background image
background image

 

 

 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
                                   Meredith Webber 
 
                              Pierścionek zaręczynowy 
  

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 

PROLOG 

 
List od Pat McMahon do czasopisma ,,Women!": 23 lipca 
Droga Redakcjo! 
Bardzo  mi  się  podobał  artykuł  o  kawalerach  z  prowincji, 

którzy  szukają  towarzyszek  życia,  ale  moim  zdaniem 
zapomnieliście  napisać  o  najatrakcyjniejszym  z  nich,  moim 
pasierbie  Tomie.  W  wieku  trzech  lat  stracił  matkę.  Ojciec 
wychowywał go samotnie, do czasu gdy w ich życiu pojawiłam 
się ja. Miał wtedy osiem lat. Przeżyłam z jego ojcem dwanaście 
wspaniałych  lat  -  w  tej  rodzinie  są  sami  prawdziwi  mężczyźni. 
Doczekaliśmy  się  dwóch  cudownych  córek,  zanim  mój  mąż 
Zginął  tragicznie  w  katastrofie  małego  samolotu.  Jedna  z 
dziewczynek miała wtedy osiem, druga dwa lata. 

Tom  przejął  rolę  pana  domu  i  przez  dziesięć  lat  był  dla 

przyrodnich  sióstr  jednocześnie  ojcem  i  bratem.  Rok  temu, 
kiedy  ponownie  wyszłam  za  mąż,  mógł  się  uwolnić  od  tych 
obowiązków i pójść za głosem serca. Zawsze chciał wyjechać z 
miasta  i  rozpocząć  praktykę  weterynaryjną  gdzieś  w  głębi 
kontynentu.  Jednak  jego  narzeczona  nie  chciała  zrezygnować  z 
miejskich wygód, więc się rozstali. 

Jeśli  są  gdzieś  kobiety,  które  szukają  dobrego,  troskliwego, 

czułego  mężczyzny  z  głębi  australijskiego  interioru,  to  Tom 
będzie dla nich ideałem. 

Fragment e-maila od Toma Fleminga do Grace Winthrop: 
6 sierpnia 
Grace, dziękuję za wiadomość. Miło było dowiedzieć się, co u 

ciebie  słychać.  Tak,  podoba  mi  się  na  prowincji,  wreszcie 
znalazłem  swoje  miejsce.  Wiem,  że  mnie  zrozumiesz,  więc  ci 
powiem,  że  kawalerskie  życie  bardzo  mi  odpowiada. 
Oczywiście szkoda mi tego, co nas łączyło, ale tak długo byłem 
jedynym  mężczyzną  w  domu,  że  brak  kobiet  w  najbliższym 
otoczeniu jest dla mnie czymś wspaniałym. Pewnie za jakiś czas 
przestanie mi się to podobać, ale mam nadzieję, że obecny stan 

1

RS

background image

 

 

potrwa  przynajmniej  rok  lub  dwa  lata.  Mogę  korzystać  z 

łazienki, nie zawadzając głową o schnące na suszarce rajstopy i 
bieliznę,  nikt  nie  podkrada  mi  maszynki  do  golenia,  żeby 
wydepilować  nogi.  Brudne  talerze  mogą  leżeć  w  zlewie  przez 
cały dzień, a kurze wycieram, dopiero kiedy mogę się podpisać 
palcem na blacie stołu. Nie wspomnę o tym, Że codziennie jem 
na kolację stek z frytkami. Wiem, że to niezdrowe, ale nareszcie 
czuję, że żyję tak, jak chcę. 

To świetnie, że jesteś zadowolona z pracy... 
E-mail od Sally Warburton do siostry, Grace: 
8 sierpnia Cześć, Gracie! 
Mówiłaś,  że  twój  facet  w  najbliższej  przyszłości  nie  jest 

narażony  na  ataki  drapieżnych  kobiet  i  zamierzasz  puścić  go 
samego do Merriwee, żeby tam odzyskał zdrowy rozsadek. Nie 
wiem  jednak,  czy  czytałaś  najnowszy  numer  ,,  Women!" 
Przeczytaj sobie list do redakcji na stronie 37! 

Sally 
Wiadomość od Grace Warburton dla szefa, Marka Collinsa: 
9 sierpnia 
Mark,  wiem,  że  to  niespodziewana  prośba,  ale  chciałabym 

wziąć  sześć  tygodni  bezpłatnego  urlopu,  jak  tylko  znajdziesz 
kogoś,  kto  by  mnie  zastąpił.  Najchętniej  od  końca  bieżącego 
miesiąca. To dla mnie bardzo ważne z przyczyn osobistych. 

Wiadomość  od  redaktor  naczelnej  magazynu  ,,Wo-men!"  do 

Carrie Kilmer, najlepszej reporterki w zespole redakcyjnym: 

2 września 
Carrie,  w  załączniku  znajdziesz  list  od  kochającej  macochy. 

Kłopot  polega  na  tym,  że  wydrukowaliśmy  go  kilka  tygodni 
temu  i  już  otrzymaliśmy  więcej  odpowiedzi  niż  po  serii 
artykułów  o  kawalerach  z  prowincji.  Listy  zostaną  przekazane 
Tomowi  przez  macochę,  ale  uważam,  że  ktoś  od  nas  powinien 
pojechać do jego samotni i przeprowadzić z nim wywiad. Udało 
mi  się  ustalić,  że  mieszka  w  miejscowości  o  nazwie  Merriwee. 
Zrób  mu  dużo  zdjęć  ze  zwierzętami,  to  zawsze  robi  dobre 

2

RS

background image

 

 

wrażenie. Pomyśl, jaka to byłaby sensacja, gdyby udało się nam 
znaleźć  mu  żonę.  Na  sobotę,  dziewiątego  września, 
zarezerwowałam  ci  bilet  na  samolot  do  najbliższego  miasta, 
które  posiada  regularne  połączenia  lotnicze.  Dołączam 
potwierdzenie kupna biletu. 

E-mail  od  Penelope  Fleming  do  siostry,  Patience,  studentki 

mieszkającej w akademiku: 

6 września Cześć, Patience! 
Nawet  nie  masz  pojęcia,  ile  listów  mama  przekazała  już 

Tomowi! A wszystkie od kobiet, które chcą się za niego wydać. 
Zastanawiam  się,  dlaczego  mama  napisała  taki  list  do  gazety. 
Chyba  uważa,  że  Tom  jest  samotny.  Wiesz,  dla  niej  miłość  i 
małżeństwo  to  najważniejsze  rzeczy  na  świecie  i  chce,  żeby 
Tom  ich  doświadczył.  Teraz  osaczą  go  kobiety,  a  on  przecież 
nigdy nie potrafił dobrze wybrać. Pamiętasz Antheę, która była 
jeszcze  przed  Straszną  Grace?  Tę,  która  go  namawiała,  żeby 
sobie kupił  garnitur  od  Armaniego.  Biedny  Tom! On  po prostu 
nie  potrafi  odmówić  kobiecie.  Wiem,  że  Grace  mu  się 
oświadczyła.  Słyszałam  na  własne  uszy.  Szczęśliwym  trafem 
dostała  awans  i  postanowiła  nie  wyjeżdżać  na  prowincję. 
Tomowi  wmówiła,  że  nie  może  tam  zamieszkać,  bo  cierpi  na 
alergię.  W  każdym  razie  sądzę,  że  ktoś  powinien  do  niego 
pojechać  i  rzucić  okiem  na  te  wszystkie  baby,  które 
niewątpliwie  się  do  niego  zgłoszą.  Ponieważ  ty  studiujesz, 
muszę  jechać  ja.  W  szkole  i  tak  nic  ciekawego  się  nie  dzieje. 
Wiem,  że  będziesz  próbowała  mnie  od  tego  odwieść,  więc  już 
zarezerwowałam bilet lotniczy przez internet. 

Czy  mogłabyś  jednak  przyjechać  w  piątek  do  domu?  W 

sobotę  rano  udałybyśmy,  że  się  wybieramy  po  zakupy. 
Odwiozłabyś  mnie  na  lotnisko,  a  kiedy  już  będę  siedziała  w 
samolocie,  zadzwonisz  do  Toma  i  wytłumaczysz  wszystko 
mamie.  Mogłabyś  powiedzieć,  że  w  szkole  byłam  bardzo 
nieszczęśliwa  i  pojechałam  do  brata,  żeby  mnie  pocieszył.  Jak 
już  do  niego  dotrę,  na  pewno  pozwoli  mi  zostać  na  miesiąc.  A 

3

RS

background image

 

 

potem  będą  wakacje  i  przyjedziecie  tam  z  mamą.  Jeśli  do  tego 
czasu nie uda mi się załatwić wszystkiego jak trzeba, będziemy 
musiały się poddać! 

E-mail od Anny Talbot do narzeczonego, Philipa Ducartesa: 
7 września 
Tak  więc,  najdroższy,  przyzwyczajam  się  już  do  życia  w 

mojej  osadzie,  zagubionej  gdzieś  w  australijskim  buszu.  Nadal 
jestem ci bardzo wdzięczna, że rozumiesz, jak wielkie znaczenie 
ma  dla  mnie  pobyt  tutaj.  Problem  mam  jedynie  z  kotką,  którą 
przygarnęłam  w  Melbourne.  Najwyraźniej  jest  to  stworzenie 
miejskie,  nienawykłe  do  wiejskiego  życia  i  nie  chce  wyjść  z 
transportera,  w  którym  je  tu  przywiozłam.  Próbowałam  już 
wszystkiego,  więc  jutro,  jeszcze  przed  rozpoczęciem  pracy, 
poszukam weterynarza... 

Reszta wiadomości miała charakter bardzo osobisty. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

4

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Anna  rozejrzała  się  po  niewielkim  salonie  i  z  aprobatą 

kiwnęła  głową.  Na  ścianach  wisiały  obrazki  przedstawiające 
barwne ryby wśród raf koralowych, a przykrywający zniszczoną 
podłogę niebieski dywan doskonale pasował do koloru wody na 
obrazkach. 

Na  telewizorze  ustawiła  zdjęcia  rodziców  i  zwierząt,  które 

zostały w rodzinnym domu - dobermana Kurta, kota Fancy oraz 
Streaka,  ukochanego  konia  pełnej  krwi,  który  dobiegał  już 
sędziwego  wieku.  Na  środku  małego  okrągłego  stołu  leżała 
serweta  wyszywana  przez  matkę  Anny,  a  na  niej  stał  wazon, 
który Anna znalazła na targu podczas wędrówek po Melbourne. 

Ponieważ  przed  jej  domkiem  nie  było  trawy  ani  kwiatów, 

zerwała  kilka  gałązek  z  eukaliptusa  rosnącego w połowie drogi 
do szpitala. Zapach liści przypominał jej o domu i dzięki niemu 
nowe mieszkanie od razu wydało się bardziej przytulne. 

- Teraz jeszcze tylko muszę zrobić porządek z tobą 
-  powiedziała,  wchodząc  do  kuchni  połączonej  z  aneksem 

jadalnym. Stała tu mała klatka służąca do przewożenia zwierząt, 
a  w  jej  kącie  siedziała  kotka  i  patrzyła  na  Annę  groźnie.  -  Daj 
spokój, przecież musisz coś zjeść 

-  przekonywała  ją  Anna.  -  Mam  jeszcze  sporo  roboty,  więc 

może  byś  rozejrzała  się  po  domu?  Kuwetę  ze  żwirkiem 
ustawiłam ci w łazience, więc nie musisz wychodzić na dwór. 

Kotka  zmrużyła  jaskrawoniebieskie  oczy  i  cicho  mruknęła. 

Anna westchnęła. W ciągu pierwszych tygodni w Melbourne tak 
bardzo brakowało jej domowych zwierząt, że z radością przejęła 
opiekę  nad  Cassie,  kotką  koleżanki  wracającej  do  RPA. 
Wydawało jej się, że przez te parę tygodni, kiedy szukała pracy, 
połączyła  ją  z  kotką  pewna  więź  -  o  ile  w  ogóle  możliwa  jest 
więź między człowiekiem a niezależnym kotem syjamskim. 

Trzydniowa  podróż  na  północ,  do  centralnej  części  stanu 

Queensland, uprzytomniła jej, że tak nie jest. Cass nie miała nic 

5

RS

background image

 

 

przeciwko  podróżowaniu  samochodem  -  w  mieście  często 
jeździła usadowiona przy tylnej szybie, niczym ozdobna figurka. 
Jednak  szybko  wyszło  na  jaw,  że  jest  kotem  typowo  miejskim. 
Otwarte przestrzenie przerażały ją do tego stopnia, że miauczała 
rozpaczliwie i szarpała się na smyczy, którą Anna zakładała jej 
na czas postoju przy drodze czy noclegu w motelu. 

-  Twoi  przodkowie  polowali  w  dżunglach  południowo-

wschodniej  Azji  -  tłumaczyła  jej  Anna  -  a  ty  chowasz  się  w 
klatce  jak  ktoś,  kto  nigdy  nie  wyszedł  poza  cztery  ściany 
własnego domu. 

Kotka  powoli  zamrugała  oczami  i  dumnie  uniosła  łepek, 

jakby dając do zrozumienia, że jej przodkowie byli ulubieńcami 
na królewskich dworach, a nie leśnymi włóczęgami. 

-  Dobrze.  Siedź  tam  sobie.  Ja  idę  na  spacer.  Rozmawianie  z 

kotem nie jest zbyt mądre, ale po 

długiej  podróży  przez  pustkowie  Anna  też  nabrała  obaw. 

Praca lekarza na dalekiej prowincji zaczynała ją przerażać, choć 
kiedyś wydawała jej się wspaniałą przygodą. Anna urodziła się i 
wychowała  w  mieście.  Oczywiście  w  Południowej  Afryce, 
podobnie  jak  w  Australii,  są  rozległe  bezludne  tereny,  ale  ona 
nigdy  ich  nie  odwiedzała.  Pustkowie,  które  pokonała,  jadąc 
tutaj,  powiększyło  dystans,  jaki  przebyła  w  pogoni  za  swoimi 
marzeniami. 

Pół roku temu wyjechała z rodzinnego kraju. 
-  Pochodzę  z  Durbanu  -  wyjaśniła  Elizabeth  Foster, 

kierowniczce  biura,  która  poprzedniego  dnia  powitała  ją  w 
gronie  pracowników,  przedstawiła  dyżurującym  kolegom,  a 
potem zaprowadziła do domku nieopodal szpitala. 

Chociaż Anna naszkicowała mapę swojego kraju i zaznaczyła, 

gdzie  dokładnie  leży  Durban,  Elizabeth  miała  taką  minę,  jakby 
nie  wierzyła,  że  w  RPA  istnieją  jakieś  miasta  poza 
Johannesburgiem i Kapsztadem. 

-  Kiedy  tu  przyjechałam,  niewiele  wiedziałam  o  Australii  - 

przyznała Anna, zwracając się do kotki. 

6

RS

background image

 

 

Potrząsnęła  głową,  z  haczyka  obok  kuchennych  drzwi  zdjęła 

słomkowy kapelusz z szerokim rondem i wyszła z domu. 

Poprzedniego  dnia,  przy  okazji  wyprawy  do  supermarketu, 

zauważyła, że linia kolejowa przecina Merriwee na dwie części. 
Szpital znajdował się na obrzeżach części zajętej głównie przez 
osiedla  mieszkaniowe,  natomiast  sklepy,  urzędy  i  różne  firmy 
mieściły się po drugiej stronie torów. 

Ciekawe, czy mieszkam w dobrej dzielnicy, zastanawiała się, 

mijając szpital i wychodząc na wiodący do niego długi podjazd. 
Ulice  miały  tu  twardą  nawierzchnię,  ale  piesi  musieli  się 
poruszać  po  zarośniętych  chwastami  żwirowych  ścieżkach. 

Łatwo było skręcić kostkę, więc Anna postanowiła iść skrajem 
jezdni. Tym bardziej że właściwie nic tędy nie jeździło. 

Dotarła do głównej drogi i skręciła w lewo. Już miała przejść 

przez  tory  -  na  których  jeszcze  nie  widziała  żadnego  pociągu  - 
gdy  zobaczyła  niebieską  tablicę  z  napisem:  ,,Lekarz 
weterynarii". Strzałka wskazywała na boczną uliczkę. 

Kierowana  współczuciem  dla  zestresowanej  kotki,  Anna 

poszła  we  wskazanym  kierunku.  Na  końcu  żwirowej  alejki, 
ukryta  za  kępą  drzew,  znajdowała  się  przychodnia.  Gdy  Anna 
do  niej  dotarła,  zdała  sobie  sprawę,  że  zatoczyła  wielkie  koło. 
Gabinet weterynarza znajdował się tuż obok jej nowego domu. 

Chociaż  było  późne  popołudnie,  nadal  panował  upał,  toteż  z 

ulgą  skryła  się  w  cieniu.  Rosły  tu  eukaliptusy  i  znane  jej  z 
rodzinnych  stron  jakarandy,  poincjany  i  szerokolistne  figowce. 
Im bardziej zbliżała się do celu swej wędrówki, tym cień stawał 
się  głębszy.  Kiedy  wreszcie  zobaczyła  sam  dom,  odniosła 
wrażenie, że zieleń chce go wchłonąć. Dzięki temu na szerokiej 
werandzie na pewno panuje miły chłód, a zimą dom jest dobrze 
chroniony przed wiatrem. 

Rozejrzała  się  i  spostrzegła  obok  domu  niewielki  pawilon. 

Domyśliła  się,  że  to  przychodnia.  Drzwi  były  zamknięte, 
chociaż  tabliczka  głosiła,  że  lekarz  przyjmuje  od  godziny 
szesnastej do osiemnastej, od poniedziałku do piątku. 

background image

 

 

Anna wiedziała, że jest piątek, mniej więcej potrafiła określić 

godzinę,  ale  odruchowo  zerknęła  na  zegarek.  Czwarta 
trzydzieści, więc powinno być otwarte. 

Nie  było  wzmianki  o  dyżurze  w  sobotę  i  niedzielę,  a 

zaniepokojona  stanem  kota  Anna  nie  chciała  czekać  do 
poniedziałku,  więc  przeszła  na  tyły  budynku,  w  nadziei,  że 
znajdzie tam kogoś, kto udzieli jej informacji. 

Przylegający  do  budynku  rząd  niewielkich,  ogrodzonych 

siatką wybiegów sugerował, że istnieje tu również szpital. Anna 
szła, 

zaglądając 

do 

przypominających 

klatki 

boksów. 

Przystanęła przy owczarku niemieckim, który leżał w jednym z 
nich  i  znużony  wpatrywał  się  w  łapę  w  gipsie.  Przemówiła  do 
niego  cicho,  ale  pies  nie  zareagował,  więc  postanowiła  odejść. 
Wtedy zauważyła, że za psem coś się poruszyło. 

-  Hej!  Jest  tam  kto?  -  zawołała,  spostrzegłszy  w  cieniu 

ceglanej  ściany  sylwetkę  człowieka,  który  przykucnął  przy 
drzwiach prowadzących z budynku na psi wybieg. 

-  Jest,  jest!  -  odrzekł  ten  ktoś  gderliwie.  -  Ale  jak  nie  chcę 

wyjść, to chyba jasne, że nie mam ochoty na rozmowę. 

Zaskoczona  taką  nieprzyjemną  reakcją  w  kraju,  gdzie 

dotychczas spotykała tylko miłych ludzi, postanowiła nie dać się 
wystraszyć. 

-  Muszę  porozmawiać  z  weterynarzem  -  oznajmiła.  -  Moja 

kotka dostała paranoi i nie wiem, co mam począć. 

-  Co  takiego?  -  Mężczyzna  wstał  i  Anna  zauważyła,  że  jest 

wysoki.  Musiało  mu  być  bardzo  niewygodnie,  kiedy  kucał  w 
ciasnych  drzwiach  na  wybieg.  -  Jesteś  Angielką?  Czyżby  Pat 
rozszerzyła działalność? Dała ogłoszenie w internecie? 

Anna  spojrzała  czujnie  na  nieznajomego.  Może  to  szaleniec? 

Na szczęście stał na drugim końcu ośmiometrowego wybiegu, a 
w dodatku dzieliło ich ogrodzenie. 

-  Nie  wiem,  o  czym  mówisz  i  kto  to  jest  Pat,  ale  nie  jestem 

Angielką  -  odrzekła.  -  Pochodzę  z  Południowej  Afryki.  To 
znaczy tam się wychowałam, a urodziłam się w Anglii... 

8

RS

background image

 

 

-  Daruj  sobie!  -  wymamrotał  z  irytacją,  jakby  jej  odpowiedź 

była kroplą przepełniającą czarę. 

Anna postanowiła skupić się na Cassie. 
-  Chodzi  o  moją  kotkę.  Jesteś  weterynarzem?  A  jeśli  nie,  to 

czy możesz mi powiedzieć, gdzie mogę go albo ją znaleźć? 

Mówiła  wolno  i  wyraźnie,  na  wypadek,  gdyby  mężczyzna 

miał  kłopoty  ze  zrozumieniem  jej  akcentu  lub  w  ogóle  języka 
angielskiego. On jednak zwrócił uwagę na najmniej ważną część 
jej wypowiedzi. 

-  Albo  ją?  -  powtórzył.  -  Tu  weterynarz  musi  się  zajmować 

dużymi  zwierzętami.  W  tych  okolicach  hoduje  się  bydło  rasy 
Brahman.  Żadna  ze  znanych  mi  kobiet  weterynarzy  nie  dałaby 
sobie rady z tym zwierzęciem. Niewielu mężczyzn to potrafi. 

Anna  za  wszelką  cenę  starała  się  nie  zdenerwować. 

Mężczyzna  wyglądał  całkiem  normalnie,  a  w  dodatku  miał 
wspaniały  głos  -  głęboki,  dźwięczny,  trochę  szorstki. 
Oczywiście nie było to gwarancją, że jest zdrowy na umyśle. 

- Aleja nie potrzebuję weterynarza dla krowy, tylko dla kotki - 

oznajmiła. Przypomniała sobie, że Philip też ma miły głos i jest 
przystojny. 

- Hodujesz bydło? - spytał jakby z zainteresowaniem. 
-  Skąd  ten pomysł?  Myślisz, że  przyjechałam do  Australii ze 

stadem krów? 

-  Nie,  ale  mogłaś  się  postarać  o  kilka  sztuk  dla  pozoru. 

Zdeterminowaną kobietę stać na wiele. 

Ta  dziwaczna  odpowiedź  mogła  świadczyć  o  tym,  że 

mężczyzna  naprawdę  jest  wariatem.  Jednak  rozmowa  stała  się 
na tyle interesująca, że Anna postanowiła jej nie przerywać. 

- Dlaczego zdeterminowana kobieta miałaby kupować bydło? 

- spytała zdziwiona, przysuwając twarz do siatki. 

-  Z  tego  samego  powodu;  dla  którego  wzięłaby  sobie  kota!  - 

odparował  triumfalnie.  -  Z  powodu  tego  głupiego  listu  w 
idiotycznym  kobiecym  piśmie,  według  którego  droga  do  serca 
weterynarza  wiedzie  przez  miłość  do  zwierząt.  Cóż,  spóźniłaś 

9

RS

background image

 

 

się. Były już tu różne inne, z psami, papużkami, a pewnie nawet 
ze stonogami. Ale ja nie szukam żony! Zrozumiano? - Wyrzucił 
ramiona  w  górę  i  wymamrotał  z  obrzydzeniem:  -  Baby...  - 
Opuścił boks i odszedł. 

Anna ruszyła jego śladem. Być może ten facet ma nie po kolei 

w  głowie,  ale  chyba  jest  weterynarzem.  A  nawet  szalony 
weterynarz  jest  lepszy  niż  żaden,  kiedy  trzeba  szybko  pomóc 
zestresowanej  kotce.  Zauważyła,  że  mężczyzna  otwiera  furtkę 
wiodącą  na  małe  podwórko.  Dwie  kozy  zaczęły  na  jego  widok 
beczeć z radości, a może z głodu, co przyciągnęło jego uwagę i 
pozwoliło Annie niepostrzeżenie stanąć u jego boku. 

- Więc jeśli chodzi o kota... - zaczęła i uśmiechnęła się, kiedy 

na dźwięk jej głosu podskoczył i cicho krzyknął. 

Odwrócił  się  szybko  i  gdy  ją  zobaczył,  cofnął  się  o  krok. 

Przez nieuwagę zaczepił butem o koryto z wodą i runął jak długi 
na ziemię, klnąc przy tym tak siarczyście, że Annie uszy więdły. 
Uznała, że jest częściowo odpowiedzialna za ten wypadek, więc 
przestała  chichotać.  Przyszło  jej  to  z  trudem,  ponieważ  widok 
był wyjątkowo zabawny. Wyciągnęła rękę do mężczyzny, drugą 
odpychając zaciekawioną kozę. 

-  Pomogę  ci.  Sprawdź,  czy  możesz  wstać.  Spojrzał  na  nią  z 

niechęcią i wstał samodzielnie. Na 

spodniach i koszuli widniały mokre plamy. Anna oszacowała 

go  profesjonalnym  wzrokiem  lekarza.  Nie  spostrzegła,  by  coś 
mu dolegało, oprócz całkowitego braku poczucia humoru. 

Przy  okazji  stwierdziła,  że  jest  bardzo  przystojny: 

czarnowłosy,  wysoki,  o  surowych  rysach.  Zaraz  jednak 
przypomniała  sobie,  że  przecież  woli  blondynów.  Dotknęła 
palcem pierścionka, który dostała od Philipa, i przeprosiła go w 
myślach  za  analizowanie  wyglądu  innego  mężczyzny.  Ale  w 
końcu tylko ślepiec by nie zauważył takiego przystojniaka. 

- Nic ci nie jest? - zapytała. 
Posłał  jej  gniewne  spojrzenie.  Oczy  miał  niebieskie  niczym 

bławatki. 

10

RS

background image

 

 

-  Nieważne  -  burknął,  przesuwając  dłońmi  po  koszuli.  Miało 

to na celu usunięcie brudu, ale tylko pogorszyło sytuację. - A w 
ogóle  o  co  ci  chodzi?  Nie  rozumiesz,  co  to  znaczy  ,,nie"?  A 
może kobiety z RPA nie znają tego słowa? 

Teraz  nie  tylko  znieważał  kobiety  w  ogóle,  ale  również  jej 

kraj. Anna wyprostowała się i zmarszczyła czoło. 

-  Nigdy  dotąd  nie  spotkałam  się  z  podobnym  grubiaństwem. 

Rozumiem,  że  masz  jakiś  niezdrowy  wstręt  do  kobiet.  A  może 
to  mania  prześladowcza?  Niestety,  pewnie  jesteś  jedynym 
weterynarzem  w  okolicy,  więc  muszę  znieść  twoje  dziwactwa 
dla dobra mojej kotki. 

Zamrugał powiekami i jakby się zmieszał. 
- Naprawdę masz kota? 
-  Sądziłeś,  że  zmyślam?  Ze  podróżuję  po  Australii  z 

wymyślonym  kotem?  -  warknęła.  -  Oczywiście,  że  mam  kota! 
Inaczej po co miałabym tu przychodzić? 

-  ,,Oczywiście,  że  mam  kota"  -  przedrzeźniał  jej  akcent. 

Potem dodał swoim normalnym głosem: - Jakoś go tu nie widzę. 
W  Australii  na  ogół  przynosi  się  chore  zwierzę  ze  sobą,  kiedy 
się idzie do weterynarza. 

Anna  wzięła  głęboki  oddech.  Owszem,  facet  jest  przystojny, 

ale też irytujący. Doprowadzają do szału! 

-  Nie  przyniosłam  kotki,  bo  wcale  się  tu  nie  wybierałam. 

Szłam  do  miasta  i  po  drodze  zobaczyłam  tablicę.  Zresztą  i  tak 
nie  przyniosłabym  Cass.  Gdybym  ją  zamknęła  i  wyniosła  poza 
dom, jej psychiczna zależność od klatki jeszcze by się pogłębiła. 
Potrzebuję tylko rady. 

Zmrużył oczy i spojrzał na nią czujnie. 
-  Twoja  kotka  jest  psychicznie  uzależniona  od  podróżnej 

klatki? - spytał z niedowierzaniem. 

Anna postanowiła je zignorować i tylko kiwnęła głową. 
-  Nie  chce  z  niej  wyjść.  Próbowałam  ją  skusić  ulubionymi 

przysmakami,  odsuwałam  coraz  dalej  jedzenie  i  miseczkę  z 
wodą, ale mimo to nie chce się ruszyć. 

11

RS

background image

 

 

Wciąż  patrzył na  nią  z  powątpiewaniem, lecz Anna  wyczuła, 

że jej słowa go zainteresowały, więc mówiła dalej: 

- Nie chce też korzystać z kuwety, choć to zwykle najczystszy 

kot pod słońcem. 

Zmarszczył brwi i przyglądał jej się z dezaprobatą. 
- Czy coś je? - zapytał. 
- Już mówiłam, że nie. 
- Pije? 
- Wypiła trochę mleka. 
-  Jak  mogła  wypić  mleko,  skoro  nie  wychodzi  z  klatki,  a 

miski stoją w pewnej odległości? 

-  Ponieważ  przysunęłam  jej  miskę  pod  nos  -  odparła 

zirytowana. - Przecież nie mogę dopuścić, żeby się odwodniła. 

- I niby co ja mam zrobić? Jestem weterynarzem, a nie kocim 

psychologiem. 

-  Wydawało  mi  się,  że  na  studiach  weterynaryjnych  uczą  o 

zachowaniach  zwierząt.  Właściwie  to  nawet  jestem  pewna,  że 
tak jest. Ale z jakiegoś powodu, prawdopodobnie dlatego że sam 
potrzebujesz pomocy specjalisty, jeśli chodzi o kontakty z płcią 
przeciwną,  odmawiasz  mi  porady.  Tak  się  składa,  że  bardzo 
lubię tę kotkę i nie zrezygnuję z szukania dla niej ratunku tylko 
dlatego,  że  natknęłam  się  na  ograniczonego  szowinistę,  który 
ukrywa się przed ludźmi w klatce psa. 

Oparła ręce na biodrach i spojrzała na niego wyzywająco, ale 

ku  jej  zdziwieniu  nie  podjął  sprzeczki,  tylko  głośno  się 
roześmiał. 

- Mam nadzieję, że nie ze mnie się śmiejesz. - Zrobiła surową 

minę, jednak tak naprawdę wcale nie rozgniewał jej dźwięk jego 

śmiechu. Ten śmiech przypominał jej wuja Freda, który zawsze 

śmiał się wesoło, ciepło i przyjaźnie. Ten grubiański nieznajomy 
nie  ma  prawa  śmiać  się  tak  jak  wuj  Fred!  Trudno  jednak  robić 
mu z tego zarzut. Przecież nie można nikomu ukraść śmiechu. 

Zastanawiała  się  właśnie,  co  powiedzieć,  kiedy  mężczyzna 

ujął jej dłoń i uniósł do góry. Brylant zamigotał w słońcu. 

12

RS

background image

 

 

- Co to? Pierścionek zaręczynowy? A, to zupełnie co innego. 

Chociaż  to  pewnie  cyrkonia.  Kogo  stać  na  brylant  wielkości 
najedzonego bydlęcego kleszcza? 

Anna wyrwała rękę, ale przedtem zdążyła jeszcze wyczuć, że 

jego dłonie są stwardniałe od pracy. 

-  Kleszcz  bydlęcy?  Porównujesz  mój  brylant  do  kleszcza? 

Dowiedz  się  więc,  że  to  jest  najwyższej  klasy  niebieski 
południowoafrykański brylant, rzadko spotykanej czystości! 

Znów zmierzyła go złym wzrokiem, choć nie robiło to na nim 

wrażenia. Roześmiał się tylko i wziął ją pod ramię. 

-  Chodź,  obejrzymy  twojego  kota  -  powiedział.  Annę 

zaskoczyła jego bezpośredniość. A jeszcze 

bardziej  zdziwiła  ją  jej  reakcja  na  jego  dotyk.  Poczuła,  że 

skóra  pali  ją  żywym  ogniem  i  ledwo  się  powstrzymała,  by 
gwałtownie nie wyrwać ręki z jego uścisku. 

Tom  zaś  natychmiast  pożałował,  że  jej  dotknął,  ale  teraz  już 

nie  wypadało  się  odsunąć.  Problem  polegał  na  tym,  że  ta 
dziewczyna  przypominała  mu  Penny,  a  właściwie  obie 
przyrodnie siostry, które nigdy nie dawały za wygraną i kłóciły 
się  z  nim  tak  samo  jak  ta  nieznajoma.  Jednak  to  za  Penny 
bardziej  tęsknił.  Czy  dlatego,  że  często  go  rozśmieszała? 
Możliwe. 

W  każdym  razie  zachował  się  tak,  jak  w  takiej  sytuacji 

zachowałby  się  wobec  Pen,  a  właściwie  również  wobec 
Patience.  Wziął  swego  gościa  pod  ramię  i  poprowadził  do 
gabinetu. 

-  Gdzie  jest  kotka?  Trzeba  pojechać  samochodem? 

Nieznajoma rozejrzała się po podwórzu. 

-  Czy  szpital  jest  po  tamtej  stronie?  -  Wskazała mniej więcej 

prawidłowy  kierunek.  -  Trudno  mi  się  zorientować,  bo  drzewa 
zasłaniają widok. Przyszłam tu wzdłuż torów kolejowych, ale na 
pewno jest jakaś krótsza droga. 

- Szpital? Po co ci szpital? Zabrałaś tam kotkę? Patrzył na nią 

trochę  ze  zdziwienia,  a  trochę  dlatego,  że  była  wyjątkowo 

13

RS

background image

 

 

atrakcyjną  kobietą,  może  nawet  piękną.  Nie  był  tego  pewien, 
ponieważ  jej  twarz  zasłaniał  kapelusz.  Niskim  mężczyznom 
może  przeszkadzałby  jej  wzrost,  ale  Tom  od  całowania 
niewysokich kobiet już nieraz nabawił się bólu kręgosłupa, więc 
jej wzrostu wcale nie uznał za wadę. Oczywiście wcale nie miał 
ochoty się z nią całować. 

Była  szczupła  -  pewnie  cały  czas  przestrzega  jakiejś  diety  - 

miała  długie  nogi,  szczupłe  ramiona  i  ciało  zaokrąglone  we 
wszystkich 

odpowiednich 

miejscach. 

Pasowała 

do 

tej 

prowincjonalnej mieściny jak koń czystej krwi do stada dzikich 
koni.  Wąska  minispódniczka  opinała  jej  uda,  elastyczna  bluzka 
odsłaniała  kawałek  opalonego  brzucha.  Na  nogach  miała 
ozdobione  stokrotkami  niedorzeczne  klapki na  koturnach, które 
zupełnie  się  nie  nadawały  do  chodzenia  po  wiejskich  drogach. 
Można w nich łatwo skręcić kostkę. 

Teraz  patrzyła  na  niego  uważnie,  pewnie  dlatego,  że  nagle 

zamilkł.  Mógł  się  lepiej  przyjrzeć  jej  doskonale  symetrycznej 
twarzy.  Uwagę  przyciągały  przede  wszystkim  jej  migdałowego 
kształtu zielone oczy, ocienione długimi złocistymi rzęsami. Ich 
piękno podkreślały łukowato zarysowane brwi. Tylko że teraz te 
brwi zmarszczyły się surowo. 

Nieznajoma  szacowała  go  wzrokiem  jak  on  ją.  I  chyba  nie 

bardzo się jej spodobał. Patrzyła na niego jak na okaz w zoo, co 
prawda podpisany Homo sapiens, ale ze znakiem zapytania. 

-  Po  co  miałabym  zabierać  kotkę  do  szpitala?  -  zapytała  w 

końcu, nie kryjąc zdumienia. 

- Powiedziałaś, że tam właśnie jest - przypomniał jej- 
Uśmiechnęła się, a Tom poczuł, że gwałtownie zmniejsza się 

jego  antypatia  do  kobiet,  której  się  ostatnio  nabawił.  W  jego 
głowie  natychmiast  rozbłysło  czerwone  światło  alarmowe.  One 
wiedzą,  jak  się  do  ciebie  dobrać,  przypomniał  mu  wewnętrzny 
głos.  Kuszą  pięknym  ciałem,  wabią  pełnymi  wargami,  uwodzą 
cię, udając, że chodzi im tylko o romans, a zanim się obejrzysz, 
jesteś już zaręczony, chociaż sam nie wiesz, czy tego chciałeś... 

14

RS

background image

 

 

Choć  przecież  z  Grace  właśnie  tego  chciał.  Małżeństwo, 

rodzina, dzieci... 

-  Moja  kotka  jest  blisko  szpitala,  bo  tam  właśnie  mieszkam. 

Jestem nowym lekarzem. Nazywam się Anna Talbot. 

Wyciągnęła  rękę  -  nie  tę  z  zaręczynowym  pierścionkiem  -  i 

mimo  że  czerwone  światło  nadal  pulsowało,  Tom  uścisnął  jej 
dłoń i wcale nie miał ochoty jej puścić. 

- Nowy lekarz, co? - Zmierzył wzrokiem jej skąpy strój. - Na 

pewno ożywisz atmosferę w tym miasteczku. 

- Uśmiechnął się, ale nagle w jej oczach zobaczył strach. 
-  Żartujesz  sobie  ze  mnie,  prawda?  Jestem  ubrana 

nieodpowiednio,  tak?  Wczoraj  robiłam  zakupy  i  wszyscy  byli 
dla  mnie  bardzo  mili,  ale  przyglądali  mi  się  ukradkiem. 
Przyjaciele  z  Melbourne  mnie  ostrzegli,  że  tu  będzie  bardzo 
gorąco. Powiedzieli, żeby wziąć lekkie rzeczy i... 

- Moje siostry by uznały, że wyglądasz rewelacyjnie 
-  zapewnił  ją  Tom  i  uścisnął  jej  miękką  dłoń.  -  A  w  tym 

mieście  przydałaby  się  jakaś  odmiana,  więc  ubieraj  się,  jak 
chcesz. A tak przy okazji, jestem Tom Fleming. I przepraszam, 
jeśli moje zachowanie wydało ci się dziwaczne, ale... 

Zdał  sobie  sprawę,  że  tłumaczenie  zajęłoby  bardzo  dużo 

czasu, więc postanowił pokazać, o co chodzi. 

-  Sama  zobacz.  -  Pociągnął  ją  za  sobą  i  tylnym  wejściem 

wprowadził do kuchni. 

Na  podłodze  stały  trzy  wielkie  worki  z  listami,  a  listy  z 

czwartego leżały rozrzucone na stole. 

- Ten ostatni worek dotarł do mnie dzisiaj. 
- Listy od wielbicielek? - Spojrzała na niego badawczo, jakby 

chciała  sobie  przypomnieć,  czy  gdzieś  go  widziała.  -  Jesteś 
gwiazdą telewizji  udającą  weterynarza?  A  może to jakiś reality 
show? Prawdziwe życie weterynarza z prowincji? 

-  Nie  występuję  w  żadnym  programie  -  przerwał  jej.  -  I  to 

wcale nie są listy od wielbicielek. Ale spójrz tylko, ile tego jest. 
A wszystkie od kobiet, którym się wydaje, że mogłyby za mnie 

15

RS

background image

 

 

wyjść.  Na  dodatek,  choć  Pat  i  magazyn  zachowały  dyskrecję, 
kilku kobietom udało się jakoś zdobyć mój adres i zjawiły się tu 
nieproszone. 

Anna roześmiała się. 
- I dlatego chowasz się na psim wybiegu? 
-  Nie  ma  w  tym  nic  śmiesznego.  Zresztą  wcale  się  nie 

chowam.  Kiedy  przyszłaś,  kończyłem  właśnie  sprawdzać 
opatrunek Rovera. - Wskazał na paczki z listami. - Co ja mam z 
tym wszystkim zrobić? 

- Odpowiedzieć? 
Schyliła się, podniosła list z podłogi i powąchała. 
-  Perfumowany.  Myślałam,  że  to  przestało  być  modne  w 

czasach  mojej  babci.  Skąd  te  listy?  O  jakim  magazynie 
mówiłeś? I kto to jest Pat? 

Tom oderwał wzrok od jej nóg, westchnął i usiadł na jednym 

z trzech różnych krzeseł, które stały wokół stołu. 

- Pat to moja macocha, a czasopismo, o którym wspomniałem, 

wydrukowało  kilka  artykułów  na  temat  kawalerów  z  głębokiej 
prowincji  poszukujących  żony.  To  znaczy  żon,  po  jednej  dla 
każdego.  Pat  je  przeczytała  i  napisała  list,  w  którym  wytknęła 
redakcji, 

że  wśród  wymienionych  nie  znalazł  się 

najatrakcyjniejszy  kawaler  w  Australii,  czyli  ja!  Nie  czytałem 
tego  listu,  ale  musiał  być  przekonujący.  Nie  wierzę,  żeby 
wszyscy  ci  biedacy  z  artykułów  dostali  tyle  samo  listów  co  ja. 
Kobiety piszą do magazynu, stamtąd listy są przekazywane Pat, 
a  ona  przesyła  je  do  mnie.  Kilku  najbardziej  upartym  paniom 
udało się do mnie dotrzeć. 

- I żadna ci się nie spodobała? - Anna układała listy w równe 

stosy, a ruchy jej dłoni dekoncentrowały Toma. 

- Problem nie polega na  tym, czy mi się podobały  -  warknął, 

zły  na  siebie,  że  Anna  ma  na  niego  taki  wpływ.  -  Ja  nie  chcę 
kobiety. 

Dopiero gdy drgnęła, zdał sobie sprawę, że krzyczała 

16

RS

background image

 

 

-  Wolisz  mężczyzn?  -  Ton  jej  głosu  świadczyła  że  wcale  nie 

byłaby  tym  zszokowana.  -  Pewnie  Jrudno  być  gejem  w  takim 
małym miasteczku.        

Miał wrażenie, że zaraz pęknie ze złości. 
- Wcale nie! - wyrzucił z siebie i zaraz się zawahał. 
-  No,  może  w  niektórych  miasteczkach...  ale  także  w 

większych  miastach.  To  wcale  nie  jest  typowe  dla  prowincji.  - 
Zdał sobie sprawę, że nie o tym chciał rozmawiać.  

- Ale ja nie lubię mężczyzn. - To też zabrzmiało dziwnie. - To 

znaczy,  nie  szukam  wśród  mężczyzn  partnerów,  skoro  już 
zaczęłaś ten temat. W ogóle nikogo nie szukam. Chcę żyć sam. 
Podoba mi się to, i na razie jest mi dobrze. 

-  Liżesz  rany?  Czyżby  jakaś  kobieta  cię  skrzywdziła?  W 

zielonych oczach Anny pojawiło się współczucie 

i  już  miał  zacząć  wyjaśnić  jej,  jak  zdenerwowało  go 

zachowanie Grace. Nagle zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy 
nazwał  to  uczucie.  Zdenerwował  się,  bo  nie  chciała  z  nim 
wyjechać.  Ogarnęła  go  irytacja,  ale  nie  poczucie  straty  czy 
zawodu. 

- To właściwie nie twoja sprawa, ale nie liżę ran - oznajmił.  
-  Skoro  już  o  tym  mówimy,  to  po  dziesięciu  latach  w  domu 

pełnym  kobiet,  gdzie  nawet  zwierzęta  domowe  były 
samiczkami, samotne życie wydaje mi się rajem. 

Anna zerknęła na ułożone koperty i uśmiechnęła się. 
-  Mam  je  znów  rozrzucić?  Musisz  mieć  w  domu  bałagan, 

żeby się utwierdzić w przekonaniu, że jesteś tu jedynym panem 
na włościach? - Rzeczywiście, w zlewie leżały brudne naczynia, 
a na lodówce zalegał kurz. 

Musiał  się  roześmiać,  choć  głos  wewnętrzny  nadal  mu 

przypominał,  że  niebezpiecznie  jest  śmiać  się  razem  z  tak 
piękną  kobietą.  Na  szczęście  połyskujący  na  jej  palcu  brylant 
uświadomił  mu  że  jego  właścicielka  nie  jest  zagrożeniem.  A 
ponieważ czuł się przy niej bezpiecznie, postanowił dowiedzieć 
się czegoś więcej. 

17

RS

background image

 

 

-  Kolejna  lekarka  z  Południowej  Afryki  znalazła  drogę  do 

Merriwee  -  zagaił.  -  Nie  spodziewałem  się,  że  taką  mieścinę 
rekomendują wasze pisma medyczne. Roześmiała się. 

-  Korzystamy  z  programu  dla  regionów  potrzebujących 

wsparcia.  Oczywiście  sprawdza  się  nasze  kwalifikacje  i  wolno 
nam  praktykować  najwyżej  pięć  lat  w  jednym  regionie,  ale 
przed  rozpoczęciem  pracy  nie  musimy  zdawać  żadnych 
egzaminów.  Zawsze  chciałam  zobaczyć  australijski  interior,  a 
Merriwee  było  najbardziej  oddalonym  od  wielkich  miast 
miejscem,  jakie  miałam  do  wyboru.  W  Australii  lekarze  chcą 
pracować  w  wielkich  miastach,  więc  nawet  miejscowości 
oddalone  o  kilkaset  kilometrów  od  dużych  skupisk  ludzkich 
bywają klasyfikowane jako potrzebujące wsparcia. 

Tom  skinął  głową.  Znał  te  problemy,  ponieważ  dorastał 

niedaleko stąd, a w Merriwee przebywał od roku. 

-  No  i  jak?  Czy  nasza  mieścina  wydaje  ci  się  wystarczająco 

prowincjonalna i zagubiona? 

Uśmiechnęła  się  do  niego,  a  syrena  alarmowa w  jego  głowie 

zawyła głośniej. 

-  Jeszcze  nie  wiem,  ale  kotka  już  wyraziła  swoją  opinię. 

Moglibyśmy do niej zajrzeć? 

Zasłuchany w jej melodyjny głos, zapomniał o kocie. 
-  Chyba  tak,  ale  mój  dyżur  jeszcze  się  nie  skończył.  Kot 

chyba nie ucierpi, jeśli jeszcze trochę zaczeka? 

- Gabinet i tak jest zamknięty. Przecież widziałam. 
-  Ale  ja  jestem  niedaleko,  prawda?  Recepcjonistka  jest  na 

urlopie  macierzyńskim,  a  jej  zastępczyni  zaczyna  dopiero  w 
poniedziałek.  Zwykle  jednak  nikt  nie  przynosi  tu  zwierząt, 
chyba  że  wcześniej  się  umówi.  Na  ogół  zajmuję  się  bydłem  z 
okolicznych farm, więc nie przesiaduję w gabinecie, czekając na 
pacjentów.  Nie  mogę  zostawiać  otwartych  drzwi,  bo  w  środku 
trzymam leki i narzędzia. Każdy w okolicy wie, że jeśli gabinet 
jest  zamknięty,  trzeba  przejść  na  tył  budynku,  a  jeśli  tam  mnie 
nie ma, to należy szukać mnie w domu. 

18

RS

background image

 

 

- To dziwne - zauważyła Anna. - Czy takie obyczaje panują w 

całej  Australii,  czy  tylko  w  takich  miejscach  jak  to?  - 
Westchnęła i odsunęła włosy z czoła. - Muszę się jeszcze wiele 
nauczyć, a obiecałam Philipowi, że za pół roku wrócę. 

-  Philipowi?  -  powtórzył  Tom.  Domyślił  się,  o  kim  mowa, 

zanim jeszcze Anna pomachała mu ręką przed nosem. 

Potem, 

jakby 

zahipnotyzowana 

migotaniem 

drogiego 

kamienia,  zapatrzyła  się  w  pierścionek.  Nagle  uśmiechnęła  się 
do Toma. 

-  Ależ  to  jest  rozwiązanie  twoich  kłopotów!  -  oznajmiła 

radośnie. - Napisz tym wszystkim kobietom, że już kogoś masz. 
Powiedz  im,  że  się  zaręczyłeś.  To  łatwe.  Napiszesz  jeden  list  i 
po  prostu  go  powielisz.  Wypisanie  adresów  wszystkich  kobiet 
będzie  trudniejszym  zadaniem,  ale  możesz  poprosić  o  to 
recepcjonistkę. Wszystko ci wydrukuje. 

Tom  patrzył  na  nią  zaskoczony.  Ona  ma  rację.  Co  za  proste 

rozwiązanie.  Dlaczego  sam  na  to  nie  wpadł?  Wiedział,  że 
powinien  jej  podziękować,  może  nawet  pochwalić  za  pomysł, 
jednak słowa nie chciały mu przejść przez gardło. 

-  A  co  z  kobietami,  które  zjawią  się  tu  osobiście?  Przecież 

będą chciały poznać moją wybrankę. 

-  Nie  sądzę  -  odrzekła  z  przekonaniem.  -  Zwłaszcza  jeśli  im 

powiesz  bez  przebierania  w  słowach,  że  już  znalazłeś,  czego 
szukałeś.  Wobec  mnie  zachowałeś  się  nieuprzejmie,  więc 
pewnie nie sprawi ci to większej trudności. 

Patrzył  na  nią  zdziwiony.  Powiedziała  to  spokojnie,  jakby 

jego gburowatość była dla niej zupełnie bez znaczenia. 

Nadal zastanawiał się, co odpowiedzieć, gdy dodała: 
-  A  jeśli  już  koniecznie  będą  chciały  poznać  zwyciężczynię 

wyścigu,  to  zawsze  możesz  pokazać  im  mnie.  -  Znów 
pomachała  mu  ręką  przed  nosem.  -  Mam  nawet  odpowiedni 
rekwizyt,  który  powinien  dodać  mi  wiarygodności.  Brylant 
wielki jak obżarty kleszcz. 

19

RS

background image

 

 

Tom  przestał  się  zastanawiać  nad  ripostą.  I  tak  nic  nie 

przychodziło  mu  do  głowy.  Propozycja  Anny  i  jej  promienny 
uśmiech całkiem go oszołomiły. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

20

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Postanowił zostawić na drzwiach wywieszkę ,,Wracam za pół 

godziny"  i  zająć  się  kotem  Anny,  by  jak  najszybciej  mieć  ją  z 
głowy. Nagle usłyszał, że do domu zbliża się samochód. 

-  Pacjent?  -  zaciekawiła  się  Anna.  Zostawiła  listy  na  stole  i 

podeszła do tylnych drzwi, by sprawdzić, kto przyjechał. Jakby 
to była jej sprawa. 

Poszedł za nią, oczywiście nie po to, by być bliżej, tylko żeby 

zobaczyć  kto  to.  Przy  wejściu  do  gabinetu  zatrzymała  się  stara 
półciężarówka, ciągnąca przyczepę do transportu koni. Sądząc z 
hałasu,  jaki  z  niej  dobiegał,  znajdowało  się  tam  bardzo 
niespokojne zwierzę. 

- Jakieś kłopoty? - zawołał do starszawego kierowcy. 
-  Ty  jesteś  weterynarzem?  -  zapytał  nieznajomy.  Tom  skinął 

głową, wyciągnął rękę i przedstawił się. 

Anna  zauważyła,  że  to  powitanie  było  zupełnie  inne  niż 

reakcja Toma na jej widok. 

-  Jadę  do  Mainyard  -  tłumaczył  Jim  Blair,  właściciel 

ciężarówki.  -  Mają  tam  wspaniałego  ogiera.  Zamówiłem  go  do 
pokrycia  Felicity,  więc  muszę  tam  dotrzeć,  zanim  się  oźrebi. 
Tylko że ta głupia klacz postanowiła to zrobić w drodze. Tak mi 
się przynajmniej wydaje. Mógłbyś rzucić na nią okiem? 

Anna znała się trochę na koniach i wiedziała, że drogie klacze 

hodowlane są przywożone do stajni ogiera 

w  ostatnich  dniach  ciąży,  ponieważ  zaraz  po  oźrebieniu  się 

dostają  rui.  Takie  postępowanie  oszczędza  stresu  klaczy  i 

źrebięciu.  Trudno  jej  było  uwierzyć,  że  w  tej  suchej,  jałowej 
krainie hoduje się konie czystej krwi. 

Mężczyźni  opuszczali  właśnie  rampę  z  tyłu  przyczepy. 

Niespokojna  klacz  uderzała  kopytami  o  podłogę  i  rżała 
nerwowo. 

-  Ojej!  -  Ten  okrzyk  nie  mówił  wiele,  ale  ton  głosu  Toma 

świadczył o tym, że zwierzę w przyczepie jest wyjątkowe. 

21

RS

background image

 

 

Anna  podeszła  bliżej  i  zobaczyła,  że  Jim  Blair  wszedł  do 

przyczepy. 

ciasnej 

przestrzeni 

narażał 

się 

na 

niebezpieczeństwo,  ale  jego  obecność  i  głos  wyraźnie 
uspokajały zdenerwowane zwierzę. 

-  Czy  możesz  jakoś  unieruchomić  jej  tylną  nogę,  żeby  nie 

kopała?  -  spytał  Tom.  Anna  widziała  teraz,  że  w  przyczepie 
znajduje się ogromna klacz pociągowa. 

-  Pobiegnę  do  gabinetu,  przygotuję  się,  a  kiedy  wrócę, 

zobaczymy, co się dzieje. - Przeniósł wzrok na Annę. 

- Nigdzie nie odchodź. Będę potrzebował twojej pomocy. 
Zabrzmiało  to  jak  rozkaz,  ale  była  zbyt  zaintrygowana 

rozwojem  sytuacji,  by  zwrócić  na  to  uwagę.  Widziała  teraz 
wyraźnie, że klacz ma skurcze porodowe, a jej boki pociemniały 
od  potu.  Biedne  zwierzę  ciężko  pracowało,  ale  poród  nie 
następował. 

Tom wrócił, pchając przed sobą taczki z belami siana, którym 

wyścielił  rampę.  Znów  zniknął  i  po  chwili  zjawił  się  z 
powrotem.  Tym  razem  na  taczkach  zobaczyła  znajomo 
wyglądające, tylko trochę większe narzędzia chirurgiczne, butle 
płynów  do  sterylizacji  i  kilka  zwojów  lin.  Zaczęła  się 
zastanawiać  nad  różnicą  między  porodem  ludzkim  a 
zwierzęcym. 

-  Czy  używasz  tych  lin  do  wyciągnięcia  źrebaka?  -  zapytała 

Toma, który wkładał sięgające za łokieć gumowe rękawice. 

- Jeśli jest to konieczne - odrzekł, a Annę przebiegł dreszcz. 
- A co ze środkiem znieczulającym? 
-  Później  ci  to  wytłumaczę  -  obiecał.  Właściciel  klaczy 

przywiązał jej potężne kopyto do ściany przyczepy. 

-  Nie  byłoby  łatwiej,  gdybyście  ją  wyprowadzili  na  dwór?  - 

Obawiała się, że zwierzę będzie niepotrzebnie cierpieć. 

- I gdzie mielibyśmy ją przywiązać? Trudno byłoby ją zbadać, 

gdyby  miała  swobodę  ruchów.  A  jeśli  źrebię  utknęło  w  kanale 
rodnym,  to  przeprowadzanie  klaczy  nawet  na  niewielką 
odległość mogłoby zaszkodzić im obojgu - tłumaczył Tom. Jego 

22

RS

background image

 

 

następne  słowa  znów  zabrzmiały  jak  rozkaz.  -  Stań  za  mną  i 
kiedy ci powiem, pchaj mocno moje ramię. No, szybko! 

Nie  bardzo  wiedziała,  co  o  tym  myśleć,  ale  odruchowo 

spełniła  polecenie.  Weszła  na  pochylnię,  stanęła  za  nim  i 
patrzyła,  jak  Tom  unosi  ogon  klaczy,  a  następnie  wsuwa  ramię 
w  kanał  rodny.  Nagle  lekko  się  skrzywił,  bo  klacz  dostała 
kolejnego  skurczu.  Mogła  sobie  tylko  wyobrazić,  jak  mocno 
mięśnie zwierzęcia zaciskają się na ramieniu Toma. 

-  Pchaj!  -  wystękał,  gdy  skurcz  ustał,  a  Annie  przez  chwilę 

wydawało  się,  że  mówi  do  klaczy.  -  Pchaj,  kobieto!  Teraz!  - 
Dopiero  w  tym  momencie  zdała  sobie  sprawę,  że  przecież 
zwierzę  nie  zrozumiałoby  jego  komendy.  -  Mocniej!  -  dodał.  - 
Oprzyj się o mnie całym ciężarem ciała. Muszę... 

Mówił  niewyraźnie,  ponieważ  twarz  miał  przyciśniętą  do 

końskiego  zadu,  jednak  Anna  zrozumiała,  czego  od  niej 
oczekuje.  Naparła  całą  siłą  i  nie  ustała  w  wysiłku,  nawet  gdy 
zwierzę  wypuściło  z  siebie  chmurę  cuchnących  gazów  i 
fontannę uryny. 

- Jedna noga w porządku, ale druga utknęła za łbem. Spróbuję 

uwolnić  źrebię  bez  użycia  liny.  Anno,  odpocznij  chwilę,  a 
potem spróbujemy jeszcze raz. 

Wyobraziła  sobie,  co  się  dzieje  w  macicy  klaczy.  Nieraz  już 

widziała narodziny źrebaka, więc wiedziała, że najpierw ukazują 
się przednie nogi i ułożona między nimi głowa. 

- Dobra! - odezwał się Tom i Anna znów przystąpiła do akcji. 

- Nie puszczaj, już ją prawie mam. 

Choć  była  mokra,  dusiła  się  od  przykrych  woni  i  dyszała  z 

wysiłku, robiła wszystko, by pomóc zwierzęciu. 

- Puść! 
Wyprostowała się, rozluźniła ramiona i cofnęła się o krok, by 

zrobić Tomowi miejsce. 

-  Zobaczmy  teraz,  czy  poradzi  sobie  sama  -  powiedział, 

zwracając  się  do  właściciela.  -  Jeśli  nie  jest  zbyt  zmęczona, 
powinna dokończyć poród siłami natury. 

23

RS

background image

 

 

- A jeśli jej się nie uda? - zapytała Anna. 
- Zrobimy cesarskie - odrzekł niedbale Tom, jakby codziennie 

dokonywał tego typu operacji. - Między innymi z tego powodu 
nie  chciałem  robić  jej  znieczulenia.  U  dużych  zwierząt 
stosujemy znieczulenie zewnątrz-oponowe, tak samo jak u ludzi. 
Gdybym  na  początku  podał  jej  środek,  straciłaby  czucie  w 
tylnych nogach i musiałaby się źrebić, leżąc. A wtedy miałbym 
do niej o wiele trudniejszy dostęp. 

Anna  zrozumiała,  o  co  mu  chodziło,  ale  zanim  zdążyła  coś 

odpowiedzieć, dodał ze śmiechem: 

- Wyglądasz okropnie! 
Zaraz  potem  skupił  całą  uwagę  na  klaczy.  Mogła  go 

poinformować,  że  i  on  przypomina  w  tej  chwili  ofiarę 
katastrofy, ale jego śmiech zbił ją z tropu. Musiała też przyznać 
mu  rację.  Niewątpliwie  wygląda  okropnie.  Zgubiła  gdzieś 
kapelusz, a kosmyki włosów wysunęły się spod gumki, którą je 
związała.  W  gorącym  słońcu  odór  bijący  od  jej  ubrania  stawał 
się  coraz  silniejszy,  a  na  mokrej  bluzce  widać  było  podejrzane 
brązowe plamy. 

Nie  mogła  jednak  wrócić  do  domu,  by  doprowadzić  się  do 

porządku.  Skoro  już  zaangażowała  się  w  tę  operację,  musi 
dotrwać do końca. Ciekawiło ją też, jak wygląda cesarskie cięcie 
u zwierzęcia tych rozmiarów, choć miała nadzieję, że nie trzeba 
będzie go przeprowadzać. 

Przypomniała  sobie,  że  przed  domem  widziała  kran,  więc 

obmyła  pod  nim  twarz  i  ramiona.  Polała  też  wodą  i  tak  już 
mokre ubranie, by nieco złagodzić bijący od niego zapach. 

- Hej, coś się dzieje! 
Tom  już  wcześniej  uwolnił  przywiązaną  nogę  klaczy,  więc 

trzymał  się  z  dala  od  śmiercionośnych  kopyt.  Teraz  przysunął 
się  bliżej,  zapewne  uważając,  że  zwierzę  jest  zbyt  zajęte 
porodem,  by  go  zaatakować.  Anna  wróciła  na  czas,  by 
zobaczyć,  jak  małe  kopytka  wysuwają  się  na  świat.  Potem 
ukazał się łeb, w prawidłowym położeniu. Tom chwycił źrebię i 

24

RS

background image

 

 

podtrzymał  je,  by  nie  stoczyło  się  w  dół  po  pochylni.  Kiedy 
klacz przestała przeć, zawołał Annę. 

-  Pomożesz  mi?  Rozściel  tu  trochę  siana.  Kiedy  źrebię 

wyjdzie,  ułożymy  je  na  nim,  a  Jim  wyprowadzi  matkę  z 
przyczepy. Urodzi łożysko na twardym gruncie. 

Anna  znów  bez  sprzeciwu  go  posłuchała.  Rozrzuciła  siano  i 

sięgnęła  po  źrebię,  którego  tylne  nogi  opuściły  właśnie  drogi 
rodne  klaczy.  Tom  rozerwał  błony  płodowe,  a  malec  prychnął 
cicho,  pierwszy  raz  wciągając  powietrze  w  płuca.  Potem 
niezdarnie,  ale  silnie  wierzgnął  kopytkami,  uderzając  Annę  w 
podbrzusze. 

-  To  instynkt  -  stwierdził  Tom,  kiedy  Anna  skrzywiła  się  i 

mocniej chwyciła zwierzę, by nie mogło znów jej zaatakować. - 
Połóżmy go na sianie. To samiec. 

-  Wcale  nie  jest  taki  mały.  -  Sapiąc  z  wysiłku,  pomogła  mu 

przenieść  zwierzę.  Źrebak  rozejrzał  się  i  usiłował  wstać.  Robił 
to tak niezdarnie, że Anna zaśmiała się z czułością. 

-  Cofnij  się  -  ostrzegł  ją  Tom,  podwiązując  pępowinę.  - 

Mamusia może być trochę zazdrosna. - Przygotował zastrzyk.  - 
To  oksytocyna  -  wyjaśnił.  -  Ten  sam  środek,  jaki  się  stosuje  u 
kobiet,  żeby  przyspieszyć  kurczenie  się  macicy  po  porodzie, 
tylko  w  większej  dawce.  Wstrzyknę  to  klaczy,  kiedy  urodzi 

łożysko. Podam jej też antybiotyk. 

Anna  patrzyła  zafascynowana,  jak  Tom  przygotowuje  drugi 

zastrzyk,  i  zastanawiała  się  nad  podobieństwami  między 
medycyną ludzką i zwierzęcą. Jim wyprowadził zmęczoną klacz 
z  przyczepy,  cały  czas  coś  do  niej  mówiąc.  Głaskał  ją  po 
chrapach i nie szczędził pochwał. 

-  Wspaniale,  że  to  będzie  ogier.  Ta  klacz  pochodzi  z  linii, 

która  sięga  czasów  mojego  dziadka.  To  on  pierwszy  w  naszej 
rodzinie  zaczął  hodować  konie  pociągowe.  Ten  źrebak 
przedłuży linię męską. 

Mówił  szorstkim  tonem,  ale  Anna  wyczuła,  że  ukrywa  pod 

nim  wzruszenie.  Wydawało  jej  się  też,  że  oczy  podejrzanie  mu 

25

RS

background image

 

 

zwilgotniały.  Sama  również  poczuła  łzy  pod powiekami. Poród 
był cudem, który nigdy nie przestał jej zachwycać. 

Nagle  malec  wyprostował  chwiejne  nogi,  stanął  na  nich 

niepewnie  i  zrobił  pierwszy  w  życiu  krok.  Anna  była  tym  tak 
zachwycona, że z radości uściskała stojącą najbliżej osobę, i na 
dodatek  ucałowała  ja  prosto  w  usta.  Tą  osobą  okazał  się  Tom. 
Kiedy spostrzegła, co zrobiła, na chwilę zamarła. Tom wydawał 
się równie wstrząśnięty, chociaż przyszedł do siebie szybciej. A 
może  po  prostu  pocałunek  nie  wywarł  na  nim  większego 
wrażenia, tylko zaskoczyła go bezpośredniość Anny? 

Jakkolwiek było, zwrócił się spokojnie do Jima: 
- Może chcesz zostawić tu klacz na kilka dni, aż źrebak będzie 

na tyle sprawny, żeby podróżować? 

Jim spojrzał z niepokojem na klacz. 
-  Felicity  przyda  się  trochę  odpoczynku,  po  tym  wszystkim, 

co przeszła. Ale... 

Tom domyślił się, o co mu chodzi. 
-  Możesz  się  zatrzymać  u  mnie  w  domu  -  dodał  szybko.  - 

Mam dużą przyczepę na dwa konie. Kiedy będziecie gotowi do 
dalszej  drogi,  wymyślimy,  jak  przywiązać  źrebię,  żeby  było  w 
pobliżu matki, ale nie zrobiło sobie krzywdy. 

Jim  skinął  głową,  burknął  coś  pod  nosem,  co  pewnie  było 

podziękowaniem,  i  podprowadził  do  klaczy  źrebię,  które  coraz 
pewniej  trzymało  się  na  nogach.  Anna  tymczasem  przykucnęła 
na  podjeździe  i  przyglądała  się  konikowi  z  pełnym  zachwytu 
uśmiechem.  Jej  twarz  promieniała,  kosmyki  włosów  przykleiły 
się do jej wilgotnej skóry. 

Tom  dopiero  teraz  zauważył,  że  zdążyła  się  umyć.  Mokra 

bluzka  przywarła  jej  do  piersi.  Szybko  przywołał  się  do 
porządku.  To  kobieta,  a  przecież  postanowił  trzymać  się  od 
kobiet  z  daleka.  Co  prawda,  ta  ma  narzeczonego.  Ale  może 
pierścionek nie jest prawdziwy? Może ma uśpić jego czujność, a 
jej pozwolić się wkraść do jego serca? 

26

RS

background image

 

 

Jeszcze  raz  spojrzał  na  Annę  i  uśmiechnął  się  ironicznie. 

Chyba  miała  rację.  Popadał  w  paranoję,  zupełnie  jak  jej  kotka. 
Ona  jest  piękna  i  może  zdobyć  każdego  mężczyznę,  jakiego 
tylko zapragnie.  Dlaczego  miałaby  zastawiać sidła  na  prostego, 
wiejskiego weterynarza? I całować umie doskonale... 

- Masz stajnię albo wybieg, gdzie mógłbym je umieścić? 
Pytanie Jima przypomniało mu, że w tej chwili ma ważniejsze 

sprawy do załatwienia. 

-  Niestety,  nie  mam  wybiegu  porośniętego  trawą. Mam za  to 

duży  boks  i  zapas  ziarna  i  lucerny.  Daj  mi  kilka  minut,  żebym 
rozrzucił słomę w boksie, a potem je tam wprowadzimy. 

Tom  odszedł  szybko,  zadowolony,  że  może  oddalić  się  od 

rozpraszającej  go  kobiety.  Tłumaczył  sobie,  że  to  czysto 
fizyczna reakcja, spotęgowana zbyt długim celibatem. 

-  Pomogę  ci.  -  Jej  głos  rozległ  się  tuż  za  nim.  Nawet  nie 

zauważył,  kiedy  bez  trudu  zrównała  z  nim  krok.  -  Miałam 
kiedyś  konie;  ściśle  mówiąc,  jednego  -  dodała.  -  Wiem,  jak  się 
rozrzuca słomę w boksie. 

Uśmiechnęła  się,  a  Tom  poczuł,  jak  jego  ciało  gwałtownie 

reaguje na jej uśmiech. Zastanawiał się, jak ten idiota o imieniu 
Philip  mógł  choć  na  chwilę  spuścić  ją  z  oka, nie  mówiąc  już o 
półrocznym rozstaniu! 

Razem  rozesłali  słomę,  napełnili  poidło  wodą  i  sprawdzili, 

czy żłób  jest czysty.  Do  tak  przygotowanego boksu  Jim wniósł 

źrebaka i przyprowadził klacz. 

-  W  siodłami  znajdziesz  beczki  z  ziarnem.  Weź,  ile  ci 

potrzeba  -  powiedział  mu  Tom.  Już  miał  odejść,  gdy 
przypomniał  sobie  o  zielonce.  -  Lucerna  jest  w  stodole  za 
siodlarnią. 

- Przyniosę, jeśli chcesz - zwróciła się Anna do Jima. - Ile ci 

potrzeba? 

- Wydawało mi się, że masz chorą kotkę - warknął Tom. 
Jim wyczuł jego niezadowolenie i zapewnił Annę, że da sobie 

radę,  ona  jednak  nie  miała  ochoty  odchodzić.  Z  ostrożności 

27

RS

background image

 

 

trzymała  się  z  dala  od  źrebaka,  ale  patrzyła  zafascynowana  na 
jego pierwsze próby poruszania się po boksie. 

- No więc co z kotką? - przypomniał jej Tom. 
-  Chyba  powinniśmy  do  niej  zajrzeć  -  rzekła z ociąganiem.  - 

Ten źrebak jest taki piękny, że trudno oderwać od niego oczy. 

Jim  spojrzał  na  nią  z  dumą,  jakby  ta  uwaga  dotyczyła 

bezpośrednio jego. 

- Prawda, że piękny! A ty, moja panno, też się nieźle spisałaś 

- zauważył. 

Anna  zaczerwieniła  się  po  uszy,  oderwała  oczy  od  źrebaka  i 

poszła za Tomem do domu. Po drodze zamyśliła się. 

-  Wiesz,  jeśli  chodzi  o  kotkę...  -  zaczęła  z  wahaniem.  - 

Zaproponowałeś  gościnę  Jimowi,  więc  pewnie  nie  będziesz 
chciał iść do mnie, żeby ją zobaczyć. 

-  Dlaczego?  Jim  jeszcze  przez  jakiś  czas  będzie  zajęty  przy 

zwierzętach.  Zresztą  on  nie  oczekuje,  że  będę  go  zabawiał. 
Powiem  mu,  żeby  czuł  się  jak  u  siebie.  Może  korzystać  z 

łazienki, wziąć sobie piwo z lodówki albo coś do zjedzenia. 

Anna zmarszczyła czoło. 
- Ale przecież go nie znasz, prawda? Zostawisz go samego w 

swoim domu? 

Tom wreszcie zrozumiał, o co jej chodzi. 
- To się nazywa wiejska gościnność - wyjaśnił z uśmiechem. - 

Zaprosiłem  Jima  do  siebie  i  wiem,  że  on  nie  nadużyje  mojego 
zaufania. W przyszłości może się zdarzyć, że to ja utknę gdzieś 
w  buszu  i  będę  potrzebował  noclegu.  Tu,  w  głębi  kontynentu, 
rzadko się zdarza, żeby komuś odmówiono gościny. 

Anna  przez  chwilę  patrzyła  na  niego  zdumiona,  a  potem 

potrząsnęła głową. Najwyraźniej nie całkiem go zrozumiała i na 
pewno nie do końca mu wierzyła. A jeśli tak oczywista rzecz jak 
udzielanie gościny człowiekowi w potrzebie nie mieściła jej się 
w  głowie,  to  wiele  będzie  się  jeszcze  musiała  nauczyć  o  życiu 
na australijskiej prowincji. 

28

RS

background image

 

 

Tom  ruszył  dalej,  ale  ona  nadal  nie  mogła  pogodzić  się  z 

myślą,  że  zostawia  obcego  człowieka  samego  we  własnym 
domu.  Przecież Jim  przyjechał  tu  ciężarówką.  W  mgnieniu  oka 
może ogołocić dom i odjechać w siną dal. 

- A skoro już mowa o wiejskiej gościnności, to przydałby się 

nam prysznic. Mam nawet w domu kolekcję damskich ciuchów, 
więc na pewno znajdziesz coś dla siebie. 

Spojrzała na niego podejrzliwie. 
-  Nie  powiesz  mi,  że  kobiety  oprócz  listów  przysyłają  ci 

bieliznę!  Mama  mi  opowiadała,  że  w  czasach  jej  młodości 
dziewczyny obrzucały bielizną jakąś gwiazdę muzyki pop. 

Roześmiał się rozbawiony. 
- To i tak nie najgorsze przypuszczenie. Mogłaś  zapytać,  czy 

to  rzeczy  zostawione  przez  moje  dawne  kochanki.  A  prawda 
wygląda  tak,  że  to  ubrania  moich  sióstr.  Przywożą  tu  ciuchy, 
które  już  wyszły  z  mody,  i  noszą  je,  kiedy  przyjeżdżają  na 
wakacje. 

Anna  chciała  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  jego  siostrach, 

ale  Tom  szedł  szybko,  więc  mogła  tylko  podążyć  za  nim. 
Prysznic i zmiana ubrania to też bardzo kusząca propozycja. 

-  W  łazience  znajdziesz  czysty  ręcznik,  mydło,  a  nawet 

szampon. To tam. - Wskazał jej drogę, gdy weszła do kuchni, i 
zaczął  zdejmować  brudną  koszulę.  -  Z  tyłu  domu  mam  drugi 
prysznic.  Tam  się  najczęściej  kąpię,  więc  siostry  zostawiają 
swoje rzeczy w łazience. 

Jego  słowa  nie  docierały  do  Anny.  Całą  uwagę  skupiła  na 

opalonej  i  pięknie  umięśnionej  klatce  piersiowej  Toma,  która 
mogłaby  służyć  za  model  doskonałego  męskiego  ciała.  No, 
może  nie  całego,  ale  na  pewno  jego  górnej połowy.  Zobaczyła, 

że  Tom  rozpina  pasek  u  spodni  i  domyśliła  się,  że 
nieprzyzwyczajony  do  towarzystwa  może  odruchowo  rozebrać 
się  do  naga,  nie  zwracając  uwagi  na  jej  obecność.  Powinna 
natychmiast stąd wyjść... 

29

RS

background image

 

 

- To tam - powtórzył Tom, rozpinając guzik spodni i ruchem 

głowy wskazując drzwi. 

Jego głos wyrwał ją z zamyślenia. Niemal biegiem wypadła z 

kuchni i przemknęła korytarzem do łazienki. Kiedy tam dotarła, 
poczuła, że miękną jej kolana, i przysiadła na brzegu wanny. 

- Robi ci się słabo na widok męskiego torsu? - wymamrotała 

pod  nosem  i  szybko  podniosła  głowę,  ponieważ  rozległo  się 
pukanie i Tom wsunął do środka głowę. 

-  To  na  brudy  -  oznajmił,  rzucając  na  podłogę  plastikową 

torbę  z  supermarketu.  -  Sypialnia  moich  sióstr  jest  zaraz  po 
prawej. W szafie i komodzie znajdziesz ich rzeczy. 

Zniknął  za  drzwiami,  jego  kroki  ucichły  w  głębi  domu,  ale 

Anna nadal czuła miękkość w kolanach. 

-  Co  za  bzdura!  -  mruknęła  do  siebie,  zdejmując  ubranie  i 

wkładając  je  do  torby.  -  To  zwykły  facet,  w  dodatku  bardzo 
praktyczny i rzeczowy. Nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Jest 
po prostu bardzo przystojny i ma głos jak aksamit... 

Weszła do kabiny prysznicowej i starannie się umyła. 
- Pośpiesz się, jeśli chcesz, żebym obejrzał kota! Musiał znów 

wsunąć głowę do łazienki, inaczej nie 

słyszałaby  jego  głosu  tak  wyraźnie.  Chyba  fakt  posiadania 

sióstr sprawił, że Tom tak bezceremonialnie zagląda do łazienki, 
w  której  kąpie  się  kobieta.  Anna  zakręciła  wodę,  owinęła  się 
ręcznikiem,  otworzyła  drzwi,  by  sprawdzić,  czy  droga  wolna,  i 
przemknęła do pokoju obok. Dwa pojedyncze łóżka świadczyły 
o tym, że był przeznaczony dla gości, a dekoracyjne serwetki na 
toaletce  i  jedwabna  róża  na  gałce  drzwi  szafy  wskazywały,  że 
najczęstszymi gośćmi były tu kobiety. 

Anna  wysunęła  szufladę  i  znalazła  bieliznę,  należącą  jednak 

do  wiele  młodszej  i  drobniejszej  kobiety  niż  ona.  Na  dodatek 
perspektywa  włożenia  cudzej  bielizny  nie  wydała  jej  się 
zachęcająca. 

Po 

raz 

kolejny 

drzwi 

otworzyły 

się 

niespodziewanie  i  ukazała  się  w  nich  ręka.  Tym  razem  rzuciła 
na podłogę jakąś paczuszkę. 

30

RS

background image

 

 

-  Pomyślałem  sobie,  że  źle  się  będziesz  czuła  w  cudzej 

bieliźnie. To jest nowe. 

Kroki  znów  się  oddaliły,  zanim  Anna  zdołała  pojąć,  o  co 

Tomowi  chodzi.  W  paczuszce  znalazła  nieużywaną  parę 
męskich, bawełnianych slipów w kolorze niebieskim. 

Z  wdzięcznością rozpakowała je i  włożyła. Potem wyszukała 

w  innej  szufladzie  szorty  mniej  więcej  w  swoim  rozmiarze. 
Zapinała właśnie bluzkę, którą wyjęła z szafy, kiedy Tom znów 
zapukał. Tym razem jednak nie zajrzał do środka. 

- Gotowa? - zapytał. 
- Daj mi jeszcze minutę! - Podeszła do toaletki i zdecydowała, 

że lepiej jednak użyć cudzej szczotki do włosów, niż paradować 
z mokrymi, splątanymi kosmykami. 

Dokładnie minutę później wyszła z pokoju. Tom czekał na nią 

w kuchni. 

-  No  to  jedziemy  -  oświadczył  i  wziął  ją  pod  ramię,  jakby 

znali się od lat. 

Czyżby  oprócz  wiejskiej  gościnności  obowiązywała  tu 

również wiejska bezpośredniość? Jego dotyk jednak nie miał w 
sobie 

żadnego 

seksualnego 

podtekstu. 

Był 

miłym, 

przyjacielskim gestem, który sprawił, że zrobiło jej się ciepło na 
sercu. 

Tom 

poprowadził 

ją 

do 

poobijanego, 

zakurzonego 

samochodu, który kiedyś był jasnoniebieski. Anna poznała, że to 
jeden  z  popularnych  tu  pojazdów  terenowych  z  napędem  na 
cztery  koła.  Zastanawiała  się,  czy  nie  napisać  na  karoserii 
,,brudas",  kiedy  rozległo  się  głośne  dzwonienie.  Drgnęła  i 
spojrzała na dom, ponieważ dźwięk dobiegał właśnie stamtąd. 

- Czy to włączył się alarm antywłamaniowy? - zapytała. 
-  Nie,  to  ten  cholerny  telefon.  Czasem  nastawiam  dzwonek 

jak najgłośniej, żebym go usłyszał, kiedy jestem w stajni albo na 
podwórzu. Obudziłby umarłego. Przepraszam. 

31

RS

background image

 

 

Pobiegł  do  gabinetu,  wyjmując  po  drodze  klucze  z  kieszeni. 

Wkrótce  zniknął  jej  z  oczu,  a  dzwonienie  ustało.  Zaraz  jednak 
się pojawił i szybko podbiegł do Anny. 

-  Nieszczęścia  chodzą  parami.  Znów  nagły  wypadek,  i  też 

poród. Ale tym razem to zadanie dla ciebie. 

- Co to znaczy, dla mnie? - zdziwiła się. 
Tom wepchnął ją na fotel pasażera, a sam okrążył samochód i 

usiadł za kierownicą. 

- Chodzi o kobietę. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

32

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Zapalił  silnik  i  ruszył  z  piskiem  opon,  wyrzucając  spod  kół 

fontannę  żwiru.  Nie  zwolnił,  gdy  wyjechał  na  ulicę,  a  przez 
miasto przemknął tak szybko, że Anna z niepokojem rozglądała 
się za patrolem policyjnym. 

Tom  milczał,  dopóki  nie  zostawili  w  tyle  zabudowań  i  nie 

wjechali  na  drogę  gruntową.  Anna  kurczowo  trzymała  się 
uchwytu  nad  drzwiami,  kiedy  samochód  podskakiwał  na 
wybojach. 

-  Są  dwie  różne  szkoły  jazdy  po  takich  drogach  -  oznajmił, 

uśmiechając się  na  widok  jej  niepewnej  miny.  -  Ja uważam,  że 
trzeba jechać tak szybko, żeby się nie zapadać w każdą wyrwę. 
Pacjentką  jest  Dani,  moja  recepcjonistka.  Mają  dwadzieścia 
hektarów  ziemi  i  hodują  kozy.  Termin  ma  dopiero  za  osiem 
tygodni, a jej mąż właśnie wyjechał. Jest kierowcą. 

-  Ale  ja  nie  powinnam  przyjmować  tego  porodu.  Jeszcze  nie 

zaczęłam pracy. Do niedzieli dyżuruje doktor Drouin. 

-  Pojechał  na  rodeo  do  Placid  Springs.  A  Peter  Carter,  który 

prowadzi  w  mieście  prywatną  praktykę  i  miał  go  zastępować, 
zachorował na letnią grypę - wyjaśnił krótko Tom i zahamował 
przed  bramą.  Chwilę  milczał,  a  potem  rzucił  oschle:  -  Na  co 
czekasz? Otwieraj! 

-  Mam  otworzyć  bramę?  -  spytała.  Zauważyła,  że  Tom  jest 

zdenerwowany i zaczęło jej się udzielać jego napięcie. 

- No jasne! - warknął. 
Otworzyła  bramę  szeroko,  a  kiedy  Tom  przez  nią przejechał, 

zrozumiała,  że  takie  postępowanie  ma  sens.  Gdyby  miał  to 
zrobić  kierowca,  musiałby  wysiąść,  otworzyć  wrota,  wrócić  do 
samochodu,  przejechać  i  znów  wysiąść,  by  je  zamknąć. 
Zapamiętała  sobie  kolejną  zasadę  postępowania  w  buszu: 
pasażer otwiera bramę! 

Dzika jazda skończyła się przed niskim bungalowem. 

33

RS

background image

 

 

-  Dostała  skurczy?  Osiem  tygodni  do  przewidywanego 

terminu, trzydziesty drugi tydzień... To bardzo wcześnie. 

-  Zdaje  się,  że  to  jeszcze  nie  poród,  ale  dzieje  się  coś 

niepokojącego. - Tom już pędził w stronę domu. 

Anna  otworzyła  drzwi,  zeskoczyła  na  ziemię  i  pobiegła  za 

nim.  Cieszyła  się,  że  zdążyła  wziąć  prysznic,  zastanawiała  się 
tylko, co pacjentka sobie pomyśli, widząc ją w luźnych szortach 
i zbyt dużej koszuli. Cóż, może jest to bardziej odpowiedni na tę 
okazję  strój  niż  jej  własne  ubranie.  Przynajmniej  pacjentka  się 
nie dowie, że Anna ma na sobie bieliznę Toma. 

Kiedy  weszła  za  nim  do  domu,  od  razu  zrozumiała,  że  Dani 

nie będzie zwracać uwagi na jej strój. Kobieta leżała na kanapie 
i była w kiepskim stanie. 

Tom ukląkł obok niej i objął ją ramieniem. 
- Co się dzieje, Dani? - zapytał troskliwie. 
- Źle się czuję... 
-  Musimy  cię  przewieźć  do  szpitala  -  rzekła  Anna, 

przyglądając się jej zaczerwienionym policzkom i rozbieganym 
oczom. Zacisnęła palce na opuchniętych kostkach i spostrzegła, 

że  w  ciele  pozostały  wgłębienia.  Od  razu  widać,  że  wystąpiło 
nadciśnienie  i  obrzęk,  a  zapewne  badanie  moczu  wykazałoby 
nadmiar  białka.  Te  trzy  symptomy  wskazują  na  stan 
przedrzucawkowy.  Bez  interwencji  medycznej  może  się 
przekształcić  w  rzucawkę,  bardzo  niebezpieczną  przypadłość, 
która często kończy się śmiercią matki i dziecka. 

Dani  musi  trafić  do  szpitala,  ale  jak?  Zadzwonić  po karetkę? 

Nawet gdyby przyjechała tu z prędkością, jaką osiągał Tom, to i 
tak  trwałoby  to  całe  wieki.  A  co,  jeśli  karetka  będzie 
nieosiągalna? 

-  Zawieziemy  ją  -  zdecydował  Tom,  jakby  czytał        !  w 

myślach  Anny.  -  Ja  ją  przeniosę,  a  ty  otwórz  drzwi  do 
samochodu. 

34

RS

background image

 

 

Anna  nie  sprzeciwiła  się,  tylko  wzięła  z  sypialni  koc  i 

poduszkę.  Koc  rozłożyła  na  tylnym  siedzeniu,  poduszkę  oparła 
o boczne drzwi. 

-  Chora  powinna  leżeć  -  wyjaśniła,  kiedy  Tom  dotarł  do 

samochodu  z  półprzytomną  pacjentką.  -  Przykucnę  obok  niej, 

żeby się nie zsunęła.  

Tom  nie  protestował,  tylko  ułożył  Dani  na  kocu  i  ze 

zmarszczonymi  brwiami  przyglądał  się,  jak  Anna  się  wciska  w 
wąską przestrzeń za oparciami przednich foteli. 

-  Żadna  z  was  nie  może  zapiąć  pasów.  A  jeśli  będę  miał 

wypadek? - zastanawiał się głośno. 

-  To  jedź  tak,  żeby  nie  mieć  wypadku!  -  odparowała  Anna, 

otulając pacjentkę kocem. 

Tom  usiadł  za  kierownicą.  Wygląd  Dani  i  reakcja  Anny 

powiedziały  mu,  że  sytuacja  jest  poważna.  Zatrucie  ciążowe? 
Zwierzętom  również  się  to  zdarza.  Ruszył  ostrożnie,  a  potem 
szybko, ale uważnie pojechał do miasta. Słyszał, jak Anna cicho 
zapewnia swą podopieczną, że wszystko będzie dobrze. 

Czy naprawdę? 
Do  diabła!  Wiedział,  jak  bardzo  Dani  i  Brian  pragną  tego 

dziecka,  jak  cieszą  się  na  jego  przyjście.  Miał  nadzieję,  że  ta 
nowa lekarka zna się na swoim fachu. Musiał przyznać, że chorą 
zajęła się troskliwie. 

-  Masz  komórkę?  -  spytała.  -  Możesz  uprzedzić  szpital,  że 

wieziemy  pacjentkę  w  stanie  przedrzucawkowym?  Będę 
potrzebowała siarczanu magnezu i leków na obniżenie ciśnienia. 

Trochę  zwolnił,  uruchomił  aktywowany  głosem  zestaw 

samochodowy i powiadomił szpital. 

Podjechali  pod  przeznaczone  dla  nagłych  wypadków  drzwi 

szpitala.  Natychmiast  wyszła  im  na  spotkanie  młoda 
pielęgniarka.  Anna  pomogła  Tomowi  wynieść  Dani  z 
samochodu  i  ułożyć  ją  na  wózku  szpitalnym.  Potem  przeszli 
razem  do  izby  przyjęć,  gdzie  zajmowano  się  nagłymi 
przypadkami. 

35

RS

background image

 

 

- Zadzwoniłam po pomoc - oznajmiła pielęgniarka. 
-  Z  doktorem  Drouinem  nie  mogłam  się  skontaktować,  a 

doktor  Carter  jest  chory,  ale  dodzwoniłam  się  do  Jessiki.  To 
położna z dużym doświadczeniem. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  nie  będzie  nam  ono  potrzebne. - Anna 

zerknęła  na  identyfikator  pielęgniarki  i  odczytała  na  nim  imię 
Elena. - Jestem Anna Talbot 

-  przedstawiła  się.  -  W  poniedziałek  przejmuję obowiązki  od 

doktora  Drouina.  Chyba  się  nie  poznałyśmy,  kiedy  Elizabeth 
oprowadzała mnie po szpitalu. 

Elena  przedstawiła  się  i  widać  było,  że  od  razu  uznała  Annę 

za członka zespołu lekarskiego. 

- Sprawdzę, czy mamy tu kartę Dani - powiedziała. 
- Pewnie nie. To pacjentka doktora Cartera i karta jest chyba 

w  jego  gabinecie.  Tutejsi  lekarze  nie  przyjmują  porodów. 
Kobiety  jeżdżą  rodzić  do  większego  szpitala  na  wybrzeżu. 
Tamtejsi lekarze zajmują się też prowadzeniem ich ciąż. 

-  Dani  planowała  urodzić  dziecko  w  Rocky  -  wtrącił  Tom. 

Miał  na  myśli  Rockhampton,  stolicę  tego  regionu,  położoną  na 
wybrzeżu, kilkaset kilometrów stąd. 

-  Dobrze  by  było  wiedzieć,  jakie  jest  jej  normalne  ciśnienie 

krwi -  rzekła  Anna  do  Toma,  gdy  Elena  zniknęła. - Ułatwiłoby 
mi to zdiagnozowanie stanu przed-rzucawkowego. 

Mówiąc  to,  mierzyła  ciśnienie  Dani  i  aż  krzyknęła  cicho, 

kiedy  zobaczyła  wynik.  Elena  wróciła  z  teczką  dokumentów, 
które  okazały  się  formularzem  przyjęcia,  a  nie  kartą  pacjentki. 
Do sali weszła też młoda kobieta w zabrudzonych farbą szortach 
i koszuli w kratę. 

-  Elena  powiedziała,  że  to  pilne,  więc  nie  traciłam 

niepotrzebnie czasu na przebieranie się. Doktor Talbot, prawda? 
- Wzięła Dani za rękę i przemówiła do niej, zanim Anna zdążyła 
cokolwiek powiedzieć. - No i co ty wyprawiasz, wariatko? 

36

RS

background image

 

 

Zabrzmiało  to  tak  łagodnie  i  czule,  że  pytanie  wcale  nie 

wydało  się  niegrzeczne.  Dani  zareagowała  na  nie  bladym 
uśmiechem. 

-  Czuję  się  okropnie,  Jess.  -  Anna  domyśliła  się,  że  kobieta 

jest położną, o której wspomniała Elena. 

- I okropnie wyglądasz - stwierdziła surowo Jessica. 
- Prawda, Tom? 
-  Już  ją  widziałem  w  znacznie  gorszym  stanie  -  odparł.  - 

Pamiętasz,  jak maciora  Berta  Campiona  zaczęła  się prosić,  a  ja 
wyjechałem do Westway i Dani była przy tym sama? 

-  To  było  jeszcze  zanim  zaczęliśmy  hodować  kozy  - 

zaprotestowała  pacjentka.  -  Pamiętam,  że  po  wszystkim 
zwymiotowałam ze zdenerwowania. 

Anna  zdała  sobie  sprawę,  że  Tom  i  Jessica  celowo  zagadują 

Dani,  by  ją  czymś  zająć  i  nie  pozwolić  poddać  się  panice. 
Zerknęła  na  tacę  z  lekami,  którą  Elena  przygotowała  na  ich 
przybycie, i z radością zauważyła środek na obniżenie ciśnienia, 
którego zwykle używała. Po podaniu tego środka oraz siarczanu 
magnezu,  by  zapobiec  atakowi  drgawek,  Dani  i  jej  dziecko 
powinny być bezpieczne, przynajmniej przez jakiś czas. 

- Trzeba zbadać mocz - powiedziała potem. 
- Założę cewnik - zaproponowała Jessica. 
Anna spojrzała na Toma, który trzymał Dani za rękę. 
- Może wyjdziesz, żeby nie peszyć chorej? - zaproponowała, a 

wszystkie trzy kobiety roześmiały się. 

- Tom miałby się przejmować tym, że kogoś speszy? - zakpiła 

Elena.  -  Znamy  go  tu  dobrze.  Ma  tyle  wrażliwości  co  kloc 
drewna. 

- A nawet mniej - dodała Jessica. Skończyła właśnie myć ręce 

i wkładała jednorazowe gumowe rękawiczki. 

Znów  się  roześmiały,  a  Anna  potrząsnęła  głową,  dziwiąc  się 

ich  niemal  rodzinnej  zażyłości.  To  prawda,  że  było  to  jej 
pierwsze  zetknięcie  się  z  pracą  w  małym  szpitalu,  ale  nie 
spodziewała się tak nieformalnej atmosfery. 

37

RS

background image

 

 

Kątem  oka  spostrzegła,  że  Tom  się  jej  przygląda,  i  poczuła 

dziwne mrowienie wzdłuż kręgosłupa, jakby przeczucie czegoś, 
co ma się między nimi wydarzyć. Przecież to niemożliwe, żeby 
czytał w jej myślach. Patrzył na nią uważnie, jakby zachowanie 
w kryzysowej sytuacji miało być sprawdzianem jej charakteru. 

- Zadzwonić po latającego? - spytała Elena. 
- Po latającego? - powtórzyła Anna i dopiero po chwili zdała 

sobie sprawę, że pytanie było skierowane do niej. 

Jessica uśmiechnęła się. 
- Po latającego ginekologa położnika - wyjaśniła. 
- Ach, tak. Pamiętam, że coś o nim czytałam. Mieszka gdzieś 

na południe stąd, ma samolot, więc w ciągu godziny czy dwóch 
może dotrzeć do każdego miejsca w zachodnim Queenslandzie, 
tak? 

- Właśnie. Ma stopień konsultanta, więc w zasadzie pacjentkę 

musi  skierować  do  niego  lekarz  pierwszego  kontaktu,  ale  w 
nagłych wypadkach współpracuje ze szpitalami. 

Jessica  tłumaczyła  to  Annie,  jednocześnie  pobierając  próbkę 

moczu od pacjentki. W końcu podała jej pojemnik. 

-  Zestawy  sterylne  są  w  pokoju  obok  -  wyjaśniła,  wskazując 

na zamknięte drzwi przy końcu sali. 

Anna wzięła próbkę i kartę Dani, lecz wiedziała, że oczekują 

od niej czegoś więcej. 

-  Pomyślę  o  latającym  -  obiecała,  używając  skrótu,  którym 

posłużyła  się  Elena.  -  Wy  tymczasem  przyjmijcie  Dani  na 
oddział i umieśćcie ją w osobnej sali. Chcę, żeby była pod stałą 
obserwacją. Wystarczy wam personelu? 

-  Jakoś  dadzą  sobie  radę.  -  Choć  powiedział  to  Tom,  a  nie 

któraś  z  pielęgniarek,  w  jego  słowach  słychać  było  tak  mocne 
przekonanie, że Anna przyjęła to za pewnik. 

Weszła  do  niewielkiego  pomieszczenia,  które  wskazała  jej 

Jessica. Kiedy już się tam znalazła, przypomniała sobie, że była 
tu  z  Elizabeth  i  wiedziała  nawet,  gdzie  szukać  zestawów  do 
badania moczu. 

38

RS

background image

 

 

- Czy ten stan przedrzucawkowy to rodzaj zatrucia? 
Głos Toma  tak  wystraszył  Annę,  że  nieomal  wypuściła  z  rąk 

pudełko  z  zestawem.  Odkąd  się  poznali,  Tom  tak  często  ją 
zaskakiwał,  że  nie  powinna  się  dziwić  jego  niespodziewanej 
obecności. 

-  Tak.  Może  prowadzić  do  bardzo  niebezpiecznej  rzucawki. 

Na  tym  etapie  można  jeszcze  powstrzymać  rozwój  choroby 
odpowiednimi  lekami.  Pacjentka  musi  leżeć  i  wypoczywać.  Ta 
przypadłość  wywołuje  zaburzenia  metabolizmu  i  niewydolność 
nerek,  ale  symptomy  ustępują  po  urodzeniu  dziecka  - 
tłumaczyła,  nie  przerywając  badania.  Potwierdziło  ono  zbyt 
wysoki poziom białka. - Problem polega na tym, że każda z tych 
anomalii - obrzęk, białkomocz i podwyższone ciśnienie 

-  może  wskazywać  na  stan  przedrzucawkowy,  a  u  Dani 

występują wszystkie trzy. 

Mówiła  to  głośno,  by  uporządkować  myśli  i  choć  Tom 

milczał, jego obecność pomagała jej w analizie stanu chorej. 

-  Musimy  ją  obserwować  -  ciągnęła.  -  Jeśli  w  ciągu  sześciu 

godzin ciśnienie wzrośnie, trzeba będzie coś zrobić. 

- Na przykład co? 
- Na przykład wywołać poród albo wykonać cesarskie cięcie, 

zanim  dojdzie  do  rzucawki.  Jak  już  mówiłam,  kiedy  urodzi  się 
dziecko, objawy ustąpią samoistnie. 

Spojrzała na Toma i w jego oczach zobaczyła troskę. 
- Jeśli Dani sobie zażyczy, albo jeśli pielęgniarki uznają to za 

wskazane, zadzwonię po tego latającego 

- powiedziała w nadziei, że to go uspokoi. - Powiem mu, jak 

wygląda sytuacja i zobaczymy, co nam poradzi. 

Tom  skinął  głową,  ale  zanim  wyszedł,  przez  chwilę  jeszcze 

przyglądał się Annie ze zmarszczonym czołem. W drzwiach się 
zatrzymał,  jakby  chciał  coś  powiedzieć,  ale  tylko  potrząsnął 
głową i zniknął. 

Kiedy  przewożono  Dani  na  oddział,  Tom  szedł  obok  niej  i 

rozmyślał  o  nowej  lekarce.  Czuł  dziwne  napięcie,  którego  nie 

39

RS

background image

 

 

doświadczył od czasu przyjazdu do Merriwee. I nie chodziło tu 
o denerwujący zalew listów czy wizyty nieproszonych kobiet. 

To było coś zupełnie nowego, innego. 
Pierwszy  raz  poczuł  to  w  tym  małym  pomieszczeniu,  gdzie 

Anna  wykonywała  badanie.  Poszedł  tam,  by  zapytać  o  stan 
zdrowia  Dani.  Zamierzał  też  podziękować  Annie  za  troskliwą 
opiekę, ale słowa uwięzły mu w gardle. Ogarnęło go przedziwne 
uczucie,  coś  w  rodzaju  déj?  vu.  Tylko  że  przy  déj?  vu  ma  się 
wrażenie, że coś się zna z przeszłości, on natomiast wyczuł coś, 
co się dopiero ma wydarzyć... 

Tylko co? Nie miał pojęcia. 
A  jest  przecież  rozsądnym,  twardo  stąpającym  po  ziemi 

człowiekiem.  Może  zaczyna  wariować?  A  może zaatakował  go 
wirus grypy, który szalał po okolicy? Na  chwilę  zamknął oczy. 
Pielęgniarki właśnie przenosiły Dani na łóżko. 

-  Masz  odpoczywać,  słyszysz?  -  polecił  jej  surowo,  a potem, 

by się czymś zająć, odprowadził wózek szpitalny, na którym ją 
tu przywieziono, z powrotem do izby przyjęć. 

Anna  zapisała  wyniki  badania  na  karcie  Dani  i  poszła  do 

pokoju  pielęgniarek.  Dowiedziała  się  tam,  że  pacjentka 
przebywa w sali numer sześć. 

Dani  spała,  a  Jessica,  która  siedziała  przy  jej  łóżku,  wstała  i 

cicho podeszła do drzwi. 

-  Nie  mam  dziś  dyżuru,  ale  zostanę  przy  niej  na  noc. 

Przyjaźnimy się od czasów szkolnych - wyjaśniła. 

Anna skinęła głową. 
-  Będę  u  siebie,  gdybyście  mnie  potrzebowały.  A  jeśli  nie 

zadzwonicie,  zajrzę  tu  za  godzinę,  żeby  sprawdzić,  jak  się 
miewa  Dani.  -  Domyślała  się,  że  pielęgniarka  w  takim  małym 
szpitalu  często  musi  podejmować  ważne  decyzje  bez  udziału 
lekarza  i  na  pewno  ma  duże  doświadczenie.  Przysunęła  się 
bliżej  do  Jessiki  i  odezwała  cicho,  żeby  nie  obudzić  chorej.  - 
Może powinnyśmy zawiadomić lekarza specjalistę? 

40

RS

background image

 

 

-  Na  razie  nie  trzeba  -  odrzekła  pielęgniarka.  -  Musiałby  tu 

przylecieć, a jak by już tu był, to... - Chwilę milczała, marszcząc 
brwi.  -  Możliwe,  że  chciałby  wywołać  poród  lub  zrobić 
cesarskie cięcie, tak na wszelki wypadek. A wtedy urodziłby się 
wcześniak  i  trzeba  by  było  wysłać  Dani  do  szpitala  na 
wybrzeżu. Wcale by to się jej nie spodobało, zwłaszcza że Brian 
właśnie  wyjechał.  Jeśli  uda  się  nam  utrzymać  jej  stan  pod 
kontrolą, dziecko urodzi się o czasie i nic nie będzie mu groziło. 

Podprowadziła Annę do drzwi. 
-  Teraz  niewielu  lekarzy  chce  przyjmować  porody,  ze 

względu 

na 

koszty 

ubezpieczenia. 

Towarzystwa 

ubezpieczeniowe  boją  się,  że  w  razie  jakichś  komplikacji  będą 
musiały  płacić  wysokie  odszkodowania,  więc  składki  dla 
lekarzy są niebotyczne. 

Anna skinęła głową. 
-  Słyszałam  o  tym.  Ale  do  czego  zmierzasz?  Jessica  przez 

chwilę przyglądała jej się bacznie. 

-  Czy  zdecydowałabyś  się  odebrać  poród,  gdyby  okazało  się 

to  konieczne?  Zrobiłabyś  cesarskie  cięcie,  gdyby  stan  Dani 
nagle  się  pogorszył  i  nie  byłoby  czasu,  żeby  sprowadzić 
latającego? 

- Ależ oczywiście! - odparła Anna bez wahania. - Na studiach 

miałam  wiele  zajęć  z  położnictwa,  a  nawet  ukończyłam 
dodatkowy  kurs.  Przeprowadziłam  też  chyba  ze  sto  cesarskich 
cięć.  Chyba  lekarz,  który  ma  w  miasteczku  prywatną  praktykę, 
może wystąpić jako anestezjolog, więc dalibyśmy radę. 

Kiedy skończyła to mówić, zdała sobie sprawę, że w zasadzie 

nie jest jeszcze pracownikiem szpitala w Merriwee. Nie chciała 
jednak zawracać Jessice głowy taką drobnostką. 

-  Tak,  Peter  Carter  często  pomaga  przy  mniej  poważnych 

operacjach.  -  Jess  z  zadowoleniem  skinęła  głową.  -  A  więc 
wszystko  sobie  wyjaśniłyśmy.  Na  razie  nie  wzywamy 
latającego. 

41

RS

background image

 

 

Anna  wyszła  z  sali,  czując,  jak  przygniata  ją  ciężar 

odpowiedzialności. Poszła więc do głównego sekretariatu, gdzie 
znajdował  się  spis  numerów  telefonów  lekarzy.  Zerknęła  na 
zegar i stwierdziła, że jest późno, ale postanowiła zawiadomić o 
zaistniałej  sytuacji  przynajmniej  lekarza  dyżurnego.  Tak  na 
wszelki wypadek... 

Telefon odebrała kobieta o nieco zniecierpliwionym głosie. 
-  Jackie  Carter  -  przedstawiła  się,  więc  Anna  wiedziała,  że 

dzwoni pod właściwy numer. 

Szybko wyłuszczyła sprawę i dodała: 
- Zaangażowałam się w to, ponieważ akurat byłam w pobliżu, 

kiedy  Dani  zadzwoniła  do  Toma  z  wiadomością,  że  źle  się 
czuje. Tom wiedział, ze doktor Drouin wyjechał, a pani mąż jest 
chory,  więc  zabrał  mnie  ze  sobą.  Jednak  pomyślałam  sobie,  że 
doktor Carter powinien wiedzieć, co się dzieje. 

- Czy jest tam potrzebny? - zapytała Jackie, a Anna zapewniła 

ją,  że  Dani  na  razie  wypoczywa  i  będzie  całą  noc  pod 
obserwacją. 

-  Cóż,  Peter  śpi,  a  cały  dzień  czuł  się  bardzo  źle,  więc 

wolałabym  go  teraz  nie  budzić.  Jeśli  jednak  będzie  wam 
potrzebne wsparcie, to oczywiście dzwońcie. 

- Niezłe wsparcie! - wymamrotała do siebie Anna, odkładając 

słuchawkę.  Po  chwili  przyszło  jej  do  głowy,  że  za  dwa  dni  to 
będzie  miejsce  jej  pracy  i  wtedy  nie  będzie  miała  żadnego 
wsparcia. Przecież właśnie na takie wyzwania miała ochotę, po 
to przyjechała do australijskiego buszu. 

Poszła  do  sali numer  sześć  i  sprawdziła  stan Dani.  Ucieszyła 

się, że jej ciśnienie krwi spadło. 

- Zadzwoń do mnie, jak tylko coś cię zaniepokoi - przykazała 

Jessice.  -  Od  razu  przyjdę.  Jeśli  nie  zadzwonisz,  zajrzę  do  was 
mniej więcej za godzinę. 

Pielęgniarka  skinęła  głową  i  wróciła  do  łóżka  koleżanki. 

Gubiąc  się  nieco  na  szpitalnych  korytarzach,  Anna  znalazła  w 
końcu  wyjście  dla  pracowników  i  dotarła  do  swego  domku.  W 

42

RS

background image

 

 

salonie  paliło  się  światło,  ale  była  zbyt  zmęczona,  by  się 
zastanawiać,  jak  to  możliwe.  Poszukała  klucza  w  kieszeni 
szortów  i  dopiero  wtedy  uprzytomniła  sobie,  że  ma  cudze 
ubranie. Jej rzeczy leżą w plastikowej torbie, w domu Toma. 

Zostawiła  otwarte  okna  i  chociaż  wszystkie  miały  siatki 

przeciw  insektom,  nie  wątpiła,  że  zdoła  przez  któreś  wejść  do 

środka.  Już  miała  wprowadzić  swój  zamiar  w  czyn,  gdy 
spostrzegła, że w jej domu ktoś jest. Na podłodze w salonie leży 
Tom  Fleming!  Dopiero  po  dłuższej  chwili  zdała  sobie  sprawę, 
co tam robi. 

Tom  przemawiał  czule  do  kotki,  która  z  wyraźną 

przyjemnością ocierała się o niego, a w końcu wskoczyła lekko 
na jego pierś, podwinęła łapki i usiadła zadowolona, jakby nigdy 
nie miała żadnych obaw przed opuszczeniem swojej klatki. 

Anna poczuła, że ogarniają złość. Co za bezczelność! Tak po 

prostu  wejść  do  jej  domu,  położyć  się  na  podłodze  i  słodkimi 
słówkami uwieść kotkę! 

Z rozmachem otworzyła frontowe drzwi. 
- Ależ czuj się jak u siebie w domu! Nie krępuj się! 
-  warknęła  uszczypliwie.  -  Czy  na  prowincji  ludzie  wchodzą 

do  cudzych  domów  jak  gdyby  nigdy  nic?  I co  ty  wyprawiasz  z 
moją kotką? Tom wziął kota na ręce i usiadł. 

- A jak ci się wydaje? Leczę ją. 
Kotka ufnie zwinęła się w kłębek na jego kolanach. 
- Znalazłem w samochodzie torbę z twoimi rzeczami, a kiedy 

coś  w  niej  zabrzęczało,  zauważyłem,  że  zostawiłaś  klucze  i 
portfel w kieszeni spódnicy. Skorzystałem z tego i zajrzałem do 
kotki. A po drodze kupiłem chińskie jedzenie, bo jestem głodny 
jak wilk. Ty pewnie też. Poza tym chciałem ci podziękować za 
pomoc, zwłaszcza dla Dani. To nie tylko moja pracownica, ale i 
dobra przyjaciółka. 

Skończył  i  uśmiechnął  się,  jakby  był  dumny,  że  tak  jasno 

wytłumaczył  powody,  dla  których  włamał  się  do  jej  domu. 
Choć, skoro użył klucza, z prawnego punktu widzenia nie jest to 

43

RS

background image

 

 

włamanie.  A  kiedy  wspomniał  o  jedzeniu,  zdała  sobie  sprawę, 

że też jest głodna... 

-  No  dobrze,  nic  się  nie  stało  -  przyznała  niechętnie.  Tom 

zdjął kotkę z kolan i wstał, a ona cofnęła się, 

jakby się przestraszyła. Pochyliła się, by pogłaskać Cass, lecz 

zwierzątko  nadal  okazywało  uczucia  tylko  Tomowi,  ocierając 
się o jego nogi. 

-  Usiądź  i  odpocznij,  a  ja  tymczasem  włożę  pojemniki  do 

kuchenki  mikrofalowej  -  rzekł  rozkazującym  tonem.  -  Nie 
wiem,  co  lubisz,  więc  przyniosłem  dużo  różnych  potraw.  Dam 
znać,  kiedy  kolacja  będzie  gotowa.  -  Bez  pytania  wyciągnął  w 
jej  stronę  kieliszek  napełniony  czymś,  co  wyglądało  na  białe 
wino.  -  Tylko  mi  nie  mów,  że  nie  pijesz.  Kieliszek  wina 
wieczorową porą to w buszu niemal obowiązek. To lekkie wino, 
nie zaszkodzi ci. Wypijemy zdrowie źrebaka. 

Zrozumiała, że protesty na nic się nie zdadzą, więc usiadła na 

kanapie  i  wzięła  od  niego  kieliszek.  Ich  palce  na  chwilę  się 
zetknęły,  a  jej  serce  szybciej  zabiło.  Pewnie  dlatego,  że  jestem 
zmęczona  i  głodna,  tłumaczyła  sobie  w  duchu.  Na  szczęście 
Tom  poszedł  do  kuchni  i  nie  musiała  się  obawiać,  że  domyśli 
się, jak mocno zareagowała na jego dotyk. 

-  Gotowe!  -  Jego  okrzyk  wyrwał  ją  z  rozmyślań.  Wstała  i 

przeszła do kuchni. 

-  Myślałam,  że  australijska  prowincja  wygląda  zupełnie 

inaczej  -  powiedziała.  Tom  dumnie  spoglądał  na  pojemniki  z 
chińskimi  potrawami.  Anna  miała  wrażenie,  że  wystarczy  tego 
na  miesiąc.  -  Nie  wiem,  czy  dam  sobie  radę,  jeśli  wszystko 
będzie się toczyć tak, jak to było dzisiaj. 

Tom roześmiał się. 
-  Nie  codziennie  będziesz  musiała  asystować  przy  źrebieniu 

się klaczy pociągowej - zapewnił. 

- Co za ulga! 
Patrzył,  jak  Anna  nakłada  sobie  na  talerz  wielkie  porcje 

jedzenia i pochłania je ze smakiem. Szczupła kobieta o dobrym 

44

RS

background image

 

 

apetycie!  Cieszył  się,  że  pomyślał  o  jedzeniu  i  że  udało  się 
rozwiązać  problem  kota.  Dwie  pożyteczne  rzeczy,  które 
wyniknęły  z  jego  wizyty.  Musiał  jednak  przyznać  sam  przed 
sobą, że nie dlatego tu przyszedł. Przyszedł, bo po powrocie ze 
szpitala  nie  mógł  przestać  o  niej  myśleć,  więc  skorzystał  z 
pierwszego lepszego pretekstu. 

Chyba całkiem oszalał... 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

45

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Następnego  dnia  Anna  obudziła  się  późno,  z  poczuciem,  że 

zaspała.  Potem  uprzytomniła  sobie,  że  jest  sobota  i  do 
rozpoczęcia pracy zostały jej jeszcze dwa pełne dni. O drugiej w 
nocy ostatni raz zajrzała do Dani i spotkała tam Paula Drouina, 
który właśnie wrócił z rodeo. Był zmęczony, ale chętnie przejął 
opiekę nad pacjentką. 

Spokojnie wróciła do domu i położyła się spać, a obudziły ją 

dopiero wpadające do pokoju promienie słońca. 

-  Muszę  zawiesić  zasłony,  bo  inaczej  nigdy  się  nie  wyśpię  - 

rzekła  głośno,  chociaż  zdawała  sobie  sprawę,  że  mówienie  do 
siebie  -  kotki  nie  było  w  pobliżu  -  nie  jest  najlepszym 
przyzwyczajeniem. 

Wstała  i  zobaczyła  ubrania,  które  wczoraj  z  siebie  zrzuciła. 

Wypierze je i zwróci jeszcze dzisiaj. W ten sposób zerwie więź 
między  sobą  a  tym  człowiekiem  i  nie  będzie  musiała 
doświadczać  dziwnych  reakcji,  jakie  wywoływała  w  niej  jego 
obecność.  Ta  myśl  dodała  jej  energii.  Anna  włożyła  szlafrok  i 
ruszyła do kuchni, gdzie stała niewielka pralka. 

A kotka znów siedzi w podróżnej klatce! 
-  Niech  cię  licho,  Cassie!  -  mruknęła  Anna,  ale  pomyślała 

sobie,  że  może  kotka  po  prostu  lubi  tam  przebywać.  -  I  lepiej, 

żeby  tak  było!  -  ostrzegła.  -  Nie  mam  zamiaru  znów  wzywać 
weterynarza,  żeby  cię  zabawiał.  -  Kotka  z  gracją  przechyliła 

łepek  i  wyniośle  odwróciła  wzrok,  jakby  słowa  jej  pani  nie 
miały  dla  niej  najmniejszego  znaczenia.  -  Nie  słyszałaś  o 
kobiecej  solidarności?  -  zapytała  Anna  i  poszła  szukać  swoich 
brudnych ubrań. 

Znalazła je w salonie, nadal zapakowane w plastikową torbę. 

Najpierw  wypłukała  je  pod  bieżącą  wodą,  potem  wrzuciła  do 
pralki.  Nastawiła  programator  i  zrobiła  sobie  lekkie  śniadanie, 
złożone z płatków z mlekiem i owoców. 

46

RS

background image

 

 

Dwie  godziny  później,  kiedy  ubrania  były  już  wyprane,  a 

nawet  zdążyły  wyschnąć  w  tropikalnym  słońcu,  Anna 
postanowiła  ostatecznie  pozbyć  się  wszystkiego,  co  jej 
przypominało  o  wydarzeniach  wczorajszego  dnia.  Pożyczone 
ubrania  włożyła  do  torby  -  oprócz  slipów.  Postanowiła  je 
odkupić.  Spojrzała  jeszcze  raz  na  kotkę,  która  uparcie siedziała 
w otwartej klatce, i poszła do szpitala. Chciała odwiedzić Dani, 
potem  pojechać  do  Toma,  a  po  oddaniu  mu  ubrań  zwiedzić 
okolice miasteczka. Słyszała, że niedaleko znajduje się zbiornik 
wodny, gdzie ludzie łowią ryby, kąpią się, a nawet żeglują. 

Wszystko  szło  zgodnie  z  planem,  dopóki  nie  zatrzymała  się 

przed  gabinetem.  W  środku  nie  było  nikogo,  zniknął  nawet 
zakurzony  samochód,  co  wskazywało  na  to,  że  jego  właściciel 
gdzieś się oddalił. Zniknęły nawet ciężarówka Jima i przyczepa 
do przewożenia koni. Ciekawe, czy wraz z meblami Toma? 

Anna  zajrzała  do  boksu,  gdzie  stała  klacz  ze  źrebakiem,  i 

zobaczyła, że malec łapczywie ssie matkę. 

-  To  znaczy,  że  Jim  nie  odjechał  daleko  -  stwierdziła, 

głaszcząc wielką klacz po nozdrzach. 

Kilka  minut  patrzyła  na  źrebię,  które  nadal  poruszało  się 

niezdarnie  na  rozjeżdżających  się  kopytkach,  potem  poszła  w 
stronę  domu.  Była  trochę  zdenerwowana  i  niepewna,  jak 
postąpić  w  tej  sytuacji.  Postanowiła  zostawić  rzeczy  na 
werandzie,  dzięki  czemu  nie  będzie  musiała  wdawać  się  w 
rozmowę  ani  nie  zostanie  wciągnięta  w  jakąś  nową  misję 
ratowniczą.  No,  może  bezpieczniej  byłoby  zostawić  torbę  na 
stole w kuchni? W końcu Tom nieproszony wszedł do jej domu, 
więc  na  pewno  nie  będzie  miał  jej  za  złe,  jeśli  zajrzy  do  jego 
kuchni. 

Drzwi frontowe były otwarte. 
-  Jest  tam  kto?  -  zawołała,  ale  odpowiedziała  jej  tylko  cisza. 

Nadal  dziwiło  ją,  a  nawet  szokowało,  że  można  zostawić 
otwarte drzwi do domu. Jednak mimo oporów weszła do środka. 

47

RS

background image

 

 

Nie  było  tam  żywej  duszy,  tylko  stojąca  na  stole  niedopita 

filiżanka  kawy  czy  herbaty  wskazywała,  że  Tom  dostał  nagłe 
wezwanie.  Niespodziewany,  ogłuszający  dźwięk  sprawił,  że 
Anna  nerwowo  podskoczyła.  Rozejrzała  się  w  poszukiwaniu 

źródła  hałasu  i  w  końcu  zdała  sobie  sprawę,  że  to  telefon,  o 
którym wczoraj wspominał weterynarz. 

-  Pewnie  go słychać  nawet  w  szpitalu  -  burknęła pod nosem, 

zatykając  uszy  dłońmi.  Niewiele  to  pomogło.  Dzwonienie 
zdawało  się  rozlegać  w  środku  jej  głowy.  Musi  uciszyć 
piekielną machinę. Niewiele myśląc, podniosła słuchawkę. 

-  Tu  dom  weterynarza  -  powiedziała.  Miała  nadzieję,  że 

odbieranie cudzych telefonów nie jest w Australii karalne. 

- Kto mówi? - zapytał młody, kobiecy głos. 
-  Anna  Talbot.  Jestem  nową  lekarką  w  tutejszym  szpitalu. 

Przyszłam  do  weterynarza,  żeby...  -  Zwrócić  mu  ubranie?  Nie, 
takie  tłumaczenie  nie  wchodzi  w  grę.  -  Żeby  się  poradzić  w 
sprawie  kota,  ale  dom  jest  pusty.  Odruchowo  podniosłam 
słuchawkę. 

-  Gdzie  jest  Tom?  -  Głos  był  ostry  i  podejrzliwy.  Anna 

usłyszała w nim też nutę desperacji. 

- Nie wiem, tutaj go nie ma. Jak już mówiłam... 
- Tak, tak, wiem. Ale muszę z nim porozmawiać. 
-  Mogę  mu  przekazać  wiadomość  -  zaoferowała  Anna.  - 

Zostawię kartkę na stole, a jeśli to coś pilnego, będę dzwonić do 
niego co jakiś czas, żeby sprawdzić, czy ją przeczytał. 

-  Sama  nie  wiem!  -  Dziewczyna  zaszlochała  i  zamilkła.  - 

Powiedz mi jeszcze raz, kim jesteś - poprosiła w końcu. 

Anna ponownie wszystko wyjaśniła i zaproponowała: 
-  Może  mi  opowiesz,  na  czym  polega  kłopot?  Znów  zaległo 

długie milczenie. 

-  To  może  głupio  zabrzmieć.  Jestem  siostrą  Toma,  Patience. 

Jest  nas  dwie,  ja  i  Penny.  Właśnie  w  jej  sprawie  dzwonię. 
Widzisz,  była  taka  nieszczęśliwa  w  szkole,  na  dodatek  mama 
niedawno  powtórnie  wyszła  za  mąż.  Penny  bardzo  chciała 

48

RS

background image

 

 

zobaczyć  Toma,  więc  wsadziłam  ją  do  samolotu  lecącego  do 
Three Gorges. 

W  słuchawce znów  rozległ  się  tłumiony szloch  i dziewczyna 

dodała: 

-  Nie  mogłam  mu  nic  mówić,  dopóki  Penny  nie  wsiadła  do 

samolotu.  Gdyby  się  dowiedział  wcześniej,  na  pewno 
powiedziałby  mamie  albo  próbowałby  wyperswadować  Penny 
ten  pomysł.  Jej  samolot  ląduje  o  drugiej.  To  godzina  drogi  od 
Merriwee. Jeśli ta wiadomość nie dotrze do Toma, to Pen utknie 
na lotnisku. Nie przyszło mi do głowy, że go nie zastanę. Penny 
ma dopiero trzynaście lat! 

Anna  doskonale  rozumiała,  dlaczego  dziewczyna  wpadła  w 

panikę. Zrozumiała też sytuację Penny. 

-  Zaczekam  tu  na  twojego  brata,  a  jeśli  nie  wróci  na  czas, 

sama pojadę na lotnisko - obiecała. 

Patience przyjęła tę propozycję z ulgą, ale też trochę nieufnie. 

Jednak  Anna  szybko  wymyśliła,  jak  dzięki  kilku  telefonom 
można  się  upewnić,  że  ona,  Anna,  nie  jest  osobą  podejrzaną  i 
Penelope może się czuć przy niej bezpieczna. 

Godzinę  później  Anna  stała  na  lotnisku  w  Three  Gorges  i 

patrzyła  na  wysiadających  z  samolotu  pasażerów.  Nietrudno 
było  rozpoznać  Penelope  Fleming,  ponieważ  była  jedynym 
podróżującym samotnie dzieckiem. Pojawiła się ostatnia i Anna 
już  zaczęła  się  martwić,  że  cała  ta  historia  jest  jakimś  głupim 

żartem. Z bliska Penny okazała się dokładnie taka, jak opisała ją 
siostra.  Miała  równo  przyciętą  grzywkę,  proste  czarne  włosy  i 
ciemnoniebieskie, niemal granatowe oczy. 

Najwyraźniej  odziedziczyła  wygląd  po  ojcu  i  nie  było 

wątpliwości, że jest siostrą Toma. 

-  Cześć,  jestem  Anna.  -  Wyciągnęła  rękę  na  powitanie.  - 

Akurat  byłam  w  domu  Toma,  kiedy  zadzwoniła  twoja  siostra. 
Obiecałam jej, że odbiorę cię z lotniska, jeśli twój brat nie wróci 
w porę. 

49

RS

background image

 

 

Penny przyjrzała jej się badawczo, a potem omiotła wzrokiem 

niewielką halę, niewątpliwie w poszukiwaniu brata. 

- Rozmawiałaś z Patience? 
-  Tak.  -  Dziewczynka  nadal  przyglądała  się  ludziom  na 

lotnisku, a przy tym jakby starała się ukryć za Anną. 

- Zadzwoniła tuż po twoim wylocie. Ponieważ jestem dla was 

obcą  osobą,  wymyśliłyśmy,  żebyś  teraz  zadzwoniła  do  niej  na 
komórkę, a potem do szpitala w Merriwee, gdzie już mnie znają, 
i upewniła się, że ja to ja. 

-  A  nie  jakaś  porywaczka?  -  dokończyła  dziewczynka  i 

uśmiech rozjaśnił jej smutną twarz. 

Po pół godzinie i dwóch rozmowach telefonicznych ruszyły w 

drogę. 

-  Pielęgniarka  ze  szpitala  mówiła,  że  pochodzisz  z  RPA. 

Rzeczywiście,  masz  śmieszny  akcent  -  zauważyła  Penny.  - 
Dobrze  cię  opisała.  Jesteś  wysoką  blondynką.  Nie  wiedziała 
tylko, jaki masz kolor oczu. Są zielone, prawda? 

Anna  potwierdziła.  Prowadziła  samochód  w  skupieniu,  gdyż 

po 

australijskich 

szosach 

jeździ 

mnóstwo 

olbrzymich 

ciężarówek. 

-  To  bardzo  miło  z  twojej  strony,  że  po  mnie  wyjechałaś.  - 

Penny wyraźnie należała do dzieci, które czują się w obowiązku 
podtrzymywać  rozmowę.  -  To  była  taka  nagła  decyzja. 
Powiemy mamie, że to dlatego... 

I  tu  nastąpiła  długa  opowieść.  Anna  wysłuchała  historii 

rodziny  Toma,  a  potem  dowiedziała  się,  jak  uwolniwszy  się  ze 
szponów  jednej  pazernej  -  zdaniem  siostry  -  kobiety,  stał  się 
celem ataków tłumu zdesperowanych kandydatek na żonę. 

- Cały kłopot w tym, że Tom nie potrafi odmówić. Jest na to 

za  dobrze  wychowany  -  tłumaczyła  Penny,  a  Anna  musiała 
stłumić uśmiech. To dziecko pewnie zaślepia siostrzana miłość. 
Tom  bez  skrupułów  potraktował  ją  dość  ostro.  Wspomniała  o 
tym  dziewczynce.  -To  pewnie  dlatego,  że  jest  zdenerwowany 
tymi listami. 

50

RS

background image

 

 

On nigdy nie zachowuje się nieuprzejmie! Na pewno przez to 

zdenerwowanie wybierze  nie  tę  kobietę  -  martwiła  się Penny. - 
Tak właśnie było z Grace. I nie uwierzysz, ale ta Straszna Grace 
przyleciała  tu  tym  samym  samolotem.  Dlatego  wysiadłam 
ostatnia  i  chowałam  się  za  tobą,  dopóki  nie  wypożyczyła 
samochodu i nie odjechała. 

Anna  słuchała  paplaniny  Penny  i  zastanawiała  się,  jak  taki 

apodyktyczny  facet  jak  Tom  przyjmie  pojawienie  się  siostry, 
która zamierza się wtrącać w jego sprawy. 

-  A  właściwie  co  robiłaś  w  jego  domu?  -  zapytała  Penny  i 

Anna uśmiechnęła się do siebie. Czyżby dziewczynka dodała ją 
do listy kobiet, przed którymi należy chronić brata? 

-  Mam  kotkę  -  zaczęła,  ale  doszła  do  wniosku,  że  Penny  nie 

musi  znać  szczegółów.  Wyjaśniła  jej  więc  problem  z  Cassie, 
sugerując,  że  poranna  wizyta  miała  związek  wyłącznie  ze 
zdrowiem zwierzaka. 

-  Ale  mówiłaś,  że  znasz  Toma,  tak?  -  Penny  wykazała 

siostrzaną czujność. 

-  Nie,  nie  mówiłam.  Poznałam  go  dopiero  wczoraj,  więc 

trudno  powiedzieć,  że  go  znam.  Na  pewno  ma  powodzenie  u 
kobiet,  ale  ja  nie  jestem  dla  niego  zagrożeniem.  Spójrz!  - 
Pokazała dziewczynce pierścionek. - Już mam narzeczonego. 

Penny  zażądała  dokładnego  opisu  narzeczonego  i  Anna  była 

zdziwiona,  jak  trudno  jest  jej  opowiadać  o  Philipie.  Nastolatka 
nie  potrafiła  zrozumieć,  jak  można  się  dobrowolnie  rozstać  z 
narzeczonym  na  pół  roku.  Nie  była  w  tym  osamotniona. 
Rodzina Philipa, rodzice Anny i większość jej przyjaciół bardzo 
krytycznie odniosła się do jej pomysłu. Nawet sam Philip, choć 
głośno nic nie mówił, nie bardzo pojmował, dlaczego Anna chce 
sobie  dać  pół  roku  wolności,  zanim  zostanie  wzorową  żoną 
dyrektora wielkiej, międzynarodowej firmy. 

-  Chyba  zdecydowałam  się  na  ten  krok  dlatego,  że  zawsze 

robiłam to, czego inni ode mnie oczekiwali 

51

RS

background image

 

 

- tłumaczyła bardziej sobie niż Penny. Rozmawiały przez całą 

drogę, aż w końcu dotarły do domu Toma. 

- Ojej, ile samochodów - zdziwiła się dziewczynka. 
- Ten zakurzony jest Toma. Ciężarówki z przyczepą nigdy nie 

widziałam,  ale  jeden  z  tych  dwóch  to  na  pewno  samochód 
Grace.  Skoro  Tom  ma  tylu  gości,  to  na  pewno  nie  zrobi  mi 
awantury, prawda? - pocieszała się. 

Anna zgodziła się odprowadzić Penny  do domu, na wypadek 

gdyby  jednak  obecność  gości  nie  powstrzymała  Toma  przed 
awanturą.  Wzięła  walizkę  dziewczynki,  razem  weszły  na 
werandę  i  stanęły  przy  kuchennych  drzwiach,  niewidoczne  dla 
ludzi  znajdujących  się  w  środku.  Były  jednak  na  tyle  blisko, 

żeby słyszeć rozmowę. 

- Kiedy wreszcie zrozumiesz, że nie chcę, żebyś o mnie pisała 

ani  robiła  mi  zdjęcia!  -  grzmiał  Tom.  -  A  jeśli  chodzi  o  ciebie, 
Grace,  to  dokonałaś  wyboru  już  rok  temu,  kiedy  zerwałaś 
zaręczyny. Nie rozumiem więc, po co się tu zjawiasz! Co chcesz 
przez  to  osiągnąć?  A  teraz  proszę,  żebyście  obie  stąd  wyszły. 
Mam dużo pracy. Muszę nakarmić gościa, zająć się pacjentami i 

źrebakiem. Tak więc żegnam. 

Penny przywarła do ściany domu, ale w drzwiach nikt się nie 

pojawił. 

- Powinnyśmy wejść do środka, a nie podsłuchiwać 
-  wyszeptała  Anna.  W  tej  samej  chwili  usłyszały  jakiś 

przymilny kobiecy głos. 

-  Zaczekajmy  -  wyszeptała  Penny,  kiedy  druga  ze 

znajdujących  się  w  kuchni  kobiet  oznajmiła,  że  i  tak  napisze 
artykuł, więc Tom powinien zdecydować się na współpracę. 

Wtedy pierwsza z nich - zapewne Grace - zaczęła udowadniać 

drugiej, że właściwie Tom jest z nią zaręczony, więc nie stanowi 
dobrego tematu do artykułu o kawalerze do wzięcia. 

-  Nie  wierzę  własnym  uszom  -  odezwał  się  Tom  tak 

zdesperowanym tonem, że Anna chwyciła Penny za rękę. 

52

RS

background image

 

 

-  Musimy  to  przerwać  -  wyszeptała  Anna  -  bo  inaczej  zaraz 

rzucą się na siebie. 

Penny  tym  razem  się  nie  sprzeciwiła  i  razem  weszły  do 

kuchni.  Serce  Anny  biło  jak  szalone,  kolana  jej  drżały.  Nie 
lubiła  tego  typu  sytuacji  i  starała  się  ich  unikać, ale  tym  razem 
nie  mogła  odejść.  Przywołała  na  twarz  promienny  uśmiech  i 
powiedziała spokojnym głosem: 

-  Tom,  mam  dla  ciebie  wspaniałą  niespodziankę.  Po  twoim 

wyjściu  zadzwoniła  Patience  i  zapowiedziała  wizytę  siostry. 
Właśnie przywiozłam Penny z lotniska. 

Tom  patrzył  na  nie  osłupiały,  a  potem  chwycił  siostrę  w 

ramiona  i  uściskał.  Tymczasem  Grace  i  reporterka,  która 
przedstawiła się jako Carrie, zaczęły pytać, kim jest Anna. 

-  Och,  pozwólcie,  że  ją  wam  przedstawię  -  oznajmił  Tom  z 

uradowaną miną. - Oto moja narzeczona. 

Odsunął Penny na bok i ujął rękę jasnowłosej Anny. 
- Proszę bardzo! - Pokazał im pierścionek. - Wszystko jest jak 

trzeba.  Tak  więc  już  za  późno  na  reportaż  o  kawalerze  do 
wzięcia. Grace, przykro mi, że straciłaś tyle czasu... 

Wziął  Annę  pod  ramię,  a  widząc  zdziwioną  i  niezadowoloną 

minę Penny, przyciągnął ją do siebie i szepnął konspiracyjnie: 

- Zachowuj się, jak gdyby nigdy nic. 
Anna  miała  pustkę  w  głowie,  Grace  wyglądała  tak,  jakby  za 

chwilę miała pęknąć, a reporterka zasypała Toma gradem pytań: 

-  Czy  to  jedna  z  tych,  które  pisały  do  ciebie  listy?  Dlaczego 

wybrałeś  właśnie  ją?  Czy  przysłała  ci  swoje  zdjęcie?  Czy 
oceniałeś ją tylko na podstawie wyglądu? Jak się nazywasz? - Z 
tym  pytaniem  zwróciła  się  do  Anny,  która  nadal  miała  tak 
zdumioną  minę,  że  Tom  omal  się  nie  roześmiał.  -  Skąd 
pochodzisz? Jak długo znasz Toma? 

Ten wstrzymał oddech, lecz Anna szybko oprzytomniała. 
-  Wybaczcie  nam,  ale  Penny  ma  za  sobą  długą  podróż  - 

oznajmiła. - Poza tym nie czuje się zbyt dobrze i właśnie dlatego 
matka ją tu przysłała. Musimy się nią zająć. 

53

RS

background image

 

 

Wzięła Toma za rękę i nie zwracając uwagi na dreszcz, który 

ją przy tym przeszedł, wyprowadziła oboje z kuchni. 

-  Jak  mogłeś  powiedzieć,  że  jestem  twoją  narzeczoną!  - 

wyszeptała gniewnie, kiedy nieco się oddalili. 

- Sama wpadłaś na ten pomysł - odparował. - Wczoraj. Sama 

to zaproponowałaś. 

Penny obrzuciła Annę oskarżycielskim wzrokiem. 
- Mówiłaś, że prawie go nie znasz, że spotkaliście się dopiero 

wczoraj. Okłamałaś mnie. 

Anna  wiedziała,  jak  poważnie  nastolatki  traktują  takie 

sprawy, więc pośpieszyła z wyjaśnieniem: 

-  Nie  okłamałam  cię,  Penny.  Wszystko  ci  wyjaśnię,  tylko 

zaczekajmy, aż Grace i Carrie sobie pójdą. 

-  Spojrzała  na  Toma,  który  był  przyczyną  tych  wszystkich 

komplikacji.  -  Zdaje  mi  się,  że  ty  masz  więcej  do  tłumaczenia 
niż  ja.  Sugerowałam  tylko,  żebyś  odpisał  tym  wszystkim 
kobietom,  że  już  jesteś  zajęty,  a  nie  żebyś  się  mną  zasłaniał 
przed reporterką i byłą narzeczoną. 

Patrzyła  na  niego  ze  złością,  lecz  nie  wykazywał  żadnej 

skruchy. Wręcz przeciwnie, wydawał się tym wszystkim trochę 
rozbawiony.  Zanim  zdążyła  coś  jeszcze  powiedzieć,  rozległ  się 
rozdzierający dźwięk telefonu i Tom ruszył go odebrać. 

Penny podeszła do okna i wyjrzała na dwór. 
-  Właśnie  odjeżdżają,  ale  znam  Grace  i  wiem,  że  wróci  - 

oznajmiła.  Anna  z  ulgą  słuchała  trzasku  zamykanych  drzwi  i 
warkotu dwóch silników. Stanęła obok Penny. 

- Nie jestem zaręczona z Tomem - oświadczyła. 
- Powiedział tak, żeby się ich pozbyć. Opowiadał mi wczoraj 

o listach i tych natrętnych kobietach, więc wpadłam na pomysł, 

żeby  im  wyjaśnił,  że  już  ma  narzeczoną.  Owszem,  to  było 
kłamstwo, ale w ten sposób mógł się ich pozbyć, nie raniąc ich 
uczuć. 

Twarz dziewczynki pojaśniała. 
- Naprawę? 

54

RS

background image

 

 

-  Naprawdę  -  potwierdziła  Anna,  a  kiedy  Penny  uściskała  ją 

serdecznie, upewniła się, że znów są przyjaciółkami. 

- Nie wiem, mała, z czego jesteś taka zadowolona. 
-  Słysząc  głos  Toma,  odsunęły  się  od  siebie.  -  Jeszcze  nie 

rozmawialiśmy o twoim zachowaniu. Teraz dostałem wezwanie 
i muszę  jechać,  a  ponieważ  nie  chcę  zostawiać  cię tu samej, to 
pojedziesz ze mną. Tylko przebierz się w coś odpowiedniego. 

Jego  ton  uświadomił  Penny,  że  nadal  potrzebuje  wsparcia, 

więc natychmiast zwróciła się do swej nowej przyjaciółki. 

- Mówiłaś, że zaczynasz pracę dopiero w poniedziałek. Może 

pojedziesz z nami? Na pewno zobaczymy coś ciekawego. 

Tom  miał  taką  minę,  jakby  wolał  towarzystwo  żmii,  ale 

Penny spojrzała na nią tak błagalnie, że Anna uległa. 

-  Dobrze.  Ale  powinnaś  najpierw  zadzwonić  do  mamy  i 

zawiadomić ją, że bezpiecznie dotarłaś na miejsce. 

- I że mnie nie porwałaś - dodała ze śmiechem Penny. 
-  O co  chodzi  z  tym  porwaniem?  -  spytał Tom,  kiedy siostra 

pobiegła  do  telefonu.  -  A  skoro  już  mowa  o  Penny,  to 
wytłumacz  mi,  skąd  wiedziałaś,  że  przyjeżdża?  Może  to  od 
samego początku był jakiś podstęp? - spytał surowym tonem. 

- Wiesz, to chyba ty masz paranoję, a nie moja kotka 
-  odrzekła  urażona  Anna.  -  Wszędzie  wietrzysz  podstęp. 

Tymczasem ja tylko odebrałam z lotniska podróżujące samotnie 
dziecko  i  pomogłam  ci  w  trudnej  sytuacji.  I  co  mnie  za  to 
spotyka? 

Tom  nie  słuchał,  tylko  patrzył  zafascynowany  na  iskry 

gniewu w jej zielonych oczach i lekki rumieniec na policzkach. 
Czuł  ucisk  w  żołądku,  ponieważ  miał  świadomość,  że  nie 
powinien interesować się kobietą, która jest związana z innym. 

-  Nie  masz  nic  do  powiedzenia?  -  spytała  Anna.  Te  słowa 

wyrwały go z zamyślenia, ale nie bardzo 

wiedział,  co  odpowiedzieć.  W  tej  samej  chwili  do  pokoju 

weszła Penny, ze słuchawką w ręku. 

55

RS

background image

 

 

- Mama chce z tobą rozmawiać. Mówi, że powinieneś odesłać 

mnie do domu następnym samolotem, a już ona się mną zajmie. 
Nie zrobisz tego, prawda? 

Przymilny  ton,  błagalna  mina  i  radość  z  obecności  siostry 

sprawiły, że Tom uległ jej prośbie. 

- Cześć, Pat. Mała jest u mnie, cała i zdrowa. Może tu zostać 

aż  do  wakacji,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu.  Spytam  w 
tutejszej szkole, czy by jej nie przyjęli. 

Penny  jęknęła  boleśnie,  ale  wzrok  brata  przywołał  ją  do 

porządku.  Tom  szybko  zakończył  rozmowę  z  macochą, 
tłumacząc, że ma pilne wezwanie do pacjenta. 

-  Co  to  za  wezwanie?  -  zainteresowała  się  siostra,  kiedy 

odłożył słuchawkę. 

-  Jedziemy  do  stajni  Boba  Filmera.  Mam  tam  oznakować 

młodą klacz i pobrać od niej próbkę krwi dla oznaczenia DNA. 
To jest konieczne, żeby ją wpisać do księgi hodowlanej. 

-  Chyba  nie  chcę  oglądać  znakowania  -  rzekła  szybko  Anna. 

Tom  domyślił  się,  że  szuka  pretekstu,  by  nie  jechać  do 
wezwania. A może chce uniknąć jego towarzystwa? 

Ta  myśl  wcale  mu  się  nie  podobała,  ale  też  nie  dziwił  się 

Annie.  Bez  pytania  została  wplątana  w  rodzinne  problemy 
Flemingów.  Może  rzeczywiście  będzie  lepiej,  jeśli  z  nimi  nie 
pojedzie?  Nagle  do  akcji  wkroczyła  Penny,  której  zależało  na 
towarzystwie Anny. 

- Znakowanie wcale nie jest teraz takie okropne - wyjaśniała. 

- Tom korzysta z płynnego azotu, więc piętno jest wymrażane, a 
nie  wypalane.  Wszystko  dzieje  się  bardzo  szybko  i  zwierzę 
prawie  nic  nie  czuje.  Podobnie  się  usuwa  różne  brodawki  z 
ludzkiej skóry. 

Anna  roześmiała  się,  słysząc  taki  wykład.  Jej  twarz  tak  przy 

tym  wypiękniała,  że  Tom  znów  poczuł  ucisk  w  żołądku. 
Stanowczo 

powinien 

jak 

najmniej 

przebywać 

jej 

towarzystwie. 

56

RS

background image

 

 

- Miałam kiedyś w ten sposób usuwaną zmianę skórną z dłoni 

-  przypomniała  sobie  i  otoczyła  Penny  ramieniem.  -  Owszem, 
samego zabiegu prawie się nie czuje, ale potem rana trochę boli. 
Miej więc litość dla biednego konika. 

- O, nie! - zaprotestowała dziewczynka. - Będę weterynarzem 

jak  Tom,  a  on  mówi,  że  w  tej  pracy  nie  można  kierować  się 
sentymentami ani przypisywać zwierzętom ludzkich uczuć. 

Anna  zerknęła  na  Toma  z  ukosa,  ale  z  jej  spojrzenia  nie 

potrafił odczytać, co sobie pomyślała. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

57

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Anna  poszła  z  nimi  do  samochodu,  choć  wiedziała,  że 

powinna  znaleźć  jakąś  wymówkę  i  nie  narażać  się  na  dłuższe 
przebywanie  w  towarzystwie  przystojnego  weterynarza. 
Zawiodłaby jednak Penny, a bardzo by ją bolało, gdyby w tych 
wielkich  niebieskich  oczach  zobaczyła  smutek.  Może  jeśli  się 
skupi  na  celu  ich  wyprawy,  nie  będzie  tak  często  zerkała  na 
Toma. Powinna też zająć w samochodzie miejsce z tyłu. 

- Nie, ty usiądziesz z przodu - uparła się Penny, udaremniając 

Annie  wprowadzenie  w  czyn  jednego  postanowienia,  wobec 
tego Anna musiała się skoncentrować na drugim. 

-  Czy  to  wezwanie  jest  takie  pilne?  Naprawdę  trzeba 

koniecznie oznakować zwierzę w niedzielne popołudnie? 

-  Bob  to  nasz  aptekarz  i  dobry  przyjaciel.  Cały  tydzień 

pracuje,  w  sobotę  rano  też.  Codziennie  wstaje  skoro  świt,  żeby 
trenować  konie.  Pewnie  dzisiaj  ma  trochę  więcej  czasu  i 
chciałby  załatwić  tę  sprawę.  Nie  miałem  nic  innego  do  roboty, 
więc dlaczego nie miałbym spełnić jego prośby? 

Na tak postawione pytanie nie było odpowiedzi, więc zaległa 

niezręczna cisza. Na szczęście odezwała się Penny. 

-  A  zanim  było  wiadomo,  jak  badać  DNA,  w  jaki  sposób 

identyfikowano konie? 

-  Każdy  koń  miał  tak  zwany  paszport  -  odrzekł  Tom, 

wjeżdżając  na  drogę,  której  Anna  jeszcze  nie  znała.  -  Konie 
wyścigowe  nadal  je  mają,  ale  z  adnotacją  o  DNA.  Paszport 
zawiera  opis  znaków  szczególnych,  ułożenia  sierści.  Chociaż 
sprytny oszust i to potrafi podrobić. 

- Ale po co? - zapytała dziewczynka. 
-  Powiedzmy,  że  masz  konia  bez  znaków  szczególnych, 

jednolitej  maści.  Jest  to  koń  wyścigowy,  ale  niezbyt  szybki. 
Drugi,  o  takim  samym  wyglądzie,  świetnie  biega.  Jedziesz  na 
wyścigi, zgłaszasz do biegu pierwszego konia i obstawiasz. A że 
jego  szanse  na  wygraną  są  małe,  to  notowania  mogą  być  na 

58

RS

background image

 

 

przykład  sto  do  jednego.  Tymczasem  tak  naprawdę w  gonitwie 
bierze udział ten lepszy koń, więc możesz zgarnąć sporą sumę. 

-  Ale  to  nieuczciwe!  -  oburzyła  się  Penny,  a  Tom  się 

roześmiał. 

-  I  na  dodatek  niezgodne  z  prawem.  Niejeden  właściciel 

skończył przez to w mamrze. 

- Czy można jakoś temu zapobiec? - zainteresowała się Anna. 

-  Badanie  DNA  trwa  dość  długo,  a  oszuści  odbierają  pieniądze 
zaraz po wyścigu. 

Wjechali na dziedziniec przed rzędem stajni. 
-  Dochody  z  oszustwa  są  nielegalne,  więc  jeśli  sieje 

udowodni, to sprawca zostaje złapany, a pieniądze odzyskane. - 
Mówiąc to Tom zwrócił się ku Annie, i chociaż słowa wcale nie 
były romantyczne, jego bliskość sprawiła, że Anna zadrżała. 

Widząc to, dotknął jej ramienia. 
-  Dobrze  się  czujesz?  Chyba  nie  jest  ci  zimno?  Włączyłem 

wprawdzie klimatyzację, ale przy tej temperaturze niewiele ona 
pomaga. Mamy dziś czterdzieści stopni w cieniu. 

Anna  chciała  mu  powiedzieć,  że  nic  jej  nie  jest,  ale  zanim 

zdążyła się odezwać, wtrąciła się Penny: 

- Wysiadacie czy nie? 
Stała już obok samochodu i pukała w szybę. 
-  Co  za  uprzykrzony  dzieciak  -  wymamrotał  Tom  i  wysiadł. 

Nie zwracając uwagi na Penny, która chciała od razu pociągnąć 
go  do  stajni,  okrążył  samochód  i  otworzył  drzwi  od  strony 
pasażera.  Bliskość  tej  pięknej  kobiety  oszałamiała  go,  ale  nie 
zapominał o dobrych manierach. 

Gdy  Anna  wysiadała,  słońce  oświetliło  jej  długie,  opalone 

nogi. Wyobraźnia Toma rozszalała się na dobre. 

-  Teraz  ja  muszę  zapytać,  czy  dobrze  się  czujesz.  -  Anna 

dotknęła jego ręki. Jej głos brzmiał w jego uszach jak nieznana 
muzyka. 

59

RS

background image

 

 

-  Pewnie,  że  niezbyt  dobrze  -  burknął  szorstko,  by  ukryć 

prawdę.  -  Ale  to  nie  jest  przypadłość,  którą  da  się  wyleczyć, 
więc nie musisz biec po lekarską torbę. 

Wiedział, że sprawia Annie przykrość. Odwróciła się szybko i 

poszła  do  stajni,  gdzie  w  cieniu  czekała  na  nich  Penny.  Tom 
podążył  za  nią  wolnym  krokiem,  zastanawiając  się  nad 
zawiłościami  ludzkich  uczuć.  Dostał  cztery  worki  listów  od 
kobiet,  które  bardzo  chciały  go  poznać,  ale  do  tego  stopnia  nie 
był  nimi  zainteresowany,  że  otworzył  najwyżej  dziesięć  czy 
dwanaście.  Nagle  zjawia  się  w  jego  życiu  ta  jasnowłosa 
piękność,  burzy  jego  logicznie  poukładany  świat  i  przypomina 
mu, że ciało też ma swoje potrzeby. 

Bob  usłyszał  ich  samochód  i  zanim  Tom  dotarł  do  stajni,  on 

już przedstawił się Annie i nie odrywając od niej rozanielonego 
wzroku,  wprowadził  swych  gości  do  środka.  Tom  zaklął  w 
duchu. Mógł przewidzieć, jak taki podrywacz jak Bob zareaguje 
na Annę. 

- Będę zachwycony, jeśli zechcesz się przejechać na którymś 

z moich koni na torze treningowym - zapewniał. I na pewno nie 
zwracał się do Penny. 

-  To  konie  wyścigowe.  Nie  wiem,  czy  wystarczająco  dobrze 

jeżdżę - odrzekła Anna, gładząc aksamitne nozdrza najlepszego 
wałacha w stajni. 

-  Bzdura!  Pokażę  ci,  co  robić  -  zachęcał  Bob,  również 

głaszcząc konia. Świetny pretekst, by dotknąć ręki Anny. 

- Chodźmy - ponaglił Tom, chcąc przerwać ten flirt. 
- Jasne - odparł przyjaciel. - Masz narzędzia? Dopiero wtedy 

Tom zdał sobie sprawę, że zapomniał 

wziąć  z  samochodu  torbę.  Kiedy  wrócił,  Penny  i  Anna  stały 

na  dziedzińcu  za  stajniami,  przemawiając  pieszczotliwie  do 
młodej klaczy. Tom musiał przyznać, że zwierzę jest wyjątkowo 
piękne. 

- Któregoś dnia wygra puchar - oznajmił Bob. 

60

RS

background image

 

 

-  Puchar?  Macie  tu  wyścigi  o  puchar  Merriwee?  Bob 

roześmiał się, słysząc pytanie Anny. 

-  Owszem,  ale  mi  chodziło  o  Puchar  Melbourne,  największy 

wyścig w całej Australii. Odbędzie się za dwa miesiące. Wtedy 

życie w całym kraju zamiera. 

Tom  skierował  rozmowę  na  temat,  który  był  powodem  ich 

wizyty - oznakowanie zwierzęcia. 

-  Chyba  nie  chcę  na  to  patrzeć  -  stwierdziła  Anna.  -  Mogę 

zajrzeć do stajni? 

Bob oczywiście się zgodził i przez chwilę wyglądał tak, jakby 

miał  zamiar  jej  towarzyszyć,  więc  Tom  przypomniał  mu,  że 
musi mu pomóc przy klaczy. 

-  Poprosiłbym  Annę  o  pomoc  -  dodał,  korzystając  z  okazji  - 

ale ona nosi pierścionek z takim wielkim brylantem, że mogłaby 
koniowi wybić oko. 

Bob zerknął w stronę stajni. 
-  Jest  zaręczona?  Hm,  to  może  być  nawet  bardziej 

interesujące, niż się z początku zapowiadało. 

- Ale ona jest zaręczona z Tomem! - oznajmiła Penny. 
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią zaskoczeni. 
-  Naprawdę?  -  zdziwił  się  Bob.  -  Przepraszam,  stary,  nie 

wiedziałem.  Ale  z  ciebie  numer!  Wszystkim  dookoła 
opowiadasz,  jak  bardzo  ci  się  podoba  kawalerskie  życie,  a  po 
cichu zaręczasz się z taką ślicznotką! 

Tom  już  miał  wyjaśnić,  że  to  tylko  wybieg,  ale  zmienił 

zamiar. Ciekawiło go tylko, dlaczego Penny to powiedziała. 

-  Na  widok  Anny  prawie  zaczął  się  ślinić  -  wytłumaczyła 

chwilę  później  Penny.  -  I  widziałam,  że  jej  to  wcale  nie 
odpowiada.  Pomyślałam,  że  jeśli  powiem,  że  Anna  należy  do 
ciebie, to Bob się od niej odczepi. 

-  Penny,  nie  można  mówić,  że  ludzie  do  siebie  należą  - 

pouczył  ją  brat,  choć  myśl  o  tym,  że  Anna  mogłaby  do  niego 
należeć, bardzo mu się spodobała. 

61

RS

background image

 

 

-  Ale  czasami  tak  jest  -  upierała  się  Penny.  -  Nie  pamiętam 

naszego  taty,  ale  Patience  mówi,  że  on  i  mama  właśnie  jakby 
należeli  do  siebie.  A  teraz,  kiedy  patrzę  na  mamę  i  Keitha,  też 
mam ochotę tak to nazwać. To jest tak, jakby się urodzili po to, 

żeby ze sobą być. Jak chleb z masłem albo ryba z frytkami. 

-  Powiem  Pat,  że  porównałaś  ją  i  Keitha  do  ryby  z  frytkami. 

Bardzo się ucieszy. - Tom prychnął rozbawiony. - Ale jest coś w 
tym,  co  mówisz.  Tyle  że  chodzi  tu  bardziej  o  to,  że  do  siebie 
pasują, a nie o to, że jedno jest własnością drugiego. 

Penny  spojrzała  na  niego  zaskoczona,  a  i  Tom  sam  się 

zdziwił, skąd u niego takie przemyślenia. Przecież nigdy się nad 
tym  nie  zastanawiał.  W  jego  życiu  takie  związki  po  prostu  się 
nie zdarzały.  

Dotychczasowe zwykle kończyły się katastrofalnie. 
Kiedy  młoda  klacz  została  już  oznakowana,  pożegnali  się  z 

Bobem i poszli do samochodu. 

- Dziękuję, że ze mną przyjechałyście - rzekł Tom. 
-  To  było  bardzo  ciekawe  -  zapewniła  Penny  i  zwróciła  się 

ciszej  do  Anny:  -  Ale  jeśli  kiedyś  przyjedziesz  tu  pojeździć 
konno, to uważaj na Boba. Chociaż mu powiedziałam, że jesteś 
zaręczona z Tomem, dalej próbował z tobą flirtować! 

Anna zatrzymała się jak wryta. 
- Tak mu powiedziałaś? Ale przecież wiesz, że to nieprawda. 

Już sobie to wyjaśniłyśmy. 

Dziewczynka uśmiechnęła się od ucha do ucha. 
-  Wiem.  I  właśnie  dlatego  tak  powiedziałam,  kiedy 

zobaczyłam, jak ci się narzuca. 

Anna  potrząsnęła  głową.  Co  innego  oznajmić  coś  takiego 

dwóm 

przyjezdnym 

kobietom, 

co 

innego 

komuś 

miejscowemu. Teraz zapewne dowie się o tym całe miasteczko. 

- Nie martw się. - Tom jakby wyczuł jej obawy. Oparł jej rękę 

na  ramieniu  i  poprowadził  do  samochodu.  -  Nawet  jeśli  Bob  o 
tym  rozpowie,  to  będzie  tylko  krótkotrwała  sensacja.  - 
Roześmiał  się.  -  A  jeśli  nie,  to  urządzimy  na  głównej  ulicy 

62

RS

background image

 

 

spektakularne  zerwanie  zaręczyn.  Będziesz  nawet  mogła  rzucić 
we mnie tym monstrualnym brylantem, jeśli zechcesz. 

Anna  zacisnęła  palec  na  pierścionku.  Twarde  krawędzie 

kamienia  przypomniały  jej  o  Philipie  -  i  o tym, że  nie  powinna 
czuć przyjemności, gdy dotyka jej inny mężczyzna. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  takiej  potrzeby  -  powiedziała 

cicho. 

-  A  prawdziwy  narzeczony  Anny  ma  własny  odrzutowiec  - 

oznajmiła Penny, kiedy już samochód ruszył. 

Anna  zauważyła,  że  Tom  zerknął  na  nią,  jakby  chciał  się 

upewnić,  czy  to  prawda.  Zastanawiała  się,  kiedy  w  drodze  z 
lotniska do Merriwee zdążyła tyle o sobie opowiedzieć. 

-  Ma  biura  na  całym  świecie  -  wyjaśniła,  czując  się  w 

obowiązku  usprawiedliwić  jakoś  ekstrawagancję  narzeczonego. 
- Łatwiej jest tam dolecieć własnym samolotem. Czasami trudno 
znaleźć połączenie i można stracić dzień lub dwa. 

-  I  to  byłoby  takie  straszne?  Nastąpiłby  krach  na  giełdzie? 

Ceny ropy poszłyby w górę? Taki ważny jest ten twój Philip? 

Anna postanowiła zignorować te ironiczne pytania, i znacząco 

odwróciła  się  do  okna.  Jednak  Penny  nadal  mówiła  o 
narzeczonym  Anny,  a  Tom  zachłannie  słuchał  tych  informacji. 
To  zupełnie  naturalne,  że  taka  piękna  dziewczyna  przyciągnęła 
uwagę  bogatego  i  wpływowego  mężczyzny.  Tak  przynajmniej 
powtarzał sobie w myślach. 

-  To  przez  Philipa  została  lekarką  -  triumfalnie  zakończyła 

Penny. 

Jej opowieść tak zepsuła Tomowi humor, że nie chciał prosić 

o  żadne  wyjaśnienia.  Postanowił  unikać  kontaktów  z  piękną 
blondynką.  A  siostrę  udusi,  jeśli  nadal  będzie  go  zasypywała 
informacjami, których nie chciał znać. 

Unikanie  kontaktów  z  doktor  Talbot  wcale  nie  było  takie 

proste.  Tom  uświadomił  to  sobie,  gdy  wpadł  na  nią  po  raz 
czwarty  w  ciągu  trzech  dni.  Tym  razem  mieli  okazję 

63

RS

background image

 

 

porozmawiać  trochę  dłużej.  Oboje  stali  w  kolejce  do  kasy  w 
supermarkecie. 

Tom  miał  też  czas,  by  się  przyjrzeć,  jak  jest  ubrana.  Tym 

razem spódnica sięgała niemal do kolan, a dziwaczne klapki na 
koturnach  zostały  zastąpione  przez  wygodne  sandały.  Tylko 
polakierowane  paznokcie  u  dużych  palców  u  stóp  zdobił 
maleńki kwiatek. Widać było, że Anna nie zamierza całkowicie 
się nagiąć do wiejskich standardów. 

- Ciągle na siebie wpadamy - zauważyła z uśmiechem, a Tom 

poczuł, ze serce bije mu mocniej. 

Usiłował wymyślić jakąś błyskotliwą odpowiedź, kiedy Anna 

nagle przysunęła się bliżej i dodała cicho: 

- Nieprzyjaciel po lewej... 
Spojrzał  we  wskazanym  kierunku  i  zobaczył  Grace  oraz 

Carrie.  One  również  ich  dostrzegły.  Nagle  oślepił  go  błysk 
flesza, a kasjerki z ożywieniem zaczęły wymieniać uwagi. 

-  Do  diabła!  Powinnam  wiedzieć,  że  kontakt  z  tobą  zawsze 

kończy się jakimś zamieszaniem! - syknęła Anna, odskakując od 
niego nerwowo. 

Już  miał  jej  przypomnieć,  że  sama  się  do  niego  przysunęła, 

przez  co  umożliwiła  reporterce  wykonanie  zdjęcia,  ale  właśnie 
nadeszła jego kolej i musiał wyłożyć zakupy na taśmę. 

-  Słyszałam,  że  się  zaręczyłeś,  Tom  -  zagadnęła  go  kasjerka 

imieniem  Barbara.  -  Czy  twoja  narzeczona  to  ktoś  sławny,  że 
tak was fotografują? 

Tomowi  przyszło  do  głowy  kilka  różnych  odpowiedzi,  ale  w 

końcu odrzekł tylko: 

- Proszę, poznaj Annę. Jest lekarką i właśnie zaczęła pracę w 

naszym szpitalu. 

-  Jest  pani  lekarką?  -  Gdyby  Barb  usłyszała,  że  Anna  jest 

kosmonautką,  nie  zdziwiłaby  się  bardziej.  Przyjrzała  się  jej 
uważnie  i  oznajmiła  z  powagą:  -  Wygląda  pani  raczej  na 
modelkę albo aktorkę. 

64

RS

background image

 

 

Tymczasem  Grace  i  Carrie  ustawiły  się  przy  wyjściu.  Ich 

miny nie wróżyły nic dobrego. Najwyraźniej obie miały ochotę 
dobrać się Tomowi do skóry. 

Barbara  przesuwała  zakupy  Toma  pod  czytnikiem,  więc  nie 

mógł  się  wycofać,  ale  Anna  wciąż  miała  nadzieję,  że  uniknie 
spotkania. 

-  Chyba  odłożę  wszystko  z  powrotem  na  półki  i  zawrócę  - 

wyszeptała.  W  trudnej  sytuacji  najwyraźniej  zapomniała  o 
wcześniejszej wrogości wobec Toma. 

-  Ani  mi  się  waż  -  odrzekł  i  by  uniemożliwić  jej  odwrót, 

polecił Barbarze, aby dopisała zakupy Anny do jego rachunku. - 
Zapłacę za wszystko - oznajmił głośno. 

W końcu musieli odejść od kasy. Grace i Carrie zrównały się 

z nimi i ustawiły się po  bokach, niczym strażniczki eskortujące 
więźniów. 

- Wiemy już, kim jest Anna - oznajmiła Grace. 
- I że przyjechała tu zaledwie w czwartek - triumfalnie dodała 

Carrie. 

-  Jak  więc  mogliście  się  zaręczyć?  -  zapytała  Grace, 

przysuwając się bliżej do Toma. 

- Nie słyszałaś o internecie? - warknął. - Są internetowe chaty, 

internetowe randki, nawet seks przez internet. Taka nowoczesna 
kobieta jak ty powinna wiedzieć, że partnera można znaleźć i w 
ten sposób. 

- Seks przez internet - wyszeptała cicho Carrie, a Tom zadrżał 

na  myśl,  jaki  użytek  może  z  tej  informacji  zrobić  reporterka. 
Doktor  Talbot  mieszka  w  Australii  tymczasowo,  a  poza  tym 
uroda  pomoże  jej  wybrnąć  z  każdej  sytuacji.  On  natomiast 
będzie  musiał  wynieść  się  z  miasta  i  zmienić  nazwisko,  jeśli 
skandalizujący artykuł ukaże się w prasie. 

-  Mój  samochód  jest  tam  -  rzekła  Anna  i  zmieniła  kierunek 

marszu, gdy nagle zdała sobie sprawę, że Tom niesie jej zakupy, 

łącznie zjedzeniem dla kota i stekiem, który zamierzała usmażyć 
sobie na kolację. 

65

RS

background image

 

 

-  Podrzucę  ci  zakupy  do  domu  -  oznajmił  Tom,  jakby  znów 

odczytał  jej  myśli.  Potem,  ku  jej  wielkiej  uldze,  poprowadził 
obie kobiety do swojego samochodu. 

Kiedy już siedziała za kierownicą, przyznała sama przed sobą, 

że większą ulgę sprawiło jej pozbycie się towarzystwa Toma niż 
obu kobiet. Wczoraj, gdy poszła odwiedzić Dani, natknęła się na 
niego. Potem, kiedy pojechała na stację benzynową, on akurat z 
niej  wyjeżdżał,  a  dziś  rano,  kiedy  Paul  Drouin  pokazywał  jej 
oddziały,  Tom  siedział  przy  łóżku  Dani,  jakby  to  on  był  jej 
mężem, a nie przebywający gdzieś daleko kierowca ciężarówki. 
Te  spotkania  by  jej  nie  przeszkadzały,  gdyby  jej  ciało  nie 
reagowało  na  nie  tak  niepokojąco.  Jeszcze  jej  się  to  nie 
zdarzyło.  Z  westchnieniem  zapaliła  silnik  i  ruszyła  do  szpitala. 
Zdecydowała, że musi się jakoś uodpornić na urok przystojnego 
weterynarza. 

Kiedy  przyjechała  do  domu,  odebrała  telefon  od  Philipa,  co 

trochę  poprawiło  jej  nastrój,  ale  gdy  tylko  odłożyła  słuchawkę, 
zjawił  się  Tom  z  zakupami.  Z  dumą  oznajmił,  że  wreszcie  się 
pozbył prześladujących go dam. 

-  Obiecałem  Carrie,  że  jeśli  nie  opublikuje  artykułu  na  mój 

temat, damy jej wyłączność na reportaż z naszego ślubu. Grace 
cały  czas  coś  burczała  na  temat  oszustwa,  więc  ją  zapewniłem, 

że  to  wszystko  prawda  i  nawet  ustaliliśmy  już  datę.  Pierwszy 
stycznia. Co ty na to? 

Anna patrzyła na niego osłupiała. 
- Ale przecież my się nie pobieramy - przypomniała mu. 
-  Wiem,  ale  Carrie  tego  nie  wie.  Nawet  Grace,  kiedy 

usłyszała,  że  termin  już  ustalony,  przestała  wątpić.  Chciałbym 
mieć  nadzieję,  że  już  ich  więcej  nie  zobaczymy,  ale  kiedy 
odjeżdżałem  spod  supermarketu,  natknąłem  się  na  Boba. 
Natychmiast  do  mnie  podszedł,  kiedy  zobaczył,  że  jestem  w 
damskim towarzystwie. Teraz Carrie chce pisać artykuł o nim, a 
Grace, widząc, że koleżanka zostaje w miasteczku, również nie 

66

RS

background image

 

 

zamierza się stąd ruszać. A może spodobało jej się, że Bob z nią 
flirtował? 

Anna  wzdrygnęła  się,  przypomniawszy  sobie  przesadne 

komplementy farmera i jego nachalne spojrzenia. 

-  Życzę  jej  szczęścia.  -  Ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że 

towarzystwo Toma wcale jej nie denerwuje, a wręcz przeciwnie, 
sprawia  jej  przyjemność.  Oj,  niedobrze!  -  Dziękuję,  że 
przyniosłeś  zakupy.  Pewnie  nie  chcesz  zostawiać  Penny  za 
często samej. Nie wiadomo, co jej strzeli do głowy. 

- Och, Jim się nią zajmuje - uspokoił ją. Zajrzał do lodówki i 

wyjął  z  niej  pół  butelki  wina,  które  otworzył  w  piątkowy 
wieczór.  -  Bardzo  się  polubili.  Jim  traktuje  ją  jak  córkę.  Penny 
ma wymyślić imię dla źrebaka, a potem wybierają się na lody. - 
Wyciągnął butelkę  w stronę Anny. - Masz ochotę na kieliszek? 

Żeby uczcić rozwiązanie naszego problemu. Nie zostanę długo, 
bo chcę jeszcze odwiedzić Dani. 

-  Rozwiązanie  naszego  problemu?  -  powtórzyła  zdziwiona, 

ale  skinęła  głową.  W  końcu  kieliszek  wina  jej  nie  zaszkodzi.  - 
Przecież tego ślubu nie będzie. 

-  No  właśnie.  A  wiec  nikt  nie  pociągnie  mnie  do 

odpowiedzialności za złamanie umowy. 

-  Złamanie  umowy?  Tom,  czy  ty  coś  podpisałeś?  Roześmiał 

się i położył jej rękę na ramieniu. 

- Oczywiście, że nie. Nie jestem całkowitym kretynem. 
Mimo woli Anna poczuła, że dotyk Toma znów wywołuje w 

niej znajomy, przyjemny dreszcz. 

 
 
 
 
 
 
 
 

67

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Zgodnie  z  zapowiedzią,  Tom  wkrótce  wyszedł.  Bez  niego 

dom wydał  się  Annie  pusty.  Dała  jeść  kotce, która łaskawie  na 
tę okazję opuściła klatkę, a potem przygotowała sobie kolację i 
zjadła  ją  przy  stole  w  salonie,  gdzie  leżał  stos  kart  pacjentów. 
Jedząc,  przeglądała  je.  Na  niektórych  pierwszych  wpisów 
dokonano  dwadzieścia  lat  wcześniej.  Należały  one  do  obecnie 
hospitalizowanych  pacjentów  i  do  tych,  którzy  nazajutrz  mieli 
odwiedzić jej gabinet. 

Paul  wyjaśnił  jej  system  pracy.  Niektórymi  pacjentami  miała 

się zajmować tylko w szpitalu, innych przyjmować w gabinecie 
Petera Cartera. 

-  A  co  będzie,  jeśli  zostanę  wezwana  do  szpitala  w  nagłej 

sprawie podczas sesji w gabinecie? - zapytała, zastanawiając się, 
czy w ogóle będzie miała czas na normalne życie. 

- Pacjenci zaczekają, albo przejmie ich Peter. Czasami, jeśli to 

będzie bardzo pilna sprawa, będą po prostu musieli umówić się 
na inny termin. 

Anna  przyjrzała  się  karcie  Alberta  Hibberta  cierpiącego  na 

cukrzycę,  który  według  zapisu  miał  trudności  z  utrzymaniem 
diety.  Zastanawiała  się,  jak  go  przekonać  do  zmiany  trybu 
odżywiania - ze względu na niego samego, ale też rodzinę. 

Pech chciał, że następnego dnia, kiedy właśnie jego badała w 

gabinecie, wezwano ją do szpitala. 

- Bardzo pana przepraszam, ale zdarzył się wypadek i muszę 

wyjść  -  wyjaśniła  Albertowi.  -  Proszę  się  umówić  na  przyszły 
tydzień, a przez ten czas zapisywać w tej tabeli wszystko, co pan 
je. Nawet drobne przekąski. Dzięki temu będziemy mogli dojść, 
gdzie popełnia pan błąd. 

Albert uśmiechnął się. 
- Ned mówił, że jest pani bardzo ładna, i się nie mylił - rzekł 

nieśmiało. 

Anna oczywiście nie miała pojęcia, kim jest Ned. 

68

RS

background image

 

 

-  To  wypadek  drogowy  -  dowiedziała  się  od  Eleny,  kiedy 

dotarła do szpitala. - Samochód wpadł na drzewo. Dwie kobiety 
są ranne, ale nie tak poważnie, jak podejrzewał personel karetki. 
Stłuczenia  i  niewielkie  rany,  oraz  spuchnięta  kostka.  Już 
posłałam po Jillian. 

Jillian?  Anna  gorączkowo  przypominała  sobie,  czego  w  tym 

krótkim czasie dowiedziała się o pracownikach szpitala. 

- Czy to pielęgniarka z kwalifikacjami technika rentgenologa? 
- Tak. - Elena skinęła głową. - Mamy tu dwie takie osoby. Ją i 

Robertę. A w środy przyjeżdża radiolog z Three Gorges. 

Kiedy  dotarły  do  pacjentek,  Anna  ze  współczuciem,  ale  i 

lekkim przerażeniem zobaczyła, że pierwszą ofiarą wypadku jest 
Carrie, reporterka. Niemal z lękiem zerknęła na sąsiednie łóżko 
-  i  zobaczyła  na  nim  Grace.  Była  narzeczona  Toma  miała  za 
chwilę zostać przewieziona na prześwietlenie. 

- Co się stało? - zapytała Anna, pochylając się nad Carrie. Na 

ramieniu pacjentki zobaczyła długą ranę ciętą. 

- Kangur... - wymamrotała przez spuchnięte usta. 
- Wyskoczył na drogę. Skręciłyśmy i wpadłyśmy na drzewo. 
Anna  sprawdziła  kartę  wypełnioną  przez  obsługę  karetki  i 

zbadała Carrie, wyjaśniając, co robi i dlaczego. 

-  Rany  na  nogach  same  ładnie  się  zagoją,  jeśli  tylko  nie  wda 

się infekcja, ale tę ranę na ramieniu wolę zszyć. 

-  Zostanie  brzydka  blizna?  -  zaniepokoiła  się  Carrie,  a  Anna 

doskonale rozumiała jej obawy. 

- Tak założę szwy, że nic nie będzie widać - obiecała. 
Posłała  Elenę  po  niezbędne  narzędzia  i  poszła  sprawdzić,  w 

jakim stanie jest Grace. 

- Jak się czuje Carrie? - spytała Grace z niepokojem. Od razu 

było  widać,  że  kobiety  się  zaprzyjaźniły,  choć  spotkały  się  w 
dziwnych okolicznościach. 

-  Nadal  jest  w  szoku,  ma  niewielkie  rany,  ale  wkrótce 

powinna  dojść  do  siebie  -  odrzekła  Anna,  jednocześnie 

69

RS

background image

 

 

oceniając  stan  pacjentki.  Od  razu  zauważyła,  że  Grace  jest 
bardzo blada, a jej źrenice są nierównej wielkości. 

- Uderzyłaś się w czasie wypadku w głowę? - zapytała. 
Grace zmarszczyła brwi. 
-  Chyba  nie.  Nie  jechałyśmy  szybko  i  jak  zobaczyłam 

kangura, od razu zahamowałam. Ale kiedy skręciłam, żeby się z 
nim  nie  zderzyć,  pewnie  natrafiłam  na  plamę  oleju  albo 
rozsypany żwir. Wpadłam w poślizg i uderzyłam w drzewo. 

Anna wsunęła dłonie we włosy Grace i obmacała jej czaszkę. 
- Dla pewności zrobimy też prześwietlenie głowy 
- powiedziała, choć nie znalazła nic podejrzanego. 
Ciężkie  drzwi  gabinetu  rentgenologii  rozsunęły  się  i  weszła 

przez nie młoda kobieta w dżinsach i bluzce bez rękawów. 

-  Jestem  Jillian  -  przedstawiła  się.  -  Teraz,  kiedy  cię 

poznałam, już rozumiem, dlaczego Tom nie był zainteresowany 

żadną z tutejszych panien, chociaż się na niego rzuciły, kiedy do 
nas przybył. Trzymał cię gdzieś w ukryciu! 

Anna  zignorowała  uwagę  o  ,,trzymaniu  w  ukryciu"  i  opisała 

Jillian stan Grace. 

-  Spojrzę  jeszcze  na  jej  kostkę  -  dodała.  Kostka  była 

opuchnięta. Anna nie wiedziała, czy 

Jillian  potrafi  dobrze  wykonać  zdjęcie  tak  skomplikowanego 

stawu,  ale  pielęgniarka  krótko  opisała  jej,  co  zamierza zrobić,  i 
Anna uznała, że kobieta zna się na tym doskonale. Wróciła więc 
na oddział, by zaszyć ranę Carrie. Elena oczyściła już obrażenia 
na nogach pacjentki i spryskała je płynem antyseptycznym. 

-  Chciałabym,  żebyś  tu  kilka  godzin  została  -  powiedziała 

Anna,  kiedy  rana  była  już  zszyta  i  opatrzona.  -  Tylko  po  to, 

żebyśmy mogli cię obserwować. 

Carrie  nie  zaprotestowała,  co  świadczyło  o  tym,  że  była 

bardziej  wstrząśnięta  wypadkiem,  niż  na  to  wyglądało. 
Zadbawszy  jedną  pacjentkę,  Anna  wróciła  do  gabinetu 
rentgenologicznego,  by  obejrzeć  gotowe  już  zdjęcia  czaszki 
drugiej. 

70

RS

background image

 

 

- Nie widzę śladów złamania, ale żeby się upewnić, że nie ma 

obrażeń mózgu, trzeba by było wykonać scyntygrafię, a my nie 
mamy sprzętu - oświadczyła Jillian. 

-  Skąd ci  przyszły  do  głowy  obrażenia  mózgu? -  zaciekawiła 

się Anna. 

-  Z  tego  samego  powodu,  z  którego  kazałaś  zrobić 

prześwietlenie. Pacjentka ma nierówne źrenice. 

Anna  skinęła  głową  i  poczuła  się  pewniej.  Najwyraźniej  w 

tym  małym  prowincjonalnym  szpitalu  wszystkie  pielęgniarki 
mają  duże  doświadczenie  i  potrafią  doskonale  ocenić,  czy 
pacjentowi  wystarczy  opieka  na  miejscu,  czy  należy  go 
skierować do większego, lepiej wyposażonego ośrodka. 

- Dobrze, spójrzmy teraz na kostkę. 
Jillian  wskazała  na  cienką  smugę  świadczącą  o  złamaniu 

kostki bocznej. 

-  Jak  tutejsi  specjaliści  postępują  z  tego  typu  złamaniem?  - 

spytała Anna. - Łączą je płytką czy po prostu gipsują? 

-  Przy  bardziej  skomplikowanych  złamaniach,  kiedy  trzeba 

zakładać  płytki  lub  śruby,  odsyłamy  pacjentów  do  Rocky.  To 
złamanie jest na tyle proste, że możemy założyć gips tutaj. 

- Znasz się również na tym? 
Jillian uśmiechnęła się z zadowoleniem. 
-  Uwielbiam  to  robić,  ale  Jenny,  nasza  fizjoterapeutka, jest  u 

nas najlepszym fachowcem od tych spraw. 

Przez  chwilę  dyskutowały  o  tym,  jaki  opatrunek  gipsowy 

byłby  najlepszy  w  przypadku  Grace.  Annę  jednak  nadal 
niepokoiły 

nierówne 

źrenice 

pacjentki. 

Postanowiła 

skonsultować się z Peterem, zadzwoniła więc do jego gabinetu. 

-  Zapytałaś  ją,  czy  to  u  niej  normalne?  Ludzie  czasami 

miewają  nierówne  źrenice.  A  może  to  zespół  Adiego,  przy 
którym źrenica opornie reaguje na światło. Zmęczenie potęguję 
tę przypadłość. 

To  była  bardzo  rozsądna  sugestia.  Pocieszona  Anna  wróciła 

do  szpitala.  Choć  Grace  twierdziła,  że  nie  zauważyła,  by  jej 

71

RS

background image

 

 

źrenice  były  nierównej  wielkości,  Anna  po  krótkim  badaniu 
uznała, że przypuszczenie Petera jest trafne. 

Postanowiła  sprawdzić,  jak  się  miewa  Dani.  Tym  razem  nikt 

nie  siedział  przy  jej  łóżku,  a  młoda  kobieta  była  nieco 
zdenerwowana koniecznością pobytu w szpitalu. 

-  Chodzi  mi o  kozy  -  przyznała.  -  Wiem, że  Tom codziennie 

rano karmi je i poi, ale nie mogę tego od niego wymagać. 

- Ależ Dani, musisz tu zostać i wypoczywać. Chodzi o dobro 

twoje i dziecka. Gdyby twój mąż był w domu, wypuścilibyśmy 
cię.  Ale  sama  pewnie  zaraz  byś  chciała  coś  zrobić,  wróciłabyś 
do normalnych zajęć i znów twój stan by się pogorszył. 

Dani westchnęła. 
- Masz rację. Ale leżenie w łóżku jest takie nudne! 
-  Poczytaj  coś  -  zasugerowała  Anna.  -  Co  lubisz?  Romanse? 

Kryminały? 

Dziewczyna zaczerwieniła się. 
-  Uwielbiam  romanse,  ale  Brian  się  ze  mnie  śmieje,  kiedy  je 

czytam. 

-  A  co  mu  do  tego?  Czytanie  romansów  to  najlepszy  sposób 

na  zabicie  szpitalnej  nudy.  I  przestaniesz  myśleć  o  tym,  co  się 
dzieje w domu. Przyniosę ci jakiś. 

Potem podeszła do pana Jenksa, starszego człowieka z ciężką 

niewydolnością  nerek.  Jej  dyżur  już  się  skończył,  więc  mogła 
zatrzymać  się  dłużej  przy  jego  łóżku.  Pan  Jenks  był  kiedyś 
poganiaczem  bydła,  przepędzał  stada  na  wielkie  odległości  i 
bardzo ciekawie o tym opowiadał. Anna miała nadzieję, że ktoś 
kiedyś spisze te historie. 

Kiedy wyszła z sali pana Jenksa, natknęła się na Toma. 
- Zdajesz sobie sprawę, jakie skutki będzie miał ten wypadek? 

-  zapytał.  -  Obie  panie  tak  szybko  nie  wyjadą  z  Merriwee.  - 
Spojrzał z nadzieją na Annę. - Chyba że znajdziesz u Grace coś 
na tyle poważnego, że odeślesz ją do Rocky... 

- I przez to jeszcze bardziej skomplikuję jej życie? Przecież to 

kobieta,  którą  kiedyś  poprosiłeś  o  rękę  -  przypomniała  mu  i 

72

RS

background image

 

 

chociaż  mamrotał  pod  nosem,  że  to  niezupełnie tak  się  odbyło, 
zignorowała jego słowa. 

- A teraz chcesz ją odesłać gdzieś, gdzie nikogo nie zna? 
-  Znalazłaby  się  bliżej  Brisbane,  gdzie  mieszka  jej  rodzina  - 

zauważył Tom. 

- Już o tym pomyślałam i sprawdziłam na mapie. Z Brisbane 

do  Rockhampton  jest  siedem  godzin  jazdy  samochodem.  I  tak 
nikt z rodziny nie wpadłby do niej z odwiedzinami. 

Chciała  go  wyminąć,  ale  położył  jej  rękę  na  ramieniu. 

Zamarła i spojrzała mu pytająco w oczy. Tom jednak milczał, a 
po  chwili  cofnął  dłoń,  jakby  uznał,  że  bez  słów  przekazał  jej 
wiadomość. Anna jednak wcale jej nie zrozumiała. Gdy odszedł, 
skierowała się do sali, gdzie leżały Grace i Carrie. 

-  Możesz  już  wyjść  ze  szpitala  -  przekazała  dobre  wieści 

Carrie. 

-  I  miałabym  zostawić  Grace  samą?  Nie  ma  mowy. 

Pielęgniarki mówią, że jeśli przez noc nie pojawią się symptomy 
wstrząsu  mózgu,  będzie  można  ją  wypisać.  Więc  pewnie  jutro 
wyjdziemy obie. Tymczasem popracuję nad artykułem o opiece 
medycznej w głębi kontynentu. Tyle się słyszy, że sytuacja pod 
tym względem jest fatalna. Ale uwierz mi, że w wielkim mieście 
nie zaopiekowano by się nami tak dobrze. 

- Ale można by zrobić Grace scyntygrafię. 
- Być może, po wielogodzinnym oczekiwaniu w izbie przyjęć. 

Tutaj  od  razu  się  nami  zajęto.  Szpital  jest  wspaniały,  personel 
cudowny, a jedzenie wyśmienite. 

Annę  ucieszyły  te  słowa.  Pracowała  tu  dopiero  od  kilku  dni, 

ale już czuła się z tym miejscem związana. Jeszcze przez chwilę 
rozmawiała z obiema pacjentkami, chociaż to Carrie głównie jej 
odpowiadała. 

Wracając  do  domu,  zastanawiała  się  nad  przyjaźnią,  która 

połączyła  obie  kobiety.  Na  myśl  o  tym  poczuła  przelotny 
smutek  i  zazdrość.  Zapewniła  się  jednak  w  duchu,  że  i  ona 

73

RS

background image

 

 

wkrótce  znajdzie  tu  przyjaciół.  Przecież  nie  minął  jeszcze 
tydzień, odkąd przyjechała do Merriwee. 

Pod  koniec  drugiego  tygodnia  pracy  Anna  zapomniała,  że 

kiedykolwiek  doskwierał  jej  brak  przyjaciół.  Ludzie,  których 
poznała  w  pracy,  stale  ją  gdzieś  zapraszali,  ale  ona  nigdy  nie 
miała czasu na wizyty. 

Carrie  i  Grace,  ta  druga  z  nogą  w  pięknym  gipsie,  znów 

zamieszkały  w  motelu.  Na  miejsce  wypisanych  pacjentów  do 
szpitala  wciąż  napływali  nowi,  zapewniając  personelowi 
mnóstwo  pracy.  Anna  zaczęła  się  już  przyzwyczajać  do 
szpitalnego  rytmu,  kiedy  wybuchła  epidemia  ospy  wietrznej. 
Zaczęła  się  w  szkole  podstawowej  i  wkrótce  ogarnęła  całe 
miasto.  Przed  gabinetem  ustawiały  się  kolejki,  dwoje  dzieci 
trzeba było hospitalizować. 

- I jak tu mówić tym biednym maluchom, żeby się nie drapały 

-  zastanawiała  się  Jillian,  która  miała  dyżur  podczas 
wieczornego obchodu w piątek. - Okłady z sody oczyszczanej i 
płynów  łagodzących  niewiele  pomagają.  -  Przemywała  właśnie 
krostki na śluzówce jamy ustnej małej Ginny Parr, podczas gdy 
jej matka, Maria, bezradnie siedziała przy łóżku. 

-  Krostki  zaczynają  przysychać,  więc  najgorsze  chyba  już  za 

nami  -  pocieszyła  kobietę  Anna,  choć  wysypka  była  tak  obfita, 

że nie zanosiło się na szybki koniec choroby. 

Jej  słowa  jednak  dodały  Marii  otuchy.  Rozmawiały  przez 

chwilę o chorobie, a potem Anna udała się do siebie. 

Dom!  Uświadomiła  sobie,  że  już  uznała  to  miejsce  za  dom, 

choć ten prawdziwy znajdował się na drugim końcu świata. 

Na  automatycznej  sekretarce  znalazła  wiadomość  od  Philipa. 

Nie  oddzwoniła  jednak  do  niego,  ponieważ  właśnie  leciał  do 
Ameryki  Południowej,  by  rozegrać  mecz  polo.  Philip. 
Zobaczyła go oczami wyobraźni. Był mniej więcej tego wzrostu 
co ona. Szczupły, ale umięśniony. Wyobraziła go sobie w stroju 
do  gry,  a  potem  w  eleganckim,  trzyczęściowym  garniturze. 

74

RS

background image

 

 

Spróbowała go sobie wyobrazić w dżinsach i koszuli w kratę, w 
jakiej zwykle chadzał Tom, ale jej się nie udało. 

Gdy  zadzwonił  telefon,  szybko  podniosła  słuchawkę,  pewna, 

że to wezwanie ze szpitala. 

- Cześć, tu Tom. Milczała zaskoczona. 
- W tych stronach zwykle odpowiadamy na powitanie... 
Nadal milczała. 
- Jesteś tam? Może nie kojarzysz, kto mówi? No wiesz, to ja. 

Ten  wysoki  weterynarz,  który  ma  siostrę  Penny.  Właśnie  w  jej 
sprawie  dzwonię.  Dostała  wysypki.  Podobno  w  szkole  panuje 
epidemia  ospy  wietrznej.  To  się  jakoś  leczy,  czy  po  prostu 
trzeba przeczekać? 

Cholera! 
-  Lepiej  będzie,  jak  ją  obejrzę.  -  Anna  wreszcie  odzyskała 

głos.  Profesjonalizm  zwyciężył  niechęć  do  zbliżania  się  do 
człowieka,  który  wprowadzał  taki  zamęt  w  jej  głowie.  -  Nie 
powinna wychodzić z domu, więc ja przyjadę. 

- Dzięki. 
Pojechała  okrężną  drogą,  zastanawiając  się,  kiedy  wreszcie 

znajdzie  czas,  by  zwiedzić  okolicę.  Na  piechotę  zapewne 
dotarłaby  do  Toma  szybciej.  Zaparkowała  za  autem,  które 
wydało  jej  się  znajome.  Tom  zszedł  z  werandy  i  ruszył  w  jej 
stronę. Stanął naprzeciw niej i przyciągnął ją do siebie. 

-  Nie  powiedziałem  ci,  że  mam  kolejnych  gości.  Jim 

wyjechał,  ale  wprowadziły  się  Grace  i  Carrie.  Zostaną  do 
poniedziałku,  potem  lecą  do  Brisbane.  W  motelu  nie  było  już 
miejsc, a w miasteczku nie ma innej możliwości noclegu. 

Anna  zdała  sobie  sprawę,  że  Tom  trzyma  ją  w  objęciach,  by 

stworzyć pozory serdecznego powitania. Mimo to jego bliskość 
działała na nią oszałamiająco. Znów nie mogła wydobyć z siebie 
ani  słowa.  Na  dodatek  Tom  pochylił  się  i  pocałował  ją. 
Wiedziała, że to tylko na pokaz, ale jej serce nie chciało przyjąć 
tego do wiadomości. 

75

RS

background image

 

 

-  Powinnam  zajrzeć  do  Penny  -  wyjąkała  wreszcie,  a  Tom 

skinął głową i poprowadził ją do domu. 

Widok  pokrytej  wysypką  twarzy  sprowadził  ją  na  ziemię, 

chociaż przypadek dziewczynki nie wyglądał na zbyt ciężki. 

-  Całkiem  dobrze  się  czuję  -  radośnie  oznajmiła  Penny.  -  I 

wiem,  co  to  jest,  bo  ma  to  połowa  szkoły.  Tom  niepotrzebnie 
robi  zamieszanie.  -  Uśmiechnęła  się  szeroko.  -  A  może  chciał 
znaleźć  wymówkę,  żeby  uciec  od  swoich  gości  -  wyszeptała, 
kiedy  Anna  dotknęła  jej  czoła,  by  sprawdzić  temperaturę.  - 
Właściwie  to  szkoda,  że  zachorowałam  -  ciągnęła.  -  Ta  szkoła 
wcale  nie  jest  taka  zła,  zwłaszcza  że  jestem  nowa  i  na  razie  za 
wiele ode mnie nie wymagają. No i mam fajne koleżanki. 

Annie  znów  się  przypomniało,  jak  bardzo  brakuje  jej  teraz 

przyjaciółki. Albo przyjaciela. 

- Chcesz zobaczyć źrebaka? - Tom wsunął głowę przez drzwi. 
- Mówiłeś przecież, że Jim wyjechał. 
- Owszem. - Tom puścił oko do siostry. - Miał dość babskiego 

towarzystwa,  ale  nadal  jest  w  mieście.  Spotkał  w  pubie 
znajomego i będzie mieszkał u niego, dopóki Felicity i Frank nie 
będą gotowi do podróży. 

-  Frank?  Nazwał  takie  słodkie  zwierzę  Frank?  -  zdziwiła  się 

Anna. 

- To ja je tak nazwałam - z godnością wyjaśniła Penny. - Jak 

się nad tym zastanowisz, to na pewno dojedziesz do wniosku, że 
to  wspaniałe  imię.  Przede  wszystkim  tak  się  nazywał  ojciec 
Jima.  Poza  tym  Frank  znaczy  tyle  co  otwarty,  uczciwy,  a  więc 
doskonale pasuje do uczciwie pracującego konia pociągowego. 

Anna  musiała  się  z  nią  zgodzić  i  za  namową  dziewczynki 

poszła odwiedzić Franka. 

-  Wpadnę  do  ciebie  jutro,  żeby  sprawdzić,  jak  się  miewasz  - 

zapowiedziała. 

Gdy  wyszli  z  domu,  zawahała  się,  ale  kiedy  poczuła  na 

ramieniu znajomy dotyk dłoni Toma, poszła z nim bez namysłu, 
jak posłuszne dziecko. Albo owca prowadzona na rzeź. 

76

RS

background image

 

 

Źrebak wyglądał pięknie. Stał pewnie przy matce. 
- Jest chyba ze dwa razy większy - stwierdziła Anna. 
-  Chyba  tak.  Jim  mierzy  go  dwa  razy  dziennie.  Anna 

wyciągnęła rękę i pogłaskała szorstki grzbiet. 

- Jest taki piękny - powiedziała z zachwytem, odwróciła się i 

znalazła się w ramionach Toma. 

- Ty też jesteś piękna - odrzekł, potrząsając głową, jakby sam 

się sobie dziwił. 

Anna,  choć  zaskoczona,  nie  wyrwała  się  z  jego  objęć.  Co 

więcej,  kiedy  nachylił  się,  by  ją  pocałować,  zareagowała 
radością.  Tym  razem  nic  nie  odbyło  się  na  pokaz.  Był  to 
prawdziwy pocałunek dwojga ludzi, którzy wreszcie dali wyraz 
swym uczuciom. Anna czuła, że robi jej się gorąco, zmiękły jej 
kolana.  W  końcu  oderwali  się  od  siebie,  by  złapać  oddech,  ale 
Tom nadal mocno trzymał ją w ramionach. 

- Tak nie można - wyszeptała po chwili. - Jestem zaręczona z 

Philipem  i...  -  Zawahała  się.  Więzy  łączące  ją  z  narzeczonym 
wydały się nagle pętami ciążącymi niczym jarzmo. 

- Kiedyś byłem zaręczony z Grace. Zaręczyny można zerwać 

- odrzekł Tom, ale bez przekonania. 

Pamiętał, jak mu było ciężko, gdy Grace z nim zerwała. Czuł 

się  zawiedziony  i  zdradzony.  Czy  chciałby  związać  się  z 
kobietą,  która  złamałaby  przyrzeczenie  dane  jakiemuś 
biedakowi?  Nadal  się  nad  tym  zastanawiał,  gdy  Anna  znów  się 
odezwała. 

-  Tych  zaręczyn  tak  łatwo  nie  da  się  zerwać  -  rzekła  cicho, 

patrząc mu prosto w oczy. - To dość skomplikowane. Tak wiele 
mu zawdzięczam,  a  przede  wszystkim  muszę wziąć pod  uwagę 
innych.  Mój  ojciec,  mój  kuzyn,  a  nawet  moja  najlepsza 
przyjaciółka  pracują  u  Philipa.  Rodzice  mieszkają  w  domu  na 
terenie  jego  posiadłości.  Nie  było  jeszcze  ślubu,  ale  jesteśmy 
bardzo mocno ze sobą związani. Od lat. 

Wyswobodziła  się  z  objęć  Toma  i  odeszła  ze  spuszczoną 

głową. Księżyc oświetlał jej włosy, zamieniając je w połyskliwe 

77

RS

background image

 

 

srebro.  Tom  patrzył  na  nią  i  rozmyślał  o  tym,  co  mu 
powiedziała. Rozumiał doskonale powody, dla których czuła się 
związana z narzeczonym. O jednym tylko nie wspomniała. 

O miłości. 
I to dodało mu otuchy. 
Dochodziła  już  do  samochodu,  kiedy  usłyszała  melodyjny 

sygnał telefonu komórkowego. 

- Podajnik do ziarna prawie urwał rękę mojemu mężowi. Nie 

mogę się dodzwonić po karetkę. Może ktoś tu przyjechać? 

Anna  nie  bardzo  wiedziała,  jak  wygląda  podajnik  do  ziarna, 

ale skupiła się na kwestiach praktycznych. 

- Kto dzwoni i gdzie mieszkacie? - zapytała. 
- Tu Mavis Cullen. Mieszkamy  w Sixteen Mile. Była pani tu 

kiedyś?  Jedzie  się  drogą  na  Three  Gorges.  Gospodarstwo 
nazywa  się  Havemore.  Na  dwudziestym  kilometrze  trzeba 
skręcić w lewo, a potem w prawo, na drogę gruntową. 

- Havemore, droga na Three Gorges, dwadzieścia kilometrów 

- powtórzyła Anna. - Gdzie teraz jest mąż? 

-  Przy  maszynie.  Nie  wiedział,  jak  wyswobodzić  rękę. 

Okryłam  go  kocem,  a  ramię  obłożyłam  lodem.  Może  trzeba 
będzie amputować palce. 

Głos  jej  zadrżał,  a  Anna  poczuła,  że  kurczy  jej  się  żołądek. 

Tom stanął przy niej. Musiał słyszeć rozmowę, bo oparł jej dłoń 
na ramieniu, jakby chciał zaofiarować wsparcie. 

-  Czy  macie  tam  pakiet  pierwszej  pomocy  Pogotowia 

Lotniczego?  -  spytała  Anna.  Wiedziała,  że  w  takim  pakiecie 
znajduje się morfina. 

-  Nie.  Mieszkamy  tu  od  niedawna  i  Kevin  uważał,  że  nasze 

gospodarstwo  jest  za  blisko  miasta,  więc  pakiet  nam  nie 
przysługuje. 

-  Nie  szkodzi  -  pocieszyła  ją  Anna.  -  Proszę  podać  mężowi 

coś  do  picia,  ciepłego  i  słodkiego.  Zaraz  ruszam.  Zabieram 
komórkę, więc w razie czego proszę dzwonić. 

78

RS

background image

 

 

-  Twoja  komórka  nie  będzie  miała  tam  zasięgu.  -  Drgnęła, 

słysząc  głos  Toma.  -  Wskakuj  do  samochodu,  zawiozę  cię. 
Znam drogę. Zadzwonisz do Penny i wyjaśnisz jej, co się stało. 

Anna chciała zaprotestować, ale zrozumiała, że Tom dojedzie 

szybciej od niej, co może mieć wpływ na ocalenie dłoni Kevina. 
Przystała więc na jego propozycję. 

-  Co  to  jest  podajnik  do  ziarna?  -  zapytała,  kiedy  skończyła 

rozmawiać z Penny. 

-  To  taka  długa  metalowa  spirala  w  metalowym  cylindrze, 

podobna do wiertła. Motor obraca spiralę, która przenosi ziarno 
z miejsca na miejsce, na przykład z pojemnika do silosu. 

- Rozumiem. 
Wyobraziła  sobie  ludzką  dłoń  w  takim  urządzeniu  i  przeszył 

ją dreszcz grozy. 

-  Mogło  wystąpić  zmiażdżenie  i  częściowa  amputacja  - 

mówiła  bardziej  do  siebie  niż  do  Toma.  -  Zmiażdżenie  nie 
byłoby  właściwie  takie  złe.  Jeśli  ręka  uwięzia  ciasno  w 
maszynie,  być  może  rozerwane  naczynia  krwionośne  zostały 
zablokowane i dzięki temu krwotok jest mniejszy. 

- Tylko że farmer potrzebuje obu sprawnych rąk. 
- A przy zmiażdżeniu uszkodzenia mogą być nieodwracalne - 

przyznała Anna. - Czy ta maszyna ma wsteczny bieg? 

- Gdyby miała, Kevin pewnie uwolniłby dłoń. 
-  A  więc  trzeba  będzie  przeciąć  ten  metalowy  cylinder.  I  to 

tak, żeby nie poranić Kevina jeszcze bardziej. 

Tom  zerknął  na  swoją  pasażerkę.  Ze  skupioną  miną  rozważa 

możliwości  pomocy.  Jak  na  dziewczynę  z  miasta  wykazuje 
zdumiewające 

opanowanie 

kryzysowych 

sytuacjach. 

Przypomniał  sobie  też  poród  źrebaka  i  to,  jak  Anna  bez 
zmrużenia  oka  zniosła  wszystkie  nieprzyjemności  z  nim 
związane. 

Na chwilę puścił wodze fantazji i zaczął sobie wyobrażać, jak 

mogłoby wyglądać ich wspólne życie. Szybko przywołał się do 

79

RS

background image

 

 

porządku. Każdy może znieść trudy życia w australijskim buszu, 
jeśli ma świadomość, że to tylko przygoda. 

Skręcili  w  drogę  gruntową  i  zwolnili,  kiedy  zmieniła  się  w 

wąską ścieżkę między drzewami. 

- Ale jestem głupi - rzekł Kevin Cullen na ich widok. Siedział 

na  skrzyni  w  pozbawionym  ścian  hangarze,  jego  prawe  ramię 
niknęło  w  zardzewiałej  rurze.  -  Kto  jak  kto,  aleja  powinienem 
wiedzieć,  że  nie  wkłada  się  ręki  do  podajnika.  Mój  ojciec 
właśnie w ten sposób stracił palce. 

- Czuje pan, która część dłoni uwięzia i w którym miejscu? - 

zapytała Anna, pochylając się nad nim. 

Kevin stuknął w cylinder piętnaście centymetrów od spodu. 
- Cztery palce wkręciły się w spiralę, tuż przy ściance. Nie są 

całkiem odcięte, bo inaczej mógłbym wyjąć rękę. Powiedziałem 
Mavis,  żeby  włączyła  wsteczny  bieg,  ale  chyba  silnik  się 
przepalił, bo nie chce ruszyć. 

-  To  może  i  lepiej  -  pocieszyła  go  Anna.  -  Gdyby  pan 

odwrócił obroty spirali, palce mogłyby zostać odcięte. 

Rozejrzała  się  wkoło  i  jej  wzrok  natrafił  na  stół  warsztatowy 

w rogu. 

- Macie szlifierkę kątową? - zapytała. 
- Co taka piękna kobieta może wiedzieć o takich narzędziach? 

- zdziwił się Kevin. 

Tom podszedł  do  warsztatu  i  znalazł tam  szlifierkę,  ale  nie  z 

rodzaju  tych  małych  i  poręcznych,  używanych  przez 
majsterkowiczów.  Narzędzie  było  tak  duże,  że  mogło 
błyskawicznie obciąć Kevinowi dłoń. 

-  Użyjemy  jej  -  zdecydowała  Anna.  Stała  tuż  za  Tomem  i 

szacowała szlifierkę wzrokiem. - Rozetniemy blachę po drugiej 
stronie, od dołu do góry, i spróbujemy ją odgiąć. 

- Czym? 
-  Nie  wiem,  może  podnośnikiem  samochodowym,  jeśli  nie 

znajdzie się nic lepszego. To wy coś wymyślicie. 

Podeszli do podajnika i Anna zwróciła się do rannego: 

80

RS

background image

 

 

-  Przez  chwilę  będzie  bardzo  bolało,  kiedy  ustanie  nacisk.  A 

jeszcze przedtem wibracje też na pewno spowodują ból. Podam 
panu  trochę  morfiny.  Będzie  pan  półprzytomny,  więc  żona 
będzie musiała pana podtrzymać. 

Wstrzyknęła mu środek przeciwbólowy i pokazała Mavis, jak 

ma  trzymać  męża.  Tom  patrzył  na  nią  z  rosnącym  podziwem. 
Wiedział,  że  lekarze  zachowują  zimną  krew  w  krytycznych 
sytuacjach,  ale  miejska  lekarka  o  wyglądzie  modelki  tak 
spokojnie dająca sobie radę z nietypowym wypadkiem? 

Anna dała mu znak, by  zaczął ciąć. Z zaciśniętym żołądkiem 

podtrzymywała pacjenta i miała nadzieję, że nie czuje on drgań 
wywołanych przez narzędzie. 

Wiedziała,  jak  ważne  w  takich  sytuacjach  jest  zachowanie 

spokoju, więc za wszelką cenę starała się ukryć zdenerwowanie. 

Karetka  przyjechała,  kiedy  Tom  rozwierał  rozcięty  cylinder. 

Na szczęście Kevin już dawno stracił przytomność i nie zdawał 
sobie  sprawy  z  tego,  co  się  dzieje.  Obsługa  karetki  przyniosła 
dodatkowe  narzędzia  i  po  kilku  minutach  ręka  Kevina 
spoczywała  już  na  sterylnym  opatrunku,  a  Anna  badała 
uszkodzenia. 

-  Potrzebny  jest  chirurg  specjalista  -  stwierdziła,  zakładając 

opatrunek. - Jeśli nie ma takiego w Rocky, będzie musiał jechać 
do  Brisbane.  Może  lepiej  od  razu  skierować  go  do  Brisbane?  - 
Ręka  była  poważnie  uszkodzona,  ale  Annę  bardziej  martwiło 
obfite krwawienie. 

- Mąż ma do tego skłonności. - Mavis zauważyła jej niepokój. 
Sanitariusze  ułożyli  rannego  na  noszach,  a  Anna,  nadal 

trzymając go za ramię, zwróciła się do Toma: 

- Pojadę z nim. Mógłbyś odprowadzić mój samochód? 
- Oczywiście - zgodził się. - Jedź, ja jeszcze zostanę na jakiś 

czas z Mavis. Dowiem się, co zamierza. 

- Nie mam wyboru - odezwała się kobieta. - Muszę tu zostać. 

Kevin to zrozumie. Jest susza, trzeba karmić zwierzęta. 

81

RS

background image

 

 

Anna  poprosiła  ją  o  spakowanie  podręcznej  torby  dla  męża  i 

Mavis  szybko  odeszła,  wdzięczna,  że  ma  konkretne  zadanie  do 
wykonania. Tom zaś podszedł do Anny, która znów przyglądała 
się zmiażdżonej dłoni. 

-  Podwiązałaś  naczynia  krwionośne?  -  zapytał,  widząc,  że 

krwotok nie ustał. 

- Nie chcę tego robić. Przy podwiązywaniu mogłabym jeszcze 

bardziej  uszkodzić  biegnące  przy  nich  nerwy  i  osłabić  dopływ 
krwi  do  nieuszkodzonych  części  dłoni  -  wyjaśniła.  -  Łatwiej 
będzie  uzupełnić  ubytek  krwi.  -  Ruchem  głowy  wskazała  na 
butlę  z  płynem,  podłączoną  do  żyły  w  zdrowym  ramieniu 
rannego. 

Sanitariusze wnieśli Kevina do karetki. 
-  Wsiadaj  -  rzekł  Tom.  -  Ja  przyniosę  torbę  od  Mavis. 

Zobaczymy się domu. - Lekko dotknął jej ramienia. 

Te ostatnie słowa sprawiły, że Anna poczuła dziwny dreszcz. 

Tak. Powinna za wszelką cenę unikać kontaktów z Tomem. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 

82

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Akurat  teraz,  gdy  wytężona  praca  pomogłaby  jej  unikać 

towarzystwa Toma, tempo szpitalnego życia słabło. A może po 
prostu Anna odnalazła właściwy rytm i sprawniej radziła sobie z 
obowiązkami. 

Brisbane 

nadeszły 

dobre 

wieści. 

Mikrochirurdzy zszyli dłoń Kevina i choć nadal był w szpitalu, 
gdzie  miał  przejść  intensywną  fizjoterapię,  rokowania  były 
pomyślne.  Przewidywano,  że  ręka  odzyska  dziewięćdziesiąt 
procent sprawności. 

Mając  dużo  wolnego  czasu,  Anna  ucieszyła  się,  kiedy  Beryl 

Martin, przewodnicząca rady okręgowej, poprosiła ją o otwarcie 
wystawy sztuki w sobotni wieczór. 

-  Początek  o  siódmej  trzydzieści  -  wyjaśniała  Beryl, 

złapawszy ją na szpitalnym korytarzu. - Ale na szóstą zapraszam 
gości na kolację. Pamiętasz, jak do mnie trafić? 

Anna  skinęła  głową.  Już  kilka  razy  spotkała  się  z  Beryl,  a 

nawet  odwiedziła  ją  w  domu,  by  omówić  dostarczanie  przez 
wolontariuszy obiadów ze szpitalnej kuchni, przeznaczonych dla 
potrzebujących. Beryl była zapaloną działaczką społeczną. 

-  Chociaż  otwarcie  prowincjonalnej  wystawy  sztuki  nie 

umywa  się  do  gry  w  polo  z  członkami  rodziny  królewskiej,  to 
przynajmniej spotkam się z ludźmi w celach towarzyskich, a nie 
medycznych - powiedziała Philipowi przez telefon. 

- Jeszcze nikogo nie poznałaś prywatnie? - Nawet z odległości 

tysiąca kilometrów słychać było niedowierzanie w jego głosie. - 
Co w takim razie robisz w wolnym czasie? 

- A co to jest wolny czas? - odparowała z ironią, ale Philip już 

zaczął  jej  opowiadać  o  znajomych,  z  którymi  był  w  operze  w 
Mediolanie. 

Niespodziewany telefon sprawił, że zostało jej niewiele czasu 

na  przygotowania.  Nie  zdążyła  umyć  włosów  i  musiała  bardzo 
szybko wybrać odpowiedni strój. 

83

RS

background image

 

 

-  To  nie  może  być  wyzywające.  Kobiety  tutaj  ubierają  się 

elegancko, ale konserwatywnie - powiedziała do siebie. 

Kotka,  słysząc  jej  głos,  pojawiła  się  w  pokoju  i  weszła  do 

otwartej szafy. 

-  Tylko  tam  nie  zamieszkaj  -  ostrzegła  ją  Anna.  Zwierzę 

poruszyło wiszące ubrania i wśród nich 

błysnęła  zielona,  lniana  suknia,  którą  Anna  kupiła  w 

Melbourne.  Włożyła  ją  i  uśmiechnęła  się,  ponieważ  właśnie 
czegoś  takiego  było  jej  potrzeba.  Prosty,  elegancki  krój  i 
długość do kolan. 

Uczesała  gładko  włosy  i  spięła  je  spinkami.  Teraz  jeszcze 

tylko  klipsy.  Przejrzała  kasetkę  z  biżuterią,  zadowolona,  że 
Philip  nie  widzi,  jaki  panuje  w  niej  nieporządek.  Zawsze 
twierdził, że powinna bardziej dbać o swoje klejnoty. 

Znalazła  w  końcu  klipsy  z  brylancikami,  które  dostała  od 

rodziców na dwudzieste pierwsze urodziny. 

-  Jeszcze  makijaż  i  koniec  -  zwróciła  się  do  Cassie.  Kotka 

skończyła  zwiedzać  szafę  i  siedząc  na  łóżku,  przyglądała  się 
swojej  pani  z  dezaprobatą.  -  Nie  patrz  tak,  bo  nie  znasz  się  na 
modzie - skrytykowała ją Anna. 

Dotarła  do  Beryl  trochę  spóźniona,  a  na  dodatek  miała 

trudności  ze  znalezieniem  miejsca  do  zaparkowania.  Kłopoty  z 
parkowaniem w Merriwee? Czyżby Beryl zaprosiła całe miasto? 

Zdyszana  wbiegła  na  werandę.  Jej  pukanie  zagłuszyły 

rozmowy i dźwięki muzyki, ale ktoś ją zauważył i wpuścił. 

- Tutaj nie zwracamy uwagi na takie formalności 
- usłyszała. - Po prostu pukasz i wchodzisz. 
Wśród gości od razu zobaczyła znajomą postać, górującą nad 

resztą  towarzystwa.  Tom  miał  na  sobie  elegancką  niebieską 
koszulę  i  starannie  zawiązany  krawat,  ale  mimo  to  widać  było, 

że ten człowiek większość czasu spędza na dworze. 

-  O,  tam  jest  twój  narzeczony  -  zauważył  nieznajomy,  który 

wpuścił ją  do  domu.  Położył  jej  rękę  na  ramieniu, poprowadził 
w tamtą  stronę  i  zniknął.  Kobiety,  które  rozmawiały z Tomem, 

84

RS

background image

 

 

również  się  oddaliły,  zostawiając  ją  samą  w  towarzystwie 
mężczyzny, którego miała zamiar unikać. 

- Chcą być uprzejmi i pozwolić nam się przywitać 
-  wyjaśnił  Tom.  Jego  oczy  zdawały  się  przeszywać  ją  na 

wylot.  Znów  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu,  tylko 
wpatrywała się w jego twarz. - Pięknie wyglądasz 

- dodał cicho. 
Poczuła,  że  czerwieni  się  po  uszy,  co  jej  się  nie  zdarzyło  od 

czasów szkolnych. 

-  Nie  wiedziałam,  że  tu  będziesz.  -  Starała  się  mówić 

spokojnie, choć nie mogła pozbierać myśli. 

-  Zawsze  będę  tam  gdzie  ty  -  odrzekł  z  uśmiechem.  Przez 

chwilę  miała  wrażenie,  że  te  słowa  to  wyznanie  uczucia  i  jej 
serce  podskoczyło  z  radości.  Tom  jednak  zaraz  rozwiał  jej 
złudzenia:  -  Dzięki  Penny  i  Bobowi,  nie  mówiąc  o  Barb  z 
supermarketu,  całe  miasto  sądzi,  że  jesteśmy  zaręczeni,  więc 
wszędzie będą zapraszali nas razem. 

- Aha. - Gorączkowo szukała w myślach tematu do rozmowy. 

- Jak się czuje Penny? 

- Wysypka znika. Z trudem powstrzymałem Pat przed wizytą 

u  córki.  Przyjechałem  tu,  żeby  uciec  przed  chmarami  kobiet,  i 
nagle znów mieszkam z trzema. 

Anna przypomniała sobie ich wcześniejszą rozmowę. 
-  Z  trzema?  Mówiłeś,  że  Grace  i  Carrie  wyjadą  w 

poniedziałek. 

- Taki miały zamiar - Tom ponuro skinął głową 
- tylko Carrie doszła do wniosku, że zakochała się w Bobie i 

chce  zabawić  tu  trochę  dłużej.  A  Grace  oznajmiła,  że  wzięła 
półtora  miesiąca  urlopu,  więc  spokojnie  może  zostać,  aż  jej 
zdejmą  gips.  Pewnie  chodzi  jej  o  to,  że  w  domu  musiałaby 
radzić sobie sama, a tutaj Carrie się nią opiekuje. 

- I nadal będą u ciebie mieszkać? 
- Owszem - przytaknął z jeszcze bardziej ponurą miną. 

85

RS

background image

 

 

-  Ale  chyba  w  motelu  zwolniły  się  już  pokoje?  Wzruszył 

ramionami, a na jego twarzy pojawiło się 

zażenowanie. 
- Nie potrafię tak po prostu ich wyrzucić - przyznał. 
- Wiesz, jaki to duży dom. Nie mogę powiedzieć, że nie mam 

dla nich miejsca. No i nie jest to takie do końca złe, ze względu 
na Pen. Wiem, że to duża dziewczynka, ale wolę, jak ktoś jest w 
domu, kiedy muszę w nocy wyjechać do wezwania. 

Zadziwiona Anna potrząsnęła głową. 
- Ty rzeczywiście nie potrafisz odmawiać. 
-  Potrafię,  potrafię  -  zaprotestował  i  zaraz  się  roześmiał, 

słysząc, jak dziecinnie zabrzmiały te słowa. 

Nagle wyrosła przy nich Beryl. 
-  No,  kochani,  chyba  już  się  nagadaliście.  Chciałabym 

przedstawić  Annę  kilku  osobom.  -  Wzięła  ją  pod  ramię  i 
zwróciła się do Toma. - A ty porozmawiaj z gośćmi, zwłaszcza 
tymi nieśmiałymi. - Pociągnęła Annę za sobą. - Tom potrafi być 
wspaniałym  rozmówcą.  Ale  na  pewno  o  tym  wiesz.  Powiedz, 
jak się poznaliście? Ktoś mi mówił, że przez internet. 

Na  szczęście  akurat  podeszły  do  grupy  biznesmenów  i  nie 

musiała odpowiadać na to pytanie. Potem rozmawiała z wieloma 
osobami,  przechodząc  od  grupy  do  grupy.  Ktoś  zaprowadził  ją 
do  bufetu,  ktoś  inny  przyniósł  drinka.  Jednak  cały  czas  była 

świadoma,  że  Tom  jest  w  pobliżu.  Często  odszukiwała  go 
wzrokiem w tłumie gości i zwykle stwierdzała, że on również na 
nią 

patrzy. 

Wtedy 

przyciskała 

kciuk 

do 

pierścionka 

zaręczynowego  i  powtarzała  sobie  w  duchu,  że  to  tylko  gra 
pozorów. 

- Świetnie wypadłaś - stwierdził Tom, materializując się u jej 

boku,  gdy  już  ogłosiła  otwarcie  wystawy.  -  Teraz,  kiedy 
wreszcie  spełniliśmy  towarzyski  obowiązek,  wszyscy  się 
spodziewają, że trochę czasu spędzimy razem. 

Przyjrzała  się  jego  twarzy.  Mówił  beztroskim  tonem,  ale 

wyczuła w nim pewne napięcie. 

86

RS

background image

 

 

-  Powinniśmy  zerwać  te  zaręczyny  -  oznajmiła.  Stali  przed 

obrazem, przedstawiającym stado wołów, 

więc  mogła  udawać,  że  podziwia  grę  świateł  na  grzbietach 

zwierząt i nie patrzeć Tomowi w oczy. 

- Teraz, kiedy Grace i Carrie jeszcze są w Merriwee? 
-  To  nieuczciwe  -  upierała  się.  -  Wszyscy  są  tu  tacy  mili  i 

gościnni. Nie chcę ich oszukiwać. 

-  Przecież  te  zaręczyny  możemy  zmienić  w  prawdziwe  - 

zasugerował. 

- Zapomniałeś, że mam narzeczonego? 
- Należy mu się kara za to, że cię spuścił z oka 
-  odparł  Tom  wesoło.  -  Ten  facet  ma  chyba  nie  po  kolei  w 

głowie! Gdybym ja był z tobą zaręczony, ani na chwilę bym się 
z tobą nie rozstawał. 

-  Zrobił  to  dla  mnie.  To  ja  tego  pragnęłam.  -  Anna  broniła 

nieobecnego  narzeczonego.  -  Zresztą  Philip  mnie  odwiedzi, 
kiedy następnym razem przyleci do Australii. 

- No to będzie niezła zabawa - ucieszył się Tom. 
- Dwóch narzeczonych pani doktor. Miasteczko będzie miało 

o czym mówić. 

Anna  dopiero  teraz  uświadomiła  sobie  problem.  Dlaczego 

wcześniej  o  tym  nie  pomyślała?  Co  będzie,  kiedy  Philip 
naprawdę się tu zjawi? Na pewno zrozumie, o co chodzi z tymi 
fałszywymi zaręczynami. Jakoś mu to wytłumaczy... 

Ale ludziom z miasteczka? 
- Och, do diabła! - mruknęła z rezygnacją. Tom pocieszająco 

objął  ją  ramieniem,  co  tylko  pogorszyło  sprawę.  Miała  ochotę 
przytulić  się  do  niego  i  pozwolić,  by  rozwiązał  wszystkie  jej 
problemy. 

To  pewnie  wiejskie  powietrze  tak  osłabiło  mój  rozsądek, 

powiedziała  sobie.  Nagle  rozległ  się  głośny  dźwięk  syreny.  W 
pokoju ucichła większość rozmów. 

87

RS

background image

 

 

-  Cholera!  -  zaklął  Tom.  -  Mam  nadzieję,  że  to  nic 

poważnego.  - Ku  zaskoczeniu  Anny  pochylił  się i  pocałował  ją 
w usta. - Do zobaczenia, skarbie - rzekł i odszedł. 

Patrzyła  za  nim,  nie  wiedząc,  co  o  tym  myśleć.  Dopiero  po 

chwili  zdała  sobie  sprawę,  że  wielu  innych  mężczyzn  i  kilka 
kobiet również ruszyło do drzwi. Syrena nadal wyła. 

- Co się dzieje? - spytała Anna stojącej obok kobiety. 
-  Pożar.  Wiatr  się  wzmógł,  więc  można  się  było  tego 

spodziewać. 

Anna nadal nie rozumiała, dlaczego tyle osób wyszło z sali. 
-  Czyżby  miasto  było  w  niebezpieczeństwie?  -  zaniepokoiła 

się. Powinna chyba natychmiast jechać do szpitala. 

- Nie sądzę. Większość pożarów wybucha z dala od miasta, na 

farmach i terenach leśnych dzierżawionych przez farmerów. 

- To dlaczego tyle osób wyszło? 
- Pełnią dziś dyżur. Nie mamy tu zawodowej straży pożarnej, 

tylko ochotniczą. Są w niej prawie wszyscy młodzi mężczyźni i 
dużo  kobiet.  Przechodzą  szkolenia,  mają  prawdziwy  wóz 
strażacki  i  odpowiedni  sprzęt.  Pełnią  dyżury  według  rozkładu. 
Kiedy  zawyje  syrena,  muszą  się  stawić  na  wezwanie,  bez 
względu  na  to,  co  w  danej  chwili  robią.  Twój  Tom  zwykle  ma 
dyżury nocą, bo w dzień mogłoby mu być trudno oderwać się od 
obowiązków. 

Anna  milcząco  skinęła  głową.  Zrozumiała,  o  co  chodzi, 

natomiast  obawa  o  Toma,  który  wyjechał  gdzieś  do  buszu 
walczyć z ogniem, odebrała jej głos. 

-  Większość  ludzi  wróci  teraz  do  domu  -  poinformowała  ją 

nieznajoma.  -  Tam  zaczekamy  na  nowiny.  Jeśli  to  duży  pożar, 
kobiety przygotują kanapki i kawę, i zawiozą je strażakom. 

-  Dziękuję  za  informacje  -  wydusiła  Anna.  Odnalazła  Beryl, 

pożegnała  się  i  wyszła.  W  drodze  do  samochodu  usłyszała,  że 
dzwoni jej komórka. 

-  Tu  Peter.  Słyszałaś  syrenę?  Nie  wiem,  czy  Paul  ci 

powiedział,  jakie  są  zasady  postępowania  w takich wypadkach. 

88

RS

background image

 

 

Naszym  zadaniem  jest  przygotować  szpital  na  przyjęcie 
ewentualnych  ofiar.  Jeśli  sprawa  jest  poważna,  organizujemy 
punkt  pierwszej  pomocy  bliżej  miejsca  pożaru.  Dopóki  jednak 
nic  nie  wiadomo  na  temat  skali  ognia,  karetka  zostaje  w 
szpitalu. 

- Czy mam przyjechać do szpitala, czy czekać w domu? 
- Idź do domu, ale bądź przygotowana na wezwanie. Mimo to 

postanowiła zajrzeć do szpitala. 

-  Zdarza  się,  że  ogień  zawraca  i  strażacy  znajdują  się  w 

pułapce  -  powiedziała  jej  Jess.  -  Podmuchy  wiatru  są 
nieprzewidywalne.  Liście eukaliptusów mają wysoką zawartość 
olejków  eterycznych,  więc  ogień  przeskakuje  z  drzewa  na 
drzewo. Nie zatrzymują go ani drogi, ani leśne przecinki. 

Anna  zdała  sobie  sprawę,  że  im  więcej  się  dowiaduje,  tym 

bardziej boi się o Toma. 

W  izbie  przyjęć  zobaczyła  przygotowane  jałowe  opatrunki, 

bandaże, butle z płynem do przemywania ran i kroplówki. 

- Módl się, żeby nam to nie było potrzebne - rzekła Jess. 
- A często bywa potrzebne? 
- Nie. - Anna poczuła ulgę, ale nie na długo. - Ale kiedy tych 

rzeczy  potrzebujemy,  to  sytuacja  naprawdę  jest  groźna.  W 
zeszłym roku w Three Gorges zginęło trzech ochotników. 

Anna zadrżała. Trudno jej było sobie wyobrazić gorszą śmierć 

niż  w  ogniu.  Zajrzała  do  pacjentów,  dokończyła  papierkową 
robotę,  kilka  razy  obeszła  oddziały,  aż  w  końcu  Jess 
wytłumaczyła  jej,  że  pożar  może  trwać  nawet  kilka  dni,  więc 
powinna iść do siebie i się przespać. 

Kiedy weszła do domu, akurat dzwonił telefon. W słuchawce 

usłyszała cichy szloch i głos Penny. 

- Słyszałam syrenę. Czy Tom miał dyżur? 
-  Tak,  Penny.  Czy  Grace  i  Carrie  są  z  tobą?  Znów 

pociągnięcie nosem. 

- Nie. Pojechały do Boba. Annie zrobiło się żal dziewczynki. 

89

RS

background image

 

 

-  Zaraz  do  ciebie  przyjadę  i  zostanę  na  noc.  Jak  będę 

potrzebna w szpitalu, zadzwonią do mnie na komórkę. 

- Dziękuję - wyszeptała Penny i odłożyła słuchawkę. 
Anna  szybko  spakowała  rzeczy,  sprawdziła,  czy  Cass  ma 

wodę w miseczce i pojechała do domu Toma. Penny czekała na 
werandzie. 

- Naprawdę nic mi nie jest - zapewniła. 
- Ależ wierzę. - Uściskały się. Anna wyczuła, że dziewczynka 

tłumi  łzy.  -  Zostańmy  tutaj.  Popatrzymy  na  gwiazdy,  a  jeśli 
masz ochotę, to porozmawiamy. 

Usiadły  na  najwyższym  stopniu  schodów.  W  powietrzu  czuć 

było woń dymu i Penny znów zaczęła płakać. 

-  Rozmawiałam  dziś  z  wieloma  osobami  i  wszyscy  mnie 

zapewniali,  że  strażacy  doskonale  dadzą  sobie  radę  -pocieszyła 
dziewczynkę. - W szpitalu słyszałam, że to nie jest duży pożar. 
Pali się tylko trawa, a na dodatek prawie nie ma wiatru. 

Penny skinęła głową, ale nie przestawała płakać. 
- Coś cię jeszcze martwi, skarbie? 
-  Właściwie  nie.  Tylko  wszystko  się  tak  szybko  zmieniło. 

Mama  wyszła  za  mąż,  Patience  wyjechała  na  uniwersytet,  a 
Tom przeniósł się tutaj. 

Anna pozwoliła dziewczynce wylać wszystkie żale. 
Wiedziała, że to przyniesie jej ulgę. Potem zadała kilka pytań, 

które  pomogły  Penny  uporządkować  myśli.  Tak,  lubi  Keitha, 
nowego męża mamy. Owszem, ma przyjaciółki, a mieszkanie u 
Toma  bardzo  jej  się  podoba,  ale  nie  chciałaby  tu  zostać  na 
zawsze. 

Penny  stopniowo  się  uspokajała,  aż  zasnęła.  Anna 

zastanawiała się właśnie, czy pozwolić małej przyjaciółce spać, 
czy obudzić ją i zaprowadzić do łóżka, kiedy werandę oświetliły 

światła samochodu. Po chwili stanął przed nią Tom. 

- Czy coś się stało Penny? - spytał z niepokojem. 
-  Martwiła  się  o  ciebie  i  o  różne  inne  sprawy.  Jest  jeszcze 

osłabiona  po  chorobie,  a  na  dodatek  ostatnio  wiele  się  w  jej 

90

RS

background image

 

 

życiu zmieniło. Zadzwoniła do mnie, a ponieważ wyczułam, że 
jest przygnębiona, przyjechałam, żeby podtrzymać ją na duchu. 

Tom  przysiadł  obok  nich  i  lekko  pogładził  po  włosach 

najpierw siostrę, potem Annę. 

- Pożar już ugaszony. Bardzo ci dziękuję, że pomogłaś Penny. 
-  Każdy  by  tak  postąpił  na  moim  miejscu  -  odrzekła 

lekceważąco. - Teraz pora spać. 

-  Chyba  tak  -  zgodził  się,  ale  nie  wstał.  Znów  delikatnie 

pogładził ją po włosach. 

- Muszę już iść - wyszeptała, zapominając, że miała zamiar tu 

zanocować. 

- Jesteś pewna? - zapytał Tom. 
-  Tak.  -  Chciała  delikatnie  odsunąć  od  siebie  Penny,  ale  ten 

ruch  sprawił,  że  znalazła  się  bliżej  Toma.  Wystarczyło,  żeby 
odwrócił głowę, a ich usta by się zetknęły. 

Światła  samochodu  znów  oświetliły  schody  werandy. 

Zapewne Carrie i Grace wracają do domu. 

-  Co  za  wyczucie  czasu  -  mruknął  rozbawiony  Tom  i  wziął 

siostrę na ręce. 

Ta chwila nic dla niego nie znaczyła, myślała Anna w drodze 

do  samochodu.  Dla  niego  to  zwykły  flirt.  Ona  też  powinna 
potraktować to obojętnie. Dlaczego więc czuje rozczarowanie? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

91

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Wróciła  do  domu  zmęczona  i  przygnębiona.  Kotka 

niespokojnie krążyła  po  kuchni,  zapewne  zdenerwowana wonią 
dymu. Anna wzięła niespokojne zwierzę do sypialni. 

Kiedy  rano  się  obudziła,  Cassie  przy  niej  nie  było.  Znów 

krążyła po kuchni, miaucząc z niepokojem. 

-  Może  to  lepsze  niż  siedzenie  w  klatce  -  powiedziała  Anna, 

zastanawiając się, co może być przyczyną dziwnego zachowania 
ulubienicy.  Mogła  poszukać  wyjaśnienia  u  Toma,  ale 
przypomniała sobie, że postanowiła go unikać. 

Zjadła  szybkie  śniadanie,  a  ponieważ  miała  wolne 

przedpołudnie,  postanowiła  zrobić  zakupy.  Na  szczęście 
supermarket był w niedziele otwarty. Potem wróci i napisze list 
do rodziców i do Gay, najlepszej przyjaciółki od niepamiętnych 
czasów.  Może  napisze  też  do  Philipa,  choć  on  wolał  rozmowy 
telefoniczne. 

Zadowolona  z  planu,  chodziła  między  półkami  w  sklepie, 

witając  się  i  zamieniając  kilka  słów  ze  znajomymi.  Choć 
wszyscy  zachowywali  się  bardzo  przyjaźnie,  czuła,  że  potrzeba 
długiego czasu, żeby naprawdę stać się jedną z nich. 

-  To  może  trwać  i  pięćdziesiąt  lat  -  powiedziała  Barb,  kiedy 

Anna  podzieliła  się  z  nią  przy  kasie  swoim  spostrzeżeniem.  - 
Mieszkam tu od dwudziestu dwóch, a nadal mają mnie za nową. 

Anna  uśmiechnęła  się,  ale  w  głębi  serca  nieoczekiwanie 

poczuła doskwierającą samotność. 

-  Przynajmniej  mam  Cassie  -  powiedziała  sobie,  jadąc  do 

domu. 

Obładowana  torbami  z  trudem  otworzyła  drzwi  i  weszła  do 

środka, potykając się o coś miękkiego. 

Spojrzała  w  dół  i  rozpaczliwie  krzyknęła.  Piękna  syjamska 

kotka  leżała  martwa.  Choć  to  nie  ulegało  wątpliwości,  Anna 
wzięła ją na ręce i pobiegła z powrotem do samochodu. 

92

RS

background image

 

 

Z  piskiem  opon  zahamowała  przed  domem  Toma.  Jego 

samochód  stał  na  swoim  miejscu,  więc  Tom  był  w  domu. 
Wyszedł  zza  budynku,  niewątpliwe  zaniepokojony  odgłosem 
gwałtownego hamowania. Anna podbiegła do niego z kotem na 
rękach. 

-  Coś  się  stało  Cassie  -  zaszlochała.  -  Znalazłam  ją  na 

podłodze. Powiedz mi, że da się ją uratować! 

Tom  objął  ją  i  przytulił,  a  potem  ostrożnie  wyjął  kotkę  z  jej 

drżących rąk. 

- Sama wiesz, że już nie żyje - powiedział cicho. -Ale dobrze, 

że ją przywiozłaś. Zobaczymy, co się stało. 

Poszedł do gabinetu, niosąc Cassie tak ostrożnie, jakby nadal 

żyła. Zapłakana Anna podążyła za nim. 

Ułożył zwierzątko na metalowym stole i włączył silną lampę. 

Potem jeszcze raz przytulił do siebie Annę. 

- To była moja przyjaciółka - wyszeptała, przytulając twarz do 

jego szerokiej piersi. 

- Wiem - odrzekł łagodnie. Pozwolił jej się wypłakać, gładząc 

pocieszająco po głowie. W końcu wyprostowała się i przeprosiła 
go za swoje histeryczne zachowanie. 

-  Czy  to  możliwe,  że  ktoś  ją  otruł?  -  zapytała.  -  A  może  ja 

sama niechcący jej zaszkodziłam? 

-  To  pewnie  skutek  ugryzienia  przez  węża.  Jest  susza,  więc 

węże podchodzą do ludzkich siedzib w poszukiwaniu żab. 

- Ale Cassie nie wychodziła na dwór! 
Tom dokładnie obmacał zwierzę, jakby czegoś szukał. 
-  Tutaj  -  oznajmił,  wskazując  jakiś  punkt  na  pyszczku.  -  Jest 

ślad po ugryzieniu. To rzeczywiście był wąż. 

-  Ale  przecież  nie  wychodziła  z  domu  -  powtórzyła  Anna.  - 

Wczoraj  zachowywała  się  dziwnie.  Chodziła  nerwowo  po 
kuchni i miauczała, jakby coś ją niepokoiło. Myślałam nawet, że 
chce  wyjść  na  dwór  i  otworzyłam  jej  drzwi,  ale  nawet  nie 
spojrzała w tamtą stronę. 

- Była niespokojna? 

93

RS

background image

 

 

- Jak nigdy. 
- Chodź. - Wziął ją za rękę i wyprowadził z gabinetu. 
- Gdzie idziemy? - zdziwiła się. 
- Ty zostajesz tutaj, dopóki ja nie wrócę. 
-  Dlaczego?  Dokąd  się  wybierasz?  -  Wyswobodziła  rękę  i 

przystanęła,  jakby  chciała  dać  mu  znać,  że  nie  ruszy  się  z 
miejsca, jeśli się nie dowie, o co chodzi. 

-  Pojadę  do  ciebie.  Jeśli  kotka  nie  wychodziła,  to  znaczy,  że 

została ugryziona w domu. Nie można wykluczyć, że wąż nadal 
tam jest. Dlatego była taka niespokojna. 

Anna  poczuła,  że  krew  odpływa  jej  z  twarzy.  Chyba  się 

zachwiała, ponieważ Tom chwycił ją za ramiona. 

-  Tylko  nie  mdlej  -  rzekł  surowo.  -  Jesteś  za  ciężka,  nie 

doniosę  cię  do  domu.  Mógłbym  cię  najwyżej  przenieść  przez 
próg. 

Wiedziała,  że  żartuje,  by  ją  rozweselić,  ale  łzy  znów 

napłynęły jej do oczu. 

- No, no, wszystko będzie dobrze - przemówił czule, zupełnie 

jak  nie  on.  -  Pen  jest  w  domu,  zrobi  ci  herbatę.  -  Dotknął  jej 
policzka.  -  Chociaż  nie  wiem,  czy  nie  lepiej  byłoby,  gdybyś  ją 
zrobiła  sama.  Moja  siostra  jest  niecierpliwa  i  nie  potrafi 
zaczekać, aż woda się zagotuje. 

Tak bardzo się starał ją pocieszyć, że musiała się uśmiechnąć. 

Nagle  zniknął  gdzieś  i  po  chwili  wrócił  z  jutowym  workiem  i 
jakimś dziwnym narzędziem na długim trzonku. 

- To do łapania węży - wyjaśnił. 
-  Wcale  nie  musisz  go  łapać!  -  zawołała  przerażona.  - 

Wystarczy go zabić! 

-  Zabić?  -  powtórzył  z  dezaprobatą.  -  Nieładnie,  pani  doktor. 

Co by powiedzieli pacjenci, gdyby to usłyszeli? 

Żartował, ale Anna wpadła w jeszcze większą panikę. 
-  Mówię  poważnie.  Nie  znam  się  na  jadowitych  wężach,  ale 

jeśli będziesz chciał go złapać, może cię ugryźć. 

94

RS

background image

 

 

-  To  samo  może  mnie  spotkać,  jeśli  będę  chciał  go  zabić  - 

odrzekł.  -  Uspokój  się.  Już  nieraz  to  robiłem.  Złapię  węża, 
wywiozę do buszu, gdzie jego miejsce, i wypuszczę. 

Anna wyobraziła sobie Toma jadącego autem w towarzystwie 

niebezpiecznego  gada  i  na  chwilę  odebrało  jej  głos. 
Zdeterminowana wsiadła do swojego samochodu i rzekła: 

- Nic takiego nie zrobisz. To mój dom i nie wpuszczę cię do 

środka.  Zamknę  drzwi  na  klucz  i  sama  też  już  nigdy  tam  nie 
wrócę. Wynajmę jakieś mieszkanie w mieście. 

Pomysł  nie  był  najmądrzejszy  i  Tom  roześmiał  się  głośno. 

Jednak kiedy podszedł do samochodu i wyjął jej kluczyki z ręki, 
zdenerwowała się na dobre. 

-  Oddaj  natychmiast  -  zażądała,  ale  on  tylko  pogładził  ją  po 

policzku. 

-  Wszystko  w  swoim  czasie  -  obiecał.  -  Zaczekaj  tutaj.  - 

Odszedł, ale po chwili się odwrócił. - Nie zrobię nic głupiego - 
obiecał. - Mam po co żyć. 

Te słowa można zrozumieć na wiele sposobów. Nie uspokoiły 

one  jednak  Anny.  Wręcz  przeciwnie,  napełniły  ją  zupełnie 
innymi  obawami.  Nie  wiedząc,  co  o  tym  wszystkim  myśleć, 
siedziała za kierownicą jeszcze długo po odjeździe Toma. 

-  Chodź,  zrobię  ci  herbaty.  -  Penny  otworzyła  drzwi 

samochodu.  -  Chcę  ci  podziękować  za  to,  że  wczoraj  byłaś  dla 
mnie  taka  dobra.  A  w  ogóle  to  mam  ci  jeszcze  dużo  do 
powiedzenia.  Kiedy  leżałam  chora,  przeczytałam  te  listy  do 
Toma, od kandydatek na żonę. I chyba znalazłam kogoś, kto się 
nadaje. Przeczytaj ten list i powiedz mi, co o tym sądzisz. 

Anna sama zdziwiła się swoją reakcją. 
-  Nie  powinnaś  czytać  cudzych  listów  -  upomniała  ostro 

dziewczynkę. 

-  Ale  Tom  mi  pozwolił.  -  Penny  odwróciła  się  i  ruszyła  do 

domu, więc Anna podążyła za nią. 

95

RS

background image

 

 

-  Ale  mnie  nie  pozwolił  -  zauważyła.  -  A  poza  tym  czy 

naprawdę  myślisz,  że  to  ty  powinnaś  wybrać  żonę  dla  brata?  I 
czy on w ogóle chce mieć żonę? 

-  Oczywiście,  że  chce  -  stwierdziła  dziewczynka  z 

przekonaniem.  -  Chcesz  mleka  do  herbaty? - zapytała, jakby  to 
był główny temat ich rozmowy. 

Anna  skinęła  głową  i  patrząc  na  przejrzysty  płyn}  który 

Penny  nalewała  do  kubka,  przypomniała  sobie  ostrzeżenie 
Toma. 

-  Kiedy  Tom  się  ożeni,  to  już  nie  będziemy  się  musiały  z 

Patience  martwić,  że  wprowadzi  do  rodziny  kogoś  całkiem 
nieodpowiedniego, albo że ktoś go zrani tak jak Grace. 

Anna  uważała,  że  czytanie  cudzej  korespondencji  jest 

niedopuszczalne, jednak bardzo chciała się dowiedzieć, jakiż to 
ideał  wybrała  Penny  dla  swojego  brata.  Żeby  pisać  do  tej 
kobiety złośliwe anonimy? Albo zrobić woskową laleczkę i kłuć 
ją szpilkami podczas seansów czarnej magii? Bzdura. 

Przecież  to  w  ogóle  nie  jest  jej  sprawa.  Jednak  im  dłużej 

spierała  się  z  Penny,  tym  słabsze  miała  argumenty.  A  kiedy 
dziewczynka wyjęła list, Anna wiedziała, że przegrała. 

-  Jeśli  uważasz,  że  nie  powinnaś  tego  czytać,  to  ja  ci 

przeczytam na głos - zaproponowała Penny. 

-  Przeczytam  sama,  choć  nadal  uważam,  że  twój  brat 

powinien sam sobie wybrać narzeczoną. 

-  Ale  on  kieruje  się  głównie  wyglądem  i  wygodą.  Z 

pewnością  wybrałby  kogoś,  kto  akurat  byłby  pod  ręką.  Jak  na 
przykład ty. 

- Ja nie jestem wolna - warknęła Anna i niemal wyrwała list z 

rąk dziewczynki. 

Penny tylko się uśmiechnęła, co obudziło czujność Anny. Czy 

kochająca  siostra  naprawdę  znalazła  idealną  kobietę  dla  swego 
brata? A może tylko chciała podrażnić się z Anną? 

96

RS

background image

 

 

Otworzyła  list.  Kobieta  rzeczywiście  wydawała  się  idealną 

kandydatką,  a  na  dodatek  załączone  zdjęcie  świadczyło  o  tym, 

że jest piękna. O ile oczywiście to ona. 

-  Kocha  wieś,  wychowała  się  na  farmie,  umie  stawiać 

ogrodzenia,  znakować  i  przeganiać  bydło.  Nawet  zdobyła 
pierwszą  nagrodę  w  konkursie  na  najlepszy  biszkopt.  Mama 
mówi, że biszkopt bardzo trudno upiec. Anna zmarszczyła brwi. 

-  Dlaczego  to  takie  ważne,  żeby  przyszła  żona  Toma  umiała 

piec biszkopt? 

-  Bo  kobiety  ze  wsi  powinny  to  umieć  -  stwierdziła 

triumfalnie Penny. 

-  Ależ  one  muszą  umieć  o  wiele  więcej  -  zaprotestowała 

Anna.  -  Poznałam  wiele  z  nich.  Uczą  dzieci,  pomagają  mężom 
w gospodarstwie, działają społecznie. Są o wiele bardziej zajęte 
niż kobiety z wielkich miast. Wcale nie uważam, żeby pieczenie 
biszkoptów było również ich obowiązkiem. 

-  Ale  powinny  to  umieć  -  upierała  się  dziewczynka.  Tak. 

Anna musiała przyznać, że wybór Penny był trafny. 

-  No  i  co  o  tym  myślisz?  -  zapytała  dziewczynka.  Anna 

skinęła głową i oddała jej list. Na myśl, że Tom 

mógłby się związać z tak idealną kobietą, czuła niemiły ucisk 

w żołądku. Szybko wypiła herbatę i wstała. 

- Odprowadziłabym cię, ale muszę się zastanowić, co napisać 

w liście od Toma do Annabel. 

- Ty chcesz napisać ten list? To chyba przesada - oburzyła się 

Anna. 

-  Wcale  nie.  Tomowi  zajmie  to  tygodnie,  a  dobrze  by  było, 

gdyby Annabel zjawiła się jak najszybciej. Moja mama i siostra 
wkrótce tu przyjadą na wakacje. Chcę, żeby ją poznały. 

-  A  co  z  moimi  udawanymi  zaręczynami  z  Tomem?  Jak 

zamierzasz to załatwić? 

-  Wcale  nie  zamierzam.  -  Penny  uśmiechnęła  się 

impertynencko.  -  To  twoja  sprawa.  Albo  Toma.  Jedno  z  was 
będzie musiało je zerwać. - Zastanawiała się chwilę. - I zróbcie 

97

RS

background image

 

 

to  jak  najszybciej,  bo  inaczej  Annabel  sobie  pomyśli,  że  Tom 
wybrał ją sobie na pocieszenie. 

-  A  czy  to  byłoby  gorsze  niż  fakt,  że  wybrała  mu  ją  jego 

siostra? - Zirytowana Anna pobiegła do samochodu. 

Dopiero  na  dworze  przypomniała  sobie,  co  ją  tutaj 

sprowadziło. Poczuła, że ogarnia ją głęboki smutek. Wsiadła do 
samochodu i oparła głowę o kierownicę. 

Biedna Cassie, pomyślała. Nagle zdała sobie sprawę, że za jej 

smutkiem  kryje  się  trochę  użalania  się  nad  sobą,  więc 
postanowiła  wziąć  się  w  garść.  Przypomniała  sobie,  że  nie  ma 
kluczyków  i  piechotą  ruszyła  do  domu.  Myśl  o  wężach,  które 
być  może  czają  się  gdzieś  w  ciemnościach,  napawała  ją 
strachem,  każdy  szelest  wywoływał  drżenie.  Kiedy  znużona 
dotarła  do  domu,  Toma  już  nie  było.  Zostawił  jej  kartkę  na 
drzwiach. 

Możesz  wejść  do  środka.  Usunąłem  nieproszonego  gościa. 

Wąż  był  na  tyle  groźny,  że  jego  jad  zabił  Cassie,  natomiast  ty 
pewnie przeżyłabyś ugryzienie. 

-  Wcale  bym  nie  przeżyła  -  wymamrotała  pod  nosem.  - 

Umarłabym ze strachu. 

Może trochę przesadziła, ale prawdą jest to, że nie bardzo się 

nadaje do życia w buszu. Annabel pewnie zabiłaby węża gołymi 
rękami i dla pewności odgryzła mu głowę. 

Wiadomość 

nagrana 

na 

automatycznej 

sekretarce 

przypomniała  jej,  że  jej  przyszłe  życie  nie  ma  nic  wspólnego  z 
australijskim interiorem. 

- Pomyślałem sobie, że mógłbym cię odwiedzić w przyszłym 

tygodniu - usłyszała wesoły głos Philipa. 

-  Podobno  w  twojej  miejscowości  nie  ma  lotniska  z 

prawdziwego  zdarzenia,  ale  mój  pilot  mówi,  że  może 
wylądować  w  pobliskim  Three  Gorges.  Załatwi  też  dojazd  na 
miejsce.  Ktoś  z  moich  ludzi  da  ci  znać,  kiedy  możesz się mnie 
spodziewać. 

98

RS

background image

 

 

-  Och,  doprawdy?  -  burknęła  Anna  cierpko,  choć  ta 

wiadomość powinna poprawić jej humor. 

Tymczasem  znów  poczuła  dziwny  niepokój,  który  ostatnio 

często  ją  nawiedzał.  Choć  nie  wątpiła,  że  Philip  zrozumie, 
dlaczego  udaje  narzeczoną  innego  mężczyzny,  postanowiła 
obmyślić, jak mu to jasno wytłumaczyć. 

Philip  zjawił  się  pięć  dni  później.  Jego  przybycie  wywołało 

taką  sensację,  jakby  był  członkiem  rodziny  królewskiej.  W 
lokalnej 

gazecie 

ukazał 

się 

artykuł 

pod 

tytułem 

,,Południowoafrykański  milioner  z  wizytą  w  Merriwee".  Autor 
zastanawiał  się,  czy  bogaty  biznesmen  zamierza  nabyć  jakąś 
posiadłość  w  okolicy,  czy  też  planuje  uruchomienie  nieczynnej 
od lat kopalni miedzi. 

-  Podobno  ma  to  coś  wspólnego  z  diamentami  -  w  zaufaniu 

zdradziła Annie Barb z supermarketu. - Ktoś tu podobno znalazł 
bogate złoże i ten facet przyjeżdża złożyć ofertę. 

Annę  rozbawiła  wizja  Philipa  osobiście  składającego  ofertę 

kupna czegokolwiek. Miała nadzieję, że narzeczony jak zwykle 
zjawi  się  w  otoczeniu  całego  sztabu  ludzi,  a  wśród  nich 
kucharza  z  własnymi  zapasami.  Nie  musiałaby  się  wtedy 
martwić,  że  w  supermarkecie  nie  ma  wędzonego  łososia  i 
kawioru. 

- Ten facet, co ma przyjechać, to twój narzeczony? Nawet się 

nie zdziwiła, kiedy przy wyjściu wpadła na 

Toma.  Potrząsnęła  głową,  słysząc,  jak  Philip został  drugi  raz 

określony jako ,,ten facet". To zupełnie do niego nie pasowało. 

- To nie on? A byłem pewien, że tak. 
Anna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Miała zamęt w głowie. 

Jej milczenie wcale Toma nie zraziło. 

-  Z  twojej  miny  wnoszę,  że  to  jednak  on.  Myślisz,  że  będą 

problemy?  Chcesz,  żebym  mu  wyjaśnił  tę  historię  z  naszymi 
zaręczynami? Zabrałbym go do pubu na piwo. 

Taki rozwój sytuacji wydał się Annie niemożliwy, ale właśnie 

tak  się  stało,  gdy  Philip  zjawił  się  w  Merriwee  w  piątek  po 

99

RS

background image

 

 

południu.  Wiozący  go  helikopter  nie  mógł  wylądować  na 
przyszpitalnym 

lądowisku, 

ponieważ 

Anna 

właśnie 

organizowała transport dla pacjenta z atakiem serca. 

-  Powiedziałam  pilotowi,  żeby  wylądował  u  Toma  - 

powiadomiła Annę Jess. - Tom już wie. 

-  Jak  to,  rozmawiałaś  z  pilotem  helikoptera?  -  zdziwiła  się 

Anna, odwracając na chwilę uwagę od pacjenta. 

- Bo to mój mąż - z uśmiechem odrzekła pielęgniarka. 
Anna miała ochotę zapytać, jak to się stało, że mąż Jess wiózł 

Philipa z  lotniska  do  miasteczka,  ale  to  wszystko nagle  wydało 
jej  się  zbyt  zagmatwane,  a  poza  tym  musiała  się  skupić  na 
pacjencie.  Dwie  godziny  później  oczekiwany  helikopter 
sanitarny  wylądował,  ale  minęła  jeszcze  godzina,  zanim  Anna 
upewniła się, że stan pacjenta jest stabilny i mogła zezwolić na 
odesłanie go do Rocky. 

Teraz  miała  ochotę  iść  do  domu,  zrobić  sobie  długą  kąpiel  i 

położyć  się  do  łóżka.  Jednak  wiedziała,  że  Philip  nadal  na  nią 
czeka,  choć  minęła  już  dziewiąta.  Jess  przekazała  jej,  że 
kilkakrotnie dzwonił do szpitala. 

Dowiedziała się, że przywiózł nowego kucharza, 
Carla,  którego  znalazł  gdzieś  w  domku  myśliwskim  w 

Szkocji.  Bardzo  często  postępował  w  ten  sposób.  Znajdował 
ludzi  w  różnych  miejscach  świata  i  dołączał  do  swojej  świty. 
Zdała sobie sprawę, że podobnie postąpił z nią. 

I z jej rodzicami... 
Z  kuzynem  Joe,  synem  wuja  Freda...  I  z  jej  przyjaciółką 

Gay... 

Nie  wszyscy  z  nim  podróżowali,  ale  wszystkich  zaliczał  do, 

jak sam to określał, ,,swoich ludzi". Musiała przyznać, że bardzo 
o nich dbał. 

Kiedy  helikopter  sanitarny  wystartował,  Anna  wróciła  do 

domu.  Philip  na  pewno  tam  na  nią  nie  czeka.  Nie  lubił 
samotności, był człowiekiem bardzo towarzyskim. 

100

RS

background image

 

 

- Pewnie zaprosił już wszystkich gości i połowę personelu na 

kolację  przygotowaną  przez  Carla  -  mruknęła  do  siebie, 
wchodząc pod prysznic. 

Mimo  że  woda  była  ciepła,  nagle  Annę  przebiegł  dreszcz. 

Miała nadzieję, że Grace i Carrie są u Toma, a nie na przyjęciu u 
Philipa.  Nie  chciała,  by  dowiedział  się  o  jej  fałszywych 
zaręczynach od obcych ludzi... 

-  Wszystko  w  porządku.  Wyjaśniłem  mu, o co  chodzi z tymi 

zaręczynami, i bez trudu to zrozumiał. 

Anna  zatrzymała  się  pod  motelem,  zaskoczona,  że  udało  jej 

się  znaleźć  wolne  miejsce  na  parkingu,  który  wyglądał  na 
zapełniony.  Kiedy  w  ciemnościach  usłyszała  głos  Toma, 
zastanowiła się, czy ich spotkanie jest tylko przypadkiem. 

-  Usłyszałem,  że  twój  pacjent  odleciał,  więc  wyszedłem  i 

przestawiłem  swój  samochód,  żebyś  mogła  zaparkować  blisko 
wejścia.  Dziś  do  motelu  przyjechało  pół  miasta,  żeby  zobaczyć 
wielkiego milionera. 

Zrobiło  jej  się  przyjemnie,  gdy  usłyszała,  jak  się  o  nią 

zatroszczył,  ale  jego  obecność  znów  wywołała  w  niej  dziwny 
niepokój.  Miała  ochotę  wsiąść  do  samochodu  i  uciec  jak 
najdalej. Może nawet do Melbourne! 

-  W  każdym  razie  -  ciągnął  Tom  -  kiedy  Philip  wylądował, 

zabrałem go i jego towarzystwo do pubu. Potem wziąłem go na 
bok i wyjaśniłem całą sprawę, jak mężczyzna mężczyźnie. 

Perth leży dalej niż Melbourne. Lepiej uciec do Perth. 
- Wchodzisz do środka? - spytał Tom. 
- A ty tam wracasz? - Zobaczyła, że się zawahał. 
-  Pewnie  Philip  się  spodziewa,  że  wrócę.  -  W  jego  głosie 

zabrzmiała  jakaś  emocja,  której  Anna  nie  potrafiła  nazwać.  - 
Powiedział  ludziom,  że  jest  twoim  starym  przyjacielem  i  że 
przyjechał  cię  odwiedzić.  Ani  słowem  nie  wspomniał,  że  jesteś 
jego  narzeczoną.  Zrobił  to  z  uprzejmości  dla  mnie.  Jeśli 
wejdziesz tam sama, ludzie mogą się dziwić. 

101

RS

background image

 

 

- Problem by się rozwiązał, gdybyśmy natychmiast zerwali te 

głupie  zaręczyny  -  warknęła.  Wiedziała,  że ma za  słabe  nerwy, 

żeby znieść przebywanie w jednym pomieszczeniu z Philipem i 
Tomem naraz. 

-  Albo  możemy  udawać,  że  dostałem  nagłe  wezwanie.  Tak 

zrobimy. Powiesz, że spotkałaś mnie w drzwiach i że musiałem 
pojechać do chorego byka rozpłodowego. Rzadko mi się zdarza 
jeździć wieczorem do wezwania, więc to musi być coś ważnego. 

-  Chory  byk  rozpłodowy  -  powtórzyła.  Nie  miała  ochoty 

uciekać się do kolejnego kłamstwa. - To wszystko nie ma sensu! 

-  Zgadzam  się.  -  Nagle  przyciągnął  ją  do  siebie.  Z  początku 

sądziła, że to kolejna gra na pokaz, ale on tym razem pocałował 
ją  z  taką  namiętnością,  jakiej  jeszcze  nie  znała.  Jej  ciało 
zareagowało równie gwałtownie. 

Minutę, a może całą wieczność później, Tom położył jej ręce 

na ramionach i lekko odsunął od siebie. 

-  Zegnaj.  -  Przesunął  palcem  po  jej  policzku.  -  Żegnaj,  moja 

piękna Anno. 

Jego  głos  był  zmieniony.  Anna  uznała,  że  mówił  poważnie, 

tylko  dlaczego  się  z  nią  żegna?  Czyżby  Philip  coś  mu 
powiedział? A może Tom chce wsiąść do samochodu i uciec do 
Perth? Patrzyła na oddalające się światła i wiedziała, że nikt jej 
nie odpowie na te pytania. Weszła więc do motelu i skierowała 
się tam, skąd dobiegał gwar głosów i śmiech. 

-  Witaj,  moja  miła  przyjaciółko!  Na  pewno  jesteś  zmęczona. 

Chodź  tu  i  siadaj.  Mam  szampana  schłodzonego  jak  trzeba. 
Kieliszek tego trunku zaraz postawi cię na nogi. 

Philip  po  bratersku  pocałował  ją  w  policzek,  objął  i 

wprowadził  w  tłum.  W  niewielkiej  sali  jadalnej  zebrało  się 
chyba  ze  czterdzieści  osób.  Większość  twarzy  wydawała  się 
Annie znajoma. Wśród nich dostrzegła Grace i Carrie. 

Philip, jakby wyczuwając jej napięcie, uścisnął ją dla dodania 

otuchy. 

102

RS

background image

 

 

-  Nie  pisnę  ani  słówka  -  zapewnił  szeptem  i  zdała  sobie 

sprawę,  że  ta  sytuacja  go  bawi.  -  Spotkanie  z  twoim 
weterynarzem  wiele  mi  wyjaśniło.  Moi  ludzie  dostarczyli  mi 
zdjęcie was dwojga, które ukazało się w prasie. Właśnie dlatego 
tu przyjechałem. 

-  Dostarczyli  ci  zdjęcie?  -  Była  tak  oburzona,  że  podniosła 

głos. 

-  Cii,  później  ci  wyjaśnię  -  uspokoił  ją,  dając  jednocześnie 

znak  kelnerowi,  który  podszedł  do  nich  z  butelką  szampana.  - 
Napij się. Spojrzała mu prosto w twarz. 

- Nie chcę szampana, Philipie - powiedziała ostro. 
-  Jestem  zmęczona  i  mam  dyżur  telefoniczny,  więc  nie 

powinnam  pić.  Chętnie  natomiast  posłucham  wyjaśnienia. 
Dlaczego  każesz  sobie  dostarczać  wycinki  prasowe  na  mój 
temat? 

Philip  jak  zwykle  potrafił  znaleźć  wyjście  z  każdej  sytuacji. 

Przeprosił wszystkich i oznajmił, że ma dla Anny wiadomości i 
prezenty  od  rodziny,  wobec  czego  muszą  na  chwilę  wyjść. 
Zachęcił gości do zabawy, a sam wyprowadził narzeczoną z sali. 
Kiedy  weszli  do  jego  pokoju,  zamknął  drzwi,  oparł  się  o  nie  i 
wziął ją w ramiona. 

-  Moja  piękna  Anna  -  wyszeptał,  nieświadomie  powtarzając 

słowa, które już tego wieczoru słyszała. 

- Jak dobrze znów cię widzieć. To przyjęcie zorganizowałem 

zupełnie niepotrzebnie. Lepiej by było, gdybyśmy spotkali się w 
jakimś zacisznym miejscu, bez tłumów ludzi. Przepraszam. 

Uśmiechnął się i pocałował ją w usta. Chociaż jego pocałunek 

był  miły,  a  przeprosiny  szczere,  Anna  nadal  czuła,  że  nie 
opuszcza jej napięcie. 

-  Pocałunek  tym  razem  nie  pomoże  -  powiedziała  i  Philip 

zesztywniał. 

Zdziwiła  ją  reakcja  narzeczonego.  Przyszło  jej  na  myśl,  że 

chyba  pierwszy  raz  nie  dała  się  zwieść  słodkimi  słówkami. 
Kiedyś  rozgniewała  się  na  niego,  gdy  nie  informując  jej  o 

103

RS

background image

 

 

niczym,  przeniósł  jej  rodziców  z  domku  na  przedmieściu  do 
rezydencji na terenie swojej posiadłości. Potem gniew jej minął, 
kiedy  sobie  wyobraziła,  jacy  rodzice  muszą  być  zadowoleni  ze 
zmiany. 

- Nie mogę uwierzyć, że zlecasz swoim ludziom, żeby szukali 

wiadomości  na  mój  temat  i  przesyłali  ci  raporty  -  oświadczyła, 
wracając do teraźniejszości. 

-  To  się  stało  przypadkiem,  moja  droga.  -  Podszedł  do 

lodówki  i  otworzył  ją.  Od  razu  było  widać,  że  jej  zawartość 
pochodzi z jego zapasów, a nie motelowej kuchni. - Usiądź. Ty 
może nie masz ochoty na drinka, aleja chętnie się czegoś napiję. 
Zasłużyłem sobie na coś mocniejszego. 

Patrzyła  na  niego,  odnosząc  wrażenie,  że  to  zupełnie  obcy 

człowiek. 

-  Moi  ludzie  dostarczają  mi  różne  wycinki  z  prasy.  Kiedy 

zdobyłaś stypendium, kazałem im zbierać wszelkie wzmianki na 
twój  temat;  o  twoich  wynikach  w  nauce,  wyróżnieniach, 
dyplomach i tak dalej. 

Dzięki  Bogu,  że  nigdy  nie  wdałam  się  w  żadne  protesty 

studenckie, bójki czy pijaństwa, pomyślała. 

-  Po  prostu  zapomniałem  im  powiedzieć,  że  już  nie  muszą  - 

ciągnął  Philip.  -  Ale  kiedy  przesłali  mi  twoje  zdjęcie  z  jakimś 
obcym  mężczyzną,  podpisane  ,,Najatrakcyjniejszy  kawaler 
Australii  znalazł  swoją  drugą  połowę",  obudziła  się  we  mnie 
ciekawość. 

- To zdjęcie ukazało się w czasopiśmie kobiecym? - upewniła 

się  Anna.  Znów  poczuła  złość,  tym  razem  na  kogo  innego.  - 
Ależ  ta  Carrie  jest  fałszywa!  Obiecała  Tomowi,  że  nic  takiego 
nie wydrukują, jeśli dostanie wyłączność na ślubne zdjęcia. 

-  Ślubne  zdjęcia?  -  powtórzył  Philip,  siadając  na  krześle.  - 

Wydawało mi się, że to fałszywe zaręczyny. 

Anna ze znużeniem wzruszyła ramionami. 

104

RS

background image

 

 

- Oczywiście, że fałszywe, i żadnego ślubu nie będzie. Tom to 

wymyślił,  żeby  Carrie  i  Grace  dały  mu  spokój.  Pewnie  je 
poznałeś, bo są na przyjęciu. 

Zabrzmiało  to  nieprzekonująco,  nawet  dla  niej  samej. 

Przypomniała sobie jednak, że temat ich rozmowy jest inny. 

- Mam poczucie, że mnie szpiegujesz, i nie podoba mi się to - 

oświadczyła i  zdała  sobie  sprawę,  że  być  może posunęła  się za 
daleko.  Philip  patrzył  na  nią  spod  przymkniętych  powiek. 
Widziała  już  u  niego  takie  spojrzenie,  ale  dotychczas  nigdy 
jeszcze nie było skierowane na nią. 

Potem  uśmiechnął  się,  więc  doszła  do  wniosku,  że  chyba  jej 

się wydawało. 

-  Rozumiem  cię  doskonale  -  zapewnił.  -  Ale  bądź  rozsądna, 

skarbie. Myślisz, że mi się podoba ta gra, w którą się tu wdałaś? 
Wiem,  że  sam  się  zgodziłem  na  półroczne  rozstanie,  żebyś 
wreszcie  się  przekonała,  że  ta  australijska  przygoda  to 
bezsensowny  pomysł.  Jednak  wcale  nie  jestem  z  tego 
zadowolony.  Wyjedź  ze  mną.  Jak  widać,  potrafisz  wymyślać 
różne historyjki,  więc  na  pewno  znajdziesz usprawiedliwienie i 
dla tego  wyjazdu.  Chory  członek  rodziny.  Tęsknota  za  domem. 
Coś w tym rodzaju. 

Anna  patrzyła  na  niego,  nie  wierząc  własnym  uszom.  Philip 

uśmiechał się do niej, ale w jego głosie wyczuła twardość stali. 
Mówił  niemal  tak,  jakby  jej  rozkazywał,  jakby  była  jego 
podwładną, a nie ukochaną narzeczoną. 

Kiedy  pomyślała,  jak  bardzo  uzależnione  od  niego  jest  jej 

życie i życie jej rodziny, poczuła panikę. Starając się opanować, 
szukała  w  myślach  nie  tyle  rozwiązania  -  nie  potrafiła  w  tej 
chwili jasno myśleć - ile kompromisu. 

-  Nie  mogę  tak  po  prostu  odejść  i  zostawić  szpitala  bez 

lekarza  -  odrzekła.  Miała  nadzieję,  że  spokojny  ton  jej  głosu 
pomoże mu zrozumieć, że problem jest poważny. - Mogę złożyć 
wymówienie,  ale  musiałabym  czekać  miesiąc.  Szybciej  nie 

105

RS

background image

 

 

znajdą  nikogo  na  moje  miejsce,  nawet  na  tymczasowe 
zastępstwo. 

Philip przyglądał jej się przez chwilę. 
-  A  gdyby  kogoś  znaleźli,  wyjechałabyś?  Zawahała  się, 

przytłoczona wątpliwościami i żalem, 

ale  pomyślała  o  rodzicach  i  odpowiedzialności  za  nich.  Tyle 

dla  niej  w  życiu  zrobili.  Tak  dobrze  im  się  żyje  w  posiadłości 
Philipa. 

-  Jeśli  znajdą  kogoś  na  moje  miejsce,  wtedy  wyjadę  - 

oświadczyła. 

Narzeczony wstał i podszedł do niej z uśmiechem. Znów był 

miłym,  kochającym  Philipem,  jakiego  znała.  Już  miał  wziąć  ją 
w  ramiona,  kiedy  rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  do  pokoju 
wpadła Carrie w towarzystwie Boba Filmera. 

- No, Phil! - zawołał Bob. - Jesteśmy głodni jak wilki, a twój 

kucharz mówi, że jeśli będzie dłużej czekać, to cała potrawa się 
zmarnuje. 

Phil? Anna zerknęła na niego, ale to australijskie zdrobnienie 

imienia wcale go nie zirytowało. 

- Już idziemy! - zapewnił i chciał wziąć Annę za rękę. 
W tej samej chwili sięgnęła do kieszeni po pager. 
-  Przykro  mi,  ale  muszę  wracać  do  szpitala.  -  Pocałowała 

Philipa w policzek. - Zadzwonisz rano? 

Znów był zły, ale nic nie mógł zrobić. Byłby jeszcze bardziej 

zły,  gdyby  się  dowiedział,  że  Anna  znów  skłamała.  Nie  miała 
jednak  siły,  by  spędzić  resztę  wieczoru  wśród  rozbawionych, 
hałaśliwych  ludzi.  Zachowanie  Philipa  sprawiło,  że  czuła 
nerwowy ucisk w żołądku. 

O dziwo, narzeczony nie próbował jej zatrzymać. 
-  Współczuję  -  szepnął  i  znów  pocałował  ją  w  policzek. 

Zacisnął  przy  tym  palce  na  jej  ramieniu,  jakby  chciał 
przypomnieć o danej sobie obietnicy. 

Zrozumiała,  że  jest  dla  niego  czymś  jakby  podwładną  lub 

własnością. Powinna go zapytać, czy tak właśnie ją traktuje, ale 

106

RS

background image

 

 

Carrie  zaczęła  go  poganiać,  więc  Bob,  na  prośbę  Philipa, 
odprowadził ją do samochodu. 

Wróciła  do  szpitala,  choć  nikt  jej  tam  nie  wzywał.  Po  prostu 

nie  chciała  tak  do  końca  kłamać.  Gdy  zatrzymała  się  przed 
budynkiem, spojrzała na kępę drzew, za którymi stał dom Toma, 
i uśmiechnęła się do siebie. 

On  tam,  ona  tutaj  -  byli  praktycznie  jedynymi  ludźmi  w 

Merriwee, którzy nie korzystali z gościnności Philipa. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

107

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Philip  przyjechał  o  szóstej  rano,  promieniejąc  miłością  i 

życzliwością. 

-  Dzwoniłem  do  szpitala.  Pielęgniarka  powiedziała  mi,  że 

wyszłaś o jedenastej, więc na pewno zdążyłaś się wyspać. 

Zaspana  Anna  mechanicznie  skinęła  głową.  Stała  na  progu 

swojego  małego  domku.  Za  plecami  narzeczonego  widziała 
czekającą z otwartymi drzwiami taksówkę. 

- Przywiozłem śniadanie - dodał. - Wpuścisz mnie? 
-  Ależ  oczywiście  -  odparła,  przeczesując  palcami 

zmierzwione  włosy.  Niezbyt  dobrze  się  śpi,  kiedy  ma  się 
problem z dwoma narzeczonymi. 

Cofnęła się, by go przepuścić, ale Philip poszedł z powrotem 

do taksówki. Wrócił z wielkim koszem piknikowym. 

- Carl mi powiedział, że w miejscowym sklepie trudno dostać 

to, co lubimy. Tylko tyle udało mu się przygotować. 

Anna  patrzyła  zdziwiona,  jak  Philip  stawia  kosz  na  stole  i 

wyjmuje z niego najróżniejsze przysmaki. 

-  Bułeczki  z  czarnymi  jagodami,  quiche  z  wędzonym 

łososiem, parówki zapiekane w bekonie, pieczone pomidory... 

Anna z niedowierzaniem patrzyła na tę kolekcję smakołyków. 

Czy  Philip  zawsze  był  taki?  Tak,  jedzenie  zawsze  miało  dla 
niego duże znaczenie i bardzo lubił 

podejmować  przyjaciół  i  ważnych  gości  wybornymi 

posiłkami. 

Czy  żałował  tego,  w  jaki  sposób  wczoraj  z  nią  rozmawiał? 

Niemal  rozkazał  jej  wracać  do  domu.  Czy  to  śniadanie  ma 
służyć za przeprosiny? Nie potrafiła odpowiedzieć na te pytania, 
a to nasunęło jej na myśl kolejną wątpliwość. 

Jak dobrze zna Philipa? 
-  Wezmę  prysznic  i  zaraz  do  ciebie  dołączę  -  oznajmiła. 

Chciała zostać sama i zastanowić się nad odpowiedzią. 

Czy chciała też go sprawdzić? 

108

RS

background image

 

 

Jednak  Philip  nie  próbował  jej  zatrzymać,  nie zaproponował, 

że umyje jej plecy. Nawet do niej nie podszedł, by ją pocałować 
czy obdarzyć jakąś zmysłową pieszczotą. 

W  głowie  Anny  pojawiły  się  nowe,  niepokojące  pytania. 

Kiedy  wyszła  z  kabiny,  ubrała  się,  biorąc  pod  uwagę  jedynie 
czekający ją dzień pracy, a nie to, czy spodoba się Philipowi. 

W korytarzu poczuła zapach świeżo parzonej kawy. 
-  Sam  sobie  robisz  kawę?  -  zdziwiła  się  żartobliwie.  Po  raz 

pierwszy  od  jego  pojawienia  się  w  Merriwee  poczuła  się 
swobodnie w jego towarzystwie. 

- Nieraz ci mówiłem, że umiem dużo zrobić w kuchni. 
Podsunął  jej  krzesło,  a  gdy  usiadła,  pocałował  ją  w  szyję. 

Pocałunek wyrażał raczej przyjacielską zażyłość niż namiętność 
stęsknionego,  zakochanego  mężczyzny  i  Anna  zastanowiła  się, 
bardziej  ze  smutkiem  niż  zazdrością,  czy  Philip  ma  kochankę, 
która dotrzymuje mu towarzystwa w podróżach po świecie. 

-  Jedz  -  polecił.  -  Czy  już  ci  opowiadałem  o  kontrakcie,  jaki 

zawarłem  w  Ameryce  Południowej?  Dzwoniłem  stamtąd  do 
ciebie, prawda? No więc... 

Mówił,  gestykulując  z  zapałem.  Opisywał  miejsca,  które 

odwiedził, fabryki, które zbudował, przedsiębiorstwa, które miał 
nadzieję  kupić.  Takiego  Philipa  znała,  z  entuzjazmem 
wprowadzającego w życie najnowsze projekty. 

Kiedyś wytłumaczył  jej,  jak  działa  jego  umysł.  Najwyraźniej 

działał  sprawniej  niż  u  innych  ludzi,  pozwalając  mu  szybciej 
pojmować  koncepcje  i  przekształcać  je  w  konkretne  plany 
rozwoju  jego  imperium.  Wyjaśnił  jej  również,  że  zna  wiele 
kobiet  na  całym  świecie,  ale  one  nic  dla  niego  nie  znaczą. 
Wybrał sobie  Annę  już  dawno,  zanim  jeszcze  sama zauważyła, 

że się nią zainteresował. Prawdę mówiąc, było to tuż po tym, jak 
wygrała  stypendium  uniwersyteckie,  fundowane  przez  jego 
firmę. Kiedy wręczał jej pierwszy czek, zdecydował, że jest ona 
doskonałym materiałem na żonę. 

109

RS

background image

 

 

Przypomniała  sobie,  jak  jej  to  powiedział  i  zrozumiała, 

dlaczego  już  dawno  kazał  sobie  dostarczać  informacje  na  jej 
temat.  Czy  gdyby  ją  aresztowano  na  jakiejś  studenckiej 
demonstracji, wybrałby sobie inną kandydatkę na żonę? 

-  Nie  wiem,  czy  wyjadę  stąd  za  miesiąc  -  powiedziała.  W 

głowie  miała  zamęt.  -  Takiego  życia  od  dawna  pragnęłam 
spróbować.  Dopiero  się  zaczynam  wszystkiego  tu  uczyć. 
Gdybym tak szybko musiała opuścić to miejsce... 

Zamilkła  i  przyglądała  się  jego  twarzy.  Lekko  zmarszczył 

czoło, ale zaraz się rozpogodził. 

- Nie będziemy sobie psuć śniadania poważnymi rozmowami 

- stwierdził, ale Annie wcale nie zrobiło się weselej. 

Philip  nie  był zepsutym  człowiekiem,  ale nawykł  do tego,  że 

wszyscy go słuchają. Pieniądze bardzo to ułatwiały, zarówno w 
interesach,  jak  i  w  prywatnym  życiu.  W  końcu  kto  odmówi 
sprzedaży  konia  do  gry  w  polo,  jeśli  oferowana  cena  jest  trzy 
razy wyższa od jego wartości? 

- Opowiadałem ci o apartamencie z obsługą, który oglądałem 

w  Paryżu?  Byłby  idealny  na  nasz  miesiąc  miodowy.  Znajduje 
się blisko biura i... 

Anna  zerknęła  na  ustawione  na  stole  pyszności  i  sięgnęła  po 

ciepły  francuski  rogalik.  Czyżby  Carl  nie  spał  całą  noc, 
przygotowując  te  specjały?  Posmarowała  rogalik  masłem  i 
wypiła  łyk  kawy.  Słuchała  Philipa,  jednocześnie  rozmyślając 
nad swoimi problemami. 

Podskoczyła,  słysząc  dzwonek  telefonu,  i  odruchowo 

podniosła słuchawkę. 

- Anno, tu Jillian. Właśnie dzwoniła do mnie Jenny White. Jej 

półtoraroczny synek ma konwulsje. 

- Jaką ma temperaturę? - zapytała. 
-  Jenny  nie  wie,  ale  mówi,  że  dziecko  jest  rozpalone. 

Powiedziałam,  żeby  na  drogę  zrobiła  mu  okład  z  wilgotnych 
ręczników. Oni mieszkają trzydzieści kilometrów od Merriwee, 
więc przyjedzie tu za jakieś dwadzieścia minut. 

110

RS

background image

 

 

-  Już  idę  do  szpitala  -  obiecała  Anna,  zerkając  na  zegarek. 

Odłożyła  słuchawkę  i  zwróciła  się  do  Philipa:  -  Nagłe 
wezwanie.  Pacjent  będzie  za  dwadzieścia  minut.  Kiedy  musisz 
wyjechać? 

Uśmiechnął się do niej dziwnie. 
- Tuż po śniadaniu. Mam jutro spotkanie w Japonii i przedtem 

muszę  się  zobaczyć  z  kilkoma  osobami.  To  nie  był  dobry 
pomysł, prawda? 

-  Chyba  nie  -  zgodziła  się.  Czuła  się  winna,  że  wszystko  tak 

źle się ułożyło. - Gdyby nie to, że kolega ze szpitala wyjechał na 
szkolenie,  poprosiłabym  go  o  zastępstwo.  Przepraszam  cię. 
Wziął ją za rękę. 

-  Nie,  to  ja  cię  przepraszam.  Powinienem  wykazać  więcej 

zaufania  i  zapytać  cię  o  to  zdjęcie  przez  telefon,  a  tymczasem 
wpadłem  tu  jak  jakiś  zazdrosny  szaleniec.  -  Wzruszył 
ramionami. - W końcu sama wiesz, że miewam przygody, więc 
nie  powinienem  się  dziwić,  gdyby  i  tobie  coś  takiego  się 
przytrafiło. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  przeszkadzałoby  ci,  gdybym 

miała  romans?  To  miałeś  na  myśli?  A  gdzie  wierność?  Gdzie 
miłość?  A  skoro  już  wspomniałeś  o  swoich,  jak  je  nazwałeś, 
przygodach,  to  chociaż  o  nich  wiem,  wcale  nie  są  mi  one 
obojętne.  Dotąd  nic  nie  mówiłam,  bo  zakładałam,  że  się 
skończą, kiedy się  pobierzemy.  Do  tego  czasu  postanowiłam  je 
ignorować, bo i tak nie mogę towarzyszyć ci w podróżach. 

- Jesteś taka piękna, kiedy się złościsz - rzekł z uśmiechem. 
Słysząc  tę  uwagę,  Anna  rozgniewała  się  jeszcze  bardziej. 

Zwątpiła  też,  czy  Philip  w  ogóle  słuchał,  co  do  niego  mówiła. 
Czy kiedykolwiek ją rozumiał? 

-  Musisz  zaraz  wyjść  -  przypomniał  jej  -  a  zjadłaś  tyle  co 

ptaszek,  więc  nie  złość  się,  bo  cię  brzuch  rozboli.  Zjedz 
bułeczkę. Powiedziałem Carlowi, jak bardzo je lubisz. 

Anna  spojrzała  na  talerz,  który  jej  podsunął,  i  wiedziała,  że 

nie przełknie ani kęsa. Potrząsnęła głową, dopiła kawę i wstała. 

111

RS

background image

 

 

-  Odezwę  się  wkrótce  -  obiecała,  pocałowała  Philipa  w 

policzek i odeszła, zanim zdążył chwycić ją za rękę. 

W  drodze  do  szpitala  z  przygnębieniem  rozmyślała  o  swojej 

sytuacji.  Jej  życie  jest  tak  mocno  związane  z  Philipem,  że  nie 
może  teraz  zerwać  zaręczyn.  Pomyślała  o  Tomie,  o  ich 
wczorajszym pocałunku i o tym, jak się z nią pożegnał. 

Na  wspomnienie  tej  sceny  zmarszczyła  brwi.  Dlaczego 

powiedział ,,żegnaj"? Przecież ona nigdzie nie wyjeżdża. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

112

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Mały  William  White  miał  wysoką  gorączkę,  ale  kiedy  dotarł 

do szpitala, konwulsje już ustały. 

- Bardzo się wystraszyłam - przyznała Jenny. - Czy to znaczy, 

że choruje na epilepsję? 

- Chyba nie - odrzekła Anna. 
W tej samej chwili do sali wszedł wysoki mężczyzna. 
-  Jestem  Bill  White,  ojciec  Williama  -  przedstawił  się.  - 

Musiałem zaparkować samochód. 

Anna skinęła głową i nadal badała senne dziecko. 
- Drgawki gorączkowe, wywołane wysoką temperaturą, nie są 

rzadkie  u  niemowląt  i  małych  dzieci.  Moim  zdaniem  to  było 
właśnie  to.  -  Zauważyła,  że  małżowiny  uszne  dziecka  są 
zaczerwienione  i  rozpalone.  -  Ten  objaw  wskazuje  na  infekcję 
ucha. Zaraz zbadam to dokładniej. 

Oboje rodzice wyraźnie się uspokoili, słysząc, że może to być 

tak prosta przypadłość. 

-  Bałam  się,  że  to  zapalenie  opon  mózgowych  -  przyznała 

Jenny. - Moja mama miała siostrę, która w dzieciństwie zmarła 
na tę chorobę. Byłam przerażona. 

Dalsze  badanie  potwierdziło  diagnozę  Anny.  Mogła  teraz 

zapewnić  państwa  White,  że  po  podaniu  antybiotyków  infekcja 
ustąpi. 

-  Chciałabym  jednak  go  zatrzymać  w  szpitalu,  dopóki 

temperatura  się  nie  ustabilizuje  -  oświadczyła,  robiąc  malcowi 
zastrzyk z penicyliny. - Czy któreś z was może z nim zostać? 

-  Zostaniemy  oboje  -  odrzekł  Bill,  biorąc  chłopca  na  ręce.  - 

Nie chcę, żeby Jenny sama się o wszystko martwiła. 

Anna uśmiechnęła się do nich z sympatią. 
- Tak się cieszę, że to słyszę. Mamy tu salę, której jeszcze nie 

miałam  okazji  wykorzystać.  Jest  tam  podwójne  łóżko.  Nawet 
jeśli  William  nie  zostanie  na  noc,  będziecie  mogli  sobie 
odpocząć. 

113

RS

background image

 

 

-  Podwójne  łóżko?  -  zdziwili  się  rodzice  Williama.  Anna 

roześmiała się. 

-  Tak,  mnie  też  do  zdziwiło.  Pielęgniarki  jednak  mi 

wytłumaczyły, że urządzono tę salę z myślą o rodzicach małych 
dzieci, które będę wymagały hospitalizacji, i o parach, które nie 
chcą  się  rozstawać  na  czas  leczenia  jednego  z  partnerów. 
Zrozumiałam  wtedy,  że  to  świetny  pomysł.  Pielęgniarka  już 
pewnie wstawiła tam dziecięce łóżeczko. 

Siostra, która asystowała przy badaniu, skinęła głową. 
-  Owszem  -  potwierdziła.  -  W  całym  regionie  tylko  nasz 

szpital ma  salę rodzinną i  jesteśmy  z  tego  bardzo  dumni.  Zaraz 
was tam zaprowadzę. 

Anna została sama. Wiedziała, że powinna wrócić do domu i 

sprawdzić,  czy  Philip  nadal  tam  jest,  ale  od  wczoraj  miała  taki 
zamęt  w  głowie,  że  nie  chciała  się  narażać  na  następne 
zaskakujące przeżycia. Zrobiła więc obchód, a potem poszła do 
gabinetu  i  przyjęła  wszystkich  zapisanych  na  ten  dzień 
pacjentów.  Na  szczęście  pracy  nie  przerwały  jej  żadne  pilne 
wezwania.  Po  skończonym  dyżurze  wróciła  do  domu, 
zadowolona,  że  jest  sobota  i  czeka  ją  wolne  popołudnie.  Zje 
lunch, a potem trochę się zdrzemnie... 

Musiała  jednak  zrezygnować  z  tych  planów,  gdy  zobaczyła 

siedzącą przed drzwiami Penny. 

-  Tak  myślałam,  że  niedługo  wrócisz  -  powitała  ją  radośnie 

dziewczynka.  -  Wiesz,  że  twój  chłopak  zabrał  ze  sobą  Grace  i 
Carrie? Całe jego towarzystwo nie zmieściło się do helikoptera, 
więc  kilka osób  musiało  jechać  do  Three  Gorges  samochodem. 
Carrie  wybiera  się  z  nim  w  podróż.  Będzie  pisać  artykuł  o 
podróżującym  milionerze.  Stwierdziła,  że  to  o  wiele  bardziej 
interesujące  niż  kawaler  z  prowincji.  A  Grace  dostała  pracę  w 
jednej  z  zagranicznych  firm  Philipa.  Przyznała  się,  że  zawsze 
chciała  być  dyrektorem.  Tom  się  wściekł,  bo  dopiero  teraz 
zrozumiał,  że  jej  gadanie  o  alergiach,  przez  które  niby  to  nie 
mogła się wynieść na wieś, było zwykłą bujdą. 

114

RS

background image

 

 

Dwie  pierwsze  wiadomości  nie  zaskoczyły  Anny.  Philip 

często  zatrudniał  nowych  pracowników  podczas  podróży.  Tym 
razem  mógł  też  mieć  ukryty  motyw.  Po  wyjeździe  wścibskich 
pań  Tom  nie  będzie  już  potrzebował  narzeczonej.  A  Philip  na 
pewno  będzie  wiedział,  jak  sprawdzić,  czy  fałszywe  zaręczyny 
zostały  zerwane.  Dziwny  dreszcz  przebiegł  Annie  po  plecach. 
Musi się głęboko zastanowić nad swoim związkiem z Philipem. 

Najpierw jednak należałoby zerwać z Tomem. 
A  może...  Nie,  nic  z  tego.  Postanowiła  nie  słuchać  cichego 

głosiku, który odezwał się gdzieś na dnie serca. 

Zaprosiła Penny do domu i poczęstowała ją resztą wiktuałów, 

które Philip zostawił w lodówce. 

-  Czy  Tom  będzie  wieczorem  w  domu?  -  zapytała,  kiedy 

skończyły jeść. 

-  Owszem. Zapytałam  go  o  to,  zanim  napisałam do Annabel. 

Musiałam jej podać dni, w które może się do niego dodzwonić. 

Anna  miała  ochotę  udusić  tę  nieznajomą  kobietę,  najlepiej 

sznurem do telefonu. Po chwili doszła do wniosku, że to pewnie 
skutki przemęczenia. 

-  Cóż,  nie  chciałabym  przeszkadzać,  ale  muszę  się  z  nim 

zobaczyć.  Trzeba  zakończyć  te  głupie  zaręczyny.  Powiesz  mu, 

że wpadnę wpół do ósmej? 

Może jej mordercze zapędy osłabną po rozmowie z Tomem. 
Na  samą  myśl  o  nim  serce  zaczynało  jej  mocniej  bić. 

Wiedziała  jednak,  że  nic  z  tego  nie  będzie.  Nawet  gdyby  była 
wolna,  nie  nadaje  się  na  żonę  weterynarza  z  australijskiego 
buszu. Choćby dlatego, że nie potrafi piec biszkoptu... 

- Nie zapomnisz mu powiedzieć? - upewniła się, na co Penny 

skinęła głową. 

Dziewczynka  nie  tylko  przekazała  wiadomość  bratu,  ale  na 

dodatek zostawiła ich samych w domu. 

- Pojechała do Mainyard z Jimem i jego końmi wyjaśnił Tom, 

wychodząc  na  spotkanie  Annie.  -  Boltonowie,  właściciele 
gospodarstwa, zaprosili ją na kilka dni, więc zostałem sam. 

115

RS

background image

 

 

-  Przecież  właśnie  o  tym  marzyłeś.  Nie  jesteś  zadowolony?  - 

Anna  starała  się  opanować  szaleńcze  bicie  serca.  Powtarzała 
sobie, że nie powinna się tak przejmować. Przecież te zaręczyny 
od początku były fikcją. 

-  Chyba  jestem  zadowolony  -  odrzekł.  Widziała,  że  jej 

obecność  wcale  nie  wywołała  w  nim  radości.  Pewnie  żegnając 
się z nią wczoraj, usunął ją ze swojego życia. 

-  Tylko  że  przyzwyczaiłem  się  do  obecności  Penny.  To  taki 

duży  dom.  Kiedy  pierwszy  raz  go  zobaczyłem,  od  razu 
wyobraziłem sobie, że biegają po nim dzieci, moje i Grace. Tak 
długo byłem jedynakiem, że doceniam dużą rodzinę. 

Weszli na werandę, a Tom dodał: 
-  Jeśli  chcę  spełnić  to  marzenie,  to  muszę  niedługo  się  tym 

zająć. 

Serce Anny skurczyło się do rozmiarów orzecha. Pewnie Tom 

myśli  o  Annabel.  Czeka  na  jej  telefon.  A  to  znaczy,  że  szybko 
musi mu powiedzieć, po co tu przyszła. 

Tom  znów  zaczął  mówić  -  o  założeniu  rodziny,  dzieciach  i 

silnych genach Flemingów. 

- Chciałbym mieć dzieci, kiedy jestem jeszcze młody i mogę 

się z nimi bawić - tłumaczył. 

Wzięła  głęboki  oddech,  ale  niewiele  jej  to  pomogło.  Wzięła 

więc  drugi  i  przypomniała  sobie,  że  jest  profesjonalistką 
przywykłą do zachowania spokoju w trudnych sytuacjach. 

-  Powinieneś więc  zacząć  działać.  -  Głos jej  zadrżał, chociaż 

chciała,  by  jej  słowa  zabrzmiały  lekko  i  beztrosko.  W  głębi 
duszy zrozumiała jednak, że wcale nie chce, by Tom miał dzieci 
z  Annabel.  Ani  z  nikim  innym  oprócz  niej.  Stąd  bierze  się  ten 
ból w sercu. - A masz kogoś konkretnego na myśli? - spytała z 
wysiłkiem. 

- Właściwie nie, chociaż Penny wybrała dla mnie jedną z tych 

kobiet, które pisały listy. Podobno doskonała. 

O ile jej najpierw nie uduszę, pomyślała Anna. 

116

RS

background image

 

 

Ale  jeśli  Tom  ją  spotka,  to  na  pewno  się  w  niej  zakocha,  a 

przynajmniej polubi na tyle, by zgodzić się na ślub. 

Anna  poczuła  narastającą  rozpacz.  Niewiele  myśląc,  ukryła 

dłonie  za  plecami,  zdjęła  pierścionek  i  wsunęła  go  do  kieszeni 
spódnicy.  Znów  wzięła  głęboki  oddech,  choć  wiedziała,  że 
wcale jej to nie pomoże. Podeszła do Toma i wyciągnęła przed 
siebie dłonie, tak by zauważył brak pierścionka. 

- Nie jestem tak doskonała jak kandydatka, którą wybrała dla 

ciebie Penny. Prawdę mówiąc, wiem, że kiepska byłaby ze mnie 

żona  wiejskiego  weterynarza.  Nie  potrafię  stawiać  płotów  i  na 
myśl o znakowaniu bydła robi mi się słabo, ale jako jedynaczka 
zawsze chciałam mieć dużą rodzinę, więc przynajmniej pod tym 
względem  odpowiadam  twoim  wymaganiom.  -  Urwała, 
ponieważ  zauważyła,  że  nie  zabrzmiało  to  zbyt  dobrze. 
Wiedziała  jednak,  że  musi  dokończyć,  choćby  miała  z  siebie 
zrobić kompletną idiotkę. - Powiem tylko, że jeśli mnie chcesz, 
to jestem wolna i do wzięcia - wyrzuciła w końcu. 

Zapadła głęboka cisza i Anna przez chwilę miała wrażenie, że 

nastąpił  koniec  świata.  Jednak  zaraz  gdzieś  w  oddali  zahukała 
sowa, a żaby rozpoczęły swój skrzekliwy koncert. 

-  Jeśli  ciebie  chcę?  -  powtórzył  Tom  zdumiony.  Wziął  ją  za 

ręce, mocno je uścisnął i lekko pocałował 

w policzek. Poczuła bijący od niego męski zapach. 
- Nie - odrzekł, ale nie wypuszczał jej dłoni. 
- Nie? - powtórzyła zdziwiona. - Nie chcesz mnie? Westchnął 

ciężko. 

- Ależ oczywiście, że chcę. Jesteś piękna, dobra, opiekuńcza i 

w  ogóle  wspaniała.  Ale  nie  mogę  przyjąć  twojej  propozycji.  - 
Roześmiał  się  smutno.  -  A  podobno  nigdy  nie  umiałem 
odmówić  kobiecie...  -  Odwrócił  się,  oparł  o  barierkę  werandy  i 
popatrzył  na  ogród  i  ciągnące  się  za  nim  pola.  -  Anno,  to 
niemożliwe. Może gdybym nie poznał twojego Philipa... Ale go 
poznałem, rozmawiałem z nim. A nawet go polubiłem. Od razu 

117

RS

background image

 

 

zauważyłem, że to ktoś w sam raz dla ciebie. Pamiętasz chyba, 

że się z tobą pożegnałem? 

Pamiętała, ale zanim zdążyła się odezwać, Tom dodał: 
-  Sama  powiedziałaś,  że  nie  możesz  zerwać  tych  zaręczyn. 

Teraz  to  rozumiem.  Wiem,  że  Philip  zadba  nie  tylko  o  ciebie, 
ale  też  o  całą  twoją  rodzinę.  Zapewni  bezpieczeństwo 
wszystkim, których kochasz. Może dać ci cały świat i gwiazdkę 
z nieba na dodatek, jeśli tylko sobie tego zażyczysz. I właśnie na 
to zasługujesz. 

Anna czuła, że jest to komplement, ale nie o komplementy jej 

chodziło. 

- Wypiłeś z nim piwo w pubie i zostałeś ekspertem w sprawie 

mojej przyszłości? - zapytała gniewnie. - Co ty w ogóle wiesz o 
związkach męsko-damskich? 

-  Wiem,  że  bardziej  pasujesz  do  świata  Philipa  niż  do 

australijskiej prowincji - odrzekł spokojnie. - Wyobrażam sobie 
ciebie  w  eleganckim  apartamencie  w  Paryżu  albo  na  nartach  w 
Arizonie.  Tutaj  jesteś  jak  orchidea  na  polu  rzepy.  Teraz  to 
wszystko  wydaje  ci  się  nowe  i  ciekawe,  ale  czy  tak  będzie 
zawsze?  Wkrótce  zapomnisz  o  romantyzmie,  zostanie  tylko 
upał,  kurz  i  susza,  która  wysysa  kolory  z  ziemi  i  odbiera 
ludziom  nadzieję.  A  kiedy  przychodzą  ciężkie  czasy,  nie  tylko 
farmerzy cierpią, ale również ludzie z miasta. 

Anna  usłyszała  smutek  w  jego  głosie,  ale  była  zbyt 

rozgniewana, by się nad tym zastanowić. 

-  Możesz  też  jeszcze  dodać,  że  nie  umiem  piec  biszkoptu  - 

wymamrotała i zeszła z werandy. - Kolejny powód, dla którego 
nie jestem dla ciebie odpowiednią kandydatką na żonę. 

Tom patrzył za nią, zastanawiając się, czy powinna prowadzić 

w takim stanie. Było jednak już późno i drogi opustoszały, więc 
nic jej nie grozi. 

Światła  samochodu  zniknęły,  a  Tom  powtarzał  sobie,  że  po 

raz  pierwszy  w  życiu  podjął  słuszną  decyzję  w  sprawie 
dotyczącej kobiety. Tylko dlaczego czuje się tak podle? 

118

RS

background image

 

 

I dlaczego Anna wspomniała coś o biszkopcie? 
Przez  następne  tygodnie  Anna  próbowała  zapomnieć  o 

przygnębieniu,  zajmując  się  pracą  i  zwiedzaniem  okolicy. 
Spędziła  nawet  noc  nad  sztucznym  jeziorem,  dzięki  czemu, 
siedząc w śpiworze, mogła obserwować stadko kangurów, które 
o  świcie  przyszło  do  wodopoju.  Od  pana  Jenksa  nauczyła  się 
wiele o okolicznych ptakach i ich zwyczajach. 

Pokazała  się  też  w  supermarkecie  bez  pierścionka  i  wkrótce 

całe  miasto  wiedziało,  że  już  nie  jest  narzeczoną  Toma. 
Przestano  oczekiwać,  że  na  przyjęciach  będzie  się  pojawiać  w 
jego  towarzystwie.  Mimo  to  widok  Toma  powodował  w  niej 
taką  burzę  uczuć,  że  starała  się  ograniczać  spotkania 
towarzyskie  i  uczestniczyła  głównie  w  przedszkolnych 
pogadankach na temat mycia rąk lub imprezach dla seniorów. 

-  Nie  wiem,  czy  długo  zniosę  to  szalone  tempo  życia  - 

żartowała cierpko, rozmawiając z Philipem, który nadal dzwonił 
do  niej  regularnie.  Oczywiście  zaprotestował,  gdy  zwróciła  mu 
pierścionek,  ale  nie  przestał  się  z  nią  kontaktować.  Miała 
wrażenie, że  robi  to  z  przyzwyczajenia.  Zapewnił ją, że  bardzo 
ceni  jej  ojca  jako  pracownika  i  że  rodzice  mogą  mieszkać  na 
terenie  jego  posiadłości,  nawet  kiedy  ojciec  przejdzie  na 
emeryturę. 

To  pocieszyło  Annę,  ale  wcale  nie  ucieszyło  jej  matki,  która 

przyznała,  że  chciałaby  się  wyrwać  spod  przytłaczającego 
wpływu Philipa. 

-  Właściwie  to  skoro  nie  będziemy  rodziną,  twój  ojciec 

mógłby przejść na wcześniejszą emeryturę - powiedziała córce. 
-  Jesteśmy  za  młodzi,  żeby  resztę  życia  spędzić  w  posiadłości 
Philipa. Chcemy zwiedzić świat. Może zaczniemy od Australii? 

Zapowiedzieli,  że  przyjadą  na  święta  do  Merriwee.  Anna 

bardzo  się  z  tego  ucieszyła,  ponieważ  brakowało  jej  ich 
towarzystwa  i  bezwarunkowej  miłości,  a  jednak  w  jej  sercu 
wciąż była bolesna rana i pustka. 

Pustka, którą powinien wypełnić Tom... 

119

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Pewnego  dnia  przyjęto  do  szpitala  Berthę  Spragg,  która 

cierpiała 

na 

owrzodzenie 

nóg. 

Była 

to 

wesoła 

osiemdziesięcioośmioletnia  kobieta,  którą  chyba  pół  miasta 
uważało  za  ciocię.  Przy  jej  łóżku  zawsze  było  mnóstwo 
odwiedzających, na stoliku stały kwiaty, owoce i czekoladki. 

Dzięki  odwiedzającym  Bertha  znała  wszystkie  nowiny  i 

ploteczki. Anna dowiedziała się od niej, że do Toma przyjechała 
macocha  i  druga  siostra.  Pewnie  dlatego  Penny  ostatnio rzadko 
ją  odwiedzała,  choć  przedtem  wpadała  często,  przynosząc 
wiadomości o Annabel i jej licznych zaletach. 

Bertha  okazała  się  również  mistrzynią  w  pieczeniu  ciast,  nie 

tylko  w  Merriwee,  ale  w  całym  regionie.  Anna  poprosiła  ją  o 
przepis,  wyjaśniając,  że  chce  domowym  wypiekiem  podjąć 
rodziców.  Pacjentka  zapewniła  ją,  że  dzięki  jej  wskazówkom 
Anna wkrótce zostanie ekspertem w tej dziedzinie. Tak zaczęły 
się zmagania Anny z jajkami, cukrem i mąką. 

-  Nie  musi  być  doskonałe,  byle  tylko  było  jadalne  - 

mamrotała, patrząc na kolejny niewydarzony placek. 

Musiała  jakoś  wyładować  frustrację.  Właśnie  cisnęła 

nieudany  biszkopt  w  kąt  podwórka,  kiedy  przed  domem 
zatrzymał się samochód Toma. 

- Co tam wyrzuciłaś? - zapytał, patrząc na nią podejrzliwie. 
- Biszkopt - warknęła. 
- Co? - Potrząsnął głową z niedowierzaniem i dodał: 
-  Nie  mam  pojęcia,  o  co  chodzi,  ale  to  nieważne.  Nie 

przyjechałem rozmawiać o ciastach. 

-  A  o  czym?  -  zapytała,  wojowniczo  opierając  ręce  na 

biodrach,  na  wypadek  gdyby  jeszcze  się  nie  zorientował,  w 
jakim jest nastroju. 

- O tobie. 
- O mnie? 
Opuściła ramiona i spojrzała na niego z nadzieją. 

120

RS

background image

 

 

-  Tak,  o  tobie  i  tych  zerwanych  zaręczynach.  Penny  mi 

powiedziała.  Przyjechałbym  wcześniej,  ale  musiałem  się  zająć 
inseminacją stada krów. 

Anna  tylko  skinęła  głową.  Tom  często  wplatał  tego  typu 

informacje w normalną rozmowę. 

-  Postąpiłaś  niemądrze.  Philip  to  ktoś  jakby  stworzony  dla 

ciebie. Weź się w garść i powiedz mu, że popełniłaś błąd. 

-  Philip  wcale  nie  jest  dla  mnie  stworzony!  -  Wyrzucała  z 

siebie słowa niczym karabin maszynowy kule. 

- A przede wszystkim go nie kocham. 
Tom postąpił krok w jej stronę, ale zaraz się cofnął. 
- Są ważniejsze rzeczy niż miłość - rzekł stanowczo. 
-  Zwłaszcza  tutaj.  -  Znów  zbliżył  się  do  niej.  -  Wiem,  że 

tamtego wieczoru bardzo cię zraniłem. Mnie też zabolały własne 
słowa, ale jestem pewien, że postąpiłem słusznie. 

Wziął  ją  za  rękę,  wprowadził  do  domu  i  posadził  w  fotelu. 

Sam usiadł naprzeciwko. 

-  Coś  ci  opowiem.  Moja  matka  była  nauczycielką  w 

miasteczku  dość  podobnym  do  Merriwee.  Ojciec  zajmował  się 
sprzedażą  bydła  i  ziarna.  Zakochała  się  w  nim,  a  on  w  niej. 
Chociaż  była  dziewczyną  z  wielkiego  miasta,  podobało  jej  się 
na  prowincji  i  była  przekonana,  że  chce  tu  spędzić  całe  życie. 
Rodzice  pobrali  się  w  środku  suszy.  Sprawy  przybierały  coraz 
gorszy  obrót,  miasteczko  umierało.  Nie  pamiętam,  jak  to 
dokładnie  było,  wiem  tylko,  że  kiedy  miałem  trzy  lata,  mama 
połknęła garść proszków nasennych i już się nie obudziła. 

Anna  zamknęła  oczy,  pełna  współczucia  dla  tego  małego 

chłopca,  który  pewnie  bezskutecznie  próbował  obudzić  mamę, 
pokonaną  przez  surowe  życie  w  buszu.  Miała  ochotę  przytulić 
Toma,  pocałować  i  nigdy  nie  wypuścić  go  z  objęć.  Czasami 
jednak pocałunki nie wystarczą. Potrzebne są słowa. 

-  A  więc  na  podstawie  przypadku  jednej  kobiety,  która  być 

może  cierpiała  na  depresję  jeszcze  zanim  przeniosła  się  na 

121

RS

background image

 

 

prowincję,  odrzuciłeś  moją  propozycję  i  teraz  wmawiasz  mi  te 
bzdury, jakoby Philip był dla mnie stworzony. 

Złożyła ramiona na piersiach i spojrzała groźnie. 
- Możliwe, że twoja mama cierpiała na depresję poporodową, 

a  w  miasteczku  nie  było  lekarza,  który  potrafiłby  to 
zdiagnozować.  Ale  ty  wolisz  winić  za  to  ten  surowy  kraj.  - 
Miała zamiar jeszcze coś powiedzieć, ale zadzwonił telefon. 

-  Anno, czuję, że  zaczął się  poród,  a  Briana  nie ma w  domu. 

Mam  tak  silne  skurcze,  że  sama  nie  dojadę  do  szpitala.  -  W 
słuchawce  rozległ  się  okrzyk  bólu  i  Anna  zrozumiała,  że  to 
telefon od Dani. 

- Dzwoniłaś po karetkę? - zapytała. 
-  Dzwoniłam,  ale  właśnie  wiezie  pacjenta  do  Deep  Springs. 

Będzie tu dopiero za godzinę, a mnie tak strasznie boli. Możesz 
przyjechać? 

-  Już  jadę.  -  W  głosie  Dani  słychać  było  panikę.  Anna 

zerknęła na Toma, który patrzył na nią pytająco. 

- Dani? 
Skinęła  głową.  Szybko  zadzwoniła  do  szpitala,  by 

przygotowali dla niej torbę z zestawem do przyjęcia porodu. 

- Wpadnę po nią - powiadomiła pielęgniarkę. 
-  Zawiozę  cię  -  oznajmił  Tom,  odbierając  jej  kluczyki.  Nie 

protestowała,  a  wręcz  ucieszyła  się,  że  będzie  miała  kogoś  do 
pomocy. 

Jechali tak szybko, jakby chcieli pobić rekord prędkości na tej 

trasie.  Anna  zapięła  pas  i  kurczowo  trzymała  się  uchwytu  nad 
oknem.  Tom  nic  nie  mówił,  koncentrując  się  na  prowadzeniu 
samochodu. 

Kiedy dojechali na miejsce, rzekła cicho: 
-  Być  może  Philip  kupiłby  mi  gwiazdkę  z  nieba,  ale  nawet 

jego  pieniądze  nie  wystarczą,  żeby  kupić  to,  na  czym  mi 
naprawdę zależy. 

- A co to takiego? 

122

RS

background image

 

 

-  Miłość.  Ta  prawdziwa,  dzięki  której  ludzie  zostają  ze  sobą 

na dobre i na złe. Właśnie taką miłość chcę żywić do człowieka, 
za którego wyjdę za mąż. I chcę, żeby on czuł do mnie to samo. 
I  nie  obchodzi  mnie  twoje  zdanie,  że  miłość  to  za  mało.  - 
Wysiadła z samochodu i trzasnęła drzwiami. 

Dani leżała na tej samej kanapie, na której Anna zobaczyła ją 

po raz pierwszy. 

-  Myślałam,  że  jesteś  w  Rocky  -  powiedziała,  badając 

pacjentkę. Rzeczywiście, poród już się zaczął. 

- Jess powiedziała, że ty przyjmiesz poród, jeśli zechcę zostać 

w  Merriwee  -  wysapała  Dani,  patrząc  na  Annę  błagalnie.  - 
Urodziłam  się  tutaj,  ja,  moja  mama  i  moja  babcia.  A  pewnie 
prababcia  też.  Chciałam,  żeby  moje  dziecko  też  przyszło  na 

świat w Merriwee, a nie w Rocky, gdzie nikt nawet nie wie, jak 
się nazywam. 

Anna potrafiła to zrozumieć. Posłała Toma po czyste ręczniki 

i prześcieradło, jeszcze raz sprawdziła stan matki i jej dziecka. Z 
radością  usłyszała,  że  małe  serce  bije  mocno  i  nie  zauważyła 
niczego  niepokojącego.  Rozłożyła  ręczniki  i  prześcieradło,  i 
kontynuowała  badanie.  Stwierdziła  rozwarcie  na  cztery 
centymetry. Nagle odeszły wody i Anna dostrzegła w nich ślady 
smółki.  To może  być  niebezpieczne  dla  płuc dziecka.  Wyjęła z 
torby pojemnik z roztworem fizjologicznym. 

- Wprowadzę teraz ten roztwór do macicy, żebyś miała więcej 

płynu  -  wyjaśniła,  ale  rodzącej  ból  nie  pozwalał  skupić  się  na 
treści jej słów. 

Tom zauważył, że dzieje się coś niepokojącego. 
-  To  wypłucze  smółkę,  która  może  być  niebezpieczna,  jeśli 

dostanie się do płuc dziecka - tłumaczyła mu cicho. 

Zrobiwszy, co było konieczne, jeszcze raz zbadała pacjentkę. 

Rozwarcie  powiększało  się  prawidłowo,  lecz  Anna  nadal  czuła 
niepokój  o  dziecko.  Czy  gdyby  znajdowali  się  w  szpitalu, 
przyśpieszyłaby  poród?  Czy  wykonałaby  cesarskie  cięcie? 
Odpowiedź  na  oba  te  pytania  brzmiała  nie.  Pozostało  jej  więc 

123

RS

background image

 

 

tylko  monitorować  stan  pacjentki  i  podtrzymywać  ją  na  duchu. 
Tymczasem  jej  niesforne  myśli  biegły  własnym  torem.  Gdyby 
została w Merriwee... 

Przywołała  się  do  porządku,  zanim  jej  wyobraźnia rozszalała 

się  na  dobre.  Sprawdziła  rytm  serca  dziecka  i  z  pomocą  Toma 
pomogła Dani przyjąć wygodniejszą pozycję. 

-  Zaraz  będę  przeć  -  oznajmiła  Dani  i  choć  Anna  prosiła,  by 

jeszcze 

chwilę 

się 

wstrzymała, 

dziecko 

najwyraźniej 

zdecydowało, że jest gotowe. Wkrótce ukazała się główka. 

Tom przemawiał do Dani, a Anna tymczasem oczyściła drogi 

oddechowe  dziecka.  Miała  nadzieję,  że  nie  dostał  się  do  nich 
niebezpieczny  płyn.  Dani  znów  zaczęła  przeć  i  po  kilku 
sekundach Anna trzymała w ramionach maleńkiego człowieka. 

To  był  chłopiec!  Zapłakał  głośno,  a  jego  skóra  przybrała 

ładny,  różowy  kolor.  Anna  pokazała  go  matce,  odcięła  i 
zabezpieczyła pępowinę, a następnie ułożyła malca w ramionach 
Dani.  Kiedy  zobaczyła  zdziwioną  i  zachwyconą  minę 
dziewczyny,  łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Szybko  je  otarła. 
Wiedziała,  że  nie  płacze  tylko  ze  wzruszenia  nad  cudem 
narodzin. 

Poczuła łagodne dotknięcie i wiedziała, że Tom zauważył jej 

łzy. Spojrzała mu w oczy i zobaczyła w nich zdziwienie. 

I coś jeszcze. Miłość? 
Ale przecież ją odrzucił. 
Znów  skupiła  uwagę  na  pacjentce.  Zaczęła  masować  jej 

brzuch,  żeby  pomóc  urodzić  łożysko.  Za  oknem  zalśniły  jasne 

światła ambulansu. 

-  Ale  nie muszę  jechać  do  szpitala?  -  zaniepokoiła się  młoda 

mama. 

- Przykro mi, ale musisz - odrzekła Anna. - Trzeba sprawdzić 

stan  dziecka,  a  w  szpitalu  łatwiej  to  zrobić  niż  tutaj  - 
oświadczyła spokojnie. 

Dani jednak wyczuła jej obawy. 
- Czy coś jest nie tak? - Przytuliła mocniej dziecko. 

124

RS

background image

 

 

-  Nie,  nic  się  nie  dzieje,  chcę  tylko  sprawdzić  jego  drogi 

oddechowe  specjalnym  laryngoskopem.  Ten,  który  mam  ze 
sobą, jest za duży dla noworodka. 

Również tym razem Anna wsiadła do karetki z pacjentami, a 

Tom miał odprowadzić jej samochód pod dom. 

Dom!  To  słowo  tak  bardzo  kojarzyło  się  Annie  z  rodziną, 

dziećmi i miłością, że znów musiała otrzeć łzy. 

Kiedy wróciła do siebie, było już ciemno. Z daleka zobaczyła 

światło w oknach i nieco ją to zdziwiło. 

Mieszkała jednak w miasteczku na tyle długo, że nauczyła się 

zostawiać  drzwi  otwarte.  Zamykała  tylko  samochód,  w  którym 
trzymała  torbę  lekarską.  Podeszła  do  okna.  Na  podłodze  w 
salonie leżał Tom i trzymał na piersi coś małego. 

Całe napięcie minionego dnia eksplodowało w Annie. 
- Czujesz się tu jak u siebie, prawda? - zawołała, wpadając do 

środka, ale szybko się uspokoiła i z wrażenia usiadła na krześle, 
kiedy Tom wyciągnął w jej stronę szarą, puszystą kulkę. - Moje 
słodkie  kochanie  -  wyszeptała  Anna,  spoglądając  w  niebieskie 
oczy maleńkiej kotki. 

- Miałem nadzieję, że tak powiesz - odezwał się Tom, a Anna 

szybko podniosła głowę. 

-  Mówiłam  do  kotki,  nie  do  ciebie  -  odcięła się,  ale  on tylko 

uśmiechnął się do niej rozbrajająco. 

-  A  powiedziałabyś  tak  również  do  mnie,  gdybym  się 

oświadczył? 

Te  słowa  tak  ją  oszołomiły,  że  musiała  postawić  zwierzątko 

na podłodze, by odruchowo nie zacisnąć rąk. 

-  Dziś  po  południu  jasno  mi  wytłumaczyłeś,  dlaczego  nie 

możesz  się  ze  mną  ożenić  i  dlaczego  powinnam  wyjść  za 
Philipa. 

- Ale przyjechałem tu w innej sprawie, tylko ty... 
-  Uważaj,  bo  zaraz  czymś  w  ciebie  rzucę  -  ostrzegła  go  i 

musiała  stłumić  uśmiech,  kiedy  Tom  szybko  podniósł  kotka  i 
troskliwie przed nią schował. 

125

RS

background image

 

 

- Ale teraz coś się zmieniło. - Patrzyła na niego jak urzeczona. 

-  Zmieniło  się,  kiedy  powiedziałaś  coś  o  miłości,  której  nie 
można kupić za żadne pieniądze 

-  ciągnął.  -  Wiedziałem,  że  ci  się  podobam,  ale  nie  przyszło 

mi do głowy, że to miłość... 

Potrząsnął 

głową, 

jakby 

stanął 

wobec 

jakiegoś 

nierozwiązywalnego problemu. 

-  Miłość  to  taka  trudna  do  określenia  sprawa  -  ciągnął.  - 

Jednak  kiedy  powiedziałaś  o  tym  tak  zwyczajnie,  że  chcesz 
kochać  i  być  kochaną,  wszystko  ułożyło  mi  się  w  głowie.  - 
Uśmiechnął  się  do  niej  radośnie,  jakby  dokonał  jakiegoś 
wiekopomnego odkrycia. - Ja też tego chcę. 

Ukucnął  przed  nią,  położył  jej  kociaka  na  kolanach  i  ujął  jej 

dłonie. 

-  Anno,  kocham  cię  -  oznajmił.  -  Teraz  i  na  zawsze,  całym 

sercem. - Patrzył na nią uważnie, a ona bała się nawet mrugnąć 
okiem,  jakby  się  obawiała,  że  czar  pryśnie.  Nagle  uśmiechnął 
się.  -  Masz  prawo  do  odpowiedzi  -  zapewnił  ją  i  musiała 
również się uśmiechnąć. 

-  Odpowiedzieć  można  na  pytanie  -  przypomniała  mu.  -  Raz 

ja zapytałam, a ty mi odmówiłeś, więc teraz kolej na ciebie. 

- Czy nadal jesteś wolna? 
- Być może. To zależy. 
- Od czego? - W jego głosie słychać było przejęcie, nadzieję i 

strach. 

- Od tego, dlaczego mnie pragniesz. 
Jest  tyle  powodów,  pomyślał  Tom.  Chciał,  by  została  jego 

żoną,  urodziła  ich  wspólne  dzieci,  które  wypełniłyby  dom 

śmiechem i gwarem, chciał codziennie budzić się przy niej... 

-  Ponieważ  cię  kocham.  -  Sam  był  tym  zaskoczony,  ale  to 

słowo  zawierało  w  sobie  wszystko.  -  Zycie  bez  ciebie  nie 
miałoby sensu. 

Anna postawiła zwierzątko na podłodze i uklękła obok Toma. 

Natychmiast  objął  ją  mocno  i  pocałował.  Pocałunek  trwałby 

126

RS

background image

 

 

dłużej,  gdyby  znudzony  kotek  nie  zaczął  drapać  jej  w  nogę. 
Odsunęli  się  od  siebie  i Tom  nakarmił  zwierzątko  karmą,  którą 
wcześniej kupił. Anna natomiast przygotowała kanapki. 

Jedli,  siedząc  na  kanapie.  Mała  kuleczka  spała  na  kolanach 

Anny. 

- Jak cię zmęczy życie w buszu, przeniesiemy się do miasta - 

obiecał  Tom.  -  Albo  wyjedziemy  do  RPA.  A  może  twoim 
rodzicom  spodoba  się  w  Merriwee  i  zostaną  z  nami?  Część 
domu można przerobić na oddzielne mieszkanie. 

Anna  wyczuła,  że  nadal  martwią  go  szczegóły  związane  z 

zerwaniem  jej  zaręczyn  z  Philipem.  Uśmiechnęła  się  i  uciszyła 
go  pocałunkiem.  Ciepło  bijące  od  Toma  docierało  aż  do  jej 
duszy. Poczuła jego ręce na swoim ciele i wiedziała, że muszą to 
przerwać, bo inaczej szybko stracą nad sobą panowanie. 

-  Muszę  jeszcze  zajrzeć  na  chwilę  do  Dani  i  jej  dziecka  - 

powiedziała. - Może weźmiesz prysznic, zanim wrócę? 

-  Naprawdę  uważasz,  że  potrzebny  mi  prysznic?  -  zapytał, 

śmiejąc  się  łobuzersko.  -  Ale  się  zrobiłaś  wybredna!  O  ile 
pamiętam,  żadne  z  nas  pięknie  nie  pachniało,  kiedy  mnie 
pierwszy raz pocałowałaś! 

127

RS


Document Outline