background image

skanowała: hurka       Tytuł oryginału: Many lives, many masters

background image

Wstęp

Wiem,  że wszystko ma swoją przyczynę.  Zapewne  w chwili, kiedy coś się dzieje, nie domyślamy
się   ani  wyobrażamy   sobie,   jaka   jest   tego   przyczyna,   jeśli   jednak  uzbroimy   się   w   cierpliwość,   po
pewnym czasie objawi się nam.

Tak też było z Katarzyną. Po raz pierwszy spotkałem  się z nią w 1980, kiedy miała dwadzieścia

siedem lat. Zgłosiła się do mnie, ponieważ cierpiała na stany lękowe, ataki strachu i fobie. Chociaż
te  objawy   występowały  u  niej  już  w dzieciństwie,  ostatnio  znacznie  się  nasiliły.  Z  każdym   dniem
występowały coraz większe zaburzenia w sferze emocjonalnej, coraz trudniej było jej normalnie żyć i
pracować. Była tym przerażona i rzecz jasna bardzo zgnębiona.

W przeciwieństwie do chaosu, jaki panował w jej życiu, moje płynęło spokojnie. Miałem udane

małżeństwo, dwoje małych dzieci i dobrze rozwijającą się praktykę lekarską.

Od   samego   początku   moje   życie   układało   się   bez  wstrząsów.  Wyrosłem  w  kochającej  rodzinie.

Studia ukończyłem z łatwością i na drugim roku w college'u postanowiłem zostać psychiatrą.

Studia na Uniwersytecie Columbia skończyłem  magna cum laude w 1966. Potem przeniosłem się

na Wydział  Medyczny Uniwersytetu Yale, gdzie w 1970 zrobiłem  doktorat. Po odbyciu praktyki w
Centrum   Medycznym  Nowojorskiego   Uniwersytetu   Bellevue   wróciłem   do   Yale,   żeby   zrobić
specjalizację z psychiatrii. Następnie jako psychiatra pracowałem na Uniwersytecie Pittsburgskim. W
dwa lata później objąłem kierownictwo działu psycho-farmakologicznego na uniwersytecie w Miami.
Tutaj zyskałem sobie rozgłos w całych Stanach z powodu osiągnięć na polu psychiatrii biologicznej
i publikacji dotyczących skutków nadużywania leków. Po czterech latach pracy na tym uniwersytecie
otrzymałem   stanowisko   docenta   psychiatrii   na   wydziale   medycznym   i   zostałem   mianowany
kierownikiem   oddziału   psychiatrycznego   dużego   szpitala,   afiliowanego   przy   uniwersytecie  w
Miami. W tym okresie ogłosiłem trzydzieści siedem prac naukowych z mojej dziedziny.

Lata studiów wymagających wielkiej dyscypliny sprawiły, że rozumowałem jak naukowiec i lekarz

i kroczyłem w moim zawodzie wąską ścieżką profesjonalnego konserwatyzmu. Nie wierzyłem w nic,
czego   nie   można  było   dowieść  tradycyjnymi   metodami  naukowymi.  Wiedziałem,   że   w  niektórych
znaczniejszych   uniwersytetach  naszego   kraju   są   prowadzone   jakieś   badania   z   dziedziny
parapsychologii, ale nie zwróciłem na to uwagi. Było to dla mnie zbyt odległe.

I   wtedy   moją   pacjentką   została   Katarzyną.   Przez  osiemnaście   miesięcy   stosowałem

konwencjonalne   metody   terapeutyczne,   żeby   ją   wyleczyć.   Kiedy   wszystko  zawiodło,   zacząłem
stosować   hipnozę.   W   czasie   serii  seansów   Katarzyna   przypomniała   sobie   dawne   przeżycia  z
innych wcieleń, które, jak się okazało, były przyczyną jej dolegliwości. Była też pośredniczką w przeka-
zywaniu   informacji   od   wyżej   ewoluowanych   „duchowych   istot"   i   dzięki   nim   odkryła   mi   wiele
tajemnic  życia  i śmierci. W ciągu kilku miesięcy niepokojące objawy  ustąpiły   i   jak   nigdy   dotąd
żyła  wreszcie spokojnie  i szczęśliwie.

Nic   w   mojej   przeszłości   nie   przygotowało   mnie   do   tego.   Nie  potrafiłem   też   znaleźć  żadnych

naukowych wyjaśnień zjawisk, których byłem świadkiem.  Istnieje  bardzo wiele rzeczy dotyczących
ducha umysłu ludzkiego,  które przekraczają nasze zrozumienie.  Zapewne  Katarzyna pod wpływem
hipnozy   była   w   stanie   skoncentrować   się   na   tej   części   swej   podświadomości,   która  gromadziła
wspomnienia  sprzed jej  obecnego  życia,   a może włączyła się w to, co psychoanalityk Carl Jung
określił jako zbiorową podświadomość, źródło energii, które nas otacza i zawiera wspomnienia całej
ludzkiej rasy.

Uczeni zaczynają szukać na to odpowiedzi. My jako społeczeństwo możemy wiele dowiedzieć się

z badań nad tajemnicami umysłu, duszy i wpływie przeżyć w dawnych wcieleniach na obecne nasze
zachowanie.  Oczywiście   możliwości   powiązań   z   różnymi   dziedzinami   nauki   są   niezliczone,
zwłaszcza z medycyną, psychiatrią, teologią i filozofią.

Mimo to ściśle  naukowe  badania  w tej materii  są  w powijakach. Poczyniono znaczny postęp

w odkrywaniu przeróżnych zjawisk, ale proces ten jest powolny

 

i spotyka się z dużym sprzeciwem

zarówno naukowców, jak i zwykłych ludzi.

background image

W   ciągu   swych   dziejów   ludzkość   opornie   przyjmowała   zmiany   i   nowe   poglądy.   Wiedza

historyczna pełna jest takich przykładów. Kiedy Galileusz odkrył księżyce wokół Jowisza, ówcześni
astronomowie odrzucili istnienie tych satelitów, ba, nawet nie chcieli na nie spojrzeć, ponieważ ich
istnienie stało w sprzeczności z przyjętymi przez nich poglądami. Podobnie jest teraz z psychiatrami
oraz innymi  terapeutami,  którzy nie  chcą  zbadać i przeanalizować istotnych dowodów,  jakie ze-
brano na  temat  życia  po cielesnej  śmierci i  wspomnień  z innych wcieleń.  Oni  po prostu mocno
zamykają oczy na te sprawy.

Książka   ta   jest   moim   skromnym   wkładem   w   obecnie  prowadzone   badania   na   polu

parapsychologii, zwłaszcza w dziedzinie dotyczącej naszych przeżyć przed narodzinami i po śmierci.
Każde  słowo,   które  tu  przeczytacie,   jest   prawdą.  Nic nie dodałem,  usunąłem  tylko  te fragmenty,
które  się  powtarzały.  Szczegóły  dotyczące  tożsamości  Katarzyny nieznacznie  zmieniłem,  żeby za-
pewnić  jej  anonimowość.   Cztery lata  zajęło   mi,  żeby  opisać to,  co się wydarzyło,  cztery długie
lata,   żeby   zebrać  się  na   odwagę   i   ryzykując   zawodową   opinią,   opublikować   te   nieortodoksyjne
materiały.

Pewnego wieczoru, kiedy byłem pod prysznicem,  poczułem nagle,  że muszę przelać na papier to,

czego   się   dowiedziałem.   Byłem   przekonany,   że   nadeszła   właściwa  chwila,   że   nie   mogę   dłużej
ukrywać   uzyskanej   wiedzy  i   muszę   się   podzielić   nią   z   innymi,   że   nie   wolno   mi   jej   taić.
Zdobyłem   ją   dzięki   Katarzynie,   a   teraz   tym,   co   wiem,   muszę   się   podzielić   z   innymi   ludźmi.
Miałem pełną świadomość, że ewentualne konsekwencje, jakie mogą mi grozić, są niczym, a gdybym
zataił   to,   co   wiem  na   temat   nieśmiertelności   i   prawdziwego   znaczenia   życia,   byłby   to   czyn
karygodny.

Wybiegłem z łazienki i usiadłem przy biurku, w którym trzymałem taśmy magnetofonowe nagrane

podczas moich seansów z Katarzyną. Nad ranem pomyślałem  o moim węgierskim dziadku, który
zmarł,   kiedy   byłem   jeszcze   chłopcem.   Ilekroć   mówiłem   mu,   że   się   boję   podejmować   ryzyko,   z
serdecznym   uśmiechem   dodawał  mi   otuchy,   powtarzając   z   kiepskim   akcentem   swój   ulubiony
angielski zwrot: „Do diabła z torpedami, cała naprzód!"

Rozdział pierwszy

Kiedy   pierwszy   raz  ujrzałem   Katarzynę,   ubrana   była  w czerwoną  sukienkę  i przerzucała  kartki
jakiegoś  magazynu   w mojej   poczekalni.   Wyraźnie   z  trudem  oddychała. Przedtem  ze dwadzieścia
minut   nerwowo   przemierzała   korytarz   przed   wejściem   na   oddział   psychiatrii,  walcząc   z   chęcią
ucieczki.

Powitałem   ją,   wymieniając   uścisk   ręki.   Zauważyłem,  że   jej   dłonie   są   zimne   i   wilgotne,   co

świadczyło o silnym zdenerwowaniu. Przez dwa miesiące nie odważyła się przyjść do mnie, mimo że
usilnie namawiało ją na to dwóch lekarzy, którym całkowicie wierzyła. Wreszcie przyszła.

Katarzyna   jest   niezwykle   atrakcyjną   kobietą,   blondynką   o   dość   długich   włosach   i   brązowych

oczach. W tym czasie pracowała jako laborantka w szpitalu, w którym byłem ordynatorem oddziału
psychiatrycznego, poza tym dodatkowo zarabiała jako modelka reklamująca kostiumy kąpielowe.

Wprowadziłem   ją   do   mego   gabinetu,   gdzie   znajdowała   się   leżanka   i   wielki   skórzany   fotel.

Usiedliśmy naprzeciw siebie, rozdzieleni tylko blatem biurka. Katarzyna milcząc oparła się w fotelu,
nie wiedząc jak zacząć. Czekałem,  gdyż wolałem,  żeby to ona pierwsza się odezwała, ale wreszcie
zacząłem wypytywać ją o jej przeszłość, o to, kim jest i dlaczego do mnie przyszła.

Z odpowiedzi poznałem historię życia Katarzyny. Była jednym  z trojga dzieci w katolickiej

rodzinie,  w małym  miasteczku  w stanie Massachusetts.  Jej brat,  starszy  o  trzy  lata,   był   bardzo
wysportowany   i   cieszył  się   swobodą,   na   jaką   jej   nigdy   nie   pozwalano.   Młodsza  siostra   była
ulubienicą obojga rodziców.

Kiedy   zaczęliśmy   rozmawiać   o   jej   dolegliwościach,  wyraźnie   stała   się   spięta   i   nerwowa.

Mówiła   szybko  i   pochylała   się   w   przód,   opierając   łokciami   o   biurko.  Całe   życie   była

background image

przytłoczona strachem. Tak bardzo bała się udusić, że nie mogła przełknąć żadnej pigułki, bała się
wody, samolotów, ciemności, przerażała ją śmierć. Często spała w garderobie na ubranie. Ostatnio te
stany  lękowe   nasiliły   się.   Mijały   zwykle   dwie,   trzy  godziny,  nim   mogła   zasnąć.   A   kiedy   już
spała,   spała   bardzo  lekko,  często się budząc. Koszmary i wędrówki  we śnie,  które były plagą jej
dzieciństwa, znowu powróciły. Ponieważ te lęki oraz inne objawy paraliżowały ją, pogrążała się w
coraz głębszej depresji.

Kiedy Katarzyna wszystko to opowiadała mi, widziałem, jak bardzo cierpi. Podczas mej praktyki

pomogłem  wielu   ludziom   takim   jak   ona,   byłem   więc   pewien,   że  i tym razem  mi   się to uda.
Postanowiłem,  że przede  wszystkim sięgniemy do jej dzieciństwa, szukając tam źródła wszystkich
problemów.   Zwykle   tego   rodzaju   analiza   pomaga   usunąć   lęk.   Gdyby   to  było   konieczne   i   gdyby
mogła  łykać  tabletki  na  poprawę  samopoczucia,  zapisałbym  jakieś  łagodne  leki  przeciwlękowe.
Na   podstawie   symptomów   Katarzyny   byłaby   to   typowa   kuracja  podręcznikowa,   a  ja   nigdy  nie
wahałem   się   stosować  środków   uspokajających   lub   nawet   antydepresyjnych,  lecząc   chroniczne,
poważne stany lękowe.  Obecnie używam tych leków  o wiele rzadziej  i tylko przejściowo,  jeśli w
ogóle ich używam. Żadne lekarstwo nie może sięgnąć do prawdziwych przyczyn tych objawów. Do-
wiodło  tego moje doświadczenie z Katarzyną oraz podobnymi  do niej  innymi  pacjentami.  Teraz
wiem, że trzeba stosować odpowiednią kurację, a nie tylko usuwać lub tłumić objawy.

W  czasie  pierwszej   wizyty  starałem   się  delikatnie   ją   skłonić,-   żeby  się   cofnęła  do  dzieciństwa.

Ponieważ Katarzyna pamiętała zdumiewająco małą ilość wydarzeń  z pierwszych lat swego życia,
pomyślałem, że być może należałoby zastosować terapię hipnozą  jako środek,  żeby opanować to
zahamowanie.   Nie   mogła   sobie   przypomnieć   żadnych   konkretnych   bolesnych   momentów   w
dzieciństwie, które wyjaśniałyby późniejsze napady lęku.

Kiedy   z  wysiłkiem   starała   się   ożywić   dawne   wspomnienia,   zaczęły   się   pojawiać   poszczególne

fragmenty.  W   wieku   pięciu   lat   wpadła   w   panikę,   ponieważ   ktoś  ją   zrzucił   z   trampoliny   do
basenu. Powiedziała mi,  że  jednak nawet  przed tym zdarzeniem  nigdy nie czuła się  bezpiecznie  w
wodzie. Kiedy Katarzyna miała jedenaście lat, jej matka zapadła na ciężką depresję i wyłączyła się z
życia   rodzinnego   co   spowodowało,   że   musiała   się  leczyć   u   psychiatry,   który   przepisał   jej
elektrowstrząsy. Kuracja ta fatalnie wpłynęła  na pamięć matki, co bardzo przeraziło Katarzynę, ale
kiedy matce się polepszyło  i znowu stała się „sobą", Katarzyna powiedziała  mi,  że  jej lęk ustąpił.
Ojciec   przez   długie   lata   nadużywał   alkoholu,   tak   że   brat   Katarzyny   często   musiał   go   zabierać
pijanego z lokalnego baru. Nasilający się nałóg był przyczyną  wielu kłótni z matką, która potem
była  bardzo   smutna   i   milcząca.   Dla   Katarzyny   było   to   jednak   zjawisko   oczywiste   w   życiu
rodzinnym.

Poza   domem   życie   jej   układało   się   lepiej.   W   szkole  średniej   miała   randki   i   łatwo   zawierała

przyjaźnie,   których   większość   trwała   wiele   lat.   Mimo   to   była   raczej  nieufna   wobec   ludzi,
zwłaszcza tych spoza swego małego kręgu przyjaciół.

Przekonania   religijne   miała   proste   i   nie   podlegające  wątpliwościom.   Od   dzieciństwa

wychowywana   była   tak,  że   wierzyła   bez   reszty   w   dogmaty   katolickie   i   przestrzegała   praktyk
religijnych.  W rezultacie nigdy  nie  wątpiła  w zasady swojej  wiary. Była  głęboko  przekonana,  że
jeśli   człowiek   jest   dobrym   katolikiem   i   żyje  zgodnie   z   wszelkimi   kanonami,   zostanie
nagrodzony  i pójdzie do nieba, jeśli  nie,  będzie skazany na czyściec  lub piekło. To Bóg Ojciec i
Jego Syn podejmowali tę ostateczną decyzję. Później dowiedziałem się, że Katarzyna nie wierzyła
w reinkarnację, w rzeczywistości bardzo niewiele o tym wiedziała, choć coś tam czytała na temat
hinduizmu.  Reinkarnacja była  ideą  całkowicie  sprzeczną  z jej  wychowaniem  i poglądami.  Nigdy
nie  czytała   żadnej   literatury   metafizycznej   czy   okultystycznej,   ponieważ   ją   to   nie   interesowało.
Słowem, była niezłomna w swojej wierze. 

Po szkole średniej Katarzyna skończyła dwuletni kurs dla techników laboratoryjnych. Zdobywszy

zawód i zachęcona tym, że jej brat przeniósł się do Tampa, Katarzyna postarała się o pracę w klinice
uniwersyteckiej  wydziału  medycznego   w  Miami.   Do  Miami   przeniosła  się   wiosną   1974,   mając
dwadzieścia jeden lat.

Życie   w   Miami   okazało   się   dla   niej   trudniejsze   niż  w małym  miasteczku, ale mimo  to była

zadowolona, że uciekła od rodzinnych problemów.

W   czasie   pierwszego   roku   pobytu   w   Miami,   Katarzyna   spotkała   Stuarta,   Żyda,   człowieka

żonatego,   ojca  dwojga   dzieci.   Różnił   się   on   całkowicie   od   chłopców,  z   którymi   chodziła   na
randki.   Był   to   wzięty   lekarz,   o  mocnym   charakterze,   agresywny.   Czuli   do   siebie   wielki   pociąg

background image

fizyczny, ale ich romans był burzliwy,  pełen  konfliktów.  Miała  wrażenie  jakby ją  zaczarował.  W
okresie,  kiedy Katarzyna zaczęła kurację, jej  związek ze Stuartem trwał szósty rok i był bardzo
silny,   mimo  że nie zawsze  działo się  dobrze.   Katarzyna  nie  potrafiła  się  oprzeć  Stuartowi,  choć
czasem traktował ją bardzo źle, gniewało ją to, że ją okłamuje, nie dotrzymuje słowa  i jest wobec
niej dwulicowy.

Kilka   miesięcy   przed   przyjściem   do   mnie   Katarzyna  musiała   się   poddać   zabiegowi   usunięcia

łagodnego guzka na strunie głosowej. Bała się zabiegu, ale była wręcz przerażona, kiedy się po nim
obudziła. Wiele godzin trwało, nim personel medyczny ją uspokoił. Po tym zdarzeniu udała się do
doktora   Edwarda   Poole'a.   Ed  z   zawodu   był   pediatrą,   człowiekiem   bardzo   sympatycznym,
Katarzyna poznała go podczas pracy w szpitalu.  Oboje poczuli do siebie sympatię i nawiązała się
między nimi bliska przyjaźń. Katarzyna szczerze opowiedziała Edowi o swych lękach, o związku ze
Stuartem i o tym,  że  czuje,   jak  traci  kontrolę   nad swoim  życiem.   Ed   poradził  jej,  żeby się ze
mną,   i   tylko   ze   mną,   umówiła,   nie   z   żadnym   z  moich   asystentów.   Kiedy   Ed  do   mnie  wpadł   i
opowiedział o niej, stwierdził, że jego zdaniem tylko ja mogę naprawdę zrozumieć Katarzynę, mimo
że  inni psychiatrzy też mają znakomite kwalifikacje i są  zdolnymi    terapeutami.    Jednak   wtedy
Katarzyna  nie zgłosiła się.

Minęło  osiem  tygodni.   W wirze spraw związanych z  faktem,   że  byłem  kierownikiem  oddziału

psychiatrycznego,  zapomniałem  o wizycie Eda. A lęki i fobie Katarzyny narastały. Doktor  Frank
Acker,   szef   chirurgii  znał   Katarzynę   od   kilku   lat,   często   żartowali   ze   sobą,   kiedy   wpadał   do
laboratorium,   w   którym   pracowała.  Zauważył   więc   jej   zły   nastrój   i   napięcie,   w   jakim   żyła.
Kilkakrotnie chciał coś powiedzieć  na ten temat, ale się nie odważył.  Pewnego popołudnia  Frank
jechał   samochodem   do   małego   szpitala   poza   miastem,   żeby   wygłosić  tam   wykład.   W   drodze
zauważył jadącą do domu Katarzynę, która mieszkała w pobliżu tego właśnie szpitala, wychylił się
przez okno i pomachał do niej ręką, wołając przy tym:

- Chcę, żebyś jak najszybciej zobaczyła się z dok torem Weissem. Nie zwlekaj!

Choć chirurdzy muszą często działać pod wpływem  impulsu, sam Frank był zdziwiony  tym

co zrobił.

U  Katarzyny   ataki   lęku   i   paniki   stawały   się   coraz   częstsze i coraz dłuższe.  Zaczęła  mieć

powtarzające   się  koszmarne   sny.   W   jednym   z   nich   zawalił   się   most,   przez  który   jechała
samochodem.   Jej   wóz   wpadł   do   wody,  a ona uwięziona  w nim,  utonęła. W drugim śnie zam-
knięta  była  w ciemnym  jak smoła  pokoju  i  potykając  się  wpadając na  meble,   nie mogła   znaleźć
wyjścia. W konsekwencji postanowiła się ze mną zobaczyć.

Podczas pierwszego spotkania z Katarzyną nie miałem  pojęcia, że wkrótce moje całe życie wywróci
się   do   góry  nogami,   że   ta   przerażona,   pozbawiona   równowagi   siedząca   naprzeciw   mnie   młoda
kobieta będzie katalizatorem niezwykłych zmian i że ja sam nigdy więcej nie będę taki jak przedtem.

Rozdział drugi

Minęło osiemnaście miesięcy intensywnej  terapii, kiedy  Katarzyna przychodziła  do mego  gabinetu
lekarskiego  raz  lub   dwa   razy  w  tygodniu.   Była   ona   pacjentką   dobrą,  komunikatywną,   obdarzoną
intuicją i bardzo pragnęła wyzdrowieć.

Podczas tego  okresu  badaliśmy  jej  uczucia,  myśli   i sny. Zrozumiała własne powtarzające się

wzorce zachowania. Przypominała sobie coraz więcej  ważnych szczegółów z dawnych lat, takich na
przykład jak długie  okresy nieobecności  ojca,  marynarza floty handlowej,  i jego  awanturowanie
się po nadmiernym pijaństwie. Coraz lepiej zaczęła rozumieć swój gwałtowny związek ze Stuartem i
w   sposób   coraz   bardziej   właściwy   wyrażała   swój   gniew.   Wiedziałem,   że   teraz   powinna   nastąpić
znaczna poprawa. Pacjentom zwykle wtedy się polepsza,  kiedy przypominają  sobie przykre fakty z
przeszłości,  kiedy   uczą   się   rozpoznawać   i   poprawiać   złe   wzorce  swego   zachowania,   kiedy   z

background image

dalszej, bardziej oderwanej  perspektywy wnikliwie patrzą na swoje problemy.  Ale  stan Katarzyny
nie poprawiał się.

Nadal dręczyły ją ataki panicznego lęku, nadal się pojawiały bardzo wyraziste koszmary senne,

nadal   też  bała   się   ciemności,   wody   i   zamknięcia.   Sen   jej   ciągle  był   urywany   i   nie   przynosił
odpoczynku.  Miewała  przyspieszone  bicie  serca. Nie chciała  brać żadnych lekarstw  w obawie,  że
zakrztusi się pastylkami. Miałem takie uczucie, jakbym natrafił na mur, i żebym nie wiem co robił,
ten mur  pozostawał tak wysoki,  iż  żadne  z nas  nie było w stanie go pokonać.  Ale choć bardzo
się martwiłem tą sytuacją, postanowiłem, że w jakiś sposób muszę pomóc Katarzynie.

I wtedy zdarzyła się dziwna rzecz. Choć tak bardzo  bała się latać samolotem,  że w czasie lotu

musiała  dodawać sobie odwagi kilkoma  drinkami, wiosną 1982 poleciała ze Stuartem do Chicago.
Podczas   pobytu   tam  namówiła   go,   żeby   poszli   do   muzeum   sztuki   i   zwiedzili  wystawę   zabytków
starożytnego Egiptu. W muzeum przyłączyli się do grupy oprowadzanej przez przewodnika.

Katarzyna  zawsze interesowała  się starożytnym Egiptem  i fotografiami  zabytków z tego okresu.

Nie była  specjalistką w tej dziedzinie i nigdy nie studiowała tego właśnie okresu historii,  ale jakoś
bardzo ją pociągał.

Kiedy  zaś  przewodnik   zaczął omawiać  pewne   przedmioty   z   owych   czasów,   nagle   zaczęła   go

poprawiać... i miała rację! Przewodnik był tym zdumiony, Katarzyna zaskoczona. Skąd wiedziała to
wszystko? Dlaczego żywiła tak silne przekonanie, że ma rację i publicznie poprawiała przewodnika?
Może były to jakieś szczegóły, które zapomniała w dzieciństwie?

Podczas   naszego   następnego   spotkania   opowiedziała  mi,   co   zaszło.   Kilka   tygodni   przedtem

proponowałem Katarzynie hipnozę, ale ona bała się tego i odmówiła.

Teraz, po wydarzeniu na wystawie sztuki staroegipskiej, choć opornie, ale zgodziła się.

Hipnoza   jest   znakomitą   metodą,   by   pomóc   pacjentowi   przypomnieć   dawno   zapomniane

zdarzenia.   Nie  ma   w   tym   nic   tajemniczego.   Chodzi   po   prostu   o   wywołanie   stanu   wielkiej
koncentracji. Pod wpływem wskazówek doświadczonego hipnotyzera ciało pacjenta rozluźnia się, a
pamięć   nabiera   ostrości.   Hipnotyzowałem  setki   pacjentów   i   przekonałem   się,   że   dzięki   tej
metodzie  można   opanować   stany   lękowe,   wyeliminować   fobie,  zmienić   złe   przyzwyczajenia   i
przywołać   odsuwane   w  głąb   niepamięci   zdarzenia.   Udawało   mi   się   cofnąć   pacjentów   do   ich
wczesnego   dzieciństwa,  kiedy   mieli   dwa,  trzy   lata,   w   ten   sposób   ukazując   dawno   zapomniane
urazy,  które miały  fatalny wpływ  na   ich  życie.  Dlatego  byłem   przekonany,   że   hipnoza   pomoże
Katarzynie.

Poleciłem jej położyć się na kanapce, z głową na małej poduszce i lekko przymknąć oczy. Najpierw

zajęliśmy  się jej oddechem.  Z każdym wydechem  usuwała nagromadzone napięcie i lęk,  z każdym
wdechem  jeszcze  bardziej  rozluźniała  się. Po kilku minutach ćwiczeń  oddechowych poleciłem  jej,
żeby wyobraziła sobie, iż kolejno rozluźniają się jej mięśnie, począwszy od mięśni twarzy, potem szyi
i ramion,  rąk, mięśni  brzucha  i pleców,  i wreszcie  nóg,  aż poczuje,  że jej  ciało zanurza się  coraz
głębiej i głębiej w leżankę.

Następnie poleciłem, żeby sobie wyobraziła jasne białe światło na czubku swej głowy, wewnątrz

ciała.   I   potem   kiedy   to   światło   sprowadzałem   coraz   niżej,   ono  całkowicie   odprężało   każdy
mięsień, nerw, każdy narząd — całe jej ciało — wprowadzając ją w stan coraz głębszego relaksu i
spokoju. Czuła się coraz bardziej  śpiąca, coraz bardziej uspokojona. Wreszcie na moje  polecenie
światło wypełniło ją całą i otoczyło.

Powoli zacząłem liczyć od dziesięciu do jednego. Przy każdej  cyfrze osiągała coraz głębszą fazę

odprężenia.  Była w stanie skoncentrować się na moim głosie i wykluczyć wszystkie  dźwięki  tła.
Przy   cyfrze   jeden   była  już   w   średnio   głębokim   stanie   hipnozy.   Cały   ten   proces  trwał   około
dwudziestu minut.

Potem   zaczął   się   etap   powrotu   do   przeszłości,   poprosiłem   ją,   żeby   przypomniała   sobie

stopniowo, to co pamięta z wczesnych lat swego życia. Mimo że była  pogrążona w głębokim śnie
hipnotycznym,  mogła mówić i odpowiadać na moje pytania. Pamiętała bolesną  wizytę u dentysty,
kiedy miała sześć lat. Bardzo wyraźnie pamiętała swój wielki  strach, kiedy mając pięć lat  została
zepchnięta z trampoliny do basenu. Zakrztusiła się wtedy połykając wodę, i teraz kiedy mówiła o
tym w moim gabinecie, zaczęła się okropnie krztusić. Powiedziałem jej, że już jest po wszystkim, że
nie jest  w wodzie. Krztuszenie natychmiast ustąpiło, zaczęła  normalnie oddychać.  Ciągle była w
głębokim transie.

background image

Kiedy   miała   trzy   lata   wydarzyła   się   jej   najgorsza  przygoda.   Obudziła   się   wtedy   w   swoim

ciemnym pokoju i wiedziała, że jest w nim pijany ojciec. Śmierdział alkoholem, a ona teraz nawet
czuła ten zapach. Dotykał  ją i głaskał,  nawet  „tam, nisko".  Przerażona  rozpłakała  się, usta więc
zakrył jej szorstką dłonią. Nie mogła oddychać. W moim gabinecie, na leżance w dwadzieścia pięć
lat później  Katarzyna  zaczęła  łkać. Wiedziałem,  że  mamy  teraz informację,  klucz  do  tajemnicy.
Byłem  pewien,  że odtąd niepokojące objawy szybko ustąpią.  Cichym głosem powiedziałem,  że to
wszystko dawno  minęło,  że nie jest w swoim  dziecinnym  pokoju, lecz  spokojnie   leży  pogrążona
nadal w transie. Przestała  płakać. Teraz wprowadziłem ją w teraźniejszość, a następnie obudziłem,
przedtem   wydając   polecenie,   żeby   zapamiętała   wszystko,   co   mi   opowiedziała.   Resztę   czasu
poświęciliśmy na rozmowę o tym bardzo żywym i bolesnym incydencie z ojcem. Starałem się pomóc,
żeby zaakceptowała i przyjęła tę „nową" wiedzę. Dopiero teraz zrozumiała swój stosunek do ojca,
jego  postępowanie wobec  niej,  jego wyniosłość  i własny lęk.  Kiedy  wychodziła  z  mego  gabinetu,
jeszcze się trzęsła, ale ja byłem pewien,  że to, czego się dowiedziała, warte było tego chwilowego
szoku.

Podczas   trudnych   chwil   odkrywania   jej   bolesnych  głęboko   ukrytych   wspomnień,   całkiem

zapomniałem o tym,  żeby szukać w jej  dzieciństwie jakichś związków  ze starożytnym Egiptem.
Teraz, kiedy przypomniała sobie te przerażające wydarzenia, spodziewałem się, że nastąpi znaczna
poprawa w stanie jej zdrowia.

Mimo to, jak mi powiedziała tydzień później, symptomy nadal były takie same, równie dotkliwe

jak poprzednio. Byłem zdumiony. Nie wiedziałem, gdzie się krył błąd. Czy mogło się wydarzyć coś,
nim   ukończyła  trzeci   rok   życia?   Odkryliśmy   całkiem   wystarczające   powody,   czemu   bała   się
uduszenia  w wodzie,  ciemności  i zamknięcia, a mimo to dokuczliwy lęk i ataki nieopanowanego
strachu   nadal   trapiły   ją,   gdy   się   budziła.  Również   koszmary   senne   były   tak  samo  okropne   jak
przedtem. Postanowiłem więc, że będę ją wprowadzać w dalszą jeszcze przeszłość.

Podczas hipnozy  moja  pacjentka  mówiła  szeptem  powoli  i z namysłem.  Dzięki temu mogłem

dosłownie zapisywać każde jej słowo, a następnie cytować Katarzynie wszystko  co powiedziała.

Powoli wprowadziłem ją w czasy, kiedy ukończyła dwa lata", ale nie miała żadnych istotnych

wspomnień z tego okresu. Wydałem jej więc stanowcze i wyraźne polecenie:

-

Cofnij   się   do   tego   okresu,   który  był   przyczyną   twoich objawów.  — Jednak całkowicie

byłem nie przygotowany na to, co usłyszałem.

-

Widzę białe stopnie prowadzące do wielkiego budynku z kolumnami,  otwartego z przodu,

nie ma tam drzwi wejściowych. Mam na sobie długą suknię... worek z jakiegoś surowego materiału.
Mam długie blond włosy, splecione w warkocz.

Byłem całkiem zaskoczony, nie wiedziałem,  co się dzieje, spytałem wiec, który to jest rok i jak

ma na imię. Odparła:

- Aronda... mam osiemnaście lat. Przed tym budynkiem widzę targowisko.  Wiele koszy... są

noszone   na  plecach.     Mieszkamy   w   dolinie...     Tam     nie   ma   wody.   Jest   rok   1863   przed
Chrystusem.   Okolica   jest   pustynna,  piaszczysta,   jest   gorąco.     Nie   ma     rzeki,     mamy     tylko
jedną studnię. Woda spływa z gór w doliny.

Kiedy   mi   jeszcze   podała   kilka   dalszych   szczegółów  topograficznych,   poleciłem,   żeby   się
przeniosła o kilka lat w przód i powiedziała, co widzi.
- Drzewa i kamienną  drogę.  Coś się gotuje w ogniu.  Mam blond włosy.  Noszę długą, szorstką

brązową suknię i sandały. Mam dwadzieścia pięć lat. Mam córeczkę,  której na imię jest Kleastra...
To Rachel. [Rachel jest bratanicą Katarzyny, są bardzo ze sobą zżyte]. Jest bardzo gorąco.

Byłem zdumiony.  Poczułem dziwny ucisk w żołądku, zrobiło mi się zimno.  To, co opisywała, jej

wspomnienia, były bardzo wyraźne. Wcale nie były naciągane. Imiona, daty, opisy ubrania, drzewa -
wszystko widziała  bardzo wyraźnie!  Co się działo? Jak to dziecko  mogło być teraz jej bratanicą?
Byłem   całkowicie   zagubiony.   Jako  psychiatra   zbadałem   tysiące   pacjentów,   wielu   z   nich   pod
działaniem   hipnozy,   ale   nigdy   dotąd   nie   napotkałem   na  coś   tak   fantastycznego,   nawet   w
opisywanych mi snach. Poleciłem jej, żeby przesunęła się w czasie i opowiedziała o swej śmierci. Nie
bardzo   wiedziałem,   jak   przeprowadzać   wywiad   z   kimś,   kto   znajdował   się   najwyraźniej   w
świecie fantazji albo wspomnień,  ale musiałem dotrzeć do tych jej bolesnych przeżyć, które mogły
być przyczyną stanów lękowych oraz innych symptomów.  A zdarzenia związane z okolicznościami
jej śmierci mogły być bardzo bolesne, ponieważ powódź a może fala przypływu, zniszczyła wieś.

background image

—   Wielkie   fale   wyrywają   drzewa,   nie   ma   gdzie   uciekać.   Jest   zimno,   woda   jest   zimna.   Chcę

ratować swoje dziecko, ale nie mogę... mogę tylko mocno tulić je do siebie. Tonę, dusi mnie woda.
Nie mogę oddychać, nie mogę przełknąć... woda jest słona. Woda wyrywa mi dziecko z objęć. —
Katarzyna   opowiadając   to,   co   widzi,   ledwie   łapała   powietrze,   miała   trudności   z   oddychaniem.
Nagle jej ciało całkowicie się odprężyło, oddech stał się głęboki, równy. — Widzę chmury... Jest ze
mną moje dziecko oraz inni mieszkańcy wioski. Widzę swego brata.

Odpoczywała,   jej   życie   się   skończyło.   Nadal   była   w  głębokim   transie.   Byłem   zaskoczony!

Poprzednie  wcielenie?  Reinkarnacja? Mój  kliniczny  umysł  mówił  mi,  że  ona  nie  fantazjuje,  że
nie   wymyśliła   tej   opowieści.   Jej  myśli,     często   zmieniający      się   wyraz      twarzy,       troska  o
szczegóły, wszystko to było całkiem inne niż wtedy,  kiedy była w pełni świadomości, ale ani stan
jej psychiki, ani struktura charakterologiczna nie tłumaczyły tych rewelacji. Schizofrenia? Nie,
nigdy   nie   miała   żadnych  zaburzeń   świadomości   ani   urojeń.   Kiedy   była   przytomna,   nigdy   nie
miała halucynacji słuchowych ani wzrokowych, w ogóle żadnych objawów psychotycznych.  Nie
miała   przywidzeń,  nigdy   też   nie   traciła  kontaktu  z  rzeczywistością.   Nie  miała  wielorakiej  czy
rozszczepionej  osobowości.  Była  tylko  jedna  Katarzyna   i  jej   świadomy  umysł   w   pełni   zdawał
sobie   z   tego   sprawę.   Nie   miała  tendencji   socjopatycznych.   Nie   była   aktorką.   Nie   zażywała
narkotyków ani nie przyjmowała substancji halucynogennych.   Alkoholu  piła  minimalnie.   Nie
miała  schorzeń   ani   neurologicznych,   ani   psychicznych,   które  mogłyby   wyjaśnić   to   niezwykle
żywe, bezpośrednie przeżycie w stanie hipnozy.

Były to swego rodzaju wspomnienia,  ale skąd się wzięły? Miałem wewnętrzne przekonanie, że

natrafiłem na coś, o czym bardzo niewiele wiedziałem, a mianowicie na reinkarnację i wspomnienia z
poprzedniego  wcielenia. Ale to niemożliwe,  mówiłem  sobie,  a utwierdzał  mnie  w tym mój  umysł
naukowca. Ale to coś działo się  na moich oczach. Nie mogłem  ani tego wyjaśnić, ani  zaprzeczyć
realności zjawiska.

- Proszę,  mów  dalej  — powiedziałem  nieco zdenerwowany,  ale też zafascynowany  tym,  czego

byłem świadkiem. — Czy pamiętasz coś jeszcze?

Pamiętała fragmenty swoich dwóch innych wcieleń.

—   Mam   na   sobie   suknię   z   czarną   koronką   i   czarną  koronkę   na   głowie,   mam   ciemne,   nieco

posiwiałe   włosy.  Jest   rok   1756   [po   Chrystusie].   Jestem   Hiszpanką.   Na  imię   mi   Luiza,   mam
pięćdziesiąt  sześć lat. Właśnie  tańczę, inni wokół też tańczą. [Długa przerwa]. Jestem chora. Mam
gorączkę, zimne poty... Wiele osób choruje,  umiera... Lekarze nie wiedzą, że to jest  z wody.  -
Poleciłem  jej  przenieść się w przyszłość. — Odzyskałam zdrowie,  ale ciągle boli  mnie głowa,  bolą
oczy... ciągle boli mnie głowa z powodu gorączki, wody... Wiele osób umiera.

Potem wyznała, że w tym wcieleniu  była prostytutką,  ale nie podała mi tej informacji, gdyż się

wstydziła.  Najwidoczniej podczas hipnozy Katarzyna potrafiła cenzurować niektóre przekazywane
wspomnienia.

Ponieważ   rozpoznawała   swoją   bratanicę   w   starożytnym   Egipcie,   impulsywnie   spytałem,   czy

byłem obecny w którymś z jej wcieleń?  Ciekawiło mnie, jaka była w nich moja  rola (jeśli była).
Odpowiedziała   szybko,   w

 

przeciwieństwie   do   poprzednich   bardzo   powolnych   i  z   namysłem

relacjonowanych wspomnień:

— Jesteś moim nauczycielem, siedzisz na występie skalnym.  Uczysz nas z książek. Jesteś stary,

całkiem  siwy.  Nosisz   białą  suknię,  togę   ze  złotą   lamówką.   Nazywasz  się  Diogenes.   Uczysz  nas
symboli, o trójkątach. Jesteś bardzo mądry,- ale ja tego nie rozumiem.  To się dzieje w roku 1565
przed   Chrystusem.   (Działo   się   to  mniej   więcej   dwieście   lat   przed   słynnym   greckim   cynikiem,
filozofem Diogenesem. Imię to było wówczas dość powszechne.)

Pierwszy   tego   rodzaju   seans   skończył   się.   Następne  miały   być   jeszcze   bardziej

zdumiewające.

Po   wyjściu   Katarzyny   i   przez   następne   kilka   dni   za stanawiałem   się   nad   szczegółami   jej
hipnotycznej  wędrówki  w przeszłość.  To było naturalne z mojej  strony.  Nawet  po „normalnej"
terapii   niewiele   uchodziło   mojej  obsesyjnej   analizie,   a   ten   seans   w   żadnym   razie   nie   był
„normalny".   W   dodatku   byłem   bardzo   sceptycznie   nastawiony     do     życia     po     śmierci,
reinkarnacji,     przeżyć  „spoza   ciała"   i   zjawisk   pokrewnych.   Ostatecznie   —   rozważała   logiczna
część  mego  umysłu — mogła  to sobie  wymyśleć.  Nie byłem  przecież  w stanie  sprawdzić  żad-
nego z jej stwierdzeń ani opisów. Ale nurtowała mnie  także inna  myśl.   Miej   otwarty umysł

background image

—   mówił   mi  rozsądek,   prawdziwa   nauka   opiera   się   na   obserwacji.  „Wspomnienia"
Katarzyny  mogą  n i e    być  wytworem imaginacji. Może się w tym kryć coś więcej,  niż widzi
oko, czy postrzega któryś inny zmysł. Pilnie wszystko obserwuj. Zbierz więcej danych.

I jeszcze jedna myśl dręczyła mnie. Czy Katarzyna tak łatwo ulegająca strachom i lękom, zdecyduje
się   raz  jeszcze   poddać   hipnozie?   Postanowiłem,   że   nie   będę   do  niej   dzwonił.   Niech   ona   także
przetrawi to doświadczenie. Zaczekam do przyszłego tygodnia.

Rozdział trzeci

Tydzień  później  Katarzyna  przyszła  do mnie  na  następny seans.  Wyglądała  prześlicznie  i była  w
świetnym  nastroju.  Na wstępie  z radością  stwierdziła,  że zniknął  strach  przed   utonięciem,   który
prześladował   ją  całe  życie.  Zmniejszyła  się też  obawa uduszenia.  Już nie  budziła  się w nocy z
koszmaru, że zawala się pod nią most. Chociaż pamiętała szczegóły swych dawnych wcieleń, nie
przyswoiła w pełni całego materiału.

Wiara  w dawne  wcielenia,   w reinkarnację,  była  niezgodna  z jej  światopoglądem,  a mimo  to jej

wpomnienia  były tak żywe,  obrazy, dźwięki  i zapachy tak wyraźne, przekonanie,  że naprawdę tam
była, tak mocne  i bezpośrednie,   iż   czuła,  że  musiało  tak  kiedyś  być.   I  dla tego  nie wątpiła w te
przeżycia, były one zbyt wyraźne. Nadal jednak martwiła się,  jak to pogodzić  z wiarą, w której
została wychowana, z jej zasadami.

Podczas   minionego   tygodnia   przejrzałem   mój   podręcznik   z   wykładów   religioznawstwa

porównawczego,   jakie   miałem   podczas   drugiego   roku   studiów   na   Uniwersytecie   Columbia.   W
Starym i Nowym  Testamencie  były   jednak   wzmianki   o   reinkarnacji.   Ale   w   Roku  Pańskim 325
rzymski cesarz Konstantyn Wielki wraz ze swą matką Heleną  usunął je z Nowego Testamentu.

Drugi Sobór w Konstantynopolu, w 553 roku, wyraził na to zgodę i ogłosił wiarę w reinkarnację

za herezję. Najwidoczniej obawiano się, iż może ona osłabić rosnącą potęgę Kościoła, dając ludziom
zbyt wiele czasu na poszukiwanie zbawienia. Jednak istniały fakty: wczesny Kościół przyjął pojęcie
reinkarnacji. Wcześni gnostycy z Aleksandrii, Orygenes, święty Jeremiasz i wielu innych wierzyło
w to, że przedtem żyli i żyć będą ponownie.

Jednak ja nigdy nie wierzyłem  w reinkarnację, nawet  nie zaprzątałem sobie tym głowy. Chociaż

moje wczesne religijne wychowanie nauczyło mnie, że istnieje jakaś nieokreślona „dusza" po śmierci,
nie bardzo w to wierzyłem.

Bylem  najstarszy z czworga rodzeństwa. Należeliśmy  do konserwatywnej żydowskiej synagogi w
miejscowości Red Bank, małym miasteczku w stanie New Jersey, leżącym niedaleko Atlantyku. W
rodzinie naszej byłem  dyplomatą i rozjemcą. Mój ojciec najbardziej z nas  wszystkich przestrzegał
nakazów religijnych i traktował to bardzo poważnie, jak zresztą wszystko w życiu.  Bardzo łatwo
przejmował   się   konfliktami   rodzinnymi,   a   wtedy   usuwał   się   na   bok,   mnie   zostawiając   przy-
wrócenie  zgody.  Chociaż okazało się to  świetnym  treningiem   dla  obranego   przeze  mnie  zawodu
psychiatry,  tak   jak   teraz   na   to   patrzę,   dzieciństwo   moje   było   trudne,   obarczone   nadmierną
odpowiedzialnością.  W wyniku tego stałem się bardzo poważnym  młodzieńcem,  który przywykł
brać na swoje barki zbyt wielkie ciężary.

Matka zawsze była  bardzo spontaniczna  w okazywaniu swych uczuć. Bardziej prostoduszna niż

mój  ojciec,  impulsywnie  dzieliła   ze  swymi  dziećmi  ich  przeżycia:  winę,   cierpienie,   zakłopotanie,
przy tym była bardzo pogodna i zawsze mogliśmy liczyć na jej miłość i pomoc.

Ojciec pracował jako fotograf przemysłowy i choć nigdy nie brakowało u nas dobrego jedzenia,

z   pieniędzmi   było   krucho.   Mój   najmłodszy   brat   Piotr   urodził  się,   kiedy   miałem   dziewięć   lat.
Musieliśmy   się   pomieścić  w   sześcioro   w   naszym   małym   mieszkaniu   na   parterze  z   dwoma
sypialniami.

background image

Życie w nim było nerwowe i hałaśliwe, a ja szukałem  ucieczki  w książkach. Czytałem mnóstwo,

kiedy  nie  grałem  w baseball i koszykówkę,  które w dzieciństwie  również  były moją życiową pasją.
Wiedziałem,   że   wykształcenie   jest   jedyną   drogą,   która   wyprowadzi   mnie  z   tego   małego   bez
perspektyw,  choć nawet  miłego  miasteczka, i dlatego zawsze w mojej  klasie byłem pierwszym  albo
drugim uczniem.

W okresie,  kiedy otrzymałem  stypendium  Uniwer sytetu Columbia,  byłem   poważnym  i  bardzo

pracowitym   młodzieńcem.   Na   wyższej   uczelni   również   powiodło   mi   się.   Specjalizowałem   się   w
chemii   i   skończyłem   studia  z   wyróżnieniem.   Postanowiłem   wybrać   psychiatrię,   ponieważ   ta
dziedzina łączyła moje zainteresowanie nauką z fascynacją działaniem ludzkiego umysłu. Poza tym
dzięki  medycynie mogłem  wyrazić moje współczucie  i troskę dla innych ludzi. W tym też czasie
spotkałem  Carole   podczas   letnich   wakacji   w   górach   Catskill,   gdzie  w   hotelu   pracowałem   jako
pomocnik kelnera, a ona była tam gościem. Od pierwszego wejrzenia poczuliśmy do siebie wielką
sympatię, byliśmy sobie bliscy. Najpierw zaczęliśmy korespondować, potem spotykać się, wreszcie
zakochaliśmy   się   i   kiedy   byłem   w   Columbii   na   drugim   roku,   nastąpiły   zaręczyny.   Carole   była
inteligentna   i   piękna.   Wszystko   zdawało   się   układać   wspaniale.  Rzadko   kiedy   młodzi   ludzie
interesują się życiem i śmiercią albo życiem po śmierci, i ja nie byłem tu wyjątkiem.  Obrałem drogę
kariery naukowej i nauczyłem się rozumować w logiczny, pozbawiony uczuć, empiryczny sposób.

Studia medyczne i praca adiunkta na Uniwersytecie  Yale jeszcze bardziej  utwierdziły mnie  w

tym stylu  myślenia.  Pracę dyplomową  pisałem  na temat  chemii  mózgu i roli neurotransmiterów,
które są chemicznymi przenośnikami w tkance mózgowej.

Dołączyłem   do   nowej   grupy   psychiatrów-biologów,  którzy  łączyli   tradycyjne   techniki   i   teorie

psychiatryczne z nową  wiedzą  o chemii  mózgowej.  Napisałem wiele  prac  naukowych,   miałem
wykłady   na   miejscowych  i   ogólnoamerykańskich   sympozjach   i   stałem   się   w   tej  dziedzinie
specjalistą   dużej   klasy.   Byłem   przy  tym   nieco  jednotorowy,   nazbyt   gorliwy   i   nieustępliwy,   ale
można to poczytać jako zalety lekarza. Sądziłem,  że jestem w pełni przygotowany, żeby leczyć
każdego pacjenta, który przyjdzie po poradę do mego gabinetu.

I oto nagle Katarzyna stała się Arondą, dziewczyną, która żyła w roku 1863 przed Chrystusem. A

może   było  jakieś   inne   wytłumaczenie?   I   oto   zjawiła   się   u   mnie   znowu,   wesoła   jak   nigdy
przedtem.

Moje obawy, że nie zechce  dalej  stosować dotychczasowej  terapii,  od razu się  rozwiały,  była

gotowa poddać się hipnozie i szybko zapadła w trans.

— Rzucam wianki  z kwiatów na  wodę.  To wielka   uroczystość. Włosy mam blond,  splecione

w warkocz. Noszę brązową suknię wyszywaną złotą nitką i sandały. Ktoś umarł, ktoś należący do
rodziny   królewskiej...  matka.   Jestem   służącą   w  rodzinie  królewskiej   i  zajmuję  się   jedzeniem...
Kładziemy   ciała   do   solanki   na   trzydzieści   dni,   kiedy   wyschną,   usuwamy   wewnętrzne   organy.
Czuję zapach tych ciał. Spontanicznie wcieliła się znowu w Arondę, ale tym razem na innym etapie,
kiedy   obowiązkiem   jej   było   przygotowywanie   ciał   po   śmierci.   -  Widzę   ciała   w   oddzielnie
stojącym   budynku   —   mówiła  dalej   Katarzyna.   —   Owijamy   je.   Dusza   przechodzi   do  innego
świata.   Każdy   zmarły   zabiera   ze   sobą   to,   co   do niego  należało,  żeby  być  przygotowanym   do
następnego, lepszego życia. — To, co mówiła, przypominało egipską koncepcję śmierci i życia po
niej, całkiem różną od naszych wierzeń. Wedle tej religii zmarły mógł zabrać na tamten świat swoją
własność.

Urwała, żeby odpocząć. Trwało to kilka minut, nim cofnęła się w bardzo odległe czasy.

— Widzę   lód,   wiszący   w   jaskini...   skały...   —   Niezbyt  dokładnie   opisała   ciemne   i   nędzne

schronienie  i  wyraźnie   była   zmieszana.   Potem   opisała,   jak  widzi   siebie:   —   Jestem   brzydka,
brudna, śmierdzę.  — I może dla tego przeniosła się w inne czasy. — Widzę jakieś budowle i wóz z
kamiennymi   kołami,   mam   ciemne   włosy  czymś   przykryte.   Wieziemy   słomę.   Jestem   wesoła.
Siedzę   obok   ojca...   Przytula   mnie.   To  jest...   to   jest   Edward  [pediatra,   który   tak   nalegał,   żeby
Katarzyna   przyszła  do   mnie].   To  on  jest   moim   o   j   c   e   m.   Mieszkamy   w   dolinie,   gdzie   rosną
drzewa. To oliwki i figowce. Ludzie piszą na papierze. Stawiają na nim śmieszne znaczki, podobne
do liter. Ludzie piszą całymi dniami, powstaje biblioteka. Jest rok 1536 przed Chrystusem. Ziemia
tu jest nieurodzajna. Mój ojciec nazywa się Perseusz.

background image

Rok  się  nie   zgadzał,  ale  byłem   pewien,   że  jest  w  tym  samym  wcieleniu,   o  którym   opowiadała

podczas seansu tydzień temu.  Powiedziałem,  żeby poszła naprzód w  czasie, pozostając jednak w
tym samym wcieleniu.

- Mój ojciec cię zna [ma na myśli Diogenesa]. Obaj rozmawiacie o zbiorach, prawie i rządzie.

On mówi, że ty jesteś bardzo mądry i że ja powinnam ciebie słuchać. — Jeszcze bardziej kazałem
jej   posunąć   się   naprzód  w  czasie.   —  On  [ojciec]   leży   w  ciemnym   pokoju.   Jest  stary  i   chory.
Bardzo mi  zimno... Jestem całkiem  pusta  wewnętrznie.  — I przeszła  do własnej  śmierci. — Teraz
jestem   stara   i   bardzo   słaba.   Przy  moim   łóżku   czuwa   córka.   Mój   mąż   już   umarł.   Są   też   moje
wnuki i zięć. Dużo w tej izbie obecnych jest ludzi.

Tym   razem   śmierć   miała   spokojną.   Po  chwili   uniosła   się   w   powietrze.   To  mi   przypomniało

relacje dr. Raymonda  Moody'ego o ludziach, którzy byli na progu śmierci.  Jego pacjenci  także
mówili   o   unoszeniu   się  i   o  tym,   że   następnie   zostali   „wciągnięci"   do   swego   ciała. Kilka  lat
temu   czytałem   jego   książkę   i   teraz  postanowiłem   do   niej   wrócić.  Ciekaw  byłem,   czy   Katarzyna
pamięta coś więcej  o tym, co działo się tuż po jej

 

śmierci,  ale ona powiedziała tylko: „Po prostu

unoszę się". Obudziłem ją i tak skończył się ten seans.

Postanowiłem   zaspokoić   swój   głód   naukowy   na   temat  reinkarnacji   i   zacząłem   grzebać   w

medycznych   bibliotekach.   Przestudiowałem   prace   dr.   medycyny   lana   Stevensona,   cenionego
profesora   psychiatrii   na   Uniwersytecie   Wirginia,   który   opublikował   bardzo   wiele   prac  z
dziedziny   literatury  psychiatrycznej.   Dr   Stevenson  zebrał  ponad  dwa   tysiące  przypadków  dzieci
pamiętających   zdarzenia   i   przeżycia   z   innego   wcielenia.   Wiele  z nich w transie hipnotycznym
przejawiało   znajomość  obcych   języków,   których   w   ogóle   nie   znało.   Jego   opisy  poszczególnych
przypadków są bardzo dokładnie naukowo opracowane i godne uwagi.

Przeczytałem   również   świetne   opracowanie   Edgara  Mitchella.   Z   wielkim   zainteresowaniem

przejrzałem publikacje Uniwersytetu Duke i prace prof. C. J. Ducasse  z Uniwersytetu Brown, jak
również  z  uwagą   przeczytałem  prace,  które   opublikowali:   dr   Martin  Ebon,   Helen  Wambach,   dr
Gertrudę   Schmeidler,   dr   Frederick   Lenz  i   dr   Edith   Fiore.   A   im   więcej   czytałem,   tym   więcej
chciałem   czytać.   Zacząłem   zdawać   sobie   sprawę,   że  choć  uważałem   siebie   za   człowieka   dobrze
wykształconego  w   każdej   dziedzinie   dotyczącej   naszego   umysłu,   moja   wiedza   była   bardzo
ograniczona.  W   bibliotekach   mnóstwo  jest   prac  badawczych   i   literatury,   o  czym   wie   mało  osób.
Wiele tych badań było prowadzonych, weryfikowanych i powtarzanych przez znanych klinicystów i
naukowców.  Czyżby wszyscy oni mylili  się albo zostali  oszukani?  Dowodów   było  mnóstwo,   i   to
bardzo   przekonujących,   ale   ja   nadal   wątpiłem.   Przekonujące   czy  nie,   trudno   mi   było   w   nie
uwierzyć. Oboje z Katarzyną, każde na swój sposób, byliśmy pod głębokim wrażeniem tych seansów.
Stan  emocjonalny   Katarzyny   poprawiał  się,  a ja   rozszerzałem   swoje   horyzonty  umysłowe.   Kata-
rzyna, która wiele lat cierpiała na stany lękowe, nareszcie częściowo się od nich uwolniła. Wszystko
jedno, czy były to prawdziwe wspomnienia, czy tylko wytwór jej bujnej fantazji, znalazłem sposób,
żeby jej pomóc, i nie zamierzałem na tym etapie się zatrzymać.

Myślałem   o   tym   wszystkim   przez   krótki   moment,  kiedy   Katarzyna   zapadała   w   trans   na

początku następnego seansu. Podczas wstępnej rozmowy opowiedziała mi o śnie, w którym bawiła
się w jakąś grę na starych kamiennych schodach, gdzie znajdowała się szachownica z otworami. Sen
był   niezwykle   wyrazisty.   Powiedziałem   jej,   żeby   cofnęła   się   poza   normalne   granice  cz a su   i
pr z es t r z eni   i   sp r a wdz i ł a ,   c z y   sen   m ia ł   swe źródło w jakimś jej poprzednim wcieleniu.

— Widzę schody  prowadzące do wieży...  znajdującej  się ponad górami,  ale widzę  także morze.

Jestem chłopcem... Mam jasne włosy... dziwne włosy.  Moim ubraniem  są zszyte brązowe i białe
skóry  zwierzęce.   Na  szczycie wieży znajduje się kilku mężczyzn,  obserwują...  to  są  strażnicy.   Są
brudni.  Grają w jakąś grę podobną  do szachów,  ale to nie są szachy.  Deska  jest  okrągła,  a nie
kwadratowa. Grają ostrymi jak sztylety pionkami,  które pasują do otworów. Te pionki zakończone
są zwierzęcymi głowami. Ta kraina to Kirustan [wymowa fonetyczna] w Niderlandach, około roku
1473.

Spytałem ją o nazwę miejscowości, w której żyła, i czy może zobaczyć albo usłyszeć rok.

—  Jestem   teraz   w   nadmorskim   porcie.   Widzę   tu  fortecę...   i   wodę.   Widzę   też   chatę...   moja

matka gotuje w glinianym garnku. Nazywam się Johan.

W swej  relacji  zbliżała  się do  śmierci.  W tej  fazie  naszych seansów nadal starałem się znaleźć

jakieś bolesne wydarzenia,  które albo spowodowały,  albo wyjaśniłyby jej  obecne symptomy.  Jeśli
nawet te niezwykle wyraźne obrazy były wytworem jej fantazji, a wcale nie byłem tego taki pewien,

background image

wszystko, w co wierzyła, albo co uważała za prawdę, nadal mogło być przyczyną jej dolegliwości.
Niektórzy ludzie nie pamiętają, czy ból  przeżyty w dzieciństwie naprawdę wtedy się wydarzył,  czy
tylko we śnie, jednak wspomnienie urazu nęka ich nawet w dorosłym życiu.

Wtedy   jeszcze   nie   zdawałem   sobie   w   pełni   sprawy,  jak   wielkie   znaczenie   mają   codziennie

powtarzające się zjawiska, na przykład ustawiczna  krytyka rodzicielska,  które mogą  zadać większe
rany psychiczne niż jeden  dotkliwy uraz. Tego rodzaju wpływy trudniej  jest najpierw przypomnieć
sobie,  a  potem   wymazać  z  pamięci,  ponieważ   są   wpisane   w   codzienne   tło   naszego   życia.  Stale
krytykowane   dziecko  może   tak samo utracić  wia rę w siebie  i  poczucie  własnej  wartości,  jak to,
które   pamięta   jedno   straszne   upokorzenie,   przeżyte   konkretnego   dnia.   Dziecko   z   bardzo  biednej
rodziny, które codziennie jest niedożywione, może cierpieć na te same psychologiczne problemy jak
to,   które   tylko   raz było   bliskie   śmierci   głodowej.  Wkrótce  zrozumiałem,   że   codzienne  regularne
występowanie negatywnych wpływów trzeba traktować i rozwiązywać z taką samą troską, jaką się
poświęca jednemu niezwykle bolesnemu zdarzeniu.

Katarzyna znowu zaczęła mówić:

Widzę łodzie,  podobne do kanu, kolorowo pomalowane.  Jesteśmy   uzbrojeni   we  włócznie,

proce,   łuki  i   strzały.   Na   łodziach   ludzie   mają   dziwne   duże   wiosła...  wszyscy   muszą   wiosłować.
Możemy zginąć, ściemnia  się.  Nie ma świateł. Boję się. Są też inne łodzie. [Najwidoczniej szykował
się   napad.]   Boję   się   zwierząt.   Śpimy   na   brudnych,   śmierdzących   skórach   zwierzęcych.   Jesteśmy
zawszeni. Mam śmieszne buty, wyglądają jak worki...  związane w kostkach... ze skór zwierzęcych.
[Długa przerwa.] Moja twarz jest gorąca od ognia. Nasi ludzie zabijają tych innych,  ale ja nie.  Ja
nie chcę zabijać. W ręku trzymam nóż.

Nagle zaczęła  bełkotać, z trudem  chwytać oddech.  Powiedziała,  że nieprzyjacielski   wojownik

chwycił  ją  z  tyłu   za  kark i  poderżnął  jej  gardło  nożem.  Przed   śmiercią  zobaczyła  twarz swego
zabójcy. To był Stuart. Wtedy wyglądał inaczej, ale ona wiedziała, że to on. Johan zmarł w wieku
dwudziestu jeden lat.

W chwilę później  unosiła  się nad swoim  ciałem,  bardzo przejęta  obserwując to, co działo się w

dole. A następnie odpłynęła w stronę chmur. Nagle poczuła, że została wciągnięta w „małą ciepłą"
przestrzeń. Wkrótce miała się urodzić.

— Ktoś  mnie  trzyma  --  wyszeptała   powoli  i  jakby  sennie  —  ktoś,   kto  pomagał   przy  moich

narodzinach.

 

Ona ma na sobie zieloną  suknię i biały fartuch, ma białe nakrycie głowy zagięte na

rogach.   W  pokoju   są   śmieszne   okna...   z  wielu  części.  Dom   zbudowany   jest   z kamienia.  Moja
matka ma długie ciemne włosy. Chce mnie wziąć na ręce, jest w śmiesznej  długiej nocnej  koszuli,
która   mnie   drapie.   Jak  miło   jest   znowu   być   w   słońcu   i   cieple. ..   To...   to   ta   sama   mat ka,
jaką  mam teraz!

Podczas   poprzedniego   seansu   prosiłem   Katarzynę,  żeby   w   swoich   wcieleniach   starannie

przyglądała się ważniejszym ludziom,  po to, by mogła zidentyfikować ich jako osoby istotne w jej
obecnym   życiu.   Zdaniem  wielu   autorów   dusze   tworzące   grupy   starają   się   wielokrotnie   razem
wcielać,   współdziałając   w   ten   sposób   dla  swojej   karmy

1

,   żeby   spłacić   dług   zaciągnięty   wobec

innych   ludzi   i   samych   siebie   lub   żeby   zdobyć   nową  wiedzę   duchową   w   trakcie   licznych
reinkarnacji.

1

  Karma — w buddyzmie i hinduizmie suma etycznych  skutków  dobrych albo złych myśli, słów i uczynków człowieka,

wyznaczająca  jego  los w  nowej  reinkarnacji,  a  potem  kolejno w  dalszych,   do czasu  osiągnięcia  pełnego wyzwolenia.  (W.
Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury. Warszawa 1985, s. 466)

Kiedy starałem się zrozumieć ten dziwny,  tak spektakularny dramat, który odgrywał  się na moich
oczach,  niedostępny   dla   reszty   świata,   w   moim   spokojnym,  słabo   oświetlonym   gabinecie
lekarskim,   postanowiłem  sprawdzić   tę   informację.   Pragnąłem   zastosować   tę   samą   naukową
metodę,   której   tak   rygorystycznie   przestrzegałem   w   trakcie   moich   badań   podczas   minionych
piętnastu lat, po to, by ocenić ten niezwykły materiał przekazywany mi ustami Katarzyny.

A   Katarzyna   między   seansami   zaczęła   przejawiać  coraz   większą   wrażliwość,   coraz   większą

intuicję wobec ludzi i zdarzeń. W trakcie hipnozy często zdarzało się, że uprzedzała moje pytania.
Wiele z jej snów miało cechy przepowiedni lub przeczuć.

background image

Któregoś  dnia,  kiedy  przyjechali  do niej  z wizytą  rodzice, ojciec  wyraził wątpliwości co do jej

nowo odkrytych uzdolnień.  Żeby mu dowieść,  że mówi  prawdę,  Katarzyna  wzięła  go na   wyścigi.
Tutaj na  jego oczach  w każdej  gonitwie wskazywała konia, który zwyciężał. Ojciec był całkowicie
tym oszołomiony. Kiedy zaś dowiodła swych możliwości, wszystkie pieniądze, jakie wygrała w tym
dniu,  oddała pierwszemu  biedakowi,  jakiego  spotkała  po drodze.  Intuicyjnie  czuła,  że ta  nowa
siła duchowa nie może służyć jej korzyściom materialnym. Dla niej miało to o wiele większe znacze-
nie.  Opowiedziała  mi  później,  że sukces,  jaki wtedy  odniosła,   przestraszył   ją,   ale   że   była   tak
szczęśliwa  z powodu postępów, jakie zrobiła, iż zamierzała w dalszym ciągu wracać w przeszłość.
Byłem   jednocześnie  zdumiony   i   zafascynowany   jej   niezwykłymi   uzdolnieniami,   zwłaszcza   tymi,
które objawiła  na wyścigach konnych.  To był namacalny dowód.  Wygrała w każdej  gonitwie.  To
nie był zbieg okoliczności. Coś niezwyk łego wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku tygodni, a ja za
wszelką   cenę   starałem   się   zachować   właściwą   perspektywę.   W   każdym   razie   nie   mogłem   temu
zaprzeczyć. A jeśli jej  uzdolnienia były prawdziwe i dostarczały

 

namacalnych dowodów, to czyż

wspomnienia z poprzednich wcieleń również nie mogły być prawdziwe?

Teraz wróciła   do  wcielenia,  w  którym   się  właśnie  urodziła.  Było  ono znacznie  bliższe naszym

czasom, ale nie potrafiła sprecyzować roku. Na imię miała Elżbieta.

— Jestem teraz starsza, mam brata i dwie siostry. Siedzimy przy stole... Obecny jest mój ojciec...

to Edward [pediatra, który raz jeszcze objawia się jako jej ojciec]. Moja matka i ojciec znowu się
kłócą. Na stole stoi fasola i ziemniaki. Ojciec się gniewa, bo jedzenie jest zimne. Bardzo głośno się
kłócą. Ojciec stale pije...  Uderza matkę.  [Katarzyna mówi  to z przerażeniem,  wyraźnie trzęsie się.]
Odtrąca dzieci.  Nie jest taki jak dawniej,  to nie ten sam człowiek.  Nie lubię go. Chciałabym,  żeby
sobie poszedł. — Mówiła to jak dziecko.

Pytania, jakie jej zadawałem podczas tych seansów,  różniły się całkiem od tych, które zadawałem

podczas konwencjonalnej psychoterapii. Dla Katarzyny byłem raczej przewodnikiem i próbowałem w
ciągu  tej   godziny  czy   dwóch,   dokonać   przeglądu   jednego   jej   życia,   szukając   bolesnych   przeżyć   i
dotkliwych zdarzeń,  mogących wyjaśnić obecne dolegliwości.  Terapia konwencjonalna  prowadzona
jest  znacznie  wolniej   i bardziej  szczegółowo.  Każde  słowo,  jakie  powie  pacjent,  trzeba  przeanali-
zować pod kątem niuansów i ukrytych znaczeń. Każdy grymas twarzy, każdy gest, każdą zmianę
intonacji  w głosie trzeba zauważyć i zinterpretować, każdą reakcję uczuciową dokładnie zbadać, a
wzorce zachowań złożyć w całość. Jednak u Katarzyny lata mijały w ciągu paru minut.  Seanse z nią
przypominały   prowadzenie

 

wyścigowego   wozu   z   maksymalną   szybkością...   i   jedno czesnym

szukaniem czyjejś twarzy w tłumie.

Skierowałem   znów   moją   uwagę   na   Katarzynę   i   poprosiłem,   żeby   przesunęła   się   naprzód   w

czasie.

- Jestem   teraz   mężatką.   W   naszym   domu   jest   jeden  bardzo   duży  pokój.   Mój   mąż   ma   jasne

włosy. Nie znam  go.  [To znaczy,  że nie  występował  w obecnym  życiu  Katarzyny.]   Dotąd  nie
mamy dzieci... Jest dla mnie bardzo dobry. Bardzo się kochamy i jesteśmy szczęśliwi.
— Najwyraźniej udało jej się oderwać od prześladowań w rodzinnym domu. Spytałem,  czy może
zidentyfikować miejsce, w którym mieszkała.

- Brennington? — szepnęła Katarzyna z wahaniem. —

Widzę książki  w śmiesznych starych

okładkach. Jedna,  największa  zamyka  się na  rzemień.  — I  w tym   miejscu wypowiedziała
kilka   słów,   których   nie   zrozumiałem.   Czy   były   w   języku   gaelickim,   czy   nie,   nie   mam
pojęcia.

— Mieszkamy w głębi lądu, niezbyt  blisko morza.  Hrabstwo...  Brennington?  Widzę  farmę,   są

tu świnie i jagnięta. To nasza farma. — Poszła w przód w czasie. 

Mamy   dwóch   synów...   Starszy   ma   się   żenić.   Widzę  dzwonnicę   kościelną...   bardzo   starą

kamienną budowlę.

Nagle Katarzyna poczuła ból głowy i dotknęła ręką lewej skroni. Powiedziała mi, że upadła na

kamiennych  schodach,  ale nic  się jej  nie stało.  Umarła jako staruszka  w  swoim   łóżku,   otoczona
przez rodzinę.

Znowu   opuściła   swoje   ciało   po   śmierci,   ale   tym   razem  nie   była   tym   zdumiona   ani

zaniepokojona.

- Widzę jasne światło, jest wspaniałe,  czerpię energię  tego światła. — Odpoczywała po śmierci
pomiędzy  dwoma   wcieleniami.   W   ciszy   mijały   minuty.   Nagle   odezwała   się,   ale   nie   powoli,
szeptem, jak zawsze dotąd. Jej głos był teraz ochrypły i głośny, mówiła bez wahania:

background image

— Naszym zadaniem jest uczyć się, stać się podobnymi do Boga poprzez wiedzę. Wiemy tak mało.

Dzięki  wiedzy zbliżamy się do Boga i wtedy możemy odpocząć.  Potem znowu wracamy,  by uczyć
innych i pomagać im.

Zaniemówiłem.  Oto była  lekcja  po jej  śmierci,  w stanie  między  wcieleniami.  Jakie było źródło

tego   materiału?  To oświadczenie  było  całkiem   nie  w  stylu  Katarzyny.   Nigdy   tak  nie  mówiła,   nie
używała takich słów,  takiej frazeologii. Nawet ton jej głosu był całkiem inny.  W tym momencie nie
zdawałem   sobie   sprawy,   że   choć  Katarzyna   wypowiedziała   te   słowa,   nie   były   to   jej   myśli.  Ona
powtarzała   to,   co   zostało   jej   powiedziane.   Później  jako   źródło   podała   Mistrzów,   wysoko
ewoluowane dusze pozbawione ciała, które przez nią mogły przemawiać do mnie.  Katarzyna nie
tylko potrafiła cofać się w czasie do swych poprzednich wcieleń,  ale teraz stała się przekaźnikiem
wiedzy zza świata. Cudowna wiedza. Z trudem próbowałem zachować obiektywizm.

Zostały wprowadzone  nowe  wymiary.  Katarzyna nigdy  nie czytała  książek ani dr  Kubler-Ross,

ani   dr.   Raymonda   Moody'ego,   którzy   pisali   o   przeżyciach   na  progu   śmierci.   Nigdy   nie   czytała
Tybetańskiej Księgi Umarłych, a mimo to mówiła o przeżyciach opisanych w tych książkach. Był to
swego   rodzaju  dowód.   Gdyby  tylko   było   więcej   faktów,   namacalnych   dowodów,   które   mógłbym
zweryfikować.       Mój     sceptycyzm     osłabł,     ale  jeszcze   istniał.   Może   o   badaniach   dotyczących
stanów  na   progu  śmierci  czytała  w jakimś  magazynie  albo  widziała   w   telewizji   audycję   temu
poświęconą. Choć  z całą stanowczością twierdziła, że świadomie nic takiego nie pamięta, szczegóły
mogła   jednak   zachować   w  podświadomości.   Ale   ona   teraz   poszła   dalej   niż   wspomniane   prace   i
przekazała przesłanie ze stanu między wcieleniami. O, gdybym tylko miał więcej faktów!

Po przebudzeniu  Katarzyna,   jak zawsze,   pamiętała  szczegóły  swych  dawnych   wcieleń.  Jednak

nie mogła sobie przypomnieć niczego, co się zdarzyło po jej śmierci jako Elżbiety. W przyszłości też
nigdy nie pamiętała żadnych szczegółów ze stanów pośrednich między wcieleniami.

„Dzięki wiedzy zbliżamy się do Boga." I my kroczyliśmy tą drogą.

Rozdział czwarty

—   Widzę   kwadratowy   biały   dom,   a   przed   nim   piaszczystą   drogę,   po   której   jeżdżą   ciągle
mężczyźni   na  koniach.   —   Katarzyna   mówiła   to  swoim   zwykłym   sennym   szeptem.   —  Rosną   tu
drzewa...   to   plantacja,   wielki   dom   jest   otoczony   mniejszymi   domkami,   chyba   niewolników.   To
Południe... Wirginia? — Wydawało się jej, że jest rok 1873. Była dzieckiem.

Konie   i  wielkie  zbiory...   kukurydzy,   tytoniu.  —   Wraz z resztą służby pracuje w kuchni.

Jest   Murzynką  i   na   imię   ma   Abby.   Zesztywniała   nagle,   miała   przeczucie,   że   w   wielkim   domu
wybuchnie   pożar,   potem   widziała,   jak   się   spalił.   Był   już   rok   1888,   przesunęła   się   wprzód
o piętnaście lat.

Noszę starą suknię, czyszczę lustro na pierwszym piętrze domu, domu  z cegły,  z oknami...

które   mają  mnóstwo   szybek.   To  lustro   nie   jest   proste,   jest   sfalowane   i   ma   gałki   na   końcach.
Właściciel   domu   nazywa   się  James  Manson.   Nosi  śmieszny   płaszcz   z  trzema   guzikami   i   wielki
czarny   kołnierz,   nosi   brodę...   nie   rozpoznaję  go   [jako   kogoś   z   obecnego   życia   Katarzyny].
Traktuje  mnie dobrze.  Mieszkam w głównym  domu,  sprzątam pokoje.  Jest tu szkoła, ale mnie
nie wolno chodzić do szkoły. Robię także masło!

Katarzyna szeptała wolno,  używając prostych słów  i przywiązując bardzo wielką  wagę  do

szczegółów.  W ciągu następnych pięciu minut dowiedziałem się, jak się robi masło. Wiedza Abby
na temat robienia  masła  była również czymś nowym dla Katarzyny. Poleciłem jej  przesunąć się w
czasie.

— Jestem z kimś, ale chyba nie pobraliśmy się. Śpimy razem... ale nie zawsze razem mieszkamy.

Lubię z nim być, ale to nic specjalnego. Nie widzę żadnych dzieci. Rosną tu jabłonie, są kaczki.

W   oddali   widzę   innych   ludzi.   Ja   zbieram   jabłka.   Nie   wiem   dlaczego   oczy   mnie   pieką.   —

Katarzyna wykrzywia twarz w grymasie.  Zacisnęła  oczy. — To dym.  Wiatr wieje w moją  stronę...

background image

dym palącego się drzewa.  — Zaczęła  kaszleć.  — Dzieje  się teraz dużo,  oni  wypalają  te  beczki  w
środku... smołują je... żeby były wodoodporne.

Po tym ostatnim,  tak bulwersującym seansie,  chciałem wrócić do etapu pośredniego.  Mieliśmy

już za sobą dziewięćdziesiąt minut, kiedy poznawaliśmy jej życie jako służącej. Po relacji o słaniu
łóżek, o wyrobie masła i wypalaniu beczek pragnąłem czegoś bardziej duchowego. Ale uzbroiłem się
w cierpliwość i naprowadziłem Katarzynę na jej śmierć.

-   Z   trudem   oddycham,   tak  bardzo   mnie   boli   w   piersiach.   —   Łapała   powietrze,   wyraźnie

cierpiąc. — Serce też mnie boli, szybko bije. Jest mi bardzo zimno... cała się trzęsę. — Zaczęła drżeć.
— Przy mnie są ludzie, dają coś do picia z liśćmi [herbatę]. Śmiesznie pachnie. Jakiś płyn wcierają mi
w piersi.  Gorączka... ale jest  mi  bardzo   zimno.   —   Umarła   spokojnie.   Unosząc   się   pod

 

sufitem

widziała siebie leżącą na łóżku, była drobną skurczoną  szescdziesięcioparoletnią  kobietą. Po prostu
unosiła  się w powietrzu, czekając, żeby ktoś przyszedł  i jej pomógł. Nale ujrzała światło, które ją
pociągało jak  magnes.  Światło stawało się coraz  mocniejsze,   coraz  bardziej  jasne.  Czekaliśmy  w
milczeniu, minuty wolno upływały. Nagle znalazła się w innym wcieleniu, odległym o tysiące lat od
epoki, w której żyła Abby.

Katarzyna cicho szeptała: — Widzę dużo czosnku  wiszącego w otwartej  izbie.  Czuję go.  Ten

czosnek  ma oczyścić krew z tego, co w niej złe, a także ciało. Czosnek rośnie także na zewnątrz, w
ogrodzie na samej  górze, zioła także tam rosną... I figi, daktyle. Te rośliny  pomagają człowiekowi.
Moja matka kupuje czosnek  oraz inne zioła. Ktoś w domu  jest chory. I jeszcze są  takie dziwne
korzenie.   Czasem   się   je   wkłada   w   usta  albo   w   uszy,   albo   inne   otwory   ciała.   One   działają
wewnętrznie.

Widzę   starego   człowieka   z   brodą.   To  uzdrowiciel   w wiosce.  Mówi,  co trzeba robić.  Panuje

zaraza... zabija ludzi. Nikogo się nie balsamuje, bo wszyscy boją się zarazić. Umarłych po prostu się
grzebie. Ludzie bardzo cierpią z tego powodu. Uważają, że wskutek tego dusza nie może odejść [jest
to   niezgodne   z   innymi   relacjami  Katarzyny,   o   tym   co   się   dzieje   po   śmierci].   Bardzo   dużo  ludzi
umarło.   Bydło   także   pada.   Woda...   powódź...  ludzie  chorują  na  skutek powodzi.  [Najwyraźniej
zrozumiała, co jest  przyczyną  epidemii.]  Ja  także choruję  z  powodu   wody.   Boli  mnie   brzuch.
Tracę   tyle   wody  z   organizmu.   Jestem   nad   wodą,   mam   jej   przynieść   do

 

domu.   Widzę   moją

matkę i braci. Ojciec już umarł. Bracia są ciężko chorzy.

Zatrzymałem   się,   nim   poleciłem   jej   pójść   naprzód   w   czasie.   Byłem   zdumiony   tym,   jak

koncepcja śmierci  i życia po niej, zmieniała się wraz z każdym wcieleniem  Katarzyny.  A mimo  to
samą śmierć przeżywała za każdym razem tak samo. Świadoma cząstka jej istoty opuszczała ciało
w  momencie   śmierci,  unosząc  się  nad  nim,   a   potem   była   przyciągana   do   cudownego,   będącego
źródłem energii światła. Wtedy czekała na kogoś,  kto powinien  był przyjść, żeby jej pomóc.  Dusza
odchodziła  automatycznie.   Balsamowanie,   uroczystości   pogrzebowe   czy   jakieś   inne   obrzędy   po
śmierci   nie   miały   z   tym  nic   wspólnego.   To   było   automatyczne,   nie   wymagało   żadnych
przygotowań, przypominało po prostu przekroczenie otwartych drzwi.

— Ziemia   wokoło   jest   naga,   wysuszona...   Nie   widzę  żadnych     gór   w   pobliżu,     po     prostu

równina,  płaska i sucha. Jeden z moich braci umarł. Ja czuję się lepiej, ale ciągle mnie boli. —
Niestety   jednak   nie   żyła   wiele  dłużej.   —   Leżę   na   sienniku   czymś   przykryta.   —   Ciężko
zachorowała   i   ani   czosnek,   ani  zioła   nie   uratowały  jej   od   śmierci.     Wkrótce   unosiła   się   nad
swoim ciałem, przyciągana dobrze znanym światłem i czekała cierp liwie na przybycie kogoś.

Nagle głowa jej zaczęła powoli ruszać się z boku na bok, jak gdyby śledziła jakąś scenę. Głos jej

znowu był donośny, zachrypnięty.

Oni mówią  mi, że wielu jest bogów, ponieważ Bóg jest w każdym z nas.

Rozpoznałem ten głos ze stanu między wcieleniami po tej ochrypłości, jak również po zdecydowanie
innym natchnionym tonie tej wypowiedzi.

— Twój ojciec jest tu i twój syn, który jest maleńkim dzieckiem. Twój ojciec mówi, że go poznasz,

ponieważ na imię ma Avrom, a twoja córka ma imię po nim.  Umarł na serce. Serce twego syna
także było ważne, gdyż było niedorozwinięte, tak jak u kurczaka. Powodowany miłością uczynił dla
ciebie wielkie poświęcenie.  Jego dusza jest na bardzo wysokim etapie... Jego śmierć zadośćuczyniła
za   winy   rodziców.   Chciał   także   ci   dowieść,   że   medycyna   nie   mogła   uczynić   nic   więcej,   że   jej
możliwości są bardzo ograniczone.

Katarzyna   przestała  mówić,  a  ja  siedziałem   oszołomiony   w   milczeniu,   próbując   zebrać  myśli.

Było mi bardzo zimno.

background image

Katarzyna  właściwie nic nie  wiedziała  o moim  życiu  osobistym.   Na   moim   biurku   stało  zdjęcie

mojej  córki  jako bardzo małej dziewczynki, uśmiechała się radośnie pokazując dwa dolne mleczne
ząbki,  obok było zdjęcie  mego   syna.  Poza  tym  Katarzyna   dosłownie   nic  nie  wiedziała o historii
mojej  rodziny.  Ściśle przestrzegałem  zasad  psychoterapii.   Terapeuta   powinien   być  tabula   rasa,
pustą kartą, na   której  pacjent  może  zapisywać  swoje myśli, uczucia i postawy, które następnie są
analizowane   przez   terapeutę   w   ten   sposób,   by  rozszerzały  horyzonty   umysłu   pacjenta.   Cały   czas
zachowywałem  wobec   Katarzyny   ów   terapeutyczny   dystans.   Znała  mnie   wyłącznie   jako
psychiatrę, nie wiedząc nic o mojej przeszłości ani o życiu rodzinnym.

Największą   dla   mnie   tragedią   była   nieoczekiwana  śmierć  pierworodnego  syna,   Adama,   który

zmarł   na  początku   1971   roku,   przeżywszy   zaledwie   dwadzieścia  trzy   dni.   W   dziesięć   dni   po
przywiezieniu   go   ze   szpitala  zaczął   mieć   trudności   z   oddychaniem   i   wymiotować.  Bardzo   było
trudno   postawić   diagnozę.   „Całkowita  anomalia   naczyń   płucnych   z   wadą   przegrody   przedsion-
kowej"  — powiedziano nam. — „To się zdarza w przybliżeniu raz na dziesięć  milionów urodzeń."
Żyły płucne,  które miały dostarczać utlenioną  krew z powrotem do  serca, były źle umiejscowione,
wchodząc do serca  z niewłaściwej   strony.   To tak  jak gdyby   jego  serce  było  obrócone   do   tyłu.
Niezwykle rzadki przypadek.

Nad wyraz ryzykowna  operacja na otwartym sercu nie mogła uratować Adama, który zmarł w

parę dni później. Przez wiele miesięcy opłakiwaliśmy śmierć tego dziecka, nasze utracone nadzieje i
marzenia. W rok później urodził się syn Jordan, który ukoił naszą rozpacz.

W   okresie   choroby   Adama   zastanawiałem   się,   czy  słusznie   zdecydowałem   wybierając

psychiatrię. Podczas stażu interna dawała mi wiele satysfakcji i nawet proponowano mi specjalizację
w tej dziedzinie. Po śmierci synka zdecydowałem jednak, że będę się specjalizować w psychiatrii.

Mój  ojciec  cieszył  się doskonałym  zdrowiem,  aż do  ciężkiego  ataku serca  w roku 1979, kiedy

miał sześćdziesiąt jeden lat. Pierwszy atak przeżył, ale ściana serca była nieodwracalnie uszkodzona
i   zmarł   w   trzy   lata   później.   Było   to   na   blisko   dziewięć   miesięcy   przed   pierwszą   wizytą
Katarzyny w moim gabinecie.

Ojciec  był człowiekiem  religijnym,  bardziej  przywiązanym do obrzędów  niż do treści duchowych.

Wolał   swoje  hebrajskie   imię   Avrom   niż   angielskie   Alvin.   W   cztery  miesiące   po   jego   śmierci
urodziła się nam córeczka Amy, której nadaliśmy jego imię.

I oto w 1982 w moim cichym zaciemnionym  gabinecie  usłyszałem   głośno  wypowiadane  fakty  z

mego   życia,  znane   tylko   mnie.   Zanurzyłem   się   w   morzu   ponadzmysłowych   zjawisk.   To   było
cudowne.   Zadrżałem.   Katarzyna   nie   mogła  o   tym  wiedzieć,   bo  i   gdzie,   i   od  kogo?  Skąd   mogła
wiedzieć,  że mój  ojciec  nosił  hebrajskie  imię, że miałem synka, który zmarł w niemowlęctwie na
niezwykle   rzadką   wadę   serca,   że   wahałem   się   na   temat  wyboru   specjalizacji,   że   nadałem   mojej
córeczce imię  zmarłego ojca. Zbyt wiele było tych prawdziwych co do joty informacji, których stała
się przekazicielką. A jeśli potrafiła ujawnić takie fakty, mogłem się spodziewać dalszych rewelacji. I
przyznam się, że bardzo tego pragnąłem.

- Kto jest tutaj? — wybąkałem. — Kto ci to wszystko mówi?

-

Mistrzowie — szepnęła — przewodnicy duchowi. To oni powiedzieli mi, że w formie

fizycznej  żyłam osiemdziesiąt sześć razy.

Oddech   Katarzyny   uspokoił   się,   głowa   przestała   się  kiwać   z   boku   na   bok.   Odpoczywała.

Chciałem dalej kontynuować seans, ale to wszystko, co powiedziała, nadal nie dawało mi spokoju.
Czy  naprawdę   przeżyła  osiemdziesiąt   sześć  wcieleń?  A  co z „Mistrzami"?  Czy  to  możliwe?   Czy
nasze   życie   może   być   kierowane   przez

 

pozbawione   fizycznych   ciał   duchy,   które   posiadają

ogromną wiedzę? Czy są one stopniami drogi prowadzącej do Boga? Czy tak jest naprawdę? Wobec
tego, co mi oświadczyła, trudno było wątpić, a jednak nadal nie bardzo wierzyłem. Miałem przecież
za   sobą   lata   całe  krytycznych   naukowych   badań.   Ale   intuicja,   serce   i   rozum   mówiły   mi,   że
Katarzyna odkryła prawdę.

A   co   z   moim   ojcem   i   synem?   W   jakimś   sensie   oni  nadal   żyli,   nigdy   naprawdę   nie   umarli.

Przemówili   do  mnie   wiele   lat   po  swej   śmierci   i   dowiedli   tego,   przekazując   bardzo   szczegółowe,
osobiste   informacje.   A   jeśli   to  wszystko   było   prawdą,   czy   mój   syn   był   tak   bardzo   wysoko
rozwinięty duchowo,  jak powiedziała Katarzyna? Czy naprawdę zgodził  się urodzić nam i potem
umrzeć   po   dwudziestu   trzech   dniach,   żeby   pomóc   zmazać   przewiny   naszej   karmy,   a   przy   tym
nauczyć mnie nowego spojrzenia na medycynę i ludzkość, żeby mnie pchnąć w kierunku psychiatrii?
Myśli te bardzo podniosły mnie na duchu. Mimo wewnętrznego chłodu ogarnęło mnie uczucie wielkiej

background image

miłości, silnego związku i zjednoczenia z niebem i ziemią. Jakże rad byłem usłyszeć  o synu i ojcu,
których stratę tak boleśnie przeżyłem.

Moje   życie  już   nigdy   nie   będzie   takie   jak  uprzednio.  Jakaś  ręka   zmieniła   nieodwołalnie   jego
tok.     Rzetelna  i  sceptyczna  interpretacja   zjawisk,  jakich  byłem  świadkiem,  okazała  się  słuszna.
Wspomnienia Katarzyny i jej przesłania były prawdziwe. Nie myliłem się w swoich intuicyjnych
przypuszczeniach. Oto miałem fakty, dowody.

Ale   mimo   to  w   tej   chwili   radosnego   uniesienia   i   zrozumienia,   nawet   w   tej   chwili   mistycznego

przeżycia   tak  dobrze   mi   znana   logiczna   część   mego   rozumu   zgłosiła   sprzeciw.   A   może   to   tylko
złudzenie   albo przejaw  jakiejś   psychicznej   anomalii.   Załóżmy,   że   to  jest   anomalia,   lecz  wcale   nie
dowodzi   istnienia   reinkarnacji   i   Mistrzów   Duchowych.   Ponadto   tym   razem   wiedziałem   lepiej.
Przypomniałem   sobie   tysiące,   odnotowanych   w  naukowej   literaturze  przypadków,   zwłaszcza   te  o
dzieciach mówiących obcymi językami, z którymi nigdy nie miały kontaktu, albo o tych, które miały
wrodzone znamiona  w miejscach, gdzie kiedyś zadano im śmiertelne rany, o tych dzieciach, które
wiedziały,  gdzie były ukryte albo zakopane pewne przedmioty w miejscach odległych o tysiące mil,
dziesiątki lub setki lat temu. Znałem charakter Katarzyny i jej umysłowość. Wiem, jaka była i jaka być
nie mogła. Nie, tym razem nie mogłem się mylić. Dowody były niepodważalne, oczywiste. To była
prawda. Ona potwierdzi to w następnych seansach.

W czasie kolejnych tygodni zapominałem nieraz o pełnym napięcia i niespodzianek klimacie tego

seansu.  Wpadłem  znowu  w zwykły  kierat   życiowy,  troszcząc się  jak  dawniej   o zwykłe  codzienne
sprawy. Wracały wątpliwości. Miałem wrażenie, że kiedy nie byłem skoncentrowany tak jak podczas
seansu,   wracałem   do   starych  nawyków   myślowych,   przekonań   i   sceptycyzmu.   Ale  wtedy
natychmiast   przypominałem   sobie:   to   naprawdę  się   wydarzyło!   Przekonałem   się,   jak   ciężko   jest
uwierzyć   w   takie   rzeczy,   nie   mając   osobistych   doświadczeń.   Doświadczenie   jest   konieczne,   gdyż
intelektualne   zrozumienie   wspiera   ładunkiem   emocjonalnego   przeżycia,   które  niestety   z   czasem
słabnie.

Najpierw nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego tak bardzo się zmieniłem.  Wiedziałem, że jestem

bardziej  spokojny i cierpliwy, a znajomi mówili mi, że wyglądam na wypoczętego i zadowolonego z
życia. Wreszcie doszedłem do wniosku, że przestałem się bać śmierci. Nie bałem się już śmierci ani
swego   nieistnienia.   Mniej   też  bałem   się   utracić   moich   najbliższych,  choć   oczywiście  bardzo   bym
cierpiał nad tym. Jakże potężny jest strach przed śmiercią. W obawie przed nią z ludźmi dzieje się
tyle   dziwnych   rzeczy:   zawierają   związki   z   młodszymi  znacznie   partnerami,   w   wieku   średnim
przeżywają często głęboki  kryzys, przeprowadzają operacje kosmetyczne, mają obsesje na punkcie
sprawności   fizycznej,   gromadzenia   dóbr   materialnych,   prokreacji,   żeby   nie   zaginęło   rodowe
nazwisko,  dążą  do tego,  by coraz młodziej  wyglądać  i tak dalej,   i tak dalej.  Okropnie  boimy  się
własnej śmierci,  tak bardzo nawet,  że zapominamy  o prawdziwym celu naszego życia.

Stałem się też mniej  obsesyjny.  Nie musiałem  już stale  siebie  kontrolować.  Chociaż usiłowałem

być   mniej   poważny,   przemiana   w   tej   materii   była   dla   mnie   trudna.   Jeszcze   wiele   musiałem   się
nauczyć.

Byłem skłonny uznać rewelacje Katarzyny za prawdopodobne, a nawet  prawdziwe.  Niezwykłych

faktów  dotyczących   mego   ojca   i   syna   nie   mogła   poznać   za  pomocą   pięciu  zmysłów.  Jej   zasób
wiedzy i umiejętności  świadczył o nadwrażliwości psychicznej. Miałem podstawy, żeby jej wierzyć,
lecz nadal pozostałem ostrożny i sceptyczny wobec tego, co czytałem w popularnej literaturze. Kim
są ci ludzie piszący referaty o różnych nadnaturalnych zjawiskach, o życiu po śmierci oraz innych
paranormalnych  wydarzeniach? Czy są wdrożeni  w naukową  metodę  obserwacji i wartościowania?
Mimo tych zadziwiających wspaniałych seansów, jakie odbyłem z Katarzyną, wiedziałem,  że mój z
natury   krytyczny   umysł   nadal   będzie   badać   każdy   nowy   fakt,   każdą  nową   informację.   Będę
sprawdzać,   czy   pasuje   do   konstrukcji   nośnej   rosnącej   wraz   z   każdym   seansem.   Wiedziałem,   że
wszystko będę sprawdzać z każdego punktu  widzenia,  z dokładnością  naukowca.  Ale mimo  to nie
mogłem dłużej zaprzeczać, że ta konstrukcja już istnieje.

background image

Rozdział piąty

Byliśmy   ciągle   jeszcze   w   środku   seansu.   Katarzyna  skończyła   wypoczywać   i   zaczęła   mówić   o
zielonych  posągach przed świątynią. Wyrwałem się z moich rozmyślań i zacząłem  słuchać. Była  w
bardzo odległych czasach, gdzieś w Azji, a ja nadal z Mistrzami. To nie do wiary — pomyślałem —
mówi  o poprzednich wcieleni a c h,   o   r e i n ka r na c j i ,   a   j e dn a k   w   p or ó wn a n i u   z przesłaniami
Mistrzów   wydaje   się   to   czymś   tak   krańcowo   różnym,   wręcz   błahym.   Jednak   już   wtedy   uświa-
domiłem   sobie,   że   musi   przejść   przez   jakieś  wcielenie,  nim   opuści   ciało   i   znajdzie   się   w   stanie
przejściowym. Nie mogła osiągnąć tego stanu bezpośrednio. A tylko tam mogła nawiązać kontakt
z Mistrzami.

—   Przed   wielką   świątynią   stoją   zielone   posągi   —   szeptała   cicho.   —   Na   świątyni   są   ostro

zakończone ozdoby i brązowe kule,  prowadzi do niej siedemnaście stopni,  w środku jest sala, pali
się  tu kadzidło.  Obecni  tu ludzie  są bosi.  Głowy  mają  ogolone,  okrągłe  twarze i ciemne   oczy,  są
ciemnoskórzy.  Jestem  w środku.  Zraniłam nogę  i przyszłam tu, szukając pomocy.  Moja  stopa jest
spuchnięta, nie mogę na niej stanąć. Coś w niej tkwi, przyłożyli do niej jakieś liście... dziwne liście...
Zawierające  taninę?   [Tanina,   albo   taninowy   kwas,   który   w   stanie   naturalnym   występuje   w
korzeniach, drzewie, korze, liściach i owocach wielu roślin, od starożytnych czasów była używana w
medycynie   z   powodu   swoich   właściwości   tamowania   krwi   i   ściągających.]   Najpierw   moja   stopa
została oczyszczona. Taki jest rytuał przed bogami. Kolano mam spuchnięte. Na całej nodze widzę
ciemne pasy [zakażenie krwi?]. W mojej nodze jest jakaś trucizna. Nadepnęłam na coś. Zrobili dziurę
w stopie i włożyli tam coś bardzo gorącego.

Katarzyna wiła się teraz z bólu. Krztusiła się też, ponieważ dano jej jakiś okropnie gorzki płyn

do wypicia. Był zrobiony z żółtych liści. Wyleczyła  się z rany,  ale stopa i noga nigdy nie były w
pełni  sprawne.  Poleciłem   jej,  by przesunęła  się  w przyszłość.  Ujrzała   swoje  smutne  ubogie   życie.
Mieszkała   wraz   z   rodziną   w   małej  jednoizbowej   chacie,   gdzie   nie   było   nawet   stołu.   Jedli  jakąś
odmianę ryżu, jakby płatki, ale zawsze byli głodni. Szybko się zestarzała, do końca życia cierpiąc
biedę i głód. Czekałem, co dalej, ale widziałem, że Katarzyna jest bardzo wyczerpana. Nim jednak ją
obudziłem, powiedziała mi, że Robert Jarrod potrzebuje mojej pomocy. Nie miałem pojęcia, o kogo
chodzi, ani jak mógłbym pomóc temu człowiekowi. Ale niczego więcej się nie dowiedziałem.

Po przebudzeniu z transu Katarzyna znów pamiętała  wiele szczegółów z dawnego wcielenia. Ale

zapomniała  wszystko   to,   co   było   zaraz  po  śmierci   i   w  stanie   przejściowym.   Nie   pamiętała   też
Mistrzów ani tego, co mówili.

— Katarzyno, co znaczy dla ciebie termin „Mist rzowie"? — spytałem ją.  — Myślała,  że
chodzi mi o mistrzów w turnieju golfowym!

Stan jej szybko się teraz poprawiał, lecz nadal miała  trudności z przyswojeniem  sobie koncepcji

reinkarnacji i włączeniem   jej   do   prawd   swej   wiary.   Dlatego   postanowiłem     nie     mówić   jej
jeszcze  o Mistrzach.   Nie  bardzo  też   wiedziałem   czy  i   komu   powiedzieć  o  tym,   jak  niezwykle
utalentowanym   medium  jest  Katarzyna,  i   o   tym,   że   potrafi   nawiązać   kontakt   z   Mistrzami   i
przekazać ich wspaniałą transcendentalną wiedzę.

Po   namyśle   zdecydowałem   poprosić   moją   żonę   Carole,   żeby   jako   świadek   wzięła   udział   w

następnym  seansie.   A   Katarzyna   wyraziła   na   to   zgodę.   Carole   jest   z  wykształcenia   bardzo
uzdolnioną  asystentką  socjalną,  ze specjalizacją w psychiatrii. Chciałem więc  usłyszeć  jej opinię na
temat tych niezwykłych zjawisk, jakich byłem świadkiem. Kiedy jej opowiedziałem, co Katarzyna mó-
wiła o moim ojcu i naszym synku, Adamie, wyraziła chęć pomocy. Bez trudu notowałem relacje
Katarzyny  z   jej   różnych   wcieleń,   ponieważ   mówiła   bardzo   wolno,  ale   kiedy   głos   zabierali
Mistrzowie, mówiła znacznie szybciej, dlatego postanowiłem wszystko nagrywać na magnetofon.

W tydzień później  Katarzyna znów przyszła na seans.  Wyraźnie się poprawiła, znacznie mniej się

bała.  Ale   ja  nadal   nie  wiedziałem,   czemu   to zawdzięczać.   Pamiętała,  że   utonęła   jako  Aronda,   że
poderżnięto jej  gardło jako  Johannowi,  że jako Luiza padła ofiarą epidemii,  której  przyczyną  była

background image

woda,   pamiętała   też   inne   okropne   wydarzenia.   Przeżywała   w   swych   wcieleniach   biedę   i
niewolnictwo,   we   własnej   rodzinie   też   była   ofiarą   codziennych  prześladowań,   tych   miniurazów,
które tak głęboko zapadają w naszą psychikę. Może te właśnie wspomnienia  spowodowały poprawę
jej  stanu. Istniała jednak inna  możliwość. Czy duchowe przeżycie może być powodem  wyleczenia?
Czy przekonanie o tym,  że śmierć nie jest  taka, jak ją sobie wyobrażamy, może przyczynić się do
lepszego samopoczucia, do zmniejszenia lęku? Czy cały proces,   a  nie  tylko  same  wspomnienia,
może być częścią kuracji?

Ponadzmysłowe   talenty   Katarzyny   rozwijały   się   stale,  przejawiała   też   coraz   większą   intuicję.

Nadal miała  problemy   ze   Stuartem,   ale   też   potrafiła   lepiej   sobie   z nim dawać radę. Oczy jej
błyszczały, cera była zaróżowiona. Powiedziała mi, że miała ostatnio dziwny sen, ale pamiętała tylko
jego fragment. Śniło jej się, że czerwona płetwa ryby wbiła się jej w rękę. 

W przeciągu kilku minut osiągnęła stan głębokiej hipnozy.

Widzę jakieś skały, stoję na skale,  patrzę w dół.   Powinnam  wypatrywać statków,  to jest

moim   zadaniem...  Noszę coś  granatowego,  jakieś  granatowe  jakby  spodnie...   krótkie   spodnie   i
dziwne  buty... czarne buty z klamrami,  bardzo zabawne buty... Widzę,  że na horyzoncie  nie  ma
statków   —   szeptała   cicho   Katarzyna.   Poleciłem  jej  przesunąć się naprzód w czasie,  do następ
nego znaczącego wydarzenia w jej życiu.

Pijemy   piwo,   mocne   piwo.   Jest   bardzo   ciemno.  Kufle   są   grube,   stare,   w   metalowych

uchwytach. Bardzo brzydko pachnie w tym miejscu i jest wielu ludzi. Panuje duży hałas. Wszyscy
rozmawiają bardzo głośno.

Spytałem, czy może usłyszeć, jak się do niej zwracają.

— Christian...     Mam  na   imię  Christian.   —  Znowu   była  mężczyzną.  — Jemy  jakieś  mięso i

pijemy piwo. Jest ciemne i bardzo gorzkie. Dodają do niego soli.

Nie wiedziała, jaki  jest  rok.  — Mówią  o wojnie,   o statkach blokujących różne porty! Ale nie

mogę   usłyszeć,   jakie   porty.   Gdyby   było   cicho,   usłyszałabym,   ale  wszyscy   naraz   rozmawiają,
hałasują.

Spytałem  ją, gdzie  jest. —W Hamstead... Hamstead.  To port w Walii.  Mówią  po angielsku.  —

Przesunęła się w czasy, kiedy Christian zaciągnął się na statek. - Czuję, że coś się pali. To straszny
zapach. Palącego się drzewa, ale także czegoś innego. Aż piecze w nosie...  Coś w oddali pali się,
jakiś   statek,   żaglowiec.   Coś  ładujemy!   Ładujemy   coś   prochem   strzelniczym.   —  Katarzyna   była
coraz bardziej ożywiona. - To coś z prochem strzelniczym, jest bardzo czarne. Przylepia się do rąk.
Trzeba się szybko ruszać. Statek ma zieloną flagę. Flaga jest ciemnozielona... To zielono-żółta flaga.
Widzę też jakby koronę i trzy punkty nad nią.

Nagle twarz Katarzyny wykrzywił grymas bólu. Cierpiała.

— Och — jęknęła  — boli mnie ręka, strasznie boli mnie ręka! W ręku trzymam jakiś gorący

metal. Pali mnie! Och, och!

Przypomniałem sobie fragment jej snu i zrozumiałem teraz, co znaczyła czerwona płetwa wbita w

dłoń. Zablokowałem jej cierpienie, ale nadal jęczała.

— Te   odłamki   są  metalowe...    Statek,  na   którym   znajdowaliśmy się, został zniszczony... z

prawej burty.
Opanowali ogień. Wielu ludzi zginęło... wielu mężczyzn.  Ja przeżyłam... tylko ręka mnie boli, ale z
czasem   się  zagoi.   -   Przesunąłem   ją   znowu   w  czasie,   pozwalając,   by   wybrała   następne   ważne
wydarzenie.

- Widzę   jakby   drukarnię,   drukują   tu   drewnianymi  klockami   i   atramentem.   Drukują   i

oprawiają książki... Książki mają okładki ze skóry i są wiązane paskami,  skórzanymi paskami.
Widzę   czerwoną   książkę...   Dotyczy   chyba   historii.   Nie   mogę   zobaczyć   jej   tytułu...   jesz cze   nie
skończyli   drukować.   Te   książki   są   wspaniałe.  Okładki   mają   z   gładkiej,   pięknej   skóry...   To
cudowne książki, one uczą ludzi.

Najwidoczniej  Christian cieszył  się z widoku  książek,  z  tego,  że może  ich dotykać,  i niejasno

zdawał   sobie  sprawę,   że   dzięki   nim   można   zdobywać   wiedzę.   Jednak  on   sam   był   całkiem
niewykształcony. Przesunąłem Christiana do ostatniego dnia jego życia.

- Widzę most nad rzeką. Jestem starym człowie kiem... bardzo starym. Trudno mi chodzić.

Idę   przez  most...   na   drugą   stronę...   Czuję   ból   w   piersi,   ucisk,   straszny ucisk... ból w piersi!
Och!   —   Katarzyna   krztusiła   się,   najwidoczniej   przeżywając   atak   serca,   jaki   miał  na   moście
Christian.   Jej   oddech   był   szybki   i   płytki,   twarz   i   szyję   pokrywał   pot.   Zaczęła   kaszleć,

background image

chwytać  powietrze ustami.  Przestraszyłem  się. Czy ponowne  przeżywanie  ataku serca z dawnego
wcielenia  było niebezpieczne?   Oto   była   nowa   granica,   a   nikt   nie   znał   odpowiedzi.  Wreszcie
Christian   umarł.   Katarzyna   leżała   teraz   spokojnie   na   kanapie,   oddychając   głęboko,   równo.
Ulżyło mi.

— Czuję się wolna... wolna — wyszeptała. — Unoszę się w ciemności... po prostu się unoszę.

Wokoło jest światło... i duchy, inni ludzie.

Spytałem,   czy   coś   sobie   przypomina   z   życia,   które   się   właśnie   skończyło,   jej   życia   jako

Christiana.

Powinnam   była   wybaczać,   ale   nie   umiałam.   Nie  zapominałam   krzywd,   jakie   ludzie   mi

wyrządzili,   a   powinnam   była   wybaczać.   Nie   zapominałam   zła   ludziom,  ja   zatrzymywałam   je
wewnątrz siebie i przechowywałam tam przez wiele lat... Widzę oczy... oczy.

Oczy? — powtórzyłem, czując, że nawiązuję kontakt. — Czyje oczy?

Oczy   Mistrzów   Duchowych   —   wyszeptała   Katarzyna   —   ale   muszę   zaczekać.   Muszę

przemyśleć pewne rzeczy. -- Minuty mijały w pełnej napięcia ciszy.

Jak się dowiesz, że już są gotowi? – spytałem przerywając długie milczenie.

Wezwą  mnie  — odparła  wreszcie.  Znowu  mijały  minuty. Potem nagle jej  głowa  zaczęła się

kiwać na boki, a jej głos stał się ochrypły i stanowczy.

Jest  wiele  dusz  w  tym wymiarze,  ja  nie  jestem  jedyna.  Musimy być cierpliwi.  Tego też

nigdy się nie nauczyłam... Jest wiele wymiarów.

Spytałem ją, czy była tam kiedyś przedtem, czy wielokrotnie przeżywała reinkarnację.

Byłam   w   różnych   czasach,   na   różnych   płaszczyznach.   Każda   jest   stopniem   wyższej

świadomości.   Taką  płaszczyznę   osiągniemy,   jakie   zrobiliśmy   postępy...   -  Znowu   zamilkła.
Spytałem   ją,   czego   musiała   się   nauczyć,   żeby   zrobić   postępy.   Odpowiedziała   mi   natych
miast:

- Tego, że naszą wiedzą musimy się dzielić z innymi  ludźmi.  Że wszyscy mamy znacznie większe

możliwości,  lecz ich nie wykorzystujemy. Niektórzy z nas przekonują się o tym wcześniej  niż inni.
Że  trzeba   uświadomić  sobie własne  winy,  nim  dojdzie  się do tego punktu.  Jeśli  tego nie zrobisz,
przeniesiesz   je   w   następne   życie.   Tylko  my   sami   możemy   się   pozbyć...   złych   nawyków,   jakich
nabieramy, kiedy jesteśmy w fizycznej postaci. Mistrzowie nie mogą tego za nas zrobić. Jeśli nadal
chcesz  im ulegać  i nie zamierzasz się ich pozbyć,  wtedy przenosisz je w następne życie.  Dopiero
kiedy  podejmiesz  decyzję,  że jesteś na tyle mocny,  żeby panować nad  zewnętrznymi  problemami,
wtedy  nie  będziesz  ich mieć  w  następnym  życiu.  Musimy  nauczyć  się nie  tylko zbliżyć  do tych
ludzi, których wibracje duchowe są takie same jak nasze. To normalne, że pociąga nas ktoś, kto jest
na tym samym poziomie co my. Ale taka postawa jest zła. Trzeba się  także zbliżać do ludzi, których
wibracje są niewłaściwe,  odmienne  od naszych.  To bardzo ważne... żeby pomagać... tym właśnie
ludziom.

Zostaliśmy obdarowani intuicyjnymi  siłami, którymi  powinniśmy się kierować, a nie opierać się

im. Tym,  którzy się opierają, grozi niebezpieczeństwo. Nie z każdego wymiaru jesteśmy odsyłani z
tymi samymi możliwościami. Niektórzy z nas posiadają siły większe niż  inni.  Ludzie bowiem  nie
zostali stworzeni równi. Lecz w końcu osiągniemy punkt, kiedy wszyscy będziemy równi.

Katarzyna przestała mówić. Wiedziała, że te myśli nie

 

są jej. Nie miała żadnego przygotowania w

dziedzinie fizyki i metafizyki, nie wiedziała nic o płaszczyznach, wymiarach i wibracjach. Poza
tym piękno tych słów i myśli, filozoficzna głębia wypowiedzi przekraczały jej możliwości. Nigdy
nie mówiła w tak zwięzły, poetycki sposób. Czułem, że inne ważne siły posługują się jej umysłem i
głosem, żeby przełożyć te myśli na słowa, tak bym mógł je zrozumieć. Nie, to nie była wypowiedź
Katarzyny.

Jej głos był przytłumiony. — Ludzie, którzy zostali uśpieni... znajdują się w stanie zawieszenia.

Nie są gotowi jeszcze do przejścia na inną płaszczyznę... dopóki nie zdecydują, czy chcą przejść czy
nie.  Tylko oni mogą o tym decydować. Jeśli uważają, że nie muszą się  dalej  uczyć... w fizycznym
stanie...   wtedy   wolno   im  przejść   dalej.   Jeśli   jednak   potrzebują   więcej   doświadczeń,   muszą   się
cofnąć, nawet jeśli tego nie chcą. To zawieszenie jest dla nich okresem wypoczynku, czasem, kiedy ich
siły umysłowe mogą wypocząć.

Jeśli   są   przekonani,   że   niczego   więcej   nie   muszą   się  już  uczyć,   mimo   zdobyczy   współczesnej

medycyny   mogą  przejść   wprost   do   stanu   duchowego.   Ta   informacja  zgadzała   się   całkowicie   z
badaniami opublikowanymi na temat stanów bliskich śmierci i wyjaśniała, dlaczego  niektórzy ludzie

background image

postanowili powrócić. Innym nie dano wyboru, musieli wrócić, ponieważ musieli się więcej nauczyć.
Oczywiście wszyscy ludzie, z którymi rozmawiano na temat ich przeżyć u progu śmierci, powrócili
do   swych   ciał.   W   ich   opowiadaniach   jest   uderzająca  zbieżność.   Oderwali   się   od   swych   ciał   i
„obserwowali"  próby reanimacji z jakiegoś punktu ponad ciałem. Następnie widzieli światło albo w
pewnej  odległości   świetlistą   „duchową"   istotę,   czasem   na   końcu   tunelu.   Nie  czuli   bólu.   Kiedy
uświadomili sobie, że ich zadanie na ziemi nie zostało ukończone i że muszą wrócić do swego ciała,
natychmiast znajdowali się w nim, znowu doznając bólu oraz innych fizycznych sensacji.

Miałem kilkoro pacjentów, którzy przeżyli stany bliskie śmierci. Najciekawszym przypadkiem był

zamożny południowoamerykański businessman, imieniem Jakub, który był u mnie na kilku seansach
psychoterapii konwencjonalnej  w jakieś dwa lata po zakończeniu kuracji  Katarzyny.  Jakub, który
został   potrącony   przez   motocykl   w   Holandii   w   1975,   stracił   przytomność,   miał  wtedy
trzydzieści   kilka   lat.   Pamięta,   jak  unosił   się   nad  swym   ciałem   i  oglądał  scenę   wypadku,  widział
karetkę  pogotowia,   lekarza,   który   badał   jego   obrażenia   i   rosnący   tłum   gapiów.   W   pewnym
momencie   ujrzał   w   dali   złociste   światło,   a   kiedy   się   do   niego   zbliżył,   zobaczył  zakonnika   w
brunatnym habicie. Zakonnik powiedział Jakubowi, że jeszcze nie nadszedł czas i że musi wrócić do
swego   ciała.   Z zakonnika   emanowała  mądrość   i  moc,  przepowiedział   mu   też   kilka   wydarzeń   w
następnych  latach  jego   życia,  które istotnie   miały  miejsce.   Jakub  znalazł się ponownie  w swoim
ciele, a kiedy odzyskał przytomność, leżał w szpitalnym łóżku i po raz pierwszy odczuł okropny ból.

W   1980   Jakub,   który   był   Żydem,   pojechał   do   Izraela,  tutaj   zwiedził   Jaskinię   Patriarchów   w

Hebronie,   która  jest  miejscem   świętym  zarówno  dla   Żydów,   jak  i  muzułmanów.  Po wypadku  w
Holandii stał się bardziej religijny i częściej się modlił. Kiedy spostrzegł w sąsiedztwie meczet, usiadł
tam, żeby się pomodlić  razem z muzułmanami.  Po chwili  wstał,  chcąc wyjść.  Jakiś stary człowiek
podszedł do niego i powiedział:

— Jesteś całkiem inny. Twoi bardzo rzadko przychodzą tu, żeby się razem z nami  modlić... -

-   Urwał  i   spojrzał   uważnie   na   Jakuba,   nim   zaczął   mówić   dalej:  -   Spotkałeś   zakonnika.   Nie
zapomnij tego, co ci powiedział.

W pięć lat po wypadku, o tysiące kilometrów od miejsca, gdzie się wydarzył, ten stary człowiek

wiedział o spotkaniu z zakonnikiem, które miało miejsce, gdy Jakub był nieprzytomny.

Któregoś dnia siedziałem w swoim gabinecie i rozmyślałem nad ostatnimi rewelacjami Katarzyny,
zastanawiając się,  o co chodziło Mistrzom Duchowym,  kiedy  stwierdzili,  że istoty ludzkie  nie są
równe.  Ludzie rodzą  się  z  talentami,   umiejętnościami   i  energią   pochodzącą  z  innych   wcieleń.
„Lecz  w końcu  osiągniemy  punkt,  kiedy wszyscy będziemy  równi." Obawiam się,  że ten  punkt
był mi odległy o wiele, wiele wcieleń.

Pomyślałem   o   młodym   Mozarcie   i   jego   niezwykłych  talentach,   które   objawiły   się   już   we

wczesnym   dzieciństwie.   Czy   to   był   również   przypadek   przekazania   dawnych   umiejętności?
Najwidoczniej przenosimy zarówno nasze umiejętności, jak i zobowiązania.

Pomyślałem  też  o tym,  że  ludzie  mają  skłonności   do  tworzenia   ściśle   zamkniętych   grup,   nie

tylko   unikając,  ale   wręcz   obawiając   się   outsiderów.   To   jest   źródłem  przesądów   i   zbiorowej
wrogości.  „Musimy także nauczyć się zbliżać nie tylko do ludzi, których wibracje są  takie same
jak  nasze."   Trzeba  pomagać  tym  innym  ludziom.  Jakąż duchową  mądrością  były przeniknięte
słowa Katarzyny.

— Muszę wracać — stwierdziła.   —  Muszę wracać.   - Ale ja chciałem  usłyszeć  jeszcze coś

więcej.   Spytałem   i   ją,   kto   to   jest   Robert   Jarrod.   Podczas   ostatniego   seansu  wymieniła   jego
nazwisko, twierdząc, że potrzebuje mojej pomocy.

— Nie   wiem...   Może   jest   na   innej   płaszczyźnie,   nie  na  tej.   —  Najwyraźniej   nie  mogła  go

znaleźć. — Tylko wtedy kiedy sam zechce,  kiedy będzie chciał przyjść - szeptała - zawiadomi
mnie. On potrzebuje twojej pomocy.

Nadal nie rozumiem, w jaki sposób mógłbym mu pomóc.

Nie wiem — powtórzyła Katarzyna. — Ale to ciebie będą uczyć, nie mnie.

Bardzo to było interesujące. Czyżby nowy ciekawy dla mnie materiał? Albo może będę mógł

pomóc Robertowi Jarrodowi przez to, że zostanę czegoś nauczony. Nigdy o nim nie słyszeliśmy
ani ja, ani Katarzyna.

background image

— Muszę wracać — powiedziała  znowu.  — Najpierw  muszę  się dostać do  światła. — Nagle

zaniepokoiła się.

— Och, zbyt długo zwlekałam... Ponieważ zwlekałam, muszę znowu czekać. — Kiedy czekała,
spytałem, co widzi i czuje.

— Tylko inne duchy, inne dusze. One także czekają.

- Spytałem ją, czy moglibyśmy się czegoś nauczyć w trakcie tego jej czekania.

- Nie ma ich tutaj, żeby mi powiedzieli — odparła. 

Zdumiewające.  Jeśli  nie było przy niej  Mistrzów,  jeśli  ich nie  słyszała, nie  mogła  samodzielnie
przekazywać ich nauk.

Jestem   teraz   bardzo   niespokojna.   Chcę   odejść...  Kiedy   będzie   właściwa   pora,   odejdę.   —

Znowu   w   ciszy  mijały   minuty.   Wreszcie   przyszła   właściwa   pora.   Znowu  znalazła   się   w   innym
wcieleniu.

Widzę jabłonie... i dom.  Mieszkam w tym domu.  Jabłka są zepsute... robaczywe... nie nadają

się do jedzenia. Jest tu huśtawka, na jednym z drzew jest huśtawka.

- Poprosiłem, żeby spojrzała na siebie.

- Mam jasne włosy,  jestem blondynką,  mam pięć  lat. Na imię mi  Katarzyna. — Zdumiałem

się. A więc  znalazła się w swym obecnym życiu, była pięcioletnią Katarzyną. Ale musiało się to
stać dla jakiejś konkretnej przyczyny.

— Czy tam się coś dzieje, Katarzyno?

Ojciec   gniewa   się  na  nas...  ponieważ  nie   powinniśmy   być   na   dworze.   On...   on   bije   mnie

kijem,  bardzo  ciężkim, to boli... boję się. — Chlipała, mówiąc jak małe dziecko.  - Nie przestanie,
dopóki nas nie będzie porządnie bolało. Dlaczego on nam to robi? Dlaczego jest taki niedobry? —
Poprosiłem,   żeby   spojrzała   na   swoje  życie   z   wyższej   perspektywy   i   odpowiedziała   na   własne
pytania. Ostatnio czytałem  o ludziach,  którzy potrafią  to robić.  Niektórzy autorzy nazywają  to
perspektywą „wyższego ja" albo „większego ja". Ciekaw byłem, czy Katarzyna może osiągnąć ten
stan,   jeśli   on   w   ogóle  istnieje.   Gdyby   mogła,   byłaby   to   znakomita   terapeutyczna   metoda,
prowadząca bezpośrednio do zrozumienia siebie.

- On   nas   nigdy   nie   chciał   -   -   wyszeptała   bardzo   cicho.  — On uważa  nas za  intruzów  w

swoim życiu... On nas nie chce.

— Twego brata także nie? — spytałem.

- Na   brata   jest   jeszcze   bardziej   zły.   Oni   nigdy   nie   chcieli   mieć   mojego   brata.   Nie   byli

małżeństwem,   kiedy...   on   został   poczęty.   —   Okazało   się   to   zaskakującą  dla   Katarzyny
informacją.   Nie   miała   pojęcia,   że   matka   przed   ślubem   była   w   ciąży.   Później   matka   potwier
dziła to.

W trakcie wspominania różnych faktów ze swego obecnego życia Katarzyna przejawiała mądrość

i   dystans,   co   przedtem   ograniczało   się   wyłącznie   do   stanu   przejściowego   albo   duchowego.
Najwyraźniej do głosu doszła „wyższa" sfera jej umysłu, rodzaj nadświadomości.  Może to właśnie
było owo „wyższe ja", o którym  pisano.  Mimo że nie miała  teraz kontaktu z Mistrzami  oraz ich
niezwykłą  wiedzą,  w swym nadświadomym  stanie odznaczała  się wielką  intuicją  i posiadała  za-
skakujące informacje,  chociażby tę dotyczącą poczęcia  jej brata. Katarzyna w pełni świadomości,
po   obudzeniu  się   z   hipnozy   była   o   wiele   bardziej   bojaźliwa,   ograniczona,   całkiem   zwyczajna,
właściwie powierzchowna. Nie pasowała do tego nadświadomego stanu. Ciekaw byłem  czy prorocy
i mędrcy wschodnich i zachodnich religii, tak zwani  „aktualiści",  potrafili  wykorzystywać ten
nadświadomy stan, żeby wzbogacić swoją wiedzę i mądrość. Jeśli tak, to my wszyscy też możemy to
czynić,  ponieważ   wszyscy   musimy   mieć   tę   nadświadomość.  Słynny   psychoanalityk   Carl   Jung
mówił o różnych poziomach świadomości. Pisał o zbiorowej nieświadomo ści, stanie podobnym do
nadświadomości Katarzyny.

Coraz bardziej martwiłem się przepaścią między świadomym rozbudzonym intelektem Katarzyny, a

jej   nadświadomym   umysłem   podczas   transu.   Kiedy   była   zahipnotyzowana,   na   poziomie
nadświadomości mogłem z nią prowadzić niezwykle ciekawe rozmowy dotyczące filozofii. Kiedy się
jednak  obudziła,  nie  interesowała  się  ani  filozofią,  ani   tematami   pokrewnymi.  Żyła   codziennością,
pochłonięta drobiazgami, nie pamiętając o swych genialnych zdolnościach.

Tymczasem ojciec ją bił i dręczył, a powód tego był oczywisty.

On musi się wiele nauczyć — stwierdziłem, wypytując ją.

— Tak, musi...

background image

Spytałem ją, czy wie, czego się musi nauczyć.

— Tego  mi   nie   przekazano  — odparła   z  roztargnieniem,  jakaś daleka.  — Przekazano mi,

co jest dla mnie ważne, co dotyczy mnie. Każdy człowiek musi się zająć sobą, tym co go dotyczy...
co stanowi o nim jako całości. Wiele musimy się nauczyć, wiele mieć  lekcji...  każdy z nas. Tylko
jednej   rzeczy   naraz...   kolejno.   Dopiero   wtedy   dowiemy   się,   czego   potrzebuje   nasz   bliźni
albo czego  mu  brak,  a  to  sprawi,   że  będziemy   harmonijną  całością.  — Mówiła  cicho,  z  wielkim
przekonaniem.

Kiedy Katarzyna się odezwała, znowu była dzieckiem:

- On   mnie   zmusza   do   tego,   żebym   wymiotowała!  Każe   mi   jeść   to,   czego   nie   chcę.

Nienawidzę  sałaty i cebuli... Zmusza mnie do jedzenia, choć dobrze wie, że zwymiotuję. Ale jego
to nic nie obchodzi! – Katarzyna zaczęła  wydawać  takie  odgłosy, jakby  wymiotowała, z trudem
chwytając   oddech.   Znowu   poleciłem   jej,   żeby  spojrzała   z   wyższej   perspektywy,   by   mogła
zrozumieć, dlaczego jej ojciec tak postępuje.

— To   musi   wypełnić   jakąś   pustkę   w   nim   --   powie działa   szeptem.   --   Nienawidzi   mnie,   z

powodu tego, co zrobił, i siebie też nienawidzi. — Prawie już zapomniałem o

lubieżnym

zachowaniu ojca,  kiedy miała  trzy lata.

- Dlatego ciągle mnie  karze... Musiałam coś zrobić, co sprawiło,  że jest  taki dla mnie.  — Miała

wtedy zaledwie trzy lata, a jej ojciec był pijany. Mimo to od tej pory poczucie winy drzemało w
niej głęboko ukryte. Wyjaśniłem jej mechanizm całej sprawy.

-

Byłaś malutkim dzieckiem.  Musisz się wyzbyć poczucia  winy,  Ty nie zrobiłaś nic złego.  Co

mogło zrobić trzyletnie dziecko? Nie ty byłaś winna, lecz twój ojciec.

-

No,  to wtedy  także  musiał  mnie  nienawidzić   —   wyszeptała. — Znałam go przedtem,  ale

teraz nie mogę się na tym oprzeć.  Muszę wrócić do tamtego czasu.

- Choć minęło już kilka godzin, chciałem, żeby cofnęła się do ich dawnych związków. Udzieliłem

jej szczegółowych informacji.

— Jesteś w stanie głębokiej  hipnozy.  Za chwilę  policzę wstecz od trzech do jednego.  Zejdziesz

jeszcze głębiej i będziesz   się   czuć   całkowicie   bezpieczna.   Twój   umysł  będzie   mógł   znowu
swobodnie  cofnąć się  w  czasie,

 

wrócić  do tego okresu, kiedy zaczął się twój  kontakt  z ojcem

w obecnym życiu, do czasu, który miał największe znaczenie  i wpływ  na to, co się stało w twoim
dzieciństwie między nim a tobą. Kiedy powiem „jeden", wrócisz do tego właśnie okresu i przypomnisz
go sobie. To bardzo ważne dla twojej kuracji. Możesz to zrobić.  Trzy... dwa... jeden... -- Nastąpiła
długa chwila ciszy.  - Nie widzę go... ale widzę zabijanych ludzi! — Mówiła głośno chrypliwie. —
Nie wolno nikogo gwałtownie pozbawiać życia, nim nie przeżył swej karmy.  A my to robimy. Nie
mamy do tego prawa. Ci, którzy zabijają innych ludzi, po śmierci przejdą do innego wymiaru i będą
tam cierpieć,  będą  pozbawieni  spokoju.  Odesłani  tu z powrotem  będą  mieli  bardzo ciężkie  życie.  I
będą musieli zadośćuczynić tym ludziom, których niesprawiedliwie skrzywdzili. Ci, którzy przerywają
życie innych ludzi, nie mają do tego prawa. Tylko Bóg może ich ukarać, nie my. — Minęła długa
chwila   ciszy.  —   Odeszli   —  szepnęła.   —  Mistrzowie   Duchowi   przekazali   nam   dziś   jeszcze   jedno
przesłanie, mocne i wyraźne: pod żadnym pozorem nie wolno nam zabijać. Tylko Bóg może karać.

Katarzyna była wyczerpana, postanowiłem więc odłożyć na później  dociekania tyczące dawnych

związków z ojcem  i wyprowadziłem  ją  z transu. Nie pamiętała  nic,  z wyjątkiem  swego wcielenia
jako Christian i jako mała Katarzyna. Była zmęczona, ale bardzo spokojna i odprężona, jakby pozbyła
się wielkiego  ciężaru. Spojrzeliśmy na  siebie z Carole.  My także byliśmy  wyczerpani.  Drżeliśmy i
pociliśmy się, chłonąc każde słowo Katarzyny. Przeżyliśmy wspólnie coś niezwykłego.

Rozdział szósty

Teraz przesunąłem seanse z Katarzyną na koniec dnia, ponieważ trwały zwykle kilka godzin. Kiedy
przyszła w następnym tygodniu, była spokojna, uśmiechnięta. Rozmawiała z ojcem przez telefon. Nie
podając mu  szczegółów,  wybaczyła mu. Była pogodna  jak nigdy  dotąd. Poprawa stanu jej zdrowia

background image

zdumiała   mnie.   Rzadko  się   zdarzało,   żeby  pacjent   cierpiący  na  chroniczne,  głęboko   zakorzenione
fobie i lęki poprawił się tak szybko. Ale oczywiście Katarzyna nie była zwykłą pacjentką, a tok jej
kuracji z pewnością był unikalny.

Widzę porcelanową  lalkę siedzącą  na półce nad  kominkiem.  — Szybko zapadła w głęboki

trans.   —   Po  obu   stronach   kominka   są   książki.   To   pokój   w   jakimś  domu,   obok   lalki   stoją
świeczniki.   Nad   kominkiem   wisi  obraz...   twarz   mężczyzny.   To   on...   —   Zaczęła   uważnie
oglądać pokój. Spytałem ją, co widzi.

Coś   leży   na   podłodze.   Jest   puszyste...   tak,   to   jest   skóra   zwierzęca.   Po  prawej   stronie   są

szklane   drzwi...  które   wychodzą   na   werandę.   Na   froncie   domu   są   kolumny,   cztery   schody
prowadzą   do   ścieżki.   Wokół   rosną  wielkie   drzewa.   Na   dworze   stoją   konie,   przywiązane   do
słupów przed domem.

Czy wiesz, gdzie to jest? — spytałem. — Katarzyna głęboko westchnęła.

— Nie widzę nazwy — szepnęła — ale gdzieś musi  być wyryty rok. To osiemnasty wiek,  ale

ja nie... dużo drzew i żółtych kwiatów, bardzo ładnych żółtych kwia tów. - Te kwiaty rozproszyły
jej   uwagę.   -   Pięknie  pachną,   bardzo   słodko,   są   mi   nieznane...   bardzo  duże...  żółte   z   czarnymi
środkami.   —   Urwała,   zajęta   kwiatami.  Przypomniało   mi   się   pole   słoneczników   na   południu
Francji. Spytałem, jaki jest klimat.

-

Bardzo   łagodny,   nie   ma   wiatru,   ani   gorąco,   ani  zimno.   —   Nie   udało   nam   się

zidentyfikować tego miejsca.  Skierowałem ją  znowu do  domu,  zabierając  od  fascynujących ją
żółtych kwiatów i spytałem, czyj portret wisi nad kominkiem.

-

Nie    mogę...       słyszę     imię     Aaron...      na     imię    ma  Aaron.   --   Spytałem,   czy   to  on   jest

właścicielem domu.

— Nie   on,   ale   jego   syn.   Ja   tu   pracuję.   —   Znowu   była   służącą.  Nigdy  dotąd nie  była  kimś   w
rodzaju Kleopatry czy Napoleona. Ci, którzy wątpią w reinkarnację, łącznie ze mną samym, który
jeszcze   dwa   miesiące   temu  miał   tyle  naukowych   zastrzeżeń,  często  podkreślają,  że  jest bardzo
wiele wcieleń w słynnych ludzi. Teraz znalazłem się w nad wyraz trudnej sytuacji, ponieważ reinkar
nacja   została   potwierdzona   naukowo   w   moim   gabinecie  na   oddziale   psychiatrii.   A   przy   tym
odkryłem znacznie więcej, nie tylko reinkarnację.

— Moja  noga  jest  bardzo ciężka... — mówiła  dalej  Katarzyna.    Coś  się  z  nią   stało.     Mam

takie uczucie, jakby jej nie było... Noga mnie boli. Kopnął mnie koń.

— Poleciłem, żeby się sobie przyjrzała.

— Mam kręcące się brązowe włosy, na głowie noszę

 

coś w rodzaju czepka, białego czepka...

granatową  suknię i biały fartuch... Jestem młoda, ale nie jestem już  dzieckiem.  Noga  mnie boli.
To się stało niedawno.  Okropny ból. -- Najwyraźniej bardzo cierpiała. — Podkowa... podkowa.
Kopnął mnie podkową. To bardzo  złośliwy  koń.  — Głos jej  ścichł,  kiedy ból wreszcie  ustąpił.
— Czuję zapach siana, paszy w stodole.  W stodole  pracują  także  inni   ludzie.  —  Spytałem  ją,
jakie są jej obowiązki.

- Najpierw   służyłam...   służyłam   w   wielkim   domu.  Potem   miałam   tam   coś   do   czynienia   z

dojeniem krów.

- Chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o właścicielach.

— Żona  jest dość pulchna, niemodnie  ubrana. Ma dwie córki... Nie znam ich — powiedziała

uprzedzając moje następne pytanie, czy nie pojawiły się w jej obecnym życiu. Spytałem ją, jaka jest
jej osiemnastowieczna rodzina.

- Nie   wiem,   nie   widzę   ich.   Nikogo   nie   widzę   koło  siebie.   —   Spytałem,     czy   ona   tam

mieszka.  -  Tak,  mieszkałam   tam,   ale  nie   w  głównym   domu.   Dla   nas   jest   bardzo   mały   domek.
Mamy   kury.   Zbieramy   jajka.   Brązowe   jajka.   Mój   domek   jest   bardzo   mały...   pomalowa ny   na
biało... tylko jedna izba. Widzę mężczyznę, żyję z nim. Ma bardzo kędzierzawe włosy i niebieskie
oczy.
— Spytałem ją, czy są małżeństwem.

— Nie tak jak oni  pojmują  małżeństwo.  — Czy ona się tam urodziła?  — Nie,  bardzo młodo

zostałam sprowadzona do majątku. Moja rodzina była bardzo biedna.
— Ówczesnego   towarzysza   życia   nie   spotkała   w   obecnym   wcieleniu.   Poleciłem,   żeby   się
przeniosła w czas następnego ważnego wydarzenia.

- Widzę   coś   białego...   z   dużą   ilością   wstążek.   To   chyba   kapelusz.     Rodzaj     czepka   z

piórami  i  białymi wstążkami.

background image

— Kto nosi ten kapelusz? Czy to...

Przerwała mi gwałtownie: — Pani domu oczywiście.

Poczułem  się głupio.    — To ślub jednej  z córek.  Wszyscy z całego majątku biorą udział w

uroczystości.

Spytałem ją, czy w gazetach były jakieś wzmianki o

ślubie.   Jeśli   tak,   poprosiłbym   ją,

żeby spojrzała na datę.

Oni tu chyba nie mają  gazet.  Nic takiego nie  widzę. — Zdobycie istotnych szczegółów

okazało się w tym wcieleniu Katarzyny dość trudne.

Nie widzisz siebie na ślubie? — spytałem. Odparła natychmiast głośnym szeptem:

My  nie   bierzemy  udziału  w  takich   uroczystoś ciach.  Tylko  przyglądamy  się,  jak goście

przyjeżdżają i odjeżdżają. Służbie tego nie wolno.

— Co czujesz?
— Nienawiść.
— Dlaczego? Czy źle was traktują?

Ponieważ jesteśmy biedni  i całkowicie od  nich zależni, tak mało mamy w porównaniu z

nimi.

-

Czy kiedykolwiek opuściłaś majątek? Czy przebywałaś tam przez całe życie?

-

Spędziłam   tu   całe   życie   -   powiedziała   ze   smut kiem.   Doprawdy   życie   miała   trudne,

beznadziejne. Poleciłem Katarzynie przenieść się w dzień jej śmierci.

— Widzę dom. Leżę na łóżku. Dają mi coś do picia, coś ciepłego.  Pachnie miętą. Czuję ciężar

na piersiach. Trudno mi oddychać. Tak boli, że trudno mi mówić.

-   Oddychała   ciężko,   płytko,   wyraźnie   ją   bolało.   Po   kilku   minutach   cierpienia   twarz   jej

wypogodziła  się,  ciało odprężyło.  Zaczęła normalnie oddychać. — Opuściłam swoje ciało. — Głos
jej  stał  się donośny  i ochrypły.  — Widzę  cudowne   światło...  Podchodzą  do mnie  ludzie.  Cudowni
ludzie.   Nie  boję   się...   Przyszli,   żeby   mi   pomóc...   Czuję   się   bardzo   lekka...   —   Nastąpiła   długa
przerwa.

- Czy myślisz o tym życiu, które właśnie zakończyłaś?

To  przyjdzie   później.   Teraz  czuję   tylko   spokój.   To  czas   wypoczynku.   Dusza...   tutaj   dusza

znajduje   spokój.  Zostawiłam   za     sobą   wszystkie   cielesne   dolegliwości.  Dusza   jest   spokojna,
radosna. To cudowne  uczucie...  cudowne,  jakby słońce zawsze tu świeciło.  To światło  jest  tak
promienne!   Wszystko pochodzi od   światła.  Energia też pochodzi od tego światła. Dusza ludzka
od   razu   tam   idzie.   Jakby   nas   przyciągała   magnetyczna   siła.  To   źródło   siły   jest   cudowne.   Ono
potrafi uzdrawiać.

— Czy ma jakiś kolor?

Ma  wiele  kolorów.  —  Urwała,   odpoczywając w tym świetle.

— Co teraz przeżywasz? — zaryzykowałem pytanie.

Nic...   po  prostu   spokój.   Jestem   wśród   przyjaciół.  Oni   wszyscy   tu  są.   Widzę   wielu   ludzi.

Niektórzy   są   mi

 bliscy,   inni   nie.   Ale   tutaj   czekamy.   —   Nadal   czekała,

a minuty wolno upływały.

Postanowiłem przyspieszyć tempo naszej rozmowy.
— Chciałbym zadać ci pytanie.

- Kogo dotyczące? - spytała Katarzyna.

- Ciebie albo Mistrzów — powiedziałem ogólnikowo. — Moje pytanie brzmi następująco: Czy

wybieramy  czas naszych narodzin i naszej śmierci? Czy możemy  wybrać  sobie  naszą  sytuację
życiową?     Czy     możemy  wybrać   czas   naszego   przejścia   w   nową   powłokę   cielesną?  Sądzę,   że
zrozumienie tego uspokoi wiele twoich lęków.  Czy jest  tam ktoś,    kto mógłby  odpowiedzieć  na
to  pytanie? — Nagle w pokoju zrobiło się zimno.  Kiedy   Katarzyna znowu przemówiła, jej  głos
był niższy i bardziej dźwięczny. Nigdy takiego głosu u niej nie słyszałem. To był głos poety.

— Tak,  wybieramy  czas,  kiedy  chcemy  przejść  w  stan  fizyczny   i   kiedy   go  opuścimy.   Wiemy,

kiedy dokonaliśmy tego,  po co nas tu wysłano.  Wiemy,  kiedy  nadszedł  czas, że trzeba  umrzeć.
Wtedy, gdy nie można już nic więcej osiągnąć w danym wcieleniu. A kiedy upłynął  odpowiedni
czas, kiedy się już wypoczęło i naładowało ponownie duszę  energią,  wolno  znów  wejść w  stan
fizyczny.   Ci,  którzy się wahają, którzy  nie  są pewni,  czy  chcą   tu   wrócić,   mogą   utracić   szansę,
która im została dana, szansę, by wypełnić to, co muszą, kiedy są w stanie fizycznym.

background image

Od razu wiedziałem, że to nie Katarzyna mówi.

 Kto do mnie mówi? — spytałem. — Kto przema wia?

  Nie wiem  — odpowiedziała  Katarzyna  swoim  tak  dobrze mi  znanym  szeptem.  — To głos

kogoś  bardzo...kogoś, kto kontroluje rzeczy,  ale ja nie wiem,  kto to jest.  Słyszę tylko jego  głos i
staram się przekazać, co mówi.

Ona   także   wiedziała,   że   te   słowa   nie   pochodzą   od   niej,  ani   z   jej   podświadomości,   ani

nieświadomości.   Nawet  nie   z   jej   nadświadomego   ja.   W   jakiś   sposób   słuchała  tego,  przekazując
słowa albo myśli kogoś niezwykłego,  kogoś, kto „kontroluje rzeczy". Tak więc pojawił się następny
Mistrz,   zupełnie   inny   niż   tamten   albo  ci  inni,  od których  pochodziły  poprzednie,  pełne  mądrości
przesłania. To był nowy duch,  z charakterystycznym głosem  i stylem,  poetyczny,  radosny.  To był
Mistrz, który choć  o śmierci mówił bez wahania, jego słowa i myśli przepojone były miłością. Miłością
prawdziwą,  gorącą,  a  jednak  niezawisłą   i   uniwersalną,   pełną   szczęścia,   nie   zachłanną,  nie   płytką   i
emocjonalną czy zaborczą, a przy tym taką jakąś swojską.

Szept Katarzyny stał się głośniejszy. — Ja nie wierzę w nich.

- W kogo nie wierzysz? — spytałem.

W Mistrzów.

— Nie wierzysz?

Nie,   brak   mi   wiary.   Dlatego   moje   życie   było   takie  trudne.   W   nic   nie   wierzyłam   w   tym

wcieleniu.   - Spokojnie dokonywała  oceny  swego osiemnastowiecznego  życia. Spytałem  ją, czego
się nauczyła w tym wcieleniu.

Nauczyłam się gniewu i pretensji do ludzi. Nauczyłam się również tego, że nie mam kontroli

nad swoim  życiem.    Pragnęłam nim   kierować,  ale nie udało   się.  Muszę wierzyć  w Mistrzów.
Oni mnie przeprowadzą  przez wszystkie etapy. Ale ja nie miałam wiary. Od  początku czułam,
że jestem potępiona. Nigdy nie patrzyłam na życie radośnie. My musimy mieć wiarę... musimy.  A
ja wątpiłam. Zdecydowałam, żeby wątpić, a nie wierzyć. — Urwała.

—  Co  powinnaś  zrobić   i   ja  też,  żeby   nam  było   lepiej?  Czy  nasze   ścieżki   są   takie   same?   —

spytałem.   Odpowiedź   otrzymałem   od  Mistrza,   który  w  zeszłym   tygodniu  mówił  o intuicyjnych
siłach i o powrocie ze stanu  śpiączki. Głos,  styl,  ton były całkiem  inne niż Katarzyny  i  Mistrza-
poety, który mówił chwilę przedtem.

Ścieżka   każdego   jest   zasadniczo   taka   sama.   My   wszyscy   musimy   nauczyć   się   pewnych

postaw,  kiedy  jesteśmy  w stanie fizycznym.  Niektórzy szybciej  to pojmują  niż  inni.  Miłosierdzie,
nadzieja, wiara, miłość... wszyscy musimy je znać, i to dobrze znać. Nie istnieje tylko jedna wiara i
jedna  miłość... tyle różnych czynników  składa się na  każdą  z nich.  Jest tyle sposobów,  żeby   je
okazywać. A my czerpiemy tylko po trochu  z każdej z tych cnót.

Zakonnicy   osiągnęli   więcej   niż   ktokolwiek   z   nas,  ponieważ   złożyli   śluby   czystości   i

posłuszeństwa.   Wyrzekli   się   tak  wielu   rzeczy,   nie   prosząc   o  nic   w   zamian.   Wszyscy  inni   stale
domagają się nagród i usprawieliwień swego postępowania... kiedy nie ma nagród, nagród których
sig   żąda.   Nagroda   jest   w   działaniu,   i   tylko   w   działaniu,   które   niczego   nie   oczekuje...   w
działaniu bezinteresownym.

— Ja tego się nie nauczyłam — dodała Katarzyna   swoim cichym szeptem. Przez chwilę byłem
zmieszany   słowem   „czystość",   ale

 

zrozumiałem,   że   jego   źródłem   jest   przymiotnik   „czysty",

nawiązujący do całkiem innego stanu niż po prostu abstynencja płciowa.

... — Nie należy zbytnio sobie dogadzać — ciągnęła dalej... Nigdy nie przesadzać... nigdy nic

w nadmiarze... Zrozum to. Naprawdę musisz zr ozumieć.  - Znowu urwała.

— Staram się — odparłem i postanowiłem  skoncen rować się na Katarzynie.  Może Mistrzowie

jeszcze nie odeszli. - Co mogę uczynić, żeby naprawdę pomóc  Katarzynie w pokonaniu strachów
i   lęku?   Czego   jeszcze  musi   się   nauczyć?   Czy   to,   co   teraz   robię,   jest   najlepszym   sposobem,   czy
powinienem coś zmienić? Zająć się specjalną dziedziną? Jak mogę jej pomóc najlepiej?

Odpowiedź została udzielona  głębokim głosem Mistrza-poety, pochyliłem  się w przód w moim

fotelu.

Robisz  to, co właściwe,  ale to jest   dla  ciebie,  a nie   dla  niej.  — Raz jeszcze przesłanie było

raczej dla mojego dobra niż Katarzyny.

— Dla mnie?

Tak.   To,   co   mówimy,   jest   dla   ciebie.   —   Nie   tylko   nawiązywał   do   Katarzyny   w   trzeciej

osobie, ale powiedział „my". A więc istotnie obecnych było kilku Mistrzów Duchowych.

background image

Czy   mogę   poznać   wasze     imiona?   —   spytałem  natychmiast,   ulegając   ziemskiej

ciekawości. - - Potrzebuję przewodnictwa. Tyle muszę się dowiedzieć.

Odpowiedź   przypominała   poema t   o   moim   życiu   i śmierci. Głos był łagodny,  a ja czułem

kochającą obecność przyjaznego ducha. Słuchałem pełen podziwu i szacunku.

— W odpowiednim  czasie będziesz  miał  przewodnictwo,  będziesz  prowadzony...  we  właściwym

czasie. Kiedy dokonasz tego, co masz dokonać, wtedy twoje życie się skończy. Ale nie przedtem.
Masz jeszcze dużo czasu przed sobą... dużo czasu.

Poczułem   najpierw   lęk,   ale   zaraz  potem  ulgę.   Jak  to  dobrze,  że  nie  wdawał  się  w szczegóły.

Wyraźnie zaniepokojona Katarzyna odezwała się szeptem.

— Spadam,   spadam...   próbuję   znaleźć   moje   życie...  spadam.   —   Westchnęła,   ja   również.

Mistrzowie   odeszli.  Wzruszony   byłem   skierowanymi   do   mnie   cudownymi  przesłaniami,
nawiązaniem  kontaktu z duchową  sferą.  Aluzje, szczegóły były zdumiewające. Światło po śmierci i
życie   po   śmierci,   nasz   wybór,   kiedy   się   mamy   urodzić  i   kiedy   umrzeć,   pewne,   bezbłędne
przewodnictwo Mistrzów,    życie  mierzone    lekcjami,     których  człowiek     się  uczy, i wypełnione
zadaniami,   a   nie   latami,   miłosierdzie,  wiara,   nadzieja,   miłość,   a   wszystko   czynione   bezintere
sownie bez oczekiwania na nagrodę — ta wiedza została mi przekazana. Ale w jakim celu? Dlaczego
zostałem tu wysłany? Czego mam dokonać?

Te dramatyczne  przesłania   i  zdarzenia,   które  przeżyłem  w moim  lekarskim  gabinecie   wywołały
poważne   zmiany   w   osobistym   i   rodzinnym   życiu.   Stopniowo   zaczęło   się   zmieniać   moje
usposobienie.  Kiedyś na przykład jechałem wraz z synem na mecz  baseballowy  i ugrzęźliśmy  w
wielkim   korku.   Zawsze   mnie   to   okropnie   denerwowało,   a   do   tego   groziło   nam   spóźnienie   na
pierwszą   część   gry,   a   może   nawet   i   drugą.   I   nagle   uświadomiłem   sobie,

 

że  wcale   się   tym   nie

przejmuję.   Nie   zwalałem   winy   na   jakiegoś   kiepskiego   kierowcę.   Byłem   zrelaksowany.   Nie
wyładowałem   irytacji   na   moim   synu,   po   prostu   zaczęliśmy   spokojnie   rozmawiać.   Uświadomiłem
sobie,   że   chcę  spędzić   miłe   popołudnie   z   Jordanem,   przy   okazji   oglądając   mecz,   który   nas   obu
bardzo   interesował.   Gdybym  się   przejmował   i   denerwował,   cała   ta   nasza   wyprawa  poszłaby   na
marne.

Patrzyłem  na  moje  dzieci  i żonę,  i  zastanawiałem  się,  czy przedtem zawsze byliśmy  razem.  Czy

wspólnie przeżywaliśmy doświadczenia i tragedie doczesnego życia? Poczułem do nich wielką tkliwą
miłość.  Uświadomiłem  sobie,   że   ich   wady   i   słabostki   są   błahe.   Właściwie  całkiem   nieistotne.
Najważniejsza jest miłość.

Z   tego   samego   powodu   nawet   zacząłem   patrzeć   przez  palce   na   własne   wady.   Czy   muszę   być

doskonały i kontrolować się przez cały czas? Na każdym robić dobre wrażenie?

Byłem  bardzo  szczęśliwy,  że  te  wszystkie   przeżycia   mogłem   dzielić   razem   z  Carole.   Po  kolacji

często rozmawialiśmy o moich uczuciach i reakcjach podczas spotkań z Katarzyną. Carole ma umysł
bardzo   analityczny   i   mocno   stoi   na   ziemi.   Wiedziała,   że   od   początku  eksperyment   z   Katarzyną
prowadziłem bardzo ostrożnie, w sposób naukowy, i odgrywała rolę „adwokata diabła", po to, bym
mógł  bardziej  obiektywnie  spojrzeć  na przebieg seansów.  Kiedy jednak coraz więcej  obiektywnych
faktów przemawiało za tym,  że Katarzyna  naprawdę odkryła wielkie prawdy, Carole wraz ze mną
dzieliła moje obawy i radości.

Rozdział siódmy

Kiedy tydzień później  Katarzyna znowu przyszła, czekała na nią taśma z niezwykłym  dialogiem  z
poprzedniego   seansu,   gdy   po   relacji   z   dawnego   wcielenia   objawiła   mi   niebiańską   poezję.
Poinformowałem ją, że opowiedziała mi wtedy o swych przeżyciach po śmierci, ale nie pamiętała ani
stanu pomiędzy wcieleniami, ani tego duchowego, i najwyraźniej nie interesowała się tym, co mówię.
Ponieważ czuła zdecydowaną poprawę i była w dobrym nastroju, nie miała ochoty zapoznać się z tym
materiałem.   Poza   tym   oświadczyła   mi,   że   to   wszystko  jest   wręcz   „niesamowite".   Z   trudem

background image

nakłoniłem ją, żeby jednak posłuchała. Przecież właśnie dzięki niej to wspaniałe, podnoszące na duchu
przeżycie stało się moim  udziałem  i dlatego razem z nią chciałem je dzielić.  Zaledwie przez kilka
minut   słuchała   swego   szeptu,   płynącego   z   taśmy   i   poprosiła,   żebym   wyłączył   magnetofon.
Powtórzyła   znowu,   że   to   jest   „niesamowite",   i   dodała,   iż   sprawia   jej   przykrość.   W   odpowiedzi
spokojnie zacytowałem słowa Mistrza-poety: „To jest dla ciebie, nie dla niej".

Ciekaw byłem, jak długo jeszcze trwać będą te seanse, ponieważ z każdym tygodniem Katarzyna

czuła się coraz lepiej,  choć nadal bała się zamkniętych miejsc   i nadal jej kontakty ze Stuartem
były burzliwe.

Już  wiele   miesięcy   temu   zaniechałem   seansów  tradycyjnej   psychoterapii,   nie   były   potrzebne.

Teraz zawsze  na początku rozmawialiśmy  o tym,  co wydarzyło  się  w ciągu tygodnia, a potem
szybko   przechodziliśmy   do  hipnozy,   do   wędrówek   w   przeszłość.   Katarzyna   wskutek  tego,   że
przypomniała   sobie   bolesne   przeżycia   fizyczne  i   psychiczne   z   poprzednich   wcieleń,   a   także
uświadomiła te mniejsze, codzienne, była właściwie wyleczona. Jej fobie i ataki lęku zniknęły. Nie
bała   się   śmierci   i   umierania.   Nie   bała   się   tego,   że   straci   nad   sobą   kontrolę.   Obecnie
psychiatrzy,   lecząc   pacjentów   z  objawami  takimi   jak  u   Katarzyny,   stosują   duże   dawki   środków
uspokajających   i   antydepresyjnych   oraz   intensywną   psychoterapię   indywidualną   lub   grupową.
Wielu   psychiatrów  wierzy,   że   przyczyny   tego   rodzaju   symptomów   są   natury  biologicznej,   że
powodem ich jest brak jednego lub kilku składników chemicznych w mózgu.

Kiedy   tym   razem   wprowadziłem   Katarzynę   w   głęboki  trans   hipnotyczny,   pomyślałem,   jak   to

dobrze,   że  w  ciągu  kilku  tygodni   bez   lekarstw  i  tradycyjnej   terapii   indywidualnej   lub   grupowej
została prawie wyleczona. To nie było tylko przytłumienie objawów, ani zaciskania zębów i życie
mimo  ustawicznych  stanów lękowych.  Objawy ustąpiły na skutek kuracji, a promienna  i radosna
Katarzyna była szczęśliwa ponad moje wszelkie oczekiwania.

Znowu zaczęła cicho szeptać: — Jestem w budynku jakby z kopulastym sufitem.  Ten sklepiony

sufit jest błękitno-niebieski. Wraz ze mną są inni ludzie. Ubrani są w... w coś starego,  w jakby
suknie   bardzo   stare

 

i   bardzo   brudne.   Nie   wiem,   jak   się   tu   znaleźliśmy.   W   tej  sali   jest   wiele

posągów. Są też jakieś przedmioty stojące na kamiennych postumentach. Na końcu sali jest wielki
złoty  posąg.   Wygląda...   Ta  postać  jest  bardzo   duża,  ze  skrzydłami.  I  bardzo  zła.   W  tej  sali   jest
gorąco, bardzo gorąco... Dlatego tak gorąco, że nie ma tu żadnych otworów. Musimy trzymać się z
dala od wsi. Coś złego dzieje się z nami.

— Czy jesteś chora?

Tak.   My  wszyscy   jesteśmy   chorzy.   Nie   wiem   na  co,   ale   nasza   skóra   obumiera,   staje   się

czarna. Bardzo  mi  zimno.    Powietrze jest   bardzo suche,  duszne.  Nie  możemy  wrócić   do   wsi.
Musimy być z dala od niej.  Niektórzy ludzie mają zniekształcone twarze.

To   musiała   być   jakaś   okropna   podobna   do   trądu   choroba.   Jeśli   Katarzyna   miała   kiedyś

wspaniałe życie, to jeszcze na nie nie natrafiliśmy.

— Jak długo musisz tam pozostać?

Na zawsze — odparła ponuro — aż umrzemy. Na to nie ma lekarstwa.

— Czy wiesz, jak się ta choroba nazywa?

Nie. Skóra wysycha  i kurczy się. Jestem tu od lat.  Ale są tacy, którzy dopiero przyszli.  Nie

ma stąd powrotu. Zostaliśmy wyrzuceni, żeby tu umrzeć.

Cóż za okropne życie miała w tej jakby jaskini.

- Musimy polować, żeby zdobyć pożywienie. Widzę dzikie zwierzę, na które polujemy... ma rogi.

Jest brunatne z rogami, wielkimi rogami.

— Czy ktoś was odwiedza?

Nikt   nie   może   się   do   nas   zbliżyć,   bo   także   za chorowałby. Zostaliśmy przeklęci... za zło,

które wyrządziliśmy.  I to jest  nasza kara. — Zasady jej  teologii  stale zmieniały się, zależnie od
wcielenia. Dopiero po śmierci, kiedy była duchem, otaczał ją spokój, życzliwość.

— Czy wiesz, który to rok?

Straciliśmy rachubę czasu. Jesteśmy chorzy, czekamy tylko na śmierć.

— Nie ma żadnej nadziei? — Mnie też udzieliła się jej rozpacz.

Nie   ma   żadnej   nadziei.   Wszyscy   umrzemy.   I   tak   mnie   bolą   ręce.   Jestem   bardzo  słaba.   I

stara. Trudno mi się poruszać...

A co stanie się, kiedy wcale nie będziesz mogła się poruszać?

Przeniosą mnie do innej jaskini i zostawią, żebym tam umarła.

background image

— A co robią ze zmarłymi?

Pieczętują wejście do jaskini.

- Czy zdarza się,  że pieczętują  wejście,  nim  ktoś  zmarł? — Starałem się znaleźć przyczynę

jej strachu przed zamknięciem.

Nie   wiem.   Nigdy   tam   nie   byłam.   Jestem   w   sali  razem   z   innymi   ludźmi,   jest   bardzo

gorąco. Leżę pod ścianą.

Do czego służy ta sala?

Żeby oddawać cześć... wielu bogom. Jest bardzo gorąco.

Poleciłem   jej   posunąć   się   naprzód   w   czasie.   —   Widzę  coś   białego.   Coś   białego   w   rodzaju

baldachimu. Kogoś przenoszą.

— Ciebie?

Nie   wiem.   Z   radością   powitam   śmierć.   Tak   bardzo   cierpię.   --   Katarzyna   miała   usta

zaciśnięte z bólu i ciężko oddychała z powodu gorąca w jaskini.  Poprowadziłem ją do dnia jej
śmierci. Nadal z trudem łapała powietrze.

— Trudno ci oddychać.

Tak   gorąco   tu...   gorąco   i   bardzo   ciemno.   Nic   nie   widzę...   i   nie   mogę   się   poruszać.   —

Umierała   sparaliżowana,   samotna   w   gorącej   ciemnej   jaskini,   do   której   zapieczętowano   już
wejście.   Była   przerażona,   nieszczęśliwa.   Jej   oddech   stał   się   szybszy,   nieregularny,   umarła.
I tak się nareszcie skończyło jej pełne udręki życie.

Czuję się bardzo lekko... jak  bym  szybowała. Bardzo tu jasno. O, jak cudownie!

— Czy cię coś boli?

- Nie! — Urwała  i czekała na Mistrzów.  Ale zamiast tego została jakby porwana. — Spadam

bardzo szybko. Wracam do jakiegoś ciała! — Była tak samo zdumiona jak ja.

Widzę budowle, budowle z okrągłymi kolumnami.  Bardzo   wiele jest   tych   budynków.    My

jesteśmy  na zewnątrz. Czemuś się przyglądamy... Ludzie mają bardzo śmieszne maski, zakrywają
sobie twarze. To jakaś uroczystość. Ubrani są w długie szaty i noszą maski zakrywające twarze.
Udają, że są kimś innym. Stoją na podeście... nad którym my siedzimy.

— Czy oglądasz sztukę?
— Tak.
— Jak wyglądasz? Spójrz na siebie.

Mam brązowe  włosy,   splecione  w warkocz.  -   Urwała. - Jej opis samej siebie i obecność

drzew  oliwkowych   przypomniały  mi   wcielenie   Katarzyny   piętnaście   stuleci   przed   narodzeniem
Chrystusa, kiedy ja byłem jej nauczycielem. Diogenesem. Postanowiłem to sprawdzić.

— Czy wiesz, jaki to rok?
— Nie.
— Czy są z tobą ludzie, których znasz?

Tak, obok mnie siedzi mój mąż.  Nie znam go w obecnym życiu.

— Czy masz dzieci?

- Jestem teraz przy nadziei. Ciekawy był dobór słów Katarzyny, jakiś   staroświecki,    całkiem

różny  od jej współczesnego stylu.

— Czy jest tam twój ojciec?

Nie widzę go. Ty tu gdzieś jesteś... ale nie koło   mnie. — A więc miałem rację. Cofnęliśmy

się o trzydzieści pięć stuleci.

— Co ja tam robię?

Teraz się rozglądasz, w ogóle uczysz... Nauczyliśmy się od ciebie wielu śmiesznych rzeczy o

kwadratach i kołach. Diogenesie, jesteś tu.

— Co więcej wiesz o mnie?
— Jesteś stary.  Jakoś jesteśmy spokrewnieni...   ty jesteś bratem mojej matki.

- Czy znasz kogoś więcej z mojej rodziny?

— Znam  twoją   żonę...   i   twoje   dzieci.   Masz  synów.  Dwóch   jest   starszych   ode   mnie.   Moja

matka umarła bardzo młodo.

— Czy to ojciec cię wychowywał?
— Tak, ale teraz jestem mężatką.
— Oczekujesz dziecka?

Chyba tak. Nie chciałabym umrzeć podczas porodu.

background image

- Czy to właśnie przydarzyło się twojej matce?

— Tak.
— I boisz się, że tak samo będzie z tobą.
— To się często zdarza.
— Czy to jest twoje pierwsze dziecko?

- Tak. I bardzo się boję. To będzie wkrótce. Jestem bardzo gruba. Ciężko mi się ruszać... Jest

zimno.  —  Sama przesunęła  się do przodu w czasie. Dziecko miało  się właśnie urodzić. Katarzyna
nigdy nie miała dziecka, a ja nie odbierałem żadnego porodu od czternastu lat, kiedy odbywałem
praktykę położniczą podczas studiów medycznych.

— Gdzie jesteś? — spytałem.

- Leżę   na   czymś   kamiennym.   Jest   bardzo   zimno.  Mam   bóle...       Ktoś   musi     mi   pomóc.

Ktoś   musi   mi  pomóc.   - Poleciłem   jej,   żeby głęboko   oddychała,  to  dziecko urodzi się bez bólu.
Oddychała,   jęcząc   przy   tym.  Poród   trwał   jeszcze   kilka   okropnych   minut   i   wreszcie
urodziło się dziecko. Córeczka.

— Czy teraz czujesz się lepiej?

- Jestem bardzo słaba... i tyle krwi!

— Czy wiesz, jak jej dasz na imię?

Nie, jestem zbyt zmęczona...  Ja chcę przytulić moje dziecko.

Twoje dziecko jest tu... malutka dziewczynka.

- Tak... mój mąż cieszy się bardzo. — Była ogromnie wyczerpana. Poleciłem jej, żeby zapadła w

krótką drzemkę. Po kilku minutach obudziłem ją.

— Czy teraz czujesz się lepiej?

Tak...     widzę   juczne   zwierzęta...   Niosą   coś   na  grzbiecie.   Kosze.   W   tych   koszach   jest

wiele rzeczy... żywność... jakieś czerwone owoce...

— Czy to ładny kraj?
— Tak, i dużo tu żywności.

Czy   wiesz,   jak   się   ten   kraj   nazywa?   Co   powiesz,   jak   ktoś   obcy   spyta   cię   o   nazwę   tej

miejscowości?

— Cathenia... Cathenia.

To mi wygląda na grecką nazwę miasta — powiedziałem.

Tego  nie  wiem.  A ty  wiesz?  Nie  było cię  we  wsi,  ale  wróciłeś   tam,   a   ja   nie.   —   To   był

szkopuł. Ponieważ w tym wcieleniu byłem jej wujem, człowiekiem starszym, mądrzejszym od niej,
chciała   wiedzieć,   czy   znam   odpowiedź   na   moje   własne   pytanie.   Niestety,   nie   miałem
dostępu do tej informacji.

Czy całe życie spędziłaś w tej miejscowości? — spytałem.

Tak  —  wyszeptała   —  ale   ty   podróżujesz,   a   więc  możesz   dużo   wiedzieć.       Podróżujesz,

żeby  się  uczyć, poznać kraj... różne szlaki handlowe,  tak że możesz je naszkicować i wykreślić
mapę.   Jesteś   stary.   Chodzisz  z   młodymi   ludźmi,   ponieważ   znasz   się   na   mapach.   Jesteś  bardzo
mądry.

— O jakich mapach myślisz? Mapach gwiazd także?

Ty rozumiesz symbole. Ty pomagasz im robić... pomagasz im robić mapy.

— Czy rozpoznajesz innych ludzi ze wsi?
— Nie znam ich... za to znam ciebie.

- W porządku. Jakie są nasze stosunki?

Bardzo dobre. Jesteś bardzo miły.  Lubię po prostu siedzieć  obok ciebie,  czuję się przy tobie

bezpieczna...
Pomogłeś nam. Pomogłeś moim siostrom...

Ale przyjdzie czas, kiedy będę musiał cię opuścić, ponieważ jestem stary.

Nie.   —   Nie   była   jeszcze   gotowa,   żeby   myś leć   o   mojej   śmierci.   -   Widzę   chleb,   bardzo

płaski i cienki.

Czy ludzie tam jedzą chleb?

Tak, mój ojciec i mój mąż, i ja. I wszyscy tutejsi ludzie.

— Z jakiej okazji?
— Jest jakieś... jakieś święto.
— Czy   jest   tam   twój ojciec?

background image

— Tak.
— I twoje dziecko?
— Tak. Ale nie ze mną, ona jest z moją siostrą.

- Przyjrzyj się uważnie swojej siostrze — poleciłem mając nadzieję,  że Katarzyna rozpozna w

niej kogoś ważnego w obecnym jej życiu.

— Przyjrzałam się, nie znam jej.
— Czy rozpoznajesz swego ojca?

- Tak...  tak...  to Edward. Tu są figi  i oliwki...   i czerwone owoce. I płaski chleb. Zabili też

owcę.  Pieką  ją. — Nastąpiła długa przerwa. — Widzę coś białego...  to wielkie  prostokątne jakby
pudło. Kładą w nie ludzi, kiedy umrą.

— A więc teraz ktoś umarł?

Tak... mój ojciec. Nie chcę na niego patrzeć. Nie chcę go widzieć.

— Czy musisz patrzeć?

Tak.  Zabiorą go i pochowają.  Jest mi bardzo  smutno.

To   zrozumiałe.   Ile   dzieci   masz?   —   Moja   reporterska   żyłka   nie   pozwoliła   mi   jej   dłużej

martwić.

Troje,   dwóch   chłopców   i   dziewczynkę.   —   Ledwie  posłusznie   odpowiedziała   na   moje

pytanie, znów pogrążyła się w żalu. — Czymś przykryli jego ciało... — Była bardzo smutna.

— Czy ja w tym czasie także umarłem?
— Nie. Pijemy sok z winogron.
— Jak teraz wyglądam?
— Jesteś bardzo, bardzo stary.
— Czy lepiej się teraz czujesz?
— Nie! Kiedy ty umrzesz, zostanę całkiem sama.
— Przeżyłaś dzieci? Przecież się tobą zajmą.

Och, ty wiesz wszystko. — Powiedziała to jak mała dziewczynka.

Dasz  sobie   radę.  Ty  także  dużo  wiesz.   Będziesz  bezpieczna  — zapewniłem  ją. A ona po

chwili wyraźnie się uspokoiła. — Gdzie się teraz znajdujesz? — spytałem.

Nie wiem.  — Najwidoczniej  znalazła  się w sta nie duchowym,  mimo że w tym wcieleniu

nie   przeżyła   swej   śmierci.   Dotąd   zrelacjonowała   mi   swoje   dwa   wcielenia.   Czekałem   na
Mistrzów,   ale   Katarzyna  nadal   wypoczywała.   Po  kilku   dalszych   minutach   spytałem,   czy   mogę
rozmawiać z Mistrzami Duchowymi.

— Jeszcze nie osiągnęłam tej płaszczyzny — wyjaś niła. — Nie mogę mówić,  dopóki to się nie

stanie.

Nie osięgnęła jednak tej płaszczyzny. Po długim ocze kiwaniu wyprowadziłem ją z transu.

Rozdział ósmy

Minęły trzy tygodnie,  nim spotkaliśmy się następnym razem. Podczas urlopu, leżąc na tropikalnej
plaży miałem   czas   i   odpowiednią   perspektywę,   żeby   przemyśleć  to,   co   się   wydarzyło   wskutek
seansów  hipnotycznych  z Katarzyną:  cofanie się do poprzednich wcieleń,  dokładne  obserwacje i
opisy przedmiotów, zdarzeń i faktów, o czym nie miała pojęcia w swym obecnym życiu; osiągnięcie
znacznej  poprawy jej   zdrowia,  czego  nigdy  nie  można   by uzyskać  w ciągu  osiemnastu  miesięcy
stosując  normalną   psychoterapię;   poznanie   zaskakująco   dokładnych  opisów   duchowego   stanu   po
śmierci,   kiedy   przekazywała   wiedzę,   do   której   nie   miała   dostępu   oraz  poezji   sfery   duchowej   i
pouczeń Mistrzów, o tym, co się dzieje po śmierci, o narodzinach i powtórnych narodzinach, których
mądrość i styl przekraczały jej możliwości. Tak, istotnie miałem dużo do przemyślenia. Przez wiele
lat leczyłem setki, może tysiące pacjentów, cierpiących na różnego rodzaju zaburzenia emocjonalne.
Prowadziłem oddziały dla chorych hospitalizowanych przy czterech znanych uczelniach medycznych.

background image

Lata całe spędziłem na psychiatrycznych ostrych dyżurach w przychodniach oraz innych tego rodzaju
placówkach, gdzie stawiałem pacjentom diagnozę i leczyłem ich.
Wszystko wiedziałem o halucynacjach słuchowych i wzrokowych oraz urojeniach schizofrenicznych.
Leczyłem   wielu   pacjentów   z   zaburzeniami   histerycznymi,   włącznie   z   rozdwojeniem   jaźni,   byłem
konsultantem   w   przypadkach   związanych   z   nadużywaniem   narkotyków   i   alkoholu,   instytutu
zajmującego się tymi problemami i doskonale znałem skutki całej gamy narkotyków na mózg.

Katarzyna  nie miała żadnego  z tych objawów czy  syndromów.  To, co się działo z nią, nie było

przejawem  choroby   psychicznej.   Nie   była   psychotyczna,   nigdy   nie   traciła   kontaktu   z
rzeczywistością, nigdy też nie miała halucynacji ani przywidzeń.

Nie brała narkotyków  i nie miała  zaburzeń socjopatycznych. Nie była osobowością histeryczną.

Słowem   na  ogół   była   świadoma   tego,   co   robi   i   myśli,   nie   funkcjonowała   na   „automatycznym
pilocie"   i   nigdy   nie   miała   rozdwojenia   osobowości.   Materiał,   jaki   przekazywała,  często
przekraczał   jej   poziom   zarówno   w   stylu,   jak   i  treści.  Niektóre  informacje  z  przeszłości   były
wręcz  metafizyczne,   na   przykład   szczegóły   dotyczące   mego  ojca   i   syna,   jak   też   jej   własnej
przeszłości. Posiadała  wiedzę,  do jakiej  w swym obecnym życiu nie miała  dostępu ani nie mogła
jej   posiąść,   gdyż   było   to   obce   jej   kulturze   i   wychowaniu,   wręcz   niezgodne   z   wieloma   jej
przekonaniami.

Prostolinijna  i  uczciwa   z natury  Katarzyna   nie  jest  naukowcem   i   w   żadnym   razie   nie   mogła

wymyśleć  faktów,   szczegółów,   historycznych   zdarzeń,   opisów   i   poetycznych   metafor,   jakie
przekazywała. Jako psychiatra naukowiec,  byłem  pewien,  że ten cały materiał  pocho dził  z jakiejś
części jej podświadomości. Nawet gdyby Katarzyna była zręczną aktorką, nie potrafiłaby odgrywać
tych swego rodzaju happeningów. To, co przekazywała, było zbyt dokładne, zbyt specyficzne i prze-
kraczało jej możliwości.

Zastanawiałem się nad terapeutycznym celem badania poprzednich wcieleń Katarzyny. Od kiedy

wkroczyliśmy  w tę  nową   całkiem  dziedzinę,  stan  jej  zaczął  się  bardzo szybko poprawiać,  i to bez
żadnych   medykamentów.  W   hipnozie  istnieje   jakaś  lecznicza  siła,   najwidoczniej   o   wiele   bardziej
skuteczna  niż  konwencjonalna  terapia czy współczesne lekarstwa. Dzięki  niej  można  przypomnieć
sobie   i   przeżyć   ponownie   nie   tylko   bolesne  wydarzenia,   ale   także   codzienne   krzywdy,   na   które
narażone   jest   nasze   ciało,   umysł   i   psychika.   Kiedy  badałem   jej  poprzednie  wcielenia,  szukałem
tego,   co  się  powtarzało,   jak   na   przykład   prześladowania   w  sferze  uczuciowej   lub   fizycznej,   jak
nędza   lub   głód,   choroba  i   przeciwności   życiowe,   ustawiczne   prześladowanie   i  przesądy,   częste
niepowodzenia  i tak dalej. Zwracałem też baczną uwagę na większe tragedie, takie jak śmierć kogoś
bliskiego,   gwałt,   wielka   katastrofa   czy   jakieś   inne   okropne   wydarzenie,   które   mogło   na   zawsze
pozostawić  ślad   w   psychice.   Technika   była   podobna   do   szczegółowego   badania   dzieciństwa   w
terapii konwencjonalnej,  z tym wyjątkiem, że tutaj miarą czasu było raczej kilka tysięcy lat niż jak
zwykle dziesięć lub piętnaście.  Dlatego zadawałem pytanie bardziej bezpośrednie i ukierunkowane
niż   w   terapii   konwencjonalnej.   Jednak

 

sukces   naszej   nieortodoksyjnej   terapii   był   niewątpliwy.

Katarzyna   [oraz   inni   pacjenci,   których   leczyłem   hipnotycznym  cofaniem   się  w  przeszłość]  została
wyleczona niezwykle szybko.

Ale czy istniało jakieś inne wytłumaczenie wspomnień  Katarzyny z poprzednich wcieleń?  Czy te

wspomnienia  przekazały jej  geny?  Taka możliwość  jest  naukowo  wątpliwa.  Genetyczna  pamięć  to
nieprzerwany ciąg przekazywania genetycznego materiału z pokolenia na pokolenie. Katarzyna żyła
w  przeróżnych   miejscach   naszej  Ziemi,   a jej  linia   genetyczna  była  stale przerywana.  To  umarła
podczas powodzi, wraz ze swym dzieckiem albo bezdzietnie,  albo we wczesnej młodości. Zasób jej
genetycznych   wiadomości   wielekroć   kończył   się,   nie   był   dalej  przekazywany.   A   co   z   życiem   po
śmierci  i w  stanie pośrednim?  Pozbawiona  ciała,  a więc   również  materiału  genetycznego,  zawsze
miała zasób wspomnień. I dlatego należało odrzucić wyjaśnienia genetyczne.

Co   z   Jungowską   teorią   zbiorowej   podświadomości,  zbiornika   wszelkiej   ludzkiej   pamięci   i

doświadczeń,  do  którego  można  się  podłączyć?  Całkiem  odmienne  kultury  często  mają   podobne
symbole,   nawet   w   snach.  Zdaniem   Junga   zbiorowa   podświadomość   nie   była   zdobywana   przez
daną osobę, ale jakby „dziedziczona" przez mózg. Mieściła w sobie motywy i wyobrażenia, które
pojawiają się na  nowo  w każdej  kulturze,  nie   dzięki tradycji historycznej czy rozprzestrzenianiu
się.  Moim   zdaniem   bardzo   konkretnych   wspomnień   Katarzyny   nie   można   było   wytłumaczyć
koncepcją Junga. Nigdy nie mówiła o symbolach, uniwersalnych obrazach czy motywach. Podawała

background image

dokładne   opisy   konkretnych  ludzi   i   miejsc.   Idea   Junga   była   zbyt   nieokreślona.   A   co  ze   stanem
pośrednim? I dlatego reinkarnacja była najlepszym wytłumaczeniem.

To, co przekazywała Katarzyna, było nie tylko dokładne i bardzo konkretne, ale przekraczało jej

świadome  możliwości.   Mówiła   o rzeczach,   o których  nie  mogła  była  przeczytać w książkach,  a
potem   o   nich  zapomnieć.   Jej   wiedza   nie   mogła   też   być   nabyta   w   dzieciństwie,   potem   ukryta   w
podświadomości i następnie ujawniona. A co z Mistrzami oraz ich przekazami? One „przechodziły"
przez Katarzynę, ale nie pochodziły od niej. Ich mądrość znajdowała także wyraz we wspomnieniach
Katarzyny z dawnych wcieleń.  Wiedziałem to nie tylko  na  podstawie  wielu  lat  starannych badań
innych pacjentów,  ich umysłów,  mózgów  i osobowości,  ale wiedziałem to intuicyjnie,  jeszcze przed
rewelacjami  dotyczącymi  mego ojca i syna. Wiedział o tym mój  przez  wiele  lat  szkolony  naukowo
mózg, czułem to w głębi serca.

Widzę   jakieś   naczynia,   chyba   z   oliwą.   -   Pomimo  trzytygodniowej   przerwy   Katarzyna   szybko
zapadła  w trans. Znalazła się w innym ciele, w innych czasach. — W tych naczyniach jest różnego
rodzaju   oliwa.   To  chyba   jakiś   skład,   gdzie   trzymają   towary.   Te  naczynia,   dzbany   są   czerwone...
czerwone,  zrobione  z czerwonej  gliny.  Na górze  mają  niebieskie  obwódki.  Widzę  ludzi...  oni  są  w
jaskini.  Przenoszą  naczynia  i dzbany, ustawiając je w określonym  miejscu.  Głowy mają ogolone...
nie

 

mają włosów na głowie. Skóra ich jest ciemna, brunatna...

— Czy jesteś tam?

Tak... Pieczętuję niektóre dzbany... jakby wos kiem... pieczętuję szyjki dzbanów woskiem.

- Czy wiesz do czego służy ten olej?

— Nie wiem.

Czy widzisz siebie? Spójrz na siebie. Powiedz mi, jak wyglądasz.

Przestała mówić, jakby siebie obserwowała.

— Mam warkocz. I długą, długą... ozdobę, z materiału. Która ma złotą obwódkę.

-

Czy pracujesz dla  kapłanów...  czy  może ludzi z ogolonymi głowami?

-

Moim obowiązkiem jest pieczętowanie dzbanów woskiem.

— Ale nie wiesz, do czego używana jest ich zawartość?

- Chyba   do   jakichś   obrzędów   religijnych.   Ale   nie   jestem   pewna...   co   to  jest...  Jakieś

namaszczanie,  namaszczanie głowy... coś na głowę i na dłonie.  Widzę ptaka,  złotego  ptaka wokół
mojej   szyi.   Jest   płaski,   ma   płaski  ogon,   bardzo   płaski   ogon   i   głowę   spuszczoną...   w   kierunku
moich stóp.

— Twoich stóp?

Tak,   bo   w   ten   sposób   trzeba   go   nosić.   Jest   tu   również   czarna...     czarna   lepka

substancja.  Nie mam pojęcia, co to jest.

— Gdzie się znajduje?

- W marmurowym naczyniu. Jej także używają, ale nie wiem do czego.

— Czy jest w tej jaskini jakiś napis, żebyś mogła  go przeczytać i powiedzieć mi, jak się nazywa

kraj... miejscowość, gdzie mieszkasz... a może jakaś data?

-

Nic nie widzę  na  ścianach,  są puste.  Nie znam   żadnej  nazwy. — Poleciłem  jej przesunąć

się naprzód w czasie.

-

Widzę biały dzban. Uchwyt na górze jest złoty, wyłożony złotem.

— Co jest w dzbanie?
— Jakaś maść. Ma coś wspólnego z przechodzeniem do innego świata.

- Czy właśnie ty masz teraz przejść do innego świata?

— Nie, to ktoś, kogo nie znam.

-

Czy przygotowywanie ludzi do tego przejścia jest twoim obowiązkiem?

- Nie, to robi kapłan, nie ja. My tylko dostarczamy im maść, kadzidło...
- W jakim mniej więcej wieku jesteś teraz?

— Mam szesnaście lat.

Czy mieszkasz razem z rodzicami?

Tak, w domu z kamienia. Nie jest bardzo duży, za to suchy i bardzo w nim ciepło. Klimat tu

jest bardzo gorący.

— Wejdź do domu.

background image

— Jestem w nim.
— Czy oprócz ciebie są inne osoby z twojej rodziny?

Widzę brata i moją matkę, i małe dziecko, czyjeś dziecko.

— Czy to twoje dziecko?
— Nie.

Przejdź teraz do czegoś istotnego, co wyjaśni zja wiska w twoim obecnym życiu. Musimy się

dowiedzieć. To niczym nie grozi. Przejdź do zdarzeń.

Wszystko w swoim czasie... - odparła bardzocicho. — Widzę umierających ludzi.

— Umierających ludzi?
— Oni nie wiedzą, co jest tego przyczyną.

Może   epidemia?   --   Nagle   zaświtało   mi,   że   znów  wróciła   do   dawnego   wcielenia,   tego,   do

którego już się kiedyś cofnęła. Do tego wcielenia, kiedy na skutek zarazy spowodowanej  wodą
zmarł   jej   ojciec   i   jeden   z braci.  Katarzyna  również  chorowała,  ale się wyleczyła.  Ludzie wtedy
używali   czosnku   i   jakichś   ziół,   żeby   się  uchronić   od   epidemii.   Katarzyna   była   wówczas   bardzo
przejęta, ponieważ zmarli nie byli odpowiednio balsamowani.

Ale teraz do tego wcielenia podeszliśmy pod innym kątem.

— Czy to ma coś wspólnego z wodą? — spytałem.
— Oni tak uważają. Umiera wielu ludzi. — Znałem już dalszy ciąg.

- Ale ty z tego powodu nie umrzesz?

— Nie, ja nie umrę.
— Jednak zarazisz się, będziesz bardzo chora.

Tak. Zimno  mi...  bardzo zimno.  Chce  mi  się  pić.   Oni uważają, że ta choroba bierze się z

wody... i czegoś czarnego... Ktoś umiera.

— Kto umiera?

Mój  ojciec  umiera  i  także  jeden  z braci. Moja  matka dobrze się czuje, wraca do zdrowia.

Jest bardzo słaba. Trzeba grzebać zmarłych i wszyscy bardzo są tym  wzburzeni,  bo to jest  wbrew
przepisom religijnym.

Jakiego     rodzaju     są     te     przepisy?   —   Zdumiony   byłem   jej   konsekwencją,   tym,   jak

przypominała sobie fakt  po fakcie,   dokładnie  to,  co opowiadała  o  tym  swoim wcieleniu kilka
miesięcy   temu.   Teraz   także   bardzo   była   przejęta   zaniechaniem   normalnych   obrzędów
pogrzebowych.

Chorych  umieszcza    się  w jaskiniach.    Ciała    też  trzymane  są w jaskiniach.  Ale przedtem

ciała te muszą  być odpowiednio przygotowane przez kapłanów,  muszą  być  owinięte  w  materiał   i
namaszczone. Trzymano je w jaskiniach, ale przyszła powódź... Powiadają, że woda szkodzi. Nie
piją wody.

Czy można tę chorobę wyleczyć? Czy coś na nią pomaga?

Dostajemy zioła, różnego rodzaju zioła i rośliny. One mocno pachną... okropnie mocno. Czuję

ten zapach.

— Czy rozpoznajesz ten zapach?

To, co tak brzydko pachnie,  jest białe. Zwisa  z sufitu.

— Coś w rodzaju czosnku?

Wszędzie   wisi...   tak,   właściwości   ma   podobne...  kładzie   się   to   w   usta,   do   uszu,   nosa,

wszędzie. Zapach jest bardzo mocny. Wszyscy wierzą, że powstrzymuje złe duchy,  żeby nie weszły
do ciała. Widzę fioletowy... owoc albo coś okrągłego z fioletową skórką...

— Czy rozpoznajesz kulturę, w jakiej się znalazłaś? Czy wydaje ci się znajoma?

— Nie rozpoznaję.
— Czy to coś fioletowego to jakiś owoc?

Tannis.

— Czy pomaga? Czy leczy tę chorobę?
— Wtedy tak, pomagał.

Tannis — powtórzyłem,  znowu próbując zrozumieć, czy mówi  o czymś, co my nazywamy

taniną albo kwasem taninowym. — Jak to nazywają? Tannis?

Właśnie tak...  słyszałam, jak powtarzali słowo „tannis".

Co z tego  właśnie  wcielenia  zachowało się w twoim obecnym  życiu? Dlaczego  wracasz do

tamtego życia? Co sprawia, że jest tak trudne?

background image

Religia   —   wyszeptała   szybko   Katarzyna.   —   Ówczesna   religia...   religia   strachu...   Tylu

rzeczy trzeba się było bać... i tylu bogów.

— Czy pamiętasz imiona niektórych bogów?

Widzę oczy.  Widzę coś czarnego... coś w rodza j u . . .  wygląda   jak  szakal.  To  posąg.  On

jest strażnikiem... Widzę kobietę, boginię z dziwną głową.

— Czy znasz imię tej bogini?

Ozyrys...   Syrus...   coś w tym   rodzaju.   I widzę   oko... po prostu oko  na  łańcuchu.  Jest

złote.

— Oko?
— Tak... Kto to jest  Hator?
— Co takiego?
— Hator! Kto to taki?

Nigdy nie słyszałem o Hatorze, choć wiedziałem,  że Ozyrys, jeśli jej wymowa była właściwa, był

bratem--małżonkiem Izydy, głównej bogini Egiptu, bogini miłości i wesela.

— Czy to jeden z bogów? — spytałem.

Hator,   Hator!   —   Długa   przerwa.   —   Ptak...   jest   płaski...   płaski,   to   feniks.   —   Znowu

milczenie.

Przesuń się trochę w przód w czasie, do ostatniego  dnia w tym wcieleniu,  ale przedtem,  nim

umarłaś. Powiedz mi, co widzisz.

Widzę   ludzi   i   domy   —   powiedziała   bardzo   cicho.  —   I   sandały.   I   materiał,   jakiś   bardzo

szorstki materiał.

Co się dzieje? Przejdź teraz do czasu, kiedy umierasz. Co się z tobą dzieje? Czy widzisz to?

Nie widzę... Więcej już s i e b i e  nie widzę.

— Gdzie jesteś? Co widzisz?

Nic...      tylko    ciemność...       Widzę    światło,     ciepłe  światło.   —   Widocznie   już   umarła   i

przeszła w stan duchowy.  Nie potrzebowała doświadczać znowu ówczesnej swej śmierci.

- Czy możesz dotrzeć do światła? — spytałem.

— Idę. — Odpoczywała spokojnie, znowu czekając.

Czy możesz teraz spojrzeć na lekcje z tego wcielenia? Czy jesteś już ich świadoma?

-

Nie   —   powiedziała   szeptem.   Czekała.   Nagle   zrobiła   się   czujna,   choć   oczy   nadal   miała

zamknięte, jak zawsze kiedy była w hipnotycznym transie. Głowa jej kiwała się z boku na bok.

- Co teraz widzisz? Co się dzieje?

-

Ktoś... — głos jej był teraz donośny -- ktoś do mnie mówi!

— Co mówi?

- Mówi o cierpliwości. Że trzeba mieć cierpliwość..

— Tak. Mów dalej.

Odpowiedział Mistrz-poeta: — Cierpliwość i właściwy czas... wszystko przychodzi,  kiedy przyjść

musi.  Życia  nie  można  przyspieszać,  nie może   toczyć  się  wedle  ustalonego  planu,  jak chciałoby
wielu  ludzi.  Musimy  przyjąć  to,  co przychodzi  do nas w określonym  czasie,  i nie  domagać  się
więcej.  Bowiem życie się nie kończy  i dlatego my nigdy nie umieramy, i nigdy się naprawdę  nie
urodziliśmy.   Po   prostu   przechodzimy   różne   fazy.   Nie   ma   końca.   Ludzkie   istoty   mają   wiele
wymiarów.   Ale   czas nie   jest  taki,   jak  my   go  pojmujemy,   on   się  zawiera   w  lekcjach,  których
trzeba się nauczyć.

Nastąpiła długa przerwa, po chwili Mistrz ciągnął dalej:

Wszystko   w   swoim   czasie   stanie   się   dla   ciebie   jasne.     Musisz   mieć   możliwość

przetrawienia wiedzy, jakiej ci już dostarczyliśmy. — Katarzyna zamilkła.

Czy jest coś więcej, czego powinienem się nauczyć! — spytałem.

— Odeszli — szepnęła. — Nikogo już nie słyszę.

background image

Rozdział dziewiąty

 

Z każdym tygodniem Katarzyna pozbywała się jakiejś warstwy nerwicowych lęków. Z każdym

tygodniem stawała się pogodniejsza, bardziej spokojna i cierpliwa. Miała więcej zaufania do ludzi

i oni też do niej lgnęli. Emanowała miłością i była nią darzona. Wewnętrzny blask jej osobowości
promieniował z taką mocą, że wszyscy mogli to dostrzec.

Wycieczki Katarzyny w przeszłość obejmowały millennia. Ilekroć zapadła w hipnotyczny trans, nie

wiedziałem,  jakie wątki jej wcieleń się pojawiają. Od prehistorycznych jaskiń przez starożytny Egipt
po  czasy  współczesne  —  ona  tam była.  A  gdzieś   poza  czasem  Mistrzowie  z  miłością  sprawowali
pieczę   nad jej  wszystkimi  wcieleniami.   Podczas  dzisiejszego  seansu  znalazła  się   w   dwudziestym
wieku, ale nie jako Katarzyna.

— Widzę kadłub samolotu i pas startowy... jakiś passtartowy — zaczęła szeptać.
— Czy wiesz, gdzie to jest?

Nie widzę... Alzacja? — I dodała po chwili: — Tak, to Alzacja.

— We Francji?

-   Nie   wiem.   Po   prostu   Alzacja...   Widzę   nazwisko  Von   Marks   [fonetycznie].   Coś   jakby

brązowy hełm albo

 

kapelusz... kapelusz z goglami.  Został zniszczony  oddział. To jakieś odludzie.

Chyba nie ma żadnego miasta w pobliżu.

Co widzisz?

Zniszczone   domy.   Widzę   domy...   Ziemia   jest   zryta   bombardowaniem.   Tutaj   jest   bardzo

dobrze ukryty schron.

— Co ty robisz?
— Pomagam im przy rannych, oni ich odnoszą.

- Spójrz na siebie. — Opisz, jak wyglądasz i co nosisz.

Noszę kurtkę.  Mam jasne włosy, niebieskie  oczy.  Moja  kurtka  jest  bardzo brudna.  Wielu

tu rannych.

— Czy jesteś przeszkolona do opieki nad rannymi?
— Nie.

- Czy tam mieszkasz,  czy zostałaś przywieziona? Gdzie mieszkasz?

— Nie wiem.

- W jakim mniej więcej jesteś wieku?

Trzydzieści pięć lat.         

Katarzyna   miała     teraz  dwadzieścia  dziewięć,  oczy  piwne,   a nie  niebieskie.  Dalej  zadawałem   jej
pytania:

- Jak się nazywasz? Czy jest twoje nazwisko na kurtce?

Na kurtce są skrzydła.  Jestem  pilotem...  kimś w rodzaju pilota.

Latasz na samolotach?

— Tak, muszę.
— Kto ci to każe robić?
— Taka jest moja służba. To mój obowiązek.

— Czy także zrzucasz bomby?
— Na pokładzie samolotu jest strzelec. I pilot.
— Na jakiego rodzaju samolocie latasz?

To   samolot     z   czterema    śmigłami.      Dolnopłatowiec.  — Byłem  rozbawiony  tym  opisem,

ponieważ   Katarzyna   w   ogóle   nie   znała   się   na   samolotach.   Zaimponowała   mi,   mówiąc   o
dolnopłatowcu.   Ale   w   stanie  hipnozy   zdobywała   coraz  większy   zapas  wiedzy,   choćby  na   temat
wyrobu     masła   czy  balsamownia   zmarłych.   Inna   sprawa,   że   tylko   ułamek   tej   wiedzy   był   dla
niej dostępny w jej codziennym, świadomym życiu.

- Czy masz rodzinę? — kontynuowałem pytania.

— Oni nie są ze mną.
— Czy są bezpieczni?

- Nie wiem. Obawiam się... obawiam się, że wrócą.

— Moi przyjaciele są umierający!

background image

Czyjego powrotu się obawiasz?

— Wroga.
— Kim jest ten wróg?

- Anglicy... Amerykańskie Siły Zbrojne... i Anglicy.

— Czy przypominasz sobie swoją rodzinę?

- Czy sobie przypominam? Za dużo tu zamieszania.

-

No, to wróćmy  w tym samym  życiu do lepszych  czasów, przed wojną, kiedy byłaś razem z

rodziną   w   domu.   Zobacz   to.   Wiem,   że   to   trudne,   ale   chcę,   żebyś   się   odprężyła.   Spróbuj   i
przypomnij sobie.

Katarzyna chwilę milczała i wreszcie szepnęła.

- Słyszę imię Eryk... Eryk. Widzę jasnowłose dziecko, dziewczynkę.

— Czy to twoja córeczka?

Tak. Chyba tak... Margot.

- Czy ona jest blisko ciebie?
- Jest ze mną. Jesteśmy na pikniku. Cudowna pogoda.

— Czy oprócz Margot jest ktoś z tobą?

Widzę kobietę o brązowych włosach, siedzi na trawie.

— Czy to twoja żona?

Tak...   nie znam jej — dodała nawiązując do rozpoznawania ludzi, obecnego życia.

Czy znasz Margot? Spójrz na nią uważnie. Czy znasz ją?

Tak, ale nie bardzo wiem skąd... Gdzieś ją poznałam.

— Później może się dowiesz. Spójrz jej w oczy.

- To   Judy   —   odpowiedziała.     Judy   była     obecnie  najlepszą   przyjaciółką   Katarzyny.

Podczas pierwszego spotkania poczuły wzajemną  sympatię i zaprzyjaźniły się serdecznie, ufając
sobie bez reszty, znając swoje myśli i pragnienia, nim zostały wypowiedziane.

— Judy? — powtórzyłem.

Tak, Judy. Podobna jest do niej... uśmiecha się tak samo jak ona.

To dobrze.  Czy jesteś szczęśliwa w domu, czy masz jakieś problemy?

Nie mam żadnych   problemów.    — Długie milczenie.  — Tak, tak, to bardzo niespokojne

czasy.  Za to  w  rządzie  niemieckim   są  jakieś   problemy.   Zbyt  wiele  rozbieżnych  poglądów.  To
nas wreszcie podzieli... Ale ja muszę walczyć dla swojej ojczyzny.

— Czy mocno kochasz swoją ojczyznę?

Nienawidzę wojny. Uważam, że nie wolno nikogo zabijać, ale muszę spełnić swój obowiązek.

-   Przejdź   teraz   do   tego   miejsca,   gdzie   leżał   rozbity  samolot,   gdzie   widać   było   ślady   po

bombardowaniu,  podczas   wojny.   Anglicy   i   Amerykanie   zrzucają   niedaleko   ciebie   bomby.   Czy
widzisz znowu samolot?

— Tak.

Czy   nadaj  żywisz   takie  same   jak   przedtem  uczucia  wobec   zabijania,   wojny   i   spełnienia

obowiązku?

Tak, umrzemy niepotrzebnie.

— Co takiego?

Umrzemy niepotrzebnie — powtórzyła głośniejszym szeptem.

Niepotrzebnie?   Dlaczego   niepotrzebnie?   Czyż   nie  ma   w   tym   zasługi,   jeśli   się   walczy   w

obronie własnego kraju i swoich najdroższych?

— Umrzemy broniąc idei garstki ludzi.

Nawet gdyby to byli przywódcy twego kraju? Oni mogą się mylić...

Szybko mi przerwała. — Oni nie są przywódcami, gdyby nimi  byli, nie doszłoby do okropnej

wewnętrznej walki... w rządzie.

Niektórzy ludzie nazywają ich szaleńcami. Czy to coś ci mówi? Czy oni są obłąkani na punkcie

posiadania władzy?

My wszyscy chyba jesteśmy szaleńcami, jeśli daje my im się prowadzić,  pozwalamy na to...

żeby nam kazali zabijać ludzi. I zabijać samych siebie...

— Czy zostali przy życiu jacyś twoi przyjaciele?

background image

— Tak, niektórzy jeszcze żyją.

- Czy są tacy, z którymi  jesteś bardzo blisko? Z załogi twego samolotu? Czy twój strzelec  i

pilot jeszcze żyją?

Nie widzę ich, ale mój samolot nie został znisz czony.

— Nadal nim latasz?

Tak, musimy  się spieszyć,  żeby ten drugi samolot  poderwać  z  pola  startowego...  nim   oni

wrócą.

— Wejdź do swego samolotu.

Nie chcę. — Sprawiała wrażenie, że próbuje ze mną prowadzić pertraktacje.

— Ale musisz nim wystartować.
— Kiedy to bez sensu...

Jaki był twój zawód przed wojną? Czy pamiętasz? Co robił Eryk?

Byłem drugim pilotem... małego samolotu, takiego który woził cargo.

— A więc wtedy także byłaś pilotem, czy tak?
— Tak.
— Z tego powodu często przebywałaś poza domem?

- Tak -    odparła bardzo cicho, z żalem.

-

Przesuń się w przód w czasie — poleciłem jej - do następnego lotu. Czy możesz to zrobić?

— Kiedy nie będzie następnego lotu.
— Czy coś ci się stanie?

Tak. — Oddech jej  się przyspieszył,  była  wyraźnie  zdenerwowana.   Przesunęła   się  do   dnia

swej śmierci.

— Co się stało?

- Uciekam od ognia. Moja załoga zginęła z powodu ognia.

— Czy ty to przeżyłaś?

Nikt  nie przeżył... nikt  nie może przeżyć  wojny.   Umieram! — Oddech jej stał się ciężki. —

Krew! Wszędzie jest  krew! Czuję ból w piersiach... Zostałam trafiona   w   pierś...   i   w  nogę...   i   w
kark.   Och,   jaki   ból...   -Bardzo   cierpiała,   ale   wkrótce   oddech   się   uspokoił   i   stał  się   bardziej
regularny, mięśnie jej twarzy rozluźniły się, wyglądała teraz spokojnie. Rozpoznałem spokój stanu
przejściowego.

— Wyglądasz teraz na odprężoną. Czy się skończyło? Chwilę milczała i wreszcie odparła bardzo
cicho: -

 

Oddalam  się...   od  mego  ciała.  Nie mam już  ciała. Znowu jestem duchem.

Dobrze. Odpocznij. Miałaś ciężkie przeżycia  i trudną  śmierć.    Musisz   odpocząć.    Czego

nauczyłaś  się w tym wcieleniu?

- Nauczyłam się, co to jest nanawiść... niepotrzebne zabijanie... źle skierowana nienawiść... I że

są  ludzie,  którzy nienawidzą,  ale nie wiedzą  dlaczego.  Pcha nas do  tego...   zło,   kiedy   jesteśmy   w
fizycznym stanie...

— Czy   istnieje   wyższy   obowiązek,   nadrzędny   względem   własnego   kraju?   Coś,   co   by   nas

odstręczało od zabijania, nawet gdyby nam kazano? Obowiązek względem nas samych?

Tak... — ale nie rozwinęła tego tematu.

— Czy teraz na coś czekasz?

-

Tak...   Czekam,   żeby   przejść   w   stan   odnowy.   Muszę   czekać.   Oni   przyjdą   po   mnie...   oni

przyjdą...

-

Dobrze,  chciałbym porozmawiać z nimi,  jak przyjdą. — Czekaliśmy  kilka  minut.  I nagle jej

głos stał się donośny, zachrypnięty, odezwał się pierwszy Mistrz, a nie poeta:

- Miałeś rację przypuszczając, że jest to właściwa kuracja dla tych w fizycznym stanie. Musisz

z nich wyplenić strach, który powoduje utratę energii. Utrudnia im realizację wyznaczonych zadań.
Wskazówki, jak to robić, znajdziesz w swoim otoczeniu. Najpierw muszą się oni znaleźć na bardzo,
bardzo   głębokim   poziomie...  gdzie   już   nie   czują   swego   ciała.   Wtedy   do   nich   trafisz.  Troski   i
zmartwienia istnieją tylko na powierzchni. Musisz dotrzeć głęboko, do ich duszy, tam, gdzie tworzą
się idee.

Energia... wszystko jest energią. A tyle się jej marnuje. Weźmy góry... Wnętrze góry, w samym

jej środku panuje spokój. To na zewnątrz dominuje zamęt. Ludzkie istoty dostrzegają tylko to, co
zewnętrzne, ale ty możesz przeniknąć znacznie głębiej. Musisz zobaczyć wulkan. Żeby to uczynić,
musisz wejść głęboko we wnętrze.

background image

Stan fizyczny   jest  anormalny,   natomiast  stan duchowy  naturalny.  Kiedy  zostajemy  odesłani  z

powrotem, mamy uczucie, że stykamy się z czymś, czego nie znamy. Przystosowanie się zajmuje nam
sporo czasu. W świecie duchowym trzeba czekać, a potem następuje odnowa. Istnieje bowiem stan
odnowy.   Jest   to   taki   sam  wymiar  jak   inne   wymiary,   a   tobie   już   udało   się   prawie   osiągnąć  ten
stan...

Byłem zdumiony. Jak mogłem zbliżyć się do osiągnięcia stanu odnowy?

— Czyżby udało mi się „prawie osiągnąć ten stan?" — spytałem zdumiony.
— Tak. Ty wiesz  znacznie  więcej  niż inni  ludzie.  Dlatego więcej  rozumiesz.  Bądź wobec nich

cierpliwy.  Nie   posiadają   oni   wiedzy,   jaką   ty   masz.   Do   pomocy  zostaną   ci   przysłane   duchy.
Postępujesz   właściwie  w   tym,   co   czynisz...   rób   tak   dalej.   Nie   wolno   tracić   energii.   Musisz
wyzbyć się lęku. To będzie największa broń, jaką posiadasz...

Pierwszy Mistrz zamilkł. Co ma znaczyć owo przesłanie? — zapytałem siebie. Wiedziałem, że udało

mi się  uwolnić Katarzynę od lęku,  ale to przesłanie miało  znaczenie bardziej globalne. Było czymś
więcej niż tylko potwierdzeniem  skuteczności hipnozy jako narzędzia  terapeutycznego. Chodziło tu o
coś więcej niż cofanie się do poprzednich wcieleń,  co zresztą trudno byłoby zastosować na masową
skalę.   Nie,   moim   zdaniem   to  dotyczy   strachu   przed   śmiercią,   strachu,   który   się   kryje  głęboko
wewnątrz wulkanu. Strach przed śmiercią,  ukryty, bezustanny strach, którego żadne pieniądze ani
wysiłki nie mogą zneutralizować — oto istota rzeczy. Gdyby ludzie wiedzieli, iż „życie nie kończy się
i   dlatego  my   nigdy   nie   umieramy   i   nigdy   naprawdę   nie   urodziliśmy   się",   to   wtedy   ten   strach
zniknąłby. Gdyby ludzie wiedzieli, iż żyli nieskończoną ilość razy przedtem i żyć będą w przyszłości
nieskończoną ilość razy, to uspokoiliby się. Gdyby wiedzieli,  że kiedy jesteśmy w stanie  fizycznym,
wokół nas są pomocne duchy, i że potem po śmierci w stanie duchowym ludzie przyłączą się do tych
duchów i do naszych kochanych zmarłych, jak wielkiego pocieszenia by doznali. Gdyby wiedzieli, że
„aniołowie stróże" naprawdę  i s t n i e j ą ,   o ileż bezpieczniejsi by się

 

czuli. Gdyby wiedzieli,  że akty

przemocy i niesprawiedliwości  wobec  innych  ludzi nie zostają zapomniane,  ale  że w jakiś sposób
trzeba będzie zapłacić za nie w następnym życiu, o ileż mniej  byłoby gniewu i pragnienia  zemsty.
A jeśli  istotnie „poprzez wiedzę zbliżamy się do Boga",  jakież  znaczenie  mają  wartości materialne
albo władza, jeśli są celem samym w sobie, a nie środkiem,  by taką postawę osiągnąć. Chciwość czy
chęć posiadania władzy nie są żadną wartością.

Ale jak dotrzeć z tą wiedzą  do ludzi? Większość z nich  odmawia modlitwy w swoich kościołach,

synagogach,  meczetach albo świątyniach, modlitwy,  które głoszą  nieśmiertelność duszy.  Ale kiedy
skończy   się   nabożeństwo,   wracają   do   swoich   utartych   nawyków,   do   rywaliza cji,   chciwości,
manipulacji i egotyzmu. To wszystko  opóźnia postęp duszy. A jeśli wiara nie wystarczy, to może
nauka coś tu pomoże. Może należy zbadać doświadczenia Katarzyny i moje, może powinni je prze-
studiować, zanalizować i opisać w bezstronny naukowy sposób behawioryści i fizycy. Jednak w tym
momencie  daleki  byłem  od  napisania   naukowej   rozprawy czy  książki,   w ogóle   nie  brałem  czegoś
takiego pod uwagę. Zastanawiałem się nad duchami, które będą przysłane, żeby mi pomóc. Pomóc
w czym?

Katarzyna  poruszyła  się i zaczęła  szeptać: - - Ktoś  imieniem  Gideon,   ktoś  imieniem   Gideon...

Chce mówić ze mną.

— Co on mówi?

On jest  stale w pobliżu,  ale na dłużej   nie za trzymuje  się.  On jest jakby  opiekunem...

Ale  teraz droczy się ze mną.

— Gideon? — powtórzyłem.
— Jest tutaj.

- Czy jego obecność sprawia, że czujesz się bardziej bezpieczna?

— Tak. On wróci, kiedy będę go potrzebować.

- Dobrze. Czy inne dusze są wokół nas?

-

O tak... wiele  duchów  — odparła szeptem.  — Oni  przychodzą  tylko wtedy,  kiedy chcą. My

wszyscy jesteśmy duchami.  Ale inni... niektórzy są w fizycznym stanie, a inni w okresie odnowy.
A   jeszcze   inni   są   opieku nami.   Ale   my   wszyscy   tam   pójdziemy.   My   także   byliśmy
opiekunami.

Czy musimy wracać, żeby się uczyć? Dlaczego nie możemy się uczyć jako duchy?

Są różne poziomy nauki i niektórych rzeczy musimy się uczyć jako istoty cielesne.  Musimy

przeżywać cierpienie. Kiedy jest się duchem, nie czuje się bólu. To okres odnowy. Twoja dusza się

background image

odnawia.   Kiedy   ktoś   jest  w   stanie   fizycznym,     odczuwa   ból,   sam   może   ranić.   W   formie
duchowej  nie czuje się tego. Jest tylko szczęście,  poczucie zadowolenia. Okres odnowy  jest  dla...
dla  nas.   Współdziałanie   pomiędzy   ludźmi   w   duchowej   formie   jest   inne.     Kiedy   jesteśmy   w
stanie fizycznym... nawiązujemy kontakty interpersonalne.

Rozumiem. — Znowu zamilkła. Mijały minuty. - Widzę niebieski pojazd.

— Wózek dziecięcy?

Nie,  coś w czym  można  jechać... Jest  niebieski.   Niebieska  frędzla  na górze,  niebieska  na

zewnątrz...

— Czy ten pojazd ciągną konie?

Ma   wielkie   koła.   Nikogo   w   nim   nie   widzę,   tylko  dwa   konie   zaprzęgnięte   do   niego...   siwy   i
kasztan. Ten siwy koń ma na imię Jabłko, ponieważ bardzo lubi  jabłka. Ten drugi ma na imię
Książę. Oba są bardzo łagodne. Nie gryzą. Mają duże kopyta... duże kopyta.

— Czy jest także jakiś złośliwy koń? Inny?
— Nie. Tylko te dwa, bardzo łagodne.

Czy jesteś tam?

Tak, widzę jego pysk. Ten koń jest znacznie wyższy niż ja.

Czy   jesteś   w   tym   pojeździe?   —   Z   tonu   jej   od powiedzi   wywnioskowałem,   że   jest

dzieckiem.

— Są tu konie. A także chłopiec.
— W jakim jesteś wieku?

Nie wiem, jestem bardzo mała. Chyba nie umiem jeszcze liczyć.

Czy znasz tego chłopca? Czy to twój przyjaciel? A może brat?

Mieszka w sąsiedztwie. Przyjechał... z wizytą. Będzie ślub... albo coś w tym rodzaju.

— Czy wiesz, czyj to ślub?

Nie. Powiedziano nam, żebyśmy się nie zabrudzili. Mam kasztanowe włosy... Buciki z jednej

strony zapinane od góry do dołu na guziczki.

— Czy jesteś ładnie ubrana? Odświętnie?
— Na biało... w białej sukience z kołnierzem koronkowym, wiązanym z tyłu.
— Czy w pobliżu jest twój dom?
— Bardzo wielki dom — odparło dziecko.

Czy ty w nim mieszkasz?

— Tak.
— No, dobrze. Czy możesz teraz zajrzeć do domu? 

To ważny dzień dzisiaj. Inne osoby także będą elegancko ubrane, specjalnie na tę okazję.

— Gotuje się dużo, dużo jedzenia.
— Czujesz zapach tego jedzenia?

Tak. Pieką  chleb... mięso...   Nam każą znowu   wyjść na dwór. — Rozbawiło mnie  to. Ja

poleciłem,  żeby weszła do środka, ale jej znowu kazano wyjść.

— Jak do ciebie mówią?
— ...Mandy... Mandy i Edward.
— Edward do tego chłopca?
— Tak.
— Nie pozwalają ci zostać w domu?
— Nie, ponieważ są bardzo zajęci.

Co czujecie z tego powodu?

Wcale się nie przejmujemy. Ale to bardzo trudno nie ubrudzić się. Nic nam nie wolno.

— Czy później tego dnia pójdziesz na ślub?

Tak...  Widzę  wiele   osób.  W pokoju  jest   ciemno.  Dzień   jest   gorący,   bardzo  gorący.   Jest

obecny   także  proboszcz...   w   śmiesznym   kapeluszu,   bardzo   dużym...  czarnym.   Zakrywa   mu
twarz...

— Czy to szczęśliwa chwila dla twojej rodziny?
— Tak.
— Czy wiesz, kto bierze ślub?
— Moja siostra.

background image

— Czy jest dużo od ciebie starsza?
— Tak.
— Czy ją teraz widzisz? Czy jest w ślubnej sukni?

— Tak.
— Czy jest ładna?

Tak. Ma dużo kwiatów we włosach.

Przyjrzyj się jej z bliska. Czy znasz ją z innych wcieleń. Spójrz na jej oczy, usta...

Tak,   myślę,   że   to   jest   Becky...   ale   niższa,   znacznie   niższa.   —   Becky   pracowała   razem   z

Katarzyną i przyjaźniły się. Były ze sobą dość blisko, ale Katarzyna miała za złe krytyczne podejście
przyjaciółki  do  niej,  wtrącanie  się   w   jej     osobiste   sprawy   i     podejmowane   przez   nią  decyzje.
Może jednak teraz to rozróżnienie  nie było zbyt  wyraźne.  — Ona  mnie  kocha... i mogę  stać tak
samo jak ona z przodu.

— Dobrze. Rozejrzyj się wokoło. Czy obecni są twoi rodzice?
— Tak.
— Czy bardzo cię kochają?
— Tak.

- Świetnie.  Przyjrzyj  im  się  z  bliska.  Najpierw  matce.  Sprawdź,  czy ją  sobie przypominasz.

Przyjrzyj się jej

twarzy.

Katarzyna kilka  razy  głęboko  odetchnęła. – Nie znam jej.

— Spójrz na ojca, przypatrz mu się z bliska. Jaki ma wyraz twarzy, oczy... także usta. Czy go

znasz?

To   Stuart   —   odpowiedziała   szybko.   Tak,   Stuart   znowu   się   pojawił.   Należało   dalej

prowadzić badanie w tym kierunku.

Jakie są z nim twoje stosunki?

Bardzo go kocham... jest dla mnie bardzo dobry.  Ale jego zdaniem sprawiam wiele kłopotów.

On w ogóle uważa, że dzieci sprawiają mnóstwo kłopotów.

— Czy jest zbyt poważny?

Nie, lubi bawić się z nami. Ale my zadajemy zbyt  wiele  pytań. Jest  bardzo dla  nas dobry,

tylko że my zadajemy zbyt wiele pytań.

— Czy to go nieraz męczy?

Tak,   powinniśmy   się   uczyć   od   nauczycielki,   a   nie   od   niego.   Dlatego   chodzimy   do

szkoły... żeby się uczyć.

To brzmi tak, jakby to on powiedział. Czy mam rację?

- Tak. On ma ważniejsze sprawy do załatwienia. Prowadzi farmę.

— Czy to duża farma?
— Tak.
— Czy wiesz, gdzie ona jest?
— Nie.

Czy nikt z obecnych nie wspomniał nazwy miasta lub stanu? Miasteczka?

Chwilę nasłuchiwała uważnie. — Nie słyszę. — Znowu zamilkła.

— Okay, czy chcesz jeszcze dalej penetrować to wcielenie? Pójść naprzód w czasie albo...

Przerwała mi: — Wystarczy.

W trakcie seansów z Katarzyną  postanowiłem  nie  omawiać jej rewelacji wraz z innymi kolegami-
psychiatrami. Dotąd, oprócz mojej żony Carole i kilku innych „pewnych" osób nie podzieliłem się z
nikim tymi rewelacjami. Choć byłem przekonany, że to, czego dowiedziałem się podczas naszych
spotkań,  jest prawdziwe  i niezwykle ważne, jednak obawa przed reakcjami kolegów, naukowców i
praktyków, skłoniła mnie do milczenia. Nadal musiałem się liczyć z moją reputacją, karierą i tym,
co inni o mnie myślą.

Mój własny sceptycyzm z tygodnia na tydzień słabł coraz bardziej  na skutek dowodów,  jakich
mi   dostarczała   Katarzyna.   Często   powtarzałem   nagrane   taśmy,  żeby   ponownie   przeżyć
napięcie   i   dramatyzm   naszych  seansów.   Jednak   inni   musieliby   polegać   na   moich   eks-
perymentach,   przekonujących,   ale  wyłącznie   moich. Uważałem, że muszę jeszcze zebrać więcej

background image

argumentów. W miarę jak wierzyłem coraz bardziej w skierowane do mnie przesłania, moje życie
stało się prostsze  i  dawało   mi   więcej   zadowolenia.   Nie   musiałem   grać   ani   udawać,   że   jestem
kimś  innym.  Stosunki z ludźmi  stały się  bardziej    szczere i bezpośrednie.    Z życia  rodzinnego
zniknęło   wiele   napięć   i   stresów.   Moje   opory,   żeby   przyjąć   wiedzę   przekazywaną   mi   za
pośrednictwem   Katarzyny,   zaczęły   słabnąć.   Ku   memu   zdumieniu   wiele   osób  zainteresowało
się   tymi   zjawiskami   i   chciało   jak   najwięcej   się   dowiedzieć.   Coraz  częściej   ludzie   zaczęli   mi
opowiadać o swoich bardzo osobistych parapsychicz nych doznaniach, takich jak kontakty ze
zmarłymi,  deja-vu,  czy przeżywanie stanów pozacielesnych.  Bardzo wiele  osób nie  wspomniało
o tym   nawet   swym   rodzi nom.  W obawie,  że dzieląc  się tymi  przeżyciami  z kimś  bliskim   czy
lekarzem,   będą   uważani   za   co   najmniej   dziwaków.   A   jednak   tego   rodzaju   zjawiska
parapsychiczne   są   dość   powszechne,   o   wiele   częstsze,   niż   sobie   z   tego  zdajemy   sprawę.   To
powściągliwość ludzka sprawia, że wydają  się tak rzadkie.  A im ktoś osiągnął wyższy  stopień w
tej dziedzinie, tym bardziej niechętnie o tym mówi.

Pewien ceniony ordynator dużego oddziału w moim  szpitalu cieszy się międzynarodową  sławą z

racji swej  dużej wiedzy. Często rozmawia ze swoim zmarłym ojcem, który kilkakrotnie uchronił go
od   poważnego  niebezpieczeństwa.   Inny   profesor   we   śnie   odnajduje   brakujące   ogniwa   czy
rozwiązania swoich badań naukowych. Informacje otrzymane we śnie są niezawodne.  Inny znany
lekarz   wie,   kto   do   niego   dzwoni   przed  podniesieniem   słuchawki.   Żona   dyrektora   kliniki   psy-
chiatrycznej   na   środkowowschodnim   uniwersytecie   ma   doktorat   z   psychologii.   Jest   autorką   prac
naukowych   na  bardzo   wysokim   poziomie.   Nikomu   oprócz  mnie  nie  powiedziała   dotąd,   że   kiedy
pierwszy   raz   była   w   Rzymie,   poruszała   się   po   mieście,   jakby   je   doskonale   znała.  Bezbłędnie
wiedziała, co zobaczy za następnym rogiem. Choć nigdy przedtem nie była we Włoszech i nie znała
języka, Włosi zawsze odzywali się do niej po włosku, stale biorąc ją za swoją rodaczkę.

Rozumiem doskonale, dlaczego ci wybitni specjaliści, naukowcy, milczeli. Ja byłem jednym z nich.

Nie   możemy  zaprzeczyć   świadectwu  własnych  przeżyć   i   zmysłów.  Jednak   nasze   wykształcenie   na
wiele  sposobów diametralnie zaprzecza  zdobytym  informacjom  i przeżyciom  oraz wynikającym z
nich poglądom, i dlatego milczymy.

Rozdział dziesiąty

Ten  tydzień   minął   szybko.   Wielokrotnie   przesłuchiwałem   taśmę  z   ostatniego  seansu.   Czy  byłem
blisko stanu odnowy? Nie czułem się specjalnie oświecony. A teraz obiecano mi przysłać pomocne
duchy. Ale co miałem robić? Kiedy się tego dowiem? Czy sprostam temu zadaniu? Wiedziałem, że
muszę czekać i być cierpliwy. Dobrze pamiętałem słowa Mistrza-poety:

„Cierpliwość i właściwy czas... wszystko przychodzi, kiedyś przyjść musi... Wszystko w swoim czasie

stanie się dla ciebie jasne. Musisz mieć możliwość przetrawienia wiedzy, jakiej ci już dostarczyliśmy." I
dlatego czekałem.

Na początku tego spotkania  Katarzyna  opowiedzia ła   mi   fragment   snu,   jaki   miała   kilka   dni

temu.   We  śnie   mieszkała   w   domu   rodziców,   nagle   w   nocy   wy buchł   pożar.   Była   bardzo
opanowana, pomagała w akcji ratunkowej, ale jej ojciec najwyraźniej nie doceniał powagi sytuacji,
zachowywał się biernie. Skłoniła go,  żeby wyszedł na dwór. Wtedy przypomniał sobie, że zostawił
coś w domu, i posłał Katarzynę w szalejący  ogień, żeby przyniosła tę rzecz. Nie mogła sobie przy-
pomnieć,   co   to   było.   Postanowiłem   nie   interpretować  tego   snu,   ale   zaczekać,   gdyż   mogła   się
nadarzyć okazja po temu podczas hipnozy.

Szybko zapadła  w głęboki  trans.  —  Widzę  kobietę   z kapturem na  głowie,  który jednak nie

zasłania jej twarzy, tylko włosy. — I nagle zamilkła.

— Czy widzisz teraz ten kaptur?

Nie widzę... Tylko czarny materiał, chyba brokat w jakiś złoty wzór... Widzę dom z różnymi

ozdobami... jest biały.

background image

— Czy poznajesz ten dom?
— Nie.
— Czy jest duży?

Nie. W tle widzę górę ze śniegiem na szczycie, ale w dolinie jest trawa...

— Czy możesz wejść do tego domu?
— Tak. Jest z marmuru... bardzo zimnego w dotyku.

Czy to jakaś świątynia albo jakiś budynek kultowy?

— Nie wiem. Pomyślałam, że to może być więzienie.

Więzienie?   —   powtórzyłem.   —   Czy   wewnątrz   tego  domu   są   jacyś   ludzie?   Może   wokół

niego?

Tak.   Jacyś   żołnierze.     Mają   czarne   mundury   ze  złotymi   naramiennikami...   złotymi

ozdobami.   Noszą   czarne   hełmy   z   czymś   złotym...   czymś   ostrym   i   złotym   na   szczycie...   hełmu.
Mają, czerwone szarfy wokół bioder.

— Czy przy tobie są jacyś żołnierze?
— Kilku.
— Jesteś tam?
— Jestem w pobliżu... ale nie w tym budynku.

Rozejrzyj     się   dokoła.     Zobacz,   czy  nie   widzisz  gdzieś   siebie...   Są  tam  góry,   trawa...   i

biały budynek. Czy są jakieś inne budynki?

Jeśli nawet są, to nie znajdują się w pobliżu. Widzę jakiś... samotnie stojący, a za nim mur...

- Czy twoim zdaniem to jest fort albo więzienie, albo coś w tym stylu?

— Być może ale... to jest bardzo na uboczu.

Dlaczego  to jest ważne  dla  ciebie?  — Długie  milczenie. — Czy znasz nazwę tego miasta

albo kraju, w którym się znajdujesz? Gdzie są ci żołnierze?

— Widzę Ukrainę...

Ukrainę — powtórzyłem  zafascynowany różnorodnością  jej wcieleń.  — Czy wiesz jaki to

rok? Albo może okres?

Tysiąc   siedemset...   tysiąc   siedemset...   —   zaczęła  mówić   z wahaniem,  po czym  dodała:   —

Tysiąc siedemset pięćdziesiąt osiem.  Jest tu wielu  żołnierzy. Nie wiem,  jakie  są ich zamiary.  Mają
długie zakrzywione szable.

— Co więcej widzisz albo słyszysz? — spytałem.
— Widzę fontannę, fontannę, w której poją konie.
— Czy żołnierze jeżdżą na koniach?
— Tak.

Czy żołnierze mają jakieś  imiona? Co mówią? Posłuchaj uważnie. — Słuchała.

— Nie słyszę tego.
— Czy jesteś wśród nich?

Nie.   —   Jej   odpowiedzi   znowu   były   krótkie   jak  u   dziecka,   często   monosylabiczne.

Musiałem wykazać dużo inwencji w zadawaniu pytań.

— Ale widzisz ich blisko?
— Tak.
— Czy jesteś w mieście?

— Tak.
— Czy tam mieszkasz?
— Tak mi się wydaje.

Dobrze. Postaraj siebie znaleźć i zobaczyć, gdzie mieszkasz.

Widzę jakieś ubranie, łachmany... I dziecko, chłopca. Jego ubranie to łachmany. Marznie...

Czy mieszka w jakimś domu w mieście? — Długa chwila milczenia.

Tego nie widzę — ciągnęła.  Najwyraźniej  miała  trudności z nawiązaniem kontaktu z tym

wcieleniem.
Odpowiadając była roztargniona i niepewna.

W porządku. Czy wiesz, jak ten chłopiec ma na imię?

— Nie.

Co się dzieje z tym chłopcem? Idź z nim, zobacz, co się z nim dzieje.

— Ktoś, kogo zna, został uwięziony.

background image

— Przyjaciel? Krewny?

Chyba ojciec. — Jej odpowiedzi były bardzo krótkie.

— Czy ty jesteś chłopcem?
— Nie jestem tego pewna.

Czy wiesz, co czuje z tego powodu, że ojciec jest w więzieniu?

— Tak... bardzo się boi, boi się, że mogą zabić ojca.
— Co zrobił jego ojciec?

Ukradł coś żołnierzom, jakieś papiery czy coś  takiego.

— Chłopiec nie wie, o co chodzi?

Nie. Ale wie, że może nigdy więcej nie ujrzy swego ojca.

— Czy możesz zobaczyć się z ojcem?
— Nie.

Czy wiadomo, jak długo ojciec będzie w więzieniu? Czy będzie żyć?

Nie!   —   odparła   drżącym   głosem.   Była   wstrząśnięta,   zrozpaczona.   Nie   podała   wielu

szczegółów,   ale  najwyraźniej   była   przejęta   tym,   czego   była   świadkiem,  uczuciami,   jakich
doznawała.

Przeżywasz to, co przeżywa ten chłopiec — ciągnąłem — jego strach i rozpacz. Czujesz to?

— Tak. — I znowu zamilkła.

Co się dzieje?  Przesuń się naprzód w czasie.  Wiem,  że to jest  trudne.  Przesuń się naprzód w

czasie. Czy coś się stało?

— Zabili jego ojca.
— Jak on się teraz czuje?

Ojciec został ukarany za coś, czego nie zrobił. Ale oni tu zabijają ludzi bez powodu.

— Z pewnością chłopiec strasznie to przeżył.

On chyba nie rozumie tego w pełni... tego, co się stało.

Czy ma kogoś bliskiego, do kogo może się zwrócić?

— Tak, ale jego życie będzie bardzo trudne.
— Co się stanie z chłopcem?

Nie wiem. Pewno wkrótce umrze... — W głosie jej brzmiał wielki smutek. Znowu zamilkła, a

potem odniosłem wrażenie, że się rozgląda.

— Co widzisz?

Widzę  rękę...     rękę  zamykającą   się  na  czymś...  białym.  Nie wiem,  co to jest... — Znowu

milczenie, czas mijał.

— Co jeszcze widzisz? — spytałem.

Nic... tylko ciemność.  — Albo umarła, albo utraciła  kontakt  ze smutnym  chłopcem,  który

żył na Ukrainie przeszło dwieście lat temu.

— Czy zostawiłaś tego chłopca?
— Tak — odparła, odpoczywała.

Czego dowiedziałaś się z tego wcielenia? Dlaczego było takie ważne?

Nie można ludzi osądzać zbyt spiesznie. Trzeba być uczciwym wobec każdego człowieka.

Wielu ludzi miało zrujnowane życie wskutek naszych zbyt pochopnych osądów.

Życie tego chłopca było krótkie i bardzo ciężkie z powodu takiego osądu... jego ojca?

— Tak. — Znowu zamilkła.
— Czy widzisz teraz coś innego? Czy słyszysz coś?

Nie.  — Znowu te krótkie odpowiedzi  i potem  milczenie.  Z jakiegoś powodu to krótkie

życie było niezwykle trudne. Poleciłem jej, żeby wypoczęła.

Odpocznij.     Uspokój   się.   Twoje   ciało   samo   się  leczy,   twoja   dusza   odpoczywa...   Może

czujesz   się   już  lepiej?   Ten   mały   chłopiec   przeżył   straszne   rzeczy.   Bardzo   trudne.   Ale   teraz
znowu   odpoczywasz.   Duchem  możesz   się   przenieść   w   inne   miejsca,   w   inne   czasy...   inne
wspomnienia. Czy odpoczywasz?

Tak. --  Postanowiłem  wrócić  do fragmentu   snu,do palącego się domu,  lekkomyślności jej
ojca,   który  posłał   ją   do  płonącego   wnętrza   domu,   żeby   mu   przyniosła   coś,   co  należało   do
niego.  — Teraz chcę ci zadać  pytanie dotyczące snu, jaki  miałaś... o swoim ojcu.  Możesz

background image

teraz to sobie przypomnieć,  nic ci nie grozi.  Jesteś w głębokim  transie. Czy pamiętasz ten
sen?

Tak... to było metalowe pudełko.

Co się w nim znajdowało, dlaczego cię posłał do wnętrza palącego się domu?

Jego znaczki pocztowe  i monety...  które zbiera —  wyjaśniła. Dokładny opis jej snu podczas

hipnozy   kontrastował   dramatycznie   z   krótkim   opisem,   kiedy   była   w   pełni   świadomości.
Hipnoza jest  potężnym narzędziem, nie tylko dającym dostęp do najbardziej odległych, ukrytych
obszarów naszego umysłu, ale ożywiającym wiele szczegółów w naszej pamięci.

Czy te znaczki i monety były dla niego bardzo ważne?

— Tak.

I ty zaryzykowałaś życiem i weszłaś do płonącego  domu  tylko po to,  żeby zabrać znaczki  i

monety...

Przerwała mi: — On nie wiedział, że to jest tak bardzo ryzykowne.

— Uważał, że to niczym nie grozi?
— Tak.

Wobec tego, dlaczego zamiast ciebie sam nie poszedł po nie?

— On uważał, że ja to zrobię szybciej.
— Rozumiem. Ale jednak ty ryzykowałaś?
— Tak, ale on nie zdawał sobie z tego sprawy.

Czy ten sen ma  dla  ciebie  jakieś  większe  znaczenie?   Czy to  dotyczy twoich  stosunków  z

ojcem?

— Nie wiem.

On się specjalnie chyba nie spieszył, żeby wejść do palącego się domu.

— To prawda.

Dlaczego tak się ociągał? Ty byłaś szybka, widziałaś niebezpieczeństwo.

Ponieważ  on zawsze próbuje uciekać  od odpowiedzialności.  — Ten moment   postanowiłem

wykorzystać kiedy będę interpretować jej sen.

Tak, to jest  jego  stary sposób postępowania,  a ty  robisz wszystko za niego,  tak jak było z

przyniesieniem tego pudełka. Mam nadzieję, że on się nauczy czegoś od ciebie. Sądzę, że ten  ogień
przedstawia  czas,  który szybko upływa, że ty zdajesz sobie sprawę z niebez- pieczeństwa, a on
nie. Kiedy zwlekał i posłał cię po te przedmioty, ty wiedziałaś znacznie więcej... i możesz wiele
go nauczyć, ale wydaje mi się, że on wcale nie chce się niczego nauczyć.

— Tak — zgodziła się — nie chce.

Tak   właśnie   widzę   ten   sen.   Ale   ty   nie   możesz   go  do   tego   zmusić.   On   sam   musi   to

zrozumieć.

Tak — zgodziła się znowu, a głos jej stał się niski i ochrypły — to nieistotne, że nasze ciała

spłoną   w   ogniu,   jeśli   ich   nie   potrzebujemy...   —   Jakiś   Mistrz   ukazał  całkiem   odmienną
perspektywę   snu.   Byłem   zdumiony  tym   nagłym   wtargnięciem   i   jak   papuga   zdołałem   tylko
powtórzyć:

— Jeśli nie potrzebujemy naszych ciał?

— Tak. Przechodzimy przez tyle etapów, kiedy tutaj jesteśmy. Pozbywamy się ciała niemowlęcia,

wchodzimy w ciało dziecka, a potem z dziecka stajemy się człowiekiem dorosłym i wreszcie starcem.
Dlaczego mielibyśmy nie zrobić jeszcze jednego kroku naprzód, zrzucić dorosłe ciało i znaleźć  się
na   płaszczyźnie   duchowej?   I   to  właśnie   robimy.   My  nie   przestajemy   rosnąć,   stale  rośniemy.
Kiedy się dostajemy na duchową  płaszczyznę,  tam również rośniemy.  Przechodzimy przez różne
etapy  rozwoju.   Kiedy   tam   przybywamy,   zostaliśmy   spaleni.  Musimy   przejść   przez   etap
odnowy,  etap nauki,  etap decyzji. Decydujemy,  kiedy chcemy wrócić, gdzie i z jakich powodów.
Niektórzy nie chcą  wracać. Postanowili  przejść  do następnego  etapu rozwoju.  I pozostają w du -
chowej   formie...   niektórzy   dłużej   niż   inni,   zanim   wrócą.  To   wszystko   jest   ustawicznym
rośnięciem   i   uczeniem  się...     ustawicznym     rośnięciem...       nasze    ciało  jest   po  prostu  dla   nas
wehikułem, podczas gdy tu jesteśmy. To nasza dusza i umysł trwają wiecznie.

Nie   znałem   tego   głosu   ani   stylu.   „Nowy"   Mistrz  mówił,   przekazywał   doniosłą   wiedzę.

Chciałem się czegoś więcej dowiedzieć o duchowym stanie.

Czy nauka w fizycznym stanie postępuje szybciej? Czy są jakieś przyczyny, że nie wszyscy chcą

pozostawać w duchowym stanie?

background image

Nauka  w duchowym  stanie postępuje znacznie   szybciej, ma większe przyspieszenie niż w

cielesnej  powłoce.   Ale   my   wybieramy   to,   czego   powinniśmy   się   nauczyć.  Jeśli  trzeba wrócić,
żeby osiągnąć cel poprzez związki z ludźmi, wracamy. Jeśli ten etap zakończyliśmy, idziemy dalej.
W duchowej formie zawsze można nawiązać kontakt z tymi, którzy są w fizycznej powłoce, jeśli tylko
się zechce. Ale pod warunkiem, że to jest coś ważnego... jeśli masz im do przekazania coś, co muszą
wiedzieć.

— Jak się nawiązuje kontakt? Jak się nadaje przesłanie?

Ku   memu   zdziwieniu   odpowiedziała   Katarzyna,   mówiła   szeptem,   bardziej   stanowczo,   ale

szybko:

Czasem możesz  się ukazać tej osobie... i wyglądać  tak    samo,  jak wtedy,     kiedy   tu  byłeś.

Innym     razem  nawiązujesz tylko kontakt duchowy.  Czasem takie przesłanie  jest  tajemne,  ale  na
ogół dana osoba wie, o co chodzi. Rozumie to. To kontakt duchowy.

Wiedza, jaką teraz posiadasz — powiedziałem do Katarzyny — te informacje,  ta mądrość

tak ważna... dlaczego nie dociera do ciebie, kiedy jesteś na jawie, w fizycznej postaci?

Pewno bym tego nie rozumiała. Nie byłabym  w stanie tego zrozumieć.

Wobec  tego,  może ja mógłbym  cię nauczyć zrozumienia tego w taki sposób, żeby ciebie to

nie przerażało i żebyś ty również się tego nauczyła.

— Tak.

Kiedy   słyszysz   głosy   Mistrzów,   mówią   oni   rzeczy  podobne   do   tych,   o   których   mi   teraz

mówisz.  Musisz bardzo dużo wiedzieć. — Intrygowała mnie wiedza, jaką posiadała, kiedy była w
stanie hipnozy.

— Tak — odpowiedziała po prostu.
— I źródłem tego jest twój własny umysł?

— Ale oni tam to umieścili. — Tak więc całą zasługę przypisywała Mistrzom.

- Dobrze — zgodziłem się. — W jaki sposób najlepiej mam ci to z powrotem przekazać, tak

żebyś się rozwijała i pozbyła tych swoich lęków?

Już to zrobiłeś — powiedziała cicho. Miała rację, jej lęki prawie ustąpiły. Od kiedy zaczęły

się seanse hipnotyczne, kliniczna poprawa następowała u niej nad wyraz szybko.

Czego musisz się teraz nauczyć? Co jest dla ciebie najważniejsze w tym wcieleniu, żebyś mogła

w pełni się rozwinąć?

- Zaufanie — odpowiedziała  szybko.  Doskonale wiedziała, jaki jest jej główny cel.

Zaufanie? — powtórzyłem zdumiony szybkością jej odpowiedzi.

Muszę   nauczyć   się   wierzyć,   ufać   ludziom.   A   nie  potrafię.   Myślę,   że   każdy   chce   mi

wyrządzić krzywdę.  To sprawia, że trzymam się z dala od ludzi i sytuacji, od których zapewne nie
powinnam stronić. To sprawia, że lgnę do ludzi, z którymi powinnam zerwać.

Kiedy   znajdowała   się  w nadświadomym  stanie,   jej  intuicja  była  wprost niezwykła.  Znała swoje

słabe   i   mocne   strony.   Znała   te   dziedziny,   które   wymagały   specjalnej  uwagi   i   nakładu   pracy   i
wiedziała, co ma  zrobić,  żeby  osiągnąć poprawę.  Jedyny problem polegał  na tym,  że te intuicyjne
odkrycia   należało   przekazać   do   jej   świadomości,   tak  żeby   je   stosowała   w   swym   życiu   na   jawie.
Nadświadoma   intuicja   była   fascynująca,   ale   sama  w   sobie   nie   wystarczyła,   żeby   przeobrazić   jej
życie.

Co to za ludzie, z którymi powinnaś zerwać? — spytałem.

Boję się Becky. Boję się Stuarta... że jakaś krzywda... może mnie spotkać z ich strony.

Czy możesz uciec od tego?

Nie całkiem,  ale od niektórych myśli,  tak. Stuart próbuje trzymać mnie w więzieniu, i to mu

się udaje. On wie, że ja się go boję. Wie także, że boję się być z dala od niego, i korzysta z tego, żeby
mnie przy sobie zatrzymać.

— A Becky?

Ustawicznie   stara  się   podkopać   moje  zaufanie   do  niektórych   ludzi,   którym   wierzę.   Tam

gdzie  ja widzę  dobro, ona widzi zło. I próbuje zasiać te ziarna w moim  umyśle.  Dopiero się uczę
ufać   ludziom...   którym   ufać  powinnam,   ale   ona   sączy   we   mnie   zwątpienie.   I   na   tym  polega
problem jej dotyczący. Nie mogę dopuścić, żeby mnie zmusiła do myślenia na swoją modłę.

W nadświadomym stanie Katarzyna potrafiła precyzyjnie uchwycić główne wady zarówno Becky

jak i Stuarta. Zahipnotyzowana  byłaby znakomitym  psychiatrą, o wielkiej  intuicji, wrażliwej  i nie
błądzącej.   Obudzona  Katarzyna   nie   posiadała   tych   atrybutów.   Moim   zadaniem   było   przerzucić

background image

most nad przepaścią. Szybka poprawa jej stanu psychicznego świadczyła, że coś z tego już do niej
trafiło. Postanowiłem dalej budować ten most.

— Komu  możesz   zaufać?   —  spytałem.   —  Zastanów  się   nad   tym.   Kim   są   ci   ludzie,   którym

możesz ufać, od których możesz się uczyć i do  których możesz się zbliżyć? Kim są?

Tobie   mogę   zaufać   —   wyszeptała.   Wiedziałem   o   tym,   ale   wiedziałem   też,   że   musi

jeszcze bardziej  zaufać ludziom, z którymi się styka na co dzień.

Istotnie możesz. Jesteś mi bardzo bliska, ale mu sisz także zbliżyć się do innych ludzi ze swego

otoczenia,  którzy mogą  przebywać z tobą częściej  niż ja. — Chciałem,   żeby   była   samodzielna   i
całkowicie niezależna, nawet ode mnie.

Mogę wierzyć mojej  siostrze, co do innych nie   wiem.  I Stuartowi, ale tylko do pewnego

stopnia. On dba o mnie,  ale jest niezrównoważony i dlatego nieświadomie krzywdzi mnie.

— Tak, to prawda. Czy jest jeszcze jakiś mężczyzna, któremu możesz wierzyć?

Mogę wierzyć Robertowi — odparła. To był le karz w naszym szpitalu. Oboje byli bardzo

zaprzyjaźnieni.

Tak.  Może w przyszłości spotkasz jeszcze innych...

— Mam   nadzieję,   że   tak   będzie   —   powiedziała.  Przyszłość   niezwykle   mnie   intrygowała.
Katarzyna  była   tak  dokładna   w   sprawach   dotyczących   przeszłości.  Dzięki   Mistrzom   poznała
pewne tajemne  fakty.  Czy  może również poznać fakty dotyczące przyszłości? A jeśli tak, czy w
ten sposób możemy zdobyć wiedzę o tym, co będzie? Tysiące pytań kłębiło mi się w głowie.

— Kiedy tak jak teraz nawiązujesz kontakt  z nadświadomością, i wiesz o tym, czy masz także

zwiększone  możliwości   w   sferze   intuicji,   w   sferze   duchowości?   Czy  możesz   spojrzeć   w
przyszłość? Dzięki tobie tyle już dowiedzieliśmy się o przeszłości.

— Tak, to jest możliwe — powiedziała — ale teraz nic nie widzę.

- Czy to jest możliwe? — powtórzyłem jak echo.

— Tak sądzę.

Czy możesz to zrobić bez lęku? Czy możesz przenieść się w przyszłość i otrzymać informacje

„neutralne", które cię nie przestraszą? Czy możesz zobaczyć przyszłość?

Odpowiedziała natychmiast: — Nie widzę tego. Oni mi na to nie pozwolą. — Wiedziałem, że ma

na myśli Mistrzów.

— Czy są przy tobie?
— Tak.
— Czy mówią do ciebie?

Nie. Oni wszystko kontrolują. — Ponieważ była  kontrolowana, nie wolno jej było spojrzeć

w przyszłość.  Może   zresztą   nic   osobiście   nie   zyskalibyśmy   na   tym.  Może   to  przestraszyłoby
Katarzynę. Może nie byliśmy jeszcze przygotowani do tego rodzaju informacji. Nie naciskałem
na nią.

Ten duch, który niedawno był koło ciebie, na imię miał Gideon...

Czego on chciał? Dlaczego był blisko ciebie? Czy znasz go?

— Nie, chyba nie.
— Czy on cię chroni przed niebezpieczeństwem?
— Tak.
— Mistrzowie...

Nie widzę ich.

Czasem mają dla mnie przesłania, które pomagają zarówno tobie, jak i mnie. Czy te przesłania

są dla ciebie dostępne, nawet kiedy oni nie mówią? Czy przekazują ci swoje myśli?

— Tak.

Czy oni  cię pouczają, jak daleko wolno ci się posunąć, co możesz zapamiętać?

— Tak.
— A więc jest jakiś cel w tym wyjaśnianiu wcieleń...
— Tak.

Twojego i mojego... żeby nas nauczyć. Żebyśmy przestali się bać.

Istnieją   różne   sposoby   porozumiewania   się.   Oni  dlatego   wybierają   różne   sposoby...   żeby

dowieść,   że  istnieją.   — Niezależnie   od   tego   czy  Katarzyna  słyszała  ich głosy,  widziała  obrazy  i
wizje   z   przyszłości,   czy  przeżywała   zjawiska   ponadzmysłowe   czy   też   przekazywano   do   jej
podświadomości  myśli,  cel  zawsze był ten sam — dowieść,  że istnieją,  a poza tym,  że chcą nam

background image

pomóc  na ziemskiej  drodze życia, wzbogacając naszą  intuicję  i wiedzę,  żebyśmy  dzięki  mądrości
stali się podobni bogom.

— Czy wiesz, dlaczego ciebie wybrali...
— Nie.

...żebyś   była   ich   kanałem?   —   To  było   delikatne  pytanie,      ponieważ     po     przebudzeniu

Katarzyna nie chciała nawet słuchać nagranych taśm.

— Nie — wyszeptała.
— Czy to cię przeraża?
— Czasami.
— A czasami nie?

— Tak.

-  Przecież   to  podnosi   na   duchu   —  dodałem.   —   Wiemy   teraz,   że  jesteśmy   wieczni   i   dlatego

przestaliśmy się bać śmierci.

Tak — zgodziła  się i po chwili  dodała: — Muszę  nauczyć się ufać. — Wróciła  do swojej

najważnieszej  lekcji życiowej.  — Muszę nauczyć się wierzyć ludziom  godnym  zaufania... kiedy
ktoś jest wiarygodny.

Są jednak   ludzie,   którym   nie   należy  wierzyć — stwierdziłem.

Tak, i dlatego jestem trochę zagubiona. Ludziom,  których dobrze znam, powinnam wierzyć,

ale trudno mi to przychodzi. Nie chcę wierzyć każdemu. — Zamilkła, a ja znowu zdumiony byłem
jej wnikliwością.

Ostatnim   razem  rozmawialiśmy  o  tobie   jako  o dziecku  w  ogrodzie,  o  koniach.  Pamiętasz?

Czy to był ślub twojej siostry?

— Trochę pamiętam.

Czy zdarzyło się jeszcze coś ważnego wtedy? Pamiętasz coś?

— Tak.

Czy warto, żebyś teraz się cofnęła i zbadała, co się dzieje?

Teraz  się   nie   cofnę.   Tyle   rzeczy   się   dzieje   podczas  życia...   tyle   się   trzeba   nauczyć,   tyle

wiedzy zdobyć... w każdym życiu. Tak, musimy je zbadać, ale teraz się nie cofnę.

Wróciłem więc do jej niełatwych związków z ojcem.

— Stosunek    do   ojca  jest  jeszcze jedną    dziedziną,  która  wywarła  głęboki  wpływ  na  twoje

obecne życie.

Tak — odparła krótko.

Istnieje  jednak również  inny aspekt  tej sprawy,  który trzeba zbadać.  Musiałaś wiele  się

nauczyć  na  podstawie tego związku.   Porównaj go z przykładem  małego  chłopca  na  Ukrainie,
który bardzo wcześnie stracił ojca.  Tym razem nie poniosłaś takiej  straty.  A mając teraz ojca,
chociaż były pewne trudności...

Były raczej ciężarem — dokończyła. — Myśli...— dodała — myśli...

Jakie myśli? — Wyczułem, że wkroczyła na inny teren.

Dotyczące   usypiania.   Czy   ktoś   uśpiony   podczas   operacji   może   słyszeć?   Może   nadal

słyszeć!   —  odpowiedziała   sobie   na   własne   pytanie.   Bardzo   podniecona  zaczęła   teraz  spiesznie
mówić  szeptem:  — Umysł   człowieka  jest  wtedy   świadom   tego,  co  się   dzieje.  Podczas  operacji
gardła   rozmawiali   o   moich   skłonnościach   do  duszenia  się,  o tym,  że w  trakcie   zabiegu   pewno
zacznę się dusić.

Przypomniałem sobie o operacji struny głosowej, którą Katarzyna miała na kilka miesięcy przed jej

pierwszą wizytą u mnie. Już przed zabiegiem bała się, ale po przebudzeniu w sali pooperacyjnej była
wręcz przerażona. Personel pielęgniarski uspokajał ją przez kilka godzin. Teraz okazało się, że to, co
mówili   chirurdzy,   gdy  podczas   operacji   była   w   głębokim   uśpieniu,   pogłębiło   jej   strach.   Myślą
wróciłem do czasów, kiedy studiowałem medycynę i miałem praktykę na chirurgii. Przypomniałem
sobie   nasze   rozmowy   podczas   operacji,   kiedy  pacjenci   byli   uśpieni.   Pamiętałem   żarty,
przekleństwa,

 

dyskusje   i   wybuchy   gniewu   niektórych   chirurgów.   Co  z   tego   zapadło   w

podświadomość pacjentów? Ile z tego,  co zapamiętali, wpłynęło na ich myśli,  uczucia, na  strach,
kiedy się obudzili? Czy uwagi robione podczas  operacji miały wpływ  pozytywny  czy negatywny
na  okres, kiedy pacjent przychodził do zdrowia? Czy umarł  ktoś z powodu negatywnych rokowań,
które usłyszał podczas operacji? Czy pozbawiony nadziei poddał się?

Czy pamiętasz, co lekarze mówili podczas operacji? — spytałem.

background image

Musieli mnie intubować. Powiedzieli, że po wyjęciu rury może mi spuchnąć gardło. Oni nie

sądzili, że słyszę, co mówią.

— Ale słyszałaś.

Tak. I dlatego tyle  było wtedy  ze mną  kłopotów.  — Po dzisiejszym seansie Katarzyna nie

miała już nigdy obaw, że się zakrztusi lub udusi. — Bałam się — ciągnęła dalej — że się uduszę.

Czy teraz uwolniłaś się od tego strachu? — spytałem.

Tak. Teraz ty będziesz mógł naprawić to, co oni zrobili.

— Naprawdę? Mogę to zrobić?

Tak. Jesteś... Lekarze powinni  być  bardzo ostrożni   w   tym,   co   mówią.   Pamiętam   teraz,

jak to było. Włożyli mi w gardło rurę. I nic nie mogłam im powiedzieć.

Ale teraz jesteś wolna od strachu... Przypomniałaś sobie.

Tak,   pamiętam   o   czym   rozmawiali...   —   Dłuższąchwilę   milczała,   potem   zaczęła   poruszać

głową z jednej strony na drugą. Zdawała się słuchać kogoś.

- Słyszysz   chyba   jakieś   przesłania.   Czy   wiesz,   skąd  one   pochodzą?   Mam   nadzieję,   że

Mistrzowie przybędą.

— Ktoś mi powiedział — odparła tajemniczo.
— Ktoś mówił do ciebie?
— Ale odeszli.

Bardzo chciałem, żeby wrócili.

- Spróbuj   przywołać   z   powrotem   te   duchy,   które   mają   dla   nas   przesłania...   żeby   nam

pomóc.

-

One   przychodzą   tylko   wtedy,   kiedy   chcą,   a   nie   kiedy   ja   mam  na   to  ochotę   —  odparła

stanowczo.

— Czy masz nad tym jakąś kontrolę?
— Nie.

No, dobrze — ustąpiłem — ale przesłanie o uśpieniu podczas operacji było dla ciebie bardzo

ważne. To była przyczyna twego duszenia się.

To było ważne dla ciebie, nie dla mnie — odparła. Odpowiedź  ta bardzo  mnie   poruszyła.

Choć   to   ona  została   wyleczona   ze   strachu   przed   uduszeniem   się,  jednak   to  odkrycie   było
znacznie ważniejsze dla mnie  niż dla niej.  To ja leczyłem ludzi. Jej prosta odpowiedź  zawierała
wiele  podtekstów.  Czułem,  że jeśli  naprawdę zrozumiem  pełne ich znaczenie,  uczynię  ogromny
skok  w   zrozumieniu   stosunków   międzyludzkich.   Może   pomaganie   jest   znacznie   ważniejsze   niż
leczenie.

— Dla mnie, żeby ci pomóc? — spytałem.

Tak.   Możesz   naprawić   to,   co  zrobili.   I  naprawiasz  to,   co  zrobili...  —  Odpoczywała.  Oboje

nauczyliśmy się bardzo ważnej lekcji.

Rozdział jedenasty

W kilka dni po swoich trzecich urodzinach moja córeczka Amy podbiegła do mnie, objęła za kolana i
spojrzała w górę mówiąc:

Tatusiu, kocham ciebie od czterdziestu tysięcy lat. — Popatrzyłem na jej małą twarzyczkę i

byłem bardzo, bardzo szczęśliwy.

W kilka  dni  później  obudziłem  się w nocy z głębokiego  snu.  Całkiem  przytomny  ujrzałem   twarz
Katarzyny,  kilkakrotnie   większą   niż   w   rzeczywistości.   Wyglądała   na  przerażoną,   jak   gdyby
potrzebowała  mojej   pomocy.  Spojrzałem  na  zegarek;  była  3

36

  nad ranem.  Nie obudził  mnie   żaden

hałas z zewnątrz, Carole spała mocno obok mnie. Doszedłem do wniosku, że to nic ważnego,  i za -
snąłem znowu.

Około  3

30

  tego  samego  dnia   nad  ranem  Katarzyna  obudziła  się w panice,  ponieważ  miała  jakiś

koszmarny sen.  Była spocona,  serce jej  mocno  biło.  Postanowiła  zrelaksować się przez  medytację,
wyobrażając sobie, że ją hipnotyzuję w moim gabinecie. Widziała moją twarz, słyszała mój głos i po
chwili zasnęła.

background image

Katarzyna   stawała   się   coraz   bardziej   wrażliwa,   to  samo   działo   się   ze   mną.   Przypomniałem

sobie,   jak   moi  profesorowie   na   psychiatrii   mówili   o   reakcjach   transferencji   i   kontrtransferencji
zachodzących   podczas  kontaktów  terapeutycznych.  Transferencja  to  przekaz   uczuć  pacjenta,  jego
myśli  i pragnień do terapeuty, który reprezentuje kogoś z przeszłości  pacjenta. Kontrtransferencja
jest   czymś   odwrotnym,   mianowicie   podświadomą   emocjonalną     reakcją     terapeuty   wobec
pacjenta.

Ale o 3

30

 nie było tego rodzaju komunikacji. Był to kontakt telepatyczny na fali poza normalnymi

kanałami.   W   jakiś   sposób   hipnoza   udrożniła   ten   kanał.   A   może   to   grupa   różnych   duchów   —
Mistrzów czy opieku nów — była odpowiedzialna za powstanie tej nowej fali?  Wcale bym się tym
nie zdziwił.

Podczas następnego  seansu Katarzyna  szybko osiągnęła  głęboki  poziom  hipnozy.   I  od razu była
zaniepokojona.

Widzę wielką chmurę... boję się jej. — Szybko oddychała.

— Czy jest tam nadal?

Nie wiem.  Nadeszła  i szybko zniknęła... coś wysoko   na   górze.   —  Nadal   była   przerażona,

nadal ciężko oddychała. Obawiałem się, że widzi wybuch bomby atomowej. Czyżby zajrzała w
przyszłość?

— Czy widzisz tę górę? Czy kształtem przypomina bombę atomową?
— Nie wiem.
— Dlaczego tak ciebie przeraża?

To   stało   się   całkiem   nagle.   Ja   tam   byłam...   pełno  dymu...   bardzo   dużo   dymu.   To   jest

wielkie. Wybuchło daleko. Och...

— Jesteś bezpieczna. Czy możesz się do tego zbliżyć?

Ja nie chcę się do tego zbliżyć! — odparła ostro. Rzadko kiedy była tak oporna.

— Dlaczego tak się tego boisz? — spytałem znowu.

Mnie   się   zdaje,  że  to  są  jakieś  chemikalia  czy   coś  w   tym   rodzaju.   Trudno   oddychać   w

pobliżu tego. — Z trudem łapała oddech.

Czy to coś w rodzaju gazu? Czy pochodzi z samej góry... jak z wulkanu?

— Chyba tak.  Przypomina wielki grzyb. Podobny jest do niego... jest biały.

Ale   to   nie   jest   bomba?   To  nie   jest   bomba   atomo wa   ani   nic   takiego?   —   Milczała   i   po

chwili znowu  zaczęła mówić:

To   jest   wul...     coś   w   rodzaju   wulkanu.     Budzi   przerażenie.   Trudno   oddychać.   W

powietrzu jest  pył.  Nie chcę tam być. — Po pewnym  czasie zaczęła  oddychać głęboko i nawet
pocić się, jak zwykle podczas hipnozy.

— Teraz łatwiej ci oddychać?
— Tak.
— To dobrze. Co teraz widzisz?

Nic...   Widzę   naszyjnik,   naszyjnik   na   czyjejś   szyi.   Niebieski...   nie,   srebrny   i   wisi   na   nim

błękitny kamień, a pod tym kamieniem są mniejsze kamienie.

— Czy coś się znajduje na tym niebieskim kamieniu?

- Nie. Ale można widzieć przez niego. Ta pani ma czarne włosy i niebieski kapelusz... z wielkim
piórem, jej suknia jest z aksamitu.

— Czy wiesz, kim jest ta pani?
— Nie.
— Czy jesteś tam, czy to ty jesteś tą panią?
— Nie wiem.
— Ale widzisz ją?
— Tak. Nie jestem tą panią.
— Ile ma lat?
— Około czterdziestu. Ale wygląda na starszą.

— Czy ona coś robi?

Nie.     Po   prostu   stoi   przy   jakby   umywalni,     na   której   widzę  flakon   z   perfumami.   Ten

flakon jest biały i są na nim zielone kwiaty. Widzę też szczotkę i grzebień ze srebrnymi rączkami. —
Podziwiałem jej spostrzegawczość.

background image

— Czy to jest w jej pokoju, czy też w sklepie?

W jej pokoju. Stoi tu łóżko... z czterema kolumnami, brązowe. Na umywalni stoi dzbanek.

— Dzbanek?

Tak. W tym pokoju nie ma żadnych obrazów. Są tylko śmieszne ciemne zasłony.

— Czy jest ktoś inny jeszcze?
— Nie.
— W jakim stosunku do ciebie pozostaje ta pani?
— Służę jej. — Znowu była służącą.
— Od dawna u niej służysz?
— Nie... od kilku miesięcy.
— Czy podoba cię się ten naszyjnik?

Tak. Jest bardzo elegancki.

— Czy kiedykolwiek nosiłaś naszyjnik?

Nie. — Z powodu jej krótkich odpowiedzi, musiałem tak pokierować rozmową, żeby zdobyć

jakieś zasadnicze informacje. Przypomniało mi to rozmowy z moim kilkunastoletnim synem.

Ile lat masz teraz?

Trzynaście, może czternaście... — Była mniej więcej w tym samym wieku co on.

— Dlaczego opuściłaś swoją rodzinę?

Nie opuściłam ich — poprawiła mnie. — Ja tylko tutaj pracuję.

Ach, tak. Czy po pracy wracasz do swojej rodziny?

Tak. — Jej lakoniczne odpowiedzi bardzo ograniczały teren moich dociekań.

— Czy twoja rodzina mieszka blisko?

Dość blisko... Jesteśmy bardzo biedni. Musimy pracować... służyć.

— Czy znasz nazwisko tej pani?
— Belinda.
— Czy ona dobrze cię traktuje?
— Tak.

Cieszę się z tego. Czy ciężko pracujesz?

To nie jest praca specjalnie męcząca. — Przeprowadzanie wywiadu z nastolatkami nigdy

nie  było  łatwe,  nawet  jeśli to dotyczyło dawnego  wcielenia.  Całe  szczęście,  że miałem  dość dużą
wprawę.

— Dobrze. Czy widzisz ją nadal?
— Nie.
— Gdzie jesteś teraz?

W   innym   pokoju.   Jest   tu   stół   przykryty   czarnym   materiałem,   obszytym   frędzlą.   Tutaj

pachnie ziołami... i mocnymi perfumami.

Czy to wszystko należy do twojej pani? Czy ona używa dużo perfum?

— Nie, to jest inny pokój. Jestem w innym pokoju.
— Czyj to jest pokój?
— Należy do jakiejś ciemnej pani.
— W jakim sensie ciemnej? Czy widzisz ją?

Głowę     ma     obwiązaną     —     szepnęła     Katarzyna.  —   Kilkoma   szalami.   Jest   stara   i

pomarszczona.

— Jaki jest twój stosunek do niej?
— Przyszłam zobaczyć się z nią.
— W jakim celu?

Żeby   mi   postawiła   karty.   —   Intuicyjnie   wiedzia łem,   że   przyszła   do   wróżki,   która

zapewne stawiała kabałę kartami tarota. Jakaż w tym była ironia. Oto  Katarzyna i ja braliśmy
udział   w   niezwykłej   duchowej  przygodzie,   przenosząc   się   w   różne   wcielenia   i   wymiary,
a mimo   to ona jakieś dwieście  lat temu  poszła do  wróżki, żeby się dowiedzieć, co ją czeka w
przyszłości.
Wiedziałem,     że     Katarzyna     nigdy     nie     była     u   wróżki  w   swym   obecnym   życiu   i   nic   nie
wiedziała o kartach tarota ani o przepowiedniach przyszłości, ponieważ zawsze ją to przerażało.

— Czy ona przepowiada przyszłość?
— Ona widzi różne rzeczy.

background image

Czy masz dla niej jakieś pytanie? Co chcesz zobaczyć? Czego się chcesz dowiedzieć?

O pewnym mężczyźnie... za którego może wyjdę za mąż.

— Co ona mówi, kiedy kładzie karty?

Karta z... jakby tyczkami.  Tyczki  i kwiaty... tyczki, włócznie i jakaś linia. Na innej  karcie

jest kielich, kubek... Widzę kartę z mężczyzną albo chłopcem niosącym tarczę. Ona mówi, że wyjdę
za mąż, ale nie za tego człowieka... Nic więcej nie widzę.

— Czy widzisz tę panią?
— Widzę jakieś monety.

Czy jesteś nadal z nią, a może to jest jakieś inne miejsce?

— Jestem z nią.
— Jak wyglądają te monety?
— Są złote. Ich brzegi nie są gładkie. Kanciaste. Na jednej stronie widać koronę.

Zobacz, czy na tych monetach wybita jest data. Coś, co możesz przeczytać... litery.

— Jakieś obce liczby — odparała. X-y oraz duże I.
— Czy wiesz, jaki to rok?

Tysiąc siedemset... któryś. Nie wiem który. — Znowu zamilkła.

— Dlaczego ta wróżka jest dla ciebie taka ważna?
— Nie wiem.
— Czy jej przepowiednia się sprawdziła?

... Ona właśnie odeszła — szepnęła Katarzyna. — Skończyło się. Nie wiem.

— Czy coś widzisz teraz?
— Nie.

Nic   nie   widzisz?   —   Byłem   zdumiony.   Gdzież   ona  była.   —  Czy   znasz   swoje   imię   w   tym

wcieleniu? — spytałem mając nadzieję, że wreszcie uchwycę nić tego życia sprzed dwustu lat.

Odeszłam   stamtąd.   — Opuściła   tamto   wcielenie  i  odpoczywała.  Teraz  potrafiła  to  robić

sama.  Nie potrzebowała przeżyć śmierci, żeby odpoczywać. Czekaliśmy przez  kilka  minut.  To jej
życie nie było specjalnie ciekawe. Zapamiętała tylko jakieś wnętrza i ciekawą wizytę u wróżki.

— Czy coś teraz widzisz? — spytałem znowu.
— Nie — wyszeptała.
— Odpoczywasz?
— Tak... Klejnoty w różnych kolorach...
— Klejnoty?

Tak. To są właściwie światła, ale wyglądają jak klejnoty.

— Co jeszcze? — spytałem.

Ja właśnie...  —  urwała  i po  chwili   jej   szept   stał  się  wyraźny i głośny:  — Jest  wiele  słów i

myśli,   które   wokół  krążą...   Dotyczą   koegzystencji   i   harmonii...   równowagi   rzeczy.   —   Od   razu
wiedziałem, że Mistrzowie są w pobliżu.

Chciałbym dowiedzieć się więcej o tych rzeczach — poprosiłem ją. — Mów dalej.

— Teraz to są tylko słowa — odparła.

Koegzystencja   i   harmonia   —   przypomniałem   jej.  Odpowiedziała  mi  głosem   Mistrza-poety.

Byłem bardzoprzejęty, że znowu go słyszę.

Tak — odparł. — Wszystko musi być w równowadze.  Natura opiera się na równowadze.

Zwierzęta żyją w harmonii.  Ludzie się tego nie nauczyli. Nadal niszczą siebie nawzajem.   Nie
ma   ani     harmonii,     ani  planu,   w   tym,   co   robią.   W   naturze   jest   całkiem   inaczej.  Natura   jest
zróżnicowana. Natura to życie i energia...  i odradzanie się. A ludzie tylko niszczą. Niszczą naturę.
Niszczą innych ludzi. Wreszcie zniszczą samych siebie.

Bardzo ponura była to przepowiednia. Zważywszy na ustawiczny chaos i zamęt na świecie miałem

nadzieję, że to nie spełni się tak szybko.

— Kiedy to nastąpi? — spytałem.

Wcześniej niż oni myślą. Natura przeżyje. Rośliny przeżyją. Ale my nie.

background image

Czy możemy coś zrobić, żeby nie dopuścić do tego zniszczenia?

— Nie. Wszystko musi być zrównoważone...

Czy to zniszczenie nastąpi za naszego życia? Czy możemy nie dopuścić do niego?

— To się nie zdarzy za naszego życia. My będziemy na innej płaszczyźnie, w innym wymiarze,

kiedy to się stanie, ale będziemy tego świadkami.

Czy nie ma  możliwości  nauczenia  rodzaju ludzkiego?  — Szukałem jakiegoś wyjścia, jakiejś

możliwości ratunku.

To się dokona na innym poziomie. Na podstawie tego będziemy się uczyć.

Próbowałem   spojrzeć  na   to  z jaśniejszej strony: — A więc nasze dusze gdzie indziej będą się

rozwijać?

Tak. Nie będziemy dłużej... tutaj. Ale będziemy tego świadkami.

Chciałbym uczyć ludzi, ale nie wiem,  jak do nich dotrzeć — powiedziałem.  — Czy jest jakiś

sposób, czy też muszą się oni sami tego nauczyć?

Nie   możesz   dotrzeć   do     każdego.     Po  to,   żeby   powstrzymać  zagładę,  trzeba  dotrzeć  do

każdego człowieka,  a  tego   nie   zdołasz  uczynić.   Tego  procesu   nie   można  zatrzymać.  Oni   się
nauczą. Kiedy zrobią postępy, nauczą się. Zapanuje pokój, ale nie tu, nie w tym wymiarze.

— Wreszcie będzie pokój?
— Tak. Na innym poziomie.

To wydaje  się  tak  bardzo odległe   —  poskarżyłem  się.   —   Ludzie   są   teraz   tacy  mali....

chciwi,  pragnący  władzy,  chorobliwie ambitni. Zapominają o miłości,  wzajemnym  zrozumieniu i
wiedzy. Tyle trzeba się jeszcze nauczyć.

— Tak.

Czy mogę coś napisać, żeby pomóc tym ludziom? Czy jest jakiś sposób?

Ty  znasz   ten   sposób.   Nie   musimy   ci   tego   mówić.   Zresztą   my   wszyscy   osiągniemy   ten

poziom,  oni również. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Nikt nie jest większy  od swego  sąsiada. A to
są wszystko po prostu lekcje... i kary — zakończył.

Ta   lekcja   była   bardzo   głęboka   i   potrzebny   mi   był  czas,   żeby   ją   przetrawić.   Katarzyna

umilkła.   Czekaliśmy,   ona   odpoczywała,   a   ja   zamyśliłem   się   pochłonięty  dramatycznymi
proroctwami. Wreszcie przerwała ciszę:

Klejnoty zniknęły... — wyszeptała. — Zniknęły. Światła... zniknęły.

— Głosy także? Słowa?

Tak.   Nic   nie   widzę.   —  Kiedy   przestała   mówić,   głowa   jej  zaczęła   się  kiwać   z  boku   na

bok. — Duch... patrzy.

— Na ciebie?
— Tak.
— Czy poznajesz tego ducha?

Nie jestem pewna... to może być Edward. — Edward zmarł w zeszłym roku. Był naprawdę

wszechobecny. Zawsze przy niej.

— Jak ten duch wygląda?

     — Jak... jak białe...       po   prostu  światło.    Nie  ma  łtwarzy takiej,  jaką myśmy znali, ale ja
wiem, że to on.

— Czy on chce z tobą nawiązać kontakt?
— Nie, on tylko patrzy.
— Czy słucha tego, co ja mówię?

Tak — szepnęła.   —  Ale  teraz  odszedł.   Chciał   tylko sprawdzić, czy ja się dobrze czuję. —

Pomyślałem o tak   popularnym   aniele   stróżu.   Z   pewnością   Edward  w   roli   kochającego,   często
obecnego ducha, który nad nią czuwa, żeby sprawdzić,  czy wszystko u niej  w porządku,  prawie
spełniał taką anielską rolę. Przecież Katarzyna mówiła o duchach opiekuńczych. Ciekaw byłem,
ile z naszych dziecięcych „mitów" zakorzeniło się w ledwie pamiętanej przeszłości.

Ciekaw   też   byłem,   jaka   jest   hierarchia   duchów,   który  z   nich   staje   się   opiekunem,   a   który

Mistrzem, a który tylko się uczy. Gradacja musi być oparta na mądrości i wiedzy, a ostatecznym
celem jest upodobnienie się do Boga, zbliżenie, a może nawet jakieś zjednoczenie się z Nim. Był
to cel, który mistycy wieki całe opisywaliw ekstatycznych słowach. Oni mieli przedsmak takiej

background image

boskiej   jedności.   Nam   to   ukazywali   tacy   pośrednicy   jak  Katarzyna,   nie   mający   osobistego
doświadczenia, ale za to niezwykły talent.

Edward   odszedł,   a   Katarzyna   zamilkła.   Twarz   miała  spokojną   i   radosną.   Jakież   wspaniałe

zdolności  posiadała: spojrzenia  poza  życie  i śmierć,  rozmawiania  z „bogami"  i przekazywania  ich
mądrości. Pożywaliśmy z Drzewa Wiedzy,  już nie zakazanego.  Ciekaw byłem,  ile  jeszcze jabłek
zostało.

Minette,   matka   mojej   żony,   Carole,   umierała   na   raka,  który  z  piersi   przerzucił   się  na  kości   i
wątrobę. Choroba

 

trwała ponad cztery lata i chemioterapia już nie mogła  zatrzymać tego procesu.

Była   ona   dzielną   kobietą,   która  ze  stoicyzmem   znosiła  cierpienie   i   słabość.   Stan  jej   się  niestety
pogarszał, a ja wiedziałem, że śmierć zbliża się nieubłaganie.

Seanse z Katarzyną cały czas się odbywały, a ja opowiadałem Minette o moich doświadczeniach i

niezwykłych odkryciach z tym związanych.  Byłem raczej  zdziwiony,  że ona, tak rzeczowa  kobieta
interesu,  

słuchała  

tego   niezwykle   uważnie   i   chciała   wiedzieć   jak   najwięcej.   Dałem   jej   więc

odpowiednie   książki,   które  wprost   pochłaniała.   Zorganizowała   dla   nas   trojga   kurs   kabały,
mistycznych   pism   żydowskich   sprzed   setek   lat.  A   choć   reinkarnacja   oraz   fazy   między
wcieleniami  są podstawą literatury kabalistycznej,  współcześni Żydzi  nie mają o tym pojęcia. W
miarę jak ciało Minette było coraz słabsze, jej duch stawał się coraz mocniejszy.  Zmniejszył się też
strach   przed   śmiercią,   ponieważ   czekała   na   ponowne   spotkanie   z   ukochanym   mężem,   Benem.
Uwierzyła w nieśmiertelność duszy, i to pomogło jej znosić cierpienie. Na razie pragnęła żyć, gdyż
marzyła  o  tym  żeby  zobaczyć  swoją  następną  wnuczkę,  pierwsze   dziecko   córki   Donny.   Podczas
jednego   z   zabiegów  w   szpitalu   spotkała   Katarzynę   i   bardzo   się   zaprzyjaźniły.   Szczerość   i
uczciwość Katarzyny sprawiły, że Minette uwierzyła w istnienie przyszłego życia.

Na   tydzień   przed   śmiercią   Minette   została   przyjęta   na  oddział   onkologiczny   naszego   szpitala.

Carole  i ja  spędzaliśmy z nią  dużo czasu rozmawiając o życiu i śmierci,  i o tym,  co nas po niej
czeka. Minette, kobieta o wielkiej

 

godności, postanowiła umrzeć w szpitalu, gdzie miała zapewnioną

dobrą opiekę pielęgniarską. Donna, jej mąż i sześciotygodniowa córeczka też ją odwiedzili, spędza-
jąc z nią dużo czasu. Prawie stale byliśmy przy niej. Pewnego wieczoru o godzinie szóstej, wkrótce
po powrocie ze szpitala do domu,  nagle oboje  z Carole  poczuliśmy,  że natychmiast musimy tam
wracać. Następne sześć, siedem  godzin byliśmy pod wpływem  transcendentalnej  duchowej  energii.
Choć Minette trudno było oddychać, nie miała już bólów. Rozmawialiśmy o

tym,   że   wkrótce

znajdzie   się   w   stanie   pośrednim,   że  ujrzy   promienne   światło   i   jasną   postać.   W   milczeniu
dokonała   przeglądu   swego   życia,   starając   się   przypomnieć   wszystkie   jego   negatywy,   jakby
wiedziała,   że  nie  może   odejść,  dopóki  tego  nie  zrobi.   Czekała  na   okreś loną   porę   nad   ranem,
czekała na to z coraz większą  niecierpliwością. Minette była pierwszą osobą, którą w ten sposób
prowadziłem   do   momentu   umierania   i   przez  śmierć.   Była   wzmocniona   na   duchu,   a   całe   to
przeżycie łagodziło nasz ból.

Przekonałem   się,   że   moje   umiejętności   leczenia   pacjentów   znacznie   wzrosły,   nie   tylko   w

dziedzinie  fobii  i lęków, ale zwłaszcza przygotowania do śmierci i umierania, cierpienia  i obaw z
tym   związanych.   Wiedziałem  intuicyjnie,   co   jest   złe   i   jak   pokierować   terapią.   Potrafiłem
przekazać   moim   pacjentom   uczucie   spokoju   i   nadziei.   Po   śmierci   Minette   wiele   osób,   które
wiedziały,   że   wkrótce   umrą   albo   niedawno   przeżyły   śmierć  kogoś   bliskiego,   zwracało  się do
mnie   o  pomoc.   Wiele  z nich  nie  było  jeszcze  dostatecznie  przygotowanych,  by

 

im  powiedzieć   o

Katarzynie  lub  zapoznać   z  literaturą  dotyczącą  życia  po śmierci.  Ale  nawet  jeśli  nie  posiadali   tej
specyficznej wiedzy, czułem, że mogę wiele dla nich zrobić. Ton głosu, serdeczne zrozumienie całego
procesu   oraz   ich   obaw   i   uczuć,   spojrzenie,   dotknięcie   ręką,   słowo  —   wszystko   to   w   pewnym
momencie   mogło   do  nich   przeniknąć,   poruszyć   strunę  nadziei,  ożywić   zapomnia ną   duchowość,
świadomość   wspólnoty   człowieczej.  A   dla   tych,   którzy   gotowi   byli   przyjąć   coś   więcej,
podsunięcie   odpowiedniej   książki,   relacja   o   przeżyciach  Katarzyny   oraz   innych   ludzi   były   jak
otwarcie okna  na  świeży powiew.  W tych, którzy byli gotowi,  wstępowała  nowa duchowa  energia,
rozwijała   się   ich   intuicja.   Jestem  całkowicie   przekonany,   że   musieli   być   ludźmi   o   szerokich
horyzontach.

Tak  jak   potrzebna   jest   praca   naukowa,   żeby   udokumentować   przeżycia   z   okresu   umierania   i

śmierci,   jakie  były   udziałem   Katarzyny,   równie   potrzebna   na   tym  polu   jest   praca
eksperymentalna. Terapeuci powinni  rozważyć możliwość istnienia życia po śmierci i umieścić to w

background image

swoim programie doradczym.  Nie muszą stosować regresji hipnotycznej,  ale powinni mieć otwarte
umysły, dzielić się swą wiedzą z pacjentami i nie lekceważyć ich przeżyć.

Ludzie żyją teraz w nieustannym strachu o swoje życie. AIDS, zagłada nuklearna, terroryzm,

choroby  oraz   inne   katastrofy   grożą   nam   codziennie.   Wielu   nastolatków   nie   wierzy,   że   dożyje
dwudziestego   roku   życia.   Jest   to   okropne   nastawienie,   odzwierciedlające   wielkie   stresy,   jakie
przeżywa nasze społeczeństwo.

Reakcja Minette na przesłanie Katarzyny była niezwykła. Wzmocniła ją duchowo i mimo wielkiego

cierpienia fizycznego i upadku cielesnego ożyła w niej  nadzieją. Ale to, czego się dowiedziała, jest
dla nas wszystkich, nie tylko dla umierających. I dla nas także istnieje nadzieja. Potrzeba nam więcej
klinicystów i naukowców, którzy pisaliby i mówili o ludziach takich jak Katarzyna, żeby potwierdzić i
szerzyć  zdobytą  przez  nią  wiedzę.  W niej  zawarta jest  odpowiedź:   jesteśmy  nieśmiertelni.   Zawsze
będziemy razem.

Rozdział dwunasty

Minęło  

trzy  i  pół   miesiąca   od  naszego   pierwszego  seansu hipnotycznego.  Nie tylko ustąpiły u

Katarzyny wszelkie niepokojące objawy i została uleczona, lecz całkiem się zmieniła. Była radosna,
promieniowała  spokojem  i  energią.   Ludzie  się  do  niej   garnęli.   Kiedy   jadła   śniadanie   w  szpitalnej
kafeterii, spieszyli do niej zarówno mężczyźni, jak i kobiety. „Chciałem(łam) ci tylko powiedzieć, że
pięknie  wyglądasz"  — mówili  do niej.  Miałem   wrażenie,  że  przyciąga  ich niewidzialną  wędką.  

A

przedtem przez wiele lat w tej samej kafeterii nikt na nią nie zwracał uwagi.

Jak zwykle zapadła szybko w głęboki trans hipnotyczny w moim słabo oświetlonym gabinecie, a

jej blond włosy rozsypały się na dobrze znanej beżowej poduszce.

—  Widzę  budynek...  z  kamienia.   I coś  ostrego  na   jego szczycie.  To mocno górzysta okolica.

Bardzo tu wilgotno... bardzo duża wilgoć na zewnątrz. Przejeżdża wóz. Przejeżdża przed... frontem.
Ten wóz załadowany jest sianem czy słomą, czymś, co jedzą zwierzęta. Są tutaj jacyś mężczyźni.
Niosą chyba sztandary, coś co powiewa  na końcu kija. Są bardzo kolorowe.  Mówią o Maurach. I
o tym, że toczy się wojna. Na głowie mają coś metalowego... metalowe okrycia na głowie. Rok jest

1483. To wszystko ma  coś wspólnego z Duńczykami.  Czy walczymy z Duńczykami? Toczy się
jakaś wojna.

— Czy jesteś tam? — spytałem.
— Nie widzę tego — odparła cicho.

Widzę   teraz   wozy.   Każdy   ma   dwa   koła...   dwa   koła   i   otwarty  tył,   boki   z  drewnianych

listew.  Widzę...  coś metalowego,  co noszą na szyjach... to ciężki  metal  w kształcie krzyża.  Ale
końce są zaokrąglone.  To uroczystość jakiegoś świętego... Widzę miecze.  Oni mają  jakby noże
albo miecze...  bardzo ciężkie,  z bardzo ostrymi końcami. Przygotowują się do bitwy.

Spróbuj siebie znaleźć — poleciłem.  — Rozejrzyj  się. Może jesteś żołnierzem. Widzisz ich z

pewnej odległości.

— Nie jestem żołnierzem — powiedziała stanowczo.
— Rozejrzyj się.

Przywiozłam jakieś prowianty. To wioska... — zamilkła.

— Co teraz widzisz?

Widzę sztandar, coś w rodzaju sztandaru. Jest biało-czerwony... biały z czerwonym krzyżem.

— Czy to sztandar twego narodu? — spytałem.
— To sztandar żołnierzy króla — wyjaśniła.
— Czy to jest twój król?
— Tak.
— Czy wiesz, jak ten król ma na imię?
— Nie słyszałam. Jego tu nie ma.

background image

Czy   możesz   spojrzeć   i   zobaczyć,   co   nosisz   na   sobie?   Spójrz   uważnie   i   powiedz,   co

nosisz?

Coś   ze   skóry...   na   wierzchu   skórzany   kaftan...   na   bardzo  grubej  koszuli.   Skórzany   krótki

kaftan... Trzewiki ze skóry zwierzęcej... nie trzewiki, raczej buty albo mokasyny. Nikt się do mnie
nie odzywa.

— Rozumiem.  Jakiego koloru są twoje włosy?
— Jasne, ale ja nie jestem stara, trochę są siwe.
— Jaki jest twój stosunek do tej wojny?

Przywykłam do niej, to mój zawód. W poprzedniej walce straciłam dziecko.

— Syna?

Tak — powiedziała z wielkim smutkiem.

— Kto ci został? Kto został z twojej rodziny?
— Moja żona... i córka.
— Jak twój syn miał na imię?

Nie widzę  jego imienia.  Pamiętam go. Widzę moją  żonę.  —  Katarzyna   wielokrotnie  była   to

mężczyzną, to kobietą.   W obecnym  wcieleniu  straciła dziecko,   ale  w poprzednich miała wiele
dzieci.

— Jak wygląda twoja żona?
— Jest bardzo zmęczona, stara. Mamy kilka kóz.
— Czy twoja córka nadal mieszka z tobą?
— Nie, wyszła za mąż i zostawiła nas.
— A więc jesteś teraz tylko z żoną?
— Tak.
— Jakie jest twoje życie?

Jesteśmy bardzo zmęczeni i bardzo biedni. Nie było nam łatwo.

— Straciłaś syna. Czy bardzo za nim tęsknisz?
— Tak — odparła krótko, ale z wyraźnym smutkiem.
— Czy byłaś wieśniakiem? — zmieniłem temat.

Tak. Rośnie tu pszenica... pszenica, coś podobnego do pszenicy.

Czy w tym kraju podczas twego życia było wiele wojen, wiele tragedii.

— Tak.
— Ale jednak dożyłaś starości.

Wojny   toczą   się   z  dala  od   wsi,   a   nie  we   wsi   — wyjaśniła. — Oni muszą dojechać na

pole bitwy... przez pasma górskie.

Czy znasz nazwę kraju, w którym żyjesz? Albo najbliższego miasta?

Nie widzę tego, ale musi mieć jakąś nazwę. Nie widzę jej.

Czy to jest wojna religijna? Widziałaś krzyże u żołnierzy? Czy to ma dla ciebie jakiś związek

z religią?

— Dla innych tak, nie dla mnie.

Czy ktoś z twojej rodziny oprócz żony i córki żyje jeszcze?

— Nie.
— Twoi rodzice zmarli.

Tak

.

— Bracia i siostry?

Mam siostrę, ona żyje-. Nie znam jej — dodała mając na myśli swoje obecne życie.

Dobrze.  Spójrz, czy nie  rozpoznajesz  kogoś  we  wsi  albo  w twojej   rodzinie.  —  Jeśli   ludzie

przeżywają reinkarnację grupowo,  może  znalazłaby tam kogoś, kto  odgrywał istotną rolę w jej
obecnym wcieleniu.

— Widzę kamienny stół... i miski.
— Czy to twój dom?

Tak. Widzę coś ugotowanego,  coś żółtego... jakby  z kukurydzy...  lub coś w tym rodzaju...

żółtego. My to jemy...

background image

W   porządku   —   powiedziałem,   starając   się   przyspieszyć   jej     relację.   —   Miałaś   bardzo

trudne życie, bardzo trudne. O czym teraz myślisz?

— O koniach — szepnęła.
— Czy masz konie?
— Albo ktoś inny?

Nie mam... ale żołnierze mają, niektórzy z nich.  Większość porusza się na piechotę. Ale to

nie są konie, to są osły, w każdym razie są mniejsze niż konie. Bardzo złe. 

— Przesuń się teraz naprzód w czasie — poleciłem. — Jesteś bardzo stara. Postaraj się znaleźć

w ostatnim dniu swego życia jako stary człowiek.

Kiedy ja nie jestem bardzo stara — zaprotes towała. Nie przejmowała się specjalnie tymi

swoimi  wcieleniami. To, co się działo, to się działo. Nie mogłem  jej podsuwać ówczesnych przeżyć.
Nie mogłem jej skłaniać, żeby zmieniała szczegóły tego, co się wydarzyło i co pamiętała.

Czy w tym twoim wcieleniu coś się jeszcze wyda rzy? — spytałem zmieniając temat. — Ważne,

żebyśmy to wiedzieli.

— Nic istotnego — odparła obojętnie.

A więc przesuń się w czasie. Dowiedzmy się, czego powinnaś się nauczyć. Wiesz już?

Nie. Ciągle tam jestem.

Tak, wiem o tym. Czy coś widzisz? — Dopiero po dłuższej chwili wyszeptała:

— Unoszę się.

- Czy opuściłaś jego ciało?

— Tak, unoszę się. — Znowu stała się duchem.

Czy  teraz wiesz,  czego  powinnaś  się  nauczyć? Znowu miałaś bardzo ciężkie życie.

— Nie wiem.  Po prostu unoszę się.

W porządku. Odpocznij... odpocznij. — Upłynęło w milczeniu kilka minut. Potem sprawiała

wrażenie,   że  czegoś   nasłuchuje.   Nagle   zaczęła   mówić,   głos   jej   był   donośny,   głęboki.   To  nie
mówiła Katarzyna.

Wszystkiego jest siedem płaszczyzn, siedem płaszczyzn, a każda składa się z wielu poziomów,

jeden z nich jest poziomem  skupienia. Na tym poziomie wolno ci zebrać myśli. Możesz zobaczyć
swoje życie,  które właśnie się skończyło.  Tym z wyższych  poziomów  wolno  zobaczyć wypadki
historyczne.   Mogą   się   cofnąć   i   potem  uczyć   tego,   czego   się   dowiedzieli.   Ale   nam   z   niższych
poziomów wolno tylko zobaczyć swoje życie... które właśnie minęło.

Mamy   długi,   które   trzeba   spłacić.   Jeśli   ich   nie   spłacimy,   będziemy   musieli   je   zabrać   do

następnego   życia...  po  to,   żeby   nad  nimi   pracować.   Żeby   osiągnąć   postęp,   trzeba   spłacić   swoje
długi. Niektóre dusze osiągają postęp szybciej niż inne. Kiedy jesteś w fizycznej powłoce,  pracujesz
nad kształtem swego życia... Jeśli  coś przeszkodziło  ci w spłaceniu  twego  długu, musisz wrócić na
płaszczyznę skupienia i tam czekać aż dusza, wobec której masz dług, przyjdzie do ciebie. A kiedy
obie będą mogły w tym samym czasie wrócić do cielesnego kształtu, wtedy będzie ci wolno wrócić.
Ale to ty decydujesz, kiedy wrócisz. To ty decydujesz, co należy uczynić, żeby spłacić ten dług. Nie
będziesz   pamiętać   innych   swoich

 

wcieleń...   tylko   to   jedno,   z   którego   właśnie   przybyłeś.  Tylko

duszom   na   wyższym   etapie   —   mędrcom   —   wolno  wrócić   do   czasów   historycznych   i   minionych
wydarzeń, żeby nam pomóc, nauczyć tego, co musimy zrobić.

Jest  siedem  płaszczyzn...  siedem,  przez  które musimy  przejść,   nim   zostaniemy   odesłani.   Jedną  z

nich   jest  płaszczyzna  przejściową.  Tu trzeba  czekać.  Na  tej  płaszczyźnie   będzie   postanowione,   co
możesz  zabrać do następnego życia. Każdy z nas ma... dominującą  wadę.  Może to być chciwość,
pożądanie   i   tak   dalej,   ale   cokolwiek   to   będzie,   musisz   spłacić   dług   tym   ludziom,   których
skrzywdziłeś.   Potem   musisz   nad   tą   wadą   zapanować   właśnie   w   tym   życiu.   Musisz   nauczyć   się
panować nad chciwością. Jeśli ci się nie uda, kiedy wrócisz, będziesz musiał przenieść tę wadę, jak
również   inne,   do  twego   następnego   życia.   Ciężar   się   powiększy.   Z   każdym   wcieleniem,   które
przeżyłeś nie spłaciwszy swoich długów, następne będzie trudniejsze. Jeśli je spłacisz, otrzymasz łatwe
życie. Tak więc sam decydujesz, jakie będziesz mieć życie. W następnej fazie będziesz odpowiadać
za życie, jakie masz. To ty decydujesz. — Katarzyna zamilkła.

Najwyraźniej   to nie   był   żaden  z  Mistrzów.  Określił  siebie  jako „my z niższych  poziomów",  w

przeciwieństwie  do tych dusz na  wyższym poziomie  — „mędrców".  Ale   przekazana   wiedza   była
jasna i  prosta. Ciekaw  byłem pozostałych pięciu poziomów.  Czy etap odnowy  był   jedną   z   t ych

background image

płaszczyzn?   A   co   z   etapem   nauki   i etapem  decyzji?  Cała mądrość ujawniona  w przesłaniach
tych dusz o różnych wymiarach duchowości była

 

konsekwentna. Styl wypowiedzi różnił się, jak też

słownictwo   i   budowa   zdań,   ale   treść   pozostawała   niezmiennie   taka   sama.   Systematycznie
zdobywałem  zasób wiedzy duchowej,  na którą składała się miłość i nadzieja, wiara i miłosierdzie.
Mówiła  ona   o  cnotach i  wadach,  długach,   jakie   się   miało   wobec   innych   ludzi   i   siebie  samego.
Obejmowała minione wcielenia  i duchowe płaszczyzny pomiędzy wcieleniami.  Głosiła  postęp duszy
poprzez   harmonię   i   równowagę,   miłość   i   mądrość,   postęp,  którego   celem   był   mistyczny   i
ekstatyczny związek z Bogiem.

Było   przy   tym   wiele   praktycznych   wskazówek,   podkreślono   doniosłe   znaczenie:   cierpliwości   i

czekania; mądrości, jaka się kryje w równowadze przyrody; wyzbycia się strachu, zwłaszcza strachu
przed śmiercią;  zaufania  i  przebaczenia;  uczenia  się,  a  nie  sądzenia  innych;  tego,  że nikogo nie
wolno   pozbawiać   życia;  gromadzenia   i   posługiwania   się   siłami   intuicji   i   może  nade   wszystko
niezachwianej wiary, że jesteśmy nieśmiertelni, że jesteśmy poza życiem i śmiercią, poza przestrzenią i
czasem, że jesteśmy jak bogowie, a oni są nami.

— Unoszę się — wyszeptała Katarzyna.
— W jakim jesteś teraz stanie? — spytałem.

Żadnym... Unoszę się... Edward jest mi coś wi nien... coś mi jest winien.

— Czy wiesz, co ci jest winien?

Nie... jakąś informację. Ma mi coś do powiedzenia, może o dziecku mojej siostry.

— O dziecku twojej siostry? — powtórzyłem.

— Tak... to dziewczynka. Na imię ma Stefania.
— Stefania? Czego masz się o niej dowiedzieć?

Muszę się dowiedzieć, jak nawiązać z nią kontakt. — odpowiedziała Katarzyna,  która nigdy

dotąd nie wspomniała mi o tej siostrzenicy.

— Czy ona jest ci bardzo bliska? — spytałem.
— Nie, ale chciałaby ich znaleźć.

Kogo znaleźć? — spytałem zdumiony.

Moją siostrę i jej męża. A tylko przeze mnie może to zrobić.  Ja jestem  ogniwem  łączącym.

On   ma   tę  informację.   Jej   ojciec   jest   lekarzem,   praktykuje   gdzieś   w  Vermoncie.   Ta  informacja
przyjdzie do mnie, kiedy będzie trzeba.

Później dowiedziałem się, że siostra Katarzyny i jej  przyszły mąż oddali do adopcji swoją malutką

córeczkę.  Byli   wtedy   bardzo   młodzi   i   nie   mieli   nawet   ślubu.  Adopcję  załatwił  Kościół.  Potem
wszelki kontakt urwał się. Nie było żadnych informacji.

Tak — zgodziłem się. — Kiedy nadejdzie odpowiedni czas.

— Tak. Wtedy on mi powie.
— Jakie inne informacje ma dla ciebie?

Nie   wiem,   ale   ma   mi   coś   do   powiedzenia.   I   coś   mi  jest   winien...   coś.   Nie   wiem   co.   —

Zamilkła.

— Czy jesteś zmęczona? — spytałem.

Widzę uzdę na ścianie — wyszeptała w odpowiedzi. — I jakieś wędki.   Uzdę...  widzę koc

leżący na zewnątrz stajni.

— A może to stodoła?
— Oni tam trzymają konie. Mają wiele koni.
— Co jeszcze widzisz?

Dużo drzew... z żółtymi kwiatami. Mój ojciec jest tutaj. Zajmuje się końmi. — Zrozumiałem,

że mówię do dziecka.

— Jak on wygląda?
— Jest bardzo wysoki, ma siwe włosy.
— Czy widzisz siebie?

- Jestem dzieckiem... dziewczynką.

-

Czy twój ojciec jest właścicielem tych koni, czy tylko się nimi zajmuje?

— Zajmuje się nimi. Mieszkamy w pobliżu.
— Czy lubisz konie?
— Tak.

background image

- Czy masz jakiegoś ulubionego?

— Tak. To mój   koń.  Na imię   mu  Jabłko.  — Przypomniałem  sobie jej  wcielenie   jako Mandy,

kiedy również pojawił się koń imieniem  Jabłko. Czyżby powtarzała wcielenie, w które kiedyś się
przeniosła? Może patrzyła na nie z innej perspektywy.

- Jabłko... tak. Czy twój ojciec pozwala ci jeździć na Jabłku?

— Nie, ale mogę  mu dawać różne rzeczy do jedzenia.  On jest  zaprzęgany do powozu naszego

pana,  ciągnie  ten powóz.  Jest  bardzo duży,  ma  wielkie  kopyta, trzeba  bardzo  uważać,   bo może
nadepnąć.

— Kto jeszcze jest z tobą?

Moja matka.  Widzę  siostrę...  jest  starsza  ode mnie. Poza tym nie widzę nikogo.

— A teraz co widzisz?
— Tylko konie.

— Czy jesteś szczęśliwa?
— Tak. Lubię zapach stajni.
— Czujesz zapach koni.
— Tak.
— Siana też?

Tak...       Konie   mają   takie   miękkie   pyski.     Są   tu   również   psy...   czarne,   i   koty...   dużo

zwierząt.   Psy   są  używane   do   polowania.   Kiedy   jest   polowanie   na   ptaki,  psy   też   biorą   w   nim
udział.

— Czy coś się z tobą dzieje?
— Nie. — Moje pytanie było zbyt ogólnikowe.

Czy ty mieszkasz na tej farmie?

Tak. Ten człowiek, który się zajmuje końmi... —

urwała   i   dokończyła:   —   Tak

naprawdę nie jest moim ojcem. - Byłem zaskoczony.
— Nie jest naprawdę twoim ojcem?

-

On nie   jest  moim   ojcem.  Ale   jest  dla   mnie   jak  rodzony   ojciec.    To   mój    drugi   ojciec.

Jest dla mnie bardzo dobry. Ma zielone oczy.

-

Spójrz mu w oczy, w te zielone oczy, i powiedz, czy go rozpoznajesz. On jest dla ciebie dobry,

kocha cię.

— To mój  dziadek... mój  dziadek.  Bardzo nas kochał. Często nas ze sobą zabierał tam, gdzie

chodził na piwo, a myśmy dostawali wodę sodową. Kochał nas.
- Moje  pytanie   przeniosło  ją   z  tego  wcielenia  w  jej   stan  obserwacyjny,   nadświadomy.   Oglądała
teraz życie Katarzyny i jej stosunki z dziadkiem.

- Czy bardzo ci go brak? — spytałem.

— Tak — odparła cicho.

Ale jak widzisz, był też z tobą przedtem — wyjaśniłem jej, próbując ją pocieszyć.

Był  dla  mnie  bardzo dobry.  Kochał nas.  Nigdy się  nie   gniewał.     Dawał   nam   pieniądze   i

często ze sobą zabierał. Lubił to. Ale umarł.

— Będziesz z nim znowu razem. Wiesz o tym.

Tak, byłam z nim przedtem. Nie był taki jak mój ojciec. Oni są zupełnie różni.

— Dlaczego dziadek kochał cię tak bardzo i dobrze traktował, a ojciec jest całkiem inny?

Dlatego, że trzeba się uczyć. Dziadek spłacił dług,  jaki  zaciągnął,  a  mój  ojciec  nie   spłacił

swego długu. Musiał wrócić... nie zrozumiał... Będzie musiał spróbować jeszcze raz.

Tak — zgodziłem się. — Będzie musiał nauczyć się kochać dzieci, wychowywać.

— Tak — powiedziała tylko.

Jeżeli ludzie tego nie rozumieją — dodałem — traktują  dzieci  jak swoją   własność,  zamiast

kochać je.

— Tak — odparła znowu.

Twój ojciec musi się jeszcze tego nauczyć, a twój dziadek już to wie...

Ja   też   wiem...   —   przerwała   mi.   —Mamy   tyle   etapów   do   przejścia,   kiedy   jesteśmy   w

fizycznym   ciele...  takie   jak   etap   ewolucji.   Musimy   przejść   przez   etap   niemowlęctwa,
dzieciństwa...   Musimy   odbyć   długą   drogę,   nim   osiągniemy...   nim   osiągniemy   nasz   cel.   Etapy
w   fizycznym   ciele   są   trudne.   Te   w   fazie   astralnej   są   łatwe.   Tam   tylko   wypoczywamy   i
czekamy. Teraz te etapy są trudne.

background image

Ile płaszczyzn jest w stanie astralnym?

— Siedem — odpowiedziała.

— Jakie są? — Wiedziałem już o dwóch, wymienionych podczas tego seansu i chciałem poznać

pozostałe.

Powiedziano  mi  tylko  o  dwóch  —  wyjaśniła. —

O   etapie   przejściowym   i   etapie

skupienia.
— O tych dwóch ja też słyszałem.
— Inne poznamy później.

Uczyłaś się w tym samym czasie co ja — zauważyłem. — Dziś nauczyliśmy się o długach. To

bardzo ważne.

Zapamiętam to, co powinnam zapamiętać — dodała tajemniczo.

— Zapamiętasz te płaszczyzny? — spytałem.
— Nie. Dla mnie nie są ważne. Ważne są dla ciebie.

— Już przedtem słyszałem, że to było przeznaczone dla mnie. Żeby jej pomóc, ale jeszcze coś więcej.
Żeby mnie pomóc, ale także jeszcze coś więcej. Nie mogłem jednak dociec, jaki nadrzędny cel krył
się w tym.

- Moim zdaniem  twój  stan  bardzo  się poprawił

— ciągnąłem. — I tyle się nauczyłaś.

— Tak — odparła.

Dlaczego teraz ludzie tak do ciebie lgną? Co ich przyciąga?'

Ponieważ uwolniłam się od wszystkich moich lęków   i  mogę   im   pomóc.   Przyciąga   ich  do

mnie moja duchowa wrażliwość.

— Czy potrafisz sobie z tym poradzić?

Tak. Nie mam żadnych wątpliwości. Wcale się tego nie boję — dodała.

— Ja ci w tym pomogę.
— Wiem, że mi pomożesz, jesteś moim nauczycielem

— odparła.

Rozdział trzynasty

Katarzyna uwolniła  się od nękających ją objawów.  Była całkowicie zdrowa. Jej wcielenia zaczęły
się  powtarzać.  Wiedziałem,   że  zbliżamy  się   do  kresu  naszych  spotkań,   ale   tego   jesiennego   dnia,
kiedy znów zapadła w hipnotyczny trans, nie zdawałem sobie sprawy, że upłynie pięć miesięcy do
następnego seansu — ostatniego.

Widzę rzeźby — zaczęła. — Niektóre z nich są w błocie.  Widzę glinę.  Jacyś ludzie robią

garnki.   Są  czerwone...      używają  jakiegoś    czerwonego    materiału.  Widzę  brązowy  budynek,   w
którym się znajdujemy.

— Czy jesteś w tym budynku, czy blisko niego?
— Jestem w środku. Robimy różne rzeczy.

- Czy  widzisz  siebie   podczas  pracy? — spytałem.  — Czy możesz opisać, co masz na sobie?

Spójrz uważnie, jak wyglądasz?

— Mam na sobie coś długiego z czerwonego materiału. I śmieszne  buty,  jakby sandały.  Włosy

moje  są  brązowe. Lepię coś w rodzaju posążków. Postać człowieka... mężczyzny.  W ręku trzyma
kij. Inni ludzie robią jakieś przedmioty z metalu...

— Czy to jest fabryka?
— Nie. Po prostu budynek z kamienia.

Robisz posążki mężczyzny z kijem, czy wiesz, kto to jest?

Nie   wiem.   Po  prostu   mężczyzna.   On  się   opiekuje   stadem...   krów.   Wokoło   jest   ich   dużo

[posążków]. To bardzo śmieszny materiał. Trudny do roboty. Kruszy się.

background image

— Czy znasz nazwę tego materiału?
— Nie znam. Po prostu coś czerwonego.

Co się stanie z tym posążkiem, jak go zrobisz?

Będzie   sprzedany,   część   z   nich   będzie   sprzedana  na   targu,   część   ofiarowana   różnym

możnym   panom.  Tylko   te   najpiękniejsze   będą   ofiarowane   możnym   panom.   Reszta   zostanie
sprzedana.

Czy masz kiedy do czynienia z tymi możnymi  panami?

— Nie.

To, co teraz robisz, to twoja praca?

— Tak.
— Czy ją lubisz?
— Tak.
— Czy od dawna to robisz?
— Nie.
— Czy dobrze to robisz?
— Niezbyt dobrze.
— Potrzebne ci jest większe doświadczenie?
— Tak, dopiero się uczę.

Rozumiem.  Czy jeszcze mieszkasz ze swoją rodziną?

— Nie wiem, ale widzę brązowe jakby pudła.
— Brązowe pudła? — powtórzyłem.

One   mają   takie   małe   otwory,   drzwiczki,   i   w   tych  drzwiczkach   siedzą   małe   posążki.

Drzwiczki są z drzewa, z jakiegoś rodzaju drzewa.  My robimy do nich posążki.

— Jaka jest rola tych posążków?
— Religijna — odparła.
— O jaką religię chodzi?

Taką,   w  której   jest   wielu   bogów,   wielu   opieku nów... wielu  bogów.  Ludzie tutejsi  bardzo

się   ich  boją.  Robimy   tutaj   wiele   rzeczy.   Także   gry...   tablice  do  gier  z   otworami.   W   te  otwory
wkłada się głowy zwierząt.

— Czy widzisz coś jeszcze?

Tutaj jest bardzo gorąco, bardzo gorąco i dużo pyłu...

— Czy gdzieś w pobliżu jest woda?

Tak, sprowadzana z gór. — I to wcielenie było mi jakoś znajome.

— Czy ludzie tu boją się? Czy są zabobonni?

Tak — odparła. — Bardzo się boją. Każdy się boi. Ja także.  Musimy  siebie chronić.  Panuje

choroba. Musimy chronić się przed nią.

— Jakiego rodzaju choroba?

Taka, która wszystkich zabija. Wielu ludzi umiera.

— Woda jest jej przyczyną? — spytałem.

Tak.   Panuje   susza...   jest   bardzo   gorąco,   ponieważ  bogowie   są   zagniewani   i   karzą   nas.   —

Ponownie   znalazła   się   we   wcieleniu,   podczas   którego   stosowano   kurację  taniną.   Rozpoznałem
religię strachu, religię Ozyrysa i Hathora.

Dlaczego bogowie się gniewają? — spytałem, z góry znając odpowiedź.

- Ponieważ nie przestrzegaliśmy praw. Dlatego się gniewają.

— Jakich praw nie przestrzegaliście?
— Tych, które ustanowili możni panowie.
— W jaki sposób można ułagodzić bogów?

Trzeba   nosić   pewne   przedmioty.   Niektórzy   ludzie  noszą   naszyjniki.   To  pomaga   odegnać

zło.

Czy jest jakiś bóg, którego ludzie boją się najwięcej?

— Oni boją się wszystkich bogów.

— Czy znasz imię któregoś z bogów.

background image

Nie,   nie   znam.   Ja   tylko   wiem,   jak   wyglądają.   Jeden   ma   ludzką   postać,     ale   głowę

zwierzęcia.  Inny wygląda jak słońce. Jeszcze inny jak ptak, i jest czarny. Zakładają im sznur na
szyję.

— Czy ty przeżyłaś zarazę?
— Tak, nie umarłam.

Ale członkowie twojej rodziny umarli — przypomniałem jej.

— Tak... mój ojciec. Matka dobrze się czuje.

— A brat?
— Brat... nie żyje.

Dlaczego ty przeżyłaś? Czy istnieje jakaś specjalna przyczyna? Co zrobiłaś?

— Nic — odparła i zmieniła temat. — Widzę jakieś naczynie z oliwą.

— Co mianowicie?

Coś białego. Przypomina marmur. To... alabaster... rodzaj misy... trzymają w tym oliwę.

Do namaszczania głowy...

— ...kapłanów? — spytałem.
— Tak.

Jaka jest teraz twoja funkcja? Czy pomagasz przy tej oliwie?

— Nie, ja robię posążki.
— W tym brązowym budynku?

Nie... jest później... w świątyni. — Wyglądała na zmartwioną, nie wiedziałem dlaczego.

— Czy masz jakieś kłopoty?

Ktoś   w   świątyni   popełnił   czyn,   który   rozgniewał  bogów.   Przygotowują   ofiarę,   jakieś

zwierzę... to jagnię... Kapłani mają ogolone głowy. Nie mają na nich włosów ani na twarzach...
— zamilkła,  minuty mijały  powoli.   Nagle  zrobiła  się niespokojna,  jakby czegoś  nasłuchiwała,
minuty wolno mijały. Kiedy się odezwała, głos jej był głęboki. Pojawił się któryś z Mistrzów.

To na tej płaszczyźnie dusze mogą się objawić ludziom, którzy nadal są w fizycznym ciele.

Wolno im  wrócić... ale tylko  wtedy,  gdy nie dotrzymali  jakiejś   umowy.    Na tej   płaszczyźnie
wzajemny   kontakt  jest  dozwolony.  Ale na innych płaszczyznach... Tutaj wolno  ci używać twoich
duchowych   uzdolnień   i   porozumiewać  się   z   ludźmi   w   fizycznym   kształcie.   Istnieje   na   to   wiele
sposobów.  Niektórym  dzięki  sile  wzroku  wolno  się ukazać ludziom w swej  fizycznej  formie.
Inni mogą  korzystać  ze   swej   energii  i  telepatycznie  przesuwać przedmioty. Dostajesz się na tę
płaszczyznę tylko wtedy,  kiedy to jest dla ciebie' korzystne... Jeśli nie dopełniłeś  zawartej umowy,
możesz tu przyjść i nawiązać w jakiś sposób kontakt. A to wszystko po to... żeby dopełnić  umowy,
jeśli twoje życie nagle się zakończyło, będzie to powodem, żebyś także się znalazł na tej płaszczyźnie.
Wielu ludzi decyduje się na przyjście tu, ponieważ wolno  im zobaczyć swoich bliskich, którzy nadal
są w fizycznym kształcie. Ale nie każdy decyduje się na nawiązanie z nimi kontaktu. Dla niektórych
ludzi   byłoby   to   zbyt  przerażające.   —   Katarzyna   zamilkła,   wypoczywała.   Po  chwili   wyszeptała
cicho:

— Widzę światło.
— Czy to światło dostarcza ci energii? — spytałem.
— Jakby coś się zaczynało... to ponowne narodziny.  

Jak ludzie w fizycznej postaci odbierają tę energię? Jak mogą się z nią połączyć i naładować

ponownie?

— Poprzez umysł — odparła cicho.
— Ale jak osiągają ten stan?

Muszą   być   bardzo   odprężeni.   Można   odnowić   się  przez   światło...   Trzeba   być   bardzo

odprężonym,   nie  zużywać   energii,     ale   ją   odnawiać.   We   śnie   człowiek  odnawia   siebie.   —
Była w stanie nadświadomym, postanowiłem rozszerzyć zakres pytań.

Ile  razy   ponownie   się   rodziłaś?  —  spytałem.  — Czy zawsze tutaj, w tym otoczeniu,

na ziemi, czy również gdzie indziej?

— Nie tylko tutaj.

Do jakich innych płaszczyzn się udajesz, do jakich innych miejsc?

background image

— Ja jeszcze nie skończyłam tego, co tu mam do zrobienia.  Nie mogę  odejść,  dopóki  nie

doświadczę  wszystkiego  w życiu,  a to się jeszcze  nie  stało... Będę  miała  wiele  wcieleń...  żeby
dopełnić wszystkich umów i spłacić wszystkie zaciągnięte długi.

— Jednak robisz postępy — zauważyłem.
— Zawsze robimy postępy.
— Ile wcieleń miałaś na ziemi?
— Osiemdziesiąt sześć.
— Osiemdziesiąt sześć?
— Tak.
— I wszystkie pamiętasz?
— Będę je pamiętać, jeśli to dla mnie będzie istotne.

Poznaliśmy fragmenty albo większe odcinki dziesięciu, dwunastu jej wcieleń, ostatnio niektóre się

powtarzały.   Najwidoczniej   nie   potrzebowała   pamiętać   pozostałych.   Zrobiła   rzeczywiście   znaczne
postępy,   przynajmniej   wedle   mojej   oceny.   Postępy,   jakie   miała   odtąd   robić,   może   nie   miały
zależeć od wspominania tych innych wcieleń.  Może nawet przyszłe jej postępy nie miały zależeć
ode mnie czy mojej pomocy. Znowu zaczęła szeptać:

— Niektórzy   ludzie   nawiązują   kontakt   z   astralną  płaszczyzną   przez   narkotyki,   ale   nie

rozumieją tego, co przeżywają.   Jednak  zezwolono  im  na  ten  kontakt.
— Nie pytałem jej dotąd o narkotyki.  A ona uczyła  mnie, dzieliła się zdobytą wiedzą, czy ja o to
konkretnie pytałem czy nie.

— Czy możesz  używać swych sił duchowych,  żeby  pomóc  sobie w osiągnięciu  tutaj postępu?

— spytałem.
— Wydaje mi się, że coraz bardziej rozwijasz je.

— Tak   —   przyznała   mi   rację.   —   To   jest   ważne,   ale  nie   tak   ważne   tutaj,   jak   na   innych
płaszczyznach. Jest to część ewolucji i wzrostu.

— Ważne dla ciebie i dla mnie?
— Ważne dla nas wszystkich.
— Jak rozwijamy te uzdolnienia?

Rozwija  się je poprzez kontakty z innymi  ludźmi.  Są tacy,  którzy posiadają  więcej  siły,  i

wrócili  tu obdarzeni większą wiedzą. Oni szukają tych, którzy muszą się rozwijać, i pomagają im.
— Zapadła cisza. Opuszczając stan nadświadomości, weszła w inne wcielenie.

Widzę ocean. Widzę dom nad brzegiem oceanu. Jest biały. Statki wpływają i wypływają z

portu. Czuję zapach morskiej wody.

— Czy jesteś tam?
— Tak.
— Jaki jest ten dom?

Mały,  na  szczycie  ma   jakby  wieżę...  okno,  przez  które można  patrzeć na  ocean.  Jest tam

teleskop. Z mosiądzu, z mosiądzu i drzewa.

— Czy widzisz ten teleskop?
— Tak, patrzę na statki.

Jakie jest twoje zadanie?

Składam   raporty   o   statkach   handlowych,   które   wpływają   do   portu.   —   Przypomniałem

sobie,   że   to  samo  robiła   w   jednym   z   wcieleń,   kiedy   była   Christianem,  marynarzem,   który
został ranny podczas bitwy morskiej.

Czy jesteś marynarzem? — spytałem, chcąc się dowiedzieć więcej szczegółów.

— Nie wiem... może.

— Czy widzisz, co masz na sobie.

Białą koszulę i brązowe krótkie spodnie i buty  z dużymi klamrami... W późniejszym życiu

jestem   marynarzem,   ale   nie   teraz.   —   Mogła   widzieć   przyszłość,   ale  żeby   to   zrobić,   musiała
przeskoczyć do tej przyszłości.

— Jestem ranna. — Drgnęła i zaczęła wić się z bólu.

— Ręka mnie boli. — Istotnie była Chriastianem i znowu przeżywała bitwę morską.

— Czy był jakiś wybuch?
— Tak... czuję zapach prochu.

background image

— Wszystko będzie dobrze — zapewniłem ją, wiedząc, co nastąpi dalej.

Bardzo  wielu  ludzi   umiera!   —  Nadal   była   przeję ta.   —   Żagle   są   porwane...   część   lewej

burty   została  zmiażdżona.   —  Oglądała   uszkodzenie   statku.   —  Musimy   zreperować   żagle.   One
muszą być zreperowane.

— Czy już dobrze się czujesz?

Tak. To bardzo trudno szyć materiał, z którego są żagle.

Czy możesz już pracować tą  ręką,  która była ranna?

Nie,  ale obserwuję innych... żagle... są zrobione  z płótna, specjalnego rodzaju płótna, które

bardzo trudno szyć...  Wielu ludzi zmarło. Tak bardzo cierpieli.
— Zadrżała.

— Co takiego?
— Ten ból... w ręce.

Twoja ręka się goi. Przesuń się naprzód w czasie. Czy znowu żeglujesz?

Tak. — Krótka przerwa. — Jesteśmy w połu dniowej Walii. Musimy bronić brzegu.

— Kto was atakuje?
— Wydaje mi się, że Hiszpanie... mają wielką flotę.
— Co się dzieje dalej?

Widzę   statek.   Widzę   port.   Widzę   sklepy   i   warsztaty.   W   jednym   z  tych   warsztatów   robią

świece. Są też sklepy, gdzie można kupić książki.

— Czy chodzisz czasem do księgarni?

Tak. Bardzo lubię tam chodzić.  Książki są cudowne... Widzę wiele książek. Ta czerwona jest

historyczna. Piszą w niej o miastach... krajach. Są też w niej mapy. Bardzo lubię tę książkę... Jest
też sklep z kapeluszami.

Czy   jest   takie   miejsce,   gdzie   chodzisz   na   piwo?  —   Przypomniałem   sobie   opis   piwa

Christiana.

Tak,   jest   ich   wiele   —   odparła.   —   Podają   piwo...  bardzo   ciemne   piwo...     a   do   tego

mięso...     baraninę  i   chleb,   duże   kawałki   chleba.   Piwo   jest   bardzo   gorzkie,  bardzo   gorzkie.
Czuję jego smak. Podają też wino, są tam długie drewniane stoły...

Postanowiłem zwrócić się do niej po imieniu, żeby zobaczyć, jak zareaguje.
— Christian   —   powiedziałem   z   naciskiem.   Odparła   głośno,   bez   wahania:   —   Tak,   czego
chcesz?
— Gdzie jest twoja rodzina, Christianie?

Mieszkają w pobliskim mieście. My wypływamy z tego portu.

— Kto należy do twojej rodziny?
— Mam siostrę... imieniem Mary.
— A czy masz dziewczynę?

Nie mam żadnej dziewczyny.  Tylko kobiety w mieście.

— Nikogo specjalnie?

- Nie, tylko kobiety... Znowu pływam. Walczyłam w wielu bitwach, ale nic mi się nie stało.

— Zestarzałaś się...
— Tak.
— Czy miałaś kiedy męża?

- Chyba tak. Widzę obrączkę.

— Czy miałaś dzieci?

- Tak. Mój syn także będzie pływał... Widzę pierścień, pierścień z ręką. Ta ręka coś trzyma, ale

nie widzi co. Ten pierścień to ręka, ręka coś trzymająca. — Katarzyna zaczęła się krztusić.

— Co się dzieje?

-

Ludzie na  statku są chorzy,  wymiotują... to z powodu jedzenia. Zjedliśmy zepsutą żywność.

Soloną wieprzowinę. — Nadal się krztusiła. Przesunąłem ją w czasie i krztuszenie ustąpiło.
Postanowiłem     już   nie   doprowadzać   jej   ponownie   do   ataku   serca   Christiana.   Była
bardzo wyczerpana, wyprowadziłem ją więc z transu.

-

background image

Rozdział czternasty

Trzy tygodnie minęły,  nim się znów spotkaliśmy. Przyczyną tej przerwy była moja krótka choroba i
jej   urlop.   Katarzyna   czuła   się   nadal   doskonale,   ale   kiedy   zaczęliśmy   seans,   sprawiała   wrażenie
zaniepokojonej.  Oświadczyła mi, że jest w tak dobrym stanie zdrowia i czuje się  tak znakomicie,  że
hipnoza nie jest już jej potrzebna.  Oczywiście miała rację. W zwykłych okolicznościach zaczęlibyśmy
kończyć   terapię   wiele   tygodni   temu.   Kontynuowaliśmy   ją   częściowo   z   powodu   mojego   zaintere-
sowania   przesłaniami   Mistrzów,   a   poza   tym,   dlatego   że   Katarzyna   nadal   miała   pewne   drobne
dolegliwości. Musiałem przyznać, że jest prawie wyleczona, a poza tym jej wcielenia się powtarzały.
Ale  co w przypadku,   gdyby  Mistrzowie  mieli  mi  jeszcze więcej  do powiedzenia?  Jak  mógłbym  się
porozumieć  z nimi  bez pośrednictwa Katarzyny?  Wiedziałem,  że gdybym  nalegał,  kontynuowałaby
nasze seanse. Czułem jednak, że nie mam do tego prawa. Z pewnym smutkiem przyznałem jej rację.
Porozmawialiśmy   o   tym,   co   wydarzyło   się   w   minionych  trzech   tygodniach,   ale   robiłem   to   bez
zapału.

Minęło   pięć   miesięcy.   Katarzyna   nadal   była   w   dobrym   stanie   zdrowia.   Lęki   i   obawy   były

minimalne. Zmieniły się na plus jej stosunki z ludźmi i jakość życia.

Spotykała się obecnie również z innymi mężczyznami, choć Stuart nadal był obecny w jej  życiu.
Po   raz  pierwszy   od   wczesnego   dzieciństwa   była   radosna   i   szczęśliwa.   Od   czasu   do   czasu
spotykaliśmy  się  w hallu  szpitala albo w kolejce  w kafeterii, ale kontakt  lekarz  -pacjent  przestał
istnieć.

Zima   się   skończyła   i   zaczęła   wiosna.   Katarzyna   zapisała   się   do   mnie   na   wizytę.   Trapił   ją

uporczywy   sen  o   jakiejś   religijnej   ofierze,   o   wężach   w   głębokiej   jamie.  Jacyś   ludzie   zostali
zmuszeni  do wejścia  do tej jamy.  Ona  też znalazła  się tam i próbowała  uciec,  wbijając  palce w
piaszczyste ściany i pnąc się w górę.  Węże były  pod nią. W tym momencie  sen się urywał, a ona
budziła się z sercem walącym ze strachu.

Pomimo   długiej   przerwy   zapadła  szybko  w   głęboki  sen hipnotyczny.  Nie dziwiłem  się,  kiedy

natychmiast znalazła się w dawnym bardzo wcieleniu.

— Tu, gdzie jestem,  panuje upał — zaczęła. — Widzę  dwóch  czarnych  ludzi,  którzy stoją koło

kamiennego muru, zimnego i wilgotnego. Mają jakieś nakrycia głowy. Wokół prawej kostki każdy z
nich ma sznur, w który wplecione są paciorki i wstążki. Oni budują magazyn z kamieni  i gliny na
pszenicę,  na jakieś  ziarno. Do  spichrza prowadzą trzy stopnie,  a na  zewnątrz stoi  posąg boga.
Ciało ma człowieka, a głowę zwierzęcia,  ptaka. To bóg czterech pór roku. Ściany są uszczelnione
rodzajem   smoły,   żeby   powietrze   nie   dostawało   się   do  wnętrza   i   zboże   nie   psuło.   Swędzi   mnie
twarz...  We  włosach mam niebieskie  paciorki.  Latają muszki  albo  jakieś  owady i dlatego swędzą
mnie ręce i twarz. Smaruję twarz maścią,  żeby  mi   nie  dokuczały...    ta   maść  bardzo brzydko
pachnie, to sok jakiegoś drzewa.

Mam warkocze, a w nich paciorki i złote sznurki. Moje włosy są kruczoczarne. Należę do domu

królewskiego. Jestem tutaj z powodu jakiejś uroczystości. Przyszłam, żeby patrzeć, jak namaszczają
kapłanów... jest święto bogów nadchodzących żniw. Składane będą tylko ofiary ze zwierząt, a nie
ludzi.  Krew ofiarnych  zwierząt spływa  z białego zbiornika  do sadzawki...  spływa z pyska węża.
Mężczyźni noszą małe złote kapelusze. Wszyscy tu mają ciemną skórę. Niewolników sprowadza się z
innych krajów, spoza morza...

Zamilkła   i   czekaliśmy,   jak   gdyby   nie   było   pięciu  miesięcy   przerwy.   Zrobiła   się   czujna,

nasłuchiwała czegoś.

Wszystko  odbywa  się  tak szybko-  i   tak  bardzo jest  skomplikowane...   to,   co  mi   mówią...   o

zmianie   i   rozwoju   oraz   innych   płaszczyznach.   Jest   płaszczyzna   świadomości   i   płaszczyzna
przejściowa.   Przychodzimy   z   jednego   życia   i,   jeśli   nauczyliśmy   się   wyznaczonych   nam   lekcji,
przenosimy się do innego wymiaru, innego życia. Musimy to wszystko w pełni zrozumieć.  Jeśli nie
zrozumiemy,   nie   wolno   nam   przejść...   powtarzamy,   ponieważ  nie   nauczyliśmy   się.  Doświadczenie
musimy   czerpać  ze   wszystkich   stron.   Jeśli   chcemy   brać,   musimy   także  dawać...   Tyle   musimy
wiedzieć,   tyle   duchów   bierze  w   tym   udział.   Dlatego   jesteśmy   tutaj.   Mistrzowie...   tutaj  na   tej
płaszczyźnie jest tylko jeden.

Katarzyna urwała, a potem odezwała się głosem Mistrza-poety. Mówił do mnie:

— To-, co ci powiemy, jest na teraz. Odtąd musisz się uczyć poprzez własną intuicję.
Po długiej chwili Katarzyna odezwała się szeptem:

background image

Tutaj jest czarne ogrodzenie... wewnątrz są kamienne groby. Twój grób także jest tutaj.

— Mój? — spytałem zdumiony.
— Tak.

Czy możesz przeczytać napis?

Nazwisko    „Noble",       1668  — 1724.    Leży na   nim  kwiat...   To  we   Francji   albo  w   Rosji.

Nosiłeś   czerwony  mundur...     spadłeś   z   konia...     widzę   złoty   pierścień...  z   głową   lwa...   to
oznaka.

Na   tym   seans   się   zakończył.   Zrozumiałem   z   oświadczenia   Mistrza-poety,   że   nie   będzie   więcej

żadnych   przesłań   podczas   seansów   hipnotycznych   z   Katarzyną,   i   tak  istotnie   się   stało.   Była
całkowicie  wyleczona,  a ja nauczyłem  się wszystkiego,  co było możliwe,  podczas jej  powrotów do
poprzednich wcieleń. Reszty, którą kryła przyszłość, musiałem nauczyć się dzięki własnej intuicji.

Rozdział piętnasty

W dwa miesiące po naszym ostatnim seansie zadzwoniła do mnie Katarzyna i zapisała się na wizytę,
mówiąc, że ma mi coś bardzo ciekawego do powiedzenia.

Kiedy   weszła   do   mego   gabinetu,   zdumiała   mnie   ta  nowa  szczęśliwa,   uśmiechnięta   Katarzyna,

promieniejąca wewnętrznym światłem. Pomyślałem wtedy o naszym pierwszym spotkaniu i o tym, jak
wiele osiągnęła w bardzo krótkim czasie.

Katarzyna   odwiedziła   Iris   Saltzman,   znaną   jasnowidzącą,   która   zajmowała   się   astrologią   i

specjalizowała  w   poznawaniu   dawnych   wcieleń.   Byłem   tym   nieco   zdziwiony,   ale   zrozumiałem
ciekawość Katarzyny i jej chęć  potwierdzenia tego, czego doświadczyła. Byłem rad, że odważyła się
na to.

Katarzyna dowiedziała się o Iris od przyjaciółki. Umówiła się z nią telefonicznie, nie wspominając

o seansach hipnotycznych w moim gabinecie.

Iris spytała ją tylko o datę, godzinę i miejsce urodzenia. Na podstawie tego — jak wyjaśniła —

miała  wykreślić   astrologiczne   koło,   które   w   połączeniu   z   jej  intuicją   ukaże   szczegóły   dawnych
wcieleń Katarzyny.

Była to pierwsza wizyta Katarzyny u osoby tego  rodzaju i dlatego nie bardzo wiedziała, czego

się może spodziewać. Ku jej  zdumieniu  Iris potwierdziła  większość  tego,  co Katarzyna  odkryła
podczas hipnozy.

Iris stopniowo wprowadziła siebie jakby w trans, rozmawiając w trakcie tego z Katarzyną i robiąc

notatki  na  spiesznie   naszkicowanym   astrologicznym  wykresie.   W kilka  minut  później,   kiedy   Iris
była już w transie, chwyciła  się za gardło i powiedziała, że Katarzyna  w jednym z poprzednich
wcieleń   była   duszona   i   miała  poderżnięte   gardło.   Rana   ta   została   zadana   podczas  wojny,   Iris
widziała   też   płomienie   i   ruiny   jakiejś   wsi  kilka  wieków  temu.   Powiedziała,   że  Katarzyna   była
młodym człowiekiem w momencie śmierci.

Kiedy   następnie   opisywała   Katarzynę   jako   młodego  chłopca   w   marynarskim   mundurze,   w

krótkich   czarnych   spodniach   i   butach   z   dziwnymi   klamrami,   oczy   jej   były  szkliste.   Nagle   Iris
dotknęła  swej  lewej  ręki,  wołając, że  czuje   pulsujący   ból   i   że   coś   ostrego   wbiło   się   w   nią,   w
wyniku  czego została  na zawsze blizna.  Mówiła  o wielkich  bitwach morskich  w pobliżu  wybrzeża
Anglii. Potem opisała życie na żaglowcu.

Następnie   opisała   fragmenty   innych   wcieleń.   A   więc  widziała   Katarzynę   w   Paryżu,   gdzie   ona

znowu była chłopcem i umarła młodo w nędzy. Innym razem była ciemnoskórą zezowatą Indianką na
południowo-zachodnim  wybrzeżu  Florydy.   Uzdrawiała  ludzi  i  chodziła  boso.  Na rany stosowała
różne maści, leczyła też ziołami, odznaczała się wielką intuicją. Lubiła nosić biżuterię z niebieskich
kamieni, przeważnie z lapisu i czerwony, żyłkowany kamień.

W innym  jeszcze wcieleniu  Katarzyna była Hiszpanką, prostytutką, a jej imię zaczynało się na
literę L. Mieszkała z jakimś starszym mężczyzną.

background image

Kiedyś też była córką z nieprawego łoża bogatego utytułowanego ojca, mieszkała w wielkim domu.

Iris widziała herb rodzinny na kubkach. Powiedziała, że Katarzyna była bardzo ładna i miała długie,
smukłe  palce.   Grała   na   harfie.   Z   góry   wybrano   jej   męża.   Katarzyna   bardzo   lubiła   zwierzęta,
zwłaszcza konie, i lepiej traktowała zwierzęta niż ludzi ze swego otoczenia.

W którymś krótkim wcieleniu była Marokańczykiem,  który zmarł w młodości  z powodu  jakiejś

choroby. Kiedyś żyła na Haiti i brała udział w magicznych obrzędach.

W bardzo dawnym wcieleniu była Egipcjanką i uczestniczyła w uroczystościach pogrzebowych. Ta

kobieta miała warkocze.

Kilkakrotnie żyła we Francji i we Włoszech. Podczas wcielenia we Florencji miała do czynienia z

religią,  potem   wyjechała   do   Szwajcarii,   gdzie   była  związana  z klasztorem,  była kobietą  i miała
dwóch synów. Lubiła złoto i rzeźby ze złota, nosiła złoty krzyż. We Francji uwięziono ją i trzymano
w zimnym ciemnym lochu.

W innym  życiu  Katarzyna  była  mężczyzną,  nosiła  czerwony mundur, wokół  niej  byli żołnierze i

konie. Ten mundur, czerwony ze złotem, był chyba rosyjski. Kiedy indziej była nubijską niewolnicą w
starożytnym  Egipcie,  wtrąconą  do więzienia.  W jeszcze  innym  życiu Katarzyna  była  mężczyzną  w
Japonii,  bardzo  wykształconym  nauczycielem,   który   miał   do   czynienia   z   książkami.  Pracowała   w
szkole i dożyła późnego wieku.

I wreszcie na zakończenie było niezbyt odległe życie, kiedy będąc niemieckim żołnierzem zginęła

podczas bitwy.

Zafascynowała   mnie   niezwykła   dokładność,   z   jaką  Iris   opisywała   wydarzenia   z   dawnych

wcieleń.   Zdumiewająca   była   zbieżność   ze   wspomnieniami   Katarzyny   podczas   hipnozy.   Christian
ranny   w   rękę   podczas   bitwy  morskiej,   opis   jego   ubrania   i   butów;   życie   Luizy   jako  hiszpańskiej
prostytutki;   Aronda   i   egipskie   pogrzeby;  John,   młody   wojownik,   który   miał   podcięte   gardło
przez Stuarta w jego dawnym wcieleniu; Eryk nieszczęsny niemiecki pilot i tak dalej.

Były   także   punkty   styczne   z   obecnym   życiem   Katarzyny.   Na   przykład   lubiła   ona   bardzo

niebieską   biżuterię,   zwłaszcza   lapis   lazuli.   Nie   miała   jednak   na   sobie  żadnych   ozdób   podczas
spotkania z Iris. Zawsze kochała zwierzęta, zwłaszcza konie i koty, i czuła się z nimi  lepiej niż z
ludźmi. A gdyby mogła wybierać miejsce stałego zamieszkania, wybrałaby Florencję.

Oczywiście pod żadnym pozorem nie uważam tego  spot kania   za   eksperyment   o   znaczeniu

naukowym  a o gwiazdach wiem bardzo mało. Ponieważ miało miejsce, uważałem za właściwe
opowiedzieć o nim.

Trudno   mi   stwierdzić,   co   właściwie   stało   się   tego   dnia.  Może   Iris   podświadomie   użyła

telepatii  i „czytała"  w myślach Katarzyny, której podświadomość zapamiętała dawne wcielenia?
A   może   Iris   naprawdę   potrafiła   zdobyć   te   informacje   dzięki   swej   niezwykłej   nadwrażliwej
duchowości? Niezależnie od tego,  jak to się stało, obie,  choć różnymi  drogami,  uzyskały te same
rezultaty:

Katarzyna dzięki hipnotycznym transom, Iris ponadzmysłowym kanałom.

Mało   jest   osób,   które   potrafiłyby   zrobić   to,   co   Iris.  Wielu   ludzi,   którzy   nazywają   siebie

jasnowidzami,  po prostu żeruje na strachu innych ludzi, jak również na ich ciekawości, żeby poznać
nieznane.   A   dzisiaj   różni   naciągacze   i   oszuści,   udający   astrologów   i   wróżbitów,   w   pełni  to
wykorzystują.   Popularność   takich  książek  jak  Out  on  a Limb  Shirley MacLaine  spowodowała,  że
pojawiło się mnóstwo „mediów". Wiele z nich zachwala swe usługi  w lokalnych gazetach i wobec
bezkrytycznego audytorium powtarza banały w stylu: „Jeśli nie jesteś w harmonii  z naturą, natura
nie będzie w harmonii  z tobą".  Tego rodzaju oświadczenia, wygłaszane zwykle głosem  odmiennym
od  głosu   „medium",   często  z obcym   akcentem,  znajdują   poklask  szerokiego   kręgu   słuchaczy.  Do-
prawdy trudno  jest  ocenić  wartość  tych  dotyczących  głównie  sfery duchowej  przesłań.  Po  to,   by
całkowicie nie zdyskredytować tej dziedziny, należy odróżnić prawdę od fałszu. Powinni się tym zająć
nie tylko poważni naukowcy, specjaliści od behawioryzmu, ale również psychiatrzy, by wyeliminować
choroby   psychiczne,  oszustwo,   symulację   i   tendencje   socjopatyczne.   Do   oceny   tych   zjawisk   i
dalszych nad nimi  badań potrzebni  będą statystycy, psychologowie i fizycy. Żeby osiągnąć na tym
polu poważne rezultaty, trzeba stosować naukową metodę. W nauce formułuje się początkowo hipo-
tezę,  która  jest  wstępnym  założeniem,  budowanym  na  podstawie  licznych   obserwacji,   po to,  żeby
wyjaśnić  jakieś   zjawisko.   Od   tego   momentu   hipoteza   musi   być  sprawdzona   w   warunkach

background image

kontrolowanych.   Kiedy  już  naukowcy   dojdą   do   wniosku,   że   mają   pewną   teorię,  musi   być   ona
wielokrotnie sprawdzana przez innych badaczy po to, by otrzymać te same wyniki.

Szczegółowe, do zaakceptowania przez naukę badania, które przeprowadzili: dr Joseph B. Rhine

(Uniwersytet   Duke),   dr   łan   Stevenson   (Uniwersytet   Wirginia,  Wydział   Psychiatrii),   dr   Gertrudę
Schmeidler  (College  Nowego  Jorku) i wielu  innych poważnych naukowców  dowiodły,   że  jest   to
możliwe.

Rozdział szesnasty

Minęło   prawie  cztery  lata  od  niezwykłych   doświadczeń,  przeżytych   wspólnie   z   Katarzyną,   które
zmieniły nas oboje do głębi.

Od   czasu   do   czasu  Katarzyna   wpada   do   mojego  gabinetu,   żeby  mnie   pozdrowić  czy  omówić

jakiś problem. Nigdy więcej nie miała ochoty ani potrzeby, żeby się cofnąć do poprzednich wcieleń,
ani żeby zwalczyć jakiś niepokojący objaw czy też, żeby się przekonać, jak nowi ludzie spotkani w jej
życiu byli związani z jej przeszłością. Nasza praca została zakończona. Katarzyna może teraz w pełni
cieszyć   się   życiem,   nie   jest   już  .sparaliżowana   dziwnymi   objawami.   Znalazła   szczęście  i
zadowolenie,  o jakich nigdy nie marzyła. Nie boi się już choroby i śmierci. Życie ma dla niej sens
i cel, ponieważ teraz jest w harmonii z samą sobą. Promieniuje wewnętrznym spokojem, którego wielu
pragnie, lecz niewielu osiąga, czuje się bardziej uduchowiona. Dla Katarzyny to, co się wydarzyło, jest
bardzo realne.  Nie  wątpi w prawdziwość  żadnej  fazy swych przeżyć  i uważa  je za integralną  część
samej   siebie.   Nie   zamierza   studiować   zjawisk   ponadzmysłowych,   gdyż   jest   pewna,   iż  „wie"   w
sposób, jakiego nie można nauczyć się z książek.  Ludzie  bliscy  śmierci  i ci,  którzy mają  kogoś
umierającego   w  rodzinie,  często  szukają   jej   pomocy.   Coś  ich  do   niej   przyciąga.   Wystarczy,   że
siądzie i porozmawia z nimi, a od razu czują się lepiej.

Moje życie również  zasadniczo się zmieniło.  Stałem  się bardziej wrażliwy, intuicyjnie świadom

jestem ukrytych tajemnych problemów,  jakie nękają moich pacjentów, kolegów,  przyjaciół. Wiem o
nich   znacznie   więcej  niż   powinienem.   Zmienił   się   też   mój   system   wartości  życiowych,   znacznie
bardziej cenię teraz wartości humanistyczne niż materialne. Coraz częściej spotykam się z ludźmi
o   duchowej   nadwrażliwości   oraz   z   tymi,   którzy  posiadają   zdolności   mediumistyczne,   z
uzdrowicielami  i tak dalej. Zacząłem nawet systematycznie oceniać ich  umiejętności. Wraz ze mną
rozwija się Carole. Znakomicie potrafi udzielać porad w sprawach dotyczących śmierci i umierania,
opiekuje się grupami ludzi chorych na AIDS.

Od pewnego czasu prowadzę medytacje, co przedtem uważałem wyłącznie za domenę Hindusów

i   Kalifornijczyków.   Nigdy   nie   zapomnę   lekcji   przekazanych   mi  przez   Katarzynę.   Zawsze
pamiętając o głębszym  znaczeniu życia  i o tym,  że śmierć jest  jego naturalną częścią, stałem się
bardziej cierpliwy, bardziej spontanicznie potrafię okazywać współczucie i miłość. Świadom też jes-
tem,  że zawsze odpowiadam za swoje  czyny,  zarówno te przyziemne,  negatywne,  jak i wzniosłe,
ponieważ wiem, że za wszystko będę musiał zapłacić, że cokolwiek uczynię, wróci to do mnie.

Nadal piszę prace naukowe, wygłaszam odczyty na spotkaniach z kolegami mej specjalności i

kieruję oddziałem psychiatrii. Ale teraz ogarniam dwa światy: ten poznawalny pięcioma zmysłami,
który reprezentuje nasze ciało i potrzeby fizyczne, oraz ten wielki świat ponadfizycznych dziedzin,
reprezentowany  przez  naszą  duszę i  ducha. Wiem,  że oba  się łączą, że wszystko  jest  energią.   A
jednak czasem wydaje mi się, że tak bardzo są od siebie odległe. Moim zadaniem jest połączyć
te dwa światy, z drobiazgową starannością udokumentować naukowo ich jedność.

Moja   rodzina   kwitnie,   okazało   się,   że   Carole   i   Amy  mają   wielką   nadwrażliwość   duchową,   co

staramy   się  rozwijać.   Nastolatek   Jordan   okazał   się   charyzmatycznym,   urodzonym   przywódcą.
Wreszcie ja nie jestem już tak poważny jak dawniej. I czasem miewam niezwykłe sny.

W kilka  miesięcy  po ostatnim  seansie  z  Katarzyną  zacząłem  przejawiać dziwną  skłonność.  Otóż

często   miałem   bardzo   wyraźny   sen,   że   albo  słucham   wykładu,   albo  zadaję   pytania   prelegentowi.
Wykładowca  ten miał na  imię Philo. Po obudzeniu natychmiast notowałem zapamiętane fragmenty,
kilka z nich przytaczam tu. Pierwszy jest z wykładu i widzę tu wpływ przesłań Mistrzów:

background image

„...Mądrość   osiąga   się   bardzo   powoli.   Dlatego   że   łatwo zdobyta  wiedza  umysłowa  musi   być

przemieniona  w   wiedzę   emocjonalną   czyli   podświadomą.   A   kiedy   to  nastąpi,   zostanie   na   zawsze
utrwalona. Behawiorystyczne ćwiczenia są koniecznym katalizatorem tej reakcji. Wiedza teoretyczna
nie wystarczy, trzeba ją stosować w praktyce.

We współczesnym świecie lekceważy się równowagę i harmonię. Wszystko się robi w nadmiarze.
Ludzie są  zbyt grubi, ponieważ jedzą  nadmiernie. Niektórzy są  nadmiernie skąpi. Inni zbyt dużo
piją, zbyt dużo palą, bawią się do upadłego,  mówią  zbyt wiele i bez sensu,  nazbyt  się martwią.
Zbyt często głoszą czarno-białe poglądy. Wszystko albo nic. Ale nie taka jest droga natury.

W naturze istnieje równowaga. Zwierzęta niszczą ją tylko w nieznaczny sposób. Zjedzone rośliny

ponownie  odrastają.   Wykorzystywane   źródła   pożywienia   wkrótce  się   odradzają.   Kwiat   cieszy,
owoc żywi, korzeń zostaje zachowany.

Ludzkość   nie     nauczyła     się     dotąd,   jak     ważna   jest   równowaga,  a  co gorsza  nic   ją  to  nie

obchodzi.   Kieruje  się wyłącznie  chciwością  i ambicją,  ulega  strachowi.  Tak  postępując   wreszcie
unicestwi samą siebie. Ale natura przeżyje, w każdym razie rośliny.

Źródłem szczęścia jest prostota. Dążenie do przesady w myśli i czynach pozbawia nas szczęścia,

nadmiar   zaciemnia   podstawowe   wartości.   Ludzie   wierzący   mówią  nam,  że  szczęście   jest   wtedy
obecne, kiedy w naszym sercu gości wiara, nadzieja i miłość, kiedy okazujemy bliźnim miłosierdzie i
jesteśmy łagodni. 1 oni mają rację.  Każdy,  kto ma taką postawę,  osiągnie  harmonię i równowagę.
Taki być powinien powszechny stan ducha.  Niestety, w naszych czasach ludzie mają zupełnie od-
mienny stan ducha, niezgodny z naturą. Ludzkość musi osiągnąć inny stan, promieniować miłością,
miłosierdziem i prostotą, musi być czysta i pozbyć się swego wszechobecnego strachu.

Jak osiągnąć ten inny stan, inny  system wartości?  A kiedy zostanie osiągnięty, w jaki sposób

można go zachować? Odpowiedź jest bardzo prosta: to powszechny wyznacznik wszystkich religii.
Ludzkość jest nieśmiertelna i trzeba nauczyć się zadanych nam lekcji.  Wszyscy jesteśmy w szkole.
Jakież to proste, wystarczy tylko uwierzyć w nieśmiertelność.

Jeśli   część   ludzkości   jest   nieśmiertelna,   a   jest   na   to  wiele   dowodów,   dlaczego   tak   bardzo

szkodzimy   sobie?  Dlaczego   depczemy   innych   dla   własnego   zysku,   kiedy  w   rzeczywistości   nie
nauczyliśmy  się naszej  lekcji?  My  wszyscy   zmierzamy   ostatecznie   do   tego   samego   celu,  choć   z
różną prędkością. Nikt nie jest większy od innych."

Trzeba się zastanowić nad tymi lekcjami. Rozum od dawna znał odpowiedzi, ale kluczem do nich

jest doświadczenie, one muszą na zawsze odcisnąć się w naszej  podświadomości, trzeba je stosować
w praktyce. Kucie na pamięć, tak jak w niedzielnej szkółce, nie wystarczy. Modlenie się wargami, bez
czynnego  działania, nic nie  jest warte. Jakże łatwo czytać lub rozmawiać o miłości,  miłosierdziu i
wierze.   Ale   naprawdę   kochać,   naprawdę  okazywać   miłosierdzie   i   wierzyć   całym   sercem   wymaga
odmiany   świadomości,   oczywiście   nie   tej   przejściowej,  wywołanej   narkotykami,   alkoholem   czy
przypływem  chwilowej   emocji.   Trwałą   odmianę   świadomości   można  osiągnąć   przez   wiedzę   i
zrozumienie,  tylko konkretne  czyny i praktyka mogą ją podtrzymać. To asymilacja  czegoś prawie
mistycznego, co stosowane w praktyce staje się codziennym nawykiem.

Trzeba   zrozumieć   i   o   tym   pamiętać,   że   wszyscy   jesteśmy   równi,   pomagać   innym.   Wszyscy

płyniemy tą samą łódką, jeśli nie będziemy razem wiosłować, grozi nam osamotnienie.

Wczoraj w nocy w innym śnie zadałem pytanie: „Jak to jest, ty mówisz, że wszyscy są równi, a

my widzimy coś wręcz odmiennego, nie ma równości w dziedzinie  cnót, usposobień, zamożności,
praw, zdolności i talentów, inteligencji, uzdolnień matematycznych i tak dalej?"

Odpowiedź   była   mataforą:   „To  tak  jakby   w   każdym  człowieku   można   było   znaleźć   diament.

Wyobraź sobie diament  długości ćwierć metra. Ten diament  ma tysiące  faset, ale są one  pokryte
brudem   i   smołą.   Zadaniem  duszy   jest   oczyścić   każdą   fasetę,   aż   wreszcie   jej   nieskazitelna
powierzchnia będzie mogła odbić tęczę barw.

Jedni umyli  wiele faset i świecą  jasno. Inni  próbowali  umyć  zaledwie  kilka,  a więc  nie świecą.

Jednak   pod   brudem   każdy   człowiek   posiada   w   swym   sercu   błyszczący   diament   z   tysiącem
błyszczących faset. Diament  jest doskonały, bez jednej skazy. Jedyne co różni tych ludzi, to ilość
czystych faset. Ale każdy diament jest taki sam, i każdy jest doskonały.

Kiedy wszystkie fasety będą oczyszczone i błyszczące,  staną się niezmąconym  światłem,  diament

znów  będzie  czystą energią,  taką jak na początku. Światło zostaje.  To  tak jakby proces,  który był
przyczyną   powstania   diamentu,   został   odwrócony.   Czysta   energia   istnieje   w  tęczy  świateł,   a   te
światła mają świadomość i wiedzę.

background image

I wszystkie diamenty są doskonałe".
Czasem pytania bywały skomplikowane, a odpowiedzi proste.

„Co  mam   zrobić?   —   spytałem   w   jednym   ze   snów.  — Wiem,  że potrafię leczyć  i uzdrawiać

ludzi, którzy cierpią. Przychodzi do mnie tak dużo pacjentów, że nie mogę wszystkich przyjąć. Jestem
bardzo zmęczony. Ale czy mam powiedzieć nie, kiedy jest tylu potrzebujących, a ja mogę im pomóc?
Czy mam prawo powiedzieć: Nie, już dosyć?"

„Twoja rola nie polega na tym, żeby każdego uratować" — padła odpowiedź.

Ostatni przykład, jaki zacytuję, to przesłanie do innych psychiatrów. Obudziłem się około szóstej

rano ze snu, w którym miałem wykład, w tym przypadku do dużego audytorium moich kolegów:

„W  dążeniu  do  medykalizacji   psychiatrii  ważne   jest,  żebyśmy   nie   zaniechali   tradycyjnych,   choć

może  niezbyt   precyzyjnie  określonych   wytycznych  naszego  zawodu.   Jesteśmy   tymi,  którzy  jeszcze
nadal rozmawiają z pacjentami, cierpliwie i ze współczuciem. Nadal znajdujemy  czas na to. Jesteśmy
za konceptualnym  pojmowaniem  choroby,  lecząc nie tylko za pomocą  promieni  laserowych, ale z
pełnym zrozumieniem i nakłaniając pacjenta do poznania samego siebie. My nadal leczymy nadzieją.
W  obecnych   czasach  przedstawiciele   innych   gałęzi   medycyny   tego   rodzaju   podejście   do   leczenia
uważają za mało efektywne, czasochłonne i niepewne. Nad rozmowę przedkładają technologię, nad
osobisty kontakt lekarz — pacjent biochemię krwi odczytaną przez komputer. Obecnie w medycynie
idealizm,   etyka   i   osobista   satysfakcja   lekarza   ustępują   miejsca   rachunkowi   ekonomicznemu   i
wydajności,   co   sprawia,   że   nasi   koledzy   czują   się   coraz   bardziej   wyizolowani   i   przygnębieni.
Traktowani zaś jak przedmioty pacjenci twierdzą, że nie mają właściwej opieki.

Musimy unikać fascynacji wysoko rozwiniętą technologią. Nasz przykład winien świadczyć o tym,

że cierpliwość,  zrozumienie  i  współczucie  pomagają  zarówno  pacjentowi,  jak i lekarzowi.  A sami
więcej czasu poświęcajmy na rozmowę, nauczanie, podtrzymywanie nadziei na wyzdrowienie — te
prawie zapomniane powinności lekarza-uzdrowiciela niech się staną wzorem dla naszych kolegów
innych specjalności.

Wspaniałą rzeczą jest wysoko rozwinięta technologia, która pomaga w badaniach, w zrozumieniu

ludzkich  chorób i dolegliwości, która może być bezcennym  klinicznym  narzędziem,  ale nigdy  nie
zastąpi wrodzonych zalet prawdziwego lekarza i jego metod. Psychiatria może stać się najbardziej
godną szacunku specjalizacją medyczną. Jesteśmy nauczycielami. Nie powinniśmy rezygnować z tej
roli w imię asymilacji, zwłaszcza nie teraz".

Nadal  miewam  takie   sny,   choć   teraz  rzadziej.   Często  podczas  medytacji  albo kiedy  prowadzę

samochód na  autostradzie, a nawet  kiedy marzę, opadają mnie zdania, myśli  i obrazy. Często są
zupełnie odmienne od mego zwykłego świadomego toku myślenia czy wyciągania wniosków. Często
są bardzo na czasie i rozwiązują  pytania i problemy,  jakie właśnie mnie nękają. Przydają  mi się w
leczeniu i w codziennym życiu. Uważam te zjawiska za projekcję moich intuicyjnych uzdolnień i bar-
dzo   mnie   one   podnoszą   na   duchu.   Uważam   je   za   oznakę   tego,   że   zmierzam   we   właściwym
kierunku, choć być może czeka mnie długa droga.

Jestem posłuszny snom i temu, co mi podpowiada intuicja. A kiedy tak postępuję, wszystko idzie

dobrze. Jeśli nie, zawsze coś mi się nie uda.

Nadal   czuję   obecność   Mistrzów   koło   siebie.   Nie   jestem   całkiem   pewien,   czy   to   ich   obecność

dyktuje moje sny oraz intuicyjne przeczucia, ale przypuszczam, że tak jest.

Epilog

Książka  została ukończona, ale jej  fabuła toczy się  nadal. Katarzyna jest całkiem wyleczona i nie
wróciły dawne symptomy. Jestem bardzo ostrożny w przenoszeniu moich pacjentów w przeszłość.
Wskazaniem dla mnie jest konkretny zespół objawów, odporność pacjenta na innego rodzaju terapię,
skłonność do poddania się hipnozie,  jego zgoda  na tę formę kuracji i moja  własna  intuicja, czy to
jest  właściwa  droga. Po Katarzynie  dwunastu pacjentów cofnąłem  do ich wielokrotnych  wcieleń.
Żaden   z nich   nie  był   psychotyczny,   nie  cierpiał  na  halucynacje ani  na rozdwojenie  osobowości.  U
wszystkich nastąpiła zdumiewająca poprawa.

Z dwunastu pacjentów każdy miał bardzo odmienną  przeszłość i osobowość. Gospodyni domowa

z Miami  Beach doskonale pamiętała, jak ją zgwałciła grupa rzymskich żołnierzy w Palestynie krótko
po śmierci Pana Jezusa. W wieku dziewiętnastym prowadziła dom publiczny w Nowym Orleanie, w

background image

średniowieczu   znajdowała  się   w   klasztorze,   a   jako   Japonka   miała   bardzo   tragiczne  życie.   Poza
Katarzyną   tylko   ona   jedna   ze   wszystkich   pacjentów   potrafiła   zdać   relację   ze   stanu   pomiędzy
wcieleniami. Jej przesłania były niezwykle uduchowione.  Ona również  znała fakty i zdarzenia  z mej
przeszłości.

Z   łatwością   też   przepowiadała   przyszłość.   Jej   przesłania  pochodziły   od   określonego   ducha   i
obecnie   właśnie  starannie   kataloguję   seanse   z   nią.   Nadal   jestem   naukowcem.   Cały  materiał   jej
dotyczący muszę dokładnie sprawdzić, ocenić i przewartościować.

Pozostali   pacjenci   nie   pamiętali   nic   z   tego,   co   było   po   śmierci,   oprócz   opuszczenia   ciała   i

szybowania w kierunku bardzo jasnego światła. Żaden z nich nie otrzymał dla mnie przesłań. Ale
wszyscy  mieli   wyraźne wspomnienia  z poprzednich  wcieleń.  Bardzo  inteligentny  makler giełdowy
prowadził wygodne, choć nudne życie w wiktoriańskiej Anglii. Pewien artysta był torturowany przez
inkwizycję.   Właściciel   restauracji,   który   nie   mógł   jeździć  samochodem   przez   most   czy   tunel,
przypomniał   sobie,  że   w   starożytności   był   pochowany   żywcem   na   Bliskim  Wschodzie.   Młody
lekarz   przypomniał   sobie   katastrofę  łodzi   na   morzu,   kiedy   był   wikingiem.   Pewien   pracownik
telewizji, sześćset lat temu był torturowany we Florencji. I tak dalej, i tak dalej.

Ci   ludzie   pamiętali   również   inne   wcielenia.   A   w   miarę  jak   przypominali   sobie   różne   życia,

objawy   ich   dolegliwości   ustępowały.   Każdy   z   nich   (niezależnie   od   płci)  wierzy   mocno,   iż   żył
dawniej i będzie żyć ponownie. Lęk przed śmiercią znacznie się zmniejszył.

Wcale nie jest konieczne, by każdy człowiek chodził do jasnowidzów, wróżbitów, poddawał się

terapii   hipnozą,   żeby   poznać   dawne   swe   wcielenia,   czy   nawet  medytował.   Na   to   powinni   się
zdecydować ci, którzy mają jakieś konkretne dolegliwości. Reszta powinna mieć otwarty umysł
i zdawać sobie sprawę, iż w życiu istnieje coś więcej niż tylko to, co widzą oczy, że wykracza
to  poza   nasze  pięć   zmysłów.   Trzeba   być  otwartym  na  nowe  doświadczenia   i wiedzę.  „Naszym
zadaniem jest dzięki wiedzy stać się podobnymi do Boga."

Mam nadzieję,  że to, co tutaj przeczytaliście, pomoże  wam, że wasz lęk przed śmiercią zmniejszy

się,   a  przesłania   tu  zamieszczone,   dotyczące   prawdziwego   znaczenia   życia   sprawią,   że   będziecie
szukać   pełni,   harmonii  i   wewnętrznego   pokoju,   a   do   swych   bliźnich   będziecie   się   odnosić   z
miłością.