background image

 

mM.C. Beaton 

 

Agatha Raisin i zmordowani 
piechurzy 

 

Tom 4 

background image

 

 

background image

 

Rozdział 1 

     Agatha Raisin wpatrywała się w światło słoneczne odbite na 
ścianie w jej biurze w londyński City. 

    Wnikając do pomieszczenia przez żaluzje, słońce przesuwało 
długie strzały światła po ścianie, powoli zachodząc za horyzont. 
Powstały w ten sposób zegar słoneczny wskazywał kres dnia pracy. 

     Jutro już będzie po wszystkim, zakończy pracę w public relations 
i będzie mogła wrócić do swojej wsi Carsely położonej na wzgórzach 
Cotswold. Powrót do PR-u nie przyniósł jej ani radości,  ani 
satysfakcji. Przerwa, ów krótki czas spędzony na emeryturze, 
odzwyczaił ją od wkładania wysiłku w nadawanie rozgłosu klientom 
za pośrednictwem dziennikarzy czy spółek telewizyjnych. 

    Wprawdzie starczyło jej zadziorności i wigoru na to, by wciąż być 
skuteczną w branży, ale tęskniła za swoją wsią i przyjaciółmi.  Z 
początku - ilekroć mogła - wyjeżdżała na weekendy, ale ostatecznie 
powrót do Londynu okazał się dla niej dużym wyzwaniem, a przez 
ostatnie dwa miesiące była zmuszona pracować również w 
weekendy. 

     Myślała, że talent do zjednywania sobie ludzi, który odkryła u 
siebie całkiem niedawno, podziała także w City. Jednak większość 
współpracowników stanowili ludzie młodzi, w porównaniu z nią  i 
jej przekroczoną pięćdziesiątką, w przerwach oraz po pracy 
spotykający się w swoim gronie. Roy Silver młodszy kolega Agathy, 

background image

 

który namówił ją, by na pół roku wróciła do branży w firmie 
Pedmans, też ostatnio jej unikał, niezmiennie twierdząc, że na 
wyjście na drinka czy zwykłe zamienienie paru słów jest zbyt zajęty. 

      Westchnęła i spojrzała na zegarek . Miała się spotkać w 
restauracji z dziennikarzem 

Kuriera Codziennego

, żeby pogadać z 

nim  o nowym gwiazdorze popu Jeffie Loonie - prawdziwe nazwisko 
Trevor Biles - i wcale jej się to nie uśmiechało. Trudno było 
wypromować kogoś takiego jak Jeff Loon, wychudzony pryszczaty 
małolat o  rynsztokowym słownictwie. Chłopak miał jednak niezły 
głos, niedawno odświeżył kilka starych romantycznych przebojów. 
Same hity. Trzeba było więc go obdarzyć nowym wizerunkiem: 
ulubieńca środkowej Anglii, kogoś,  kogo pokochają mamusie i 
tatusiowie. W tym celu najlepiej go trzymać z dala od prasy, a na 
spotkania z dziennikarzami posyłać Agathę Raisin. 

     Wszedłszy do łazienki dla pracowników, przebrała się w czarną 
sukienkę, założyła  perły - wszystko po to, by się dopasować do 
poważnego wizerunku, z  jakim miał się  kojarzyć jej klient. 
Dziennikarza, z którym planowała się spotkać, nie znała. 
Próbowała się czegoś o nim dowiedzieć, kiedyś był reporterem 
najwyższej klasy, ale gdy osiągnął wiek średni, oddelegowano go do 
działu zajmującego się rozrywką. Starzejący się żurnaliści często 
kończą jako autorzy plotkarskich tekstów albo jeszcze gorzej - 
odpowiedzi na listy czytelników. 

     Mieli się spotkać gdzieś w City - nie były to już czasy Fleet Street, 
a wszystkie biura firm prasowych przeniosły się na East End. 

    Umówiła się z Rossem w City Hotelu na obiad - tamtejsza 
restauracja nie była zła, a z jej okien roztaczał się piękny widok na 
Tamizę.  Obejrzała się ze  wszystkich stron w lustrze .  Sukienka, 

background image

 

nowy nabytek, wyglądała na podejrzanie ciasną. Za dużo obiadów i 
kolacji zamawianych na koszt firmy. Jak tylko wróci do Carsely, 
zrzuci parę kilo. 

   Gdy wkroczyła do holu przy wyjściu, niezwłocznie pojawił się 
odźwierny, by otworzyć jej drzwi. 

 - Dobranoc, pani Raisin - powiedział, szczerząc zęby w uśmiechu, 
po czym dodał pod nosem, gdy była już za daleko, by go usłyszeć . - 
Przebrzydłe, stare babsko. Agatha kiedyś mu wykrzyczała : "Jeśli 
jesteś odźwiernym , to otwórz te cholerne drzwi , ilekroć mnie 
zobaczysz. Rusz się!", czego leniwy Jack nigdy jej nie wybaczył. 

     Agatha szła krokiem kobiety wojowniczej, przedzierającej się 
przez nieco już rzednący tłum ludzi wracających z pracy. 

     Hotel mieścił się kilka ulic od biura, Z ulicy skąpanej w świetle 
zachodzącego już słońca weszła w mrok hotelowego baru. 
Rozejrzała się i choć Rossa Andrewsa nigdy wcześniej nie spotkała, 
jej doświadczone oko natychmiast wychwyciło go w tłumie. Nosił 
ciemny garnitur, koszulę i krawat, ale,   jak przystało na 
dziennikarza , roztaczał wokół siebie atmosferę nieporządku i 
niechlujstwa. Włosy miał rzednące, w podejrzanie intensywnej 
czerni, twarz pucołowatą , nos nijaki, a oczy wodnistobłękitne. 
"Kiedyś   mógł był przystojny- pomyślała Agatha , gdy się do niego 
zbliżała - tyle że lata picia odcisnęły na nim swoje piętno". 

- Pan Andrews ? 

- Pani Raisin. Proszę mi mówić na "ty", jestem Ross. Zamówiłem 
drinka na pani rachunek- oświadczył beztrosko- Wszystko przecież 
idzie na firmę. 

background image

 

     Agatha przypomniała sobie, iż wielu dziennikarzy było 
mistrzami w dogadywaniu się na lewe rachunki w restauracjach, w 
których mieli spotykać się z klientami, z którymi się nawet nie 
widzieli, inkasując pieniądze sami. A gdy szło o cudze kwity nie 
znali już żadnego umiaru. 

    Agatha usiadła naprzeciwko, a następnie zawołała kelnera i 
zamówiła dżin z tonikiem. 

- Mam na imię Agatha - odpowiedziała. - Co nowego w 

Kurierze

? - 

spytała , szybko sobie uświadamiając, że nie ma co gadać o 
interesach, dopóki dziennikarz nie wleje  w siebie wystarczająco 
dużo, by zgodzić się napisać choć parę wersów. 

- Moim osobistym zdaniem, gazeta ledwie zipie- powiedział 
posępnie - problem w tym, że ci wszyscy nowi dziennikarze to 
niedojdy. Bierze się ich z tych cholernych szkółek dla pismaków, a 
oni do pięt nie dorastają takim jak my, którzy od razu   trafili na 
głęboką wodę. Wraca taki z terenu i mówi : "Nie mogłem jej o to 
spytać . Mąż dopiero zmarł" czy podobne farmazony. Ja na to 
mawiam : "Dziecko, w moich czasach dawaliśmy takie coś na 
pierwszą stronę i pal diabli czyjekolwiek uczucia." Oni chcą być 
lubiani. A dobry reporter nigdy nie jest lubiany. 

- Racja- powiedziała Agatha. 

   Dziennikarz przywołał kelnera i zamówił dla siebie kolejną whisky 
z wodą. 

  -  A dzieje się tak, bo prasą zaczęli zarządzać księgowi. Księgowi ! 
To zaśniedziałe, zawistne palanty, obcinające człowiekowi pensję i 
wykłócający się o każdego pensa. Że wspomnę choćby...... 

background image

 

    Agatha uśmiechnęła się i przestała słuchać. Ile razy znajdowała 
się w podobnej sytuacji , zmuszona wysłuchiwać podobnych 
utyskiwań ? Jutro będzie wolna, nie wróci do pracy, w każdym razie 
nie w branży PR.  Własną firmę PR- owską sprzedała  już jakiś czas 
temu i przeniosła się na wcześniejszą emeryturę do wsi Carsely, w 
której powoli zaczynała czuć się zadomowiona. Tęskniła za Carsely. 
Tęskniła za Stowarzyszeniem Pań, za ciepłą gościnnością, za 
rozmowami nad herbatką na plebanii, za spokojnym wiejskim 
życiem. Wciąż mając wyraz fascynacji na twarzy, swoje myśli 
przeniosła na sąsiada ze wsi, Jamesa Laceya. Podczas ostatniego 
wypadu poszła z nim na drinka , ale po ich swobodnej przyjaźni 
najwyraźniej nie było juz śladu. Uznała, że ta głupia obsesja na jego 
punkcie już ją opuściła i zapewne nie wróci. Choć pamiętała, jak ich 
wciągnęło  wspólne rozwikływanie zagadkowych morderstw. 

     Ross już uniósł rękę, by zamówić kolejnego drinka, ale Agatha 
powstrzymała go, dając znać, że powinni coś zjeść. 

    Weszli do jadalni. 

- Dla pani miejsce tam gdzie zawsze , pani Raisin - powiedział 
kierownik sali, prowadząc ich do stolika przy oknie. 

    Był taki czas , przypomniała sobie Agatha, gdy rozpoznanie przez 
kierownika sali napawało ją dumą . To dawało jej poczucie 
osiągnięcia sukcesu, zważywszy jak daleką drogę przebyła od 
slumsów Birmingham, w których się wychowała. Rzecz jasna, 
obecnie nikt już nie mówił na nie slumsy. Teraz to było 
śródmieście, jakby używanie tego eufemizmu mogło wymazać cały 
brud, przemoc i beznadzieje.. Tak zwani dobroczyńcy gadali w 
nieskończoność o biedzie, chociaż nikt tam tak naprawdę nie 
głodował, może poza emerytami, za mało operatywnymi , by 

background image

 

domagać się należnych im świadczeń. To była nędza duchowa, 
sytuacja, w której wyobraźnia karmiła się wyłącznie brutalnymi 
filmami , alkoholem i narkotykami.  

 - A gdy wróciłem z  Bejrutu, to stary Chalmers powiedział mi :        
" Zbyt twardy z ciebie facet , Ross, by cię ktoś porwał". 

-- Zgadzam się w zupełności- powiedziała z przekonaniem Agatha . -- 
Czego się napijesz ? 

-- Mogę wybrać  ? Wiem, że panie z reguły nie znają się na winie - co 
Agatha od razu w myśli przełożyła : "Mogłabyś zamówić niedrogie 
wino albo, co gorzej, tylko pół butelki." Była skłonna się założyć, że 
dziennikarz wybierze drugie wino pod względem najwyższej ceny , 
nie chcąc okazać swej chciwości. Zakład by wygrała, bo dokładnie 
tak zrobił. Jak wielu z jego branży zwykł zamawiać dania , które 
uważał za odpowiednie do swojego stanowiska, a nie te, które mu 
najbardziej smakowały. Nie zjadł za wiele , najwyraźniej nie mogąc 
się doczekać , aż pod koniec posiłku przyniosą mu brandy i zabiorą 
wszystkie te drogie paskudztwa. Ledwo ruszył ślimaki , poskubał 
jedynie jagnięce żeberka , skosztował ptysie. 

    Dopiero nad brandy zmęczona już spotkaniem Agatha wzięła się 
do interesów. Jeffa Loona opisała jako miłego chłopca , "zbyt 
miłego na świat popu" , całym sercem kochającego matkę i dwóch 
braci. Opowiedziała o płycie , która miała zostać wkrótce wydana. 
Wręczyła mu zdjęcia i materiały dla prasy. 

  --  Wiesz, że to gówno prawda - odezwał się Ross, uśmiechając się i 
wpatrując w nią zaczerwienionymi oczami. - Tak się składa , że 
sprawdziłem tego Jeffa Loona. Jest notowany. Za przestępstwa 
kryminalne. Sad uznał go winnym dwóch przypadków pobicia z 

background image

 

okaleczeniem, ponadto przyłapano go na braniu narkotyków, więc 
co mi tu wciskasz za głupoty ? 

   Urocza kobieta w średnim wieku , jaka widział w Agacie Raisin , 
nagle zniknęła. 

-- I ty przestań pieprzyć- ryknęła Agatha- dobrze wiesz , po co cię tu 
ściągnęłam. Jeśli od początku nie miałeś zamiaru nic przychylnego 
napisać, to nie trzeba było przychodzić, ty chciwy wieprzu. Coś ci 
jeszcze powiem: guzik mnie obchodzi , co napiszesz. Po prostu nie 
chcę już więcej widzieć nikogo takiego jak ty . Żresz i żłopiesz jak 
marny pismak, którym de facto jesteś, zanudzasz mnie na śmierć 
bajeczkami o swojej wspaniałości , a następnie masz czelność mówić 
, że to Jeff jest oszustem. A ty ? Prawda, PR--owcy nie powinni się 
skarżyć , ale ja wyjdę przed szereg. Twój naczelny usłyszy wszystkie 
opowiastki , słowo w słowo, i dostanie je na tacy razem z ceną 
dzisiejszego wieczoru. 

-

Nie posłucha cię ! -- powiedział Ross 

   Pogrzebała pod serwetą położoną na kolanach i i uniosła maleńki 
, ale funkcjonalny magnetofon. 

--Uśmiechnij się -- powiedziała Agatha -- jesteś w ukrytej kamerze. 

   Wysilił się na słaby uśmiech . 

--Ależ Agatho - położył dłoń na jej dłoni-- na żartach się nie znasz? 
No pewnie, że napiszę coś miłego o Jeffie. 

Raisin wezwała kelnera , by przyniósł jej rachunek. 

-- Mam gdzieś co napiszesz -- powiedziała. Ross Andrews 
natychmiast wytrzeźwiał. 

background image

10 

 

-- Posłuchaj , kochana... 

-- Jak dla Ciebie pani Raisin, skoro już tak dobrze się poznaliśmy. 

-- Słuchaj, obiecuję ci dobry artykuł. 

Agatha podpisała wydruk z karty. 

--Dostanie pan taśmę, gdy przeczytam-- powiedziała, wstając.-- 
Dobranoc , panie Andrews. 

    Ross Andrews przeklął bezgłośnie . Ludzie z public relations!   
Miał nadzieję, że już nigdy nie trafi na osobę pokroju Agathy 
Raisin. Chciało mu się wręcz płakać. O, gdzie te piękne czasy, gdy 
kobiet były kobietami ! 

      Daleko, w samym centrum hrabstwa Gloucestershire, w 
miasteczku Dembley, Jeffrey Benson siedząc z tyłu sali w szkole , w 
której co tydzień zbierało się towarzystwo turystyki pieszej 
Piechurzy z Dembley , pomyślał sobie mniej więcej to samo, 
obserwując jak jego kochanka Jessica Tartnick przemawia do grupy. 
Nie miał nic przeciwko feminizmowi i popierał równouprawnienie 
płci. Ale czy te baby muszą się ubierać jak męzczyźni? 

   Jessica miała na sobie dżinsy i luźną koszulę , a jej twarz - wręcz 
akademicką bladość, wszak ukończyła z wyróżnieniem anglistykę na 
Oksfordzie . Gęste , czarne włosy były długie i proste, a piersi duże i 
twarde. Z kolei uda miała raczej grube , a nogi niezbyt zgrabne , 
jednak te zawsze maskowała spodniami. Podobnie jak Jeff, Jessica 
pracowała jako nauczycielka w miejscowej podstawówce. Zanim w 
wyniku zbiegu okoliczności stała się samozwańczą przywódczynią 
Piechurów z Dembley , towarzystwo było rozgadaną grupą osób, 
którą łączyło zamiłowanie do weekendowych wędrówek. 

background image

11 

 

    Jessica uwielbiała konfrontacje z posiadaczami ziemskimi, 
których zajadle nienawidziła zarazem. Była częstym gościem biura 
archiwów państwowych w Gloucester, gdzie pasjami przeglądała 
mapy , wynajdując stare drogi, których dotyczyło odwieczne prawo 
do przemieszczania się po terenie prywatnym , a które - obecnie 
zapomniane-- dawno już zaorano. 

  Gdy Jessica przyjechała parę miesięcy wcześniej, by uczyć w szkole , 
od razu zaczęła szukać Sprawy, czegoś czemu mogłaby się poświęcić 
bez reszty. Często myślała z wielkiej litery . Od koleżanki , cichej, 
jasnowłosej Debory Camden , która uczyła w tej szkole fizyki , 
dowiedziała się o Piechurach z Dembley. Natychmiast odnalazła 
swoją Sprawę i od razu , zanim wędrowcy zdążyli się zorientować , 
przejęła kontrolę nad towarzystwem. Nigdy nie przyszło jej do 
głowy , że jej zapał w poszukiwaniu dostępnych szlaków biegnących 
przez prywatne posiadłości napędzały : gorycz, zawiść, i , podobnie 
jak przy innych "protestach ", w których brała udział -- a kiedyś 
walczyła przeciw broni jądrowej w Greenham Common -- żądza 
władzy . Jessica nie dostrzegała żadnych swoich wad i to stanowiło o 
jej sile . Tryskała pewnością siebie. Nie zgodzić się z jej zdaniem 
było politycznie niepoprawne. Ponieważ większość wędrowców , 
którym zależało wyłącznie na spokojnym spacerze, odeszła, zastąpili 
ich nowi , pasujący Jessice , z łatwością przewodziła towarzystwu. 
Wśród oddanych członków, poza Deborą, znalazła się Mary  Trapp, 
dziewczę chude, o niezdrowej cerze i bardzo, bardzo dużych 
stopach. Był Kelvin Hamilton, Szkot , który zawsze nosił kilt, 
opowiadał żarty o "szyściu pynsach" i twierdził, że pochodzi z jakiejś 
wsi w górnej Szkocji, choć tak naprawdę przybył z Glasgow. Była 
Alice Dewhurst, potężne babsko z wielkim tyłkiem , znajoma Jessiki 
z czasów Greenham Comman. Przyjaciółka Alice , Gemma Queen, 

background image

12 

 

anemiczna ekspedientka ze sklepu , nie mówiła zbyt dużo , 
zazwyczaj we wszystkim zgadzała się ze zdaniem Alice. Byli też Peter 
Hatfield i Terry Brice zatrudnieni w Dembley jako kelnerzy w 
restauracji Pod Miedzianym Kotłem. Chudzi i cisi, zniewieściali, 
zwykli opowiadać sobie szeptem dowcipy i się podśmiewać. 

    Tego wieczora Jessica wyglądała wyjątkowo atrakcyjnie, bo 
zrobiła emocjonujące odkrycie. Natrafiła na szlak biegnacy przez 
ziemię pewnego baroneta - Charlesa Fraitha . Przemierzyła go 
najpierw samotnie. Okazało się, że dawną ścieżkę porastają uprawy. 
Jessica napisała do sir Charlesa, iż zamierzają przemaszerować przez 
jego teren w sobotę w następnym tygodniu, dając mu do 
zrozumienia, że on nie ma na to żadnego wpływu. 

     Nagle, niejako wbrew sobie, Deborah uniosła rękę. 

-- Tak Deboro? -- spytała Jessica, podnosząc czarne brwi. 

--Czy, czy, nie da-dało b-by        się raz-  jąkała się Deborah -- z-
zwyczajnie się przespacerować, jak dawniej? Było fajnie, gdy 
prowadziła grupę pani Jones. Były pikniki ten, i .... -- jej głos 
stopniowo się łamał w obliczu wyniosłości, malujacej się na twarzy 
Jessiki. 

 -- Deboro, nie poznaję cię. Gdyby nie takie grupy turystyki pieszej 
jak nasza, to   ogólnodostępnych szlaków nie byłoby wcale. 

   Tu odezwała się jedna z członkiń jeszcze sprzed czasów Jessiki: 

   -- Ona ma rację. W tę sobotę znów sie wybierzemy na spacer przez 
ziemię Stone'a. Miesiąc temu przegonił nas ze strzelbą, niektóre 
panie się bały. 

background image

13 

 

  --- To znaczy ty się bałaś-- poprawiła Jessica wyniośle. -- Dobrze. 
Zagłosujemy. Idziemy w weekend na ten spacer czy nie? 

    W związku z tym, że większość była jej ślepo oddana , sprawa 
została przegłosowana. Nawet Deborah nie miała odwagi się 
sprzeciwić, a gdy po spotkaniu Jessica objęła ją i przytuliła, poczuła 
jak rozwiewają się jej wątpliwości i jak wraca jej posłuszne oddanie. 

    W City nadszedł wreszcie dzień WOJSKA . Skrót oznaczał : 
Wypad Ośle Jutro Sobota Koniec Audiencji. Agatha Raisin 
sprzątnęła biurko. 

  Przez chwilę poczuła niemal dziecięcą chęć usunięcia z bazy 
wszystkich numerów kontaktowych , żeby utrudnić życie swojemu 
następcy, ale się powstrzymała. Zza drzwi swojego pokoju słyszała 
jak jej sekretarka coś sobie wesoło podśpiewywała . W czasie swego 
krótkiego powrotu do pracy Agatha miała kolejno trzy sekretarki, 
Obecna, Bunty Dunton była potężną, gruboskórną jak nosorożec, 
wesołą dziewczyną, na   której częste wybuchy złości ze strony 
Agathy nie robiły żadnego wrażenia. A dziś brzmiała radosnie jak 
nigdy. 

  "W Carsely wszystko będzie w porządku" -- pomyślała Agatha. Tam 
ją lubili. 

     Otworzyły się drzwi pokoju i wcisnął się przez nie Roy Silver. 
Nażelowane włosy miał starannie ułożone do tyłu i związane w 
kitkę. Na brodzie miał pryszcz , jego garnitur był z tych, w których 
marynarka zwisa z ramion, a rękawy są zawinięte przy mankietach . 
Do tego nosił szeroki jedwabny krawat w jaskrawych kolorach, co 
dodatkowo podkreślało niezdrowy wygląd jego cery. 

  -- Już uciekasz ? -- spytał chcąc jak najszybciej wyjść. 

background image

14 

 

  -- Siadaj, Royu - powiedziała Agatha -- Jestem tu od sześciu 
miesięcy, a ledwo się parę razy widzieliśmy. 

  -- Byłem zajęty, przecież wiesz. Ty zresztą też. Jak ci poszło 
spotkanie w sprawie artykułu o Jeffie  Loonie ? 

  -- W porządku -- odrzekła Agatha niepewnym tonem. Zaczęła się 
zastanawiać , dlaczego wtedy aż tak się uniosła, Nie nagrywała tej 
łajzy. Po prostu miała akurat w torebce mały magnetofon i gdy 
tamten zajęty był przechwałkami,  ona  wyciągnęła urządzenie z 
torebki i schowała na kolanach pod serwetą, by go nabrać. 

  Roy siadł. 

  -- A więc jedziesz do Carsely. Słuchaj, kochana, myślę, że znalazłaś 
swoje miejsce. 

  -- Chodzi Ci o PR. Zapomnij. 

  --Nie, o Carsely. Pobyt tam ci służy- jesteś wtedy znacznie milsza. 

  -- Co chcesz przez to powiedzieć ?-- spytała Agatha gniewnym 
tonem. W ręku trzymała srebrny nóż do papieru, który zamierzała 
wrzucić do pudła z resztą swoich rzeczy. Roy skrzywił się, ale mówił 
dalej : 

  -- Cóż, szło ci tu świetnie, pokazałaś dawna formę. Ale ja już 
przyzwyczaiłem się do Agathy z wioski, siedzącej przy herbacie i 
cieście drożdżowym, podglądającej sąsiadów. Ciekawe,  że nawet 
zabójstwo w Carsely nie obudziło w tobie takiej bestii jak branża 
PR. 

  - Ja nie wchodzę w konflikty personalne-  zaprzeczyła Agatha, 
czując jak rumieniec atakuje jej szyję i podchodzi do twarzy. 

background image

15 

 

  --Nie! - Roy czuł się ośmielony bo Agatha niczym weń nie cisnęła -- 
A twoje sekretareczki , kochana? Skarżyły się reszcie personelu i 
wypłakiwały serduszka w dziewięćdziesięciocentymetrową pierś 
pana Burnhama. A co z tamtą królową ciuchów, Emmą Roth? 

   -- Załatwiłam drugi artykuł o niej w 

Telegraphie. 

  

-- Ale powiedziałaś jej, że ma maniery maciory,  a na modzie zna 

się jak koza na pieprzu. 

  -- Bo tak jest. A zerwała z nami umowę? Bynajmniej. 

  Roy jęknął . 

  -- Nie chcę cię takiej widzieć. Wróć grzecznie do Carsely i zostaw 
ten okropny Londyn. Mówię to dla twojego dobra. 

  -- Dlaczego-- powiedział Agatha beznamiętnie-- ludzie, którzy 
mówią coś tylko dla czyjegoś dobra, są z reguły tacy wkurzający? 

  -- Cóż, byliśmy przyjaciółmi - Roy skierował się ku drzwiom , by w 
sama porę umknąć. 

   Agatha z rozchylonymi ustami wpatrywała się w drzwi, w których 
zniknął. Jego ostatnie zdanie wprawiło ją w niesmak. Przecież nowa 
Agatha zaskarbiał sobie, a nie traciła przyjaźń. Za swoją samotność 
obwiniała Londyn i tutejszy tryb życia. Nawet jej nie przyszło do 
głowy, że to raczej jej powrót do dawnych zachowań powodował, że 
odsuwały się od niej kolejne osoby. 

   Na biurku stało jeszcze jedno pudełko, pełne kosmetyków: 
perfum, produktów firm, z którymi współpracowała. Miała zamiar 
zabrać je ze sobą. 

  Zawołała: 

background image

16 

 

-- Bunty, chodź tu na chwilę. 

   Przybiegła  sekretarka, o twarzy świeżej, pozbawionej makijażu, w 
białej bawełnianej spódnicy do kostek i boso. 

  -- Proszę-- powiedziała Agatha, przesuwając pudło  w jej stronę- 
możesz to sobie wziąć. 

-- Ojej, dziękuję!-- odrzekła Bunty. -- To bardzo miłe. Czy wszystko 
ma już spakowane, pani Raisin? 

-- Zostało mi jeszcze parę drobiazgów. 

  W niedźwiedzich oczkach Agathy pojawiło się jakieś zagubienie i 
bezbronność. Wciąż myślała o tym, co powiedział jej Roy. 

  -- Dzisiaj przyjechałam samochodem. Jak będzie pani gotowa, 
podwiozę panią do dworca Paddington-- zaproponowała Bunty. 

  -- Dziękuję -- odrzekła pokornie Agatha. 

  I tak Bunty podwiozła wyjątkowo cichą Agathę , która do dworca 
Paddington nie zagadnęła kierowcy ani słowem. 

  -- I ja mieszkam wśród wzgórz Corswold-- odezwała się Bunty-- 
Oczywiście bywam tam tylko w weekendy. Tam jest cudnie. 
Mieszkamy w Bilbury, niedaleko Moreton-in-Marsh. Zawsze, gdy 
jestem w tygodniu w domu, jeździmy z mamą na wtorkowy targ-- I 
tak trajkotała przez całą drogę, podczas jak Agatha rozmyślała, jak 
samotnie czuła się w czasie swojego pobytu w Londynie i  jak łatwo 
byłoby zaprzyjaźnić się z tą dziewczyną. 

   Wysiadając z samochodu przy Paddington, Agatha powiedziała: 

  -- Masz mój adres, Bunty. Gdy zechcesz wpaść na obiad albo na 
kawę, nie krępuj się. 

background image

17 

 

-- Dzięki-- odrzekła Bunty. -- Do zobaczenia! 

   Agatha powlokła się do pociągu, usiadła, kładąc bagaże obok 
siebie na siedzeniu. Wreszcie pociąg ruszył, nabrał prędkości i 
Londyn został w tyle. Agatha głęboko odetchnęła . Zostawiła w 
Londynie tę drugą Agathę Raisin.  

   W Carsely   po ciężkiej, długiej zimie i chłodnej, mokrej wiośnie, 
nareszcie świeciło słońce, a ulica Lilac Lane, przy której stał domek 
Agathy, w pełni zasługiwała na swoja nazwę, ciężka od biało-liliowo-
purpurowych  kwiatów. Agatha zobaczyła przed domem Jamesa 
Laceya jego samochód i serce jej drgnęło. Musiała sama przed sobą 
przyznać, że tęskniła za nim i za całą  resztą mieszkańców Carsely 
też. Z domu Agathy wyglądała uśmiechnięta Doris Simpson, jej 
sprzątaczka , która podczas jej nieobecności zajmowała się kotami. 

 -- Nareszcie wróciłaś , Agatho-- powiedziała-- Kawa gotowa, a na 
obiad kupiłam ci dobrą wołowinę. 

  -- Dziękuję,  Doris -  odrzekła Agatha. Przez chwilę jeszcze 
przyglądała się przyczajonemu pod strzechą domkowi. Potem 
weszła do środka, gdzie chłodno powitały ją koty, bo jak to koty, nie 
zamierzały okazywać ciepłych uczuć właścicielce, która po prostu je 
zostawiła. 

  Doris wniosła pudła Agathy, a następnie poszła do kuchni i nalała 
gospodyni filiżankę kawy. 

  -- Zapomniałam o ogródku-- powiedziała Agatha -- Pewnie panuje 
tam niezły bałagan. 

  -- Ależ skąd, panie ze Stowarzyszenia na zmianę go pieliły, a i pan 
Lacey trochę pomógł. O co chodzi, Agatho ?-- spytała, bowiem 

background image

18 

 

Agatha się rozpłakała. Wreszcie wyjęła chusteczkę i głośno 
wydmuchała nos. 

-- Cieszę się , że jestem w domu-- wymamrotała, 

  -- To ten Londyn-- rzekła Doris, wszystkowiedząco kiwając głową .  
-- Londyn jeszcze nikomu nie wyszedł na zdrowie. Z Bertem czasami 
jeździmy tam na zakupy. Takie tłumy, że nie ma jak przejść. Miło 
jest wrócić tu, gdzie spokój. 

   Sprzątaczka taktownie odwróciła się, dając Agacie chwilę, żeby się 
pozbierała. 

-- A co tutaj nowego ? - spytała Agatha 

-- Na szczęście niewiele. Chyba mamy teraz spokojny czas. O, jest 
jedna nowina. Powstał grupa turystyki pieszej. 

-- Kto to prowadzi ? 

-- Pan Lacey. 

  Agatha nagle zdała sobie sprawę z dodatkowych wałeczków 
tłuszczu na jej ciele, które zawdzięczała posiłkom na koszt firmy. 

--  Chciałbym się w to włączyć . Jak się zapisać? 

-- Chyba nie ma żadnych zapisów, Spotykamy się po obiedzie pod 
sklepem Harveya co niedziela, około wpół do drugiej, Pan Lacey 
zabiera nas na wędrówki po okolicy i opowiada o roślinach i innych 
rzeczach i trochę o historii. Mieszkam tu tyle lat, a tak niewiele 
wiem ! 

-- Nie ma kłopotów  z właścicielami ziemskimi ? 

-- Nie u nas. Ludzie lorda Pendlebury'ego dbają o szlaki, nawet je 
oznaczają. Trochę kłopotu mieliśmy z Panem Jacksonem, 

background image

19 

 

właścicielem sieci sklepów z komputerami, który kupił sporą 
działkę ziemi. Szliśmy szlakiem, aż wyszlismy na ścieżkę 
przegrodzoną bramą. Stał przy niej Harry Cater zatrudniony przez 
Jacksona , trzymał strzelbę i kazał nam wynosił się z terenu.  

-- Nie ma prawa! 

-- Nie. ale pan Lacey powiedział, iż wokół jest tyle ładnych miejsc, że 
nie watro się awanturować. Panna Simms powiedziała Carterowi, 
co może zrobić ze swoją strzelbą i gdzie ją wsadzić , i to przy 
wszystkich , nawet przy pastorze i pastorowej. Nie wiedziałam gdzie 
odwrócić wzrok. 

-- Turystyka piesza -- zamyśliła się na głos Agatha-- tak, to jest coś. 

  Był piątek. W niedzielę spotka się z Jamesem, o ile nie dopadnie 
go wcześniej. 

   

     Nazajutrz do biura pana Wilsona wszedł Roy Silver, zachodząc 
w głowę po co wezwano go do pracy w sobotę. 

     Pan Wilson, szef firmy Pedmans, siedział z rozpostartym przed 
sobą na biurku egzemplarzem 

Kuriera Codziennego

    -- Czytał pan dziś rano tę gazetę? - zapytał. 

   -- 

Kurier

 ? Nie, jeszcze nie. 

  -- Pani Raisin jest naprawdę dobra. O Jeffie Loonie świetny 
artykuł,  darmowa reklama warta tysiące. Mój Boże, jeśli potrafi 
wypromować takiego durnia jak Jeff Loon, to potrafi wypromować 
wszystko. Najpierw to pan się nim zajmował, ale przekazaliśmy  to 
zadanie jej, gdyż panu się nie powiodło. 

background image

20 

 

  -- Nikt nie był tym zainteresowany-- bronił się Roy. 

  Pan Wilson zerknął na Roya znad okularów w złoconej oprawce. 

  -- Nie winię pana,. Myślę, ze nikomu innemu w tej branży taki 
numer by nie przeszedł-- rozparł się na krześle.-- A mi się wydawało, 
że przyjaźnił się pan z panią Raisin. 

-- Przyjaźnię się nadal.  

-- Zauważyłem, że unikał jej pan, kiedy tu była. Podsłuchałem, jak 
zaprosiła pana któregoś dnia na drinka po pracy, a pan wyskoczył z 
jakąś idiotyczną wymówką. 

  -- Musiał pan źle usłyszeć. Przepadam za Agathą. 

  -- Widzi pan, chcę, by pan zbliżył się do tej kobiety. Ma pan jej 
powiedzieć o pieniądzach, o masie kasy. Nawet przyjmę ją do 
spółki. Sama wybierze sobie sprawy, którymi się zajmie. Mnie nie 
lubi. Jeśli pozostała między państwem jakakolwiek sympatia.... 

-- I to jaka - wyrwał się Roy z zapałem. 

-- Dobrze, niech się pan tym zajmie, tylko spokojnie. Powoli. Niech 
nie czuje nacisku . Proszę znaleźć sposób, byśmy ją odzyskali. 

-- To może w przyszły weekend? 

-- Nie zaszkodzi i w ten. 

-- Oczywiście, oczywiście. Już lecę. 

   Roy pomknął do domu spakować torbę na dwa dni i złapał 
taksówkę do Paddington. Do Agathy nie dzwonił, w obawie, że 
zaproponuje weekend następny albo w ogóle go zniechęci. Ale gdy 
się u niej zjawi -- rozumował-- nie będzie mogła go po prostu 
spławić. 

background image

21 

 

 

     Gdyby James Lacey pojawił się w ową sobotę w barze pod 
Czerwonym Lwem , czyli tam gdzie Roy wreszcie dopadł Agathę , 
pewnie kazałby Royowi zmiatać. Tymczasem Agathę myśl o 
ponownym ujrzeniu Jamesa w niedzielę wprawiła w nerwowy 
nastrój wyczekiwania. Jeśli cherlawy Roy pójdzie z nimi, Agatha 
wyzbędzie sie pokusy narzucania się Jamesowi. Toteż, chociaż bez 
śladu wdzięczności , odpowiedziała: 

-- Dziwi mnie , iż były przyjaciel aż tak się cieszy, że może ze mną 
spędzić  czas, ale pewnie będę musiała to znieść. Przygotuj się na 
jutrzejszy dzień. Będzie sporo ruchu. A tak naprawdę, pewnie 
zanudzisz się na śmierć, ale dobrze ci tak. Jutro pójdziemy do 
kościoła, a następnie wybierzemy się z grupą turystyki pieszej z 
Carsely na rajd dla zdrowia. 

  - Tego właśnie mi trzeba -- powiedział Roy, z uśmiechem w którym 
próżno szukać radości. 

--- Może się jeszcze napijemy ? 

 

   

Rozdział II 

   Sir Charles Fraith usiadł przy biurku w swoim gabinecie i 
ponownie przeczytał list z towarzystwa Piechurów z Dembley. 

background image

22 

 

Korespondencja podpisana była przez niejaką Jessicę Tartnick i 
była w tonie co najmniej wojowniczym. "Wam, arystokratom, się 
wydaje, że ziemia jest waszą własnością", głosiło jedno ze zdań. "Ależ 
jest-- powiedział w myślach sir Charles-- przynajmniej ta jest moja". 
Znów spojrzał na list. Komunikowano  w nim, że przez jego ziemię 
biegnie dawny szlak o dostępie publicznym. Rozpostarł na biurku 
stare mapy swoich włości. Istotnie, zaznaczono na nim, cienką, 
kropkowaną linię oznaczającą dróżkę o powszechnym dostępie. 
Wcześniej  nawet jej nie zauważył. Całe to towarzystwo mogło sobie 
nią chodzić w tę i z powrotem , gdyby nie jedna kwestia. W jednym 
miejscu linia przechodziła prosto przez pole rzepaku. Pierwotnie 
tego typu szlaki wytyczano, żeby ludzie mogli dojść do szkoły, 
kościoła czy pracy, jeszcze w średniowieczu. Nie ustanowiono ich z 
myślą o tym, by mieszkańcy przedmieść mogli z buciorami 
wchodzić w szkodę. 

   Sir Charles był baronetem, mieszkał w wielkim dworze z epoki 
wiktoriańskiej, wokół którego rozciągała się posiadłość obejmująca 
czterysta hektarów żyznej ziemi uprawnej. W wieku lat trzydziestu 
paru wciąż był kawalerem. Przy swoim niskim wzroście wygląd miał 
zadbany, włosy gęste i jasne a oblicze łagodne i wrażliwe. Zdarzało 
się, że ścierały się w nim trzy osobowości: jowialna, raczej pogodna , 
skłonna do banalnych żartów i dowcipów, mądra, intelektualna, 
choć nigdy nie chwalił się swoim cambridge'owskim dyplomem z 
wyróżnieniem z historii i samotnicza  -- sir Charles nikomu do 
końca nie ufał i nie lubił, aby się zbytnio z nim spoufalać. 

   Mieszkał ze starą ciotką o nazwisku Tassy, siostrą jego zmarłej 
matki, panią, która choć mało przytomna, pełniła obowiązki 
gospodyni jego domu podczas przyjęć i niczym ponadto się nie 
zajmowała. Prowadzenie domu spadło na barki Gustava, 

background image

23 

 

kamerdynera jego zmarłego ojca. Gustav wciąż mówił o sobie jako o 
"kamerdynerze", choć od kiedy ubyło służby, raczej pełnił obowiązki 
gospodarza domu: na życzenie gotował proste potrawy, zamawiał 
do dworu artykuły spożywcze i  wino , a czasem pomagał w ogrodzie 
lub przy pracach domowych, ilekroć któraś ze sprzątaczek 
dochodzących ze wsi zachorowała. Nie był wprawdzie odwiecznym 
sługą rodziny, ale przekroczył już pięćdziesiątkę. I nadal pilnie 
strzegł tajemnicy  swojej narodowości. Miał mądrą twarz, figurę 
tancerza i małe, czarne oczka. 

  Gustav wszedł po cichu po cichu do pokoju i zaczął rozpalać w 
kominku, jako że robiło się już chłodno. Sir Charles podał mu list: 

-- Co o tym myślisz, Gustavie ? 

    Kamerdyner wyszperał okulary i przejrzał treść listu. 

-- Pieprzyć tę babę -- powiedział 

 -- Wątpię, czy się da, Gustavie. Nie można ich obrażać, bo inaczej 
złożą skargę na podstawie Ustawy o drogach publicznych z 1980 
roku, a sam wiesz co by się wtedy działo. Najlepiej będzie grzecznie 
odpowiedzieć, co ? Już wiem, każę im tym razem obejść pole i 
zaproszę ich na herbatkę. 

  -- Mam lepsze rzeczy do roboty niż podawanie herbaty komuchom 
-- odrzekł Gustav. 

  -- Zrobisz, co ci każę  -- powiedział łagodnie Charles. 

  Zwinął mapy i zajął się pisaniem uprzejmego listu do Jessiki 
Tartnick. 

   W niedzielę przed sklepem Harveya zgromadziło się towarzystwo 
turystyki pieszej wsi Carsely. 

background image

24 

 

    Z początku Agatha patrzyła tylko na Jamesa. 

 -- Wróciłaś -- odezwał się łagodnie. 

-- Dziękuję, że zająłeś   się moim ogródkiem -- powiedziała Agatha, 
marząc o tym, by nie towarzyszył jej Roy. 

-- Nie ma za co -- odwrócił się w stronę grupki. Była tam pani 
Mason, prezes Stowarzyszenia Pań z Carsely, panna Simms, 
sekretarz, pani Bloxby, pastorowa. państwo Harvey ze   sklepu, 
Jack Page, miejscowy rolnik oraz jego dwójka nastoletnich dzieci, a 
także o zgrozo, starsi państwo Boggle, znani z nieustannego 
narzekania. Mimo iż świeciło słońce, panował chłód wręcz 
nieodpowiedni na tę porę roku, a od wschodu gromadziły się szare 
chmury. 

  -- Proszę państwa, ponieważ jest chłodno -- James odezwał się do 
wszystkich -- pójdziemy do posiadłości lorda Pendlebury'ego 
szlakiem na tyłach. Tamtejszymi polnymi drogami przyjemnie się 
chodzi, a jeszcze tamtędy nie szliśmy. Nie będziemy się forsować. 
Na pewno dadzą państwo radę , państwo Boggle? 

  -- Oczywiście -- odrzekła niezadowolona pani Boggle -- Na pewno 
poradzimy sobie lepiej niż ten tu obszczymurek -- wskazała kciukiem 
na Roya. 

   James poszedł przodem. Agatha chciała przyspieszyć , by go 
dogonić, ale nagle się zawstydziła. Był niesamowicie przystojny, z 
tymi swoimi gęstymi, siwiejącymi  włosami, ogorzałą twarzą i 
błękitnymi oczami. Szła więc u boku pani Bloxby. 

-- Cieszę się że wróciłaś -- powiedziała pastorowa-- Zima była 
okropna. Paskudna pogoda, wciąż tylko lało i lało. 

background image

25 

 

 -- W mieście nie dostrzega się pór roku- zauważyła Agatha-- I spójrz, 
ile przybrałam na wadze. Tyle drogich posiłków i wszędzie 
taksówką. 

-- Każdy powód jest dobry, żeby pochodzić -- odpowiedziała pani 
Bloxby -- Mnie trudno jest wykrzesać chrześcijańskie uczucia dla 
państwa Boggle. 

  -- Są tu po raz pierwszy ? 

  -- Tak, i nie wiem, jak im sie uda dotrzymać kroku  przez całą 
drogę , 

  -- Nie tak szybko -- jakby w odpowiedzi zawołała pani Boggle, po 
czym cała grupa zwolniła. Teraz powłóczyli nogami. 

  -- Zaraz się poddadzą - westchnęła pani Bloxby -- i każą się wieźć do 
domu samochodem, a obawiam się, że ten obowiązek spadnie na 
mnie. Dobrze ci było w Londynie ? 

  -- Agatha dała tam czadu !  -- Wtrącił ochoczo Roy. -- Jest 
geniuszem PR-u. 

  -- Twoim zdaniem bardzo nielubianym geniuszem -- syknęła 
Agatha . 

  -- Tylko żartowałem, kochana. Zawsze bierzesz wszystko do serca. 

  -- Nie przestaje mnie dziwić -- zauważyła pani Bloxby -- że ilekroć 
ktoś powie coś okrutnego czy obraźliwego , natychmiast stara się to 
zatuszować , mówiąc: "Tylko żartowałem. Na żartach się nie znasz?" 
Kiedyś odwiedziła nas na plebani kobieta , która mi powiedziała: 
"Pani to z wyglądu taka typowa pastorowa!". Odpowiedziałam 
stanowczo, że nie wydaję się sobie typowa , a ona na to: "Nie zna się 
pani na żartach ?". Niemniej powiedziała to bardzo złośliwie, 

background image

26 

 

sugerowała pewnie, że wyglądam na kogoś grzecznego, ułożonego, 
cichego i pruderyjnego. Myślałam, że ją uderzę. Oj, proszę bardzo! 

     Pani Boogle zawołała cierpiącym  głosem tak, by wszyscy słyszeli: 
-- Moje serce! Moje serce! Zawieźcie mnie do domu, zanim umrę. 

  -- Pojadę -- powiedziała niechętnie pani Bloxby. 

   Ku niezadowoleniu Agathy, James odwrócił się i rzekł: 

  -- Nie, niech pani zostanie. Ja pójdę po samochód . Proszę iść. 
Wrócę i państwa dogonię -- Po czym ruszył z powrotem w dół 
długim, wysportowanym krokiem. Zaczekali z panią Boggle, która 
dyszała i sapała, oraz z panem Boggle, który marudził pod nosem, 
że to wszystko przez nich, bo narzucili takie wariackie tempo i nie 
myśleli o starszych, i że młodzież w dzisiejszych czasach jest strasznie 
samolubna , mimo iż z całej grupy do młodzieży można było zaliczyć 
co najwyżej Roya i pannę Simms. 

    Gdy James podjechał i zabrał   państwa Boggle, reszta poszła 
dalej. Nad ich głowami chłodny północny wiaterek szeleścił 
młodymi listkami. Wszędzie panowała świeżość i zieleń. Weszli na 
drogę, która od tyłu obiegała włości lorda Pendlebury'ego. Po obu 
stronach rozciągały się pola rzepaku we wściekle żółtym kolorze. 

   -- Nie ma pani uczulenia na rzepak, pani Raisin?  Żeby się pani 
nie poparzyła -- zawołała pani Mason. 

  -- Jeszcze czego -- zachichotał Roy -- W wieku naszej Agathy 
człowiek rzadko ma okazję się poparzyć. 

  -- Zamknij się! -- Krzyknęła na niego Agatha ze złością. 

   -- Żartuję tylko -- powiedział Roy , starając się uniknąć surowego 
spojrzenia pani Bloxby. 

background image

27 

 

   " Nie tego się spodziewałam-- pomyślała Agatha -- Zdawało  mi się, 
że  zanurzę  się  z  powrotem  w  Carsely  jak  w  ciepłej  kąpieli,  Że  też 
zjawił się Roy! Zupełnie, jakby przywiózł ze sobą z Londynu tę część 
mnie , której nie lubię". Ukradkiem spojrzała na niego. Jego chuda, 
blada  twarz  była  już  widocznie  zziębnięta.  Po  co  tu  przyjechał  ?  Z 
początku  pomyślała  naiwnie,  że  Royowi  było  wstyd  za  swoje  
uszczypliwości, ale teraz nie była tego taka pewna. Właśnie oddalił 
się i zagadywał do panny Simms. 

-- Naprawdę skończyłaś z branżą PR - pastorowa zapytała Agathę z 
zaciekawieniem. 

--  Chyba  wreszcie  tak  --  Agatha,  spoglądając  na  złote  pola,  znowu 
poczuła  się  słaba  i  zachciało  jej  się  płakać.  A  może  to  już 
menopauza? Czy była wszystkim zmęczona? -- Moje ostatnie zlecenie 
to był koszmar: wokalista popowy nazwiskiem Jeff Loon. Musiałam 
przymilać się do jakiegoś gryzipiórka  z 

Kuriera Codziennego

-- Czyżby do Rossa Andrewsa? 

-- No, tak! 

  -- Prenumerujemy 

Kurier Codzienny

. O tym Jeffie Loonie był duży 

artykuł  w  dziale  rozrywki,  bardzo  go  tam  chwalili.  To  twoja 
sprawka ? 

  --  Tak  --  Agatha  nie  odrywała  wzroku  od  Roya.  Nagle  dotarło  do 
niej  co  się  stało.  Jej  samej  nie  chciało  się  nawet  kupić  tamtego 
numeru 

Kuriera.

  Ale  ów  artykuł    pewnie  zatrząsł  światem  public 

relations.  Teraz  wiedziała,  jak  bardzo  chcą  jej  z  powrotem  w 
Pedmans.  Na  pewno  Wilson  zagadnął  o  nią  Roya,  a  ten  drań 
poleciał zaraz na pociąg, stękając: "Niech się pan nie martwi, ja ją 
zawrócę". 

background image

28 

 

     Towarzystwo  przedzierało  się  po  drabince  przez  ogrodzenie  na 
polną ścieżkę, która okazała się podmokła. Agatha miała na nogach 
buty na  płaskim obcasie  nadające się do spacerów  po  Londynie,  a 
nie po wiejskich ścieżkach. Roy nosił pantofle ci cienkie skarpetki, 
panna  Simms  była  obuta  w  glany,  a  Agatha  pomyślała,  że  po  raz 
pierwszy widzi dyżurną samotną matkę Carsely w czymś innym niż 
szpilki. Roy wdepnął w kałużę błota i wydał z siebie żałosny jęk. 

  Cofnął się i dołączył do Agathy. 

  -- Dajmy sobie spokój -- rzekł. 

  Ale  Agatha,  która  od  czasu  do  czasu  odwracała  się,  by  zobaczyć, 
czy  nie  wraca  James,  teraz  właśnie  dostrzegła  jego  wysoką  postać 
przedzierającą się przez ogrodzenie, i odpowiedziała szorstko: 

-- Nie jojcz. Dobrze ci zrobi trochę ruchu a następnie sama wlazła w 
kałużę. 

 --  Ta  ziemia--  odezwał  się  James  --  należała  kiedyś  do  kościoła. 
Później  była własnością rodu Hurford. Lord Hurford przegrał swój 
majątek w latach dwudziestych a grunt kupił Pendlebury. Mieszkał 
wówczas w Yorkshire, ale nie podobał mu się tamtejszy klimat. To 
był  ojciec  obecnego  lorda  Pendlebury'ego.  A  ten  mały  błękitny 
kwiatek u pani  stóp, pani Mason..-- rozejrzał się-- Kto mi powie? 

 -- Rany, jak w szkole-- burknął pod nosem Roy. 

-- Przracznik-- odpowiedziała pani Bloxby.  

--  Bardzo  dobrze--  rzekł  James,  a  jego  głos  zabrzmiał  tak  ciepło,  że 
Agatha  postanowiła  przed  następnym  pieszym  rajdem  zakupić 
katalog kwiatów i roślin, by go starannie przestudiować. Myślała, że 
przejdą  się  po  polach  i  z  powrotem,  ale  niezmordowani  piechurzy 

background image

29 

 

brnęli dalej przez lasy i pola. wreszcie Agatha z ulgą dostrzegła iglicę 
kościoła,  co  świadczyło,  że  obeszli  teren  i  że  są  już  z  powrotem 
blisko Carsely. 

  Nareszcie James dołączył do Agathy. 

  --  Czy  teraz,  gdy  wróciłaś,  możemy  się  spodziewać  kolejnych 
morderstw?  

-- E, raczej nie -- odpowiedziała, choć wstydliwie marzyła o tym, by 
ktoś kogoś we wsi rąbnął, aby mogli razem -- ona i James -- znowu 
prowadzić śledztwo. 

  James zamyślił się, spoglądając na Agathę. W jej oczach dostrzegł 
samotność  i  zagubienie.  Wolał  dawną  Raisin,  zajadłą  i  pewną 
siebie. 

   A  może  bym  po  ciebie  przyszedł  za  godzinę  ?  --  odezwał  się 
niespodziewanie.  --  Skoczymy  na  drinka  do  baru  Pod  Czerwonym 
Lwem? 

   -- Chętnie-- odpowiedziała Agatha. 

   -- Kolegę oczywiście przyprowadź ze sobą. 

  ---  Bedzie  zdecydowanie  zbyt  zmęczony--  odparła  Agatha.    Była 
pewna,  że  Roy  przyjechał  tylko  dlatego,  że  Wilson  mu  kazał.  Nie 
popsuje jej wieczoru. 

    Po  powrocie  do  domu  przetrzasnęła  całą  szafę,  jak  w  obłędzie 
szukając  czegoś  atrakcyjnego,  a  zarazem  niezbyt  oficjalnego. 
Wszystko było za ciasne. Przymierzywszy różne suknie , spódniczki 
i  bluzki,  w  ostatniej  chwili  zdecydowała  się  na  starą  tweedową 
spódnicę i sweter.  Życie znów było ciekawe i kolorowe. 

background image

30 

 

   Wróciła do domu. Chrzanić Londyn! 

      Powłócząc  nogami,  Deborah  Camden  szła  długą  dróżką 
biegnącą w kierunku dworu sir Charlesa Fraitha. Jessica kazała jej 
wprawdzie przejść się szlakiem , by go sprawdzić, ale Deborah nie 
chciała się znaleźć sam na sam ze wściekłym właścicielem ziemi lub 
dozorcą.  Doszła  do  wniosku,  że  woli  pójść  zawczasu    do  dworu  i 
wyjaśnić    przyczynę  swojej  obecności.  Na  znawcach  architektury 
Barfield  House  raczej  nie  wywarłby  silnego  wrażenia.  Nie  był  to 
nawet  neogotyk.  Wielki  gmach  udawał  budynek  średniowieczny 
wyposażony w wielodzielne okna , w których odbijało się słońce.. 

    Drzwi  wejściowe  były  masywne  i  nabite  ćwiekami.  Deborah 
rozejrzała  się  bojaźliwie  za  jakimiś  mniejszymi  i  nie  tak 
przerażającymi, ale innych nie dostrzegła. W ścianie przy drzwiach 
umieszczono elektryczny dzwonek. Zadzwoniła i czekała.  

    Wreszcie  otworzył  mężczyzna  w  czarnym  garniturze,  białej 
koszuli i jednolitym, jedwabnym krawacie, siwy o czarnych oczach i 
pociągłej twarzy. Patrzył na nią beznamiętnie , a mimo to Deborah 
w tym momencie uprzytomniła  sobie , jak tandetnie jest ubrana. 

  -- Tak ? -- spytał. 

  -- Sir Charles Fraith ? 

  -- A kto pyta ? 

  --  Jestem  z  towarzystwa  Piechurów  z  Dembley  --  Deborah  zaczęła 
się pocić pod nosem. 

   Z wewnątrz dobiegł czyjś głos.  

  -- Kto to, Gustavie? 

background image

31 

 

  Mężczyzna obrócił się i powiedział beznamiętnie: 

  -- Ktoś od Piechurów z Dembley, sir.  

   Gustav  wycofał  się  do  środka,  a  jego  miejsce  zajął    sir  Charles  . 
Ujrzawszy Deborę, mrugnął i rzekł: 

  --  Dziewczyna.  A  myślałem,  że  przyjdzie  jeden  z  tych  drągali  w 
wielkich buciorach . Niech pani wejdzie. 

   Deborah  weszła  do  olbrzymiego  holu,  którego  sciany  wyłożono 
dębem. Spod sklepienia w kształcie łodzi, z drewna wygiętego w łuk 
jak  w  starych  kościołach,  spoglądała  na  nią  głowa  łosia.  Fraith 
poprowadził  Deborę  do  salonu,  gdzie  zobaczyła  krzesła 
chippendalowskie z tapicerką w kolorach czerwonym i kremowym, 
duży kominek, ściany wyłożone dębem jak w holu oraz wysmukłe, 
wielodzielne  okna  z  widokiem  na  ogród  ,  w  którym  między 
drzewami biegały łanie. 

  --  Herbaty--  powiedział  sir  Charles  Gustavovi,  który  czekał  w 
salonie.  Gustav  bezgłośnie  ruszył,  z  kosza  przy  kominku  wyjął 
szczapę  drewna  i  cisnął  ją  mocno  w  ogień,  po  czym  wyszedł  z 
pomieszczenia. 

  -- A teraz, panno....? 

   Deborah wyciągnęła przed siebie chudziutką rękę. 

  -- Deborah Camden. Miło mi pana poznać. 

  --  I  mnie  miło  panią  poznać.  Proszę  usiąść.  Otrzymałem  list  od 
niejakiej pani Tartnick. Właśnie odesłałem odpowiedź. Część szlaku 
przebiega przez pole rzepaku. Istnieje jednak całkiem ładna ścieżka 
omijająca  tę  uprawę..  Mam  nadzieję,  że  to  państwa 

background image

32 

 

usatysfakcjonuje.  Po  spacerze  chętnie  poczęstuje  wszystkich 
herbatą. 

  --Oj,  okropnie  pan  miły  --  powiedziała  Deborah.  Odprężyła  się 
nieco.  Sir  Charles  wyglądał  niegroźnie,  a  i  Jessica  z  pewnością  nie 
odrzuciłaby takiego zaproszenia. 

   Fraith  spojrzał  na  nią  z  uśmiechem.  Stwierdził,  że  to  porządna 
dziewczyna.  Włosy  miała gęste, jasne, ułożone w dość staromodne 
loki  i  fale.  Jej  twarz  była  zupełnie  biała,  jak  u  anemiczki,  i 
nieumalowana.  Spod  białych  rzęs  spoglądały  bladoniebieskie  oczy. 
Chuda figura była  odziana w tanią nylonową bluzeczkę, akrylową 
spódniczkę i bezkształtny zapinany  wełniany sweter. Spod krótkiej 
spódniczki  wystawały  bardzo  długie  nogi  z  krągłymi  kolanami, 
które sir Charles uznał za bardzo podniecające. 

  --  Ta  pani  Tartnick  to  chyba  niezbyt  sympatyczna  osóbka-- 
powiedział Charles. 

  --  E,  jest  kochana  --  zaprzeczyła  Deborah--  i  bardzo  uczona.  Jest 
nauczycielką  jak  ja  ,  ale  powinna  pracować  w  jakimś  lepszym 
miejscu niż szkoła podstawowa w Dembley. 

  "  W  bardziej  dystyngowanej  szkole  nie  mogłaby  się  tak  rządzić  " 
pomyślał Fraith , a na głos rzekł. 

  --  Cóż,  jeśli  pozostali  Piechurzy  z  Dembley  są  tacy  jak  pani,  to 
zapowiada się nam całkiem przyjemny dzień. 

  --  Bywają  trochę  zapalczywi  na  punkcie  właścicieli  ziemskich  -- 
wyrwało się Deborah. 

 -- Dlaczego ? 

  -- No...y...twierdzą, że ziemia powinna należeć do wszystkich. 

background image

33 

 

  -- Ale, dajmy na to, gdybym się nie zajmował tą posiadłością, to co 
by  się  z  nią  stało?  W  dzisiejszych  czasach  ludzi  nie  stać  na  takie 
majątki.  Przecież  rozprzedano  by  ją  zaraz  na  działki  budowlane  i 
bach !  Po kolejnym sielskim zakątku. Bez sensu. Niech sobie panie 
nie myśli, że jestem zły. Nie, mam serce jak wosk. Ale zauważyłem, 
że szlaki biegną czasami przez ogródki działkowe i inne takie, a tam 
akurat nie chcecie maszerować po uprawach, mam rację ? 

  -- Chyba tak. A czy nie sądzi pan, że to nie sprawiedliwe, jeśli jedni 
mają tak dużo, a inni tak mało? 

  --Nie. Wcale. 

  -- Aha. 

  Otworzyły  się  drzwi  i  wkroczył  Gustav,  niosąc  tacę  uginającą  się 
pod ciężarem przyborów do herbaty. 

-- Cóż to, mój Gustavie -- zapytał sir Charles-- żadnych ciastek ? 

  -- Przyniosę. 

  Taca  stuknęła  o  stoliczek  przed  kominkiem  między  Deborą  a 
Charlesem. 

    -- Pan lubi słodkie? -- spytała Deborah. 

  Gustav marszcząc czoło, mruknął pod nosem: 

   -- Oj, lubi! -- Po czy wyszedł. 

Deborah oblała się rumieńcem. 

  -- Powiedziałam coś nie tak? Spytałam tylko, czy lubi pan słodycze. 

  --  Wiem  i  owszem  lubię.  Na  Gustava  nie  zwracaj  uwagi.  Jest 
stuknięty. 

background image

34 

 

  Kamerdyner wrócił, niosąc paterę z ciastkami. Wrócił tak prędko, 
że Deborah pomyślała sobie, iż sługa spodziewał się żądania ciastek, 
a paterę  zostawił tuż za drzwiami. Gustav tymczasem rozprostował 
serwetę  i  umieścił  ją  na  kolanach  Debory,  każdym  swoim  gestem 
wyrażając głęboką pogardę. 

  Chciała sama nalać herbatę, ale dłonie tak jej się trzęsły, że cicho, 
niemal szeptem, poprosiła : 

  -- Może niech Gustav naleje. 

  -- Gustavie... 

  Deborah  przytaknęła  na  mleko  i  cukier,  po  czym  odetchnęła  z 
ulgą, gdy kamerdyner wreszcie wyszedł z pokoju. 

  -- Niech mi pani powie coś o sobie-- powiedział sir Charles -- Czego 
pani uczy? 

  -- Fizyki. 

  -- Musi pani być mądra. 

  --  Nie  bardzo  --  odpowiedziała  Deborah--  rzadko  kiedy  mam  w 
klasie  bystrego  ucznia.  Ale  to  dopiero  moja  druga  praca.  Może  za 
rok się przeniosę. 

  -- Uczniowie dają się pani we znaki ? 

  -- Oj, tak. Mieliśmy takiego jednego łobuza, nazywa się Elvis Black. 
Okropny  chłopak.  Zawsze  naśmiewał  sie  ze  wszystkich  i  wszystko 
niszczył.  Ale  Jessica  wybrała  się  kiedyś  do  rodziców  i  zamieniła  z 
nimi  parę  słów.  Nie  wiem,  co  im  powiedziała,  ale  od  tamtej  pory 
Elvis jest cichutki jak myszka. 

background image

35 

 

   Charles  Fraith  już  zaczął  żałować,  że  zaprosił  Piechurów  z 
Dembley  na  herbatę.  Doszedł  do  wniosku,  że  Jessica  jest  tak 
okropna,  jak  to  wynika  z  listu.  Ale  Deborah  mu  sie  podobała,  jej 
spokój,  cichy  sposób  bycia,  jaj  wygląd,  jej  bladość,  jakby  była 
wybielona.  A  najbardziej  podobały  mu  się  te  kolana.  Im  dłużej 
opowiadała  mu  o  szkole,  tym  bardziej  się  odprężała  i  dopiero 
nadejście  Gustava,  który  wrócił  dołożyć  kolejną  niepotrzebną 
szczapę  drewna  do  ognia,  skłoniło  ją,  by  spojrzała  na  zegarek  i 
powiedziała, że na nią już czas. 

  -- Odwiozę panią -- zaproponował sir Charles. 

  -- Nie trzeba -- odpowiedziała Deborah, świadoma wpatrzonych w 
nią  czarnych oczu Gustava. 

  --  Zaparkowałam  auto  przy  bramie.  Lubię  chodzić  pieszo, 
naprawdę. 

  Sir Charles wstał równo z Deborą 

  --  Niech  mi  pani  zostawi  swój  numer  telefonu  --  powiedział  -- 
Musimy to powtórzyć. 

   Deborah  pogmerała  w  torebce,  po  czym  wyciągnęła  kartkę  i 
długopis. Naprędce zapisała swój numer telefonu. 

  -- Odprowadzę panienkę do wyjścia--- rzekł Gustav. 

  Przytrzymał  Deborze  masywne  drzwi,  Gdy  wychodząc  go  mijała, 
kiwnęła głową. On zaś niespodziewanie się odezwał: 

  --  Niech  sobie  pani  za  wiele  nie  myśli.  Pan  Charles  nie  jest  dla 
takich jak pani. Proszę wiec trzymać rączki przy sobie i nie przyłazić 
tu więcej. 

background image

36 

 

  Deborah  tak  się  przestraszyła,  że  nic  nie  odpowiedziała.  Ruszyła 
do bramy z twarzą płonącą ze wstydu. Pocieszała się jedynie myślą, 
że wkrótce  Jessica pokaże Gustavovi, gdzie jego miejsce. 

 

       Towarzystwo Piechurów z Dembley z trudem pomieściło sie w 
małej klasie, którą tego dnia udostępniono mu na zebranie. Jessica, 
podekscytowana  i  zarumieniona,  wstała,  by  sarkastycznym  tonem 
odczytać list Charlesa Fraitha. 

  --  Jakby  można  nas  było  przekupić  herbatką--  podsumowała. 
Spojrzała na Deborę -- Sprawdziłaś  dziś trasę? 

  Deborah wstała. 

  -- Niezupełnie -- odpowiedziała --  Najpierw poszłam do dworu. Sir 
Charles poczęstował mnie herbatą i był bardzo miły. Wiesz, Jessico, 
on jest pewny, że się z nim spotkamy. 

  --  Więc  ten  wspaniały  człowiek  dał  ci  herbaty,  a  ty  juz  cała 
szczęśliwa -- zgromiła ją Jessica. -- Szczerze, Deboro, mięczak z ciebie. 
Powinnam była iść tam sama. 

  Niespodziewanie  w  obronie  Debory  stanął  Jeffrey  Benson, 
kochanek Jessiki. 

  -- Wygląda na to, że gość jest w porządku. Odpisał uprzejmie. Nie 
wiem  jak  reszta,  ale  ja  myślałem,  że  będziemy  wędrowali  dla 
przyjemności. 

  Terry  Brice,    kelner  ,    trącił  łokciem  swojego  kolegę,  Petera 
Hatfielda, w bok i zachichotał: 

  -- Wreszcie ktoś nam będzie podawał herbatę, dla odmiany. 

background image

37 

 

  Odezwała się Alice Dewhurst : 

  -- Cały sercem jestem za tym, by stawiać się posiadaczom, Jessico. 
Nikt  mnie  nie  zastraszy.  Ale  skoro  facet  wystąpił  naprzód  z 
sympatycznym  listem,  a  my  mamy  tylko    obejść  jedno  poletko,  to 
nie rozumiem, o co cały raban. 

  -- Chodzi o zasady -- odpowiedziała Jessica marszcząc wąskie brwi i 
nie tracąc pewności, że postawi na swoim. -- Nie powiesz mi chyba, 
że  i  ty  tak  się  cieszysz  na  myśl  o  herbatce  z  podrzędnym 
arystokratom , że pozwolisz, by sprawa uszła mu na sucho 

  -- Mnie tam tym chłop ni wadzi -- odezwał się Kelvin Hamilton. -- 
U nas w Górnyj Szkocyi to som barziej demokratyczni... 

  --  Oj,  oszczędź  nam  baśni  u  Brigadoon  --  odrzekła  Jessica-- 
Wszystkim  wiadomo,  że  pochodzisz  z  Glasgow,  pewnie  z  jakichś 
slumsów. 

  -- Ty ruro! -- wrzasnął Kelvin.-- Sama se łaź.   Mom ciy po dziory w 
nosie -- i wymaszerował. Zapadła pełna niepewności cisza. 

  Wstała Mary Trapp. 

  --  Wiesz  co,  Jessica  --  powiedziała  --  nikt  cię  nie  mianował 
przewodniczącą tej grupy. Jeśli zależy ci tylko na tym, by rozrabiać, 
to  ja  nigdzie  nie  idę.  Ku  zgrozie  Jessiki  po  sali  rozległ  się  pomruk 
poparcia. 

  Próbowała, jak miała w zwyczaju, ratować się tyradą  o feminizmie 
oraz cytatami z Marksa i Simone  de Beauvoir. Oczy jej błyszczały. 
Wyglądała wspaniale, ale odpowiedzią na jej przemowę była jedynie 
cisza.  

background image

38 

 

  -- No dobra-- rzekła wreszcie , rozejrzawszy się po klasie -- ja idę. I 
pójdę prosto przez to pole. 

   Machając  Royowi  na  pożegnanie,  Agatha  Raisin  poczuła  ulgę. 
Stwierdziła,  że  słusznie  zamówiła  mu  taksówkę,  dzięki  czemu  nie 
musiała odwozić go na stację. Patrząc na niego, czuła obrzydzenie. 
W  niedzielny  wieczór  ucinała  sobie  z  Jamesem  miłą  pogawędkę,  a 
tymczasem  Roy  zakradł  się  do  baru,  głupio  do  wszystkich 
uśmiechając, a gdy Jamesa zagadali inni mieszkańcy wsi, zawłaszczył 
jej  towarzystwo  i  zaczął  opowiadać  jak  bardzo  firma  Pedmans 
potrzebuje  jej  powrotu.  Agatha  miała  nadzieje  już  więcej  go  nie 
zobaczyć. 

   Po wycieczce miała zakwasy, ale była przekonana, że spódnica jest 
nieco luźniejsza w pasie. Przeszła na dietę, a raczej zamiast przejść 
na oficjalną dietę, zaczęła jeść mniej kalorycznie. 

  Następnie,  by  zbliżyć  się  ponownie  do  Jamesa  --  chociaż  sama 
przed  sobą  by  się  nie  przyznała,  że  to  nią  właśnie  kierowało    -- 
postanowiła aktywniej się zaangażować w towarzystwo Wędrowców 
z  Carsely.  trzeba  ich  było  zorganizować,  ustalić  zebrania, 
powywieszać  obwieszczenia  o  najbliższych  rajdach.  Nie  było 
potrzeby ograniczać wędrówek do okolic wsi. Mogliby wszak jeździć 
dalej  samochodami,  umawiać  się  w  jakiejś  gospodzie  i  stamtąd 
wyruszać. 

  Agatha pojechała do antykwariatu w Moreton, gdzie znalazła starą 
księgę  z  wykazem  ogólnodostępnych  szlaków.  Następnie, 
napędzana entuzjazmem, wróciła do wsi i śmiało zapukała do drzwi 
domu Jamesa. 

-- A, Agatha -- powitał ją nieuprzejmie. -- Piszę. Ale wejdź. 

background image

39 

 

   Agatha  pomyślała,  że  powinna  powiedzieć  coś  w  stylu  "  To  w 
takim  razie  przyjdę  później",  ale  tak  długo  jej  nie  było  i  tak  długo 
James pisał już swoją zafajdaną historię wojska, że uznała, iż krótka 
przerwa mu nie zaszkodzi. 

  --  Mam  parę  pomysłów  odnośnie  towarzystwa  Wędrowców  -- 
powiedziała z zapałem Agatha, gdy tylko wpuścił ją do środka. 

  -- To znaczy? -- spytał, wyłączając swój komputer. -- Kawy? 

  -- Poproszę -- odpowiedział, idąc za nim do kuchni. -- Pomyślałam, 
że  moglibyśmy  lepiej  się  zorganizować.  Na  przykład  wziąć 
samochody, pojechać gdzieś dalej i stamtąd wyruszać w teren, 

  -- Pewnie tak -- westchnął. -- Ale tak naprawdę to miałem zamiar to 
rzucić. 

  — Czemu?  

— Żaden ze mnie organizator.  

  — Mogę to wszystko zrobić za ciebie. Ty tylko przychodź. 

  — Z mlekiem i z cukrem? 

  —  Czarną,  bez  cukru  --  powiedziała  Agatha,  myśląc,  że  mógł 
przynajmniej  zapamiętać  jej  gusta  co  do  kawy.  Zanieśli  kubki  do 
dużego pokoju pełnego książek. 

  Zapaliła  papierosa  i  rozejrzała  się  za  popielniczką.  James  wstał, 
poszedł do kuchni i wrócił ze starym spodkiem, który postawił obok 
sąsiadki  .  "  Dlaczego  niepalący  zawsze  sprawiają,  że  człowiek  czuje 
się  winny?  --  pomyślała  Agatha  --  Chyba  już  nikt  w  domu  nie  ma 
popielniczek". 

background image

40 

 

  Dym  z  papierosa  wzbił  się  chmurą,  jakby  obliczał  poziom 
zanieczyszczenia. 

 —  Więc co dokładnie masz na myśli? — spytał. Jakiś samochód, 
zwalniając, wjechał w ich  ulicę. James z nadzieją spojrzał  w stronę 
okna, jakby wypatrując czegoś, co im przerwie. 

—  Jak już mówiłam, moglibyśmy wybierać się na dalsze wyprawy. 
Może  przygotowałabym  ogłoszenia  i  powiesiła  jedno  przy  sklepie 
Harveyów i jedno na tablicy przy kościele. Może jacyś turyści spoza 
wsi zechcieliby się z nami zabrać? Pomyślałam też, że można zrobić 
karty członkowskie i pobierać opłaty. 

—  No  nie  wiem  -  odparł  James.  —  Na  co  by  szły  te  opłaty? 
Właściciele  ziemi  nie  pobierają  myta  za  użytkowanie 
ogólnodostępnych szlaków. To dlatego - dodał z pedanterią - nazywa 
się je ogólnodostępnymi. 

—  Na  wyrobienie  kart  członkowskich.  Ludzie  lubią  mieć  karty 
członkowskie. 

—  Ja nie lubię. Słuchaj, Agatho, muszę wracać do roboty. Może 
zorganizuj, co się da, a potem wszystko mi powiesz. 

Agatha znacząco spojrzała  w swój kubek, pokazując, iż nie zdążyła 
nawet spróbować swojej kawy, ale  ostatecznie odstawiła naczynie i 
ruszyła w stronę drzwi. James ją odprowadził, po drodze włączając 
komputer. 

„No to mam za swoje — pomyślała Agatha posępnie, wchodząc do 
swojego  domku.  —  Do  diabła  z  całą  tą  turystyką  pieszą".  Jakiś 
samochód podjechał za jej plecami, a gdy się odwróciła, zobaczyła, 
jak sierżant policji Bill Wong uśmiecha się do niej zza kierownicy. 

background image

41 

 

—  Wróciłaś — zawołał, wysiadając. 

—  Wejdź!  —  odkrzyknęła  Agatha.  —  Napijemy  się  kawy, 
opowiesz mi, co się działo, popełniono jakieś przestępstwa? Byłam 
przed chwilą u Jamesa, ale wyszłam już po dwóch minutach. 

—  A, więc to nadal trwa? 

—  Co nadal trwa? 

—  No, twoja miłość do Jamesa Laceya. 

—  Nie  wygłupiaj  się.  Kiedyś  przez  chwilę  miałam  do  niego 
skłonność,  ale  to  dawno  minęło  ---  Agatha  weszła  do  kuchni  i 
nastawiła czajnik. 

—  W  Carsely  mamy  towarzystwo  turystyki  pieszej,  któremu 
przewodzi James. Zasugerowałam tylko, że przydałoby się trochę je 
zorganizować. 

—  Chyba nie na wzór ugrupowań bojowych, Agatho? 

—  Nie,  nie.  Spokojne  spacerki,  tyle  że  lepiej  rozreklamowane,  z 
kartami członkowskimi i tak dalej. 

—  Na pewno ci się uda. A jak Londyn? 

—  Paskudny. 

—  Nie ubawił cię powrót do kieratu? 

—  Wcale  nie.  Dobrze  było  wrócić  do  domu.  Tą  całą  turystyką 
pieszą zainteresowałam się tylko dlatego, że muszę zrzucić na wadze. 

—  Jak my wszyscy - odpowiedział Bill smętnie, patrząc  na swoje 
pulchne ciało. 

—  To co słychać w świecie zbrodni? 

background image

42 

 

—  Od twego wyjazdu nic. Zwykłe pobicia żon, pijacy w sobotnie 
wieczory, włamania, kradzieże samochodów. Kilka zabójstw, ale nic 
egzotycznego — spojrzał na nią z sympatią. — Ciągnie cię znów do 
zabawy w detektywa, Agatho? Nie myśl o tym. Posłuchaj mojej rady 
i  zostań  przy  turystyce  pieszej  —  dodał  —  to  nie  grozi 
morderstwem. 

 

Rozdział III 

  W  poniedziałkowy  wieczór  Jessica,  siedząc  na  krawędzi  łóżka, 
odezwała  się  do  swojego  kochanka,  Jeffreya  Bensona,  który  leżał 
oparty na poduszkach: 

—  Nie  wiem,  co  napadło  tę  małą  idiotkę,  Deborę.  No  i  całą 
resztę. 

   Jeffrey podrapał się po piersi.  

—  Dajże  spokój  Jessico.  W  pełni  popieram  walkę  o 
sprawiedliwość społeczną, ale jeśli właściciel ziemski okazuje się na 
tyle  cywilizowany,  że  wysyła  nam  uprzejmy  list  i  zaprasza  na 
herbatę, to jestem za tym, by iść z nim na ugodę. A jeżeli zamierzasz 
zadeptać jego pole, to rób to sobie sama. 

—  Nie  przypuszczałam,  że  tak  się  na  tobie  zawiodę,  po  tym 
wszystkim, co dla siebie znaczyliśmy. 

background image

43 

 

—  Tylko bez emocjonalnych szantaży, Jessico. Sama mówiłaś, że 
jesteśmy ze sobą tylko dla seksu. 

Problem z wami, feministkami, polega na tym, że wasza koncepcja 
równości  to  przyjęcie  najgorszych  męskich  cech,  tych,  którymi  tak 
gardzicie.  Może  powinienem  zainteresować  się  Deborą.  Ona 
przynajmniej przejawia jakieś dobre, staromodne cechy kobiecości. 

W oczach Jessiki zabłysło nieładne światełko. 

—  Uważaj  na  słowa,  kochany.  Pomyśl,  czy  MI5  nie  byłoby 
zainteresowane tymi dwoma Irlandczykami, którym dwa lata temu 
użyczyłeś noclegu? 

W jego oczach zabłysło uczucie zagrożenia. 

—  Skąd wiesz? Nie było cię tu. 

—  Na imprezie u Alice się upiłeś i wszystko wygadałeś. A przecież 
to  było  mniej  więcej  w  tym  czasie,  gdy  na  High  Street  wybuchła 
bomba, która zabiła dziecko. 

—  Oni  nie  mieli  z  tym  nic  wspólnego.  To  byli    tylko  znajomi 
znajomych i potrzebowali noclegu. Zostali na dwie noce. 

—  Tak?  A  po  pijaku  bełkotałeś  o  ciosie  wymierzonym  w  imię 
wolności Irlandii — powiedziała i zatrzęsła się irytująco teatralnym 
śmiechem. 

Jeffrey  przeskoczył  przez  łóżko  i  schwycił  ją  za  gardło.  Był  silnym 
mężczyzną.  Jedno  oko  uciekało  mu  nieco  na  zewnątrz,  co  w 
chwilach zdenerwowania przydawało grozy jego obliczu. 

—  Jeśli  komukolwiek  powiesz  o  tamtych  Irlandczykach,  zabiję 
cię. Z nami już koniec. Zabieraj rzeczy, rano ma cię tu nie być. 

background image

44 

 

   Jessica biła w jego ręce. Oczy jej płonęły. 

— Nie boję się ciebie. 

     Odsunął się od niej i usiadł, nadal napięty, nagi i potężny. 

—  Tak? A powinnaś Jessico. Powinnaś.  

To był poniedziałkowy wieczór. 

 

  —  To  miło  z  twojej  strony,  że  pozwoliłaś  mi  przenocować  — 
powiedziała Jessica, rozglądając się po ciasnym mieszkanku Debory. 
— Nie wiem, co napadło Jeffreya. Ale tacy są mężczyźni. 

— Cóż, ma trochę racji — odpowiedziała Deborah. — Dlaczego tak 
się upierasz przy przejściu właśnie tamtędy? 

—  Ponieważ  sir  Charles  uosabia  wszystko  to,  czemu  się 
sprzeciwiamy.  Przywileje,  niesprawiedliwie  uzyskany  majątek, 
odmawianie  ludziom  korzystania  z  terenu  wiejskiego.  Oj,  nie 
kłóćmy się — patrząc jej w oczy, powoli rozchyliła usta w uśmiechu. 
— Chodźmy spać. Chcę dziś wcześnie zasnąć. 

—  Dobrze  —  westchnęła  Deborah.  —  Zaparzę  Kawy.  Wstaw 
swoje rzeczy do sypialni. 

   A  gdy  Jessica.  szła  do  sypialni,  zadzwonił  telefon.  Deborah 
podniosła słuchawkę.  

 — Witaj — odezwał się głos Charlesa Fraitha. — Słuchaj, w kinie 
Art  jutro  wieczorem  będzie 

Obywatel Kane

.  Czy  nie  chciałabyś  go 

obejrzeć a potem zjeść ze mną skromną kolację? 

background image

45 

 

—  Chętnie  —  odpowiedziała  Deborah,  ściskają:  kurczowo 
słuchawkę i nie mogąc wyjść z podziwu, że ktoś na naszej planecie 
jeszcze nie widział 

Obywatela Kane'a

—  Podaj mi swój adres, to po ciebie przyjadę. Deborah lękliwie 
spojrzała w stronę sypialni. 

—  Nie, spotkajmy się na miejscu. O której? 

—  Zaczyna  się  o  wpół  do  ósmej.  Spotkajmy  się  kwadrans  po 
siódmej. 

—  Dobrze, dziękuję i do zobaczenia. Deborah weszła do sypialni, 
a jej twarz, zwykle spokojna, była teraz dziwnie napięta. 

—  Ja  chyba  będę  spać  na  kanapie  -  powiedziała  do  Jessiki.  — 
Cenię sobie prywatność. Możesz zostać tylko dziś. 

Jessica patrzyła na nią, czując jak płonie w niej gniew. Co się stało z 
jej poplecznikami? 

—  Kto dzwonił? — spytała. 

—  Znajomy  —  odparła  Deborah.  —  Może  nie  wiesz,  ale  mam 
jeszcze innych znajomych poza tobą. 

—  Założę  się,  że  Jeffrey.  Deborah  nie  odezwała  się,  a  na 
wystraszonej twarzy miała wypisany upór. 

—  A  więc  jednak  Jeffrey  —  powiedziała  Jessica.  —  Cóż,  zanim 
zapałasz uczuciem do tego durnia, pomyśl tylko, co powie, kiedy się 
dowie,  że  uprawiałyśmy  seks  ,  gdy  on  wyjechał  na  konferencję  do 
Birmingham. 

—  Nie  powiesz  mu  —  podniosła  głos  Deborah,  której    wcale  nie 
obchodziło, co pomyśli sobie Jeffrey, ale bardzo się bała, żeby takie 

background image

46 

 

plotki  nie  dotarły  do  uszu  sir  Charlesa.  Przestraszyła  się  do  tego 
stopnia,  że  nawet  nie  zastanowiła  się,  że  jej  świat    ze  światem  sir 
Charlesa Fraitha raczej nie ma szans się skrzyżować.  

—A powiem, powiem. 

 —  Rano  masz  się  wynosić!  —  krzyknęła  Deborah,  która  nie 
wytrzymała,  przerażona  i  ogarnięta  nienawiścią.  —  Nie  chcę  cię 
więcej widzieć. 

 To było we wtorek. 

   Zadowolony  i  nieco  podpity  Kelvin  Hamilton  leżał  łóżku  i 
obserwował, jak Jessica się rozbiera. Nie mógł uwierzyć we własne 
szczęście,  gdy  zjawiła  się  u  niego  na  progu  z  dwiema  walizkami  i 
powiedziała mu, że zawsze jej się podobał. Dawne obrazy poszły w 
niepamięć. To, że nie nosiła stanika, a piersi miała wspaniałe, wcale 
go  nie  zaskoczyło.  Pomyślał  sobie:  „To  będzie  noc  godna 
zapamiętania".  Ale  gdy  zdjęła  dżinsy  i  zobaczył,  że    pod  nimi  nosi 
męskie  gacie,  poczuł,  jak  nagle  opuszcza  go  całe  pożądanie.           
Wgramoliła się na łóżko. Próbował się z nią kochać ale nic się nie 
działo.  Po  jego  bezskutecznych  próbach  natarcia,  Jessica  z 
obrzydzeniem w głosie  powiedziała wreszcie:  

—Na  litość  boską,  Kelvin,  daj  spokój.  Jesteś  tak  spity,  że  nie 
możesz. Idź lepiej spać. 

Pogarda  w  jej  głosie  go  otrzeźwiła.  Wkrótce  ona  zaczęła  z  cicha 
chrapać,  a  po  jego  policzkach  ciekły  łzy.  Myślał,  że  umrze  z 
upokorzenia.  Chciał,  żeby  zdechła.  Zbudził  ją  i  zaczął  na  nią 
krzyczeć. 

To było w środę wieczorem. 

background image

47 

 

  Jessice  bardzo  potrzebny  był  darmowy  nocleg.  Zjawiła  się  w 
gospodzie Pod Miedzianym Kotłem, ale Peter i Terry w odpowiedzi 
tylko odsunęli się od niej, popiskując lękliwie niczym nietoperze. 

—  Nie  mamy  ani  kawałka  wolnego  miejsca,  cukiereczku  — 
powiedział Terry. — Musimy lecieć. Masa klientów. 

Wreszcie Jessica poszła do Alice Dewhurst, do mieszkania, które ta 
dzieliła z Gemmą Queen. 

—  Całym  sercem  jestem  za  siostrzaną  pomocą  —  powiedziała 
swym donośnym głosem Alice — ale sama widzisz, że naprawdę nie 
mamy miejsca dla jeszcze jednej osoby. Próbowałaś w schronisku? 

I  tak  Jessica  wprowadziła  się  do  Mary  Trapp,  którą  potajemnie 
gardziła.  Pocieszało  ją  tylko  to,  że  Mary  darzyła  ją  niewolniczym 
wręcz  uwielbieniem.  Powiedziała  nawet,  że  przejdzie  w  sobotę  z 
Jessicą przez pole Charlesa Fraitha. 

   Ale  już  w  piątek  skarżyła  się  na  bóle  brzucha.  Potem  poszła  do 
łazienki, skąd zaraz dobyły się obrzydliwe, krztuszone odgłosy. 

—  Sama  jesteś  sobie  winna  —  powiedziała  Jessica  bez  cienia 
współczucia  —  kupujesz  śmieci  ze  sklepów  z    ekożywnością  i 
myślisz,  że  są  zdrowe,  bo  były  w  takim  sklepie.  Szczerze?  Głupia 
jesteś. 

  —Daj mi spokój — jęknęła Mary. 

—  Ale chyba czujesz się na tyle dobrze, by pójść ze mną jutro? — 
rzekła Jessica 

Mary skryła głowę w ramionach. 

—  Nie pójdę. 

background image

48 

 

  Więc w sobotę Jessica Tartnick, obuta w podkute buciory, odziana 
w  krótką,  dżinsową  spódniczkę  i  bluzkę  bez  rękawów,  z  bojowym 
błyskiem w oczach ruszyła w pojedynkę. 

W  poniedziałek  do  Debory  w  pokoju  nauczycielskim  podszedł 
Jeffrey.  

— Jak sobie radzi Jessica? 

—  Nie  wiem  —  odpowiedziała  Deborah  —  nie  widziałam  jej. 
Chyba zamieszkała z Mary. 

— Spotkam się z innymi na lunchu w barze Pod Winogronami — 
powiedział Jeffrey, chodziło mu o wędrowców. — Tam możemy ją 
podpytać. 

Ale  kiedy  już  wszyscy  usadowili  się  nad  kanapkami  i  piwem  Pod 
Winogronami,  dowiedzieli  się  od  Mary,  że  Jessica  wybrała  się  na 
spacer przez ziemie sir Charlesa i nie wróciła. 

—  Pewnie  ostro  ją  ochrzanił,  a  ona  teraz  wini  nas  wszystkich  — 
skomentował Jeffrey. — Wiecie, że lubi się obrażać. 

—  Dyć to rura — dorzucił gniewnie Kelvin. 

—  Nieprawda! — Mary wyglądała na oburzoną.— Co  z  wami? 
Powinniście się za siebie wstydzić! 

—  Dlaczego nie poszłaś razem z nią, Mary? — 

spytała Alice. 

—  Pochorowałam się wtedy — odpowiedziała Mary. — Zatrucie 
pokarmowe. 

—  Troszeczkę  się  martwię  —  Peter  rozejrzał  się  po  grupie.  — 
Biedaczka  była  u  nas  w  gospodzie  Pod  Miedzianym  Kotłem  i 
szukała noclegu. Wyrzuciłeś ją Jeffrey? 

background image

49 

 

—  Tak — ten odrzekł wprost. — A co z tobą, Deboro? Do ciebie 
się nie zwróciła? 

—  Mieszkanie  mam  małe,  jak  wiesz,  a  łóżko  tylko  jedno  — 
odparła Deborah — mogłam ją ugościć tylko na jedną noc. 

—  Mówiłam ci, żeby ją przenocować — szepnęła Gemma. 

Oczy Alice zabłysły zazdrością. 

—  No nie, nie będziemy się znów o to kłóciły. 

—  To  co  mam  zrobić?  —  spytała  wszystkich  Mary.  —  Dzwonić 
na policję? 

—  Z  psami  nie  chcemy  mieć  do  czynienia  —  odpowiedział 
Jeffrey,  na  co  reszta  zareagowała  pomrukami  zgody.  —  Zapytam 
Jones, czy cokolwiek o niej słyszała. 

Pani Jones była dyrektorką szkoły. 

—  Już  pytałam  —  powiedziała  Deborah  —  dziś  rano.  Nie 
zwalniała się z pracy ani nic takiego. 

—  To  może  spytaj  swojego  przyjaciela  Charlesa,  on  widział  ją  w 
sobotę — podpowiedział Jeffrey, patrząc na Deborę. 

—  Nie  jest  moim  przyjacielem  —  wymamrotała  Deborah.  Nie 
powiedziała  reszcie  o  swojej  randce.  Ów  wieczór  spędziła  miło, 
mimo  iż  obejrzenie  po  raz  któryś 

Obywatela  Kane'a

  i  zjedzenie 

kolacji  w  Burger  Kingu  nie  kojarzyło  jej  się  z  eleganckim  rendez-
vous.  Niemniej  miło  się  jej  rozmawiało  z  sir  Charlesem,  choć  na 
koniec  nie  zasugerował  ponownego  spotkania.  Bardzo  chciała  do 
niego zatelefonować. Teraz miała dobrą wymówkę. 

 — Mogłabym do niego zadzwonić — zaproponowała. 

background image

50 

 

   —Znając  Jessicę  —  rzekł  sopranem  Peter  —  sądzę,  że  mogła 
zdążyć wejść z tym panem w konkubinat. 

  — Zadzwonię — powiedziała Deborah. 

   Poszła  do  budki  telefonicznej  na  rogu.  Telefon  odebrał  Gustav. 
Wysapała pytanie o sir Charlesa. 

  — Jest nieobecny — powiedział Gustav. 

  — O, a ja się zastanawiam, czy widzieli panowie moją przyjaciółkę, 
pannę Jessicę Tartnick? 

— Nie. 

  I  wtedy,  gdzieś  zza  Gustava,  Deborah  dosłyszała  wyraźnie  głos 
Fraitha, który zawołał: 

— Kto dzwoni Gustavie? 

— Nikt — odrzekł głośno Gustav i rozłączył się. 

    Deborah,  wściekła  i  zaskoczona,  spojrzała  na  słuchawkę. 
Następnie  powoli  odłożyła  ją  na  widełki.  Duma  nie  pozwalała 
dziewczynie przyznać się innym, że zlekceważył ją służący. 

—  Nie, nic nie słyszał — powiedziała. 

Jeffrey spojrzał na nią ze zdziwieniem i spytał: 

—  Jak to? Nie widział jej żaden dozorca ani ogrodnik? 

—  Nie — odpowiedziała Deborah, schyliwszy głowę. 

—  No to co robimy? 

background image

51 

 

—  Nie  jesteśmy  postaciami  ze  starej  powieści  —  powiedział 
Jeffrey.  —  To  znaczy,  jeśli  myślicie,  że  zakuto  ją  w  łańcuchy  w 
lochach Barfìeld House, to się mylicie. 

—  Cała sprawa może nie mieć nic wspólnego z tym Fraithem — 
odezwała  się  Gemma.  —  W  dzisiejszych  czasach  kobietom 
przydarzają się różne rzeczy. 

—  Na takom babe jak Jessika chop nie napadnie. To raczyj ona 
na niego — odparł Kelvin. 

Wreszcie uzgodniono, że grupa poczeka, co się wydarzy. Wypiwszy 
parę  drinków,  wędrowcy  stwierdzili,  że  Jessica  na  pewno  przestała 
się z nimi zadawać po to, by odkuć się za ich bunt. 

   Ale minęły kolejne dwa dni i Piechurzy z Dembley znów spotkali 
się w szkole. Jessiki brak. Do grupy przemawiał Jeffrey: 

—  Sądzę, że powinniśmy zebrać się jutro po pracy i jej poszukać. 

—  Nie  widzę  potrzeby  —  powiedziała  Mary    Trapp.  —  Jestem 
przekonana,  że  trzyma  się  od  nas  z  dala  po  to,  by  nas  ukarać  i 
nastraszyć. 

—  Ja,  a  bezco  my  bulim  podatki?  —  spytał  zniecierpliwiony 
Kelvin. — Dzwonić na policyjo! 

—  Nie!  —  stanowczo  zaprzeczył  Jeffrey.  —  Najpierw  zobaczmy, 
co nam się uda zrobić własnymi siłami. 

Kiedy znów się zgromadzili, był ciepły, pogodny wieczór. Choć jako 
towarzystwo stanowili dość dziwną mieszankę, Jeffrey nie mógł się 
opędzić  od  myśli,  że  bez  Jessiki  u  boku  czuli  się  odprężeni  i 
szczęśliwi.  Aż  do  takiego  stopnia  ich  zdominowała.  Otrząsnął  się. 
Juz  zaczął  myśleć  o  niej  w  czasie  przeszłym.  W  złotym  świetle 

background image

52 

 

wieczoru  wymaszerowali  z  Dembley.  Gdy  dotarli  do  majątku 
Charlesa Fraitha, Jeffrey rozłożył dużą wojskową  mapę i brudnym 
paznokciem pokazał :trasę. 

W  grupie  zapadła  cisza.  Pozbawieni  bojowej  przywódczyni  w 
postaci Jessiki wszyscy poczuli się nieswojo, wkraczając na zakazany 
teren. Wieczór był cichy i bezwietrzny. Ostrożnie zamknęli za sobą 
furtki.  Jessica  zostawiłaby  je  otwarte.  Wkrótce  doszli  na  pole 
rzepaku połyskującego w zachodzącym słońcu jak złoto. 

 —  Spójrzcie!  —  powiedział  Jeffrey,  zatrzymując  się  na  krańcu 
pola. Jessica, bo założyli, że musiała to być Jessica, najwyraźniej szła 
tędy przez pole, depcząc po żółtych kwiatach. 

—  Żeby  poczynić  aż  takie  szkody,  musiała  chyba  skakać  po  tym 
polu — zauważyła zdumiona Alice. 

Poszli  gęsiego,  z  Jeffreyem  na  czele,  stąpając  po  śladach.  Na 
przeciwległym krańcu pola zza drzew wyłaniał się Barfìeld House. 

—  Tu  urywa  się  szlak  —  powiedział  Jeffrey.  —  Coś  tu 
zakopywała? 

Wszyscy  stanęli  kołem,  przyglądając  się  wzgórkowi  usypanemu  z 
ziemi i fragmentów poszarpanych roślin. 

Kelvin przepchnął się do środka i poskrobał ziemię wielkim butem. 
Ze  wzgórka  posypała  się  ziemia  i  oto  ukazała  się  wszystkim  obuta 
stopa i blada noga. Blada i owłosiona. Jessica nigdy nie goliła nóg. 

—  O, Boże! — krzyknęła Alice. Uklękła i rękami zaczęła kopać w 
ziemi. Stopniowo odkryli całe ciało Jessiki. Jej przybrudzona ziemią 
twarz była skierowana w stronę spokojnego nieba. 

background image

53 

 

Deborah  odwróciła  się  i  gwałtownie  zwymiotowała,  Gemma  się 
rozpłakała,  a  Mary  Trapp  zemdlała,  padając  na  trupa  jakby  w 
groteskowe objęcia. 

Kelvin ją odciągnął.  

—  Styknie  tego.  Tera  wołajcie  policyjo.  Co,  gupieloki,  niy 
rozumiycie? Ktoś jom zabił!  

    Wkrótce,  to  znaczy  po  obróceniu  ciała  Jessiki,  odkryto,  iż  ktoś 
uderzył  ją  w  głowę  szpadlem,  zadając  cios  krawędzią,  a  następnie 
podjął  niezdarną  próbę  zakopania  trupa.  Bill  Wong,  cierpliwie 
czekający  na  instrukcje  od  swojego  przełożonego,  stał  obok 
namiotu, który skrywał obecnie trupa Jessiki. Pomyślał sobie, że to 
dziwne, iż Agatha właśnie wróciła z Londynu, żeby pospacerować, a 
tu  nagle  spacerowy  mord.  Ciemność  nocy  rozpraszały  silne 
reflektory  porozmieszczane  wokół  namiotu.  Od  strony  drzew 
dobiegało  pohukiwanie  sowy.  Kwitnącym  rzepakiem,  wybielonym 
od świateł, targał wiatr. 

Do Billa podszedł nadkomisarz Wilkes. 

 — Wszyscy w domu?  

Bill kiwnął głową. 

 —  Zacznijmy  ich  przesłuchiwać.  Tutaj  dowiedzieliśmy  się  już 
wszystkiego, co się dało. Cios zadano od tyłu, bardzo silnie. 

— To musiał być potężny facet.  

— Niekoniecznie. Mogła to zrobić kobieta. Wystarczyło dobrze się 
zamachnąć. To był ciężki szpadel. 

— Kto mógł taki mieć? 

background image

54 

 

—  Tego  właśnie  musimy  się  dowiedzieć.  Na  odciski  palców  za 
wcześnie. No i jeśli wyszła w sobotę, , jak zapowiadała, to od czasu 
dokonania zabójstwa padało. 

— Myślisz, ze to Charles Fraith stracił nerwy j i ją walnął? 

—  Dopiero,  jak  z  nim  porozmawiamy,  będziemy  w  stanie 
cokolwiek  stwierdzić.  Słyszałem,  że  do  Carsely  wróciła  ta  twoja 
zmora. 

—  Moja   przyjaciółka  Agatha?   —   Bill uśmiechnął. — Ciekaw 
jestem jej opinii. 

     Wilkes aż się zatrząsł. 

—  Nawet jej nie mów. U progu powitał ich Gustav. 

—  Osoby wyznaczone przez panów do przesłuchania ulokowałem 
w sali balowej. 

—  Najpierw  chcielibyśmy  porozmawiać  z  sir  Charlesem. 
Możemy? 

Gustav skłonił głowę. 

—  Proszę za mną — mówił już tonem znaczna mniej oficjalnym 
— i niech to nie zajmie całej nocy — obejrzał się za siebie. — O co 
chodzi, Parsons? 

Policjant  odwrócił  się.  Za  nimi  stał  smukły  mężczyzna  z 
przewieszoną strzelbą. 

—  Zamknąłem  bramy  Gustavie  —  powiedział  Parsons  —  ale 
ludzie z prasy próbują się dostać do środka. 

—  To  ich  zastrzel  -  odpowiedział  ze  spokojem  Gustav.  —  Tędy, 
panowie  — po czym otworzył drzwi gabinetu sir Charlesa. Wilkes 

background image

55 

 

przez chwil się zawahał, najwyraźniej zachodząc w głowę, czy rozkaz 
otwarcia ognia do przedstawicieli prasy wydano na poważnie, ale w 
końcu stwierdził, że nie.  

Przedstawił siebie i Billa Wonga.  

Charles  Fraith  siadł  za  eleganckim  biurkiem.  Złożył  ręce  na 
powleczonym skórką blacie i obserwował ich z zaciekawieniem.  

—    Sir  Charlesie  —  zaczął  Wilkes  —  zadamy  tylko  kilka  pytań. 
Trup  znaleziony  na  pańskim  polu  to  ciało  członkini  towarzystwa 
turystyki  pieszej  Piechurzy  z    Dembley.  Sądzimy,  że  zabito  ją  w 
sobotę, najprawdopodobniej po południu. Wtedy miała zamiar iść 
przez pańską ziemię. Czy pan ją widział?  

—  Nie. 

—  A gdzie pan był w sobotę? 

—  W Londynie. Mam mieszkanie w Westminsterze 

—  Adres?  

Podał go. 

—  Czy ktokolwiek pana widział? 

— Gustav mnie wiózł, a moja ciotka, pani Tassy, jechała z nami. 

—  Zamienimy słowo z panią Tassy i z Gustavem. 

 —  Z Gustavem niech panowie rozmawiają do woli , ale czy muszą 
rozmawiać też z ciotką? Dopiero się położyła. Cała ta sprawa to dla 
niej ogromny wstrząs.  

—  Może jutro. Ale musimy z nią porozmawiać. Niech pan powie, 
co panu wiadomo o Piechurach z Dembley? 

background image

56 

 

 —  Niewiele  —  odpowiedział  sir  Charles.  —  Mam  tu  list,  który 
napisała  do  mnie panna Tartnick,   a oto kopia odpowiedzi, którą 
jej wysłałem. 

Przestudiowali oba pisma. Wilkes rzekł: 

—  Jak pan myśli, dlaczego po tak uprzejmym zaproszeniu panna 
Tartnick wybrała się sama?  

—  Och,  powiem  panom  dlaczego.  Jedną  z  członkiń  tego 
towarzystwa  zaprosiłem  do  kina. 

Obywatel    Kane

.  Bardzo  dobry 

film. Widzieli panowie? 

—  Wielokrotnie — odpowiedział Wilkes. 

—  W każdym razie, powiedziała mi, że reszcie nie spodobało się 
nieprzyjazne nastawienie owej Jessiki i kazali jej iść samej. 

—  A więc wiedział pan, że przyjdzie? 

—  Owszem, ale musiałem spotkać się ze znajomymi w Londynie, 
wiec stwierdziłem, że pojadę 

—  Jak nazywali się znajomi? 

—  Hasseltonowie. Ale w końcu się z nimi nie spotkałem. Dzień 
był  deszczowy,  wiec  wolałem  zostać  w  mieszkaniu  i  pooglądać 
telewizję. 

—  Czyli nie ma pan świadków mogących potwierdzić, że był pan 
w Londynie? 

—  Ależ mówiłem już panom: jest moja ciotka i Gustav. 

—  Wolelibyśmy  świadka,  z  którym  nie  łączą  pana  bliższe 
stosunki. 

background image

57 

 

—  To znaczy, że niby kłamaliby na moją korzyść? Co za nieładna 
sugestia. 

  —  Odezwiemy się jeszcze do pana, jeśli to możliwe — powiedział 
Wilkes, wstając. 

—  Nie zajmie to chyba całej nocy? 

—  Gdzie zabójca mógł znaleźć taki szpadel? 

—Naprawdę nie mam pojęcia. Może niech panowie porozmawiają 
z zarządcą mojego majątku, panem Tempie. Mieszka w Dembley — 
sir Charles pośpiesznie napisał coś na kartce papieru. — To adres i 
numer telefonu.  

Wilkes wziął kartkę i spytał: 

—  A gdzie wędrowcy? 

—  Sądzę, że Gustav skierował ich do sali balowej 

—  Dlaczego tam? — spytał Wilkes z ciekawością 

—  Pewnie dlatego, że rzadko z niej korzystamy. 

 Wychodząc,  Wilkes  odwrócił  się  jeszcze.  Którą  członkinię 
towarzystwa zabrał pan do kina ?  

— Tę ładną i drobną, Deborę Camden. 

 Gustav  czekał  za  drzwiami.  Poprowadził  policjantów  przez 
obszerny  hol,  następnie  korytarzykiem,  aż  wreszcie  otworzył  drzwi 
na  oścież.  Sala  podobnie,  jak  pozostałe  wnętrza,  miała  ściany 
wyłożone dębem. Na krzesłach ustawionych w  wysepkę, z których 
wyjątkowo na tę okoliczność zdjęto pokrowce, siedzieli członkowie 
koła turystyki pieszej. Nad ich głowami płonął wspaniały żyrandol. 

background image

58 

 

W  galerii  dla  muzyków,  która  znajdowała  się  nad  salą  balową, 
siedział jeden policjant, drugi  trzymał wartę przy drzwiach. 

Wilkes  zwrócił się do Gustava: 

—  Chciałbym  przesłuchać  ich  po  kolei.  Czy  znalazłoby  się 
odpowiednie pomieszczenie? 

Gustav pomyślał chwilę i powiedział: 

—  Proszę za mną.  

Otworzył drzwi pomieszczenia sąsiadującego z salą balową. 

—  Tutaj  przechowywaliśmy  dawniej  okrycia  —  rzekł.  — 
Wystarczy? 

Wilkes  rozejrzał  się  po  pokoiku.  Było  tu  kilka  twardych  krzeseł, 
podłużne lustro zajmujące cała ścianę i czarny, pusty kominek. 

—  Nada się. Proszę na początek wezwać Deborę Camden. 

—  Ja muszę zająć się sir Charlesem — odparł Gustav. — Niech 
panowie sami ją wezwą. 

—  Kiedyś  marzyłem,  że  któregoś  dnia  zostanę  bogaty  —  po 
wyjściu  Gustava  powiedział  Bill  Wong  —  i  że  będę  miał  służbę. 
Tymczasem  krótkie  doświadczenie  z  Gustavem  skłania  mnie  ku 
mśli iż wolałbym jednak robota. 

—  Lepiej  zabierzmy  się  do  pracy,  zamiast  dyskutować  o  służbie. 
Wezwij Deborę. 

 Gdy  Deborah  weszła,  Wilkes  dokładnie  ją  obejrzał.  Cerę  miała 
bardzo  bladą.  Nieśmiała,  szara  myszka,  pomyślał,  zdumiony,  że 
Charlesowi Fraithowi w ogóle przyszło na myśl się z nią umawiać. 

background image

59 

 

—  To  tylko  wstępne  przesłuchanie,  panno  Camden  — 
powiedział  —  jutro  poprosimy  panią  o  przyjście  na  komisariat, 
gdzie  złoży  pani  oficjalne  zeznania.  Co  robiła  pani  w  sobotę  po 
południu? 

— Byłam w Dembley na zakupach.  

— A czy którykolwiek ze sprzedawców mógł panią zapamiętać? 

—  Nie  wydaje  mi  się.  Tylko  oglądałam  wystawy.  Za  nauczycielską 
pensję niewiele można kupić. 

—  Jak poznała pani Charlesa Fraitha? 

—  Towarzystwo  wysłało  mnie,  żebym  zbadała  szlak,  ale  nie 
chciałam,  by  mi  zarzucono  wtargnięcie  na  teren  prywatny  bez 
zezwolenia,  więc  przyszłam  tutaj.  Sir  Charles  poczęstował  mnie 
herbatą, wziął ode  mnie numer, a  później zaprosił mnie do kina i 
na kolację. 

—  Wrócimy  do  niego  za  chwilę.  A  co  pani  wiadomo  o  Jessice 
Tartnick? 

 Oczy Debory wypełniły się łzami. 

 — Przykro mi, że się z nią pokłóciłam — odpowiedziała drżącym 
głosem. 

 — Pokłóciły się panie o ten szlak?  

Deborah milcząco pokiwała głową. 

—  To  niewesoła  sprawa,  ale  proszę  wziąć  się  garść.  Proszę 
opowiedzieć, co pani wie o przeszłości  Jessiki. 

  Łamiącym  się  głosem  Deborah  naszkicowała,  co  wiedziała.  Że 
Jessica  była  w  Greenham  Common  z  kobietami  protestującymi 

background image

60 

 

przeciw broni jądrowej, gdy jeszcze działała tam baza rakietowa. Że 
kilkakrotnie  ją  tam  aresztowano  za  przecinanie  drutów.  Że  nie  do 
końca było jasne, gdzie uczyła, zanim przyjęto ją do pracy w szkole 
w  Dembley.  Nie,  nie  znały  się  zbyt  blisko.  I  że  Jessica  mieszkała 
przez jakiś czas z Jeffreyem Bensonem, ale ją wyrzucił. 

—  Dlaczego? 

—  Z tego samego powodu, dla którego reszta naszej grupy była na 
nią zła. Lubiła szukać szlaków, o których właściciele ziemscy często 
nie wiedzieli, że przechodzą przez ich teren, a następnie rozrabiać. 
Na początku to było ciekawe,  ale wszyscy mieliśmy powoli dość jej 
mądrzenia  się  —  powiedziała  Deborah.  —  Oczywiście,  tylko  
spekuluję. Nie było mnie przy jej sprzeczce z Jeffreyem. 

 Deborah  wyraźnie  coraz  bardziej  się  rozluźniała.  Powiedziała,  że 
chociaż Jessica działała na nerwy każdemu w ten czy inny sposób, to 
nie  wydawało  się  jej,  żeby  ktokolwiek  nienawidził  Jessski  do  tego 
stopnia, by ją zabić. 

—  Ale  chyba  wiem,  kto  jej  aż  tak  nienawidził  —  powiedziała 
wreszcie z nutą triumfu w głosie. 

—  Kto? —dopytał Wilkes. 

—  Gustav,  ten  służący.  Jest  dziwny  i  chyba  byłby  zdolny  do 
przemocy. 

—  Będziemy  mieli  na  niego  oko.  Spodziewa  się,  że  złoży  pani 
jutro  zeznania  na  komisariacie  w  Mircesterze,  panno  Camden. 
Zanim  pani  stąd  pójdzie,  proszę  zapytać  policjanta  przy  drzwiach 
sali  balowej  o  termin  przesłuchania.  I  proszę  tu  wezwać  Jeffreya 
Bensona. 

background image

61 

 

   Gdy  wszedł  Jefrrey,  Bill  Wong  przyjrzał  mu  się  uważnie. 
Policjantowi coś kołatało w głowie. Z jakiegoś powodu zdawało mu 
się,  że  policja  już  kiedyś  się  nim  interesowała.  Jefrrey  Benson  był 
mężczyzną  słusznej  budowy.  Z  przodu  trochę  łysiał,  z  tyłu  włosy 
miał związane w kitkę.  

   Wysłuchał  informacji,  że  jest  to  przesłuchanie  wstępne,  a 
następnie spytano go o relacje łączące Jessicą Tartnick.  

 —  Byliśmy  kochankami  —  powiedział  Jeffrey.  A  może  wolą 
panowie zwyczajowe określenie?  

Zdając sobie sprawę, jakie byłoby to zwyczajowe określenie, Wilkes 
kazał mu mówić dalej.  

—  Niech  pan  zacznie  od  początku  i  powie,  jak  doszło  do  tego,  że 
panna Tartnick wybrała się sama na wycieczkę. 

  Jak  na  kogoś,  kto  nie  przepadał  za  policją,  Jefrrey  wydał  się 
zaskakująco  dobrym  świadkiem.  Opisał  wszystko  od  początku, 
przytoczył  tyradę  Jessiki,  którą  ta  próbowała  zwerbować  ich 
wszystkich  na  przemarsz,  następnie  opowiedział  o  ich  kłótni, 
przemilczał  tylko fragment o Irlandczykach, mówiąc po prostu, że 
miał dość „babskiego rządzenia".  

— Nie było między nami uczucia - powiedział. Ona chciała tego, co 
miałem, a ja jej to dawałem. 

   Podobnie  jak  Deborah,  on  też  nie  miał  alibi  na  sobotnie 
popołudnie.  Robił  coś  w  domu.  Może  poszedł  do  gospody  Pod 
Winogronami. Nie pamiętał. 

Następny  był  Kelvin  Hamilton.  Spytany  o  to,  czy  Jessica  zwracała 
się do niego z prośbą o nocleg, odpowiedział: 

background image

62 

 

—  Pywnie, że niy. Niy miałech czasu sie wadzić z takom lalom i 
ona o tym wiedziała. 

   Kelvin  rozmyślał  nerwowo.  Nie  powiedział  nikomu  o  tym,  że 
Jessica u niego była. Ale czy na pewno? Wtem załamała go myśl, że 
policja może przesłuchać też jego sąsiadów, że na pewno przesłucha 
jego sąsiadów, a wtedy dowie się wszystkiego o tej wizycie, o kłótni, 
do jakiej wtedy doszło.  Ściany były cienkie, a Jessica jeszcze na ulicy 
wykrzykiwała  w  jego  kierunku  różne  obelgi.  Niemniej  nie  śmiał 
przyznać teraz, że skłamał. 

—  Mnie sie zdaje, że to zrobiła Deborah Camden. 

—  A dlaczego? — spytał Wilkes. 

—  Bo  tak  sie  zapoliła  do  tego,  żeby  sie  czymoć  z  arystokrata,  że 
byście nie uwierzyli, że sie w dwudziestym wieku urodziła! 

—  I to według pana wystarczający powód, by zabić kobietę, która 
tylko przeszła po polu? 

—  Na małe i ciche najbardzij trza uważać.  

Następnie wypytali Kelvina, od kiedy zna Jessicę, co o niej wiedział, 
jak  oceniłby  jej  relacje  z  Jeffreyem  i  gdzie  przebywał  w  sobotę. 
Następnie  go  wypuścili,  usuwając  z  jego  oblicza  wyraz  ulgi  za 
pomocą wezwania do stawienia się na przesłuchanie w Mircesterze 
dzień później. 

—  Kolejna osoba bez alibi —zauważył Wilkes. 

     Następnie  przyszła  kolej  na  Alice  Dewhurst.  Chciała,  by 
przesłuchiwano  ją  w  parze  z  Gemmą  Queen,  i  kilka  minut  zajęło 
przekonywanie jej, że muszą zostać przesłuchane oddzielnie. 

background image

63 

 

 Gdy  wyprowadzono Gemmę z pokoju, Alice usiadła nadąsana.  

—  No,  to  prosimy  —  powiedział  Wilkes,  kiedy  Bill  Wong 
zanotował już dane osobowe, jej adres, wiek i zawód. — Co  może 
nam pani powiedzieć o Jessice Tartnick? 

Przemieściła  się,  ciężka  i  rozłożysta,  na  niewygodnym,  małym 
krześle. 

— Sama nie wiem. Poglądy miała słuszne, ale była zbyt natarczywa, 
nawet jak na tak zapaloną feministkę. To znaczy, ustawiać powinno 
się mężczyzn, a nie kobiety. 

    Wilkes  uznał  to  rozumowanie  za  obłędne,  ale  jej  nie  przerywał. 
Zamiast tego zapytał:  

—  Czy  ktokolwiek  z  was  znał  Jessicę  Tartnick,  zanim 
przeprowadziła się do Dembley?  

—Nie — powiedziała Alice. Coś błysnęło jej oku. Billowi Wongowi 
zdawało się, że kobieta kłamie.  

—  Może  się  pani  wydać,  że  niektóre  z  naszych  pytań  będą 
niezwiązane  ze  sprawą,  ale  musimy  ustalić,  jaka  była  panna 
Tartnick. Jej rodzina mieszka w Milton Keynes. Wydaje mi się, że 
ma tam matkę i siostrę i że one wiedzą już o śmierci. Zginęła tutaj, 
dlatego  musimy  ustalić,  dlaczego  ktoś  aż  tak  jej  nienawidził,  że  ją 
zabił. 

  —    To  bardzo  proste  —  powiedziała  Alice  protekcjonalnym 
tonem. — Charles Fraith lub jeden z pracowników majątku stracił 
nerwy i uderzył ją szpadlem. 

    Wilkes odparł drwiąco, że to rozumowanie wydaje mu się bardzo 
logiczne, skoro nikt przed samotną wyprawą Jessiki nie targnął się 

background image

64 

 

na  jej  życie,  a  przynajmniej  nic  o  tym  nie  wiadomo.  Wypytali 
jeszcze Alice o zainteresowania Jessiki i przyjaźnie. Po wysłuchaniu 
odpowiedzi  mieli  coraz  silniejsze  przekonanie,  że  Alice  zazdrościła 
Jessice i że nie bardzo ją lubiła. 

Alice  zeznała,  że  w  sobotę  była  w  domu  z  Gemmą.  Oglądały  w 
telewizji film i w ogóle nie wychodziły. 

    Gemma  Queen,  którą  przesłuchiwano  jako  następną,  łamiącym 
się  głosikiem  potwierdziła  to  alibi.  Wilkesowi  wydała  się  jedną  z 
owych  młodych  ekspedientek,  pozbawionych  ambicji,  które  
zajmują  się  plotkowaniem  o  chłopcach,  a  nie  wędrowaniem  z 
gniewnymi turystami pieszymi. 

   Spytana o Jessicę, powiedziała o zmarłej tylko  same dobre rzeczy, 
dorzucając wyrazy uwielbienia.  

—  A czy podzielała pani jej bojowe poglądy?  

—  Że co, proszę? 

—  Czy nie lubiła pani właścicieli ziemskich podobnie jak panna 
Tartnick? 

—  Niech panowie spytają Alice. 

—  Panno Queen! Czy nie ma pani własnych poglądów? 

— No, nie wiem. Tak po prawdzie, to nie rozumiem połowy z tego, 
co oni wszyscy gadają. Ale Jessica  była fajna i  ładniutka. Zabrała 
mnie  kiedyś  na  balet  —  Gemma  nagle  zachichotała.  —  Alice  się 
wściekła. 

    Wilkes  stwierdził,  że  z  Gemmy  nie  wydobędzie  już  nic 
sensownego.  Poza  tym  umówili  ją na  zeznania  na  następny  dzień. 

background image

65 

 

Wtedy  już  powinni  wiedzieć  znacznie  więcej  o  wszystkich,  którzy 
brali udział w sprawie. 

   W porównaniu z innymi Peter Hatfield i Terry Brice wydali się 
rozmowni.  W  sobotnie  popołudnie  obaj  byli  w  pracy,  toteż  jako 
jedyni  mieli  mocne  alibi.  Choć  przesłuchiwano  ich  osobno, 
opowiedzieli  mniej  więcej  to  samo.  Do  grupy  piechurów  dołączyli 
dlatego,  że  żaden  z  nich  nie  chciał  "nie  zbytnio  przytyć".  Owszem, 
zwykle  w  soboty  mieli    wolne,  ale  w  tę  sobotę,  gdy  restauracja 
trzecią a siódmą była zamknięta, zgodzili się zostać  i szykować stoły 
na wieczór. Ich zeznania do tego stopnia były zbieżne, iż Wilkes był 
przekonany,  że  przećwiczyli  je,  czekając  w  sali  balowej.  Chociaż 
jeden  potwierdził  alibi  drugiego,  to  policjantowi  przeszło  przez 
myśl,  że  może  któryś  wyszedł  z  restauracji,  pojechał  samochodem 
do majątku, zabił Jessicę, a potem wrócił. 

Po  przesłuchaniu  kelnerów  nadkomisarz  odwrócił  się  do  Billa 
Wonga, przeciągnął, ziewnął i rzekł: 

—To teraz Gustav.  

   Ale  im  przerwano.  Wszedł  policjant,  który  stał  na  straży  przed 
wejściem do dworu, i powiedział:  

—  Przepraszam,  panie  nadkomisarzu,  ale  jest  tu  jeden  z 
robotników  rolnych.  Myślę,  że  pan  nadkomisarz  powinien  go 
wysłuchać. Nazywa Noakes, Joe Noakes. 

—  Wprowadzić. 

   Do pokoiku wszedł wielki, krzepki mężczyzna z twarzą wyrażającą 
podły  nastrój.  Przedstawił  się  jako  Joseph  Noakes,  robotnik  w 
gospodarstwie pana Dyke'a, który je prowadził jako cześć  majątku 
należącego do dworu. 

background image

66 

 

—  Co ma pan nam do powiedzenia? 

—  Widziałem sir Charlesa z tą kobietą, co nie żyje. 

Twarz Wilkesa się napięła. 

—  Proszę mówić. Kiedy to było? 

—  W sobotę. Szła przez pole rzepaku, a rwała, a tupała!  Wyszedł 
do niej sir Charles. 

—  Gdzie?  W  którym  miejscu  na  polu?  Na  środku,  tam,  gdzie 
znaleziono ciało? 

—  Nie, trochę dalej od domu. 

—  Czy słyszał pan, co Charles Fraith mówił? 

—  Nie,  robiłem  wtedy  w  polu,  dalej.  Ale  machał  rękami  w  jej 
kierunku. Potem się odwrócił  i poszedł do dworu. 

—  A ona jeszcze żyła? 

—  Taaak... — przyznał pan Noakes z wahaniem 

—  I co się wtedy stało? 

—  Odszedłem i nic już więcej nie widziałem. 

—  Proszę  zaczekać  na  zewnątrz  -  rzekł  Wilkes.  —Pójedzie  pan  z 
nami. 

     Gdy drzwi się zamknęły, zwrócił się do Billa Wonga: 

— Sir Charlesa też zabierzemy. Chyba znaleźliśmy mordercę. 

 

 

background image

67