background image

WIESŁAW WERNIC

ZNIKAJĄCE STADO

ILUSTROWAŁ

S. ROZWADOWSKI

CZYTELNIK 1982 WARSZAWA

background image

© Copyright by Wiesław Wernic, Warszawa 1982

“Czytelnik”. Warszawa 1982. Wydanie i. Nakład 60320 egz. Ark. wyd. 16; ark. druk. 19. Papier druk. m/gł. kl. IV, 65 g. 82 x 104. Oddano do składania 26 IX 

1980 r. Podpisano do druku 20 V 1981 r. Druk ukończono w kwietniu

1982 r.

Drukarnia Wydawnicza w Krakowie

Zam. wyd. 65; druk. 2444/81 L-22. Cena zł 80.-

Printed in Poland

background image

Czego lęka się Ben Halley

Świtało. Cisza okryła ziemię, wiatr zwinął skrzydła. Żałosny głos sowy rozpłynął się bez 

echa.   Dalekie,   przeciągłe   wołanie   niewidocznego   drapieżnika   urwało   się   w   półdźwięku. 

Gwiazdy   przygasły,   a   mrok   pojaśniał.   Tylko   w   głębi   posępnego   matecznika   świerków   — 

tajemniczej wyspy wśród bezleśnej równiny — nadal kłębiła się czerń nocy.

Potem wschód zapłonął purpurą. Drżące igiełki czerwieni pojawiły się ponad linią horyzontu i 

po chwili rąbek słonecznej tarczy dźwignął się nad ziemią. Ścieżka jasności pobiegła chyżo, 

znacząc   swój   szlak   rodzącymi   się   cieniami   drzew,   krzewów,   pagórków   i   dolin.   W   zielonej 

gęstwinie zaśpiewał pierwszy ptak, na łodygach traw rozbłysły krople rosy. Rodził się dzień.

Chwyciłem lufę winczestera, zimną i mokrą. Kolbą przesunąłem żarzące się polano bliżej 

środka ogniska. Po jego drugiej stronie, na skraju zagajnika, spał otulony w pasiaste koce Karol 

Gordon.   Nie   opodal   nasze   dwa   kasztany,   puszczone   na   długich   linkach,   potrząsały   łbami, 

szczypiąc rzadką trawę. Tupot ich kopyt przyjemnie brzmiał w ciszy poranka.

Nieco dalej pęczniała półokrągła płócienna buda wozu, kryjąca nasze bagaże oraz woźnicę. 

Chrapał głośno, co świadczyło o dobrym samopoczuciu i głębokiej drzemce.

Za wozem kończyła się ściana lasu. Dalej, ku północy, równina biegła łagodną pochyłością aż 

ku odległym skalistym pagórkom, a zieleń traw nabierała zgniłego odcienia, znak, iż pod cienką 

warstewką gleby kryje się nigdy nie wysychająca otchłań bagien.

Stwierdziliśmy   ten   fakt   jeszcze   poprzedniego   dnia,   nim   zmierzch   uniemożliwił   dokładną 

obserwację.

Ponura to  była  okolica   i  pełna  dziwnych  odgłosów, które  niepokoiły  nas przez   pierwsze 

godziny minionej nocy.

Jakieś pluski, świsty, mlaskania dobiegały z krańca moczarów, jak gdyby taplały się w nich 

potężne jaszczury, których szkielety znajdowali w ziemi i w skalnych jaskiniach archeolodzy. 

Sądzę, że dźwięki te wydawał gaz (może metan?) powstający z fermentacji zgniłych szczątków 

roślin i zwierząt, który stopniowo wydobywał się na powierzchnię. Dlaczego jednak słychać go 

było tylko w nocy? Może powstawał w wyniku różnicy temperatur?

Nasz woźnica, który wydał mi się na pierwszy rzut oka człowiekiem rozważnym i śmiałym, 

dostał napadu drżączki, gdy Karol postanowił zatrzymać się na nocleg właśnie tutaj.

Halley, tak brzmiało nazwisko strachajły, żarliwie nas namawiał do dalszej wędrówki, mimo 

pogarszającej się widoczności i szybko  nadciągającej  nocy.  Namawiał  jednak bezskutecznie. 

Widziałem, jak mu się trzęsły ręce, gdy zdejmował uprząż z końskich karków, również gdy w 

chwilę później, przy trzaskającym ognisku, popijał kawę z blaszanego kubka, ale obaj z Karolem 

background image

uznaliśmy, że miejsce to jest najlepsze na obozowisko.

Tego,   co   gadał   Halley,   nie   można   było   przecież   traktować   poważnie.   Twierdził,   że   na 

moczarach żyją żaby wielkości sporych psów oraz węże porywające śmiałków podchodzących 

zbyt blisko do bagien.

Oświadczył wreszcie, że rezygnuje ze snu w tak niebezpiecznym miejscu i ukryje się w głębi 

zagajnika. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy Karol obiecał, że we dwójkę czuwać będziemy nad 

własnym i zwierząt bezpieczeństwem.

Tak też postąpiliśmy. Oczywiście nie ze względu na gigantyczne rzekomo żaby i węże, lecz 

na   inne,   realne   groźby:   możliwość   niespodziewanego   pojawienia   się   czworonożnych 

drapieżników, a, kto wie, może i dwunożnych? Rzecz jasna należało zrezygnować z pomocy 

Halleya. Zapewne budziłby nas przy lada szeleście.

Z zadowoleniem przyjął wykluczenie go z kolejki wart (zapisałem mu to na minus) i zaraz po 

kolacji zagrzebał się w derkach, w głębi wozu. Popełniliśmy chyba błąd godząc się na takiego 

przewodnika, ale któż mógł przewidzieć jego zaskakujące zachowanie.

Dorzuciłem   drugą   szczapę   do   ognia,   a   gdy   objął   ją   leniwy   płomień,   metalowy   trójnóg 

ustawiłem   nad   ogniskiem.   Z   kociołkiem   trzeba   było   powędrować   do   dziwnej   dziury,   którą 

Mulicy pokazał nam w kilka minut po przybyciu na miejsce. I era byłem przekonany, że żałował 

swego postępku. Bowiem źródło na skraju lasu było  jedynym  zbiornikiem  wody w okolicy 

(oczywiście nie licząc bagien). To ono właśnie przesądziło o rozbiciu tu biwaku. Nie wiadomo, 

czy ktoś umyślnie wykopał dziurę, aby malutki ponik, sączący się głębi zagajnika, miał się gdzie 

zbierać,   czy   też   woda   sama   wypłukała   zagłębienie.   Dość,   że   dobrze   służyła   niejednym 

wędrowcom.

Kociołek plusnął o wodę. Zabulgotała wypełniając go po brzegi. Zawiesiłem naczynie na 

metalowym   haku   pod   trójnogiem,   dołożyłem   do   ogniska   trzecią   szczapę.   Buchnęły   iskry, 

płomień począł lizać dno garnka.

Zabębniłem pięścią w budę wozu. Poruszyło się, podniosła się płócienna płachta. Najpierw 

ujrzałem nogi, później tors, wreszcie resztę naszego woźnicy.

—Już czas, Halley! — rzuciłem nieco poirytowany.

—Przepraszam — stęknął. — To pewnie te opary z bagien.

—Opary z bagien?

—A tak, chyba działają usypiająco.

Wzruszyłem ramionami.

—Coś ci się przywidziało, Halley. Czas napoić konie.

—Dobrze, dobrze... — przytaknął skwapliwie.

background image

Sięgnął   w  głąb   wozu,   wydobył   skórzany  wór.  Ponik   nie  nadawał   się   do  bezpośredniego 

pojenia   zwierząt,   zagłębienie   było   zbyt   małe.   Należało   więc   napełnić   worek   przy   pomocy 

mniejszego naczynia i dopiero wówczas posłużyć się nim jako pojnikiem. Kłopotliwy sposób, 

lecz nie było lepszego.

Obserwowałem   ruchy   woźnicy.   Ukląkł   przy  źródle   i   wchlustywał   wodę   w  czarny   otwór 

worka. Czynił to niezwykle sprawnie. Rzecz graniczyła z cudem, bo żadna kropla nie upadła na 

ziemię.

Halley (jakże mu na imię... aha, Ben!) musiał być jednym z tych doświadczonych pastuchów, 

którzy ongiś gnali tysiące sztuk bydła z prerii Teksasu aż do Dogde City w Kansas lub jeszcze 

dalej na północ, do Deadwood w Południowej Dakocie i Bozeman w Montanie. Rozbudowa 

sieci kolejowej oraz gęstniejące osadnictwo na pustych ongiś trasach przepędu położyły kres 

wędrówkom i pozbawiły pracy wielką rzeszę kowbojów.

Wysoki,   dobrze   zbudowany   mężczyzna   nieokreślonego   wieku   wyglądał   na   potrafiącego 

stawić czoła niejednemu młodzikowi, chociaż siwizna przyprószyła mu skronie, a twarz poorały 

zmarszczki.

Jego sposób wyrażania się trącił nieco staroświeckim stylem dawnych hacjenderów Południa, 

gdzie hiszpańska elegancja w wysławianiu się i francuska lekkość w prowadzeniu konwersacji 

pozostawiły trwałe ślady wśród mieszkańców Teksasu i Luizjany.  Byłem  pewien, że Halley 

wiele lat spędził na tamtych terenach. W sumie, na pierwszy rzut oka czynił bardzo sympatyczne 

wrażenie. Nieco później, w czasie wędrówki wozem, wrażenie to jeszcze się pogłębiło, gdy 

obserwowałem sprawnego fizycznie, energicznego człowieka. Dlatego nie potrafiłem zrozumieć, 

czemu odgłosy trzęsawiska nagle zmieniły naszego woźnicę w półmisek drżącej galarety. Czy 

poprzednie zachowanie było jedynie pozorem, czy też obecne przerażenie jest udane? A może 

Ben Halley,  mimo  ogłady i rozsądku, w rzeczywistości  należał  do ciemnych,  zabobonnych, 

przesądnych  kowbojów nie dających  się nastraszyć  popłochem wśród wędrującego stada ani 

strzałą   wypuszczoną   z   indiańskiego   łuku,   ani   widokiem   rewolwerowej   lufy,   lecz   bzdurną 

gadaniną, bajędami o duchach prerii i niesamowitych zwierzętach, wobec których człowiek ma 

mniejsze szansę niż mucha atakowana przez wróbla. Kto mu nagadał głupstw o żabach wielkości 

psów i wężach porywających ludzi?

Obserwowałem go, jak napełniał wór, a później, jak poił konie. Ruchy miał śmiałe, krok 

pewny, dłoń niezawodną. To był Ben Halley z poprzedniego ranka, z poprzednich dni, w niczym 

niepodobny do strachajły szukającego schronienia we wnętrzu wozu.

Konie podnosiły łby, parskały kropelkami wody lśniącymi w słońcu różowo i złociście.

— Załatwione, proszę pana.

background image

Halley podniósł wór spodem do góry,  wytrząsając zeń resztki wilgoci, wyprostował go i 

dokładnie zwinął w grubą i krótką rolkę. Wszystko, co czynił, było systematyczne i celowe.

—Czy upieczemy indyki? Zostały jeszcze trzy.

—Tak   —   odmruknąłem   rozmyślając   nad   dziwnymi   sprzecznościami   harakteryzującymi 

naszego woźnicę.

—Pójdę poszukać gliny.

Poprzedniego   dnia   trafiliśmy   na   stado   wędrujących   dzikich   indyków.   Sześć   padło   ofiarą 

naszych   strzelb.   Z   tego   trzy   zjedliśmy   prawie   natychmiast.   Upieczone   w   żarze   ogniska, 

oblepione gliną i nadziane nie znanym mi zielem, które Halley wyszukał na łące. Gdy glina 

poczęła różowieć — pieczeń była gotowa. Patykiem odsunąłem ją poza obręb ogniska, a gdy 

nieco ostygła, rozbiłem skorupę trzonkiem noża. Odleciała wraz z piórami ptaka, pozostawiając 

czyste  mięso, gorące, soczyste, o woni, z którą nie da się porównać zapach w inny sposób 

przyrządzonego. Tak pieczone indyki jadłem niejeden raz, lecz te, przygotowane ręką Halleya, 

były   najlepsze   z   najlepszych.   Ileż   ten   człowiek   posiadał   umiejętności!   Bo   i   strzelcem   był 

niezłym, woźnicą znakomitym, a o jego orientacji w terenie świadczył fakt, iż podczas podróży 

ani  razu   nie   zawahał   się   w   wyborze   drogi;   a   sygnalizowane   przez   niego   dziwy   krajobrazu 

ukazywały się nam zawsze w zapowiedzianym terminie.

— Za   jakąś   godzinkę,   proszę   panów,   natkniemy   się   na   kępę   drzew   otaczających   głaz. 

Powiadają,   iż   znajduje   się   pod   nim   grób   trapera,   który   zginął   stratowany   przez   bizony. 

Powiadają, że był wielkim przyjacielem Indian Kri, że uratował ich przed wielkim głodem, gdy 

bizony pewnej jesieni obrały sobie inny szlak dorocznej wędrówki. Nikt już nie pamięta, jak się 

nazywał. Stare to dzieje i niestare jednocześnie, bo czas tu upływa na skrzydłach wiatru.

Zabrzmiało to zadziwiająco poetycznie w ustach człowieka, który (jak podejrzewałem) nie 

umiał ani czytać, ani pisać.

— Podobno   ten   traper,   proszę   panów,   zawsze   powiadał   czerwonoskórym,   że   chce   być 

pochowany  na   prerii   w  cieniu   drzew   i   pod  wielkim   głazem.   Sama   fantazja,   proszę   panów! 

Przecież jak drzewa, to nie preria, gdzież na równinie szukać skał? A jednak Kri spełnili jego 

życzenie. Na travois

1

  przytaszczyli  z dalekich stron potężny kamień i odszukali kępę drzew. 

Musiało ich to kosztować niemało pracy. Aż dziw, że podjęli się takiego trudu. A później, gdy 

przywalono   grób   głazem,   odbyły   się   indiańskie   tańce,   bicie   w   bębny   i   czary   szamanów 

przepędzających złe duchy od miejsca, w którym spoczął “biały brat”. Czysto pogański pogrzeb,

lecz dla trapera było to już obojętne...

W   niecałą   godzinę   później   zeskoczyliśmy   z   wozu   przy   kępie   drzew   wyrosłej   kaprysem 

1 T r a v o i s — francuska nazwa długich tyk przywiązanych jednym końcem do końskiego karku.

background image

przyrody wśród bezleśnej równiny. Potężny głaz leżał w samym środku tej kępy. Na świadectwo 

prawdy słów Halleya. Czy rzeczywiście spoczywały tu doczesne szczątki nieznanego trapera, 

czy też była  to jedna z wielu legend, jakie rodzą się wśród wielkich przestrzeni pierwotnej 

przyrody? Nikt tego nigdy nie pozna. 

Innego dnia, gdy Halley niezawodnie określił położenie małego jeziorka, o dwie mile od 

miejsca, w którym wówczas byliśmy, zagadnąłem:

— Chyba uczyłeś się orientacji w terenie od czerwonoskórych?

— Samo mi weszło w głowę. Tyle lat tu jestem. Od Indian raczej trzymam się z daleka.

—Nie lubisz ich?

—Ani lubię, ani nie lubię. Wiem tylko tyle, że są okropnie brudni i kradną.

— Co takiego?! — oburzył się Karol, trafiony w najczulsze miejsce.

Słyszałem, że jest pan myśliwym raczej dla rozrywki niż z potrzeby, a ja w swym życiu  

wydeptałem   sporo   ścieżek   wśród   głuszy.   Jeśli   pan   sądzi,   że   oni   się   w   ogóle   myją,   to, 

przepraszam, ale jest pan w błędzie.

— A jednak myją się. To obrzydliwe kłamstwo twierdzić inaczej — zdenerwował się mój 

przyjaciel. — Obrzydliwe kłamstwo wymyślone przez różne typy, które nie wysunęły nawet 

nosa poza miejskie granice. Słyszałeś kiedy, Halley, o indiańskich łaźniach?

— A jakże, a jakże. Szałas, w którym leżą gorące kamienie. Polewa się je wodą i Indiański 

nagus   wypaca   w   parze   swe   brudy.   Lecz,   za   pozwoleniem   pana,   oni   korzystają   z   parówki 

niezwykle  rzadko,  musi  być   jakaś  ku temu   specjalna   okazja lub  nakaz  czarownika.   Prawdę 

powiedziawszy, w takim przypadku szorują się od zewnątrz i od środka. Bowiem przed parówką 

piją przeczyszczające napary. Może to i racja, może to i słuszne, lecz czy taki zabieg może 

zastąpić mydło i codzienną kąpiel?

Uśmiechnąłem   się   na   ten   wywód,   bo   przecież   i   wśród   ..bladych   twarzy”   nie   brakuje 

brudasów, mimo że znacznie im łatwiej utrzymać czystość osobistą.

— No,   bo  —   Halley  znowu   podjął   temat   —   czyżby   w  przeciwnym   razie   tak   okropnie 

cuchnęli? I mieli wszy? A oni mają!

Łatwo ci gadać — oburzył się Karol. — Spróbuj chociaż przez pół roku koczować przy 

ognisku, spać w ubraniu, pocić się w skwarze podczas dalekich wędrówek, a będziesz równie 

śmierdział   dymem,   potem,   zjełczałym   tłuszczem   i   źle   wyprawioną   skórą.   A   mydła 

rzeczywiście nie znają. Powiedz mi, Halley, czy poszedłbyś do rzeki myć się przy dziesięciu 

stopniach

2

 i porywistym wietrze?

—Nie poszedłbym, nawet gdyby w ogóle nie wiało.

2 Mowa tu o skali Fahrenheita. 10° F = -12,2°C.

background image

—A wymagasz tego od Indian.

Takie to rozmówki prowadziliśmy w czasie naszej podróży, aż do dzisiejszego dnia.

— Karolu, hej!

Siadł natychmiast, a jego dłoń automatycznym ruchem sięgnęła po winczester. Ileż to razy 

obserwowałem ten odruch nabyty  latarni  doświadczeń?  Karol, gdy go wyrwano  ze snu, nie 

wpadał w panikę, nie przecierał oczu, nie pytał bezsensownie o powód zbudzenia, nie ziewał, nie 

przeciągał się, lecz natychmiast spoglądał bystro dokoła. Uczynił tak i tym razem.

— Późno już, Janie — zauważył podnosząc się. — Gdzie Halley?

Wyjaśniłem powód oddalenia się woźnicy.

—Jak on dziś wygląda?

—Normalnie.

—Nie trzęsie się?

—Nie.

— Pojmujesz coś z tego, Janie?

Musiałem przyznać, że nic nie pojmuję.

—Chyba...   —   dodałem   —   chyba   że   kiedyś   przeżył   coś   okropnego   w   związku   z   jakimś 

bagnem. Taki uraz zapada głęboko w psychice człowieka i budzi się nieoczekiwanie z byle 

powodu. Drobna rzecz, drobna sprawa, podobny widok może wyzwolić ukryte przerażenie.

Tak twierdzi medycyna? — zapytał Karol wesoło.

—Tak twierdzi — surowo przytaknąłem.

—Hm... kto wie? Może to jednak tylko udawanie?

—Myślałem   i   o   tym,   a   również   o   zabobonnych,   starych   kowbojach,   którym   w   głowach 

utkwiły niesamowite legendy Dzikiego Zachodu.

—Ben Halley nie wygląda na takiego. No, ale woda już wrze.

Skoczyłem do wozu po puchę zmielonej kawy. Jak daleko potrafię sięgnąć pamięcią, nigdy 

nie byliśmy tak zaopatrzeni w żywność, jak obecnie. Na przykład cukier. Wielkie nieba! Nigdy 

nie zabierałem cukru w drogę. Rozsypuje się, wilgotnieje, roztapia. Ileż go zresztą należy zabrać, 

aby starczyło  chociaż na miesiąc? A koce, a trójnóg do gotowania nad ogniskiem i z tuzin 

garnków! To było dobre dla wyprawy greenhornów, lecz nam psuło opinię. Chociaż właśnie 

takie mniemanie o nas sprzyjało osiągnięciu ostatecznego celu.

Zdjąłem   kociołek   z   trójnoga,   wsypałem   doń   cztery   garście   ciemnobrązowego   pyłu. 

Powierzchnia wody spęczniała pianą i buchnął znajomy zapach. Trzymaj, Karolu.

Siadłem obok. Blaszany kubek parzył palce, wrzątek parzył wargi, lecz poczułem w żołądku i 

całym ciele przyjemne ciepło. Ranek był rzeźwy i zimny, niebo zapowiadało pogodę, a przed 

background image

chłodem zabezpieczał płomień ogniska. Kurzyliśmy fajeczki. Siwy dymek unosił się pionowo. 

Halley przyczłapał z potężną bryłą gliny, pozdrowił Karola. Wymiesił glinę z wodą niby ciasto i 

zajął się oblepianiem indyków. W końcu rozgarnął popiół, ułożył ptaki, nakrył je węgielkami.

— Za pół godziny będą gotowe — oznajmił.

W kociołku jest gorąca kawa — poinformowałem. — Rozgrzej się.

Podziękował bardzo elegancko i grubym patykiem począł zeskrobywać resztki gliny z dłoni. 

Potem wytarł je o spodnie. Ano cóż, dla wielu wędrowców prerii, gór i lasów spodnie są nie 

tylko   częścią   odzieży,   lecz   i...   ścierką.   Nasycone   z   upływem   czasu   kurzem,   potem,   krwią 

upolowanej zwierzyny, stają się nieprzemakalne i sztywne jak blacha.

Siadł kilka kroków od nas i zajął się zawartością kubka. Zachowywał dystans. Ktokolwiek 

inny,  obojętnie kto, kowboj, traper, nie mówiąc już o niedzielnych  westmanach  (myśliwych 

snobizujących się w jedno lub dwudniowych wyprawach na reklamowane tereny łowieckie), po 

prostu  spocząłby  tuż obok mnie  czy Karola,  chociażby tylko  po to, aby porozmawiać.  Ben 

Halley   zawsze   trzymał   się   na   uboczu.   Dlaczego?   Czy   był   to   nawyk   wdrożony   mu   przez 

pracodawcę,   czy   też   oznaka   nieufności   do   nas?   A   może   taki   sposób   bycia   wiązał   się   z 

przeszłością Halleya? Ze służbą u nadętego hacjendera, niby łaskawego dla podwładnych, lecz 

surowo przestrzegającego hierarchii społecznej dzielącej zwykłego vaquero, czyli pastucha, od 

posiadacza   tysięcy   akrów   ziemi.   Tradycje   hiszpańskie   głęboko   zapuściły   swe   korzenie   na 

ziemiach   Teksasu   i   Florydy.   Nie   potrafiły   ich   wyplenić   bardziej   republikańskie   zwyczaje 

jankesów przybyłych tam przed i po wojnie domowej, która zdruzgotała feudalną gospodarkę 

Południa, lecz niewiele zmieniła w starych układach społecznych. Ben Halley, podejrzewałem, z 

tego Południa pochodził.

Tak sobie myślałem ćmiąc fajeczkę do chwili, w której zamiast dymu pociągnąłem już tylko 

ciepłe powietrze, a Halley zawiadomił:

— Pieczeń gotowa, proszę panów.

Wygarnęliśmy skorupy z żaru i ochoczo zajęli się opróżnianiem ich zawartości.

— A teraz — odezwał się Karol wycierając tłuste dłonie o trawę — udamy się na małą 

przechadzkę.   Masz   tu   na   nas   czekać,   Halley.   Być   może   wrócimy   z   jakąś   zakąską.   Zabierz 

winczester, Janie.

Poszliśmy. Nie widziałem, lecz czułem, że Ben Halley obserwuje kierunek naszego marszu. 

Czyżby go na nowo opadła drżączka? Podążaliśmy najkrótszą drogą ku moczarom. Ciągnęły się 

nie dalej niż pół mili od naszego biwaku. 

background image

Dzień był jasny, powietrze przejrzyste, więc w szkłach lornetki odcinały się ostro od reszty 

prerii jesienne barwy zielonoszarej trawy. Szarość nikła, jej miejsce zajmował kolor śniedzi. 

Nieco dalej sterczały kostropate wzniesienia głazów i litej skały. Poprzez przełęcze pagórków 

widać było nieskończoną dal traw, oczeretów i czarnych jak smoła malutkich jeziorek — ponurej 

topieli dostępnej chyba tylko dla łosi, gadów i płazów.

Widok był odpychający. Już wczoraj pokrótce spenetrowaliśmy tę okolicę, lecz obecnie Karol 

zapragnął dokładniej przyjrzeć się topielisku.

- A więc to tak wygląda w świetle ranka — pokiwał głową, gdy zatrzymaliśmy się w dość 

niebezpiecznej   odległości   od   granicy   grząskiego   gruntu.   Pod   podeszwami   mych   butów 

obrzydliwie zabulgotała woda. Jeszcze krok lub dwa, a zapadłbym się po kolana, jeśli nie po pas. 

Brrr!

— Sięgnij, Janie, po lornetkę. Może ujrzysz coś interesującego.

Uczyniłem, jak sobie życzył. On sam wodził szkłami to w lewo, to w prawo.

— Co widzisz? — zagadnął nie zaprzestając obserwacji.

— Nic

— Hm... ja również nic. Gdyby tak można było dotrzeć do któregoś z tamtych pagórków... 

Stąd widzimy jedynie fragmenty bagien, a z wysokości tamtej skały...

— Ale nie można dotrzeć — przerwałem mu w połowie zdania, ponieważ projekt wędrówki 

ku linii wzgórz uznałem za samobójczy.

—Tak twierdzisz? Ech, gdybyśmy mieli kilka szerokich desek, moglibyśmy dojść nieco dalej. 

Bagno w tym miejscu nie wydaje się specjalnie grząskie.

—Złudzenie   —   zaopiniowałem   energicznie.   —   Tędy   nikt   nie   przejdzie   prócz   żółwia, 

jaszczurki lub węża. Wybij to o sobie z głowy, Karolu. Nie mamy tu czego szukać.

Opuścił lornetkę, poprawił kapelusz na głowie.

— Nie jestem taki pewien. Pomaszerujmy kawałek w bok.

Wzruszyłem ramionami. Mój, towarzysz zauważył ten odruch.

—   Twój   sceptycyzm,   Janie,   opiera   się   na   powierzchownej   obserwacji.   Nie   bądź   uparty. 

Chodź, sprawdzimy.

Nie wiedziałem, w jaki sposób chce sprawdzić głębokość bagna. Jednak ruszyłem za nim. 

Nasza  droga wypadła  niezwykle  kręto. Bowiem  grzęzawisko  raz tu, raz  tam  sięgało  swymi 

mackami w głąb prerii. Jęzory zgniłej zieleni wdzierały się w suchy grunt zmuszając nas do 

bacznej   uwagi   i   do   żmudnego   omijania   niebezpiecznych   miejsc.   Prawdopodobnie   przed 

tysiącem lat obecne bagnisko było jeziorem o bardzo rozczłonkowanych brzegach. Sprzyjające 

warunki   klimatyczne   spowodowały   bujny   rozrost   roślinności   wodnej   i   zarośnięcie   całego 

background image

akwenu. Wiatr przynosił tu tumany kurzu i nasiona traw, więc powstała na powierzchni wody 

grubiejąca   z   każdym   rokiem   pokrywa.   Miną   jeszcze   setki   czy   tysiące   lat,   a   płaszczyzna 

moczarów stwardnieje, upodobni się do okolicznej prerii. Karol przystanął.

— Patrz!

Jego wskazujący palec kazał mi spojrzeć na zamazaną granicę bagna i suchej łąki. Biegły tu, 

ku ponurym pagórkom, głębokie odciski racic.

— Łosie — powiedziałem. — Tylko łosie potrafiłyby tędy wędrować.

Uśmiechnął się.

—Oczywiście, że potrafią. Lecz to nie były łosie.

—Karibu?

—I nie karibu. Krowy, Janie, najzwyklejsze krowy.

—To znaczy, że trafiliśmy na ślady znikających stad wykrzyknąłem.

—Chyba się nie mylisz — zamyślił się. — A skoro przeszły tędy krowy, przejdziemy i my.

Ruszył  pierwszy, ja za nim, przekonany o słuszności wniosku. Najpierw nogi poczęły się 

zapadać po kostki, później po łydki, wreszcie po. kolana. Przy każdym stąpnięciu czułem pod 

podeszwami butów groźne drgania trzęsawiska. Doprawdy trzęsło się.

- Do licha, Karolu! Bydło, które przed nami wędrowało, chyba nic nie ważyło albo ktoś 

zaopatrzył je w śnieżne rakicty

3

.

Nie zatrzymuj się, Janie. Już blisko. A co się tyczy rakiet, sądzę, że istotnie nadają się do 

chodzenia po moczarach. Muszę to wypróbować.

Nie zatrzymałem się. Jakakolwiek bowiem przerwa w mars/u mogła mnie pogrążyć w błocie 

po pas. Wreszcie poczułem pod stopami twardą glebę.

— Już po kłopocie — wesoło skonstatował mój towarzysz wchodząc na łagodną pochyłość 

pagórka.

Westchnąłem z ulgą. Ze szczytu wzniesienia, na które wspięliśmy się bez trudu, dźwigała się 

czarna skała. Obeszliśmy ją. Teraz objawiła się mym oczom dalsza partia bezkresnych bagien. 

Przez szkła lornetki nie dostrzegłem jednak na nich żadnego ruchu, żadnej żywej istoty. Gdzież 

więc   podziały   się   krowy,   których   tropy   zawiodły   nas   tutaj?   Obeszliśmy   dokoła   niewielką 

przestrzeń wzniesienia. Z lewej strony łączyło się malutką przełęczą z następnym, bliźniaczo 

podobnym, lecz, jak sprawdziliśmy, była ona mocno podmokła. Nigdzie ani jednego odcisku 

kopyt.

— Nie rozumiem — wyznałem. — Gdzież podziały się twoje krowy, Karolu? Weszły w 

bagno i utonęły?

3 śnieżna rakieta — obręcz przeplatana sznurem, która umożliwia chodzenie po sypkim śniegu.

background image

—I ja nie pojmuję. Można podejrzewać, że było to stampede

4

  i stado w oszalałym biegu 

runęło w bagnistą otchłań. Siedząc z tropów, krowy musiały dojść do tego wzgórka, lecz gdyby 

pobiegły dalej, ,to na samej granicy moczarów musiałyby pozostawić jakieś ślady! A tu ich nie 

widzę. Wygląda na to, że wyrosły im skrzydła i uniosły się w powietrze. Poszukajmy jeszcze 

raz.

Szukaliśmy   bez   żadnego   rezultatu.   Wielce   markotni   dokonaliśmy   odwrotu.   Tym   razem 

szczęście mniej  mi  dopisało. Zapadłem w błoto powyżej  kolan i gdyby nie natychmiastowa 

pomoc Karola, tkwiłbym tam po dziś dzień. Na suchym lądzie obejrzałem z niesmakiem buty i 

spodnie.

—Halley od razu odgadnie, gdzie byliśmy — stwierdziłem z goryczą.

—No to co? Może dojrzałeś łosia albo bezmyślnie przekroczyłeś granicę trzęsawiska? To 

przecież bardzo prawdo podobne. Halley niczego nie może podejrzewać.

—Istotnie — nadąsałem się. — Będzie miał o mnie opinię nieostrożnego idioty.

—Tak ci zależy na opinii Halleya? Gwiżdż na to.

—Jednak... cóż z nas za myśliwi, jeśli włóczymy się bez celu? Uzyskamy sławę skończonych 

niedołęgów.

—Zapomniałeś, Janie, że za takich właśnie mamy uchodzić, zgodnie z umową. Jednak gotów 

jestem nieco poprawić naszą reputację, jeśli tylko wskażesz mi obiekt godny strzału.

—Skromne żądanie — burknąłem. — Gdzież znajdziesz czworonoga u wodopoju o tej porze?

—Nie ma tu żadnych wodopojów. Rozbiliśmy legowisko nad jedynym w okolicy źródłem.

Jeszcze   raz   sięgnąłem   po   lornetkę.   Długo   wodziłem   nią   po   linii   horyzontu,   aż   szkła 

przypadkowo   trafiły   na   stadko   pomykających   czworonogów.   Po   ich   płynnych   ruchach 

rozpoznałem antylopy. Cóż z tego? Nawet gdybyśmy mieli konie, nic nie wyszłoby z polowania. 

Te zwinne zwierzęta są niezwykle czujne i potrafią prześcignąć wierzchowca w galopie. Jedyny 

na   nie   sposób,   to   zaczaić   się,   gdy   o   świcie   lub   o   zmierzchu   gromadzą   się   przed   jakimś 

zbiornikiem wody.

Ben Halley ćmił fajeczkę oparty o pień drzewa. Wydało mi się, że w jego oczach zamigotały 

iskierki   wesołości.   Nic   dziwnego.   W   opinii   woźnicy   musieliśmy   wyglądać   jak   para 

greenhornów. Powstał jednak natychmiast i z wielkim uszanowaniem zapytał, czy pragniemy 

ruszać w dalszą drogę.

— Tak — odparł Karol. — Poza antylopami nie dostrzegłem tu innej zwierzyny. 

Cień uśmiechu przemknął po twarzy Halleya. W chwilę później wpakował na wóz wszystko, 

co miał do wpakowania, przyprzągł oba konie i wskoczył na kozioł ławę z oparciem obitym 

4 S t u m p e d e — (ang.) — popłoch w stadzie bydła.

background image

miękką skórą. Normalnie nie stosowano w wozach tego typu siedzeń dla woźnicy, był to wyjątek 

uczyniony dla mnie i dla Karola. Dla wygody oczywiście, mimo iż żaden z nas nie prosił o takie  

ulepszenie. Ława-fotel była szeroka, swobodnie mogły na niej siedzieć trzy osoby. Zajęliśmy 

miejsca po prawej stronie woźnicy. 

Przed   wieczorem   zagrodził   nam   drogę   płytki,   szeroko   rozlany   strumień.   Szemrał   sennie 

między złocistymi  łachami, kępami krzaków i pniami drzew, które musiała zwalić wiosenna 

powódź lub, wcześniej jeszcze, huraganowy wiatr zimy. Po obu brzegach ciągnął się żółciejący 

szpaler brzóz i olch.

Ruszyłem wraz z Karolem zielonym szlakiem drzew i traw. Płyciznę przebyliśmy zaledwie 

mocząc   stopy.   Po   przeciwnej   stronie   rzeczki   natrafiliśmy   na   bardzo   wyraźne,   świeże   ślady 

czterokopytnych.  Bez   trudu  odróżniłem   odciski  kopytek   antylop   od  tropów  jeleni,  wapiti,  a 

nawet   —   aż   trudno   uwierzyć   —   karibu.   Gdy   Karol   potwierdził   wynik   mych   obserwacji, 

wyraziłem zdziwienie, że ten roślinożerca dalekiej północy zawędrował tak głęboko na południe.

— Zdarza się. Musisz wiedzieć, Janie, że to wspaniałe zwierzę zaliczane jest do najbardziej 

rozpowszechnionych  w Kanadzie.  Żyje  w wielkich  stadach, od północnej  tundry aż po lasy 

południa i od jałowych pagórków Nowej Funlandii na wschodzie po podnóża gór zachodu. Jutro 

o   świcie   urządzimy   sobie   zabawę,   jaka   nie   każdemu   myśliwemu   się   trafia.   Lecz   teraz 

poszukajmy śladów bydła domowego. Ostatecznie, w tym przecież celu przybyliśmy tutaj.

Szukanie   nie   dało   rezultatów.   Ani   wzdłuż   brzegu,   ani   w  głąb   dalekiej   i   pustej   równiny. 

Należało wracać, bo już tylko czerwony skrawek słońca sterczał nad ziemią, a mrok szybko 

nadciągał ze wschodu, niby chmura czarnego pyłu pędzonego wiatrem. Na zielonej trawie prerii 

dostrzegłem drgającą, długą smugę — złocistą ścieżkę blasku. Ciemna postać uwijała się” na tle 

ogniska. Podeszliśmy w chwili, w której Ben Halley zdejmował z metalowego trójnoga kociołek 

z ukropem. Pachniało kawą i jeszcze czymś bardzo apetycznym. Zwłaszcza dla człowieka, który 

zdążył zapomnieć o śniadaniu. Nie jedliśmy nic od świtu, Halley nawet nie mruknął na ten temat 

w czasie krótkiego postoju po drodze. Może, złośliwiec, liczył, że będziemy go prosić chociaż o 

kawałek suchara? Jeśli tak, zawiódł się. Niejeden już raz, wędrując przy boku Karola przez 

arizońskie   pustynie   czy   bezludzia   Gór   Skalistych,   zadowalać   się   musiałem   dwoma   tylko 

posiłkami na dzień.

Zauważyłem przyczynę smakowitych zapachów: trzy otwarte puszki z mięsem i fasolą, lizane 

płomieniem  stały  na skraju ogniska.  Kilka  kroków dalej   leżał   mały  stosik  równo  pociętych 

polan. To gościnny i zapobiegliwy gospodarz zaopatrzył nas (wbrew protestom i śmiechom) w 

opał na drogę.

— Będziecie jechać bezleśną prerią — tłumaczył — a noce są już bardzo chłodne.

background image

I tak wieźliśmy na wozie spory zapas paliwa. Nic dziwnego, że Halley (byłem tego pewien) 

musiał uważać nas za greenhornów.

Z zawartością puszek uporaliśmy się szybko, z kawą również. Halley pojadał jak zwykle w 

pewnej odległości od nas. Przedziwny człowiek! Jakoś minęła mu bagienna drżączka, ponieważ 

sam   zaproponował   wzięcie   udziału   w   nocnej   kolejce   wart.   Tak   zresztą   działo   się   podczas 

wszystkich nocy, z wyjątkiem tej ostatniej. Czy mogliśmy ufać człowiekowi o tak zmiennych 

nastrojach? Wahałem się z odpowiedzią, Karol milczał, pewnie żywił te same wątpliwości.

—Halley... — zdobyłem się na odwagę — wczoraj chyba czułeś się... hm... jakoś słabo, co?

—Tak, proszę pana. Ale już mi przeszło.

—Na pewno?

Na pewno. Bardzo mi przykro. Te bagna mają złą sławę, proszę pana. I... i... ja zawsze czuję 

się źle w ich pobliżu

— Dlaczego?!

— Samemu mi trudno to zrozumieć, ale... tak właśnie się dzieje.

Zaniechałem dalszych pytań. Albo Halley kłamał, albo leż (co jednak wydało mi się mało 

prawdopodobne) jego organizm dziwacznie reagował na normalne zjawiska przyrody.

Ponieważ poprzedniej nocy sprawowałem wartę przed-ranną, Karol zgodził się, abym czuwał 

do północy. Moje miejsce miał zająć Halley. Trzecią, ostatnią zmianę obejmował Karol.

Mój   przyjaciel   zerwał   mnie   o   przedrannym   zmroku,   obudziliśmy   Halleya,   zabrali   broń   i 

pomaszerowali   “wilczym   chodem”   wzdłuż   rzeczki.   Wiatru   nie   było,   lecz   od   wody   ciągnął 

dotkliwy   chłód.   Wybraliśmy-   odpowiednie   miejsce.   Była   nim   kępa   krzewów   otaczająca   nie 

zarośnięty,   półokrągły   placyk   —   miejsce   wystarczające   na   schronienie   dla   dwu   szczupłych 

mężczyzn, osłonięte z boku i z tyłu, natomiast posiadające wąski prześwit nad samą wodą, co 

pozwalało   na   swobodną   obserwację   przeciwległego   brzegu.   Ten   przeciwległy   brzeg,   gdzie 

indziej gęsto porośnięty łozą, tu, na przestrzeni paru jardów, był nagi.

Teraz należało uzbroić się w cierpliwość. Ciemność wisiała nad ziemią, lecz stopniowo już 

przemieniała się w szarość, u w tej szarości leniwy nurt poczynał srebrzyście błyszczeć. Swój 

winczester   położyłem   tak,   żeby   kolba   dotykała   ramienia.   Upływały   minuty   za   minutami, 

wreszcie w ciszy przedświtu lekko zatupotały kopyta. Przed nami, na przeciwległym brzegu, 

wysunęła się smukła sylwetka zwierzęcia z krótkim porożem. Antylopa widłoroga. Za nią cztery 

jej towarzyszki, pierwsza zatrzymała się na skraju rzeczki, spoglądając prosto na nas. To była 

decydująca sekunda. Jeśli nas dojrzy — zniknie natychmiast.

Nic dojrzała. Pochyliła głowę ku wodzie, a za jej przykładem pochyliły się cztery łudząco do 

siebie   podobne   głowy.   Zerknąłem   na   Karola.   Podniósł   ostrzegawczo   palec   prawej   dłoni. 

background image

Wiedziałem, że ten gest oznacza: nie strzelać!

Na co czekał?

Odpowiedź  nadeszła   natychmiast  —  wspaniały  jeleń  wirginijski,  nie  zwracając  uwagi  na 

sąsiadki, wkroczył  w wodę budząc srebrne bryzgi. Pochylił łeb i pił. Mój towarzysz opuścił 

palec.   Strzelby   zagadały   chórem.   Antylopa   podskoczyła   i   padła.   Jeleń   zdążył   wykonać   pół 

obrotu, gdy drugi strzał Karola osadził go na miejscu. Grupka płowych czworonogów zniknęła z 

pola widzenia tak szybko jak zjawy. Przeszliśmy przez płyciznę.

— No   tak...   —   zamruczał   Karol   oglądając   głowę   jelenia   —   moja   pierwsza   kula 

zrykoszetowała na kości czołowej, ale się nie wstydzę. To był trudny strzał. Co poczniemy z taką 

górą mięsa? Halley uzna nas za głupców i... będzie miał rację.

— Więc po coś strzelał? — zapytałem bardzo dumny ze swego sukcesu.

—Strzeliliśmy równocześnie. Bałem się, że chybisz, Janie.

—Dziękuję   za   słowa   uznania   —   byłem   nieco   dotknięty   taką   oceną   mych   umiejętności 

myśliwskich. — Przy następnej okazji nawet nie dotknę spustu.

Zobaczyłem Halleya. Ukazał się na przeciwległym brzegu z długą tyką w ręku. Przebrnął 

rzeczkę. Kawałkami sznura (bo i o nim nie zapomniał) skrępował tylne i przednie kończyny 

antylopy, przesunął pod nimi tykę i wraz z Karolem dźwignął ten spory ciężar, który oceniłem 

na jakieś sto funtów

5

. Położyli końce tyki na ramionach i wolno ruszyli w stronę obozowiska. 

Zostałem na straży, pilnując jelenia aż do powrotu towarzyszy. Tym razem czekała nas trudniej-

sza przeprawa. Jeleń był prawie dwa razy większy od antylopy, a więc chyba dwa razy cięższy. 

Nie pomyliłem się. Halley, chociaż chłop na schwał, poczerwieniał na twarzy podnosząc koniec 

drąga, do którego uwiązaliśmy trofeum. Pomogłem Karolowi, lecz gdy końce tyki spoczęły na 

naszych barkach, ugięliśmy się.

Marsz   hamowało   potężne   poroże   zwierzęcia,   wlokące   się   po   ziemi.   Kiedy   wreszcie,   po 

licznych odpoczynkach, do^ wlekliśmy się do obozowiska i zwalili ciężar na/ murawę, żaden z 

nas nie był w stanie wykrztusić słowa. Padłem na ziemię dysząc ciężko, niby ryba wyjęta z 

wody. Pierwszy odzyskał siły Halley. Zagadnął nas swym usłużnym tonem:

—Co   panowie   każą   zrobić   z   taką   masą   mięsa?   Nim   upłyną   trzy   dni,   stanie   się   nie   do 

zjedzenia.

—Nie zdejmuj skóry z jelenia, a z antylopy wytnij trzy befsztyki — zadecydował Karol. — 

Wracamy.

—Tak jest, proszę pana.

Zanim pierwsza smuga różowego blasku rozjaśniła trawy i krzewy, każdy z nas trzymał na 

5 Sto funtów równa się 45,3 kg.

background image

kolanach cynowy talerz z pachnącym, nieco krwistym kawałem mięsa.

Później  Halley  sprawnie  załadował  na  wóz  wszystko,  co  było   do załadowania,  łącznie   z 

upolowaną zwierzyną, zaprzągł konie, a my zajęliśmy miejsca na koźle-fotelu. Wehikuł potoczył 

się na wschód trawiastym bezdrożem.

Następnego dnia w samo południe, by zwierzęta mogły odpocząć, rozbiliśmy biwak w cieniu 

samotnego drzewa. W kilka godzin później ujrzałem znowu stado łaciatych krów pasące* się 

pod strażą kowbojów, dalej tabunek koni, jeszcze dalej — corrale, zabudowania gospodarcze, a 

na koniec — dom mieszkalny. Nasza podróż dobiegła końca.

background image

Pomysł porucznika Mitchella

Nigdy dotąd nawet jednym słówkiem nie wspomniałem o tej historii. Wydawała mi się zbyt 

błaha. A poza tym również i dlatego, że po raz pierwszy przyszło mi odegrać rolę nie — jak 

zwykle   dotąd   —   beztroskiego   myśliwca,   lecz   dziwnego   tropiciela   śladów,   jakie   miały 

doprowadzić do odkrycia przestępcy, czy przestępców.

Znakomita rola do odegrania dla szeryfa lub też kanadyjskiego funkcjonariusza Północno-

Zachodniej Konnej Policji. Przecież nie dla mnie! A jednak podjąłem się tak niecodziennego 

zadania. Nie bez energicznej zachęty Karola Gordona. Lecz o tym — później.

Z końcem  lata  1890 roku powróciłem  wraz ze  swym  towarzyszem  (właśnie  — Karolem 

Gordonem) do rodzinnego Milwaukee nad jeziorem Michigan. W domowe pielesze przywiozłem 

wonie dalekich przestrzeni i woń dymu ognisk, przy jakich warzyło się strawę. Odzież moja tak 

przesiąkła   egzotycznymi   dla   mieszczucha   zapachami,   że   usunąć   je   byłe   trudno   nawet 

wielokrotnym praniem.

W tym roku zwiedzaliśmy łowieckie tereny stanu Kolorado,, równocześnie doświadczając 

nieoczekiwanych skutków tej wędrówki

6

. Lecz najbardziej nieoczekiwane czekało na mnie w 

Milwaukee, na biurku w gabinecie lekarskim. Był to list. 

Kanadyjski   znaczek   pocztowy   przylepiony   na   kopercie   zaskoczył   mnie.   Nie   miałem   w 

tamtym kraju ani zażyłych przyjaciół, ani nawet znajomków, z którymi zazwyczaj utrzymuje się 

listowne kontakty.

Siadłem   za   biurkiem   i   nożykiem   do   rozcinania   papieru   rozprułem   kopertę.   Wewnątrz 

znajdowało   się   sporo   zapisanych   kartek.   Pierwsza   z   nich   zaczynała   się   od   słów:   “Drogi 

doktorze”. Odczytałem je głośno.

— Na pewno któryś z twoich pacjentów — zauważył Karol. — Podaj mi puszkę z tytoniem i 

oszczędź sobie głośnego czytania, medyczne sprawy mało mnie interesują.

— Żaden z moich pacjentów nie mieszka w Kanadzie. — Odwróciłem zapisaną ćwiartkę, aby 

znaleźć podpis, i wrzasnąłem :

— Gary Mitchell!

—Co takiego?! — zdumiał się Karol. — Porucznik Mitchell? A może to ktoś inny o takim 

samym nazwisku? Czytaj!

—“Drogi doktorze” — powtórzyłem. — “Zwracam się do pana i do Karola Gordona, któremu 

proszę pokazać ten list. Mimo usiłowań nie zdołałem ustalić jego adresu pocztowego, jeśli w 

ogóle gdziekolwiek mieszka!”

6 Przygodę w Kolorado opisuje powieść pt. “Barry Bede”.

background image

Oderwałem na chwilę wzrok od pisma i spojrzałem na nabijającego fajkę Karola.

—Jestem   pewien   —   rzekłem   —   iż   chodzi   tu   o   ciebie,   Karolu,   a   ja   mam   być   jedynie 

pośrednikiem.

—Być może. Czytaj dalej — mruknął Karol beznamiętnie.

—“Sprawa,   z   którą   zwracam   się   do   Pana,   wyda   się   dziwną,   lecz   uważam   po   długim 

zastanowieniu się, iż udział w niej Pana oraz Karola stanowi obecnie jedyną szansę sukcesu”.

Znowu spojrzałem na przyjaciela.

—Podejrzewam — zauważyłem — że Mitchell zamierza nas obu, a przede wszystkim ciebie, 

wciągnąć w nie lada tarapaty.

—To prawdopodobne, o ważności sprawy świadczy sam fakt wysłania listu. Jak mi wiadomo, 

Mitchell nie lubuje się w pisaninie. Czytaj!

— “Proszę was obu o pomoc. W okręgu Saskatchewan Terytoriów Północno-Zachodnich, 

niezbyt   daleko   od   miasta   Regina   (w   którym   istnieje   nasza   główna   kwatera),   leży   spora 

posiadłość Jonathana Caldwella. Znam go od lat jako człowieka prawego i nie lękającego się 

przeciwności. Jest farmerem, lecz raczej hodowcą niż rolnikiem. Zaopatruje w mięso cały nasz 

okręg,   a   również   wysyła   je   na   południe   i   wschód.   Caldwell   jeszcze   nikomu   nie   odmówił 

pomocy. W roku rebelii Ludwika Riela

7

 ocalił dziesiątki ludzi od śmierci głodowej. Piszę o tym, 

abyście obaj wiedzieli, jakiego człowieka dotyczy sprawa i dlaczego chcę mu pomóc i zwracam 

się do Pana, doktorze, i do Karola.

Od czasu gdy ostatnie śniegi stopniały, dziwne historie dzieją się w gospodarstwie Jonathana 

Caldwella. Ginie bydło — podstawa jego egzystencji. Zapewne pomyśli Pan, doktorze, iż krowy 

bardzo często odłączają się od stada, że padają od wilczych czy niedźwiedzich kłów lub podczas 

stampede łamią sobie karki na stromych zboczach kanionów. Gdyby tak się sprawa miała ze 

stadami Caldwella, nigdy nie ośmieliłbym się zwracać do Pana. Jednak rzecz przedstawia się 

całkowicie   odmiennie.   Nie   podaję   szczegółów,   przekażę   je   ustnie,   jeśli   zechce   Pan   wraz   z 

Karolem   odwiedzić   mnie   w   Reginie.   Generalnie   traktując   sprawę   stwierdzam,   iż   krowy 

Caldwella giną bez śladu. Zupełnie jakby im wyrosły skrzydła, na których fruną nie wiadomo 

dokąd. Brzmi to śmiesznie, lecz Caldwellowi nie jest do śmiechu. Alarmował mnie parokrotnie, 

parokrotnie bawiłem w jego posiadłości. Jedno tylko mogę powiedzieć: niekiedy po kilkadziesiąt 

sztuk bydła ginie bez śladu w ciągu nocy. Może gdybym otoczył teren kordonem swych ludzi, 

nie zginęłaby ani jedna krowa, lecz — sam Pan przyzna — byłby to bezsens. Przy szczupłości 

naszych   sił,   na   tak   olbrzymiej   przestrzeni   nie   mogę   zatrudniać   policjantów   wyłącznie   do 

pilnowania własności jednej osoby. Mamy pełne...”

7 Ludwik Riel — Metys, w roku 1885 wywołał powstanie kanadyjskich Metysów.

background image

—Zawsze był  z niego gaduła — przerwał mi  Karol — sądziłem, że przy pisaniu będzie 

bardziej oszczędny w słowach, zwłaszcza iż nie lubi pisać.

—“Mamy   pełne   ręce   roboty   —   wróciłem   do   czytania   listu   —   i   bez   pilnowania   krów 

Caldwella. Przyszło mi do głowy, że dobry traper i tropiciel śladów mógłby łatwiej od nas 

wykryć sprawców, jeśli oczywiście są nimi ludzie z krwi i kości”.

—Mitchell staje, się przesądny — mruknął Karol.

— “Bardzo nam przeszkadza rozgłos, jaki towarzyszy pojawieniu się «czerwonych kurt», 

ostrzegając złodzieja. Natomiast ktoś obcy i nie znany mógłby zdziałać więcej od policji. Obaj 

posiadacie doświadczenie, odwagę, rozum i dobre oczy...” Ha! — uśmiechnąłem się — co za 

pochwały!   To   znaczy,   iż   sprawa   musi   być   diablo   trudna,   “...i   dobre   oczy   —   powtórzyłem 

szukając przerwanego wątku — a więc wszystkie  szansę sukcesu. Dlatego zaproponowałem 

Caldwellowi, aby Was zaprosił, pokrywając równocześnie wszystkie koszta Waszej wycieczki. 

Ostrzegłem,   aby   nikomu   nie   wspominał   o   tym   projekcie,   a   jeśli   projekt   stanie   się 

rzeczywistością,   żeby   rekomendował   Was   znajomym   jako   myśliwych   szukających   łatwego 

sukcesu. Zwierzyny jest tu sporo. Na tym kończę. Załączam list Caldwella i pilnie oczekuję 

odpowiedzi, lub — lepiej jeszcze — wizyty w Reginie. Kolej funkcjonuje znakomicie, a jesień 

zapowiada   się   długa  i   ciepła.   Nie   zabierajcie   niczego   ze   sobą   poza   bronią   myśliwską.   U 

Caldwella znajdzie się wszystko, co Wam będzie potrzebne. Wspominam o tym za jego zgodą. 

Wasz Gary Mitchell”. Co ty na to, Karolu?

—Nim odpowiem, chciałbym poznać list Caldwella.

—Słusznie, lecz ja odgaduję, co w nim jest. Na pewno mniej informacji, a za to więcej próśb. 

Zabawnie wygląda zakończenie listu Mitchella w zestawieniu z jego początkiem. Zauważ, że 

choć zaczyna: “Drogi doktorze” to kończy: “Oczekuję Waszej odpowiedzi” oraz: “Wasz Gary 

Mitchell”.

—No to co z tego ?

—To, że w istocie rzeczy pismo zostało skierowane do ciebie, Karolu, i być  może moja 

obecność w posiadłości pana Caldwella  będzie zbyteczna. Nie bardzo chce mi się gdzie-

kolwiek ruszać. Wędrówka po Kolorado nieco mnie zmęczyła.

— Podejrzewam, Janie, że poczułeś się lekko urażony. Sądzisz, iż porucznik lekceważy twą 

osobę traktując cię jako posłańca mającego przekazać list właściwemu adresatowi.

Wzruszyłem ramionami udając obojętność.

— Mylisz się, Janie. Wiem bardzo dobrze, jak Mitchell cię ceni. Nie tylko jako lekarza, lecz 

przede wszystkim jako tropiciela ścieżek. Nie zaprzeczaj i zabierz się do listu tego hodowcy 

bydła — dodał Karol widząc mój gest.

background image

Pismo   Caldwella   było   znacznie   mniej   wyraźne   od   eleganckich   zawijasów   policjanta. 

Niekiedy utykałem na trudnych do odcyfrowania bazgrołach.

— “Szanowny Panie Doktorze — zaczynała się pierwsza kartka. — Nigdy nie ośmieliłbym 

się zwracać do Pana o pomoc, gdyby nie zachęta ze strony porucznika. Opowiadał mi o Panu i 

Pańskim   przyjacielu   tyle   wspaniałych   rzeczy,   iż   nabrałem   odwagi.   Jak   napisał   porucznik, 

znalazłem się w krytycznej sytuacji: od pierwszych dni wiosny aż po dzień dzisiejszy straciłem 

prawie   jedną   trzecią   stada.   Nim   jesień   dobiegnie   końca,   stracę   połowę,   a   jeśli   nie,   zima 

wykończy mnie do reszty”.

—Myli się — mruknął Karol.

—Co takiego?

—Powiadam, że się myli. Jeśli potrafi dotrwać do zimy, zachowa pozostałe krowy.

—Czemuż to?

—Proste. W zimie, gdy śnieg spadnie, ślady są bardzo wyraźne i trudno je zatrzeć w sposób 

niedostrzegalny. Co pisze dalej?

“To jest bardzo dziwna,  wręcz tajemnicza  historia.  Nim przybyła  policja,  sam  ze swymi 

ludźmi starałem się dociec prawdy. Nic z tego nie wyszło. Wiem, że Pan, Doktorze, i Pański 

przyjaciel jesteście bardzo zajęci. Potraktujcie więc moją propozycję jako finansowy interes. 

Powitam  Was  w  moim  domu  jako gości,  a  poza  tym   za  stracony  czas  rozliczymy  się,  bez 

względu na to czy odkryjecie przyczynę  znikania mych  stad, czy nie. Jeśli zdecydujecie się 

zawitać  w moje progi, nigdy Warn tego nie zapomnę.  Nie zabierajcie  z sobą niczego  poza 

bronią. O tym, jak do mnie trafić, poinformuje Was w Reginie porucznik Mitchell. Pozostaję, 

pełen nadziei, Jonathan Caldwell”. Położyłem papier na biurku.

—Sądząc ze stylu — stwierdziłem — list został napisany pod dyktando Mitchella. Ciekawe, 

dlaczego mu tak zależy na naszym przybyciu?

—Łatwo  odgadnąć.  Konna  Policja  okryła  się  niesławą,  a  porucznik  jest  bardzo  czuły  na 

ludzkie opinie...

—Przypuśćmy. Lecz w jaki sposób my dwaj mamy tę opinię poprawić?

—Odnajdując   sprawców   kradzieży.   Wtedy   Mitchell   rozgłosi,   iż   to   on   nas   “wynalazł”, 

przypisując sobie w ten sposób co najmniej połowę zasługi.

Rozumiem. Jednak nie mam zamiaru ratować niczyjej opinii. Przecież jestem lekarzem, a 

nie pracownikiem Agencji Pinkertona

8

 ani prywatnym detektywem.

—Nie bądź taki uparty.

— Uparty?   —   oburzyłem   się.   —   Dlaczego   mam   ratować   z   kłopotów   nieznajomego 

8 Allan Pinkierton – założył w 1850 roku “Narodową Agencję Wywiadowczą”

background image

człowieka? Gdybyż to był biedak zasługujący na współczucie, ale pan Caldwell jest, jak wynika

z   listu   Mitchella,   bardzo   zamożny   i   stać   go   na   wynajęcie   kilku   tuzinów   najlepszych 

wywiadowców. Dla ciebie, Karolu, to na pewno dobra okazja dla dodatkowego zarobku, lecz

po mnie nic tam.

—Oczywiście, oczywiście — odpowiedział nieco żartobliwym tonem. — Nie będę namawiał, 

mimo że taka wycieczka to czysta frajda. Zresztą... i ja nie palę się do wyjazdu.

—Dlaczego? Jeśli to przyjemność, jak twierdzisz...

—Przed trzema godzinami wróciliśmy z Kolorado, ja również czuję w kościach tamten szmat 

drogi, zwłaszcza jazdę koleją.

Mówił   prawdę.   Po   sprzedaniu   wierzchowców   przesiedliśmy   się   do   wagonu,   by   szybciej 

dotrzeć   do   domowych   pieleszy.   Była   to   najkrócej   trwająca   część   naszej   podróży,   ale   też 

najnudniejsza, a nic tak nie męczy jak nuda.

—To odpiszę Mitchellowi, aby na nas nie czekał — zaproponowałem.

—Nie spiesz się. Może jutro zaświta w mej głowie jakiś genialny pomysł?

Przystałem na to. Ostatecznie, czy porucznik otrzyma mój list za dwa czy za pięć dni — cóż 

za różnica!

Tego popołudnia nie poruszaliśmy więcej sprawy Jonathana Caldwella i jego krów, za to 

wspominali   przygody   przeżyte   w   Kolorado.   Teraz   wydały   się   nam   bardzo   zabawne.   Czas, 

chociaż krótki, zatarł już w naszej wyobraźni niebezpieczeństwa, jakie nam wówczas groziły, a 

uwypuklił   ich   cechy   komiczne.   A   takich   nie   brakowało.   Lecz   już   wieczorem   przerwaliśmy 

interesującą pogawędkę, bo zmęczenie coraz silniej dawało się nam we znaki.

Nazajutrz  Karol opuścił  mnie   na  kilka  godzin,  aby,   jak  twierdził,   przyjrzeć   się  na nowo 

miastu.   W   rzeczywistości   odwiedził   jeden   ze   sklepów   z   bronią   dla   uzupełnienia   zapasów 

amunicji do swego winczestera. W tym czasie ja zająłem się porządkowaniem wnętrz szuflad 

biurka aż do chwili, w której Katarzyna (moja gospodyni od lat) zakomunikowała, iż przyszedł , 

jakiś” pacjent. Był to przypadek, ponieważ swych stałych klientów poinformowałem, że dopiero 

we wrześniu rozpocznę na nowo normalną praktykę.

Około drugiej po południu wrócił Karol, bardzo zadowolony z siebie, żartobliwie narzekający 

na uliczne hałasy, od których zdążył odwyknąć. W kilkanaście minut później siedzieliśmy za 

pięknie zastawionym stołem, spożywając swój pierwszy, po miesiącach wędrówek, lunch w mej 

jadalni. Później usadowiłem przyjaciela w fotelu przed kominkiem i podpaliłem kilka szczapek 

sosnowych, raczej dla stworzenia nastroju niż z chłodu. Ostatnie dni sierpnia nie zapowiadały 

jeszcze zbliżającej się jesieni. Nadal panowały letnie upały.

Sięgnąłem po fajkę i pudło z tytoniem i zająłem drugi fotel. Płomień trzaskał cichutko, przez 

background image

zamknięte okna dobiegał daleki przytłumiony szum miasta, a my dwaj trwaliśmy w milczeniu, 

pogrążeni w misterium palenia fajek.

Nagle Karol powiedział dobitnie:

—Twierdzę, Janie, iż nie doceniasz swych możliwości.

Drgnąłem.

—O czym myślisz?

— O tych wszystkich wydarzeniach, jakie się nam przytrafiły i z których nie wyszlibyśmy 

zwycięsko, gdyby nie twoja pomoc.

Wytrzeszczyłem   oczy,   otworzyłem  usta.  Karol  był   zwykle   skromny  w pochwałach,   teraz 

zaskoczył mnie nieoczekiwanym i niczym nie sprowokowanym oświadczeniem.

—Skąd ci to przyszło do głowy? I to właśnie teraz!

—Pomyślałem   o   wczorajszej   rozmowie.   Jestem   pewien,   iż   twoja   pomoc,   gdybyśmy 

wysłuchali próśb Caldwella, będzie dla mnie niezbędna.

—Zmieniłeś zdanie? — zdumiałem się. — Zamierzasz ruszyć do Kanady?

—Zgadłeś — odpowiedział mrugając zabawnie. — Nie patrz na mnie  tak surowo, Janie. 

Zmiana poglądu nie jest występkiem.

—Nie jest, lecz ja zdania nie zmieniłem.

—Czemu  jesteś taki  uparty?  Twoja nieobecność  w Milwaukee  nie przeciągnie  się  ponad 

miesiąc.

—Skąd taka pewność? — nieopatrznie wdałem się w dyskusję.

—Bo w październiku spadnie pierwszy śnieg i kradzieże bydła ustaną. Albo więc sprawę 

doprowadzimy do szczęśliwego końca we wrześniu, albo z niej zrezygnujemy.

—Jestem zmęczony.

—Przesadzasz! Ileż to razy wracaliśmy ze swych wypraw dopiero z końcem września?

—Lecz tym  razem z końcem sierpnia — odparłem oschle.  — I to mi  wystarczy.  Aż do 

przyszłego roku.

—Pogoda zapowiada się piękna — ciągnął dalej tym samym tonem, jakby do jego uszu nie 

dotarł mój sprzeciw. — Podróż niezbyt daleka, a o koszty możemy nie dbać. Nie chciałbyś 

znowu ujrzeć Mitchella?

Mimo woli parsknąłem śmiechem.

—Brakuje ci argumentów, Karola. Mitchella oglądałem zaledwie przed rokiem, a nie jest to 

człowiek tak bardzo pociągający, bym potrafił umierać za nim z tęsknoty.

—Jednak... Mniejsza z tym — machnął ręką. — Czuję, iż szybko da się wykonać zlecone 

nam zadanie, a ty przeżyjesz jeszcze jedną przygodę.

background image

—Do licha, Karolu! — krzyknąłem. — Stajesz się nudny. Jedź, jeśli tak cię korci, lecz mnie 

zostaw w spokoju. Przepraszam — dodałem po chwili. — Zdenerwowałeś mnie.

Zająłem się czyszczeniem fajki. Mój przyjaciel potrafił być uparty i często ulegałem temu 

uporowi. Jak dotąd, to on wybierał trasy naszych letnich eskapad i zawsze umiał mnie przekonać 

co do trafności swego wyboru. Tylko jeden raz uznał moje racje, lecz wówczas nie przewidziane 

okoliczności przeważyły szalę na mą korzyść

9

.

Kropla wody wydrąży najtwardszą skałę. Powtarzające się do znudzenia argumenty i namowy 

Karola,   gdyby   je   zamienić   w   wodę,   przewierciłyby   blok   stali,   nie   tylko   człowieka,   choćby 

najbardziej   odpornego.   Jednak   postanowiłem   nie   załamać   się.   Obrałem   metodę   stałego 

zmieniania tematu rozmowy, gdy tylko z jego ust padało słowo “Kanada”. Raz zaciągnąłem 

przyjaciela do cyrku, by skierować jego myśli w inną stronę. Innego dnia odwiedziliśmy zakład 

fotograficzny,   by   na   kawałku   błyszczącego   papieru   uwiecznić   nasze   podobizny.   Fotografia 

poczynała wchodzić w modę. Niektórzy twierdzili, iż ten wynalazek z biegiem lat stworzy nową 

dziedzinę sztuki, wyprze obraz i rysunek

10

. Uznałem ten pogląd za bzdurę, bo nawet najlepsza 

fotografia nie odda nastroju, jaki wyczarowuje pędzel lub ołówek utalentowanego malarza.

Dwukrotnie   zaciągnąłem   przyjaciela   (ku   niezadowoleniu   Katarzyny)   na   lunch   w   bardzo 

eleganckiej restauracji. Wszystkie te i mnóstwo innych rozrywek nie zdołały jednak wyplenić z 

głowy uparciucha myśli, której się uczepił niczym tonący brzytwy. Już nie potrafiłem spokojnie 

wysłuchiwać jego nagabywań i podstępnych pytań stawianych przy lada okazji lub bez niej i 

któregoś dnia — ku własnemu zdziwieniu — ustąpiłem! Najpierw z ciężkim westchnieniem i 

pełen najgorszych przeczuć. Później jakoś nabrałem chętki na tę eskapadę. Może stało się to pod 

wpływem Karola, a może dlatego, iż w Milwaukee kończące się lato zapomniało o nadciągającej 

jesieni i poczęło prażyć słońcem i dusić upałem. Zatęskniłem za chłodnym wiatrem dalekich 

przestrzeni, za zapachem schnących ziół i ciszą gwiaździstych nocy.

A więc zdecydowałem się wyruszyć  do Reginy, do kwatery Północno-Zachodniej Konnej 

Policji i raz jeszcze ujrzeć porucznika Mitchella. Poznałem go przed laty, gdy przy boku Karola 

na końskim grzbiecie  przemierzać  przyszło  mi  prerie  i  górskie  doliny południowej  Kanady. 

Mitchell   był   wówczas   jeszcze   sierżantem   i   przysięgał,   że   gdy   “dochrapie   się”   oficerskiego 

stopnia, zrezygnuje z męczącej służby na rzecz farmerskiej gospodarki. Przed rokiem, gdy go po 

raz trzeci napotkaliśmy, nosił już porucznikowskie odznaki i nie wspominał ani słówkiem o orce, 

sianiu i żniwach.

Podczas sporów z Karolem zauważyłem, iż Mitchell nie jest człowiekiem, za którym można 

9 Jak to się stało, wyjaśnia powieść pt. “Skarby Mackenzie”.
10 W 1888 roku ukazały się w sprzedaży pierwsze amerykańskie aparaty fotograficzne, wyprodukowane w 
zakładach Kodaka, lecz fotografowano już wcześniej, aparatami importowanymi z Europy.

background image

by umierać z tęsknoty. Przyznaję, że takie słowa podsunęło mi rozdrażnienie nagabywaniami 

przyjaciela. Zbyt ostre. Nigdy nie żywiłem do policjanta niechęci. Nic podobnego. Mitchell był 

uosobieniem wielu cnót, zwłaszcza tych, jakie ceni się na pustkowiach i bezdrożach zachodu i 

północy   Ameryki.   Ciężka,   odpowiedzialna   służba   w   szeregach   tej   najbardziej   romantycznej 

policji   wyrobiła   w   nim   —   jak   wyrabiała   w   każdym   funkcjonariuszu   Północno-Zachodniej 

Konnej   Policji

11

  —   hart   ducha,   sprawność   fizyczną,   umiejętność   tropienia   i   wreszcie   chęć 

niesienia   pomocy   wszystkim   potrzebującym.   Zwłaszcza   tym,   których   spotkał   nieszczęśliwy 

wypadek w drodze wiodącej poprzez bezludne wertepy. To, co mnie nieco raziło u Mitchella — 

skłonność do przepytywania, do stawiania mnóstwa pytań, jakieś wścibstwo i natrętna ciekawość 

— były wynikiem charakteru jego długoletniej służby. Gdyby nie czerwona kurta, jaką nosił 

niejednokrotnie,   spotkałby   się   z   ostrą   odprawą   nagabywanego   w   taki   sposób   wędrowca. 

Pielgrzymi  pustkowi nie znoszą, gdy się im zadaje pytania, chyba, że dotyczą one kierunku 

drogi, nazwy rzeki lub najbliższego źródła pitnej wody. A nabyta przez Mitchella w wieloletniej 

służbie   skłonność   polegała   przede   wszystkim   na  zadawaniu  pytań   związanych  z  najbardziej 

osobistymi sprawami zapytywanego.

O Karolu, czyli dokładnie o Karolu Gordonie napisałem do tej pory już tyle w poprzednich 

wspomnieniach, iż nie widzę potrzeby prezentować go dokładniej. Powiem krótko — to jeden z 

moich   dawnych   pacjentów,   który   z   wdzięczności   postanowił   odwzajemnić   się   za   leczenie 

pokazując   mi   nie   znany   lub   mało   znany   świat   pierwotnej   przyrody   z   jego   czworonożnymi 

mieszkańcami. Gordon, ongiś kowboj, później rolnik, a jeszcze później traper, namówił mnie do 

odbycia dalekiej wyprawy w góry Montany i jeszcze dalej, na południe kanadyjskich prerii. Od 

tamtego czasu corocznie, w porze najdogodniejszej dla takiego mieszczucha jak ja, czyli w lecie, 

wyruszałem wraz z Karolem zwiedzać coraz to nowe połacie dalekiego zachodu lub północy. 

Niekiedy, by skrócić czas podróży, przebywaliśmy jej najmniej ciekawy odcinek w kolejowym 

wagonie, lecz większość drogi na końskim grzbiecie. Obecnie po raz pierwszy miałem wyruszyć 

wczesną jesienią, i to zaledwie w kilka dni po powrocie z innej eskapady. Oczywiście, iż moja 

pierwotna niechęć do powtórnego wyjazdu wynikała po trosze ze zmęczenia. To zrozumiałe. 

Lecz przede wszystkim nie spodobała mi się rola, jaką nam obu wyznaczył  porucznik Gary 

Mitchell:  detektywów  na służbie  nie znanego mi  człowieka.  Ustąpiłem wobec bezustannych 

nalegań Karola, jednak przed samym wyjazdem oświadczyłem przyjacielowi, że jeżeli osoba 

pana Caldwella nie przypadnie mi do smaku — natychmiast wracam. Zgodził się, bo musiał, 

lecz podejrzewam, że w przewidywaniu takiego obrotu sprawy natychmiast począł obmyślać 

11 Północno-Zachodnia Konna Policja zmieniła swą nazwę w roku 1904 na: Królewska Północno-Zachodnia Konna 
Policja, a w roku 1920 na: Królewska Kanadyjska Konna Policja. Istnieje po dziś, a jej czerwone kurty wdziewane 
są z okazji świąt państwowych. Szerokoskrzydłe kapelusze i granatowe spodnie z żółtymi lampasami mają 
świadczyć o ciągłości tradycji tej, jedynego rodzaju na świecie, służby bezpieczeństwa.

background image

nowe argumenty, jakie skłoniłyby mnie do pozostania dłużej.

Tym razem, wbrew dotychczasowym zwyczajom, nie czyniliśmy żadnych przygotowań do 

wyjazdu. Nasza broń znajdowała się w dobrym stanie, a o resztę — jak wynikało z obu listów — 

zadbać miał pan Jonathan Caldwell. I nie zawiódł naszych oczekiwań.

Zabraliśmy na tę podróż dwie walizeczki bielizny, sporo ładunków do strzelb, myśliwskie 

noże i właściwie nic więcej, jeśli nie liczyć fajek, zapasu tytoniu, kompasów i lornetek, jakie 

nam zawsze tyle wartościowych usług oddały.

Słonecznego ranka wsiedliśmy do pociągu, a później, po dwu przesiadkach, dotarli poprzez 

granicę   Kanady   do  miasta   Regina   —   stolicy   okręgu   Saskatchewan   Terytoriów   Północno-

Zachodnich.

Podróż była na tyle nudna, że nie jest warta nawet najkrótszej wzmianki. Rezygnuję również 

z   opisania   samej   Reginy,   stolicy   okręgu   od   1882   raku,   a   więc   od   chwili   związania   tej 

miejscowości z siecią kolejową. Miejsce, na którym wzniesiono ongiś pierwsze domy osady 

przemieniającej  się szybko w miasto (przede wszystkim w wyniku rozwijającego się handlu 

produktami spożywczymi oraz sprzętem rolniczym i skórami), nazywało się w języku Indian 

plemienia Kri: “Wascana”, co oznacza “sterta kości”. W tych bowiem okolicach odbywały się 

niegdyś masowe polowania na bizony. Co się tyczy nazwy okręgu — wzięto ją od nazwy rzeki 

Saskatchewan, wywodzącej się z kolei od indiańskiego słowa “kisiskatchewan”, oznaczającego 

“szybko^ płynąca woda”. Aby sprawę zamknąć ostatecznie, dodam, iż słowo Regina oznacza w 

języku  łacińskim  “królowa”.  Osadzie,  a  później  miastu,  nadano tę  nazwę dla  uhonorowania 

angielskiej królowej Wiktorii. Wyboru dokonała księżniczka Ludwika — córka królowej, a żona 

gubernatora generalnego Kanady.

Do kwatery Północno-Zachodniej  Konnej Policji trafiliśmy bez trudu. Porucznik Mitchell 

powitał   nas   z   tak   szczerą   radością,   iż   nabrałem   niezbitego   przekonania   o   poważnych 

trudnościach, na jakie natrafił usiłując odkryć przyczyny znikania stad Caldwella. Wydaje się, iż 

byliśmy   ostatnim   atutem   porucznika   w   jego   walce   z   tajemniczymi   porywaczami   (jeśli   tacy 

istnieli!) krów kanadyjskiego hodowcy. Podczas trzydniowego pobytu w Reginie nie brakowało 

nam niczego. Mitchell zapewnił bezpłatne noclegi, całodzienne wyżywienie i... wycieczki po 

mieście, co okazało się przysługą najmniej atrakcyjną.

Informacje udzielone nam przez porucznika, a dotyczące “sprawy” Caldwella, były niezwykle 

interesujące.   Ba,   zdumiewające!   Dowiedzieliśmy   się,   że   znikanie   bydła   zauważył   Caldwell 

dopiero z końcem maja.

—Z tego wynika — wtrącił się Karol — że kradzież krów rozpoczęła się wcześniej. Czy nie 

background image

tak?

—Zgadza się — odparł policjant.

Siedzieliśmy w gabinecie Mitchella, w głębokich fotelach. Przez uchylone okno dmuchał do 

wnętrza pokoju ciepły, wcale nie jesienny wietrzyk, a słońce zaglądając poprzez szyby drgało 

smugami jasności na deskach podłogi.

—Jak to mogło się stać — zapytałem — że Caldwell nie spostrzegł ubytku natychmiast? 

Czyżby był tak niedbałym gospodarzem?

—Ależ nie, doktorze! Rzecz polega na zupełnie czymś  innym,  a mianowicie na chytrym 

stopniowaniu kradzieży.

—Stopniowaniu? — powtórzyłem, nie mogąc zrozumieć, o co mu chodzi.

—Właśnie tak! Kradzieże były dokonywane wielokrotnie. Czy pan, doktorze, mając około 

ośmiuset sztuk bydła zauważyłby na przykład ubytek dwudziestu sztuk?

—Wątpię.

—Nawet gdyby pan policzył wszystkie krowy, jakże łatwo o omyłkę, a poza tym, któż będzie 

codziennie liczył. Dlatego właśnie nie sposób ustalić, kiedy wydarzyła się pierwsza kradzież. 

Ja przypuszczam, że wówczas, gdy świeża ruń pokryła pola i skradzione sztuki miały czym 

się żywić podczas przepędu.

—W jaki sposób Caldwell stwierdził kradzież? — zapytał Karol.

— W taki, że sprzedając handlarzom część stada, musiał tę część bardzo dokładnie przeliczyć. 

Wówczas zwrócił uwagę na dziwnie małą grupę krów, jakie mu pozostały. Sprawdził ich liczbę. 

Okazało się. że brakuje około stu pięć dziesięciu sztuk. Zaczął podejrzewać popłoch w stadzie, 

lecz poszukiwanie zbłąkanych krów nie dało rezultatu. Nie znaleziono ani żywych zwierząt, ani 

nawet ich kości. W dwa tygodnie później Caldwell, tknięty jakimś przeczuciem, po raz drugi 

policzył  krowy. Ubytek wyniósł dalsze pięćdziesiąt sztuk. Wówczas doszedł do wniosku, że 

bydło   dziesiątkuje   mu   jakaś   nie   znana   zaraza.   Mimo   że   sam   nieźle   się   zna   na   chorobach 

zwierząt,   sprowadził   weterynarza.  Kosztowało  go  to  sporo,  a  moim  zdaniem  był   to  zbędny 

wydatek.   Przecież   bydło   nie   padało,   bo   nie   znaleziono   ani   jednej   sztuki   martwej.   W 

rzeczywistości krowy cieszyły się dobrym zdrowiem i cieszą się nim nadal. Jednak liczebność 

stada   zmniejsza   się   w   tajemniczy   sposób.   Z   okazji   badań   weterynaryjnych   po   raz   trzeci 

dokonano obliczenia. Znowu ubyło 20 sztuk.

—Interesująca historia — mruknął Karol.

—Istotnie   —   sucho   potwierdził   policjant.   —   Tak   interesująca,   że   jeżeli   nie   zostanie 

przerwana, Caldwell dorobi się ciężkiej choroby nerwowej, o ile przedtem nie zbankrutuje.

—Co stwierdziła policja? — zagadnąłem.

background image

Mitchell poskrobał się po głowie. Gest, który najczęściej oznacza zakłopotanie. I na pewno 

porucznik był zakłopotany.

—Stwierdziliśmy   niewiele.   Gdy   Caldwell   nas   zaalarmował,   zabrałem   trzech   ludzi   i 

pojechaliśmy.  Początkowo sądziłem, że to stampede, lecz popłochowi ulega przecież całe 

stado, a nie jego drobna część.

—A jeśli stado- jest podzielone? — wyraziłem wątpliwość.

—Owszem,   jest   podzielone.   Paręset   sztuk   rogacizny   łatwiej   upilnować   w   mniejszych 

grupach. Lecz były to i są nadal grupy liczące co najmniej po sto sztuk każda. Jeśli w którejś 

z tych grup wybuchłby popłoch, uciekałaby całość, a nie jej część. Caldwell mówił, iż od lat 

nie przytrafiło mu się żadne stampede, potwierdzili to jego pracownicy. Wreszcie (o czym 

pisałem w liście) nie odnaleziono ani jednej zagubionej sztuki.

—Bo zbyt późno zaczęto szukać — wtrącił się Karol.

Trafiłeś w sedno — zgodził się policjant. — Poszukiwania rozpoczynano najczęściej dopiero 

w   dzień   lub   dwa   po   wypadkach   stwierdzenia   strat.   Zjeździłem   cały   obszar   gospodarstwa 

Caldwella i przyległe tereny. Na północ i na zachód znajduje się bezludna pustka: prerie, lasy, 

doliny i mnóstwo wertepów, wśród których, na dobrą sprawę, można by ukryć niejedno stado. 

Lecz   przecież   takie   stado   musiałoby   pozostawić   jakiś   ślad,   a   takiego   śladu   ani   ja,   ani   moi 

pomocnicy nie odnaleźliśmy.

—Ba — znowu przerwał mu Karol — jeśli od chwili kradzieży do jej stwierdzenia upłynął 

dzień,   dwa   lub   więcej,   ślady   mogły   zostać   zatarte   przez   złodziejów,   mógł   je   również 

zniszczyć deszcz lub porywisty wiatr.

—I to prawda. Brałem taką okoliczność pod uwagę. Lecz w jaki sposób złapać złodzieja na 

gorącym uczynku? Powtarzam: nie można liczyć krów każdego ranka i wieczora, to wymaga 

zbyt wiele czasu.

— A służba? — zapytał Karol. — Kowboje i inni?

Mitchell potakująco kiwał głową.

—Świetny byłby z ciebie policjant. Służba, ludzie Caldwella to ważny element naszej sprawy. 

Podejrzewam — w tym miejscu zniżył głos — iż ktoś z tej gromady, jeden lub kilku, wie 

więcej od nas. I milczy.

—Wspólnicy złodziei? — zauważyłem.

—To mam na myśli. Albo milczą ze strachu, albo też sami uczestniczą w porywaniu bydła.

—Po co? — zagadnąłem szybko.

Mitchell westchnął.

—Sądzę, iż sprzedają kradzione sztuki.

background image

—Taki mądry to i ja jestem — roześmiał się Karol.

—Bo jeszcze nie znasz szczegółów. Nie ograniczyłem się do przeprowadzenia śledztwa w 

farmie Caldwella. Moi ludzie dyskretnie zainteresowali się handlem żywcem w całym okręgu i 

interesują się nadal. Mimo to nie zdołaliśmy stwierdzić, aby ktokolwiek nabył chociaż jedną 

krowę Caldwella bez jego aprobaty.

—   Nie   potrafię   w   to   uwierzyć   —   zdenerwował   się   Karol.   —   Wszystko,   co   dotąd   nam 

opowiedziałeś, wybacz, Gary, wygląda na bajkę. Ciekawe, jak przebiegało przesłuchanie ludzi 

na farmie? Wyobrażam sobie: tak zwane krzyżowe pytania, stara sztuczka policyjna, oraz ograne 

chwyty w rodzaju: “Co robiłeś? Gdzie byłeś tego a tego dnia o takiej i takiej godzinie? Kto może 

to poświadczyć?” i tak dalej, i tak dalej. Najniewinniejszy facet dostaje wówczas drżączki i 

plącze   się   w   zeznaniach,   a   kuty  na   cztery   nogi   przestępca   łże   jak   z   nut,   gładko   i   z   takim 

akcentem w głosie, iż przekonuje każdą “czerwoną kurtę”.

Z trudem stłumiłem śmiech, a Mitchell wyraźnie sposępniał.

—Krzywdzisz nas. Nie jesteśmy tacy łatwowierni i tacy... głupi. Natomiast prawdą jest, iż 

nasz mundur nieco utrudnia prowadzenie śledztwa, bowiem ostrzega przestępcę. Oto dla-

czego zwróciłem się do was obu o przyjacielską pomoc. Zresztą nie bezinteresowną. Jak 

wiecie, Caldwell zobowiązał się...

—Wiemy, wiemy — przerwałem mu te wywody. — Gdyby nie Karol, nie przyjechałbym 

tutaj nawet za góry złota. Mniejsza z tym. Proszę nam teraz opowiedzieć o Caldwellu, jego 

rodzinie i jego pracownikach. Trzeba wiedzieć, z kim się spotkamy.

—Słusznie   —   rozchmurzył   się   Mitchell.   —   Na   początku   ważna   uwaga:   udajecie   się   do 

Caldwella, jako znajomi jego znajomych, na parotygodniowy pobyt w celu polowania. Nikt 

nie może wiedzieć, poza gospodarzem, jaki jest właściwy powód waszej wizyty.

—Więc nie udajemy się tam jako pańscy znajomi? — zagadnąłem.

—O to chodzi! — wykrzyknął. — Pan chwyta w lot każdą myśl. Przydałby się nam taki 

lekarz.

—Jeśli to ma być oferta — parsknąłem śmiechem — nie przyjmuję jej.

Szkoda. Lecz wróćmy do tematu. Jonathan Caldwell odziedziczył swe gospodarstwo po ojcu, 

razem z pierwszymi ojca pracownikami lub ich dziećmi. Z takiej sytuacji wywodzi się nieco 

patriarchalna forma stosunków między pracodawcą a pracownikami. W wielu wypadkach jego 

obecni kowboje to ongiś dzieci, z którymi się bawił. Sądzę, że tego rodzaju stosunki stwarzają 

bardzo dobrą atmosferę, raczej utrudniającą rodzenie się jakichś zadrażnień. W okresie kilku 

ostatnich lat Caldwell zatrudnił paru nowych ludzi.

—A w tym roku? — zapytał Karol.

background image

—Dwu lub trzech, dokładnie nie pamiętam.

—Ci ludzie powinni nas interesować specjalnie, jeśli “znikanie” stada rozpoczęło się dopiero 

obecnie.

—Tego jestem pewien. Trafiały się, co prawda, straty, lecz przy dużej ilości bydła to rzecz 

nieunikniona. I dopiero w bieżącym roku nastąpiły masowe kradzieże.

—Należy sprawdzić, czy nie pozostają one w związku z zatrudnieniem nowych pracowników.

— Caldwell wskaże ci, Karolu, tych nowicjuszy. A teraz kilka słów o terenie. Na północy 

posiadłość Caldwella graniczy z pustą prerią, dalej są bagna nie do przekroczenia. Na zachodzie 

i wschodzie istnieją gospodarstwa rolne, leżące w odległości kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu 

mil. Brałem to pod uwagę, lecz me podejrzenia nie zostały potwierdzone żadnym dowodem. 

Nikt z sąsiadów nie jest posiadaczem skradzionych krów. Wszystkie sztuki są cechowane, więc 

łatwo   byłoby   je   rozpoznać.   Na   południe   od   farmy   Caldwella   ciągną   się   obszary   najgęściej 

zaludnione, no i Regina, oczywiście. Tyle w wielkim skrócie. Czy macie jakieś pytania?

—Mam — uprzedziłem Karola. — Pominął pan pewną grupę ludności.

—Indian?

—Indian.

—Hm...   Na   północy,   lecz   dość   daleko,   istnieją   rezerwaty   plemienia   Kri.   Najbliżej   nas 

Assinoboinowie.

W tym punkcie Mitchell urwał, spojrzał w sufit i wyrecytował bezbarwnym tonem, właśnie 

jakby czytał z sufitu:

— Traktat numer siedem, podpisany 15 września 1874 roku z plemionami południowego 

Saskatchewanu:  Kri, Saltaux i inni. A więc dotyczy  również Assinoboinów zwanych  Stony. 

Plemiona te odstąpiły rządowi Dominium tereny przekraczające 74 tysiące mil kwadratowych

12

. 

W zamian za to otrzymały na wieczystą własność po mili kwadratowej na każdą rodzinę liczącą 

do pięciu osób, prawo prowadzenia handlu z osadnikami, prawo do polowania i rybołówstwa. 

Rząd   zobowiązał   się   do   założenia   szkół   w   rezerwatach.   W   dniu   podpisania   układu   każdy 

wojownik otrzymał 12 dolarów, przywódca grupy plemiennej 15 dolarów, każdy z wodzów po 

25   dolarów.   Poza   tym   przekazano   Indianom   najrozmaitsze   wyposażenie   rolnicze,   zapasy 

żywności, flagi, medale. Z tytułu tego traktatu Indianie otrzymują corocznie po 5 dolarów na 

wojownika, po 15 dolarów dla przywódców grup i po 25 dla wodzów. Dodatkowo rząd wypłaca 

corocznie 750 dolarów na zakup amunicji dla myśliwych. Co trzy lata wodzowie oraz naczelnicy 

grup otrzymują komplety ubrań... — przerwał i przeniósł wzrok z sufitu na nas. — To wszystko, 

co wiem o rezerwacie Assinoboinów. Dodam, iż podobny traktat został zawarty w 1877 roku z 

12 Mila kwadratowa równa się 2,59 kilometra kwadratowego.

background image

Assinoboinami i innymi plemionami południowej Alberty.

—Masz wspaniałą pamięć — pochwalił Karol — jednak twe informacje niewiele dla nas 

znaczą.

—Jak to?! — obruszył się policjant.

—Nas   nie   interesuje   obecnie   żaden   traktat,   lecz   jedynie   to,   czy   czerwonoskórzy   mogą 

przekraczać granice swych rezerwatów i przy takiej okazji... uszczknąć nieco bydła białym 

farmerom. Chyba o to chodzi, Janie?

—Właśnie o to — odparłem.

A więc... hm... w zasadzie niby nie, lecz w praktyce... Granice ziem rezerwatowych są tylko z 

grubsza  oznaczone  i  właściwie  nikt  nie  wie dokładnie,  jak biegną. Poza  tym  Indianie  mają 

przecież prawo polować i łowić i jeśli w takim celu wyjdą poza swe ziemie, trudno zarzucić 

pogwałcenie umów. A spróbuj sprawdzić, czy wojownik ruszył tropem zwierzyny, czy z innych 

powodów. Jedno jest tu pewne: nie wolno Indianom przenosić swych wiosek poza granice re-

zerwatów.

— To znaczy, iż grupa wojowników mogłaby zawędrować w pobliże farmy Caldwella.

— Mogłaby, jednak wrócić ze skradzionym bydłem nie sposób. Przecież już mówiłem, że 

południe jest najgęściej zaludnione. Przepęd od razu zwróciłby uwagę osadników. Nie, Karolu, 

wykreśl takie podejrzenie ze spisu swych przypuszczeń.

— Chciałbym posiadać taki spis. Niestety, jak dotąd nie mam o co zahaczyć.

—Już dawno doszedłem do podobnego wniosku. Jednak jestem przekonany, że wam obu, gdy 

dłużej posiedzicie w majątku Caldwella, ukaże się prawdziwe oblicze złodziejskiej sprawy. 

Moim zdaniem złodziej dlatego w końcu wpada w sidła, bo nie potrafi na długo zachować tej 

samej ostrożności. Napięcie nerwowe, w którym żyje, staje się w końcu źródłem błędów, 

jakie zaczyna popełniać. I to go wiedzie za kratę.

—Mądrze to wysnułeś — ironicznie zauważył Karol.

—Porucznik ma rację — stwierdziłem. — Nasza szansa leży w tym, że udając “niedzielnych 

myśliwych” uznani zostaniemy przez sprawcę całej afery za nieszkodliwych. Nie będzie się 

nas tak wystrzegał, jak Caldwella czy policji.

—Słusznie, bardzo słusznie — zgodził się porucznik.

—Jeśli...   —   wtrącił   się   Karol   —   już   w   tej   chwili   Caldwell,   jego   rodzina   oraz   wszyscy 

pracownicy   farmy   nie   zostali   powiadomieni   o   rychłym   przybyciu   dwu   przyjaciół   pana 

Mitchella!

—To byłoby fatalne! Ostrzegłem Caldwella. Zabroniłem nawet słówkiem wspomnieć o mnie.

—Czy on potrafi dochować tajemnicy?

background image

—To leży w jego własnym interesie, a daję wam słowo, że Caldwell nie jest głupcem.

Czy  to gwarancja  policyjna?  —  zakpił  mój  przyjaciel.   — Jeśli  tak,  nie  żywię  wielkiego 

zaufania do mądrości tego farmera.

—Karolu, Karolu... — udał oburzenie Mitchell — nie pora na żarty.

—Dobrze. Odkładam je na później. Ile on ma dzieci?

—Syna i córkę.

—W jakim wieku?

—Pięć i trzy lata. To młode małżeństwo. Pobrali się na rok przed wybuchem rebelii Riela.

—Rzecz zrozumiała, iż dzieciaki są bardzo ciekawe i będą chodzić za nami krok w krok.

—Co też gadasz! Malców pilnuje matka,  jakże mogłoby być  inaczej? Widać, Karolu, że 

nigdy nie byłeś ojcem...

—Ani matką... Mniejsza z tym. Kto to jest pani Caldwell?

—Córka farmera z Mamtoby. Na mój sąd bardzo inteligentna. Kończyła jakieś tam szkoły, 

ale jakie, nie wiem. Czy to ważne?

—Jak na policjanta, zasób twych informacji nie jest oszołamiający.

—Zbyt wiele wymagasz, Karolu.

—Wobec   zadania,   jakie   nam...   hm...   narzuciłeś   (—   Protestuję!   —   mruknął   Mitchell), 

dowiedzieliśmy się zbyt mało.

—Dowiecie się na miejscu, a może nawet wcześniej. Przypuszczam, że Caldwell, zamiast 

wysyłać któregoś ze swych ludzi, sam się tu zjawi.

—Kiedy to nastąpi ?

—Sądzę, że jutro.

—Caldwell wie o naszym przybyciu?

—Wysłałem doń umyślnego gońca. — Mitchell wyciągnął z kieszeni wielki, okrągły zegarek. 

— O tej porze już na pewno dotarł do farmy. Jedzie się do niej półtora dnia, nie licząc nocnej 

przerwy.

No, to chylę czoło przed “czerwonymi kurtami” — zażartował Karol. — Lękałem się, że 

przyjdzie nam tu tkwić przez kilka dni. 

— Robi się, co można i jak można. Przyznaję, iż chętnie zatrzymałbym was na dłużej, ale 

czas biegnie, a sprawa jest pilna. Bo liczyć się należy również i z pogodą. Teraz jest ciepło, 

później nadejdą dwa, trzy tygodnie indiańskiego lata

13

, a po nich pierwsze przymrozki.

—Nie potrzebujesz mnie o tym informować — burknął Karol. — Bywam na północy częściej 

od ciebie, na prawdziwej północy, i do tego w zimie.

13 Indiańskie łato — odpowiednik naszego babiego lata.

background image

Mitchell zaśmiał się:

—Zupełnie o tym zapomniałem, ale też spotykamy się jedynie w lecie.

Było to zgodne  i  prawdą twierdzenie. Wiosenno-letnie wyprawy Karola stanowiły jedynie 

rozrywkę, natomiast jego traperska, ciężka praca rozpoczynała się każdego roku z początkiem 

zimy, a kończyła, gdy śnieg poczynał topnieć. Powód zrozumiały: najcenniejszym, najgęstszym 

futrem porastają zwierzęta łowne podczas zimy. W ten właśnie sposób natura, zabezpiecza je 

przed mrozem. Natomiast podczas wiosny i lata zwierzyna  linieje i za jej skórki nie można 

uzyskać nawet połowy zimowej ceny. A przecież Karol Gordon żył z polowań na futerkowe 

czworonogi.

Najczęściej udawał się na pobrzeża Zatoki Hudsona lub jeszcze dalej na północ. Nic więc 

dziwnego, iż nigdy dotąd nie napotkał Mitchella na białym szlaku, a jedynie na zielonym, gdy 

wędrowaliśmy po południowej Kanadzie, właściwym dla porucznika rejonie działalności.

background image

Jeszcze jedno podejrzenie

Sądziłem, że nasza rozmowa z porucznikiem dobiegła końca. Wszystko przecież zostało już 

obgadane, a reszty wyjaśnień mogliśmy oczekiwać od Caldwella. Jednak pomyliłem się.

Bo oto gdy już podnosiłem się z fotela, Karol klepnął mnie po ramieniu.

—Jeszcze chwilę, Janie.

—Zdawało mi się... — nieśmiało zaprotestowałem.

—Cierpliwości. A teraz... — zrobił pauzę i spojrzał na Mitchella.

—Słucham — powiedział nie mniej ode mnie zdziwiony policjant.

—Teraz, Gary, wytrząśnij wreszcie, co masz tam schowane w rękawie. Opowiedziałeś wiele 

o   dziwnej   historii   tego   bydła,   lecz   w   konsekwencji   nadal   nie   wiem,   co   ty   w   tej   hecy 

podejrzewasz? Indian wykluczasz, złodziei handlujących  krowami również, wspominasz o 

pracownikach farmy Jonathana Caldwella, lecz w sumie nie daje to żadnego tropu, który 

mógłby   doprowadzić   do   wykrycia   prawdy.   Podejrzewam,   że   masz   jakąś   inną   jeszcze 

koncepcję, o której nawet nie raczyłeś wzmiankować. Czyżbym się mylił?

Dostrzegłem   zdumienie   na   twarzy   Mitchella.   Pokiwał   głową   w   milczeniu,   zaśmiał   się   i 

rozłożył ręce gestem bezradności.

— To zdumiewające — oświadczył. — Wręcz nie do wytłumaczenia. Karolu, ty masz chyba 

jakiś dar jasnowidzenia czy też odczytywania cudzych myśli.

—Dawno to już zauważyłem — wtrąciłem.

—Do rzeczy, do rzeczy — mruknął mój przyjaciel. — Mylę się, czy nie?

—Otóż   nie.   Nie   wspomniałem   o   swym   podejrzeniu,   ponieważ   wydaje   mi   się   tak 

nieprawdopodobne, że aż śmieszne. A poza tym, gdyby wieść o tym rozniosła się, mogłaby 

wzbudzić wśród farmerów niemałą panikę. A tego za wszelką cenę należy uniknąć. Rzecz w 

tym, iż sprawa znikającego stada wiązać się może z Ludwikiem Rielem. Tak, tak — dodał 

spoglądając na mą osłupiałą minę. — Ja o tym nawet nie wspomniałem Caldwellowi. Nie 

chcę go przerażać.

—Czemu   jednak  zataiłeś  przed   nami?   —  zagadnął  Karol.   —  Jeszcze  nie   wiem,  o  co   tu 

chodzi, lecz na tyle sobie cenię twe spostrzeżenia i uwagi, iż zatajenie ich na pewno utrudni 

wykonanie niełatwego zadania. Co ma wspólnego z Rielem Jonathan Caldwell i jego ginące 

krowy?

—Co ma wspólnego? — powtórzył porucznik. — Parokrotnie się nad tym zastanawiałem. 

Jednak... może mieć. Nie wiem, czy znacie dokładnie historię życia Ludwika Riela, a bez tego 

moje przypuszczenia wydadzą się wam majaczeniem chorego.

background image

—No... — odparł niepewnie mój przyjaciel — coś tam o tym Rielu wiemy. Słyszało się nieco 

o rebelii Metysów, ale szczegółów nie wymagaj ode mnie ani od doktora.

—Rebelia   wybuchła   w   1885   roku   —   pochwaliłem   się   znajomością   tematu.   —   Nas   tu 

wówczas nie było.

—Zwiedzaliśmy Oklahomę — dodał Karol.

—No to cieszcie się. Tego rodzaju przygoda  nie przypadłaby wam do smaku. Zbyt  była 

krwawa, zbyt wiele pociągnęła ofiar i to niekiedy ze strony osób zupełnie przypadkowych, 

wcale nie zaangażowanych w tej bratobójczej walce.

—Bratobójczej? — mruknął Karol.

—Oczywiście. Bo cóż z tego, że jedną z walczących stron stanowili Metysi? Przecież to byli 

potomkowie białych osadników przybyłych tu przed setkami lat bądź z Francji, bądź z Anglii, 

posiadający   takie   same   prawa   do   tej   ziemi   jak   i   pozostała   większość   Kanadyjczyków. 

Powiedział   pan,   doktorze,   że   rebelia   wybuchła   w   1885   roku.   To   prawda,   lecz   jedynie 

częściowo. Historia naszego kraju zanotowała dwa powstania metyskie. Pierwsze w 1869 

roku, daleko stąd, na terenach, przez które przepływa Północna Rzeka Czerwona, a więc w 

dzisiejszej   prowincji   Ontario,   niezbyt   daleko   od   granicy   Ameryki.   Tam   właśnie   leżały 

metyskie   wioski,   których   ludność   zajmowała   się   co   prawda   uprawą   roli,   lecz   przede 

wszystkim polowaniem na wędrujące stada bizonów. Skóry i mięso były główną podstawą 

utrzymania, ale z chwilą, w której ilość bizonów uległa gwałtownemu zmniejszeniu, wzrosło 

znaczenie rolnictwa.

Ilu było tych Metysów? Niewielu. Jeśli pamięć mnie nie myli, przeprowadzony w 1840 roku 

spis ludności wykazał nieco ponad 4300 “mieszańców” skupionych nad doliną Rzeki Czerwonej.

—Toż to garstka — zauważył Karol. — Z tego, co mi opowiadano, sądziłem, iż Metysów 

było kilkanaście tysięcy.

—Opowiadano   ci   bajędy.   Ale   się   temu   nie   dziwię,   ponieważ   ta   garstka,   jak   twierdzisz, 

narobiła w naszym kraju tyle szumu, co dobrze zorganizowana, bitna armia nieprzyjacielska. 

Tak   wspominają   uczestnicy   tamtej   wojny,   bo   nie   brałem   w   niej   udziału.   Po   pierwsze   z 

powodu młodocianego wieku, po drugie ponieważ wówczas jeszcze nie istniała Północno-

Zachodnia Konna Policja. Jak wam wiadomo, zorganizowano ją dopiero w 1873 roku. Ale 

mniejsza z tym.

—Mniejsza   z   tym   —   powtórzył   Karol.   —   Obawiam   się,   że   jeżeli   będziesz   mówił   tak 

szczegółowo i tak rozwlekle, nigdy nie dowiemy się, co ma wspólnego Ludwik Riel z kro-

wami Caldwella.

background image

Cierpliwość jest cnotą — zaśmiał się Mitchell. — Sam mnie sprowokowałeś do tego gadania, 

więc nie przerywaj. Wkrótce dojdę do tak zwanego sedna sprawy. Otóż przywódcą Metysów 

znad Rzeki Czerwonej był ojciec Riela, z zawodu młynarz. Dopóki tamte ziemie znajdowały się 

w   administracji   urzędników   Kompanii   Zatoki   Hudsona,   Metysom   wiodło   się   wcale   nieźle. 

Urządzali polowania, mięso i skóry sprzedawali w faktoriach Kompanii, a poza tym prowadzili 

handel   z   osiedlami   i   miastami   leżącymi   po   przeciwnej   stronie   granicy,   w   Stanach 

Zjednoczonych. Sprawa zmieniła się radykalnie, gdy posiadłość Kompanii przeszła na własność 

rządu. Jak wiecie, był to teren olbrzymi, bo obejmujący tak zwaną Ziemię Ruperta na południu 

Kanady oraz Terytoria Północne-Zachodnie, rozciągające się na dalekiej północy, aż poza krąg 

arktyczny i na północo-zachód po Góry Skaliste. W sumie półtora miliona mil kwadratowych 

powierzchni.  Pierwszym  objawem  zmiany stał  się masowy napływ  szkockich  osadników na 

tereny przylegające do doliny Rzeki Czerwonej. Poczęli oni dość intensywnie trzebić łowną 

zwierzynę, zagrażając w ten sposób materialnym interesom Metysów, a poza tym odnosili się do 

“mieszańców” w sposób pogardliwy, niekiedy wręcz agresywny. Jednak nie ten powód stał się 

przyczyną   rewolty   mieszkańców   doliny   Rzeki   Czerwonej,   lecz   decyzja   rządu   z   Ottawy 

przeprowadzenia pomiarów gospodarstw rolnych stanowiących własność Metysów. Gdybyż to 

były   jedynie   pomiary   utwierdzające   stan   rzeczy!   Nie   wywołałyby   protestu.   Jednak   wraz   z 

przeprowadzeniem pomiarów miano również generalnie zmienić kształt działek rolniczych tak, 

aby każda z nich tworzyła regularny kwadrat. Nie wiem, kto to wymyślił, nie do mnie należy 

krytyka posunięć władz, nawet tak odległych w czasie.

—Oczywiście — uśmiechnął się Karol. — Biorąc pod uwagę, iż sam jesteś na służbie rządu...

Mitchell skrzywił się z dezaprobatą.

— Niech będzie i tak, ale nie odbiegajmy od tematu. Otóż, działki rolne Metysów znad 

Rzeki Czerwonej najczęściej posiadały kształty bardzo wydłużonych prostokątów. I to wcale nie 

z   przypadku.   Kompania   Zatoki   Hudsona,   która   te   działki   ongiś   przydzieliła   lub   za   bezcen 

sprzedała   osadnikom,   wymierzała   je   tak,   iż   każde   gospodarstwo   rolne   miało   niczym   nie 

skrępowany dostęp do rzeki z jednej strony, z drugiej zaś obejmowało część lasu stanowiącego 

dla farmerów źródło budulca i opału. Zarządzona zmiana granic tych posiadłości odcinała wiele 

z nich i od wody, i od lasu. To właśnie stało się powodem fermentu. Metysi sprzeciwili się 

jakimkolwiek nowym pomiarom, a próby przeprowadzenia ich siłą, powitali zbrojnym oporem. 

W tamtym okresie, jak już wspomniałem przywódcą Metysów był młynarz Riel. Po jego śmierci 

stanowisko to osiągnął jego syn, Ludwik Dawid Riel. Dlaczego właśnie on? Po prostu dlatego, iż 

był w stosunku do swych współbraci człowiekiem niezwykle wykształconym. Ukończył szkołę 

w  Montrealu,   a   poza   tym,   jak   mi   mówiono,   cieszył   się   sławą   znakomitego   mówcy.   To   on 

background image

prowadził   rokowania   z   rządem   kanadyjskim,   a   gdy   nie   spowodowały   oczekiwanego   przez 

Metysów skutku, utworzył Narodowy Komitet Metysów z siedzibą w starej faktorii Kompanii 

Zatoki Hudsona: forcie Garry. Riel wraz z kilku Metysami należącymi do Komitetu opracowali 

18   punktową   “Listę   Praw”,   w   której   domagali   się   od   rządu   kanadyjskiego   utworzenia   na 

terenach przylegających do Rzeki Czerwonej samodzielnej prowincji z szerokimi uprawnieniami 

samorządowymi. Rząd przystał na te żądania. Nie będę wyjaśniał szczegółów, dość że parlament 

w Ottawie uchwalił utworzenie “Prowincji Jeziora Prerii”, lecz nie zgodził się na udzielenie 

amnestii Metysom, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w akcjach zbrojnych. Mało tego, 

postanowiono wysłać na metyskie  ziemie ponad tysiąc żołnierzy,  jakoby celem zapewnienia 

mieszkańcom   ochrony   przed   napadami   Indian.   Riel,   który   okazał   się   przecież   zręcznym 

politykiem, nie wyczuł podstępu. Jeszcze sam dostarczył wojsku przewodników. Gdy wreszcie 

mała armia znalazła się na przedpolu fortu Garry, jeden z przyjaciół Riela, “biały”  osadnik, 

ostrzegł go, iż zostanie aresztowany. Riel zdążył uciec w ostatniej chwili. Przedarł się przez 

granicę   Stanów   i   przez   szereg   lat,   uzyskawszy   obywatelstwo   USA,   mieszkał   tam.   Tak   oto 

zakończyło się pierwsze powstanie Metysów.

— Bardzo to interesujące — zauważył Karol nieco sceptycznym tonem — lecz ani na krok 

nie przybliża nas do sprawy Caldwella. Czyżby odżyły wspomnienia tamtych, odległych dni i 

Metysi na nowo pragną uzyskać autonomię i wypędzić białych farmerów z ich gospodarstw? Bo 

chyba o to tu chodzi?

— Właśnie.   Jednak   sprawa   ta   wiąże   się   nie   z   rebelią   Rzeki   Czerwonej,   lecz   z   drugim 

powstaniem, które nastąpiło w piętnaście lat później, w 1885 roku, nad rzeką Saskatchewan. I w 

tym wypadku przyczyną rebelii był ten nieszczęsny, nowy podział gospodarstw należących do 

Metysów. Ściągnięto Riela ze Stanów do miasteczka Batoche, głównego skupiska Metysów, 

położonego   nad   rzeką   Południowy   Saskatchewan.   I   teraz,   jak   przed   piętnastu   laty,   Metysi 

opracowali   petycję   do   rządu,   domagając   się   nie   tylko   zaniechania   pomiarów,   lecz   również 

powołania   lokalnych   władz.   Rząd   nie   udzielił   odpowiedzi.   W   początkach   marca   1885   roku 

Ludwik   Riel   wezwał   swych   pobratymców   do   chwycenia   za   broń.   Ba,   słyszałem,   że,   aby 

wzmocnić wojownicze nastroje

i wiarę w ostateczne zwycięstwo, Riel dopuścił się nawet oszustwa. Na mityngu zwołanym w 

Batoche  w połowie marca  zapewnił  zebranych,  iż  uzyskał  błogosławieństwo  Niebios, że  na 

dowód tego “Bóg położy swą dłoń na słońcu”. W kilkanaście minut po tej zapowiedzi niebo 

istotnie   pociemniało.   Otóż   Riel   uprzednio   zapoznał   się   z   rocznikiem   astronomicznym, 

przewidującym zaćmienie słońca. Łatwowierni Metysi uznali swego przywódcę za człowieka 

wszechmogącego.   W   kilka   dni   później   Riel   powołał   do   życia   “Tymczasowy   Rząd 

background image

Saskatchewanu”.   Metysi   przecięli   druty   linii   telegraficznej   łączącej   Batoche   ze   światem, 

splądrowali rządowe składy żywności i artykułów przemysłowych, aresztowali kilku “białych”, 

w tym agenta do spraw Indian. Z kolei Riel wysłał zaufanych ludzi do wodzów poszczególnych 

plemion indiańskich, wzywając je do zbrojnego buntu.

Jednak   Czerwonoskórzy   odnieśli   się   niechętnie   do   tego   apelu,   zaledwie   czterystu 

wojowników z plemienia Kri odpowiedziało ochoczo na wezwanie do wspólnej walki z “białymi 

twarzami”. Ani potężna federacja Czarnych Stóp, ani Assinoboinowie, Salteaux i Czipeweje nie 

dostrzegali dla siebie żadnej korzyści w popieraniu Riela. Na szczęście. Udział w powstaniu 20 

tysięcy wojowników mógł doprowadzić do katastrofalnych dla Kanady skutków. A sam Riel 

potrafił wystawić zaledwie tysiąc strzelców, co prawda znakomitych, umiejących jak nikt inny 

prowadzić  partyzancką wojnę, lecz niezdolnych  do uzyskania  decydującego zwycięstwa. Jak 

wiecie, rebelia zakończyła się klęską. Po zdobyciu przez wojsko Batoche Ludwik Riel oddał się 

do niewoli i po długim procesie został skazany na śmierć. Kilku jego najbliższych pomocników 

otrzymało wyroki paroletniego pobytu w więzieniach, lecz olbrzymia większość uczestników 

domowej wojny zdołała uniknąć wszelkiej kary. I teraz właśnie — jeszcze chwilkę, Karolu — 

dochodzę do sprawy, która powinna cię specjalnie zainteresować. I pana, doktorze, również — 

dodał spoglądając na mnie. — W Saskatchewanie nadal istnieją farmy metyskie, może nawet w 

większej ilości niż przed drugim powstaniem Riela, ponieważ wielu “mieszańców” przeniosło 

się tam z doliny Rzeki Czerwonej. Czy pogodzili się z istniejącym obecnie stanem rzeczy? Na 

podstawie własnych obserwacji sądzę, że większość zrezygnowała z dawnych planów i dawnych 

ambicji. Jednak mit, bo to najlepsze chyba określenie, Ludwika Riela nie wygasł ze szczętem. 

Zwłaszcza wśród Metysów francuskiego pochodzenia. Ta dziwna postać nadal fascynuje wielu z 

jego współbraci, a również bardzo wielu “białych”. Ongiś rozpętała ona wśród ludności Kanady 

gwałtowny   spór,   grożący   rozpadnięciem   się   naszego   państwa.   Katolicy   francuskiego 

pochodzenia bronili przywódcy Metysów uznając go za patriotę. Angielscy protestanci potępili 

go jako zdrajcę. Z upływem lat spór ten wiele stracił na swej ostrości, przecież nie wygasł 

całkowicie.  Myślę,  że w pewnych  kręgach wciąż  są żywe  niebezpieczne  marzenia  na temat 

samodzielnego państwa metyskiego, czy autonomicznej prowincji zamieszkałej wyłącznie przez 

pobratymców Riela.

W ubiegłym roku zanotowaliśmy w naszym okręgu kilka wypadków, natury kryminalnej, 

trudnych do wytłumaczenia. Sprawców przestępstw niestety nie wykryto.

—Mów jaśniej — mruknął Karol.

—No więc... dwa przypadki podpalenia łanów pszenicy. U dwu farmerów. Zupełnie sobie 

obcych i nie będących sąsiadami. Zastanawiające, nieprawda?

background image

—Zemsta   jakiegoś   pokrzywdzonego   kowboja   —   zauważył   mój   przyjaciel   —   lub   też   po 

prostu nieostrożność przy rozpalaniu ogniska.

— Sam chyba w to nie wierzysz. Któż ośmieli się igrać z ogniem w sąsiedztwie łanu zboża? 

Badaliśmy   oba   wypadki   bardzo   dokładnie.   Na   ślad   jakichś   pokrzywdzonych   kowbojów   nie 

wpadłem.   Wręcz   przeciwnie,   w   obu   gospodarstwach   stosunki   między   pracodawcami   a 

robotnikami od lat układają się w sposób patriarchalny.  Farmerzy,  zwłaszcza ci prowadzący 

uprawy na większych obszarach, troszczą się o swych ludzi w stopniu znacznie większym niż to 

się dzieje we wschodnich prowincjach Kanady. Po prostu z braku chętnych. Teren ten jest słabo 

zagospodarowany,   wiele   farm   leży   wśród   bezdroży   i   pustkowi,   ten   fakt   odstręcza   od 

podejmowania pracy na roli przez siły najemne. Dlatego trudno ich tu werbować, dlatego utrata 

człowieka   umiejącego   orać,   siać   czy   pasać   bydło   stwarza   posiadaczom   ziemi   poważne

kłopoty. Więc też dbają o swych ludzi, jak mogą. Płace są tu wyższe niż w innych rejonach, 

warunki   wyżywienia   i   mieszkania   również   znacznie   lepsze.   Będziecie   mogli   stwierdzić

to   sami   bawiąc   u   Caldwella.   Wykluczam   jakąś   kowbojską   zemstę.   Nie   w   tym   tkwi   sedno 

sprawy.

— Lecz oba wypadki nie mają przecież nic wspólnego z chęcią zagarnięcia cudzego mienia 

— zauważyłem. — Jeśli spłonięcie łanów zbóż nie było dziełem przypadku, są to przykłady 

zemsty osobistej.

— Zemsty — potwierdził porucznik. — Lecz czy osobistej? Na tym zresztą sprawa się nie 

kończy. W ubiegłym roku, już na jesieni, doniesiono nam o dwu wypadkach masowego zatrucia 

stad bydła. Badałem te wypadki. Przyczyna była prosta: bydło najadło się trującego zielska. Lecz 

w jakiż to cudowny sposób zielsko rozmnożyło się na łąkach, na których dotąd nigdy nie rosło? 

Dlatego podejrzewam, iż trujące chwasty zostały podrzucone i to nie przez jedną osobę, zbyt 

długo   by   to   trwało.   W   tej   akcji   musiała   brać   udział   spora   grupa   ludzi.   Jakich   ludzi?   Nie 

odkryliśmy. Teraz z kolei mamy do czynienia z nie mniej tajemniczym zjawiskiem ginięcia stad 

bydła na farmie Caldwella. Dowodów nie posiadam, jak wam już wspomniałem, jednak wolno 

mi przypuszczać, iż we wszystkich pięciu wypadkach działała jakaś zorganizowana grupa ludzi, 

których  celem   jest  doprowadzenie  do  ruiny  tamtejszych   farmerów  i   opuszczenia   przez   nich 

zagospodarowanej ziemi.

—I my we dwójkę mamy odkryć taką zorganizowaną grupę — ironicznie zauważył Karol. — 

Robota zapowiada się niezła, pomysł doskonały, że namyślam się teraz, czy nie powinniśmy, 

ja i doktor, udać się na stację i wsiąść do pierwszego pociągu, który jedzie w kierunku granicy 

ze Stanami.

—Ależ,   Karolu...   —   porucznik   wyraźnie   się   przestraszył.   —   Nie   możesz   tak   postąpić. 

background image

Caldwell na pewno już wie o waszym przyjeździe i jak... ja będę wyglądał? A poza tym, 

wszystko, co dotąd mówiłem, to tylko przypuszczenie. Być może się myte, być może nie 

istnieją żadne grupy metyskie próbujące na nowo rozpętać zawieruchę. Ale właśnie wy dwaj 

potraficie to najłatwiej sprawdzić goszcząc u Caldwella. To moja najbardziej osobista prośba. 

Apeluję do was w imię naszej starej znajomości.

—No, proszę, słyszysz, Janie?! W imię starej znajomości przyjdzie nam ryzykować własną 

skórą. Co o tym sądzisz?

—Ha, skoro już jesteśmy tutaj... — zacząłem.

Machnął ręką przerywając mi w połowie zdania.

Nie   kończ.   —   A   zwracając   się   do   Mitchella:   —   Widzisz,   jakiego   masz   sojusznika   w 

doktorze?   Zostałem   przegłosowany.   Dobrze.   Pojedziemy   do   tej   dzikiej   farmy   położonej   w 

dzikich stronach.

—Dziękuję — porucznik odetchnął z wyraźną ulgą. — Nigdy wam tego nie zapomnę.

—I   jeszcze   jedno   —   powiedział   Karol   wstając   —   czy   twe   “metyskie”   podejrzenia 

powinienem raczej zataić przed Caldwellem?

—On już jest wystarczająco zaniepokojony, po co masz go wprowadzać w panikę? Zresztą... 

zorientujesz się na miejscu, czy będzie to konieczne. A tymczasem...

—A tymczasem nie chcemy ci zabierać więcej czasu. Muszę to sobie dokładnie przemyśleć. 

Idziemy, Janie.

Opuściliśmy biuro umawiając się na spotkanie rankiem, następnego dnia. Szliśmy ulicą wśród 

gwarnego tłumu tak zamyśleni, że  o mało nie wpadłem pod kopyta koni ciągnących ładowny 

furgon. Karol wziął mnie pod rękę i puścił dopiero wówczas, gdy znaleźliśmy się we wnętrzu 

malutkiej restauracji. Był to oczywiście pomysł Karola, a nie mój.

— Wybacz, mój drogi — powiedział siadając za stolikiem — ale bałem się, że jeszcze 

kilkaset   jardów   spaceru  i   zostanę   pozbawiony   towarzysza   rozpoczynającej   się   przygody. 

Przygody! — powtórzył. — Niech ją licho porwie. Co będziesz jadł? — zapytał dostrzegłszy 

zbliżającego się kelnera. — Rozmowa z Mitchellem wzbudziła we mnie iście wilczy głód. Nie 

potrafię prawidłowo myśleć przy pustym żołądku.

Wybraliśmy z karty hamburgery oraz po butelce piwa. Hamburgery okazały się nieledwie 

parodaniowym obiadem, tyle do każdego kotleta zaserwowano nam jarzynowych dodatków i 

włoskiego makaronu.

—I co ty na to? — zagadnąłem odstawiając na pół opróżnioną szklankę.

—Niezłe — odparł zwięźle.

—Ależ ja nie pytam o jedzenie!

background image

—Wybacz, lecz w tej chwili najbardziej interesuje mnie zawartość mego talerza.

—Przepraszam, że przeszkodziłem ci w tak poważnym problemie — odparowałem złośliwie. 

— Będę milczał jak głaz, dopóki ostatnia resztka mięsa nie zostanie przez ciebie połknięta.

Nie odzywałem się więc ani słówkiem, a że Karol również milczał, obaj wyglądaliśmy jak 

goście na pogrzebowej stypie. Na koniec hamburgery zostały zjedzone a piwo wypite. Karol 

dodatkowo zamówił dwie kawy (,,to nam dobrze zrobi”) i zajął się nabijaniem fajki. Poszedłem 

za jego przykładem.

—No więc, Janie... — odezwał się wreszcie wypuszczając ustami kłąb dymu  

j

— możemy 

wrócić do naszej sprawy, a raczej sprawy znikającego bydła pana Caldwella.

—Właśnie! — wpadłem mu w słowo. — Jakim to cudem domyśliłeś się, że Mitchell nie 

opowiedział nam wszystkiego?

—To nie cud, lecz znajomość człowieka. Ja wiem, że porucznik, gdy prowadzi śledztwo, staje 

się  tak  dociekliwy,  że  nie  pominie  ani  jednego  szczegółu  pozornie  nie  wiążącego  się  ze 

sprawą, ale mogącego się wiązać. Odkąd znam Mitchella, a i on sam sporo mi opowiadał o 

swej pracy, nie trafił mu się wypadek, w którym  rezygnowałby z wykrycia  przestępcy w 

wyniku braku własnej koncepcji. Mitchell, musisz wiedzieć, jest zwolennikiem teorii, która 

głosi, iż nawet mylne tropy rzekomo wiodące do odkrycia prawdy są lepsze od żadnych!

—Ależ to absurd!

Tylko   pozorny.   Ponieważ   i   mylne   tropy   stanowią   jakiś   punkt   zaczepienia.   Pozwalają   na 

działalność w określonym kierunku, a w konsekwencji na eliminację błędów. Tymczasem brak 

wszelkiego poglądu na sprawę uniemożliwia rozpoczęcie jakiejkolwiek akcji. Z tego co nam 

naopowiadał Mitchell, przyznasz chyba, nic nie wynikało. Bo sugestie o pracownikach robiących 

Caldwellowi “na złość”, nie potwierdzone żadnym faktem, nie stanowią przecież poważnych 

poszlak. Relacja porucznika to gąbka mocno nasiąknięta wodą, gdy ją wycisnąłem, nie zostało 

nic.   I   dlatego   trudno   było   mi   uwierzyć,   że   tak   sumienny   i   dociekliwy   w  swych   badaniach 

policjant wie tak mało o sprawie. Jak się okazało, moje podejrzenie było słuszne.

—Lecz czemu Mitchell zataił przed nami tak ważny fakt?

—Nie fakt, Janie, lecz domysł. Chociaż istotnie bardzo ważny. Czemu zataił? To spryciarz. I 

w jakimś stopniu psycholog. Uznał, że nie należy nas sugerować, narzucać swego poglądu, 

czyli   z   góry   wskazywać   kierunek   śledztwa.   Mitchell   bardzo   nam   ufa,   uważa,   iż   sami 

potrafimy dojść do zbieżnych z jego poglądem wniosków lub też trafić na inne ślady, które 

przekreślą jego podejrzenia.

—Bardzo to skomplikowane — zauważyłem żartobliwie. — Wydaje mi się, że główną rolę 

odegrała tu obawa przed rozprzestrzenieniem mogących wywołać panikę wiadomości. Z tego 

background image

wynika, iż wbrew twej opinii, zaufanie do nas posiada swe granice.

—Na pewno. Porucznik to służbista i dziesięć razy się zastanowi nim puści parę z ust. Jeśli 

wspomniałem   o   zaufaniu   do   nas,   miałem   na   myśli   wyłącznie   nasze   doświadczenie   i 

zdolności, które Mitchell nawet przecenia.

—Mniejsza z tym. Jaki jest twój pogląd, Karolu na tę dziwnie zagmatwaną sprawę? Co do 

mnie, mam zupełny chaos w głowie.

—Ba, ja również błądzę w ciemnościach. Gdzie błyska światełko, które rozjaśni nam drogę 

wiodącą   ku   prawdzie?   Nie   wiem.   Przypuszczałem,   że   po   rozmowie   z   Mitchellem   zasób 

naszych informacji wzbogaci się nie tylko o nowe, lecz i o stwierdzone fakty. Nic z tego. 

Same domysły, poszlaki, wątpliwości. Ale należało to przewidzieć. W przeciwnym wypadku 

porucznik nie zwracałby się do nas o pomoc. Liczę jeszcze na to, iż ten Caldwell dorzuci do 

sprawy kilka istotnych  szczegółów. Jeśli to jest oczywiście człowiek inteligentny i dobry 

obserwator, a nie zasiedziały farmer, który nie widzi świata poza uprawnymi polami i poza 

stadami bydła.

—To znaczy, że nie masz żadnej koncepcji?

—Żadnej,   to   chyba   zbyt   mocno   powiedziane.   Dopuszczam   bowiem   istnienie   trzech 

konkretnych   przyczyn   znikania,   czy   rozpraszania   się   stad.   Pierwsza:   najnormalniejsze 

stampede. Czyli, że nie istnieje żaden fizyczny sprawca, jeśli nie brać pod uwagę niedołęstwa 

kowbojów nie potrafiących opanować popłochu wśród zwierząt.

—Jednak wiemy, że mimo poszukiwań nie odnaleziono żadnych śladów uciekających krów.

—Tak   twierdzą   poszkodowany   i   policja.   Nie   wiem,   jak   dokładnie   przeszukiwano   teren. 

Prawdą   jest   przecież,   iż   jeden   dobry,   ulewny   deszcz   wystarczy   do   rozmycia   tropów 

największego nawet stada. I trzeba mieć, jak to się określa, dobrego nosa, by wyniuchać 

sedno rzeczy.

—Hm... — mruknąłem z powątpiewaniem. — Stampede, które sporadycznie powtarza się i w 

którego wyniku ginie tylko część stada? A cała reszta nawet nie rusza się z miejsca wypasu? 

Czyż to prawdopodobne?

—Cała ta historia brzmi nieprawdopodobnie, iż dopuszczam wszelkie, nawet niezgodne z 

logiką i naszym doświadczeniem, wypadki.

—Pięknie — odparłem wcale nie przekonany o słuszności wywodu mego przyjaciela. — A 

co poza tym?

—Wolno podejrzewać, iż wśród ludzi pracujących na farmie Caldwella znalazło się kilku 

najzwyklejszych złodziei bydła. Sztucznie wywołują stampede, aby uprowadzić kilkanaście 

lub kilkadziesiąt sztuk i oczywiście je sprzedać.

background image

—Twierdzenie całkowicie niezgodne z poglądem Mitchella. Przecież krowy są cechowane 

(powszechny to zwyczaj), a wśród hurtowników nie znaleziono ani jednej sztuki ze znakami 

farmy Caldwella.

Prawda, jeśli badano dokładnie. Lecz wypalane na skórze zwierząt znaki łatwo zniekształcić, 

zamazać   lub   nawet   przerobić.   A   poza   tym   złodzieje   wcale   nie   musieli   sprzedawać   bydła 

handlarzom, tylko jakimś dalej zamieszkałym hodowcom, niezbyt dociekliwie sprawdzającym 

pochodzenie zwierząt.

—A twoje trzecie podejrzenie?

—Wiąże się z rewelacją porucznika na temat Metysów. Jeśli jest prawdziwa, przysporzy nam 

najwięcej kłopotów. Byłoby to bowiem działanie bez chęci zysku, raczej zemsta niż kradzież. 

Takie wypadki należą do najtrudniejszych, jeśli chodzi o wykrycie bezpośrednich sprawców 

przestępstwa.

—Może Caldwell był osobiście zaangażowany w sprawę Riela?

—Nic nie wiemy na ten temat, poza tym że farmer udzielił schronienia uciekinierom podczas 

rebelii   Saskatchewanu.   Lecz   taki   postępek   trudno   uznać   za   powód   do   zemsty   ze   strony 

jakichś grup “mieszańców”. Chyba... chyba, że w życiorysie Caldwella istnieją jeszcze inne, 

nie znane nam fakty.

—Widzę, że pomijasz całkowicie sugestie Mitchella.

—Myślisz o podpalaniu zasiewów i pomorze bydła. Że niby jest to dowodem zorganizowanej 

akcji   przeciw   wszystkim   farmerom   nie   Metysom,   czyli   próbą   zapoczątkowania   kolejnej 

rebelii. No cóż, nie odrzucam takiej możliwości, aczkolwiek wydaje mi się ona mało realną. 

Trzeba by dopuścić istnienie jakiejś grupy “pogrobowców Riela”, ludzi na tyle ciemnych, na 

tyle sfanatyzowanych, iż nie dostrzegają, jak bardzo w ciągu ostatnich lat zmalały szansę na 

stworzenie nowego “państwa Metysów”. Wzmocnienie władzy administracyjnej, policyjnej i 

wojskowej   nie   stwarza   najmniejszych   możliwości   odniesienia   sukcesu   w   zbrojnym 

powstaniu.

—Jeśli to ma być zbrojne powstanie? — wyraziłem wątpliwość. — Może po prostu chodzi o 

jakiś terror ekonomiczny, o zmuszenie białych farmerów do opuszczenia tych stron?

—Tak czy owak, to paskudna sprawa. Ja osobiście współczuję Metysom, lecz przecież nikt 

przy zdrowych zmysłach nie może przyglądać się biernie próbom zniszczenia gospodarki 

rolnej dla osiągnięcia praktycznie nieosiągalnego celu.

Wolałbym, aby Mitchell mylił się w swym ostatnim podejrzeniu, jednak nie sposób nie brać 

jego sugestii pod uwagę. I to chyba wszystko. Pytałeś mnie, co sądzę o sprawie. Oto masz 

odpowiedź. Jesteś zadowolony?

background image

—Raczej jestem przerażony — wyznałem szczerze. — Ileż tu poszlak, ileż błędnych ścieżek, 

na których można z kretesem się zagubić! I znaleźć winnym... niewinnego.

—Dlatego wskazana jest największa z naszej strony ostrożność.

—Czy ujawnisz Caldwellowi całą treść naszej rozmowy z porucznikiem?

—Nie. Przynajmniej nie obecnie. Wszystko zależeć będzie od okoliczności, od tego, co nam 

powie farmer i co zdołamy zobaczyć na terenie farmy. Oby jak najwięcej!

Na tym zakończyliśmy rozmowę przy stoliku. Nie podniosła mnie ona na duchu.

Ponure myśli nie opuściły mnie aż do chwili, w której zapadłem w głęboki sen, w wygodnym 

łóżku na kwaterze zarezerwowanej dla nas przez porucznika. A następny ranek wprowadził mnie 

w lepszy humor, Przyczyna takiej zmiany tkwiła w tym, iż udawszy się do biura Mitchella za-

staliśmy w jego gabinecie spodziewanego od paru dni gościa.

— No więc — wykrzyknął porucznik na powitanie — wreszcie jesteśmy w komplecie! Pan 

Jonathan Caldwell, a to — zwrócił się do nieznajomego — moi przyjaciele.

Uścisnęliśmy sobie dłonie i zagłębili w fotelach.

—Chciałem zabrać panów do siebie jeszcze dziś — zagaił farmer — lecz sytuacja wygląda 

tak, iż powinniśmy wyjazd odłożyć do jutra.

—Jaka   sytuacja?   —   zdziwiłem   się,   przekonany,   że   sprawa   dotyczy   znikającego   bydła 

Caldwella.

—Będzie burza — oświadczył policjant. — Czuję to w kościach a Jonathan również. Burza, a 

może huragan, ostatni chyba tej jesieni.

— Czy panowie macie zapewniony nocleg? — zainteresował się farmer. — Bo jeżeli nie...

—Nie ma o czym mówić — przerwał mu Mitchell — mogą tu mieszkać choćby rok. Jednak 

okoliczności wymagają szybkiego wyjazdu.

—Okoliczności... — westchnął Caldwell. — To prawda. Jedno mnie tylko raduje, iż trafiła mi 

się okazja poznania tak znakomitych podróżników. Gary sporo opowiadał o panach.

—Gary'ego cechuje skłonność do przesady — zauważył Karol. — Takich jak my żyje na tej 

ziemi wiele tysięcy. Zwłaszcza w Kanadzie, gdzie nigdy nie brak łownej zwierzyny.

Caldwell   uśmiechnął   się,   co   na   pewno   oznaczało:   “już   ja   dobrze   wiem,   co   mam   o   was 

sądzić”. Oświadczenie Karola uznał za oznakę skromności. Z kolei ja sam stałem się obiektem 

przesadnych   pochwał   w   rodzaju:   “znakomity   lekarz”   (skąd   o   tym,   u   licha,   mógł   wiedzieć 

Mitchell?!), “wybitny westman”, który tyle zagadek rozwiązał.

O jakie to “zagadki” chodziło — nie miałem pojęcia. Porucznik dobrze musiał nablagować! 

Dotąd sądziłem, iż raczej lekceważy me zdolności i jako lekarza, i jako towarzysza wypraw 

Karola. A może to były nieszczere pochwały, których celem — zaprezentowanie naszej dwójki 

background image

jako ludzi wybitnych, a równocześnie przedstawienie siebie jako człowieka posiadającego tak 

wspaniałe znajomości?

Karol przerwał tę “odę” ku naszej czci kilkoma pytaniami dotyczącymi sprawy znikającego 

bydła. To, co opowiedział Caldwell, niewiele różniło się od informacji porucznika. Potwierdziło, 

iż właściciel zauważył stratę po raz pierwszy w ostatnich dniach maja. A przedtem?

—Nigdy — zaprzeczył energicznie.

—Ani w ubiegłym roku? — badał dociekliwie mój przyjaciel.

—Nigdy. Pierwszy raz nie doliczyłem się kilkudziesięciu sztuk właśnie w maju.

— Kogo pan podejrzewa?

Rozłożył ręce gestem bezradności.

—Porucznik Mitchell mówił nam, iż wszyscy pańscy ludzie pracują od lat, z wyjątkiem dwu 

czy trzech. Czy to prawda?

Mitchell   nieco   spochmurniał   usłyszawszy   pytanie   stawiające   pod   znakiem   zapytania 

rzetelność jego informacji.

—Nie gniewaj się, Gary. Po prostu chcę raz jeszcze sprawdzić fakty mogące mieć bardzo 

ważne znaczenie.

—Większość — odpowiedział Caldwell — została zatrudniona przez mego ojca. To są osoby 

starsze, jeszcze zdolne do fizycznego wysiłku, lecz nawet w przeciwnych wypadkach żadnego 

pracownika nie zwolniłem uważając, iż byłoby to nieludzkie. Synowie sporej grupy tych ludzi 

poszli w ślady ojców. Pracują u mnie.

Spojrzałem   z   sympatią   na   naszego   rozmówcę.   Bo   chociaż   w   sporej   liczbie   wielkich 

gospodarstw rolnych lub hodowlanych stosunki między pracownikiem a pracodawcą — jak mi 

wiadomo — układały się bez porównania lepiej niż w zakładach przemysłowych, rzadko kiedy 

tolerowano ludzi nie mogących podołać ciężkiej pracy na roli i obsłudze hodowlanej.

—Wszystko to oznacza — mówił dalej Karol — iż ci pracownicy cieszą się pełnym pańskim 

zaufaniem. A nowo przyjęci również?

—Tak. I sądzę, że ja także darzony jestem wzajemnym uczuciem.

—Sądzi pan — podchwycił Karol — lecz nie ma pewności...

—Doprawdy...   no...  pewność   w  takich   wypadkach   trudno  stwierdzić.   Staram   się   nie   być 

zarozumiałym.

—Godna uznania zasada. A czy wśród tej pańskiej gromadki... przepraszam, ilu ich jest?

—Dwudziestu, wliczając w to kucharkę i jej pomocnicę. Z gotowaniem jest mnóstwo roboty, 

nakarmienie tylu osób...

Rozumiem — przerwał mu Karol — i wracam do swego pytania. Otóż czy wśród pańskiej 

background image

gromadki znajdują się ludzie, których darzy pan mniejszym zaufaniem?

—Hm... jakby to określić? Trzy osoby pracują u mnie dopiero od kwietnia, młodzi chłopcy 

przyjęci   do obsługi  stada.  Ich  znam  najmniej,  lecz  spełniają  swe  obowiązki  bez  zarzutu. 

Jednak gdybym  miał  komuś powierzyć  ważne zadanie do wykonania,  zwróciłbym  się na 

pewno do któregoś ze starszych pracowników. To chyba jasne?

—Oczywiście — przytaknął Karol.

Pomijam ciąg dalszy “śledztwa” prowadzonego przez mego towarzysza, ponieważ większość 

jego pytań dotyczyła  szczegółów moim zdaniem nie wnoszących nic do tak zwanego sedna 

sprawy.

Tkwiłem w fotelu, nie wtrącając się do rozmowy i — wyznam — nudząc się nieco. Mitchell 

milczał również, uśmiechając się od czasu do czasu przy co “celniejszym” pytaniu Karola. Stary 

praktyk   zapewne   w   taki   sposób   wyrażał   swe   uznanie   dla   “śledczych”   zdolności   mego 

przyjaciela.

Rozmowa, a raczej długa seria pytań i odpowiedzi, trwała niezmiernie, jak na mą cierpliwość, 

długo.   Przerwała   ją   pora   lunchu.   Lecz   gdy   zasiedliśmy   przy   stole   najelegantszej   jakoby 

restauracji   w   Reginie   (dokąd   nas   i   porucznika   zaprosił   Caldwell),   Karol   wznowił   swe 

przepytywania. Wyobrażam sobie, jak to musiało zmęczyć Caldwella!

Na szczęście lunch szybko dobiegł końca, porucznik Mitchell pożegnał się, by wrócić do 

swego biura, a nas Caldwell wyciągnął na przechadzkę po mieście.

Nie zauważyłem nic godnego specjalnej uwagi. Może dlatego iż nie jestem architektem ani 

historykiem   sztuki,   a   może   istotnie   Regina   nie   stanowiła   obiektu   jakiegokolwiek   podziwu. 

Miasto   przypominało   nieco   “frontowe”,   pograniczne   osiedle   dalekiego   zachodu   Stanów 

Zjednoczonych, jakich widziałem wiele, chociaż jednocześnie różniło się nieco stylem swego 

budownictwa.   Oczywiście   odrobinę   ładniejszego   w   formie   od   parterowych   bud   i   baraków 

podwyższanych sztucznym frontem zbitym z desek, sięgającym ponad dach do wysokości kilku 

stóp. Nigdy nie mogłem pojąć sensu takiej nadbudówki. Niczego nie upiększała, niczemu nie 

służyła,  chyba... marnotrawstwu cennego drewna, zwłaszcza tam, gdzie go właśnie w okolicy 

brakowało.

Caldwell   okazał   się   —   w   przeciwieństwie   do   budowli   miasta   —   człowiekiem   bardzo 

interesującym. Z rozmowy wywnioskowałem, iż zna dokładnie historię Kanady, że wiele mogę 

skorzystać z jego informacji na temat dawnych dziejów Brytyjskiej Ameryki Północnej. Kiedy 

jednak zahaczył o rebelię Ludwika Riela i oświadczył, że w wolnych chwilach gotów jest nam 

szczegółowo o niej opowiedzieć — wyraziłem zaledwie umiarkowaną ciekawość. O Rielu już 

coś-niecoś czytałem, a relacja Mitchella, chociaż dość zwięzła, zupełnie mi wystarczała. Sądzę, 

background image

że i Karolowi również. Zresztą nie po to udawaliśmy się na farmę. Dlatego po tej obietnicy 

Caldwella szybko skierowałem rozmowę na inne tory. Bardziej chyba związane ze sprawą, dla 

której tu przybyliśmy, nawet gdyby była w nią wmieszana jakaś grupa Metysów.

Począłem więc wypytywać o położenie geograficzne farmy, o ukształtowanie terenu, które 

mogło sprzyjać lub utrudniać akcję nieznanych nam porywaczy krów. Uznałem jego informacje 

za niezwykle dla nas ważne. Nieco później Karol potwierdził mój pogląd.

Prognoza Caldwella sprawdziła się. Tuż przed zmierzchem zerwała się wichura zamieniająca 

miasto w jeden potężny obłok kurzu. Trwało to z dobrą godzinę, pozwalając nam schronić się 

pod dach do kwatery gościnnie przeznaczonej nam przez porucznika Mitchella. Caldwell pognał 

do   hotelu.   Umówiliśmy   się   na   dzień   następny,   na   godzinę   ósmą   rano   w   biurze   Północno-

Zachodniej Konnej Policji.

Po huraganowych podmuchach, hukach piorunów i zygzakach błyskawic — lunął deszcz tak 

gęsty, jak gdyby z nieba spłynęła na ziemię potężna rzeka. Spoglądając przez szyby na czarne 

jak sadza niebo raz po raz rozświetlane zielonożółtymi ogniami błyskawic, wymienialiśmy swe 

spostrzeżenia dotyczące osoby Caldwella. Na ogół zgodne. Farmer okazał się — ku naszemu 

zadowoleniu — człowiekiem kulturalnym, rozsądnym i wesołym. Jak dotąd trapiła mnie obawa, 

iż natkniemy się na prostaka nie dostrzegającego świata poza orką i hodowlą, a równocześnie tak 

zadzierającego   nosa   wobec   innych,   że   dłuższe   przebywanie   w   jego   towarzystwie   będzie 

prawdziwym dopustem Bożym. Spotykałem wielu takich farmerów i ranczerów na zachodzie 

Stanów.

—Jest to człowiek o nieograniczonej chyba cierpliwości — oświadczyłem Karolowi w trakcie 

naszej rozmowy.

—Z czego to wnioskujesz?

—Ze spokoju, z jakim przez przeszło dwie godziny odpowiadał na twe pytania.

—Czyżby były tak męczące?

—Powiedz lepiej: nudne.

—Być może nieco przesadziłem w szczegółach, jednak nadmiar informacji jeszcze nikomu 

nie zaszkodził.

—I cóż o nich sądzisz?

—Po pierwsze: podejrzewam, iż kradzieże pozostają w związku z przyjęciem do pracy trzech 

nowych  ludzi.   Po  drugie:  sposób, w jaki  przeprowadzane  są  kradzieże,   dowodzi  sporego 

sprytu  złodziei.  Gdyby  bowiem  za jednym  zamachem  porwano nie  dwadzieścia,  lecz  sto 

dwadzieścia sztuk, kradzież zostałaby szybko zauważona. A więc “ktoś” ustalił sobie plan 

działania i realizuje go z godną podziwu konsekwencją.

background image

—Co   do   sprytu   przyznaję   rację,   lecz   wątpliwe   jest   dla   mnie   łączenie   sprawy   z   faktem 

zatrudnienia nowych ludzi. Skąd możemy wiedzieć, czy kradzieże bydła nie rozpoczęły się 

jeszcze przed kwietniem? A poza tym, gdzież się podziały uprowadzone krowy?

—Ba — odparł z humorem — gdybyśmy to wiedzieli, wystarczyłoby pogadać z Mitchellem, 

po czym spokojnie wsiąść do pociągu.

Na tym zakończyliśmy rozmowę. Burza okazała się bardzo długa. Zasnąłem w migotliwym 

blasku   błyskawic   i   łoskocie   piorunów,   a   gdy   ocknąłem   się   rankiem,   przez   szyby   wpadał 

słoneczny blask i niebo błękitniało nad miastem.

Spakowaliśmy   się   szybko,   ujęli   swe   strzelby   i   tłumoczki,   a   następnie   szparkim   krokiem 

dotarli   do   kwatery   Mitchella   w   tak   ściśle   oznaczonym   czasie,   jakbyśmy   stanowili   parę 

niezawodnych   chronometrów.   Caldwell   już   czekał   na   nas.   Ze   zdziwieniem   dostrzegłem   w 

gabinecie porucznika stół nakryty bielusieńkim obrusem, pełen talerzy,  filiżanek i sztućców. 

Pomyślałem, iż Mitchell urządza przyjęcie na cześć jakichś Bardzo Ważnych Osobistości i że 

powinniśmy jak najszybciej wycofać się. Jednak zaraz okazało się, że Bardzo Ważne Osobistości 

to... Karol i ja!

— Siadajcie — zaprosił porucznik. — Nasze restauracje karmią podwójnie kiepsko, bo i 

potrawy   są   niesmaczne,   i   ceny   nie   do   strawienia.   A   poza   tym,   na   pewno   dziś   jeszcze   nie 

jedliście. Spróbujcie tych skromnych dań naszej policyjnej kuchni, jednak zdrowszych od tego, 

co nam serwują barmani. Po takim wstępie ochoczo zabraliśmy się do opróżniania

półmisków.

—Obmyśliłem  całkiem  wiarygodną  historię  — powiedział  Caldwell.  — Obaj  moi  goście 

zostali do mnie skierowani przez syna starego przyjaciela mego ojca, Leonarda O'Brien...

—Oj... — przerwałem — nie podoba mi się taki układ. Pan O'Brien niejeden raz bawił u 

pańskiego ojca i sporo osób go znało. A jeśli teraz któraś z tych osób zagadnie mnie o niego?

—O'Brien zmarł przed kilku laty, więc nie musieliście go znać, natomiast syn O'Briena jest 

radcą prawnym dużej firmy rzeźniczej w Chicago. Poszedł w ślady ojca, również prawnika.

—Nie podoba mi się to — powtórzyłem.

Ależ, doktorze — zaprotestował Caldwell. — Z ludzi, którzy znali O'Briena, żyje tylko dwu, 

inni byli w tamtych latach dziećmi. Ja sam ledwie pamiętam Leonarda, moi ówcześni rówieśnicy 

podobnie. Co takich szkrabów mógł obchodzić jakiś tam dorosły przybysz? Powtarzam: panowie 

mogliście w ogóle nie znać O'Briena, natomiast syn jego nigdy u mnie nie był. Zresztą bardzo 

wątpię, czy ktokolwiek zagadnie was w takiej sprawie.

—Wątpliwość   nie   jest   pewnością   —   stwierdziłem.   —   Czy   nie   można   by   jakoś   inaczej 

uzasadnić naszego przyjazdu?

background image

—Niestety, doktorze. Już zapowiedziałem wasz przyjazd taką właśnie historyjką i jedynie 

moja żona zna prawdę.

—Ha, skoro tak, nie będę się dłużej spierał. A co pan mówił swym pracownikom o naszych 

zawodach?

—Hm.:, nad tym nie zastanawiałem się. Lecz chyba pan, doktorze, nie potrzebuje kryć się ze 

swym fachem. Co się tyczy pana — zwrócił się do Karola — skoro obaj macie uchodzić za 

greenhornów i “niedzielnych myśliwych”, jak to ustaliliśmy z porucznikiem...

—A może zgodzisz się — wszedłem w słowo Caldwella — być pracownikiem szpitala?

— Lekarzem?

— Ech, nie. Cóż poczniesz, gdy jakiś kowboj zwróci się do ciebie o poradę? Powiedzmy, że 

będziesz... pracownikiem administracji. Tyle czasu spędziłeś w szpitalu jako pacjent, że chyba 

orientujesz się w tych sprawach. A zresztą, kogo może interesować praca urzędnika?

Zerknął na mnie niezbyt przychylnym okiem i wzruszył ramionami.

— Dobrze — mruknął. — Tylko proszę nie żądać, abym przyprawił sobie sztuczną brodę i 

dla niepoznaki przefarbował włosy.

Reszta   śniadania   upłynęła   już   tylko   na   wesołej   gadaninie   i   na   opowiadaniu   dykteryjek 

związanych z zawodem każdego z opowiadających. Nie na tyle jednak interesujących, aby warto 

było przytoczyć je w tym miejscu.

I tak oto upłynęły nam ostatnie godziny pobytu w Regina. Czekała nas teraz trudna i dziwna 

sprawa, której rozwiązania podjęliśmy się. Czy nie nazbyt pochopnie? Czy potrafimy, jak to się 

zwykle określa, wyjść z honorem uzasadniając w ten sposób swe tropicielskie zdolności?

background image

“Alicja”

Średniego wzrostu, o jasnych  włosach, okrągłej  twarzy gładko ogolonej  — pan Jonathan 

Caldwell czynił wrażenie człowieka energicznego, nieco rozgadanego, lecz interesującego. Ani 

chudy, ani tęgi, budową fizyczną przypominał przeciętnego, amerykańskiego farmera, który miał 

zbyt mało czasu, by utyć, i zbyt dużo jedzenia, by wyschnąć na patyk. Do strojów chyba nie 

przywiązywał wielkiego znaczenia, bo gdy spotkaliśmy go po raz pierwszy w biurze porucznika 

Mitchella, odziany był w piaskowej barwy spodnie i kurtę, szyte z drelichu, czyste i schludne, 

jednak dalekie od eleganckich garniturów, w jakich przybywali do Reginy — przecież stolicy 

okręgu! — właściciele bliższych lub dalszych, mniejszych lub większych gospodarstw rolnych.

Jego   skromne   odzienie   doskonale   pasowało   do   zewnętrznego   wyglądu   domu,   w   którym 

mieszkał wraz z rodziną.

Dom ten ujrzałem po półtora dnia trwającej podróży. Caldwell, jak się okazało, przybył po 

nas bryczką zaprzężoną w dwa konie, którymi sam kierował, wioząc nas szlakiem kolein latami 

wytłaczanych w murawie dzikiej łąki przez pojazdy. Raczej nieliczne.

Piszę   “nieliczne”,   wnioskując   z   faktu,   iż   przez   te   półtora   dnia   nie   spotkaliśmy   nikogo 

(pomijając   stado   antylop).   Jedyne   zabudowania   na   tym   bezludziu,   jakie   wskazał   nam   nasz 

gospodarz, stały tak daleko od szlaku, którym podążaliśmy, iż nie było sensu skręcać celem 

skorzystania z gościny.

Skromny dowód świadczący o istnieniu człowieka w tych stronach.

Nasza bryczka nie stanowiła jednak jedynego pojazdu, jaki rozjeżdżał wysokie, poczynające 

żółknąć   łodygi   traw.  Kilka   kroków   za   nami   toczył   się  drugi   wehikuł   —   jednokonna,   kryta 

płócienną budą dwukółka. Jak się później dowiedziałem, pojazdy tego typu są w Kanadzie w 

powszechnym użyciu. Uznano je bowiem za lepsze, za zwrotniejsze od czterokołowych, ciężkich 

wozów   używanych   w   Stanach   Zjednoczonych   w   okresie   osadniczych   wędrówek   na   ziemie 

Dzikiego Zachodu. Przyczyną drugą popularności tego rodzaju środków transportu był fakt, iż 

głównymi szlakami komunikacyjnymi od momentu zapoczątkowania kolonizacji zachodniej i 

północno-zachodniej Kanady stały się rzeki.

Łódź, niekiedy płaskodenna barka, niekiedy mały parowiec, lecz najczęściej canoe — lekkie 

czółno sporządzone z zeszytych, smołą lub żywicą uszczelnionych płatów kory — oto środki 

transportu zdolne do przewożenia na odległość wiele kilometrów setek funtów ładunku. Canoe, 

mimo swej pozornej kruchości, mogła unieść kilkuosobową załogę, długa na 25 do 45 stóp

14

, 

pozwalała na załadowanie  półtorej tony

15

  bagaży.  Zaletą canoe był  fakt, iż nadawała się do 

14 Stopa równa się 0,3013 metra.
15 Tona amerykańska to 2000 funtów, czyli 907,2 kg.

background image

pływania po płyciznach, że łatwo ją było przenieść z jednego działu wód do drugiego lub też 

brzegiem rzeki, celem ominięcia raf i wodospadów.

Kanadyjski,   nieprawdopodobnie   spławny,   gęsty   system   rzek   i   jezior   zezwolił   pierwszym 

żeglarzom-traperom już w roku 1754 dotrzeć ze wschodu do podnóży Gór Skalistych, a więc o 

dwadzieścia lat wcześniej niż dokonano tego na późniejszym terytorium Stanów Zjednoczonych. 

Taką była

 

czarodziejska magia wód płynących poprzez bezkresny obszar i niosących na swych 

barkach łodzie śmiałych myśliwych, żądnych przygód eksplorerów, dzielnych pracowników dwu 

kompanii   handlowych:   hudsońskiej   i   północno--zachodniej,   na   koniec   —   nieustraszonych 

badaczy  nowych   ziem.   Ich  imiona  przeszły  do  historii  odkryć  geograficznych,   utrwalone   w 

nazwach jezior, rzek, zatok, przylądków i górskich szczytów. Przy tak dogodnym transporcie 

wodnym   zbytecznym   stawał   się   ładowny,   lecz   ciężki   wóz   czterokołowy.   Wystarczała   lekka 

dwukółka.

Wspomniałem   już,   że   skromna   odzież   Cajdwella   bardzo   pasowała   swym   wyglądem   do 

wyglądu   domu,   w   którym   mieszkał.   Bliskość   tego   domu   zasygnalizowały   nam   stada   krów 

pasących się tu j ówdzie, aż po granicę czarnego boru, jaki ujrzałem po zachodniej stronie prerii. 

Później ukazały się budynki, zapewne gospodarcze, bo bez kominów, na koniec przedziwnego 

kształtu dzieło architektury otoczone nie mniej zadziwiającą palisadą. Zabłysło szybami okien, w 

których migotały różowe blaski zachodzącego słońca.

Napisałem “zadziwiająca palisada” nie bez powodu. Było to bowiem ogrodzenie wbite czy 

też wkopane w ziemię, z różnej grubości okorowanych bali, pomalowanych na biało, przyciętych 

do wysokości piersi średniego wzrostu mężczyzny. Parkan tak solidny a równocześnie przed 

niczym i nikim nie chroniący. Mógł go przeskoczyć nawet najmniej sprawny mężczyzna.

Caldwell chyba odgadł moje myśli, bo zatrzymał konie i odwróciwszy się do nas powiedział:

—To pamiątka z dawnych, niebezpiecznych czasów.

—Te paliki? — zdziwiłem się.

Dziś paliki, doktorze, lecz w latach, w których ojciec zwoził je z lasu i mocował w ziemi,  

były   to   bale   na   półtora   chłopa   wysokie,   z   ostro   zakończonymi   szczytami,   wyposażone   w 

strzelnice. Niewiele brakowało, a odegrałyby po raz ostatni swą obronną rolę podczas powstania 

Riela. Na szczęście obyło się bez napastników i bez oblężenia. W ubiegłym  roku ścięliśmy 

palisadę do połowy jej wysokości przy pomocy piły, okorowali i pomalowali. Było z tym mniej 

roboty niż z wykopywaniem bali i stawianiem sztachet. A poza tym... to pamiątka po mym ojcu.

—Uważa pan, iż mocna palisada nie jest już potrzebna?

—Na pewno nie. Tyle, że zasłaniałaby widok na łąkę i las. Milszy to krajobraz od rzędu 

paskudnych   słupów.   Czasy  rebelii   i   wojen   należą   już   do  niepowrotnej   w  tych   okolicach 

background image

przeszłości. Z Indianami żadnych kłopotów nie ma, rzadko kiedy pokazują się w pobliżu.

—A z innymi? — zagadnąłem.

—Raczej ich nie spotykam.  Drogi na północ wiodą szlakami  rzecznymi,  a strumień,  jaki 

przepływa przez moją ziemię, nie nadaje się do żeglugi.

—Jednak znikanie bydła...

—Och, doktorze! Sądzi pan, iż przed kradzieżami uchroniłaby mnie palisada wokół domu?

Cmoknął na konie i podjechaliśmy truchtem pod dziwne ogrodzenie w miejscu, w którym 

szeroko rozwarta brama umożliwiała wjazd w głąb ogrodu. Nad bramą, na wysokich tykach 

umieszczono na poprzecznej desce biały napis: “Alicja”. Taką więc nazwę nosiła posiadłość 

Jonathana Caldwella.

Ruszyliśmy   teraz   szparko   szeroką   aleją,   wzdłuż   której   rosły   świerki.   Dalej   leżały 

szmaragdowe trawniki, a dwa gazony, po lewej i po prawej stronie, czerwieniły się i żółciły na 

przemian barwami ostatnich, jesiennych kwiatów.

Wszystko wyglądało bardzo czysto, kolorowo, powiem — elegancko. Za to dom! Była nim 

mieszanina przybudówek, niczym  zabawka z klocków ustawiona rękami bardzo niezdarnego 

dziecka.   Nietrudno   odgadnąć,   iż   tak   dziwaczna   konstrukcja   wynikła   ze   stopniowego 

powiększania wnętrz i że pracami budowlanymi na pewno nie kierował żaden architekt, bo cały 

obiekt świecił okropną brzydotą.

Środkowa część była parterowa. Prawa, na oko znacznie nowsza, górowała jednym piętrem 

nad swą starszą sąsiadką. Lewe skrzydło dźwigało się aż na dwa piętra, a miało kształt prawie 

kwadratowy, coś w rodzaju wieży. Wszystkie trzy  części wzniesiono z drewna. Dodam, iż w 

każdej z tych części otwory okienne miały inne wymiary.

Nasza bryczka zatrzymała  się przed małą werandką, która zapewne niegdyś  pasowała do 

parterowego budynku, a dziś wyglądała śmiesznie wobec ogromnej szerokości całego (wraz z 

przybudówkami) domostwa. Z wysokości stopni tej werandki spoglądała na nas kobieta oraz 

dwoje szkrabów, które na widok pojazdu ruszyły ku nam, wrzeszcząc niczym wataha Indian 

napadająca na obóz bladych twarzy. Były to dzieci naszego gospodarza.

Caldwell pierwszy zeskoczył z bryczki i uchylając kapelusza powiedział:

— Witam w “Alicji”! Pozwólcie, że przedstawię was żonie.

Poprowadził nas ceremonialnie po stopniach werandki, po czym wymienił nasze imiona i 

nazwiska. Pani Caldwell okazała się szczupłą szatynką o brązowych oczach, kształtnej postaci i 

ujmującym sposobie bycia.

Wkroczyliśmy   do   sieni   albo   raczej   —   hallu,   bo   było   to   pomieszczenie   tyleż   długie   co 

szerokie, z lustrami na dwu ścianach, ze świecznikiem zwieszającym się z sufitu i z czterema 

background image

fotelami   ustawionymi   wokół   okrągłego   stołu.   Na   pozostałych   dwu   ścianach   rozpięto   skóry 

niedźwiedzie, a nad drzwiami sterczał łeb łosia o wyjątkowo potężnych rogach. Zaskoczył mnie 

taki widok wnętrza. Nie sądziłem, iż w środku domu przypominającego fragmentami stodołę lub 

stajnię napotkam tak piękne wyposażenie. Bo i lustra, i stół, i fotele, a przede wszystkim kuty w 

mosiądzu świecznik, świadczyły o dobrym smaku osoby, która te przedmioty nabyła, oraz o 

sporych   możliwościach   finansowych   nabywcy.   —   Pozwól,   Alicjo,   że   od   razu   zaprowadzę 

naszych gości do ich pokojów.

Skłoniła głowę, odwzajemniliśmy ukłon i prowadzeni przez Caldwella schodami, które lśniły 

od   politury,   powędrowali   na   piętro.   Tu,   naprzeciw   balustrady   zamykającej   szyb   schodów, 

znajdowało się dwoje drzwi ciemnych, prawie czarnych, ze złocistymi klamkami i tejże barwy 

okuciami.

— Oto panów pokoje — poinformował gospodarz. — Nie wiedziałem, czy chcecie zająć 

dwa oddzielne, czy też jeden wspólny. Proszę wybierać. W obu są dwa łóżka.

Nacisnął   klamkę.   Drzwi   uchyliły   się   bezszelestnie.   Ujrzałem   komnatę   o   dwu   oknach   z 

podłogą pokrytą dywanem, z okrągłym stołem, wyściełanymi krzesłami i łożami tak potężnymi, 

że na każdym z nich zmieściłyby się dwie tęgie osoby. Luksus, jakiego nie mogłem oczekiwać 

sądząc z zewnętrznego wyglądu domu.

— Podziwiam pańską przenikliwość — elegancko stwierdził Karol. —- Dla dobra sprawy, 

wygodniej nam będzie zakwaterować się tutaj. Niekiedy zdarza się, iż memu przyjacielowi lub 

mnie przychodzą do głowy tak zwane odkrywcze myśli. Informujemy się o nich natychmiast, 

nawet w nocy. Tak to bywa w różnych kłopotliwych sytuacjach, a przyzna pan, iż sprawa, jaką 

mamy rozwikłać, należy raczej do skomplikowanych.

Caldwell uśmiechnął się, skłonił i dodał:

— Za pół godziny zjawię się u panów. O piątej jadamy obiad.

Skłonił się jeszcze raz i wyszedł. Zostaliśmy sami.

—Jesteś zadowolony, Karolu?

—Bardzo. Caldwell w coraz większym stopniu zyskuje moje uznanie i jeśli inne sprawy ułożą 

się chociaż w połowie tak dobrze, nie odjedziemy stąd bez sukcesu.

W  oznaczonym  czasie,   dokładnie   umyci   (jeśli  można   dokładnie  umyć   się w miednicy)  i 

ogoleni zeszliśmy na dół wraz z gospodarzem i zasiedli do stołu z całą czteroosobową rodziną 

Caldwellów. Przy obiedzie zauważyłem, iż nazwa budynku wywodzi się pewnie od imienia żony 

gospodarza.

— Odgadł  pan, lecz  niezbyt  ściśle.  Istotnie  takie  imię  nosi moja  małżonka,  lecz  nazwa 

powstała w okresie mego dzieciństwa. Była ona wynikiem przypadku. Gdy zawitał w te strony 

background image

serdeczny przyjaciel mego ojca, pan OBrien, na widok szmaragdowych łąk, ciemnych borów i 

przezroczystych wód strumienia, wykrzyknął:

— Ależ   to   kraina   z   bajki!   Jak   nazwałeś   swój   dom,   Edwardzie?   Przecież   nazwa   jest 

potrzebna, chociażby dla tych, którzy zapragną cię odwiedzić.

Ojciec   mój   miał   jakoby   parsknąć   śmiechem   i   odpowiedzieć,   iż   skoro   to   kraina   z   bajki, 

najlepiej nazwać farmę imieniem Alicji. Domyśla się pan, doktorze, o co chodzi?

Zauważyłem, jak Karol wytrzeszczył oczy niczego nie pojmując. Na pewno nigdy nie czytał 

tej książki.

—Przygody Alicji w krainie czarów — odparłem.

—Tak, tak, doktorze. Mój ojciec zachwycał się tą bajką, a ja czytałem ją niejeden raz.

Dopiero późnym wieczorem, gdy zostaliśmy sami, wytłumaczyłem Karolowi, o co chodziło. 

Przyznał ze skruchą, że nigdy nie słyszał “o czymś takim”, lecz obiecał, iż nie omieszka w 

najbliższym czasie zaznajomić się z twórczością pana Lewisa Carrolla.

Po  zakończeniu   posiłku   poszliśmy   wraz   z  gospodarzem   przespacerować   się   po   ogrodzie. 

Wolno mi tak nazwać tę sporą przestrzeń ziemi ograniczoną dziwacznym płotem, wy- . sadzaną 

wzdłuż wjazdowej alei rzędami świerków. Zagadnąłem Caldwella, kto sadził drzewa, bo ich 

długie, pod sznurek wyprostowane rzędy świadczyły o tym, że nie wyrosły z nasion rzuconych 

przez wiatr. Wtedy dowiedziałem się o historii i ogrodu, i budynku mieszkalnego, i całej liczącej 

800 akrów posiadłości

16

.

— Na wschód i na zachód ziem “Alicji” — mówił Caldwell — rozciągają się tereny nie 

zagospodarowane. Tymczasem korzystam z tych niczyich  łąk dla wypasu bydła. Ojciec mój 

nabył grunt jeszcze w okresie, w którym ziemia należała do Kompanii Zatoki Hudsona. Zapewne 

wiecie, iż Kompania uzyskała nie tylko prawo do handlu skórkami upolowanych zwierząt, lecz 

również, na mocy królewskiego nadania, olbrzymie tereny rozciągające się na wschód od Gór 

Skalistych  i hen, na północ. Jak daleko, tego wówczas nikt dokładnie nie wiedział. Później 

okazało się, iż jest to obszar o powierzchni półtora miliona mil kwadratowych. Cały ten kraj, 

zwany w królewskim nadaniu “Ziemią  Ruperta i Terytorium  Północno-Zachodnim”,  w roku 

1869   został   przejęty   przez   nowo   powstały   rząd   Dominium   Kanady   za   odpowiednim 

odszkodowaniem   pieniężnym.   Mój   ojciec   uzyskał   jednak   zatwierdzenie   prawa   własności. 

Miałem  wówczas  dziesięć  lat,  więc doskonale  pamiętam  tamte  dni, a czego  zapamiętać  nie 

potrafiłem, o tym powiedzieli mi starsi. Ongiś to był zupełnie dziki kraj. Ongiś, to znaczy przed 

1820 rokiem, bo wówczas właśnie mój ojciec, dzięki pomocy finansowej swych rodziców a 

moich dziadków, nabył ten teren: kawałek lasu i spory szmat prerii.

16 Akr równa się 0,4047 hektara.

background image

—Przepraszam — wtrąciłem przekornie — twierdzi pan, iż był to wówczas dziki kraj. A 

obecnie? Przecież to są nadal prawie bezludne pustkowia.

Roześmiał się.

—Ach,   doktorze!   W   porównaniu   z   tamtym   okresem   osiągnęliśmy   szczyty   cywilizacji. 

Saskatchewan   posiada   miasta,   ma   sieć   niezłych   dróg   (w  tym   momencie   Karol   chrząknął,   a 

Caldwell znowu się roześmiał) ...przyznaję oczywiście, iż trakt łączący “Alicję” z Reginą nie jest 

ani   traktem,   ani   drogą,   lecz   nasze   władze   nie   budują   szlaków   dla   jednego   tylko   osadnika, 

chociażby   zajmował   się   od   lat   dostarczaniem   żywca   do   miast.   Jednak   na   południu 

Saskatchewanu   dalekie   i   wygodne   szosy   już   dawno   połączyły   wszystkie   duże   i   mniejsze 

skupiska ludzkie. Lecz przede wszystkim — kolej! To jest osiągnięcie! Nie minęło jeszcze pięć 

lat   od   chwili,   w   której   żelazny   szlak   połączył   dwa   oceany   i   uczynił   Reginę   centrum 

komunikacyjnym   naszego   okręgu,   zachęcając   dziesiątki   tysięcy   przybyszów   ze   wschodu   do 

zakładania gospodarstw rolnych. Sądzę, iż za rok, za dwa będę miał pod swym bokiem sporo 

sąsiadów. Mimo że, przyznam, wcale za tym nie tęsknię. Czy panów nie nudzę?

Zgodnie zaprzeczyliśmy.

—Cóż skłoniło pańskiego ojca do zamieszkania na takim odludziu? — zapytałem po chwili.

Chyba pradziadowskie tradycje. Trzeba wam, panowie, wiedzieć, iż mój pradziad rozpoczął 

swą życiową karierę od traperki. Buszował w pojedynkę na dalekim zachodzie i północy, lecz 

później   przeszedł   na   służbę   Kompanii   Zatoki   Hudsona.   Został   nawet   kierownikiem   jakiejś 

faktorii, chociaż, jak się mówi w mej rodzinie, ledwie umiał czytać, a z pisaniem w ogóle mu nie 

wychodziło. W drugiej połowie swego życia wycofał się z tego interesu, przeprowadził do Mon-

trealu, gdzie wstąpił w związki małżeńskie z córką któregoś z szefów Kompanii. Myślę, że to 

małżeństwo bardzo pomogło memu ojcu w nabyciu ziemi. Żaden z moich bliskich krewnych nie 

ruszył tropami pradziada. Dopiero w mym ojcu, chyba jakimś prawem dziedziczności, obudziła 

się tęsknota za przeżyciem wielkiej przygody w dziewiczym kraju. O traperce nawet mowy nie 

było, lecz ponieważ ojciec ukończył studia agrarne, a w fabryce produkującej narzędzia rolnicze 

pracować nie chciał, uradzono, iż zawód rolnika najbardziej będzie mu odpowiadał. Któż mógł 

przypuszczać, że przyszły farmer wybierze dla swej gospodarki tereny tak bardzo odległe od 

ludzkich skupisk? A o tym, w wielkiej tajemnicy, właśnie marzył mój ojciec, pragnąc zostać jed-

nym z takich pionierów, o których ongiś pisał James Fenimore Cooper

17

. Wykazał sporo energii, 

by   osiągnąć   cel.   Powołując   się   na   swego   dziadka   zdołał   uzyskać   poparcie   któregoś   ze 

współzarządców   Kompanii   i   wiosną,   jako   pasażer   łodzi   przedsiębiorstwa,   wybrał   się   na 

północny zachód. Powiem krótko: znalazł szmat ziemi nadającej się zarówno pod uprawę, jak i 

17 J. F. Cooper (1789—1851), pisarz amerykański o światowej sławie, m. in. autor “Pięcioksięgu Sokolego Oka”.

background image

na hodowlę bydła.  Gdy powrócił  do Montrealu  z radosną dla siebie  informacją,  w rodzinie 

wybuchł niemały huczek. Na mego ojca poczęto spoglądać jak na niebezpiecznego szaleńca. 

Jednak w jakiś tam sposób zdołał przekonać rodziców i swego brata. Ziemia została nabyta za 

wręcz śmieszną sumę. Jednak koszty transportu maszyn rolniczych, ziarna siewnego, pierwszych 

sztuk bydła i koni wyrównały taniość ziemi z poważną nadwyżką. Wydawało się, iż największy 

kłopot   sprawi   znalezienie   odpowiednich   pracowników.   W   rzeczywistości   nie   zabrakło 

niespokojnych duchów, których pociągała praca na odludziu. Ojciec zwerbował pięciu, a później 

rozpoczęła się pionierska orka, w rzeczywistości i w przenośni. Na pewno jest panom znane, z 

różnych wspomnień i opisów świadków, zagospodarowywanie Dzikiego Zachodu Ameryki.

— Nie tylko z opisów — zaprzeczyłem. — Mój przyjaciel — tu skinąłem głową w stronę 

Karola — sam przeżywał wszystkie blaski i cienie osadniczego życia.

Caldwell aż klasnął dłońmi.

—No proszę! — wykrzyknął. — Ja od razu wyczułem, że w panu tkwi coś z rolnika. Czemuś 

pan porzucił ten szlachetny zawód?

—Ponieważ moja ziemia nie zawsze chciała dorównać mym wysiłkom.

—Nieurodzaj? Pewnie trafił pan na podłe grunta.

Och, wręcz przeciwnie. Gleba rodziła wspaniale, lecz później, przez trzy lata nie spadła na 

nią ani jedna kropla deszczu

18

.

—To rzeczywiście fatalny zbieg okoliczności. Sprzedał pan gospodarstwo?

—Sprzedałem ryzykantowi większemu od siebie.

—W naszych stronach kłopotów z deszczem nie mamy, za to złośliwe figle potrafi płatać 

mroźny wiatr północno-zachodni. Przylatuje w samym środku upalnego lata, kładzie zboża 

pokotem i warzy na swej drodze wszystko, co napotka. Na szczęście dmie jakby wytyczonym 

korytarzem.   Nie   mogę   pojąć,   jak   się   to   dzieje,   i   chyba   nikt   na   świecie   nie   potrafi   tego 

wytłumaczyć,  ale  przysięgam,  iż oglądałem  swe wymarznięte  plony na szlaku  szerokości 

zaledwie kilka jardów, gdy po obu jego stronach wyrastały nie tknięte kłosy pszenicznego 

łanu.

—To strata nie była wielka? — zauważyłem.

—Ba, zaledwie parę jardów szerokości, ale długość! Któż by ją zmierzył? Zupełnie, jakby 

ciężki   walec   przetoczył   się   przez   uprawne   pola   i   dalej   przez   prerię,   gdzieś   tam,   aż   po 

horyzont.   Ale   wracam   do   pionierskich   dziejów   mego   ojca.   W   miejscu,   w   którym   się 

znajdujemy, stanął pierwszy budynek: typowa chata traperska zbita z nie korowanych bali i z 

dachem sporządzonym z takich samych bali przykrytych wysuszoną darnią. Nie zostało śladu 

18 Historia ta została opisana w powieści pt. “Łapacz z Sacramento”.

background image

po tej budzie, ojciec ją zlikwidował, gdy ukończono w dwa lata później dom z prawdziwego 

zdarzenia, otoczony obronną palisadą. Likwidację traperskiej budy przeprowadzono szybko i 

bez wysiłku. Po prostu podpalono ją.

—Chyba tylko w tych stronach można było pozwolić sobie na tego rodzaju rozbiórkę — 

powiedział   Karol,   widocznie   ubawiony   sposobem   likwidacji   chaty.   —   Jednak   nieco 

ryzykowną. Ogień mógł przerzucić się na inne zabudowania lub spowodować pożar prerii.

—Zachowano   odpowiednią   ostrożność,   zresztą   budę   podpalono   w   pełni   zimy,   gdy   śnieg 

pokrywał ziemię. Widzicie, panowie, środkową część mego dworu? Niegdyś stanowiła, ona 

pierwszy   budynek   mieszkalny.   W   kolejnych   latach   ojciec   powiększał   domostwo 

dobudowując skrzydła. Przyznaję, iż z zewnątrz wygląda to paskudnie, lecz wnętrze chyba 

jest przyjemne. Zresztą przywykłem do niego i ani mi w głowie stawiać jakiś pałac. Po co?

—Wnętrze jest wręcz imponujące — odparłem. — Któżby spodziewał się takich luksusów w 

tak odległych stronach.

Przesada, doktorze. Mój ojciec uważał, iż wyposażone odpowiednio mieszkanie ułatwia życie 

na tym pustkowiu, polepsza samopoczucie jego lokatorów. Podzielam ten pogląd wraz z żoną. Z 

jej to inicjatywy założyliśmy ogród na miejscu smutnej płaszczyzny traw, przeciętej jedynie 

szpalerem świerków zasadzonych jeszcze przez mego ojca. Kwiaty stanowią rozrywkę dla oczu i 

pozwalają na zwalczenie smętnych nastrojów. A któż z nas nie przeżywa kiepskich chwil ?

Gdy stanął pierwszy “ludzki” budynek, ojciec udał, się do Montrealu, a później prowadził 

długą korespondencję z wybranką swego serca. Skończyło  się to małżeństwem i czworgiem 

dzieci. Dwu chłopców, dwie dziewczynki. Mój brat kieruje przedsiębiorstwem założonym przez 

dziadka,' a prowadzonym przez długie lata przez mego stryja. Siostry powychodziły za mąż, 

mieszkają daleko stąd, aż na atlantyckim wybrzeżu, lecz co roku, w maju lub czerwcu, cała moja 

rodzina zjeżdża tu na kilka tygodni. I to wszystko. Jak widzicie, mimo woli zanudziłem was 

historią swego rodu.

Oczywiście natychmiast zaprzeczyliśmy takiemu przypuszczeniu. Karol zapytał, czy przez 

cały ubiegły okres nic nie zagroziło istnieniu gospodarstwa lub życiu jego mieszkańców.

— Z opowiadań ojca i z własnych doświadczeń wiem, że do roku 1885 nie wydarzyło się w 

tych stronach nic, co w poważnym stopniu mogło być dla nas niebezpieczne. W pierwszych 

latach gospodarki ojca pojawiły się tu grupy Indian plemienia Kri, lecz ojciec dysponował już 

wtedy siłą dziesięciu dobrze uzbrojonych mężczyzn, więc takie spotkania kończyły się jedynie 

ofiarowaniem przybyszom jednej lub dwu krów. Niekiedy trafiały się kradzieże bydła, lecz były 

to   wypadki   rzadkie   i   nigdy   wielkich   rozmiarów.   Jak   obecnie!   Zresztą   ślady   prawie   zawsze 

wiodły  nas do  kryjówki  złodzieja.   Dopiero  w  roku 1885  przeżyliśmy   długie  dni  niepokoju. 

background image

Nieoczekiwane zbrojne wystąpienie Ludwika Riela napędziło strachu przecież nie tylko nam. Na 

pewno   słyszeliście,   jaką   panikę   wywołały   sukcesy   Riela   wśród   osadników.   Po   bitwie   nad 

Kaczym  Jeziorem,  w marcu,  w obłąkanej  ucieczce  dotarli  tu pierwsi zbiegowie:  farmerzy z 

rodzinami. Była to szaleńcza wyprawa, bo większość tych ludzi nigdy nie słyszała o istnieniu 

“Alicji”. Śnieg jeszcze leżał na polach,  mróz, zwłaszcza nocami, dobrze dawał się we znaki. 

Wtedy to przyjąłem  w swe progi grupkę  zbiegów, w jakże  okropnym  stanie! Część  z nich 

przywiozła swój dobytek na wozach, część opuściła domostwa z tym zaledwie, co mieli na 

sobie. Mężczyźni, kobiety, dzieci — przerażeni, powtarzający przesadzone wieści o sukcesach 

Metysów Riela i o przyłączeniu się Indian do powstania. W istocie rzeczy, tylko dwie grupy 

Indian z plemienia Kri chwyciły za broń. Inne narody indiańskie, jak na przykład Czarne Stopy, 

zachowały neutralność. Lecz skąd wówczas mogłem o tym wiedzieć?

W parę dni później przywędrowała, a raczej przywlokła się nowa garść uciekinierów: sześciu 

mężczyzn   z   rodzinami.   Przybyli   z   zachodu.   Odniosłem   wrażenie,   że   “Alicja”   jest   wyspą 

otoczoną morzem płomieni rebelii. Nowi, niespodziewani goście poinformowali mnie, iż przed 

kilku dniami, 150 mil na północ od Północnej Saskatchewan, grupa wojowników Kri napadła na 

placówkę misji katolickiej, zrabowała magazyny Kompanii Zatoki Hudsona i wymordowała 9 z 

13  osadników.   Dwie   kobiety  i  jeden   mężczyzna   zostali   uprowadzeni.  W   cztery  dni  później 

przyjąłem jeszcze pięć osób z północnego zachodu, z miasteczka Battleford, które stało się ofiarą 

napadu innej grupy Kri. Mieszkańcy zdążyli zbiec i schronić się w niedaleko leżącej placówce 

obronnej   policji.   Miasto   zrabowano,   okoliczne   budynki   farmerskie   spalono,   a   kilkunastu 

rolników   zamordowano.   Jak   się   wkrótce   okazało,   nie   tkwiła   w   tej   relacji   wielka   przesada. 

Przewidując wszystko, co najgorsze, postanowiłem z domu mieszkalnego uczynić coś w rodzaju 

małego   fortu.   Przybysze,   na   pewno   pod   wpływem   strachu,   bardzo   mi   w   tym   zamierzeniu 

pomogli. Zatarasowaliśmy okna workami z piaskiem, a wzdłuż palisady, która wówczas miała 

pierwotną wysokość, dzień i noc czuwały straże. Było nas w sumie trzydziestu mężczyzn, z 

czego prawie połowa wyposażona w broń palną. Kobiety i dzieci rozlokowaliśmy na piętrze, co 

do bydła i koni — kilkanaście sztuk kazałem wpędzić w obręb palisady, na resztę machnąłem 

ręką. W razie napadu czerwonoskórych szansę ocalenia stada równały się zeru. Jednak mogło 

nam   ono   ocalić   życie.   Kri   na   pewno   i   przede   wszystkim   połakomiliby   się   na   czworonogi, 

rezygnując z oblężenia budynku. Na szczęście do oblężenia nie doszło. Powstanie Metysów 

Riela załamało się z końcem maja klęską pod Batoche. Jednak akcja wojowników Kri trwała 

jeszcze do pierwszych dni czerwca i do tego czasu gościłem w “Alicji” przybyszów z południa, 

zachodu i północy. Trzech z nich, samotnych mężczyzn, zapragnęło pozostać. Przyjąłem ich do 

pracy i nie żałuję tego. Po latach trafiło mi się wiele okazji dokładniejszego zaznajomienia się z 

background image

przebiegiem   rebelii.   W   świetle   tych   informacji   nie   można   traktować,   jak   chcą   niektórzy, 

Ludwika   Riela   jedynie   jako   szaleńca   i   zbrodniarza.   Chyba   raczej   jako   zjawisko   będące 

wynikiem   istniejących   wówczas   niedociągnięć,   niesprawiedliwości   i   karygodnych   zaniedbań 

państwowej administracji. Riel po dziś dzień jest postacią wielce kontrowersyjną, wywołującą 

nadal spory i krańcowo sprzeczne oceny. Ale o tym na pewno dobrze wiecie. Przerwał i spojrzał 

na nas pytająco.

—Tak — odparł Karol.

—A więc czym mogę obecnie służyć ?

—Dobrą mapą okolic, jeśli pan taką posiada.

—Pozwólcie za mną.

Powędrowaliśmy z gospodarzem poprzez śmieszną we-randkę i hali do pokoju, który był 

gabinetem  Caldwella. Było  to najskromniej  umeblowane pomieszczenie ze wszystkich, jakie 

miałem okazję oglądać. Biurko, stół, kilka szaf. Na prawie gołych ścianach wisiały dwie mapy: 

Kanady i okręgu Saskatchewan oraz imponującej wielkości futro szarego niedźwiedzia.

—Czy to pańskie trofeum? — zagadnąłem.

—Nie.   Rezultat   wspólnego   polowania   mego   ojca   oraz   Leonarda   O’Brien.   W   istocie   nie 

wiadomo, od czyjej kuli padł ten potwór. Obaj mieli broń tej samej marki i tego samego 

kalibru, a strzelali równocześnie. Zresztą wszystko w tym polowaniu było dziwne, bo proszę 

sobie   wyobrazić,   szarego   niedźwiedzia   napotkali   na   równinach.   Co   go   skłoniło   do 

opuszczenia podgórza i wędrowania na wschód? Siadajcie, panowie.

Wysunął jedną z szuflad biurka i wydobył  kwadratowy arkusz papieru, nie pierwszej już 

świeżości.

—Oto plan — wyjaśnił rozwijając arkusz na stole. — Został sporządzony, gdy ojciec starał 

się o zatwierdzenie prawa własności przez władze Dominium.  Mam jeszcze drugą mapę, 

nakreśloną   przez   mierniczych   Kompanii   Zatoki   Hudsona,   lecz   jest   znacznie   mniej 

szczegółowa.

—Poprzestańmy na tej — odparł Karol — i przypatrzmy się dokładnie.

Podszedłem   do   stołu.   Mapa,   a   raczej   plan   posiadłości   Caldwella,   obejmowała,   jak 

stwierdziłem,   nie   tylko   ziemię   naszego   gospodarza,   lecz   również   część   obszarów   przyle-

gających.   Granice   “Alicji”   tworzyły   linie   dające   obraz   prostokąta   o   dwu   krótszych   i   dwu 

dłuższych bokach. Prostotę geometrycznego rysunku psuł jedynie niebieski wężyk przebiegający 

ukośnie przez północną część terenu.

—Strumień? — zapytał Karol.

—Tak. W czasie letnich upałów strumień, na jesieni rzeczka, a na wiosnę, w okresie topnienia 

background image

śniegów, prawie spławna rzeka. Na szczęście nigdy nie wysycha. Nazwy nie posiada żadnej, a 

na mapie okręgu Saskatchewan w ogóle nie istnieje.

Odszedł od stołu, pogrzebał w szufladach biurka i wrócił z kompasem. Umieścił go w lewym, 

górnym   rogu   arkusza,   po   czym   całą   mapę   nieco   przesunął,   zgodnie   ze   strzałką   busoli, 

wskazującą północ.

— Jak   widzicie   teraz,   na   północy,   powyżej   granic   “Alicji”,   ciągnie   się   pasmo   niskich 

wzgórz,  a   za   nimi   równina   mokradeł.   Nie   mam   pojęcia,   jak  daleko   sięgająca.   Nikt   ich   nie

badał, bo i po co? Przypuszczam, iż niegdyś znajdowało się tam potężne jezioro, które zostało 

zamulone   przez   rzeczkę   —   pokazał   palcem   —   i   zarośnięte   wodną   roślinnością.   Nawet   nie 

próbujcie tamtędy wędrować, pewna śmierć.

— To znaczy, że strumień przepływający przez pańską posiadłość nie jest dopływem innej 

rzeki — odezwałem się.

— Nie. Jego ujście leży na skraju bagien, kilkanaście mil stąd. Bawiłem tam z ojcem tylko 

raz, aby stwierdzić fakt. Roi się tam od ptactwa, lecz przestrzegam przed polowaniem w tamtej 

okolicy. Nawet brzegi strumienia są przy jego ujściu niebezpieczne. A teraz proszę spojrzeć 

tutaj.

Wskazał palcem zachodnią część swych ziem.

—Wysokopienny las, częściowo należący do mnie. Na planie widać to bardzo wyraźnie, w 

rzeczywistości   przez   ten   las   nie   wycięto   żadnej   dukty   oznaczającej   granicę   posiadłości 

“Alicji”. Pracochłonna to robota i praktycznie nikomu obecnie niepotrzebna. Na południe i na 

wschód ciągnie się trawiasta równina. I to wszystko. Dodam, że w okolicy nie ma żadnych 

jarów, wąwozów, przepaści lub skał, wśród których mogłyby rozproszyć się lub zginąć moje 

krowy. Co się tyczy lasu, przedostanie się w jego głąb wymaga użycia dobrze wyostrzonej 

siekiery.

—A bagna? — zapytał Karol. — Jeśli są tak niebezpieczne, jak pan twierdzi, łatwo mogły 

stać się grobem stada.

—Oczywiście. Dlatego badaliśmy tę możliwość parokrotnie. Ostatnio wówczas, gdy przybył 

tu porucznik Mitchell. Grupa wędrujących krów przecież pozostawia bardzo wyraźne ślady, a 

ich nie odkryto. A poza tym... taki wypadek mógł się zdarzyć raz, dwa, powiedzmy trzy razy 

z rzędu w wyniku niedbalstwa kowbojów, lecz to, co się dzieje od tegorocznej wiosny... — 

urwał i machnął desperacko ręką.

—Podejrzewam   —   zabrał   głos   Karol   —   iż   musiały   zostać   przeoczone   jakieś   ważne 

szczegóły. Wydające się drobiazgami bez znaczenia. Może nam dwu, jako obcym, uda się je 

dostrzec.

background image

—Liczę na to... A więc jutro powiodę panów wzdłuż granic mego królestwa. Jako myśliwych, 

oczywiście.

Temat został wyczerpany, a że ciemność spadła już na ziemię, Caldwell odprowadził nas na 

piętro, do sypialni. 

Naftowa lampa na stole rzucała przyćmione światło, za oknem czerń nocy zasłoniła panoramę 

dalekich zielonych łąk i lasu.

—Jak się czujesz, Janie, w roli detektywa?

—Znakomicie — odparłem ściągając kurtę, — A ty?

—Ba, to dopiero początek. Co nastąpi dalej? Czy kłopoty i trudności nie do pokonania, czy 

też okaże się, iż sprawa jest prosta jak przysłowiowy drut i opuścimy te strony w chwale i 

zaszczytach.

—Oby, oby...

—Posłuchaj, narodziła się w mej głowie cudaczna myśl: nikt nie kradnie bydła dla celu, o 

który słusznie podejrzewa się każdego złodzieja.

—Co takiego? — roześmiałem się. — Przypuszczasz, że Caldwell wprowadza nas w błąd? 

Nas i policję? Po co?

—Nie zrozumiałeś mnie, Janie. Wcale nie twierdzę, iż krowy nie giną.

—No to... już niczego nie pojmuję! Nikt nie kradnie bydła, a krowy giną. Uważasz, że jest to 

wynik jedynie niedbalstwa kowbojów? A może stampede?

—Niedbalstwo na pewno jest faktem, lecz nie o tym myślę. Również wykluczam stampede. 

Twierdząc, iż bydło nie jest kradzione, mam na myśli powszechne rozumienie tego słowa: 

osiągnięcie   materialnych   korzyści   przez   złodzieja.   Doraźnych   korzyści.   A   ja   zaczynam 

podejrzewać  bardzo chytrą  i na długi  okres czasu zaplanowaną  akcję. Wydaje  mi  się, iż 

komuś zależy na tym, aby Caldwell albo zaprzestał hodowli, albo nawet wyniósł się stąd raz 

na   zawsze.   Bydło   nie   jest   kradzione   po   to,   aby   je   przehandlować,   jedynie   po   to,   by   je 

zniszczyć. Dlatego brak jest śladów przepędu, jak nas informowali Caldwell i Mitchell. To 

iście diabelska sztuczka, Janie. Bo przecież nawet najkrótsza trasa krów rzuca się w oczy 

każdemu. A tu nic!

—Lecz w jaki sposób niszczą bydło? — zapytałem zupełnie oszołomiony koncepcją Karola.

A chociażby przez zagnanie go na bagno. Ono pochłonie wszelkie ślady.

—Oczywiście. Jednak powinny istnieć tropy do tego bagna wiodące.

—Otóż to właśnie! W tym tkwi tajemnica. Musimy tym bagniskom dobrze się przypatrzyć. 

Wszystko to jest jedynie moim przypuszczeniem, zachowaj je dla siebie. Dowiem się od 

Caldwella, jak wygląda jego handel rogacizną i kto jeszcze w tych stronach takim handlem się 

background image

zajmuje.   Może   właśnie   w   tych   handlowych   transakcjach   tkwi   przyczyna   znikania   krów? 

Próba usunięcia z rynku konkurenta?

—Koncepcja   prawdopodobna   —   stwierdziłem   po   namyśle.   —   Nie   odpowiada   jednak   na 

pytanie:   kto   pędzi   bydło   na   stracenie?   Przecież   człowiek   nie   duch.   I   to   człowiek 

najprawdopodobniej od lat zasiedziały w tych stronach, znający świetnie tutejsze bezdroża. 

Podejrzewam, że nawet zaufany pracownik Caldwella. Takiemu przecież najłatwiej działać. 

Nikt go nie podejrzewa.

—Zgadzam   się.   Jednak   należy   wziąć   pod   uwagę   i   inną   ewentualność:   udział   w 

przedsięwzięciu kilku, zupełnie obcych  ludzi, pozostających  w porozumieniu z którymś  z 

miejscowych   kowbojów.   Człowiek   działający   w  pojedynkę   moim   zdaniem   nie   potrafiłby 

odłączyć od stada jakiejś jego części w sposób całkowicie niedostrzegalny przez innych.

—Albo też — zauważyłem — wśród pracowników “Alicji” buszuje taka złodziejska grupa.

—Wątpię.  Jeden człowiek  dochowa tajemnicy,  lecz w grupie, która musiałaby się często 

porozumiewać między sobą, sprawa szybko stałaby się głośną.

Nazajutrz, wczesnym rankiem, zaraz po śniadaniu dosiedliśmy podprowadzonych pod dom 

wierzchowców   i,   wiedzeni   przez   Caldwella,   wolniutko   ruszyli,   by   objechać   posiadłość.   Na 

prośbę   Karola   gospodarz   zaprowadził   nas   również   do   wnętrza   szeregu   budynków 

gospodarczych.   Mój   przyjaciel   bardziej   jednak   interesował   się   ludźmi   niż   urządzeniami 

magazynów,   stajni   i   obór.   Obejrzeliśmy   jedyną   w   gospodarstwie   oborę   krów   mlecznych. 

Zaledwie   dwanaście   sztuk   tych   zwierząt   zapewnia   wystarczające   zaopatrzenie  w   mleko 

wszystkich mieszkańców. Większa produkcja nie miałaby sensu. Transport mleka do Reginy ze 

względu na odległość nie opłacał się. Obejrzeliśmy również niewielką stadninę koni, używanych 

zarówno do prac polowych, jak i do jazdy wierzchem. Przyznam, iż cały ten przegląd gospo-

darczy znudził mnie, lecz skoro Karol — może pod wpływem własnych doświadczeń na farmie 

—   tak   bardzo   interesował   się   sprawą,   uzbroiłem   się   w  cierpliwość.   Na   koniec   opuściliśmy 

półmroczne wnętrza obór, stodół i szop, wskoczyli na końskie grzbiety i pogalopowali ku tej 

części ziem farmy, jakie przeznaczone zostały wyłącznie na wypas.

W drodze mijaliśmy szaro-brązowe połacie gruntów zaoranych już pod ozime zasiewy. Dalej 

ciągnęły się zielone, poczynające żółknąć dzikie łąki, których granic nie potrafiłem dostrzec. 

Wśród tej zieloności tu i tam dostrzegłem kolorowe plamy wolno poruszające się w różnych 

kierunkach. Caldwell jadący dotąd na czele naszej kawalkady, obecnie zatrzymał wierzchowca,, 

a gdy przystanęliśmy obok, powiedział wskazując ręką przed siebie, na prawo i na lewo:

—Oto widzicie największe bogactwo mojej farmy. Za dwa tygodnie większość stada zostanie 

przepędzona do Reginy, a później odbędzie swą pierwszą i ostatnią podróż koleją.

background image

—Ile tego jest? — zapytał Karol.

—Ponad pięćset sztuk.

—A ile pozostanie na zimę?

—Około pięćdziesięciu.

—Jestem pewien — zabrałem głos — że podczas zimy nie zginie panu ani jedna sztuka. I to 

nie z powodu śniegu, na którym łatwo odkryć ślady przepędu, lecz z powodu małej ilości 

krów. Każdy ubytek zostanie natychmiast zauważony.

Karol potakująco skinął głową.

— Słabo mnie  pan pocieszył,  doktorze  — wyznał  Caldwell. — To,  co pan powiedział, 

oznacza   przecież,   iż   z   wiosną,   gdy   sprowadzę   paręset   jałówek,   cała   heca   powtórzy   się   —

zamyślił się. W końcu podniósł na nas oczy: — Ruszamy?

— Jeszcze chwilkę — powstrzymał go Karol. — Pragnę panu zadać kilka pytań i lepiej, aby 

ich nikt inny nie usłyszał. Przede wszystkim: czy nie można odłożyć  przepędu aż do końca 

września?

—Do   końca   września?   —   zdumiał   się   gospodarz.   —   Po   co?   Nigdy   tak   późno   tego   nie 

czyniłem. Obowiązują mnie terminy, a poza tym tegoroczna jesień jest wyjątkowo ciepła, co 

sprzyja wygodzie przepędu. Indiańskie lato, z jakiego korzystamy w tej chwili, może lada 

dzień zakończyć się gwałtownym spadkiem temperatury. Niedobrze dla bydła, by pędzić je 

podczas   przymrozków.   Nabywcy   mego   stada   przewożą   go   w   nieopalanych   towarowych 

wagonach.   Przy   niskich   temperaturach   powstają   spore   straty.   Dlatego   ustala   się   terminy 

przepędu możliwie wczesne. Nie rozumiem, do czego pan zmierza?

—Uważam, iż po dokonaniu przepędu szansę odkrycia sprawców kradzieży spadną do zera.

—Ale... dlaczego?

—Ponieważ,   gdy   pozostanie   w   farmie   zaledwie   pięćdziesiąt   krów,   nikt   nie   odważy   się 

dokonać kradzieży, zbyt szybko zostałaby zauważona. A skoro kradzieże się skończą... to 

chyba rozumie pan, powstaną dodatkowe trudności ujawnienia prawdy.

—Hm... istotnie.

—Mam nadzieję — mówił dalej Karol — iż porywacze spróbują raz jeszcze uprowadzić 

część stada. Więc należy dać im szansę.

—Taka nadzieja napełnia  mnie  przerażeniem.  Gotów jestem raczej przyśpieszyć  sprzedaż 

bydła, by uniknąć nowej straty.

—Obawiam się, iż czyniąc tak, uniemożliwi pan osiągnięcie celu, w jakim tu przybyliśmy. Na 

pańskie żądanie!

—Och, na moją prośbę. Nigdy panom nie zapomnę tej przysługi, bez względu na ostateczny 

background image

wynik. Lecz teraz... doprawdy nie wiem, jak mam postąpić?

background image

—Przesunąć w czasie termin przepędu, chociaż o tydzień.

—To   wymaga   mego   wyjazdu   do   Reginy.   Jednak   bez   żadnej   gwarancji,   że   uzyskam 

przełożenie terminu. I... czy słusznie postąpię pozostawiając panów samych?

—O to nie trzeba się kłopotać. Niech pan jedzie do Reginy, a teraz obejrzymy stado.

Ruszyliśmy dalej.

Nie znam się na rasach bydła, jednak przyglądając się najbliższej grupie krów zauważyłem 

ich podobieństwo do teksaskich. Moje spostrzeżenie potwierdził gospodarz. Pewnie chciał się 

pochwalić swym osiągnięciem.

Zwróćcie uwagę na kształt rogów — powiedział. — To wynik hodowlanych doświadczeń 

mego   ojca,   które   ja   nadal   prowadzę.   Przed   laty   ojciec   zakupił   w   Bozeman,   w   Stanach,   i 

sprowadził  tutaj  kilkadziesiąt  sztuk teksaskich  byków  i jałówek.  Powstała  z tego  znakomita 

krzyżówka   teksasko-kanadyjskiego   bydła   długorogiego.   Osiągająca   szybki   przyrost   wagi   a 

równocześnie bardziej odporna na zmiany klimatyczne.

—Jak pan uzupełnia stado? — zainteresował się Karol.

—W   tym   celu   korzystam   z   dwu   źródeł:   corocznie   nabywam   u   handlarzy   w   Bozeman 

kilkadziesiąt sztuk “Teksasów” oraz sprowadzam miejscowe krowy, skupując je, gdzie się da.

Trudna to robota, lecz bardzo opłacalna. W Kanadzie powstaje coraz więcej miast i osiedli, a 

te miasta i osiedla potrzebują coraz większych z roku na rok dostaw żywności, mięsa przede 

wszystkim.

Podjechaliśmy bliżej, Wówczas przycwałowało ku nam dwu jeźdźców, kręcących się dotąd 

na dalekim krańcu prerii. Wstrzymali  konie rozpoznawszy Caldwella i dotknęli dłońmi rond 

szerokoskrzydłych kapeluszy. Jakże bardzo przypominali z ubioru teksaskich kowbojów! Na mą 

żartobliwą uwagę na ten temat, gospodarz zauważył, iż po prostu jest to moda wynikająca z 

dostosowania odzieży do potrzeb i wygody użytkowników.

— Zresztą — dodał — kilku moich ludzi właśnie z Teksasu pochodzi.

Przyjrzałem   się   dokładnie   witającym   nas   pastuchom.   Caldwell   na   pewno   nie   był   srogim 

pracodawcą.   I   pewnie   lubianym.   Krótka   wymiana   zdań   między   podwładnymi   a   szefem, 

utrzymana w poufałym i nieco żartobliwym tonie, była dla mnie tego dowodem.

Opuścili nas podrzucając w galopie kapelusze. Dawny kowbojski zwyczaj, stosowany jako 

powitanie   mieszkańców   osad   zagubionych   na   Dzikim   Zachodzie,   przez   które   wiódł   szlak 

przepędu bydła.

Nasz spacer trwał dalej. Raz po raz przystawaliśmy i wówczas witali nas w podobny sposób, 

dozorcy rogatych gromad poruszających się leniwie lub odpoczywających w cieple jeszcze nie 

jesiennego słońca.

background image

Przez kilka godzin trwania naszej wędrówki miałem sporo okazji, aby stwierdzić, iż wszędzie, 

zarówno na polach, jak i we wnętrzach gospodarskich budynków, panował wzorowy porządek. 

Była to dodatkowa zagadka do rozwiązania: jak w takich warunkach mogło powstać zagrożenie 

całości stad Caldwella?

Ostatnia grupa bydła, którą napotkaliśmy, pasła się na pobrzeżu strumienia o brzegach dość 

stromych,   lecz   miejscami   obniżających   się   piaszczystymi   plażami,   omywanych   przez   cicho 

pluszczącą, kryształowo czystą wodę. Droga wzdłuż koryta doprowadziła do miejsca, w którym 

wznosił się niski, pokryty darnią pagórek.

— To jeden z moich kopców granicznych — wyjaśnił farmer. — Zatrzymajmy się tu, jeśli 

to wam odpowiada.

Spętaliśmy konie, legli nad brzegiem strumienia, sięgnęli po fajki i kapciuchy z tytoniem. 

Patrzyłem na wodę, na przeciwległy brzeg porosły rzadką wikliną, za pasmem której kładła się 

nieskończona-dal   aż   po   granatową   linię   horyzontu.   Słońce   działało   na   mnie   rozleniwiająco, 

ogarnęła mnie senność, więc tylko jednym uchem łowiłem nieco monotonny szmer rozmowy, 

jaką wiódł Karol z naszym gospodarzem.

Piąte przez dziesiąte zrozumiałem, że pytał o ziemie leżące poza granicznym kopcem.

—Niczyje — odpowiedział Caldwell. — To znaczy, stanowiące własność Dominium Kanady, 

lecz   to   teoria,   bo   rząd   radośnie   przelałby   swe   uprawnienia   na   kilkunastu   dzielnych 

osadników, jacy tym dziewiczym gruntom stworzyliby lepszy sens istnienia: orząc, siejąc i 

zbierając plony. Na pewno to nastąpi, lecz przede wszystkim w rejonie Reginy. Tu przyjdzie 

jeszcze poczekać dziesiątki lat.

—Kwestia transportu? — usłyszałem rzeczowe pytanie mego przyjaciela.

—Nie tylko. Przecież ja dawałem sobie świetnie radę, nim żelazne tory stworzyły Reginie 

szybsze połączenie z cywilizowanym światem. Nie w tym więc tkwi sedno sprawy.

—A w czym?

—W bagnach. Pamięta pan mapę? Jakąś milę od tego miejsca kończą się grunta uprawne a 

zaczynają tereny podmokłe. Bardzo niezdrowa okolica. Wątpię, aby ktokolwiek zechciał się 

tam osiedlić.

—Chętnie przyjrzałbym się tym bagnom.

—To może jutro?...

Odpowiedź przeleciała mimo moich uszu, bo, przyznaję z wielkim wstydem, zasnąłem.

Jak mi później wyjaśniono, rozmowa Karola z Caldwellem trwała znacznie dłużej i dotyczyła 

planu postępowania w najbliższych dniach. Nieco mnie ubodło, iż decyzje zostały powzięte w 

czasie mojej duchowej nieobecności.

background image

—Spałeś tak smacznie  — tłumaczył  Karol — że nie miałem serca cię budzić. Zresztą... 

jestem pewien, że zaakceptujesz nasze propozycje. Powiedziałem Caldwellowi o opracowaniu 

przez nas obu tego planu.

—Więc...?

Przede wszystkim zaproponowałem dłuższą wycieczkę. Nie w obrębie granic gospodarstwa, 

jak   dziś,   lecz   poza   jego   terenami.   Uważam,   że   po   pierwsze:   powinniśmy   odegrać

swą   rolę   “niedzielnych   myśliwych”,   a   po   drugie:   dokładnie   przyjrzeć   się   dalszej   okolicy. 

Poprosiłem naszego gospodarza, by wypożyczył nam konie i dał przewodnika zorientowanego w 

terenie. Powiedział, iż chętnie sam tego się podejmie. Nie przystałem na to.

—Czemu?

—Bo pracownicy inaczej zachowują się wobec szefa, a inaczej wobec obcych ludzi. Przy 

szefie są ostrożni, skąpi w słowach, unikający krytyki oraz zachowujący wyłącznie dla siebie 

wszystkie   plotki   i   ploteczki.   Jestem   pewien,   iż   sporo   ich   tu   krąży,   a   wiele   wiąże   się 

tematycznie   z   tajemniczym   znikaniem   stada.   Caldwell   jest   ostatnim   człowiekiem,   który 

mógłby   coś   o   tych   plotkach   wiedzieć.   Przebywając   stale   w   towarzystwie   gospodarza 

pozbawiamy się wielu cennych informacji. W proponowanej “wyprawie myśliwskiej” mo-

żemy   napotkać   pracowników   “Alicji”.   Postaram   się   pociągnąć   ich   za   język.   Naszego 

przewodnika również.

—Lecz chyba nie w ten sposób uzasadniłeś swą odmowę?

—Za kogo mnie masz, Janie?! Oczywiście, że nie. Wytłumaczyłem Caldwellowi, iż powinien 

wykorzystać naszą nieobecność na wyjazd do Reginy dla przesunięcia terminu spędu bydła. 

Początkowo wzdragał się. Obawia się, iż podczas jego nieobecności stado może znowu stać 

się ofiarą złodziejskiej akcji.

—A czy nie słusznie tak uważa?

—Tylko   pozornie.   Zagadnąłem   go,   czy   kradzieże   krów   zdarzały   się   podczas   jego 

nieobecności? Okazuje się, że w dniach kradzieży, jeśli w ogóle można takie dni ustalić, ani 

na jedną godzinę nie oddalał się z “Alicji”. Z tego wniosek, że obecność czy nieobecność 

gospodarza wcale nie wpływają na stan bezpieczeństwa stada. Ba, gotów jestem twierdzić, iż 

obecność Caldwella raczej sprzyja kradnącym.

—Dziwaczny pogląd.

—Posłuchaj: złodziej czuje się najpewniej, gdy wie, gdzie znajduje się okradany. Unika w ten 

sposób zaskoczenia. Podejrzewam, że Caldwell znajduje się pod czyjąś czujną obserwacją, że 

śledzony jest każdy jego krok. Oczywiście, dopóki przebywa na terenie “Alicji”, bowiem 

poza tym terenem “szpieg” łatwo mógłby zostać zdemaskowany. Poradziłem Caldwellowi, 

background image

aby pojechał samotnie, nie bryczką, lecz na końskim grzbiecie i aby nikomu nie zdradził ani 

powodu, ani celu podróży. Niech coś tam wymyśli.

— I cóż on na to?

— Zgodził się.

— Obawiam się, Karolu, iż podróż Caldwella może być związana z poważnym ryzykiem.

—O czym myślisz?

—Widzę, iż całkowicie zbagatelizowałeś przestrogi Mitchella. A ja ich nie lekceważę. Jeśli 

na tych terenach...

—Nie   kończ.   Chodzi   ci   o   tych   rzekomych   Metysów.   Ba,   wbrew   temu,   co   twierdzisz, 

parokrotnie zastanawiałem się nad tego rodzaju koncepcją. Czy jest możliwa? W zasadzie tak. 

Jednak istnieją jakieś granice prawdopodobieństwa. A te granice w moim pojęciu wykluczają 

zamach, bo to chyba miałeś na myśli, na życie Caldwella. Przecież cało i zdrowo przybył po 

nas do Reginy?

—To nie dowód — zaprotestowałem.

—Zgoda. Więc przedstawię ci inny argument. Posłuchaj, Mitchell może nie mieć czasu i 

ludzi do pilnowania stad Caldwella. A nawet nie wolno mu tego robić, nie jest prywatnym

dozorcą   mienia   naszego   gospodarza,   tylko   funkcjonariuszem   państwowym.   Lecz   gdyby 

doszło do zbrodni, do napadu, cała horda “czerwonych kurtek” poczęłaby przetrząsać prerię 

tak długo, aż sprawcę czy sprawców dostałaby w swe ręce. Zakładam, iż ten “ktoś” czyhający 

na stado dobrze o tym wie i nie ośmieli się przekroczyć w taki sposób logicznej granicy 

własnego   bezpieczeństwa.   Powtarzam:   Caldwell   nie   pierwszy   raz   udaje   się   do   Reginy. 

Pytałem

 

go

 

o

 

te

 

podróże.

Twierdzi, że nigdy nie miał żadnych kłopotów.

— Twój wywód, Karolu, nie trafia mi do przekonania. Przecież z tego, co wiemy o powstaniu 

Riela, jasno wynika, że Metysi nigdy nie liczyli się z jakimikolwiek akcjami represyjnymi w 

stosunku do nich. To są ryzykanci pozbawieni wyobraźni, nie potrafiący przewidzieć skutków 

własnego postępowania. Jeśli Mitchell się nie myli, to znaczy, że jeśli Metysi istotnie zamierzają 

zmusić białych farmerów do opuszczenia tych stron, nie cofną się przed żadną akcją mogącą 

doprowadzić do realizacji swych celów.

—No,   proszę   —   zauważył   ironicznie   Karol.   —   Zaiste   jesteś   katastrofistą,   Janie,   i   w 

przeciwieństwie do tych Metysów odznaczasz się bujną wyobraźnią. Ewentualny napad na 

Caldwella   niczego   nie   załatwia,   wprost   przeciwnie,   mobilizuje   policję,   a   przez   to,   jeśli 

oczywiście podejrzenie porucznika jest uzasadnione, utrudnia Metysom dalszą działalność. 

Czego zresztą chcesz? Mamy towarzyszyć Caldwellowi w jego podróży? To przekreśliłoby 

background image

mój plan.

—Nie myślę o tym, raczej o dwu-trzech osobach, które udałyby się z farmerem do Reginy.

—Lecz wówczas jaka gwarancja, iż cel podróży naszego gospodarza zostanie tajemnicą ?

Wobec   takich   argumentów,   ustąpiłem.   Z   ciężkim   sercem   wyznaję.   Niebezpieczeństwo 

grożące  osobie  Caldwella  wydawało mi  się bardzo  realne,  a na przypuszczenie,  że podczas 

naszej   tu   obecności   mogłoby   dojść   do   większej   niż   kradzieże   bydła   tragedii,   zimne   ciarki 

przebiegały mi po krzyżu.

Tak sprawy wyglądały, gdy tego jeszcze wieczoru gospodarz sprezentował nam przewodnika, 

z którym mieliśmy się udać na wyprawę.

Jak ona przebiegała i kim był, lub wydawał się być, ten właśnie przewodnik — Ben Halley, 

wspomniałem już poprzednio.

Przywieźliśmy z polowania dwie potężne sztuki płowej zwierzyny: jelenia i antylopę, dwie 

tajemnice   do   odgadnięcia:   ślady   na   bagnie   i   dziwaczne   przerażenie   Halleya,   na   koniec 

niezliczoną ilość sińców na plecach (i poniżej!) w wyniku wariackiej jazdy wozem.

Obiecałem   sobie   nigdy   odtąd   nie   korzystać   na   tutejszych   bezdrożach   z   wehikułów 

pozbawionych resorów. Oczywiście nikomu o tym nie mogłem wspomnieć. Po cóż pozbawiać 

naszego gospodarza złudzeń, że potrafił stworzyć nam luksusowe warunki podróży.

Ten piekielny wóz — jak go w myślach nazwałem — na pewno przyczynił się do wyrobienia 

nam “murowanej” opinii greenhornów, których męczy jazda na siodle i którzy muszą wieźć z 

sobą mnóstwo zbytecznych bagaży. Jednak, nie ma co ukrywać, irytowała mnie myśl, że Halley 

będzie opowiadał o dwu nowicjuszach, których wytrząsł na wozie, i na pewno pozwoli sobie na 

wiele niewybrednych dowcipów. A czy opowie również o strachu, jaki przeżył tamtej nocy, w 

pobliżu   bagien?   Ba,   jeśli   ten   strach   nie   był   udany,   jeśli   rzeczywiście   jego   przyczyną   były 

“gigantyczne żaby” i “potwory” kryjące się rzekomo w głębiach moczarów, na pewno podzieli 

się wrażeniami. A jeśli nie podzieli? Jeśli zatai swe tchórzliwe zachowanie się?

Słuszną rzeczą byłoby sprawdzić, o czym gadał Halley z kolegami po naszym powrocie do 

farmy. Powiedziałem o tym Karolowi.

—Pewnie, pewnie. Tylko w jaki sposób? Przepytując kolejno kowbojów?

—Nie, to na nic — westchnąłem.

—I ja tak sądzę. Nie przejmuj się tym, Janie. I bądź cierpliwy. Osoba pana Halleya na pewno 

godna jest specjalnej uwagi. Trzeba będzie dobrze mu się przyjrzeć. Jego teraźniejszości i 

jego przeszłości. Lecz nie w taki sposób, jaki zaproponowałeś. Pogadam z Caldwellem na ten 

temat. Jedno w tym pewne, że Halley nie jest Metysem. Ale, powtarzam, musimy uzbroić się 

w   cierpliwość.   To   nie   jest   sprawa   do   rozwiązania,   w   terminie   kilku   dni.   Tyle   w   niej 

background image

wątpliwości

i poszlak.

— Dobrze o tym wiem — mruknąłem. — Aż za dobrze. Niech to licho porwie! 

background image

Spotkanie

Caldwell   szybko   uwinął   się   z   wyjazdem   (i   przyjazdem).   Gdy   powróciliśmy   z   wyprawy, 

powitał nas na progu werandki. Pogratulował myśliwskiego plonu i pozornie zdawał się nie 

interesować   innymi   osiągnięciami   wycieczki.   Powiadomił,   iż   podczas   jego   nieobecności,   na 

ziemiach “Alicji” nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Natomiast wynik pobytu w Reginie jest 

połowiczny:   firma   skupująca   żywiec   zgodziła   się   na   opóźnienie   terminu   dostawy   jedynie   o 

osiem dni.

— Dobre i to — skomentował informację Karol. — Trzeba nam będzie pospieszyć się. Czy 

mówił pan komukolwiek o tym?

—Jedynie żonie.

—Znakomicie. Proszę nadal zachować w tajemnicy tę sprawę. A teraz chodźmy tam, gdzie 

nas nikt nie podsłucha ani nie podpatrzy, najlepiej do naszej sypialni.

Caldwell   nawet   nie   mruknął   na   tę   dziwną   propozycję,   lecz   dostrzegłem,   jak   mu   oczy 

rozbłysły. Weszliśmy na piętro i tam Karol opowiedział o dwu dziwnych wydarzeniach, jakie się 

nam   przytrafiły   podczas   wycieczki.   Muszę   stwierdzić,   iż   gospodarz...   osłupiał.   Najpierw 

spoglądał na nas nie potrafiąc wykrztusić słowa, później zaczął nam sugerować, iż padliśmy 

ofiarą pomyłki, złudzenia.

— Halley — dowodził — nie jest tchórzem, nigdy nie zauważyłem u niego najmniejszych 

nawet   objawów   strachu.   Przybył   w   te   strony   podczas   powstania   Metysów   i   był   jednym  z 

najbardziej   dzielnych   uciekinierów.   Pomógł   mi   wówczas   w   uspokojeniu   ogarniętych   paniką 

farmerów i w fortyfikowaniu budynków “Alicji”. Poza tym, jak mi wiadomo, jest z zawodu 

kowbojem. Zdołałem go poznać przez tyle lat. Czyż dobry kowboj może być tchórzem?!

Nieco zabawnie wypadł ten końcowy wykrzyknik. Trudno bowiem bezbłędnie stwierdzić, czy 

kowboj może być tchórzem czy nie. A poza tym nie był to argument mogący zadać kłam naszym 

spostrzeżeniom.

—Nie mogę panu zaprzeczyć — wtrąciłem się. — Halleya ledwie poznaliśmy. Tym bardziej 

dziwne, zaskakujące było zachowanie się jego podczas nocy spędzonej w okolicy bagien.

—Może był chory?

—Jeśli strach wolno nazwać chorobą — odpowiedział Karol — to istotnie Halley ciężko się 

rozchorował.   Przecież   szybko   wrócił   do   zdrowia,   gdy   tylko   oddaliliśmy   się   od   tamtego 

miejsca.   Uważam,   iż   trudno   wytłumaczyć   jego   zachowanie   się   bajędami   o   potworach 

żyjących wśród moczarów. Jakaś inna przyczyna stała się powodem jego paniki. Należy na 

Halleya zwrócić uwagę. Któż odgadnie, co kryje się za tym strachem?

background image

—Podejrzewa go pan o współudział w porywaniu bydła? — uśmiechnął się Caldwell.

—Zaczynam podejrzewać — przytaknął mój przyjaciel. — Nie twierdzę, że Halley sam jest 

porywaczem, lecz chyba wie coś, a boi się mówić.

—Ależ... na czym pan opiera swe podejrzenie?

—Na odciskach racic na granicy bagna. Może Halley bał się, że je odkryjemy? A w końcu 

doszedł do wniosku, iż ich nie dostrzegliśmy, i zaraz wrócił mu spokój.

—No... łosie lub karibu pojawiają się od czasu do czasu w tych stronach, lecz co to ma 

wspólnego z Halleyem?

Ależ tu nie chodzi o łosie! — wykrzyknąłem, a Karol natychmiast dodał: — Mieliśmy okazję 

dobrze przyjrzeć się odciskom. To są ślady po przejściu krów! 

Caldwell aż podskoczył na krześle.

—To znaczy, iż stado zagnano na moczary! Lecz przecież badania okolicy moczarów, jakie 

przeprowadziłem najpierw sam, a później z porucznikiem Mitchellem, nie potwierdziły moich 

podejrzeń. Nie znaleźliśmy żadnych śladów. A może to są późniejsze tropy? Czyżbym znowu 

stracił kilkadziesiąt krów? Muszę to sprawdzić.

—I słusznie! — przytaknął Karol. — Jednak wcale nie zdziwiłbym się, gdyby tym razem nie 

zabrakło ani jednej sztuki. Jeśli mój domysł okaże się trafny, powiem panu, co o tym myślę. 

Przede wszystkim przestrzegam przed wtajemniczaniem kogokolwiek w to, co tutaj zostało 

powiedziane. Kogokolwiek, to znaczy i Bena Halleya.

Caldwell   przyrzekł,   chociaż   z   pewnym   ociąganiem,   i   bardzo   chyba   przejęty   naszymi 

rewelacjami opuścił pokój.

—Cóż ty właściwie podejrzewasz? — zagadnąłem, ledwie drzwi zamknęły się za naszym 

gościem.

—Hm, być może, iż tropy na bagnie są błędne. Ich celem jest zwrócenie czujności Caldwella 

lub naszej w niewłaściwym kierunku.

—Chyba jedynie Caldwella. Któż bowiem mógł przewidzieć, że powędrujemy nad bagna? A 

poza tym uchodzimy za przygodnych myśliwych, niewartych chwili uwagi.

—Zastanawiałem   się   nad   tym,   Janie.   Czy   fałszywe   tropy   nie   zostały   sporządzone   dla 

powodów, jakie miały ujawnić się później, a myśmy je przedwcześnie odkryli?

—Czysta   fantazja   —   odparłem   —   i   na   niczym   konkretnym   nie   oparta.   Bardziej 

prawdopodobne   jest,   iż   bagno   stało   się   grobem   części   stada.   Przecież   nie   zbadaliśmy 

moczarów

dokładnie:

—A   to   niby   w   jaki   sposób?   Czy   pragniesz   zabawić   się   w   nurka   i   szukać   utopionych 

background image

zwierząt?! Moim zdaniem wcale ich tam nie ma. No, oczywiście, niezbity dowód nie istnieje.

—Istnieje w postaci odcisków racic. Skąd się tam wzięły, jeśli krów nie było w okolicy?

—Dla chcącego nie ma nic niemożliwego, Janie. Daj mi z rzeźni kawałek krowiej nogi z 

kopytem, a porobię ci odciski wszędzie, gdzie zechcesz, nawet na dachu tego budynku.

—Ależ... w jakim celu?

—Już ci powiedziałem. Wprowadzenia w błąd, jeśli nie nas, to na pewno Caldwella.

— Gratuluję  wyobraźni,  Karolu.  Gdy Caldwell  znowu nie  doliczy się kilku  sztuk bydła, 

przekreśli to cały twój wywód, a pochodzenie odkrytych przez nas tropów okaże się bardzo 

proste.

Sprzeczaliśmy się jeszcze przez pewien czas, później wypalili fajkę i w ten sposób aniśmy się 

spostrzegli, jak zapadła noc.

Stanąłem przy oknie, aby je uchylić i wywietrzyć zadymione pomieszczenie. Niebo pokryły 

chmury, nie widziałem gwiazd, a księżyc jedynie od czasu do czasu swym srebrnym rąbkiem 

kładł na ziemi wąską smugę jasności. Gdzieś szczekały psy i były to jedyne odgłosy zakłócające 

ciszę.   Wychyliłem   się   poza   okienną   ramę,   zerknąłem   na   prawo   i   na   lewo.   Nigdzie   nie 

dostrzegłem   światła.   Fasada   budynku   była   ciemna,   a   dalej   stojące   stodoły   i   obory   ledwie 

rysowały się swymi konturami. Wionął na mnie dotkliwy chłód. Temperatura w porównaniu z 

dniem musiała spaść o kilka stopni. Już zamierzałem zamknąć okno, gdy nagle wydało mi się, iż 

coś błysnęło wśród czarnej ściany boru. Błysnęło i zgasło. Odczekałem jeszcze moment. Błysk 

powtórzył się.

— Co tam robisz, Janie? — odezwał się Karol mozolący się właśnie nad ściągnięciem butów. 

— Zamknij wreszcie okno...

—Podaj mi lornetkę — odparłem.

Uczynił to natychmiast.

—Coś zauważył?

— Patrz tam — ręką wskazałem kierunek i przyłożyłem szkła do oczu.

Nie mogłem się mylić, to było światło. Najprawdopodobniej płomień ogniska, a nie leśnego 

pożaru. Ten płomień gorzał stale w tym samym miejscu, nie rozprzestrzeniał

się.

—Widzisz?

—Tak — szepnął. — Ognisko. No cóż, ktoś nocuje na skraju puszczy. Nie sądzę, aby to był 

jakiś przypadkowy wędrowiec. Przecież na pewno musiał zauważyć zabudowania “Alicji”, 

więc poprosiłby o gościnę.

—Może to ktoś właśnie z “Alicji”? Pilnuje czegoś tam,  a że mu zimno,  grzeje się przy 

background image

ognisku.

—Niby czego ma pilnować? Drzew? — mruknął mój towarzysz.

— Widzisz? Zgasło — stwierdziłem. — O... znowu błyska!

Postaliśmy w otwartym oknie jeszcze kilka minut, tak że nieźle zmarzłem, lecz żaden błysk 

już się nie powtórzył. Zatrzasnąłem okno, jednak Karol natychmiast je otworzył. Wychylił się na 

zewnątrz tak bardzo, iż chwyciłem go za pasek z obawy, aby nie wyleciał. Rozglądał się, a 

później wyprostował.

—Za późno — westchnął. — Gdyby z któregoś z zabudowań “Alicji” odpowiadano również 

przerywanym   światłem,   mielibyśmy   dowód,   że   ogień   pod   lasem   rozpalono   wcale   nie

dlatego, iż noc jest chłodna. Przegapiona sprawa, Janie. I nadal nic nie wiemy.

—Ba, zbyt krótko to trwało. I pewnie nie ma żadnego dla nas znaczenia.

Mruknął coś tam, a ja po raz drugi zamknąłem okno. Począłem się rozbierać i zdmuchnąłem 

płomień naftowej lampy, gdy mój towarzysz już spoczywał w łóżku.

Czyżby do dwu nie wyjaśnionych tajemnic: strachu Halleya  i krowich tropów na bagnie, 

doszła jeszcze trzecia: ogień na skraju lasu? Jeśli nie jest to zwykły zbieg okoliczności? Ale 

sprawdzić nie zawadzi. Po ognisku musiał pozostać ślad, łatwy do odnalezienia.

Sądziłem, że rankiem wyruszymy w stronę boru. Od lasu dzielił nas spory kawałek drogi. 

Wygodniej było przebyć ją konno. A więc należało poprosić gospodarza o wierzchowce.

Powiedziałem o tym Karolowi. Zaskoczył mnie kategorycznym sprzeciwem:

— Prosząc o konie będziesz musiał wyjawić powód swej prośby. A ja myślę, iż lepiej do 

czasu nikomu nie wspominać o naszej nocnej obserwacji. Może ogień da się wytłumaczyć w 

sposób zupełnie naturalny? A poza tym, Caldwell ma dziś przeliczać swe krowy. To dla mnie 

ważna   sprawa.   Okaże   się,   czy   odkryte   przez   nas   ślady   na   bagnie   pozostają   w   związku   z 

ponownym uszczupleniem się stada, czy też, jak przypuszczam, są tropami mylnymi.

Tę krótką rozmowę przeprowadziliśmy jeszcze w sypialni. Później zeszliśmy na dół i zasiedli 

do   jadalnego   stołu.   Rodzina   gospodarza   już   nas   oczekiwała.   Caldwell   natychmiast   po-

informował, iż od wczesnego świtu zajmuje się liczeniem krów. Zapytał również, czy nas może 

zainteresować ta nudna robota.

— Jeśli chcecie poznać jej wyniki — dodał — proszę za mną.

— Ależ, Jonathanie! — zaprotestowała pani Alicja. — Nasi goście ledwo zasiedli do stołu!

Karol   zapewnił,   że   już   zdążył   zaspokoić   głód,   a   wynik   przeliczenia   może   być   bardzo 

ciekawy.

Ruszyliśmy najpierw piechotą, bo tylko gospodarz miał konia pod ręką, lecz nieco dalej, w 

sąsiedztwie  corralu i stajni, Caldwell przywołał któregoś ze stajennych.  Nie minęło dziesięć 

background image

minut, gdy znaleźliśmy się na siodłach i kłusem ruszyli ku dalekim płaszczyznom łąk.

Słońce   stało   już   wysoko   nad   horyzontem,   lecz   jeszcze   cienie   były   długie   i   chłód   nocy 

całkowicie nie ustąpił. Naszym celem okazał się obszerny corral z wąziutką bramą, do której 

wiodła równie wąska i długa ścieżka ograniczona z obu stron drewnianymi palisadami. Prosta, 

lecz niezawodna konstrukcja, zezwalająca na dokładne przeliczenie sztuk zwierząt znajdujących 

się w obrębie corralu. Wypędzając je na zewnątrz raz jeszcze można sprawdzić, czy nie popeł-

niono pomyłki przy pierwszym rachunku. 

Karol,   niegdyś   sam   przecież   kowboj,   fachowym   okiem   ocenił   praktyczną   przydatność 

urządzenia. Później zaczęło się sprawdzanie pozostałej części stada. Ta monotonna czynność 

trwała jeszcze parę godzin. Stado, jak się okazało, liczyło 525 sztuk. Z tego wniosek, iż odkryte 

przez Karola i przeze mnie ślady na bagnie nie wiązały się z żadną nową kradzieżą. Przyznam, 

że zaskoczony byłem tym faktem! Więc jednak Karol miał rację! A może po prostu odkryliśmy 

jakiś stary ślad? Tropy na grząskiej ziemi nie zacierają się szybko.

Jednak nie ten fakt stał się dla mnie najważniejszym wydarzeniem dnia, lecz przedziwne 

spotkanie, które w swej konsekwencji mogło zaważyć na dalszym rozwoju wypadków. Otóż, 

gdy   skończyliśmy   wreszcie   (a   raczej:   gdy   Caldwell   skończył)   żmudną   rachubę,   gospodarz 

zaproponował nam przejażdżkę w kierunku lasu. I oto powstała niespodziewana okazja zbadania 

śladów po tajemniczym ognisku. I to bez wyjawienia sprawy Caldwellowi. A więc tak, jak tego 

sobie życzył Karol.

Gospodarz wydał kilka poleceń kowbojom, a później ruszyliśmy we trójkę w stronę boru. 

Słońce wreszcie wspięło się na tyle wysoko, iż jego promienie poczęły przyjemnie grzać moje 

plecy. Jechałem kilkanaście kroków z tyłu za Caldwellem i Karolem i nagle poczułem, że z 

moim siodłem dzieje się coś niedobrego.

—Nie czekajcie na mnie! — krzyknąłem. — Zaraz was dogonię!

—Co się stało? — Karol odwrócił głowę.

—Nie dopięty popręg — wyjaśniłem.

Istotnie popręg był nie dopięty lub źle dopięty. Zeskoczywszy zauważyłem, że siodło zdradza 

skłonność   do   obsuwania   się   w   lewą   stronę.   Taki   pozornie   drobny   fakt   często   kończy   się 

katastrofą, jakiej skutki trudno przewidzieć. Bowiem przekręcenie się siodła przy szybkim biegu 

konia wyrzuca z jego grzbietu jeźdźca, a jeśli noga uwięzła w strzemieniu,  wleczony przez 

zwierzę człowiek zostaje mocno poturbowany, o ile nie zabity, Nic więc dziwnego, że troskliwie 

zająłem się popręgiem. Zacisnąłem go o jedną “dziurkę” ciaśniej.

— Od godziny obserwuję pana i... doprawdy nie wiem, czy się mylę, czy też rozpoznałem 

starego znajomka...

background image

Odwróciłem   się   gwałtownie.   Ten   człowiek   nadjechał   jak   duch,   bezszelestnie.   Zwykły- 

kowboj, któryś z gromadki Caldwella. Rozzłościł mnie takim zaskoczeniem.

—O co chodzi? — burknąłem szorstko.

—I głos podobny... — ucieszył się jeździec. — Czy pamięta pan Arizonę, doktorze?

—Arizonę, Arizonę? — powtórzyłem w lekkim osłupieniu.

—A   w   kilka   lat   później   zabawną   przygodę   z   grupą   wędrujących   greenhornów   nad 

Południowym Canadianem?

Spojrzałem   memu   rozmówcy   prosto   w   twarz.   Niełatwo   przyszło   wyłowić   znajome   rysy 

spośród   twarzy   bohaterów,   aktorów,   statystów   wymienionych   przez   nieznajomego   scen--

terenów, na których dawno temu rozegrały się dramatyczne wypadki. Po chwili zastanowienia 

bezbłędnie odgadłem, z kim mam do czynienia.

—Lewis Stone! — krzyknąłem.

—Ten sam do usług, doktorze.

Jednak   nie   był   całkowicie   ten   sam.   Czas   poorał   mu   czoło   bruzdami,   sieć   drobniutkich 

zmarszczek pojawiła się na skroniach i pod oczami. Lecz nie tylko na tym polegała różnica. 

Zmarszczki i bruzdy to tylko zewnętrzne cechy, nie do uniknięcia w miarę upływu lat. Lewis 

Stone   nie   był   tym   samym   człowiekiem,   co   dawniej,  również   i   z   innych   przyczyn.   Nie   był 

tamtym szorstkim w ruchach i mowie włóczęgą, traperem, poszukiwaczem skarbów, tropicielem 

i   przewodnikiem   po   dzikich   terenach   zachodu.   Dodam,   iż   wówczas   tylko   szczęśliwy   zbieg 

okoliczności   uchronił   go   przed   więzieniem.   Chociaż,   moim   zdaniem,   nie   był   przestępcą,   a 

jedynie   otarł   się   (to  najwłaściwsze   określenie)   o   tę   trudną   do   wyznaczenia   granicę,   jaka   w 

świetle   przepisów   prawa   dzieli   dozwolone   od   niedozwolonego.   Po   krótkiej   rozmowie 

zauważyłem, iż Stone używał słownictwa zupełnie innego niż ongiś, a więc nie gwary Dalekiego 

Zachodu stworzonej przez mało kulturalnych pograniczników. Poprzekręcane słowa, określenia 

trudno   zrozumiałe   dla   przybysza   z   miasta,   kłopoty   ze   składnią   i   niesłychanie   ubogi   zasób 

określeń  —  wszystko   to  teraz  uległo  zmianie.   Obecnie   mój  dawny znajomy  mówił  gładko, 

potoczyście, rzekłbym: elegancko. Gdzie i kiedy się tego nauczył?

— Ileż to lat, doktorze, ileż to lat... — westchnął zeskoczywszy z konia.

— Zaledwie trzy — odparłem — lecz od pierwszego spotkania aż siedem.

Mówiąc spojrzałem za siebie, w kierunku, w którym oddalali się moi towarzysze. Jeszcze ich 

widziałem na tle czarnego boru, jednak coraz słabiej.

Stone zauważył moje zaniepokojenie:

— Przepraszam, doktorze. Proszę mi wybaczyć. Wybrał się pan z panem Caldwellem, a ja 

background image

pana zatrzymuję. Jeszcze raz przepraszam.

Wskoczył na siodło.

—Stone! — zawahałem się na chwilę.

—Słucham, doktorze.

—Chciałbym z tobą pogadać nieco dłużej, lecz nie w tej chwili. Przebywam, jak zapewne 

wiesz, w gościnie u Caldwella. Łatwo mnie odnajdziesz. Tylko bardzo proszę, Lewis, nie

wspominaj nikomu o naszej znajomości. Później wyjaśnię, dlaczego mi na tym tak bardzo 

zależy.

—Moje słowo! — odparł z powagą. — Będę milczał jak kamień. Teraz o panu i o pańskim 

towarzyszu opowiadają, że przyjechaliście z miasta jako dwa greenhorny, aby sobie nieco 

postrzelać nie wyrządzając zwierzynie wielkiej szkody. Dziś rozpoznałem was, lecz skoro 

panu tak zależy, by uchodzić za greenhorna, nie będę przyznawał się do naszej znajomości.

— I słusznie postąpisz, Stone. Więc do zobaczenia.

— Do zobaczenia.

Klepnąłem konia po zadzie i po paru minutach zrównałem się z Karolem i Caldwellem.

—Cóżeś tak marudził?

—Wszystko przez popręg.

—Trzasnął?

—A tak — odparłem niedbale. — Właściwie to był niedopięty.

—I pomagał ci w tym jakiś kowboj.

—Zauważyłeś? To prawda. Jeden z tutejszych kowbojów.

Karol jakoś dziwnie pokręcił głową, coś tam cicho szepnął do siebie.

Gnaliśmy teraz kłusem, to znowu galopem, a czarna gęstwina lasu ogromniała przed nami. 

Moje   myśli   krążyły   wokół   postaci   Lewisa   Stone’a   i   tak   mnie   wreszcie   zaabsorbowały,   iż 

straciłem   poczucie   czasu   i   miejsca,   w   którym   się   znajdowałem.   Chyba   tylko   wdrożone, 

jeździeckie   nawyki   doprowadziły   mnie   bez   wypadku   do   pierwszych   zarośli.   I   dopiero   gdy 

zagadał do mnie Caldwell, powróciłem do rzeczywistości.

A teraz pora wyjaśnić, czemu to spotkanie ze Stone’em tak mną wstrząsnęło. I kim był Lewis 

Stone?

Zetknąłem się z nim w 1883 roku, w Arizonie. Przed siedmiu laty. Jak ten czas leci!

Była to jedna z najdziwniejszych przygód przeżyta przeze mnie przy boku Karola. Tu muszę 

wyjaśnić, iż Karol Gordon nie był jedynie cichym i skromnym traperem. Prawda, iż nigdy nie 

szukał rozgłosu, nie pysznił się sukcesami ani wobec swoich, ani wobec obcych. Lecz w sumie 

wcale to nie oznaczało, iż był człowiekiem mało znanym, jak pierwotnie sądziłem. Niecodzienne 

background image

wydarzenie uświadomiło mi całą prawdę. Otóż we wspomnianym już roku 1883 Arizona nadal 

była   obszarem   rzadko   zaludnionym.   Mimo   ciągnących   ze   wschodu   licznych   karawan 

osadniczych   liczba   ludności   na   tym   terytorium   nie   przekraczała   dziesięciu   tysięcy.   A   więc 

kompletna pustka

19

. Co prawda, do tej liczby należy dodać wielokrotnie wyższą wówczas liczbę 

Indian,   lecz   i   to   nie   stawiało   Arizony   w   rzędzie   obszarów   jako   tako   zagospodarowanych   i 

zaludnionych.

Na   bezludziu   Arizony   w   roku   1882   poczęły   mnożyć   się   zbójeckie   napady   na   osadnicze 

karawany i na nieliczne samotne farmy. Jeszcze bardziej nieliczni szeryfowie nie byli w stanie 

ani   schwytać   nieznanych   sprawców,   ani   tym   bardziej   zapobiec   wypadkom.   Dalekie,   bo   na 

wschodzie położone, centrum administracji państwowej, zapewne zlekceważyłoby sporadyczne 

wypadki rozgrywające się na prawie bezludnym obszarze. Lecz sprawy nagle przyjęły taki obrót, 

iż  Waszyngton  zmuszony  został  do  szybkiego   i  energicznego   działania.  Oto  dokonano  dwu 

kolejnych   napadów   na   terytorium   należącym   do   plemienia   Nawajów.   Plemię   to   już   dawno 

zakopało   topór   wojenny,   a   nawet   cierpliwie   znosiło   oszustwa   popełniane   przez   niektórych 

agentów na  dostawach  żywności  i wyrobów  przemysłowych,  zagwarantowanych  specjalnym 

układem przez rząd Stanów. Tym razem Nawajowie ostrzegli przedstawiciela waszyngtońskiej 

instytucji — Rady do Spraw Indian (przekształconej później w Biuro do Spraw Indian), że jeśli 

sprawcy   napadów   na   indiańskie   wioski'   nie   zostaną   pochwyceni   i   przykładnie   ukarani, 

Nawajowie sami rozwiążą ten problem. Mogło się przekształcić takie “rozwiązanie” w krwawą 

rebelię, która uderzyłaby we wszystkich “białych” osadników kraju.

Nic więc dziwnego, iż poczęto bić na alarm. Jednak ten alarm nie pociągnął za sobą żadnych 

decyzji.   Rada   do   Spraw   Indian   po   prostu   utonęła   w   jałowych   i   bałamutnych   dyskusjach. 

Tymczasem w Arizonie dokonano trzeciego napadu na czerwonoskórych. Ofiarą była stadnina 

Nawajów, pasąca się w pobliżu doliny Kolorado. Tym razem szczęście opuściło bandytów. Nie 

zdołali uciec z tabunem mustangów. Spośród dziesięciu udało się zbiec jedynie sześciu. Czterech 

pozostałych zabarykadowało się w budynku farmy. Oblężeni przez Nawajów zginęli, ale wraz z 

nimi   zginęła   rodzina   spokojnego   farmera   —   pięć   osób!   Wieść   o   tej   masakrze   szybko   się 

rozniosła budząc zrozumiałe przerażenie wśród arizońskich osadników oraz panikę w gronie 

odpowiedzialnych za te sprawy urzędników waszyngtońskich. W pierwszym porywie oburzenia 

postanowiono wysłać silne oddziały wojskowe. Jednak armia nie garnęła się do rozwiązywania 

tak   skomplikowanej   sytuacji.   Z   kim   właściwie   miała   walczyć?   Z   Nawajami?   Nonsens!   Z 

nieuchwytną   i   nieokreśloną   grupą   rabusiów?   To   było   obowiązkiem   arizońskich   szeryfów   i 

marszalli!

20

19 Obszar Arizony wynosi ponad 294 tysiące km kw., uzyskała prawa stanowe w 1912 roku jako 48 stan USA.
20 Różnica między szeryfem a marszallem polega na tym, iż szeryf wybierany jest przez mieszkańców, marszall zaś 

background image

Nastała zima 1882—83 roku i seria napadów urwała się. Jednak z wiosną nieznani sprawcy 

obrabowali dyliżans, a w kilka dni później grupę Nawajów. Nikt nie potrafił wyjaśnić, czemu 

zaatakowano Indian. Oni sami twierdzili,- że napadnięto ich podczas wyprawy myśliwskiej. W 

jakim celu? Ba, o tym mogli wiedzieć jedynie napastnicy.

Karol Gordon, w kilka tygodni później, zwierzył mi się ze swego podejrzenia: Nawajowie 

wieźli srebro wydobyte z im tylko znanych pokładów i nie chcieli tego zdradzić. Nic w tym 

dziwnego!   Wieść   o   kopalni   srebra   mogła   ściągnąć   na   nawajskie   ziemie   nieproszonych   i 

niebezpiecznych gości.

Dwa ostatnie napady wyrwały z zimowej drzemki administrację federalną. Należało uspokoić 

Indian. Dla tego celu wojsko nie było przydatne. Znaleziono inny sposób, chyba najbardziej 

słuszny. Polegał on na odszukaniu człowieka orientującego się w indiańskiej problematyce, a 

równocześnie   cieszącego   się   zaufaniem   czerwonoskórych.   Poza   tym   musiała   to   być   osoba 

inteligentna i roztropna. Tylko ktoś taki potrafiłby sprostać wielce delikatnemu zadaniu. Tylko 

ktoś taki, a nie przeciętny traper czy eksplorer o sporym doświadczeniu, lecz miałkim rozumie. 

Niełatwo przyszło znaleźć odpowiedniego kandydata, a nawet gdy taki został odszukany, za 

skarby świata nie chciał podjąć się niebezpiecznej misji, Na koniec ktoś tam w Radzie do Spraw 

Indian   wspomniał   o   Karolu   Gordonie.   Mój   przyjaciel   bawił   wówczas,   jak   się   później 

dowiedziałem,   w   Montanie,   lecz   na   rozpaczliwe   wezwanie   Rady   przybył   do   Waszyngtonu, 

wyraził zgodę i otrzymał pełnomocnictwo tak szerokie, jakiego dotąd nie wystawiono żadnemu z 

terenowych agentów Rady. Wyposażony w ten sposób ruszył do Arizony i tam szukał omackiem 

tropów   nieznanej   bandy   rabusiów.   Odwiedził   większe   miasta   terytorium:   Phoenix,   Tucson, 

Florence, Jumę. Szukając rzetelnych informacji zawitał do fortu Huachuca. Nie powiedziano mu 

nic więcej ponad to, co usłyszał w Waszyngtonie. Gorzej, bo komendant fortu uprzedził mego 

przyjaciela,   że   garstka   żołnierzy,   jaką   rozporządza,   nie   podoła   zadaniu,   gdyby   przyszło   jej 

pacyfikować   kraj.  Z   fortu   Huachuca   Karol   powędrował   do  małej   mieściny   o  nazwie   Rainy 

Valley. Dlaczego właśnie tam?

Otóż parotygodniowa podróż i urywkowo uzyskiwane wiadomości stworzyły dość wyraźny 

obraz sytuacji. Pokazywał on, iż tajemnicze napady powtarzały się przede wszystkim na północy 

i na południowo-zachodnich obszarach Arizony. Na wschodzie trafiały się rzadziej, a w pobliżu 

granicy   z   Meksykiem   w   ogóle   ich   nie   było.   Z   kolei   Karol   na   wojskowej   mapie   Arizony 

ponaznaczał   miejscowości,   w   rejonie   których   wydarzyło   się   najwięcej   napadów.   Tak 

wypunktowany obszar utworzył figurę geometryczną podobną do koła, a w centrum tego koła 

znalazło się właśnie Rainy Valley! Może to był przypadek, a może coś innego kryło się w tym 

mianowany przez gubernatora stanu lub terytorium.

background image

fakcie. Karol postanowił rzecz sprawdzić.

Z   Rainy   Valley   wysłał   do   mnie   list   wzywający   do   przyjazdu.   Nie   było   to   dla   mnie 

zaskoczeniem.  Od miesięcy planowaliśmy przejażdżkę po Arizonie,  w turystycznym  jedynie 

celu. Zdziwiło mnie tylko, czemu Karol nie przybył do Milwaukee, skąd mieliśmy wspólnie 

wyruszyć?   Prawdy   dowiedziałem   się   w   Rainy   Valley,   w   pokoju   miejscowej   gospody   o 

indiańskiej nazwie “Arizonac”. Tam właśnie odbyłem ze swoim przyjacielem rozmowę.

Wiem,  że  wszystko   powyższe  stanowi  nieco  przydługi   wstęp,  jednak dopiero  na  tym  tle 

odpowiednio wyraziście zarysowuje się sylwetka Lewisa Stone’a.

Dzięki zaiste zdumiewającym zdolnościom Karola doszliśmy do porozumienia z arizońskimi 

Nawajami. Ba, uzyskaliśmy przyrzeczenie pomocy w razie potrzeby. Dodam jeszcze, że wielce 

pomógł nam w zawarciu takiego sojuszu don Pedro Gonzales, hacjender z Meksyku, który co 

roku przybywał do Arizony na polowania. Ongiś wyświadczył Nawajom poważną usługę i od 

tamtego   czasu   był   mile   widzianym   gościem   zarówno   wśród   Nawajów,   jak   i   ich   sąsiadów: 

Apaczów odłamu Mescallero.

Gonzales  wraz ze swymi  ludźmi  wziął udział  w zlikwidowaniu bandy,  bo to była  banda 

świetnie   zorganizowana,   chyba   na   wzór   powstałego   po   wojnie   domowej   Ku-Klux-Klanu. 

Członkowie bandy nie znali swych nazwisk, rozpoznawali się po haśle i po srebrnych krążkach, 

na których widniał wizerunek stylizowanego słońca. Przypadki, fatalne dla dalszego istnienia 

przestępczej spółki, stały się dla nas znakomitym źródłem informacji. Jednym z takich przypad-

ków było  wzięcie  do niewoli  (przez  Nawajów) grupy bandytów.  Wśród nich znajdował się 

właśnie Lewis Stone. Przypuszczam, iż niezbyt dobrze orientował się w sytuacji, bo gdy jego 

towarzysze zawzięcie milczeli, Stone — jak to się potocznie określa — puścił farbę. Nie bez 

zachęty   z   naszej   strony.   Tą   zachętą   była   rola,   jaką   mnie   do   wykonania   polecono.   Rola 

wyzwoliciela   więźnia.   Wszystko   zostało   z   góry   zaplanowane,   jednak   bardziej   podejrzliwy   i 

lepiej   znający   zwyczaje   Indian   człowiek   nie   dałby   się   tak   łatwo   wyprowadzić   w   pole. 

Zastanowiłaby go niezwykła łatwość, z jaką został wyprowadzony przeze mnie z samego środka 

nawajskiego obozowiska. Ale Stone przyjął za dobrą monetę  moją udaną akcję. Posiadałem 

wówczas znak rozpoznawczy — srebrny krążek z wizerunkiem słońca. Pokazanie tej blaszki > 

otworzyło   usta   Stone'owi.   Dowiedziałem   się,   iż   ongiś   był   kowbojem,   później   doszedł   do 

wniosku,   że   szukanie   złotych   żył   jest   zajęciem   bardziej   dochodowym.   Wydeptał   sporo 

dziewiczych ścieżek wśród bezludnych obszarów. Nie bez sukcesów. Jednak, jak to się często 

zdarza wśród ludzi parających się tego rodzaju zajęciem, Stone nie zgromadził majątku. Jego 

złote żyły szybko zmieniały się w butelki whisky, w wysokie przegrane w miejskich szulerniach, 

w drogie i zbyteczne stroje, w szereg innych kosztownych a niewybrednych uciech. Jednym 

background image

słowem,   skarby   wydarte   ziemi   topniały   w   jego   dłoniach,   niczym   kawałki   lodu   ciśnięte   na 

rozpaloną blachę kuchennego piecyka.

Wędrówki   Stone’a   po   Arizonie   zwróciły   nań   uwagę   przywódców   bandy.   Stone   ze   swą 

znajomością terenu i niewinnym zajęciem mógł być dobrym nabytkiem. Nie wzbudzał przecież 

podejrzenia,   wiadomo   —   eksplorer   włóczy   się   stale   to   tu,   to   tam.   Zaproponowano   mu 

przystąpienie do organizacji. Gdy odmówił — zagrożono wypędzeniem z Arizony. Wówczas 

Stone ustąpił.

Wysłuchawszy takiego życiorysu doszedłem do wniosku, iż Stone nie grzeszy odwagą i nie 

żywi   żadnych   skrupułów.   Innymi   słowy,   jest   to   gałgan   niewarty   złamanego   centa.   Później 

okazało się, że mój wniosek zbyt pochopnie został, sformułowany. Dalszy rozwój wypadków 

zaprzeczył   tak   pesymistycznej   ocenie   człowieka.   Stone   bardzo   nam   pomógł   w   ustaleniu 

tożsamości szefa bandy, a później, gdy po raz drugi stał się jeńcem (już nie Nawajów, lecz 

oficjalnego   przedstawiciela   prawa   —   miejscowego   szeryfa),   wykazał   tyle   dobrej   woli   w 

udzieleniu   informacji,   że   zarówno   Karol   jak   i   ja   uznaliśmy   za   pożądane   wyłączyć   Stone’a 

spośród licznej gromady aresztowanych. Szeryf ostro się sprzeciwił. Lewis Stone zdołał uciec 

podczas transportu schwytanych z Rainy Valley do fortu Huachuca.

Szeryf bardzo się sierdził i spoglądał na nas podejrzliwym okiem. Jednak po dwu dniach 

wrócił   mu   dobry   humor   i   pożegnanie   wypadło   bardzo   serdecznie.   Wyznam   szczerze,   że 

pomogliśmy Stone'owi w ucieczce i zatarli ślady.  Była to mistrzowska robota. Przyznaję, iż 

później niejeden raz ogarniały mnie wątpliwości, czy postąpiliśmy słusznie?

Odpowiedź na takie pytanie uzyskałem dopiero w cztery lata po wypadkach Arizony, w roku 

1887,   w   drodze   do   Południowego   Canadianu:   Cel   mój   stanowiło   miasteczko   El   Paso   nad 

meksykańską granicą. Tam miałem się spotkać z Karolem. Spotkanie doszło do skutku, jednak 

nie w oznaczonym miejscu i czasie. Nie ma to jednak żadnego związku z Lewisem Stone, więc 

nie   będę   rozwodził   się   nad   tym.   W   daleką   wędrówkę   (z   Milwaukee   do   El   Paso),   dzięki 

pomyślnemu   trafowi,   wybrałem   się   wraz   z   wędrownym   handlarzem   a   równocześnie 

współwłaścicielem   sklepu   ze   sprzętem   turystycznym.   Część,   i   to   znaczną,   drogi   odbyliśmy 

koleją, w wagonie towarowym, w towarzystwie koni, które miały nam służyć w dalszej podróży.

Lewisa   Stone   spotkałem   w   kilka   dni   po   rozpoczęciu   jazdy   wierzchem.   Było   to   zaiste 

dramatyczne spotkanie! Pewnego późnego wieczoru, gdy grzaliśmy się w blasku ogniska, przy-

cwałował ku nam spłoszony koń dźwigający na siodle rannego i zemdlonego mężczyznę. Wiele 

szczęścia miał Lewis Stone, że nie spadł z grzbietu wierzchowca, że zwierzę nie poniosło go w 

inne,   bezludne   okolice,   że   na   koniec   trafił   na   osobę,   która   mogła   służyć   fachową   pomocą 

lekarską.

background image

Już następnego dnia dowiedziałem  się o przyczynie  tak niesamowitego  wydarzenia. Otóż 

Stone   został,   wraz   z   trójką   innych,   wynajęty   jako   przewodnik   przedziwnej,   turystycznej 

wyprawy   czworga   kompletnych   greenhornów.   Zaangażował   go   niejaki   Roger   Deen,   syn 

bogatego przemysłowca któregoś ze wschodnich, amerykańskich miast. Wraz z Deenem w tej 

wyprawie brał udział jego kolega oraz dwie kobiety, z których jedna była żoną Deena.

Dodatkowo zabrano lokaja oraz kucharza wraz z wozem zaopatrzonym nie tylko w produkty 

żywnościowe i namioty, lecz również w całkowicie zbędne rzeczy. Do nich należały (jak później 

naocznie   stwierdziłem)   foteje,   krzesła,   stół,   obrusy,   elegancka   zastawa,   a   nawet...   srebrne 

lichtarze do

świec!

Wkrótce okazało się, iż z czterech zaangażowanych do pomocy ludzi tylko Lewis Stone jest 

człowiekiem uczciwym. Trójosobowa szajka postanowiła ukraść konie, zostawić podróżnych na 

pustkowiu,   a   wrócić   dopiero   po   kilku   dniach,   aby   zabłąkanym,   bezradnym   wędrowcom 

podyktować warunki, na jakich mogą być doprowadzeni do najbliższej stacji kolejowej. Był to 

oczywisty   szantaż   mający   przynieść   rabusiom   spore   korzyści.   Do   tego   planu   usiłowano 

wciągnąć   Stone’a.   Odmówił,   a   później   starał   się   zapobiec   kradzieży   wierzchowców. 

Bezskutecznie.   Otrzymał   cios   nożem,   na   szczęście   niezbyt   groźny.   Jednak   w   pogoni   za 

rabusiami zemdlał.

Ta opowieść okazała się prawdziwa. Przy pomocy Stone’a odnaleźliśmy zbłąkanych turystów 

i z niemałym trudem doprowadzili do “żelaznego szlaku”, skąd mogli powrócić na wschód.

Ze Stone’em rozstaliśmy się nieco później, nad środkowym biegiem Arkanzasu. Zwierzył mi 

się wówczas, iż ma zamiar nabyć kawałek gruntu i zająć się farmerstwem lub hodowlą bydła.

Tak to wyglądało, w wielkim oczywiście skrócie. I oto po trzech latach spotykam się ze 

starym znajomkiem. Jak już wspomniałem, zewnętrznie i zachowaniem niewiele przypominał 

dawnego eksplorera czy też opiekuna turystów. Jednak trudno było stwierdzić, czy to był ten 

sam   Stone   z   roku   1887,   uczciwy   przewodnik   po   bezdrożach   Dzikiego   Zachodu,   czy   też 

rzezimieszek sprzed lat siedmiu? Jedno było dla mnie pewne, nie posiadał farmy. Cóż jednak 

przywiodło go aż tak daleko od stron, w których go dwukrotnie spotkałem?

Liczyłem,  że  powie  mi  o  tym   w dłuższej   rozmowie.  Lecz   taka  rozmowa   nie  mogła  być 

przeprowadzona teraz, dzisiaj. A kiedy? Któż to odgadnie?

— No, Janie — Karol zsiadł z konia— przespacerujemy się kawałek.

Przyłożył  lornetkę do oczu i odwrócony plecami do pierwszych  drzew boru, obserwował 

majaczący w dali budynek “Alicji”.

—Chyba stąd widać pokój, w którym mieszkamy? — zagadnął Caldwella.

background image

—Tak, oczywiście — odparł zapytany. — Z pokoju, który panowie zajmujecie, widać ten las.

Zeskoczyłem na chrzęszczącą, suchą trawę. Caldwell zrobił to samo.

— Chyba można tu zostawić wierzchowce? — zapytał Karol.

Nie czekając na potwierdzenie obwiązał cugle wokół sękatego konaru świerka. Poszliśmy za 

jego przykładem.

— Chcecie panowie obejrzeć las? Bez siekiery daleko nie zajdziemy. Lecz na szczęście tuż 

obok jest ścieżka wyrąbana dla przeciągania ściętych pni.

— Z głębi lasu? — zdziwiłem się. — Czemuż nie ścina pan na skraju?

—Pragnę zachować nie tknięty widok z mego domu.

—Idziemy — ponaglił Karol.

Nie była to daleka wędrówka, kilkaset kroków zaledwie.

— Czy tędy?  — zapytałem  wskazując na wąski przesmyk  ginący wśród gęstwy zarośli i 

drzew.

—Tędy.

—Ślad po ognisku — odezwał się nagle Karol. — Nie obawia się pan pożaru?

Caldwell   spojrzał   na   owalną,   czarną   plamę   wypaloną   wśród   traw,   lecz   skrajem   swym 

sięgającą w głąb leśnej steczki.

—O, do licha! — wykrzyknął. — Ktoś postąpił bardzo lekkomyślnie. Co za dureń?! Żebym ja 

go dostał w swe ręce...

—Włóczęga? — zasugerowałem.

Wątpię. Po cóż rozpalałby ogień mając tak blisko dach nad głową? Drzwi “Alicji” stoją dla 

wszystkich otworem. Tego nauczył mnie ojciec.

—I słusznie — przyznał Karol. — Stary, dobry zwyczaj Dzikiego Zachodu. Jednak w tym 

miejscu koczował chyba któryś z pańskich kowbojów. Tak sądzę.

—Na pewno. Głupiec. Od tygodnia nie widzieliśmy deszczu, las jest suchy jak siano. A tyle 

razy przestrzegałem swych ludzi...

Coś  tam  jeszcze   pomruczał  do  siebie,   a  tymczasem   mój)  przyjaciel  nurknął  w  gęstwinę. 

Zniknął na chwilkę, a później ruszyliśmy ścieżką. Spodziewałem się jakichś śladów po taje-

mniczym rozpalaczu ogniska, lecz drogę naszą znaczyły jedynie drzewne ostrużyny,  kawałki 

kory, połamane gałęzie i głęboko wbite w ziemię odciski końskich kopyt. Tak dotarliśmy do 

poręby — wielkiej polany zarosłej trawą między niskimi pniami.

— Pierwsze drzewa rąbał tu jeszcze mój ojciec — objaśnił Caldwell. — Ja również z tego 

miejsca biorę budulec.

Powałęsaliśmy się tu i tam. Tropów, poza śladami koni, nie zauważyłem żadnych, Karol, 

background image

zapewne z tego powodu, przestał interesować się uroczyskiem i pierwszy zaproponował odwrót. 

Później ruszyliśmy konno wzdłuż leśnej ściany i w porze lunchu wrócili do domu. Krótka to 

była wycieczka i nie wniosła nic nowego do interesującej nas sprawy. Bo znak po ognisku nie 

był żadną rewelacją, ani przez sekundę nie podejrzewałem, że zauważone w nocy światło mogło 

być złudzeniem.

W kilka godzin później, gdy już tylko we dwójkę przechadzaliśmy się parkową aleją, Karol 

zniżając głos poinformował mnie:

—Znalazłem coś bardzo ciekawego, w lesie, obok ogniska.

—Wtedy, gdy zniknąłeś w gąszczu? — domyśliłem się.

—Tak, wtedy.

—Cóż to takiego? — Lusterko.

Lekceważąco wzruszyłem ramionami.

— Nie interesuje cię takie znalezisko? A jednak warte chwili zastanowienia.

—Kawałek szkiełka?

—Nie kawałek, a całe szkiełko, ściśle: oprawne w metal lusterko do golenia. Prawie nowe.

—Pokaż.

—Zostawiłem je tam, gdzie leżało. Nie chcę płoszyć naszego sygnalisty. Znasz chyba, Janie, 

takie   lusterka,   podobne,   jeśli   mnie   pamięć   nie   myli,   wisi   w   twojej   łazience.   Po   jednej

jego stronie znajduje się zwykłe lustro, po drugiej powiększające. Rozumiesz?

—Nie kpij. Co tu jest do zrozumienia?

—To, że przy pomocy powiększającego lustra nadawano sygnały.  Dlatego były wyraźne. 

Zwykłym lustrem nie osiągnąłbyś takiego efektu.

—No, no. Lecz ja, Karolu, mam dla ciebie nie mniej interesującą nowinę. Zgadnij, kim był 

ten kowboj, który rzekomo pomagał mi docisnąć popręg?

—Rzekomo? A cóż to ma oznaczać?

—To,   że   on   nie   dla   popręgu   zatrzymał   się   przy   mnie,   lecz   z   przyczyny   bardzo   starej 

znajomości.

—Starej znajomości? — zdziwił się. — Pewnie któryś z twoich pacjentów.

—Istotnie — odparłem wesoło — przypadkowy pacjent. Lecz ty również go znasz.

—Tak? Muszę się zastanowić. Hm... hm... To chyba nie Barry Bede, poszukiwacz przygód, 

którego pozostawiliśmy w lecie w Goodyear?

—Nie, nie on.

—To może Piotr Carr, lubiący grzebać w ziemi w poszukiwaniu skarbów?

—Też nie, Karolu.

background image

—Musiałem widzieć twego znajomka chyba bardzo krótko.

—Za drugim razem tak, lecz za pierwszym znacznie dłużej. No, nie będę cię męczył...

— Jeszcze chwileczkę! — klepnął się w czoło. — Już wiem! On miał przezwisko “Złoty”. 

Złoty Lewis. Prawdziwe nazwisko uleciało z mej pamięci. Czy nie tak?

— Tak. Złoty Lewis, czyli Lewis Stone.

Karol   nie   mylił   się,   Stone’a,   ze   względu   na   jego   poszukiwania   złotych   żył,   przezywano 

Złotym Lewisem.

—Jakież wiatry przywiały go tutaj?

—Nie wiem. Prosiłem, aby zechciał porozumieć się ze mną.

—Kiepska to sprawa. Jeśli Stone wygada, kim naprawdę jesteśmy...

—Nie wygada. Dał mi na to słowo. Sądzę, że dotrzyma go we własnym interesie, aby nie 

ujawniać, w jakich okolicznościach spotkaliśmy się po raz pierwszy.

—Słusznie. A kiedyż to spodziewasz się porozmawiać z Lewisem?

—Na pewno nie dziś. Stone'owi nie wolno zdradzić swej znajomości z nami. W tym tkwi 

szkopuł. Musi znaleźć jakiś wiarygodny pretekst dla takiej rozmowy. Jestem ciekaw, jaki.

Moja ciekawość szybko została zaspokojona. Najbliższego ranka przy śniadaniu Caldwell — 

z nieco zakłopotaną miną — oświadczył, iż jeden z jego pracowników zwichnął nogę w kostce.

— Nie wiem, skąd taki pomysł  przyszedł mu do głowy, ale zwrócił się do mnie, abym 

poprosił pana, doktorze, o poradę lekarską. Moim zdaniem to śmieszne! Jako tako doświadczony 

kowboj doskonale wie, co czynić  w wypadku naciągnięcia  mięśnia. Jednak nudził mnie  tak 

długo,   aż   ustąpiłem.   Proszę   wybaczyć,   doktorze,   i   odmówić   niesłychanemu   żądaniu.   Jeśli 

bowiem pan je spełni, wkrótce przed pańskimi drzwiami ustawi się kolejka pacjentów, którym 

na przykład drzazga utkwiła w palcu. A przecież nie po to ośmieliłem się zaprosić tutaj was obu.

Nieco mnie rozśmieszył, nieco rozgniewał takim gadaniem.

— Mówiono mi — powiedziałem od niechcenia — że pan bardzo dba o swych ludzi.

Stropił się.

— Nie zwracam uwagi na to, co o mnie mówią, lecz, proszę mi wierzyć, nigdy nie żałowałem 

na   koszty  sprowadzenia  lekarza   ż  Reginy,   jeśli   zdarzył   się   poważny   wypadek   lub  choroba. 

Jednak w danym wypadku...

— W danym wypadku — wpadłem mu w słowo — lekarz jest na miejscu. Niejeden raz 

udzielałem pierwszej pomocy nawet na prerii, chociaż mnie nikt o nią nie prosił. Gdzie jest ten 

człowiek?

Caldwell lekko poczerwieniał.

— Zgłosi się do pana. Może chodzić, chociaż kuleje. Jest mi niesłychanie przykro z tego 

background image

powodu...

—Et, głupstwo — zauważyłem. — Proszę zawsze liczyć na mnie.

—Czy to jakiś młody chłopak? — wtrącił się Karol.

—Ani młody, ani stary. W średnim wieku, w pełni sił i zdrowia. Nie wiem, co mu strzeliło do 

głowy? Z takim głupstwem do lekarza!

—Kto to jest? — zapytał Karol głosem tak obojętnym, jakby chodziło o zeszłoroczny deszcz.

—Nazywa się Lewis Stone. Drgnąłem usłyszawszy to nazwisko.

—Bardzo zdolny do każdej roboty człowiek, zna się po trochu na wszystkim. Umie zastąpić 

kowala, zaorać pole, zagnać bydło lub naprawić wóz. Taki samouk. To są jego dobre cechy, 

natomiast   przeszłość   jego   wydaje   mi   się   dość   ciemna.   Lecz   po   cóż   rozpamiętywać 

przeszłość? Może zresztą się mylę?

—Aha... — skwitował odpowiedź Karol i zaczął wypytywać gospodarza o gatunek pszenicy, 

jaką sieje.

I tak oto Lewis Stone przygotował sobie spotkanie z nami.

W godzinę później dostrzegłem z okna naszego pokoju, jak podpierając się laską kuśtykał w 

stronę domu. Po chyba dziesięciu minutach zastukano do naszych drzwi. Otworzyłem. To był 

Stone, lecz w towarzystwie Caldwella. Tylko jego brakowało!

— Oto wasz chory — oświadczył gospodarz.

Ująłem pacjenta pod ramię i podprowadziłem do krzesła. 

Usiadł, lekko stęknąwszy, wyprostowując chorą nogę na całą jej długość.

—Cóż dolega? — zapytałem bardzo oficjalnie.

—Noga, doktorze. Wczoraj o zmierzchu stąpnąłem w jakąś dziurę, ciutek zabolało, ale jakoś 

przeszło. Za to później spuchła kostka, a dziś rano nie potrafiłem wciągnąć buta.

Nosił obuwie z krótką cholewką, lecz tylko na prawej stopie, na lewej widniał okropnie gruby 

bandaż opadający na drewniany, płytki kapeć.

—Pewnie będziesz potrzebował gorącej wody, Janie — odezwał się Karol.

—Oczywiście. Bardzo mi się przyda.

—Przyniosę...

—Ależ, cóż znowu!? — zaprotestował Caldwell. — Ja to załatwię...

Nim ktokolwiek z nas, chociażby przez grzeczność, zaprotestował, zniknął za drzwiami.

—Co jest właściwie z twoją nogą? — nieco podejrzliwie zagadnąłem Stone’a. — Bardzo 

boli?

—Wcale nie boli. Nie miałem innego sposobu spotkać się z panem.

—Doskonały   pomysł   —   stwierdziłem.   —   Byłby   z   ciebie   znakomity   aktor.   Obawiam   się 

background image

jednak, że Caldwell będzie tu sterczał, i z naszej rozmowy nic nie wyjdzie.

— To przyjdę powtórnie, na zmianę opatrunku. 

Rzekłszy to podciągnął nogawkę i począł odwiązywać brudny bandaż.

— Zostaw — rozkazałem. — Caldwella mógłby zdziwić normalny wygląd twej kończyny.

Karol poparł mnie, dodając, iż “coś wymyśli”, aby zbyt ciekawego gospodarza pod jakimś 

pozorem znowu wyprawić z pokoju. Na szczęście Caldwell nie przyszedł. Zamiast niego zjawił 

się   chłopak   z   wiadrem   buchającego   parą   wrzątku.   Gorąca   woda   oczywiście   wcale   nie   była 

potrzebna dla jakiegokolwiek zabiegu. Jednak okazała się pożyteczna zupełnie z innego powodu.

—No, Lewis, odwiąż tę ścierkę — poleciłem.

—Nie miałem nic lepszego — usprawiedliwił się.

Zajął się nogą, a gdy ją wreszcie odsłonił, ujrzałem...

—Lewis — zagadnąłem siląc się na spokój — kiedy ostatnio myłeś się?

—Dziś o świcie.

—W miseczce wody wielkości naparstka? Jak można żyć w takim brudzie? Masz tu wrzątek, 

zimna woda jest w tamtym kuble. Bierz miednicę i dalej do roboty! — rozkazałem Lewisowi.

Potulnie wykonał polecenie.

— Obie nogi! — dodałem gniewnie.

Uporał   się   dość   szybko   z   myciem,   po   którym   woda   nabrała   barwy   ciemnoszarej. 

Rozpakowałem   swą   podręczną   walizeczkę   lekarską,   wydobyłem   bandaż,   założyłem   zbędny 

opatrunek na zupełnie zdrową nogę.

—Jak długo tutaj pracujesz? — zapytałem wiążąc ostatni supeł.

—Dwa lata.

—Warunki?

—Zupełnie dobre. Nie narzekam.

— Gdy rozstawaliśmy się przed trzema laty, wspominałeś o farmie i o hodowli.

—Nie wyszło, doktorze.

—Zabrakło ci pieniędzy?

—A zabrakło — odparł z ledwo uchwytnym wahaniem w głosie.

—Przepuściłeś w saloonach. Lecz mniejsza z tym. Powiedz mi, Lewis, co cię przygnało w tak 

dalekie strony?

Szukałem pracy i nie mogłem znaleźć, a jak znalazłem, to była nieodpowiednia albo też licho 

płatna.   A   oprócz   tego,   niech   się   panowie   ze   mnie   nie   śmieją,   na   Dzikim   Zachodzie

robi się zbyt ciasno. Ja przywykłem do pustych przestrzeni i dalekich widoków...

background image

—Dalekich widoków — powtórzyłem nieco ironicznie. — Nie opowiadasz bajek, Lewis? 

Może znowu zaplątałeś się w jakąś paskudną sprawę?

—Przysięgam...

—No już dobrze, wierzę ci. Czym się tu zajmujesz?

—Właściwie... wszystkim po trochu. Posyłają mnie tam, gdzie nikt inny nie dałby rady.

— Jaki jest ten Caldwell?

Wytrzeszczy! oczy:

—Pan chyba powinien wiedzieć lepiej, doktorze, skoro u niego mieszka.

—No tak, ale według ciebie?

—To równy chłop, nosa nie zadziera. Ludzi traktuje jak... ludzi. Lubimy go, ale na mój rozum 

trochę z niego ślamazara i zbytnio ufa innym.

—Ślamazara?   —   podchwycił   Karol.   —   Chyba   ślamazara   nie   potrafiłby   tak   dobrze 

gospodarować.

—Tu wszystko idzie jak w maszynie, ale nie on tę maszynę zbudował, lecz jego ojciec.

Nie trafiło mi do przekonania takie wytłumaczenie.

—Nawet najlepiej zbudowana maszyna stanie, jeśli jej nie będą doglądać czyjeś mądre oczy, 

a naprawiać czyjeś sprawne ręce. Słuchaj Lewis, co tu się właściwie dzieje?

—A co się ma dziać ?

—Na przykład historia z krowami.

—Ach, to? Już pan o tym słyszał? Dziwna to sprawa, jak na mój pomyślunek.

— Podejrzewasz stampede? — zagadnął Karol.

Pokręcił głową.

—Zastanawiałem się nad tym. Chyba nie stampede. Zbyt często się powtarza. Zresztą... czy 

to możliwe, aby ze spłoszonego stada nie dała się odnaleźć ani jedna sztuka?

— Więc kradzież?

Znowu pokręcił głową.

—Nie — zaprzeczył energicznie. — Nasze krowy są cechowane, kto by je kupił?

—Naiwnie rozumujesz, Stone — zauważył  Karol. — Wypalone cechy można zatrzeć lub 

przerobić i to tak sprytnie,że żaden poprzedni właściciel swych znaków nie rozpozna.

—Niech będzie i tak, lecz komu tutaj można sprzedać stado? Chyba tylko w Reginie. A i o 

tym dowiedzielibyśmy się bardzo szybko i dokładnie. Caldwell ma w Reginie swego stałego 

odbiorcę, a tamten świetnie się orientuje w handlu żywcem. Moim zdaniem, nic z tych rzeczy.

—Więc co? — zapytałem. — Siedzisz tu, Lewis, od dwu lat i chyba miałeś czas poznać ludzi 

i okolicę.

background image

—Poznać to poznałem, ale nie tak dokładnie, jak pan sądzi, doktorze. Czasu nie starcza na 

włóczęgę po polach, a z innymi to się gada tylko przy robocie. Sąsiadów żadnych, najbliższa 

farma trzydzieści mil stąd, a poza tym pustka.

—Farma? — zdziwiłem się. — Nic nam o tym Caldwell nie wspominał.

—Po prostu nie uważał tego faktu za interesujący — spróbował wyjaśnić Karol.

—Byłeś tam kiedy, Stone?

—Wszystkiego dwa razy. Szukaliśmy tych zaginionych krów. Rzecz jasna, że ich nie było.

—Co to za farma? — wtrącił się Karol.

—Ani większa, ani mniejsza od naszej, tyle że nie tak dawno istnieje. Powstała dopiero po 

buncie nad Saskatchewanem. Tak mi mówiono.

—Co oni tam robią?

—Hodowla, jak u nas, lecz bez powodzenia. Słyszałem, że już dwa razy choroba wytłukła 

bydło, a raz woły potruły się złą paszą. Podobno na tamtych dzikich łąkach rośnie trujące 

ziele. W ten sposób O’Neil więcej się natrudził niż zarobił.

—To właściciel tamtego gospodarstwa?

A jakże. Beniamin O’Neil. Powiadają, że ojciec Beniamina starał się o naszą ziemię, lecz 

ojciec   Caldwella   uprzedził   go.   Mówiono   też,   że   miał   jakieś   znajomości   w   Hudson's   Bay 

Company, a te tereny stanowiły wówczas własność Kompanii. Ile w tym prawdy, nie wiem.

Lecz ja wiedziałem, co w gadaninie Stone’a było prawdą. Istotnie ojciec naszego gospodarza 

posiadał wpływy w zarządzie Kompanii, co pomogło mu w nabyciu odpowiedniego obszaru 

gruntu, przecież o tym już nam wspomniał Jonathan Caldwell. Czy jednak istotnie o te tereny 

starali się przed laty dwaj równocześnie ludzie? Mogło to być zwykłą plotką rozgłaszaną przez 

tak bezkrytycznych informatorów jak Lewis Stone.

—A Caldwell i ten O’Neil utrzymują ze sobą jakieś stosunki? — wyręczył mnie w kolejnym 

pytaniu Karol. — A jeśli tak, to jakiego rodzaju?

—Stosunki? — powtórzył Stone. — To znaczy, czy są znajomkami? No pewnie, że się znają, 

ale żeby między nimi była jakaś wielka przyjaźń, nie powiem. Gadać grzecznie do siebie 

potrafią, to wszystko.  Dwa razy bawiłem z Caldwellem  u tamtego  i nasłuchałem  się ich 

rozmów. Eleganckich. O’Neil, a jakże, pomagał nam w poszukiwaniu krów, które mogły 

przyłączyć się do jego stada. Bez skutku.

—Czy O’Neil nie proponował Caldwellowi nabycia jego farmy? To znaczy... czy nie chce 

kupić ziemi Caldwella?

—Nie wiem.

—Spróbuj   dowiedzieć   się.   Ci.   którzy   tu   pracują   dłużej   od   ciebie,   mogą   być   lepiej 

background image

zorientowani — powiedział Karol.

—Spróbuję — obiecał Stone — chociaż sprawa wydaje mi się nieprawdopodobna. Caldwell 

nie zgodziłby się na sprzedaż.

—Przepraszam, Karolu — wtrąciłem się — słuchaj, Lewis, kim jest Ben Halley?

—Nadzorcą kowbojów.

—Zapewne ma sporo zajęcia.

—Jak każdy nadzorca.

—To nie jest prawidłowa odpowiedź. Dużo ma roboty, czy nie?

— Dużo, bardzo dużo.

background image

—Hm...   —   zastanowiłem   się   —   i   tak   zapracowanego   człowieka   wysłano   z   nami   na 

wycieczkę. Pojmujesz coś z tego, Karolu?

—On sam się wysłał, doktorze, jeśli wolno rzecz w ten sposób określić.

—Bez porozumienia z Caldwellem? — zdziwiłem się.

—Byłem przy tym, doktorze. Caldwell pytał, czy ktoś z nas nie chciałby poobwozić dwu 

gości po okolicy? Mówił, że chodzi o małe polowanie. Wtedy nie wiedziałem, kim są ci jego 

goście, w przeciwnym wypadku pierwszy zgłosiłbym się.

—Przecież gospodarz mógł wyznaczyć, kogo chciał?

Stone zachichotał.

—Pan go widać jeszcze dobrze nie poznał. On ma taki zwyczaj, że jak przydarzy się jakaś 

dodatkowa praca, najpierw szuka ochotników, a dopiero gdy brak kandydatów...

—Rozumiem  przerwałem — więc to Halley zaproponował siebie?

—Tak. Nikomu z, nas nie uśmiechała się wędrówka po wertepach i nocleg na gołej ziemi.

—Ho,   ho!   —   zawołałem   rozbawiony.   —   Jakiż   to   wygodniś   zrobił   się   z   ciebie,   Lewis! 

Pamiętam czasy, w których nie sprawiało ci różnicy zasypianie na skale czy na stercie derek,

byle siodło było pod głową.

—To prawda, doktorze. Ale tu człowiek rozsmakował się w wygodzie.

Pomyślałem:   jakże   prymitywna   jest   ta   kowbojska   wygoda!   Drewniane   prycze,   wypchane 

słomą sienniki i takież poduszki. Czy ludzie Caldwella uznawali pościel? Wątpliwe, wnioskując 

z czarnych jak ziemia nóg Stone’a.

—Dziwne — podjąłem rozmowę — że Caldwell zgodził się na oderwanie od codziennych 

zajęć szefa swych kowbojów. i to w sytuacji, w której zależy mu na dobrym pilnowaniu stada.

Nie od razu  przystał  na  Halleya.  Stałem  obok, więc dostrzegłem,  jak się  zasępił.  Halley 

również to zauważył i natychmiast począł zapewniać, że przez parę dni nikt nie odczuje jego 

nieobecności, a jeśli chodzi o polowanie, któż lepiej zna myśliwskie okolice? I coś tam jeszcze 

dłużej tłumaczył, aż Caldwell klepnął go po ramieniu i kazał iść ze sobą. Pewnie, żeby omówić 

wycieczkę. Później dotarły do nas słuchy, że wybraliście się. wozem, więc przez dwa wieczory 

w naszej sypialni wykpiwano dwu greenhornów, którzy na furze pewnie przywieźli armatę, by 

strzelać do dzikich indyków.

—Słyszysz, Karolu?

—Przepraszam — usprawiedliwiał się Stone — ja tylko opowiadam, jak było...

—I bardzo dobrze, Lewis — pochwaliłem. — Lecz niech cię język nie świerzbi zdradzić, kim 

jesteśmy. Ani pary z ust na ten temat.

—To bardzo ważne — poparł mnie Karol.

background image

—O, jakaś tajemnica?

—Być może — odparłem wymijająco. — Zresztą nadejdzie czas, w którym dowiesz się o 

wszystkim.

— Czy to ma być coś przeciw Caldwellowi?

Wyczułem niepokój w jego głosie.

—Nie — odparłem — daję ci słowo, że nie. Wręcz przeciwnie, w interesie Caldwella.

Twarz mu się rozjaśniła.

—Zapytałem, doktorze, ponieważ...

—Niepotrzebne  wyjaśnienia,  Lewis. Twoje pytanie  jest słuszne i w odpowiedniej  zadane 

chwili.

Rzekłszy to nabrałem pewności, iż od ostatniego spotkania, przed laty, Stone nie zszedł z 

uczciwej   ścieżki.   Zaiste   pomyślny   wypadek   zesłał   nam   do   pomocy   tego   człowieka. 

Stwierdziwszy ten fakt zaraz poczułem się lepiej. Zabawne! Bo przecież nadal błąkaliśmy się w 

takim samym mroku, jak w dniu przybycia do “Alicji”.

— Wracając do sprawy Halleya — Karol podjął przerwany temat — co jeszcze o nim wiesz?

— Powiem szczerze, ten jegomość nie podoba mi się.

—  Miałeś z nim zatarg?

Pokręcił przecząco głową.

—Nigdy.   Nie   odważyłbym   się.   Halley   to   zaufany   człowiek   gospodarza.   Mógłby   mnie 

wygryźć, a gdzież znajdę lepszą pracę ?

—Czy jest to podstępny chytrus?

—Nie. Rzecz tkwi w czymś innym. Trudno określić.

—Spróbuj, Stone — zachęciłem.

—No... nie lubię ludzi zbyt grzecznych.

—A   to   coś   nowego!   Grzeczność   jeszcze   nikomu   nie   zaszkodziła   —   zauważył   Karol   i 

równocześnie zerknął na mnie porozumiewawczo.

—Pewnie, że nie zaszkodziła — odpowiedział Stone. — Lecz jej nadmiar budzi podejrzenie. 

Halley   oblewa   wszystkich   całymi   kubłami   grzeczności.   Jak   długo   można   to   cierpieć?   Z 

początku   sądziłem,   że   tylko   do   mnie   tak   się   odnosił,   i   rosłem   w   dumę.   Ale   szybko 

spostrzegłem, że on postępuje podobnie i z innymi. Znalazło się dwu takich, którzy wzięli za 

dobrą   monetę   gładkie   słówka   Halleya   i   poczęli   się   uważać   za   lepszych   od   innych,   ba, 

próbowali nawet zająć jego miejsce. Kiepsko to dla nich się skończyło.

—Utracili pracę?

—A jakże! Caldwell ich zwolnił bez długiego gadania.

background image

—Za co?

—   Za   to,   że   źle   pracowali   i   że   podburzali   innych   kowbojów   przeciw   Halleyowi.   Nie 

zauważyłem, żeby podburzali, a co się tyczy pracy, hm... być może, że w końcowym okresie 

troszkę ją zaniedbywali, ale to nie powód, żeby tak od razu odprawiać ludzi z kwitkiem. Nie 

wiem, o co jeszcze Halley ich oskarżył, lecz znalazł poparcie Caldwella.

—1 co się z tą dwójką stało? — zapytał Karol.

—Po prostu odeszli. Słyszałem, że próbowali nająć się w gospodarstwie O’Neila, jednak nic z 

tego nie wyszło.

—Szkoda — mruknął Karol — chętnie pogadałbym z nimi.

Nie możemy Stone’a dłużej zatrzymywać — wtrąciłem się. — Przez tyle czasu potrafiłbym 

przeprowadzić niezłą operację i dodatkowo obandażować dwa tuziny zwichniętych nóg. Wracaj 

do swoich, Lewis, a nie zapomnij kuleć i podpierać się kosturem. Dziś i jutro. Pojutrze odwiedź 

nas. I trzymaj język za zębami.

—Za to oczami ruszaj na wszystkie strony — zalecił mój towarzysz.

—Będę ruszał — obiecał. — Gdybym chociaż wiedział, o co panom chodzi ?

—O wszystko — wyręczył mnie w odpowiedzi Karol. — Interesuje nas wszystko, co tu się 

dzieje i ma jakiś związek z bydłem.

—Ooo! — zdziwił się, lecz nie zadał żadnego więcej pytania.

Zabawnie kulejąc i postukując kijem podszedł do drzwi, skłonił się i zniknął. Zapomniałem 

wezwać go do wylania wody i wyszorowania okropnie brudnej miednicy.  Uczynił to Karol, 

podkreślając, iż to jest jego wkład do mej lekarskiej praktyki. Nie mniej ważny od kurowania 

całkowicie zdrowych pacjentów.

Energicznie zapukano do drzwi.

To był Caldwell. Co za szczęście, że dopiero teraz się zjawił.

— Przepraszam   —   zagaił.   —   Wezwano   mnie   do   pilnej   roboty.   Jak   tam,   doktorze,   ze 

Stone’em?

Wyjaśniłem, że sprawa jest błaha, a za dwa, trzy dni Stone będzie skakał jak antylopa.

—Dobrze, bardzo dobrze — ucieszył się — nie powiem, abym specjalnie kochał Stone’a, 

jednak to łebski chłop, najlepszy mój pracownik po Halleyu, którego już zdąży liście poznać.

—Owszem   —   przytaknąłem.   —   Mówił   pan   Halleyowi   o   naszych   spostrzeżeniach   z 

wycieczki?

—Nie wspomniałem ani słówkiem, zgodnie z panów zaleceniem.

—Zgodnie z naszą prośbą — poprawił Karol. — Dziękuję w imieniu własnym i przyjaciela. 

W pewnych sprawach zachowanie całkowitej tajemnicy jest już zarodkiem powodzenia.

background image

—Czy to oznacza, iż wpadliście na jakiś ślad?

—Nie, lecz wydaje mi się, iż tego śladu jesteśmy bardzo blisko. Widzi pan, istnieje takie 

prawnicze stwierdzenie, iż przestępcy należy szukać wśród tych, którzy z przestępstwa mogą 

uzyskać korzyść.

—To jasne — uśmiechnął się Caldwell. — Na moich zaginionych krowach zyskał złodziej.

—Co zyskał? Jak pan sądzi?

—No... materialną korzyść.

—Pieniądze?

—A cóżby innego?

—Uważa pan, iż bydło zostało sprzedane?

—Oczywiście, chociaż nie posiadam na to żadnego dowodu. Jeśli je sprzedano, to na pewno 

nie w Reginie. Doprawdy — wyznał z desperacją w głosie — zupełnie nie wiem, co o tym 

sądzić!

—A ja uważam — odparł Karol — iż jeśli bydło nie zostało sprzedane w Reginie, nie zostało 

w ogóle sprzedane. I podejrzewam, że nie chodzi tu o pieniądze w tym sensie, w jakim pan to 

rozumie. Materialna korzyść to nie tylko pieniądze.

—O czym pan myśli? — zdumiał się gospodarz.

—Na początku naszej znajomości pytałem pana, czy nie ma jakichś zawziętych wrogów, bo 

podejrzewać można również zemstę. Jest to działanie nie oparte na żadnych materialnych 

motywach,   lecz   sprawca   wcale   nietrudny   do   odkrycia,   jeśli   się   wie,   kto   ma   z   nami   “na 

pieńku”. Dowiedziałem się wówczas, iż nie ma pan takich wrogów.

—Nie mam — potwierdził stanowczo Caldwell. — Uważam, że gdybym miał, sam padłbym 

ofiarą, a nie moje krowy.

To byłoby zbyt prymitywne i zbyt ryzykowne dla sprawcy — zauważył Karol. — Być może 

chodzi w tej sprawie o zniszczenie pańskiej gospodarki.

—Komu co z tego przyjdzie?

—Może... okazja do nabycia za bezcen pańskiej farmy?

—Po co? Dokoła jeszcze pustkowie, jest w czym wybierać.

—Lecz wygodniej przyjść na gotowe.

—I dlatego ten “ktoś” niszczy moje stada?

—Dlatego.

—Przypuśćmy. Lecz gdzież podziały się moje uprowadzone krowy?

—Może spoczywają w bagnie, może zagnano je na kraniec głębokiego parowu i leżą tam 

teraz na jego dnie.

background image

—A któż je mógł tam zagnać?

—Człowiek — odparł bez uśmiechu Karol — albo kilku ludzi. Chyba jeden nie dałby rady.

—Obcy?

—Nie sądzę. Obcy kręcąc się w tych okolicach zwróciłby na siebie uwagę. W tej sprawie 

maczają palce pańscy ludzie, podejrzewam to.

—Posądza pan o tak niecne sprawki moich kowbojów? — oburzył się gospodarz.

—Muszę, ponieważ w przeciwnym wypadku należałoby uznać istnienie jakichś złowrogich, 

nadprzyrodzonych sił.

—Żaden z moich kowbojów, jak ich znam od lat, nie ma ambicji prowadzenia farmy, skąd 

zresztą   miałby   pieniądze?   Na   kupno   ziemi,   na   odnowę   stada?   Na   to   potrzebne   są   spore 

fundusze, a kowboje, proszę mi wierzyć, nie zaliczają się do oszczędnych.

—Prawda — zgodził się Karol. Dlatego, jeśli me podejrzenia są słuszne, ktoś inny, ktoś na 

uboczu mąci tu wodę. Porywacze pańskiego bydła nie działają z własnej inicjatywy.

—A to śliczną historię mi pan opowiada! Po prostu spisek!

—Coś w tym rodzaju. Jeśli pan tak uważa.

—Wcale nie uważam! — oburzył się Caldwell. — Doprawdy, trudno uwierzyć w to, co pan 

sugeruje.   Moi   ludzie   przeciw   mnie?   Niesłychane!   Z   pewnością   pan   się   myli.   I   cóż   im 

przyjdzie z mojej ruiny? Tyle, że stracą pracę i zarobek.

—Proszę nie wpadać w przesadę — spokojnie zauważył Karol. — Przypuszczam, iż w grę 

wchodzą dwie, trzy osoby, a cała reszta pańskich pracowników to uczciwi ludzie.

—Na czym pan opiera takie twierdzenie?

—Na   tym,   że   gdyby   złodzieje   stanowili   większość,   już   dawno   nie   miałby   pan   krów,   a 

prawdopodobnie i ziemi.

—A toś mnie pan pocieszył! — żachnął się gospodarz.

—Bo to jest pociecha, jeśli rzecz rozważyć na zimno.

—Łatwo   panu   powiedzieć.   Czuję,   jak   gdybym   stał   na   minie,   która   lada   chwila   może 

wybuchnąć. Do licha, czy nie ma na to żadnej rady?

—Oczywiście, że jest. Przede wszystkim należy zachować spokój, po drugie udawać, że się 

nikogo i niczego nie podejrzewa. Po trzecie dobrze obserwować swych pracowników. Resztę 

niech pan pozostawi nam obu. Po to przecież tutaj przybyliśmy.

—No... to już brzmi lepiej.

—A co się tyczy  Stone’a — dorzucił  Karol — czy go pan kocha, czy nie kocha, moim 

zdaniem to człowiek chyba bardziej godny zaufania od Halleya.

Caldwell aż zamrugał oczami z wrażenia.

background image

— Szybko  poznaje się pan na  ludziach  — zauważył  z przekąsem.  — Nie  mam  nic  do 

zarzucenia  Stone'owi, jednak Halley pracuje u mnie od lat, poznałem go świetnie i za jego 

uczciwość  ręczę  własną   głową.  W  przeciwnym  wypadku  nie   zrobiłbym   go  nadzorcą   moich 

kowbojów.

— Lecz   nie   potrafi   pan   wyjaśnić   dziwnego   zachowania   się   Halleya   podczas   naszej 

wycieczki. Chociaż, być może to zachowanie się nie pozostaje w żadnym związku ze znikaniem 

krów.   Pan   —   zwróciłem   się   do   gospodarza   —   zna   dłużej,   a   więc   na   pewno   lepiej,   swych 

pracowników od nas, lecz my, właśnie jako obcy, możemy być bardziej uczuleni na zjawiska 

uchodzące   pańskim   oczom.   Jedyna   droga   do   wykrycia   prawdy   wiedzie   poprzez   baczną 

obserwację pańskich ludzi, w tym i Halleya.

—Słusznie,   doktorze   —   poparł   mnie   gospodarz.   —   Nie   posiadałem   jednak   i   nadal   nie 

posiadam żadnych dowodów przeciw Halleyowi. Pracuje bez zarzutu, jest chętny, skromny i 

bardzo   grzeczny.   A   poza   tym,   potrafi   zachęcać   innych   kowbojów   do   sprawnego 

wykonywania obowiązków. Nie mogę też zapomnieć o pomocy, jaką mi służył w tamtych 

dniach powstania Metysów.

—Mocne   są   to   argumenty   —   stwierdził   mój   przyjaciel   —   lecz   pozwoli   pan,   iż   nadal 

pozostanę tym podejrzliwym, który szuka dziury w całym. Taką już mam naturę.

—Och, nie będę się upierał — łagodniejszym już tonem powiedział Caldwell — jeżeli tylko 

pański pogląd na sprawę przyczyni się do zdemaskowania łotra, czyhającego na moje stado. 

Nie   chcę   wpływać   na   sposób   przeprowadzania   śledztwa.   Wiem,   że   będzie   najlepszy   z 

najlepszych. Proszę więc szukać tej dziury w całym. Na pewno nie będę przeszkadzał, nawet 

jeśli podejrzenia zwrócą się przeciw osobie, którą uważam za najbardziej godną zaufania. A 

teraz pożegnam panów.

—Jeszcze tylko jedno pytanie — powstrzymał go Karol.

—Słucham.

—Czy w okresie ostatnich kilku lat, nim wydarzyła się ta historia z bydłem, nie trafiały się w 

pańskim   gospodarstwie   lub   w   okolicy   jakieś   wypadki   zwracające   uwagę,   trudne   do 

wytłumaczenia, których przyczyna nie została odkryta?

—Nie wiem, co pan ma na myśli.

—Dosłownie wszystko, chociażby pożary prerii, kradzieże, pojawianie się obcych w tych 

stronach, ot, tego rodzaju zdarzenia przerywające normalny rytm życia.

Hm... na mojej farmie nic takiego nie zaobserwowałem. A jeśli chodzi o wieści z okręgu 

Saskatchewan, istotnie słyszałem o kradzieżach bydła, a jeden raz o podpaleniu łanu pszenicy. 

Jeśli to oczywiście było podpalenie, a nie samozapalenie się. Po za tym... włóczęgostwo. Trafia 

background image

się.   Te   bezludne   strony   są   nie   tylko   magnesem   przyciągającym   myśliwych,   lecz   również 

stanowią doskonałe schronienie dla uciekających przed prawem przestępców.

—A...   —   Karol   zawahał   się   —   czy   jest   rzeczą   prawdopodobną,   aby   wśród   pańskich 

pracowników ukrywał się tego rodzaju człowiek?

—Raczej   nie.   Musiałby   się   doskonale   maskować.   Wszyscy   moi   kowboje,   jak   już 

wspomniałem są tu zatrudnieni od lat, z wyjątkiem trzech. Ale i ci trzej sprawują się dobrze.

—Według opinii Halleya? Caldwell roześmiał się.

—Nie tylko. Ja ich również bacznie obserwowałem.

—Niech   będzie   i   tak.   Nie   miał   pan   jakichś   zatargów   z   Metysami   w   okresie   przed   i   po 

powstaniu Riela?

—Nigdy. Ja farma leży zbyt daleko na północ od metyskich ośrodków. Na moje szczęście. W 

przeciwnym wypadku partyzanci Riela nie pozostawiliby w spokoju mego gospodarstwa.

—A Indianie? W okresie rebelii?

—W   naszych   stronach   nie   było   żadnych   napadów,   jak   daleko   potrafię   sięgnąć   pamięcią 

wstecz. Ojciec nigdy nie wspominał mi o takich wypadkach.

—To wszystko, bardzo dziękuję, a gdyby przypadkiem coś nowego przypomniało się panu, 

proszę nam powiedzieć.

Obiecał solennie i zaprosił na wieczorną pogawędkę.

—Jeśli was interesują tamte czasy, chętnie o nich szczegółowiej opowiem.

—Świetnie! — wykrzyknął Karol. — Przewiduję, iż pańska opowieść będzie długa, a ja dziś 

nie zamierzam wcześnie kłaść się spać.

Zdumiała mnie taka odpowiedź, więc, gdy Caldwell nas opuścił, zapytałem:

— Co znaczy, Karolu, twoja uwaga o wczesnym spaniu? Czy ci tak zależy na powtórnym 

wysłuchaniu   historii   rebelii?   Znasz   ją   wystarczająco   dokładnie.   Chyba,   że   chodzi   ci   o   coś

zupełnie innego.

Pokiwał głową potakująco.

—Nowa myśl zaświtała w mej głowie.

—Oj — zaniepokoiłem się.

Nowe   myśli   Karola,   jak   orientowałem   się   z   wieloletniej   z   nim   znajomości,   najczęściej 

prowadziły do bardzo ryzykownych przedsięwzięć.

—Nie przerażaj się, Chodzi Jedynie o nocną wycieczkę.

—Dokąd.

—Och, niezbyt daleko. Co najwyżej do lasu.

—Liczysz, że tajemnicze sygnały powtórzą się?

background image

—To jest prawdopodobne. Zobaczymy.

—A jeśli się nie powtórzą.

—Wówczas zrezygnujemy z wycieczki.

—Na pewno zrezygnujemy. Trudno bowiem przypuszczać, aby ta dziwna wymiana sygnałów 

(jeśli to są sygnały?) odbywała się każdej nocy.

—Kto wie?

—Zbyt wielkie ryzyko. Te prawdziwe czy rzekome sygnały mogą zwrócić uwagę osoby nie 

wtajemniczonej. Aż dziwne, że do tej pory nie zainteresował się nimi żaden mieszkaniec

“Alicji”. Prawdziwa zagadka. Bo czemu to przybysz z lasu nie przekaże swych informacji 

osobiście, w bezpośredniej rozmowie?

—Łatwo odgadnąć: ponieważ jest to osoba, której pojawienie się na terenie “Alicji” mogłoby 

wzbudzić podejrzenie wśród tutejszych mieszkańców. Ten “ktoś” lęka się, iż przypadkowo 

zostanie zauważony.

—Wielce to tajemniczy wywód, Karolu.

—Ba, cała historia ze znikającym stadem jest wielce tajemnicza.

— Pewnie, pewnie. Wypytywałeś Caldwella o Metysów. Czyli nie odrzucasz przypuszczeń 

porucznika?

— Oczywiście, że nie. Ale, jak dotąd, nic nie wskazuje na to, aby jacyś pogrobowcy Riela 

maczali  palce w interesującej  nas sprawie. Zresztą słyszałeś, co mówił  nasz gospodarz. Ani 

jednego zahaczenia.

— Może Caldwell coś ukrywa przed nami.

—Chyba sam w to nie wierzysz?!

—Istotnie, nie wierzę. Poczynam się kręcić jak kot za własnym ogonem. Zbyt wiele poszlak i 

ani jednego faktu, który by wskazywał nam właściwą drogę.

—Nie   kłopocz   się.   Zbyt   krótko   tu   bawimy,   zbyt   słabo   poznaliśmy   otoczenie,   a   przede 

wszystkim ludzi mieszkających w “Alicji”. Ale przyjdzie czas na to. Mitchell nie jest przecież 

idiotą, dlatego że jego śledztwo nie dało wyników. Pracował na pewno sumiennie i mądrze i 

nic. A skoro tak się rzeczy mają, musimy uzbroić się w cierpliwość, mieć oczy szeroko 

otwarte   i   uszy   nastawione   na   każdy   szmer.   Mamy   szansę   większe   od   Mitchella,   bo   nie 

wzbudzamy w nikim podejrzeń, nikogo nie straszymy “czerwoną kurtą”, a to, że biorą nas za 

greenhornów, bardzo ułatwia uzyskanie informacji.

Roześmieliśmy się obaj.

—   No,   chodźmy   się   przewietrzyć.   Siedzenie   w   pokoju   nie   przysporzy   nam   ani   uncji 

mądrości.

background image

Pozostała część tego dnia upłynęła bez żadnych niespodzianek, co należy traktować raczej 

jako niepomyślny zbieg okoliczności.

O zmierzchu Caldwell poprowadził nas do swego gabinetu. Tam wydobył z przepastnej głębi 

szafy butelkę whisky (“Old Canadian Club”), szklanki i pudełko cygar.

Zapadliśmy w głębiny obszernych foteli. Szarość nadciągającej nocy wisiała za uchylonym 

oknem, a lekki podmuch wiatru wpadający przez szparę niósł z sobą wonie ziół, usychających 

traw i ostatnich, jesiennych kwiatów. Było zdumiewająco ciepło jak na tę porę dnia i roku.

Gdzieś w niewielkiej odległości rozlegało się przytłumione porykiwanie bydła pędzonego do 

wodopoju, delikatne rżenie koni i poszczekiwanie psów. Ot, takie sielskie odgłosy słyszane z 

końcem każdego dnia na każdej większej farmie.

Sięgnęliśmy   po   szklanki,   zapalili   cygara   i   Caldwell   rozpoczął   swą   opowieść.   Była   ona 

powtórzeniem   tego,   o   czym   mówił   nam   Mitchell.   Ale   obfitowała   w   szczegóły,   niekiedy   w 

korytarzu biegnącym poprzez starą część domostwa. Znowu Karol począł mnie ciągnąć za rękę a 

zwolnił uścisk dopiero wówczas, gdy w dalekiej, jak się wydawało, czerni dostrzegłem wąską 

smugę szarości. Nie miałem pojęcia, co to mogło być.

O mało nie wpadłem na Karola, gdy raptownie przystanął. Później jego dłoń spoczęła na 

moim ramieniu i ruszyliśmy dalej, ale już wolno, niczym dwa bezgłośne duchy.

Smuga szarości poszerzała się z każdym naszym krokiem. Nie miałem już wątpliwości, że jej 

źródłem jest lampa lub świeca. Jednak to źródło znajdowało się nie przed nami, lecz gdzieś z 

boku.   Na   koniec   dostrzegłem   ledwo,   ledwo   uchylone   drzwi.   To   właśnie   tędy,   szparką, 

przeciskała się z oświetlonego pokoju w ciemność korytarza strużka przyćmionego blasku. Jak 

się po chwili ^kazało, była nią raczej poświata księżycowa niż ogień rozniecony ludzką ręką.

Lękałem   się   głośniej   odetchnąć   widząc,   jak   z   każdym   krokiem   zbliżają   się   ku   mnie 

tajemniczo   uchylone   drzwi.   Wreszcie   znaleźliśmy   się   u   celu.   Moje   oczy,   przywykłe   do 

ciemności, oślepione zostały “blaskiem”, lecz trwało to kilka sekund zaledwie. Karol podniósł 

ostrzegawczo lewą rękę i przyłożył głowę do szpary, później skinął na mnie, bym go naśladował. 

I oto ujrzałem wnętrze pokoju, raczej komnaty, tak obszerne było pomieszczenie. Zalana była 

księżycowym światłem wpadającym przez dwa spore okna. Przed jednym z nich, odwrócony do 

nas plecami, stał jakiś mężczyzna. Dostrzegłem, jak porusza rękami, jak od szyby, którą częś-

ciowo zasłaniał, odbija się blask o żółtej barwie, odmiennej od srebrzystych migotań nocy.

Oderwałem oczy od szpary i spojrzałem na Karola. Przyłożył  palec do warg a następnie, 

niesłychanie wolno, pociągnął za klamkę. Przestrzeń między drzwiami a futryną poczęła grubieć, 

równocześnie grubiała smuga jasności. Jak to długo trwało? Na pewno bardzo krótko, lecz dla 

mnie ta chwila była próbą nerwów i cierpliwości. Na koniec powstało przejście odpowiednio 

background image

szerokie. To, że podczas otwierania drzwi ich zawiasy ani razu nie zapiszczały,  było chyba 

zbiegiem okoliczności, albo też wyjątkową troską Caldwella o stan domu. Być może, co pewien 

czas smarował zawiasy drzwi tłuszczem.

— Teraz — szepnął Karol i pierwszy wszedł, a raczej wśliznął się do pokoju.

Obaj byliśmy bez butów, więc mój przyjaciel wkroczył bezszelestnie i człowiek przy oknie na 

pewno   nie   przeczuwał   żadnej   niespodzianki.   Ruszyłem   za   Karolem,   stąpając   na   palcach   i 

stawiając możliwie jak najdłuższe kroki. Wszystko to czyniliśmy bardzo sprawnie, w zupełnej 

ciszy.   Jestem   pewien,   że   nasz   plan   zakończyłby   się   całkowitym   zaskoczeniem   tajemniczej 

postaci przy oknie, gdyby nie ta piekielna zaiste kałuża nafty na podłodze! Że to była właśnie 

nafta, stwierdziłem nieco później, co w niczym nie poprawiło sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

Gdy Karol bezszelestnie zmierzał ku oknu a ja za nim, poczułem nagle, że moja prawa stopa, 

a raczej skarpetka na tej stopie, przesiąkła chłodną wilgocią. W sekundę, a może nawet w pół 

sekundy, później moja prawa noga, poślizgnąwszy się, wykonała gwałtowny ruch ku przodowi. 

Runąłem   na   posadzkę,   pomimo   rozpaczliwych   prób   utrzymania   równowagi.   Lecz   to   nie 

wszystko. Waląc się, potrąciłem jakiś taboret stojący tuż-tuż. Sprzęt runął z trzaskiem, który w 

tej ciszy zabrzmiał jak grom.

Teraz wypadki potoczyły się błyskawicznie,  szybciej  niż zdążyłem  je dostrzec,  wstając z 

podłogi. Usłyszałem jakiś brzęk, tupot i trzask zamykanych drzwi. Dopiero teraz zauważyłem 

Karola   usiłującego   sforsować   małe   drzwiczki,   znajdujące   się   w   głębi   pokoju.   Podbiegłem. 

Szarpanie klamką nie dało żadnego rezultatu.

—Przekręcił klucz — poinformował mnie Karol zdyszanym szeptem. — Czy nie potrafisz 

chodzić ostrożniej?

—To nafta. Ktoś rozlał naftę na podłodze...

— A niech to licho! Chodź. Nie spisałeś się, Janie.

Pociągnął mnie ku oknu. Na jego parapecie stała zapalona, naftowa lampka, na podłodze 

leżało błyszczące, okrągłe lusterko. Podniosłem je. Wówczas dostrzegłem w srebrzystej dali, hen 

pod lasem, błysk, który powtórzył się trzykrotnie.

Karol wyrwał z mej dłoni lusterko i umieściwszy je za lampką powtórzył sygnał. — Co to 

znaczy?

— Nie wiem — odparł — lecz nim tamten zorientuje się, iż zmienił się nadawca, będę już 

pod lasem. Nie odchodź od okna i powtarzaj sygnały tamtego.

Odwrócił się i pobiegł cicho jak cień znikając w czerni korytarza. Pozostało mi odgrywać rolę 

tajemniczego sygnalisty, którego ocaliła przeklęta nafta. Żebym chociaż orientował się w sensie 

przesyłanych  świetlnych znaków? W tej chwili “las” znowu zamrugał. Odczekałem chwilę i 

background image

posłałem identyczny sygnał. Powtórzyło się to parokrotnie. Zdaje się, iż odbiorca począł się 

denerwować. Moje odpowiedzi na jego pytania (tak to sobie wyobraziłem) musiały brzmieć 

bezsensownie lub w ogóle nic nie znaczyły. Sześć razy zamigotało w lesie i zgasło. Sześć razy i 

ja   zamigotałem.   Teraz   nastąpiła   długa   przerwa.   Czyżby   człowiek   z   lasu   dostrzegł   coś 

podejrzanego?   Jednak   nie.   Bo   po   niepokojącej   mnie   przerwie   znowu   powtórzyło   się   sześć 

błysków. Odpowiedziałem trzema sygnałami. “Las” dał się oszukać. A może ja przypadkowo 

trafiłem   na   właściwy   układ   sygnałów?   Na   trzy   sygnały   otrzymałem   również   trzy   błyski. 

Rozzuchwalony takim powodzeniem operowałem lusterkiem coraz śmielej. Jak to długo trwało? 

Trudno określić: godzinę, dwie... Wreszcie sygnały leśne urwały się. Na moje dalsze migotania 

nie uzyskałem już odzewu. Stwierdziłem równocześnie, iż księżyc dziwnie pobladł, gwiazdy 

przygasły, nadciągał przedświt. A Karol? Cóż stało się z Karolem?

Porwałem lusterko, przebiegłem przez pokój, a później przez korytarz, obecnie już nie tak 

czarny. Trafiłem do naszego pokoju. Mego przyjaciela w nim nie było. Chwyciłem za winczester 

i własne buty. A później po schodach, jak to się mówi potocznie: na łeb, na szyję... dotarłem do 

hallu. Drzwi na werandę znalazłem otwarte.

Siadłem na schodach, by wdziać obuwie. Ogród przebyłem biegiem, a gdy już znalazłem się 

poza dziwaczną palisadą, zerknąłem za siebie. W jednym z okien piętra mdłym  światełkiem 

jarzył się płomyk naftowej lampki. Nie zgasiłem go pospiesznie opuszczając pokój. I słusznie. 

Bo to oświetlone okno leżało na wprost miejsca nadawania sygnałów, wyznaczając w ten sposób 

kierunek mej drogi.

Ruszyłem półbiegiem, mocno pochylony, aby stanowić jak najmniej widoczny punkt wśród 

nagiej płaszczyzny.  Gdy ściana lasu stała się wyraźna, skręciłem w bok i dopadłem jej paru 

skokami. Dysząc ze zmęczenia, oparty o pień drzewa, próbowałem odszukać “moje” okno z 

lampką. Z trudem mi to przyszło, mimo iż cały budynek pogrążony był w ciemnościach. Dość 

znaczna   odległość   czyniła   z   naftowego   płomyka   ledwie   widoczny   punkcik.   Oto   dlaczego 

sygnalista używał wzmacniającego światło lusterka.

Ścisnąłem mocniej strzelbę w garści i krok po kroku począłem zmierzać w kierunku miejsca, 

gdzie jeszcze niedawno musiało gorzeć wielkie ognisko. Obecnie nie zamigotał  najmniejszy 

nawet płomień. Kto zgasił ognisko? Ten, kto go rozpalił, czy Karol?

Stąpałem   bardzo  ostrożnie,  zatrzymując   się  co kilka   kroków,  aby  nadsłuchiwać.  Złotawy 

punkcik “mego” okna znajdował się jeszcze nieco z boku. Przewiesiłem winczester przez plecy i 

począłem czołgać się. Na szczęście nie wyszedłem z wprawy, a przecież oblałem się potem, gdy 

wreszcie świecące okno znalazło się na wprost miejsca, w którym leżałem. Cisza wisiała nad 

łąką, cisza panowała w głębi boru. Wiedziałem jednak, z wielu doświadczeń, iż cisza może być 

background image

najbardziej   zwodniczym   odczuciem.   Jej   intensywność   zależy   jedynie   od   słuchu   człowieka, 

więcej nawet — od umiejętności słuchania. Bo i to trzeba umieć. Mieszczuch zagubiony w lesie 

nie zwróci uwagi nawet na jedną trzecią dźwięków, które w uszach starego trapera brzmią z siłą 

kościelnych   dzwonów.   Faktem   bowiem   jest,   iż   monotonny   szum   miejskich   ulic   działa 

przytępiająco na nasz zmysł słuchu. Przeniesieni z miejskiej ulicy w bezludne połacie prerii i 

borów stajemy się głusi na mowę przyrody: trzask gałązek, delikatny poszum drzew czy szelest 

traw. Uchodzi naszej uwadze nie tylko stąpanie drapieżnika, lecz również głuchy tupot antylopy,

łosia czy jelenia. 

Wiedziałem o tym, wiedziałem o niedoskonałości swego słuchu, pomimo niezłej szkoły przy 

boku Karola. Nic więc dziwnego, że nie żywiłem zaufania do tej ciszy. Mogła być pozorna i 

kryć niebezpieczne niespodzianki.

Na dłoniach i na kolanach, niekiedy na czubkach butów, co jest sposobem wymagającym 

długiego treningu, najbardziej męczącym i na dłuższą odległość nie do zniesienia nawet przez 

najbardziej fizycznie wytrzymałego mężczyznę — posuwałem się w stronę przypuszczalnego 

ogniska, raczej śladu po nim. Ktoś mógłby powiedzieć, że była to zbyteczna ostrożność. Przecież 

przede mną wędrował Karol Gordon, człowiek posiadający znakomite doświadczenie. Jeśli nie 

wyszedł na me spotkanie, znaczyć to jedynie mogło, że udał się dalej, że w tym miejscu w ogóle  

nikogo nie ma.

Ba,   lecz   kilka   już   razy   w   minionych   latach   przekonałem   się,   jak   logiczne   rozumowanie 

“bierze w łeb” w warunkach, w których drobiazg decyduje o życiu człowieka.

Uniosłem głowę znad ziemi, aby stwierdzić, że znajduję . się dokładnie na linii oświetlonego 

okna. Przeleżałem jeszcze chwilę, intensywnie nasłuchując. Nic, zupełnie nic, najdelikatniejszy 

nawet szmer nie zabrzmiał ani w głębi boru, ani na łące. Podczołgałem się do najbliższego 

drzewa i wstałem.

Przede mną powoli poczynała szarzeć daleka przestrzeń. Księżyc znikł, gwiazdy gasły jedna 

po   drugiej,   jeszcze   tylko   w   głębi   boru   trwała   nieprzenikniona   noc.   Odetchnąłem   głęboko 

wciągając w nos woń spalenizny. A więc znajdowałem się bardzo blisko śladów po ognisku.

Przesunąłem się w bok i wówczas ujrzałem tuż przy pierwszych krzewach półkolisty krąg — 

popiół.   Odczekałem   chwilę,   bacznie   obserwując   pobrzeże   lasu.   Później   dotknąłem   dłonią 

popiołu. Ciepły! Gdzie znajdował się człowiek, który rozpalił ognisko? A przede wszystkim — 

gdzie podział się Karol?

Było jeszcze zbyt mroczno na zbadanie śladów odciśniętych w ziemi. Postanowiłem poczekać 

z pół godziny a później — jeśli niczego więcej nie odkryję — wrócić do domu. Przecież Karol 

mógł dotrzeć do “Alicji” zupełnie inną drogą, a teraz niepokoi się moim zniknięciem.

background image

Okrążyłem  ślad po ognisku, obszedłem  skraj  lasu,  uczyniłem  kilka  kroków w jego głąb. 

Potknąłem się i przerażająca niespodzianka kazała mi zapomnieć o własnym bezpieczeństwie. W 

półmroku, pod krzakiem, którego liście poczynały opadać, dojrzałem męski trzewik, czubkiem 

wbity w poszycie,  obcasem sterczący  ku górze. Nieczęsto  znajduje się  buty w dziewiczych 

lasach, chyba, że... tkwią na czyichś nogach, W moim przypadku naturalnym przedłużeniem 

cholewki okazała się właśnie noga!

Człowiek   spoczywający   pod   krzakiem   nawet   nie   drgnął,   gdy   ukląkłszy   powolutku 

wyciągałem bezwładne ciało. Odwróciłem je na wznak i o mało nie krzyknąłem. To był Karol!

Wszystkiego   oczekiwałem,   wszystkiego   spodziewałem   się,   lecz   nie   takiego   widoku. 

Chwyciłem za przegub ręki i wyczułem tętno, wprawdzie słabe, lecz miarowe. A więc — tylko 

omdlenie.   Jednak   utrata   przytomności   przez   tak   odpornego   fizycznie   mężczyznę   jak   Karol 

musiała być wynikiem bardzo ciężkiego urazu.

Rozpiąłem mu kurtkę, kamizelkę i koszulę. Palcami obmacałem piersi, obojczyki i ramiona. 

Wyglądały   na   nie   uszkodzone.   Z   kolei   zająłem   się   głową,   pozbawioną   kapelusza,   który   na 

pewno leżał gdzieś w leśnym gąszczu. Teraz odkryłem przyczynę zemdlenia. Przesuwając dłonią 

po włosach poczułem lepką wilgoć. Krew! A więc uderzenie. Niełatwo przyszło mi znaleźć 

miejsce tego uderzenia. Wreszcie trafiłem: potężny guz w tyle czaszki. Jakże niebezpieczny cios, 

po którym  trudno natychmiast  stwierdzić,  czy nie spowodował głębokich i nieodwracalnych 

obrażeń   wewnętrznych.   Najpilniejszą   teraz   sprawą   stało   się   przywrócenie   rannemu 

przytomności. Gdybym  miał chociaż kubeczek wody! Musiałem użyć  innego sposobu, nieco 

okrutnego,   lecz   działającego   niezawodnie.   Silnie   nacisnąłem   krwawiące   obrzmienie.   Ból 

sprawił, że ranny jęknął. Począłem go klepać po twarzy.

—Karolu — zaszeptałem — słyszysz mnie?

—Tak — wybełkotał.

—Musimy dowlec się do domu. Spróbuj się podnieść.

Objąłem go wpół i nie bez trudu dźwignąłem. Nie potrafił iść, zapewne w wyniku zawrotu 

głowy. Dlatego droga powrotna wypadła wręcz koszmarnie. Po prostu dźwigałem Karola na 

swych   plecach.   Było   chłodno,   nawet   bardzo   chłodno,   lecz   nim   dotarliśmy   do   bramy   w 

ogrodzeniu, mokra koszula przylgnęła do mego ciała, a z czoła poczęły kapać grube krople potu.

Jeszcze   trudniej   wypadło   wejście,   a   raczej   wspinaczka   po   schodach.   Nie   chciałem,   aby 

ktokolwiek z domowników zauważył nas. Lecz jak tu zachować ciszę dźwigając pod górę i w 

mroku   bezwładne   ciało?   Chyba   tylko   szczęśliwym   zbiegiem   okoliczności   nie   zauważony 

dotarłem do drzwi naszego pokoju. Mocno musieli spać mieszkańcy “Alicji”.

Gdy wreszcie Karol spoczął na łóżku, omal sam nie padłem. Dysząc ciężko, z szumem w 

background image

uszach i wyschniętym na kołek językiem, przystąpiłem do ratowania przyjaciela.

Za oknem już wisiała szarówka, więc nie było potrzeby zupni cni a lampy. Miałem w swej 

apteczce bandaż i gazę, i mnóstwo wody w dzbanku stojącym obok miednicy. Woda była zimna, 

więc moje mokre okłady poskutkowały. Po kilku minutach Karol westchnął, chyba na znak ulgi. 

Dopiero teraz ściągnąłem mu buty, kurtkę i kamizelę.

— Jak się czujesz?

Znowu westchnął.

We łbie mi szumi jak w ulu... — zdołał wyszeptać, a po krótkiej przerwie dodał: — Musiałem 

dobrze oberwać.

— Aż za dobrze. Później mi opowiesz, a teraz staraj się zasnąć.

Napełniłem   szklankę   wodą,   wlałem   kilka   kropel   środka   uspokajającego   i   napoiłem 

przyjaciela. Wkrótce po miarowym oddechu poznałem, że zasnął. Zbadałem mu puls, a potem 

zrzuciwszy z siebie kurtę rozciągnąłem się na łóżku. Ogarnął mnie sen.

Czy dobrze postąpiłem?

Być może ktoś inny — a na pewno greenhorn — znalazłszy Karola nieprzytomnego, narobiły 

alarmu   na   całą   okolicę,   powyciągał   wszystkich   z   łóżek   i   zagnał   do   szukania   napastnika. 

Oczywiście bez skutku. Grupa ludzi jedynie pozadeptywałaby wszelkie ślady, a sprawca (a może 

sprawcy?) napadu zostałby szybko i dokładnie poinformowany o zamierzeniach przeciwników. 

Podejrzewałem bowiem, że człowiek, który zadał cios memu przyjacielowi, należał do stałych 

mieszkańców “Alicji”. Co prawda napastnikiem mógł być bezdomny włóczęga, lecz w jakim 

celu atakowałby Karola, zdradzając w ten sposób miejsce swego pobytu? Zbiegły przestępca 

dążący   do   zdobycia   palnej   broni?   Nie,   bo   tym   razem   Karol   nie   miał   przy   sobie   strzelby. 

Zresztą... świetlne sygnały nadawane z budynku świadczyły najlepiej o tym, że przestępca jest 

“tutejszym   człowiekiem”.   Tu   nasuwało   się   pytanie   —   dlaczego   porozumiewano   się   w   tak 

niedogodny sposób? Przeprowadzona w cieniu nocy bezpośrednia ustna wymiana informacji nie 

zwróciłaby niczyjej uwagi.

Doszedłem do wniosku (czas pokaże czy słusznego), że w sprawę jest wmieszany ktoś na tyle 

znany, iż jego pokazanie się na terenach “Alicji” wzbudziłoby zainteresowanie tutejszych ludzi. 

Ktoś, kto bał się zdemaskowania, i to tak bardzo, że nawet pod ochroną nocy nie odważył się na 

spotkanie z miejscowym pracownikiem Caldwella. Na ziemiach “Alicji” oczywiście. Wymiana 

świetlnych  sygnałów mogła być  uzupełniana spotkaniami osobistymi  gdzieś w odległych  od 

“Alicji” miejscach. Czego mogły dotyczyć takie rozmowy? 

Czy nie znikającego bydła? Taka myśl nasunęła mi się natychmiast. Lecz mogłem się mylić.

Jedno w tym   wszystkim  było  pewne:  w majątku  Caldwella  działy  się  bardzo  tajemnicze 

background image

historie, zaprzeczające pozornemu porządkowi i przekonaniu właściciela, że może polegać na 

uczciwości   swych   ludzi.   Oto   dlaczego   nie   zaalarmowałem   nikogo   z   mieszkańców   “Alicji”, 

dlaczego zachęciłem Karola do snu i sam ległem w łóżku.

Gdy   mój   przyjaciel   powróci   do   sił,   na   pewno   opowie   o   wypadku   i   dopiero   wówczas 

zdecydujemy obaj, czy trzymać go w tajemnicy, nawet przed Caldwellem, czy też zdradzić mu 

przebieg zdarzeń, a może nawet rozgłosić je wśród mieszkańców farmy.

Karol, po mych kropelkach uspokajających, spał jak suseł w norze, a ja byłem tak zmęczony, 

że obudziło mnie dopiero energiczne pukanie do drzwi.

Zerknąłem na zegarek. Za pięć minut dziesiąta! Zerwałem się z łóżka, jakby oblano mnie 

wiadrem lodowatej wody. Ładna historia!

Na rolniczej posiadłości taka godzina — to szczyt gospodarskich prac. Aż dziwne, że nikt nie 

obudził nas wcześniej, że nikogo nie zainteresowała nasza nieobecność na rannym posiłku.

Nacisnąłem   klamkę,   układając   w   głowie   jakieś   prawdopodobne   wyjaśnienie,   uzależnione 

jednak   od   tego,   kto   będzie   stał   po   drugiej   stronie   drzwi.   Sądziłem,   że   to   ktoś   ze   służby 

Caldwella, którego da się zbyć byle czym. Niestety, za drzwiami stał sam gospodarz.

Udałem radość.

—  Dzień dobry, doktorze — powitał mnie wesoło. — Proszę wybaczyć mą natarczywość. 

Przychodzę tu już drugi raz, lecz za pierwszym nie chciałem panów budzić.

Spojrzał przez moje ramię.

—Pan Gordon jeszcze śpi? — zdumiał się. — Czy przypadkiem nie zachorował?

Niech pan wejdzie — poprosiłem półgłosem. — Istotnie mój przyjaciel nie najlepiej się czuje. 

Sen mu dobrze zrobi, nie będę go budził.

— Przeziębiony? — zapytał zniżając za mym przykładem głos.

Zawahałem się. W końcu Caldwellowi należała się prawda. Sam nas tu zaprosił. Zmieniłem 

więc swój pierwotny zamiar i przypuściłem gospodarza do tajemnicy. Wskazałem mu krzesło, 

siadłem na sąsiednim.

—Niestety — rzekłem — nie jest to przeziębienie.

—Jak to? — wytrzeszczył na mnie oczy.

—Proszę posłuchać...

I tu opowiedziałem o nocnej historii. Aż pobladł z wrażenia.

—Czemu nie podniósł pan alarmu? Należało chociażby mnie obudzić.

—W jakim celu?

Pytanie zaskoczyło go tak bardzo, że na chwilę zaniemówił. Wykorzystałem ten moment, aby 

mu zaprezentować swe intencje, jakimi do tej pory się kierowałem.

background image

—I również pana proszę — dodałem — o zachowanie bezwzględnej tajemnicy. Do tej pory 

nie wiemy nawet, w jaki sposób Karol dał się zaskoczyć?

—Czy   to   słuszne?   —   wyraził   wątpliwość.   —   Tajemnicze   światło   w   nocy!   Tajemnicza 

sygnalizacja w oknie mego domu! Wielkie nieba! Cóż to tutaj się wyrabia?

Był przerażony.

— Wyrabia się — powtórzyłem — a wszystko to, podejrzewam, wiąże się ze znikaniem 

pańskiego bydła.

Pokręcił głową.

—Jeśli tak sprawy dalej będą się toczyć, któż na dłużej wytrzyma w “Alicji”?

—Trafił   pan   w   sedno   —   odparłem.   —   Przypuszczam,   że   chodzi   o   to,   by   “nikt   nie 

wytrzymał”, a pan poniósł takie straty, aby w ich konsekwencji zrezygnował z hodowli i z ca-

łej gospodarki.

Mówi pan przerażające rzeczy! Komu może na tym zależeć?

—Właśnie!   Mówiąc   słowami   Szekspira:   oto   jest   pytanie!   Niestety,   nie   potrafię   na   nie 

odpowiedzieć. Tym bardziej że nie znam tak jak pan dziejów tej posiadłości. Jedno jest dla 

mnie   pewne:   istnieje   osoba,   która   dąży   do   przejęcia,   może   drogą   kupna,   “Alicji”.   Jeśli 

doprowadzi pana do ruiny finansowej, osiągnie swój cel.

—To wygląda na ponurą fantazję, doktorze. W pobliżu nie istnieje żadna inna farma, nie mam 

uciążliwych sąsiadów, nie mam żadnych sąsiadów. Ziemi dokoła jest mnóstwo i to ona czeka 

na ludzi, a nie odwrotnie. Któżby czyhał na mą majętność, mogąc wybrać dowolny obszar w 

dowolnej części kraju?

Nie miałem zamiaru przekonywać go dłużej, zapytałem  jedynie  (mając  w pamięci to, co 

opowiadał Stone):

— Czy nigdy nikt nie proponował panu sprzedaży “Alicji”?

Zastanowił się chwilę.

—Owszem tak. Przed kilku laty.

—Ktoś zupełnie obcy?

—Nie, tutejszy farmer, O’Neil. Trzydzieści mil stąd znajduje się jego gospodarstwo.

—Więc jednak ma pan sąsiada?

—Och, przy takiej odległości i tutejszych bezdrożach trudno go za sąsiada uważać.

—Co mu po “Alicji”? Czy ma zbyt mało ziemi?

—Och, nie! Posiada nie mniej ode mnie. Sądzę, że powodem jest pech, jaki go prześladuje. 

On uważa, że stawszy się właścicielem “Alicji” odmieni wszystko na lepsze, a równocześnie 

pozbędzie się konkurenta w dostawie żywca do Reginy.

background image

—Powiedział pan: “wszystko na lepsze”, czyżby O’Neilowi nie wiodło się w gospodarce?

—Istotnie, nie wiedzie mu się. Hoduje bydło, lecz bez sukcesu.

—Dlaczego?

Pomór. Najpierw w wyniku jakiejś zaraźliwej choroby później w wyniku szkodliwej karmy. 

Jakoby na łąkach O’Neila rośnie odmiana trujących ziół. Prawdziwa to klęska dla farmera, który 

pragnie oprzeć swe gospodarstwo na stadach bydła. Radziłem mu, aby zajął się uprawą zbóż, jak 

to   czynił   jego   ojciec,   ale   O’Neil   pewnie   uznał,   iż   dając   mu   taką   radę   chcę   się   pozbyć 

konkurencji. Powiedział mi o tym, lecz w sposób tak żartobliwy, że nie mogłem się obrazić. 

— A tak naprawdę?

—Tak naprawdę to rozwój miast w naszym okręgu i na wschodzie powoduje wzrost rynków 

zbytu. Ten wzrost chyba nigdy nie ustanie, a potrzeb nie zaspokoi nawet dziesięć takich farm 

hodowlanych jak moja. Jakże więc mówić o konkurencji?

—Często się pan spotyka z tym O’Neilem?

—Ostatnio widziałem go wiosną. Obaj mamy sporo roboty, a więc mało czasu na składanie 

sobie wizyt.

—Jeszcze tylko jedno pytanie — zaryzykowałem — czy pana łączą z O’Neilem stosunki 

przyjacielskie?

Spojrzał na mnie przenikliwie, pomyślał chwilę i... wzruszył ramionami.

—Bardzo   przepraszam   —   usprawiedliwił   się   szeptem.   —   Jeśli   szuka   pan,   doktorze, 

przyczyny znikania mych stad w osobie O’Neila, błędny to trop i do niczego nie doprowadzi.

—A jednak... — nie ustępowałem — likwidacja czy też sprzedaż pańskiej farmy wyszłaby 

O’Neilowi na dobre.

—Brzydkie to posądzenie — obruszył się — nie usprawiedliwia go żaden fakt. Proszę mi 

wierzyć.

—Niepotrzebnie się pan denerwuje — dobiegł mych uszu ochrypły szept od strony łóżka.

Skoczyłem jak dźgnięty igłą.

—Ty nie śpisz, Karolu?!

—Sądzisz, że majaczę? Od paru minut przysłuchuję się waszej rozmowie, chociaż we łbie mi 

huczy.

—Pozwól — powiedziałem i w sposób najbardziej delikatny zdjąłem z jego głowy bandaż.

— Aj... — syknął. 

Zbadałem ranę. Już nie krwawiła, lecz guz miał nadal potężne rozmiary.

—Jak się pan czuje? — zagadnął Caldwell. — Co za okropna historia!

—Będzie jeszcze okropniejsza — ponuro zauważył mój przyjaciel.

background image

—Dlaczego? — zaniepokoił się gospodarz. Ja również przestraszyłem się.

—Będzie okropniejsza, gdy pochwycę drania, który mnie tak urządził.

Uśmiechnąłem się. Karolowi wracał humor, dobra oznaka. Caldwell głośno odetchnął.

—Przeraził mnie pan tym żartem.

—To nie żart...

—Leż spokojnie — przerwałem mu — i staraj się jak najmniej mówić.

—Jestem zdrowy jak ryba, gdyby tylko ten szum...

—Jeszcze słowo, a wpakuję ci knebel w usta.

— Już dobrze, dobrze...

Zmieniłem okład.

—Co za szkoda, że nie mam lodu — zauważyłem podczas tego zabiegu.

—Niestety,   doktorze   —   wyraził   ubolewanie   gospodarz.   —   Na   lód   trzeba   poczekać   do 

października.

—Nie będę czekał — mruknął Karol. — Zaraz wstanę.

—Nie wstaniesz — stwierdziłem energicznie. — Nie ma o tym mowy. Przynajmniej dzisiaj, 

jutro zobaczymy.

—Gdyby   potrzebna   była   jakaś   pomoc   —   wtrącił   Caldwell   —   gotów   jestem   natychmiast 

jechać do Reginy po lekarza.

—Sam jestem lekarzem — zauważyłem nieco dotknięty taką propozycją. — Obecnie nie 

widzę powodu ściągania tu kogokolwiek.

—Nawet porucznika Mitchella?

—Nawet.

—Słusznie, Janie — zaszeptał mój pacjent.

—Nie czujesz głodu, Karolu?

—Owszem, czuję.

—Zaraz coś zarządzę — wyrwał się Caldwell.

—Dziękujemy, tylko... proszę nikomu nie wspominać o wypadku.

—Oczywiście, oczywiście — przytaknął gospodarz — jednak wiele osób będzie mnie pytać, 

co się z panami stało? Ba, już jeden się tym interesował. Ten ze zwichniętą nogą.

—Co powiedzieć? — zastanowiłem się głośno. — Hm... najłatwiejszym kłamstwem, bliskim 

przecież prawdy, będzie choroba. Ciekawskim niech pan zakomunikuje, że Karol przeziębił 

się i musi kilka dni poleżeć.

—To już chyba ja sam będę panów obsługiwać.

—Zawsze  pana  mile  tu  widzimy,   lecz  proszę  nie  sprawiać  sobie  nadmiernych   kłopotów, 

background image

jedzenie i wodę może przecież przynieść któryś z pańskich pracowników. No... chociażby ten 

Stone — dodałem niby od niechcenia.

—On kuleje, a poza tym — wskazał na bandaże otulające głowę Karola — zaskoczy go taki 

widok.

—Przesada.   Przeziębieniu   i   gorączce   towarzyszą   niekiedy   silne   bóle   głowy,   najlepiej 

łagodzone przez zimne okłady. To najprostsze wytłumaczenie.

Przyznał mi rację i obiecał natychmiast dostarczyć obfite śniadanie. Już z ręką na klamce 

zapytał, czy , jednak w obecnej sytuacji nie należałoby “ściągnąć porucznika Mitchella?”

Zgodnie   zaprotestowaliśmy.   Ja   energicznie   i   głośno,   Karol   nieco   słabszym   głosem,   lecz 

równie dobitnie.

—Zamiast Mitchella proszę tu przysłać tego Stone’a — dodałem.

—Nie będzie panom przeszkadzał?

—Proszę go przysłać... — powtórzyłem.

Kiwnął głową i wyszedł. Muszę przyznać, że wykazał dużo cierpliwości i dobrej woli nie 

męcząc Karola pytaniami. Wielu innych, w jego sytuacji, żądałoby dokładnego opisu wypadku 

bez względu na stan zdrowia ofiary.

—Czy słusznie postąpiłem wzywając Stone’a? — zapytałem, gdy już ucichł odgłos kroków 

Caldwella.

—Doskonale. Stone to chyba jedyny człowiek poza gospodarzem, któremu możemy zaufać.

—Co powiedzieć Stone'owi?

—Wszystko.

—Ba, przecież ja sam nie znam wszystkiego.

—Prawda — stęknął. — Zupełnie o tym zapomniałem. Zaczynam się starzeć, Janie.

—A to co znowu? Nie pleć głupstw. Pewnie ten guz tak cię trapi.

—Lecz   ten   guz   jest   wynikiem   mego   gapiostwa.   Nigdy   dotąd   nie   przytrafiło   mi   się   coś 

podobnego. Dałem się podejść jak nowicjusz.

—Przestań lamentować niczym stara baba. A co się tyczy podobnych wydarzeń... pamiętam 

doskonale, jak obaj oberwaliśmy nieźle po łbach.

Ta nieprzyjemna  wpadka spotkała  nas przed laty,  na preriach  południowej  Kanady.  Obaj 

daliśmy   się   podejść   grupie   wojowników   Czarnych   Stóp   i   chociaż   była   to   pomyłka   szybko 

wyjaśniona,   nie   przysporzyła   nam   chwały.   No   cóż,   nie   ma   niezwyciężonych   westmanów, 

tropicieli  ścieżek, traperów czy innych  niespokojnych  duchów żądnych  przygód. Ani  wśród 

“bladych  twarzy”,   ani   wśród  czerwonoskórych.   Kto   twierdzi   inaczej   i   pisze   na   ten   temat 

wierutne   androny,   ten   albo   nigdy  nie   przebywał   na   Dzikim   Zachodzie,   albo   też   świadomie 

background image

dopuszcza się fałszerstwa.

Na   to   przypomnienie   Karol   nie   zareagował.   Nie   pytałem   go   więc   o   szczegóły   nocnej 

wyprawy, by nie męczyć dłuższą rozmową.

W kilkanaście minut później powtórnie odwiedził nas Caldwell. Tym razem w towarzystwie 

jakiegoś   mężczyzny,   chyba   parobka,   dźwigającego   wiadro   pełne   wody.   Natomiast   tacę 

zastawioną talerzami i dzbanuszkami, pełną najrozmaitszych potraw przyniósł nam gospodarz.

—Kazałem Stone’owi przyjść za godzinę, czy tak będzie dobrze?

—Bardzo dobrze. Jak on się czuje?

—Jeszcze nieco utyka.

—To znaczy, iż niezbyt nadaje się do roboty?

—Istotnie, niezbyt...

—Chyba więc nie przysporzę panu kłopotów zatrzymując tu Stone’a dłużej lub zlecając mu 

czuwanie przy chorym?

—Ale,  doktorze!   Cokolwiek  pan   sobie   życzy,   zostanie   spełnione.   Jeśli   trzeba,   przyślę  tu 

bardziej sprawnego fizycznie człowieka.

—Nie, nie! — zaprzeczyłem gwałtownie, ze strachu, że uprzejmość gospodarza pokrzyżuje 

me plany. — Stone nam wystarczy. Zrobił na mnie sympatyczne wrażenie — dodałem.

—Skoro tak, nie będę dłużej panom przeszkadzał. W razie potrzeby proszę użyć Stone’a za 

posłańca. On wie, gdzie mnie znaleźć.

Na tym stanęło. Odeszli, a ja najpierw nałożyłem świeży okład na guz Karola, a później 

usiłowałem nakarmić chorego. Oburzenie pacjenta nie pozwoliło mi odegrać roli pielęgniarki. 

Mój przyjaciel prawie mnie zwymyślał, odzyskując na chwilę normalny głos. Stwierdził, iż nie 

jest niemowlęciem  potrzebującym  butelki  ze smoczkiem  ani zgrzybiałym  starcem,  który nie 

potrafi donieść łyżki do ust. Ustąpiłem. Usadziwszy go obłożonego poduszkami sporządziłem z 

tacy coś na kształt blatu stołu nad łóżkiem. Poradził sobie z posiłkiem, lecz widziałem, jak go to 

zmęczyło.   Oświadczył,   że   jest   senny.   Zmierzyłem   mu   temperaturę,   kilka   kresek   wyższą   od 

normalnej. Nie był to jeszcze powód do obaw, lecz jeśli gorączka podniesie się? Taki fakt może 

świadczyć o obrażeniach wewnętrznych. I co wówczas? Transportować chorego do szpitala w 

Reginie? Tą piekielnie złą drogą? Wierzyłem, że zaalarmowany Mitchell uczyni wszystko, aby 

nam pomóc. Tymczasem zaaplikowałem Karolowi środek przeciwbólowy, po zażyciu którego 

szybko zasnął. 

Zapukano do drzwi. Sądziłem, że to Caldwell w nadmiarze troski po raz trzeci składa nam 

wizytę.

— Proszę wejść...

background image

W   szparze   drzwi   ukazało   się   oblicze   Stone’a,   który   po   chwili   bezgłośnie   wsunął   się   do 

pokoju. Najpierw zerknął na łóżko Karola i zniżając głos zapytał:

—Pan Gordon zachorował? Caldwell mówił, że to przeziębienie. Chyba nic poważnego?

—Siadaj — rozkazałem. — Niestety, Lewis, sprawa jest bardzo poważna. Wpadliśmy w nie 

lada tarapaty. A teraz dobrze nadstaw uszu.

Wysłuchał mej opowieści w skupieniu, a później klasnął się dłonią w kolano.

—Cóż to musiał być za bandzior, że pokonał pana Gordona?! Jak to się stało?

—Nie wiem. Gdy Karol nabierze sił, na pewno nam opowie. Słuchaj, Lewis, pan Caldwell 

zgodził się, abyś pomagał pielęgnować chorego.

Tak, tak. Mówił mi o tym. Wielka to frajda dla mnie.

— Więc wszystko w porządku. Bandaż z nogi zdejm, możesz jeszcze nieco kuleć, ale bez 

przesady.  A teraz zostawiam cię z panem Gordonem.  Czuwaj nad nim i ani na chwili; nie 

wychodź.

— Pan się czegoś lęka, doktorze ?

— Nie, jednak ostrożny nigdy nie traci. Siedź tu murem, ja spróbuję zbadać nocny teren boju. 

I   jeszcze   jedno:   przed   Caldwellem   udawaj,   że   wierzysz   w   przeziębienie;   gospodarz   bardzo 

zdziwiłby się dowiedziawszy, iż znasz naszą tajemnicę.

Stanie się tak, jak pan sobie życzy.

— No to trzymaj się! Wrócę za godzinę, najdalej za dwie.

Opuściłem pokój na palcach, bezszelestnie zamknąłem

drzwi.   Lecz   zamiast   zejść   po   schodach,   skierowałem   się   korytarzem   w   lewo,   tam   gdzie 

wędrowaliśmy w nocy. Może był tam jakiś ślad, może została jeszcze lampka nieznajomego?

Tym razem droga wydała mi się znacznie krótsza, a do celu trafiłem bezbłędnie. W świetle 

dnia pomieszczenie okazało się mniejsze, niż wyglądało w nocy. Dwa okna, między którymi 

stała niska szafka; po przeciwległej stronie kwadratowy stół, kilka krzeseł i ten przeklęty taboret, 

który zagrodził mi wówczas drogę. Kurz na meblach i na podłodze świadczył, że pokoju od 

dawna nie sprzątano. Świecąca plama od nafty, przyczyna mego upadku, nie została wytarta. 

Lampa jednak zniknęła. Może ją zabrał Caldwell?

Na   deskach   podłogi   widniało   mnóstwo   odciśniętych   śladów   stóp,   najprawdopodobniej 

naszych. Spróbowałem otworzyć mniejsze drzwi. Te, które nam przed nosem zatrzasnął taje-

mniczy uciekinier. Nadal pozostały zawarte. Na framudze — żadnych śladów. Nie było czego 

więcej szukać. Zawróciłem, a później schodami w dół dotarłem do hallu. U wyjściowych drzwi 

natknąłem się na Caldwella.

—Jak się czuje pan Gordon?

background image

—Ani lepiej, ani gorzej. Obecnie śpi. Stone siedzi przy nim.

Przeląkłem się, że Caldwell zechce mi towarzyszyć i... przeszkadzać.

—Dokąd pan zmierza, doktorze?

—Spróbuję doszukać się jakichś śladów wczorajszego wydarzenia. Rana na głowie świadczy, 

że Karol został zaatakowany z tyłu, a więc napastnika nie zauważył. Przypuszczam, iż mój 

przyjaciel trafił na coś, czy na kogoś, i tak go obserwacja zajęła, iż stał się na chwilę ślepym i 

głuchym na sygnały niebiezpieczeństwa. W nocy niewiele mogłem stwierdzić, teraz spróbuję 

dopatrzeć się jakichś śladów, jeśli takie zostawił po sobie napastnik lub napastnicy. Moim 

zdaniem musiało być ich dwu, inaczej Karol nie dałby się zaskoczyć.

—Czy moja obecność nie przeszkodzi panu w poszukiwaniach?

Cóż miałem na to odrzec?

—No... nie, jeśli tylko nie oderwie pana od codziennych obowiązków.

Zaprzeczył energicznie, więc skapitulowałem. 

Opuściliśmy ogród, a później przez dziką łąkę pomaszerowali ku ciemnej linii lasu. Odległość 

była spora, lecz ja nadałem takie tempo, że w kilkanaście minut osiągnęliśmy pierwsze zarośla.

—Trafi pan, doktorze?” W nocy wszystko przedstawia się inaczej niż w dzień...

—Nie ma obawy. Pan również trafiłby bez trudu.

—A to jakim cudem?

—Takim, iż zna pan doskonale miejsce, do którego zdążamy. Byliśmy tam we trójkę.

—Ach!   Wypalone   poszycie!   To   znaczy,   że   ten   sygnalista   już   dawniej   próbował   swych 

sztuczek.

—Oczywiście i... — tu zawahałem się na sekundę — muszę panu wyznać, iż sygnały świetlne 

nadawane spod lasu zauważyliśmy przypadkowo z okna naszego pokoju już wcześniej.

—Kiedy?

—W noc poprzedzającą konną wycieczkę do lasu.

—I nic mi o tym nie powiedzieliście — zauważył z lekkim wyrzutem w głosie.

Żaden  z nas nie był  pewien, czy to są sygnały,  czy też  przypadkowe  błyski  ogniska  — 

wyjaśniałem niezbyt zgodnie prawdą. — Nie chcieliśmy pana niepokoić przed sprawdzeniem. 

A teraz proszę stanąć przy tamtym  pniu. Spróbuję odczytać ślady, jeśli jakiekolwiek jeszcze 

istnieją.

Zastosował się do mego polecenia. Ślady były, bardzo wyraźne. Przede wszystkim zdołałem 

prześledzić drogę, którą przebył Karol aż do ogniska. Większą część tej trasy czołgał się, później 

wstał i przez dłuższy czas tkwił w miejscu. Świadczyły o tym głębsze od normalnych odciski 

butów, Z kolei wykonał długi skok i w tym momencie runął. Nie zatarte, dość szerokie pasmo 

background image

przyduszonych traw i złamanych krzaków świadczyło, iż nieprzytomnego powleczono w głąb 

lasu, gdzie go odnalazłem. A napastnik? Jeden, dwu czy więcej? Z tym poszło mi trudniej. Tropy 

w wielu miejscach nakładały się na siebie, krzyżowały. Ba, przecież i ja je tu. pozostawiłem! 

Spróbowałem przy pomocy patyczka mierzyć długość poszczególnych odcisków. Nic z tego nie 

wyszło, każde wgłębienie posiadało inny wymiar. Rzecz po prostu w tym, że odcisk stopy w 

miękkim gruncie zmienia się zależności od tego, czy ktoś kroczy wolno, szybko czy biegnie. 

Tak więc nie potrafiłem stwierdzić, z iloma przeciwnikami miał Karol do czynienia. Jednak 

poszukiwania moje nie były całkowicie bezowocne. Dokonałem odkrycia, pewno ważniejszego. 

Otóż jeden ze śladów był odciskiem mokasyna! Nie wierzyłem oczom, ukląkłem z nosem prawie 

przy ziemi. Znalazłem drugi, później trzeci odcisk indiańskiego obuwia. Czyżby buszowali tu 

czerwonoskórzy?   A   może   to   tylko   pozór?   Przecież   w   tych   stronach   nie   tylko   indiańscy 

wojownicy nosili mokasyny, często i “blade twarze”, zwłaszcza traperzy przekładający ponad 

ciężkie kamasze takie właśnie skórznie.

— Widzę, doktorze — odezwał się Caldwell — iż dostrzegł pan coś bardzo ciekawego.

—Istotnie. Powiem panu za chwilę, tymczasem proszę jeszcze nie ruszać się. Tropy są tu 

bardzo zagmatwane.

—Będę tkwił na miejscu nawet do wieczora, jeśli to panu czymkolwiek pomoże.

Szperałem jeszcze tu i tam, jednak bez dalszego skutku. Na koniec ruszyłem wzdłuż linii 

drzew. Tu też tropy były zamazane, gdzieniegdzie przydeptana trawa zdążyła się już podnieść. 

Jednak mój  trud nie  poszedł  na marne.  Stało  się dla  mnie  jasne, że  przed kilku  godzinami 

kroczyło tędy dwu ludzi. Jeden w mokasynach, drugi normalnych butach. Po przemierzeniu 

kilkunastu   jardów,   maszerujący   obok   siebie   (jak   zdołałem   stwierdzić)   rozeszli   się.   Jeden 

(mokasyny!) skręcił w stronę zabudowań “Alicji”, drugi (buty!) nadal wędrował prosto. Dokąd? 

Należało to natychmiast zbadać. Zawołałem Caldwella.

—I cóż, doktorze? Zakończył pan swe badania?

—Prawie. Pozostaje jeszcze sprawdzić pewien dziwny trop wiodący nie wiadomo dokąd. Jeśli 

rozporządza pan odrobiną czasu...

Oczywiście! — wykrzyknął z zapałem.

—Więc ruszajmy. Nie... jeszcze chwilkę. O mało nie popełniłem karygodnego głupstwa.

—O co chodzi?

—O to, iż zbadałem jedynie ślady na ziemi.

—A gdzież chce ich pan szukać?

—Na krzakach, na drzewach...

Spenetrowałem   zarośla   i   pnie   najbliższe.   Dostrzegłem   połamane   gałęzie   i   witki   zarośli. 

background image

Normalne zjawisko w każdym borze, znak przedzierającego się poprzez gąszcz człowieka lub 

zwierzęcia. Jednak tu trafiłem również na strzępek materiału, zwisający z kostropatego ułamka 

konaru, mniej  więcej na wysokości mego ramienia.  Delikatnie  zdjąłem ten fragment  czyjejś 

kurty lub koszuli i pokazałem Caldwellowi.

—Drelich — stwierdził. — Znam ten rodzaj materiału, bardzo praktyczny. Sam go często 

noszę.

—A pańscy pracownicy?

—Wielu posiada takie ubrania. Chce pan szukać człowieka z dziurą w kurcie? Jestem pewien, 

że nie znajdzie pan takiego wśród moich ludzi.

— Zobaczymy. Chodźmy dalej.

Poszliśmy   śladami   butów.   Nadal   wiodły   nas   skrajem   lasu   i   łąki.   Z   kształtu   odcisków 

wywnioskowałem, iż człowiek butach spieszył się, prawie biegł. Dokąd?

Moja cierpliwość na trudną była wystawiona próbę. Przewędrowaliśmy bowiem prawie dwie 

mile, nim ukazał się nieoczekiwany cel naszej wędrówki: naturalna nisza w gęstwie  drzew, 

porosła zbitą, stratowaną trawą. Wszystko było jasne. Nieznany wędrowiec tu pozostawił konia, 

przywiązując go do pnia. Wyjaśniłem Caldwellowi sytuację, zresztą zbytecznie. Końskie ślady 

były zbyt wyraźne, aby ktokolwiek mógł je przeoczyć.

To żaden z moich pracowników — ucieszył się. — Taki nic potrzebowałby wierzchowca.

—A mokasyny?

—Rzeczywiście... gdzieś znikły.

—Nie   znikły,   tylko   skręciły   W   kierunku   “Alicji”.   Już   to   zauważyłem.   Pokażę   panu, 

tymczasem przespacerujmy się jeszcze kawałek.

Odciski kopyt widniały bardzo wyraźnie. Pozwoliło m, to stwierdzić, że jeździec z miejsca 

ruszył galopem.

—Bardzo mu się spieszyło — powiedziałem.

—Widać uciekł przed pogonią.

—Jaką pogonią? Przecież nieprzytomny Karol nie mógł podnieść alarmu, tym bardziej ścigać 

napastników.   Sądzę,   iż   powodem   szybkiej   jazdy   stał   się   jej   odległy   cel,   do   którego

jeździec chciał dotrzeć przede dniem.

—Dlaczego?!

Z trudem stłumiłem uśmiech, tak naiwnie zabrzmiało pytanie.

—Być może, aby nie zostać zauważonym przez innych. Zresztą... tyle wiem o tej sprawie, co 

i pan. Proszę mi powiedzieć, co znajduje się w tamtym kierunku — ręką wskazałem przed 

siebie.

background image

—Tam?   Tam...   nic.   Mało   zbadane   pustkowie.   Bezludne,   jeśli   nie   liczyć   przygodnych 

traperów   albo   jakichś   wędrownych   grup   Indian.   Nie   wszystkich   przecież   zmuszono   do 

zamieszkania w rezerwatach.

—Bawił pan w tych okolicach?

—Niekiedy. Musiałem poznać ziemie otaczające moje gospodarstwo.

—Jak daleko ciągnie się puszcza?

—Hm... myślę, że ze trzy mile. Kończy się dość charakterystycznym  jeziorkiem, z jednej 

strony obmywającym  drzewa, z drugiej — już tylko  trawy prerii. Znam dokładnie tamto 

miejsce, trzeba przejeżdżać obok niego jadąc ku farmie O’Neila.

Drgnąłem usłyszawszy taką informację. Gdyby nie to, że uważałem Caldwella za człowieka 

rozsądnego, który przecież nie mógł pomagać ludziom kradnącym mu bydło, uznałbym jego 

wyjaśnienia za próbę wprowadzenia mnie w błąd. No, bo najpierw twierdził, iż koński trop 

wiedzie donikąd, a teraz wspomniał o farmie dalekiego sąsiada.

—Nie rozumiem — wyznałem szczerze. — Czy tam jest “nic” — pokazałem ręką — czy też 

gospodarstwo O’Neila?

—Prosto: nic. Lecz jeśli skręcić w lewo obok jeziorka, droga, a raczej bezdroże doprowadzi 

do farmy. Spory to szmat, prawie trzydzieści mil.

Pokiwałem   głową.   Być   może   jeden   z   napastników   Karola   pogalopował   ku   domostwu 

O’Neila.   Być   może   w   zupełnie   innym   kierunku?   Gdyby   nie   choroba   mego   przyjaciela, 

poprosiłbym Caldwella o konia, aby dotrzeć do jeziorka.

— Wracajmy — zdecydowałem.

Przeszliśmy tym  samym  szlakiem,  znacznie  już wolniej. Musiałem pilnie uważać, by nie 

przeoczyć miejsca, w którym rozdzielały się tropy mokasynów od butów.

—To tu — przystanąłem. — Widzi pan?

—Oczywiście. I co teraz?

— Spróbujemy zbadać, dokąd te mokasyny powędrowały. Niestety, próba nie powiodła się. 

W odległości jakiejś pół mili od zabudowań “Alicji” trop znikł, zadeptany racicami krów, które 

pewnie   przepędzano   tędy   rankiem.   Jeszcze   przeszliśmy   kilkadziesiąt   kroków   przed   siebie, 

później w lewo, z kolei w prawo. Mokasynowe odciski nie pojawiły się więcej. Mimo to nie 

miałem wątpliwości, iż posiadacz skórzni powędrował do któregoś z budynków. Do którego? 

Każdy  z  nich   mógł   być   celem.   Wędrujący   nocą   człowiek   oczywiście   nic   był   Indianinem. 

Caldwell bowiem nie zatrudniał czerwonoskórych. Z kolei “biały” obcy nie szukałby kryjówki 

tam, udzie najłatwiej mógł zostać zauważony. O swych domysłach poinformowałem gospodarza. 

Zmartwił się.

background image

— Och, doktorze! Czyżby istotnie któryś z moich pracowników maczał palce w tej brudnej 

sprawie?   I   czemu   napadł   na   pana   Gordona?   Czyżby   został   rozpoznany   przez   pańskiego 

przyjaciela?

Zaprzeczyłem.

—Karol natychmiast powiedziałby mi o tym. Nie, nie został rozpoznany. W takim wypadku 

sprawa nie zakończyłaby się uderzeniem w głowę, lecz kto wie, może śmiertelnym ciosem noża? 

Sądzę, że napastnik uprzedził rozpoznanie pozbawiając Karola przytomności. To wystarczyło. 

Jednak jest to dowód, iż człowiek ten wywodzi się z grona pańskich pracowników. Karol musiał 

go uprzednio widzieć, być może ja również.

—A to łotr! — wybuchnął gospodarz. — Doktorze, uczynię wszystko, co w mej mocy, aby 

schwytać drania. Proszę mną rozporządzać. Jeśli zajdzie potrzeba...

—Niech się pan nie gorączkuje. Wiem, że możemy liczyć na pańską pomoc i w odpowiedniej 

chwili z niej skorzystamy. Ale obecnie czas mi wracać do pacjenta.

W  domu  zastaliśmy  Stone’a  czuwającego  nad  ciągle  jeszcze   śpiącym  Karolem.  Caldwell 

szybko wycofał się prosząc  o wiadomość, gdyby czegokolwiek było nam potrzeba. Zaledwie 

zamknęły się za nim drzwi, Karol poruszył się i otworzył oczy.

—Obudziłeś się? — zadałem bezsensowne pytanie. — Jak tam twoja głowa?

—Obudziłem się już dawniej — odparł znacznie rzeźwiejszym niż dotychczas głosem. — 

Udawałem, że śpię, ponieważ nie mogę opowiadać o swej nocnej przygodzie wobec Stone’a i 

Caldwella   równocześnie.   A   ponieważ   moim   zdaniem   ty   i   Lewis   powinniście   przede 

wszystkim poznać prawdę...

—Rozumiem. Czy czujesz się na siłach do przeprowadzenia tak długiej rozmowy?

—Skąd wiesz, że długiej? Czuję się znacznie lepiej i jutro zabiorę się do roboty.

—To się dopiero okaże — wyraziłem zastrzeżenie. — Tymczasem obejrzę twój guz.

Skrzywił się, ale nie protestował. Guz, ku mej radości, bardzo się zmniejszył. Wiedziałem 

jednak, iż upłynie kilka dni, zanim zniknie całkowicie. Jednak nie samo malenie opuchlizny 

nastroiło mnie optymistycznie, lecz poprawa samopoczucia Karola. Świadczyła ona o tym, iż 

cios, jakiego mój przyjaciel padł ofiarą, nie spowodował groźniejszych wewnętrznych obrażeń, 

na przykład wstrząsu mózgu. 

Przyłożyłem   dobrze   zmoczony   w   zimnej   wodzie   tampon   na   obolałe   miejsce   i 

zabandażowałem.

—Teraz, Karolu, jeśli masz dość siły, opowiadaj.

—Nie, najpierw ty, Janie, opowiedz, czego dokonałeś. Lewis mnie poinformował o twych 

zamierzeniach. Pochwalam twą decyzję, mimo że pozbawiła ona ciężko chorego fachowej 

background image

opieki — zażartował.

Opowiedziałem   dość   szczegółowo,   najpierw   o   swych   nocnych   wędrówkach,   z   kolei   o 

dziennej   wyprawie   z   Caldwellem.   Rzuciłem   Karolowi   na   pled   strzępek   materiału   zdjęty   z 

drzewa. Obejrzał go tak dokładnie, jakby to był archeologiczny zabytek sprzed tysięcy lat. Kazał 

go obejrzeć Lewisowi, na koniec schować i nikomu ani mru-mru!

—Powiadasz, Janie, że widziałeś trop mokasynów. Jesteś tego pewien?

—O, do licha! — nie wytrzymałem. — Stajesz się zrzędą. Nawet krótkowidz. odróżni odcisk 

buta od indiańskiego skórznia, a ja nie jestem krótkowidzem.

—No już dobrze, dobrze. Zastanówmy się teraz, czemu to jeden z mych napastników wdział 

mokasyny?

—Czemu? — podchwyciłem. — Po prostu wygodniej mu było w nich, niż w butach.

—Jeśli wygodniej, to powinien używać ich~ na co dzień. Powiedz, Lewis, czy ktoś w “Alicji” 

używa mokasynów?

—Nie, na pewno nie. Mokasyny utrudniają konną jazdę, a poza tym niszczą się szybciej od 

butów. Do mokasynów ciężko przymocować ostrogi, a jeśli nawet ktoś ostróg nie używa, 

kierowanie   koniem   w   butach   z   cholewami   jest   znacznie   łatwiejsze.   Co   prawda, 

czerwonoskórzy...

—Dosyć, Lewis. Tyle wystarczy. I co ty na to, Janie?

—Nie każdy jeździ konno.

—Co o tym myślisz, Lewis?

—U nas poza dziećmi i dwoma kucharkami wszyscy używają wierzchowców.

—Poddaję się! — zawołałem. — A teraz czekam na twe nieomylne wyjaśnienia.

—Zaraz  je uzyskasz.  Trop  mokasynów,  jak mówiłeś,  skręcał   ku zabudowaniom  “Alicji”. 

Moim   zdaniem   ten   ktoś   w   mokasynach   uciekający   z   lasu   jest   tym   samym   człowiekiem, 

którego omal nie przyłapaliśmy. W mokasynach można poruszać się bezszelestnie po deskach 

czy   też   parkietach   mieszkania.   Prawdopodobnie   nasz   sygnalista   musiał,   nim   dotarł   do 

upatrzonego   okna,  przewędrować   spory kawałek  wnętrza   domostwa.  Maksymalnie  cicho! 

Moje   podejrzenie   umacnia   się   jeszcze   w   zestawieniu   z   faktami,   których   nie   znacie,   a   z 

którymi spotkałem się podczas swej nocnej wyprawy.

—Chętnie posłuchamy, lecz teraz odpocznij chwilkę.

—Dobrze. Jeśli podasz mi nabitą fajkę.

—Palenie przy stanach gorączkowych...

—Nie mam żadnej gorączki...

—Zaraz to sprawdzimy.

background image

Wetknąłem mu termometr pod pachę. Po dziesięciu mi nutach mogłem stwierdzić, że Karol 

nie mylił się w ocenie swego zdrowia. Podałem mu fajkę. Delektował się nią bardzo długo, aż 

wreszcie wrócił do swej przerwanej opowieści. Wynikało z niej, iż zostawiwszy mnie przy oknie 

z poleceniem udawania sygnałów, pognał do naszego pokoju po buty i nie wdziewając ich zszedł 

na parter domostwa, a stamtąd do ogrodu. Dopiero tu wdział obuwie, szybko przebył ogród, a 

później tym samym szparkim krokiem łąkę dzielącą go od lasu. Przez cały ten czas widział na tle 

czarnego   boru   czerwony   punkcik   płonącego   ogniska,   a   jeszcze   wyraźniej   srebrne   błyski 

nadawanych sygnałów. Karol uważał, iż zaskoczy sygnalistę przy ognisku, jeśli tylko nie został 

uprzedzony o niebezpieczeństwie przez wspólnika z okna.

—  Dlatego — opowiadał — chwilami  nawet biegłem.  Była  to nieostrożność, przyznaję. 

Podczas biegu rodzi się odgłos tupotu, a noc była bardzo cicha. Poza tym świecił księżyc i cień 

szybko poruszającego się człowieka musiał zwrócić uwagę każdego, kto miał dobry wzrok i nie 

spał. Jednak nie miałem wyboru. Posuwając się ostrożniej, a więc wolniej, nie zdążyłbym na 

czas. Tak dotarłem do linii lasu, lecz oczywiście nie do miejsca, w którym nadal gorzało ognis-

ko. Spojrzałem w kierunku domostwa. Znakomicie sprawiłeś się, Janie! Twoje lusterko błyskało 

co pewien czas, w sposób bardzo podobny do sygnałów nadawanych uprzednio przez tamtego 

człowieka- Wiedziałem jednak, iż odbiorca twoich migotań wkrótce zorientuje się w oszustwie. 

Należało szybko działać. Padłem na trawę i czołgałem się, dobrze nastawiając uszu na wszystkie 

dźwięki. Unosząc nieco głowę widziałem, iż człowiek przy ognisku nadal odpowiada na twe 

sygnały. A więc nie poznał się na oszustwie. I to był mój pierwszy błąd.

—Przepraszam — wtrąciłem — dlaczego błąd?

—Prosta   sprawa.   On  musiał  bardzo   szybko   dojść  do  wniosku,  że  ktoś  inny,  nie   znający 

świetlnego szyfru, zajął miejsce jego wspólnika. I okazał się chytrzejszy ode mnie. Spryciarz, 

udał naiwnego i nadal mrugał do ciebie, Janie, swym lusterkiem. Dlaczego tak postępował? 

Może to miała być  próba wciągnięcia mnie w zasadzkę, może czekał na wspólnika, lecz 

najprawdopodobniej ten wspólnik z okna wyprzedził mnie. I teraz obaj czekali na przybycie 

greenhorna, aby mu dać “szkołę”. Tfu! Wstyd do tego się przyznać, ale tak zapewne wygląda 

prawda.

—Przepraszam  —  przerwałem   mu  po  raz  drugi.  — Jeśli  “okno”  uprzedziło   “ognisko”  o 

niebezpieczeństwie, dlaczego obaj nie uciekli przed tobą?

Doprawdy...   nie   wiem.   Jak  mówiłem,   czołgałem   się  cichutko   w  stronę   ognia   i   wówczas 

zauważyłem, że ustała wymiana sygnałów! Tylko ty, Janie, jeszcze migotałeś. “Las” przestał 

odpowiadać. Dla mnie był to znak, że człowiek, którego chcę schwytać, lada chwila ucieknie, 

jeśli już nie uciekł. Świetnie odczytałeś moje tropy. Rzeczywiście podniosłem się i oparłem o 

background image

pień   drzewa.   Ogień   gorzał   tuż-tuż   i   w   jego   blasku   wyraźnie   rysowała   się   czarna   sylwetka 

mężczyzny. Odczekałem jeszcze kilkanaście sekund i skoczyłem w stronę przeciwnika. To był 

mój drugi błąd, bo ten przeciwnik właśnie czekał na mnie. Podczas skoku otrzymałem cios w 

głowę. Co się dalej działo, nie wiem. Zemdlałem. Oto i cała moja nocna przygoda. Dziękuję ci, 

Janie, za ratunek, za to, że potrafiłeś mnie przytaszczyć do tego pokoju nikogo nie alarmując. 

Jestem pełen dla ciebie podziwu.

— Daj   spokój!   —   żachnąłem   się.   —   Nigdy   nie   wiem,   kiedy   kpisz,   a   kiedy   mówisz 

poważnie.

— Tym razem mówię jak najbardziej poważnie.

—Mniejsza z tym. Chyba teraz czas na wyciągnięcie wniosków z naszych dwu obserwacji. 

Pierwszy, że jeden z napastników tutaj mieszka, drugi, że jego wspólnik przybył konno, być 

może z gospodarstwa O’Neila, lecz na to nie ma żadnych dowodów.

—Na tamto również.

—Które tamto? — zdziwiłem się.

—Że mokasyny mieszkają w “Alicji”. Fakt, iż ślad zmierzał w kierunku budynków, jest tylko 

poszlaką. Jaka szkoda, Janie, że nie prześledziłeś tych tropów do końca.

—Niby w jaki sposób? W nocy? Przecież myślałem jedynie o ratowaniu ciebie. W dzień? 

Zostały zadeptane w swej najważniejszej części.

—Wiem, wiem. Dlatego też mówię tylko: “szkoda”. Przypuśćmy jednak, że twe wnioski są 

słuszne. Dołożę do nich mój jeden, bardzo ważny. Słuchaj, Lewis, bo to przede wszystkim 

ciebie dotyczy. Musimy znaleźć człowieka, który kiedyś pracował w urzędzie pocztowym, na 

stacji kolejowej lub w kapitanacie portu przy obsłudze telegrafu.

—Co takiego?! — wykrzyknąłem.

—Nie tak głośno, Janie. Wszystko dobrze przemyślałem. Powiedzcie, jakie to sygnały można 

nadawać przy pomocy błysków lusterka?

—Każde, proszę pana, umówione — odparł Stone.

Ech, bracie, rusz nieco głową. Powiadasz: umówione sygnały. Pewnie, to jasne jak słońce, 

lecz kto te sygnały wymyślił? 

— Ano... któryś z nich.

— Długo musieliby pracować, aby wynaleźć i ułożyć cały alfabet.

— Alfabet? — zdziwił się Lewis.

— A jak inaczej można prowadzić długą rozmowę? Bo była to długa pogawędka. Jak można 

bez znajomości całego alfabetu?

Stone nic na to nie odpowiedział, lecz ja odgadłem, o czym Karol myślał.

background image

Alfabet Morse’a

21

 — stwierdziłem. — Karolu, jesteś wspaniały!

Przyjmuję   twą  pochwałę   jako   całkowicie   zasłużoną   —   wytwornie   skłonił   głowę.  —   Nic 

innego nie nadawało się przecież do prowadzenia rozmowy przy pomocy świetlnych migotań, 

raz   krótkich,   raz   długich.   Cóż   za   szkoda,   Janie,   ze   do   tej   pory   nie   zaznajomiliśmy   się   z 

wynalazkiem pana Morse’a. Ileż to cennych informacji ominęło nas.

—  Nigdy   nie   słyszałem   o   żadnym   Morsie   —   wyznał   Stone   ze   skruchą.   —   Chociaż 

powiadano, iż z niektórych miast można wysyłać wiadomości, które pędzą po drucie, ale nie 

bardzo w to wierzyłem.

—  Na tym  polega  telegraf  — wyjaśniłem  krótko, rezygnując  z wytłumaczenia  zasad,  na 

jakich opiera się ten wynalazek.

—No więc już wiemy, o co chodzi, prawda, Lewis? Postaraj się teraz dowiedzieć, czy ktoś z 

pracowników   Caldwella   nie   był   dawniej   zatrudniony   na   kolei   lub   na   poczcie.   My   dwaj 

będziemy również próbować, lecz tobie łatwiej.

—A może Caldwell — wtrąciłem — wie o tym byłym zajęciu któregoś ze swych ludzi?

—Sprawdzimy.   Jeśli   wie,   szybko   uporamy   się   z   całą   sprawą.   Lecz   ja   nie   liczę   na   tak 

szczęśliwy przypadek. Caldwell nic nie wie. To pewnik. Przecież ten, kto pracował na posa-

dzie   w   urzędzie   pocztowym   lub   kolejowym   i   rzucił   ją,   postąpił   tak   nie   bez   poważnej 

przyczyny. Ta praca jest dobrze płatna, a roboty mniej niż przy dozorowaniu krów i orani 

ziemi. I do tego na pustkowiu. Któż rezygnuje z dobrze płatnej i wygodnej posady na rzecz 

trudnej i gorzej wynagradzanej?

—Przestępca — odparłem.

—No... może nie przestępca, lecz ktoś, kto popełnił wykroczenie zasługujące na karę. Coś 

przeskrobał i albo zwolniono go, albo sam “dał nogę”. Wszystko to nie stanów powodu do 

chwały i informowania nowego pracodawcy A teraz... maszeruj, Lewis, do kuchni, zbliża się 

pora lunchu a ja czuję głód. Jeśli przypadkiem spotkasz gospodarza, ani słówkiem o tym, co 

tutaj mówiliśmy.

Nie było go z pół godziny, a może nawet nieco dłużej, lecz wynagrodził nam oczekiwanie 

przynosząc, wraz z. nie znajomą Murzynką, dwie tace tak zastawione potrawami, jak gdyby 

chodziło o wykarmienie kompanii głodomorów

— Widziałem się z gospodarzem — zakomunikował. — Przyjdzie tu po lunchu.

Istotnie przyszedł. Stone zabrał talerze, sztućce i półmiski z resztkami jedzenia i wyszedł. 

Teraz Karol, raz jeszcze, opowiedział o nocnej przygodzie, a również o swym przypuszczeniu 

21 Amerykanin Samuel Morse wynalazł aparat telegraficzny, do którego opracował odpowiednik łacińskiego 
alfabetu, nadający krótkie i długie sygnały: dźwiękowe, świetlne lub pisane. Pierwsza depesza została wysłana 
kablem 24 maja 1844 roku z Waszyngtonu do Baltimore.

background image

związanym z alfabetem Morse’a.

Caldwell wysłuchał wszystkiego bardzo spokojnie, lecz gdy mój przyjaciel zakończył swą 

relację, wykazał nieco zdenerwowania.

— To moja wina. Naraziłem pana na okropne niebezpieczeństwo i nie powinienem narażać 

powtórnie.

—O czym pan myśli?! — wykrzyknęliśmy równocześnie.

—O   zaprzestaniu   wszelkich   dalszych   poszukiwań.   Wolę   stracić   całe   stado,   niż   mieć   na 

sumieniu któregoś z was. Od czego zresztą jest policja?

Policja już próbowała, wiemy, z jakim skutkiem — zauważyłem łagodnie. 

Wobec rozdrażnienia Caldwella zbyt  energiczny sprzeciw mógł spowodować kłótnię i jej 

konsekwencję: nasz natychmiastowy wyjazd z farmy. Zdrowie Karola było dla mnie lak samo 

cenne, jak własne, przecież na rezygnację schwytania przestępcy trudno było przystać. Nie tylko 

dlatego,   1/   byłoby   to   przyznaniem   się   do   klęski,   lecz   również   —   bezkarnością   złodzieja   i 

kapitulacją sprawiedliwości. Wszystko we mnie wzdragało się przeciw zgodzie na propozycję 

Caldwella. Byłem pewien, że Karol czuje to samo, co ja. Jeśli ustąpimy, sprawca czy sprawcy 

porywania bydła rozzuchwalił się. Nie tylko szybko zlikwidują stado, lecz kto wie? — czy nic 

dobiorą się do zabudowań “Alicji”, by zniszczyć doszczętnie całe gospodarstwo, a może nawet 

zagrożą życiu jego właściciela? Czy mogła temu zapobiec policja, tak nieliczna, że nie mogąca 

zaangażować się w obronie praw jednego farmera!

—Wobec   tego   —   odparł   już   spokojniej   gospodarz   —   uzbroję   wszystkich   swych   ludzi, 

wprowadzę wojskowy rygor: pal role i całonocne warty. Niech się wówczas łotry odważą na 

jakąkolwiek akcję!

—Drogi panie — uprzedziłem wypowiedź Karola — na juk długo starczy panu i pańskim 

pracownikom   sił?   Przecież   nadejdzie   pora   wiosennych   robót   i   wówczas   trzeba   będzie 

zrezygnować z wart i patroli. Chyba, że dla takiego celu zwerbuje pan kilka szwadronów 

zabijaków za wysoki żołd, ale to się panu nie opłaci.

— Więc cóż mam czynić?

— Przede wszystkim uspokoić się — zauważył Karol. — Rozumiem pańskie rozdrażnienie, 

lecz   proszę  się  opanować.   Tym  razem  tamci   są  górą,  lecz  do  czasu.   Niechże   pan  zachowa 

spokój, zatrzyma wszystko, co tutaj mówiliśmy, w tajemnicy i pozwoli nam działać. Alarmować 

Mitchella nie ma sensu, w ten sposób ostrzeglibyśmy przestępców i policja znowu nie odkryłaby 

żadnego tropu. Taki jest mój pogląd, na pewno zgodny z pańskimi interesami.

— Więc pragnie pan nadal ryzykować?

—Niejeden raz ryzykowaliśmy z tu obecnym doktorem i to w bardziej błahych sprawach. 

background image

Jeśli pan nas wyprosi, opuścimy “Alicję”, lecz nie zrezygnujemy ze śledztwa. Mam ja teraz 

na pieńku z tą złodziejską bandą i nie puszczę płazem mego guza na głowie. Zgadzasz się, 

Janie?

—Całkowicie.

Caldwell na chwilę zaniemówił. Popatrzył na mnie, popatrzył na Karola, wreszcie uśmiechnął 

się.

—Do licha! — odezwał się już zupełnie innym tonem. — Za skarby świata nie chciałbym 

mieć takich przeciwników jak wy obaj. Zaczynam wierzyć, że się nam powiedzie.

—A do tej pory nie wierzył pan? — zagadnąłem urażony takim sceptycyzmem.

—Wierzyłem aż do dzisiejszego ranka, później ogarnęło mnie zwątpienie.

—I takie głupstwo potrafiło wpłynąć na zmianę pańskiej opinii? — zapytał Karol

—Ładne głupstwo! Napad na mego gościa. Czuję się winnym.

—Z powodu jednego guza na głowie! Nie ma o czym mówić. Lepiej niech się pan zastanowi 

nad   tym,   czy   któryś   z   pańskich   ludzi   nie   pracował   poprzednio   na   poczcie   lub   kolei? 

Niesłychanie to ważna dla nas informacja.

—Na poczcie? — pokręcił przecząco głową. — Ani na poczcie, ani na kolei. O niczym takim 

nie słyszałem.

—To było do przewidzenia — zgodził się Karol.

—Spróbuję przepytać się.

Obaj   zaprotestowaliśmy,   ostrzegając,   iż   tego   rodzaju  zamierzenia   nie   odsłonią   prawdy,   a 

jedynie ostrzegą “sygnalistów”.

—Więc cóż mam czynić? — znowu zdenerwował się Caldwell.

—Zachować spokój i pozostawić nam resztę.

Czyli... przyglądać się bezczynnie rozwojowi wypadków?

—Niech pan pilnuje swych krów — poradziłem. — Częściej niż dotychczas odwiedza swych 

ludzi i nie wspomina ani słówkiem o naszych podejrzeniach.

—I   żadnego   działania   na   własną   rękę   —   ostrzegł   Karol.   —   W   odpowiedniej   chwili 

wezwiemy pana na pomoc. A kto wie, może i Mitchella?

—A kiedy taka chwila nastąpi?

Niestety, na takie pytanie żaden z nas nie potrafił dać rozsądnej odpowiedzi.

background image

Chata w lesie

— Wszystko dobre, co się dobrze kończy.

Tak   oświadczył   mi   Karol,   gdy   po   trzech   dniach   “łóżkowania”,   zdecydowanie   odmówił 

dalszego “leżenia w betach”.

Odparłem, że jeszcze nic się nie zakończyło, bo ma nadal guza na potylicy, a sprawcy tego 

guza hasają na wolności.

Wyśmiał mnie, zaprotestował energicznie przeciw bandażowi na głowie (“Nie będziesz się ze 

mną bawił w szpital!”), zaznaczył, że takich guzów miał już w swym życiu kilka tuzinów i śladu 

po nich nie zostało. Dodał wreszcie, iż spoczywanie w łóżku nie popchnie naszej sprawy ani o 

cal naprzód.

Bąknąłem, że podczas jego choroby “popchnąłem sprawę”, przecież odkrywszy coś niecoś i 

że nadal...

—Ani słowa na ten temat!  Wiem,  że uczyniłeś  sporo podczas mego  leniuchowania,  lecz 

działając nadal samotnie możesz narazić się na los gorszy jeszcze od tego, jaki mnie spotkał.

—Chyba kpisz — oburzyłem się. — Nie jestem niedorajdą.

—Przypuśćmy... Pamiętaj, że pewność siebie niejednego zgubiła. Ja również popełniłem błąd 

zbytnio  ufając  swym   zdolnościom.   I widzisz,  co  się  stało.  Mamy do  czynienia  z  ludźmi 

bardzo śmiałymi, potrafiącymi działać energicznie i nie przebierającymi w sposobach.

Przecież sam twierdziłeś, że nie posuną się zbyt daleko w obawie przed ingerencją policji.

—   I   nadal   tak   uważam.   Oberwałem   po   głowie,   to   fraszka.   Na   pewno   nie   zastrzelą   ani 

zadźgają nożem któregoś z nas. Morderstwo wywołałoby zbyt wiele wrzawy. Ale... na przykład, 

gdyby ci, Janie, połamano kilka żeber?

—To śmieszne przypuszczenie.

—Nazwijmy   je  śmiesznym,   jednak   prawdopodobnym.   Wiesz   doskonale,   ile   tygodni   trwa 

szpitalna   kuracja   po   takim   uszkodzeniu   ciała.   Musielibyśmy   zrezygnować   ze   sprawy,   bo 

wątpię, czy potrafiłbym ją doprowadzić do szczęśliwego końca w pojedynkę.

—No...   jest   jeszcze   Caldwell   —   odparłem,   mimowoli   sugerując   się   “czarnym” 

przewidywaniem Karola. — O. do licha! Czemu kraczesz? Twoje ponure przepowiednie nie 

doprowadzą nas do żadnego mądrego wniosku.

— Owszem, już doprowadziły. Nie wolno nam działać samotnie, tracić siebie z oczu. Co się 

tyczy Caldwella. sam dobrze wiesz, w jakim stopniu na niego można liczyć.

— A Stone?

— Sprytny to i odważny człowiek, lecz rozumem nie grzeszy. Przyda się nam na pewno 

background image

jako   sojusznik,   jednak   trzeba   jego   poczynaniami   kierować.   W   przeciwnym   wypadku   może 

popełnić   nie   byle   jakie   głupstwo.   Caldwell   zajęły  jest  bezustannie   swym   gospodarstwem,   a 

oprócz   tego...   żaden   z   niego   tropiciel   śladów,   zwiadowca   lub   chociaż   obeznany   z   terenem 

kowboj. Na ten temat wie na pewno mniej od Stone’a.

Nie zaprzeczyłem. Tu warto dodać, iż nasza rozmowa poprzedzona została dwoma innymi, 

jeszcze lego ranka. Pierwszą odbyliśmy z Caldwellem, który, jak co dzień, przyszedł dowiedzieć 

się o stan zdrowia mego przyjaciela. Szczerze się ucieszył widoczną poprawą, a bardzo zdumiał, 

gdy Karol poprosił go, aby podczas kolejnej wycieczki w okolice towarzyszył nam Lewis Stone.

— Widzę, że przypadł wam do serca, lecz moim zdaniem to człowiek o niepewnej przeszłości 

i niezbyt mądry. Oczywiście nie odmawiam, lecz dziwię się...

—Co pan rozumie pod słowami “niepewna przeszłość”? — zagadnąłem.

—Powiem krótko: Stone niejeden raz przechwalał się przed innymi, iż odkrył na zachodzie 

Ameryki kilka złotych żył, że mógłby mieć farmę nie mniejszą od “Alicji”“, gdyby nie jego 

“szeroki gest”. Może to prawda, może bajka, lecz nie ufam ludziom chwalącym się w taki 

sposób.

—Sam pan to słyszał?

—No... nie. Halley wspomniał mi o tym.

—I to wszystko?

—Hm... niezupełnie. Kiedyś znów gadał na temat jakiejś bandy rabusiów, jaka przed laty 

grasowała gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych. Jakoby przyczynił się do jej rozbicia. 

Nie dałbym i centa za to, czy sam w tej bandzie nie służył.

—Jednak nie wymówił mu pan pracy.

—To jest bardzo dobry kowboj, doktorze. I to się przede wszystkim u mnie liczy. Nikt się na 

niego nie skarżył, a przeszłość, taka czy inna, nie może zaciemniać teraźniejszości, która jest 

w wypadku Stone’a bez zarzutu. Jednak nie uważam go za sympatycznego osobnika.

Pomyślałem,   że   gdyby   Caldwell   znał   dokładnie   dzieje   Lewisa   tak   jak   ja,   pewnie   nie 

trzymałby go ani jednego dnia dłużej.

Karol zrobił uwagę na temat bardzo różnych przeszłości ludzi, którzy przeszli kowbojską 

szkołę.

— Gdyby tak dobrze poszukać — powiedział — kto wie, ilu wśród pańskich pracowników 

ma całkowicie czystą przeszłość, a ilu niemałe grzechy na sumieniu.

Caldwell westchnął.

— Oby tak nie było. chociaż odciski stóp, jakie odkryliśmy z doktorem, wiodły od miejsca 

bandyckiego napadu wprost ku budynkom farmy.  Okropne! Zawsze ufałem swym ludziom i 

background image

nigdy dotąd nie zawiodłem się.

— Więc jakże będzie ze Stone’em? — zapytałem przerywając te biadania.— Rozkażę   mu, 

by był nadal do panów dyspozycji. Kiedy chcecie ruszać?

— Jutro — odezwał się mój przyjaciel. Zaprotestowałem, lecz skutek był tylko taki, ..że 

Karol zgodził się wyprawę przesunąć najwyżej o jeden dzień.

— Polecę przyszykować bryczkę.

Kiwnąłem głową na znak aprobaty. Bryczka, w przeciwieństwie do wozu, była pojazdem 

resorowanym, odpornym na wstrząsy.

— Za bryczkę dziękujemy — zaskoczył mnie Karol. — Prosimy o dobre konie, ciepłe derki i 

nieco żywności na drogę.

— Na jak długo?

—Na dwa,  trzy  dni.  Jeśli  zabraknie,  zapolujemy.  Zresztą...   teoretycznie   w  takim   właśnie 

ruszamy celu.

—A praktycznie?

—Pragnę  sprawdzić,  dokąd  wiodą  tropy  drugiego  z  moich  napastników.  Jeśli  oczywiście 

jeszcze jakiś ślad po nich pozostał. Może odkryję coś nowego?

Otrzymawszy taką odpowiedź Caldwell nie pytał już o nic więcej i odszedł.

W porze lunchu zjawił się z obfitym poczęstunkiem Lewis Słone. Wiedział już od gospodarza 

o wspólnej wyprawie i teraz promieniał zadowoleniem niczym słońce na bezchmurnym niebie.

— To dopiero  będzie  frajda  — gadał ustawiając  talerze  i  montując  prymitywny  stół dla 

Karola (Karol na me usilne nalegania pozostał jeszcze przez ten dzień w łóżku). — Przypomną 

się stare dzieje, człowiek znowu pohasa na koniu...

— Ciszej,   Lewis   —   zgromiłem   go.   —   O   starych   dziejach   lepiej   nie   wspominać,   nie 

przypadłyby  do  smaku  twemu  pracodawcy.   Wydaje  się,  że  i  tak  zbyt   wiele  gadałeś   o nich

wśród tutejszych kowbojów.

W tym miejscu powtórzyłem to, co opowiadał Caldwell.

— O... — stropił się. — A od kogo gospodarz dowiedział się? Ja mu nic nie mówiłem.

W odpowiedzi wzruszyłem ramionami. Nie było mądrze obciążać donosicielstwem Halleya. 

Stone mógłby zdradzić się swym oburzeniem wobec nadzorcy kowbojów.

— Zapewne — wyjaśniłem — musiałeś mieć bardzo licznych słuchaczy. Długi język nie 

popłaca.

Nic na to nie rzekł. Gdy talerze poczęły świecić pustką, a Lewis wybierał się, aby je odnieść 

do kuchni. Karol zatrzymał go.

—Zrobisz to później. Teraz usiądź i pilnie uważaj. Wyruszamy pojutrze.

background image

—Nie za wcześnie, Karolu? — przerwałem mu.

—Znowu   zaczynasz?   Więc...   wyruszymy   pojutrze   rano.   Pojedziemy   w   sąsiedztwo   farmy 

O’Neila, a może nawet odwiedzimy farmę. Znasz drogę?

—Jak własne pięć palców.

—Doskonale.   A   teraz   powiedz   nam,   czy   rozpozna   ciebie   O’Neil   lub   któryś   z   jego 

pracowników?

—Hm... to prawdopodobne, to bardzo prawdopodobne.

—Szkoda, byłoby lepiej, aby O’Neil nic nie wiedział o naszym pobycie w “Alicji”.

—To się chyba nie da ukryć.

—Dlaczego?

—W tak pustej okolicy jak ta żaden wędrowiec nie pominie okazji odwiedzenia napotkanego 

gospodarstwa.   O’Neil   byłby   bardzo   zdziwiony   dowiedziawszy   się,   że   panowie   nie

byli u pana Caldwella. W wypadku zaprzeczenia zacząłby podejrzewać, iż umyślnie unikacie 

ludzi, a co to w tych stronach znaczy...

—Nie kończ, Lewis. Przyznaję ci rację. Ot, i kłopot.

—O co ci chodzi, Karolu? — zapytałem.

— O to, aby ten O’Neil nie sądził, iż pozostajemy w zażyłych stosunkach z Caldwellem. 

Podejrzewam bowiem, że nie lubi naszego gospodarza, a skoro tak, nie będzie lubił jego gości, 

czyli nas. Zamyślałem udawać, iż Caldwella nie znamy. Byłby to jednak kiepski pomysł, bo 

nieprawdopodobny. A przecież zależy mi, aby O’Neila usposobić do nas przyjaźnie. Trudna 

sprawa. Słuchaj, Lewis: ani słówkiem o tym, że Caldwell nas zaprosił. Do “Alicji” trafiliśmy,  

ponieważ polecono ją nam w Reginie, również polecono farmę O’Neila.

—To brzmi sensownie — zgodziłem się. — Lecz kto nas polecił?

—Nie   bądź   drobiazgowym,   Janie.   Wolno   nie   zapamiętać   nazwiska   przypadkowego 

informatora z Reginy.

—Oczywiście. Z tym, że przybyliśmy do Reginy z własnej inicjatywy,  aby spędzić kilka 

tygodni na jesiennych polowaniach.

—To jasne,

—Przepraszam — niespodziewanie wtrącił się Stone — coś tu nie gra.

— Co takiego? — zapytałem

— Przecież  wszyscy wiedzą, że panów przywiózł  pan Caldwell. A jeśli wszyscy,  to na 

pewno informacja dotarła do O’Neila.

—A to jakim sposobem?

background image

—Po pierwsze dlatego, że plotki nawet w tych bezludnych stronach szybko się rozchodzą. 

Zadziwiająca to sprawa, jednak prawdziwa. Po drugie, nie wiemy, dokąd prowadzi koński 

trop jednego z tych nocnych zbójów. Może do farmy O’Neila? Może to jego człowiek?

—Domysły, domysły. Zastanów się, Lewis! Przecież trop wiodący do farmy O’Neila nie jest 

jeszcze dowodem, że ten nocny jeździec pracuje na tej farmie. Może to być zupełnie ktoś 

obcy, korzystający z chwilowej gościny.

—Może — mruknąłem. — Tym gorzej dla nas, bo sprawa gmatwa się jeszcze bardziej.

—No, tak. Mam jednak pewność, iż nasze odwiedziny u O’Neila wiele nam wyjaśnią. A co 

się tyczy uwagi Lewisa, nadmiar  ostrożności nie zaszkodzi. Dlatego zmienimy pierwotną 

wersję. Jako myśliwym polecono nam “Alicję”, a jej właściciela spotkaliśmy przypadkowo. 

Wygląda to bardzo prawdopodobnie.

—Ech... zbyt wiele tu kłamstwa — ogarnął mnie nagły pesymizm. — Obyśmy się w nie 

zbytnio   nie   zaplątali.   Jeśli   założymy,   że   jeden   z   twoich   napastników,   Karolu,   jest   pra-

cownikiem O’Neila. i działa za jego wiedzą i wolą, prawda wyjdzie jak szydło z worka, bo 

O’Neil   jest   dokładnie   o   wszystkim   poinformowany.   Jeśli   rzecz   ma   się   inaczej,   po   co   te 

zmyślenia? O’Neil może być najuczciwszym człowiekiem na świecie.

—Widzę, że wpadasz w skrajność, Janie. Prawda, że jak dotąd nie mamy żadnego dowodu 

przeciw O’Neilowi, nie wiemy,  z czyjej  inicjatywy działali  ci dwaj nocni zbóje. Może z 

własnej? I w jakim celu?  Jeden z nich  jest mieszkańcem “Alicji”, którego musiałem już 

widzieć. Dlatego przeraził się, że go rozpoznam. No... wiemy, co z tego wynikło. Lecz ten 

drugi? Który odjechał konno? Kim jest? Musimy to sprawdzić. Dlatego wizytę  w farmie 

O’Neila   uważam   za   konieczną,   i   dlatego   chcę,   aby   O’Neil   przyjął   nas   jak   najbardziej 

życzliwie,   a   równocześnie   nie   podejrzewał,   iż   prowadzimy   jakieś   śledztwo   w   sprawie 

zaginionych krów.

—To się nie zgadza jedno z drugim. Jeśli bowiem O’Neil jest człowiekiem uczciwym...

—Lecz o tym jeszcze nie wiemy. Jedno jest tylko dla mnie pewne, że nie istnieje wielka 

przyjaźń   między  O’Neilem   a  Caldwellem.   Myślę,   że  tamten   zazdrości   nieco   powodzenia 

naszemu gospodarzowi, a odmowa sprzedaży ,,Alicji” mogła go mocno zaboleć. No, dajmy 

spokój   tym   rozważaniom.   Czas   pokaże,   gdzie   spoczywa   źdźbło   prawdy.   Liczę,   że   zajdą

jeszcze jakieś nowe okoliczności...

—Jakie? — zagadnąłem ironicznie.

—Nie jestem jasnowidzem, Janie.

Jednak tym razem, jak się później okazało, Karol był jasnowidzem. Lecz nie uprzedzajmy 

wypadków.

background image

—   Hm...   —   rozważałem   —   musimy   być   bardzo   ostrożni.   Aby   nie   wyrządzić   krzywdy 

niewinnemu, a przez to jeszcze bardziej skomplikować sprawę. Jeśli oczywiście O’Neil nie jest 

jedynym w okolicy człowiekiem, któremu zależy na gruntach “Alicji”.

—Jednak stawiam na O’Neila.

—A Metysi? — przypomniałem sugestię porucznika.

—Nic nie wskazuje na-żadnych Metysów, chyba... chyba, że ten jegomość w mokasynach jest 

Metysem. Ale moim zdaniem nie ma to nic wspólnego z zapowiedzią jakiejś nowej rebelii.

—Et... coś kręcisz — zauważyłem, lecz dopiero wówczas, gdy Stone opuścił pokój wraz z 

brudnymi naczyniami. — Po co niepokoić O’Neila, jeśli brak pewności, że to jego sprawka?

—Przepraszam, Janie, ale zaczynasz rozumować jak dziecko. Być może O’Neil jest czysty 

niczym  aniołek,  być  może  wśród jego pracowników kryje  się banda porywaczy bydła,  o 

której on sam nic nie wie, być może wreszcie O’Neil jest inspiratorem całej akcji. To są 

wszystko tylko me domysły. Tak wygląda sytuacja.

Następnego dnia Karol, zgodnie ze swą zapowiedzią, zerwał się z łóżka. Obserwowałem go, 

jak się golił, mył i jadł śniadanie w towarzystwie rodziny Caldwellów. Nie objawiał żadnych 

oznak   osłabienia.   A   więc   pomyślnie   zakończyło   się   wydarzenie,   które   łatwo   mogło   się 

przerodzić w dramat.

Po śniadaniu wałęsaliśmy się we dwójkę tu i tam. Trochę brzegiem strumienia, który, ku 

strapieniu   Karola,   okazał   się   całkowicie   pozbawiony   ryb.   Mój   przyjaciel   był   zamiłowanym 

wędkarzem. Później spacerowaliśmy między budynkami gospodarczymi. Pilnie obserwowałem 

twarze mijających nas ludzi. Czy któryś z nich nie zareaguje zdziwieniem na widok Karola? 

Uznałem   bowiem,   iż   sprawca   guza   na   pewno   interesuje   się   stanem   zdrowia   swej   ofiary   i 

mimowolnie zdradzi się tym. Jednak nie dostrzegłem nic godnego uwagi. Albo więc nocny zbój 

był człowiekiem o bardzo opanowanych odruchach, albo doskonale wiedział o stanie zdrowia 

mego przyjaciela, albo też po prostu nie napotkaliśmy go.

Po lunchu Karol zdecydował się na małą przejażdżkę. Żeby się wypróbować, jak zauważył. 

Poprosiliśmy o konie, a później powiodłem swego towarzysza do miejsca, w którym, wraz z 

Caldwellem, odkryliśmy rozdzielające się tropy. Z tego, który wiódł ku zabudowaniom “Alicji”, 

nic nie zostało, tak zadeptały go konie i krowy; drugi idący wzdłuż linii lasu dał się jeszcze 

odczytać. Dotarliśmy aż do drzewa, przy którym przywiązano konia. Kopyta wbiły się tak głę-

boko w ziemię, iż odciski nadal były wyraźne.

Pojechaliśmy   jeszcze   kawałek   tym   tropem,   jednak   nie   osiągnęli   wspomnianego   przez 

Caldwella jeziorka. Linia lasu ciągnęła się nieprzerwanie ku horyzontowi.

— Wracajmy — zaproponowałem, lękając się, aby zbyt długa przejażdżka nie zaszkodziła 

background image

memu towarzyszowi. Zgodził się. Widać me przypuszczenie było słuszne. Spacer pieszy i konna 

wycieczka w ciągu jednego dnia to było zbyt wiele po kilku dniach leżenia w łóżku. A co będzie 

jutro? Gdy wędrówka potrwa znacznie dłużej?

Zacząłem przemyśliwać, w jaki sposób skłonić Karola do jazdy bryczką.

Spotkaliśmy się powtórnie z Caldwellem i Stone’em. Zostały omówione drobne szczegóły 

naszej wyprawy. Jednak nie zdradziliśmy gospodarzowi ani kierunku planowanej jazdy, ani jej 

zasadniczego   celu.   Karol   jedynie   ogólnikowo   poinformował   gospodarza,   iż   zamierzamy 

objechać granice jego posiadłości, a może nawet zapuścić się nieco dalej na północ. Jak długo to 

potrwa?   Najwyżej   trzy   do   czterech   dni.   Lecz   nie   powinien   się   niepokoić,   gdyby   nasza 

nieobecność nieco się przeciągnęła.

— Jeśli tak, powinniście panowie zabrać wóz z żywnością i wyposażeniem. Aby korzystać w 

drodze z maksimum wygody. Moim zdaniem pan Gordon nie powinien zbyt się forsować.

Przytaknąłem   delikatnie,   aby   nie   spowodować   energicznego   protestu   Karola.   Jednak   nie 

ustrzegło mnie to przed nieco zgryźliwą uwagą mego przyjaciela. Oświadczył, że skoro doktor 

czuje się tak bardzo osłabiony, niechże korzysta z wozu, bryczki, a nawet... balonu. On nie ma 

nic przeciw temu, lecz sam wyruszy na grzbiecie wierzchowca.

Nawet nie usiłowałem spierać się. Caldwell również zrezygnował ze swej propozycji.

Tego   wieczoru   udaliśmy   się  na   spoczynek   wcześniej   niż   zazwyczaj,   Karol   bowiem   miał 

zamiar wyruszyć jeszcze przed świtem. Po co tak rano, nie miałem pojęcia. Jednak okoliczności 

pozwoliły wyspać mi się do woli. Otóż Lewis Stone, który miał nas zbudzić, nim zorze poranka 

błysną na niebie, po prostu zaspał. My obaj również zaspaliśmy. Nic takiego nie przytrafiłoby się 

nam przy noclegu pod gołym niebem. Budził nas zawsze przedranny, rzeźwy chłód. Zaspania w 

tym wypadku nie uznałem za życiową tragedię i nawet udało mi się nieco złagodzić gniew mego 

przyjaciela.

Dopiero koło ósmej rano opuściliśmy farmę, kierując się najpierw w stronę lasu. Pogoda 

zapowiadała się wspaniale. Świeciło słońce; lekki wietrzyk gnał po niebie pierzaste chmurki i 

spadał   na   ziemię   niby   wiosenny   zefirek.   Karol   już   zdążył   się   otrząsnąć   z   gniewu,   Stone   z 

przygnębienia, w jakie go ten gniew pogrążył, a ja... Ja nie miałem żadnych powodów ani do 

gniewu, ani do przygnębienia, więc czułem się znakomicie.

Pędziliśmy kłusem równolegle do czarnej ściany lasu. Po pół godzinie takiej jazdy, gdy nadal 

nic nie zwiastowało ani kresu puszczy, ani jeziorka, o którym mówił Caldwell, począłem wątpić 

w poprawność obliczeń naszego gospodarza.

— Trzy mile? — zdziwił się Stone na me głośno wypowiedziane wątpliwości. — Będzie 

prawie pięć. Pan Caldwell się pomylił.

background image

Po dalszych piętnastu minutach wędrówki istotnie ściana lasu urwała się raptownie, skręciła 

prawie   pod   ostrym   kątem   w   lewo   od   nas,   tworząc   wąski   klin   zarośli   i   rzadkich   drzew 

przeglądających   się   w   cichych   i   gładkich   jak   lustro   wodach   jeziorka,   a   raczej   stawu   nie 

zasilanego, jak zaraz zauważyłem, żadnym dopływem, ale też nie odprowadzającego nigdzie 

swej zawartości. Ot, taka “wodna dziura”, jakich sporo można spotkać w głębi pierwotnych 

borów lub na ich poboczach.

Zsiedliśmy z koni, przywiązali je uzdami do konarów drzew, ominęli staw i wyszli na prerię.

— A więc, Stone — odezwał się Karol — gdzie leży posiadłość O’Neila?

Wskazał w lewo.

— Trzeba jechać, jak las się ciągnie. Dlatego zabłądzić nie sposób, chociaż nie ma tu żadnej 

drogi. W miejscu, w którym mała rzeczka przecina prerię, wznoszą się budynki farmy. Nie tak 

liczne jak u nas, jednak nie można ich ominąć.

— Jak daleko stąd?

Stone podrapał się w głowę.

— Stąd... jakieś dwadzieścia pięć mil. Może trochę więcej, może nieco mniej.

—   Pięknie   —   stwierdził   mój   przyjaciel.   —   Teraz   postójcie   chwilę   w   miejscu.   Spróbuję 

zbadać, czy istnieją tu jakiekolwiek ślady oprócz naszych.

Siadłem   na   brzegu   jeziorka   o   tafli   ciemnej,   prawie   czarnej.   Nic   nie   marszczyło   jej 

powierzchni. Na pewno w głębi nie znajdowała się ani jedna ryba. Stone przykucnął obok mnie i 

potwierdził me przypuszczenie.

— Nie ma tu ryb, doktorze. To paskudna woda, której lepiej nie próbować pić. Cuchnie 

stęchlizną tak, że nawet zwierzęta jej unikają. Ha — dodał po chwili zerkając w stronę Karola — 

pan Gordon bardzo dokładnie bada tropy.

Istotnie Karol to do nas się zbliżał, to oddalał, przyśpieszał kroku lub zwalniał, zawsze z 

głową   pochyloną.   Chwilami   przypominał   mi   ptaka   zwanego   biegusem,   zachowującego   się 

podobnie podczas polowania na-jaszczurki i grzechotniki.

— Idę o zakład — zagadał znowu Stone — że żadne ślady nie wiodą stąd na północ, tylko 

skręcają na zachód.

W kilka minut później Karol powrócił i potwierdził te słowa.

— Więc powiadasz, Lewis, że dwadzieścia pięć mil? Wobec tego proponuję, abyśmy naszą 

podróż przegrodzili noclegiem.

—A to po co? — zdziwiłem się.

—Po to. iż nie chcę przybyć do farmy wieczorem, lecz rankiem.

—Cóż za różnica?

background image

—Bardzo zasadnicza, Janie. Przed złożeniem wizyty panu O’Neil pragnę dobrze przyjrzeć się 

farmie z pewnej odległości, a to przecież wymaga dziennego światła.

—Lecz chyba nie masz zamiaru przerywać naszej podróży w tym miejscu?

—Nie, leży zbyt daleko od naszego celu.

—A więc gdzie?

—Wspominałeś   o   rzeczce   —   Karol   zwrócił   się   do   Stone’a.   —   Nocleg   nad   Wodą   jest 

najwygodniejszy.

—Myślę, proszę pana, że będzie to ciut zbyt blisko farmy. Jeśli mamy zachować się nie jak 

złodzieje i rozpalić ognisko, zauważą je i pewnie będą zdziwieni, czemu ta trójka myśliwych 

koczuje na polu mogąc poprosić o nocleg pod dachem ?

—Słusznie. Wymyśl coś lepszego, Stone. Ty jeden znasz okolicę.

—Trudna sprawa — westchnął Lewis. — Poza tamtą rzeczką i tym jeziorkiem nigdzie dokoła 

nie ma wody.

—Musisz się mylić. Dwadzieścia pięć mil bez żadnego źródełka? Toż by tu wszystko uschło. 

Ta wspaniała trawa i ten las nie mogłyby tak bujnie rosnąć.

—Las — mruknął Lewis. — Ach tak! Przegapiłem to. Ma pan rację. Jest źródełko, lecz nie 

sposób je odnaleźć.

—No to, skąd wiesz — wtrąciłem się — o jego istnieniu?

—Byłem tam jeden, jedyny raz. Przypadkiem.

—Chyba trafisz po raz drugi? — zapytałem.

—Ba, działo się to przed laty, więc drożyna musiała dokładnie zarosnąć. Pan dobrze wie, 

doktorze, jak szybko zarastają leśne ścieżki. A to jedyna droga do wody. Źródełko znajduje 

się w głębi boru.

— Musimy sprawdzić. Gdzie to jest? — odezwał się Karol.

—Dokładnie nie wiem. Musimy jechać wzdłuż linii boru, może trafimy na wyrwę wśród 

drzew, lecz łatwo ją przeoczyć. Ja tam zawędrowałem z ciekawości. Myślałem, że Bóg wie,

co   odkryję.   A   tymczasem   dotarłem   jedynie   do   polanki,   na   której   stała   chata   sklecona   z 

bierwion.

—Chata? — zainteresował się Karol. — Czyżby traper.

—Na pewno. Któżby inny zdecydował się zamieszkać w takiej głuszy?

—Domyślam się — powiedziałem — iż nikogo w tej chacie nie zastałeś.

—A nikogo. Lokator wyniósł się przed laty i adresu nie zostawił — zażartował Stone.

—No to ruszajmy — zdecydował Karol. — Daleko może być ta ścieżka?

—Chyba ze dwadzieścia mil. Mogę się mylić. Pamiętam jednak, że od wylotu ścieżki do 

background image

farmy   O’Neila   było   bardzo   blisko,   a   ponieważ   chata   ukryta   jest   w   lesie,   nikt   nas   nie

zauważy.

Jak się później okazało, Stone’a zawiodła pamięć. Od ścieżki do farmy było około pięciu mil.

Ruszyliśmy. Ta wędrówka nie zasługuje na opis, nic się podczas niej nie wydarzyło. Jedyną 

ciekawostką wartą uwagi okazał się fakt, iż steczkę odnaleźliśmy niezwykle łatwo. Stanowił ją 

wąski przesmyk, wijący się wśród starodrzewu, słabo zarośnięty (wbrew temu, co przypuszczał 

Stone),  usiany tu   i  tam   poczerniałymi  już  pniami  po  zrąbanych  drzewach.   Widać   ten  szlak 

wytyczono przed laty, lecz jego obecny stan świadczył, iż ktoś niezbyt dawno oczyścił przejście 

z co większych krzewów.

—   Cóżeś   nam   nagadał?   —   zdziwił   się   Karol,   gdy   zasiedliśmy   z   koni   i   zajrzeli   w   głąb 

poczynającej już mrocznieć głuszy boru.

Stone był tak samo zaskoczony. Wzruszył ramionami, podrapał się po głowie.

—Tam musiał ktoś zamieszkać — stwierdził.

—Na pewno — dodałem — przecież nie krasnoludki plewiły tu zielsko? — Patrzcie! — 

uczyniłem kilka kroków drożyną i podniosłem liściastą, poczynającą więdnąć, gałązkę. — 

Nie dalej jak tydzień temu ktoś tu pracował nożem.

—Chodźmy — przynaglił nas Karol i prowadząc konia za uzdę wkroczył w głąb lasu.

Przepuściłem Stone’a i zająłem miejsce w ariergardzie pochodu. Szliśmy, a raczej wlekliśmy 

się   wąską   cieśniną,   przebitą   między   dwoma   ścianami   drzew.   Prawdopodobnie   to   przejście 

zostało wydeptane dawno temu przez czworonogi szukające wodopoju, a później poszerzone 

przez nieznanego trapera. Wyglądało na to, iż jego miejsce obecnie zajął następca o podobnym 

fachu, amator futerkowych zwierząt i... samotności.

Jak długo trwał nasz przemarsz? Prawie godzinę. Nic w tym dziwnego. Traper nie budowałby 

chaty nie mając pod ręką wody, a widać dość daleko od granic prerii i lasu znajdowało się jej 

źródło.   Wreszcie   dróżka   rozszerzyła   się   nieco,   a   po   dalszych   kilkudziesięciu   krokach 

zogromniała w dość obszerną, prawie kolistą polanę. Starczyło mi miejsca, aby minąć Stone’a i 

zająć stanowisko przy boku Karola.

Polana zarosła trawą i niskimi krzewami. Tu i tam wyłaniały się spod zieleni czarne odziomki 

zrąbanych   drzew.   Było   tu   zacisznie,   niby   we   wnętrzu   szczelnie   obudowanej   chaty. 

Przystanęliśmy. Obyczaj Zachodu wymagał oznajmienia swej obecności. Przybysz, który właził 

na cudzy teren bez zgody jego użytkownika, łacno mógł być uznany za nieproszonego gościa i 

potraktowany kulą.

— Uważajcie  — powiedział  Karol  półgłosem  — ani słowa o nas: skąd jesteśmy,  dokąd 

dążymy. Mnie pozostawcie wszelkie wyjaśnienia.

background image

Nie wiedziałem, do czego zmierza, lecz nie była to pora na pytania, więc tylko skinąłem 

głową, a Lewis szeptem przytaknął.

background image

Doskonale — mruknął mój przyjaciel. — Ej, tam! — zawołał.

Nikt nie odpowiedział, głos jakby utonął w oceanie krzewów i drzew, nie budząc echa.

Chyba nie zastaliśmy gospodarza — zastanowiłem się. — A skoro tak, możemy śmiało 

wkroczyć na teren jego posiadłości.

Moje przypuszczenie pozostawało w zgodzie ze zwyczajami Dalekiego Zachodu. Mieszkańca 

domu i właściciela najbliższego otoczenia zawsze należało uprzedzić o swym przybyciu, lecz 

gdy  lokator   był  nieobecny,  każdy  wędrowiec   miał  prawo  skorzystać  nie   tylko   z  dachu  nad 

głową,   ale   i   ze   zgromadzonych   w   domostwie   zapasów   żywności.   Tak   przesądzał   sprawę 

wieloletni zwyczaj prerii i lasów. I nikt nie ważył się go łamać. Obowiązkiem niespodziewanego 

gościa było jedynie zostawić wnętrze i otoczenie domostwa w takim stanie, w jakim je zastał, no 

i oczywiście w niczym nie uszczuplić ruchomości.

—Jeszcze chwilkę — powstrzymał mnie Karol. — Może nas nie usłyszał? — Jest tam kto?! 

— powtórzył i odwróciwszy się do Stone’a zapytał: — Gdzież ta chata? Nie widzę jej.

—Trudno dostrzec, wznosi się po przeciwległej stronie polany, wśród drzew.

—A co to takiego?

—Zwyczajny blokhauz bez okien, zbity z nie okorowanych bali, wewnątrz...

Lewis nie dokończył, bo przerwał mu okrzyk:

— Halo! Wchodźcie śmiało!

Z tupotem końskich kopyt i szelestem roztrącanych traw wkroczyliśmy na pobrzeże polany. 

Domu nadal nie mogłem zauważyć, za to z czerni boru wychynął nagle człowiek. Stał teraz z 

dłonią przyłożoną do czoła, bo słońce świeciło mu prosto w oczy.

— Witajcie! — odezwał się, gdy przebyliśmy połowę dzielącej go do nas odległości. 

Teraz mogłem mu się przyjrzeć. Wyglądał jak przeciętny traper. Co oznacza takie określenie, 

wie każdy, kto chociaż raz zetknął się z przedstawicielami tego dziwnego zawodu. Tu wtrącę, iż 

Karol   Gordon   nie   wyglądał   na   typowego   trapera.   Nigdy,   odkąd   go   poznałem.   Mężczyzn 

zawodowo parających się myślistwem określają pewne wspólne cechy charakteru i wyglądu. 

Rzecz zadziwiająca, że wśród tej kategorii ludzi nigdy nie trafiłem na młodych. Przeważnie byli 

to mężczyźni w tak zwanym średnim wieku lub powyżej niego. Szpakowaci lub siwi, z twarzami 

spalonymi   od   wichrów   i   słońca   na   barwę   podobną   do   cery   czerwonoskórych,   z   włosami 

najczęściej opadającymi na szyję. Bardzo spokojni w ruchach a równocześnie szybcy, o głosie 

przytłumionym,   rzadko   hałaśliwi,   za   to   lubiący   gadać   przy   każdej   okazji   aż   do   znudzenia 

słuchaczów.   To   stanowiło   rekompensatę   za   miesiące   przymusowego   milczenia,   spędzone   w 

głuszy i samotności. Że się znali na zwyczajach poszczególnych gatunków zwierząt, że posiadali 

nabyty latami instynkt orientowania się w terenie — o tym zbytecznie zapewniać.

background image

Teraz stał przed nami jeden z takich “przebiegaczy lasów”, w futrzanej, okrągłej czapce na 

głowie, w skórzanych spodniach, butach z krótkimi cholewkami, w wypłowiałej ciemnozielonej 

koszuli. W prawicy dzierżył strzelbę, jak się później przekonałem — dwururkę z jedną lufą na 

kule, drugą na śrut.

—Witajcie — powtórzył i zaraz dodał: — konie można puścić luzem.

—Przepraszamy za najście, jeśli nie w porę — powiedział Karol. — Podobno jest tu jakieś 

źródło, a nas męczy pragnienie.

— Zawsze w porę. Chodźcie.

Zarzuciliśmy cugle na łęki siodeł i ruszyli  krok w krok za nieznajomym,  jednak już bez 

Stone’a, który pozostał przy wierzchowcach.

Na  przeciwległym   krańcu   polanki   —   dopiero   teraz   to   zauważyłem   —  stała   chałupa,   tak 

wtopiona w tło otoczenia, iż prawie niewidoczna. Zgodnie z tym, co mówił Stone, był to typowy 

traperski blokhauz ze szparami zamiast okien. Dodam — szpary te w zimie zwykle zatykano 

mchem. Odetkane służyły za strzelnice w wypadku nadejścia niezbyt życzliwie usposobionych 

Indian lub jakichś “białych” włóczykijów rodem z pod ciemnej gwiazdy! Jednak tego rodzaju 

spotkania należały już do rzadkości.

Budowla musiała być stara. Kloce zdążyły pokryć się mchem, a na płaskim dachu z belek i 

darni rzucone wiatrem nasiona wyrosły w drobne, liściaste krzaczki. — Siadajcie — zaprosił 

gospodarz uroczyska. Siedliśmy na zmurszałych pniach, wokół spopielałego kręgu po ognisku. 

Dostrzegłem wówczas, tuż pod dachem budowli, wylot metalowej rury, świadczący o tym, że w 

dni   zimowej   zawieruchy   właściciel   budyneczku   rozporządzał   piecykiem.   Wynalazek,   który 

coraz bardziej się rozpowszechniał, zastępując gliniane paleniska, dające więcej dymu niż ciepła.

Nieznajomy zniknął na chwilę w czarnej głębi swego przybytku, by powrócić z wiadrem i 

kubkiem. Woda była lodowato zimna i smaczna. Bez śladu bagiennych woni, które tak często 

charakteryzują  leśne źródła.  Zaspokoiliśmy  pragnienie,  a  potem  Karol zapytał,  czym  można 

napoić konie.

— Wiadrem, oczywiście. Tym samym — dodał traper spostrzegłszy, iż mój przyjaciel nie 

zrozumiał odpowiedzi. — Nie mam innego. Przecież koń to czyste stworzenie!

Na   pewno   koń   jest   stworzeniem   czystym   w   porównaniu   z   innymi   zwierzętami   oraz 

niektórymi... ludźmi. Jednak tkwiące we mnie podstawowe zasady higieny spowodowały, że 

wzdrygnąłem się z obrzydzenia. Lecz nie było innego, stosowniejszego naczynia.

Karol chwycił za pałąk wiadro i pomaszerował ku wierzchowcom.

— Piękne mamy w tym roku lato — zagaił traper. — Piękne i długie. 

background image

Przytaknąłem. Gdy nie ma o czym mówić, zwykle mówi się właśnie o pogodzie. Wydobył 

skórzany kapciuch z kieszeni.

—Nie, nie — zaprotestowałem i sięgnąłem po swój. — Mnie łatwiej zaopatrzyć się.

—Prawda — przyznał zwięźle.

Nabiliśmy główki fajek tytoniem, podałem mu zapałki.

— Niezły — stwierdził wypuszczając smugę dymu.

W odpowiedzi wymieniłem markę fabryczną tego gatunku i udałem, iż całkowicie zajmuje 

mnie palenie. Dlaczego tak powstrzymywałem się od rozmowy? Ze względu na Karola. Przecież 

zastrzegł sobie prawo do poinformowania nieznajomego o nas i o naszych sprawach. Cokolwiek 

teraz   rzekłbym,   za   chwilę   mój   przyjaciel   mógł   stwierdzić   coś   wręcz   przeciwnego,   co 

wzbudziłoby niepotrzebne podejrzenia w naszym gospodarzu. Że też Karol akurat musiał oddalić 

się! Przypuszczałem, iż nie czynił tego wyłącznie dla napojenia koni, lecz dla dokładniejszego 

poinstruowania Stone’a, jak ma się zachować i co mówić. Mnie był  pewien, lecz gadatliwy 

Lewis mógł wyrwać się z czymś zupełnie nie przeznaczonym dla postronnych uszu.

—Skąd wiedzieliście, że tu jest źródło? — niespodziewanie zagadnął traper.

Co powinienem był odpowiedzieć? Czy zgodnie z prawdą, to znaczy, że poinformował nas 

Lewis? Z kolei zapewne padłoby pytanie, kim jest ten informator. Na szczęście pytający nie był 

człowiekiem podejrzliwym i sam sobie odpowiedział na pytanie.

—Pewnie napotkaliście któregoś z ludzi O’Neila.

—O’Neila? — powtórzyłem. — Nie znam tego człowieka.

—To farmer — odparł. — Ma huk ziemi w okolicy, będzie jakieś pięć mil stąd. Nie trafiliście 

na jego gospodarstwo?

Pokręciłem przecząco głową, pełen niepokoju, jakie następne pytanie zada mi ten człowiek. 

Na szczęście nie zadał. Pewnie przeszkodziło mu w tym nadejście Karola i Stone’a.

Skorzystałem   z   okazji,   by   przerwać   pogawędkę   pod   pretekstem   rozkul   baczenia 

wierzchowców.

—Rozmawiałeś z nim? — zaszeptał Karol, gdy zdejmowałem siodło.

—O niczym ważnym — uspokoiłem go.

Zdaje się, że odetchnął z ulgą. Przyznam, iż jego troska o mnie bywała denerwująca.

Zwaliliśmy manatki kilkanaście kroków od miejsca po ognisku i teraz, już we trójkę, siedli.

— Jesteście głodni — stwierdził traper. — Od dawna w drodze?

— Od dwu tygodni — odparł Karol ku memu zdumieniu.

Pytającego również musiała zdziwić ta odpowiedź, bo przyjrzał się bacznie naszym schludnie 

wyglądającym postaciom, zerknął na konie, wyglądające tak, jakby je tuczono niczym świnie na 

background image

rzeź, wreszcie...

— To dobry żart!.

—Nie   —   zaprzeczył   Karol.   —   Spory   szmat   drogi   przebyliśmy   w   kolejowym   wagonie. 

Dlatego zwierzęta wyglądają tak, jakby je przed chwilą wyprowadzono ze stajni, a i na nas 

nie ma śladu wędrówki.

—Rozumiem. Z daleka, jeśli można wiedzieć?

—Z Milwaukee.

—Gdzie to?

—Na południe od Wielkich Jezior, w Stanach.

—Więc Jankesi! To musi być wielkie miasto.

—Czemu wielkie?

—Bo tylko w wielkich miastach mówi się tak gładko jak wy i nosi tak eleganckie ubrania. 

Zgadłem?

—Zgadłeś — wtrąciłem się. — Masz bystry wzrok i nic nie ujdzie twej uwadze.

Rozpromienił się.

—Eee...   są   lepsi   ode   mnie   —   zamachał   dłonią   —   ale   że   traperka   czyni   człowieka 

spostrzegawczym, o tym wiedzieli już nasi dziadowie.

Prawda   —   potwierdził   Karol,   a   ja   pomyślałem,   jak   bardzo   go   musiało   bawić   i   gniewać 

równocześnie zrównanie z miejskimi elegancikami.

Widać   nasz   gospodarz   nie   posiadał   jednak   zbyt   demaskującego   spojrzenia.   Nie   odkrył 

pokrewnej   duszy   w   Karolu.   Może   dlatego,   że   nasza   znajomość   trwała   tak   krótko   albo   nie 

posiadał doświadczenia w rozpoznawaniu ludzi.

—Sporo upolowaliście? — zagadnął spoglądając na nasze tobołki.

—Coś niecoś — odparł mój przyjaciel. — Trochę dzikich indyków, kilka antylop i jednego 

jelenia. Rogów nie wieziemy, zbyt  zawadzają w drodze, futer również nie mamy,  tak, że 

możesz nie obawiać się konkurencji — zakończył nieco dwuznacznie.

Nic innego nie potrafiłby powiedzieć zarozumiały greenhorn, przekonany, że może stanowić 

jakąkolwiek konkurencję dla starego trapera. Karol celowo dał taką odpowiedź, mrugnąwszy do 

mnie, gdy gospodarz podniósł się z pnia i poszedł do chaty. Po krótkiej chwili wyjrzał z niej 

dźwigając kawał krwistego mięsa.

— Antylopa — wyjaśnił. — Upolowałem ją o świtaniu i przez resztę dnia sumienie mnie 

gryzło, że nie zdążę zjeść takiej fury mięsa, zanim się nie zepsuje. Na szczęście los zesłał mi  

niespodziewanych gości.

Położył  sztukę na pniaku, który wyglądał jak stół rzeźni-czy w masarni, i długim nożem 

background image

począł ćwiartować przyszłą pieczeń. Sądziłem, że z kolei umieści ją na zaimprowizowanym 

rożnie,  lecz   on wyniósł   z głębi   chaty potężny,   osmolony  garnek  i  do  jego  wnętrza  wrzucił 

pokrojone kawały. Było ich pięć, jak zdążyłem policzyć. Dla kogo ten piąty, skoro było nas 

czterech?

Z   kolei   zajął   się   gromadzeniem   opału   na   miejscu   po   ognisku.   Spora   sterta   chrustu   i 

porąbanych drewien leżała kilka kroków dalej. Dokonawszy dzieła, obtarł dłonie o spodnie i po-

nownie siadł obok nas.

— Rozpalę   później   —   wyjaśnił   —   czekam   na   jeszcze   jednego   gościa,   a   on   nie   lubi 

rozgotowanych potraw.

—Od dawna tu koczujesz?— zapytał Karol.

—Dopiero od wiosny i to przez czysty przypadek. Z wiosną wybrałem się w te strony, bo 

mówiono, że zwierzyny w bród, i prawdę mówiono. Dlatego zostaję tu do następnej wiosny. 

W tej chacie, jak słyszałem, mieszkał jakiś dziwak. Jak tylko dowiedział się, że ktoś zakłada 

gospodarstwo   rolne,   natychmiast   czmychnął.   Gadał,   jak   mi   opowiadali   starzy   kowboje 

O’Neila, że nie lubi gwaru wynikającego z sąsiedztwa innych ludzi. Ładne mi sąsiedztwo! 

Nie za blisko, nie za daleko. A i duża wygoda. Na farmie zawsze odstępują mi cukier, sól, 

herbatę a nawet tytoń, gdy moje zapasy poczynają się wyczerpywać. Teraz jeden z kowbojów 

dostarcza mi warzywa. Ten właśnie, na którego czekam. Zabawny człowiek, szkoda, że lubi 

zbytnio pociągnąć z butelki, lecz któryż kowboj nie pija?

— Pewnie trafiłeś tu starą ścieżką — spróbował odgadnąć Karol.

— Gdzie tam! Steczka zarosła tak, iż niczym nie różniła się od lasu. Ja trafiłem najpierw na 

farmę, po prostu, aby wypytać się, czy w okolicy nie trapuje jakiś mój konkurent. Wtedy to 

właśnie powiadomiono mnie o tej chacie, a nawet jeden z kowbojów zaprowadził mnie do niej. 

Ot, i cała moja historia.

Rzecz jasna, nie była to wcale “cała historia”, ten traper nie spadł tu z nieba i na pewno 

niejedno przeżył, lecz pytać byłoby niegrzecznością.

— Długo zabawicie w tych stronach? Oby jak najdłużej, będzie z kim pogadać.

—Tylko przez jedną noc — odparł Karol. — Nasza wycieczka dobiega końca i czas nam 

wracać w rodzinne strony.

—Do Milwaukee?

—Do Milwaukee.

—Nie zazdroszczę. Nie wytrzymałbym w mieście długo.

Do   wszystkiego   można   się   przyzwyczaić   —   wtrąciłem   się   z   obawy,   że   zacznie   nas 

wypytywać, czym zajmujemy się w mieście. Nie byłoby sprawą roztropną udzielenie traperowi 

background image

zbyt obszernych informacji o sobie, zwłaszcza że ten traper pozostawał w ścisłych kontaktach z 

farmą O’Neila.

— A   pewnie,   pewnie   —   odparł   —   lecz   to   wymaga   czasu   tak   niekiedy   długiego,   iż 

przekracza życie jednego człowieka.

Uśmiechnąłem się. Samotność, na jaką skazuje się traper, wiedzie ku zżyciu się z przyrodą, 

ku rozmyślaniom, w wyniku których rodzą się zadziwiające później słuchaczy gadki, lub też ku 

całkowitemu zdziczeniu. Jednak takie wypadki, jak mi wiadomo, rzadko się trafiają.

—Pamiętam przed laty — mówił dalej nasz gospodarz — nie mogłem odwyknąć zimą od 

codziennego mycia się w lodowatej wodzie. Wynik był taki, że wysuszona skóra poczęła 

odpadać płatami i nabawiłem się paskudnych ran.

—A teraz? — zainteresowałem się.

—Teraz, jak chwyci ostry mróz, wody używam jedynie do gotowania, a golę się ostatni raz 

przy pierwszym przymrozku, a pierwszy przy ostatnim podmuchu zimy. Zarośnięta twarz jest 

bardziej odporna na zimno, ale wy nie możecie o tym wiedzieć.

Ubawiło mnie takie stwierdzenie.

— Jedyny   wówczas   sposób   na   usunięcie   brudu   to   tłuszcz   zwierzęcy,   najlepiej   łój, 

rozsmarowany na skórze. Zeskrobany ściąga sporo brudu, a jeśli trochę tłuszczu pozostanie, tym 

lepiej,   chroni   przed   odmrożeniem.   A   stopy   to   już   koniecznie   należy   grubo   wysmarować. 

Skarpety, co prawda, przylepiają się i nienawykłego będzie ten fakt mocno drażnił, lecz lepsze to 

od odmrożenia palców u nóg. Ech — zmienił nagle temat spojrzawszy na mą strzelbę — widzę, 

że używasz winczestera. Czy chociaż z dobrym skutkiem?

Odparłem, że za mistrza wcale się nie uważam, jednak...

— Godna pochwały skromność — przerwał mi ze śmiechem. — Najgorszym strzelcem jest 

nie ten, kto raz za razem pudłuje, lecz ten, kto opowiada niestworzone bajędy o swym bystrym 

oku i niezawodnej ręce. W ten bowiem sposób do grzechu marnotrawstwa prochu dodaje grzech 

kłamstwa.

Cóż mogłem na to odpowiedzieć nie wychodząc ze swej roli greenhorna? Oczywiście nic.

— Winczester to dobra dla poniektórych broń — gadał dalej traper — bo lekka. Jednak ja 

przedkładam stare i ciężkie pukawki. W odpowiednich dłoniach stają się niezawodne. Ja mam 

dwururkę, na śrut i na kule, i nie sprzedałbym jej za tyle złota, ile waży. Toteż chronię ją jak oka  

w głowie. Pokażę wam.

Znowu pobiegł do chaty i wyniósł z niej broń. Spoczywała w grubym, skórzanym pokrowcu.

— Pewnie was to dziwi — zauważył, ściągając z dubeltówki lisią skórkę. — Proszę spojrzeć 

na lufy. Ani jednej plamki rdzy, a kolba tak błyszczy, jakby ją wczoraj polerowano.

background image

Mówił prawdę. Istotnie broń wyglądała, jakby ją przed chwilą zdjęto z półki rusznikarskiego 

sklepu. Niejeden raz czytałem i niejeden raz oglądałem długą broń starych przebiegaczy prerii — 

okropne samopały o odrapanych kolbach i lufach, które wydawały się nieco skrzywione, jakby 

używano ich zamiast młotków i lewarków. Jednak w rękach właścicieli spełniające znakomicie 

funkcję, dla których je wyprodukowano. Z biegiem lat i oglądania tego rodzaju strzelb, wbrew 

rozsądkowi, nabierałem przeświadczenia, iż celnie strzelać można jedynie z mocno zniszczonej 

pukawki. Teraz oglądałem coś wręcz przeciwnego.

—Celna? — zapytałem, ważąc w dłoniach parofuntową “armatę”.

—Czy celna? Zaraz wam pokażę.

Wyciągnął ze stosu drew jasną drzazgę długości mniej więcej cala, a szerokości o połowę 

mniejszej. Umieścił ją na gałązce świerku w odległości około trzydziestu kroków od nas.

— Kto z was trafi? — zapytał siadając między mną a Karolem.

Odmówiliśmy   uczestnictwa   w   tym   konkursie.   Zmierzył   się,   a   trwało   to   mgnienie   oka,   i 

wypalił. Drzazga znikła.

— Świetnie — pochwaliłem, a Karol poprosił o dubeltówkę.

Obejrzał ją dość powierzchownie.

—Produkcja Henry'ego — powiedział — z 1860 roku. Aż trudno uwierzyć, że po tylu latach 

broń znajduje się w tak świetnym stanie.

—To zasługa mego futerału.

—Oczywiście, futerał stanowi znakomitą ochronę — zgodziłem się — ale też posiada pewną 

wadę.

—Jakąż to? — oburzył się traper.

—Futerał nie zezwala na szybki strzał.

—Szybki strzał? — zdziwił się. — Nie rozumiem. Gdy zasadzam się na zwierzynę, uprzednio 

futerał zdejmuję.

— A jeśli w drodze na polowanie napotkasz nagle dwunożnego wroga? On będzie szybszy.

Traper roześmiał się.

— Bandyci w tych stronach? A cóż mieliby rabować? Nie istnieją tu ani kopalnie złota, ani 

banki. Ja milionerem nie jestem i nikt się na mnie nie obłowi. Gdyby jednak dotarł tu zbiegły z 

więzienia przestępca, to po pierwsze: nie będzie się ukrywał w sąsiedztwie farmy i to bardzo 

ludnej,   po   drugie:   nie   popełni   kolejnego   przestępstwa   ze   strachu   przed   policją.   Ona   tu   już 

zaglądała   w   lecie,   była   w   gospodarstwie   niejakiego   Caldwella   i   tutaj.   Węszyła   za   śladem 

znikających krów, lecz do jakiego wniosku doszła, nie wiem. Chyba do bardzo niepomyślnego 

dla właściciela, bo, jak mi wiadomo, żadna krowa nie odnalazła się.

background image

Nastawiłem   uszu.   Trafiała   się   okazja   pociągnięcia   za   język   gadatliwego   trapera.   Nie 

uczyniłem tego czekając na inicjatywę Karola.

— Krowy? — zdziwił się mój przyjaciel oddając dubeltówkę gospodarzowi. — Znikające 

krowy? Pewnie był popłoch w stadzie. Takie wypadki podobno często się zdarzają.

Traper założył pokrowiec na strzelbę, popatrzył na nas.

— Nic   o   tym   nie   wiecie?   Hm...   na   porywaczy   bydła   żaden   z   was   nie   wygląda.   Zresztą 

pierwszy   wypadek   zniknięcia  kilkudziesięciu   krów   wydarzył   się   jeszcze   w   lecie,   a   was   tu 

wówczas nie było.

—Jesteś pewien? — zapytał Karol.

—Ba, jak tego, że słońce wkrótce skryje się za czuby drzew. Ja żyję przecież z traperki, a nie 

mógłbym   z   niej   żyć   nie   zbadawszy   uprzednio   okolicy,   w   której   mam   zamiar   polować. 

Chodziłem   więc   tu   i   tam.   byłem   i   w   “Alicji”,   dwadzieścia   mil   stąd.   Tak   się   nazywa 

gospodarstwo Caldwella. Zawodowy myśliwy może tu zawitać nawet z najdalszych części 

kraju, taki wszędzie da sobie radę, lecz wasza trójka, wybaczcie, nie lubię nikomu wyrządzać 

przykrości, wygląda kubek w kubek jak sam wybór “niedzielnych myśliwych”, wędrujący od 

zagrody do zagrody, by nocą mieć dach nad głową, posługujący się kompasem i dodatkowo 

wynajmujący przewodnika. O... przerwał i spojrzał na Stone’a. — Ty wyglądasz na kowboja, 

lecz najpewniej jesteś właśnie przewodnikiem. Nie tak?

—Oczywiście, że tak — Karol szybko uprzedził ewentualną odpowiedź Lewisa.

—No   więc   nie   pomyliłem   się.   Dodam   teraz,   że   ostatnią   noc   na   pewno   spędziliście   pod 

dachem, a więc u Caldwella. Dlaczego u Caldwella, a nie u O’Neila? Dlatego, że do farmy 

O’Neila jest stąd zaledwie pięć mil, więc bylibyście u mnie na długo przed południem, a nie o 

zmierzchu.

Słuchając   tego   wywodu   poczułem   lekki   dreszcz   przebiegający   po   mych   plecach.   Ten 

człowiek posiadał zdolność logicznego rozumowania pozwalającą dojść prawdy.

—Owszem — odpowiedział Karol — nocowaliśmy u Caldwella. Nie wspomniałem o tym, 

jakoś się nie zgadało, masz nam to za złe?

Ależ nie! Po prostu lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia, to wszystko. Dam wam dobrą 

radę:   jeśli   odwiedzicie   O’Neila,   nie   chwalcie   się   noclegiem   w   “Alicji”.   O’Neil   nie   znosi 

Caldwella, zdążyłem to wyniuchać. Ten gość, na którego czekam, przybędzie z farmy O’Neila, 

więc dlatego i jemu nic na ten temat nie wspominajcie.

—Dziękujemy za ostrzeżenie — odparł Karol. — Czy pozwolisz nam tu przenocować?

—To   jasne!   Jestem   uczciwym   człowiekiem,  a   żaden   uczciwy   człowiek   nie   odmówi 

wędrowcom gościny. Stary to zwyczaj na każdym bezludziu.

background image

—A jak się tu żyje? — wpadłem w swą rolę greenhorna.

—Bardzo dobrze. Jak już mówiłem, sąsiedztwo farmy pozwala mi zaopatrywać się w niektóre 

produkty, a jednocześnie odległość nie skłania ciekawskich do zaglądania mi do garnków. 

Poza jednym Fredem Burtonem (to ten kowboj, który mnie tu przyprowadził) nikt tu więcej 

nie bywa. A teraz... skoro już wszystko o mnie wiecie, powinienem do tej fury wiadomości 

dołożyć   własne   nazwisko.   Brzmi   moim   zdaniem   bardzo   pięknie:   Peter   Atkins.   Gdzie 

mieszkam? Aż do przyszłej wiosny właśnie tutaj. Że ta polanka nie posiada ani nazwy, ani 

stacji kolejowej, ani urzędu pocztowego, nic mnie to nie martwi. Listy nie dochodzą i nikt tu 

nie zna tego wynalazku, który w miastach nazywacie telegrafem. Bardzo dobrze.

Wszystko   to   wypowiedział   wesołym   głosem,   raz   po   raz   uśmiechając   się.   W   rewanżu 

podaliśmy swe imiona i nazwiska, po czym zauważyłem niby od niechcenia:

— Telegraf to jednak wspaniały wynalazek. List potrzebuje wielu dni, czasem tygodni, na 

dotarcie do adresata, depesza tylko sekund.

— A pewnie, pewnie. Pogadajcie na ten temat z Burtonem. On kiedyś pracował na poczcie, 

ale   rzucił   tę   posadę,   bo   jak   mówi,   zbyt   była   denerwująca.   Teraz   pozwólcie,   że   się   zajmę 

rozpalaniem ognia. Fred lada chwila przybędzie.

Udał się do źródełka i po chwili wrócił z naczyniem pełnym wody.

Gdyby między nas padł nagle piorun z jasnego nieba, nie zrobiłoby to większego wrażenia niż 

informacja Atkinsa!

Nieznajomy Burton był telegrafistą! Spojrzałem na Karola, a Stone rozdziawił usta niczym 

wrota stodoły.

— Ciepło, ciepło... — powiedziałem półgłosem.

—Nie masz, Janie, zapałek? — zapytał Karol, a ja, jakby natchniony, skłamałem: — Gdzieś 

mi się zapodziały...

—Poszukam w jukach.

Odszedł, klęknął przy stosie naszych bagaży.

— Lewis — szepnąłem — jeśli będziesz tak się rozdziawiał, wleci ci do gardła kruk.

Nie wiem, czy mi odpowiedział czy nie, bo akurat zawołał mnie Karol:

— Chodź tu, Janie, nie mogę znaleźć... Oczekiwałem tego wezwania, jednak bez pośpiechu 

podszedłem do naszych siodeł.

—Powinny tu być — oświadczyłem głośno, a cicho: — Co teraz?

—Miej  strzelbę pod ręką i nie spuszczaj  oczu z tego Burtona, gdy tu przybędzie,  resztę 

zostaw mnie.

—A konie?

background image

—Nie   możemy   ich   obecnie   osiodłać.   Atkins   począłby   coś   podejrzewać.   O,   są!   — 

wykrzyknął.

Gdy  wstaliśmy  z  klęczek,   pierwsze  płomyki  ognia  poczęły  lizać   bierwiona  i  dno garnka 

zawieszonego na prymitywnym trójnogu.

— Teraz tylko trochę cierpliwości — zagadał traper. — Dostaniecie rosół i sztukę mięsa. 

Dzisiaj otrzymałem nieco warzyw od Burtona, zupa będzie jak się patrzy i nawet z solą. To 

podkreślenie nie było wcale żartem. Sól na odludziu stanowiła cenną rzadkość. Indianie jej nie 

używali, a “biały” wędrowiec ma z nią zawsze sporo kłopotu: szybko nasiąka wilgocią i przy 

każdej okazji rozsypuje się. Jest ładunkiem bardzo uciążliwym, więc tym bardziej pożądanym.

Powoli nadciągała szarówka i coraz jaśniej błyskał płomień. Atkins co kilka chwil mieszał 

zawartość garnka długim myśliwskim nożem, pogadując na temat swych kucharskich zdolności:

— Nie będę się chwalił, lecz potrafię usmażyć befsztyk tak doskonały, że nie powstydziłaby 

się go najlepsza miejska restauracja.

—Na patyku? — wyraziłem wątpliwość.

—Na   patelni.   Mam   ci   ja   tu   nawet   patelnię.   Ale   mój   rosół   wcale   nie   będzie   gorszy. 

Praktykowałem przez pewien czas w oberży, a szef był bardzo wymagający. Jednak nie dla 

mnie ślęczenie przy garnkach, chociaż sporo się nauczyłem.

—Hej! — rozległo się nagle. — Jesteś tam, Peter?!

—A   jestem,   jestem!   —   odkrzyknął   traper,   a   nam   wyjaśnił:   —   To   Burton.   Spokojny   i 

sympatyczny chłop, nawet gdy sobie podpije.

W   parę   minut   później   ujrzałem   “spokojnego   i   sympatycznego   chłopa”   w   całej   jego 

okazałości. Wychynął, a raczej wytoczył się z wylotu ścieżki, wiodąc konia. Po prawdzie to koń 

jego prowadził. Nie trzeba było wielkiej spostrzegawczości, aby zauważyć, iż kowboj O’Neila 

był pijany.

Przybysz pozostawił konia w pobliżu naszych wierzchowców, później długo grzebał w jukach 

siodła,   na   koniec   —   chwiejąc   się   na   wszystkie   strony   niby   czubek   świerku   na   wietrze   — 

podszedł do ogniska niosąc w obu rękach po

jednej flaszce.

—Fred! — wykrzyknął traper. — Gdzieżeś się tak urządził? Siadaj, siadaj natychmiast, bo 

runiesz w płomienie.

—Nic się nie bój, Peter. Wracam z poczęstunku, ale nie zapomniałem o tobie. Mój stary tak 

mnie dziś gościł za to, żem się chwacko sprawił w tej zakichanej “Alicji”...

Ten człowiek wyglądał obrzydliwie z czerwoną, pijacką gębą i bełkotliwym głosem, jednak 

—   niech   mi   będzie   wybaczone   —   uznałem   to   za   szczęśliwy   wypadek.   Któż   odgadnie,   co 

background image

oznaczać miały te słowa, lecz natychmiast skojarzyłem je ze znikaniem bydła. Może słusznie, 

może niesłusznie. Ten nieostrożny pijak mógł stać się dla nas źródłem bezcennych informacji.

— Nie gadaj tyle — zmitygował go Atkins. — Usiądź, powiadam, bo się zwalisz w ognisko.

Przybysz  jeszcze  przez  kilkanaście  sekund kołysał  się, na koniec  “klapnął”  na najbliższą 

kłodę. Jednak butelki ustawił obok siebie z zadziwiającą w takim stanie ostrożnością. Zdaje się, 

iż dopiero teraz zauważył  nas, bo wytrzeszczył  oczy na mnie, na Karola, jakby ujrzał dwie 

zjawy:

—  Ooo... — zdziwił  się. — Coś mi  się widzi,  że masz  gości.  Może  przeszkadzam?  — 

naburmuszył się.

Gadał dalej bełkotliwie, w sposób, którego nie potrafię odtworzyć.

—  Siedź   cicho!   —   zgromił   go   traper.   —   Nigdzie   cię   nie   puszczę,   bo   chyba   niedaleko 

zaszedłbyś. Pewnie piłeś na pusty żołądek?

Burton zaśmiał się rechotliwie:

—Zgadłeś. Wódka wówczas najlepiej smakuje, ale też głodny jestem jak wilk. Co mi dasz, 

Peter?

— Cierpliwości, odpocznij krzynkę. Wiec to O’Neil tak cię napoił?

—   Oho,   pewnie!   Żeby   nie   ja,   nikt   tak   pięknie   sprawy   by   nie   wyspekulował,   ale   to... 

tajemnica. Jednak tobie, Peter, zdradzę, przypadłeś mi do serca...

W tym miejscu odbiło mu się obrzydliwie.

—Nie jestem ciekaw twoich tajemnic. Lepiej pogadaj z gośćmi z dalekiego świata.

—Z dalekiego świata — powtórzył pijak bezmyślnie, drgnął, znowu wybałuszył na nas oczy.

—Wybaczcie — Atkins pochylił się nad nami — on nigdy dotąd nie znajdował się w takim 

stanie. Mam nadzieję, że wkrótce zaśnie.

Burton musiał usłyszeć ostatnie słowo, bo natychmiast wybełkotał:

—Kto   mówi   o   spaniu?   Zabawimy   się   jeszcze.   O,   goście!   —   przypomniał   sobie.   —   Z 

dalekiego świata, to niby skąd?

Tak   obcesowe   pytanie   było   niegrzecznością,   lecz   odpowiedziałem   natychmiast   bardzo 

łagodnym tonem, by nie drażnić opilca:

—Przyjechaliśmy ze Stanów Zjednoczonych.

— Jankesi!   —   wykrzyknął.   —   Twoi   znajomi,   Peter?   Może   przyjaciele?   No   to   i   moi... 

Napijmy się...

Sięgnął po jedną z dwu butelek.

— Odkorkuj, Peter, mnie ręka trochę drży — wybuchnął śmiechem,  niby z najlepszego 

dowcipu.

background image

Atkins, ku memu oburzeniu, otworzył butelkę, a nawet przyniósł trzy cynowe kubki.

— Nie odmówicie chyba? — zwrócił się do nas.

Wzdrygnąłem się, lecz w tym momencie Karol oparł się dłonią o me ramię i lekko uścisnął, a 

równocześnie rzekł:

— Napijmy się. Odrobinka whisky przed snem nikomu nie zaszkodzi.

Miałem więc nie tylko pić, lecz jeszcze być świadkiem upicia dobrze już mającego w czubie 

kowboja! Wręczono mi prawie pełen kubek. Tak wyglądała w praktyce “odrobinka” Karola. 

Siedział obok mnie, bardzo z czegoś rad.

—Oszalałeś? — mruknąłem.

—Nie pij dużo — odszepnął, gdy Atkins, rozdawszy kubki, poszedł zajrzeć do garnka.

—Za chwilę zagotuje się — oświadczył. — Macie jakieś naczynia?

Posiadaliśmy jedynie kubki. Któż bowiem w podróży gotuje zupę?

—Ot, kłopot — zafrasował  się gospodarz.  — W moim  dobytku  znajdują  się tylko  dwie 

miseczki i łyżek zaledwie para.

Udałem się do naszych bagaży, za mną poczłapał Lewis i przynieśliśmy własne kubki, nawet 

trzy, bo przewidujący Stone również się w kubek zaopatrzył. Kubek, nawet najpojemniejszy, nie 

zastąpi talerza ani miseczki, ale ponieważ i łyżek brakowało, piliśmy zupę. Przed tą potrawą — 

na życzenie pijanego gościa — spełniliśmy toast na cześć gospodarza. Połknąłem jeden łyk i 

zaraz odstawiłem naczynie z alkoholem za siebie, umyślnie tak niezgrabnie, żeby pokaźna reszta 

jego zawartości wsiąkła w ziemię. Ten fakt zauważył jedynie Karol. Pokiwał głową z aprobatą i 

równie szybko odstawił swój kubek. Co się tyczy Stone’a — siedział od nas w odległości kilku 

kroków — ani ja, ani Karol nie mieliśmy żadnych możliwości skontrolowania jego konsumpcji. 

Trochę mnie to zaniepokoiło. Dodam jeszcze, że Fred Burton oświadczył, iż nie ma zamiaru z 

nikim dzielić naczynia i wobec tego będzie pił prosto z... butelki. Tak więc po rozlaniu nam 

hojnych porcji whisky zawładnął pokaźną pozostałością. Zdziwiła mnie obojętność Atkinsa na 

tak wyraźne dążenie jego znajomka do upicia się, ale nie do nas należało ingerowanie w tę 

sprawę.

Rosołowi  musiałem  oddać  pełną   sprawiedliwość,   był  znakomity,  a  mięso,  które  jedliśmy 

następnie   (przy   pomocy   palców   i   myśliwskich   noży),   w   niczym   nie   ustępowało   zupie. 

Najprawdopodobniej obie te potrawy w Milwaukee uznałbym za ledwie jadalne, lecz spróbuj, 

człowieku, przegłodzić się przez kilkanaście godzin w drodze i nawdychać woni traw i drzew, a 

byle co wyda ci się wspaniałym przysmakiem! Cisza panowała, gdy paraliśmy się z posiłkiem, 

lecz później Burton wydobył stojącą za jego plecami drugą butelkę.

— Teraz — oświadczył — musimy wypić za zdrowie O’Neila. — Tak, za jego zdrowie.

background image

Oby mu się udał cały plan!

— O jakim planie gadasz, Fred?

— Ano o tej... “Alicji”. O’Neil chce ją kupić.

— Już o tym mówiłeś — odparł Atkins.

—Może i mówiłem, ale rzecz w tym, iż teraz na pewno ją kupi.

—Nic mnie to nie obchodzi — mruknął traper zbierając brudne naczynia.

—Ale mnie obchodzi! O’Neil obiecał, że jak stanie się właścicielem “Alicji”... — przerwał i 

spojrzał na nas błędnym wzrokiem.

Doszedł już do takiego stanu, iż poczynał tracić świadomość miejsca i czasu.

—Pijmy... — wybełkotał po chwili, kołysząc w dłoni butelkę. — Odkorkuj, Peter.

—Ani mi się śni — burknął Atkins. — Upiłeś się. Zostaw to na jutro.

Brzękając naczyniami  ruszył  w stronę  chaty.  Nie  wszedł  do jej  wnętrza,  lecz  zniknął  za 

rogiem budowli. Zapewne

lam znajdowało się źródełko. Nasz gospodarz musiał już mieć nieźle “w czubie”. Zdradzał to 

jego niezbyt pewny chód.

— Uważacie,   że  się  upiłem?   —  zabełkotał   Burton  agresywnym  tonem.  —  Fred  Burton 

nigdy nie był pijany i... nie będzie. Może który z was otworzy butelkę, co?

— Oczywiście — szybko odpowiedział Karol.

Podniósł się z pnia, podszedł do pijaka i odkorkował flaszkę tak sprawnie, jakby przez całe 

życie wykonywał pracę, barmana.

— Karolu — szepnąłem, gdy wrócił na swe miejsce — ten człowiek już przeholował miarę. 

Patrz!

Burton przystawił szyjkę butelki do ust, przechylił głowę do tyłu i tak ją trzymał z dobrą 

minutę. Na koniec odstawił naczynie i splunął prosto w gorejące ognisko.

—Hej! — zawołał — Peter, gdzie się skryłeś?

Nie otrzymawszy odpowiedzi, zwrócił się do nas:

—To wy jesteście niby skąd?

—Ze Stanów Zjednoczonych — odparłem, siląc się na

uprzejmość.

— Ale... ale... ja się pytam, skąd po drodze?

Nie wiedziałem, co na to rzec, przyznać się do pobytu w “Alicji”, czy nie? Karol wyręczył 

mnie w odpowiedzi.

—Po drodze z “Alicji”, tam nocowaliśmy.

—U Caldwella? — bezsensownie zagadnął Burton.

background image

—A u kogóż by innego?

—No to... no to, ja wam powiadam, że za rok będziecie gościć w “Alicji” u O’Neila. Caldwell 

już ledwie dyszy, a jak straci resztę bydła...

Zdaje się, iż mu na sekundę wróciła odrobina przytomności, bo przerwał i po małej chwili 

wymamrotał:

—Co też ja gadam? Nie zważajcie na to.

—Głupstwa gadasz! — zgromił go Atkins wróciwszy akurat z czystymi naczyniami. Stanął 

nad pijakiem. — Druga butelka... — stęknął, a że Burton znowu sięgnął po szkło, wyrwał mu 

ją z ręki.

— Dosyć tego — rozeźlił się.

Sądziłem, że zabierze flaszkę do chaty, lecz on ją przechylił do ust i łyknąwszy sporo cisnął 

naczynie między krzaki. — Dosyć — powtórzył, ale jakoś bełkotliwie, a później odszedł ku 

domostwu nieco chwiejnym krokiem. 

Było dla mnie jasne, iż kolejna porcja alkoholu gwałtownie naruszyła już i bez tego kiepską 

równowagę   jego   ciała.   Taki   widok   mocno   umniejszył   sympatię,   jaką   poczułem   do   tego 

człowieka.

—To obrzydliwe — szepnąłem Karolowi.

—To interesujące — odszepnął i po chwili dodał: — Mamy go...

Jak on sobie wyobrażał to “mamy go”? Nie miałem pojęcia. Jedno nie ulegało dla mnie 

wątpliwości:   Burton   (wraz   ze   swym   pracodawcą)   był   mocno   zaangażowany   w   sprawę 

znikającego bydła. Kto wie, czy nie był głównym wykonawcą poleceń O’Neila? A poza tym 

ongiś pracował w urzędzie pocztowym. Byłem pewien, że właśnie jako telegrafista. Ponieważ 

świat wcale nie jest pełen telegrafistów, a tym  bardziej  północne bezludzie Kanady,  Burton 

musiał być jednym z dwu tajemniczych sygnalistów pamiętnej nocy. Jednak, rozmyślałem, nie 

mamy na to żadnego dowodu i nawet najbardziej łatwowierny sędzia nie uzna tego oskarżenia za 

oczywiste. A porucznik Mitchell?

Atkins znowu pojawił się przed nami. Siadł między Karolem a Burtonem, a spostrzegłszy, jak 

ten ostatni zwiesił głowę, zauważył:

—Czas ci, bratku, podrzemać trochę.

—Nie będę spał — zaprotestował pijak, lecz bardzo słabym głosem. — Wracam na farmę.

—Nigdzie nie pojedziesz, aż jutro rankiem... 

— Pojadę... jutro muszę coś załatwić... z tym... bydłem... — wymruczał tak cicho, że ledwo 

go usłyszałem.

Głowa na nowo opadła na piersi, ciało zakołysało i Burton łagodnie osunął się między krzewy 

background image

i trawy.

Drgnąłem, lecz Karol przeczuł mój odruch i położył mi dłoń na ramieniu.

— Siedź! — rozkazał. — To tylko pijacka meta. Do jutra mu minie. Późno już, czas nam 

spać — zwrócił się do Atkinsa.

— Prawda   —   bełkotliwie   odparł   gospodarz.   —   Chcecie  nocować   w   chałupie,   czy   na 

dworze?

— Na dworze — odparł Karol.

Dostrzegłem, jak bardzo stara się zachować normalne ruchy i sposób mówienia normalnego 

człowieka i jak ten wysiłek nie daje pełnego rezultatu.

— No to... dobranoc. A o tego pijaka nie troszczcie się, zresztą... nakryję go kocem.

Ruszył ku chałupie.

— Karolu — powiedziałem — mimo że ten obrzydliwy typ przyznał się, nie powinniśmy 

zostawiać go w takiej sytuacji. Nabawi się zapalenia płuc...

Karol zachichotał.

—  Och,   Janie,   Janie   —  szepnął.   —   Nie   zostawimy   tutaj   pacjenta   chorego   na...   alkohol. 

Pojedzie z nami pod czułą opieką lekarza!

—Co takiego?!

—Sza! Idzie tu Atkins, chyba z kołdrą. Dobrze, przyda się.

Nie była to kołdra, lecz gruby koc, którym traper usiłował otulić śpiącego, bo Burton spał 

głębokim, pijackim snem. Stwierdziłem to osobiście, pomagając Atkinsowi okryć leżącego.

— Ot tak, będzie dobrze... — pochwalił swe dzieło traper ciężko dźwigając się z kolan. — 

Rozkulbaczcie jego konia i wsuńcie mu siodło pod głowę. Niezły to chłop w gruncie rzeczy...

Przyrzekłem, chociaż na ten temat miałem nieco inny pogląd. Traper powiedział nam jeszcze 

raz “dobranoc” i zniknął w czarnym wnętrzu chaty.

—Dobrych snów — mruknął Karol. — Zapalimy fajki, co, Janie? Zostało nam jeszcze nieco 

czasu, zanim nasz gościnny gospodarz uśnie na dobre. Później ruszymy w drogę.

—Dokąd?

—Oczywiście, do “Alicji”. Czeka nas niezbyt przyjemna podróż, bo po ciemku i z wielce 

kłopotliwym bagażem.

—Chcesz zabrać Burtona?

—Tak.

—Przecież to najzwyklejsze porwanie! Zastanów się.

—Może   być   zwykłe   albo   niezwykłe   —   odpowiedział   —   lecz   nie   mamy   innej   drogi   do 

ujawnienia prawdy. Jestem pewien, iż Mitchell zaakceptuje mój pomysł.

background image

—Ale sąd! Przecież sprawa trafi do sądu. Porwanie człowieka to nie przelewki. Nie jesteśmy 

na Dzikim Zachodzie.

—Tylko na Dzikim Bezludziu — zaśmiał się. — Daj spokój, Janie. Ryzyko biorę na siebie, a 

co   się   tyczy   sądu...   wygląda   na   to,   że   nie   my   zasiądziemy   na   ławie   oskarżonych.

Ten Burton jest pierwszym świadkiem matactw O’Neila, to nitka do naszego kłębka tajemnic. 

Nie mogę jej puścić.

Nie sprzeciwiałem się dłużej. Zresztą nie była to stosowna pora. O Burtonie sąd mój był 

identyczny  z  poglądem   Karola,  jednak  sposób  załatwienia   sprawy budził  moje   wątpliwości. 

Siedząc przy ognisku i kurząc fajkę na próżno szukałem innego rozwiązania tak kłopotliwej 

sytuacji.

Podszedł Stone.

—Zabieramy go? — zaszeptał przenikliwie.

—Zabieramy — odparł zwięźle Karol.

—Ale frajda! — ucieszył się Lewis. — Jak go weźmiemy?

—Przywiązanego do własnego konia. Teraz siedź cicho i czekaj.

Stone umilkł,  umilkła  i przyroda,  bo nawet wiatr przestał  dąć w konarach drzew i tylko 

delikatne trzaski dopalających się drew mąciły ciszę. Polana pogrążyła się w mroku, ani jedna 

gwiazda nie zabłysła na niebie, a księżyc nie wyjrzał.

Czekała nas piekielnie trudna wędrówka poprzez bezdroże lasu, a później prerii. To było 

pewne, resztę kryło nie-odgadnione jutro. Jak na nasz postępek zareaguje porucznik Mitchell? 

Co   powie   Caldwell?   Co   skłonny   będzie   wyjawić   Burton,   gdy   wreszcie   oprzytomnieje   z 

pijackiego snu?

Mnóstwo pytań — żadnej odpowiedzi.

Tropy wiodą ku prawdzie

To była najgorsza ze wszystkich mych podróży, chociaż równocześnie najkrótsza. Lecz nim 

ją rozpocząłem, wczesną nocą, zatrudniono mnie jako “łapacza”. Cóż to znaczy?

W Kanadzie określenie takie nigdy nie było używane, lecz na Dzikim Zachodzie Stanów 

Zjednoczonych   cieszyło   się   przez   dziesiątki   lat   ujemną   sławą.   “Łapaczem”   był   każdy,   kto, 

znęcony pieniężną nagrodą za schwytanie, puszczał się tropami ściganego prawem przestępcy. 

Muszę   podkreślić,   iż   nagroda   była   zawsze   wypłacana   —jak   głosiły   listy   gończe   —   za 

dostarczenie szeryfowi “żywego lub martwego” bandyty. “Łapacz” musiał być przygotowany na 

walkę, na wymianę strzałów, z której to walki nie zawsze wychodził zwycięsko. Mimo że w 

background image

swej niebezpiecznej akcji spełniał funkcję obrońcy sprawiedliwości, nie cieszył się dobrą opinią 

wśród spokojnych farmerów. Ponieważ, choć postępował zgodnie z prawem, czynił to niejako... 

poza tym prawem. Uważano powszechnie, iż motywem postępowania “łapacza” jest chęć zysku, 

a nie walka z przestępczością.

Moja rola jednak nie była całkowicie w tym stylu. Nie brałem siłą przestępcy, jako że był 

całkowicie niezdolny do oporu, lecz równocześnie nie miałem za sobą żadnego poparcia prawa 

w formie chociażby listu gończego. Ale nie liczyłem na żadną nagrodę! Zresztą w tej samej 

sytuacji znajdował się Karol oraz Stone. Ten ostatni niczym się nie przejmował.

Gdy wypaliliśmy fajki w całkowitym milczeniu i tak głębokiej ciszy, że w uszach dzwoniło, 

mój przyjaciel powstał z kłody, na której dotąd siedział.

—No, Janie — powiedział półgłosem — zabieramy się do roboty.  Lewis, idź do chaty i 

sprawdź, czy nasz traper zasnął na dobre.

—Na pewno zasnął — odpowiedział Stone. — Jak szedł, widziałem, że jest nieźle wstawiony. 

Taki to długo na sen nie czeka.

Zrobił kilka kroków i nagle zawrócił.

—Jak długo mam tam sterczeć?

—Dopóki cię nie odwołamy — odpowiedział Karol.

—A gdyby się przebudził?

—To nam w niczym nie przeszkodzi, dopóki nie zapragnie wyjść ze swej nory.

—Może zapragnąć...

—Mam do ciebie pełne zaufanie, Lewis. Musisz go w jakiś tam sposób zatrzymać  z pół 

godzinki. Tylko bez żadnych środków nieodwracalnych! Zapamiętaj to sobie.

—To się wie!

Zaśmiał się cicho, ale ten śmiech nie zabrzmiał w mych uszach radośnie.

—Może ja pójdę pilnować trapera? — zaproponowałem.

—Nie, nie! Nie nadajesz się teraz na anioła stróża. To szczególny wypadek. Idź już, Lewis. 

Ciebie, Janie, czeka inna robota, również bardzo odpowiedzialna.

Na czym miała polegać, szybko się przekonałem. Po pierwsze: na osiodłaniu koni, lecz to 

fraszka. Po drugie: na przeniesieniu spitego jak bela Burtona do miejsca, w którym stały nasze 

wierzchowce. Tego dokonałem już przy pomocy Karola. Z kolei czekała nas najtrudniejsza do 

wykonania praca: przywiązanie nieprzytomnego człowieka do siodła i końskiego karku tak, aby 

nie spadł podczas jazdy. Trudna to sztuka. Początkowo mój przyjaciel chciał po prostu prze-

rzucić Burtona przez siodło głową w dół, a pod brzuchem końskim przesunąć rzemień, aby 

połączyć nim ręce z nogami leżącego. Zaprotestowałem.

background image

—Czy zdajesz sobie sprawę, Karolu, do czego może pijaka doprowadzić wielogodzinny ucisk 

żołądka? Jakie ślady pozostaną po naszym przejeździe?

—O, do licha! Mówisz jak sam najmądrzejszy lekarz i masz rację. Musimy Burtona jakoś 

inaczej usadowić.

Dopieroż   to  była   robota!  Spociłem   się przy niej  jak  przy konkursowym  rąbaniu   drzewa. 

Burton był to kawał chłopa, a więc bardzo ciężki, i całkowicie bezwładny. Leciał nam z rąk jak 

kamień. Gdy wreszcie został osadzony na siodle, z nogami związanymi pod końskim brzuchem, 

z rękami podobnie związanymi pod końskim karkiem, wydało mi się, że upłynęła już połowa 

nocy.   Ku   memu   zdziwieniu   i   radości   stwierdziłem,   spojrzawszy   na   zegarek,   że   koszmarne 

zajęcie zabrało nam zaledwie trzydzieści minut.

— Postój tu, Janie, i rozglądaj się na wszystkie strony. W razie czego alarmuj strzałem. Idę 

po Stone’a.

Gdy   odszedł,   zrobiło   się   nagle   tak   ciemno,   iż   sylwetki   naszych   zwierząt   ledwo   były 

widoczne, mimo że stałem od nich na odległość rozwiniętych cugli. Równocześnie poczułem na 

twarzy i na dłoniach wilgoć, począł siąpić drobny deszczyk. Tylko tego brakowało!

Po   kilku   minutach   usłyszałem   przytłumiony   odgłos   kroków,   lecz   że   dobiegał   od   strony 

gorejącego jeszcze ogniska, nie zaniepokoił mnie. Po chwili czerwona plama nagle znikła. To na 

pewno Karol, ostrożny i przewidujący jak każdy traper, chlusnął wodą na źródło ognia. Wreszcie 

raczej wyczułem, niż dostrzegłem, zbliżanie się moich towarzyszy.

—Co z Atkinsem? — zagadnąłem.

—Śpi jak suseł i pewne jest, że przed rankiem nie otworzy oczu — odparł Karol. — A co tu?

—Nic.   Któż   by   odważył   się   wałęsać   podczas   tak   ohydnej   nocy?   Oby   tylko   nie   zaczęło 

mocniej padać.

—To się okaże — odpowiedział. — No, Lewis, prowadź swego konia pierwszy, byłeś już tu 

przedtem.

—Tak,   proszę   pana,   lecz   teraz   jest   ciemno   jak   w   uchu   nietoperza,   tylko   ja   nie   jestem 

nietoperzem.

—Weź oczy w ręce i ruszaj. Ja za tobą, a ty, Janie, zamykasz nasz pochód.

W takim porządku poczęliśmy się wycofywać z polany. Konie strzygły uszami potykając się 

o   ukryte   w   gęstej   trawie   odziomki   pni.   Być   może   krążył   wokół   jakiś   drapieżnik   leśny, 

najprawdopodobniej wilk, lecz o tej porze roku zwierzęta te nie są napastliwe, nie lękałem się 

więc ani o nas, ani o śpiącego w swej chałupie Atkinsa.

Gdy minęliśmy polanę, cały czas trzymając wierzchowce za uzdy tuż przy pyskach, droga 

stała się mniej uciążliwa, chociaż ciemności na niej panowały jeszcze głębsze. Była to jednak 

background image

trasa ograniczona z obu stron szpalerami drzew i krzewów o dość równym podłożu. Zabłądzić 

nie sposób. Jednak gdy przed paru godzinami przy dziennym świetle wędrowałem tą steczką 

prawie godzinę, to obecnie przeszło dwie.

Podziwiałem   Karola,   że   sobie   tak   świetnie   radzi   z   obu   końmi:   tym,   do   którego 

przytroczyliśmy Burtona, i swoim własnym. Z powodu wąskości przejścia mój przyjaciel wła-

snego   wierzchowca   przywiązał   do   siodła   zwierzęcia   Burtona   długim   rzemieniem,   lecz   ten 

właśnie   wierzchowiec   sprawiał   nam   najwięcej   kłopotu:   tupał,   szarpał   uzdą   aż   chrzęściły 

rzemienie, wyraźnie nie chciał iść i dopiero na głośne uspokajanie Karola ruszał w dalszą drogę.

Deszczyk mżył nadal, gdy wreszcie wychynęliśmy z leśnej ciaśniny. Przypuszczałem, że na 

otwartej przestrzeni widoczność poprawi się, ale gdzie tam!

—   Zatrzymajmy   się   —   polecił   Karol.   —   Trzeba   zmienić   szyk   naszego   marszu.   Lewis, 

będziesz jechał nadal pierwszy, tylko żebyś się nam nie urwał. Przyczepię ci Burtona, za koniem 

Burtona pojedzie doktor. Uważaj, Janie, aby nasz pupilek nie spadł. Dopiero byłby kłopot. Ja 

jadę ostatni. Jeszcze chwilkę. Muszę odsapnąć, spociłem się jak mysz. To było trudne przejście. 

Miał rację, mnie również koszula przylgnęła do pleców. Postaliśmy przez kilka minut mając 

przed sobą prerię, a za plecami las. Gdyby nie wilgoć spadająca z nieba, chwila odpoczynku 

byłaby nawet przyjemna. Szepnąłem coś na ten temat.

—Tak,   oczywiście   —   mruknął   Karol.   —   Jednak   byłoby   jeszcze   lepiej,   gdyby   mżawka 

przemieniła się w ulewę. Mam nadzieję, że to nastąpi.

—Tylko tego brakuje — burknąłem.

—Oczywiście, że tylko tego. Los się do nas uśmiechnął, więc chyba nadal będzie łaskawy. 

Deszczyk zamaże nasze ślady, a poza tym przeszkodzi w kolejnej kradzieży bydła, jeśli i jutro 

będzie padać. Pamiętasz, Janie, co bełkotał ten kowboj?

—Doskonale pamiętam. Gadał, że ma zrobić stampede.

— No właśnie, lecz skradzione bydło nie zniknie bez śladu, tropów będzie sporo na rozmokłej 

ziemi. Sądzę więc, iż w takiej sytuacji zrezygnują z uprowadzenia stada, a poza tym Burton jest 

w naszych rękach. Teraz rozumiesz, dlaczego pragnę ulewy? Jedziemy!

Wskoczyliśmy na siodła. Pierwszy pokłusował Stone, ciągnąc na lince zwierzę Burtona, wraz 

z   jego   nieprzytomnym   właścicielem.   Z   kolei   ruszyłem   ja,   a   za   mną   Karol.   Deszcz   siąpił 

bezlitośnie, ba, wydało mi się, że nawet zgęstniał. Dzięki lasowi, który teraz mieliśmy po prawej 

ręce, zabłądzić było nie sposób, lecz w jakim stanie dobrniemy do “Alicji” i o jakiej porze? Bo 

to   był   ważny   problem:   przed   świtem,   gdy   jeszcze   wszyscy   śpią,   czy   za   dnia,   na   oczach 

zdumionych gapiów?

Dotarliśmy wreszcie do jeziorka, a wówczas lunął na nas deszcz jak wodospad Niagary! W 

background image

sekundę przemokłem od głowy po stopy. Ściana wody, bo tak to można nazwać, ograniczyła 

widoczność. Koń z Burtonem, mimo  że posuwał się przede mną na kilka zaledwie kroków, 

chwilami znikał mi z oczu. Parokrotnie wydało mi się, iż nie ma na nim jeźdźca. Na szczęście 

było to jedynie złudzenie wywołane ciemnością i drżącymi falami deszczu. Zaczął padać bez 

żadnych oznak burzy, a więc nie należało liczyć  na szybkie ustanie. To był jesienny deszcz 

mogący lać bez przerwy przez kilka dni. Ku mej rozpaczy, spełniło się życzenie Karola.

Szumiało dokoła i pluskało pod kopytami naszych koni, gdy skręcaliśmy w stronę dalekiej 

“Alicji”. Z tej ulewy mógł  wyniknąć  dla nas dodatkowy kłopot: przebudzenie  się Bur-tona. 

Gdyby   oprzytomniał   i   począł   wzywać   pomocy,   to   mimo   zawieruchy,   ktoś,   przedziwnym 

zbiegiem okoliczności (a takie przedziwne zbiegi okoliczności trafiają się niekiedy),  mógłby 

usłyszeć jego wrzask i skoczyć na pomoc. Ileżby z tego wynikło dla nas trudności?! Kierowany 

tą obawą zrównałem się ze Stonem i kazałem przystanąć. Zaraz zrównał się z nami Karol.

— Co się stało?

Wyjaśniłem mu przyczynę. Przyznał mi rację. Zeskoczyłem z siodła, podbiegłem do Burtona, 

by sprawdzić stan naszego więźnia. Spał, nadal spał! Dawka pochłoniętego alkoholu nie została 

zrównoważona działaniem kubłów wody, jakie lały mu się na głowę. Było to dziwne, przecież 

możliwe. Z czystej lekarskiej ostrożności zbadałem puls. Bił słabo, ale miarowo i wyraźnie.

—No, co tam, Janie? — zniecierpliwił się Karol. — Nie spłata nam ten Burton brzydkiego 

psikusa?

—Przez najbliższe dwie godziny na pewno nie, co się później może wydarzyć, nie potrafię 

przewidzieć. Obyśmy już byli w “Alicji”.

—I ja tego pragnę, ale sam widzisz... Lewis — zwrócił się do Stone’a — może spróbujesz 

skrócić drogę jadąc przez prerię. Czy musimy posuwać się stale skrajem lasu?

—Spróbować można, jednak bez pewności, że nie zabłądzimy. Zbyt mała widoczność:

— Niech to licho! Lepiej nie ryzykujmy. Naprzód 1

Poczłapaliśmy, na przemian pokłusowali i znowu stępa.

Cóż to za okropna noc! Po kilku godzinach ulewa znacznie zelżała, za to chwycił ziąb i gdyby 

nie ciepło, jakie dawał mym nogom wierzchowiec, pewnie bym zaczął szczękać zębami. Ulewa 

przeszła w mżawkę i coś niecoś powidniało. Wtedy Karol zrównał się ze mną.

— Zaczyna się przedświt. Musimy szybciej jechać.

Minął mnie i pogalopował do przodu. Zaraz odczułem skutki decyzji Karola. Idący przede 

mną   koń   Burtona   przyspieszył   kroku.   Po   paru   sekundach   już   biegł   wytężonym   kłusem. 

Klepnąłem   wierzchowca   po   zadzie.   Przyjemnie   jest   gnać   przez   otwartą,   widną   prerię,   pod 

jasnym niebem i w blasku słońca. Lecz spróbujcie tej sztuki w nocy, gdy otacza paskudna wilgoć 

background image

i woda zalewa oczy! Spróbujcie ustrzec zwierzę przed runięciem na rozkisłym gruncie, przy 

widoczności tak złej, iż pozwala widzieć zaledwie koński zad lub plecy poprzednika! Nie, nie 

runąłem, lecz większa w tym chyba zasługa rumaka niż moja.

Wszystkie ziemskie okropności mają tę cechę, iż się wreszcie kończą, a szczęśliwy ten, kto 

radosnego   końca   doczeka.   Jakże   się   ucieszyłem   ujrzawszy   pierwsze,   zamglone   w   mżawce, 

zabudowania “Alicji”. Deszcz teraz bardzo nam pomógł. Psy nie zwęszyły nas i nie wybiegły na 

spotkanie. Uniknęliśmy wrzaskliwego jazgotu i dotarli pod samą bramę ogrodu. Lecz co dalej? 

Okropna noc dobiegała końca, ale wraz z nią nie kończyły się nasze kłopoty.

—Lewis — cicho rozkazał Karol — zabierz konie, zaprowadź do stajni i rozkulbacz tak, aby 

nikt tego nie zauważył. Potrafisz?

—Zrobi się — odparł Stone głosem zadziwiająco rzeźwym jak na tę porę dnia, przebytą drogę 

i deszcz. W duchu wyraziłem mu swe uznanie.

— Ty, Janie, pomóż dźwignąć tego pijaczynę. 

Stwierdziłem,   że   Burton   odzyskał   przytomność,   choć   nie  całkowicie.   Gdy   go 

odwiązywaliśmy otworzył na chwilę oczy, lecz wzrok miał całkowicie błędny tak, jakby patrzał, 

a nie widział. Gdy mu rozsupłałem więzy, o mało nie runął na ziemię. Karol podtrzymał go w 

ostatnim momencie. Jasne, iż w takiej  sytuacji  musieliśmy go przenieść. Dokąd? Karol, jak 

gdyby przeczuł me pytanie, bo powiedział:

— Do naszego pokoju. Później obmyślimy mu inne zacisze. Lewis pospiesz się i szybko 

wracaj. No, Janie!

Podjąłem się roli tragarza, Karol trzymał leżącego na mych plecach Burtona za nogi.

Zadziwiająco głęboki sen mieli lokatorzy “Alicji” — po raz drugi to stwierdziłem, bo i tym 

razem nikogo nie zbudził odgłos stąpania. Co prawda staraliśmy się posuwać jak koty, lecz nie 

zawsze się to udawało. Dotarliśmy do celu bez przeszkód, Karol otworzył drzwi naszej sypialni, 

przez które wkroczyłem ze swym żywym bagażem.

—Gdzie go położyć? — wychrypiałem, ciężko dysząc.

—Na podłodze.

—Na podłodze?

—Może pragniesz zmoczyć i zabrudzić pościel, to kładź go na łóżku, byle nie na moim.

Uznałem, iż Burton nie zasługuje na taką ofiarę z mej strony i ułożyłem go na parkiecie.

—Co teraz? — zagadnąłem.

—Jeśli nie czujesz się zbyt wilgotno, odpoczywaj. Ja ściągam z siebie wszystkie łachy.

Poszedłem za przykładem Karola. Zaiste nie było mi ani sucho, ani ciepło. Przez kilka minut 

biegaliśmy w skarpetkach po naszej komnacie (aby się rozgrzać), zrzucając z siebie mokre jak 

background image

nie wyżęte ścierki poszczególne części garderoby. Wreszcie pozostaliśmy jedynie w koszulach, 

nadal hasając wokół śpiącego Burtona, co na pewno musiało wyglądać na obrazek z zakładu dla 

umysłowo chorych, w którym para wariatów tańczy dokoła nieprzytomnego współtowarzysza 

niedoli.

— A teraz — rzekłem głęboko oddychając — przydałaby się kropelka whisky.

Karol z wielką ochotą spełnił me żądanie.

—Co  robimy   z   Burtonem?   —  zagadnąłem.   —  Przecież   nie   może   tak   w  nieskończoność 

spoczywać na podłodze. Jest zupełnie mokry. Rozbiorę go.

A wiesz... to znakomity pomysł. Nawet gdy wytrzeźwieje, nie będzie mógł uciec. Ale ja go do 

łóżka nie przyjmę.

—   Ani   ja   —   zastrzegłem   się.   —   Chwileczkę...   przecież   Caldwell   proponował   nam   dwa 

oddzielne pokoje! Jeden z nich znajduje się tuż obok, sprawdzę, czy drzwi są otwarte.

Wysunąłem się na korytarz cicho, jak duch. Tu jeszcze panowały nocne ciemności i nocna 

cisza.   Omackiem   trafiłem   do   najbliższych   drzwi.   Nie   były   zamknięte.   Wewnątrz   pokoju 

znajdowało się łóżko, nawet zaścielone. Tak więc dane nam było spełnić humanitarne obowiązki 

wobec kowboja, co oznacza, iż przenieśliśmy go, rozebrali i ułożyli na łóżku. Ubranie zostało 

zabrane, a Karol przekręcił klucz w drzwiach i wyjął go.

Może   się   wydawać,   iż   taki   sposób   zabezpieczenia   się   przed   ucieczką   więźnia   był 

niedostateczny, wręcz śmieszny. Otóż nie! Burton goły, jak praojciec Adam, nie mógł nigdzie 

uciec, przynajmniej podczas dnia, a i nocą wątpię, czy odważyłby się maszerować trzydzieści 

mil do farmy O’Neila całkowicie pozbawiony przyodziewku. A musiałby najpierw wyważyć 

drzwi czyniąc łomot, który zaalarmowałby wszystkich, bo skok z piętra, przez okno, był zbyt 

ryzykowny.

Istniało jednak pewne niebezpieczeństwo. Burton, otrzeźwiawszy, mógł wrzeszczeć i wzywać 

pomocy. Kowboj chyba miał w “Alicji” wspólników, którzy donieśliby o wszystkim O’Neilowi. 

Lecz najpierw musiałby się zorientować, dokąd trafił. I w jaki sposób?

Zakładałem, że prześpi z pół dnia nim na dobre odzyska przytomność, a później pocznie się 

głowić nad tym, gdzie się podziało jego ubranie i gdzie się znajduje! Według moich kalkulacji, 

czasu było sporo.

Gdy wróciliśmy do sypialni i owinęli się kocami niby Indianie przy ognisku (jakże wówczas 

tęskniłem za ogniem!), zjawił się Stone. Mokry i zmęczony, bo przydźwigał wszystko, co było 

przytroczone do siodeł i znajdowało się w jukach, a więc i w jukach Burtona. Jakże roztropnie 

postąpił Lewis! Był zaiste nieocenionym pomocnikiem.

— Spójrzcie, panowie — powiedział rzucając manatki na podłogę. — Co to jest, doktorze?

background image

Podał mi średniej wielkości gruby niby-patyk, na którego końcu osadzono... krowie kopyto!

— Popatrz, Karolu! — wykrzyknąłem.

Obejrzał, pokiwał głową, spojrzał na mnie i zauważył:

—Chyba obaj myślimy o tym samym.

—Oczywiście — odparłem szybko. — Co za odkrycie!

Oto czym robiono fałszywe ślady uciekającego stada...

—Które widzieliśmy na granicy moczarów — dokończył za mnie.

—Właśnie! Czy odkrycia przez nas tych śladów tak się wówczas lękał Halley ?

—Na pewno nie. Fałszywe ślady robiono przecież po to, aby je ktoś zauważył, inaczej nie 

miałyby sensu.

—Wobec tego nadal nie pojmuję, co przeraziło Halleya?

—Uważam, że to się wkrótce wyjaśni. Nie zdziwiłbym się na wiadomość, iż tamtej nocy, 

niedaleko nas, koczował Burton ze swym kopytem, a Halley przeląkł się, że możemy Burtona 

zaskoczyć przy fabrykowaniu odcisków racic.

—To wygląda prawdopodobnie — zgodziłem się. — Lecz twoje tłumaczenie nie wyjaśnia 

powodu, dla którego Halley odmówił nocnej warty i zaszył się w głębi wozu na całą noc.

—Nie wyjaśnia, Janie. Teraz jednak nie mamy czasu zastanawiać się nad tą łamigłówką. Co 

tam jeszcze znalazłeś w jukach Burtona, Lewis?

—Nic ciekawego, jakąś rurkę drewnianą, pewnie na cybuch.

—Pokaż.

Była to rurka z trzciny, którą Karol z wielkim zainteresowaniem oglądał na wszystkie strony. 

Obejrzałem i ja. Zapewne Burton przygotowywał sobie ustnik do fajki. Powiedziałem o tym.

— Ustnik do fajki? — ironicznie powtórzył  Karol. — Co za szczęście, że tego rodzaju 

“ustników” nie używali i nie używają nasi czerwoni bracia w północnej Ameryce. Wiecie, co to 

jest? To cicha śmierć znana wśród Indian Brazylii na setki lat przed wynalezieniem palnej broni. 

Znana i obecnie. Kolec z twardego drzewa, nasycony szybko działającą trucizną, wkłada się do 

takiej rurki i po prostu wydmuchuje w kierunku wroga. Lewis aż pobladł z wrażenia.

—Kogo chciał Burton zabić? — wyjąkał.

—Ależ  nikogo.  Ten  przyrząd   bardzo  pomaga  w wywoływaniu   stampede.  Nie  stosuje  się 

żadnej   trucizny,   a   jedynie   igły   kolczastych   krzewów   przystosowane   do   średnicy   rurki. 

Wystarczy dmuchnąć z pewnej odległości na odpoczywające krowy. Po tak bolesnym ukłuciu 

popłoch w stadzie murowany. Lewis, czemu się nie przebrałeś, ociekasz wodą.

—Spieszyłem się, proszę pana.

—No to teraz szybko wracaj do swej sypialni i zabieraj suchą odzież. Przebierzesz się tutaj, 

background image

żeby   nie   zwracać   niczyjej   uwagi.   W   wypadku   gdyby   cię   kto   napotkał,   mów,   że   zre-

zygnowaliśmy z polowania na skutek złej pogody. Ruszaj!

Stone odszedł. Siedliśmy w kucki na swych łóżkach, otuleni derkami. Zbierało mi się na sen, 

lecz w takich okolicznościach nie wolno było nawet na chwilę zmrużyć oczu.

—Co dalej, Karolu? — zapytałem.

—Poczekamy,   aż   powróci   Stone,   a   później   poślemy   go,   by   obudził   Caldwella.   Należy 

sprowadzić porucznika, i to jak najszybciej. Chociaż czasu moim zdaniem jest sporo. Atkins 

pewnie już wstał, lecz nie ujrzawszy ani nas, ani Burtona przypuszcza, iż przepłoszył nas 

deszcz   i   że   udaliśmy   się   na   farmę   O’Neila.   Nie   pójdzie   tam   z   przyczyny   tej   paskudnej 

pogody, zresztą, po co? Uważam, że O’Neil, jeśli istotnie polecił Burtonowi zorganizowanie 

stampede (a na to wygląda), sądzi, że jego podwładny zajmuje się przygotowaniem do tego 

przedsięwzięcia  swych  pomocników,  Burton na pewno nie działa  w pojedynkę.  W takiej 

sytuacji O’Neil nie będzie wzywał Burtona do siebie, a jeśli nawet wezwie, rozpocznie się 

szukanina i to bardzo długa. Nikomu przecież nie przyjdzie do głowy, że kowboj znajduje się 

wśród nas. Na poszukiwaniach  na pewno minie  dzień, może  nawet  dwa lub trzy.  Co za 

szczęście, że deszcz nadal pada. Przecież mogliby zorganizować stampede nawet bez pomocy 

Bur-tona, chociaż taką możliwość uważam za mało prawdopodobną. No, gdzież jest Stone? 

Na samą myśl, że musiałbym włożyć na siebie mokre łachy, robi mi się podwójnie zimno. A 

tobie, Janie? Jaka szkoda, że nie możemy rozpalić ogniska. Jednak nocleg pod dachem ma i 

swe złe strony.

Przytaknąłem i wyraziłem żal z powodu nie zabrania zapasowych ubrań,- jednak nigdy tego 

nie czyniliśmy.

Wreszcie   Lewis   ujawnił   się.   Dźwigał   pod   pachą   spore   zawiniątko.   Na   polecenie   Karola 

przebrał się pospiesznie i z zadowoloną miną siadł na krześle. Jednak nie na długo.

—Mimo  wszystko  — zauważył  Karol — musimy  zbudzić Caldwella.  Któraż to godzina, 

Janie?

—Dochodzi piąta — odparłem spojrzawszy na zegarek i zdziwiłem się. Za oknami bowiem 

ciągle jeszcze panował półmrok.

Dzień zapowiadał się późny i ponury wśród monotonnego odgłosu wody spadającej z dachu.

— Lewis, wiesz, gdzie śpi Caldwell?

Zapytany skinął głową.

—   No   to   idź   natychmiast,   obudź   go   i   sprowadź   tu.   Powiedz   mu,   że   musimy   z   nim 

porozmawiać, że siedzimy tu uwięzieni z braku ubrań. Przydałyby się nam dwie suche pary 

spodni i dwa komplety bielizny. Tylko bez nadmiernego alarmu, Lewis. Lepiej, aby o wszystkim 

background image

dowiedział się jedynie Caldwell, nikt więcej.

Stone znowu odszedł, a my nadal tkwiliśmy na łóżkach, okutani w koce.

— Okropny ranek — ziewnąłem.

—Nie narzekaj. Taki ranek uchronił nas od sporej awantury.

—Myślisz o stampede?

Oczywiście.

—Hm..! — chrząknąłem — uważasz, że deszcz przeszkodził uprowadzeniu stada?

—Uważam... — przerwał i spojrzał na mnie badawczo. — O co ci chodzi, Janie?

—Nic takiego, mogę  się przecież  mylić.  Po prostu przyszło mi  do głowy,  że chociaż  na 

rozmiękłej ziemi bydło zostawia bardzo wyraźny ślad, to... z drugiej strony, ulewny deszcz 

szybko te ślady zatrze. Wydaje mi się, że deszcz wcale nie przeszkadza stampede, lecz je 

ułatwia. Nie przerywaj! — powiedziałem, widząc jego otwarte usta. — Gotów jestem się 

założyć, że wszystkie tutejsze wypadki znikania krów wydarzyły się właśnie podczas deszczu 

lub na chwilę przed jego spadnięciem. W tym świetle my dwaj jesteśmy greenhorny, jakich 

dotąd nikt nie oglądał.

Zerwał się z łóżka jak igłą dźgnięty i skoczył na podłogę bosymi nogami.

— Ubieraj się. Musimy lecieć do Caldwella, niech ściągnie ludzi. Może jeszcze nie jest za 

późno.

Z obrzydzeniem począłem wciągać na siebie mokrą odzież, na szczęście w tym momencie 

zastukano do drzwi, które na moje energiczne “proszę” otworzyły się bezszelestnie, a za nimi 

ukazał się nasz gospodarz oraz Stone. Zaiste Caldwell zasługiwał na uznanie za swą prawie 

błyskawiczną szybkość.

— Czuję, że stało się coś bardzo ważnego — powiedział zdyszanym głosem — więc jestem...

Streściłem mu jak najwięcej wypadki wczorajszego wieczoru i nocy. Gdy skończyłem, Karol 

nie dał Caldwellowi dojść do słowa.

— Musi pan natychmiast udać się do stada i zabrać z sobą najpewniejszych ludzi. Może już 

rozpoczęło   się   stampede,   ale   dognamy   tych   drabów.   Tobie,   Janie,   powierzam   pieczę   nad 

Burtonem. Stone będzie nam towarzyszył. Czy ma pan jakąś suchą odzież?

I tym razem Caldwell okazał się znakomitym wykonawcą poleceń.

—Lewis, podaj ubrania. Mam nadzieję, że będą pasować. Ależ mieliście okropną noc!

—Mniejsza z tym — mruknął mój przyjaciel prawie wyrywając Stone'owi pojedyncze części 

bielizny i garderoby.

—Idziemy! Janie, uważaj na Burtona.

Wyszli pospiesznie. Zacząłem się odziewać, lecz nie w tak wariackim tempie, jak Karol. 

background image

Zabrawszy fajkę i kapciuch z tytoniem pospieszyłem do sąsiedniego pokoju. Cichutko włożyłem 

klucz w otwór, delikatnie przekręciłem. Wystarczył jeden rzut oka, aby stwierdzić, że Burton, 

przykryty kocami, nadal śpi. Siadłem na stojącym w pobliżu fotelu. Zapaliłem fajkę i utonąłem 

w rozmyślaniach nie spuszczając wzroku z łóżka i jego lokatora.

Czy Karol z Caldwellem zdążą na czas, by zapobiec nowej ucieczce stada? Czy nie dojdzie 

do strzelaniny? Czy O’Neil, zaniepokojony rozwojem wypadków, przybędzie do “Alicji”?

Za   oknem   poczynało   powoli   rozjaśniać   się,   lecz   strugi   wody   ściekające   po   szybie   nie 

zapowiadały ani pogody, ani słońca.

Monotonnie mijały minuty. Nagle łóżko zaskrzypiało. Dostrzegłem, jak Burton obrócił się na 

wznak, a nawet otworzył oczy. Czyżbym pomylił się w ocenie jego trzeźwości? Jednak nie. W 

następnej chwili począł monotonnie chrapać.

Ile czasu tak przesiedziałem pilnując więźnia? Ponad dwie godziny, a te dwie godziny wydały 

mi się wiecznością. Usłyszałem czyjeś kroki na korytarzu, później — wrzawę i śmiech dzieci, 

wreszcie   wołanie   pani   Alicji.   Byłem   znużony,   głodny   i   coraz   bardziej   senny.   Jakże   więc 

ucieszyły mnie odgłosy paru stuknięć. Przekręciłem klucz w zamku. To byli Karol i Stone. Po 

ich minach poznałem, że nasza sprawa przedstawia się pomyślnie.

—On jeszcze śpi — szepnąłem. — Nie było stampede?

—Nie było — odszepnął mój przyjaciel. — Lecz wyobraź sobie, że ledwie dobudziliśmy się 

wartowników.

A to ładna warta! — wykrzyknąłem. — Popili się, czy co?

— Opowiem   później.   Lewis   zostanie   tutaj,   już   jadł   śniadanie,   a   na   nas   czeka   pięknie 

zastawiony stół.

Istotnie czekał, lecz nie w jadami, jak sądziłem, a w naszym gościnnym pokoju.

— To mój pomysł — wyjaśnił Karol — by móc pilnować Burtona.

— Więc co z tym stampede? — zagadnąłem napełniając szklankę kawą.

— Nie było popłochu w stadzie, chociaż wszystko do tego przygotowano.

—Co to znaczy?

—Podejrzewam,   a   raczej   jestem   pewien,   że   posiłek   kowbojów   zaprawiony   został   jakimś 

środkiem nasennym.  Oto jeszcze jedna przyczyna,  z powodu której dotąd nie znaleziono 

porywaczy.

—Nie rozumiem.

—Och, to bardzo proste. Kowboje pilnujący stada, gdy wykrywano kolejne kradzieże, nie 

byli skłonni przyznać się do tego, że spali zamiast czuwać. Nikt z nich nie podejrzewał, że nie 

background image

niedbalstwo   było   przyczyną   ich   snu,   lecz   narkotyk.   Nie   ujawniali   więc   tego   faktu,   co 

oczywiście ujemnie zaważyło na odkryciu prawdy. Jeśli do tego dodać inny fakt, o którym nie 

wiedzieliśmy,  że przepędu dokonywano podczas deszczu lub też przed jego spadnięciem, 

rzecz urastała do miary cudu, bowiem w cudowny sposób znikały tropy pędzonych krów. Czy 

nie tak?

—Oczywiście. A Caldwell potwierdził nasze podejrzenie?

—Pytałem go o to. Nie pamięta, jaka była  pogoda przy pierwszych  kradzieżach,  lecz po 

ostatniej poszukiwania prowadzono tuż po ulewnej burzy. Jestem przekonany, że tak działo 

się   w   każdym   wypadku.   Twój   domysł,   Janie,   okazał   się   prawdziwy   w   każdym   calu   i 

doskonale tłumaczy brak wszelkich śladów.

—A ten kij z kopytem? W jakim celu znaczono sztuczne tropy?

— Aby jeszcze bardziej zagmatwać sprawę. Na przykład wmówić w Caldwella, iż krowy po 

prostu utonęły w bagnie.

—Przecież nie utonęły? Gdzież więc się znajdują?

—Zbyt wiele ode mnie wymagasz, Janie. Nie jestem jasno widzem. Ale ponieważ bydła nie 

sprzedano   nikomu   ani   nie   powiększyło   ono   stad   O’Neila,   przypuszczam,   że   nieszczęsną 

rogaciznę zapędzono nad jakiś stromy jar i że kości tych krów do tej pory spoczywają na dnie 

jaru. Jednak nie pojmuję, dlaczego do tego celu nie użyto właśnie bagna?

—Twoje domysły ;są chyba trafne, Karolu. A czemu nie wykorzystano bagna?

—Sądzę, że jakiś stromy jar znajduje się w pobliżu, a do bagien wiedzie dłuższa droga. Sądzę 

również,   iż   krowy   zapadłszy   się   w   przybrzeżne,   z   zasady   płytkie   bajoro   odmówiłyby

posuwania się dalej. Natomiast rozpędzone stado, trafiwszy na przepaść, nie mogło nagle 

zatrzymać się. Może znajdziesz lepsze wytłumaczenie, bo ja nie.

Odpowiedziałem, iż jego wywód jest logiczny i trafia mi do przekonania.

Resztę naszej porannej uczty zakończyliśmy szybko, nasłuchując, czy z pokoju zajętego przez 

Burtona nie dobiegają jakieś alarmujące odgłosy. Lecz w sąsiedztwie panowała cisza i tylko z 

zewnątrz   dochodziły   urywane   poszczekiwania   psów   i   żałosny   poryk   bydła.   Wróciliśmy   do 

Stone’a. Burton nadal chrapał. Karol wyprowadził nas na korytarz:

— Idźcie się przespać ze dwie godzinki, oczywiście w ubraniach, nie wiadomo, co może się 

przydarzyć. Lewis, możesz się położyć na moim łóżku. Gdyby zjawił się Caldwell, dajcie mi 

znać.

I   tak   nas   odprawił,   a   później   usłyszałem   klucz   przekręcany   w   zamku   drzwi   sąsiedniego 

pokoju.

background image

Przyznam, iż z radością skorzystałem z propozycji Karola. Stone chyba również. Jak długo 

trwał mój sen?

Energiczne pukanie do drzwi wyrwało mnie ze świata marzeń i nicości. Siadłem, spojrzałem 

na zegarek. Dochodziło południe. Jednym skokiem znalazłem się przy drzwiach. Za nimi stał 

Caldwell.

—Proszę, niech pan wejdzie.

—Pan Gordon wyszedł?

—Jest obok, pilnuje tego kowboja. Zaraz go sprowadzę.

Wyszedłem na korytarz i wywołałem przyjaciela.

—Zjawił się Caldwell, idź do niego, ja tu posiedzę.

—Coś nowego? — zapytał zaniepokojony.

—Nie wiem.

—No to pilnuj Burtona. Gdyby się obudził, zabawiaj go rozmową. W razie czego, wal pięścią 

w ścianę.

Odszedł.

Skrupulatnie przekręciłem klucz w zamku i zająłem ciepłe jeszcze miejsce w fotelu.

Znowu   począł   mijać   monotonnie   czas.   Wreszcie   zaskrzypiało   łóżko.   Spojrzałem:   śpiący 

otworzył oczy. Wpatrywał się w sufit, na koniec stęknął i usiadł. Chyba dopiero wówczas mnie 

zauważył. Gapił się przez dobrą minutę.

— Kto ty jesteś? — zagadnął ochrypłym głosem. — O rany! Ależ mnie łeb boli.

Odrzucił koce i spostrzegł, że jest całkowicie nagi. Szybko się nakrył.

—Gdzie moje ubranie?

—Było   tak   mokre,   że   musieliśmy   je   zdjąć   —   odpowiedziałem.   —   Dzięki   temu   nie 

przeziębiłeś się i nie kichasz.

—Gdzie ja jestem?! — wykrzyknął zdumiony. — Czy to pan O’Neil ciebie przysłał?

— Nie, nie O’Neil. Po prostu z własnej ochoty czuwam nad twym zdrowiem.

Nie dosłyszał ironii w mym głosie.

—Nić nie rozumiem — mruknął i nagle chwycił się za głowę. — Któraż to godzina?

—Dobrze po pierwszej — odparłem.

—Jej! Widać zaspałem. Muszę iść do O’Neila. Nie wiesz, czy się coś nie wydarzyło?

— Nic   się   nie   wydarzyło.   Nie   było   popłochu   w   stadzie.   Ten   człowiek   wcale   mnie   nie 

poznawał, więc postanowiłem nieco z nim pożartować i pociągnąć za język.

—Nie... było... popłochu — wyjąkał. — Teraz to mi gospodarz da szkołę! Skąd wiesz? I kto 

ty jesteś? Ja już ciebie musiałem widzieć, ale nie pamiętam kiedy. Daj mi ubranie.

background image

—Jest zupełnie mokre.

—Diabła tam, mokre czy suche — zdenerwował się. — Muszę iść do O’Neila. No rusz się! 

— wrzasnął.

Począł rozglądać się po pokoju, zapewne sądząc, iż wypatrzy swą odzież.

—Gdzie ja jestem, u licha?!

—U ludzi, którzy zadbali o twoje zdrowie — odpowiedziałem spokojnie. — Gdyby nie oni, 

leżałbyś do tej pory na deszczu i w błocie.

—To Atkins ciebie przysłał? Już przypominam sobie. Byłem u Atkinsa, a tam gościło jeszcze 

jakichś dwu greenhornów, ale więcej nic nie pamiętam. Musiałem tęgo zalać pałę.

—Prawda — przytaknąłem. — Byłeś nieprzytomny i nieruchliwy jak kamień.

—Męczy mnie pragnienie, przynieś trochę wody.

Prawdopodobnie   chciał   się   mnie   pozbyć   chociaż   na   chwilę.  W   mej   bowiem   obecności 

krępował się wyskoczyć z łóżka.

—Wodę dostaniesz nieco później, a nawet cośkolwiek do zjedzenia.

—Dlaczego później i... gdzie ja jestem?

—To ty zmajstrowałeś kopyto na kiju? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Zerknął na mnie podejrzliwie.

— Jakie kopyto? O niczym nie wiem.

— Nawet o tym, że wiozłeś je w jukach siodła?

Wybałuszył na mnie oczy.

—Kto ci pozwolił zaglądać do moich juków? Jeżeli coś zginęło...

—Daj spokój, Burton — przerwałem mu w połowie zdania. — Wszystko się wydało.

Był blady po tej pijackiej nocy, ale teraz pobladł jeszcze bardziej.

—Co to znaczy? — zachrypiał.

—To znaczy, iż to ty robiłeś mylne ślady uciekającego bydła, że brałeś udział w porywaniu 

stad   Caldwella,   że   miałeś   tu   wspólników,   a   między   nimi   Bena   Halleya.   Jesteście   starzy 

znajomi — zaryzykowałem. — Czy poznaliście się podczas pracy na poczcie?

Zrobił się prawie siny.

— Gdzie ja jestem? — powtórzył raz jeszcze stare pytanie. — Jakim prawem więzisz mnie 

tutaj? Żadnego Halleya nie znam!

Był prawie gotów wyskoczyć z łóżka, więc podniosłem się z fotela.

— Kłamiesz, Burton — powiedziałem spokojnie. — Nie wrzeszcz, bo to ci nic nie pomoże. 

Lepiej zastanów się nad swą sytuacją, ona prowadzi prosto za więzienne kratki. Kradzież bydła 

background image

to nie przelewki i tylko szczerym przyznaniem się do winy możesz poprawić swe położenie.

Popatrzył na mnie.

— Jeśli jesteś policjantem, niczego mi nie dowiedziesz, jeśli nie, tym gorzej dla ciebie, bo nie 

masz prawa trzymać mnie tutaj i przesłuchiwać. Poskarżę się O’Neilowi.

Był pewny siebie, czy tylko nadrabiał tupetem? Raczej to drugie.

— Kim jestem — odpowiedziałem — dowiesz się później. Od O’Neila nie spodziewaj się 

pomocy,  on  sam   będzie   jej   potrzebował,   a  poza  tym  musi  być   wściekły,  bo  zawaliłeś   całą 

sprawę. Być może całą winą obciąży ciebie i wówczas ruszysz do Reginy pod dobrą eskortą.

—Do Reginy? — wzruszył ramionami, lecz jego twarz wyrażała przestrach.

—Tak, do Reginy, by stanąć przed sądem.

—Za co mam stanąć przed sądem?

—Już ci mówiłem: za okradanie Caldwella.

—Nic więcej nie powiem — mruknął.

Otulił się kocem i udał, że śpi. Przypuszczam, że czuł się fatalnie po wczorajszym pijaństwie, 

a   poza   tym   chciał   przemyśleć   sprawę.   Czy   go   “skruszyłem”   w   dostatecznej   mierze,   miała 

ujawnić najbliższa przyszłość. Opadłem z powrotem na fotel i tkwiłem w nim do chwili, w której 

delikatnie zastukano do drzwi. To Stone przyszedł mnie zwolnić z dyżuru. Powiedział, że “pan 

Gordon i gospodarz” znajdują się obok. Istotnie zastałem ich w naszym pokoju.

—Jak tam Bur ton? Obudził się? — zapytał Karol.

—Owszem, obudził i udaje niewiniątko, lecz chyba z coraz mniejszą pewnością siebie.

Tu powtórzyłem dokładnie przebieg mej rozmowy z kowbojem.

— A   więc   nawet   odgraża   się.   No,   no!   Tupetu   mu   nie   brak.   Musisz   wiedzieć,   Janie,   iż 

wysłaliśmy   do   Reginy   gońca   z   pismem   dla   Mitchella,   w   którym   pan   Caldwell   prosi   o 

natychmiastowe przybycie. Dopisałem, że sprawa kradzieży bydła zbliża się ku rozwiązaniu.

— Czy to pewny człowiek ten goniec?

Karol wzruszył ramionami.

—Któż   może   wiedzieć?   Pan   Caldwell   ręczy   za   niego,   a   ja   jedynie   sprzeciwiłem   się 

obarczaniu taką misją Halleya.

—Wasza nieufność do tego kowboja doprawdy nie ma uzasadnienia — wtrącił się gospodarz.

—Jak to! — wykrzyknąłem. — A jego zachowanie się?

—Wciąż pan myśli, doktorze, o tamtej nocy przy bagnach? Istotnie tkwi w tym coś dziwnego, 

lecz przecież nie wiemy, jaki to ma związek z porywaniem moich stad. Moim zdaniem żaden.

— Mam ja na tę sprawę swój pogląd, bardzo odmienny od pańskiego — tu Karol spojrzał na 

niego   przenikliwie.   —   Jednak   powstrzymam   się   chwilowo   od   jego   ujawnienia,   brakuje   mi 

background image

pewnych szczegółów.

—Bardzo to zagmatwane — westchnął gospodarz.

—Ostrożność nie zaszkodzi — stwierdziłem. — A co się tyczy Mitchella, jeśli wszystko 

dobrze pójdzie, zjawi się tu nie wcześniej niż za trzy dni. Prawda?

— Tak sądzę — wyznał Caldwell.

—Więc jak do tego czasu damy sobie radę z Burtonem?

—Nie wyolbrzymiaj trudności, Janie. Nagi kowboj nigdzie się stąd nie ruszy, a odzieży mu 

nie zwrócimy. Najlepszy to sposób zapobieżenia próbom ucieczki.

—Oczywiście, oczywiście,  jednak nie to miałem  na myśli. Wkroczyliśmy w uprawnienia 

policji, rzecz pachnie skandalem. Czy ty tego nie pojmujesz?

—Doskonale.   Jeśli   jednak   zwolnimy   Burtona,   sprawa   będzie   wyglądała   jeszcze   gorzej, 

przyznamy   się   bowiem   do   błędu.   Burton   gotów   nas   oskarżyć,   iż   po   pijanemu   (przecież 

piliśmy z nim!) dokonaliśmy zamachu na jego wolność. A poza tym w takim wypadku nasze 

śledztwo wróci do punktu zerowego. Nie ma odwrotu, Janie, musimy brnąć dalej.

—Okropne to ryzyko. Jeśli bowiem Burton ma tu wspólników i jeśli narobi wrzasku na całą 

“Alicję”, O’Neil w ciągu paru godzin dowie się o wszystkim, a w ciągu kilku następnych 

przybędzie i to z liczną asystą. Czy zamierzasz Karolu prowadzić wojnę z O’Neilem?

—Jest to jedyna rzecz, której się obawiam — zauważył Caldwell. — Z O’Neilem żyliśmy 

dotąd zgodnie i po sąsiedzku...

—Tak zgodnie — przerwał mu Karol — że on powoli okradał pana. Wynika to jasno z tego, 

co nam w pijackiej szczerości wyznał Burton.

—Burton wszystko odwoła, dlatego przychylam się do sugestii doktora.

—Dobrze, lecz w takim wypadku proszę więcej na mnie nie liczyć — ostro zareagował mój 

przyjaciel.

—Ależ, Karolu!

—To   jest   moja   ostateczna   decyzja,   nie   widzę   bowiem   żadnych   możliwości   odkrycia 

sprawców kradzieży bydła, gdy jedyny jak dotąd świadek i uczestnik przestępstwa znajdzie 

się na wolności.

Zaniemówiłem, Caldwell wytrzeszczył na nas oczy. Uczyniło się nieprzyjemnie cicho.

— Może jednak... — szepnąłem półgłosem.

Karol machnął ręką.

— Nie próbuj mnie przekonywać, Janie. Nie ustąpię.

Caldwell głośno westchnął.

—Cofam swe zastrzeżenia. Bez waszej pomocy byłbym całkowicie bezradny.

background image

—Cieszy   mnie   pańska   decyzja.   Zresztą   ryzyko   jest   bardzo   małe.   Burton   nie   ucieknie,   a 

O’Neil nie zjawi się tu przed przybyciem Mitchella. Idę o zakład, iż porucznik zaakceptuje 

moje poczynania. A teraz, skoro już rozstrzygnęliśmy sprawę, zastanówmy się nad nową 

zagadką: głębokim snem kowbojów pilnujących stada. Powinieneś wiedzieć, Janie, bo o tym 

jeszcze nie wiesz, że dziwny sen ogarnął jedynie strażników bydła. Tylko oni skarżyli się po 

przebudzeniu na bóle głowy i silne osłabienie. Natomiast całej reszcie nic się nie przydarzyło.

—Kto ma dostęp do kuchni? — zapytałem.

—Praktycznie   każdy   —   odparł   Caldwell.   —   Nie   mogę   ludziom   zakazać   zaglądania   do 

garnków, zaraz poczęliby podejrzewać, iż gotujemy im lichą lub nieświeżą strawę.

—Innymi   słowy,   każdy   mógł   wrzucić   lub   wlać   do   potraw

usypiający środek.

—Nie myli się pan, doktorze.

—No tak, lecz czemu nie zatruli się wszyscy?

—Łatwo   to   wytłumaczyć.   Ludzie   strażujący   w   nocy   jedzą   posiłek   nieco   wcześniej   od 

pozostałych. Chodzi o to, by jeszcze przed zapadnięciem zmroku mogli objąć wartę.

—Rozumiem   —   odparłem.   —   Oznacza   to,   iż   nie   wrzucono,   ani   nie   wlano   trucizny   do 

garnków, lecz do napełnionych już talerzy. W jaki sposób nie zwróciło to niczyjej uwagi? 

Chyba najłatwiej mógł to uczynić pański kucharz.

Caldwell bezradnie rozłożył ręce.

—No tak — skwitowałem jego gest. — Tyle wiemy, że... nic nie wiemy.

—Poza tym, co mówił Burton. Czy w takiej sytuacji masz jeszcze, Janie, jakieś skrupuły?

I tak źle, i tak niedobrze, lecz ponieważ pan Caldwell zgodził się na twe propozycje, a jest to 

przede wszystkim jego sprawa, ustępuję, chociaż nadal gnębi mnie wątpliwość.

—Ale z ciebie uparty człowiek! Niech będzie i tak. Wkrótce się okaże, czyje na wierzchu.

—Podziwiam twą pewność, Karolu. Co do mnie, marzę o przyjeździe porucznika. Wtedy 

nasze postępowanie przybierze chociaż pozory legalności. A do tego czasu... No cóż, musimy 

bacznie pilnować Burtona. Taki jest mój pogląd.

— Wreszcie   —   mruknął   zabawnie.   —   Skoro   już   tyle   uzgodniliśmy,   trzeba   pomyśleć   o 

kolejnym działaniu. Nie wolno nam siedzieć z założonymi rękami i czekać na Mitchella. Pan — 

zwrócił się do gospodarza — niech zarządzi, aby nikt z pańskich ludzi nie opuszczał farmy. 

Przede wszystkim radzę zatrudnić Halleya przy jakiejś żmudnej robocie. Najbardziej mi zależy, 

aby on właśnie nie oddalał się z “Alicji”. Jeśli bowiem w nocy lub o świcie miano zorganizować 

stampede (według słów Burtona), a do tego nie doszło z powodu nieobecności Burtona, jego 

wspólnicy zostali zdezorientowani i czekają nowych poleceń. Kto wie, czy nie będą próbować 

background image

nawiązania  kontaktu z Burtonem,  szukając go oczywiście  na farmie  O’Neila. Proszę, aż do 

przyjazdu Mitchella, zwracać baczną uwagę na pracowników.

—O Halleya może pan być spokojny. Będę go miał na oku. Lecz co się tyczy innych, trudna 

to sprawa. Jak upilnować tylu ludzi ?

—Dać im jakieś zajęcie dodatkowe, na przykład dokonać przeglądu krów, koni lub w ogóle 

jakiegokolwiek  dobytku.  Myślę,  Janie,  iż powinieneś  towarzyszyć  panu. Kręćcie  się obaj 

między ludźmi pod byle jakim pozorem. Niech czują się obserwowani. Spróbujcie wreszcie 

zbadać, ale w bardzo delikatny sposób, czy dotarła do nich wiadomość o Burtonie. Mam 

nadzieję, że nie. No ruszajcie. Ja tymczasem pogadam z naszym więźniem, może wynik mej 

rozmowy

 

będzie

lepszy od twojego, Janie.

Udałem   się   z   Caldwellem   na   obchód.   Szczęściem   deszcz  ustał,   choć   zerwał   się   bardzo 

chłodny   wiatr.   Nie   warto   opisywać   przebiegu   wędrówki.   Zauważę   jedynie,   iż   Caldwell 

postępował   bardzo   sprytnie.   Bowiem   przy   każdej   napotkanej   grupce   swych   pracowników 

zapytywał o tych, którzy nie znajdowali się w pobliżu, kazał ich szukać, a gdy się odnajdywali, 

wydawał różne polecenia dotyczące gospodarskich prac, wymagających szybkiego wykonania. 

W ten sposób doszło i do Halleya, któremu gospodarz rozkazał zająć się zbadaniem stanu jakiejś 

bryczki oraz wymianą kół. Halley, jak zwykle, był niesłychanie grzeczny, we wszystkim pota-

kiwał Caldwellowi. Jednak przy oględzinach wzmiankowanej bryczki, gdy gospodarz odwrócił 

się, by zbadać resory pojazdu, na mgnienie oka dostrzegłem na twarzy Halleya strach, bliźniaczo 

podobny   do   tego,   jaki   okazywał   podczas   naszego   noclegu   na   bagnach.   Gdy   Caldwell 

wyprostował się, twarz kowboja znowu zajaśniała niczym nie zmąconym spokojem i radością.

Czego przeraził się Halley? Przecież nie resorów?

Nieco   później   odwiedziliśmy   stajnie   i   obory,   w   których   trzymano   jedynie   dojne   krowy. 

Caldwell wszędzie objawiał niezwykłą energię zapędzając do roboty wszystkich, którzy akurat 

nie   mieli   żadnego   zajęcia.   Tak   to   trwało   prawie   do   piątej   godziny   i   przyznam,   iż   dobrze 

rozbolały mnie nogi od tej niekończącej się wędrówki.

— No — stwierdził gospodarz, gdy wreszcie skierowaliśmy się ku centralnemu budynkowi 

“Alicji” — pan Gordon powinien być zadowolony. Nie brakuje żadnego z mych ludzi.

— A w nocy? — zapytałem.

Rozłożył ręce bezradnym gestem.

—Przecież nie mogę ich pozamykać. Zresztą... jestem przekonany, że dotąd żaden z nich nie 

wie o Burtonie.

To nie jest pewne. Wysłał pan człowieka z listem do Reginy. Na pewno wielu pytało go, 

background image

dokąd jedzie i po co. Dla nie wtajemniczonych rzecz nie ma znaczenia, ale wspólnicy Burtona 

mogą coś podejrzewać i głowić się nad tym, co list zawiera. Na złodzieju czapka gore, proszę 

pana. A taki Halley! Na pewno wie o wysłaniu gońca.

— Oczywiście, że wie. Przecież jest nadzorcą moich kowbojów.

— Niestety — westchnąłem.

Roześmiał się.

— Proszę   mi   przedstawić,   doktorze,   chociaż   jeden   dowód   nieuczciwości   Bena,   a 

natychmiast zwolnię go z pracy.

Zamilkłem.   Dowodów   mi   brakło,   istniały   tylko   podejrzenia.   Wróciliśmy   do   gościnnego 

pokoju spotykając po drodze panią Alicję. Nie widziałem jej od dwu dni.

—Co   nowego?   —   zagadnęła   pozornie   spokojnym   głosem,   jednak   wyczułem   w   nim 

zaniepokojenie.

—Wszystko w porządku, moja droga — zapewnił ją małżonek.

—Mówisz   tak,   aby   mnie   nie   straszyć.   A   co   pan   o   tym   sądzi,   doktorze?   Obecność   tego 

Burtona wręcz mnie przeraża. Co powie O’Neil?

Uspokoiłem ją, jak mogłem najlepiej. Czy uwierzyła mej udanej beztrosce? Nie wiem i nigdy 

się nie dowiem. Tu dodam, iż z panią Alicją spotykałem się przeważnie tylko przy posiłkach. 

Była   zawsze   bardzo   zajęta,   zresztą   i   ja   nie   miałem   czasu   na   pogawędki.   Nie   po   to   tu 

przybyliśmy,   nie  na   zabawę  ani  na   przyjemny   odpoczynek.  I  chyba   dobrze,  że   tak   właśnie 

ułożyły się stosunki z rodziną gospodarza, więcej pozostawało nam czasu na wykonanie zadania, 

jakiego podjęliśmy się.

W gościnnym pokoju siedział Stone.

— Pan Gordon rozmawia z Burtonem — poinformował, okropnie ziewając. — Prosił, aby 

mu nie przeszkadzać.

Caldwell postał chwilę i odszedł, obiecując przysłać obiad dla naszej trójki.

—Dla   czwórki   —   poprawiłem   go.   —   Względy   humanitarne   nakazują   nakarmić   naszego 

więźnia.

—To słuszne — zgodził się.

W niecałe pół godziny później gruba Murzynka przyniosła obficie zastawioną tacę. Ciekawe, 

czy wiedziała o powodzie zmuszającym nas do obiadowania oddzielnie? Chyba była zdziwiona, 

że trzech zdrowych mężczyzn  (zakładając, iż o czwartym wieść do kuchni nie dotarła) jada 

oddzielnie. Może doszła do wniosku, że nie zasługujemy na zasiadanie przy jednym stole z 

gospodynią i gospodarzem. Posłałem Stone’a po Karola. Zjawił się jedynie ten ostatni.

— Co słychać w więzieniu? — zażartowałem.

background image

Poklepał mnie po plecach.

—Mięknie — oświadczył. — Z kamienia przemienił się już w sosnowe drewno, gdy stanie 

się gąbką, wycisnę z niego całą prawdę.

—Ho, ho! Oby twe czarodziejskie przemiany doprowadziły nas do sensownego zakończenia.

Uśmiechnął się i począł z półmiska nakładać na jeden z talerzy olbrzymie płaty mięsa, stos 

ziemniaków i krojonej w kostkę marchwi.

—Widzę,   że   apetyt   ci   dopisuje   —   zauważyłem   z   pewnym   zaniepokojeniem,   widząc   jak 

pustoszeją półmiski.

—To nie dla mnie, dla naszego niewolnika. Zgodnie z akcją zmiękczania go.

—Słusznie,   lecz   go   nie   przekarmiaj.   To   niezbyt   zdrowo   dla   człowieka   pozbawionego 

możności ruchu.

—Burton na pewno innego jest zdania. Przecież on od wczoraj nic nie jadł!

Poszedł i szybko powrócił, już bez talerza.

—Je, aż mu się uszy trzęsą i rozmawia ze Stone’em. Dość przyjacielsko.

—Pewnie pragnie go skaptować. Oby tylko Lewis nie wygadał się z czymś niepotrzebnie.

—Przestrzegałem go. No, Janie, dalej do roboty!

Zaatakowaliśmy półmiski.

—Co ci powiedział?

—I dużo, i mało równocześnie, lecz jestem pewien, że to dopiero początek.

Przyznał się?

—Zbyt wiele wymagasz. On się przyznał tylko do znajomości z Halleyem, ale powiada, że 

teraz rzadko się widują. Po trzeźwemu to wielki spryciarz, Janie, a równocześnie paskudny 

człowiek.

—Na pewno paskudny — zgodziłem się.

—Myślisz o aferze znikających krów, ale ja nie z niej wyciągnąłem taki wniosek, lecz z tego, 

iż Burton, niby mimowoli, poczyna obsmarowywać Halleya, a przecież to są wspólnicy!

—Cóż takiego mówi?!

—Przede wszystkim ujawnił fakt, że obaj pracowali w tym samym urzędzie pocztowym. Na 

pewno nie zgadniesz, w którym!

—Ależ,   Karolu,   w   samej   Kanadzie   jest   chyba   kilkadziesiąt   tysięcy   takich   urzędów,   nie 

mówiąc już o Stanach! Jakże mógłbym odgadnąć?!

—No to przygotuj się na niespodziankę. Chodzi bowiem o urząd pocztowo-telegraficzny w... 

— zrobił pauzę — Batoche!

—Co   takiego?!   —   nie   mogłem   ukryć   zdumienia.   —   To   miasteczko,   które   przez   kilka 

background image

miesięcy było główną kwaterą Riela i stolicą zbuntowanych Metysów.

—Tak, tak!

—Hm... zgadzałoby się z tym, co mówił o Halleyu Caldwell. Pamiętasz?

—Że przybył do “Alicji” z grupą uciekinierów podczas trwania rebelii i bardzo Caldwellowi 

pomagał.

—Otóż to. Lecz z tego wynika, iż Halley uciekł od rebeliantów, nic go więc nie obciąża. 

Dlatego nie mogę zrozumieć, czemu ukrywał fakt swej pracy na poczcie?

—Zagadnąłem o to Burtona. Ale on twierdzi, iż sprawa nie wygląda dla Halleya pomyślnie. 

Jakoby   przystąpił   do   rebelii,   a   nawet   brał   udział   w   rabowaniu   magazynów   hudsońskiej 

kompanii.

—To może być zwykły paszkwil. Halley wygląda na typowego kowboja z Teksasu, a nie na 

pocztowego urzędnika.

Jestem pewien, że dawniej pracował na jakimś ranczo, na dalekim południu Stanów. Przecież 

Caldwell ceni go jako kowboja!

—Jedno drugiemu wcale nie zaprzecza. Może przed osiedleniem się w Batoche, zajmował się 

przepędami bydła? Dlaczego rzucił tę pracę, nigdy się nie dowiemy, lecz nie jest to dla nas 

ważne.

—Jeśli istotnie tak było, to mamy obu naszych telegrafistów. Ciekawe, który z nich tak cię 

urządził pamiętnej nocy?

—Dojdziemy i do tego.

—Jednak —  zauważyłem  —  w  sumie   wyznanie  Burtona  niewiele  nam  daje. Jeśli  nawet 

Halley rabował magazyny  w Batoche,  cóż to  ma  wspólnego z  kradzieżą  bydła?  I gdyby 

chociaż kradł krowy dla siebie, ale on jedynie niszczył majątek Caldwella po to, aby farma 

mogła przejść w ręce O’Neila.

—Cóż   ma   wspólnego?   Ano   to,   iż   Halley   nie   jest   człowiekiem   uczciwym,   że   dla   zysku 

podejmie się każdej działalności.

—Dla zysku. Jakiż z tego ma zysk?

—Jestem pewien, iż O’Neil opłaca go i to nieźle, tak samo zresztą jak Burtona. Być może obu 

im obiecał specjalne wynagrodzenie, wówczas gdy “Alicja” stanie się jego posiadłością.

—Co do Burtona zgadzam się. Ostatecznie jest podwładnym O’Neila. a ten nie będzie go 

karał nawet w wypadku nieudania się planu, chociażby dlatego, że Burton może stać się 

niebezpiecznym świadkiem. Ale Halley? Co go skłoniło do działania na niekorzyść własnego 

pracodawcy i do ryzyka utraty dobrej posady?

—Hm... może istnieje jeszcze inna przyczyna, na przykład... szantaż!

background image

—O, właśnie! — krzyknąłem.

Wolno   przypuszczać,   iż   Burton   szukając   wspólników   na   terenie   “Alicji”   natknął   się   na 

starego znajomka i począł mu grozić ujawnieniem prawdy o jego postępowaniu w Batoche. 

Gdyby bowiem Caldwell dowiedział się o wszystkim, natychmiast zwolniłby Halleya z pracy... 

Pamiętaj,   że   Halley   jako   poczciarz   był   urzędnikiem   państwowym   i   dopuścił   się   na   swoim 

stanowisku poważnego przestępstwa.

—To   wydaje   mi   się   bardziej   prawdopodobne.   Halley   w   tym   świetle   jest   skończonym 

łajdakiem, jednak współczuję mu, że dostał się w ręce jeszcze gorszego łajdaka, na jakiego

wygląda Burton.

—Ech, obaj warci siebie. No, ale muszę już iść na dalszy ciąg interesującej pogawędki.

—Jeszcze chwilę, Karolu — zatrzymałem go. — Czy Burton wie, gdzie się znajduje?

—Pytał mnie o to, lecz nie uzyskał informacji. Uważam, iż tak jest dla nas lepiej. Z tego 

właśnie powodu odradziłem Caldwellowi odwiedzenie więźnia. Caldwell go zna i odwrotnie. 

Burton   był   w   “Alicji”   parokrotnie,   przywożąc   listy   od   O’Neila,   a   na   pewno   sporo   razy 

potajemnie.

—Nie sądzisz, że to dziwne, iż do tej pory nie zorientował się w miejscu swego pobytu? 

Czyżby był z niego taki tępak, czy też po prostu udaje? Przecież na dziesiątki mil nie istnieje 

obok farmy O’Neila żadna inna poza “Alicją”.

—Coś w tym jest, Janie. Przypuszczam, że Burton nie grzeszy rozumem.

—Sam go nazwałeś spryciarzem.

—Lecz spryt a rozum to nie to samo.

Poszedł i odesłał Stone’a z pustym talerzem.

—Siadaj i jedz — rozkazałem.

Nie   czekał   na   powtórną   zachętę.   Jadł,   a   ja   zapaliłem   fajkę.   Ogarnęła   mnie   nuda 

przymusowego odpoczynku. Ano cóż! We trójkę odgrywaliśmy rolę straży więziennej, której nie 

wolno opuszczać wartowni. Jak długo jeszcze ma trwać taki stan ?

Późnym   wieczorem,   gdy   za   oknami   zawisła   noc,   Karol   powrócił   z   “przesłuchania”. 

Widziałem, jak jest zmęczony, więc tylko zapytałem:

— Może ja pójdę wartować ?

—Nie trzeba. Burton jest spokojny i łagodny jak baranek. Teraz już wie, że ucieczka jedynie 

przysporzyłaby mu kłopotów.

—Nam również — wtrąciłem.

—Prawda, ale on zdaje się nie bardzo jest zorientowany w tej sprawie. Wystarczy po prostu 

zamknąć   go   na   klucz.   Dziękuję   ci,   Stone.   Możesz   wracać   do   siebie.   Jutro   po   śniadaniu 

background image

odwiedź nas.

Lewisowi   nie   bardzo   uśmiechała   się   perspektywa   powrotu   do   codziennych   zajęć,   bo   na 

dźwięk pierwszych słów Karola spochmurniał, a rozweselił się dopiero przy ostatnich.

— Tylko pamiętaj — dodał mój przyjaciel — nikomu ani słowa o tym, co się tu dzieje, 

zwłaszcza Halleyowi. Najwyżej możesz powiedzieć, że pan Caldwell zatrudnił cię przy obsłudze 

greenhornów, to znaczy nas. Oczywiście o Burtonie nic nie wiesz. Dobranoc!

— Dobranoc panom!

Odszedł.

— Uff — stęknął Karol — wolałbym drzewa rąbać niż codziennie prowadzić tak długie 

rozmowy. Nie nadaję się ani na policjanta, ani na sędziego.

Nic   na   to   nie   rzekłem,   chociaż   ciekawość   aż   mnie   “rozsadzała”.   W   milczeniu   podałem 

przyjacielowi woreczek z tytoniem, a on z niego natychmiast skorzystał. Paliliśmy w milczeniu. 

Ciemność gęstniała z każdą chwilą, aż wreszcie zdecydowałem się zapalić lampę. Karol odłożył 

fajkę, przeciągnął się.

—No, Janie, zbliżamy się do końca wielkimi krokami.

—Czas na to — stwierdziłem z radością. — Pozostał nam już tylko tydzień i rychło patrzeć, 

jak pierwszy szron zetnie ziemię. Pora wracać.

Uśmiechnął się.

—Tak ci pilno?

—Nie tyle mnie, co moim pacjentom. Nie chcę, aby odnieśli wrażenie, że opuściłem ich na 

zawsze.

Twe pragnienia wkrótce się spełnią. Wyobraź sobie, że Burton przyznał się do brania udziału 

w porywaniu stada. Aż podskoczyłem na krześle.

—To cud prawdziwy! Jakżeś go do tego skłonił?

—Proste. Zapewnieniem, iż jego postępek będzie potraktowany łagodniej, niż na to zasługuje. 

Obiecałem to w imieniu własnym i Caldwella.

—Co takiego?! Jak ty sobie wyobrażasz? Caldwell ma zrezygnować z ukarania złodzieja? A 

Mitchell? Nie uzna twej obietnicy.

—Nie gorączkuj się, Janie. Sprawę ostatecznie rozstrzygnie sąd, a nie Mitchell, a wiadomo, iż 

przestępca  przyznający się do winy zawsze traktowany jest łagodniej. Zresztą  nie chodzi 

przecież   o   całkowite   darowanie   kary,   lecz   o   jej   mniejszy   wymiar.   Na   koniec,   w   naszej 

sytuacji nie znalazłem innego wyjścia.

—Przedziwne wyjście — stwierdziłem zgryźliwie, lecz już nieco uspokojony.

—Może   i   przedziwne,   lecz   często   praktykowane   w   takich   wypadkach.   I   tym   razem 

background image

uzasadnione. Zastanów się chwilę. Do tej pory kierowaliśmy się jedynie podejrzeniami, a na 

ich podstawie żaden sąd nie uznałby winy podejrzanych, jeśli w ogóle doszłoby do procesu. 

Mitchell również znalazłby się w kłopocie prowadząc tak skomplikowane śledztwo. Pamiętaj, 

Janie, że głównym inicjatorem kradzieży jest O’Neil, a co mieliśmy dotąd przeciw niemu, 

poza   pijackim   bełkotem   Burtona?   Przecież   nic!   Przypominam   ci,   że   sam   wyraziłeś 

wątpliwość, czy gadanina człowieka spitego jak bela może zostać poważnie potraktowana 

przez policję? Jeśli więc Mitchell nie chwyci za rękę głównego złodzieja, musi rozporządzać 

wiarygodnymi zeznaniami świadków, a ja mu tych świadków dostarczę. To sukces, Janie, 

którego powinieneś mi pogratulować, a nie pokazywać marsa na czole. Taka to wdzięczność?

Nie potrafiłem powstrzymać się od śmiechu.

— Chyba kpisz ze mnie, Karolu? Za co mam ci być wdzięczny u licha?!

—Chociażby za to, iż skracam czas naszego pobytu tutaj Czy to nie warte uznania?

—Zgoda — przyznałem rozbawiony. — Jednak łagodniejsze potraktowanie łobuza, za cenę 

krótszego pobytu w “Alicji”, to zła transakcja.

—Niestety, klamka zapadła. Obietnicy cofnąć nie mogę i nie chcę. Moje słowo obowiązuje 

nawet wobec takich typów jak Burton. A przecież nie o niego przede wszystkim w tej sprawie 

chodzi. Burton był  tylko wykonawcą poleceń szefa. Jest winien, lecz nie jest najbardziej 

winien.

W   duchu   przyznałem   sporo   racji   Karolowi,   jednak   nie   odpowiadała   mi   jego   metoda 

postępowania.

— I cóż ci jeszcze ten kowboj wyjawił?

—Pokrótce da się to tak ująć: O’Neil skaptował sobie Burtona, najpewniej przy pomocy 

pieniędzy,  o czym  zresztą sam Burton mówi bardzo wykrętnie. Twierdzi, iż grożono mu 

wypowiedzeniem   pracy.   Mniejsza   z   tym.   Tak   czy   siak   O’Neil   zdołał   skłonić   do 

organizowania niby przypadkowych stampede. Dodam, iż pierwszy w tym roku popłoch w 

stadzie był całkowicie naturalny. Silna, wiosenna burza z piorunami rozdzieliła stado na kilka 

części,   które   w   panicznym   popłochu   rozbiegły   się   po   prerii.   Jedną   z   grup   przypadkowo 

napotkał   Burton.   Zachęcony   poprzednio   przez   swego   pracodawcę   wykorzystał   szansę. 

Popędził oszalałe z przerażenia krowy prosto przed siebie, aż napotkał stromy jar. I taki oto 

wypadek zapoczątkował serię udanych porwań bydła. Wtedy ulewny deszcz zatarł ślady.

—A gdzież jest ten jar?

—Burton twierdzi, iż przecina równinę i nic nie zapowiada jego istnienia, nawet z bliskiej 

odległości. Dlatego nie natrafiliśmy na tę rozpadlinę, nie odkrył jej Mitchell. Po tak pięknym 

początku   tej   afery  nastąpiła   dłuższa  przerwa.   Burton  twierdzi,  że   opanowały  go  wyrzuty 

background image

sumienia.

—Przypuśćmy — mruknąłem sceptycznie.

Przypuśćmy — uśmiechnął się Karol. — Chociaż nie jest to wykluczone. Jednak uważam, że 

przerwa   była   spowodowana   ryzykiem.   Co   innego   bowiem   skierować   pęd   już   galopujących 

zwierząt w odpowiednim kierunku, a co innego sztucznie wywołać stampede w pogodny dzień, 

czy w pogodną noc, i to pod obserwacją pilnujących stada kowbojów.

—Oczywiście — przytaknąłem.

—W   takim   wypadku   ryzyko   było   wielokrotnie   większe.   Lecz   trzeba   trafu,   iż   Burton 

przyjechawszy z listem O’Neila do Caldwella (treść tego listu nie gra żadnego znaczenia) 

rozpoznał w nadzorcy kowbojów “Alicji” swego znajomka z Batoche. Przypuszczam, iż w 

porozumieniu z O’Neilem, zaszantażował go groźbą ujawnienia przeszłości.

—Lecz to tylko twój domysł, Karolu.

—Oczywiście.   Burton   sprawę   przedstawia   zupełnie   inaczej.   Twierdzi,   że   wciągnięcie   do 

współpracy Halleya wynikło z narzekań tego ostatniego na warunki życia w “Alicji”, że stało 

się   to   na   wyraźny   rozkaz   O’Neila,   który   obiecał   Halleyowi   zatrudnienie   go   u   siebie   w 

najbliższym czasie. Z kolei został ustalony cały plan dalszej akcji. Burton bardzo się rozgadał 

na ten temat i opowiedział mnóstwo szczegółów. Szkoda, żeś go nie mógł widzieć, z jakim 

zapałem relacjonował pomysł. Jakby na chwilę uleciało mu z pamięci, iż w ten sposób sam 

siebie obciąża. Tu muszę ci, Janie, przypomnieć, że to ty pierwszy wyraziłeś przypuszczenie 

o organizowaniu stampede podczas deszczu albo też na krótki czas przed jego spadnięciem.

—A więc miałem rację?

—Całkowitą. Burton potwierdził twój domysł. Dodał, iż dla tego celu bardzo pomocny był 

barometr   znajdujący   się   w   mieszkaniu   O’Neila.   A   po   co   porywano   i   niszczono   bydło, 

odgadliśmy obaj bezbłędnie. Tak to więc wygląda.

—I co dalej, Karolu?

—Dalej? Zajmę się, a raczej obaj zajmiemy się Halleyem. Uważam, iż lepiej będzie, aby 

Caldwell dopiero później przyłączył  się do naszej akcji. Halley wobec dwu obcych ludzi, 

których uważa za greenhornów, będzie bardziej szczery niż wobec własnego pracodawcy. 

To wcale nie takie pewne. Naiwnym greenhornom można pleść koszałki-opałki.

— Wówczas   postawimy   go   oko   w   oko   z   Burtonem.   Interesująca   będzie   to   rozmowa. 

Przewiduję, iż w ostatecznym wyniku wszystko zwróci się przeciw O’Neilowi.

— Ciekawe, jak się zachowa wobec oskarżeń?

— Najpierw wszystkiemu  zaprzeczy,  a  z kolei  będzie  starał  się dogadać  z Caldwellem, 

zrzucając z siebie odpowiedzialność na Burtona i Halleya.

background image

—Uważasz, że przekona naszego gospodarza?

—Kto   wie,   kto   wie?   Jestem   pewien,   iż   Caldwellowi   wcale   nie   zależy  na   pogorszeniu 

stosunków z O’Neilem i jeśli uzyska zapłatę za stracone krowy, nie będzie nalegał na oddanie

sprawy do sądu.

—Innymi słowy główny przestępca ma gładko wymknąć się, a cały ciężar winy spadnie na 

Halleya i Burtona. Oburzające!

—Podzielam   twój   domysł,   Janie,   ale   mam   nadzieję   nie   dopuścić   do   tak   skandalicznego 

zakończenia sprawy. Możesz być pewien, że Mitchell poprze nasz pogląd. Przecież to nie jest 

jakiś spór o pieniądze, nie sprawa cywilna, lecz karna, w której o oskarżeniu nie decyduje 

poszkodowany. Inna rzecz, iż stanowisko Caldwella może wpłynąć na zła godzenie wyroku. 

Na to nie mamy żadnego wpływu. Jednak wyrok skazujący, chociażby najbardziej łagodny, 

bardzo

zaważy na sytuacji O’Neila. Wieść o nim szybko rozejdzie się, mimo że to takie bezludne 

ziemie.  A w konsekwencji, kto wie, może  zmusić  O’Neila  do opuszczenia  tych  stron na

zawsze.

— Sprzeda farmę?

—Najprawdopodobniej.

Nie powiem, że twoja wizja, Karolu, napełnia mnie zachwytem. Żywię nadzieję, iż Caldwell 

nie okaże się aż tak dobroduszny, jak to przewidujesz. Jego oburzenie, gdy dowiedział się o 

tamtym nocnym napadzie, było na pewno szczere.

—Wierzę, lecz w tym napadzie O’Neil nie maczał palców. To była prywatna inicjatywa. 

Czyja? Oczywiście pomocników O’Neila. Których? Najprawdopodobniej Burtona i Halleya. 

Dwu naszych “sygnalistów”. Lecz jak im tego dowieść?

—Wyprą się wszystkiego.

—To pewne. Chyba że zdołamy ich skłócić. Jeśli poczną oskarżać się wzajemnie, być może 

prawda wypłynie na światło dzienne.

—Być może — stwierdziłem pesymistycznie.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę na ten temat i doszli do  zgodnego wniosku, iż należy jak 

najszybciej   przesłuchać   Halleya.   Lecz   przedtem   rzecz   musiała   być   uzgodniona   z   naszym 

gospodarzem.   Dopiero   pod   wieczór   udało   się   nam   odbyć   rozmowę   z   Caldwellem.   Wyraził 

zgodę, lecz zauważyłem, iż czynił to niechętnie. Widać ciągle jeszcze ufał nadzorcy kowbojów.

Rozmowę z Halleyem odbyliśmy następnego dnia.

Nie wiem, jak ją określić: pogawędką, badaniem czy przesłuchaniem. Na polecenie Caldwella 

Halley stawił się w naszym pokoju późnym rankiem. Stone'owi zleciliśmy tymczasem pieczę 

background image

nad Burtonem, a Caldwell, zgodnie z naszą sugestią, nie wziął udziału w spotkaniu.

Halley zjawił się punktualnie o oznaczonej godzinie, pełen ugrzecznienia i uśmiechów. Może 

sądził,   iż   wezwano   go   w   sprawie   jakiejś   nowej   wyprawy   myśliwskiej?   A   może   swymi 

uśmiechami maskował niepokój?

Nie przytoczę dokładnie przebiegu rozmowy,  jaką od początku do końca kierował Karol. 

Zajęłoby to zbyt wiele miejsca przez nieistotne lub mało istotne dla sprawy szczegóły.

Mój przyjaciel bardzo energicznie, chociaż moim zdaniem zbyt ostro, przystąpił do dzieła. 

Bez żadnego wstępu zagadnął” Halleya, czemu ukrywał swój poprzedni zawód. Zapytany nie 

stracił,   jak  to  się  określa,   głowy.   Zdaje  się,  iż   nie  zorientował   się  jeszcze,  do  czego   Karol 

zmierza. Odrzekł, iż niczego nie ukrywał, że Caldwell przecież wie, iż był kowbojem. Przy 

którymś, jak twierdził, przepędzie stad z Teksasu do Abilene zrezygnował z ciężkiej i licho 

płatnej pracy i powędrował na północ, do Kanady, w poszukiwaniu zatrudnienia. Lecz i tu nie 

wiodło mu się lepiej, aż wreszcie rewolta Riela przygnała go na ziemię “Alicji”, w której po-

został.

Istotnie zarobki kowbojów, o tym świetnie wiedzieliśmy,  były liche i raczej jedynie chęć 

przeżycia wielkiej przygody, niż szansa wzbogacenia się, skłaniała ich do angażowania się przy 

przepędzaniu   stad.   Darmowe   wyżywienie   i   suma   kilkudziesięciu   dolarów   miesięcznie   (bo 

przepęd   trwał   do   trzech   miesięcy)   mogły   zadowolić   tylko   młodzieniaszka   poszukującego 

życiowej   rozrywki   w   długotrwałej,   dalekiej   i   pełnej   niebezpieczeństw   wędrówce   poprzez 

pustkowia prerii. Tak więc Halley na pewno mówił prawdę, lecz nie całą. To, że był kowbojem 

na teksaskich równinach, odgadliśmy już dawno. Po sposobie bycia, po sposobie wyrażania się.

— Czy przed przybyciem do “Alicji” pracowałeś jako urzędnik pocztowy?

Zmieszał się, ale jeszcze nie stracił rezonu. Pewnym siebie tonem oświadczył, iż rzeczywiście 

przez pewien czas pracował na poczcie. Nie wspomniał o tym Caldwellowi uważając, iż taka 

informacja może mu utrudnić uzyskanie pracy. Wolał uchodzić za kowboja i tylko kowboja, co 

zresztą jest zgodne z prawdą.

— Jesteś telegrafistą — stwierdził mój przyjaciel.

Zaprzeczył, lecz gdy Karol powołał się na oświadczenie Burtona, poszarzał na twarzy.

—Co Burton może o mnie wiedzieć?! — wykrzyknął histerycznie. — Znamy się zbyt krótko.

Wystarczająco długo, Halley, aby można stwierdzić, iż obaj pełniliście funkcję telegrafistów 

w urzędzie pocztowym w Batoche. Przecież stamtąd uciekłeś podczas rebelii Riela. Nie ma w 

tym   nic   złego,   natomiast   paskudna   sprawa,  która   cię   obciąża,   to  udział   w  porywaniu   krów 

Caldwella. Czemu zgodziłeś się na odegranie tak paskudnej roli wobec człowieka, u którego 

przecież nie jest ci źle i który darzy cię specjalnym zaufaniem?

background image

Począł się trząść jak galareta (przypominając stan. w jakim znajdował się podczas naszego 

noclegu przy bagnach) i w tym przerażeniu wyznał nam wszystko, a raczej prawie wszystko.

Motywem przestępczego działania Halleya był strach, nie ulegało to dla mnie wątpliwości. 

Mimo iż nie potrafił,  czy raczej nie chciał, odkryć  przed nami przyczyny  tego strachu. Nie 

przyznawał   się  do  udziału  w  rebelii,  ani   do  rabunku  magazynów   w Batoche.  Twierdził,   że 

Burton groził mu ujawnieniem kłamliwych faktów, które chociaż niezgodne z prawdą na pewno 

spowodowałyby utratę dobrze płatnego zajęcia.

— Bałem się — przyznał — lecz byłem bezsilny. Nie rozporządzałem żadnymi dowodami 

przemawiającymi  za moją niewinnością. Burton to drań!   zakończył  ocierając rzęsisty pot z 

czoła.

 — Należało wszystko szczerze wyznać Caldwellowi — zauważyłem.

—Byłem głupi! — wykrzyknął. — Dałem się szantażować, to cała moja wina.

—Tak uważasz? Jesteś bardzo pewny siebie, Halley. A powiedz nam, co to była za historia z 

trójką nowo przyjętych kowbojów?

Znowu pobladł, na pewno do tej pory nie przypuszczał, iż wiemy o sprawie.

—To był drugi szantaż. Oni zwąchali pismo nosem i poczęli mi grozić ujawnieniem prawdy 

przed gospodarzem. Za milczenie żądali zapłaty. Poradziłem się Burtona. Za jego namową 

zaproponowałem Caldwellowi zwolnienie z pracy tych przybyszów.

—Jaki podałeś powód?

—Po prostu krnąbrność. To była prawda, proszę pana, i pan Caldwell nic na tym nie stracił. 

Oni   poczęli   lekceważyć   moje   polecenia.   To   mogło   źle   wpływać   na   wykonywanie 

obowiązków  przez   innych.   W  taki  właśnie  sposób  przedstawiłem  sprawę  gospodarzowi  i 

uznał moje argumenty.

— I nie bałeś się?

—Bałem się — stwierdził płaczliwie. — Zaczęli się odgrażać, że opowiedzą gospodarzowi, 

dlaczego krowy giną. Wtedy postanowiłem wszystko wyznać.

—Ale nie wyznałeś — zauważył Karol.

—Nie. Oni nie spełnili swej pogróżki. Dlaczego? Wówczas jeszcze nie wiedziałem. Po kilku 

dniach   Burton   powiedział   mi,   że   udali   się   do   O’Neila   żądając   pieniędzy   za   zachowanie 

tajemnicy. Lecz ich po prostu zwymyślał i odprawił z kwitkiem.

—Był pewny siebie — mruknąłem.

—To prawda, proszę pana.

—I nie wrócili do “Alicji”?

—Nie. Może ich zwiodła odpowiedź O’Neila? Nic więcej nie wiem.

background image

—A o porywaniu bydła?

Halley   począł   się   jąkać.   Aż   przykro   mi   się   zrobiło,   słuchając   jego   nieudolnej   próby 

wybielenia   swych   paskudnych   postępków.   Nazwałem   go   w   myślach   tchórzem   z   łajdacką 

“podszewką”, lecz Burton był chyba jeszcze gorszym typem, chociażby dlatego, że wciągnął 

Halleya w całą aferę. I takiemu człowiekowi Karol obiecał łagodniejsze potraktowanie!

— Słuchaj, Ben — ostro natarł  mój  przyjaciel.  — Twe tłumaczenie  można  między bajki 

włożyć. Znalazłeś się w paskudnej sytuacji i chyba wiesz, co cię czeka. I tylko jedno może ci 

pomóc: szczere wyjawienie nam całej prawdy.

Poskutkowało.

Halley   przyznał,   iż   korzystał   z   pomocy   dwu   wspólników:   niejakiego   Allana   Gee   oraz 

Nataniela Littlehead, Dziwne nazwisko

22

  drugiego skłoniło mnie do przypuszczenia, że jest to 

Indianin lub Metys. Plemienny przydomek został po prostu dosłownie przetłumaczony na język 

“bladych twarzy” i stał się nazwiskiem. Halley potwierdził me podejrzenie. Wspominam o tym 

jedynie dlatego, że, jak się okazało, Littlehead znał sposób przyrządzania z ziół naparów usy-

piających, jakie wlewał do potraw podawanych tym kowbojom, którym .wypadał nocny dyżur 

przy   pilnowaniu   stada.   Przy   śpiących,   jak   niedźwiedzie   w   zimowej   gawrze,   strażnikach 

uprowadzenie części stada było po prostu fraszką.

Z dalszych zeznań Halleya wynikało, że w akcjach porywań brał zawsze udział Burton, który 

uprzednio   porozumiewał   się   z   Halleyem;   bądź   bezpośrednio,   jeśli   Halleyowi   udawało   się 

wyrwać poza granice “Alicji”, bądź też za pośrednictwem lusterek nadających sygnały Morse'a. 

Burton  wystrzegał   się  odwiedzania  “Alicji”,  jeśli  nie   istniała  nie   budząca   podejrzeń   okazja. 

Dodam, iż niekiedy zaplanowane stampede nie dochodziło do skutku. Nagła zmiana pogody z 

zapowiadającej deszcz na bezdeszczową zawsze skłaniała Burtona do odłożenia stampede na noc 

gwarantującą   zatarcie   śladów   burzliwym   opadem   atmosferycznym.   Nieźle   musiał   O’Neil 

opłacać   wykonawców   swych   poleceń,   jeśli   zgadzali   się   na   udział   w   tak   ryzykownym 

przedsięwzięciu.   1   jeszcze   jeden   szczegół,   dotyczący   naszego   noclegu   przy   bagnach.   Otóż 

Halley wiedział, że tej właśnie nocy Burton zjawi się. by znaczyć fałszywe ślady w sąsiedztwie 

miejsca, jakie obraliśmy na nocleg. Halley bał się, że przypadkowo przyłapie-my Burtona na 

gorącym   uczynku.   Co   prawda,   uznawał   nas   za   greenhornów,   lecz   nawet   największego 

greenhorna musiałaby zastanowić tego rodzaju pozornie bezsensowna czynność i mógł donieść o 

niej Caldwellowi. A dlaczego zrezygnował z nocnej warty? Po prostu lękał się, iż może napotkać 

Burtona, któremu był całkowicie posłuszny, lecz którego równocześnie bał się i nie cierpiał. Nie 

chciał z nim wówczas rozmawiać, pełen strachu, że zwróci to naszą uwagę.

22 Littlehead, a raczej little head, oznacza po angielsku: mała głowa.

background image

A nocny napad? Ben Halley przysięgał, iż nie brał w nim udziału. Gdy został przez nas 

zaskoczony przy nadawaniu sygnałów, uciekł w stronę zabudowań gospodarczych i nie pobiegł 

do lasu.

Mogło to być prawdą, ale ja raczej podejrzewałem kłamstwo. Tylko jak je udowodnić?

Gdy ukończyliśmy tę długą i męczącą rozmowę, przesłuchiwany spojrzał na nas żałośnie i 

zapytał:

—I co teraz ze mną będzie?

—Twoja szczerość przemawia za tobą — odparł Karol. — Jeśli jednak cokolwiek ukryłeś, 

tym gorzej dla ciebie. Będziesz musiał ponieść skutki swego postępowania, lecz wiele tu 

zależy od pana Caldwella. A teraz możesz odejść. Zajmij się swą normalną pracą i trzymaj 

język za zębami. Ani słówka nikomu. I nie próbuj ucieczki.

W odpowiedzi westchnął, nie wiem, czy z ulgi czy ze strapienia, i odszedł.

Nikt nie uratuje skóry

Tego dnia nad wieczorem poczęło się chmurzyć.  Powietrze stało się duszne, temperatura 

wzrosła tak, jakby to był środek upalnego lata.

—Będzie burza — stwierdził Caldwell przy wieczornym posiłku.

—Burza i mnóstwo kłopotów — dodał Karol.

—Kłopotów? — zastanowił się gospodarz. — Co pan przewiduje?

—Kolejną próbę wywołania stampede, lub też “normalne” stampede, skutek jeden i ten sam.

—Czyżby się znowu odważyli?

—To   jest   prawdopodobne,   a   jeśli   nawet   się   mylę,   musi   pan   na   tę   noc   zmobilizować 

wszystkich swoich kowbojów. Każda burza może przecież spowodować popłoch w stadzie. A 

poza tym radzę mieć na oku Halleya i dwu jeszcze pańskich ludzi: niejakiego Littleheada i 

Gee.

—A to coś nowego!

—Na dobrą sprawę — mówił dalej Karol — należałoby całą tę trójkę zamknąć na noc w 

dobrze strzeżonym pomieszczeniu, ale dosyć już mam kłopotów z Burtonem. Liczę jednak na 

to, iż Halley tym razem wykaże nieco więcej rozsądku, jeśli nie z wrodzonej uczciwości, to ze 

strachu.

Karol zaznajomił gospodarza z treścią zeznań Halleya, czym wprowadził Caldwella w stan 

skrajnego pesymizmu.

— I komu tu wierzyć — począł biadać. — Byłem naiwnym  głupcem ufając Benowi. To 

skończony łotr. Czemu pozostawiliście go na wolności?

background image

—Po   pierwsze   —-   odparł   Karol   —   aby   nie   zamieniać   “Alicji”   w   więzienie.   Nie   mamy 

przecież pewnych ludzi do pilnowania jeńców.

—Okropność — westchnął Caldwell.

—Po drugie: napędziłem Halleyowi tyle strachu, iż nie odważy się na żadne nowe łajdactwo. 

Po trzecie: ponieważ przyznał się do wszystkiego.

—Ale nie jesteś tego całkowicie pewien — wtrąciłem.

—Nie. Jednak ucieczka Halleya, w co wątpię, niczego już nie zmieni, ba, jeszcze potwierdzi 

jego winę. A zeznania Burtona obciążają ONeila.

—Jeszcze pozostają ten Littlehead i Gee — mruknął Caldwell. — Jeśli oczywiście Halley nie 

kłamie, bo ja mu już teraz nie wierzę.

—Littlehead i Gee o niczym nie wiedzą. Zostawmy ich w spokoju do przyjazdu Mitchella, 

ostatecznie nie istnieje powód, abyśmy go we wszystkim musieli zastępować. A teraz, co jest 

sprawą pilniejszą, zastanówmy się, jak zapobiec ewentualnemu stampede.

Pomijam tę część naszej wspólnej rozmowy dotyczącej technicznych sposobów zapobieżenia 

popłochowi w stadzie. Zaskoczyła mnie jedynie decyzja Karola. Oświadczył, że na tę noc oddaje 

się do dyspozycji Caldwella. Natychmiast zgłosiłem i swoją gotowość.

—Nie, Janie. Na ciebie spadnie inny obowiązek: pilnowania Burtona.

—Przecież tym zajmuje się Stone.

—Wybacz, Janie, Stone na pewno lepiej się zna na sprawach stampede od ciebie i będzie 

użyteczniejszy jako dozorca stada.

—Rozumiem — odparłem oschle, jako że mnie taki pogląd nieco uraził.

Nie sierdź się. Czuwanie nad Burtonem to nie mniej ważne zadanie i na pewno wywiążesz się 

z niego doskonale. 

Na tym stanęło.

Tymczasem niebo poczęło się chmurzyć coraz bardziej, pociemniało gwałtownie, wiatr ustał, 

a   na   horyzoncie   poczęły   migotać   żółte   światła   błyskawic.   Pierwszy,   daleki   jeszcze   grom 

zahuczał nad prerią i lasem: sygnał nadciągającej burzy.

— Idziemy — zakomenderował Karol. — Bądź czujny, Janie.

Wzruszyłem ramionami. Burton, od chwili, w której przyznał się do swych sprawek, przestał 

być   dla   nas   groźnym   przeciwnikiem.   Tak   sądziłem.   Na   pewno   wyrzekł   się   wszelkich   prób 

ucieczki, zresztą, w jaki sposób mógłby tego dokonać zamknięty na trzy spusty i pozbawiony 

odzieży?

Poszli  zabierając  Stone’a. Ja zająłem jego miejsce przy więźniu w półmrocznym  pokoju, 

oświetlonym słabo małą lampką naftową. Burton zauważył tę zmianę warty.

background image

— A, to pan? — mruknął przekręcając się na łóżku. — Już mi bokiem wychodzi to ciągłe 

leżenie, marzę o spacerze. Może się przejdziemy?

Wrócił mu dobry humor, lecz ja byłem zły jak chrzan z powodu decyzji Karola.

—Na pewno się przejdziemy — burknąłem — ale nie teraz. I w liczniejszym towarzystwie.

Chyba nie przypadła mu do smaku moja odpowiedź, bo odwrócił się plecami. Zapaliwszy 

fajkę, przesunąłem fotel w róg pokoju, uchyliłem okno i wpadłem w zadumę. Czy któryś z 

moich pacjentów z dalekiego Milwaukee mógłby w swych najfantastyczniejszych marzeniach 

wyobrazić   sobie   solidnego,   spokojnego   lekarza   w   roli   dozorcy   złodzieja?   Pomyślałem,   jak 

wytrzeszczaliby oczy ujrzawszy mnie z win-czesterem w ręku, siedzącego o krok od śpiącego, 

czy   też   udającego   sen,   niebezpiecznego   draba!   Pewnie   taki   widok   odstręczyłby   wielu   od 

składania wizyt w moim gabinecie! Uzyskałbym opinię człowieka niepoważnego, ba, niebez-

piecznego!

Błyskawica   zamigotała   w   oknie.   Nim   zdążyła   zgasnąć   ozwał   się   grzmot.   Jego   dźwięk 

rozpoczął się trzaskiem, a zakończył hurgotem, jak gdyby po wyboistej drodze przejechał ciężko 

wyładowany wóz. Drgnąłem. Nieźle się zaczynało! Zaiste niełatwą robotę będzie miał Caldwell 

z upilnowaniem swych stad.

Od tej chwili błyskawice powtarzały się w coraz krótszych odstępach, a pioruny biły coraz 

gęściej i bliżej. Na koniec ozwał się szum wody walącej z nieba — gwałtowny deszcz zabębnił o 

szyby.

Wyczyściłem   fajkę,   wyprostowałem   nogi.   Szumiało   i   pluskało   za   ścianami   domu   w 

monotonny,  usypiający sposób. Grzmoty cichły,  błyskawice  coraz  rzadziej  przecinały niebo, 

burza   powoli   przetaczała   się   nad   ziemiami   “Alicji”.   Jednak   ulewa   trwała   nadal.   Poczułem 

ogarniającą mnie senność i chyba... zdrzemnąłem się. Jak to długo trwało? Prawdopodobnie 

mniej   niż   godzinę,   bo   gdy   się   ocknąłem,   za   oknem   szumiało   tak   samo   jak   poprzednio. 

Spojrzałem na łóżko, przerażony swym niedbalstwem. Na szczęście Burton leżał bez ruchu, a 

nawet, jak wydało mi się, lekko pochrapywał. Co mnie obudziło? Myślę, że instynkt nabyty 

podczas długich wypraw z Karolem, jakieś poczucie zagrożenia, bardzo nieokreślone, lecz silne. 

Nie podniosłem się z fotela, by nie budzić śpiącego, lecz wytrzeszczyłem oczy i nastawiłem 

uszu. W głębi domu panowała cisza, na zewnątrz pluskały strumienie wody. A jednak czułem 

niepokój. Utkwiłem wzrok w uchylonym oknie, coś zamajaczyło za jedną z szyb, coś ukazało się 

w szparze futryn. Ptak? Absurd. Żadna sowa nie odważyłaby się polować podczas takiej pogody.

Pociemniało tak, iż na chwilę zaniewidziałem. Za szkłem lampki już tylko żarzył się koniec 

knota. Prawdziwy pech! Zabrakło nafty. Tymczasem dziwny szelest trwał. Oswoiwszy oczy z 

mrokiem  zdążyłem  zauważyć  jakiś przedmiot  o nieokreślonych  kształtach  przepychający się 

background image

między rozsuniętymi szybami. Co to mogło być, u licha!

Może ktoś inny na moim miejscu zerwałby się gwałtownie z fotela i skoczył ku oknu. Nie 

uczyniłem   tego.   Po   prostu   nie   leżało   w   mych   zamiarach   płoszenie   zjawiska.   Obserwowany 

przeze mnie przedmiot nagle zakołysał się i z cichym pacnięciem upadł na deski podłogi. Sądząc 

z   odgłosu   musiało   to   być   coś   miękkiego.   Nadal   siedziałem   bez   ruchu,   a   skłonił   mnie   do 

gwałtownego   skoku   dopiero   widok   zamglonego   zarysu   ludzkiej   głowy.   I   popełniłem   błąd. 

Należało   jeszcze   poczekać.   Bo   oto,   gdy   znalazłem   się   przy   oknie   i   schwyciłem   za   szyję 

niespodziewanego gościa, ten szarpnął się gwałtownie i runął w dół z szelestem i zgrzytem 

tłumionym przez plusk ulewy. Zdaje się, że w tym momencie zakląłem. Zrozumiała ciekawość 

kazała   mi   wyjrzeć  na  zewnątrz.  Jednak  nie  sposób  było   dojrzeć  cokolwiek.   Deszcz  niczym 

kurtyna   zasłaniał   wszystko.   Wróciłem   na   fotel.   Bezsensem   byłoby   zbiegać   na   dół   w 

poszukiwaniu nieznajomego włamywacza. Jeśli nie potłukł się dotkliwie, nie złamał na przykład 

nogi, na pewno uciekł. A jeśli nie? Zastanowiłem się chwilę i... zostałem. Kimkolwiek jest ten 

nieznajomy,   moim   pierwszym   obowiązkiem   było   pilnowanie   Burtona,   którego   przecież 

usiłowano   uwolnić.   Tylko   w   taki   sposób   mogłem   wytłumaczyć   nocne   odwiedziny.   Nie 

podniosłem również alarmu, w tej chwili w całym domu nie znajdował się ani jeden mężczyzna, 

wszyscy pognali pilnować stad. A sam Burton? Podszedłem na palcach do łóżka. Spał albo 

udawał, że śpi. Czy oczekiwał oswobodzenia? Wydało mi się to wątpliwe. Przecież mógł mnie 

zaatakować w chwili, w której szamotałem się z człowiekiem zaglądającym przez okno.

Przysunąłem tłumok do fotela, odkładając zbadanie jego wnętrza do chwili, w której pierwszy 

blask dziennego światła umożliwi rozeznanie zawartości pakunku.

Czas wlókł się nielitościwie wolno, jednak teraz już nie psioczyłem na Karola. Moja nocna 

warta miała swój sens. Deszcz już nie padał i stało się jakby nieco jaśniej, lecz długo jeszcze 

przyszło   mi   czekać,   nim   ciche   wnętrze   domu   rozbrzmiało   tupotem   nóg.   W   chwilę   później 

energicznie zapukano do drzwi. Przekręciłem klucz. Okropnie zmoczony Karol ukazał się na 

progu. Najpierw spojrzał na łóżko, później na tobół.

—Co to takiego?

—Nie wiem. Ale teraz możemy sprawdzić.

Jak się okazało, wewnątrz pakunku znajdowały się dość podniszczone spodnie, koszula i 

kurta.

— Ubranie dla Burtona — stwierdziłem zniżając głos do szeptu.

—Kto to przyniósł?

Opowiedziałem o wydarzeniu.

—A on? — wskazał palcem na śpiącego.

background image

— Nawet się nie ruszył. Na szczęście. Z dwoma nie dałbym sobie rady.

— To chyba sprawka Halleya — szepnął. — Powiedział o wszystkim któremuś ze swych 

wspólników.

—A może to sam Halley?

—Nie. Miałem go na oku przez cały czas. Zejdę na dół, poszukam śladów.

—Po takim deszczu?

—Kto wie? — odwrócił się ku drzwiom.

—Chwileczkę, Karolu. Nie dowiedziałem się najważniejszego, co ze stampede?

—Nic. Na szczęście. Krówki były spokojne jak baranki, a Halley tak gorliwie ich pilnował, 

jakby był wzorem wszelkich cnót ludzkich i kowbojskich. Ale ja z nim jeszcze pogadam! 

Siedź tu, zaraz wrócę.

Cała nasza rozmowa prowadzona była półgłosem. Śpiący Burton nawet nie drgnął. Udawał, 

czy rzeczywiście jeszcze się nie obudził?

Karol wrócił po kilkunastu minutach.

—Niczego nie odkryłem — zauważył mętnie. — Ten nocny gość nieźle umie się wspinać. 

Wlazł tędy po rynnie, nawet nieco ją naderwał. Ach, Janie, co za szkoda, że nie poczekałeś, 

aż wejdzie do pokoju. Szybko dałbyś mu radę.

—Albo on mnie... — mruknąłem. — Idź się przebrać, wyglądasz jak zmokła kura.

Usłuchał bardzo gorliwie, a mnie przyszło dalsze pół godziny tkwić w fotelu. 

Burton   wreszcie   przebudził   się,   powiedział   mi   “dzień   dobry”   i   natychmiast   zauważył 

rozpakowany tłumok.

—Mam się ubrać?

—Jeszcze nie teraz — odparłem sucho.

—Aha, więc mogę mieć nadzieję na opuszczenie tych betów.

Wzruszyłem   ramionami.   Rozmowa   z   więźniem   wcale   mnie   nie   bawiła.   Przybył   Stone   z 

informacją, iż Karol mnie oczekuje. Nareszcie koniec nudy! Zabrałem tłumok i wyszedłem.

Największym  wydarzeniem tego dnia był  przyjazd Mitchella. Zjawił się przed południem 

wraz   z   asystą:   jednym   policjantem   w   stopniu   sierżanta   i   dwoma   szeregowymi   fun-

kcjonariuszami.   Sierżant   robił   wrażenie   bardzo   dobrodusznego   jegomościa,   a   dwaj   jego 

towarzysze takich, za których inteligencję nie dałbym nawet centa. Później się przekonałem, iż 

były to jedynie pozory. Dobroduszny sierżant okazał się bystrym i energicznym (chyba jednak 

zbyt   “służbistym”)   człowiekiem,   a   dwaj   “gapowicze”   posiadali   niezwykłe   zdolności 

tropicielskie. Lecz to tylko drobny szczegół.

Na powitanie nie traciliśmy czasu. Mitchell nigdy nie marnował ani chwili na błahostki, jeśli 

background image

sprawa, do której go wezwano, wymagała szybkiej interwencji.

Przywitawszy się pospiesznie z nami i z Caldwellem, wysłuchał szczegółowej relacji Karola, 

po czym jednemu ze swych ludzi zlecił straż nad Burtonem. Z pozostałymi udał się do mieszkań 

kowbojów. Wrócił z trofeum — mokasynami Halleya i jego rozdartą koszulą drelichową. I tak 

oto w ciągu kilkunastu minut uzyskaliśmy dowody tak bardzo obciążające Halleya. Bowiem 

mokasyny wskazywały na to, iż właśnie Halley uczestniczył pamiętnej nocy w pobiciu Karola i 

że to on uciekał przez zarośla rozdzierając ubranie. Zagadnąłem wówczas mego przyjaciela, czy 

nadal obstaje przy łagodnym potraktowaniu przestępcy. Odparł, iż kłamstwa Halleya zwalniają 

od dotrzymania mu obietnicy, jednak Halley nie jest w tej sprawie głównym winowajcą. Ani 

mokasyny, ani dziura w koszuli — to nie dowody, iż cios w głowę wymierzył właśnie Halley, a 

nie Burton. W odpowiedzi na takie rozumowanie wzruszyłem ramionami.

Mitchell   inaczej   podszedł   do   tego   zagadnienia.   Halley   został   aresztowany.   Zupełnie 

załamanego zamknięto w jednym z pustych pokojów “Alicji”, kilka kroków od pomieszczenia, 

w którym przymusowo zakwaterowaliśmy Burtona.

Przybycie patrolu policyjnego wywołało nie byle jakie poruszenie wśród mieszkańców farmy, 

jeszcze większe — fakt aresztowania Halleya. Mało tego! W pół godziny później Allan Gee oraz 

Nataniel Littlehead również zostali pozbawieni wolności.

Nie uczestniczyłem w wyżej podanych wypadkach. Mitchell nie pragnął mej asysty, a ja nie 

widziałem   powodu,   dla   którego   miałbym   towarzyszyć   w   spełnianiu   czysto   policyjnych 

obowiązków.

Po raz pierwszy miałem okazję przyjrzeć się dwu nowym aresztantom. Nie wyróżniali się 

niczym   spośród   swych   kolegów   po   fachu,   chociaż   na   przykład   Littlehead   wyglądem 

zewnętrznym — czarną czupryną, wystającymi kośćmi policzkowymi i nieco ciemniejszą cerą 

odbijał od innych. Bez wątpienia był Indianinem lub Metysem.

Zamieniwszy w ten sposób ..Alicję” w małe więzienie. Mitchell zabrał jednego z policjantów 

i Karola i jeszcze tego samego dnia ruszył odwiedzić O’Neila. Na straży więźniów pozostał 

sierżant   z   szeregowcem,   do   której   to   kompanii   poproszono   mnie   i   Stone’a,   ponieważ   “siły 

policyjne” nie wystarczały do pilnowania (przez dwadzieścia cztery godziny bez przerwy) osób 

uwięzionych,   a   Caldwella   nie   sposób   było   obarczać   takim   obowiązkiem.   Chyba   miał   dość 

dodatkowych kłopotów z uspokajaniem swych pracowników i skłonieniem ich do normalnego 

wykonywania obowiązków, zamiast omawiania na wszystkie sposoby plotek podawanych z ust 

do ust.

Dodam. Mitchell polecił zwrócić Burtonowi odzież, a każdego z aresztowanych umieścić w 

background image

oddzielnym   pokoju.   Co   za   szczęście,   iż   budynek   “Alicji”   wzniesiony   został   “na   wyrost”   i 

pustych pokojów nie brakowało.

Pierwszą wartę objęli: Stone i policjant. Chodzili po korytarzu i co pewien czas zaglądali do 

zaimprowizowanych cel. Ja wraz z sierżantem udaliśmy się do ogrodu, skąd był widok na okna 

uwięzionych. Baczyliśmy, czy któremu z zatrzymanych nie strzeli do głowy wariacki pomysł 

wyskoczenia   z   pierwszego   piętra.   Caldwell   pojawiał   się   od   czasu   do   czasu^   niekiedy   ze 

szklankami i butelkami piwa. Natomiast od rana po późny wieczór bez przerwy defilowała przez 

ogród   kolejka   pracowników   “Alicji”,   z   których   każdy   miał   “pilny   interes”   do   gospodarza. 

Wiadomo, o co im naprawdę chodziło! Ostatnie wydarzenia w monotonnym życiu mieszkańców 

farmy stały się przecież sensacją już nie dnia, lecz lat!

Co się mnie tyczy, byłem mocno senny i raczej znudzony. Rzecz przeszła w ręce policji i 

wyglądało   na   to,   że   wszystko   zmierza   ku   przewidzianemu   zakończeniu.   Czekałem   tego 

zakończenia, by wreszcie zwolniło mnie od przykrego obowiązku dozorowania uwięzionych. Na 

szczęście sierżant okazał się człowiekiem rozmownym i bardzo zainteresowanym całą historią 

znikającego   stada.   Co   prawda,   już   Mitchell   wtajemniczył   go   w   sprawę,   lecz   drobnych 

szczegółów dopiero ja mu  dostarczyłem.  Przez cały czas pogawędki odnosił  się do winie z 

przesadnym, a więc nieco krępującym szacunkiem. Ciekawe, co mu Mitchell o mnie nagadał?

Co jakieś pół godziny wędrowaliśmy obaj na piętro, sprawdzić, jak funkcjonuje “więzienna 

służba”, i obejrzeć niesłychanie zadowolonego Stone’a. Dla niego była to prawdziwa gratka, 

zwalniająca z codziennych nieciekawych obowiązków. A dla mnie?

Zabijałem nudę słuchając wspomnień sierżanta, jakimi z kolei zaczął raczyć mnie obficie. 

Warte   były   uwagi.   Z   tych   wspomnień   dałoby   się   ułożyć   sporą   i   interesującą   książeczkę. 

Zwróciłem mu na to uwagę.

— Gdzież ja do pisania, doktorze? Chętnie odstąpię panu wszystko, co naopowiadałem, a na 

życzenie służę dalszą  porcją. Proszę o tym napisać, pod warunkiem, że wspomni pan o mnie. 

Nazywam się Owen Hove.

Niczego nie obiecałem, ale kto wie? Może w przyszłości?

Porucznik Mitchell nie wrócił tego dnia. Rzecz normalna, wynikająca z odległości, jaką miał 

do przebycia, i z niełatwego śledztwa, które musiał przeprowadzić na farmie O’Neila. Jednak nie 

żywiłem żadnych  wątpliwości, co do wyników. Mitchell potrafiłby zmusić do zeznań nawet 

granitowy głaz.

Żałowałem, iż nie dane mi było uczestniczyć w tej wyprawie. Tymczasem przez całą noc, na 

przemian ze Stonem i dwoma policjantami, przyszło mi pełnić wartę na korytarzu pierwszego 

piętra.  Co  prawda,  usiłowałem  skłonić  sierżanta  do  zmiany  decyzji  sugerując,  że  wystarczy 

background image

zabrać więźniom odzież i obuwie. Jednak funkcjonariusz “północno-zachodniej” oświadczył, iż 

byłoby to karygodnym pogwałceniem obowiązujących przepisów. Poddałem się więc przepisom.

Wieczorem,   przy   jadalnym   stole,   panowała   dość   napięta   atmosfera.   Caldwell   okazywał 

zdenerwowanie, pani Alicja milczała, aż do przesady zajęta dziećmi (może by ukryć niepokój), i 

ani mnie, ani sierżantowi nie udało się wprowadzić obojga gospodarzy w lepszy humor. Tak 

więc posiłek wypadł nieco ponuro i szybko, bo bez zwykłej pogawędki.

Caldwell   towarzyszył   mnie   i   sierżantowi   na   piętro   i   zajął   się   dostarczeniem   jedzenia 

więźniom, wymógł również przyrzeczenie, że w razie czego obudzę go bez względu na porę 

nocy. Na szczęście nie zaszła taka potrzeba.

Następny dzień niczego nie odmienił. Nadal 'nie wiedzieliśmy nic ani o Mitchellu, ani o 

Karolu.   Caldwell   okazywał   jeszcze   większe   zdenerwowanie,   sierżant   nadal   czuwał   nad 

więźniami   z   niczym   nie   zmąconym   spokojem,   Stone   coraz   lepiej   wdrażał   się   w   funkcję 

więziennego strażnika, a mnie od ostatecznych nudów ratowały dykteryjki sierżanta Hove’a.

Wreszcie poczęło się coś dziać. Po trzech dniach nieobecności powrócili tak niecierpliwie 

oczekiwani wysłannicy. Stało się to przedwieczorną porą. Tkwiłem wówczas przy uchylonym 

oknie   gościnnego   pokoju.   Niebo   na   zachodzie   poczynało   już   purpurowieć,   a   od   wschodu 

napływała gęstniejąca szarość uciekającego dnia.

Jechali z zachodu, więc na tle zorzy sylwetki jeźdźców rysowały się ostro, prawie czarnymi 

konturami. Dokoła panowała cisza, umilkły nawet psy szczekające w pobliżu i tylko pojedyncze 

rżenie konia ozwało się od strony długich i niskich, ciemnych budynków stajni.

Wracali  stępa,   na  pewno  dobrze   zmęczeni,   a  coraz   bliższe   i  głośniejsze  uderzenia  kopyt 

brzmiały głucho i rytmicznie, niczym monotonna przygrywka starej, kowbojskiej śpiewki:

Głosi ballada: trzech ich wracało 

Na koniach, mustangach srokatych, 

Gdy nagle purpury rozgorzał zew.

Niebo zachodem noc przywołało, 

Wiatr szumiał w konarach sękatych 

Wśród puszczy potężnych jak wieże drzew.

Dokąd jechali?

Z zachodu na wschód,

Wciąż dalej i dalej,

Gdzie wody Niagary,

background image

Pianami szumiący bród.

Nagle dostrzegłem nie trzech, lecz czterech jeźdźców, właśnie mijających słupy ogrodowej 

bramy. Kimże był ten czwarty, którego sylwetka wydała mi się całkowicie obca?

Przez sekundę pomyślałem o Atkinsie. Lornetka pozwoliła stwierdzić pomyłkę. Nie, to nie 

był Atkins.

Jeźdźcy   zatrzymali   się   przed   gankiem:   Karol,   Mitchell,   policjant   i   czwarty   przybysz   w 

szerokoskrzydłym kapeluszu, okryty szarą guńką, opadającą mu prawie do kostek. Odbiegłem 

od okna, uchyliłem drzwi korytarza.

— Sierżancie! — zawołałem. — Przyjechali!

Nie przejął się mą informacją.

— To znaczy — odparł — że porucznik za chwilę tu się zjawi, ale nam nie wolno opuścić 

posterunku.

Do pilnowania więźniów wystarczył jeden człowiek, jednak nie wypadało mi świecić złym 

przykładem. Zostałem, tyle że przy oknie, z którego zresztą nic interesującego nie można było 

dostrzec.   Przybysze   znikli   w   głębi   budynku,   a   konie   ktoś   ze   służby   Caldwella   właśnie 

odprowadzał w kierunku stajni.

Moja cierpliwość na srogą została wystawiona próbę. Sądziłem, że lada chwila ujrzę Karola 

lub porucznika. Nic z tego. Zapewne na parterze rozpoczęła się rozmowa z Caldwellem, lecz 

czemu wlokła się tak niemiłosiernie długo? Bowiem dopiero po godzinie przybiegł Karol.

—Co, u licha, robiłeś tam na dole?! — nie wytrzymałem. — Sierżant nie dał mi zejść, a ja o 

mało ze skóry nie wyskoczę. Kogo tu ściągnęliście, bo naliczyłem was czterech?

—Kogo? Łatwo odgadnąć. Beniamina O’Neila.

—A to dopiero! Mitchell go aresztował?

—Jeszcze nie. Ale chyba do tego dojdzie. Jak tam nasi jeńcy?

—Wszystko w porządku i mniejsza z tym. Siadaj i mów.

—No więc... O’Neil do niczego się nie przyznaje, chytra sztuka. To znaczy... i przyznaje się, i 

nie przyznaje.

—Ściślej, Karolu. Z takiej gadaniny niewiele mogę pojąć.

—Ba, i ja początkowo niewiele rozumiałem. Widzisz, to sprawa okropnie zagmatwana.

—O, do licha! Powiedz wreszcie, o co chodzi!

—O to, że wszyscy są winni a równocześnie niewinni. Jeśli oprzeć się na tym, co mówią. A 

konkretnych dowodów brak.

—Jakże! — oburzyłem się. — Burton przyznał się do wszystkiego, Halley również.

Ej, Janie. Dziwię ci się, że jako syn prawnika nie wiesz, iż każde zeznanie można i sto razy 

background image

zmienić, i wszystko odwołać. Że wreszcie przyznanie się do winy wymaga jednak dowodów 

potwierdzających   prawdziwość   oświadczenia   winowajcy.   Nigdy   nie   słyszałeś   o   osobach 

samooskarżających się przed sądem? Wbrew rzeczywistej sytuacji?

—To prawda. Lecz w danym wypadku nie sposób przypuścić, aby zachodziły tego rodzaju 

okoliczności. I Burton, i Halley na pewno mówili szczerze.

—Wierzę, lecz nie powiedzieli wszystkiego. Halley po prostu skłamał wypierając się udziału 

w tamtej nocnej awanturze. Znalezione mokasyny i rozdarta kurta świadczą przeciw niemu. 

Równocześnie O’Neil twierdzi, że do niczego ręki nie przyłożył. Przyznaje, iż chciał nabyć 

“Alicję”,   jednak   ani   mu   w   głowie   było   stosowanie   jakiegokolwiek   przymusu   wobec 

Caldwella. Twierdzi, że wszystko jest dziełem Burtona, przeprowadzonym bez jego, O’Neila, 

wiedzy.

—Zwykłe łgarstwo.

—Oczywiście, tylko jak tego dowieść?

—Mimo   twych   wątpliwości   uważam,   Karolu,   iż   zeznania   Burtona   i   Halleya   powinny 

wystarczyć. Niech jeszcze Mitchell przesłucha tych dwu kowbojów: Allana Gee i Nataniela 

Littleheada, a całą czwórkę, przepraszam, piątkę, można będzie wsadzić za kratki.

—Ba,   nawet   konfrontacja   całej   piątki   nie   gwarantuje   uzyskania   niezbitych   dowodów, 

koniecznych do rozpoczęcia procesu sądowego. I tak na przykład: ani Allan Gee, ani Nataniel 

Littlehead nie stykali się z O’Neilem i nie mogą przeciw niemu świadczyć. Mitchell już to 

wyniuchał. Mocno się obawiam, że jeśli Mitchell odda sprawę w ręce prokuratora i dojdzie do 

rozprawy, ława przysięgłych może uwolnić oskarżonych, uważając, że nie można skazywać 

ludzi obciążonych jedynie poszlakami. Spojrzałem podejrzliwie na Karola:

—Odkąd to stałeś się takim znawcą prawa? I do czego zmierzasz? Do uwolnienia od winy i 

kary   całej   tej   bandy,   do   rezygnacji   z   procesu?   Caldwell   pięknie   nam   za   to   podziękuje. 

Doprawdy, aż wstyd!

—Nie,   nie   —   zaprzeczył   gwałtownie.   —   Wcale   tego   nie   pragnę.   Mówię   jedynie   o 

trudnościach.

—Mam nadzieję, że Mitchell nie podziela twych poglądów.

—Być  może.  Lecz jest w tej sprawie pewien szkopuł. Jeśli O’Neil nie zostanie skazany, 

Caldwell nie uzyska odszkodowania, nawet gdy pozostała czwórka rabusiów znajdzie się za 

kratkami.

—A to niby dlaczego?

—Dlatego że ani Burton, ani Halley, ani jego dwaj pomagierzy nie mają pieniędzy. Sumy od 

nich zasądzone nigdy nie trafią do kieszeni Caldwella. Bo z czego? A co się tyczy O’Neila, na 

background image

pewno stać go na dobrych adwokatów i na zapłacenie wspólnikom takiej kwoty, która skłoni 

ich do zmiany zeznań.

—Zdechł  pies!  —  mruknąłem   rozzłoszczony.  —  I po  to  tkwiliśmy  tu  przez  cały  prawie 

miesiąc? Nie, ja się nigdy z tym nie pogodzę. Mitchell nie jest idiotą i nie da się wyprowadzić 

na bezdroża.

—Miejmy nadzieję. Dodam ku twemu pocieszeniu, że O’Neil (dobrze to spostrzegłem) udaje 

pewnego siebie, w rzeczywistości trzęsie portkami. Szkoda, żeś nie słyszał, jak się wyłgiwał 

przed porucznikiem  i jak przepraszał  Caldwella. Przepraszał!  Za wszystko  to, co uczynił 

Burton za jego plecami!  O’Neil boi się wyników śledztwa i ewentualnej  rozprawy przed 

sądem. Bez względu na jej ostateczny wynik.

—Bez względu na wynik? — powtórzyłem zdumiony.

—Aha. Przecież sprawa toczyć się będzie w Reginie i wzbudzi niemałe zaciekawienie wśród 

mieszkańców i okolicznych farmerów. Jeśli nawet O’Neil ją wygra, zostawiona trwały ślad na 

opinii o nim. Kto zechce utrzymywać stosunki z człowiekiem podejrzanym o łajdacką próbę 

zniszczenia konkurenta, kto zechce z nim handlować? A poza tym O’Neil nie będzie już mógł 

powtórzyć sztuczki ze znikającym stadem. Cały więc plan zmuszenia Caldwella do sprzedaży 

farmy bierze w łeb. Jak widzisz więc, nawet w wypadku wygrania procesu O’Neil przegra!

Uważam,   że   to   nie   wystarcza.   Przestępca   powinien   ponieść   karę,   jak   to   się   mówi,   w 

majestacie prawa.

—Oby, oby. A teraz jeszcze jedna dla ciebie informacja: O’Neil oświadczył, iż czuje się i 

moralnie,   i   materialnie   odpowiedzialny   za   poczynania   Burtona.   Taki   z   niego   szlachetny 

człowiek. Sugerował, że jego kowboj jest nałogowym alkoholikiem (co chyba nie mija się z 

prawdą)   i   że   wszystkich,   jak   się   wyraził,   “wybryków”   dokonał   nie   będąc   w   pełni   przy-

tomnym.   Nazwał   go   szaleńcem,   który   ubrdał   sobie,   że   zmusi   Caldwella   do   sprzedaży 

majątku.

—Lecz cóż w ten sposób chciał Burton osiągnąć?

—Pytałem i o to. O’Neil twierdzi, iż kiedyś półżartem, półserio obiecał Burtonowi kawałek 

ziemi wraz z domem, jeśli dojdzie do połączenia gruntów O’Neila z polami “Alicji”. Moim 

zdaniem powiedział prawdę, tylko że ta obietnica nie była żartem. Jednak O’Neil nie jest 

pewien, czy jego tłumaczenia mogą przekonać Mitchella. Dlatego właśnie oświadczył,  że 

gotów jest pokryć straty, jakie poniósł Caldwell.

— A to dopiero! — wykrzyknąłem.

—Ja sam osłupiałem  na  takie  słowa. Jednak łatwo  odgadnąć,  o co chodzi  O’Neilowi.  O 

ukręcenie łba całej sprawie.

background image

—Co na to Mitchell?

—Nadął się jak indyk i zwymyślał O’Neila. Oświadczył, iż w sprawach kryminalnych nikt 

nie może wykręcić się “okupem”. Nazwał to “okupem”, Janie!

—Całkowicie się z nim zgadzam.

—I ja, ale nie o to chodzi. Im bardziej Mitchell będzie twardy, tym bardziej i tym szybciej 

O’Neil pocznie mięknąć. Na czym zależy Caldwellowi najbardziej?

— Na skazaniu przestępców.

—Może, lecz ja uważam, iż przede wszystkim na odzyskaniu strat, w formie pieniężnego 

odszkodowania. Sądzę, że jeśli O’Neil zdecyduje się zapłacić za zaginione krowy, Caldwell 

nie będzie nastawał na wszczęcie procesu sądowego.

—Byłby to skandal.

—Pewnie.   Stanowisko   Caldwella   jeszcze   nie   decyduje   o   niczym.   Gdyby   to   był   proces 

cywilny, lecz to jest sprawa karna i Mitchell nie wypuści jej z garści.

—I słusznie. Chyba, Karolu, jeszcze nie zapomniałeś swego guza na głowie?

—Nie, ale pal to diabli! Nie będę się upierał, gdy z braku oczywistych dowodów nie da się 

stwierdzić, kto mnie tak trzasnął w potylicę. Są dużo ważniejsze kwestie do rozstrzygnięcia. 

Chociażby ta propozycja O’Neila.

—Jak to?! Uważasz, iż należy się na nią zgodzić?

—Owszem, ale... bez żadnych warunków. Nie uchroni to O’Neila przed rozprawą sądową, 

jednak stanowić będzie czynnik łagodzący wymiar kary. A przede wszystkim wyrówna straty 

Caldwella bez czekania na wyrok.

—Hm... jeżeli O’Neil zgodzi się na taką transakcję.

—Jeśli go Mitchell dobrze przyciśnie... Kto wie, kto wie?

Od chwili  objęcia śledztwa przez Mitchella  znalazłem  się niejako na dalekim  marginesie 

rozgrywającej się akcji. Czułem o to trochę żalu do porucznika, trochę zazdrościłem Karolowi, 

który — jako główny świadek zeznań Burtona — nie mógł być wykluczony ze śledztwa. A przez 

zaufanie, jakim cieszył się u porucznika, miał na to śledztwo poważny wpływ.

Jedyną mą rozrywką w okresie ostatnich dni pobytu w “Alicji” stała się wyprawa mająca na 

celu ustalenie miejsca “grobu” krów Caldwella. Udało się tam liczne grono. Oczywiście Mitchell 

z jednym policjantem, oczywiście Burton jako przewodnik. Lecz poza tą trójką w wycieczce 

wziął udział Caldwell, Karol, O’Neil i ja.

Burton   został   ostrzeżony   o   konsekwencjach   próby   ucieczki,   lecz   równocześnie   jego 

pracodawca,   tak   samo   odpowiedzialny,   korzystał   z   nieograniczonej   wolności.   Przyznam,   że 

background image

oburzył mnie fakt tak odmiennego potraktowania dwu co najmniej jednakowo winnych ludzi. 

Tym   bardziej   że,   jak   już   wspomniałem,   porucznik   wręcz   wrogo   odniósł   się   do   propozycji 

O’Neila.   Czyżby   więc   teraz   zmienił   zdanie   pod   wpływem   sugestii   Caldwella? 

Najprawdopodobniej jednak wolność O’Neila była tylko chwilową wolnością. Nie mógł przecież 

zbiec, jak Burton, nie ryzykując utraty swej farmy.

Podczas jazdy zauważyłem,  że Burton trzymał  się jak najdalej od O’Neila i jak najbliżej 

Mitchella. Przypuszczam,  iż w ten sposób chciał uniknąć rozmowy ze swym  pracodawcą, a 

równocześnie okazać swą lojalność wobec policji.

Przez cały czas wędrówki jej uczestnicy milczeli jak głazy. Jazda nie trwała długo, bo Burton 

przywiódł nas do celu bez wahań i błądzenia. Poza tym sam cel nie leżał daleko od “Alicji”.

Przedziwne   to   było   miejsce:   bezkresna   równina,   nie   zapowiadająca   istnienia   żadnych 

uskoków   gruntu,   przecięta   przepaścią   długą   na   jakieś   dwie   mile   a   szeroką   na   kilkadziesiąt 

jardów. Dla rozpędzonego,  nie  orientującego  się w terenie jeźdźca,  było  to  miejsce  groźne. 

Pionowa   ściana   spadała   raptownie   z   płaszczyzny   łąki   w   miejscu,   w   którym   nikt   nie   mógł 

podejrzewać istnienia takiej przeszkody.

Zsiedliśmy   z  koni   i   w  milczeniu,   stojąc   tuż   na   krawędzi   przepaści,   spoglądali   w  dół   na 

pokruszoną, kamienistą ścianę. Na dnie rozpadliny dostrzegłem bielejące kości, porozrzucane tu 

i   tam   wśród   niskich   krzaczków,   potężnych   głazów   i   skalnego   szutru   szarymi   ścieżkami 

rozsypanego wśród skąpej zieleni. Tak oto przestawiał się “grób” krów Caldwella. Ich właściciel 

stał krok ode mnie, pobladły z wrażenia, z ustami zaciśniętymi i zmarszczką na czole. Wyobra-

żam sobie, jak musiał nim wstrząsnąć ten widok. I co w tej chwili czuł do O’Neila, którego 

sylwetka zamykała nasz szereg gapiów z nachylonymi głowami, zaglądających w głąb parowu.

Obserwowałem O’Neila. Zdaje się, że i on czuł się kiepsko. Przypuszczam, że nigdy tutaj nie 

był,   że   chytrze   unikał   brania   udziału   w  sztucznym   stampede.   A  teraz   miał   okazję   obejrzeć 

miejsce, które miało przypieczętować materialną ruinę Caldwella, a stało się grobem nadziei 

O’Neila.   Przypatrzyłem   mu   się   dokładnie.   Niski,   krępy,   czarnowłosy.   Przez   swą   dziwaczną 

opończę i okrągły kapelusz przypominający sombrero zrobił na mnie wrażenie Hiszpana lub 

Meksykańczyka.

Oblicze miał ściągnięte grymasem, tak ponurym, jakby to była twarz człowieka szykującego 

się do skoku w głąb przepaści. Odwróciłem się.

Tymczasem Mitchell i Karol odnaleźli bardzo stromą niby-ścieżkę i poczęli po niej schodzić, 

a częściej zsuwać się. Ruszyłem w ich ślady.

Niby-ścieżka spadała zakosami aż na dno jaru. Przebyłem ją z dużym trudem, chociaż bez 

wypadku,   jeśli   nie   liczyć   zadrapań   na   dłoniach   spowodowanych   ostrymi   krawędziami 

background image

wystających ze ścian głazów, których co chwila musiałem się czepiać. Na samym dole grunt 

pokryty   był   stosami   kości,   czerepami   krowich   głów   ze   sterczącymi   rogami   oraz   strzępami 

wyschniętych   skór.   I   nic   więcej,   ani   jednego   szczątku   butwiejącego   mięsa,   żadnej   woni 

zgnilizny. Dziwne.

Nim odkryłem przyczynę tak idealnej czystości, już ją przeczułem, a przeczucie potwierdził 

widok licznych tropów: łap lisich, odcisków kojotów, wilków a nawet — w paru miejscach — 

pazurów niedźwiedzich. Kenion, z taką masą mięsa, został szybko odkryty przez czworonożnych 

drapieżników. Miały używanie! A resztki uprzątnęły drapieżniki skrzydlate, no i mrówki. Na 

pewno   po   każdym   stampede   gromadziły   się   tu   hordy   ucztujące   za   dnia   i   w   nocy.   Jak   tu 

wtargnęły,   jak   przebyły   stromizny   obu   ścian   kenionu?   Zbadałem   te   ściany,   jednak   na   ich 

powierzchni żadnych tropów nie odkryłem, natomiast znaleźć mi się udało liczne ślady wiodące 

wzdłuż kenionu, w jego północno-wschodnim kierunku. Nawet przeszedłem się kawałek. Jednak 

nigdzie nie zauważyłem dogodnego zejścia. Prawdopodobnie kenion był rozpadliną kończącą się 

łagodnym spadkiem. Uznałem, że “badanie tej sprawy nie ma sensu.

Wróciliśmy  do  “Alicji”,  gdzie   godzinami  trwały  narady  prowadzone   w  gronie  Mitchella, 

Karola,   Caldwella.   Niekiedy   wzywano   sierżanta,   niekiedy   O’Neila,   mnie   —   nigdy.   Jednak 

dowiedziałem   się,   iż   konfrontacja   Halleya   z   Burtonem   o   mało   nie   doprowadziła   do   bójki 

niedawnych wspólników. Obciążali się nawzajem, pogarszając swą sytuację. 

Moja rola nadal była ograniczona do dyżurowania, wraz z sierżantem i dwoma policjantami, 

przy więźniach. Stone został, ku swemu strapieniu, odesłany do codziennych prac kowbojskich.

Tak to trwało pełne trzy dni. Dobrze, że tylko trzy, bo przez tak nieruchliwy tryb życia i nudę 

zostałem   doprowadzony   do   krańców   psychicznej   wytrzymałości.   Sierżant   wyczerpał   zapas 

swych anegdotek i wspomnień, więc w przerwach, jakie mi wypadały w strażowaniu, paliłem 

fajkę, ziewałem lub udawałem się na krótki spacer po ogrodzie.. Karol prosił, abym nie wybierał 

się nigdzie dalej, ponieważ w każdej chwili mogę być potrzebny. Niestety! Nie byłem potrzebny.

Karola widywałem jedynie przy lunchu i obiedzie, bo nawet rano zrywał się równo ze świtem 

i znikał z mych oczu na prawie cały dzień. Co robił? Pytałem go o to przy każdej okazji, przede 

wszystkim wieczorem.

Otóż Karol prowadził przedziwne dla mnie pertraktacje: to z Mitchellem, to z Caldwellem, 

nawet z O’Neilem,  który (zapewne na życzenie  porucznika, bo nie z inicjatywy  Caldwella) 

zamieszkał w “Alicji”. Zaiste tragikomiczna sytuacja! Sprawca wszystkich kłopotów naszego 

gospodarza jego gościem! Ale wszystko w tej zagmatwanej historii było bardzo

dziwne.

—Wyobraź sobie — opowiadał Karol któregoś późnego wieczoru, gdy we dwójkę kopciliśmy 

background image

fajki w naszym pokoju — że O’Neil, który początkowo (jak ci wiadomo) obciążał Burtona, 

teraz wystąpił w roli jego obrońcy. Doskonale pojmuję, o co tu chodzi. By Burton nie “sypał” 

przed sądem.

—I co ty na to?

—Staram się, by Caldwell uzyskał pełne zaspokojenie swych słusznych żądań. Oczywiście, 

nie kosztem zwolnienia O’Neila od winy i kary. Jest to propozycja nie do przyjęcia, a nasz 

gospodarz tak właśnie sugeruje Mitchellowi.

—I na ten temat rozmawiasz z Caldwellem?

—Oczywiście.

—Z jakim skutkiem?

—Nasz gospodarz jest uparty. Uważa, iż jeśli nie potraktujemy O’Neila łagodniej, nie będzie 

on skłonny do natychmiastowego wynagrodzenia szkód i strat. Ba, Caldwell oświadczył, iż 

nie domaga się uwięzienia Burtona ani jego wspólników. Mitchell aż posiniał na twarzy, gdy 

o tym usłyszał.

—Wcale   się   temu   nie   dziwię.   Caldwell   traktuje   całą   sprawę   jedynie   z   punktu   widzenia 

własnych interesów. Nie potępiam go za to, lecz takie stanowisko mi nie odpowiada.

Jak się wkrótce okazało, Mitchell nie ustąpił ani o krok. Caldwell przestał się upierać przy 

swym  cudacznym   żądaniu.   Stało   się  to  w  wyniku   całkowitego  “odwrotu”   O’Neila.  Pragnąc 

zmniejszyć   grożącą   mu   nieuchronną   klęskę   zobowiązał   się   przy   świadkach   do   zapłacenia 

Caldwellowi odszkodowania.

Burton, Halley i dwaj pozostali wspólnicy zostali przewiezieni do więzienia w Reginie. Tam 

mieli oczekiwać rozprawy sądowej.

Zagadnąłem porucznika, co sądzi o wydarzeniach, jakie rozegrały się przed łaty w Batoche. 

Ciężkie   przestępstwo   popełnione   przez   Burtona   i   Halleya   musiało   zaważyć   na   wyroku   i 

spowodować kolejną rozprawę karną.

Mitchell jednak nie brał pod uwagę tamtych wydarzeń. Oświadczył, iż nie bardzo wierzy 

Burtonowi.

— Kto dziś dojdzie, doktorze, do sedna sprawy, jaka rozegrała się w Batoche? Stare to dzieje 

i nie podjąłbym się śledztwa w takiej sytuacji.

Zagadnąłem jeszcze o “nocnego gościa”, który tak niespodziewanie mnie zaskoczył i równie 

niespodziewanie uwolnił z mych rąk.

— Nataniel Littlehead — odparł — przyznał się. Ale to drobiazg, nocny włamywacz, niczego 

nie dokonał, więc w oskarżeniu nawet nie zostanie ten fakt uwzględniony. Tak sądzę.

Z kolei pytałem Karola, czy odkryto sprawcę jego pobicia.

background image

— Nie — zaprzeczył smętnie. — Niech to licho porwie! Burton i Halley łżą na przemian i 

zwalają winę jeden na drugiego. Niech ich gęś kopnie! I tak posiedzą.

A O’Neil? Nie został aresztowany. Mitchell uznał, że posiadacz tak wielkiej farmy nie uchyli 

się od stanięcia przed sądem. Gdyby uciekł, straciłby przecież cały swój majątek.

Mitchell nie mylił się.

Rozprawa   sądowa   odbyła   się   w   Reginie   dopiero   z   końcem   października.   Na   wezwanie 

Mitchella obaj (Karol i ja) musieliśmy stawić się w charakterze świadków. Męcząca to była 

podróż   i   przykra   rola,   jaką   musiałem   odegrać.   Lecz   ponieważ   leżała   w   interesie   wymiaru 

sprawiedliwości, zniosłem ją cierpliwie.

Wszyscy oskarżeni (w tym i O’Neil) zostali skazani na więzienie. Lecz — z czym trudno się 

pogodzić — O’Neila zwolniono po pół roku za pieniężną kaucją. Jak się później dowiedziałem z 

listu   Caldwella,   O’Neil   zdołał   sprzedać   swe   gospodarstwo   i   natychmiast   później   zniknął. 

Poszukiwano   go   bez   skutku.   Prawdopodobnie   wyjechał   do   Stanów   lub   jeszcze   dalej, 

odżałowując stratę swej kaucji.

Na zakończenie za wikłanej historii znikającego stada dodam, że Caldwell wynagrodził nas 

(Karola i mnie) dość wysoką kwotą pieniężną. Wahaliśmy się obaj, czy ją przyjąć, i z tego 

powodu o mało nie doszło do kłótni. Caldwell; “zagalopował się” tak bardzo, że przyjął nasze 

wahanie   za   osobistą   obrazę.   Ustąpiliśmy.   Chyba   słusznie.   Przecież   ja   straciłem   miesięczne 

honoraria   pacjentów,   którzy   przez   cały   wrzesień   bezskutecznie   pukali   do   drzwi   mego 

mieszkania,   a   Karol   musiał   doroczną   traperkę   rozpocząć   z   dużym   opóźnieniem.   Zresztą   na 

takich przecież warunkach zaangażowaliśmy się w poszukiwanie znikającego stada. Co zostało 

uwieńczone sukcesem.

I to już wszystko.