background image

Autor: 

ADAM WIŚ NIEWSKI-SNERG

 

Tytul: 

Zmowa

 

 
Z "NF" 10/98 
 
   Ja też  wreszcie wymyślił

em sobie świat. Musiał

em to w  

koń cu zrobić , bo już  mi tamte nie odpowiadają. Chyba  
niedł

ugo zanudził

bym się  na śmierć  albo by mnie spotkał

o  

jeszcze coś gorszego, gdybym miał

 tak czekać  sam już  nie  

wiem na co. Ale teraz wymyślił

em ten swój nowy świat i jutro  

od samego rana zacznę  w nim ż yć , nareszcie. Przysiągł

em  

sobie na wszystko, ż e bę dzie dokł

adnie tak, jak zmówiliśmy  

się  wczoraj rano. Bę dę  musiał

 być  bardzo ostroż ny i uważ ny.  

Nieł

atwo tak od razu za jednym zamachem wejść  w posiadanie  

tego, co się  wymyśli. 
   To z Romanem zmówiliśmy się  wczoraj rano. My się   
rozumiemy. Leż ał

 rozwalony w trawie, kiedy przybył

em i ani  

się  odezwał

. On do mnie nie ma ż adnych uraz. Wię c mówię : "przybył

em" 

i siadam. A on: 
   - Odśwież  się  trochę , to pogadamy sobie. Dzisiaj inaczej  
bę dziemy mówili, zobaczysz. 
   Wypił

em nieco z butelki, bo ja nie mogę  myśleć  bez  

popicia. Czy za siedemnaście, czy za trzydzieści dziewię ć ,  
ale muszę  wypić , bo zaraz mi się  myśli plączą i koniec. Co  
ja zrobię , ż e to takie świń stwo. Nic tylko rzygać  mi się   
chce i już . Wię c wypił

em tyle, ile trzeba, ż eby mnie nie  

przykapował

; niech się  nie zł

ości. 

   Ale on pomilczał

 i się  odzywa: 

   - Mówię  ci, bracie, co innego bę dziemy udawać . 
   - A co? - pytam. 
   - A bo ja wiem co. Ale co innego, już  ja to wiem. 
   Ja popatrzył

em na niego i mówię : 

   - Odbił

o ci się  chyba, Roman, my co... 

   Ale on mi nie wszedł

 w sł

owa, tylko swoje: 

   - Coś się  wymyśli, zobaczysz. 
   Wtedy wyciągnął

em się  przy krzaku, gdzie trzymał

 te swoje  

buty, co je zawsze ściągał

, jak tylko mógł

. Nogi chyba  

strasznie go piekł

y, czy ja wiem. A ja akurat przy tych  

nogach i butach musiał

em się  wyciągnąć , bo aż  mnie  

zaleciał

o, jak nie wiem co. Ale leż ę  cicho i myślę , czego on  

znowu chce. Przecież  jest wszystko normalnie, to co innego  
moż e być . I pytam tak wciąż  siebie, tak w kół

ko siebie  

zapytuję , chociaż  wiem już  dawno, co on chce udawać  teraz.  
Ale chociaż  już  to wiem, leż ę  cicho, nic nie mówię . Mam  
czas. Tylko się  z tego cieszę , ż e już  wiem, co ma być . Bo w  
samą porę  przybył

em: był

 na to czas. 

   Wię c kiedy tak cicho leż eliśmy w trawie wczoraj rano i on  
coś knuł

 - ja to samo knuł

em, to się  wie. I już  coś nam  

musiał

o zaświtać  podczas tej niemej zmowy, bo i on się  tak  

jakoś skrzywił

 na twarzy i ja też . 

background image

   Odezwał

em się  nagle: 

   - Prawie milczeć  bę dziemy! 
   - No i co? 
   - A nic. 
   - O! 
   Nie mogł

em go wtedy zaskoczyć , no bo jak. Patrzę  się  na  

niego, a on pię tą w ziemię  wierzgnął

 i palcami w skarpetkach  

przerabia, jakoś tak równo i bez czucia palce w skarpetkach  
tasuje: czyż by nic nie przyjął

   Ale mówi: 
   - Przemilczać  bę dziemy, co się  da, no nie? 
   - No jasne. Niech sami mamlą, jak chcą. Nie ma o czym  
mówić . 
   Przyjrzał

 mi się  nieufnie, dalej się  upewnia. 

   - A stać  bę dziemy po swojemu bez tych skł

onów i wymachów.  

Ja niczego nie podpisywał

em. 

   - Ani ja - zapewnił

em go pośpiesznie. 

   Skoń cz, skoń cz! bo skonam. 
   Bo już  od dawna trzeba był

o coś odśwież yć . A myślisz, ż e  

tego nie był

o? Jak sobie to wymyślili, niech się  tym mę czą, co  

mnie to obchodzi - to już  nie mój świat, niech się  tł

uką. 

   Hanka mi trajluje w kół

ko, ż ebym się  z tobą nie zadawał

,  

bo masz na mnie wpł

yw... 

   - Moż e i mam. Każ dy ma na kogoś wpł

yw... 

   Nie mogł

em z nim dyskutować , on był

 geniuszem, a ja nie. 

   Roman był

 geniuszem. Ale o tym, ż e Roman jest geniuszem,  

nie wiedział

 ani pan S., jego ojciec, ani pani P., jego matka,  

ani nawet Katarzyna, jego dziewczyna, zwykł

y przypadek. Faktu  

tego nie znał

o jeszcze cał

y szereg innych osób, a wię c  

oprócz już  wymienionych również  nauczycielka ję zyka pani W. 
oraz nauczyciel matematyki pan M. 
   Jednak trudno bę dzie wymienić  wszystkie osoby nie  
wiedzące o tym, ż e Roman był

 geniuszem. Znacznie ł

atwiej  

bę dzie powiedzieć , kto o tym wiedział

, tym bardziej ż e na  

cał

ym świecie był

a tylko jedna taka osoba: był

 nią on sam.  

Do swego odkrycia (podobno geniusza trzeba odkryć ) doszedł

  

Roman dobrowolnie i samodzielnie. Dobrowolnie - to znaczy  
bez ż adnego zewnę trznego przymusu ani nawet bez  
czyjegokolwiek nacisku, samodzielnie natomiast - to jest bez  
niczyjej pomocy, bo wył

ącznie drogą obserwacji własnych  

przeż yć . Doceniając powyż sze, trzeba zapoznać  się  z jeszcze  
jednym zasł

ugującym na uwagę , bo potę gującym genialność   

Romana faktem: otóż  on sam utwierdził

 się  w swojej  

genialności bez jakiegokolwiek wysił

ku. Każ dy przepis na  

genialność  wzbudzić  moż e zainteresowanie. Jednak najwię kszą  
ciekawość  wywoł

ać  moż e jedynie wzmianka o istnieniu recepty,  

w której usunię ty został

 czynnik wysił

ku. Wykluczenie  

przykrego czynnika wysił

ku Roman zagwarantował

 sobie przez  

naturalny manewr omijania wył

aniających się  przeszkód  

wszę dzie tam, gdzie inni upierali się  je pokonywać . 

background image

   Ogólnie rzecz ujmując, Roman postanowił

 konsekwentnie  

unikać  wszystkiego, co mogł

oby osł

abić  jego przekonanie o  

asnej genialności. Akurat tak się  pomyślnie zł

oż ył

o -  

szczę śliwy zbieg okoliczności, niestety, nie zawsze ma miejsce  
- ż e najł

atwiej przychodził

o mu ignorować  fakt istnienia  

nauki. Nigdy nie mógł

 lub jeż eli uż yć  jego wł

asnego  

asekuracyjnego określenia - nigdy nie chciał

 uchwycić  ż adnego  

istotnego związku mię dzy zjawiskami, toteż  bardzo ł

atwo był

o  

mu przyjąć , ż e takie związki w ogóle nie wystę pują. Po  
przyję ciu takiego zał

oż enia nic nie mogł

o zakł

ócać   

przyję tej przezeń  koncepcji genialności. 
   Był

em drugą osobą na świecie, która  

dowiedział

a się , ż e Roman jest geniuszem. Zdarzył

o się  to  

pewnego jesiennego dnia, gdy siedzieliśmy w piwiarni nad  
dwoma kuflami jasnego. 
   - Masz, przeczytaj! - powiedział

, podsuwając arkusz  

podaniowego papieru w kratkę . 
   Uniosł

em arkusz ostroż nie, aby nie zamoczyć  go w rozlanym  

piwie. Zaczął

em czytać : 

   ANONIM 
   Uciekaj! - Wszystko wiedzą o Tobie, nie zataisz dł

uż ej,  

wszystko się  wydał

o! Paniki nie luzuj rozumem.  I w nocnych  

przebudzeniach najśpieszniej - chroń  ciał

o.  Oddal się !  

ę biej wtul głowę  - nadzieję  roztrzaskaj na progu. Zanim  

świt nagły wstanie. Bawełną ust nie omotasz - łakną krzyku  
zacieki majaczące na ścianie. Kiedy? Już  wiedzą! Przedświt  
pę kł

 - uciekaj. Nie szarp walizek w zamę cie. Rzuć  rzeczy! A  

te koty, coś je wczoraj utopił

 tam - w kuble? Musiał

eś? Kto  

przeczy. A moż e urwane skrzydł

a muchy, którąś chwycił

 na  

szybie z dreszczem. Upewniwszy się , czy nikt nie widzi -  
wyraźniej powiedzą ci jeszcze? Uciekaj! Z serca ł

omotem  

porozbijaj kolana w biegu. W dowodzie osobistym: mieszkasz -  
pracujesz - pieczę ć . Cóż  z tego? Pomnisz, jak zwartym  
krę giem w pokoju Twym przy Tobie kiedyś stano? Gramofon w  
ciszę  ł

agodne tony muzyki wysył

 piano. Wtedy z miejsca,  

gdzie stał

eś, w przestrzeń  obca wdarł

a się  nuta. O innym  

charakterze niż  zwykł

e skrzypnię cie buta. Sł

yszeli - wię c  

uciekaj! Wszystko przepadł

o. Świt wstaje. Noc ubiegł

a. Niebo  

pobladł

o. Oczu w gł

ę bi oparów nocnych cieni już  wię cej nie  

zmruż ysz. Ciemności, co przysł

ania kredową biel twarzy, nie  

wydł

uż ysz. - Uciekaj! Lodówka spł

acona - zgoda. Zdł

awione  

lę ku ognisko. Ź ródł

a dochodu, przekonania, przeszł

ość  - w  

porządku wszystko. Tu nikt nie wyszarpie niczego, stąd nie  
oczekuj ciosu. Wyliczysz się  z tego wszystkiego, bo nie  
kusił

eś losu. Lecz pomnisz, jak z pierwszą dziewczyną w  

pościeli, czar mocy mę skiej prysnął

? Skoń czył

eś już  - gdyś  

dopiero powinien zacząć ... jakoś ci nie wyszł

o. Uciekaj! Jak  

stoisz - w pę dzącym pociągu się  zaszyj. Wszystko się  wydał

o!  

Wię c ratuj się , jak moż esz, czym prę dzej chył

kiem - na  

dworzec pomykaj. Chroń  ciał

o. 

background image

   Przeczytał

em dwa razy. 

   - Genialne!  - pochwalił

em. 

   - Ż adne odkrycie - skwitował

 mój zachwyt - przecież   

jestem geniuszem. 
   - Zamierzasz to gdzieś wysł

ać ? - spytał

em. 

   - Jeszcze się  nie zdecydował

em - odpowiedział

 po namyśle  

- nie mam pewności, czy te barany to docenią. Być  geniuszem  
to nie jest takie proste, moż na być  odkrytym dopiero po  
śmierci. 
 
   Roman był

 moim kolegą z wojska, sł

uż yliśmy w tej samej  

kompanii. Wiele mu zawdzię czam. 
   Stał

em na warcie szarą nocą - gdy wtem widzę , ż e mierzy  

do mnie na wpół

 ukryty. Sosny proste, rzadkie, na pewno  

drewniana ściana magazynu - za nią się  chowam, nie chowam -  
ani drgnie - mierzy do mnie zza pnia sosnowego drzewa.  
Mierzę  do niego od siebie - nie wypala - spust - bezpiecznik  
- spust. Wreszcie seria dł

uga. Za dł

uga - czemu gł

ośna tak  

niepotrzebnie i bł

ę dnie za długa. Automat odpalił, przeszyty  

na wskroś leż y tam - przygię ty dymiącą gorącą serią. Stał

o  

się  - niepotrzebnie bł

ę dnie. Już  z wartowni przybiegli -  

milcząc podnoszą kolegę  mojego w zakrwawionym mundurze. Niosą  
go pod ścianę  budynku kompanii. Tu leż y przeszyty z piersią  
rozdartą, ż yje, nie mówi. W jakiż  sposób pomył

kowo zranił

em  

kolegę ? Milczą nie oskarż ają w ciszy zapadł

ej. Który to?  

Imię  znam. Z ł

atwością mógł

bym wymienić . Roman pomógł

 mi  

wtedy, był

 świadkiem w Sądzie Wojskowym. Został

em  

uniewinniony. 
 
   Leż ymy w trawie, widzę  otwarte niebo. Trójwymiarowa  
przestrzeń  zakrzywiona lazurem pię trzy się  w dal ustawiona w  
stereoskopie gł

ę bi. Nieograniczony horyzont rozdzierany 

ynnie cielskiem samolotu. W pół

locie wrzyna się  w skowyt i  

ginie szumem - lecz już  inny ton jego silników rozwija  
ewolucję  lę ku. Na rozgrzanych drganiem blachach kadł

uba  

sterroryzowanych tarciem atmosfery znaki. Wiem o nich, ż e  
są amerykań skie. A wię c jednak - myślę  - stał

o się  - dokonał

  

się  dzień  nadchodzący - wybił

a jego godzina. 

   To tu, to tam - wszę dzie ł

awice chmurek w oczekiwaniu.  

Podbiegliśmy we dwóch na wzgórze - ze szczytu ograniczony  
panoramą doliny widok - tu śledzimy tor jego lotu. Nagle  
zgrzytem wytraca prostą i pikuje w dół

, cał

ą masą uderza o  

ziemię . W sł

up kwitnącego ognia kaszlem zachł

ysnął

 się   

trzask detonacji - trzę sie rozerwaną przestrzeń  w promieniu  
fali. Pę kają opary obł

oków. Potę ż ny wstrząs ośrodka jeszcze  

nie nadszedł

, lecz wiem, ż e nastąpi dopeł

nienie. Już  w  

pierwszym kole cios zerwał

 szyby z okien i sypie je pł

atami  

pię ter - gdy w pośpiechu liczę  roztrzaskane sekundy.  
Powietrze przed nami wygina się  w pę cherz nadmiarem energii. 
   - Na dół

! - woł

am do Romana. 

background image

   Biegniemy na skrzydał

ch niejasnego lę ku. Wię c bryzgi  

ż wiru pod nogami strugą lepkiej mazi odejmują gardło słowom. 
   - Znowu kilkudziesię ciu ludzi odzwyczaił

o się  od palenia  

- powiedział

 Roman, leż ąc w trawie pod wzgórzem. 

   - I to ostatecznie - dodał

em. 

   Zaciągnął

 się  papierosem. 

   - Jutro ruszamy! - rzucił

 w moją stronę . 

   - Dokąd? 
   - Tam - machnął

 rę ką w kierunku pół

nocy  - nad morze. 

 
   Szliśmy wzdł

uż  nieznanego brzegu. W drodze tutaj nogi nam  

wię zł

y wśród podmokł

ych ł

ąk, a słony wiatr owiewał nas od  

strony wody. Tuż  na lewo krawę dź spł

ukiwana pianą - brzeg  

ten dziwnie fali się  opierał

. Myślał

em - rzeka, brzeg musi  

mieć  przeciwny i wytę ż ał

em wzrok pod sł

ony wiatr. Nie  

ujrzał

em jednak nic ponad skł

ę bione chmury. Na płachcie  

ż wiru bose stopy obsychają z wody. Teraz wiatr trzę sie  
liść mi brzozy i niesie chł

ód. Patrzę  na krawę dź, skąd  

bezmierną przepaścią zaczyna się  dal nieba. Nie rzeka to,  
lecz nieskoń czone morze. Jeszcze ślady po rybach i ptakach  
dostrzegam tu i tam - kę py róż nobarwnych traw podmokł

ych  

wśród kamieni. 
   Zł

oż yliśmy na trawie to, cośmy nieśli, ż aden nie wyrzekł

  

owa. Gdy zasiedliśmy przy ognisku, gotując wieczorny  

makaron, Roman spytał

   - Czego my tu wł

aściwie szukamy? 

   - Nie wiem, to był

 twój pomysł

   - Jak ja mogł

em mieć  taki gł

upi pomysł

? Nie mogę  sobie  

przypomnieć . 
   - No cóż , geniusze też  mają potknię cia - pocieszył

em go  

ironicznie. Moż e w chwili natchnienia przybył

eś tu, aby  

szukać  prawdy absolutnej? 
   - Nie ma takiej prawdy! - krzyknął

. - Prawd jest wiele,  

tyle, ilu ludzi. Każ dy ma swoją prawdę . Tak jak każ dy ma  
swoją dupę  - dodał

   - Mylisz się ! - zaoponował

em. - Są prawdy absolutne.  

Prawdy dla wszystkich. 
   - Jakie? 
   - A choć by Wszechświat. Wszechświat jest prawdą absolutną  
po prostu dlatego, ż e z zał

oż enia obejmuje wszystko, co  

istnieje, choć by miał

 nawet zawierać  domniemanych twórców  

naszej rzeczywistości fizycznej, egzystujących w pustym dla  
nich miejscu czasoprzestrzeni, zamknię tej obok jednego z  
wielu fragmentów tworzywa, otwartego i ograniczonego swym  
brzegiem (jak na przykł

ad pł

yta gramofonowa w naszej  

przestrzeni), moż e jego konstruktorów i reż yserów  
mechanicznej fali rozchodzącej się  w nim okresowo, zatem  
autorów doskonalszych niż  my, ale w każ dym razie  
pozbawionych atrybutu wszechmocy. Takich wię c twórców  
naszego stereonu, których byt należ ał

oby wytł

umaczyć   

background image

istnieniem kolejnego wymiaru. Być  moż e nasza czasoprzestrzeń   
stanowi rodzaj pł

yty ze stereonami dla czterowymiarowych  

widzów, wśród których bezwiednie przez cał

y czas  

trójwymiarowego seansu przebywa każ dy czł

owiek? Moż e ich  

umysł

y ubrane w zjawisko ciał

a i bardziej skupione na akcji  

ż ycia, niż  nasze umysły na ekranie podczas projekcji  
dwuwymiarowego filmu, wię c zupeł

nie nieświadome otaczającej  

fikcji, po jej przerwaniu powracają ze snu do jawy w  
czterowymiarowej rzeczywistości ich świata - sł

owem czy to  

my tam powracamy? Podobno ż ycie jest snem, zaś śmierć   
powrotem do rzeczywistości nieba. 
   - Brawo! Brawo! Widać , ż e ma się  tę  maturę  i kursa  
niektóre - krzyknął

 w udanym podziwie Roman. - A tak serio,  

to sądzę , ż e ci cał

kiem odbił

o. Czł

owiek jest biologiczną  

maszyną, która istnieje, póki ż yje. Pewnego dnia, z takich,  
czy innych powodów, maszyna przestaje dział

ać  - czyli ż yć . I  

jest to koniec jej świata, Wszechświata i wszystkich tych  
bzdetów, o których szeroko się  tu rozwodzisz. Ż yciem  
ludzkiej maszyny (identycznie jak zwierzę cej) kierują trzy  
popę dy: strach, gł

ód i chuć . Reszta to nadbudowa, którą  

stworzyli ludzie w ramach cywilizacji. 
   Najbardziej dominującym w poczynaniach czł

owieka jest  

strach i związane z nim próby zapewnienia sobie  
bezpieczeń stwa. Wszystkie postawy w zachowaniu czł

owieka,  

każ dy przejaw jego psychicznej czy fizycznej aktywności  
moż na wytł

umaczyć  w sposób prosty i zarazem naturalny,  

przypisując mu dział

anie pod wpł

ywem jednego tylko motywu:  

jest nim pragnienie bezpieczeń stwa. Pragnienie to stoi na  
czele wszystkich innych popę dów, nadaje im kierunek i  
zespala je wokół

 pierwszej przyczyny, która stanowi jedyny  

motyw każ dego postę powania, jest bowiem najbardziej  
pierwotnym źródł

em energii i uczuć  doznanych pod naciskiem  

odu i strachu albo instynktu seksualnego czy wreszcie  

dąż enia do wł

asnej mocy, bł

ę dnie rozpoznawalnych jako  

niezależ ne i gł

ówne motory ż ycia. 

   Niedosyt bezpieczeń stwa towarzyszy ludziom zawsze,  
również  w okresach, gdy nie odczuwają bezpośredniego  
zagroż enia. Zaspokojenie stał

ej potrzeby bezpieczeń stwa  

przynieść  moż e wewnę trzna albo zewnę trzna sił

a  

bezpieczeń stwa. Stąd bierze się  podział

 na ludzi  

samodzielnych i niesamodzielnych, kształ

tujący się  już  w  

pierwszym okresie ż ycia. Reszta, jak już  mówił

em, to  

nadbudowa stworzona przez cywilizację , proporcjonalna do  
poziomu danej cywilizacji. 
   Ziewnął

 przeciągle. 

   - Chodźmy spać , bo przegadamy cał

ą noc, a jutro jedziemy  

w góry - powiedział

, wsuwając się  do śpiwora. 

   Dł

ugo nie mogł

em zasnąć , krę cił

em się  w śpiworze, a gdy  

wreszcie zasnął

em, miał

em dziwny sen: 

   Stał

em przy szklanej ścianie pokoju w nieznanym mieście.  

background image

Patrzę  na niebo, w ciemność . Szukam przyczyny  
niespodziewanego blasku od okna. Patrzę  w niebo nad miastem.  
Ciemnoczerwona kula - Sł

oń ce - wzbija się  ponad stalowy  

horyzont i szybko zakreśla krąg wokół

 punktu ponad  

widnokrę giem. Widzę , jak zachodzi - zapada się  w gł

ąb  

ściągając za sobą w dół resztki napę czniałych prześwitów -  
potem wystrzela w górę  i zmywa miasto dziwnym  
szaroszkarł

atnym blaskiem. Pokój tonie na przemian w szaro- 

ż ółtym, to znowu w prawdziwym słonecznym blasku. Światło co  
pewien czas urywa się  gę stym mrokiem. Drż ę  przy szklanej  
ścianie i oceniam rozmiary kataklizmu. Na ulicach gorączkowy  
ruch zaskoczonych mieszkań ców. Śledzę  twarze ludzi  
zbijających się  w grupy - doszukuję  się  w nich niemego  
przeraż enia. 
   Gasnąca kula Sł

oń ca rośnie w oczach - zajmuje już  czwartą  

czę ść  horyzontu. Światł

o staje się  zimne, sł

abo rozjaśnia  

brunatną ciemność . Na chropowatej ścianie zapory skupia się   
zastygł

a w szkle czerwień , potem kula oddala się  i powtarza  

od nowa cał

ą ewolucję . Ziemia wpadła na skomplikowaną orbitę   

wokół

 przemienionego Sł

oń ca. Znów ugrzę zł

e w nocy zarysy  

wież owców rozdarł

 klin rozlewającego się  w przestrzeni  

światła i spełzł po murach - zastał mnie wśród ociemnionych  
bloków, gdzie nie mogę  pogodzić  się  z rozmiarami kataklizmu.  
Noc - dzień  - i znów niepoję ta noc. 
 
   Gdy po dwóch dniach podróż y autostopem zatrzymaliśmy się   
na drodze do górskiego schroniska, Roman wygł

osił

 mowę   

pochwalną dla wynalazcy autostopu: 
   - Wedł

ug mnie ten facet powinien mieć  pomnik w każ dym  

mieście. To jest wspaniał

e osiągnię cie ludzkości. A jakie  

zasł

ugi dla rozwoju turystyki! 

   - Na pewno duż e osiągnię cie - zgodził

em się  z  

umiarkowanym entuzjazmem, rozcierając pośladki zdrę twiał

e od  

kilkugodzinnego siedzenia w skrzyni ostatniej cię ż arówki. Po  
czym patrząc na pię kną panoramę  gór spytał

em: - Co dalej? 

   - Przenocujemy w schronisku, a jutro pójdziemy zdobyć   
Aporię  - odpowiedział

 
   Staliśmy na tej pół

ce pod szczytem. Miniatura schroniska  

widniał

a jak gniazdo os wśród polan - ł

ąkami wśród  

horyzontów śpiewał

 ku nam wiatr. A był

o mi blisko nieba i  

nie doleciał

 do mnie pluskiem fioł

ków kwiat ten zapomniany,  

który pozostał

 w domu. Kamieniem gł

odnych gór brył

a  

spogląda mi lotem ptaka - trzepocze piórami i puchem do mnie  
się  zbliż a i rośnie kroplami melodyjnego szumu, zgrzytem.  
Spadają ostatnie krople ros - podnoszę  gosnące na dł

oniach  

kryształ

y wykwitł

e w czerwieni pąków. I wiatr mieści się  w  

locie roziskrzonego nieba - nad nim najwyż szym pę dem pieśni  
czarują szczyty i jeszcze sine giganty ich kształ

tów ulatują  

z trzepotem obok najniż szych podpartych grani. Niepoważ nie  

background image

brzmi śpiew rzucony ostrzem biał

ego pieca chmur. Ciszy -  

zawartej, szarej ciszy kamienia - nie wzruszy. 
   A tam w dali horyzont pę ka wzdł

uż  linii umownej -  

przekrojonej cał

ą wycofującą się  obawą. A moż e jesteśmy  

wtopieni w ten kryształ

 pejzaż u na skale wysokiej, na  

powierzchni swego bytu - tak ujrzał

em w sł

owach pierwszych  

zawartego widoku myśl niejasną. 
   Ale... 
   Zawsze jest jakieś ale... 
   Gdy spojrzał

em na Romana stojącego na krawę dzi pół

ki ze  

wzrokiem wbitym w nieokreśloną dal, bł

ysnę ł

a w mym mózgu   

projekcja sceny, która miał

a miejsce przed dwoma miesiącami: 

   ...zgodnie z informacją, która nadeszł

a raptem - moż e  

olśnieniem, przeczuciem - powinien być  w miejscu widocznym,  
wiadomym - a tam go nie ma. Bo przecież  wiadomo mi od  
niedawna, ż e czł

owiek ten nie jest mi przyjacielem. Pojawił

  

się  w potrzebie nagł

ej. Ta sprawa do zał

atwienia pilna,  

nież ywa już  raczej - zawieruszył

a się  dziwnie. Jej też   

nigdzie nie ma i już  to czuję  i spostrzegam. Wspinam się   
biegiem po schodach domu mojego, stromych, wiodących na  
strych wysoki. Wystarczy teraz otworzyć  drzwi pokoju na  
górze i czas się  stanie jak rozdarta wrzeszcząca pł

achta  

papieru. 
   Leż ą na podł

odze ciasno przy sobie - nieruchomi. Czy  

mogł

em gdziekolwiek przył

apać  ich - siebie na oglądaniu  

równie bolesnej sceny? 
   A już  najbardziej zdumiewa mnie to zestawienie i fakt, ż e  
go - ich nie podejrzewał

em i to, ż e - jak się  dowiaduję  - tak  

był

o już  przez pewien czas. Nie mogę  uwierzyć  sobie - im, ż e  

widzą i patrzę . 
   Już  myśl mi się  mąci - tym bardziej ż e spojrzenie jego  
nie podejmuje napię tych strun oniemiał

ych z gniewu i  

zaskoczenia wbitych w niego oczu moich. Odchodzi na bok jak  
nic - normalnie. Uderzam - szarpię  się  z czymś na boku - rwę   
to i rzucam w niego. Przecież  bezsilnie, sł

abo, bez  

znaczenia - ale do okna, do okna... Za oknem, przy którym  
stoję , szmaragdowe obcię te niebem wzgórza oblewa rzeka -  
jezioro. 
   Koniec projekcji - a jego plecy tuż  - przede mną. Stoi na  
skraju pół

ki opasany liną, którą wypoż yczył

 rano w  

schronisku. On ma rację  - pomyślał

em - motorem ludzkich  

dział

ań  jest strach. Jednym rzutem sprę ż onego ciał

a uderzam  

w te plecy... 
   Poleciał

. Ostatni zwój rozwijającej się  liny zaplątał

 się   

na mojej nodze. Trzask ł

amanej kości i ból przeszywający  

czaszkę , a potem ciemność . 
 
   Gdy po kilku tygodniach pobytu w szpitalu powrócił

em do  

domu, ż ona podsunę ł

a mi dwie gazety z podkreślonymi  

flamastrem tytuł

ami artykuł

ów. 

background image

   - Przeczytaj, proszę ! - powiedział

a, wymownie patrząc mi w  

oczy. 
   Zaczął

em czytać . 

   TRAGEDIA W GÓ RACH 
   Czytelników naszych informowaliśmy już  o wstrząsającej  
tragedii górskiej, jaka miał

a miejsce w sobotę  pod szczytem  

Aporii. Niestety, mimo wielogodzinnych poszukiwań , ciał

a  

Romana Neleza nie udał

o się  odnaleźć . Ustalono natomiast, ż e  

ostatnią osobą napotkaną przez mł

odych turystów był

 Alberto  

Can, mieszkaniec tych okolic. Turyści rozmawiali z nim na  
kilka godzin przed wypadkiem. Nelez zwierzył

 się  góralowi,  

ż e on i jego towarzysz nie należ ą do najbardziej  
doświadczonych alpinistów i prosił

 o wskazanie drogi  

moż liwie najł

atwiejszej. Doceniając wagę  tego wyznania  

Alberto Can pochwalił

 ich za szczerość , a nastę pnie skierował

  

na szlak, którego pokonanie nie wymagał

o ż adnego ekwipunku.  

Świadectwo górala utwierdza nas w przekonaniu, ż e młodzi  
mę ż czyźni nie zamierzali ryzykować  lekkomyślnej w ich  
przypadku i brawurowej wspinaczki. 
   Jednakż e z nie ustalonych jeszcze przyczyn mł

odzi znacznie  

zboczyli ze wskazanej trasy. Porozumienie się  z bezpośrednim  
świadkiem tragedii, panem Henrykiem S., wydaje się ,  
przynajmniej na razie zupeł

nie niemoż liwe. Zapytany o  

przyczynę  zmiany decyzji, przyjaciel Neleza zwrócił

 się  do  

nas z wyrazami wrę cz nieprzytomnej wrogości. Wrogość  jego,  
jak zauważ yliśmy, przenosi się  z ł

atwością na wszystkie  

znajdujące się  w pobliż u osoby i dziwnie kontrastuje z  
wyjaśnieniami jego ż ony, wedł

ug sł

ów której Henryk S. był  

zawsze opanowany i zrównoważ ony. Bądźmy jednak wyrozumiali i  
sprawiedliwi. Trudno nie znaleźć  sł

ów zrozumienia i  

najgł

ę bszego współczucia dla tego wprawdzie nieobliczalnego  

w sł

owach i szalonego dziś mę ż czyzny, jeśli się  zważ y ogrom  

jego udrę ki. Bowiem na podstawie róż nych danych i  
niezależ nie od bardzo chaotycznych i niepeł

nych wyjaśnień   

Henryka S. udał

o się  stwierdzić , ż e Nelez wisiał

 na linie  

przypuszczalnie okoł

o godziny, nim na koniec runął

 w gł

ąb  

dwustumetrowej przepaści. W tym czasie jego przyjaciel leż ał

  

na skalnym progu tuż  nad bezradnym towarzyszem, dokł

adnie w  

miejscu, gdzie go później okaleczonego i nieprzytomnego  
odnalazł

a ekipa ratowników. Leż ał

 tam przez nieskoń czenie  

dla niego dł

ugi okres czasu, śmiertelnie wyczerpany i  

tragicznie bezsilny, być  moż e nawet do ostatniej chwili  
peł

en nadziei, wyczekując pomocy - ba, cudu - i mimo  

rozpaczliwych wysił

ków nie był

 w stanie przyjść  koledze z  

pomocą. 
   Dziś Henryk S. robi wraż enie obł

ąkanego. Do takiej opinii  

skł

aniają nas nie tylko wł

asne obserwacje, ale też  sł

owa  

lekarza, któremu udał

o się  zdobyć  zaufanie chorego dzię ki  

czemu usł

yszał

 z jego ust mał

o prawdopodobną historię . 

   Otóż  wedł

ug sł

ów pacjenta świadkiem tragedii był  

background image

znajdujący się  w pobliż u inny alpinista. Chory określił

  

miejsce, skąd ich obserwował

. Czł

owiek ów - jeśli nie uznamy  

go za twór chorej wyobraźni - zwyrodniał

y sadysta, mógł

by  

uratować  Neleza, gdyby tylko zechciał

. Lecz on, zamiast  

pośpieszyć  z pomocą nieszczę śliwym, co jak wykazał

y  

oglę dziny miejsca wypadku, był

o dla niego rzeczą moż liwą i  

bezpieczną (wię cej nawet: prostą), nie tylko, ż e pozostał

  

biernym świadkiem nieszczę ścia, ale - w co trudno uwierzyć  -  
najspokojniej w świecie... fotografował

 ich! Tak! Wykonał

  

kilka zdję ć  tego rozciągnię tego na pionowej ścianie,  
obramowanego skał

ą, niepowtarzalnego spazmu ludzkiej  

rozpaczy, po czym oddalił

 się  bez sł

owa. 

 
   Drugi artykuł

   NOWE ELEMENTY TRAGICZNEJ ŚMIERCI NELEZA 
   Jednym z tych elementów jest komunikat zamieszczony w 
prasie przed kilkoma tygodniami w czasie akcji ratowniczej.  
Drugim artystycznie wykonana fotografia krajobrazu górskiego  
odnaleziona przez pewnego czytelnika w piśmie  
fotograficznym. Barwne zdję cie przedstawia bogatą w  
szczegół

y panoramę  górską, której zrę cznie zakomponowany  

plan pierwszy stanowi widoczna z jednej strony karkoł

omnie  

umiejscowiona na skale para alpinistów. 
   Związek mię dzy opisaną w komunikacie tragedią (autor  
fotografii nic o niej nie wie) i treścią zdję cia jest dla  

ównego bohatera artysty fotografa - nieuchwytny. Wprawdzie  

zarówno komunikat, jak i fotografia ukazują tych samych  
ludzi w tych samych miejscach i czasie, jednak przedstawiają  
ich w sposób krań cowo róż ny. Widoczny na fotografii  
mę ż czyzna w niczym nie przypomina tragicznej postaci  
opisanej w komunikacie. Tu patrzy na nas z fotografii  
obramowana urzekającym krajobrazem twarz czarująco  
uśmiechnię tego, a wię c - jak sądzimy - szczę śliwego  
czł

owieka. Opis wypadku jest temu przeciwny. Sprzeczność   

jest oczywista, a przyczyna jej jest nastę pująca: przy  
wykonywaniu zdję cia fotografa pochł

onę ł

y w cał

ości problemy  

techniczne związane z najbardziej efektownym jego wykonaniem.  
Sądził

, ż e robi zdję cie rozmił

owanym w urokach śmiał

ej  

wspinaczki, tryskających zdrowiem i ż yciem i chwilowo  
pogrąż onym w kontemplacji gór turystom - tymczasem był

a to  

chwila przed agonią. Wykonywane w cię ż kich warunkach i  
wymagające najwię kszego skupienia czynności nie pozwolił

y mu  

zauważ yć  tego, co by zauważ ył

, gdyby patrzył

 zamiast  

fotografować . Autor fotografii, zresztą sam rozmił

owany  

alpinista, jest tak dalece przekonany o ukazanym na  
zdję ciu synonimie beztroski i szczę ścia, ż e uogólnia w  
niej niepowtarzalną satysfakcję , którą czł

owiek wynosi ze  

zwycię skiej walki z przyrodą i nadaje swej pracy tytuł

  

"Radość  ż ycia". 
   Czujemy się  zobowiązani poinformować  czytelników, ż e  

background image

termin "aporia" ma dwa znaczenia. To nie tylko nazwa  
górskiego szczytu, niedostę pnego z jednej strony, a  
równocześnie bardzo ł

atwego do zdobycia z drugiej - to  

również  poję cie oznaczające bezradność , wątpliwość  i nie  
dającą się  przezwycię ż yć  trudność  logiczną. Termin  
filozoficzny - dodajmy, termin określający trudność  pozorną -  
bowiem cał

y problem nieosiągalności aporii w ogóle jest  

pozorny i to zarówno tej, która jest szczytem, jak i tej, co  
jest tylko terminem. Aporia wreszcie to wynikł

a z  

niezwykł

ego i tragicznego zbiegu okoliczności, nie dająca  

się  przezwycię ż yć  trudność  psychiczna, trudność , która  
uwikł

anego potę gującą się  niemoż liwością czł

owieka wprowadza  

w nieubł

agany impas. Nieunikniony rozwój wypadków przechodzi  

przez wszystkie fazy kształ

tującego się  urazu psychicznego i  

niczym pę knię ta pł

yta powraca uparcie do tych samych  

elementów, w których znajduje swój zdeterminowany cel, a  
jednocześnie praźródł

o. 

   Nawiązując do fotografii musimy stwierdzić , ż e czas  
naszego bezpośredniego kontaktu z przedmiotami, zjawiskami  
czy też  ludźmi jest niezwykle krótki w zestawieniu z czasem  
rzeczywistego ich trwania. Na podstawie wycinkowych  
spostrzeż eń , uł

amkowych doświadczeń  usił

ujemy uogólniać  naszą  

wiedzę  o rzeczach, każ emy im nieruchomieć  w pozach zgodnych  
z naszymi wyobraż eniami o nich, by w symbolach tych znaleźć   
potwierdzenie dla naszej - jakż e ograniczonej - wiedzy. 
   Czujemy się  upoważ nieni... 
 
   Zauważ ył

a, ż e skoń czył

em czytać . 

   Dzielącą nas pustkę  rozdarł

o pytanie: 

   - Czemu to zrobił

eś? Przecież  to obł

ę d! 

   - Czemu? - powtórzył

em jej pytanie. - Czemu? 

   Milczał

a. 

   - Bo nie ma prawdy absolutnej, każ dy z nas ma swoją  
prawdę ! - odpowiedział

em, patrząc zimno w jej oczy. 

                                     Adam Wi śniewski-Snerg 
 
                    ADAM WIŚNIEWSKI-SNERG 
   Urodzony 1 stycznia 1937 roku w Pł

ocku, twórca  

legendarnego "Robota" (1973), zmarł

 tragicznie w Warszawie  

24 sierpnia 1995 roku. Mimo to, za sprawą wydrukowanego  
pośmiertnie opowiadania "Dzikus" ("NF" 8-9/97), zdobył

 tytuł

  

twórcy roku na tegorocznym V Festiwalu Fantastyki w Nidzicy,  
organizowanym przez Wojtka Sedeń kę . To bolesny paradoks -  
gdyby Adam mógł

 przewidzieć  podobny rozwój wypadków, być   

moż e tytuł

 i nagroda nie był

yby pośmiertne. 

   "Zmowa", podobnie jak "Dzikus" wydobyta z rę kopisów i  
udostę pniona nam przez brata Adama, pana Stanisł

awa  

Wiśniewskiego, pochodzi najprawdopodobniej z wczesnego  
okresu twórczości Snerga (początek lat siedemdziesiątych?).  
Jak w cał

ym wł

aściwie dziele, i tu zmaga się  Adam z formą;  

background image

boryka z kompleksami i ambicjami, z dogł

ę bnym  

nieprzystosowaniem do ludzi i świata. I tu, jak w tekstach  
późniejszych próbuje okieł

znać  świat i wł

asne szaleń stwo,  

snując fantastyczno-naukowe filozoficzne teorie. Rzecz  
pochodzi z gotowego wł

aściwie i (jak się  niespodziewanie  

okazał

o) obszernego zbioru krótszych form Snerga,  

fantastycznych i nie; pan Stanisł

aw miota się  z maszynopisem  

mię dzy Warszawą, Poznaniem i Toruniem, szukając nań   
najkorzystniejszej wydawniczej propozycji. Podejrzewam, ż e  
nie ma w tym ż adnej "zmowy", jestem pewien, ż e tytuł

  

"Dzikus" był

by dla takiego zbiorku najwł

aściwszy. Wię cej  

informacji o Adamie i o poświę conych mu tekstach z naszych  
łamów moż na znaleźć  w "NF" 8/97 i 9/97.