 
Witold - i ja tam bytem, spotkaliśmy się po raz pierwszy po wojnie, każdy 
opowiadał swoje przeżycia, ale nikt nie mógł dosłyszeć, co mówią inni. Potem 
nagle zjawił się Pascal we własnej osobie i powiedział: żyje się samemu i umiera 
się samemu.
* * *
Po reformie rolnej dworscy z Potoczka dostali po dwa hektary ziemi. Niedługo 
jednak się nią cieszyli. W roku 1952 powstała tam Spółdzielnia Produkcyjna 
„Front". O zgodę nikt ludzi nie pytał, a jakie mieli inne wyjście? Gdzie mogli 
pójść?
Choć dawny dwór Gombrowiczów był w bardzo dobrym stanie, pierwsi prezesi 
„Frontu" zniszczyli go jako symbol epoki, która minęła bezpowrotnie. Akurat 
potrzebowali też fundamentów pod kurniki.
O mały włos nie zburzono również wtedy leśniczówki, w której mieszkał Janusz i 
gdzie przyjeżdżał Witold. Nie doszło jednak do tego. Stoi, tyle że bardzo 
zaniedbana. Wali się, okna ma pozabijane deskami, wszędzie sterty gruzów, kafli. 
Nie służy nikomu i niczemu*.
* Ostatni budynek po Gombrowiczach został rozebrany w roku 1986, materiały 
przeznaczono pod budowę nowego domu koło Ostrowca Świętokrzyskiego.
Moja noga twojej nodze
Większość członków „Frontu" mieszka do dzisiaj w blokach albo domkach obok 
dawnej Spółdzielni Produkcyjnej. I nadal są bardzo zadowoleni. Owszem, nie mieli 
własnej ziemi, musieli słuchać dyrektora oraz innych przełożonych, lecz nie 
harowali tyle, co indywidualni chłopi. Jedynie osiem godzin pracy, i to nie 
zawsze w polu, ale w magazynie, biurze, przy herbacie. Potem telewizor i 
spokojna głowa. Po co na przykład kłopoty z budową domu, skoro „Front" postawił 
im bloki? Aż dziw, dlaczego co sprytniejsza młodzież tak bardzo stąd uciekała. 
Byle gdzie, aby tylko na swoje - komentują moi rozmówcy.
O Witoldzie trudno się tu czegokolwiek dowiedzieć. Gdy zaczęłam pytać o 
Gombrowiczów, natychmiast rozeszła się wieść, że przyjechał ktoś, kto będzie 
pociągał do odpowiedzialności tych, którzy zeznawali przeciwko Januszowi. Żyje 
jeszcze bowiem kilku świadków procesu. Więc choć interesował mnie Witold - 

background image

niepytani zaczynali się usprawiedliwiać, tłumaczyć. Zwalali winę na inicjatora 
procesu. Poza tym, cóż - człowiek jest tylko człowiekiem, on tymczasem obiecywał 
kierownictwo przyszłej spółdzielni i inne korzyści. Dziś zmienił nazwisko, 
„przepisał się" - jak tu mówią - co jest chyba faktem najbardziej wymownym. 
Ciągle też chodzi pijany. - Skończy tak, jak żył -przepowiadają ludzie.
Okolica nie darowała im zeznań przeciw byłemu panu. Jedli jego chleb -mówi się 
tu o nich - a potem o mało co nie wsadzili go do więzienia.
Co więcej, wszyscy, którzy zeznawali, boją się trochę, ponieważ krawcowa z 
sąsiedniego Tarłowa straszy ich ciągle, że widziała w telewizji Józia, syna 
Janusza. Mówił z zagranicy, gdzie mieszka na stałe. Obiecywał, że przyjedzie do 
Polski, czyli tym samym pomści pewnie ojca.
W kilka lat po śmierci Janusza jego żona i pasierbica postanowiły dać na mszę za 
duszę zmarłego. Przypomniały też sobie, że dobrze byłoby pomodlić się przy 
okazji również za nieżyjącego już Witolda. „Zbawiciel" był przecież także jego 
parafią. Ogłoszenie o mszy ukazało się w „Życiu Warszawy" i kościół był pełen 
ludzi. Oprócz rodziny, znajomych, przyjaciół - „cała Warszawa", przede wszystkim 
dawne ziemiaństwo, warszawscy literaci.
Pani Irena Możdżeńska, przyjaciółka Reny Gombrowicz, przyszła do kościoła w nie 
najlepszym humorze. Rena też już przecież nie żyła, tymczasem msza była - nie 
wiadomo dlaczego - wyłącznie za Witolda i Janusza.
Po zakończeniu mszy ludzie długo się nie rozchodzili, stali, rozmawiali. Pani 
Możdżeńska dowiedziała się wówczas, że gdy Janusz umierał, żona Józia, jego 
jedynego syna, była w ciąży. Nie doczekał się wnuka, choć bardzo tego pragnął. 
Wkrótce po jego śmierci Józiowi rzeczywiście urodził się syn.
I właśnie ten mały, nieznany nikomu Gombrowicz poprawił bardzo nastrój 
przyjaciółce Reny.
Stryj i bratanek
Przez wiele pokoleń ród Gombrowiczów był podtrzymywany przez jednego tylko 
potomka. Rodzice Witolda mieli trzech synów, lecz jedynie najstarszy z nich - 
Janusz - doczekał się syna: Józefa Mariana, zwanego w rodzinie również Rysiem.
Ostatni z Gombrowiczów mieszka w samym niemal centrum Paryża przy ulicy Blanc 
Manteaux. Skończył już 58 lat i jest niewątpliwie pierwszym w rodzinie 
Gombrowiczów robotnikiem - pracuje w fabryce wyrobów plastykowych. Ma dużo 
młodszą żonę Francuzkę - Liliane, byłą księgową z zawodu, i czwórkę dzieci: 
Cyrille lat 14, Isabelle lat 13, Renaud lat 12 i Yincia-ne lat 10. Nie ma raczej 
obawy, że ród Gombrowiczów zaginie.
Józef urodził się w roku 1926 w Warszawie, lecz dzieciństwo spędził w 
Małoszycach. Dziadkowie Gombrowiczowie, stryj Witold, ciotka Rena dawno już 
wtedy mieszkali w Warszawie, stryj Jerzy we Wsoli. Jego ojciec natomiast - 
Janusz Gombrowicz - jako jedyny z czwórki rodzeństwa, który znał się na 
gospodarce (skończył Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego), w imieniu swego 
ojca zarządzał Małoszycami. W roku 1938, już po śmierci starego pana 
Gombrowicza, Janusz sprzedał Małoszyce, były bowiem własnością całej czwórki 
rodzeństwa.
Mieszkając w Małoszycach, Józef Gombrowicz był jeszcze dzieckiem, w pamięci 
został mu więc jedynie obraz małoszyckiego dworu - starego, dość zniszczonego 
drewniaka, który dziadek Gombrowicz kupił od poprzedniego właściciela, a dopiero 
później dobudował do niego nową murowaną część.
Dziadka pamięta również słabo. Miał siedem lat, gdy stary pan Gombrowicz zmarł. 
Zapamiętał go już jako człowieka w podeszłym wieku, wypoczywającego najczęściej 

background image

w fotelu. Dziadek ogromnie go kochał, Józio był przecież jego nadzieją - jedynym 
wnukiem. Jerzy miał tylko córkę, na dzieci Witolda i Reny już raczej nie liczył.
Babkę Gombrowiczową ma natomiast w oczach do dziś - widywał ją do roku 1944. W 
stosunku do swoich dzieci była zwolenniczką „zimnego chowu", raczej oschła i 
surowa. Wobec wnuka natomiast - tak samo zresztą jak i wobec wnuczki Teresy - aż 
nazbyt czuła, narzucająca się z pieszczotami, po-
Stryj i bratanek
całunkami. I on, i Teresa czasem nawet od niej uciekali. Pamięta ją jako kobietę 
inteligentną, choć niewątpliwie powierzchowną. Twardą i zdecydowaną. Tak długo 
powtarzała coś czy forsowała, aż przekonała, postawiła na swoim. Była 
najważniejszą osobą w rodzinie. Świętością byli dla niej Kotkowscy i Bodzechów - 
ich gniazdo rodowe. Bardzo lubiła jeździć do Bodzechowa, opowiadać o nim, 
powoływać się na rodzinne tradycje i zasługi. Jego ojciec natomiast, nie mówiąc 
już o stryju Witoldzie i Jerzym, zawsze podśmiewał się z Bodzechowa i 
bodzechowskich wujów, faktycznie wielkich oryginałów. Babkę doprowadzało to do 
pasji. Broniła Kotkowskich, drwiąc z Gombrowiczów, przede wszystkim z ich 
przesadnej dumy z litewskiego pochodzenia. Utrzymywała też, że i wśród 
Gombrowiczów nie brakowało dziwaków.
Opowiadała najczęściej o Onufrym Gombrowiczu - pradziadku Józefa, który po 
konfiskacie swoich dóbr przez cara stracił rzeczywiście sporo, daleko mu było 
jednak do biedy. Mimo to wpadł w kompleks ubóstwa. Uważał, że na nic go już nie 
stać. Nawet na powóz. Gdy osiedlił się w Królestwie, dla oszczędności jeździł - 
jak prosty chłop - wasągiem, lecz zawsze zaprzężonym w czwórkę najpiękniejszych, 
najdroższych koni. A ponieważ kłócił się często z żoną, jeździła drugim 
wasągiem, też w czwórkę najlepszych koni.
Ciotkę Renę Józef pamięta jako osobę słabego zdrowia, wątłą, często chorą. 
Właściwie tylko ona nie wyzwoliła się spod wpływu matki. Poddawała się jej nawet 
jako dorosła kobieta. Była dobra, zdolna, wybitnie inteligentna, choć - ze 
względu na bardzo silną wiarę - trochę mało tolerancyjna wobec innych.
Stryj Jerzy - wesoły, przystojny, fizycznie podobny bardzo do swego ojca, tylko 
w odróżnieniu od niego pozbawiony zupełnie jego słynnej żelaznej woli.
Stryj Witold - milczący, zawsze z boku, przyglądający się raczej wszystkiemu, o 
wysokim głosie i intonacji bardzo podobnej do swojej matki.
- Gdy mówił - wspomina Józef Gombrowicz - zawsze przypominał mi babkę.
Najwięcej wspomnień - i najprzyjemniejszych - ma z Potoczka. Piękne lasy, cisza, 
spokój, samotność, która zawsze mu bardzo odpowiadała, nawet jako 
kilkunastoletniemu chłopakowi. Rodzice, szczególnie matka, kochali go może 
przesadnie, choć trudno im się dziwić. Dwóch pierwszych synów zmarło zaraz po 
urodzeniu, nie wiadomo właściwie dlaczego. Może wpływ na potomstwo miało 
pokrewieństwo rodziców? Trzęśli się więc nad jedynym, który został im przy 
życiu. Matka miała wprawdzie córkę z pierwszego małżeństwa - Stasię, lecz prawie 
się nią nie zajmowała. Zaraz po urodzeniu oddała ją do Bodzechowa, do swojej 
matki. Całą miłość ulokowała w synu. Bardzo długo miał niańkę, która chodziła za 
nim krok w krok, żeby się przypadkiem nie przewrócił. Gdy miał czternaście lat i 
czas było pomyśleć o szkole, nie tylko o domowym wykształceniu, matka wynajęła 
mieszkanie przy Klonowej 10 w Warszawie, dokładnie naprzeciwko jego gimnazjum 
(dziś jest tam Liceum im. Narcyzy Żmichowskiej), żeby móc codziennie obserwować 
z okna, czy ostrożnie przechodzi na ulicę, z kim wraca. Nie rozumiała, że naraża 
go na śmiechy kolegów.
6. Jaśnie Panicz

background image

Jaśnie Panicz
Ojciec też nie widział świata poza synem. Gdy jako kilkunastoletni chłopak 
życzył sobie posłuchać prawdziwej orkiestry, Janusz Gombrowicz zaraz wynajął 
okolicznych muzykantów, niech grają dla syna! Gdy zwracano mu uwagę na wybryki 
Józia - kiedyś na przykład pociął na strzępy suszącą się bieliznę - tłumaczył, 
że syn jest jeszcze „mały", wszystko przejdzie mu z wiekiem. I choć leśniczówka 
(a właściwie dworek) w Potoczku była olbrzymia, miał pokój razem z synem - żeby 
nie spuszczać go z oka.
Ojciec nie lubił właściwie pracy na gospodarstwie, traktował ją jedynie jako 
sposób zarabiania na życie. Z zamiłowania był człowiekiem interesu. Bujając się 
w fotelu, pykając fajeczkę, ciągle obmyślał transakcje czy przedsięwzięcia, 
dzięki którym miał pieniądze, a Potoczek przynosił dochody. Swego syna też 
widział w podobnej roli. Matka natomiast starała się przekazać mu swoje 
przywiązanie do Potoczka. Zachęcała syna do nauki, lecz bynajmniej bez przesady 
czy broń Boże przemęczania się.
- I tak przecież nie zginiesz - mówiła - będziesz miał kiedyś Potoczek.
Życie potoczyło się jednak inaczej. Wybuchła wojna. Dosłownie kilka tygodni 
wcześniej stryj Witold wyjechał do Ameryki. Dobrze to pamięta - gdy stało się 
jasne, że stryj szybko nie wróci, odziedziczył jego ubrania. Choć miał tylko 
trzynaście lat, świetnie pasowały - zawsze był bardzo wysoki, dobrze zbudowany, 
rozrośnięty, niepodobny zupełnie do Gombrowiczów, lecz do Kotkowskich.
Okupację spędzili w Potoczku. Babka Gombrowiczowa i ciotka Rena zdecydowały się 
pozostać w Warszawie - pilnowały mieszkania, ciotka była też bardzo przywiązana 
do swojej pracy w „Yerbum".
Lecz wkrótce okazało się, że w Potoczku wcale nie jest bezpiecznie. W lasach 
zaczęły grasować bandy udające partyzantów. Gdy w 1943 podczas nocnego napadu na 
leśniczówkę ojciec postrzelił śmiertelnie jednego z nich, musieli uciekać 
natychmiast w obawie przed zemstą jego towarzyszy. Pojechali do Warszawy, na 
Królewską, do babki Gombrowiczowej i ciotki Reny.
Podczas Powstania Warszawskiego razem z ojcem i przyrodnią siostrą Stasia wpadli 
na Okólniku w ręce Niemców. W kościółku na Woli podzielono ich wszystkich na 
dwie grupy. Znalazł się wśród młodych i zdrowych mężczyzn - miał osiemnaście 
lat. Ojciec i Stasia w grupie kobiet, starców i dzieci. Ojciec miał dopiero 
pięćdziesiąt lat, ale siwy zarost i siwe włosy postarzały go. Choć nie wiedział, 
czy syn nie zostanie za chwilę rozstrzelany, dobrowolnie przeszedł na drugą 
stronę, stanął obok niego. - Nie mogłem cię przecież zostawić samego - tłumaczył 
potem.
Trzytysięczny transport wywieziono do Oświęcimia, po tygodniu przeniesiono do 
Mauthausen. Początkowo długo nie wiedzieli nawet, gdzie ich wiozą, potem jednak 
zorientowali się, że w kierunku zachodnim.
Stryj i bratanek
Ojciec nie był w pełni sił, Józef pomagał mu więc iść już ze stacji do obozu. 
Gdy pracowali w kamieniołomach, korzystając z tego, że droga biegła pod górę, 
nosił i jego kamienie. Oddawał mu je dopiero na wierzchołku, skąd byli już 
widziani przez nadzorców. Ojciec natomiast dzielił się z nim swoją „porcją". W 
końcu jednak ich rozdzielono. Janusz dostał dyzenterii, trafił do obozowego 
lazaretu. Józia natomiast przeniesiono do podobozu wWienerchendorf, później zaś 
do Redelziff.
- Odczułem wtedy coś w rodzaju ulgi - mówi Józef Gombrowicz. - Nie musiałem już 
troszczyć się o ojca, poczułem się o wiele swobodniejszy.

background image

Pracował dalej w kamieniołomach, potem w fabryce, właściwie nikt z nich nie miał 
prawa przeżyć; wykańczano wszystkich, zatrudnieni byli bowiem - jak się potem 
okazało - przy częściach do V 1.
Lecz wojna już się kończyła, w okolicy słychać było karabiny maszynowe. 3 maja 
rozpoczęto ewakuację ich podobozu do Ebensee. I tam uniknął jednak śmierci. W 
obozie wybuchła już panika - część strażników uciekła, kilku z nich ostrzegło 
więźniów, że wnętrze sztolni zostało specjalnie podminowane, odmówili więc 
wejścia. Do pilnowania obozu zwerbowano siedemdziesięcioletnich staruszków z 
okolicy, innych mężczyzn już nie było. 8 maja wieczorem weszli Amerykanie. W 
przeddzień więźniowie wyrżnęli lub zatłukli pałkami kilku kapo.
Parę dni później odnalazł go ojciec. Amerykanie wycofali się, obóz w Mauthausen 
został przekazany Rosjanom, o czym uprzedzono więźniów. Janusz sprawdził w 
obozowych kartotekach, gdzie trafił syn, postanowił go odnaleźć. Przypominał 
kościotrupa, co chwila się wywracał, ledwo stał na nogach.
- Ja natomiast - mówi Józef Gombrowicz - straciłem po szkorbucie wszystkie zęby, 
bardzo schudłem, lecz trzymałem się. Byłem młody, zdrowy, silny, dobrze 
zbudowany. Pod koniec obozu tylko ja i jeszcze jeden z więźniów potrafiliśmy 
podnieść kocioł z zupą.
Zostali w Ebensee jeszcze prawie rok. Ojciec wysłał wtedy syna na studia do 
Monachium, szybko go jednak stamtąd odesłano. Wyniósł wprawdzie z domu znajomość 
nie tylko francuskiego, lecz i niemieckiego, okazała się jednak niewystarczająca 
do studiów wyższych. Wstąpił wtedy do wojska, a właściwie do francuskiej 
kompanii wartowniczej - przyjmowali każdego. Był już zdecydowany nie wracać do 
Polski.
- Nie potrafiłem i nie chciałem zaakceptować tego, co się w Polsce stało, jej 
nowego porządku - mówi. -1 nie chodziło mi wcale o stracony Potoczek czy 
Bodzechow, tylko o zmiany głębsze, z którymi, jako wychowany w pewnym duchu, 
zgodzić się nie mogłem.
Nie były to również najlepsze lata do powrotu. Nie miał co do tego najmniejszych 
złudzeń - docierały tu przecież wiadomości o sytuacji w kraju.
- W pewnym sensie byłem szczęśliwy, że wojenna zawierucha rzuciła mnie właśnie 
na Zachód.
Jaśnie Panicz
Ojciec natomiast wahał się, zastanawiał. Bynajmniej jednak nie namawiał syna do 
powrotu. W końcu, w 1947 roku - jak mówi Józef Gombrowicz - załamał się 
psychicznie. Uznał, że jest już za stary, żeby rozpoczynać życie od nowa. Syn to 
co innego. Przyjechał kiedyś do Innsbrucku, gdzie stacjonował oddział Józefa. 
Pożegnali się już na zawsze.
W trzy miesiące później ojca aresztowano. Dostał trzy lata, ułaskawienie 
zawdzięczał głównie rodzinnym znajomościom.
- Przypuszczałem, że czekałoby mnie to samo - mówi Józef Gombrowicz. -A nie 
nadawałem się na męczennika. Chciałem żyć spokojnie, normalnie. Przeciąć pewien 
łańcuch. Przecież mój pradziad Onufry Gombrowicz za pomoc powstańcom 1863 roku 
został uwięziony w twierdzy, zesłany na osiedlenie w głąb Rosji, pozbawiony 
majątku. Zezwolono mu wprawdzie po kilku latach na powrót, lecz już nie na 
rodzinną Litwę. W roku 1905 dziadek Gombrowicz za antypaństwowe przemówienie do 
swoich robotników siedział w więzieniu radomskim. Ojciec przeszedł Mauthausen, 
więzienie. Naprawdę było już tego dość.
Wcale się nie obawiał zaczynać życia bez żadnego oparcia i rodziców. Ich 
nadmierna opieka ciążyła mu, chciał się od niej uwolnić, i nadarzyła się okazja. 

background image

Zawsze najlepiej czuł się sam. Niczego się już nie bał. Obóz zmienił go i 
zahartował.
- Stałem się innym człowiekiem - mówi. - Dostałem przyspieszoną lekcję życia.
Po trzech latach, w roku 1949, opuścił kompanię wartowniczą, osiedlił się we 
Francji. Już na stałe. Przez kilka lat pracował w Pirenejach - zbierał w lasach 
zioła. Czuł się tam bardzo dobrze - zawsze lubił las i samotność. Był jednak 
młody, a zimą dokuczała nuda. W roku 1955 przeniósł się do Paryża. Lubi właśnie 
ciszę i spokój albo anonimowość naprawdę wielkiego miasta. Od razu trafił do 
fabryki wyrobów plastykowych, gdzie pracuje do dziś.
- Robię w plastyku - mówi.
Początki w Paryżu były dość trudne - taniutki, mały pokoik na szóstym piętrze, 
bez żadnych wygód; nawet kran z wodą na korytarzu, obiady w najtańszych 
restauracjach. Lecz pensję miał coraz przyzwoitszą, szczególnie gdy zaczął 
pracować w warunkach nie najłatwiejszych, bo wśród chemikaliów. Szybko więc 
stanął na nogi, zmienił mieszkanie. W roku 1967, już po czterdziestce, ożenił 
się z Francuzką Liliane, którą poznał w biurze swojej fabryki.
* * *
Ze stryjem Witoldem początkowo tylko korespondował. Stryj dostał adres od jego 
ojca, napisał więc z Argentyny do Francji. Po raz pierwszy od czasów 
przedwojennych zobaczyli się w roku 1963 w Paryżu, gdzie stryj za-
Stryj i bratanek
trzymał się na kilka dni przed wyjazdem na stypendium do Berlina Zachodniego. Z 
trudem się poznali. Gdy się żegnali w 1939, Józef Gombrowicz był trzynastoletnim 
chłopcem, stryj trzydziestopięcioletnim mężczyzną. Teraz natomiast spotykał się 
starszy pan z panem w tak zwanej sile wieku. Rozmawiali przede wszystkim o 
wojennych losach rodziny. Stryj wiedział sporo z listów, lecz oczywiście nie 
wszystko, a bardzo go to interesowało.
1.05.1963 (...) Widać po nim, że życie miał niełatwe - pisał Witold Gombrowicz 
do brata Janusza o spotkaniu z jego synem - ale fizycznie jest silny i odporny, 
a także wygląda na czlowieka o silnym charakterze, na którym można polegać. 
Bardzo mnie ucieszyło, że pomimo braków w wykształceniu nie brak mu inteligencji 
ani oczytania, można z nim ciekawie porozmawiać na różne tematy. Natomiast jest 
trochę „sztywny" (co już z listów jego wyczuwałem), brak mu giętkości, swobody i 
myślę, że ma pewną skłonność do dziwactw, choć z drugiej strony dobrze się 
kontroluje - ale sporo w nim musi być kompleksów, zadrażnień, zresztą nic 
dziwnego... Nasze stosunki od razu bardzo sympatycznie się ułożyły i bardzo 
szczerze rozmawialiśmy...
Nie zawsze jednak tak było, choć po powrocie stryja z Berlina widywali się już 
regularnie - mniej więcej raz w miesiącu, a także podczas wakacji, Bożego 
Narodzenia, Wielkanocy.
5.12.64 (...) Drogi Synu - pisała matka Józefa - podobno wybierasz się na święta 
do Witolda. Więc wcześniej, Synu kochany, zasyłam Ci najserdeczniejsze życzenia. 
Dołączam też opłatek. Podziel się nim z Witoldem i pozdrów go ode mnie wraz z 
życzeniami, jakie mu przez Ciebie przesyłam.
Częściej się nie widywali - Józef Gombrowicz przecież pracował, stryj miał swoje 
zajęcia. Odwiedzał go czasami w Royaumont, potem w Vence, lecz niezbyt lubił tam 
jeździć - dużo ludzi, turystów z całego świata, gwar, tłok.
Nie było też, prawdę mówiąc, potrzeby częstszych spotkań. Choć zanim się 
pożenili, nie mieli poza sobą we Francji żadnej rodziny, nie łączyło ich wiele. 
Żyli innym życiem, zupełnie innymi sprawami. Józef Gombrowicz nie interesował 

background image

się literaturą, nie ukrywał również, że nie przepadał za twórczością stryja. 
Mimo to, początkowo stryj chciał go zrobić kimś w rodzaju swego pomocnika czy 
sekretarza. Bardzo kogoś takiego potrzebował. Józef jednak odmówił. I nie tylko 
dlatego, że „noszenie za stryjem teczek" niezbyt mu odpowiadało. Lubił sam 
decydować o swoim życiu, wszystko zawdzięczać tylko i wyłącznie sobie. Witold 
tymczasem traktował go ciągle jak małego bratanka, którym trzeba kierować, 
dyktować mu - tak jak kiedyś rodzice -co ma robić.
Rozmawiali więc przede wszystkim o sprawach rodzinnych - stryj był w kontakcie z 
całą niemal rodziną w kraju. Lecz nawet i te sprawy dzieliły ich, nie łączyły.
Stryj bardzo namawiał bratanka na powrót do Polski. Uważał, że powinien - ma 
przecież starych, chorych, wymagających opieki rodziców. Józef
Jaśnie Panicz
Gombrowicz nie potrafił jednak zdecydować się na tak poważny krok. Rodzice 
zresztą nie wymagali od niego aż takiej ofiary. Albo też tylko się do tego nie 
przyznawali.
Stryj pomagał finansowo jego ojcu, i to regularnie. Nie ukrywał, iż uważa, że w 
pomocy tej powinien uczestniczyć również i on - jedyny przecież syn. Józef 
Gombrowicz tymczasem pomagał im oczywiście, lecz od czasu do czasu, w miarę 
możliwości. Wysyłał pieniądze lub też towary, które można było w Polsce dobrze 
sprzedać. Według stryja nie była to jednak pomoc wystarczająca. Prosił nawet 
brata i bratową, żeby informowali go dokładnie o pomocy Józefa, choć nigdy 
słowem mu się nie skarżyli.
Dziwił się też bardzo, że bratanek nie zaprasza do Francji - choć na kilka dni - 
swojej matki. (Ojciec był już ciężko chory, nie mógł podróżować). Matka przecież 
marzyła, żeby jeszcze syna zobaczyć. Nie doszło jednak do tego. Nie było jej 
stać na podróż, żyła z niewielkiej renty za Potoczek. A i syn nie miał na to 
jakoś - nawet gdy się już ożenił - pieniędzy. Potem ciągle sprawę odkładał, 
zwlekał. W roku 1975 zaprosiła ją do Francji Rita Gombrowiczowa, wdowa po 
Witoldzie. Lecz matka nie mogła już wtedy jechać, była częściowo sparaliżowana, 
nie ruszała się z domu.
Stryj uważał również, że bratanek zbyt rzadko pisuje do swoich rodziców, 
zwłaszcza do matki. Rzeczywiście, nie pisał za często. Tylko wtedy - jak 
przyznaje - gdy była potrzeba. Co więcej, jak wszyscy Gombrowiczowie -tak jak i 
stryj Witold, zawsze był skryty, zamknięty w sobie, nieskory do zwierzeń. Więc i 
jego listy były lakoniczne, skąpe, pozbawione szczegółów, które najbardziej 
rodziców interesowały. Kuzynów i znajomych wyjeżdżających do Paryża prosili 
zawsze o listy o nim.
24.06.68 (...) Z Rysiem moje stosunki bardzo chtodne - pisał Witold do brata 
Jerzego w jednym z listów znajdujących się obecnie w warszawskim Muzeum 
Literatury - gdyż nie mogę tolerować faktu, że nie odpowiada na listy Dzidzi, 
traktuje ją z taką oschłością...
Tak że coraz bardziej się od siebie oddalali. Nie zawiadomił nawet stryja o 
swoim ślubie z Liliane, co oczywiście nie poprawiło ich stosunków. Po prostu 
stryj czuł się - jak mówił - za niego odpowiedzialny. Prosił nawet, żeby 
bratanek pokazał mu listy od swojej matki - chciał sprawdzić ich daty, zobaczyć, 
jak często ze sobą korespondują. Wysłał stryjowi kilka listów - ze względu na 
rodziców nie chciał z nim sprzeczki. Lecz matka dosłownie w każdym liście 
narzekała na brak wiadomości od syna. Matce, jak to matce, ogromnie na tych 
wiadomościach zależało. Bardzo to jednak przed Witoldem ukrywała, nigdy mu się 
nie skarżyła. Przeciwnie, chwaliła syna i synową, jak tylko mogła:

background image

Kochany Witoldzie - pisała matka do swego szwagra. - Bardzo mi było miło, żeś mi 
odpisał, bo stale myślą jesteśmy przy Tobie. Martwię się, że nie możemy być przy 
Tobie. Zawsze jesteś nam bardzo bliski pomimo odległości i czasu,
Stryj i bratanek
który nas rozdzielił. (...) Często mam wiadomości od Rysia i długie listy od Li-
liane, która pisze mi szczegółowo o małym i przysyła mi jego fotografie. 
Otrzymuję też od nich paczki wartościowe ok. 12 dolarów miesięcznie, tak jak im 
napisałam. Nie potrzebuję od nich więcej, a za te przesyłki uzyskuję podwójną 
wartość. Bardzo też cieszę się, że doszli już do mieszkania, bo było to moją 
wielką troską. Serdecznie się oboje do mnie odnoszą i zapytują, czy mi więcej 
czegoś nie trzeba. (...) Będę do Ciebie pisywać i jak będziesz lepiej się czuł, 
to mi parę słów napiszesz, co będzie dla mnie wielką radością, a na razie 
prosimy Cię o wiadomości, bo się niepokoimy. Kochany Witoldzie, całuję Cię b. 
serdecznie. Dla Twojej żony pozdrowienia przesyłam. Dzidzia.
Droga Dzidziu - odpisał jej Witold 9 lipca 1969 w jednym ze swoich ostatnich już 
listów - cudzą ręką piszę, bo moja się trzęsie, astma i serce mnie gubią. Cieszę 
się, że się jako tako trzymasz. (...) Z Rysiem dawno się nie widziałem, bardzo 
zapracowany. Ostatni list miałem od Liliany, że wszystko dobrze, dziecko rośnie, 
chodzi już, mieszkanie powiększyli o dwa pokoje. Piszcie, mnie trudno pisać, bo 
roboty dużo, a dość słabowity jestem. Uściśnienia. Witold.
Później już, na szczęście, sekretarz czy też pomocnik nie był stryjowi 
potrzebny. W roku 1964 poznał Rite Labrosse, młodą Kanadyjkę, która została jego 
sekretarką, towarzyszką życia, potem żoną.
- Miał wielkie szczęście, że ją spotkał - mówi Józef Gombrowicz. - Cała rodzina 
była z tego zadowolona.
Ucieszyła mnie wiadomość o Witoldzie - pisała matka Józefa - że miewa się 
lepiej, ustabilizował się na zimę w dobrym klimacie i ma towarzyszkę, która się 
nim zaopiekuje.
Wypełniła mu samotność, była miła, inteligentna, z poczuciem humoru. Podczas 
którychś odwiedzin Józefa Gombrowicza w Vence stryj przeglądał akurat „L'Etre et 
le Neant" Sartre'a. Mówił, że właśnie to przeczytał. - Tylko ciekawe jak - 
wtrąciła od niechcenia Rita - skoro, proszę, kartki nawet nierozcięte...
Jej przede wszystkim zawdzięczał stryj jeszcze kilka lat życia. Zanim ją poznał, 
żądał jedynie od lekarzy środków przeciwbólowych i kojących nerwy. Dopiero z 
Ritą ustabilizował swój codzienny tryb, zaczai stosować dietę, którą zawsze 
przedtem odrzucał, twierdząc, że lepiej chyba umrzeć niż stosować się do takich 
rygorów. W ostatnich latach nie miała z nim łatwo. Jako ciężko chory był 
drażliwy, wybuchowy.
- Nieraz musiałem łagodzić sytuację - wspomina Józef Gombrowicz.
* * *
(...) Kochany Rychu - pisała matka latem 1969 roku - z końcem czerwca 
dowiedziałam się od znajomych, że z Witoldem jest bardzo źle i doktorzy są złej 
myśli. Napisałam zaraz do niego serdeczny list, zaraz mi odpisał, ale już dyktu-
Jaśnie Panicz
jąć pani Paczowskiej. Wkrótce napisałam do Witolda list dłuższy, ale niestety 
przyszedł już po jego śmierci. Od Rity miałam smutny list o Witoldzie, biedna 
jest, bardzo to przeżywa. Przysłała mi prezent, który wystarczy mi do końca 
roku, tak że mi do stycznia nic nie przysyłajcie...
Depeszowałam do Ciebie po otrzymaniu wiadomości o śmierci Witolda, prosząc o 
kilka słów - czy byłeś na pogrzebie itd.

background image

Telegram od Rity przyszedł niespodziewanie, rano 25 lipca 1969 roku. Pojechał na 
pogrzeb sam, żona spodziewała się drugiego dziecka, nie mogła podróżować. Wsiadł 
w pociąg, o czternastej był w Yence. Ledwo zdążył, pogrzeb zaczynał się o 
szesnastej. Rodzinę reprezentował tylko on i Rita, którą prowadził pod rękę. 
Teresa Gombrowicz nie zdążyła otrzymać paszportu. Trwało lato, urlopy, sporo 
ludzi nie zdołało przyjechać. Było za to dużo przypadkowych turystów, 
przebywających latem na Riwierze. Tak że gdy szedł kondukt, zatrzymano na pewien 
czas ruch na głównej ulicy w Vence. Ktoś robił zdjęcia z pogrzebu, stryjowi w 
trumnie, Psiny - psa Witolda aportującego przed jego trumną. Rita niezbyt jednak 
lubi te zdjęcia pokazywać. Choć i stryj, i Rita pochodzili z rodzin katolickich, 
oboje byli niewierzący, a przynajmniej nie-praktykujący. Nie było księdza, 
krzyża. W ogóle bardzo skromnie i spokojnie.
Jedyną oficjalną spadkobierczynią uczynił Witold Rite, choć miał przecież 
jeszcze wtedy rodzinę w kraju: brata Jerzego, bratową, bratanicę, a w Paryżu 
właśnie bratanka oraz jego żonę i dziecko. Rita zaraz wysłała im wszystkim 
fotokopie testamentu, trochę się przy tym tłumacząc.
Zupełnie jednak niepotrzebnie. Józef Gombrowicz twierdzi bowiem, że ani on, ani 
też rodzina w kraju nie czuli się wcale pokrzywdzeni. Ci w kraju skorzystali i 
tak. A jeżeli chodzi o niego, nigdy nie był przecież ze stryjem w najlepszych 
stosunkach. Co najważniejsze też - sam lubi sobie wszystko zawdzięczać.
- Poza tym - mówi - naprawdę nie przesadzajmy. Nie było znów tak co dziedziczyć. 
Większe pieniądze za jego książki zaczęły się dopiero po śmierci. Na warunki 
francuskie wcale nie był zamożny, tak zresztą jak większość chyba pisarzy 
emigracyjnych. Dobrze wiedział, co robi. Gdy we Francji dziedziczy dalsza 
rodzina, czyli na przykład bratanek, około 65 procent idzie na podatki. Nikt by 
wtedy naprawdę nie skorzystał. Żona natomiast żadnych podatków nie płaci.
Ma więc z czego - zgodnie z ostatnim życzeniem Witolda - pamiętać o rodzinie w 
Polsce: o żonie oraz córce Jerzego i Stasi - pasierbicy Janusza. Dla nich 
również są dochody ze sztuk Witolda, wystawianych w kraju. Dostają pieniądze 
przez ZAiKS.
Do dziś Rita utrzymuje również jak najlepsze stosunki z rodziną Józefa 
Gombrowicza, odwiedza ich bardzo często, lubi wszystkie dzieciaki - jest
Stryj i bratanek
matką chrzestną najmłodszej Yinciane. Pomaga też w finansowaniu ich nauki. 
Chciałaby bowiem, aby zdobyli wykształcenie. Chodzą więc do dobrych, drogich 
szkół, Cyryl już do liceum.
Zdaniem Józefa Gombrowicza, stryj żeniąc się z Ritą pół roku przed śmiercią, 
uczynił ją jedyną oficjalną spadkobierczynią także i z innych względów. Rodzina 
w kraju, dziedzicząc, decydowałaby również o sprawach wydawniczych, przejęłaby 
przecież automatycznie prawa autorskie. Obawiał się prawdopodobnie, że mogłaby 
ulegać naciskom, iść na zbyt daleko idące ustępstwa. Rita natomiast jako 
cudzoziemka, absolutnie niezależna od Polski, a zorientowana w sprawach 
wydawniczych, gwarantowała należytą pieczę nad jego dziełem. Miał widać do niej 
zaufanie, skoro tak właśnie zadecydował.
- Dobrze, że to właśnie ona czuwa nad jego sprawami - mówi Józef Gombrowicz. - 
Nikt z rodziny nie dałby sobie z tym rady.
Żyją skromnie - cztery małe pokoiki, tanie, bardzo zniszczone meble. Józef 
Gombrowicz pracuje dość daleko, wstaje więc rano, dojeżdża metrem, wraca do domu 
dopiero o szóstej wieczorem. Dzieci czekają już wtedy pod drzwiami, o wpół do 
siódmej jedzą razem kolację, oglądają telewizję, rozmawiają. I tak jest 

background image

codziennie. Ostatnia większa uroczystość odbyła się chyba wówczas, gdy 
najmłodsza Yinciane poszła po raz pierwszy do komunii. Urządzili wtedy przyjęcie 
- akurat przyjechała również stryjeczna siostra, Teresa Gombrowicz. W lipcu 
natomiast jadą całą rodziną na miesiąc w Pireneje, mieszkają u znajomego 
gospodarza.
Żona nie pracuje, dzieci jest przecież aż czworo. Teraz, gdy już trochę 
podrosły, poszły wszystkie do szkoły, myśli o pracy chałupniczej, a konkretnie o 
koronkarstwie - ma bardzo zręczne ręce. Pieniędzy ciągle przecież brakuje, 
ostatnio nie płacili za mieszkanie. Groziła im nawet eksmisja, lecz francuskie 
prawo lokalowe broni lokatorów, którzy, tak jak oni, mieszkają na jednym miejscu 
od lat. Właściciele domu nie mają wtedy za wiele do powiedzenia.
Nie myślą o przyjeździe do Polski. Dzieci są za małe na tak daleką podróż.
- Uważam też - mówi Gombrowicz - że nie jest to już Polska, którą opuściłem. 
Mojej Polski już nie ma. Jak mogę więc za nią tęsknić? Nie wiem również, co to 
nostalgia, czekam na nią. Podobno przychodzi w późniejszym wieku.
Bardzo długo miał paszport emigranta bez francuskiego obywatelstwa. Gdy jednak 
przyszły na świat dzieci, nie było już można tak żyć. Dzieci są już więc 
Francuzami. Chodzą do francuskich szkół, nie mówią po polsku. Najstarszy Cyryl 
wprawdzie trochę się uczył, lecz przestał, stracił jakoś zapał. I jak na razie 
interesuje się jedynie papieżem i Fibakiem. Uczyła się też polskiego żona. 
Chodziła na lekcje razem z Ritą Gombrowicz, lecz i one przestały. Żona jednak 
sporo rozumie. Odwiedzają przecież ich dom Polacy -Teresa Gombrowicz, przyrodnia 
siostra Stacha, kuzyni.

L

Jaśnie Panicz
Jedyną rodzinną pamiątką jest w tym domu kryształowy kielich z roku 1849, który 
matka przekazała synowi przez znajomych. Był własnością Ignacego Kotkowskiego, 
który kupił kiedyś Bodzechów. Tak na co dzień schowany jest jednak głęboko - 
dzieci już się kiedyś do niego dobierały. Jest też trochę rodzinnych zdjęć, 
które przysłała matka, przywiozła Teresa i Stasia. I to już wszystko. Rodzinnych 
tradycji specjalnie się tu bowiem nie pielęgnuje.
- Porozmawialiście już o wszystkich wariatach w rodzinie? - komentuje z ironią 
moją rozmowę z Józefem Gombrowiczem jego żona.
Do rodzinnych i słowiańskich tradycji nawiązują właściwie jedynie imiona dzieci.
Cyrille to przecież imię słowiańskie, nie francuskie, oprócz tego nosi on imię 
Józef i Michał - na cześć protoplastów rodu Gombrowiczów;
Isabelle ma na drugie imię Franciszka - po swojej babce Franciszce 
Gombrowiczowej z domu Kotkowskiej, na trzecie Irena - po ciotce Irenie 
Gombrowicz, siostrze Witolda;
Renaud ma na drugie Piotr, na trzecie Andrzej, czwarte Jan - wszystkie po 
Gombrowiczach, były to wśród nich imiona bardzo popularne;
Yinciane jest też Ritą - na cześć matki chrzestnej, a także Antoniną - po swojej 
prababce Gombrowiczowej, z domu Kotkowskiej, matce Witolda.
Nie ma w tym domu żadnej z książek stryja Witolda. Są natomiast dwie po nim 
pamiątki. Przede wszystkim jego maszyna do pisania marki „Re-mington", którą 
przywiózł jeszcze z Argentyny. Rita podarowała ją dzieciom, ponieważ nie była 
jej potrzebna - ma polskie czcionki. Jak na razie, dzieci popsuły tylko jedynkę, 
poza tym pisze doskonale. Jest też mały stolik z giętymi nogami z domu Witolda i 
Rity w Vence. Gdy Józef Gombrowicz był na jego pogrzebie, Rita dawała mu różne 
rzeczy, tylko jak miał je wieźć do Paryża? Wziął stolik, bo był z tego 
wszystkiego najmniejszy. Miał też sporo listów Witolda, lecz wszystkie oddał 

background image

Ricie.
* * *
Może Józefowi tak się tylko wydawało, ale stryj Witold dość chłodno przyjął 
wiadomość o narodzinach jego syna - Cyryla. (Następnych dzieci już nie 
doczekał). Nie ukrywał, że chciałby, aby ród Gombrowiczów skończył się 
efektownie na nim. Cyryl psuł mu zakończenie.
Nasza rodzina kończyła się... wbrew pozorom, wbrew faktowi, że moi bracia 
pożenili się i mieli dzieci, była to rodzina w dekadencji, niezdrowa krew Kot-
kowskich, którą mieliśmy po matce, obciążająca nas potencjałem zaburzeń 
psychicznych... - pisał we „Wspomnieniach polskich"*.
Wiele osób też tak uważa, a zwłaszcza potomkowie zamieszkałych w kraju czy na 
emigracji polskich rodzin szlacheckich lub ziemiańskich. Ich zdaniem
Instytut Literacki, Paryż 1977, s. 102.
Stryj i bratanek
ród Gombrowiczów już się skończył. Józefa Gombrowicza, ostatniego z rodu, 
właściwie nie uznają. Potomek tak znakomitego, zasłużonego, szlacheckiego rodu - 
prostym robotnikiem, człowiekiem bez specjalnych ambicji, jego żona - 
chałupniczką! Rzeczywiście dekadencja, deklasacja. Koniec rodu.
Lecz ostatnie słowo nie zostało jednak powiedziane. Dzieci jest przecież czworo 
i wszystkie naprawdę udane. Szczególnie młodszy Renaud, tak podobny do 
Gombrowiczów, głównie właśnie do Witolda, ulubieniec Rity. Żywy, energiczny, 
błyskotliwy, bardzo inteligentny. Starszy Cyrille również, choć może trochę 
powolniejszy, zdolny do matematyki, fizyki, pochłaniający kryminały Agaty 
Christie, samodzielny - latem zarabia u ogrodników na własne wydatki. Isabelle z 
kolei robi się coraz bardziej podobna do swojej ciotki Reny Gombrowicz. Yinciane 
też ma urodę polską - jasne włosy, niebieskie oczy.
Teraz naturalnie nie wiadomo jeszcze, co z nich wyrośnie. Być może 
Gombrowiczowie wciąż nie powiedzieli ostatniego słowa.
Kuzynek Wicio
Pan Mieczysław Skibniewski, rocznik 1903, zamieszkały pod Warszawą nauczyciel - 
rencista, jest kuzynem Witolda Gombrowicza*. Matka pana Skib-niewskiego, tak jak 
i matka Witolda, z domu Kotkowska. Były stryjecznymi siostrami, ich ojcowie: 
Gustaw i Ignacy Kotkowski - rodzonymi braćmi.
Kuzynek Wicio podkreślał zawsze z żalem, że Gombrowiczów i Skibniew-skich łączą 
również niefortunne mezalianse. Dwa tak świetne stare rody pożeniły się tylko z 
Kotkowskimi, choć mogły przecież nieporównanie lepiej.
Mieczysław Skibniewski poznał kuzyna Wicia (bo tak go zawsze nazywał) dopiero 
jako kilkunastoletni chłopak. Razem z rodzicami, młodszym bratem Zygmuntem 
(rocznik 1905) i siostrą Inią (rocznik 1906) mieszkali w Korczunku na Podolu - 
majątku rodzinnym Skibniewskich. W roku 1918 ledwo uciekli stamtąd z życiem 
przed rewolucją. Najpierw do Lwowa, a w 1919 już na stałe do Warszawy. Stracili 
wszystko oprócz rodzinnych dokumentów. Wkrótce na dodatek jeszcze zmarł ojciec i 
sytuacja finansowa rodziny zmieniła się diametralnie.
Pani Skibniewska zaczęła pomagać swojej siostrze, Jadwidze Kotków-skiej, która 
na Marszałkowskiej 35 prowadziła stancję dla gimnazjalistów. W rewanżu za 
udzielanie im bezpłatnych korepetycji znalazło się tam miejsce również dla 
Mieczysława oraz Zygmunta.
Kuzynek Wicio odwiedził ich pierwszy. „Idź, zaprezentuj się - powiedziała mu 
matka. - Przyjechali do Warszawy kuzynowie Skibniewscy".
Ciocia Tosia bardzo dbała, żeby Mieczysław i Zygmunt nie odczuli przypadkiem, że 

background image

są gorsi, bo biedniejsi od Gombrowiczów, choć było to oczywiste.
Kuzynek Wicio uczył się na przykład w ekskluzywnym Gimnazjum im. św. Stanisława 
Kostki, oni natomiast u św. Kazimierza na placu Trzech Krzyży, gdzie nie 
wymagano wysokich opłat, tak że przeważała tam zbieranina z całej Polski i 
poziom nauczania był nie najwyższy. Kuzynek Wicio ubierał się elegancko i 
starannie, ubrania szył na zamówienie u krawca Snopka na Nowogrodzkiej, po 
maturze ojciec kupił mu (tak jak i dwóm starszym sy-
* Zmarł 29 czerwca 1988 r.
Kuzynek Wicio
nom) prawdziwy frak u najlepszego warszawskiego krawca Janeczka. Oni tymczasem 
„obsprawiali się u Żydów", i to tam, gdzie najtaniej, na wyprzedażach. Od piątej 
gimnazjalnej zarabiali właściwie na życie - udzielali korepetycji, Mieczysław 
także i lekcji muzyki. A kuzynek długo nie wiedział, co to praca zarobkowa, choć 
nie był próżniakiem - masę czytał, bardzo wcześnie zaczął pisać.
Ze Służewskiej, gdzie mieszkali Gombrowiczowie, miał na Marszałkowską 35 dwa 
kroki. Witold lubił do nich przychodzić - dla chłopca z zamożnego domu tak 
prymitywne warunki zdawały się egzotyką. Całym wyposażeniem stancji były jedynie 
rzędy żelaznych łóżek pokrytych siennikami i kocami, kilka prostych szaf, 
stołów, krzeseł. Przeważali niezbyt zamożni chłopcy z prowincji - nieśmiali, nie 
najlepiej ubrani, bez grosza. Rozrabiali do północy - grali w szachy i karty, 
dyskutowali, kłócili się.
Jakby dla przeciwwagi, elegancki kuzynek Wicio stawał często przed lustrem w 
przedpokoju, krygował się, robił miny i mówił:
- Ach, spójrzcie tylko, co za nos, co za usta! Popatrzcie na te policzki, 
podziwiajcie bhodę, mądhe czoło, przenikliwy, bysthy wzhok, małe zghabne uszy! A 
jaki phofil! Jaka wspaniała cała postać! Jaka hasa! Oto hód Gom-bhowiczów-
Szymkowiczów w całej swej okazałości!
Kuzyn Zygmunt miał na mieście wiele korepetycji, prac społecznych, na stancji 
bywał rzadko, a jeżeli nawet - to nie wdawał się w prowadzone tam rozmowy. 
Studiował architekturę, miał dużo pracy. Nie znajdował również z kuzynkiem 
Wiciem wspólnego języka. Wicio jako indywidualista kpił z jego działalności 
społecznej, z wojska, podkreślał, że jest pacyfistą i jako artysta nie ma i nie 
będzie miał z tą instytucją nic wspólnego. Kuzyn Zygmunt natomiast służył w 
piechocie, był dumny ze swego stopnia podchorążego, uważał, że obrona ojczyzny 
jest zaszczytnym obowiązkiem młodego mężczyzny. Każdy powinien być w rezerwie, w 
pogotowiu, czekać tylko na znak.
Bliżej był Wicio właśnie z kuzynem Mieczysławem, zwanym w rodzinie Mieczysiem, 
przez Wicia zaś Namiastem. Łączyły ich przede wszystkim szachy i muzyka. Pan 
Mieczysław Skibniewski sam też przyznaje, że był chłopcem prostodusznym i 
naiwnym, tak że świetnie się nadawał na obiekt igraszek Wicia, który od 
chłopięcych lat lubił prowokować ludzi i sytuacje, a potem patrzeć z 
zadowoleniem na swoje dzieło. Oczywiście były to dopiero wprawki, palcówki. 
Dopiero się ćwiczył, przygotowywał do partii bardziej wyszukanych.
Gdy tylko zauważył na przykład, że kuzyni mają dużo nauki i wyraźnie im 
przeszkadza swoją wizytką - za nic nie można go było wyrzucić. Siedział do 
późnych godzin, zabawiał nowinkami i ploteczkami, odrywając ich naturalnie od 
nauki.
Kiedy spotkał pewnego dnia Mieczysia, który powiedział mu, że idzie właśnie do 
biblioteki, zdziwił się z oburzeniem:
- W taki dzień? Jak możesz?

background image

Jaśnie Panicz
- A cóż to za dzień?
- Jak to? Moja babka, czyli hównież i twoja khewna, dostała dygotek! Nie 
wiadomo, jak to się może skończyć, a ty chłopak bez sehca - do biblioteki!
W rezultacie kuzyn Mieczysław oczywiście tam nie poszedł.
Już jako student przyznał się kiedyś nieopatrznie Wiciowi, że wpadł do niego 
tylko na chwilę. Jutro rano ma czytać profesorowi Ujejskiemu fragmenty swojej 
pracy magisterskiej, musi więc jeszcze dziś wieczorem trochę popracować. Wicio 
natychmiast zaczai puszczać płyty z ukochanym przez Mieczysława Beethovenem. 
Ciągle nastawiał nowe utwory. Kuzyn Mieczysław sto razy powtarzał sobie, że po 
tej płycie już wychodzi, słuchał jednak nadal urzeczony - nie miał tak 
wspaniałych płyt, dobrego gramofonu; nie było go stać na takie luksusy. Wicio 
przytrzymał go niemal do północy.
Mieczysław był nie tylko studentem polonistyki, ale i Wyższej Szkoły Muzycznej. 
Lecz to właśnie Wicio, który - ze względu na większą ilość wolnego czasu i 
pieniędzy - częściej od niego chodził na koncerty, pierwszy „odkrył" IX symfonię 
Beethovena.
- Idź koniecznie! - radził - zobaczysz, zwahiujesz! Lecz kuzynowi Mieczysławowi 
tak się spodobała, a już szczególnie finał, że Wicio natychmiast począł 
„Dziewiątą" krytykować. Zwłaszcza właśnie finał.
- Właściwie nic nadzwyczajnego - krzywił się. - Przypomina mi to hałas kupy 
Szwabów zebhanych przy kuflach z piwem...
Nie znosił również, gdy chwalono przy nim innych. Zaprosił kiedyś do siebie 
kilku kolegów, między innymi kuzyna Mieczysława, który zagrał poprawnie z 
pamięci pierwszą część „Appassionaty". Szło mu o dziwo bardzo dobrze, nie mylił 
się wcale, tak że Wicio nie wytrzymał, zaczął krzyczeć:
- Zaphaszam gości na poncz! Potem posłuchamy muzyki!
Zaczęli przechodzić do jadalnego, myśląc, że podano Bóg wie co, tymczasem na 
stole stały tylko ciastka i lemoniada.
Wicio osiągnął jednak swoje - odciągnął gości od Mieczysia.
Miewał jeszcze gorsze pomysły. W czasie poprawnej gry Mieczysia po prostu 
zwyczajnie przeszkadzał, pytał na przykład głośno gości: - No i jak się bawicie? 
Jak się wam u mnie podoba? - Albo zaczynał rozmowę o byle czym, aby tylko nie 
słuchali gry kuzyna.
Innym razem Mieczysław „puścił się na całą «Appassionatę»" - jak wspomina w 
swoich pamiętnikach. Zagrał wprawdzie może trochę zbyt szybko, z kilkoma 
błędami, lecz wyłącznie z pamięci. Zebrał brawa, pochwały nie tylko od obecnych 
akurat kolegów rówieśników, lecz i od profesora Józefa Mikułowskiego-
Pomorskiego, przyjaciela domu Gombrowiczów, który szczerze mu gratulował.
- Nie przypuszczałem, chłopcze, że masz taką pamięć muzyczną! - mówił. Tego już 
było Wiciowi za wiele. Złapał się za oba policzki, krzyknął przeraźliwie:
- Moje zęby, ach, moje zęby, hatujcie mnie! Nie wytrzymani z bólu!
Kuzynek Wicio
Narobił zamieszania, hałasu, oczywiście tylko po to, żeby przestano już 
podziwiać Mieczysia.
Sam natomiast „koncertował" jedynie na przystawionej do fortepianu pianoli. 
Zasiadał do niej z miną prawdziwego artysty. Wałek obracał się i Wicio 
„koncertował". Któregoś wieczoru „Sonata Waldsteinowska" Beethovena „poszła" mu 
wspaniale, lecz na „Fantazję" Chopina umyślnie odwrócił wałek i z pianoli 
zaczęły się wydobywać dźwięki podobne do muzyki dodekafonicznej. Zaśmiewał się, 

background image

tryumfował, kazał zgadywać, co to za wspaniały utwór...
Kuzyn Mieczysław zwierzył mu się kiedyś, że wysłał list, w którym oświadczył się 
jednej z panien. Pokazała go widać swojej matce, ta bowiem napisała do Mięcia, 
że nie życzy sobie więcej jego odwiedzin.
- No cóż, widać pani hhabina nie ma jednak tak najgorzej w głowie, skoro nie 
chce cię na zięcia... - dobijał go Wicio.
- Czy to już Koluszki? - dogryzał też zawsze, gdy kuzyn Mieczysław zastanawiał 
się dłużej nad ruchem w szachach.
A trzeba przyznać, graczem Wicio był świetnym. Rok 1929 witali razem w 
mieszkaniu Gombrowiczów, grając cały czas w szachy, nie patrząc nawet na zegar. 
Przerwała im Rena, która poprosiła ich na rodzinny toast oraz życzenia. - Nowy 
Rok nie będzie czekał, aż skończysz - przynaglała brata. Wicio wstał niechętnie, 
był więcej niż wściekły - siła wyższa, na którą nie miał wpływu, przerwała mu 
ciekawą partię!
Dziwił się również, że kuzyn Mieczysław czyta i zachwyca się Sienkiewiczem, a 
już szczególnie Trylogią. Choć sam był także Sienkiewiczem wyraźnie 
zafascynowany - czytał go z zainteresowaniem, miał nawet w swoim pokoju jego 
portret (wprawdzie, jak utrzymywał, tylko po to, żeby kpić z pisarza).
- Patrzcie na pathiotycznego i cnotliwego dziadka! - podśmiewał się.
To wszystko jednak drobiazgi. Najważniejsze, że już jako student namawiał kuzyna 
Mieczysława, również studenta, do „pójścia na dziewczynki". Twierdził, że ma to 
za sobą.
- Czuje się potem do dziewczyny wielki wsthęt - mówił - lecz trzeba to przeżyć.
Kuzyn Mieczysław przypomniał mu o grzechu śmiertelnym, Wicio jednak wykpił go. 
To właśnie rzecz naturalna: biologia, a nie grzech.
Pan Skibniewski prowadzi do dziś dziennik. W rozdziale zatytułowanym „Wpływy i 
olśnienia" wspomina:
Wpływ Witka fatalnie na mnie działał. Jego ironiczny stosunek do Kościoła, 
chytre i przekonywające naśmiewanie się z cudów i moich religijnych poglądów, 
zaczęło chwiać moją wiarę. Broniłem się, jak mogłem, lecz czułem, że Witek jest 
silniejszy ode mnie wiedzą i umysłem. Brnąłem coraz dalej i już chciałem wybrać 
się na dziewczynki. Nagle i zupełnie niespodziewanie - jak często w takich 
chwilach mego życia - zostałem tknięty łaską bożą.
Jaśnie Panicz
Nie poszedł „na dziewczynki".
Choć oczywiście wszystko to robił Wicio nie ze złośliwości, lecz przede 
wszystkim dla zabawy. W gruncie rzeczy nie był złym chłopakiem.
Kuzyn Mieczysław zakochał się kiedyś w asystentce ze swego wydziału, napisał do 
niej miłosny list. Odpisała, że jest już zaręczona z ich wspólnym zresztą 
znajomym z tego samego wydziału. Odpisał zrozpaczony, że gdy tylko zobaczy jej 
narzeczonego, nie ręczy za siebie - zrobi mu z twarzy galaretę. Natychmiast 
zerwała z nim stosunki, przestała nawet odpowiadać na ukłony, opowiedziała o tym 
znajomym i Mieczysław wstydził pokazywać się na wydziale. Gdy Wicio dowiedział 
się o tym, on jeden postanowił go ratować. Poszedł do panny, elegancko - jak 
potrafił - przeprosił ją w jego imieniu.
- Tak oczahowała pani mojego kuzyna - tłumaczył - że zbytnio się uniósł, lecz 
bahdzo żałuje, phosi o wybaczenie... Panna darowała.
- Widzisz - cieszył się Wicio - możesz tehaz spokojnie pokazywać się na 
wydziale. Wyglądasz zupełnie inaczej.
I tak było rzeczywiście, sprawa powoli przycichła.

background image

„Na dziewczynki" namawiał go Wicio wyłącznie z powodów - jak mówił - cielesnych. 
Pannami się specjalnie nie interesował - z żadną dłużej nie chodził, nie miał 
narzeczonej, kpił z małżeństwa, absolutnie nie widział siebie w tej roli.
Na muzycznych wizytkach u Gombrowiczów bywała panna Iwona B. Ładna, lecz nudna, 
nieciekawa, nijaka - może pierwowzór bohaterki „Iwony, księżniczki Burgunda"? 
Wuj Gombrowicz próbował „swatać" ją z Wiciem, lecz bez najmniejszego rezultatu. 
Choć prawdę mówiąc, podobała się przede wszystkim wujowi. Adorował ją, 
zapraszał, zawsze był w domu, gdy przychodziła. Interesował się bardzo 
kobietami, a na jego usprawiedliwienie trzeba przyznać, że ciocia Gombrowiczowa 
faktycznie zdziwaczała dość wcześnie.
Wicio zawsze uważał panny za nudniejszą część rodzaju ludzkiego. Zorganizował 
kiedyś u siebie „wieczór panien słynnych z piękności i wdzięku". Zaprosił 
rzeczywiście prześliczne dziewczyny: Żydówkę Antośkę Nojman, Ewę Pomianowską, 
kuzynkę Jadwigę Cichowską, swoją bratową - żonę Jerzego, i kilka innych, trudno 
już dziś spamiętać, a także kilku kolegów i kuzynów - między innymi właśnie 
Mieczysława, Gucia Kotkowskiego, Antosia Arkuszewskiego. Lecz choć zebrał 
wyłącznie piękne dziewczyny, było wyjątkowo nudno, rozmowy się nie kleiły, panny 
chichotały po kątach. Na dodatek w sąsiednim pokoju ciocia Gombrowiczowa 
chrapała głośno niczym żandarm, co wyraźnie Wicia krępowało.
Autentycznie natomiast lubił młodszą siostrę braci Skibniewskich - Jadwigę, 
czyli inaczej Inie. Nazywał ją szampańską Inez. Podobała mu się, wy-
Kuzynek Wicio
raźnie ją adorował, lecz na tym się kończyło. Inia miała powodzenie u mężczyzn. 
Byłą jasną szatynką średniego wzrostu, ze śniadą cerą, piwnymi oczami. Wesoła, 
żywa, bardzo naturalna, bez najmniejszej pozy, której Wicio tak u dziewcząt nie 
lubił. Skończyła gimnazjum w klasztorze Sacre Coeur, dalej się nie kształciła, 
nie miała warunków, wystarczyło przecież, że studiowali bracia. Zresztą ani 
nauka, ani książki nie były jej mocnymi stronami. Ubóstwiała muzykę, taniec, 
śpiew - miała dobry, czysty głos. Śpiewała w dość znanym wówczas żeńskim zespole 
Andy Kitschman. Grała na fortepianie, deklamowała, uczyła się rytmiki u samej 
Tacjanny Wysockiej.
Wicio przysyłał jej z Paryża listy z jednym tylko słowem: „Całus". Ku zgorszeniu 
rodziny oczywiście, która uważała, że powinien przecież napisać, co zwiedza czy 
porabia w Paryżu. Wymyślał dla niej bezsensowne wierszyki, takie chociażby jak 
ten:
Inez, Inez, żyj rozumnie
I tak cię wyniosą w dębowej trumnie...
Inez jednak, choć taka niby niepraktyczna, była rozsądna, miała dobrze w głowie. 
Wiedziała, że flirty z Wiciem nie mają najmniejszej przyszłości. Po pierwsze 
kuzyn, po drugie artysta, nieskory do małżeństwa. Ona tymczasem miała dość nie 
najłatwiejszych warunków, chciała dobrze wyjść za mąż.
Została sekretarką Józefa Targowskiego, ministra pełnomocnego na Bliskim 
Wschodzie i w Japonii, wówczas posła na sejm, a poza tym właściciela majątku 
Czyżów, Winiary, pięknego apartamentu w Hotelu Sejmowym. Jako 
dwudziestotrzyletnia panna wyszła za niego za mąż, choć był wdowcem z piątką 
dorosłych dzieci, starszym od niej przeszło dwadzieścia lat - jego najstarsza 
córka była jej przyjaciółką. Przestała śpiewać w zespole, teściowa nie życzyła 
sobie synowej „fikającej publicznie nogami".
Po wojnie Zygmunt Skibniewski stawał się coraz bardziej znanym w kraju 
architektem. Pan Mieczysław był zawsze jedynie skromnym nauczycielem. Inia 

background image

podjęła również pracę nauczycielki muzyki - jej mąż zmarł, została sama z synem.
To Mieczysław pierwszy odezwał się do kuzynka Wicia. Jeszcze do Argentyny. 
Napisał po prostu list rodzinny: głównie o ślubie syna Ini. Kogo zaproszono, kto 
koło kogo siedział. Myślał, że Wicia to zainteresuje, przesłał mu również 
pozdrowienia od dziewięćdziesięcioletniej już wtedy cioci Jadwigi Kotkowskiej -
tej, która prowadziła stancję. Wicio odpisał właśnie na jej nazwisko. Pisał, że 
ze względu na sędziwy wiek cioci nie chciałby listów od rodziny pozostawiać bez 
odpowiedzi, lecz „bzdurki", którymi raczy go Mieczysław, niewiele go 
interesują... Ma na głowie ważniejsze sprawy - tłumaczą go właśnie na obce 
języki...
7. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
Niezrażony pan Mieczysław napisał do niego po raz drugi. Tym razem poważniej. Że 
lecą lata, a z każdym posunięciem wskazówek zegara obaj zbliżają się do śmierci 
i do Boga. Wicio znów odpisał złośliwie - że jak na jego gust na starsze lata 
kuzyn zrobił się bigotem i dewotem... W rezultacie korespondencja jakoś się 
urwała.
Do Ini natomiast napisał pierwszy i bardzo serdecznie. Już z Francji. Przysłał 
również zdjęcia z Ritą i Psiną. Pisał, że czule Inie wspomina - stara miłość nie 
rdzewieje... Inia też do niego pisała, chciała, żeby zaprosił do Francji jej 
syna. Nie mógł jednak, nie miał jeszcze wtedy francuskiego obywatelstwa.
Inia już nie żyje - zmarła w 1971 roku, dosłownie w kilka miesięcy po śmierci 
swego ukochanego syna, za którym tak rozpaczała.
A listy Wicia do kuzyna Mieczysława, cioci Kotkowskiej oraz Ini jakoś się 
zawieruszyły, nie wiadomo nawet gdzie i kiedy. Specjalnie ich nie przechowywali. 
Wydawało się im, że nie bardzo jest po co. Bo cóż to takiego nadzwyczajnego? 
Owszem, znany pisarz, dla nich jednak po prostu kuzynek Wicio, nikt więcej.
Aniela Ciemna
Aniela Brzozowska-Łukasiewiczowa - wieloletnia służąca i właściwie członek 
rodziny Gombrowiczów - ma już 87 lat*. Była rówieśnicą Janusza, najstarszego z 
braci Gombrowiczów, urodzonego w roku 1894.
Mimo to - jak mówią w jej rodzinnym Sokołowie Podlaskim - jest jeszcze w szyku. 
Nie przypomina niedołężnej staruszki. Mieszka sama i obywa się bez czyjejkolwiek 
pomocy. Opiekun społeczny posłał do niej pielęgniarkę środowiskową, grzecznie 
podziękowała. Chwała Bogu, sama jeszcze wszystko koło siebie zrobi: posprząta, 
nagotuje, wyciągnie wodę ze studni, pójdzie do sklepu i codziennie do kościoła - 
prowadzi kółko różańcowe.
Tyle tylko, że nie widzi już na jedno oko i pamięć dawno nie ta, lecz coś jednak 
powie. Było nie było, przeżyła z Gombrowiczami prawie trzydzieści lat.
Urodziła się w Sokołowie, ojciec był szewcem, miał czternaścioro dzieci. 
Siedmioro z pierwszą żoną, siedmioro z drugą. Nic więc dziwnego, że gdy miała 
piętnaście lat, starsza siostra, która urządziła się w Warszawie jako bona do 
dzieci, załatwiła jej posadę numerowej w lecznicy „Omega" na Marszałkowskiej. 
Pracowała tam kilka lat i w 1915 - z ogłoszenia - poszła stamtąd na pokojówkę do 
państwa Gombrowiczów. Odeszła z „Omegi", ponieważ portier, w którym się kochała, 
zaczai umawiać się z inną numerową i nie mogła na to patrzeć.
A u państwa Gombrowiczów było jej więcej niż dobrze. Pokoik miała wprawdzie bez 
okna, przy kuchni, jednak samodzielny, nie jak w „Omedze", gdzie mieszkały we 
czwórkę. Płacili bardzo dobrze; przez lata, które u nich spędziła, uskładała 
sobie trochę grosza i posag: maszynę do szycia, pierzynę, poduszki. Najwięcej 

background image

jednak pchała w kształcenie swojej siostrzenicy, bo szwagier szewc pił i o nic 
nie dbał. W niedzielę miała wychodne -odwiedzała siostry, które też poszły za 
chlebem do Warszawy.
Na robotę również nie narzekała - po prostu domowe zajęcia. Sprzątnąć, podać do 
stołu, napalić w kotle do centralnego ogrzewania, a przede wszystkim zakrzątnąć 
się wokół garderoby. Przygotować do prania, uprasować,
* Zmarła w 1987 r.
Jaśnie Panicz
przyszyć guziki, w ogóle przyszykować do włożenia na grzbiet. Oprócz niej była 
także na przychodne gruba kuchmistrzyni pani Maria, praczka Józefa i na stałe - 
lokajczyk Pajda, syn dawnego lokaja państwa Gombrowiczów jeszcze z Bodzechowa. 
Długo jednak nie popracował - pan Janusz polecił go do żandarmerii, skąd wziął 
go na lokaja sam Paderewski, potem zabrał ze sobą do Szwajcarii.
Dopiero w 1933 po śmierci wielmożnego pana, czyli już na Chocimskiej, przybyło 
jej roboty. Pieniędzy było wtedy trochę mniej i wymówiono reszcie służby. 
Została sama. Prowadziła dom - robiła zakupy, gotowała - nauczyła się przy pani 
Marii. Wszystko było na jej głowie.
Zadomowiła się u Gombrowiczów na dobre. I nic dziwnego. Z wielmożnej pani była 
prawdziwa dama. Rozmawiała po niemiecku, francusku, urządzała pięknie 
mieszkanie. Zawsze jednak „bujała w obłokach" i nie znała się na kuchni czy 
innych domowych sprawach. Za bardzo się nie wtrącała.
Z wielmożnym panem przemówiła się tylko raz. I to dopiero po dziesięciu latach 
pracy. Był bardzo punktualny, wymagał też tego samego od innych. O pierwszej 
przychodził do domu na obiad i wracał jeszcze potem do biura. Wszystko musiało 
być gotowe. Kiedyś - nie wiadomo już z czyjej winy - obiad się spóźnił, pan 
Gombrowicz powiedział jej kilka przykrych słów. Odpłaciła tym samym, po czym 
wymówiła w złości posadę. Rok pracowała u innych ludzi, dłużej jednak męczyć się 
nie mogła. Wróciła do Gombrowiczów. Przyjęli ją z powrotem jakby nigdy nic.
A gdy wielmożny pan umierał i leżał nieprzytomny, sparaliżowany, niczym kłoda, 
pielęgnowała go całymi dniami. Wielmożna pani i panna Rena uciekały, bały się 
umierającego. Lecz Aniela - i co najdziwniejsze, pan Witold - ani trochę. Bardzo 
jej wówczas pomagał. Zajmował się ojcem jak nigdy - nie brzydził się go, nie 
bał. Czuwał w sąsiednim pokoju: czytał coś albo nawet pisał. Chyba wtedy się 
najbardziej z Witoldem zaprzyjaźniła.
Choć z dzieci wielmożnych państwa najbardziej powinna lubić pannę Renę. 
Religijna, nieśmiała, szlachetna, prawdę mówiąc - niehabitowa zakonnica. I tak 
jak Aniela - stara panna. Nie pozwalała nawet sprzątać swego pokoju. - Sama to 
przecież mogę zrobić - mówiła i wyrywała Anieli szczotkę z rąk.
Mimo to najwięcej serca miała jednak do Witolda. Była z nim bardziej zżyta niż z 
innymi służącymi z kamienicy, bo o czym mogła z nimi rozmawiać? To były proste, 
niepiśmienne wsiowe dziewuchy. Ona tymczasem pochodziła z Sokołowa, czyli jednak 
z miasteczka, miała za sobą całą szkołę powszechną, a to dziś niemal jak 
gimnazjum. Czytała gazety, książki; przede wszystkim powieści.
Witold nie pozostawał jej dłużny, choć lubił i resztę służby, również i panią 
Marię. - Pani Mario, kuchmistrzynio! - mówił do niej, a ona zostawiała mu 
najlepsze kąski. Zagadywał nawet i do praczki Józefy, nie bardzo mu się to 
jednak udawało. Była nierozmowna, nierozgarnięta, głupia aż strach. Mówił na nią 
„babina od brudnej bielizny".rl .,•„-,, ,, ,,i. ,,,o
Aniela Ciemna
Dlaczego właściwie tak Witolda lubiła, nie wiadomo. Był przecież niewierzący. 

background image

Nie chodził do spowiedzi i komunii. Miała też wokół niego najwięcej roboty. 
Wnosił zamieszanie w ten spokojny dom. Brudził strasznie - w jego pokoju było 
pełno papierów, niedopałków, bo ciągle coś czytał albo pisał. I to najczęściej w 
łóżku. Zapominał wtedy o bożym świecie, nie słyszał, co się do niego mówiło. 
Siedział do późnej nocy, potem spał nawet i do pierwszej w południe. Gdy 
wychodził na miasto, dziwił się, że wszyscy dawno już na nogach, pracują. Nie 
przychodził rano na śniadanie i musiała chodzić z tacą do jego pokoju. Często 
czytał jej wtedy to, co napisał wieczorem. I słuchał, co mówiła. Kiedyś spóźniał 
się jak zwykle na śniadanie, poszła więc do jego pokoju.
- Skończyłem właśnie książkę -powiedział. -Tylko nie wiem jeszcze, jakie dać 
zakończenie. - Po czym przeczytał jej kawałek.
- Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba! - zaśmiała się. Krzyknął, że to 
wspaniałe i dopisze to na zakończenie. Co też i zrobił -takie to widać były i 
książki.
- Aniela jest najinteligentniejszą osobą w tym domu - powtarzał od tego czasu.
Przepadał za tym, gdy mówiła po swojemu: „po sokołowsku". Na przykład, że to czy 
tamto jest „do podziwienia". To „do podziwienia" - i nie tylko to - bardzo mu 
się podobało. Też zaczai tak mówić.
- Sędziulku - dziwiła się - sędzia powinien mówić pięknie, po warszawsku!
Lecz on się śmiał i mówił, że wręcz przeciwnie.
Najczęściej właśnie mówiła do niego „sędzio, sędziulku". Nie per panie czy 
wielmożny panie, jak do jego starszych braci. Tak jak jego ojciec zawsze 
chciała, żeby był sędzią, nie pisarzem. Miała żal do wielmożnego pana, że 
dopłacił do pierwszej książki Witolda. Od biedniejszych nie żądano wcale, żeby 
dopłacali. Od niego natomiast jakiś - zdaje się - Wańkowicz wyciągnął cale 
trzysta złotych! Wiedział, że ojciec Witolda ma pieniądze, niech więc płaci za 
książkę synka. Co też i oczywiście zrobił.
A Witold nazywał ją rozmaicie. Bardzo często Anielą „Więc", co do każdego niemal 
zdania wtrącała „więc". Lecz gdy zwracała mu uwagę, była Anielą Ciemną.
- Sługo ciemna - krzyczał wtedy - winnaś szacunek swemu panu i chlebodawcy!
Nie mówił tego poważnie, mimo to nigdy nie pozostawała mu za coś takiego dłużna. 
Odpowiadała raz-dwa, a nigdy nie zdarzyło się jej stracić rezonu. Zawsze 
pierwsza ze wszystkich miała odpowiedź, i to nie byle jaką. Wymyślali sobie od 
ciemnych sług i jaśnie panów. A bywało, rzucała w niego poduszką albo czymś, co 
akurat wpadło pod rękę. Gonił ją wtedy, gdy złapał - bili się, szarpali, 
kuksali. Choć powtarzał zawsze, że gdy sługa podniesie rękę na swego pana - ręka 
jej uschnie, pan natomiast straci przez to dotknięcie swoją błękitną krew. 
Przepadnie jego wyższość.
Jaśnie Panicz
Pobili się na przykład, gdy wyszło na jaw, że czekoladki, którymi ją 
poczęstował, okazały się środkiem przeczyszczającym! I żeby to jeszcze zachował 
się tak tylko wobec niej. Nie ukrywał jednak, że poczęstował nimi znajome 
panienki od Platerówny, z którymi wybrał się na spacer do Ogrodu Saskiego. 
Doszły tylko do placu Piłsudskiego...
Bardzo lubił się z nią drażnić.
- Anielo Więc - pytał poważnym głosem - czy grasował tutaj dzisiaj kot?
- Jaki kot? - dziwiła się - na szczęście w tym domu nie ma kotów, wystarczy 
kłopotów z sędziulkiem...
Chodziło mu tymczasem o kuzyna Gucia Kotkowskiego, którego nazywał kotem...
Kiedy szła na zakupy, dysponował, jak mówił, jedno ciastko z cukierni, i to 

background image

koniecznie starannie zapakowane. - Wybieram się do znajomych - tłumaczył - 
usiądę sobie w salonie, odwinę ciastko z papierka, zjem i będę się śmiał, widząc 
zgorszenie naokoło...
Gdy miał gości - rodzinę czy znajomych - ni stąd, ni zowąd otwierał swoją szafę 
z ubraniami. Niby to czegoś szukał: -Ach, to tylko jedna czwarta tego, co mam... 
Choć przecież było to wszystko - wiedziała o tym najlepiej.
Kiedyś znów poszedł na wieczorek do jednej z kuzynek Kotkowskich, która 
zaprosiła swoje koleżanki z gimnazjum. Gdy wrócił, opowiadał, jakie wywołał 
zamieszanie - ugryzł w ramię pulchną panienkę, krzyknął: - Kobieta szampan! - 
Panienka wystraszyła się, matki siedzące pod ścianą narobiły krzyku...
Nie dawał też spokoju wielmożnej pani. Ile razy powiedziała na przykład, że ma 
takie i takie zdanie, a on zaraz, że czytał to w tej czy tamtej książce, co też 
natychmiast jej udowadniał. Przez nią chyba stracił wiarę. Była bardzo 
religijna, może nawet za mocno przypominała mu, co jest grzechem. On natomiast 
przepadał za robieniem jej na złość. Nie mówił do niej inaczej, tylko: „Matko, 
moja matko!". Do babki zresztą tak samo: „Babko, moja babko!" - starsza pani 
Kotkowska, matka wielmożnej pani, mieszkała z nimi jakiś czas.
Z panną Reną podobne zabawy mu nie wychodziły, nawet ich prawdę mówiąc nie 
zaczynał. Żeby nie wiem co jej powiedział - zawsze go rozgrzeszała, nie 
podnosiła na niego głosu. Traktowała jak młodszego, nie najmądrzejszego brata. 
Tak samo jak swoich podopiecznych, pracowała przecież z potrzebującymi 
zrozumienia i pomocy: kalekami, sierotami, wariatami...
I tak można by o nim opowiadać godzinami. Bo cóż, robił sobie żarty, albo pisał 
lub czytał w swoim pokoju. Nie musiał zarabiać na chleb.
W 1939 wyjechał do Ameryki, bo chciał być jak najdalej - czuł, że w powietrzu 
wisi wojna. A wojsko było ostatnią rzeczą, do której się nadawał.
Aniela Ciemna
Fizycznie był chuchrem. Na wakacjach w Jastarni wypłynął kiedyś łódką w morze z 
kuzynką Stasia Cichowską i nie miał siły wrócić. Panna Stasia musiała łapać za 
wiosła, dzięki niej przybili jakoś do brzegu. Całe szczęście, nie umiał przecież 
pływać.
Namawiał na wyjazd i pana Janusza, który miał głowę do interesów, tymczasem w 
Ameryce, wiadomo, są dla takich duże możliwości. Pan Janusz jednak nie chciał, 
miał rodzinę, musiał pilnować swego majątku - Potoczka.
Witold popłynął polskim statkiem, akurat zaczęła się moda na takie wycieczki, 
pojechał więc i on. Wziął nawet porządną wyprawę; frak, smoking, dwa letnie 
ubrania, dwa cieplejsze swetry, chyba wszystkie lepsze buty. I parę tysięcy 
złotych, czyli sporo jak na tamte czasy, za cztery złote dostawało się wówczas 
dolara.
Ona natomiast została z wielmożnymi paniami. Przeszła z nimi okupację, Powstanie 
Warszawskie. Straciła swój posag. Co najdziwniejsze jednak, wielmożna pani, 
która tak nawykła do wygód, a straciła więcej niż Aniela, była bardzo dzielna. 
Nie narzekała, nie rozpaczała, no, może raz, gdy w obozie w Pruszkowie oblazły 
ją strasznie wszy.
Bardziej niż nalotów i ognia bała się o Witolda. Jak sobie radzi? A przecież 
ulica Moniuszki, gdzie się schroniły, była jednym wielkim morzem ognia -w 
„Adrii" znajdowała się kantyna powstańcza. Cudem przeszły stamtąd do piwnicy na 
Chmielną, gdzie przesiedziały do kapitulacji. Reszta rodziny: pan Janusz, jego 
syn, pasierbica, którzy byli w tym czasie na Powiślu, trafili do niewoli. Byli 
przekonani, że Aniela oraz wielmożna pani z Reną nie przeżyły powstania. 

background image

Odnaleźli się dopiero przez Czerwony Krzyż. Rozstała się z wielmożnymi paniami w 
1944 roku w obozie w Pruszkowie - wzięli ją na roboty do Niemiec. Miała już 
wprawdzie swoje lata, ciągle jednak wyglądała dobrze, zdrowo. Pożegnały się i 
nigdy więcej się już nie widziały.
W Niemczech nie była długo, przyszli wkrótce Amerykanie, wojna się skończyła. 
Wróciła do swego Sokołowa - Warszawa była przecież w gruzach, nie wiedziała, co 
z wielmożnymi paniami, czy żyją, czy nie.
Świat jest jednak mały. Jedną z sióstr Anieli los rzucił do Radomia, gdzie miała 
mały prywatny sklepik, którego długo jej nie upaństwowiono. Siostra napisała jej 
kiedyś, że w Radomiu mieszka pan Jerzy z rodziną, a wielmożne panie biedują 
gdzieś w Kielcach. Co więcej, pan Janusz siedzi w więzieniu radomskiego Urzędu 
Bezpieczeństwa, naprzeciwko jej sklepu. Oskarżyli go niby dworscy z majątku, 
jako elementowi „obcemu klasowo" grożą mu trzy lata. Gdy Gombrowicze - 
Januszowa, jej córka i panna Rena - przyjeżdżają do więzienia na widzenia, 
załatwione dzięki znajomej adwokatce, zawsze wstępują do jej sklepu, rozmawiają. 
Wielmożna pani Gombrowiczowa już się z Kielc nie ruszała, miała swoje lata.
Jaśnie Panicz
Tak, wszystko wywróciło się do góry nogami!
U niej zresztą też. Na starsze lata, gdy miała już pięćdziesiąty szósty rok, 
podswatano jej dzieciatego wdowca, namówiono na małżeństwo. Posłuchała głupia, 
chciała przestać być wreszcie starą panną. Przeniosła się do domu męża i 
skończył się jej spokój. Pasierbowie ciągle wypominali, że weszła na ich 
ojcowiznę, mąż stawał po ich stronie.
Zaczęła wobec tego starać się o rentę, żeby mieć swój grosz. Musiała jednak mieć 
świadków, papiery. Napisała przez siostrę z Radomia do wielmożnej panny Reny, 
która poświadczyła, że Aniela Brzozowska pracowała u jej rodziców, była 
ubezpieczona. Musiała jednak mieć jeszcze z kilku świadków, pojechała więc do 
Warszawy. Chwała Bogu, praczka Józefa mieszkała na Pradze w tym samym domu co i 
przed wojną. Dostała też od niej nowy adres byłego dozorcy kamienicy państwa 
Gombrowiczów na Wspólnej. Od niego natomiast adres pana Janusza, który, jak się 
okazało, mieszkał na Grochowie.
Odwiedziła go i przeraziła się. Pan z panów w takiej biedzie! Malutki pokoik u 
obcych ludzi. A w nim tylko barłóg; nawet nie łóżko. Pan nieogolony, zarośnięty; 
istny pustelnik. Leżał przez cały czas jej wizyty - to była zawsze jego ulubiona 
pozycja.
On również poświadczył, że pracowała, i dostała rentę, którą bierze do dziś. Od 
tego czasu odwiedzała go zawsze, gdy przyjeżdżała do Warszawy. Wypytywała też o 
sędziulka, więc pan Janusz dał jej jego adres w Ameryce. - Sam Anieli wszystko 
najlepiej opisze - powiedział.
Pojechała też kiedyś do siostry do Radomia i przy okazji odwiedziła pana 
Jerzego, Jerzową oraz ich córkę, pannę Terenię. Żyli na szczęście lepiej od pana 
Janusza - pan Jerzy pisywał bowiem do gazet. Chciał też, tak jak Witold, pisać 
książki. Ile razy jednak zabrał się już za pisanie, zaraz miał chęć na drzemkę i 
szedł spać - raczej sobie nie żałował. Prowadził też w domu klub -goście płacili 
za wstęp, potem jedli, pili, grali na pieniądze w karty. Dzięki kartom nie było 
w tym domu biedy. Pani grała jak maszyna, każdego wieczoru zarobiła sto, 
dwieście złotych i następnego dnia starczało na zakupy.
A do Witolda napisała o swoich przejściach. Przede wszystkim to, że każdy 
człowiek popełnia w swoim życiu przynajmniej jedno wielkie głupstwo. Ona właśnie 
wyszła na stare lata za mąż i ma za swoje.

background image

Odpisał nawet szybko. Wysłał też swoje zdjęcie. Ma to wszystko w pudełku po 
czekoladkach pod łóżkiem. To jego pierwszy list:
Aniela Ciemna
Jak tylko kopertę z Sokołowa zobaczyłem, zaraz pomyślałem, że to od Anieli list 
jest - i zaraz mi w pamięci stanęło, jak na Służewskiej z Anielą wojowałem i od 
Ciemnych i Sług wyzywałem z żartów naturalnie, bo bardziej Aniela przyjaciółką 
nam była. Dobre to były czasy, kiedy JW. Ja do góry brzuchem leżałem, albo 
łajdaczyłem się, albo z naszą Panią dyskutowałem, albo „Ferdydurke" pisałem a 
Aniela zawsze mnie wszystko przyszykowała.
Aniela Ciemna
Niech tam Aniela napisze obszernie, jak i co, odkąd się pożegnaliśmy na 
Okocimskiej, i jak Anieli teraz się w Sokolowie powodzi, jakiego męża ma i tak 
dalej.
Nasza Pani zmarła 25 lipca 59 r. bez większych cierpień, bo zresztą już i w 
wieku bardzo podeszłym. Tak że teraz z nas wszystkich tylko JW. Panowie 
pozostali, boJW. Panie już na tamtym świecie. A JW. Januszowi rękę częściowo 
sparaliżowało i niezbyt dobrze się miewa (w Warszawie mieszka). JW. Jerzy iJW.Ja 
jakoś trzymamy się. Ja, jak Aniela widzi z fotografii (niezbyt dobra, ale innej 
nie mam), trochę skapcaniałem, ale (jak z listu tego widać) niezbyt 
spoważniałem.
Teraz bardzo sławny jestem i z każdym rokiem coraz sławniejszy, bo moje książki 
we Francji, Niemczech, Anglii, Stanach Zjednoczonych, Włoszech i tu innych 
krajach wydają, artykuły o mnie w największych gazetach świata się ukazują jako 
o największym polskim pisarzu i jednym z najważniejszych w świecie. Tylko w 
Polsce o mnie gazety bardzo mało piszą - łatwo zgadnąć dlaczego -i właśnie we 
własnym kraju najmniej jestem znany. Ale jak skonam, pewnie mnie w końcu na 
Wawelu pochowają, jak Słowackiego.
Argentyna przyjemny kraj, ciepły, bogaty, mieszkam w dużym pokoju, pod-najętym, 
ładnie umeblowanym i tak samo prawie żyję, jak w Warszawie, po południu piszę, 
czytam, wieczorem najczęściej do kawiarni idę. Moje książki dużo mi sławy 
przysparzają, ale mniej pieniędzy, bo tylko dla Jaśniejszych pisane, nie dla 
Ciemniejszych, więc sprzedaż wolno idzie. Ale coraz więcej mam pieniędzy i myślę 
do Paryża się przenieść za jakiś czas.
Mam nadzieję, że Aniela mnie fotografię przyśle i obszernie napisze. Ja mało mam 
czasu na pisanie listów, bo nieraz na 7, 8 dziennie muszę odpowiadać, ale zawsze 
Anielę czule wspominam i z wielką przyjaźnią. Nisko kłaniam się (niech Aniela 
nie myśli że w nie wyprasowanych spodniach chodzę, to taki garnitur ze 
specjalnego materiału, który zawsze wygląda jak psu z gardła wyciągnięty). 
Uszanowanie. 21 Maj 1961 Witold G.
Mąż Anieli ciężko zachorował. Gdy zmarł, pasierbowie tak jej dokuczali, że się 
wyniosła, choć miała przecież prawo do swojej części domu, gospodarki. Wynajęła 
pokoik u Stanisława Włodawca, znajomego gospodarza, gdzie mieszka do dziś. 
Dopiero wtedy odpisała Witoldowi. A to jego drugi list, już z Francji:
Aniela Ciemna: tak już Anielę do samej śmierci Anieli i mojej będę nazywał. 
Bardzo mi przyjemnie, że Aniela napisała, nie odpisałem zaraz, bo we Włoszech 
byłem, stąd bardzo blisko. Widzę, że Aniela jako tako jeszcze się trzyma, ja 
też, choć astma mnie przydusza, ale nie tak silnie jak Renę biedaczkę. Pan 
Janusz, czyli Janusz, już w grobie i to lepiej, bo ostatnie lata ledwo zipał, na 
szczęście
Jaśnie Panicz

background image

śmierć dość lekką miał. Dobrze, że Aniela o sobie opowiedziała, przynajmniej 
wiem, jak to było.
O mnie też pewnie Anieli w Warszawie i Radomiu coś niecoś opowiedzieli. Teraz tu 
mieszkam z jedną Kanadyjką, co na fotce, bardzo póki co o mnie dba, mieszkanie 
mamy, psa Psinę, tu bardzo ładnie, ciepło, morze, góry, do morza mamy 6 kim, a 
góry tuż za oknem, w dole palmy, róże, mimozy, w górze śnieg. Okolica bardzo 
bogata, z całego świata ludzie przyjeżdżają. Lepiej mi się powodzi, bo już moje 
książki we wszystkich językach się ukazują, nawet po japońsku, tylko jakoś w 
Polsce nie mam powodzenia, ale może i to przyjdzie. Ale dużo pieniędzy z tego 
nie ma, bo ja nie dla ciemniejszych, a tylko dla samych rozjaśnionych, więc mało 
kto kupuje. „Ferdydurke" bardzo sławna się stała i nieraz w wywiadach mówiłem, 
że „Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba!" jak na końcu stoi, to Aniela mnie 
powiedziała.
Wszystko byłoby nie tak źle, ale człowiek skapcaniał, wprawdzie ataków silnych 
astmy nie mam, ale powietrza brak i muszę lekarstwa brać. No, Aniela, z Panem 
Bogiem, kłaniam się i serdecznie pozdrawiam. W osobnej kopercie fotkę przesyłam, 
zobaczymy czy dojdzie.
Witold Gombrowicz 15.02.68
Doszła. Ma ją do dziś. Ona na niej taka ładna, młoda, on już stary, zmęczony, 
lecz nadal piękny.
Wielmożni państwo Gombrowiczowie byli przepiękną parą. Kiedy jako młodzi 
pojawiali się na balach, goście bili im brawo. Dzieci - z wyjątkiem panny Reny - 
odziedziczyły ich urodę. I nie traciły jej z biegiem lat. Przeciwnie, zarówno 
pan Janusz, jak i Jerzy, nie mówiąc już o Witoldzie, również i w starszym wieku 
wyglądali na prawdziwych panów - nadal te twarze i postacie piękne, szlachetne. 
Od razu widać było, że sroce spod ogona nie wypadli.
Szybko odpisała, lecz Witold milczał. I wkrótce, latem 1969 roku, przeczytała w 
którejś z naszych gazet, że zmarł. Napisał jej przecież, że pan Janusz w grobie, 
tak że nie jeździła już do Warszawy. Bo do kogo? Nie wiedziała nawet, że nie 
żyje również i pan Jerzy. Nie czyta tak jak dawniej gazet ni książek - nie widzi 
na jedno oko.
* * *
Myśli o Gombrowiczach bardzo często. Przeżyła w końcu z nimi tyle lat. Mimo to 
dopiero dziś wie, że nie znała właściwie Witolda.
Nigdy nie mówiła o tym wielmożnej pani, nie chciała jej martwić. Lecz gdy 
wyjechał, nie wierzyła, że da sobie radę. Taki paniczyk, kawalarz? Zginie jak 
ruda mysz. Nie potrafił właściwie nic - podawało mu się nawet herbatę, opierało 
od stóp do głów. Nigdy nie musiał zarabiać na życie, był bardzo nieżyciowy, 
niezaradny.
Aniela Ciemna
Wziął przecież ze sobą kilka tysięcy złotych, trochę dolarów. Inny zaraz w coś 
by to zainwestował, w końcu to Ameryka. On tymczasem - jak pisał potem - wydał 
to po prostu przez pierwszy rok, został goły niczym święty turecki. Pan Janusz 
chciał mu nawet coś słać - podczas okupacji siedział jeszcze w swoim majątku. 
Ale w 1943 musiał stamtąd uciekać, po wojnie nie miał już z czego.
A jednak Witold dał sobie radę. Nauczył się hiszpańskiego, wysiedział -o co go 
nie posądzała - tyle lat na posadzie referenta w banku. Napisał wiele książek i 
obeszło się bez żadnych pieniędzy ojca. Podobno stał się sławny na cały świat. O 
jego śmierci pisały nawet gazety.
Ciekawe, skąd miał tyle siły?

background image

Zawsze też myślała, że nie lubił swojej rodziny. Tymczasem nie tylko pisał 
często do wielmożnej pani i panny Reny, lecz także słał dolary. A pana Janusza 
niemalże utrzymywał.
Potem już ta jego Kanadyjka wzięła te sprawy w swoje ręce. Też jednak pamiętała 
o panu Januszu. Gdy Aniela kiedyś go odwiedziła, akurat - zamiast kwartalnej 
raty - Rita wysłała mu błam pięknych, karakułowych łapek. Pan Janusz bardzo się 
cieszył, dostał już od niej taką paczkę drugi raz i wyszedł na karakułach lepiej 
niż na dolarach, choć miał trochę kłopotów. Pytał nawet Anieli, czy nie 
znalazłaby mu dobrego kupca.
I ona, i pan Janusz cieszyli się, że Witold znalazł sobie nareszcie taką życiową 
kobietę, bo tego mu przede wszystkim było brak. Teraz już nie zginie na pewno, 
myśleli.
Co najdziwniejsze jednak, ona właśnie, Aniela, Ciemna, przeżyła wszystkich 
Gombrowiczów. Nawet młodszych od siebie: pannę Renę, pana Jerzego, Witolda. 
Nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, że tak będzie.
Witold lubił często używać francuskich słów. Był - jak mówił - „guwerno-wany". A 
już najczęściej wtrącał słowo „prowidąs" (providence). Dosłownie niemal do co 
drugiego zdania. - Co to znaczy, sędziulku? - pytała. - Opatrzność, sługo - 
tłumaczył. - Wszystko jest w rękach opatrzności.
I słusznie mówił, choć przecież niewierzący.
Krysta, moja miłość
W przygotowanym przez Konstantego A. Jeleńskiego i Dominique de Roux numerze 
„Cahier de 1'Herne", poświęconym Gombrowiczowi, zamieszczono dość dokładny 
życiorys pisarza autorstwa jego samego.
Pod datą roku 1926 wspomniał:
Jego pierwszą miłością jest młoda sąsiadka brata Jerzego, mieszkającego w 
majątku we WsoZi. Spotykał się z nią w nocy, ryzykując swoim życiem - 
przechodził przez wąski i niebezpieczny most, szedł dla niej 8 kilometrów na 
piechotę. Spotykali się nieregularnie, lecz miłość trwała kilka łat.
W listach do brata Jerzego, znajdujących się obecnie w Instytucie Badań 
Literackich, pisał:
23.01.57 (...) Najbardziej interesuje mnie Krysta, moja eks-miłość. (...) 
Napiszcie mi coś niecoś na te tematy...
14.01.57 (...) I ja wiele rzeczy wspominam ze Wsoli: tenis, ping-pong z Ołe-nią, 
Krysta (co porabia?), mam stamtąd rzeczywiście miłe wspomnienia.
7.11.57 (...) Co się dzieje z Krysta? napiszcie mi o niej i prześlijcie adres, 
może się do niej odezwę...
Z listów do brata Janusza przechowywanych w Muzeum Literatury:
25.06.62 (...) Napisz mi przy sposobności więcej o Kryścejanowskiej, dawnej 
mojej flamie. Nie rozumiem, dlaczego pracuje w wypożyczalni książek, ja 
wyobrażałem sobie, że wyszła za mąż za Konarskiego i siedzą w Bartodziejach, tak 
mi pisał bodaj Jurek. Czy ma dzieci?
W stosunku do istot z tego świata, co ona, nie zgłaszam pretensji - to są 
istoty, którym raczej przystoi niewiedza we wszystkim, co mnie tyczy.
Pani Krystyna Konarska z domu Janowska jest dziś starszą panią*, ma troje 
dorosłych dzieci, kilkoro wnuków. Jest już wdową, mieszka w Warszawie.
* Zmarła w 1991 r.
Krysta, moja miłość
Niezbyt chętnie zgodziła się na rozmowę o swojej znajomości z Witoldem. Przeszło 
półtora roku wymawiała się brakiem czasu, potem znów brakiem ochoty na 

background image

wspomnienia o „tym dziwaku i oryginale". Nie widziała też sensu rozmowy - tyle 
już przecież o nim napisano! Z nią wprawdzie nikt nie rozmawiał, ale nie uważała 
tego za wystarczający powód do spotkania.
Zgodziła się wreszcie, przede wszystkim jednak ze względu na pamięć o jego 
rodzinie, którą dobrze znała. Do dziś ma dla niej ogromny szacunek. Przyjaźniła 
się z nieżyjącym już Jerzym Gombrowiczem, jego żoną.
Trudno powiedzieć, gdzie i kiedy poznała Witolda.
- Wydaje mi się - mówi - że znaliśmy się od zawsze.
Znali się bowiem ze sobą ich rodzice. Państwo Janowscy mieli Bartodzie-je koło 
Radomia, Gombrowiczowie - Małoszyce koło Opatowa. Trochę za daleko na bliższe 
kontakty, bywali jednak u wspólnych znajomych - państwa Maleszewskich. Zresztą w 
środowisku sandomierskich ziemian wszyscy znali się przynajmniej ze słyszenia.
A później państwo Gombrowiczowie zaczęli bywać w Bartodziejach. Jeszcze dziś 
stoją przed dworem ich prezenty dla rodziców panny Krystyny: wielkie marmurowe 
wazy na kwiaty z fabryki wyrobów kamieniarskich w Dołach koło Ostrowca, 
własności Gombrowiczów.
Odwiedzali Bartodzieje podczas swoich pobytów u syna Jerzego. W 1924 Jerzy 
Gombrowicz ożenił się bowiem z jedną z najlepszych partii w Radomskiem - panną 
Aleksandrą Pruszakówną z Wośnik, zamieszkał z nią we Wso-li. Panna Krystyna 
często tam bywała - ze Wsoli do Bartodziejów było przez łąki najwyżej cztery 
kilometry. Olenia była jej dobrą przyjaciółką, a Jerzy dla wszystkich gościnny i 
niebywale towarzyski. Właśnie u Jerzych widywała Witolda, szczególnie latem 
przyjeżdżał często do brata i bratowej.
Razem z nimi oraz ich znajomymi bywał również w Bartodziejach.
- Jerzy zapowiadał się w maju na grzyby - wspomina brat pani Konar-skiej, Józef 
Janowski. - Grzybów oczywiście jeszcze nie ma, mówiliśmy, lecz to nie powód, 
żebyś do nas nie wpadł...
Zjawiał się zwykle z całym towarzystwem, choć i tak w Bartodziejach zawsze było 
rojno i gwarno. Pełno gości, letników - państwo Janowscy przeznaczyli część 
swego domu na dochodowy pensjonat. Nigdy nie brakowało też młodzieży. Pannę 
Krystynę odwiedzały koleżanki z okolicznych dworów, chociażby Wanda Przyłęcka z 
Bierwiec, Ludwika Lewandowska z Dąbrówki Podłężnej. Z sąsiedztwa przyjeżdżali 
koledzy Józefa, brata panny Krystyny: Antoni Arkuszewski z Chruściechowa, Maciej 
Pruszak z Wośnik, trzech młodych Daszewskich z Orańska i inni.
Spotykała też Witolda podczas swoich pobytów w Warszawie. Tak naprawdę, tam się 
właśnie poznali u którychś „znajomych znajomych". Kilka
Jaśnie Panicz
razy odwiedziła również mieszkanie państwa Gombrowiczów na Służew-skiej. A 
jednej z zim widywała się z Witoldem w pensjonacie „Mirabella" w Zakopanem, 
gdzie przyjechała razem z ojcem.
Przebywali zwykle w większym towarzystwie. Rozmów i spotkań w cztery oczy było 
bardzo niewiele.
- Naprawdę nie łączyło nas nic poważniejszego. Po prostu bardzo mu się 
podobałam, i to wszystko.
Dobrze o tym wiedziała. Dawał jej to nieraz do zrozumienia, wspominał w listach 
pisanych z Warszawy (dawno gdzieś zginęły, specjalnie ich nie przechowywała).
Zresztą dziewczęta zawsze takie sprawy wyczuwają.
Jej znajomi z tego okresu, żyjący do dziś sąsiedzi z okolic Bartodziejów, 
chociażby pani Wanda Przyłęcka, pan Antoni Arkuszewski, podkreślają, że panna 
Krystyna podobała się mężczyznom, miała spore powodzenie, wielu konkurentów. 

background image

Prezentowała typ urody przypominający Rite Gombrowicz, późniejszą żonę Witolda. 
Była do niej podobna. Szatynka z dużymi oczami, wysoka, zgrabna, szczupła. 
Bardzo wysportowana - jeździła świetnie konno, na nartach, grała w tenisa. 
Inteligentna, czasem nawet ostra w sądach. Elegancka, zadbana, szykowna - 
najpiękniej wyglądała w stroju do konnej jazdy. Korzystnie odbijała od 
jasnowłosych, pulchnych, ociężałych i „słodkich" ziemiańskich panien.
- Zazdrościłam jej zawsze sukienek - wspomina pani Wanda Przyłęcka, mieszkająca 
dziś w Radomiu. - Miała te z drogich warszawskich firm. Państwo Janowscy bardzo 
dbali o dwójkę swoich dzieci, o ich wychowanie, wykształcenie, rozrywki. W 
karnawale na przykład zawsze jeździli z córką na bale. Tak samo też chuchali na 
Bartodzieje - dwór, park, sad zawsze były wypielęgnowane, wypracowane.
Pamiętam, razem z Witoldem obserwowaliśmy Krystynę z werandy „Mi-rabelli" w 
Zakopanem. W zgrabnym stroju narciarskim mknęła na nartach, o których nie 
mieliśmy pojęcia - byłam w długim zimowym palcie. Witold w grubej, ciężkiej 
bekieszy na baranie. - Szykowna dziewczyna! - rzucił z uznaniem.
- Nigdy nie mówił mi o swoich uczuciach - wspomina pani Konarska. -Nie 
deklarował się poważnie ani nie wspominał o małżeństwie. Nie starał się bardziej 
mnie sobą zainteresować, przywiązać do siebie.
Najwyraźniej chciał być sam. I w sumie, choć podobała mu się - trzymał się 
jednak z daleka.
W ogóle, poza nią, dziewczęta specjalnie go nie interesowały. Nie słychać było - 
tak jak o innych chłopcach - że flirtował z tą, spotykał się z tamtą.
Także panna Krystyna nie myślała o Witoldzie poważnie. Trudno było przecież 
wiązać z nim najmniejsze nawet nadzieje na wspólne życie. Przyszłość z kimś 
takim absolutnie nie wchodziła w rachubę. Zbyt wiele jego cech ją raziło. W 
rezultacie - i ona trzymała się od niego z daleka.
Krysta, moja miiość
- Był po prostu z innego, obcego mi świata. Nie tylko ja czułam jego inność.
Pochodził wprawdzie z tego samego środowiska, wyraźnie jednak się od niego 
różnił.
Przede wszystkim drukował już wtedy w prasie artykuły, recenzje, felietony, 
wydał „Pamiętnik z okresu dojrzewania", potem „Iwonę". Trudno ukryć, że radomscy 
ziemianie uważali jego twórczość za co najmniej osobliwą, jej autora za dziwaka. 
A takie opinie nie mogły przecież zachęcać do niego panny Krystyny, utożsamiała 
się w pełni ze swoim środowiskiem, to był jej świat.
(...) przyzywałem ja, dzisiejszy Gombrowicz, tamtego dalekiego mego protoplastę 
- pisał potem w „Dzienniku* - w całej jego drżącej i młodej bezbronności. (...) 
Więc przypominałem sobie jak, na przykład, pewnego wieczoru pojechał on - ja - w 
sąsiedztwo do Bartodziej na zabawę, gdzie była osoba, która jego - mnie - 
wprowadzała w stan oczarowania i przed którą ja -on- chciałem wykazać się, 
zabłysnąć; i to było mnie- jemu - koniecznie potrzebne. Ale wchodzę do salonu a 
tam, miast podziwu, politowanie ciotek, żarty kuzynek, gruba-wa ironia tych 
wszystkich okolicznych ziemian. Cóż się stało?! Stało się, żeKa-den-Bandrowski 
„zjechał" jakąś moją nowełkę w słowach zresztą pełnych pobłażliwości, ale 
niedwuznacznie odsądzając mnie od talentu. I ta gazeta wpadła im w ręce. I oni 
uwierzyli jej, bo przecież „pisarz, zna się na rzeczy". Więc tego wieczoru nie 
wiedziałem, rzeczywiście, gdzie się schować.
Nie pokazywał nigdy tego, co pisał, specjalnie o tym nie opowiadał. Chłopcy go 
krytykowali, zarzucali nielojalność i niehonorowość - wyśmiewa ziemiaństwo, 
któremu wszystko zawdzięcza. Dobrze mu szydzić, gdy utrzymują go rodzice. Czasem 

background image

jednak, gdy spacerowali lub rozmawiali wyłącznie we dwójkę, opowiadał jej swoje 
nowe pomysły na nowelę czy powieść.
- Kto cię będzie czytał, Witoldzie - martwiła się - gdy opiszesz te okro-
pieństwa? Dlaczego tylko one cię interesują?
- Bo nic innego nie chcą drukować - śmiał się.
Rzeczywiście, pomysły miał dziwaczne, koszmarne, często obrzydliwe. Sporo ich 
było przecież w „Pamiętniku", nie mówiąc już o „Ferdydurke". Szalenie ją raziły, 
a lubił też w ten sposób żartować.
W Bartodziejach przyłapał kiedyś jedną z panien na wąskich i krętych schodach; 
zapowiedział, że gdy zrobi jeszcze jeden krok niżej - utnie jej nogę! Przyniósł 
skądś wielki sekator i groził nim dziewczynie, która ze strachu bała się nawet 
mocniej odetchnąć. Wybawili ją dopiero goście, wchodzący akurat do sieni.
Gdy pomagał czasem wiązać krawat ojcu panny Wandy Przyłęckiej -udawał, że za 
chwilę go udusi. Podwiązywał mu krawat niemal pod brodę,
- Instytut Literacki, Paryż 1971,1.1, s. 101. ,„;io„ „yv__ ,•„., >i,.«>^b
Jaśnie Panicz
ściskał, rozluźniał. Pastwił się po prostu nad starszym człowiekiem i bardzo go 
to bawiło.
Choć panna Krystyna raczej go onieśmielała, zdarzało mu się zwierzyć jej ze 
spraw, które co najmniej ją żenowały. W Zakopanem opowiedział na przykład, że 
nie ma ochoty wracać do domu. Starł się bardzo poważnie z ojcem, napisał bowiem, 
czy też tylko powiedział, że nie rozumie właściwie stosunku między kobietą a 
mężczyzną. Pan Gombrowicz zareagował wtedy niezwykle ostro - martwił się 
dziwactwami najmłodszego syna. Witold jakoś to w końcu załagodził, choć sytuacja 
nadal była napięta. Cóż jednak mogła mu powiedzieć czy poradzić? Raziło go 
przecież wszystko, co normalne i zwyczajne.
Szydził na przykład, że w każdym ziemiańskim domu jest identycznie pod każdym 
względem. W Bartodziejach, Chruściechowie, Wsoli. Dwór, park ze szpalerem drzew, 
staw, sad. Takie samo urządzenie wnętrz. I gdzie się nie przyjdzie - najpierw 
obiad, potem kawa w salonie, spacer po parku, kolacja, brydż...
Nie mogło mu również zjednać jej sympatii towarzystwo, w którym obracał się w 
Warszawie. Ci wszyscy aktorzy, pisarze, poeci. Znał między innymi Czajkę i różne 
młode poetki, aktorki o niezbyt surowych obyczajach, obyte, wygadane, 
nowoczesne. Chodził po znanych kawiarniach i lokalach. To wszystko onieśmielało 
nawet ziemiańskich chłopaków, a co dopiero mówić o dziewczynie.
Większość panien nawet się go bała. Mógł przecież ośmieszyć, wydrwić, a te 
naiwnie j sze lubił bardzo dręczyć.
- Nigdy się go nie bałam - mówi pani Krystyna. - Mnie bowiem wyraźnie 
oszczędzał. Wiedziałam, że mnie na pewno nie zrani, nigdy zresztą tego nie 
zrobił. Nie było o tym mowy. Mimo to nie czułam się przy nim bezpieczna.
Tak samo jak i reszta panien, tak że niektóre z nich nawet się specjalnie w jego 
towarzystwie nie odzywały, żeby nie narazić się na nieoczekiwany obrót rozmowy.
- Porozmawiajmy lepiej na tematy seksualne - proponował na przykład pannie 
Wandzie Przyłęckiej. A ona bladła i rumieniła się. Wstyd przyznać, była bardzo 
naiwna, nie miała pojęcia, co to za sprawy, czuła jednak, że chyba 
nieprzyzwoite...
Nazywał pannę Wandę Przyjaźnią lub Przyjazną, co też ją krępowało, lecz gdy 
protestowała, proponował: - To może lepiej Czułość?
- Przyjazna - mówił na spacerze w Zakopanem - kupię ci coś na szyję...
Po czym kupował mydełko. Nie wiedziała, jak reagować. Może ma rzeczywiście 

background image

niezbyt czystą szyję? A może powinna się obrazić? Choć dziś oczywiście 
zaśmiałaby się, to wszystko.
- Kiedy ostatni raz ugryzła panią jemioła w udo? - pytał śmiertelnie poważnie, 
albo: - Czy i do pani wpadają kwiczoły przez otwarte okna?
Prawie żadna nie zdobyła się na jako tako sensowną odpowiedź, nie wiedziała, czy 
mówi serio, czy żartuje. A z kwiczołami chodziło mu po prostu
Krysta, moja miłość
o to, że podczas pobytów we Wsoli dostawał pokój gościnny, którego okna 
wychodziły na świniarnik. Kwiki świń faktycznie „wpadały" mu przez okno.
Którejś pannie groził, że opisze ją w gazetach. Skłamie, że składał jej 
nieprzyzwoite propozycje, a ona chętnie przystała. Wymyśli list, opublikuje i 
skompromituje jej cześć do końca życia. Umierała ze strachu, wierzyła, że to 
zrobi - pisywał przecież artykuły.
Nie oszczędzał nawet swego brata. Drwił z zamiłowania Jerzego do wojska, które 
było dla Witolda instytucją najbardziej chyba obcą. Jerzy natomiast skończył 
szkołę wojskową w Grudziądzu, miał stopień porucznika, nosił mundur, a na zabawy 
i polowania we Wsoli zapraszał wielu wojskowych.
Istniała też między braćmi cicha rywalizacja. Jerzy był bardzo błyskotliwy i w 
towarzystwie lubił gasić Witolda. Raczej mu się to udawało - Witold bowiem był 
mniej swobodny i naturalny, wrażliwy na krytykę. Bił jednak brata oryginalnością 
poglądów i powiedzeń. Właściwie może nie chciał dokuczać, tylko powiedzieć coś 
nadzwyczajnego. Gdy zupełnie nie miał już konceptu, deklamował w kółko ułożony 
przez siebie wierszyk:
W małym, cichym ogródku, gdzie rosły białe i czerwone róże,
mieszkał pewien duchowy nonkonformista,
który nigdy, nigdy nie był w Wimbledon.
Siedząc często nad kryształową tonią, powtarzał:
czemuż, ach czemuż nie byłem nigdy w Wimbledon?
Pewnego razu znaleziono trup,
a w jego kieszeni nic, jak tylko bilet
do Mackenzie i z powrotem.
Tak oto żył i zginął ten blady król Bimentalistów.
- Witoldzie, co to wszystko znaczy? - pytali, sam jednak nie bardzo wiedział. - 
A dlaczego Bimentalistów?
- Bo to bardzo piękny wyraz, ja go wymyśliłem.
Panna Krystyna interesowała się nim więc wyłącznie w sensie towarzyskim. Jako 
egzotyczną ozdobą salonu. I nie tylko ona. Z urody bardzo się pannom podobał, 
nigdy jednak nie myślały o nim tak jak o innych chłopcach. Nie widziały go jako 
ewentualnego narzeczonego, męża, ojca dzieci, głowy rodziny. Szokował zbytnio 
innością i dziwacznością.
Nawet panna Marynia Arkuszewska trzymała się od niego raczej z daleka. Choć 
tylko ona mogła być dla niego partnerką. Bardzo inteligentna, myśląca, oczytana. 
Potrafiła mu odpowiedzieć, zmiażdżyć nawet.
W dyskusjach, a także - jak mówił - tworzeniu intelektualnego nastroju był 
zdecydowanie najlepszy.
- Najchętniej właśnie - wspomina pani Konarska - wyciągał mnie na spacery i 
rozmowy.

... . „ i

i. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
W innych dziedzinach natomiast znajdował się w tyle za swoimi rówieśnikami. 

background image

Przede wszystkim nie tańczył, co było wtedy wielką wadą kawalera. Podpierały 
ściany jedynie wyjątkowe fajtłapy. Bale, zabawy, kuligi urządzano przecież nie 
tylko w karnawale.
- Na jednym z wieczorków u państwa Gombrowiczów w Warszawie ojciec Witolda 
bardzo go namawiał, żeby choć raz ze mną zatańczył. Cierpiał, że syn nie tańczy, 
nie bryluje wśród panien, ale ten wymawiał się, że nie lubi froterować podłóg, 
nie ma słuchu, nie wie, jakie stawiać kroki. W końcu poprosił mnie jednak do 
tańca, lecz męczył się wyraźnie. Czerwony, zawstydzony, niezgrabny, co i raz 
zerkający w wielkie lustra na ścianach, żeby sprawdzić, jak wyglądamy. Byłam z 
nim równa, na obcasach wyższa, co szalenie go peszyło.
Jedyny sport, jaki uprawiał, to tenis. Grał nawet nieźle, często grywał z panną 
Krystyną - we Wsoli i Bartodziejach były korty tenisowe. Poza tym nie grał w 
karty, nie jeździł konno, choć potrafiły to nawet panny. Gdy pędzili gdzieś z 
całym towarzystwem, Jerzy Gombrowicz krzyczał na całą okolicę: „A na przodzie 
jedzie Krysia, jedzie Krysia, co ma hysia...".
Pani Wanda Przyłęcką pamięta, że Witold bał się konia. Gdy przyjechała kiedyś 
konno do Wsoli, chciał ją zatrzymać. Złapał konia za uzdę, lecz gdy ten mocno 
zarżał, natychmiast go puścił, cofnął się kilka kroków.
Nie pływał, nie jeździł na nartach. W „Mirabelli" pokpiwał niby z narciarzy, że 
to bez sensu - zimno, można złamać nogę. Wyraźnie jednak im zazdrościł. Jeździła 
zdecydowana większość młodzieży, także i panny. On tymczasem zostawał z tymi, 
które nie umiały, albo z chorymi, którym zalecano wyłącznie leżakowanie. Nudził 
się więc ogromnie, czekał, aż wrócą narciarze.
Leżakował bowiem całymi dniami na werandzie, przekomarzał się z pannami, aż 
znudzony - jak mówił - jałowością ich umysłu szedł do sąsiedniego pensjonatu 
„Nótre-Dame" na szachy ze znajomym Żydem. Najczęściej jednak wyciągał na spacer 
pannę Wandę Przyłęcką. Przyjechała wprawdzie do „Mirabelli" z siostrą, lecz ta 
była akurat bardzo zakochana i nie chciała im towarzyszyć. Pisała tylko do 
narzeczonego albo czytała listy od niego. Witold zaglądał nawet przez dziurkę od 
klucza, żeby sprawdzić, czy czyta je z wypiekami na twarzy. Gdy obie wyjechały, 
wysłał im kartkę:
Dobra Przyjaźni! Przesyłam obu Paniom cały pakiet najwytworniejszych 
komplementów i miłych stów z leżaka, na którym tarzam się w samotności.
Próbował nawet uczyć się jeździć na nartach, ale nie miał, jak inni chłopcy, 
krótkiej kurtki, w swojej długiej bekieszy przewracał się tylko, co go szybko 
zniechęciło.
Mimo to nie wstydził się swego niedołęstwa albo też tylko tak udawał.
- Przyjechał kiedyś linijką do Bartodziejów - wspomina Józef Janowski. -Było 
dość późno, a ponieważ nie zapowiedział się wcześniej, spuściliśmy już więc psy 
z łańcuchów. Dopadły go, gdy tylko wysiadł. Przerażony wdrapał się na płot i 
darł się tak, że go usłyszeliśmy, wyszliśmy i odgoniliśmy psy. „Zaglądałem już 
śmierci w oczy" - przechwalał się potem, dramatyzując całą historię.
Krysta, moja miłość
Żaden inny kawaler, który przyjeżdżał z wizytą do panny, za nic nie przyznałby 
się, że przestraszył się psów, nie krzyczałby, nie uciekał przed nimi na płot. 
Raczej dałby się pogryźć.
Mimo to Witold nadal drwił z „młodych, poczciwych ziemian".
- Mieliśmy więc tak tego dość - mówił Józef Janowski - że razem z kolegami 
zagroziliśmy mu kiedyś porządną „kocówą". Przestraszył się widać i dał nam jaki 
taki spokój. Nie miał szans - był jeden, a nas wielu.

background image

Krystyna Konarska nie przypomina sobie (albo też nie chce sobie przypomnieć) 
żadnych spotkań z Witoldem w nocy, o których pisał w „PHerne". Co do mostu 
natomiast, przesadził wyraźnie. Owszem, między Wsolą a Bar-todziejami płynęła 
rzeczka, lecz niewielka i niegroźna. Most był na niej chybotliwy, niezbyt 
solidny, ale bezpieczny. Nie istniało żadne ryzyko, robił tymczasem z siebie 
bohatera. Choć może rzeczywiście bał się tamtędy przechodzić? Nawet dość 
prawdopodobne, nie wstydził się najwyraźniej swoich lęków, co też jaw nim 
raziło. Był w końcu mężczyzną.
- Rozumiałam - mówi - że jest inny, ciekawy, oryginalny. O wiele lepiej czułam 
się jednak w towarzystwie zwyczajnych chłopców z sąsiedztwa.
I jednego z nich wybrała sobie w końcu na męża. Najpierw zaręczyła się z panem 
Grodzińskim z Oblasu, ale potem zerwali. W 1934 roku wyszła szczęśliwie za mąż 
za Stanisława Konarskiego z Kluczewska, pięknego majątku słynnego z hodowli 
bażantów. Urodziła trójkę udanych dzieci: dwóch synów i córkę. I nawet nie 
pamięta, kiedy ostatni raz widziała Witolda.
On zresztą coraz rzadziej pojawiał się we Wsoli. Miał początkowo aplikować u 
ojca Wandy Przyłęckiej, znanego w Radomiu adwokata. Byłby jego dependentem - tak 
to się wtedy nazywało.
- Już się z tego cieszyłam - mówi pani Przyłęcka - lubiłam Witolda i aplikanci 
ojca zawsze dotrzymywali mi towarzystwa.
Nic jednak z tych planów nie wyszło. Palestra radomska nie zgodziła się na jego 
kandydaturę, a kandydatów miała sporo. Zaszkodziła mu opinia zbyt nowoczesnego 
liberała, nie bez „winy" był także Jerzy Gombrowicz, który cieszył się 
wspaniałym darem wymowy, elokwencją, humorem. Radomscy adwokaci sądzili, że jego 
brat jest najprawdopodobniej taki sam. Przestraszyli się konkurenta.
* * *
Po wojnie Krystyna Konarska mieszkała z rodziną w Warszawie. Mąż miał dobrą 
posadę w Ministerstwie Rolnictwa, ona natomiast zajmowała się dziećmi. Dopiero 
gdy podrosły, zaczęła pracę w prywatnej wypożyczalni książek.
Nadal utrzymywała kontakty z „Jerzami", którzy mieszkali teraz w Radomiu, lecz 
odwiedzali czasem Bartodzieje i gospodarującego tam jej brata.
Los oszczędził bowiem miejsce, gdzie Witold Gombrowicz przyjeżdżał „z bijącym 
sercem". Jeszcze w roku 1938 ojciec pani Krystyny rozparcelo-
Jaśnie Panicz
wal sporą część majątku, zostawił jedynie pięćdziesiąt hektarów - i tak dochody 
pochodziły głównie z pensjonatu. Jak się okazało, „miał nosa". Reforma rolna po 
wojnie oszczędzała majątki nieprzekraczające właśnie pięćdziesięciu hektarów. 
Oprócz nich rodzinie Janowskich został także - ku zazdrości i goryczy innych - 
dwór, park, sad.
W praktyce parcelowano jednak nawet mniejsze majątki. Projekt parcelacji 
Bartodziejów też już był gotowy, z dworu zaczęto zrywać dach. Pan Józef Janowski 
uratował wtedy rodzinny majątek, powołując się na swoje wojenne zasługi - był w 
końcu porucznikiem II Armii Wojska Polskiego. Chcąc nie chcąc, miejscowe władze 
musiały się z tym liczyć, ale żeby za bardzo nie przewróciło mu się w głowie, 
umieściły w dworku w Bartodziejach Radę Narodową, posterunek MO i milicjanta z 
rodziną. Józef Janowski z żoną nie palili przez całe zimy w piecach, tłumacząc 
się trudnościami z opałem. Sami bardzo marzli, ale udało im się w końcu wykurzyć 
Radę i posterunek - poszukali sobie cieplejszych lokali. Zawzięła się tylko 
milicyjna rodzina, siedziała w oficynie całe trzynaście lat.
Najtrudniej było utrzymać majątek w latach pięćdziesiątych. Duch przeszłości 

background image

straszy w Bartodziejach - pisało miejscowe „Słowo Ludu", nazywając ich ostatnimi 
krwiopijcami, wrzodami na ciele demokratycznego społeczeństwa. Któregoś dnia 
otrzymali zawiadomienie, że z dniem tym i tym w ich salonie mieścić się będzie 
świetlica tutejszego ZMP. Przegrodzili więc szybko salon na dwa małe pokoje. 
Gdzie mogli, chodzili na skargę. To przecież zabytek pełen antyków, w sadzie 
szklarnie, a młodzi wiadomo - popiją się, poniszczą.
- Pilnujcie! - słyszeli w odpowiedzi.
Uratował Bartodzieje Jerzy Gombrowicz, świetnie do nowych warunków zaadaptowany. 
Wszędzie miał znajomych.
Nie udało mu się wprawdzie wybronić dworku przed przymusowymi lokatorami, 
zamienił ich jednak na znośnie j szych. Dzięki znajomym w Związku Artystów 
Plastyków zorganizował w Bartodziejach dom pracy twórczej dla artystów, który 
przetrwał tu trzy lata. Państwo Janowscy odetchnęli. Do Bartodziejów 
przyjeżdżali teraz profesorowie ASP, malarze, graficy. Ludzie kulturalni, 
inteligentni, doskonale układający stosunki z gospodarzami. Nie było mowy o 
zniszczeniach. Przeciwnie, przybyło kilka cennych prac, syn państwa Janowskich 
nosił za artystami blejtramy, w wieku ośmiu lat potrafił dyskutować o taszyzmie.
A dziś w Bartodziejach jest tak, jakby stanął czas.
Piękny dwór pełen starych mebli, rodzinnych pamiątek. Park, sad ze szklarniami. 
Nadal gospodarzy pan Józef Janowski z dorosłym już synem. Pokryli niedawno dach 
dworu nową blachą, a zdobyć teraz blachę to cud. Dbają, jak mogą, mimo to dwór 
jest w coraz gorszym stanie. Na jego generalny remont potrzebne są bowiem 
miliony. Starali się wprawdzie o uznanie go za zabytek pierwszej klasy i 
uzyskanie tym samym państwowych fun-
Krysta, moja miiość
duszy na remont. Już same te zabiegi były bardzo kosztowne - architekt oraz 
historyk sztuki musiał przecież opisać i wycenić każdą rzecz. Wszystko jednak na 
nic, nie udało się. Choć jest to rzeczywiście cenny zabytek - został wybudowany 
na przełomie XVIII i XIX wieku jako pałacyk myśliwski rodziny Gordonów; naokoło 
przecież Puszcza Kozienicka. Należał potem do rodziny Strojanowskich, później 
Maleszewskich*.
* * *
W roku 1971, kiedy zmarł Jerzy Gombrowicz, umarło także życie towarzyskie 
dawnych, okolicznych ziemian. Skończyły się wizyty w Bartodzie-jach, brydże u 
Wandy Przyłęckiej w Radomiu. Krystyna Konarska straciła ostatecznie kontakt z 
Gombrowiczami.
Choć Witold prosił w listach do Jerzego o jej warszawski adres, nie napisał do 
niej. Uważała to jednak za niewielką stratę. Bardzo nie lubi wspomnień nie tylko 
o nim, lecz w ogóle o „tamtym świecie". Przeszło, minęło, jest zupełnie co 
innego. Nawet dzieciom nie mówiła o swojej z nim znajomości. Po co? Jest po 
prostu ostatnio modny, stąd ten szum.
Jej zdaniem, trzeba żyć teraźniejszością. Pomagać dzieciom, zajmować się 
wnukami. Robić zakupy, z którymi takie teraz przecież kłopoty.
Na wspomnienia naprawdę nie ma miejsca.
W dalszym ciągu noty biograficznej dla „PHerne" Gombrowicz pisał m.in.: Rok 1926 
- Pierwsze flirty z kuzynkami i przyjaciółkami siostry, którym
dokuczał za ich żarliwy katolicyzm. Rok 1936 - Miłostki z kucharką.
- Flirt z młodą i piękną poetką.
Rok 1941 - Doświadczenia homoseksualne z młodymi chłopakami z ludu Buenos Aires.
- Miłostki z córką poety.

background image

Rok 1964 - Pobyt (...) w opactwie Royaumont, gdzie poznaje młodą Kanadyjkę, 
studentkę Mańe-Rita Labrosse. Rok 1968, 28 grudzień - poślubia swoją towarzyszkę 
Mańe-Rita Labrosse.
Słowa miłość użył tylko raz. Nigdy więcej.
* W 1988 r. syn Józefa Janowskiego, Tadeusz, na skutek trudności finansowych był 
zmuszony sprzedać Bartodzieje.
Okruchy
Pani Krystyna Maryańska-Zgrzebnicka (rocznik 1911) cudem zupełnym odzyskała 
niedawno swój list, który napisała do przyjaciółki w 1926 roku. Adresatka 
odnalazła go, robiąc generalny porządek w swoich papierach. Nie byłoby 
oczywiście w tym fakcie nic godnego uwagi poza tym, że główny temat tego listu 
to Witold „Gąbrowicz" - obiekt pierwszych uczuć panny Krystyny.
Miała wtedy piętnaście lat, była, jak wspomina, typową kozą, pensjonarką - 
uczennicą gimnazjum imienia Dąbrówki w Poznaniu. Jej ciotka Helena Wiśniewska 
prowadziła w Wiśle pensjonat „Piast", do którego zaprosiła ją - razem z siostrą 
- na lato roku 1926.1 tam właśnie poznała Witolda „Gąbro-wicza", o którym pisała 
do przyjaciółki:
Kochana moja Eluś!
Czy nie dostałaś mojego listu wysłanego 30 VII 26? Sądzę, że wyjechałaś chyba 
prędzej z Iwonicza i już go nie otrzymałaś. Szkoda, bo był ogromny, a już teraz 
nie pamiętam, o czym pisałam. O imieninach moich nic pewnie nie wiesz, a więc 
słuchaj: miałam wyprawiony podwieczorek, na którym było 18 osób; sama młodzież: 
Ania, Iza, Marysia, Janka (z Poznania), Halszka, ja i chłopcy: Mundek 
Sokołowski, Sławek Szembroń, Adam Norski, Witold Gąbrowicz (z nas jest para), 
Krzyżanowski, Bołek Mołdawski, pan Emil, Zbynio, Janek. No i z konieczności - 
ciocie. Od tego czasu wiele się zmieniło - sporo osób od l sierpnia wyjechało: 
Ania, Iza Sz., Marysia P., Janka Z., Munio (przy końcu lipca trochę durzyłam się 
w nim, ale teraz nie, no w Witoldzie, i to z wzajemnością).
Byłam też na dwóch dansingach, na festynie, odpuście, na którem dostałam serce z 
piernika od pana Witołda. Zrobiłam 2 wycieczki na stożek oraz Czan-torję, te 
ostatnie z Nim, ale było też więcej osób. Muszę Ci coś o nim napisać -a więc 
kocham się, i to zupełnie prawdziwie! Jest to miłość idealna i zarazem zmysłowa. 
On jest studentem na ostatnim roku prawa w Warszawie, ma 22 lata, jest bardzo 
wykształcony i do tego śliczny (jak wszyscy mówią), nie za wysoki. Nie tańczy, 
nie gra w tenisa, tylko w szachy i pali fajkę.
Kocham go i jestem o niego szalenie zazdrosna, chociaż jak dotąd nie ma powodu. 
Mieszkał od l lipca do l sierpnia w willi „Bukowej", jak go poznałam
Okruchy
18 lipca, zaraz zaczął mi asystować aż tak, że l sierpnia sprowadził się do 
„Piasta", przy stole siedzi obok mnie. Wszyscy w „Piaście" wiedzą, że mi 
oficjalnie asystuje, co chwilę całuje w rękę „na dzień dobry" itd. Ma jedną wadę 
- jest zarozumiały, bo jest skoligacony z wielkimi rodami.
Ach, Elu, w tej chwili, gdy skończyłam to ostatnie zdanie, był u nas w pokoju, 
bo jest 12 w południe, a jeszcze nie zeszłam na dół i nie widział mnie. 
Pocałował kilka razy w rękę, a potem powiedział: „mnie wolno i w usta Cię 
całować!". A ja naturalnie nie pozwoliłam, ale scen takich boję się bardzo - 
czuję, że nie będę miała długo siły, aby mu się opierać.
Elu, ty pewnie nie będziesz chciała uwierzyć temu wszystkiemu, bo to jest wprost 
nieprawdopodobne, ale zaklinam Cię, że jak kocham Boga i moją Mamusię - to 
wszystko jest prawda! Ja wiem, że będę okropnie cierpieć, gdy się z nim 

background image

rozstanę, i że on wkrótce o mnie zapomni, ale mniej go kochać nie mogę. On mnie 
zapewnia, że będzie do mnie pisał, tylko cóż z tego. To jest moja pierwsza 
prawdziwa miłość.
Ściskam Cię i całuję - „Słodka osoba", „Kryśka, czyli Szampan nie kobieta", 
„Moja Krysiunia" - jak mnie nazywa.
PS Teraz młodzieży jest bardzo mało, ale to mnie nie obchodzi. Jest Hala K. (z 
Warszawy, 19 lat) i Alinka I. (z Warszawy, 20 lat), Tadeusz Bujak z pierwszego 
roku prawa, Maniek Hajernan, Danek Majewski z VII g, Staszek Małachow-ski z VII 
g, no i mój Witold. Nigdy tak się nie bawiłam jak teraz. Gdy jest pogoda, gram w 
tenisa, kąpię się, a gdy pada - w szachy, turli-turli, domino, karty, chodzę na 
bilard, ale zawsze kocham się w Nim!
Naprawdę się w nim wtedy zadurzyła. On natomiast - zrozumiała to znacznie 
później - świetnie się po prostu bawił. Bardzo się na „wilegiatu-rze" w Wiśle 
nudził i wybrał ją sobie na ofiarę swoich gierek oraz sztuczek. A świetnie się 
do tego nadawała. Cóż, w odróżnieniu od Żuty Młodziakówny z „Ferdydurke", była 
pensjonarką nienowoczesną i nieśmiałą, a już szczególnie w stosunku do mężczyzn. 
Uczyła się w gimnazjum słynnym z surowości, oczywiście wyłącznie żeńskim, nie 
miała brata i męskie towarzystwo było dla niej ewenementem, sensacją.
Ze spokojem i uśmieszkiem, pykając fajeczkę, obserwował jej zmieszanie i 
onieśmielenie na jego publiczne hołdy, demonstracyjną asystę. Bo rzeczywiście, 
nie wiedziała, jak reagować, co odpowiadać? Nie mogła na przykład - mimo jego 
próśb - przemóc się i mówić mu per ty, tylko wyłącznie per pan, on tymczasem 
oczywiście do niej po imieniu. Albo też - żartując z jej skromności - per 
„szampańska kobieto".
Co więcej, nie tylko jej asystował, ale też pierwszy raz w życiu pocałował! Gdy 
szykowała się z siostrą do wyjazdu, przyszedł - jak mówił - „po-
Jaśnie Panicz
móc w zamykaniu waliz", a gdy siostra wyszła na chwilę z pokoju - złapał w 
ramiona i pocałował! Był to pierwszy w jej życiu pocałunek, a tym samym ogromny 
oczywiście szok! On natomiast zachował swój stoicki spokój. Długo oczywiście 
swój pierwszy pocałunek rozpamiętywała.
Bawił się też, obserwując reakcję pensjonatowych gości, zwłaszcza starszych pań 
zgorszonych publiczną asystą tak młodej panience, dziecku prawie. Szczególnie 
bowiem w towarzystwie, podczas wspólnych wieczornych spacerów, brał ją za rękę, 
szeptał coś do ucha.
W ogóle ubóstwiał ją kompromitować. Na jednej z przechadzek zaciągnął na 
przykład kiedyś pod gospodę Rotha (dziś Centrum), kazał Żydowi - właścicielowi - 
podać tacę z kieliszkami i kwaterką na wódkę, tak zwanym tam achtlikiem, zawołał 
ulicznego fotografa, poprosił o zdjęcie, mocno trzymając ją za ramię, żeby - ze 
wstydu oczywiście - nie uciekła. Wykupił później zdjęcia i jedno z nich jej 
ofiarował, choć - przez te alkoholowe akcesoria - nie pokazywała nawet 
koleżankom! On natomiast na pewno się nimi pochwalał, doskonale świadczyły, że 
jego wakacje w Wiśle to „kobiety, wino, śpiew!".
* * *
A jednak napisał do niej później z Warszawy obiecany list. Obszerny, na 
kancelaryjnym papierze. Niestety, poza czułymi słówkami na początku, dalej były 
wyłącznie niezrozumiałe epistoły i wywody. Nie mogła się więc nawet nim 
pochwalić koleżankom.
Przepadł, niestety, w czasie wojny razem z całym jej dobytkiem i domem. Zdjęcia 
z „achtlikiem" ocaliła. Razem z innymi zabrała je po prostu ze sobą na wojenną 

background image

tułaczkę. Przewędrowały z nią pół świata: Persję, Iran, Palestynę, Egipt, 
Włochy. List o nim też cudem właściwie ocalał, tak że to sam Najwyższy chciał 
chyba uratować tych kilka okruchów o Witku „Gąbro-wiczu".
Ślady
Napisz mi kiedy, co się dzieje w domu małoszyckim, wsolskim,
potoczkowskim, to jest konkretnie, kto tam mieszka etc. Chciałbym to sobie
wyobrazić. A też na Służewskiej i Chocimskiej w Warszawie...
(z listu do brata Janusza, l czerwca 1961)
Slużewsfea 3 m. 4
Od roku 1911 Małoszyce pozostały jedynie letnim domem Gombrowiczów. Cała rodzina 
- głównie ze względu na konieczność kształcenia dorastających dzieci - 
przeniosła się na stałe do Warszawy, na Służewską 3. Janusz i Jerzy byli już w 
warszawskich gimnazjach, mieszkali na stancjach. Rena miała dwanaście lat, 
Witold siedem, należało pomyśleć także o ich edukacji.
Służewską, tak zresztą jak i sąsiednia Natolińska, była wówczas adresem 
zdecydowanie dobrym. Mieszkali tam przemysłowcy, dyplomaci, znani lekarze.
Była to jedna z najbardziej reprezentacyjnych kamienic ówczesnej Warszawy - 
pisał o domu na Służewskiej Jerzy Gombrowicz w „Komentarzu biograficznym do 
twórczości Witolda Gombrowicza", przeznaczonym dla Instytutu Badań Literackich 
PAN. - Właściciel jej i twórca, profesor architektury Mikołaj Tołwiński, ojciec 
Tadeusza, projektanta Muzeum Narodowego, całe życie hołdował klasycyzmowi. Ku 
ogólnemu zdziwieniu - zaprojektował dom mieszkalny, w którym sam też zamieszkał, 
w stylu secesyjnym, tak modnym na przełomie wieków. Fotografia kamienicy - jako 
jednej z ozdób Warszawy - ukazała się w „Świecie" i innych czasopismach. Był to 
rzeczywiście udany twór architektoniczny, imponujący bogactwem marmuru, brązu i 
mahoniu. Na ścianie podwórza, nad basenem, profesor umieścił napis „Vita brevis, 
ars longa", który stał się być może hasłem dla Witolda. Oglądał go bowiem 
codziennie z okna swego pokoju, który upamiętniła napisana tam „Ferdydurke". 
Cena mieszkania wydaje się dziś astronomiczną. Profesor żądał 2 tysiące rubli 
rocznie. Ojciec się targował, opuścił więc 50 złotych, pomimo czego komorne 
wynosiło prawie tysiąc dolarów.
W kamienicy była winda, czyli wielka jeszcze wtedy rzadkość. W ogromnym 
ośmiopokojowym mieszkaniu dwa ówczesne luksusy: centralne ogrzewanie oraz 
łazienka z grzejnikiem na ciepłą wodę.
Jaśnie Panicz
Pani Marietta Borewiczowa, kuzynka Gombrowiczów, która bywała na Służewskiej u 
„cioci Tosi i wuja Jana", pamięta, że ogólnym stamtąd wrażeniem było bogactwo. 
Wnętrze wprost pałacowe. Srebra, porcelana, dywany. Natomiast w pokoju kuzyna 
Witolda bardzo skromnie: stół, łóżko, szafa, trochę książek. Żadnych ozdób.
Pyszni? się swoim paradnym mieszkaniem - pisał potem Tadeusz Breza w „Nelly". - 
„Moje bidermajera - ukazy wal je jak przewodnik - moje simlery ". Był tam w 
mieszkaniu Bacciarelli czy Lampi, nie pamiętam*.
- Zaprosił kiedyś do siebie mnie i brata - wspomina pani Zofia Gawli-kowska**, 
siostra Adama Mauersbergera, przyjaciela Gombrowicza. - Pokazywał nam obrazy, 
mówiąc głośno, ile są warte. I nagle z drugiego pokoju poirytowany głos jego 
matki: „Witoldzie, przecież to nie na sprzedaż!". Było nam nieswojo, że wzięła 
nas, być może, za kupców, i szybko się pożegnaliśmy.
Mieszkanie na Służewskiej upamiętniła nie tylko napisana tam „Ferdy-durke" oraz 
„Pamiętnik z okresu dojrzewania". Gombrowiczowie mieszkali tu przeszło 
dwadzieścia lat, bo do roku 1934. Tutaj spędził Witold swoje lata chłopięce i 

background image

młodość. W grudniu 1933 - w tym właśnie mieszkaniu - zmarł jego ojciec. I ta 
śmierć skończyła okres Służewskiej.
Janusz i Jerzy byli już wówczas żonaci, mieszkali w majątkach żon. Mieszkanie 
stało się więc zbyt wielkie i kosztowne dla trzech, a właściwie czterech osób: 
pani Gombrowiczowej, Witolda, Reny oraz służącej Anieli. Po śmierci pana 
Gombrowicza sytuacja finansowa rodziny znacznie się bowiem pogorszyła. Trzy 
panie i Witold opuszczają mieszkanie. Kto tam mieszkał po nich - nie wiadomo.
W czasie Powstania Warszawskiego na Służewskiej i ulicach sąsiednich toczyły się 
ciężkie walki. Zostały tylko gruzy.
Dziś nie ma już nie tylko tego domu, ale nawet ulicy. To znaczy, została jedynie 
jej resztka, właściwie „zaułek Służewski". Stoi tam tylko jeden dom. Nowy, 
powojenny, z numerem 2. Jeszcze do połowy lat sześćdziesiątych przetrwał też 
(choć wypalony i niezamieszkany) przedwojenny dom Służew-ska 7, ale zburzono go, 
gdy budowano przedszkole przy ulicy Natolińskiej.
Dziś reszta Służewskiej, sąsiednia Natolińska, Koszykowa, aleja Wyzwolenia to 
też niezła dzielnica Warszawy.
Chocimska 35 m. 15 i 4
Nowe mieszkanie znajdowało się niedaleko od poprzedniego - przy placu Unii 
Lubelskiej. Kamienica nie była już tak efektowna, czynsz mniejszy (od 150 do 200 
złotych miesięcznie), mieszkanie nieco skromniejsze.
* Tadeusz Breza, „Nelly. O kolegach i o sobie", Czytelnik, Warszawa 1972, s. 
386-387.
** Zmarła 22 kwietnia 1998 r.
_________________Ślady_____________
- Byle kto też tam jednak nie mieszkał - wspomina 74-letnia pani Maria 
Ceranowicz, dozorczyni kamienicy od roku 1928. - Szary człowiek zarabiał 
przecież pięćdziesiąt do sześćdziesięciu złotych miesięcznie, więc jak mógłby 
zapłacić takie komorne? Mieszkał sam wicekonsul francuski, jakiś Anglik, pan 
Włast - autor piosenek, profesor Grzymała-Siedlecki.
Pani Ceranowicz dobrze pamięta Gombrowiczów.
- Była matka, syn Witold, córka Irena - stara panna, oraz gosposia Aniela. Przez 
jakiś czas mieszkała też z nimi panienka Tereska, córka młodszego z synów, która 
przyjechała uczyć się w warszawskim gimnazjum. To była zamożna ziemiańska 
rodzina - mieli gdzieś na wsi majątek, w Warszawie kamienicę i co miesiąc 
przychodził stamtąd dozorca. Elegancki - w czapce, z pięknym zegarkiem, tak że 
kamienica na pewno nie była ostatnia. Nie wiadomo, dlaczego Gombrowiczowie tam 
nie mieszkali. Może nie było odpowiedniego dla nich lokalu?
Mieli przecież wymagania. Wynajęli aż dwa mieszkania. Panie Gombrowicz zajęły 
cztery wielkie pokoje z kuchnią na pierwszym piętrze, pod czwórką. Panu 
Witoldowi było tam widać za ciasno - wynajął sobie jeszcze mieszkanko pod 
piętnastką: pokój z kuchenką. Na tym samym piętrze, naprzeciwko matki oraz 
siostry, tyle że z oddzielnym wejściem: od podwórza. Jadł i kąpał się u matki - 
miał bowiem wyłącznie kran i zlew. U siebie tylko pisał książki, czasem też 
spraszał gości. Zawsze jednak było wtedy spokojnie i cicho. Obok mieszkała 
matka, musiał się z nią liczyć.
Wpadła tam kiedyś do niego, nie pamięta już z jakiej okazji.
- Witam panią gospodynię w moim muzeum złego smaku - powiedział. Choć prawdę 
mówiąc, nie widziała tam żadnego smaku. W odróżnieniu od mieszkania matki i 
siostry - bardzo skromnie. Łóżko, szafa, stół, książki.
Choć było z nich bogate państwo - zawsze grzeczni, uprzejmi, dzień dobry, do 

background image

widzenia, żadnych awantur czy krzyków. W trzydziestym dziewiątym, przed samą 
wojną, pan Witold wyjechał na wycieczkę do Ameryki. Widać, stać go było i na to. 
Przyszedł, pożegnał się. Do widzenia, pani dozorczyni, powiedział. Miał ze sobą 
ze dwie chyba walizki. Więcej go nie widziała i nie wie, jak mu się potoczyło 
życie.
Wybuchła wojna, została tylko Gombrowiczowa z córką, wnuczką oraz gosposią. 
Wnuczka nadal chodziła do gimnazjum, które udawało szkołę krawiecką. Krawiectwo 
polegało bowiem tylko na porozstawianiu w klasie maszyn. Gdy zlecono kiedyś 
panienkom uszycie Niemcom koszul, wybuchła panika - żadna nie umiała przecież 
nawet obrębić dziurki.
Po wybuchu wojny Gombrowiczowa z córką też nie zaznały biedy. Miały pewnie złoto 
czy dolary, bo gosposia ciągle kupowała żywność. Dozorca nadal przynosił czynsz 
z ich kamienicy. Jeździły również do najstarszego syna, którego Niemcy zostawili 
w majątku. I nie wracały z pustymi torbami.
Na przełomie 1941 i 1942 roku zrobiono tutaj niemiecką dzielnicę „Nur fiir 
Deutsche". Wprowadzono Niemców, folksdojczów. Obok była przecież aleja Szucha, 
gdzie mieściły się niemieckie władze. Mieszkańcy Chocim-
Jaśnie Panicz
skiej, sąsiedniej Klonowej, Bagateli, Flory i innych musieli opuścić swoje 
mieszkania. Mogli zabrać swoje rzeczy, meble. Dostawali nakazy przede wszystkim 
na mieszkania pożydowskie.
- Był chaos, rozpacz, gorycz - wspomina pani Ceranowicz.
Gombrowiczowe z gosposią poszły na wyznaczone im miejsce. Straciła je z oczu.
A ona, mąż, syn i bracia - mimo nakazu - zostali na Chocimskiej. Mąż mówił, że 
przecież z Niemcami już niedługo koniec, a nigdy więcej nie trafi im się takie 
dozorcostwo: świetny punkt, ładne mieszkanie. Posłuchała go i straciła 
wszystkich. Niemcy rozstrzelali męża, syna, braci, ją natomiast wywieźli do 
obozu pracy w Lipsku.
Kamienica przy Chocimskiej 35 ocalała i stoi do dziś.
I choć jest jedynym właściwie ocalałym warszawskim domem Gombrowicza, choć 
dokończył tu „Ferdydurke", napisał „Iwonę, księżniczkę Burgunda", gościł 
Witkacego i Schulza - nic nie wskazuje na to, że tu mieszkał. Nie ma na niej 
żadnej tablicy, napisu.
Po wojnie urządzono tutaj ważną wtedy instytucję - Biuro Odbudowy Stolicy. W 
dawnym mieszkaniu pań Gombrowicz zrobiono stołówkę dla pracowników. W ich kuchni 
wmurowano w podłogę olbrzymi kocioł na kawę -jeszcze dziś jest po nim ślad.
W 1956 roku BOŚ przeniosło się w Aleje Jerozolimskie, wyszła bowiem ustawa, że 
przedwojenne mieszkania nadal należą do ich właścicieli. Znów się wobec tego na 
Chocimskiej pojawili. A jeżeli nie oni, to ich dalsze rodziny. Gombrowiczów 
wśród nich nie było. Oni zresztą tylko wynajmowali.
I dziś też nie brak tu znanych osób, takich jak Witold Rowicki, do niedawna 
profesor Władysław Tatarkiewicz. Większość mieszkań zachowała swój przedwojenny 
kształt. Część jednak podzielono na metraże bardziej współczesne: dwa, a czasem 
nawet trzy lokale.
Dawne mieszkanie pań Gombrowicz zajmują dziś trzy rodziny.
W trzech największych pokojach (trzeci przerobiono na kuchnię) mieszka pani 
Janina Rowińska, emerytowany profesor Politechniki Warszawskiej. Jak się 
okazuje, Rena Gombrowicz, siostra Witolda, uczyła się razem z nią w gimnazjum 
Platerówny. Pani Rowińska nie wiedziała nawet, że zajmuje dawne mieszkanie 
koleżanki. Witolda jednak nie znała i nie żałuje: nie lubi jego twórczości. - 

background image

Zbyt dla mnie dziwaczna - przyznaje.
Czwarty pokój Gombrowiczów dołączono do mieszkania doktora Jan-czewskiego. U 
pani Rowińskiej jest jeszcze - przysłonięty narzutą - ślad po zamurowanych 
drzwiach. U doktora Janczewskiego zastaję akurat tylko jego kilkunastoletniego 
syna. Nie słyszał nic o Gombrowiczu i nie chce wpuścić domieszkania.
- To co, że mieszkał tu kiedyś jakiś pisarz? - dziwi się. W dawnej kuchni i 
łazience Gombrowiczów mieszka osiemdziesięcioletnia już emerytka, pani Feliksa 
Bielewska. Pracowała kiedyś w Biurze Odbu-
_________________Ślady__________________
dowy Stolicy jako sprzątaczka. Była też członkiem PPR, biegała po Warszawie z 
puszką na odbudowę, brała udział w odgruzowywaniu miasta. I nie może powiedzieć 
- władza ludowa jej nie ukrzywdziła. Była już wtedy na emeryturze, chorowała na 
serce. Myślano więc, że niedługo pożyje. Przychylono się do jej podania o własny 
kąt i dano ten pokoik z łazienką. Ale wbrew oczekiwaniom śmierć o niej 
zapomniała.
Dawna pracownia Witolda jest z kolei własnością pani Elżbiety Świeckiej, 
pracownika naukowego. Musiała jednak na pewien czas odstąpić swoje mieszkanko 
bratu i przenieść się z powrotem do rodziców. Brat miał bowiem żonę, dwoje 
dzieci, a przed sobą aż kilkanaście lat czekania na mieszkanie na Ursynowie. 
Dostał je wreszcie, odczekawszy właśnie w dawnej pracowni Witolda.
Królewska 33
Był to ostatni warszawski adres Gombrowiczów, a właściwie już tylko pani 
Gombrowiczowej, Reny i Anieli. Tu bowiem dostały nakaz zamieszkania. Z 
trzypokojowego mieszkania - tak jak i z całej kamienicy - wysiedlono Żydów. 
Mieściło się w oficynie. Na podwórzu lokatorzy urządzili okupacyjny ołtarzyk, 
gdzie codziennie modlili się i śpiewali. Pod przewodnictwem Anieli, która była 
bardzo religijna.
Okna mieszkania wychodziły na Ogród Saski, gdzie w czasie Powstania 
Warszawskiego toczyły się walki. Pani Gombrowiczowa z Reną i z Anielą musiały 
opuścić mieszkanie.
Po powstaniu z kamienicy na Królewskiej nie zostało śladu. W gruzach legły 
srebra, „bidermajera i simlery", meble przywiezione z Litwy przez dziada Witolda 
- Onufrego. Kilka rzeczy jednak ocalało:
- mały stolik jeszcze po babci Ignacowej Kotkowskiej;
- część osiemnastowiecznego lustra, pochodzącego z Pałacu Zimowego;
- szczątki sekretarzyka - dzieła stolarzy z Lenogir na Litwie, które od wieków 
były majątkiem Gombrowiczów;
- portret Witolda pędzla jego przyjaciela Eliasza Kanarka, portrety rodziców 
wykonane przez Kazimierza Górskiego.
Wygrzebał to z ruin, przeniósł do swego mieszkania i w ten sposób ocalił kuzyn 
Gombrowiczów - Kozłowski. Wszystko jest dziś pięknie odnowione i znajduje się u 
rodziny oraz krewnych Witolda.
Najbardziej chyba żal jego portretu pędzla Witkacego. Był cały w tonacji 
zielonej - zielone tło, zielony Witold wychylał się zza złotawej kotary. Witold 
bardzo ten portret lubił, uważał, że jest na nim bardzo do siebie podobny. 
Dostał go od Witkacego w prezencie.
Gdy po wojnie zorganizowano w Warszawie pierwszą wystawę portretów Witkacego, 
Janusz Gombrowicz poszedł tam z bijącym sercem. Miał cichą
Jaśnie Panicz
nadzieję, że być może ktoś wygrzebał portret Witolda z ruin na Królewskiej, a 

background image

potem sprzedał. Niestety, nie było go wśród zbiorów. Zginął bezpowrotnie.
Żałować należy, że te martwe ofiary Powstania Warszawskiego - pisał w 
„Komentarzu" nie tylko o rodzinnych pamiątkach Jerzy Gombrowicz -nie zostały 
objęte ewidencją. Byłyby jedną z ważnych pozycji w bilansie strat wojennych...
Dziś, tam gdzie stała kamienica z napisem Królewska 33, jest Biuro Projektów.
Wspólna l
Kamienica przy Wspólnej l była własnością rodziny Gombrowiczów, a konkretnie 
całej czwórki rodzeństwa. Kupiono ją tak jak i tę przy Próżnej 7 - z likwidacji 
resztek Bodzechowa. Po śmierci pana Gombrowicza dochody ze Wspólnej przeznaczono 
przede wszystkim dla pani Gombrowiczowej, Witolda i Reny - starsi synowie byli 
już dobrze urządzeni. Administracją zajmował się właśnie Witold, z czego miał 
już pieniądze wyłącznie dla siebie.
W kamienicy był naturalnie dozorca, lecz do Witolda należały wszelkie czynności 
meldunkowe, administracyjne, zbieranie czynszu. Wykonywał swoje obowiązki 
niechętnie i ze skrępowaniem, potrzebował jednak pieniędzy.
Jego kompani z „Ziemiańskiej" i „Zodiaku" śmiali się, że żyje poniekąd z 
nierządu... Na Wspólnej było bowiem kilka nieoficjalnych domów, a właściwie 
mieszkań publicznych. Między innymi podobno i na Wspólnej 1.
- Jego administracyjne obowiązki - wspomina pani Ewa Otwinowska, dawna znajoma z 
„Ziemiańskiej" i „Zodiaku" - stawały się często moją ostatnią deską ratunku. Gdy 
czułam się zbytnio przez Witolda zdominowana i pognębiona, pytałam niby od 
niechcenia:
- Panie Witoldzie, czy pobrał już pan czynsz od swoich lokatorów? - Mówił wtedy: 
- Ach, te kobiety, trzeba je wyeliminować z towarzystwa, tak zaniżają poziom!
Ale tracił wyraźnie pewność siebie.
Najwyżej jednak na moment. Dobrze sobie zdawał sprawę - co niejednokrotnie 
podkreślał - że między innymi kamienica na Wspólnej zapewnia mu niezależność 
materialną, a tym samym pisarską.
Po zerwaniu z ledwo zaczętą pracą w sądzie nie starał się już o stałą posadę. 
Współpracował z „Kurierem Porannym" i innymi gazetami, lecz pisał, co chciał i 
kiedy chciał. Nigdy też nie poniżył się chodzeniem po redakcjach. Rękopisy 
wysyłał pocztą lub właśnie przez dozorcę kamienicy na Wspólnej.
Przed samym Powstaniem Warszawskim Janusz Gombrowicz zrobił świetny interes. Za 
sześć tysięcy dolarów sprzedał połowę kamienicy zamożnej wdowie po senatorze, 
która chciała gdzieś ulokować większą gotówkę.
ł
________________ Ślady _________________
Kobiecie absolutnie zwariowanej, bo kto podczas wojny kupował kamienicę? 
Sprzedał tylko połowę - należała przecież do całego rodzeństwa. Tymczasem Witold 
znajdował się w Argentynie, Jerzy w Rumunii. Janusz liczył oczywiście, że wrócą, 
a nie chciał rozporządzać ich własnością.
Stróż ze Wspólnej był w dobrych stosunkach z Gombrowiczami, pani Gombrowiczowa 
doszła więc do wniosku, że bezpieczniej będzie ulokować rodzinny majątek w co 
najmniej dwóch miejscach. Przewiozła na strych na Wspólnej część „bidermajerów i 
simlerów", dała stróżowi na przechowanie jedną trzecią dolarów za kamienicę.
Lecz po powstaniu i z tego domu zostały gruzy.
Po meblach nie było śladu, co więcej, stróż zaklinał się, że schował w nich 
dolary. Wdowa po senatorze opłakiwała niefortunny nabytek. A Janusz żałował, że 
nie zadysponował także częścią Witolda i Jerzego. W 1947 roku - za grosze - 
sprzedał już tylko kamienie oraz cegłę budującym się chłopom spod Warszawy. ,

background image

Próżna 7
J
Kamienicę przy Próżnej - tak jak i tę na Wspólnej - kupili Gombrowiczowie w roku 
1915, wkrótce po osiedleniu się w Warszawie. Sprzedali w roku 1935 na 
wyposażenie starszych synów - jak pisał w swojej pracy Jerzy Gombrowicz.
Kto ją wtedy od nich kupił, nie wiadomo. ,»
Ocalała podczas wojny i stoi do dziś.
Żyje też jeszcze przedwojenna gospodyni, pani Stefania Kozłowska, lecz nic nie 
może powiedzieć. Odjęło jej mowę - miała niedawno wylew, jest sparaliżowana.
Najstarsi lokatorzy wprowadzili się tutaj dopiero po roku 1945. Właścicielem był 
wtedy Żyd, któremu udało się przeżyć wojnę. Po jej zakończeniu wyjechał gdzieś 
na Zachód. Kamienica stała się bezpańska, wprowadziło się do niej sporo 
szumowin, słynęła z bójek, awantur.
I stoi teraz wśród wieżowców zza Żelaznej Bramy, między placem Grzy-bowskim a 
Zielną. Na ocalałym skrawku przedwojennej Próżnej - strzęp świata, którego już 
nie ma.
Zaniedbana, odrapana, z grzybem, wilgocią, odpadającym tynkiem, połamanymi, 
kruszejącymi ozdobami: aniołkami bez skrzydeł, dziurawym sklepieniem bramy. Po 
prostu ruina, rudera.
Od lat nie wolno się tu już meldować, a lokatorzy żyją niczym na wulkanie. Mówi 
się im, że dom jest przeznaczony do rozbiórki. Potem znów, że to zabytek, który 
czeka na generalny remont. Od trzydziestu kilku lat nie dzieje się jednak nic. 
Mieszkają więc w strasznych warunkach, ale czy warto wkładać tu choćby grosz?
Jaśnie Panicz
Co obrotniejsi, bogatsi dawno się już stąd wynieśli. Zostali sami biedniejsi, a 
przede wszystkim starsi.
- Czekają pewnie, aż pomrzemy - mówią. -Wtedy dopiero wyremontują. A tu - 
oczywiście po generalnym remoncie - będzie luksus. To przecież Śródmieście, ale 
nie jest to najbardziej ruchliwy punkt. Każde mieszkanie wysokie, wielkie - o 
przeszło stu metrach kwadratowych.
Jeszcze do niedawna z boku kamienicy wisiała tablica „Własność rodzinna 
Gombrowiczów". Jakoś się przez tyle lat uchowała. Ale spadła i nikt jej nie 
podniósł, nie zawiesił z powrotem. Teraz jest po niej tylko jaśniejsza plama na 
murze*.
* * *
W roku 1981 zadecydowano, że jedna z warszawskich ulic będzie nosiła imię 
Witolda Gombrowicza. Na razie wprawdzie istnieje tylko w projektach, lecz 
ostatecznie już zatwierdzonych. Wydział Urbanistyki i Architektury Urzędu Miasta 
Stołecznego Warszawy wydał już stosowną uchwałę - nr 20 Rady Narodowej Miasta 
Stołecznego Warszawy z dnia 5 stycznia 1981 roku (Dziennik Urzędowy Rady 
Narodowej m.st. W-wy, nr 6, póz. 27).
Tak konkretnie był to pomysł magister Falkowskiej z Wydziału Urbanistyki i 
Architektury. Od dawna myślała o ulicy Gombrowicza - ile razy rozmawiała z 
cudzoziemcami o polskich literatach, okazywało się, że znali przede wszystkim 
autora „Ferdydurke". Oprócz tego na Marymoncie ulice nazywa się właśnie 
nazwiskami pisarzy: Mickiewicza, Słowackiego, Dyga-sińskiego, Paska.
Pomysł magister Falkowskiej zatwierdził Lesław Bartelski, przewodniczący zespołu 
ds. nazewnictwa ulic Stołecznej Rady Narodowej. Zaproponował też, żeby ulicę 
równoległą nazwać imieniem Brunona Schulza - nie tylko przyjaciela Gombrowicza, 
ale też autora pokrewnego mu literacko, którego towarzystwo odpowiadałoby na 

background image

pewno Gombrowiczowi.
W niedalekim też stosunkowo sąsiedztwie będzie ulica Kazimierza Wie-rzyńskiego i 
Jana Parandowskiego.
* Według „Życia" z 21 marca 1997:
(...) Najpóźniej za dwa lata ulica Próżna odzyska przedwojenną świetność. 
Zabytkowe kamienice zostaną odrestaurowane przez żydowską fundację Laudera. 
(...) W latach trzydziestych Próżna znajdowała się na obrzeżu dzielnicy 
żydowskiej. W czasie wojny kamienice nr 7,9,12 i 14 znalazły się poza murem 
getta, dzięki czemu przetrwały zawieruchę wojenną. Od tamtego czasu nie były 
remontowane. (...) W ciągu dwóch lat kamienice przy Próżnej 7 i 9 mają być 
odrestaurowane zgodnie z wytycznymi konserwatora zabytków. Koszty inwestycji 
przekroczą 5 milionów dolarów. Pieniądze wylożyjewish Renaissance Fundation, 
której prezesem jest Ronald Lauder. (...) Przy Próżnej mają powstać kluby, 
galerie, księgarnie, tradycyjne sklepiki o żydowskim klimacie, piekarnia. Pod 
numerem 7 być może zostanie otwarta po ponad 50-letniej przerwie koszerna 
restauracja, serwująca żydowskie specjały.
_________________Ślady__________________
Na razie żadnej z nich nie ma jeszcze na planie Warszawy. Powstaną między 
istniejącą już Podleśną, Kiwerską, Pelpińską i Klaudyny.
W tej chwili są tam jeszcze puste pola, nie zaczęto nawet robót, ale projekty 
nazw ulic już są. Ludzie chcą znać swoje przyszłe adresy.
Na Gombrowicza będą stały domki jednorodzinne, nie wiadomo jeszcze dla kogo 
przeznaczone.
- I to dobrze - mówi pani Falkowska. - Przecież to taki indywidualista, nie 
pasowałyby do niego szare, identyczne bloki.

v ,

9. Jaśnie Panicz
Gomber
Na imię mu było Witold, nazwisko Gombrowicz Z pozoru był to sobie zwykły 
spacerowicz Lecz tkwiła w nim dzika dziwność nieświadoma siebie Z tego konika 
będzie kiedyś niezłe źrebię.
Witkacy
Jego pierwszym „salonem literackim" nie był wcale „Zodiak" czy „Ziemiańska", 
tylko mieszkanie rodzeństwa Mauersbergerów, których poznał przez Tadeusza Brezę. 
Zaznaczył to zresztą we „Wspomnieniach polskich".
(...) wszedłem w jego [tj. Brezy] kółko: Kasia Turno, wówczas chyba jego 
narzeczona, Mauersbergerowie. Tonio Sobański, Jerzy Paczkowski (...) i kilka 
innych osób. Adaś Mauersberger i jego siostra Zosia wiele życia wnosili na te 
zebrania i dom ich rodziców na Senatorskiej stał się wkrótce drugim naszym 
punktem zbornym...*.
Mauersbergerowie, zwani Mauziami, nie mieli - w odróżnieniu od większości 
bywających u nich osób - nic wspólnego z żadną z dziedzin twórczości. Po prostu 
kręcili się w środowisku, znali stamtąd mnóstwo osób, dla których ich wygodne, 
ośmiopokojowe mieszkanie zawsze stało otworem. Prowadzili tak zwany dom otwarty. 
Nie mniej gościnni i serdeczni byli ich rodzice. Jak się dzieci, czyli Adaś i 
Zosia, chciały bawić - proszę bardzo, żadnych przeszkód! Każdy, kogo zapraszały, 
był mile widziany, częstowany przysmakami - dom słynął z dobrej kuchni.
Droga Zosiu - pisał Gombrowicz w roku 1956 z Argentyny. - Myślą zanurzyłem się w 
przeszłość i jakby widział dawne fajfy Twoje z Toniem i Jerzym, tudzież innymi 
osobami, a także wspominam ten rodzaj zapiekanego sznycla, którym Twoja mama 
karmiła mnie...**.

background image

* „Wspomnienia polskie", Paryż 1977, s. 87.
** Dawne dzieje - pisał dalej - i, jak mówi poeta, czynów dokonanych na progu 
przeszłości sam Bóg nie odwoła. Cieszę się prawdziwie, że jakoś wykaraskałaś się 
z ukropu dziejów i jako tako pożywasz sobie z Adałłem w tym muzeum. Ja również 
poniekąd zmieniam się
Gomber
Tadeusz Breza nie był jeszcze wtedy znanym literatem ani tym bardziej dyplomatą, 
tylko redaktorem „Kuriera Porannego" oraz artystycznym „cyganem", znajomym 
skamandrytów, bywalcem modnej kawiarni „Sim" oraz „Ips".
O Toniu Sobańskim Gombrowicz pisał potem we „Wspomnieniach polskich": Hrabia 
(...), wsiąkł we wszystkie fermenty intelektualne i artystyczne (...). Wybitnie 
inteligentny, Europejczyk, duża kultura, doskonałe maniery (...), zawsze 
dowcipny, czarujący (...), przedstawiciel smaku, dystynkcji...
Jerzy Paczkowski był satyrykiem, poetą, redaktorem „Cyrulika Warszawskiego".
A te „kilka innych osób" - jak wspomina pani Zofia Gawlikowska z domu 
Mauersberger - to:
Eliasz Kanarek - malarz, Feliks Topolski - rysownik, Zdzisław Czermań-ski - 
karykaturzysta. Zdolni i młodzi, zresztą wszyscy goście Mauziów byli bardzo 
młodzi;
Kazimierz Kranc - pianista, żonaty z Felą, jedną z czterech Lilpopówien, 
koleżanek Zosi Mauersberger.
No i oczywiście dziewczyny, bez których nie może się obejść żaden salon. Młode, 
wesołe, szykowne. I nie mieszczańskie, lecz „cygańskie", „środowiskowe":
w muzeum. Zresztą mam pokój dość duży z balkonem i ciężkoskórzanymi fotelami, 
oraz czternaście obrazów i jeden posąg. Wstaję około 12-ej i na pierwsze 
śniadanie zjadam pieczywo z masłem i herbatą, oraz dwa jaja na miękko lub na 
twardo, przy czym czytam listy, bo dość dużą mam korespondencję ze stolicami 
świata całego. Po odczytaniu listów i wypaleniu porannej fajki zabieram się z 
wolna do pracy pisarskiej, której ze 2 godziny się oddaję. Po czym golę się i 
wychodzę na miasto do kawiarni Querandi na kawę z mlekiem i sandwicze, a czasem 
zdarzy mi się załatwić jakiś'amplet.
Po kawie najczęściej wracam do domu i jeszcze coś tam skrobnę na papierze lub na 
Re-mingtonie moim oddam się pisaniu listów. Także telefony w tym czasie 
załatwiam. Gdy na budziku moim ukaże się ósma, wydalam się na miasto na kolację 
i jeśli nigdzie nie jestem zaproszony, zjadam ją przeważnie w restauracji 
Sorrento na głównej ulicy Corrientes. Wczoraj, na przykład zjadłem:
Majillones (to takie skorupiaki)
Pavesa (zupa baskijska chyba, z chleba z jajkiem)
Lomo (polędwica) con puree
Sałatka z owoców na winie.
Tudzież wino lub piwo. Często wszakże chodzę na kolacje do kogoś, na przykład, 
do Gro-dzićkich, ona Hala, często wspomina bohaterskie zabiegi Adałła, albo do 
Czapskich Hutten (brat Józefa) lub do Grubera, dorobił się ciężkiej forsy i ma 
szykowny apartament, lub Zosi Szymanowskiej-Chądzyńskiej, lub do Lubomirskich 
książąt.
Wachlarz znajomości moich duży. Często też chodzę do kawiarni Rex na szachy. 
Proszę Cię, powiedz Adałłowi, żeby nie miał zwyczaju nie odpisywania na ważne 
listy. Nic nie wiem, czy zdziałał co w przedmiocie owej kontroli delikatnej 
druku mych utworów - i może lepiej, żeby nie działał, bo zdaje się wszystko na 
razie w porządku. Jak ma na imię Twój pibe (chłopiec)? Bądź uprzejmą kłaniać się 

background image

w moim imieniu wszystkim, poczynając od Tadeusza, a sobie przedłóż bukiet 
niewygasłej mojej przyjaźni, dla Adałła pokłon załączam.
3X1956

Witolda

Jaśnie Panicz
Mira Zimińska - aktorka, piosenkarka; śpiewała wtedy w „Ipsie";
Wanda Telakowska - graficzka, zaprzyjaźniona z Janka Konarską, przyszłą żoną 
Antoniego Słonimskiego, która wciągnęła Telakowska w „środowisko";
Inka Kuczborska - plastyczka, wnuczka Gierymskiego, córka malarza Kuczborskiego; 
i jej koleżanka - Zosia Szymanowska (dziś Chądzyńska), a wtedy - jak mówi - 
osoba absolutnie spoza artystycznego interesu;
Litka Liebhardt - zdaje się krewna Wedla, w każdym razie mieszkała z rodziną w 
jego słynnej kamienicy nad sklepem.

i vi j ?

No i z panów jeszcze Witold Gombrowicz, zwany Combrem.
Niezbyt się w tym kółku liczył. Pochodził z rodziny ziemiańskiej i dopóki na 
początku lat trzydziestych nie poznał Brezy, a później także Mauziów -nie miał 
najmniejszych kontaktów z najbardziej choćby początkującym środowiskiem 
artystycznym.
- Pani mnie lansuje - mówił do Zosi Mauersberger - tylu przecież u państwa 
artystów...
Większość gości, szczególnie panowie, miała już nazwiska, osiągnięcia: Topolski 
wystawiał w Londynie, Paczkowski redagował „Cyrulika Warszawskiego", Breza 
drukował w dodatkach literackich do pism. Comber tymczasem nic jeszcze nie 
wydał, pisał dopiero „Pamiętnik z okresu dojrzewania", potem „Iwonę, córkę 
Burgunda" - tak ją początkowo zatytułował. I radził się Mauziów, Brezy oraz 
Sobańskiego, czy to dobre. Sam nie był pewien. Czytał im fragmenty albo dawał do 
czytania cały maszynopis.
- Zarówno mnie, jak i bratu bardzo się to podobało - mówi pani Gawli-kowska. - 
Podtrzymywaliśmy go na duchu. Bo jego rodzina, szczególnie starsi bracia, trochę 
sobie podkpiwała z początkującego literata.
MIRA ZMIŃSKA-SYGIETYŃSKA*:
- Gdy napisał „Iwonę", nie bardzo wiedział, czy to się w ogóle nadaje na scenę. 
Dał ją Adasiowi Mauersbergerowi, który poradził mu, żebym ja to przeczytała. Na 
jakimś przyjęciu Comber wręczył mi tekst ze słowami:
- Adaś mi powiedział, że jest pani najinteligentniejszą z aktorek!
- No i jak się to pani podobało, pani Miro? - spytał po jakimś czasie, kiedy już 
„Iwonę" przeczytałam.
Powiedziałam, zgodnie zresztą ze swoimi wrażeniami, że owszem, pierwszy akt 
dobry, dalej do niczego. Ja jestem - mówiłam - wychowana na Fredrze, Rittnerze, 
Zapolskiej. Pan jest z zupełnie innego świata.
A on bardzo złośliwie:
- No proszę, Adaś zapewniał, że pani jest inteligentna!
- Cóż, widać ludzie czasem się mylą - ja na to.

J s dfe > A on z jeszcze 

większym grymasem:
- Ciekawy jestem, czy pani w ogóle coś czyta? Jeżeli tak, czy mógłbym wiedzieć 
co?
Zmarła w 1997 r. w Warszawie.
Gomber
- Naturalnie - powiedziałam. - Czytam na okrągło jedną tylko rzecz, mianowicie 
coś w rodzaju „Kamasutry", czyli „Małżeństwo doskonałe" Van de Yeldego. - Był to 
swego rodzaju bestseller tamtych lat. Techniczne opisy tak zwanych pozycji 

background image

pozostawiono w łacińskich, medycznych określeniach.
- Ach tak - mówi Gomber - właściwie nie powinienem nawet spodziewać się po pani 
czegoś innego... Zaśmiał się i na tym się skończyło.
* * *
Mimo wielu znajomych, nie miał jednak bliskiego przyjaciela. Był sam. Nie 
chodził też z żadną dziewczyną. Lubił bardzo Zosię Mauersberger, lecz była to 
wyłącznie przyjaźń, sympatia. Choć wszyscy z ich kółka mieli nadzieję, że być 
może coś jednak z tego wyniknie. I na ślubie Zosi trochę żałowali, że to nie z 
Gombrem.
Przyznał się kiedyś Tadeuszowi Brezie, że podoba mu się Janka Wilczówna
- młoda, początkująca aktorka i naprawdę prześliczna dziewczyna. Po prostu sama 
uroda. Tadeusz Breza i jego żona znali ją, zaprosili więc kiedyś ich oboje na 
większe przyjęcie. Choć, prawdę mówiąc, zorganizowali je specjalnie dla nich, 
nic z tego nie wyszło. Gomber siedział cicho gdzieś w kącie, Wilczówna natomiast 
zupełnie nie zwróciła na niego uwagi. Bardzo chciała grać, robić karierę 
aktorską. Interesowali ją mężczyźni, którzy mogliby jej w tym pomóc
- dobrze ustawieni w aktorskiej branży, a nie początkujący literaci.
Wyszła potem dobrze za mąż, wyjechała do Stanów i chyba do dziś prowadzi gdzieś 
w Teksasie restaurację*.
ZOFIA GAWLIKOWSKA:
- Był nieśmiały, z rezerwą, taki z boku. Nie pił, nie lubił lokali, bo to za 
drogo. On tymczasem liczył się z pieniędzmi, szczególnie gdy zmarł jego ojciec i 
sytuacja finansowa rodziny znacznie się pogorszyła. W lokalach trzeba było 
przecież czasem komuś postawić, a tego nie znosił. I co go zawsze bardzo 
denerwowało - gdy przychodziło do płacenia rachunku, nawet najbardziej 
nowoczesne panny robiły głupie miny, grzebały bezskutecznie w portmonetkach i w 
rezultacie trzeba było za nie płacić.
Chodził więc jedynie do kawiarni - „Ziemiańskiej", „Zodiaku", bo tanio. No i 
dyskusje, walki słowne, które były jego żywiołem. Lubił - oczywiście z przekory 
- mieć inne zdanie, powiedzieć coś zaskakującego. Cieszył się, gdy mu oponowano, 
przeczono.
- Byłam na bardzo sympatycznym przyjęciu - mówię mu kiedyś. -Wspaniała 
atmosfera, nastrój. A Gomber:
- Nie ma takiego nastroju, którego nie można by popsuć!
* Zmarła w 1979 r. w Dallas.
Jaśnie Panicz
Nie tańczył, nie flirtował, w każdym razie nic o tym nie wiedzieliśmy. Kiedyś na 
przykład zadzwonił do mnie przed sylwestrem, spytał, czybyśmy się gdzieś nie 
wybrali. Sądziłam oczywiście, że pójdziemy potańczyć, ubrałam się więc w 
najlepszą wieczorową sukienkę. Łaziliśmy tymczasem od kawiarni do kawiarni i 
Comber gadał...
Nawet ubierał się nie tak, jak reszta naszych gości. Oni bowiem ubierali się 
jasno, sportowo, modnie. Comber natomiast chodził w rzeczach po zmarłym ojcu. 
Więc choć miał trzydzieści lat, nosił się bardzo po mieszczańsku -ciemne, 
nobliwe garnitury, sztuczkowe spodnie, ciemne kapelusze z filcu. Wszystko 
oczywiście w pierwszorzędnym gatunku, porządne, lecz za poważne i zbyt 
niezgrabne dla młodego człowieka. Starsi bracia byli jednak od niego wyżsi, nie 
pasowały na nich rzeczy po ojcu, a marnować się widać nie mogły.
Zawsze pełen zadrażnień i kompleksów. Przede wszystkim na punkcie swego wyglądu. 
Był pięknym mężczyzną, lecz tylko średniego wzrostu, nad czym cierpiał.

background image

Bardzo też żałował, że nie jest pochodzenia arystokratycznego. Widać było, choć 
oczywiście nigdy nie powiedział tego otwarcie, że imponują mu tytuły i koneksje 
w tych sferach.
Do matki miał ogromny żal, że jest po niej i jej rodzicach dziedzicznie 
obciążony, czemu właśnie zawdzięcza swoje zahamowania i urazy.
Do braci - że nie rozumieją i nie doceniają jego twórczości tak, jakby chciał.
Do ojca - że nie pomyślał, może nie zdążył go „wyposażyć", kupić mu czegoś 
trwałego, co zapewniałoby stałe, przyzwoite dochody, pozwoliło na spokojne 
pisanie. Zmarł, nie zabezpieczywszy swego najmłodszego syna. Choć przecież 
starsi tego nie potrzebowali, byli już urządzeni - pożenili się bogato, 
gospodarowali w majątkach swoich żon. Wprawdzie jego ojciec zostawił kamienicę 
na Wspólnej, którą administrował właśnie Comber - raz poszłam tam z nim po 
pieniądze, ale przeznaczano je także dla jego matki i siostry.
Urządził kiedyś u siebie przyjęcie - ja nawet byłam niby gospodynią -odbyło się 
jednak pod nieobecność rodziny, jak gdyby się krępował. Poza tym raczej do 
siebie nie zapraszał.
Do osób z naszego kółka miał nieokreślony właściwie żal, w każdym razie, choć 
niewiele jeszcze wtedy znaczył, nie znosił, gdy chwaliło się kogoś innego, nie 
jego. Zawsze wtedy wynalazł jakąś dziurę w całym. Często na przykład wyrażaliśmy 
się pochlebnie o Toniu Sobańskim, który imponował nam swoją światowością i 
erudycją. Comber tymczasem krzywił się ironicznie, wtrącał, że Tonio owszem, jak 
najbardziej, ale jednak - bardzo zdawkowy... Był krytycznego zdania właściwie o 
wszystkich. Nawet o Guciu Kot-kowskim, kuzynie, z którym się trochę przyjaźnił. 
Również z niego podkpiwał, choć przecież Gucio tak go naśladował, wpadał w jego 
ton, usługiwał mu, podziwiał.
Pewnie właśnie z racji tych kompleksów bardzo chciał imponować, co nie zawsze mu 
wychodziło. .„ ,«.,,,,.,
Gomber
Zaprosił kiedyś mnie i brata do hotelu Sejmowego, mieszczącego się na terenie 
Sejmu. „Mam tam od niedawna własny apartament" - mówił. Trochę się zdziwiliśmy, 
lecz poszliśmy. Apartament rzeczywiście okazał się wspaniały - wielki, z 
luksusowymi meblami, łazienką. Gomber rozparł się na wygodnych kanapach, wyjął 
dobre wino, częstował. „To wszystko moje -wtrącił niby to niedbale. - Jak wam 
się podoba?"
Siedzimy, rozmawiamy, podziwiamy - oprócz nas zaprosił jeszcze malarza 
Czermańskiego.
I nagle pukanie do drzwi. Gomber wychodzi do przedpokoju, słyszymy podniesiony 
głos jakiejś pani, która każe mu natychmiast opuścić pokoje. Gomber coś jej tam 
cicho tłumaczy, wreszcie zamyka przed nią drzwi. Po czym przeprasza nas, mówi, 
że głupia sprawa - ciotka pilnuje jego prowadzenia się, zabrania przyjmować 
tutaj gości itd. I ja, i brat speszyliśmy się, zaczęliśmy się zbierać. Co 
najgorsze jednak, „cygan" Czermański ani myślał zostawiać napoczęte wino i 
miękką kanapę. Musieliśmy go niemal siłą wyprowadzać. W końcu wyszliśmy wszyscy 
jak niepyszni.
Dopiero później dowiedziałam się, że był to apartament senatora Józefa 
Targowskiego, polskiego posła w Tokio, męża jego ulubionej kuzynki Ini, z domu 
Skibniewskiej. Akurat wtedy wyjechał, opiekę nad apartamentem powierzył właśnie 
„ciotce", która wtargnęła podczas naszej wizyty. Skąd Gomber miał klucze, nie 
wiadomo. Może od Ini?
Na drugi dzień po tym wszystkim posłaniec przyniósł mi do domu wielki kosz 

background image

pięknych azalii. Od pana Witolda Gombrowicza. Z karteczką przepraszającą za 
wczorajszy incydent. Mile się zdziwiłam - byłam bardzo młoda, nigdy jeszcze nie 
dostałam kosza kwiatów. Co innego moja mama, ja najwyżej kwiatek pojedynczy, 
mały bukiecik.
Potem jednak oglądamy z mamą te kwiaty dokładniej, a one, owszem, nie można 
powiedzieć, że zwiędłe. Tylko że raczej nie pierwszej świeżości. Stały pewnie ze 
dwa dni w ciepłym mieszkaniu. Zresztą faktycznie bardzo szybko zwiędły.
Po jakimś czasie Gomber sam się wygadał, że ich nie kupił. Dostała je jego 
siostra Rena od członkiń Koła Młodych Ziemianek, którego była przewodniczącą. 
Akurat gdzieś wtedy wyjechała i Gomber wysłał mnie jej kwiaty. Gdy wróciła, 
bardzo się na niego za to gniewała. Ja przeciwnie. Byliśmy wtedy tacy młodzi, 
wszystko nas przede wszystkim śmieszyło.
ZOFIA CHADZYŃSKA:
- Minęło już tyle lat, niezbyt go z tego okresu pamiętam. Wtedy jeszcze nie był 
- jak już chociażby w „Zodiaku" czy potem w Argentynie - soczewką towarzystwa. 
Król tamtego salonu to Tonio Sobański. Gomber natomiast był sztywny, sztuczny, 
pseudouprzejmie uśmiechnięty. I już pełen póz, tyle że nikt się wtedy nie 
domyślał, że przybrał je na zawsze. Podawał rękę niczym wielka dama albo 
dziedzic. I choć nikim jeszcze wtedy nie był, patrzył na resztę spod oka, z 
góry. Ton miał lekko pogardliwy, protekcjonalny, iro-
Jaśnie Panicz
niczny. Jakby chciał wszystkim dać do zrozumienia, że i tak będzie kimś, zrobi 
nas wszystkich na szaro.
MIRA ZIMIŃSKA-SYGIETYŃSKA:
- Prawdę mówiąc, poza incydentem z „Iwoną" niewiele mam o nim do powiedzenia, bo 
niezbyt rzucał się wtedy w oczy, nie wbijał się w pamięć. I gdy się czasem 
myślało, że ktoś z naszego kółka zdobędzie być może sławę, to nigdy, że on. Był 
zbyt przyczajony, milczący. Po prostu młody człowiek, który „coś tam pisuje". 
Chodzi też do „Ziemiańskiej", wyłącznie jednak na parter, gdzie zbierali się 
młodzi, początkujący, bez nazwisk. Nie na wyższe piętra, na których 
przesiadywały ówczesne sławy - skamandryci: Tuwim, Le-choń, Iwaszkiewicz.
Potem zresztą, w miarę coraz mocniejszej pozycji w świecie literackim, 
„Ziemiańska" i „Zodiak" wciągnęły go zupełnie. Opuszczał powoli swoje dawne 
kółko.
Lecz wtedy, u Mauersbergerów, to nie był jeszcze ten Comber. Jeszcze nie wszedł 
- jak pisał potem o nim Breza - w swój styl dwudziestowiecznego Sokratesa. (...) 
Sokratesa, który wszystkim i wszystkiemu dialektycznie podstawia nogę...*.
Dopiero się stawał, szykował, przygotowywał do skoku.
Podczas Powstania Warszawskiego salon Mauersbergerów - razem oczywiście z całym 
domem na Senatorskiej - spłonął doszczętnie. Ślad jego atmosfery został jedynie 
w debiutanckiej książce Tadeusza Brezy „Adam Grywałd". Gospodarze salonu zostali 
pierwowzorami postaci młodych Hozjuszów.
Goście rozsypali się po świecie.
Cieszę się (...), że jakoś wykaraskałaś się z ukropu dziejów i jako tako 
pożywasz sobie z Adatlem w tym muzeum. Ja również poniekąd zmieniam się w 
muzeum... - pisał Gombrowicz w roku 1956 do pani Zofii Mauersber-ger-
Gawlikowskiej.
Z nią i jej bratem oraz z Tadeuszem Brezą i jego żoną pozostał w przyjaznych 
stosunkach do końca życia. Odezwał się do nich zaraz po wojnie, potem przestał. 
Słyszał, że zagraniczna korespondencja naraża na kłopoty. Po pięćdziesiątym 

background image

szóstym zaczai pisać z powrotem.
To właśnie Adam Mauersberger pomagał przy korekcie jego utworów wydanych w 
Polsce po 1956 roku. Doradzał mu listownie, kto ma projektować okładki, kogo 
radzić się w sprawach dotyczących wystawiania na scenach jego sztuk.
* „Nelly", Warszawa 1972, s. 386.
Gomber
Czy zrewanżowałeś się Adasiowi M. za pomoc? (3.07.57) Czy „Ślub" pójdzie w 
Polskim? Radź się w tych sprawach Mauersbergera... (28.08.57) - pisał w listach 
do brata Janusza.
A do Brezy:
Cuda mi prawisz, że jestem uwielbiany jako jeden z największych historycznie 
mężów - zaskoczyło mnie to, choć ostatnio do rozlicznych superlatywów zaczynam 
się przyzwyczajać. Bóg z nimi. Jak człowiek nie jest śpiewakiem lub pianistą, 
trudno mu wiedzieć, że sławny, a raczej wie, ale teoretycznie - nie widzi się 
tego. Zwłaszcza ja z 23 laty w Argentynie! Co prawda ostatnio też i tutaj 
zaczynają mnie dostrzegać, a nawet dwóch facetów pobiło się o mnie, co uważam za 
zaszczyt - ale przyzwyczaiłem się do życia zwyczajnego, swobodnego i honory do 
niczego nie są mi potrzebne. I póki człowiek produkuje, nigdy nie może zasiąść 
na piedestał, zawsze jest ryzyko (25.10.62).
Do jego żony:
Pojęcia nie miałem, że na Tadeusza choroby spadły i operacje. (...) Trudno i 
darmo, wszyscy na stare lata musimy zeszkapieć, to nieuniknione. Ale przecież 
Tadeusz to przy mnie młodzik... (12.09.1965).
Dziś większość jego znajomych z pierwszego salonu dawno już w grobie.
Oprócz pani Zofii Gawlikowskiej, Brezowej* i Chądzyńskiej żyją jeszcze tylko 
trzy osoby:
Pani Wanda Telakowska**, lecz jest chora, przebywa właśnie w szpitalu - serce, 
kłopoty ze wzrokiem, a wszystkiemu winne - jak mówi - stresy związane z 
trzydziestoletnim dyrektorowaniem w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego;
Pan Adam Mauersberger, lecz i on choruje, nie przyjmuje, nie chce rozmawiać, nie 
czuje się na siłach***;
A Feliks Topolski, znany i na Zachodzie malarz i rysownik, od roku 1935 mieszkał 
na stałe w Londynie****.
Większość osób znalazła się za granicą i tam zakończyła życie. W kraju zmarł 
tylko Tadeusz Breza, Inka Kuczborska, a także Litka Liebhardt, która wyszła za 
mąż za węgierskiego hrabiego, wyemigrowała do USA, potem jed-
* Zmarła 24 stycznia 1991 r.
** Zmarła w 1985 r.
*** Zmarł 3 września 1988 r. **** Zmarł w 1989 r. w wieku 82 lat.
Jaśnie Panicz
nak zdecydowała się na powrót do kraju i wkrótce po przyjeździe zmarła. 
„Skończyła tak jak Smosarska - mówią jej przyjaciele. - Przyjechała, żeby umrzeć 
w Polsce". Comber korespondował z nią - miał słabość do hrabin. Przed swoją 
śmiercią przekazała jego listy Konstantemu A. Jeleńskiemu.
Tonio Sobański wyjechał w pierwszych dniach wojny do Londynu, gdzie wkrótce 
zmarł na płuca, na które chorował od dawna.
Jerzy Paczkowski jeszcze przed wojną znalazł się w Paryżu, gdzie pracował w 
ambasadzie polskiej; potem walczył w naszych oddziałach we Francji, w ruchu 
oporu. Aresztowany, torturowany zmarł z wycieńczenia w niemieckim obozie 
koncentracyjnym tuż przed końcem wojny.

background image

Eliasz Kanarek i Zdzisław Czermanski zmarli w Stanach Zjednoczonych. W Stanach 
zmarł też Kazimierz Kranc, żyje tylko jego żona Fela*. Kanarek zrobił w Stanach 
karierę jako malarz, Czermanski jako karykaturzysta i portrecista, napisał 
również dwie wspomnieniowe książki o przedwojennej Polsce: „Kolorowi ludzie" i 
„Kraj lat dziecinnych", w których pisał między innymi o Combrze. O karierze 
pianistycznej Krańca raczej cicho**.
A Comber, który - jak się po latach okazało - unieśmiertelnił salon, zmarł we 
Francji. Leży - niewątpliwie tylko czasowo - w Vence.
* Zmarła w 1993 r. w USA.
** Emigracja oraz rodzina zmusiły go do zajęcia się działalnością gospodarczą.
Teatr
Zacząłem bywać w kawiarniach literackich Warszawy, ale bynajmniej nie w 
najlepszym towarzystwie*.
Byłem prorokiem, mistrzem i pajacem, ale tylko wśród istot, jak ja, jeszcze nie 
całkiem „zrobionych", nieoszlifowanych, podrzędnych** - pisał o okresie 
odwiedzania „Ziemiańskiej" i „Zodiaku". Przesiadywał bowiem nie wśród artystów 
już uznanych, lecz najwyżej aspirantów i pretendentów, na pół jedynie urodzonych 
w sztuce.
Nie ukrywał, że wielu z tych niewyrobionych potem wyrobiło się i nawet na 
czołowe wysunęło pozycje. Lecz wtedy w „Ziemiańskiej", potem w „Zodiaku" kompani 
od jego stolika - tak jak później chłopcy z Buenos Aires -byli jedynie 
zapowiedzią i nadzieją, a to zawsze go fascynowało. Wszyscy dopiero 
początkujący, jeszcze nieuznani, młodzi - od osiemnastu do dwudziestu pięciu 
lat. Młodsi od niego - on bowiem był już dobrze po trzydziestce.
Żelazną obsadę stanowili poeci: Zuzanna Ginczanka i jej adorator Andrzej 
Nowicki, Stanisław Piętak, malarka Gizella Ważykowa, aktor i początkujący pisarz 
Stefan Otwinowski z żoną Ewą, Eryk Lipiński z żoną Hanną Gosławską (Ha-Gą). 
Bywali też, nazywani przez Gombrowicza dochodzącymi, czyli przysiadający się od 
czasu do czasu: Bela Gelbhardt (późniejsza Czajka), Gienio Biernacki zwany we 
wspomnieniach z tego okresu „wiernym przyjacielem pisarzy", Marysia Zenowicz ze 
swoim późniejszym narzeczonym Kazimierzem Brandysem. Zjawiał się też czasem 
Kazimierz Rudzki, Gustaw Kotkowski - kuzyn Gombrowicza, satyryk Janusz 
Minkiewicz.
Z „wyższością i starszością", czyli ówczesnym Parnasem - skamandryta-mi, czy 
Nałkowską wymieniał głównie ukłony. Dostojni, określeni - którym musiałby się 
podporządkować, nudzili go i nie interesowali. Ani w Polsce, ani później w 
Argentynie czy Francji.
* Dominiąue de Roux, „Rozmowy z Gombrowiczem", Paryż 1969, s. 27.
** „Wspomnienia polskie", Paryż 1977, s. 110.
Jaśnie Panicz
- Nawet nie próbował mnie dominować - mówi Janusz Minkiewicz* - ani reszty mojej 
paczki, to znaczy Światopełka Karpińskiego i Zygmunta Jurkow-skiego. Bo to wtedy 
my, nie on, mieliśmy popularność, pozycję, pieniądze.
Górowaliśmy też nad nim wyraźnie, ponieważ rozmawialiśmy przede wszystkim o 
kobietach, ciągle byliśmy na rauszu, a wtedy wiadomo - humor, błyskotliwość, 
swoboda wypowiedzi. Gombrowicz siedział więc koło nas w „Adrii" i sączył 
spokojnie herbatkę. Wódki prawie nie pił; najwyżej ze dwa kieliszki, o podbojach 
miłosnych nie mówił nawet słowa - nikt zresztą o nich nie słyszał. Choć 
wszystkie kobiety od jego stolika były naprawdę piękne: Ewa Otwinowska, Hanka 
Gosławska. Nazywano go „królem Żydówek" - Zuzanna Ginczanka, zwana „Gwiazdą 

background image

Syjonu", była typową semicką pięknością, Giza Ważyk też prześliczna, choć inna, 
raczej w typie secesyjnym, nawet i Bela Gelbhardt wtedy jeszcze niczego sobie.
ANDRZEJ NOWICKI**:
- Skamandryci kupowali po pięć złotych dowcipy do swoich felietonów. Eryk 
Lipiński robił kawały dla kawałów. Kiedyś na przykład zdjął żałobną opaskę z 
płaszcza wiszącego w szatni „Zodiaku", nałożył ją na płaszcz Gombrowicza. Ten 
oczywiście żart podchwycił i nosił żałobę, choć „sam nie wiem, kto mi umarł" - 
mówił.
Gombrowicz natomiast nigdy nie żartował tak sobie, po prostu, żeby epatować 
otoczenie. Pozę kpiarza przybrał świadomie, w celach niejako poznawczych. 
Tworzył nie tylko książki, ale i życie. Robił teatr - celowo rzucał prowokujące 
wypowiedzi, reżyserował dyskusje, starcia, sytuacje, nawet małe dramaty. A potem 
patrzył z triumfem na swoje dzieło. Niewątpliwie sprawdzał również siebie, 
przede wszystkim demaskował jednak słabości i prawdziwe oblicza swoich 
rozmówców.
Postanowił kiedyś na przykład pokłócić Ginczankę i Ważykową, które dotychczas 
się przyjaźniły. Osiągnął to, rzucając półsłówka, spojrzenia, uśmiechając się, 
gdy mówiła Giza, krzywiąc, gdy Zuzanna, czy odwrotnie. Nie żałował wtrąceń w 
rodzaju: „no, no" lub „ho, ho", wreszcie poróżnił je naprawdę i bardzo się 
cieszył.
Stwarzał również spięcia i starcia, żeby nie dopuścić do rozmów grzecznych, 
banalnych i konwencjonalnych, niegodnych - jego zdaniem - artystów. Takie 
rozmowy przystoją najwyżej podobnym do ciała pedagogicznego z „Ferdydurke", 
które rozmawia: Co tam, panie kolego? Staniało? Chyba podrożało? Chyba 
cośkolwiek staniało.
- Spytałam go kiedyś - mówi Ewa Otwinowska - jakie woli meble: nowoczesne czy 
antyki? Odpowiedział uprzejmie, że to zależy od wnętrza, powiało jednak grozą. 
To było pytanie ogromnie poniżej poziomu toczonych przy stoliku rozmów.

,

* Zmarł 29 maja 1981 r.
** Zmarł w 1986 r.
'140
Teatr
- Oooo, widzę, panie Stefczyk, że znów przeczytałeś pan dodatek niedzielny 
„IKaCa" - przerywał z uśmieszkiem Otwinowskiemu, gdy ten wygłaszał pogląd - 
zdaniem Gombrowicza - stereotypowy, dobry najwyżej dla czytelników popularnego i 
masowego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego".
W podobny sposób tępił banalny dowcip.
ERYK LIPIŃSKI*:
- Częstym gościem przy stoliku Gombrowicza był Kazimierz Rudzki, którego już 
wtedy znano ze znakomitych zwischenrufów i szybkich ripost słownych. Mimo to w 
spotkaniach z Gombrowiczem nieraz się tracił. Zapamiętałem zwłaszcza jedno party 
w mieszkaniu Kazia przy ulicy Sułkowickiej, gdy demonstrował gościom rozmaite 
przedmioty kupione w sklepie przy ulicy Chmielnej, róg Szpitalnej. Między innymi 
sztuczną plamę atramentu, szklankę z dziurką, duże zęby, które kładło się do 
ust. Gombrowicz patrzył na to wszystko z dezaprobatą, a następnego dnia, 
opowiadając w „Zodiaku" o wieczorze, mówił: „Pan Kazimierz to człowiek dowcipny, 
jest specjalistą od dowcipów z przyrządami...". Opinia ta bardzo Kazia dotknęła 
i od tego czasu już tych przedmiotów nie używał.
Stałej obsadzie stolika zapierało dech w piersiach - wiedziała, co będzie, gdy 
dosiadali się dowcipnisie, którzy sądzili, że są zabawni, powtarzając oklepane 

background image

dowcipy czy najmodniejsze powiedzonka, mówiąc na przykład po-libuda na 
politechnikę czy kacanapka na kanapkę.
Gombrowicz przerabiał i przekręcał słowa, tworzył własne, wprawdzie może dziwne, 
ale niepowtarzalne.
- Bardzo lubił na przykład mówić o Skriabinie - wspomina Eryk Lipiń-ski. - 
Zawsze wydawało mi się jednak, że frapowała go nie tyle twórczość tego 
kompozytora, ile brzmienie nazwiska, które zawsze wymawiał „Skrij jj ja-aabiin", 
przeciągając sylaby możliwie jak najdłużej. Na skarpetę mówił „szkarpeta", 
tłumacząc, że przecież mówi się Szekspir.
Bliskim mu osobom nadawał zawsze najrozmaitsze imiona, ponazywał więc wszystkich 
współtowarzyszy od swojego stolika.
Stefan Otwinowski był „panem Stefczykiem" lub „panem Stetfanem", jego żona - 
„panią Ewuchą", Hanka Gosławska - „panią Dhymli" lub „panią Mechanilli", Zuzanna 
Ginczanka - „Giną", Stanisław Piętak - „Piętasz-kiem", kuzyn Gustaw Kotkowski - 
„kuzynem Kostkowskim", Janusz Min-kiewicz - „Gminiem" lub „Gmińczakiem". 
„Gmińczaka" i Światopełka Karpińskiego ochrzcił też mianem „poetów parkietów", 
czyniąc aluzję do kabaretowej twórczości, którą się parali**.
- Zmarł w 1991 r.
-* W 1937 r., po ukazaniu się „Ferdydurke", „Gmińczak" napisał o niej 
następujący czterowiersz:
Ferdydurke, Ferdydurke Do dmuchania ma on rurkę. Niezbyt duża, raczej mała, Do 
dmuchania doskonała.
Jaśnie Panicz
On natomiast był panem Witoldem. Narzucił bowiem styl zwracania się per pan, 
pani. Po imieniu bowiem, tłumaczył, to zwyczajne, banalne, upoważnia też do 
mówienia głupstw. Pan, pani - to forma bardziej wyszukana, wyższe piętro 
rozmowy.
Częścią składową jego pozy były miny, akcenty oraz intonacje głosu. A w minach 
osiągnął mistrzostwo. Przyznał kiedyś, że chciałby napisać sztukę bez słów, 
wyłącznie na miny, każda oczywiście z sensem i znaczeniem. Miny ruchome, 
nieruchome, ciche, głośne. Grymasy i wykrzywienia, prychania, śmiechy, 
półuśmiechy, półgębki, achy i ochy. Demonstrował również, jak by taka sztuka 
wyglądała.
- Pokładaliśmy się ze śmiechu - wspomina Andrzej Nowicki.
W dobrych kilka lat po śmierci Gombrowicza krakowski oddział ZLP urządził 
wieczór poświęcony jego pamięci. Zabierała również głos Ewa Otwinowska. „Był 
błaznem..." - zaczęła i jeden ze słuchaczy, młody człowiek, wyszedł 
ostentacyjnie z sali. Był oburzony, trzęsły mu się ręce, nie mógł zapalić 
papierosa. Gombrowicz błaznem? Już prędzej są nimi wszyscy na tej sali.

;

- Ja jednak - mówi Ewa Otwinowska - nie dokończyłam jeszcze swojej myśli, może 
istotnie nie najlepiej rozpoczętej. Rzeczywiście był błaznem, lecz w jakim 
stylu! Z jaką wiedzą, inteligencją, humorem! Jego błazenada -zrozumiałam to 
znacznie później - była formą wielkiej powagi. Nie zgrywał się, tylko grał. Na 
serio nie mógłby nigdy tyle powiedzieć, błaznom zawsze uchodziło więcej. Mógł 
sobie pozwolić na wyraźne przeszarżowywanie.
- Gdy będzie pan starał się tak dalej - powiedział niezbyt zdolnemu, lecz 
pracowitemu pisarzowi - jak dobrze pójdzie, za dziesięć lat ma pan szansę zostać 
porządnym grafomanem...
A ten zamiast się obrazić - w śmiech! Ten wariatuńcio Gombrowicz błaznuje jak 
zwykle!

background image

- Cóż to, Piętaszku (z nim i Ginczanką był per ty), w twojej wsi krowy zamykają 
drzwi? - zwracał się do Piętaka, który akurat ich nie zamknął. Pie-tak wcale się 
nie obrażał. Rozmawiał z Gombrowiczem właśnie w tym stylu. Że to niby jaśnie pan 
mówi do poddanego chłopa. Zresztą w stosunku do Piętaka złośliwość nie wchodziła 
w grę. Był samą delikatnością, taktem, subtelnością, Gombrowicz lubił go 
najbardziej ze wszystkich kompanów od stolika.
Nie należał bez wątpienia do osób szastających pieniędzmi. Gardził szerokim 
gestem i przypominał, że wszełka forma rozrzutności jest cząstką naszej polskiej 
nieautentyczności - pisał Stefan Otwinowski*. Lecz jego świadomie podkreślane i 
przerysowywane skąpstwo było także w dużej mierze zgrywą nastawioną na 
obserwowanie reakcji otoczenia.
- Stefan Otwinowski, „Przez Weyssenhoffów do Gombrowicza", „Życie Literackie" 
1970, nr 33.
__ ___ ____ Teatr ___ ____ ____
Gdy na przykład zapraszał kogoś na kawę czy kolację, dokładnie wyznaczał górną 
sumę, którą mógł wydać. „Zaphaszam panią, pani Dhymli - mówił - do wysokości 
pięciu złotych!".
Gdy dowiedział się, że Stefan Otwinowski pożyczył od Hanki Gosław-skiej dwa 
złote, każdego wieczoru zapytywał stroskanym głosem: „Panie Stefczyk, czy to 
phawda, że pożyczyłeś pan od pani Dhymli aż dwa złote?". Albo: „Panie Stefczyk, 
kiedy wheszcie oddasz pan pani Dhymli dwa złote? Nie ma gohszej rzeczy niż 
zadłużenie!". Mimo że Otwinowski po paru dniach oddał pieniądze, Gombrowicz 
jeszcze nie raz wracał do tej przykrej -jak mówił - sprawy, pytając, czy aby na 
pewno dług został oddany.
Źle mu się przecież nie powodziło, po wieczorze spędzonym przy kawie na pewno 
był głodny, a tymczasem gdy szli na kolację do Wróbla czy „Pod Bachusa" lub do 
„Cristalu" na rogu Brackiej i Alej Jerozolimskich - wszyscy zamawiali wielkie 
sznycle za trzy złote, on natomiast „dysponował" jedynie wodę mineralną, którą 
popijał ostentacyjnie. Albo widelcem podkradał kolegom zakąski z gratisowego 
półmiska, który przynoszono czekającym na zamówione dania.
Bynajmniej nie ze skąpstwa nie brał - tak jak oni - taksówki, tylko wracał 
piechotą na Chocimską, gdzie mieszkał. Po prostu zawsze go ktoś odprowadzał; 
najczęściej Stefan Otwinowski, mógł więc jeszcze pobyć trochę w swoim żywiole - 
porozmawiać, podrwić, wyłożyć jakiś pogląd.
- W przeciwieństwie do nas wszystkich nie znosił dansingów - mówi Ewa 
Otwinowska. - Taniec był jego zdaniem rozrywką zbyt banalną, wolałby już chyba 
tarzać się po podłodze. Choć namawialiśmy, nie chciał nawet wstąpić do nocnego 
lokalu. - Może pójdziemy na Marszałkowską, znam tam przyjemny lokalik - 
obiecywał. Na Marszałkowskiej oświadczał, że jeszcze przyjemniejszy jest 
niedaleko placu Zbawiciela. A tam się żegnał - mieszkał tuż obok. W ten sposób 
kilka razy odprowadzaliśmy go wszyscy niemal pod sam dom.
ANDRZEJ NOWICKI:

;

- Choć nieźle grałem w bilard, Gombrowicz gorzej, nigdy z nim nie wygrałem. 
Graliśmy często w sali na tyłach „Zodiaku". „Spójrz, co za dziewczyna", mówił, 
gdy grałem. Dowcipkował, rozśmieszał, udowadniał, że jestem fuszerem, 
podśpiewywał na ten temat różne pioseneczki, życzył mi wszystkiego najgorszego. 
Słowem, odwracał moją uwagę, i w końcu przegrywałem - tak jak sobie tego życzył.
Nie znosił niczego, co można by uznać za najmniejszą nawet porażkę; chociażby 
grypy, której epidemia położyła w 1937 roku pół Warszawy. Kiedy wrócił do lokalu 
- pisał Otwinowski - nikomu nie przyznał się do klęski, chwilowej, lecz 

background image

pospolitej; przyjaciół poinformował, że podczas gdy oni leżeli zdegradowani w 
gorączce, on polował w dobrach swoich krewnych*.
* Tamże.
Jaśnie Panicz
Zarówno w „Ziemiańskiej", jak i w „Zodiaku" - gdy było to możliwe -zajmował 
stolik naprzeciwko lustra. Krygował się, wypróbowywał nowe miny i spojrzenia, 
sadowił się profilem, który - co podkreślał - miał bardzo „hasowy". Sprawdzał w 
lustrze, czy jego stolik lub - jak chcieli inni - dwór prezentuje się należycie.
- Witold - nie wytrzymała kiedyś Ginczanka - przyznaj się, czy gdy golisz się 
rano, też robisz przed lustrem takie miny? Jak się zachowujesz, gdy nikt na 
ciebie nie patrzy?
Spojrzał na nią i mówi:
- A ty, moja Gino, chciałabyś, żebym podawał się ludziom niczym na tacy?
Jego poza była faktycznie zasłoną prawdziwego wnętrza. Stała się też jego 
twarzą. Nigdy nie wiedzieli, kiedy mówi poważnie, kiedy kpi.
Zawsze wyrażał się z szacunkiem i uznaniem o Tadeuszu Dołędze Mosto-wiczu. 
Myśleli, że żartuje - literatura Dołęgi nie była najwyższego lotu. A jednak 
chyba szczerze zazdrościł mu pozycji i popularności. Dołęgę znała przecież cała 
Polska. Był też uosobieniem samodzielności pisarskiej, którą Gombrowicz zawsze 
cenił. Dołęga żył - i to luksusowo - wyłącznie z pisania.
- Wyobhaźcie sobie państwo - opowiadał z przejęciem - że Dołęga ma nie tylko 
najwyższe nakłady i dhukuje najpiehw wszystko w gazetach! Gdy tylko skończy 
powieść - przed jego domem stoją limuzyny pełne ghubych Żydów z wytwóhni 
filmowych, którzy wydziehają sobie maszynopis z hak, tah-gują się, podwyższają 
stawki, wheszcie któhyś kupuje i natychmiast filmuje!
Niewątpliwie pod wpływem Dołęgi chciał mieć wtedy jak najwięcej czytelników, być 
czytanym nie tylko przez środowisko. Być może również i pod jego wpływem napisał 
„Opętanych", sensacyjną powieść w odcinkach. Druk jej rozpoczął 4 czerwca 1939 
roku w gazecie „Dobry Wieczór - Kurier Czerwony" oraz jednocześnie w kielecko-
radomskiej edycji „Expressu Porannego". Ukazywała się w codziennych odcinkach do 
30 sierpnia 1939 roku. Sądzono dotychczas, że Gombrowicz nie dokończył 
„Opętanych", urwał powieść nagle, wyjeżdżając w sierpniu 1939 roku do Argentyny. 
Okazało się jednak inaczej*.
Od dawna trwają spory, czy miał to być wyłącznie kryminał i melodramat dla 
kucharek oraz dorożkarzy, czy też „coś więcej". On sam nie traktował „Opętanych" 
serio - nie podpisywał ich bowiem nazwiskiem, lecz pseudonimem Zdzisław 
Niewieski.
* W 1986 Ludwik B. Grzeniewski ogłosił w „Argumentach" (1986, nr 41) swoje 
sensacyjne odkrycie. Otóż po roku poszukiwań, między innymi w unikatowym zbiorze 
gazet z września 1939 roku należącym do jego dziadka - odnalazł trzy ostatnie 
numery „Kuriera" z trzema ostatnimi rozdziałami „Opętanych"! Odnalazł trzy 
odcinki, a ściśle: 89 z numeru z l września 1939 roku, 90 z numeru z 2 września 
1939 i 91 z 3 września 1939 roku.
Tak się składa - pisał Grzeniewski - że znałem Henryka Butkiewicza, szefa 
koncernu „Dom Prasy S.A.". Nie był to człowiek, który by zapłacił pięć tysięcy 
przedwojennych złotych początkującemu pisarzowi (...) za samą obietnicę 
napisania powieści. Mógł mu zapłacić tylko za gotowy produkt! Dysponuję zresztą 
na to dowodem. Otóż „Dobry Wieczór - Kurier
________Teatr______________
Witold wstydził się tej książki i przyznawał, że jedynym celem jej napisania 

background image

było wysokie honorarium - pięć tysięcy złotych - pisał brat jego, Jerzy, w 
„Komentarzu biograficznym".
ERYK LIPIŃSKI:
- Powieść miała być sensacyjna i rzeczywiście działy się w niej niesamowite 
historie. Straszył na przykład ręcznik - źródło szalejących sił nieczystych. Nie 
brakowało też oczywiście zagadkowego morderstwa, starego tajemniczego zamczyska, 
zdziwaczałego księcia, jego nieślubnego, „gminnego" syna itd.
Gombrowicz pisał „Opętanych" z dnia na dzień i nie zawsze dobrze pamiętał, co 
było w poprzednich odcinkach. Musieliśmy mu często podpowiadać. Jego przyjaciele 
z „Zodiaku" razem z nim bawili się bowiem tą powieścią doskonale. Prosili go 
często, żeby na przykład w następnym odcinku opisał taką czy inną scenę bądź też 
wprowadził nową osobę.
Gombrowicz spełniał te życzenia z przyjemnością, a że czytelnik głupiał w miarę 
czytania, nikogo to już nie obchodziło. Najmniej autora, którego -moim zdaniem - 
interesowała jedynie finansowa strona imprezy.
Jedną z głównych ról w tej powieści odgrywał trener tenisowy o nazwisku Walczak, 
przy czym występował jako postać raczej negatywna.
Pewnego razu postanowiliśmy zrobić Gombrowiczowi kawał. I już po kilku dniach 
redaktor „Kuriera" otrzymał list (nadany w Krakowie przez Olę i Andrzeja 
Siemaszków) takiej mniej więcej treści: W „Opętanych" występuje - jako czarny 
charakter - trener tenisowy Walczak, tymczasem autor listu uprawia taki sam 
zawód i nosi identyczne nazwisko. Jego środowisko jest przekonane, że pan 
Zdzisław Niewieski pisze o nim. Odbija się to oczywiście niekorzystnie na jego 
opinii, a co więcej - interesach. Jeżeli pan Niewieski dalej tak będzie pisał o 
trenerze Walczaku - przyjedzie do Warszawy i osobiście porachuje się nie tylko z 
nim, ale i redaktorem „Kuriera".
Trochę przerażony redaktor pokazał ten list Gombrowiczowi. Ten nie wahał się ani 
chwili i w najbliższym odcinku zły trener figurował już pod nazwiskiem Leszczuk.
Wobec tego, że jak się okazało, istnieje w rzeczywistości trener tenisowy 
Walczak, zmieniamy za zgodą autora nazwisko na Leszczuk. Zaiste, dziwny zbieg 
okoliczności! - poinformowała redakcja czytelników.
Czerwony" - drukując zapowiedź nowej powieści „Opętani" pióra Zdzisława 
Niewieskiego -ogłosił w numerze z 3 czerwca 1939 streszczenie całości napisane z 
niewątpliwą znajomością tekstu przez kogoś postronnego. Tak więc pisanie 
powieści pod dyktando przyjaciół z „Zodiaku" należy przesunąć do kategorii bajd. 
Gombrowicz był pisarzem serio, jego kawiarniani współtowarzysze byli tylko 
waletami...
(...) Gombrowicz chciał udowodnić, że potrafi napisać powieść do czytania dla 
wszystkich -i udowodnił to. (...) Wiatach swej młodości był namiętnym 
czytelnikiem powieści brukowej, znawcą „Trędowatej", powieści Dołęgi Mostowicza, 
Zarzyckiej, „Iwonki" Germana, zainteresowany ich powodzeniem u czytelników.
10. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
Kiedy pytaliśmy Gombrowicza, czy po każdym tego typu liście będzie zmieniał 
nazwisko bohatera, oświadczył, że zrobi to oczywiście za każdym razem. Przez 
dłuższy czas przyglądał mi się jednak podejrzliwie, choć do końca nie zdradziłem 
się z autorstwem listu „Walczaka".
Po wielu latach bardzo się ubawiłem, gdy w programie polskiej telewizji 
zobaczyłem „Opętanych" niezwykle serio przerobionych na scenę. No, ale kto po 
tylu latach wie, jak było z tą powieścią naprawdę.

background image

Towarzystwo Gombrowicza zdawało sobie oczywiście sprawę z jego dominacji. Nie 
czuło się jednak tym upokorzone. Świadomie podporządkowało się regułom gry, 
którą narzucił. Stało się - w mniejszym lub większym stopniu - jego 
wielbicielami i wyznawcami. A Jerzy Pomianowski, przezwany przez Gombrowicza 
Pomianolem, próbował niemal kopiować jego styl.
Pomianolo był bardzo młody, gdy przyjechał z Łodzi do Warszawy i dołączył do 
stolika. Wejście miał zapewnione - napisał pracę maturalną o „Fer-dydurke", nie 
krył uwielbienia dla mistrza.
- Przyjechał do mnie z hołdem uczeń ze szkół - mówił Gombrowicz. -Wypadałoby 
chyba wydać jakieś przyjęcie z tej okazji.
- Co pan podasz, panie Witold? - pytali.
- Chleb i syr, skromnie, jak dla ucznia. ERYK LIPIŃSKI:
- Bardzo szybko zostałem zafascynowany jego osobowością, wiedzą (choć udawał 
ignoranta), inteligencją, oryginalnością poglądów, a przede wszystkim 
przewrotnym poczuciem humoru, który bardzo mi odpowiadał. Co tu ukrywać, stałem 
się jego wielbicielem.
ANDRZEJ NOWICKI:
- Gombrowicz peszył, irytował, często nie potrafiłem się odgryźć, choć byłem 
przecież satyrykiem „Szpilek". Mimo to, tak jak i reszta, musiałem codziennie 
być przy stoliku. Chodziliśmy tam właściwie jak na spektakl. Zdawałem sobie 
sprawę ze swego zafascynowania, wiedziałem, że obcuję z indywidualnością 
niepowtarzalną. Nigdy później nie miałem już wobec nikogo podobnego wrażenia.
Ceniłem i podziwiałem na przykład Antoniego Słonimskiego. Lecz gdy go poznałem, 
Słonimski był już Słonimskim. A to nie sztuka podziwiać wielkości uznane. 
Natomiast Gombrowicz był jeszcze nikim, gdy się poznaliśmy. Dopiero się stawał, 
pisał „Ferdydurke".
Spektaklami, które reżyserował przy naszym stoliku, udowadniał przede wszystkim 
swoją teorię, że człowiek jest stwarzany przez innych.
EWA OTWINOWSKA:
- Byłam bardzo młoda. (To znaczy, nie dla Gombrowicza - gdy wyznałam mu 
szczerze, że mam dwadzieścia dwa lata, ogłosił mnie za absolutnie skoń-
Teatr
czoną: passę, passę. Liczą się przecież tylko pensjonarki). Wypracowywałam sobie 
dopiero własny styl. Byłam przy stoliku jedynie widzem, nie aktorem. O pojedynku 
czy partnerstwie z Gombrowiczem nie było mowy. Nie potrafiłam sprostać jego 
inteligencji i władczości. Coś tam czasem najwyżej bąknęłam, to wszystko.
Nie mieszkaliśmy wtedy z mężem razem, spotykaliśmy się wieczorem przy stoliku. 
Zawsze starałam się spóźnić - bałam się, że mogłabym przyjść pierwsza i 
rozmawiać z Gombrowiczem wyłącznie w cztery oczy.
Mimo to przychodziłam codziennie. I nie tylko dlatego, że mężowi odpowiadało 
bardzo towarzystwo Gombrowicza. Nie mogłam sobie odmówić tej parady. Pociągała 
mnie jej niezwykłość - co dziś będzie? Jak ułożą się siły? Kogo będziemy 
pomniejszać czy niszczyć intelektualnie? Kto wytrzyma, kto wypadnie z gry? Jak 
na to zareaguje? Odpadnie z hukiem? W milczeniu? Obrazi się, czy też - bo i tak 
się zdarzało - zostanie właśnie wyznawcą Gombrowicza? Nie istniały jeszcze wtedy 
teatry eksperymentalne, lecz nasze „spektakle" właśnie je przypominały.
Z pełną świadomością przystałem i na to, że osobowości tej będę musiał ulegać - 
przyznawał Stefan Otwinowski*.
Ewa Otwinowska bała się nawet o męża. Jej zdaniem Gombrowicz miał na niego zbyt 
wielki wpływ. Właściwie wszyscy przy stoliku znajdowali się mniej więcej w 

background image

podobnej sytuacji, lecz oczywiście układ sił był różny. Może stosunkowo 
najśmielszy wobec niego był Eryk Lipiński, potem Zuzanna Ginczanka, Hanka 
Gosławska, która odszczekiwała się tak ostro, że Gombrowicz musiał ją kiedyś 
„usadzić" - złapał za modny wówczas wielki czub z lokami, dobrze potrząsnął. 
Zareagowała rykiem, lecz złagodniała, przypomniała sobie obowiązującą 
hierarchię.
Nieraz mieli oczywiście ochotę zatryumfować nad nim, rzadko im to się jednak 
udawało. Może nawet i czuł się niekiedy dotknięty, lecz nigdy nie dał im tego po 
sobie poznać. Musieli więc zadowalać się najwyżej drobiazgami.
- Gdy wybieraliśmy się czasem na kolację do eleganckiego „Bachusa" -mówi Ewa 
Otwinowska - i kiedy zdarzyło się, że Gombrowicz, tak jak i my, zamówił na 
przykład file z polędwicy, udawałam nagle zaniepokojenie. Brałam kawałek mięsa 
na widelec, podnosiłam do nosa, wąchałam raz, drugi. Reagował momentalnie: „Co, 
nieświeże? Nie będziemy się przecież truć!". „Nie wiem - mówiłam - coś mi się 
zdaje, ja się nie znam, pan pewnie wie lepiej!". Wąchał, sprawdzał, wołał 
kelnera, a ja śmiałam się w duchu. Oczywiście, to bardzo prymitywny chwyt, ale 
liczył się każdy, który mógł wydobyć z niego prawdziwy ton. Comber był bowiem 
tak zawsze skomponowany, że nawet mały moment dekompozycji stawał się sukcesem.
„Dekomponował" go najczęściej - i to nieświadomie - Staś Piętak. Gombrowicz coś 
tam wykładał, perorował, dociskał ofiarę i eksperymentował -
* „Życie Literackie" 1970, nr 33.
Jaśnie Panicz
obrazi się czy zda egzamin? A tu nagle Staś miękko i z autentyczną troską: 
„Wituś, coś ty, może źle się czujesz?". Albo: „Wituś, chodźmy już do domu, 
zrobiło się późno, a muszę cię jeszcze odprowadzić!".
Już samo „Wituś", nie „panie Witold", wywoływało śmiech, rozluźniało sytuację, 
wyprowadzało Gombrowicza z równowagi, lecz gniewać się na Pię-taka nie potrafił.
ERYK LIPIŃSKI:
- W ostatnich latach przed wybuchem wojny Tadeusz Dołęga Mostowicz, uroczy 
człowiek i popularny, świetnie wówczas zarabiający pisarz, organizował w każdy 
czwartek przyjęcia w swoim obszernym mieszkaniu przy ulicy Piusa IX (obecnie 
Piękna) róg Alej Ujazdowskich. Bywało tam towarzystwo liczne tudzież bardzo 
mieszane. Zarówno ministrowie, jak i fordanserki.
Do stałych gości Dołęgi należał właśnie Gombrowicz, po czym następnego dnia 
opowiadał nam: „Na fajfie u Dołęgi było wspaniale i wytwohnie, przyszedł hhabia 
Ksawehy, księżna Tehesa, ministeh M., pahu ambasado-hów...". Byliśmy, nie ma co 
ukrywać, zafascynowani jego opowieściami o świecie wyższych sfer, do którego, 
niestety, nie mieliśmy dostępu.
Ale pewnego dnia, a raczej nocy, było to bowiem na balu ASP, Dołęga zapytał mnie 
i moją żonę, dlaczego nigdy do niego nie wpadniemy. Skorzystaliśmy oczywiście z 
zaproszenia, i to głównie dla Gombrowicza. W najbliższy czwartek zobaczył nas 
bowiem na swym legendarnym fajfie. I to już było zwycięstwo. Odtąd, ile razy 
opowiadał o „fajfie u Dołęgi", uważał jednak bardziej - któreś z nas mogłoby 
przecież policzyć książąt i ambasadorów, wymienić nazwisko zupełnie 
początkującej tancerki.
Gombrowicz też zresztą wpadł w nałóg, który sam stworzył. I on musiał być 
codziennie przy stoliku. Biegł tam - choćby na godzinę - nawet i po „fajfach" u 
Dołęgi. Chodził tam przecież głównie po to, żeby opowiadać o nich swoim 
kompanom. Wiedział, że na niego czekają.
- Gdy go nie było - mówi Andrzej Nowicki - rozmawialiśmy wyłącznie o nim. Niby 

background image

to obgadywaliśmy go, śmialiśmy się z niego, lecz tak naprawdę czekaliśmy tylko, 
kiedy wreszcie przyjdzie. Było nam go brak, choć za nic byśmy się do tego nie 
przyznali. Czyjaś nieobecność w kawiarni dekompo-nowała Combrowi całość, była 
również - według niego - utratą wypracowanej przy stoliku pozycji. Gdy Stefan 
Otwinowski zamierzał pochorować kilka dni, „Witold" pouczał go: Niech się pan w 
żadnym wypadku nie kładzie do łóżka, tu już kimś pan jest, czym się jest leżąc 
bez statusu w łóżku? Łóżko pana zdewaluuje...*.
- Nie najlepiej się czuł - mówi Ewa Otwinowska - gdy zapraszaliśmy go na większe 
przyjęcia ze sporą grupką nieznanych mu osób. Wyraźnie się niepokoił. Panował 
przede wszystkim w swoim otoczeniu, bez „dworu" czuł się bardziej bezbronny. 
Nieznani mu ludzie gotowi byli wytworzyć sytuację,
Tamże.
Teatr
nad którą nie mógłby zapanować. Natychmiast rozpoczynał działanie - siadał na 
kanapie, rzucał prowokujące zdanie i powoli skupiał wokół siebie coraz większą 
grupę, co mu się zawsze udawało.
Oczywiście nie wszyscy mogli ten styl wytrzymać i zaakceptować. W „Ziemiańskiej" 
przysiadało się jeszcze do stolika mnóstwo osób, ale sporo z nich odpadło - 
poobrażało się lub chciało w kawiarni wypoczywać, a nie ścierać się i walczyć. W 
„Zodiaku" miał już grupkę stałą. Jak mówi Ewa Otwinowska - wymłóciło się, 
odpadły otręby, zostało ziarno.
Odpadł krytyk Ludwik Fryde, bardzo pochlebnie piszący o Gombrowiczu. Poważny, 
zasadniczy. Gombrowicz doszedł więc do wniosku, że dla przeciwwagi i 
rozluźnienia monotonii będzie nazywał go „panem Ludwikiem" lub „biednym panem 
Ludwikiem". Fryde, nieprzyzwyczajony do podobnych poufałości, zaczai więc stolik 
omijać.
Alana Koskę - poetę i tłumacza - musiał Gombrowicz „odstawić" od stolika. 
Zbytnio się bowiem odgryzał, co więcej, potrafił dwie godziny recytować wiersze 
swoje i cudze, co już się Gombrowiczowi naprawdę podobać nie mogło. - Gdy ten 
Kosko znów się zjawi, trzeba go... no wie pan... Innego wyjścia nie ma - 
tłumaczył Stefanowi Otwinowskiemu, który pełnił przy stoliku rolę „szambelana".
Jerzy Andrzejewski (Irzy, jak mówił Gombrowicz) nie chciał się początkowo 
zgodzić na rozmowę o swojej z nim znajomości.
- Byłbym stronniczy w wypowiedziach na jego temat - tłumaczył przez telefon - 
ponieważ zerwaliśmy stosunki, i to ze względów osobistych. Po kilku dniach 
dzwoni jednak do mnie niespodziewanie - zdecydował się.
- Ale będę mówił o nim źle - zastrzega z góry.
- Miałem przy jego stoliku sporo znajomych - wspomina - Ginczankę, Piętaka, 
Otwinowskich, tak że przysiadałem się od czasu do czasu. Nie trwało to jednak 
zbyt długo. Przyznaję - nie potrafiłem sobie wtedy poradzić ze stylem bycia 
Gombrowicza. Dziś położyłbym go - i to na dwie łopatki - jego własną bronią. 
Wówczas jednak byłem młody: młodszy od niego o sześć lat, jeszcze 
niedoświadczony, z innego środowiska, ze swoimi problemami. Gubiłem się, 
traciłem, nie umiałem celnie ripostować. Na egzemplarzu ofiarowanej mi 
„Ferdydurke" napisał:
Jerzemu Andrzejewskiemu na pamiątkę wielu klęsk dyskusyjnych.
I to prawda, to były klęski.
Poza tym byliśmy zbyt odmienni, żeby się nawzajem znosić i akceptować. W 
stosunkach z ludźmi ceniłem i sam uprawiałem improwizację. On natomiast działał 
programowo, świadomie. Realizował swoją teorię nieustannego ataku, konfrontacji. 

background image

Demaskował - trzeba przyznać celnie i boleśnie -najsłabsze, na j drażliwsze 
punkty i strony.
Jaśnie Panicz
A grał świetnie, gra stała się jego drugą naturą, weszła mu w krew. Nie zdarzało 
mu się, przynajmniej w mojej obecności, wypaść z roli. Nigdy na przykład nie 
widziałem go pijanego; a jeżeli już, to pił bardzo niewiele. Na alkohol mogą 
bowiem pozwolić sobie ryzykanci. On natomiast mógłby się wtedy otworzyć, 
wyniknąć sobie, a do tego dopuścić nie chciał.
Ze wszystkich starć i walk wychodził zwycięsko, musiał być pierwszy. I ta jego 
nieustanna chęć dominacji bardzo mnie męczyła. Dlaczego taki był, nie wiem. Na 
tyle go nie znałem. Cóż, brało się to niewątpliwie z jego kompleksów, 
nieśmiałości, osamotnienia. Mimo wielu znajomych, wielbicieli nie miał 
przyjaciela. Sądzę, że nie był zdolny do przyjaźni, która kosztuje, wymaga sporo 
wysiłku. On tymczasem nie lubił dawać. Cały wysiłek wkładał w swoją grę - 
demaskowanie, obnażanie.
Brało się to też na pewno z jego nadmiernej wrażliwości i przewrażliwienia na 
punkcie własnej osoby. Żeby nie być zranionym, uruchomił w sobie nieustanne 
pogotowie napastliwości i agresji.
W końcu na sylwestra roku 1938/1939 zerwaliśmy zupełnie.
I to ostro, w obecności wielu osób, a dokładniej w restauracji „Kameralna". 
Zjawiłem się tam z moim przyjacielem już dobrze po północy. Jak to na sylwestra, 
na sali kłębiło się sporo osób, w tym wielu moich znajomych, między innymi 
Otwinowscy oraz właśnie Gombrowicz, który zaraz zaczął gwałtownie i natarczywie 
zaczepiać mojego przyjaciela - chciał mnie po prostu dotknąć. Byłem młody, 
nieopanowany, pryncypialny. Zareagowałem ostro. Wynikła scysja.
Uważa pani, że chciał mnie nie tyle dotknąć, ile przede wszystkim sprowokować? 
Uderzyć i zaobserwować, czy zniosę cios? Jak zareaguję?
Możliwe, że to była prowokacja. Nigdy się jakoś nad tym nie zastanawiałem. 
Oczywiście, teraz, po tylu latach przyczyna naszego zerwania wydaje się błaha i 
nieciekawa. Wtedy jednak tej perspektywy nie było, wszystko wyglądało inaczej.
W każdym razie nie zerwaliśmy - jak pisał potem w „Dzienniku" - dlatego, że 
obraziłem się, ponieważ skrytykował mój „Ład serca".
Nigdy więcej już ze sobą nie rozmawialiśmy, nie przysiadałem się do jego 
stolika. Wkrótce zresztą wyjechałem z Warszawy, wróciłem dopiero przed wybuchem 
wojny.
Naprawdę, wcale nie odczuwałem braku jego osoby. Nigdy nie miałem podziwu dla 
Gombrowicza jako człowieka. Choć - przyznaję - zawsze z przyjemnością patrzyłem 
na jego piękną, szlachetną twarz. Znałem również jego siostrę Renę, która 
pracowała w katolickiej księgarni „Yerbum". Co ciekawe, była bardzo podobna do 
brata, ale brzydka.
Natomiast jego twórczość to sprawa zupełnie inna.
Jestem dla niej pełen podziwu, lecz co ważne - bez sympatii. Podziw i sympatię 
mam na przykład do Manna, Conrada, Balzaka. Dla Gombrowicza, tak samo zresztą 
jak i dla Żeromskiego oraz Reymonta, tylko podziw, ale sympatii już nie.
Teatr
Adam Ważyk również nie ukrywa, że omijał stolik Gombrowicza. Natomiast jego żona 
Gizella, którą zamordowali w czasie wojny hitlerowcy, przesiadywała tam 
godzinami. Była po prostu wielbicielką Gombrowicza.
- Ja natomiast - mówi Adam Ważyk - nigdy nie traktowałem go serio. Bawił mnie. 
Wszystko, co mówił, nie było przecież poważne. Wobec poetów proletariatu, 

background image

przeważnie młodych komunistów, był zawsze hrabią, podkpi-wał z ich „gminności". 
Albo te jego prymitywne sądy o malarstwie, które potem zresztą znalazłem w 
„Dzienniku". Dziwne, że żona, która była malarką, mogła tego słuchać.
Raz tylko rozmawiali ze sobą tak naprawdę.
- Chodźmy stąd - powiedział mu kiedyś Gombrowicz - najwyższy czas, żebyśmy 
porozmawiali serio o tym, co najważniejsze, czyli o literaturze.
Poszli więc z „Ziemiańskiej" do „Gastronomii" na rogu Alej Jerozolimskich i 
Nowego Światu.
- Kogo z pisarzy współczesnych ceni pan najbardziej? - pytał Gombrowicz.
- Iwaszkiewicza i Nałkowską - odpowiedział Adam Ważyk. A Gombrowicz:
- Co? To literatura papierowa, sztuczna. Jedynym wybitnym współczesnym pisarzem 
jest Bruno Schulz. Kreuje świat własny, niepowtarzalny. To jest nowe, niepodobne 
do niczego.
- Zdziwiłem się - mówi Adam Ważyk. - Połączenie Schulz i Gombrowicz raczej do 
mnie nie przemawiało.
I jakoś nigdy więcej nie było już między nimi rozmowy o literaturze.
Niedługo przed wojną zaczai kręcić się koło stolika Brochwicz-Kozłow-ski, niby 
to dziennikarz, początkujący literat. Mnie pociągała tandeta ludzka, typy 
dziwaczne, grafomani, dziwacy, mętne istoty, niewypierzone, gdzieś z peryferii - 
pisał potem we „Wspomnieniach polskich". Brochwicz doszlusował więc do stolika.
- Ciągle się z niego nabijaliśmy - mówi Ewa Otwinowska. - Miał kłopoty ze 
wzrokiem, przekonywał nas, że ślepnie. Opowiadał wzruszająco i histerycznie o 
swojej matce, napisał nawet powieść pod tytułem „Matki czekają". Przyjechał z 
Niemiec, miał wyścigowy samochód z niemiecką rejestracją. Krzyczał, że zbliża 
się czas wielkiej potęgi Niemiec, a my śmialiśmy się i mówiliśmy: „Biedny 
Brochwicz, udaje szpiona, lecz nas na to nie nabierze".
Tak to jednak zorganizował, że wiosną 1938 roku towarzyszył Gombrowiczowi w jego 
podróży do Austrii i Włoch. Gombrowicz wrócił sam. Nie ukrywał, że Brochwicz się 
zdemaskował - w jednej z miejscowości czekała
Jaśnie Panicz
na niego niemiecka delegacja. „To już przestało być zabawne" - uciął, gdy 
pytaliśmy dalej. Brochwicz przestał więc pojawiać się przy stoliku. Podejrzenia 
wobec niego okazały się uzasadnione - w czasie okupacji zlikwidowało go AK.
Był to zaledwie początek tego, co powoli następowało. Lato 1939 roku rozsypało 
„stolik". Zuzanna Ginczanka wyjechała do Równego na wakacje do babki i nikt jej 
już więcej nie zobaczył. Andrzej Nowicki został w sierpniu zmobilizowany. 
Gombrowicz wybierał się do Argentyny, wyjechał l sierpnia. Reszta towarzystwa 
właściwie nadal pozostawała w Warszawie, lecz atmosfera zupełnie się zmieniła.
ANDRZEJ NOWICKI:
- My wszyscy, choć tacy niby krytyczni, drwiący, wierzyliśmy jednak, że jesteśmy 
„silni, zwarci, gotowi". Pamiętam, napisałem wtedy wiersz do „Szpilek": „Do 
Czech razy sztuka".
Gombrowicz natomiast patrzył na wszystko nieporównanie świadomie] i przytomniej 
od nas. Zdawał sobie sprawę z rozmiarów nadciągającej katastrofy. Spotkałem go 
kiedyś, gdy szykował się już do Argentyny. Mówiłem, jak zwykle, że jeżeli do 
wojny dojdzie, skończy się najpóźniej do Bożego Narodzenia 1939 roku. Pomogą nam 
zachodnie mocarstwa, pobijemy Niemców raz-dwa, ale nie podzielał mego zdania. 
„Nie zdaje pan sobie sprawy z tego, co będzie - tłumaczył. - Polska będzie w 
stanie bronić się przed Hitlerem najwyżej dwa tygodnie".
Niech pan sobie wyobrazi - mówił do Stefana Otwinowskiego, gdy wracali wieczorem 

background image

przez Warszawę - wszystkie te gmachy i domy za rok, najdalej za dwa lata zostaną 
śmiertelnie okaleczone. Jeśli nawet będą istnieć, nie poznamy ich. Radził mu 
postarać się zawczasu o ampułkę z trucizną, przyda się wobec perspektyw, które 
są już bliskie*.
ERYK LIPIŃSKI:
- Pewnego dnia przy stoliku w „Zodiaku" oświadczył poważnie: „Państwo nie umieją 
czytać gazet. Ja likwiduję moje intehesy na trzy lata i wyjeżdżam z Euhopy hazem 
z poetą Sthaszewiczem".
Było lato 1939 roku. Uważaliśmy wtedy jego słowa za dobry żart.
JANUSZ MINKIEWICZ:
- Gombrowicz myślał o wyjeździe już dużo wcześniej. Zwrócił się do mego ojca, 
Wacława Minkiewicza, radcy prawnego linii Gdynia - Ameryka, o pomoc w uzyskaniu 
ulgowego biletu na inauguracyjny rejs „Chrobrego". Ojciec mu w tym pomógł, ale 
nawet ulgowy bilet kosztował jednak parę tysięcy złotych. Wtedy właśnie zaczął 
drukować w gazetach „Opętanych", powieść zupełnie nonsensowną, lecz dochodową. 
Moim zdaniem napisał tyle odcinków, ile było mu potrzeba na podróż, dalej już 
powieści nie kończył, przerwał bez zakończenia.
* Tamże.
__________________Teatr__________________
Sądzę, że nie miał zupełnie uczuć typowo patriotycznych. Nie uważał chociażby - 
jak my wszyscy - że wojsko to nasz obowiązek. Latem 1939 roku byłem akurat w 
Rzymie, wróciłem do Polski ostatnim samolotem. Leciałem razem z Teodorem 
Parnickim, który też przerwał zaplanowany na dłużej pobyt za granicą. Pierwszego 
września 1939 roku zgłosiliśmy się do wojska. W warszawskiej rejonowej komendzie 
uzupełnień spotkałem Witkacego. Chciał iść do wojska, choć przekonywano go, że 
jest już za stary - miał pięćdziesiąt cztery lata. Wracaliśmy potem razem z 
Pragi tramwajem. Byłem chyba jednym z ostatnich, którzy go widzieli. Popełnił 
samobójstwo 18 września 1939 roku.
Gombrowicz nieraz spotykał się z oskarżeniami o „brak uczuć patriotycznych". Oto 
co odpowiedział na łamach emigracyjnej prasy londyńskiej Cze-sławowi 
Straszewiczowi, który po „Trans-Atlantyku" zaatakował go za tchórzostwo:
Nie ukrywam, że podobnie jak i Straszewicz - bałem się. Ale ja może nie tyle 
bałem się wojska i wojny, ile tego, że, mimo najlepszej woli, nie mógłbym im 
sprostać. Nie jestem do tego stworzony. Dziedzina moja jest inna. Rozwój mój od 
najwcześniejszych lat w innym poszedł kierunku. Jako żołnierz byłbym katastrofą. 
Przysporzyłbym wstydu sobie i wam.
Czy myślicie, że jeżeli patrioci tacy jak Mickiewicz lub Szopen nie wzięli 
udziału w walce, to jedynie z tchórzostwa? Czy może raczej dlatego, że nie 
chcieli się zbłaźnić? I chyba mieli prawo bronić się przed tym, co przekraczało 
ich siły.
Może te wyznania są niepotrzebne i niezręczne. Może wystarczyłoby powiedzieć, że 
w chwili wybuchu wojny miałem kategorię wojskową C, a potem, gdy stawiłem się w 
Poselstwie w Buenos Aires przed komisją lekarską, zaliczono mnie do kategorii 
D*.
CZESŁAW MIŁOSZ:
Największą cnotą Gombrowicza była dzielność. Częsta u spadkobierców Somosierry, 
kiedy chodzi o wystawianie się na kule wroga, jest niezwykle rzadka w sprawach 
ducha. (...) Gombrowicz wyjechał z Polski latem 1939 roku, bo miał śmiałość 
przyznać się wobec siebie, że wie, co będzie: że Polska zdoła opierać się 
Niemcom od tygodnia do dziesięciu dni i że branie udziału w tym, co na-stqpi 

background image

później, nie jest na jego siły. Ale iluż z tych, co zdali egzamin męstwa na polu 
walki, okazało się tchórzami, gdy przyszło do obrony innych, niewidzialnych 
barykad prawdy i honoru ? Iluż z nich wytrwałoby tak, jak wytrwał Gombrowicz 
przez ponad dwadzieścia lat w Argentynie, nie odstępując ani na jotę od swego, 
nie napisawszy ani jednego zdania dla kompromisu?**
* „Dziennik", Paryż 1971,1.1, s. 136-137.
** Czesław Miłosz, „Podzwonne", „Kultura" (Paryż) 1969, nr 9; szkic umieszczono 
również w poświęconym Gombrowiczowi numerze „Cahier de 1'Herne" 1971.
Jaśnie Panicz
Gizę Ważykową i Zuzannę Ginczankę zamordowali hitlerowcy. W drugim dniu okupacji 
popełnił samobójstwo Gienio Biernacki, Tadeusz Dołęga Mo-stowicz został 
zastrzelony przez sowieckiego czołgistę w roku 1939 w Ku-tach nad Dniestrem. 
Zmarli koledzy z paczki Janusza Minkiewicza: w 1940 roku po ucieczce z niewoli 
niemieckiej Światek Karpiński, w 1945 po powrocie z obozu Zygmunt Jurkowski.
Jerzy Pietrkiewicz został na stałe w Londynie, Andrzej Nowicki po pobycie w 
oflagu spędził wiele lat w Londynie, wrócił do Polski w 1956 roku.
Gombrowicz interesował się losem swoich dawnych kompanów. Korespondował ze 
Stanisławem Piętakiem, który w roku 1964 popełnił samobójstwo.
Z listów do Piętaka znajdujących się obecnie w Muzeum Literatury:
25.06.1948 (...) Wspominam Ginę naszą, Ważykową i tyle innych osób, które dziś w 
ziemi...
25.09.1961 (...) Dobrze, że obszernie o sobie napisałeś. Napisz też jak się 
życie układało i układa Otwinowskiemu i jego żonie, Brykowi Lipińskiemu (czy 
żyje?) i jego żonie, i bo ja wiem komu z tych, co z nami przesiadywali. Ty 
pracujesz wyłącznie w literaturze, czy masz posadę?
31.12.1961 (...) Proszę Cię, napisz mi kiedy, jaka była śmierć tej biednej Giny. 
Dlaczego piszesz, że ją męczono ? A Giza Ważyk jak skonała ? Dlaczego popełnił 
samobójstwo Gienio? Nie wierzę w Opatrzność, a jednak trudno mi nie dostrzec jej 
palca w tym, że Straszewicz zupełnie przypadkowo namówił mnie na wyjazd do 
Argentyny...
4.05.1962 (...) Pięknie z Twojej strony, że przesłałeś mi ten tomik wierszy Giny 
i Twoje opowiadania. Wiersze jej mocno takie sobie, ale przynajmniej 
dowiedziałem się z przedmowy Śpiewaka (co się z nim stało?) jej losów. Szkoda 
tylko, że w tej przedmowie dużo ględzenia, a o tym właśnie tragicznym temacie 
tak mało. Przypomniało mi się, jak kiedyś na Mazowieckiej wracając do domu z 
„Zodiaku" tłumaczyłem Ginie, że na tą zbliżającą się wojnę trzeba koniecznie 
zaopatrzyć się w truciznę. A ona się śmiała.
EWA OTWINOWSKA:
- Nigdy się z nim później nie widzieliśmy, nie korespondowaliśmy - nasze drogi 
rozeszły się. Pod koniec lat sześćdziesiątych, jeszcze za życia Witolda, 
zaproszono mego męża do wzięcia udziału w zbiorowym wydawnictwie francuskim 
„PHerne" poświęconym Gombrowiczowi. Przesłał tekst „Przez Weyssenhoffów do 
Gombrowicza", który w rezultacie nie wszedł do książki. Gombrowicz zdążył go 
jednak jeszcze przeczytać, choć wydania książki już nie doczekał. Napisał wtedy 
do nas kilka słów:
Teatr
Drogi panie Stefanie
Jak najbardziej zbudowany byłem tym czym pan wie. W całości swojej szczęśliwe, 
uważam, drobiażdżki tylko dwa lub trzy trzeba usunąć, które niezbyt do całości 
doszlusowane, ale całość dymem zaprzepaszczonym dawnośd naszej mnie owiała.

background image

Hej, hej dawne czasy. Jak to myśmy sobie razem spacerowali i figlowali! Bóg z 
panem, panie Stefanie. A tyż po panią Ewelinę najczulej myślą sięgam i z czasu 
przeszłego ją wydobywając najsilniej ją oglądam. Najserdeczniej i najpotęż-niej 
dzięki składam na dowód przyjaźni, który, jak mówi Szekspir, do księgi wpisuję, 
którą co dzień odczytuję.
Z Panem Bogiem Bóg.

G.

W roku 1975 umarła Hanka Gosławska, w 1976 Stefan Otwinowski, w 1981 Janusz 
Minkiewicz, w 1986 Andrzej Nowicki. Ze stałej obsady stolika żyje dziś tylko Ewa 
Otwinowska. Z „dochodzących" - Maria i Kazimierz Brandysowie*, we Włoszech Jerzy 
Pomianowski**.
EWA OTWINOWSKA:
*• Już mówiłam, że miałam żal do męża, iż za bardzo ulega Gombrowiczowi. Gdy 
pożegnaliśmy się przed jego wyjazdem do Argentyny, poczułam ulgę. Było ze mną 
tak, jakby ktoś mi zdjął gorset. Los przecinał to, z czym sama nie miałabym siły 
skończyć.
Dopiero później zrozumiałam, co straciliśmy. Skończył się teatr tworzony przez 
Gombrowicza. Zaczai się inny, gorszy. Już nie z takim reżyserem, nie z tej miary 
aktorami, widzami.
Lata z Gombrowiczem były i dla mnie, i dla mego męża swego rodzaju 
uniwersytetem. Czego nas nauczył? Może raczej oduczył? Przede wszystkim patosu, 
banału, fałszu.
ANDRZEJ NOWICKI:
- Spotkałem kiedyś w Krynicy Stefana Otwinowskiego. Postanowiliśmy przejść 
wreszcie na ty, znaliśmy się przecież tyle lat. Wypiliśmy bruderszaft, a na 
drugi dzień... znów mówiliśmy sobie per pan. „Ty" byłoby zdradą wobec 
Gombrowicza, a tego nie chcieliśmy.
Kazimierz Brandys, przysiadający się do stolika jedynie od czasu do czasu 
(Gombrowicz po latach z trudem go sobie przypomniał), napisał o nim przejmujący 
esej dla „l'Herne".
Jego legenda - pisał - oczywista dla każdego, kto choć trochę zna atmosferę 
środowisk literackich w Polsce, ma na pewno - poza jego twórczością - źródła 
znacznie głębsze. Jak je określić? Myślę, że trzeba by sięgnąć do wysokich pojęć 
o ludzkiej wartości i nie obawiać się tak uroczystych słów, jak moc ducha, 
wytrwałość i odwaga. Jeżeli w pierwszych napisanych zdaniach rzuca się wyzwa-
* Kazimierz Brandys zmarł 11 marca 2000 r. w Paryżu.
** Obecnie przebywa w Polsce.
Jaśnie Panicz
nie, jeśli potrafi się temu wyzwaniu do końca sprostać i ponieść jego 
konsekwencje; jeśli się piąci pełną cenę za swoje pisarstwo, bez kompromisu i 
trwogi - jest to bardzo wiele nie tylko w naszej epoce.
Alan Kosko, choć „odstawiony" od stolika, nie nosił w sercu urazy. Po latach 
stał się współtwórcą sukcesu Gombrowicza - przetłumaczył na francuski jego 
„Dziennik".
Odwrotnie natomiast Jerzy Andrzejewski*. Nie zapomniał swoich „klęsk 
dyskusyjnych" i upokorzeń w starciach z Gombrowiczem. Po latach podjął rękawicę.
Jak pisał w „Miazdze": Gombrowicz byt (...) głęboko dotknięty pewnym fragmentem 
„Idzie skacząc po górach ", fragmentem - przyznaję to - świadomie z mojej strony 
prowokującym go, a poza tym naprawdę zrozumiałym tylko dla niego samego i bardzo 
małego grona szczególnie bystrych czytelników. Sprawdziłem i przed 
nieporozumieniem z Gombrowiczem, i również po nim, że nawet ludzie bardzo dobrze 

background image

znający „Dziennik" tego wielkiego pisarza nie zorientowali się, że pewna kwestia 
wypowiedziana przez jedną z postaci mojej powieści jest dosłownym cytatem z 
„Dziennika". Sprawa wydaje się ostatecznie dość błaha, wciąż jednak tkwi we mnie 
przykra zadra, że Gombrowicz tak bardzo poczuł się dotknięty moim sztubackim 
figlem i że nigdy w cztery oczy nie będę już mógł wyjaśnić mu zarówno moich 
intencji w tym wypadku, jak i mojego stosunku do jego osoby i jego 
twórczości...**.
A intencje te były następujące:
- Chciałem - mówi Jerzy Andrzejewski - jak najbardziej świadomie zagrać jego 
metodą, powiedzieć mu: przypomnij sobie, jak sam dawniej postępowałeś! Dlatego 
też w rozdziale „Paul Allard pozwala na podeptanie swojego wspaniałego płaszcza" 
w usta Paula Allarda - malarza homoseksualisty - włożyłem dosłowną wypowiedź 
Gombrowicza z pierwszego tomu „Dziennika":
Wiecznie to samo! ubierać się we wspaniały płaszcz, aby móc zajść do portowej 
knajpy!
Mój Paul Allard - tak jak Gombrowicz w zaułki i tawerny Retiro - schodzi „w dół" 
w poszukiwaniu młodości, niższości ucieleśnionej w młodych chłopcach - 
marynarzach, żołnierzach.
Użyłem też wypowiedzi Gombrowicza jeszcze w innym miejscu. Tylko gdzie, naprawdę 
już nie pamiętam. Musiałbym przekartkować dokładnie całą książkę. Stanowczo za 
dużo pani ode mnie wymaga.
* Zmarł 19 kwietnia 1983 r.
** „Miazga", PIW, Warszawa 1981, s. 69.
19 S
__________________Teatr__________________
To był po prostu żart. Chciałem też - przyznaję - zrobić aluzję do jego 
homoseksualnych skłonności, które ukrywał.
Książka jakoś widać do niego doszła. Przysłał wariacki, impertynencki list. 
Odpisałem mu do Yence. Zatytułowałem per „kochany Witoldzie", on per „panie". Co 
i dlaczego napisałem, już nie pamiętam, minęło przecież tyle lat. W nastrój 
franciszkański nie wpadłem, to pewne.
Bardzo się obraził. Był oburzony. Nie potraktował tego jako żartu.
Zerwaliśmy niejako po raz drugi.
I już nieodwołalnie.
CZĘŚĆ DRUGA
Kim byłeś Gombrowiczu? Czy zwykłym człowiekiem? Który spisał po prostu wielki 
sen o sobie? Czy człowiekiem niezwykłym: potwornym demonem? Czy tchórzliwym 
oszustem, czy też bohaterem? Czy zmyśleniem jedynie, czy rzeczywistością? 
Wyobrażeniem siebie, czy bytem prawdziwym? Mitem, mistyfikacją lub zuchwałym 
kłamstwem? Czy substancją realną, materialnym wzorem? Czy śniłeś siebie tylko, 
czy nie śniłeś wcale? Opowiedz, jak istniałeś? Jak wejść w twe istnienie?*
' Antoni Libera - pierwodruk w „Tygodniku Powszechnym" 1972, nr 30.
11. Jaśnie Panicz
Reżimowiec
Niejako z księżyca
Drogi Obywatelu - pisał w roku 1946 z Buenos Aires Witold Gombrowicz do pana 
Adriana Czermińskiego, emerytowanego już dziś dziennikarza.
Niedawno wyczytałem w miejscowej prasie nazwisko Wasze i napełnił mnie radością 
fakt, iż nie tylko wyżyliście - wraz z Klini, jak wiem - ale i wybiliście się. 
Cóż to za dziwna była katastrofa. Ja właściwie niczego nie dokonałem i wykazałem 

background image

właściwą mojej naturze nieudolność, niemniej jednak śmiem sądzić, iż jeszcze 
posłyszycie mój głos, uda mnie się coś zdziałać. Czy mogę liczyć na przyjaźń 
istot, z którymi ongiś popijałem kawę w kawiarni Ziemiańskiej? Załączona kartka 
zorientuje Was w moich projektach natury finansowo-kulturalnej. Otóż zróbcie 
mnie tą łaskę i zajmijcie tym iżby rzecz ta szybko i sprawnie została 
załatwiona. Poza tem przekażcie załączone pisma i jeżeli chcecie, przeczytajcie 
je. Sprawa ta może przyniesie znaczne korzyści naszym literatom. (Uwaga: pisma, 
o których wspominam nie są załączone gdyż przesyłam je w oddzielnych kopertach 
na Wasze nazwisko).
Ja ciężko zmagam się z kilkoma potężnymi utworami, które mam na ukończeniu i 
szukam, panie święty, właściwych rozwiązań duchowych oraz formalnych. Chętnie 
podjąłbym się roli korespondenta prasowego zwłaszcza iż tutejsze problemy 
poznałem na wylot, ale to musiałoby być płatne, gdyż cierpię na chroniczne 
suchoty sakiewki. Pragnąłbym wiedzieć też czy moje nader rewolucyjne utwory 
przedwojenne mają jeszcze jakiś kurs w Ojczyźnie i czy mój no-woczesno-
realistyczny duch mógłby ewentualnie przydać się nowemu duchowi narodowemu. My 
tutaj właściwie nic nie wiemy a tylko możemy coś wyobrażać sobie, ja jednak 
raczej skłaniam się do optymizmu gdyż mniemam, że problematyka polska domaga się 
radykalnych cięć. Ale nie wiem czy w obecnych warunkach życia polskiego nie 
byłbym zbyt luksusowym produktem. Liczę iż znajdziecie chwilkę czasu ażeby 
odezwać się do mnie. Klini składam wzruszony i serdeczny hołd a do Was powiewam 
chusteczką przyjaźni niejako z księżyca. Bardzo serdeczne pozdrowienia dla 
wszystkich.
W.G.
Jaśnie Panicz
Czy nie wiecie czego o mojej rodzinie i o rodzinie mego kuzyna Gustawa Kot-
kowskiego? Nie mamy dotychczas żadnych wiadomości i to nas niepokoi. 
25.01.1946*.
List ten zdziwił Adriana Czermińskiego. Owszem, znał Gombrowicza sprzed wojny, 
była to jednak znajomość raczej przelotna. Poznał go z nim młody literat, 
Czesław Straszewicz, i od czasu do czasu w „Ziemiańskiej" czy w „Zodiaku" 
gawędzili we trójkę o literaturze lub wspólnych znajomych. Pan Czermiński 
współredagował Biuletyn Polskiej Informacji Kulturalnej, znajdujący się pod 
auspicjami Polskiej Akademii Literatury, znał nowinki i plotki z dziedziny 
literatury. Co więcej, jak podkreślał Gombrowicz, „był bardzo dobrze" - 
Czermińscy herbu Cholewa mieli majątek na Wołyniu.
Przede wszystkim jednak interesowały Gombrowicza jego dalekie podróże. Adrian 
Czermiński jak na tamte czasy sporo podróżował i w miejsca naprawdę egzotyczne: 
Afryka - Maroko, Libia. Oczywiście Gombrowicz nigdy nie powiedziałby otwarcie, 
że czegoś zazdrości, rzucał jednak od niechcenia:
- Wyrwałbym się i ja z tego zaścianka...
Po czym podpytywał delikatnie, kto go wysyłał czy zapraszał, ile kosztowała 
podróż.
Najprawdopodobniej również i ze Straszewiczem widywał się przede wszystkim ze 
względu na jego częste zagraniczne podróże, liczące się w tej dziedzinie 
kontakty. Bo już tak przed samą wojną, gdy tylko dosiadali się obaj w 
„Ziemiańskiej" do Czermińskiego, rozmawiali wyłącznie o wyprawie w świat. 
Namawiali go na wyjazd we trójkę do Brazylii, na zbliżający się kongres Pen 
Clubu. Adrian Czermiński miał tam jechać jako wysłannik swego biuletynu. Nie 
miał jednak na tę podróż specjalnej ochoty. Ociągał się, zastanawiał, ponieważ w 

background image

kwietniu 1939 roku Polski Związek Literatów i Pen Club rozpoczynały na Litwie 
Kowieńskiej uroczyste obchody poświęcone Juliuszowi Słowackiemu. Chciał w nich 
uczestniczyć - w końcu to przecież nasz wieszcz. Namawiał bezskutecznie również 
Gombrowicza i Straszewicza.
- W świat możemy przecież wybrać się później - tłumaczył.
Zwlekał też z decyzją co do ewentualnego wyjazdu do Argentyny - akurat była 
możliwość zdobycia zaproszeń na inauguracyjny rejs „Chrobrego", nowego polskiego 
transatlantyku. Pojechał na Litwę, żeby uczcić Słowackiego. Gdy wrócił, okazało 
się, że Gombrowicz ze Straszewiczem machnęli na niego ręką i wyjechali do 
Argentyny.
Dosłownie za kilka dni wybuchła wojna. Dopiero wtedy inaczej ocenił ich 
niepokój, pośpiech, zniecierpliwienie Gombrowicza.
Czyżby przeczuwał to, co się zbliżało?
* Oryginał listu znajduje się obecnie w Bibliotece Zakładu Narodowego im. 
Ossolińskich we Wrocławiu, kopia - w warszawskiej bibliotece SDP.
Reżimowiec
A po wojnie Gombrowicz mógł rzeczywiście zetknąć się z nazwiskiem Czermińskiego 
w prasie argentyńskiej czy innej. Nadal przecież był dziennikarzem, jego 
artykuły przedrukowywała często prasa polonijna.
List Gombrowicza wręczono mu w MSZ. To był początek roku 1946 i korespondencję z 
zagranicy można było wtedy dostać właściwie tylko jedynie przez MSZ czy PCK. 
List wyraźnie obcięto nożyczkami - widać niżej był jeszcze jakiś dopisek. Nie 
dostał też żadnych załączników, o których wspominał Gombrowicz. Nie pytał, co 
się z nimi stało. (Może razem z resztą listu leżą gdzieś jeszcze w archiwach 
MSZ?).
Choć nie otrzymał żadnych załączników, Gombrowicz nie ukrywał przecież, że 
chciałby zostać korespondentem prasy polskiej w Argentynie. Podobno pisał w tej 
sprawie i do innych osób. Niestety, Adrian Czermiński nie mógł mu pomóc. 
Wspominał o jego propozycji Jerzemu Borejszy i kilku innym ówczesnym prasowym 
prominentom, których nazwisk już dziś nie pamięta. Żaden z nich nie powiedział 
nawet zachęcającego słowa. Dawali mu natomiast do zrozumienia, że wstawianie się 
za Gombrowiczem jest co najmniej niemile widziane, a jego propozycje faktycznie 
z księżyca.
Napisał więc do Gombrowicza, że się starał, nic jednak nie załatwił. Posłał list 
przez znajomych z dyplomacji. Nie wiadomo, czy Gombrowicz otrzymał jego 
odpowiedź. W każdym razie nigdy się już więcej nie odezwał.
Jeżeli list dostał, poczuł się pewnie dotknięty odmową. Jeżeli nie - obraził się 
tym bardziej.
- Pamiętam przecież dobrze dumę i niezależność Gombrowicza - wspomina Adrian 
Czermiński. - Wiedziałem, w jakich warunkach musiał żyć, skoro miotał się, 
prosił, chwytał najmniejszych choćby szans.
Nie, nie próbowałem zwracać się do nikogo więcej poza Borejszą i kolegami z MSZ-
u. Choć rzeczywiście w 1946 prasa była przecież bardzo różnorodna - na przykład 
Stronnictwa Pracy, peeselowska, nie mówiąc już o katolickiej...
I teraz może trochę mi żal, że nie wstawiałem się za Gombrowiczem energiczniej, 
poprzestałem jedynie na ludziach, wśród których sam się obracałem. Tylko cóż, 
nie ma już o czym mówić.
- Dziś łatwo mieć pretensje, że się nie pomogło - dodaje żona Adriana 
Czermińskiego. - Pani nie zna atmosfery tamtych lat, nie może ich zrozumieć...
Reżimowiec

background image

Wiktor Ostrowski - podróżnik, alpinista, autor wielu podróżniczych książek - 
dopiero kilka lat temu wrócił do Polski. Od roku 1947 mieszkał w Ar-
gentynie*.
* Zmarł 19 stycznia 1992 r.
Jaśnie Panicz
- Czy można o sprawach drastycznych? - pyta.
- Jeżeli tak, trzeba powiedzieć, że Gombrowicz, na którego w Polsce krzywo 
patrzono, w Buenos Aires był kilka dobrych lat „reżimowcem". Pracował bowiem w 
Banco Polaco, przedwojennej jeszcze placówce, która uznała po wojnie nowe władze 
socjalistycznej Polski, podporządkowała się dyrektywom z Warszawy. Polonia 
argentyńska, zwłaszcza ta powojenna: polityczna, natychmiast wycofała swoje 
oszczędności, kontakty z bankiem ograniczyła jedynie do prenumeraty polskich 
czasopism - innej możliwości nie było. Jego pracowników, łącznie z prezesem 
Nowińskim, poddała towarzyskiemu ostracyzmowi. Z wyjątkiem pracowników 
starszych, tuż przed emeryturą, którym trudno już było szukać nowego miejsca 
pracy.
Przed wojną pan Ostrowski utrzymywał z Nowińskim nawet dość bliskie stosunki. Po 
wojnie zerwał je absolutnie, tak zresztą jak większość argentyńskiej Polonii. 
Presja była bardzo silna. Nie kontaktował się z Nowińskim nawet Gruber - 
przedwojenny właściciel Banco Polaco, który przyjechał do Buenos Aires.
Teraz oczywiście Wiktor Ostrowski bardzo tego żałuje, ale i z Gombrowiczem, jako 
„reżimowcem", miał kontakty jedynie sporadyczne.
W roku 1963 przyjechał do Buenos Aires ksiądz Janusz Pasierb*. Chciał bardzo 
przeprowadzić z Gombrowiczem wywiać! dla „Tygodnika Powszechnego". Wiktor 
Ostrowski zaoferował swoje pośrednictwo, zadzwonił do Gombrowicza, którego 
przecież znał. Ten nie chciał jednak nawet słuchać.
- Żadnych wywiadów dla kraju - oświadczył. - Skrócą, zniekształcą, dopiszą, a 
najpewniej w ogóle nie wydrukują.
- Biorę to na swoją odpowiedzialność - nalegał Wiktor Ostrowski. Ksiądz Pasierb 
wywarł bowiem na nim niezwykłe wrażenie. Był zafascynowany jego inteligencją, 
taktem, dobrocią.
W końcu Gombrowicz dał się jednak namówić, umówił się z księdzem Pasierbem w 
kawiarni, pan Ostrowski miał ich ze sobą poznać. Przywitali się i Gombrowicz od 
razu bardzo ostro:
- Ciekawy jestem, co osoba duchowna zna z moich dzieł?
- Wszystko - odpowiedział spokojnie ksiądz Pasierb.
- A cóż osoba duchowna z nich zrozumiała?
- Więcej nawet może niż pan...
Gombrowicz przestał egzaminować, zorientował się - trafiła kosa na kamień. 
Oczywiście, po kilku latach trudno pamiętać dokładnie treść ich rozmowy. Mówili 
o wszystkim - życiu, śmierci, literaturze, wolności, godności. Pan Ostrowski 
dawno mógł sobie iść: nie był już potrzebny, siedział jednak i słuchał 
urzeczony. To nie była rozmowa, tylko uczta, jak najbardziej godni siebie 
partnerzy. Ksiądz Pasierb również zresztą próbował pisać - mówił
* Zmarł 15 grudnia 1993 r.
Reżimowiec
o swoich wierszach. Siedzieli aż do zamknięcia kawiarni, musiano ich wypraszać*.
Gombrowicz nie zwracał uwagi na żadne towarzyskie ostracyzmy. Nic sobie z nich 
nie robił. Przeciwnie, dolewał jeszcze oliwy do ognia - zdaniem Polonii w 
„Trans-Atlantyku" ośmieszył przecież sprawy najświętsze: Polskę, polskość, 

background image

przeszłość narodową, a w dodatku i poselstwo rządu londyńskiego w Argentynie!
I nawet gdy przestał pracować w reżimowym banku, gdy ucichło po „Trans-
Atlantyku", jego kontakty z Polonią ograniczały się w zasadzie do kilku 
zaprzyjaźnionych domów - przede wszystkim państwa Świeczewskich oraz 
Jankowskich. Dla reszty był obcy i niezrozumiały - wśród Polonii przedwojennej 
nie było prawie inteligencji. Wśród powojennej - nawet sporo, zajmowała się 
jednak, i to gremialnie, robieniem pieniędzy: prowadziła stacje benzynowe, 
pralnie, kawiarnie, małe fabryczki.
Argentyńska prasa polonijna dokładała mu jeszcze i po śmierci. Przede wszystkim 
po opublikowanych w kraju, w „Twórczości", listach do Jarosława Iwaszkiewicza. 
Jakby nie dość było, że pracował w reżimowym banku - pisano -prosił jeszcze 
Iwaszkiewicza o pomoc w uzyskaniu stanowiska dyrektora banku albo 
przedstawiciela filii w Paryżu i przeniesienia się tym samym do Europy!
Wiktor Ostrowski bronił wtedy pamięci Gombrowicza w „Niezależnym Kurierze 
Polskim", piśmie, które wydawał w Buenos Aires razem z kolegami walczącymi z 
grupą najbardziej nieprzejednanych emigrantów, zwaną „czarnym podniebieniem".
Nie widzieli nic nagannego w tym, że Gombrowicz zwracał się do człowieka, który 
mógł mu pomóc. Banco Polaco podlegało przecież Warszawie, a kto jak kto, ale 
Iwaszkiewicz miał wpływy.
Tylko czy mógł mu pomóc? Gombrowicz nie zastanawiał się chyba, czy to możliwe. 
Czy powierzono by mu przedstawicielstwo polskiej oficjalnej placówki? Niezbyt 
się raczej do tego nadawał.
Trudno też mieć pretensję, że ten niby to niezłomny prosił. Kiedyś mało przecież 
brakowało, a ten hrabia - bo tak kazał się tytułować: el conde Gombrowicz - 
mieszkałby w garażu Wiktora Ostrowskiego, dokładniej: w pokoiku nad garażem. 
Gdzieś tak kilka lat po wojnie pan Ostrowski dowiedział się od swoich znajomych 
o kłopotach mieszkaniowych Gombrowicza. Szukał byle czego, choćby na pewien 
czas. Nie był jeszcze wtedy pracownikiem Banco Polaco i tym samym „reżimowcem" - 
pan Ostrowski zaoferował więc swój pokoik nad garażem, lecz w końcu pomógł 
Gombrowiczowi ktoś inny. Miał jednak kółko przyjaciół.
* Na ofiarowanej księdzu Pasierbowi „Pornografii" napisał: Wielebnemu 
wielbicielowi wykrętnie wykręcam wybrak wyobraźni - Witold. Ksiądz Pasierb 
zrewanżował mu się więc, na tomiku swoich wierszy, dedykacją w tej samej 
konwencji: Genialnemu grafomanowi Gombrowiczowi.
Jaśnie Panicz
Choć czasem pomagali mu nawet i nieznajomi. Do „Fregaty", kawiarni, w której 
przesiadywał najczęściej, przyniósł kiedyś list i wszystkim go pokazywał. 
Anonimowa wielbicielka przysłała mu trzysta dolarów i karteczkę:
Niech pan tylko pisze.
Na początku lat siedemdziesiątych Wiktor Ostrowski widział się w Argentynie z 
Ritą Gombrowicz, wdową po pisarzu. Do spotkania doszło zupełnie niespodziewanie. 
Odwiedził kiedyś Marysię Świeczewską, która powiedziała mu, żeby wpadł do niej 
innym razem - teraz nie ma czasu. Do Buenos Aires przyjechała Rita Gombrowicz. 
Zbiera materiały do książki o Witoldzie. Jest właśnie w hotelu, leży chora i 
trzeba ją odwiedzić. Poszli więc do niej razem.
- Czarująca młoda osoba - wspomina Wiktor Ostrowski. - Rozmawialiśmy po 
francusku.
Właścicielka domu przy ulicy Wenezuela, y_ której Gombrowicz wynajmował latami 
pokój, długo nie mogła przyjść do siebie, gdy przystojna, szykowna Rita 
przedstawiła się jej jako wdowa po Gombrowiczu. Nie podejrzewała swego 

background image

skromnego, biednego lokatora o tak reprezentacyjną i europejską żonę.
Wiktor Ostrowski namawiał Rite na kompromis i ugodę w sprawie wydania w Polsce 
dzieł Gombrowicza. Cóż, w życiu trzeba czasem iść na ustępstwa - nie można tak, 
że albo wszystko, albo nic. Proponował nawet swoje pośrednictwo w sprawie.
Lecz Rita Gombrowicz podziękowała uprzejmie.
Trzeba przyznać - Gombrowicz nieźle sobie dobrał żonę. Nikt nie dopilnowałby 
lepiej realizacji jego woli. Była miła, ale jednocześnie stanowcza, zdecydowana, 
twarda.
Bardzo pod tym względem podobna do Witolda.
Biurowa, urzędnicza tfuszcza
Od pana Gerarda Położyńskiego, pracownika Muzeum Niepodległości w Warszawie, 
dostaję trzy oryginalne gombrowicziana, prawdziwe perełki, przyczynki do jego 
lat w Argentynie. Żartobliwy wiersz urzędników Banco Polaco do Gombrowicza oraz 
dwie jego - również wierszowane - odpowiedzi, choć wierszy raczej nie pisywał.
Gerard Położyński otrzymał je od swego kuzyna Kazimierza Ryttla, Polaka, 
mieszkającego w Buenos Aires, liczącego już lat 93, mimo to ciągle w niezłej 
formie - pan Położyński odwiedził go jesienią roku 1986.
Kazimierz Ryttel, oczywiście od dawna na emeryturze, pracował przez wiele lat w 
Banco Polaco, początkowo jako skromny urzędnik, w końcu zaś
/

168

Reżimowiec
dobrze opłacany wicedyrektor do spraw administracyjnych. Pracował właśnie między 
innymi z Combrem, którego lubił, czego dowodem dedykacja na ofiarowanym mu, 
wydanym po hiszpańsku w roku 1947 „Ślubie" („El Ca-samiento"), na którym 
napisał: Kazimierzowi Ryttlowi - z niskim pokłonem -autor-bankowiec. 21 II 1951.
I rzeczywiście, był również „bankowcem", bardzo z tego powodu nieszczęśliwym. 
Nieustannie przypominającym, jak męczy się i marnuje, ślęcząc bezsensownie tyle 
godzin przy biurku. Wywyższał się, wychwalał, udawał Bóg wie kogo, zawsze jednak 
z wdziękiem i humorem, tak że wszyscy go lubili. Na czele z prezesem banku, 
który nie tylko przymykał oczy na jego lenistwo, ale przydzielił mu oddzielny 
pokoik, gdzie niby to urzędował, a tak naprawdę bazgrał coś ukradkiem i 
przyjmował chętnie każdego, kto chciał pogadać, popłakać, wyżalić się na świat; 
dyrekcja goniła więc od Combra pracowników.
Personel Banco Polaco, składający się ze starej i nowej, czyli wojennej Polonii, 
stanowił w pewnym sensie jedną wielką rodzinę. Świętującą nieustannie urodziny, 
imieniny, rocznice - Kazimierz Ryttel ma kilka albumów ze zdjęciami. Comber jest 
jednak tylko na dwóch z nich, i to z uroczystości urządzonych w banku, na 
prywatnych bywał rzadko. Izolował się od „urzędniczej tłuszczy", która miała 
czasem dość jego złośliwostek, przyzwyczaiła się jednak do nich, polubiła je. 
Gdy nie pojawiał się więc kiedyś w banku parę dni, stęskniona, napisała o nim 
wiersz, przybity na drzwiach jego pokoju. Zatytułowany „W.G.", bo tak go ze 
względu na jego inicjały nazywano. Układali go wszyscy, ale ostateczny kształt 
nadał mu właśnie Kazimierz Ryttel, bankowy wierszokleta. Ostatecznie brzmiał 
następująco:
Nie jest urzędowe
Nie jest tajne
i nie jest poufne.

-vi.'.',

Również przedruk nie jest wzbroniony
Siedzi
pali fajkę,

background image

ubrudzony brzuszek gładzi.
Krzyknie, wstanie i narzeka;
„Lekceważą tutaj wielce tak wielkiego człeka!
Szedł
i syknął,
i wyjechał!
Ale przyjedzie i powróci,
chwile pracy znów zakłóci!
Praca w ciszy i spokoju
bez dąsów i bez kłótni.
Brzmi Salsipuedes
Jaśnie Panicz
głosem rozstrojonej lutni!
Cisza, spokój,
bo wyjechał Wugie,
Dni normalne,
choć dla Wugie są za długie.
Ale przyjdzie i powróci, pocznie warczeć, pocznie szczekać, pocznie grozić i 
warcholić, w lustrze znów grymasy stroić!
Już go widzę:
miny zmienia,
gębę krzywi
i o własnym bóstwie się roztkliwi.
Pocznie żebrać
o wielkości swej ba j durzyć
i przeklinać i złorzeczyć
i pomocną dłoń nadgryzać,
by zgryźć jej całej nie może!
Ale za to cichcem, chyłkiem,
trochę nawet tyłkiem
w kuchni podbradiaży.
Z lustra minę jedną zdejmie
i przymierzy i zgrymasi.
Coś dostanie.
Wnet się trochę pokaprysi
i naszczeka i nałaje,
na podnóżek się ułoży.
Kuchta dumnie: „Wielki na obroży".
Wielki nieszczęśliwca minę wdzieje.
Kuchta jękła: „Stołka nie ma".
Wszak nie byli to złodzieje
Mistrz był za to WIELKI;
jego sławą te figielki:
tu poskarżyć, tu podjudzić,
tam podkopać, tu podburzyć,
swych „książęcych" czarów użyć,
wśród przyjaciół wrogość wzbudzić!
Lecz niech przyjdzie
i niech stale
Reżimowiec

background image

i wytrwale
choć powoli
biuro nasze znów rozurzędoli.
Koniec
Gdy wreszcie się w banku zjawił i przeczytał, już następnego dnia przyczepił - 
również na drzwiach - wierszowaną odpowiedź Kazimierzowi Ryttlowi. Wiedział, że 
to jego sprawka.
Kakazi się, rzymiezi szalony Kazimierz
Tryumfalnie z jadaczki tasiemce wybrzusza
I z nim jak z wężem boa na Wugie wyrusza
Już myśli, że go zdusi! Myśli, że go skruszy!
Niestety, zaledwie z jadaczki tasiemiec wychynął,
Wugie z łatwością na mały palec sobie go nawinął.
Gombrowicz - Kazimierzowi Ryttlowi"- 20 IV 1957, Buenos Aires
Kilka dni później, gdy okazało się, że było to jednak dzieło zbiorowe, „WG" 
odpowiedział - na ściennej gazetce - wierszykiem, do „biurowej, urzędniczej 
tłuszczy":
Wierszyk dla niegrzecznych dzieci o gołym brzuchu:
Brzuch ze spodni się wychynął,
Pępkiem otwór zamka chce przewiercić
To znów w biały pasek od płaszczyka
Swe jedyne oko chowa
Brzuch jak Buddy własność
Jest i tłusty
Jest i szpetny!
Ale całkiem spodni nie opuszcza
Choć niechętny, gdy ze wstrętem się wykręca
Ta biurowa, urzędnicza tłuszcza
Która się nad polskim literatem znęca:
Bs. AS. 28.4. godz. 18.40.
Ubranka prezesa
Zofia Chądzyńska pisała już o swoich kontaktach z Gombrowiczem w Argentynie 
(„Twórczość" 1972, nr 4), lecz ze względów chociażby objętościowych nie mogła 
zawrzeć w swoim tekście wszystkiego. Być może, iż wspomnienia, których nie 
wykorzystała, to drobiazgi, uzupełniają jednak jego obraz z tamtych lat.
Jaśnie Panicz
Kiedy go poznała, miał już poza sobą siedmioletni okres nędzy, gdy żył właściwie 
nie wiadomo z czego; był po prostu skromnym urzędnikiem Ban-co Polaco. Choć 
spędzał tam pół dnia, jego pensja starczała na wynajęcie pokoju, jedzenie oraz 
pralnię. Ciągle był bez grosza. I dlatego właśnie finansowe kłopoty stanowiły 
główny motyw jego rozmów i kontaktów ze znajomymi. Nigdy - jak to on - nie mówił 
o nich szczerze, serio, zawsze żartem, z drwiną. Chyba nie zdarzyło mu się 
zrzucić maski.
- Zofio - mówił na przykład - porozmawiajmy o marksizmie. Jak wiesz, nie jestem 
jego wyznawcą, lecz przyznaję - pewne tezy nie są pozbawione słuszności; 
chociażby ta o równości posiadania. Więc jak w związku z tym jest możliwe, żebyś 
miała więcej ode mnie? Parasz się bardzo pięknym zajęciem (pani Chądzyńska 
prowadziła wtedy pralnię „bielizny białej" i oczywiście powodziło się jej 
nieporównanie lepiej niż Gombrowiczowi), lecz byłoby ono znacznie użytecznie j 
sze, gdybyś pomagała tym, którzy na to zasługują poziomem intelektu - na 

background image

przykład mnie. Ci, którzy mają, Zofio, powinni, jak wiesz, dzielić się z tymi, 
którzy nie mają.
Wiadomo jednak było, że tak po prostu pieniędzy nie weźmie. Razem więc z kilkoma 
Polkami, między innymi Haliną Grodzicką, Marysią Świe-czewską, Małgorzatą, czyli 
Gośką Wickenhagen, namówiły go, żeby udzielał im płatnych lekcji filozofii. 
Odbywały się raz w tygodniu w mieszkaniu którejś z nich, a kończyły niezłą 
kolacją. Za lekcje dostawał sporo - gdzieś tak około połowy jego miesięcznej 
pensji w banku. Wykładał o Schopen-hauerze, Nietzschem, egzystencjalizmie. 
Wspaniale - żywo, interesująco, dowcipnie. Zapalał się i w ogóle był w swoim 
żywiole. Zawsze jednak dawał wyraźnie odczuć, że się tym bawi, ma w nosie, robi 
to wyłącznie dla forsy. Zerkał co jakiś czas ostentacyjnie na zegarek, nigdy nie 
przedłużył lekcji choćby o sekundę. Potrafił zacząć na przykład zdanie:
- Jak wam wiadomo, jeszcze przed Einsteinem mówiono o... - po czym, widząc, że 
mija wyznaczony czas, klaskał w dłonie: - No, dziewczynki, koniec oświaty! I tak 
wam już nic nie pomoże. Kolacyjka! Już! Ani sekundy zwłoki!
Często wyrzucał pani Chądzyńskiej, że nie przyjmuje u siebie Grubera, byłego 
prezesa banku PKO.
- Konsulesso (nazwał ją tak, jako że jej nieżyjący już wtedy mąż pracował przez 
jakiś czas w MSZ-cie) - dziwił się - dlaczego zapraszasz do siebie wyłącznie 
gmin? Ozdóbże swój salon prezesem!
Zofia Chądzyńska specjalnie jednak za prezesem nie przepadała. Choć wiedziała 
oczywiście, że Gombrowiczowi na nim zależy (nazywał go swoim „łaskawcą"); 
spodziewał się od Grubera większej sumy za opracowanie mu pamiętników, do czego 
jednak w końcu nie doszło.
Odwiedziła ją kiedyś w Argentynie jej matka, która znała prezesa jeszcze sprzed 
wojny i chciała się z nim zobaczyć. Pani Chądzyńska zaprosiła go wyłącznie dla 
niej. Po czym zadzwoniła zaraz do Gombrowicza.
Reżimowiec
- Tak jak chciałeś, ozdobiłam swój salon, zaprosiłam ci wreszcie prezesa - 
powiedziała.
Ku jej zdziwieniu Gombrowicz oświadczył, że jest zajęty, nie ma ochoty.
- Jak to? - nie wytrzymała - tak przecież chciałeś, żebym go przyjmowała...
- Teraz już na to za późno. Ubranka prezesa leżały kiedyś na mnie jak ulane. A 
teraz, wyobraź sobie - bardzo schudł...
Na egzemplarzu ofiarowanego jej „Bakakaju", który wyszedł w Polsce, napisał:
Zosiu, siedzę tu z Tobą w barze London i daję ci tą dedykację w mniemaniu, że 
zechcesz mi kupić w prezencie wieczne pióro... Buenos Aires, 1958.
Płakać się chce, gdy się mówi o tym dzisiaj, ale w tamtych latach akurat to 
wcale nie był żart. Rzucił już wtedy odważnie bank, żył wyłącznie z pisania i 
miał okresy pustki w kieszeniach.
Grupa jego najbliższych przyjaciół zapraszała go wówczas do siebie na kolacje, 
żeby sobie dobrze podjadł. Kupowali mu papierosy, przesyłali - jak to nazywał - 
gościńce; najczęściej coś do jedzenia.
- Słuchaj, czym mogę go najbardziej zainteresować? - pytała pani Chą-dzyńskiej 
słynna Czajka, czyli Izabela Stachowicz, która przyjechała na jakiś czas do 
Argentyny.
- Bogactwem - poradziła. - Gombrowicz nie wdaje się przecież z kobietami w 
intelektualne rozmowy.
Czajka udawała więc, że przyjechała do Argentyny w sprawie swojego spadku. I 
faktycznie, zanim Gombrowicz zorientował się, że to kpiny, wdawał się z nią w 

background image

daleko idące finansowe rozmowy.
We wspomnieniach drukowanych w „Twórczości" Zofia Chądzyńska wspominała o 
materialnych oświadczynach, które złożył jej Gombrowicz, mówiąc po prostu, że 
idzie mu „o dobry adres i gotowanie".
- Znudziło mi się już - oznajmił - jadanie w restauracjach.
Bardzo też chciał wyprowadzić się wreszcie ze swego wynajętego pokoju, chciał 
być nie tylko nakarmiony, ale zadbany i obszyty.
Innym paniom ze znajomego grona nie składał podobnych propozycji. Albo miały 
mężów, albo nie zarabiały lub też nie gwarantowały prowadzenia domu na 
zadowalającym go poziomie. Do niej natomiast - jak wspomniał w „Dzienniku" - 
mógł przyprowadzić, i to bez uprzedzenia, samego Franęois Bondy'ego. Snobizm 
zawsze go cechował, choć się do tego nigdy nie przyznawał. Bolał na przykład nad 
tym, że nie zetknął się z Borgesem. Na dodatek wszystkiego nie mówił jednak 
najlepiej po hiszpańsku, lepiej wprawdzie niż po francusku, lecz nie tak, jakby 
sobie tego życzył. Jego francuski zardzewiał, wrócił do niego dopiero w Yence.
Oświadczyny Gombrowicza - jak wszystko zresztą z jego strony - traktowała Zofia 
Chądzyńska oczywiście jako żart, choć bez wątpienia mógł mieć dość materialnych 
kłopotów. Jak się po latach okazało, prowadził cały czas
Jaśnie Panicz
dziennik intymny*, który znajduje się obecnie w posiadaniu wdowy po nim, pani 
Rity Gombrowicz. Notował najdrobniejsze nawet próby romansów. Zaznaczył między 
innymi, że dwukrotnie oświadczał się Zofii z Coronel Diaz i dwukrotnie dostał 
kosza. A pani Chądzyńska mieszkała właśnie na Coronel Diaz.
Tylko czy ten dziennik można traktować poważnie? Poza stała się jego drugą 
twarzą. Jak pisał Bau, Gombrowicz wspominał w nim również o próbach uwiedzenia 
go przez utytułowaną damę, która była odpowiednikiem Lee Radziwiłł w połonijnym 
Buenos Aires albo tak sobie wyobrażała. Jedyną naprawdę utytułowaną damą, z 
którą się stykał, była księżna Ada Lubomir-ska. A ona, owszem, bardzo go lubiła, 
przyjaźnili się, żeby jednak usiłowała go uwieść? Choć czy w tych sprawach można 
coś wiedzieć na pewno?
W roku 1960 Zofia Chądzyńska wracała do Polski. Pożegnali się. I jak się 
okazało, już na zawsze.
Jego sytuacja finansowa znacznie się poprawiła dopiero pod koniec lat 
pięćdziesiątych. Coraz więcej wydawał. Zaczął więc żyć inaczej. Jadał w lepszych 
restauracjach, latem wyjeżdżał do Tandilu i innych letniskowych miejscowości. 
Nie musiał już szukać „łaskawców" i „dobroczyńców", tracić cały czas na chałtury 
w rodzaju lekcji filozofii dla zamożnych pań. Wtedy właśnie dał jej na 
przechowanie większą sumę pieniędzy - nie był pewny lokatorów domu, w którym 
mieszkał.
Były to jednak jego ostatnie lata w Argentynie, dlatego właśnie wspomnień 
niefinansowych tak o nim mało. No, chyba że to z Nagrodą Nobla, bardzo dla niego 
charakterystyczne - przyznawał się jawnie do tego, co inni głęboko skrywali.
- Zofio - mówił - najwyższy już czas, żeby twój dobry znajomy, ambasador polski 
w Szwecji, zaczął chodzić koło mojego Nobla.
- Jakiego Nobla? - dziwiła się. Działo się to bowiem w roku 1958. Gombrowicz był 
autorem zupełnie na świecie nieznanym. Lecz już wtedy wiedział, ku czemu zdąża, 
i nie pozwalał na żadne na ten temat kpiny.
- Dawno powinnaś go już urabiać - mówił dalej. - Wiesz, jak jest z Noblem i w 
ogóle ze wszystkimi nagrodami. Tu trzeba szepnąć słówko, tam trzeba szepnąć 
słówko... A jak mi pomożecie, to ho, ho, ho - nie pożałujecie!

background image

Albo inny drobiazg.
Wpadł kiedyś do niej na kolację. Akurat gościła swoją przyjaciółkę Goś-kę. Tak 
się jakoś złożyło, że wszyscy byli w dobrych nastrojach, zaczęli bawić się w 
pięć minut seksualnej szczerości.
Gombrowicz zaczął oczywiście pierwszy. Że dzielnice Retiro, młodość, niższość; 
niezależnie od płci. (I chyba mówił prawdę - fascynowała go przede wszystkim 
młodość, ale ucieleśniona zarówno w mężczyźnie, jak
- Fragmenty dziennika cytował w swoich wspomnieniach z Argentyny Zdzisław Bau, 
„Kultura" (Paryż) 1979, nr 9.
Reżimowiec
i kobiecie - przyjaźnił się z wieloma: z Cecylią Debenedetti przede wszystkim. A 
o tych swoich chłopcach bardzo ostentacyjnie opowiadał, na tym to głównie 
polegało. „Ach, teraz jestem z tym i z tym" - mówił z nazwiskiem. Albo: 
„Mieszkam obecnie z Russo...". Tymczasem Russo wynajmował po prostu sąsiedni 
pokój w tym samym domu)*.
Pani Chądzyńska żartem, że tylko kobiety, przede wszystkim ta oto właśnie jedyna 
kobieta na świecie - Gośka...
Przyjaciółka, że tradycyjnie - tylko panowie...
Gombrowicz spoważniał i ostro zwrócił się do Gośki:
- Trudno, moja droga, sama widzisz, coś powinna zrobić. Zamknij no oczy, 
zaciśnij zęby, pomyśl sobie, że jesteś w podróży...
Po śmierci męża Zofii Chądzyńskiej Witold przysłał jej list kondolencyjny. 
Naprawdę wzruszający. W gruncie rzeczy był bardzo samotny, choć zawsze miał koło 
siebie tych chłopców - akolitów, którzy kochali go i kpili z niego, i którym tak 
ogromnie chciał imponować.
* (...) Uchodził za wroga kobiet, nieszczędzącego im przykrych epitetów: 
miękkawe i rozlazłe, rozpływająca się w kosmosie „babskość" itd.
Byłam młoda, bynajmniej nie „miękkawa i rozlazła", toteż Gombrowicz 
zainteresował się mną na tyle, że zaczął mi niebawem prawić komplementy dość 
specyficzne. (...) Sądziłam, że są to tylko egotyczne pogaduszki, ale gdy jął mi 
nadsyłać listy z jednym zdaniem: „Potrzebna mi jest Pani obecność. Dlaczego nie 
chce Pani przełamać mojej samotności. Jest Pani pierwszą kobietą, którą znoszę 
przy sobie" - zorientowałam się, że może Geniusz bierze mnie za jakiegoś 
Szczupłego Chłopaczka, tak miłego jego gustom. (...)
Spotkania nasze i korespondencja ograniczały się zrazu do „polemicznych igraszek 
i żarcików", jak je nazywał. Wymienialiśmy listy i maszynopisy ostatnio pisanych 
utworów. Niekiedy pisał po hiszpańsku ,Josefina ąuerida", co odwzajemniałam, 
zwąc go „Caro Yitoldo". W żarcikach bywał urokliwie rubaszny, zniekształcał 
wyrazy: „Zasełam Grzychy, Wstydy moje i czułości wszelkie", lecz bywał i 
romantyczny: „Myśl moją Posępną albo i Nieposępną zasełam, bo Nikt poza Mną 
takiego smutku nie ma".
(...) uważał, że zaistnieć mogłam tylko dzięki niemu, dla niego, w nim. (...) 
Męczyły mnie jego narcystyczne wyznania, jego zaś to, że „nie chciałam się 
poddać", toteż przyjaźń nasza była burzliwa, zależna od wyciszeń jego egotyzmu, 
z którego nie mógł zrezygnować. Pamiętam na przykład niezwykły wręcz „atak 
egoistyczny" Gombrowicza, który wydarzył się w czerwcu 1955 roku na odczycie 
przybyłego z Paryża Józefa Czapskiego. Podarował on mi swoje „Wspomnienia 
starobielskie" z piękną dedykacją, na którą Gombrowicz skrzywił się ironicznie, 
a gdy Czapski skreślił mi jeszcze kilka miłych zdań na miesięczniku „Kultura", 
Gombrowicz wyrwał mi ją z ręki i z pasją, z wściekłością napisał na niej tak 

background image

mocno, że przedziurawił papier: ,Ja. W. G.". Milczałam zażenowana. Powtarzał tu 
swoje „nikt poza mną", był po prostu zazdrosny o to, że Czapski rozdawał 
autografy, a do niego nikt się nie zwracał o nie, co było przecież zrozumiałe, 
gdyż był tylko gościem na spotkaniu z innym autorem. Lecz nie potrafił tego 
znieść.
Józefa Radzymińska, „Nikt poza mną", „Wiadomości Kulturalne" 1994, nr 8.
Jaśnie Panicz
Zadzwoniła, żeby mu podziękować.
- Konsulesso - usłyszała - naprawdę potraktowałaś to poważnie? Ja przecież 
kpiłem...
Garden party petites tables the dansant...
Gośka, czyli pani Małgorzata Wickenhagen, poznała Gombrowicza w roku 1949 czy 
1950. Właśnie u Zosi Chądzyńskiej. Ma jednak - w odróżnieniu od przyjaciółki - 
mniej o nim do powiedzenia. Z Zosią bowiem Gombro rozmawiał nawet i na 
zasadnicze tematy. Ona natomiast przede wszystkim go bawiła - lubił bardzo ją 
zaczepiać, denerwować, czasem kuksnąć w bok. A co do rozmów, rzucił czasem 
najwyżej kilka zdań, po czym bardzo tego żałował. „Dla niej - dogryzał - to i 
tak za dużo". Uważał ją po prostu - tak zresztą jak niemal wszystkie znajome mu 
panie - za półczłowieka, kretynkę, niemalże pensjonarkę - miała wtedy 
dwadzieścia kilka lat, wyglądała o wiele młodziej.
Spotykali się najczęściej w towarzystwie - u Grodzickich lub Grocholskich. Albo 
właśnie u Zosi, gdzie często wpadał, aby je obie podenerwować i podrażnić. 
Wchodził, jak to on, sztywny, z kapeluszem w dłoni, witał się, rzucał swoje:
- No, gąski, tylko żadnych tych waszych seksualiów, wiecie, że tego nie lubię!
Po czym godnie, jak na gościa przystało, siadał naprzeciwko lustra, przyglądał 
się, obracał głowę w różne strony, badając swój profil, i cały wieczór nie mówił 
ani słowa. Albo podśpiewywał tylko jakąś muzyczną frazę, nie zwracając uwagi na 
ich błagania:
- Witoldo, przestań, na miłość boską!
Potrafił również znęcać się nad nimi zupełnie niewyrafinowanie - wybierał wtedy 
dzień bardzo upalny, kiedy ledwo żyły ze zmęczenia, i dokuczał, drwił tak, że 
miały ochotę wprost go zabić. O obrażaniu się nie było jednak mowy - o to 
przecież mu chodziło.
Na przyjęciu, na które zaproszono między innymi kilku inżynierów, rzucał na 
przykład głośno:
- Uważam, że inżynier to nie całkiem człowiek...
I potrafił błyskotliwie to udowodnić, używając argumentów nie do odparcia, a 
ponieważ był niebywale inteligentny, wykształcony filozoficznie, zupełnie 
inżynierów dobijał.
Zawsze zresztą powtarzał, że gdy tylko zechce, dowiedzie każdej tezy. 
Rzeczywiście, dla ćwiczeń, własnej satysfakcji potrafił dowieść założenia 
najbardziej nieprawdziwego.
Małgorzata Wickenhagen uważa jako graficzka, że zawarte w „Dzienniku" jego 
wywody o sztuce, szczególnie o malarstwie, są zabawą w „udowadnianie". 
Niemożliwe, żeby człowiek o takim poczuciu piękna, smaku miał podobne poglądy.
Reżimowiec
- W ogóle był fascynujący. Owszem, złośliwy, perfidny, okrutny. Czasem wprost 
koszmarny. Lecz w sprawach zasadniczych prawy, uczciwy, o wielkiej godności 
osobistej.
Do pieniędzy miał stosunek pogardliwy. Gdy coś od kogoś dostawał (najczęściej z 

background image

ubrań), brał tak, że to ofiarodawca czuł się niezręcznie. Gombro natomiast 
rzucał swobodnie:
- Ach, jak wspaniale na mnie pasuje!
Nie miał zupełnie fałszywego wstydu - przyjmował „prezenty".
Nie zrobił nic, żeby zarobić większą sumę, choć przecież mógł. Bank stał się 
koniecznością - musiał mieć to minimum. O dodatkowym zarobkowaniu nie było 
jednak mowy. Nie opracował w końcu pamiętników dla swego „dobroczyńcy" - 
znudziły go, nie interesował się nawet, czy ten człowiek zapłaci mu za 
dotychczasową pracę.
- Co się będę męczył z głupcem - mówił. - Nie, ani chwili dłużej!
Skończył również z lekcjami filozofii, których udzielał grupce Polek. Też miał 
już tego dość.
Odwiedzał czasem wieczorami Małgorzatę Wickenhagen i jej męża. Mieszkali na 
parterze, okna oraz parapet kuchenny, na którym przygotowywali posiłki, 
wychodziły wprost na ulicę. Widać było, co przygotowują na kolację. Gombro 
zawsze, zanim wszedł, chodził pod oknami, a potem mówił:
- Gośku, daruj, nie zostanę dziś u was na kolacji - widziałem, że przygotowujesz 
kluski! Jak wiesz, nie jadam dań czeladnych. No, chyba że nie jest to główne i 
jedyne danie wieczoru...
Lecz choć było główne i jedyne - zostawał i jadł z apetytem. W tym swoim banku 
zarabiał przecież niewiele i często nie dojadał, choć nigdy o tym nie wspominał, 
był też nie najlepiej ubrany i mieszkał w bardzo skromnym pensjonacie.
Ale nawet przy kluskach podkreślał swoje szlachectwo.
- Gośku - mówił - czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, kim byli Kotkow-scy, 
rodzina mojej matki? Ze swoim małomieszczańskim pochodzeniem nie masz w ogóle 
nic do gadania...
Było to tak szczere, że tym samym dalekie od snobizmu, zdecydowanie lubił jednak 
mistyfikacje i w tej dziedzinie:
- Wracam właśnie od księżnej Ady - mówił. - Ach, bardzo była dziś dla mnie 
łaskawa...
Można by pomyśleć, że odwiedzał nie wiadomo jakie salony. Tymczasem Ada 
Lubomirska, choć rzeczywiście autentyczna księżna, nigdy nie podkreślała swego 
pochodzenia, była osobą młodą i początkowo powodziło się jej tak, jak całej 
powojennej Polonii. Skromny pokoik z przepierzeniem, na kolację pizza 
przynoszona z pobliskiej restauracyjki.
W „Dzienniku"* pisał: Wczoraj u Gośki na „garden party petites tables the 
dansant"... Tymczasem państwo Wickenhagen nie mieli wcale ogrodu.
* Paryż 1971,1.1, s. 63.
12. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
I w ogóle, jakie to było „party". Sama przecież gotowała, i to na ogół nic 
szczególnego, choćby właśnie kluski... Przychodzili zawsze ci sami ludzie: 
Grodziccy, Świeczewscy, Grocholscy...
Lecz to był właśnie cały Gombro - kiedyś w kawiarni przedstawił ją tym „swoim" 
chłopcom jako autentyczną baronową. Gdy zaprzeczała, mówił:
- Ta twoja gęsia uczciwość wyłazi ci wprost uszami! Jesteś tak przyzwoita, że aż 
nudna.
(A tak na marginesie, ci chłopcy, wpatrzeni w niego niczym w Sokratesa, wszyscy 
zostali artystami. Chyba tylko jeden „zmieszczaniał").
Natomiast świętością, sprawą serio, na której temat nie robił żadnych żartów, 

background image

była jego twórczość. Nie miał - jak inni twórcy - kompleksów. Stawiał sprawę 
jasno i otwarcie: jest geniuszem. Jednym z najinteligentniejszych ludzi świata. 
To oni właśnie - Sartre chociażby - stanowili jego odniesienie. Jego twórczość 
przebija się powoli w Europie, zyskuje wreszcie należne jej miejsce.
Zupełnie przypadkowo opuścili Argentynę w tym samym roku - w 1963. On do Europy, 
ona już na stałe do kraju.
- Gdy czasem o nim myślę, strasznie mi żal, iż tej sławy, która tak bardzo mu 
się należała, zaznał za późno, za krótko. I nie takiej, na jaką zasługiwał. 
Powinien doczekać satysfakcji o wiele większej; Nobla przede wszystkim. 
Wspominam go ze smutkiem. Gdyby żył jeszcze choć z kilka lat...
Tragikomedia
Andrzej Wajda znalazł się w Argentynie w roku 1960 na festiwalu filmowym w Mar 
del Pląta. Jego filmy nie były wtedy prezentowane, ale „Popiół i diament" oraz 
„Kanał" wyświetlano w Buenos Aires już wcześniej. Polskę reprezentowała wówczas 
„Baza ludzi umarłych" Ewy i Czesława Petelskich, którzy- obok Wajdy oraz Jerzego 
Stefana Stawińskiego, scenarzysty „Kanału" - wchodzili w skład delegacji 
polskiej.
Z Mar del Pląta Wajda razem ze Stawińskim pojechali do Buenos Aires, gdzie 
zajęła się nimi serdecznie argentyńska Polonia. Zaprosili ich do siebie do domu 
państwo Lubomirscy, z „tych" Lubomirskich, a tam - po prostu ludzie pracy, 
zatrudnieni, zdaje się, w jakimś laboratorium, w każdym razie żyli i mieszkali 
bardzo skromnie. Od razu uprzedzili, że warto przyjść - będzie Gombrowicz. 
Zapraszali na siedemnastą, Wajda ze Stawińskim stawili się oczywiście 
punktualnie, tymczasem, choć mijał już kwadrans, Gombrowicz się nie pojawiał. 
Pani domu uspokajała ich jednak - to jego stary zwyczaj, zawsze spóźnia się 
piętnaście, dwadzieścia minut, uważa, że tak wypada, podkreśla to jego dystans i 
niezależność wobec drugiej strony. Siedzi teraz w kawiarni obok, patrzy na 
zegarek, czeka, kiedy będzie mógł się pojawić. I rzeczywiście, przyszedł po 
dwudziestu minutach bez słowa uspra-
Reżimowiec
wiedliwienia. Wyglądał znakomicie - piękna, inteligentna twarz, żadnych jeszcze 
oznak choroby, starannie, schludnie ubrany, poruszający się z godnością - typ 
bardzo przedwojenny, częsty zresztą u emigrantów nietkniętych wojną i okupacją.
Trudno dziś oczywiście pamiętać treść ich ówczesnych rozmów. Niestety, Andrzej 
Wajda nie prowadził jeszcze wówczas żadnych zapisków. Kilka epizodów utkwiło mu 
jednak w pamięci.
Gombrowicz opowiadał wtedy scenę w autobusie, którą opisał potem w trzecim tomie 
„Dziennika". Jednemu ze znajomych zaproponował, aby dla „zadania szyku" 
rozmawiali ze sobą tak, jak gdyby byli muzykami. Znajomy podchwycił pomysł, 
zaczai mówić głośno o koncertach, Toscaninim. Gombrowicz natomiast po chwili, 
nie mniej głośno i z naganą: po co te popisy, strojenie w cudze piórka? Z muzyką 
nie mają przecież nic wspólnego... Znajomy, cały w pąsach, topił w nim mordercze 
spojrzenie, Gombrowicz tymczasem był zachwycony swoim pomysłem.
Wśród gości znajdował się również pan z wąsem o wyglądzie Clarka Ga-ble'a, 
którego nazwisko wyleciało już Wajdzie z pamięci. Emigrant, dawny ziemianin, a i 
obecnie właściciel kawałka ziemi pod Buenos Aires, gdzie z pasją oraz znawstwem 
hodował konie. I tej jego pasji nie szczędził Gombrowicz złośliwości. 
Udowadniał, że człowiek na koniu to nienaturalne, a poza tym - zwierzę na 
zwierzęciu?
Przy pożegnaniu zaprosił Wajdę i Stawińskiego na kawę. Było już późno, ciemno, 

background image

szli w trójkę przez puste i rozległe Buenos Aires. Dotarli wreszcie do jakiejś 
kawiarni, nie-kawiarni, olbrzymiej landary czynnej całą noc, w której kilka osób 
grało w bilard. Siedzieli nawet dość długo, coś tam pili, rozmawiali. Potem, już 
dobrze po północy, odprowadzili jeszcze Gombrowicza pod dom, w którym mieszkał. 
Po drodze zatrzymali się przed wystawą, gdzie przyciągała wzrok fascynująca, 
elektryczna lampa. Ciepło wprawiało w ruch namalowany na kloszu pociąg niczym z 
westernu. Wydawało się, że za chwilę wjedzie na człowieka. Wszyscy trzej, na 
czele z Gombrowiczem, stali zapatrzeni z nosami przyklejonymi do szyby.
- Niby jedzie, a nie jedzie? - dziwił się Gombrowicz.
I ta scena, a właściwie cała nocna eskapada, wywarła na Wajdzie niezapomniane 
wrażenie. Przypominała mu atmosferę utworów Gombrowicza: „Ferdydurke" chociażby. 
Absurd, tragizm, a zarazem komedia i groteska. Wielki polski pisarz, zawleczony 
przez los na drugi koniec świata. Świata tak szalenie innego, obcego i 
niezrozumiałego, w którym - z niepojętych dla nich powodów - pozostawał tyle 
lat, w zupełnej izolacji od Europy, środowiska. Do tego wszystkiego jeszcze noc, 
ciemność, upiorna pustka. I oni trzej zetknięci tak przypadkowo, i na krótko, z 
wzrokiem wlepionym w idiotyczną w gruncie rzeczy, kiczowatą, ohydną lampę.
Buenos Aires, w ogóle Argentyna przypominały Wajdzie literaturę Bor-gesa, gdzie 
już od pierwszych stron czuje się inność i nierzeczywistość opi-
Jaśnie Panicz
sywanego świata. Wszystko było tam nienaturalnie wielkie. Na przykład tak 
olbrzymiej kawiarni nie widział jeszcze nigdy. Wprawdzie w Ameryce budynki też 
są ogromne, ale zawsze funkcjonalne, czemuś służące. Tutaj natomiast wielkość 
bez sensu i celu. Całe miasto bardzo rozległe, domy daleko od siebie 
porozrzucane. Trzydzieści razy Radom, który chce być Europą -mówił Stawiński.
Zarówno on, jak i Wajda - obaj wtedy młodzi - dziwili się bardzo, że Gombrowicz 
siedzi w Argentynie. Zupełnie tego nie rozumieli, uważali go co najmniej za 
dziwaka. Było już przecież po Październiku, sytuacja w kraju i w kulturze raczej 
nie najgorsza - Gombrowicza właśnie wydawano, recenzowano, chwalono. Wyszło 
kilka jego utworów, następne były w planach. Pytali go, dlaczego nie wraca, czy 
chociażby nie odwiedza Polski. Do głowy im nawet nie przyszło, że może nie było 
go stać na taką podróż.
- Po co miałbym jechać? - dziwił się. - Żeby spotkać się z moimi wydawcami? 
Innych spraw już w kraju nie mam.
Mówił, że nic i nikogo tam nie zostawił. Nic więcej stamtąd wywieźć nie może. 
To, co mu potrzebne do pisania o Polsce - jest w nim. To, co o niej wie - też mu 
wystarczy.
Czuli, że jest wobec nich raczej nieufny. Traktował ich trochę jak młodych, 
idących do przodu „reżimowców". Reprezentowali przecież PRL na międzynarodowym 
festiwalu, Wajda kręcił filmy, Stawiński pisał książki i scenariusze, obaj byli 
wielokrotnie nagradzani.
Może zaważyły inne powody; nastrój chociażby, w każdym razie zupełnie nie 
skorzystał z okazji, żeby dowiedzieć się od nich czegoś o kraju. Uderzyło ich, 
że o nic właściwie nie pytał, mówił o wszystkim i o niczym. To oni zadawali 
pytania, nie on. Wajda wspomniał na przykład o swoim „Kanale", nagrodzonym w 
Cannes, Stawiński wręczył mu wydane właśnie „Sześć wcieleń Jana Piszczyka", 
wszystko jednak bez echa i słowa komentarza, tak jakby kompletnie go to nie 
interesowało. Wajda spytał też, czy widział „Popiół i diament". Odpowiedział, że 
nie, czym uciął oczywiście i ten temat. Tymczasem, jak się później od 
Lubomirskich dowiedzieli, widział film, rozmawiał nawet o nim. Nie wiadomo, 

background image

dlaczego nie chciał się do tego przyznać. Najprawdopodobniej ze względu na 
Jerzego Andrzejewskiego - na podstawie jego powieści nakręcono przecież „Popiół 
i diament". Wyraźnie go nie lubił, wyrażał się z przekąsem o jego twórczości, 
zwłaszcza tej z lat pięćdziesiątych, publicystycznej. Niewątpliwie ze względu na 
Andrzejewskiego był to dla niego film stracony.
Dziś, po latach, Andrzej Wajda trochę inaczej patrzy na to spotkanie. Podziwia 
przede wszystkim siłę Gombrowicza, która pozwoliła mu wyjść tak zwycięsko z lat 
spędzonych w Argentynie. A jego pobyt tam uważa teraz raczej za „palec boży". W 
każdym kraju europejskim czy Stanach Zjednoczo-
Reżimowiec
nych - mimo swej osobowości - uległby być może presjom, zamówieniom, modom. W 
Argentynie natomiast świat przechodził obok niego bez śladu, pozwalał mu 
pozostać Witoldem Gombrowiczem.
.u<a«narr;i Program minimum i maksimum
Stanisław Wisłocki, wówczas jeszcze dyrektor Filharmonii Warszawskiej, spotkał 
się z Gombrowiczem w Argentynie w roku 1962, podczas swego drugiego tam pobytu. 
Znajomy pana Wisłockiego - Polak zamieszkały w Buenos Aires na stałe - zaprosił 
go do państwa Świeczewskich, przyjaciół Gombrowicza. I oni właśnie rzucili 
pomysł wspólnego spotkania. Gombrowicz nie miał przecież zbyt wielu okazji do 
spotkań z polskimi artystami. A kontakty z nimi bardzo go interesowały, choć 
oczywiście nie zawsze zadowalały.
- Ja również bardzo chciałem poznać człowieka, o którym sporo słyszałem - mówi 
Stanisław Wisłocki.
Państwo Świeczewscy zaprosili ich obu do restauracji, gdzie Wisłocki zderzył się 
z Gombrowiczem w drzwiach. Widział wcześniej kilka jego zdjęć, tak że go poznał, 
przedstawił się.
- Bardzo mi miło - powiedział Gombrowicz.
Przywitali się, podeszli do stolika, gdzie czekali już Świeczewscy. Kelner podał 
kartę dań.
- Wiesz pan co - powiedział Gombrowicz - musimy zniszczyć materialnie naszych 
fundatorów - mają przecież taką kupę forsy! Zamawiajmy najdroższe dania!
Świeczewscy prowadzili małą fabryczkę plastyku i oczywiście w porównaniu z 
Gombrowiczem byli ludźmi zamożnymi. Bardzo mu zresztą pomagali.
Stanisław Wisłocki nie zamierzał ich wcale „niszczyć", Gombrowicz natomiast 
zamówił kilka dużych, bardzo drogich dań, najlepsze wina. I jadł szybko, z 
widocznym apetytem, Wisłocki sądził więc, że to zgrywa czy wygłup. Dopiero 
później, po następnych z nim spotkaniach zrozumiał, że ten człowiek na pewno 
zbyt często podobnych wspaniałości nie jadał. Zrozumiał to, gdy zobaczył jego 
skromny pokój, jedyny chyba garnitur (w innym go w każdym razie nie widział), 
wysłuchał narzekań na chałtury, którymi musiał dorabiać na życie - nie dawał 
jednak rady żyć wyłącznie z pisania.
- To moja katorga - przyznawał. - Zabierają mi tyle czasu i tak strasznie 
męczą...
- Nie przyszło mi, niestety, do głowy spytać, jak zarobkował, co robił. Bez 
wątpienia jednak praca wyłącznie dla pieniędzy była jego zmorą.
Podczas spotkania w restauracji Gombrowicz wypił sporo wina. Nie bardzo mógł sam 
wracać, odwieźli go więc do domu. I właśnie przez to wino oraz „wielkie żarcie" 
nawet wtedy nie porozmawiali. Mieli okazję dopiero podczas następnych spotkań.
Jaśnie Panicz
- Odwiedziłem go bowiem nazajutrz, a potem jeszcze chyba ze dwa razy - wspomina 

background image

Stanisław Wisłocki.
Mieszkał w jednopiętrowym domu z nadbudówką, pensjonacie właściwie, niemal 
wszystkie pokoje były wynajmowane. Jeden z nich zajmował on. Wnętrze bardzo 
skromne: biurko, lampa, łóżko, całe ściany książek. Żadnych bibelotów. Jedyne 
„luksusy" to płyty i nawet nie najgorszy gramofon.
- Stary, zdezelowany - narzekał Gombrowicz. - Żadnemu z moich bogatych 
przyjaciół nie przyjdzie jednak do głowy, żeby mi kupić nowy... Ach, ta 
argentyńska Polonia... Nie ma pojęcia, co robić z pieniędzmi, tymczasem 
Gombrowicz, który powinien być jej chlubą - bez porządnego gramofonu, 
dorabiający chałturami...
Nie mówił tego z wyrzutem, lecz z ironią i sarkazmem.
- W ogóle byłem nim mile zaskoczony - mówi pan Wisłocki. - Słyszałem, że jest 
agresywny, arogancki, nieprzyjemny, egzaminujący. Ja odebrałem go jako człowieka 
mądrego, obdarzonego gorzkim, ironicznym poczuciem humoru, a przede wszystkim 
bardzo sympatycznego. Nie znał mnie przecież, a sporo mówił o sobie. Chciał mnie 
jak najlepiej przyjąć. Od razu zdjął z półki dwie butelki wina, rozlał. Prawie 
nie piję, wypiłem najwyżej pół szklanki, on resztę... Mam za złe Wisłockiemu, że 
się nie upił- wspominał potem w „Dzienniku".
Rozmawiali oczywiście przede wszystkim o muzyce.
- Muszę pana wykorzystać - powiedział Gombrowicz. - Nie wiem, jakie powinienem 
mieć płyty, żebym mógł wyrobić sobie pogląd na to, co na przestrzeni wieków w 
muzyce najlepsze.
Stanisław Wisłocki nie wiedział, jakie płyty są w Argentynie dostępne, zrobił mu 
jednak spis podstawowych pozycji. Od baroku do muzyki współczesnej. Do renesansu 
już nie sięgał - o płyty z tego okresu mogło być najtrudniej.
- Tylko proszę pamiętać - mówił Gombrowicz - o moich możliwościach finansowych i 
zrobić mi program minimum, tylko na taki mnie stać. Choć program maksimum też 
właściwie chciałbym mieć, może kiedyś będę mógł sobie pozwolić na jego 
realizację?
Zrobił mu więc dwa programy. Podarował też kilka płyt, które przywiózł ze sobą z 
Polski: między innymi własne nagrania z orkiestrą Filharmonii Warszawskiej - 
koncert d-moll Brahmsa, Karłowicza, drugi koncert Rachmaninowa ze Swiatosławem 
Richterem, i coś tam jeszcze, trudno już dziś pamiętać.
Był bardzo wdzięczny, dziękował. Rozmawiali też o kompozytorach polskich, 
chociażby o Szymanowskim. Pytał również o kompozytorów współczesnych. Nic o nich 
nie wiedział, nie znał żadnych nazwisk i nic dziwnego -płyty polskie do 
Argentyny nie docierały. Muzyka polska była jeszcze wtedy w świecie nieznana, po 
latach zupełnego odcięcia dopiero torowała sobie drogę na świat.
Nie obeszło się oczywiście i bez rozmów na inne tematy. Przede wszystkim o 
literaturze.
Reżimowiec
- Literatura polska - mówił Gombrowicz - głównie romantyczna, poruszała problemy 
typowo polskie, nieinteresujące i niezrozumiałe dla świata. Roztrząsała swoją 
martyrologię, cierpienia; chociażby rozbiory. Dlatego właśnie nie doczekała się 
uznania światowego, jak na przykład literatura francuska.
Co do krajowej literatury współczesnej - owszem, jest kilku dobrych, średnich 
pisarzy. Nie ma jednak wielkości, indywidualności. Tak naprawdę, nie ma nikogo.
Z szacunkiem i uznaniem wyrażał się jedynie o Antonim Słonimskim. Dotyczyło to 
jednak raczej jego postawy moralnej niż twórczości.
- Czy nie myśli pan o powrocie do Polski? - pytał Stanisław Wisłocki. I nawet go 

background image

właściwie namawiał do powrotu - nie uważał, by oddalona od świata Argentyna była 
dla niego najlepszym miejscem. Namawiał oczywiście niezbyt natarczywie. 
Gombrowicz gotów pyl jeszcze pomyśleć, że Wi-słockiego „nasłano", żeby go 
ściągnąć.
Usiłował najpierw wykręcać się żartem.
- No, owszem, wróciłbym - mówił - gdybym został prezesem Polskiej Akademii 
Literatury czy jak to się tam u was nazywa. Jeżeli nie, nie ma o czym mówić...
Albo:
- A z kim ja będę w kraju rozmawiał?
- Chociażby z Iwaszkiewiczem.
- Co?? Pan chyba raczy sobie żartować...
- No to z Andrzejewskim...
Ofuknął go jeszcze bardziej niż za Iwaszkiewicza. -
- Wobec tego może z Brandstaetterem? A Gombrowicz:
- Kto to taki? Nic o nim nie słyszałem... Pisarz może pisać wszędzie - mówił 
dalej już serio. - Ale co najważniejsze: z czego bym w Polsce żył?
- W dostatki na pewno się nie opływa, można sobie jednak jakoś ułożyć życie.
Gombrowicz:
- Tylko ciekawe jak? Tam przecież jest cenzura. Kto będzie mnie wydawał? 
Musiałbym chwytać się za gorsze jeszcze chałtury niż tu. Widzi pan -mówił dalej 
- oczywiście, jestem w Argentynie niedoceniany. Lecz jak jest, tak jest, jednak 
jakoś żyję, piszę, co chcę. No i jestem mimo wszystko Gombrowiczem, a tam?
- W kraju też by pan nim był - usiłował go przekonywać. - Jest pan przecież 
bardzo znany.
Poruszyło go to i zainteresowało. Pytał, kto go czyta, jak docierają jego 
książki.
Mimo to, twierdził, nie zdecydowałby się na powrót do Polski. Zbyt duże ryzyko 
zawodowe, życiowe.
Jaśnie Panicz
Nie mówił jednak tego zdecydowanie. Wręcz przeciwnie.
- Zrobił na mnie wrażenie człowieka pełnego sprzeczności. Miał oczywiście do 
tego prawo. Z jednej strony brak mu było kraju i chyba, mimo wszystko, tak 
zwanego środowiska. Wypytywał o literatów, teatr, film, cenzurę, „mecenat" 
państwowy. Z drugiej strony, zdawał sobie sprawę, co mógłby w Polsce stracić.
Był świadom swojej wartości, a czuł się niedoceniany, oddalony, rzucony na 
koniec świata, skąd musiał walczyć o pozycję w literaturze. Sława europejska 
była jeszcze przed nim. Nie był wcale pewien, czy wygra tę walkę. Czuł 
natomiast, że lata lecą, życie ucieka, a on, być może, przegrywa je, siedząc 
tutaj. itr* /Ł
Oszołomić Jankesów
t

" -4

Olga Scherer, urodzona w Krakowie, komparatystka, jest obecnie profesorem na 
uniwersytecie paryskim numer osiem*. Zanim w 1957 roku zamieszkała na stałe w 
Paryżu, broniła na nowojorskim Uniwersytecie Columbia pracy doktorskiej 
poświęconej polskiej noweli współczesnej, w której omówiła między innymi wczesne 
opowiadania Witolda Gombrowicza.
Miała o nim mało informacji, niewiele znalazła w bibliotekach - był jeszcze 
wtedy nieznany światu. Wiedziała jednak, że pisuje do paryskiej „Kultury", 
zwróciła się więc tam, prosząc o jego dane biograficzne. Niespodziewanie odezwał 
się do niej sam:

background image

Szanowna Pani,
Giedroyc przesłał mi łist Pani. Bardzo jestem wdzięczny za omówienie moich nowel 
i miłe słowa listu, ale daty urodzenia zdradzić nie mogę, gdyż zacząłem ujmować 
sobie lat. Czy nie mogłaby Pani podać, że urodziłem się w 1914-ym? To by mi 
dogadzało. Chciałbym powołi i niepostrzeżenie dojść do 35 łat.
We własnym interesie życzę, aby Pani praca miała jak największe powodzenie. 
Niestety nie umiem po angiełsku, ale gdyby Pani zechciała przysłać mi tekst mnie 
dotyczący, poprosiłbym kogoś o przetłumaczenie. Te nowele wziąłem do ręki 
niedawno po wieloletnim nieczytaniu i myślę, że są na poziomie moich 
późniejszych książek - choć tu i ówdzie poprawiłbym to i owo.
Czy nie dałoby się puścić którejś z nich w jakiejś prasie amerykańskiej? A druga 
rzecz taka - czy uniwersytet, w którym Pani wykłada, nie mógłby w jakiś sposób 
wyzyskać mnie tutaj, w Argentynie płacąc w dolarach?
Przepraszam za te pytania, ale posadka, stanowiąca jedyne moje oparcie 
materialne tutaj, zaczyna mi się chwiać pod nogami i kto wie czy długo będę ją 
miał - a wskutek różnicy kursu wszystkie zarobki w dolarach przekształcają się w 
pokaźną ilość pezów.
* Zmarła 26 listopada 2001 r. w Paryżu.
Jaśnie Panicz
Przykro mi doprawdy, że sprawiam Pani zawód, ale sporo wysiłku kosztowało mnie 
wytworzenie dokoła mego wieku sztucznego mętlika i nie mogę narażać na ruinę tej 
subtelnej sieci kłamstw. Proszę się nie gniewać i zrozumieć mnie. Co do dolarów, 
to potrzebne mi są także po to, aby wylansować moje rzeczy w Paryżu, gdyż 
wydawcy boją się (i słusznie) moich książek. Właśnie otrzymałem smutny list od 
Camusa zwiastujący, że u Gallimarda nic nie da się zrobić. Bardzo jest 
zmartwiony.
Łączę najuprzejmiejsze ukłony i pozdrowienia
29IX 54

Witold Gombrowicz Yenezuela 615 dep. 5 Buenos Aires, Argentyna

Zaproponowała wobec tego, że napisze: „urodzony w 190...". Zareagował 
nal^chmiast:
Szanowna Pani,
nie jestem pewny, czy odpisałem na list Pani z 7 XII. Proszę się nie dziwić tym 
wątpliwościom - miałem sporo korespondencji pod koniec roku, a załatwiam ją w 
biurze, raczej pod biurkiem niż za biurkiem, kryjąc się przed okiem szefów i w 
końcu sam nie wiem, co napisałem.
Uważam iż ma Pani prawo napisać„ur. 190..." jeśli Pani tak chce, ale mniemam, że 
to zero jako zero nic nie wnosi, wobec czego jest zbyteczne, to właściwie byłby 
pleonazm stwierdzający li tylko nicość, która już ISTNIEJE na papierze 
niezapełnionym niczym, wobecczegoja napisałbym po prostu „ur. 19...". I zresztą 
rozumie pani, że przyjąwszy iż urodziłem się np. w 1911, to zero stałoby się 
wyraźnie oszczercze i byłoby zamachem na mój sex appeal czy jak tam. Ale daję 
Pani carte blanche.
Dziękując za łaskawe acz melancholijne informacje, łączę wiele pozdrowień. 28155

W. Gombrowicz

Stanęło w końcu na: „urodzony w roku 190?". Swoją pracę zatytułowaną „The Modern 
Polish Short Story" wydała szybko, bo ukazała się w roku 1955 w wydaniu 
książkowym w serii Slavistic Printings and Reprintings nakładem holenderskiego 
wydawnictwa Uniwersytetu w Lej-dzie. Natychmiast wysłała poświęcone mu stronice 
we własnym, naprędce sporządzonym przekładzie na polski. Wspomniała również przy 
okazji o projektowanej przez nią oraz jej kolegów slawistów antologii noweli 

background image

polskiej okresu międzywojennego. Zamierzali wydać ją w Stanach lub Wielkiej 
Brytanii, oczywiście w przekładzie angielskim, szukali tylko wydawcy. Z jego 
nowel wybrała i nawet zaczęła już tłumaczyć „Biesiadę u hrabiny Kotłubaj".
Oszołomić Janfeesów
Droga Pani,
(...) Na miejscu Pani zrewidowałbym wasze metody, bo we wszystkich (nawet 
najlepszych) opracowaniach tego typu uderza mnie jakaś zasadnicza „niemożność" 
(aby użyć wyrażenia z „Ferdydurke"), niemożność techniczna zreferowania w ten 
sposób czegokolwiek. Twierdzę że sztuka nie nadaje się do takiego omawiania. 
Radziłbym Pani przyjrzeć się temu bliżej i rozprawić się z tym, wy, poloniści, 
czy jak tam, zbyt potulnie poddajecie się waszym metodom, w OGÓLE
JEST JAKIEŚ NIEPRZYZWOITE TO UJMOWANIE ZBIOROWE, KOLEKTYWNE, 
SZTUKA NIE NADAJE 
SIĘ DO TAKIEGO UJĘCIA. JEST Z ISTOTY SWOJEJ INDYWIDUALNA. TU 
FUNKCJONUJĄ
KATEGORIE KiERKEGAARDA. Proszę niech Pani nie niepokoi się wyglądem tego listu i 
nie szuka specjalnych znaczeń w jego układzie i wyglądzie graficznym, chodzi o 
to że właśnie kupiłem nowego Remingtona i go próbuję; obawiam się też -bo ja 
wiem... że (być może) tylko na 1/2 jest dorzeczne co piszę (chyba żebym się 
mylił), bo Remington włazi mi w myśl. Jakieś dziwne znaki. Do czego to może 
służyć?
Bardzo mnie cieszy że „Hr. Kotłubaj" ukaże się po angielsku. Jestem pewny że 
Pani doskonale włada tym językiem, ale doświadczenie mnie nauczyło, że 
cudzoziemiec nigdy nie może oddać wszystkich odcieni, a w tym wypadku ten język 
buffo jest dosyć trudny... więc radziłbym wciągnąć do tego przedsięwzięcia 
jakiegoś literata amerykańskiego. CZY BĘDĘ MÓGŁ DOSTAĆ ZA w CHOĆ TROSZKĘ 
DOLARÓW? Tu dolar stoi 43 (pezy arg.).
Bardzo
dziękuję
i kłaniam się nisko. Wcale nieźle pisze.
Tymczasem!
Witold Gombrowicz
Proszę nie gniewać się za to niepoważne pismo. Tekst Pani b. inteligentny i 
trafny szkoda że nie znam całości, l marzec 1956
Choć właściwie skrytykował jej pracę, niemal we wszystkich listach -a pisywał do 
niej bardzo często, wyraźnie cieszył się z kontaktów nawiązanych na nowym - pod 
względem wydawniczym - kontynencie.
Bardzo jestem zbudowany duchem konstruktywnej ze mną współpracy - pisał na 
przykład 16 maja 1956. - Może Najwyższy sprawi, że coś z tego wyskoczy...
I oczywiście starał się jak najbardziej pomóc w tym Najwyższemu.
Droga Pani,
mam nadzieję, że nie pogniewała się Pani na mnie o mój ostatni list pisany w 
euforii na nowym Remingtonie. Nie przeszkodziło mi to ocenić w pełni Pani 
tekstu, który potem jeszcze raz i z wielkim zadowoleniem odczytałem. Czy
Jaśnie Panicz
książka ma reperkusje? Czy myśli Pani napisać coś nowego? Jak z publikacją mojej 
„Biesiady u hr. Kotłubaj"? Gdyby Pani udalo się wydębićdla mnie jakieś dolary 
przy tej okazji, byłbym stokrotnie zobowiązany gdyż jestem nędzarz, a tu dolary 
są potęgą -za 100 można przeżyć dwa miesiące.
Chciałbym Panią zapytać jeszcze o rzecz następującą. Tutaj jeden Polak, dobrze 

background image

władający angielskim, przetłumaczył moją nowelkę z „Ferdydurke" „Fili-dor 
dzieckiem podszyty". Ta nowelka rzeczywiście b. mi się udała. Ale tłumaczenie 
musi być naturalnie poprawione starannie przez kogoś znającego perfect 
angielski, rodowitego Anglika lub Amerykanina. Nota bene musiałby on znać także 
polski lub hiszpański, aby móc porównać i skontrolować tekst. Pytanie: czy Pani 
mogłaby mi dopomóc w rozwiązaniu tego problemu. Domyślam się że Pani 
angielszczyzna musi być na wysokim poziomie, ale moim zdaniem trzeba by uciec 
się do pomocy kogoś kto ją ma we krwi. To niewielka robota, wszystkiego 10 str. 
maszynopisu, ale nie mógłbym niestety jej wynagrodzić gdyż to byłaby w pezach 
straszliwa suma. Myślę iż może Pani na tym uniwersytecie znalazłaby właściwą 
osobę. Jeżeli Pani nie ma polskiego egzemplarza „Ferdydurke", to trzeba by kogoś 
znającego hiszpański, bo ja mógłbym przesłać tylko hiszpańskie tłumaczenie, 
zresztą b. dobre. Przepraszam że Panią tym trudzę, ale być literatem na 
obczyźnie to katastrofa, człowiek ciągle musi kogoś o coś prosić. Jeżeli się nie 
da to jakoś inaczej będę próbował - proszę też przy sposobności mi napisać gdzie 
to mógłbym w Stanach ogłosić tak żeby oni zapłacili (w DOLARACH). Bardzo będę 
wdzięczny za te wiadomości i łączę wiele pozdrowień 27V56

Witold Gombrowicz

Obiecywała, choć niezobowiązująco, robić co tylko może, choć wyraźnie przeceniał 
jej możliwości. Lecz początkowo sprawy rzeczywiście ruszały z miejsca. Przede 
wszystkim powstawała powoli antologia, za którą miał obiecane 
pięćdziesięciodolarowe honorarium. Tylko tyle, że Olga Scherer nie pamięta już, 
z jakich powodów - zdecydowano jednak umieścić w niej jego „Zbrodnię z 
premedytacją", którą przetłumaczyła. Choć Gombrowicz za swoją najlepszą nowelę 
uważał „Filidora dzieckiem podszytego", ale dawał jej wolną rękę w tego typu 
decyzjach.
Droga Pani,
odpisuję zaraz na list Pani z 14-go. Okazuje się, iż rzeczywiście Opatrzność 
postawiła Panią na mej drodze. Naturalnie trzeba to wykorzystać, gdy słyszę o 
50$ po prostu omdlewam. Pani nie ma pojęcia, jaka jest moja chciwość na dolary, 
tutaj dolar jest czymś tak potężnym, że setki pezów nie mogą się z nim równać 
tzn. nie wg kursu (35 pezów), ale w sensie powiedzmy psychicznym. Przedwczoraj 
wysłałem Pani „Filidora" po angielsku oraz „Ferdydurke" hiszpańską, pocztą 
zwykłą. Obawiam się że dość długo potrwa zanim Pani to otrzyma, może miesiąc, 
ale wobec tego że w liście nie zaleca Pani przyśpieszenia przesyłki, wnoszę, że 
nie jest
Oszołomić Jankesów
to takie naglące. Można by też dać im „Zbrodnię", a „Filidora" skierować gdzie 
indziej. Proszę niech Pani zawiaduje tym jak Pani uzna za stosowne, byłe bym ja 
mógł tarzać się w dolarach. „Fiłidor" to chyba mój chevał de bataiłłe na Amerykę 
literacką, bo to opowiadanko rzeczywiście się wyróżnia ale jeśli ta książka ma 
ukazać się w 170 000 egz. to warto go tam drukować. Powtarzam: proszę niech Pani 
decyduje o wszystkim. Jeszcze jedno: jest w „Ferdydurke" drugie opowiadanko, 
które nazywa się „Filibert dzieckiem podszyty" i stanowi pendant do „Filidora", 
ale krótkie i łatwe do przetłumaczenia - tylko 2 strony. Gdyby chodziło o 
zatkanie jakiejś dziury, np. w tej polskiej antologii na Amerykę (tj. gdyby Pani 
wolała tamte nowele drukować gdzie indziej) można by ją wykorzystać. Ale zapewne 
ta antologia polska też jest ważna. Ja nic na tym się nie rozumiem.
A więc Lechoń umarł. Dopiero z łistu Pani się dowiedziałem. Tydzień temu pisałem 
do niego. Stosunki nasze były nieco skomplikowane moimi atakami na Skamandra i 
poezję wierszowaną, a także, przyznam się, zawsze wydawało mi się, że jego 

background image

sytuacja literacka jest nieco ponad miarę jego osiągnięć - natomiast jako 
osobowość był rzeczywiście wybitny.
Dziękuję za wszystko i oby Bóg Najw. Panią wspomagał i kierował wędką Pani 
zarzuconą na dolary. Niski pokłon 18 VI56 Witold Gombrowicz
„Zbrodnię" proszę tłumaczyć jak Pani serce dyktuje - tylko jeżeli można proszę 
postarać się o zachowanie rytmu.
Co najważniejsze jednak, amerykańskie wydawnictwo „Simon and Schuster", dla 
którego pisała dorywczo recenzje i gdzie miała tym samym znajomych, 
zainteresowało się „Ferdydurke", a także „Dziennikiem". Poprosiła go więc o 
krótką notę biograficzną o sobie, którą zaraz jej przesłał. Z własnej inicjatywy 
dorzucił jeszcze kilka reklamowych opinii o „Ferdydurke" przygotowanych 
najwyraźniej na rynek amerykański:
Droga Pani,
nie rozumiem do czego to im potrzebne, ale przesyłam: urodzony w wieku XX, 
ukończył prawo na uniw. warszawskim, po czym poświęcił się literaturze. Napisał:
„Pamiętnik z Okresu Dojrzewania", tom opowiadań, 1933, Rój
„Iwona", komedia, 1935, Skamander*
„Ferdydurke", powieść, 1938, Rój
„Ślub", dramat, 1946, Kultura
„Trans-Atlantyk", powieść, 1950, Kultura
„Dziennik", drukowany w Kulturze (Paryż) wydany w książce, 1957, Kultura.
* Gombrowicz konsekwentnie myli się, lokalizując pierwsze wydanie „Iwony". 
Wyszła w rzeczywistości w roku 1938, a nie w 1935.
Jaśnie Panicz
Wojna zastała go w Argentynie. Po wojnie do Polski nie wrócił, ponieważ jest 
antykomunistą. Pisuje w prasie na emigracji.
Do niedawna wszystkie jego utwory były w Polsce zabronione, prasie nie wolno 
było o nim wspominać. Po objęciu władzy przez Gomułkę, gdy zapanowała względna 
wolność słowa, przystąpiono do wydania wszystkich jego utworów (z wyjątkiem 
„Dziennika"). „Ferdydurke" już się ukazała w Polsce i nakład 10 000 egz. został 
wyczerpany w ciągu 10 dni. Ta książka uchodzi w Polsce za jedną z 
najzjadliwszych krytyk nie tyle samego komunizmu ile postawy duchowej, która za 
nim się kryje - stąd jej wielki sukces. Prasa polska pisze o nim obecnie jak o 
jednym z największych pisarzy europejskich. Radio warszawskie nazwało go „dumą 
narodu" (te superlatywy pochodzą naturalnie z kół inteligencji liberalnej).
W prasie francuskiej także pisano o „Ferd.", choć znana jest niewielu pisarzom z 
tłomaczenia hiszpańskiego. Znany tygodnik literacki „Preuves" zamieścił obszerne 
fragmenty z „Ferd." i „Trans-Atl". Artykuł o „Ferdydurce" wybitnego pisarza 
Frangois Bondy zaczyna się: „Ta książka jest ni mniej ni więcej tylko 
arcydziełem".
Uff! Może trochę zbyt entuzjastycznie zabrałem się do tego życiorysu, ale proszę 
niech Pani z tego coś właściwego przyrządzi, dodając od siebie to czego mnie nie 
wypada powiedzieć przez skromność. Trzeba aby wiedzieli że ta książka się 
wybija. Wcale nie przesadzam. A, i jeszcze jedno: przygotowuje się tłom. 
francuskie. I jeszcze: jego „Dziennik" w duchu skrajnie indywidualistycznym 
zyskuje coraz większy prestiż w Polsce i ma być tłomaczony na franc.
Wątpię aby to oszołomiło tych Jankesów, ale nic nie szkodzi im to powiedzieć. 
Oby Bóg Najw. kierował krokami Pani i oby coś z tego wystrzeliło. Ja wiem, co to 
są wydawcy i na nic nie liczę. Czy to poważna firma i czy tłomacze-nie może być 
dobre? Przedwczesne pytanie. Nie, na razie stąd nie ruszam się nigdzie i nie 

background image

wiem czy kiedy będę mógł Pani wyrazić swoje dziękczynienie. A może spotkamy się 
w Polsce? Kłaniam się i pozdrawiam 7IV 57

W.G.

Droga Pani Olgo,
z ich listu wynika*, że gdyby nie liczyli się z Panią, dawno by książkę 
odwalili. Ale dlatego właśnie może warto żeby Pani jeszcze nacisnęła.
Tłomaczenie franc. „Ferdydurke" (3 egzemplarze maszynopisu) wyślę pod koniec 
tego miesiąca Jeleńskiemu do Paryża. To jest jeszcze nie całkiem doszlifowane, 
ale pod moją autorską kontrolą robione, więc może nie takie złe (na 100% nie 
jestem pewny, muszą to ocenić w Paryżu). Obawiam się jednak, że Jeleńskiemu będą 
potrzebne wszystkie 3 egzemplarze dla wydawców. Nie byłoby więc innego wyjścia, 
jak tylko sporządzić nowe maszynopisy. Ale w tym szkopuł
* Chodzi o wydawnictwo „Simon and Schuster".
Oszołomić Jankesów
- bo ja wskutek cofnięcia stypendium znalazłem się w sytuacji finansowej mocno 
niewyraźnej i nawet taki wydatek przerasta moją kieszeń. Może niech Pani z łaski 
swojej naradzi się z Jeleńskim (K.A. Jeleński, 38 rue de Sevigne, Paris -czy 
Pani go zna? Warto poznać i mam wrażenie, że może to być pożyteczne dla Was 
obojga). Ja mam zapewne jakichś zamożnych popleczników w Paryżu, może by któryś 
z nich to sfinansował, oddam mu jeśli książka zostanie wydana. Bardzo się 
martwię, ale jestem w tej chwili nędzarzem. A może Simon and Sch. pokryłby te 
koszta? Żałosne to, że nawet takie drobiazgi stają się trudnością, ale ja „żyję 
z literatury". Pani wie co to znaczy.
Następnie byłbym za tym aby Pani od innej strony teraz nacisnęła. Proponuję 
następujące pismo (zawieszając ze względów komercjalnych moją skromność):
„«Ferdydurke» jest nie tylko, zdaniem krytyków polskich i cudzoziemskich, jedną 
z najwybitniejszych i najzabawniejszych powieści współczesnych (tak np. Frangois 
Bondy w Paryżu kwalifikuje ją jako arcydzieło) - jest to także jedna z 
najostrzejszych choć niezamierzonych, satyr przeciw komunizmowi, godna stanąć 
obok «R. 1984» Orwella.
Takie humorystyczne «formuły» «Ferdydurki» jak «przyprawić komuś pu-pę» (tzn. 
wtrącić w dzieciństwo), «przyprawić gebę» (oszkalować propagandą aby potem 
zniszczyć) lub «zgwałcić przez uszy» (narzucając siłą ideologię), weszły dziś do 
potocznego języka polskiego w walce z komunizmem - podkreśla to mniej lub więcej 
wyraźnie cała prasa polska. Tak też tłomaczy się niezwykłe powodzenie tej 
książki w Polsce. Przez 10 lat była surowo zakazana - teraz gdy po rewolucji 
gomułkowskiej cenzura osłabła, została wydana i nakład w ciągu kilku dni się 
rozszedł.
Ten aspekt bojowy książki może wymknąć się na pierwszy rzut oka czytelnikowi 
amerykańskiemu, ponieważ w książce nie wymienia się komunizmu -ale jej wydanie 
amerykańskie mogłoby zostać poprzedzone krótkim wstępem wyjaśniającym sens i 
znaczenie tego wybitnego utworu wschodnioeuropejskiego w walce o swobodę i 
dojrzałość człowieka gwałconego «ideologiami», oraz jego sensacyjne odrodzenie 
za Żelazną Kurtyną, w Polsce".
Coś takiego bym Pani sugerował... Załączyłbym to pisemko do każdego maszynopisu 
- może by pomogło. Jaka klęska że oni nie mają polskich lektorów. Np. mój 
„Dziennik" na pewno miałby w Stanach czytelników i mógłby także przysporzyć ich 
„Ferdydurce". Ale to wszystko wlecze się rozpaczliwie. Gdyby nie Pani i kilka 
innych osób, których wytrwałość i poświęcenie podziwiam, już dawno położyłbym na 
tym krzyżyk. Kłaniam się nisko, dziękuję za wszystko i oby za zrządzeniem 
Opatrzności coś z tego wyskoczyło. 19X157

Witold Gombrowicz

background image

Dopisek piórem: Czy Miłosz jest im znany? Może by on także popchnął?
Antologia „The Modern Polish Stories" wyszła w roku 1958 nakładem University 
Detroit Press, Olga Scherer napisała przedmowę, Edmund Or-
Jaśnie Panicz
don - wstęp. Oprócz „Zbrodni z premedytacją" Gombrowicza znalazły się tam między 
innymi nowele Dąbrowskiej, Kuncewiczowej, Hłaski, Zawiey-skiego, Mackiewicza. 
Zaraz oczywiście mu ją wysiała. Jej praca doktorska, choć wydana w książce, 
miała jednak zasięg przede wszystkim uniwersytecki. Antologia natomiast była 
pierwszym prawdziwym krokiem Gombrowicza w języku angielskim. Co więcej, 
wydawało się, że owocnym.
Droga Pani,
nareszcie obejrzałem te „Polish Stories" - rzeczywiście piękne wydanie, może 
nawet za piękne. Pani przedmowa (przetłomaczono mi ją) zajmująca, inteligentna i 
bogata w informacje, a tłomaczenie podobno (bo ja ani w ząb) bardzo dobre. W 
sumie książka bardzo dobrze się przedstawia pod każdym względem. Czy nie jej 
zawdzięczam pismo p. Williama Koshlanda w imieniu ALFRED KNOPF, INC. (podobno 
wielki dom wydawniczy, wydawca Camusa w Stanach) z prośbą żebym im przysłał 
egzemplarz polski „Dziennika"? Mam wrażenie, że są zainteresowani, więc jeżeli 
Pani ma jakieś zahaczenia w tej instytucji otwiera się pole do działania. W tym 
liście Koshlanda stoi m.in. „You doubtlees know that we arę the publishere in 
America of Albert Camus what we konw is presen-tly working on a play of yours". 
Co to znaczy?
Napisałem do Ordona z podziękowaniem i pochwałą, ale też powiedziałem mu, że nie 
jestem już „one the most controversial of Polish writers", jak stoi w książce, a 
tylko dziś już niewątpliwie czołowym pisarzem polskim, uznanym i uświęconym. Ten 
awans nastąpił tak niedawno (w zeszłym roku, gdy wydano w Polsce wszystkie moje 
utwory oprócz „Dziennika") iż emigracja jeszcze się w tym nie zorientowała, ale 
dla kogoś obeznanego z prasą krajową z 57 r. nie może to ulegać wątpliwości. Nie 
idzie o pretensje w związku z takimi drobiazgami jak to określenie, ale pragnę 
aby Ordon o tym wiedział, bo zapewne stanie się teraz ważnym źródłem 
informacyjnym o lit. poi. Ja już staję się powoli figurą i tak też należy mnie 
prezentować tym osłom, wydawcom.
Koshlandowi posłałem „Dziennik" po polsku i poślę mu francuską „Ferdy" jak tylko 
urodzi się (już chyba w listopadzie albo w grudniu). Podobno tłomaczenie b. 
dobre. Otrzymałem też interesującą propozycję z jednego wielkiego domu 
wydawniczego niemieckiego, chcą żebym im dał prawa na wydanie wszystkich moich 
utworów.
Wszystko to razem napełnia mnie otuchą (tylko że człowiek starzeje się). Gdyby 
jakieś dolary mogły kapnąć za „Zbrodnię", byłbym uszczęśliwiony bo teraz zasiłek 
z F.E. wstrzymany, a ja kiepsko miewam się. Ale nie liczę na to i dość już ważne 
jest że po raz pierwszy coś mojego przedostało się do Ameryki Półn. Zresztą 
przypuszczam, że tak luksusowe wydawnictwo nie pokryje nawet własnych kosztów.
Na tym kończę nisko kłaniam się 18X58

Witold Gombrowicz

Oszołomić Jankesów
Antologia doczekała się kilku recenzji: najważniejszej w „Time" (pięć milionów 
nakładu), w której wspomniano przede wszystkim o noweli Gombrowicza. Niestety, 
sukcesów było widocznie na razie dość - „Simon and Schuster" a potem również 
„Alfred Knopf" zrezygnowali zarówno z „Dziennika", jak i „Ferdydurke", 
tłumacząc, że nie nadają się dla amerykańskich czytelników.
Droga Pani,

background image

dziś dopiero doszedł mnie list Pani z 9-go, bo tu dla rozmaitości wybuchł strajk 
pocztowy. Poprzedniego listu, rzecz jasna nie otrzymałem. A więc z Simon 
Schuster nawaliło, ha, wola Boża, przyznam się, że słabe miałem nadzieje. Myślę, 
że jak „Ferd." ukaże się po francusku i jeśli będzie jaka taka reperkusja 
prędzej da się coś zdziałać. Na razie więc uzbrójmy się w cierpliwość. Kot 
pisze, że urodzi się francuskie wydanie w okolicach grudnia i to samo donosi 
mijulliard.
Ukazanie się „Zbrodni" i ten piękny passus o niej w „Time" podnosi mnie na 
duchu, choć i tutaj moje marzenia ulegają pewnej degrengoladzie - to ten 
niemądry mój korespondent pisał o całym artykule w „Time" i ja nie mogłem wyjść 
z podziwienia że coś takiego Pani osiągnęła. Ale to jego wina; bo samo w sobie 
jest to także piękne osiągnięcie i Pani jest pierwszą osobą, która moją prozę 
przewekslowała na Anglosasów. Jestem pewny że tłomaczenie musi być świetne bo 
mam Panią za osobę, która dobrze się kontroluje. W okolicach 10-go paźdz. będę 
już w B.A. i tam zapewne zastanę ten tam - tylko że sam nie zdołam jednego słowa 
odcyfrować. Ale pokażę innym. Jest to dla mnie uroczysta chwila: penetracji na 
teren dolara! Oby Bóg etc. etc.
Cóż jeszcze donieść? Troszkę lepiej się miewam, ale mocno jestem sztachnię-ty... 
Mam napisaną jedną „powieść", która będzie się nazywać pewnie „Pornografia"; a 
teraz od czasu do czasu dłubię coś w „Operetce" - ma to być operetka w dużym 
stylu. W Polsce zaostrzenie kursu i o mnie znów cisza. Kłaniam się nisko, 
dziękuję kornie, pozdrawiam 22IX 58

Witold Gombrowicz

Na razie więc skończyło się na udziale w antologii, recenzji w „Time" oraz 
pięćdziesięciu dolarach honorarium.
„Oszołomić Jankesów", „złowić" trochę więcej dolarów udało mu się dopiero za 
kilka naprawdę dobrych lat, kiedy zdobył już powoli sławę europejską. Ameryka 
okazała się najtrudniejszym dla niego terenem.
Najwcześniej, bo w roku 1961 wydawnictwo „Harcourt Brace Cię" New York wydało 
„Ferdydurke", pozostałe utwory - „Grove Press" New York, ale „Pornografię" na 
przykład w roku 1966, „Kosmos" w 1969, „Dziennik" oraz resztę jeszcze później. 
(„Dziennik" dopiero w dwadzieścia bez mała lat po jego śmierci, bo w 1988, 
został wydany przez Northwestern Universi-ty Press).

..--^ ^^.. „

13. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
I nawet wtedy nie było „tarzania się w dolarach".
Ze Stanów dostałem rozliczenie. Do l czerwca (6 mieś), sprzedali ok. 1000 egz., 
z czego ja grosza nie zobaczę, bo jeszcze daleko do pokrycia zadatku... - pisał 
do brata Janusza 30 października 1961 roku.
Podpisałem umowę z Grove Press w Stanach na „Porno", „Trans-A"..., „Kosmos", 
„Dziennik" 1.1 i „Teatr". 5000 dol. zadatku, ale ratami, w ciągu paru lat... 
(28.07.65).
Wtedy jednak to wszystko było jeszcze przed nim. ,uuv?. ^jywo
* * *
Osobiście poznali się wiosną roku 1963, kiedy Gombrowicz wrócił do Europy, Olga 
Scherer natomiast dawno już osiadła we Francji, w Paryżu. Spotkali się na 
uroczystym przyjęciu, które z okazji jego powrotu wydał Franc.ois Bondy. 
Zaprosił „wielki świat" oraz znajomych i tłumaczy Gombrowicza. Było wiadomo, że 
to wieczór na jego cześć, wrażenie mącił jednak mały zgrzyt. Bondy zaprosił 
również profesora Jana Kotta*, który przyjechał akurat z Polski. Jego książka o 
Szekspirze została dobrze przyjęta, prasa francuska zrobiła więc wokół niego 

background image

sporo szumu. Tak że trudno ukryć - on też był na tym przyjęciu „ważny" i 
oblegany.
- Wyczuwało się - wspomina Olga Scherer - podskórną rywalizację między nim a 
Gombrowiczem. Skupiali wokół siebie gości, którzy utworzyli dwie grupki. Podczas 
toastów było coś z atmosfery „przepijania" w „Trans-Atlan-tyku". Jedni 
„przepijali" do Kotta, inni do Gombrowicza, który oczywiście pozwolił sobie na 
kilka złośliwostek pod adresem chwilowego rywala.
Choć, w sumie, okazał się bardzo dobrze wychowany. Po przyjęciu uważał za 
stosowne zadzwonić do każdej z obecnych tam osób i umówić się z nią na 
spotkanie. Podkreślał, że stara się kontynuować ten piękny zwyczaj.
Z Olgą Scherer umówił się w kawiarni na placu Opery. Zaprosił również Tadeusza 
Brezę, ówczesnego attache kulturalnego ambasady polskiej w Paryżu, choć nie był 
on gościem Bondy'ego. Usiłował wyciągnąć od niego, jak wyglądało zorganizowane w 
ambasadzie przyjęcie na cześć Sartre'a. Breza jednak niewiele miał na ten temat 
do powiedzenia. Sartre powiedział właściwie tylko, że pisarze Zachodu mają 
formę, pisarze Wschodu natomiast -treść, czego osobiście bardzo im zazdrości. 
Gombrowicz - o dziwo - przyjął to z powagą. Choć Olga Scherer, wierząc święcie, 
że nie sposób mieć formę, nie mając treści, i odwrotnie, skrytykowała 
powierzchowną jej zdaniem „le-wackość" Sartre'a, Gombrowicz nie podjął tematu - 
Sartre wyraźnie go interesował, fascynował nawet.
Widywali się potem bardzo rzadko. Kilka razy wiozła z Paryża do Royau-mont 
znajomych Polaków, którzy jeździli do Gombrowicza - jak mówił - „na
* Zmarł 22 grudnia 2001. w Kalifornii.
Oszołomić Jankesów
namaszczenia". Kpił ze wszystkich bez wyjątku. Zarówno z Koski, jak i Le-
bensteina.
W roku 1963 wybierała się na krótką wizytę do Polski. Jechała własnym wozem. 
Gombrowicz chciał się z nią zabrać - miałby wygodną podróż, co ze względu na 
jego stan zdrowia było dla niego ważne. Wybuchła jednak „sprawa Swinarskiej". 
Zrezygnował z jazdy.
Ostatnie ślady ich znajomości to kartki od niego z roku 1967, już z Vence. 
Wspominał - i to pochlebnie - o jej nowej powieści „W czas morowy", wydanej 
właśnie przez Instytut Literacki. Dziękował za gratulacje, które przysłała mu, 
ponieważ w maju tego roku otrzymał za „Kosmos" Prix Formentor - prestiżową 
międzynarodową nagrodę wydawców.
Droga Pani Olgo, w pośpiechu podziękowanie składam za miły liścik -okropnie dużo 
roboty mam z tą nagrodą - jakby tu pani doskoczyła proszę nas odwiedzić. Słyszę, 
że Pani coś nowego wydała i że to dobre. 8.05.1967

Uszanowanie. WG.

Droga Pani Olgo, podziękowanie składam za powinszowanie - w pośpiechu, bo sporo 
listów na mnie spadło.
P.S. Właśnie Miłosz mnie zdybał przy pisaniu tego listu, bo oni też tutaj w St. 
Paul zamieszkali i mówi, „jakaż ona inteligentna i charmante", a ja „doskonały 
język", on „ciekawe i nieraz b. bystre", ja „ale jakby się lękała", on „to w 
każdym razie coś". 14.05.1967

Pokłon składam, uszanowanie. WG.

Teraz już tylko wykłada o nim francuskim studentom. Najbardziej lubią 
„Ferdydurke" i „Trans-Atlantyk".
.Niech On"
Suzanne Arlet, Polka z pochodzenia zamieszkała od lat w Paryżu, jest pisarką i 
tłumaczką. Jej książki nie są w Polsce znane, na francuski tłumaczyła natomiast 
między innymi Hłaskę, Schulza, Ficowskiego, Gombrowicza.

background image

Z twórczością tego ostatniego zetknęła się zupełnie przypadkowo. W 1959 roku 
podczas którejś z wizyt u Kota Jeleńskiego wpadł w jej ręce wydany niedawno w 
Paryżu „Dziennik" Gombrowicza z lat 1953-1956. Nie znała nazwiska autora, a tym 
bardziej książki, lecz zainteresowała się nią już w czasie kartkowania. 
Pożyczyła więc „Dziennik" od Kota.
- Byłam zachwycona utworem - mówi Suzanne Arlet. - Żałowałam, że choć tak 
ciekawy i wybitny, nie jest we Francji znany. Wynotowałam fragmenty najbardziej 
mnie interesujące, które miałam ochotę tłumaczyć. Zawsze tłumaczyłam wyłącznie 
to, co mnie interesowało, nigdy na zamówienie. Byłam zresztą tylko amatorką, a 
nie tłumaczką zawodową, nie należałam do żadnego związku tłumaczy.
Jeleński przekonywał ją, że „Dziennik" jest zbyt polski, aby zainteresował 
Francuzów. Nic jej jednak nie mówiąc, wysłał Gombrowiczowi do Argentyny spis 
fragmentów, które chciała przełożyć.
Zareagował natychmiast.
- Niech ta pani próbuje wobec tego tłumaczyć, i to szybko - pisał.
Z duszą na ramieniu przetłumaczyła wybrane fragmenty. Jeleński zrobił trochę 
poprawek.
W 1959 roku wydrukowały je „Les Lettres Nouvelles" i „Preuves". I tu, i tam z 
entuzjastyczną przedmową Jeleńskiego. Wcześniej zresztą oba pisma zamieściły 
fragmenty „Ferdydurke".
Gombrowicz wyraźnie się cieszył - były to najbardziej prestiżowe pisma 
literackie Francji. Namawiał ją bardzo na przekład całości pierwszego tomu 
„Dziennika". Spróbowała, pracowała kilka miesięcy, niestety, nie udało się. 
Przekład był niedobry.
- Nie jestem widać tłumaczką dość doskonałą - przyznaje Suzanne Arlet - do 
tekstów tak wybitnych.
„Niech On"
Droga Pani Zuzanno,
piszę żeby powinszować tłomaczenia schulzowego opowiadania - chyba naprawdę 
bardzo dobrego. Nic już nie rozumiem jeśli Pani taką trudną prozę tak dobrze 
tłomaczy to dlaczego z „Dziennikiem" moim się nie udało? Ja w tych sprawach 
wiele do powiedzenia nie mam i nawet byłoby niemądre gdybym narzucał się ze 
swoim zdaniem rodowitym Francuzom, jak Nadeau czy Martin... ale tak na oko cos' 
tutaj nie klapuje.
Myślę że dzieło Brunona, majestatycznie przez Nadeau zaanonsowane, może być 
wielkim sukcesem, tym bardziej, że ten gatunek ma już swoich czytelników i 
krytyków. Osobiście mam pewne zastrzeżenia, Bruno wydaje mi się wyrafinowanym 
artystą, ale nie dość płodnie umieszczonym w rzeczywistości -podziwiam, ale te 
rzeczy mnie nie wzbogacają. W naszej przyjaźni (bo byliśmy b. bliskimi 
przyjaciółmi i wiele rozmów mieliśmy) nigdy mu się nie umiałem odwzajemnić za 
jego dla mnie uznanie i pomoc (on pierwszy narobił szumu gdy ukazała się 
„Ferdydurke" i mnóstwo wrogów wskutek tego sobie narobił) o co najmniejszej do 
mnie pretensji nie miała ta dusza arcyskromna i cicha. A ja też sobie wyrzutów 
nie robię, bo każdy reaguje jak może, wedle swojej natury.
To z nim spotkanie u Julliarda po tylu latach wiele mi wspomnień nasuwa i 
zabrałem się do pisania o nim (w „Dzienniku"), tylko nie wiem czy to nie okaże 
się trochę szokujące... Ale chyba lepiej żeby było szokujące, zwłaszcza gdyby po 
francusku miało się ukazać, bo trzeba jakoś Francuzów oswoić z nami-a tego na 
gładkiej drodze się nie osiągnie.
U mnie nic nowego, sezon ogórkowy. Oczekuję, że w końcu ten nieszczęsny Lisowski 

background image

skończy tłomaczenie „Pornografii" (ma być gotowy na koniec lipca, oby było na 
sierpień) a wtedy chyba w ciągu paru miesięcy je wydadzą.
Jeśli Pani będzie pisać do mnie w trzeciej osobie „niech On etc." to i ja do 
Pani będę pisał „niech Ona". Z początku myślałem że to taki archaizm 
charakterystyczny dla Pani polszczyzny, ale w końcu skombinowałem że to z 
uszanowania. Bardzo się dziwię komunistce jak Pani, tak się 'mówi tylko (i po 
francusku) do książąt udzielnych, uważam że powinna Pani pisać do mnie 
„towarzyszu".
Winszuję pięknego osiągnięcia językowego (o ile mogłem ocenić) i kłaniam się 
nisko Jej 24 VII 61

Witold Gombrowicz

Zawsze jednak doceniał ten ważny pierwszy krok. Fragmenty „Dziennika" 
umieszczone w „Preuves" i „Les Lettres Nouvelles" przyczyniły się przecież do 
zainteresowania autorem i utworem. Przetłumaczył go w końcu na francuski Alan 
Kosko.
Osobiście poznali się w roku 1964, kiedy Gombrowicz wracał z Berlina 
Zachodniego.
Jaśnie Panicz
Droga Pani Zuzanno,
od wczoraj jestem w Berlinie i pierwszy list do Pani piszę, bo naprawdę okropnie 
mi przykro żeśmy się w Paryżu nie zobaczyli. Nie ma Pani pojęcia w jaki wir 
potworny wpadłem: dawni przyjaciele sprzed lat, nowi przyjaciele, Polacy z 
Polski, Polacy paryscy, Francuzi, literaci, recepcje, śniadania, kolacje, 
interuiews, wydawcy, tlomacze... nie miałem chwili wolnej, tym bardziej iż Kot, 
Bondy i Nadeau miotali mną na wsze strony w celach propagandowo-wydawni-czo-
literackich. Dość że z dnia na dzień widzenie z Panią odkładałem kalkulując iż 
ostatnie dnie będą luźniejsze - tymczasem akurat na odwrót, nawaliło mi się na 
ostatek tyle spraw, że ledwie walizki mogłem spakować. Proszę o wybaczenie i 
przyrzekam, że jak tylko do Paryża znowu doskoczę zaraz do Pani się zgłoszę. 
Zjawić się po 24 latach w Europie to rzeczywiście straszne zawracanie głowy.
Może Pani już coś niecoś o moich nowych losach zasłyszała. Fundacja Forda 
zaprosiła mnie do Berlina na pobyt roczny (wraz z kilkoma innymi artystami, z 
Francji Michel Butor i malarz Mason). Zlikwidowałem wszystko w Argentynie, i 
jeśli mi się uda trochę grosza zaoszczędzić, osiądę może w Barcelonie gdzie i 
klimat łagodny i dosyć tanio. W każdym razie rok muszę być w Berlinie, mieszkam 
w Akademii Nauk w bardzo wspaniałym apartamencie, ale bieda z tym, że ja ledwie 
coś po niemiecku gęgam - no, jakoś to będzie.
W Paryżu zrobili ze mną wywiady dla „Figaro Lit.", „Le Monde", „France 
Observateur", „l'Express" i „Arts", mocno się obawiam iż dużo głupstw nagadałem 
a przynajmniej rzeczy, których lepiej było nie mówić. Na razie jeden wywiad się 
ukazał, w „Arts", bardzo zabawny, jeśli inne będą podobne to jeszcze nie 
wypadnie tak źle. Może Pani sobie wyobrazić ile nerwów ten cały powrót po 24 
latach mnie kosztuje: czuję czas, starość, nie wiem po co i na co, nie mam 
właściwie przyszłości, przeszłość jak zmora wstaje przede mną... mam nadzieję że 
tu w Berlinie jakoś znowu się zorganizuję.
Kłaniam się nisko, o wybaczenie proszę, serdecznie pozdrawiam 17V63 Witold 
Gombrowicz
Gdy przyjechał do Paryża, widywali się dość często. Próbowała poznać go z 
Aragonem, którego poezję tłumaczyła akurat na polski, ale nie chciał. 
Zaproponował jej wtedy, żeby zajęła się jego wciąż rosnącą korespondencją, z 
którą nie mógł już sobie dać sam rady. Zgodziła się chętnie. Jeździła więc do 

background image

Royaumont, gdzie zamieszkał po wyjeździe z Berlina Zachodniego i Paryża, albo 
też pisała do niego, po czym zgodnie z pisemnymi instrukcjami przypominała na 
przykład wydawcom w Anglii czy Stanach o umowach, zaliczkach itp. Dlatego 
właśnie ma spory zbiór jego listów - około sześćdziesięciu. Lecz potem 
Gombrowicz poznał w Royaumont Rite Labrosse, która została jego sekretarką, 
przejęła obowiązki Suzanne Arlet.
Podobno nie darzył specjalną uprzejmością tych, których już nie potrzebował. Był 
pod tym względem bezlitośnie szczery. W jej wypadku było jednak zupełnie 
inaczej. Choć przecież nic więcej już mu nie tłumaczyła, za-
„Niech On"
wiodła z „Dziennikiem", nie potrzebował jej jako sekretarki. Mimo to do jego 
śmierci pozostali w serdecznych stosunkach, od czasu gdy zamieszkał wYence już 
przede wszystkim listownych.
Jeszcze kiedy przebywał w Argentynie, posyłała mu do oceny swoje książki, 
których wydała w sumie dwadzieścia cztery. Była przede wszystkim pisarką, potem 
dopiero tłumaczką. I ten niby to kpiarz, szyderca, zawsze znajdował czas, żeby 
przeczytać, ocenić, odpisać. Wnikliwie i życzliwie.
Na ofiarowanym jej egzemplarzu „Rozmów..." z Dominiąue de Roux napisał: Chere 
Suzanne Arlet, vous savez, que je suis votre lecteur authentigue. I był nim w 
istocie, choć Suzanne Arlet do dziś nie wie właściwie dlaczego. Być może w 
zamian za podziw, którym zawsze go darzyła? Pełną szacunku formę „niech On", w 
której się do niego zwracała? (Inaczej nie potrafiła). W każdym razie 
„zrecenzował" listownie większość jej utworów. Ma spory zbiór jego 
interesujących opinii.
(„Re'flexions sur la creation litteraire")
Droga Pani Zuzanno,
właśnie wczoraj, powróciwszy późną nocą i w stanie trochę pijanym z pewnego 
przyjęcia, zabrałem się do Pani „Reflexions" i z wielkim zainteresowaniem to 
czytałem - bo ja akurat jestem w trakcie komponowania nowego utworu, w tej 
najprzykrzejszej fazie, kiedy człowiek jeszcze tonie w swoim pomyśle... Te 
sprawy dystansu do materiału, chłodu, dyscypliny w przeciwieństwie do 
namiętności i pasji tworzenia nie raz już były poruszane, a dla mnie najbardziej 
wzruszające i najznakomitsze artystycznie ich ujęcie dał Tomasz Mann w swoim 
opowiadaniu „Tonio Kruger". Ale Pani ujęcie jest nieco inne i być może o wiele 
trafniejsze - tam mianowicie gdzie Pani sygnalizuje iż artysta „powraca" do 
swego pierwotnego przeżycia, że to przeżycie w nim tkwi i on je może odnaleźć w 
sobie jako to co jest u podstawy całego dalszego, już świadomego, wysiłku. Ta 
obserwacja jest dla mnie bardzo cenna i zdaje mi się że Pani bardzo przenikliwie 
na to spojrzała. W ogóle ten tekst wydał mi się istotny i dobrze napisany. 
Szkoda, że Pani nie zdobyła się na coś dłuższego.
U mnie nic specjalnie nowego. Dla rozmaitości... tłomaczenie „Pornografii" też 
nie jest ukończone. Okropność! W Niemczech już kilkadziesiąt artykułów na temat 
„Ferdydurke" pojawiło się, prawie wszystkie w superlatywach - cóż kiedy książka 
wolno się rozchodzi. Za parę miesięcy ukaże się tam „Dziennik". Ze Stanów nie ma 
jeszcze wiadomości, bo tam „Ferdy" niedawno ukazała się, z Anglii też od 
dłuższego czasu nie otrzymałem meldunku od wydawcy.
Czy Pani zna Manna ? We Francji, zdaje mi się, jest mniej popularny. To wielka 
literatura i z Panią spokrewniona. A poza Mannem stoi Schopenhauer, którego 
filozofia sztuki jest niesłychanie ważna i też Pani powinna być bliska. Wiem że 
Pani jest osoba oczytana, ale we Francji do tych autorów mniejszą przywiązuje 

background image

się wagę i uchodzą niesłusznie za przestarzałych. Kłaniam się i pozdrawiam 12 
VI61 W.G.
Jaśnie Panicz
(„Mes mains vides ou: «Adrien»")
Droga Pani Zuzanno,
list Pani doszedł mnie w Piriapolis, w Urugwaju, gdzie miesiąc z okładem 
spędziłem, w lesie nad oceanem, oddany dość intensywnej pracy nad „Kosmosem", 
moją nową książką, której jeszcze daleko do końca. Ale już się wyłania. Nie 
znoszę tych pierwszych miesięcy pracy nad utworem kiedy człowiek jest przerażony 
ubóstwem środków, efektów, które jeszcze się nie nagromadziły... na szczęście 
już obecnie czuję się nieco bardziej zasobnie, i utwór już zaczyna powoli „sam 
się pisać".
Widzę że to co w moim pojęciu jest cechą najciekawszą i najważniejszą Pani 
„Adriana", poczytała Pani za defekt. Z czego wniosek, że chyba Pani nie 
uchwyciła wagi, jaką ma dla mnie w sztuce, w kulturze, w życiu głos kobiety, 
rzeczywistość kobieca, właśnie dlatego, że w jakimś sensie „niższa", czy 
„wtórna", i nie dająca się wyrazić środkami męskiej sztuki. Mnie wcale nie 
zależy na tym, aby kobiety pisały jak mężczyźni, przeciwnie, im autorka bardziej 
jest osadzona w kobiecie, którą jest (Boże, cóż za okropne sformułowanie) tym 
lepiej.
Kończę. Tonę w listach po powrocie i muszę to odwalić prędko bo zaraz wyruszam 
na południe, do jednej estancji, żeby dalej ślęczyć nad tym nieszczęsnym 
„Kosmosem". Jakiegoż pecha Pani ma, a raczej ja, z tymi tłomaczeniami - Kot już 
mi przysłał przekład tego fragmentu, do którego sponte sua się zabrał. Do 
widzenia! 3II62

W.G.

(„Les Pain de la tendresse")
Droga Pani Zuzanno, zwlekałem z lekturą, bo pogrążony byłem w nouvelle critiąue, 
tj. R. Barthes, Dubrowski, etc. Ale zyskała Pani na tym, bo po tych wszystkich 
beznadziejnych a pretensjonalnych mędrkowaniach Pani „roman" wydał mi się 
świeży, ujmujący i pełen prawd rozmaitych „du cóte du coeur" od strony 
serdecznej. Bardzo winszuję, myślę, że to najlepsze, co czytałem z Pani rzeczy, 
zwłaszcza, że nie jest przeciągnięte, że posiada właściwą Pani tonację. Poza tym 
pod względem techniki pisarskiej to jest dobra robota. Języka nie jestem w 
stanie dobrze ocenić, ale styl, kompozycja, rytm, cieniowanie i (b. ważne) 
niedopowiadanie, świadczy o dobrym opanowaniu formy. Rozmawiałem na ten temat z 
Severo i obaj uważamy, że Pani należy się więcej uznania, możliwe, iż natura 
Pani za skromna, jakby zawstydzona sobą, jest tu największą przeszkodą. Niestety 
we Francji rządzi moda i pewien terror intelektualny, a Pani ze swoją naturą i 
swoją literaturą jest po stronie niemodnej - ale gdy w końcu znudzą się te 
wszystkie ich bzdury Pani będzie miała więcej szans. Tak, czy owak, postanowiłem 
sobie wykorzystać moje niewielkie kontakty z prasą i krytyką żeby zasygnalizować 
Pani obecność w literaturze przy nadarzającej się okazji, żeby podsunąć gdzie 
można Pani nazwisko.
Sporo jest sytuacji w Pani „Chlebie" i głębokich i ciekawych, Ameline, Fa-netka 
i wszystkie dalsze perspektywy i kombinujące się egzystencje - a też spo-
„Niech On"
ro poezji, bardzo charakterystycznej i osobistej. Cieszę się doprawdy, że Pani 
trudy do coraz lepszych rezultatów doprowadzają i nisko kłaniam się. 19.09.1966

w.G.

(„Ma route est ma demeure")

background image

Droga Pani Zuzanno, śledztwo przeprowadzone wykazało - że Rita myśląc, iż ja 
Pani „Dziennik" przeczytałem, dała go Jaremom (malarz, Polak) w Nicei. A ja, 
książki nie widząc, zapomniałem o niej, co brzydkie jest z mojej strony, ale 
mniej brzydkie, gdy się zważy, że na gwałt piszę „Entretiens" ze sobą, a też moc 
co dzień listów się wali, też i książki, a także choroba, oraz wizyty - dość że 
człowiek sam nie wie za co złapać. Zaraz po Pani liście do „Dziennika" 
doskoczyłem i naturalnie naprzód o sobie wszystko wyczytałem.
Ten „Dziennik" (jak wszystkie dzienniki) bardzo do Pani zbliża i choć niewiele 
Pani o sobie pisze, pełen jest informacji tudzież atmosfery w jakiej Pani żyje. 
To jest głupi paradoks, że tylko dzienniki sławnych ludzi interesują, albowiem 
„Dziennik" jest właśnie od tego, by ktoś nieznany stał się znany i przez to 
interesujący. Ja bym wolał żeby on był ostrzejszy w ocenie autorów i ludzi, z 
jakimi Pani się styka, mniej pozytywny, bo wtedy byłby bardziej 
charakterystyczny, ale Pani postawa zawsze afirmująca wszystkich prócz siebie 
jest tak Pani wrodzona, że trudno wymagać aby Pani nie była sobą... Passusy o 
mnie są chyba przenikliwe i żywe, dziękuję Pani Zuzanno! Tu nic takiego, jakoś 
jeszcze zipię, ostatnie miesiące lepsze były, bo ładna pogoda, ale teraz już 
mnie trochę znowu przydusza. Z życzeniami i powinszowaniami N. Roku. Kłaniam się 
nisko 3.01.67 W.G.
Czerwone krawaty
MICHAŁ GŁOWIŃSKI, profesor, teoretyk literatury:
- W roku 1963 byłem na kilkumiesięcznym stypendium naukowym w Paryżu. Któregoś 
dnia spotkałem Tadeusza Brezę, ówczesnego attache kulturalnego ambasady polskiej 
w Paryżu. „Nie miałby pan ochoty spotkać się z Witoldem Gombrowiczem?" - spytał.
Gombrowicz zatrzymał się w Paryżu w drodze do Berlina Zachodniego, gdzie 
zaprosiła go Fundacja Forda. Znał Brezę jeszcze sprzed wojny, zadzwonił więc do 
niego do ambasady. Nie przedstawił się, tylko zmienił głos i udając kobietę, 
próbował namówić Brezę na randkę. Był zdziwiony, że Bre-za nie poznał go po 
głosie*.
Spotkali się i Breza spytał Gombrowicza, czy nie miałby ochoty porozmawiać z 
młodymi Polakami, wychowanymi już całkowicie w PRL. Gombrowicz nigdy dotąd nie 
miał takiej okazji, a był ciekawy tego pokolenia: jego sposobów myślenia, 
poglądów, a nawet i wyglądu - czy noszą na przykład czerwone krawaty? 
Przypominają dziarskich komsomolców?
- Miałem wtedy dwadzieścia osiem lat - mówi dalej profesor Głowiński - 
zajmowałem się literaturą, mogłem więc wystąpić w tak nieoczekiwanej roli. 
Miałem też oczywiście ochotę na tak niezwykłe spotkanie. Breza dał mi telefon 
hotelu, w którym Gombrowicz się zatrzymał.
Gdy dzwoniłem do niego, drżał mi ze zdenerwowania głos. Był dla mnie postacią 
mityczną, wielkim, prawie legendarnym pisarzem. Umówiliśmy się na dzień 
następny, czyli 5 maja 1963 roku, o godzinie dziesiątej rano w jego pokoju 
hotelowym.
Poszedłem tam nie sam, ale z zaprzyjaźnionym kompozytorem, Romualdem 
Twardowskim. On też bardzo chciał poznać Gombrowicza.
* A w Warszawie pani Zofia Brezowa dostała wtedy niepodpisaną widokówkę z Paryża 
treści następującej: Zgadnij, Zosiu, kto pisze do Ciebie, jestem tu z Tadeuszem. 
Moje nazwisko zaczyna się od G., imię od W. Ściskam Cię czule. --• •• .
Czerwone krawaty
Był to Hotel 1'Opera - 16 rue du Helder. Mała uliczka w dzielnicy wielkich 
bulwarów; obok Bulwaru des Italiens. Hotel typowo dziewiętnastowieczny, ze 

background image

staroświecką windą. Raczej skromny, ale nie aż tak, jak te w Dzielnicy 
Łacińskiej.
Przyszliśmy punktualnie. Portier zadzwonił do jego pokoju, zapowiedział gości. 
Gombrowicz zaprosił nas do siebie. Pojechaliśmy windą na piąte piętro, weszliśmy 
do środka, przywitaliśmy się.
Wyglądał dobrze, młodo, astma nie dawała mu się jeszcze za bardzo we znaki. 
Elegancki - w sportowej, tweedowej marynarce.
I ja, i Twardowski byliśmy tak speszeni, że zapomnieliśmy zamknąć za sobą drzwi 
od windy. Zaraz był więc telefon z portierni. Musieliśmy wychodzić, zamykać 
drzwi, co oczywiście jeszcze naszą tremę pogłębiło.
- Proszę, niech panowie siadają - powiedział wreszcie. Przez chwilę nieufnie się 
nam przyglądał - patrzył pewnie, czy nosimy te czerwone krawaty. A potem prosto 
z mostu:
- Czy panowie są komunistami?
Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że nie. Nie wymagał uzasadnienia i nie wracał 
już do tej kwestii.
- Który z panów zajmuje się literaturą? - spytał następnie. (Zachowałem z 
naszego spotkania dokładne notatki).
- To ja - powiedziałem. A on:
- Od razu się domyśliłem, bo tak właśnie pan wygląda. I tonem egzaminującym:
- Co wobec tego wie pan na temat sądów syntetycznych a priori? Zbaraniałem 
zupełnie. Nie odpowiedziałem słowa, choć normalnie umiałbym na to pytanie 
odpowiedzieć.
- Trzeba znać Kanta - mówił z naganą w głosie. - Może więc pytanie następne: czy 
czytał pan „Logische Untersuchungen" Husserla?
- Nie czytałem tego - przyznałem. Do dziś zresztą tego nie zrobiłem; Husserl 
jest bardzo trudny.
- O, niedobrze. Jeżeli oprócz tego przeczyta pan „UEtre et le Neant" Sartre'a, 
wróci pan do kraju jako potęga intelektualna!
Sartre'a nawet czytałem, ale trema i kompromitacja przy dwóch pierwszych 
pytaniach zrobiły swoje. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Widać zauważył to, 
powiedział bowiem tonem bardziej pojednawczym:
- No, nie ma się co przejmować. Lubię usadzać ludzi - mam po prostu sadystyczne 
skłonności. Ale proszę mi wierzyć, od razu poczułem w stosunku do pana sympatię, 
bo gdy rozmawialiśmy przez telefon, wyraźnie drżał panu głos. Może się pan tego 
nie wstydzić. Gdy rozmawia się z wielkim pisarzem, powinno się być zdenerwowanym 
i mówić drżącym głosem.
Ja rzeczywiście już wtedy czytałem niemal wszystko, co napisał. Wiedziałem, że 
idę na spotkanie z jednym z największych pisarzy XX wieku.
Jaśnie Panicz
- Miałem wrażenie - powiedziałem mu - że telefonuję do Mickiewicza, który się 
nagle objawił w Paryżu...
Opowiedziałem mu też, jak bardzo jest znany i ceniony w Polsce, a jego książki 
poszukiwane. Nie wiedziałem, czy był tego świadomy - w naszej prasie czytywał 
ostatnio głównie ataki na swoją osobę.
Nie prostował, że przesadzani, porównując go do Mickiewicza. Nie mówił: ależ co 
też pan, ja i Mickiewicz... Potem zresztą wspomniał o moim porównaniu w 
„Dzienniku"; w tomie trzecim, na stronie 96 wydania paryskiego: ...Wyskoczyłem 
już na Mickiewicza (...), ludziom głos się łamie, gdy mówią ze mną przez 
telefon...

background image

Po tym wszystkim nabrałem animuszu, rozluźniłem się tak, że teraz ja z kolei 
zacząłem zadawać pytania. J?v ?E
- Jaki jest pana rodowód filozoficzny? - spytałem. Gombrowicz:
- Kant, Hegel, Husserl. Z tym że nie lubię czytać Husserla, tylko prace 
omawiające jego filozofię. Schopenhauer i zwłaszcza Nietzsche to dla mnie 
tradycja negatywna, musiałem ich przezwyciężać.
Działał też na mnie wolterianizm, ale ten autentyczny, osiemnastowiecz-ny; 
dwudziestowieczny uważam za martwy, Anatol France to trup.
Z filozofii ściśle współczesnej czytam tylko Sartre'a i Heideggera. Jednak 
Sartre jest dla mnie ważniejszy. Uważam go za lepszego filozofa niż pisarza, 
jego pisarstwo stawiam na drugim planie.
- A tradycje literackie, z których się pan wywodzi? - pytałem dalej. Gombrowicz:
- Szekspir, którego czytam nieustannie i dużo mu zawdzięczam.
- A Rabelais? Lukian z Samosat? Gombrowicz:
- Rabelais tak, bardzo się do niego przyznaję. Czytałem go w młodości. Dodałbym 
tu też Montaigne'a.
O Lukianie z Samosat nawet nie wspomniał.
Spotkaliśmy się na początku lat sześćdziesiątych. Triumfy święcił wtedy tak 
zwany nouveau roman, do którego czołowych przedstawicieli zaliczali się między 
innymi Butor i Alain Robbe-Grillet. Spytałem, co sądzi o tej literaturze.
Gombrowicz:
- Jest całkiem jałowa, zajmująca się sama sobą, nic z niej nie wynika. Poza tym 
- nudziarstwo.
Źle się też wyrażał o francuskiej krytyce, a to był przecież dopiero początek 
pisania o nim.
- Piszą o mnie głupstwa - narzekał. -Wolę już krytykę krajową.
A w zasadzie - oczywiście oprócz ocen krytycznych - wolno było wtedy pisać o nim 
jedynie Arturowi Sandauerowi. Najwyżej od czasu do czasu zezwalano na niezbyt 
rzucający się w oczy artykulik kogoś innego.
Czerwone krawaty
W Polsce był jeszcze wówczas żywy popaździernikowy nurt twórczości. Pojawili się 
nowi młodzi pisarze: Grochowiak, Odojewski, Nowakowski, Bia-łoszewski, Brycht, 
Krasiński. Próbowałem mówić o nich, ale w ogóle go nie obchodzili. Żadne z 
nazwisk nic mu nie mówiło.
- Zainteresuję się nimi - uciął temat - gdy mnie przegonią.
I zaczął wypytywać o swoich rówieśników, których znał jeszcze sprzed wojny: Co z 
Andrzejewskim? Rudnickim? Otwinowskim? Piętakiem? Co robią? Jak się czują? Jak 
wyglądają?
Niestety, nie znałem ich osobiście, nie znałem też plotek, a to go, zdaje się, 
najbardziej interesowało. Ze szczególną sympatią i szacunkiem wspominał Adolfa 
Rudnickiego, Piętaka i Otwinowskiego też, tyle że nie jako twórców, lecz przede 
wszystkim jako dobrych, sympatycznych kompanów z „Zodiaku" i „Ziemiańskiej".
- Ach, jak dobrze się z nich kpiło! - mówił.
W końcu przypomniał sobie wreszcie o istnieniu Romualda Twardow-skiego, którym 
dotychczas w ogóle się nie interesował.
- Nie czytam wprawdzie nut, nie gram na żadnym instrumencie - oświadczył. - Mimo 
to uważam się za znawcę muzyki. Lubię drażnić muzyków pomniejszaniem Bacha. 
Zawsze się na to biorą - reagują złością.
- Muszę panu udzielić kilka rad - zwrócił się do Twardowskiego. - Niech pan 
nawiązuje do Schuberta, bo to wielki kompozytor, ale jednocześnie taki, do 

background image

którego nawiązywać nie można!
Mówił również, że nie jest entuzjastą muzyki współczesnej, bo zbyt 
stechnicyzowana. Muzyka to - jego zdaniem - sprawa wielkich osobowości 
twórczych. Są i dzisiaj znakomitości, chociażby Igor Strawiński. Nie ma jednak 
równych Mozartowi czy Beethovenowi. I to jest właśnie główna przyczyna słabości 
polskiej muzyki współczesnej - brak wielkich osobowości. Bo jak może powstać 
wielka muzyka, gdy brak wielkich ludzi?
I tu opowiedział nam anegdotę.
Na występy do Buenos Aires przyjechał kiedyś Andrzej Panufnik. Jedna z polskich 
dam, podobno hrabina, wydała na jego cześć przyjęcie, na które zaprosiła polską 
elitę emigracyjną, między innymi i Gombrowicza. A ten, choć nie znał nut, nie 
grał na fortepianie, zaproponował Panufniko-wi, „żeby zagrali coś na cztery 
ręce". Gospodyni wyszukała jakieś nuty, Gombrowicz z Panufnikiem certowali się z 
pół godziny, kto ma grać pierwszą partię. W końcu zasiedli do fortepianu, 
zaczęli grać, Panufnik grał oczywiście to, co miał w nutach, Gombrowicz 
natomiast uderzał bez sensu w klawisze.
Śmiał się, gdy to wspominał. Był bardzo zadowolony ze swego pomysłu.
- Ale go urządziłem! - cieszył się. - Panufnik musiał ze mną grać -tłumaczył - 
bo inaczej obraziłby mnie. Grając ze mną, robił jednak z siebie idiotę. Był 
przekonany, że siada do fortepianu z kimś, kto potrafi grać.
Jaśnie Panicz
Nie wspominał, jak zareagował na żart Panufnik. Mówił tylko, jak widział to 
sam*.
- W jakim towarzystwie obracał się pan w Argentynie? - pytaliśmy dalej. 
Gombrowicz:
- Młodych chłopców. Chłystków. I w takim właśnie towarzystwie - nie zblazowanym, 
naturalnym - czuję się najlepiej. „Środowisko" mnie nuży.
- A pana stosunek do teatru?
(W czerwcu tego roku szykowała się w Paryżu premiera jego „Ślubu" w Theatre 
Recamier, reżyserował Jorge Lavelli. Widziałem tę inscenizację, zrobiła na mnie 
duże wrażenie).
Gombrowicz:
- Teatru nie znoszę, nudzi mnie, nie chodzę w ogóle, nie byłem już przeszło 
dwadzieścia lat.
Dodał też - co później często podkreślał - że nie cierpi żadnego zwiedzania. 
Śmieszą go turyści, którzy biegają z aparatami fotograficznymi i z nabożeństwem 
oglądają wszystko, co wypada obejrzeć, choć wcale ich to nie interesuje.
- Typowy przykład gęby - mówił. - Ja niczego w Paryżu nie widziałem: nie byłem 
nawet na Place de la Concorde. Załatwiam tutaj wyłącznie swoje sprawy 
wydawniczo-literackie.
Ale ja i kolega Twardowski nie tylko chodziliśmy czasem do teatru, lecz i 
„zwiedzaliśmy". Następnego dnia wybieraliśmy się właśnie na wycieczkę do 
Wersalu. Namawialiśmy na nią Gombrowicza. Może jednak warto?
- Zobaczę, może przyjdę - powiedział w końcu.
Musieliśmy mu jednak przedtem zaręczyć, że organizatorami są Francuzi. Daliśmy 
słowo.
Nawet właściwie niepytany, zaczai też mówić o swoich dalszych życiowych planach. 
Był przecież niejako na rozdrożu - pobyt w Berlinie Zachodnim miał trwać tylko 
rok. Nie wiedział jeszcze, co dalej z sobą zrobi.
- Nie wykluczam wcale powrotu do Argentyny - mówił. - Może osiądę w Hiszpanii, 

background image

pod Barceloną? Pięknie, tanio, no i blisko do Francji. Po dwudziestu trzech 
latach Argentyny mówię lepiej po hiszpańsku niż po francusku, co również ma 
swoje znaczenie.
Akurat zaczął się jego wielki sukces literacki - stypendium fordowskie, nagroda 
„Wiadomości" londyńskich za „Dziennik", tłumaczenia na obce języki, wywiady w 
dobrych francuskich pismach: „France-0bservateur", „Fi-garo", „Arts", „Le Monde" 
itd.
Podkreślał bardzo, ile pod tym względem zawdzięcza Konstantemu A. Jeleńskiemu, 
odkrywcy, a jednocześnie niestrudzonemu propagatorowi jego twórczości, oraz 
Frangois Bondy'emu, redaktorowi „Preuves" - pisma,
- Przyjechał (...) Panufnik, z którym sporo o muzyce przegadaliśmy (mówił, że 
Polska o 30 lat spóźniona), a nawet przygrywałem mu dla hecy na przyjęciu, 
dodekafonicznie... -pisał w liście do brata Janusza 12 lipca 1960.
Czerwone krawaty
które pierwsze zaczęło go drukować. Akurat ukazało się tam jedno z jego 
opowiadań. Wspominał też o „Kulturze", dzięki której zyskał rozgłos.
W kraju tymczasem był w stosunku do niego okres przykręcania śruby. Już go nie 
wydawano.
- Będzie pan w Berlinie Zachodnim, czyli bardzo blisko Polski. Nie myśli pan, 
żeby ją odwiedzić? - pytał Twardowski.
- Nie, do Polski nie pojadę na pewno - powiedział stanowczo. I śmiejąc się: - 
Komuniści zaaresztowaliby mnie już na granicy... A potem już serio:
- Nie miałoby to najmniejszego sensu - ta Polska, która była moją, już nie 
istnieje. I nie myślę o zmianach, które tam zaszły, ale o sferze 
międzyludzkiej... Jeżeli chodzi o Polskę - mówił dalej - interesuje mnie przede 
wszystkim, by być tam wydawanym i czytanym.
Widać było, że to dla niego najważniejsze. Gdy o tym mówił, przestał żartować, 
ironizować. To już była sprawa w pełni serio. Miał nawet inny głos. Sądzę, że w 
tym momencie naprawdę się przed nami otworzył.
Nie był zdziwiony, że w Polsce nie wydają jego „Dziennika". To kraj, gdzie 
istnieje cenzura.
- Ale dlaczego - mówił - nie wydają moich opowiadań? powieści? dramatów? One 
przecież nie mają nic wspólnego z polityką czy ideologią.
Rozmawiałem niedawno z Butorem - opowiadał dalej - który chwalił mi się, że w 
Polsce wyszły akurat dwie jego książki: „Odmiany czasu" i „Przemiana". A ja mu 
na to: „Tak, żeby ukazywać się w moim kraju, trzeba być pisarzem francuskim!".
Przed swoją śmiercią Gombrowicz zastrzegł podobno w testamencie, że albo w 
Polsce wyda się wszystkie jego utwory, również „Dziennik", albo nic.
Nie widziałem jego testamentu, o ile wiem, nie był nigdzie publikowany. 
Naturalnie, mógł zmienić później zdanie, minęło przecież kilka dobrych lat.
W każdym razie, wtedy, 5 maja 1963 roku, chciał - więcej - pragnął być w Polsce 
wydawany choćby częściowo, rezygnując z „Dziennika", na który prędzej czy 
później - jak twierdził - przyjdzie czas. I cierpiał, że tak nie jest.
- Nad czym pan obecnie pracuje? - spytał z kolei Twardowski. Gombrowicz:
- Piszę powieść „Kosmos", ale czeka mnie jeszcze z rok pracy... O dwunastej w 
południe był zaproszony gdzieś na obiad. Musieliśmy kończyć. W sumie 
rozmawialiśmy dwie godziny. Wyszedł z hotelu razem z nami. Zanim się 
pożegnaliśmy, powiedział:
- Opowiadajcie w Warszawie o naszym spotkaniu! I nie zapominajcie dodawać, że 
gdy z wami rozmawiałem, pod moimi drzwiami, na korytarzu hotelowym, siedział sam 

background image

Jean-Paul Sartre! Czekał, aż skończę z wami i łaskawie go przyjmę! Podkreślajcie 
to bardzo, wiecie, jak jest w Warszawie - wydają i uznają pisarza, dopiero gdy 
doceni go Europa! Pamiętajcie - powtórzył -Sartre czekał pod moimi drzwiami!
Jaśnie Panicz
Podaliśmy sobie ręce, pożegnaliśmy się, poszliśmy w swoje strony.
Żegnaliśmy się przyjaźnie, choć na początku spotkania wszyscy byliśmy spięci. On 
też - nie wiedział przecież, z kim będzie miał do czynienia.
Liczyliśmy jeszcze trochę, że na drugi dzień znów go zobaczymy, bo zdecyduje się 
na wycieczkę do Wersalu. Ale się nie pojawił. Zresztą była wyjątkowo paskudna 
pogoda - deszcz, zimno.
Po pięciu miesiącach wróciłem do Warszawy. O naszym spotkaniu opowiadałem 
wielokrotnie. O Sartrze pod drzwiami oczywiście też - wciąż był popularny i 
ceniony.
I tak zakończyło się niespodziewane spotkanie z wielkim pisarzem, który w swym 
sposobie mówienia i zachowania był niemal taki sam jak w swej literaturze.
Przeżytek
Tekst Barbary Witek-Swinarskiej, „O dystansie, czyli rozmowa z mistrzem" („Życie 
Literackie" 1963, nr 38), zajmuje bezdyskusyjnie pierwsze miejsce wśród ataków 
na Gombrowicza. Przedstawiła go nie tylko jako pyszałka, zmaterializowanego 
cynika, odpychającego nawet zewnętrznie: Coś nieprzyjemnego w ładnych ustach i 
coś bardzo obcego w bardzo niebieskich oczach. Przede wszystkim jednak 
nieautoryzowaną rozmowę z Gombrowiczem przekazała w formie wywiadu. Przypisała 
mu wypowiedzi świadczące o bagatelizowaniu i wybielaniu zbrodni hitlerowskich w 
Polsce, o sympatiach faszystowskich. To wszystko - jak sugerowała - za pieniądze 
stypendium Fundacji Forda, które otrzymał w roku 1963.
Rozpętała przeciw niemu prasową burzę. Zaatakował go nieistniejący już dziś 
tygodnik „7 Dni w Polsce", Ludwik Hieronim Morstin w „Życiu Warszawy", którego 
tekst przedrukowała również „Trybuna Ludu", w „Kulturze" Stanisław Zieliński, 
Krzysztof Teodor Toeplitz.
Gombrowicz wysłał sprostowanie do „Życia Literackiego", do „7 Dni", „Życia 
Warszawy" i „Trybuny Ludu" oraz ZLP. Wydrukowało je tylko „Życie Literackie" (nr 
50), i to bez daty, z trzymiesięcznym opóźnieniem; w dodatku - jak pisał potem - 
opatrując chytrze dobranymi cytatami z mego „Dziennika", które miały wykazać, że 
jednak jestem potwór...*.
(...) Nie jest to żaden wywiad ze mną - pisał w sprostowaniu - jak mylnie podano 
w kilku polskich gazetach, a tylko opis prywatnego ze mną spotkania. (...)
W felietonie swoim pani Witek-Swinarska wkłada w moje usta poglądy, których ja 
nigdy nie wypowiedziałem. W najczarniejszym śnie nie mogłaby mnie nawiedzić 
nikczemna intencja wybielania, czy choćby bagatelizowania, zbrodni hitlerowskich 
w Polsce, które najostrzej potępiam wraz ze wszystkimi uczciwymi ludźmi świata. 
Nie może istnieć co do tego najmniejsza wątpliwość, gdyż kilkakrotnie 
wypowiedziałem się na ten temat w moim „Dzienniku". Odnoszę się z największym 
szacunkiem do niebywałych cierpień Polaków w czasie ostatniej wojny.
„Dziennik", Paryż 1971, t. 3, s. 147.
14. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
„Sprawie Swinarskiej" poświęcił Gombrowicz spory rozdział w swoim „Dzienniku" z 
Berlina Zachodniego - bardzo go to wszystko dotknęło. Z jego korespondencji do 
rodziny w kraju, rozmów z wieloma osobami, które widziały się z nim po jego 
przyjeździe z Argentyny do Europy, wynika także, że pomyślał poważnie o 

background image

odwiedzeniu Polski. Po tekście Swinarskiej i burzy, którą wywołał - zrezygnował 
z planów.
* * *
Barbara Witek-Swinarska od razu uprzedziła, że nie odwoła słowa ze swego tak 
głośnego niegdyś tekstu. Wręcz przeciwnie. Może najwyżej dodać kilka 
wyjaśniających szczegółów, niezbyt - i tym razem - pochlebnych dla Gombrowicza. 
Udowadniających natomiast jeszcze bardziej, że racja i prawda były po jej 
stronie.
Wcale też tego tekstu nie żałuje. Nie czuje się winna ani nawet odpowiedzialna. 
Po prostu uważa, że w tej akurat sprawie zadecydował wyłącznie splot 
nieoczekiwanych przypadków, które potoczyły się niczym lawina, niezależnie od 
jej i jego woli.
Przypadek pierwszy to mieszkanie, które razem z mężem, nieżyjącym już reżyserem 
Konradem Swinarskim, odziedziczyła po Gombrowiczu. W roku 1963 pojechała bowiem 
do Berlina Zachodniego z mężem, którego zaprosił teatr Schaubiihne. Dostali 
mieszkanie właśnie w pracowni Akademie der Kiinste, zajmowanej poprzednio przez 
Gombrowicza, którego już wcześniej przeniesiono do równie wygodnego i pięknego 
apartamentu na Ho-henzollerndamm, czyli niewiele dalej. Mieszkali tak blisko 
siebie przez kilka dobrych miesięcy, nigdy się jednak na siebie nie natknęli, 
choć Swinarscy wiedzieli już wtedy, że Gombrowicz przebywa w Berlinie Zachodnim. 
Mieszkanie po nim zrobiło jednak swoje. Fluidy - widać - były tak silne, że ją 
do niego zaciągnęły.
Przypadek drugi to Klaus Yólker, młody literat z Berlina Zachodniego, który 
zabrał ją na Lesung, czyli wieczór autorski Gombrowicza. Nie chciała iść - ze 
względów ideowych pisarze emigracyjni nigdy jej nie interesowali. Cóż mogą mieć 
do powiedzenia? Ich światy i poglądy są już przecież martwe. I co ważniejsze, 
dlaczego tworzą na emigracji, skoro w kraju - mimo naturalnie pewnych 
niedociągnięć - istnieje przecież swoboda twórcza.
Było to wtedy nie tylko jej zdanie. Młodzi ludzie z kręgu teatru Schaubiihne, 
chociażby Dieter, jego kierownik literacki, czy też Klaus Yólker i inni mieli 
nastawienie wybitnie prokomunistyczne, antyamerykańskie, byli nawet zbliżeni do 
grupy Ulriki Meinhof. Urządzali demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie, 
obrzucali szacha i szachową Iranu zgniłymi pomidorami. Czytali niemal wyłącznie 
dzieła Marksa i Lenina, ubierali się w wojskowe, zielone kurtki. Pisarz, który - 
tak jak Gombrowicz - wybrał jednak emigrację, a nie kraj ludowej demokracji, był 
dla nich co najmniej dziwolągiem.
Przeżytek
Chcieli na kogoś takiego popatrzeć, posłuchać, co będzie mówił, dlatego właśnie 
wybrali się na jego wieczór.
Nie wiadomo, czy dziś, po tylu już latach różnych doświadczeń, są nadal tacy 
sami. W każdym razie Barbara Witek-Swinarska nie zmieniła poglądów, o czym też 
od razu niemal uprzedza, żeby nie było nieporozumień.
Spotkanie ze studentami odbyło się w domu akademickim w dzielnicy Eichkamp. 
Gombrowicz opisał je potem w „Dzienniku" z Berlina Zachodniego, lecz - 
przynajmniej z jej punktu widzenia - wyglądało to wszystko nieco inaczej. Oprócz 
Gombrowicza zaproszono wtedy także Petera Weissa i młodego poetę Maxa Hólzera. 
Po kilku słowach wstępnych wygłoszonych przez prowadzącego, profesora Hóllerera, 
każdy z nich czytał studentom fragmenty swoich dzieł.
Gombrowicz wzbraniał się przed czytaniem, tłumacząc się słabą znajomością 
niemieckiego. W końcu dał się jednak namówić na fragment „Ferdydur-ke" - 

background image

„Filidora dzieckiem podszytego". Ale ponieważ czytał po niemiecku rzeczywiście 
fatalnie, zaczął te fragmenty odgrywać. Łapał się za serce, drapał za uchem, 
siadał, stawał, gestykulował, robił najróżniejsze miny. Trzeba przyznać, swady 
aktorskiej mu nie brakowało. Wygłosił też do studentów kilka słów od siebie - że 
jego serce należy właśnie do młodzieży niemieckiej itd. Byli zachwyceni, 
zupełnie ich podbił - śmiali się, bili mu brawa.
Jedyną odpowiedzią na poważny, solidny i porządny niemiecki Lesung był śmiech 
rozwalający wszystko - pisał Gombrowicz w „Dzienniku" z Berlina. - Mogłem liczyć 
tylko na śmiech burszowski, studencki, swobodny...*.
- Dla mnie natomiast - mówi Barbara Witek-Swinarska - był to wieczór żenujący. 
Wspomina go z niesmakiem do dziś. Gombrowicz był zbyt niepoważny. Oczywiście, że 
to nudne, gdy pisarz jest zbyt namaszczony, jednak bez przesady w drugą stronę. 
Weiss i Hólzer czytali swoje fragmenty bardzo serio, z godnością, jaka przystoi 
pisarzowi. On natomiast wyglądał na ich tle niczym błazen. Wygłupiał się przed 
niemieckimi smarkaczami, którzy byli pewnie święcie przekonam, że Polska nie 
wydaje Gombrowicza przede wszystkim za jego humor.
Jej znajomym z kręgu teatru Schaubiihne też się nie podobał. Byli śmiertelnie 
poważni, zainteresowani głównie polityką, sprawami społecznymi, a tu pisarz 
Polak czytał - jak mówili - dyrdymały o jakimś Filidorze i Anty--Filidorze. Był 
też dla nich zbyt „luźny" i zachodni. Nie nastały bowiem jeszcze czasy mody na 
luz, swobodę w każdej dziedzinie. A już szczególnie raziła ich u pisarza Polaka.
Jeszcze przed wieczorem autorskim Gombrowicza spodziewała się właściwie, co ją 
czeka. Dieter, który poznał go wcześniej, mówił, że to przede wszystkim klown, 
aktor z variete. Rzeczywistość przeszła jednak jej oczekiwania. Tak że, gdy się 
potem spotkali, była już do niego nieprzychylnie nastawiona.
* Tamże, s. 138.
Jaśnie Panicz
Sam wieczór autorski nie miałby oczywiście większego znaczenia, gdyby nie 
kolejny przypadek. Otóż Gombrowicz chciał się spotkać z Konradem Swinarskim.
- Myślał pewnie, żeby zainteresować go którąś ze swoich sztuk - mówi Barbara 
Witek-Swinarska. Swinarski reżyserował przecież wtedy w Schau-biihne „Śmierć 
Tarełkina", miał umowę na „Marata" w Schillertheater. Gombrowicz umówił się więc 
z nimi przez Klausa Yolkera. Zaprosił Swinar-skiego do siebie na niedzielę, na 
płyty. Swinarski nie mógł jednak przyjść, a poza tym - jak twierdzi Barbara 
Witek-Swinarska - nie chciał, nie widział powodu.
Przypadek numer cztery to brak telefonu w berlińskim mieszkaniu Gombrowicza. 
Poszła więc do niego odwołać spotkanie. Ponieważ szła z przeprosinami, 
przyniosła mu różowy goździk, a nie różę, jak pisał potem w „Dzienniku".
Choć był przecież ze Swinarskim umówiony, spał sobie w najlepsze. Wstał, 
narzucił na piżamę szlafrok, szybko się przebrał.
- Pomyliłem godziny - przepraszał i usprawiedliwiał się. Choć nic się oczywiście 
nie stało, czuł się widocznie winny, że zapomniał o spotkaniu, zaprosił ją 
bowiem na kawę do dość obskurnej kawiarenki przy metrze Fehr-berlliner Platz.
O tym, że nie z nią był umówiony, lecz ze Swinarskim, nie wspomniał jakoś w 
„Dzienniku". Dla niej natomiast to fakt bardzo istotny. Wcale nie chciała się z 
tym „przeżytkiem" spotykać, po prostu jakoś to wyszło, „wpadł" niejako jej w 
ręce.
Początkowo nic nie zapowiadało burzy. Ot, zwyczajna kawiarniana rozmowa. 
Opowiadał, że i w Berlinie, i w Paryżu odwiedzają go pisarze z Polski. To oni 
szukają z nim kontaktu, nie on. Przychodzą niczym po namaszczenie - dają mu do 

background image

zaopiniowania swoje książki, chcą z nim rozmawiać, z nabożnym szacunkiem 
słuchają tego, co mówi. Nie ukrywają, że w kraju nic najprawdopodobniej nie 
napiszą o spotkaniu z nim, nie był to bowiem najlepszy okres na pisanie o 
Gombrowiczu.
- I co pani na to? - pytał, ponieważ Barbara Witek-Swinarska broniła ostro tezy 
o wolności słowa panującej w Polsce. Są naturalnie niedociągnięcia, błędy, ale 
ogólnie rzecz biorąc, jest to jej zdaniem fakt bezdyskusyjny.
Przeliczał też ciągle dolary na marki, które dostać miał z Fundacji Forda. 
Cieszył się tymi pieniędzmi jak dziecko; wyglądało, że nie widział zbyt często 
większych sum. Bardzo ją to wszystko denerwowało, ale tak naprawdę zaczęło się, 
gdy to on, nie ona, rozpoczął jakby nigdy nic rozmowę o niemieckiej moralności i 
mentalności.
- A mnie Niemcy wymordowali całą rodzinę, ani jedna moja koleżanka nie przeżyła 
wojny. Dla mnie Niemcy to wyłącznie śmiertelni wrogowie, a wojna to do dziś 
temat święty, jest w nim granica, której przekroczyć nie wolno, dalej bowiem 
można najwyżej klęknąć z szacunkiem. On jednakże był od tego bardzo daleki. 
Uważałam również, że nie ma prawa oceniać
Przeżytek
Niemców, wojnę spędził przecież w Argentynie. A nie sądzę, by odległość i 
dystans wyostrzały perspektywę, to wyłącznie jego tłumaczenie.
Powiedział to wszystko, co napisałam. Słowo w słowo. Że chełpimy się cyfrą 
pięciu milionów zabitych. A Niemcy mordowali, bo tak im nakazywała ich tragiczna 
moralność. Starałam się nie przeinaczać jego słów, choć oczywiście wierne 
przytoczenie było niemożliwe - nie notowałam przecież... Z dziennikarstwem nie 
mam nic wspólnego, jestem aktorką. Kłamał, pisząc w sprostowaniu, że przypisałam 
mu słowa, których nie wypowiedział.
Napisał też w „Dzienniku", że pożegnała się z nim i odeszła w stanie 
niewątpliwej irytacji. Zakończyło się tymczasem o wiele bardziej ostro. 
Porządnie sobie nawzajem nawymyślali, pod koniec już tylko krzyczeli. Wreszcie 
zerwała się od stolika, uciekła bez słowa pożegnania, nie zapłaciwszy nawet za 
siebie.
- Nie ukrywam - mówi - że bywam czasem furiatką, a i Gombrowicz się wtedy moimi 
poglądami zdenerwował. I te nerwy to jedyny aspekt sprawy, którego - trzeba 
przyznać - trochę żałuję.
Teraz, po tylu latach, gdy przybyło jej doświadczenia, gdy już wie, że lubił 
prowokować, robić na przekór, gdy przeczytała całość jego „Dziennika" i w ogóle 
wszystko, co napisał - nie brałaby jego słów tak śmiertelnie serio. Nie 
zgadzałaby się oczywiście z jego poglądami, lecz zaproponowałaby na przykład, 
żeby porozmawiali o czymś innym, spokojnie napili się kawy. Nie byłaby już taka 
szybka, krewka, bojowa. Nie pobiegłaby zaraz do siebie, żeby natychmiast, płonąc 
jeszcze z oburzenia, napisać o tym spotkaniu. Nie uważałaby tego - jak wtedy - 
za swój święty obowiązek. Tylko cóż, była młodsza, były inne czasy, uważała, że 
jego poglądom powinna dać natychmiastowy i zdecydowany odpór.
- W gruncie rzeczy - przyznaje i mięknie na moment - być może, zapędził się, jak 
to często przecież bywa w dyskusjach. Nie przypuszczał, że wezmę to wszystko na 
serio i zaraz opiszę. Nie mam właściwie pojęcia, czy po prostu nie prowokował. 
Raczej nie, mówił bardzo serio, z przejęciem, zapalił się. Być może, była to 
również forma prowokacji. Lecz jak już mówiłam, temat wojny i Niemców, moim 
zdaniem, do prowokacji się nie nadaje.
Tylko cóż, stało się. Pobiegła do mieszkania, szybko napisała, wysłała do „Życia 

background image

Literackiego", lawina się potoczyła. Nie przyszło jej nawet do głowy, że rozpęta 
przeciw niemu taką burzę w naszej prasie, audycje w zachodnich rozgłośniach, 
sprostowanie Gombrowicza itd.
- Bardzo mnie tym sprostowaniem rozczarował - mówi. - Myślałam, że powie dumnie: 
tak, tak właśnie myślę, to są moje poglądy!
Z drukiem jego sprostowania też był splot dalszych przypadków, a nie rezultat 
czyjejś złej woli. Redaktor naczelny Władysław Machejek i jego ówczesny zastępca 
Jerzy Lovell byli akurat na urlopie. Nie miał kto zadecydować. Dlatego właśnie 
trochę się przeleżało.
Barbara Witek-Swinarska nie wie, kto z redakcji dobierał cytaty z „Dziennika", 
którymi opatrzono sprostowanie Gombrowicza. To już nie jej
Jaśnie Panicz
sprawa. Nie rozumie też, dlaczego miałaby natychmiast prostować, że nie był to 
wywiad, jak to wielu mylnie odczytało.
- Uważam - mówi - że to było jasne dla każdego. Jeżeli ktoś tego nie zrozumiał, 
trudno.
Dalej już wszystko potoczyło się własnym życiem. Nie namawiała przecież 
Morstina, Zielińskiego czy Toeplitza, żeby występowali przeciwko Gombrowiczowi. 
Przecież nawet sam Artur Sandauer w eseju „Witold Gombrowicz, człowiek i 
pisarz"*, pisząc o jej tekście, przyznał: Nie wątpię, że dziennikarka 
zwulgaryzowała jego stówa... Dalej jednak wyraźnie brał w obronę ją, nie 
Gombrowicza, za co do dziś go wielbi. Pisał bowiem:
Wszelki sąd o nas, jeśli nie jest wyraźnie oszczerczy, jakoś o nas świadczy. 
Cały ton zresztą wywiadu - przechwalający się, przekorny, prowokacyjny - ma coś 
iście Gombrowiczowskiego. Czyż zresztą - jeśli o jego poglądy polityczne chodzi 
- nie pisze sam w „Dzienniku", że „dość ma nakazów, aby widział brata w 
człowieku, który nie jest jego bratem", że zamiast gwałtem oświecać „chamów" - 
należałoby „zostawić ich w spokoju", że „prawie z niecierpliwością wygląda... 
bankructwa socjalizmu, demokracji... scjentyfizmu"... którymi faszerowała go 
epoka? (...)!- czyż w świetle tych wyznań - relacja owej dziennikarki nie wydaje 
się bliższa prawdy?
Po opublikowaniu tekstu zwrócił się do niej listownie Dominiąue de Roux, 
współautor przygotowywanej dla francuskiego wydawnictwa ,,1'Her-ne" pracy 
zbiorowej, poświęconej Gombrowiczowi. Przez - jak się okazało -ich wspólnego 
znajomego,Thomasa Harlana, młodego niemieckiego komunistę, przekazał jej list, w 
którym prosił o tekst czy tylko kilka słów do książki.
Nasz wspólny znajomy - pisał - powiedział mi, że Pani jest opuszczona po tym, co 
Pani napisała. Proszę napisać, jaka była reakcja jego wielbicieli? Czy była Pani 
dalej w korespondencji z Gombrowiczem? Czy moglibyśmy ją opublikować? Pani punkt 
widzenia byłby mile widziany oprócz wspomnień jego wielbicieli. Proszę napisać 
po polsku, niemiecku, francusku, w jakim języku Pani chce...
Nic na to nie odpowiedziała.
W kraju natomiast o kilka słów wyjaśnienia zwrócił się jedynie redaktor Janusz 
Wilhelmi z „Kultury". Napisała, że wcale nie chciała spotkać się z Gombrowiczem, 
zadecydował splot przypadków itd. Nie wiadomo, dlaczego nie wydrukowali.
Przesłała wyjaśnienie, choć właściwie - czy tylko ona ponosiła odpowiedzialność? 
Nie była przecież dziennikarką, kolegium „Życia Literackiego" mogło jej tekstu 
nie wydrukować. W końcu w jego składzie był nawet i daw-
* „Kultura" (Warszawa) 1965, nr 42-43.

•„ » , •-,^if,,

Przeżytek

background image

ny przyjaciel Gombrowicza z lat przedwojennych - Stefan Otwinowski. Czyż nie 
miał prawa głosu? Gdzie byli wtedy inni jego, tak podobno liczni, przyjaciele? 
Uczniowie? Wielbiciele? Nie stawali jakoś w jego obronie. Nie słyszała o żadnym 
ich wystąpieniu, proteście.
W jej środowisku natomiast uważano, że dumnemu Gombrowiczowi bardzo się 
przytarcie nosa należało. Zazdroszczono jej, że „zrobiła" sobie nazwisko. Potem 
zresztą pisanie o nim coraz bardziej się urywało.
- Doprawdy, bawi mnie - śmieje się Barbara Witek-Swinarska - przypisywanie tak 
wielkiego wpływu mojemu tekstowi i burzy, która po nim nastąpiła. Nie 
przesadzajmy. Niestety, to nie ja, ale sam Gombrowicz zamknął sobie drogę do 
pełnego druku w kraju, przyjazdu tutaj. A oprócz tego, nie przesadzajmy też z 
wagą jego utworów.
Już po jego śmierci przeczytała wszystko, co napisał. I co? Otóż wcale nie 
uważa, że to takie wspaniałe. No, chyba że dla dziesięciu tysięcy 
intelektualistów, to wszystko.
- Miejscem pisarza - mówi zdecydowanie - jest według mnie jego kraj! Na dobre i 
na złe. Jeżeli świadomie wybrał emigrację, proszę bardzo, niech go tam drukują. 
Wrócił do kraju Tuwim, Słonimski, Wańkowicz, mógł i Gombrowicz.
Oprócz tego - jej zdaniem - żadna znów wielka strata, że nie wrócił do kraju. I 
już nie chodzi nawet o jego dzieła. Choć niby wielu jego wyznawców twierdzi, że 
właśnie jest arcypolski, że niemal czwarty wieszcz. Był kimś najbardziej chyba 
nagannym - kosmopolitą, ale pouczała go, że i tak od Polski nie ucieknie.
Bo jak ktoś raz widział wierzbiska rosochate - pisała - przy drogach 
gliniastych, bajorzastych, komu raz tylko kolo nozdrzy pieczone zapachniały 
grule, kto raz słyszał organów granie (...) to już się przed tym nie opędzi...
- To ładnie, że uważa się mnie za jedną z czarnych postaci polskiej literatury. 
Bardzo mi się to podoba, wcale się nie obrażam - nie brak mi poczucia humoru. 
Proszę, w dowód tego mam dla pani różowy goździk, taki sam, jaki osiemnaście lat 
temu ofiarowałam Gombrowiczowi...
Wykolejeniec
STEFAN ARSKI - „Targowica leży nad Atlantykiem" („Książka i Wiedza", Warszawa 
1952, rozdział „Ewangelia Judaszów"):
(...) Oto inny emigracyjny pisarzyna, p. Witold Gombrowicz, autor mętnych i 
przez nikogo nieczytanych powieści (już jego przedwojenny utwór pt. „Ferdy-
durke" nie zwiastował nic dobrego), spieszy w sukurs p. Mieroszewskiemu i 
obwieszcza dalsze prawdy kosmopolityczne. Powiada ten pomylony „Ferdydurke": „do 
pewnego stopnia jestem wariat, a do pewnego stopnia robię z siebie wariata", ale 
„jestem naturą tak dalece antynomiczną, że wlaśnie im bardziej szaleję, tym 
bardziej staję się poważnym" - pisze o sobie w londyńskich „Wiadomościach" z 27 
stycznia 1952 r., co niewątpliwie oznacza, że w tym szaleństwie jest metoda.
(...) Panowie Gombrowicz i Mieroszewski wyrażają w literackiej formie (mniejsza 
o to, że w bardzo zlej) to, co się stało ideologią polskich klas posiadających z 
chwilą, gdy naród polski strącił je z wyżyn panowania klasowego. Chcą się z 
polskości „wyzwolić", na polskość „patrzeć z góry". Po prostu - zaprzeć się 
Polski, bo nie ma tu miejsca dla „jaśnie oświeconych" (nawiasem mówiąc, pp. 
Mieroszewski i Gombrowicz są też z takich: pierwszy jest bowiem „ordynatem", 
drugi zaś zwykł się sam kiedyś przechwalać, że ma w swej hrabiowskiej koronie aż 
„dziewięć pałek") ani „dobrze urodzonych", dla „prosperujących przemysłowców" i 
„obrotnych finansistów". Robotnicy i chłopi tu rządzą. Więc od takiej Polski 
panowie chcą się czym prędzej wyzwolić.

background image

Pies z kulawą nogą nie będzie się oczywiście w Polsce troszczył o to, że 
panowie, którzy najpierw wyemigrowali z kraju, teraz emigrują z polskości. 
Proces rozkładu reakcyjnej emigracji polskiej postępuje coraz szybciej i nie ma 
się ani czemu dziwić, ani czego żałować.
EWA KORZENIEWSKA - „Zarys literatury polskiej", podręcznik dla klasy XI, część 
II (PZWS, Warszawa 1952, rozdział „Schyłkowy i reakcyjny charakter filozofii i 
literatury okresu międzywojennego"):
(...) Pisarze tacy jak Gombrowicz (...) tworzyli postacie i sytuacje groteskowe, 
które miały symbolizować ich wstręt do życia, lubowali się w nastrojach
Wykolejeniec
grozy, tajemniczości, melodramatyzmu, co stwarzało obraz świata pogrążonego w 
chaosie, niedającego się ani zrozumieć, ani celowo zorganizować. Oderwanie się 
tego kierunku sztuki od życia było jednak czymś pozornym. Dziś dla nas jasna 
jest reakcyjność takich teorii. Chodziło przecież o to, aby sztuka nie 
przekazywała treści rewolucyjnych, zagrażających ustrojowi.

i

JÓZEF CYRANKIEWICZ - przemówienie z 23 maja 1953 na posiedzeniu komitetów 
honorowych Roku Kopernikowskiego i Roku Odrodzenia („Trybuna Ludu" 1953, nr 
143):
(...) Oto jeden z licznych przykładów upadku (...) ekspozytury Polski 
wczorajszej, kompletnego rozkładu tych, którzy sami siebie nazywają dziś 
cynicznie „tymczasowymi Polakami" i wstydzą się swej polskości. Na łamach 
paryskiej „Kultury", która stała się ośrodkiem renegackiej myśli 
kosmopolitycznej, czytaliśmy niedawno takie oto rozważania na temat wielkich 
geniuszów polskiej myśli narodowej: „Geniusze? Do cholery z tymi geniuszami... 
Cóż mnie obchodzi Mickiewicz?". Albo: „Lubując się własną kulturą, obnażamy nasz 
prymitywizm...".
Autor tych słów, jeden z owych emigracyjnych „tymczasowych Polaków" -podchwytuje 
z zapałem argumenty wrogich nam szowinistów niemieckich spod znaku „Deutschland, 
Deutschland iiber alles" i swastyki, kpiąc sobie z „niezupełnie rdzennego 
Kopernika" i „półfrancuskiego Szopena*. Znalazłszy przytułek wśród rozkładającej 
się kultury burżuazyjnego Zachodu, wolą ci panowie lżyć Mickiewicza i 
zachłystywać się wyleniałym filozofem Bertrandem Russellem, który aprobuje 
zagładę własnego narodu angielskiego (...).
Na tym dopiero tle z całą jaskrawością uwydatnia się nasz stosunek do pięknych, 
wspaniałych, niezniszczalnych tradycji narodowych. Myśmy podnieśli sztandar 
narodowej tradycji, tak nędznie porzucony i zdradzony przez polską burżuazję i 
epigonów polskiej szlachetczyzny...
Tygodnik „7 Dni w Polsce" (1963, nr 44) przeznaczony głównie dla Polonii, 
wychodzący w latach 1957-1965, po wywiadzie udzielonym przez Witolda Gombrowicza 
w roku 1963 w Berlinie Zachodnim radiu „Wolna Europa":
(...) Poglądy [Gombrowicza] mogą pozostać nie bez wpływu na postawy ideowe 
Polaków za granicą, toteż uważamy za celowe zainicjowanie na łamach naszego 
tygodnika dyskusji, do której udziału pozwalamy sobie serdecznie zaprosić 
wszystkich naszych czytelników i sympatyków.
JAN DOBRACZYŃSKI - „Jak być Polakiem":
(...) To prawda: literatura polska w swych najlepszych wypowiedziach nie 
interesowała się i nie interesuje się i dziś-jeśli nie liczyć naiwnych naśladow-
nictw - jednostką wyobcowaną z życia narodowego, religijnego czy społecznego, 
obojętną wszystkiemu monadą, poddaną presji chorobliwych kompleksów. Nie-
* Fragmenty z „Dziennika" Gombrowicza, 1.1, s. 14-15 wydania paryskiego. ,,,A

background image

Jaśnie Panicz
wiele jest u nas prób literatury kliniczno-patologicznej w rodzaju „Ferdydurke" 
Gombrowicza. W najlepszych swoich dziełach pokazuje literatura polska człowieka 
służącego jakiejś sprawie, większej lub mniejszej, słusznej lub niesłusznej, 
służącego dobrze lub źle, łamiącego się nieraz w tej służbie, odchodzącego od 
niej - ale nigdy nie zrywającego calkowicie związku z innymi ludźmi...
ZBIGNIEW MITZNER - „Nie widzę potrzeby dyskusji": ''•*'•' '* "v''• ~
(...) Pana Gombrowicza znam osobiście. Wypiłem z nim wiele czarnych kaw przed 
wojną w „Ziemiańskiej". (...) Oprócz tego pisywał. Niewiele, w miarę tyle, ile 
pisać mógł szanujący się młodzieniec z dobrej rodziny, uchylający się od 
wszelkiej pracy. Jego dwie książeczki miały wówczas pewien rozgłos w środowisku 
literackim. Są bowiem dwa rodzaje pisarzy: jedni piszą dla szerokich rzesz 
czytelników, drudzy dla kolegów. Gombrowicz należał i należy oczywiście do tych 
drugich. Były to więc książeczki niejako doświadczalne, czym nie zamierzam 
pomniejszać ich bardzo wąziutkiego znaczenia. (...)
Przed samym wybuchem wojny p. Gombrowicz zapragnął pewnego kontaktu z plebsem i 
zaczął drukować powieść sensacyjną w odcinkach jednego z dzienników. (...) W 
powieści tej występował pewien bokser, i to przedstawiony w świetle raczej 
ujemnym. Dało to powód jednemu z naszych kolegów (...) do zrobienia 
Gombrowiczowi kilku zabawnych kawałów. Napisał mianowicie do niego list (...): 
„Panie Gombrowicz, wiem, że to pan jesteś autorem tej powieści (...) nie życzę 
sobie, żebyś pan używał mojego nazwiska. Zrozumiano?" (...) Na takie dictum 
Gombrowicz zmienił nazwisko swego powieściowego boksera na inne, należał bowiem 
raczej do ludzi płochliwych i-jak by powiedział Wiech - cykoryjnych. (...)
Sądzę, że w tej bojaźliwości Gombrowicza leży wytłumaczenie faktu, iż w swej 
podróży do Europy dotarł zaledwie do muru dzielącego Berlin Zachodni od 
Wschodniego. Do Polski nie przyjechał. Choć, zaiste, nikt tu na niego nie dybał. 
Bał się tylko zapewne, że ludziom w Polsce będzie musiał zbyt długo tłumaczyć, 
kim jest, bo oni nie wiedzą (...).
Sądzę więc, że także i wśród Polaków na emigracji popularność Gombrowicza nie 
jest zbyt szeroka. Wątpię, żeby górnik z Nordu czy hutnik z Westfalii, albo 
chłop polski z Sao Paulo powiedział do żony:
- Popatrz no, Kaśka, jaśnie wielmożny pan hrabia Gombrowicz kicha na polskość. 
Może byśwa to samo zrobili? Bo oni:
- „Wolnej Europy" nie słuchają.
- „Kultury" paryskiej nie czytają.

\ s j/,r -o^;

- Kto zacz Gombrowicz, nie wiedzą. :iV »«,*< K ;..> Oczywiście są niektórzy, co 
się już jak Gombrowicz odpolaczyli i znajdą w jego słowach pewne uzasadnienie, 
ideologię swego odwrócenia się plecami do ojczyzny. Będą tacy, ale oni już są i 
nie ma nad czym dyskutować. (...)
Nowych, dobrych książek do zaofiarowania nie ma, trzeba więc w jakiś sposób 
zwrócić na siebie uwagę. Conradem, żeby zaczął pisać w obcym języku, też
Wykolejeniec
nie jest. Więc po polsku wyrzeka się polskości. Jeszcze jeden numer z gombrowi-
czowskiego cyrku słów.
WŁADYSŁAW JAN GRABSKI - „Żal mi twórcy «Ferdydurke»":
(...) Gombrowicz operując efektownymi konstatacjami wywyższa się nad całą 
literaturę polską. Wolno i tak. Ale czy warto? Jeżeli cokół, na którym się 
ustawia, okaże się nie z porcelany, lecz tylko z piany, można zapaść się w 
śmieszność. A szkoda Gombrowicza. (...)

background image

Nie wystarcza mu podziw. On chce, aby go w Polsce słuchano. Niewyżyty pedagog 
narodowy. Właśnie! Pragnie instruować nas, mówiących jego mową trzydzieści 
milionów i piszących po polsku, nas, kilkuset literatów w Kraju.
(...) Umie pisać. Świetnie pisze. W bukiecie kultury polskiej jest specyficznym 
kwiatem. Ale dlaczego odłamuje się od łodygi? Utrudnia sobie miejsce w 
życiodajnym wazonie. Szkoda traktować go jako egzotyczny ornament. Żal mi 
Gombrowicza.
Czytelnik MARIAN ATOM (J.L. Chicago, USA) - „Kosztem zniesławienia kultury 
polskiej" („7 Dni w Polsce" 1963, nr 49):
(...) Pracując ciężko na kawałek chleba dla siebie i najbliższych, nie mam czasu 
na czytanie książek, w tym również książek p. Gombrowicza. (...) Jeśli więc 
zabieram głos na temat p. Gombrowicza, to tylko dlatego, że swoim wystąpieniem 
na forum publicznym („Wolna Europa") usiłował poniżyć wszystkich Polaków.
Pan Gombrowicz powiedział, że „kultura polska nie jest uniwersalna". To kłamliwe 
i lekkomyślne stwierdzenie jest uderzeniem w cały nasz naród, w polski dorobek 
tysiąclecia. Czyż nic nie wie p. Gombrowicz o Koperniku, Chopinie, Mani 
Skłodowskiej-Curie? (...).
Po prostu p. Gombrowicz, jak wielu innych powojennych kapitulantów i bankrutów, 
wykoleił się. A wykolejeńcom tego typu najbardziej widocznie odpowiada 
monachijska „Wolna Europa", gdzie całą żółć i jad mogą z siebie bezkarnie 
wyrzucać. Obserwowałem i nadal obserwuję te różne wielkości przedwojennego 
świata. Wszyscy oni z małymi wyjątkami żyją własną przeszłością, a - ściślej 
mówiąc - lubują się swą własną przeszłością. Nie przeszkadza im to jednak 
zabiegać skwapliwie o dobrobyt, o tzw. urządzenie się. Może więc i p. Gombrowicz 
chce się lepiej urządzić, chociażby kosztem zniesławienia polskiej kultury.
BARBARA WITEK-SWINARSKA - „O dystansie, czyli rozmowa z mistrzem" („Życie 
Literackie" 1963, nr 38):
(...) Zawsze wyobrażałam sobie, że musi to być starszy pan, sterany wiekiem, 
emigracją. Tymczasem jest to pan starszy, ale wrażenia steranego nie robi. Ani 
jednym, ani drugim! Chodzi prosto, elastycznie, głowę ma podniesioną wysoko, co 
podwaja wrażenie, że ma ładny profil i że widzi świat z góry (...) Rozmawiając 
tak patrzy, jakby rozmówcy nie widział...
- (...) Niech mi pani powie, dlaczego ja umiem pisać tak, jak piszę?
Jaśnie Panicz
- Bo pan jest zdolny.
(...) Piękny pan spurpurowiał.
- Zdolny? Nie jestem zdolny! (...) Nie jestem zdolny, tylko mam świadomość. 
Rozumie pani? Świadomość. Bo wiem to, czego inni nie wiedzą. Widzę to, czego 
inni nie widzą. Bo potrafię wszystko ogarnąć.
(...) - Pani się na tym nie zna. To jest prymitywne myślenie. (...) Po 
dwudziestu latach waszego ustroju nie potraficie w ogóle myśleć.
(...) -Ja tutaj mam fordowskie stypendium. 1200 dolarów. To prawie 5000 marek. I 
nic nie place za mieszkanie, bo jestem gościem senatu Berlina. (...) W Hiszpanii 
tanio. Kupię jakiś domek.
(...) - Kelnerów mają tutaj złych. A to dziwne, bo powinni mieć dobrych. Niemcy 
to naród głęboko moralny. Wżyciu prywatnym, w pracy, w stosunkach 
międzyludzkich. (...) I widzę, jak się teraz tutaj zachowują. Mam dla Niemców 
jako narodu wielki szacunek.
(...)- Wy stale w nieskromny sposób chełpicie się cyfrą waszych 5 milionów 
zabitych. Widać, że na temat okupacji nie macie nic innego do powiedzenia. 

background image

Niemcy zabijali, bo tak im nakazywała ich moralność. To jest tragiczne, l ten 
tragizm należy zrozumieć. (...) Polacy są zaściankowymi nacjonalistami z 
urodzenia i z przekonania. Ten nacjonalizm to między innymi brak spojrzenia na 
siebie i nieumiejętność spojrzenia na innych. (...) To tylko u was opowiada się 
o okropnościach, jakie się działy podczas wojny. Gdzie indziej się o tym nie 
słyszy.
LUDWIK HIERONIM MORSTIN - „List do Gombrowicza" („Życie Warszawy" 1963, nr 
245, 
przedruk w „Trybunie Ludu" 1963, nr 284):
(...) To, co pan powiedział w swym wywiadzie, jest obraźliwe dla nas wszystkich 
żyjących i piszących w kraju i co gorzej jest obraźliwe dla całego narodu 
polskiego. (...) Najbardziej pospolitą formą egoizmu ludzkiego jest zamykanie 
oczu na niedolę bliźniego, by nie psuć sobie używania wszystkich rozkoszy i po-
nęt życia świadomością, że istnieje cierpienie. (...) Pisarz, który swojej misji 
tak nie pojmuje, nie jest godnym tego imienia.
STANISŁAW ZIELIŃSKI - „Gombrowicz w Jordanie" („Kultura", Warszawa, 1963, nr 
11):
(...) Odległość, oddalenie zabijała go i przerażała przez dwadzieścia cztery 
lata transatlantyckie. Stamtąd, z Argentyny, próbował dosięgnąć Polski. 
Sztukował wydawany na emigracji „Dziennik" nazwiskami i korespondencją, łatał 
drobnymi anonsami i felietonami - wydłużał białą laskę ślepca (...). „Wielki 
pisarz" (Sandauer go nazwał największym) choć chciałby Polskę przymierzyć do 
siebie, choć byłby prawdziwie szczęśliwym, gdyby w szkołach globusy uformowano 
na jego obraz i podobieństwo, choć chciałby być tylko Gombrowiczem, niczym 
więcej - zapierał się Polski jak żaba błota.
(...) Gombrowicz przyjechał (mowa o Berlinie Zachodnim, dopisek mój -J.S), żeby 
sprawdzić siebie. (...) Nie sprawdził się. (...) Tam, gdzie zamierzał
Wykolejeniec
ładować, nie dojrzał w ogóle brzegu. (...) Wieloletnie działanie okazało się 
działaniem wymierzonym w pustkę. Sytuacja raczej żenująca.
(...) Przy pomocy słownika (bo nie zna niemieckiego) padł plackiem przed 
zachodnioberlińskimi słuchaczami. (...) Swoją miłość (milość to godność, pisał 
dawniej) dedykował Niemcom, swoje serce młodzieży niemieckiej, a wolność 
ulokował w Berlinie Zachodnim. (...) W Berlinie Zachodnim gombrowiczowskie 
borykanie się z Polską stało się błazeńską kontynuacją osławionego wydawnictwa 
hitlerowskiego. Ukazało się podczas wojny i zawierało, jak zawsze opracowane 
naukowo, wszystkie opinie ujemne o Polsce i Polakach.
Polski Gombrowicz stanął nad Jordanem. Zapiał: „Freiheit hier!" i za tekstem 
chlupnął w wodę. Sam sobie wybrał Jordan przepływający przez Berlin Zachodni.
Kto się wynurzy z kąpieli? Jaki Gombrowicz? Może zachodnioniemiecki? Może 
iberyjski? (...) Co napisze teraz? Nie wiem. Coraz mniej mnie to obchodzi.
„Z" (brak nazwiska) - „Posłuchajcie Jeleńskiego" („Kultura", Warszawa, 1963, nr 
21):
To jest już prawidłowość. Ilekroć ktoś z Polski opluje własne państwo, porzuci 
kraj, okaże nielojalność wobec elementarnych interesów narodu - może być pewien, 
że „Wolna Europa" weźmie go w obronę. Tak stało się również z (...) Witoldem 
Gombrowiczem. [Jego] apologię przez monachijskie radio wygłosił ostatnio 
Konstanty Jeleński. (...) Próbował uczynić z Gombrowicza propagatora polskiej 
kultury w Niemczech.
Ale f akty mówią co innego. (...) Co do Gombrowicza - należy powiedzieć, że jego 

background image

obecność w Berlinie Zachodnim nie ma tak niewinnego charakteru, jak zapewnia 
Konstanty Jeleński. „Fundacja Forda ustanowiła kilkanaście rocznych stypendiów 
dla pisarzy i artystów o rozgłosie światowym, sądząc, że sam fakt ich pobytu w 
Berlinie Zachodnim będzie przeciwdziałał prowincjonalizacji, której się chce 
zapobiec. W ten sposób znalazł się w Berlinie Gombrowicz".
Kłamstwo. Fundacja Forda i senat zachodnioberliński zorganizowały całą tę akcję 
pod hasłem integralnej łączności Berlina Zachodniego z NRF. Na rzecz tej właśnie 
łączności mają demonstrować zaproszeni (i opłaceni) pisarze. Wśród nich musiał 
się znaleźć pisarz polski, przedstawiciel kultury, której hitleryzm zadał straty 
najcięższe. (...) Znalazł się taki pisarz: Gombrowicz.
(...) Na ten właśnie chorobliwy kompleks niższości złowił Gombrowicza 
międzynarodowy agenturalny cwaniak, działający na pograniczu kultury i polityki. 
Wmówił mu, że dopiero tu, w Berlinie Zachodnim, wyjdzie z „kredensu", z 
„przedpokoju", że dopiero tu zabłyśnie jako pisarz europejski, ba, światowy. 
Smutna sprawa-jeśli idzie o Gombrowicza. Brudna sprawa -jeśli idzie o 
Jeleńskiego.
KRZYSZTOF TEODOR TOEPLITZ - „Szlachetność plotki" („Kultura", Warszawa, 1963, nr 
28-29):
(...) Gombrowicz słania się, ponieważ chcąc nie chcąc musi udawać, że możliwa 
jest w naszych czasach jakaś wielka polska emigracja pisarska, podczas
Jaśnie Panicz
gdy sam doskonale wie, że emigracja ta jest i może być tylko mała, że pisarze, 
nawet zdolni, oderwani od swojej ziemi karleją, marnują się, kończą i nie ma 
współcześnie ani jednego przykładu, aby mogło się zdarzyć inaczej. Przykro jest 
widzieć znakomitego kiedyś'pisarza w stanie takiej prostracji...
KRZYSZTOF TEODOR TOEPLITZ - „Blokada, czyli nic albo nic" („Kultura", Warszawa, 
1973, nr 51):
(...) Właścicielem praw do Gombrowicza w języku polskim jest emigracyjna 
„Kultura" i jej wydawca, znany dobrze opinii krajowej p. Giedroyc. Głupia to i 
beznadziejna sytuacja mówić o rzeczywistym interesie kultury narodowej, o tym, 
co powinna czytać polska młodzież, o tym, co powinien oglądać polski widz 
teatralny, z emigracyjnym politykierem, dla którego wszystko to razem znaczy 
tyle, co sztony w dawno zresztą już przegranym politycznym bakaracie.
(...) Polscy wydawcy nie chcą w całości „Dzienników" Gombrowicza. Nie chcą i 
mają do tego dobre prawo. „Dzienniki" są utworem bardzo złożonym. Nie brak w 
nich myśli głębokich i zapładniających. Ale nie brak także zwyczajnej 
antysocjalistycznej propagandy politycznej, porachunków osobistych pisarza, 
wreszcie skrzywionej, wypaczonej przez długie lata emigracyjnych dobrowolnych 
goryczy, perspektywy w spojrzeniu na nasz kraj. (...) Powiedzmy więc całkiem 
otwarcie: czy jest na świecie wydawca, który nagle, ni stąd ni zowąd, wydrukuje 
paszkwil na siebie samego? Taki wydawca nie istnieje, a u nas, tak czy owak, 
wydawcą jest państwo polskie.
Paryska „Kultura" i Giedroyc doskonale rozumieją tę sytuację. Rozumieją i z 
całym spokojem cyników chcą wyciągnąć z niej maksimum propagandowej korzyści.
(...) Nie wolno jednak, aby szulerzy, w dodatku grający tak niezgrabnie 
znaczonymi kartami, zbierali polityczne zyski z tego, że Gombrowicza nie ma w 
naszych księgarniach.
WITOLD FILLER - „Literatura małej emigracji" (seria Ideologia, Polityka, 
Obronność, MON, Warszawa 1970, Posłowie):
(...) Jest rok 1970. Literatura emigracyjna jako zjawisko przestała istnieć. 

background image

Stała się tylko pojęciem obiegowym, którym nadal obejmuje się wydawane na 
Zachodzie książki - produkt indywidualnej pracy zdezintegrowanego środowiska 
pisarzy emigracyjnych. (...)
Zdrada - milczenie twórcze - wynarodowienie. Oto zatem rejestr możliwości, wobec 
których stają ludzie, uważający siebie za pisarzy polskiej emigracji. (...)
W antologii „Polonische Proza" (Monachium 1969) figurują jeszcze nazwiska 
Miłosza i Gombrowicza. (...) Ale te obecności są już zaledwie czczym gestem 
zachodniego edytora. Z Polską łączy pisarzy Londynu i Paryża jedynie wspólnota 
używanego języka; jest to przecież wspólnota fikcyjna, nie posiada bowiem 
przedłużenia we wspólnocie opisywanego świata. Literatura małej emigracji 
opowiada o świecie zastygłym w martwych grymasach i pozach.
Wydawca
Jerzy Giedroyc, redaktor paryskiej „Kultury"*, czołowego miesięcznika 
literackiego polskiej emigracji, poznał przelotnie Gombrowicza jeszcze przed 
wojną, w roku 1939. Zawsze interesował się literaturą i kulturą, więc jako 
pracownik Ministerstwa Handlu i Przemysłu zajmował się kompletowaniem listy 
pisarzy oraz dziennikarzy, zaproszonych na pierwszy, uroczysty rejs do Argentyny 
nowym polskim transatlantykiem „Chrobry". Zaproponował między innymi kandydaturę 
Gombrowicza, który się zgodził. Tak że w sposób oczywiście niezamierzony 
przyłożył się niejako do jego wyjazdu z kraju.
- Kto mógł przewidzieć, jak to się dalej wszystko potoczy... - mówi.
Później, na początku lat pięćdziesiątych, gdy prowadził już „Kulturę", zdaje się 
od Pawełka Zdziechowskiego czy też Czesława Straszewicza, dowiedział się, że 
Gombrowicz jest w Argentynie. Napisał do niego, zaoferował współpracę. 
Gombrowicz odpisał i tak się zaczęło.
To Jerzy Giedroyc zaproponował mu prowadzenie prywatnych zapisków, dzienników. 
Ta forma najwyraźniej Gombrowiczowi odpowiadała. Obaj nie wiedzieli, czy to się 
uda, ale Gombrowicz przysłał pierwszy, potem drugi, trzeci odcinek. Podobało 
się, chwyciło i - nieoczekiwanie - kontynuował swój „Dziennik" przez lata.
14.09.1957 (...) Widzę, że Pan z niedowierzaniem odnosi się do mego zerwania z 
„Kulturą". Jest to fakt i najlepszy dowód, że już chyba od 7 miesięcy nic tam 
nie drukuję. Nie ja zerwałem, tylko Giedroyc, gdy zażądałem aby nie kiełbasił 
tekstów i nie odrzucał - pisał Gombrowicz w liście do Artura Sandauera 
(„Kultura", Warszawa, 24 kwietnia 1981).
Jerzy Giedroyc twierdzi natomiast, że jeśli nawet były między nim a Gombrowiczem 
nieporozumienia, to wyłącznie drobne, nieistotne, których dziś już nawet nie 
pamięta. Przez tyle lat ich współpraca układała się jednak w sumie bardzo 
dobrze. Nawet w trudnych okresach, chociażby burzy po „Trans-Atlantyku" czy też 
latach po 1956, kiedy wydawał w kraju, co było źle widziane przez część 
emigracyjnych czytelników.
* Zmarł 14 września 2000 r.
Jaśnie Panicz
Przecież właśnie dzięki „Kulturze" Gombrowicz w ogóle zaistniał jako pisarz, 
zawsze zresztą sam to podkreślał. Choć wydawali go w niewielkich nakładach, 
najwyżej dwu-, trzytysięcznych, i miał nie więcej niż dwa wydania. Nakłady 
„Kultury" nigdy nie były duże, a jego twórczość nie nadawała się zresztą do 
wysokonakładowych edycji. Zmieniło się to dopiero, gdy zyskał sławę światową. 
Wtedy już do „Kultury" nadchodziło więcej zamówień na jego książki, co jest 
oczywiście jak najbardziej zrozumiałe. Podobną sytuację mieli z Miłoszem.
Giedroyc planuje wydanie nowego tomu „Dziennika" w najbliższym czasie (na 

background image

jesieni?). Te emigracyjne wydania to bieda z nędzą, nie można grymasić, w ogóle 
dobrze, że chce wydawać... - pisał Gombrowicz do brata Janusza 9 kwietnia 1961.
Właśnie ze względu na jego sytuację finansową, której sama „Kultura" zmienić nie 
mogła, Konstanty Jeleński pomógł mu bardzo w uzyskaniu stypendium Fundacji 
Forda, dzięki któremu mógł sobie pozwolić na przeniesienie się do Europy. 
„Kulturze" zawdzięczał również stypendium radia „Wolna Europa". Była to po 
prostu chałtura, choć Gombrowicz wywiązywał się z niej wyjątkowo skrupulatnie. W 
zamian za miesięczne stypendium przesyłał regularnie teksty, choć nie szły 
zupełnie na antenę. Nigdy nie były nadawane. Pisywał bowiem o sprawach, które 
„Wolnej Europy", rozgłośni o nastawieniu przede wszystkim politycznym, zupełnie 
nie interesowały. Na przykład o swoich podróżach po Argentynie, wspomnieniach z 
młodości, muzyce. Choć mógł się oczywiście liczyć z tym, że stypendium może 
zostać cofnięte, nie dostosowywał się do rozgłośni, nie pisał „pod nią". Nie 
było o tym mowy. Zresztą nikt jakoś tego od niego nie żądał. W gruncie rzeczy 
dostawałby pieniądze, nawet gdyby nic nie przysyłał. Chciał być jednak w 
porządku.
Roman Palester*, kompozytor polski zamieszkały od roku 1949 na Zachodzie, 
później w Paryżu, w latach pięćdziesiątych prowadził w Monachium dział 
kulturalny radia „Wolna Europa" i przyjmował właśnie teksty stypendysty 
Gombrowicza.
- Gdy dostałem do rąk jego pierwszy felieton - wspomina Roman Palester - włosy 
stanęły mi na głowie. Potrafił na przykład przysłać tekst o przygodach 
erotycznych żołnierza armii Andersa wędrującego przez Syrię, Irak, potem kraje 
zachodnie, wspominającego zwyczaje erotyczne kobiet różnych krajów. Zaśmiewałem 
się, lecz puścić tego oczywiście nie mogłem. To były lata pięćdziesiąte, ludzie 
słuchali „Wolnej Europy" w tajemnicy, szukali zupełnie czego innego.
- Próbowałem łagodnie go „ustawiać", ale nic z tego. Zamiast ciągle o muzyce - 
radziłem - napisałby pan porządne libretto.
* Zmarł 25 sierpnia 1989 r. w Paryżu.
Wydawca
- Ja muzykę, pan libretto, to rozumiem - odpisywał Gombrowicz.
Absolutnie nie przejmował się tym, że jego teksty nie idą na antenę. Nie czuł 
się też wcale związany z rozgłośnią. Nigdy na przykład - w odróżnieniu od innych 
naszych współpracowników czy stypendystów - nie odpowiadał na wysyłane mu 
ankiety, typu chociażby, jaką książkę wydaną w roku ubiegłym uważa za najlepszą 
itd.
Już po śmierci Witolda Rita Gombrowicz przywiozła kiedyś do Maisons--Laffitte 
całą walizkę kopii jego felietonów do „Wolnej Europy". Całe szczęście, że pisał 
je w dwóch egzemplarzach - w archiwum rozgłośni ich nie przechowywano, nie 
zachowały się. Rita Gombrowicz odnalazła te teksty, porządkując papiery 
zmarłego. Nie miała pojęcia, co to w ogóle jest, nie zna przecież polskiego. 
Złożyły się na „Wspomnienia polskie" i „Wędrówki po Argentynie", wydane przez 
„Kulturę" już po śmierci Gombrowicza.
W planach wydawniczych Jerzy Giedroyc ma jeszcze jego korespondencję. Na razie 
jednak jest to sprawa dość odległa. Całość musiałaby być kil-kunastotomowa - 
przez dwadzieścia trzy lata Argentyny listy były głównym sposobem kontaktu ze 
światem. Poza tym, mimo wszystko, byłby to zbiór niekompletny - „Kultura" nie ma 
dostępu do jego korespondencji krajowej; przede wszystkim rodzinnej, chociaż nie 
tylko. Planuje się wobec tego najwyżej wybór listów poświęconych wyłącznie 
sprawom literackim.

background image

Po raz drugi spotkali się osobiście wiosną 1963, kiedy Gombrowicz zatrzymał się 
w Paryżu w drodze do Berlina Zachodniego. Zamieszkał w Mai-sons-Laffitte, lecz 
na bardzo krótko. Józef Czapski nie zdążył nawet namalować jego portretu - hol 
„Kultury" zdobią portrety pisarzy jego pędzla. Jest między innymi Hłasko, 
Mrozek, Kisiel, Herling-Grudziński. W domu „Kultury" nie zabawił długo, wcale 
nie - jak plotkował „Paryż" - z powodu zadrażnień z gospodarzem. Po prostu 
pokoje gościnne są tu na piętrze, a Gombrowicz miał już wtedy astmę, ciężko mu 
było ciągle wchodzić i schodzić po schodach, jeździć stąd do Paryża, gdzie miał 
wiele spraw, spotkań. Zamieszkał w Paryżu, w hotelu.
O kontaktach z nim jako człowiekiem, nie pisarzem, trudno Jerzemu Giedroyciowi 
coś powiedzieć. Nie przyjaźnili się. Nigdy jakoś nie było na to czasu. Nawet gdy 
Gombrowicz osiadł na stałe we Francji, nie przyjeżdżał prawie do Paryża, który 
rzeczywiście szczerze go męczył.
- Poza tym - nie ukrywa Jerzy Giedroyc - ja na pewno nie jestem łatwy w 
kontaktach, on również był pod tym względem podobny, nie było więc mowy o 
przyjaźni...
15. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
W ogóle Jerzy Giedroyc niechętnie o nim mówi. Uważa, że nie jest zupełnie osobą 
do tego powołaną. Co innego na przykład Konstanty Jeleński i Franęois Bondy, 
odkrywcy i przyjaciele Gombrowicza, którzy bardzo mu pomagali, lansowali. 
Gombrowicz naprawdę wiele im zawdzięcza.
- Ja natomiast - mówi Jerzy Giedroyc - byłem tylko i wyłącznie jego wydawcą; 
nikim więcej.
Teraz właśnie jest w trakcie realizacji niezwykle ważnej w tej dziedzinie 
sprawy. Wydawnictwo Literackie w Krakowie chce wydać całość dzieł Gombrowicza. I 
to zgodnie z jego testamentem, to znaczy rozpoczynając od „Dziennika", potem 
dopiero pójdą pozostałe utwory, także „Yaria", korespondencja. Wszystko z 
wyjątkiem „Wspomnień polskich" i „Wędrówek po Argentynie", o ironio, najbardziej 
chyba apolitycznych, pisanych jednak dla „politycznej" „Wolnej Europy".
- A testament Gombrowicza - mówił Jerzy Giedroyc - jest oczywiście jak 
najbardziej faktem - bo różne krążą na ten temat opinie. Uparł się, że w kraju 
musi być najpierw wydany „Dziennik".
Razem z wdową po nim pilnują bardzo realizacji jego ostatniej woli. Dlatego 
właśnie powołana ma być specjalna komisja, która strzec będzie warunków 
realizacji umowy. Stronę „Kultury" reprezentowałby Konstanty Jeleński, kraju 
natomiast Jan Błoński, i jest to wybór, który „Kulturę" saty sf akc j onu j e.
Już raz finalizacja umowy z Wydawnictwem Literackim rozbiła się dosłownie o 
sześć czy siedem niecenzuralnych - dla kraju - zdań „Dziennika". Teraz w Polsce 
jest inna sytuacja, choć Wydawnictwo Literackie zastrzega jednak, że gdyby - z 
przyczyn od siebie niezależnych - nie mogło dotrzymać warunków umowy, ulega ona 
po prostu rozwiązaniu.
- Jesteśmy już w przededniu jej podpisania - kończy rozmowę Jerzy Giedroyc. - 
Jestem raczej dobrej myśli. Myślę, że tym razem wreszcie ją sfinalizujemy*.
(wrzesień, 1981 rok)
* Wydawnictwo Literackie w roku 1986 wydało całość „Dzieł" Witolda Gombrowicza 
(t. 1-9).
6'jotil Jfisg [
Bon soir, Leonor!
Jan Lebenstein, znakomity malarz i grafik zamieszkały w Paryżu*, autor między 

background image

innymi ilustracji do „Folwarku zwierzęcego" Orwella, „Apokalipsy" w tłumaczeniu 
Miłosza, przyjaźnił się z wieloma pisarzami, chociażby Gustawem Herlingiem-
Grudzińskim. Nie był natomiast przyjacielem ani nawet znajomym Gombrowicza. 
Spotkał się z nim przelotnie kilka razy, ale mimo to warto chyba ich spotkania 
zapisać.
Poznał go w maju 1963 roku w Paryżu, drugiego dnia po jego przyjeździe z 
Argentyny. Na powitalnym cocktailu urządzonym z tej okazji przez Kota 
Jeleńskiego, który ściągnął Gombrowicza do Europy, załatwiając mu stypendium 
Forda. Na rue Yrilliere w jedynce, najstarszej dzielnicy Paryża, gdzie mieszkał 
Kot, choć nie w jego wielkim i pięknym mieszkaniu, ale w restauracji na dole.
Kot był spięty - przyszło sporo osób, odgrywał tymczasem rolę gospodarza, 
chciał, żeby wszystko dobrze wypadło. Co więcej, widział Gombrowicza po raz 
trzeci w życiu: po raz pierwszy w Argentynie, potem - ale na bardzo krótko - 
zaraz po jego przyjeździe do Paryża i właśnie teraz, na cocktailu.
Zaprosił cały polski - i nie tylko - high life, między innymi Jana Leben-steina, 
który zabrał ze sobą młodą, osiemnastoletnią chyba, śliczną blondynkę przybyłą 
akurat z Polski, typową, jak mówi, „polską wiosnę", mniejsza może o jej 
nazwisko.
Spotkanie z Gombrowiczem zaczęło się niefortunnie, od gafy z jego strony. Bo 
choć u boku Kota stała Leonor Fini, jego nieformalna żona, witając się z Janem 
Lebensteinem oraz towarzyszącą mu „wiosną", Gombrowicz powiedział do niej 
głośno:
- Bon soir, Leonor!
Wszyscy parsknęli śmiechem, nawet powściągliwy i dobrze wychowany Kot.
- „Wiosna" bowiem - mówi Jan Lebenstein - młodziutka, jasnowłosa, stanowiła 
absolutne przeciwieństwo Leonor, która - o czym Gombrowicz po-
* Zmarł 28 maja 1999 r.
Jaśnie Panicz
winien wiedzieć - była typową Włoszką. Ciemnowłosą, o śniadej karnacji, poza tym 
już w dobrze średnim wieku.
Gombrowicz po prostu się pośpieszył, nie zastanowił, kto jest kto, palnął 
głupstwo, co go szalenie oczywiście zdenerwowało, wręcz rozwścieczyło. Był 
urażony, wspomina Jan Lebenstein, zobaczyliśmy bowiem mistrza, za którego chciał 
uchodzić, w śmiesznej sytuacji. A tymczasem, po dwudziestu trzech latach 
Argentyny, chciał królować, dominować, rozstawiać po kątach!
- Trudno ukryć, była to trochę wizyta starszej pani, która chciała się wreszcie 
odkuć - śmieje się Jan Lebenstein.
Wytrącony z równowagi, rozpoczął więc Lebensteina atakować. A ponieważ był 
dobrym szachistą, zastosował znaną w szachach zasadę, że gdy się nie zna 
przeciwnika, trzeba go od razu zaszachować, choć to też czasem zawodne, można 
wpaść w pustkę, co się też stało.
Krytyczny stosunek Gombrowicza do malarstwa, malarzy i muzeów jest znany, nie 
warto więc go powtarzać. Uważał, że malarstwo nie ma sensu, deformuje tylko 
naturę. Irytowało go też namaszczenie i celebra, z jaką „pacy-karze" traktują 
swój zawód. Irytował ich pawi ogon, instytucjonalizacja sztuki - wystawy, 
nagrody, marszandzi, popyt, podaż, to wszystko, co powoduje, że malarze to 
fabrykanci tego, co się po prostu sprzedaje.
Czekał więc na atak i kontrę Lebensteina, ale na próżno...
- Tak się akurat złożyło - mówi - że absolutnie się z nim zgadzałem i zgadzam. 
Bo choć jestem pasjonatem mego zawodu, mam do niego duży dystans i również 

background image

drażni mnie jego celebra, pycha, namaszczenie. Stałem więc grzecznie, słuchałem 
i zgadzałem się, kiwałem głową. Nie oponowałem, nie dyskutowałem, tak jak 
oczekiwał, co znów go zdenerwowało i rozstroiło.
Jego atak trafił w pustkę.
Nie miał Gombrowiczowi za złe jego opinii o malarstwie. Nie musiał być na nie 
wrażliwy, znać się na wszystkim. Wystarczy, że znakomicie pisał, zostawił po 
sobie tyle znakomitych książek.
Jego stosunek do malarstwa wcale go nie dziwił. Był typowo polski, ziemiański, 
szlachecki, a Gombrowicz to autentyczny jaśnie pan z Sandomierskiego. A oni 
przecież nie cenili malarstwa i - co było nawet w dobrym tonie - traktowali je 
jako coś podrzędnego i podejrzanego. Nie tracili pieniędzy, oczywiście z małymi 
wyjątkami, na kupno obrazów, zamawianie portretów.
Podobnie też odnosili się do malarzy - protekcjonalnie, z politowaniem. Zdolny, 
ale głupi, mówili. Pisarzy natomiast traktowali bardzie] poważnie, choć to oni 
właśnie zaczernili papier o wiele większą ilością głupstw.
Metek
Co ciekawe, mimo swoich poglądów na malarstwo, wieszania obrazów do góry nogami, 
potrafił przyjaźnić się z malarzami - Józefem Jaremą i jego żoną Marią Sperling, 
mieszkającymi niedaleko Vence, bo w Nicei. Choć Ja-remę znał jeszcze sprzed 
wojny, grywał też z nim w szachy, a mądry Jaremą dawał mu zawsze wygrywać. Gdy 
oglądał jego obrazy, mówił więc nawet - no cóż, może jednak coś w tym jest?
Widział jeszcze później Gombrowicza kilka razy, na przyjęciach u Kota, z tym że 
już w jego mieszkaniu. Ale nigdy więcej nie udało mu się z nim porozmawiać - był 
otoczony, rozrywany.
Wyglądał znakomicie - elegancki, ostrzyżony, wygolony, dobrze wychowany, 
nieustannie się kontrolujący. Żadnego środowiskowego luzu i rozchełstania. Choć 
był artystą, nie nosił się tak jak oni, a raczej jak solidni lekarze czy 
prawnicy. Wśród artystów udawał właśnie mieszczucha. Wśród mieszczuchów - 
artystę.
Większość spotkań i kontaktów organizował mu oczywiście Kot Jeleński, jego 
adwokat i dar niebios. Gdyby nie Kot, jego pozycja i stosunki, nie byłoby 
światowej sławy Gombrowicza. Po prostu się odnaleźli, rozumieli, pochodzili 
przecież z tych samych środowisk.
Kot powtarzał zawsze, że Gombrowicz był wielkim rozdziałem jego życia. Że 
„Ferdydurke", która nim wstrząsnęła, pozwoliła mu zrozumieć swoje -również 
ziemiańskie - dzieciństwo, szlacheckie snobizmy, celebrowane obłędnie przez 
emigrację.
To Kot poprosił też Jana Lebensteina o ilustracje do „Zdarzeń na brygu Banbury" 
Gombrowicza, drukowanego w „Preuves", później zaś do „Historii", nigdy wcześniej 
niedrukowanej i niewy stawione j, odnalezionej dopiero w papierach pośmiertnych 
Gombrowicza.
Pointy nie będzie, zbyt mało się znali. Chociaż zaraz, może jednak tak? Drwił 
bardzo z celebry, namaszczenia, a dziś sam jest celebrowany, namaszczany, 
okadzany, umieszczony przez Pimków na listach lektur, bo „wielkim pisarzem był".
Los szydzi z szyderców.

-" •• •• •'•-'•'-•

Jaśnie Panicz
Kolczyk w uchu
Andrzej Banach spotkał się z Gombrowiczem w Paryżu, wkrótce po jego przyjeździe 
z Argentyny, w maju 1963 roku*. Znali się już przedtem, ale wyłącznie 
korespondencyjnie. W zasadzie korespondowała z nim jedynie nieżyjąca już żona 

background image

pana Banacha, Ela. Rysowała też karykatury do fragmentów tekstów Gombrowicza i 
artykułów o nim drukowanych po 1956 roku w „Przekroju". Andrzej Banach - jak 
przyznaje - nie miał na tę korespondencję czasu, nudziła go.
Wiosną 1963 roku, podczas pobytu w Paryżu, dowiedzieli się od znajomych, że jest 
tu akurat Gombrowicz. Czy nie chcieliby się z nim zobaczyć? Andrzej Banach nie 
miał ochoty, nie doszłoby do spotkania, gdyby nie żona. Znajomi umówili ich więc 
w kawiarni niedaleko placu Opery, gdzie mieścił się hotel, w którym Gombrowicz 
się zatrzymał. Ela Banachowa miała dla niego butelkę polskiej wódki, on 
natomiast zrewanżował się którąś ze swoich książek z dedykacją.
- Było to bardzo denerwujące i nieprzyjemne spotkanie - mówi Andrzej Banach. - 
Wspominam je z niesmakiem. Ale cóż, skoro pani tak zależy, będę musiał je sobie 
przypomnieć.
Gombrowicz był skwaszony, w nie najlepszym nastroju - na statku, którym 
przypłynął do Europy, ukradli mu czy też zgubił sto dolarów. Była to widać duża 
dla niego strata - nie mógł jej przeboleć. Niby z „Kultury" paryskiej dostał już 
jakieś pieniądze, lecz podróżował i przyjechał bez grosza, o czym nie potrafił 
zapomnieć, a co mnie przecież niewiele obchodziło.
Nie miał też w sobie cienia skromności - zupełnie się nami nie interesował, 
mówił wyłącznie o sobie. Zdziwił się jedynie, dlaczego jakby nigdy nic popijamy 
kawę, siedzimy w Paryżu tak długo, przyjeżdżamy tu tak często. Tutaj przecież - 
przynajmniej dla niego - wszystko jest szalenie drogie! Nawet kawa. Oprócz tego 
bardzo chciał nam zaimponować opowieściami, jak podbija Paryż, co wcale nie było 
prawdą. Żadnego podboju jeszcze wtedy nie było. Udał się natomiast akurat 
Markowi Hłasce, który przebywał właśnie w Paryżu, gazety pełne były z nim 
wywiadów, podpisał kilka umów. Gombrowiczowi nie bardzo się jeszcze wtedy 
udawało. Pomieszkał niedługo w Maisons-Laffitte, w domu „Kultury"; przeniósł się 
wkrótce do hotelu. Podobno oczekiwał hołdu, czołobitnego powitania, gospodarze 
natomiast wdzięczności i doszło do zgrzytów...
Nie miał jeszcze wtedy poważnych kontaktów ani z wydawcami, ani tłumaczami, a 
przechwalał się niemożliwie. Jest umówiony z jednym dziennikarzem, jutro z 
drugim. Ma spotkanie tu, potem tam. Ten chce go wydawać,
* Zmarł w 1990 r. w Amsterdamie.
Metek
tamten tłumaczyć... Nie pamiętam już dziś tych nazwisk, w każdym razie 
uświadomiłem mu, że wcale mi nie imponują. Byłem w Paryżu nie raz i nie dwa - 
naprawdę nie były to gwiazdy pierwszej wielkości.
Interesowało go też bardzo - wcale tego nie ukrywał - kto mógłby mu pomóc w 
Paryżu „wypłynąć". Pytał na przykład, jak można byłoby zdobyć tu jakieś 
stypendium. Oczywiście, że mógł być bez grosza, musiał sam siebie utrzymywać, 
ale czy wypada jednak tak ciągle o pieniądzach?
Bez żenady wypytywał również, czy ludzie, których zna, mogą mu naprawdę pomóc, 
czy znaczą coś w Paryżu? Czy na przykład Kukułczanka to dobra tłumaczka? 
Mówiłem, że znakomita, nieformalny ambasador polskiej kultury. A Krystyna 
Zachwatowicz? Taka młoda, więc czy na pewno zrobi dobrą scenografię do „Ślubu"? 
Też potwierdziłem, że znakomita, może śmiało jej talentowi zawierzyć. A Piotr 
Rawicz, współpracownik „Le Monde", który umówił się właśnie z nim na wywiad? O 
możliwości Kota Jeleńskiego nie pytał; dobrze o nich wiedział.
Drażnił mnie też jego wygląd, opowiadał Bóg wie co, a był już przecież starszym 
panem. Bardzo wymizerowanym, chudym, nędznie ubranym: bied-niutki, znoszony 
garniturek, za krótkie spodnie - widać mu było chude łydki. Na dodatek, 

background image

śmiesznie się obracał, przekrzywiał głowę w różne strony, krygował. Niesmaczne. 
Naprawdę, brakowało mu tylko kolczyka w uchu. Sporo podróżuję, powinienem 
właściwie na wszystko już się uodpornić, lecz tacy mężczyźni, szczególnie 
starszawi, jednak mnie drażnią.

S

Tak że dość szybko się pożegnaliśmy. Mimo to nie żałowałem, że doszło do 
spotkania. W sumie raczej mnie rozbawił. Mieliśmy na szczęście piękną pogodę, 
świeciło słońce, można było posiedzieć na tarasie paryskiej kawiarni. A nigdy 
nie uważałem go i nie uważam za wielkiego pisarza. Krysia Sku-szanka zaprosiła 
mnie kiedyś na premierę „Ślubu" czy „Iwony", dokładnie już nie pamiętam. Pytała 
później, jak mi się podobało, a ja na to: - Daruj, Krysiu, o co tam chodziło?

n

No i ten jego oburzający stosunek do sztuki, muzeów; skandaliczne wrażenia z 
Luwru! Był po prostu nieczuły na sztukę i w taki sposób, przez absolutne 
negowanie chciał zdobyć popularność. Żonie natomiast ogromnie się podobał. 
Bardzo sympatyczny człowiek, świetny pisarz, mówiła. Nadal traktowała go z 
szacunkiem.
Moje wrażenia były tak negatywne, bo przepraszam bardzo, ale naprawdę nie znoszę 
homoseksualistów. Jestem absolutnym wielbicielem kobiet, kobiecości. Poza tym, 
nie oszukujmy się - w jego sukcesach bardzo mu niewątpliwie pomogli panowie o 
podobnych skłonnościach... Nazwisk chyba nie muszę wymieniać - wszyscy je dobrze 
znają. Oczywiście, że wybił się już w Argentynie. Książek też za niego nie 
napisali. Ale proszę uwierzyć staremu pisarzowi - popierają się jednak nawet i 
przez kontynenty: lansowanie, wydawanie, to przecież takie ważne. Naprawdę mają 
coś w rodzaju swojej międzynarodówki... ,5^ wj
Jaśnie Panicz
Metek
Polacy nieraz zaglądali do mnie z Paryża - pisał w „Dzienniku" z Royaumont we 
Francji. - Lavelli, reżyser „Ślubu", przywiózł mi ładną, maleńką Krystynę 
Zachwatowicz; jej zawdzięczam dekoracje, które wielkie miały powodzenie*.
To był rok 1963 i pierwsze spotkanie Krystyny Zachwatowicz z Gombrowiczem. Ale 
już się właściwie przedtem trochę znali.
4 kwietnia 1960 roku odbyła się prapremiera „Ślubu" Gombrowicza -wystawił go 
Teatr Studencki w Gliwicach przy Politechnice Śląskiej. Reżyserował Jerzy 
Jarocki, scenografię robiła właśnie Krystyna Zachwatowicz.
- To była dobra scenografia - mówi. - Jedna z tych kilku moich prac, dwóch czy 
trzech, które lubię naprawdę. Myślę, że podobałaby się również i Gombrowiczowi.
„Ślub" jest senny i pijany, i szalony, ja sam nie umiałbym go odczytać w 
całości, tyle tu mroku - pisał. I rzeczywiście, scenografia oddawała atmosferę 
snu-niesnu, dwuznaczności, surrealizmu, który nie jest właściwie surrealizmem.
Dekoracjami były stare wraki samochodów. Stąd pierwsze wrażenie -wojna albo 
sytuacja zaraz po wojnie. Kostiumy aktorów ze zgrzebnych tkanin: surówki, lnu.
- Teraz to oczywiście nic nowego, lecz w roku 1960 - mówi Krystyna Zachwatowicz 
- robiło wrażenie czegoś oryginalnego.
W akcie drugim, kiedy miał się odbyć tytułowy ślub, wszystko zmieniało się 
niczym we śnie. Wrak ciężarówki stawał się tronem. Kostiumy natomiast były 
pomyślane tak, że przemieniały postacie jednym ruchem ręki. Karczemną dziewkę w 
niepokalaną pannę Manię - zapaska, na której trzymała ręce, opuszczona stawała 
się długą białą spódnicą zakrywającą jej grube, wypchane, różowe uda, ordynarne 
podwiązki. Garb ojca przesuwał się po koronacji do przodu - był brzuchem 
nadającym mu wygląd dostojnika.

background image

- Choć było to w ogóle pierwsze przedstawienie tego teatru, naprawdę się udało - 
mówi Krystyna Zachwatowicz. - Grali wyłącznie studenci, amatorzy. Wszyscy 
wkładali masę zapału, ducha, energii. Ewa Lassek uczyła dykcji, Jerzy Jarocki 
wspaniale reżyserował. Zawsze mieliśmy komplety publiczności ciekawej 
Gombrowicza - jego twórczość wrócił krajowi dopiero rok 1956.1 choć był to tylko 
teatr amatorski, miał bardzo pozytywne recenzje. Recenzja Bogdana Wojdowskiego, 
ówczesnego sprawozdawcy teatralnego „Współczesności", była wprost 
entuzjastyczna**.
* „Dziennik", Paryż 1971, t. 3, s. 163.
** Dramat (...) okazał się rzadką eksplozją artystyczną i bardzo dojrzałym, 
pięknym sukcesem młodego zespołu studentów Politechniki Śląskiej w Gliwicach 
(...) Inscenizacja, która w teatrze zawodowym uznana by została za wysoce 
ryzykowne przedsięwzięcie, tutaj dała niespodziewany rezultat. Co więcej, 
teatrzyk podjął ryzyko pierwszeństwa, wystąpił
Metek
Hałas wokół „Ślubu" nie wyszedł mu na dobre. Wprawdzie sztuka szła, ale z 
plakatów musiało zniknąć nazwisko autora. Zaklejono je paskami papieru.
- Mam te afisze do dziś przed oczami. Będą kiedyś, o ile się gdzieś zachowały, 
wspaniałym eksponatem w muzeum Gombrowicza.
Wkrótce potem był wrocławski festiwal teatrów studenckich, gdzie grali „Ślub" - 
anonima. Po festiwalu odbyło się jeszcze tylko kilka przedstawień.
Przyjaciele Krystyny Zachwatowicz - Ela i Andrzej Banachowie, którzy 
korespondowali z Gombrowiczem, namówili ją, żeby mu o tym wszystkim napisała, na 
pewno bardzo go to zainteresuje.
Napisała, choć trochę z duszą na ramieniu - nie pytali przecież Gombrowicza o 
zgodę na wystawienie „Ślubu", nawet go o tym nie powiadomili... Bardzo za to 
przepraszała. Odpisał:
Szanowna Pani,
przyznam się, że niewiele znaczenia do tego Waszego spektaklu przywiązywałem, bo 
myślę sobie, prowincja, studenci, itd. Tymczasem z listu Pani widzę, że to wcale 
dobrze wypadło. Co do Pani przydługiego milczenia, to ja wiem swoje: 
wiedzieliście, że nie zgodziłem się na wystawianie sztuki w Kielcach, na wszelki 
wypadek więc wcale mnie o pozwolenie nie prosiliście, no i było Warn nijako do 
mnie potem pisać. Czy nie tak? Ale przebaczam, bo i nic innego mi nie pozostaje.
Bardzo mnie zainteresowało, co Pani pisze, że „Ślub" jest sceniczny. W ogóle 
bardzo byłbym wdzięczny za informacje, mogące mnie zorientować w możliwościach 
sztuki - czy nie za długie? czy się nie rozłazi? który akt najlepiej wypadł? 
jakie role najlepsze i najgorsze pod względem teatralnym? czy na scenie akcja 
staje się bardziej zrozumiała? czy ludzie w ogóle coś rozumieją (nie idzie o 
idee, a o opowiedzianą historię). Etc. etc. - wszystko co Pani się ciekawego 
nasunie. Ale proszę pisać szczerze i rzeczowo, bo mnie to potrzebne ze względów 
że się tak wyrażę profesjonalnych - na wypadek gdyby „Ślub" miał być wystawiony 
gdzieś na Zachodzie.
Naturalnie z wielką ciekawością obejrzałbym fotografie i rysunki. Ale proszę to 
przesłać pocztą a nie jako paczkę, bo tutaj na Urzędzie Celnym trzeba tracić 
masę czasu.
z prapremierą. (...) Jest w tej burlesce dużo wytrawnego smaku, szyderstwo ma 
swą wagę, aluzja - ostrość. (...) Najbardziej imponuje w robocie Jarockiego 
dyscyplina, gust, przenikliwe odczytanie tekstu, pełne rozsmakowanie w 
archaizmach, w poetyckiej ludowości, w staro-polszczyźnie, w gwarze.

background image

(...) Krystyna Zachwatowicz zwiozła na scenę tonę złomu, który zespół studentów 
zgodnie z jej wskazówkami wybrał z okolic najbliższej huty. (...) Niesamowite to 
wrażenie, kiedy złom poddany zostaje grze światła i zaczyna istnieć jakimś 
upiornym życiem w ostrym blasku i w cieniach reflektorów punktowych. Krystyna 
Zachwatowicz odczytała dramat tak jak Jarocki i dała piękny przykład współpracy 
z reżyserem, znalazła w swoim zakresie wszystkie odpowiedniki dla jego koncepcji 
i rzemiosła...
(Recenzja Wojdowskiego ukazała się drukiem dopiero w 1974 r., w „Dialogu", nr 
3).
Jaśnie Panicz
Doskonałą Pani pisze polszczyzną i w ogóle musi Pani być osobą inteligentną. 
Proszę niech Pani z łaski swojej przekaże Banachom moje serdeczne pozdrowienia i 
powie, że „Ferdydurke" ukazała się we Francji, Niemczech, Anglii, Stanach nader 
tryumfalnie powitana przez prasę, a za parę miesięcy urodzi się „Pornografia" we 
Francji i Włoszech, „Ferdydurke" we Włoszech, „Dziennik" w Niemczech. A Pani 
chcę powiedzieć, że „Ślub" już został przetłomaczony na niemiecki (ale niewyda-
ny). Wy chyba nic o mnie w kraju nie wiecie, prasie nie wolno pisać... I 
jeszcze: Bru-no Schulz z wielkimi honorami jest lansowany w Paryżu przez 
Julliarda („Sklepy cynamonowe") jako jeden z wielkich pisarzy współczesnych. To 
zasługa Sandauera.
Kłaniam się nisko i dziękuję
1.08.61
Witold Gombrowicz
Droga Pani - pisał w liście następnym - dziękuję bardzo - zdjęcia bardzo ładne i 
ciekawe, choć trudno mi naturalnie odrestaurować z nich całą reżyserię - ale w 
każdym razie widać, że inteligentne, pomysłowe i z dramatycznym szwungiem. Jest 
to pierwsze sceniczne ucieleśnienie „Ślubu", więc nie bez sentymentu to 
przeglądałem.
Co do Pani propozycji, to nie mogę od razu odpowiedzieć. Mój teatr zaczyna 
ruszać się w Paryżu i musiałbym naprzód dowiedzieć się co tam uradzili moi 
zausznicy. Poza tym tłomaczenie francuskie ma się robić dopiero, gdyż to którym 
dysponuję w tej chwili jest amatorskie i zupełnie nie do użycia. A że 
jednocześnie tlomaczy się „Iwona", moje opowiadania i „Dziennik", więc i nie 
wiem komu by to dać. Może Pani zna kogoś na wysokości zadania (tekst jest 
trudny). W ogóle bardzo potrzebuję tłomaczy na francuski, bo Kosko wszystkiemu 
nie podoła.
Tyle na razie. Jestem zawalony listami i pilną robotą. Jak mi napiszą z Paryża 
odezwę się obszerniej, ale proszę mi powiedzieć na jaki adres mam pisać, jeśli 
Pani wyjeżdża. Tymczasem! Jeszcze raz dziękuję i łączę niski pokłon.
16.08.1962
Doskonałe są te malowane figury. Kto robił?
Witold Gombrowicz
- Muszę sobie te listy oprawić w ramki, powiesić i pokazywać - proszę bardzo, 
sam Gombrowicz uważał, że jestem inteligentna i dobrze piszę po polsku... Co do 
moich propozycji, o ile pamiętam, mieliśmy ambitne plany wyjazdu do Paryża, 
gdzie chcieliśmy grać „Ślub". Malowane figury dołączyłam do zdjęć - były to 
projekty scenografii, kostiumów.
Pod koniec roku 1963 Krystyna Zachwatowicz wyjechała do Paryża. Miała 
przygotować nową scenografię do „Ślubu", którego tłumaczenie na fran-
Metek

background image

cuski zrobiła Jadwiga Kukułczanka. Reżyserował Jorge Lavelli, Argentyń-czyk z 
pochodzenia, zamieszkały na stałe w Paryżu.
On właśnie zabrał je obie któregoś dnia do Royaumont pod Paryżem, gdzie 
przebywał akurat Gombrowicz. Był to dom wypoczynkowy dla artystów; coś w rodzaju 
naszych Obór. Zjedli razem obiad, rozmawiali, spacerowali.
Krystyna Zachwatowicz przywiozła mu listy od rodziny z pozdrowieniami i 
ukłonami. Nieoczekiwanie bowiem, przed wyjazdem do Francji, okazało się, że jest 
z nim... spokrewniona. Na jakimś rodzinnym przyjęciu znajomy jej rodziców, brat 
Witolda Gombrowicza, Jerzy, niezwykle au courant w sprawach genealogicznych, 
rozgadał się na ten temat z jej mamą i doszukali się wspólnej ciotki.
Była też z Gombrowiczem spowinowacona przez swego ówczesnego szwagra: Ksawerego 
Jasieńskiego, spokrewnionego z Gombrowiczami przez Ci-chowskich.
Gombrowicz okazał się niezwykle rodzinny - skorzystał natychmiast z okazji, żeby 
mówić do niej po imieniu. Nie śmiała jednak odwzajemnić mu się tym samym. 
Zwracała się do niego bezosobowo. Bardzo się ucieszył z listów oraz ich 
pokrewieństwa.
- I całe szczęście, bo tylko to uratowało mnie przed jego naprawdę bezlitosnymi 
drwinami i kpinami. Nie szczędził ich ani Jadwidze, ani Lavelle-mu, mnie 
natomiast - jako kuzynkę - zupełnie z tego wyłączył. Wobec mnie był bardzo miły 
- żartował, zabawiał.
- Może wrócę do Argentyny? - mówił. - Tam jest fajnie, swobodnie, nie tak nudno 
i drętwo jak tu. Mam tam przyjaciół - młodych Argentyńczyków. Będziemy ich 
dręczyć, drażnić, będziemy się wygłupiać. No co, jedziemy? Pojedziesz ze mną?
Rozmawiali również oczywiście o „Ślubie", który Lavelli i Kukułczanka próbowali 
wystawić, gdy Gombrowicz mieszkał jeszcze w Argentynie. Nosili tekst po 
paryskich reżyserach i producentach teatralnych, którzy przyjmowali ich 
grzecznie, lecz bez zainteresowania. Gombrowicz był jeszcze w Europie nieznany; 
swoją europejską karierę miał przed sobą, a o nich -młodych, w ogóle nikt nie 
słyszał. Nawet o Kukułczance - była to jej pierwsza sztuka przełożona na 
francuski. Nikt nie chciał „Ślubu" wystawiać, choć rekomendował ich sam Jean 
Anouilh i George Neveux, których sztuki tłumaczyła Kukułczanka na polski. 
Zarówno reżyserzy, jak i producenci byli przekonani, że Anouilh i Neveux robią 
im głupie kawały. W końcu Geor-ge'owi Neveux udało się jednak zarekomendować ich 
do konkursu młodych amatorskich zespołów - „Le concour des jeunes compagnies", 
do którego musieli być najpierw dopuszczeni.
Dostali wprawdzie, jak wszystkie dopuszczone grupy, państwowe subsydia, bardzo 
jednak niewielkie. Na szczęście Krystyna Zachwatowicz przywiozła ze sobą 
większość kostiumów z Gliwic. Celnicy bardzo się dziwili oryginalnym bagażom - 
tłumaczyła, że są to jej własne ubrania.
Jaśnie Panicz
Niepokoi mnie, że „Ślub" ma być wystawiony w czerwcu, w teatrze eksperymentalnym 
i na matą skalę, ale trudno, trzeba ryzykować- pisał Gombrowicz w liście do 
brata Janusza l maja 1963.
Niespodziewanie dostali pierwszą nagrodę ówczesnego ministra kultury i sztuki - 
Andre Malraux (pięć tysięcy franków), oraz pierwszą nagrodę za najlepsze 
przedstawienie teatralne sezonu - od Młodej Krytyki Teatralnej.
Co najważniejsze jednak, nagrodzona sztuka grana była jeszcze jakiś czas, dwa, 
trzy miesiące, w tym samym teatrze, to znaczy Theatre Recamier. Oficjalna 
premiera odbyła się 8 stycznia 1964 roku. Gombrowicz nie przyjechał - nie lubił 
teatru, nigdy nie widział na scenie żadnej ze swoich sztuk.

background image

W ogóle odnieśli sukces - grali potem gościnnie nie tylko we Francji, ale i w 
Szwajcarii, Berlinie Zachodnim. Z przekładu francuskiego przetłumaczono „Ślub" 
na wiele języków. Grano go niemal we wszystkich krajach Europy Zachodniej, 
Ameryce Południowej, kraji* Ji skandynawskich.
Po raz drugi i ostatni Krystyna Zachwatowicz widziała Gombrowicza kilka miesięcy 
później, w Paryżu, gdzie zatrzymał się na krótko po wyjeździe z Royau-mont. Wraz 
z Kukułczanką i Janem Kottem odwiedzili go w hotelu. Poszli we czwórkę do 
kawiarni, Gombrowicz tryskał humorem, a przede wszystkim złośliwością wobec 
Kukułczanki oraz Kotta. Kuzynkę oszczędzał i tym razem.
Tak się jakoś złożyło, że wracali tylko we dwójkę. Niespodziewanie Gombrowicz 
zmienił nastrój. Bo i temat był serio: mówił o Barbarze Witek-Swi-narskiej, a 
właściwie o tym, co wywołała swoim z nim „wywiadem". Oszukała go - przyszła niby 
to z hołdem, była bardzo miła, w trakcie rozmowy zrobiła się złośliwa, 
impertynencka, odpłacił więc tym samym. Nieautoryzowaną rozmowę przedstawiła 
jako wywiad z nim, włożyła mu w usta słowa, których nie powiedział. Rozpętała 
przeciwko niemu nagonkę w prasie.
Był tą sprawą wstrząśnięty, ogromnie go dotknęła.
- Mówił - wspomina Krystyna Zachwatowicz - że brał pod uwagę możliwość przyjazdu 
do Polski. Na jak długo, nie wiedział. Myślał jednak o tym-z Berlina Zachodniego 
czy nawet z Paryża do Polski przecież niedaleko. Po „sprawie Swinarskiej", po 
tym, jak go „rozrobiono", stracił ochotę. Ostatecznie go to zniechęciło, odcięło 
mu jednocześnie przyjazd do kraju.
Nie ukrywał, że czuł się bezdomny. Nie wiedział, gdzie ma osiąść na stałe, co ze 
sobą zrobić. Może wróci do Argentyny? Bo tam czuł się dobrze. W Berlinie 
Zachodnim bardzo źle, w Paryżu jeszcze gorzej.
- Błaznuję, wygłupiam się - przyznawał - ale Paryża szczerze nie znoszę, muszę 
stąd uciekać, tylko gdzie?
A do kraju, do domu, jak mówił, wracać nie mógł.
- Była to rozmowa wręcz rozdzierająca, tragiczna - wspomina Krystyna 
Zachwatowicz. - Słyszałam, że nigdy się raczej przed ludźmi nie otwierał,
Metek
nie zdradzał z uczuciami. I nagle zrzucił maskę. Pewnie dlatego, że tak mało 
mnie znał, byliśmy tylko we dwójkę; bez świadków... W obecności osoby trzeciej 
już zaczynał grać.
Naprawdę nie używam za mocnych słów, lecz moim zdaniem śmiertelnie tęsknił za 
Polską, bardzo chciał przyjechać. Nareszcie mógł sobie na to pozwolić. Przedtem 
zwyczajnie nie było go stać na podróż do Europy, bardzo przecież kosztowną. 
Gdyby nie to stypendium, siedziałby może w Argentynie do końca życia.
Gdy czytałam to, co napisała Swinarska, płakałam z oburzenia. A znałam wtedy 
jedynie jego książki, wybierałam się dopiero do Francji.
Po tamtej rozmowie nigdy się nie zgadzam, gdy słyszę, że był cynikiem, że mu nie 
zależało. Boże drogi, wręcz przeciwnie. Słowo patriota stało się dosyć wytarte. 
Był po prostu wielkim Polakiem, jak mało kto zaangażowanym w polskie sprawy.
W roku 1965 znów była we Francji - robiła scenografię do „Iwony, księżniczki 
Burgunda", którą reżyserował również Jorge Lavelli. Grała ją grupa Theatre de 
Burgogne najpierw na festiwalu w Wenecji, potem dziesięć dni w słynnym Theatre 
Odeon w Paryżu.
I tym razem był sukces.
Kot pisze, że reżyseria Lavellego świetna, a kostiumy i dekoracje naszej, bodaj 
kuzynki Krysi Zachwatowicz też - donosił Gombrowicz bratu Januszowi 12 

background image

października 1965.
Dekoracjami były stare meble, które wyszukali w paryskich antykwariatach: 
lustra, kanapy, szafy. Słowem, graciarnia. Wydźwięk sztuka miała farsowy - 
aktorzy wychodzili na scenę z szaf, schodzili też do szaf. W „Iwonie" meble 
również grają - Gombrowicz podkreśla to w tekście.
Inne teatry europejskie wystąpiły też z propozycjami wystawienia „Iwony" (grano 
ją wkrótce w Sztokholmie), posypały się potem dobre, nawet entuzjastyczne 
recenzje.
Z wyjątkiem „Le Figaro", którego recenzent teatralny Jean-Jacques Gau-tier, 
chłoszczący zresztą wszystkie nowoczesne sztuki, zjechał „Iwonę" 
niemiłosiernie... Trudno nie zatrząść się z oburzenia - pisał - w obliczu 
takiego zamiłowania do absurdu, do głupoty, do bluffu... W naszych czasach 
esteci... są gotowi rozdziawiać gębę z podziwu przed byle czym, napisanym przez 
byłe kogo.
Nazwał Gombrowicza i Zachwatowicz „metekami", przybyłymi do Paryża wystawiać 
swoje bzdury, których nikt nie potrzebuje. „Metek" oznacza emigranta bez praw i 
ma we Francji wydźwięk pogardliwy; to tak jakby Murzyna nazwać czarnuchem.
- Był skandal - wspomina Krystyna Zachwatowicz. - Gilles Sandier przepraszał nas 
w „Arts":
Jaśnie Panicz
Nieszczęsny Gombrowiczu - pisał - zezwól na razie, by ta hołota (goujats) 
wymyślała ci od meteków... teatr francuski jest dumny, że może wystawiać ciebie, 
autora „Ferdydurke", jednego z ludzi przynoszących zaszczyt naszemu czasowi*.
Choć „Iwona" miała w sumie trzydzieści dziewięć recenzji, w tym trzydzieści 
pozytywnych, emigracyjne londyńskie „Wiadomości" i „Dziennik Polski" 
przedrukowały jedynie tę z „Figaro". Wprawdzie bez epitetów „me-tecy", ale poza 
tym wszystko kropka w kropkę i pod tytułem „Gombrowicz schlastany w Paryżu".
W kraju też natychmiast wykorzystano sytuację. Korespondent „Teatru" Cezary 
Lutecki w swojej relacji z Paryża (1965, nr 23) przedrukował obszerne fragmenty 
recenzji z „Le Figaro", pomijając jednak „meteków". Dodał również fragmenty 
innych krytycznych recenzji. Chociażby z „L'Aurore", dziennika - tak jak „Le 
Figaro" - skrajnie prawicowego.
Pomysł nie jest całkiem nowy (...) Można go było rozwinąć w sposób normalny, to 
znaczy konwencjonalny (...) Mimo że autor zaprzecza temu, jest on cocktailem 
lonesco, Becketta, Adamova, Tzary i wielu innych z tej szkoły.
Zdanie Luteckiego o inscenizacji „Iwony" też nie było najlepsze: Tę sztukę 
wystawił prowincjonalny teatr z Burgundii - pisał. - Postacie ubrano w kostiumy 
fantazyjne, umyślnie brzydkie, brudne i podarte. Reżyser kazał grać aktorom 
groteskowo, cyrkowo. W ten sposób absurd, zawarty już w tekście sztuki, 
podniesiono do niewiadomej potęgi, co moim zdaniem nie wzmocniło, lecz osłabiło 
jej wyraz.
Jakby mało było tego wszystkiego: Odwiedził mnie przybyły z Polski - pisał 
Gombrowicz w „Dzienniku" - krytyk Artur Sandauer i opowiadał, że rozmaici ludzie 
ze środowiska literackiego w Kraju, w ich liczbie on sam, otrzymali przesłane 
pocztą anonimowo z Londynu wycinki z „Wiadomości" i „Dziennika Polskiego", z 
których wynikało, że moja „Iwona", wystawiona kilka miesięcy temu w Paryżu, 
została „zjechana"przez krytykę w sposób zupełnie katastrofalny. (...) Ty, 
człowieku, wysilaj się i męcz, żeby tej kopciuszkowatej literaturze rodzimej 
przysporzyć na świecie nieco powodzenia, a za to w Kraju będą cię dusić, na 
emigracji szczypać, i w dodatku jakiś brudny i zawistny figlarz będzie to pocztą 

background image

rozsyłał!**.
Później były już tylko spotkania z Ritą. W roku 1966 w Krakowie jeszcze z Ritą 
Labrosse, przyszłą żoną Gombrowicza. Bardzo miłą, inteligentną, młodą i 
przystojną Kanadyjką. Gombrowicz wysłał ją niejako w swoim zastępstwie - sam 
przyjechać nie mógł, nie chciał, nie najlepiej się już czuł. Ritą była w 
Warszawie, Krakowie, Zakopanem. Widziała się z jego rodziną, przy-
* Przytoczenie Gombrowicza według paryskiego wydania „Dziennika", 1971, t. 3, s. 
191.
** Tamże, s. 190.
Metek
jaciółmi, znajomymi - w Krakowie na przykład także ze Stefanem i Ewą 
Otwinowskimi. Była w sumie zadowolona, choć zmęczona ilością spotkań. Na dodatek 
zatruła się poważnie w którejś z krakowskich restauracji i pół pobytu musiała 
spędzić w hotelowym pokoju.
Opowiadała o Gombrowiczu - pisze „Operetkę", jest już, niestety, poważnie chory, 
nie powiodła się próba zamieszkania na stałe we Włoszech, blisko Paczowskich, 
jego najbliższych chyba wtedy przyjaciół. Nie odpowiadał mu włoski klimat - 
cierpiał na alergię.
Znała wszystkie polskie nieprzyzwoite słowa.
- Tylko tego Witold mnie nauczył - śmiała się.
Po raz drugi Krystyna Zachwatowicz widziała się z Ritą, już wdową po Witoldzie 
Gombrowiczu, 30 października 1972 w Zurychu, w Schauspielhaus z okazji nowej 
premiery „Ślubu". Reżyserował - ponownie - Jerzy Jarocki, Krystyna Zachwatowicz 
robiła - kolejny raz - scenografię. Tej swojej pracy nie ceni jednak zbytnio, 
nie lubi o niej mówić. Choć Ricie bardzo się podobała.
Pojechała do Zurychu razem z Andrzejem Wajdą i po premierze rozmawiali trochę z 
Ritą. Wajda mówił jej o swoich projektach sfilmowania „Ślubu", który ogromnie 
ceni, uważa za jeden z najwybitniejszych polskich utworów.
Na razie jakoś jednak do tego nie doszło. Choć ostatnie słowo nie zostało 
jeszcze powiedziane. Może kiedyś?
Przede wszystkim jednak Ritą mówiła im o ostatniej woli Gombrowicza. Był pełen 
godności i dumy, a nieraz doświadczył przecież niesłusznych oskarżeń. Obawiał 
się więc bardzo dowolnego ingerowania w tekst. Dlatego też życzył sobie - nawet 
za cenę nieistnienia na krajowym rynku wydawniczym - całości swego dzieła.
Z drugiej jednak strony - tłumaczyli Ricie - rosną w Polsce pokolenia, dla 
których jego nazwisko będzie białą plamą. Może zgodzi się wobec tego na wyjście 
w miarę kompromisowe - wystawianie na scenie jego dramatów. Pozwolą na częściową 
choćby obecność Gombrowicza w kraju.
W końcu po pewnym czasie udzieliła zgody.
GUSTAW HOLOUBEK:
- Już po śmierci Gombrowicza, gdzieś tak na początku lat siedemdziesiątych, 
Teatr Dramatyczny chciał bardzo wystawić „Ślub". Byłaby to prapremiera w teatrze 
zawodowym, dotychczas grany był bowiem tylko w teatrze studenckim. Napisałem 
więc do wdowy po pisarzu, prosząc o zgodę na inscenizację. Jako jedyna 
spadkobierczyni przejęła przecież prawa autorskie. Odmówiła jednak bardzo 
uprzejmie, powołując się na ostatnią wolę męża. Nie-zrażony, nadal przekonywałem 
ją listownie i z coraz to większym skutkiem. W rezultacie wysłałem do niej do 
Paryża mecenasa Tadeusza deYirion, notabene mojego przyjaciela, który miał 
przekonać ją ostatecznie oraz omówić
Jaśnie Panicz

background image

problemy prawne związane z inscenizacją. Wybór okazał się znakomity, de Yirion 
był przecież - przez Sołtanów - spokrewniony z Gombrowiczami, co w połączeniu z 
jego fachowością, taktem i „światowością" rozbroiło zupełnie jego „kuzynkę"... 
Udzieliła zgody. Liczyło się też oczywiście, że zwracał się do niej teatr o 
ustalonej przecież marce, nieobce jej było również moje nazwisko i dorobek, co 
więcej, rekomendował nas Kazimierz Dejmek, którego bardzo ceniła. Teatr 
Dramatyczny dostał na rok prawo wyłączności na wystawienie „Ślubu", później - 
już podczas pobytu pani Gombrowiczowej w Polsce - zgodę na inscenizację „Iwony", 
potem „Operetki".
Żądała tylko - i to kategorycznie - aby niczego w sztukach nie skreślać; jednego 
nawet słowa. W przypadku „Ślubu" okazało się to niemożliwe -spektakl trwałby 
cztery godziny! Wysłaliśmy więc do Mediolanu, gdzie mieszkała wówczas pani 
Gombrowiczowa, następnego wysłannika - Jerzego Jarockiego z listą skreśleń. 
Wiązały się wyłącznie z kwestiami artystycznymi oraz inscenizacyjnymi, tak że 
zostały przez nią zaakceptowane.
Na premierę, która odbyła się w roku 1974, zaprosiliśmy oczywiście panią 
Gombrowiczowa, przyjęła chętnie zaproszenie, przyjechała. Po polsku umiała, 
zdaje się, powiedzieć tylko swoje nazwisko, nie rozumiała więc ani słowa, mimo 
to stwierdziła, że nasz „Ślub" bardzo się jej podobał. Po premierze odbyło się 
małe przyjęcie u państwa Sołtanów, kuzynów Gombrowicza, podczas którego 
rozmawiałem trochę z Ritą. Wywarła na mnie duże wrażenie. Z listownych z nią 
kontaktów wyobrażałem ją sobie jako osobę zdecydowaną, zasadniczą, słowem, 
typową herod-babę. A tymczasem okazała się niezwykle czarująca. Młoda, ładna, 
bardzo kobieca, a co więcej - inteligentna i wrażliwa. Rozmawiałem z nią zbyt 
krótko, żeby móc wiele o niej powiedzieć, kilka szczegółów utkwiło mi jednak w 
pamięci.
Uderzyła mnie przede wszystkim jej absolutna nieznajomość Polski, polskości. 
Zwykle wyobrażamy sobie, że gdy Polak żeni się z cudzoziemką, musi jej 
opowiedzieć o płaczących wierzbach, Kościuszce, ułanach. Dla niej tymczasem były 
to pojęcia zupełnie nic nie mówiące. Twierdziła, że Gombrowicz nie chciał 
rozmawiać z nią o Polsce.
- To nie ma sensu - mówił do niej. -1 tak nic byś przecież nie zrozumiała.
Ale podczas swoich ostatnich dni, kiedy zdawał już sobie chyba sprawę, że 
umiera, powiedział jej coś bardzo antygombrowiczowskiego i gombrowi-czowskiego 
zarazem.
- Chciałbym spocząć jednak kiedyś w kraju i mam nadzieję, że prędzej czy później 
dojdzie do tego. Nie chciałem rozmawiać z tobą o Polsce, ale być może dopiero 
wtedy zrozumiesz choć trochę, co to właściwie znaczy.
TADEUSZ DE VIRION:
- Nie chciałem początkowo podjąć się roli, którą wyznaczył mi dyrektor Holoubek 
- sprawy wydawnicze nie są moją specjalnością. Dałem się jednak w końcu namówić. 
Pojechałem do Paryża przełamać lody, których nie było. Rita Gombrowicz okazała 
się życzliwa, przyjazna, na dodatek - młoda
Metek
i ładna, o srebrzystoszarych, ale bynajmniej nie siwych włosach. W ogóle nic z 
„czcigodnej wdowy".
Do spraw twórczości Gombrowicza odnosiła się z dużym pietyzmem. Mówiła, że to 
właśnie jemu, a nie Colette, pisarce francuskiej, chciała poświęcić swój 
doktorat. Na Sorbonie wymagają jednak znajomości języka pisarza, o którym się 
chce pisać pracę doktorską, ona natomiast nie znała polskiego.

background image

Doszliśmy do porozumienia nawet dość szybko. Zdecydowała się udzielić Teatrowi 
Dramatycznemu, potem wszystkim innym, zgody na wystawianie na scenach utworów 
Gombrowicza. Uznaliśmy bowiem zgodnie, że jego wola dotyczy przecież spraw 
druku, publikacji. Teatr tymczasem to słowo mówione, sytuacja jest więc zupełnie 
inna.
Gdy wracałem po raz pierwszy od pani Gombrowiczowej, Marszycki -ówczesny 
dyrektor Dramatycznego - wyszedł po mnie z Dejmkiem na lotnisko. Nie mogli się 
doczekać wiadomości, które przywoziłem - tak bardzo chcieli wystawiać 
Gombrowicza! Gdy ich zobaczyłem, uśmiechnąłem się, kiwnąłem głową, że tak, więc 
już wiedzieli: udało się!
Moja rola ograniczyła się dalej do przygotowania gruntu do umowy, którą Rita 
Gombrowicz podpisała w roku 1974 z ZAiKS-em. Omówiłem z nią wcześniej wszystkie 
związane z tym problemy, chociażby sposób przekazywania dochodów, interwencji w 
przypadku sporów itd. Chciała na przykład, aby nie było najmniejszych nawet 
skrótów czy skreśleń - przywiązywała ogromną wagę do integralności dzieł 
Gombrowicza. Ponieważ jednak skróty były czasem konieczne, choćby ze względów 
artystycznych, uzgodniliśmy, że widz znajdzie te fragmenty w programie 
teatralnym. Ten punkt wszedł nawet do umowy, ale, o ile wiem, nie jest 
realizowany.
Rozmawialiśmy również w Warszawie, kiedy to przyjechała na premierę „Ślubu". 
Towarzyszył jej pan Cazzani, włoski adwokat, specjalista od spraw wydawniczych, 
również bardzo przychylnie nastawiony do całego przedsięwzięcia. Ricie wydawało 
się nawet, że zbyt często zgadzał się raczej z moim niż z jej stanowiskiem czy 
opinią. Spytała więc go kiedyś: Czyim jesteś właściwie adwokatem? Moim czy pana 
de Yiriona?
W trakcie finalizowania umowy z ZAiKS-em zdarzył się przykry incydent. W 
„Kulturze" warszawskiej ukazał się dość nieprzychylny artykuł Toeplitza o 
Gombrowiczu. Rita zdenerwowała się, wystraszyła, chciała zrywać rozmowy. 
Przekonałem ją jednak, że nie jest to wystarczający powód. Po incydencie tym 
dodaliśmy do umowy punkt, który mówił, że w wypadku ewentualnych sporów, 
niedotrzymywania umowy przez którąkolwiek ze stron, sprawy rozpatrywać będzie 
sąd włoski. Uważałem, że to niesprawiedliwe, faworyzujące tylko jedną stronę. W 
końcu krakowskim targiem postanowiliśmy, że będzie to sąd włoski, spory 
rozstrzygał będzie jednak według prawa polskiego.
Gdy tekst umowy z ZAiKS-em był gotowy, moja rola skończyła się. Nigdy więcej nie 
widziałem już Rity Gombrowicz i nawet nie wiem, jak potoczyło się jej dalsze 
życie. W każdym razie wspominam ją z sympatią. .,,..
16. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
Samochody mają tylko marksiści
Janusz Odrowąż-Pieniążek widział się z Gombrowiczem w Royaumont 26 lipca 1964 
roku. Zawdzięcza to spotkanie przede wszystkim Alanowi Kosce, swemu 
przyjacielowi, tłumaczowi „Dziennika" Gombrowicza. Jeszcze z Polski napisał do 
Koski, że wybiera się do Paryża i chętnie zobaczyłby się z Gombrowiczem. Kosko 
obiecał Pieniążkowi, że do niego napisze, choć właściwie od razu był pewien, że 
Gombrowicz się zgodzi. Chętnie spotykał się z Polakami z kraju; był ich po 
prostu ciekaw.
Rzeczywiście, po jakimś czasie, już w Paryżu, Janusz Odrowąż-Pieniążek dostał od 
pisarza krótki list:
Szanowny Panie!

background image

z przyjemnością zobaczę Pana tutaj w piątek po pot. (raczej jeżeli Pan może 
wcześniej na przykład 2-ga, 3-a). Jeśli Pan nie ma samochodu, to najlepiej 
jechać pociągiem do Chantilly, a stamtąd taksówką (10 km).
Łączę ukłony i pozdrowienia 24.06.64

W.G.

Pan Odrowąż-Pieniążek wysłał mu wtedy swoją pierwszą książkę - „Opowiadania 
paryskie". Ciekawy był oczywiście jego opinii, książka trochę inaczej ustawiała 
też ich spotkanie. Początkujący młody literat spotykał się ze znanym pisarzem, 
którego cenił.
- To był wtedy nasz mistrz - mówi pan Pieniążek. - Pamiętam, na polonistyce 
mówiliśmy „Trans-Atlantykiem" i „Ferdydurke". Oczywiście nie wszyscy; tylko ci 
bardziej „nowocześni".
Drogi Panie Januszu - odpisał - okazuje się, że Pańskie „Opowiadania" już 
czytałem... tylko, że widać myślałem, że już Panu odpowiedziałem, a poza tym 
zapomniałem nawet nazwiska, co wszystko razem byłoby niemałym skandalem, gdyby 
nie fakt, że moje myślenie, jak i wszystkie inne funkcje, zostały poważnie 
zredukowane przez chorobę.
Myślę, że to naprawdę dobra proza - w ogóle pod względem techniczno-li-terackim 
to jest dobrze napisane i w tym sensie wybija się z twórczości polskiej 
aktualnej. To dla mnie lepsza robota niż np. Rudnicki czy Andrzejew-ski. 
Natomiast krucho z duchem, nie widać związku Pana - namiętnego czy właśnie 
zimnego - ze światem trudno zdać sobie sprawę kim Pan jest. „Teoria fal" mniej 
mi się podoba, może dlatego, że to nieomal że wiersze. Kłaniam się nisko. 
1.07.64

W.G.

Janusz Odrowąż-Pieniążek zachował notatki ze spotkania w Royaumont, łatwo więc 
je odtworzyć, i warto - minęło przecież ładnych kilkanaście lat.
Metek
Samochodu nie miał, jechał do Royaumont najpierw metrem, potem autobusem do 
Bozan, przez Saint-Denis. Nie były to już miasteczka podpary-skie, lecz 
francuska prowincja. Trzynastowieczne gotyckie opactwo Royaumont znajdowało się 
w pięknym parku otoczonym kanałami. Całość bardzo romantyczna - w niewielkiej 
odległości widać było wieżę zburzonego kościoła. Wnętrze również w stylu 
gotyckim: refektarze, sale ze starymi portretami. Gombrowicz zajmował pokój, 
właściwie celę numer szesnaście, na pierwszym piętrze, z widokiem na park i 
kanał. Skromne umeblowanie: łóżko, szafa, mały stolik zawalony rękopisami.
Gdy pan Pieniążek wszedł do pokoju, Gombrowicz podniósł się właśnie z łóżka.
- Przepraszam - powiedział - ale spałem.
Zaraz znów przeprosił - chciał położyć się jeszcze na chwilę, zapuścić sobie 
krople do nosa. Dopiero po tym właściwie się przywitali.
Pierwsze wrażenie: zmęczony, schorowany, stary człowiek. Mówił przez nos, ciężko 
oddychał. Był niższy, niż sądziłem.
Dopiero potem, już w parku, na spacerze, zmęczenie znikło, twarz jakby 
odmłodniała, nabrała życia. Lecz widać było, że jest ciężko chory; najpierw 
palił fajkę, potem przeprosił - musiał zapalić papierosa antyastmatyczne-go, 
który pomagał mu, miał jednak bardzo nieprzyjemny zapach, szczególnie dla osoby 
nieprzyzwyczajonej. Po kilku chwilach spaceru musiał zostawić gościa, wrócić do 
swojej celi, żeby się przebrać w coś cieplejszego. W Europie ciągle marzł, a nie 
miał odpowiednich ubrań; argentyńskie były zbyt lekkie. Zmiana klimatu okazała 
się fatalna w skutkach - przeszedł w Berlinie Zachodnim cztery grypy, przeleżał 
dwa miesiące w szpitalu, wyszedł chory na serce, odezwała się astma. W dniu 
poprzedzającym spotkanie z Pieniążkiem badał go w Paryżu słynny laryngolog, 

background image

lekarz de Gaulle'a. Zalecił przepalania, po których będzie mógł, być może, 
oddychać nosem.
Wrażenie drugie - bardzo zorientowany w sprawach polskich; przede wszystkim 
literackich, kulturalnych. Doskonale wiedział, co kto robi, co wydał, jakie ma 
poglądy. Wyglądało niemal tak, jakby wczoraj wrócił z Polski.
Rozmawiali najpierw o jego twórczości i związanych z nią sprawach. Pisał akurat 
dziennik z Royaumont, który miał być niedługo wydany razem z dziennikiem 
berlińskim. Kończył też „Kosmos" - nową powieść, lecz brakowało mu jeszcze z 
dziesięć stron, nie mógł ich jakoś napisać. Nie wiedział ciągle, jak powieść 
zakończy. „Dziennik" natomiast miał być wkrótce wydany po francusku.
- Nadeau twierdzi - mówił - że wszystko, co napiszę, będzie na francuski 
przełożone i wydane, ale nie wiem, do jakiego stopnia można ufać słowom 
wydawców.
- Pan naprawdę czytał wszystkie moje książki? - dziwił się. - Podziwiam ludzi, 
którzy czytają książki, dla mnie to wielki wysiłek.
Jaśnie Panicz
- Widział też pan „Ślub" i podobało się to panu? Z niektórych recenzji sądząc, 
został odebrany jako zupełny nonsens, wydaje się, że za bardzo krzyczeli, 
potrzebny był umiar - już sama sztuka jest przecież inna. Trzeba ją było grać 
konwencjonalnie.
- Mam teraz, co dziwne, zupełną obojętność wobec sukcesów literackich. Zresztą 
literatury nigdy nie traktowałem poważnie, zasadniczo, dlatego właśnie zdobywam 
się wobec niej na dystans i niepowagę. Traktuję ją poważniej niż ci, którzy 
traktują ją po prostu poważnie. Stosunek do życia mam niepoważny, ale przez to 
właśnie poważny. To także nadaje dystans. Wszystko w życiu realizuje się przez 
antynomie, tak samo jest ze zdrowiem - chorobą, śmiałością - nieśmiałością.
- Teraz we Francji są wielkie postacie: Sartre, Genet. Nowe zjawiska -tak zwana 
nowa powieść. Ta idiotka, Nathalie Sarraute, ukradła mi dziesięć tysięcy 
dolarów. Dostała Formentora, pomogła jej w tym koteria. Sama jest żoną bogatego 
adwokata, a mnie by te pieniądze bardzo urządziły. Lecz jestem poza wszystkimi 
koteriami; nie mogę liczyć na takie awantaże.
- Dwóch producentów - jeden niemiecki, drugi niemiecko-francuski (był tu parę 
dni temu), proponowało mi sfilmowanie „Pornografii". To książka literacka, 
trudno zrobić z niej film, na pewno więc będzie niedobry. Zależy mi jednak na 
literaturze, nie na filmie. Nie ja bym to przecież robił, a dostałbym trochę 
pieniędzy.
- Nie jestem zdecydowany, czy nie wrócę do Argentyny. Pan rozumie, po dwudziestu 
czterech latach tamtego życia jestem w Argentynę wrośnięty. Poza tym tam są 
piękni ludzie; jakiś melange ras, w przeciwieństwie choćby do Francuzów. Z 
drugiej jednak strony, francuscy chłopcy stoją od tamtych dużo wyżej 
intelektualnie.
- Może osiądę pod Royaumont? Właściciel tego opactwa, multimilioner od stali, 
obiecał mnie tutaj urządzić. Jakaś organizacja zaprasza również na kongres do 
Berlina Zachodniego, który ma trwać trzy dni, obiecuje zwrot kosztów przelotu z 
Argentyny - gdybym zdecydował się jednak wracać. Odmówiłem - byłoby to zbyt 
męczące, a co ważniejsze, takie kongresy nie mają oczywiście żadnego znaczenia, 
nic z nich nie wynika.
- O ludziach z Polski, którzy mnie odwiedzają, szczególnie o młodych, mam dobre 
zdanie. Ciekawi życia, chłonni, inteligentni.
Janusz Odrowąż-Pieniążek wtrącił, że to tylko pewna część młodej generacji. 

background image

Większość jest jednak mniej żywa intelektualnie, pochłonięta głównie urządzaniem 
się - zdobywaniem mieszkań, samochodów.
O Francuzach miał Gombrowicz taką samą opinię, jak i o Niemcach. Interesuje ich 
przede wszystkim stabilizacja, stąd nieruchawość intelektualna, sobkostwo.
- U was - mówił - życie jest o wiele cięższe, a to wyrabia jednak ciekawszą i 
bardziej chłonną postawę.
Metek
- Chodząc po jednym z berlińskich ogrodów - mówił dalej - poczułem nagle zapach 
Polski: była tam taka sama roślinność, jak w moich rodzinnych stronach. Ani we 
Francji, ani w Argentynie nie spotkałem podobnego zapachu. Czuło się w nim coś 
północnego. Poczułem też wtedy, że coś się zamknęło; poczułem śmierć. Dlatego 
sądzę, że po dwudziestu czterech latach nie mógłbym jechać do Polski. Jakiś etap 
jest już poza mną. Zresztą, jak to możliwe po tym wszystkim? Tej fali ataków, 
jakie spowodował artykuł Swinar-skiej? Muszę się teraz wyzwolić od pragnienia 
ujrzenia Polski. A miałem pokusę - z Berlina przecież tylko kilkadziesiąt 
kilometrów.
Pytał również o swoich znajomych z Polski:
- Kogo z literatów pan zna? Z kim pan rozmawiał o mnie? Z Brandysa-mi? Kisielem? 
Jaka była atmosfera, tonacja rozmowy?
- Nie, nie czytałem „Idzie skacząc po górach" Andrzejewskiego. Nie wiem, co to 
takiego.
- A co pan sądzi o Rudnickim? - pytał pana Pieniążka. - Jak się miewa? 
„Niebieskie kartki" niedobre? Ja też tak sądzę.
- Odwiedził mnie niedawno poeta Jan Brzękowski, lecz nie znaleźliśmy jakoś 
wspólnego języka, bo on tylko o awangardzie i awangardzie. Nie interesuje go nic 
innego.
Był również ciekawy, czy są w Warszawie kawiarnie literackie. Janusz Odrowąż-
Pieniążek opowiedział mu więc o „Czytelniku", PlW-ie, w którym była wtedy słynna 
kawiarenka. O ich stałych bywalcach. W PlW-ie na przykład bywa codziennie Antoni 
Słonimski z parasolem, Paweł Hertz.
- Słonimski z parasolem? - śmiał się Gombrowicz. - Kiedy wobec tego piszą, gdy 
stale tam siedzą?
- Czy to prawda? - pytał dalej - że mego dawnego znajomego XY pobili bardzo za 
pedekowanie i zmarł? Tak? Wokół mnie coraz więcej grobów... W ogóle ciekaw 
jestem, jak radzi sobie pedek w takim kraju jak Polska? Jak to sobie organizuje? 
Tam przecież nawet i takie sprawy są utrudnione... Jak na przykład radzi sobie z 
tym słynny XX? Ma stałych chłopców, czy też tak od okazji do okazji?
- A nie wie pan przypadkiem - przeszedł do innego tematu - co się dzieje z moim 
bratem Jerzym? Wcale do mnie nie pisze. Z Januszem natomiast jestem w stałym 
kontakcie.
Rozmawiali, siedząc na ławeczce w parku.
- Zawiózłbym pana gdzieś na kawę - mówił Gombrowicz - tylko czym się stąd 
ruszyć? Samochody mają tutaj tylko marksiści, z którymi wojuję, i nie wypada mi 
ich prosić, żeby nas gdzieś podrzucili czy pożyczyli wóz. Byli tu i polscy 
marksiści, chociażby Beylin oraz Kuczyński. Ze wszystkimi mam na pieńku - zawsze 
wsadzam kij w mrowisko, prowokuję. Mówię marksistom otwarcie: „Siedzicie tu, 
korzystając z funkcji i stypendiów opartych o wyzysk robotnika...".
Jaśnie Panicz
Zbliżała się godzina odjazdu autobusu do Paryża. Zaczęli się powoli żegnać. 
Gombrowicz odprowadził gościa do przystanku, za bramę posiadłości. Po drodze 

background image

musiał przysiąść na chwilę na kamiennym słupku - zmęczyło go nawet kilka kroków. 
Prawie na pożegnanie Janusz Odrowąż-Pieniążek zrobił mu trochę zdjęć.
- Wie pan - mówił Gombrowicz - przyzwyczaiłem się już do pstrykania. 
Sprawozdawcy prasowi potrzebują kilkudziesięciu zdjęć, zanim wybiorą jedno do 
artykułu. Fotografowie rozmawiali ze mną i bez przerwy robili zdjęcia.
Nadszedł autobus, pożegnali się, Gombrowicz odszedł wolno w stronę bramy.

oiol
Wrażenie trzecie - zupełnie nie był, jak mówili inni, agresywny, zaczepny. Wręcz 
przeciwnie.
Na drugi dzień odwiedziła go jednak znajoma pana Pieniążka, pani Olga Scherer-
Wirska. Tym razem prowokował cały czas.
- Wracam do Argentyny - mówił. - Kupię sobie domek nad morzem, będę miał pięciu 
studentów, ale zacznę ich męczyć...
Sławny kuzyn
Byli tujasieński i Ośniałowski. Zaniepokoili mnie wiadomością, że d się nagle 
pogorszyło - pisał Gombrowicz w liście do brata Janusza z 12 sierpnia 1964.
W sierpniu 1964 roku, w piękne niedzielne popołudnie, Ksawery Jasień-ski, 
wówczas spiker polskiego radia, i jego wuj, Ryś, a właściwie Marian Ośniałowski, 
poeta, odwiedzili w Royaumont kuzyna Witolda Gombrowicza.
Obaj zwracali się do niego per „wuju" zarówno ze względu na pokrewieństwo, jak i 
dużą różnicę wieku. Ksawery Jasieński jest spokrewniony z Gombrowiczami po 
kądzieli: jego babka z domu Cichowska, jej matka, czyli jego prababka - 
Kotkowska, a to przecież panieńskie nazwisko matki Witolda. Wuj Ryś Ośniałowski 
jako rodzony brat matki Ksawerego też był tym samym spokrewniony z Gombrowiczem.
Ksawery Jasieński był wtedy we Francji, konkretnie w Di j on, na 
kilkumiesięcznym stypendium językowym. A do Paryża przyjechał odwiedzić wuja 
Rysia, który zdecydował się już wówczas zostać we Francji na stałe. Pan 
Jasieński wiedział, że Gombrowicz jest w Europie, lecz właśnie od wuja Rysia 
usłyszał, że przebywa tylko trzydzieści kilometrów od Paryża - w Royaumont. 
Postanowili więc odwiedzić sławnego i nieznanego dotychczas kuzyna.
Pojechali bez zapowiedzi. Maitre domu poprosił monsieur Gombrowicza. Rozmawiali 
na pięknej, oszklonej werandzie umeblowanej plecionymi, ogrodowymi fotelami. 
Kuzyn Witold bardzo się ucieszył z ich wizyty.
- Ach, to ty jesteś Bratek? - przywitał Jasieńskiego, którego nazywano tak w 
rodzinie (imię Ksawery było zbyt uroczyste). - Bratek, syn Marii i Henryka?
Metek
Rysia Ośniałowskiego znał również, oczywiście tylko ze słyszenia.
Był dla nich niezwykle serdeczny, miły, choć przecież widział ich pierwszy raz w 
życiu. Od razu nawiązał bezpośredni kontakt, tak jak gdyby spotkali się tydzień 
temu.
Interesował się przede wszystkim rodziną. Ku ich zdziwieniu wypytywał o 
wszystkie możliwe ciotki, choć zawsze przecież słyszeli, że za nimi nie 
przepadał. Minęły jednak lata, wspominał więc na pewno rodzinę z sentymentem. 
Pytał o ciotkę Marię, czyli babkę pana Jasieńskiego, a matkę Rysia 
Ośniałowskiego. O inną Marię - matkę Ksawerego Jasieńskiego, siostrę Rysia. 
Potem o ciotkę Różę, Ludmiłę i inne. I to ze szczegółami: co porabiają, jak się 
urządziły, a przede wszystkim - czy nowe czasy bardzo je zmieniły.
Najbardziej jednak interesował się swoim najstarszym bratem Januszem. Ogromnie 
się o niego niepokoił - Janusz był już wtedy ciężko chory, bez grosza, właściwie 
na jego utrzymaniu. Prosił kuzyna „Bratka", żeby Janusza odwiedził, pozdrowił, 

background image

pomógł mu, gdyby czegoś potrzebował. Widać było, że łączy go z bratem duża 
zażyłość, co wcale gości nie dziwiło.
Ksawery Jasieński jeszcze jako chłopak razem z ojcem odwiedzał czasem w 
Warszawie wuja Janusza, tak że nieźle go znał. Mógł również o nim sporo 
opowiedzieć.
Witolda i Janusza łączyło nie tylko zewnętrzne podobieństwo (Janusz był 
mężczyzną wielkiej urody), lecz przede wszystkim wybitna, przenikliwa 
inteligencja, absurdalne, ironiczne poczucie humoru, wielka godność osobista.
- Szkoda, że wuj Janusz nie parał się, tak jak Witold, żadną twórczością - mówi 
Ksawery Jasieński. - Dawne ziemiaństwo usiłowało urządzić się jakoś w nowym 
systemie, dostosować, zaadaptować. Wuj Janusz świadomie wycofał się z gry. 
Nieogolony, z długimi włosami, leżał najczęściej całymi dniami na łóżku. Żył w 
biedzie, lecz tak jak chciał - bez najmniejszych obowiązków, przypominał mi 
zawsze bohaterów Dostojewskiego. Był niemal pod rodzinną infamią, także i ze 
względu na swoją sytuację osobistą: znajdował się w separacji z żoną, związał 
się z jej córką, czyli swoją pasierbicą. Unikało się, a już szczególnie przy 
dzieciach - rozmów o nim.
Pokpiwał natomiast Witold z brata Jerzego - widać było, że raczej go w sercu nie 
nosił. Może za jego dziennikarski fach?
- Czy Jerzy nadal służy reżimowi? - śmiał się. - Komu aktualnie się wysługuje? 
„Życiu Radomskiemu"? Pewnie dlatego nie chce ze mną korespondować... Cóż, 
dziennikarze muszą być bez skazy...
Ksawery Jasieński miał w tym momencie duszę na ramieniu - pracował przecież w 
radio. Na szczęście kuzyn Witold jakby o tym zapomniał.
- Znałem lepiej wuja Jerzego - mówi pan Jasieński. - Do roku 1949 mieszkałem 
przecież w Radomiu. Lubiłem go, lecz rozumiałem, że w porównaniu z Witoldem i 
Januszem był naturą krańcowo przeciwstawną. Nie stronił od kielicha, kart, 
towarzystwa, które zawsze tłumnie go otaczało, jego dom był
Jaśnie Panicz
ciągle pełen ludzi. Piastował wiele najrozmaitszych funkcji - prowadził między 
innymi klub literacki dla młodzieży, w liceum kółko teatralne. Stał się jedną z 
najpopularniejszych postaci Radomia. Dzieci w szkole na pytanie, kto jest 
pierwszym sekretarzem partii, odpowiadały, że pan Gombrowicz.
Interesował się również Witold Rysiem Ośniałowskim, który próbował urządzić się 
we Francji na stałe - pracować i pisać. Zatrudnił się w fabryce lekarstw pod 
Paryżem, wynajmował pokój w hoteliku raczej chyba skromnym - umówił się z 
Ksawerym Jasieńskim na rogu ulicy, gdzie mieszkał.
- Może mógłbym ci w czymś pomóc? - pytał Gombrowicz Rysia. - Znam przecież w 
Paryżu sporo ludzi z literackiej branży: tłumaczy, wydawców.
Ryś obiecywał skontaktować się z nim, gdyby miał już jakąś konkretną sprawę. Czy 
do tego doszło, nie wiadomo. W kilka lat później, w roku 1968, ten utalentowany 
poeta (był w kraju członkiem redakcji „Współczesności") popełnił samobójstwo, 
zażywając barbiturany. Znaleziono go w Lasku Bu-lońskim. Nikt nie wiedział, 
dlaczego to zrobił. Był bardzo ambitny, ale zamknięty w sobie, skryty.
Jedynym właściwie „pozarodzinnym" tematem, który Gombrowicz z nimi poruszył - 
tak zresztą jak ze wszystkimi, którzy go w Royaumont odwiedzali - była „sprawa 
Swinarskiej", a właściwie tego, co wywołał jej artykuł. Wysłał sprostowanie do 
gazet, liczył, że je wydrukują, staną w jego obronie ludzie mu bliscy, chociażby 
Artur Sandauer, Jarosław Iwaszkiewicz. Miał nadzieję, że ich głos oraz autorytet 
przerwą skierowane przeciwko memu ataki.

background image

- Co z drukiem w kraju? - pytał Ryś Ośniałowski.
- Po tym wszystkim? - dziwił się. - To niemożliwe, nie ma o tym mowy... 
Oczywiście, nie z mojej strony.
Prawdę mówiąc, niemal ich sobą oczarował. Mówił piękną klarowną polszczyzną, bez 
śladu obcego akcentu, choć przecież był na obczyźnie już tyle lat. Inteligentny, 
mądry, rzeczowy. Ksawery Jasieński do dziś żałuje, że nie prowadzi pamiętników. 
Należało natychmiast zapisać, co mówił kuzyn, bo teraz nie wszystko się już 
oczywiście pamięta.
Gombrowicz był bardzo elegancki - w nowym, wytwornym, dobrze uszytym garniturze. 
Oni natomiast sportowo, jak na wycieczkę; Ksawery Jasieński w krótkich 
spodniach. Widać jednak było, że Witold czuł się źle - wyglądał na zmęczonego, 
ciężko oddychał, mówił krótkimi zdaniami, po każdym chwilkę odpoczywał. Nie 
chcieli go dłużej męczyć. Pożegnali się po godzinie.
Dopiero w kraju od wuja Janusza Ksawery Jasieński dowiedział się, że 
sześćdziesięcioletni wuj Witold nie zatrzymywał ich i był tak elegancko ubrany, 
ponieważ spieszył się na randkę... A słowem im o tym nie wspomniał, nie dał do 
zrozumienia, że zjawili się nie w porę. Właśnie w Royaumont poznał młodą 
Kanadyjkę, Rite Labrosse, studentkę Sorbony, z którą akurat się umówił.
Metek
Odkąd zdziadziałem - pisał do Janusza 23 listopada 1964 - mam wściekłe 
powodzenie u kobiet...
Figurka
Niespodziewanie zjawił się u mnie StaśRosset siwiuteńki, ten sam i nie ten 
sam... - pisał w liście do Janusza 12 maja 1964.
Stanisław de Rosset to kuzyn Gombrowiczów, spokrewniony z nimi przez 
Benisławskich. Babka moja, Onufrowa Gombrowiczowa, była Dąbrowska (z lepszych), 
urodzona z Benisławskiej (dobrze)... - pisał Gombrowicz w „Dzienniku". Pan de 
Rosset razem z żoną i córką podróżował wiosną 1964 roku po Francji, odwiedzili 
więc w Royaumont kuzyna Witolda.
Nie ma jednak ochoty o tym opowiadać.
- Mam już osiemdziesiąt sześć lat - mówi - nie najlepiej się czuję. Byliśmy też 
tam najwyżej godzinę, niewiele pamiętam. A nie chcę wcale nic sobie przypominać. 
Bo i po co? Śmieszna figurka, błazenek, niesmaczny snob. Czy wie pani, co on nam 
tam powiedział? I to szczerze, wcale się z tym nie kryjąc?
_ ?
- Proszę sobie wyobrazić - nie ukrywał, że powinien dostać Nobla! Że mu się 
należy, że chciałby go dostać! Bardzo by się nim ucieszył, a w kraju zdenerwował 
wiele osób. Pani rozumie - jak o kimś takim rozmawiać? Przewróciło mu się w 
głowie, a ja, niestety, nie należę do cmokaczy, którzy mówią z zachwytem: aj, 
waj, gdy bogaty Żyd powie byle słówko. „Ferdydurke", nie mówiąc już o jego 
innych rzeczach, to przecież nieporozumienie...
Zdenerwowany głos żony: - Stasiu, nie blokuj telefonu! Rzeczywiście jest o kim 
rozmawiać!
Dwóch chorych
Zbigniew Herbert* widział się z Gombrowiczem w Royaumont, ale naprawdę nie tyle 
nie chce, ile niewiele ma na ten temat do powiedzenia. Owszem, spotkali się - 
przywiózł Gombrowiczowi lekarstwa od jego paryskich znajomych, i to wszystko. 
Wręczył mu paczkę, spytał o zdrowie - stan Gombrowicza był wtedy dość poważny, 
po czym pożegnali się. Nie rozmawiali ze sobą. Gombrowicz nie nalegał, a Herbert 
naprawdę nie odczuwał takiej potrzeby.

background image

- Nie przepadam za rozmowami z pisarzami - przyznaje. - Staram się tego uniknąć. 
To tylko rozdrażnia, przypomina spotkanie dwóch ciężko cho-
* Zmarł 28 lipca 1998 r.
Jaśnie Panicz
rych. Wolałem powłóczyć się po Prowansji, pooglądać kościoły, porozmawiać z 
Francuzami. Ceniłem i cenię twórczość Gombrowicza, napisałem nawet kiedyś o nim 
esej. Lecz jego dzieła, czyli to, co najważniejsze, naprawdę mi wystarczają*.
Gombrowicz i kowboje «łu?M-
Unikał też kontaktów z nim Witold Lutosławski, światowej sławy kompozytor**. 
Unikał, choć uważał go zawsze za najwybitniejszego polskiego pisarza. Ale mimo 
to interesowało go wyłącznie dzieło, nie człowiek. Czyż życie ma zresztą związek 
z dziełem? Nie chciał więc poznać Gombrowicza, choć mógł, miał wiele okazji, 
głównie właśnie we Francji. Podróżował przecież ciągle po świecie. Chciała też 
poznać go z nim wspólna znajoma, Colette Małcużyńska.
Ale po prostu się go bał. Jego męczącej - przynajmniej dla niego - prowokacji, 
egzaminów, egocentryzmu. Gier, póz i min - Colette opowiadała na przykład, jak 
podczas rozmowy eksponował cały czas swój niewątpliwie arystokratyczny profil...
Drażniła go też jego krzątanina wokół własnej sławy, tak jakby był marnym 
pisarzyną... Nie zgadzał się też nigdy z powszechną w Polsce opinią, jakoby 
przypadł Gombrowiczowi wyjątkowo trudny los. Los emigranta. Czyż w Polsce było 
artyście łatwiej?
- Szkoda, że nie żyje mój szwagier, Staś Dygat - mówi Witold Lutosławski, 
którego żona, Dygatówna z domu, to siostra Stanisława. - Szwagier ubó-
* W „Hańbie domowej" Jacka Trznadla (Warszawa 1994, Agencja Wydawnicza „Mo-rex") 
Zbigniew Herbert powiedział o Gombrowiczu: ...to był wielki indywidualista. 
Dobry smak, wielkopańskość, zupełnie nie pasowały do rodzimej garkuchni, on by 
nie poszedł na żadną współpracę. Jego urok polegał na tym, że robił z każdego 
durnia. Pojechałem do niego z lekarstwami, a on zrobił ze mnie sprawnie i 
błyskawicznie durnia, bo nie czytałem „U&tre et le Neant". Gombrowicz filozofię 
znał tak po hrabiowsku. Mój stosunek do niego jest niejasny, uważam, że to byłby 
genialny pisarz, gdyby nie brakło mu miłości, „tej, która obraca słońce i inne 
gwiazdy". Uprawiał swoje poletko znakomicie. Ale ponieważ jego życie osobiste, 
jego doświadczenie było okrutne, on to przerobił na obraz świata, na tę gładką, 
suchą, chirurgiczną stylistykę, na język krystaliczny. Poprawiał Dantego, jest 
taka jego rozpraw-ka przeciwko Dantemu, brał tercyny i wykazywał, że mogą być 
lepiej napisane. Ungaretti chciał mnie zlinczować, gdy się dowiedział, że jestem 
Polakiem. W tym wszystkim jest pewien sadyzm, ale niemający nic wspólnego z tym 
diabelskim korowodem, o którym mówiliśmy.
** Zmarł w 1994 r. ,
Metek
stwiał Gombrowicza, ubóstwiał o nim mówić, zawsze gdzieś go wtrącił. Na jednym 
ze swoich wieczorów autorskich powiedział na przykład, że i on, i Gombrowicz 
wywodzą się od Rabelais'go.
Znał zresztą Gombrowicza osobiście, zdążył poznać go przed wojną jako młody 
student, w cafe „Zodiak", gdzie - jak zawsze potem mówił - uczył się literatury, 
przysłuchując się rozmowom przy stoliku Gombrowicza.
Ten fakt zaaprobowania młodego człowieka, który niczego nie reprezentował, też 
świadczy o obyczajach ówczesnej elity młodej literatury - pisał po latach 
Dygat*. - Nie wtrącałem się do ich ogólnych rozmów przy stoliku, co chyba 
ocenili pozytywnie, ale okazałem się za to niezłym sparring-partnerem w 

background image

spotkaniach indywidualnych. Nawet Gombrowicz lubił pójść ze mną na spacer albo 
na kolację do baru „Europejskiego" i szybko odkryłem, że w moim towarzystwie 
doznaje pewnego uczucia ulgi i relaksu. Jak powszechnie wiadomo, Gombrowicz 
lubował się w tak później nazwanym (chyba przez niego samego) dominowaniu 
otoczenia. Być może on sam czuł się tym czasem zmęczony. Ja byłem jedynym, 
którego nigdy nie próbował dominować. Dominować nieudanego tenisistę i 
pseudostudenta? To wręcz infantylizowało i odbierało całą dynamikę jego idei 
dominowania. Dlatego prowadziliśmy zupełnie normalne, wcale nie Gombrowiczowskie 
lub na pół Gombrowiczowskie rozmowy, bezkonfliktowe i rzeczowe, ja nigdy 
niczemu, co mówił, nie zaprzeczałem, a on mówił wiele prostych i mądrych prawd, 
których nie powiedziałby swoim współ-graczom przy stoliku w „Zodiaku", ze 
względów taktyczno-strategicznych, w wielkich bitwach Dominacji, które zawsze 
wygrywał, choć bardzo często nie-zasłużenie.
O fascynacji Dygata Gombrowiczem wspomina też w swoich „Miesiącach" Kazimierz 
Brandy s:
Staś oświadczył mi, że wielbi Gombrowicza i Hemingwaya. Zdumiałem się, jak można 
jednocześnie uwielbiać dwóch pisarzy tak do siebie niepodobnych, ale zanim 
zdążyłem się odezwać, dodał, że najbardziej uwielbia filmy o kowbojach. 
Sądziłem, że żartuje. A to nie był żart. Więc jak to? Mógłbym najwyżej uznać, że 
prozę Hemingwaya łączą jakieśparantele z westernem, ale Gombrowicz? Gombrowicz i 
kowboje? Jakież to dzisiaj proste: właśnie Gombrowicz miał odwagę samotnego 
gentelmena - ryzykanta, i zarazem czelność sztubaka odkłamującego nieprawdę 
dorosłych. Mimo iż nie polował na lwy ani nie ujeżdżał mustangów, spełniał 
najwyższe wymagania Stasia.
„Sceptyk pełen wiary. Wspomnienia o Stefanie Otwinowskim", WL, Kraków 1979,
s. 177.
Trzy tysiące stron
Jadwiga Kukułczanka, dla Francuzów Koukou Chanska - tłumaczka, od niedawna także 
producentka filmowa, nawiązała z Gombrowiczem kontakt w roku 1963, gdy przebywał 
jeszcze w Argentynie. Prosiła o powierzenie jej praw autorskich na tłumaczenie 
„Ślubu", który reżyserować miał w Paryżu Jorge Lavelli. Zgodził się natychmiast, 
choć nie ukrywała, ile ma lat, że jest właściwie debiutantką - była to jej 
pierwsza sztuka tłumaczona na francuski, dotychczas dokonywała jedynie 
przekładów z francuskiego na polski. Był daleki od układów, koterii. Uważał, że 
wszystko jedno, kto go będzie tłumaczył, ważne, aby zrobił to dobrze.
Później przekładała też kilka innych jego rzeczy - fragmenty „Dziennika" dla 
„Les Lettres Nouvelles", „Trans-Atlantyku" dla „Cahier de 1'Her-ne". „Trans-
Atlantyk" i „Rozmowy z Gombrowiczem" Dominiąue de Roux miała tłumaczyć w 
całości, ale - z różnych względów - do tego nie doszło, już po śmierci 
Gombrowicza wydawnictwo zerwało umowę.
Od początku właściwie, tj. od „Ślubu", nawiązała się między nimi sympatia, która 
przetrwała do końca; ma jego listy pisane - już ręką Rity - dosłownie parę dni 
przed śmiercią. Pisał do niej bardzo często, zwracał się naprawdę z 
najróżniejszymi sprawami.
27.10.1964. Droga Panno Jadwigo, piszę na chybił trafił. Czy Pani nie zna kogoś, 
kto by mógł pojechać ze mną w Pirenee nad Śródziemnym, ale nie na plażę, tylko w 
góry, jakie 500-600 metrów wysokości? Poszukuję towarzysza (albo towarzyszki) 
gdyż, jeśli nie będzie recydywy opuszczę Berlin ok. 15-tego i naprzód tam się 
wybieram, a potem do Hiszpanii. Myślę, że może ktoś ze znajomych Pani ma urlop, 
albo w ogóle jest osobą niepracującą i interesowałaby go „wymiana myśli" ze mną, 

background image

choć słabo się ruszam i mocno jeszcze kwękam. Nie chciałbym sam jechać w tym 
stanie.
(...) A może Pani by się wybrała? Tłumaczylibyśmy „Trans-Atlantyk" razem ? 
Proszę odpisać możliwie prędko. Kłaniam się

W.G.

Choć oczywiście, najczęściej, miał do niej interesy czysto zawodowe, których - 
jak to on - nie owijał w bawełnę, co zawsze bardzo ceniła:
Trzy tysiące stron
10.02 [brak roku]. Droga Pani, dziękuję za liścik. Mam jeszcze jedną prośbę: czy 
Pani nie mogłaby sporządzić notki na jakie 30-40 wierszy o sukcesie „Ślubu" i 
posiać go „Wiadomościom"? Naturalnie we własnym imieniu. Oni wyspecjalizowali 
się w niedostrzeganiu moich sukcesów, ale trudno im będzie tego nie umieścić. 
Ewentualnie można by to zrobić przez Józef a Czapskiego.
W ogóle myślę, że byłoby dobrze, gdyby Pani wraz z p. Sidrem i może z Lavel-lim 
zorganizowali coś w rodzaju serwisu prasowego zwłaszcza na Anglię, Włochy, 
Stany. Trzeba by dać notatki także agencjom lub wprost wysyłać. To mogłoby 
znacznie przyspieszyć karierę sceniczną „Ślubu" i zwiększyć jego możliwości we 
Francji.

Pokłon. W.G.

28.02.1965. Droga Panno Jadwigo, dużo wody upłynie zanim „Bakakaj" ukaże się po 
francusku. Wobec tego przychodzi mi do głowy, iż trzeba by zabrać się 
systematycznie do ogłaszania tych opowiadań w prasie nie tylko francuskiej, ale 
np. angielskiej, amerykańskiej etc.
Trzeba by l ° - wydostać wszystkie tłumaczenia (także od Koski), 2° - sporządzić 
z 5 kopii na maszynie (zapłaciłbym maszynistkę), 3 ° - rozesłać wg podanych 
przeze mnie adresów.
Jeżeli nie wszystkie, to przynajmniej najlepsze. Także trzeba by wydostać z 
„Preuves", NRF i „Les Lettres Nouvelles", to co tam było zamieszczone. Czy Pani 
miałaby czas i ochotę zająć się tym energicznie i systematycznie? Zaraz?
Niezależnie od honorariów za przekład od tekstów zamieszczonych w prasie franc. 
oraz wykorzystanie przekładu francuskiego dla sporządzenia przekładu na inne 
języki otrzymałaby Pani 5 procent mego honorarium od tekstów nie przez Panią 
tłumaczonych.
Zgoda? Idzie tylko o to, czy Pani miałaby czas, żeby się tym zająć poważnie i 
sprawnie. Od tego wszystko zależy. Proszę odpowiedzieć szczerze. Jeżeli Pani nie 
ma czasu, poprosiłbym może p. Arlet. (...) Pokłon. W.G.
Rozmawiając z Dominiąue de Roux, wiele ustępów dyktował po polsku, jeszcze 
więcej napisał (też oczywiście po polsku) wyłącznie sam. Gdy tłumaczyła je na 
francuski, ponaglał, nie ukrywając powodów:
30.07.68. Droga Panno Jadwigo! (...) Mnie ze Sztokholmu naciskają, żeby ta 
książeczka jak najszybciej się ukazała ze względu na Nobla. Jak najbardziej 
powątpiewam, ale jednak polecam się, niech Pani postara się dopatrzeć, żeby to 
we wrześniu mogło się ukazać. (...) Pokłon. W.G.
Bardzo często zwracał się też do niej ze sprawami właściwie drobnymi, 
techniczno-organizacyjnymi, jak je nazywała. Choć oczywiście, ogromnie dla niego 
ważnymi.
10.07.65. Droga Panno Jadwigo, potrzebuję na gwałt „Iwony" w wydaniu PIW-u z r. 
1957 czy może 58, z ilustracjami Kantora? Muszę dokonać pewnych
Jaśnie Panicz
poprawek i skrótów, a próby, jak może Pani wie, już są w toku. Jeśłiby miała 
Pani ten egzemplarz, proszę zaraz mi przysłać. Przysięgam, że zwrócę. A jak nie, 
proszę rozpytac, kto by miał, może w księgarniach, może np. p. Scherer-Wirska. 

background image

To ważne. Na wszelki wypadek niech Pani z łaski swojej zatelefonuje do 
Giedroycia (teł. 962 19-04) bo jego też prosiłem o przysłanie, gdyby miał w 
swojej bibliotece. Zrewanżuję się królewskim darem w przyszłości niedalekiej. 
Tymczasem.
W.G.
[Bez daty] Droga Panno Jadwigo! (...) Zdecydowałem się wziąć agenta teatralnego 
na Stany i może na Anglię. Pani mi wspomniała o kimś dobrym. Czy Pani nie wie, 
kto jest agentem lonesco? Ja bym chciał takiego, który by mógł nieco teren 
przygotować, bo w Stanach dopiero teraz zaczynają mnie wydawać w większej skali. 
Proszę napisać!
Niski pokłon W.G.
23.07.65. Droga Panno Jadwigo! (...) Wobec tego, że ta przeklęta astma trzyma 
mnie z dala od wszystkiego, do Pani się uciekam, żeby Pani była łaskawa 
zasięgnąć informacji i pouczyć mnie, jak to wygląda.
Idzie o to, że ja w innych krajach (Niemcy czy Szwecja) do żadnego Związku 
Autorów nie należę, a tylko mam agenta, który trudni się umieszczaniem sztuk, 
sporządzaniem przekładów, pobieraniem honorariów, za co otrzymuje spory, 
niestety, procent. We Francji jest zupełnie inaczej. Zapisałem się wprawdzie, 
wtedy gdy Pani mi pomagała, do Związku Autorów. Potem powiedziano mi, że to nie 
wystarcza i że trzeba się zapisać do jednej z Agencji funkcjonujących przy 
Związku.
Pierwsze pytanie: jakie są moje świadczenia na rzecz: 1. Związku? 2. Agencji? 
Zupełnie zapomniałem, jak to wygląda. Czy ta Agencja pobiera procent od moich 
honorariów?Ile?
Drugie pytanie: jaka jest rola tego agenta ? Czy służy tylko do pobierania 
honorariów, czy też można mu powierzyć wybór teatrów, decyzje np. czy dać sztukę 
telewizji, czy teatrowi? Słowem, czy ja mogę mieć do niego zaufanie i... czy za 
to trzeba dodatkowo płacić? (...)

Uszanowania W.G.

Ale chyba najlepiej poznali się dopiero w Vence. Stamtąd właśnie najbardziej go 
pamięta, i to dzięki kilku drobiazgom, które - nie wiadomo właściwie dlaczego, 
kosztem nawet rozmów czy zdarzeń ważniejszych - zostały w pamięci.
Przez jeden z letnich miesięcy widywali się bowiem w Vence bardzo często - jej 
francuscy znajomi wyjechali na miesiąc, prosili o zaopiekowanie się ich 
mieszkaniem w Nicei. Zgodziła się chętnie, zamieszkała tam ze swoimi 
przyjaciółmi. Przedtem nie mogła odwiedzać Gombrowicza zbyt często. Były to jej 
początki w Paryżu, a stamtąd do Vence jest kawał drogi, bilet sporo kosztował. 
Tymczasem z Nicei do Vence dosłownie dwa kroki.
Trzy tysiące stron
Odwiedzała go więc ze swoimi przyjaciółmi, on - ze względu na astmę -ruszał się 
rzadziej. Najczęściej grali w szachy.
Mam oskomę na szachy - pisał do nich na kartkach - używał często słów i zwrotów 
staropolskich. Natychmiast wtedy przyjeżdżali. Był w szachach mistrzem, bił ich 
na głowę, żeby więc dać im jakie takie szansę, grał bez królowej. Choć zdarzało 
się, że czasem przegrywał. Natychmiast zjawiał się wtedy u nich na drugi dzień, 
żeby pobić wczorajszego zwycięzcę. Mimo że sam ustawiał się w gorszej sytuacji, 
nie znosił nawet najdrobniejszej porażki.
Do dziś też pamięta swoją o wiele wcześniejszą wizytę w Vence, kiedy to Psina, 
jego ukochany pies (nazwany tak specjalnie, żeby Francuzi łamali sobie język) - 
poszarpał i pożarł połowę kołnierza jej zimowego płaszcza. Gombrowicz 
przepraszał, był przerażony - uznał kołnierz za bardzo kosztowny, norki co 

background image

najmniej, obiecał natychmiast pokryć stratę. Próbował dowiedzieć się, ile 
kosztował. To był lis, nie tak oczywiście drogi jak dziś, ale zawsze. Mimo to 
bagatelizowała sprawę, nie chciała ani grosza. Chciał zwrócić jej pieniądze od 
razu, niestety - jak na złość - akurat ich nie miał. Pisał więc ciągle do 
Paryża, gdzie mieszkała już wtedy na stałe, pytając, ile ma jej oddać. Nudził 
tak często, że - naprawdę na odczepnego - zażądała trzydziestu franków. Przysłał 
osiemdziesiąt i do końca uważał, że na pewno zaniżyła sumę.
12.12.65. Droga Panno Jadwigo, jak tam z tym kołnierzem, co? Ale szczerze! 
Proszę podać cyfrę. Daję słowo, że obrażę się, jeżeli Pani będzie uprawiać 
jakieś kamuflaże itp. ceregielki. Oczekuję konkretnej wiadomości.
Bronchit mi przeszedł. „Iwona" w Sztokholmie duży sukces - prasa pisze, że 
wielki ewenement teatralny. W Niemczech dwa artykuły rozzłoszczone miałem z 
powodu „Berliner Notizen" (dziennik ten coście tłumaczyli dla „Les Lettres") 
tymczasem trzeci artykuł we „Frankf. Allg. Zeit." - entuzjastyczny???
Jak tam u Pani? (O kuracji rozmawiałem z medykiem, na razie nie chce zmienić 
programu, ale potem może tak).

Uszanowania. W.G.

19.12.65. Droga Panno Jadwigo! (...) Mój Psina merdając ogonem na znak skruchy 
melduje, iż prześle Pani 80 F jak tylko tłok na poczcie nieco sfolguje. Więc 
póki co tymczasem i moje uszanowanie (także i od Rity życzenia i pozdrowienia).

W.G.

Naprawdę przeżywał „sprawę kołnierza", bynajmniej jednak nie ze skąpstwa czy 
interesowności, o które oskarżali go często polscy literaci. „Gombrowicz ciągle 
tylko o pieniądzach" - krzywili się, lecz wielu z nich miało państwowe 
mieszkania, stypendia, zagraniczne podróże, diety. Ona natomiast, mieszkając już 
wtedy na stałe w Paryżu, usiłowała - tak jak i Gombrowicz - żyć wyłącznie z 
pisania, to znaczy z tłumaczenia, doskonale więc go rozumiała. Zawdzięczali 
wszystko wyłącznie sobie, sami musieli - jak mówił
Jaśnie Panicz
- „prowadzić swoje kramiki". Prawdziwe pieniądze przychodziły dopiero z wielkim 
sukcesem, który w jego wypadku zaczął się dopiero po śmierci.
Nie był wcale skąpy, po prostu nawet i w Vence bywał bez grosza. Nagrodę 
Formentora za „Kosmos" wpłacił niemal w całości do banku „na czarną godzinę" - 
chorował już przecież poważnie, nie wiedział, jak długo będzie jeszcze mógł 
pisać. W listach wspominał jej czasem, że w tym miesiącu starczyło jedynie na 
opłacenie mieszkania i życia, że czeka na obiecaną zaliczkę czy pieniądze za 
umowę, ale kiedy je dostanie - nie wiadomo. Skarżył się często, że nie stać go 
na kupno książek, nie ma co czytać. Gdy była „przy forsie", posyłała mu więc coś 
czasem z Paryża, głównie modne nowości.
A już o jego interesowności naprawdę nie mogło być mowy. Przeciwnie, w sprawach 
materialnych był wyjątkowo niepraktyczny; każdy mógł go oszukać.
- Mam już przeszło sześćdziesiąt lat - powiedział jej kiedyś - a mój jedyny 
dorobek to trzy tysiące stron, które napisałem. Bo materialny dałby się zamknąć 
w jednej walizce.
Dopiero po sześćdziesiątce, i to głównie ze względów zdrowotnych - lekarze 
zalecili mu spacery oraz wycieczki - pozwolił sobie na „luksus". Kupił 
najpopularniejszy i jeden z tańszych we Francji samochodów - citroena 2CV, 
którym jeździli głównie studenci, młode rodziny na dorobku. Był z niego bardzo 
dumny, nazywał go Dwukonką, prowadziła go Rita.
- No proszę - mówił - nawet i ja zaczynam nareszcie normalnie egzystować!
Nie pojechała do Vence na jego pogrzeb - naprawdę nie miała akurat grosza. Sama 

background image

też własnoręcznie zniszczyła sporą część jego listów, których mnóstwo do niej 
napisał, chociażby w sprawie nieszczęsnego kołnierza. Dziś oczywiście bardzo ich 
żałuje - długo jednak wynajmowała tak niewielkie pokoje, że nie mogła pozwolić 
sobie na przechowywanie wszystkich papierów. Na szczęście sporo jednak ocaliła. 
Ale cóż, straty są widać nieuniknione, zanim zostanie się Koukou Chanską i ma 
się w Paryżu premiery tłumaczonych przez siebie sztuk oraz filmów, nad którymi 
się pracowało; ostatnio chociażby „Cudowną podróż Baltazara Kobera" w reżyserii 
Wojciecha Hasa.
Rozmowy z Gombrowiczem
Nie udało mi się spotkać z Czesławem Miłoszem. Podczas mojego pobytu w Paryżu w 
1988 roku minęliśmy się; wyjechał trochę szybciej. Podczas jego pobytów w Polsce 
nie sposób było się do niego dopchać, albo najwyżej na krótko i w tłoku, a nie 
potrafię w takich warunkach pracować. Po prostu więc do niego napisałam, prosząc 
o udział w książce; o swoje wspomnienia o Gombrowiczu. Znajomi pukali się w 
czoło - na pewno ci nie odpisze! Nie odpowiada w ogóle na listy!
Ale chyba jednak nie na wszystkie, bo mnie odpowiedział. A ściśle, przesłał - 
przez swoją szwagierkę Grażynę Miłosz - następujący tekst:
26.06.1988
CZESŁAW MIŁOSZ, „Rozmowy z Gombrowiczem":
Było mi przyjemnie usłyszeć teraz w Paryżu od Rity, że Gombrowicz w naszych 
rozmowach w Yence w 1967 roku był wyjątkowo rozluźniony, jak z żadnym innym 
literatem, i że ani nie starał się dominować, ani nie nastawiał się obronnie. 
Dostał wtedy nagrodę Formentora za „Kosmos", ale, jak mówi Rita, nie znalazł we 
mnie zazdrości, tzn. szczerze cieszyłem się tym jego sukcesem. Wtedy, czyli w 
1967 roku, sam sukcesami w Ameryce nie mogłem się pochwalić, mój pierwszy tom 
wierszy po angielsku ukazał się dopiero w 1973 roku. Czyli że nieźle obywałem 
się bez pochwał, choć oczywiście kiedy przedstawiono mnie na poetyckim wieczorze 
w Stony Brook wyłącznie jako tłumacza Herberta, było mi przykro. Wtedy też 
miałem jedno z moich (zawsze spełniających się) jasnowidzeń co do niektórych 
przyszłych wydarzeń.
Owej wiosny mieszkaliśmy z Janka w St. Paul-de-Vence, skąd do Yence samochodem 
już dwa kroki, również przez parę tygodni w domu pisarzy La Messu-guiere koło 
Grasse, skąd już do Yence trochę dłuższa podróż. W La Messuguiere przez pewien 
czas mieszkał Gombrowicz i wspominano go ze zgrozą. Bo dumą tego domu są bardzo 
stare drzewa oliwne na tarasach pochylonych ku dolinie, a Gombrowicz powtarzał, 
że powinno się je ściąć, bo zasłaniają mu widok.
Nasze rozmowy, zwykle we czwórkę, odbywały się albo w ich mieszkaniu na 
pierwszym piętrze w Yence, albo w kawiarni, albo u nas w St. Paul, albo na wy-
17. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
cieczkach w Prealpes samochodzikiem Deux Chevaux prowadzonym przez Rite. Co 
Gombro pisze w „Dzienniku" o zadowoleniu ze swojej stabilizacji i względnego 
dobrobytu, jest prawdą, było to jednak bardzo skromne życie po latach zmagań, 
tak że jako profesor dużego amerykańskiego uniwersytetu przyjeżdżający do Europy 
na sabbatical, czułem się w porównaniu z nim uprzywilejowany.
Tematy naszych rozmów: przede wszystkim filozofia, do której nawracał z uporem, 
ściślej, do jednego tylko filozoficznego problemu, to jest istnienia świata poza 
naszymi percepcjami. Stale twierdził, że nie możemy orzec, czy świat istnieje i 
jak istnieje, poza tym że istnieje w naszej świadomości. Descar-tes dopuszczał 
możliwość, że nasze zmysły nas mylą, ale uciekł od tej możliwości, przywołując 

background image

na pomoc Boga, którego przecież nie należy uważać za złośliwego demiurga 
wprowadzającego nas w błąd. Gombrowicz miał mu to za złe, zarzucał mu 
tchórzostwo, nie dość radykalni byli też dla niego następcy Descar-tesa, tj. 
Kant i Husserl. Niesłychanie mu zależało na obronie swego stanowiska, tj. 
zupełnego sceptycyzmu epistemologicznego, co chyba było mu potrzebne po to, żeby 
usunąć wszelką gwarancję, jakiej tradycyjnie dostarczał Stwórca czy Absolut, tak 
że istniała miara, którą można było zastosować do świata, żeby ustalić, co w nim 
ma byt obiektywny. Nie przypominam sobie dobrze, żeby padło nazwisko Berkeleya, 
chyba z oczywistego powodu, bo dla angielskiego filozofa być, znaczyło być 
postrzeganym, czyli świat otrzymywał byt dzięki temu, że jest postrzegany przez 
Boga.
Nie potrafiłbym odtworzyć przebiegu naszych dyskusji. Sądzę, że musiała w nich 
powtarzać się moja stała skłonność do sprzeciwu wobec takich rozwiązań jak jego. 
To znaczy od dawna uważam, że argumenty przeciwko prawdomówności naszych 
percepcji są niepodważalne, i to na obu poziomach, bo z jednej strony nie można 
dowieść, że świat jest taki, jaki przekazują nam nasze zmysły, z drugiej, ilość 
światów subiektywnych, tworzonych przez poszczególne istnienia w ich zetknięciu 
z rzeczami, jest niemal nieograniczona.
Pozostaje jednak bardzo ważna różnica temperamentów filozoficznych, dwie 
zasadnicze ich grupy, i należeliśmy z Gombrowiczem do grup przeciwnych. Z 
pewnością wiek dwudziesty sprzyjał daleko posuniętemu sceptycyzmowi, natomiast u 
mnie odzywał się nadal Tomasz z Akwinu. Zresztą trzeba pamiętać, że jedynie 
założona zgodność działań naszego umysłu z prawidłami Natury umożliwiła zachodni 
przewrót naukowy i techniczny. Dla mnie pozostawało to kwestią nadziei, tak jak 
to przedstawiłem w poemacie „Świat":
Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
Że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem,
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
Rozmowy nasze toczyły się głównie po francusku, ze względu na udział Rity, 
niekiedy po polsku. Gombrowicz raz powiedział: „Dziwne, kiedy mówisz po 
francusku, jesteś precyzyjny, kiedy przechodzisz na polski, robisz się mętny".
Rozmowy z Gombrowiczem
Chyba miał większą dokładność francuskiego filozoficznego słownictwa czy też mój 
lepszy jego użytek.
Rzekłbym, że Gombrowicza obchodziła w pierwszym rzędzie filozofia jako 
przedmiot, o który można i warto się spierać, nie literatura. Polskim pisarzom 
zarzucał brak filozoficznego wykształcenia, natomiast modne wówczas we Francji 
szały strukturalistyczne zdawał się traktować jako przejściową właściwość 
literacko-politycznego klimatu. W jakimś drukowanym wywiadzie wyliczył jednym 
tchem kilkanaście nazwisk teoretyków, wtedy branych bardzo poważnie. Zapytałem 
go, czy to wszystko naprawdę czytał. Zaśmiał się: „Któż by mógł to czytać?". 
Czyli ta dziedzina należała dla niego do „im mądrzej, tym głupiej".
Moja profesorska pilność gniewała go jako brak szacunku dla własnej osoby. 
Wydałem wtedy antologię „Postwar Polish Poetry" (książkę zresztą o trwałym 
wpływie na amerykańskie literackie środowisko) i przygotowywałem do druku moją 
„History of Polish Literaturę". „Czy wyobrażasz sobie Nietzschego układającego 
antologie? - zapytał Gombro. - Mogę ciebie usprawiedliwić tylko pod jednym 
warunkiem: że podręcznik napisałeś dla pieniędzy". Nie miałem wyboru, 
odpowiedziałem: „dla pieniędzy". Naprawdę, choć spodziewałem się jakiegoś 
dochodu z tej książki (bo przecież miliony Amerykanów polskiego pochodzenia, nie 

background image

znających już polskiego, mogłyby dostarczyć jakichś dziesięciu tysięcy 
nabywców), nie to było moim głównym motywem, po prostu zabawiłem się, dyktując z 
moich notatek do wykładów. Tom ten okazał się najgorzej sprzedającą się z moich 
książek, co mojej opinii o nic nie czytającej Polonii nie poprawiło. Mimo tych 
napaści Gombro, jak po jego śmierci napisała mi Rita, lubił mieć „The History of 
Polish Literaturę" przy sobie na łóżku, nie znając angielskiego przeglądał ją i 
chyba przyjemnie mu było znaleźć swoją dużą fotografię na całą stronę.
Nie myślę, że dużo rozmawialiśmy o literaturze, a już o poezji wcale. Zasięg 
jego lektur w tym zakresie pozostał dla mnie nieznany. Nigdy też nie zadałem mu 
pytania, czy czytał moje wiersze i jakie. Zdaje mi się, że coś czytał, ale 
mogliśmy porozumiewać się dostatecznie bez odwoływania się do naszych utworów.
Oczywiście były jego ataki na sztukę. Nie tylko na malarstwo sztalugowe, nawet 
nie tylko na malarstwo w ogóle, ale na sztukę od jej początków, choć swoim 
potępieniem nie obejmował, zdaje się, muzyki. Nie występowałem do walki 
frontalnej. Zresztą wystarczy się zastanowić nad milionami dolarów płaconymi za 
jeden obraz van Gogha, żeby przyznać, że są u samych może narodzin tego 
rzemiosła jakieś niepokojące, zbyt społeczne, determinanty. Na malarstwie 
nowoczesnym Gombrowicz znał się i miał w Yence na ścianach płótna dostarczane 
przez jego przyjaciół Jareme i panią Sperling. Raz odwiedzaliśmy ich razem w ich 
willi nad Niceą.
Nie wiem, jak wypadłoby nasze spotkanie w innej fazie mego życia. W Polsce go 
nie znałem, prawie wcale nie bywając w warszawskiej literackiej kawiarni.
Jaśnie Panicz
Zachwyciłem się „Ferdydurke", ale chyba nie byłoby między nami punktów 
stycznych. Jak uświadomiłem to sobie znacznie później, należał do sfery 
społecznej dla mnie niemiłej i chyba to by wylazło. Raz coś z tej sfery 
liznąłem: była to wizyta u moich bardzo dalekich krewnych w Warszawie, zamożnych 
ziemian z Królestwa, która skończyła się źle, zostawiając im przekonanie o 
dzikich litewskich manierach i jeszcze dzikszych poglądach. Jeżeli pochodziłem 
częściowo z tzw. ziemiaństwa, choć zbuntowany, to trzeba podkreślić, że na 
Litwie miało ono zupełnie inną mentalność, jak też że w porównaniu z 
Gombrowiczem i jego rodziną byłem bardzo ubogi, z dużymi brakami towarzyskimi w 
wychowaniu i bez dobrej Kinderstube.
W Yence byłem już znacznie bardziej pewny siebie, natomiast między nim a jego 
dawnym środowiskiem legły lata Argentyny. Miałem szacunek dla jego umysłu, dla 
śmiałości jego sądów, dla uporu. Jak już gdzieś pisałem, był dla mnie 
człowiekiem rozumnym, trzeźwo myślącym, poważnym, który potrafił siebie zbudować 
i dojść do pewnej mądrości, a więc nic z trefnisia, cynika, prześmiewcy.
29.06.1988
Żadnych snobistycznych zagrań Gombro wobec mnie nie stosował, być może świadomy, 
że nie jestem wrażliwy na kuzynów Kotkowskich. Moje snobowanie się na Wielkie 
Księstwo Litewskie mogło tutaj okazać się silniejsze, a zwłaszcza przewaga 
pochodzenia znad rzeki Niewiaży (Niewiaża dzieląca Żmudź od Au-ksztoty, czyli 
Górnej Litwy, płynie doliną uważaną za najpiękniejsze okolice Litwy gniazdowej). 
Czyli miałem w ręku atut i użyłem go, mówiąc, że przecież pochodzi z Królestwa 
Polskiego, na co bardzo się oburzył i przypomniał, że to jego dziad wyemigrował 
znad Niewiaży po powstaniu 1863 roku. I przecież swoją powieść „Opętani" 
drukował pod pseudonimem zapożyczonym od nazwy tamtej rzeki, Niewieski. Źle, 
moim zdaniem, ulepione nazwisko, bo nasuwa skojarzenie z niewiedzą i po polsku 
brzmi sztucznie, mało też ma wspólnego z Nie-wiążą, czyli Neveżys, która to 

background image

nazwa odnosi się do braku raków - rak po litewsku znaczy veżys.
Zastanawia mnie dotychczas dobra komitywa Gombrowicza ijanki w Yence. Tak 
niechętna literackiemu środowisku, wzgardliwa i oskarżana o wyniosłość i chłód, 
teraz jakby znalazła równorzędnego partnera dialogu i częściej była po jego niż 
po mojej stronie. Nie mogło to ani wówczas, ani później pozostać bez wpływu na 
niektóre moje sądy; przyznawałem mu wyjątkową trafność ocen. Czytałem dużo 
rozpraw o wewnętrznym pokręceniu Gombrowicza, ale w porównaniu ze mną wydawał mi 
się względnie prosty, zgodny z tym, co wyrażał, i z tym, do czego dążył. Myślę, 
że odgadywał poprawnie moje obszerne rezerwy, te, z których w rozmowie nie 
korzystałem, które jednak istniały, ale też nie dał się zwieść pozorom mojej 
równowagi i w pewnych moich odezwaniach się znajdował dozę sprzecznych impulsów 
i urazów. „Nie pojmuję, jak taka mądra kobieta mogła wytrzymać avec un fou 
pareil?" - kiedy tak zapytał, musiałem przyznać mu w duchu słuszność, nie 
obrażając się zresztą wcale, bo czyż nie
Rozmowy z Gombrowiczem
było w jego zwyczaju odzywać się podobnie o ludziach mu bliskich, np. Rite 
nieraz nazywał „malheureuse": „Qu'est ce ąue tu racontes, malheureuse?". Czyli 
„Co ty wygadujesz, nieszczęsna?". Nie oznaczało to jednak braku ciepłych wobec 
niej uczuć. Dla mnie istnienie Rity u jego boku potwierdzało moją opinię o 
celności jego wyboru. Urocza, trochę chłopięca, inteligentna, oddana, dobra -
czego chcieć więcej? Bawiły mnie później różne wyobrażenia o niej w Polsce, 
niezgodne z jej osobą i jej rolą wiernej wykonawczyni jego testamentu.
Działka numer dwadzieścia jeden
Rita, mieszkanie przyjemne, klimat, pejzaże...
Z listów z Vence pisanych do brata Jerzego, znajdujących się obecnie w 
Bibliotece Instytutu Badań Literackich PAN oraz w Muzeum Literatury:
28.10.1964 (...) Ja od kilku dni jestem w Yence, 20 Mm od Nicei, w górach. 
Wynająłem mieszkanko z jedną Kanadyjką, która gotuje, więc w sumie nie tak drogo 
wypada, a ja mniej samotnie się czuję co mi dobrze robi na nerwy i zdrowie. To 
dziewczę 28-letnie b. mi się udało: inteligentna, zaradna. Zresztą tu dużo 
artystów, zwłaszcza malarzy. Mam zamiar zimę tu spędzić, a potem zobaczy się. 
Zdrowie mi wszystkie projekty skomplikowało.
10.08.65 (...) Na ogół póki co miewam się jako tako, ale niestety muszę ciągle 
brać kortyzon, co jest dość niebezpieczne i pociąga za sobą liczne komplikacje. 
Wszystko to mnie osłabia i odbiera ochotę do dalszego wysiłku. Poza tym pobyt 
tutaj jest bardzo kosztowny nie licząc bajońskich sum na lekarzy, a boję się 
ruszać żeby mi na astmę nie zaszkodziło.
Z literaturą natomiast dużo lepiej. Wprawdzie Formentora zdmuchnął sprzed nosa 
Bellow, ale wytworzyła się moda na tych zwolenników, iż prasa zaczęła sporo o 
mnie pisać i wydawcy (zwłaszcza ze Stanów) b. się zainteresowali. Podpisałem 
umowy z Grove Press w Stanach, dwie z Feltrinellim we Włoszech („Kosmos" i 
„Dziennik"), ze Szwecją („Porno"), z Francją („Kosmos"), z Hiszpanią („Porno"), 
z Argentyną („Dziennik"). Pieniądze będą kapać stopniowo. Wszystko to zabiera mi 
masę czasu. Pomimo iż są wakacje, co najmniej pół dnia muszę poświęcać na 
korespondencję.
Teatr też zaczyna się ruszać. „Iwona" (która sklapowała biedaczka w Diissel-
dorfie) teraz ma być grana na festiwalu w Chalon, w Wenecji i wreszcie w Ode-
onie w Paryżu (najlepszy teatr Francji). Także w Niemczech i Szwecji, gdzie 
Bergman ma wystawić „Ślub". „Ślub" także w Szwajcarii i Niemczech.
(...) Tutaj mamy mieszkanko 4-pokojowe, wysokie, przestronne, z widokiem na 

background image

wszystkie strony, z 5-balkonami. Jeden pokój odnajmujemy. Powietrze, słońce, 
góry: jedzenie też dobre. Rita lubi gotować. Yence jest miejscowością szykowną, 
roi się tu od vedettes, aktorów, malarzy (Chagall, Dubuffet, czasem
Działka numer dwadzieścia jeden
Picasso), amerykańskich admirałów, Rotszyldów itd. w ogóle cała Cóte d'Ażur 
zawalona jest osobistościami, z czego mało mam pożytku przesiadując przeważnie w 
domu.
30.12.65 (...) Ja lepiej się miewam po uciążliwym bronchicie, który mnie dusił 
ze 6 tygodni. W zasadzie Vence b. dobrze mi zrobiło. Rita, mieszkanie przyjemne, 
klimat, pejzaże, ludzie interesujący ze wszystkich stron świata, wszystko to 
mnie podreperowało, zwłaszcza nerwy. Po Berlinie byłem zupełnie zrujnowany. 
Teraz mam gorsze i lepsze okresy, ale na ogół nieźle bym się trzymał, gdyby nie 
oddech i serce, dość już słabowite.
(...) Bardzo bym się ucieszył, gdybyś tu się zjawił. Jeden pokój podnajmujemy, 
ale czasem bywa wolny, więc trzeba by to tak urządzić, żebyś mógł być naszym 
gościem ze 2 tygodnie...
15.02.66 (...) Rita dobrze się miewa, gra w tenisa, prowadzi auto, jeździ na 
nartach (jest śnieg o 20 kim w górach) kąpie się (plaża o 20 minut samochodem, 
sezon zaczyna się w końcu marca). Tylko pytanie jak długo, bo moje dochody są 
zupełnie nieustabilizowane i trzeba żyć z miesiąca na miesiąc.
24.06.68 [pisany przez Marię Paczowską] (...) Wciąż piszę ręką cudzą, bo moja 
znowu osłabła... W ogóle kiepsko się miewam.
Bez scenariusza
W czerwcu 1965 roku Sławomir Mrozek i jego żona spędzili z Rita i Witoldem 
miesiąc na włoskiej Riwierze - w Lavagna; czterdzieści kilometrów od Genui. 
Zorganizowali im ten pobyt wspólni dobrzy znajomi - Maria i Bohdan Paczowscy. 
Było to pierwsze spotkanie Sławomira Mrożka z Gombrowiczem, choć nie pierwszy 
ich kontakt.
- Gdy zaistniałem, pojawiłem się w polskiej literaturze - mówi Sławomir Mrozek - 
Gombrowicz napisał do mnie list, choć wcale mnie przecież nie znał. Po prostu 
kilka serdecznych, pochwalnych słów na temat mojej twórczości. Byłem mile 
zaskoczony, zadowolony - ogromnie go przecież ceniłem. Nie pamiętam, skąd miał 
adres. Zdaje się, że jego list doręczyli mi znajomi, którzy widzieli się z nim w 
Paryżu - wrócił już wtedy do Europy.
List był prosty, bez najmniejszej gry czy pozy. Na Riwierze natomiast ich 
stosunki ułożyły się inaczej. Gombrowicz był nie tylko znakomitym pisarzem, lecz 
- co według Sławomira Mrożka zdarza się bardzo rzadko - także i wspaniałym 
rozmówcą. Choć w żadnym wypadku gawędziarzem czy gadułą. Lubił intelektualną 
grę, walkę słowną, dyskusję, ścieranie się z przeciwnikiem. Były to wystąpienia 
przemyślane, przygotowane, z których musiał wychodzić zwycięsko.
Lecz choć prowokował umiejętnie, Sławomir Mrozek nie podejmował gry. 
Gombrowiczowi nigdy nie udało się go wciągnąć; kosztem nawet najbardziej 
złośliwych uwag. Przeciwnie, właśnie na nie reagował Mrozek ab-
Jaśnie Panicz
solutnym wycofywaniem się, milczeniem. Jest bowiem - jak podkreśla - naturą 
krańcowo inną. Zamknięty w sobie, wycofujący się wobec ataków (nigdy przecież 
nie udziela wywiadów), obserwujący przede wszystkim ludzi i sytuacje. Nie uznaje 
żadnych gier, hazardów.

? S> li-

Nie mogąc sprostać przewadze jego istnienia, uciekałem od niego - pisał w eseju 
„Gombrowicz. Śmierć", umieszczonym w „Cahier de 1'Herne", a poświęconym 

background image

Gombrowiczowi.
Gombrowicz dał mu w końcu spokój. - Cóż, skoro jesteś ponad to... - mówił. Na 
szczęście spędzali wakacje w szóstkę, miał innych rozmówców.
- Nie, nie żałuję dziś wcale - mówi Sławomir Mrozek - że nie podejmowałem z nim 
gry i tym samym lepiej go nie poznawałem. Po co? Nie mam w sobie ciekawości 
intelektualnej tego typu; to nie moja dziedzina. Wystarczało mi zawsze to, co 
pisał.
Chyba tylko raz widział go „bez zbroi"; nieprzygotowanego do starcia.
Mrozek osiadł już wtedy w Paryżu. Gombrowicz wybierał się tam na kilka dni, 
prosił go więc o znalezienie pokoju. Spełnił oczywiście jego prośbę, 
zatelegrafował również, że wyjeżdża właśnie na Riwierę, wstąpi do niego do 
Vence.
Gdy przyjechał, Gombrowicz nie otrzymał jeszcze jego telegramu. Był wyraźnie 
zaskoczony, nieprzygotowany na żadną wizytę. W nie najlepszej formie - chory, 
zmęczony, bez humoru. Na dodatek miał gościa. Starą, brzydką kobietę. Kupę 
nieszczęść, jak wspomina Sławomir Mrozek. Ratowała się malarstwem; była to już 
chyba jedyna jej nadzieja. Przywiozła Gombrowiczowi swoje prace do oceny. 
Wszystkie bardzo złe, bez krzty talentu. Była jednak tak godna współczucia, że 
Gombrowicz nie chciał krzywdzić jej jeszcze bardziej. Nie powiedział jednego 
krytycznego zdania.
- Gdyby dostał mój telegram, wszystko na pewno wyglądałoby inaczej. Był przecież 
zawsze bardzo skomponowany. Pożegnałby gościa o wiele wcześniej, przygotował 
scenariusz mojej wizyty. Było jednak za późno. Złapałem go nie tylko na 
prywatności, zmęczeniu, ale i słabości wobec tej kobiety. Przez kilka chwil nie 
wiedział, jak ma się zachowywać. Bardzo mnie wtedy ujął, pamiętam tę scenę do 
dziś.
Było to już ich ostatnie spotkanie. Mrozek nie pojechał na jego pogrzeb, choć 
mógł. Zawsze bardzo stanowczo odmawia udziału w tego rodzaju konwenansach.

fvr« • i Ł ,•

„Z willą to fatamorgana"
Tadeusz Breza znał Gombrowicza jeszcze przed wojną. Widywał się z nim także w 
Paryżu, po jego przyjeździe z Argentyny. Jako attache kulturalny ambasady 
polskiej namawiał go bardzo na powrót albo przynajmniej na przyjazd do kraju - 
dostanie jeszcze Nobla i dopiero będzie wstyd dla Polski.
Działka numer dwadzieścia jeden
- Zgoda - mówił Gombrowicz - lecz pod warunkiem, że przyjedzie po mnie sam 
Gomułka lub co najmniej Cyrankiewicz! Zostanę też od razu wybrany prezesem 
polskiego Pen Clubu!
Wypytywał również poważnie, ile kosztowałaby podróż do Polski. Gdy dowiedział 
się przybliżonej sumy, zrezygnował.
Ale jeśli, jak piszesz, trzeba 200 franków bulić, to się wstrzymam. Bóg zapłać 
za życzliwe pośrednictwo - pisał w liście do Brezy 18 lipca 1963 roku.
Potem był jednak artykuł Barbary Witek-Swinarskiej, ataki na jego osobę i sprawa 
powrotu czy tylko przyjazdu straciła na aktualności.
W roku 1965 Tadeusz Breza z żoną widzieli się z Gombrowiczem w Gorge du Loup, 
miejscowości oddalonej od Yence o kilkanaście kilometrów. Jechali na francuską 
Riwierę i napisali do Combra (zawsze go tak nazywali), gdzie się zatrzymają, 
zaprosili go z Ritą do pensjonatu na śniadanie. Prawdę mówiąc, myśleli, że 
odwiedzą go wVence, Gombrowicz z Ritą zjawili się jednak natychmiast po 
zaproszeniu.

background image

Tadeusz Breza nie chciał go właściwie zawiadamiać o swoim przyjeździe. Był już 
poważnie chory (okazało się później, że to rak mózgu). Bardzo źle słyszał - 
podczas leczenia uszkodzono mu nerw słuchowy. Nie pomogły żadne aparaty. Nie 
miał nastroju do towarzyskich spotkań. Z drugiej strony Gomber obraziłby się 
śmiertelnie, gdyby się dowiedział, że byli tak blisko Vence i słowem go nie 
zawiadomili.
Pani Zofia Brezowa nie widziała się z nim od czasów przedwojennych. Gdy zobaczył 
ją w hallu pensjonatu, krzyknął:
- Boże! Zosiu, to naprawdę ty? Z siwymi włosami?
Pani Brezowa mogłaby wydać podobny okrzyk na jego widok. Pamiętała go jako 
młodego człowieka, a teraz widać było nie tylko jego lata, ale przede wszystkim 
chorobę. Miał bardzo opuchniętą, księżycową twarz - skutek kortyzonu. Lecz 
zmniejszenie dawki powodowało ataki astmy, inne leki w ogóle nie skutkowały.
Ritą natomiast była, jak mówił, jego chłopcem dozwolonym. Młoda, szczupła, 
ubrana sportowo, bez cienia makijażu. Miła i bezpretensjonalna. Gomber od razu 
wyrzucił ją na spacer, poszła bez słowa sprzeciwu. Wiedział, że Breza źle 
słyszy, a obecność młodej nieznanej kobiety pogłębiała jeszcze bardziej jego 
skrępowanie.
Mimo to spotkanie niezbyt się udało. Gomber przyjechał natychmiast, był 
spragniony rozmów, kibiców, „stolika". Chciał wiedzieć, co w kraju, u kolegów, 
znajomych. Miał też oczywiście ochotę mówić o sobie. I nawet zaczął - że drugie 
wydanie miał dotychczas w NRF, że Zachód porównuje go do Mrożka, co jest 
przecież więcej niż irytujące... Lecz Breza prawie nie słyszał; Gomber musiał 
głośno krzyczeć. Rozmowa urywała się, nie kleiła. Zrozumiał, że nie będzie mógł 
sobie pogadać. Zofia Brezowa miała wyrzuty sumienia - widziała, jak Gomber 
cieszył się na to spotkanie. Nic jednak nie można było poradzić.
Jaśnie Panicz
Widzieli się wtedy po raz ostatni.
Korespondowali jeszcze potem ze sobą, lecz prawdę mówiąc, przede wszystkim już 
na temat swego zdrowia:
Widzę, że Tadeusz mocno podreperowany, co mnie wielce uradowało, bo jak tu 
byliście, to rzeczywiście ledwo zipał, myślę, że Zosia odpędziła chorobę... -
pisał 13 listopada 1967 roku.
Gdy odnotował w „Dzienniku", że ma wYence willę, zaraz mu pogratulowali. 
Odpisał, że wspomniał o niej wyłącznie dla zawistnych - willa, a właściwie tylko 
jej część (pięć pokoi), jest wynajęta. Tak samo zresztą jak i znajdujące się tam 
meble. Co więcej, dla częściowego choćby zwrotu kosztów odstępują turystom jeden 
z wynajmowanych pokojów.
Z willą to sztuczna fatamorgana, żeby zdenerwować wrogów (ale widzę, że 
przyjaciele się ucieszyli) - donosił 23 listopada 1967 roku.
Napiszcie o sobie przy sposobności, jak, Tadeuszu, miewasz się, chyba nieźle, bo 
o tym nie wspominasz - czy piszesz? (19 kwietnia 1968).
Zmarli w niewielkich odstępach czasu - Gombrowicz 25 lipca 1969 roku, Breza 19 
maja 1970 roku.
Z figlarnym upodobaniem
ustawiał w lustrze twarz filozoficzną
mówiąc o luksusowej willi, której nie było
i o nieślubnym synu, którego sobie wymyślił
ale oddychał z coraz większym trudem
chociaż oko mu błyska porozumiewawczo

background image

kiedy sumuje cyfry swoich sukcesów
przekonany pół żartem na serio
że jeśli wystarczy mu tchu choćby na kilka miesięcy
dojedzie rodactwu do reszty
Nagrodą Nobla
Aleksander Janta, z tomu „Przestroga dla wnuków",
Londyn 1971, s. 118
„Skąd ja się wziąłem taki inteligentny..."
Teresa Stankiewicz, malarka, widywała się z Gombrowiczem w roku 1965 podczas 
dwumiesięcznego pobytu w Vence. Swoje wspomnienia przedstawiła na sesji 
gombrowiczowskiej, która odbyła się w Instytucie Badań Literackich w roku 1975, 
pominęła jednak kilka scen i wrażeń, a szkoda, żeby zginęły.
Pojechała do Yence na zaproszenie Fundacji im. Michaela Karolyi dla artystów z 
całego świata. Poprzednim zaproszonym Polakiem był malarz
Dziafka numer dwadzieścia jeden
Marek Oberlander. Od niego właśnie dowiedziała się, że w Vence mieszka obecnie 
Gombrowicz. Oberlander przedstawił go jej później na wernisażu Teresy 
Byszewskiej, polskiej malarki. Choć nie zamienili wtedy ze sobą słowa, pani 
Karolyi, spotkawszy Teresę Stankiewicz na rynku w Vence, powiedziała, że 
Gombrowicz prosi, by przyszła do kawiarni „Regence", gdzie bywa codziennie od 
siedemnastej.
Nie poszła - miała swoje kłopoty, szukała spokoju, samotności, a nie kontaktów z 
ludźmi. Niespodziewanie odwiedził ją któregoś dnia.
- Dlaczego nie przyszła pani na kawę? - pytał.
Był z Psiną, nazwał go tak specjalnie, żeby Francuzi łamali sobie języki, dla 
nich to bardzo trudne słowo.
I tak właśnie zaczęła się znajomość z Gombrowiczem. Lubił otaczać się ludźmi 
młodymi ze względu na ich beztroskę i spontaniczność. Wypoczywał w ich 
towarzystwie. Nawet Ricie nie pozwalał czytać swoich książek - nie chciał, żeby 
podzielała jego niepokoje. Lubił, gdy jeździła konno, na nartach (w górach, 20 
km od Vence, był śnieg), pływała, grała w tenisa, chodziła na plażę.
Teresa Stankiewicz tymczasem, choć wtedy przecież młoda, nie zapewniała mu, 
niestety, beztroski. Znajdowała się akurat w nie najłatwiejszym okresie swego 
życia - przewrażliwiona, zamknięta w sobie, skrępowana. On również był 
chorobliwie przewrażliwiony w stosunkach z ludźmi. Ich kontakt nie był więc 
łatwy. Mimo to polubili swoje towarzystwo. Może wyczuwał jej życzliwość i 
szacunek dla niego? Odpowiadała mu osoba, która wreszcie nie pytała go, nie 
sondowała? Ich znajomość polegała nie na rozmowach, lecz raczej wzajemnym 
odczuwaniu i milczeniu.
- Może też zbliżyła nas forma? - zastanawia się Teresa Stankiewicz.
Od razu ją uprzedził, że nie lubi malarzy, a malarstwo nie ma sensu. Nigdy w to 
nie wierzyła - człowiek tak wrażliwy na formę jak on nie mógł być zupełnie 
nieczuły na inne dziedziny, które wyrażała. Widział również, jak pracowała nad 
formą swoich dzieł, a to zawsze było dla niego ważne. Momentem przełomowym stał 
się jednak dzień, kiedy ujrzał jej grafiki i obrazy. Bardzo je chwalił.
- Są niczym muzyka - mówił - czyste jak Mozart.
Poprosił o wypożyczenie kilku. Dostał w prezencie. Powiesił je na ścianach 
mieszkania. Jej natomiast ofiarował „Kosmos" z dedykacją: Pani Teresie 
Stankiewicz z pokłonem i hołdem.
Była akurat u niego, gdy gościł znajomych jeszcze z czasów „Ziemiańskiej" i 

background image

„Zodiaku" - Jerzego Pomianowskiego z żoną i Alicję Dryszkiewicz. Wspominali 
dawne czasy, znajomych. Pomianowski zwracał się do niego z szacunkiem: per 
„mistrzu". On również dostał „Kosmos" z dedykacją: Panu Jerzemu Pomianowskiemu, 
tak się tu jakoś gaworzyło. I dodał:
Jaśnie Panicz
- Tak, to dobra dedykacja, taka niby coś tak.
Lecz tego dnia ich „gaworzenie" omal nie zakończyło się dramatycznie. Początkowo 
nic tego nie zapowiadało. Rozmawiali o Witkacym, którego twórczość uważał 
Gombrowicz - chyba nie bez racji - za genialny brulion. Pomianowski natomiast 
opowiadał, że w 1939 roku widział Witkacego niedługo przed śmiercią. Ma jego 
list, w którym pisał: Przeczytałem „Ferdydur-ke". Niektóre kawałki genialne. 
Chcę przeczytać wszystko, co napisał.
- Kawałki - krzywił się z ironią Gombrowicz.
Rozmawiali również o polskiej kulturze, przede wszystkim o wolności słowa. 
Pomianowski utrzymywał, że mimo cenzury naprawdę sporo można powiedzieć. 
Wyliczał osiągnięcia w dziedzinie literatury i teatru w Polsce Ludowej.
Na Gombrowicza rozmowa o polskiej kulturze podziałała jak płachta na byka. 
Mówił:
- Kultura polska to ziemiaństwo, wieś i kościół. Inteligent siedział na wsi, 
widział kawałek pola i uważał, że sprawy filozofii załatwia religia i Pan Jezus. 
Z tego nie mogło powstać nic nowego, własnego, świeżego.
Sztuka to jest świat stworzony przez artystę, własny, wielki, mocny. Sztuka to 
eliminacja, to pisanie tylko tego, co jest dobre i co jest własne.
U nas Mickiewicz, a tu we Francji Montaigne, Pascal. To wstyd, ale Polska nie 
zdobyła się na żadną myśl samodzielną, własną. Ja nikogo nie oskarżam, tylko 
stwierdzam fakt.
Nie zna się dobrej literatury, traci się całe lata w szkole i w domu na czytanie 
namiastek literatury polskiej. Filozofia też nie istnieje. Nie powstała żadna 
myśl filozoficzna. Zna się wszystko z drugiej, trzeciej ręki, albo się w ogóle 
nie zna.
Czyta się za dużo i za prędko, lepiej, żeby się nie znało tego wszystkiego. 
Lepiej byłoby dla Polaków, żeby nie mieli literatury polskiej. Mrozek? -To 
bardzo utalentowany człowiek, ale to nie jest jeszcze literatura światowa, to 
nie jest lonesco. On nie wybiera rzeczy najważniejszych, dla niego dobry jest 
kawał z babą i inne podobne. Nie ma dystansu, perspektywy.
Alicja Dryszkiewicz:
- Mamy jeszcze Gombrowicza... Gombrowicz:
- Tak, ja nie rozumiem, dlaczego ja jestem taki inteligentny, skąd ja się 
wziąłem taki inteligentny...
Rozmowa na temat tak denerwujący i bolesny wyczerpała Gombrowicza. Zaczął się 
atak astmy.
Chorował już wtedy poważnie. Odniósł wprawdzie sukces i wiedział o tym, było 
jednak za późno. Choroba nie pozwoliła mu cieszyć się nim
Działka numer dwadzieścia jeden
w pełni. Uważał, że zdobył go zbyt wielkim kosztem. Innym przychodził znacznie 
łatwiej. Szczególnie rozgoryczał go młody, popularny wtedy francuski pisarz Le 
Clezio - dwadzieścia sześć lat, uroda, sława, pieniądze, trzy znakomite książki.
W trójkę - Rita, Teresa Stankiewicz i Gombrowicz - jeździli często samochodem na 
wycieczki w Alpy i okolice Vence. Podczas jazdy patrzył na luksusowe wille, 
hotele, ogrody, baseny.

background image

- Dlaczego bogactwo i uznanie przychodzi tak późno - pytał - gdy nie jest już 
potrzebne, jak w młodości? Czy pani wie, kto tu mieszka? Wyłącznie stare trupy.
Palec boży
Wojciech Karpiński, krytyk literacki, eseista mieszkający obecnie w Paryżu, 
spotkał się z Gombrowiczem we wrześniu 1967 roku w Vence. Od dawna fascynowała 
go jego twórczość, tak że gdy przyjechał do Francji, marzył oczywiście o 
spotkaniu z nim. I wkrótce nadarzyła się ku temu okazja - wyruszał bowiem w 
podróż na południe Francji.
Poprosił więc Zygmunta Hertza o list polecający. Hertz chętnie się zgodził, 
napisał, wysłał do Vence na poste restante.
Mimo to już podczas podróży - choć mieszkał w Cannes, czyli dwa kroki dalej - 
zmienił zamiar, postanowił jednak Gombrowicza nie odwiedzać. Miał wtedy 
dwadzieścia pięć lat, był doktorantem, podróżował po Francji autostopem, był 
oczarowany podróżą - oglądaną po raz pierwszy francuską Riwierą, słońcem, 
morzem, wspaniałymi krajobrazami. Wylegiwał się na plaży, włóczył, rozmawiał z 
ludźmi i zupełnie nie w głowie były mu literackie pielgrzymki.
W Nicei zorientował się jednak, że musi wracać do Cannes po kurtkę, którą 
zostawił w schronisku, gdzie nocował. Uznał to za „palec boży". Zdecydował więc 
wysiąść po drodze w Vence. Odebrał na poczcie list od Hertza, który pisał o jego 
zainteresowaniu literaturą, pokrewieństwie ze Światopeł-kiem Karpińskim, 
związkach z „Kulturą"; z Maisons-Laffitte, gdzie zatrzymał się podczas podróży.
Szukał długo numeru 36 Place du Grand Jardin. Gdy wreszcie znalazł, wchodził na 
piętro, z mieszkania wyszedł właśnie mężczyzna, wołający po polsku do kundla: 
Psina, Psina! Pierwsze wrażenie - stary, zmęczony, o udręczonej twarzy, szarych, 
smutnych oczach. Dopiero później dowiedział się, że od dawna był na silnych 
lekach.
Przedstawił się, pokazał list od Hertza, na który Gombrowicz rzucił tylko okiem, 
po czym zaprosił go do mieszkania. Zimnego, pustego, bez książek nawet, za to - 
ku zdziwieniu (pamiętał przecież jego sądy o malarstwie) -z kilkoma 
abstrakcyjnymi obrazami.
Jaśnie Panicz
Rozpoczął tradycyjnie, czyli od egzaminu przeprowadzonego dość ostrym tonem. Na 
pierwszy ogień pytania o poglądy polityczne. On sam z miejsca zadeklarował się 
jako człowiek - tak niemodnej wówczas - prawicy. I był wyraźnie zdziwiony, że 
krytycyzm wobec lewicy zupełnie jego gościa nie szokuje. I co więcej, on również 
jego poglądy podziela; dystansuje się od „głośnej" francuskiej lewicy.
Zmienił więc temat, zapytał o „Byt i nicość" Sartre'a. O Michela Fou-cault, 
pewne filozoficzne pojęcia.
- Odpowiadałem jednak dość mglisto - mówi Wojciech Karpiński - tak że niezbyt go 
to zadowoliło, czego nie ukrywał.
Zapytał więc z kolei o francuskiego krytyka literackiego i socjologa, Ro-landa 
Barthesa. Na szczęście tym razem poszło lepiej - akurat przygotowywał o nim 
artykuł i był „au courant".
Planował też tekst o Gombrowiczu (opublikował go po latach w pracy „Gombrowicz i 
krytycy"), o którym oczywiście opowiedział, przedstawił swoje główne założenia i 
tezy. Ale i one niezbyt przypadły mu do gustu. Poradził Karpińskiemu jedno: 
jeżeli chce o nim pisać - to wyłącznie na klęczkach! I w ogóle powinien mieć się 
na baczności - może go przecież ośmieszyć w „Dzienniku"!
- My tu sobie niewinnie rozmawiamy - mówił - a czy pan zdaje sobie sprawę z 
powagi sytuacji? Mogę przecież napisać w „Dzienniku", że nie zna pan „Bytu i 

background image

nicości", i będzie pan skończony na wieki! Nie zrobię tego jednak - kontynuował 
- jeżeli powie mi pan, co tak naprawdę mówią o mnie w Maisons-Laffitte?
- Nie mogłem przecież - mówi Wojciech Karpiński - wystąpić w roli małego 
donosiciela. Wyraźnie się więc wykręciłem, powiedziałem, że jest przecież osobą 
skomplikowaną, opinie o nim muszą wobec tego być różne itd.
Znów był wyraźnie niezadowolony i rozmowa się urwała. Od początku zresztą 
niezbyt się kleiła.
- Pan teraz sobie pojedzie - mówił na pożegnanie Gombrowicz - i zacznie 
oczywiście rozważać nasze spotkanie. Wyrzucać sobie niektóre swoje odpowiedzi, 
roztrząsać, co by było, gdyby odpowiedział pan tak albo inaczej. I jak ja bym 
się wtedy zachował? Niech mi pan o tych swoich rozważaniach napisze. Zgoda?
Ale nie napisał. To był początek i zarazem koniec znajomości. Wyszedł właściwie 
z uczuciem ulgi, a przede wszystkim ogromnego zawodu.
Żeby choć trochę je zrekompensować, poprawić sobie nastrój, postanowił „szarpnąć 
się" (i to w restauracji!) na żabie udka, których nigdy jeszcze
Działka numer dwadzieścia jeden
dotychczas nie próbował, ciągle jakoś brakowało pieniędzy. Okazały się jednak 
nie tylko drogie, ale i niesmaczne.
Tak jak przewidywał Gombrowicz, rozpamiętywał oczywiście ich spotkanie, które - 
szczególnie w porównaniu z jego fascynującą twórczością - bardzo go 
rozczarowało. Nie było zupełnie olśnienia, jakiego zaznał, poznając na przykład 
Miłosza, Wata czy Jeleńskiego. Od razu nawiązał z nimi kontakt. Z Gombrowiczem 
natomiast - nawet najmniejszego.
Z nim zresztą mało komu się to udawało, chyba tylko Paczowskim, Jeleń-skiemu. 
Choć Jeleński miał z nim kontakt specyficzny - świadomie przybrał konwencję 
klienta, sługi wypełniającego rozkazy swego pana, który kazał mu a to pchnąć 
książkę do tego czy tamtego wydawnictwa, a to z innego z kolei wydębić 
pieniądze. Niezły kontakt miał też chyba z nim Miłosz, ale musiał niewątpliwie 
rezygnować trochę z siebie, choć na pewno wiele właśnie tym osiągał.
- Może gdybym podejmował polemikę, odparowywał ciosy, atakował, słowem, podjął 
grę - mówi Wojciech Karpiński - coś by z naszego spotkania wynikło. Ale gra z 
nim, drążenie go zupełnie mnie nie pociągało. Tego typu zachowania nie leżą w 
mojej naturze. Byłem wtedy jeszcze bardziej zamknięty w sobie niż teraz. To i 
tak dużo, że w ogóle na spotkanie z nim się zdecydowałem. Jak dla mnie był to 
wyczyn ogromny. Naprawdę, wolę jego książki. Zupełnie mi wystarczają.
Gombrowicz podjął wprawdzie grę. Nałożył swój garnitur przeznaczony dla tego 
typu gości - jak zwykle chciał tryumfować, atakować, narzucać siebie, roztaczać 
swój pióropusz. Ale tak naprawdę - nie bardzo już miał na to siłę i ochotę, i 
właściwie z jakiego niby powodu? Takich wizyt jak ta miał przecież wiele. Przez 
maskę, którą nałożył, przebijała już przede wszystkim postać tragiczna. Stary, 
smutny, udręczony chorobą człowiek, o martwej twarzy; Fryderyk z „Pornografii". 
Zamknięty w szklanym kloszu, któremu życie przecieka przez palce, a on nie 
potrafi już go zatrzymać. Kontrastujący też szalenie z cudownym otoczeniem - 
słońcem, wodą, krajobrazami, tłumem turystów z całego świata.
Z życiem po prostu.
Działka numer dwadzieścia jeden
Pan Stanisław Sołtan to kuzyn - i nawet dość bliski - Gombrowiczów. Jego matka, 
Anna Sołtanowa z domu Nartowska, była cioteczną siostrą Witolda Gombrowicza. Jej 
z kolei matka, czyli babka Stanisława Sołtana - Antonina Nartowska z domu 
Gombrowicz, to rodzona siostra Jana Gombrowicza, ojca Witolda.

background image

Tak że Witold Gombrowicz to jego krewny; a ściślej, cioteczny wuj. Z dzieciństwa 
zapamiętał go właściwie tylko raz. Rodzice Stanisława Sołtana
Jaśnie Panicz
mieszkali na wsi, Gombrowiczowie w Warszawie, widywali się więc rzadko. Czasem 
najwyżej w Potoczku u Janusza Gombrowicza. Janusz lubił rodzinne zjazdy i 
właśnie na jeden z nich przyjechał również wuj Witold. Stanisław był jednak 
wtedy małym chłopcem i dorośli wujowie niezbyt go interesowali. Bawił się z 
Józiem, synem Janusza. Gonili się, strzelali w po-toczkowskich lasach, szofer 
woził ich nowym polskim fiatem (Janusz akurat go sobie kupił). Jedli obiad, na 
który - pamięta o dziwo do dziś - podano łososia, potem kasztany, sprowadzone 
przez Janusza ze sklepu Pakulskich w Warszawie.
Minęły lata, pan Sołtan z żoną - panią Teresą Jonkaytis-Sołtanową, malarką, 
jeździli trochę po świecie. W roku 1967 wybierali się do Francji. Była okazja, 
żeby odwiedzić sławnego a nieznanego właściwie krewniaka. Napisali do Vence - 
będą podróżować również i po Riwierze, czy mogą go odwiedzić? Odpisał zaraz, że 
ogromnie cieszy się z ich przyjazdu, czeka, zaprasza.
Czy niedokładnie zanotowali adres, czy też nie mogli trafić, w każdym razie 
błądzili po Vence. Zaczepiła ich starsza pani, Angielka. Zaproponowała pomoc. 
Wymienili nazwisko i imię, adres.
- Ach, Gombrowicz? Polish writer?1en, który spaceruje codziennie z pieskiem po 
miasteczku? Wszyscy go tu przecież dobrze znają.
Zaprowadziła ich do willi, gdzie mieszkał.
Gombrowicz z Ritą wynajęli i zapłacili za pokój w małym hoteliku obok - nie 
chcieli ich krępować, mieli też akurat gościa, który mieszkał u nich już kilka 
dni. Był to młody Anglik: Alistair Hamilton, krytyk literacki i angielski 
tłumacz Gombrowicza.
Spotykali się codziennie, lecz właściwie dopiero po południu. Wuj miał bowiem 
wyjątkowo uporządkowany rytm dnia. Dość długo spał, potem pracował: pisał, 
załatwiał korespondencję, spacerował - tak jak zalecali mu lekarze - choć 
podczas kilkudniowego pobytu Sołtanów czuł się wyjątkowo dobrze. Dopiero po 
południu pojawiał się wśród ludzi, a gości miał sporo.
Tutaj ciągle ostatnio ktoś przyjeżdża...(...) podejrzewam, że stalem się 
wygodnym pretekstem do spędzenia kilku dni na Riwierze. Wszystko to niezbyt 
sprzyja mojej twórczości, mam już w głowie ostatni akt „Operetki", ale nie chcę 
pisać dorywczo, bo mogę zepsuć... - pisał 26 lutego 1966 do brata Janusza.
Próbowali mówić mu per „wuju", tak jak zwracali się do jego braci zamieszkałych 
w Polsce - Jerzego i Janusza. Kategorycznie zabronił. Zaproponował po prostu per 
„Witoldzie", on też zresztą mówił im po imieniu.
Trudno oczywiście po latach pamiętać dokładnie treść rozmów. Gdy wypytywał o 
rodzinę czy znajomych w kraju, przede wszystkim interesował się tym, co robią, 
jaki mają zawód, w jaki sposób zarabiają na utrzymanie. Jego zdaniem, to 
najbardziej człowieka określa. Próżniak, leń, który nie robił nigdy nic 
sensownego, był dla niego godzien pogardy. On na przykład - podkreślał z dumą - 
jest pisarzem; zarabia na życie pisaniem. Był ciekawy, czy w Polsce też mógłby 
się z tego utrzymać? W jakich żyłby warunkach?
DziaJka numer dwadzieścia jeden
Interesowało go również, czy takie cechy Polaków, jak pijaństwo, bałaga-
niarstwo, słomiany ogień - są przejściowe, czy już nieodwracalne? Czy zdolni są 
tylko do zrywu i bitwy? Czy też jeszcze i do normalnej pracy? Codziennej, 
sensownej egzystencji? Czy w innych ramach umieliby żyć inaczej? W narodowej 

background image

psychice zaszły już, niestety, trwałe zmiany - uważał. Polacy zostali 
wewnętrznie spustoszeni. Pogrążyli się w „wódce i kiełbasie" albo w cynizmie lub 
apatii. Nie był pewien - choć bardzo by chciał - czy mogliby się jeszcze z tego 
wyzwolić.
Swoim pisarstwem, jak mówił, chciałby pomóc rodakom w odzyskaniu duchowej 
niezależności i godności. Dlatego właśnie pragnął być w kraju wydawany i 
czytany. Marzył o Noblu, który być może otworzyłby jego książkom drogę do kraju.
Był po prostu wielkim pragmatykiem. Stanisław Sołtan, który jest inżynierem, 
świetnie się z nim rozumiał. Gombrowicz cenił bardzo sens, porządek, 
organizację, ład, i to nie tylko w życiu pojedynczego człowieka, ale również 
całego narodu. Dlatego właśnie miał dobre zdanie o Francji.
Panią Teresę natomiast, Tereńkę, jak mówił, od razu uprzedził, że nie lubi 
„pacykarzy". Nie rozmawiał z nią o malarstwie. Nigdy jednak nie pozwalał sobie 
na złośliwostki pod adresem jej zajęcia. Przeciwnie, wypytywał, czy nie mógłby w 
czymś pomóc - zna przecież sporo osób ze środowiska. Pomagał bardzo młodemu 
malarzowi, którego polecili mu znajomi z Polski. Ściany mieszkania miał 
pozawieszane obrazami i makatami Józefa Jaremy oraz Marii Sperling - sąsiadów, 
przyjaciół i malarzy, którzy wypożyczyli mu je na czas nieokreślony.
Nie przypominają sobie, żeby był agresywny. Zachowywał się tak najwyżej wobec 
głupców i pyszałków. Denerwowali go - jak chyba każdego - miał jednak odwagę 
powiedzieć im to otwarcie. Był niezależny. Mógł sobie na to pozwolić.
Pani Teresa żałuje bardzo, że nie namalowała wtedy jego portretu, miała jednak 
zbyt mało czasu. Ciekawe, czy zgodziłby się pozować? Być może namaluje go teraz 
ze zdjęć. Będzie to obraz pastelowy, wyciszony i spokojny. Składający się z 
samych łagodnych linii oraz plam - miał miękkie fałdy na twarzy, coś 
niesłychanie delikatnego i nieśmiałego w okolicach ust: zmarszczki czy bruzdy? W 
ogóle został w jej wspomnieniach jako ktoś niezmiernie taktowny, delikatny, 
nieśmiały nawet. Janusz Gombrowicz był uderzająco podobny do brata, a jednak nie 
mógłby pozować do jego portretu. Miał diametralnie różny wyraz twarzy - bardzo 
ostry, niemal ptasi.
Witold wypytywał o Janusza, martwił się jego zdrowiem. Dał im dolary na drobne 
wydatki, w Polsce mieli je oddać w złotówkach. Wyciągał pieniądze z pudełeczka, 
gdy Rita wyszła z pokoju - była jeszcze wtedy tylko jego sekretarką, nie mówił 
jej widać wszystkiego. Stanowiła zupełne jego przeciwieństwo - energiczna, 
zaradna, przedsiębiorcza. Typowa, jak ją nazywali, „bussines woman".

.3/1

18. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
- To ja Witolda poderwałam - śmiała się. - Sam nigdy by się na to nie zdobył.
Państwo Sołtanowie uważają, że była dla niego ostatnim darem niebios, losem na 
loterii, kobietą opatrznościową. Gdy go poznała, chorował już przecież poważnie. 
Wreszcie nie był samotny, miał się nim kto opiekować, wozić na spacery, zajmować 
się domem, doglądać kuchni (mieli kucharkę). A wreszcie - pomagap-iv sprawach 
wydawniczych. Rita przejęła część jego korespondencji, jeźdkiła do Paryża, nawet 
i do Polski na rozmowy z wydawcami, tłumaczami. Przeglądała francuskie przekłady 
dzieł.
Jego przyjaciele - Maria i Bohdan Paczowscy - bardzo się nim zajmowali w jego 
ostatnich latach^Mieli jednak swój świat, swoje życie. Rita natomiast poświęciła 
mu się bez reszty. j
Państwo Sołtanowie widzieli^ ie^Witoldowi jest z nią dobrze. W ogóle uznali 
Vence za szczęśliwy okres jego życia. Sława, jakie takie dochody, wygodne 

background image

mieszkanie. Morze, góry, wspaniały klimat, który - wierzył - postawi go na nogi. 
I samo Vence jak z bajki. Już wtedy modne, pełne sław, turystów, kosztownych 
rolls-royce'ów.
Nie myśleli, że to wszystko potrwa tak krótko. Dosłownie w dwa lata później 27 
lipca 1969 roku, pani Teresa dostała list od znajomego Polaka, krytyka 
muzycznego.
Już wie pani o tym, że Witold nie żyje. Stało się to tak nagle, tak 
niespodziewanie dla mnie, że nawet nie zdążyłem pojechać na pogrzeb, mimo że 
odbył się osiemdziesiąt km stąd.
Do „Le Quessine" (St. Tropez) przyjechałem z początkiem tygodnia i jak zawsze po 
dwóch dniach zatelefonowałem do Vence. Gombrowicz nie mógł rozmawiać ze mną, 
prosił, abym telefonował po południu, gdy będzie Rita. Zadzwoniłem, powiedziała, 
że jego stan jest zły - aparaty do oddychania itd., mam zadzwonić za dwa, trzy 
dni - zapraszałem ją na koncert do Fundacji Maeghta. Zatelefonowałem w sobotę po 
południu - powiedziała, że właśnie wrócili z cmentarza... (Na wakacjach człowiek 
nie czyta gazet).
Pojechałem od razu do niej na smutną kolację, na której oprócz nas i Pa-
czowskich był jeszcze kuzyn Gombrowicza -Józef Gombrowicz. Rita oczywiście 
załamana, my smutnie połykaliśmy kąski zimnego kurczaka. Trochę wspomnień, 
relacje z ostatnich chwil Witolda, jego uporczywej walki o życie. Rita: walczył 
jak lew, do ostatniej chwili... jeszcze rano przywieźli mu rower medyczny do 
gimnastyki domowej... Mówił, że pozy je najwyżej dziesięć dni. Zmarł we śnie o 
północy...
Miejsca na cmentarzu w Yence nie zdołałem odwiedzić - przyjechałem po 
dziewiętnastej, a to godzina zamknięcia cmentarza. Podobno bardzo ładne. 
Pierwotnie została mu przydzielona działka numer dwadzieścia jeden (którego 
wystrzegał się panicznie całe życie). Rita z uporem wywalczyła mu więc inną 
działkę.
Działka numer dwadzieścia jeden
Na południu jest strasznie smutno po tej WIADOMOŚCI - nie mówię już o domu w 
Yence. Podobno pogrzeb był bardzo ładny, choć mnóstwo łudzi nie zdołało 
przyjechać z powodu braku miejsca w samolotach czy po prostu letniego oddalenia 
-Jeleński, Dominiąue de Roux etc. Było około czterdziestu osób.
W gazetach tutejszych pisano o Witoldzie, że dziwny, ekstrawagancki. Został 
chyba niezrozumiany, i to nie tylko przez kretynkę Basie Szubską, która 
szczekała ostatnio, ale i masę tumanów zaludniających autostrady, wiąże, ulice 
Paryża. Londyńska Polonia odetchnie, nie mówiąc już o innych...
:(,*>
TREN DLA GOMBROWICZA
Gombrowicz miał wielkie uszy
Moje dwa „ja"
Podwójny koncert Bacha
Dwóch robotników maluje sufit
Czy coś ci nie dolega?
Ten ból w głowie poczułem gdy przechodziłem drogę
Strach w świetle dnia jest większy niż w ciemności
Pierwsza publikacja Warszawa 1937
Ferdydurke urodzony 1904
Ich samoloty przedostały się: Nie lubię myśleć o tym co będzie
Cholerny cudzoziemiec, sakramenckie nazwisko Ferdydurke jak Dante zaczyna się w 

background image

pół myśli
w pół życia „W kleszczach strachu
i niepohamowanego śmiechu" Pimko = Pnin słowianofil
OU OL OL
OU POLA POLACZEK
OUPOLANDIA OU OL OL
osobliwa pustynia niejaka dyscyplina ucho głowa ucho
nos
usta

t podbródek

I wyjechał do Argentyny
jego uszy

>s: końskie aj! aj! aj!

Jaśnie Panicz
aj!
aj! aj! aj!
Dźwięk jego ołówka po papierze Rana po jego ołówku po papierze Słyszałem jak 
ktoś wołał o pomoc ale nie mogłem przystanąć: Wyciągnął trochę białego materiału 
TK
i podarł na paski Pomóż jeśli łaska (Tasukete kurę) jego nogi

jego nogi Palok

Wciąż żyje? Nie, zmarł niedawno A więc nekrolog? (Kiwa głową) Słyszałeś? (Kiwa 
głową) Dwa razy pisze to samo, jak w Biblii Pimko pimko pimko pimko pimko pimko
pimko to właśnie powtarzanie zamienia mity
w pimkę
A może to wynik marzeń? Albo kompleksów? Albo wspomnień z dzieciństwa? Lub może, 
kiedy zacząłem, pióro porwało
mnie z sobą?
Lub może jest to efekt psychozy strachu? Lub jakiejś innej psychozy? A może to 
zwykła pomyłka? Uszczypnięcie?

^~~~ Część? Cząsteczka? Lub palec?

„Tren dla Gombrowicza" - poemat Allana Burnsa zamieszczony^ piśmie „Books and 
Bookmen" z roku 1971, tłumaczył Andrzej Szuba, pierwodruk W „Twórczości" 1974, 
nr 3.

" "~\ J

ANEKS
Klin
Krzysztof Wyszkowski był w drugiej połowie lat siedemdziesiątych działaczem 
Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu (razem z Wałęsą, Wa-lentynowicz, 
Borusewiczem), współpracownikiem KOR, „Robotnika". Środowiska bardzo jeszcze 
wtedy wyizolowanego, zamkniętego. Brakowało mu kontaktów szerszych i nie tylko 
sensu stricto politycznych.
Drukował już trochę dla NOW-ej, wydawała jednak głównie literaturę -wiersze 
Miłosza, powieści Konwickiego. A większość pozostałych wydawnictw - bibułę: 
broszury antyradzieckie, ulotki. Postanowił więc - jako było nie było działacz 
WZZ-ów - „usamorządnić się i usamodzielnić", założyć własne wydawnictwo. Wydać 
całego Gombrowicza, to znaczy wszystko, czego nie było dotychczas w kraju, 
przede wszystkim oczywiście legendarny „Dziennik".
Postać Combra oraz twórczość od dawna go fascynowała - chciał nawet do niego 
napisać, ale nie śmiał, a potem dowiedział się, że za późno, bo zmarł. Z tym że 
wydawał go głównie ze względów politycznych - uważał za naszego 
najwybitniejszego pisarza politycznego. Symbol niezależności, wolności i 
godności, niezgody na totalitaryzm. Jego sądy o Polakach, polskich sprawach - 
nowe, świeże, radykalne, niezbędne dla zmian w naszej mentalności, bez których 
nie będzie nigdy wolnej Polski. Jego książki, zwłaszcza „Dziennik" - o wiele 

background image

bardziej „rewolucyjne", pobudzające do myślenia niż wszystkie razem wzięte 
antyradzieckie broszury.
Oczywiście, nie pracował sam, była grupa stałych, najbliższych współpracowników. 
Przede wszystkim Anna Młynik, która składała, kolportowała, miała w warszawskim 
mieszkaniu magazyn książek. Ryszard Kułakowski -najczęściej chyba pożyczał „na 
robotę" swoje wynajmowane pokoje, tak że sypiał nawet po znajomych, nie było 
bowiem dla niego miejsca: wszędzie pełno paczek, papieru. Piotr Kapczyński 
założył później własne wydawnictwo „Litery". Tadeusz Kadenacy - stan wojenny 
zastał go w Londynie, skąd redagował paryskiego „Libertasa".
I wielu innych, pożyczających mieszkania, podrzucających swoimi fiacika-mi, 
przywożących z zagranicy zszywacze, pomagających przy składaniu, choć częstp 
tylko jeden dzień, drugiego już się nie pojawiali; mieli dość. W pewnym
__________________Klin__________________
sensie pomagali też właściciele wynajmowanych przez nich mieszkań czy pokoi, 
którzy przymykali oczy, udawali, że nie widzą papieru, waliz z książkami.
Prawa autorskie Gombrowicza miała „Kultura" paryska, Jerzy Giedroyc. Od niego 
więc dostali - przez kurierów - zgodę na wydanie w kraju „Dziennika" i 
pozostałych pozycji. Przez nich też przesyłali mu wydane przez siebie 
„Gombrowicze".
Na przełomie 1978 i 1979 roku rozpoczęli od „Rozmów z Gombrowiczem" Dominiąue de 
Roux, zupełnie dotychczas nieznanych, a tam właśnie Mistrz dokonał 
autoprezentacji, wyłożył swoje credo. Potem oczywiście „Dziennik", podzielony na 
siedem zeszytów, żeby łatwiej składać. Później -„Kosmos", „Pornografię", 
oddzielnie „Przeciw poetom" i „Sienkiewicza". Utwory wcześniejsze - 
„Ferdydurke", dramaty, wydano w kraju po roku 1956, nie chcieli więc ich 
powtarzać.
Wydawali w sporych - jak na tamte czasy - kilkutysięcznych nakładach. „Dziennik" 
na przykład w dwóch, „Kosmos" w trzech, „Rozmowy z Gombrowiczem" Dominiąue de 
Roux - trzech i pół, „Pornografię" w pięciu, a „Przeciw poetom" - aż w dwunastu!
Ryszard Kułakowski nazwał ich wydawnictwo „Klinem", że Gombrowiczem właśnie, 
niby klinem, podważało naszą zsowietyzowaną świadomość. Trochę może zbyt 
„serioznie", wtedy jednak zupełnie tego nie czuli - były inne czasy. I jako 
„Klin" podpisywali wszystkie tomy „Dziennika", ale inne pozycje zwykle inaczej. 
„Pornografię" na przykład jako „Oficyna Narodowa", „Rozmowy z Gombrowiczem" - 
„Europa". Naturalnie dla zmylenia śladów, za to przecież siedziało się wtedy w 
więzieniu. Tym bardziej że wszyscy związani byli wcześniej z opozycją, notowani, 
zatrzymywani. Na czele z Krzysztofem Wyszkowskim, który jako działacz WZZ-ów był 
dobrze ubecji znany. Rzeczywiście dało to rezultaty - nikt z nich za Gombrowicza 
„nie usiadł", zatrzymywano ich najwyżej na 48 godzin, mieli czasem rewizję, ale 
to „normalka".
Często oczywiście swojej ostrożności żałowali - bo jednak mniej sławy, dysy-
denckiego szpanu, większa anonimowość, NOW-a na przykład sygnowała zawsze swoje 
książki, miała za to sporo wpadek, wyroków, zniszczonych nakładów. Oni natomiast 
tego uniknęli. I w końcu liczyła się przede wszystkim książka, poczucie, że 
robią coś sensownego. Szkoda czasu i nerwów na szarpanie się z milicją. Szkoda - 
w razie ewentualnej wpadki - ciężko zdobytego sprzętu, wydrukowanych książek; 
pracowali również trochę dla „Republiki" i „Głosu".
A uznanie i tak jednak mieli. W 1981 roku Krzysztof Wyszkowski otrzymał nagrodę 
„Polculu", za działalność wydawniczą. Jesienią 1981 przyjął go bardzo serdecznie 
w Maisons-Laffitte Jerzy Giedroyc - chciał poznać pierwszego krajowego wydawcę 

background image

„Dziennika". A w ich środowisku i tak wszyscy wiedzieli, że to właśnie oni 
„tłuką Gombrowicza".
Cieszyła też bardzo sprzedaż wszystkich nakładów, zamówienie na „wję^ cej". 
Pochwały tych, którzy - często po raz pierwszy - Gombrowicza przeczytali i nie 
kryli zachwytu, uwielbienia, „porażenia".
Jaśnie Panicz
Trzydzieści tysięcy pożyczki na rozpoczęcie działalności - sporą wówczas sumę - 
pożyczyli od Jana Józefa Lipskiego, skarbnika KOR-u, dysponującego tzw. 
funduszem rozwojowym. Dość szybko ją zresztą spłacili - mniej więcej po roku 
finansowali się sami. Mieli zyski, choć sprzedawali stosunkowo tanio -były inne 
czasy, niezależni wydawcy nie myśleli jeszcze wyłącznie o profitach. Stać więc 
ich było na swego rodzaju szaleństwo - dwanaście tysięcy wydanego osobno 
„Przeciw poetom" rozdawali gratis w szkołach średnich.
Dziś, oczywiście, ich książki wydają się szare i zgrzebne; typowa ówczesna 
bibuła. Może z wyjątkiem „Pornografii" z bardziej atrakcyjną okładką -powielonym 
zdjęciem Gombrowicza, wykadrowanym z książki Tadeusza Kępińskiego. Ale tak się 
wtedy drukowało. Najważniejsze, że czysto, czytelnie. A przede wszystkim - jako 
pierwsi krajowi wydawcy „Dziennika" oraz reszty nieznanych dotychczas utworów 
Gombrowicza. Znacznie później, już w stanie wojennym, wydał go również „Krąg".
Najbardziej cieszył widok gotowych, popakowanych do kolportażu „Gombrowiczów". 
Poprzedzała to jednak szara, monotonna, chałupnicza robota. Żmudne i powolne 
„organizowanie" kolejnych etapów.
Papier oraz karton na okładki kupowali na lewo; na czarnym rynku. Drukowali w 
państwowych lub spółdzielczych drukarniach, na tzw. dojściach -u drukarzy 
znanych i zaufanych, poleconych przez kogoś, którzy pracowali dla nich po 
godzinach za niewielkie pieniądze, i to nie zawsze - ludzie chcieli wtedy 
pomagać opozycji. Zdarzali się oczywiście i złodzieje; brali zaliczki i 
wykręcali się - twierdzili, że wpadła milicja, zabrała papier, maszynopisy, a 
pieniądze dawno wydali, nie mają z czego oddać.
Nie korzystali nigdy z usług osób pracujących - szybko i sprawnie, wyłącznie 
jednak za pieniądze. Mogły one przecież, za sumy jeszcze większe, wydać, wsypać, 
a może nawet pójść z ubecją na współpracę.
Najprościej naturalnie było zamówić wszystko u drukarzy, odebrać gotową książkę, 
ale to kosztowało. Zlecali więc zwykle tylko druk, sami natomiast kończyli: 
cięli arkusze, składali i zszywali.
Potrzebowali do tego lokalu - sprawy najtrudniejszej. Pomagano bowiem w 
najróżniejszy sposób, mało kto decydował się jednak na pożyczenie swego 
mieszkania. Nie mieli, niestety, pieniędzy na wynajęcie willi, gdzie mogliby 
stukać do rana, nie bać się sąsiadów, dozorcy. Pracowali więc, gdzie się dało: w 
wynajętych, pożyczonych tylko mieszkaniach, piwnicach, gdzie -mimo zimna i kotów 
- często nocowali. Chcieli jak najszybciej skończyć, nie kręcić się w tę i z 
powrotem.
Sami też kolportowali, wozili do dużych miast: Krakowa, Wrocławia, Lublina, 
Warszawy. Do SKS-ów, które dalej to rozprowadzały. Żeby zmniejszyć koszty, 
podróżowali zawsze drugą klasą, osobowym i nocnym - mniej ludzi, milicji. Tak 
że, prawdę mówiąc, Gombrowicz kojarzy im się głównie z kilkudniowym, monotonnym 
składaniem. Ciężkimi walizami. A nade wszystko z kiwaniem się w pociągach, 
ludźmi leżącymi pokotem na korytarzach, tłokiem, smrodem, brudem.
Klin
A także, trudno ukryć, ze strachem. Ciągłą troską o to, żeby nie wpaść, nie 

background image

stracić gotowych już książek.
Czytelniku!
Domagaj się wydania DZIEŁ ZEBRANYCH Witolda Gombrowicza i Czesława Miłosza !
38-
Ostrożność obowiązywała więc na każdym kroku.
Starali się, aby podrzucali ich swoimi wozami wyłącznie znajomi. Nie korzystali 
z usług taksówkarzy; wieźli kiedyś „taryfą" paczki z drukarni i kierowca - 
ostro, agresywnie - wypytywał, co jest w środku? Tłumaczyli, że przenoszą domową 
bibliotekę, dziwił się jednak, dlaczego wszystko w jednym formacie. Na szczęście 
nie „zakablował", mieli jednak nauczkę.
Podczas pracy przy składaniu zachowywali się możliwie najciszej. Ale czasami - 
jak na złość - zszywacz stukał za głośno, ktoś dzwonił do drzwi, a stróż 
wyglądał podejrzanie. Nigdy też nie trzymali w swoich własnych mieszkaniach, 
gdzie byli zameldowani, niezależnych wydawnictw, wydawanych przez siebie 
książek. Przechowywali u znajomych, rodziny, sporo więc poginęło. I dziś nie 
mają czasem nawet kompletu swoich „Gombrowiczów".
Mimo to nie obeszło się bez wpadki. Na wiosnę 1980 wpadła część gotowego już, 
spakowanego do kolportażu drugiego wydania „Rozmów z Gombrowiczem" Dominiąue de 
Roux. Wpadła u Maćka Kapczyńskiego, którego aresztowano, ale zwolniono jednak po 
48 godzinach. „Zakablowała" najprawdopodobniej gospodyni, u której wynajmował 
pokój.
Co ciekawe, nie zabrali całego nakładu, część książek zostawili - 
najprawdopodobniej „na przynętę". Żeby obserwować, gdzie i do kogo wywiozą. 
Wynosili więc bardzo ostrożnie - po jednej czy dwie wyłącznie w kieszeniach, i 
trochę jeszcze uratowali.
Co więcej, w 1982 roku ktoś z podziemia zaproponował im kupno... tej właśnie 
książki. SB-cy nie zniszczyli zarekwirowanego wtedy nakładu, zachowali, i teraz 
chcieli zarobić. Albo też jedna ekipa zabrała, druga ukradła. Odmówili 
oczywiście, bojąc się prowokacji.
Jaśnie Panicz
W roku 1980, gdy wydali wszystko, co planowali, zamknęli wydawnictwo. Tym 
bardziej że zmieniła się radykalnie sytuacja - wybuchła „Solidarność", która 
pochłonęła ich do reszty. W sierpniu 1980 Krzysztof Wyszkowski zabrał na strajk 
w Stoczni Gdańskiej cały sprzęt „gombrowiczowski" - wałki, białka, urządzenia do 
cięcia. Drukował nimi strajkowe ulotki. W pewnym sensie więc i Gombrowicz miał w 
„Solidarności" swój udział...
Na okładce ostatniego tomu „Dziennika" napisali:
Kończąc niniejszym zeszytem całość krajowego wydania „Dziennika", kończąc 
również działalność wydawniczą, pragniemy zadedykować swą pracę Jerzemu 
Giedroyciowi - człowiekowi, którego zasługi dla kultury polskiej można mierzyć 
tylko wielkością jej samej.
Klin - Polska - grudzień 1980.
'Ł-J' *
Epilog
Krajowe wydanie „Dziennika" Witolda Gombrowicza ukazało się dopiero szesnaście 
lat po jego śmierci, w roku 1986, i to - mimo usilnych starań Wydawnictwa 
Literackiego - w formie niepełnej, okaleczonej dwunastoma ingerencjami cenzury, 
zaznaczonej - zgodnie z ówczesną ustawą prasową znakiem [...]. Dyrektor 
Wydawnictwa, redaktor Andrzej Kurz, przesłał usunięte fragmenty redakcji 
„Kuriera Polskiego" (nr 58/59 z 22 marca 1989), za którym je przytaczani. Przede 

background image

wszystkim dla młodego pokolenia czytelników, nie zdających już sobie często 
sprawy, czym była cenzura.
Pełne wydanie „Dziennika" ukazało się w Wydawnictwie Literackim, w serii jego 
„Dzieł", dopiero w roku 1989, dwadzieścia lat po śmierci pisarza.
„Dziennik 1953-1956"
strona wiersz jest

powinno być

27

14

...(która nie może liczyć się z temperaturą tam [...] panującą...)

...(która nie może liczyć się z temperaturą tam, w krajach podbitych, 

panującą...)
31

14

...pragną wytworzyć siłę zbiorową zdolną do walki [...], to 

jednak...

...pragną wytworzyć siłę zbiorową zdolną do walki z Sowietami, to 

jednak...
92

25

...w tych przemianach jest „śpiew przyszłości", [...] /

...w tych 

przemianach jest „śpiew przyszłości", który wzniesie się, kiedy runie pa--
nowanie Moskwy nad narodami.
Jaśnie Panicz
ciąg dalszy „Dziennika 1953-1956"
strona wiersz jest

powinno być

134

3

...zapewnić dobrobyt? [...] - ...zapewnić dobrobyt? Czy
czy w waszych rozumowa- mam jej szukać w Rosji So-
niach...wieckiej, która dotąd nie

może się wyżywić bez pracy
niewolników - czy w waszych
rozumowaniach...

302

3

...przez szkołę Schopenha-

...przez szkołę Schopenha-

uera i Nietzschego. [...] Gdyby-

uera i Nietzschego. Mówiąc

ście powołali do życia wszyst-

chłodno, cóż to jest ból dzie-

kie ofiary...

sięciu milionów niewolników

czy też stumilionowa trupiar-
nia? Gdybyście powołali do
życia wszystkie ofiary...

308

32

Odwilż... Przypuśćmy, że ona

Odwilż... Przypuśćmy, że ona

doprowadzi [...] do pewnego doprowadzi - w Rosji i w Pol-
surogatu wolności i prawdy. sce - do pewnego surogatu

wolności i prawdy.

326

2

...ten dym gryzący stał się im...ten dym gryzący stał się im
kadzidłem dla nowej dykta- kadzidłem dla nowej dykta-
tury [...]. Nastąpiło oswoje- tury, podkadzali nim swoje
nie piekła...

wyzwolenie w nowym stali-

nowskim reżymie (zapomi-
nając o dymach Kołymy).
Nastąpiło oswojenie piekła...

„Dziennik 1957-1961"
strona wiersz jest

powinno być

107

12

...zaszczepiono [...] komu-

...zaszczepiono kremliński

nizm. komunizm.

169

6

Nadstawiłem uszu [...]

Nadstawiłem uszu, przeko-

nany, że wymieni obozy kon-
centracyjne, zduszenie Wę-
gier lub zdemaskowanie

background image

Stalina.

171

9

...p. Barletta... (...podawał się...p. Barletta... (...podawał 

się

- i do dziś się podaje - za... - i do dziś się podaje - za...
przeciwnika imperialistów

przeciwnika imperialistów

i przyjaciela ludu; [...]

i przyjaciela ludu; dopiero

gdy podczas rewolucji wę-
gierskiej bezstronność, spra-
wiedliwość i szlachetny anty-
imperializm p. Barletty
skłoniły go do kategoryczne-
go opowiedzenia się po stro-
nie tanków rosyjskich, stra-
ciłem resztki zaufania).

206

2

Bagatela; [...] Bagatela! Pobratać się

z Kremlem i odepchnąć naj-
droższe skarby własne - tego
się od was wymaga!

„Dziennik 1961-1966"
strona wiersz jest

powinno być

184

16

Ta błyskotka, Berlin Zachodni, ostatnia kokieteria luksusowej Europy 

[...].

Ta błyskotka, Berlin Zachodni, ostatnia kokieteria luksusowej Europy 

- dalej głusza, jakby już nie miasto, a obszar tylko gigantyczny, aż po Chiny.
O „Jaśnie Paniczu" pisali między innymi:
ANDRZEJ BIERNACKI, „Twórczość" nr 12/1987
(...) Autorka odznacza się dziennikarskim świetnym węchem. Wyczula przede 
wszystkim, że koniecznie trzeba utrwalić resztki już wrażeń, jakie po 
Gombrowiczu zostały wśród dawnych oficjalistów dworskich i służby domowej. 
Pyszny pomysł, zważywszy podstawowy (wyższość - niższość) motyw twórczości 
naszego Jaśnie Panicza, toteż rozdział „Aniela Ciemna" (pierwo-druk w „Tygodniku 
Powszechnym") jest w książce zdecydowanie najlepszy
- i co za listy pisarza do dawnej pokojówki wyszły na jaw! Umie też pani 
Siedlecka tak pytać, cichutko i z pozoru naiwnie, że osoby bezdennie pewne 
siebie ani się opatrzą, a już same powiedziały, kim są.
To wiele. Jest zaś do powiedzenia na dobro autorki jeszcze więcej. Zdołała ona 
poprzez liczne wywiady pokazać swego bohatera od strony nie zawsze oczekiwanej, 
wydobyć najgłębiej skrywane jego sentymenty; ot, na przykład fragment pejzażu, 
zacytowany z „Pornografii" i zestawiony z opisem objeżdżanych właśnie przez 
reporterkę rodzinnych stron Gombrowicza
- doskonałe. Wyimki z napotkanych podczas pracy jego listów - wszystkie dobrane 
bezbłędnie. Portret autora „Ferdydurke" tym lepszy, że wcale nie-pochlebiony, 
zarysował się wyraziście.
JANINA KATZ-HEWETSON, „Puls" nr 40/zima 1988-1989
(...) Własne komentarze Siedleckiej są skąpe i pełne taktu. Krajobrazy okolic, 
wnętrza mieszkań, osoby, z którymi przeprowadza wywiady, sytuacje, w których do 
nich dochodziło, szkicowane są sucho, rzeczowo, z psychologiczną bystrością, 
umiejętnością eksponowania realiów, a także ze sporą dozą pisarskiego talentu.
(...) „Jaśnie Panicz" Siedleckiej jest dla mnie realistycznym potwierdzeniem 
pierwszej wersji „Operetki", którą Gombrowicz zatytułował „Historia" i której on 

background image

sam, bosy Witold, był głównym bohaterem. Siedlecka opowiada historię Polski 
powojennej; losy rodziny Gombrowicza, przyjaciół i znajomych, w każdym niemal 
wypadku tragiczne. (...) W książce Siedleckiej niemal wszyscy są „bosi", a 
miejsca dzieciństwa i młodości Gombrowicza, Małoszyce i Bodzechów, brzydkie i 
zaniedbane. Jak w owej scenie „Ślu-
O „Jaśnie Paniczu" pisali...
bu", o której w „Rozmowach" Gombrowicz powiada, że pisząc ją, rozpłakał się, a w 
której padają słowa: „nic, nic, nic, przeinaczone, powykręcane, zrujnowane...".
(...) Dwa najładniejsze portrety w „Jaśnie Paniczu": Krystyny Zachwato-wicz, 
wybitnej scenografki i dalekiej krewnej Gombrowicza, która w Polsce i we Francji 
robiła dekoracje do „Ślubu" (...), i małżeństwa Stanisława i Teresy Sołtanów.
JAN KOTT, „Zeszyty Literackie" nr 21/zima 1988
(...) W tej urzekającej w swojej skromności książce, która jest prawdziwym 
wytchnieniem po nadętych polonistycznych rozprawach, najbardziej nieoczekiwane 
są wiernie zapisane rozmowy z dawną służbą Gombrowiczów.
(...) Ten żmut bardziej jest gorzki od mickiewiczowskiego. Wszystko tak 
niedawno, a ślad niemal zatarty. (...) Te relacje nie tylko się czyta. Można je 
niemal oglądać jak sekwencje filmu. Ale ten polski film nakręciła historia. 
Dramatyczność relacji jest tylko w jej stężeniu. (...) Nigdy nie miałem 
wielkiego nabożeństwa do interpretacji genetycznych, a już zwłaszcza „psycho-
dennych", ale w tej relacji o rodzinie Witolda są różne i czasem niespodziewane 
klucze i tropy do Gombrowicza-pisarza.
WOJCIECH KARPIŃSKI, „Zeszyty Literackie" nr 27/lato 1989
••>' (...) Siedlecka tropi ślady, stara się uratować to, co da się utrwalić 
słowem. Dotyka m.in. tematu prawie dziewiczego, materialnych i duchowych 
zniszczeń spowodowanych przez brutalne wywłaszczenie polskiego ziemiań-stwa 
podczas wojny i zaraz po wojnie. (...)
Książka Joanny Siedleckiej pomaga zrozumieć szlachecki rodowód awangardowego 
pisarza. „Jaśnie Panicz" to powieść o Gombrowiczu przez ludzi i rzeczy - ludzi 
odchodzących i rzeczy zniszczone. (...) Niespodziewanie dużo przetrwało w 
ludzkiej pamięci. W tym widzę główną zasługę Siedleckiej. Wykorzystała ostatnie 
chwile, aby dotrzeć do wielu świadków przeszłości. Najcenniejszą zdobyczą są 
listy do Anieli Ciemnej, służącej Gombrowiczów, autorki zakończenia „Ferdydurke" 
„Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba!".
l RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, „Lapidarium" (1990)
*r (...) Książka „Jaśnie Panicz" Siedleckiej o Gombrowiczu napisana z kobiecą 
drobiazgowością, a zarazem mądra, wrażliwa. Autorka ma świetny słuch i jeżeli mu 
zawierzyć - lud w jej relacjach mówi pysznym, barwnym językiem, natomiast język 
inteligencji jest bezosobowy, standardowy, wyrównany.
RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, „Exlibris" nr 20/1992
(...) Joanna Siedlecka należy do - używając terminologii sportowej - ścisłej 
czołówki polskiego reportażu literackiego. (...) Od początku zwracało
Jaśnie Panicz
uwagę jedno: rozwinięty słuch autorki, jej wrażliwość na słowo, na język. (...) 
Drugą cechą pisarstwa Siedleckiej jest pasja, pasja skupiona na walce z czasem, 
z przemijaniem, z zapomnieniem. Przenika ona całego „Jaśnie Panicza" - jej 
świetną książkę o Gombrowiczu.
.'iilśdw.- :.i-ji;i;
CZESŁAW MIŁOSZ, „Rok Myśliwego" (6 11988, wyd. 1990) (...) Ostatnio czytałem 
książkę o Gombrowiczu Siedleckiej i zdumiałem się. Żadnego właściwie 

background image

podobieństwa z moim dzieciństwem i pacholęc-twem, dwa różne kraje, dwa różne 
środowiska, choć niby to samo ziemiańskie pochodzenie.(...) Gdzież mnie tam było 
do gombrowiczowskich majątków, kamienic, wizyt, wieczorków, stałego dochodu. 
(...) Książka „Jaśnie Panicz" uświadomiła mi ubóstwo i prowincjonalizm mego 
Wilna. s;>« ..
JANUSZ MAJCHEREK pod pseudonimem Jan Palusiński, „Kultura Niezależna" nr 
43/wrzesień 1988
(...) Już wtedy, gdy [pomieszczone w „Jaśnie Paniczu" teksty] ukazywały się w 
prasie, budziły żywe zainteresowanie, bo też Siedlecka przyszpiliła Gombrowicza 
w zupełnie niespodziewany i odkrywczy sposób. Postanowiła mianowicie odszukać 
ludzi, którzy pamiętają pisarza, a zarazem nie należą do żadnego środowiska 
literackiego czy intelektualnego i nie są osobami publicznymi. (...)
Z opowieści, wspomnień i anegdot powstaje szkicowy portret młodego Gombrowicza 
(...). Ale wbrew pozorom nie w owych biograficznych szczegółach upatrywałbym 
głównych walorów książki Siedleckiej. Gombrowicz, jak mi się wydaje, występuje 
tu w roli swoistej soczewki, która skupia obraz zmierzchu i rozpadu pewnego 
świata. Bo „Jaśnie Panicz" jest tyleż opowieścią o Gombrowiczu, co historią 
rodziny. (...) Na plan pierwszy wysuwa się sprawa większa, sprawa, której 
Gombrowicz jest specyficznym reprezentantem: dekadencja i degeneracja świata 
ziemiańskiego i ziemiańskiej kultury. Właściwie, na podstawie zgromadzonego 
przez Siedlecką materiału można by nakręcić filmową sagę, jakichś polskich 
Buddenbrooków. Gombrowiczowie pokazani [są] jako rodzina osuwająca się stopniowo 
w ruinę, tracąca majątki, skazana na dramatyczną wegetację w Polsce Ludowej. Kto 
wie, czy najbardziej przejmujące wątki książki nie dotyczą rodzeństwa Witolda. 
(...)
Ta rewelacyjna perspektywa książki Siedleckiej ustawia wizerunek Gombrowicza w 
zupełnie nowym świetle. Przede wszystkim przywraca pisarzowi jego świat, 
zakorzenia go w jakichś realiach i konkretach: ludzie, krajobrazy, zabudowania, 
meble, wnętrza. (...)
Wydaje się, że w taki sposób jeszcze nikt o Gombrowiczu nie pisał. (...) O 
swoich korzeniach, o swoim rodowodzie pisywał półgębkiem i w sposób 
zmistyfikowany. A tymczasem ten rodowód, z wszystkimi dopełnieniami, to osobny 
dramat, bez którego twórczość Gombrowicza nie jest chyba do końca zrozumiała.

i:&y.'<U'.-

O „Jaśnie Paniczu" pisali...
MARIA BOJARSKA, „Nowe Książki" nr 8/1988
(...) Ktokolwiek będzie pisał o Gombrowiczu, nie zlekceważy „Jaśnie Panicza" 
Joanny Siedleckiej. (...) Trudno się dziwić, że ta książka - z pozoru zwykły 
zbiór relacji - stała się bestsellerem i zbiera tryumfalnie nagrodę za nagrodą. 
Książka to bowiem iście sensacyjna. I to sensacyjna wieloznacznie.
Autorka (...) utrwaliła, jak zapowiada we wstępie, wiele „najdrobniejszych nawet 
śladów pamięci" o Gombrowiczu. To już dużo. Ale zrobiła więcej, utrwaliła je w 
taki sposób, który co najmniej utrudnia jakąkolwiek mistyfikację ze strony 
wspominających, również tę, przed którą przestrzegał sam Gombrowicz, to znaczy 
nadmiar trwożnego onieśmielenia, szacunku czy też zwykłej nieszczerości, 
nakazujące zapomnieć lub ukryć, iż nawet legendarny wielki pisarz był mimo 
wszystko takim samym kawałkiem ludzkiego mięsa jak każdy inny człowiek. (...)
Większość osób wspominających w „Jaśnie Paniczu" Gombrowicza nie wpadłaby jednak 
w ogóle na pomysł pisania o nim - i właśnie dlatego jest to książka sensacyjna. 
W relacjach krewnych, kuzynów, powinowatych, bliższych i dalszych znajomych jawi 

background image

się Gombrowicz najdosłowniej nieznany. Gombrowicz zaskakujący. (...) Ten 
niezależny, wyniosły, przez siebie samego wykreowany Gombrowicz z dalekiej 
Argentyny prosił wpływowych znajomych w kraju o pomoc (z różnym skutkiem), 
zamartwiał się, systematycznie pomagał. Kochał swoją rodzinę. (...)
Elektryzujące informacje o dobrym Wiciu pochodzą z pierwszej części „Jaśnie 
Panicza", doprawdy rewelacyjnej w pomyśle i wykonaniu. To relacje służby 
Gombrowiczów, dworskich z ich majątków, pokojówek, kucharek, lokajów, 
stangretów. „Drugim planem" lub „kredensem" nazywa ich autorka, której cześć i 
chwała za to, że zamiast pisać esej o urzeczeniu Gombrowicza „niższością", 
pilnie słuchała i zanotowała to wszystko, co zdrowy chłopski rozum ma do 
powiedzenia o rozumie pisarza. (...)
Jest w „Jaśnie Paniczu" piękna relacja tak zwanej Anieli Ciemnej, służącej i 
przyjaciółki Gombrowicza (...). Ta relacja, jak cały „Jaśnie Panicz", każe zadać 
pytanie (nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni), do których z nich - jasnych 
czy ciemnych - należał sam Gombrowicz i dlaczego. Do których z nich -jasnych czy 
ciemnych - należą ci, co o Gombrowiczu mówią, piszą, wyrokują.
MIROSŁAW RATAJCZAK, „Odra" nr 10/1988
(...) za wypełnienie zadania ze skrupulatnością, dociekliwością i talentem 
jesteśmy winni wdzięczność autorce, lecz tkwi w tej książce o wiele więcej. 
(Swoją drogą, ciekaw jestem, czy Joanna Siedlecka miała od początku świadomość, 
intuicję, do czego zaprowadzi ją materiał, który przecież narastał, jak to w 
reportażu, stopniowo, i trudno było od razu znać miarę całości?). Jakby nie 
było, ostateczny efekt wygrany został po mistrzowsku. Zbudowany został plan za 
planem, ułożona warstwa za warstwą, zgłębiony sens po sensie.
19. Jaśnie Panicz
Jaśnie Panicz
Cóż jest w tej książce poza ocalającą człowieka i pisarza Pamięcią? Dla mnie 
osobiście pasjonująca okazała się konfrontacja Gombrowicza „przez siebie samego 
przedstawionego" (...) z Gombrowiczem „przez ludzi postrzeganym". (...)
Następna ważna rzecz. Jest „Jaśnie Panicz" złożonym opisem losu ludzi, którzy 
rzekomo „gwoli sprawiedliwości dziejowej" znaleźli się na „śmietniku historii", 
losu byłych ziemian, szlachty, arystokracji, opisem przejmującym, w delikatności 
swojej podwajającym wyraz tragizmu ich położenia, a dzięki obecnej w nim 
sympatii budzącym głębokie zrozumienie i współczucie. Odbierałem to jako 
skromne, na miarę możliwości autorki, oddanie sprawiedliwości pokrzywdzonym.
Indeks osób
Adamov Arthur 238
Anders Władysław 224
Andrzejewski Jerzy (Irzy) 149,150,156,
157,180,183, 205, 242, 245 Aniela Ciemna zob. Brzozowska-Łukasiewi-
czowa
Anouilh Jean 235 Aragon Louis 198 Arkuszewska Maria 113 Arkuszewski Antoni 31, 
32, 96,109 Arlet Suzanne 196-201, 253 Arski Stefan 216 Atom Marian 219
Bacciarelli Marcello 122 Bach Johann Sebastian 70, 205, 276 Baczyńscy, rodzina 
12, 28, 29 Baczyńska Zofia z Kotkowskich 26,29 Baczyński Leon 29,30 Balzac 
Honore 150 Banach Andrzej 230, 231,233, 234 Banach Ela 230, 231, 233, 234 Barcza 
Charles de, n mąż Litki Liebhardt 137 Barletta, dyrektor teatru 285 Barrault 
Jean-Louis 62 Bartelski Lesław M. 128 Barthes Roland 200, 270 Bau Zdzisław 174 
Beckett Samuel 238 Beethoven Ludwig van 70, 94, 95, 205 Bellow Saul 262 
Benisławscy, rodzina 249 Bergman Ingmar 262 Berkeley George 258 Beylin Paweł 245

background image

Białkowski Z., protokolant Sądu Okręgowego w Radomiu 72 Białoszewski Miron 205
Bielewska Feliksa 124
Biernacki Andrzej 286
Biernacki Eugeniusz (Gienio) 139,154
Błoński Jan 226

,2

Bojarska Maria 289 '&
Bolkówna Zofia zob. Więckowska
Bondy Francois 173,190,191,194,198,206,
226

>u Borejsza Jerzy 165

Borewiczowa Maria (Marietta) z Nartow- D skich, cioteczna siostra Witolda 
Gombrowicza 46-49,122

"* Borges Jorge Luis 173,179 'J Borusewicz Bogdan 278 O 

Brahms Johannes 182 r) Brandstaetter Roman 183 Brandys Kazimierz 139,155, 245, 
251 Brandysowa Maria z Zenowiczów 139,155,245 Breza Tadeusz 52,122,130-
133,136,137,
194, 202, 264,265
Brezowa Zofia 133,136,137,202, 265 Brochwicz-Kozłowski Stanisław 151,152 Brycht 
Andrzej 205 J Brzękowski Jan 245 Brzozowska-Łukasiewiczowa Aniela (Aniela
Ciemna) 43, 44, 99-107,122-125 Brzozowski, szewc, ojciec Anieli 99 Bujak Tadeusz 
119 Burns Allan 277 Butkiewicz Henryk 144 Butor Michel 198, 204, 207

i Byrski 

Tadeusz 58, 59 Byszewska Teresa 267
Camus Albert 186

T

Cazzani, prawnik 241'
Cebulina Maria z Morasów 14,16

l

Ceranowicz Maria 122-124 ś
Jaśnie Panicz
Ceranowiczowie, rodzina 124
Chagall Marc 262
Chądzyńska Zofia z Szymanowskich
(Konsulessa) 131,132,135,171-176 Chądzyński Bohdan 172,175 Chopin Fryderyk 43, 
95,153, 217, 219 Christie Agatha 91 Chrzanowski Ignacy 60 Cichowscy, rodzina 24, 
28, 235 Cichowska Franciszka (Dzidzia)
z Kotkowskich zob. Gombrowiczowa Cichowska Helena z Kotkowskich 31 Cichowska 
Jadwiga z Mrozińskich ,
zob. Czechowa
Cichowska Marcela z Mrozińskich 30, 31 Cichowska Maria zob. Ośniałowska 
Cichowska Stanisława, córka Franciszki,
pasierbica Janusza Gombrowicza 44,46,
48-55,68, 70, 73, 79,81,82,88-90,103,247 Cichowski Jan 17, 27, 49 Cichowski 
Stanisław 30 Colette Sidonie-Gabrielle 241 Conrad Joseph (właśc. Teodor Józef 
Konrad
Korzeniowski) 150, 218 Curie-Skłodowska Maria
zob. Skłodowska-Curie Cyrankiewicz Józef 72, 217, 265 ne Czajka zob. Stachowicz 
Izabela «.:•» Czapski Józef 131,175, 225, 253 Czapski Stanisław 131 Czechowa 
Jadwiga (Dziudła) z Mrozińskich,
l v. Cichowska 30, 31, 96 Czermański Zdzisław 131,135,138 Czermińscy, rodzina 
164 Czermińska, żona Adriana 165 Czermiński Adrian 163-165 Czerwiński Jan 35, 37 
Czerwonka Jan 72
Dante Alighieri 250, 276 Daszewscy, rodzina 109 Dąbrowska Maria 192 Debenedetti 
Cecylia 175 Dejmek Kazimierz 240, 241 Dernałowicz-Doria Halina 60 Descartes Renę 
(Kartezjusz) 258 Dhymli zob. Gosławska Hanna Dieter, kierownik literacki teatru

background image

Schaubiihne, zob. Sturm Dieter Dobraczyński Jan 31, 217 Dobrowolski Tadeusz 74 
Dołęga Mostowicz Tadeusz 144,145,148,154 Dostojewski Fiodor 247 >.«,„ i, «**,«!» 
13,
Dryszkiewicz Alicja 267, 268 Dubrowski, krytyk 200 Dubuffet Jean 262
Dulna Władysława z Morasów 13-17,19, 22 Dygasiński Adolf 128 Dygat Stanisław 
250, 251 Dygatówna Danuta zob. Lutosławska Dzidzia zob. Gombrowiczowa Franciszka 
z Kotkowskich
Einstein Albert 69,172 Elżbieta, przyjaciółka Krystyny Maryańskiej 118,119
Falkowska, z Wydziału Urbanistyki
i Architektury Urzędu m.st. Warszawy 128,129
Fibak Wojciech 89
Ficowski Jerzy 196
Fijałkowska Aniela zob. Kotkowska
Filler Witold 222
Fini Leonor 227

'-f:; o«s! rf:

Firlej ze Wsoli 40
Foucault Michel 270
France Anatole 204
Fredro Aleksander 132
Fryde Ludwik 149

,-, :

Gable Clark 179
Gajewiczowa Maria 74
Gajewski, ławnik Sądu Okręgowego
w Radomiu 72
Galina z Małoszyc zob. Halik Władysława Gallimard, wydawca 186 Gałka Genowefa z 
Łukasików 20 Gandhi Indira 57 Gaulle Charles de 243 Gautier Jean-Jacques 237 
Gawlikowska Zofia z Mauersbergerów 122,
130-137
Gelbhardt Bela zob. Stachowicz Izabela Genet Jean 244 German Juliusz 145
Giedroyc Jerzy 8,185, 222-227,254,279, 282 Gienio zob. Biernacki Eugeniusz 
Gierymski Maksymilian 132 Ginczanka Zuzanna (Giną, Gwiazda Syjonu;
właśc. Sara Ginsburg) 139-142,144,147,
149,152,154
Głowiński Michał 202-208 Gogh Yincent van 259 Gombrowicz Cyrille-Joseph-Michel,
syn Józefa Mariana 79, 80, 87-91
Indeks osób
Gombrowicz Jan Onufry, ojciec Witolda 11, 13-19, 21, 24, 26, 27, 30, 33, 35-37, 
43, 46, 47, 49, 54, 57, 58, 63, 68, 69, 71, 72, 80, 81, 84, 92, 
96,100,101,104,106,107, 110,112,114,122,125,126,133,134, 271
Gombrowicz Janusz (Nanek), brat Witolda 15,17-20, 24, 26,27, 35, 44-46, 48-54, 
57-63, 65-86, 88, 99,100,103-108, 121-123,125-127,134,137, 206, 224, 236, 237, 
245-249, 272, 273
Gombrowicz Jerzy (Nidas; Szymkowicz--Gombrowicz), brat Witolda 15, 23-26, 28, 
35-41, 44, 45, 51, 52, 54, 57, 58, 60, 64, 65, 67, 68, 72, 75, 76, 78, 80, 81, 
86, 88, 96,103-109,113-117,121-123,126, 127,134,145, 235, 245, 247, 248, 262, 
263, 272
Gombrowicz Józef Marian (Rysio), syn Janusza, bratanek Witolda 44, 46, 52, 54, 
55, 70, 71, 79-91,103, 272, 274
Gombrowicz Onufry, dziadek Witolda 54, 63, 81, 84,125, 260
Gombrowicz Renaud-Pierre-Andre-Jean, syn Józefa Mariana 80, 90, 91

background image

Gombrowicz Witold (właśc. Marian Witold; Gomber, Gombro, Herbaciarz, Niduch -
Zlyduch, pan Witold, kuzynek Wicio, wuj Ita; ps. Zdzisław Niewieski jako autor 
„Opętanych")
- „Bakakaj" 173, 253
- „Biesiada u hrabiny Kotlubaj" 186-188
- „Dziennik" 23, 31, 68,111,150,151,153, 156,173,176,177,179,182,189-194, 
196,197,199, 204, 206, 207, 209-214, 217, 220, 222-224, 226, 232, 234, 238, 242, 
243, 249, 252, 255, 258, 262, 266, 270,278-284
- „Entretiens" zob. „Rozmowy z Gombrowiczem"
- „Ferdydurke" 31, 48, 51, 58, 59, 66, 69, 76, 101,104-106,111,119,121,122,124, 
128,140,141,146,149,179,187-193, 195-197,199, 211, 216, 218, 219, 229, 234, 238, 
242, 249, 260, 268, 276,279
- „Filibert dzieckiem podszyty" zob. „Ferdydurke"
- „Filidor dzieckiem podszyty" zob.„Ferdydurke"
- „Historia" 229
- „Iwona, księżniczka Burgunda" 58, 76, 96, 111,124,132,136,189, 231,234, 237, 
238, 240,253, 255, 262
• „Kosmos" 31, 45,193-195, 200, 207, 243, 256, 257, 262, 267, 279
• listy do:
• Suzanne Arlet 197-201
• Zofii Brezowej 137
• Tadeusza Brezy 137, 265, 266

,)

• Anieli Brzozowskiej 104-106
• Tadeusza Byrskiego 59
• Stanisławy Cichowskiej 52
• Adriana Czermińskiego 163-164 5
• Zofii Gawlikowskiej z Mauersbergerów 130,131,136
• Janusza Gombrowicza 51, 59,61, 76, 77, 85,108,121,137,194, 206, 224, 236, 237, 
246, 249, 272
• Jerzego Gombrowicza 44,45, 67, 86,108, 262, 263
• Franciszki Gombrowiczowej 87
• (Marceliny Antoniny Gombrowiczowej 62, 63
• Ireny Gombrowiczówny 62, 63, 65, 66
• Jadwigi Kukułczanki 252-255
• Janusza Odrowąża-Pieniążka 242
• Stefana Otwinowskiego 155
• Józefy Radzymińskiej 175
• Stanisława Piętaka 154
• Artura Sandauera 223

,f

• Olgi Scherer-Wirskiej 185-195
• Krystyny Zachwatowicz 233, 234
• „Operetka" 193, 239, 240
• „Opętani" 29,144-146, 218, 260
• „Pamiętnik z okresu dojrzewania" 48, 58, 76,101,111,122,132,189. Zob. też 
„Kosmos"
• „Pornografia" 33,167,193,194,197,199, 234, 244, 262, 271, 279, 280
• „Przeciw poetom" 279, 280
• „Rozmowy z Gombrowiczem" 26, 56,139, 199, 201, 252, 279, 281
• „Sienkiewicz" 279
• „Ślub" 29, 48, 58, 59, 62, 76,137,169,189, 206, 231-236, 239-241, 244, 252, 

background image

253, 262
• „Trans-Atlantyk" 58, 62, 76,153,167,189, 190,194,195, 223, 242, 252
• „Wędrówki po Argentynie" 225, 226
• „Wspomnienia polskie" 68, 90,130,131, 139,151, 225, 226
• „Zbrodnia z premedytacją" 188,189,192,193
• „Zdarzenia na brygu Banbury" 229 Gombrowiczowa Aleksandra (Olenia) z Pru-
szaków, żona Jerzego, bratowa Witolda 35, 39, 40, 43-46, 53, 54, 57, 64, 65, 67, 
88,104,108,109,115 .;
Jaśnie Panicz
Gombrowiczowa Antonina z Dąbrowskich, babka Witolda 54, 63, 81, 249
Gombrowiczowa Antonina z Kotkowskich zob. Gombrowiczowa Marcelina Antonina
Gombrowiczowa Franciszka (Dzidzia, Finezja) z Kotkowskich, l v. Cichowska, żona 
Janusza, bratowa Witolda 17, 27, 49-52, 54,68, 79, 81, 82, 85-88, 90,96,103, 247
Gombrowiczowa Liliane, żona Józefa Mariana 46, 79, 80, 84, 86-91
Gombrowiczowa Marcelina Antonina (To-sia) z Kotkowskich, matka Witolda 12, 14-
19, 21, 23-27, 30, 31, 34, 35, 40, 43-47, 49-52, 54, 56-64, 66-68, 70, 72, 76, 
80-82, 90, 92, 96,100,102,105-107, 110,114,122-127,134,177, 246
Gombrowiczowa Rita (Marie Rita), ur. La-brosse, żona Witolda 7, 45, 46,48,49, 
52-55,64, 77, 78,86-91,98,107,110, 117,168,174,198, 201, 225, 226, 238-241, 248, 
252, 255-259, 261-263, 265, 267, 269, 272-274
Gombrowiczowie, rodzina 7,12,13,15, 18-22, 27, 29, 32, 33, 35, 38, 40, 41, 49-
51, 54, 64, 69, 78-82, 85, 90-95, 99, 106,107,109,117,121-128,132,134, 210, 240, 
246, 271, 272
Gombrowiczówna Antonina zob. Nartowska
Gombrowiczówna Irena (Rena), siostra Witolda 15,17,19, 24, 26, 27, 35, 40, 43-
45, 51, 52, 54, 56-68, 70, 75, 76, 78-82, 90, 91, 95,100,102-107,121-
126,134,135, 150
Gombrowiczówna Isabelle-Frangoise-Irene, córka Józefa Mariana 80, 90, 91
Gombrowiczówna Teresa, córka Jerzego, bratanica Witolda 35, 40, 43-45, 48, 53, 
54, 57, 64, 78, 80, 81, 88-90,104,123
Gombrowiczówna Vinciane-Rita, córka Józefa Mariana 80, 89-91
Gomulka Władysław 190, 265
Gordonowie, rodzina 117
Gosławska Hanna zob. Lipińska-Gosławska
Gośka zob. Wickenhagen Małgorzata
Górski Kazimierz 47,125
Grabski Władysław Jan 219
Grocholscy, rodzina 176,178
Grochowiak Stanisław 205
Grodziccy, rodzina 131,176,178
Grodzicka Halina 131,172
Grodziński, narzeczony Krystyny
Janowskiej 115

Of •'"•

Grzeniewski Ludwik B. 144 Gruber Henryk 131,166,172 Grzymała-Siedlecki, prof. 
123

ś-tf

Hadyna Gustaw 21
Ha-Ga zob. Lipińska-Gosławska Hanna Hajernan Maniek 119
Halik Władysława (Galina z Małoszyc) 18,19 Hamilton Alastair 272 HarlanThomas214

~::": ! -t-v Has Wojciech 256 ci Hegel Georg Wilhelm Friedrich 204 ńliniC 

Heidegger Martin 204 "O Hemingway Ernest 251 K Herbert Zbigniew 249, 250, 257 -

background image

K-Herling-Grudziński Gustaw 225, 227 » Hertz Paweł 245 X! Hertz Zygmunt 269 A \ 
-, ,-.:fL Hitler Adolf 39,152 ' ' .YI.:*!«OL-Hłasko Marek 192,196, 225,230 .u-r 
Hóllerer Walter 211 •-Łć Holoubek Gustaw 48, 239, 240 '>K ^ristwi.> Holzer Max 
211 Horoszewicz, ławnik Sądu Okręgowego
w Radomiu 72*.~,e. Husserl Edmund 203, 204, 258 «izfsoD Hutten Czapski 
zob. Czapski a«moD
• •••*&
lonesco Eugene 238, 254, 268

:« Iwaszkiewicz Jarosław 50, 52,136,151,167,

183, 248 Iwona B., znajoma Witolda Gombrowicza 96
Jakubowscy, rodzina 28, 29
Jakubowska Bronisława z Kotkowskich 24
Jakubowski Włodzimierz 24
Janczewski, dr 124
Janeczek, krawiec 93
Jankowscy, rodzina 167
Jankowska Janina z Kotkowskich 23
Jankowska Wanda z Kotkowskich 49
Janowscy, rodzina 109,110,116
Janowska, żona Józefa 116 <«.!
Janowska Krystyna (Krysta) zob. Konarska
Janowski, ojciec Józefa i Krystyny 110,115
Janowski Józef 109,114-117
Janowski Tadeusz 117
Janta Aleksander 266 L
Jarema Józef 229, 259, 273
Jaremowie (Józef Jarema i Maria Sperling)
Jarocki Jerzy 232, 233,239,240 Jaroszowa Józefa 40 vjs ' , ;t , r Ł .
Indeks osób
Jasieńska Maria z Ośniałowskich 246, 247
Jasieński Henryk 246
Jasieński Ksawery (Bratek) 235, 246-248
Jeleński Konstanty Aleksander (Kot) 7,108, 138,190,191,193,196,198, 200, 206, 
221, 224, 226, 227, 229, 231, 237, 271, 275
Jonkaytis-Sołtanowa Teresa 272-274
Józefa, praczka 99,100,104
Julliard Renę 193,197, 234
Jurkowski Zygmunt 140,154
Kaden-Bandrowski Juliusz 111
Kadenacy Tadeusz 278
Kanarek Eliasz 47, 48,125,131,138
Kania, fornal z Małoszyc, ojciec Zofii 15,18
Kaniowa z Małoszyc, matka Zofii 18
Kaniówna Zofia zob. Popkowa
Kant Immanuel 203, 204, 258
Kantor Tadeusz 253
Kapczyński Maciej 281
Kapczyński Piotr 278
Kapuściński Ryszard 287
Karłowicz Mieczysław 182
Karpiński Światopełk (Światek) 43,140,

background image

141,154, 269
Karpiński Wojciech 8, 269-271, 287 Karski, dziedzic z Włostowa 14,18 Katz-
Hewetson Janina 286 Kędzierszczanka z Małoszyc 15 Kępiński Tadeusz 7,48, 280 
Kiełczewski Bogdan 69, 70, 73-76 Kierkegaard Soren Aabye 187 Kisielewski Stefan 
(Kisiel) 225, 245 Kitschman Anda 97 Kłonica Mirosław 22 Kłonicowa Celina z 
Szumlińskich 21, 22 Kochanowski Jan 21 Konarska Janina zob. Słonimska Konarska 
Krystyna (Krysta) z Janowskich 8,
36,108-115,117 Konarski Stanisław 108,115 Konwicki Tadeusz 278 Kopeć, rządca 38 
Kopernik Mikołaj 217, 219 Korzeniewska Ewa 216 KoshlandWilIiaml92 Kosko Alan 
149,156,195,197, 234, 242, 253 Kossak-Szczucka Zofia 31 Kościuszko Tadeusz 240 
Kot zob. Jeleński Konstanty Kotkowscy, rodzina 14, 23-34, 60, 81, 82, 90,
92,177, 260
Kotkowska, prababka Ksawerego Jasieńskiego 246
Kotkowska Aniela z Kotkowskich, babka Witolda Gombrowicza 24, 25, 50, 69, t 
102,125
Kotkowska Antonina zob. Gombrowiczowa
Kotkowska Bronisława zob. Jakubowska 28
Kotkowska Emilia zob. Paszkiewiczowa
Kotkowska Franciszka (Dzidzia),
l v. Cichowska, zob. Gombrowiczowa
Kotkowska Helena z Leszczyńskich, II żona Stanisława, matka Franciszki 24, 81
Kotkowska Helena zob. Cichowska
Kotkowska Jadwiga 92, 97, 98
Kotkowska Janina zob. Jankowska
Kotkowska Marcelina Antonina zob. Gombrowiczowa
Kotkowska Maria z Kotkowskich 24, 28, 30
Kotkowska Maria zob. Marchwińska
Kotkowska Róża, matka Gustawa 247
Kotkowska Wanda zob. Jankowska
Kotkowska Władysława zob. Mrozińska
Kotkowska Zofia zob. Baczyńska
Kotkowska Zofia zob. Skibniewska
Kotkowski Bolesław, syn Franciszka 27
Kotkowski Bolesław, syn Ignacego Leona 24-26, 28, 30
Kotkowski Bronisław 27
Kotkowski Franciszek 23, 27
Kotkowski Fryderyk 31
Kotkowski Gustaw (Gucio, Gustaw, Gustek), kuzyn i przyjaciel Witolda Gombrowicza 
62, 63,96,102,134,139,141,164
Kotkowski Gustaw, brat Ignacego Leona 92
Kotkowski Henryk 27
Kotkowski Ignacy, nabywca Bodzechowa 23,90
Kotkowski Ignacy Leon, dziadek Witolda Gombrowicza 23-27, 31, 92
Kotkowski Józef 23, 25
Kotkowski Kaźmierz 24-26, 30
Kotkowski Marceli, pradziad Witolda Gombrowicza 23-25
Kotkowski Seweryn 23, 29, 31
Kotkowski Stanisław 24, 27
Kott Jan 194, 236, 287
Koukou Chanska zob. Kukułczanka Jadwiga

background image

Koziełł-Poklewscy, rodzina 28, 29
Kozłowska Stefania 127
Kozłowski, kuzyn Gombrowiczów 125
Kozłowski Stanisław zob. Brochwicz-Kozłowski
Kranc Kazimierz 131,138
Krańcowa Felicja z Lilpopów 131,138
Krasiński Janusz 205
Jaśnie Panicz
Krawczuk Aleksander 31 Krysia (Krysta) z Bartodziejów
zob. Konarska Krystyna Krzyżanowski, znajomy Krystyny
Maryańskiej 118 Kuczborska Irena (Inka) 132,137 Kuczborski Stanisław 132 
Kuczyński Janusz 245 Kukułczanka Jadwiga (Koukou Chanska) 8,
231, 235, 236, 252-256 Kułakowski Ryszard 278, 279 Kuncewiczowa Maria 62,192 
Kurz Andrzej 283
Labrosse Rita zob. Gombrowiczowa
Lampi Giovanni Battista 122
Lassek Ewa 232
Lauder Ronald 128
Lavelli Jorge 206, 232, 235, 237, 252, 253
Lebenstein Jan 8,195, 227-229
Lechoń Jan 136,189
Le Clezio Jean-Marie 269
Lenin Włodzimierz (właśc. Władimir Uljanow) 210
Leszczyńska Helena zob. Kotkowska
Leszczyński Stanisław zob. Stanisław Leszczyński, król polski
Lewandowska Ludwika 109
Libera Antoni 161
Liebhardt Litka (właśc. Alicja), l v. Romasz-kanowa, 2 v. de Barcza 131,137
Lilpopówna Felicja zob. Krańcowa
Lipińska Wiesława 73
Lipińska-Gosławska Hanna (pani Dhymli, Mechanilli; Ha-Ga) 139-141,143,147, 
148,154,155
Lipiński Eryk 139-141,145-148,152,154
Lipski Jan Józef 280
Lisowski Jerzy 197
Liszt Ferenc 70
Lovell Jerzy 213
Lubomirscy, rodzina 131,178,180
Lubomirska Ada 174,177
Ludmiła, ciotka Witolda Gombrowicza 247
Lukian z Samosat 204
Lutecki Cezary 238
Lutosławska Danuta z Dygatów 250
Lutosławski Witold 250
Łapianka Zofia 24 Łukasiewicz, mąż Anieli 104,105 Łukasiewiczowa Aniela zob. 
Brzozowska--Łukasiewiczowa .......•-.,.
Łukasik Józef 20
Łukasikówna Genowefa zob. Gałka
Machejek Władysław 213
Mackiewicz Józef 192

background image

Majcherek Janusz (ps. Jan Palusiński) 288
Majewski Danek 119
Maleszewscy, rodzina 109,117
Malinowska Pelagia 25
Malraux Andre 236 '>'<••- 1,'sR'tUif,
Małachowscy, rodzina 23, 32,33 i i:!-: ,,*:•>< si.f
Małachowski Jacek 23
Małachowski Stanisław 119 vi K»
Małcużyńska Colette 250

• *

Mann Thomas 150,199
Marchwińska Maria z Kotkowskich 29
Maria, kuchmistrzyni Gombrowiczów 99,100
Marks Karol (Karl Marx) 210
Marszycki Mieczysław 241 :;• UK ?
Martin, wydawca 197
Maryańska-Zgrzebnicka Krystyna 8,
118-120
Maryśka z Woli Bodzechowskiej 24, 25 Maryśki i Kaźmierza Kotkowskiego dzieci
(Józek, Marysia, Stasiunia) 24, 25 Masson Andre 198 Matyjas z Małoszyc 15 
Mauersberger Adam (Adałło, Mauzio) 122,
130,132,136,137
Mauersbergerowie, rodzina 130-132,136 Mauersbergerówna Zofia zob. Gawlikowska 
Mauziowie zob. Mauersbergerowie Meinhoff Ulrike 210 Miazga Władysław 35, 37,40 
Miazgowa Maria 35
Mickiewicz Adam 24,62,128,153,204,217,268 Miernik Ryszard 12 Mieroszewski 
Juliusz 216 Mikułowski-Pomorski Józef 94 Miłosz Czesław 8,153,154,191,195,222,
227, 257-261, 271, 278, 288 Miłoszowa Grażyna 257 Miłoszowa Janina 257, 260 
Minkiewicz Janusz (Gminio, Gmińczak)
139-141,152-155 Minkiewicz Wacław 152 Mitzner Zbigniew 218 Młynik Anna 278 
Mołdawski Bolesław 118 Montaigne Michel 204, 268 Moras z Małoszyc, dziadek 
Władysławy 13,
14,16 Moras, ojciec Władysławy 13,14,16,17
Indeks osób
Moras Wałek 16
Moras Wojciech 20
Morasowa, babka Władysławy 13
Morasowa Zofia z Zawieruchów, matka
Władysławy 13-17
Morasowie z Małoszyc, rodzina 13,14,16 Morasówna Maria, siostra Władysławy 17 
Morasówna Maria, ciotka Władysławy,
zob. Cebulina
Morasówna Władysława zob. Dulna Morawski, dziedzic z Planty 38 Morstin Ludwik 
Hieronim 209, 214, 220 Mozart Wolfgang Amadeus 205, 267 Możdżeńska Irena 56-61, 
64, 79 Mrozińska Jadwiga zob. Czechowa Mrozińska Marcela zob. Cichowska 
Mrozińska Władysława z Kotkowskich 30 Mroziński, mąż Władysławy 30 Mrozek 
Sławomir 225, 263-265, 268 Mucha Antoni 19 Muchowie z Małoszyc, rodzina 19
Nadeau Maurice 197,198, 243 Nałkowska Zofia 139,151 Nartowska Anna zob. 
Sołtanowa Nartowska Antonina z Gombrowiczów, siostra
Jana Onufrego Gombrowicza 46,69,271 Nartowska Maria (Marylcia), matka Mariet-
ty 46, 48

background image

Nartowska Maria (Marietta) zob. Borewiczowa Neveux George 235 Nietzsche 
Friedrich 172, 204, 259,284 Nojman Antonina 96 Norski Adam 118 Nowachowicz Józef 
72, 74 Nowakowski, prokurator 72 Nowakowski Marek 205 Nowicki Andrzej 
139,140,142,143,146,
148,152,154,155 Nowiński Juliusz 166
Oberlander Marek 266, 267 Odojewski Włodzimierz 205 Odrowąż-Pieniążek Janusz 
zob. Pieniążek Olenia zob. Gombrowiczowa Aleksandra Ordon Edmund 191,192 Orwell 
George 191, 227 Ostrowski Wiktor 165-168 Ośniałowska Maria z Cichowskich, matka
Mariana 246, 247 Ośniałowska Maria, siostra Mariana, zob.
Jasieńska Ośniałowski Marian (Ryś) 246-248
Otwinowska Ewa 126,139-143,146-151,
154,155, 239 Otwinowski Stefan (pan Stefczyk, Stetfan)
139,141-143,147-150,152,154,155,
205, 215, 239
' H
Pacławski Jan 21

«

Paczkowski Jerzy 130-132,138

>I

Paczowscy (Maria i Bohdan) 53, 239, 271 ii
Paczowska Maria 88, 263, 274

*

Paczowski Bohdan 263, 274 *}
Paderewski Ignacy Jan 100 A
Pajda z Bodzechowa 25,100 <
Pajda, syn 100l
Palester Roman 8, 224

t

Palusiński Jan zob. Majcherek Janusz I
Panufnik Andrzej 205, 206 '4
Parandowski Jan 128 I
Parnicki Teodor 153
Pascal Blaise 78, 268 «
Pasek Jan Chryzostom 128
Pasierb Janusz 166,167
Paszkiewicz Ludwik 24
Paszkiewiczowa Emilia z Kotkowskich 24
Paszkiewiczówna Maria 31
PetelskaEwal78
Petelski Czesław 178
Picasso Pablo 62, 262
Pieniążek Janusz Odrowąż 242-246
Pietrkiewicz Jerzy 154
Piętak Stanisław (Piętaszek) 139,141,142,
147-149,154, 205 Piotrowscy, rodzina 28, 29 Położyński Gerard 168 Pomianowska 
Ewa 96,167 Pomianowski Jerzy (Pomianolo) 146,155,
267, 268 Pomorski-Mikułowski Józef
zob. Mikułowski-Pomorski Popek, syn Zofii, inżynier 22 Popek Jan 11,12,15,17,18, 
20, 21 Popek Władysław 17-20 Popkowa Zofia z Kaniów 15,17-22 Popkowie z 
Małoszyc, rodzina 19-21 Popkówna Władysława 20, 22 Pożarski Leonard 74 Pruszak 
Maciej 109 Pruszakowie, rodzina 67 Pruszakówna Aleksandra
zob. Gombrowiczowa Przyłecka Wanda (Przyjazna, Przyjaźń) 36,
109-112,114,115,117 Przyłecki, adwokat 111,115
Jaśnie Panicz

background image

Rabelais Francois 204, 251
Rachmaninow Siergiej 182
Radziwiłł Krzysztof 72, 78
Radziwiłł Lee 174
Radzymińska Józefa 175
Rafael (właśc. Raffaelo Santi) 43
Ratajczak Mirosław 289
Rawicz Piotr 231
Reymont Władysław 150
Richter Swiatosław 182
Rittner Tadeusz 132
Robbe-Grillet Alain 204
Romanów Michał 35-41
Rosset Stanisław de 249
Rossini Gioacchino 70
Rościszewski Józef 74
Rothschildowie (Rotszyldowie) 263
Roux Dominiąue de 26, 56,108,139,199,
214, 252, 253, 275, 279, 281 Rowicki Witold 124 Rowińska Janina 124 Róża, ciotka 
Witolda Gombrowicza,
zob. Kotkowska Rudnicki Adolf 205, 242, 245 Rudzki Kazimierz 139,141 Russell 
Bertrand 217 Russovich Alejandro (Russo) 175 Rydz-Śmigły Edward 29 Ryś zob. 
Gombrowicz Józef Marian Ryttel Kazimierz 8,168,169,171
Sandauer Artur 7, 59, 76, 78, 204, 214, 220,
223, 234, 238, 248 Sandier Gilles 237 Sarraute Nathalie 244 Sartre Jean-Paul 
62,178,194, 203, 204, 207,
208, 244, 270
Sawicki, dziedzic Bogusławie 14 Scherer-Wirska Olga 185-195, 246, 254 Schmit, 
szef żandarmerii w Starachowicach 74 Schopenhauer Arthur 199, 204, 284 Schubert 
Franz 205
Schulz Bruno 124,128,151,196,197, 234 Severo 200 Shakespeare (Szekspir) William 
62,141,
155,194, 204 Sidr Georges 253 Siemaszko Andrzej 145 Siemaszkowa Olga (Ola) 145 
Sienkiewicz Henryk 21,48,95 Skarga Piotr 60 Skibniewscy, rodzina 92 Skibniewska, 
córka Mieczysława 61
Skibniewska, żona Mieczysława 60,61
Skibniewska Halina 32
Skibniewska Jadwiga (Inia, Inez)

'

zob. Targowska
Skibniewska Zofia z Kotkowskich 32, 60, 92 Skibniewski Mieczysław (Namiast) 60, 
92-98 Skibniewski Zygmunt, ojciec 92 Skibniewski Zygmunt, syn 32, 92, 93, 96, 97 
Skłodowska-Curie Maria 219 Skrabiczyński, lokaj Bolesława ' :, ft; r,,"! M
Kotkowskiego 25

,',Jr"5 '(oM Skriabin Aleksandr 141 •; • iii i • ii:! 

Skuszanka Krystyna 231 Słabińska Halina 61 Słonimska Janina z Konarskich 132 
Słonimski Antoni 132,146,183, 215,145 Słowacki Juliusz 105,128,164 Smoleńska 
Helena 14 Smosarska Jadwiga 138 Snopek, krawiec 92
Sobański Antoni (Tonio) 130-132,134,135,138 Sobieszczański Franciszek 
Maksymilian 23 Soborski, rządca 38 Sokołowski Mundek 118 Sokrates 136,178 Sołtan 
Stanisław 52, 271-274 Sołtanowa Anna z Nartowskich 271 Sołtanowa Teresa, żona 
Stanisława,

background image

zob. Jonkaytis-Sołtanowa Sołtanowie, rodzina 48, 78, 240 Sperling Maria 229, 
259, 273 Stachowicz Izabela (Bela Gelbhardt; ps.
Czajka) 112,139,140,173 Stalin Józef (właśc. losif Dżugaszwili) 60,
61,285
Stanisław Leszczyński, król polski 24 Stankiewicz Teresa 266-269 Stawiński Jerzy 
Stefan 178-180

.<• Stefczyk zob. Otwinowski Stefan Straszewicz Czesław 152-

154,164,223 Strawiński Igor 205
Strojanowscy, rodzina 117

••-Ł--=•'-• "> Sturm Dieter 210, 211 Swinarska 

Barbara zob. Witek-Swinarska Swinarski Konrad 210, 212 Sygietyńska Mira zob. 
Zimińska-Sygietyńska Szekspir zob. Shakespeare Szembroń Sławomir 118 Szklarski 
Józef 23 Szopen zob. Chopin
Szuba Andrzej 277

s ;, Szubska Barbara 275 ; Szumlińscy, rodzina 19, 20 •;*«? ^ 

i j ' u
Indeks osób
Szumlińska, żona Józefa 20 Szumlińska Celina zob. Kłonica Szumliński Józef 19 
Szumliński Tadeusz 19-21 Szymanowska Józefa 172 Szymanowska Zofia zob. 
Chądzyńska Szymanowski Karol 182
Śpiewak Jan 154
Świecka Elżbieta 125
Świeczewscy (Maria i Karol) 65, 66,167,
178,181 Świeczewska Maria 168,172
Targowska Jadwiga (Inia, Inez)
ze Skibniewskich, kuzynka Witolda Gombrowicza 92, 96-98,135
Targowski, syn Jadwigi 97, 98
Targowski Józef 97,135
Tatarkiewicz Władysław 124
Telakowska Wanda 132,137
Toeplitz Krzysztof Teodor 209, 214, 221, 222, 241
Tołwiński Mikołaj 121
Tołwiński Tadeusz 121
Tomasz z Akwinu, św. 258
Topolski Feliks 131,132,137
Toscanini Arturo 179
Trznadel Jacek 250
Turno Katarzyna 130
Tuwim Julian 136, 215
Twardowski Romuald 202, 203, 205-207
Tzara Tristan 238
Ujejski Józef 94 Ungaretti Giuseppe 250 Uniłowski Zbigniew 47
Velde Theodor Hendrik van de 133 Verdi Giuseppe 70 Yirion Tadeusz de 48, 239-241 
Yólker Klaus 210, 212
Wajda Andrzej 178-180,239 Walentynowicz Anna 278 Wałęsa Lech 278 Wanat Maciej 14 
Wańkowicz Melchior 101, 215
Wat Aleksander 271
Ważyk Adam 151
Ważykowa Gizella (Giza) 139,140,151,154
Wedel Jan 132
WeissPeter211
Wells Herbert George 50
Wickenhagen, mąż Małgorzaty 177

background image

Wickenhagen Małgorzata (Gośka) 172,
174-178
Wiechecki Stefan (ps. Wiech) 218 Wielopolscy, rodzina 68 Wierzyński Kazimierz 
128 Wieckowska Zofia z Bolków 38 Więckowski Jan 35-38, 42 Wilczówna Janina 133 
Wilhelmi Janusz 214 Wisłocki Stanisław 181-184 Wiśniewska Helena 118 Witek-
Swinarska Barbara 195, 209-215, 219,
236, 237, 245, 248, 265 Witkiewicz Stanisław Ignacy (ps. Witkacy)
124,125,130,153, 268 Włast Andrzej 123 Włodawiec Stanisław 105 Wodzińska Maria 
43

v >•*• Wojdowski Bogdan 232, 233 Wójcik Wincenty 26, 34 WysockaTacjanna 97 

-f j.-.-..• 'i:'-':,k;' Wyszkowski Krzysztof 278-282 Wyszyński Stefan 61 ; ,;,,
Z., autor artykułu w „Kulturze" 221
Zachwatowicz Krystyna 231-239
Zając, fornal 71, 72
Zając Bogdan 71-73, 79
Zapolska Gabriela 132
Zarzycka Irena 145
Zawierucha Zofia zob. Morasowa

>;

Zawieyski Jerzy 65,192
Zdziechowski Paweł 223
Zenowiczówna Maria zob. Brandysowa
Zgrzebnicka Krystyna
zob. Maryańska-Zgrzebnicka Zieliński Stanisław 209, 214, 220 • Zimińska-
Sygietyńska Mira 132,136
Żelazowski Stanisław 19, 21 Żeromski Stefan 21, 48,150
Spis ilustracji
1-2. Marceli Kotkowski (1803-1875) i Aniela z Fijałkowskich Kotkowska (1813-
1863), pradziadowie Witolda Gombrowicza po kądzieli. Na odwrocie zdjęcia napis: 
„Na pamiątkę strasznego dnia 12 sierpnia 1863 r. - kochanemu Marcelkowi, 
Włocławek, dn. 26 czerwca 1864".
Ze zbiorów Andrzeja Ścibora-Kotkowskiego. :. :
3-4. Ignacy Leon Kotkowski (1837-1901) i Aniela z Kotkowskich Kotkowska, 
dziadkowie Witolda Gombrowicza po kądzieli.
Ze zbiorów Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu.
5-6. Antonina z Dąbrowskich Gombrowiczowa i Onufry Gombrowicz, dziadkowie 
Witolda po mieczu.
Ze zbiorów Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu.
7. Marcelina Antonina z Kotkowskich Gombrowiczowa (1872-1959) w wieku 19 lat, 
przed zamążpójściem - matka Witolda Gombrowicza.
Fot. Józef Grodzicki, Radom, ok. 1888. Ze zbiorów Andrzeja Ścibora-Kotkowskiego.
8. Marcelina Antonina Gombrowiczowa, matka Witolda.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
9. Jan Onufry Gombrowicz (1868-1933), ojciec Witolda. Fot. Schulz, Riga, Dorpat.
10. Jan Onufry Gombrowicz, jw. Fot. Kostka i Mulert, Warszawa. Ze zbiorów Muzeum 
Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
11. Rodzice i rodzeństwo Witolda Gombrowicza przed jego urodzeniem, ok. 1902-
1903. • Fot. Józef Grodzicki, Radom.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
12. Maria Zwick, matka chrzestna Witolda Gombrowicza. Ze zbiorów Biblioteki IBL 
PAN.
13. Stefan Jabłkowski, ojciec chrzestny Witolda Gombrowicza. Ze zbiorów 

background image

Biblioteki IBL PAN.
14. Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bo-
dzechów, ok. 1913.
Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.
15. Marian Witold Gombrowicz w wieku dziecięcym.

*€ Ze zbiorów Muzeum 

Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
16. Irena (Rena) Gombrowiczówna, siostra Witolda.

8L Ze zbiorów Muzeum 

Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
Jaśnie Panicz
17. Nieistniejący już dziś dwór w Małoszycach, majątku Gombrowiczów, miejsce 
urodzenia Witolda.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
18. Małoszyce, zabudowania dworskie, na pierwszym planie brat Witolda, Janusz 
Gombrowicz, z żoną Franciszką.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
19. Małoszyce dziś - tu stał dwór Gombrowiczów, po prawej: pozostałości dawnej 
kuźni dworskiej.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
20. Małoszyce, postawiony w 1994 obelisk Witolda Gombrowicza na terenie dawnej 
posiadłości Gombrowiczów (płaskorzeźba Gustawa Hadyny). Fot. Liliana Markowska.
21. Autorka, Joanna Siedlecka, obok postawionego w 1994 pierwszego pomnika 
Witolda Gombrowicza na rynku w Opatowie (rzeźba Gustawa Hadyny).
Ze zbiorów autorki. Fot. Aleksander Kłonica.

/ l ?

22. Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918.

- ,;,';.,. Ze zbiorów Biblioteki 

IBL PAN. r>
23. Witold Gombrowicz jako student prawa. Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.
24. Rodzina Gombrowiczów, Potoczek, 1931. Ze zbiorów Andrzeja Ścibora-
Kotkowskiego.
25. Rodzina Gombrowiczów, Potoczek, ok. 1927. ;; ; '-Ze zbiorów Muzeum 
Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
26. Rodzina Witolda Gombrowicza, Potoczek, Boże Narodzenie, ok. 1930.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. 27-28. Dwór w 
Bodzechowie, majątku Kotkowskich, ok. 1930.
Ze zbiorów Andrzeja Ścibora-Kotkowskiego.
29. Zakłady metalowe Kotkowskich w Bodzechowie. Ze zbiorów Andrzeja Ścibora-
Kotkowskiego.
30. Doły Biskupie - Fabryka Papieru i Tektury „Witulin", „posag" Witolda 
Gombrowicza. Ze zbiorów Andrzeja Piwnika.
31. Od lewej: Franciszka Kotkowska, l v. Cichowska, jej ojciec, inżynier 
Stanisław Kot-kowski, Jan Cichowski - kuzyn i pierwszy mąż Franciszki, ojciec 
Stanisławy, Bodze-chów, 1910.
Ze zbiorów Andrzeja Ścibora-Kotkowskiego.
32. Pałac we Wsoli koło Radomia, własność Aleksandry z Pruszaków Gombrowiczo-wej 
i Jerzego Gombrowicza.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
33. Tereska Gombrowiczówna, córka Jerzego. Ze zbiorów autorki.
34. W pałacu we Wsoli, 1930.

;;

Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.

t 35-36. Przed 

pałacem we Wsoli.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.

background image

37. Jerzy Gombrowicz, młodszy brat Witolda.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
38. Janusz Gombrowicz (1894-1968), starszy brat Witolda, początek lat 
dwudziestych. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
Spis ilustracji
39-40. Franciszka z Kotkowskich Gombrowiczowa (1894-1979), l v. Cichowska, żona 
Janusza Gombrowicza.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
41. Janusz Gombrowicz z żoną Franciszką w Małoszycach, 1923. Ze zbiorów Muzeum 
Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
42. Nieistniejąca już dziś leśniczówka w Potoczku, własność Franciszki i Janusza 
Gombrowiczów, ok. 1930.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
43. Józio i Tereska Gombrowiczowie, bratanek i bratanica Witolda, przed dworkiem 
w Potoczku.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
44. Polowanie w Potoczku: drugi od prawej Janusz Gombrowicz, trzecia - jego żona 
Franciszka.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
45. Polowanie w Potoczku, ok. 1938. Trzeci od lewej minister Bolesław 
Miedziński, czwarty - Janusz Gombrowicz, jego syn Józio, Aleksandra 
Gombrowiczowa, Stanisława Cichowska.
Ze zbiorów Marietty Borewiczowej.
46. Franciszka Gombrowiczowa z synem Józiem, Potoczek.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
47. Józef Ryszard Gombrowicz w wózku, Małoszyce, ok. 1926.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
48. Józio Gombrowicz w swoim pokoju w Potoczku.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
49. Józio i Tereska Gombrowiczowie w Potoczku.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
50. Janusz Gombrowicz z synem Józiem na sankach, Potoczek, lata trzydzieste. Ze 
zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
51. Janusz Gombrowicz z synem Józiem, Potoczek, 1938.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
52. Stanisława Cichowska (1914-1987), córka Franciszki Gombrowiczowej z 
pierwszego małżeństwa, a później przyjaciółka swego ojczyma Janusza. Ze zbiorów 
Marietty Borewiczowej.
53. Janusz Gombrowicz w Potoczku z synem Józiem i Stanisławą Cichowska. Ze 
zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
54. Irena (Rena) Gombrowiczówna (1800-1961), siostra Witolda. Ze zbiorów 
autorki.
55. Irena Gombrowiczówna, jw.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. 56-57. Irena 
Gombrowiczówna oraz Marcelina Antonina Gombrowiczowa - siostra i matka Witolda.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
58. Jw.
Ze zbiorów autorki.
59. Rena Gombrowiczówna (siedzi druga z prawej) w towarzystwie koleżanek z Koła 
Młodych Ziemianek. Ze zbiorów autorki.

background image

Jaśnie Panicz
60. Aniela Brzozowska („Ciemna"), w czasach gdy była służącą Gombrowiczów. Ze 
zbiorów autorki.
61. Krystyna (Krysta) Janowska, potem Konarska, pierwsza miłość Witolda 
Gombrowicza.
Ze zbiorów Małgorzaty Girtler.

v

62. Krystyna Janowska ze swoim bratem Józefem, Bartodzieje. j,i>[w;•••^•'/-. .,-
>• Ze zbiorów Małgorzaty Girtler. ,3«€ś*ui" >H ««; i
63. Dwór w Bartodziejach dziś.

•' o/m. •'>( .v Ze zbiorów Małgorzaty 

Girtler.
64. Krystyna Janowska z przyszłym mężem, Stanisławem Konarskim z Kluczewska. Ze 
zbiorów Małgorzaty Girtler.
65. Krystyna z Janowskich Konarska ze swoimi dziećmi i znajomym księdzem, 
Bartodzieje, lata pięćdziesiąte.
Ze zbiorów Grzegorza Konarskiego.
66. Krystyna z Janowskich Konarska (pierwsza z lewej) z dziećmi i bratem 
Józefem, Bartodzieje, lata pięćdziesiąte. Ze zbiorów Małgorzaty Girtler.
67. Witold Gombrowicz w Pirenejach, ok. 1925-1930 (osoby towarzyszące nieznane). 
Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.
68. Witold Gombrowicz w Zakopanem, lata trzydzieste (osoba towarzysząca 
nieznana). Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
69. Witold Gombrowicz z Krystyną Maryańską-Zgrzebnicką, Wisła, 1926. s:\ Ze 
zbiorów Krystyny Maryańskiej-Zgrzebnickiej.
70. Inia Skibniewska - „szampańska Inez", kuzynka i sympatia Witolda 
Gombrowicza, kwiecień 1929.

•<?•, ,«•» Ze zbiorów Marii Racięckiej.

71. Gucio Kotkowski, kuzyn i przyjaciel Witolda Gombrowicza, z matką Różą Kot-
kowską, Zakopane 1938.
Ze zbiorów Aleksandry Zielińskiej.
72. Witold Gombrowicz ze swoją kuzynką Inią Skibniewska, za nimi jego kuzyn i 
przyjaciel Gustaw Kotkowski. Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.
73. Witold Gombrowicz z rodzicami, ok. 1930.

f Ze zbiorów autorki. J .«

74. Witold Gombrowicz w mieszkaniu przy ul. Służewskiej w Warszawie. •-Ze 
zbiorów Biblioteki IBL PAN.
75. Witold Gombrowicz nad Bałtykiem.
Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.

*• .r,;Wii ,Hs

76. Antonina z Gombrowiczów Nartowska (1864-1929), siostra Jana Onufrego. Ze 
zbiorów Marietty Borewiczowej.
77. Córka Antoniny - Marietta, później Borewiczowa, cioteczna siostra Witolda, 
1939.
Ze zbiorów Marietty Borewiczowej. 78-79. Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 
1922. ;-\ K
Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.

««K>:/:'-- H.V

80. Świadectwo dojrzałości Witolda Gombrowicza, 1922. ś>;CT) «ne?>I ,fe : Ze 
zbiorów Biblioteki IBL PAN. • :-
81. Dyplom uniwersytecki Witolda Gombrowicza, 1927 (odpis z 1930). Ze zbiorów 
Biblioteki IBL PAN.
Spis ilustracji
82. Akt mianowania „Gombrowicza Marjana" aplikantem w Okręgu Sądu Apelacyjnego w 
Warszawie w 1930 r. Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.
83. Witold Gombrowicz, zdjęcie paszportowe, 1928.

background image

Ze zbiorów Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu.
84. Portret Witolda Gombrowicza w czerwonym krawacie, pędzla Eliasza Kanarka, 
1936.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
85. Witold Gombrowicz, 1937. Zdjęcie paszportowe.
Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.

- l

86. Jan Onufry Gombrowicz (1868-1933), ojciec Witolda. „s Ze zbiorów Muzeum 
Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
87. Jan Onufry Gombrowicz, ojciec Witolda, 1932.
Ze zbiorów Marietty Borewiczowej. 88-89. Józef i Janusz Gombrowiczowie po 
wyjściu z obozu w Mauthausen, 1945.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.

*•:

90. Marcelina Antonina Gombrowiczowa, matka Witolda, lata powojenne. Ze zbiorów 
Biblioteki IBL PAN.
91. Radom, 1970, ostatnia Wigilia Jerzego Gombrowicza. Ze zbiorów Małgorzaty 
Girtler.
92. Janusz Gombrowicz i Stanisława Cichowska - jego pasierbica i towarzyszka 
życia, Warszawa, lata sześćdziesiąte.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
93. Teresa Gombrowiczówna, bratanica Witolda, z Ritą Gombrowicz, Mediolan, 1972. 
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
94. Rita Gombrowicz z dziećmi Józefa Gombrowicza, Paryż, lata osiemdziesiąte. Ze 
zbiorów autorki.
95. Józef Gombrowicz, bratanek Witolda, z żoną Liliane oraz czwórką ich dzieci, 
Paryż, lata dziewięćdziesiąte. Ze zbiorów autorki.
96. Grób familijny Kotkowskich w Denkowie koło Bodzechowa, 1973.
Fot. Andrzej Ścibor-Kotkowski. Z archiwum Andrzeja Ścibora-Kotkowskiego.
97. Kwatera Gombrowiczów na cmentarzu w Przybysławicach w Sandomierskiem. Fot. 
Liliana Markowska.
98. Grób Reny Gombrowiczówny na cmentarzu w Radomiu, w grobie rodzinnym Pinków, 
krewnych Pruszaków.
Fot. Tomasz A. Pruszak. Ze zbiorów Aleksandra Pruszaka.
99. Grób rodzinny Jerzego, Aleksandry i Teresy Gombrowiczów na cmentarzu w 
Radomiu.
Fot. Tomasz A. Pruszak. Ze zbiorów Aleksandra Pruszaka.
100. Grób Marceliny Antoniny Gombrowiczowej, matki Witolda, na starym cmentarzu 
w Kielcach.
Fot. Liliana Markowska.
101. Grób Witolda Gombrowicza na cmentarzu w Vence, 1989.
Fot. Jolanta Barełkowska.
102-103. Witold Gombrowicz (pierwszy z prawej) na przyjęciu dla pracowników 
Banco Polaco, Buenos Aires, 14 września 1951.
Ze zbiorów Gerarda Położyńskiego. -.,•--,• •••.•:<'-."••; ^,'^
Jaśnie Panicz
ii
104. Witold Gombrowicz z Juliuszem Nowińskim, dyrektorem Banco Polaco w Buenos 
Aires.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
105. Jarosław Iwaszkiewicz i Witold Gombrowicz (z tyłu za nim) w poselstwie PRL 
w Buenos Aires, 1948.

background image

Własność archiwum Jarosława Iwaszkiewicza na Stawisku. Reprod. ze zbiorów
Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. 106-107. Witold Gombrowicz w 
Cordobie u znajomych, państwa Jankowskich, 1954.
Ze zbiorów Biblioteki IBL PAN.
108. Witold Gombrowicz w Tandilu, 1958. Zdjęcie wysłane w liście do Anieli 
„Ciemnej" (1961: „Niech Aniela nie myśli, że w niewyprasowanych spodniach 
chodzę"). Ze zbiorów autorki.

,

109. Witold Gombrowicz w kawiarni, ok. 1960.

"?•'', Ze zbiorów Muzeum 

Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
110. Witold Gombrowicz w Tandilu („W Tandilu jestem najznakomitszy", pisał w 
„Dzienniku").
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.

*• i" yt

111. Witold Gombrowicz na tle głazów San Martin.
Fot. Cufre. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
112. Witold Gombrowicz z Mariano Betelu w swoim mieszkaniu przy ul. Yenezuela 
615, Buenos Aires, 1963.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
113. Ze swoimi młodymi argentyńskimi przyjaciółmi: Jorge R. Yitela i Mariano 
Betelu (z prawej).
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
114. Jorge R. Yitela, Mariano Betelu, Jorge Di Paola w pokoju ich Mistrza 
Gombrowicza (drugi od lewej), kwiecień 1963.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
115. Miąuel Grinberg i Witold Gombrowicz na tarasie mieszkania przy ul. Yenezu-
ela 615, Buenos Aires, marzec 1963.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
116. Witold Gombrowicz i Janusz Odrowąż-Pieniążek w Royaumont pod Paryżem, 
czerwiec 1964.
Fot. Janusz Odrowąż-Pieniążek.
117. Rita Gombrowicz w Buenos Aires z Kazimierzem Ryttlem (z prawej), kolegą 
Gombrowicza z Banco Polaco, i Gustawem Kotkowskim, kuzynem Witolda, lata 
osiemdziesiąte.
Ze zbiorów Gerarda Położyńskiego. .\hcf, urn) ,*
118. Witold Gombrowicz w Royaumont.

.,ur-•:.-• Fot. Janusz Odrowąż-Pieniążek.

119. Józef Gombrowicz z żoną Liliane podczas odwiedzin wYence u stryja Witolda, 
z lewej Maria Paczowska, sierpień 1967.
Fot. Bohdan Paczowski. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza
w Warszawie.
120. Witold Gombrowicz ze swoim bratankiem Józefem Gombrowiczem w Paryżu, 1964.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. 121-123. Maria-Rita 
Labrosse i Witold Gombrowicz, Yence, lata sześćdziesiąte.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
mimiii •im i
Spis ilustracji
124. Witold Gombrowicz i Konstanty Jeleński nad francuskim przekładem 
„Operetki", Yence, 1967.
Fot. Bohdan Paczowski. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza
w Warszawie.
125. Dominiąue de Roux i Witold Gombrowicz, Yence.
Fot. Colin. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.

background image

126. Witold Gombrowicz i Konstanty „Kot" Jeleński, jego tłumacz i przyjaciel, 
Yence, 1967.
Fot. Bohdan Paczowski. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza
w Warszawie.
127. Od prawej: Janina, żona Czesława Miłosza, Rita i Witold Gombrowiczowie, 
Maria Sperling, Vence, 1965.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
128. Od lewej: Franęois Bondy, Witold Gombrowicz, żona Bondy'ego - Liliane, 
kelnerka, Vence, 1965.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
129. Witold Gombrowicz i Franęois Bondy na tarasie kafejki „La Regence" w Yence. 
Fot. Liliane Bondy. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
130. Od prawej: Witold Gombrowicz, Józef Jarema i Rita Gombrowicz, Yence, 1965. 
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
131. Od lewej: Witold Gombrowicz, Rita Gombrowicz, Józef Jarema i jego żona, 
Maria Sperling, Yence.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
132. Witold i Rita Gombrowiczowie, Yence, 1969.
Fot. Hannę Garthe. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
133. Rita i Witold Gombrowiczowie z „Psiną", Yence, 1965.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
134. Witold Gombrowicz przed swoim mieszkaniem w „Yilla Alexandrine" (36, place 
du Grand-Jardin) w Yence, wraz z kuzynami: Teresą Jonkaytis-Sołtanową i Stani-
sławem Sołtanem (drugi z prawej); pierwszy z lewej: Alastair Harnilton. Ze 
zbiorów Marietty Borewiczowej.
135. Witold Gombrowicz obok swego citroena, Yence, maj 1965. Ze zbiorów Muzeum 
Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
136. S. Filippini i Witold Gombrowicz w jego pokoju w Yence, 1967.
Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie. 137-138. Witold 
Gombrowicz na krótko przed śmiercią, zdjęcia ostatnie.
Fot. Hannę Garthe. Ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
Na okładce: Witold Gombrowicz, ok. 1907. Ze zbiorów Biblioteki Instytutu Badań
Literackich Polskiej Akademii Nauk w Warszawie.
Na wyklejkach: listy Witolda Gombrowicza do Anieli „Ciemnej", Stanisławy Ci-
chowskiej i Franciszki Gombrowiczowej - ze zbiorów autorki; do Józefy Radzymiń-
skiej - ze zbiorów Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie.
Ulotka podziemnego wydawnictwa „Klin", reprodukowana na s. 281, pochodzi ze
zbiorów Krzysztofa Wyszkowskiego.
Zdjęcie autorki wykonał Jacek Kucharczyk.
Spis treści
Od autorki .................................................. 7
.. , _ , ...... . . „ , s » . ,. ,\... *,.«.,,. ,~^TJv'^.rT.4
Część pierwsza. ..............................................

9

Jaśnie panicz................................................ 13
Wdychałem szaleństwo........................................

23

Herbaciarz.................................................. 35
Stryj i kuzyn ................................................ 43
Spotkanie po latach........................................

43

Czerwony krawat ..........................................

46

Przenosiny ...............................................

49

background image

Kres .......................................................

56

Moja noga twojej nodze ....................................... 68
Stryj i bratanek..............................................80
Kuzynek Wicio...............................................

92

Aniela Ciemna. ..............................................

99

Krysta, moja miłość ..........................................

108

Okruchy .................................................... 118
Ślady.......................................................

121

Służewska 3 m. 4 ..........................................

121

Chocimska 35 m. 15 i 4 .....................................

122

Królewska 33 ............................................. 125
Wspólna l................................................

126

Próżna 7 .................................................

127

Comber ....................................................

130

Teatr. ......................................................

139

Jaśnie Panicz
Część druga ................................................. 159
Reżimowiec ................................................. 163
Niejako z księżyca ......................................... 163
Reżimowiec. .............................................. 165
Biurowa, urzędnicza tłuszcza ................................ 168
Ubranka prezesa .......................................... 171
Garden party petites tables the dansant. ........................ 176
Tragikomedia............................................. 178
Program minimum i maksimum .............................. 181
Oszołomić Jankesow.......................................... 185
„Niech On" ................................................. 196
Czerwone krawaty............................................ 202
Przeżytek................................................... 209
Wykolejeniec................................................ 216
Wydawca ................................................... 223
Metek ...................................................... 227
Bon soir, Leonor!........................................... 227
Kolczyk w uchu ........................................... 230
Metek. ................................................... 232
Samochody mają tylko marksiści............................. 242
Sławny kuzyn ............................................. 246
Figurka .................................................. 249
Dwóch chorych............................................ 249
Gombrowicz i kowboje ..................................... 250
Trzy tysiące stron ............................................ 252
Rozmowy z Gombrowiczem .................................... 257
Działka numer dwadzieścia jeden............................... 262
Rita, mieszkanie przyjemne, klimat, pejzaże..................... 262
Bez scenariusza ........................................... 263
„Z willą to fatamorgana" ................................... 264
„Skąd ja się wziąłem taki inteligentny" ....................... 266
Palec boży................................................ 269
Działka numer dwadzieścia jeden ............................ 271
Tren dla Gombrowicza ........................................ 276

background image

Aneks...................................................... 278
Jaśnie Panicz
Klin ..................................................... 278
Epilog ................................................... 282
O „Jaśnie Paniczu" pisali między innymi: ..................... 286
Indeks osób ................................................. 291
Spis ilustracji............................................ 301
Joanna Siedlecka - reporterka, pisarka, członkini Stowarzyszenia Pisarzy 
Polskich, autorka zbiorów reportaży oraz głośnych biografii: „Jaśnie Panicz" o 
Witoldzie Gombrowiczu, „Mahatma Witkac" o Witkacym, „Czarny ptasior" o Jerzym 
Kosińskim, „Pan od poezji" o Zbigniewie Herbercie, a także książek „Wypominki" i 
„Wypomin-ków ciąg dalszy". Laureatka wielu nagród, m.in. Ksawerego Pruszyńskiego 
(1976), SDP (1978 i 1980), im. Leszka Proroka (2000) oraz Warszawskiej Premiery 
Literackiej - za „Jaśnie Panicza" i „Pana od poezji".
„Jaśnie Panicz" to portret wielokrotny Witolda Gombrowicza złożony z relacji 
tych, którzy go znali, a zwłaszcza ludzi tzw. drugiego planu, czyli osób, które 
nie chwyciłyby same za pióro - byłej służby Gombrowiczów (Anieli Ciemnej), ich 
lokajów, parobków, kucharek, bliższej i dalszej rodziny, kolegów bynajmniej nie 
po piórze, jego pierwszej miłości.
Obecne, czwarte już wydanie zostało zaktualizowane i poszerzone przede wszystkim 
o unikatowe, niepublikowane dotychczas zdjęcia.
„Ostatnio czytałem książkę o Gombrowiczu Siedleckiej i zdumiałem się. Żadnego 
właściwie podobieństwa z moim dzieciństwem (...). Gdzież mnie tam było do 
gombrowiczowskich majątków, kamienic, wizyt, wieczorków, stałego dochodu".
Czesław Miłosz, „Rok myśliwego" (Paryż 1990)