background image

MARGIT SANDEMO

WYMARZONY PRZYJACIEL

Tytuł oryginału: „Drømmen om en venn”

background image

PRZEDMOWA

Tę   krótką   opowieść   napisałam   dawno,   w   roku   1963,   może   1964,   zanim   jeszcze 

odważyłam   się   myśleć   o   wysyłaniu   czegokolwiek   do   wydawcy.   W   owych   czasach   nie 

wypadało pisać niczego z gatunku science - fiction, dlatego zrobiłam to dla siebie, z samej po-

trzeby pisania.

Nigdy o niej nie zapomniałam, choć sądziłam, że albo już dawno gdzieś przepadła, albo 

zostały z niej jakieś fragmenty. Aż wreszcie, w roku 1995, przeprowadzaliśmy się. Wtedy ją 

znalazłam, po prostu jakby spadła z nieba na sam wierzch skrzyni pełnej maszynopisów. Pięć 

minut wcześniej na pewno jej tam nie było! Maszynopis był kompletny, jedyne, co pozostało 

mi do zrobienia, to drobne zmiany redakcyjne i uwspółcześnienie tekstu.

Opowieść   przemówi   być   może   najbardziej   do   młodzieży   i   tych,   którzy   zachowali 

młodzieńczy umysł  i marzenia.  Przyjmijcie  ją łaskawie jako moją pierwszą, naiwną próbę 

pisarską!

Margit Sandemo

background image

ROZDZIAŁ I

Dzień, w którym Lindis dowiedziała się prawdy, oznaczał dla niej koniec świata.

Już sam ranek był fatalny.

Nocna kłótnia rodziców, której nie starali się ukryć, nie dała jej długo zasnąć. Rano 

Lindis   była   niewyspana   i   poirytowana.   Rzuciła   jakąś   kąśliwą   uwagę   w   stronę   swej 

przemądrzałej młodszej siostry, co natychmiast sprowokowało rodziców do wzięcia małej w 

obronę.

Lindis nie mogła się powstrzymać od złośliwego komentarza:

- Dziwne, że potrzebujecie wspólnego wroga, aby działać razem...

Ojciec przytrzymał ją mocno za ramię.

- Nie bądź bezczelna! Chodzisz do szkoły średniej, dostajesz od nas ubrania i jedzenie. 

Nie masz powodu nas o nic oskarżać!

- Nie rozumiem, co to ma wspólnego z całą sprawą - mruknęła nieco ciszej. - Dlaczego 

nigdy nie krzyczycie na Karin? Ona może robić, co jej się tylko spodoba!

Ojciec nieświadomie przybrał łagodniejszy wyraz twarzy.

- Przecież wiesz, że Karin...

- Wiem, że Karin ciężko chorowała jako dziecko. Było mi jej wtedy żal, musiałam mieć 

na nią wzgląd i być grzeczną dziewczynką. Ale teraz, u diabła, jest...

- Nie przeklina się w moim domu - rzuciła matka swym najchłodniejszym tonem. Była 

elegancką   damą   w   tak   zwanym   kwiecie   wieku,   poważaną   przez   wszystkich   i   mocno 

przywiązaną do konwenansów. - Czy ja muszę zawsze się za ciebie wstydzić, Lindis? Jesteś 

najbardziej niewdzięcznym stworzeniem, jakie kiedykolwiek spotkałam. Po tym wszystkim, co 

dla ciebie zrobiłam!

Lindis nie chciała po raz kolejny wysłuchiwać znanego tekstu. Złapała teczkę i wybiegła 

z domu. Kątem oka dostrzegła jeszcze triumfalny uśmieszek siostry.

Ich troje. Trzymali się razem, wspierając nawzajem, a ją odsuwając na dystans.

Siedemnastoletnia   Lindis   przechodziła   właśnie   okres   buntu   i   nie   zawsze   właściwie 

oceniała rzeczywistość. Chciała czuć się odrzucona i niezrozumiana, chciała cierpieć! Był to 

kolejny etap jej rozwoju, o tym jednak nie wiedziała.

Karin   miała   dopiero   dwanaście   lat   i   nie   dosięgło   jej   jeszcze   charakterystyczne   dla 

nastolatków gwałtowne pragnienie samodzielności. Dokuczała Lindis po dziecinnemu, pewna 

rodzicielskiego wsparcia, często wykorzystując dawną chorobę. Była już zdrowa i silna, ale 

trzymała to w tajemnicy.

background image

Wspaniale było czuć się uprzywilejowaną w stosunku do starszej siostry, wspaniale móc 

się wykręcać od nieprzyjemnych prac domowych, mówiąc cichutko: „Ale ja przecież nie dam 

rady...” Lindis przejrzała jej fortele, dlatego tym bardziej cieszyło Karin, gdy starsza siostra 

obrywała burę.

Przepełniona   buntem   Lindis   czekała   na   szkolny   autobus.   Nie   zjadła   śniadania,   jak 

zwykle   od   czasu   tej   fatalnej   lekcji   wuefu.   Nadepnęła   wtedy   na   nogę   Inger   -   Lise,   która 

krzyknęła:

„Uważaj, gdzie leziesz, ty wielka, tłusta, niezdarna krowo!”

Dla Lindis był to prawdziwy szok. Zawsze uważała, że ona jest normalnie zbudowana, a 

Inger - Lise jest niedożywioną szczapą. Jednak złośliwe słowa zapadły jej głęboko w serce i 

zupełnie   się   załamała.   Nie   miała   już   odwagi   jeść.   Porównując   się   z   najszczuplejszymi 

dziewczynami o drobnych kościach, czuła się przy nich jak stodoła.

Nie miała racji. Doskonale mieściła się w granicach normy, jeśli chodzi o wagę. Była 

zdrową, zgrabną dziewczyną o żywym usposobieniu. Teraz jednak znajdowała się na drodze ku 

przepaści. Oczywiście, słyszała o anoreksji, ale sądziła, że jej to nie dotyczy. Uważała, że w 

pełni się kontroluje i że musi tylko schudnąć parę kilo. Jeszcze tylko parę. Fakt, że już dawno 

zeszła poniżej wymarzonej wagi, przeoczyła.

W domu zauważano czasem, że Lindis rezygnuje z obiadu i że jada bardzo mało, jednak 

fakt ten przesłaniały rodzicom ich własne zmartwienia. Wystarczało, że rzucili czasem: „No, 

jedz wreszcie!”, albo: „Boże jedyny, dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat, najwyższy 

czas, żeby sama dbała o siebie! Przecież gorzej jest z Karin, która znów nie może wyjść z 

przeziębienia. Przy jej słabych płucach i niskiej odporności... Biedulka, chyba się znów nie 

rozchoruje?”

Drogą nadeszły koleżanki z klasy Lindis, rozmawiając o czymś, co Anne Sofie trzymała 

w ręce.

- Co to jest? - spytała Lindis.

- Dostałam to! - promieniała Anne Sofie. - To zdjęcie mojego ukochanego. Och, nie 

mogę, jaki on jest piękny! Nie wiem, co mi napisał, ale to musi znaczyć, że mnie kocha! 

Bezgranicznie!

Było  to zdjęcie  angielskiego  muzyka rockowego  na  tle grupy.  Marit,  chluba klasy, 

poprosiła o podanie jej zdjęcia tego ubranego w skóry i metal półboga.

- Napisane jest: „Best wishes”. Najlepsze życzenia.

- Zawsze musisz wszystko popsuć - mruknęła Anne Sofie lekko zażenowana.

Nie należała do najlepszych, jeśli chodzi o języki obce, jakoś jednak udało się jej sklecić 

background image

list do swego idola. Kirsten, przyjaciółka Anne Sofie, też nie należała do geniuszy, ponieważ 

jednak była skończoną pięknością, nie miała żadnych kompleksów.

- I tak masz szczęście - westchnęła Solveig, patrząc na Anne Sofie.

Solveig była mała i szara jak mysz. Trzymała się tych koleżanek, którym to akurat nie 

przeszkadzało.

Liderka grupy jeszcze się nie wypowiedziała. Miała na imię Tone i posiadała autorytet 

wynikający z urody, sprawnego umysłu, porządnego domu i wielu wielbicieli oraz wielbicielek. 

Podbudowywały go też wypowiadane przez nią sądy. Z wydaniem aktualnego zaczekała, aż 

wszystkie obrócą się w jej kierunku.

- Kochanie się w idolach jest nieszkodliwe i nieco dziecinne - orzekła. - Wykazuje 

tylko, że ma się małe szanse w kręgu znajomych.

Radość   Anne   Sofie   wyraźnie   minęła.   Nadjechał   autobus,   dziewczyna   wsunęła   z 

westchnieniem zdjęcie do książki od matematyki.

Dlaczego ludzie są dla siebie tak okropni? pomyślała Lindis, wsiadając do autobusu. 

Choć w zasadzie ja też taka jestem w domu...

Muszę być trochę milsza, postanowiła.

Nagle dotarło do niej, że takie postanowienie podejmowała już wiele razy w ciągu tego 

roku. Bez specjalnego rezultatu...

Ojciec był wicedyrektorem w jej szkole. To nie była korzystna sytuacja dla niej jako 

uczennicy. Może właśnie to sprawiło, że odsunęła się od ojca, nawet nieświadomie?

Gdyby  tylko  mogła   z  kimś   szczerze   porozmawiać!   Z  prawdziwym przyjacielem.   Z 

dziewczynami było dobrze tylko pozornie. Żadnej z nich nie odważyłaby się zwierzyć. Wątpiła, 

czy interesuje je to samo, co ją, poza tym wszystkie miały spokojne domy.

Bo ona nie miała, to było pewne. Wina w dużej mierze leżała po jej stronie, ale tak 

trudno jest być miłą i grzeczną, kiedy dusza wyraża sprzeciw! To minie, mawiała mama. To 

tylko dojrzewanie.

Skąd ona to wiedziała? Przecież nie mogła zajrzeć do wnętrza Lindis!

Lisbeth   Lund,   uśmiechnięta,   niewysoka   nauczycielka   angielskiego,   pewnie   by   ją 

zrozumiała. Z nią na pewno by się dobrze rozmawiało, choć to nie to samo, co przyjaciel 

chłopak...

Tego jednak nie było jej jeszcze dane zaznać. Durzyła się w kilku, lecz zachowywała się 

zbyt niezręcznie, aby któryś odważył się do niej zbliżyć.

Autobus zatrzymał się przy szkole w momencie, gdy zabrzmiał dzwonek. Gromada 

uczniów tłoczyła się przy drzwiach w przepychance, kto ostatni przekroczy główne wejście.

background image

Na korytarzu Lindis napotkała ojca stojącego z Lisbeth Lund. Przyjeżdżał do szkoły 

samochodem, dlatego ją wyprzedził. Podwoził czasem Karin, gdyż, jak twierdził, Lindis stale 

zaśmiecała mu auto resztkami chipsów.

Skinęła na powitanie głową, lecz ojciec zatrzymał ją.

- Podobno coraz gorzej się uczysz, Lindis. Postaraj się bardziej skoncentrować. Został ci 

przecież jeszcze tylko rok.

-   Ja   nie   mogę   narzekać   -   odezwała   się   przyjaźnie   Lisbeth   Lund.   -   Jest   dobra   z 

angielskiego i uważa na lekcjach.

Kochana Lisbeth! Lindis ogromnie ją lubiła. Nauczycielka wstawiała się za nią i może 

dlatego dziewczyna na jej lekcjach starała się bardziej niż na innych.

Gdyby tak to ona była moją matką zamiast tej chłodnej, obojętnej bizneswoman, która 

zjawiała   się   w   domu   tylko   wtedy,   gdy   robiła   przyjęcie   dla   przyjaciółek...   Nie,   jestem 

niesprawiedliwa. Mama wspaniale prowadzi dom i to pewnie moja wina, że mnie nie lubi. 

Ojciec bywał w domu rzadko. Każde głupstwo tak go wyprowadzało z równowagi, że może to i 

lepiej. Także on miał słabość do Karin i traktował Lindis jak zło konieczne, które powinno 

możliwie najszybciej opuścić dom.

Co ze mną jest nie tak? pomyślała wojowniczo, wchodząc do klasy. W szybie napotkała 

swoje   odbicie:   owalną   twarz   o   dużych,   ciemnych   oczach,   z   ostro   zaznaczonymi   kośćmi 

policzkowymi - zasługą lub winą intensywnego odchudzania, ładny nos i usta, ciemnobrązowe 

włosy obcięte domowym sposobem na pazia, kanciaste ramiona i biodra, ale ogólnie zgrabną 

figurę i ładne nogi.

Mogło być gorzej. Ale w domu i to nie wystarczało, by ją akceptowali. Może tylko jako 

opiekunkę Karin, gdy rodzice wychodzili.

Najlepiej schudnąć. Wtedy na pewno mnie polubią. Przecież jestem wielka i niezgrabna, 

tak powiedziała Inger - Lise.

Lindis udawała, że nie zauważa głodu. Najbardziej dokuczał przez pierwsze trzy doby. 

Teraz mogła nic nie jeść przez długie dni. Czasem jednak nadchodził i uderzał mocno. Starała 

się wtedy kłaść spać, aby przeczekać fantazje o jedzeniu dobrych rzeczy.

Była   osłabiona.   Na   nic   nie   miała   siły.   Ale   wydawało   jej   się   to   naturalne   na 

przedwiośniu, gdy śnieg topnieje i wszyscy czekają na wiosnę.

W   czasie   ostatniej   przerwy   stała   z   dziewczynami,   z   którymi   razem   dojeżdżała 

autobusem i z którymi w związku z tym przebywała najczęściej. Anne Sofie, Marit, Kirsten, 

Solveig i Tone. Nie była im potrzebna, ale trzymała się ich, starając się być niezauważalna. 

Dzięki temu ją tolerowały.

background image

Kirsten odwróciła się nagle w jej stronę z zaskakującym pytaniem:

- Co założysz na imprezę w przyszły piątek?

- W piątek?

- No tak! U Tone. B. R.

Zapadła niezręczna cisza. Lindis wiedziała, że B.R. oznacza „bez rodziców”, ale jej nikt 

nic nie mówił o piątku...

Tone wyglądała,  jakby miała zamiar odejść, lecz w końcu zmieniła zdanie. Posłała 

Kirsten pełne złości spojrzenie i rzuciła do Lindis:

- Nie dostałaś wiadomości? U mnie w domu, o ósmej. Musisz mieć ze sobą chłopaka, do 

użytku ogólnego. Ale musi być sensowny!

Potem odwróciła się na pięcie i odeszła w towarzystwie niezmiennie ją podziwiającej 

Solveig. Pozostałe dziewczyny zaczęły głośno o czymś rozmawiać i Lindis znów poczuła się 

wykluczona z ich kręgu.

Nie miała ochoty iść na imprezę, na którą właściwie nie zamierzano jej zapraszać! I to 

„weź ze sobą chłopaka”. Tone wiedziała przecież, że Lindis nie mogła w nich przebierać. „Do 

użytku ogólnego”... Brzmiało to dość brzydko, ale już wiedziała, o co chodzi: aby nie siedziała 

cały wieczór, trzymając tego chłopaka za rękę, ale żeby wszyscy bawili się ze wszystkimi.

Nie, na pewno nie chce tam pójść!

- Niestety, nie mam czasu! - zawołała w ślad za Tone i pozostałymi dziewczynami. 

Zdążyły już jednak wejść do środka, więc jej odważna odmowa nie wywarła na nich żadnego 

wrażenia.

Muszę o tym opowiedzieć...

Zatrzymała się. Czy jest ktoś, komu mogłaby o tym opowiedzieć?

Lisbeth Lund?

Nie, z jakiej racji? Po pierwsze, byłby to rodzaj porażki, że ma się tylko nauczycielkę za 

powiernicę. Po drugie... No właśnie, po drugie? Z pewnym niepokojem przypomniała sobie 

rozmowę sprzed kilku dni. Ktoś w klasie powiedział, że Lisbeth Lund chyba lubi Lindis, bo 

zawsze zwraca się do niej takim miękkim głosem. Gdy dziewczyna odparła z niedowierzaniem, 

zarumieniona: „Naprawdę?”, inny uczeń powiedział ze śmiechem: „A co na to twoja mama?”

Lindis nie zrozumiała aluzji, choć wyczuła, że coś chciał przez to powiedzieć.

Niechętnie powlokła się w stronę budynku szkoły.

Czuła się strasznie samotna.

Gdyby tak mieć przyjaciela!

background image

Gdy wróciła do domu, zastała w nim tylko mamę. Najwyraźniej nie usłyszała, jak córka 

wchodzi, gdyż na jej widok szybko zabrała coś ze stołu i schowała. Lindis jednak zdołała 

dostrzec, co to było: bluzka, o jaką dopominała się Karin już od kilku dni.

Matka spostrzegła, że odkryto tę małą tajemnicę, i rzuciła z wymuszonym uśmiechem:

- Ojciec kupił ją dla Karin. Naprawdę na nią zasłużyła, biedna maleńka.

Lindis spostrzegła, że matka płakała, ale nie była w nastroju do współczucia.

- Dlaczego mnie ojciec nigdy nic nie kupuje?

Poniewczasie zrozumiała, że matka była na krawędzi załamania. Przypomniała sobie 

nieprzyjemną   atmosferę   ostatnio   panującą   w   domu,   drobiazgi   umykające   jej   uwagi.   Ostre 

sprzeczki rodziców, gwałtownie urywane, gdy wchodziła któraś z córek, trzaskanie drzwiami, 

wszystkie te detale, których Lindis, zapatrzona w siebie nastolatka, nie zauważała.

Jej agresywne pytanie zadziałało jak iskra powodująca wybuch.

Matka wstała z pałającymi policzkami i podeszła do okna. Nagle córka dostrzegła ją w 

nowym świetle. Nie była już tak młoda, elegancka ani pewna siebie. Na ułamek sekundy Lindis 

ujrzała jej nagą, bezbronną twarz.

Ale   to   trwało   tylko   moment.   W   następnej   chwili   matka   przybrała   swą   maskę   i 

powiedziała, nie patrząc na Lindis:

- Twój ojciec? Twój ojciec nigdy nie dbał o ciebie. Poszedł sobie i zostawił mnie z tobą 

na karku. Był tchórzem, zawsze uciekającym przed odpowiedzialnością. Dla mnie poczucie 

odpowiedzialności było najważniejszą sprawą w życiu. Sama zapracowałam na moją obecną 

pozycję mimo utrudnienia, jakim dla mnie byłaś. Tego mi nikt nie odbierze!

Lindis zmarszczyła czoło.

- Ojciec uciekł? Przecież widziałam go w szkole - bąknęła niepewnie. - Nawet ze mną 

rozmawiał, to znaczy mnie strofował, ale on tak zawsze. Dlaczego nigdy nie powie nic miłe...

Matka stała nadal przy oknie, znów chłodna i wyniosła, pomimo zapłakanych oczu, 

czerwonych plam na szyi zdradzających gorycz przekwitania i włosów choć raz nie uczesanych 

idealnie.

-   Nie   mówię   o   moim   mężu   -   powiedziała   lodowatym   tonem.   -   Mówię   o   twoim 

biologicznym ojcu. O tym, który obiecywał mi złote góry i lata szczęścia. Niech to, musiałam 

do wszystkiego dojść sama. A on? Po prostu zniknął! Wiele, wiele lat temu. Mówił, że jedzie 

do Australii, ale nie wiem, dokąd go zaniosło.

Prawda   powoli   docierała   do   Lindis.   Więc   to   dlatego   ojciec   prawie   nigdy   jej   nie 

zauważał poza przypadkami, gdy jej robił wyrzuty!

Miała w głowie taki zamęt, że trudno jej było skupić się na tym, co mówi matka.

background image

- Tak to już jest, gdy wychodzi się za mąż za czarującego wdowca z córką. Był aktorem 

podziwianym przez wszystkich, ale bez pracy. No, może tylko w reklamówkach. Na co mi był 

ten ślub? Dostałam rozwód po tym, jak dowiedziałam się, że utonął. Nie wiem, czy to prawda, 

ale nie dbam o to. Miałam go dosyć raz na zawsze! A gdy twój ojciec się oświadczył...

Lindis podniosła rękę.

- Chwileczkę! Ten, który się oświadczył, nigdy więc nie był moim ojcem?

Matka odwróciła się w jej stronę z zaciętą twarzą.

- Zajmował się tobą przez te wszystkie lata, zapewnił ci byt, więc nie uważam, że masz 

prawo narzekać.

-   Przecież   tego   nie  robię.   Ale   nie   o  to  mi   chodzi.   Mówiłaś,   że  pierwszy   mąż  był 

wdowcem z córką. Ta córka to ja?

- No, a kto? Zostawił mnie z dzieckiem innej kobiety! Jakie miałam szanse na ponowne 

zamążpójście? Ale udało mi się!

Lindis nie była w stanie podzielać triumfu matki. Była zdezorientowana, nie mogła 

poskładać fragmentów w całość.

- Czy to znaczy, że nie jesteś moją matką?

Matka prychnęła.

-   Nie,   a   widzisz   jakieś   podobieństwa?   Ale   uważam,   że   dobrze   spełniłam   swój 

obowiązek. Nigdy ci niczego nie brakowało, przyznasz sama!

Spojrzała na swą przybraną córkę, jakby widziała ją po raz pierwszy.

- Ależ ty jesteś chuda!

- Prawda? - rozjaśniła się na chwilę Lindis. - I schudnę jeszcze bardziej!

- Lindis! - wykrzyknęła, wreszcie przestraszona, matka. - Chyba nie masz... nie jesteś...

Krótka chwila radości minęła. Lindis ujrzała nagle swoją sytuację w nowym świetle i 

poczuła, jak ogarnia ją zimna fala samotności i wyobcowania.

-   Oszukaliście   mnie!   -   krzyknęła,   tracąc   panowanie   nad   sobą.   -   Całe   życie   mnie 

oszukiwaliście! Nic nie mam wspólnego z waszym sztucznym domem lalek!

Wybiegła na dwór.

Musiała uciekać, uciekać od tego bólu!

background image

ROZDZIAŁ II

Bardzo szybko Lindis zauważyła, że straciła swoją dawną dobrą formę. Była tak słaba i 

zmęczona, że niemal wlokła nogi za sobą, starając się wybiec spomiędzy domów. Musiała 

nawet zwolnić, żeby nie upaść.

Co się ze mną dzieje? pomyślała zirytowana.

W głębi duszy jednak znała odpowiedź na to pytanie. Po prostu nie miała w ustach 

porządnego posiłku już od kilkunastu dni.

No i co z tego, za to jestem szczupła, uznała buntowniczo. Nikt nie może powiedzieć, że 

jestem tłusta i niezgrabna, a już na pewno, jeśli jeszcze schudnę parę kilo.

Zatrzymała się, nagle bezradna. Na co się przyda to chudnięcie, jeśli nikt, nikt na całym 

świecie   się   nią   nie   przejmuje?   Nawet   nie   ma   już   rodziny!   Wszystko   było   kłamstwem   od 

początku do końca.

Bezwiednie zaczęła iść wzdłuż skał nad morzem. Nie zwróciła uwagi na to, że lód ściął 

wodę   w   kałużach   na   skale,   że   śnieg   już   zdążył   stopnieć   na   wrzosowisku,   nie   zauważyła 

czerwono zachodzącego słońca.

Szła zrozpaczona, zbuntowana, ze wzrokiem przesłoniętym łzami, nie widząc, gdzie 

stawia stopy. Nagle poślizgnęła się na oblodzonym kamieniu i straciła równowagę. Zaciekle 

walcząc o jakieś zaczepienie dla nóg czy rąk, zsuwała się nieubłaganie na dół. Wylądowała na 

piaszczystym   skrawku   lądu,   ponad   którym   wznosiły   się   strome,   wygładzone   skały.   Fale 

uderzały o nie rytmicznie, mocząc jej buty i spodnie.

Upadek okupiła kilkoma otarciami, ale nie to było najgorsze.

Znalazła się w pułapce!

Próby wspięcia się po skałach spełzły na niczym.

Popatrzyła zdesperowana w morze. Któż jednak o tej porze, na przedwiośniu, wybiera 

się na ryby? Większe statki tędy nie przepływały, miały inną trasę. Pływali tu tylko niedzielni 

wędkarze.

Dopiero   teraz   spostrzegła,   że   słońce   już   niemal   zaszło,   było   dokładnie   na   linii 

horyzontu. Musiała długo tak chodzić, pogrążona w ponurych rozmyślaniach.

Spojrzała   na   skały.   Dostrzegła   ślad,   który   przyprawił   ją   o   kolejny   szok.   Linia 

przypływu!

Więc dochodził aż tak wysoko! Woda sięgałaby jej ponad talię. Ale czy to na pewno jest 

najwyższy poziom? Codziennie chyba aż tak się nie podnosi?

Lindis ogarnęła panika. Zawołała o pomoc, najpierw ostrożnie, onieśmielona własnym 

background image

głosem w tej pustce, potem głośniej. Jeszcze kilka razy.

Któż ją usłyszy?

Ma wejść do wody i płynąć? Fale wydawały się agresywne, mogły nią uderzyć w skały. 

Nie wiedziała zresztą, jak daleko jest do płaskiego brzegu, nic nie widziała z tego osłoniętego 

miejsca.

Woda była zresztą okropnie zimna. Już dawno zlodowaciały jej uda.

Co za beznadziejna sytuacja!

Ja przecież chcę żyć, stwierdziła ze zdumieniem, mimo że w ciągu ostatniej godziny 

przez głowę przelatywały jej nawet samobójcze myśli. Uświadomiła to sobie teraz, gdy śmierć 

naprawdę zajrzała jej w oczy. Przecież nie mogę narzekać. Czy moja tak zwana matka nie 

zajmowała   się   mną   przez   te   wszystkie   lata?   Grała   co   prawda   męczennicę,   ale   teraz   już 

rozumiem   lepiej,   dlaczego.   Przecież   to   niezwykłe,   że   wzięła   odpowiedzialność   za   cudze 

dziecko. A mój własny tatuś po prostu uciekł.

Kim on mógł być? A mama?

Może mam gdzieś krewnych?

A nazwisko? Nazywam si  Bergstrøm, jak cała rodzina. Czyli ojciec mnie

ę

 

adoptował.

Miło z jego strony. Choć poza tym nie okazał mi większego zainteresowania, to pewne.

Choć, może? Na początku? Ale gdy pojawiła się Karin, jego własna córka, istniała już 

tylko ona. Wszystko kręciło się wokół niej.

Chyba można to zrozumieć?

Ale czy muszę?

Lindis czuła, że cały jej świat runął jak domek z kart. Tak, bardziej stabilny nigdy nie 

był, mimo starań tych dwojga obcych ludzi.

To nie była przecież normalna adopcja, w której dwoje ludzi decyduje się na właśnie to 

dziecko, które oboje wybrali. Na właśnie to jedno. Nie, ona wylądowała im prosto na kolanach i 

matka, dla której obowiązek był sprawą świętą, poczuła się zmuszona do dalszego zajmowania 

się córką swego zaginionego męża. Wstyd jej było oddać dziecko, a że nie chwaliła się jego 

pochodzeniem?   Musiałaby   się   wtedy   przyznać,   że   została   porzucona!   Nie,   dosyć   tego, 

niechciane dziecko nie powinno tak myśleć.

Większa fala ochlapała Lindis. Dziewczyna zadrżała z zimna.

Pasek piasku zwęził się do szerokości jej stóp.

- Ratuuunku!

Zawołała jeszcze kilka razy coraz bardziej rozpaczliwie.

background image

Nagle zesztywniała. Wydało jej się, że coś usłyszała nad sobą.

Spojrzała w górę.

Ktoś stał i patrzył na nią. Ulgę odczuła jak otulające ją ciepło.

Z tej perspektywy dostrzegła tylko biały kombinezon i buty na grubych podeszwach. 

Może to jakiś monter?

- Błagam, pomóż mi się stąd wydostać - jęknęła. - Idzie przypływ, strasznie zmarzłam.

Pewnie była już sina z zimna, ale teraz nie myślała o swym wyglądzie. Ważniejsza była 

ta postać na górze.

Nagle jednak znowu przeniknęło ją zimno.

Człowiek zniknął.

- Wracaj, do dia...

Nie, nie przeklinaj. Nie histeryzuj. Ktoś cię zobaczył, więc masz szanse na ratunek. 

Spokojnie, on wróci. Na pewno poszedł po pomoc. Zaraz przyśle helikopter albo łódź, albo coś 

takiego.

Po skale jak blady wąż spłynęła lina.

No, dobre i to. Ktoś jeszcze zawiązał na niej węzły, żeby Lindis było łatwiej.

Z trudem chwytała sztywnymi palcami linę, jednak, z największym wysiłkiem, udało jej 

się wspiąć na górę. Nikt jej nie wciągnął.

Wreszcie poczuła suchą, twardą i równą skałę pod palcami. Lina prowadziła dalej, aż do 

kępy karłowatych sosen. Do jednej z nich była przymocowana.

Dzięki ci, sosenko!

Wybawiciela nie było nigdzie widać.

Dziwne! Ludzie lubią, gdy się im dziękuje i chwali za okazaną pomoc.

- Dziękuję! - zawołała w pustkę. - Bardzo dziękuję!

Była jednak tak wyczerpana, że nie mogła stanąć. Leżała na plecach z rozrzuconymi 

ramionami, niezdolna do ruchu. Z trudnością wciągała powietrze do płuc, serce biło tak mocno, 

że aż bolało, w głowie jej się kręciło.

Że też mam tak słabą kondycję, pomyślała z zamkniętymi oczami. To niepodobne do 

mnie. Wiele razy o mało nie puściłam liny. Na nic nie mam siły!

Nagle poczuła, że nie jest już sama. Wyczuwała czyjąś obecność tak wyraźnie, jakby jej 

dotykała.

- Jesteś chora? - spytał ktoś.

Otworzyła oczy.

To był on, ten ubrany na biało monter.

background image

Poczuła się niepewnie, patrząc na niego z ziemi. Zerwała się na nogi i zachwiała.

Mężczyzna wyciągnął rękę, żeby ją podtrzymać.

Wtedy wreszcie mu się przyjrzała. No, właściwie nie całkiem, bo łuna zachodzącego 

słońca ją oślepiała i widziała  nieznajomego jako czarny zarys na tle nieba. Przesunęła się 

odrobinę i wtedy mogła normalnie patrzeć.

Wciągnęła głęboko powietrze.

Nigdy   jeszcze   nie   widziała   tak   przystojnego   mężczyzny!   Miał   kruczoczarne,   lekko 

falujące   włosy,   jego   kombinezon   nie   był   biały,   właściwie   mienił   się   srebrzyście.   U   pasa, 

okalającego silnie zbudowane ciało, wisiał podłużny woreczek.

Cała   ta   sytuacja   wydawała   się   dziewczynie   kompletnie   nierzeczywista.   Czas   jakby 

zatrzymał się w miejscu, fale uderzały miarowo o skały, wiatr świstał. Miała wrażenie, że cały 

świat składa się tylko z tego uroczyska. Nieznajomy patrzył na nią tak intensywnie, jakby chciał 

ją przejrzeć na wylot i poznać do głębi.

Nie   mógł   być  Norwegiem,   nie  umiała  też  odgadnąć,   skąd  pochodził.  Jednego   była 

pewna: miała do czynienia z człowiekiem inteligentnym, o ogromnej kulturze osobistej. Oczy 

pod mocno zarysowanymi brwiami były podłużne, lekko skośne, ale nie w sposób orientalny, 

nos prosty i krótki, a linia ust bardzo interesująca: mocna i zdecydowana, lecz z ledwie zau-

ważalnym   grymasem   w   kącikach,   świadczącym   o   poczuciu   humoru.   Twarz,   choć   opalona 

słońcem i wiatrem, sprawiała wrażenie wyrzeźbionej z marmuru.

Najbardziej jednak zaskoczył Lindis kolor oczu nieznajomego. Tęczówki miał jasne, 

mieniące się od szarego do zielonego, jak oczy kota albo istot żyjących w morzach czy rzekach; 

było   to   niezwykle   fascynujące.   Właściwie   samo   pojawienie   się   tego   mężczyzny   było 

niespodziewane, jak grom z jasnego nieba.

Lindis wciągnęła gwałtownie powietrze. On też się jakby odprężył.

- Twoja obecność zaskoczyła mnie - uśmiechnął się. - Nie przypuszczałem, że spotkam 

tu ludzi.

Wreszcie odzyskała zdolność mówienia i mogła podziękować mu za uratowanie życia. 

Zbył ją stwierdzeniem, że nie chciał jej potem przeszkadzać, ale ponieważ zobaczył, że nie jest 

w stanie ustać na nogach, wrócił. Przeprasza za kłopot.

Nie chciał przeszkadzać? Przeprasza? O co mu chodzi?

- Co pan tu... co tu robisz? - spytała Lindis.

- A, to - otworzył dłoń i pokazał mały kamień. - Zbieram próbki minerałów.

Miał szczupłe dłonie o niezwykle długich palcach.

- Jesteś geologiem?

background image

Patrzył na nią przez chwilę, zastanawiając się, aż pomyślała, że użyła niewłaściwego 

słowa. Wreszcie uśmiechnął się.

- Tak. W każdym razie prawie.

Lindis  spróbowała odgadnąć, ile  mógł mieć lat. Chwilami wyglądał  na chłopaka, a 

chwilami na trzydziestolatka. Uznała, że ma dwadzieścia kilka lat.

- Szukasz jakichś specjalnych okazów? - spytała z nadzieją, że nie zabrzmi to głupio.

Bardzo chciała wywrzeć na nim wrażenie osoby inteligentnej. Zrobiła krok w jego 

stronę, lecz zatrzymała się, gdy się cofnął. Opuścił ją zapał i stała bezradnie, kopiąc ziemię 

czubkiem buta.

Wtedy podszedł do niej i pokazał zawartość woreczka.

- Nie, nie szukam konkretnego minerału, zbieram tylko takie, których wcześniej nie 

widziałem. Dużo ciekawych rzeczy tu znalazłem. Biorę je do... laboratorium.

Lindis była jeszcze zbyt oszołomiona, aby zauważyć tę małą przerwę między słowami.

- Widzę, że wziąłeś też kamyki z plaży.

Dlaczego jej głos zabrzmiał tak niepewnie? Broda jej drżała tak, że nie panowała nad 

nią.

- Tak, stamtąd z dołu. Potrzeba mi będzie jeszcze dużo więcej tych próbek, ale nie 

miałem czasu.

Lindis przerwała mu bez namysłu:

- Och, może mogłabym ci pomóc? Ja... To znaczy, jeśli nie będę przeszkadzać...

Spojrzała na niego z lękiem. Znów zachowała się beznadziejnie. Narzucała się. Zupełnie 

nie miała doświadczenia w kontaktach z chłopakami.

Otrzymała jednak uprzejmą odpowiedź:

- Będę wdzięczny za pomoc. Jest tu dużo rzeczy do zbadania. Ale teraz jest ci zimno, 

masz mokre ubranie, powinnaś iść do domu.

- E, tam, dam sobie radę - odpowiedziała buńczucznie, choć szczękała zębami z zimna.

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, co ją jeszcze bardziej zbiło z tropu. Wyciągnął w 

końcu z woreczka niebieski jak lawenda szalik i owinął go wokół jej szyi. Był niewiarygodnie 

miękki, jak puch. A jak grzał!

- Pomaga? - spytał.

- O, tak! - szepnęła. Ciepło rozchodziło się po jej ciele. - Niesamowicie!

Przez moment wyglądał na zaniepokojonego, zaraz jednak poprosił:

- Postaraj się znaleźć jak najwięcej różnych kamieni, zarówno tych wygładzonych przez 

morze, jak i tych o ostrzejszych krawędziach.

background image

Lindis ochoczo zeszła na plażę, która zresztą była zadziwiająco blisko tej zatoczki, do 

której niechcący się zsunęła, i zaczęła zbierać kamienie. Wypychała nimi kieszenie swetra, aż 

zupełnie stracił fason. Mężczyzna też szukał. Cały czas rozmawiali ze sobą, to znaczy paplała 

głównie  Lindis.   Najpierw  o każdym  kamieniu,  gdyż  każdy był   godny wzmianki,   potem o 

swoich   zmartwieniach.   Zanim   się   zorientowała,   opowiedziała   mu   całą   swą   historię.   On 

odpowiadał i pytał o różne rzeczy, a Lindis czuła się swobodna jak nigdy dotąd. Nie krępowała 

się już, nie lękała, że się wygłupi. Po raz pierwszy czuła, że może być z kimś szczera i naturalna 

bez obawy, że ten ktoś ją wyśmieje czy spojrzy z pogardą.

Najbardziej nieznajomego zaintrygowało oświadczenie Lindis, że szczególnie interesuje 

ją paleozoologia, że wie „wszystko” o wymarłych zwierzętach. Zawsze ją ciekawiły, o wiele 

wcześniej, niż Steven Spielberg nakręcił „Park Jurajski”. Jej wybawca nie mógł się nasłuchać 

do   syta.   Nagle   wydało   się   jej,   że   może   sobie   z   niej   żartuje.   Nie   zdążyła   głośno  wyrazić 

wątpliwości, gdy powiedział, że wiedza na ten temat ma wielkie znaczenie dla jego badań. 

Wydało jej się nieco dziwne, że geolog nie studiował paleontologii, ale radość ze znalezienia 

przyjaciela zatarła to wrażenie.

Zorientowała się nagle, że za bardzo się oddaliła, a ponieważ kieszenie i rodzaj worka, 

jaki   zrobiła,   podwinąwszy   sweter,   stały   się   bardzo   ciężkie,   pobiegła   z   powrotem   do 

nieznajomego. Wciąż zadziwiał ją swą urodą.

- Nie zauważyłam, że aż tak daleko odeszłam. Słyszałam cię tak dobrze, to pewnie 

dzięki wiatrowi - zaśmiała się. - Oto moja zdobycz.

Zrzuciła zebrane kamienie, wygładziła rozciągnięty sweter i czekała na jego osąd.

Podszedł do niej. Lindis aż ugięły się kolana, gdy poczuła jego bliskość. Zupełnie jakby 

miał w sobie jakąś magnetyczną siłę przyciągania.

Obejrzał każdy kamień. Wiele odrzucił, część włożył bez większego zainteresowania do 

worka, z kilku jednak wyraźnie się ucieszył. Lindis poczuła wtedy, że zrobiłaby dla niego 

wszystko.

W kieszeni namacała jabłko i podała mu je. Podziękował i schował owoc do worka.

- Nie zjesz? - spytała dziewczyna.

- Jeśli można, wolałbym je zjeść później.

- Oczywiście.

Lindis  nagle uświadomiła sobie, że zrobiło się bardzo późno. Zapadł już zmrok. Z 

niechęcią zdjęła piękny szalik i oddała mu go. Od razu poczuła, jak ostry wiatr przenika ją na 

wskroś, a jej mokre ubranie lodowacieje.

Nieznajomy   włożył   szalik   do   kieszeni.   Lindis   nigdy   jeszcze   nie   widziała   równie 

background image

wspaniale zbudowanego mężczyzny: tak szerokiego w barach i wąskiego w biodrach. Pewnie 

jest niezwykle silny, pomyślała z podziwem zmieszanym ze strachem.

- No, muszę już iść do domu - rzucił jakby w odpowiedzi na jej myśli. - Bardzo ci 

dziękuję za pomoc, informacje i jabłko. I za to, że opowiedziałaś mi tyle o sobie. Bardzo to 

cenię. Zapamiętaj jedną rzecz: ludzie nie zawsze są tacy, jakie sprawiają wrażenie. Może to 

brzmi banalnie, ale tak już jest. Wiem to. Wydaje ci się, że nikt o ciebie nie dba, ale gdybyś 

zajrzała do wnętrza dusz swoich bliskich, zobaczyłabyś coś zupełnie innego. Pod słowami i 

czynami leżą myśli, a pod nimi właściwe ja człowieka. Widzę, że nie za bardzo mnie teraz 

rozumiesz, ale pewnego dnia to pojmiesz. Tak w ogóle: czy ty kogoś lubisz?

Lindis patrzyła na nieznajomego zaskoczona. Też pytanie! Przecież lubi... no...

Och, nie! Nikt jej nie przychodzi do głowy! Poza nim, oczywiście, ale...

Nie zdążyła zakończyć myśli, gdy przerwał jej spokojnie:

- Nie musisz liczyć. Może zrozumiałaś, że ten problem nie jest taki prosty. No, idź już 

do domu, musisz być głodna.

- Nigdy nie jestem głodna - odparła szybko, choć kłamała. Była tak głodna, że żołądek 

aż krzyczał. Znów jeden z tych dni, pomyślała gorzko. Musi się zaraz położyć spać, żeby nie 

rzucić się na jedzenie. Dotychczas jeszcze tego nie zrobiła, ale zdawała sobie sprawę, że to 

byłoby niebezpieczne.

Aby oddalić niezręczny temat, powiedziała szybko:

- Dzięki, że tu byłeś! Straciłam nadzieję, że ktoś mnie uratuje, tym bardziej ktoś tak... 

no, że w ogóle ktoś tu będzie. Dziękuję!

Uśmiechnął się krzywo i przez to stał się jeszcze bardziej pociągający.

-   Znów   marzniesz   -   stwierdził.   -   Dasz   radę   dojść   do   domu?   Wyglądasz   na 

niedożywioną. Wszyscy tacy jesteście?

Nie do końca zrozumiała to pytanie.

- Jacy wszyscy?

Nie odpowiedział. Lindis właściwie była dumna, że nazwał ją niedożywioną. Oznaczało 

to, że choć daleko jej do ideału, to na pewno jest szczupła.

Pogrążona we własnych myślach rzuciła:

- Ale nie zaproszono mnie do Tone. Wszystkich zaprosiła, a mnie nie.

Popatrzył na nią badawczo.

- Chyba wiem dlaczego. Tone się ciebie boi, bo jesteś zbyt ładna.

- Ja? - wykrzyknęła Lindis. - Wcale nie jestem ładna. Jestem wielka, tłusta i niezgrabna. 

Tak powiedziała Inger - Lise.

background image

- Przeciwnie! Zobacz sama! Łokcie ci sterczą, ręce i nogi masz jak patyki. Myślisz, że to 

ładnie   wygląda?   Widziałem   inne   dziewczyny   tutaj,   miały   krągłe   ramiona   i   piękne   ciała. 

Mogłabyś pobić je wszystkie pod względem urody, gdybyś nie była taką wychudzoną szczapą. 

Rozumiem jednak, jesteś chora i dlatego wyglądasz tak brzydko.

Lindis  nie zorientowała się, że on chce ją sprowokować i sprawić, żeby odzyskała 

rozsądek. Łzy stanęły jej w oczach.

- Nic nie rozumiesz. Jak możesz mówić, że jestem chuda? Ja  chcę być chuda, ale nie 

udaje mi się, mimo że wcale nie jem.

- Chcesz się jeszcze ze mną spotkać, Lindis?

- Tak, bardzo - odparła, zdumiona pytaniem.

- Więc idź do domu i zjedz coś porządnie. Bez oszukiwania! Powinnaś zacząć ostrożnie 

i powoli zwiększać porcje. Jeżeli nadal będziesz się odchudzać, zniszczysz organy wewnętrzne, 

a w końcu umrzesz! Chcesz tego?

Czy nie chciała tego? Przecież czuła, że wszystkim zawadza, chciała uciec...

Zdarzyły się jednak dwie rzeczy: znalazła się w rzeczywistym niebezpieczeństwie oraz 

spotkała wspaniałego przyjaciela. To znaczy, on chciał zostać jej przyjacielem. Jeśli zacznie 

jeść. Czy chciała? Teraz, gdy zbliżała się do ideału? Miałaby to zmarnować?

A może nie przejmować się sądem Inger - Lise, cóż ona znaczyła?

- Tak, chcę - odpowiedziała, ale zdała sobie sprawę, że odpowiada na własne myśli, a 

nie na jego pytanie. - To znaczy, nie chcę. Nie chcę umrzeć. Nie teraz. Zrobię, jak mówisz.

- Wspaniale! I nie zapomnij opatrzyć kolana!

- Skąd wiesz? - znów się zdumiała.

Uśmiechnął się tylko i podniósł dłoń w geście pozdrowienia. Wspiął się na skały i 

zniknął.

Lindis szła do domu zamyślona. Czuła się o wiele lepiej. Gdy dotarła do pierwszych 

zabudowań, spróbowała nawet wskoczyć na murek. Nie miała jednak dość sił i upadła. No cóż, 

zaśmiała się do siebie.

W myślach powtarzała sobie całą rozmowę z nieznajomym. Aż się wzdrygnęła, gdy 

uświadomiła sobie, że zapomniała go spytać o imię. Skąd był? I dokąd poszedł? Przecież tam 

nikt nie mieszkał. Żadnego domu, same wrzosowiska i nieużytki.

No, może znał jakiś skrót.

Najgorsze, że się nie umówili! A jeśli go już nie zobaczy? Był taki miły. Wydawało się, 

że się dobrze rozumieją, często odpowiadał jej, niemal zanim zadała pytanie. To właśnie o 

takim przyjacielu i koledze marzyła. Fakt, że był tak męski i przystojny, na pewno stanowił 

background image

zaletę, ale nie liczył się najbardziej.

Czyli jednak był Norwegiem, mówił bez żadnego akcentu. A głos...

Głos?

Zaraz,   jaki   on   miał   głos?   Absolutnie   nie   mogła   sobie   przypomnieć   jego   głosu.   A 

przecież nie tak dawno się pożegnali! Starała się sobie go przypomnieć ze wszystkich sił, lecz 

nie mogła. Jak go znów spotka, a musi, inaczej życie straci sens, to zwróci uwagę na jego głos.

Wcale go nie pamiętała.

background image

ROZDZIAŁ III

Powrót do jedzenia nie był jednak taki prosty, jak sądziła. A naprawdę się starała. 

Okazało   się,   że   sam   widok   pożywienia   ją   odrzucał.   Organizm   jak   gdyby   odmawiał   jego 

przyjęcia. Jakaś bariera w mózgu mówiła: nie jedz, bo będziesz gruba i brzydka! Pierwszego 

dnia nic się jej nie udało przełknąć.

Ratunku! pomyślała. Czy zabrnęłam aż tak daleko? Pomocy! A jeśli już nie będę w 

stanie nic zjeść? Czytałam o takich przypadkach...

Lindis nie wiedziała, że choć znalazła się w strefie zagrożenia, nie groziła jej śmierć. 

Jeszcze nie. Osoba cierpiąca na anoreksję i pragnąca wyleczenia jest w o wiele lepszej sytuacji 

niż taka, która nie chce przyznać się przed samą sobą do choroby. Lindis na szczęście nie 

zapadła na bulimię. Obżeranie się, a potem wymuszanie torsji wydawało jej się po prostu 

obrzydliwe, nie była w stanie tego zrobić. Nie chciała być nieapetyczna...

Dziewczyna miała niezwykłe szczęście, że została obudzona na czas.

Powrót do normalności był jednak trudny. Lęk przed jedzeniem wciąż jej nie opuszczał. 

Każdemu kęsowi towarzyszyły wyrzuty sumienia. Zmuszała się jednak do tego, co jeszcze 

niedawno wydawało się jej nie do pomyślenia: starała się przybrać na wadze. Piła niewielkie 

ilości mleka i nawet próbowała takich zakazanych słodkości, jak ciastka z kremem. To jednak 

się nie udawało. Czuła mdłości na samą myśl, że miałaby jeść coś takiego.

Jedno wiedziała na pewno: musiała znów spotkać swego wybawiciela. Ale jak?

W domu nie zastała rodziców. Matka była pewnie na jakimś zebraniu, a ojciec został 

jeszcze w szkole. Ostatnio często tak robił.

Trzeciego dnia Lindis zrozumiała, że potrzebuje pomocy. Najchętniej pobiegłaby na 

uroczysko, ale nie mogła, ponieważ nie zaczęła jeść. Tylko trochę mleka, pół talerza zupy... 

Tyle co nic.

Poszła do szkolnego lekarza.

Lekarz  dobrze znał wszystkich w tej miejscowości.  Dzieci  leczył  od niemowlęctwa 

poprzez choroby wieku dziecięcego.

Lindis przeszła od razu do sedna sprawy:

- Wydaje mi się, że mam anoreksję. Chciałabym z tego wyjść.

Poprosił ją o zdjęcie bluzy i koszulki. Na widok odsłoniętego ciała dziewczyny aż się 

lekko wzdrygnął.

- Twoi rodzice cię nie oglądali?

- Raczej nie - stwierdziła Lindis z rezygnacją. - Mama powiedziała coś przedwczoraj, 

background image

ale chyba zapomniała.

Lekarz   westchnął   głęboko.   Spytał,   jak   to   się   wszystko   zaczęło.   Z   wahaniem 

opowiedziała   mu   o   tej   fatalnej   lekcji   gimnastyki.   Nie   zdradziła,   z   czyich   ust   padły   te 

brzemienne w skutki słowa, ale doktor od razu odgadł.

- To pewnie moja jadowita sąsiadeczka, Inger - Lise, która chwali się wszem i wobec, 

jaka jest drobna i krucha. Nie zwracaj na nią uwagi. Jest po prostu zazdrosna! Uważa, że 

wszyscy inni są górami tłuszczu niezależnie od tego, jak naprawdę wyglądają.

Lindis aż się zaśmiała.

- No, ja nie jestem ładna.

- Tak uważasz? - zastanowił się lekarz. - No tak, raczej byłaś ładna. Byłaś wtedy sobą, a 

nie tym wysuszonym szkieletem. Nie jesteś doskonałością, ale bije od ciebie blask, którego inne 

mogą ci tylko zazdrościć.

Dziewczyna chłonęła jego słowa. Czuła, że to część terapii, ale przecież zgadzały się z 

tym, co mówił jej przyjaciel ze skał. Czy odważy się im uwierzyć?

Doktor otrzeźwił ją:

- Muszę jednak przyznać, że ten blask ostatnio nieco przygasł. Nie jesteś już pogodna.

- Nie wiem, czemu - szepnęła. - Czuję się niechciana.

Lekarz popatrzył na nią uważnie.

- Raczej nie masz powodu. Tacy wspaniali rodzice, miła siostrzyczka, tyle koleżanek...

Nie odrzekła nic. Wiedziała już teraz, że wina leży po obu stronach. Żądała miłości od 

innych, ale czy dawała coś w zamian? „Jesteś w trudnym wieku”, mówili niezależnie od tego, 

co zrobiła. Może i tak. A nuż nie jest z nią tak źle? Gdyby dano jej trochę czasu...

Lekarz pouczył ją, jak może przybrać na wadze. Poprosił, żeby przejrzała się w lustrze 

wiszącym na ścianie.

- Jestem strasznie gruba - mruknęła.

Doktora najwyraźniej to zaniepokoiło.

- A więc nie oglądaj się już więcej w lustrze. Masz się kimś zająć? Możesz zapomnieć 

na trochę o swojej szanownej osobie? Masz psa?

- Ha! - wykrzyknęła gorzko. - Próbowałam kilka lat temu. Usłyszałam najstanowczejsze 

„nie” w moim życiu.

-   Najbardziej   stanowcze   -   poprawił   lekarz   odruchowo.   -   Dobrze,   przyjdź   do   mnie 

pojutrze, ustalimy wtedy terminy kontroli. Przepiszę ci tabletki stymulujące apetyt...

Mówił   dalej,   roztaczając   przerażające   wizje   zniszczonych   nerek   i   wątroby, 

rozregulowanego układu trawiennego, ustania miesiączki, psucia się zębów... Lindis z dumą 

background image

przyznała, że tak daleko jeszcze nie zaszła.

Doktor   kontynuował   wywód,   wspominając   szkody   w   układzie   kostnym,   zmiany   w 

mózgu... To dopiero poważnie ją zaniepokoiło, bardzo bowiem ceniła swój mózg. Zakończył 

wizją całkowitego załamania organizmu i jego śmierci.

Miłe widoki na przyszłość,  nie ma co! Lindis  jednak była wdzięczna lekarzowi  za 

wsparcie mimo tych czarnych barw. Chciał przecież jej dobra!

Da sobie radę. To będzie trudne, wiedziała. Jedna jej połowa chciała jeszcze schudnąć, 

podczas gdy druga chciała zasłużyć na spotkanie z wybawcą znad morza. Sama Lindis była 

gdzieś pośrodku...

Weszła do domu z mocnym postanowieniem przeproszenia za swoje zachowanie w 

ciągu   ostatniego  roku.   Niestety,   dom,   jak   zwykle,   był   pusty.   Cała   zmobilizowana   odwaga 

powoli uciekła. Poczuła, jak gdyby nikogo nie obchodziło, gdzie była ani co robiła. Czy już 

spisali ją na straty? No tak, mogła tylko sobie za to podziękować. Szczerze mówiąc, bywała 

nieznośna...

Nie mogła się powstrzymać i przepytała się dyskretnie, jakby mimochodem, czy w 

okolicy   nie   pojawiła   się   ostatnio   jakaś   grupa   geologów.   Nikt   o  niczym   nie   wiedział.   Nie 

odważyła się dociekać, czy ktoś nie widział niezwykle przystojnego nieznajomego, aby nie 

wydać się naiwną.

Powinna sama pilnować swych rozlicznych znajomych...

Piątkowy   wieczór   u   Tone   zbliżał   się   przerażająco   szybko.   Lindis   coś   się   zaczęło 

marzyć,   ale   nie   chciała   się   do  tego   głośno  przyznać.  Na   razie   powiedziała   Tone,   że  tego 

wieczora jest zajęta, ale jeśli zajdzie coś nieprzewidzianego, to może... Zostawiła sobie małą 

furtkę.

To się nie może udać! Na pewno już dawno stąd wyjechał...

We wtorek po południu nie wytrzymała.

Po szkole wróciła do pustego domu i  spróbowała wmusić w siebie  nieco jedzenia. 

Skończyło się jednak na chlupoczącej w żołądku filiżance czekolady. Potem powędrowała nad 

morze.

Wiosna jeszcze nie nadeszła. W ostrym powietrzu fruwały małe płatki śniegu.

Na plaży nie dostrzegła nikogo, skały także były puste. Czegóż oczekiwała?

Gdyby tylko wiedziała, kim jest, mogłaby go odszukać. A tak musiała czekać, aż on da 

znak  Niby  dlaczego  miałby  to zrobić?  Nie  była żadną pięknością.  Czy  chciałby  mieć coś 

wspólnego   z   jakąś   siedemnastolatką,   no,   prawie   osiemnastolatką?   Dziewczyną   zajętą 

rozmyślaniem o własnej figurze, żebrzącą o okruchy sympatii, a nie interesującą się zmartwie-

background image

niami innych? Nienawidzącą połowy świata, mówiącą tylko o sobie? Dziewczyną, która nie 

spytała swego najlepszego przyjaciela o imię?!

Bezwiednie zaczęła zbierać kamyki.

Gdy słońce zaczęło zachodzić, uzbierała już niezły ich pagórek. Co najmniej setny raz 

spojrzała w kierunku skał, gdzie wtedy zniknął. Była już kilka razy na górze i wpatrywała się w 

dal, ale nikogo nie dostrzegła. Tylko pofałdowany, kamienisty teren z wrzosami i kępkami 

drzew.

Zrozpaczona   i   zmarznięta   snuła   się   wzdłuż   plaży,   kopiąc   nogą   piasek.   Była 

przygnębiona. On nie przyjdzie, powinna to przewidzieć. Ale nie chciała.

Może szukał minerałów gdzie indziej? O co mu właściwie chodziło? Tyle paplała o 

swoim życiu, nie dała mu powiedzieć nic o sobie. Był geologiem - prawie - i dostarczał próbki 

do jakiegoś laboratorium. To wszystko, co o nim wiedziała. Niewiele...

Ogarnęła ją ochota na rozwalenie piramidki kamieni, ale się rozmyśliła. Niech sobie 

leży na pamiątkę niespełnionej miłości!

Niespodziewanie poczuła, jakby przepłynęła przez nią jakaś fala. Zesztywniała. Nie 

miała odwagi się odwrócić.

Był tu! Był niedaleko, czuła to tak wyraźnie, jakby go widziała.

Powoli się obróciła. Daleko na skale, odcinając się na tle nieba, stał on. Lindis zrobiło 

się gorąco. Pomachała do niego, a on w odpowiedzi podniósł rękę. Po chwili był już na plaży i 

zbliżał się do niej.

Lindis zachowała w pamięci wyidealizowany obraz mężczyzny, mimo to doznała szoku. 

Właściwie zapomniała, jak bardzo był fascynujący i przystojny. Niesamowite, mieniące się 

zielenią oczy aż zaświeciły spod czarnych brwi, gdy uśmiechnął się do niej, ukazując białe, 

mocne zęby. Poruszał się miękko jak kot, choć był solidnie zbudowany. Miał na sobie ten sam 

kombinezon, ale już bez woreczka u pasa.

- Ja... nie sądziłam, że przyjdziesz - odezwała się Lindis, szczęśliwa.

- Analizowałem próbki w laboratorium - odpowiedział. - Teraz mogę trochę odpocząć. 

Długo tu jesteś?

- Nie, dopiero przyszłam.

Spojrzał na piramidkę kamieni i pewnie pomyślał swoje, ale tylko się uśmiechnął.

Lindis nie mogła rozgryźć, skąd pochodzi. Nie był Latynosem ani Arabem, mimo że 

dostrzegała jakiś azjatycki rys w twarzy, coś w oczach i kościach policzkowych. Wiele innych 

cech wykluczało jednak orientalny rodowód. W ogóle nie pasował do żadnego ze znanych 

Lindis typów antropologicznych.

background image

- Wydaje mi się, że masz dziś bardziej zaróżowione policzki - rzucił zamyślony.

Aż się rozjaśniła.

- O, tak, chodzę do lekarza. Pomaga mi powrócić do normalnego jedzenia. Trochę mi to 

wolno idzie, muszę przyznać. Nie mogę przezwyciężyć strachu przed przytyciem. Ale się nie 

poddaję. Wytrzymam. Dzięki, że mówiłeś o mnie takie okropne rzeczy!

- Doprawdy, mówiłem?

-   No,   a   wychudzona   szczapa?   Tak   mnie   nazwałeś.   Mówiłeś   o   innych   miłych 

dziewczynach z różnymi krągłościami. To zrobiło na mnie wrażenie. O wiele większe, niż 

gdybyś mi współczuł.

- Muszę przyznać, że zrobiłem to celowo - zaśmiał się. - Chciałem cię nastraszyć.

- I udało ci się! Starałam się także więcej myśleć o innych. Miałam przeprosić przybraną 

matkę za moje nieznośne zachowanie. Ale nigdy nie było jej w domu, tak jak ojca i Karin. 

Zawsze coś mają do roboty.

- A ty?

- No... zdarza się. Słyszysz, jaka jestem miła?

- Tak. I zadowolona! No właśnie. Jeśli jest coś, co nikomu nie sprawia przyjemności, to 

właśnie skwaszona mina. To największy wróg człowieka w kontaktach z innymi ludźmi.

-   Zapamiętam   to   sobie.   Trudno   być   zadowolonym,   mając   uczucie,   że   się   komuś 

zawadza.

Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Ogarnęła ją nieodparta chęć spytania go o coś, 

jednak strasznie się krępowała.

- No? - rzucił, zerkając na nią z ukosa. - O co chciałaś zapytać?

Mówił tak przyjaźnie, że zebrała całą odwagę i zaryzykowała:

- Mam iść do... koleżanki w piątek wieczór. No i pomyślałam... - głos jej zamierał, więc 

dokończyła niemal niedosłyszalnie: - Zastanawiałam się, czy nie mógłbyś pójść tam ze mną.

Długo patrzył na nią. Dziewczyna zerknęła na niego, zażenowana. Dlaczego tak od razu 

go spytała? Dopiero co się przywitali. Powinna była zaczekać. Albo dać spokój.

- Dziękuję, że mnie zaprosiłaś - odparł w końcu. - Niestety, nie mogę.

Czyżby zgasło słońce? Dlaczego wszystko tak poszarzało?

- Aha - zawiesiła głos. - Jesteś zajęty?

- Nie, nie jestem. To po prostu... Tak, to niemożliwe.

- Ale dlaczego?

Widziała, jak mięśnie jego twarzy napinają się pod skórą, jednak nie odpowiedział. 

Patrzył   w   morze.   Lindis   grzebała   nogą   w   piasku,   boleśnie   zawiedziona.   Właśnie   sobie 

background image

uświadomiła, jak bardzo chciała, żeby on poszedł z nią do Tone. Wcześniej myśl ta tkwiła 

gdzieś głęboko, nieuświadomiona.

Dotknął delikatnie jej włosów. Serdecznie, jakby odgadywał jej rozczarowanie i chciał 

pomóc, ale nie mógł. Wydawało się, że jest mu równie przykro, jak jej.

Zadziwiające, jak bardzo dobrze wyczuwali swoje nastroje. Pasowali do siebie jak nikt 

inny!

Mimo to było w nim tyle zagadek. Na przykład to, że zawsze się odwracał, kiedy 

mówił. A jeśli nie, to patrzył na nią tak intensywnie tymi swoimi jasnymi oczami, jakby ją 

hipnotyzował.

Nagle przypomniała sobie, że postanowiła zwrócić uwagę na jego głos. Dziwne, nadal 

nie mogła stwierdzić, jaką miał barwę. Chyba bardziej pasowała niska. Teraz posłucha.

- Czy laboratorium jest daleko stąd? - spytała.

Jego podłużne, sugestywne oczy popatrzyły na nią z góry. Tym razem nie da się im 

rozproszyć. Zmusiła się do patrzenia na jego usta.

- Nie, to niedaleko.

Lindis poczuła lodowaty dreszcz.

Z niezwykłą wyrazistością usłyszała szum fal.

Uniosła drżącą dłoń ku twarzy, jakby w obronie.

Odpowiedział,   słowa   słyszała   wyraźnie.   Jednak   nie   poruszył   ustami,   nie   wydobył 

żadnego dźwięku.

Jego odpowiedź Lindis usłyszała w swojej głowie!

On nie miał głosu!

background image

ROZDZIAŁ IV

Lindis zaczęła krzyczeć.

Krzyczała z całych sił, uciekając w panice w kierunku osady. Właściwie nie w strachu, a 

w proteście. W proteście przeciw złemu losowi, który odbierał jej jedynego przyjaciela, jakiego 

kiedykolwiek   miała.   W   ostatniej   chwili   dostrzegła,   jak   jego   oczy   robią   się   ogromne   ze 

zdziwienia   i   strachu.   Słyszała   jego   miękkie,   szybkie   kroki   za   sobą   i   czuła,   jakby   coś   ją 

zmuszało do zatrzymania. Wytężyła jednak wszystkie siły i biegła dalej, zapadając się w piasku 

po kostki. Wydawało jej się, że to scena z jakiegoś sennego koszmaru.

Gdy dotarła do skał, nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Zużyła całkiem swoje nędzne 

siły.

On już jej nie gonił, nie słyszała jego kroków. Gdy tak stała oparta o skalną ścianę, 

starając się odzyskać oddech, poczuła coś przedziwnego.

Coś   otuliło   ją   ze   wszystkich   stron,   jakby   mgła   ciepła,   bezpieczeństwa   i   przyjaźni. 

Wrażenie było tak silne, że osunęła się na kolana. Z czołem wspartym o zimną skałę rozpłakała 

się głośno.

Poczuła jego dłoń gładzącą jej włosy i wtedy strach zniknął. Pięścią otarła oczy. On 

ukucnął obok, czekając cierpliwie, aż się całkiem uspokoi.

- Wybacz mi - powiedział miękko. - Musiałem cię zatrzymać.

- Jesteś brzuchomówcą? - spytała, pociągając nosem.

Uśmiech przemknął przez jego twarz.

- Nie, nie jestem.

- No to... - zawstydziła się, lecz pytała dalej: - Jakimś duchem?

- Nie! - zaśmiał się. - Czy odważysz się pójść ze mną? Do laboratorium?

Zawahała się, ciągle jeszcze przestraszona.

-   Pamiętam   -   zaczął   ciepło   -   pamiętam,   jak   pewna   dziewczyna   mówiła   ostatnio   o 

Przygodzie. Żałowała, że się nic nie dzieje, że jest tak nudno...

-   Tak,   to   prawda,   ale   mówiłam   o   niewielkiej   przygodzie,   nie   o  takiej,   która   mnie 

przytłoczy.

Popatrzył na nią przyjaznymi, mądrymi oczami, aż uśmiechnęła się nieśmiało.

- Nie wiem, czy jesteś potworem, ale jeśli tak, to na pewno miły z ciebie potwór.

Delikatnie postawił ją na nogi.

- Chodź.

Wspięli   się   na   skały,   minęli   wrzosowisko,   przeszli   kilka   wzniesień   i   dotarli   do 

background image

świerkowego lasku. Słońce już dawno zaszło, w lesie było ciemno i nieprzyjemnie, ale Lindis 

ufnie   szła   za   nieznajomym.   Nie   odwracał   się,   aby   sprawdzić,   czy   za   nim   idzie,   ale 

przytrzymywał gałęzie, żeby jej nie uderzyły. Nadal nic nie rozumiała, ale w jakiś przedziwny 

sposób ten niezwykły mężczyzna przekazał jej, że nie powinna się bać i że może mu zaufać. 

Nie czuła już strachu, tylko igiełki podniecenia.

Ależ   mam  dzisiaj   kondycję,   pomyślała   zdziwiona.  Czy  sprawiły   to  rzeczywiście   te 

szklanki mleka i porcyjki jedzenia? Zadziwiające!

Weszli na kamienne rumowisko, przez które prowadził ją jakby niewidzialną ścieżką, aż 

dotarli do głębokiego wąwozu, niewidocznego z zewnątrz.

To   nie   mogę

  by   ja,   pomy lała.   Takie   rzeczy   nie   zdarzaj   si   Lindis

ć

ś

ą

ę

 

Bergstrøm.

Tylko   jeden   raz   „przemówił”   do  niej.   Spytała   go,   dlaczego   zszedł   do  niej   właśnie 

dzisiaj.

- Wołałaś mnie - stwierdził krótko.

- Naprawdę?

- Tak. Kilka razy pomyślałaś przecież: „Przyjdź, musisz do mnie przyjść”.

- No tak. Usłyszałeś to?

-   Oczywiście.   Przecież   zwracałaś   się   bezpośrednio   do   mnie.   Nie   powinienem   był 

przychodzić, bo to jest niebezpieczne dla nas obojga, ale usłyszałem, jaka jesteś smutna. Sama 

rozumiesz, już nasze pierwsze spotkanie było niedozwolone, ale jeszcze gorzej, że przyszedłem 

do ciebie dzisiaj. No cóż, jakoś to naprawimy.

Zatrzymał się na polance.

- Dlaczego stoimy? - spytała Lindis.

- Wołam pozostałych.

Jej oczy rozwarły się szeroko. Pozostałych? Było ich tu więcej?

- Jest nas trzech - odpowiedział.

Miała teraz dowód, że umiał czytać w myślach, gdyż nie spytała głośno.

Znów się odezwał:

- Nie musisz mówić. To tylko przeszkadza, gdyż nie rozumiem twojego języka. Jeśli 

chcesz mi coś przekazać, po prostu pomyśl! To wystarczy.

- Czytasz moje wszystkie myśli? - spytała przerażona Lindis.

- Wszystkie - przyznał z uśmiechem.

Lindis ucieszył fakt, że zapadły już ciemności, bo zorientowała się, jak palą ją policzki.

Nieznajomy zadał jej jednak ostateczny cios.

background image

- I widzę w ciemności - dodał.

Lindis poddała się i wybuchnęła śmiechem. On przyłączył się do niej, widać też chciał 

rozładować napięcie. Już nie wstydziła się, że obcy widzi ją na wskroś. Wiedziała, że ją lubi i 

że dobrze się z nią czuje.

Nagle znów się przestraszyła. Z lasu po drugiej stronie polany wyszło dwóch mężczyzn. 

Lindis i jej towarzysz ruszyli im na spotkanie. Ze strachu dziewczynie aż szczękały zęby.

Jeden z przybyszów był wysokim, władczym mężczyzną w średnim wieku. Spojrzał 

ostro na Lindis oczami o niezwykłej sile wyrazu. Znów miała uczucie, którego zaznała przy 

pierwszym spotkaniu z przyjacielem - że oto ktoś zagląda jej w duszę. Drugi z nich był jeszcze 

starszy, patrzył na nią przyjaznymi, mądrymi oczami. Obaj byli równie niezwykli, przystojni i 

ciemnowłosi jak jej towarzysz.

Ich   „rozmowa”   przebiegała   najwyraźniej   burzliwie,   o   ile   mogła   się   domyślić   ze 

ściągniętych brwi tamtych dwu i ich oczu ciskających błyskawice.

Wreszcie ten, którego w myślach nazwała szefem, zwrócił się do niej.

-   Lo   popełnił   kardynalny   błąd,   spotykając   się   z   tobą   ponownie   -   „powiedział”.   - 

Obarczył w ten sposób twoje młode barki zbyt wielkim ciężarem. Uważa jednak, że jesteś 

mądrą   dziewczyną,   co   zresztą   też   stwierdziliśmy   z   uczonym  Tanem.   Dlatego   witam   cię   i 

zapraszam na poważną rozmowę.

Poszli przodem przez las. Lo wziął ją za rękę, chroniąc przed upadkiem.

A więc miał na imię Lo. Wiedziała, że po szwedzku „lo” znaczy tyle co „ryś”. To imię 

pasowało do jej przyjaciela. Był silny i zwinny jak kot.

Pomiędzy drzewami zarysował się potężny blok skalny.

Przywódca podszedł bliżej i odsunął wejście w „skale”.

Serce Lindis waliło mocno. Ścisnęła dłoń Lo. Odwzajemnił jej uścisk uspokajająco.

- Czy to jest UFO? - szepnęła. - Latający talerz?

- Tak, tak je nazywacie - odpowiedział szef. Musieliśmy go dobrze ukryć, aby nikt go 

nie znalazł. Proszę, wejdź!

Lindis zawahała się.

- Wejdź, nie bój się. Nie wzniesiemy się w powietrze z tobą - uśmiechnął się najstarszy 

z nich, ten, którego spontanicznie nazwała profesorem.

Jego słowa brzmiały bardzo przyjacielsko. O ile w ogóle mogła coś takiego stwierdzić... 

Przecież nic nie powiedział głośno.

Wzięła głęboki oddech i wkroczyła do środka. Gdy drzwi zasunęły się za nimi, Lo 

zapalił niewidoczne światło, dyskretnie oświetlające pomieszczenie.

background image

Znajdowali się w czymś w rodzaju salonu. Przymocowane do podłogi meble o linii, 

jakiej dotychczas Lindis nie widziała, wydawały się być najlepszego gatunku. Miały łagodne 

kolory, połączone w zaskakujące zestawienia. W pomieszczeniu zobaczyła wiele drzwi, teraz 

zamkniętych. Panowało miłe ciepło. W zasadzie nie wiedziała, czy to, co dostrzega powinna 

nazywać meblami, lampami czy może ścianami...

Mężczyźni śmiali się z jej zmieszania. Przywódca zaprosił ją, żeby usiadła. Z wahaniem 

wybrała siedzenie wielkości wanny, ale o wiele wygodniejsze. Przy wszystkich siedziskach 

wisiały szerokie pasy.

- To pasy bezpieczeństwa - odpowiedział Lo.

- Jesteście z Marsa? - spytała Lindis nieśmiało.

Lo   pokręcił   przecząco   głową   z   uśmiechem.   Zdążyła   już   polubić   ten   jego   ciepły, 

melancholijny uśmiech. Czuła, że traktował ją trochę jak dziecko, jednak nie demonstrował 

przy tym wyższości, tylko opiekuńczość.

Wszyscy usiedli. Lo przyniósł jeszcze tacę z owocami i orzechami, jakich nigdy nie 

widziała.   Ostrożnie   wzięła   jakiś   czerwony   owoc.   Smakował   wybornie:   był   słodki   i 

aromatyczny.

Nagle dostrzegła swoje jabłko, leżało pokrojone na szklanym blacie. Lo podążył za jej 

wzrokiem.

- No tak, wybacz mi, ale nie mogłem się oprzeć pokusie zbadania go. Wykorzystujemy 

każdą okazję, która się nadarza.

Szef wziął cząstkę czegoś, co nie przypominało jej niczego znanego, i odpowiedział na 

zadane wcześniej pytanie:

- Nie, na Marsie nie ma ludzi. Lo, przynieś mapę tutejszego nieba, którą narysowałeś.

Lo   wstał.   Jedne   z   drzwi   otworzyły   się   i   Lindis   dostrzegła   laboratorium   ze   stołem 

zastawionym różnymi aparatami.

Wrócił, przestawił tacę z owocami i rozłożył mapę nieba. Lindis rozpoznała Wielki 

Wóz, Kasjopeję i jeszcze kilka innych gwiazdozbiorów. Mapa była dokładna i czytelna.

Przywódca dał znak „profesorowi” Tanowi, który spojrzał na Lindis swymi ciepłymi 

oczami.

-   We   wszechświecie   jest   około   trzydziestu   miliardów   gwiazd,   przynajmniej   o   tylu 

wiemy - usłyszała jego myśli. - Jedną z nich jest wasze Słońce. Wokół wielu z nich krążą 

planety. Liczba planet we wszechświecie nie jest znana, ale na pewno wielokrotnie przekracza 

liczbę gwiazd. W tym systemie słonecznym, w którym teraz jesteśmy, tylko na Ziemi, po 

procesie   trwającym   miliony   lat,   pojawił   się   człowiek   Najmniejsze   odchylenie   mogłoby 

background image

spowodować, że rozwinęłaby się zupełnie inna forma życia.

Spojrzał na nią, aby sprawdzić, czy nadąża, i kontynuował:

- Można wobec tego oczekiwać, że wśród tak ogromnej ilości ciał niebieskich znajdą się 

i takie, na których istnieją podobne warunki do życia, jak na Ziemi. Jest ich wiele! Niektóre leżą 

w  podobnej   odległości   od  swego   słońca,   liczne  spośród  nich   mają   podobne  do  ziemskich 

warunki do rozwoju form życia. Potrzebny jest jeden związek chemiczny, na razie o nim nie 

będę mówił, niezbędny do otrzymania wody. Wiesz, że twoją planetę nazywają „niebieskim 

klejnotem”? To oceany nadają jej taką przepiękną barwę. Jest mnóstwo planet, na których 

stwierdzono takie czy inne formy życia. Ale tylko na jeszcze jednej z nich, o ile wiemy, powsta-

li  ludzie.  To   zakrawa   na   cud,   że   na   dwóch   planetach   rozwinęły   się   niemal   identyczne 

stworzenia.

- Gdzie jest ta planeta? - spytała Lindis podniecona.

Profesor pochylił się nad mapą.

- Mamy tu niebo półkuli północnej. Widzisz te trzy jasne gwiazdy stojące w szeregu...

- Pas Oriona - skinęła głową Lindis.

- Tak to nazywacie? - zdziwił się Tan. - Tuż ponad nimi są dwie duże gwiazdy.

- Rigel i Betelgeuse - pomyślała dziewczyna.

- Znasz je, słyszę. Jeśli przeciągniemy linię od nich w lewo, dojdziemy do tej gwiazdy. 

Może i ją znasz?

Lindis była zadowolona, że astronomia interesowała ją od dawna.

- To Procjon w Małym Psie.

Lo i jego szef spojrzeli na nią z uznaniem, a ona odwzajemniła ich spojrzenie radosnym 

uśmiechem.

- To nasze słońce - powiedział profesor Tan. - A jego czwarta planeta to nasz dom.

Lindis spojrzała na Lo z rezygnacją. Skoro już wreszcie znalazła przyjaciela, to czy nie 

mógłby mieszkać choć trochę bliżej?

- Ale jak to jest, Procjon stanowi chyba układ podwójny?

Trzej mężczyźni popatrzyli po sobie.

- Wiesz co? - spytał przywódca. - Coraz bardziej cię lubię, Lindis. Lo rzeczywiście 

dobrze cię ocenił po pierwszym spotkaniu. Nie mógł wybrać lepiej, skoro już absolutnie musiał 

zaplątać się w układy z Ziemianami.

Lindis aż promieniała.

- Tak, nie mylisz się, mamy dwa słońca - przyznał Tan. - Jedno nas nie obchodzi, bo jest 

małe   i   leży   za   daleko,   aby   wywierać   jakikolwiek   wpływ   na  nasz  klimat.   To   dzięki   temu 

background image

drugiemu nie mamy śniegu ani lodu takiego jak u was.

- Czy na waszej planecie jest ładnie? - spytała Lindis z ciekawością, nadal nie mogąc w 

to   wszystko   uwierzyć.   Aż   się   uszczypnęła   ukradkiem.   Lo   uśmiechnął   się,   a   ona   zalała 

rumieńcem.

- Jest bardzo ładnie - odrzekł szef. - Wspaniałe kolory, bujna natura, właśnie ze względu 

na wodę, zaawansowana cywilizacja. Mamy miasta, które są klejnotami piękności i stanowią 

arcydzieła miękkich linii.

- Czyli to raj?

- Nie, aż tak nudno tam nie jest. Zauważyłaś pewnie, że jesteśmy solidnie zbudowani i 

mamy wysoko rozwinięte zmysły. Nie wspięliśmy się jednak na nasz poziom tak całkiem bez 

wysiłku. Jesteśmy pokojowo nastawionym ludem o wysokiej moralności. Przestępczości nie ma 

u nas prawie wcale.

Lindis słuchała z napięciem jego słów, przerwała w końcu:

- Powiedz mi, żyjecie o wiele bliżej Syriusza niż my. To najpiękniejsza gwiazda, jaką 

znam. Czy widziana u was jest równie ładna?

- Odległości na niebie są często mylące. Jest może nieco większa - wyjaśnił profesor. - 

Stanowi układ podwójny, a właściwie potrójny. Właśnie dlatego ładniej wygląda stąd.

Odwróciła się w stronę przyjaciela.

- Czy to nie dziwne stać tu i widzieć swoje słońce jako maleńką gwiazdę?

- Tak - skinął głową Lo. - To budzi tęsknotę.

- Tęsknisz do domu?

- Czasem.

- Lo jest najlepszym badaczem kosmosu młodej generacji - wtrącił profesor. - Jest w 

przestrzeni już dziesięć lat.

- Dziesięć lat?

- No tak, podróż na Ziemię nie trwa bynajmniej kwadrans.

Lindis zamilkła na chwilę.

- Czy odwiedziliście wiele miejsc w kosmosie?

- Na przestrzeni dziejów tak. Jesteśmy daleko przed wami pod względem rozwoju. 

Nasze   zainteresowanie   skupia   się   jednak   na  tej   planecie   -   tłumaczył   przywódca.   -   Na   tej 

biednej, pięknej planecie z jej wiecznymi wojnami. Ma coś w sobie, co zapada w serce. Te 

melancholijne, rozmarzone wiosny, gwałtowne burze śnieżne... To dziwne, ale ta część planety 

bardziej nam się podoba niż bogate, przyciągające wzrok południe.

- Tak - zgodziła się zamyślona Lindis. - My, mieszkańcy północy, chętnie podróżujemy, 

background image

by oglądać świat. Ale im dalej na południe docieramy, tym mocniej tęsknimy za domem. Mówi 

się, że najgorzej pod tym względem mają Eskimosi.

Lo pokiwał głową.

- Coś jest w tym, o czym mówisz. Myślę, że dlatego lubimy tę część Ziemi, gdyż 

przypomina   nam   naszą   planetę.   Nie   mamy   co   prawda   zimy,   ale   jest   coś   podobnego   w 

powietrzu, w świetle. Nasza przyroda jest bogatsza, zbiory obfitsze, ale ta wasza, północna, w 

swej surowości ma coś pięknego.

Lindis poczuła patriotyczną dumę.

- Jesteście tu już długo?

- Tutaj jesteśmy już drugi tydzień, ale byliśmy też w innych miejscach na Ziemi.

- To was można spotkać jako UFO?

- No, jest ich wiele typów, my latamy jednym z nich - odpowiedział szef. - Kilkakrotnie 

o mało nie natknęliśmy się na ludzi, ale udało nam się ukryć. Ty jesteś pierwszą osobą, z którą 

nawiązaliśmy kontakt.

- Ale dlaczego nie... Znaczy, jesteście przecież mili i pokojowo nastawieni. Dlaczego 

nie chcecie się ujawnić?

Oczy profesora posmutniały.

- Nie mamy odwagi. Tak długo, jak toczą się tu wojny, nie możemy. Człowiek, na 

którego byśmy trafili, mógłby chcieć nas wykorzystać przeciw swojemu wrogowi. Nie mówiąc 

już o tych szczegółowych badaniach i kwarantannach, jakie musielibyśmy przejść, aby zostać 

zaakceptowanymi. O ile, oczywiście, nie zastrzelono by nas w panice, zanim zdołalibyśmy się 

odezwać...

Lindis uznała jego racje.

- A właśnie... czy wy ze sobą nigdy nie rozmawiacie? Tak, jak my?

- Rozmawiamy, ale rzadko. Mamy swój język, ale go nie potrzebujemy. Tylko w nim 

czytamy. Nauczyliśmy się zresztą angielskiego i rosyjskiego na wypadek zaskoczenia. Tak jak 

to   przydarzyło   się   Lo.   Przypuszczał,   że   uwierzysz,   że   rozmawia   z   tobą   po   norwesku. 

Najwyraźniej cię nie doceniał.

Lindis pokazała Lo język, a on odpowiedział śmiechem.

Długo siedziała, rozmawiając z obcymi przybyszami. Opowiadali o kosmosie i swych 

podróżach tak wspaniałe rzeczy, że Lindis z podniecenia aż płonęły uszy. Dowiedziała się też, 

że oni żyją dwa razy dłużej niż ziemscy ludzie i że Lo, który ma trzydzieści cztery lata - o rany, 

aż tyle?! - odpowiada wiekiem tutejszemu siedemnastolatkowi. No, to już lepiej brzmi. Sto 

pięćdziesiąt lat profesora Tana odpowiada w takim razie siedemdziesięciu pięciu.

background image

- A gdybym do was przybyła, miałabym z powrotem osiem lat? - zastanawiała się 

Lindis.

Zaśmiali się.

- Nie, to niemożliwe. Zachowałabyś jednak młodość jeszcze przez wiele lat.

- Przecież jestem z Ziemi. Chyba nie mogłabym dożyć dwustu lat?

-   Mogłabyś.   Mamy   specjalną   dietę,   która   by   to   sprawiła.   Spreparowaliśmy   pewne 

związki, które opóźniają proces starzenia.

Lindis zaniemówiła. W głębi duszy powstało pewne ciche i beznadziejne marzenie...

Nie pokazali jej pozostałych pomieszczeń, nie prosiła zresztą o to. Gdy wstała, szykując 

się do wyjścia, przywódca powiedział:

-   Zdajesz   sobie   sprawę   z   odpowiedzialności,   jaka   teraz   na   tobie   spoczywa.   Jeżeli 

piśniesz o nas choć słowo...

Lindis przysięgła, że będzie milczeć.

Wspomniała jeszcze o imprezie u Tone i o tym, że chciała, by Lo poszedł tam z nią. Po 

krótkiej, niesłyszalnej dla niej dyskusji szef stwierdził:

-   Ryzyko   jest   zbyt   duże.   Byłoby   to   rzeczywiście   interesujące,   gdyby   Lo   mógł 

poobserwować ludzi z tak bliska, może nawet by mu się udało, ale jesteś jeszcze ty, Lindis. 

Znalazłabyś   się   w   trudnej   sytuacji,   musiałabyś   z   pewnością   odpowiadać   na   podchwytliwe 

pytania.  Nie możemy wymagać  aż takiej  dyplomacji od siedemnastolatki.  Dlatego  niestety 

musimy odmówić.

- Za kilka dni skończę osiemnaście! - sięgnęła po ostatni argument.

- Niemożliwe - uśmiechnął się Lo.

- I ty to mówisz! - zdenerwowała się dziewczyna. - Sam masz ledwo siedemnaście.

- Trzydzieści cztery - odparł Lo.

- Siedemnaście!

- Trzydzieści cztery - upierał się.

- Dzieci! - westchnął Tan. - Gdy ciebie teraz słucham, Lo, wydaje mi się, że nasz 

preparat opóźnia także rozwój inteligencji... Lo skończył trzydzieści cztery lata, Lindis.

- No, to w takim razie jest dziadkiem - mruknęła, bo chciała, żeby do niej należało 

ostatnie słowo.

-   Jeśli   zechcesz   znów   tu   przyjść,   serdecznie   zapraszamy   -   odezwał   się   dowódca 

przyjaźnie.   -   Jesteś   mądra,   chętnie   dowiedzielibyśmy   się   za   twoim   pośrednictwem   czegoś 

więcej o ludziach. Chciałabyś?

- O, tak! - wykrzyknęła Lindis  z oczami promieniejącymi szczęściem.  Do diabła z 

background image

imprezą u Tone, to było stokroć ciekawsze! - Jesteście tacy mili i wszystko jest tu strasznie 

ciekawe. Możecie mnie pytać, o co chcecie, i badać mnie, ile chcecie!

Zaśmiał się.

- Nie będziemy natarczywi, obiecuję.

Lindis znów miała wrażenie, że się wygłupiła.

- Lo odprowadzi cię przez las. Dalej pójdziesz już sama. Do widzenia!

Cóż za wspaniałe słowa!

W lesie było już całkiem ciemno. Ponad drzewami migotały gwiazdy.

Gwiazdy...   Zawsze   myślała   o   nich   jak   o   jasnych   punkcikach   o   ładnych   nazwach, 

światełkach wiszących gdzieś w przestrzeni. Dopiero teraz uprzytomniła sobie niezwykłość 

sytuacji, w jakiej się znalazła. Mężczyzna idący przed nią pochodził gdzieś stamtąd, z dalekiej 

gwiazdy. Procjon... Aż szepnęła tę nazwę do siebie.

Dotarli na skraj lasu. Przed nimi rozciągało się wrzosowisko skąpane w zimnym blasku 

księżyca. Lo zatrzymał się i odwrócił do Lindis.

Aż się wzdrygnęła.

- Lo! - krzyknęła - Twoje oczy świecą!

- To tylko odbicie księżyca - uśmiechnął się. - Przestraszyłaś się?

Zadrżała.

- Wygląda to trochę niesamowicie...

- Przyzwyczaisz się. Widzisz tę drogę?

Lindis niczego nie dostrzegła.

- Tam, pomiędzy wzgórkami. Idź tamtędy, będziesz szybciej w domu. Pospiesz się, na 

pewno się o ciebie niepokoją.

- A niech tam - prychnęła gorzko.

- Na pewno! No i... Idź na tę imprezę w piątek! Za dużo przebywasz sama. Ależ ty 

marzniesz! Chcesz ten szalik? Ładnie ci w nim było.

- Och, dajesz mi go? Dzięki, Lo! Też coś ci dam... Zobacz, to moje zdjęcie. Zawsze 

możesz wziąć papier do analizy - zakończyła ironicznie.

- Przyjdziesz jutro? - Zerknął na zdjęcie i uśmiechnął się. - Dziękuję!

Ucieszyła się.

- Jutro? Na pewno! Gdzie się spotkamy?

- Tutaj. To bliżej niż z plaży.

- Przyjdę od razu po szkole. Gdy słońce będzie nad morzem. Dobranoc, Lo! Dziękuję za 

wspaniały wieczór!

background image

- Dobranoc, mała Lindis!

Zniknął pomiędzy drzewami. Stała jeszcze i patrzyła za Lo. Po prostu stała i myślała o 

nim. Westchnęła głęboko z bezgranicznego szczęścia.

Jej marzenie o przyjacielu się spełniło. I to jak!

Nagle zasmuciła się. Przecież w końcu go straci, należy przecież dosłownie do innego 

świata...

Nieważne! Jutro go znów zobaczy! Czyż może być większe szczęście?

background image

ROZDZIAŁ V

Zegar kościelny wybił jedenastą, gdy Lindis szła przez ulice z szalikiem powiewającym 

na wietrze. Tak późno jeszcze nigdy nie była sama poza domem. Możliwe, że macie tam gdzieś 

w gwiazdach wysoki poziom moralności, pomyślała, jednak tu na Ziemi zwabiacie niewinne 

dziewczyny na drogę pokus. Pomyśleć, jedenasta w nocy, a ja sobie idę! Stłumiła triumfalny 

śmiech.

Siedzieli i czekali na nią wszyscy troje... Ojciec zerwał się z fotela i krzyknął:

- Gdzieś ty, u diabła, była o tej porze?! Myślisz, że możesz robić, co ci się żywnie 

podoba? Gdzie byłaś? Wytłumacz się!

- U przyjaciela - odpowiedziała Lindis cicho.

- U jakiego znów przyjaciela? U chłopaka?

- Nie, nie u chłopaka. Nie mogłam wrócić wcześniej. Chcieli jeszcze ze mną rozmawiać.

- Chcieli? To było ich więcej?

-   Tak,   było   nas   czworo.   Zaprosili   mnie   na   owoce   i   orzechy   i   rozmawialiśmy   o 

astronomii.

Trochę to głupio zabrzmiało, ale przecież było prawdą!

- Astronomia do jedenastej w nocy - zadrwił ojciec. - Nieźle, nie ma co. Były was dwie 

pary, tak? I rozmawialiście o astronomii? Na pewno zgasiliście światło, żeby lepiej widzieć 

gwiazdy,   co?   -   grzmiał   dalej.   -   Czy   z   tobą   muszą   być   same   awantury?   Jeżeli   się   w   coś 

zapłaczesz, wylecisz z domu! Rozumiesz?

Nieźle by to wyglądało, córka wicedyrektora...

Lindis próbowała z całych sił doszukać się miłości za tymi surowymi słowami, tak jak 

radził Lo. Rozumiała, że ojciec krzyczał na nią, bo się o nią bał, jednak uważała, że jest 

niesprawiedliwy.

Matka nie poprawiła jej nastroju. Nakrzyczała za zniszczony sweter. Nosiła w nim 

kamienie? No i co to za bzdury, że ona nie chce jeść?

Zanim Lindis zdołała odeprzeć atak, matka spytała:

- Co to w ogóle są za ludzie? Gdzie mieszkają?

-   Nie   znacie   ich.   Spotkałam   jednego   niedawno,   a   dzisiaj   zaprosili   mnie   do   siebie. 

Mieszkają   poza   miastem.   Jeden   jest   profesorem,   drugi   geologiem,   a   trzeci...   a   trzeci   to 

astronom.

- I co, chcieli z tobą rozmawiać? - spytał ojciec uszczypliwie. - Mamy w to uwierzyć?

- Trzej mężczyźni? - dziwiła się Karin. - Byłaś sam na sam z trzema mężczyznami? 

background image

Masz ty rozum?

-   Byli   bardzo   mili   -   tłumaczyła   się   Lindis   rozpaczliwie.   -   Zapewniam   was,   nic 

podejrzanego się nie działo.

- No dobrze, ale jak się oni nazywają? - nie poddawała się matka.

- Geolog nazywa się Lo. Nazwisk pozostałych nie pamiętam.

- Lo? - spytał ojciec nieco spokojniej. - Dziwnie. Jest w książce telefonicznej?

Lindis nie mogła powstrzymać uśmiechu.

- Nie sądzę.

Nadal zasypywali ją pytaniami. Starała się odpowiadać jak najbardziej dyplomatycznie. 

Jednak cierpliwość jej się skończyła, gdy Karin pogardliwie dała do zrozumienia, że siostra nie 

jest już pewnie tak niewinna, jaką udaje.

- I ty to mówisz, a sama palisz trawkę za szkołą! - wybuchnęła.

Zapadła śmiertelna cisza.

- Przepraszam - bąknęła Lindis. - Nie chciałam tego powiedzieć.

- Pewnie, że chciałaś! - zapiszczała Karin. - Tylko że kłamałaś!

Lindis westchnęła, zmęczona.

- Dobra, kłamałam.

Rodzice znów rzucili się na nią z pretensjami. Jak mogła oskarżyć o coś takiego swoją 

dwunastoletnią siostrę! Co jej przyszło do głowy?!

Lindis wiedziała, że więcej uczniów z klasy Karin podpala marihuanę, ale było jej już 

wszystko jedno. Znów zaczęli ją pytać o nowych znajomych.

- Zaprosili mnie na jutrzejsze popołudnie - rzuciła Lindis, idąc w stronę drzwi. - Ale 

wrócę wcześniej. Będę w domu około szóstej. Mam im pomóc sortować zebrane kamienie.

Przerwała nowe upomnienia, zamykając drzwi. Zdołała jeszcze dostrzec, jak rodzice 

przytulają Karin, mówiąc uspokajająco: „Biedne dziecko...”

- Ależ Lindis! - wykrzyknęła Kirsten na dziedzińcu szkolnym. - Po raz pierwszy od 

dawna widzę, że masz ze sobą drugie śniadanie!

- Prawidłowa obserwacja - uśmiechnęła się Lindis. - Znów zaczęłam jeść.

- Dzięki Bogu - odetchnęło kilka koleżanek. - Bałyśmy się, że masz anoreksję albo coś 

takiego.

Więc niepokoiły się o nią! Ogarnęło ją wzruszenie pomieszane z lekkim poczuciem 

winy. A tak źle o nich myślała!

- O mało co bym miała - przyznała. - Inger - Lise któregoś dnia powiedziała mi coś 

background image

niemiłego o moim wyglądzie i odtąd nie chciałam jeść. Ale teraz to się zmieniło.

- Inger - Lise! - prychnęła Anne Sofie. - Wyobraża sobie, że jest ósmym cudem świata.

- To raczej wynika z niepewności - stwierdziła Tone. - Taki ktoś wytyka innym wady, 

aby samemu poczuć się lepiej.

- Ale Lindis nigdy nie była gruba - zaprotestowała Anne Sofie. - Byłaś chyba dla niej 

zbyt doskonała. Chciała cię jakoś pogrążyć.

- Prawie jej się to udało - rzekła Lindis, czując, jak po plecach przebiega jej dreszcz.

Popatrzyła zdziwiona po swoich koleżankach. To były właściwie jej przyjaciółki, nie 

traktowały jej jak kłopotliwego dodatku.

Może to dlatego, że stała się milsza? W takim razie to zasługa Lo. I lekarza. Obaj 

poczęstowali ją niezłą garścią prawdy o niej samej.

Spytała Marit, co dostała z klasówki z matematyki, pochwaliła sweter Solveig, poprosiła 

Kirsten   o   radę   w   związku   z   nową   płytą...   I   tak   dalej!   Lindis   odkryła,   że   to   wspaniale 

interesować się innymi. Wszystkim sprawiało to miłą niespodziankę.

- Przyjdziesz w piątek, prawda? - upewniła się Tone szczerze.

Lindis powiedziała, że się postara. Nie wspomniała nic o osobie towarzyszącej, gdyż 

raczej nie będzie jej miała. Mimo to cieszyła się.

Okazało się, że nie zawsze trzeba wystawiać kolce.

Na lekcji norweskiego klasę czekała niemiła niespodzianka.

- Macie dziś trzygodzinne pisanie wypracowania - zapowiedział nauczyciel. - Nie było 

zapowiadane, bo trzeba je tak właśnie przeprowadzić. Oto tematy.

Lindis spojrzała na tablicę. Źle spała w nocy, a lekcje odrobiła wcześnie rano. Bez 

większego entuzjazmu przeczytała: „Dramaty Ibsena i Bjørnsona”, „Jesienna przechadzka po 

lesie”,   „Sytuacja   polityczna   w   Afryce   południowej”...   Nagle   drgnęła.   „Gwiaździste   niebo 

jesienią”!

Kilka chwil siedziała, gryząc ołówek, aż zaczęła pisać.

Ołówek fruwał po papierze. Wypełniała stronę po stronie wiedzą z lekcji, własnych 

lektar,   ale   przede  wszystkim  tym,   co  poprzedniego   wieczora   usłyszała  od  profesora   Tana, 

dowódcy i Lo. Gdy w końcu spojrzała na zegarek, zorientowała się, że powinna już zacząć 

przepisywać na czysto. Pracę kończyła bez brudnopisu. Ostatnie zdanie dopisała w ostatniej 

chwili i oddała wypracowanie, dumna i kompletnie wyczerpana. Nauczyciel z ciekawością 

zajrzał na pierwszą stronę i aż uniósł brwi ze zdziwienia, gdy zobaczył, który temat wybrała.

Jego zdziwienie zwiększyło się jeszcze na widok liczby zapisanych kartek.

background image

Lindis uśmiechnęła się. Nie mógł tego oczekiwać po najbardziej leniwej uczennicy w 

klasie...

Panna Lund była dla niej szczególnie miła na następnej lekcji mimo nie odrobionej 

pracy domowej. Ojciec też lubił Lisbeth Lund. Stali często razem na korytarzu, rozmawiając. 

Matka, przeciwnie, nie znosiła jej. Mama chyba nie zna się na ludziach, pomyślała Lindis.

Od razu po szkole popędziła w kierunku uroczyska, upewniwszy się wcześniej, czy na 

pewno nikt nie widzi, dokąd ona zmierza.

Na skraju lasu czekał  na nią Lo. Jak zwykle na jego  widok serce uderzyło Lindis 

dodatkowo co najmniej pięć razy. Chyba nigdy się nie przyzwyczai do jego niezwykłej siły 

przyciągania.

- Dziś nie mogę długo zostać - rzuciła głośno. Uświadomiła sobie jednak coś i potem już 

„myślała” do niego. - Udało mi się wczoraj odpowiedzieć na wszystkie pytania o to, gdzie 

byłam.

- Świetnie - ucieszył się Lo.

Wspaniale było znów „usłyszeć jego głos”! Być przy nim blisko, patrzeć na niego...

Wyciągnęła paczkę z plecaka.

- To dla ciebie - uśmiechnęła się zażenowana. - Kupiłam ją za kieszonkowe. Jest po 

angielsku, więc powinieneś zrozumieć.

Lo   rozwinął   papier.   Książka   traktowała   o   minerałach   i   rodzajach   skał,   o   wieku 

geologicznym i innych niezrozumiałych dla Lindis rzeczach. Kupiła ją na przerwie za pieniądze 

ze skarbonki.

Lo przewracał kartki z zainteresowaniem.

- Jest wspaniała - rzekł z zachwytem, a Lindis czuła, że mówi szczerze. - Dokładnie to, 

czego potrzebujemy! Nie moglibyśmy tak po prostu pójść i kupić czegoś takiego. Jak mogę się 

zrewanżować? Jesteś bardzo miła.

Ona? Miła? Teraz naprawdę poczuła się zażenowana.

- Nie chcę, żebyś się rewanżował - rzuciła. - To przecież prezent. Nie zniosę, jeśli 

będziesz czuł, że masz jakiś dług wdzięczności w stosunku do mnie. To już lepiej oddaj ją z 

powrotem.

Ukrył książkę za plecami, śmiejąc się.

- Nie, nie oddam! Jest zbyt cenna. Pod wieloma względami.

Powstała sytuacja, w której Lindis nie czuła się zbyt pewnie, rzuciła więc niezręcznie:

- Będziemy tu stać cały dzień, czy...

background image

- Nie, oczywiście, że nie. Idziemy? Bardzo bym chciał cię zbadać, jeśli pozwolisz.

- Królik doświadczalny? Dobra, pewnie. O ile nie będzie bolało, zniosę wszystko.

Obiecał, że nie będzie bolało.

W „salonie” przywitali ją Tan i dowódca, który wreszcie się przedstawił. Miał na imię 

Ari. Lo pokazał im książkę. Dosłownie się na nią rzucili, czym niezwykle uradowali Lindis. A 

więc wybrałam właściwy prezent, pomyślała z dumą.

Lo zaprowadził ją do sąsiedniego pokoju pełnego różnych aparatów i instrumentów. 

Wygląda to ciut niebezpiecznie, pomyślała.

- Połóż się na tej wysokiej ławce - polecił i zniknął za drzwiami.

Posłuchała go i leżała spokojnie, czekając. Wrócił przebrany w białe spodnie i koszulkę 

z krótkimi rękawami. Wiedziała, że nie wypada gapić się na mężczyzn, ale nie mogła oderwać 

oczu od jego ramion. Ramiona są najładniejszą częścią ciała mężczyzny, pomyślała. Kiedy się 

odwrócił, zmieniła zdanie na korzyść pleców. A kiedy usiadł koło niej na ławce, była już 

całkiem zdezorientowana, bo teraz najładniejsza wydała jej się jego twarz. Westchnęła. Bycia 

tak doskonałym należałoby zabronić...

Otulił ją dużym, ciężkim kocem.

- Nie bój się - usłyszała jego myśli. - To nie jest niebezpieczne.

Do   koca   podłączył   jakieś   przewody   i   przekręcił   wyłącznik   na   tablicy   rozdzielczej. 

Lindis poczuła, jakby koc otulił ją mocno, nie było to jednak przykre.

- Możesz tak poleżeć przez kilka minut? - spytał. - Możemy porozmawiać, jeśli chcesz.

- Tak, mam parę pytań. Jak to jest, że ty czytasz moje myśli, a ja dostaję ładnie okrojoną 

wersję twoich?

- To proste. Dysponujemy wysoko rozwiniętym zmysłem telepatii. Możemy zarówno 

nadawać, jak i odbierać. Poza tym kontrolujemy to, co wysyłamy. To tak, jak u was z mową. 

Nie wysyłamy innych myśli niż te, które chcemy. Ty nie masz takiej kontroli. Dlatego widzę 

wszystkie twoje myśli i muszę przyznać, że są czasem mocno poplątane...

-  Uff,  chyba  tak  -  westchnęła  Lindis.   -  Może  bym  i   wolała,   żebyś   nie  był   aż  tak 

przenikliwy.

Lo uśmiechnął się przelotnie.

- Myślałem dużo o tobie i twoich problemach, Lindis. Chyba wiem, co mogłoby ci 

pomóc. Zdarza się u was, że osoby słabo widzące lub słyszące dostają specjalne aparaty?

- Tak - pokiwała głową. - Okulary i tym podobne.

- No właśnie. Jeśli u nas czyjś zmysł telepatyczny ulega przytępieniu, ten ktoś dostaje 

pewien   aparat.   Umieszcza   się   go   za   uchem.   Oto   on.   Na   ile   zrozumiałem,   nie   masz 

background image

harmonijnych kontaktów z otoczeniem.

- Raczej nie. Ale to się poprawia. Szybko.

- Nie wierzysz ludziom, masz z góry ustalone sądy na ich temat. Czy chcesz pożyczyć 

ten aparat na jeden dzień? Chcesz czytać myśli innych?

- Ojej! - Lindis była zachwycona i przerażona jednocześnie. - Oczywiście, że chcę!

- Myślę, że ci pomoże. Nie możesz go jednak nadużywać, to może być niebezpieczne. 

No i nikt nie może go zobaczyć!

- No tak, to zrozumiałe. A do czego jest ten mały przełącznik?

- Ten? Poczekaj, uwolnię cię z tych okowów. No, teraz lepiej, prawda? Zbadane zostało 

twoje serce, płuca i inne organy. Teraz to się wydrukuje, a potem wszystko przeanalizujemy. A 

więc ten przełącznik jest po to, by móc wejść głębiej w psychikę danej osoby. Mówiłem kiedyś, 

że   słowa,   myśli   i   charakter   to   trzy   różne   rzeczy.   Już   ci   tłumaczę,   jak   to   wygląda.   Oto 

rozmawiasz z jakimś człowiekiem. Mówi ci przykre słowa. Czytasz jego myśli. Widzisz, że 

boli go coś, czego nie wyraża słowami. Przekręcasz przełącznik. Wchodzisz wtedy pod zwykłe 

myśli i widzisz to, czego ten człowiek może sam nie być świadomy. Widzisz, że on cię kocha, 

może ma wyrzuty sumienia w stosunku do ciebie i dlatego, broniąc się przed tym, jest na ciebie 

zły. Czy to może brzmi zbyt skomplikowanie?

- Nie - Lindis usiadła. - Myślisz o moich rodzicach?

- Nie znam ich - powiedział Lo wymijająco - ale sądzę, że mogą tak myśleć. Czy z 

twojej   strony  to  nie  wygląda   tak  samo?  Wewnątrz  siebie   ich   lubisz,   a  na  zewnątrz  jesteś 

niemiła?

- Tak, zgadza się... czasami bywam bardzo niemiła.

- Jesteś po prostu samotna i nieszczęśliwa. Musisz znaleźć kogoś, kogo polubisz.

Odwróciła głowę, aby nie zauważył  łez, ale  on odwrócił  ją z powrotem. Zacisnęła 

mocno oczy.

Po chwili odezwał się:

- I to ja, pewny siebie idiota, mówię o pomocy!

Wreszcie odważyła się na niego spojrzeć. Nadal stał i patrzył na nią. Pokręcił głową.

- Żaden ze mnie dobry przyjaciel, Lindis. Jeśli powiem, że nie chciałem cię zawieść, nie 

uwierzysz mi chyba?

- Uwierzę - przyznała słabo. - Chyba... użyłeś niewłaściwych słów.

Pokiwał głową.

- Na pewno. Ale wracając do przełącznika... przekręcaj go jak najrzadziej! Najlepiej 

będzie dla ciebie, jeśli nie poznasz najgłębszych pokładów duszy innego człowieka. Połóż się 

background image

jeszcze, pobiorę próbki krwi. Musimy cię wykorzystać, Ziemianko, skoro już tu jesteś!

Znów poczuła do niego zaufanie.

- Dotarłeś do mojego wnętrza?

- Tak.  Wtedy,  gdy się spotkaliśmy. Wymaga  to od nas wielkiej  koncentracji i jest 

męczące.

- Rzeczywiście, pamiętam coś takiego. I wtedy, w lesie, przy spotkaniu z pozostałymi. 

No i co znalazłeś?

- Nie, tego nie powiem. Mogłoby to dla ciebie okazać się ciężarem ponad siły.

- Było aż tak źle?

-   Mała,   gdyby   było   źle,   nie   zaprosilibyśmy   cię   tutaj.   Nie   rozumiesz,   że   nawet 

świadomość tego, że jesteś dobrym człowiekiem, może stać się ciężarem? No niech ci będzie, 

jesteś w porządku. Przerażająco niedojrzała i niezadowolona z siebie samej, ale absolutnie 

„czysta”.

- A ty sam? Czy kiedykolwiek przestałeś kontrolować własne myśli?

- Tak, raz. Wtedy, gdy uciekałaś ode mnie i chciałem cię powstrzymać.

- W takim razie masz wspaniałą duszę - powiedziała Lindis cicho.

-   Już   nie   -   odrzekł   Lo   poirytowany.   -   Zachowałem   się   jak   głupiec   i   o   mało   nie 

zniszczyłem pięknej przyjaźni tylko dlatego, że chciałem być szlachetny. Żaden ze mnie rycerz 

- zakończył, podciągając rękaw jej swetra.

- U nas pobiera się krew ze zgięcia ręki - mruknęła.

Często zapominała się i mówiła na głos. Nie mogła się przyzwyczaić, że Lo rozumiał jej 

myśli lepiej niż słowa.

Wkłuł coś ostrego w jej ramię. Odwróciła wzrok, póki nie wyjął tej igły czy czegoś. 

Pobrał kilka próbek. Leżała spokojnie i patrzyła na jego fascynującą twarz, zagadkowe oczy i 

usta.

Ciekawe, jakby to było, gdyby on mnie pocałował, pomyślała w roztargnieniu. W tym 

momencie on spojrzał na nią pytająco, uśmiechnął się i pokręcił głową.

Lindis spiekła raka.

- No, to wszystko - rzucił. - Dziękuję! Byłaś dzielna.

Nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Wstała i obciągnęła rękawy swetra.

- Pójdziemy do nich? - spytał.

Skinęła głową, nadal umierając ze wstydu.

Zaprosili   ją   na   obiad   złożony   ze   wspaniałych,   nieznanych   dań,   które   jej   bardzo 

smakowały. Poczuła, że strasznie chciałaby zaprosić ich do domu, ale wtedy podziękowali jej 

background image

uprzejmie, gdyż oczywiście odczytali jej myśli.

Następnie znów zadawali Lindis mnóstwo pytań na wszelkie tematy dotyczące życia 

ludzi, a ona odpowiadała najlepiej, jak umiała.

Tym razem to nie Lo odprowadził ją przez las, lecz Ari. Lindis była zawiedziona, lecz 

starała się to ukryć. Na ile jej się to udało, nie wiedziała. Gdy się żegnali, mężczyzna spojrzał 

na nią poważnie.

- Postarasz się przebywać jak najczęściej ze swymi kolegami, Lindis? - spytał.

Nie zrozumiała.

- Dlaczego?

- Byłoby dla ciebie dobrze, gdybyś się zakochała w którymś z nich.

Teraz już nic nie rozumiała.

- Ale ci chłopcy... są beznadziejni. Nie można z nimi o niczym porozmawiać!

Ari skrzywił się.

- Właśnie tego się bałem. To zmierza w złym kierunku. Bądź ostrożna, Lindis! Bardzo 

cię   cenimy   wszyscy   trzej,   byłaś   dla   nas   prawdziwą   pomocą,   i  dlatego   nie   chcemy,   żebyś 

cierpiała. Nie możemy z ciebie zrezygnować, bo cię nadal potrzebujemy, poza tym cię lubimy. 

Czyżbyś tego nie rozumiała? Jesteś przecież taka wrażliwa. Rozstanie może okazać się bardzo 

bolesne, jeśli nie opamiętasz się w porę. Postaraj się rozejrzeć wokół siebie, może znajdziesz ja-

kiegoś sensownego chłopaka... To moja rada. Pociesza nas fakt, że jesteś młoda i że szybko 

zapomnisz.   Poza   tym   mało   ostatnio   spałaś.   Postaraj   się   wypocząć   przez   kilka   dni,   potem 

zobaczymy.

Chciała zaprotestować, ale zmieszana zgodziła się i pożegnała.

Ależ jej nagadał! Tego wieczoru on i Lo tyle mówili o tych idealnych chłopakach dla 

niej.

Lindis przeszedł dreszcz. Może to było przeczucie? Przeczucie przyszłego bólu...

background image

ROZDZIAŁ VI

Lindis   przyglądała   się   ukradkiem   siedzącym   przy   stole,   pochłoniętym   rozmową 

koleżankom.

Wśród   nich   najbardziej   małomówna   była   Solveig,   która   dzisiaj   wyglądała   na 

zmartwioną. Niekorzystne wrażenie pogłębiał dodatkowo jej nieefektowny wygląd; ta drobna, 

niska dziewczyna miała na sobie obszerną puchową kurtkę, jakby zdjętą ze starszego brata. 

Kurtka była  mocno  wygnieciona, bo,  jak oznajmiła jej  właścicielka,  „dopiero co wyszła z 

prania”. Rzeczywiście, na ramionach widać jeszcze było ślady po spinaczach do bielizny. Nagle 

Lindis   zrobiło   się   żal   Solveig,   która   siedziała   teraz   ze   spuszczoną   głową   i   przypominała 

zranione, porzucone przez rodziców pisklę.

Lindis   nie   miała   dotąd   okazji   wypróbować,   jak   działa   magiczne   urządzenie,   które 

pożyczył jej Lo. W domu rodzice na pewno nie pochwaliliby takiej zabawy. Teraz sięgnęła do 

kieszeni.   To   dopiero   byłaby   frajda,   gdyby   mogła   poznać   najskrytsze   myśli   i   pragnienia 

koleżanek!

Przez nikogo nie zauważona, Lindis wymknęła się z pokoju i zniknęła za drzwiami 

łazienki. Drżącymi rękoma umocowała maleńki aparacik za lewym uchem, przysłoniła go luźno 

opadającymi na ramiona włosami, po czym, jak gdyby nigdy nic, wróciła do towarzystwa. 

Serce waliło jej niczym kowalski młot. Żeby tylko nikt nie zauważył niczego podejrzanego...

Była tak podniecona, że z początku nie mogła wyłowić żadnych głosów. Czy zdoła 

poznać tajemnice koleżanek, skoro sama nie może poradzić sobie z własnymi problemami? Po 

chwili jednak coś zwróciło jej uwagę. Stopniowo zaczęła rozróżniać zdania, które nigdy nie 

zostały wypowiedziane na głos. Były to rozmowy, o których nikt nie miał się dowiedzieć, 

rozmowy, które dziewczęta prowadziły same z sobą. Początkowo Lindis nie potrafiła oddzielić 

poszczególnych   wypowiedzi,   myślała   nawet,   że   powinna   dać   sobie   spokój   z   tą   wątpliwą 

zabawą. Wkrótce zrozumiała, co należy robić; po prostu musi skoncentrować się na obserwacji 

tylko jednej z dziewcząt.

Najpierw zajęła się Marit, atrakcyjną dziewczyną i zarazem najzdolniejszą uczennicą w 

klasie, która zawsze niezwykle jej imponowała.

Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Lindis objęła głowę dłońmi, by głos z małego 

aparatu był wyraźniejszy. Serce dziewczyny nadal biło jak szalone. Mimo że Marit od czasu do 

czasu włączała się do ożywionej dyskusji, Lindis słyszała, o czym rozmyśla jej koleżanka w 

skrytości ducha.

„Chyba poczęstuję się ciastkiem, wygląda tak apetycznie. Za to jutro do wieczora nic 

background image

nie wezmę do ust; u Tone muszę wyglądać wystrzałowo. Żeby tylko nie skończyło się tak, jak 

w   przypadku   Lindis.   Ona   wyraźnie   przesadziła,   choć   przestrzegano   ją,   że   nadmierne 

odchudzanie jest niebezpieczne dla zdrowia. Jednak mnie to chyba nie grozi, przez jeden dzień 

nie zdążę ani utyć, ani specjalnie stracić na wadze. Ach, wezmę kawałeczek. Dlaczego mia-

łabym sobie wszystkiego odmawiać? Zasłużyłam na odrobinę słodyczy. Ojej, co za ulga! Lindis 

znowu mi się podejrzliwie przygląda. Ciekawe, o czym teraz myśli? Kto wie, może snuje 

marzenia o królewiczu z bajki, a tymczasem królewicza ani śladu? Dziwna z niej dziewczyna. 

Chodzi i szuka jakiegoś geologa. Pewnie poznała kogoś i zaraz się zakochała, a jej wybranek 

zniknął bez śladu. Ostatnio Lindis bardzo wydoroślała. Może właśnie ten geolog tak na nią 

wpłynął, o ile nie jest wytworem jej wyobraźni. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby to była 

prawda. Biedna dziewczyna, w domu kłopoty, poza domem też... Ojej, wcale nie mam chęci na 

to jutrzejsze wyjście, chociaż co ja mówię? Przecież będzie tam Dagfinn. Dobrze, że nikt nie 

wie, jak bardzo jestem w nim zakochana. I nigdy się nie dowiedzą. Inteligentna Marit nie 

pozwoli sobie na taką słabość. Niech myślą, że on mnie wcale nie interesuje. Kto wie, może 

nawet dziewczyny by mnie wyśmiały? Na przykład taka Tone? Uważa, że pozjadała wszystkie 

rozumy. Nienawidzę jej. Ciekawe, czemu Lindis ma taką tajemniczą minę...”

Lindis   przeżywała   rozterkę.   Z   jednej   strony   nie   miała   ochoty   odkrywać   kolejnych 

tajemnic Marit, krępowało ją to i odczuwała wyrzuty sumienia, z drugiej jednak korciło ją, by 

przyjrzeć się pozostałym dziewczętom.

Po chwili w maleńkiej słuchawce usłyszała głos drugiej koleżanki, Anne Sofie. Gdy do 

Lindis dotarły myśli dziewczyny, o mało się nie zdradziła.

„Panie Boże, zachowaj mnie w swojej opiece! To nie może być prawda! Już siedem dni 

po terminie! Skończyłam przecież dopiero siedemnaście lat! Co ja zrobię, co powie mama, 

przecież ona wyrzuci mnie z domu! Taki wstyd! Jak to się mogło stać, skoro spędziłam z 

Tomem tylko ten jeden jedyny wieczór! Mateńko Przenajświętsza, błagam, wysłuchaj moich 

próśb!”

Lindis przestraszyła się nie na żarty, kiedy zrozumiała, jakie problemy ma koleżanka. 

Ogarnęły ją wątpliwości. Choć z całego serca pragnęła pomóc Anne Sofie, nie wiedziała, w jaki 

sposób mogłaby to uczynić.

Rozmyślania przerwał Lindis słodki jak miód głos. To Solveig zwróciła się do niej z 

pytaniem:

- Lindis, czy odrobiłaś już angielski?

- Jeszcze nie całkiem - odpowiedziała spokojnie Lindis. Zaraz potem przeniosła swoją 

uwagę na nową „rozmówczynię”.

background image

„Lindis   wcale   mnie   nie   lubi”,   myślała   wojowniczo   Solveig.   „To   dlatego,   że   tak 

wyładniała i uważa się za cudo. Właściwie to ona wcale nie jest taka ładna. O mnie nikt się nie 

martwi, w ogóle ich nie obchodzę. Gdybym tylko miała przyjaciółkę! Najlepiej Tone, bo jej 

wszystkie nadskakują. Anne Sofie w głowie tylko chłopaki i nikogo poza nimi nie potrzebuje, 

za to Marit jest przebiegła i zarozumiała. Kirsten też jest zimna jak lód i nigdy się nie odzywa, 

tylko mierzy wszystkich ponurym, podejrzliwym wzrokiem. Z nią w ogóle nie chciałabym się 

przyjaźnić, na pewno nie jest szczera. Lindis z kolei wiecznie opowiada te swoje niestworzone 

historie. Ona też nie ma żadnej przyjaciółki. Ciekawe dlaczego? Ostatnio bardzo się zmieniła. 

Wszystkie i tak myślą tylko o sobie. Wcale im na mnie nie zależy. A ja przecież tak się staram, 

tak bardzo chciałabym być z nimi bliżej! A zresztą, czy to warto? Niech sobie idą do diabła!”

Lindis   poczuła   niesmak.   Nie   mogła   się   nadziwić,   że   Lo   okazał   się   takim   znawcą 

ludzkich dusz. Jej niechęć do magicznego urządzenia z każdą chwilą rosła, jednak korciło ją, by 

poznać także najskrytsze myśli Kirsten.

Tym razem jednak nie wszystko poszło tak gładko. Lindis nadstawiła uszu, ale docierały 

do niej jedynie bardzo niewyraźne, chaotyczne fragmenty zdań, których nie mogła połączyć w 

sensowną całość. Z trudem odgadywała, o czym w danej chwili myśli Kirsten.

„Ciekawe, czemu Lindis się tak na mnie gapi? Let me know..., jak to szło dalej? Jutro na 

pewno wygram, ale ani słowa nikomu. O matko, ale ta Marit się opycha! Niedługo będzie gruba 

jak słoń. Przyjechał jakiś samochód. Już późno, muszę iść. Lubię Lisbeth Lund. Ojciec Lindis 

to przystojny facet. Jaka ta Tone głupia...”

Lindis   ogarniało   coraz   większe   zdumienie.   Nie   sądziła,   że   Kirsten   jest   taką   prostą 

dziewczyną.  Jej   jedyną  bronią  okazało  się   milczenie.   Stanowiło,   jak  widać,   skuteczniejszą 

metodę niż ta, którą stosowała Solveig. Chcąc przypodobać się koleżankom, robiła wszystko, 

co jej kazały. Niestety starania Solveig przynosiły odwrotny efekt: zamiast okazywać przyjaźń, 

koleżanki coraz bardziej były Solveig niechętne.

Pozostała   jeszcze   Tone.   Tak   naprawdę   Lindis   nie   znała   jej   zbyt   dobrze.   Mimo   że 

chodziły do jednej klasy, rozmawiały tylko przelotnie, i to zawsze na błahe tematy. To jedyna 

okazja, by poznać ją bliżej.

„Co one się tak uczepiły Lindis, ciągle tylko o niej mówią. Ale ja jej jeszcze pokażę! 

Niech no tylko spotkam tego geologa, o którego niedawno pytała. Już ja jej wtedy dopiekę! 

Powiem jej, co myślę o romansie jej ojca! Dojrzały mężczyzna, a ładny przykład daje młodym! 

Z tym geologiem to też na pewno bujda. Może powiedzieć dziewczynom? Nie, na razie jeszcze 

poczekam. Swoją drogą, Lindis wyładniała i ma ładny szalik. Do twarzy jej w błękicie. Muszę 

koniecznie mieć taki sam. Ciekawe, gdzie go kupiła?”

background image

Lindis uśmiechnęła się pod nosem. Sięgnęła dyskretnie za ucho, by wyciszyć aparat, ale 

jej myśli nadal błądziły wokół Tone, Anne Sofie i Marit. Miała wyrzuty sumienia, że odkrywa 

najskrytsze tajemnice koleżanek. Jednocześnie dowiedziała się, że wszystkie te dziewczęta są w 

rzeczywistości   zupełnie  zwyczajnymi   nastolatkami,   ani  lepszymi,   ani  też  gorszymi  od  niej 

samej. I żadnej z nich nie jest obca samotność. Była też zawiedziona, bo zdała sobie sprawę, że 

żadna z dziewcząt nie jest tak naprawdę sobą, że starają się udawać kogoś innego.

Lindis przypomniała sobie teraz, jak bezpiecznie czuje się w towarzystwie Lo, jak jej 

przy nim dobrze. To wielkie szczęście, że może mieć takiego przyjaciela.

„Dziewczyny mi nadskakują, ale w gruncie rzeczy to się mnie boją”, myślała dalej 

Tone.   „Sądzę,   że   tak   naprawdę   wcale   mnie   nie   lubią.   Mogłabym   okazywać   im   więcej 

serdeczności, ale odczytałyby to jako oznakę słabości. Na myśl o tym, że zostanę sama jak 

palec, chce mi się po prostu płakać...

Lindis wyczuła w myślach Tone wyraźny lęk przed samotnością, taki sam zresztą jak i u 

innych dziewcząt. Teraz, gdy już wiedziała, co naprawdę o niej sądzą, kamień spadł jej z serca. 

Nieoczekiwanie uznała, że może kiedyś będzie im jednak potrzebna.

- No nie, dziewczyny, lekcje! Jesteśmy spóźnione! - krzyknęła przerażona Marit.

Koleżanki poderwały  się w mgnieniu oka  i wybiegły z  pokoju.  Lindis  chwyciła w 

pośpiechu teczkę z książkami i popędziła za nimi, zapominając o urządzeniu do odczytywania 

ludzkich myśli, które nadal tkwiło za uchem.

Na szkolnym korytarzu wpadła prosto na pannę Lund.

- Witaj, Lindis, jak się masz? - zagadnęła słodko nauczycielka.

- Dzień dobry pani. Spieszę się na zajęcia, już jestem spóźniona.

Nagle Lindis zamarła, bo doszły do jej uszu słowa, które w duchu wypowiadała panna 

Lund.

„Że też muszę się tak krygować przy tej smarkuli! Ale co zrobić, chcę ją sobie zjednać, 

chcę, żeby mnie polubiła. Teraz, gdy już owinęłam Ernsta wokół palca, reszta powinna pójść 

gładko. Jego żona wkrótce spakuje manatki. Skoro Ernst koniecznie chce zatrzymać jedną z 

córek,   niech   będzie   nią   Lindis,   bo   ona   przynajmniej   darzy   mnie   sympatią.   Wprawdzie 

przechodzi trudny okres i może się trochę buntować, ale już ja ją sobie wychowam, jak należy”.

Lindis gwałtownie skręciła za róg. Wielkie nieba! Co to wszystko ma znaczyć, co się tu 

dzieje? Ojciec i panna Lisbeth Lund razem? Nie, to niemożliwe! Nie wolno na to pozwolić!

A jeszcze nie tak dawno wyobrażała sobie, że panna Lisbeth Lund jest jej matką! Teraz 

nawet   nie   chciała   dopuścić   do   siebie   takiej   myśli.   Jak   nigdy   przedtem   poczuła   głęboką 

solidarność z macochą i z całego serca zapragnęła jej pomóc.

background image

Na   korytarzu   po   raz   drugi   zadźwięczał   dzwonek   na  lekcje,   jednak   Lindis   była   tak 

oszołomiona, że nie mogła zrobić kroku. Przez nikogo nie zauważona, wsunęła się ukradkiem 

do pustej o tej porze auli i przycupnęła pod ścianą. Dopiero teraz pojęła, dlaczego rodzice wciąż 

się   ze   sobą   sprzeczają,   dlaczego   sprzeczki   kończą   się   płaczem   matki,   a   koleżanki   czynią 

niedwuznaczne uwagi.

Lindis nie miała pojęcia, jak powinna zachować się w takiej sytuacji.

- Lo, Lo, gdzie jesteś, przyjacielu... - chlipnęła cichutko.

- Co się stało, Lindis?

Drgnęła. Była pewna, że słyszy głos Lo, ale nikogo w pobliżu nie zauważyła.

- Masz przy sobie aparat, a poza tym wołałaś mnie. Więc jestem.

- Czy to naprawdę ty? Zostań ze mną przez chwilę, nie odchodź, proszę. Gdzie ty się 

podziewasz?

- Jestem u siebie, w bazie. To miejsce wy, ludzie, nazywacie statkiem kosmicznym albo 

latającym talerzem. Widzę, że z twoją formą dziś nie najlepiej?

Lindis zacisnęła bezradnie pięści.

- Nie wiem, co powinnam zrobić. Ojciec ma nową przyjaciółkę, pannę Lund...

- Wiem o tym. Domyśliłem się od razu, gdy mi o nich opowiadałaś.

- Czy sądzisz, że mogę jakoś pomóc mamie?

- Raczej nie. Lepiej nie mieszaj się do tych spraw. Mama musi to rozwiązać sama.

- Ale przecież...

- Dobrze ci radzę. Zresztą spróbuję nad tym pomyśleć. A co poza tym u ciebie? Jak ci 

się podoba mój aparat?

- To... wcale nie takie przyjemne, jak sądziłam...

- Naprawdę?

Lindis wydawało się teraz, że słyszy Lo tak, jakby znajdował się tuż obok. A jednak nie 

zwracał   się   do   niej   słowami,   tylko   przesyłał   jej   swoje   myśli.   Mimo   to   Lindis   nie   mogła 

powstrzymać się, by nie poprawić włosów czy wygładzić ręką zmiętej bluzki. Pragnęła podobać 

się Lo. Złudzenie, że przyjaciel jest w pobliżu, dodawało jej otuchy.

- Może trochę przesadziłam. Wypróbowałam go na moich koleżankach z klasy. Nie 

miałam pojęcia, że każda z nich odczuwa samotność i tak bardzo tęskni za bratnią duszą. Do tej 

pory   uważałam,   że   tylko   ja   jestem   biedna,   nieszczęśliwa   i   opuszczona.   Tymczasem   inne 

dziewczyny są tak samo zagubione jak ja. Czy to normalne, Lo, czy wszyscy ludzie czują 

podobnie?

- O, tak, zwłaszcza gdy mają po osiemnaście lat.

background image

Kontakt myślowy z przyjacielem poprawił samopoczucie Lindis.

- Wiesz, twój aparat ma jedną wielką zaletę. Mogę rozmawiać z tobą do woli, nawet gdy 

znajdujesz się daleko stąd. Dzięki temu małemu przedmiotowi już nie czuję się samotna. Wiem, 

że jesteś blisko. Inne koleżanki nie mają tak wspaniałego przyjaciela.

Tym razem Lindis nie odebrała kolejnych sygnałów od Lo.

- Lo, jesteś tu? Wcale cię nie słyszę, Lo! - przestraszyła się nagle dziewczyna.

Po chwili nadeszła odpowiedź:

- Jestem, Lindis.

- O, jak się cieszę. Bałam się, że kontakt został przerwany.

Lindis usłyszała delikatny śmiech przyjaciela.

- Czy wypróbowałaś już mój aparat na rodzicach i siostrze? - spytał nagle Lo.

- Jeszcze nie... jakoś nie mogę się przemóc.

- A to szkoda. Przecież właśnie po to ci go pożyczyłem.

- Wiem, ale coś mnie powstrzymuje. Może jednak dam sobie z tym spokój. A jeśli się 

okaże,   że   ich   naprawdę   nic  a   nic   nie   obchodzę?   Jeśli   mój   dom   jest   zimny   i   pozbawiony 

serdeczności? Nie przeżyłabym tego. Wolę żyć w przekonaniu, że rodzice choć trochę troszczą 

się o mnie. Wspominałam ci o pannie Lund, prawda? A pomyśleć, że naprawdę ją lubiłam! 

Odnosiłam wrażenie, że chociaż ona mnie rozumie. Tymczasem była to jedynie bardzo zręczna 

gra.

-   No   dobrze,   jak   chcesz.   A   teraz   zajmijmy   się   czymś   przyjemniejszym.   Mieliśmy 

wszyscy nadzieję, że nas wezwiesz. Brakowało nam ciebie.

W jednej chwili Lindis poczuła, że robi jej się ciepło na sercu. Nagle dzień wydał się 

piękniejszy, a słońce jaśniej zaświeciło, oblewając korony drzew złocistym blaskiem.

- Naprawdę? A ja myślałam, że Ari mnie nie lubi...

- Ari chce jedynie twojego dobra, uwierz mi. Dlatego chciałbym cię o coś poprosić. Czy 

możesz się ze mną spotkać po zmroku?

- Pewnie, że mogę - rzuciła bez zastanowienia Lindis.

- Świetnie. Będziesz miała okazję przeżyć coś niepowtarzalnego. Coś, czego dotąd nie 

doświadczyła żadna ludzka istota.

- O czym myślisz, Lo?

- Trochę cierpliwości, dziewczyno. Niczego się nie bój, możesz na nas polegać. Nic 

złego ci się nie stanie.

- W porządku, tylko że nie mogę zostać długo.

Lo milczał przez chwilę.

background image

- Dasz radę wymknąć się z domu nie zauważona?

- Nie wiem, postaram się. Rodzice na ogół zjawiają się późno i zaraz kładą się spać.

- Musisz jednak wiedzieć, że chcę zabrać cię na dalszą wyprawę. Potrwa to pewnie pół 

nocy, a może i dłużej - wyjaśnił Lo.

- Naprawdę? Na szczęście jutro nie będę musiała zrywać się tak rano do szkoły. Idę 

dopiero na trzecią lekcję. Jakoś sobie poradzę. Ale wolałabym wiedzieć, co mnie czeka?

-   Chcą   cię   poznać   nasi   naukowcy   pracujący   w   przestrzeni   kosmicznej   -   rzekł   z 

wahaniem Lo.

- Z przestrzeni kosmicznej? Przecież mówiłeś...

- Nasz mały łatający talerz to tylko jeden z bardzo wielu obiektów uczestniczących w 

badaniach kosmosu. Poza ziemską atmosferą znajdują się niezmierzone przestrzenie i one także 

interesują naszych badaczy. Nie wyobrażasz sobie chyba, że zdołalibyśmy wrócić na naszą 

odległą o lata świetlne planetę tym maleńkim pojazdem?

- To nie do wiary! Naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Mimo to jestem 

gotowa na to spotkanie - oświadczyła z powagą w głosie Lindis, po czym dodała ciszej: - Lo?

- Słucham cię, przyjaciółko?

Dziewczyna, wyraźnie zawstydzona, rzekła:

- Wiesz, dzisiaj są moje osiemnaste urodziny i chciałabym, żebyś życzył mi wszystkiego 

najlepszego. Tylko nie mów, że wyglądam dziecinnie. Naprawdę, wiele się ostatnio nauczyłam.

Lo roześmiał się serdecznie i odparł:

- Ależ, Lindis, nic takiego nie miałem na myśli. Jesteś naprawdę wspaniałą, mądrą 

dziewczyną. Mam nadzieję, że ten nadchodzący rok będzie dla ciebie wyjątkowo szczęśliwy. 

Trzymam kciuki za twoje powodzenie.

-   W   każdym   razie   zacznę   go   wystrzałowo,   prawda?   Skoro   czeka   mnie   podróż   w 

kosmiczne przestworza! - zauważyła rozbawiona.

Po chwili jednak poczuła na plecach dreszcz strachu.

- Widzę, że mimo wszystko trochę się boisz. Pamiętaj, że cały czas będę nad tobą 

czuwał - pocieszał Lo. - Przy mnie nic ci nie grozi. Chyba że nie masz ochoty na tę wyprawę? 

Nie chciałbym cię zmuszać.

- Ależ skąd! Jestem do waszej dyspozycji - odparła nieco zawstydzona Lindis. - Z tobą 

jestem gotowa wybrać się na kraj świata, jeśli zajdzie taka konieczność.

Te słowa Lindis tak rozbawiły Lo, że długo nie mógł opanować śmiechu.

- To ci się udało. Właśnie polecimy aż poza kraj świata!

- Masz rację. No, ale teraz już czas na mnie, zwłaszcza że ktoś nadchodzi. Będę czekała 

background image

pod lasem tuż po zmroku.

- Świetnie. I pamiętaj, nie ma się czego bać! Ubierz się ciepło, weź sweter i długie 

spodnie, żebyś nie zmarzła.

Do   auli   zajrzała   Tone.   Kiedy   zobaczyła   siedzącą   w   kucki   przy   ścianie   koleżankę, 

wykrzyknęła:

- Lindis, tu cię mam! Co ci jest? Panna Lund powiedziała, że źle się czujesz.

- Nie, wszystko w porządku. Tone, czyż świat nie jest piękny?

Zaskoczona Tone zmierzyła koleżankę zimnym spojrzeniem.

- Czyś ty zwariowała, Lindis?

- Tone, dzisiaj wieczorem wybieram się w podróż, w niesamowitą podróż!

Tone z politowaniem pokiwała głową i wyszła z auli, pozostawiając Lindis z głową w 

chmurach.

background image

ROZDZIAŁ VII

Gdy Lindis pojawiła się w domu, żadnego z rodziców nie zastała. Nie było też Karin. 

Korzystając z tego, bez namysłu zabrała się do pracy. Najpierw przystawiła pod swoje okno 

drabinę, następnie naoliwiła wszystkie zamki i dokładnie sprawdziła, które deski w podłodze 

skrzypią. Od czasu do czasu uśmiechała się do siebie, rozmarzona.

Potem postanowiła chwilę się zdrzemnąć. Sen na pewno jej się przyda.

Popołudnie spędziła z rodzicami i siostrą przy skromnym urodzinowym poczęstunku. W 

czasie kolacji ostentacyjnie ziewała, udając bardzo zmęczoną.

Znalazłszy się wreszcie w swoim pokoju, od razu zaczęła przygotowania do nocnej 

eskapady. Wydobyła z szafy gruby, biały golf i z niemałym trudem wciągnęła go przez głowę. 

Potem poprawiła włosy i korzystając z drabiny, cichutko wysunęła się przez okno na podwórko. 

Gdy  znalazła  się   na  dole,   pofrunęła  jak  na  skrzydłach   w  stronę  lasu  i   po  kilku  minutach 

ponownie witała się z Lo.

Była ogromnie uradowana, że znowu go widzi.

- Zwracam twój aparat, Lo. Dziękuję - powiedziała, podając przyjacielowi magiczne 

urządzenie.

Lo schował je do kieszeni, po czym podniósł wzrok w niebo i z uśmiechem zapytał:

- No i jak, boisz się?

Lindis skinęła lekko głową.

Lo ujął dziewczynę za rękę i poprowadził drogą w głąb lasu. Choć znała tę okolicę, za 

żadne skarby nie wypuściłaby teraz dłoni przyjaciela. Lo doskonale zdawał sobie z tego sprawę 

i nie miał zamiaru zostawiać jej samej w leśnym gąszczu.

Gdy   uszli   już   spory   odcinek,   Lindis   usłyszała   cichy   warkot.   W   miarę   jak   las   się 

przerzedzał, warkot stawał się coraz głośniejszy.

Na   koniec   stanęli   na   przestronnej   polanie,   a   oczom   Lindis   ukazał   się   ogromnych 

rozmiarów   pojazd   w   kształcie   talerza.   Mimo   że   Lindis   była   już   raz   na   pokładzie   tego 

niezwykłego   statku,   dopiero   teraz   ujrzała   go   w   całej   okazałości.   Była   zafascynowana. 

Przytłumione światło masywnych reflektorów, które oblewało całą polanę, nadawało scenerii 

nieprawdopodobny,   tajemniczy   wyraz.   Tuż   przy   łagodnie   wznoszącym   się   ku   maszynie 

podjeździe oczekiwali Ari i Tan.

Lindis czuła wyraźnie, że krew szybciej płynie w jej żyłach, tak jakby miała za sobą 

wielokilometrowy bieg. Czy ta przygoda na pewno skończy się dla niej szczęśliwie? A może 

powinna się wycofać?

background image

Rozglądała się niepewnie dookoła, gdy Ari rzekł z serdecznym uśmiechem:

-   Witaj,   Lindis.   Cieszymy   się,   że   przyszłaś.   Za   chwilę   wyruszamy.   Właśnie 

zakończyliśmy sprawdzanie instrumentów pokładowych. Zapraszam do środka.

Pod Lindis ugięły się nogi. W pierwszej chwili nie mogła zrobić ani kroku. Zaraz jednak 

poczuła na swojej dłoni pewny uścisk Lo, który łagodnie podprowadził ją do wejścia.

We wnętrzu pojazdu wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż podczas jej pierwszej 

wizyty. Lo pokazał teraz Lindis pomieszczenia, których istnienia wcześniej mogła się jedynie 

domyślać.   Większość   z   nich   wypełniona   była   najróżniejszą   aparaturą   i   wysokimi, 

pozamykanymi regałami. Na pulpitach i pod sufitem zamontowano setki lamp, migoczących i 

rozświetlających wnętrze jaskrawym światłem.

-  Nie   widziałaś   jeszcze  tylko  naszych   sypialni   oraz  kuchni  -  powiedział   Lo,   kiedy 

zatrzymali   się   w   małym   pomieszczeniu   przypominającym   wyposażeniem   gabinet   lekarski. 

Potem Lo poprosił Lindis, by ułożyła się wygodnie na obciągniętej ceratą szerokiej kozetce.

- Ręce trzymaj luźno wzdłuż tułowia - dodał. - Złącz stopy, o, tak, dobrze. Czy wszystko 

mamy na miejscu? - spytał Ariego.

Obok   kozetki   znajdowały   się   przeróżne   aparaty   i   przyrządy.   Na   ich   widok   Lindis 

drgnęła.

- Nie bój się, Lindis - rzekł uspokajająco Lo. - Ta aparatura najprawdopodobniej w 

ogóle   nie   będzie   nam   potrzebna.   Zamontowano   ją   tu   wyłącznie   na   wypadek   wystąpienia 

nieprzewidzianych okoliczności. A teraz przygotuję cię do lotu!

Lindis   starała   się   leżeć   spokojnie,   podczas   gdy   Lo   wkładał   na   jej   stopy   ciężkie, 

masywne   buty   jak   do   jazdy   na   nartach.   Mocno   zacisnął   ich   klamry,   a   potem   przypiął 

dziewczynę grubymi pasami na wysokości talii, kostek i przegubów rąk. Dolną część kozetki 

nieco opuścił, zaś część górną lekko uniósł, tak że Lindis pozostawała w pozycji półleżącej.

Ari oraz profesor Tan przez chwilę obserwowali czynności kolegi, lecz wkrótce wyszli. 

Lindis jednak nadal nie traciła ich z oczu, gdyż najbliższe pomieszczenia były pooddzielane 

przezroczystymi ścianami. Ari zasiadł w wygodnym fotelu przed pulpitem sterowniczym, na 

którym znajdowały się niezliczone ilości małych i dużych przycisków i migających lampek.

Lindis przypuszczała, że założą jej skafander, taki jakiego używają kosmonauci, ale tak 

się nie stało. Cóż, pozostawało jej zaufać wiedzy przybyszów z dalekiej planety.

Lo   wstał,   podszedł   zdecydowanym   krokiem   do   masywnych   drzwi,   wykonanych   z 

materiału przypominającego pleksi, i zatrzasnął je. Następnie dał znak kolegom, że wszystko 

gotowe   do   odlotu,   i   ponownie   przysiadł   obok   Lindis,   która   ani   na   chwilę   nie   spuszczała 

swojego opiekuna z oczu.

background image

-   Zwykle   pomagam   Ariemu   przy   starcie.   Manewrowanie   w   atmosferze   ziemskiej 

wymaga   sporej   wprawy   -   wyjaśnił.   -   Tym   razem   jednak   postanowiłem   dotrzymać   ci 

towarzystwa.   Jesteś   pierwszą   ludzką   istotą,   która   wyruszy   w   kosmiczną   podróż   w 

międzyplanetarnej   maszynie   tego   typu.   Wiemy,   że   i   wy,  Ziemianie,   dysponujecie 

nowoczesnymi statkami kosmicznymi, ale nasze pojazdy to maszyny dużo nowszej generacji. 

Dlatego nie jesteśmy pewni, jak zniesiesz ten lot, rozwiniemy bowiem ogromną prędkość. 

Zastanawiam się, czy nie zaaplikować ci zastrzyku znieczulającego. Podczas wznoszenia się 

statku możesz odczuwać dotkliwy ból w uszach.

- Oszalałeś? Nie chcę żadnego znieczulenia!

- Nie zamierzam cię straszyć, ale zanim nie opuścimy atmosfery i nie znajdziemy się 

poza strefą przyciągania ziemskiego, może być naprawdę nieprzyjemnie.

- Nie boję się - skłamała Lindis.

Lo uśmiechnął się pod nosem.

- Wyjątkowo dzielna z ciebie dziewczyna.

Profesor   Tan   włączył   silnik   i   ustawił   parametry   lotu.   Lindis   zauważyła,   że   trójka 

pilotów jest niezwykle skoncentrowana.

- Ruszamy - „usłyszała” myśli profesora Tana.

- Oczekujemy was - rozległ się niski głos, dobiegający od strony niewielkiego monitora. 

- Uważajcie na deszcz meteorów na waszym kursie. Czy jest z wami dziewczyna z Ziemi?

- Owszem. Zdecydowała się na tę podróż.

- Znakomicie. Zwróćcie szczególną uwagę na jej reakcje. Poruszajcie się z minimalną 

prędkością!  Lo  ma rację,  mówiąc,   że ludzie  z planety Ziemia  nie  są  tak odporni jak  my. 

Wprawdzie ci ludzie używają skafandrów kosmicznych, ale w tym przypadku nawet i one nie 

na wiele by się zdały. Pozostaje nam wierzyć, że wszystko pójdzie dobrze.

Głos ucichł, a tymczasem Lo ułożył się na drugiej kozetce tuż obok Lindis i przypiął 

starannie   pasami.   Ręce   i   nogi   miał   jednak   wolne   na   wypadek,   gdyby   musiał   pomagać 

współtowarzyszce   podróży.   Wcześniej   jeszcze   owinął   ramię   dziewczyny   szerokim   pasem. 

Lindis odniosła wrażenie, że w ten sposób Lo mierzy jej ciśnienie.

W pewnej chwili statek zaczął się kołysać, a silnik zawył przejmująco. Z sekundy na 

sekundę owo napawające Lindis lękiem kołysanie wzmagało się, a po upływie minuty lub 

dwóch nagle wszystko się uspokoiło i ucichło.

- Natychmiast otwórz usta! - zawołał nieoczekiwanie Lo.

- Dlacze... - chciała zapytać Lindis, lecz nie zdążyła. Nagła zmiana ciśnienia wewnątrz 

pojazdu sprawiła, że z płuc Lindis w ułamku sekundy wydostało się zalegające tam powietrze. 

background image

W pomieszczeniu rozległ się jej rozdzierający krzyk.

- Jestem przy tobie, spokojnie - starał się uspokajać przyjaciółkę Lo.

Lindis tymczasem nie mogła złapać tchu. Bębenki w uszach bolały niemiłosiernie, a 

nieznana siła rozsadzała jej płuca i wciskała ciało w kozetkę. Dziewczyna miała nieodparte 

wrażenie, że gałki oczne wbijają się głęboko w jej mózg. Skóra na twarzy napięła się tak, jakby 

za moment miała pęknąć. Po chwili pod nosem Lindis pojawiły się kropelki krwi.

Lo obserwował dziewczynę z przerażeniem. Na chwilę kompletnie stracił głowę i nie 

był w stanie zareagować. Opanował się jednak, ostrożnie otarł z twarzy Lindis krew i pot, 

jeszcze bardziej uniósł górną część kozetki, po raz kolejny zmierzył Lindis ciśnienie i sprawdził 

pracę serca. W pewnej chwili zrozpaczony krzyknął w stronę pilotów:

- Zawracajcie!

Oddychanie przychodziło Lindis z niewyobrażalnym trudem. Zsiniała i była już bliska 

utraty przytomności. Tan wskazał dłonią na aparat tlenowy, wiszący ponad głową dziewczyny, i 

Lo błyskawicznie zrobił z niego użytek.

Lindis poczuła wyraźną ulgę i wreszcie udało jej się wciągnąć większy haust powietrza 

do płuc. Ostatkiem sił skierowała do Lo przesłanie:

- Nie zawracajcie. Wytrzymam.

Wcale jednak nie była tego taka pewna. Czuła, że opada z sil, ale nic nie mogła na to 

poradzić. Nie była w stanie nawet ruszyć się z miejsca, gdyż krępowały ją pasy bezpieczeństwa, 

zaś   ciśnienie   wewnątrz  kabiny  nie  pozwoliłoby  na  najmniejsze  uniesienie   głowy  czy  ręki. 

Wydawało jej się, że cierpieniom nie będzie końca.

Ari odwrócił się, spojrzał na dziewczynę i z troską w głosie spytał:

- Lo, jak ona to znosi?

Lo w milczeniu pokręcił tylko głową. Wyglądał na bezradnego.

- Za chwilę znajdziemy się poza strefą przyciągania. To już nie potrwa długo - pocieszał 

Ari.

Lindis nigdy przedtem nie przeżywała tak okropnego bólu. Miała wrażenie, że jakaś 

niewyobrażalna siła rozrywa jej ciało na tysiące kawałeczków, płuca pracują niczym kowalskie 

miechy, zaś z oczu, czoła, a nawet uszu spływają pomieszane z potem łzy. Czuła na sobie 

dłonie Lo, ale nie widziała jego twarzy. Wydawało jej się, że wszystkie światła pogasły. Wokół 

niej zapanowała głęboka ciemność. Raz miała wrażenie, że marznie, innym razem oblewała ją 

fala gorąca.

Profesor Tan zaczął mówić do mikrofonu, informując macierzystą jednostkę o stanie 

pasażerki.

background image

- Wygląda na to, że dziewczyna nie wytrzyma.

- Spróbujcie zrobić jej zastrzyk z...

Co   zamierzano   jej   zaaplikować,   tego   Lindis   nie   dosłyszała.   Poczuła   jedynie   lekkie 

ukłucie   w   przedramię   i   już   po   chwili   jej   serce   zaczęło   bić   spokojniej.   Nadal   jednak   nie 

ustępowało   bolesne   napięcie   w   uszach   i   płucach,   a   skronie   wciąż   dudniły.   Dziewczyna 

odwróciła wykrzywioną bólem twarz w stronę, gdzie, jak sądziła, siedział jej przyjaciel.

- Nie miałem pojęcia, że między mieszkańcami Ziemi a nami jest taka różnica. Gdybym 

przypuszczał,  jakie  sprowadzę na  ciebie  cierpienia,  nigdy  nie pozwoliłbym  na  tę  podróż - 

powiedział załamany Lo. - Za bardzo zaufałem podobieństwom, sądziłem, że wiele nas łączy. 

Teraz wiem, że nie możecie obyć się bez skafandra. O ile w ogóle na coś by się tu zdał.

- Jesteśmy słabymi istotami - . wyszeptała z trudem Lindis.

Czuła się tak, jakby za chwilę miała umrzeć, a jednak się nie bała. Być może sprawiła to 

obecność Lo, a może fakt, że jej organizm znajdował się w stanie krańcowego wyczerpania. Nie 

miała siły do dalszej walki. Teraz było jej obojętne, jak zakończy się ta przygoda.

Naraz wszelkie bóle i uciążliwości minęły jak ręką odjął. Lindis poczuła się znacznie 

lepiej.   Napięcie   w   całym   ciele   ustąpiło,   powrócił   wzrok,   lepiej   słyszała.   Zdeformowana, 

ściągnięta skurczami twarz odzyskała normalny wygląd. Lindis z niedowierzaniem popatrzyła 

na Lo; on również wydawał się zaskoczony.

- Udało się - rzekł z westchnieniem ulgi i uśmiechnął się, patrząc na spokojną już 

dziewczynę. - Och, Lindis, nareszcie! Tak się o ciebie bałem. Teraz niebezpieczeństwo minęło, 

jesteśmy już poza zasięgiem przyciągania ziemskiego.

Przez moment wyglądało na to, że Lo rzuci się Lindis na szyję i uściska ją z radości. Nie 

uczynił   tego,   tylko   wstał,   uwolnił   Lindis   z   pasów   bezpieczeństwa   i   otarł   jej   z   czoła   pot. 

Wyglądał na bardzo zmęczonego, ale i uradowanego.

Lindis odetchnęła głęboko.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Jakiś czas leżała bez ruchu i odpoczywała po dramatycznych przeżyciach. Teraz nie 

byłaby w stanie poruszyć choćby palcem. Tymczasem profesor Tan przy użyciu specjalnego 

wziernika dokładnie obejrzał uszy dziewczyny.

- No, na szczęście nic poważnego się nie stało. Masz wprawdzie uszkodzone bębenki, 

ale z czasem same się wygoją. Na razie możesz mieć kłopoty ze słuchem. Nic się jednak nie 

martw.

- Właściwie uszy nie są mi aż tak bardzo potrzebne. Przecież i tak wiem, co mówi do 

mnie Lo.

- Ach, więc tylko on cię interesuje? A twoi przyjaciele tam, na Ziemi?

- Profesorze, chwilami odnoszę wrażenie, że mają niewiele do powiedzenia, dlatego nie 

żałuję, że ich nie usłyszę.

Lindis uniosła się na łokciu i ostrożnie spuściła nogi na podłogę. Dobre samopoczucie 

powoli powracało. Nie mogła uwierzyć w to, co jeszcze kilka minut wcześniej działo się z jej 

ciałem. Była niezmiernie dumna, że jako jedyna Ziemianka może brać udział w tak dalekiej 

międzyplanetarnej ekspedycji.

Gdy wstała, Lo ujął ją pod ramię i podprowadził w kierunku okienka.

- Chodź, coś ci pokażę - powiedział.

Lindis odniosła wrażenie, że prawie nic nie waży. Tylko dzięki ogromnym, ciężkim 

butom, których Lo nie pozwolił jej zdejmować, mogła normalnie chodzić po podłodze.

- Gdybyś nie miała na sobie tych specjalnych butów, unosiłabyś się pod sufitem jak 

balonik. A teraz spójrz tam, w dół.

Niektóre elementy pokładu wykonano z przezroczystego materiału, przypominającego 

szkło, tak że można było przez nie wyglądać na zewnątrz.

-   Wielkie   nieba,   Lo!   -   zawołała  bezmiernie   zdumiona   Lindis.   -   Czy   my  naprawdę 

znajdujemy się tak daleko od Ziemi?

Nisko pod  stopami,  w gęstej  mgle,   dostrzegła  wiszącą  niczym bombkę  choinkową, 

lśniącą niezwykłym blaskiem planetę.

- To nie jest Ziemia - powiedział Lo z uśmiechem.

- A co, Księżyc? Nie, to niemożliwe. W ciągu kilkunastu minut nie mogliśmy pokonać 

aż takiej drogi?

- Masz przed sobą Wenus w całej okazałości, moja mała.

- Co takiego? Lo, ja chcę do domu! - wykrzyknęła Lindis już nie na żarty przerażona.

background image

- Nic się nie bój. Wszystko jest pod kontrolą. Chodź, pokażę ci twoją ukochaną Ziemię, 

ale musimy przejść na drugą stronę. Spójrz,  oto ona - powiedział  i wskazał  na jaśniejącą 

błękitem kulę. - Ta największa. Księżyca w ogóle stąd nie zobaczysz.

Lindis wcześniej nie zdawała sobie sprawy z tego, że może znaleźć się tak daleko od 

planety matki. Ogarnięta lękiem ukryła twarz w dłoniach.

- Boję się - zaszlochała.

Lo delikatnie otoczył ją ramieniem. Gdy tak przez chwilę stali przytuleni, Lindis nagle 

opuścił niepokój. W ramionach przyjaciela czuła się całkiem bezpieczna.

- Podróż powrotna nie będzie już taka dramatyczna - zapewnił łagodnie. - Najgorsze już 

za tobą, wierz mi.

Lindis spojrzała z wdzięcznością na Lo, a po chwili rzekła:

- Strasznie tu u was gorąco.

- Nic dziwnego, teraz znajdujemy się blisko Słońca.

Mogłabym   tak   stać   w   jego   ramionach   całą   wieczność,   pomyślała,   ale   powinnam 

zachować wobec niego dystans.

Tymczasem Lo wypuścił  ją z objęć i oboje znowu podeszli  do okienka, z którego 

wcześniej patrzyli na Wenus.

Jakby to było dobrze móc kontrolować swoje własne myśli, rozmarzyła się Lindis. To 

niesprawiedliwe, że Lo może o mnie wiedzieć wszystko, podczas gdy sam stanowi dla mnie 

zagadkę!

- Wenus, jak zapewne wiesz, jest drugą planetą, licząc od Słońca - wyjaśniał Lo. - Choć 

spośród wszystkich planet pod względem rozmiarów i gęstości najbardziej przypomina Ziemię, 

wy, ludzie, nie moglibyście na niej zamieszkać. Na Wenus panuje bardzo wysoka temperatura, 

no i prawie nie ma tam tlenu.

Pojazd tymczasem zatoczył duże półkole i wrócił na poprzedni kurs. Po upływie minuty 

lub dwóch z kabiny pilotów odezwał się Ari:

- No, jesteśmy prawie na miejscu.

Lindis podbiegła do znajdującego się najbliżej stanowisk pilotów okienka i wyjrzała 

przez nie. Dość wysoko ponad nimi zawisł olbrzymich rozmiarów statek, również zbliżony 

kształtem do - jak określali to ludzie - latającego talerza. Pod jego płaskim spodem przelatywały 

w tę i z powrotem pojazdy identyczne jak ten, którym podróżowała Lindis. Niektóre z nich 

wlatywały do wnętrza olbrzyma, inne wylatywały z niego niczym pszczoły z ula.

- No, Lindis, masz przed sobą bardzo ważne spotkanie - odezwał się zza jej pleców Tan. 

- Jak czujesz się jako pierwsza istota ludzka, która dotarła tak daleko?

background image

- Czyżbyście wy nie byli ludźmi? - spytała zaskoczona dziewczyna.

- Owszem, tylko w dużo bardziej zaawansowanym stadium rozwoju niż Ziemianie. 

Wybacz, jeśli cię uraziłem. Wszystkie pojazdy, które tu widzisz, łącznie ze statkiem - bazą, 

zostały wybudowane specjalnie do celów badawczych. Szczególnie interesuje nas Ziemia i wy, 

jej   mieszkańcy.   Przykro   mi,   że   nie   pomyśleliśmy   o   skafandrze   dla   ciebie,   ale   właśnie   te 

mniejsze statki są dla nas tym, czym dla ludzi z Ziemi kosmiczne skafandry. Sama przed chwilą 

boleśnie doświadczyłaś, że nie są one jednak dostatecznie bezpieczne dla istot takich jak ty. 

Jesteście,   jak   się   okazało,   znacznie   mniej   odporni   na   wahania   ciśnienia.   My   używamy 

skafandrów tylko wówczas, gdy schodzimy na całkiem odmienne od naszej obce planety. Na 

Ziemi możemy się bez nich obejść.

Lindis z rozdziawionymi z przejęcia ustami obserwowała rozgwieżdżone niebo. Naraz 

wybuchła głośnym śmiechem, czym wszystkich wprawiła w zdumienie.

- Co się stało, co cię tak cieszy?

- Przypomniałam sobie, że za kilka godzin mam wieczorek u koleżanki, która mieszka 

na tamtej małej planecie.

- Oj, chyba się mylisz, moja droga. Tamta planeta nazywa się Mars - wyjaśnił Lo.

-  Jak   to,   przecież   dopiero  mi   ją  pokazywałeś  i   mówiłeś,   że  to  Ziemia!   -  zawołała 

oszołomiona Lindis.

- Poruszamy się z zawrotną prędkością - powiedział spokojnie Ari. - Specjalnie dla 

ciebie   nadłożyliśmy   drogi   i   zatoczyliśmy   półkole,   by   przelecieć   blisko   Wenus.   To   piękna 

planeta i warto na nią popatrzeć. Taka okazja nieprędko się powtórzy. Przede wszystkim jednak 

chcieliśmy uniknąć niebezpiecznego spotkania z deszczem meteorów. Nie rozumiem, dlaczego 

nie mogę teraz połączyć się z bazą - dodał poirytowany.

- Czy macie może lusterko? - zapytała nieoczekiwanie Lindis.

Lo nie mógł opanować wesołości.

- Ciekawe, czy ktoś spotkał kiedyś kobietę, która mogłaby obyć się bez lusterka? - 

zapytał. - Chodź, zaprowadzę cię do łazienki. Tam znajdziesz wszystko, co potrzeba.

Pokładowa łazienka urządzona była naprawdę wspaniale. Zachwycona Lindis spytała, 

czy nie mogłaby się wykąpać.

- Lindis, obawiam się, że to na razie niemożliwe - rzekł Lo. - Woda rozchlapie się po 

całym pomieszczeniu, nie utrzymasz jej w wannie.

Lindis rozejrzała się uważnie dookoła.

- Zastanawiam się, gdzie przechowujecie swoje przybory do golenia. Wprost nie mogę 

się nadziwić, każdy z was wygląda zawsze tak świeżo, jakby wyszedł prosto spod brzytwy!

background image

- Ależ z ciebie dociekliwa osóbka! Rzeczywiście, nie musimy się golić zbyt często, 

wystarczy raz na pół roku.

Lindis   odruchowo   uniosła   dłoń,   by   dotknąć   policzka   przyjaciela,   ale   zaraz, 

zawstydzona, cofnęła ją.

- Proszę bardzo, możesz sprawdzić - rzekł rozbawiony Lo.

Przez chwilę przyglądała się twarzy przybysza z dalekiej planety, po czym pogłaskała 

czule jego policzek, a nawet palcami leciutko musnęła jego wargi. Przez moment odniosła 

wrażenie, że Lo specjalnie przybliżył twarz, zaraz jednak się cofnął.

Lindis poprawiła rozwichrzone włosy i uznała, że prezentuje się całkiem dobrze. Razem 

z przyjacielem wróciła do pomieszczenia za kabiną pilotów.

Wreszcie nadszedł najważniejszy moment.

- Jesteśmy gotowi do połączenia ze statkiem - bazą - rzekł Ari. - Proszę zapiąć pasy.

Lindis oczekiwała gwałtownego uderzenia, tymczasem wpłynęli gładko przez otwarty 

luk i miękko wylądowali.

Po kilku minutach mogli już opuścić swój pojazd. Gdy po podstawionym szerokim 

trapie zeszli   na  dół, Lindis  rozejrzała się  ciekawie   dookoła.  Oto znalazła  się  na  głównym 

pokładzie statku - bazy. Potem wraz z trzema towarzyszami przeszła do dużego pomieszczenia, 

w którym czekało już kilku rosłych mężczyzn o nieprzeniknionych twarzach. Przedłużająca się 

pełna napięcia cisza sprawiła, że Lindis poczuła się nieswojo. Przełknęła nerwowo ślinę. Żebym 

tylko dobrze wypadła, pomyślała.

- Dasz sobie radę, Lindis - rzekł z przekonaniem Lo, który wiedział, co czuje teraz 

dziewczyna. - Pamiętaj, że oni są mili i przyjaźnie do ciebie nastawieni.

Tymczasem zbliżył się do nich jedyny w tej grupie krępy i niski mężczyzna.

- Witam, słyszałem, że miała pani wyczerpującą podróż.

Lindis uniosła głowę, dygnęła na przywitanie i odpowiedziała z dumą:

- Tak, ale wszystko dobrze się skończyło.

- To bardzo uprzejme z pani strony, że zechciała nas pani odwiedzić. Proszę zająć 

miejsce, zaraz zaczynamy. Mamy niewiele czasu. Podobno wraca pani na swoją planetę za 

kilka godzin?

Lindis uśmiechnęła się pod nosem. Coś takiego! Wszyscy przejmują się tym, że musi 

niedługo wracać do siebie. Czyżby nie chcieli się z nią rozstawać?

Kiedy Lindis usiadła, otoczyli ją pozostali mężczyźni. Zadawali jej tyle pytań, że po 

paru minutach poczuła się bardziej wyczerpana niż po najdłuższej odpowiedzi na ocenę w 

szkole. Interesowało ich wszystko: problemy społeczne, religia, przyroda, polityka, ekonomia, 

background image

szkolnictwo, życie rodzinne, związki między kobietą a mężczyzną i wiele innych zagadnień. Im 

więcej padało pytań, im głębiej drążono temat, tym bardziej bezradna czuła się Lindis. Było jej 

wstyd, że ma takie luki w wykształceniu. Cóż, wiele przedmiotów traktowała po macoszemu, 

nic więc dziwnego, że teraz nie wszystko potrafiła wyjaśnić.

Lo nie odstępował Lindis i w ten sposób podtrzymywał ją na duchu. Była wdzięczna, że 

chociaż w nim znajduje oparcie.

Dziewczyna wciąż nie mogła się nadziwić, że doskonale słyszy każde z pytań, choć 

żaden z dostojnie wyglądających panów nie zadaje ich na głos. Zdążyła się już przyzwyczaić, 

że   w   ten   szczególny   sposób   komunikuje   się   z   Lo,   ale   przecież   niezwykła   komisja 

egzaminacyjna składała się z zupełnie obcych jej osób!

Po   godzinie   Lindis   poczuła   ogromne   zmęczenie.   Jej   odpowiedzi   nie   były   już   tak 

staranne i przemyślane. Gdy jeden z mężczyzn zapytał ją, dlaczego jest taka chuda i dlaczego 

czuje się samotna, choć przecież ma wielu znajomych, o mało się nie rozpłakała.

Na szczęście krępy mężczyzna, ten który na początku powitał Lindis, dostrzegł, jak 

bardzo jest wyczerpana, i stwierdził:

- Chyba najwyższy czas na przerwę, panowie. Nasz gość jest znużony. Pozwólmy mu 

odsapnąć. Myślę też, że powinniśmy coś zjeść.

Po chwili podano do stołu. Patrząc na smakowite, ładnie podane potrawy, Lindis ku 

swemu zdziwieniu poczuła wyraźny głód.

- Myślałam, że odżywiacie się wyłącznie tabletkami - powiedziała z uśmiechem.

- Nie gardzimy dobrą kuchnią - odparł Tan. - Jakiś czas temu przeszliśmy na pokarm 

farmakologiczny, ale ludność podniosła bunt.

Po skończonym posiłku Lindis znów odpowiadała na pytania obcych mężczyzn. Potem 

dziewczynie pobrano krew, zmierzono ciśnienie krwi, wykonano elektrokardiogram, tomografię 

komputerową mózgu i wiele innych badań, których celu nie znała. Badanie, jakie na Ziemi 

przeprowadził Lo, było jedynie wstępem do mnóstwa analiz, które planowali przybysze z obcej 

planety.

Kiedy Lindis uznała, że nareszcie dadzą jej spokój, egzamin zaczął się od nowa. Chciała 

wypaść jak najlepiej, za nic nie chciała sprawić zawodu Lo. Choć była ledwie żywa i nie mogła 

się skupić, cierpliwie odpowiadała, aż wreszcie, kompletnie wyczerpana, po prostu umilkła.

- Za dużo od niej wymagacie - oburzył się Lo. - Nie możecie oczekiwać, że nastoletnia 

uczennica wyjaśni wszystkie interesujące nas kwestie.

-   Proszę   nam   wybaczyć,   być   może   trochę   przesadziliśmy   -   usprawiedliwiał   się 

niewysoki mężczyzna. - Po prostu tak bardzo interesujemy się Ziemią, jej mieszkańcami i ich 

background image

życiem, że chcieliśmy do maksimum wykorzystać obecność naszego gościa.

Zaczęli   wymieniać   między   sobą   ciche   uwagi,   a   chwilami   Lindis   odnosiła   nawet 

wrażenie, że się o coś spierają. Jeden z mężczyzn przywołał do siebie Lo i coś mu szepnął do 

ucha.   Lo   wyraźnie   spochmurniał.   Lindis   dałaby   teraz   wiele   za   to,   by   mieć   przy   sobie 

urządzenie, które pozwala odgadywać cudze myśli.

Wreszcie Lo podszedł do Lindis. Stanąwszy za plecami dziewczyny, oparł jej głowę 

wygodnie na oparciu fotela i począł delikatnie masować skronie siedzącej.

Lindis   spojrzała   na   niego   pytająco,   tym   razem   jednak   nie   przekazał   jej   żadnych 

wyjaśnień. Powieki Lindis stały się naraz ciężkie jak ołów i powoli zaczął morzyć ją sen. 

Wokół zapanowała cisza...

Po jakimś czasie poczuła, że ktoś delikatnie potrząsa ją za ramię. Poderwała się na 

równe nogi.

- Lindis, wracamy na Ziemię, już czas - poinformował Lo.

Niewysoki   krępy   mężczyzna   podziękował   Lindis   serdecznie   za   spotkanie   oraz 

udzielenie   odpowiedzi   na  wiele   ważnych  pytań.  Informacje,   które   dzięki   niej   zgromadzili, 

zostaną teraz szczegółowo przeanalizowane i wykorzystane do dalszych badań, zapewnił.

Po   jakimś   czasie,   gdy   Lindis   wraz   z   Lo,   Arim   i   Tanem   znaleźli   się   na  pokładzie 

mniejszego statku, Lindis zagadnęła przyjaciela, który siedział nachmurzony:

- Co się ze mną działo, Lo?

- Zadali ci kilka pytań, na które nie chciałaś udzielić odpowiedzi - wyjaśnił, starannie 

unikając   jej   spojrzenia.   -   Musieliśmy   poddać   cię   hipnozie,   ponieważ   tym   razem   nasze 

umiejętności czytania w myślach zawiodły.

Lindis zaniepokoiła się nie na żarty. Nie miała pojęcia, o jakie pytania chodzi. Zdarzało 

się przecież, że o pewnych sprawach nie miała ochoty rozmawiać z nikim. Czasami bała się 

nawet o nich myśleć. Poczuła się dotknięta do żywego.

- Nie miałeś prawa zmuszać mnie do niczego! - zawołała. - I to w obecności obcych 

mężczyzn!

- Nie miałem wyboru - odparł krótko.

- I co, dowiedzieli się tego, czego chcieli? - zapytała obrażona Lindis.

- Owszem, ale nie były to dla nas sprawy nowe. Okazało się, że jednak mamy wiele 

wspólnego.

Lindis odwróciła się na pięcie i usadowiła się w fotelu na drugim końcu pomieszczenia.

Lądowanie na Ziemi w porównaniu z przeżyciami, jakie stały się udziałem Lindis przy 

starcie, było niemal przyjemnością. Powoli wstawał ranek, kościelne dzwony właśnie zaczęły 

background image

wzywać na poranne nabożeństwo. Gdy słońce wychyliło się znad horyzontu, Lindis leżała już 

w swoim łóżku i zasypiała. W zaciśniętej dłoni trzymała błękitny szalik.

background image

ROZDZIAŁ IX

Odkąd Lindis sięgała pamięcią, czas spędzany w domu nie kojarzył jej się z niczym 

przyjemnym. Teraz, kiedy dziewczyna poznała prawdziwe zamiary panny Lund, czuła się tu 

jeszcze bardziej obco. Z drugiej jednak strony uznała, że nie wolno dopuścić do tego, by obca 

kobieta rozbiła jej rodzinę, choćby nawet ta rodzina różniła się od normalnych. Rozmyślała o 

tym całe przedpołudnie, aż wreszcie zdecydowała, że musi porozmawiać z ojcem.

Po   obiedzie   z   duszą   na   ramieniu   stanęła   pod   drzwiami   jego   gabinetu   i   delikatnie 

zapukała.

Ojciec uniósł wzrok znad biurka.

- Kogo widzę, Lindis! Co, skończyło się kieszonkowe?

Dziewczyna potrząsnęła przecząco głową i rzekła:

- Tym razem nie. Chciałabym z tobą poważnie porozmawiać.

Odetchnął z ulgą i odłożył na bok swoje papiery.

- Zamieniam się w słuch.

Zimny ton głosu ojca speszył Lindis, ale po chwili dziewczyna wzięła głęboki oddech i 

zaczęła:

- Dotarły do mnie nieprzyjemne plotki na twój temat, ojcze...

- Co takiego? - spytał pan Bergstrøm, wyra nie bledn c.

ź

ą

- Wygląda na to, że nasza nauczycielka od angielskiego chwali się wszem i wobec, że 

wpadłeś jej w oko. Rozgłasza, że odchodzisz od żony. Słyszałam nawet, że chcecie mnie zabrać 

do siebie, a Karin zostawić mamie! Ja się na to stanowczo nie zgadzam! Nie zamierzam zostać 

pasierbicą panny Lund!

Na twarzy ojca wystąpiły czerwone plamy.

-   Kto   ci   nagadał   takich   głupstw!   -   krzyknął,   uderzając   pięścią   w   stół.   -   To...   to 

nieprawda.

Szloch ścisnął Lindis za gardło, tak że z trudem zdołała wykrztusić:

- Ja... słyszałam  to od ró nych  osób...  Pan  Bergstrøm  ciskał  z oczu

ż

 

błyskawice.

- Tato, czy to prawda? - pochlipywała Lindis. - Chcesz naprawdę zostawić mamę? Czy 

dlatego mama jest taka nieszczęśliwa?

- Lindis, wyjdź stąd natychmiast! Muszę pilnie zadzwonić! - Mężczyzna złapał się za 

głowę i opadł bez sił na fotel. - To jakaś kompletna bujda! Kto ci naopowiadał takich rzeczy? 

Zamiast słuchać podłych oszczerstw, powinnaś kategorycznie zaprzeczyć!

background image

Lindis opuściła gabinet ojca. Miała wrażenie, że pierwszą rundę wygrała. Wiedziała 

jednak, że na tym jeszcze nie koniec, że czeka ją kolejne starcie.

Pomyślała o swoim przyjacielu. Ani on, ani też Tan czy Ari nie wspomnieli nawet 

słowem o ewentualnym następnym spotkaniu. Tymczasem Lindis już nie mogła się doczekać, 

by   znowu  ujrzeć   Lo.   Odnosiła  wrażenie,   że   i   Ari,   i   Tan   nie   pochwalają   jej   nadmiernego 

zainteresowania osobą Lo. Z pewnością woleliby, żeby teraz usunęła się w cień. Lindis zaś 

targały sprzeczne uczucia: za żadne skarby nie chciała się narzucać, a jednocześnie tęskniła za 

niezwykłym przyjacielem, z którym tak wspaniale się rozumieli. Nie wiedziała nawet, w jaki 

sposób nawiązać z nim kontakt, nie była pewna, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Mogła 

tylko cierpliwie czekać na jakiś znak od niego. Chyba Lo nie opuści jej bez pożegnania? 

Samotna, spragniona miłości i przyjaźni Lindis cierpiała prawdziwe męki.

Mimo   wielkiego   przygnębienia   postanowiła   jednak   pójść   na   wieczorek   do   Tone. 

Zastanawiała się, w czym byłoby jej najładniej. A może nie warto się stroić, tylko włożyć 

zwykłą trykotową koszulkę i wytarte dżinsy?

Jednak zdecydowała, że ubierze się starannie, na złość koleżankom. Poza tym uznała, że 

gdyby Lo jej towarzyszył, z pewnością ucieszyłby się, widząc ją elegancką i zadbaną. Ciekawe, 

w czym podobałabym mu się najbardziej? pomyślała.

Umyła włosy i zwinęła je wysoko, upinając w zgrabny kok. Włożyła obcisłą granatową 

spódniczkę,   która   odsłaniała   smukłe   nogi   i   podkreślała   szczupłą   talię.   Do   tego   świetnie 

pasowała jasnoniebieska bluzka z przezroczystymi szyfonowymi rękawami. Gdy Lindis była 

już   gotowa,   przejrzała   się   w   lustrze.   Uznała,   że   wygląda   bardzo   efektownie.   Szczególnej 

elegancji dodały jej ciemne pantofelki na wyższym niż zwykle obcasie.

Czy mogę się tak pokazać w towarzystwie? A jeśli dziewczęta mnie wyśmieją?

Tymczasem do pokoju weszła mama Lindis. Na widok córki oniemiała.

-   Ależ   Lindis...   jak...   jak...   ty...?   -   wykrztusiła   po   dłuższej   chwili.   -   Chciałam 

powiedzieć, że prześlicznie wyglądasz, choć mnie wydajesz się stanowczo za szczupła. Chyba 

skończyłaś z tym odchudzaniem? No, no, kto by pomyślał? Taka piękna dziewczyna!

- Mamo, właśnie przybyłam na wadze dwa kilogramy. Ostatnio jem za dwie, więc nie 

musisz się martwić. Czy mogłabym pożyczyć twoich perfum? Podobają mi się te o zapachu 

konwalii.

Pani Bergstrøm pozwoliła Lindis skorzysta  nie tylko z 

ć

perfum, ale też z 

pomadki i kredki do oczu. Doradziła także córce, by pociągnęła rzęsy czarnym tuszem. Dzięki 

tym zabiegom twarz Lindis stała się dużo bardziej wyrazista.

background image

Już stojąc w drzwiach, przed samym wyjściem, Lindis nieoczekiwanie powiedziała:

- Mamo, tak mi przykro, że ostatnio byłam wobec ciebie oschła Poprawię się, obiecuję. I 

wcale nie tęsknię za moimi biologicznymi rodzicami. Myślę, że z tobą jest mi najlepiej.

Zanim   do   zaskoczonej   pani   Bergstrøm   dotarł   sens   słów,   Lindis 

znikn ła.

ę

U Tone było już gwarno. Na widok wchodzącej Lindis dziewczęta zamarły, po czym 

otoczyły ją i zaczęły prześcigać się w komplementach, zachwycone jej nowym stylem. Ku 

swojemu zdumieniu Lindis stwierdziła, że podziw koleżanek jest szczery.

- Tylko pasek trochę ci się przekrzywił - rzuciła Tone, co najwyraźniej oznaczało, że 

cała reszta jest w najlepszym porządku.

Wśród gości Lindis dostrzegła Dagfinna, ku któremu tęskne spojrzenia słała Marit. On 

jednak   pochłonięty   był   rozmową   z   inną.   Anne   Sofie   sprawiała   wrażenie   rozbawionej   i 

wyjątkowo szczęśliwej. Lindis domyśliła się, że obawy koleżanki okazały się przedwczesne. To 

dobrze, dziewczyna nie będzie musiała przerywać szkoły w połowie roku.

W drodze na wieczorek Lindis natknęła się na pannę Lisbeth Lund. Ukłoniła jej się 

grzecznie, jak zwykle. Nauczycielka tymczasem zmierzyła ją niechętnym wzrokiem, po czym 

szybko się oddaliła. Lindis wiedziała, że tego wieczoru ojciec postanowił zostać w domu ku 

wielkiej radości matki. Lindis była z tego powodu niezwykle dumna. W końcu to jej zasługa.

W pewnym momencie do Lindis podeszła Marit.

- Nawet jak mnie poprosi, nie mam zamiaru z nim tańczyć - powiedziała trochę bez 

związku i znów posłała czułe spojrzenie Dagfinnowi. - Spójrz, jak ci chłopcy uganiają się za 

głupimi gąskami. Mnie nadmiar powodzenia nie grozi, prawda, Lindis? Oni wszyscy boją się 

mądrych dziewcząt!

- Ze mną też żaden nie chce tańczyć. Nawet nie mam tej pociechy co ty - z goryczą w 

głosie odrzekła Lindis.

- No wiesz! Ty w ogóle nie okazujesz im zainteresowania, dlatego omijają cię z daleka. 

Mrozisz ich swoim lodowatym spojrzeniem. Chodzisz z głową w chmurach albo zaczynasz 

rozmowę na zbyt skomplikowane tematy. Oni tego nie lubią. Wolą w kółko chwalić się swymi 

wątpliwymi sukcesami, przytulać się, uszczypnąć tu i tam. To wszystko, na co ich stać. Po co 

nadmiernie wysilać mózg?

- Marit, jesteś niesprawiedliwa - zauważyła ze śmiechem Lindis. - Ale co do mnie masz 

rację. Jakoś żaden z nich mnie nie interesuje. Gdyby mieli same zalety, gdyby stanął przede 

mną sam Tom Cruise, to i tak nie dorastałby nawet do pięt...

- Ach, tak, więc nadal marzysz o tym geologu - powiedziała z przekąsem Marit. - Niech 

background image

ci będzie.

Lindis   przypomniała   sobie   słowa   Ariego.   Mówił,   że   powinna   jak   najwięcej   czasu 

spędzać ze swoimi najbliższymi i z rówieśnikami. Cóż, kiedy nudziła się w ich towarzystwie. 

Nie było jej łatwo.

Żyję w dwóch różnych światach, pomyślała. Pierwszy to mój zwyczajny, powszedni 

dzień, ten drugi, niezwykły, to świat Lo. Największym problemem jest to, że wciąż tęsknię za 

tym drugim.

Nagle Lindis zamarła. Mimo gwaru, jaki panował w pomieszczeniu, usłyszała znajomy 

głos. Głos, który rozpoznałaby nawet wówczas, gdyby dochodził z końca świata. To Lo wzywał 

ją do siebie.

- Lindis, wyjdź na dwór. Czekam w ogrodzie!

Na moment wstrzymała oddech. Była tak uszczęśliwiona, że w pierwszej chwili nie 

mogła zrobić kroku. Zaraz jednak opanowała się i przeprosiła Marit.

- Wybacz mi, Marit, zaraz wracam.... - rzuciła tonem usprawiedliwienia i wybiegła na 

zewnątrz.

Obeszła   dom   w   koło   i   znalazła   się   na   jego   tyłach,   koło   werandy,   której   schodki 

prowadziły   w   dół,   w   stronę   plaży.   W   ciemności   dostrzegła   połyskujący   kombinezon 

przyjaciela. W okamgnieniu znalazła się tuż przy Lo.

- Cześć, jak to dobrze, że przyszedłeś! - rzuciła zdyszana. - Czy będę wam znowu 

potrzebna? Nie wybieracie się czasem w kolejną podróż?

Lo spojrzał na Lindis, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu.

- Nie, na razie nigdzie się nie wybieramy. Myślałem tylko... Lindis, nie mogę wyjść ze 

zdumienia. Wyglądasz tak... tak elegancko...

Elegancko? Lindis spodziewała się innego komplementu. Sądziła, że Lo przywita ją 

bardziej serdecznie. Nie mógł nie zauważyć, jak bardzo się zmieniła, miał wszak znakomity 

wzrok, nie przeszkadzała mu najgłębsza nawet ciemność.

Lo dostrzegł zawiedzioną minę Lindis.

- Może źle się wyraziłem. Wyglądasz pięknie - poprawił się z uśmiechem.

Zanim Lindis zdążyła zareagować, mówił dalej:

- Wiesz, ciekawi mnie, jak się bawicie.

- No to chodź ze mną do środka - zaproponowała uradowana.

- Lepiej nie. Podejdę tylko do okna i trochę pozaglądam. Chyba mnie nie zauważą.

- Może masz rację - rzekła, z trudem opanowując rozczarowanie. - Wyobrażam sobie, 

jakie wywołałbyś poruszenie.

background image

- Zwłaszcza w tym kombinezonie - dorzucił.

- Myślę, że nie tylko ten strój spowodowałby zamieszanie.

Że też tak się wygłupiła! Co jej przyszło do głowy, żeby zapraszać go na wieczorek? 

Obserwowała ukradkiem, jak Lo przygląda się rozbawionej młodzieży, i tym bardziej żałowała 

swoich słów. Lo tak ogromnie różnił się od jej kolegów i koleżanek! Choć dla niej był po prostu 

wspaniałym mężczyzną, jego niezwykłe oczy mogły wywołać szok u innych dziewcząt. A 

może   przeciwnie,   zachwyciłyby   się   nim,   a   potem   nie   mógłby   się   opędzić   od 

rozhisteryzowanych   wielbicielek,   które   starałyby   mu   się   przypodobać.   Nie,   nade   wszystko 

Lindis nie miała zamiaru dzielić się Lo, pokazywać go innym. Należał tylko do niej, był jej 

wiernym przyjacielem i ta świadomość podnosiła ją na duchu.

Nagle zdała sobie sprawę, że Lo śledzi jej myśli, gdyż wyraźnie posmutniał. Lindis 

szybko zaczęła mówić na zupełnie inny temat, ale Lo zdawał się jej nie słuchać.

-   Interesujące   -   wycedził   przez   zęby   i   w   zamyśleniu   obserwował   sączących   drinki 

chłopców. - Nie mogłem sobie odmówić, żeby tu do was nie zajrzeć. Tyle ciekawych postaci...

- Ach, tak, więc tylko po to tu przyszedłeś?

Odwrócił się do Lindis i spojrzał jej głęboko w oczy.

- Tak, tylko po to.

- A co powiedzą na tę wizytę Ari i Tan?

- Nie wiedzą, że tu jestem.

-   Naprawdę?   -   zawołała   Lindis.   -   Wychodzisz   bez   powiadomienia   swoich 

przełożonych?

- No, a co ty zrobiłaś wczoraj w nocy?

-   Wczoraj   wpatrywałam   się   w   planetę   Wenus   w   towarzystwie   ukocha...   Oj, 

przepraszam. Miałam zupełnie co innego na myśli - dodała zawstydzona.

- Ja nic nie słyszałem, Lindis.

Żadne   z   nich   już   się   nie   odezwało.   W   milczeniu   przyglądali   się   gromadzie 

rozbawionych młodych ludzi. Lindis czuła się nieswojo, podglądając znajomych, ale wcale nie 

miała ochoty ruszyć się z miejsca.

- Powiedziałbym, że nie widzę w nich nic nadzwyczajnego - powiedział w końcu Lo. - 

Uważam, że nie dorastają ci do pięt.

Lindis   dopiero   po   chwili   się   zorientowała,   że   Lo   do   niej   mówi.   Po   raz   pierwszy 

usłyszała   jego   prawdziwy   głos.   Tym   razem   Lo   nie   przekazywał   swoich   myśli,   tylko   je 

naprawdę wypowiadał. Głos miał niski, ciepły, dźwięczny. Lindis była nim zachwycona.

- Zobacz, jakie piękne włosy ma ta dziewczyna - rzucił w pewnym momencie. - Takie 

background image

jasne jak łan żyta!

To była Kirsten. Jej długie złotoblond włosy spływały pięknymi lokami na ramiona.

Lindis   posmutniała.  Niewiele   brakowało,   a  rozpłakałaby  się.   Wiele   dałaby za   takie 

właśnie włosy...

- Lindis - zaczął Lo. - Dlaczego tak dziwnie reagujesz? Czy od razu zakochujesz się w 

chłopcu tylko dlatego, że ma bujną czuprynę?

- Oczywiście, że nie.

- Dlaczego więc sądzisz, że ze mną jest inaczej?

- Przepraszam, nie chciałam zrobić ci przykrości. Powiedz, czy jesteś żonaty?

- Nie, od dziesięciu lat zajmuję się wyłącznie badaniem przestrzeni kosmicznej. Jakoś 

nie myślałem o ułożeniu sobie życia. Wcześnie opuściłem rodzinny dom.

- Nigdy nie tęsknisz za kimś bliskim?

- Może czasami - powiedział ostrożnie.

- Za kimś konkretnym?

- Lindis, daj spokój - uciął krótko.

Dziewczyna umilkła, zgaszona, a po chwili zmieniła temat.

- Umiesz hipnotyzować? - spytała.

Lo spojrzał na Lindis w zamyśleniu. Jego zmrużone jak u kota, lśniące jasnym blaskiem 

oczy kontrastowały ze smagłą, jakby opaloną twarzą.

- Hm, może to nie jest najlepsze określenie. Nie wiem zresztą, o co tak naprawdę ci 

chodzi.

Lindis zerknęła na Lo i poprosiła:

-   Czy   mógłbyś   sprawić,   żeby   Dagfinn   zatańczył   z   Marit?   Ona   jest   w   nim   taka 

zakochana, a Dagfinn zupełnie nie zwraca na nią uwagi. Niech poprosi ją do tańca!

-  Widzę,   że  pragniesz   wszystkich   uszczęśliwiać   -  uśmiechnął   się  Lo.   -  A  który  to 

Dagfinn?

Lindis wskazała na jednego z rozbawionych chłopców.

- No wiesz? Czemu miałoby to służyć? - zdziwił się Lo. - On nie zasługuje na jej 

zainteresowanie. Wolałbym skojarzyć ją z tym drugim, który stoi nieco w tyle. Zobacz tylko, 

jak często posyła w jej kierunku czułe spojrzenia.

- Niech więc Marit zmieni swój obiekt westchnień!

-   Lindis,   kochanie,   przecież   nie   jestem   swatem!   Uczuć   nie   można   poddawać 

eksperymentom.

- A gdybyś znał dziewczynę, która ulokowała swoje uczucia nie w tej osobie, co należy, 

background image

nie chciałbyś jej pomóc? Zwłaszcza gdyby nie chodziło o miłość, ale o zwykłą... przyjaźń?

Lindis zdawała sobie sprawę z tego, że jej głos zaczyna drżeć.

- Jeśli chodzi o przelotne zauroczenie, być może uda mi się coś na nie poradzić, ale nie 

mam najmniejszego zamiaru mieszać się do prawdziwej miłości. Nie leży to zresztą w mojej 

mocy.

- Więc nie pomożesz Marit?

- Owszem, jej mogę pomóc, jeśli rzeczywiście tak bardzo ci na tym zależy.

Zależy? Tylko tego brakowało! Co ja narobiłam? Wtrącam się w nieswoje sprawy, a do 

tego ryzykuję utratą przyjaźni Lo. Ale co zrobić, platoniczna przyjaźń dziewczyny i chłopca nie 

może chyba trwać wiecznie.  Prędzej   czy  później  musi przerodzić  się  w  głęboką  zażyłość. 

Dotyczy to także mnie, zwłaszcza że chodzi o kogoś tak przystojnego i zmysłowego jak Lo.

Tymczasem Lo skoncentrował uwagę na dwojgu młodych. W pewnej chwili Lindis 

zauważyła, że Marit podeszła do chłopca, który od dawna tęsknie spoglądał w jej stronę.

A jednak udało się! Lo jest naprawdę wspaniały, pomyślała z wdzięcznością Lindis.

Nie minęło wiele czasu i Marit z chłopakiem, czule objęci, wyszli na werandę. Stali w 

milczeniu, zapatrzeni w sierp księżyca na niebie. Lindis z Lo odeszli po cichutku trochę dalej, 

by para ich nie zauważyła.

- Jak oni mogą tak się obejmować! - zawołał w pewnej chwili oburzony Lo. - Przecież 

prawie się nie znają! A ta twoja Marit nawet go nie kocha! Nie pojmuję waszych zwyczajów. 

Dla nas miłość jest rzeczą wielką, bez niej nie ma mowy o bliskości i fizycznym kontakcie. Czy 

wy   nie   macie   żadnych   zasad?   Większość   tych   dziewcząt...   Ich   myśli   wprawiają   mnie   w 

prawdziwe zakłopotanie. Muszę przyznać, że jestem zaszokowany.

Zawstydzona Lindis przypomniała sobie, że jeszcze niedawno sama chciała pocałować 

Lo.

- Ty jesteś zupełnie inna, przyjaciółko - powiedział Lo, jak zwykłe odczytując jej myśli. 

- Z pewnością podobałabyś się mieszkańcom naszej planety, jesteś bowiem wrażliwą, myślącą 

dziewczyną. To nie tylko moje zdanie, ja to po prostu wiem. Otwartość, szczerość, serdeczny 

stosunek do drugiego człowieka to zalety, które przyciągają do ciebie innych, Lindis.

Lindis zadowolona chłonęła słowa Lo tak, jak gdyby już nigdy więcej nie miała ich 

usłyszeć. Była niezwykle wdzięczna i dumna, że Lo ma o niej tak dobre mniemanie.

Zerwał się wiatr. Lindis drgnęła.

- Zmarzłaś? Chodź do mnie, ogrzeję cię.

Lo otulił dziewczynę połą swojej kurtki i przytulił do siebie. Lindis z wrażenia niemal 

zamarła. Po chwili ostrożnie przyłożyła ucho do szerokiej piersi przyjaciela, a usłyszawszy, jak 

background image

rytmicznie bije jego serce, wykrzyknęła zaskoczona:

- Lo, do tej pory sądziłam, że ty nie masz serca!

- Chyba żartujesz, Lindis. Czyżbyś uważała mnie za robota?

- No... raczej nie. Jak mocno bije! Czy zawsze tak je słychać?

Lo zmarszczył czoło i rzekł niemal z gniewem:

-   Słuchaj,   dziewczyno,   jeśli   nie   przestaniesz   mnie   prowokować,   już   nigdy   się   nie 

spotkamy. Nie rozumiesz, że mnie po prostu dręczysz?

Zmieszana Lindis nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć.

- Przepraszam, ale ja naprawdę nie chciałam sprawić ci przykrości - wyjąkała. - A tym 

bardziej nie miałam zamiaru cię prowokować. Nic nie poradzę, że tak cię lubię - dokończyła 

ledwie słyszalnie.

Lo uśmiechnął się smutno.

- No dobrze, już się nie gniewam. Wiem, że jest ci ciężko. I tak jeszcze niemało się 

nacierpisz.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi na werandę. Kiedy Lo podniósł wzrok na stojącą 

w nich dziewczynę, ta wrzasnęła przerażona i jak burza wpadła do salonu.

Lo zareagował błyskawicznie. Jednym susem pokonał ogrodzenie i stojąc już po drugiej 

stronie, zawołał:

- Lindis, skacz! Złapię cię. Potem biegnij szybko do wejścia, zabierz swój płaszcz i 

zmykaj. Czekam na ciebie za najbliższym rogiem.

Lindis bez namysłu rzuciła się do przodu i wylądowała w ramionach Lo. Zza ściany 

wciąż dochodził histeryczny krzyk dziewczyny.

- Co jej się stało? Dlaczego tak krzyczy?

- Prawdopodobnie w moich oczach odbiło się światło. Możesz sobie wyobrazić, jak to 

wyglądało!

- Wielkie nieba! Już pędzę. Tylko mnie tu nie zostawiaj!

Gdy Lindis znalazła się w przedpokoju, zdjęła z wieszaka swój płaszcz i bez słowa 

wyjaśnienia czym prędzej opuściła dom Tone. Za najbliższym rogiem obejrzała się za siebie. 

Werandę wypełniał już tłumek gości.

- Myślę, że moi znajomi mają się teraz z pyszna - zauważyła z przekąsem Lindis.

Lo nie zareagował. Minęli w milczeniu kilka przecznic, aż wreszcie dotarli do domu 

Lindis.

- Tu właśnie mieszkam.

Zatrzymali się przy schodkach.

background image

- Nie będę wchodził. Znowu narobiłbym zamieszania. Powiedz, czy jesteś zadowolona z 

dzisiejszego wieczoru?

- Było wspaniale! - powiedziała, a w duchu poprosiła: Pocałuj mnie na pożegnanie, Lo.

Bliskość   przyjaciela   przyprawiała   dziewczynę   o   zawrót   głowy.   Po   raz   kolejny 

uświadomiła sobie, że właśnie on jest tym człowiekiem, który mógłby wyrwać ją z zaklętego 

kręgu samotności.

Nic się jednak nie stało. Lo nagle spoważniał i pozostał głuchy na jej prośbę.

-   Teraz   nieprędko   się   zobaczymy   -   zakomunikował   sucho.   -   Obiecałem   to   moim 

przełożonym. Jesteśmy bardzo zapracowani. Odezwę się do ciebie, jak tylko będę miał chwilę 

czasu. Zresztą będziemy cię jeszcze potrzebować.

Teraz wszystko stało się jasne. Stanowi dla Lo jedynie obiekt badań. Chciał poznać 

zachowanie i zwyczaje mieszkańców Ziemi i postanowił ją wykorzystać do tego celu.

- Dobranoc, Lo - wyszeptała zawiedziona.

- Dobranoc.

Z krwawiącym sercem nacisnęła klamkę i weszła do mieszkania.

Kim ja tak naprawdę jestem? myślała rozżalona. Nie wiadomo, czy już dorosłam, czy 

jeszcze jestem małą dziewczynką. Osiemnaście lat, a taka niedojrzała, jak mawia Lo.

Nieodwzajemniona   miłość   bardzo   boli.   Czy   zdołam   sobie   poradzić   z   tym 

wszechogarniającym uczuciem, które nigdy nie doczeka się odpowiedzi?

Dlaczego nikt mnie nie kocha? Czy robię coś nie tak, czy to jakiś żart okrutnego losu? 

Dla mamy i taty tak naprawdę istnieje tylko Karin, a mnie pozostawiają samej sobie. Lisbeth 

Lund, jak się okazało, jest po prostu wyrachowana i nieszczera. Dla Lo stanowię wyłącznie 

obiekt badań naukowych. Dobrze wie, że jestem w nim zakochana, ale poza współczuciem nie 

jest w stanie nic mi ofiarować.

Czym   się   to   wszystko   skończy?   Czy   może   mnie   spotkać   coś   gorszego   niż 

nieodwzajemniona miłość? Chyba pęknie mi serce...

background image

ROZDZIAŁ X

Przez całą sobotę i niedzielę trwały nie kończące się dyskusje na temat potwora, którego 

Anette ujrzała w ogrodzie Tone. Wszyscy byli pod wrażeniem, jakiś żartowniś twierdził nawet, 

że   w   ogrodzie   pojawił   się   wilkołak.   Ów   potwór,   jak   oświadczyła   Anette,   ciskał   z   oczu 

błyskawice, a w dodatku miał wyjątkowo nieforemne ciało. Lindis doskonale wiedziała, co było 

tego powodem. Stała przecież wtulona w ramiona Lo i okryta jego kurtką. Jej samej nie było 

widać, ale sylwetka Lo z pewnością mogła wydać się zniekształcona. Anette mówiła także, iż 

owa groźna istota szykowała się do ataku na nią. Wszyscy w miasteczku byli poruszeni, kilku 

mężczyzn   wydobyło   nawet   broń   myśliwską   na   wypadek,   gdyby   potwór   miał   się   jeszcze 

pojawić.

Lindis słuchała tylko, co mówią inni, sama milczała jak zaklęta.

W poniedziałek na pierwszej lekcji był norweski.

Koleżanki   i   koledzy   Lindis   nie   przestawali   mówić   o   tym,   co   stało   się   w   piątek 

wieczorem. Ktoś spytał Lindis, o której opuściła imprezę, ktoś inny z przejęciem zrelacjonował 

jej   sensacyjne  wydarzenie.  Lindis  łgała  jak z  nut: na  wieczorku  u  Tone  źle  się  poczuła i 

wcześnie opuściła towarzystwo.

O ósmej do klasy wszedł nauczyciel norweskiego w towarzystwie fizyka oraz starszego, 

nieznajomego mężczyzny o żywym spojrzeniu.

Nauczyciel norweskiego przedstawił zaskoczonym uczniom gościa.

- To jest pan profesor Andersen z laboratorium astronomicznego.

Wszyscy trzej panowie usiedli, a potem nauczyciel norweskiego wyjął z teczki stos 

wypracowań.

- Przejrzałem wasze prace - powiedział. - Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia.

Powoli obchodził klasę i zwracał kolejno wypracowania. Z każdym uczniem zamieniał 

przy okazji kilka słów.

- Olav, zupełnie nie zrozumiałeś tematu - rzekł. - Praca w zasadzie nawet nie najgorsza, 

ale za to błędy! Jens! U ciebie także błąd na błędzie. Ocena obniżona o dwa stopnie. Przykro 

mi. Kirsten, zupełnie się nie przygotowałaś. Marit, jak zawsze bez zastrzeżeń.

Lindis siedziała jak na szpilkach. Wolała, by pan nie wypowiadał się głośno na temat jej 

pracy. Kiedy nauczyciel rozdał wszystkie wypracowania, pomijając tylko ją, przeraziła się nie 

na żarty. On tymczasem podszedł do swojego stolika, przystanął przy nim i odetchnąwszy 

głęboko, rzekł:

background image

-   Kiedy   wzi łem   do   r ki   wypracowanie   Lindis   Bergstrøm,   od   razu

ą

ę

 

uznałem,  e jest naprawd  wy

ż

ę

j tkowe. Poniewa  sam nie

ą

ż

 znam się na tych spra-

wach, poprosiłem o pomoc kolegę fizyka. Jak się okazało, on również musiał się poddać. 

Zasięgnęliśmy więc opinii eksperta, pana Andersena. Pan profesor dokładnie przeczytał pracę 

Lindis. Chciałby zadać jej kilka pytań. Dlatego jest tu dzisiaj z nami.

Nauczyciel usunął się na bok i ustąpił profesorowi miejsca przy swoim stoliku. Serce 

podskoczyło Lindis do gardła, nerwowo wycierała spocone dłonie o spodnie.

Profesor odwrócił się w stronę uczniów i rzekł surowym tonem:

- Czy Lindis

 Bergstrøm mo e do mnie podej ?

ż

ść

Lindis z wielkim trudem starała się zapanować nad drżeniem kolan. Reszta klasy nie 

spuszczała z niej wzroku. Co ona znowu nabroiła, myśleli zapewne.

- Hm, tak... - odchrząknął z przejęciem profesor. - Właściwie nie bardzo

  wiem, od 

czego   zacz .   Słyszałem,   e   Lindis   Bergstrøm   nie   jest   szczególnie

ąć

ż

 

wyró niaj c  si  uczennic . Podobno nawet opu

ż

ą ą ę

ą

ciła si  troch  w ostatnim

ś

ę

ę

 

półroczu. Tym bardziej trudno jest mi poj ,  e ta młoda osoba jest autor

ąć ż

k

ą 

tak dojrzałej pracy, powiedziałbym, rozprawy naukowej. Byłbym nie mniej zdumiony, 

nawet gdyby napisał ją mój najlepszy student. Ja... po prostu jestem pełen uznania!

Lindis  stała naprzeciw profesora ze spuszczoną głową, z wypiekami na policzkach. 

Ładne rzeczy, tego tylko brakowało!

- Twoje wypracowanie, Lindis, zawiera specjalistyczne sformułowania, a także szereg 

tez, których nie powstydziłby się najlepszy ekspert. Piszesz o faktach, które znane są wyłącznie 

badaczom.   -   Profesor   z   impetem   złożył   książkę,   którą   trzymał   w   dłoni.   -   Z   wielkim 

zaskoczeniem muszę także przyznać, że znalazłem tu wyjaśnienie pewnej teorii, nad którą od 

dawna   pracowaliśmy.   Lindis   zaprezentowała   nam   alternatywne   rozwiązania   kilku 

skomplikowanych   problemów.   Co   zupełnie   zaskakujące,   sprawdziliśmy   te   rozwiązania,   i 

okazuje się, że są tym, czego od dawna szukaliśmy! Lindis, twoja praca już teraz stała się 

sensacją w środowisku naukowym! Ciekawi mnie, skąd zaczerpnęłaś swoją wiedzę? Wydaje 

nam się niemożliwe, abyś doszła do tego na własną rękę. Wprawdzie wykazujesz talent w 

dziedzinie astronomii, ale nie miałaś, zdaje się, dotąd dostępu do obserwatorium. Zresztą w tej 

części kraju obserwatoriów nie ma.

- Nie - przyznała skruszona Lindis.

-   A   zatem?   Gdzie   się   tego   wszystkiego   nauczyłaś?   Wasz   profesor   twierdzi,   że   to 

wypracowanie jest dla niego ogromnym zaskoczeniem, dotąd twoje prace były przeciętne.

background image

- Trochę czytałam - odparła dziewczyna. - Od dawna interesuję się gwiazdami. Ale 

najwięcej dowiedziałam się od... od... znajomych.

Profesor nachylił się, by nie uronić ani słowa z relacji uczennicy.

- A jak oni się nazywają?

Wielkie nieba, Lo, wybaw mnie z tej opresji! Co ja im teraz powiem?

Na   moment   przymknęła  powieki   w   nadziei   na  lepszą   koncentrację.   Z  całego   serca 

wierzyła, że uda jej się nawiązać kontakt z Lo. Tymczasem dzieląca ich odległość, a może zbyt 

małe telepatyczne zdolności Lindis sprawiły, że jej usiłowania nie przyniosły oczekiwanego 

rezultatu. Była załamana.

Jednak po chwili poczuła w sobie nieznaną dotąd odwagę. Wprawdzie nie sądziła, że 

kontaktuje się bezpośrednio ze swoim przyjacielem, była jednak pewna, że to on wspiera ją z 

daleka.

- Człowiek, który zainteresował mnie tą tematyką, nazywa się Lo - usłyszała własny 

zdecydowany głos, tak jakby to nie ona sama przemawiała. - Jest z wykształcenia geologiem, 

ale posiada wybitną wiedzę w dziedzinie astronomii.

Po klasie przeszedł szmer podziwu. Geolog, o którym wspominała Lindis! A więc on 

naprawdę istnieje, skoro wypracowanie Lindis wywołało taką sensację!

Tymczasem profesor Andersen wyprostował się i rzekł:

- Hm, w środowisku naszym nie znamy osoby o takim nazwisku. Czy on mieszka gdzieś 

niedaleko?

- W tej chwili jest nieobecny - odparła Lindis. - Ale wkrótce znowu się pojawi.

- W takim razie koniecznie chcemy go poznać. Bądź tak miła i przekaż mu to. A propos, 

czy on jest Norwegiem?

- Nie.

Profesor z pewnością chciał uzyskać więcej informacji na temat tajemniczego geologa, 

ale porzucił ten zamiar, co Lindis uznała za ewidentną zasługę Lo; z pewnością udało mu się 

skierować myśli astronoma na inne tory. Profesor Andersen zaś dodał:

- Muszę przyznać, Lindis, że masz bujną wyobraźnię. W twojej pracy wysuwasz tezę, że 

istnieją planety, które zamieszkują żywe istoty. Na to nauka nie zdobyła jeszcze dowodów. 

Zauważyłem też, że szczególnie interesuje cię odległy od nas setki lat świetlnych Procjon. 

Dlaczego właśnie ta gwiazda?

Czy rzeczywiście coś podobnego napisałam? Co mi strzeliło do głowy?

Tymczasem profesor drążył nieubłaganie:

- Trochę puściłaś wodze fantazji, prawda?

background image

- Tak - przyznała ze skruchą dziewczyna.

- No właśnie. Mimo to jestem zdania, że wypracowanie Lindis Bergstrøm zasługuje na 

najwyższą ocenę, ba, na celujący. Nauczyciel zaproponował bardzo ogólny temat: „Gwiaździste 

niebo   jesienią”,   tymczasem   Lindis   potraktowała   go   wyjątkowo   konkretnie.   Brawo!   Choć 

elementy fizyki kwantowej lub kwazary nie są specjalnością norwegisty, zrobiły jednak na nim 

wielkie wrażenie. Ale to, jak sądzę, jest już zasługą twoich przyjaciół.

Lindis miała wielką ochotę przyznać, że kwazary zna od dawna, ale uznała, że lepiej 

więcej się nie odzywać.

-   Pan   nauczyciel   przymknął   oko   na   fakt,   że   wyszłaś   poza   ramy   zwykłego 

wypracowania. Ja natomiast mogę dodać, że twoja praca posłuży za znakomity materiał do 

rozprawy doktorskiej. Jeszcze  raz proszę, abyś skontaktowała się ze swoim przyjacielem i 

umówiła nas na spotkanie. Myślę także, że wkrótce będziemy mogli zaprosić was oboje na 

konferencję w stolicy poświęconą nowym trendom w fizyce i astronomii. Obiecaj mi to, Lindis.

- Naturalnie - przytaknęła bez namysłu dziewczyna.

Na tym lekcja się skończyła. Lindis czuła się tak wyczerpana, że ledwie stała na nogach. 

Swoje   pierwsze   kroki   skierowała   do   toalety,   nie   miała   bowiem   ochoty   z   kimkolwiek 

rozmawiać.

Gdy nieco już ochłonęła, wysłała telepatyczne podziękowanie do Lo.

Jestem ci dozgonnie wdzięczna, pomyślała.

Wydawało się jej, że Lo odpowiedział:

- Nie ma za co, przyjaciółko. Dałaś sobie radę...

Ktoś trzasnął drzwiami, a Lindis zdążyła jeszcze dorzucić:

- Na razie mi się udało. Nie wiem za to, jak sobie dalej poradzę, jak to się skończy?

Tym   razem   odpowiedziała   jej   niczym   niezmącona   cisza.   Lindis   nie   odebrała   już 

żadnych wiadomości i odtąd sama musiała radzić sobie z dalszymi problemami.

background image

ROZDZIAŁ XI

Rozstanie nadeszło gwałtownie.

W czasie obiadu zadzwonił telefon. Odebrał ojciec. Lindis słyszała całą rozmowę.

-   Alarm   obrony   cywilnej?   Dziś   wieczór?   Dlaczego?...   Co   mówisz?   Harcerz?   Co 

widział?... UFO?! No, tylko bez takich bzdur... Nieznany obiekt o charakterze militarnym? 

Niemożliwe!...   Aha...   Coś   takiego!...   Jak   to   było?...   Wpełzł   pod   skalny   blok   i   zobaczył... 

Podwozie?...   Nie   domyślił   się,   jakiego   pojazdu?...   Nie,   ja   też   nie   wiem...   Aha?...   O!... 

Naprawdę?... W świerkowym lesie za wrzosowiskiem, już notuję... Tak, wiem, gdzie to jest... A 

co   on   tam   robił?...   Szukał   gniazd   gilów...   Ci   harcerze...   Zadbaliście,   żeby   tam   nikt   nie 

chodził?...   On   nikomu   nie   powiedział,   to   dobrze...   A   więc   czekamy   na   wojsko...   Pełne 

uzbrojenie, no tak, to poważna sprawa... Zagrożenie dla kraju... Słyszał, jak ktoś się poruszał 

we wnętrzu?...   Nie  do uwierzenia...  Nie,  nie będę mógł   pójść,   złapało  mnie lumbago,  ale 

zawiadomię moich... A więc przy szkole o dziesiątej. Będę!

Lindis zbladła jak kreda. Teraz była szósta. Zostały cztery godziny...

Jeszcze nigdy nie biegła tak szybko. Gdy dotarła do lasu, upadła na ziemię. Wymęczone 

płuca nie dawały rady, widać jeszcze nie odzyskała pełni sił po intensywnym odchudzaniu. 

Leżała na mchu, z trudem łapiąc powietrze i przeklinając swoją słabą formę. A cenne minuty 

upływały...

Zmobilizowała siły i ruszyła dalej.

Pierwszy raz szła tą drogą sama. Gdyby nie niepokoiła się tak losem swoich przyjaciół, 

z pewnością  przestraszyłaby  się  ciemności.  Zmrok już zapadł,   a las  był   gęsty.  Starała  się 

trzymać drogi. Najgorzej było na skalnym rumowisku. Kamienie wydawały się tak do siebie 

podobne... Kilka razy potknęła się i potłukła boleśnie. W lesie szła od drzewa do drzewa. Przez 

chwilę miała wrażenie, że się zgubiła, gdyż droga wydała jej się zbyt długa. W końcu jednak 

znalazła się na polance. Przyspieszyła i wreszcie dopadła do skalnego bloku.

Załomotała pięściami.

- Otwórzcie! Otwórzcie! Tu Lindis. Szybko! Pospieszcie się!

Słyszała,   jak   histerycznie   brzmiało   to   wołanie,   ale   nic   się   nie   liczyło.   Byle   tylko 

otworzyli!

Drzwi się uchyliły i Lo pomógł jej wejść. Była tak zmęczona, że osunęła się na kanapę.

- Jakiś harcerz odkrył wasz pojazd - wykrztusiła z trudem. - Przyjdą tu dziś wieczorem o 

dziesiątej. Będą uzbrojeni żołnierze!

Rozmawiali między sobą, wyraźnie zdenerwowani. Spytali Lindis o czas, nie za bardzo 

background image

wiedzieli, jak długo trwa ziemskie półtorej godziny.

- Ruszamy zaraz - powiedział Ari do dziewczyny. - Dziękujemy za ostrzeżenie! Nie po 

raz pierwszy wyświadczasz nam przysługę. A teraz pędź do domu!

- Kiedy tu wrócicie? - rzuciła niecierpliwie.

Zatrzymali się z poważnymi minami.

- Nigdy nie wrócimy, Lindis - odparł Ari.

- Jak to... nigdy?... - spytała, patrząc na nich przestraszona. - Jedziecie w inne miejsce? 

Mogę...

- W zasadzie  skończyliśmy badanie  tego  systemu słonecznego.  Teraz  statek  -  baza 

wraca do domu. Byliśmy w przestrzeni kosmicznej już dziesięć lat. Dłużej w tych warunkach 

nie może przebywać żaden badacz. Kiedy wyruszymy w kolejną ekspedycję, naszym celem 

będzie inny system słoneczny, odległy może o kilkaset lat świetlnych stąd.

Patrzyła na nich osłupiała. Lo wbił wzrok w podłogę i przygryzł wargę.

- Ale... poczekacie chyba, póki nie zabiorę z domu kilku rzeczy? - spytała niepewnie.

Profesor Tan pokręcił głową.

- Nie możesz z nami lecieć, Lindis.

Zapadła cisza. Patrzyła na nich nic nierozumiejącym wzrokiem.

- Nadszedł ten moment, o którym ci mówiłem, Lindis - powiedział Ari współczującym 

tonem. - Ostrzegałem cię przed nim. To koniec.

Skuliła się, zgnębiona.

Profesor Tan podszedł do niej i objął ją.

- Zegnaj, mała Lindis. Nigdy cię nie zapomnę.

- To nie może być prawdą - wyszeptała.

Teraz objął ją Ari.

- Gdyby tak wszyscy byli tacy jak ty...

Odszedł.

Lo patrzył na nią, stojąc bez ruchu. Do Lindis zaczęło docierać, co się naprawdę zaraz 

stanie.

- Lo! - zawołała, jakby prosząc go o pomoc, i umilkła.

Objął ją mocno.

- No, już, już... - powiedział pocieszająco. - Wkrótce zapomnisz.

- Nie odjeżdżaj, Lo! Nie odjeżdżaj!

- Muszę - odparł łagodnie. - Sama widziałaś, że do was nie pasuję. Ari ma rację: gdyby 

wszyscy   na   Ziemi   byli   tacy   jak   ty,   może   mógłbym   zostać.   Ale   przecież   na   własne   uszy 

background image

słyszałaś: wojsko i inni chętni do strzelania zawsze się znajdą. Najpierw strzelają, a dopiero 

potem patrzą, do kogo.

- No to weź mnie ze sobą!

- Jesteś jeszcze dzieckiem, Lindis. Nie mamy prawa tego zrobić. Pomyśl o rodzicach! 

Poza tym, nie dasz rady. Pamiętasz, co się działo podczas startu pojazdu?

- Wolę umrzeć z tobą, niż żyć tu bez ciebie - mruknęła, choć wiedziała, że to brzmi 

patetycznie.

Nadszedł Ari.

-  Nie  męcz go  już,   Lindis  -  rzekł  ze  smutkiem.  -  To  się  na  nic  nie  zda.  Musimy 

przygotować się do startu.

- Odprowadzę ją kawałek - zdecydował Lo. - Mamy jeszcze trochę czasu.

Najgorsze, że jej miłość była nieodwzajemniona. Wiedziała, że narzuca się Lo ze swym 

uczuciem   mimo   jego   obojętności.   Zawstydzało   ją   to   niewypowiedzianie,   ale   nie   mogła 

powstrzymać łez. Miała wrażenie, że jest rozdzierana na strzępy. Jedyna osoba na całej Ziemi, 

którą kiedykolwiek kochała... Czuła dojmujący ból, mając świadomość, że ta osoba... Nic nie 

pozostanie.

Znów   szli   przez   las.   Ostatni   raz   prowadził   ją   przez   rumowisko.   Lindis   starała   się 

powstrzymać płacz, ale łzy płynęły jej po twarzy nieprzerwanym strumieniem.

- Lindis - zaczął Lo cicho. - Nie wolno ci zrobić tego, o czym teraz myślisz.

- Ale ja nie mam po co żyć!

- Tak nie można.

- Łatwo ci mówić. Nie rozpacza się po obiekcie badań...

- Nie mów tak, Lindis!

Nie  zauważyła, kiedy doszli  nad skały nad morzem. Właśnie tam, gdzie  się wtedy 

zsunęła. Nie chciała spojrzeć w dół, w miejsce, gdzie stała, zanim on ją uratował.

- Tu cię znalazłem - powiedział. - I tu musimy się rozstać. Nie płacz już, Lindis! Wierz 

mi, wkrótce zapomnisz.

- Wiesz, że nie zapomnę, Lo.

- Tak, Lindis, wiem - odparł cicho. - Ale kiedyś musisz nauczyć się rezygnować. I 

akceptować.

- Nie ma żadnej nadziei? - Dziewczyna była niepocieszona.

Potrząsnął głową.

- Napiszesz... No nie, głupia jestem. A nie możesz mi dać tego aparatu? Moglibyśmy 

wtedy ze sobą rozmawiać...

background image

- Na odległość bilionów kilometrów?

- Ależ Lo, to będzie tak, jakbyś umarł. Tylko jeszcze gorzej.

- Tak, Lindis. A ty jakbyś umarła dla mnie.

Myślała, że się przesłyszała.

- Czyżbym coś dla ciebie znaczyła?

Nie odpowiedział. Stał tylko, obejmując ją mocno i kołysząc powoli.

Fale   połyskiwały   szaro   gdzieś   pod   nimi.   Wiatr   szarpał   ich   ubrania,   ale   Lindis   nie 

zwracała na to uwagi. Była otępiała z rozpaczy. Przesunęła dłoń ku policzkowi przyjaciela i 

odwróciła jego twarz w swoją stronę.

- Lo - spytała zdziwiona. - Myślałam, że tylko ja... Lo! Naprawdę? Może to tylko litość?

Znów ogarnęła ją ta niezwykła mgła. Poczuła miłość i smutek tak głęboki jak fizyczny 

ból.

- Kochałem cię od pierwszej chwili. Nie wolno mi było jednak tego okazać, bo jesteś 

taka młoda i wiedziałem, jak to się musi skończyć. Ale teraz... Kochana, kochana dziewczynko 

z innego świata!

Wreszcie  Lindis dowiedziała się, jaki jest pocałunek Lo.  Czegoś  takiego  na pewno 

nigdy już nie będzie jej dane doświadczyć. Człowiek z gatunku Lo wkłada w pieszczoty o wiele 

więcej miłości, oddaje swą duszę, serce i całego siebie. Lindis odwzajemniła jego pocałunek z 

żarem, wiedząc, że Lo zna jej uczucia lepiej niż ktokolwiek na Ziemi. Wtuliła twarz w jego 

szyję, szepcząc wciąż jego imię w dzikiej, nieopanowanej rozpaczy.

Nie zauważyła, jak zaczął delikatnie gładzić jej skronie. Osunęła się na trawę, zdawało 

jej się, że słyszy słowa: „Zegnaj, moja kochana Lindis”, a potem cichnące kroki Lo.

Zapadła w ciężki sen.

Ocknęła się i usiadła gwałtownie. Była noc, morze huczało, wiatr wył gdzieś w skałach.

Gdzie była? Dlaczego tu leżała? Ale zimno! Tak pusto i samotnie.

Było jej niezwykle smutno. Co się właściwie stało? Nagle przypomniała sobie, że szła 

tędy po szkole, samotna i pełna goryczy. Nikomu na niej nie zależało. Tęskniła za prawdziwym 

przyjacielem, powiernikiem, ale nie miała nikogo. Jej matka właśnie powiedziała jej, że nie jest 

jej biologiczną matką, a ojciec - prawdziwym ojcem. Zajęli się nią z obowiązku, ale ich własna 

córka zawsze była dla nich najważniejsza.

A potem? Idąc po skałach, nie patrzyła pod nogi, poślizgnęła się...

Ale co było potem?

Pamięć zaczęła się jej rozjaśniać. To było coś wspaniałego, sen o gwiazdach i statku 

kosmicznym, astronomach i...

background image

Lo!

Wspomnienie   przeszyło   ją   niczym   nóż.   Wszystko   już   pamiętała.   To   było   takie 

rzeczywiste.

Czuła, że płakała. No tak, można płakać przez sen, zdarzało się jej to. Pewnie uderzyła 

się w głowę przy upadku i straciła przytomność, tego przecież nie mogła pamiętać.

Sen? To wszystko było tylko snem?

Raczej tak. Nic tak dziwnego nie dzieje się naprawdę. To jedno z jej szalonych marzeń, 

może bardziej szalone niż zwykle. Pewnie pod wpływem upadku...

Zebrała   wszystko   razem:   wyidealizowany   obraz   przyjaciela...   Przecież   ona   zawsze 

marzyła o kimś niezwyczajnym. No i był przystojny, mądry, miły... I miłość. Budząca się w 

niej   kobieta   tęskniła   za   miłością.   Lindis   zawsze   marzyła,   aby   zjawić   się   na   imprezie   z 

najwspanialszym facetem. Zrezygnowała z tego, może z powodu kompleksu niższości? Z oba-

wy, że spodoba mu się jakaś klasowa piękność?

A marzenie o sławie? Chwalono ją przed całą klasą, a przecież człowiek zwykle chce 

się popisać przed przyjaciółmi. Wypracowanie uznano za sensację, i to z dziedziny, w której 

pozornie była słaba. To było beznadziejne, typowo dziecinne marzenie.

Problemy   domowe?   Czy   podświadomie   nie   czuła,   że   coś   jest   nie   tak?   Czy   nie 

podejrzewała, że ojciec i Lisbeth Lund byli kimś więcej niż przyjaciółmi? I oto nadeszła ona, 

bohaterka z naostrzonym rewolwerem, i zaprowadziła porządek.

Naostrzony rewolwer? Chyba coś jej się pomieszało. Lindis aż zachichotała.

No i ten aparat do odczytywania myśli. Przecież o czymś takim też marzyła. Chciała 

wiedzieć, jakie myśli kłębią się w głowach innych.

A tęsknota do idealnego świata... Do Utopii... Wszystko tam było!

Wreszcie   podróż   w   przestrzeń   kosmiczną.   Lindis   zaśmiała   się   gorzko.   Statek 

kosmiczny, z którego mogła oglądać Wenus! I ci wszyscy mieszkańcy jej planety zadający tyle 

pytań, i ona, która na nie odpowiadała! Marzenie, że jest się kimś Ważnym.

Ten ból przy starcie? Przecież też można wytłumaczyć to upadkiem, poobijaniem się o 

skały. Z pewnością to właśnie odczuwała podczas tego dziwnego snu.

Czemu jednak musiała śnić o Lo? Myśl o nim nadal przysparzała jej cierpienia. Czy nie 

mogła śnić o kimś mniej miłym i łatwym do zapomnienia?

Zadrżała z zimna. Jak długo tu leżała? Niedobrze! Wstała i zaczęła iść w stronę domu. 

Dla rozgrzewki przebiegła kawałek.

Nie   miała   już   przecież   tego   wspaniałego   szalika   Lo.   Dziewczyna   uśmiechnęła   się 

gorzko. To znów sztuczka jej wyobraźni. Czy coś okręconego wokół szyi mogło ogrzać cale 

background image

ciało? Przypuszczalnie pociła się, stąd sen o ogrzaniu się czymś należącym do Lo. Ech, cóż za 

fantazje!

Zima jeszcze nie minęła, w powietrzu panował nieprzyjemny chłód. Na jej planecie 

marzeń nie istniała zima...

Przygniatała ją pustka. Ten długi sen zdawał się być tak prawdziwy... Tak wspaniały i 

tak   bolesny.   Przyjaźń   z   Lo   była   niewypowiedzianie   piękna.   Taka   przyjaźń   nie   zdarza   się 

naprawdę...

Czy doprawdy można śnić tak realnie?

O, tak, jeśli to jest coś, za czym się bardzo tęskni.

A gdyby to nie był sen...? Gdyby jednak... Nie, Lo nie istnieje naprawdę i nigdy nie 

przeżyła   tych   wspaniałych   dni.   Może   tak   jest   lepiej.   Bo   przecież   jeśli   to   nie   sen,   Lo 

znajdowałby się teraz w przestrzeni kosmicznej. Nigdy nie spotkałaby już kogoś takiego jak on. 

Lo i ona pasowali do siebie jak dwie połówki jabłka. Dzieliłaby ich teraz odległość bilionów 

mil. Na zawsze.

Tak, chyba lepiej, że był to sen. Nawet bolesny.

Zegar kościelny pokazywał dziesięć po dziewiątej. Nie później? Zdawało się jej, że jest 

grubo po północy.

Nadjechała Karin na rowerze. Zatrzymała się i zeskoczyła.

- Tu jesteś! Zwariowałaś, Lindis, dlaczego nie wracasz do domu? Tata i mama czekają 

od kilku godzin!

- Jaki dzisiaj dzień?

- Poniedziałek, oczywiście!

No tak, to by się zgadzało. Właśnie w poniedziałek poszła na skały nad morzem. Była 

zrozpaczona:   matka   ujawniła   jej   przeszłość,   bolała   ją   niesprawiedliwość   losu,   była   zła   na 

własne ciało, które chciała zmusić do schudnięcia aż do granic anoreksji... Czy to dziwne, że 

była   tak   niemiła   przez   ostatni   rok?   Bunt   okresu   dojrzewania,   udręczone   ciało   wołające   o 

jedzenie... I to uczucie, że jest niechciana. Zajmowali się nią całe życie, dawali wszystko, czego 

potrzebowała, a ona odwzajemniła się okropnym zachowaniem i słowami pełnymi złości.

Poprawi się teraz! Czas buntu i egoizmu już minął.

Pomyśleć, że leżała tam na skałach i śniła o jakichś cudach! Lindis zadrżała.

Była w stanie wyśmiać wszystko, o czym śniła, wszystko z wyjątkiem Lo. To bolało. 

Lo, dlaczego muszę o tobie marzyć? Jak zdołam zakochać się w innym chłopaku? Zawsze będę 

tęskniła za postacią ze snu...

Podniesione głosy rodziców dotarły do Lindis z ich sypialni. Raczej jej nie usłyszeli i 

background image

nadal się kłócili.

- Nie zauważyłeś tego w szkole? - krzyczała matka. - Musiałeś coś zauważyć. Twoja 

własna córka paląca marihuanę! Chyba umrę ze wstydu.

- Gdzie ona jest? Słyszałem, jak trzasnęły drzwi na dole. Wyszła? Wyszła po więcej?

- Skąd mam wiedzieć? - krzyknęła matka histerycznie. - Co to w ogóle za córki? Jedna 

ma anoreksję, druga pali trawkę. Na pewno Lindis ją tego nauczyła.

No nie... pomyślała Lindis i aż przystanęła. Nigdy w życiu nie próbowałam żadnych 

narkotyków!

Najgorsze było, że ojciec też ją obwiniał. Na pewno Lindis skusiła do tego słodką małą 

Karin. Okropna Lindis!

- Nic, tylko problemy z tym twoim dzieciakiem.

- To przecież nie moje dziecko - zaprotestowała matka. - Nie możesz winić mojej 

rodziny za to, że ta dziewucha jest tak beznadziejna!

Gdyby sen był prawdą, musieliby wspomnieć jej wspaniałe wypracowanie o gwiazdach! 

Ale nie zrobili tego... To ostatecznie zaprzeczało istnieniu Lo.

O Boże, jakie to wszystko trudne!

- Jak długo jeszcze ona ma tu mieszkać? - spytał ojciec ponuro.

- Niedługo skończy szkołę. Wtedy musi iść do pracy. Będę potrzebowała jej pokoju dla 

Karin, do odrabiania lekcji.

- Tak jej słabo idzie, że mogę ją już teraz wyrzucić ze szkoły. Zaraz, powiedziałaś, że 

będziesz potrzebowała tego pokoju? Co masz na myśli?

- Chyba nie wyobrażasz sobie, że będziesz tu mieszkał po skandalu z tą małą podlizuchą 

ze szkoły? Idź do niej, do swojej kochanki! Nie chcę cię tutaj, brzydzę się tobą. Wszyscy już 

wiedzą o tej ohydnej historii. Ale Karin nigdy nie dostaniesz.

- Będę ją miał! Jest moim jedynym dzieckiem! Samotna kobieta nie uchroni jej przed 

złym wpływem kolegów!

- Ona jest też moim jedynym dzieckiem, nie zapominaj o tym! Możesz wziąć Lindis.

- Chcę Karin. Dlaczego sama nie weźmiesz Lindis? To ty ją wprowadziłaś do rodziny.

- Jestem matką Karin. Ja mam do niej prawo, ty swoje straciłeś.

- Nigdy jej nie dostaniesz! Poza tym mówiłem ci już tysiące razy, że skończyłem z 

Lisbeth Lund. Jest tylko małą intrygantką.

- Nie myśl, że ci przebaczę tylko dlatego, że teraz tak mówisz! Jutro pakujesz rzeczy i 

do widzenia!

- Nie wyjadę bez Karin. Jest moja.

background image

- Straciłeś do niej prawo!

Kłótnia trwała dalej. Lindis uciekła do swego pokoju i oparła się plecami o drzwi.

Płakała cicho i bezradnie. Czy można być bardziej samotnym?

I nagle zobaczyła to.

Na nocnej szafce leżał niebieski jak lawenda szalik.

background image

ROZDZIAŁ XII

To jednak nie był sen!

Oczywiście, że nie! Przecież ojciec nic nie wiedział o tym, jaką intrygę szykuje panna 

Lund! Kiedy Lindis po słownej utarczce z ojcem roztrzęs

iona wybiegła z domu, nic nie 

wskazywało na to, by pan Bergstrøm chciał porzuci  pann  Lund! Teraz była

ć

ę

 

ju  całkiem pewna, nie mogła si  myli : przy

ż

ę

ć

goda z Lo nie była wytworem jej 

wyobra ni.

ź

Zaraz, która to godzina? Za kwadrans dziesiąta?

Lindis zerwała się na równe nogi i złapała swój mały plecak. W okamgnieniu chwyciła 

kilka najpotrzebniejszych drobiazgów: błękitny szalik, ulubione książki, bieliznę i dwa golfy na 

zmianę, po czym wybiegła z domu. Szansa, by zdążyła przed odlotem pojazdu, była minimalna, 

lecz Lindis nie darowałaby sobie, gdyby nie spróbowała. Dobrze wiedziała, że może jest już za 

późno, że polana będzie zupełnie pusta. Nie przestawała jednak modlić się w duchu.

Gdyby jednak zechcieli zabrać ją ze sobą? Może jakoś zdoła ich przekonać?

Właśnie przebiegała koło osiedla domków jednorodzinnych, kiedy zauważyła oparty o 

parkan samotnie stojący rower. Podobno cel uświęca środki, pomyślała usprawiedliwiająco, i 

wskoczyła na siodełko. Z całych sił naciskała na pedały i tak samo intensywnie starała się 

skoncentrować swoją uwagę na Lo; może odbierze jej sygnały i poczeka?

Nie zostawiaj mnie, proszę, nie odjeżdżaj beze mnie, błagała w duchu. Jaka czeka mnie 

tu przyszłość? Wszystko skończone! Rodzice niedługo się rozejdą i oboje się mnie wyrzekną. 

Wkrótce nie zechcą mnie w domu i bez wahania rozkażą, bym szukała sobie innego miejsca. 

Lo, tak bardzo pragnę być z tobą, moje miejsce jest przy tobie!

Gdy Lindis mijała budynek szkolny, zauważyła kolumnę wojska w równym szyku, 

gotową do wymarszu. Na samym przedzie stały dwa opancerzone wozy...

Co za szaleńcy, co oni robią? myślała przerażona Lindis.

Dotarła do skraju lasu, zeskoczyła z roweru i porzuciła go. Pędem puściła się w stronę 

polany.

Już za późno, już na pewno za późno, myślała załamana. Tak długo z pewnością nie 

czekali! A jeśli jeszcze są, nie będą chcieli zabrać mnie ze sobą!

Nie zostawiajcie mnie tutaj, nic mnie już tu nie trzyma! Przecież dobrze o tym wiecie. 

Błagam, nie zostawiajcie mnie!

A może już dawno zniknęli w przestrzeni międzyplanetarnej ?

Serce Lindis ściskało się z żalu na tę myśl.

background image

Mimo że nadzieja na spotkanie była niemal żadna, Lindis nie zwalniała. Pędziła na 

złamanie karku. Z tyłu, za plecami, słyszała warkot silników, znak, że wojskowa kawalkada 

ruszyła w tym samym co ona kierunku.

W lesie panowała niemal całkowita ciemność. Lindis co kilka kroków potykała się o 

niewidoczne w mroku, wystające z ziemi korzenie i gałęzie, które boleśnie raniły jej stopy. Z 

minuty   na   minutę   plecak   ciążył   jej   coraz   bardziej.   Jakby   tego   było   mało,   często   traciła 

orientację, myliła ścieżki, zawracała, zmieniała kierunek i znowu zaczynała biec.

Odmówią, na pewno odmówią, dlaczego mieliby zmienić zdanie? Ari nigdy nie zgodzi 

się na to, by mnie zabrać! Nie ma już dla mnie żadnej nadziei! szlochała.

Naraz w ciemności zauważyła czyjąś sylwetkę. Ktoś się do niej zbliżał. W pierwszej 

chwili przykucnęła, by się ukryć, sądziła bowiem, iż to jeden z żołnierzy. Po chwili usłyszała 

głos Ariego.

- Lindis, przyjaciółko, jak to dobrze, że o nas myślałaś. Już nawet włączyliśmy silniki i 

sekundy dzieliły nas od startu. Chodź, podaj mi rękę, bo czas nagli. A cóż to masz ze sobą?

- To mój plecak. Zapakowałam do niego kilka ważnych drobiazgów.

- Pomogę ci, widzę, że jesteś wykończona, ledwie trzymasz się na nogach. Nie masz 

pojęcia,   jak   bardzo   uszczęśliwisz   pewnego   człowieka,   Lindis!   Właśnie   zajmuje   się 

przygotowaniem   specjalnej   kabiny   dla   ciebie,   żeby   tym   razem   jak   najbardziej   ograniczyć 

niebezpieczeństwo.

Lindis uroniła kilka łez, a wzruszenie odebrało jej mowę. Więc jednak moje prośby 

zostały wysłuchane, pomyślała z radością.

- Nie ciesz się za wcześnie, moja droga. Stoisz przed naprawdę ciężką próbą. Mam 

nadzieję, że Lo zrobi wszystko, co w jego mocy, byś nie cierpiała. Ale musimy się spieszyć, już 

jesteśmy spóźnieni, a to wszystko przez niego. Uparł się, że zostanie, ale nie wyraziłem na to 

zgody. Poza tobą nie znaliśmy tu nikogo, a ty, jak na złość, bardzo przypominasz mieszkańców 

naszej planety. Tymczasem Lo w tajemnicy przed nami wymknął się na spotkanie z tobą i przy 

okazji   przyjrzał   się   innym   młodym   ludziom.   Jak   nam   później   opowiadał,   był   kompletnie 

zaszokowany. Dostrzegł wiele fałszu, zawiści, nieżyczliwości. A my nie możemy pozwolić 

sobie na przyjmowanie takiej ilości negatywnych sygnałów. To mogłoby nas unicestwić.

Ta informacja ogromnie przeraziła dziewczynę. Ją też nieprzyjemnie zaskoczyły reakcje 

i postawy najbliższych koleżanek.

Tymczasem Ari kontynuował:

- Chłopak nie miałby tu wielkich szans, pękłoby mu serce. Właśnie dlatego nie mogłem 

pozwolić, by został na Ziemi. Tymczasem jednak zorientowałem się, że Lo kocha cię nad życie. 

background image

A my możemy kochać tylko raz, i to tylko wtedy, gdy miłość jest odwzajemniona. Ty i Lo 

zostaliście   dla  siebie   stworzeni,   on  zaś   był   na  najlepszej   drodze,   by  cię  utracić.   To  także 

oznaczałoby dla niego koniec. Nie mogłem do tego dopuścić.

- Och, Ari!

- Na jego szczęście okazało się, że zapadłaś w dość lekki sen. Gdy zaczęłaś nas wzywać, 

gdy opowiedziałaś o tym, co cię czeka, nie zwlekaliśmy ani chwili dłużej. Zdecydowaliśmy, że 

pojedziesz z nami. W przeciwnym wypadku unieszczęśliwili - byśmy i Lo, i ciebie. Ani ja, ani 

Tan nie zdawaliśmy sobie przedtem sprawy z tego, że wasze uczucie jest tak silne. Uważaliśmy, 

że jesteś zbyt młoda i nie wiesz, czym jest prawdziwa miłość. Lo zadba o to, byś mogła mu w 

przyszłości towarzyszyć w jego podróżach badawczych. Czy chcesz tego, Lindis?

- Ależ tak, z całego serca! Przysięgam, że nigdy go nie opuszczę!

- To dobrze - Ari uśmiechnął się ciepło. - No, a teraz pospieszmy się, bo słyszę warkot 

samochodów.

Właśnie znaleźli się na polanie, tuż przed gotowym do startu pojazdem. Lo chwycił 

Lindis w ramiona i wciągnął do wnętrza kabiny, po czym błyskawicznie zatrzasnął za sobą 

drzwi. Ari zajął miejsce w swoim fotelu, podczas gdy Lo zakładał Lindis uniform, który trochę 

przypominał kamizelkę ratunkową.

Lo najwyraźniej odblokował swoje myśli, bo Lindis ze zdumieniem zauważyła, że wie o 

wszystkim, co dotąd ukrywał. Tym razem nie sprawiał wrażenia osoby powściągliwej, tysiące 

najróżniejszych   myśli   w   nieładzie   przelatywały   mu   przez   głowę.   Nade   wszystko   Lindis 

odczuwała radość i wielką ulgę. Odtąd jego myśli staną się moimi myślami, i odwrotnie. Odtąd 

Lo nie będzie miał przede mną żadnych tajemnic.

Lo umieścił Lindis w specjalnym siedzisku, założył jej na usta aparat tlenowy, po czym 

zamknął nad nią dużą przezroczystą kopułę. Silniki nabrały mocy.

Nadszedł moment startu. Dla Lindis było to kolejne trudne przeżycie. Oddychała ciężko, 

choć   kamizelka   zdecydowanie   regulowała   nierówny   oddech.   Po   kilku   minutach   Lo   uniósł 

kopułę i, podobnie jak za pierwszym razem, zrobił Lindis zastrzyk. Dziewczyna, widząc strach 

w oczach ukochanego, powiedziała:

- Zniosę wszystkie trudy. To lepsze niż życie bez ciebie na Ziemi.

I  nagle   wszystko się  odmieniło.  Lindis  znowu mogła swobodnie oddychać,   zaś  Lo 

wyłączył aparaturę i objął dziewczynę. Lindis pogładziła go po głowie i poczuła się, jak nigdy 

dotąd, zupełnie dorosła.

Po chwili zwróciła się do profesora Tana:

- Chciałabym wysłać na Ziemię wiadomość, że ze mną wszystko w porządku. Nie chcę, 

background image

żeby się martwili ani by mnie szukali.

- Możemy to zrobić, Lindis. Musisz podejść do mnie, a ja przekażę tę wiadomość twoim 

rodzicom.

Lindis zastanawiała się przez chwilę, co powinna powiedzieć, po czym Tan przesłał jej 

komunikat:

-   Nazywam   si   Lindis   Bergstrøm   i   mieszkam   w   północnej   Norwegii.

ę

 

Obecnie znajduj  si  na po

ę ę

kładzie obiektu lataj cego. Udaj  si  w kierunku

ą

ę ę

 

czwartej   planety   Procjona,   sk d   nie   zamierzam   po

ą

wróci .   Dokonałam

ć

 

wyboru. Pozdrawiam moich rodziców i proszę, żeby mnie nie szukali.

Lo podniósł wzrok i spojrzał z miłością na Lindis.

- Zobaczysz, najmilsza, będzie nam razem jak w niebie!