background image

DAY LECLAIRE 

Tam 

dom twój 

background image

PROLOG 

Reguła numer 7 

Twoje miejsce pracy, podobnie jak i Ty, 

winno odznaczać się następującymi 

cechami: celowością, harmonią, akurat-

nością, organizacją i stabilnością 

Dokładnie o 7

55

 rano Julian Lord stanął na przejściu 

dla pieszych, na skrzyżowaniu West Chicago Avenue 

i North Dearborn Street. Dokładnie o 7:56 leżał na 

plecach, wpatrując się w zamglone niebo nad miastem. 

Całe trzydzieści sekund zabrała mu właściwa ocena 

sytuacji. Kolejnych siedemnaście upłynęło nieubłaganie 

na poszukiwaniu okularów w rogowej oprawie, w tej 

chwili pozbawionych jednego szkła. I wreszcie dodat­

kowe jedenaście, przez które podnosił z ziemi swą 

ręcznie wykonaną czarną teczkę z włoskiej skóry, 

z głębokim zadrapaniem o poszarpanych brzegach. 

W tym momencie taksówka, która przed chwilą 

o mały włos nie pozbawiła go życia, była już daleko. 

Kiedy dotarł na dwudzieste pierwsze piętro wieżowca 

Mc Miliana, zegarek wskazywał 8

01

. Julian był spóź­

niony do pracy o minutę i jedną sekundę - i wściekły. 

- Panie Lord - jęknęła pani Pringle, widząc, jak 

gwałtownie otwiera oszklone drzwi z tabliczką: „Biuro 

Organizacji Czasu Pracy" - na miłość boską, co się... 

- Nic, co miałoby jakikolwiek związek z miłością, 

a już szczególnie boską - oznajmił ostro Julian 

- chicagowscy taksówkarze są po prostu z piekła 

rodem i zawzięli się, aby jak najprędzej wysłać tam 

całą resztę ludzkości. Udaremnienie im ostatniego 

ataku na moje życie zawdzięczam jedynie swemu 

błyskawicznemu refleksowi, i silnemu instynktowi 

samozachowawczemu - poprawił krawat i lekki 

uśmiech złagodził wyraz jego zaciętych ust 

background image

- Pańskie kolano - zauważyła, rzucając spojrzenie 

na rozdartą nogawkę. - Krwawi pan. Czy mam... 

- Dzięki, nie trzeba. Zajmę się tym, gdy tylko 

skończymy. Co jest najbardziej pilne? 

Pani Pringle skinęła głową na znak zgody i wes­

tchnęła: 

- Wszystko. 

Julian nie odpowiedział na to ani jednym słowem. 

Nie musiał. Uniesienie jednej brwi stanowiło dla jego 

sekretarki wystarczające ponaglenie. 

Podała mu kilkanaście listów. 

- Te wymagają natychmiastowych odpowiedzi, 

panie Lord. Reszta może poczekać - wzięła z biurka 

notatnik i długopis, oczekując instrukcji. 

Julian przerzucił papiery. 

- Proszę zapisać Telemat Company na nasz kurs 

organizacji czasu pracy w drugim tygodniu września, 

FMT na następny tydzień - zmiął trzeci list i z bez­

błędną celnością rzucił go do kosza. - Tracimy tylko 

czas, próbując dogadać się z tym panem. Co do 

pozostałych spraw... - namyślał się przez chwilę, 

uderzając notatką w dłoń. - Niech pani odpowie na 

telefon McMillana i oświadczy, że jesteśmy zaintere­

sowani. Proszę go umówić z Bradem. 

- Dobrze, panie Lord. A te ostatnie trzy listy? 

Przejrzał je pośpiesznie. 

- Pierwszy - tak. Drugi i trzeci, nie — odłożył je na 

biurku. - Jakieś telefony? 

~ Znajdzie pan wszystkie informacje na biurku, poza 

wiadomością od pańskiej siostry - sekretarka podała 

mu niewielką karteczkę. - Dzwoniła wczoraj tuż po piątej. 

- Czy mówiła, o co chodzi? - lekko zmarszczył brwi. 

- Niezupełnie. Miałam nieco kłopotów ze zro­

zumieniem, o co jej chodzi. Kiedy wyjaśniłam, że jest 

pan już w samolocie, lecącym do domu, i nie da się 

z panem skontaktować aź do dziś rana, wydała mi się 

jakby... jakby zagubiona. 

background image

Jego czoło wygładziło się. Zaśmiał się pobłażliwie. 

- Znając Callie, nie wątpię w to ani przez moment. 

Zadzwonię, gdy tylko będę miał chwilę czasu, aby 

zająć się jej najnowszym nieszczęściem. Czy to 

wszystko, pani Pringle? 

- To wszystko. 

- Zatem proszę sporządzić listę. Po pierwsze, 

chcę się zobaczyć z Bradem Andersonem. Natych-

miast. Trzy minuty temu byłoby jeszcze lepiej. 

Po drugie, będę potrzebował pani z notatni-

kiem u mnie w biurze za pół godziny, żeby do koń-

ca odrobić wszystkie zaległości. Po trzecie, przed 

wieczorem chcę mieć u siebie czarny dwurzędo-

wy garnitur w prążki, a także krawca, który wie, 

gdzie w igle jest dziurka. Znajdzie pani moje wy-

miary w kartotece personalnej. Po czwarte i ostat-

nie. Proszę się skontaktować z moim okulistą, 

sprawdzić receptę i zamówić nowe okulary. Tym 

razem chcę mieć czarną oprawkę, funkcjonalną 

i jednocześnie solidną. Niech pani dopilnuje, żeby 

dostarczono mi je jak najszybciej. To chyba jak na 

razie wszystko. Jakieś pytania? 

Pani Pringle zanotowała ostatnie polecenie i uniosła 

wzrok, lekko potrząsając głową. 

- Nie, panie Lord. Zajmę się tym natychmiast 

- Znakomicie - obdarzył ją zadowolonym spoj-

rzeniem. - Nie wiem, co bym bez pani zrobił. 

- Ja teł nie - zgodziła się pani Pringle. 

- Ta skromność przynosi pani zaszczyt - poinfor-

mował ją ze śmiertelną powagą, po czym wkroczył do 

swego biura. 

Zanim jeszcze zdążyły zamknąć się drzwi, Julian 

zdołał ułożyć sobie w myślach dokładny plan dnia. 

Dotychczasowa sytuacja Biura Organizacji Czasu Pracy 

miała niebawem ulec drastycznej zmianie - zmianie, 

która niewątpliwie wprowadzi zamęt zarówno w jego 

własny uporządkowany i systematyczny tryb życia, 

background image

jak i w życie jego firmy. Uporządkowanie tego chaosu 

i przystosowanie do niego swych idealnie zorganizo-

wanych upodobań, będzie prawdziwym wyzwaniem. 

Uśmiechnął się z lekką satysfakcją. Zawsze uwielbiał 

wyzwania. 

Podszedł do biurka i nagle lekki kłujący ból w lewej 

nodze przypomniał mu o porannym zetknięciu z tak-

sówką. Krzywiąc się, spojrzał na rozdartą nogawkę. 

Nie był to piękny widok. 

Otworzył apteczkę w przyległej łazience. Za pomocą 

malutkich nożyczek przyciął poszarpane brzegi rany. 

Po kilku sekundach paskudne rozcięcie na kolanie 

było już oczyszczone, zdezynfekowane i zabandażo-

wane. 

- Moja żona nie umiałaby zrobić tego tak dobrze 

- skomentował głos, dobiegający od drzwi. 

Julian rzucił swemu wspólnikowi przelotne spoj-

rzenie, po czym odparł beznamiętnie: 

- To się jej pozbądź. Od dawna uważam, że żony 

to zdecydowanie przereklamowany towar. W społe-

czeństwie funkcjonują jedynie jako czysty ozdobnik, 

absolutnie niepraktyczny. 

- No, nie wiem - Brad Anderson oparł się o fra-

mugę i wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Jestem w stanie 

wymyślić jakieś jedno czy dwa zastosowania. 

Julian odpowiedział mu uśmiechem. To była stara 

zabawa, gra, którą prowadzili od dzieciństwa i kon-

tynuowali poprzez lata szkoły i college'u. 

- Główną funkcją małżeństwa jest zalegalizowane 

rozmnażanie ludzkiej rasy - Julian zaintonował 

odwieczną litanię. - A ponieważ już całkiem nieźle się 

rozmnożyliśmy... - wzruszył ramionami, pozwalając 

swemu stwierdzeniu zawisnąć w próżni i zabrał się za 

przywracanie łazienki do jej poprzedniego, niepoka­

lanego stanu. 

- A inne, jak by to powiedzieć, wypełniane przez 

nie funkcje? - uśmiech Brada stał się jeszcze szerszy. 

background image

- Mimo natarczywej propagandy, akurat ten uroczy 

sposób spędzania wolnego czasu nie wymaga wcale 

małżeństwa - Julian ominął przyjaciela, zdjął po-

plamioną smarem marynarkę i powiesił ją w szafie. 

- Biedny Julian - Brad z litością potrząsnął głową. -

Zaczynam myśleć, że ty naprawdę wierzysz w ten stek 

bzdur. Spójrz na siebie. Trzydziestolatek, zamożny, 

samotny - i w głębi duszy nieszczęśliwy. 

- Ja? - wyraz twarzy Juliana zdradzał jego zdu-

mienie. 

- Tak, ty - potwierdził Brad. - Ale wkrótce 

pojmiesz, w jakim byłeś błędzie. Pewnego pięknego 

dnia pochwycisz jakiś smaczny kąsek i odkryjesz, że 

masz w ustach hak wielkości kotwicy. Następnie 

jakaś ślicznotka wyciągnie cię z wody, wypatroszy 

i wreszcie poda na obiad. 

Julian zachichotał. 

- Nie ma mowy. To był twój błąd, przyjacielu, nie 

mój. Powinno istnieć jakieś prawo, zabraniające 

mężczyznom poślubiania ich licealnych miłości. 

- A mówi to facet, który miał w liceum tyle 

dziewczyn, że nie mógł się na żadną zdecydować. 

- Więc ucałowałem każdą na pożegnanie i z Bo­

giem - postępowanie, które zdecydowanie zalecałbym 

wszystkim. - Julian z premedytacją zmienił temat. 

- No dobra, streść mi, co się działo przez ten ty­

dzień - podszedł do biurka i usadowił się za nim. 

- Jak tam Grieg i Sampson? Czy są w stanie prowadzić 

już samodzielne zajęcia? 

- Czy są? Ci faceci to niesamowite odkrycie. Jeżeli 

o mnie chodzi, to możemy zacząć ich wysyłać już 

jutro. Mam tyle zarezerwowanych wykładów, ze 

wystarczy, aby dać im zajęcie na minimum półtora 

roku. 

- Wspaniale - stwierdził z satysfakcją Julian. 

- Okay, okay, starczy już tych przyziemnych 

spraw - oświadczył Brad, przechadzając się po pokoju. 

background image

- Nie wytrzymam dłużej, puszczaj farbę. Jak poszło 

w Kalifornii? 

- Nie najlepiej - Julian rozparł się na krześle, 

demonstrując światu całkowicie opanowaną twarz. 

- Udało nam się jedynie wynegocjować kontrakt 

z trzecią co do wielkości kompanią komputerową 

w kraju. Złożyli nam ofertę. Chcą połączyć nasze 

kursy organizacji czasu pracy ze specjalnie sporzą­

dzonym programem komputerowym. Znasz to - ogól­

nokrajowa promocja plus wielka kampania reklamowa 

naszych kursów i oprogramowania - odczekał, by 

znaczenie jego słów w pełni dotarło do przyjaciela, po 

czym dodał. - Jest tylko jeden problem. 

Brad usiadł na krześle, które stało przed biurkiem 

Juliana, na jego twarzy malowało się oszołomienie. 

- Wiedziałem, że to zbyt piękne, by mogło być 

prawdziwe. Musiał być gdzieś jakiś hak. 

Julian nachylił się ku niemu. 

- Poczekaj, aż usłyszysz. Chcą, abyśmy z naszej 

strony do kompletu dołożyli im książkę. Uważają, 

że to pewny bestseller. Rozumiesz? Tyle razy roz­

mawialiśmy na ten temat. Mam już nawet przy­

gotowaną większą część wstępnych materiałów. 

Kilka miesięcy wytężonej pracy i możemy mieć 

wszystko! 

Z głośnym okrzykiem radości Brad zerwał się na 

nogi. 

- Tak! Teraz już nic nie zdoła nas zatrzymać! 

Julian pozwolił mu na kilka minut euforii, po czym 

sprowadził przyjaciela na ziemię. 

- Czas przejść do spraw praktycznych. To niewąt­

pliwie fantastyczna szansa, ale musimy zacząć działać. 

Już. A to oznacza zmiany i kupę ciężkiej pracy przez 

następnych kilka miesięcy. 

- Jestem gotów - Brad zakasał rękawy. - Wal! 

- Po pierwsze. Musisz przejąć tutejszą księgowość 

i wszystkie operacje. Powiedziałeś, że Grieg i Sampson 

background image

są gotowi. Użyj ich do roboty na zewnątrz, a sam 

bierz się za papiery. 

- Będziemy potrzebowali więcej ludzi - ostrzegł 

Brad. 

- To się tym zajmij. Po drugie, uzgodnij wszystko 

ze mną. Nie chcę żadnych wpadek. Po trzecie, 

zamierzam zatrzymać się w Willow's End. Do pisania 

książki potrzebna mi będzie cisza i spokój. 

- Dom ciotki Maudie jako oaza spokoju? Żartujesz 

chyba. Spodziewasz się cokolwiek tam zrobić? 

Julian z uśmiechem zignorował wątpliwości wspól­

nika. 

- Rodzaj bałaganu, charakteryzujący Maudie, 

przestał mi już przeszkadzać. 

- Dwa miesiące temu mówiłeś coś zupełnie innego -

burknął Brad. - Kazałeś mi przyrzec, że jeśli jeszcze 

raz wspomnisz o odwiedzeniu Willow's End, mam cię 

zastrzelić. 

- Zawsze to mówię. Ale tym razem mam zamiar 

załatwić te sprawy nieco inaczej. Ostatecznie or­

ganizacja i planowanie to moja specjalność. 

- Przedtem też miały być twoją specjalnością 

- zauważył przyjaciel - i na nic ci się nie przydały. 

Wiesz, że nie ma takiego człowieka, który zdołałby 

zorganizować Maudie, nie mówiąc już o jakimkolwiek 

planowaniu. - Zanim Julian zdążył zaprotestować, 

Brad dodał: 

- Więc powiedz, co po czwarte i ostatnie. Zawsze 

masz czwarte i ostatnie. 

Julian z ulgą opadł na skórzaną poduszkę. 

- Po czwarte i ostatnie. Idź i kup dla nas największą 

i najdroższą butelkę szampana, jaką tylko znajdziesz. 

- Załatwione! - oczy Brada zabłysły, pełne oczeki­

wania. 

- Panie Lord? - w drzwiach pojawiła się głowa 

pani Pringle. - Właśnie przyszedł do pana telegram. 

Pilny. 

background image

Julian błyskawicznie zerwał się na nogi, podszedł 

do drzwi i wyrwał telegram z dłoni sekretarki. Rozdarł 

kopertę i pośpiesznie przeleciał wzrokiem jego treść, 

podczas gdy bladożółte kawałeczki papieru beztrosko 

opadały na podłogę. 

Z jego twarzy powoli odpłynął cały kolor. Odetchnął 

głęboko. 

- O Boże! - mruknął, po czym warknął głośno. 

- Pani Pringle, proszę zadzwonić do Willow's End. 

Niech pani spróbuje skontaktować się z Callie. I proszę 

się pośpieszyć. 

- Natychmiast, panie Lord - szepnęła sekretarka 

i wypadła z pokoju. 

- Julian, co jest? Co się stało? - dopytywał się Brad. 

- To ciotka Maudie. Callie napisała, że odeszła. 

Brad zmarszczył brwi. 

- Odeszła? - nagle zrozumiał. - Umarła? Och, nie! 

Wielki Boże! Julian, tak mi przykro. 

W szczęce Juliana zadrżał nagle mięsień. 

- Zostało nas już tylko dwoje - wiedział, że jego 

reakcja jest szorstka, nie był jednak w stanie powiedzieć 

w tej chwili nic innego. Miał wrażenie, jakby najlepsze 

lata jego życia zostały mu nagle odebrane. Poszedł do 

biurka i wywołał sekretarkę. - Dlaczego mnie pani nie 

połączyła, pani Pringle? Muszę porozumieć się z Callie. 

- Robię co mogę, panie Lord, ale nikt się nie 

zgłasza. Będę próbowała dalej. 

- Proszę, niech pani próbuje - szarpnięciem rozluźnił 

krawat i wyczerpany opadł na krzesło. 

- Nie Maudie - wymamrotał, jeszcze raz odczytując 

depeszę. - Każdy, tylko nie Maudie. Nie mogę jej 

teraz stracić. 

- To ona cię wychowała, prawda? - wtrącił nie­

śmiało Brad. - Kiedy twoja matka umarła miałeś... 

ile? Sześć lat? 

Julian zareagował dopiero po dłuższej chwili. Skinął 

głową, a kiedy się odezwał, jego głos był szorstki i niski. 

background image

- Tak, sześć, i byłem najgorszym małym po­

tworkiem, jaki nękał tę planetę. Ojciec nie życzył 

sobie, abym zawracał mu głowę. Jego poszukiwania 

archeologiczne zawsze miały pierwszeństwo. Ale 

Maudie znalazła dla mnie czas. Ona zawsze miała 

dość czasu. Toteż przeprowadziliśmy się do niej 

- no, przynajmniej ja. 

- Co pisze Callie? 

- Niewiele. W każdym razie ja niewiele z tego 

rozumiem. Coś o trzeciej po południu dzisiaj. Jeżeli 

to prawda, jeśli Maudie... Muszę się stąd wyrwać. 

Muszę wracać do domu, do Willow's End - Julian 

chwycił pióro i zaczął spisywać długą listę, - Chciał­

bym, żebyś zajął się za mnie tymi sprawami. 

- Jasne, Julian. W porządku. Co tylko zechcesz. 

Julian wyrwał z notesu zapisaną kartkę, zaczął 

drugą, kiedy pod naciskiem ręki pióro pękło. Grana­

towy, atrament rozlał się po całej stronie, a słowa, 

które zapisał, stały się nieczytelną plamą. 

Mamrocząc przekleństwa uderzył w przycisk inter-

komu. 

- Do diabła, pani Pringle, co się dzieje? Potrzebuję 

się czegoś dowiedzieć, i to natychmiast! 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Reguła numer 2 

Czas to pieniądze, wobec czego liczy się 

każda sekunda 

Callie Marcus siedziała na kocu pod ogromnym 

dębem w samym środku Miller's Park, a jej wiśniowa 

spódnica okalała ją niedbale. Callie nie zwracała 

najmniejszej uwagi na tłum ludzi, zgromadzonych na 

uroczystości poświęconej pamięci Maudie. Zamiast 

tego wpatrywała się w skrawki papieru, zaścielające 

jej kolana. 

Stopniowo zaczęło ogarniać ją przerażenie. Nigdy 

nie zdoła uporządkować na czas notatek Maudie. 

Nigdy. A przecież prawidłowe wypełnienie pierwszego, 

postawionego przez nią zadania, było takie ważne. 

Przed śmiercią Maudie zażądała trzech rzeczy. 

Spełnienie pierwszej miało się zaraz rozpocząć i zapo­

wiadało się bardzo emocjonująco. Druga prośba, 

dokończenie remontu jej domu, Willow's End, wy­

magała najwięcej pracy. A spełnienie trzeciej - pomoc 

dwójce młodych ludzi, którym groziło spędzenie tego 

lata w poprawczaku - będzie niewątpliwie najtrud­

niejsze. Teraz jednak Callie musiała skoncentrować 

się na pierwszym obowiązku. 

Zebrała garść różnorodnych kawałków papieru, 

z których każdy stanowił „kartkę" ze specyficznie 

pojmowanego pamiętnika Maudie. Sama autorka 

określiła kiedyś swe notatki, jako specjalne wspo­

mnienie „stanowiące ślad dobroci innych". Były to 

jakby ułamki jej życia i Callie, przeglądając utrwalone 

fragmenty wielu łat, zgromadzone w dłoniach, za­

pragnęła, by w całym jej życiu znalazła się choć 

połowa tak cudownych zdarzeń. 

background image

Zadziwiło ją, jak każdy z tych skrawków papieru, 

każde wspomnienie, jakie Maudie Hannigan spisała 

i zachowała w swej „szufladzie pamięci", budowało 

więź pomiędzy życiem jej ciotecznej babki, a życiem 

mieszkańców Willow, niczym wielki, skomplikowany 

wzór. 

Jak podziękować komuś za wspomnienia? Odgarnęła 

za ucho długie pasmo kasztanowych włosów i za­

stanowiła się. To było pierwsze życzenie Maudie, 

kiedy zorientowała się, że jej śmierć jest nieunikniona. 

Chciała, aby Callie, korzystając ze sporządzanych 

przez wiele lat notatek, podziękowała tym wszystkim, 

którzy stali się nieodłączną cząstką życia Maudie. 

I Callie zrobi to, w taki czy inny sposób. Na chybił 

trafił wybrała jeden zapisek, a jej usta wykrzywił 

gorzko-słodki uśmiech. Zrobi to, niewątpliwie, jeśli 

tylko uda jej się odcyfrować pismo Maudie. 

Nagle na papiery padł cień i Callie uniosła głowę, 

osłaniając oczy od blasku popołudniowego słońca. 

Widok Valerie nie zaskoczył jej ani trochę. Podczas 

gdy ktoś inny mógł zawahać się, czy przeszkadzać 

Callie w takiej chwili, ta pogodna brunetka nie 

zastanawiała się ani przez moment. 

- Nie mów mi - domyśliła się Callie. - Jestem już 

spóźniona, tak? 

- Troszeczkę - zgodziła się łagodnie Valerie, 

podrzucając na biodrze swego roześmianego sześcio­

miesięcznego synka. - Nie warto nawet o tym mówić 

- uśmiechnęła się do dziecka, czułym gestem rozgar­

niając jego kruczoczarne włoski. - W ogóle nie ma 

o czym mówić, prawda, Danny? 

Doskonale świadoma talentu przyjaciółki do wy­

głaszania eufemizmów, Callie nie zdołała powstrzymać 

się od zapytania nieco kwaśnym tonem: 

- Powiedz mi, jak długo wynosi to „nie ma o czym 

mówić"? Zegarek zepsuł mi się parę miesięcy temu. 

Valerie przysiadła na kocu i wypuściła z objęć 

background image

wiercące się dziecko, które natychmiast podpełzło do 

Callie. 

- Nie ma pośpiechu. Jest dopiero dwadzieścia po 

trzeciej. Ludzie zrozumieją, a zresztą i tak miło im się 

siedzi na słońcu. 

Callie zerknęła na pozostałe, jeszcze nie uporząd­

kowane notatki. Danny zainteresował się kolorowymi 

kartkami i w ostatniej chwili powstrzymała jego rączkę. 

- Skoro już i tak jestem spóźniona, to kilka minut 

więcej nie zrobi chyba specjalnej różnicy. Powinnam 

była posortować to wszystko wczoraj wieczorem, ale 

skończyło się na tym, że... 

- Zamiast zająć się własną osobą, pomagałaś biednej 

pani Banks i jej choremu mężowi. Tak, wiem. 

Callie westchnęła. Gdyby tylko nie czuła się tak 

bezradna. Uczucie to było dla niej równie obce, co 

nieprzyjemne. 

- Dobrze się czujesz? - spytała ze współczuciem 

Valerie. 

- Jasne - odparła Callie, po czym potrząsnęła 

głową. - Nie, chyba nie. - Łzy zaćmiły jej zielone 

oczy, a słowa, przedostające się przez ściśnięte gardło, 

zabrzmiały miękko i głucho. - Brakuje mi jej, Valerie. 

Tak okropnie mi jej brak. 

- Nie tylko tobie, kochanie - przyjaciółka wskazała 

zgromadzony na łące spory tłum. - Każdy z nich 

czuje podobnie. Ale są tutaj także dla ciebie, prawie 

tak samo jak dla Maudie. 

Callie spuściła głowę, usiłując się opanować. Wie­

działa, że Valerie ma rację. Mieszkańcy Willow zawsze 

udzielą jej potrzebnego wsparcia. Między innymi i to 

sprawiało, że Willow było dla niej czymś specjalnym. 

Zachwyciła się nim, kiedy, jedenaście lat temu, jej 

matka Helene poślubiła siostrzeńca Maudie, Jona­

thana Lorda. 

Zafascynowało ją wtedy wszystko: miasteczko 

Willow, Maudie, jej wielki stary dom, nazwany 

background image

Willow,s End. Zaimponował jej także fakt, że dom 

ten był w posiadaniu Hanniganów od wielu pokoleń. 

Na nieszczęście małżeństwo Jonathana z Helene 

z góry skazane było na porażkę. W odróżnieniu 

od córki, Helene nienawidziła spokojnego tempa, 

którego nabrało jej życie, zaś przyjacielskość sąsiadów 

irytowała ją. Znudzona zarówno Willow's End, 

jak i najnowszym mężem, Helene już po trzech 

latach wystąpiła o rozwód. 

Kiedy Helene oznajmiła jej, że wyjeżdżają, Callie 

po raz pierwszy w swym szesnastoletnim życiu 

zbuntowała się na myśl o kolejnej przeprowadzce 

- szczególnie, że miałaby się rozstać z Maudie 

i Willow's End. Dzięki uporowi przybranej ciotki 

i niezbyt matczynemu stanowisku Helene, Callie 

pozostała w Willow, ani przez moment nie żałując 

swej decyzji. 

Rozejrzała się wokół po wszystkich, którzy w ciągu 

tych lat stali się dla niej tak ważni. Ludzkie ciepło 

i szczodrość, znalezione w Willow, związały ją z tym 

miejscem nierozerwalnym węzłem i, jeśli będzie miała 

szczęście, mnóstwo szczęścia, to nic nigdy nie zmusi 

jej do wyjazdu. Lecz przemówić do tak wielu osób, 

ostatecznie pożegnać Maudie - jak ma przez to 

przebrnąć? 

- Nie zawracaj sobie głowy jakimś wymyślnym 

przemówieniem - poradziła Valerie, jakby wyczuwając 

jej wewnętrzny konflikt - To tylko jeszcze bardziej 

skomplikuje sytuację. - Oderwała Danny'ego od 

schronienia, które znalazł sobie przy nodze Callie, 

- I wiesz doskonale, że nikt nit będzie miał za złe, 

jeśli twoje wystąpienie nie będzie idealnie dopracowane. 

Te słowa wywołały uśmiech Callie. 

- Cieszę się, że to słyszę, bo ja w ogóle nie 

przygotowałam żadnego wystąpienia - wskazała 

paltem stos papieru na kolanach. - Mam tylko 

zapiski Maudie. 

background image

- To jeszcze lepiej. Po prostu odczytasz nam słowa 

mądrości Maudie i pośmiejemy się wspólnie. To by 

się jej podobało, - Valerie przekrzywiła głowę, a jej 

żywe ciemne oczy spojrzały na Callie współczująco. 

- Zgoda? 

- Tak, chyba tak. 

Zebrała wszystkie notatki i wstała, obciągając 

wiśniową, letnią spódnicę. Rozglądając się po ocze­

kujących ludziach, podeszła do niewielkiego podium 

na samym środku łąki, usiłując opanować uczucia, 

które groziły zdławieniem jej słów, zanim jeszcze 

zostały wypowiedziane. 

- Dziękuję wam wszystkim za przybycie - zaczęła 

Callie czystym, wyraźnym głosem. - Wiem, że Maudie 

czułaby się zaszczycona, widząc tak wielkie zgroma­

dzenie. Uczczenie jej tutaj - wskazała otaczający ich 

park - w jednym z jej ulubionych miejsc, wydaje się 

jedynie właściwe. Daje mi także sposobność wspo­

mnienia szczególnych chwil, które wielu z was dzieliło 

z nią kiedyś. 

W odpowiedzi rozległ się cichy pomruk licznych 

głosów i ich ciepło, jak kojące ramiona matki, sięgnęło, 

by ogarnąć Callie. Na sekundę przymknęła oczy, 

rozkoszując się ogarniającym ją spokojem. Valerie 

miała rację. Ci ludzie przyszli tu do niej. Może 

w końcu spełnienie pierwszego życzenia Maudie nie 

będzie takie trudne. Gdyby tylko pozostałe dwa 

okazały się równie proste. 

Callie zmieszała notatki i wyciągnęła pierwszą 

z brzegu. Odczytała ją i niemal roześmiała się w głos. 

- Jesse Jacobs - przeszukała wzrokiem tłum, póki 

nie odnalazła srebrzystej czupryny smagłego farmera. 

- Wygląda na to, że musimy ci podziękować za 

powiększenie naszego gospodarstwa o jednego człon­

k a - i to najbardziej niesławnego. 

Jesse potrząsnął głową z udaną rozpaczą. 

- Ten szczeniak, którego podarowałem Maudie, 

background image

miał stanowić podziękowanie za opiekę nad moją zoną, 

kiedy sześć łat temu zachorowała na zapalenie płuc. 

- Podziękowanie czy karę? - zawołał ktoś z tłumu. 

Callie zaśmiała się wraz z innymi. 

- Dobre pytanie, Nelson. I mogłabym nawet 

uwierzyć, że mówisz serio, gdyby nie te szwy, które 

założyłeś Brutusowi po jego spotkaniu ze szklanymi 

drzwiami. 

- Niewątpliwie nasz wspaniały weterynarz zdążył 

to zrobić, zanim przekonał się, jakiego to psa dostała 

Maudie - oznajmił burmistrz Fishbecker ze swego 

miejsca, tuż przed podium. 

- Gdyby Brutus usłyszał, że nazywasz go psem 

- odpalił Nelson - by ocalić twą skórę, trzeba by było 

znacznie więcej niż kilka szwów. 

- Co jeszcze zwiększa moją ogromną radość, że go 

tu nie ma. Musiałaś go zamknąć, co, Callie? - pytanie 

burmistrza wywołało kolejną falę śmieszków. 

Skinęła głową, nie mogąc ukryć rozbawienia, choć 

walczyło ono z poczuciem winy, spowodowanym 

wykluczeniem Brutusa z tak ważnego zebrania. Jednak 

i w tym względzie postępowała zgodnie z poleceniem 

Maudie. Co oznaczało, że Brutus został uwięziony 

w domu. 

- Przynajmniej mamy miejsce, które możemy 

nazwać domem - stwierdziła, zdejmując ze stosu 

kolejny zapisek. - Gdyby nie opóźnił pan terminu 

ostatecznej płatności, Willow's End zostałoby zlicyto­

wane. 

Kiedy Callie uświadomiła sobie, jak dobrze ci 

wszyscy ludzie znali i kochali Maudie Hannigan, 

poczuła się częścią jednej wielkiej wspólnoty. Przygryzła 

wargę. Pomimo wsparcia znajomych ból pozostał 

dalej. Każdy kolejny odczytany skrawek papieru, 

rozbudzał go na nowo. Gdyby tylko przyjechała jej 

matka. Albo Julian. 

Po raz trzeci W ciągu tego popołudnia przebiegła 

background image

wzrokiem zgromadzenie, poszukując charakterys­

tycznej wysokiej sylwetki swego przybranego brata. 

Kiedy go nie dostrzegła, do jej zdumienia dołączyła 

się obawa. Musiał przecież dostać telegram - teraz, 

gdy wysłała go pod właściwy adres. Nie zostałby 

przecież w domu z powodu dawnych... nieporo­

zumień. A może? 

„Przyjedzie - próbowała się pocieszyć. - Wiesz, że 

przyjedzie, choćby tylko ze względu na Maudie". 

- Hej, Callie - zawołał piskliwie sześcioletni Simon. 

- Czy ja też tam jestem? 

Z uczuciem ulgi Callie odegrała scenę pośpiesznego 

przerzucania kartek. 

- Jasne, że tak. Coś o pstrągu złapanym za pomocą 

sznurka, agrafki i kija do krykieta? 

- Moja pierwsza, najpierwsza ryba, a twoja ciotka 

Maudie ugotowała nam ją na obiad. - Simon 

uśmiechnął się z dumą. 

- Pamiętam. Twierdziła, że był to najlepszy pstrąg, 

jakiego w życiu jadła. - Wyciągnęła następny świstek, 

nie pozostawiając sobie ani chwili na rozmyślanie 

o niepowetowanej stracie. 

- Jeśli już mowa o pstrągach, to wygląda na to, że 

obok Simona powinnyśmy podziękować braciom 

Burns za utrzymanie naszej populacji ryb w rozsądnych 

granicach. Do najmilszych wspomnień Maudie należą 

te z waszych połowów o północy — spojrzała na 

rzeczonych trzech rudowłosych cudzoziemców. Widząc 

na ich twarzach identyczny wyraz przerażenia, uniosła 

dłoń do ust. - Oho! Niech zgadnę. To miała być 

tajemnica. 

- Zgadza się - wymamrotał najstarszy. - I jasne, 

że już nią nie jest. Bo tato stoi tui za nami. 

- I teraz, gdy poznał wasz mały sekret, uważajcie 

się za uziemionych, synowie - dodał ich ojciec. 

Callie chwyciła następną karteczkę. 

- Josiah Hankum - odczytała szybko. Z zakło-

background image

potaniem zmarszczyła brwi. - Niezupełnie rozu-

miem, co tu napisała. Może to z czasów przed 

moim przybyciem do Willow. Napisała: „Dzięki za 

jabłka". 

Odpowiedzią był ogłuszający wybuch śmiechu. 

Wszyscy spojrzeli w stronę starszego mężczyzny, który 

wyprostował się, błyskając wściekle oczami spod 

gęstych białych brwi. 

- Przepraszam, musiałam się pomylić - Callie 

usiłowała załagodzić całą sytuację. Ale to tylko 

pogorszyło sprawę. Ogólna radość jeszcze się wzmogła. 

Kiedy już uciszyło się na tyle, by mógł przemówić, 

Josiah poinformował ją z godnością: 

- To żadna pomyłka, moja droga - jego oczy 

rozświetlił promyk rozbawienia. - Miło mi dyszeć, że 

smakowały jej moje jabłka. Ten szelma, Julian, dość 

ich powynosił do domu. 

- Julian? - Callie nie udało się ukryć zainte­

resowania. 

- Ten gałgan był jedyną osobą, która kiedykolwiek 

przechytrzyła mnie w mojej własnej grze. A to jest 

duża umiejętność. Nieźle potrafił wszystko zaplanować, 

nawet już wtedy. Ale jeżeli Maudie nie uznała za 

stosowne powiedzieć ci o tym, to tę historię będziesz 

musiała wydobyć od samego Juliana - z tymi słowami 

Josiah usiadł na powrót, z plecami wyprostowanymi 

niczym młody dębczak. 

„Tę opowieść muszę koniecznie poznać - pomyślała 

Callie - jeśli tylko uda się zmusić Juliana do mówienia. 

Zakładając, że Julian w ogóle się pokaże. Gdzie on 

jest?". 

Tutaj. 

Zupełnie jakby powiedział to na głos, tak wyraźnie 

rozległo się to słowo w jej głowie. Kącikiem oka 

pochwyciła nagle poruszenie i dostrzegła go. Instyn­

ktownie pojęła, że przez cały czas stał ca wielką 

powykrzywianą jabłonią, bez ruchu, a jego czarny 

background image

garnitur zlewał się z ciemną korą drzewa. Tak jak 

wiedziała, że jego oczy, ukryte za ciemnymi szkłami 

okularów, są wpatrzone w nią. 

Julian tu był. 

Callie nie mogła się opanować. Uśmiechnęła się 

szeroko. Rozpacz, ściskająca jej serce od chwili śmierci 

Maudie, zniknęła. Nieważne, jak wyglądało ich ostatnie 

rozstanie z Julianem. Nieważne, że prawdopodobnie 

nigdy nie wybaczy jej roli, jaką odegrała w zrujnowaniu 

jego związku z Gwen. Nieważne nawet, że był ubrany 

na czarno. Przyjechał. 

Sporo czasu zajęło Callie przedostanie się przez 

tłum ludzi, chcących zamienić z nią parę słów, podzielić 

się specjalnymi wspomnieniami, związanymi z Maudie, 

opowiedzieć anegdotę. Cierpliwie wysłuchiwała wszys­

tkich, aż wreszcie uwolniła się od ostatniej osoby. 

Mogła teraz podejść do Juliana. 

Jak ma go przywitać? Co powinna powiedzieć -

szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że od roku ani 

razu nie odezwali się do siebie? Nie była to wina 

Juliana. Musiało mu być ciężko nawiązać rozmowę 

z kimś, kto znikał natychmiast podczas każdej jego 

wizyty. Jej poczucie winy, z powodu sprowokowania 

Juliana do zerwania z Gwen, sprawiało, że za najlepsze 

rozwiązanie uznała unikanie go jak ognia. 

Początkowa radość ze spotkania zgasła, zastąpiona 

uczuciem dziwnej słabości. Wpatrywała się w jego 

twarz w poszukiwaniu jakiejkolwiek oznaki gniewu, 

zastanawiając się, czy nadal obwinia ją za ten 

końcowy incydent z Gwen. Jeśli jednak nawet po­

została w nim dawna uraza, to nie dał tego po 

sobie poznać. 

Przez ten ostatni rok jego rysy wyostrzyły się. 

Bliźniacze linie, przecinające twarz od wysokich kości 

policzkowych do kwadratowego podbródka stały się 

głębsze. Uśmiechnięte usta, tak niegdyś dla niej 

pociągające, miały chłodny, stanowczy wyraz. 

background image

Nawet niemal prosta linia brwi ponad ciemnymi 

szkłami okularów sugerowała człowieka, który w pełni 

kontroluje swoje życie. Od idealnie przyciętych włosów 

po doskonale skrojony, spokojny garnitur, Julian 

stanowił portret skrytego, zamkniętego w sobie biznes­

mena. Lecz Callie wiedziała, że pod tą powierzchnią 

kryje się potężna, ledwie trzymana w ryzach energia. 

Callie zmagała się ze sobą, próbując ukryć obawę. 

Pragnęła znaleźć ukojenie w jego sile, tak jak w ciągu 

tych wielu lat. To nie był żaden obcy, lecz jej brat. 

Zawsze zjawiał się, kiedy po potrzebowała. Trzeba 

tylko podejść do niego i wszystko będzie jak dawniej. 

Mimo to jednak wahała się nadal. 

Ale Julian nie zawahał się ani przez moment. Bez 

słowa objął ją mocno, z całej siły przytulając do swej 

szerokiej piersi, wspierając jej głowę na swoim ramieniu. 

Przez długą chwilę wtulała się w niego, czując 

bezbrzeżną ulgę. Oto członek rodziny, ktoś, do kogo 

można się zwrócić, kto rozumie i podziela jej ból. 

- Już dobrze? - spytał, odsuwając Callie, aby móc 

przyjrzeć się jej twarzy. 

- Tak, tak, wszystko w porządku, dzięki - zmusiła 

się, aby powstrzymać napływające do oczu by, 

świadoma, że jeśli teraz się załamie, to nigdy nie 

zdoła już opanować płaczu. 

- Na pewno? - gdy przytaknęła, spytał stanowczo: 

- Zatem wyjaśnij mi, co tu się dzieje? O co tu chodzi? 

Oszołomiona, zamrugała i uwolniła się z jego 

uścisku. 

- Nie dostałeś mojego telegramu? Tam wszystko ci 

wyjaśniłam. To święto Maudie - uśmiechnęła się 

niepewnie. - Tak się cieszę, ze dotarłeś na czas. 

- Nic dałbym rady, gdyby nie to, że zaczęłaś 

z dwudziestoczterominutowym opóźnieniem. Poszed­

łem do kościoła. Pusto. Rzeczywiście, w całym mieście 

nie było żywej duszy. 

Tym razem jej uśmiech był już bardzo naturalny. 

background image

- Oczywiście, że nie. Wszyscy są tutaj. 

- I co tu robią? - zdjął okulary i wtedy poczuła na 

sobie pełną moc jego ciemnobrązowych oczu. - Dla­

czego pogrzeb odbywa się tu, a nie w kościele? 

- Ponieważ Maudie tak chciała. Życzyła sobie 

uroczystości, nie pogrzebu - oznajmiła Callie, jakby 

to było wystarczającym wytłumaczeniem. 

- Uroczy... - przerwał i odetchnął głęboko, po­

trząsając głową. - Jedynie ty i Maudie mogłyście 

wymyślić coś takiego, jak to... 

- Julianie, tego właśnie pragnęła Maudie. Pozos­

tawiła bardzo szczegółowe instrukcje. 

- W testamencie? - uniósł sceptycznie brwi. 

- Nie-Callie pokręciła przecząco głową. A przynaj­

mniej nie wydaje mi się, aby było tam coś takiego. 

Choć możliwe, że dodała coś bez mojej... — widząc 

niecierpliwy gest Juliana, pośpieszyła z bardziej 

precyzyjną odpowiedzią. - Nie wiem, czy napisała 

o tym w testamencie. Maudie wyraziła takie życzenie 

po ataku serca, zanim... zanim... - spuściła głowę, 

a jej głos zniżył się do szeptu. - Zanim umarła. 

Julian zacisnął usta. Odwrócił się i omiótł spoj­

rzeniem park, Callie dostrzegła na jego twarzy wiele 

uczuć - ból, smutek... i jakby tęsknotę. Tyle razy 

zwracała się do niego ze swymi nastoletnimi kłopotami. 

Teraz, kiedy to jemu potrzebne było wsparcie, nie 

wiedziała, jak ma pomóc. 

- Julian? 

Przeczesał dłonią włosy, odgarniając zmierzwione 

przez wiatr kosmyki. 

- Przepraszam, Callie. Nie chciałem na ciebie 

wrzeszczeć. Dowiedziałem się o Maudie dopiero dziś 

rano, kiedy dotarł do mnie twój telegram. Niemal 

oszalałem, nie wiedząc, co się dzieje i nie mogąc się 

z tobą skontaktować. Dzwoniłem do Willow's End, 

ale nikt nie podnosił słuchawki. 

- O Boże - mruknęła zakłopotana Callie. - Valerie 

background image

nalegała, żebym została u niej przez ostatnie dwa dni. 

Próbowałam dodzwonić się do ciebie na początku 

tygodnia, naprawdę. Ale wyprowadziłeś się spod 

starego adresu. Całą wieczność zajęło mi dotarcie do 

ciebie i zawiadomienie o Maudie. 

- Znowu zapomniałaś, jak się nazywa moja firma, 

tak? - zażartował łagodnie. - Nieważne. Teraz jestem 

tutaj i tylko to się liczy - potrząsnął głową. - Nie 

mogę uwierzyć, że już jej nie ma. Opowiedz mi, co się 

stało. 

Callie bezradnie wzruszyła ramionami. 

- To serce. Zabrali ją prosto do szpitala, ale nic 

już nie mogli zrobić. Byłbyś z niej dumny. Spisała dla 

mnie tę listę rzeczy do załatwienia, kiedy... kiedy... 

- słowa uwięzły jej w gardle. - Ona wiedziała, Julianie. 

Wiedziała, że umrze. 

Julian zesztywniał. 

- Myślałem, że to było nagłe. Nie zdawałem sobie 

sprawy... - urwał, wyraźnie nie wiedząc, co powiedzieć. 

- Żałuję, że mnie tam nie było. Przyjechałbym 

natychmiast, gdybym tylko wiedział. 

- Wiem - odsunęła się od niego i prędkim gestem 

otarła wilgotne policzki. - A kiedy wreszcie zorien­

towałam się, że zmieniłeś adres i nie dostałeś mego 

pierwszego telegramu, było już za późno. Odeszła. 

- Ach! Prawda. Telegram - sięgnął do kieszeni, 

wyjął z niej złożony kawałek papieru i podał go 

Callie. - Masz, zdaje się, na myśli ten dziwaczny 

bełkot, urągający wszelkiej logice. Skoro ty go 

podyktowałaś, może potrafisz to przetłumaczyć. 

- Oczywiście, Julianie - spojrzała na kartkę i prze­

czytała: „Gdzie jesteś? A. M. odeszła. Uczcimy ptk. 

3 po poł. Park. Nie czarny". - Zdumiona, wzruszyła 

ramionami. - Czego tu nie rozumiesz? 

- Wybierz dowolne zdanie ~ w jego głosie po­

brzmiewało rozbawienie. Odebrał jej telegram i prze-

leciał go wzrokiem. „Gdzie jesteś?" wydaje się chyba 

background image

dość jasne. I choć nie chciałem w to uwierzyć, podej­

rzewałem również, co oznacza „A. M. odeszła". 

Przyjmując, że mój domysł co do Maudie był praw­

dziwy, to: „Uczcimy ptk 3 po poł." uderzyło mnie 

jako sformułowanie raczej niedelikatne... 

- To okropne, co mówisz - upomniała go Callie. 

- Też tak uważam. W śmierci Maudie nie znalazłem 

nic wartego uczczenia. Zobaczymy, gdzie to ja byłem? 

A, tak. Doszliśmy do „Park. Nie czarny". Muszę 

przyznać, że ta para zdań ogłupiła mnie zupełnie. 

„Julian miał rację z tym telegramem—uświadomiła 

sobie z zakłopotaniem Callie. - Trochę tracił w prze­

kładzie. Kiedy go wysyłałam, sądziłam, że jest zupełnie 

jasny. Może to sposób, w jaki Julian go odczytał". 

- Nagły szelest papieru sprawił, że niemal podskoczyła, 

uświadomiwszy sobie, iż mężczyzna czeka na od­

powiedź. A czekanie nie należało do ulubionych 

czynności Juliana. 

- Ojej! - westchnęła. - Chyba faktycznie nie 

wyraziłam się specjalnie jasno. Widzisz, „Park" 

oznacza... 

- Wydaje mi się, że do tego czasu zdołałem już 

rozszyfrować jego znaczenie. Spróbuj z „Nie czarny" 

-popędził ją. 

Zarumieniona, unikała jego spojrzenia. 

- No, wiesz, „Nie czarny" znaczyło, eee... - Callie 

odchrząknęła, spuszczając wzrok na najwyższy guzik 

jego czarnej marynarki. - „Nie czarny" znaczy: Nie 

wkładaj nic czarnego, bo Maudie życzyła sobie, aby 

wszyscy ubrali się na kolorowo. 

- Rozumiem. 

- Zamiast żałoby po jej śmierci, Maudie chciała, 

abyśmy uczcili jej życie - starała się wyjaśnić Callie. 

- Prosiła, żebyśmy spotkali się tu i wspomnieli 

szczęśliwe chwile, nie te smutne. Dlatego właśnie nie 

chciała, aby ktokolwiek ubrał się na... 

- Czarno - dokończył za nią Julian. - Jestem 

background image

pewien, że ma to sens - dla wszystkich oprócz mnie. 

No, dobrze, co dalej? - spojrzał na zgromadzony 

wokół tłum, zajęty rozmowami i jedzeniem. - Co 

mamy robić? 

- Powinniśmy zostać na pikniku. Jesteś głodny? 

To co mam, wystarczy dla nas obojga, jeśli, oczywiście, 

masz ochotę - wyczuła jego wahanie i wiedziała, że 

ma zamiar odmówić. - Oczekują tego od nas, Julianie. 

Zdaję sobie sprawę, że jestem najprawdopodobniej 

ostatnią osobą, z którą chciałbyś przebywać.,. 

- Czemu miałabyś tak myśleć? - Julian zmarszczył 

brwi. 

- Rozumiem, że nadal musisz być na mnie wściekły 

z powodu Gwen, ale... 

- Gwen? - niemal dostrzegła, jak jego mózg włączył 

szybszy bieg na dźwięk jej słów. - Sądziłaś, że dalej 

jestem na ciebie zły? Niby dlaczego? 

- Ponieważ Gwen... - zaczęła z zażenowaniem 

Callie. 

- Wylądowała w jeziorze? 

- Tak - jej odpowiedź była jedynie nieśmiałym 

pomrukiem. Na wspomnienie niezwykle eleganckiej 

przyjaciółki Juliana spadającej z przystani w zimną 

zieloną głębię, ogarnęły ją wyrzuty sumienia. 

- To dlatego wszelkimi sposobami unikałaś mnie 

przez cały ostatni rok? - spytał z niedowierzaniem. 

- Z powodu tego, co przydarzyło się Gwen? 

Callie skinęła potakująco głową, czując a przeraże­

niem, jak łzy napływają jej do oczu. Spuściła wzrok 

i zamrugała kilka razy, aby je powstrzymać. 

- Byłeś taki wściekły - stwierdziła stłumionym 

głosem. - Nie mam zresztą żadnych pretensji. Gdyby 

nie ja, pewnie dziś bylibyście z Gwen małżeństwem. 

Julian zaśmiał się gardłowo. 

- Niech Bóg broni! - położył jej dłoń na ramieniu. 

Jego dotyk był ciepły, kojący. - Przepraszam cię, 

Callie. Nie miałem pojęcia, że wciąż jeszcze przejmujesz 

background image

się tą sprawą. Nigdy nie obwiniałem cię za ten 

incydent. Co się stało, to się nie odstanie. 

Uśmiechnęła się niepewnie. Nie znał całej historii, 

w przeciwnymi razie nie powiedziałby tego, nie byłby 

tak wyrozumiały, tak miły. A jednak winna mu 

wyjaśnienie. 

- Julianie... 

Przerwał jej, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej. 

- Nie miałem zamiaru przychodzić tu i kom­

plikować ci życia. A szczególnie nie dzisiaj. Z przyjem­

nością zjem coś z tobą. Szczerze mówiąc, umieram 

z głodu. 

- Chodźmy. Jeżeli jesteś głodny, to mam akurat 

coś dla ciebie. 

Pociągnęła go w stronę cienia, rzucanego przez 

rozłożysty jawor. Leżał tam rozłożony koc i koszyk 

z jedzeniem, który przygotowała wcześniej. Uklękła 

i otworzyła go, odsłaniając plastikowe pojemniki, 

talerze i sztućce. 

- Nie żartowałaś, mówiąc, że wystarczy tego dla 

dwojga - skomentował Julian. - Wieki minęły od 

czasu, kiedy po raz ostatni byłem na pikniku. 

- Masz dużo pracy. 

- Zbyt dużo - rozejrzał się po parku, a lekki 

uśmiech złagodził linię jego ust. — Różnica między 

Willow a Chicago jest naprawdę ogromna. 

- Jak długo ma trwać ta... - uniósł pytająco brew, 

zataczając krąg trzymanym w ręku ciastkiem - Ta... 

- Uroczystość. 

- Właśnie. Jak długo? 

Callie wzruszyła ramionami. 

- Dopóki ludzie nie znudzą się i nie pójdą sobie 

~ widząc jego zdumioną minę, dodała: - Możesz tu 

zostać jak długo chcesz, ale ja muszę zaraz wracać do 

domu, do Brutusa - sięgnęła do koszyka, wyłowiła 

z niego słoik i odkręciła pokrywkę. - Brutus chciał tu 

przyjść. Jestem pewna, że kiedy wrócimy do domu. 

background image

nie będzie zbyt szczęśliwy. Ale Maudie powiedziała 

kategorycznie „nie". 

Złapał jej przegub w żelazny uścisk i odsunął rękę, 

wraz ze słoikiem, sprzed swego nosa. 

-  M a u d i e powiedziała?! 

- No, tak. Zanim... Kiedy opisała mi, jak mam 

zorganizować tę uroczystość i w ogóle - nie chcąc 

zagłębiać się w bolesne wspomnienia, dodała: - Ale 

przyprowadzenie Brutusa naprawdę nie byłoby pro­

blemem. Ja przynajmniej tak sądzę. Ludzie nie są już 

na niego tacy źli. 

Przyjrzał się jej, rozbawiony, ale z podejrzliwością 

w oczach. 

- Prawie boję się spytać. Na co ludzie nie są już 

tacy źli? 

Callie niespokojnie poruszyła się na miejscu i wyjęła 

z koszyka pojemnik z papryką w occie. 

- Chcesz jedną? 

- Nigdy w życiu - oznajmił z naciskiem. 

- Nie? - spytała zaskoczona. - Są bardzo dobre. 

W każdym razie myślę, że ludzie przestali się już 

złościć za to, co się zdarzyło na pikniku w Dniu 

Ojców Założycieli. Brutus zasmakował w piwie 

słodowym i trochę... No, szczerze mówiąc... - zawahała 

się, gryząc ostrą paprykę. 

Julian na moment przymknął oczy. 

- Mów. Szczerze i otwarcie. 

Rozejrzała się wokół i ściszyła głos, przysuwając 

się nieco bliżej, 

- Urżnął się w trupa - wyznała. - Zdziwiłbyś się, 

jak wiele szkód może wyrządzić jedna osoba po 

wypiciu pół baryłki piwa. 

- Szczególnie jeśli ta, eee, osoba jest stukilowym 

bernardynem. Wyobraźnia odmawia mi posłuszeństwa. 

Rozległ się jej śmiech, czysty i naturalny. 

~ Wcale nie potrzebujesz wyobraźni. Lokalna stacja 

telewizyjna ma to na taśmie. Tylko nie wydawaj 

background image

pochopnych sądów - wszystkie dzieciaki po prostu 

uwielbiają Brutusa. Moja grupa w przedszkolu bardzo 

się ucieszyła, kiedy go przyprowadziłam. To dorośli 

czują się nieco... niepewnie, gdy jest w pobliżu. 

- Wyobrażam sobie. 

- Och! Julianie, bądź poważny. Teraz, kiedy Maudie 

odeszła, możesz zostać jego opiekunem. Obrazi się, 

jeżeli będziesz mówił takie rzeczy. 

Raz jeszcze stał się groźnym nieznajomym, wynios­

łym i szorstkim. 

- Callie, Brutus to pies. Po prostu pies, nic więcej. 

Być może bawi cię udawanie, iż jest inaczej, ale mnie 

to, delikatnie rzecz biorąc, irytuje. 

Callie odsunęła się od niego, a jej oczy pociemniały 

z oburzenia. 

- Ja nie udaję, Julianie - zaprotestowała. - Brutus 

naprawdę rozumie, co do niego mówię. 

- O ile dobrze pamiętam, to samo twierdziłaś 

o swoich żonkilach - przypomniał jej - kiedy złapałem 

cię na tym, że rozmawiałaś z nimi. 

- To im pomaga rosnąć — wyjaśniła chłodnym 

tonem. - Jeżeli sobie przypomnisz, moje kwiaty były 

większe niż czyjekolwiek w mieście. Znam różnicę 

między żonkilami i psami. 

- Nie masz pojęcia, jaką sprawia mi to ulgę - Julian 

pstryknął ją lekko w nos, aby złagodzić efekt swych 

drwin. 

Spojrzała na niego z rozdrażnieniem w oczach. 

- Jeżeli nie możemy pogodzić się w prostych 

sprawach, myślę o Brutusie, to jak mamy załatwić te 

bardziej skomplikowane, na przykład Willow's End? 

Julian uniósł brwi. 

- Czyżby Willow*s End stanowiło jakiś probiem? 

- Nie wspominałam o tym? - wybrała kolejną 

paprykę i nadgryzła czubek. - Albo ty zaopiekujesz 

się Brutusem i domem. Albo ja. 

- Prawo własności. To się nazywa prawo wła-

background image

sności, nie opieka. I skąd wiesz, kto dziedziczy 

Willow's End? 

Zamachała w powietrzu strąkiem. 

- Maudie mi powiedziała... poniekąd - zmarszczyła 

nos. - Bez urazy, ale mam nadzieję, że to będę ja. 

Willo w's End nie przyda ci się specjalnie w Chicago. 

- To prawda. Powiem ci, co zrobię. Jestem czło­

wiekiem rozsądnym. Jeśli to ja dziedziczę, dam ci 

tego kundla - oświadczył wspaniałomyślnie. - Co do 

Willow's End... - zastanowił się przez minutę. - Masz 

rację. Mieszkając w Chicago, nie mógłbym poświęcić 

mu czasu i starań, jakich wymaga. Jeśli przypadnie 

mnie, uważaj go za swój tak długo, jak będziesz chciała. 

- Naprawdę? - Callie zabrakło słów, aby mu 

podziękować, tak oszołomiła ją jego szczodrość. - Nie 

wiem, co powiedzieć? 

- Powiedz: tak - podsunął. 

- Tak. Tak. Taki Och, Julianie! - rzuciła mu się na 

szyję, rozsypując po całym kocu jasnozielone strączki 

papryki. - Jesteś najmilszym i najbardziej wspaniało­

myślnym człowiekiem, jakiego znam. Gdy tylko 

znajdziemy testament Maudie, będzie wspaniale. 

Julian rozluźnił dławiący uchwyt na swym gardle. 

- Znajdziemy testament Maudie - powtórzył z na-

pięciem - Znajdziemy? Co to znaczy: znajdziemy? 

Czyżby zginął? 

Ze zdumieniem spojrzała na jego oszołomioną minę. 

- Niezupełnie. Widzisz.,. 

- Co się dzieje? Jedna godzina spędzona wspólnie 

i już skaczecie sobie do oczu? - przerwał im beztroski 

głos Valerie, która uśmiechnęła się do obojga. - Prze­

praszam. Przeszkodziłam w czymś? 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Reguła numer 4 

Planowanie to klucz, który otwiera 

wszystkie drzwi. 

-Tak! 

- Nie! . 

Callie wykrzywiła się do Juliana, po czym ciepło 

powitała przyjaciółkę: 

- Przyszłaś akurat w samą porę, Valerie. 

- Raczej w zupełnie nieodpowiedniej chwili - sprze­

ciwił się Julian. - Przeszkodziła nam w rozmowie. 

I nadal chciałbym wiedzieć, co masz na myśli mówiąc 

„zginął". 

- Ojej. Czy mam odejść? - Valerie szeroko otwo­

rzyła oczy. 

- Jeśli już to proponujesz... - zaczął Julian. 

- Nie wygłupiaj się! - wtrąciła szybko Callie, 

obdarzając brata niezbyt łagodnym szturchańcem. 

- On tylko żartuje. Prawda, Julianie? 

- Nie. 

- Co za ulga stwierdzić, że pewne rzeczy nigdy się 

nie zmieniają - zaśmiała się Valerie, a jej ciemne oczy 

zabłysły złośliwie. - Witaj, Julianie. Co za imponujący 

garnitur. Trochę jakby... czarny, nieprawdaż? 

Na jego ustach pojawił się leniwy uśmiech. 

- Miło, że to zauważyłaś - zmierzył wzrokiem 

Danny'ego. - Widzę, że zdecydowałaś się jednak 

hodować tego potworka. Nie mogłaś żyć bez niego, 

co? Niedobrze, niedobrze. 

- Kretyn! - Valerie opiekuńczo przytuliła synka 

do siebie. - Tylko trzymaj się od niego z daleka. Nie 

chcę, żeby coś z ciebie mu się udzieliło - ostentacyjnie 

odwróciła się do niego plecami i mrugnęła do Callie. 

background image

TAM DOM TWÓJ-. 

33 

-Zrobiłabyś coś dla mnie? Popilnuj Danny'ego przez 

kilka minut. Mam tysiąc i jedną sprawę na głowie, nie 

dam rady załatwić wszystkiego z dzieckiem na rękach. 

- Jasne - Callie sięgnęła po Danny'ego, przytulając 

do siebie zaślinione dziecko. Mokra rączka złapała ją 

za nos. Zaśmiała się i tak długo łaskotała brzuszek 

niemowlaka, aż rozluźnił swój uchwyt. 

Julian uniósł brew. 

- Może i nie jest to najobrzydliwsza rzecz, jaką 

w życiu widziałem, ale cholernie niewiele jej brakuje. 

Val, czy nie potrafisz pilnować swojego syna? 

- To tylko dziecko - zaprotestowała z oburzeniem 

Valerie. - Zresztą Callie to nie przeszkadza. Prawda, 

Callie? - spojrzała wyczekująco na przyjaciółkę. - Czy 

nie macie nic przeciw temu, by ludzie składali wam 

kondolencje? Chcieli zostawić was na trochę samych, 

ale mieliście już wystarczająco dużo czasu, prawda? 

Widząc, jak się bez przerwy kłócicie, można by 

sądzić, że naprawdę jesteście rodzeństwem. Och! Callie, 

byłabym zapomniała cię spytać - dodała, nie przery-

wając nawet dla zaczerpnięcia tchu. - Pani Ashmore 

chciała wiedzieć, czy nadal masz zamiar upiec te 

ciastka na zbiórkę funduszów dla szkoły, a burmistrz 

potrzebuje jeszcze jednej osoby do swego Komitetu 

Ocalenia Dzwonnicy. Powiedziałam wszystkim, że się 

zgadzasz. Dobrze zrobiłam? 

Callie skinęła głową, od dawna przyzwyczajona do 

Valerie i jej sposobu postępowania. 

- Tak, tak i tak. Nie martw się o nic. Zajmę się 

tym - posadziła Danny'ego na kocu obok siebie 

i podała mu ryżowe ciasteczko. 

- W takim razie spotkamy się później - to powie­

dziawszy, Valerie zniknęła z cichym pstryknięciem 

palców. Julian obserwował jej odejście z melancholij­

nym wyrazem twarzy. 

- O co tu chodzi z tymi wszystkimi przysługami? 

Czyżbyś odbywała za coś pokutę? 

background image

34 

TAM DOM TWÓJ.. 

- Co masz na myśli? - spojrzała na niego pytająco. 

- Wszystkie te rzeczy. Valerie zwała na twoją 

głowę swoje dziecko, po czym zapisuje cię do ko­

mitetu, który mógł zrodzić się jedynie w głowie 

burmistrza Fishbeckera. I do tego wszystkiego zgło­

siła cię do pieczenia ciastek. Moim zdaniem to 

cholerna bezczelność, szczególnie zważywszy... osta­

tnie okoliczności. 

- Nie pytałam cię o zdanie - zauważyła Callie. 

- Bezczelność? Valerie nie wie nawet, co to znaczy. 

- Poradź jej, żeby sprawdziła w jakimś słowniku. 

- Nie uwierzyłbyś, jak bardzo pomogła mi przez 

ostatnie kilka dni - Callie widziała, że zupełnie go to 

nie przekonało. - Poza tym - dodała, zdecydowana 

wpłynąć na niego - lubię wspomagać godne akcje. 

- Ocalenie dzwonnicy to godna akcja? - spytał 

sucho Julian. 

- Właśnie tak - odparła z pewnością, nie wynikającą 

bynajmniej ze znajomości rzeczy. - A co do Danny'ego, 

to opiekowałam się nim od czasu, gdy miał dopiero 

dwa tygodnie i najprawdopodobniej będę to robić 

nadal, dokąd się nie ożeni. 

- No, dobrze, zanim go jednak ożenisz, czy mog­

łabyś wyjąć mu z ust tego robaka 

Spojrzała w dół na roześmiane dziecko i z powrotem 

uniosła je w ramionach, zaglądając do buzi. Cokolwiek 

zdołało się tam dostać, dawno już zniknęło. 

- Pewnie myślał, że to rodzynek - powiedziała po 

chwili. - Nie mów tylko nic, co mogłoby zmienić to 

przeświadczenie. - Przy okazji, Josiah Hankum 

powiedział mi, żebym wydobyła od ciebie historię 

o jabłkach. 

Przez moment myślała, że to nie podziała. Ale 

Julian przytaknął, akceptując zmianę tematu. 

- Tak, słyszałem. 

- I co? Opowiesz mi o tym? 

Poklepał dłonią swój twardy płaski brzuch. 

background image

- Pod warunkiem, że mnie nakarmisz. Konam 

z głodu. I żadnych więcej marynowanych śledzi. 

Callie z trudem oderwała wzrok od fascynującej 

gry jego długich, smukłych palców. Sięgnęła do 

koszyka po kolejną puszkę, nie chcąc przyznać się do 

tego dziwnego dreszczu podniecenia, który sprawił, 

że otwieranie konserwy szło jej dość niesporo. Ostatecz­

nie Julian był jej bratem - a przynajmniej odgrywał 

tę rolę przez ostatnie jedenaście lat. Ludzie nie dostają 

dziwnych dreszczy na widok swoich braci. A jeśli 

nawet, to nie powinni. 

- Proszę - oświadczyła wspaniałomyślnie, pod­

suwając mu puszkę. - Poczęstuj się sardynką. A teraz 

opowiesz mi historię o jabłkach? 

Julian z powątpiewaniem przyjrzał się tłustej 

przekąsce, po czym odgonił muchę, która wyraźnie 

miała na sardynkę dużo większy apetyt niż on. 

- Zdaje się, że upodobałaś sobie ryby - jego usta 

wykrzywił grymas niesmaku. 

Jej spojrzenie wyrażało zdumienie. 

- Chyba wszyscy je lubią. No co, powiesz mi 

wreszcie o jabłkach Josiaha? 

Potrząsnął przecząco głową. 

- Sardynki nie są warte tej historii. I nie próbuj 

na mnie tego spojrzenia małego biedactwa, zie­

lonooka. 

- Słucham? 

- Mógłbym ostatecznie być podatny na przekup-

stwo. Powiedz, że masz w tym koszyku coś poza 

rybami i ryżowymi ciasteczkami, a ja opowiem 

ci o jabłkach. W przeciwnym razie najprawdopo­

dobniej umrę z głodu, zanim dojdę do połowy. 

- Mam w koszyku coś więcej, poza rybami i ryżo­

wymi ciasteczkami - powtórzyła posłusznie. - A teraz 

opowiesz mi? 

Wzruszył ramionami. 

- No dobrze już, dobrze, ale to naprawdę nic 

background image

wielkiego - zakasał rękawy swej śnieżnobiałej koszuli, 

odsłaniając złotobrązową skórę przedramion. - Kiedy 

miałem gdzieś z dziesięć lat, usłyszałem, jak ciotka 

Maudie mówiła, że Josiah Hankum ma najlepsze 

w okręgu jabłka na szarlotkę. 

- Więc podkradłeś mu trochę. 

- Błąd - uciszył ją. - Nauczycielka powinna 

wiedzieć, że nie należy przerywać innym. A teraz 

słuchaj i ucz się. Mogłem je zwędzić, ale znasz przecież 

Maudie, nigdy by się z tym nie pogodziła. Kazałaby 

mi je oddać. 

- No więc, jaki sprytny sposób wymyśliłeś, aby 

dostać jabłka Josiaha? 

- Stary Hankum nie cierpiał, kiedy ludzie prze­

kraczali granice jego posiadłości. Nie znosił też dzieci 

- wykrzywił się do anielsko uśmiechniętego Danny'ego. 

- Zaczynam rozumieć, dlaczego. 

- Julian! 

- Posłuchaj, ktoś, kto odżywia się robakami...) 

- uniósł dłoń, aby uciszyć jej protest. - Chcesz 

usłyszeć moją historię, czy nie? W każdym razie 

Hankum szczególnie nie cierpiał dzieciaków, które 

łaziły po jego terenie. I miał bardzo skuteczną metodę 

zniechęcania nas. 

- To znaczy? 

- Jeszcze się nie domyślasz? 

- Rzucał w was jabłkami ~ Callie roześmiała się. 

- Punkt dla ciebie. Kiedy tylko ciotka Maudie 

potrzebowała jabłek na szarlotkę, przełaziłem przez 

ogrodzenie farmy Hankuma i czekałem, aż stary 

wyskoczy z domu i zacznie bombardować mnie 

jabłkami. 

- Nie połapał się, o co chodzi? 

Julian wsparty o pień jawora obdarzył ją jed­

nym z tych swoich leniwych, drwiących uśmie­

chów, 

- Jeśli nie, to był jedyną osobą w Willow, która nie 

background image

wiedziała, co się dzieje - zerknął na Danny'ego i jęknął 

z obrzydzenia. - Callie, ten bachor postanowił zjeść 

sobie na deser trochę piachu. Nie potrafisz go 

przypilnować? Nic dziwnego, że Valerie tak się śpieszyła 

z odejściem. 

Chwyciła koszyk i, dobytą z niego serwetką, poczęła 

ocierać brudną buzię i palce Danny'ego. 

- Chce ci się pić? - spytała Juliana. - Mam tu 

lemoniadę. 

- I ciasteczka czekoladowe. Lubię jedno i drugie, 

ale wolałbym coś bardziej solidnego. 

- Cóż, Julianie, gdybyś nie był taki wybredny... 

- Albo gdybyś ty zabrała normalne jedzenie -schylił 

się i podniósł Danny'ego, który był zajęty obślinianiem 

jego buta. - Dobra, pomińmy jedzenie. Miło było, ale 

musimy wrócić do rozmowy na temat Wiliow's End. 

Pamiętasz, na czym stanęliśmy, prawda? To było tuż 

przedtem, nim w nasze życie brutalnie wkroczyło to 

dziecię-robot. Zdaje się, że skończyłem na: „Znaleźć 

testament? Czy to znaczy, że zginął?"' A ty na to... 

- Niezupełnie - pośpieszyła z pomocą Callie. -Jak 

dużo masz czasu? To może trochę potrwać. 

- Szczęśliwym trafem mam trochę wolnego -Julian, 

eksperymentując, podrzucił Danny'ego na kolanie, 

- Miałem właśnie zamiar zaprosić się do Willow's 

End na lato, żeby napisać tu książkę o organizacji 

czasu pracy, kiedy usłyszałem o Maudie. 

- Naprawdę? To wspaniale. Będziemy mieli zatem 

mnóstwo czasu na rozwiązanie naszego małego 

problemu. 

- Małego problemu? - powtórzył Julian, - To 

właśnie zawsze u ciebie uwielbiałem, Callie. Twój 

niepoprawny optymizm, nawet w obliczu nieuchronnej 

katastrofy - uśmiechnął się na widok jej miny i podał 

łakomemu dziecku herbatnika. - Myślę, ze lepiej 

porozmawiam z adwokatem Maudie tak szybko, jak 

tylko się da, i dowiem się, co należy zrobić. 

background image

- Jeśli sądzisz, że to coś pomoże. Choć wątpię, czy 

będzie nam w stanie powiedzieć, gdzie go schowała. 

Zapadła długa cisza. 

- Maudie schowała testament?-powtórzył ostrożnie 

Julian, sadzając Danny'ego na kocu. - Nic nie 

wspomniałaś o tym, że jest schowany. Doskonale 

pamiętam. Powiedziałaś, że zginął. Schowała go? 

Julian wydawał się mieć trudności z oddychaniem. 

- Callie - zdołał w końcu wykrztusić - to nie takie 

proste. Sąd nie uwierzy jedynie twojemu słowu, co do 

rozporządzania majątkiem. Szczególnie, biorąc pod 

uwagę fakt, że sama dokładnie nie wiesz, co jest 

w testamencie. Potrzebują dowodu. Czarno na białym. 

A adwokat Maudie? Nie ma przypadkiem odpisu? 

- Nie, nie sądzę. 

- Czemu nie? 

Callie zawahała się, po czym sięgnęła do kieszeni 

spódnicy i wyjęła różową, perfumowaną kopertę. 

- Dlatego. 

Odebrał jej kopertę, przyglądając się wypisanym 

na niej ich dwóm imionom. 

- Co to jest? 

- To wiadomość dla nas, od Maudie - Callie 

przygryzła wargę. - Znalazłam ją w gabinecie. Wyjaśnia 

sprawę testamentu i to, że go ukryła. 

- Nie wierzę własnym uszom. Czy Maudie przez 

przypadek nie wspomina, gdzie schowała testament? 

Callie rzuciła mu pełne wyrzutu spojrzenie. 

- Oczywiście. 

- Co za ulga. Gdzie? 

~ Pisze, że schowała go gdzieś w domu. 

- Gdzieś w... - Julian przebiegł dłonią po swych 

sztywnych, ciemnych włosach. Mięśnie jego szczęk 

zacisnęły się. - Callie, ten dom ma trzy piętra jeśli 

doliczysz strych, dwa skrzydła i więcej zakątków 

aniżeli nory setki szczurów. Nie mówiąc nawet 

o piwnicy, różnych werandach i szafach. Czy nic 

background image

mogłabyś określić bardziej dokładnie, gdzie w tym 

domu możemy znaleźć testament Maudie? 

- Nie, nie potrafię. To zresztą zniszczyłoby cały 

sens tej próby, nie sądzisz? 

Na moment przymknął oczy. 

- No dobrze, zadam to pytanie. Będę zapewne 

żałował, ale zapytam. Jakiej próby, Callie? 

- Zrozumiesz, kiedy przeczytasz ten list - westchnęła 

z desperacją. 

Julian bez słowa, wyjął z koperty pojedynczą kartkę 

papieru i szybko rzucił na nią okiem, 

- Napisała, że za ciężko pracuję. Niby dlaczego? 

Wcale nie pracuję ciężko! 

- Właśnie że tak, Julianie. Maudie uważała, że 

szukanie testamentu będzie dla ciebie pewnego rodzaju 

odpoczynkiem. Oderwiesz się trochę — od tych 

wszystkich przepisów, reguł... planów i innych takich 

rzeczy. 

- A co z twoimi akcjami i komitetami? Nie martwiło 

jej, że ty przesadzasz z tym wszystkim? Ze się 

wykończysz? 

- Nic tu na ten temat nie wspomina - odparła 

Callie, bardzo z siebie zadowolona, - Jej list jest 

zupełnie jasny. Jeżeli chcemy dowiedzieć się, kto 

dziedziczy dom, musimy znaleźć testament żeby go 

znaleźć, musimy przeszukać dom. Powody ukrycia 

testamentu mogą być nieco mętne, ale pomyśl, czym 

będzie dla ciebie poszukiwanie skarbów. To świetna 

zabawa. Pomoże ci się odprężyć. 

Słońce zniżało się już ku zachodowi, kiedy Callie 

i Julian dotarli do Willow's End. Julian zostawił 

cały sprzęt piknikowy na przedniej werandzie i od­

wrócił się do Callie. 

- Idziesz? - spytał. 

- Za chwilę. Chciałam tylko popatrzeć na dom. 

- Czyżby się zmienił? - zszedł po schodach i przy-

background image

łączył się do niej, spoglądając w górę na Willow's 

End. - Nie. Ciągle ten sam stary dom. I do tego 

diablo ważny. Choć, jak tak na niego patrzę, to 

przydałaby mu się świeża warstwa tynku, albo nawet 

dwie. A okiennice jakby się lekko pokrzywiły... 

- Nie bądź takim pragmatykiem. To cudowny, 

prześliczny, wspaniały... 

- I zamknięty dom - Julian uśmiechnął się do 

niej i wyciągnął rękę. - Próbowałem otworzyć 

drzwi frontowe. Są zamknięte. Daj mi klucz, do­

brze? - nie zareagowała, więc pstryknął niecierpli­

wie palcami. - Klucz, zielonooka. Obudź się. To 

był bardzo długi dzień i chciałbym już go zakoń­

czyć. 

Callie przestąpiła z nogi na nogę, unikając jego 

spojrzenia. Nie będzie zadowolony, ale nic nie mogła 

na to poradzić. 

- Widzisz, w tym właśnie problem. Ja nie mam 

klucza. 

- Nie? To kto go ma? - zmarszczył brwi - Maudie? 

- Nie. Nie Maudie - odchrząknęła. - Tak naprawdę, 

to nikt go nie ma. 

- Nikt - powtórzył. - Nikt? Zamknęłaś drzwi 

i nikt nie ma klucza? 

- Wiesz, że w tej okolicy nikt nigdy nie zamyka 

drzwi. A przynajmniej my nie robiłyśmy tego aż do 

dzisiaj. Toteż jeśli nawet był kiedyś jakiś klucz, to już 

dawno przepadł. 

Julian przymknął oczy, starając się zebrać myśli. 

- Co więc sprawiło, że tym razem poczułaś nieod­

partą potrzebę zamknięcia ich? 

- Oczywiście Brutus. Nie chciałam, żeby się wydo­

stał. 

- Tylko nie to - mruknął pod nosem. - Callie, 

posłuchaj, co ci powiem i, proszę, postaraj się to 

zapamiętać. Brutus to pies. Bezmyślne zwierzę. 

Stworzenie o mózgu wielkości fasoli i mniej więcej 

background image

takiej inteligencji, jaką posiada zwykła pleśń. On nie 

ma żadnych ludzkich uczuć. Nie ma nic ludzkiego. 

Ani nie potrafi otwierać drzwi. 

- A właśnie że potrafi. 

Zamilkł na moment, po czym uśmiechnął się 

uprzejmie. 

- Okay. Udajmy, że kupiłem twierdzenie, jakoby 

Brutus umiał otwierać drzwi. Jeśli więc umie - co jest 

niemożliwe - to dlaczego go po prostu nie uwiążesz? 

W ten sposób nie musiałabyś zamykać drzwi, których 

potem nie umiesz otworzyć. 

Zachłysnęła się powietrzem i wyprostowała na pełną 

wysokość swych pięciu stóp i trzech cali. 

- U w i ą  z a ć ? Uwiązać Brutusa? Jak możesz coś 

takiego proponować? Czy zdajesz sobie sprawę, jakie 

to nieludzkie? Nigdy by mi nie wybaczył. Nigdy. 

- To by ci nie wybaczył. Zdaje się, że będzie 

jeszcze mniej skory do wybaczania, jeśli nie uda nam 

się dostać do domu i zdechnie z głodu. A może nie 

przyszło ci to do głowy? 

Callie usiłowała zlekceważyć jego ironię, jedynie 

dużym wysiłkiem woli zachowując godność. 

~ Dla twojej wiadomości, zamknęłam drzwi od 

wewnątrz, ale zostawiłam otwarte okno. Musimy 

tylko wspiąć się do środka. To bardzo proste, 

Ponownie przymknął oczy. 

- Sam nie wierzę, co słyszę. To znaczy, że zamknęłaś 

drzwi, bo ten kundel potrafi posługiwać się klamką, 

natomiast otwarte okna są w porządku, bo przez nie 

nie umie wyjść? 

- No, owszem, umie. Ale nie zrobi tego. 

- Boże, daj mi siły. No dalej, naprawdę chciałbym 

wiedzieć, dlaczego Brutus nie wyjdzie przez okno? 

Czy ma to związek ze specjalnym psim kodeksem 

honorowym - nie będziesz uciekał przez okna, lecz 

jeśli zdołasz otworzyć drzwi, to możesz? 

Jej odpowiedź wprost ociekała słodyczą. 

background image

- Chcę ci coś powiedzieć, kochany braciszku. Nie 

cierpię cię. Nie jestem na ciebie zła, ale po prostu 

uświadomiłam sobie, że naprawdę cię nie cierpię. 

- Dzięki, 

- Nie ma za co. 

- Nadał czekam na wyjaśnienia w sprawie okna, 

Callie. 

- Od kiedy Brutus wpadł na szklane drzwi, okropnie 

boi się szkła, każdego, także okien. I powiem ci coś 

jeszcze, Julianie. Do końca życia będę żałować, że 

Gwen została wepchnięta do jeziora. 

Jeśli Julianowi sprawiło pewną trudność podążanie 

za tokiem jej myśli, nie dał tego po sobie poznać. 

- Przykro ci, że została... 

- Wepchnięta. Tak. Przez większą część zeszłego 

roku czułam się winna. Teraz pojmuję, dlaczego. 

Byliście dla siebie stworzeni - oboje równie precyzyjni 

i idealni. 

- Jeszcze raz dziękuję - odparł Julian, uśmiechając 

się otwarcie. - Niezależnie od tego, co mogłaś sobie 

pomyśleć, nigdy nie miałem do ciebie pretensji o ten 

incydent. 

- Zasługiwaliście na siebie - ciągnęła Callie, ig­

norując jego uwagi. - Nigdy nie zrozumiem, czemu 

Brutus tego nie dostrzegł. Z jakiegoś powodu uważał, 

ze wy... 

- Gdzie jest to okno? 

- Po drugiej stronie, z tyłu. - Zszedł ze schodów 

i skierował się na tyły domu, nie przerywając ani na 

chwilę. - Zawsze zapominam, że powrót tutaj to jak 

wejście w odcinek Strefy Zmroku. Muszę to zapisać. 

Człowiek lepiej zapamiętuje rzeczy, które wcześniej 

zapisał. 

Callie dreptała obok niego, zdecydowana okazać 

wyrozumiałość. W końcu przecież Julian zachowywał 

się zupełnie nietypowo. Zapewne była to reakcja na 

śmierć Maudie i najlepiej będzie ustępować, 

background image

Poza tym, nie powinna była nawet wspominać 

imienia Gwen. Jego dawna dziewczyna stanowiła 

wyraźnie temat tabu. Zresztą Callie nic miała mu 

tego za złe. Szczerze mówiąc, incydent z poprzedniego 

lata nigdy nie miałby miejsca, gdyby od początku 

starała się bardziej polubić Gwen. 

Julian zatrzymał się gwałtownie i Callie niemal na 

niego wpadła. Z niedowierzaniem spojrzał na wąskie 

okno, znajdujące się tuż nad jego ramieniem. 

- To tutaj? To to okno, przez które mam wejść? 

- Nie - odparła, w ostatniej chwili przypomniawszy 

sobie, że powinna mu ustępować. - To jest okno, 

przez które ja mam wejść. Nawet gdybyś zdołał się 

przez nie przecisnąć, to zapominasz o jednym drobnym 

szczególe. 

- To znaczy? 

- Po drugiej stronie jest Brutus. 

- No i? 

I tyle z jej starań. 

- Niewątpliwie Brutus usłyszał wszystkie twoje 

okrutne, paskudne uwagi na werandzie. A nawet jeśli 

nie, to ciotka Maudie opowiedziała mi, co się stało, 

kiedy złożyłeś nam wizytę ostatniej zimy. Gwarantuję, 

że Brutus ci tego nie wybaczył. 

- O co ci tym razem chodzi? 

Oparła ręce na biodrach i powiedziała surowo: 

- O fajerwerki, które przygotowałeś na sylwestra, 

kiedy ja robiłam za przyzwoitkę na wycieczce szóstej 

klasy w Chicago. Wiesz, jak Brutus boi się hałasów. 

Był bardzo niezadowolony. 

- On był niezadowolony? On? Czy Maudie powie­

działa ci, co zrobił z moim łóżkiem? 

Poczuła, że jej policzki stają się gorące. 

- Spał akurat na nim, kiedy wystrzeliłeś te swoje 

idiotyczne ognie. Nie mógł nic na to poradzić. To był 

wypadek. 

- Zrobił to naumyślnie. Ty to wiesz i ja to wiem. 

background image

- Naprawdę? - szeroko otworzyła oczy. - Jakim 

cudem stworzenie o mózgu wielkości fasoli i mniej 

więcej takiej inteligencji, jaką posiada zwykła pleśń 

zdołało popełnić ten okropny czyn z premedytacją? 

Odetchnął głęboko. 

- Jak dostaniemy się do środka, Callie? 

- Ty mnie podniesiesz, a ja wejdę przez okno. 

Przyjrzał się futrynie, potem Callie i potrząsnął 

głową. 

- No, nie wiem. W tej spódnicy... to ryzykow­

ne - w jego oczach błysnął złośliwy chochlik. -

Nie przypuszczam, abyś miała ochotę na mały za­

kład: czy uda ci się wejść do środka bez rozdarcia 

czegoś. 

- Przestałam się już zakładać. Nie robiłam tego od 

wieków. 

- Jeden rok nie czyni wieku, droga siostro. A tyle 

właśnie minęło od czasu naszego ostatniego zakładu. 

Jedynym powodem, dla jakiego nie chcesz podjąć 

wyzwania jest to, że zawsze przegrywasz. Nie chcesz 

spróbować się odegrać? Zakład o dziesięć centów, że 

ci się nie uda. 

Posłała mu spojrzenie, które miało przypominać 

szok. 

- Zaskakujesz mnie, Julianie. Zdajesz sobie chyba 

sprawę, że jest to poważna skaza na twoim charakterze. 

Nie w twoim stylu - poinformowała go. — Ale podnieś 

do dwudziestu i wchodzę. 

- Zgoda. 

Stanęła między nim i domem, biorąc się pod boki. 

- No więc? Na co czekasz? Chcesz się dostać do 

środka czy nie? Jeśli tak, to mnie podsadź. 

W zmroku ledwo dostrzegła biały błysk uśmiechu 

Juliana. 

- Pozwól, że najpierw otworzę to okno odrobinę 

szerzej. 

Nachylił się ku niej i Callie poczuła cierpki zapach 

background image

jego wody kolońskiej. Patrzyła na niego, niezdolna 

się poruszyć, zafascynowana tym, jak pierwsze miękkie 

promienie księżyca rzeźbią na jego twarzy twarde 

Unie, Julian wyglądał tak... tak inaczej. 

Sięgnął poza jej plecy, wspierając dłoń o mur, 

drugą zaś uniósł, aby otworzyć okno. Callie uświado­

miła sobie, że powinna się była odsunąć, póki to 

jeszcze możliwe. Przywarła do szorstkiego tynku. 

- Oprzyj się na moich ramionach - polecił. - Spód­

nice nie są stworzone do włażenia przez okna, lecz 

jeśli usiądziesz na parapecie, po czym spuścisz nogi 

na drugą stronę, wszystko powinno odbyć się do­

statecznie przyzwoicie. I nie bój się, jestem tu i złapię 

cię, gdybyś straciła równowagę. 

Zrobiła, jak kazał, opierając dłonie na szerokich 

ramionach. Żar jego ciała palił jej ręce nawet przez 

materiał koszuli. Spróbowała otrząsnąć się z tego 

uroku. To przecież tylko Julian. Przez jedenaście lat 

był jedynie bratem, nikim więcej. 

„I nadal jest moim bratem" - powiedziała do 

siebie. A jednak Callie nie udało się stłumić nagłego 

objawienia, że tak naprawdę wcale nie są spokrewnieni. 

- Gotowa? - widząc, jak kiwa potakująco głową, 

ścisnął ją mocniej w talii i podsadził na brzeg okna. 

- W porządku? 

- Tak - w duchu przeklęła swój zduszony głos, nie 

mogła jednak nic na to poradzić. Czuła jego pierś 

przy swoich nogach, jego ręce ześlizgnęły się w dół 

i opiekuńczo spoczywały na bokach jej ud. Przez 

jedną szaloną sekundę ogarnęła ją pokusa, by pochylić 

się i zsunąć w jego ramiona. 

- Callie? 

- Tak? - przełknęła ślinę. 

- Jestem pewien, że widok z góry jest wręcz uroczy 

i bynajmniej nie chciałbym przeszkadzać ci w czym­

kolwiek. Ale  r u s z s i ę ! 

Kubeł zimnej wody nie podziałałby na nią silniej. 

background image

Callie schyliła się, przekręcała i przerzuciła nogi przez 

parapet, na drugą stronę. Jej spódnica zaczepiła się 

o drzazgę, wystającą z boku deski. Odgłos roz­

dzieranego materiału rozległ się donośnie w ciepłym 

nocnym powietrzu. 

Z dołu dobiegł głęboki śmiech. 

- Mówiłem ci. To będzie dwadzieścia centów. 

Rozważyła możliwość zatrzaśnięcia okna i zo­

stawienia Juliana na zewnątrz przez całą noc. Znając 

go wiedziała jednak, że znalazłby jakieś rozsądne 

rozwiązanie i dostałby się do domu. Julian zawsze 

stawiał na swoim. 

- I co jeszcze nowego masz mi do powiedzenia? 

- wymamrotała, po czym wybiegła z łazienki na 

korytarz, po drodze zapalając wszystkie światła. 

- Brutus? - zawołała. 

Przy akompaniamencie lekkiego sapania i zabaw­

nego pomrukiwania Brutus zmaterializował się przed 

nią. Podbiegła do niego i upadła na kolana. Odsuwając 

w bok dekoracyjną baryłeczkę na koniak, oplotła 

ramionami masywną szyję. 

- Cześć, kochanie — szepnęła w kłapciate ucho. 

Przesunęła palcem po paśmie białej sierści, biegnącym 

przez środek jego głowy. - Moje biedactwo. Czy 

bardzo ci było tu źle samemu? 

Zaskomlił w odpowiedzi i przytulił pysk do jej 

ramienia. Jego ciepły, wilgotny oddech owiewał jej 

skórę. Merdający ogon hałaśliwie uderzał o ściany 

korytarza. 

Przez długi czas siedzieli tak, a Brutus „rozmawiał" 

z Callie za pomocą lekkich sapnięć i cichych po-

chrząkiwań. W odpowiedzi zrelacjonowała mu przebieg 

uroczystości, nie pomijając żadnych szczegółów. Nagle 

w całym domu rozległo się głośne walenie do drzwi, 

przypominające o istnieniu Juliana. Z cichym jękiem 

Callie zerwała się na nogi. 

Brutus zaprotestował gwałtownie. 

background image

- Nic nie mów - rozkazała. - Wiem, że w tej chwili 

niespecjalnie cieszysz się z jego przybycia, ale on też 

ma powody do lekkiego zdenerwowania na ciebie. 

Z pogardliwym warknięciem Brutus odwrócił głowę. 

Odgłosy dochodzące z dołu dawały jasno do 

zrozumienia, że jeśli szybko nie otworzy, będą 

potrzebowali nowych drzwi. 

- Callie! Otwieraj! Jeśli natychmiast nie otworzysz... 

- odsunęła zasuwę i szeroko rozwarła drzwi. Julian 

stał na podeście, a w jego ciemnych oczach lśniła 

wściekłość. 

- Co ci, u licha przeszkodziło? Nie, nie mów. Sam 

zgadnę. Ten głupi kundel. Plotkowaliście obydwoje 

o tym, jak minął dzień i zapomniałaś, że stoję na 

dworze i czekam. 

- No, tak - przyznała. 

- Odejdź - kiedy nadal stała nieruchomo, wpatrując 

się w niego oszołomionym wzrokiem, powtórzył 

polecenie. W jego głosie brzmiała stanowczość i nie­

złomne postanowienie. - Odejdź. Trzymaj się ode 

mnie z daleka. Po pierwsze, chcę, abyś usunęła mi 

z drogi wszystkie żywe istoty, bo nie odpowiadam za 

to, co może się im przydarzyć. Po drugie: kiedy 

przyjedzie dostawca pizzy, przyślij go na górę. Sam 

zajmę się napiwkiem. Po trzecie... 

- Julianie - na widok wyrazu, malującego się na 

jego twarzy, urwała i wycofała się, przepuszczając go. 

Julian przekroczył próg i zamarł, rozglądając się 

z niedowierzaniem, 

W ścianach holu wybite były wielkie dziury, 

z

 których niczym serpentyny zwieszały się kable i druty. 

Wymalowane sprayem czarne linie i strzałki pokrywały 

to, co jeszcze zostało z tynku, zaś w rogu ktoś 

oderwał kilka dębowych desek podłogi. Wszystko 

pokrywała gruba warstwa szarego pyłu. Julian powiódł 

wokoło przerażonym wzrokiem, po czym podszedł 

do najbliższych drzwi i rozwarł je na oścież. 

background image

- Chryste! Nic dziwnego, że tak długo trwało, 

zanim mnie wpuściłaś. Wezwałaś już gliny? 

- Słucham? 

Chwycił ją za rękę, jednocześnie cofając się w stronę 

wyjścia. 

- No dalej! Schowaj się za mnie. Wychodzimy 

stąd. Oni jeszcze mogą tu być. 

- Kto? 

- Kto? Oczywiście ludzie, którzy zrujnowali ten 

dom. No chodź! Zawołaj tego piekielnego psa, jeśli 

nie wyjdziesz bez niego, ale chodź. Już! 

Oparła się próbie wyprowadzenia jej z domu. 

- Och! Masz chyba na myśli remont Wiem, ze 

panuje tu mały bałagan, ale zawsze tak jest, kiedy 

z początku rozwala się stary wystrój. Kiedy juz 

doprowadzimy do porządku ściany... 

- To nie jest śmieszne - warknął Julian. 

Zamrugała, zaskoczona. 

- Bo wcale nie miało być. Jeszcze nie widziałeś 

gabinetu. Myślisz, że w jaki sposób znalazłam list od 

Maudie? Kiedy już doprowadzimy do porządku ściany 

i usuniemy stary tynk, będzie wspaniale. Naprawdę. 

Na moment zabrakło mu słów. 

- Zrobiłaś to celowo? Jak mogłaś? Dom, w któ­

rym się wychowałem, dom, który kocham - zerknął 

na nią. - Który kocham z całymi ścianami. Dom, 

który jest w mojej rodzinie od prawie stu lat — i ty mu 

to zrobiłaś? Specjalnie? 

Starała się nie zdradzić urazy, jaką poczuła. 

- Oczywiście, Maudie powiedziała... 

- Odejdź. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Reguła numer 11 

Spis to drabina, która pozwala ci 

osiągnąć cel 

Później, tego samego wieczoru, Callie przekradała 

się frontową ścieżką do domu. W połowie drogi 

przystanęła i spojrzała na Willow's End. Każdej 

nocy, przez ostatnich kilka dni, postępowała dokładnie 

tak samo. Wychodziła, aby popatrzeć na dom - upew­

nić się, że nic się nie zmieniło. Dziś wieczór, wracając 

z ukradkowej wizyty na cmentarzu, ostatecznie zyskała 

pewność. 

Westchnęła z lekkim uśmiechem. Tak się bała, że 

wraz z odejściem Maudie dom opuści też jego dusza, 

że zgaśnie to wewnętrzne światło. Ale duch, ożywiający 

te ściany, nadal tam był. Wciąż miała swój dom. 

Brutus, stojący u jej boku, zaprotestował cichutka 

- No dobrze, chodźmy już - powiedziała. - Tylko 

bądź cicho. Te twoje pazury mogłyby obudzić... 

- warknął z oburzeniem i Callie urwała. - Przepraszam. 

Nie pomyślałam. Ale jeżeli Julian nas przy łapie, będzie 

się domagał wyjaśnień. Osobiście trudno by mi było 

jakieś wymyślić. Tobie zresztą też. 

Brutus okazał swe niezadowolenie kolejnym wark­

nięciem. Callie przysłoniła pysk psa dłonią. 

Wstrzymując oddech, Callie nacisnęła klamkę 

i pchnęła drzwi. Wetknęła do środka głowę i rozejrzała 

się szybko. 

- W porządku, droga wolna - zawołała do Brutusa. 

- Możesz wejść. 

Jego natychmiastowe posłuszeństwo było tyleż 

niespodziewane, co nieprzyjemne w skutkach. Nie 

czekając, aż Callie odsunie się, runął na nią, uderzając 

swą wielką głową w sam środek jej pleców, Dziewczyna 

background image

spadła ze schodów, podczas gdy Brutus z pod-

niecającym szczeknięciem, jak burza, wpadł do 

domu, potknął się o jej nogi i z łomotem przetoczył 

po parkiecie. 

Nagle zabłysło światło. 

Callie uniosła głowę i jej wzrok napotkał rządek 

dziesięciu palców u nóg, stojących zaledwie kilkanaście 

centymetrów od jej głowy. Jej spojrzenie powędrowało 

w górę po dwóch dużych nagich stopach i parze 

długich nóg, odzianych w szare spodnie od dresu. 

Następnie ujrzała szeroką klatkę piersiową, opaloną 

na atrakcyjny ciemny brąz, kształtną szyję i wreszcie 

głowę i twarz. Twarz miała zdecydowanie ponury 

wyraz. 

- Cholera! 

- Delikatnie powiedziane, ale adekwatne - zgodził 

się Julian. - Niech to szlag! Byłem pewien, że tym 

razem to naprawdę włamywacz. Nawet wziąłem to ze 

sobą - uniósł kij do baseballa. 

Na widok kija Brutus wystartował do obłąkańczego 

biegu. Pośliznął się na zakurzonej drewnianej podłodze, 

okręcił w kółko i zderzył ze ścianą na końcu hallu. 

Dopiero po trzech próbach zdołał wyminąć zakręt 

i zniknąć im z oczu. 

- Zdrajca! - krzyknęła za nim Callie. Podniosła się 

i odgarnęła włosy z oczu. - Choć tak bardzo go 

kocham, Brutus to najczystszy okaz tchórza. I ty 

z tego korzystasz. Prawdę mówiąc, zawsze to robiłeś. 

- Ja? Jedyne, co zrobiłem, to zszedłem na dół, aby 

stoczyć walkę ze złodziejem. Skąd miałem wiedzieć, 

że to nie żaden włamywacz, lecz moja ukochana 

siostra, wślizgująca się potajemnie do domu po szalonej 

nocy, spędzonej na nieprzystojnych uczynkach. 

- Nie jestem twoją siostrą ~ poinformowała go 

o fakcie, który sama ustaliła dopiero niedawno. - Kiedy 

moja matka rozwiodła się z twoim ojcem, my też 

zostaliśmy... rozwiedzeni. Jesteśmy... jesteśmy eks-ro-

background image

dzeństwem. I nie wracam po żadnej szalonej i nie­

przystojnej nocy. 

- A więc gdzie byłaś? - spytał. Jego wargi zadrżały, 

zdradzając rozbawienie. 

- Za... zabrałam Brutusa na cmentarz. 

Julian zmarszczył brwi. 

- Callie, jest po pierwszej w nocy. Co, na miłość 

boską, robiłaś tam o tej porze? 

- Wiem, że jest późno, ale nie mogłam pójść 

o żadnej innej godzinie - spuściła głowę. - Widzisz, 

na cmentarz nie wpuszcza się zwierząt A oni nie 

rozumieją, że Brutus nie jest wcale zwierzęciem. Mógł 

się tam dostać jedynie nocą. 

Julian potrząsnął głową z niedowierzaniem. 

- Czy chcesz mi powiedzieć, że wkradłaś się na 

cmentarz po to, aby ta olbrzymia kupa pcheł mogła... 

odwiedzić Maudie? 

- No, tak. Nie. Niezupełnie. Widzisz, członkinie 

kościelnego kółka ufundowały Maudie nagrobek 

i Brutus chciał go zobaczyć. 

Julian na próbę zamachnął się kijem. 

- Brutus ci to powiedział, tak? Ten kundel z każdym 

dniem staje się coraz zdolniejszy, 

Z głośnym łoskotem kij uderzył o ziemię, a Julian 

zaklął pod nosem. 

- Hej, kochanie! Przepraszam, Nic chciałem do­

prowadzić cię do płaczu - ukląkł obok niej, a jego 

silne ręce objęły jej ramiona. 

- Ja nie płaczę - zaprzeczyła ochrypłym szeptem, 

a po jej policzku spłynęła samotna łza. 

- Właśnie widzę - w jego głosie zabrzmiała leciutka 

nutka śmiechu. - No dalej. Opowiedz o tym swojemu 

dużemu braciszkowi. 

- Ciągle zapominasz - zdołała wykrztusić - Nie 

jesteś już moim bratem. 

- Jeśli ci na tym zależy, to nie mam nic przeciw 

temu. Będę, czymkolwiek zechcesz. Bratem, ojcem, 

background image

wujkiem. Może kuzynem drugiego stopnia ze strony 

matki? - uniósł ją w ramionach i ruszył w stronę 

prowadzących na górę schodów. - Nawet jeśli zostanę 

kuzynem, wszystko może być jak dawniej. Usiądziemy 

sobie i opowiesz mi o swoich kłopotach. Możemy 

pogadać - cichy szloch wstrząsnął Callie i Julian 

szybko poprawił się. - Albo popłakać. 

Wtuliła twarz w obnażone ramię Juliana i rozpłakała 

się. 

- Ostatnie dni nie były dla ciebie łatwe. Przykro 

mi. Nie było mnie tu, kiedy mnie potrzebowałaś. 

Oddałbym wszystko, żeby to zmienić. 

- Nie przepraszaj. Przecież nie wiedziałeś — po­

śpieszyła z pocieszeniem. - Dałem radę. I przynajmniej 

spełniłam pierwsze życzenie Maudie. 

- Pierwsze życzenie? 

Callie odchrząknęła. 

- A prawda. Nie mówiłam ci jeszcze o życzeniach, tak? 

- Mam takie dziwne wrażenie, że zapamiętałbym, 

gdybyś o tym wspomniała - odparł kwaśno Julian. 

- Niewątpliwie - Callie usadowiła się wygodniej. 

- Chcesz, żebym powiedziała ci teraz? 

- Proszę - westchnął z rezygnacją. 

- Zanim umarła, Maudie zażyczyła sobie, abym 

wykorzystała jej notatki i wspomnienia na pogrzebie. 

- Uroczystości. 

Skinęła głową. 

- Ta część - uroczystości - była najłatwiejsza do 

spełnienia. 

Julian uniósł brwi. 

- Łatwa? Nie wydaje mi się. Stać tam samotnie 

przed tłumem ludzi i opowiadać o Maudie? To musiało 

być okropnie trudne. 

Spuściła głowę na jego ramię i mruknęła: 

- Nie tak trudne, jak jej następne życzenie. 

~ Pozwól, że zgadnę - stwierdził ironicznie. ~ Ma 

to coś wspólnego z remontem domu. Zgadza się? 

background image

-  T a k - przyznała. - Kiedy Maudie rozpoczęła 

remont, usiadła i spisała wszystko, co chciałaby zrobić. 

Zostawiła mnóstwo zapisków na ten temat W szpitalu 

prosiła mnie, żebym to dokończyła, - Callie wzruszyła 

ramionami. - Nie mogłam odmówić. 

- Nie, oczywiście, że nie mogłaś. Nie jestem pewien, 

czy w ogóle wiesz jak. 

- Jasne, że nie wiem - uśmiechnęła się do niego 

figlarnie. - Po prostu nie mam w tym specjalnego 

doświadczenia. 

- Przynajmniej przy spełnieniu tego życzenia będę 

mógł ci pomóc. Nie podoba mi się myśl, że miałabyś 

sama zmagać się z tym wszystkim - w jego policzku 

zadrgał nagle mięsień. - Co się dzieje z moim ojcem 

i twoją matką? Nie wątpię, że mieli powody, aby nie 

przybyć na pogrzeb. Jak ojciec wykręcił się tym razem? 

Zawahała się. Zdecydowanie bardziej wolałaby 

przedstawić trzecie życzenie Maudie, ale może to nie 

był najlepszy  m o m e n t Julian nie wydawał się być 

w odpowiednim nastroju do słuchania o młodocianych 

przestępcach, pracach społecznych i podobnych spra-

wach. Lepiej powie mu jutro. Zamiast tego od­

powiedziała na jego pytanie. 

- Twój ojciec jest na wykopaliskach gdzieś na 

drugim końcu Ameryki Południową i nie mógł się 

wyrwać. 

Julian nie starał się nawet ukryć brzmiącej w jego 

głosie drwiny. 

- To nic nowego! On stale prowadzi wykopaliska, 

i zawsze gdzieś na końcu świata. A twoja matka? Nie 

przypuszczam, aby pogrzeby połączone z piknikami 

stanowiły jej ulubioną scenerię. Nadal siedzi w Los 

Angeles? Czy to Londyn? 

- Nowy Jork. 

- I nie zdołała przyjechać? Tak po prostu zostawiła 

wszystko na twojej głowie? - w jego słowach dźwięczał 

gniew. Były bardziej potępieniem niż pytaniem. 

background image

- Przysłała kwiaty. 

Callie podejrzewają, że jego gniew tylko w części 

skierowany był przeciw rodzicom. Oboje wiedzieli, 

jacy są Helene i Jonathan, i zdawali sobie sprawę, że 

nigdy się nie zmienią. Ale Julian miał zawsze silne 

poczucie obowiązku. Można się było domyślić, że 

jego wściekłość zwrócona jest głównie ku własnej 

osobie za to, iż, jego zdaniem, zawiódł Callie wtedy, 

gdy był jej szczególnie potrzebny. 

Położyła mu dłoń na ramieniu, czując pod palcami 

napięte do bólu mięśnie. Kiedy odezwała się, jej głos 

był łagodnie żartobliwy: 

- Matka przysłała ten wielki ohydny wieniec z lilii. 

A wiesz, jak bardzo Maudie nie cierpiała lilii. To 

znaczy, na tyle, na ile Maudie w ogóle mogła czegoś 

nie lubić. 

- I co zrobiłaś z tymi biednymi kwiatami? 

- Ależ nic. Idealnie sprawdziły się jako kompost 

w ogrodzie. 

Julian zaśmiał się i, nieco rozluźniony, oparł 

o stopień. 

- Wydaje mi się, że Maudie by to doceniła. Zawsze 

miała niepospolite poczucie humoru. Pamiętam, jak 

kiedyś... - jego głos załamał się. Julian potrząsnął 

głową, nie chcąc - czy może nie mogąc - kontynuować 

opowieści. Jego wargi zadrżały- Boże! Tak mi jej brak. 

- Mnie także, Julianie - zgodziła się Callie cicho. 

- Nie mogę uwierzyć, że odeszła - wziął ją w ramiona, 

przywarła do niego dzieląc wspólny ból. 

Nie wiedziała, jak długo tak siedzieli. Nie dostrzegła 

też, w którym momencie ukojenie ustąpiło miejsca 

nowemu uczuciu. Zmiana ta nastąpiła znienacka. 

W jednej sekundzie była w objęciach brata, w następnej 

stał się on prawie nie znanym mężczyzną, tulącym ją 

do siebie w najsłodszym z uścisków. 

- Julianie... - dźwięk jej głosu poruszył powietrze. 

Poczuła jego usta, muskujące lekko czubek jej 

background image

głowy, jej policzek i ześlizgujące się wzdłuż skroni, 

jego ciepły oddech poruszył jej włosy. Zadrżała. 

- Wszystko w porządku, Callie. Czuję to samo, co 

ty - mruknął Julian. 

Jego usta były blisko jej ucha. Callie nie mogła 

opanować drżenia. 

- Naprawdę? - szepnęła zaskoczona. Przymknęła 

oczy, żałując, że nie znajduje się w tej chwili gdzieś 

daleko - gdzie nic się nie zmieniło. 

- To przejdzie - westchnął Julian. - Daj sobie 

trochę czasu - przesunął dłoń na jej kark. Delikatny 

dotyk palców miał na nią prawie hipnotyczny wpływ. 

Poczuła nagłą ulgę. To, co się z nią działo, było 

normalne. Oczywiście. Jak to niemądrze z jej strony, 

że wcześniej sobie tego nie uświadomiła. 

- Skąd wiesz? - spytała ostro. - Jak możesz być 

pewien, że to przejdzie? 

- Bo tak samo czułem się po śmierci matki. Trwało 

to trochę czasu, ale ten smutek minął. 

- Co takiego? - Callie szeroko otwarła oczy. 

- Kiedy moja matka umarła, przeżywałem to 

samo, co ty po śmierci Maudie - pocieszająco 

uścisnął jej rękę. - Ale kiedy już przejdziesz przez 

najgorszy okres żalu, zaczniesz wspominać przyjemne 

chwile, nie te smutne. To prawda, że czas leczy 

wszystkie rany. 

- Och! Nie - wykrztusiła Callie. Próbowała wyrwać 

się z jego objęć, desperacko pragnąc osiągnąć pewien 

dystans. Gdyby Julian podejrzewał, co czuła.., co 

przed chwilą myślała... 

Umarłby ze śmiechu, ot, co. Ona zresztą też to 

zrobi - gdy tylko uda jej się od niego uwolnić, 

Przepłakać noc i odespać czterdzieści osiem godzin. 

Będzie się śmiać z tego. Z pewnością. 

Julian pochwycił jej ręce, nie pozwalając wstać. 

- Posłuchaj. Możesz mnie nie uważać juz za brata, 

ale nadal obdarzony jestem parą ramion idealnych 

background image

do wypłakiwania się. I zawsze możesz z nich korzystać. 

Zgoda? 

Skinęła głową, cała czerwona. Przycisnął ją do 

siebie i pocałował czule w czoło. Następnie wstał 

i wsunął jej za ucho niesforny kosmyk włosów. 

- Spróbuj się przespać, Callie. Rano wszystko będzie 

lepiej - z tymi słowami odwrócił się i wszedł po 

schodach do swego pokoju. 

„Oczywiście, że rano będzie lepiej - pomyślała 

gorzko. - Jak mogłoby być jeszcze gorzej?" 

Następnego ranka mokry psi pocałunek wyrwał 

Callie ze snu. 

- Jeszcze nie, Brutusie. Jestem zmęczona - za­

protestowała sennie. Obróciła się na drugi bok i znów 

zamknęła oczy. 

Brutus położył głowę na łóżku i westchnął. Uniósł 

wielką łapę i zaczął szturchać ją w biodro, póki nie 

zareagowała. 

- Przestań - Callie nie chciała się obudzić, choć 

sama nie wiedziała, dlaczego. To prawda- była 

zmęczona, fakt ten jednak nie wyjaśniał jej niechętnego 

stosunku do... Usiadła gwałtownie na łóżku, nagle 

przypominając sobie poprzedni wieczór. 

Julian... - powiedziała na głos. Ona i Julian... 

cmentarz... i schody. Callie podciągnęła kolana, spuściła 

głowę i jęknęła. 

Brutus wgramolił się na kołdrę i wepchnął nos w jej 

ramiona, zmuszając do uniesienia wzroku. 

- Co? Chcesz wiedzieć, co się działo, kiedy porzuciłeś 

mnie wczoraj w nocy? Zrobiłam z siebie kompletną 

idiotkę i tyle - zrzuciła z siebie masywne cielsko, 

starające się usadowić na niej na stałe. — Wyobraź 

sobie, siedzę tam, ni mniej ni więcej, w jego ramionach 

i wtedy on... 

Brutus warknął cicho. 

- Odczep się, dobrze? - powiedziała obrażonym 

background image

tonem. - To śmierć Maudie tak mnie wytrąciła 

z równowagi. Moje obwody dostały szmergla, mam... 

mam jakby emocjonalne krótkie spięcie. Gdy tytko 

wszystko się uspokoi, moje uczucia do Juliana 

też wrócą do normy. To naturalne, że w podobnej 

sytuacji zwracam się do brata - szturchnęła psa 

ze złością. - Nie odzywaj się do mnie w taki 

sposób! Tak, powiedziałam: brata. Uważanie go 

za kogoś innego było wielką pomyłką. Spójrz, 

do czego doprowadziło, jakbym i tak nie miała 

wystarczająco dużo problemów. 

A teraz złaź z łóżka i odwróć się. 

Poczekała, aż Brutus spełni polecenie, po czym 

zeskoczyła na podłogę i zdjęła nocną koszulę. Ubrała 

się szybko, po czym przez kilka minut szczotkowała 

włosy, by wreszcie związać je na karku jaskrawoczer-

woną wstążką - dla Maudie. 

Przygryzła wargę. Och, gdyby ostatnia noc była 

jedynie snem! Jak spojrzeć teraz Julianowi w oczy? 

To zbyt upokarzające. Najprawdopodobniej cały czas 

świadom był jej uczuć i udawał niewiedzę jedynie, by 

oszczędzić Callie wstydu. Nie będzie musiał więcej się 

o to martwić, postanowiła. 

- Od dziś Julian jest dla mnie wyłącznie bratem 

- oświadczyła Brutusowi. - Niczym więcej. Żadnych 

dziwnych dreszczy. Żadnej gęsiej skórki. Kiedy spojrzę 

na niego, to jakbym patrzyła na... na ciasto czekola­

dowe. Może i jest apetyczne, ale nie muszę go jeść. 

Brutus uniósł w górę oczy i jęknął, a jego długi 

różowy język wysunął się z pyska. 

Zmierzyła Brutusa surowym spojrzeniem. 

- Wiesz, co chciałam przez to powiedzieć. Nie 

życzę sobie więcej ani jednego słowa na ten temat On 

ma do napisania książkę, a ja muszę się zająć zapiskami 

Maudie - podeszła do toaletki i wyciągnęła niewielką 

Kwadratową szufladę, wysypując jej zawartość na 

łożko. Na pościel spłynęła kaskada kawałków papieru. 

background image

- No, dobra. Spójrzmy, co my tu mamy. Co robimy 

dzisiaj? 

Brutus dołączył do niej i czekał cierpliwie, podczas 

gdy porządkowała notatki, układając je w równiutkie 

rzędy. Przyjrzał się po kolei każdemu, po czym złapał 

jeden w zęby i położył na kolanach Callie. 

- Jadalnię? - przeczytała. - Jesteś pewien? To 

mnóstwo pracy. Może najpierw powinniśmy skończyć 

gabinet Julian nie był zbyt zadowolony z jego stanu. 

Brutus z uporem pokręcił głową i Callie skapitulo­

wała z westchnieniem. 

- Maudie rzeczywiście zależało na tym pokoju. 

No, dobrze. Zrobimy po twojemu, ale sam będziesz 

się tłumaczył przed Julianem. 

Na dole trzasnęły drzwi. Brutus odbiegł od niej, 

nadstawiając uszu. Obejrzał się i cihutko warknął, po 

czym wypadł z sypialni. Callie pobiegła za nim. 

Kiedy zaczęła schodzić na dół, od razu natknęła się 

na Juliana. Rozczochrany, półnagi „brat" z zeszłej 

nocy zniknął bez śladu. Na jego miejscu stał wyrafi­

nowany, elegancki nieznajomy. Znów miał na sobie 

garnitur, tym razem ciemnobrązowy, zaś ciemnozłoty 

krawat odbijał delikatnie prążki materiału. Stanął 

u stóp schodów z rękami założonymi na piersi. Nagle 

uniósł pytająco jedną brew, spoglądając na coś 

znajdującego się poza polem widzenia Callie. 

Z zakłopotaniem i rozpaczą Callie stwierdziła, iż 

to, co do niego czuła, bynajmniej przez noc nie 

zniknęło, lecz wróciło pełną mocą. Nagle poczuła 

nieodparty apetyt na czekoladowe ciasto. Zaczęło jej 

burczeć w brzuchu. 

Dokładnie w tym momencie Julian odwrócił się 

i zobaczył ją. 

- A, jesteś. Dobrze. Przed chwilą pojawiła się 

twoja, eee, siła robocza. Właśnie miałem cię zawołać. 

Callie zeszła na dół i stanęła obok niego. Po raz 

pierwszy dostrzegła dwójkę szesnastolatków, uczniów 

background image

miejscowego liceum, -stanowiących trzecie życzenie 

Maudie. Świetnie rozumiała źródło powątpiewania, 

które dźwięczało w głosie Juliana. Ta para nie 

wzbudzała specjalnego zaufania. 

Jasnowłosa Donna, której czuprynę ozdabiały 

zjadliwe różowe i fioletowe pasemka, wpatrywała się 

w Juliana wzrokiem, jakim umierający z pragnienia 

wędrowiec, spogląda na majaczącą w dali oazę. 

Chłopak Donny, Cory, groźnie rozglądał się wokół, 

bijąc po udzie parą motocyklowych rękawic. 

O rany! Ten początek nie zapowiadał miłego dnia. 

Może nie powinna wyjaśniać wszystkich okoliczności, 

związanych z obecnością Donny i Cory'ego w Willow's 

End. Po co ściągać na siebie kłopoty? Zerknęła na 

zirytowanego Juliana. Zdecydowanie nie będzie przy­

sparzać mu zmartwień. Nie dzisiaj. I bez tego miał 

dostatecznie dużo na głowie. Co za szczęście, że nie 

wspomniała o tym wczoraj. 

- Wychodzisz? - spytała z niewinnym uśmiechem. 

Julian skinął głową. 

- Tak. Ale przedtem chciałbym z tobą pomówić 

- rzucił ostatnie sceptyczne spojrzenie w stronę jej 

„siły roboczej" i ruszył do gabinetu. - Ci twoi 

robotnicy... 

- W dzisiejszych czasach naprawdę ciężko jest 

znaleźć dobrą pomoc - stwierdziła inteligentnie 

Callie. 

- Zdążyłem zauważyć. I dlatego uważam, że te 

dzieciaki... 

- Na taką pomoc mogę sobie, na szczęście pozwolić 

- z zakłopotaniem wzruszyła ramionami. Co będzie, 

jeśli Julian nie da się przekonać? Zmusi ją, aby 

wyjaśniła mu ostatnie życzenie Maudie? - Prawdę 

mówiąc, stać mnie jedynie na nich - nie kłamała. 

Darmowa pomoc, nawet jeśli wymuszona nakazem 

sądowym, niewątpliwie podpadała pod określenie 

„tania". 

background image

Julian zawahał się przez moment, po czym przytak­

nął niechętnie. 

- Jeżeli to oznacza uporządkowanie tego miejsca, 

to zgoda i na nich - rozejrzał się wokół i po raz 

pierwszy Callie uświadomiła sobie, jak musi wyglądać 

pokój w jego oczach. Nie był to piękny widok. 

Zerwany z obecnie nagich ścian tynk, walał się po 

kątach i na podłodze. Callie z ulgą stwierdziła, że 

Julian niezbyt dokładnie przyjrzał się odsłoniętym 

belkom, dzięki czemu nie zauważył, iż były całkiem 

spróchniałe. Zamiast tego uniósł wzrok ku prze­

krzywionemu żyrandolowi, zwieszającemu się z po­

strzępionych drutów. Potem przeniósł spojrzenie na 

nią, a następnie na zniszczoną przez wodę klepkę 

podłogi, wypaczoną na podobieństwo fal. 

- Ciekawe. To coś nowego? 

- Odrobinę nas zalało. 

- Mhm.. A Noego złapał zwykły wiosenny de­

szczyk - ostentacyjnie odwrócił się plecami od 

najgorszych zniszczeń i zmienił temat. - Umówiłem 

się z adwokatem Maudie. Mimo tego, co mi po­

wiedziałaś, ciągle mam nadzieję, że może znajdę 

u niego odpis testamentu albo przynajmniej będzie 

wiedział, gdzie go schowała. Chcę się też upewnić, 

czy niczego nie zaniedbaliśmy. 

- To brzmi rozsądnie - przyznała ostrożnie Callie. 

Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale zmienił 

zdanie. Potrząsnął tylko głową i stwierdził: 

~ Wiem, że obiecałem pomóc ci w wypełnieniu 

drugiego życzenia Maudie, ale te naprawy są poważ­

niejsze, niż się spodziewałem. Jesteś pewna, że dasz 

sobie radę? Masz przecież jeszcze inne sprawy na 

głowie. 

- Oczywiście, że dam sobie radę! 

- Sam nie wiem, Callie. Uważam, że powinnaś 

powstrzymać się od zaczynania czegokolwiek aż 

będziemy mogli przeanalizować sytuację. Tego typu 

background image

przedsięwzięcia wymagają sporo czasu, nie mówiąc 

nawet o pieniądzach. Wzięłaś to pod uwagę? 

Callie przygryzła dolną wargę. Czy naprawdę musiał 

wspominać o tym drobnym, uciążliwym szczególe? 

Sytuacja finansowa stała się ostatnio dość napięta

- Julian... 

- Coś ci powiem. Na razie działajmy na wyczucie 

i zobaczymy, co dalej będzie. Zgoda? 

- Jasne - odparła z ulgą. 

- Musimy ostro wziąć się do pracy, jeżeli mamy 

znaleźć testament, uporządkować dom i musimy zrobić 

to na tyle szybko, bym jeszcze zdołał na czas skończyć 

książkę. Chciałbym też przedyskutować plan remontu. 

- Plan? 

- No wiesz. Twój system-zmarszczył brwi.-Masz 

przecież jakiś system, prawda? 

- A tak. Mój system- obdarzyła go olśniewającym 

uśmiechem. To przesądzało sprawę. Trzecie Życzenie 

powinno pozostać tajemnicą. Przy odrobinie szczęścia 

Donna i Cory odpokutują swoją winę, a Julian nawet 

się nie zorientuje. Ona zaś nie będzie musiała oglądać 

jego reakcji. - Najlepiej porozmawiajmy o tym 

wszystkim później - zaproponowała. 

Julian spojrzał na zegarek. 

- Masz rację. W tej chwili nie mam czasu. Chyba 

nic nie zawali się do wieczora. 

- Do wieczora - powtórzyła. Miała przynajmniej 

parę godzin na przygotowanie czegoś, co w oczach 

Juliana mogłoby ujść za „system". 

Jakby wyczuwając jej troskę, Julian objął Callie 

i uścisnął. 

- Nie martw się. Razem to załatwimy. Ale teraz 

naprawdę muszę lecieć. - Oboje przeszli do holu, 

gdzie Julian powątpiewająco spojrzał na czekających 

nastolatków.- Powodzenia w pracy. Ciekaw jestem, 

co zdołacie zdziałać - nachylił się i pocałował Callie 

w czoło, po czym wyszedł. 

background image

Callie udała, że nie słyszy błogiego westchnienia 

Donny. Nieco trudniej było zignorować jej minę. Na 

szczęście wyglądało na to, że Cory też nie był tym 

widokiem zachwycony. 

- Hej, obudź się, mała - szturchnął ją w żebro. 

- Jeśli jeszcze szybciej zatrzepoczesz rzęsami, wylecisz 

na orbitę. Co ty widzisz w tym staruchu? 

- To żaden staruch! - krzyknęła z oburzeniem 

Donna, zwracając się do Callie o pomoc. - Nie jest 

dużo starszy od ciebie, prawda? To znaczy, jest 

bardziej... no wiesz, ale nie  s t a r y . 

- Jest o sześć lat starszy ode mnie - przyznała 

Callie z niczym nie usprawiedliwioną satysfakcją. 

- W zeszłym miesiącu skończył trzydzieści łat. 

- Trzydzieści? - przez sekundę Donna wydawała 

się być załamana, po czym odzyskała humor. — Nie 

wygląda na tyle. Może to jeden z tych, co to nigdy 

się nie starzeją. 

- Pewnie — warknął Cory. - Raz tylko spojrzałem 

na tego gościa i powiedziałem do siebie: oto facet, co 

nigdy się nie starzeje. Teraz wygląda na trzydziestkę 

i ręczę wam, że za pięć lat brat Callie nie będzie 

wyglądał na więcej, niż trzydzieści pięć lat. Otrzeźwiej. 

"Eks-brat", niemal powiedziała Callie, lecz przypom­

niała sobie, że przecież zmieniła zdanie. Westchnęła. 

Zaczynała się w tym gubić. 

- Chodźcie ~ wtrąciła, nim Donna zdołała za­

protestować. Bierzmy się do pracy. 

Cory przewiesił przez ramię swą kurtkę z czarnej 

skóry. 

- Nie przypuszczam, żebyś miała jeszcze te swoje 

czekoladowe ciasteczka? - spytał z chłopięcym entuz­

jazmem. - Były cholernie smaczne. 

Na widok jego pełnego oczekiwania spojrzenia, 

Callie uśmiechnęła się. 

- Są w kuchni. 

- Czy myślisz, że zdążymy wypróbować nowy płyn 

background image

do trwałej? - wtrąciła piskliwie Donna, poprawiając 

jaskrawą fryzurę. - Mama nie zawsze ma czas - wiesz, 

przy jej pracy i w ogóle. 

- Znajdziemy chwilę -zapewniła ją Callie.- A teraz 

może byśmy zaczęli pracować? 

Uzyskawszy ich zgodę, ruszyła do jadalni Czuła 

się nieco winna, że postępuje wbrew instrukcjom 

Juliana. Rzeczywiście nalegał, aby doprowadzić 

wszystko do porządku tak szybko, jak się tylko da. 

I zrobią to, na pewno, gdy tylko Callie uzna, że 

naprawdę jest to możliwe. 

- Na dzisiejszy dzień Brutus wybrał jadalnię 

- poinformowała swych pomocników Callie. - Rzecz 

jasna oznacza to znowu rozwalanie ścian. 

- Świetnie! - krzynął Cory, zacierając ręce. ~ Ma­

sowe zniszczenia. Moje ulubione zajęcie, 

- Nie wpadaj tylko w zbyt wielki entuzjazm -ostrze­

gła go. - Pamiętaj, że to właśnie jest przyczyną twojej 

obecności tutaj. Ten numerek ze sprayem w dokach 

przepełnił czarę, przynajmniej jeśli chodzi o sędziego. 

- Tak, racja - mruknął Cory pod nosem. 

Callie przeniosła wzrok z jednego na drugie. W głosie 

zadźwięczała tak obca jej naturze surowość. 

- Nie zapominajcie, że tylko dlatego nie jesteście 

w tej drwili w poprawczaku, bo Maudie zgodziła się 

przyjąć odpowiedzialność za wasze przyszłe zachowa­

nie. Oznacza to pracę tutaj albo policyjne schronisko 

w Willow. Jeśli będziecie mieli szczęście, to może 

sędzia zgodzi się, żebym zastąpiła Maudie. Ale najpierw 

ja muszę się na to zgodzić. Więc starajcie mi się 

dogodzić. 

Cory błysnął pewnym siebie uśmieszkiem. 

- Jeżeli dogadzanie ci ma oznaczać rozwalanie 

ścian, to możesz na mnie liczyć! 

Kilka godzin później Donna wsunęła do kuchni 

swą nastroszoną, różowo-floletową głowę. Trafiła 

background image

akurat na moment, gdy Callie nalewała lemoniadę do 

trzech wysokich szklanek. 

- Hej, Callie. Skończyliśmy z jadalnią. Chcesz 

zobaczyć? 

- Jasne. Łap szklankę. 

- Dzięki - Donna pociągnęła niewielki łyk. - Tym 

razem naprawdę byliśmy ostrożni. Nawet posprzątaliś­

my po sobie - z dumą otwarła drzwi 

Callie rozejrzała się wokół. Zaimponowali jej. 

- Wspaniale - stwierdziła, podając Cory'emu jego 

szklankę. Ta dwójka wykonała fantastyczną robotę. 

Po pierwsze, zerwali pokrywającą ściany paskudną 

czarną boazerię. Następnie wyburzyli gipsowo-drew-

niane przepierzenie, pozostawiając jedynie słupy 

wspornikowe. Wreszcie zebrali kawałki gipsu i listew 

z podłogi, wypełniając nimi kilkanaście wielkich 

plastikowych worków na śmieci. Otworzyli nawet 

okna, żeby wywietrzyć pomieszczenie. 

Na widok jej zadowolonej miny, Cory wyszczerzył 

radośnie zęby. 

-

 Wszystko zrobione poza wyniesieniem tego na 

śmietnik. Postanowiliśmy pozostawić to dla ciebie. 

Ostatecznie nie możesz oczekiwać, że sami zrobimy 

wszystko, nie? 

- Broń Boże! - zaśmiała się Callie. 

- Myślisz, że twojemu bratu spodoba się nasza 

dzisiejsza robota?- spytała gorączkowo Donna, Cory 

wywrócił oczy i jęknął, niepomny ostrego spojrzenia 

dziewczyny. 

~ Julian będzie zachwycony - odpowiedziała z fał­

szywym przekonaniem i po raz ostatni przyjrzała się 

pokojowi. 

Wciąż nie przestawało ją zdumiewać, jak wielką 

różnicę w wyglądzie pomieszczenia stanowią ściany. 

Bez nich jedynie słupy wspornikowe otaczały pokój 

- one i starożytne przewody elektryczne, biegnące 

pomiędzy drewnianymi belkami. „Niesprawne prze-

background image

wody - dodała w myśli. - Kiedyś trzeba będzie 

je wszystkie wymienić. Na razie jednak..." 

- Czy twój brat będzie mógł przyjść jutro i zacząć 

zmieniać kable tu i w gabinecie? - Zerknęła na 

Cory'ego. 

- Nie może się już doczekać - Cory pozbierał 

walające się po pokoju młotki i łomy i schował je do 

skrzynki na narzędzia. - Mówi, że zgromadzi w ten 

sposób świetne doświadczenie na przyszłość, kiedy 

zostanie prawdziwym elektrykiem. 

- To dobrze - Callie skinęła głową. - Powiedz mu, 

żeby był wcześnie rano. 

- Nie ma sprawy. Będzie o dziesiątej. A co masz 

w planach dla nas, kiedy Ted zajmie się elektryką? 

- uśmiechnął się przekornie. - A może Brutus jeszcze 

nie zadecydował? 

Callie nie dała się sprowokować. Przywykła do 

tego, że naśmiewano się z niej i Brutusa, lecz 

w najmniejszym nawet stopniu nie zmieniło to jej 

zdania o zdolnościach psa. 

- Powiem wam jutro - oznajmiła pewnym głosem. 

- Kto wie? Może zamiast ścian zaczniemy roznosić 

podłogi? 

A może Julian ją rozniesie. 

Wyjęła z kieszeni ostatni liścik Maudie - ten, który 

znaleźli w jadalni - i odczytała go uważnie. Remont 

przestanie być problemem, Kiedy Julian zobaczy 

notatkę, zrozumie, że to jedyny logiczny sposób 

odnalezienia testamentu. Julian doceniał logikę. 

Rozumiał logikę. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Reguła numer 6 

Naucz się ograniczać straty do mini­

mum

 - w przeciwnym razie szybko 

zakończysz zabawę. 

Nieco później tego samego dnia zaglądała właśnie 

do piekarnika, aby sprawdzić, jak wygląda ciasto, 

przeznaczone na szkolną imprezę. 

- Tak, panie Fishbecker - mówiła do słuchawki, 

jednocześnie zamykając piekarnik. Jeszcze parę minut. 

- Też uważam, że pomnik pańskiego dziadka wygląda 

odrobinę bnidnawo. Zgadzam się w zupełności. Coś 

z tym trzeba zrobić. 

Valerie podeszła do niej. 

- Callie - wyszeptała nagląco. - To mnie obiecałaś 

pomóc. Powiedz burmistrzowi, żeby kupił sobie 

szczotkę i wiaderko, nalał do niego gorącej wody 

z mydłem i przestał zawracać ci głowę. 

- Datek w wysokości stu dolarów? - Callie zawahała 

się, przypominając sobie marny stan konta. - O rany! 

panie burmistrzu, to chyba trochę za dużo... 

- U Jingla znajdzie kubły, proszek i szczotki 

- wszystko razem poniżej pięciu dolarów. Powiedz 

mu to. 

- Cóż, chyba zdołałabym ofiarować pięćdziesiąt. 

- Pięćdziesiąt? Co on chce zrobić, pozłocić go? 

- Zorganizować zbiórkę pieniędzy? To znaczy 

podzwonić po ludziach i poprosić o darowiznę? Może 

mogłabym... Z przyjemnością, ale... Halo? Halo? 

- Callie odwiesiła słuchawkę i spojrzała na nią 

bezradnie. - No cóż, parę telefonów mi nie zaszkodzi. 

Valerie pokręciła głową. 

- Nikt przy zdrowych zmysłach nie ofiaruje zła­

manego grosza na czyszczenie starego pomnika. 

66 

background image

- Ja dałam - przypomniała jej Callie, po czym 

siadła na stole i dopisała prośbę burmistrza do i tak 

już bardzo długiej listy. 

- To dlatego, że wszyscy wiedzą, jak łatwo cię 

wrobić - Valerie westchnęła dramatycznie. - Czy 

mogłybyśmy skończyć naszą rozmowę, zanim ktoś 

jeszcze zadzwoni? Możesz zaopiekować sie jutro 

Dannym czy nie? 

- Jasne. Poczekaj, dopiszę to do listy. 

- Nie! Nie rób tego, tylko się pogubisz. Przyczepię 

ci kartkę na drzwiach lodówki - oznajmiła Yalerie, 

w tej samej chwili wcielając słowa w czyn. - Muszę 

lecieć. Nie zapomnisz chyba, co? 

- Nie. Obiecuję. 

- Tak tylko sprawdzam - Valerie błysnęła w jej 

stronę chochlikowatym uśmieszkiem. 

Callie usłyszała zajeżdżający na podjazd samochód 

w tym samym momencie, gdy gdzieś w głębi domu 

zegar wybił czwartą. Wyskrobała z miski resztkę 

lukru i rozmarowała go na wierzchu babki. 

Zerknęła na cztery czekoladowe ciasta i otarła pot 

z czoła. Przy stale rosnącej temperaturze musiała 

chyba zwariować - zamiast trzech, które potrzebne 

były Suzanne Ashmore, upiekła cztery. I to nie licząc 

tych pierwszych dwóch, spalonych. I co teraz pocznie 

z dodatkowym ciastem? Nie, to nie problem. Praw­

dziwym problemem było ograniczenie się do jednego 

kawałka. Jej apetyt na czekoladę osiągnął nigdy 

dotąd nie notowany poziom. 

Trzasnęły drzwi i Callie przekrzywiła głowę, wsłu­

chana w wyraźny rytm kroków Juliana, Najpierw 

dobiegały z holu, po czym przeniosły się na schody, 

prowadzące na piętro. Doskonale. Może zdąży zjeść 

kawałek ciasta, nim Julian zacznie jej szukać. W ten 

sposób uodporni się przeciw wszelkim innym... 

apetytom. 

background image

Julian wrócił na dół w chwili, gdy właśnie unosiła 

do ust drugi kęs pełen lepkiej słodyczy. Pośpiesznie 

chwyciła szklankę mleka i popiła ciasto. Zyskała czas 

na przeistoczenie się w „siostrę" - i sprawdzenie, jak 

też Julian zareaguje na efekty ich pracy w jadalni. 

Brutus wysunął nos ze swej kryjówki i oboje 

w milczeniu, oczekiwali na to, co zrobi Julian. 

Obiekt ich zainteresowania zszedł do holu i ruszył 

do kuchni, nie zatrzymując się nawet przy jadalni. 

- Widzisz? - oznajmiła tryumfalnie Callie. - A ty 

martwiłeś się, co powie. Julian rozumie, co to znaczy 

remont. Nie zdziwiłabym się, gdyby nasza robota 

naprawdę mu zaimponowała. Zaufaj mi. 

Odprężona, oparła się wygodniej - trwało to całe 

dwie sekundy - po czym usłyszała, jak kroki nagle 

zatrzymują się i cofają. Z całej siły nasłuchiwała, 

czekając na jakiekolwiek oznaki jego reakcji. 

Panującą w domu ciszę, rozdarł niespodziewanie 

przeszywający krzyk, gdy Julian otworzył drzwi jadal­

ni. „To nie on - uspokajała się Callie - to tylko 

skrzypiące zawiasy". Przełknęła ślinę. Z nie wyjaśnionej 

przyczyny poczuła nagle gwałtowną suchość w gardle. 

Echo jego kroków na drewnianej podłodze pustego 

pokoju mówiło samo za siebie. „Okay, wszedł do 

środka - pomyślała - i rozgląda się wokół. Spokojnie, 

powolutku podziwia ich dzieło. Zaraz zauważy, jak 

dokładnie uprzątnęli cały gruz, jak ostrożnie wyciągnęli 

z drewnianych wsporników wszystkie gwoździe, jak 

bardzo...". 

- CALLIE! 

Brutus zapiszczał chrapliwie i wyprysnął ze spiżarni, 

wywracając przy okazji półkę z puszkami, stos 

papierowych ręczników, wiadro i szczotkę. 

- Nie możesz znowu mi tego zrobić! - krzyknęła 

Callie. Zerwała się na nogi i podbiegła do drzwi. Za 

późno. Brutus zdążył się już ulotnić. - Ty... ty... ty, 

fałszywy potworze! 

background image

- No, właśnie - Julian bezszelestnie wszedł do 

kuchni. Na jego policzkach widniały dwie ciemno-

czerwone plamy, w oczach lśnił gniew. - Co zrobiłaś 

z jadalnią? Nie. Skreślam pytanie. Wiem, co z nią 

zrobiłaś. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego? Dlaczego? 

Nie. To tez skreślam. Jestem się w stanie domyślić, 

czemu uczyniłaś wszystko, co tylko w twojej mocy, 

żeby dokładnie zrujnować ten pokój. To z powodu 

życzenia Maudie, prawda? 

Callie otwarła usta, by odpowiedzieć, po czym 

zamknęła je na nowo. Julian kontynuował swój 

monolog. 

- Do diabła, Callie! Masz pojęcie, ile czasu i pie­

niędzy będzie trzeba, żeby doprowadzić ten dom do 

stanu używalności? Na pewno nie. Bo gdybyś miała, 

nie zabrałabyś się do następnego pokoju - jego 

spojrzenie padło na stół. Porwał jej listę i przyjrzał się 

uważnie. - Nie wierzę własnym oczom. I jeszcze do 

tego chcesz zająć się tym wszystkim? Chyba w końcu 

zrozumiałem. Po prostu sama nie wiesz, co robisz. 

Jeżeli ktoś czegoś od ciebie chce, ty zgadzasz się 

natychmiast. Mam rację? 

Był wściekły, lecz fascynował Callie nawet w gniewie. 

Westchnęła. Te nagłe zmiany - od miejskiego wyra­

finowania do krańcowej niedbałości - doprowadzały 

ją do obłędu. Dlaczego nie mógł trzymać się jednego? 

Spojrzała tęsknie na stół - i cztery czekoladowe 

babki. Może się okazać, że i to nie wystarczy. 

- Callie, czy słyszałaś choć jedno słowo z tego, co 

do ciebie mówię? 

- Nie - przyznała. - To ciasto wzywa mnie do 

siebie, Masz ochotę na kawałek? 

W milczeniu potrząsnął głową, wyraźnie zbity 

z pantałyku. Bez słowa położył jej listę na stole, 

podniósł wywrócone przez Brutusa krzesła i puszkę 

gulaszu, którą postawił na kuchence. Następnie 

Podszedł do drzwi i wyszedł z kuchni. Widziała, jak 

background image

idzie brzegiem jeziora, zatopiony w myślach. Za nim, 

utrzymując bezpieczny dystans, dreptał Brutus. Jego 

uszy aż podrygiwały z ciekawości. 

To wszystko jej wina. Gdyby nie ona, Julian nie 

zdenerwowałby się aż tak bardzo. Powinna pójść za 

nim i opowiedzieć o ostatnim zapisku Maudie... 

Wyszła na dwór. 

- Julianie, zaczekaj! - zawołała, brnąc ku niemu 

z pluskiem. On także był boso. Szedł dalej, jakby jej 

nie słyszał, lecz Callie nie zbiło to z tropu. - Przep­

raszam, nie chciałam cię rozzłościć. 

- Nie jestem zły - oznajmił, szybkim krokiem 

zdążając w kierunku grupy wierzb, rosnących tuż 

przy brzegu. 

- To może zdenerwowany, rozczarowany, sfrust­

rowany... - ujrzała, jak przystaje i pojęła, że trafiła na 

właściwe słowo. - Sfrustrowany. Przepraszam. Na­

prawdę nie chciałam — wpatrywała się w jego twarz, 

usiłując odczytać jej wyraz. Kilka lat temu nie byłoby 

to trudne. Obecnie - prawie niemożliwe. 

- Musimy porozmawiać - oznajmił gwałtownie. 

- Ten nonsens nie może trwać dalej. Usiądziemy to, 

teraz, w tej chwili, i podejmiemy pewne decyzje. 

Ponieważ w obecnej sytuacji nie jestem w stanie 

dostrzec możliwości zatrzymania domu ~ niezależnie 

od tego, kto go odziedziczy. 

- Nie! - krzyknęła Callie. - Nie myślisz chyba... 

Nie sugerujesz, abyśmy sprzedali Wilłow's End? Nie 

mówisz poważnie? 

- Najpoważniej. Siadaj. - Doskonale pojmuję twoją 

chęć wypełnienia życzeń Maudie - zaczął, starannie 

dobierając słowa. - I wiem, ile znaczy dla ciebie 

Willow's End. Ale musimy być rozsądni - jakby 

orientując się, ile bólu sprawiało jej to, co mówi, 

pocieszająco ścisnął ramię Callie. 

Dla niego ten niewinny gest był wyrazem współ­

czucia, może wyrozumiałości. Wiedziała, że nie miał 

background image

najmniejszego pojęcia, jaką burzę uczuć wzbudza 

w jej duszy. Spuściła wzrok na własne dłonie, ściskające 

gałązkę. Bała się nawet odetchnąć. Dlaczego czekola­

dowe ciasto nie działało? Zerknęła na Juliana. To 

naprawdę kawał mężczyzny. Może wobec tego trzeba 

dużo więcej ciasta? 

Nie słysząc jej odpowiedzi, ciągnął dalej: 

- Zakładałem, że miałyście z Maudie jakiś dokładny 

plan pracy - zmierzył ją ironicznym spojrzeniem. 

- Przyznaję, było to z mojej strony wyjątkowo głupie 

przypuszczenie. 

- To nieprawda - zaprotestowała Callie, nareszcie 

odzyskując głos. - Mówiłam ci, że Maudie zostawiła 

mi zapiski obejmujące wszystko, co mam zrobić. 

- Ale wygląda to tak, jakbyś przeskakiwała z jed­

nego zajęcia na drugie, jakbyś wyciągała jej instrukcje 

na oślep z kapelusza - dostrzegł zdumioną minę 

Callie i zaśmiał się z niedowierzaniem. - Ty sobie 

żarty stroisz! Powiedz mi. że to nieprawda. 

- Jeśli już musisz wiedzieć, to nie jest kapelusz, 

tylko szuflada - mruknęła, starannie unikając wszelkiej 

wzmianki o Brutusie. Zamiast tego starała się wyjaśnić; 

~ Nie sądziłam, że ma to jakieś znaczenie, od którego 

pokoju zaczniemy. I tak trzeba rozpruć wszystkie 

- sądząc po reakcji Juliana, lepiej było powiedzieć 

o Brutusie. 

- Trzeba rozpruć wszystkie? Dlaczego? 

Odchrząknęła i odrzuciła w trawę ogołoconą 

gałązkę. 

- Z powodu niesprawnych przewodów - nerwowo 

obserwowała, jak Julian próbuje opanować wściekłość. 

- Niesprawnych przewodów? - zazgrzytał zebami. 

~ Czy nie dość przeciekającego dachu, nowych ścian, 

malowania a zewnątrz i wewnątrz, spróchniałych 

wsporników - tak, zauważyłem próchno w gabinecie 

- i jeden Bóg wie, czego jeszcze? Callie, ile masz na 

koncie? 

background image

- Nie... nie jestem pewna. 

- ILE? 

- Około pięćdziesięciu sześciu dolarów i ośmiu 

centów - przerwała, przypominając sobie burmistrza. 

- Minus darowiznę w wysokości pięćdziesięciu na 

pomoc w oczyszczeniu pomnika burmistrza Fish-

beckera. To daje zatem... 

- Sześć dolarów i osiem centów - jego gniew 

ulotnił się, ustępując miejsca politowaniu. - Czy masz 

pojęcie, ile ten remont będzie kosztował? - gdy 

potrząsnęła przecząco głową, wymienił sumę, która 

ją zszokowała. 

- Ale Maudie mówiła, że stać ją na to. 

- Prawdopodobnie tak było - zgodził się. — Miała 

niewielką rentę, pozwalającą akurat na pokrycie 

kosztów remontu pod warunkiem, że przeprowadzała­

by go stopniowo. Lecz dopóki nie znajdziemy tes­

tamentu, nie dowiemy się, czy przy planowaniu 

wszystkiego wzięła pod uwagę możliwość własnej 

śmierci. Na dodatek, ktokolwiek odziedziczy dom, 

będzie się też musiał zająć kosztami remontu. Nie 

jestem przekonany, czy zdołałabyś je pokryć. 

Callie przygryzła wargę. 

- Nie - przyznała cicho - nie zdołałabym. - Nagle 

uniosła na niego pełne nadziei oczy. — Ale przecież 

nie wiesz, ile Maudie zostawiła pieniędzy. Może 

wystarczy. 

- Albo nie. W tym przypadku wolałbym raczej nie 

doceniać naszych możliwości - odgarnął pasmo 

kasztanowych włosów z jej czoła i przemówił łagodnie. 

- Kochanie, nie zdajesz sobie sprawy, że to za wiele 

dla ciebie? Nie chodzi tylko o pieniądze ~ czy raczej 

ich brak. Nie dasz sobie rady z tym wszystkim, kiedy 

w dodatku ludzie na każdym kroku wykorzystują 

twoją uczynność. 

~ Poradzę sobie. -Jej usta zacięły się w upartą linię. 

- Naprawdę? - uniósł brwi. - Masz majątku 

background image

pięćdziesiąt dolarów i oddajesz je komuś; Twoja lista 

zajęć wykończyłaby armię. Naprawy w tym domu są 

ogromne i całkowicie niezorganizowane. Czy nie 

widzisz, że nie ma wyjścia? Musisz z czegoś zrezyg­

nować, albo się wykończysz. Jedyne rozwiązanie to 

sprzedaż. 

- Nie, Julianie - Callie pokręciła głową. - Nie 

mogę. Kocham Willow's End. 

- Ja także, ale to tylko dom. Jak brzmi to stare 

powiedzenie? „Tam dom twój, gdzie serce twoje". To 

ludzie go tworzą ~ nie cegły, drewno i zaprawa. 

- Ale Willow's End to nie jest jakiś tam budynek. 

To nasz dom. Proszę, nie odbieraj mi go - jej oczy 

wypełniły się łzami. 

- Nikt ci go nie odbiera - objął jej ramiona. 

przyciągając do siebie. - Ale przemyśl to. Wkrótce 

wracam do Chicago. Nie dasz sobie sama rady. Będę 

się o ciebie martwił. 

- Załatwię wszystko, zanim wyjedziesz - odsunęła 

się i spojrzała na niego. - Daj mi szansę udowodnić 

ci, że jestem w stanie to zrobić. Sam zobaczysz. 

- W porządku, Callie. Spróbujemy - zmierzył ją 

surowym spojrzeniem. - Nie ciesz się zawczasu. Nadal 

uważam, że sprzedaż to jedyne wyjście. Tymczasem 

musimy ustalić kilka reguł. 

- Wymień swoje warunki. 

Zaczął wyliczać na palcach. 

- Po pierwsze. Siądziemy razem i sporządzimy 

prawdziwy plan remontu. 

- Zgoda. 

- Po drugie. Przede wszystkim zajmiesz się szu­

kaniem testamentu. Po trzecie. Żadnych więcej zo­

bowiązań, póki nie załatwisz tego, co już wzięłaś 

na siebie. 

- Nie ma sprawy - oznajmiła z przekonaniem. 

-To nic trudnego. - A co po czwarte i ostatnie? 

- Po czwarte i ostatnie -w jego głosie zadźwięczała 

background image

stal. - Nie usuniesz już ani jednego gwoździa, kawałka 

tynku czy klepki z podłogi bez mojego pozwolenia. 

- Załatwione - posłała mu promienny uśmiech. 

Ogromny głaz spadł jej z serca. - Dziękuję ci, Julianie. 

Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym straciła Willow's 

End. To miejsce tak wiele dla mnie znaczy. 

- Rozumiem - uśmiechnął się do niej. Był bez 

okularów. - Callie nie zauważyła nawet, kiedy je 

zdjął - a jego oczy miały kolor ciepłego, ciemnego 

brązu. „Jak czekolada - pomyślała, oszołomiona. 

- Gęsta, słodka czekolada". 

Schylił głowę i Callie wiedziała - wiedziała, że 

zaraz obdarzy ją jeszcze jednym braterskim pocałun­

kiem. Wyrwała się z jego lekkiego uściska i błys­

kawicznie wstała, cofając w stronę jeziora. 

- Callie? - Julian też wstał. - Co się stało? — ruszył 

za nią, podchodząc coraz bliżej. 

„Zorientuje się. Domyśli". 

Dziwny błysk rozjaśnił jego oczy. Na ustach pojawił 

się porozumiewawczy uśmieszek. Na całej twarzy 

malowało się nagłe zrozumienie, kiedy zbliżał się do 

niej, nie kryjąc swych zamiarów. Jak drapieżne zwierzę 

czujące zapach ofiary. 

- O rany, ale gorąco! - sapnęła, chwytając się 

pierwszej myśli, jaka przemknęła jej przez głowę. 

- Powinniśmy popływać. To by było cudowne, nie 

uważasz? Kąpiel w chłodnej wodzie? 

Zaledwie słowa te padły z jej ust, gdy Brutus 

przygnał przez łąkę. Dwieście fontów żywej wagi 

wyrżnęło ją prosto w klatkę piersiową. Callie krzyknęła, 

wymachując rękami niczym wiatrak. Ze stłumionym 

przekleństwem, Julian rzucił się w tamtą stronę 

i pochwycił ją. Było już jednak za późno. Runęła na 

plecy do jeziora, a Julian, nie wypuszczając jej ręki, 

wpadł razem z nią. 

Brutus usiadł na piasku i radośnie wyszczerzył zęby. 

Callie wynurzyła się, wypluwając wodę. Dopiero 

background image

po trzech próbach, i z pomocą Juliana, udało jej się 

usiąść prosto. Spojrzała wściekle na Brutusa. 

- Dlaczego to zrobiłeś? - wychrypiała, szukając 

w pamięci najstraszliwszej obelgi, jaką mogłaby go 

obrzucić - Ty... ty psie! 

- Mocno powiedziane - stwierdził sarkastycznie 

Julian. - To powinno dopiec mu do żywego. 

Wszelako, patrząc na Brutusa, Callie pomyślała, że 

może istotnie trafiła w czułe miejsce. Pies zaskowyczał 

rozpaczliwie, po czym zaczął biegać tam i z powrotem 

po brzegu, dziko warcząc. Callie przygryzła wargę. 

Nagle zaświtała jej pewna myśl. Wpychając ją do 

jeziora w kluczowym momencie, Brutus naprawdę 

pomógł. Przeszkodził Julianowi w dalszym dopyty­

waniu się o jej paniczną reakcję. 

Zerknęła na swego sąsiada. Zdecydowanie nie był 

szczęśliwy. Bez dwóch zdań. Domyślała się, że życie 

Brutusa zawisło na włosku. 

- Hm, twoje okulary? - zapytała ostrożnie. 

- Leżą gdzieś pod drzewem. 

- Nie przypuszczam, aby twój portfel... 

- Na toaletce w moim pokoju. 

Jak dotąd szło dobrze. Pora na najważniejsze 

pytanie. 

- Twój zegarek - czy może jest wodoszczelny? 

- Tak przynajmniej twierdzi producent - obejrzał 

kosztowny czasomierz i potrząsnął ręką. - Chyba 

niedługo się dowiemy. 

Callie odetchnęła z ulgą. 

- Więc nic się nie stało. 

- Nic się nie stało? ~ powtórzył Julian. Jego ciemni 

brwi niemal zetknęły się nad nosem. - Nic! - uderzył 

pięścią w powierzchnię wody, wysyłając deszcz kropel 

w kierunku brzegu. - Oszalałaś? Ten pies wepchnął 

nas do wody. Z premedytacją! - przerwał, uświada-

miając sobie, oo właśnie powiedział. - I przestań 

patrzeć na mnie z taką miną, Callie Marcus. 

background image

- Jaką miną? - spytała niewinnym głosem. 

- Doskonałe wiesz, o czym mówię. Zmieniłem swą 

opinię o tym zwierzaku - oznajmił, patrząc na nią 

szparkami oczu - odrobinę. Przyznaję, że jest on 

zdolny do przemyślanych aktów destrukcji. I kiedy 

złapię tego durnego kundla, nie będzie już zdolny do 

niczego, bo zrobię z jego futra dywanik do łazienki! 

Brutus nie czekał dłużej. Z wysokim zawodzeniem 

wystartował do biegu, sypiąc wokół piaskiem. 

- Przestraszyłeś go - stwierdziła z wyrzutem Callie. 

- To okropne - Julian dźwignął się na nogi, 

ociekając strumieniami wody. 

- Nie rozumie, czemu się tak złościsz. Woda jest 

naprawdę cudowna, taka chłodna i orzeźwiająca. 

Odrzuciła do tyłu mokre włosy. - Chodźmy popływać. 

Julian popatrzył na nią, wspierając dłonie na 

biodrach. 

Zamknęła oczy, wystawiając twarz ku palącym 

promieniom słonecznym. „Lepiej nie patrzeć - pomyś­

lała - tak jest bezpieczniej". Nie mogła jednak oprzeć 

się pokusie i ponownie zerknęła, natychmiast zaciskając 

powieki. „Zgadza się, dużo bezpieczniej nie patrzeć". 

- Zwariowałaś — poinformował ją. - Już przedtem 

podejrzewałem, że jesteś lekko stuknięta. Ale ta 

propozycja upewniła mnie, że jesteś całkowitą i ab­

solutną wariatką. 

Callie uniosła podbródek. 

~ Wcale nie oszalałam, a mój pomysł nie jest taki zły. 

Nie, kiedy weźmiesz pod uwagę, jak bardzo jest gorąco, 

oraz fakt, że i tak jesteśmy już mokrzy. Właśnie miałam 

zaproponować kąpiel, kiedy Brutus... - lepiej ominąć 

ten temat. - No więc nie mamy na sobie kostiumów. 

Dlaczego nie mielibyśmy popływać w ubraniach? 

- Nie ma mowy. 

Spuściła powieki, ukrywając w ten sposób przebiegły 

błysk w oczach. Tylko jedno mogło zmienić jego 

zdanie. 

background image

- Zakład o kawałek czekoladowego ciasta, ze będę 

pierwsza przy tratwie. 

Rzuciła ta wyzwanie niczym rękawicę. Niemożliwe, 

by Julian zdołał mu się oprzeć. Przez jedenaście lat 

ich znajomości nigdy nie zrezygnował z zakładu. 

Przez minutę myślała, że nie dał się złapać. Nagle 

jego gniew zastąpiło rozbawienie i Julian zanurkował, 

kierując się w stronę zakotwiczonej o dwadzieścia 

metrów dalej tratwy, Callie ruszyła za nim. Ciężar 

mokrej odzieży krępował jej ruchy. Natomiast Julia­

nowi zdawało się to zupełnie nie przeszkadzać. Kiedy 

dotarła do tratwy, zdyszana i wyczerpana, czuła się 

tak, jakby przebiegła dziesięć kilometrów. 

Julian stał na rozkołysanym drewnianym pokładzie, 

śmiejąc się z bezowocnych wysiłków, jakie czyniła, by 

wdrapać się na górę. Wreszcie widocznie poczuł litość, 

bowiem nachylił się i złapał jej dłoń, wciągając Callie 

na tratwę. 

- Czy to miał być prawdziwy zakład? - spytał 

z lekką drwiną. 

Dopiero po minucie jej oddech powrócił do normy. 

- Widzę, że poszedłeś na to - odparowała w końcu. 

- Nigdy nie potrafiłeś się oprzeć. 

Rzucił jej rozbawione spojrzenie, po czym potrząsnął 

głową. 

- To ty się nie umiałaś powstrzymać. Jako trzynasto­

latka byłaś tak nieśmiała i bojaźliwa, że nasze zakłady 

okazały się jedynym sposobem dotarcia do ciebie. 

- To znaczy, że tak naprawdę wcale nie lubisz się 

zakładać? Robiłeś to tylko dla mnie? 

Julian usiadł i rozprostował swe długie nogi. 

- Zakładanie się jest nielogiczne, niepraktyczne 

i stanowi bezsensowną stratę czasu - rzucił jej szeroki 

uśmiech. - Chyba, że przeciwnikiem jest urocza 

szatynka, która zawsze przegrywa i piecze najlepsze 1 

ciasto czekoladowa w okolicy. Wtedy to zupełnie 

inna historia. 

background image

Przez wszystkie te lata sądziła... A Julian robił to 

jedynie po to, by czuła, że jest częścią rodziny. 

- Jesteś miłym człowiekiem, Julianie Lord - świa­

doma, że wkracza na niebezpieczny teren, pośpiesznie 

zmieniła temat. - Zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie 

uda nam się dotrzeć do brzegu w ubraniach? Będziemy 

musieli spędzić resztę życia na tej tratwie, żywiąc się 

surowymi rybami i pijąc wodę z jeziora. 

- Surowymi rybami? - Julian skrzywił się. - Nie 

ma mowy. Poczekam, aż wyratują nas bracia Burns. 

Powinni pojawić się tu którejś nocy. 

- Zapominasz - poinformowała go ponuro Callie 

- że kiedy ujawniłam ich sekret, zostali uziemieni. 

Będziemy tu tkwić przez najbliższe pięćdziesiąt lat. 

Julian oparł się na łokciu. Jego głos przeszedł 

w sugestywny pomruk. 

- No cóż, moja miła, skoro to tylko waga naszych 

ubrań tu nas trzyma, możemy zawsze ściągnąć co 

nieco i popłynąć. Rzecz jasna stos naszych rzeczy, 

pozostawiony na tratwie, wywołałby pewne plotki. 

Co o tym sądzisz? Czy przeżylibyśmy fakt trafienia 

na języki całego Willow? 

Wyprostował się i jednym szybkim ruchem ściągnął 

koszulę przez głowę. Callie zamarła. Myślała, że się 

wygłupia, ale on naprawdę miał zamiar to zrobić! 

Zdjąć ubranie i nago popłynąć do brzegu! 

Julian zachichotał, muskając czubkiem palca jej 

jaskrawoczerwone policzki. 

- Spokojnie. Żartowałem tylko. Nie mam zamiaru 

wykorzystać ciebie, jedynie słońce, 

Callie nie wiedziała, czy się cieszyć, czy smucić. 

Julian rozciągnął się na tratwie, a ona nie mogła 

powstrzymać się, żeby na niego nie spojrzeć. Nie ma 

wątpliwości - oto okaz wspaniałego samca. Po* 

zbawiony cywilizowanego okrycia, prezentował połą­

czenie zwierzęcej gracji i muskularnego ciała - kom-

binacja iście wybuchowa. A to oznaczało 

background image

niebezpieczeństwo - tak jak płomień świecy, któremu 

trudno się oprzeć, choć parzy. 

Uniosła nieco mokrą koszulę, żałując, że nie może 

jej zdjąć jak Julian. Czuła na skórze niemiły dotyk 

materiału. Za parę minut w tym gorącym słońcu jej 

dżinsy zaczną parować. Westchnęła. 

- Zdejmij je, nie przejmuj się mną - poradził 

Julian, nie otwierając oczu. 

- Wiesz, że nie mogę. Ktoś mógłby zobaczyć... 

- Nikt nie będzie widział. A ta koszula jest tak 

mokra, że kiepsko chroni twoją skromność. 

Spojrzała po sobie i z przerażeniem stwierdziła, 

że nie żartował. Pośpiesznie skrzyżowała ręce na 

piersi. 

- Przestań się na mnie gapić! 

Odpowiedzią był niski, niemal zmysłowy śmiech. 

- Prawie zapominam, że jesteś moją siostrą, 

- Nie jestem twoją siostrą - wyszeptała. 

Coś zalśniło w jego ciemnobrązowych oczach, 

- W takim razie,.. 

Rzucił się na nią, zaskakując całkowicie. Szarpnęła 

się w tył, zapominając, że są na tratwie. Przez sekundę 

chwiała się na krawędzi drewnianych bali, ale w mo­

mencie, gdy zaczęła padać, Julian chwycił ją w swojej 

ramiona. 

- Spokojnie - wymamrotał, przyciskając Callie do 

swej nagiej piersi, - To był tylko żart. A ty myślałaś, 

że co z tobą zrobię? 

- Pocałujesz mnie - odparła- Wstrzymała oddech, 

zszokowana zarówno tym wyznaniem, jak i po­

brzmiewającym w nim życzeniem. - To znaczy, 

myślałam, że chcesz mnie pocałować. Nie chciałam, 

żebyś... żebyś faktycznie to... zrobił - ze zgrozą 

oczekiwała jego szyderstwa. On jednak nie roześmiał 

się. Zamiast tego uniósł jej twarz ku górze, 

- I to wzbudziło u ciebie taką panikę? Czemu? Już 

cię przecież całowałem. 

background image

Jakby na potwierdzenie tej tezy jego usta musnęły 

skroń Callie. Westchnęła, bez reszty ogarnięta prag­

nieniem i ciekawością. Może i pocałunek nie był 

takim złym pomysłem. Pragnęła go, i to bardzo. 

Pocałunek Juliana mógł okazać się idealną metodą 

pozbycia się tych wszystkich myśli. 

Uwolniła się nieco z jego objęć, a jej dłonie zaczęły 

powoli pełznąć w górę, osiągając w końcu ramiona 

mężczyzny. Jego skóra była ciepła i gładka, zaś 

ukryte pod nią muskuły - twarde jak kamień. Tulił ją 

mocno do siebie. Szorstki podbródek musnął jej 

policzek i Callie prawie jęknęła, doświadczając nie­

znanego sobie uczucia. Julian przysunął się jeszcze 

bliżej, zwiększając panujące w jej głowie poczucie 

zamętu. Kiedy jego palce ześlizgnęły się po bokach jej 

szyi, ponownie wstrzymała oddech. 

Obróciła głowę i spojrzała na niego. Jej wzrok 

zatrzymał się na ustach Juliana i pozostał tam. Nie 

mogąc się opanować, uniosła twarz tak wysoko, że jej 

wargi znalazły się o milimetr od niego, domagając się 

spełnienia obietnicy. Wyczuła krótkie wahanie Juliana, 

wewnętrzną dysputę, powstrzymującą go przed przy­

jęciem tego, co tak chętnie ofiarowywała. Czy nadal 

uważał ją za siostrę? 

Wolno wypuścił powietrze. 

~ Dlaczego nie - mruknął, i pocałował ją. 

„Ten człowiek mógłby udzielać lekcji" - przemknęło 

przez głowę Callie. A potem już nic nie myślała, 

jedynie czuła. Jego dłoń leniwie zsunęła się wzdłuż jej 

kręgosłupa, zatrzymując się dopiero na biodrze. 

Zdecydowanym ruchem naciągnął koszulę na piersiach. 

Tarcie mokrego materiału drażniło sutki. Jęknęła 

cichutko, dygocząc pod jego dotknięciem, bezradna, 

gotowa pójść za nim, gdziekolwiek poprowadzi. 

On zaś rzeczywiście prowadził. Objął dłonią jej 

podbródek, muśnięciem kciuka rozchylając wargi. Jej| 

usta z zapałem otwierały się, odpowiadając na rozkaz 

background image

Juliana. Jego pragnienie pochłaniało ją, pieszczoty 

oszałamiały. Niewątpliwie jego umiejętności w tej 

dziedzinie była znakomite. 

Nie była to jednak jedynie kwestia umiejętności. 

Między nimi istniało coś więcej. Do tej chwili Callie 

sądziła, że Willow's End to jej prawdziwy dom. Teraz 

wiedziała już, że jest inaczej. Czuła, jakby pomiędzy 

nimi powstała nierozerwalna więź, poczucie całkowitej 

jedności. Nie tylko nie uwolniła się od niego, ale 

wręcz przeciwnie. Nigdy już nie będzie mogła myśleć 

o Julianie w dawny sposób. 

Z widoczną niechęcią przerwał w końcu pocałunek 

i odsunął się. Callie nie zdołała ukryć rozczarowania. 

Otworzyła oczy i uniosła ku niemu spojrzenie, 

z radością zauważając, pozostałe jeszcze w wyrazie 

jego twarzy, ślady namiętności. Policzki miał zaru­

mienione, w ciemnych oczach błyszczało zadowolenie. 

On także to czuł, tę łączącą ich więź. 

Delikatnie przesunął palcem wzdłuż jej brwi. 

- Nigdy dotąd nie widziałem, że masz tak zielone 

oczy. Są piękne - odgarnął pasmo wilgotnych włosów 

z jej twarzy. - Zadziwiające, jak wiele zmian może 

przynieść zaledwie kilka lat. Ale myślę, że czas już 

porozmawiać, nieprawdaż? 

Mogła jedynie skinąć głową, zbyt zdenerwowana, 

by odpowiedzieć. Rzeczywiście musieli porozmawiać. 

To nowe uczucie zmieniało wszystko. 

Potarł szczękę. 

- Więc dobrze. Zacznijmy mówić poważnie o Mau-

die i jej testamencie. Mamy wiele do zrobienia w ciągu 

niecałych dwóch miesięcy ~ co nie zostawia nam wiele 

czasu na rozrywki i zabawy. 

background image

ROZDZIAŁ PIATY 

Reguła numer 12 

Emocje są jak garnek z wrzącą wodą. 

Jedno

 i drugie potrzebuje przykrywki 

i nie ma dla nich miejsca w interesach. 

W oczach Callie odbił się ból i niedowierzanie. 

Rozrywki i zabawa? Czy ich pocałunek tylko tyle 

dla niego znaczył? Czy nie czuł nic z tej rozkoszy, 

wzajemnego przyciągania, wyjątkowości tego zda­

rzenia? 

Widocznie nie. Spuściła wzrok, ukrywając przed 

jego spojrzeniem swe zakłopotanie i rozpacz. 

Zbyt wiele odczytała z jego zachowania. Wzięła 

prostą przyjemność za coś znacznie silniejszego. 

Zaczerpnęła głęboko powietrza, starając się ochło­

nąć. Nie wolno jej okazać tego, jak się czuła. 

- Masz rację. Powinniśmy porozmawiać o Maudie 

i testamencie. Czy jej adwokat przyda się na coś? 

Julian zawahał się, jakby wyczuwając coś dziwnego 

w jej głosie. 

- Zupełnie na nic. Tak jak przewidywałaś, Peters 

nie ma pojęcia, gdzie Maudie wetknęła testament 

- Mówiłam przecież. Nie powinno cię to było 

zaskoczyć. 

- Nie jestem zaskoczony - przyznał Julian. - Jedynie 

zawiedziony. Miałem nadzieję, że będzie mógł chociaż 

dać nam jakieś wskazówki. 

- No, cóż - Callie lekko wzruszyła ramionami. 

- Nie martwmy się na zapas. W ostatnim liście 

napisała, że ukryła go bardzo starannie. Więc po 

prostu musimy dalej szukać. 

Zapadła długa cisza. 

- To znaczy, źe znalazłaś kolejny liścik od Maudie 

i nic mi nie powiedziałaś? 

background image

"Czy był zdenerwowany? - Callie zerknęła na 

niego. - Tak, był". 

- Wyleciało mi z głowy - odparła zgodnie z pra­

wdą. - Mam go tu, w kieszeni - wsunęła dłoń 

do kieszeni sztywnych, mokrych dżinsów i wycią­

gnęła nasiąknięty wodą, poplamiony kawałek ró­

żowego papieru. 

Julian uniósł wzrok do nieba. 

- Cudownie - wymamrotał. Zerwał się na nogi, 

a jego nieostrożne ruchy na nowo rozkołysały tratwę. 

- Czy jest możliwe, żebyś go przeczytała i mogła mi 

powiedzieć, co Maudie tam napisała? 

- Tak, ale... - przerwała. - Nie będziesz się złościł? 

- niecierpliwie potrząsnął głową i Callie wyznała. 

- Pisze, że zostawiła nam list, w którym opisała 

miejsce ukrycia testamentu. Musimy tylko odnaleźć 

ten list. 

- Najpierw mieliśmy odszukać testament, a teraz 

musimy znaleźć list? — wyraźnie z całych sił starał się 

opanować wściekłość. - Co ona sobie myśli? Czy 

wyjaśniła, czemu to zrobiła - poza stwierdzeniem, ze 

zbyt wiele pracuję i potrzebne mi są wakacje? Choć 

jeśli Maudie uważa to za wakacje, to osobiście wolę 

już pisanie książki. 

Callie starannie unikała jego wzroku. 

- Zdaje się, że wymieniła jeszcze jeden powód. 

- A dokładnie? - warknął, i Callie skuliła się ze 

strachu. 

- Maudie zauważyła, że ostatnio trochę się od 

siebie oddaliliśmy, i miała nadzieję, że dzięki temu] 

znów staniemy się sobie bliscy - wstrzymała oddech, 

oczekując wybuchu, który nigdy nie nastąpił. Zamiast 

tego Julian powiedział spokojnie: 

- To pierwsza rozsądna rzecz, jaką do tej pory 

usłyszałem. No, dobra. Zastanówmy się nad tym, 

Schylił się i podniósł swoją koszulę, po czym 

naciągnął ją przez głowę. Przeczesał palcami włosy, 

background image

odgarniając je w tył. Callie, obserwowała go z żalem. 

Jej Julian znikał z sekundy na sekundę, przeistaczając 

się w superanałitycznego Pana Lorda. Brakowało 

jedynie tych przeklętych okularów. 

- Gdzie znalazłaś te zapiski? - spytał bardzo 

oficjalnym tonem. 

- Wszędzie - widząc w jego oczach niedowierzanie, 

Callie wyjaśniła szerzej. - Te dotyczące testamentu 

były w gabinecie i jadalni. Ale notatki związane 

z remontem, pochowała w całym domu. Znajdowałam 

je już w szufladach i pod dywanami, w pojemniku na 

mąkę i pod poduszką - wzruszyła ramionami. - Po 

prostu zbieram je i składam u siebie w sypialni. 

Julian spojrzał na nią surowo. 

- Biorąc pod uwagę twoje uczucia do Willow's 

End, ta nonszalancja nieco mnie zaskakuje. Jeżeli nie 

znajdziemy testamentu, nie odziedziczysz Willow's 

End. Ja też nie. Według Petersa cały majątek, łącznie 

ze zwariowanym bernardynem, dostanie się memu ojcu. 

„Niemożliwe. Julian musiał się pomylić". — Ale... 

- Obawiam się, że nie ma tu żadnych „ale". Z tego, 

co zrozumiałem, ostatnią osobą, która miała w rękach 

testament, była Maudie, i jeśli nie uda się go znaleźć 

w odpowiednim czasie, sąd może przyjąć, że go 

unieważniła — pozwolił, aby znaczenie jego słów 

dokładnie do niej dotarło, po czym dodał. - A zatem, 

moja miła, jeżeli nie chcesz, aby twój dom został 

sprzedany dla sfinansowania jednej z południowoa­

merykańskich ekspedycji Jonathana, to lepiej pomóż 

mi zgadnąć, gdzie Maudie mogła schować ten list 

- i testament. 

Callie szeroko rozwarła oczy, kiedy zwaliły się na 

nią te wszystkie implikacje. Jej dom. Nie mogła go 

utracić! Z przerażeniem wpatrzyła się w Juliana. 

- Nie! Musimy coś zrobić! Oni nie mogą,.. 

Jeśli nawet zmiana jej podejścia do sprawy usatys­

fakcjonowała go, nie dał tego po sobie poznać. 

background image

- W porządku, Callie. Znajdziemy go. Nie panikuj. 

Musimy jedynie podążyć tropem rozumowania Mau­

die. 

Nie brzmiało to zachęcająco. Wcale nie. Skąd 

miała wiedzieć, jak pracował umysł Maudie? Po raz 

pierwszy w pełni pojęła niezadowolenie Juliana. Nic 

dziwnego, że tak go drażniło jej zachowanie. 

- Damy sobie radę, Callie - ciągnął dalej. - Jeśli 

będziemy współpracować, to z pewnością uporząd­

kujemy cały ten bałagan. 

- Jasne. Pracujemy razem - przytaknęła. 

Na moment przymknął oczy i pokręcił głową. 

Kiedy się odezwał, jego głos zabrzmiał bardziej 

stanowczo. 

- Uważaj teraz, co powiem. Oto, co chcę, żebyś 

zrobiła. Następnym razem, kiedy pojawią się te twoje 

dzieciaki, sprzedaj im pomysł poszukiwania skarbów. 

Bez żadnych ograniczeń - po namyśle dodał: - W roz­

sądnych granicach. Niech szukają zapisków Maudie. 

Stanęła głową całkowicie zdecydowana na współ­

pracę. Skąd miała wiedzieć, że ten testament jest taki 

ważny. 

- Dobrze, jeżeli tak mówisz. 

- Tak mówię. Ponieważ zobowiązałem się napisać 

książkę, niewiele czasu mogę poświęcić temu nonsen­

sowi. Nie mam czasu na zabawy - szczególnie związane 

z testamentem, który być może w ogóle nie istnieje. 

Posmutniała. Nienawidziła zmian, jakie zaszły 

w Julianie przez ostatnie dwa lata. Kiedyś był 

wspaniałym kompanem: pomysłowym, próbującym 

nowych rzeczy, stale gotowym do śmiechu i ob­

darzonym energią, która zapierała dech w piersiach. 

Nigdy przedtem nie przeliczał przyjemnie spędzonych 

wspólnych chwil na zmarnowane minuty czy godziny, 

Kiedy zaczęło brakować mu czasu? Kiedyś miał go 

pod dostatkiem, a nawet trochę więcej. Ale teraz już 

nie. Teraz jego bogiem była praca, a czas rządzi 

background image

całym życiem. Callie stanowiła jedynie element 

rozpraszający uwagę. A Julian nie cierpiał przeszkód 

w pracy. 

- Powinnam już zacząć przygotowywać kolację 

- oznamiła cichutko Callie i wstała. - Chyba popłynę 

z powrotem, jeśli nie masz nic przeciw temu. 

- Masz rację. Bardzo było miło... 

- Wiem. Ale czas wracać do pracy - dokończyła 

za niego, kryjąc ból, jaki jej sprawił. 

Dłoń Juliana opadła na jej ramię. Siłą obrócił ją 

w swoją stronę. 

- Miałem zamiar powiedzieć, że bardzo było miło, 

lecz nie chcę, żebyś się przeziębiła. Drzewa zasłaniają 

słońce, a wiatr staje się coraz silniejszy. 

- Och! 

- Właśnie. - Nadal wpatrywał się w jej twarz. Jego 

palce przesuwały się wzdłuż ramienia Callie, która 

nie zdołała opanować drżenia. - Co ci jest, Callie? 

Przez ostatnią godzinę zachowywałaś się bardzo 

dziwnie. 

- Nic - zaprzeczyła.. Żeby tylko przestał ją dotykać... 

-

 To ten pocałunek, prawda? - zgadł z kłopotliwą 

bystrością. Jego usta wygięły się lekko, jakby na 

wspomnienie ich uścisku. - Zapomnij o tym, dobrze? 

Udawajmy, że nic takiego nie miało miejsca. Nie 

chcę, żeby nasza przyjaźń została zrujnowana przez 

tak głupi incydent. Nieporozumienie z powodu Gwen 

było już dostatecznie okropne. Nie możemy dopuścić, 

by coś takiego znów stanęło między nami. 

Głupi incydent. Nic więcej. Sam nie wiedział, 

jak bardzo ją uraziły jego słowa. Zadarła głowę 

i odsunęła się od niego, przywołując na usta dzielny 

uśmiech. 

- Masz rację. Głupio by było, gdyby jeden nieważny 

pocałunek zepsuł wszystko. 

- Grzeczna dziewczynka — wyszczerzył zęby 

w uśmiechu. - A teraz ściągaj dżinsy. 

background image

- Co takiego? 

- Słyszałaś przecież. Ściągaj je. 

- Dlaczego? - serce jej waliło, słowa z trudem 

wydostały się ze ściśniętego gardła - Po co ci one? 

- Po nic. Chcę tylko, żebyś je zdjęła, zanim 

popłyniesz do brzegu. W tę stronę niemal tonęłaś. 

Znacznie łatwiej utrzymać się w wodzie bez dziesięciu 

kilo ściągających w dół. 

- Nie ma mowy. Zaryzykuję - Callie gwałtownie 

potrząsnęła głową. 

- Żadnego ryzykowania - Julian odwrócił się do 

niej plecami i splótł ręce na piersi. - Nie będę patrzył. 

Nawet nie zerknę, przyrzekam. Rozbierz się i zostaw 

spodnie na tratwie. Ja je zabiorę, a ty będziesz je 

mogła założyć przy brzegu. 

Z westchnieniem odpięła nadal jeszcze wilgotne 

dżinsy i zsunęła je, pozostając jedynie w koszuli 

i figach. Z mieszanymi uczuciami stwierdziła, że Julian 

dotrzymał słowa i nawet nie drgnął. Jeszcze raz 

omiotła go tęsknym wzrokiem i zanurkowała, kierując 

się ku brzegowi. 

Nawet dodatkowo obciążony i startujący z opóź­

nieniem, Julian i tak pierwszy dotarł do plaży. Stanął 

na piasku i przyglądał się jej. Świadoma pewnych 

mankamentów swojego stroju, Callie stanęła po szyję 

w wodzie. 

- Czy mógłbyś teraz rzucić mi spodnie? 

Przez moment wątpiła, czy naprawdę to zrobi. 

Trzymał je w wyciągniętej ręce, a na jego twarzy igrał 

złośliwy uśmieszek. Po chwili jednak ustąpił i cisnął 

dżinsy w jej kierunku. 

- Cholerna szkoda - skomentował z żalem - bo 

mogę z ca łą pewnością stwierdzić, iż moja, eee, kuzynka 

drugiego stopnia jest posiadaczką najlepszych nóg 

W całym Willow. - Mrugnął do niej i odszedł. 

Callie przycisnęła do piersi mokre spodnie. 

- Nie jestem twoją kuzynką! Ani siostrą! - krzyknęła 

background image

do jego oddalających się pleców, po czym przygryzła 

wargę. - W ogóle niczym dla ciebie nie jestem 

- szepnęła. 

Wczesnym rankiem następnego dnia Callie wśliznęła 

się cichutko do kuchni z niezłomnym postanowieniem 

wziąć się do roboty. Z niesmakiem spojrzała na 

podłogę. Przy remoncie i wzniecanych z tej okazji 

chmurach kurzu, linoleum brudziło się już po dniu 

czy dwóch. Czas dokładnie je zamieść i wymyć. 

Podwinąwszy rękawy, zabrała się do roboty. 

Zamiatanie trwało tylko chwilę, a niezwykle zado­

walające efekty dały jej poczucie dobrze wykonanej 

pracy. Co innego mycie. Odsłonięcie, ukrytej pod 

warstwą szarości, bieli było zdecydowanie trudniejsze. 

W połowie przerwał jej telefon. 

- Halo, Callie? - powitał ją przyjazny głos. - To 

Suzanne Ashmore z administracji szkoły. Dzwonię 

w sprawie tych ciast, które obiecałaś upiec na dzisiejszy 

festyn. Dałaś radę? 

Z poczuciem winy Callie przypomniała sobie 

kawałek ciasta, zwędzony w środku nocy. Definitywnie 

uszczupliła swój dodatkowy zapas. Całe szczęście, że 

zrobiła cztery babki w przeciwnym bowiem razie 

ludzie na festynie musieliby obyć się smakiem. 

- Jasne. Są gotowe do zabrania. Kiedy chcesz po 

nie przyjechać? 

- W tym właśnie rzecz. - Suzanne zaśmiała się 

lekko. Jestem zawalona robotą i miałam nadzieję, że 

może znajdziesz chwilę czasu i podrzucisz mi je. Czy 

mogę na ciebie liczyć? 

Callie zawahała się, niepewna, czy nie jest to aby 

sprzeczne z żądaniem Juliana, by nie podejmowała 

się już niczego. „Nie" - zdecydowała - to przecież 

część wcześniej podjętych zobowiązań. 

- Pewnie, nie ma sprawy. Na którą ich potrzebujesz? 

~ Dwunasta ci pasuje? 

background image

Callie zerknęła na wielką połać podłogi, czekającą 

na umycie, i na długą listę, spoczywającą na kuchen­

nym stole. Westchnęła. 

- W porządku. 

- W takim razie czy myślisz, że mogłabyś zabrać 

tez babeczki od pani Hankum i kukurydziane bułeczki 

od Lu Ridgeway'a? To po drodze. 

Gdy się powiedziało a... 

- Oczywiście. Żaden problem. 

Za jej plecami zaskrzypiały drzwi. Odwróciła się 

i ujrzała Yalerie z Dannym opartym na biodrze. 

Skinięciem zaprosiła ich do środka. Valerie przekazała 

jej dziecko i, po mnóstwie całkowicie niezrozumiałych 

gestów, zniknęła za drzwiami. Po minucie wróciła, 

ciągnąc za sobą wysokie krzesełko. 

- Skoro już z tobą rozmawiam, to mam jeszcze 

jedną sprawę - ciągnęła Suzanne. 

- Tak? O co chodzi? 

Valerie odebrała jej Danny*ego i posadziła go na 

krzesełku, wręczając kilka biszkoptów i butelkę. 

Ucałowała dziecko w czółko, po czym radośnie 

zamachała do Callie i wybiegła. Danny z namysłem 

patrzył, jak jego matka znika. Gdy tylko zorientował 

się, że Yalerie nie wraca, otworzył usta i wściekle 

ryknął. 

- Callie, jesteś tam? 

- Tak, tak, Suzanne - Callie wsadziła palec w długie 

ucho, bezskutecznie usiłując przytłumić ryk dziecka. 

- Chodzi o te testy rozwojowe i przygotowawcze. 

Jako nasza najnowsza przedszkolanka, zostałaś wy-

znaczona do egzaminowania cztero- i pięciolatków. 

No wiesz, żeby ustalić, czy bardziej nadają się do 

zerówki, czy do przedszkola. Prawda, że to in­

teresujące? 

- Bardzo - powtórzyła, Callie, bynajmniej nie 

zachwycona. O co tu u diabła chodzi? Nie przypomi­

nała sobie, by ktokolwiek wspominał coś o testach. 

background image

Naciągnęła kabel telefoniczny na całą długość i dała 

Danny'emu ciasteczko. Valerie wpadłaby w szał, lecz 

w tej chwili spokój Juliana był ważniejszy niż poziom 

glukozy u dziecka. Danny przestał płakać i spojrzał 

na ciastko. Jego pulchna rączka porwała nieoczekiwany 

przysmak i wepchnęła go do buzi. 

Suzanne odchrząknęła. 

- Jest tylko jeden malutki problem. 

- Jest jeden malutki problem, mówisz? To znaczy, 

co? - spytała z roztargnieniem Callie, obserwując 

Danny'ego, który uśmiechnął się do niej, ukazując 

bezzębne dziąsła, i plunął zaślinionym ciastkiem przez 

całą kuchnię. Ciastko uderzyło w kubeł z wodą, 

a Danny roześmiał się głośno. „No cóż - pomyślała 

Callie - lepsze to niż płacz". 

- Pani Martin, nasza nauczycielka pierwszaków, 

spędza lato w Europie. W normalnych okolicznościach 

sama zajęłaby się egzaminowaniem swych uczniów, 

ale trudno... Trudno jej to będzie zrobić, skoro wędruje 

po kontynencie. Pomyśleliśmy więc o tobie, Callie. 

Zdołasz to zrobić, prawda? Mam na myśli zastąpienie 

pani Martin? 

To definitywnie łamało zakaz Juliana. Nie miała 

jednak wyboru - nie, jeśli chciała we wrześniu zacząć 

pracę. 

- Chyba tak - zgodziła się niepewnym głosem. 

Nagle jęknęła, widząc poczynania Danny'ego. Za­

chęcony swoim sukcesem z ciastkiem wypróbował tę 

samą metodę używając kawałków biszkopta. 

- Cudownie! - wykrzyknęła Suzanne. - Zawiado­

mimy cię wkrótce o dokładnych terminach. Muszę 

już lecieć. Nie zapomnij o tych ciastkach! - odwiesiła 

słuchawkę. 

Dobiegający z tyłu głos Juliana, całkowicie zaskoczył 

Callie. 

- Co tu się właściwie dzieje? - spytał, obserwując, 

jak zbiera z podłogi okruchy biszkoptów. 

background image

- Nic takiego. Szkoła potrzebuje dodatkowej 

pomocy przy testowaniu przyszłorocznych uczniów. 

Złapał ją za łokieć i szarpnięciem postawił na nogi, 

- Zostaw tę podłogę, sam to zrobię, ty siadaj 

i wytłumacz mi, o co chodzi z tymi testami. 

Zdumiona Callie patrzyła, jak Julian bierze papiero­

wy ręcznik i ściera obslinione resztki jedzeniowego 

bombardowania. Jego wysiłki wydatnie pogorszyły 

stan podłogi. 

- Julian, pozwól, że ja... 

- Nie, nie, dam sobie radę - upierał się. - A zatem 

administracja szkoły uznała, że to ty powinnaś zająć 

się testami? I ty naturalnie się zgodziłaś. Wydawało 

mi się, że zawarliśmy umowę. Żadnych więcej zobo­

wiązań do czasu, gdy wywiążesz się z obecnych. 

Pamiętasz? 

- Pamiętam. Ale to co innego. To moja praca. Nie 

żadna przysługa. Wszyscy nauczyciele to robią. 

- Okay. Akceptuję - przysiadł na piętach i z satys­

fakcją spojrzał na zapaskudzoną podłogę. - No, 

zrobione. A co z Dannym? - ciągnął. - Nie zauważyłem 

go na twojej liście. 

- To dlatego, że jest na lodówce. To znaczy prośba 

Valerie - złapała ścierkę i zabrała się za kawałek 

podłogi, właśnie „wymyty" przez Juliana. 

Kuchenne drzwi otwarty się i weszli Donna i Cory. 

- Cześć, panie Lord... Julianie - zawołała promien­

nie Donna, potrząsając włosami, dodatkowo przyo­

zdobionymi pasemkami jaskrawej zieleni, 

Julian podniósł brwi. 

- Hej! - powitał ostrożnie Donnę, po czym zwrócił 

się do Callie. - Jeżeli będę potrzebny, to jestem na 

górze w swym tymczasowym biurze. Nie uważaj tej 

dyskusji za zakończoną - jedynie odkładam ją na 

później. Mam nadzieję, że czeka was... owocny dzień-

- I ciebie też - odparła Callie. Być może Julian 

jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, lecz ich 

background image

dyskusja zdecydowanie się zakończyła. Odwróciła się 

do Cory'ego. - Czy twój brat przyjdzie? 

- Oczywiście. Nie może się już doczekać, żeby 

dorwać się do tutejszych przewodów. Co dziś mamy 

na tapecie? Znowu rozwałkę? 

Callie zaśmiała się i pokręciła głową. 

- Co powiecie na poszukiwanie skarbów? - słysząc 

okrzyki radości, objaśniła plan Juliana. - Nie mam 

pojęcia, gdzie możecie szukać tych notatek. Mogą 

być niemal wszędzie. Jedno, o co proszę, to żebyście 

starali się być cicho i nie przeszkadzali Julianowi. 

Odprowadziła ich rozbawionym spojrzeniem, a kiedy 

wyszli, nachyliła się i uniosła Danny'ego. Nagle rozległ 

się dzwonek u drzwi, Callie zachichotała. 

Pospieszyła do wejścia, aby otworzyć bratu Co-

ry'ego, Tedowi. Jego wygląd nieco zbił ją z tropu. Na 

oko nie wydawał się o wiele starszy od jej pomocników, 

za to wzbudzał - o ile to możliwe —jeszcze mniejsze 

zaufanie. Jego ubranie było modnie poszarpane, zaś 

długie włosy związał na karku sznurowadłem. Przez 

rozdarcie w koszuli dostrzegła wytatuowaną czaszkę 

i skrzyżowane piszczele. 

Ted przekroczył próg, rozejrzał się wokoło i gwi­

zdnął. 

- Co za miejsce! - wyminął ją niedbałe. - Popatrz 

tylko na te starożytne przewody! O kurcze, nie mogę 

się już doczekać! 

Callie przeraziła się nieco. 

- Posłuchaj, Ted - powiedziała szybko. - Pan 

Lord prosił, abym skontaktowała się z nim, zanim 

cokolwiek zrobimy. Wydaje mi się, że interesują go 

plany... zezwolenia, schematy — te rzeczy. 

- Nic nie wiem o żadnych planach i schematach. 

ale możesz przekazać panu Lordowi, że na swojej 

robocie się znam. Poczekaj, aż zobaczy mój ra­

chunek. 

- Rachunek? - powtórzyła zaniepokojona Callie. 

background image

To oznaczało pieniądze - coś, czego podaż ostatnio 

wydatnie się zmniejszyła. - Twój brat sądził, że uda 

nam się dojść do porozumienia. 

- Jasne, że tak, dajecie mi mnóstwo zielonych 

papierków, a ja naprawiam elektrykę - zaśmiał 

się donośnie, a Danny natychmiast zaczął płakać. 

Ted zmierzył dziecko podejrzliwym spojrzeniem 

i cofnął się nieco. - Słuchaj, muszę sprawdzić parę 

rzeczy. Rozejrzę się trochę. Nie masz nic przeciw 

temu? 

- Chyba... 

- Świetnie - skierował się do holu. - Nie wiedziałem, 

że takie domy jeszcze gdzieś stoją. Zazwyczaj poszły 

z dymem wiele lat temu. 

Callie wróciła do domu późnym popołudniem. 

Dostarczenie ciast trwało znacznie dłużej, niż przewi­

dywała. 

Weszła do domu i natychmiast usłyszała pod­

ekscytowane głosy, dochodzące z biblioteki. Donna 

wysunęła głowę i powiedziała: 

- Chodź szybko! Coś znaleźliśmy! 

Callie pospieszyła do niej. Cory i Donna nachylali 

się nad niwielką kopertą, nawet Brutus przyłączył się 

do nich, skomląc i starając się wepchnąć w sam 

środek. Callie powiodła wzrokiem po stosach książek, 

zaścielających całą podłogę. 

- Na miłość boską, co się tu... - zaczęła, lecz Cory 

przerwał jej natychmiast. 

- Pościągaliśmy wszystko z półek - wyjaśnił, choć 

było to oczywiste od pierwszego spojrzenia. - I zobacz, 

co znaleźliśmy! - triumfalnie podał jej różową kopertę. 

- Cudownie, Cory. To wygląda na kolejny list od 

Maudie - obejrzała kopertę, widniały na niej imiona 

jej i Juliana. - Może powinniśmy zaczekać na pana 

Lorda, skoro jest zaadresowany również do niego 

- słysząc jęk zawodu, ustąpiła. - No dobrze, spraw-

background image

dzimy, czy to coś ważnego. Nie chciałabym mu 

przeszkadzać, jeśli to jest fałszywy alarm. 

Callie nerwowo otworzyła kopertę. Wewnątrz 

znajdował się kawałek bladoróżowego papieru. Wy­

ciągnęła go i w powietrzu uniósł się lekki kwiatowy 

zapach - perfumy Maudie. Zamrugała szybko kilka 

razy, odgarniając od siebie nagłą falę smutku, i zmusiła 

się, by odczytać list. 

Kocham! 

Przykro mi. Ten list nie dotyczy testamentu. Ale 

nie poddawajcie się! Jeżeli czytacie te słowa, oznacza 

to, ze nie żyję, zatem zasadźcie dla mnie kwiatek. 

A kiedy zakwitnie, pamiętacie, jak bardzo was ko­

cham. 

Ciotka Maudie 

Na schodach rozległy się szybkie kroki i do biblioteki 

wpadł Julian. Z niedowierzaniem rozgrzał się po 

pomieszczeniu, po czym polecił surowo: 

- Wyjdźcie stąd. Wszyscy. 

Gdy pokój opustoszał, Julian usiadł obok Callie, 

łagodnie uniósł jej głowę i otarł łzy. 

- Co ci jest, kochanie? - spytał miękko. - Co się 

stało? 

Bez słowa podała mu list Maudie. Objął ją ramie­

niem i pospiesznie przeczytał kartkę. 

- Cholera - mruknął. Jego usta musnęły czubek 

głowy Callie. - Nie płacz, kochanie. Wszystko 

w porządku. Zrobimy to razem, ty i ja. Co powiesz 

na róże? Maudie zawsze kochała róże. 

- Żółte i różowe. Te wielkie o ciężkim zapachu. 

Szalała za nimi. Cały trawnik zapełnimy różami, 

żebyśmy zawsze mogli o niej myśleć. I... 

Przeszkodziło jej ciche skwierczenie. 

- Co się... - zaczął Julian i w tym momencie 

światła zamrugały i zgasły. Julian paskudnie zaklął 

pod nosem. 

background image

- Ted! - szepnęła z rozpaczą Callie. - Powinnam 

była wiedzieć! 

Sekundę później nieprawdopodobna energia po-

płynęła przewodami. Żarówki błysnęły jaskrawą bielą, 

a Callie pomyślała, że zaraz eksplodują. W całym 

domu rozległ się buk i wszystko zgasło. 

- Ktoś właśnie zamordował mój komputer - oznaj­

mił w całkowitej ciemności Julian. - Przepalił jego 

elektroniczny móżdżek. Zdarzało się, że ludzi wieszano 

za mniejsze zbrodnie. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Reguła numer 10 
Czasem zdarzają się błędy. Szczególnie 

tym, którzy działają bez planów 

Julian siedział przy biurku w swym tymczasowym 

biurze i wpatrywał się w komputer - ten sam, który 

otrzymał terapię elektrowstrząsową. Boże, to zdarzyło 

się wczoraj? Odsunął na bok papiery i złapł za 

telefon. Po kilku minutach dotarł do Brada. 

- Co ci jest stary? Brzmisz nieszczególnie - stwierdził 

z lekkim rozbawieniem wspólnik. 

- Bo tak się czaję! Właśnie skończyłem sprawdzać 

wszystkie akta. Jest tak źle, jak ci mówiłem. Wszystko 

poszło w diabły, kiedy ten... ten nienormalny smarkacz 

postanowił zabawić się w Benjamina Franklina. 

Komputer wysiadł doszczętnie. Ponad tydzień pracy 

szlag trafił. 

- Nie mogę uwierzyć, że nie zabrałeś ze sobą 

stabilizatora. To do ciebie niepodobne - Brad umilkł 

na chwilę. - Może powinienem przejąć od ciebie tę 

robotę. Zawsze miałem słabość do Willow's End. 

-

 Nie ma mowy. Trafiłbyś do Wariatkowa po 

dwudziestu czterech godzinach. Brutus rozsmarowałby 

cię na wycieraczce, jeszcze zanim zdążyłbyś wejść do 

środka. I to z jedną łapą zawiązaną na plecach. 

- Jedną łapą... Co w ciebie wstąpiło, Julian? Mówisz 

tak jakby ten zwierzak był człowiekiem. Jeśli sprawia 

kłopoty, pozbądź się go. 

~

 Pozbyć się go? Oszalałeś? - Julian ugryzł się 

w język. Czy naprawdę bronił tego potwora? Chyba 

zbyt często przebywał w towarzystwie Callie. 

- Nie sugeruję nic drastycznego - tłumaczył Brad. 

- Po prostu znajdź mu nowy dom - powiedzmy, 

gdzieś na Alasce. 

background image

- Odczep się, Brad - oznajmił krótko i treściwie, 

- Okay, okay, to tylko dobra rada. Ale muszę 

powiedzieć, że martwię się o ciebie. Julian Lord, 

człowiek, na widok którego dyrektorzy i biznesmeni 

umierają ze strachu, mistrz reguł i przepisów. Pan-

System we własnej osobie nie potrafi wziąć w karby 

jednej drobnej dziewczyny, zwariowanego elektryka 

i złośliwego gnoma w psiej skórze. 

Julian z całej siły zacisnął palce na słuchawce. Gdyby 

zdołał dosięgnąć przez telefon szyi Brada, jeden z nich 

umarłby szczęśliwy. I nie byłby to jego wspólnik. 

- Z tego, co mówiłeś, masz pięćdziesiąt procent 

szans na to, że odziedziczysz majątek Maudie. Napraw­

dę bardzo lubię Wilow's End - to jezioro, spokój i ciszę, 

ten wielki stary dom. Może byś mi go sprzedał i pozbył 

się jak najszybciej - zanim, stary, zupełnie się rozkleisz. 

- Potrzebujesz WiIIow's End mniej więcej tak, jak 

pies piątej nogi - warknął Julian. - Choć jak się nad 

tym zastanowić... 

- Daj spokój, stary. Obiecaj mi, że jeśli go odzie-

dziczysz, będę miał prawo pierwokupu. 

- Jasne, Brad. Czego sobie tylko życzysz. Chcesz! 

księżyc na sznurku? Masz go. Tylko zejdź ze mnie. 

A co z tymi kursami dla Comptecu? Potrzebne mi 

najnowsze dane. 

- W porządku. To już bardziej przypomina stare­

go... - głos Brada urwał się nagle. 

Julian kilka razy uderzył w widełki, zanim zorien­

tował się, że telefon nie działa. Panowała w nim cisza 

niczym w przysłowiowym grobie. Odwiesił słuchawkę, 

czując straszliwe podejrzenie. To niemożliwe. Po 

wczorajszej katastrofie nawet tak zwany elektryk nie 

odważyłby się tu wrócić. Nie, jeśli cenił swoje życie. 

Julian zdecydowanym krokiem wyszedł z pokoju. Co 

za dużo, to niezdrowo. 

Pod maską spokoju Callie starała się ukryć panikę. 

background image

- Nie możesz tego skleić? 

- To miał być dowcip? - spytał Ted. 

- Nie. To nie dowcip - wyjaśniła, starannie dobie­

rając słowa. - To ty jesteś ekspertem od elektryczności. 

Ty przeciąłeś ten kabel. Zaszyj go, albo może zawiąż 

nie wiem. Ale napraw. Szybko. 

- Oszalałaś, czy co? Zgoda, znam się na elektrycz­

ności, ale to linia telefoniczna. A ja nie jestem 

Alexandrem Grahamem Bellem. Spróbuj zadzwonić 

po fachowców. 

- Nie mogę! - z najwyższym trudem pohamowała 

się, by nie krzyknąć. - Jak mam się do nich dodzwonić? 

Mój telefon nie działa, bo przeciąłeś linię. Pamiętasz? 

- O rany, faktycznie! - jego śmiech przypomniał 

Callie osła, którego słyszała kiedyś na festynie. - Co 

ze mnie za idiota. Sam nie wiem... - Ted zerknął jej 

przez ramię i urwał, przełknął głośno ślinę, a jego 

twarz śmiertelnie zbladła. Callie odwróciła się, nie 

wątpiąc ani przez chwilę, że ujrzy Juliana. 

- Wspaniale - mruknęła, zmuszając się do lekkiego 

uśmiechu. - Lepiej wymyśl jakieś dobre wytłumaczenie. 

I to szybko. On ma na twarzy wypisane morderstwo. 

Ted zaczął cofać się ku drzwiom, mówiąc bez 

przerwy. 

- Spadam stąd. Powodzenia z telefonem, Callie. 

I z całą elektryką - wystartował do biegu i znikł. 

- Hej, zaczekaj! - krzyknęła za nim. - Co z moim 

telefonem? Ted! 

- Zabiję go - stwierdził z furią Julian. - Nie. 

Najpierw zabiję ciebie za to, że go wpuściłaś, a dopiero 

potem jego. W każdym razie zginiecie oboje. 

- On... ja... my... - cofnęła się o krok. Nigdy nie 

widziała go tak wściekłego. Twarz mu pociemniała, 

usta zwęziły się w niebezpieczną linię. Spojrzała mu 

w oczy. Nie były już brązowe. Nie pozostał w nich 

żaden ślad nęcącej czekolady. 

- Jak mogłaś? - spytał ostro. - Jak mogłaś go 

background image

wpuścić po tym, co zrobił wczoraj? Czy twoje obietnice 

nic dla ciebie nie znaczą? 

- Oczywicie, że znaczą - odsuwała się krok po 

kroku, próbując mu wyjaśnić. - Ted chciał pomóc, 

Czuł się winny z powodu twojego komputera. Błagał 

mnie, żebym pozwoliła mu to naprawić. Co miałam 

zrobić? 

To było najgorsze możliwe pytanie. 

- Co miałaś zrobić?-Julian podszedł bliżej. W jego 

głosie zabrzmiała niebezpiecznie słodka nuta. - Spróbuj 

powiedzeć: nie! To proste, naprawadę. Nie. Trzy 

litery. Spróbuj. 

- Julianie... 

- Nie, Julianie. Nie. Masz powiedzieć nie. 

- Ale przecież... 

- Nie potrafisz tego wymówić, co? - przeczesał 

dłonią włosy. - To dlatego spędzasz całe życie na 

wykonywaniu pracy, należącej do innych. Całe Willow 

o tym wie. Dobra stara Callie, zawsze gotowa i chętna 

do pomocy... co za ofiara. 

Callie wyprostowała się z całą godnością, na jaką 

było ją jeszcze stać. 

- Staram się pomagać ludziom, Julianie. Lubię 

pomagać. Jeśli to błąd, przepraszam, choć nigdy nie 

sądziłam, że będę musiała się z tego tłumaczyć. 

- Może wyraziłem się mocniej niż trzeba. 

- Pomaganie ludziom jest okay, i miło czuć się 

potrzebnym. Ale ty posuwasz się za daleko. Musisz 

przyznać, że efekty nie są zbyt zachęcające. To tylko 

dowodzi, że sprzedaż tego miejsca jest jedynym 

wyjściem. Nie mogę zmusić cię do tego, byś wyrzekła 

się Willow's End, jeśli ty je odziedziczysz, ale w przeciw-

nym razie to rozwiązanie wydaje się najlepsze. 

- Nie mówisz chyba serio! Nie mógłbyś sprzedać 

Willow's End i kiedykolwiek spojrzeć sobie w oczy! 

- Pożyjemy, zobaczymy. W obecnej sytuacji nie 

mam większego wyboru. Odpowiedzialność za ten 

background image

dom spadła mi na głowę, czy tego chcę, czy nie. Cóż, 

próbowaliśmy działać na twój sposób. Nic z tego nie 

wyszło. Teraz wypróbujemy mój. 

- To znaczy... 

- Niech twoja załoga stawi się jutro wcześnie rano. 

I nie mam tu na myśli godziny dziesiątej. Mają być 

na ósmą. Powiem wam wtedy, co macie robić. 

- Och, Julianie! - jęknęła Callie. - Nie zaczniesz 

chyba tych swoich: po pierwsze, po drugie, po trzecie? 

- Jeśli będzie to potrzebne, żeby zmusić was do 

roboty, to możesz na mnie liczyć. 

- Staraliśmy się przez te ostatnie dwa tygodnie, 

Callie. Naprawdę - powiedział Cory - problem w tym... 

- Macie się zabrać do roboty - stwierdziła Callie 

stanowczo. 

- Niestety - Cory usiadł na podłodze i splótł ręce 

na piersi. - Uważaj to za bunt. No wiesz, bierny 

opór. Jak za dawnych czasów. 

„Bierny opór? To oznacza bierny opór? Ale to 

nie... czas na lekcję historii" - upomniała się w myślach. 

Donna dołączyła do Cory'ego siedzącego na podłodze. 

Callie przyglądała się ich niezadowolonym minom 

z rosnącą obawą. 

- Wiem, że nie jesteście do tego przyzwyczajeni 

i że zmiany są nieco drastyczne. Ale chciałabym, 

żebyście dali Julianowi jeszcze jedną szansę - rzekła 

błagalnie, uniesieniem rąk uciszając ich protesty.-

Dajcie mu jeszcze jeden dzień. To wszystko, o co 

proszę. Przetrzymaliście dwa tygodnie. Nie wytrzymacie 

jeszcze przez jeden dzień? 

- Mam poważne wątpliwości - odparł Cory. 

- Potwornie dużo od nas wymagasz. 

Callie zastanowiła się szybko, wiedząc, że będzie 

sobą gardzić za to, co ma zamiar zrobić. 

- Dobra. Pięć dolców dziennie - dla każdego. Tak 

albo nie. 

background image

- Dycha i umowa stoi - odparowała Donna. 

Dwadzieścia dolarów. To zdecydowanie naruszy 

jej budżet, ale ich ocalenie jest tego warte. 

- Zgoda. Ale to oznacza trzymanie się rozkładu co 

do milisekundy. I, Cory - zerknęła na głównego 

winowajcę - żadnych więcej uwag. Jeszcze jeden tekst 

o wysyłaniu sygnałów dymnych, bo telefon nadal nie 

działa, i zrywamy układ. Rozumiemy się? 

- Rozumiemy - padła entuzjastyczna odpowiedź. 

Callie spędziła resztę dnia nękana wyrzutami 

sumienia z powodu przekupstwa. Dodatkowo, odkrycie 

faktu, że łapówka wcale nie była konieczna, jedynie 

pogorszyło jej nastrój. 

Gdy tylko Julian zszedł na dół, od razu widać było, 

jak bardzo się zmienił. Zniknął gdzieś sztywny 

organizator z wykazami i szczegółowymi instrukcjami. 

Zamiast niego stał przed nimi pogodny, energiczny 

przywódca, który po kilku minutach doprowdził do 

tego, że jego pomocnicy wręcz wyłazili ze skóry, by 

mu się przypodobać. 

- Okay, na dzisiaj wystarczy - Julian dał sygnał do 

zakończenia pracy późnym popołudniem. - Przez 

parę ostatnich tygodni bardzo ciężko pracowliście. 

Doceniam to. Ten pokój faktycznie zaczyna nabierać 

ludzkiego wyglądu. Jeszcze kilka tygodni i z powrotem 

postawimy ściany. 

- Szkoda tylko, że nie znaleźliśmy testamentu 

- wtrącił Cory. - Przypuszczam jednak, że trzy 

skarpetki, dwie notatki Maudie z cyklu „to nie to" 

i para spodenek to niezły połów. 

- Zdecydowanie. Choć sprawnie działające prze­

wody, prawdziwe ściany i świeża farba byłyby jeszcze 

lepsze. Teraz, kiedy ten dom powoli staje się miesz­

kalny, skoncentrujemy się na poszukiwaniach tes­

tamentu. Tymczasem jednak chciałbym wam po­

dziękować za wszystko, co już zrobiliście. Funduję 

wam puchary bananowe w lodziarni Farkle'a - uśmie-

background image

chnął się szeroko. - Tylko nie napchajcie się za 

bardzo, bo potem zapraszam was na pływanie. 

Słysząc wybuch radości, Callie ukryła twarz w futrze 

Brutusa. 

- Cudownie! - wymamrotała. — Najpierw zniszcz 

im zęby. Wypchaj cukrem. I do tego jeszcze przekup­

stwo. Jak nisko można upaść! 

- Fantastycznie! - wykrzyknął Cory. - Dwie dychy 

od Callie za zakończenie naszego strajku i do tego 

puchary bananowe od pana Lorda. To się dopiero 

nazywa wyjątkowy dzień! 

Cisza, która nastąpiła po ich hałaśliwym wyjściu, 

była niemal ogłuszająca. 

- Przekupujesz ich? Zdumiewasz mnie, Callie 

- Julian przestawił drabinę na środek gabinetu, wspiął 

się na nią i z zadowoleniem obejrzał świeżo pomalo­

wany sufit. 

- A jak nazwiesz stawianie im lodów u Farkle'a? 

- odpaliła. - Głaskaniem po główce? 

- W pewnym sensie, tak. Przez ostatnie dwa tygodnie 

dawali z siebie wszystko i chciałem okazać im wdzięcz­

ność - usiadł na najwyższym szczeblu, przyglądając jej 

się chłodnym i lekko napominającym wzrokiem. - Ale 

łapówki... Wszystko zepsułaś, droga kuzynko. 

- No więc jestem tylko człowiekiem - mruknęła 

bezmyślnie do psiego ucha. - Julian też by nim został 

- gdyby ktoś strącił go z tej drabiny pomiędzy resztę 

śmiertelników. 

Z radosnym szczeknięciem Brutus zerwał się na 

nogi i skoczył w kierunku drabiny. 

- Nie. zaczekaj! - krzyknęła, o sekundę za późno. 

- Nie mówiłam serio! 

Słysząc ostrzegawczy odrzyk Callie, Brutus uczynił 

szlachetną próbę zatrzymania się póki czas. Desperacko 

przebierał łapami - bez skutku. Jego wielkie cielsko 

skręciło nieco i zad uderzył w sam środek drabiny, 

wybijając ją spod Juliana. 

background image

Drabina, a z nią i Julian, z hukiem runęła na 

ziemię. Callie zakryła oczy, kuląc się. Minęła długa 

minuta, nim odważyła się zerknąć przez palce. Jej 

przybrany brat leżał rozciągnięty na podłodze, a obok 

spoczywał Brutus. 

Julian uniósł głowę i spojrzał na psa. 

- Et tu, Brute - powiedział i jęknął. Zamknął oczy, 

a jego głowa opadła na ziemię. Callie zerwała się na 

równe nogi i podbiegła do niego. 

- Julianie! Julianie, nic ci nie jest? - uklękła na 

podłodze, wpatrując się w jego bladą nieruchomą 

twarz. - Och, nie! Błagam, niech nic ci nie będzie. 

Przepraszam. Nie chciałam, nigdy nie sądziłam, że 

Brutus naprawdę to zrobi. 

Uderzyła ją okropna myśl. A jeśli Julian złamał 

sobie coś podczas upadku? Jeśli uderzył się w głowę 

i wpadł w śpiączkę? 

- Nie pamiętam, co się robi z ranami głowy 

- jęknęła. - Unieść stopy czy głowę? 

Brutus rozwiązał ten problem. Przycisnął nos do 

twarzy Juliana i polizał ją. 

- Przestań! - huknął Julian, nadal nie podnosząc 

powiek. - I tak już dość szkód narobiłeś. Nie musisz 

jeszcze mnie obśliniać. 

- Julian? - Callie odetchnęła z ulgą. 

- A któżby inny? - warknął, na moment otwierając 

jedno oko. 

- Eee, czy wszystko w porządku? Nie ruszasz się... 

- Nie jestem idiotą. Jeśli drgnę, ten diabelski pomiot 

mnie pożre. 

- Kto? - zamrugała ze dziwienia. - Brutus? Czemu 

miałby cię zjeść? 

- A czemu robi to, co robi? Bo to wariat - Julian 

Podparł głowę rękami. - Nie mam zamiaru ryzykować. 

Zostanę tutaj, piękne dzięki. 

- Zrzucił cię z drabiny tylko dlatego, że ja mu 

kazałam - wyjaśniła z zakłopotaniem Callie.- Nie zje 

background image

cię, jeśli mu tego nie powiem, a nie powiem. Przy-

rzekam. 

- Ale mi ulżyło. Czy często ci się to zdarza? 

- Tak, tak, czasami - wyznała. Wyrzuty sumienia 

zagłuszyły u niej wszelkie inne uczucia. - Czemu 

nie zastanowię się, zamiast gadać, co mi ślina 

na język przyniesie? A ty... - wbiła wzrok w Brutusa 

- musisz wszystko, co powiem, brać tak dosłownie? 

Powiedziałam: ktoś. Znasz takie słowo. Ktoś po­

winien zrzucać go z drabiny. Nie ty. Ktoś powinien 

wepchnąć Gwen do jeziora. Rozumiesz? Ktoś, to 

nie znaczy ty! 

- Owen? - Julian uniósł powieki i spojrzał najpierw 

na Callie, następnie zaś na psa. - Niech no zgadnę. 

Brutus potrząsnął głową, żałośnie pisnął i jakby 

usiłując naprawić sytuację, spróbował usiąść Julianowi 

na kolanach. Ten ze świstem wypuścił powietrze. 

- Przestań, bo tym razem mnie zamordujesz - zdołał 

wykrztusić, odpychając wielkie zwierzę. - No dalej, 

siad. Nie jestem na ciebie zły - świdrujący wzrok 

Juliana spoczął na Callie. - Natomiast ty, to zupełnie 

inna historia. 

- Mogę wszystko wytłumaczyć - oznajmiła po-

śpiesznie. 

- Mam nadzieję. Zacznij od Gwen i nie omijaj 

niczego. 

- Gwen. Dobra - zaczęła, wyłamując palce. - Wi-

dzisz, byłyśmy razem nad jeziorem i Gwen powiedziała 

coś, co mi się... co mnie... 

- Co ci się nie spodobało - podsunął Julian. 

- Właśnie - Callie pochwyciła to słowo niczym 

cyba, rzucająca się na przynętę. - Niezbyt spodobał 

mi się temat jej wywodów i w rezultacie straciłam 

panowanie nad sobą. Powiedziałam, że k t o ś - zamil-

kła na chwilę, wystarczającą, by zmierzyć Brutusa 

nieprzyjaznym spojrzeniem - powinien wepchnąć ją 

do jeziora. 

background image

- I? 

- I ktoś to zrobił. Po fakcie Gwen stwierdziła, że 

byłam za to odpowiedzialna. - Przełknęła ślinę. 

- To wiem - w jego głosie pobrzmiewał gniew. 

- To wszystko wyłącznie moja wina - nalegała 

z całą szczerością. - Może i nie wepchnęłam jej tam 

własnymi rękami, ale i tak znalazła się w wodzie 

przeze mnie. I dlatego przyjęłam na siebie winę... 

Julian usiadł i jęknął, przyciskając dłoń do żeber. 

- Nie musisz już nic mówić. Teraz pojmuję - z je­

go ciemnych oczu zniknęła furia, zastąpiona bły­

skiem rozbawienia. - Zawsze wiedziałem, że to 

Brutus wrzucił Gwen do jeziora. Okno mojej sypialni 

wychodzi na tamtą stronę. Widziałem całą tę scenę. 

Po prostu nie zdawałem sobie sprawy z tego, że 

kazałaś mu... eee, przeprowadzić egzekucję. I do 

dzisiejszego dnia nie uwierzyłbym w to, nawet gdybyś 

mi powiedziała. 

- Bo nie wierzyłeś, że Brutus mnie rozumie - lekki 

uśmieszek wykrzywił jej wargi. - Zakładam, że teraz 

już wierzysz? 

- Powiedzmy, że mogę zastanowić się nad taką 

możliwością - wyciągnął rękę i łagodnie pociągnął ją 

za włosy. - Obwiniałaś się za moje zerwanie z Gwen, 

zielonooka? - widząc, jak przytakuje, spoważniał. 

- Nasz związek skończył się w momencie, gdy skłamała 

na twój temat. 

- Och! - odrzekła słabo Callie. - Szkoda, że nie 

wiedziałam. 

- Następnym razem zapytaj - przyjrzał się jej 

z ciekawością, słyszalną też w jego głosie. - Wiem, co 

cię tak rozwścieczyło przed chwilą. A co takiego 

strasznego powiedziała wtedy Gwen, że aż zasłużyła 

sobie na kąpiel? 

Jego pytanie zaskoczyło ją kompletnie. Gwałtownie 

poczerwieniała. Nigdy w życiu Julian nie usłyszy 

odpowiedzi. Jej usta są zamknięte, zaklejone i gapie-

background image

czętowane. Nawet pod groźbą śmierci nie ujawni, co 

powiedziała Gwen - to by było zbyt upokarzające. 

Najlepszym rozwiązaniem wydała jej się ucieczka, 

toteż spróbowała zerwać się na nogi. 

- O nie, nic z tego - ręka Juliana wystrzeliła do 

przodu i zamknęła się na jej przegubie. - Nigdzie nie 

pójdziesz, póki nie skończymy tej rozmowy. No dalej 

- z niesłychaną łatwością przyciągnął ją do siebie. 

- Nie! 

- Jesteś mi to winna, Callie. Przynajmniej tyle. Co 

ona powiedziała? 

Callie podjęła próbę udzielenia wymijającej od­

powiedzi. 

- Była bardzo nieuprzejma. A jeśli jest coś, czego 

naprawdę nie znoszę, to są to nieuprzejmi ludzie 

- spróbowała uwolnić rękę. Jego uchwyt, choć lekki, 

nie dawał się rozluźnić. 

- Bzdury. Jaki był prawdziwy powód? 

Nie mogła wyznać prawdy. Mógłby nie zrozumieć. 

Albo, co gorsza, zrozumiałby aż za dobrze. Pomyślałby, 

że ona... 

- Callie! 

- Gwen powiedziała, że się w tobie kocham 

- wypaliła bezmyślnie. Jęknęła w duchu. I tyle po 

zamkach, pieczęciach i łańcuchach, nie mówiąc nawet 

o groźbie śmierci. Prawda była gorsza niż jakakolwiek 

śmierć. - Gwen stwierdziła, że robię do ciebie słodkie 

oczy, i jeżeli nie przestanę, to... to... 

- To co? — naciskał łagodnie. 

- Powie wszystko tobie i Maudie - Callie spuściła 

głowę i dodała prawie szeptem. - Oznajmiła mi, że 

nie powinnam czuć do ciebie nic więcej, jak tylko 

braterską miłość. 

Jego oczy pociemniały i zalśniły dziwnym blaskiem. 

- Nie czułaś do mnie jedynie braterskiej miłości, 

co? - spytał Julian chrapliwie. - Tak jak i teraz. - Nie 

czekał na jej odpowiedz. I całe szczęście, bo zabrakło 

background image

jej słów. Jego dłoń puściła przegub Callie i zaczęła 

delikatnie pieścić jej ramię. - A gdybym ci powiedział, 

że nie interesują mnie braterskie uczucia? Gdyby to, 

co do ciebie czuję, nie miało nic wspólnego z braćmi 

i siostrami, czy nawet kuzynami drugiego stopnia? 

Callie zadrżała pod dotykiem jego wędrujących 

palców, próbując myśleć logicznie. Nie śmiała przy­

puszczać, że jego słowa znaczą coś więcej. Raz 

już przecież popełniła ten błąd. Oczywiście, że nie 

traktował jej jak krewnej. Bo nią nie była. Ich 

krótkie powinowactwo stanowiło efekt przypadko­

wego małżeństwa - z akcentem na słowo „przy-

padkowe". Nie wolno jej tracić głowy i ani na 

chwilę się zapomnieć. Bo inaczej... 

- Powiedz coś, Callie. Nie bój się - sposób, w jaki 

wymówił jej imię, miał niezwykły i cudowny wpływ 

na jej równowagę. - A gdybyś się dowiedziała, że mi 

się podobasz? Co wtedy? 

Potrząsnęła głową. Nie mówił poważnie. To niemoż­

liwe. A przecież emocja, coraz silniej dźwięcząca 

w jego głosie, była dowodem na wręcz coś przeciwnego. 

Jego dłoń dotarła do policzka Callie, wzbudzając 

kolejny dreszcz. 

- Mówisz tylko „gdyby" i „gdyby". Takie gdybanie 

to czysta fantazja. Miło się o tym myśli, ale to 

wszystko. - Ich oczy spotkały się i Callie utonęła 

w ciemnej aksamitnej głębi. Może nawet zadowoli się 

marzeniami, jeżeli mogłaby je dzielić z Julianem. 

- To się dzieje naprawdę, Callie - Julian nachylił 

się nad nią, obejmując dłońmi jej twarz. Jego oddech 

owiewał ją, - To co czuję w tym momencie jest tak 

rzeczywiste jak ty i ja. Czy możesz temu zaprzeczyć? 

Wszelkie wątpliwości ostatecznie zniknęły. 

- Nie. 

Słowo to zawisło między nimi, a Julian wyszeptał 

jej imię. A potem nie było już miejsca na słowa, tylko 

na uczucia, gdy znalazła się w jego ramionach. 

background image

W tej sekundzie pojęła, że go kocha. Przez ponad 

rok starała się oszukać samą siebie, lecz nie teraz. Nie 

będzie dłużej uciekać przed tym faktem. Cokolwiek 

naprawdę czuł do niej Julian, była już na niego 

skazana. 

Stopniowo ich uścisk rozluźnił się. Dłoń Juliana 

wolno zsunęła się po jej plecach. 

- Nie to planowałem - wymamrotał. 

Callie westchnęła, przytulając twarz do jego szyi. 

- Czy wszystko, co robisz, musi być planowane? 

- Nie - zaśmiał się lekko. - Nasz pierwszy pocału­

nek, tam na tratwie, był całkowicie spontaniczny, 

czyż nie? Dokładnie tak jak ten. 

- Być może - przyznała niechętnie, odsuwając się 

na tyle, by móc spojrzeć mu w oczy. - Ale on i tak 

się nie liczy. - Widząc jego zdumienie, poczuła się 

w obowiązku wyjaśnić. - Nie był prawdziwy. Wtedy 

jeszcze byłeś moim bratem. 

Julian wybuchnął śmiechem. 

- Musisz się nauczyć paru rzeczy, jeśli chodzi 

o braterskie pocałunki, kochanie - wsunął dłonie 

w jej włosy i przyciągnął ją do siebie. - Ale nie ode 

mnie. 

- Nie? - szepnęła Callie. 

- Nie. A skoro ten pierwszy się nie liczył, oto 

jeszcze jeden -jako rekompensata. 

- Jeszcze jeden jako rekompensata, za co? - zapytał 

stojący w drzwiach Cory. - Co tu się dzieje? Straciliśmy 

coś? - odwrócił się i ryknął przez hol: - Hej! Donna, 

tu się dzieją ciekawe rzeczy. Oni rozmawiają o cało­

waniu i takich różnych. 

- Jeżeli natychmiast nie wyniesiesz się z tego pokoju, 

to pogadamy sobie o zabijaniu i takich różnych 

- oznajmił Julian swym najbardziej groźnym tonem. 

Ąle Cory się tym nie przejął. 

- Nie róbcie sobie kłopotu. Chciałem tylko zawia­

domić Callie, że głosowaliśmy i wynik był jednogłośny. 

background image

- Głosowaliście? - Callie spojrzała na niego nic nie 

pojmującym wzrokiem. 

- No wiesz. Co do pracy dla pana Lorda i tego, że 

nam płacisz. Postanowiliśmy, że możesz zapomnieć 

o pieniądzach za strajk. Dziś było świetnie, a branie 

za to forsy jest nie fair. Jeśli byście nas potrzebowali, 

to jesteśmy nad jeziorem - wykrzywił się chytrze. 

- Możecie chyba wracać do tego, co przed chwilą 

robiliście, ja bym wrócił. 

Julian usiadł i włożył okulary. 

- Nie musiałaś zwiększać ich zarobków. Wiem, że 

zmiana stylu pracy doprowadziła do buntu. Ale 

w końcu doszlibyśmy do porozumienia. 

- Tak sądzisz? - spytała z żalem, widząc zmianę 

nastroju Juliana. - Przepraszam. Wydawało mi się, że 

to jedyny sposób. 

- Przekupstwo? - uniósł brwi. - Jako nauczycielka 

powinnaś lepiej wiedzieć. 

- Może trzeba było postąpić inaczej, ale nie 

wiedziałam, co zrobić. Przyszli do mnie. Byli zdener­

wowani. Postanowili zrezygnować z pracy i nie 

chciałam, by to się stało. 

- Posłuchaj. Jest taka zasada postępowania w in-

teresach. To moja reguła numer jeden. Głosi ona: 

„Nigdy nie uzależniaj się od czegoś do tego stopnia, 

że oddałbyś wszystko, byle tylko to zachować'' 

- spoważniał nagle. - Uważam, że w przeciwnym 

razie poświęca się swoje naczelne wartości. Ta zasada 

odnosi się też do ludzi, A jeśli Donnie i Cory'emu 

znudzi się ten remont? Co wtedy? 

- Nie wiem - wyznała Callie, nie podobała jej się 

ta reguła numer jeden. Wzbudzała niepokój. Czy ta 

chęć do nadmiernego przywiązywania się, obejmowała 

takie uczucia Juliana do niej? Czy ma to traktować 

jak subtelne ostrzeżenie? 

- Mmm. Jest pewien drobny szczegół, o którym 

zapomniałam wspomnieć. 

background image

- Tylko jeden drobny szczegół? - powtórzył sucho 

Julian. 

- Właśnie - znów zaczęła wyłamywać palce. - Cho-

dzi o trzecie życzenie Maudie. 

- Trzecie życzenie? - jego brwi uniosły się gwał­

townie. 

- Zgadza się - odparła z promiennym uśmiechem. 

- To dotyczące Cory'ego, Donny i ich warunkowego 

zwolnienia. To właśnie ten szczegół. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Reguła numer 41 
Przyzwyczajenia są jak pchły. Możesz 

się drapać, ale prawdziwą ulgę przy-

niesie dopiero proszek. 

-

 Wytłumacz się i to szybko! - polecił Julian. 

Callie przełknęła ślinę. 

- Cory i Donna mieli pewne kłopoty z prawem. 

Maudie dowiedziała się o tym i zgodziła się działać 

w zastępstwie kuratora. Zatem sędzia nakazał im 

pracę społeczną w postaci pomocy przy remoncie 

Willow's End - zakończyła, oczekując wybuchu. Nie 

dał też długo na siebie czekać. 

- Do cholery! - twarz Juliana poczerwieniała. 

Doskonale wiesz, czemu przeoczyłaś ten, jeden drobny 

szczegół"! Prawda jest taka, że starannie wystrzegałaś 

się najmniejszej wzmianki o trzecim życzeniu Maudie. 

I znakomicie orientuję się, dlaczego. Wiedziałaś, że 

nigdy się na to nie zgodzę! 

Nie zawracała sobie nawet głowy zaprzeczeniami. 

- Nie miałam wyboru! - oznajmiła zamiast 

tego. - Nie mogłam odmówić Maudie. Ona 

umierała! 

Julian odetchnął głęboko, usiłując się uspokoić, 

- Mogę wczuć się w twoje położenie, ale do diabła, 

Callie! - przechadzał się tam i z powrotem. - Jak 

długo to ma trwać? Za co zostali skazani? 

- Tylko do końca lata - wyraźnie grała na zwłokę. 

Przygwoździł ją spojrzeniem. 

- A ich przestępstwo? 

- Zniszczenie cudzej własności - wymamrotała. 

- ZNISZCZENIE CUDZEJ WŁASNOŚCI! - myś-

lała, że eksploduje. -I po zniszczeniu cudzej własności 

rehabilitujesz tę parę, pozwalając im rujnować Willow's 

background image

End? Czy to tylko ja czegoś tu nie rozumiem, czy coś 

jest nie w porządku? 

- Jeśli chcesz mnie znieważyć, to musisz lepiej się 

postarać - powiadomiła go. - Wyjaśniam ci sprawę 

życzeń Maudie. Po prostu... zapomniałam powiedzieć 

o trzecim. 

- Masz bardzo wygodną pamięć - wpił palce we 

włosy. - Co mam robić, Callie? Stać i patrzeć, jak 

wpędzasz się do grobu? Nie potrafię. Jeśli nadal 

będziesz tak postępować nie wytrzymasz długo. A ja 

nie chcę być świadkiem tego. Nie, jeśli mogę temu 

zapobiec - sprzedając dom. 

- Chciałabym, żebyś przestał odgrażać się, że 

sprzedasz Wilłow's End - odparowała. - Ten dom 

nie ma nic wspólnego z moją chęcią pomagania 

ludziom. 

- To czemu to robisz? 

- Co? 

- Nie „co". Czemu? Czemu lubisz pomagać innym? 

- nie dopuścił jej do głosu. - Ponieważ desperacko 

chcesz czuć się potrzebna. Założę się, że powinniśmy 

za to podziękować Helene. 

- Moja matka nie ma nic z tym wspólnego! 

- A, trafiłem w czuły punkt? - Callie zaczęła 

się cofać, a on ruszył w jej stronę. - To wiele 

wyjaśnia. Matka, która cię porzuca, która niespo­

kojnie przenosi się z miejsca na miejsce, od jednego 

męża do drugiego, zawsze w poszukiwaniu idealnego 

życia i doskonałej miłości. Nie dostrzegając, że 

w jedynym miejscu, gdzie zawsze była obecna - jest 

córka. 

- Nie - powtarzała Callie. - Mylisz się. 

Podchodził coraz bliżej aż w końcu jej plecy oparły 

się o ścianę. Nie miała już dokąd uciec. 

- Córka ciągle gotowa tylko dawać i dawać, w na­

dziei, że otrzyma w końcu choćby strzęp tego uczucia 

i uwagi, których jej odmówiono. Pomyśl o tym, Callie. 

background image

- Nigdy nie przekupiłabym tych dzieciaków, gdyby 

nie twoje spisy i schematy. 

- Zmieniasz temat? - ujął jej głowę w swoje dłonie. 

- Godna podziwu próba, ale i tak nic ci nie pomoże. 

Zadarła podbródek. Zmiana tematu to w końcu 

metoda uświęcona tradycją. 

- To, że pomagam ludziom, nie jest nawet w połowie 

tak okropne, jak te twoje głupie tabele. Nie wykonasz 

żadnego ruchu, jeśli nie jest zaplanowany. Lada chwila 

zaczniesz zapisywać mnie w swoim kalendarzu: „8

01 

do 8

05

 - pocałować Callie". 

- Brzmi to wspaniale - zniżył głowę, Jego usta 

były zaledwie o kilka centymetrów od niej, - A tak 

dla twojej informacji, w tej chwili jest czwarta 

pięćdziesiąt sześć. 

Ich wargi spotkały się i Callie westchnęła, od­

krywając, że nie jest w stanie myśleć, nie mówiąc już 

o kłótni. Jej dłonie wspięły się na ramiona mężczyzny. 

Tak długo marzyła o nim, wyobrażała sobie, jak 

Julian obejmuje ją, całuje, pieści. Teraz wreszcie 

wiedziała. Żadne marzenie nie mogło się z tym równać. 

Powoli puścił ją i uniósł głowę, patrząc beznamiętnie 

w jej twarz. 

- I co? Czy to dla ciebie dość spontaniczne? 

- No, dobrze - sapnęła bardziej oszołomiona niż 

dawała po sobie poznać. - Więc nie planujesz 

wszystkiego. Ale nigdy mnie nie przekonasz, że nie 

można żyć bez tych twoich list i schematów. 

- Tak sądzisz? Cóż, jest tylko jeden sposób, żeby 

się o tym przekonać. 

- To znaczy? 

- Co stawiasz? - Jego oczy zabłysły. 

- Jeszcze jeden zakład! - zawołała ze śmiechem 

Callie. - Cudownie, to idealne rozwiązanie. Założę 

się, że nie potrafisz przeżyć tygodnia bez zegarka, 

kalendarza, wykazu czy tabeli. 

- Poczekaj tylko. Nie chcesz usłyszeć, co ty będziesz 

background image

musiała zrobić? Możesz wtedy nie być już taką 

entuzjastką. 

- Co masz na myśli? - przyjrzała mu się podej­

rzliwie. 

- Żeby wygrać zakład, musisz odpowiadać „nie" 

na wszystkie prośby, nieważne jakie - przez tydzień. 

- Wszystkie prośby, nieważne jakie? Cóż to u licha 

znaczy? - Callie przygryzła wargę. 

- Dokładnie to, co słyszysz. Kiedy Suzie Jak-

jej-tam zadzwoni z jakimś nowym szkolnym projektem, 

musisz powiedzieć „nie". Kiedy zadzwoni Valerie, 

desperacko poszukująca opiekunki dla kochanego 

Dann'ego odpowiedź ma brzmieć „nie". 

- To wszystko? - uśmiechnęła się szeroko. - Krom­

ka z masłem. Po prostu wezwę Teda i każę mu 

ponownie odciąć telefon. 

- Po moim trupie. 

- Prędzej jego - przekrzywiła głowę. 

Callie zdumiała się. Od lat nie widziała go tak 

swobodnego. Ogarnęło ją cudowne uczucie. Czyżby 

to ona tak na niego działała? Czy to możliwe? 

- Mam nadzieję - ciągnął Julian - że po tym 

tygodniu odkryjesz, jak bardzo ostatnio się przemę­

czałaś - zanim zdążyła coś wtrącić, dodał: - Jeżeli 

wygrasz, pomogę ci wypełnić dwa ostatnie życzenia 

Maudie bez wtrącania się i narzekania. 

- Naprawdę? - rozpromieniła się. - To mi się 

podoba. A jeśli przegram? 

- Na odwrót. Zrobimy to po mojemu. 

- Bez wtrącania się i narzekania - dokończyła za 

niego. I, skoro jego przegrana była praktycznie nieunik­

niona, pozwoliła sobie na zadowolony uśmieszek. 

- Nie wierzysz, żebym zdołał się obejść bez moich 

schematów, prawda? 

- Nigdy w życiu. 

- No cóż, zobaczymy - odpiął z przegubu zegarek 

i wręczył go Callie, - Proszę. Choć bardzo szybko 

background image

zwrócisz mi go. Nie wytrzymasz nawet siedmiu minut 

bez pomagania innym, nie mówiąc już o siedmiu 

dniach. 

Wykrzywiła się do niego. 

- A ty mniej więcej tyle wytrwasz bez swych 

bezcennych wykazów. 

- A zatem zakład stoi? - widząc jej potakujące 

skinienie, przytulił ją do siebie. - Może przypieczętu­

jemy go pocałunkiem? 

Następnego ranka Julian dołączył do Callie przy 

śniadaniu. 

- Jest coś nowego - oznajmił bez żadnych wstępów 

i z ponurą miną nalał sobie kawy. Następnie, ku 

radości Callie, podniósł ją z krzesła i sam je zajął, 

sadzając dziewczynę na kolanach. 

- Nie będziesz tym zachwycona - ciągnął. Ton 

jego głosu zaniepokoił ją. Był poważny, niesłychanie 

poważny i szorstki. 

- Co się stało? - dopytywała się niecierpliwie. 

- Coś złego? 

- Dzwonił mój ojciec. 

Normalnie informacja ta nie stanowiłaby żadnego 

powodu do obaw, lecz wyraz twarzy Juliana ostrzegł 

ją, iż tym razem jest inaczej. Zacisnęła dłoń na jego 

ramieniu. 

- Czego chciał? 

Wbił wzrok w filiżankę z kawą, po czym uniósł ją 

i pociągnął łyk wrzącego płynu. 

- Willow's End. 

- Nie rozumiem — szepnęła Callie, - Co masz na 

myśli? 

- Dobrze wiesz. Mówiłem ci, że może do tego 

dojść. Wyjaśniałem, jak ważne jest odnalezienie tego 

testamentu. Jonathan dowiedział się, że go nie ma. 

Nie wiem skąd, ani od kogo uzyskał tę informację, 

ale akurat teraz nie jest to najważniejsze. Grunt, że 

background image

wie. Za dwa tygodnie przyjeżdża, aby domagać się 

spadku po Maudie. 

- Dlaczego? Po co mu on? 

Usta Juliana wykrzywił cyniczny uśmiech. 

- Ma zamiar zrobić dokładnie to, co mówiłem, że 

zrobi. Chce sprzedać Willowi End. Brakuje mu 

funduszów na ostatnią ekspedycję. 

Z najwyższym wysiłkiem opanowała ogarniającą 

panikę. 

- Nie! To niesprawiedliwe! Tak nie może być! 

Objął ją mocno, wplatając dłoń w jej włosy. 

- Moglibyśmy zostawić to wszystko - zapomnieć 

o testamencie i o Willow

/

s End. Nagle, w samym 

środku chaosu odkryłem coś bardzo ważnego, i nie 

mam nawet czasu, by się tym cieszyć. 

Pokusa była silna. Bardzo silna. 

- Naprawdę tego chcesz? - spytała Callie z waha­

niem. - Poddać się? 

- Nie! - jęknął. - Choć bardzo bym chciał mieć 

trochę czasu dla ciebie i choć martwię się o ciebie, 

nie potrafię tak łatwo zapomnieć o swej odpo­

wiedzialności. To wola Maudie powinna zdecydo­

wać, kto dostanie Willow,s End, nie chciwość mojego 

ojca. 

- A zatem co mamy robić? 

- Znaleźć ten testament. To nasza jedyna szansa. 

Może udałoby nam się udowodnić sam fakt jego 

istnienia, ale nawet Peters nie jest w stanie stwierdzić, 

co zawiera. Mówił, że zmieniała go tak wiele razy, iż 

nie ma pojęcia, jak wygląda ostateczna wersja. Nie 

mając testamentu potrzebujemy kogoś, kto mógłby 

w sądzie pod przysięgą przytoczyć jego treść. 

- No więc znajdziemy testament - stwierdziła. 

Wzięła z talerza grzankę i posmarowała ją masłem. 

- Jak dotąd nie staraliśmy się aż tak bardzo. Teraz 

będziemy - musimy. Kiedy tylko przyjdą Cory 

i Donna, zorganizujemy jeszcze jedno poszukiwanie 

background image

skarbu i tym razem zrobimy to tak, że przeszukany 

zostanie każdy centymetr tego domu. 

Julian zaśmiał się, odprężając wyraźnie. 

- To mnóstwo centymetrów. 

- To lepiej coś zjedz. Potrzebna ci będzie cała 

twoja siła. 

Posłusznie odgryzł kęs grzanki. 

- Zapominasz o czymś. 

- To znaczy? - Callie wyglądała na zaskoczoną. 

- Dziś zaczął się nasz zakład. Nie mogę niczego 

organizować. 

- Nie bądź świnią. Julianie. Oto znajdujemy się 

w krytycznej sytuacji, a ty zawracasz mi głowę tym 

głupim zakładem. Jak możesz? 

- Mogę, moja słodka - wyrwał jej z ręki ostatni 

kawałek grzanki. - Organizowanie pozostawiam tobie. 

Dobrze ci to zrobi. Zajmiesz się wykazami, podziałem 

pracy i tak dalej, a ja... 

- A ty co? 

Wycisnął jej na ustach maślany pocałunek. 

- A ja oczywiście będę słuchał każdego twego 

rozkazu. 

Callie westchnęła, wciskając się głębiej w jego 

ramiona. Gdy tak ją obejmował i całował, prawie 

udawało jej się zapomnieć o groźbie utraty Willow's 

End. Prawie. 

Callie odczekała z przydzielaniem zadań do czasu, 

aż wszyscy zasiądą przy stole. Gdyby nie powaga 

sytuacji, niedowierzanie malujące się na młodych 

twarzach, rozbawiłoby ją do łez. 

- Czy ja śnię? - spytał Cory. - Teraz ty robisz za 

organizatora? 

- Obawiam się, że tak. Zaczyna brakować nam 

czasu, więc proszę, zróbcie, co w waszej mocy. Jeśli 

znajdziecie jakiś ślad, nawet zupełnie nieistotny, dajcie 

znać - podała Julianowi jego kartkę papieru. - Ty 

background image

jesteś na strychu. To zwykle strata czasu, ale kazałeś 

nie pomijać niczego. 

- Nie ma sprawy. Lepiej zrobić to zgodnie z logiką, 

od góry do dołu, niż ryzykować, że coś przeoczymy. 

- Chyba tak. Tylko że Maudie przenigdy tam nie 

chodziła. Nie cierpiała tego strychu. Jest brudny... 

- To nie problem. 

- Pełen pajęczyn... 

- Dam sobie radę. 

- I pająków. 

- Callie! 

- No dobrze, dobrze - usiłowała zachować powagę. 

- Ale nie mów, że cię nie ostrzegałam - następną 

kartkę wręczyła Cory'emu. - Ty zajmij się biblioteką. 

- Znowu? - jęknął. - Dopiero co poukładaliśmy 

wszystkie książki. Miej serce. 

- Mam. Testament jest w tym domu - podała 

Donnie jej listę. 

Późnym popołudniem Donna i Cory przywlekli się 

do kuchni. 

- Zupełnie nic - poinformował ją Cory, prze­

praszająco wzruszając ramionami. - Może jutro. 

- Tak, może jutro - przytaknęła Callie, strając się

by zabrzmiało to optymistycznie. Jeszcze długo po 

ich odejściu siedziała na środku kuchennej podłogi, 

otoczona stosami naczyń i porcelany. Miała ochotę 

się rozpłakać. Nie żeby to miało coś pomóc - po 

prostu poczułaby się lepiej. 

Taka była pewna, że testament znajdzie się od 

razu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

- Do diaska, Maudie, gdzie go schowałaś? - krzyk­

nęła głośno i zerwała się na nogi. 

- Taka akurat metoda poszukiwania nie przyszła 

mi do głowy - odezwał się Julian tuż za jej plecami. 

- Zawiadom mnie, jeśli ci odpowie

Callie odwróciła się na pięcie. Od stóp do głów 

Juliana pokrywała warstwa kurzu i brudu. 

background image

- O rany! 

- N o wiesz. Czy nie znasz czegoś mocniejszego? 

Co

 powiesz na „do licha!"? 

- W porządku. Do licha! Choć ostrzegałam cię co 

do strychu - spojrzała na niego z nadzieją. - Znalazłeś 

coś? Cokolwiek? 

Julian potrząsnął głową, wzniecając niewielki ob­

łok kurzu. Brutus kichnął i Callie zakryła ustaj 

by ukryć uśmiech. Dziwne, źe jeszcze mogła się 

śmiać. Obecna sytuacja wcale nie była zabawna. 

Przeciwnie, z każdą chwilą stawała się coraz bardziej 

ponura. 

- Chodź na górę. Porozmawiamy o tym, ale najpierw 

wezmę prysznic i przebiorę się - polecił Julian. Cała 

trójka podreptała na piętro. Julian zostawił ją w swym 

gabinecie, po czym udał się do przylegającej sypialni 

Od powrotu Juliana ani razu nie odważyła się 

postawić nogi w pobliżu jego pokoju. Teraz rozejrzała 

się z zainteresowaniem. Na stole poukładane były 

równe stosiki papierów. Przyjrzała im się z ciekawością. 

- Czy to wszystko reguły? - zawołała. - Po co ci 

aż tyle? 

- Do mojej książki o organizacji czasu pracy, 

Przejrzyj je. Może jedna czy dwie ci się przydadzą. 

Skrzywiła się na widok okropnej reguły numer 

jeden: „Nigdy nie uzależniaj się od czegoś do tego 

stopnia, że oddałbyś wszystko, byle tylko to za­

chować". Jakby ktoś napisał to specjalnie dla niej, 

przewidując kłopoty z Willow's End. 

Czytała dalej i nagle zaczęła chichotać. Z pewnością 

nie on to napisał - a przynajmniej nienaumyślnie. 

Julian wsunął głowę do pokoju. W jego włosach 

połyskiwały kropelki wody

- Co tu znalazłeś takiego zabawnego? Moje reguły 

nie są wcale śmieszne, wiesz? 

Brutus wycofał się do kąta, a Callie przybrała 

poważną minę. 

background image

- Chodzi o regułę numer siedem. 

- Tak? I co? „Twoje miejsce pracy, podobnie jak 

i Ty, winno odznaczać się następującymi cechami: 

celowością, harmonią, akuratnością, organizacją 

i stabilnością". Co w tym śmiesznego? 

- Och, zgadzam się z tym! - oznajmiła pośpiesznie. 

Jej wzrok padł na kroplę wody, ściekającą po jego 

opalonej szyi. Oblizała wargi. - To znaczy... Nie 

chodzi mi o jego treść. To... 

- No dalej, kochanie. Wyduś to z siebie. 

- To chaos. 

- Uważasz, że jest chaotyczne? - powtórzył. Nie 

wyglądał na zadowolonego. 

- Słucham? - przeniosła wzrok na jego twarz. 

Zmarszczył brwi. 

- Ta reguła jest najmniej chaotyczna ze wszystkich. 

Szczerze mówiąc, żadna z moich zasad nie jest 

chaotyczna. Ani jedna. 

- Nie o to chodzi. Może nie powinnam była 

poruszać tego tematu. Tu jest napisane „chaos". No 

wiesz, akronim. Wszystkie te słowa tworzą akronim, 

który brzmi: chaos. 

Odebrał jej spis reguł i przyjrzał mu się. 

- Cholera. Masz rację. Tylko ktoś taki jak ty, 

mógł to zauważyć. 

- Robię, co mogę. - Skromnie spuściła oczy. 

- Wiesz, nadal co chwila mnie zadziwiasz - rzucił 

kartkę na biurko. 

- Nie jest tak źle - pocieszyła go Callie. — Wystarczy 

tylko zmienić kolejność słów. O, proszę. Hocas. Nie, 

to nie najlepsze. Może casho? 

Jego mina była bardzo wymowna, ale powiedział 

tylko: 

- Dzięki za radę. A myślałem, że po strychu nic 

nie będzie mnie już w stanie zaskoczyć. To tylko 

dowodzi, jak bardzo można się pomylić. 

- Aż tak źle? - spytała współczująco. 

background image

- Byłaś tam ostatnio? Są tam pajęczyny wielkości 

Cincinnati. 

- Ostrzegałam cię przecież - rozejrzała się po 

pokoju. Jej krytyczne spojrzenie padło na zabytkową 

szyfonierę przysuniętą do ściany. Nie tylko na strychu 

były pajęczyny. Od pierwszego rzutu oka widać, że 

w tym pokoju nikt nie sprzątał od tygodni, trzeba 

będzie coś z tym zrobić. I to szybko. 

- A na tych pajęczynach siedzą pająki. Wielkie 

włochate bestie... 

Nadal wpatrywała się w komodę z orzecha. 

- Julianie, co tu robi różana waza Maudie? 

- Słucham? 

- Jej waza na róże. Zawsze trzymała ją w bibliotece. 

Skąd się tu wzięła? - Wskazała palcem dużą, pękatą 

wazę, przycupniętą na szczycie szyfoniery. 

Brutus zaskomlił żałośnie, podbiegł do Callie i złapał 

w zęby skraj jej koszuli, ciągnąc w stronę wyjścia. 

Callie odepchnęła go. 

- Myślisz, że to tam? - Julian podążył za nią. 

Dlaczego? 

- Bo ta szczególna waza nie powinna tu być. 

Należy do biblioteki. Maudie zawsze ją tam trzymała, 

i zawsze, ale to zawsze, napełniała kwiatami. Najczęś-

ciej różami, stąd też jej nazwa - odczekała, by w pełni 

pojął doniosłość tego faktu. - Pamiętasz tamten list? 

Ten znaleziony w bibliotece? W którym prosiła nas, 

byśmy zasadzili dla niej kwiaty? 

Julian zaczął się uśmiechać. Wyciągnął rękę i pod­

niósł naczynie, zaglądając do jego przepastnego 

wnętrza. Z okrzykiem tryumfu sięgnął do środka 

i wydobył różową perfumowaną kopertę. 

- Sprytnie, Callie. Bardzo sprytnie. Nieco naciągane, 

ale i tak znakomicie. 

Z mocno bijącym sercem Callie rozcięła kopertę 

i wyjęła z niej pojedynczą kartkę papieru. Zaczęła 

czytać na głos: 

background image

Kochani! 

Bardzo, bardzo dobrze, moi drodzy. Znaleźliście mój 

ostatni list. Teraz musicie odszukać testament. Nie 

mam zresztą zamiaru ułatwiać wam tego zadania. 

Zawsze mawiałam, że coś, zdobyte łatwo, nie jest 

w ogóle warte starań... 

- Kiedy mówiła coś takiego? - spytał gwałtownie 

Julian. - Nigdy nie słyszałem nic takiego. „Lepsze jest 

wrogiem dobrego" mawiała. Albo: „Jeśli nie umiesz 

zrobić czegoś dobrze, to lepiej w ogóle tego nie rób". 

Ani razu nie powiedziała tego „zbyt łatwo". Ani razu. 

- Wydaje mi się, że kiedyś to słyszałam - przyznała 

Callie. Na widok zmarszczonych brwi Juliana, dodała 

szybko. - Ale tylko raz, jestem pewna. Może skończę 

czytać? 

..Nie jest w ogóle warte starań (choć jeśli Julian, 

który tak kocha klasyczną literaturę, nie domyśli się, 

o co mi chodzi, będę bardzo zawiedziona). 

O czym ona do licha mówi? - jęknął Julian - ja 

nienawidzę klasycznej literatury! 

- Znowu mi przerywasz. Czy mógłbyś się przy­

mknąć i pozwolić mi skończyć? - Callie zaszeleściła 

kartką i czytała dalej. 

...będę bardzo zawiedziona. Gotowi? Oto wskazówka: 

„Ty też?" Masz? Oczywiście, że tak, spryciarzu. 

Wiedziałam, że uwielbiasz klasykę. 

- Julianie, ciii... 

Kocham was oboje. Maudie 

- To wszystko? Tylko tyle napisała? 

P.S. Czy znowu jesteście przyjaciółmi? Szczerze mówiąc, 

mam nadzieję, że do tego czasu zostaliście jut czymś 

więcej. Czy mój plan pomógł wam w tym? 

Julian niecierpliwie przeczesał dłonią włosy. 

background image

- Musieliśmy przejść przez to wszystko, bo Maudie 

zachciało się zabawić w swatkę? - wykrzywił się 

okropnie, po czym przyznał niechętnie. - Cóż, nie 

dyskutuje się ze zwycięzcami. 

- Prawda, jakie to z jej strony słodkie? Jest jeszcze 

jedno postscriptum: 

P.P.S. Nie pozwólcie, aby Jonathan położył łapę na 

Willow's End. Sprzeda je natychmiast na jedną ze 

swoich zwariowanych wypraw. 

- Oczywiście, że Jonathan je sprzeda - warknął 

Julian. - Do diabła! Maudie. Jeśli nie życzyłeś sobie, 

żeby to zrobił, to czemu nie powiedziałaś nam po 

prostu, gdzie jest testament, zamiast odgrywać Kupi-

dyna? 

- Julianie, zachowujesz się bardzo dziwnie. Poza 

tym, mówisz do niej tak, jakby mogła cię słyszeć. 

Zdajesz sobie chyba sprawę z tego, jakie to dziwaczne? 

- I to mówi kobieta, która rozmawia z pudlami 

i tulipanami? 

- Bernardynami i żonkilami. 

- Znakomity przykład. Rozumiesz chyba, że mu­

simy spalić ten list? To jedyne wyjście. Jeżeli mój 

ojciec kiedykolwiek go przeczyta, z łatwością uzyska 

orzeczenie, że Maudie oszalała. Nikt normalny nie 

uwierzyłby, że osoba, która to napisała, była zdrowa 

na ciele i umyśle. 

- Nie zgadzam się! Mówisz o mojej ciotce Maudie! 

-  M o j e j ciotce Maudie. Nie zgadzaj się, ile tylko 

chcesz, kochanie. Faktów i tak nie zmienisz- pstryknął 

palcami. - Mam! Chodź ze mną - wybiegł z pokoju, 

a Callie ruszyła za nim. 

- Wiesz co to znaczy? Rozwiązałeś zagadkę? 

- dotarli do biblioteki i Callie z rozpaczą patrzyła, 

jak Julian zupełnie nie swoim stylu, grzebie w stosach 

książek, zaścielających całą podłogę. - Czego szukasz? 

- Jest tu gdzieś słownik cytatów... Aha! - chwycił 

background image

grube tomisko. - „Ty też... Ty też..." jeśli to 

cytat z czegoś klasycznego, to powinien tu być. 

- Przejrzał spis treści, następnie zabrał się za indeks. 

Metodycznie przejechał przez całą listę zdań, za­

czynających się od wyrazu „ty". - Nic nie ma 

- z niesmakiem zatrzasnął książkę i rzucił ją na 

ziemię. 

- Skądś musiało jej się wziąć przekonanie, że lubisz 

klasykę. Tylko skąd? 

- Z rękawa? 

- Julianie, bądź poważny. 

- Właśnie jestem. Nie mam najbledszegp pojęcia, 

skąd wytrzasnęła wszystkie swoje pomysły, a szcze­

gólnie ten jeden. 

- Musiała widzieć, jak czytasz Hemingwaya. Tho-

reau, Szekspira czy coś takiego. Pomyśl! Co takiego 

mogłeś zrobić? 

Brutus wysunął głowę zza węgla i zerknął na nich. 

Wbił wzrok w drzwi. Jego oczy zwęziły się. 

- Nie. To niemożliwe. 

- Co? Co takiego? 

- To zbyt idiotyczne. Nawet ciotka Maudie nie 

byłaby... Czy mogła mieć na myśli... I ty? Et tu? 

- postąpił krok w stronę drzwi, wpatrując się w Bru­

tusa. Jego dłonie zacisnęły się w pięści. - Ty parszywy 

kundlu. Miałeś go przez cały czas, prawda? I droga 

cioteczka Maudie. Co za pamięć. Pamiętała, że na 

zakończenie szkoły średniej grałem Juliusza Cezara. 

Zaczął cytować: 

- „Brutusie, oszczędzaj kolana. Et tu, Brute? - Stań 

się więc, dolo Cezara!'' Szekspir. Akt trzeci, scena 

pierwsza. Jakże ja nie znosiłem tej sztuki! 

Julian ruszył w stronę bernardyna. Na jego twarzy 

malował się bardzo nieprzyjemny uśmiech. 

- Chodź no tu, piesku. Zobaczymy, co masz w tej 

beczułce. 

Brutus cofał się tak szybko, jak tylko pozwalała na 

background image

to jego tusza. Nagle, ze skowytem, wystartował do 

biegu, wyprzedzając Juliana o krótki łeb. 

- Julianie, zaczekaj! Przestraszyłeś go! - krzyknęła 

Callie. Drgnęła, słysząc głośny trzask, dobiegający 

z kuchni. Jej talerze i garnki. Zostawiła je na podłodze. 

Ciekawe, czy choć jeden ocalał. Zanim tam dotarła, 

mężczyzna i pies zniknęli, a drzwi prowadzące na 

zewnątrz były szeroko otwarte. Całą kuchnię zaściełały 

szczątki porcelany. 

Nie zwracając uwagi na bałagan, wybiegła na dwór. 

Gdzie oni są? Przyjrzała się trawnikowi, dostrzegając 

pogniecioną trawę w miejscu, gdzie zetknęły się z nią 

czyjeś stopy. Zdecydowanym krokiem ruszyła tym 

tropem, skręcającym przed dom - i tam znalazła 

wreszcie obiekt swych poszukiwań. 

- Brutusie, natychmiast zejdź z Juliana - poleciła 

z irytacją. - Nie wolno tak się zachowywać. 

Callie weszła na schodki werandy. 

- Julian próbuje tylko wyjąć testament z twojej 

beczułki. On tam jest, mam rację? - Brutus wydał 

z siebie dźwięk, który uznała za potwierdzenie. 

- W czym zatem problem? 

- Czy przestaniesz wreszcie dyskutować z tym 

przeklętym zwierzakiem i zdejmiesz go ze mnie? 

- Staram się - warknęła Callie. - Jeśli dotąd nie 

zauważyłeś, informuję cię, że Brutus odmawia współpracy. 

Może gdybym zdołała odgadnąć, dlaczego tak się upiera... 

- Własnym uszom nie wierzę. 

- ...udałoby się nam osiągnąć jakiś kompromis 

- wyprostowała się. - Nie sądzę, żeby rozumiał 

w pełni wszystkie implikacje obecnej sytuacji. 

- A ja nie sądzę, abyś ty w pełni doceniała wszystkie 

implikacje mojej sytuacji. Jestem na granicy totalnego 

kalectwa, a ty tymczasem gadasz jak ktoś wyjęty 

żywcem z Ulicy Sezamkowej. Nie próbuj osiągać 

kompromisowi Nie wchodź z nim w żadne układy! 

Po prostu spraw, żeby zszedł z moich pleców! 

background image

- W porządku. Niech ci będzie - zwróciła na 

Brutusa pełne furii spojrzenie. - Sam tego chciałeś, 

więc nie mów, że cię nie ostrzegałam. Jeżeli natychmiast 

nie zostawisz Juliana, od tej pory już na zawsze 

będziesz dla mnie tylko psem, niczym więcej. 

Splotła ramiona na piersiach i czekała na efekt. 

Niedługo. Po dwóch sekundach zamiast na plecach 

Brutus siedział już obok Juliana. 

- Daj nam tę beczułkę - pies cofnął się i Callie 

westchnęła. 

- O co znów chodzi? - spytał Julian, z trudem 

przyjmując pozycję siedzącą. 

- Nie chce jej podać. 

- Może dlatego, że nie ma rąk! Postaraj się 

dowiedzieć, w czym problem. 

- Naprawdę? - Callie wyszczerzyła zęby. - Chcesz, 

żebym go przekonała? Nagle się na to zgadzasz? 

Julian wbił palce we włosy. 

- Zgodziłbym się na wszystko, byle tylko dostać tę 

beczułkę. Rozmawiaj z nim, tańczcie, pomaluj go na 

niebiesko w fioletowe grochy. Ale wydobądź ją od 

niego. 

Z rozczarowaniem pokręciła głową. 

- Nadal nie chcesz zrozumieć? Nawet wiedząc, do 

czego Brutus jest zdolny, dalej traktujesz go jak psa. 

- Bo to jest pies! 

Callie puściła to mimo uszu. 

- Jeżeli Brutus nie chce oddać nam testamentu, to 

z pewnością ma po temu bardzo rozsądny powód 

- Brutus potwierdził to stwierdzenie, podbiegając do 

Callie i ocierając się o jej bok. - Widzisz? - w od­

powiedzi usłyszała zgrzytanie zębów. 

- Hej, gdybym tylko miał szansę, sam bym się 

o ciebie otarł. Pomyśl tylko, ile czasu straciliśmy na 

szukanie tego przeklętego testamentu. Moglibyśmy 

zamiast tego spędzić go na... ocieraniu. 

- Julianie! - zaprotestowała zszokowanym głosem 

background image

Callie, w skrytości ducha nieprzytomnie zachwycona. 

- Nie przy Brutusie! 

- Niech sobie znajdzie kogoś z własnego gatunku. 

A na razie odbierz mu testament. Jeśli jesteś taka 

pewna, że cię zrozumie, wyjaśnij mu, co będzie, jeżeli 

go nie dostaniemy. 

Nagle do niej dotarło. Klasnęła w dłonie. 

- Otóż to! Nie było go, gdy o tym rozmawialiśmy! 

- uklękła przy psie i ujęła w dłonie wielki, włochaty 

pysk. - Posłuchaj, kochany. Z pewnością masz bardzo 

ważne powody, żeby nie oddawać nam testamentu, 

lecz jeśli go nie dostaniemy, wszystko odziedziczy 

Jonathan - zrobiła znaczącą pauzę - łącznie z tobą. 

Brutus zawył przeszywająco, po czym przewrócił 

się na grzbiet w najlepszej imitacji „martwego psa", 

jaką Callie kiedykolwiek widziała. Rzuciła spojrzenie 

Julianowi, który właśnie podnosił się na nogi. 

- Mówiłam ci przecież. Brutus nie wiedział, że 

twój ojciec może odziedziczyć Willow's End, inaczej 

już dawno oddałby nam testament Gdybyś tylko 

z nim porozmawiał, zamiast traktować go, jakby był 

zwierzęciem czy czymś takim - podeszła do psa, 

odpięła beczułkę od obroży i wręczyła ją Julianowi. 

- Proszę. Zadowolony? 

- Nie, nie jestem zadowolony. Nawet odrobinę. 

Niespodziewanie objął ją w talii i przyciągnął 

do siebie, wyciskając na jej ustach gorący, długi 

pocałunek. 

- To dopiero - szepnął tuż przy jej wargach - mogę 

nazwać zadowoleniem - zawahał się, łagodnie odgar­

niając jej za ucho długie pasmo włosów. - Pamiętaj, 

kochanie. Nieważne, co tam przeczytamy. To ludzie 

się liczą - i jakby chciał dodać coś jeszcze, lecz 

w ostatniej chwili zmienił zdanie. - Chodź, wracajmy 

do domu i sprawdźmy, czy w ogóle warto było go 

szukać. Zrobimy to u mnie w gabinecie. 

Brutus pobiegł przed nimi. Gdy dotarli na miejsce, 

background image

już tam czekał. Julian zdjął z biurka papiery i z namasz­

czeniem złożył na nim beczułkę. 

Oboje usiedli i wpatrzyli się w nią. 

- Może byś otworzył? - zaproponowała Callie. 

- Ostatecznie to ty rozwiązałeś całą zagadkę. 

- Jedynie dzięki temu, że znalazłaś jej list - zauważył 

Julian. 

- W porządku - zdecydowała. - Ja otworzę 

beczułkę, a ty odczytasz testament - wzięła miniatu­

rową beczkę i zaczęła szukać zameczka. - Powiem ci 

coś - stwierdziła, przekazując ją Julianowi. - Ty ją 

otwórz, a ja go przeczytam. 

Roześmiał się i wsunął paznokieć w praktycznie 

niewidoczną szczelinę. Beczułka rozpękła się na dwie 

połowy, a z jej środka wypadła długa, wąska koperta, 

podpisana „Ostatnia Wola i Testament Maude 

Margaret Hannigan". 

Z wielkim skupieniem Julian ujął pierwszą stronę. 

- Daj mi chwilę na zapoznanie się z najistotniejszymi 

rzeczami, a potem przeczytam ci go na głos. 

Testament liczył sobie cztery strony i odczytanie 

ich nie zabrało Julianowi wiele czasu. Kiedy dotarł 

do końca, odwrócił kartki i zaczął jeszcze raz od 

początku. Następnie podniósł kopertę i zajrzał do 

środka, wyciągając z niej pojedynczą kartkę papieru 

listowego, którą także przeczytał. Wreszcie poprawił 

okulary. 

- No cóż, zielonooka, wygląda na to, że mamy 

problem. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Reguła numer 9 

Wielkie listy nie rodzą się same. Trzeba 

je napisać. 

Brutus wydał z siebie żałobny skowyt i Callie 

zesztywniała. Jej serce zaczęło wystukiwać szaleńczy 

rytm. 

- Problem? - spytała słabo. - Z testamentem? 

Nie... Z pewnością Jonathan nie... 

Julian upuścił papiery na stół i ujął jej rękę. 

- Nie. Nie Jonathan. My dziedziczymy wszystko. 

Ty i ja, razem. Maudie zostawiła list z wyjaśnieniem 

- na jego ustach wykwitł delikatny uśmiech. - Wygląda 

na to, że postanowiła nas wyswatać. 

- A zatem o co chodzi? - spojrzała na niego ze 

zdumieniem. Nagle zakrztusiła się, czując gwałtowne 

zakłopotanie. - To dlatego, że chciała, żebyś ty i ja... 

Miała nadzieję, że... 

- Nie mogę mieć do niej pretensji, że chciała, 

abyśmy się związali - pocieszająco uścisnął jej dłoń. 

- To jedyna dobra rzecz, jaka wynikła z tego całego 

zamieszania. - Jej radość z powodu tego wyznania 

trwała bardzo krótko. Puścił ją i wstał, przecierając 

dłonią oczy. - Nie ma pieniędzy. Callie. To znaczy, 

jest bardzo mało. A skoro dziedziczymy wspólnie, nic 

się nie zmieniło - nasze problemy, niestety, pozostały. 

W istocie nawet zwiększają się, bo teraz musimy 

podjąć ostateczną decyzję co do Willow's End. 

Starała się opanować ogarniającą ją panikę. 

- Coś wymyślimy. Wiem, że możemy to zrobić. 

Przyznaję, że planowanie, odmawianie przysług i trzy­

manie krótko Teda i dzieciaków nie należą do moich 

najmocniejszych stron. Ale czy nie rozumiesz? Wszys­

tko idealnie się zgadzało. Bo to akurat jest twoja 

background image

specjalność. Wspólnie nam się uda - będziemy mieć 

Brutusa i Willow's End. 

- Callie... 

- Teraz, kiedy zostałeś również opiekunem Brutusa, 

musisz być dla niego miły. Żadnego przezywania czy 

paskudnych gróźb - schyliła się i objęła psa. - To 

dlatego nie chciałeś, żeby Julian znalazł testament? 

Ale teraz nie ma się już czego bać. - „Boże, spraw, 

żeby nie było się już czego bać!" - Wszystko będzie 

tak, jak kiedyś - dokończyła. 

- Nie, nie będzie - przerwał jej Julian. 

- Co chcesz zrobić z domem? - spytała ostro. Słowa 

te zawisły pomiędzy nimi. Julian bezradnie machnął 

ręką. Zrozumiała wtedy bez cienia wątpliwości, jakie są 

jego zamiary i ogarnął ją otępiający chłód. W milczeniu 

potrząsnęła głową - Postanowiłeś go sprzedać, tak? 

Nadal nie wierzysz, że potrafię dać sobie radę. 

- Callie... 

- Nie wolno ci! - wściekłość zapłonęła w niej. 

- Przestań na chwilę myśleć logicznie! Pomyśl sercem! 

- Właśnie to robię. Nie chcę sprzedać Willow's 

End. To także mój dom! Ale muszę wziąć pod uwagę, 

co będzie najlepsze dla ciebie. 

- Willow

/

s End jest dla mnie najlepsze! 

Przysunął się bliżej i przemówił cichym, pełnym 

pasji głosem. 

- Ten dom wali ci się na głowę. Nie masz ani 

pieniędzy, ani umiejętności wystarczających do ukoń­

czenia remontu. Zresztą nie chodzi tu tylko o dom. 

Jak myślisz, co czuję, kiedy widzę wszystkich tych 

ludzi, którzy cię wykorzystują, kiedy oddajesz ostatni 

grosz na oczyszczenie jakiegoś głupiego pomnika, 

kiedy zaharowujesz się dla innych? Callie, nie mogę 

tego znieść. I nie będę stał bezczynnie, i przyglądał się 

temu, kiedy mogę to zmienić. 

- Odbierając mi dom? - jej głos wzniósł się 

o oktawę. Brutus zerwał się na równe nogi, w jego 

background image

gardle rozległ się cichy warkot. Uspokajająco położyła 

mu rękę na głowie i z trudem zniżyła głos, - Wiem, że 

z punktu widzenia prawa mógłbyś wymusić sprzedaż. 

Jeśli zażądałbyś swojej części spadku, to nie wątpię, że 

jakiś sędzia nakazałby sprzedać Willow's End i podzie­

lić między nas zyski. Czy tak? 

- Tak - przyznał. 

- I zrobiłbyś mi coś takiego? 

- Bardzo bym chciał, aby było inaczej - odparł 

zmęczonym tonem. - Ale nie widzę innego wyjścia. 

Nie, jeśli chciałbym potem spojrzeć sobie w oczy 

- rozejrzał się wokół, jego twarz wykrzywił gorzki 

grymas. - Czasem wydaje mi się, że to miejsce znaczy 

dla ciebie więcej niż ja. Czy kiedykolwiek mieliśmy 

dla siebie choć trochę czasu? Zawsze stawało między 

nami Willow's End. 

- Jestem w stanie wymyślić inne rozwiązanie. 

- To znaczy? 

- Uważasz, że nie dam sobie rady sama, że to dla 

mnie za dużo. Gdybym ci dowiodła, że tak nie jest, 

czy zgodziłbyś się zaniechać sprzedaży? 

- Wyjaśnij to. 

Miała już jego uwagę. Teraz potrzebowała jedynie 

zgody. 

- Podniesiemy stawkę naszego zakładu. Ja przez 

tydzień odpowiadam „nie" na wszelkie prośby, a ty 

zostawiasz zegarki i plany. Zwycięzca zdecyduje o losie 

Willow's End. 

- Chyba żartujesz. 

Callie potrząsnęła głowa. Nigdy w życiu nie była 

bardziej poważna - ani zdesperowana. Nie miała nic 

do stracenia i wszystko do zyskania. 

- Moje szkolne testy i twoja praca nad książką nie 

liczą się jako część zakładu. Jeżeli po upływie siedmiu 

dni, żadne z nas nie przegra, za zwycięzcę zostanę 

uznana ja. W końcu dowiodę, że potrafię sobie 

poradzić. 

background image

Podjęcie decyzji zabrało Julianowi dłuższą chwilę. 

Wreszcie skinął głową. 

- Zgadzam się na te warunki - zdjął okulary 

i spojrzał na Callie. Jego oczy były ciemne i odległe. 

- A jeżeli przegrasz? 

Callie nie zawahała się ani przez sekundę. 

- Nie ma takiej możliwości. 

Julianowi udało się wytrwać już trzy dni. Trzy 

dni bez najmniejszego błędu. Jak on to robi? Za­

trzymała wszystkie zegary, pochowała kalendarze, 

ale jemu to nie przeszkadzało, o nie! Świetnie 

dawał sobie radę. 

Ona natomiast spóźniała się na wszystkie spotkania. 

W domu powoli docierało do niej, że wygranie zakładu 

nie będzie wcale takie łatwe. Jak kiedykolwiek mogła 

tak myśleć? Callie jęknęła. Łatwe? Prościej byłoby 

dyskutować z nosorożcem, niż odmawiać rozlicznych 

przysług, o jakie ją proszono w ciągu ostatnich 

siedemdziesięciu dwóch godzin. Do tego jeszcze 

odmawianie wszystkim nie było bynajmniej jedyną 

trudną rzeczą, jakiej musiała stawić czoło. 

Przez ostatnich sześć godzin musiała zajmować się 

nieznośnymi dziećmi i ich równie nieznośnymi rodzi­

cami. Zmagała się z gniewem i frustracją, całkowicie 

obcymi jej naturze. I powoli zaczęła się zastanawiać, 

czy może Julian nie miał racji - przynajmniej częściowo. 

Stopniowo rosło w niej podejrzenie, że Callie Marcus 

była popychadłem. Dzień nie doszedł jeszcze nawet 

do połowy, a ona miała już zupełnie dość, była bliska 

łez i bardzo, bardzo nieszczęśliwa. 

Rankiem czwartego dnia zakładu Callie postanowiła, 

że czas już zacząć działać według planu. 

- Po pierwsze - poinformowała Brutusa - musimy 

wymyślić jakieś nowe, inteligentne usprawiedliwienia. 

Nie mogę przecież mówić tylko „nie" - łyknęła kawy 

background image

i odstawiła kubek na stół. - Szczerze mówiąc, mam 

pewne wątpliwości, czy to słowo w ogóle należy do 

mojego zasobu słownictwa. 

Brutus chrząknął lekko, co Callie wzięła za oznakę 

zgody. 

- No cóż. Musimy jakoś wytrwać. Julian już 

długo nie pociągnie. Przetrzymamy go, nie ma 

sprawy. 

Jej lojalny kibic i przyjaciel zaskomlił. 

Mimo okazanego przez niego w ten sposób braku 

wiary, czwarty dzień minął zaskakująco łatwo - z tej 

prostej przyczyny, iż nikt nie zadzwonił. Dzień piąty 

okazał się już trudniejszy - znów z bardzo prostego 

powodu. Odezwał się telefon. 

Callie sięgnęła po słuchawkę, spoglądając porozu­

miewawczo na Brutusa, siedzącego u jej stóp. 

- Wiem, wiem. Nie bój się - Brutus wywrócił oczy. 

- Nie patrz tak na mnie. Wiem, co robię - jedną ręką 

odebrała telefon, zaś drugą zatkała sobie nos. - Prze­

praszam. Ten numer został odłączony albo jest 

chwilowo niesprawny... 

- Callie? 

- Jeśli połączenie nastąpiło omyłkowo, proszę 

sprawdzić numer i zadzwonić ponownie - odwiesiła 

słuchawkę, ucinając protesty skonsternowanej Valerie 

i uśmiechnęła się przebiegle do psa. - Widzisz? Jeszcze 

tylko kilka dni i będziemy dobrzy. 

- Nie ma mowy. 

- Och! Siemasz, Julian. Długo tu jesteś? 

- Dostatecznie długo, by stwierdzić, że grasz 

nieczysto - splótł ręce na piersi. 

Jej podbródek uniósł się o parę centymetrów. 

- Nie przypominam sobie, żebyśmy cokolwiek 

mówili na temat grania fair. Pamiętam tylko mnóstwo 

gadania o przysługach, mówieniu „nie" i kupę 

gdybania i a-co-jeśli. Ale... - telefon zadzwonił 

ponownie i oboje spojrzeli na niego. 

background image

- Nie odbierzesz? - spytał Julian po trzecim 

dzwonku. 

- Myślę, że chyba nie. 

- Rozczarowujesz mnie, Callie - Julian westchnął 

przeciągle. - W ogóle nie wczuwasz się w sytuację. 

- Co za pech. 

- ODBIERZ! 

- Czego? - Calie warknęła do mikrofonu. 

- Callie? To ty? Co się tam u licha dzieje? 

- Nie mogę tego zrobić. 

Zapadła dłuższa cisza, po czym Valerie zapytała, 

wyraźnie zbita z tropu. 

- Czego nie możesz zrobić. 

- Wszystko jedno. Tego, po co dzwonisz. Nie 

mogę. Zadzwoń w przyszłym tygodniu. Cześć! - trzas­

nęła słuchawką i odwróciła się do Juliana. - Proszę. 

Jesteś teraz zadowolony? 

- Niezupełnie - pokręcił głową i zaśmiał się. 

- Chodź, ta konwersacja niewątpliwie długo zostanie 

mi w pamięci. Następnym razem pozwól im poprosić, 

zanim odmówisz. 

- Ty robisz po swojemu, i ja też. 

- I zanim minie ten tydzień, zostaniesz zlinczowana. 

Zadzwonił telefon i Callie jęknęła. Nie da rady 

znów przez to przebrnąć. Nieuprzejmość nie leżała 

w jej naturze. 

Musi być twarda i mówić „nie". Chwyciła leżący 

obok telefonu notatnik i nabazgrała wielkimi literami 

NIE. Następnie spojrzała wściekle na Juliana. 

- I przestań się śmiać. To nie jest zabawne - pod­

niosła słuchawkę. 

- Halo? - powiedziała słodko. 

- Cześć, Callie. Mówi Brad Anderson. Czy mog­

łabyś poprosić Juliana? To pilne. 

Odwróciła się do Juliana i zatrzepotała rzęsami. 

- Ojej! Przykro mi, Brad. Gdybym poprosiła 

Juliana, wyświadczyłabym ci przysługę, byłaby to też 

background image

przysługa dla niego. To razem dwie. A mnie nic 

wolno oddać nawet jednej - zanim Julian zdążył do 

niej dobiec, odwiesiła słuchawkę i uciekła. 

Szósty dzień stał się niemal jej klęską. Zdecydowała, 

że wieści musiały już się rozejść. Prawdopodobnie 

dzięki Julianowi. Niewątpliwie był zdolny do tego, by 

rozgłosić szczegóły ich zakładu po całym Willow, 

a potem wycofać się i oglądać całą zabawę. Czuła 

ogromną pokusę, by zdjąć słuchawkę z widełek. Ale 

nie. Wygra ten zakład, i to zgodnie z regułami - co 

oznaczało trzymanie w tajemnicy powodów, dla 

których stale odmawia. 

Tak przynajmniej myślała do czasu, gdy zadzwoniła 

Valerie. 

- Czy nadal jestem twoją przyjaciółką? - zaczęła 

Valerie żałośnie. 

- To zależy. Czego chcesz? 

- Właśnie o tym mówię. O co chodzi z tym 

pytaniem, czego chcę? Czy nie mogę zadzwonić po 

prostu po to, żeby sobie pogadać? 

- A, chcesz porozmawiać. Świetnie - odetchnęła 

Callie, wygodniej sadowiąc się na krześle. - To mogę 

zawsze. Rozmawiaj. 

- A co jest takiego złego w poproszeniu przyjaciółki 

o drobną przysługę? Wytłumacz mi to. Czy ci się 

narzucałam? Za bardzo wykorzystywałam naszą 

przyjaźń? O co tu chodzi? 

- Przysługa? - Callie wyprostowała się, zaalar­

mowana. - Proszę cię, nie używaj tego słowa. To 

naprawdę niemiły wyraz i wiem, że tak naprawdę 

wolałabyś sformułować to inaczej. Co powiesz na 

„zastanawiałam się, czy nie mogłabyś..,"? Albo „Czy 

pamiętasz, że obiecałaś..."? Coś, w czym nie pojawia 

się to słowo na „p". 

- Chciałabym pożyczyć twoje zabawki plażo­

we. Te, które zawsze wystawiasz dla dzieci, że-

background image

by mogły bawić się nad jeziorem. O drugiej wy­

jeżdżam w odwiedziny do mojej matki i miałan 

nadzieję, że mi je podrzucisz. Czy to zbyt wiele dla 

ciebie. 

Callie stoczyła ze sobą krótką walkę, starając się 

wykrztusić ów wyraz, który usiłowała wypowiedzieć 

przez cały tydzień. 

- Teraz? - to jedyne, co udało jej się rzec. 

- Nie. O drugiej. 

Zwalczyła przemożny impuls, nakazujący jej zgodzić 

się. Ostatecznie Willow's End znaczyło więcej, anieżeli 

kupa zabawek. 

- Nie mogę - oznajmiła z uśmiechem. Nie było to 

wprawdzie gołe „nie", ale cholernie blisko. 

- Callie, strasznie mi na tym zależy. Jeżeli pod­

rzucenie ich stanowi jakiś problem, mogę wpaść 

i odebrać je osobiście. W porządku? - Valerie nie 

czekała na odpowiedź. Callie usłyszała radosne: 

- Dzięki! Kochana jesteś - i połączenie zostało 

przerwane. 

Callie otworzyła drzwi znajdującej się pod schodami 

szafy i zaczęła w niej grzebać, cały czas sprzeczając 

się z Brutusem. 

- Posłuchaj. To nie jest tak naprawdę przysługa. 

Wyciągam je przecież co rok. To nic takiego. 

Brutus zaskowyczał nieszczęśliwym głosem. 

- Nie robię tego dla Valerie, tylko dlatego, że 

akurat przypomniałam sobie o plażowych zabawkach 

i uświadomiłam, że naszych jeszcze nie wyjęliśmy. To 

nie przysługa. Wcale a wcale. A już z pewnością nie 

ma to nic wspólnego z zakładem. 

Pies zawarczał w odpowiedzi. 

Odwróciła się i popatrzyła na niego groźnie. 

- No, dobrze. To coś w rodzaju przysługi. Ale jeśli 

ty mu nie powiesz i ja mu nie powiem, Julian nigdy 

się o tym nie dowie. A to, czego nie wie, nie może mu 

background image

zaszkodzić - wróciła do pracy i nachylając się głębiej, 

dostrzegła sfatygowane kartonowe pudło. 

Zanim jednak zdążyła je złapać, coś ciężkiego 

uderzyło ją z tyłu, posyłając w głąb szafy. Callie 

z trudem usiadła, zmagając się z zimowym płaszczem, 

który w niewytłumaczalny sposób znalazł się na jej 

głowie. 

- Hej! - krzyknęła. - Co się dzieje? Kto zgasił 

światło? - głową uderzyła o ścianę, - Kiedy stąd 

wyjdę - wymamrotała, rozcierając stłuczone czoło 

- na świecie będzie mniej o jednego psa. 

Macała przed sobą, póki nie wyczuła drzwi. Po 

krótkich poszukiwaniach odnalazła gałkę i z westchnie­

niem ulgi przekręciła ją, po czym pchnęła. I jeszcze raz. 

- Brutus nie mógł mnie przecież zamknąć - powie­

działa do siebie. - Jest dobry, ale nie aż tak dobry 

- podniosła się na nogi i zabębniła pięścią w drzwi. 

- Jesteś dobry - wrzasnęła - ale nie aż tak dobry! Nie 

możesz mnie tu trzymać wiecznie - zmarszczyła brwi. 

- Chyba nie, 

W szafie nie było wyłącznika światła. Miotając się 

w ciemności, odrzuciła z drogi kalosz, kłębek włóczki 

i globus, po czym uklękła, przyciskając twarz do 

podłogi. Wszystko było czarne, absolutnie czarne. 

Eksperymentując, wsunęła palce w wąską szczelinę 

pod drzwiami i... napotkała futro. 

- Ty... ty... - chwyciła klamkę i pchnęła ją z całej 

siły. Poruszenie stu kilogramów upartego psa nie 

było sprawą prostą. - Odejdź od drzwi, ty nadęty 

pud1u! - przytknęła ucho do drewnianej powierzchni 

i usłyszała ciche chrapanie. 

W jakiś czas później drzwi szafy otwarły się i do 

środka wpadło jaskrawe światło słoneczne. Callie 

zamrugała powiekami i uniosła wzrok na Juliana. 

- Cześć! - przywitała go. Przez długą chwilę stał 

w milczeniu, a jego spojrzenie wędrowało tam i z po­

wrotem - z niej na pudełko zabawek. 

background image

- Nie będę chyba pytał - oświadczył w końcu. 

- Po prostu zamknę drzwi i pójdę sobie. 

- Brutus mnie tu zamknął - wyjaśniła z sennym 

uśmiechem, wyciągając do niego ręce. - Czy to nie 

paskudne z jego strony? 

Postawił ją na nogi, wybuchając śmiechem, gdy 

zachwiała się i upadła na niego, rozsiewając wokół 

plażowe zabawki. 

- Moim zdaniem to czyste okrucieństwo - odparł 

i ucałował ją. 

Nic innego nie zdołałoby tak dokładnie jej rozbudzić. 

Obejmując ramionami jego szyję, odpłaciła mu poca­

łunkiem. 

- Pragnę cię - poinformował ją ochryple. 

Niechętnie oderwała się od niego, uniosła rękę 

i przesunęła palcem po szorstkiej skórze pokrywającej 

jego brodę. 

- Ja także cię pragnę. I co zrobimy z tym fantem? 

- Wrócimy do szafy i zamkniemy drzwi? 

Zaśmiała się, potrząsając głową. 

- Kuszące, ale nie ma tam aż tyle miejsca. - Nagle 

przypomniała sobie o Valerie. - Która godzina? Czy 

już po drugiej? - urwała. - A racja, ty już nie nosisz 

zegarka. Jak mogłam zapomnieć? 

- Nie wiem - mruknął Julian, przytulając ją mocniej. 

W jego oczach błysnęło rozbawienie. 

- Chyba wciąż jeszcze śpię - schyliła się i podniosła 

plastykowe wiaderko i łopatkę, spoczywające tuż 

u ich stóp: - Miałam właśnie wyciągnąć te zabawki, 

kiedy Brutus... - nagle uświadomiła sobie, co właściwie 

wyznała. - To znaczy... widzisz... 

- Widzę lepiej, niż ci się wydaje, kochanie. Nie 

uważasz, że Brutus zamknął cię w szafie, aby właśnie 

temu zapobiec? 

- Nie bądź śmieszny - Callie wrzuciła resztę zaba-

wek do szafy i zatrzasnęła drzwi. - Naprawdę, Julianie. 

Mówisz tak, jakbyś myślał, że to człowiek, czy co, 

background image

Zakrztusił się śmiechem. 

- Zauważyłem, że nie powtarzasz tego, kiedy ten 

kundel jest w zasięgu słuchu - uniósł jej podbródek 

i zmuszona była na niego spojrzeć. - Przewidywałem, 

że ten zakład nie będzie dla ciebie łatwy. I zdaję sobie 

sprawę z tego, jak bardzo się starasz. Możesz tego 

dokonać, Callie. Wiem, że możesz. 

- Nie jestem taka pewna. - Jej usta skrzywiły się 

lekko. 

- Pomyśl o tym, jako o umiejętności, którą musisz 

opanować. Sztuce mówienia „nie". 

- Ale dlaczego? Dlaczego przez cały czas mam 

mówić „nie". Zdecydowanie wolałabym mówić „tak". 

Jego usta musnęły wargi Callie. 

- Czy mam ci zaproponować coś, na co możesz 

odpowiedzieć „tak"? 

- Nie - odparła z perwersyjnym zadowoleniem. 

- Do diabła, Julianie! To niesprawiedliwe. Zmuszasz 

mnie do czegoś, co stoi w całkowitej sprzeczności 

z moją naturą. 

- Wcale nie - stwierdził z uporem. - Nalegam, . 

abyś nauczyła się odmawiać, jeśli to konieczne. Nie 

chcę bynajmniej, byś odmawiała wszystkich przysług. 

Po prostu naucz się wybierać. 

- Cóż, skoro nie wolno mi nikomu pomóc, czy 

tego chcę, czy nie, to myślę, że zadzwonię do Valerie 

- oznajmiła z godnością. - Żeby pogadać. Tylko po 

to. Zdecydowanie nie z powodu jakichkolwiek plażo­

wych zabawek, ani durnych zakładów. 

Lecz po telefonie i zdecydowanie kiepskich uspra­

wiedliwieniach, w których unikała starannie ja­

kichkolwiek aluzji do zakładu, Callie zastanowiła 

się nad tym, co powiedział Julian. Długo nad tym 

myślała - przez całą resztę dnia - podczas gdy 

on i dzieciaki zajmowali się remontem. Patrzyła, 

jak razem pracują, jak rośnie więź między nimi 

i wzajemny szacunek. I patrzyła na niego. Nie 

background image

było to specjalnie trudne - wręcz przeciwnie, bardzo 

przyjemne. Podobał się jej sposób, w jaki się po­

ruszał. Jego brązowe oczy, które jaśnieją, gdy się 

śmieje, i ciemnieją, gdy jest zły. I to, jak zdejmuje 

okulary, zastanawiając się nad jakąś odpowiedzią, 

lub podsuwa je wysoko, gdy instynktownie chce 

zdystansować się od czegoś lub kogoś. 

Kochała go. Kochała jego śmiech i poczucie humoru, 

jakie by ono nie było dziwne. Kochała go nawet za 

to, co próbował zrobić, choć nie zgadzała się z jego 

rozumowaniem. 

Nie rozwiewało to jednak dręczących ją wątpliwości. 

Powiedział, że nie może jej nic obiecać co do Willow's 

End, gdyby przegrała zakład. I poza warunkami 

tegoż zakładu nie zaproponował jej nic więcej. 

Teraz to już nie wystarczało. Nawet Willow's End 

nie było najważniejsze. Pragnęła mieć Juliana, nie 

dom. Chciała zostać częścią jego życia, mieszkać 

z nim, kochać go i mieć z nim dzieci. Niestety, tego 

jej nie zaproponował. 

Siódmego dnia Callie uświadomiła sobie, że wygra 

zakład. Sprawiło jej to przyjemność, lecz nie szaleńczą 

radość, jakiej oczekiwała. Zamiast tego zrozumiała, 

że wolałaby zażądać czegoś zupełnie innego niż 

Willow's End. Gdyby mogła, poprosiłaby o miłość 

Juliana. 

Zadźwięczał telefon. Odebrała go bez wahania. 

- Halo? Tak, panie burmistrzu, co mogę dla pana 

zrobić? - słuchała przez minutę, po czym odparła 

gładko. - Dziękuję za pamięć, ale obawiam się, że nie 

mogę panu pomóc. Czy rozmawiał pan z Suzanne 

Ashmore? Suzanne zawsze gotowa jest podać pomocną 

dłoń. Tak, może następnym razem. Mnie też bardzo 

miło. 

Odłożyła słuchawkę i westchnęła. Cóż, jeśli już nic 

więcej, to przynajmniej uzyskała dużą wprawę w od-

background image

mawianiu pomocy. Nie wiedziała tylko, czy uznać to 

za pozytywne osiągnięcie. Telefon zadzwonił po raz 

drugi i sięgnęła po niego, zadowolona, że dziś kończy 

się zakład. To zaczynało być męczące. 

- Halo? 

- Callie? To ja - odezwał się stłumiony głos. 

- Donna? - Callie zmarszczyła brwi. - Coś nie 

w porządku? Twój głos brzmi jakoś dziwnie

W odpowiedzi usłyszała dźwięk, podgrzanie przy­

pominający szloch. 

- To chodzi o Cory'ego. Coś się stało

- Co? Co takiego? Czy coś mu jest? 

- Nie, to nie to. Wpadł w kłopoty. Jestem na 

posterunku policji. Oni... oni go aresztowali - ty

razem nie było wątpliwości: płakała. - Proszę cię, 

przyjedź. 

- Oczywiście - zapewniła ją Callie kojącym tonem. 

- Spróbuj się uspokoić, Donna. Już jadę. Jesteś na 

posterunku Southside? 

- Tak. Szybko, Callie. Boję się. 

- Wiem. Dobrze zrobiłaś, dzwoniąc do mnie. Będę 

tam za pięć minut. 

Callie odwiesiła słuchawkę i przymknęła oczy. Nawet 

przez sekundę nie wątpiła, że postępuje słusznie. 

Musi pomóc Cory'emu. Nie ma wyboru. Pewne rzeczy 

są ważniejsze, niż zakład o dom

Żal przyjdzie później. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Reguła numer 100 

Reguły istnieją po to, aby je łamać. 

Callie zahamowała przed posterunkiem policji na 

Southside i wyskoczyła z samochodu. 

- Co się stało? - spytała ostro Donnę, która 

natychmiast do niej podbiegła. - Gdzie jest Cory? 

- W środku. Policja myśli, że on jest zamieszany 

w kolejny przypadek wandalizmu. On tego nie zrobił, 

Callie. Był wtedy w Willow's End. Ale nikt mu nie 

wierzy - spojrzała na budynek policyjny i w jej 

błękitnych oczach mignął strach. - Chyba go aresz­

towali. Jeżeli dowiedzą się o tym jego rodzice, to 

będzie w wielkich kłopotach. Pomożesz nam? 

- Oczywiście - razem pośpieszyły do środka i pode­

szły do dyżyurnego policjanta. 

- Witaj, Callie - przywitał ją sierżant Collins. 

- Czemu zawdzięczam tę nagłą wizytę? 

- Przyszłam tu z powodu Cory'ego Muldrewa 

- odparła, uspokajająco ściskając dłoń Donny. 

Na szczęście wyjaśnienie całej sytuacji nie zabrało 

zbyt wiele czasu. Zajmujący się sprawą policjant nie 

robił żadnych problemów. Porównali zeznania i, ku 

wspólnej uldze, odkryli, że w czasie zajścia Cory 

pracował w Willow's End. 

- Jestem przekonana, że Cory nie mógł tego zrobić 

- tłumaczyła sierżantowi Collinsowi. - Gdybyście 

potrzebowali świadectwa Juliana... 

- Nie, nie trzeba. Zabierz tego młodego człowieka 

do domu, to wszystko. 

- Czy moi rodzice muszą wiedzieć, że tu byłem? 

- spytał Cory. - Jeśli ojciec się dowie, może chcieć 

wnieść oskarżenie o nieuzasadnione aresztowanie czy 

coś w tym rodzaju. 

background image

Callie wymamrotała pod nosem bardzo nieprzy­

zwoite słowo, po czym złapała chłopca za koszulę. 

Zanim zdążył coś jeszcze powiedzieć, wyciągnęła go 

siłą z posterunku do samochodu. Kwadrans później 

była już z powrotem w Willow's End - kompletnie 

wyczerpana. 

Padła bez sił na kuchenne krzesło i zwiesiła głowę. 

A więc przegrała zakład. Straciła Willow's End. 

Postąpiła zgodnie ze swoim sumieniem i uczyniła 

słusznie. Julian zrozumie, że to sprawa sumienia. 

- Callie? 

Uniosła głowę i ujrzała Juliana, stojącego w drzwiach 

kuchni. Postąpił w jej stronę, ona zaś wbiła w niego 

wzrok niezdolna, by cokolwiek powiedzieć. Odpowiedź 

oznaczałaby przypieczętowanie faktu przegrania za­

kładu, a Callie chciała, żeby jeszcze przez parę minut 

wszystko było tak, jak dawniej. 

Julian uśmiechnął się do niej ciepło. 

- Szukałem cię jakiś czas temu. Myślałem, że może 

chciałabyś popływać. Obawiam się jednak, że teraz 

jest już za późno - wskazał na swój garnitur.- W pracy 

zdarzyło się coś niespodziewanego i muszę się widzieć 

z jednym z klientów, w Peorii. 

Jego ciemne włosy, nadal wilgotne, przylegały do 

czaszki czarnymi falami. Nie odrywała od niego 

wzroku. 

- Wszystko w porządku? - spytał z niepokojem. 

- Jasne - niemal się uśmiechnęła. Zawsze było „w 

porządku", kiedy znajdował się w pobliżu. Jakby 

posiadł magiczną umiejętność sprawiania, że jej świat 

stawał się przyjazny. 

Zawahał się, wyraźnie nie chcąc odejść. 

- Gdzie byłaś? 

- W mieście - głęboko zaczerpnęła tchu. Powinna 

mu powiedzieć i mieć już to za sobą. Czekanie 

niczego nie ułatwi. - Julianie... 

- Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? - podszedł 

background image

do stołu, rzucił na niego płaszcz i teczkę. - Jesteś 

taka... taka spokojna. - A, przy okazji - gratuluję 

-uśmiechnął się szeroko na widok jej zdumienia. 

- Chodź tu. Mam coś dla ciebie. 

- Julianie - powiedziała szybko Callie. - Muszę ci 

powiedzieć, że... 

- Powiesz mi potem. To jest ważniejsze. 

Położył jej dłonie na ramionach i przyciągnął do 

siebie. Callie odetchnęła głęboko, wdychając jego 

zapach. Już to tylko wystarczyło, by zakręciło jej się 

w głowie. Objęła go wpół i poddała się uściskowi, 

tuląc głowę do ciepłej, kojącej piersi. Tak dobrze 

czuła się w jego ramionach. Wszystko inne zbladło 

w zestawienia z tym faktem. 

- Gratulacje, zielonooka - mruknął. Jego usta 

muskały jej wargi. - Udało ci się. Pięć minut temu 

wygrałaś zakład. Szczerze mówiąc, miałem wątpliwości, 

ale dałaś radę. Nie mógłbym być szczęśliwszy. 

Callie zacisnęła powieki. Jego dotyk, słuchanie 

tych słów - wszystko to było jedną wielką torturą. 

Nie zasłużyła na pochwały. Musi wyznać prawdę, 

nawet jeśli nie zdoła znieść widoku rozczarowania 

i pogardy, zastępujących w jego oczach dumę i radość. 

Kiedy Julian się dowie, co zrobiła, będzie musiał 

sprzedać Willow's End. Nie ma innego wyjścia. 

Delikatnie uwolniła się z jego objęć. 

- Julianie, jest coś, o czym muszę ci powiedzieć. 

Nie wygrałam zakładu. Niedawno dzwoniła Donna. 

Potrzebowali z Corym mojej pomocy. Nie mogłam 

im odmówić. 

Czuła narastający w nim chłód. Milczał, lecz pod 

tą spokojną powloką jego mózg pracował w szaleńczym 

tempie. 

- Porozmawiamy o tym później - powiedział cicho. 

- Teraz nie ma na to czasu. Przepraszam. Gdyby nie 

ta sytuacja w biurze... Zajmiemy się tym, gdy tylko 

wrócę. 

background image

- Czy ma to sens? - szepnęła. 

- Zawsze jest jakiś sens - choćby z tej jednej 

przyczyny... 

Nachylił się i pocałował ją. Jego usta były twarde, 

zdecydowane, w ciszy składały obietnice, którym 

Callie pragnęła wierzyć. Przywarła do niego. Jej dłonie 

wślizgnęły się pod bawełnianą koszulę i zamknęły na 

ramionach. Uściskiem, gorącym pocałunkiem błagała 

bez słów o wyrozumiałość... o miłość. 

- Julianie... - wyszeptała cichutko. 

Przebiegł dłonią po jej włosach, pociągając je lekko. 

- Bądź cierpliwa, Callie. Wszystko będzie dobrze. 

Zaufaj mi - z tymi słowami podniósł walizeczkę, 

zabrał płaszcz i wyszedł. 

„Zaufaj mi", powiedział Julian. I ufała. Zawierzyłaby 

mu własne życie. Ale nie Willow's End. Wcale nie 

ukrywał swoich zamiarów - chciał je sprzedać. I dzięki 

niej teraz mógł to zrobić. 

Brutus przytruchtał do kuchni i klapnął na podłogę, 

odwracając od niej głowę. 

- Wiem, wiem - powiedziała. - Zawaliłam sprawę. 

Zawiodłam wszystkich. Odczep się, dobrze? 

Pies westchnął donośnie. 

- Przynajmniej wiem, jak między nami rzeczy stoją 

- wymamrotała. 

- No dobra! Czy ktoś mi w końcu łaskawie wyjaśnij 

co tu się właściwie dzieje? Dosyć już tych tajemnic 

- Valerie z rozmachem otworzyła tylne drzwi. 

Callie spojrzała na nią i wybuchnęła płaczem. 

- Wiedziałam. Wiedziałam! - krzyknęła zdumiona 

przyjaciółka. - Wszystkie te dziwaczne telefony, żałosne 

wykręty. Całe Willow aż huczy od pogłosek, jak 

bardzo się zmieniłaś. Zdecydowali, że to zły wpływ 

Juliana i że powinno się go przegnać z miasta. 

Powiedziałam im, że najpierw z tobą pogadam 

- odwróciła się do Brutusa. - A ty zjeżdżaj stąd! Nie 

życzę sobie żadnych ponurych min - to tylko pogarsza 

background image

sytuację. Poza tym, to sprawy między nami, dziew­

czynami. A ciebie, mimo operacji, nadal uważam 

raczej za samca. 

Brutus z parsknięciem uniósł się na nogi i opuścił 

pomieszczenie. 

Valerie złapała Callie za ramiona i podprowadziła 

do stołu. 

- Siadaj. Ja zrobię herbatę. Choć z twojego wyglądu 

wnoszę, że bardziej by ci się przydała duża whisky 

- zalała wrzątkiem przygotowane torebki i postawiła 

na stole dwa parujące kubki. - A teraz gadaj. Co się 

tu dzieje? 

Wydawało się, że minęła wieczność, nim Callie 

opowiedziała całą historię. W końcu jednak zabrakło 

jej słów. Valerie z namysłem uniosła kubek. 

- Chcesz znać moje zdanie? 

- A spodoba mi się? - Callie uśmiechnęła się słabo. 

- Raczej nie. Ale i tak ci je powiem. Julian ma rację. 

Ludzie naprawdę cię wykorzystują. Nawet ja to robię 

- gestem uciszyła protesty przyjaciółki. - Och! nie 

z rozmysłem. Po prostu zawsze jesteś taka gotowa do 

pomocy. Po pewnym czasie ludzie zaczynają traktować 

to jak coś oczywistego. Potrzeba przewodniczącego 

jakiegoś komitetu? Poproście Callie. Tuzin ciastek na 

szkolną imprezę? Callie upiecze. Ktoś musi się zająć 

Tomem, Dickiem czy Dannym? Callie ubóstwia dzieci. 

- Okay, okay. Przecież myślę. Dostałam dziś 

nauczkę - westchnęła. - I co to dało? Straciłam 

Willow's End. 

- Czy Julian ci to powiedział? 

- Mówił, że chce sprzedać dom. 

- Chce. Jest pewna różnica między „chce" a ,,za-

mierza". Callie, jemu wyraźnie na tobie zależy. Czy 

nawet przez sekundę sądziłaś, że naprawdę chciałby 

ci odebrać Willow's End? Mam wrażenie, że przez 

cały czas robił wszystko, co w jego mocy, abyś to ty 

wygrała wasz zakład. 

background image

Callie potrząsnęła głową. 

- Jeżeli chciał, żebym wygrała, to czemu po prostu 

nie zgodził się, byśmy zatrzymali Willow's End? 

- Ponieważ będąc w Chicago przez cały czas 

zastanawiałby się, co też ty tu wyczyniasz i w co 

nowego się wplątałaś. Myśl, dziewczyno! Zdajesz 

sobie sprawę, ile Julian ryzykował, zakładając się 

z tobą? 

- On ryzykował? To ja tracę Willow's End. 

- On też je traci - łagodnie zwróciła jej uwagę 

Valerie. - Julian nigdy nie powiedział, że nie chce 

tego domu. W rzeczywistości ani przez chwilę nie 

myślał w tej sprawie o sobie. Chciał sprzedać Willow's 

End, bo martwił się o ciebie. Usiłuje zrobić tak, jak 

będzie najlepiej dla ciebie. I zależy mu na tym do tego 

stopnia, że zaryzykował nawet wasz świeży związek. 

- Ja... nigdy o tym nie pomyślałam - wyjąkała 

Callie. - Ale co teraz? Zawiodłam na całej linii. To 

znaczy nie, musiałam przecież pomóc Cory'emu. Tylko 

że przegrałam zakład. 

- Chyba musisz zdecydować, co jest dla ciebie 

ważniejsze, Willow's End czy Julian, 

„Julian" - w jej umyśle natychmiast pojawiła się 

odpowiedź. Z żalem odsunęła na bok swe wspo­

mnienia, związane z Willow's End. Julian miał 

rację. To nie dom był ważny, lecz ludzie, którzy 

w nim mieszkali. A on sam był niewątpliwie naj-

ważniejszy. 

- Dziękuję - odparła z szerokim uśmiechem. - Sama 

nie wiesz, jak bardzo ułatwiłaś mi wszystko. 

Nieco później tego samego popołudnia w domu 

rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi frontowych. 

Myśląc, że to może Julian, Callie podbiegła, by go 

wpuścić. Pojęła swoją pomyłkę już w momencie 

otwierania drzwi. Julian nie dzwoniłby przecież - tylko 

wszedł. 

background image

Ujrzała przystojnego wysokiego mężczyznę, który 

wyciągnął do niej rękę. 

- Cześć - powiedział. - Jestem Brad Anderson. 

- Oczywiście - odparła Callie, potrząsając jego 

dłonią. - Jak ci leci, Brad? Wejdziesz? - Brutus 

warknął cicho i Callie spojrzała na niego ze zdumie­

niem. Co mu się stało? 

- Z rozkoszą - odparł skwapliwie Brad, zawahał 

się jednak. - Czy twój pies gryzie? 

- Nie jestem pewna - przyznała szczerze Callie. 

Wspólnik Juliana roześmiał się, jakby powiedziała 

doskonały dowcip, i Callie nie miała odwagi wyjaśnić, 

że mówiła absolutnie poważnie. 

- Miło cię znów widzieć - uśmiechnął się do niej. 

W jego oczach dostrzegła zachwyt. Callie nie wiedziała 

jednak, czym w gruncie rzeczy miałby się tak zachwycać. 

- Juliana nie ma. Musiał wyjechać służbowo do 

Peorii. 

- Wiem. Właśnie stamtąd wracam. Wstąpiłem, żeby 

zabrać do Chicago pewne papiery. - Brad pogrzebał 

w kieszeniach płaszcza i wyjął kopertę. - Julian kazał 

ci to doręczyć. 

Nie dbając o to, czego w podobnych sytuacjach 

wymaga zwykła uprzejmość, Callie rozdarła kopertę 

i pośpiesznie przebiegła oczami tekst. „Callie, daj 

Bradowi, co tylko będzie chciał. Przykro mi z powodu 

zakładu, ustalimy wszystko po moim powrocie". List 

podpisany był zamaszystym inicjałem. 

- Posłuchaj - odezwał się Brad. - Nie chciałbym 

cię poganiać, ale naprawdę muszę zabrać te papiery 

- rozejrzał się z zapałem. - Choć miałem nadzieję, że 

zechcesz pokazać mi dom. 

Callie patrzyła na niego ze zdumieniem. 

- Masz na myśli wycieczkę, czy coś w tym rodzaju? 

- widząc jego potakujące skinienie, usiłowała zgadnąć. 

- A, pewnie chcesz zobaczyć zmiany, jakie wprowadził 

Julian. 

background image

- Jeśli sądzisz, że warto - Brad wzruszył ramionami. 

- Tak naprawdę, to interesuje mnie przede wszystkim 

samo miejsce. Jeśli Julian zrobił coś, co mi się nie 

spodoba, zawsze mogę to zmienić. 

Callie przekrzywiła głowę. Brad wyglądał raczej na 

człowieka inteligentnego, a jego słowa były raczej 

jasne. Dlaczego więc nic z nich nie rozumiała? Musi 

czuć jeszcze otępienie. Zbytni natłok wrażeń chyba 

czasowo uszkodził jej mózg. Coś takiego! 

Przypomniała sobie instrukcje Juliana. Były bardzo 

wyraźne. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, najroz-

sądniej będzie ściśle się ich trzymać. 

- Od czego chciałbyś zacząć? 

- Nie masz nic przeciw temu? Z jakiegoś powodu 

sądziłem, że możesz nie mieć na to ochoty. 

- Julian pisze, żeby dać wszystko, czego tylko 

chcesz - wyszczerzyła zęby w udanym uśmiechu. 

- Życzysz sobie szczegółowej wycieczki, czy wystarczy 

ci pobieżne zwiedzanie? 

- Szczegółowej. 

Najpierw Callie zaprowadziła go do jadalni, za­

skoczona, że Brutus zdecydował się im towarzyszyć. 

Wskazała wprowadzone ulepszenia, nie starając się 

nawet ukryć dumy, jaką oboje z Julianem czuli z tego 

powodu. Szczególnie odnowienie ozdobnego sufitu 

było niezmiernie trudne. 

- Nieźle - Brad wskazał drzwi z drugiej strony 

pokoju. - Dokąd prowadzą? 

- Do kuchni. 

- To chyba nie problem - mrugnął do niej - choć 

znając moją żonę przypuszczam, że będzie chciała 

wywalić ścianę i połączyć te dwa pokoje. 

Callie spojrzała na niego, jakby nagle zwariował. 

- Więc jej nie pozwól. 

Wybuchnął śmiechem, a ona zastanowiła się, czy 

aby na pewno to Brad oszalał. 

- Widzę, że nie straciłaś poczucia humoru. To 

background image

dobrze. Obejrzyjmy kuchnię - ruszył naprzód, Callie 

i Brutus podążyli jego śladem. - Marie dostanie 

apopleksji, kiedy to zobaczy. 

- Znowu twoja żona? - domyśliła się Callie. 

- A dlaczego miałaby dostać apopleksji na widok 

mojej kuchni. Eee, kuchni Juliana. 

- Bo uwielbia chrom i szkło. Cały ten dąb do­

prowadzi ją do szału. 

- Pozwól sobie powiedzieć, co Marie może... 

Brad podszedł do kuchennych drzwi i wyjrzał na 

zewnątrz. 

- A oto i jezioro. Boże, kocham je! Spędziliśmy tu 

kiedyś całe wakacje. Pamiętasz? 

- Aż za dobrze - mruknęła Callie. 

- Ono należy do domu, prawda? Nie stanowi 

czyjejś własności? 

- Nie. A teraz posłuchaj.:. 

- Fantastycznie. Chodź dalej. Sprawdźmy pozostałe 

pokoje. 

Brutus warknął za oddalającymi się plecami męż­

czyzny. 

- To dopiero piła!- rzekła Callie. - A Julian miał 

czelność narzekać na Maudie. Maudie mogłaby 

pobierać lekcje u tego gościa - potrząsnęła głową. 

- To dziwne. Nie pamiętam, żeby już wtedy był taki. 

Znaleźli Brada w bibliotece. 

- Czy mogłabyś to przytrzymać? - poprosił, podając 

jej jeden koniec miarki. - A teraz stań przy oknach, 

a ja zobaczę, ile tu mamy miejsca. 

- Czy byłbyś tak uprzejmy wyjaśnić mi.. 

- Cholera! No cóż, to nie problem. Trzeba będzie 

wyrzucić te biblioteczki. W przeciwnym razie sauna 

Marie tu nie wejdzie. 

- Ustalmy od razu jedną rzecz. Nie tkniesz tych 

regałów nawet palcem. To prawdziwy mahoń i mają 

ponad sto lat! 

- Aż tyle? Definitywnie trzeba się ich pozbyć. Już 

background image

dawno przestały być użyteczne, zgodzisz się z tym 

chyba? 

- Nie, nie zgodzę się. Co to właściwie ma znaczyć? 

Przychodzisz tu i mierzysz pokoje, planujesz wy­

rzucanie mebli, burzenie ścian? Nie ty jesteś właś­

cicielem tego domu. 

- Może jeszcze nie. Ale już wkrótce będę. 

Callie poczuła się, jakby ktoś nagle wymierzył jej 

ogłuszający cios. Spojrzała na niego wstrząśnięta, 

a z jej twarzy odpłynął wszelki kolor. 

- Nie - szepnęła z niedowierzaniem. - To niemoż­

liwe. 

Brad jęknął. 

- Nie wiedziałaś? Nic dziwnego, że byłaś taka 

spokojna. 

- Julian... - głos jej się załamał i musiała przywołać 

całą swą determinację, by dokończyć to pytanie. 

- Julian sprzedaje ci Willow's End? 

- Obiecał mi prawo pierwokupu. 

- Kiedy? Jak...? 

- Przez telefon - Brad bezradnie wzruszył ramio­

nami. Dziś zaś dowiedziałem się, że Willow's End jest 

jego własnością. A skoro tak... 

- Słabo ci? Lepiej wyjdźmy na świeże powietrze 

- zaproponował Brad. Wziął ją za rękę i praktycznie 

wypchnął za drzwi, na słońce. Zatrzymał się dopiero 

przy krzaku róż, który Callie i Julian zasadzili specjalnie 

dla Maudie. 

Wyciągnęła rękę i łagodnie dotknęła wielką czerwoną 

różę, przełykając łzy. Jak miała to znieść? 

- Hej, Callie - powitał ją głos, dochodzący z pod-

jazdu. - Co się dzieje? 

Odwróciła się, niepewna, czy widok Cory'ego 

polepszy sytuację, czy może jeszcze ją pogorszy. 

Wiedziała jedno - nie wolno jej się rozpłakać. 

- Callie? - powtórzył z troską Cory. - Co ci jest? 

- spojrzał na Brada i w jego oczach błysnęło podaj-

background image

rzenie. - Ten facet cię zaczepia? Chcesz, żebym dał mu 

w zęby? Po tym, co dzisiaj zrobiłaś, jestem ci coś winien. 

Brad odsunął się nieco od nastolatka, wyraźnie 

szukając jakiegoś neutralnego tematu rozmowy. 

- Co za śliczne róże - zauważył, próbując wylać 

nieco oliwy na wzburzone fale. - Jaka szkoda, że 

mamy na nie uczulenie - kichnął, jakby podkreślając 

te słowa, po czym cisnął na pokryte oliwą wody 

płonącą pochodnię. - Może Marie zasadzi zamiast 

nich lilie. 

- Lilie! - napływające do oczu łzy zniknęły, 

zastąpione szaleńczą furią. - Maudie nie cierpi lilii! 

Jednocześnie rozległ się mrożący krew w żyłach 

skowyt i wściekłe warczenie, po czym Brad zniknął 

pod kupą brązowego futra. 

- Ratunku! - dobiegł ich zduszony krzyk. 

- Załatw go, Brutus - zachęcał donośnie Cory. 

- Bo jak nie, to ja się tym zajmę - zerknął na Callie. 

- Nie powiedziałaś jeszcze - za co obrywa ten gość? 

Nie zdołała powiedzieć, na podjeździe zahamował 

samochód, z którego wyprysnął Julian. Rzucił się 

w sam środek kotłowaniny i na moment zniknął 

w wirze fruwających skrawków futra i drogiego 

garnituru. Ku całkowitemu zdumieniu Callie, wynurzył 

się stamtąd po chwili, jedną ręką trzymając Brada, 

drugą zaś - Brutusa. 

- Co się tu, u ciężkiego licha, dzieje? - spytał ostro. 

- On - oznajmiła rozwścieczona Callie, oskar-

życielko wskazując Brada - chce powyrywać róże 

Maudie i zasadzić na ich miejsce lilie! Jeżeli Brutus 

nie przegryzie mu gardła, to ja to zrobię! 

Brutus posłusznie skoczył na Brada, szczerząc kły. 

Julian musiał użyć całej swojej siły, aby go po­

wstrzymać. 

- Siadaj i zamknij się! - rozkazał Julian stanowczo. 

Wbrew oczekiwaniom wszystkich obecnych. Brutus 

posłuchał natychmiast. Julian zwrócił zimne spojrzenie 

background image

na swego wspólnika. - Chcesz zasadzić lilie na miejscu 

róż Maudie? Zwariowałeś? 

- Ja zwariowałem? Ja? - krzyknął Brad, cofając się 

wolno. - Nie ma mowy! Nie kupiłbym tego domu 

wariatów, nawet gdybyś go dawał za darmo! 

- Tak? A kto cię prosił? - wtrącił swe trzy grosze 

Cory. 

- Zamknij się, Cory - Julian zazgrzytał zębami, po 

czym odwrócił się do przyjaciela. - Tak? A kto cię 

prosił, Brad? 

- Co takiego? Wszyscy tu poszaleliście? Sam mi to 

proponowałeś. Tego dnia, przez telefon. Ale teraz 

zawaliłeś sprawę. Możesz sobie zatrzymać te swoje 

zeżarte przez korniki biblioteczki, idiotyczne sufity 

i całe to obrzydliwe drewno. Kupuję mieszkanie 

w mieście! - po dwóch minutach znalazł się już 

w samochodzie i odjechał, pozostawiając po sobie 

jedynie chmurę kurzu. 

Julian zwrócił się do Callie: 

- No dobra, odegrałem twardziela. Obroniłem 

ciebie, tego durnego kundla i głupie kwiatki. A teraz 

czy mogłabyś mi powiedzieć, przed czym właściwie 

was broniłem? Właśnie zerwałem bardzo korzystną 

współpracę i zakładam, że istnieje po temu jakiś 

bardzo dobry powód. 

Cory z zainteresowaniem przenosił spojrzenia 

z Juliana na Callie. 

- Jak możesz tak stać i pytać mnie o to? - Callie 

aż zachłysnęła się powietrzem. 

- Okay, po prostu do niego zadzwonię - Julian 

odzyskał swój zwykły spokój a zadziwiającą szybkością. 

- Jazda do Chicago zajmie mu trzy godziny - no, z tą 

prędkością, dwie. 

- Może i masz prawo, aby sprzedać Willow's 

End - rzuciła gniewnie Callie - ale prędzej zburzę 

je gołymi rękami, niż pozwolę ci sprzedać je Bradowi. 

- Przez ten czas zdążył ochłonąć. 

background image

- Chciał w bibliotece umieścić saunę! 

- Najprawdopodobniej do wieczora się pogodzimy, 

Brad nie należy do tych, co długo chowają urazę 

- stwierdził z przekonaniem. 

- Julianie, czy ty mnie w ogóle słuchasz? 

Westchnął i położył jej ręce na ramionach. 

- Przepraszam cię, Callie. Ale powinnaś była trochę 

bardziej mi zaufać. Nawet gdybym zdecydował się 

sprzedać Bradowi Willow's End - a wcale tego nie 

zrobiłem - najpierw bym cię uprzedził. 

- Ale on mówił... 

- O n - tak. Ja - nie - delikatnie potrząsnął nią. 

-Kiedyś faktycznie powiedziałem Bradowi, że sprze­

dam mu Willow's End. Nie patrz na mnie takim 

nieszczęśliwym wzrokiem. Byłem wtedy wściekły i ani 

przez chwilę nie sądziłem, że weźmie to na serio. 

Z pewnością zaś nigdy nie dałem mu najmniejszych 

powodów, aby - kiedy już poznaliśmy zawartość 

testamentu Maudie - myślał, że sprzedam mu dom. 

Zakiełkowała w niej nieśmiała nadzieja. 

- Ty... chcesz zatrzymać Willow's End? 

- Jasne, że tak - wtrącił Cory. - A co myślałaś? Że 

dostał świra? 

- Dzięki, Cory - odparł sucho Julian. - Czy 

przyszedłeś tu z jakiegoś szczególnego powodu, czy 

po prostu chciałeś wystawić za szwank moją cierp­

liwość? 

Cory zastanowił się przez moment. 

- To pierwsze. Wpadłem, żeby jeszcze raz po­

dziękować Callie za to, że ocaliła moją skórę. Gdyby 

nie wyjaśniła glinom, jak się rzeczy mają, siedziałbym 

w tej chwili na tyłku w pierdlu. 

Julian spojrzał na Callie i pytająco uniósł brwi. 

- To dlatego przegrałaś zakład? Zaskoczyłaś mnie. 

Wizja Cory'ego w pace może być dość interesująca. 

Biorąc pod uwagę, że na drugiej szali spoczywał 

Willow's End, nie zawahałaś się choćby przez chwilę? 

background image

- Ani trochę - odrzekła stanowczo Callie i objęła 

go mocno. 

- I powiem ci coś jeszcze. Możesz sprzedać ten 

dom, dać go komuś w prezencie czy nawet spalić 

wraz z zawartością, i ani na jotę nie zmieni to moich 

uczuć do ciebie. Miałeś rację, „Tam dom twój, gdzie 

serce twoje". Zarówno moje serce jak i dom są tutaj 

- w twoich ramionach. Kocham cię, Julianie Lord. 

I co teraz powiesz? 

- Wygląda na to, że mogę powiedzieć tylko jedno. 

- To znaczy? - szepnęła. 

Zniżył głowę tak, że jego usta niemal dotykały jej ust 

- Że cię kocham, że chcę się z tobą ożenić. I że 

chcę z tobą mieszkać, mieć dzieci i wychowywać je 

razem tu, w Willow's End. 

- Naprawdę?-jej oczy wypełniły się łzami.-Mimo 

że tak bardzo cię zawiodłam? Mimo że przegrałam 

zakład? 

- Nie zawiodłaś mnie, nigdy nie zawiedziesz. Czy 

myślisz, że ten głupi zakład przesłoniłby mi coś tak 

ważnego, jak nasze dzieci? Pragnąłem jedynie, abyś 

uświadomiła sobie parę spraw. Zrobiłaś to. Jestem 

z ciebie dumny. 

- Ale cała ta historia z mówieniem „nie"... 

- Sama przyznaj, Callie. Mówienie „nie" sprawia 

ci pewne problemy. I masz tendencje do przyjmowania 

na siebie więcej niż możesz udźwignąć. Chciałem, 

żebyś nauczyła się pewnej ostrożności. 

- To mi się chyba udało - miała nieco niepewną 

minę. - Ale nauczyłam się czegoś więcej, 

- Czyli? - Odgarnął jej włosy z czoła. 

- Ja naprawdę lubię pomagać ludziom. Sprawia 

mi to przyjemność. I zrozumiałam, że miałeś rację... 

co do mojej matki. To rzeczywiście jedna z najbardziej ; 

samolubnych osób, jakie kiedykolwiek spotkałam, 

i nigdy nie chciałabym być taka jak ona. Może 

w rezultacie nieco przesadzam. 

background image

- A może i nie tak „nieco" - zachichotał. - I nie 

martw się. Zupełnie nie przypominasz matki - ucałował 

jej rozchylone wargi. - Jesteś jedną z najmilszych, 

najbardziej uczynnych osób, jakie mam przyjemność 

znać. 

- Kocham cię, Julianie. 

- Ja ciebie też, zielonooka. Nie jesteś jednak jedyna. 

Ja także czegoś się nauczyłem. 

- Tak? A czego? 

- Że pomimo mojej reguły numer jeden istnieją 

rzeczy, dla zachowania których, człowiek zrobi 

wszystko, nieważne jak wiele. 

Brutus wcisnął między nich mokry nos, spoglądając 

wyczekująco to na jedno, to na drugie. 

Usta Juliana musnęły jej twarz. 

- Lecz nie jestem pewien, czy twój pies jest jedną 

z tych rzeczy. 

- Nasz pies - poprawiła swego byłego brata Callie, 

po czym sama go pocałowała. - Nasz pies. 

- To się dopiero nazywa dobre zakończenie - oznaj­

mił z satysfakcją Cory. 

background image

Kilka godzin przed świtem Julian obudził się. Jego 

żena, poślubiona niecały dzień temu, leżała obok 

i spała, zaś ręce miała złożone pod brodę. Przez długą 

chwilę po prostu leżał bez ruchu, wpatrując się w nią, 

zadziwiony łączącym ich cudem miłości. 

Gdyby nie ta miłość, to nie był pewien, czy zdołałby 

przetrwać sam ślub. Przez myśl przemknęła mu seria 

obrazów: Callie, w zwiewnej białej sukni, eskortowana 

do „ołtarza" przez Brutusa; Brutus osuszający trzyj 

miski szampana i, co wydawałoby się niemożliwe, 

faktycznie bijący swój niesławny rekord z Dnia Ojców 

Założycieli; Callie, Donna i Cory uprawiający zapasy 

przed kamerami. 

Westchnął z zadowoleniem. To był dzień, którego 

nigdy nie zapomni. 

W żołądku zaburczało mu z głodu, toteż ostrożnie, 

aby nie zbudzić Callie, wyśliznął się z łóżka i zszedł 

na dół, do kuchni. Otworzył lodówkę. Dłuższy czas 

spoglądał na kawałki surowego rybiego mięsa. „Daj 

spokój, poddaj się - powiedział do siebie. - Jeśli 

jesteś dostatecznie sprytny, nauczysz się to uwielbiać. 

Tak jak nauczyłeś się kochać psy. które myślą, że są 

ludźmi, rozbebeszone domy i żony, starające się pomóc 

każdemu". 

Z rezygnacją, wzruszywszy ramionami, przeniósł 

talerz na kuchenny stół i postawił go obok czystej 

kartki papieru i pióra. Spojrzał z namysłem i ujął ją 

w palce. Zaczął pisać: 

Jak przeżyć szczęśliwe małżeństwo. 

Rozdział pierwszy: Rok pierwszy. 

Reguła numer 1... 

EPILOG