background image

Marion Lennox 

Prawdziwy raj 

background image

PROLOG 

Lily wpatrywała się w cienki niebieski paseczek 

z przerażeniem. Tuż obok na łóżku leżał bilet lotniczy. 

Za trzy godziny wsiądzie do samolotu lecącego na Ka-

puę, jej ojczystą wyspę na Pacyfiku, i od tego momentu 

ona i Ben będą już tylko co najwyżej przyjaciółrni. 

Jestem w ciąży... 

Wstrząśnięta, spojrzała na własne odbicie w lustrze. 

Przez cztery lata trwania ich związku zawsze bardzo 

uważali, ale tydzień, temu miała, kłopoty żołądkowe 

a w ostatnich dniach, wiedząc, że może go już nigdy nie 

zobaczy... Cóż, jedynym pewnym środkiem antykon­

cepcyjnym jest abstynencja, lecz jak mogła się po­

wstrzymać, skoro wiedziała, że to ich ostatnie wspólne 

chwile? 

Jestem w ciąży z Benem. Muszę mu powiedzieć. 

Wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Będzie wście­

kły. Co do tego nie miała wątpliwości. Jak ktoś taki jak 

on, kto zawsze był bardzo powściągliwy w okazywaniu 

uczuć, kto natychmiast zamykał się w sobie, gdy tylko 

ktoś czegoś od niego potrzebował, może sprawdzić 

się jako ojciec? Nie można wykluczyć, że ich związek 

trwał tak długo, bo Ben od samego początku wiedział, 

że po czterech latach studiów ona wróci na swoją 

wyspę. 

Kochała go całym sercem. 

background image

6 MARION LENNOX 

Zamknęła oczy. Ogarnęła ją panika. Jak mogłaby 

odejść, wiedząc, że w jej łonie rozwija się jego dziecko? 

Jak w ogóle mogłaby go opuścić? 

Gdyby się dowiedział, że jest w ciąży, nie pozwolił­

by jej wyjechać. Znała go na tyle dobrze, że była tego 

pewna. Ben jest człowiekiem honoru. Ma za sobą sa­

motne dzieciństwo i nie dopuści, by jego dziecko wy­

chowywało się bez ojca. 

Ale także nie zdobędzie się na miłość do dziecka, 

pomyślała ponuro. On nie wie, co to znaczy otaczać 

kogoś troską i czułością. Byli ze sobą prawie od począt­

ku studiów i przez cały ten czas czuła, że dawała więcej, 

niż otrzymywała. 

Nie, nie, nie może mieć do niego o to pretensji. Ben 

zawsze otwarcie stawiał sprawę. 

- Lily, żadnej kobiety nie będę kochać tak jak cie­

bie, ale nie chcę wiązać się do końca życia - powtarzał 

po wielekroć, jak gdyby chciał się upewnić, że go ro­

zumie. - To, co wspólnie przeżywamy, jest cudowne, 

jednak po skończeniu studiów chcę... muszę wyruszyć 

w świat. 

Ale teraz... 

Lily przypomniała sobie panikę pojawiającą się 

w oczach ukochanego, ilekroć napomykała, jak bardzo 

go potrzebuje. Dziecko niczego nie zmieni. Nawet jeśli 

Ben zaproponuje jej małżeństwo, to będzie gorsze niż 

samotność. 

Czas biegł nieubłaganie. Powinna się spakować. 

Ben mnie nie potrzebuje, powtarzała sobie. On niko­

go nie potrzebuje. Za to mieszkańcy Kapui nie mogą się 

mnie doczekać. Im jestem potrzebna. 

Wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze, myśląc 

background image

PRAWDZIWY RAJ 7 

o dziewczynie, jaką była jeszcze dziesięć minut temu, 

i o kobiecie, jaką się nagle stała. Kobiecie mającej po­

ważne zobowiązania. 

Na Kapui, jej ojczystej wyspie, na której mieszkała, 

odkąd skończyła osiem lat, nigdy nie było lekarza. Lu­

dzie umierali z braku fachowej pomocy. Lily, świetna 

uczennica, marzyła o medycynie. To mieszkańcy wys­

py sfinansowali jej studia. Chociaż sami ledwo wiązali 

koniec z końcem, zdecydowali się zapłacić za jej naukę. 

Rodzina i sąsiedzi postanowili, kosztem ogromnych wy­

rzeczeń, dać jej - i sobie - szansę. 

Im dłużej studiowała, z tym większą niecierpliwoś­

cią na nią czekali, a kiedy zbliżała się obrona dyplomu, 

ich radość sięgnęła zenitu. Wybudowali nawet dla niej 

szpital. Ich mała Lily będzie pierwszą lekarką na wy­

spie! A tymczasem ona jest w ciąży z Benem! 

Przejęta grozą, wypuściła z ręki test ciążowy. Przyło­

żyła dłoń do brzucha. Już kochała to dziecko. 

Ciąża nie zawsze kończy się szczęśliwym porodem, 

pomyślała, walcząc ze wzbierającymi łzami. Powie­

dzieć Benowi teraz, czy... 

Niemożliwe. Przecież pod koniec tygodnia on wy­

jeżdża na swoją pierwszą wojskową misję. Bala się, że 

zareaguje zbyt gwałtownie, zbyt emocjonalnie. Posta­

nowi się z nią ożenić, wyznaczy datę ślubu już, zaraz, 

podczas najbliższego urlopu. 

Jeśli wyjadę, tak jak muszę, nie pojedzie ze mną. 

Wielokrotnie go namawiała, żeby kiedyś odwiedzili 

razem wyspę, lecz nigdy nie okazał zainteresowania. 

Wszyscy mieszkańcy wyspy to twoja rodzina? - dziwił 

się. Jak to możliwe? 

On nie ma pojęcia, co to znaczy rodzina. 

background image

8 MARION LENNOX 

Rodzina... Tak, mieszkańcy wyspy są jej rodziną. 

Oni pokochają moje dziecko, pomyślała. A dla Bena 

będę tylko kamieniem młyńskim u szyi. 

Zrozpaczona kiwała się w przód i w tył. Jak ma mu 

powiedzieć? Zacznie nalegać, żebyśmy wzięli ślub. Czy 

zdołam mu odmówić? Czy mogę nie wrócić na wyspę? 

- Więc powiedz mu i wyjedź - powiedziała na głos 

do swojego odbicia w lustrze. 

- Brak mi odwagi - natychmiast sobie odpowie­

działa. 

Na schodach rozległy się kroki. Drzwi otworzyły się 

gwałtownie i stanął w nich Ben Blayden. Jej Ben. Wy­

soki, silny, opalony, roześmiany. Wspaniały. 

Ojciec jej dziecka. 

- Lily! - zawołał, zanim zdążyła cokolwiek powie­

dzieć. -Przyjęli mnie do jednostki antyterrorystycznej. 

Odbędę szkolenie. - Podbiegł do niej, porwał w ramio­

na i obrócił się z nią jak na karuzeli. - To najlepsi spece 

na świecie. Ty jedziesz ocalać swoją małą wysepkę, ja 

zobaczę cały świat! 

Wirował z nią i wirował, aż w głowie jej się za­

kręciło. W końcu postawił ją na ziemi, a ona przytuli­

ła się do niego, pragnąc po raz ostatni poczuć siłę jego 

ramion. 

- Każde z nas spełniło swoje marzenie - ciągnął, 

a ona czuła, że myślami jest już daleko, że przeżywa 

przygody, w których dla niej nie ma miejsca. - Strasznie 

będę za tobą tęsknił - dokończył. 

- A ja za tobą - wyszeptała z trudem. 

- Naprawdę? - Ujął jej twarz w dłonie. W jego 

oczach było tyle podniecenia, że nie dostrzegł zmiany 

w jej spojrzeniu. - Nie rozumiem, jak możesz chcieć 

background image

PRAWDZIWY RAJ 9 

wracać do takiego miejsca jak Kapua - rzekł. - Cały 

świat stoi przed tobą otworem. 

- Kapua jest moim światem. 

Ben pokiwał głową. 

- Chyba tak. - Przytulił ją do siebie. - Podejrze­

wam, że oboje mamy poczucie misji, niestety rozbież­

ne. Bardzo chciałbym, żeby było wspólne. 

- Nieprawda - zaprzeczyła szeptem tak cichym, że 

nie mógł jej usłyszeć. Jej słowa płynęły z głębi serca 

i pragnęła, aby trafiały prosto do serca Bena. - Ty nie 

chcesz, żeby były wspólne. Bo ty chadzasz własnymi 

drogami, mój kochany. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Czy to nie na Kapui mieszka Lily Cyprano? 

Ben, który miał każdą minutę wyliczoną, powitał 

pojawienie się kolegi ciężkim westchnieniem. Sam 

Hopper był świetnym chirurgiem, lecz miał jedną wadę: 

usta mu się nie zamykały. A pierwszy helikopter od­

latuje za godzinę! Zazwyczaj już w tej chwili Ben 

odczuwał taki przypływ adrenaliny, że robota paliła mu 

się w rękach, lecz ostatnio... Psiakrew, czyżbym wpadł 

w rutynę? 

- Co mówiłeś? - odezwał się, nie podnosząc głowy. 

Sam nalał sobie kawy i usiadł na blacie, na którym 

Ben segregował lekarstwa. 

- Lily - powtórzył cierpliwie. - Taka fajna laska, 

pól Francuzka, pół wyspiarka, podobna do Audrey Hep­

burn, chociaż bardziej tu i tam zaokrąglona. Seksowna. 

Skończyła lekarski, potem wróciła na tę małą wyspę, 

gdzie się wychowała. To chyba właśnie była Kapua. 

- Zamilkł, jak gdyby intensywnie starał się coś sobie 

przypomnieć. - Hej, czy wy przypadkiem nie chodziliś­

cie wtedy ze sobą? Ja byłem na wyższym roku, ale coś 

mi się majaczy, że... 

Na jedno mgnienie ręce Bena znieruchomiały, wrócił 

ból rozstania. Jednak natychmiast się opanował. 

- To było siedem lat temu - burknął. - Ty to masz 

pamięć do głupot... 

background image

PRAWDZIWY RAJ 11 

- Ale to była Kapua, tak? 

- Tak. 

W ferworze przygotowań do akcji nie skojarzył na­

zwy wyspy z Lily. Oczywiście, że chodzi o wyspę, którą 

ona nazywała domem. 

- Nadal tam mieszka? 

- Skąd mogę wiedzieć? - zdenerwował się. - Od 

kilku lat nie mam z nią kontaktu. 

- Ale byłoby zabawnie, gdyby znalazła się wśród 

tych zbuntowanych. 

- Bardzo zabawnie - prychnął Ben i na nowo zajął 

się pakowaniem. 

Decyzja o interwencji zbrojnej zapadła nagle. Rano 

nadeszła wiadomość o rewolcie na Kapui, największej 

z niewielkiej grupy wysp na Oceanie Spokojnym. Miesz­

kańcy byli potomkami Polinezyjczyków i Hiszpanów, 

którzy kilka wieków temu starali się skolonizować ar­

chipelag. Po tych próbach nie pozostało jednak śladu. 

Najeźdźcy widocznie uznali, że zgodny z naturą styl 

życia wyspiarzy bardziej im odpowiada niż własny, 

i przystosowali się do niego. 

Ostatnio jednak odkrycie ropy naftowej przypomnia­

ło światu o istnieniu Kapui. Niemniej władze wyspy 

wykazywały bardzo umiarkowane zainteresowanie eks­

ploatacją złóż. Owszem, oznaczałoby to postęp cywili­

zacyjny, lecz oni bali się, że po wyczerpaniu zasobów 

ich potomkowie zostaną bez środków do życia. Dlatego 

grali na zwłokę. Chociaż decyzję władz popierała więk­

szość mieszkańców, chciwość robiła swoje. Doszło do 

rozłamu. Grupa niezadowolonych przy pomocy terrory­

stów z zewnątrz chciała przejąć władzę. 

Doniesienia z Kapui były dramatyczne. Terroryści 

background image

12 MARION LENNOX 

opanowali kompleks budynków, tworzący siedzibę 

władz. Byli zabici, na wyspie zapanował chaos. W opi­

nii ekspertów, rezultatem mogła być destabilizacja sytu­

acji w całym regionie. Wobec takiego obrotu sprawy 

sojusznicy wysp nie mieli wielkiego wyboru. Natych­

miast wysłano pomoc wojskową, a jednym z uczest­

ników misji interwencyjnej miał być kapitan Ben Blay-

den z korpusu medycznego. 

Na pewno już o mnie zapomniała, pomyślał ponuro 

Ben. A jeśli zmieniła się w grubą wyspiarkę z szóstką 

albo siódemką dzieciaków? Uśmiechnął się mimowol­

nie. Dom i rodzina na pewno uszczęśliwiłyby Lily. 

Przez całe studia tęskniła za swoją wyspą. 

- Moja wyspa jest moim domem - mawiała. - Po­

jedź ze mną, zobacz, jak tam jest. 

Ale on pragnął żyć szybko, intensywnie. Wzdragał 

się na samą myśl o osiedleniu się na jakiejś małej 

wyspie i wychowywaniu dzieci. Co innego Lily... 

- Lily była cudowna - rzekł. - Bardzo atrakcyjna. 

- Odszukaj ją, jak tam już będziemy. 

- Mam złożyć jej wizytę pod ostrzałem? 

- Może nie jest aż tak źle, jak donoszą? - Sam starał 

się być optymistą. - Może uda ci się przekonać tych 

terrorystów, żeby odłożyli broń, nalali sobie margaritę 

i poszli wylegiwać się na plaży? 

- Akurat! 

- Nigdy nic nie wiadomo - rzucił Sam i ziewnął. 

- Ale przynajmniej coś się będzie działo. Zobacz, czy 

nie znajdziesz dla mnie kilku delikwentów do zeszycia. 

Tylko postaraj się o ciekawe przypadki. Przylecę jak na 

skrzydłach. 

- Chcesz jechać za mnie? 

background image

PRAWDZIWY RAJ 

13 

- Dopóki nie przekonacie ich, żeby przestali strze­

lać, nie namówisz mnie, stary. - Sam wyszczerzył zęby. 

- To ty jesteś lekarzem frontowym, nie ja. 

- Nie mogę znaleźć Benjy'ego. 

Lily przeciskała się przez tłum zapełniający szpital. 

Panika niemal ją paraliżowała. Otaczali ją ludzie, któ­

rym była potrzebna. Bandyci, którzy opanowali kom­

pleks budynków samorządowych, strzelali do wszyst­

kiego, co się rusza. Straty sięgały dwudziestu zabitych 

i dziesiątków rannych. Ale Benjy... 

Tego dnia rano jedna z radnych odpowiedzialna za 

sprawy finansowe Kapui, słaniając się na nogach, stanę­

ła w jej drzwiach, przyciskając do piersi strzaskaną 

rękę. Wtedy Lily kazała synkowi biec do domku Kiry. 

Kira była stryjeczną babką Lily, kochającą, dobrą 

staruszką. Mieszkała z dala od centrum, w tradycyjnej 

chacie przy plaży. U niej Benjy jest bezpieczny, po­

wtarzała sobie Lily. Lecz w południe do szpitala przy­

biegł zapłakany sąsiad Kiry. 

- Kira... Kira... 

Lily jakoś się opanowała i dokończyła opatrywanie 

mężczyzny z raną postrzałową uda. Udało jej się zata­

mować krwotok, lecz rannego czekała jeszcze jedna 

operacja. Tylko kiedy? 

Na chwilę wyrwała się ze szpitala i pobiegła na 

plażę. Zobaczyła, że chata Kiry spłonęła, że Kira nie 

żyje, że Benjy zniknął. Boże! Nigdzie ani śladu. 

Roztrzęsiona wróciła do szpitala. Pieter, główny pie­

lęgniarz, wziął ją za ręce i delikatnie nimi potrząsnął. 

- Co to znaczy, że nie możesz znaleźć Benjy'ego? 

Nie ma go u Kiry? - dopytywał się. 

background image

14 MARION LENNOX 

- Kira nie żyje. Zabili ją strzałem w plecy. A Benjy 

zniknął. Na plaży nie ma żywego ducha. - Urwała 

i zaniosła się płaczem. - Gdzie on mógł pójść? Dlacze­

go go tam nie ma? 

Była tak zrozpaczona, że ledwo utrzymywała się na 

nogach. Pieter posadził ją na krześle i przyklęknął obok. 

- Może jest z Jacques'em? 

- Jego też nigdzie nie ma. Boże, jeśli on... 

Ukryła twarz w dłoniach. Pieter oderwał jej ręce od 

twarzy i spojrzał prosto w oczy. Był najbardziej do­

świadczonym pielęgniarzem na wyspie, miał ponad 

sześćdziesiąt lat i odznaczał się niezwykłą cierpliwoś­

cią. Strach w jego oczach przeraził Lily bardziej niż 

wszystko inne. Jeśli Pieter się boi, to... Lecz Pieter 

szybko się opanował. 

- Bardzo prawdopodobne, że Benjy jest z nim -

zaczął. - Albo że się gdzieś ukrył. To dobry znak. Nie 

denerwuj się. Benjy jest rozsądnym dzieckiem. Jeśli 

zaczniemy ich szukać, narazimy wszystkich na nie­

bezpieczeństwo. Nic powinnaś była sama wychodzić 

ze szpitala. - Zamilkł, jak gdyby się wahał, lecz po 

chwili ciągnął: - Musisz przestać myśleć o Benjym. 

Jesteś naszym jedynym lekarzem, ranni cię potrzebu­

ją. Zaufaj, że Jacques się małym zaopiekuje. Od tej 

chwili chłopak musi jakoś sobie radzić, tak jak my 

wszyscy. 

Świtało, gdy helikopter wielozadaniowy chinook 

wiozący Bena zawisł nad północną plażą. 

- Plaża północna zabezpieczona - usłyszeli przez 

trzaskające radio głos zastępcy przewodniczącego sa­

morządu wyspy, który mówił z wyraźnym trudem. -

background image

PRAWDZIWY RAJ 15 

Nie wydaje się, żeby byli w pobliżu. Szpital też jest 

w naszych rękach. 

Takie idylliczne wyspy, myślał ponuro Ben, stają się 

łatwym łupem dla wszelkich kanalii. Dopóki wszyscy 

są zadowoleni, życie w podobnym raju toczy się bez 

problemów. Tutaj, na przykład, większość mieszkań­

ców nie posiada broni. Nigdy nie przyszło im do głowy, 

że będzie potrzebna. A jednak znaleźli się tacy, którzy 

to wykorzystali. 

Z lewej strony dobiegły odgłosy strzelaniny z broni 

maszynowej. Pilot wykonał zwrot, a silne reflektory 

szperacze omiotły gęsty tropikalny las. 

- To Ml6 - odezwał się siedzący obok Bena sier­

żant. - Poznaję po sekwencji strzałów. Znajdują się zbyt 

daleko, żeby w nas trafić. Według naszych doniesień, 

terroryści nie mają pocisków ziemia-powietrze o od­

powiednim zasięgu. Dadzą nam jeszcze popalić, ale 

możemy lądować. 

- OK. Schodzimy - zadecydował pilot. - Do dzieła, 

chłopaki. Znacie swoje zadania. 

Pieter przyniósł dwa pojemniki z osoczem do sali 

operacyjnej. Lily wiedziała, że potrzebny jest na ze­

wnątrz, wiedziała również, że traktuje ją jak pacjentkę, 

szczególną pacjentkę, która musi jak najdłużej utrzy­

mać się na nogach. Kobieta, którą opatrywała, została 

ciężko ranna. To cud, że pocisk ominął serce. Lily 

powinna całą uwagę skoncentrować teraz na niej, lecz 

pielęgniarz odgadywał, że jej myśli krążą wokół synka. 

Wiedział, że potrzebny jest jej promyk nadziei. I właś­

nie dlatego przyszedł. Żeby podtrzymać ją na duchu. 

- Wojsko przybyło nam na odsiecz. Wylądowali na 

background image

16 MARION LENNOX 

północnej plaży - oznajmił. - Zgłosiło się kilku nowych 

pacjentów. Przybyli z lasu. Widzieli ich. 

Lily prawie go nie słuchała. 

- Benjy, Benjy - szeptała do siebie. 

- Ilu ich jest? - spytała jedna z pielęgniarek. 

Strach w głosie kobiety otrzeźwił Lily. Mężczyźni 

broniący szpitala mogą w każdej chwili zostać zaatako­

wani i pokonani. A jej sześcioletni synek przebywa 

gdzieś tam w głębi wyspy. 

- Dotąd przyleciały trzy helikoptery. 

Lily wyczuła, że napięcie w sali operacyjnej odrobi­

nę zelżało. Pomoc z zewnątrz? 

- Ci bandyci to tchórze - odezwał się Pieter. - Zo­

stawili nas w spokoju, bo wiedzą, że mamy broń. Ludzi 

zabijają, ale sami nie chcą oberwać. Nie liczyli na tak 

szybką interwencję. Chyba spodziewali się, że wcześ­

niej dostaną wsparcie od swoich. 

- Jeśli już nie dostali... 

- Gdyby tak było, zestrzeliliby helikoptery - odparł 

z przekonaniem Pieter. - Wielu ludzi pochowało się 

w rozmaitych kryjówkach - dodał, patrząc na Lily. -

Mogą w nich długo przebywać. 

Benjy. 
- Są jakieś wiadomości z siedziby samorządu? - do­

pytywała się pielęgniarka. 

Lily zaklipsowała naczynie krwionośne i czekała na 

osuszenie rany. Było jej słabo, ledwo stała na nogach. 

- Nie mamy pojęcia, co się tam dzieje - odrzekł 

Pieter. - Wiemy tylko, że strzelali do tych, co próbowali 

uciec z budynku. 

- A ci w środku? Też zostali zabici? 

- Kto to może wiedzieć? - mruknął pielęgniarz. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 17 

- Strzelają do każdego, kto się zbliży. - Zostawił po­

jemniki z plazmą, zerknął na Lily, by sprawdzić, czy 

się jeszcze jakoś trzyma, i wychodząc, dodał: - Ma­

my troje ciężko rannych. Jak tylko będziesz mogła, 

przyjdź. 

Pracowała całą noc, starając się nie myśleć o synku, 

tylko koncentrować się na bieżących zadaniach. 

Rannych było tak wielu, że przydałoby się z tuzin 

lekarzy, a ona była sama. Poruszała się jak automat, 

jednak w głowie rozbrzmiewało jedno słowo, nieme 

błaganie: Benjy, Benjy, Benjy... 

- Potrzebujesz snu - o czwartej nad ranem powie-

• dział Pieter. 

- Jak to sobie wyobrażasz? 

- Nie wiem. Ale jak padniemy, nie będzie z nas 

wiele pożytku. 

- Za to, dopóki jeszcze trzymamy się na nogach, 

możemy się na coś przydać - przyznała Lily i podeszła 

do kolejnych noszy. W oddali rozległy się strzały. Gry-

. mas przerażenia przebiegł jej po twarzy. -I tak już musi 

być - dodała. 

Zbliżał się świt. Na plaży znajdowały się w tej chwili 

dwa plutony żołnierzy z elitarnej jednostki antyterrorys-

tycznej oraz sprzęt wojskowy i medyczny wyładowany 

pod osłoną ciemności. Wkrótce miały przybyć kolejne 

oddziały. 

- Jak mogą liczyć, że im się uda? - dziwił się Ben, 

zajęty opatrywaniem kaprala postrzelonego w twarz. 

Kula uderzyła najpierw w pień drzewa, a odpryski 

jak grad strzał trafiły żołnierza w twarz. Wystarczy 

background image

18 

MARION LENNOX 

tylko powyjmować drzazgi i chłopakowi nic nie będzie. 

Oby tylko takie straty nam groziły, westchnął Ben. 

Kiedy droga będzie wolna, natychmiast wyruszą na 

poszukiwanie rannych, lecz teraz miał trochę czasu na 

pomyślenie o sobie. 

A Lily? W takiej chwili musi być w szpitalu. Kiedy 

my tam dotrzemy? Zajął się sortowaniem sprzętu i le­

ków, by po wkroczeniu do miasta wszystkie najpotrzeb-

niejsze rzeczy były pod ręką. Był nie tylko lekarzem, 

lecz i specjalistą od logistyki. 

- Hej, Doc! - rozległ się głos Grahama, który w ra­

zie potrzeby bywał pomocnikiem Bena. - Droga wolna. 

Rozmawiałem z naszymi chłopakami. Bierzemy kurs na 

szpital. Na pewno schroniło się tam wielu ludzi. Miejs­

cowi, których udało się nam odnaleźć, mówią, że ostat­

nio mieli tu kłopoty z narkotykami, więc sanitariusze 

przeszli szkolenie z ochrony. Kiedy terroryści zaatako­

wali szpital, napotkali opór i wycofali się. To właśnie ze 

szpitala nadano przez radio wezwanie o pomoc. Nawią­

zaliśmy już kontakt z ich operatorem. Mówi, że może­

my bezpiecznie jechać. 

Lily, pomyślał Ben. 

Przecież nie musi koniecznie być w szpitalu. Może 

przebywać wszędzie. Zerknął na leżące na plaży owi­

nięte czarnymi płachtami ciała. Nawet tu... 

Zachowaj zimną krew, upomniał się w myśli. Trzy­

maj się na dystans. 

Świtało. Lily wciąż operowała, lecz nadzieja stop­

niowo ją opuszczała. Zaczynało brakować plazmy, in­

nych leków i środków opatrunkowych, a dziecko na 

stole operacyjnym straciło tyle krwi, że omal nie zre-

background image

PRAWDZIWY RAJ 19 

zygnowała z prób ratowania go. Oznaczałoby to jednak 

poddanie się, a w niej wzbierała wściekłość i gdyby 

któryś z terrorystów znalazł się w zasięgu jej ręki ze 

skalpelem, miałby powód obawiać się o życie. 

Pacjent, chłopczyk imieniem Henri, był przyjacielem 

Benjy'ego. Przypomniała sobie, jak trzy dni temu upiekła 

dla nich pizzę, a potem zasiedli na kanapie - ona w środ­

ku, chłopcy po bokach - i oglądali głupi film w telewizji. 

Henri był z ojcem na plaży, kiedy zabito Kirę. Męż­

czyzna z rannym synem zdołał ukryć się w lesie, a po­

tem czekał bardzo długo, zanim odważył się przynieść 

małego do szpitala. Benjy i Henri... 

- Przepraszam, nie widziałem, co się stało z Benjym 

- usprawiedliwiał się, lecz całą jego uwagę pochłaniał 

ranny Henri. 

A teraz ona musi skupić się na ratowaniu go. Chło­

piec miał udo strzaskane na miazgę i chociaż Lily robi­

ła, co mogła, operacja przekraczała jej umiejętności 

i możliwości. Zerknęła na ekran monitora pokazujący 

pracę serca i wiedziała, że jej się nie uda. Łzy napłynęły 

jej do oczu, zmieszały się ze strużkami potu spływające­

go jej po policzkach. 

Psiakrew! Psiakrew! Psiakrew!!! 

Nagle drzwi sali operacyjnej otworzyły się gwałtow­

nie. Wszyscy odwrócili głowy. Przez ostatnie dwadzieś­

cia cztery godziny spodziewali się wtargnięcia terrorys­

tów, lecz chociaż nowo przybyli też byli uzbrojeni po 

zęby, Lily rozpoznała mundury jednostek antyterrorys­

tycznych. 

Odsiecz. 

- Nie ruszać się! - padł rozkaz. Żołnierze i oficer 

zlustrowali wzrokiem pomieszczenie, sprawdzając, czy 

background image

20 MARION LENNOX 

nie ma zagrożenia. Trudno było nie zauważyć, że jedy­

na walka, jaka się tu toczy, dotyczy życia dziecka. - Kto 

jest kierownikiem zespołu? - zapytał dowódca. 

Lily ponownie zerknęła na monitor i odpowiedziała: 

- Ja. Stan dziecka jest krytyczny. Nie możemy prze­

rywać operacji. 

- Co jest najpotrzebniejsze? 

Serce Lily, które przed chwilą niemal przestało bić, 

zaczęło walić jak oszalałe. 

- Plazma. Jak najszybciej - wyrzuciła z siebie. -

I fachowa pomoc. Jeśli macie kogoś chociaż odrobinę 

przeszkolonego... 

- Załatwione. - Oficer nie tracił czasu na zbędne 

słowa. - Wycofać się. Zostaje tylko personel medyczny. 

Niech ktoś natychmiast sprowadzi tu Bena. I przynieś­

cie zapas leków. 

Żołnierze zniknęli, drzwi zatrzasnęły się za nimi. 

Lily pochyliła się nad rannym. 

- Plazma zaraz będzie. Jestem lekarzem. Mam się 

umyć? - usłyszała po chwili. 

Nawet nie podniosła głowy. Nie mogła. 

- Tak. Proszę - wybąkała. 

Przybysz ściągnął mundur, rzucił na ziemię i pod­

szedł do umywalki. 

- Lily pada z nóg - odezwał się Pieter. - Od prawie 

dwudziestu czterech godzin operuje. Ręce jej się trzęsą 

ze zmęczenia. 

- W porządku. Jestem lekarzem frontowym z jednost­

ki antyterrorystycznej. Zaraz nadejdzie nas więcej -

mówił ten sam głos. - Co mam robić? 

- Ben? - wyszeptała Lily i podniosła ręce. Palce jej 

drżały tak bardzo, że nie mogła kontynuować operacji. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 21 

- Doktorze! - zawołał przerażony Pieter. 

Ben w mgnieniu oka znalazł się przy niej, odebrał jej 

zaciski, spojrzał na ekran monitora. 

- Plazma! - krzyknął tak donośnym głosem, że aż 

zatrzęsły się ściany. Spojrzał na Pietera, który pełnił 

funkcję anestezjologa, i zapytał: - Jesteś lekarzem? 

- Pielęgniarzem. Lily mnie wyszkoliła. Mam na 

imię Pieter. 

- Lily, zastąp go - polecił Ben. - Nie obraź się, 

Pieter, ale... 

- Oczywiście - odparł pielęgniarz, postępując krok 

na bok. - Gdyby pan wiedział, z jaką radością się stąd 

usunę... 

- Wyobrażam sobie. - Ben obrzucił Lily badaw­

czym spojrzeniem i rzekł z mocą: - Dasz radę. 

Lily wzięła głęboki oddech i odpowiedziała: 

- Dam. 

- W porządku. I ani się waż rozkleić. Nie ma cza­

su. Jak uratujemy tego malca, będziemy się martwić 

o wszystko inne. 

Ben jest tutaj. 

Lily była tak zmęczona, że niewiele do niej dociera­

ło, lecz ten fakt zarejestrowała. Jego obecność sprawiła, 

że poczuła się... mniej bezradna. 

To jakiś obłęd. Szaleństwem jest sądzić, że Ben 

Blayden wpasuje się w jej świat. Chociaż on sprawiał 

wrażenie, jak gdyby od samego początku właśnie tak 

uważał. Emanował pewnością siebie i głosem niezno-

szącym sprzeciwu wydawał polecenia. 

- Nie ma łatwych odpowiedzi - powiedziała mu, 

gdy kończyli uczelnię. 

background image

22 MARION LENNOX 

Dyskutowali wtedy o przyszłości, lecz oboje już pod­

jęli decyzję, że każde pójdzie swoją drogą. 

- Oczywiście, że są - upierał się. - Podążasz za 

swoim powołaniem i nie dajesz się rozpraszać. 

Chciała się z nim zgodzić, lecz nie mogła. Ją już coś 

rozproszyło. 

A teraz Ben pojawił się znowu i jego obecność tak 

samo dekoncentrowała ją jak dawniej. Maseczka i cze­

pek zakrywały mu twarz, lecz i tak widziała, że niewiele 

się zmienił. Wciąż miał bujną czuprynę kręconych cie­

mnych włosów, niesfornych i seksownych. Wciąż miał 

ciemnobrązowe oczy otoczone zmarszczkami od częs­

tego śmiechu. Wciąż miał wysportowane ciało. 

Teraz go potrzebują. 

A ona potrzebowała go zawsze. 

- Ciśnienie? - rzucił. 

- Siedemdziesiąt na czterdzieści pięć. 

- Zaciskam to naczynie i czekamy - zdecydował. -

Głębiej jest straszna miazga, ale oczyszczenie ozna­

czałoby dalszy upływ krwi. Wpierw musimy podnieść 

ciśnienie. 

Głębiej... Miazga... 

Ona nawet by nie próbowała. Kula, która zmiażdżyła 

chłopcu udo, musiała przedtem drasnąć drzewo, bo 

w ranie tkwiło mnóstwo drzazg. Lily zadecydowała, że 

jedynym wyjściem jest zamknięcie naczyń krwionoś­

nych i zaszycie rany, potem modlitwa, by udało się 

przetransportować Henriego z wyspy i oddać go w ręce 

chirurgów specjalistów, zanim wda się zakażenie. 

A teraz jest z nimi Ben i mówi: nie spieszmy się, 

podajmy plazmę, podnieśmy ciśnienie, a potem zabie­

rzemy się do oczyszczenia rany. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 23 

Zapaliła się maleńka iskierka nadziei nie tylko dla 

chłopca, ale dla nich wszystkich. Przecież Ben nie mó­

wiłby tego, gdyby nie wiedział, że sytuacja na zewnątrz 

jest beznadziejna, pomyślała. Inaczej szybko zaszyłby 

ranę i zajął się następną ofiarą. Słusznie. Trzeba wziąć 

się w garść. 

- Dziękuję, Ben - szepnęła, a on spojrzał na nią 

zaniepokojony. 

Odwróciła wzrok. Nie potrzebowała współczucia. 

Gdyby powiedział tylko jedno słowo, cały jej świat 

runąłby w gruzy. 

Boże, gdzie jest Benjy? 

Kiedy ciśnienie krwi Henriego zaczęło się podnosić, 

Ben przystąpił do działania. Pracował szybko, wiedząc, 

że znieczulenie ogólne też wyczerpuje wycieńczony 

organizm. Ale po podaniu plazmy powinno się udać. 

Dzieciak był silny i zdrowy, a Lily zdążyła zrobić bar­

dzo wiele. 

Lily. Żadna roztyta wyspiarka otoczona gromadą 

dzieciaków, jak sobie ją wyobrażał. Zerknął na nią. 

Widział tylko oczy, te same, w których ponad dziesięć 

lat temu się zakochał. Te same i nie te same. Sprawiała 

wrażenie znękanej. Była bezgranicznie zmęczona, lecz 

źródłem jej udręki musi być coś więcej niż atak ter­

rorystów. 

Gdyby miał do dyspozycji innego lekarza, zwolniłby 

ją. Nawet gdyby chciała pracować, jej zmęczenie stano­

wiło zbyt duże ryzyko. Lecz pozostali członkowie korpu­

su medycznego przybędą dopiero, kiedy sytuacja się 

ustabilizuje, najwcześniej za kilka godzin. Ben był za­

wsze forpocztą, zajmował się ofiarami na pierwszej linii. 

background image

24 MARION LENNOX 

Nie miał więc wyjścia, robił, co do niego należało, 

a Lily jak wytrawny anestezjolog obserwowała wskaź­

niki funkcji życiowych i podawała znieczulenie. 

Od siedmiu lat pracuje tutaj, pomyślał. Od siedmiu 

lat jest tutaj sama. Musi być omnibusem. Jeśli się nie 

pospieszę, padnie z wyczerpania. Czy tylko z wyczer­

pania? 

- Zamykam - zakomunikował i zobaczył, jak ra­

miona Lily opadają. - Po drodze zrobiłem pobieżny 

obchód wszystkich oddziałów - ciągnął. - Nie ma na­

glących przypadków, o ile, oczywiście, nie przyjęli no­

wych rannych. Za kilka godzin przyjedzie więcej leka­

rzy i personelu. Do tego czasu ja zajmę się wszystkim, 

a wy prześpijcie się, dobrze? 

- Nie zaśniemy - odparł Pieter w imieniu całego 

zespołu. - Nie wiemy, co się dzieje. Dopóki się nie 

dowiemy, jaki jest los naszych współbraci, nikt z nas 

oka nie zmruży. 

Lily milczała, zajęta wybudzaniem Henriego. Kiedy 

skończyła, oświadczyła: 

- Muszę iść. 

- Zostań - prosił Ben - chciałbym z tobą poroz­

mawiać. 

- Nikogo nie trzeba operować? 

- O ile wiem, to nie. 

- Przepraszam, Ben. - Urwała i spojrzała na Hen­

riego. Może nie powinna go opuszczać? - Pieter, zajmij 

się nim - zwróciła się do pielęgniarza. - Proszę. I poroz­

mawiasz z jego ojcem? 

- Oczywiście, że tak - zapewnił ją pielęgniarz i kła­

dąc jej rękę na ramieniu, podprowadził do drzwi. -

Znajdziesz go. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 

25 

O kogo ona się tak martwi? 

Nie mógł iść za nią. Operacja, jaką przeprowadzili, 

była skomplikowana. Obliczył jeszcze dawki antybioty­

ków i podłączył kroplówkę. 

Gdy tylko otworzył drzwi sali operacyjnej, jakiś 

mężczyzna chwycił go za rękę. Domyślił się, że to 

ojciec chłopca. 

- Czy on...? 

- Wyjdzie z tego - zapewnił go Ben łagodnym to­

nem. - Za chwilę będzie go pan mógł zobaczyć. Tylko 

proszę najpierw zdjąć tę zakrwawioną koszulę, żeby się 

mały nie przestraszył, dobrze? - Widząc, że do męż­

czyzny niewiele dociera, ujął go pod ramię i wprowa­

dził do sali. Chłopiec podłączony był do skomplikowa­

nej aparatury, lecz oddychał samodzielnie. - Jeszcze nie 

jest całkiem przytomny - wyjaśnił Ben. - Proszę się 

przebrać i wtedy będzie pan mógł posiedzieć przy synu 

i poczekać, aż się wybudzi. 

- Jego matka... - zaczął mężczyzna i zamilkł. - Jego 

matka jest w Sydney - szepnął. - Nasza córka dostała 

stypendium i zaczyna naukę w szkole z internatem. Ma 

czternaście lat i... - Urwał i zakrył twarz dłońmi. 

- Zaraz dam panu coś na uspokojenie - odezwał się 

Ben i mimo że chciał jak najszybciej biec za Lily, zajął 

się mężczyzną, podał leki, po czym opatrzył poszarpaną 

ranę na łokciu, którą odkryli dopiero po zdjęciu koszuli. 

Kiedy kończył, nadszedł szeregowiec z wiadomoś­

cią, że jeden z żołnierzy został ciężko poparzony. 

- Atakują nas koktajlami Mołotowa - wyjaśnił. 

- Skąd? 

- Z tego kompleksu budynków, które nazywają sie­

dzibą władz samorządowych. - Szeregowiec wzruszył 

background image

26 MARION LENNOX 

ramionami. - Wygląda na to, że atakują nas już tylko 

stamtąd. Paul miał prawdziwego pecha, że go trafili. 

- Co się tam właściwie dzieje? - dopytywał się Ben. 

- Nasi chłopcy przypuścili atak? 

- Dokładnie nie wiem - tłumaczył szeregowiec, 

prowadząc Bena do rannego kolegi. - Podobno wzięli 

zakładników. Sierżant mówi, że kiedy zobaczyli, ilu nas 

jest, zgarnęli, kogo dopadli, i zabarykadowali się w tych 

budynkach. Wycofaliśmy się na bezpieczną odległość 

i czekamy. 

Kiedy dotarli do rannego, Ben obejrzał się, szukając 

Pietera czy kogokolwiek, kto przygotowałby zastrzyk 

z morfiny. I natychmiast wyrósł obok niego pielęgniarz, 

jak gdyby odgadł, że jest potrzebny. Minę miał jeszcze 

bardziej ponurą niż przy pierwszym spotkaniu. 

- Jakie nowiny? - spytał Ben. 

- Nic specjalnego. Moja żona i córki są bezpiecz­

ne. Wszędzie z wyjątkiem siedziby samorządu panuje 

spokój. 

- Wiadomo, ilu ludzi przetrzymują? 

- Nie mam pojęcia. Lily poszła się czegoś dowie­

dzieć. 

- Lily? - Ben ściągnął brwi. - W każdej chwili może 

być tutaj potrzebna. Myślałem, że poszła się przespać. 

- Trudno tego po niej oczekiwać. Zaginął nie tylko 

jej syn, ale i narzeczony. Od dwudziestu czterech go­

dzin nie miała o nich żadnej wiadomości. Biedaczka 

odchodzi od zmysłów. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Przez następnych kilka godzin Ben był zajęty bez 

chwili przerwy. Późnym rankiem nadano komunikat, że 

drogi są wolne, zaś wokół siedziby władz samorządo­

wych - kilku parterowych budynków otaczających po­

rośnięty palmami plac, gdzie odbywały się zebrania 

ogółu mieszkańców - utworzono strefę zamkniętą. 

Gdzie jest Lily? - zastanawiał się. Nie mógł jednak 

się wyrwać, by jej szukać, ponieważ do szpitala zgłasza­

ło się coraz więcej rannych. 

W południe na wyspie wylądował samolot, przywo­

żąc kolegów Bena, wśród nich Sama Hoppera. Cztery 

godziny później na boisku obok szpitala działał już 

szpital polowy: sale operacyjne, izba przyjęć, kilka od­

działów specjalistycznych z masą łóżek... 

Gdzie jest Lily? 

Ilekroć zbliżał się ktoś nowy, Ben podnosił głowę 

w nadziei, że to ona. Na pewno wie już, że jej obecność 

tutaj nie jest nieodzowna, i szuka swoich bliskich. 

Syna i narzeczonego. 

Przecież spodziewałeś się zobaczyć ją zamężną, oto­

czoną gromadą dzieci, nie? To dlaczego te dwa słowa 

działają na ciebie tak porażająco? 

Dlatego, że nie wiem, gdzie jest, tłumaczył sobie. 

Dlatego, że nie mogę jej pomóc. 

Pomagasz jej. Wyręczasz ją. 

background image

28 MARION LENNOX 

Pragnął ją odnaleźć. Rozpaczliwie pragnął. W koń­

cu, kiedy już zmierzchało, kiedy główne prace organi­

zacyjne zostały wykonane i większość rannych otrzy­

mała pomoc, Ben mógł przekazać pałeczkę Samowi. 

- Idę się trochę przespać - zameldował. 

Przyjaciel przyglądał się chwilę, jak Ben wkłada 

wojskowe buty, i w końcu nie wytrzymał. 

- Pomieszczenia do wypoczynku dla personelu me­

dycznego znajdują się za tą płachtą - przypomniał 

uszczypliwym tonem. - Czyżbyś nie chciał umierać 

boso? 

- Bardzo śmieszne. Nic nam już nie grozi. 

- To po co wkładasz buciory? 

- Chcę się przejść. 

- Podziwiać widoki, hę? - Ben i Sam pracowali 

razem od dawna i znali się jak łyse konie. - Już przeszło 

dobę jesteś na nogach. Padasz ze zmęczenia. Ale wybie­

rasz się na spacer. No, no... 

- Nikt nie wie, gdzie jest Lily. 

Uśmiech zniknął z twarzy Sama. 

- Nasza Lily? 

- Kiedy się tu zjawiłem, była u kresu sil. Na dodatek 

zaginął jej syn i... 

- Syn? Jaki syn? 

- A skąd mam wiedzieć? - zirytował się Ben. -

Dziecko. Pieter, główny pielęgniarz, mi o tym powie­

dział, ale teraz podszedł do domu i wróci dopiero jutro, 

więc mi nie pomoże. Sam muszę jej szukać. 

- Weź kilku ludzi. Nie wiadomo, co za licho czai się 

w ciemności. 

Sam nie żartował. Wszędzie dookoła był gęsty tropi­

kalny las. Kto wie, ilu terrorystów jeszcze tam grasuje? 

background image

PRAWDZIWY RAJ 29 

- Będę uważał. 

- Mam iść z tobą i trzymać cię za rączkę? 

- Przecież boisz się ciemności. 

- No tak. Racja - ugodowym tonem odrzekł Sam 

i uśmiechnął się smutno, dając przyjacielowi do zro­

zumienia, że aż tak bardzo się nie myli. - Ale dla naszej 

ślicznej Lily bym zaryzykował - dodał. 

- Posłuchaj... To dawna znajoma i grozi jej niebez­

pieczeństwo, więc o ile nie masz mi nic ważnego do 

powiedzenia, to... 

- Idź, idź. Nie zatrzymuję cię. - Sam dotknął prze­

lotnie ramienia przyjaciela i dodał: - Powodzenia. 

Zmierzch przeszedł w całkowitą ciemność, gdy Ben 

dotarł do drogi prowadzącej do siedziby samorządu. 

Wypytywał o Lily każdego napotkanego, lecz odpo­

wiedź zawsze była taka sama: 

- Była tutaj niedawno, ale już jej nie ma. 

Dotarł do ostatniego posterunku wojskowego przed 

strefą zamkniętą. Żołnierze otaczali w tej chwili jakąś 

kobietę, która upierała się, by ją przepuścili. 

- Wiem, że tam są ranni - kobieta przemawiała do 

nich podniesionym głosem. - Pozwólcie mi się chociaż 

o nich zapytać. Jestem lekarką. Wpuszczą mnie. Proszę, 

błagam! 

To ona. Nadal ma na sobie strój operacyjny. 

Ben wiedział, jaka będzie odpowiedź kolegów, jesz­

cze zanim ją usłyszał. Pierwsza zasada w kryzysowej 

sytuacji, takiej jak ta, brzmiała: minimalizować straty, 

nie powiększać liczby zakładników. 

- Lily. - Obejrzała się, poznała go. W jej oczach 

dostrzegł skrajne wyczerpanie. - Lily - powtórzył. 

background image

30 MARION LENNOX 

Wyciągnął ręce, objął ją i przyciągnął do siebie. 

- Ben - szepnęła i osunęła się na ziemię. 

Zaniósł ją do szpitala. Kiedy brał ją na ręce, nie 

protestowała. Gdy wyszli ze strefy zaciemnienia, przyj­

rzał się jej uważnie. Teraz, w świetle latarni, wyraźnie 

widział rysy jej twarzy. Zobaczył nową Lily, wynisz­

czoną, poturbowaną przez los. 

Dlaczego pozwoliłem jej odejść? 

Głupie pytanie. Nigdy nie było mowy o wspólnej 

przyszłości. Każde z nas miało swój od dawna wytyczo­

ny cel. Nasze drogi się nie pokrywały. 

Dotarli do szpitala polowego. Ben nogą odchylił 

klapę namiotu i podszedł do najbliższego łóżka. Położył 

na nim Lily, a wtedy, jak gdyby przypomniała sobie, że 

ma coś do zrobienia, zaczęła protestować: 

- Ben... Nie, nie mogę... 

- Możesz. Musisz odpocząć. Wszystko jest okej. 

- Nieprawda - zaprzeczyła i spróbowała usiąść. 

Przytrzymał ją za ramiona i łagodnie położył z powro­

tem na łóżku. - Muszę... 

- Musisz się przespać - rzekł zdecydowanym to­

nem. - Pracowałaś bez przerwy trzydzieści sześć go­

dzin, albo nawet więcej, i musisz odpocząć. Jesteś skraj­

nie wyczerpana. 

- Ale ja muszę... 

- Nie możesz. 

- Wobec tego zrobisz coś dla mnie? - zapytała. -

Proszę cię, poszukaj Be... Bena. 

Kogo ona ma na myśli? 

- Przecież jestem tutaj. 

- Proszę. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 31 

- Dobrze, poszukam twojego syna - odrzekł, podej­

rzewając, że zaczyna majaczyć. - Zaraz wydam rozkaz. 

Ile ma lat? 

Ze wzrokiem wbitym w ciemny otwór, gdzie od­

chylono płachtę namiotu, tworząc przejście, jak gdyby 

spodziewała się, że w każdej chwili ktoś się tam pokaże, 

rzekła: 

- Musi być z Jacques'em. 

- Jacques? 

- Benjy - szepnęła z najwyższym trudem. - Ma sześć 

lat. Jest podobny do ciebie. Dałam mu imię po ojcu. 

Zapadła w sen tak nagle, jak gdyby straciła przytom­

ność. Ben przyglądał się jej, nie mogąc uwierzyć w to, 

co usłyszał. W jego głowie rodziło się mnóstwo pytań. 

Sześciolatek o imieniu Benjy... 

To niemożliwe. 

Nie. Zawsze bardzo uważali. Oboje byli studentami 

medycyny, a nie jakimiś nieuświadomionymi nastolat­

kami. Na świecie jest mnóstwo Benów. Może chodzi 

o mojego imiennika. Nie jednemu psu Burek. 

Nagle przypomniał sobie ich ostatnie spotkanie sie­

dem lat temu. Był przejęty czekającym go życiem peł­

nym przygód, a ona równie podniecona powrotem na 

swą wyspę. Lecz w ostatniej chwili przytuliła się mocno 

do niego, rozpłakała i nagle odepchnęła go od siebie. Za 

półtorej godziny odlatywał jej samolot. 

- Idź już - szepnęła. - Idź. 
- Lily... 

- To ponad moje siły. Jeśli zostaniesz, kompletnie 

się rozkleję. Proszę cię, idź już. 

Teraz był pewien, że jego domysły są słuszne. 

background image

32 MARION LENNOX 

Gdzieś tam, w tym chaosie, w ciemnym i przerażającym 

lesie tropikalnym, albo jeszcze gorzej, wśród zakład­

ników przetrzymywanych w budynkach samorządo­

wych, znajduje się mały chłopiec, który jest jego synem. 

Dałam mu imię po ojcu... 

Nic tu po mnie, pomyślał. Oszołomiony, wyszedł 

z namiotu i udał się do budynku szpitalnego. Przed 

wejściem natknął się na Sama siedzącego na schodkach 

i palącego papierosa. 

- Palenie zabija - automatycznie upomniał kolegę. 

Sam zaciągnął się szybko jeszcze kilka razy, potem 

rzucił niedopałek na ziemię i rozgniótł go obcasem. 

- Wiem, wiem... - burknął. - Sięgam po papierosa 

tylko wtedy, kiedy umiera mi pacjent. To dziecko trafiło 

do mnie zbyt późno... 

Benowi serce zamarło. 

- Jeszcze jedno? - spytał. - Mam nadzieję, że nie 

sześciolatek o imieniu Benjy? 

Kiedy Sam zaprzeczył ruchem głowy, Ben poczuł ulgę. 

- Dziewczynka. Dziesięcioletnia. Sophia. Ranna 

w głowę. Dostała szrapnelem. Zrobiliśmy trepanację 

czaszki, ale zmarła nam na stole. - Zamilkł, wbił wzrok 

w niedopałek, jak gdyby żałował, że go zdeptał. - Co ci 

bandyci sobie myślą?! - wybuchnął. - To nie ma nic 

wspólnego z zamachem wojskowym. Oni strzelali do 

wszystkiego, co się rusza, kobiet, dzieci. Widziałem 

nawet kilka zabitych psów. 

- To szaleńcy - przyznał Ben. 

- Niech Bóg ma w opiece tych zakładników. Oba­

wiam się, że negocjacje niczego nie dadzą. 

- Ja też się tego obawiam - odarł Ben i usiadł na 

schodku obok Sama. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 33 

- Wiadomo, ilu ludzi przetrzymują? - spytał Sam 

i obrzucił przyjaciela spojrzeniem pełnym niepokoju. 

Ben potrząsnął głową. Usiłował zebrać myśli, lecz 

mu się nie udawało. 

- Muszę zorganizować ekipę - oświadczył, wstając. 

- Ludzie cały czas przeczesują wyspę - przypo­

mniał mu Sam, również wstając. - Szukają rannych, 

wyłapują podejrzane typy. Po co ci jeszcze jedna ekipa? 

Nadal szukasz Lily? 

- Ją znalazłem, ale jej synka nie. Lily właśnie za­

snęła. Dosłownie padła. Obiecałem jej, że będę szukał 

małego. 

- Całkiem mały dzieciak? - spytał Sam z autentycz­

ną troską w głosie. 

Zanim odpowiedział, Ben wziął głęboki oddech. 

Trudno, musi się otwarcie przyznać. 

- Sześciolatek - wydusił z siebie. Zaczerpnął haust 

powietrza i dodał: - Ma na imię Benjy. Po ojcu. 

Następne kilka godzin pamiętał jak przez mgłę. 

W sztabie głównym wysłuchali jego relacji: zaginął sy­

nek miejscowej lekarki i jej narzeczony, Jacques. 

Po sprawdzeniu listy oficer dyżurny odparł: 

- Już ich szukamy. Ktoś inny wcześniej zgłosił ich 

zaginięcie. Ten Jacques doradza samorządowi w spra­

wach finansowych. Mieszka w bungalowie na terenie 

kompleksu. Od początku ataku nikt go nie widział. Albo 

jest zakładnikiem, albo nie żyje. O dziecku powiedziała 

nam matka. Malec może znajdować się wśród zakładni­

ków, albo, co bardziej prawdopodobne... - Oficer nie 

dokończył zdania. - Wszystkie ekipy wróciły już do bazy 

- dodał po chwili. - Rano wznowimy poszukiwania. 

background image

34 MARION LENNOX 

- Dlaczego nie teraz? 

- Znasz przepisy, Ben - tłumaczył oficer cierpliwie. 

- W lesie w dalszym ciągu mogą znajdować się uzbroje­

ni terroryści. Nie chcę narażać ludzi. Gdybym wiedział 

na pewno, że dzieciak żyje i gdzieś się błąka, zaryzyko­

wałbym. Ale niczego takiego nie wiemy. Czy ta lekarka 

na ciebie naciska? - zapytał. 

- To stara znajoma - odparł Ben. - Zachowała się jak 

bohaterka. W ciągu ostatnich dwóch dni samodzielnie 

przeprowadziła takie operacje, o jakich nam się nie śniło. 

- O świcie zaczniemy przeczesywać las - obiecał 

oficer. - Podwoimy posiłki. To wszystko, co mogę 

zrobić. 

- A co z zakładnikami? 

- Nie mamy z nimi żadnej łączności. Czekamy, aż 

terroryści uczynią pierwszy krok. Nie chcemy kolej­

nego rozlewu krwi. 

- I nikt nic nie może zrobić? 

- W tej chwili najlepsze, co możesz zrobić, to się 

przespać - poradził oficer, bacznie przyglądając się 

twarzy Bena. - Co ci się stało, stary? Gdzie twoje opa­

nowanie? 

- Nie wiem... 

- Połóż się. Jak czegoś się dowiem, dam znać. 

- Dzięki. 

- Ben? 

- Tak? 

- Dobrze znasz tę lekarkę? 

- Wystarczająco. Studiowaliśmy razem - burknął 

Ben. - No, idę się położyć - dodał. - Trzymaj rękę na 

pulsie, to wszystko. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Ben obudził się o świcie i już pięć minut później 

energicznym krokiem wchodził do budynku szpitala, 

szukając Lily. 

Zniknęła. Zaraz po przebudzeniu sprawdził jej łóż­

ko i widok starannie złożonego koca przyprawił go 

o mdłości. 

Psiakrew! 

- Gdzie doktor Lily? - szorstkim tonem zagadnął 

pierwszą napotkaną osobę. 

Pieter, bo to był on, spojrzał na niego uważnie, jak 

gdyby dopiero teraz zrozumiał coś, co go trapiło. 

- To pan jest doktorem Blaydenem? 

- Tak. 

- Powinienem już wczoraj się domyślić - rzekł pie­

lęgniarz. 

- Czego domyślić? 

- Że pan to Ben Lily. Ojciec Benjy'ego. 

Benowi aż dech zaparło z wrażenia. 

- Gdzie ona jest? - wymamrotał. 

- Przyszła tutaj około czwartej nad ranem, ale mnie 

nie było. Jeden z pielęgniarzy powiedział jej, że powin­

na jeszcze pospać, ale wątpię, żeby go posłuchała. Prze­

cież nie znaleziono jej synka. - Zamilkł i po chwili 

dokończył: - Pańskiego synka, doktorze. 

Ben wzdrygnął się. Z wolna wszystko zaczęło do 

background image

36 MARION LENNOX 

niego docierać. Wczoraj wieczorem mógł jeszcze mieć 

wątpliwości. Ze słów Lily trudno było wyłowić sens, 

zachowywała się jak kobieta, która odchodzi od zmys­

łów. Ale teraz... 

- Opowiadała o mnie? 

- Mówiła, że Benjy jest synem kolegi ze studiów. Że 

ten kolega wybrał służbę w jednostkach antyterrorys­

tycznych. Chciał być lekarzem frontowym. A ona po­

stanowiła wrócić do siebie, żeby samotnie wychowy­

wać syna, bo wiedziała, że wasze drogi nigdy się już nie 

spotkają. Wczoraj poszła do mojej żony. Wypłakała się 

przed nią, powiedziała, że jest pan tutaj, i pytała, jak ma 

panu teraz powiedzieć o synu, jeśli nie wie, czy Benjy 

jeszcze żyje. 

- Nic nie wiedziałem o dziecku - szepnął Ben. 

Ogarnęło go wrażenie, że wszystko, co się wokół 

niego dzieje, jest jakieś nierzeczywiste. 

Ma syna. Gdzie on, do diabła, jest? 

- Dowiedziała się, że jest w ciąży, dopiero po przyjeź­

dzie tutaj - ciągnął Pieter, nie spuszczając wzroku z twa­

rzy Bena. - U nas łatwo jest wychowywać dziecko bez 

ojca. Tworzymy jedną wielką rodzinę i wszyscy opieku­

jemy się malcami. Pewnie nie widziała potrzeby... 

Za to on widział. Wzbierała w nim wściekłość. 

- Nie widziała potrzeby zawiadomienia mnie? - wy­

buchnął. - Nie pomyślała, że mam prawo wiedzieć? 

- Twierdziła, że boi się pan zaangażować w trwały 

związek - tłumaczył Pieter. - Mówiła jednak, że jest 

pan człowiekiem honoru, który będzie chciał uznać 

syna. Postanowiła nie obciążać pana taką odpowiedzial­

nością. 

- Ale nawet ty wiedziałeś... 

background image

PRAWDZIWY RAJ 37 

- Od siedmiu lat pracujemy ramię w ramię - tłu­

maczył cierpliwie Pieter, jak gdyby miał do czynienia 

z osobą niezrównoważoną, którą trzeba uspokoić. Co 

zresztą nie było dalekie od prawdy. - Jestem spok­

rewniony z jej matką. Z Lily nie mamy przed sobą 

tajemnic. 

- Więc powiedziała tobie, a mnie nie. 

- Pewnie sądziła, że nie będzie pan chciał wiedzieć, 

doktorze - odparł Pieter z poważną miną. - Tę rozmowę 

powinien pan odbyć z Lily, nie ze mną, ale może to nie 

najwłaściwszy czas analizować uczucia. Lily przeżywa 

osobisty dramat. Potrzebuje naszej pomocy. 

- Gdzie jest teraz? 

Twarz Pietera zachmurzyła się. 

- Nie wiem. Może dlatego powiedziałem panu to 

wszystko? Powinienem pan jej poszukać. Potrzebna jest 

tu, przy rannych. Ja zresztą też. Stoimy w obliczu morza 

potrzeb. 

- Były jakieś nowe wiadomości o zakładnikach? 

- Nie. 

- A o Jacques'u? 

- Komu jak komu, ale jemu nic nie będzie. - Twarz 

Pietera spochmurniała jeszcze bardziej. - Powinien być 

wśród zakładników, ale znając go, wiem, że pierwszy 

wynegocjuje swoje zwolnienie. On nie jest wyspiarzem. 

Przyjechał tutaj, kiedy zaczęła się ta afera z ropą. Do­

radza samorządowi. 

- Nie lubisz go? 

- Jest obcy. 

I tu leży pies pogrzebany, pomyślał Ben ponuro. 

Powód, dla którego Lily powiedziała, że nigdy nie opu­

ści wyspy. Tu wszyscy tworzą jedną rodzinę. 

background image

38 MARION LENNOX 

Gdybym odwiedził jej wyspę, kiedy proponowała, 

może by za mnie wyszła, nagle przyszło mu do głowy. 

Co za bzdura! Nigdy nie chciał tutaj przyjeżdżać, 

a teraz miał znacznie ważniejsze sprawy do załatwienia 

niż odgrzewanie romansu sprzed siedmiu lat. 

- Ben! - Sam, już w operacyjnym kombinezonie, 

wołał do niego z końca korytarza. 

- Co jest? 

- Wypuścili trójkę zakładników. To znaczy otwo­

rzyli drzwi i wypchnęli ich na zewnątrz. Mają rany 

postrzałowe. Wszystkie ręce na pokład! Twoje również. 

- Sytuacja ustabilizowała się - usłyszał od dyżur­

nego sierżanta, kiedy po sześciu godzinach spędzonych 

przy stole operacyjnym dotarł do kwatery głównej. -

Przeczesaliśmy wyspę. Nie ma więcej rannych. 

- Natknęliście się na tę lekarkę? 

- Lily? Jest w szpitalu. Wie, że odwaliliście całą 

brudną robotę, ale większość rodzin chce teraz roz­

mawiać właśnie z nią. Rozumiem ich. W podobnej 

sytuacji też wolałbym rozmawiać ze swoim lekarzem 

rodzinnym. 

Ben już miał wyjść, kiedy przypomniał sobie, że 

martwi się nie tylko o Lily. 

- Co z zakładnikami? 

- Negocjacje trwają. Terroryści żądają samolotu, 

żeby się stąd wydostać. 

- Wiadomo, kogo przetrzymują? 

- Dziesięciu ludzi. Miejscowych. Dokładnie tyle naz­

wisk figuruje na liście poszukiwanych. Ilu jest terrorys­

tów, nie wiadomo. 

- A synka Lily też mają? 

background image

PRAWDZIWY RAJ 39 

- Też. 

Benowi nagle zakręciło się w głowie. 

- Żyje? 

- Jeden z rannych twierdzi, że tak. 

- Zawiadomiliście Lily? 

- Była tu, kiedy otrzymaliśmy wiadomość. Ucieszy­

liśmy się niemal tak samo jak ona. 

- A ten Jacques? 

- Pewnie też się tam znajduje. Ten człowiek nie 

widział go, za to słyszał jego głos. 

- Czyli negocjujecie transport w zamian za uwol­

nienie zakładników, tak? 

- Jeszcze nie wiemy - odparł sierżant. - Ci ludzie są 

niebezpieczni. Potrzebna nam jest zgoda z samej góry. 

Decyzje nie należą do nas. 

- A powinny. 
-

 Chciałbyś, żebyśmy dokonali szturmu? 

- Nie, ale... 

- W takim razie... - Sierżant zawiesił głos i przy­

glądał się Benowi z nieukrywaną ciekawością. 

Dobrze go znał. Wiedział, że zazwyczaj trzyma emo­

cje na wodzy. Co mu się stało? - zastanawiał się. 

- Muszę porozmawiać z Lily - mruknął Ben. 

- Przed wieczorem chcemy dostać twój raport na 

piśmie - przypomniał sierżant. 

- Dobrze. Ale teraz najważniejsza jest Lily. 

Znalazł ją siedzącą pod palmami w przyszpitalnym 

ogrodzie. Wyglądała znacznie lepiej niż poprzedniego 

wieczoru. Wzięła prysznic, zmieniła ubranie. Miała te­

raz na sobie króciutką dżinsową spódniczkę, bawełnia­

ną koszulkę i sandałki - strój raczej niepasujący do 

background image

40 MARION LENNOX 

lekarki, która zaraz rozpocznie obchód, lecz dla niego 

nie było w nim nic niestosownego. Zauważył natomiast, 

że nogi miała całe podrapane. Niektóre rany były dość 

głębokie i zaognione. 

- Opatrzę ci nogi - zaproponował. 

Lily wzruszyła ramionami. 

- Nie warto. Same się zagoją. 

- Warto. Może wdać się infekcja. 

- Mam teraz inne zmartwienia. 

- Niewykluczone - odparł - ale nogi są na pierw­

szym miejscu. Pójdziesz sama, czy mam cię zanieść? 

Jestem kapitanem, wiesz? Masz mnie słuchać. 

Uśmiechnęła się słabo. 

- Wolę być przekupiona cukierkami - zażartowała, 

a on sięgnął do kieszeni bluzy i wyjął garść cukierków, 

jakie rozdawał dzieciom. 

- Proszę. 
Potrząsnęła odmownie głową. 

- Kiedy ostatni raz jadłaś? - zapytał. 

- Nie pamiętam. 

- To weź cukierka. Opatrzę ci zadrapania, a potem 

cię nakarmimy. 

- Ale... 

- Żadnych ale. Od wczoraj tymczasowo sprawuje­

my tu władzę. Jestem przedstawicielem wojsk okupa­

cyjnych i wydaję rozkazy. Musisz jeść. - Gdy Lily 

chciała z nim dyskutować, Ben zamknął jej usta cukier­

kiem. - Wykonać. 

- Tak jest - wymamrotała. 

Ben opatrzył jej nogi. Lily poddawała się jego zabie­

gom w milczeniu, z całkowitym spokojem graniczącym 

background image

PRAWDZIWY RAJ 41 

z obojętnością. Nawet mu to odpowiadało. Mieli sobie 

wiele do powiedzenia, lecz nie wiedział, od czego za­

cząć, a dzięki temu zyskiwał czas do namysłu. W pew­

nym sensie na nowo przyzwyczajał się do obcowania 

z nią. 

Kiedy skończył, zabrał ją do namiotu, w którym 

urządzili kantynę, i ruchem ręki odprawił wszystkich, 

którzy natychmiast do nich podskoczyli, chcąc poroz­

mawiać. Usadził Lily przy stoliku, przyniósł talerz ma­

karonu z sosem i przyglądał się, jak raz za razem me­

chanicznie podnosi widelec do ust, a potem wypija 

kawę. Gdy skończyła, odstawiła kubek i natychmiast 

wstała. 

- Dziękuję. Muszę już iść - oznajmiła. 

- Pójdę z tobą. 

O ile nie nastąpiły jakieś nowe wydarzenia, nie był 

teraz potrzebny w szpitalu. Mógł towarzyszyć Lily. Bez 

pytania wiedział, gdzie chce iść.- przed kompleks sa­

morządowy. To tam trwały negocjacje. Na jej miejscu 

też chciałby się znaleźć właśnie tam. 

Przecież to jego syn jest jednym z zakładników. Ta 

świadomość była tak porażająca, że nie umiał sobie 

z nią poradzić. 

Blokada znajdowała się pół mili od szpitala, na dro­

dze prowadzącej wzdłuż plaży. Zbliżało się popołudnie 

i upał dawał się we znaki. Lily ubrana była lekko, 

natomiast on miał na sobie polowy mundur. 

- Chodźmy plażą - zaproponował, a Lily bez słowa 

skręciła nad morze. Jej milczenie zaczynało go prze­

rażać. 

Pamiętał ją jako dziewczynę bystrą, pełną życia, 

pogodną. Profesorowie cenili jej inteligencję i wielu 

background image

42 MARION LENNOX 

z nich otwarcie żałowało, że nie zostaje w Australii, by 

zrobić specjalizację. Niemniej to, co straciła Australia, 

zyskała Kapua. Wszyscy o tym wiedzieli i nikt nie 

próbował dyskutować z Lily o wyborze drogi życiowej. 

On również nie. 

- Lily, musimy porozmawiać - zaczął teraz. 

- Co nam to da? - odpowiedziała cichym głosem. 

Zrozumiał, że jest bliska załamania. 

- Wszystko będzie dobrze - zapewnił ją. - Nasi 

negocjatorzy to najlepsi specjaliści. Sprowadziliśmy ich 

natychmiast, jak zorientowaliśmy się w powadze sytua­

cji. Miałem okazję przyglądać się im w akcji. Znają się 

na rzeczy. Są cierpliwi. Targi mogą potrwać nawet kilka 

dni, ale wydobędą ich żywych. 

- Dni! - Z jego przemowy wyłowiła tylko to jedno 

słowo. - Z tymi mordercami? On ma sześć lat. Jakie 

myśli przychodzą mu do głowy? Powinnam była sama 

odprowadzić go do Kiry, ale nie mogłam odejść od stołu 

operacyjnego. Bóg mi świadkiem, że nie mogłam. Tam­

ta kobieta wykrwawiłaby się na śmierć. 

- To była sytuacja wyższej konieczności - tłuma­

czył jej łagodnie. Rozmawiał z tą pacjentką, widział, jak 

ciężko była ranna. - Ocaliłaś jej życie. 

- Powinnam była zatrzymać go przy sobie - szep­

nęła. - To mój syn. Jest dla mnie wszystkim. 

- Jest z nim twój narzeczony, Jacques, prawda? 

Lily milczała chwilę, jak gdyby się nad tym zastana­

wiała, potem powiedziała: 

- Może dlatego tam się znalazł? Może poszedł do 

Jacques'a? - Zamilkła i potrząsnęła głową. - Ale żeby 

się tam dostać, musiałby przechodzić obok szpitala. 

- Jacques jest członkiem władz samorządowych? 

background image

PRAWDZIWY RAJ 43 

- Nie, tylko doradcą. Zajmuje się finansami. Mamy 

Louise, ale ona nie jest tak sprawna jak on. Właściwie 

wykonuje polecenia Jacques'a, chociaż w sprawie ropy 

się zaparła. Jak my wszyscy. 

Lily zamilkła, a Ben spostrzegł, że mimo upału cała 

drży. Szła po mokrym piasku na skraju plaży. Woda 

była turkusowo niebieska i tak przejrzysta, że widać 

było dno. W wodorostach żerowały ławice ryb. To miej­

sce było istnym tropikalnym rajem. Wydawało się 

wprost nieprawdopodobne, żeby jakakolwiek tragedia 

się tu wydarzyła. Wziął Lily za rękę i powiedział: 

- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. 

- Przepraszam - szepnęła. 

- Nie masz za co. 

- Mam. Przepraszam, że ci o nim nie powiedziałam. 

- Ben milczał. Głos odmówił mu posłuszeństwa. -

Jest... jest taki podobny do ciebie. Gdyby coś mu się 

stało, a ty nie zdołałbyś go poznać... - Łkanie nie 

pozwoliło jej dokończyć. - Sądziłam, że mam prawo -

ciągnęła po chwili. - Uważałam, że to ja jestem w ciąży, 

a nie ty, poza tym wiedziałam, że byłbyś przerażony. 

Ale kiedy cię tutaj zobaczyłam... On jest twoim synem, 

powinnam była zrobić jakiś wysiłek, spróbować. Nawet 

jeśli ty go nie chciałeś. 

- Dlaczego miałbym go nie chcieć? 

- Kim byliśmy, Ben? -Nagle w jej głosie zabrzmia­

ła nuta złości. - Smarkaczami. Dzieciakami za młodymi 

na studentów. Nieprzygotowanymi do samodzielnego 

życia. Ciebie zafascynowało wojsko. Chciałeś zbawiać 

świat. Tłumaczyłeś mi, że armie spełniają misje pokojo­

we, ale w głębi serca tobie chodziło o emocje, akcję, 

dramat, przygodę. Nie chciałeś walczyć, ale chciałeś 

background image

44 MARION LENNOX 

znajdować się w ogniu wydarzeń. A ja? Ja pragnęłam 

tylko wrócić do domu. Matka sprzedała wszystko, co 

miała, żeby opłacić mi studia. Mieszkańcy wyspy jej 

pomogli, bo potrzebowali lekarza. Byłam tak samo 

przejęta jak ty, ale mnie podniecała myśl o tym, że będę 

pomagać mojej społeczności. 

- I twój plan się powiódł? - spytał Ben. 

Lily wzięła głęboki oddech. Zauważył, że była bar­

dzo blada. Wyglądała na chorą. 

- Chyba tak - odrzekła powoli. - Ale były koszty. 

Wkrótce po moim powrocie matka zmarła. Na raka. Od 

dwóch lat wiedziała o chorobie, ale nic mi nie powie­

działa, bo nie chciała, żebym przerwała studia. 

- Och, Lily... 

- Kiedy się zorientowałam, że jestem w ciąży, by­

łam w takim samym szoku, w jakim i ty byś był. Zawsze 

tak uważaliśmy, ale przecież, jak mawiali nasi wykła­

dowcy, najpewniejszym środkiem antykoncepcyjnym 

jest ściana. I sprawdziło się. Co mogłam zrobić? Wyraź­

nie powiedziałeś, że nie chcesz zakładać rodziny. Nie 

chciałam obarczać cię dzieckiem wbrew twojej woli. 

- Znowu zamilkła, starając się zapanować nad emoc­

jami. - Musiałam wrócić. Udało mi się stworzyć dla nas 

dom. Benjy'ego wszyscy tu kochają. Jesteśmy rodziną, 

nawet jeśli nie łączą nas więzy krwi. 

- No i ma Jacques'a, tak? 

- Tak - potwierdziła, lecz wyczuł w jej głosie wa­

hanie. 

- Niezbyt zgadzają się ze sobą? 

- Dlaczego pytasz? 

- Interesuje mnie to, bo jestem jego ojcem. 

- Nie jesteś. Nie będę obarczać cię synem. On jest... 

background image

PRAWDZIWY RAJ 45 

- Posłuchaj, Lily. Ja chcę, żeby był moim synem. -

Ta deklaracja zaskoczyła ich oboje. 

Może powinienem się jeszcze wycofać, pomyślał 

Ben. Syn. Jego i Lily. Podniósł rękę i dotknął jej twarzy, 

palcem powiódł po śladach łez na policzku. 

- Chyba cię kochałem - dodał. 

Uśmiechnęła się słabo w odpowiedzi. 

- Benjy został poczęty z miłości - szepnęła. - Za­

wsze w to wierzyłam. 

- Bo to prawda. 

- Na szczęście teraz jesteśmy starsi, nie? - stwier­

dziła pełnym napięcia głosem. Odsunęła jego rękę i za­

częła iść. -Na szczęście mamy więcej rozumu -rzuciła. 

- A ty spotkałaś Jacques'a. 

- Tak. W twoim życiu jest jakaś kobieta? 

- Nie. 

- Wciąż uciekasz. 

- Nie uciekam. 

- Nie. - Zawahała się i umknęła spojrzeniem w bok. 

- Jesteś na mnie zły? - spytała. 

- Trochę. 

- Bo ci nie powiedziałam o Benjym? 

- Tak. Może masz rację - dodał - może siedem lat 

temu nie chciałem wiedzieć. Byłem za głupi. 

- Oboje byliśmy głupi. 

- Uhm - mruknął Ben i czubkiem buta kopnął mok­

ry piasek. 

Starał się nie myśleć o tym, jak blisko znajduje się ta 

kobieta, jak jest zdruzgotana i jak on bardzo pragnie... 

Nie. Nie może niczego pragnąć. Lily ma tutaj swoje 

życie, syna, narzeczonego, a on przyjechał w to miejsce 

tylko z wojskową misją interwencyjną. Ma zadanie do 

background image

46 MARION LENNOX 

wykonania. Powinien wrócić do szpitala i zacząć kom­

pletować dokumenty potrzebne do ewakuacji. Mógłby 

też pomóc opatrywać lżej rannych, którzy wciąż się 

zgłaszali. 

Lecz tym zajmuje się jego zespól. Jego obecność 

byłaby konieczna tylko w wypadku niepowodzenia ne­

gocjacji. 

Niepowodzenie negocjacji. Benjy. Jego syn. 

Pomyśl o czymś innym, nakazał sobie w duchu. 

Tymczasem zbliżyli się do cypla, gdzie stały bu­

dynki samorządowe. Napięcie na twarzy Lily było pra­

wie nie do zniesienia. Patrzyła przed siebie, jak gdyby 

chciała wzrokiem przeniknąć ściany. Muszę zająć czymś 

jej uwagę, pomyślał. 

- Wiesz - zaczął - kilka spraw nie daje mi spokoju. 

- Nie mam teraz czasu roz... 

- Nie, nie chodzi o nas - pospiesznie rozwiał jej 

obawy. - Chodzi o ogólną sytuację. Możesz mi coś 

wyjaśnić? 

Lily odetchnęła głęboko, zanim odpowiedziała: 

- Oczywiście. 

- Siedem lat temu powiedziałaś mi, że mieszkańcy 

wyspy tworzą jedną wielką rodzinę. Wszyscy się znają, 

nikt nie zamyka drzwi na klucz. Tak? 

- Tak, ale... 

- Powiedziano nam, że w pewnym momencie mieli­

ście kłopoty z narkotykami i że sanitariusze przeszli 

specjalne szkolenie, żeby mogli występować jako 

ochrona szpitala. To prawda? 

- Tak, ale... 

- Znasz tych narkomanów? To miejscowi? 

- Nie. - Spostrzegł, że stara się zebrać myśli. -

background image

PRAWDZIWY RAJ 47 

W ciągu dwóch miesięcy mieliśmy trzy włamania do 

magazynu leków. Nigdy przedtem nic takiego się nie 

zdarzyło. Tam dalej na południe jest ośrodek dla sur-

ferów. Tu są fantastyczne warunki do surfowania i za­

wsze przyjeżdża dużo amatorów tego sportu, ale ostat­

nio pojawiły się wśród nich różne podejrzane typy. 

Całymi dniami się wylegiwali i pili. Włamania miały 

miejsce właśnie podczas ich pobytu. Mieli trzymiesię­

czne wizy. Nasz miejscowy policjant nie miał powodów 

ich deportować, więc przeszkolił i wyposażył w broń 

sanitariuszy. Rozgłosiliśmy to. - Uśmiechnęła się smut­

no. - To najspokojniejsi ludzie na świecie, ale zadziała­

ło. Włamania już się nie powtórzyły. 

- Gdzie teraz są ci surferzy? 

- Obiło mi się o uszy, że mieli zamiar przenieść się 

na jedną z okolicznych wysp. Ale nie jestem pewna. 

- Nie przyszło ci do głowy sprawdzić, kim oni są? 

- Nie, nie przyszło mi to do głowy. Jestem tylko 

lekarką. 

- Ale... 

- To nie moja sprawa - ucięła. - Posłuchaj, gdybyś 

wiedział, jak ciężko pracuję... Na tych dwudziestu 

wyspach nie ma innego lekarza. Czyli cała ochrona 

zdrowia to ja. Nikt nie chce leczyć się w Australii. 

Kobiety w ciąży teoretycznie powinny rodzić na Fidżi, 

ale rzadko która się na to decyduje. Starsi w ogóle nie 

chcą się nigdzie ruszyć, nawet jeśli są ciężko chorzy. 

Leczę ich trochę na wyczucie, dwoję się i troję, i na 

pilnowanie porządku publicznego naprawdę nie mam 

już czasu. Zgadzam się, że nasz policjant powinien 

zadać sobie więcej trudu i pogrzebać w ich dossier, 

i gdybym miała więcej czasu, przypomniałabym mu 

background image

48 MARION LENNOX 

o tym, ale tego nie zrobiłam. Ucieszyłam się, że włama­

nia się skończyły. 

- Przepraszam - rzekł, trochę zdziwiony jej wybu­

chem. 

Przystanęła, schyliła się, podniosła muszlę i cisnęła 

ją do morza tak gwałtownym ruchem, że omal nie zabiła 

mewy. Ptak z przeraźliwym krzykiem poderwał się do 

lotu. Lily patrzyła za nim, potem westchnęła. 

- Wybacz, kochana - powiedziała na głos. - Prze­

praszam cię, Ben - zwróciła się do niego. - Ale... Na 

studiach wszyscy, łącznie z tobą, zakładali, że wracam 

na rajską wyspę, gdzie życie przypomina wieczne wa­

kacje. A tymczasem... Tu potrzebna jest ochrona zdro­

wia z prawdziwego zdarzenia. Powinniśmy mieć heli­

kopter, co najmniej dwóch lekarzy i tak dalej. 

Zamilkła, odwróciła głowę w stronę cypla i grymas 

bólu wykrzywił jej twarz. Ben objął ją i przyciągnął do 

siebie. Opierała się, lecz jej nie puszczał, pragnąc wes­

przeć ją swoją siłą. 

- Obiecuję, że twój syn będzie bezpieczny - szep­

nął. - Przysięgam. 

Co za głupoty! Jak miałby to zrobić? 

W końcu Lily przytuliła się do niego. Kiedy wdychał 

cytrusowy zapach jej szamponu, ogarnęły go wspo­

mnienia. To ta sama Lily, moja Lily, pomyślał i natych­

miast uświadomił sobie, że gdyby miał wybór, gdyby 

mógł wejść do kompleksu samorządowego i powie­

dzieć: wypuście chłopca, weźcie mnie, uczyniłby to. 

Dla Lily. 

Ale nie tylko dla niej. Wszystko się zmieniło. Chło­

piec zakładnik nie jest tylko jej synem. Jest także jego 

synem. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 49 

Mam rodzinę. Niewiarygodne. Cały świat się nagle 

odmienił, pomyślał oszołomiony. 

I niespodziewanie zapragnął pocałować kobietę, któ­

rą trzymał w ramionach, pocałować tak, jak należy, tak 

jak tego potrzebowała, w taki sposób, za jakim tęsknił. 

Wiedział jednak, że gdyby to zrobił, odsunęłaby się 

od niego. Strach o syna ją paraliżował. Czerpała od 

niego siły i oby tak trwało jak najdłużej. 

- Chodźmy - szepnął. - Chodźmy odnaleźć naszego 

syna. 

- Chodźmy. Jeśli tylko nam się to uda - szepnęła. 

- Uda się. Jesteśmy razem. Zostaniemy razem, do­

póki go nie odzyskamy. 

- Ben... 

Przytulił ją znowu, jak gdyby pocieszał przyjaciela. 

Lily jest przecież przyjacielem. Matką jego syna. Uścis­

nął ją, potem wziął za rękę i ruszyli. 

- Nie jesteś sama - zapewniał ją. - Zostanę z tobą 

tak długo, jak będzie trzeba. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Mijały dnie, mijały noce. Każdej nocy Ben leżał, 

wsłuchując się w ciemności w cichy oddech kobiety 

w jego ramionach. Niepostrzeżenie cały jego świat się 

odmienił. 

Lily go potrzebowała w sposób, w jaki nikt nigdy go 

nie potrzebował. Nie przerwała pracy. Chociaż Ben 

i jego zespół starali się ją maksymalnie odciążyć, wy­

spiarze nie kryli, że ufali tylko i wyłącznie swojej „dok­

tor Lily". 

- Po prostu powiedz, że tam nie pojedziesz - radził 

Ben. 

- Zwariuję, jeśli czymś się nie zajmę - odpowiadała. 

- Poza tym na tamtej wyspie rodzi młoda dziewczyna. 

- Albo: - Tam jest stary człowiek. Bardzo cierpi. Wy­

konuję moje zwykłe obowiązki. Ci ludzie ufają tylko 

mnie. Ty jesteś dla nich obcy. 

Dla nich tak, lecz dla ciebie nie. Jestem ojcem two­

jego dziecka. Dziecka, którego nigdy nie widziałem. 

Sytuacja była zupełnie surrealistyczna. 

Jak ona może tak pracować? Może, bo ma jego. 

Teraz to wiedział i wszyscy na wyspie również. Kiedy 

pod koniec długiego dnia, powłócząc nogami, docierała 

do bungalowu za szpitalem, on tam na nią czekał. Pada­

ła w jego ramiona, obejmował ją ostrożnie, lecz mocno. 

Nie posuwał się dalej. Wiedział, że nie wolno mu tego 

background image

PRAWDZIWY RAJ 51 

zrobić, bo Lily uciekłaby. Jeśli nastąpiły jakieś zmiany 

w negocjacjach w sprawie zwolnienia zakładników, 

mówił jej o tym. Czasami płakała, a on jej na to po­

zwalał. Potem kołysał ją do snu, tak jak dzisiaj. 

Siedem lat temu kładł się przy niej, jak mężczyzna 

obok ukochanej kobiety. Ich miłość była podniecająca, 

radosna i szczęśliwa. Teraz się nie kochali, a ściślej, nie 

kochali fizycznie. Lily była zbyt zmęczona na seks, 

a jego pragnienia również uległy zmianie: chciał, by się 

wyspała. Chciał, by zapadła w stan podświadomości, 

w którym nie będzie się martwiła o synka. 

To jest inny rodzaj przeżywania miłości, myślał. 

Dziewczyna, którą kochał, odeszła. Została matką jego 

syna. 

Czy ją też kocham? 

Nie, mówił sobie. Właściwie sam tego dobrze nie 

rozumiał. Wiedział tylko, że ofiarowanie jej chwili spo­

koju w swoich ramionach jest więcej warte od erotycz­

nych uniesień. 

Sam prawie nie spał. Ale to nie stanowiło problemu, 

przywykł do krótkich drzemek. Wytrzyma. 

- Nie powinnam cię wykorzystywać - w ciemności 

rozległ się szept Lily. - To z mojej strony nie fair. 

- Mnie też jest to potrzebne - zapewnił ją. - To nasz 

syn. Razem przez to przejdziemy. 

Koniec, gdy nastąpił, był błyskawiczny i dramatyczny. 

Była trzecia rano. Lily spała niespokojnie, przytulo­

na do Bena. On obejmował ją czule, szeptał do niej, 

uspokajał, gdy budził ją najlżejszy szmer. 

W pewnej chwili wytężył słuch. Z początku słychać 

było tylko cichy szum, który stopniowo się wzmagał, aż 

background image

52 MARION LENNOX 

przeszedł w głośny warkot. Helikoptery. Potężne. Ben 

natychmiast wyskoczył z łóżka, zaczął wkładać spod­

nie, po omacku szukać butów. Lily obudziła się, od razu 

w pełni przytomna. 

- Co to? 

- Helikoptery. Ale nie nasze. Cholera! Wiedzieliś­

my, że muszą mieć jakąś pomoc. Nie ruszaj się stąd! 

- Ani mi się śni. Benjy... 

- Zajmę się nim - zapewnił ją, położył jej dłonie na 

ramionach i popchnął z powrotem na poduszki. - Przy­

sięgam, że się nim zajmę. Lily, proszę, zostań. 

- Nie mogę. 

- Jeśli nie zostaniesz, ja nie mogę tam iść - oświad­

czył. Helikoptery latały już prawie nad ich głowami. 

Wiedział, gdzie zmierzają. Ale czy niosą śmierć miesz­

kańcom wyspy? Na pewno nie. - Lily, obiecaj mi. 

Czekaj tutaj, dopóki nie przyprowadzę Benjy'ego. 

- Ale ja... 

- Musisz. 

Nie mógł już dłużej zwlekać, choć nie uzyskał obiet­

nicy. Pocałował Lily szybko, krótko, mocno, czerpiąc 

od niej siłę i przekazując jej własną. Chwycił latarkę, 

którą zostawił przy drzwiach, i zniknął. 

Co sił w nogach biegł w kierunku kompleksu. Nad 

sobą słyszał helikoptery. Cztery... nie, pięć... 

Sierp księżyca ledwie majaczył zza chmur. Dzień był 

parny, wieczorem padało. Może dlatego wybrali dzi­

siejszą noc? - pomyślał, chowając się w cieniu drzew. 

Po co tu przylecieli? 

I nagle chmury rozstąpiły się na moment. Wspiął się 

na niski pagórek i zobaczył wszystko jak na dłoni. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 53 

Cztery helikoptery osłaniały piąty, który właśnie lądo­

wał na plaży za budynkami samorządowymi. Obok nie­

go przemknął oddział żołnierzy. Potem następny. Roz­

legł się rozkaz z głośników: 

- Kryć się. Nie podejmować żadnych działań za­

czepnych. Powtarzam, kryć się. 

Ben cofnął się głębiej między drzewa. Szperacze 

helikopterów omiatały teren. Nagle poczuł na ramieniu 

czyjąś dłoń. Omal nie krzyknął. 

- Ben... 

Lily! Chwycił ją mocno i przytrzymał. 

- Jak, do cholery...? Kazałem ci się nie ruszać 

z domu! 

- Nie mogłam. 

Pociągnął ją za sobą w las. 

- Skąd wiedziałaś, gdzie jestem? 

- Szłam za tobą. Co tu się dzieje? 

- Na plaży wylądował helikopter. Pozostałe go osła­

niają. Prawdopodobnie terroryści będą się ewakuować. 

- Dlaczego ich nie zatrzymacie? 

- Moglibyśmy, ale nad nami są cztery maszyny. 

Jeden strzał i przystąpią do akcji. Widzisz, jak wiszą 

nad budynkami? To najlepsza taktyka obronna z ich 

strony. Po drugie... 

- Po drugie co? 

- Nie wiemy, kim są. To wielkie, bardzo drogie 

helikoptery. Zestrzelimy ich, dowiemy się, kim są, 

i okaże się, że to najbliższy sąsiad jest agresorem. Jeśli 

przyleciały po prostu zabrać swoich, którzy spartaczyli 

robotę, to naszym zadaniem jest ułatwić im operację, 

a nie zaogniać konflikt. 

- Ale Benjy? Jeśli zabiorą Benjy'ego...? Jak możesz 

background image

54 MARION LENNOX 

myśleć o polityce, kiedy nasze dziecko jest w śmiertel­

nym niebezpieczeństwie? 

Nasze dziecko. Te słowa przeszyły mu serce, sprawi­

ły, że zapragnął zapomnieć o wszelkich zasadach tak­

tycznych i rzucić się naprzód. 

Nikomu by tym nie pomógł i wiedział o tym. Objął 

Lily mocniej. 

- Musimy czekać - szepnął. 

Bóg świadkiem, że ciężko mu było to mówić. 

- Ale jeśli go zabiorą ze sobą... 

- Po co? Musimy ufać, że tego nie zrobią. 

I nagle było już po wszystkim. Helikopter z plaży 

wzniósł się w powietrze i dołączył do pozostałych. Na 

chwilę maszyny groźnie zawisły nad budynkami, potem 

zawróciły i zaczęły się oddalać. Ben i Lily nie czekali, 

aż znikną. Przerażeni pobiegli w stronę kompleksu, po­

tykając się co chwila. Benjy... 

Warkot motorów jeszcze całkiem nie ucichł, kiedy 

Ben z latarką w ręce chodził od pokoju do pokoju, 

ignorując polecenia dochodzące z bazy, by poczekać, aż 

budynki zostaną przeszukane. Lily, kurczowo uczepio­

na jego dłoni, posuwała się za nim. 

Znaleźli ich. Wszyscy zakładnicy zostali zamknięci 

w pawilonie na końcu szeregu. Byli związani razem, 

stłoczeni pod najdalszą ścianą, twarze mieli otępiałe 

z przerażenia. 

Tylko jeden zakładnik miał swobodę ruchów. Dziec­

ko. Ben nie zdążył jeszcze dobrze poświecić latarką, 

kiedy Lily porwała synka w ramiona i zasłoniła sobą 

przed całym światem. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Na szczęście nie było już więcej zabitych. Dzięki 

decyzji, by nie przeszkadzać terrorystom w ucieczce, 

uniknięto rozlewu krwi. Uwolnieni zakładnicy znajdo­

wali się w ciężkim w szoku i Ben uznał, że trzeba 

zapewnić im pomoc psychologiczną. 

A co z Benjym? 

- Zabieram go do domu - oświadczyła Lily. 

Ben, który nie mógł odejść od zakładników, skinął na 

jednego z żołnierzy, żeby ich eskortował. 

Dochodziło południe następnego dnia, kiedy naresz­

cie mógł się wyrwać i zostawić szpital polowy pod 

opieką Sama. 

- Idę do Lily - oznajmił. 

Przyjaciel przyglądał mu się w zamyśleniu. 

- Wszyscy się cieszymy, że odzyskaliśmy dzieciaka 

- zaczął i po chwili wahania dodał: - Wiesz, że wyspia­

rze niemalże modlą się do Lily, ale zaczęły się plotki. 

Ten jej narzeczony wyparował. Wszyscy sądzili, że jest 

zakładnikiem, ale okazało się, że nie. - Ben już o tym 

wiedział. Tajemniczy Jacques, narzeczony Lily, zniknął 

bez śladu. - Podejrzewasz, że maczał w tym palce? 

- Na pewno tak. 

- Właśnie. Chłopcy będą chcieli porozmawiać z tą 

twoją Lily. 

- Ona nie jest moja - żachnął się Ben. 

background image

56 MARION LENNOX 

Sam uniósł brwi. 

- Nie jest? 

- Jest zaręczona. 

- Z Jacques'em, który się ulotnił. Obawiam się, że 

to znaczy, że zaręczyny zostały zerwane, stary. A co 

z chłopakiem? Krążą plotki... 

- Daruj sobie - uciął Ben. 

Wiedział, jakie to plotki i skąd się biorą. I wiedział, 

że nic nie może na to poradzić. I nie chciał tracić czasu 

na jałowe rozmowy. Musi zobaczyć się z Lily. 

Zapukał. Cisza. Zawahał się, potem pchnął drzwi. 

W ciągu ostatnich kilku dni prawie tu mieszkał i uznał, 

że ma prawo wejść. 

Spali. Drzwi sypialni były otwarte. Przez jedno 

mgnienie widok kobiety i dziecka, śpiących, przytulo­

nych do siebie, zadziwił go. Stał chwilę nieruchomo, 

przyglądając się swojemu synowi. 

Szczupły sześciolatek ubrany w poplamione szorty 

i brudny podkoszulek miał piegowatą, szczerą twarz. 

Zgrubiała skóra na stopach świadczyła o tym, że jak 

wszystkie dzieci na wyspie chodzi boso. No tak, pomyś­

lał Ben, przecież to tubylec. 

Przypomniało mu się zdjęcie, zrobione, kiedy był 

mniej więcej w tym samym wieku. Podobieństwo było 

uderzające. 

Benjy. Bezpieczny w ramionach matki. 

Na pokrytej kurzem twarzy Lily - nisko latające 

helikoptery wzbijały tumany piasku i pyłu - widniały 

ślady łez. 

- Ben? - Lily nie spała. Patrzyła na niego oczami 

pełnymi niepewności. - Ben? - szepnęła ponownie. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 57 

- Cieszę się, że jest już bezpieczny. 

Wiedział, że te słowa są niewystarczające, ale nic 

innego nie przychodziło mu do głowy. 

- Są dalsze ofiary? 

- Pięciu zakładników jest rannych, ale ich stan nie 

budzi niepokoju. Już po wszystkim, Lily. 

- Odjechali? 

- Tak. 

- Co z... z Jacques'em? - wyjąkała. 

- Też wyjechał. 
-

 Rozumiem - szepnęła. Musnęła wargami brudne 

włosy Benjy'ego. - Jestem potrzebna? 

- Nie. Przyszedłem tylko się upewnić, czy... 
- Benjy'emu nic nie jest. Powiedział, że Jacques... 

że się nim opiekował. 

Ben domyślił się tego. Jacques był nikczemnikiem, 

lecz lubił chłopca. Inaczej terroryści wyrzuciliby go 

wcześniej z innymi zakładnikami, albo zabili. 

No i nie zabrał go ze sobą. 

- - Nie rozumiem tego - szepnęła Lily. 

Ben również tego nie pojmował. Zebranie fragmen­

tów informacji w całość może potrwać tygodnie, o ile 

w ogóle będzie możliwe. 

- Zostawmy na razie tę sprawę - rzekł spokojnym 

tonem. Pochylił się i pocałował Lily w czoło. Potem 

przyklęknął obok łóżka i pocałował ją jeszcze raz, 

w usta. 

Nie oddała pocałunku, lecz się nie opierała. Może 

potrzebuje ludzkiego dotyku tak samo jak on? Nie mógł 

zostać. Nie teraz, kiedy odzyskała syna. Bo to oznacza­

łoby przyznanie się do czegoś, do czego nie mógł się 

przyznać. Do potrzeby serca? Nie. 

background image

58 MARION LENNOX 

- Zaśnij. Mamy dwóch lekarzy i sześciu ratowni­

ków. A ty musisz zająć się synem. 

- Naszym synem. 

- Naszym. 

Kiedy następnego dnia rano Lily zjawiła się w szpita­

lu, Ben oświadczył, że ma kilka dni spędzić w domu 

z Benjym. On, Sam i Pieter doskonale panują nad sytua­

cją. Lily popatrzyła na niego tępym wzrokiem, ale nie. 

poszła do domu. 

Ponieważ na wyspie niczego nie dało się ukryć, więc 

od Pietera dowiedział się, że Lily cały czas pracuje, 

chodzi od domu do domu i rozmawia z ludźmi o tym, co 

się stało. Nie mógł jej tego zabronić. 

Na studiach uczono ich, że lekarzom nie wolno an­

gażować się emocjonalnie. Na Kapui było to niemoż­

liwe, postanowił więc się nie wtrącać. Lily miała już 

wystarczająco dużo problemów. Przede wszystkim mu­

si uporać się z myślą o zdradzie Jacques'a. 

Bo to była zdrada. Potwierdziło się, że narzeczony 

Lily uciekł z wyspy wraz z terrorystami, że z nimi 

współdziałał. 

- Był z nimi - dowiedział się Ben. 

Musiał zawiadomić o tym Lily. Kiedy przekazywał 

jej tę wiadomość, odniósł wrażenie, że niewiele do niej 

dochodzi. Potrzebowała czasu, by ochłonąć. 

Zresztą on również potrzebował czasu, by ochłonąć. 

Jest ojcem sześciolatka. Dzięki Bogu miał tyle pracy, że 

na myślenie o niczym innym nie zostawało już czasu. 

Noc, kiedy uwolniono zakładników, zmieniła nastawie­

nie miejscowej ludności do obcych lekarzy. Nie wiado­

mo skąd - czy wygadał się Sam, czy Pieter - nagle 

background image

PRAWDZIWY RAJ 59 

wszyscy się dowiedzieli, że Ben jest ojcem Benjy'ego. 

A skoro jest ojcem syna Lily, ma prawo i obowiązek 

dbać o nią i wolno mu powiedzieć: 

- Nie, Lily nie przyjdzie, musi się zająć Benjym. Ja 

ją zastąpię. - I nagle przestali mu się sprzeciwiać. Lu­

dzie uznali, że ma prawo ich leczyć. 

Zastanawiał się, jak Lily dawała sobie dotąd radę. 

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że szpital na Kapui 

obsługuje około tuzin innych wysp i wysepek, a Lily 

jest jedynym lekarzem. 

W ciągu trzech dni po uwolnieniu zakładników był 

świadkiem wydarzeń niemal równie traumatycznych, 

jak atak terrorystów. Na jednej z wysp utopiło się 

dwóch rybaków, byli pijani i rozbili się o skały. Dwóch 

małych chłopców przeżyło wypadek i trafiło do szpita­

la, jeden ze złamaną nogą, drugi z licznymi ranami 

i wstrząsem psychicznym. Musiał leczyć infekcje wiru­

sowe i zakażenia. Zdarzył się przypadek depresji ma­

niakalnej i poród. 

I z tym Lily musi sobie radzić na co dzień, pomyślał. 

Bardzo chciał z nią porozmawiać, lecz wiedział, że nie 

wolno mu się jej narzucać. Trzeciego wieczoru wrócił 

z jednej z wysp bardzo późno i potwornie zmęczony 

wszedł do kantyny zjeść kolację. Usiadł przy stoliku 

nad talerzem jakiejś nieapetycznie wyglądającej mama-

łygi i właśnie wtedy weszła Lily. 

Nie pierwszy raz pomyślał, że to już nie ta Lily, jaką 

znał na studiach. Owszem, nadal ubierała się bezpreten­

sjonalnie jak dawniej, świeżo umyte kręcone włosy 

lśniły, rysy twarzy, nawet uśmiech miała ten sam, lecz 

w oczach czaiło się nerwowe napięcie. 

Odzyskała swojego Benjy'ego, lecz przecież strata 

background image

60 MARION LENNOX 

Kiry, która była dla niej jak matka, musiała ją bardzo 

boleć. 

Na wyspie niewiele sekretów da się utrzymać. Wie­

dział, że mimo iż wziął na siebie wiele jej obowiązków, 

Lily odwiedza mieszkańców wyspy niemogących otrzą­

snąć się z szoku, rozmawia z nimi, wysłuchuje zwie­

rzeń, a ponieważ jest jedną z nich, osiąga więcej niż 

psycholodzy z jego zespołu. 

- Witaj! -zagadnęła. 

- Witaj! - odpowiedział i podniósł do ust kolejną 

porcję twardej papki. Co to właściwie jest? 

Lily przysiadła się do niego. 

- Słyszę, że właśnie wróciłeś z kolejnej wyprawy 

w moim zastępstwie. Dzięki za wszystko, Ben. 

- Za dużo bierzesz na swoje barki - odparł łagod­

nym tonem. -Na dłuższą metę tak nie może być - dodał. 

- Ale jest. Nie ma o czym mówić - ucięła. 

Ben nie odpowiedział. Nie wiedział, od czego za­

cząć. Spróbował kolejny kęs i odsunął talerz. 

- Nie jesteś głodny? - zapytała. 

- Nie - skłamał. - Nakarmili mnie na Lai. 

Znowu zaległo milczenie. W kantynie poza nimi 

i dwoma żołnierzami z obsługi nie było nikogo. 

- Chcesz się przejść? 

- A Benjy? 

- Śpi. Jest u mnie Jean, ojciec Henriego. Chłopiec 

wraca do zdrowia, ale Jeana dręczą koszmary senne. Za 

kilka dni Sam wysyła małego do Sydney na operację 

rekonstrukcji kości, a tymczasem Benjy i ja staramy się, 

jak możemy, pomóc Jeanowi dojść do siebie. 

No tak, Lily jak zwykle bierze na siebie wszystkie 

nieszczęścia świata. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 61 

- Ale teraz został sam... 

- Ogląda mecz rugby w telewizji - wyjaśniła. - Są 

granice dobrych uczynków - dodała z uśmiechem. -

Chodź, chyba musimy porozmawiać. 

Na zewnątrz było chłodniej niż w namiocie, wiała 

lekka bryza od oceanu. 

- Chcesz iść na plażę? - spytał ostrożnie Ben. 

- Zaczekaj tu chwilę... - poprosiła. Nie było jej 

trzy, może cztery minuty, a kiedy wróciła, niosła ze 

sobą koszyk. - Kolacja - wyjaśniła. - Nie wierzę, 

że jadłeś na Lai. 

- Zajęłaś się gotowaniem? - zdziwił się. 

- Jak mało wiesz o naszej wyspie! Monetą obiegową 

jest żywność. Jako lekarka mam więcej jedzenia, niż 

potrzebuję. W tym tygodniu kobiety przeszły same sie­

bie. Nie ma rodziny dotkniętej tragedią, której by nie 

zaopatrzyły na wiele dni. 

- To wspaniale. - Nie potrafił wymyślić nic innego. 

Lily szła przodem. Wybrała odpowiednie miejsce na 

wygrzanym przez słońce piasku, rozłożyła koc, przy­

klękła na nim i zaczęła wypakowywać smakołyki: su­

shi, zapiekankę z jajkami i bekonem, eklery. 

- O co chodzi? - spytała, widząc, że Ben stoi niepo-

ruszony. Rzeczywiście, o co? Piasek był miękki i ciep­

ły, światło księżyca stwarzało niesamowicie romanty­

czny klimat dla nocnego pikniku na plaży z kobietą, 

którą siedem lat temu tak dobrze znał, lecz o której od 

tamtego czasu nic nie wiedział. Nagle poczuł się nie­

swojo w mundurze i ciężkich butach. - Zdejmij buty -

zaproponowała, jak gdyby czytała w jego myślach. 

Ściągnął buciory i od razu poczuł się swobodniej. 

- Jedz - zachęcała. No, nareszcie może się czymś 

background image

62 MARION LENNOX 

zająć. Więcej niż czymś. Kucharka, która przyrządziła 

te potrawy, znała się na rzeczy. - Częstuj się do woli 
- dodała Lily. 

- Nie wiadomo, jak długo jeszcze tu zostaniemy. 

- Sam mówi to samo. W szpitalu przebywa nadal 

piętnastu ciężko rannych, wymagających dalszego le­

czenia. Sam uważa, że trzeba ich będzie przetranspor­

tować do Australii. 

- Nie spodoba im się to - zauważył Ben. 

Zdążył już na tyle poznać mentalność miejscowych 

ludzi, by przewidzieć, jakie problemy ich czekają. Co 

innego kolejna operacja, a co innego, jeśli pacjent po­

woli, bo powoli, ale odzyskuje zdrowie. 

- Nie dam sobie z nimi tutaj rady - wyznała Lily 

z nutą desperacji w głosie. 

- Nie martw się. Jakoś to zorganizujemy. Może 

część personelu medycznego zostanie na pewien czas? 

- O ile gdzieś indziej nie wybuchnie kolejny kryzys. 

- To prawda, ale bądźmy optymistami. Posłuchaj... 

- Chcesz pewnie rozmawiać o moim narzeczonym? 

- przerwała mu, zmieniając temat. - Wszyscy chcą ze 

mną o nim rozmawiać. 

- Ja niekoniecznie. 

- Wasz wywiad mnie o niego wypytywał - wybąka-

ła. - Ale byłam głupia! 

- Nie rób sobie wyrzutów. 

- Łatwo ci mówić! - wybuchnęła. - Nie ty zgodziłeś 

się poślubić kogoś, kto zdradził całą wyspę. 

- Jacques to bardzo inteligentny i przebiegły czło­

wiek. Nie tylko ciebie oszukał. - Wywiad zdążył już 

rozpracować scenariusz działania. Jacques nieprzypad­

kowo zjawił się na Kapui zaraz po tym, jak samorząd 

background image

PRAWDZIWY RAJ 

63 

uchwalił, że nie będą eksploatowali złóż ropy. Miał 

przekonać radnych do zmiany decyzji. Kiedy misja się 

nie powiodła, on i jego mocodawcy postanowili użyć 

siły. Pewnie sądzili, że nikt się nie ujmie za maleń­

ką wyspą gdzieś na Oceanie Spokojnym. Podejrzane 

typy, jakie mu przysłali do pomocy, nie przypadły 

mu do gustu. Może grał na zwłokę, może domagał 

się lepiej przeszkolonych ludzi? Zakładnicy mówili, 

że był wstrząśnięty rozmiarami tragedii i brutalnoś­

cią najemników. - Zamilkł i po chwili spytał: - Kocha­

łaś go? 

- A jak sądzisz? 
- Sądzę, że tak, jeśli zgodziłaś się wyjść za niego. 

- Zanim się zgodziłam, minęły trzy lata. 

- Długie zaloty - zauważył cierpko. 

Nie bardzo wiedział, w jakim kierunku zmierza ich 

rozmowa. 

- Był dobry dla Benjy'ego. Bystry, zabawny, miły. 

Przyczynił się do poprawy sytuacji finansowej wyspy. 

Ciężko pracował... 

-

 Żeby przekonać was do sprzedaży ropy. 

- To była jedyna kwestia sporna. Pół roku temu, 

kiedy dostał ostateczną odmowę, wściekł się. Wrzesz­

czał do mnie, że miejscowi to głupcy, siedzą na górze 

złota, a jeśli sami jej nie chcą, to ktoś inny im ją za­

bierze. Był pełen jadu. 

- Co potem? 

- Potem jakby się z tym pogodził. Przestał nagaby­

wać radnych i skoncentrował się na... na zdobywaniu 

naszej sympatii. Zachowywał się bez zarzutu. 

- Więc zgodziłaś się za niego wyjść. 

- Nie było nikogo innego - rzekła. - Po tobie. 

background image

64 MARION LENNOX 

Ben wziął głęboki oddech. Kiedyś muszą o tym po­

rozmawiać. Równie dobrze mogą to zrobić teraz. 

- Łączyła nas wspaniała przyjaźń - szepnął i na­

tychmiast zobaczył, że tym stwierdzeniem obudził 

w niej tłumiony gniew. 

- Tak widzisz nasz związek? Jako przyjaźń? 

- A ty nie? 

- Ja ciebie kochałam! - wybuchnęła. - Nigdy ina­

czej nie myślałam o tobie. Serce mi omal nie pękło, 

kiedy poszliśmy każde w swoją stronę. 

Ben milczał. Zastanawiał się nad jej słowami. Nie 

wiedział, co zrobić z tym wyznaniem. Kochała go? 

Był dzieciakiem dopiero zaczynającym życie. Nie 

wiedział, jak kochać kobietę. Zresztą nadał tego nie 

umiał. 

- Powinnaś była powiedzieć mi o Benjym - prze­

mówił w końcu. Nawet dla niego zabrzmiało to kulawo. 

- Nie chciałeś wiedzieć o takich rzeczach. Przy­

pomnij sobie, czego wówczas pragnąłeś. Znaleźć się 

w centrum każdej zawieruchy, jaka wybuchła, obojętnie 

w jakim zakątku globu. Gdzie w twoim życiu było 

miejsce na dziecko? 

- Postarałbym się... - zaczął i zamilkł. 

- Co? Posłać mu czek na Gwiazdkę? Fotkę z pod­

pisem, jakich to rzeczy tatuś dokonał, żeby zbawić ten 

świat? 

- Jesteś niesprawiedliwa. 

Lily zastanawiała się przez chwilę. 

- Masz rację - odezwała się w końcu. - Jestem 

niesprawiedliwa i powinnam ci była powiedzieć o cią­

ży. W ciągu ostatnich siedmiu lat wielokrotnie myś­

lałam, że powinieneś jednak wiedzieć... 

background image

PRAWDZIWY RAJ 65 

- Bałaś się, że przyjadę? 

Wzruszyła ramionami. 

- Może? Ale już się z tego wyleczyłam. 

Z czego? Z miłości do mnie? To dobrze. Czy jednak 

naprawdę? 

Pokochała Jacques'a. 

- Teraz oboje jesteśmy dorośli - zaczął. - Odpowie­

dzialni. Już nie kierujemy się tylko głosem serca... 

- Czy ty kiedykolwiek kierowałeś się głosem serca? 

- Lily... 

- Wiem - szepnęła. - To nie fair pytać, czy siedem 

lat temu mnie kochałeś. Byliśmy smarkaczami. Ale 

moje uczucie do ciebie było dorosłe. 

- Tak jak uczucie, jakim obdarzyłaś Jacques'a? 

- Nawet bardziej. Ale równie głupie. Zgoda na to 

małżeństwo była decyzją rozsądku i popatrz, dokąd mnie 

ona zaprowadziła. - Lily wstała, strzepnęła okruchy ze 

spodni. Obejrzała się w stronę szpitala. - Muszę wracać. 

- Zanim wyjadę, chciałbym lepiej poznać Benjy'ego. 

- Oczywiście. 

Zdawkowa uprzejmość jej odpowiedzi zaniepokoiła 

go. Miał wrażenie, że napotkał mur. 

- Niewykluczone, że muszę się z tym pospieszyć -

dodał. - W ciągu kilku następnych dni większość na­

szych oddziałów będzie się ewakuować. - W oczach 

Lily dostrzegł przebłysk strachu. - Posłuchaj, nie musi­

cie się bać, że oni wrócą. Oficjalnie nie padły żadne 

nazwiska, ale my wiemy, kto się za tym kryje. Nikogo 

nie można oskarżyć, ale oni wiedzą, że oczy świata 

skierowane są na nich i nie odważą się spróbować 

ponownie. Podejrzewam... Może wy sami też nie jesteś­

cie bez winy? 

background image

66 MARION LENNOX 

- Jak możemy być winni, skoro tylu z nas zginęło? 

- spytała z goryczą. -I pomyśleć, że tym zbrodniarzom 

ujdzie to na sucho. - Zamilkła i zamknęła powieki. Ben 

zrobił krok do przodu. Lily natychmiast otworzyła oczy 

i cofnęła się. - Nie dotykaj mnie. 

- Ja tylko... 

- Nie jestem już tą Lily, jaką znałeś. 

- Zauważyłem - rzekł z powagą. - Tak długo byłaś 

tu jedyną lekarką... 

- Nie narzekam - przerwała mu. - Nie narzekam, bo 

mam wsparcie wszystkich mieszkańców. Kiedy tu przy­

jechałam, byłam wewnętrznie rozdarta. Ale teraz... 

- Teraz chcesz się odgrodzić ode mnie murem. 

- Jacques był nie stąd i zobacz, do czego doprowa­

dził. Powinnam była wiedzieć. Tak, chcę, żebyście 

wszyscy stąd wyjechali. Chcę, żeby moje życie wróciło 

do normy, żeby znowu było takie, jak przed pojawie­

niem się Jacques'a. Jak mogłam być taka głupia, żeby 

uwierzyć najpierw tobie, potem jemu? Nie znam się na 

mężczyznach... 

- Zaliczasz mnie do tej samej kategorii co jego? -

oburzył się, lecz nie doczekał się przeprosin. 

- Spójrz na siebie - rzekła z pogardą w głosie. - Do­

rosły facet uganiający się za niebezpieczną przygodą, 

jak gdyby nie mógł żyć bez dużych dawek adrenaliny... 

- Nie potrzebuję adrenaliny. 

- Potrzebujesz. - Teraz, zamiast gniewu, w jej gło­

sie zabrzmiało znużenie. - Kiedy kończyliśmy studia, 

prosiłam, żebyś przyjechał zobaczyć moją wyspę. Pa­

miętasz, co odpowiedziałeś? „Nie mam zamiaru tracić 

czasu na wylegiwanie się pod palmami." Jak gdyby 

moje życie polegało na wylegiwaniu się do góry brzu-

background image

PRAWDZIWY RAJ 67 

chem. A teraz... Jesteś tutaj, bo tu wydarzyło się coś 

podniecającego. Ktoś inny by został pomóc mi odbudo­

wać nasze życie, ale nie ty. Sam powiedział... 

- Sam - prychnął Ben. Sam jest ostatnią osobą, 

która się nadaje do opowiadania o nim Lily. - Więc co 

Sam ci mówił? 

- Że jesteś lekarzem frontowym. Zawsze na pierw­

szej linii. Bohaterski kapitan Blayden. Zawsze tam, 

gdzie największe zagrożenie. 

- I co w tym złego? 

Nie wiedział, jak odparować zarzuty, których do 

końca nie rozumiał. 

- Więc może dlatego nie powiedziałam Benjy'emu 

o tobie. 

- A co mu powiedziałaś? 

- Niewiele. - Lily zarumieniła się. - Ben, to szaleń­

stwo. Nie jestem w stanie zbornie myśleć. Przez kilka 

dni żyłam w strachu, że Benjy może zginąć. Wówczas 

nasza rozmowa nie miałaby sensu. Ale teraz ma. 

- Bardzo mi zależy na poznaniu go. 

- Więc zostań dłużej - rzekła, jak gdyby rzucała 

wyzwanie. - Jeśli jakiś lekarz zostaje, dopóki potrzebny 

jest szpital polowy, dlaczego nie możesz nim być ty? 

- To nie leży w zakresie moich obowiązków - od­

parł beznamiętnym tonem. 

- Za to moim obowiązkiem jest chronienie Ben-

jy'ego - zakończyła dyskusję. - I muszę do niego 

wracać. 

- Pójdę z tobą. 

- Nie życzę sobie ciebie w moim domu. - Zamilkła 

i wzięła głęboki oddech. - Wiem, jak to okropnie za­

brzmiało. Kiedy Benjy był w niebezpieczeństwie, po-

background image

68 MARION LENNOX 

trzebowałam kogoś, ciebie, i twoja obecność, szczegól­

nie w nocy, pomagała mi przetrwać. Ale teraz tylko 

wszystko skomplikuje. 

- Dlaczego? 

- Bo już ciebie nie potrzebuję - odrzekła bez żena­

dy. - Nie potrzebuję ani ciebie, ani Jacques'a. Może 

nareszcie się czegoś od ciebie nauczyłam. Wracaj do 

swojej kwatery. Żyj dalej, tak jak żyjesz. 

- Co z Benjym? 

- Nie wiem. Do rana może coś wymyślę? Teraz 

jestem zbyt zmęczona. I jest zbyt późno. 

- Lily... 

- Przestań. Nie chcę twojego współczucia. Nicze­

go od ciebie nie chcę. Chcę, żeby wszystko było jak 

dawniej. 

- To niemożliwe. 

- Sądzisz, że nie wiem? - wykrzyknęła tak głośno, 

że z pobliskich palm wyfrunęło stadko spłoszonych 

ptaków. 

Zgromiła go wzrokiem, odwróciła się i machnęła 

stopą, rozpryskując wodę. Fala przybrzeżna odpłynęła, 

a ona stała samotnie na mokrym piasku. 

Srebrnoniebieskim. 

Opalizującym. 

Tam, gdzie przed chwilą wszystko było ciemne 

i martwe, teraz wokół jej nóg igrały tysiące maleńkich 

ogników. 

Lily stała nieruchomo, a światełka powoli gasły, lecz 

nie do końca. W krystalicznej wodzie przypływającej 

i odpływającej spod jej stóp wciąż lśniły i skrzyły się 

miliony szmaragdowych drobinek. 

- Och! - Migoczące światełka otaczały ją ze wszyst-

background image

PRAWDZIWY RAJ 69 

kich stron. - Och! - szepnęła w zachwycie. Pochyliła 

się, zagarnęła garść piasku. - Co to? 

Ben był tak samo zdziwiony jak ona. Lecz on wie­

dział, co to za zjawisko. Już raz widział je na plaży, na 

południu Australii. Wówczas, tak jak teraz, zrobiło na 

nim piorunujące wrażenie. 

- To bioluminescencja - wyjaśnił - świecenie mi­

lionów żywych organizmów, wiciowców zwanych Di-
noflagellates.

 Rzadko widuje się je tak blisko brzegu. 

To takie morskie robaczki świętojańskie. 

- Więc to nie czary? 

Lily zaczęła się bardzo powoli obracać, cały czas 

wpatrzona w piasek pod stopami. 

- Nie do końca. Ale wygląda nieziemsko, prawda? 

Zbliżył się do niej, a gdy tylko wszedł na mokry 

piasek, ślady jego stóp zaczęły świecić niebieskim 

światłem. 

- Nie było tego, kiedy przyszliśmy. Zauważylibyś­

my przecież - dziwiła się Lily. - Jak... 

- To fale przynoszą te drobnoustroje. 

- Ale nigdy przedtem czegoś takiego nie widziałam. 

- Bo to niezwykle rzadkie zjawisko. 

- Jest... - Zabrakło jej słów. 

Wciąż się obracała z rozłożonymi ramionami, jak 

tancerka. Schylała się, zagłębiając dłonie w piasku, 

a kiedy podnosiła ręce, mokre ziarenka opadały niczym 

świetlisty deszcz. Zaśmiała się w końcu, śmiechem bez­

troskim, pełnym zachwytu, śmiechem, jakiego bardzo 

dawno nie słyszał. 

- To czary - szeptała - czary... 

- Tak. 

Gdy kolejny raz się podniosła i okręciła, chwycił ją 

background image

70 MARION LENNOX 

w ramiona i przyciągnął do siebie. Stali obok siebie, 

woda obmywała im stopy. Patrzyli w dal, na połys­

kujący granatowy ocean, który dzisiaj, specjalnie dla 

nich, odkrył jeden ze swoich cudów. 

Jak mógł porzucić te kobietę? Jest taka piękna... 

- Lily - zaczął. 

Westchnęła głęboko, rzuciła ostatnie spojrzenie na 

ocean, odsunęła się odrobinę. 

- To było... przepiękne, Ben, ale muszę iść. 

- Lily... 

- Nie - ucięła. 

Oboje wiedzieli, co miał na myśli. Od dawna już nie 

byli kochankami, a to była wymarzona noc, wymarzona 

sceneria dla zakochanych. Lily miała rację. Oboje mu­

szą wracać. 

- Dziękuję za ten wieczór - szepnęła lekko schryp­

niętym głosem. - Dziękuję za te ostatnie dni. Ale... ale 

nie mogę. - Przelotnie dotknęła jego policzka, może po 

to, by się przekonać, że istnieje naprawdę, że nie jest 

tylko wytworem jej wyobraźni. - Muszę wrócić na 

ziemię - ciągnęła - do moich sąsiadów, pacjentów, do 

mojego syna. Muszę... muszę iść. 

-

 Na pewno? 

- Na pewno. 

- Lily... 

- Nie. Proszę. Nie możesz. I ja nie mogę. 

Miała rację. Wiedział o tym. Tylko że ona przynaj­

mniej miała odwagę to głośno powiedzieć. 

Ta noc jest dla nas, myślał, ale nie mógł posunąć się 

ani o krok dalej. Zanim zdążył się odezwać, Lily chwy­

ciła sandały i koszyk i pobiegła plażą, aż zniknęła 

w mroku. Wróciła do swojego życia. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 71 

A on musi wrócić do swojego. Przecież chce tego. 

Czyżby? Spojrzał na magiczną scenerię, na spektakl 

przygotowany specjalnie dla nich. 

- Znajdźcie sobie inną widownię - mruknął. - Ta się 

nie poznała na waszej sztuce. 

Jak mogłaby zasnąć po takich przeżyciach? Noc była 

długa, mroczna, bez Bena. Za to odzyskała Benjy'ego. 

On powinien jej wystarczyć. Ale to Ben leżał przy niej 

w te pełne strachu noce i tęskniła teraz za jego ciepłem, 

jego zapachem. Tęskniła za Benem. 

Gdybym została na plaży... 

Nie, nie. Przestań! 

Nie mogąc zasnąć, Lily wróciła myślami do począt­

ków ich znajomości. Była na drugim roku studiów, 

uczyła się zapamiętale, nauka wypełniała jej każdą 

chwilę. Stała w bibliotece na trzecim stopniu drabiny, 

wyciągała z półki opasłe tomisko. Książka przeważyła 

i nagle Lily zaczęła spadać. Lecz Ben już był w pogoto­

wiu, już wyciągał ramiona, by ją złapać. Kiedy podnios­

ła wzrok i spojrzała mu w oczy, straciła głowę. Był 

dobrze zbudowany, wysoki, miał kruczoczarne włosy, 

brązowe oczy i wyglądał bardzo, bardzo seksownie. 

I uśmiechał się wprost zabójczo. 

Następne lata były cudowne i zadziwiające. Ben czer­

pał z życia garściami. Ciężko pracował, studia były dla 

niego tak samo ważne jak dla Lily, lecz od tamtego 

pamiętnego dnia nauka stała się przyjemnością. Uczyli 

się razem, razem surfowali, wędrowali po buszu, włó­

czyli się po nocnych barach, prowadzili długie dysputy 

do białego rana. To były magiczne lata, miłość dodała 

jej skrzydeł. 

background image

72 MARION LENNOX 

Lecz Ben nie zamierzał wiązać się na całe życie. 

Rodzice pieniędzmi rekompensowali mu brak uczucia. 

Lily domyślała się, że w jego przeszłości kryła się jakaś 

mroczna tajemnica, lecz Ben nigdy o tym nie mówił 

i nie chciał odpowiadać na żadne pytania. 

A ona? Ona wiedziała, do czego może doprowadzić 

bezgraniczna miłość i nie chciała dla siebie takiego 

losu. Jej matka porzuciła wyspę dla przystojnego Fran­

cuza. Kiedy Lily miała cztery lata, ojciec odszedł, zo­

stawiając je bez środków do życia. Kiedy miała siedem 

lat, matka próbowała popełnić samobójstwo. Władze 

francuskie skontaktowały się w wówczas z krewnymi 

na Kapui i odesłały matkę z córką na wyspę, gdzie 

zostały przyjęte z miłością. Lily dobrze zapamiętała 

nauczkę, że tej wyspy nie opuszcza się bezkarnie oraz 

że romantyczna miłość może prowadzić do katastrofy. 

Zgodziła się więc z Benem, że miłość jest dla innych, 

lecz mimo usilnych starań nie potrafiła dostosować się 

do tej zasady. Serce oddała jemu, ale nie mogła mu 

wyznać swoich uczuć. Kochała go, mimo że nie było 

dla nich wspólnej przyszłości. Bo wiedziała, co ma 

zrobić, kiedy skończy studia. I zrobiła to. Wróciła do 

domu. Urodziła Benjy'ego, który wyglądał jak skóra 

zdjęta z ojca. 

Chłopiec poruszył się we śnie. Pocałowała go w czu­

bek głowy. 

- Kiedy Ben znowu odjedzie, zostaniesz mi ty, syn­

ku - szepnęła. 

Ale to nie wystarczy. 

Musi. Na zawsze. 

Dobrze zrobiłam, że nie zostałam na plaży, powta­

rzała sobie. To było jedyne słuszne wyjście. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 73 

A Ben... 

Ben w swojej kwaterze, którą dzielił z Samem, rów­

nież nie mógł zasnąć. Co mu się stało? Zazwyczaj 

zasypiał z chwilą, gdy przyłożył głowę do poduszki. 

Ale teraz nie. Teraz myślał o Lily. O Lily wolno 

obracającej się w migocącym kręgu. 

Miał przed oczami jej twarz, widział zmęczenie, 

napięcie. Ciężar obowiązków, jakie na niej spoczywały, 

był ponad jej siły. Jeszcze przed atakiem terrorystów 

pracowała zbyt ciężko. A teraz... Kiedy on wyjedzie, 

wpadnie w dawny kierat, gdzie przede wszystkim liczą 

się pacjenci. 

Należy się jej urlop. To jasne. Żądanie, aby po tym, 

co przeszła, pracowała w pełnym wymiarze godzin, to 

proszenie się o nieszczęście. Przydałoby się zainstalo­

wać tu zespół medyczny na dłuższy okres, pomyślał. 

Może uda się to jakoś zorganizować? W obecnej sytua­

cji żadne rozsądne żądanie nie powinno zostać odrzuco­

ne przez dowództwo. Na kilka miesięcy można ściągnąć 

lekarzy i ratowników, ale co to da? 

Lily nie przestanie pracować, a musi. Jeśli nie od­

pocznie, padnie. Potrzebuje więcej takich wieczorów 

jak dzisiaj, pomyślał. Niekoniecznie w jego towarzyst­

wie, ale wieczorów, kiedy mogłaby się zrelaksować. 

A wówczas... 

Przyszedł mu do głowy pomysł tak szalony, że omal 

go w pierwszym odruchu nie odrzucił. Nie, ona się 

nigdy nie zgodzi. Nigdy. 

Ale właśnie to jest jej potrzebne. 

Pomyślał o przewodniczącym samorządu wyspy, 

Gualbercie Panjiamtu, mężczyźnie po siedemdziesiąt­

ce, który z godnością znosił upokorzenia jako zakładnik 

background image

74 MARION LENNOX 

i dla którego dobro Kapui było celem nadrzędnym. 

On zrozumie, że zdrowie Lily jest gwarancją zdrowia 

wszystkich mieszkańców. Czy mogę zwrócić się do 

niego z prośbą o zwolnienie Lily z jej obowiązków na 

pewien czas? 

Ona się nigdy na to nie zgodzi. 

Mimo to już snuł plany. 

Powinien się trochę przespać, lecz nie zasnął. Leżał 

z wzrokiem utkwionym w płótno namiotu i myślał. 

O Lily. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Przez cały następny dzień Lily nie widziała Bena. 

I co z planami poznawania syna? - pomyślała z ironią. 

Figa z makiem. 

Benjy towarzyszył jej wszędzie, kiedy chodziła po 

wyspie i odwiedzała rodziny pogrążone w żałobie. 

Przedtem, gdy zabierała go ze sobą do pacjentów, na­

tychmiast przyłączał się do dzieci, lecz teraz nie od­

stępował jej ani na krok. Słuchał, kiedy ludzie opowia­

dali o traumatycznych przeżyciach. Wiedziała, że sam 

potrzebuje terapii, lecz co mogła zrobić? 

Wiedziała, że powinna zostać z nim w domu i się nim 

zająć, ale wówczas kto zająłby się mieszkańcami wy­

spy? To są jej pacjenci, jej rodzina. Czuła się rozdarta. 

Muszę uporządkować swoje życie, rozmyślała, wra­

cając o zmierzchu do siebie. Tylko jak? Pytanie pozo­

stawało bez odpowiedzi. 

Zbliżając się do bungalowu, zobaczyła w oknach za­

palone światła. Nie zdziwiła się. Zdarzało się, że kiedy 

była potrzebna, ktoś wchodził i czekał. 

Czuła się wykończona. Oby to nie było wezwanie do 

chorego. 

- Dasz radę - mruknęła do siebie i pchnęła drzwi. 

I rzeczywiście ktoś na nią czekał. Gualberto z Benem. 

- Co za niespodzianka! - powitała przewodniczące­

go samorządu, ignorując drugiego gościa. Obecność 

background image

76 MARION LENNOX 

Bena była zbyt niepokojąca, za to Gualberto zawsze był 

opoką w coraz bardziej niepewnym świecie. - Z czym 

przychodzisz? - zapytała. 

- Ben mówi, że potrzebny ci jest odpoczynek. - Star­

szy mężczyzna od razu przeszedł do rzeczy. 

Lily posłała Benowi wściekłe spojrzenie. 

- Ben się myli - ucięła. 

- Posłuchaj, co mamy ci do powiedzenia - poprosił 

Ben. 

- Benjy - Lily zwróciła się do synka - idź do ła­

zienki i przygotuj sobie kąpiel, dobrze? 

Gualberto wziął jednak chłopca za rękę, usadził przy 

sobie i rzekł: 

- Benjy też musi wiedzieć, co ustaliliśmy. 

- Mam nadzieję, że niczego nie ustaliliście beze 

mnie. 

- Zorganizowaliśmy ci wakacje, Lily - odparł Gual­

berto. - Usiądź. Posłuchaj, co mamy do powiedzenia. 

Sytuacja była tak niezwykła, że Lily posłusznie usia­

dła. Za stołem były cztery krzesła, a ponieważ Benjy 

siedział obok Gualberta, ona musiała usiąść obok Bena. 

Przesunęła krzesło odrobinę dalej i zajęła miejsce. Za­

uważyła, że widząc jej manewr, Gualberto uśmiechnął 

się pod nosem. Co w tym takiego śmiesznego? Była 

zbyt zmęczona, by się nad tym zastanawiać. Chciała, 

żeby sobie poszli. Chciała zasnąć i obudzić się za sto lat. 

- Otóż istnieje coś takiego jak zespół wypalenia 

zawodowego - zaczął Gualberto, wyciągnął rękę przez 

stół i ujął jej dłoń. - Ben mówi, że zauważył u ciebie 

objawy tego stanu. 

- Ben mnie nie zna - odparła i chciała oswobodzić 

dłoń, lecz przewodniczący samorządu jej nie puszczał. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 77 

- Ben wymyślił dla ciebie rodzaj wakacji - ciągnął 

poważnym tonem. - Dokładnie to przemyśleliśmy. Na­

sze zdrowie zależy od ciebie. Nadużyliśmy tego. 

- Nie wiem, o czym mówisz - zaprotestowała. 

Uczucie, że sytuacja wymyka się jej spod kontroli, 

nie opuszczało jej od momentu, kiedy radna odpowie­

dzialna za sprawy finansowe, ciężko ranna, słaniając 

się na nogach, pojawiła się tamtego pamiętnego dnia 

u niej na progu. To uczucie, zamiast słabnąć, wzmagało 

się, a ciało stawało się dziwnie lekkie, jak gdyby za 

chwilę miała wznieść się w powietrze. Była przerażona. 

Niewykluczone, że strach odmalował się na jej twa­

rzy, bo Gualberto złagodził trochę ton. 

- Nie przeciągaj struny. Zaraz po studiach przyje­

chałaś do nas, ale kiedy tylko mieszkańcy innych wysp 

zwiedzieli się, że mamy stałego lekarza, zaczęli się do 

ciebie tłumnie zgłaszać. Ciężar obowiązków cię przy­

tłoczył.- Dopiero doktor Blayden nam to uświadomił. 

- On nie wie... 

- Wiem, Lily - wtrącił Ben. - Przejrzeliśmy z Sa­

mem karty pacjentów. 

- Nie mieliście prawa... 

- Rozmawialiśmy z pielęgniarkami. Pracujesz sie­

dem dni w tygodniu, dwadzieścia cztery godziny na 

dobę. Jesteś na każde wezwanie. Szpital zawsze ma 

pełne obłożenie, bo pacjenci nie chcą jechać gdzie in­

dziej. Po co, skoro na miejscu mają znakomitą opiekę? 

Wykonujesz pracę trzech lekarzy. 

- W tym czasie Benjym opiekowała się Kira. A te­

raz ona nie żyje - tłumaczył Gualberto. 

- Mama się mną zaopiekuje - po raz pierwszy ode­

zwał się Benjy. 

background image

78 MARION LENNOX 

Gualberto przytaknął ruchem głowy. 

- Oczywiście. Jak każda matka. Ale twoja mama 

opiekuje się również wszystkimi na wyspie. 

- Musi się opiekować mną ~ oświadczył Benjy. 

Słysząc histeryczną nutę w głosie synka, Lily wstała, 

podeszła do niego i otoczyła go ramionami. 

- Oczywiście, że tak. I zawsze będę się tobą opieko­

wać - zapewniła. 

- Niektóre sprawy nie podlegają dyskusji - rzekł 

Gualberto. - Ale teraz to my musimy zaopiekować się 

twoją mamą, Benjy, tak jak ona zawsze dbała o nas. 

- Nie rozumiem, do czego zmierza ta rozmowa -

wybąkała Lily. 

Gualberto wstał. Spostrzegła, jak bardzo i on jest 

przytłoczony wydarzeniami ostatnich dni. 

- Niewiele mogę naprawić, ale postaram się - za­

czął. -Wiem, kim jest Ben i co dla ciebie znaczy. -

Zamilkł i spojrzał wymownie najpierw na chłopca, po­

tem na Bena. - Jest wiele spraw w twoim życiu, które 

musisz uporządkować, lecz jedno nie ulega kwestii. To 

dobry człowiek. Naprawdę, Lily. Obserwowałem go, 

rozmawiałem z jego ludźmi i uczciwie mogę ci powie­

dzieć: to dobry człowiek. Nie taki jak Jacques. I dlatego 

w twoim imieniu przystałem na jego propozycję. 

- Jaką propozycję? 

- Nie płaciliśmy ci tyle, ile powinniśmy - ciągnął 

Gualberto. - Kiedy skończyłaś studia, budżet wyspy 

wystarczał nam tylko na pokrycie najpotrzebniejszych 

wydatków. Zgodziłaś się pracować za bardzo małą pen­

sję i deputaty, jakie wszyscy otrzymujemy. To zdawało 

się uczciwe, ale teraz... Ben pytał mnie, czy stać cię na 

wyjazd, i musiałem mu odpowiedzieć, że nie. - Skrzy-

background image

PRAWDZIWY RAJ 79 

wił się. - Może zbyt się obawialiśmy, że pieniądze 

z ropy nas zniszczą? Może zbyt się baliśmy Jacques'a 

i jego planów? W rezultacie to, co mamy, pokrywa tylko 

bieżące potrzeby. Budżet jest już rozdysponowany. 

- Co to ma wspólnego ze mną? 

- Nie możemy ci zapłacić za urlop. Ale jest wyjście. 

- Nie chcę słyszeć o żadnym wyjściu. 

- Lily... - wtrącił Ben. 

- Ben ma farmę na wybrzeżu Nowej Południowej 

Walii - wyjaśnił Gualberto. - Oto jego propozycja, na 

którą się zgodziłem. Mieszkają tam tylko gospodyni 

i zarządca. Jest plaża, konie i nic do roboty. Nic, Lily. 

Spędzisz tam miesiąc. 

- Nie mogę. 

Lily patrzyła to na Gualberta, to na Bena. Czy oni 

oszaleli? Proponują mi wyjazd... Na farmę Bena? 

- Ben tu zostanie i cię zastąpi. Może pod koniec 

pobytu wpadnie na kilka dni na farmę. Przekonał mnie, 

że oboje z Benjym potrzebujecie pobyć trochę razem. 

Lily już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, lecz Ben 

nie dopuścił jej do głosu. 

- Przemyśl to sobie - zaproponował. - Tutaj ja się 

wszystkim zajmę. Wezmę urlop, który mi się należy, 

więc nawet gdyby gdzieś powstała sytuacja kryzysowa 

albo wybuchły zamieszki, nie będą mogli mnie wysłać. 

Sam i troje pielęgniarzy zostaną ze mną. Razem z tutej­

szym personelem zapewnimy pełną opiekę medyczną. 

- Ale... ale... - Lily zaczęła się jąkać. -Nie możecie 

tak po prostu kazać mi jechać na jakąś farmę, o której 

pierwszy raz słyszę. 

- Naprawdę nie chcesz się stąd wyrwać? - poważ­

nym tonem spytał Gualberto. - Tak z ręką na sercu? 

background image

80 

MARION LENNOX 

- Ja nie... 

- Chcesz - odpowiedział za nią Ben. - I to bardzo. 

A Benjy chce mieć matkę tylko dla siebie. Zgódź się, 

kochanie. 

- Nie nazywaj mnie kochaniem - obruszyła się. 

- Przepraszam. Niech się pani zgodzi, doktor Cyp-

rano. 

- Zgódź się, mamo - prosił Benjy. - Pojedźmy na 

farmę. 

- Zgódź się - namawiał Ben. 

- Myślę, że ona się już zgodziła - odezwał się Gual-

berto. - Posłuchaj, Lily. Przez następne cztery tygodnie 

trzymaj się z daleka od medycyny. Kochamy cię jak 

córkę, ale na jeden miesiąc o nas zapomnij. Zabierz 

chłopaka i jedź. No, to jeden problem mam z głowy -

dokończył już innym tonem. - Teraz zajmie się tobą 

doktor Blayden. 

Gualberto wyszedł, a Ben został z nimi. Prosiła, żeby 

też poszedł, ale on potrząsnął tylko głową i zabrał się do 

szykowania kolacji. 

- Sama mogę to zrobić - zaprotestowała, lecz on 

znowu potrząsnął głową. 

Siedziała więc kompletnie oszołomiona przy ku­

chennym stole i patrzyła, jak potężnie zbudowany męż­

czyzna w mundurze polowym rządzi się w jej domu, 

w jej kuchni i organizuje jej życie. 

- Znalazłem w lodówce trzy naczynia żaroodporne. 

Na najbardziej apetycznie wyglądającym daniu jest na­

pisane: ryba w pikantnym sosie kokosowym. Co wy 

na to? 

Kolacja upłynęła w milczeniu. Od czasu do czasu 

background image

PRAWDZIWY RAJ 

81 

Ben rzucał jakąś uwagę do Benjy'ego, lecz chłopiec 

odpowiadał monosylabami. Ben nie zrażał się, z apety­

tem spałaszował rybę, potem posprzątał i pozmywał. 

Lily siedziała, wciąż oszołomiona, nie mogąc się ruszyć. 

Farma Bena, rozbrzmiewało w jej głowie. 

Nie. Ale... 

Wyjedź stąd, odpowiadało jej serce, i brzmiało to tak 

kusząco jak syreni śpiew. Gdzie są moje zatyczki do 

uszu, kiedy ich potrzebuję? A poza tym... 

Farma Bena. To już nie jest głos rozsądku. To jest 

głos serca. Ben przyjedzie na krótko pod koniec nasze­

go pobytu. Benjy lepiej pozna ojca. Potem ona wróci 

tutaj i będzie żyła jak dawniej, lecz Benjy nawiąże 

trwałą więź z ojcem. Bardzo potrzebną. 

To obłęd. Przecież nie mogę wyjechać. Nie mogę 

zostawić pacjentów. 

Zmęczony Benjy zasnął przy stole. Starając się nie 

zwracać uwagi na Bena - co innego mogła zrobić - Lily 

zaniosła synka do łóżka. Przez chwilę stała wpatrzona 

w jego małą twarzyczkę, a kiedy się odwróciła, omal się 

nie zderzyła z Benem. 

- Naprawdę potrzebne mu są wakacje - przemówił 

łagodnym tonem. - Nie możesz udawać, że nic się nie 

stało, i po prostu żyć dalej. 

- Jesteś psychologiem? 

- Rozmawiałem z psychologami. 

- Co daje ci prawo do...? 

- On jest moim synem. 

Zaczerpnęła potężny haust powietrza, lecz niewiele 

jej to pomogło. Kolejny raz doznała uczucia, jak gdyby 

nie panowała nad własnym ciałem, traciła kontakt z ota­

czającą ją rzeczywistością. 

background image

82 

MARION LENNOX 

Może się nawet zachwiała, bo nagle Ben znalazł się 

tuż przy niej, podtrzymał ją, potem wziął na ręce. Na 

jedno mgnienie przytulił ją do siebie, potem delikatnie 

położył na łóżku obok śpiącego synka. 

Zawrót głowy minął. Przyjemnie było przytulić po­

liczek do miękkiej chłodnej poduszki. Ogarnęła ją po­

kusa, by się poddać, pozwolić temu mężczyźnie przejąć 

kontrolę nad jej życiem. Była to szalona myśl, lecz nie 

miała siły z nią walczyć. 

- Wiesz, że przed chwilą omal nie zemdlałaś? - huk­

nął na nią Ben. 

Jutro mu powiem, co sądzę o tym absurdalnym po­

myśle, postanowiła. Dzisiaj... dzisiaj wpatrywał się 

w nią z troską w oczach i to było bardzo przyjemne. 

Nareszcie ktoś się o mnie martwi. Dotąd to ona mar­

twiła się o wszystkich na tej wyspie i na innych, do 

których można dotrzeć łodzią. Teraz role się odwróciły. 

- Nieprawda - wymamrotała, a w oczach Bena poja­

wił się błysk rozbawienia. 

- Oczywiście, że nie. Mogłabyś wystartować w bie­

gu na dziesięć mil. 

- No, może dziesięć metrów? 

- A może dziesięć stóp? - zaczął się z nią przekoma­

rzać. - Pojedziesz na te wakacje, moja droga Lily. 

Wszystko zorganizowałem. Przewodniczący i rada się 

zgodzili. Znaleźli się ludzie, którzy cię zastąpią... Mia­

łaś kiedyś czas tylko dla Benjy'ego? 

- Nie. 

- Tak mi mówiono - odparł. - Nie wzbraniaj się. 

Jutro wsadzimy was do helikoptera. Zabiera dwoje ran­

nych na dalsze leczenie do szpitala w Sydney, a potem 

pilot podrzuci cię na farmę. To po drodze do bazy, więc 

background image

PRAWDZIWY RAJ 83 

nie ma problemu. Rosa i Doug, którzy zajmują się go­

spodarstwem, czekają na was. Spędzisz najbliższe tygo­

dnie, regenerując siły. Nasz syn wiele przeszedł. Pomo­

żesz mu dojść do siebie. 

Nasz syn. Lily spojrzała przeciągle na Bena. Nasz 

syn. Te słowa powinny wzbudzić jej sprzeciw, lecz 

zadziałały odwrotnie, przyniosły ulgę. 

- Żadnych sprzeciwów - uprzedził Ben. Ale czy 

mogłaby protestować? Nie miała nawet siły podnieść 

głowy z poduszki. - Jesteś wykończona. 

Ukląkł przy łóżku i pogładził ją po policzku. 

- Zgoda. Dzisiaj żadnych sporów. 

- To dobrze - skwitował z ulgą w głosie. - Do­

branoc - dodał, pochylił się i pocałował ją. 

Jak cudownie, wspaniale. Lily znalazła nawet tyle 

siły, by zarzucić mu ręce na szyję i oddać pocałunek. 

Zamknęła oczy. Świat jest wspaniały. Ben jest przy 

niej. Z tą myślą, tak absurdalną, przytuliła się do Ben-

jy'ego i zasnęła. Ben długo jeszcze przyglądał się oboj­

gu, Lily i swojemu synowi, aż sygnał pagera sprowadził 
go na ziemię. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Gdy się obudziła, Bena już nie było. Przez krótką 

chwilę trwała między jawą a snem, potem poszukała 

wzrokiem budzika -jego również nie było. Zdziwiona 

spojrzała na zegarek na ręku i jęknęła z przerażeniem. 

Ósma trzydzieści. Przecież muszę zrobić obchód i... 

Zaraz, zaraz... Coś jest nie tak. 

Benjy już wstał i kręci się po pokoju. Z szafy wyciąg­

nął starą walizkę, obok ułożył stos ubrań i spokojnie 

ogląda każdą sztukę. 

- Cześć - odezwała się do niego. 

Chłopiec obejrzał się i uśmiechnął szeroko. Od daw­

na nie widziała go tak uszczęśliwionego. 

- Przed chwilą był tu Ben - oznajmił. - Myślał, że 

jeszcze śpimy i już chciał iść, ale go usłyszałem. Zjed­

liśmy grzanki. Kazał mi się zastanowić, co chcę zabrać 

na farmę. 

Czyli mi się to nie przyśniło. Co za różnica. To i tak 

szalony pomysł. 

- Porozmawiamy, jak się ubiorę - rzekła. - Mu­

simy... 

- Ben powiedział, że Sam i ta fajna pielęgniarka, 

Debbie, no ta, wiesz, z kolorowymi włosami, takimi 

żółtozielonymi, odbywają dzisiaj za ciebie wizyty do­

mowe. Powiedział, że Sam i Debbie rozwiążą wszystkie 

nasze problemy i że nie ma sprawy. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 85 

- Tak? - rzuciła, kierując się do łazienki. - Skąd jest 

taki pewny? 

- I powiedział, że wyjeżdżamy o dziesiątej, a jak nie 

będziemy gotowi, to sam nas wrzuci do tego helikop­

tera. - Zamilkł i spojrzał na dwa podkoszulki. - Mamo, 

który spakować? 

- Żadnego. 

- To nie chcesz, żebyśmy jechali? 

- Posłuchaj, Benjy. Nie możemy. 

- Tam są konie - szepnął chłopiec. - Ben mówił, że 

będę mógł na nich pojeździć. 

A niech go! Jak śmiał obiecywać małemu takie rzeczy! 

- Konie brzydko pachną. I kopią. To Ben schował 

mój budzik? - spytała. 

- Jego konie nie kopią. I nie lubię tego twojego 

wstrętnego budzika! 

- Ja też go nie lubię, kochanie, ale jest mi potrzebny. 

Jest jakby częścią mnie. 

- Chcę jechać na wakacje! - Benjy zaczął się dąsać. 

- Dzieci w elementarzu jeżdżą. Ja też chcę. 

Lily zaczęła się chwiać w swoim postanowieniu. 

Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. Zanim 

zdążyła zareagować, skrzydło uchyliło się i na progu 

stanął uśmiechnięty Ben. W mundurze polowym wy­

glądał imponująco. 

- Dlaczego ciągle chodzisz w tym mundurze? - spy­

tała. - Wyglądasz, jak gdybyś szedł na front. 

- Może mi nie uwierzysz, ale nie mam tu nic innego. 

- A mnie się podoba - oświadczył Benjy. - Kiedy 

dorosnę, też chcę mieć taki. 

- Wykluczone - gwałtownie zaprotestowała Lily. -

Co tu robisz? - zwróciła się z pytaniem do Bena. 

background image

86 MARION LENNOX 

- Przyszedłem cię obudzić - wyjaśnił. - Nie chcia­

łem, żebyś przespała wakacje. 

- Zabrałeś mi budzik. 

- Przyznaję się bez bicia, ale zrobiłem to ze szlachet­

nych pobudek. A nie wolałabyś, żebym to ja cię obu­

dził? - zażartował i dodał: - Proszę, oto on. 

- Nie wolałabym - wypaliła i wyrwała mu budzik. 

- Spóźniłeś się. Miałam wstać o szóstej. 

- Nieludzka godzina. Szczególnie pierwszego dnia 

wakacji. 

- Posłuchaj, Ben. Ja nie... 

- Ależ tak! - Uśmiech zniknął z jego twarzy. -

Wczoraj mówiłem jak najbardziej poważnie. Gdyby 

stać cię było na wakacje, na wyjazd dokądkolwiek, to 

może nie byłbym taki uparty. Ale wszyscy na wyspie się 

zgadzają. 

- Wszyscy? 

- Ci, z którymi rozmawiałem - odparł wesoło. - Bez 

wyjątku. Kobiety chciały pomóc ci się spakować, ale 

uznałem, że potrzebne są ci tylko majtki na zmianę 

i kostium kąpielowy. 

- Ben, ja nie mogę. 

Nagle poczuła się skrępowana, że zastał ją w skąpej 

piżamce. Przecież to ojciec twojego dziecka, tłumaczy­

ła sobie, lecz to nie pomagało. Chciała odgrodzić się od 

niego barykadą, a ubranie to pierwszy etap. 

- Możesz. - Zauważyła, że nie podszedł bliżej. 

Trzyma się na dystans, pomyślała. Pewnie czuje się tak 

samo skrępowany jak ja. - Ale gdybyś chciała zabrać 

coś więcej niż tylko zmianę bielizny i kostium kąpielo­

wy, jest tu ze mną żona Pietera, która pomoże ci się 

spakować. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 87 

Odwrócił się. Za nim stała Mary, która na widok Lily 

w kusej piżamie uśmiechnęła się szeroko. 

- No, no, Lily. W ładnym stroju przyjmujesz gości 

- zażartowała, rozładowując atmosferę. 

- Powiedz Benowi, że nie ma prawa mi rozkazywać 

-

 zwróciła się do niej Lily. 

- Ma, moja droga - odrzekła Mary łagodnym to­

nem. - Jestem tutaj, żeby go wspierać. Wszyscy przy­

znajemy mu rację. Jeszcze przed tragedią, jaka na nas 

spadła, byłaś u kresu sił. Wiedzieliśmy o tym, ale od­

suwaliśmy to od siebie, bo... bo byłaś nam potrzebna. 

Ale teraz możemy się bez ciebie obejść. Więc zabieraj 

dzieciaka i nie wracaj, dopóki nie przytyjesz z pięć 

kilogramów i nie pozbędziesz się tych cieni po oczami. 

- Mary, posłuchaj... 

- Nie kłóć się ze mną - ostro upomniała ją Mary. 

Benowi też się dostało. - No, zabieraj się stąd. Ona musi 

się umyć; przebrać i spakować. 

- Tak jest! 
Posłał Lily całusa, odwrócił się na pięcie i już go nie 

było. 

Półtorej godziny później Lily i Benjy siedzieli 

w ogromnym wojskowym helikopterze lecącym do Au­

stralii. Podczas podróży Lily pełniła rolę eskorty medy­

cznej. To dzięki temu Ben uzyskał zgodę na zabranie 

jej. Dwóch rekonwalescentów, kapral z raną kolana 

i sierżant ze zmiażdżoną kością udową, potrzebowali 

stałej opieki podczas transportu do Sydney. 

Uszczęśliwiony Benjy siedział więc tuż obok pilota, 

podczas gdy Lily nie odstępowała swoich podopiecz­

nych w tyle kabiny, dbając, by ich stan się nie pogor-

background image

88 MARION LENNOX 

szył, i rozmawiając z nimi o perspektywach dalszego 

leczenia i o ich rychłym spotkaniu z rodzinami. Od 

czasu do czasu jednak w jej myślach pojawiał się 

Ben i mimo usilnych starań nie mogła się uwolnić od 

wspomnień. 

Ben patrzył, jak helikopter znika w oddali. Miał uczu­

cie, jak gdyby wraz z nim ulatywała cząstka jego samego. 

Lily i jego syn. 

- Powinieneś być z nimi, stary - usłyszał obok sie­

bie glos Sama, który niepostrzeżenie zaszedł go od tyłu 

i położył mu dłoń na ramieniu. Ben wzdrygnął się 

zaskoczony. - Obudź się! To mógł być wróg, nie ja -

skarcił go przyjaciel. 

- Tu nie ma wrogów. Już nie. 

- Racja. Już nie. - Sam spojrzał na znikający heli­

kopter. - Więc powiedz mi jeszcze raz, stary, dlaczego 

nie poleciałeś z nimi? 

- Bo mam tu robotę. 

- Przecież ja tu jestem. 

- Więc jest nas dwóch. I pielęgniarki. Czyli właśnie 

tyle,ile potrzeba. 

- Dobra. Zobaczmy, czy mam rację - zaczął Sam 

z namysłem. - Wysłałeś Lily na swoją rodzinną farmę. 

Wziąłeś urlop, bo wiedziałeś, że dowództwo nie zgodzi 

się, aby zostało tutaj aż dwóch lekarzy, z drugiej strony 

nasza pani doktor nigdy by się nie zdecydowała wy­

jechać, gdyby nie miała gwarancji, że będzie nas wła­

śnie dwóch, tak? 

-'To... 

- To prawda. Wpadłeś z kretesem. 

- Nie wpadłem - obruszył się Ben. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 

89 

- Nadal ją kochasz. 

- Jest bardzo atrakcyjna. Każdy, kto ją zobaczy, 

zakocha się w niej. 

- Była atrakcyjna - sprostował Sam bezlitośnie. -

Wychudła, przybyło jej piegów, włosy proszą się o fry­

zjera... Wygląda, jak gdyby z miesiąc nie spała. 

- I dlatego potrzebne są jej wakacje. 

- Co nie znaczy, że jest atrakcyjna. - Sam namyślał 

się, zanim zadał przyjacielowi pytanie: - Zamierzasz do 

niej dojechać? 

- Jak? 

- To twój dzieciak - odparł Sam. - Ożenisz się z nią 

i od razu będziesz miał rodzinę. Co ty na to? 

- To niemożliwe. 

- Dlaczego? 

- Nie jestem typem rodzinnym. 

- To prawda. 

- Możemy zmienić temat? - spytał Ben. - Chcesz 

operować Larry'ego Arnoo? 

- Tak. Chociaż jego też należałoby odesłać do Syd­

ney. Odłamek szrapnela tkwi zbyt blisko kręgosłupa, 

żeby go tam zostawić. Jeśli zacznie naciskać na nerw, 

facet do końca życia będzie sparaliżowany. Tylko że on 

nie chce jechać do Australii. Poza tym zgodził się na 

operację tylko dlatego, bo myślał, że to Lily ją zrobi. 

- Jak gdyby była w stanie poradzić sobie z tak trud­

nym przypadkiem. 

- A widziałeś, jak sobie poradziła z innymi bardzo 

trudnymi przypadkami? - zaprotestował Sam. - Czapki 

z głów. Ona i Pieter, pielęgniarz bez formalnego wy­

szkolenia, przeprowadzili operacje, przy jakich mnie by 

ręka zadrżała. Zrobili to, bo nie było nikogo innego. 

background image

90 

MARION LENNOX 

- To już przeszłość - burknął Ben. - Ma miesiąc 

wolnego, albo nawet dłużej. 

- Ale nie chcesz się z nią żenić? 
- Zejdź ze mnie, Sam, dobrze? Małżeństwo to nie 

dla mnie. Poza tym, czy ona będzie za mną jeździła tam, 

gdzie mnie wyślą? Albo siedziała w domu i czekała na 

mój powrót? 

- Raczej nie. 
- No właśnie. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Zo­

staniemy przyjaciółmi. Ale przynajmniej tym razem nie 

zrobię jej dziecka. 

- Na pewno, jeśli ty będziesz tu, a ona tam. Ale i to 

się kiedyś zmieni, prawda? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Załoga helikoptera zostawiła kaprala i sierżanta 

w szpitalu w Sydney. Benjy z otwartą buzią przyglądał 

się, jak miasto zaczęło się pod nim wyłaniać i znikać 

i do końca podróży już się nie odezwał. 

Lily również milczała. Przez siedem lat widziała 

tylko swoją wyspę, a tu naprawdę było na co popatrzeć. 

Lecieli wzdłuż wybrzeża, kierując się na północ, aż 

dotarli do terenów górzystych, gdzie tylko z rzadka 

rozrzucone były pojedyncze farmy. 

- Jesteśmy na miejscu - wesołym głosem zakomu­

nikował pilot i zaczął schodzić do lądowania. 

Obok domu dostrzegli maleńką postać, która w miarę 

zbliżania się rosła, aż rozpoznali w niej kobietę. To 

musi być Rosa, gospodyni, pomyślała Lily. 

Inaczej ją sobie wyobrażała. Wydawało jej się, że 

będzie to osoba starsza, pulchna i zażywna, pachnąca 

pysznymi wypiekami. Rosa nie była młoda, lecz na tym 

podobieństwo do stworzonego wizerunku się kończyło. 

Była szczupła i wysportowana, ubrana w obcisłe dżinsy, 

świecące kowbojskie buty i czerwoną koszulę z rękawa­

mi zawiniętymi do łokcia. Elegancki kok, w jaki upięła 

płomiennie rude włosy, nadawał jej wygląd emerytowa­

nej hiszpańskiej tancerki. 

- Witajcie w Nurrumbeen - odezwała się bez cienia 

hiszpańskiego akcentu. 

background image

92 MARION LENNOX 

Nurrumbeen. Co ja tu będę robiła przez miesiąc, 

pomyślała Lily. Helikopter wysadził ich i, zanim zdąży­

ła pożegnać się z pilotem, odleciał. Droga odwrotu zo­

stała odcięta. 

- Ja nazywam się Lily - przedstawiła się i wyciąg­

nęła do kobiety rękę - a to mój syn, Benjy. 

Rosa mocno, po męsku, uścisnęła podaną dłoń, po­

tem spojrzała na Benjy'ego. 

- Benjy - szepnęła tonem, który zdradzał, że albo 

wie, albo się domyśla, kim dla chłopca jest jej chlebo­

dawca. - Cieszę się, że już jesteście. Zapraszam do domu. 

Dom był parterowy, długi, biało pobielony. Dookoła 

biegła weranda porośnięta bujnym pachnącym kapry-

folium. 

Weszli do środka. Lily cisnęło się na usta tyle pytań, 

że z trudem się powstrzymywała, by nie wybuchnąć 

potokiem słów. Benjy natomiast sprawiał wrażenie, jak 

gdyby go zamurowało. 

Ben powinien tu być. 

Podczas wszystkich lat studiów nigdy nie przedsta­

wił jej rodzicom ani nie zaprosił do żadnej z ich posiad­

łości. Nigdy też nie opowiadał o rodzinie. „Nie jesteśmy 

w dobrych stosunkach", uciął, kiedy próbowała go wy­

pytać, więc nie wracała do tematu. A teraz jest tu razem 

z jego synem... 

Za to Bena tutaj nie ma. 

Na spotkanie wyszedł im niewysoki, żylasty męż­

czyzna z laską, starszy od Rosy, siwiejący, ubrany w ku­

chenny fartuch. 

- To mój Doug - przedstawiła go Rosa z dumą. -

Razem się wami zaopiekujemy. 

- Jesteście gospodarzami? - spytała ostrożnie Lily. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 

93 

- Ja jestem gospodarzem - odpowiedział Doug - ale 

wpierw podwieczorek, potem pytania. 

Usadził ich w dużej kuchni za stołem, podał kanapki, 

biszkopty i eklery z polewą czekoladową. Rosa nalała 

Lily herbatę, a Benjy'emu lemoniadę. Doug z zadowo­

leniem obserwował, jak się posilają. 

Ben powinien być tutaj, ponownie pomyślała Lily. 

To jego dom. A może jego rodziców? 

- Nie bardzo się orientuję, w jakim charakterze... -

zaczęła. 

- Rosa zaraz ci wszystko wyjaśni - odparł Doug 

i podsunął jej talerz z eklerami. 

Nie mogła się im oprzeć. 

- Podział ról jest następujący: ja jestem gospodynią, 

Doug zarządcą - zaczęła Rosa. - Ale Doug piecze 

najlepszy biszkopt, jaki jedliście. - Zamilkła i spojrzała 

na męża, jak gdyby szukała jego aprobaty. Potem ciąg­

nęła: - W młodości Doug był pomocnikiem na farmie, 

a ja pracowałam w stajni. Rodzice Bena hodowali ko­

nie, ale spędzali tutaj bardzo mało czasu. Za to dobrze 

znaliśmy dzieci, Bena i jego siostrę. 

Lily zrobiła wielkie oczy. Siostra? Kilka lat byli 

z Benem razem i nic nie wiedziała o siostrze. Czego 

jeszcze o nim nie wie? 

- To Ben ma siostrę? - wybąkała. 

- Bethany zmarła w wieku czterech lat, ale wtedy 

Ben był już w internacie. Wracając do nas... Kiedy Ben 

skończył dwanaście lat, Doug miał groźny wypadek na 

traktorze. 

- Przejechał się po mnie - wtrącił Doug, uśmiecha­

jąc się do Benjy'ego, jak gdyby chciał obrócić wszystko 

w żart. - Któregoś dnia pokażę ci blizny - obiecał. 

background image

94 MARION LENNOX 

- Super - szepnął Benjy z buzią pełną bitej śmie­

tany. 

- Rodzice Bena nie czuli się za nic odpowiedzial­

ni - Rosa relacjonowała rzeczowym tonem, bez cie­

nia urazy. - Twierdzili, że do obowiązków Douga 

należała konserwacja maszyn i urządzeń, zapomina­

jąc, że brakowało środków na reperacje. Zachachmę-

cili coś nawet w banku, żeby wyglądało na to, że 

pieniądze były. Oddaliśmy sprawę do sądu, lecz prze­

graliśmy. Wpadliśmy w długi. Wyjechaliśmy stąd. Ja 

pracowałam w stajni wyścigowej, a Doug... Cóż, 

Doug siedział w domu i próbował znaleźć sobie ja­

kieś zajęcie. 

- To właśnie wtedy nauczyłem się gotować. 

- I to jak! - dodała czule Rosa. - A potem, mniej 

więcej sześć lat temu, zmarł ojciec Bena. Jego matka nie 

żyła już od pewnego czasu. Niecały miesiąc później 

Ben nas odnalazł. 

- Pamiętał nas. To Rosa nauczyła go jeździć konno 

- wtrącił Doug. - Dopóki żyli rodzice, niewiele mógł 

dla nas zrobić, ale kiedy zmarli, wynagrodził nam krzyw­

dę z nawiązką. 

- Czyli? - spytała Lily. 

- Sprowadził nas tutaj. Za tym domem jest drugi, 

przepiękny. Oddał go nam w dożywotnią dzierżawę. 

Usiedliśmy razem, omówiliśmy, czego możemy się 

podjąć. Powiedziałam, że kocham farmę, a Doug może 

zająć się domem. 

- Zobaczycie, jak biegam z odkurzaczem - pochwa­

lił się Doug z uśmiechem. 

Lily również się uśmiechnęła. Przez ostatnie kilka 

tygodni żyła jak w koszmarnym śnie. Dopiero teraz, 

background image

PRAWDZIWY RAJ 95 

przy tych miłych ludziach, zaczęła się budzić do życia. 

I zawdzięcza to Benowi... 

Dawno temu się w nim zakochała. Teraz zaczęło jej 

się przypominać, co ją w nim ujęło. 

- Ben często tu przyjeżdża? - spytała. 

- Kiedy tylko może - odrzekła Rosa. - Ciągle mu 

mówimy, żeby zapraszał przyjaciół, ale on nigdy tego 

nie zrobił. 

-

 Ma naturę samotnika. Chyba nigdy się nie ożeni -

rzekł Doug. 

- Nigdy nie mów nigdy - skarciła go Rosa i mimo­

wolnie spojrzała na Benjy'ego. Potem przeniosła wzrok 

na Lily. - Czy ty i on...? 

- Daj dziewczynie spokój - teraz Doug skarcił żonę 

i zaczął sprzątać ze stołu. - Żadnych pytań. Przypomnij 

sobie, co powiedział Ben. Jest wykończona. Powinna 

odpocząć i odkarmić się. Zaczynamy od zaraz. Zapro­

wadź ich do ich sypialni, niech się zdrzemną, a potem 

pokażemy im farmę. 

- Tak jest! - Rosa stuknęła obcasami kowbojskich 

butów i zasalutowała. - Za mną! 

Przez pierwsze trzy dni Lily ani na moment nie 

spoczęła i pełnymi garściami korzystała ze wszystkich 

atrakcji Nurrumbeen, jak gdyby się bała, że zabraknie 

jej czasu. Jeździła konno, łowiła ryby, pływała, zbudo­

wała największy zamek z piasku na świecie, czytała 

długo w noc, zrywała się rano, żeby pobiegać po plaży... 

Rosa i Doug przyglądali się jej, lecz powstrzymywali 

od komentarza. Benjy od razu do nich przylgnął. Za­

proponowali, że będą się nim zajmować, by mogła 

wypocząć, lecz ona nie zamierzała wypoczywać. Nie 

background image

96 MARION LENNOX 

zamierzała też kurczowo trzymać przy sobie synka, lecz 

ostatnie przeżycia pozostawiły na obojgu swoje piętno 

i Benjy nie odstępował jej ani na krok. 

Chłopiec pokochał konie. Rosa i Doug hodowali 

bydło - to właśnie stanowiło źródło utrzymania farmy 

- lecz Rosa dla własnej przyjemności trzymała cztery 

klacze i jednego ogiera. Jedna z klaczy była źrebna 

i Benjy był bardzo przejęty mającymi wkrótce nastąpić 

narodzinami. 

- Nie możemy wyjechać, dopóki Flicker się nie 

oźrebi - oznajmił Lily, lecz ona nie była jeszcze pewna, 

jak długo tu wytrzyma. 

Wciąż żyła na najwyższych obrotach, oddawała się 

przyjemnościom tak samo intensywnie, jak pracy na 

wyspie. Prześladowały ją wspomnienia niedawnej tra­

gedii, zamartwiała się, że wstrząs, jakiego doznał 

Benjy, pozostawi trwały ślad w jego psychice. Benjy 

niewiele jej opowiedział o swoich przeżyciach zakład­

nika, rzadko mówił o Kirze, nigdy nie wymienił imienia 

Jacques'a. 

Obdarzając go uczuciem, zdradziłam syna, myślała 

Lily. Ale czy to było prawdziwe uczucie? 

Nie mogła spać. 

- Jesteś jak nakręcona - trzeciego wieczoru stwier­

dziła Rosa. Doug poszedł nakarmić psy, Benjy mu to­

warzyszył, a one we dwie rwały zielony groszek na 

kolację. - Może się później przejdziesz? - zapropono­

wała. - Doug poczyta Benjy'emu. Dobrze im to obu 

zrobi. - Zamilkła i po chwili dodała: - Martwię się 

o niego. 

- Dlaczego? 

- - Ma bóle w klatce piersiowej. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 97 

Lily zmarszczyła czoło. 

- Bóle? Jakiego typu? Chcesz, żebym z nim poroz­

mawiała? Wiesz, że jestem lekarką. 

- Nie, nie - wzbraniała się Rosa. - Byłby bardzo 

niezadowolony, gdyby się dowiedział, że rozmawiałam 

z tobą o jego dolegliwościach. Ale kiedy przyjedzie 

Ben... - zawahała się. - Może on coś poradzi - dokoń­

czyła. 

- Posłuchaj. Jeśli to ból w klatce piersiowej, to jak 

najszybciej powinien go osłuchać lekarz. 

- Jeśli pójdzie do lekarza pod nieobecność Bena 

i okaże się, że nie wolno mu nic robić w domu, będzie­

my musieli stąd wyjechać - wyjaśniła Rosa. W jej 

głosie słychać było rozpacz. - Po tym, co Ben dla nas 

zrobił, Doug w żadnym wypadku nie zgodzi się zostać, 

jeśli nie będzie mógł zarobić na swoje utrzymanie. 

Wiem, że to głupio brzmi, ale duma to jedna z niewielu 

rzeczy, jaka mu pozostała. 

- Roso, taki ból może oznaczać... 

- Ani ty, ani ja nic nie możemy zrobić - ucięła Rosa. 

- Zaczekamy na Bena. A na razie wybierz się na spacer. 

Ben mówił, że powinnaś zażywać dużo ruchu. 

- Kiedy ci to powiedział? - zdziwiła się Lily. 
- Dzwonił, kiedy byliście na plaży. Martwi się 

o was. 

W tym samym momencie w domu zadzwonił telefon. 

- To pewnie Ben - zawołał Doug z werandy. - Dziś 

rano Rosa mu powiedziała, że ani na chwilę nie usią­

dziesz. Martwi się o ciebie. - Nagle Lily poczuła, że 

cała drży. Może Ben ma rację? Może fiksuję? - Tak, to 

Ben! - ponownie zawołał Doug. 

Lily weszła po schodkach do kuchni. Rosa i Benjy 

background image

98 

MARION LENNOX 

ruszyli za nią. Odwróciła się do nich plecami, chcąc 

zapewnić sobie odrobinę prywatności. Rozrywkę sobie 

znaleźli! 

Ja naprawdę fiksuję, pomyślała, wzięła słuchawkę 

i powiedziała: 

- Cześć. 

- Rosa mówi, że biegasz jak szalona. 

Dobrze. Do rzeczy. 

- Muszę wracać do domu. 

- Dajemy sobie radę - odrzekł łagodnym tonem, 

jakby doskonale wyczuł, o czym myśli. - Sytuacja jest 

pod kontrolą. Nie musisz wracać, dopóki całkiem nie 

wypoczniesz. 

- Nic mi nie jest. Świetnie się czuję. 

- Nieprawda. Chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła. 

- Tylko pod warunkiem, że pojadę do domu. 

Ben zaśmiał się cicho, gardłowo, tak jak dawniej. 

Nagle zachciało się jej płakać. 

- Nie ma mowy, kochanie. 

- Nie nazywaj mnie tak. 

- Lily - poprawił się. - Jeśli dobrze obliczyłem 

różnicę czasu, powinniście niedługo siadać do kolacji. 

- Skąd...? 

- Doug zawsze podaje do stołu tak punktualnie, że 

zegarki można według niego nastawiać. 

- Jak często tu bywasz? 

- Rozmawiamy o tobie, nie o mnie. 

- To zmieńmy temat. 

- Chwileczkę. Jeśli wyruszysz zaraz po kolacji... 

- Nie mogę. 

- Nie przerywaj! - Ben zaczynał już tracić cierp­

liwość. - Zaraz za domem biegnie ścieżka na Blair 

background image

PRAWDZIWY RAJ 99 

Peak. Tutaj jest teraz pełnia księżyca, więc u was tak 

samo. Zapamiętaj, ten sam księżyc świeci dla ciebie i dla 

mnie. Tylko włóż solidne buty i wejdź na sam szczyt. 

- Dziś w nocy? 

- Dziś w nocy. Usiądź na górze i zostań tak długo, 

jak będziesz chciała i potrzebowała. Potem zejdź prosto 

na plażę i brodząc przy brzegu, wróć do domu. Aha -

dodał ze śmiechem - tylko nie zapomnij zdjąć butów. 

- Mam to traktować jak rozkaz? 

- Jak zalecenie lekarza. 

- Ale Benjy nie może... 

- To nie jest wyprawa dla niego, tylko dla ciebie. 

- Nie podoba mi się ten głupi pomysł. 

- To terapia zlecona przez specjalistę. Zaufaj mi. 

- Dlaczego miałabym ci ufać? 

- Dla niczego. Proszę, zrób, jak ci powiedziałem. 

Zrób to dla siebie. 

- Nie mogę. 

- Możesz, kochana. Albo przynajmniej spróbuj. 

- Nie mów mi, co mam robić. 

- Zgoda, nie mówię. Proponuję. Może będziesz się 

na mnie złościć po drodze, ale uważam, że powinnaś się 

tam wybrać. 

Po tych słowach w telefonie zaległa cisza. 

Lily odłożyła słuchawkę na widełki i powoli się 

odwróciła. Cała trójka, Benjy, Rosa i Doug, wpatrywa­

ła się w nią, niecierpliwie czekając na wiadomości. Ko­

chana... On nie ma prawa tak mnie nazywać! 

Ale to zrobił. 

- Kazał mi iść na Blair Peak - oznajmiła. 

- Znakomity pomysł - pochwaliła Rosa. - Tylko 

włóż solidne buty. 

background image

100 MARION LENNOX 

- Powiedział mi to samo. 

- W nocy węże nie są tak aktywne - odezwał się 

Doug - ale nie zawadzi się zabezpieczyć. 

- Węże? - szepnęła i natychmiast otrzeźwiała. -

Czy wyście poszaleli? 

- Skądże znowu - odparła Rosa wesoło. Wysypała 

strąki groszku na stół i zaczęła je łuskać. - Ryzyko 

jest naprawdę minimalne, a w butach nic ci nie grozi. 

Naprawdę warto się tam wybrać. Ben ma rację. Mu­

sisz iść. 

- Niczego nie muszę. 

- Jeśli chcesz odzyskać równowagę psychiczną, po­

winnaś - namawiał Doug. - Taka wyprawa jest lepsza 

od wszystkich lekarstw na świecie. 

- Idź, mamo - odezwał się Benjy. - Chcę, żebyś 

wyzdrowiała. 

Lily, zdumiona, spojrzała na syna. 

- Nie jestem chora. 

- Nie, ale musisz wyzdrowieć. Może wtedy ręce 

przestaną ci się tak trząść. 

- Może... - mruknęła do siebie. 

Co jeszcze zauważył mój rezolutny syneczek? 

Poszła. Nie miała pojęcia, dlaczego to zrobiła. Może 

nie miała siły przeciwstawić się aż czterem żandarmom, 

Rosie, Dougowi, Benjy'emu i Benowi? 

W świetle księżyca ścieżka była dobrze widoczna, 

lecz stroma. Wspinając się, Lily sapała z wysiłku. Ze 

złości kopała kamienie. Strzeżcie się, węże, myślała. 

Dobrze, że nie ma tu Bena. Jakim prawem mówi mi, 

co mam robić? Niespodziewanie przed oczami stanął jej 

Jacques i nagle poczuła, że to właśnie jego chciałaby 

background image

PRAWDZIWY RAJ 101 

z całej siły kopnąć. Wydawał się taki kochający, taki 

opiekuńczy, taki rozumiejący. Długo się do niej zalecał, 

aż w końcu zgodziła się za niego wyjść. 

- Jesteś przestępcą - powiedziała na głos. - Par­

szywym gnojkiem. Gnidą. 

Starała się sobie przypomnieć najgorsze wyzwiska, 

jakie znała. Nie znajdowała słów na wyrażenie swojej 

wściekłości. 

I nagle wpadła w zupełnie inny nastrój. Zaczęła 

śpiewać starą piosenkę Nancy Sinatry „Te buty są stwo­

rzone do chodzenia" i przestała myśleć o byłym na­

rzeczonym. 

Ze szczytu roztaczał się wspaniały widok. Wpatry­

wała się w horyzont, szukając swojej wyspy. 

Nad sobą miała bezkresne niebo, przed sobą posreb­

rzony księżycową poświatą migocący ocean, za sobą 

pasmo górskie odgradzające ją od wnętrza kontynentu. 

Wydawało się, że znalazła się na szczycie świata. 

Poczuła się maleńką, nieważną drobinką pyłu. 

Ben mnie tu przysłał. „Ten sam księżyc świeci dla 

ciebie i dla mnie." Te słowa znaczyły, że w tej chwili 

ten sam księżyc świeci tu i tam, nad Blair Peak i nad 

Kapuą. A Ben gdzieś tam jest i opiekuje się moimi 

pacjentami. 

Powoli zaczęło ją opuszczać potworne poczucie dry­

fowania bez celu. 

- Rzecz w tym, że odkąd się poznaliśmy, ten sam 

księżyc zawsze świecił dla nas obojga - szepnęła. - Nie 

mogę wygnać Bena ze swoich myśli. 

A musisz? 

Może moglibyśmy pozostać przyjaciółmi? 

Była to bardzo przygnębiająca perspektywa. 

background image

102 MARION LENNOX 

Nie ruszę się stąd, dopóki nie uporam się jakoś z tym 

problemem, postanowiła. 

- To dobry człowiek - powiedziała do niewielkich 

kangurów, które już jakiś czas temu wyszły z zarośli 

i dotrzymywały jej towarzystwa. - To on mnie tu przysłał. 

I tak zaczęła dyskusję z samą sobą. 

Siedem lat temu powinnam była uporządkować spra­

wy między nami. Powinnam była powiedzieć Benowi 

o dziecku. Powinnam była nauczyć Benjy'ego miłości 

do ojca, a Benowi umożliwić spotkania z synem. Inni 

rodzice jakoś dochodzą do porozumienia. Może wów­

czas zostalibyśmy nawet przyjaciółmi? 

Dobrze by było mieć takiego przyjaciela jak Ben. 

Nie chcę być jego przyjaciółką. 

Właśnie że chcesz. Ben chodzi własnymi drogami, 

ale to nie umniejsza jego zalet. Jest cudownym męż­

czyzną i będzie cudownym ojcem. Spójrz na to pod 

właściwym kątem. 

Niby jakim? 

Bądź rozsądna. Jest superfacetem. Urodziłaś jego 

dziecko. Nie bój się przyznać, że cię pociąga. A jeśli 

chce zaistnieć w życiu Benjy'ego, będziesz go często 

widywała. 

Wspaniała myśl. Świetna. 

I możesz wyzbyć się poczucia winy. To nie szukanie 

substytutu Bena rzuciło cię w ramiona Jacques'a. Gdy­

by nie obraz Bena w sercu, już dawno wyszłabyś za 

niego. I gdzie byłabyś teraz? 

Ta myśl ją przeraziła. 

- Czyli to Ben uchronił mnie przed małżeństwem 

z Jacques'em - szepnęła. - On mnie ocalił. Poczciwy 

Ben. Może powinnam mu o tym powiedzieć? 

background image

PRAWDZIWY RAJ 103 

Zastanowiła się nad tym i... i doszła do wniosku, że 

to nie jest zły pomysł. 

- Przechodzę tu autoterapię - wyjaśniła kangurom. 

- Dzięki Benowi. Kocham go - ciągnęła po chwili - ale 

muszę się nauczyć tylko go lubić. 

Potrafisz. 

- Potrafię - zapewniła zwierzaki, uśmiechnęła się 

do nich szeroko i skierowała ku ścieżce prowadzącej 

w dół. - Może jeszcze tu wrócę pogawędzić z wami -

rzuciła na pożegnanie. - Cześć! Nie gniewajcie się, ale 

nareszcie mogę zacząć prawdziwe wakacje. 

Jak, do diabła, ona sobie z tym wszystkim radziła, 

zastanawiał się Ben. Zapewnił Lily, że daje sobie radę 

z wyzwaniami, jakie co krok napotykał, lecz nie była 

to do końca prawda. Obaj z Samem pracowali w peł­

nym wymiarze godzin, a kolejka chorych wciąż się 

ustawiała. 

- Nie wydaje ci się, że ci ludzie czekali czterdzieści 

lat na nasz przyjazd? - spytał Sam tydzień po wyjeździe 

Lily. - A mnie się wydawało, że służba medyczna poza 

linią ognia to bułka z masłem. 

- Wszystko rozbija się o pieniądze - zaczął Ben 

z namysłem. Odbył kilka rozmów z Gualbertem 

i miał teraz lepsze rozeznanie w sytuacji. - Kiedy 

Lily zaczynała tu pracę, nie było funduszy na przy­

zwoite wyposażenie szpitala. Ale kiedy odkryto ropę, 

powstała możliwość naprawienia sytuacji, tylko nikt 

nie potrafił spojrzeć na sprawę z szerszej perspek­

tywy. 

- Lily nie miała na to czasu - odparł Sam i spojrzał 

na listę pacjentów na ten dzień. - Masz pojęcie... 

background image

1 0 4 MARION LENNOX 

- Mam. Zaproponowałem, żeby część zysków 

z eksploatacji złóż ropy przeznaczyć na poprawę 

ochrony zdrowia, żeby opracować przejrzysty nowo­

czesny system, a na okolicznych wyspach zbudować 

przychodnie. Początkowo można by rekrutować leka­

rzy z Australii, potem zachęcać miejscową młodzież, 

żeby podejmowała studia medyczne. Lily była wyjąt­

kiem. Później żaden dzieciak stąd nie poszedł w jej 

ślady. Potrzebne jest pogotowie lotnicze, helikopter 

z załogą.--

- Czyli - Sam zawiesił głos - kompleksowa opieka 

medyczna dla całego archipelagu. Opracowałeś solidny 

plan. Masz zamiar poważnie zająć się jego realizacją? 

- Ja nie, ale mogę doradzić, co i jak. 

- I nie kusi cię, żeby się tu osiedlić? 

- Nie potrafię usiedzieć na jednym miejscu. 

- Musisz jakoś ułożyć relacje z synem... 

- Niedługo zobaczę się z nim na farmie. 

- Spędzicie razem z nim kilka dni, a potem ty udasz 

się na kolejną misję. 

- Taki mam zawód. 

- No tak... Zapomniałem. 
- Ale ja nie - rzucił Ben i odszedł, odprowadzany 

przez przyjaciela pełnym zadumy wzrokiem. 

Po nocnej wyprawie na Blair Peak Lily zwolniła 

tempo. Spała długo i głęboko, nie dręczyły jej kosz­

mary. Benjy spał w łóżku obok niej i po kilku pierw­

szych dniach również uwolnił się od złych snów. 

Ben miał rację. Potrzebny był mu taki wyjazd. 

- Dobrze, że nie ma Jacques'a - pewnej nocy chło­

piec odezwał się znienacka. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 0 5 

Lily zgodziła się z nim. 

- To nie był dobry człowiek. 

- Źle zrobiłem, że do niego poszedłem - szepnął 

Benjy i przytulił się mocniej do matki. - Kiedy zabili 

Kirę, strasznie się przeraziłem - ciągnął. - Biegłem nad 

morze i usłyszałem strzelaninę. Jacyś mężczyźni biegli 

naprzeciwko mnie, więc schowałem się w lesie, aż mnie 

minęli. Potem zobaczyłem, co się stało na plaży. Za­

wróciłem i wtedy usłyszałem, jak Jacques krzyczy na 

tych facetów, był zły, ale oni do niego nie strzelali, więc 

wyszedłem z lasu i on kazał mi iść ze sobą. Nie trzeba 

było go słuchać. - Zamilkł i jeszcze mocniej przytulił 

się do niej. - Wolę Bena. 

- Wolisz? 

- Jest naszym przyjacielem. 

- Tak. 

- Lepszym przyjacielem od Jacques'a? 

- Lepszym - zapewniła go Lily. 

Zastanawiała się, jak powiedzieć dziecku, że Ben jest 

kimś znacznie więcej niż przyjacielem. Jak mu powie­

dzieć, że ten dopiero co poznany mężczyzna jest jego 

ojcem. 

- Wiesz, że ja i Ben studiowaliśmy razem? - za­

częła. 

-

 Ale dawniej nigdy do nas nie przyjeżdżał. 

- Jest bardzo zajęty. Opiekuje się wszystkimi, kiedy 

mają kłopoty. 

- Tak jak ty. 

- Nie całkiem... Widzisz, tam na wyspie, ci męż­

czyźni, którzy strzelali, to byli koledzy Jacques'a. Cho­

dziło im o ropę. Sądzę, że Jacques nie wiedział, że za­

biją tylu ludzi. On po prostu chciał być bogaty. Benowi 

background image

1 0 6 MARION LENNOX 

nie zależy na pieniądzach. On chce, żeby ludzie nie 

cierpieli. 

- Tak jak ty. 

- W pewnym sensie. Ben jeździ po całym świecie. 

My nie ruszamy się z naszej wyspy. 

- Ale tutaj ci się podoba - rezolutnie odparł Benjy. 

- Jest jeszcze dużo miejsc na świecie, gdzie jest super. 

- My nie musimy od razu wszędzie jechać, synku. 

- A Ben? 

- Ben jeździ tam, gdzie jest niebezpiecznie. 

- Jak u nas. 

- U nas już nie jest niebezpiecznie. 

- To więcej nie przyjedzie? 

- Nie wiem, kochanie. Zobaczymy. 

- Ona zgodziła się tylko na cztery tygodnie urlopu. 

Jeśli będziesz się dłużej ociągał, nie spędzicie ani jed­

nego dnia razem. 

- Może tak będzie najlepiej? - odparł Ben. 

- A co z chłopakiem? To twój syn - ciągnął Sam 

wyraźnie poirytowany. - Czy on nie zasługuje na ojca? 

Ta ostatnia uwaga zastanowiła Bena. 

Benjy zasłużył na ojca. Nie pomyślał o tym. Do tej 

pory patrzył na całą sytuację ze swojego punktu widze­

nia, albo z punktu widzenia Lily. Benjy'ego w ogóle nie 

brał pod uwagę. 

- Można się bez niego obyć - odrzekł, starając się, 

aby to zabrzmiało przekonująco. 

- No tak - przyznał Sam. - Jak skończyłeś pięć lat, 

rodzice posłali cię do internatu, a w wakacje płacili 

opiekunom, żeby się tobą zajmowali. Skoro ty przeży­

łeś, Benjy też przeżyje. Tak myślisz? 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 0 7 

- Skąd, do licha, masz te informacje? 

- Jestem lekarzem - odparł Sam zadowolony z sie­

bie. - Na studiach uczymy się mieć oczy i uszy otwarte. 

Poza tym zajrzałem do twoich papierów. Kiedy starałeś 

się o przyjęcie do jednostek specjalnych, przeszedłeś 

testy psychologiczne. Jako lekarz przypadkiem miałem 

w rękach... 

- Mogłeś za to wylecieć z jednostki. 

- Nie dotykam informacji, których nie można zdo­

być z innych źródeł - bronił się Sam. - Staram się tylko 

nie tracić niepotrzebnie czasu. W każdym razie test 

wykazał, że jesteś samotnikiem. Jako przyczynę podano 

wychowanie. To dlatego zostałeś lekarzem frontowym, 

a ja, który spędzałem Boże Narodzenie w otoczeniu 

trzydziestu albo nawet czterdziestu członków najbliż­

szej rodziny, siedzę w domu i czekam, aż przegonisz 

wszystkich zbirów. 

- Zejdź ze mnie, dobrze? - krzyknął Ben, tracąc 

cierpliwość. 

Rozmowa toczyła się w namiocie służącym za kan­

tynę. Zza cienkiej brezentowej płachty natychmiast do­

biegł szmer zdumionych głosów. 

- No, świetnie - odparł Sam i uśmiechnął się zado­

wolony. - Zaraz zaczną się plotki, że przemęczonym 

lekarzom puszczają nerwy. Potrzebny ci jest odpoczy­

nek. Może kilka dni wakacji w rodzinnym gronie? 

- Zejdziesz ze mnie, czy nie? 

- Wyobraź sobie, że prowadzę poradnię rodzinną. 

Jedź, zaprzyjaźnij się z synem, odnów związek z Lily. 

- Zajmij się lepiej sobą, stary. Jesteś singlem? Dla­

czego? 

- Jestem, ale w przeciwieństwie do ciebie, dobrze 

background image

1 0 8 MARION LENNOX 

mi z tym. Natomiast ty uciekasz. Poznałem tego dzie­

ciaka. Zasługuje na znacznie więcej, niż chcesz mu 

ofiarować. Przemyśl to sobie. Tutaj nie jesteś już po­

trzebny. Opracowałeś projekt opieki zdrowotnej, mo­

żesz odpocząć. Jutro odlatuje helikopter. Powinieneś 

znaleźć się na jego pokładzie. 

- Odczep się ode mnie. 

- Nie. Są różne rodzaje odwagi. Spróbuj je w sobie 

odkryć. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Ben wyszedł spod płatów śmigła i spojrzał w kierun­

ku domu. Lily stała na werandzie. Była ubrana w zwyk­

łe szorty i podkoszulek. Mimo odległości dostrzegł, że 

wyglądała inaczej. A Benjy... 

Benjy, roześmiany od ucha do ucha, pędził mu na 

spotkanie. Jego uśmiech był taki sam jak uśmiech 

Lily, zanim wzięła na barki wszystkie nieszczęścia tego 

świata. 

- Ben! Ben! Ben! 

Ben upuścił torbę i rozpostarł ramiona, kiedy chłopiec 

jak pocisk rzucił się na niego. Zanim się zorientował, co 

się właściwie dzieje, trzymał w objęciach syna, a mały 

ściskał go za szyję. Ponad jego głową dojrzał powitalny 

uśmiech na twarzy Lily. Poczuł nagły uścisk w dołku. 

Lily ruszyła mu na powitanie, lecz zatrzymała się 

w pół drogi. Musiał wejść na trzy schodki, by się do niej 

zbliżyć. Zawahał się. Wyczuwał, że ten moment jest 

ważny. A może zaraz zechcą odjechać? Dobrze. Wpadł 

tylko na krótko w drodze na następną misję. Do kolej­

nego piekła. 

- Umiem już jeździć konno - pochwalił się Benjy, 

jeszcze zanim Ben zdążył postawić go na ziemi - ale nie 

na Flicker, bo ona będzie miała źrebaka. Ale Rosa 

mówi, że mogę pomóc wybrać dla niego imię i... 

- Mama też pomoże? - spytał Ben. 

background image

110 MARION LENNOX 

- Mama wybrała imię dla mnie. Teraz moja kolej 

- oświadczył chłopiec i podbiegł do matki. - Dlaczego 

nazwałaś mnie tak jak jego? - zapytał. 

- Bo... - zaczęła Lily, ale zająknęła się i zamilkła. 

Spojrzała na Bena. Teraz albo nigdy, zadawały się 

mówić jej oczy. Zrozumiał, że musi podjąć natychmias­

tową decyzję. Może to nie jest najlepszy moment, ale 

czy w ogóle jest dobry moment na przekazanie dziecku 

wiadomości o takim ciężarze gatunkowym? Skinął lek­

ko głową na znak, że się zgadza. 

- Opowiadałam ci o Benie, prawda? - podjęła Lily 

łagodnym tonem. - Opowiadałam o rzeczach, jakie 

robi, o tym, jakim jest odważnym lekarzem. Powinnam 

była ci też powiedzieć, że Ben jest twoim ojcem. 

Benjy aż zaniemówił z wrażenia. Wpatrywał się 

w Lily, potem bardzo wolno przeniósł wzrok na Bena. 

- Jesteś moim tatą? 

- Tak. 

- Henri mówił, że Jacques będzie moim tatą. 

- To nieprawda - zapewniła go Lily. - Ben jest 

twoim tatą. 

- To znaczy, że dał ci taką kijankę, która weszła 

w twoje jajeczko? - dopytywał się Benjy, a Ben poczuł, 

że zaraz udławi się ze śmiechu, lecz zachował powagę. 

- Tak, synku - odparła Lily z wyraźną ulgą. 

- Wiedziałem, że gdzieś musi być mój tata. - Benjy 

zamilkł i zmierzył Bena taksującym spojrzeniem. - Jes­

teś pewien? 

- Na mur beton - zapewnił go Ben. - Powinniśmy 

powiedzieć ci o tym znacznie wcześniej, ale ja podró­

żowałem po świecie, a mama nie chciała tego robić 

sama - dodał. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 1 1 

Benjy długo rozważał tę rewelację, w końcu doszedł 

do wniosku, że jest do zaakceptowania. 

- Super! - wykrzyknął i natychmiast odezwała się 

w nim żądza odwetu. - Mogę zadzwonić do Henriego 

i mu o tym powiedzieć? 

- Oczywiście - zgodziła się Lily. - Jeszcze dziś 

wieczorem do niego zadzwonimy. 

- A mogę już teraz powiedzieć Flicker? 

- Jasne. 

- Super! - ucieszył się chłopiec, zbiegł ze schodów 

i popędził do stajni. 

- Zdaje się, że już załatwiłem to, po co przyjecha­

łem - odezwał się Ben, przełamując kłopotliwe mil­

czenie, i natychmiast spostrzegł, że popełnił gafę. 

- W takim razie szkoda, że odprawiłeś helikopter -

odparowała Lily. - Może, jak szybko się z nimi porozu­

miesz przez radio, to po ciebie wrócą? 

Ben uznał za stosowne nie ciągnąć tej dyskusji. 

- Kijanka? - zażartował, żeby rozładować napięcie. 

- Uświadamianie synów to zadanie ojca, nie matki 

- odcięła się Lily i dodała: - A tak naprawdę to nie ja 

powiedziałam mu o kijankach. Podejrzewam, że to 

sprawka Henriego i innych kolegów z wyspy. 

- Może najwyższy czas, żebym ja się tym zajął? 

- Jeśli masz lepszy pomysł, proszę bardzo. - Jej 

zgoda zbiła go z tropu. Dopiero przed chwilą odbył 

pierwszą rozmowę z Benjym jak ojciec z synem, a Lily 

już zrzuca na niego odpowiedzialność za edukację 

seksualną sześciolatka. Czy to moja sprawa? Może 

i moja. Ale przecież ja tylko na krótko... - Nie wpadaj 

w panikę - odezwała się Lily, jak gdyby czytała w jego 

background image

1 1 2 MARION LENNOX 

myślach. W jej tonie wyłowił nutę rezerwy. - Dam 

sobie radę. 

- Chciałbym ci pomóc. 

- Obejdzie się. Rodzicielstwo nie polega na niesie­

niu doraźnej pomocy. Albo jesteś rodzicem, albo nie. 

Ty chcesz być ojcem na swoich zasadach. 

- Twoje słowa nie wróżą niczego dobrego. 

- Przeczytałam o tym w jakiejś książce - rzekła 

i nagle spojrzała na niego przychylniej. - Przyznam się, 

że nie wiem, jakie odtąd będą obowiązywały zasady. 

Będziecie musieli je sobie wypracować. Ale tymczasem 

Rosa i Doug nie mogą się ciebie doczekać. Starają się 

dać nam chwilę dla siebie, ale na pewno bardzo chcą się 

z tobą przywitać. 

Ben wszedł stopień wyżej, a kiedy mijał ją, mruk­

nęła: 

- Witaj w domu! 

Zmobilizował całą siłę woli, by się nie odwrócić i jej 

nie pocałować. Może by się i ucieszyła, lecz uznał, że 

w jego własnym interesie leży zachowanie powściąg­

liwości. 

Niemniej był zadowolony, że nie kazał pilotowi na 

siebie poczekać. 

Doug rozwinął cały swój kulinarny kunszt i przygo­

tował wspaniała ucztę. Na deser upiekł szarlotkę, na 

widok której Benowi aż oczy się zaświeciły. 

- Pamiętam ten smak. Skąd wiedziałeś, że to moje 

ulubione ciasto? I skąd wziąłeś przepis? Przecież kiedy 

byłem mały, razem z Rosą pracowaliście na farmie, nie 

w domu. 

- Od pani Amson, kucharki. Kiedy nas tu zatrud-

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 1 3 

niłeś, zadzwoniłem do niej i poprosiłem o przepisy -

wyjaśnił Doug. 

- Na twoje ulubione potrawy - uzupełniła Rosa. -

Chociaż w taki sposób chcieliśmy ci się odwdzięczyć. 

Lily, zafascynowana, patrzyła, jak Ben się czerwieni. 

Frontowy lekarz, który w najstraszliwszych sytuacjach 

potrafi trzymać emocje na wodzy, teraz był wzruszony. 

- Czemu tak mu się przyglądasz, mamo? - spytał 

Benjy. 

- Bo wygląda jak zbity z pantałyku. 

- Z czego? 

- To znaczy, że jest zakłopotany, zmieszany. 

- Czemu? 

- Bo nasz Ben nie lubi, jak mu się dziękuje za dobre 

uczynki - Rosa wyręczyła Lily. - Więc co nam pozo­

staje? Upiec mu jego ulubioną szarlotkę. 

- A ja mogę go uścisnąć? Ben też jest nasz - Benjy 

zwrócił się do Douga. - Jest moim tatą. 

- Domyślałem się. Wiesz, tatę możesz uściskać -

zapewnił go Doug. 

- Ale nie wiem, czy on tego chce. Zaraz się go 

zapytam. 

- Zapytasz mnie jutro - odezwał się nagle Ben 

i wstał od stołu w takim pośpiechu, że przewrócił krzes­

ło. - Muszę się przejść - dodał. 

- Pójdziemy z tobą - zaproponował Benjy. - Pokażę 

ci Flicker. 

- Jutro. Jutro. Teraz chcę pobyć trochę sam - rzucił 

Ben i wybiegł z kuchni. 

- On często chce pobyć sam - zauważyła Rosa, 

kiedy razem z Lily zmywały naczynia. Benjy poprosił 

background image

1 1 4 MARION LENNOX 

Douga, żeby mu poczytał przed spaniem, a Ben już się 

więcej nie pokazał. - Tylko jakaś niezłomna kobieta 

skruszy skorupę, jaką się otoczył. 

- Nie wiem, czy ja jestem właśnie tą kobietą - od­

parła Lily. - Nie wiem, czy w ogóle znajdzie się jakaś 

kobieta dla Bena - dodała. 

Doszła do wniosku, że Rosa zdążyła ją poznać na 

tyle, że może jej się zwierzyć. No i dobrze zna Bena. 

- Sprawiał dzisiaj wrażenie, jak gdyby był zakocha­

ny - rzekła Rosa. 

- Raczej przerażony. 

- Gdyby zaproponował ci... 

- Nie zaproponuje - wpadła jej w słowo Lily. -

A nawet gdyby, to ja nie mogę opuścić wyspy. 

- Nie możesz? - dopytywała się Rosa. Wytarła ręce 

i odwróciła się tak, że patrzyła Lily prosto w twarz. -

Naprawdę nie ma nikogo, kto by cię zastąpił? 

- Nie ma na to pieniędzy. 

- Ależ przeciwnie, są - zaprzeczyła Rosa. - Czytali­

śmy z Dougiem w gazetach, że Kapua ma ogromne 

zasoby ropy. Z pewnością mogą zaproponować leka­

rzom godziwe zarobki i skusić ich do przyjazdu i osied­

lenia się tam. To nie żadna pustynia, tylko przepiękna 

wyspa. 

- To prawda. Przepiękna. I tam mam swój dom. 

- „Tam dom mój, gdzie serce moje" - zacytowała 

Rosa. - Spójrz na mnie. Ja jeździłam za Dougiem wszę­

dzie, gdzie los go rzucił. 

- Ale to co innego. 

- Na czym polega różnica? 

- Ben nie zechce nas tam, gdzie go wysyłają. Od 

czasu studiów nic się nie zmieniło. Weź dzisiejszą ko-

background image

PRAWDZIWY RAJ 115 

lację. Zerwał się i wybiegł, bo rozmowa zrobiła się zbyt 

osobista. Otoczył się pancerzem i jeszcze nikomu nie 

udało się go przebić. 

- Kochasz go - stwierdziła Rosa cicho. 

Lily przytaknęła ruchem głowy. 

- Zawsze go kochałam. 

- Więc... 

- Nic, nic... Ta skorupa narastała od trzydziestu lat. 

Nikt jej nie skruszy. Przez wzgląd na Benjy'ego będzie­

my w kontakcie, ale to wszystko. Co ze mną? Cóż, 

zacznę odbudowywać swój pancerz. 

Tak się jednak nie stało. O północy, zamiast leżeć 

w łóżku, siedziała na werandzie, czekając na powrót 

Bena. 

W końcu się go doczekała. Szedł równym krokiem 

przez zagrody dla zwierząt. Światło księżyca wyraźnie 

oświetlało jego postać. Uderzyło ją, że wciąż ma na 

sobie mundur. 

Może nie ma tutaj żadnych cywilnych ubrań, pomyś­

lała. Doszła jednak do wniosku, że może też być i inny 

powód. Mundur przypomina mu, że wciąż jest na służ­

bie. Że musi się mieć na baczności. 

- Byłeś na samej górze? - spytała cicho, kiedy 

wszedł na schodki werandy. 

Przystanął zaskoczony. Milczał chwilę, jak gdyby 

zbierał myśli, zanim odpowiedział: 

- Zgadłaś. 

- To wspaniałe miejsce - rzekła. - To tam się za­

trzymałam. 

- Zatrzymałaś? 

- Tak. Coś we mnie pękło. Wyzbyłam się tego 

background image

116 MARION LENNOX 

potwornego napięcia - wyjaśniła. - Przez pierwsze dni 

tutaj zachowywałam się jak zwykle, to znaczy starałam 

się zrobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Na 

Blair Peak zrozumiałam, że to błąd. Tak bardzo zwol­

niłam tempo, że zaczęłam się cofać. 

- Cieszę się. Właśnie tego ci było trzeba. 

- A ty? Też przystopowałeś? 

- W przeciwieństwie do ciebie nie muszę zwalniać 

tempa. Nie jestem pracoholikiem. 

- Sam twierdzi, że jesteś uzależniony od adrenaliny. 

To też niedobrze. 

- Sam gada, co mu ślina na język przyniesie. 

- Jest twoim przyjacielem. 

- Nie mam przyjaciół. 

Milczeli chwilę. 

- My byliśmy przyjaciółmi - przemówiła w końcu. 

- A teraz się dowiaduję, że urodziłaś mojego syna 

i nawet mi o tym nie powiedziałaś. Dziękuję za taką 

przyjaźń. 

- Uważasz więc, że między nami mogło być coś 

więcej? 

Stał przed nią, ubrany jak do walki, i nagle poczuła, 

że wstępuje w nią bojowy duch. Lecz kiedy spojrzała 

Benowi prosto w twarz, zobaczyła, że on w ogóle nie 

bierze pod uwagę odnowienia ich związku. Dobra, za­

czniemy z innej strony, postanowiła. 

- Kochasz Rosę i Douga? - zapytała. -

Ben zmarszczył brwi. 

- Co za pytanie? - prychnął. 

- Odpowiedz. Kochasz ich? 

- Tak samo jak każdego. 

- Tak też myślałam. Wiesz, że Doug ma dusznicę? 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 1 7 

Albo nawet coś gorszego? Rosa jest przerażona, ale nie 

udaje jej się namówić go na wizytę u lekarza. 

- Dlaczego nic mi nie powiedziała? 

- Jak miała ci powiedzieć, jeśli twoje wizyty są tak 

rzadkie? Nie chcą ci psuć przyjemności. 

- Absurd. 

- Pewnie, że absurd, ale oni tak postępują, bo cię 

kochają. Przygotowują specjalną kolację... 

- Posłuchaj... 

- Jestem zmęczona - oświadczyła, wstając. - Chcia­

łam ci tylko powiedzieć o Dougu, na wypadek gdybyś 

postanowił już jutro wyjechać. Objawy są jak przy dusz­

nicy, ale jak mówię, to może być coś poważniejszego. 

Mnie on nie pozwoli się zbadać. 

- Porozmawiam z nim. 

- A co potem? 

- Daj spokój. Nie jestem za nich odpowiedzialny. 

- A powinieneś - odparowała. - Oni cię kochają 

jak... - Ugryzła się w język. - W porządku. Wystarczy. 

- Lily... 

- Zostaw mnie! - wybuchnęła i chciała go wyminąć, 

lecz przytrzymał ją za ramię i obrócił twarzą do siebie. 

- Lily, nie musisz wracać na Kapuę. 

- Jak to nie? Muszę. 

- Nie musisz. Sam i ja omówiliśmy to z Gualbertem. 

Opracowaliśmy projekt podstawowej opieki medycz­

nej, który zaczniemy realizować w ciągu kilku najbliż­

szych tygodni. 

- Podstawowa opieka medyczna... O czym ty mówisz? 

- Gualberto na wszystko wyraził zgodę. - Ben z ra­

dością uchwycił się neutralnego tematu. - Najwyższy 

czas, żeby Kapua przestała siedzieć na wszystkich swo-

background image

118 MARION LENNOX 

ich zasobach naturalnych. W zeszłym tygodniu odbyło 

się zebranie samorządu. Osiągnęliśmy konsensus 

w sprawie eksploatacji złóż. Nie będzie wydobycia dla 

indywidualnych korzyści, natomiast zwiększą się na­

kłady na edukację i ochronę zdrowia. I tu wkraczasz ty. 

- Wkraczam? Ja? 

- Powszechnie wiadomo, że byłaś przepracowana. 

Plan jest następujący: na początek zatrudnimy przynaj­

mniej dwóch wykwalifikowanych lekarzy oraz pewną 

liczbę stażystów. Docelowo chcemy objąć pełną opieką 

medyczną wszystkie okoliczne wyspy. Ty, albo ktoś 

inny, koordynowałby działania. Chcemy rozbudować 

szpital, nawiązać kontakty z uniwersytetami medycz­

nymi w Australii i włączyć Kapuę do ich programu 

szkolenia lekarzy w terenie. Potrzebny jest helikopter. 

Pieniądze z wydobycia ropy sfinansują to wszystko nie 

tylko dla tego, ale i dla przyszłych pokoleń. Zyski będą 

ogromne. 

Lily słuchała w osłupieniu, potem zwilżyła wy­

schnięte wargi i szepnęła: 

- Wszystko sobie dokładnie obmyśliliście. 

- Tak. Gualberto... 
- Gualberto sam nigdy nie wpadłby na taki pomysł 

- przerwała mu. 

- Nie. Razem z Samem... 

- Razem z Samem spędziliście na wyspie niewiele 

ponad miesiąc. Skąd wiecie, co jest nam potrzebne? 

- Wiemy, co jest tobie potrzebne. Dzięki temu pla­

nowi odzyskasz wolność i nie będziesz już tak uwiązana 

w szpitalu. Będziesz mogła wyjeżdżać. 

- Po co? 

- Żeby spotykać się ze mną - odparł i nagle ogarnęły 

skan i przerobienieanula43

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 1 9 

go wątpliwości. - Może moglibyśmy spędzać ze dwa ty­

godnie w roku tutaj? Lepiej poznałbym Benjy'ego... 

- Chcesz być ojcem tylko dwa tygodnie w roku? 

- Nie mogę sobie pozwolić na więcej. 

- Racja. Nie możesz. 

- Posłuchaj, Lily. Ja się nie nadaję na ojca rodziny. 

- A dlaczego nie? 

- Tłumaczyłem ci... 

- Owszem, ale wiele lat temu. Oboje byliśmy wtedy 

smarkaczami. Sądziłam, że dorosłeś. 

Ben przyglądał się jej przez chwilę. 

- Czego jeszcze chcesz ode mnie, Lily? - spytał. -

Powiedz. 

- Nie wiem - odparła szczerze. - Ale się boję. Benjy 

już wie, że jesteś jego ojcem, więc odtąd jest nas dwoje. 

Miesiącami będziemy żyli, nie wiedząc, gdzie jesteś ani 

co robisz. Jak mogę go narażać na życie w takiej niepe­

wności? Jeśli on przywiąże się do ciebie równie mocno 

jak ja, to... 

- Jesteś do mnie przywiązana? 

- Oczywiście, że tak. - Lily westchnęła. - Wiesz, że 

jestem. Próbowałam zakochać się w Jacques'u, zresztą 

nie tylko w nim, ale zawsze pragnęłam jedynie ciebie. 

Od dnia, kiedy cię poznałam, zawsze nosiłam cię w ser­

cu. Ale nie pozwolę, żebyś zniszczył mi życie, wprowa­

dził zamęt w życie Benjy'ego. Miałabym co roku przy­

jeżdżać tutaj na dwa tygodnie, od nowa się w tobie 

zakochiwać? Jak bym to wytrzymała? 

- Lily, taki już jestem. Nie zmienię się. Nie prosiłem 

się o to, żeby być ojcem Benjy'ego. 

- Tego też nie zmienisz. - Zamilkła, wzięła głęboki 

oddech i ciągnęła: - Ja też się nie prosiłam, żeby być 

background image

1 2 0 MARION LENNOX 

matką Benjy'ego, ale nią jestem. Nie prosiłam się o to, 

żeby się w tobie zakochać, ale się zakochałam. Ty całe 

życie tak lawirowałeś, żeby do nikogo się nie przywią­

zać. Lecisz tam, gdzie wybuchają zamieszki, ratujesz 

ludzkie życie, spełniasz kilka dobrych uczynków, a po­

tem nigdy tam nie wracasz. Nie odczuwasz potrzeby 

wysłuchiwania pacjentów dwa lata po tragicznych wy­

darzeniach. Nie odczuwasz potrzeby stania się częścią 

jakiejś społeczności. Sam mi mówił, że jesteś odludkiem. 

- Nic na to nie poradzę. Jestem, jaki jestem. 

- Ja tym bardziej nic na to nie poradzę - odparowa­

ła. - Ale spotykanie się z tobą na dwa tygodnie w roku 

nie wchodzi w rachubę. To by mnie kompletnie wybiło 

z rytmu. Więc musisz wymyślić jakiś sposób utrzymy­

wania kontaktów z Benjym poza mną. I nie pytaj mnie, 

jak to sobie wyobrażam, bo nie wiem. Pomogę ci we 

wszystkim, ale nie mogę się z tobą widywać. Po prostu 

nie mogę. 

- Lily... 

Westchnęła i spojrzała mu w twarz. I popełniła błąd. 

Bo mimo wszystko to jest Ben. Jej Ben. Ben, którego 

wspomnienie przez wszystkie lata rozłąki nosiła w sercu. 

- Przykro mi - szepnęła. 

Ben położył jej palec na ustach. I to był kolejny błąd. 

Cofnęła się, lecz zdążyła dostrzec w jego oczach pło­

mień. 

- Lily... - powtórzył. Jej imię w jego ustach za­

brzmiało jak pieszczota. - Lily... 

Nie poruszyła się, on również się nie poruszył, lecz 

nagle, nie wiedząc, jak to się stało, znalazła się w jego 

ramionach, a na ustach poczuła jego usta. 

Oddała ten pocałunek żarliwie, namiętnie, jak gdyby 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 2 1 

chciała zmusić go do pokochania jej tak samo mocno, 

jak ona kochała jego. 

Musi być jakiś sposób, musi być jakieś wyjście. 

Musi. 

To był długi pocałunek, taki, jaki zazwyczaj jest 

tylko wstępem do następnego etapu. Lecz ona wiedzia­

ła, że nie może posunąć się ani kroku dalej. Nie wolno 

jej. Nie ma stuprocentowych zabezpieczeń, a wracać na 

wyspę z dzieckiem Bena w łonie... 

- Nie - szepnęła i lekko się odsunęła. 

- Nie? - spytał zdezorientowany. 

Nie wiadomo, skąd czerpała siłę, lecz była nieugięta. 

- Nie, Ben. Nie możemy. 

- Ale... 

- Nie chcę drugiego dziecka - skłamała. 

Bardzo pragnęła mieć drugie dziecko z Benem, jesz­

cze jedną cząstkę ukochanego przy sobie na całe życie. 

- Posłuchaj, przecież nie... 

- Nie możemy. 

- To wszystko nie ma sensu. 

- A ja uważam, że ma - zaprzeczyła i odsunęła się 

jeszcze odrobinę. - Kocham cię, Ben. 

- Może ja... 

- Nic nie mów - powstrzymała go. - Nie kochasz 

mnie i nigdy nie kochałeś. Kochasz tylko taką mnie, 

jaką możesz zaakceptować. 

- Co to znaczy? - spytał kompletnie zbity z tropu. 

Nic się nie zmieniło, pomyślała z goryczą. Ben jej 

dalej nie chce. 

- Może uda nam się wypracować jakiś sposób uło­

żenia sobie życia razem - zaczął niskim głosem, na­

brzmiałym namiętnością i pożądaniem. - Lily, zgoda, 

background image

122 MARION LENNOX 

nie jestem typem rodzinnym, ale... - zaczął się jąkać -

ale moje uczucia do ciebie... Nigdy nie spotkam kobie­

ty, która by tyle dla mnie znaczyła co ty. Więc może coś 

jednak wymyślimy? Weźmiemy ślub? Może uda mi się 

wpadać na wyspę, kiedy tylko dadzą mi urlop? 

- Ślub!? Proponujesz mi małżeństwo? 

- Sam nie wiem. - Gestem wyrażającym desperację 

przeczesał włosy. - Musimy coś zrobić. 

- Dla Benjy'ego? 

- Jak mogę być dla niego ojcem, jeśli mnie przy nim 

nigdy nie będzie? Gdybyśmy się pobrali, czułabyś się 

pewniejsza, że będę przyjeżdżał? Od czasu do czasu... 

- Chcesz, żebym za ciebie wyszła ze względu na 

Benjy'ego? 

- Ciebie też pragnę. 

- Na dwa tygodnie w roku? 

- Na tyle, na ile mi czas pozwoli. Postaram się... 

- Nie wystarczy się postarać - wybuchnęła. Ich oczy 

się spotkały. Zobaczyła w nich głęboką rozterkę. Ser­

ce jej się ścisnęło. Zrozumiała, że on naprawdę pró­

buje. - Pomyślisz o nas podczas kolejnej misji gdzieś 

daleko? - zapytała. 

- Oczywiście - zapewnił, lecz ona mu nie uwierzyła. 

- A pamiętałeś, że mieszkam na Kapui. 

- Tak. 

- Sam powiedział mi coś innego. 

- Sam! 

- Sam ma za długi język - szepnęła - ale odpowie­

dział na moje pytania. On cię dobrze zna. Rosa i Doug 

również dobrze cię znają. Mówią, że nigdzie nie za­

grzejesz miejsca, bo boisz się zaangażować. 

- Amatorska psychologia. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 2 3 

- Może... Co oni ci zrobili, twoi rodzice, że tak się 

boisz okazywać uczucia? - Zamilkła i po chwili zadała 

ostateczne pytanie: - Co się stało z Bethany, Ben? 

- Bethany? 

- Z twoją siostrą. Przez wszystkie lata, jakie byliś­

my razem, nie wspomniałeś mi o niej. 

- Zmarła, kiedy miałem sześć lat. Dawne dzieje. 

- Kochałeś ją? 

- Daj spokój, Lily. Byłem szczeniakiem. 

- Pytam, czy ją kochałeś? 

- Nie twój interes. I tamta historia nie ma nic wspól­

nego z tym, jaki jestem teraz. Teraz jestem dorosły. 

- To prawda. - Lily wzięła głęboki oddech i ciągnę­

ła: - A ja jestem dorosłą kobietą. Kobietą, która myślała 

o tobie każdego dnia naszej rozłąki. Której cząstka by 

umarła, gdybyś ty umarł. Która boleje nad tym, że 

utraciłeś ukochaną osobę i nie chcesz o tym mówić. Bo 

nie chcesz. Bo jesteś zamknięty w sobie. Bóg jeden wie, 

czy to z powodu twojej siostry, czy z jakiegoś innego. Ja 

lego nie wiem. Nie dopuszczasz mnie do siebie, żebym 

mogła się przekonać. Ale gdyby któreś z nas odeszło, 

Doug, Rosa, ja, Benjy, Sam, czy ktoś, komu na tobie 

zależy... odczułbyś to jako stratę kogoś bliskiego? 

- Oczywiście. 

- Mów wreszcie prawdę, Ben. - Kiedy milczał, cof­

nęła się jeszcze bardziej, tak żeby móc zajrzeć mu 

w twarz. - Boisz zbliżyć się do kogoś, żeby później nie 

tęsknić, prawda? 

- Lily, wydaje mi się, że cię kocham - zaczął gło­

sem świadczącym o tym, że jest bliski rozpaczy. - Pro­

ponuję ci małżeństwo. 

Lily potrząsnęła głową. 

background image

124 MARION LENNOX 

- Wydaje ci się? To ty nie wiesz? 

- Skąd mam wiedzieć? 

- Powiem ci skąd. - Wzbierał w niej gniew. - Mi­

łość jest wspaniała, lecz oznacza również pogodzenie 

się z utratą ukochanej osoby. Oznacza znacznie więcej, 

ale na pewno nie podpis na świstku papieru i umowę, że 

się będzie spędzało razem dwa tygodnie w roku. 

- Ale ja nie mogę... 

- Oczywiście, że nie możesz - przyznała. Teraz 

gniew zastąpiło poczucie porażki. - Nie powinnam się 

zgodzić na przyjazd tutaj. Żądam od ciebie czegoś, co 

cię przerasta. Nawet mówiąc ci, że Benjy jest twoim 

synem... 

- Akurat to powinnaś była zrobić. I to siedem lat 

temu. 

- Gdybym ci powiedziała, to kto wie, jak by się to 

skończyło? Albo byś się naprawdę zakochał, albo zała­

mał pod wpływem stresu. Nie wiem. Wiem natomiast 

jedno, muszę się wycofać i zostawić cię w spokoju. -

Zamilkła. - Idę się położyć - ciągnęła po chwili. Jakimś 

cudem udało się jej nadać głosowi zdecydowane 

brzmienie. - Sama. I niech tak zostanie. Ponieważ wolę 

to od małżeństwa, jakie mi proponujesz. Muszę zacho­

wać równowagę psychiczną, jeśli nie ze względu na 

siebie, to na Benjy'ego. 

- Lily... 

- Na twoim miejscu przeszłabym się jeszcze raz na 

Blair Peak - wypaliła. - Bardziej tego potrzebujesz ode 

mnie. Aha, i jeszcze jedno... 

- Tak? 

- Rosa naprawdę się zadręcza stanem Douga. -

W oczach Bena dostrzegła wyraźną ulgę, że zmieniła 

background image

PRAWDZIWY RAJ 125 

temat. Medycyna to wspaniała ucieczka, pomyślała. -

Nie martw się ani o mnie, ani o Benjy'ego. Zajmij się 

Dougiem. On tego potrzebuje. 

- Od jak dawna ma bóle? - spytał rzeczowo Ben. 

No tak, pomyślała. Złapał rzuconą mu linę ratun­

kową. 

- Rosa twierdzi, że od kilku miesięcy, ale on się 

zapiera i odmawia wizyty u lekarza. Najprawdopodob­

niej czeka na ciebie. 

- Na mnie? - zdziwił się. - Dlaczego, do cholery, na 

mnie? Nie jestem jego lekarzem rodzinnym. 

- Nie jesteś - zgodziła się cicho - ale tu chodzi 

o emocjonalne relacje między wami, do których rów­

nież nie chcesz się przyznać. Rosa podejrzewa, że to coś 

poważnego i że Doug chce z tobą porozmawiać o tym, 

co się stanie z nią, kiedy jego zabraknie. Poprosić cię, 

żebyś się nią zaopiekował. 

- Przecież wie, że to zrobię. 

- Że co zrobisz? 

- Zaopiekuję się Rosą. Ale muszę się dowiedzieć, 

co mu jest. 

- Jak się nią zaopiekujesz? Jeśli coś się stanie z nim, 

ona nie może tu zostać. 

- To akademicka dyskusja. Nic się z nim nie stanie. 

- Moim zdaniem dostanie zawału. Ze zdenerwowa­

nia. Oczywiście musi zostać zbadany, przejść kurację, 

ale najlepszym lekarstwem jest to, czego nie możesz 

mu dać. 

- Czyli? 

- Twoje zaangażowanie. Powiedz Rosie, że bę­

dziesz przy niej. 

- Zajmę się nią. 

background image

126 MARION LENNOX 

- Tak samo jak mną i Benjym? - zakpiła i zanim 

zdążył odpowiedzieć, weszła do domu. 

Ben wrócił na Blair Peak, lecz nie znalazł tam od­

powiedzi na pytania stawiane przez Lily. 

Zbyt wiele ode mnie żąda, powiedział nocy, lecz 

zdawał sobie sprawę z tego, że to tylko wymówka. 

Bał się. Oskarżyła go o brak miłości. O brak zaan­

gażowania, o strach przed ofiarowaniem serca i zda­

niem się na wyrok losu. 

Ma rację. Dlaczego tak jest? 

Doszedł do wniosku, że chyba potrzebny mu jest 

psychiatra. Usiadł na skale. Sam doskonale wiedział 

już, gdzie szukać odpowiedzi. Po raz pierwszy od dwu­

dziestu lat pomyślał o Bethany. 

Kiedy miał sześć lat, rodzice wysłali go do szkoły 

z internatem. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, 

wiele dzieci trafia do internatu w tym wieku i żadna 

krzywda im się nie dzieje. Zresztą on i tak mało widy­

wał rodziców. Nie mógłby powiedzieć, że specjalnie 

mu ich brakowało. 

Ale miał o dwa lata młodszą od siebie siostrę, Betha­

ny. Przy ciągle zmieniających się opiekunkach ona była 

jedynym stałym elementem w jego dzieciństwie. 

Chorowała na astmę. Doskonale pamiętał straszliwe 

ataki choroby i uczucie bezsilności, kiedy rozpaczli­

wie walczyła z napadami duszności. Wówczas tylko on 

nie tracił zimnej krwi i instruował opiekunki, co mają 

robić. 

A potem przyszedł dzień, kiedy ojciec zawiózł go do 

internatu. 

- Kto zajmie się Bethany? - dopytywał się z lękiem. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 2 7 

- Będzie pod dobrą opieką - zapewniał go ojciec. -

Ty zajmij się sobą. 

Co mu pozostawało? Zajął się sobą, lecz przed upły­

wem roku Bethany zmarła. O jej śmierci zawiadomiła 

go dyrektorka szkoły. Zrobiła taki gest, jak gdyby chcia­

ła go przytulić, lecz on się cofnął. 

Rodzice nie przyjechali, a on zajął się sobą. 

Każdy psychoterapeuta powiedziałby mu, że właśnie 

te przeżycia są źródłem jego emocjonalnych proble­

mów. Sam o tym wiedział. Ale nie mógł się przełamać. 

Nawet magia Blair Peak nic tu nie mogła zdziałać. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Następnego dnia podczas śniadania panowała ciężka 

atmosfera. Doug przeszedł samego siebie, usmażył be­

kon z domowej wędzarni, zrobił naleśniki, wyciągnął 

odświętną porcelanową zastawę, starą i kruchą. 

Dlaczego to zrobił? - zastanawiała się Lily, spog­

lądając z troską na jego przemęczoną twarz. Tego ser­

wisu nie można włożyć do zmywarki, trzeba będzie 

wszystko umyć ręcznie. 

- Rosa i Benjy zabiorą Flicker nad rzekę, a ja z Be­

nem posprzątamy - zaproponowała. - Odpocznij sobie, 

Doug - dodała i kątem oka spojrzała na milczącego 

Bena. - Wyglądasz na tak samo zmęczonego, jak ja, 

kiedy tu przyjechałam trzy tygodnie temu. 

Starszy pan nawet nie chciał słyszeć o odpoczynku. 

- Nie opowiadaj głupot, dziewczyno - skwitował 

jej propozycję. - Macie mnóstwo do obgadania, a jak 

znam Bena, to zanim się obejrzymy, zabierze się i od­

jedzie. 

- Nie odjedzie - zaczęła Lily i spojrzała na Bena. -

Prawda? 

- Helikopter przylatuje po mnie dopiero jutro - po­

informował - ale jeśli będzie trzeba, zostanę dłużej. 

- No, no, dopiero jutro! - zaczął szydzić Doug. -

Skoro masz tylko dwa dni na poznanie syna, jakżebym 

mógł absorbować cię moją skromną osobą. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 2 9 

- Posłuchaj, Doug - wtrąciła Lily - bardzo mnie 

niepokoją te twoje bóle w klatce piersiowej. 

- Mam je od miesięcy. Ciągle takie same. Sprawdzi­

łem w Internecie, to dusznica. Moja matka dożyła z tym 

dziewięćdziesięciu siedmiu lat. - Zamilkł i uśmiechnął 

się. - Potrącił ją autobus. Czyli mam jeszcze dwadzieś­

cia lat, zanim wpadnę pod mój autobus. 

- Jeśli to jest dusznica - warknął Ben. - Bo tego nie 

wiemy. Muszę cię zbadać. 

- Możesz mnie osłuchać dziś po południu - zgodził 

się Doug łaskawie. 

Rosa wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. Na jej twarzy 

malowała się wyraźna ulga. 

- Czyli dziś po południu. Pamiętaj, zgodziłeś się 

przy świadkach, więc się już nie wykręcisz - zwróciła 

się do męża. - Do tego czasu ja zajmę się domem, Ben, 

Benjy i Lily zabiorą Flicker nad rzekę, a ty sobie od­

pocznij. I nie kłóć się ze mną. 

Doug już otwierał usta, by zaprotestować, lecz zmie­

nił zamiar i uśmiechnął się z zażenowaniem. 

- Widzisz, w co się wpakowałem? Kobiety! - W po­

jednawczym geście uniósł obie ręce i dodał: - Dobrze, 

już dobrze, odpocznę, pod warunkiem, że wy spędzicie 

przedpołudnie w trójkę. Umowa stoi? 

- Stoi - obiecała Lily. - Prawda, Ben? 

- Wolałbym cię zbadać od razu - upierał się Ben, 

lecz Doug potrząsnął odmownie głową. 

- To pretekst, żeby nie iść na spacer z Lily i Benjym. 

Ja mam te dolegliwości od kilku miesięcy i nigdzie wam 

nie ucieknę. Więc przestańcie robić wokół mnie tyle 

zamieszania i nie marnujcie takiego pięknego dnia. 

background image

1 3 0 MARION LENNOX 

Tak więc Ben, Lily i Benjy zabrali źrebną klacz na 

pastwisko nad rzeką. Dzień był przepiękny, lecz Lily 

prawie tego nie dostrzegała. - Całą drogę zastanawiała 

się, jak skruszyć bariery, jakimi Ben się otoczył. Dlacze­

go nie chce rozmawiać o siostrze? Bolało ją jego milcze­

nie, lecz domyślała się, że jemu musi być jeszcze ciężej. 

- Nigdy nie mówi o Bethany - przypomniały jej się 

słowa Rosy. I jeszcze dodała: - Nie wyobrażam sobie, 

jak sprawisz, żeby teraz zaczął. 

Szli bardzo powoli. Klacz była tak ociężała, że Ben 

się zaniepokoił. 

- Jesteście pewni, że możemy zabrać ją tak daleko 

od domu? - zapytał. 

- Rosa mówi, że ruch dobrze jej robi - wyjaśnił 

Benjy. - A trawa nad rzeką jest najsmaczniejsza. 

- Aha... 

Benjy prowadził Flicker, Ben, który nareszcie zrzu­

cił mundur i włożył drelichowe spodnie i koszulę z pod­

winiętymi rękawami, szedł obok, a Lily z tyłu, przy­

glądając się synowi i jego ojcu. Uderzyło ją, jacy są 

niesamowicie do siebie podobni. 

Łzy zaczęły ją dławić w gardle. Zrozumiała, że ona 

potrzebuje Bena, lecz on jej nie. I z pewnością nie 

potrzebuje też Benjy'ego. Nauczył się nikogo nie po­

trzebować. Czy może mieć do niego o to pretensje? 

- Dlaczego lubisz się bić? - Benjy zagadnął ojca. 

- Nie lubię się bić - odparł Ben. Lily wytężyła 

słuch. Czuła, że mówi również do niej. •- Ale kiedy 

wybuchają walki, jest wielu rannych. Tak jak na waszej 

wyspie. Moim zadaniem jest zająć się nimi. Czasami 

jadę z misją w miejsca dotknięte klęskami żywiołowy­

mi, takimi jak tsunami albo trzęsienie ziemi. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 3 1 

- Mama też leczy ludzi - odparł Benjy. 

- To prawda. 

- A ci, których ty leczysz, są w gorszym stanie? 

- To zależy. 

- Spotykasz się z nimi potem, jak już wyzdrowieją? 

Bo mama mówi, że to najprzyjemniejsze dla lekarza. 

Najpierw są chorzy, a potem któregoś dnia, kiedy po­

czują się lepiej, przychodzą do naszego domu, siadają 

na ganku i opowiadają, jak im teraz dobrze. Albo panie 

pokazują swoje nowe dzieci. Mama to czasami płacze, 

kiedy je bierze na ręce. A ty płaczesz, jak widzisz takie 

małe dziecko? 

- Ja nie płaczę. 

- Te panie chyba nie dałyby ci potrzymać dzieci, jak 

byłbyś w mundurze. 

- Może i nie. 

- Ja cię wolę bez munduru - ciągnął chłopiec - ale 

muszę mieć twoje zdjęcie w mundurze, żeby pokazać 

Henriemu. Za to dziś wyglądasz jak prawdziwy tata. 

- Dziękuję. 

- Grasz w piłkę? 

- Gram. 

- A pływać umiesz? 

- Umiem. 

- Pościgamy się w rzece? 

- Nie wziąłem spodenek. 

- Bokserki wystarczą - rezolutnie oświadczył Benjy. 

- Ja pływam w bokserkach. Mama potrzyma Flicker, 

a my sobie popływamy. 

- To mama nie pływa? 

- Ktoś musi zostać z Flicker. 

- To nie fair. 

background image

132 MARION LENNOX 

- Chętnie zostanę - zapewniła ich Lily. - Ze mną 

Benjy może pływać co dzień, a z tobą nie. 

Usadowiła się na trawie, patrząc, jak ojciec i syn 

kąpią się w rzece. Zadowolona Flicker pasła się obok. 

Benjy pływał jak ryba, jak wszystkie dzieci na wy­

spie. Ben również był znakomitym pływakiem. Z po­

czątku sądził, że powinien dać synowi fory, lecz szybko 

się zorientował, że to niepotrzebne. Benjy był nawet 

zadowolony, kiedy minimalnie przegrał. 

- Mama mnie nie dogoni, ale ojciec powinien wy­

grać z synem - oświadczył uszczęśliwiony. 

Lily spostrzegła, z jaką dumą Ben spojrzał na małe­

go. Do tej pory ojcostwo było dla niego czymś abstrak­

cyjnym, teraz nabierało realnych kształtów. Tylko jak 

on sobie z tym poradzi? 

To był zadziwiający dzień. Benjy miał ojca, z które­

go mógł być dumny, i zamierzał maksymalnie wykorzy­

stać okazję bycia z nim. 

- Jeśli już jutro wyjeżdżasz, musimy się pospieszyć 

- stwierdził. - Nauczę cię łowić ryby. Jestem całkiem 

dobrym wędkarzem. A ty nauczysz mnie strzelać? 

Był to niezręczny temat, lecz Ben poradził sobie 

z odpowiedzią. 

- Jestem lekarzem. Nie strzelam. Owszem, noszę 

mundur, ale nie strzelam - wyjaśnił chłopcu. 

- A jak byś musiał? 

- Nie będę musiał. 

Benjy przetrawił to w sobie, potem nagle spytał: 

- A konno jeździsz? 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 3 3 

Jedynym naprawdę nieprzyjemnym momentem tego 

dnia była dyskusja, jaka się wywiązała po zbadaniu 

Douga przez Bena. Dougowi udało się odwlec badanie 

do późnego popołudnia, w końcu Ben oświadczył, 

że jeśli się nie podda, to oni we czwórkę z Rosą, 

Lily i Benjym zmuszą go do tego siłą. Doug nie ro­

ześmiał się z żartu, co dowodziło, jak bardzo się boi 

diagnozy. Kiedy Ben po badaniu wyszedł z sypialni 

Douga, jego poważna mina potwierdziła najgorsze oba­

wy Rosy i Lily. 

- Roso, jak dawno bóle się nasiliły? - zapytał. 

- Nie wiem. - Rosa przygryzła wargę i dodała: -

Mnie powiedział, że pół roku temu, ale to mogło być 

jeszcze dawniej. Przyznał mi się dopiero wtedy, kiedy 

pewnej nocy znalazłam go w kuchni. Wymiotował i był 

szary na twarzy. Twierdził, że to atak niestrawności, ale 

mu nie uwierzyłam. 

- Nie nalegałaś, żeby zwrócił się z tym do lekarza? 

- Nie... - Rosa przełknęła ślinę. - Modliłam się 

tylko, żebyś ty przyjechał. Może się bałam? Bo widzisz, 

mój ojciec zmarł na atak serca. 

Traktują go niemal jak syna, pomyślała Lily, słysząc 

te słowa. Było w nich tyle głębokiego uczucia... Spojrza­

ła na Bena. W jego oczach dostrzegła błysk paniki. Nagle 

ma syna, bliskich, wszystko, od czego zawsze uciekał. 

- Stwierdziłem arytmię - odezwał się rzeczowym, 

szorstkim tonem. - Ciśnienie jest bardzo wysokie. Po­

dejrzewam, że Doug przeszedł niewielki zawał... Może 

właśnie tamtej nocy, kiedy znalazłaś go w kuchni. Mó­

wi, że ból nie jest już tak silny, ale wciąż dokuczliwy. 

- Boże! - wykrzyknęła Rosa. Krew odpłynęła jej 

z twarzy. Mocno chwyciła Lily za rękę. - Myślisz, że... 

background image

134 MARION LENNOX 

- Ben nie mówi, że Doug umrze - Lily zaczęła ją 

uspokajać. 

- Medycyna może wiele... - przyłączył się do niej 

Ben. - Podejrzewam, że tętnice doprowadzające krew 

do serca są zwężone. Trzydzieści lat temu, kiedy zmarł 

twój ojciec, medycyna była bezradna, ale teraz operacja 

bajpasów to w każdym większym szpitalu chleb po­

wszedni. Lily może potwierdzić. 

- Oczywiście. Ben mówi prawdę. 

- Posłuchaj, musimy wysłać go do szpitala - ciągnął 

Ben. 

- On się nigdy nie zgodzi - oświadczyła Rosa. 

- Już się zgodził. Chciałem co prawda natychmiast 

wezwać helikopter, ale uparł się, że pojedzie dopiero 

ze mną. 

- Czyli kiedy? 

- Jutro. Jutro będzie tędy przelatywał helikopter po­

gotowia lotniczego. Umawiałem się wstępnie, że mnie 

zabiorą, ale zaraz porozumiem się z nimi przez radio 

i powiem, że jest nas dwóch. 

Tak po prostu, pomyślała Lily cierpko. Zyskał wy­

mówkę, żeby stąd uciec. 

- Ja też mogę z wami jechać? - spytała Rosa i zaraz 

sama sobie odpowiedziała: - No tak, przecież nie mogę 

zostawić farmy. Co z Flicker i... 

- Sprowadzę kogoś, kto cię tu zastąpi - zapewnił 

ją Ben. 

- Ale musi znać się na koniach. Flicker rodzi naj­

dalej za tydzień. 

- Nie martw się. Wiesz przecież, że rodzice zostawi­

li mi nie jedną, a trzy farmy. Na każdej są świetni ludzie. 

Jak tylko mi się uda, ściągnę tu kogoś i wtedy będziesz 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 3 5 

mogła pojechać do Douga. Potem przywieziemy go tutaj 

na rekonwalescencję. Ktoś cały czas będzie do pomocy. 

- Dzięki - szepnęła Rosa ze łzami w oczach. - Mogę 

teraz do niego pójść? 

- Oczywiście. Ale do wyjazdu ma leżeć i wypoczy­

wać. W przeciwnym razie natychmiast wzywam heli­

kopter - uprzedził Ben. 

Zjedli przygotowaną przez Lily kolację. Potem Lily 

i Benjy poszli na spacer powiedzieć Flicker dobranoc, 

a Rosa została z Dougiem. Niespodziewanie Ben nie 

bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. 

Zamierzał spędzić wieczór z synem, lecz przy stole 

chłopiec przyglądał się mu spode łba, a kiedy przyszło co 

do czego, ostatecznie wybrał towarzystwo matki i konia. 

Zaledwie kilka tygodni temu stracił babcię Kirę, te­

raz zaś otrzymał kolejny cios, tłumaczył sobie Ben. 

Wyraźnie widział, jak malec zamyka się w sobie i przy­

biera obojętną minę. Doskonale znał tę minę. Sam ją 

wyćwiczył do perfekcji. Więc... 

Ben wyszedł na werandę, spojrzał w kierunku zagrody 

Flicker. Mógłby tam pójść, dołączyć do Lily i Benjy'ego, 

lecz nogi same zaniosły go w przeciwną stronę, na plażę. 

Usiadł na piasku i patrzył na księżyc nad oceanem. 

Tam gdzieś jest Kapua, pomyślał, dom Lily i Ben­

jy'ego. 

Dwa razy w roku, może częściej, mógłbym tam po­

jechać, pobyć trochę z małym. Tylko że dziś chłopiec 

wybrał matkę, a matka wybrała jego. 

- Wszyscy staramy się chronić samych siebie - po­

wiedział na głos. 

Pomyślał o projekcie ochrony zdrowia, jaki przygo-

background image

136 MARION LENNOX 

towali dla wyspy, i o roli wyznaczonej dla Lily. Przypo­

mniała mu się rozmowa z Samem, kiedy dopracowywa­

li szczegóły. Potrzebna była jeszcze jedna osoba, koor­

dynator całego przedsięwzięcia, lekarz, który mieszkał­

by na Kapui i nadzorował służbę zdrowia na wszystkich 

mniejszych wyspach archipelagu. Specjalista od ratow­

nictwa medycznego z doświadczeniem w medycynie 

tropikalnej, stażem na samodzielnym stanowisku, naj­

lepiej posiadający licencję pilota. Ktoś, kto w nagłym 

wypadku wsiądzie do helikoptera i... 

- Znam kogoś, kto idealnie spełnia wszystkie te wa­

runki - rzekł Sam. - Domyślasz się, o kim mówię? 

Wówczas Ben zignorował aluzję. Musiał. Przecież 

gdyby przyjął tę posadę, każdego wieczoru wracałby do 

Lily i Benjy'ego. 

I co w tym złego? Lily jest najmilszą kobietą na świe­

cie, a Benjy jest cudownym chłopakiem. Moim synem. 

Może powinienem rzucić się na głęboką wodę? Spró­

bować zobaczyć, jak będzie? 

A jak nic z tego nie wyjdzie? 

Już ich zraniłem, myślał, przypominając sobie twar­

de, pełne bólu spojrzenia Lily i Benjy'ego przy kolacji. 

Co będzie, jeśli jeszcze bardziej ich zranię? 

- Tchórz - powiedział na głos. 

Śniadanie następnego dnia minęło w atmosferze peł­

nej napięcia. Nikt nie miał apetytu. 

- Kiedy wrócicie? - spytał cichym głosem Benjy, 

odsuwając nietkniętą grzankę z marmoladą pomarań­

czową. 

- Doug za kilka tygodni, kiedy lekarze postawią gc 

na nogi. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 3 7 

- A tata? 

Wszyscy czekali, co odpowie Ben, lecz on milczał 

i w skupieniu dalej smarował grzankę masłem. Lily 

poczuła, że nie może mu bezwarunkowo wierzyć i na 

jedno mgnienie wezbrał w niej gniew. 

Nie, nie mogę się na niego złościć, zreflektowała się. 

To człowiek ciężko doświadczony przez los, jego rany 

nigdy się całkiem nie zabliźnią. 

- Zanim tata wróci, nas już tu dawno nie będzie, 

synku - rzekła. - Za to obiecał odwiedzić nas na Kapui 

- dodała. 

Benjy pociągnął nosem, dzielnie walcząc ze łzami. 

- Chodź ze mną zobaczyć, jak Flicker się dziś czuje 

- zaproponowała Rosa i wyciągnęła do chłopca rękę. -

Dobrze? 

- Sprawdzę, o której przyleci helikopter - odezwał 

się Ben i także wyszedł. 

Lily została w kuchni z Dougiem. 

- Zapiszę ci na kartce, co trzeba zrobić, zanim Ben 

kogoś przyśle do pomocy - rzekł Doug. Wziął notat­

nik, podniósł rękę z ołówkiem i nagle jęknął z bólu: 

- Uuuu! 

- Doug? - Cisza. - Doug! - Zanim Lily zdążyła pod­

biec, osunął się na podłogę. - Ben! - zawołała. Przyło­

żyła Dougowi palce do tętnicy szyjnej. - Ben!!! 

Teraz ją usłyszał. Wbiegł do kuchni, potrącając po 

drodze meble. 

- Sprawdź drożność dróg oddechowych - rzuciła. 

Natychmiast przystąpili do reanimacji. Lily tłoczyła 

powietrze w płuca Douga metodą usta-usta, Ben uciskał 

mu klatkę piersiową. Lily na zmianę oddychała, czeka­

ła, modliła się, oddychała, czekała, modliła się... 

background image

1 3 8 MARION LENNOX 

Nad farmą rozległ się warkot silnika helikoptera 

i w tym samym momencie do kuchni wpadła Rosa. 

- Doug, helikopter... 

- Potrzebny jest tlen i defibrylator - krzyknął do niej 

Ben. - Oni to mają na pokładzie. Biegnij! Uratujemy go. 

Biegnij! 

Rosa wzięła potężny haust powietrza, odwróciła się 

na pięcie i wybiegła z kuchni. 

Tymczasem Ben i Lily nie ustawali w wysiłkach. 

Musi się udać, zaklinała Lily w myśli. Musi! 

I nagle... 

W pierwszej chwili wydawało się jej, że to tylko 

jej wyobraźnia, lecz nie. Powietrze, które własnym od­

dechem tłoczyła w płuca Douga, jak gdyby uniosło 

jego klatkę piersiową. A może to efekt uciskania przez 

Bena? 

- Ben! - krzyknęła i odsunęła się odrobinę. 

Klatka piersiowa Douga znowu się uniosła, dreszcz 

wstrząsnął jego ciałem, powieki zadrgały. 

W tej samej chwili do kuchni wpadła Rosa, a za nią 

ratownicy, kobieta i mężczyzna ubrani w kombinezony 

lotniczego pogotowia. 

- Tlen! - zawołał Ben. 

Kobieta szarpnięciem otworzyła torbę. Lily wyrwała 

jej z rąk maskę i przyłożyła Dougowi do twarzy. 

- Kroplówka! - Ben wydal kolejne polecenie. 

Doug powoli zaczynał oddychać samodzielnie, po­

tem otworzył oczy. 

- Nic nie mów - powstrzymała go Lily, widząc 

ruchy jego warg. - Miałeś atak serca, ale teraz już jest 

dobrze. Rosa jest tutaj - dodała, odgadując jego myśli. 

Łzy napłynęły jej do oczu, lecz je w sobie zdusiła. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 

139 

Spojrzała na Bena. Na jego twarzy malowało się to 

samo wzruszenie, jakie i ją ogarnęło. On też walczył ze 

łzami. Ale przecież lekarze nie płaczą. 

Dougiem zajęli się doktor Claire Tynall i ratownik 

medyczny Harry Hooper. Sprawnie podłączyli go do 

aparatury monitorującej czynności życiowe i położyli 

na noszach. Liczyła się każda minuta. 

Kwestia, kto poleci z Dougiem, rozwiązała się sama. 

Ponieważ było tylko jedno wolne miejsce, Ben oczywi­

ście odstąpił je Rosie. 

Podczas gdy ratownicy z pomocą Bena przewozili 

Douga do helikoptera, Lily pobiegła spakować dla Rosy 

kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Kiedy wręczała jej 

torbę, Ben rzucił: 

- Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, kupuj na mój 

rachunek. Dojadę do was, jak tylko będę mógł. 

Drzwi helikoptera zatrzasnęły się, maszyna wzniosła 

się w powietrze. Lily i Ben odprowadzili ją wzrokiem. 

- Doug się wyliże - mruknął Ben, jak gdyby sam 

sobie chciał dodać otuchy. - Odwaliliśmy kawał dobrej 

roboty - dodał i wziął Lily za rękę. 

- Na pewno - odparła. 

Głos jej się łamał. Oswobodziła dłoń, odsunęła się 

odrobinę od niego. Nie chciała, żeby jej teraz dotykał. 

- Muszę znaleźć Benjy'ego - rzekła, a widząc na­

pięcie na twarzy Bena, spytała: - Dobrze się czujesz? 

- Oczywiście, że tak - obruszył się. - Dlaczego 

miałbym się źle czuć? 

- Bo ktoś, kogo kochasz, omal nie umarł. 

- Ja nikogo nie... 

- Kochasz Douga - szepnęła i zajrzała Benowi 

background image

1 4 0 MARION LENNOX 

głęboko w oczy. Czyżby nie uświadamiał sobie, jak 

ważni są dla niego ci ludzie? - Wkrótce znowu ich zo­

baczysz - dodała. 

- Tak. - Potrząsnął głową. Widziała, że usiłuje 

wziąć się w garść. - Postaram się jak najszybciej ściąg­

nąć tu kogoś, żeby zajął się farmą. 

- Muszę poszukać Benjy'ego - powtórzyła Lily. 

Bardzo chciała uścisnąć synka, potrzebowała ciepła 

drugiego człowieka. 

- Słusznie. - Ben już całkowicie odzyskał równowa­

gę. - Chodźmy. Zobaczmy, gdzie podziewa się nasz syn. 

Nasz syn? - zdziwiła się Lily. 

Nasz syn? 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Łatwiej to było powiedzieć, niż zrobić. 

Odszukanie Benjy'ego okazało się wcale nie takie 

łatwe. Gdzie on się podział? - zastanawiali się Lily 

i Ben. 

Wracając do domu, Lily zmusiła się do przypomnie­

nia sobie krok po kroku wszystkich wydarzeń ostatnich 

trzydziestu minut: najpierw Rosa z Benjym wychodzą 

odwiedzić Flicker, potem Rosa przybiega powiedzieć, 

że nadlatuje helikopter... 

Benjy mógł więc zostać sam w stajni. 

Ale na pewno też usłyszał helikopter, pomyślała. 

Czy nie wróciłby już do domu? 

Puściła się biegiem. Dopadła schodków prowadzą­

cych na werandę przy kuchni. 

- Benjy! 

Żadnej odpowiedzi. 

W porządku. Pewnie wciąż jest z Flicker. W ciągu 

ostatnich tygodni klacz stała się nową najlepszą przyja­

ciółką i powiernicą chłopca. Lily spojrzała w stronę 

zagrody z korytem, gdzie Benjy lubił siadać na żerdzi 

i rozmawiać z koniem. Nie było go tam. 

Czyżbym coś przeoczyła? Ponownie spojrzała w stro­

nę zagrody i dopiero teraz zobaczyła otwartą bramkę. 

- Od frontu go nie ma - poinformował Ben, nad­

chodząc. 

background image

142 

MARION LENNOX 

- Tutaj też go nie ma - odparła Lily. - Flicker rów­

nież zniknęła. 

- Czyżby sam spróbował zaprowadzić ją nad rzekę? 

- Niewykluczone. 

- Idziemy. 

Pobiegli ścieżką prowadzącą na pastwisko. Kiedy 

dotarli do występu skalnego, skąd roztaczał się szeroki 

widok, zatrzymali się. Nigdzie ani chłopca, ani klaczy. 

- Flicker jest silna - powiedziała Lily. - Na rozwid­

leniu dróg nawet Rosa czasami ma z nią trudności. 

Mówi, że Flicker chce iść tam, gdzie pasą się inne konie. 

- Czyli bliżej morza. - Znowu zaczęli biec. - Psia­

krew! Tam jest grząsko. Jeśli ją wciągnęło... 

Wszystko wskazywało na to, że właśnie tak się stało. 

Pośrodku mokradła powstałego w rozlewisku rzeki 

już z daleka dostrzegli klacz aż po kłąb zapadniętą 

w grząski grunt. Widocznie chciała dołączyć do innych 

zwierząt. 

- Benjy! - krzyknął Ben. Potem, nie bacząc na nie­

bezpieczeństwo, zaczął biec. - Benjy!!! 

- Jestem tutaj - zza Flicker odezwał się przerażony 

głos chłopca. - Tato! Pomóż mi, tato! 

Kiedy Lily dotarła do nich, Benjy, zapadnięty po 

pierś w bagnie, wciąż trzymał szamocącą się Flicker za 

uzdę. 

Ben jednym spojrzeniem ocenił sytuację. Usiadł 

okrakiem za synem, objął go mocno ramionami za klat­

kę piersiową i odchylił się razem z nim do tyłu. 

- Oprzyj się o mnie - mówił - wyciągnę cię. - Po­

tem spojrzał na klacz. - Spokojnie, spokojnie... 

Lily, biorąc przykład z Bena, również usiadła, żeby 

i jej błoto nie wciągnęło. Modliła się, żeby się powiodło. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 143 

W końcu, bardzo powoli, udało się Benowi uwolnić 

chłopca z mazi. Z synkiem w objęciach upadł do tyłu. 

Chwilę leżeli w błocie. Benjym wstrząsały łkania. Lily 

delikatnie pogładziła go głowie. Serce w niej zamarło 

na myśl o tym, co mogło się wydarzyć. 

- Flicker mnie tu pociągnęła - opowiadał chłopiec, 

łkając. - Próbowałem zaprowadzić ją na tamtą smaczną 

łąkę, ale nie chciała. A teraz tonie... 

- Uspokój się. Coś poradzimy. Zobaczysz - uspoka­

jał go Ben. 

- Co? Musimy jej pomóc! Musimy - histerycznie 

powtarzał Benjy. 

- Kochanie - wtrąciła Lily - boli cię coś? 

- Nic mi nie jest, bo tata mnie wyciągnął. Ale 

Flicker... 

Lily przytuliła chłopca. Ponad jego głową wymienili 

z Benem spojrzenia. 

- Możemy coś zrobić? - spytała. 

- Zobaczę. - Ben położył się obok konia. - Może 

zaczął się poród? - myślał na głos. 

- Jeszcze tego brakowało! 

- Trudno. Musimy założyć najgorszy scenariusz. 

Potrzebny nam będzie sprzęt. - Jaki sprzęt? Może lepiej 

ją uśpić? Ale Benjy tego nie... - Posłuchaj, Benjy - Ben 

zwrócił się do chłopca. - Razem z mamą zostaniecie 

tutaj, a ja przywiozę wszystko, co nam potrzeba. Siedź­

cie spokojnie. Zaraz wracam. 

Zawahał się na jedno mgnienie, potem ubłoconą dło­

nią pogładził synka po policzku. Tą samą dłonią musnął 

policzek Lily. Poczuła się pewniej. 

- Ma pan świetne podejście do chorych, doktorze -

rzekła i uśmiechnęła się do niego. 

background image

1 4 4 MARION LENNOX 

- I jako lekarz zalecam sporą dawkę optymizmu. 

Zaraz będę tu z powrotem. Nie denerwujcie się. 

- Ben wie, co robić - szepnęła Lily bardziej do sie­

bie niż do Benjy'ego. - Przywiezie wszystko, czego nam 

potrzeba. 

Zaraz, zaraz. Czego nam potrzeba? Dźwigu? 

Wyciągnęła rękę i pogładziła klacz po nosie. Flicker, 

przestraszona, podrzuciła łbem. 

- Dobrze, dobrze... 

- Śpiewałem jej piosenki, jakich nauczyła mnie Kira 

- szepnął Benjy. - Zapadała się tak szybko, że bałem 

się, że i mnie wciągnie. Nie wiedziałem, co robić. Trzy­

małem ją za uzdę i śpiewałem. 

- Zachowałeś się bardzo dzielnie, synku. Może ra­

zem teraz zaśpiewamy? 

- Zgoda. Razem. 

Nadjechała ciężarówka. Ben przywiózł mnóstwo de­

sek, łopaty, plandeki. 

- Musimy mu pomóc - rzekła Lily, lecz gdy tylko 

się odezwała, Flicker przerażona podrzuciła łeb. -

Benjy, siedź tutaj i śpiewaj - poleciła Lily - a ja pomogę 

Benowi. To twoja przyjaciółka. 

- Tak, ale się boję. 

- Ben jest już z nami. Uratujemy Flicker. Zobaczysz. 

- Wydobędziemy ją - rzekł Ben, kiedy Lily pode­

szła do ciężarówki. 

- Jesteś tak samo przerażony jak ja - odparowała. 

- Racja. 

- Co będzie, jak nam się nie uda? 

- Dzwoniłem do miejscowego weterynarza. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 4 5 

- Jak bardzo „miejscowego"? 

- Jest teraz pół godziny samochodem stąd. 

- Czyli za pół godziny przyjedzie, tak? 
- Niezupełnie. Jest u pewnej jałówki, która właśnie 

rodzi pierwszego cielaka. Przyjedzie dopiero potem. 
W pól godziny. 

- Rozumiem. 

- Zabrałem strzelbę - dodał Ben ściszonym głosem. 
Lily przełknęła ślinę. Czyli pomyślał i o tym. W swo­

jej praktyce lekarskiej nigdy nie brała pod uwagę takiej 

alternatywy. 

- W błocie nie urodzi. 

- Nie wiemy, czy poród się zaczął. 
- Jestem prawie pewna, że ma skurcze. Widziałam 

po jej oczach. 

- Aha. Wydobędziemy ją, zanim urodzi. 

- Jak? 

- Będziemy kopać. - Wręczył jej łopatę. - Co cztery 

ręce, to nie dwie. 

Rozłożyli wokół konia plandeki, zabezpieczając się 

w ten sposób przed zapadnięciem, potem Ben ukląkł 

i zaczął wsuwać brezent pod brzuch Flicker. Lily, klę­

cząc z drugiej strony, odgarniała rękami błoto, aż udało 

jej się chwycić brzeg płachty i przeciągnąć ją na drugą 

stronę. W tym czasie klacz trzykrotnie miała skurcze 

porodowe. 

- Co teraz? - spytała Lily. 

- Kopiemy - rzekł. - Benjy, śpiewaj. To jest właśnie 

to, czego jej potrzeba. Teraz - zwrócił się z powrotem 

do Lily - zaczniemy kopać z przodu, o tutaj. Wsuniemy 

deski, nakryjemy brezentem i zrobimy coś w rodzaju 

trapu. Powinno się udać. 

background image

1 4 6 MARION LENNOX 

- Tak sądzisz? 

- Masz jakiś inny pomysł? 

- Nie - odrzekła Lily i energicznie zabrała się do 

kopania. 

W końcu dół był gotowy. Szybko przeciągnęli deski, 

nakryli brezentową płachtą. Podczas gdy Lily i Benjy 

starali się uspokoić Flicker, Ben zsunął się po plandece 

i rękami zaczął odgarniać błoto, żeby uwolnić przednie 

kopyta. 

Udało się. Ben wygrzebał się z dołu, wziął Flicker za 

uzdę. 

- Mam dalej śpiewać? - spytał Benjy. 

- Nie. Zajdź od tyłu i bardzo głośno krzyknij - pole­

cił Ben. - Na całe gardło. 

Lily i Ben ciągnęli za uzdę, Benjy krzyczał co sił 

w płucach. Przez dłuższą chwilę Lily myślała, że nic 

z tego nie będzie, że Flicker po prostu nawet nie drgnie, 

nie będzie próbowała. I nagle ogromnym wysiłkiem 

klacz wydobyła jedną przednią nogę, postawiła na okry­

tych brezentem deskach, zaparła się mocno, potem jak 

gdyby zachęcona, wyciągnęła drugą nogę i również 

oparła na deskach. 

- No, kochana - szepnął Ben - ciągnij. 

- Proszę, ciągnij - mruknęła Lily. - Błagam. 

Klacz gwałtownym zrywem ruszyła do przodu. Za­

parła się przednimi kopytami, jęknęła z wysiłku i pod­

ciągnęła zad. Lily upadła na plecy, lecz Ben nie puścił 

uzdy. Ciągnął Flicker, aż wydobyła się z dołu i stanęła 

na pewniejszym gruncie. Bezpieczna. 

Lily leżała w błocie, uśmiechając się promiennie. Kie­

dy Benjy podszedł, zaniepokojony, dlaczego nie wstaje, 

wyciągnęła do niego ręce. 

background image

PRAWDZIWY RAJ 

147 

- Benjy! - zawołał Ben. - Przypomnij mamie o jej 

obowiązkach. Źrebak nie będzie czekał. 

Teraz pragnęli tylko szybkiego porodu, lecz oczywi­

ście ich życzenie nie zostało spełnione. Flicker była 

zmęczona i zestresowana i nie miała siły przeć. 

Ben jednak był przygotowany i na taką ewentual­

ność. Pakując ciężarówkę, myślał z wyprzedzeniem. 

Napełnił dwa ogromne termosy gorącą wodą, wrzucił 

na platformę ciężarówki wiadra, jakieś szmaty i sznur. 

- Prawdziwa porodówka - skomentowała Lily. -

A gdzie inkubator? 

- Słońce nieźle grzeje - burknął Ben. - O ile wydo­

będziemy źrebaka - dodał, lecz widząc zmartwioną 

minę Benjy'ego, zreflektował się. - Chciałem powie­

dzieć, że go szybko wydobędziemy. Chcesz pomóc? 

Przynieś pół wiadra czystej wody z rzeki, dobrze? Dole­

jemy gorącej z termosu i wystarczy. Tylko idź po ka­

mieniach uprzedził. 

- Dobrze - odparł Benjy, zadowolony, że dostał coś 

do roboty. Tymczasem Lily czekała na instrukcje. -

Przytrzymaj jej łeb - polecił Ben i zaczął obmywać zad 

Flicker z błota. 

Nagle klacz jęknęła, zgięła przednie nogi i osunęła 

się na bok. 

- Co z tym weterynarzem? - Lily zaczęła się dener­

wować. 

- Po co ci weterynarz? Nie ma co wpadać w pani... -

zaczął Ben i urwał w pół słowa, gdyż Flicker napięła się, 

chlusnęły z niej wody płodowe i w kanale rodnym 

ukazało się maleńkie kopytko. Z zapartym tchem czeka­

li na drugą nóżkę. 

background image

1 4 8 MARION LENNOX 

Kolejny skurcz, i kolejny, i nic. 

Lily dolała gorącej wody z termosu do wiadra, zamo­

czyła mydło i podała kostkę Benowi. Chyba ze źreba­

kiem nie jest trudniej niż z dzieckiem? 

Ben usiłował wsunąć dłoń do kanału rodnego, lecz 

po chwili zrezygnował i zwrócił się do Lily: 

- Mam za dużą rękę. Ty spróbuj. - Lily, nawet nie 

czekając na jego instrukcje, już zdążyła namydlić dłoń. 

Przyklęknęła, potem położyła się obok klaczy i czekała, 

aż minie kolejny skurcz. Potem ostrożnie wsunęła palce 

do kanału rodnego. Po chwili namacała kopytko. 

Fantastycznie, tylko czy to przednia, czy tylna noga? 

Czy konie rodzą się głową czy zadem do przodu? Czy 

teraz to nos? Nie było czasu szukać odpowiedzi na te 

wszystkie pytania. Zdała się na los. Chwyciła kopytko 

i pociągnęła do siebie. I udało się. Wpierw pojawiło się 

kopytko, potem nos, a potem... a potem piękny źrebak 

wysunął się z łona matki. 

To był dla wszystkich nie tylko ciężki wysiłek fizy­

czny, ale i ogromne przeżycie emocjonalne. Benjy obej­

rzał źrebaka, potem nagle wybuchnął płaczem, a Lily 

otoczyła go ramionami i przytuliła. Ben przyglądał się 

im, myśląc, że to nie tylko narodziny konia, lecz mo­

ment kulminacyjny ostatnich tygodni, które były istnym 

piekłem. 

A może i czymś więcej. 

Spojrzał na Lily, umazaną błotem i krwią, śmiejącą się 

przez łzy, tulącą syna do piersi, szepcącą mu coś do ucha. 

Kocham ją, pomyślał. 

Kochał ich wszystkich. Flicker i jej źrebaka. Rosę 

i Douga. Benjy'ego, swojego syna. I Lily. 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 4 9 

Nagle pojął, że zawsze ich kochał, a kiedy to sobie 

uświadomił, poczuł ogromną ulgę., 

Cały jego świat zyskał nagle mocny fundament. Do 

tej pory nawet nie wiedział, że dryfuje w próżni. 

Przypomniały mu się słowa Benjy'ego: Nic mi nie 

jest, bo tata mnie wyciągnął. 

Jego syn go potrzebował, a on znalazł się wtedy obok 

niego. A jeśli kiedyś sytuacja się powtórzy, a on będzie 

daleko? To samo z Lily. 

Doszło do niego, że nie tylko on jest im potrzebny. 

Oni są potrzebni jemu. Oboje. 

Kiedy to sobie uświadomił, zrozumiał, że już nie 

może odejść. Nie było go przy Bethany, ale nie z jego 

winy. Rozdzielono ich. Nagle rozpacz po jej odejściu, 

którą latami w sobie nosił, przestała go palić, sumienie 

się uspokoiło. 

Dzisiaj był przy swoim synu w dramatycznej chwili. 

Był przy Lily i tak już będzie na przyszłość, do końca 

ich dni. 

Potrzebuje ich. Pragnie mieć rodzinę. 

„Jesteś moją północą i moim południem". 

Kto to powiedział? No tak, ostatnio słyszał to zdanie 

wypowiedziane cicho przez wdowę na pogrzebie sier­

żanta zabitego w Timorze Wschodnim. 

Wówczas nie zwrócił uwagi na te słowa, myśląc już 

o czekających go następnego dnia zadaniach. 

Teraz zaś powróciły niczym echo i miał czas się nad 

nimi zastanowić. 

Jesteś moją północą i moim południem... 

- Chodzi nie tylko o ciebie - przemówił do Lily, -

Nie tylko o ciebie... 

Lily podniosła głowę. 

background image

150 MARION LENNOX 

- Nie tylko o mnie? 

- Kocham też Douga i Rosę. 

- No i co? - zapytała szeptem. 

Ben padł przy niej na kolana, pochylił się i ją po­

całował. 

- Potrzebuję cię - wyznał. - Zawsze potrzebowa­

łem. Tylko byłem za głupi, żeby to zrozumieć. Ale po 

tym, co stało się dzisiaj... Tworzymy rodzinę. Wiem, że 

nie zasługuję na drugą szansę, ale proszę o nią. Wyjdź 

za mnie. Tak przeorganizuję swoje życie, żebyśmy już 

zawsze byli razem. 

- Och, Ben... 

- To zamieszkasz z nami na wyspie? - Benjy po­

stanowił kuć żelazo, póki gorące. 

- Zamieszkam - obiecał. 

W oczach Lily zobaczył łzy. 

- Wszystko więc się dobrze kończy - szepnęła. 

- Nie kończy - zaprzeczył. - Zaczyna. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Pierwsza rocznica tragicznych wydarzeń na wyspie 

powinna być dniem smutnym, lecz mieszkańcy Kapui 

nigdy nie uważali śmierci za ostateczne rozstanie. Po­

grzeby były świętem, afirmacją witalności, dziękczy­

nieniem za radość życia. 

Pogrzeby sprzed dwunastu miesięcy były jednak in­

ne, przebiegały w atmosferze strachu. Teraz zaś wy­

spiarze postanowili uczcić zmarłych zgodnie z tra­

dycją. Ofiary najemników Jacques'a byli kochanymi 

członkami wspólnoty i na zawsze pozostaną w sercach 

bliskich. 

Takie było przesłanie kazania pastora wygłoszonego 

do zebranych na cmentarzu wszystkich mieszkańców 

wyspy. 

Lily i Benjy stali z boku. Obok chłopca, trzymając go 

za rękę, pozwalając mu oprzeć się o siebie, stał również 

Ben, jego ojciec, mąż Lily. 

W ciągu minionego roku Ben zaskarbił sobie sym­

patię i wdzięczność wszystkich mieszkańców Kapui. 

Czy mogło być inaczej? W kilka miesięcy zorganizo­

wał system ochrony zdrowia dla całego archipelagu, 

a szpital na Kapui został powiększony i zmodernizowa­

ny. Lily miała teraz zawsze do pomocy dwóch stażys­

tów z Sydney. 

Natomiast Sam - o, to osobna historia. 

background image

1 5 2 MARION LENNOX 

Kiedy trzeba było odjeżdżać, omiótł wzrokiem wy­

spę, spojrzał na piękną córkę Pietra, nauczycielkę, i do­

szedł do wniosku, że Kapua nie jest najgorszym miejs­

cem do zapuszczenia korzeni. 

Tak więc Kapua miała teraz aż pięciu lekarzy, a kie­

dy otworzą nowe skrzydło z oddziałem położniczym, 

może będzie ich jeszcze więcej? 

Nie tylko szpital zmienił się nie do poznania. Dom 

Lily również. W dniach, jakie nastąpiły po ataku serca 

Douga, kiedy Ben, Lily i Benjy nie mogli się ruszyć 

z farmy, mieli dużo czasu na rozmowy i wszystko zo­

stało ustalone. Doug i Rosa zostali przyszywanymi 

dziadkami Benjy'ego. Przecież Ben traktował ich jak 

rodziców. Postanowili, że cztery razy w roku co naj­

mniej tydzień będą spędzali razem na farmie, i cztery 

razy w roku Doug i Rosa będą przyjeżdżali na wyspę 

i zostawali, jak długo będą chcieli. 

I właśnie teraz byli z nimi. 

Pastor skończył mówić. Na świeżych grobach złożo­

no kwiaty, ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Rosa 

i Doug także się ruszyli, lecz przedtem Rosa spojrzała 

wymownie na Lily. Odeszły na bok i wówczas Rosa 

sięgnęła do swojej przepastnej torby i wyjęła z niej 

szkatułkę. 

- Co to jest? - spytał Ben, kiedy Lily wróciła ze 

szkatułką w ręku. 

- Prochy Bethany. 

Ben zbladł. 

- Bethany... 
- Rosa powiedziała, że nie pozwolono ci wziąć 

udziału w pogrzebie, a potem nawet pytać, gdzie siostra 

jest pochowana. Rosa i Doug nigdy nie mogli się z tym 

background image

PRAWDZIWY RAJ  1 5 3 

pogodzić, tylko nie wiedzieli, jak zacząć z tobą roz­

mowę o niej. Zaraz po naszym ślubie Rosa wszystko 

mi opowiedziała. Wiedziała, że prochy twojej siostry 

złożono w katakumbach na wielkim cmentarzu w Syd­

ney. - Lily zamilkła, potem opanowała się i ciągnęła: 

- Napisałyśmy list do adwokata, wykonawcy testa­

mentu twoich rodziców, z pytaniem, czy potrzebna 

jest twoja zgoda na przeniesienie urny. Stwierdził, że 

nie, i podpisał stosowne papiery. Bo widzisz, Rosa, 

Doug i ja uznaliśmy, że powinniśmy przywieźć Be­

thany do domu. Może zechcesz pochować albo roz­

rzucić jej prochy tutaj? Jeśli zdecydujesz inaczej, 

urna wróci do Sydney. 

Ben spojrzał na szkatułkę. Rozważał w myśli to, co 

usłyszał. Potem podniósł głowę. 

- Kocham cię - szepnął. 

- Wiem - odpowiedziała - ale Bethany była twoją 

pierwszą miłością. Razem z Benjym chcielibyśmy być 

z tobą, kiedy będziesz się z nią żegnał, ale jeśli sobie nie 

życzysz... 

- Przeciwnie, bardzo tego pragnę. 

Lily podała mu szkatułkę. 

- Jeśli chcesz, żeby spoczęła tutaj, pastor czeka. 

A Rosa i Doug schowali się za drzewami. Oni również 

kochali Bethany i chcieliby się z nią pożegnać. 

- Niech tak będzie. To jest najlepszy moment -

rzekł Ben cicho. 

Pastor podszedł do nich, odmówił modlitwę, a potem 

Ben otworzył szkatułkę i rozsypał prochy siostry wśród 

polnych kwiatów rosnących na cmentarzu. 

Potem razem, całą rodziną, Ben i Lily przodem, 

Rosa, Doug z Benjym za nimi, wrócili do domu. 

background image

154 MARION LENNOX 

- Bethany to ładne imię - odezwała się Lily. - Może 

użylibyśmy go jeszcze raz? 

- Dla kogo? 

- Dzisiaj pożegnaliśmy jednego członka rodziny, 

ale za siedem miesięcy przywitamy nowego. Może to 

właśnie będzie dziewczynka? 

Tej nocy fale znowu przyniosły na plażę Kapui świe­

cące drobnoustroje. 

Cuda się zdarzają. 

KONIEC