background image

Arkadij i Borys Strugaccy 
 
 
 
Koniec Akcji "Arka" 
Przeło
żyła Irena Lewandowska 
 
Rozdział l  
PUSTKA l CISZA 
 
 
- Wiesz - powiedziała Majka - mam jakie
ś kretyńskie 
przeczucie... 
Stali
śmy obok glidera. Majka patrzyła pod nogi i 
uderzała obcasem w zamarzni
ęty piasek. 
Żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła mi do 
głowy. Osobi
ście nie miałem żadnych przeczuć, ale 
te
ż mi się tu nie podobało, jeśli mam być szczery. 
Zmru
żyłem oczy i spojrzałem na lodowiec. Sterczał 
nad horyzontem jak gigantyczna głowa cukru, 
o
ślepiająco biały, wyszczerbiony kieł, bardzo zimny, 
bardzo stabilny monolit, bez tych wszystkich 
malowniczych migota
ń i cieni - było jasne, że skoro 
ju
ż sto tysięcy lat temu wgryzł się w ten płaski i 
bezbronny brzeg, to zamierza tu stercze
ć następne 
sto tysi
ęcy lat na złość wszystkim swoim bezdomnym 
współbraciom, dryfuj
ącym po oceanie. Gładka, 
szaro
żółta plaża spływała ku lodowcowi błyskają
miliardami mro
źnych igiełek, a po prawej był ocean, 
ołowiany, ziej
ący wystygłym metalem, zmarszczony 

background image

słabą falą, u horyzontu czarny jak tusz, i 
nienaturalnie martwy. Po lewej, nad gor
ącymi 
źródłami, nad bagnem, wisiała warstwami szara 
mgła, za mgł
ą niewyraźnie majaczyły szczeciniaste 
wzgórza, a dalej spi
ętrzone strome czarne skały w 
białych plamach 
śniegu. Te skały ciągnęły się wzdłuż 
całego wybrze
ża, a nad nimi, na bezchmurnym, ale 
równie ponurym szaroliliowym lodowatym niebie 
wschodziło male
ńkie, zimne fioletowawe słońce. 
Van der Hoose wysiadł z glidera, naci
ągnął na głowę 
futrzany kaptur i podszedł do nas. 
- Jestem gotów - o
świadczył. - Gdzie Komow? 
Majka wzruszyła ramionami i chuchn
ęła na 
zmarzni
ęte palce. 
- Pewnie zaraz przyjdzie powiedziała z 
roztargnieniem. 
- Dok
ąd się dzisiaj wybieracie? - zapytałem Van der 
Hoosego. - Na jezioro? 
Van der Hoose uniósł podbródek, wysun
ął dolną 
warg
ę, spojrzał na mnie sennie i od razu upodobnił 
si
ę do podstarzałego wielbłąda o kudłatych jak u 
rysia bokobrodach. 
- Smutno ci tu samemu - powiedział ze 
współczuciem. Jednak
że będziesz musiał jeszcze 
troch
ę pocierpieć, jak sądzisz? 
- S
ądzęże będę musiał. 
Van der Hoose odrzucił głow
ę jeszcze bardziej do 
tyłu i nadal z t
ą samą wyniosłością starego wielbłąda 
spojrzał na lodowiec. 

background image

- Tak - oświadczył ze zrozumieniem. - To 
niezmiernie przypomina Ziemi
ę, ale to nie Ziemia. 
Na tym polega całe nieszcz
ęście z planetami tego 
typu. Człowiek ci
ągle czuje się oszukany. 
Okradziony. Ale i do tego mo
żna się przyzwyczaić
jak s
ądzisz, Majka? 
Majka nie odpowiedziała. Była dzisiaj jaka
ś 
nieswoja. Albo przeciwnie w
ściekła. Ale z Majką to 
si
ę zdarza, taka już jest. 
Z tyłu, za nami, z lekkim cmokni
ęciem pękła błona 
włazu i Komow zeskoczył na piasek. Id
ąc, 
po
śpiesznie zapiął dochę. Kiedy podszedł do nas, 
zapytał krótko: 
- Gotowi? 
- Gotowi - powiedział Van der Hoose. - Dok
ą
dzisiaj? Znowu na jezioro? 
- Tak - odparł Komow szamocz
ąc się z zapinką pod 
szyj
ą. - Jeśli dobrze pamiętam, Majka, ty masz 
dzisiaj kwadrat sze
śćdziesiąt cztery. Moje 
koordynaty: zachodni brzeg jeziora, wzgórze siedem, 
wzgórze dwana
ście. Szczegóły omówimy w czasie 
jazdy. Ciebie, Popow, poprosz
ę o nadanie depesz, 
zostawiłem je na mostku. Ł
ączność ze mną przez 
glider. Powrót o osiemnastej zero-zero. W razie 
opó
źnienia uprzedzimy cię
- Jasne - powiedziałem bez entuzjazmu. Nie 
spodobało mi si
ę to gadanie o spóźnieniu. Majka w 
milczeniu ruszyła w stron
ę glidera. Komow 
poskromił wreszcie zapink
ę, przesunął dłonią po 

background image

piersi i poszedł za Majką. Van der Hoose ścisnął 
mnie za rami
ę
- Jak najmniej wpatruj si
ę w te pejzaże - poradził. - 
Sied
ź w domu i o ile to tylko możliwe czytaj sobie. 
Dbaj o swój woreczek 
żółciowy. 
Bez po
śpiechu władował się do glidera, usiadł w 
fotelu pilota i pomachał mi dłoni
ą. Majka wreszcie 
pozwoliła sobie na u
śmiech i też mi pomachała, 
Komow nie patrz
ąc kiwnął głową, zasunął się 
odwietrznik i przestałem ich widzie
ć. Glider ruszył 
bezszelestnie, ostro wystartował do góry, 
błyskawicznie zamienił si
ę w czarny, maleńki punkt i 
znikł, jakby go nigdy nie było. Zostałem sam. 
Przez jaki
ś czas stałem w miejscu z rękami 
wsuni
ętymi głęboko w kieszenie dochy i patrzyłem, 
jak pracuj
ą moi wychowankowie. W ciągu nocy 
nie
źle się potrudzili, schudli, stracili na wadze i teraz 
szeroko rozdziawiaj
ąc pochłaniacze energii chciwie 
łykali wodnisty bulion, którym karmiło ich w
ątłe 
liliowe sło
ńce, nic poza tym ich nie interesowało. I 
nic poza tym nie było im potrzebne, nawet ja im nie 
byłem potrzebny - w ka
żdym razie do momentu, w 
którym wyczerpie si
ę program. Wprawdzie 
niezgrabny grubas Tom za ka
żdym razem, kiedy 
trafiałem w pole widzenia jego wizjerów, zapalał 
rubinowy sygnał na czole i przy niejakiej dozie 
dobrej woli mo
żna to było uznać za powitanie, za 
uprzejmy acz nieco roztargniony ukłon, ale ja 
przecie
ż dobrze wiedziałem, że znaczy to po prostu 
"U mnie i u pozostałych wszystko w porz
ądku. 

background image

Wykonujemy zadanie. Czy masz jakieś nowe 
polecenia?" Nie miałem nowych polece
ń. Miałem 
poczucie samotno
ści, a dokoła panowała martwa 
cisza. 
To nie była mi
ękka cisza komory akustycznej, która 
zatyka wat
ą uszy, i nie ta cudowna cisza ziemskiego 
wieczoru za miastem - od
świeżająca, łagodnie 
obmywaj
ąca mózg, która niesie ukojenie i sprawia, 
że człowiek staje się cząstką wszystkiego co najlepsze 
na 
świecie. To była szczególna cisza - przeszywająca, 
prze
źroczysta jak próżnia, napinająca nerwy - cisza 
ogromnego, absolutnie pustego 
świata. 
Rozejrzałem si
ę, osaczony. W ogóle zapewne nie 
mo
żna tak powiedzieć o sobie, zapewne należałoby 
powiedzie
ć po prostu "rozejrzałem się". Jednakż
naprawd
ę rozejrzałem się nie zwyczajnie, tylko 
wła
śnie jak osaczony. Bezszelestnie stygł ocean. 
Bezszelestnie o
ślepiało liliowe słońce. Pora była z tym 
wszystkim sko
ńczyć
Na przykład ci
ągle nie mogłem się zdecydować, aby 
pój
ść obejrzeć lodowiec. Do lodowca było z pięć 
kilometrów, a standardowa instrukcja kategorycznie 
zabrania dy
żurnemu oddalać się od statku dalej niż 
o sto metrów. Prawdopodobnie w innej sytuacji 
miałbym diabeln
ą pokusę, aby zaryzykować i 
naruszy
ć instrukcję. Ale nie tutaj. Tutaj mogłem 
równie dobrze odej
ść pięć kilometrów albo sto 
dwadzie
ścia pięć i nic by się nie stało ani ze mną, ani 
z moim statkiem, ani z dziesi
ęcioma pozostałymi 
statkami, które stały na swoich l
ądowiskach na 

background image

południe ode mnie we wszystkich strefach 
klimatycznych tej planety. Nie wyskoczy z tych 
kalekich zaro
śli, żeby mnie pożreć, krwiożerczy 
potwór - nie ma tu 
żadnych potworów. Nie 
nadci
ągnie znad oceanu straszliwy tajfun, żeby 
poderwa
ć nasz statek i rzucić nim o ponure skały - 
nie zanotowano tu ani tajfunów, ani innych 
wulkanów. Baza nie ogłosi nagłego biologicznego 
alarmu - tu nie mo
że być biologicznego alarmu - tu 
nie ma ani wirusów, ani bakterii niebezpiecznych dla 
wielokomórkowców. Niczego tu nie ma na tej 
planecie, oprócz oceanu, skał i karłowatych drzew. 
Nie ma powodu narusza
ć instrukcji. 
Nie ma te
ż powodu, aby jej przestrzegać. Na 
dowolnej przyzwoitej, czynnej biologicznie planecie, 
fig
ę bym tak stał z rękami w kieszeniach trzeciego 
dnia po wyl
ądowaniu. Zwijałbym się teraz jak w 
ukropie. Przygotowanie, uruchomienie i codzienna 
kontrola funkcjonowania wartownika-zwiadowcy. 
Zorganizowanie wokół statku - i wokół terenów 
budowy - Strefy Absolutnego Bezpiecze
ństwa 
Biologicznego. Zabezpieczenie wspomnianej SABB 
przed atakiem spod ziemi. Co dwie godziny kontrola 
i wymiana filtrów - zewn
ętrznych pokładowych, 
wewn
ętrznych pokładowych i osobistych. 
Zbudowanie bunkra-cmentarza na wszystkie 
odpadki, w tym równie
ż na zużyte filtry. Co cztery 
godziny sterylizacja, degazyfikacja i dezaktywacja 
systemów sterowniczych cybernetycznych 
mechanizmów. Kontrola informacji dostarczanej 

background image

przez roboty medyczne działające poza granicami 
SABB. No i ró
żne pozostałe drobiazgi - sondy 
meteorologiczne, zwiad sejsmiczny, stopie
ń 
speleologicznego bezpiecze
ństwa, tajfuny, lawiny, 
uskoki, le
śne pożary, wybuchy wulkanów... 
Wyobraziłem sobie, jak w skafandrze, spocony, 
niewyspany, zły i ju
ż nieco otępiały przemywam 
w
ęzły nerwowe grubasa Toma, jak wartownik-
zwiadowca lata mi nad głow
ą i z uporem idioty po 
raz dwudziesty komunikuje, 
że pod tym oto 
korzeniem pojawiła si
ę straszliwa nakrapiana żaba 
nieznanego gatunku, a w słuchawkach skrzecz
ą 
alarmuj
ące sygnały okropnie zdenerwowanych 
robotów słu
żby medycznej, które stwierdziły, ż
jaki
ś miejscowy wirus niestandardowo reaguje na 
prób
ę Baltermanca i w związku z tym teoretycznie 
mo
że przełamać blokadę biologiczną. Van der 
Hoose, który, jak przystało na lekarza i kapitana, nie 
opuszcza statku, zawiadamia mnie z pewnym 
niepokojem, 
że zaistniało niebezpieczeństwo 
zatoni
ęcia w trzęsawisku, a Komow z lodowatym 
spokojem melduje przez radio, 
że silnik glidera 
po
żarły jakieś owady w rodzaju naszych mrówek i ż
te mrówki w obecnej chwili przymierzaj
ą się do jego 
skafandra... Uff! Ale na taka planet
ę naturalnie nikt 
by mnie nie zabrał. Zabrano mnie wła
śnie na taką 
planet
ę, dla której nie pisze się instrukcji. Nie są 
potrzebne. 
Przystan
ąłem przed włazem, otrząsnąłem piasek z 
butów, postałem chwil
ę z dłonią na ciepłej pulsującej 

background image

burcie, a potem nacisnąłem błonę palcem. Na statku 
równie
ż było cicho, ale to była domowa cisza, cisza 
pustego i przytulnego mieszkania. Zrzuciłem doch
ę i 
poszedłem prosto na mostek. Nie zatrzymałem si
ę 
przy swoim pulpicie - i tak widziałem, 
że wszystko 
jest w porz
ądku - od razu usiadłem przy nadajniku. 
Depesze le
żały na stoliku. Włączyłem szyfrator i 
zacz
ąłem kodować tekst. W pierwszej 
Komow podawał Bazie współrz
ędne trzech 
ewentualnych obozowisk, meldował, 
że narybek 
został wczoraj wpuszczony do jeziora i radził, 
żeby 
Kitamura nie 
śpieszył się z gadami. To wszystko było 
mniej lub wi
ęcej zrozumiałe, ale z drugiej depeszy, 
skierowanej do Centralnego O
środka 
Informacyjnego, zrozumiałem tylko tyle, 
ż
Komowowi s
ą pilnie potrzebne dane współczynnika 
Y dla dwunormalnego humanoida z 
czteropi
ętrowym wskaźnikiem składającym się z 
dziewi
ęciu cyfr i czternastu greckich liter. To była 
idealnie hermetyczna wy
ższa ksenopsychologia, z 
której ja, jak ka
żdy normalny humanoid o 
wska
źniku zero, absolutnie niczego nie zrozumiałem. 
No i bardzo dobrze. Zakodowałem tekst, wł
ączyłem 
słu
żbowy kanał i nadałem wszystko na jednym 
impulsie. Potem zarejestrowałem depesze i wtedy 
przyszło mi do głowy, 
że już czas posłać pierwsze 
sprawozdanie. Zreszt
ą zależy, co się rozumie pod 
słowem - sprawozdanie... "Grupa EZ-2, roboty 
budowlane standard 15 - wykonanie - tyle i tyle 
procent" podpis, data. I to wszystko. Musiałem 

background image

wstać i podejść do swojego pulpitu, żeby rzucić 
okiem na harmonogram, i od razu zrozumiałem, 
dlaczego tak nagle zachciało mi si
ę wysłać 
sprawozdanie. Tu nie chodziło o 
żadne 
sprawozdanie, po prostu jestem zapewne ju
ż tak 
do
świadczonym cybernetykiem, że nawet nic nie 
widz
ąc i nie słysząc poczułem, że coś nie gra. I 
rzeczywi
ście - Tom, dokładnie tak jak wczoraj 
znowu ni z tego, ni z owego stan
ął. Jak i wczoraj z 
irytacj
ą nacisnąłem klawisz sygnału kontroli "Co się 
stało?", jak i wczoraj sygnał zatrzymania 
natychmiast zgasł i zapłon
ęło pomarańczowe 
światełko: "U nas wszystko w porządku, realizujemy 
program. Czy masz nowe polecenia?" Poleciłem mu 
przyst
ąpić do pracy i włączyłem ekran telewizyjny. 
Jack i Reks trudzili si
ę w pocie czoła, Tom również 
ruszył z miejsca, przez kilka sekund szedł jako
ś 
dziwnie troch
ę bokiem, szybko jednak wrócił do 
normy. - Ej, bracie - powiedziałem na głos - 
widocznie przepracowałe
ś się i trzeba cię będzie 
przeczy
ścić. - Spojrzałem na kartę pracy Toma - 
przegl
ąd techniczny wypadał na dzisiejszy wieczór. - 
Trudno, do wieczora jako
ś dotrwamy, jak sądzisz? 
Tom nie zaprzeczył. Przez jaki
ś czas patrzyłem na 
ich prac
ę, potem wyłączyłem ekran - lodowiec, mgła 
nad trz
ęsawiskiem, ciemne skały... Wolałem obejść 
si
ę bez tego wszystkiego. 
Sprawozdanie jednak wysłałem i niezwłocznie 
poł
ączyłem się z EZ-6. Wadik odezwał się 
natychmiast, jakby tylko na to czekał. 

background image

- No i co tam u was? - zapylaliśmy jednocześnie. 
- U nas nic - odpowiedziałem. 
- U nas jaszczurki pozdychały - poinformował mnie 
Wadik. 
- Eh, wy szybko
ściowcy! powiedziałem. - Przecież 
ostrzegał was Komow, ukochany ucze
ń doktora 
M'Bogi - nie 
śpieszcie się z gadami. 
- A kto si
ę z nimi śpieszy? - zdziwił się Wadik. - Jeśli 
ci
ę interesuje moja opinia, to one tak czy owak tu nie 
wy
żyją. W takim upale! 
- K
ąpiecie się? - zapytałem z zawiścią.  
Wadik zamilkł na moment. 
- Tak, chlapiemy si
ę - powiedział niechętnie. - Od 
czasu do czasu. 
- Dlaczego? 
- Pusto - powiedział Wadik - co
ś w rodzaju 
koszmarnie wielkiej wanny... Ty tego nie zrozumiesz. 
Normalny człowiek w ogóle nie jest w stanie 
wyobrazi
ć sobie takiej nieprawdopodobnej wanny. 
Płyn
ąłem kiedyś z pięć kilometrów, z początku 
wszystko było dobrze, ale kiedy nagle 
uprzytomniłem sobie, 
że to przecież nie basen tylko 
ocean... I oprócz mnie nie ma tu ani jednego 
żywego 
stworzenia... Nie, stary, ty tego nie zrozumiesz. O 
mało si
ę nie utopiłem. 
- No tak... - powiedziałem. - To znaczy, 
że i u was 
te
ż... 
Pogadali
śmy jeszcze kilka minut, a potem Wadika 
wezwała Baza i po
żegnaliśmy się spiesznie. 
Wywołałem EZ-9. Hans nie zgłosił si
ę. Można było 

background image

jeszcze wywoływać EZ-1, EZ-3, EZ-4 i tak dalej do 
EZ-12 i porozmawia
ć o tym, jak tu jest okropnie 
pusto i martwo, ale jaki to ma sens? Je
śli się 
zastanowi
ć, to żadnego. Dlatego też wyłączyłem 
radiostacj
ę i wróciłem na swoje miejsce. Przez jakiś 
czas po prostu sobie siedziałem - patrzyłem na 
ekrany i rozmy
ślałem, że to, co tu robimy, jest 
podwójnie po
żyteczne - nie tylko ratujemy 
mieszka
ńców Panty od nieuniknionej zagłady, ale 
wydobywamy te
ż tę planetę - z pustki, z martwej 
ciszy, z bezmy
ślności. Potem przyszło mi do głowy, 
że na Pancie musi żyć dosyć dziwaczna rasa, jeśli 
nasi ksenopsychologowie uwa
żająże ta planeta 
najlepiej si
ę dla niej nadaje. Nieco dziwnie musi 
wygl
ądać życie na tej Pancie. Przywiozą tu ludzi 
stamt
ąd - oczywiście nie wszystkich od razu; na 
pocz
ątek po dwóch, po trzech przedstawicieli 
ka
żdego plemienia. Delegaci zobaczą tę zamarzniętą 
pla
żę, lodowiec, pusty, lodowaty ocean, puste liliowe 
niebo, zobacz
ą i powiedzą: "Cudownie! Zupełnie jak 
w domu!" Jako
ś nie bardzo chce się wierzyć. Co 
prawda, kiedy przyjad
ą, już tu nie będzie tak pusto. 
W jeziorach b
ędą ryby, w zaroślach zwierzęta, na 
mieliznach - jadalne skorupiaki. A mo
że i jaszczurki 
jako
ś się przyzwyczają... A poza tym mówią
otwarcie w sytuacji plemion z Panty nie bardzo 
mo
żna wybrzydzać. Gdyby na przykład nagle się 
okazało, 
że nasze Słońce lada chwila wybuchnie i 
spali na Ziemi wszystko co 
żywe, też bym specjalnie 
nie grymasił. Z cał
ą pewnością powiedziałbym sobie 

background image

- trudno, stało się, jakoś wyżyjemy. Zresztą tych z 
Panty nikt nawet nie pyta o zdanie. I tak niczego nie 
rozumiej
ą, nie znają kosmogonii, nawet najbardziej 
prymitywnej. I nigdy si
ę nie dowiedząż
przesiedlono ich na inn
ą planetę... 
Nieoczekiwanie stwierdziłem, 
że coś słyszę
Szeleszcz
ący dźwięk, jakby przebiegła jaszczurka. 
Skojarzył mi si
ę z jaszczurką pewnie na skutek 
niedawnej rozmowy z Wadikiem, a tak naprawd
ę to 
d
źwięk był ledwie dosłyszalny i absolutnie nie 
okre
ślony. Potem w odległym kącie mostka coś 
tykn
ęło i natychmiast gdzieś zaszemrał strumyk 
wody. Na samej granicy słyszalno
ści bzykała w 
paj
ęczynie mucha, mamrotały przyśpieszone 
zirytowane głosy. I znowu korytarzem przebiegła 
jaszczurka. Poczułem, jak od napi
ęcia zdrętwiała mi 
szyja, i wstałem> Wstaj
ąc, potrąciłem leżący na 
kraw
ędzi pulpitu informator, który z potwornym 
hałasem spadł na podłog
ę. Podniosłem go i z jeszcze 
potworniejszym hałasem rzuciłem z powrotem na 
pulpit. Zanuciłem dziarskiego marsza i defiladowym 
krokiem wyszedłem na korytarz. 
To ta cisza. Cisza i pustka. Van der Hoose co wieczór 
mi to tłumaczy bardzo przyst
ępnie. To nie natura, 
ale człowiek nie znosi pustki. Kiedy znajdzie si
ę w 
pró
żni, stara się czymś ją wypełnić. Wypełnia ją 
zwidami, nie istniej
ącymi głosami, jeżeli nie jest w 
Stanie zapełni
ć jej czymś konkretnym. Nie 
istniej
ących dźwięków w ciągu tych trzech dni 

background image

nasłuchałem się wystarczająco. Należy przypuszczać
że niedługo zaczną się zwidy. 
Maszerowałem korytarzem, mijaj
ąc puste kajuty, 
bibliotek
ę, arsenał, a kiedy przechodziłem obok 
ambulatorium, poczułem słaby zapach - ostry i 
zarazem nieprzyjemny, co
ś w rodzaju amoniaku. 
Przystan
ąłem i zacząłem węszyć. Zapach był 
znajomy, ale jednocze
śnie niepojęty. Zajrzałem do 
gabinetu chirurgicznego. Wł
ączony i zawsze gotowy 
do działania cybernetyczny chirurg - ogromna biała 
o
śmiornica zawieszona pod sufitem - zimno spojrzał 
na mnie zielonkawymi oczami i gotowy do czynu 
poruszył manipulatorami. Tu zapach był ostrzejszy. 
ączyłem awaryjną wentylację i pomaszerowałem 
dalej. Zdumiewaj
ące, do jakiego stopnia zaostrzyła 
si
ę moja zdolność odbierania wszelkich bodźców! Co 
jak co, ale w
ęch miałem zawsze do niczego... 
Swój patrolowy marsz zako
ńczyłem w kuchni. Tu też 
było mnóstwo zapachów, ale nie miałem nic 
przeciwko nim. Cokolwiek by tam mówiono, w 
kuchni powinno pachnie
ć. Na innych statkach czy to 
kuchnia, czy mostek - na jedno wychodzi. U mnie 
tego nie ma i nie b
ędzie. Zaprowadziłem własne 
porz
ądki. Czystość czystością, a w kuchni powinno 
ładnie pachnie
ć. Smakowicie. Apetycznie. Ja zaś 
mam obowi
ązek czterokrotnie w ciągu dnia układać 
menu i to, prosz
ę zwrócić uwagę, przy całkowitym 
braku apetytu, poniewa
ż apetyt i ta pusta cisza 
najwidoczniej s
ą nie do pogodzenia... 

background image

Na ułożenie jadłospisu potrzebne mi było 
przynajmniej pól godziny. To było trudne pół 
godziny, ale zrobiłem co w mojej mocy. Nast
ępnie 
ączyłem kucharza, zaprogramowałem go 
odpowiednio i poszedłem rzuci
ć okiem na pracę 
moich wychowanków. 
Ju
ż na progu mostku zobaczyłem, że coś się stało. 
Wszystkie trzy robocze ekrany na moim pulpicie 
notowały przerwanie prac. Podbiegłem do pulpitu, 
ączyłem wizję. Serce mi zamarło - plac budowy 
był pusty. Nic podobnego jeszcze nigdy mi si
ę nie 
zdarzyło. Nawet nie słyszałem, 
żeby coś podobnego w 
ogóle mogło si
ę zdarzyć. Potrząsnąłem głową i 
rzuciłem si
ę do wyjścia. Roboty ktoś uprowadził... 
Zabł
ąkany meteor... Przysunął Tomowi w łeb... 
Program oszalał... Niemo
żliwe, niemożliwe! 
Wpadłem do komory kesonowej i złapałem doch
ę
Nie trafiałem w r
ękawy, gdzieś zginęły zapinki i 
przez cały ten czas, póki walczyłem z doch
ą niby 
baron Munchhausen ze swoim w
ściekłym futrem, 
widziałem oczyma duszy straszliwy obraz - kto
ś 
nieznany i nie istniej
ący prowadzi mojego Toma jak 
pieska na smyczy, a reszta robotów pokornie sunie 
prosto w mgł
ę, w kipiące trzęsawisko, pogrąża się w 
burym błocie i znika na zawsze... Z rozmachem 
kopn
ąłem błonę nogą i wyskoczyłem na zewnątrz. 
Pociemniało mi w oczach. Roboty były tu, pod 
samym statkiem. Tłoczyły si
ę przy towarowym 
włazie, przechylaj
ąc się leciutko, jak gdyby każdy z 
nich chciał pierwszy znale
źć się w ładowni. To było 

background image

niemożliwe, to było straszne. Jakby chciały 
najszybciej ukry
ć się pod pokładem, schować się 
przed kim
ś, uratować. Robotologii znane są 
przypadki w
ścieklizny u robotów, niezwykle rzadkie, 
ale 
żeby się wściekł robot budowlany, o tym nie 
słyszałem nigdy. Jednak
że nerwy miałem tak 
napi
ęte, że byłem przygotowany nawet na to. Ale nic 
si
ę nie stało. Kiedy Tom mnie zauważył, przestał się 
kr
ęcić i zapalił sygnał "Czekam na polecenia". 
Ruchami r
ąk poleciłem mu kategorycznie "Wracać 
na miejsce, kontynuowa
ć program". Tom posłusznie 
ączył tylny bieg i pojechał z powrotem na budowę
Jack i Reks rzecz jasna ruszyli za nim. Ci
ągle jeszcze 
stałem obok włazu, w gardle mi wyschło, kolana 
miałem jak z waty i za wszelk
ą cenę pragnąłem 
usi
ąść
Ale nie usiadłem. Zacz
ąłem się doprowadzać do 
jakiego takiego porz
ądku. Docha była zapięta 
krzywo, uszy mi zamarzały, a na czole i policzkach 
lodowaciał pot. Powoli, staraj
ąc się kontrolować 
ka
żdy swój ruch, otarłem twarz, zapiąłem się jak 
nale
ży, nasunąłem na oczy kaptur i wciągnąłem 
r
ękawiczki. Wstyd przyznać, rzecz jasna, ale czułem 
strach. Wła
ściwie to już nie był strach, to były 
resztki prze
żytego strachu, zmieszane ze wstydem. 
Cybernetyk, który przestraszył si
ę własnych 
robotów... Było dla mnie oczywiste, 
że nigdy nikomu 
o tym nie opowiem. Rany boskie, przecie
ż mi się nogi 
trz
ęsły, zresztą jeszcze i teraz są jakieś takie miękkie 
i najbardziej na 
świecie chciałbym wrócić na statek, 

background image

a tam spokojnie i rzeczowo przemyśleć całą sprawę
spróbowa
ć zrozumieć, o co chodzi. Zajrzeć do 
fachowej literatury. A zupełnie szczerze, to chyba 
boj
ę się zbliżyć do swoich podopiecznych... 
Zdecydowanym ruchem wepchn
ąłem ręce do 
kieszeni i pomaszerowałem na plac budowy. 
Wychowankowie pracowali jak gdyby nigdy nic. 
Tom jak zawsze uprzedzaj
ąco grzecznie zapytał o 
nowe polecenia. Jack wznosił fundamenty 
dyspozytorni, tak jak mu to nakazywał program. 
Reks chodził zygzakami po gotowej ju
ż części pasa 
startowego i sprz
ątał. Tak, coś musi być nie w 
porz
ądku z ich programami. Na pas startowy 
przywlekli mnóstwo kamieni... Nie było tu tych 
kamieni, zreszt
ą są zupełnie niepotrzebne - i bez 
kamieni jest dosy
ć budulca. Tak, od momentu kiedy 
Tom si
ę wtedy zatrzymał, przez całą ostatnią godzinę 
robili wyra
źnie nie to co trzeba. Jakieś gałęzie 
poniewieraj
ą się na pasie... Schyliłem się, podniosłem 
gał
ązkę i przespacerowałem się tam i z powrotem 
uderzaj
ąc tą gałązką po cholewie. A może póki 
jeszcze nic si
ę nie stało, zatrzymać ich, choćby w tej 
chwili, nie czekaj
ąc na termin przeglądu? Czyżbym 
rzeczywi
ście coś poknocił w programach? Nie do 
poj
ęcia... Rzuciłem gałązkę na kupę kamieni, które 
zgromadził Reks, zawróciłem i poszedłem na statek. 
 
 
Rozdział II  
PUSTKA l GŁOSY 

background image

 
 
Przez nast
ępne dwie godziny byłem bardzo zajęty, 
tak zaj
ęty, że nie pamiętałem ani o ciszy, ani o 
pustce. Na pocz
ątek odbyłem naradę z Hansem i 
Wadikiem. Hansa wyrwałem ze snu, na wpół 
przytomny st
ękał i mamrotał coś od rzeczy na temat 
deszczu i niskiego ci
śnienia. Wadika musiałem 
dłu
ższy czas zapewniaćże nie żartuję i nie robię z 
niego balona. To było tym trudniejsze, 
że bez 
przerwy dusił mnie nerwowy 
śmiech. Wreszcie 
przekonałem go, 
że bynajmniej nie żarty mi w głowie 
żśmieję się z zupełnie innych powodów. Wtedy 
Wadik równie
ż spoważniał i zawiadomił mnie, że u 
niego tak
że starszy robot co pewien czas 
spontanicznie przystaje, ale w tym akurat nie ma 
niczego dziwnego - mechanizmy pracuj
ą na granicy 
dopuszczalnych norm technicznych i nie zd
ążyły się 
jeszcze zaakomodowa
ć. Być może przyczyna leży w 
tym strasznym zimnie. By
ć może, mogłem tak 
przypuszcza
ć. Prawdę mówiąc liczyłem, że Wadik mi 
to wyja
śni. Wtedy Wadik wywołał genialną Ninon z 
EZ-8 i przedyskutowali
śmy tę hipotezę we trójkę, nic 
nie wymy
śliliśmy i genialna Ninon poradziła mi, 
żebym porozmawiał z głównym inżynierem z Bazy, 
który zjadł z
ęby właśnie na robotach budowlanych, i 
wła
ściwie jest ich twórcą. No, tyle to i ja sam 
wiedziałem, jednak
że wcale mi się nie uśmiechało 
prosi
ć głównego o konsultację już na trzeci dzień po 
rozpocz
ęciu samodzielnej pracy, tym bardziej że mi 

background image

nie przychodziła do głowy żadna elementarnie 
sensowna hipoteza. 
Krótko mówi
ąc usiadłem przy swoim pulpicie, 
rozło
żyłem program i zacząłem go sprawdzać - 
komend
ę za komendą, grupę za grupą, pole za 
polem. Trzeba przyzna
ćżżadnych defektów nie 
znalazłem. Za t
ę część programu, którą robiłem sam, 
gotów byłem i przedtem r
ęczyć głową, a teraz na 
dodatek równie
ż swoim nieskalanym imieniem. Z 
polami standardowymi sprawa wygl
ądała gorzej. 
Znaczna ich cz
ęść była mi mało znana, a gdybym 
zacz
ął każde standardowe pole kontrolować od 
pocz
ątku, cały grafik prac poleciałby do diabła. 
Dlatego zdecydowałem si
ę na kompromis. 
Tymczasem wył
ączyłem z programu wszystkie pola, 
które chwilowo nie były potrzebne, upro
ściłem 
program do ostatecznych granic, wprowadziłem go 
do systemu steruj
ącego i już położyłem palec na 
klawiszu rozruchu, kiedy nagle dotarło do mnie, 
ż
od pewnego czasu znowu co
ś słyszę - coś już zupełnie 
dziwnego, niepoj
ętego i zdumiewająco znanego. 
Płakało dziecko. Gdzie
ś daleko, na drugim końcu 
statku, za wieloma drzwiami, rozpaczliwie zanosz
ą
si
ę i zachłystując płakało jakieś dziecko. Musiało być 
bardzo malutkie - rok, nie wi
ęcej. Powoli uniosłem 
r
ęce i przycisnąłem dłonie do uszu. Płacz umilkł. Nie 
opuszczaj
ąc rąk, wstałem, a mówiąściśle nagle 
stwierdziłem, 
że już od pewnego czasu stoję na 
nogach, zaciskaj
ąc uszy, że koszula przywarła mi do 
pleców i 
że mi szczeka opadła. Zamknąłem usta i 

background image

ostrożnie odjąłem dłonie od uszu. Nikt nie płakał. 
Panowała normalna przekl
ęta cisza i tylko w kącie 
brz
ęczała mucha tłukąc się w pajęczynie. Wyjąłem z 
kieszeni chusteczk
ę, bez pośpiechu rozłożyłem ją i 
starannie wytarłem czoło, policzki i szyj
ę. Następnie 
równie powoli składaj
ąc chusteczkę 
przespacerowałem si
ę w tę i z powrotem wzdłuż 
pulpitu. W głowie nie miałem 
żadnej myśli. 
Postukałem zgi
ętym palcem po obudowie maszyny 
cyfrowej i odkaszln
ąłem. Wszystko było w porządku, 
usłyszałem własny kaszel. Zrobiłem krok w kierunku 
fotela i wtedy dziecko zapłakało znowu. 
Nie wiem, jak długo stałem jak słup i słuchałem. 
Najstraszliwsze było to, 
że słyszałem ten płacz 
zupełnie wyra
źnie. Nawet zdawałem sobie sprawęż
to nie bezmy
ślny pisk noworodka i nie obrażony ryk 
cztero-pi
ęcioletniego malucha - krzyczał i zanosił się 
niemowlak, który jeszcze nie umie chodzi
ć i mówić
ale ma ju
ż dobre parę miesięcy. Mam siostrzeńca w 
tym wieku - rok z kawałkiem... 
Ogłuszaj
ąco zadzwonił radiotelefon i mało mi serce z 
piersi nie wyskoczyło. Opieraj
ąc się o pulpit, 
dotarłem do radiostacji i przeł
ączyłem się na odbiór. 
Dziecko ci
ągle płakało. 
- No i co tam u ciebie? - zapytał Wadik. 
- Nic nowego - powiedziałem. 
- Nic nie wymy
śliłeś
- Nic - odpowiedziałem. Złapałem si
ę na tym, ż
zakrywam mikrofon r
ęką

background image

- Jakoś cię źle słyszę - powiedział Wadik. - A więc co 
zamierzasz robi
ć
- Jako
ś... - wymamrotałem słabo rozumiejąc, co 
mówi
ę. Dziecko nadal płakało. Teraz trochę ciszej, 
ale w dalszym ci
ągu bardzo wyraźnie. 
- Co z tob
ą, Staszek? - zapytał z troska Wadik. - 
Obudziłem ci
ę
Miałem najwi
ększą ochotę powiedzieć: "Słuchaj, 
Wadik, na moim statku bez przerwy płacze jakie
ś 
dziecko. Co mam zrobi
ć?" Ale na szczęście starczyło 
mi rozumu, 
żeby wyobrazić sobie, jak to może być 
przyj
ęte. Dlatego odchrząknąłem i powiedziałem: 
- Wiesz, poł
ączę się z tobą za jakąś godzinę. Coś mi 
chodzi po głowie, ale jeszcze nie jestem zupełnie 
pewny... 
- D-o-obra - niepewnie powiedział Wadik i wył
ączył 
si
ę
Postałem jeszcze chwil
ę przy radiostacji, następnie 
wróciłem do pulpitu. Dziecko chlipn
ęło kilka razy i 
ucichło. A Tom znowu stał. Znowu to zepsute pudło 
przerwało prac
ę. Jack i Reks również stali. Z całej 
siły nacisn
ąłem palcem klawisz sygnału kontroli. 
Żadnego efektu. Zebrało mi się na płacz, ale wtedy 
uprzytomniłem sobie, 
że cały system jest przecież 
wył
ączony. Sam go wyłączyłem dwie godziny temu, 
kiedy zabrałem si
ę do programu. Ale mi się świetnie 
pracuje! Mo
że zawiadomić Bazę i poprosićżeby 
przygotowali kogo
ś na zmianę? Jakoś głupio... 
Złapałem si
ę na tym, że z ogromnym napięciem 
czekam, kiedy to wszystko zacznie si
ę od nowa. I 

background image

zrozumiałem, że jeżeli zostanę na mostku, to 
bezustannie b
ędę nadsłuchiwać i nic nie będę w 
stanie robi
ć tylko nadsłuchiwać, i oczywiście usłyszę
usłysz
ę tu jeszcze niejedno! 
ączyłem program przeglądu technicznego, 
wyci
ągnąłem ze stelaża futerał z narzędziami i 
nieomal biegiem ruszyłem na dwór. Usiłowałem 
trzyma
ć się w garści i z dochą tym razem poradziłem 
sobie wzgl
ędnie szybko. Lodowate powietrze, które 
sparzyło mi twarz, otrze
źwiło mnie jeszcze bardziej. 
Rozbijaj
ąc obcasami zlodowaciały piasek, nie 
ogl
ądając się za siebie pomaszerowałem na plac 
budowy prosto do Toma. Na boki nie patrzyłem. 
Lodowce, mgły, oceany - wszystko to od tej chwili 
mnie nie interesowało, postanowiłem zachowa
ć mych 
uczu
ć konwalie dla bezpośrednich obowiązków. 
Niewiele ju
ż mi zostało tych konwalii, a obowiązków 
było tyle co przedtem, je
żeli nie więcej. 
Przede wszystkim sprawdziłem Tomowi refleksy. 
Refleksy okazały si
ę w znakomitym stanie. 
"
Świetnie!" powiedziałem na głos, wyjąłem z 
futerału skalpel i jednym ruchem, jak na egzaminie, 
otworzyłem Tomowi z tyłu czaszk
ę
Pracowałem z upojeniem, z jak
ąś zaciekłością
szybko, sprawnie, precyzyjnie, ostro
żnie jak 
maszyna. Jedno mog
ę powiedzieć - jeszcze nigdy w 
życiu tak nie pracowałem. Marzły mi palce, marzła 
twarz, musiałem oddycha
ć w specjalnie przemyślany 
sposób, 
żeby szron nie osiadał na polu operacyjnym, 
ale nawet nie chciałem my
śleć o zapędzaniu robotów 

background image

do warsztatu remontowego na statku. Czułem się 
coraz lepiej, nie słyszałem niczego, czego słysze
ć nie 
powinienem - nawet zapomniałem ju
żże mogę coś 
podobnego usłysze
ć, i dwukrotnie pobiegłem na 
statek po wymienne zespoły dla koordynacyjnego 
systemu Toma. B
ędziesz jak nowo narodzony - 
przygadywałem. - Nie b
ędziesz już więcej uciekać z 
roboty. Ja ci
ę, mój staruszku, wyleczę, postawię na 
nogi i b
ędą jeszcze z ciebie ludzie. A chciałbyśżeby 
byli? No chyba! Wtedy b
ędzie ci dobrze, wtedy 
ka
żdy cię polubi! Ale wiesz, co ci powiem? Nie masz 
si
ę co pchać do ludzi z blokiem takich aksjomatów! 
Z blokiem takich aksjomatów nawet do cyrku ci
ę nie 
wezm
ą! Z blokiem takich aksjomatów wszystko 
podasz w w
ątpliwość, zaczniesz się zastanawiać
nauczysz si
ę w skupieniu dłubać w nosie. Pomyśl, czy 
to warto? I po co to wszystko potrzebne? Po co te 
wszystkie pasy startowe, fundamenty? A ja ciebie 
zaraz, mój skarbie... 
- Szura... - zaj
ęczał tuż obok ochrypły kobiecy głos. - 
Gdzie jeste
ś, Szura? Boli... 
Zamarłem. Le
żałem w brzuchu Toma ściśnięty ze 
wszystkich stron ogromnymi bryłami jego roboczych 
muskułów, tylko nogi sterczały mi na zewn
ątrz i 
nagle zrobiło mi si
ę nieprawdopodobnie straszno, 
jak w najkoszmarniejszym 
śnie. Naprawdę nie mam 
poj
ęcia, w jaki sposób opanowałem siężeby nie 
wrzasn
ąć i nie zacząć się miotać w ataku histerii. Być 
mo
że, straciłem na chwilę przytomność, ponieważ 
do
ść długo nic nie słyszałem, nic do mnie nie 

background image

docierało, tylko wytrzeszczałem oczy na oświetloną 
zielonkawym 
światłem powierzchnię owalnego węzła 
nerwowego tu
ż przy mojej twarzy. - Co się stało? 
Gdzie jeste
ś? Ja nic nie widzę, Szura... - chrypiała 
kobieta skr
ęcając się w straszliwych bólach. - Tu 
kto
ś jest... Odezwij się, Szura! Jak boli! Pomóż mi, 
nic nie widz
ę... 
Chrypiała, płakała i znowu powtarzała te same 
słowa, a mnie si
ę wydawało, że widzę jej 
wykrzywion
ą twarz zlaną śmiertelnym potem, i w jej 
chrypieniu było ju
ż nie tylko błaganie, nie tylko ból, 
była w nim nienawi
śćżądanie, rozkaz. Nieomal 
fizycznie poczułem, jak lodowate, chwytne palce 
próbuj
ą dosięgnąć mojego mózgu, żeby się weń 
wczepi
ć, zgnieść, zgasić. Ostatkiem świadomości, 
zaciskaj
ąc kurczowo zęby, namacałem lewą ręką 
pneumatyczny zawór i nacisn
ąłem go z całej siły. Z 
dzikim wyciem wyrwał si
ę na zewnątrz sprężony 
argon, a ja bez przerwy naciskałem i naciskałem 
zawór, zabijaj
ąc, rozpraszając w pył ochrypły głos w 
moim mózgu - czułem, 
że głuchnę, i ta świadomość 
przynosiła mi nieopisan
ą ulgę
Potem okazało si
ęże stoję obok Toma, mróz 
przenika mnie do szpiku ko
ści, chucham na 
skostniałe palce i z pogodnym u
śmiechem idioty 
powtarzam: "Kurtyna d
źwiękowa, jasne? Kurtyna 
d
źwiękowa..." Tom stał przechylony w prawo, a 
świat wokół mnie był otulony nieruchomą chmurą 
szronu i zamarzni
ętych ziarenek piasku. Grzeją
dłonie pod pachami, okr
ążyłem Toma i zobaczyłem, 

background image

że strumień argonu wyborował na skraju placu 
olbrzymi dół. Postałem chwil
ę nad tym dołem, ciągle 
jeszcze mamrocz
ąc o kurtynie dźwiękowej, ale już 
czułem, 
że czas najwyższy przestać, domyśliłem się
że stoję na mrozie bez dochy, przypomniałem sobie, 
że dochę rzuciłem dokładnie w to miejsce, gdzie 
teraz jest dół, spróbowałem sobie przypomnie
ć, czy 
nie miałem w kieszeniach czego
ś ważnego, nic sobie 
nie przypomniałem, lekkomy
ślnie machnąłem ręką i 
niepewnym truchtem pobiegłem na statek. 
W komorze kesonowej przede wszystkim wybrałem 
sobie now
ą dochę, następnie poszedłem do swojej 
kajuty, kaszln
ąłem pod drzwiami, jakbym 
uprzedzał, 
że zaraz wejdę do środka, wszedłem i 
natychmiast poło
żyłem się na łóżku twarzą do ściany 
i naci
ągnąłem dochę na głowę. Oczywiście świetnie 
rozumiałem, 
że moje czynności pozbawione są 
wszelkiego sensu, 
że do swojej kajuty przyszedłem w 
ściśle określonym celu, ale zapomniałem w jakim, ż
zamiast zrobi
ć to co należało, położyłem się
nakryłem si
ę z głową, jakby po to, żeby komuś 
niewiadomemu dowie
ść, iż w tym właśnie celu 
przyszedłem do kajuty. 
Jednak miałem chyba co
ś w rodzaju ataku histerii i 
kiedy troch
ę przyszedłem do siebie, uradowałem się 
niezmiernie, 
że moja histeria objawiła się w takiej 
całkowicie nieszkodliwej formie. Rzecz jasna, było 
dla mnie oczywiste, 
że o dalszej pracy tu nie moż
by
ć mowy. I że w ogóle prawdopodobnie nigdy nie 
b
ędę już pracował w kosmosie. To było oczywiście 

background image

okropnie przykre - i - co tu gadać - dręczył mnie 
wstyd, 
że tak haniebnie oblałem pierwszy 
praktyczny egzamin, a przecie
ż wydawałoby sięż
posłano mnie na pocz
ątek w najspokojniejsze i 
najbezpieczniejsze miejsce, jakie mo
żna sobie 
wyobrazi
ć. A na dodatek było mi okropnie głupio, ż
mój system nerwowy okazał si
ę w takim fatalnym 
stanie i przykro, 
że kiedyś czułem taką pogardliwą 
lito
ść dla Kaspara Manukiana, kiedy Kaspar nie 
przeszedł w konkursie organizowanym dla projektu 
"Arka" z powodu jakiej
ś tam zbytniej pobudliwości 
nerwowej. Moja przyszło
ść rysowała mi się w 
najczarniejszych kolorach - ciche sanatoria, komisje 
lekarskie, zabiegi, delikatne pytania psychologów i 
całe oceany współczucia i lito
ści, potworne lawiny 
współczucia i lito
ści spadające na człowieka ze 
wszystkich stron... Gwałtownym ruchem odrzuciłem 
doch
ę i usiadłem. Dobra, powiedziałem do pustki i 
ciszy, wasze na wierzchu. Gorbowski ze mnie nie 
wyro
śnie. Jakoś to przeżyję... A więc tak. Jeszcze 
dzisiaj opowiem o wszystkim Van der Hoosemu,. a 
jutro zapewne przy
ślą zastępcę. Rany boskie, co tam 
si
ę musi dziać na budowie! Tom zdemobilizowany, 
plan nie wykonany i jeszcze ten krety
ński dół obok 
pasa startowego... Nagle przypomniałem sobie, po co 
tu przyszedłem, wyci
ągnąłem szufladę biurka, 
znalazłem krystalofon z nagraniami iruka
ńskich 
marszy wojskowych i starannie umie
ściłem go w 
prawym uchu. "Kurtyna d
źwiękowa" - 
powiedziałem do siebie po raz ostatni. Z doch
ą pod 

background image

pachą wszedłem do komory kesonowej, parę razy 
ęboko odetchnąłem, żeby się już ostatecznie 
uspokoi
ć, włączyłem kryształ i wyszedłem na 
zewn
ątrz. 
Teraz mi było dobrze. I dookoła mnie i wewn
ątrz 
ryczały barbarzy
ńskie trąby, grzmiał spiż, huczały 
b
ębny. Pokryte pomarańczowym kurzem telemskie 
legiony ci
ężkim rytmicznym krokiem maszerowały 
przez staro
żytne miasto Setem. Płonęły domy, waliły 
si
ę w gruzy wieże i straszliwie mącąc umysły 
wra
żych wojsk świstały bojowe smoki - tarany. 
Otoczony i chroniony tymi d
źwiękami sprzed lat 
tysi
ąca znowu wlazłem do brzucha Toma i już bez 
żadnych przeszkód doprowadziłem remont do 
ko
ńca. 
Jack i Reks zakopywali dół, a wn
ętrzności Toma 
wypełniały ostatnie litry argonu, kiedy zobaczyłem 
nad pla
żą gwałtownie rosnący czarny punkcik. 
Wracał glider. Spojrzałem na zegarek. Była za dwie 
minuty osiemnasta według czasu miejscowego. 
Wytrzymałem. Teraz mo
żna było uciszyć. bębny i 
kotły i ponownie przemy
śleć problem - czy warto 
zawraca
ć głowę Van der Hoosemu i Bazie, przecież 
nie tak łatwo b
ędzie znaleźć kogoś na zastępstwo, 
zrobi si
ę z tego wielka afera i praca na całej planecie 
mo
że ulec opóźnieniu, zjedzie się pełno komisji, 
zaczn
ą sprawdzać, kontrolować, robota stanie, 
Wadik b
ędzie chodzić zły jak pies, a jeżeli na domiar 
wszystkiego wyobrazi
ć sobie, jak na mnie popatrzy 
doktor ksenopsychologii, członek Komitetu do 

background image

Spraw Kontaktów, pełnomocnik do realizacji 
projektu "Arka", Giennadij Komow, wschodz
ąca 
gwiazda nauki, ukochany ucze
ń doktora M'Bogi, 
nowy rywal i nowy kolega po fachu samego 
Gorbowskiego... Nie, nale
ży to wszystko dokładnie 
przemy
śleć raz jeszcze. Patrzyłem na nadlatujący 
glider i my
ślałem: to wszystko należy przemyśleć i to 
wyj
ątkowo dokładnie. Po pierwsze, mam jeszcze 
przed sob
ą cały wieczór, a po drugie, mam 
przeczucie, 
że należy to wszystko na jakiś czas 
odło
żyć. Koniec końców, moje przeżycia dotyczą 
tylko mnie, a moja dymisja dotyczy ju
ż nie tylko 
mnie, ale mo
żna powiedzieć, wszystkich. Zresztą 
kurtyna d
źwiękowa działa bez zarzutu... A wię
chyba chwilowo nale
ży problem odłożyć. Tak. 
Odło
żyć... 
Ale natychmiast wyleciało mi to z głowy, gdy tylko 
zobaczyłem twarz Majki i Van der Hoosego. Komow 
wygl
ądał jak zwykle i jak zwykle rozglądał się z 
takim wyrazem twarzy, jakby wszystko dookoła 
nale
żało do niego osobiście, należało od dawna i 
zd
ążyło solidnie mu obrzydnąć. Za to Majka była 
strasznie blada, taka blada, 
że aż niebieska, jakby jej 
było niedobrze. Komow ju
ż zeskoczył na piasek i 
krótko za
żądał ode mnie informacji, dlaczego nie 
odpowiadam na wezwania przez radio (w tym 
momencie jego oczy zatrzymały si
ę na kryształku w 
moim uchu, u
śmiechnął się pogardliwie i nie 
czekaj
ąc na odpowiedź poszedł w stronę statku). Van 
der Hoose niespiesznie wysiadł z glidera i zbli
żał się 

background image

do mnie, nie wiadomo dlaczego smutnie kiwają
głow
ą, bardziej niż kiedykolwiek podobny do 
zbolałego starego wielbł
ąda. A Majka ciągle 
nieruchomo siedziała na swoim miejscu, 
nastroszona, z brod
ą ukrytą w futrzanym kołnierzu, 
oczy miała jakie
ś szkliste, a rude piegi wydawały się 
czarne. 
- Co si
ę stało? - zapytałem przerażony. Van der 
Hoose zatrzymał si
ę. Głowę miał lekko zadartą, a 
doln
ą szczękę wysunął do przodu. Wziął mnie za 
rami
ę i leciutko potrząsnął. Serce uciekło mi w pięty 
i nie wiedziałem co 'my
śleć. Van der Hoose znowu 
potrz
ąsnął mnie za ramię i powiedział: 
- Odkryli
śmy coś bardzo smutnego, Staszek. 
Znale
źliśmy zniszczony statek. 
Kurczowo wci
ągałem powietrze i zapytałem: 
- Nasz? 
- Tak. Nasz. 
Majka wypełzła z glidera, ospale machn
ęła mi dłonią 
i ruszyła na statek. 
- Ilu zabitych? - zapytałem. 
- Dwoje - odpowiedział Van der Hoose. 
- Kto? - zapytałem z trudem. 
- Na razie nie wiemy. To stary statek. Katastrofa 
miała miejsce wiele lat temu. 
Van der Hoose wzi
ął mnie pod rękę i razem 
poszli
śmy w ślad za Majką
Troch
ę mi ulżyło. W pierwszej chwili naturalnie 
pomy
ślałem, że rozbił się ktoś z naszej ekspedycji. 
Ale wszystko jedno... 

background image

- Nigdy nie lubiłem tej planety - wyrwało mi się
Weszli
śmy do komory kesonowej, rozebraliśmy się i 
Van der Hoose zacz
ął pedantycznie czyścić swoją 
doch
ę z rzepów i cierni. Nie czekałem na niego, tylko 
poszedłem do Majki. Le
żała na łóżku, skulona, 
twarz
ą do ściany. Ta poza od razu mi coś 
przypomniała i powiedziałem sobie: tylko spokojnie, 
bez 
żadnych tam sentymentów i egzaltacji. Usiadłem 
na stole, postukałem palcami o blat i zapytałem 
niezmiernie rzeczowym głosem: 
- Słuchaj, a ten statek jest rzeczywi
ście taki stary? 
Vander mówi, 
że on się rozbił ładne kilka lat temu. 
Czy to prawda? 
- Prawda - nie od razu odpowiedziała Majka do 
ściany. 
Spojrzałem na ni
ą. Na duszy zrobiło mi się 
paskudnie, ale nadal pytałem równie rzeczowo: 
- Ile to mo
że być - wiele lat? Dziesięć? Dwadzieścia? 
To wszystko jako
ś się kupy nie trzyma. Planetę
odkryto dopiero przed dwoma laty... 
Majka nie odpowiedziała. Znowu postukałem 
palcami i powiedziałem o ton ni
żej, ale ciągle jeszcze 
bardzo rzeczowo: 
- Chocia
ż, oczywiście, to mogli być jacyś dawni 
pionierzy, nie zorganizowani odkrywcy... Tam ich 
jest dwoje, o ile dobrze zrozumiałem? 
W tym momencie Majka zerwała si
ę na równe nogi i 
stan
ęła przede mną twarzą w twarz. 
- Dwoje? - krzykn
ęła. - Tak! Dwoje! Bałwan bez 
serca! 

background image

- Poczekaj - powiedziałem oszołomiony. - Dlaczego... 
- Po co
ś tu przyszedł? - mówiła dalej, prawie 
szeptem. - Lepiej id
ź do swoich robotów, lepiej z 
nimi podyskutuj, ile tam lat min
ęło i co się kupy nie 
trzyma, i dlaczego ich tam jest dwoje, a nie troje albo 
siedmioro... 
- Majka, poczekaj! - powiedziałem z rozpacz
ą. - Ja 
zupełnie nie tego przecie
ż chciałem... 
Majka zasłoniła twarz r
ękami i powiedziała 
niewyra
źnie: 
- Połamało im wszystkie ko
ści... ale oni jeszcze żyli, 
jeszcze próbowali co
ś robić... Słuchaj - poprosiła 
odejmuj
ąc dłonie od twarzy - idź sobie stąd. Ja 
niedługo przyjd
ę. Niedługo. 
Ostro
żnie wstałem i wyszedłem. Miałem ogromną 
ochot
ę objąć ją, powiedzieć coś serdecznego, 
pocieszaj
ącego, ale nie umiałem pocieszać. W 
korytarzu nagle mn
ą zatrzęsło. Stanąłem, 
poczekałem, a
ż minie. Ależ dzień! I nikomu nie 
mo
żna opowiedzieć. Zresztą, chyba nawet nie trzeba. 
Otworzyłem oczy i zobaczyłem, 
że przy drzwiach na 
mostek stoi Van der Hoose i patrzy na mnie. 
- Jak tam Majka? - zapytał cicho.  
Zapewne na mojej twarzy było wida
ć - jak, bo Van 
der Hoose smutnie kiwn
ął i zniknął na mostku. A ja 
powlokłem si
ę do kuchni. Po prostu z 
przyzwyczajenia. Po prostu tak ju
ż się utarło, że od 
razu po powrocie glidera wszyscy siadali
śmy do 
obiadu. Ale dzisiaj chyba b
ędzie inaczej. Jaki tu 
mo
że być obiad? Skrzyczałem kucharza, bo mi się 

background image

wydało, że pokręcił z jadłospisem. W rzeczywistości 
kucharz nic nie pokr
ęcił, obiad był gotowy, dobry 
obiad, jak zwykle, ale dzisiaj nie powinno by
ć jak 
zwykle. Majka na pewno nic nie zechce je
ść, a 
trzeba, 
żeby zjadła. Więc zamówiłem dla niej u 
kucharza galaretk
ę owocową z bitą śmietanką - 
jedyne jej ulubione danie, jakie znałem. Dla 
Komowa zdecydowałem nic dodatkowego nie 
zamawia
ć, dla Van der Hoosego, po chwili namysłu, 
równie
ż, ale na wszelki wypadek wprowadziłem do 
całego zestawu wino - a nu
ż ktoś zechce pokrzepić 
swoje nadw
ątlone siły duchowe... Potem udałem się 
na mostek i usiadłem przy swoim pulpicie. Moi 
wychowankowie pracowali jak w zegarku. Majki na 
mostku nie było, a Van der Hoose z Komowem 
redagowali pilny radiotelegram na Baz
ę. O coś się 
spierali... 
- To nie jest informacja, Jakub - mówił Komow. - 
Wiesz lepiej ode mnie, 
że istnieje określony schemat 
- stan statku, stan zwłok, przypuszczalne przyczyny 
katastrofy, obserwacje o szczególnym znaczeniu... i 
tak dalej. 
- Tak, oczywi
ście - odpowiadał Van der Hoose. - Ale 
musisz si
ę zgodzić, Giennadij, że ten schemat ma 
sens tylko na planetach aktywnych biologicznie. A w 
tej konkretnie sytuacji... 
- W takim razie lepiej w ogóle niczego nie posyła
ć. W 
takim razie bierzmy glider, le
ćmy tam zaraz i jeszcze 
dzisiaj zredagujemy pełny raport... 
Van der Hoose pokr
ęcił głową

background image

- Nie, Giennadij, kategorycznie się nie zgadzam. 
Tego rodzaju komisja musi si
ę składać minimum z 
trzech osób. A poza tym ju
ż jest ciemno i nie 
b
ędziemy mieli żadnej możliwości, żeby dokładnie 
zbada
ć teren wypadku... a w ogóle takie rzeczy 
trzeba robi
ć ze świeżą głową, a nie po całym dniu 
pracy. Jak s
ądzisz? 
Komow zacisn
ął wąskie wargi i lekko postukał 
pi
ęścią o stół. 
- Ach, jak to wszystko nie w por
ę! - powiedział z 
irytacj
ą
- Takie rzeczy zawsze s
ą nie w porę - pocieszył go 
Van der Hoose. - To nic, jutro rano polecimy tam we 
trójk
ę... 
- Mo
że dzisiaj w ogóle o niczym ich nie 
zawiadamia
ć? - przerwał Komow. 
- Nie mam prawa - powiedział z 
żalem Van der 
Hoose. - Zreszt
ą, dlaczego nie chcesz zawiadamiać
Komow wstał, zało
żył ręce do tyłu i spojrzał na Van 
der Hoosego z góry. 
- Jak mo
żesz tego nie rozumieć? - powiedział już z 
jawnym rozdra
żnieniem. - Statek starego typu, 
nieznany statek, dziennik pokładowy nie wiadomo 
dlaczego starty... Je
żeli poślemy im meldunek w tym 
kształcie - złapał ze stołu kartk
ę i pomachał nią 
przed nosem Van der Hoosego - Sidorow pomy
śli, ż
nie chcemy albo nie jeste
śmy w stanie samodzielnie 
przeprowadzi
ć ekspertyzy. Dla niego to dodatkowy 
kłopot - organizowa
ć komisję, szukać ludzi, opędzać 
si
ę przed ciekawskimi. Postawimy się w śmiesznej i 

background image

głupiej sytuacji. A poza tym, jak będzie wyglądać 
nasza praca, kiedy tu si
ę zwali tłum żądnych sensacji 
nierobów? 
- Hm! - powiedział Van der Hoose. A wi
ęc, innymi 
słowy, nie 
życzysz sobie osób postronnych na naszym 
terenie? Tak? 
- Wła
śnie tak - twardo oświadczył Komow.  
Van der Hoose wzruszył ramionami. 
- No có
ż... - pomyślał niedługą chwilę, zabrał 
Komowowi kartk
ę i dopisał na niej kilka słów. - A w 
takiej formie mo
że iść? ,,EZ-2 do Bazy - przeczytał 
szybko. - Pilna. W kwadracie sto dwa znaleziono 
rozbity ziemski statek typu »Pelikan« numer 
rejestracyjny taki to a taki, na statku zwłoki dwojga 
ludzi, przypuszczalnie kobiety i m
ężczyzny, dziennik 
pokładowy został starty, szczegółow
ą ekspertyzę... - 
tu Van der Hoose podniósł głos i znacz
ąco uniósł 
palec - rozpoczynamy jutro". Jak s
ądzisz, 
Giennadij? 
Przez kilka sekund Komow w zadumie kołysał si
ę na 
obcasach. 
- No có
ż - powiedział wreszcie - niech będzie tak. 
Wszystko, co chcesz, byle tylko nam nie 
przeszkadzali. Niech b
ędzie tak. 
Nagle gwałtownie ruszył z miejsca i wyszedł. Van der 
Hoose odwrócił si
ę do mnie. 
- Nadaj to, prosz
ę cię. I chyba już pora na obiad, jak 
s
ądzisz? - wstał i w zadumie powiedział jedno ze 
swych zagadkowych zda
ń: - Byle było alibi, a trup 
si
ę zawsze znajdzie. 

background image

Zakodowałem depeszę i nadałem ją na ekspresowym 
impulsie. Czułem si
ę jakoś nieswojo. Coś bardzo 
niedawno, dosłownie minut
ę temu utknęło mi w 
pod
świadomości i przeszkadzało jak drzazga. 
Posiedziałem przed radiostacj
ą nadsłuchując. Tak to 
zupełnie co innego - nadsłuchiwa
ć, kiedy wiesz, że na 
statku jest pełno ludzi. Oto po okr
ężnym korytarzu 
szybko przeszedł Komow. Zawsze tak chodzi, jakby 
si
ę gdzieś śpieszył, ale wiedząc jednocześnie, ż
mógłby si
ę nie śpieszyć, ponieważ bez niego i tak nic 
si
ę nie zacznie. A teraz coś tam niewyraźnie mruczy 
Van der Hoose. Majka mu odpowiada swoim 
normalnym głosem, a głos ma wysoki i niezale
żny - 
widocznie ju
ż się uspokoiła albo przynajmniej 
zdołała si
ę opanować. I nie ma ani ciszy, ani pustki, 
ani much w paj
ęczynie... I nagle zrozumiałem co to 
za drzazga: głos umieraj
ącej kobiety w mojej 
malignie i martwa kobieta w rozbitym 
gwiazdolocie... Zbieg okoliczno
ści, oczywiście. 
Straszny zbieg okoliczno
ści, co tu gadać
 
 
Rozdział III  
GŁOSY I UPIORY 
 
 
Chocia
ż to zdumiewające, spałem jak zabity. Rano 
jak zwykle wstałem na pół godziny przed 
wszystkimi, wpadłem do kuchni, 
żeby sprawdzić co 
ze 
śniadaniem, zajrzałem na mostek, gęby sprawdzić 

background image

co z moimi wychowankami, a potem wybiegłem na 
dwór, 
żeby zrobić poranną gimnastykę. Słońce 
jeszcze kryło si
ę za górami, ale było już zupełnie 
widno i bardzo zimno. W nosie mi zamarzło, rz
ęsy 
si
ę sklejały, a ja ze wszystkich sił machałem rękami, 
przysiadałem i w ogóle starałem si
ę zakończyć 
gimnastyk
ę jak najszybciej i wrócić na statek. I 
wtedy wła
śnie zauważyłem Komowa. Widocznie 
dzisiaj wstał jeszcze wcze
śniej niż ja, po coś wyszedł i 
teraz wracał z tej strony, gdzie była budowa. Szedł 
wbrew swoim obyczajom niespiesznie, jakby nad 
czym
ś zadumany i z roztargnieniem uderzał się po 
nodze jak
ąś gałązką. Kończyłem już ćwiczenia, kiedy 
Komow podszedł do mnie i przywitał si
ę. Ja, 
naturalnie, te
ż mu powiedziałem "dzień dobry" i już 
miałem zamiar da
ć nura do włazu, kiedy nagle 
Komow zatrzymał mnie pytaniem: 
- Powiedz mi, Popow, czy kiedy zostajesz sam, 
oddalasz si
ę od statku? 
- To znaczy? - zdziwiło mnie jednak nie tyle samo 
pytanie ile fakt, 
że Giennadij Komow raczył łaskawie 
zainteresowa
ć się, jak spędzam czas. Mój stosunek 
do Giennadija Komowa jest do
ść skomplikowany - 
nie przepadam za nim. 
- To znaczy, czy wybierasz si
ę na jakieś dalsze 
wycieczki? Na przykład na wzgórza albo nad 
bagna... 
Nienawidz
ę, jeżeli ktoś w czasie rozmowy patrzy 
wsz
ędzie tylko nie na człowieka, z którym rozmawia. 
I jeszcze na dodatek sam ma ciepł
ą dochę z 

background image

kapturem, a człowiek stoi w kostiumie 
gimnastycznym na mrozie. Ale mimo wszystko 
Giennadij Komow to Giennadij Komow, wi
ę
osłaniaj
ąc dłońmi ramiona i tańcząc w miejscu 
odpowiedziałem. 
- Nie. I tak mi brakuje czasu. Nie mam głowy do 
wycieczek. 
Teraz dopiero był łaskaw zauwa
żyćże marznę i 
uprzejmie wskazał mi gał
ązka właz ze słowami: 
"Prosz
ę wejść, Popow. Zimno". Ale w komorze 
kesonowej znowu mnie zatrzymał. 
- A czy roboty schodz
ą z budowy? 
- Roboty? - ci
ągle nie mogłem zrozumieć, o co mu 
chodzi. - Nie. A po co? 
- Nie, nie wiem... Na przykład po budulec. 
Starannie oparł swoj
ą gałązkę o ścianę i zaczął 
rozpina
ć dochę. A mnie powoli zalewała krew. Jeżeli 
jakim
ś cudem dowiedział się o moich wczorajszych 
kłopotach, to po pierwsze, to nie jego interes, a po 
drugie, mógłby o tym powiedzie
ć wprost. Co to za 
przesłuchanie, jak pragn
ę zdrowia... 
- Materiałem budowlanym dla systemu 
cybernetycznego danego typu - powiedziałem 
mo
żliwie oschle - staje się to, co system ma aktualnie 
pod r
ęką. W naszym przypadku piasek. 
- I kamienie - dodał niedbale Komow wieszaj
ą
doche na haczyku. 
Tu mnie trafił. Ale to naprawd
ę nie była jego sprawa 
i odpowiedziałem z wyzwaniem: 
- Tak! Je
śli się trafią kamienie, to i kamienie. 

background image

Komow pierwszy raz spojrzał mi w oczy. 
- Boj
ę sięże mnie źle zrozumiałeś, Popow - 
powiedział nieoczekiwanie łagodnie. - Nie mam 
zamiaru wtr
ącać się do twojej pracy. Po prostu mam 
pewne w
ątpliwości, więc zwróciłem się do ciebie, 
poniewa
ż jesteś jedynym człowiekiem, który moż
mi pomóc w ich rozwikłaniu. 
ż, jeżeli ze mną po dobremu, to i ja po dobremu. 
- W ogóle to, oczywi
ście, kamienie są im 
niepotrzebne - powiedziałem. - Wczoraj system 
troch
ę nawalał i roboty rozrzuciły te kamienie po 
całym placu. Kto mo
że wiedzieć, po co im to było 
potrzebne. Pó
źniej, rzecz jasna, wszystko pozbierały. 
Komow skin
ął głową
- Tak, zauwa
żyłem. A jakiego rodzaju były te 
zakłócenia? 
W dwóch słowach opowiedziałem mu o wczorajszym 
dniu, pomijaj
ąc, rzecz jasna, różne intymne 
szczegóły. Komow słuchał, kiwał głow
ą, a potem 
zabrał swoj
ą gałązkę, podziękował za objaśnienia i 
oddalił si
ę. I dopiero w mesie, jedząc kaszę gryczaną 
z zimnym mlekiem, uprzytomniłem sobie, 
że w 
dalszym ci
ągu nie mam pojęcia, jakiego rodzaju 
w
ątpliwości trapią ulubieńca doktora M'Bogi, na ile 
udało mi si
ę je rozproszyć i czy w ogóle się udało. 
Przestałem je
ść i spojrzałem na Komowa. Nie, chyba 
si
ę nie udało. 
Giennadij Komow z zasady wygl
ąda na człowieka 
nie z tego 
świata. Wiecznie czegoś wypatruje za 
dalekimi horyzontami i rozmy
śla nad czymś 

background image

niezmiernie wzniosłym. Z obłoków schodzi tylko 
wtedy, kiedy kto
ś albo coś, przypadkiem albo 
umy
ślnie staje mu na przeszkodzie. Wtedy bez 
drgnienia powieki, cz
ęstokroć absolutnie bez litości 
usuwa z drogi przeszkod
ę i z powrotem szybuje na 
Olimp. Tak w ka
żdym razie o nim opowiadają i 
zreszt
ą nie ma w tym nic dziwnego. Kiedy człowiek 
pracuje nad problemami obcoplanetarnych 
psychologii i w tej dziedzinie odnosi znaczne sukcesy, 
je
śli tak można powiedzieć walczy na pierwszej linii, 
siebie nie oszcz
ędza w najmniejszym stopniu i jeżeli 
jeszcze na domiar wszystkiego jest zaliczany do 
czołówki "futurmistrzów" planety, to mo
żna mu 
wiele wybaczy
ć i traktować jego maniery z pewną 
pobła
żliwością. W końcu nie wszyscy mogą być tak 
sympatyczni jak Gorbowski albo doktor M'Boga. 
Ale z drugiej strony, w ci
ągu ostatnich dni coraz 
cz
ęściej ze zdumieniem i goryczą wspominałem pełne 
zachwytu opowie
ści Tatiany, która przepracowała z 
Komowem cały rok, była, moim zdaniem, w nim 
zakochana i opowiadała o nim jako o człowieku 
wyj
ątkowo towarzyskim, z cudownym poczuciem 
humoru i tak dalej. Nazywała go wprost dusz
ą 
towarzystwa. Co to mogło by
ć za towarzystwo, które 
miało tak
ą duszę, tego nawet nie jestem sobie w 
stanie wyobrazi
ć
Tak. A wi
ęc Giennadij Komow zawsze sprawiał na 
mnie wra
żenie człowieka nie z tego świata. Ale 
dzisiaj, przy 
śniadaniu, Komow przeszedł samego 
siebie. Swoj
ą porcję obficie posypał solą. Posypie, 

background image

spróbuje i z roztargnieniem umieści talerz w zsypie. 
Musztarda myliła mu si
ę z masłem. Nasmaruje 
słodk
ą grzankę musztardą, spróbuje i z 
roztargnieniem po
śle ją w ślad za talerzykiem. Na 
pytania Van der Hoosego nie odpowiadał, za to jak 
pijawka przypi
ął się do Majki usiłując wydobyć z 
niej zeznanie, czy w czasie zdj
ęć przez cały czas 
chodz
ą razem z Vanderem, czy też niekiedy się 
rozstaj
ą. A jeszcze od czasu do czasu nerwowo 
spozierał wokół, a raz nawet zerwał si
ę na równe 
nogi, wybiegł na korytarz i po kilku minutach wrócił 
jak gdyby nigdy nic - i znowu zabrał si
ę do 
smarowania grzanek musztard
ą, aż w końcu 
usun
ąłem tę nieszczęsną musztardę z jego pola 
widzenia. 
Majka te
ż się denerwowała. Odpowiadała krótko, 
patrzyła w talerz i przez całe 
śniadanie ani razu się 
nie u
śmiechnęła. Zresztą Majkę akurat rozumiałem 
bardzo dobrze. Ja bym na jej miejscu tak samo si
ę 
denerwował przed tak
ą robotą. W końcu Majka to 
moja rówie
śnica i chociaż ma znacznie większe 
do
świadczenie, ale to nie to doświadczenie, które jej 
dzisiaj b
ędzie potrzebne. 
Słowem, Komow wyra
źnie się denerwował, 
denerwowała si
ę Majka i Van der Hoose również 
patrz
ąc na nich zaczął zdradzać pewne oznaki 
zaniepokojenia, i stało si
ę dla mnie oczywiste, ż
zaczynanie rozmowy o moim udziale w dzisiejszej 
ekspertyzie nie b
ędzie najlepiej przyjęte. 
Zrozumiałem, 
że przede mną znowu cały dzień ciszy 

background image

i pustki, i też zacząłem się denerwować. Atmosfera 
przy stole stała si
ę po prostu napięta. I wtedy Van 
der Hoose jako dowódca statku i lekarz postanowił 
t
ę atmosferę rozładować. Zadarł głowę, wysunął 
doln
ą szczękę i popatrzył na nas długim, zezującym 
spojrzeniem. Jego bokobrody nastroszyły si
ę 
imponuj
ąco. Na początek opowiedział nam kilka 
dowcipów z 
życia astronautów. Dowcipy były stare, 
brodate, ja zmuszałem si
ę do uśmiechu. Majka w 
ogóle nie reagowała, a Komow zareagował bardzo 
dziwnie. Słuchał z wielka uwag
ą, przy puentach 
kiwał głow
ą, a potem nagle z zadumą wpatrzył się w 
Van der Hoosego i powiedział z przekonaniem: 
- A wiesz, Jakub, do twoich bokobrodów bardzo 
dobrze pasowałyby p
ędzelki na uszach. To było 
dobrze powiedziane i w innych warunkach, 
ucieszyłby mnie taki trafny dowcip, ale teraz wydał 
mi si
ę nietaktowny. Za to sam Van der Hoose był 
najwidoczniej przeciwnego zdania. U
śmiechnął się 
zadowolony z siebie, zgi
ętym palcem jeszcze bardziej 
napuszył bokobrody - najpierw lewy, a potem prawy 
- i opowiedział nam nast
ępną historyjkę
Przybywa na pewn
ą cywilizowaną planetę jakiś 
Ziemianin, nawi
ązuje kontakt z tubylcami i 
proponuje im swoje usługi w charakterze 
najlepszego na Ziemi specjalisty w dziedzinie 
konstrukcji i eksploatacji wiecznych silników 
pierwszego rodzaju. Tubylcy oczywi
ście patrzą w 
tego posła
ńca wyższego rozumu jak w tęczę i 
słuchaj
ąc jego instrukcji natychmiast biorą się do 

background image

roboty. Zmontowali pierwszy silnik. Nie pracuje. 
Ziemianin kr
ęci korbą, łazi wśród pasów, kół 
z
ębatych i innych śrubek i klnie, że wszystko jest 
zrobione nie tak jak trzeba. Technik
ę, powiada - 
macie zacofan
ą, te układy należy przerobić, a te w 
ogóle wymieni
ć, jak sądzicie? Tubylcy, cóż począć
zabieraj
ą się do przeróbek i radykalnego 
wymieniania. I ledwie sko
ńczyli, kiedy przylatuje z 
Ziemi rakieta pogotowia ratunkowego, sanitariusze 
łapi
ą wynalazcę, robią mu stosowny zastrzyk, lekarz 
przeprasza tubylców za wszystkie przykro
ści, i 
rakieta startuje. Tubylcy smutni i zawstydzeni, 
patrz
ąc w ziemię, zaczynają się rozchodzić, kiedy 
nagle widz
ąże silnik zaczął pracować. Tak, 
przyjaciele moi, silnik zacz
ął pracować i pracuje do 
dzisiaj, a min
ęło już sto pięćdziesiąt lat. 
Mnie tam si
ę ta historyjka spodobała. Było od razu 
wida
ćże Van der Hoose wymyślił ją osobiście i 
najpewniej przed chwil
ą. Ku mojemu ogromnemu 
zdumieniu historyjka spodobała si
ę również 
Komowowi. Ju
ż w środku opowiadania przestał 
ądzić wzrokiem po stole w poszukiwaniu 
musztardy, wpatrzył si
ę w Van der Hoosego i do 
samego ko
ńca nie spuszczał z niego zmrużonych 
oczu, a potem wypowiedział si
ę w tym sensie, ż
pomysł, aby jeden z partnerów kontaktu był 
niepoczytalny, wydaje mu si
ę interesujący 
teoretycznie. W ka
żdym razie do tej pory ogólna 
teoria kontaktu nie brała pod uwag
ę takiej 
mo
żliwości, chociaż jeszcze w początkach 

background image

dwudziestego pierwszego wieku niejaki Strauch 
proponował wł
ączenie schizofreników w skład załóg 
statków kosmicznych. Ju
ż wtedy było wiadomo, ż
schizofreników charakteryzuje wybitna zdolno
ść 
nietypowych skojarze
ń. Tam, gdzie normalny 
człowiek w chaosie nieznanych zjawisk mimo woli 
stara si
ę zobaczyć rzeczy znane, wiadome od dawna, 
stereotypowe, schizofrenik, przeciwnie, nie tylko 
wszystko widzi takim, jakim jest w rzeczywisto
ści, 
ale jest zdolny stworzy
ć nowe stereotypy, 
konsekwentnie wynikaj
ące z natury badanego 
chaosu. Nawiasem mówi
ąc, ciągnął dalej Komow 
zapalaj
ąc się z wolna, ta właściwość okazuje się 
wspólna dla wszystkich schizoidalnych typów w
śród 
rozumnych istot. A poniewa
ż teoretycznie 
bynajmniej nie jest wykluczona mo
żliwośćż
partnerem w kontakcie oka
że się schizofrenik i 
poniewa
ż nie stwierdzona odpowiednio wcześnie 
schizofrenia mo
że w procesie kontaktu spowodować 
nie daj
ące się przewidzieć konsekwencje, problem, 
który przed chwil
ą poruszył Jakub, jest wart tego, 
aby naukowcy po
święcili mu uwagę
Van der Hoose z u
śmieszkiem oznajmił, ż
ofiarowuje Komowowi swój pomysł, i powiedział, 
ż
czas rusza
ć. Na te słowa, Majka, która do tej pory 
zaciekawiona, z rozchylonymi ustami słuchała 
Komowa, z miejsca oklapła. Ja równie
ż oklapłem - te 
rozmowy o schizofrenikach nasun
ęły mi niemiłe 
my
śli. I właśnie wtedy to się stało. 

background image

Van der Hoose z Majką wyszli już z mesy, a Komow 
przystan
ął w drzwiach, nagle zawrócił, mocno ujął 
mnie za łokie
ć i z jakąś przerażającą uwagą błądzą
po mojej twarzy swoimi zimnymi szarymi oczami 
cicho i szybko zapytał: 
- Co
ś tak oklapł, Staszku? Czy coś się stało? 
Osłupiałem. Wstrz
ąsnęła mną zaiste niezwykła 
przenikliwo
ść tego specjalisty od schizofrenii. Ale 
mimo wszystko potrafiłem błyskawicznie wzi
ąć się w 
gar
ść. Zbyt wiele decydowało się dla mnie w tym 
momencie. Odsun
ąłem się i z niesłychanym 
zdumieniem zapytałem: 
- A o co chodzi? 
Oczy Komowa nadal biegały po mojej twarzy, znowu 
zapytał, jeszcze ciszej i szybciej: 
- Boisz si
ę zostać sam? 
Ale ja ju
ż mocno siedziałem w siodle. 
- Boj
ę się? - powtórzyłem pytanie. - No, to trochę za 
mocno powiedziane. Przecie
ż nie jestem dzieckiem... 
Komow pu
ścił mój łokieć
- A mo
że polecisz z nami? Wzruszyłem ramionami. 
- Poleciałbym z przyjemno
ścią. Ale przecież wczoraj 
nie wszystko było w porz
ądku. Chyba lepiej, żebym 
został. 
- No-no! - powiedział z nieokre
śloną intonacją 
Komow, odwrócił si
ę gwałtownie i wyszedł. 
Zostałem jeszcze chwil
ę w mesie uspokajając się 
ostatecznie. W głowie miałem kasz
ę, ale czułem się 
jak po egzaminie zdanym na celuj
ąco. 

background image

Pomachali mi na pożegnanie i odlecieli, a ja nawet 
nie odprowadziłem ich spojrzeniem. Od razu 
wróciłem na statek, wybrałem dwa stereokryształy, 
przyczepiłem je do uszu i rozwaliłem si
ę w fotelu 
przed pulpitem. 
Śledziłem pracę swoich 
podopiecznych, czytałem, przyjmowałem depesze, 
uci
ąłem sobie pogawędkę z Wadikiem i z Ninon (było 
bardzo pocieszaj
ące, że Wadik też puścił muzykę na 
cały regulator), zrobiłem generalne porz
ądki we 
wszystkich pomieszczeniach, zestawiłem wykwintne 
menu nie zapominaj
ąc o konieczności pokrzepienia 
duchowych sił - i wszystko to w
śród ryku surm, 
wycia fletów i pomiaukiwania ksylofonów. Mówi
ą
wprost, pedantycznie, bezlito
śnie, z pożytkiem dla 
siebie i dla otoczenia zabijałem czas. I przez ten cały 
zabijany czas nieodst
ępnie gryzła mnie jedna myśl - 
sk
ąd Komow dowiedział się o mojej chwili słabości i 
co w zwi
ązku z tym zamierza przedsięwziąć. Komow 
stanowił dla mnie zagadk
ę. Te jego wątpliwości, 
które powstały po wizycie na budowie, ta rozmowa o 
schizofrenikach, to dziwaczne interludium w 
drzwiach mesy. Rany boskie, przecie
ż on mi 
zaproponował, 
żebym z nimi poleciał, przecież on się 
bał zostawi
ć mnie samego! Czyżbym się tak zmienił? 
Ale przecie
ż na przykład Van der Hoose nic nie 
zauwa
żył... Na takich rozmyślaniach minęła mi 
znaczna cz
ęść roboczego dnia. O godzinie piętnastej, 
znacznie wcze
śniej niż oczekiwałem, glider wrócił. 
Ledwie zd
ążyłem zerwać z uszu i schować kryształy, 
kiedy całe towarzystwo zjawiło si
ę na statku. 

background image

Powitałem ich w komorze kesonowej, ze starannie 
przemy
ślaną, spokojną uprzejmością, nie zadałem 
żadnych istotnych pytań, tylko poinformowałem się
czy kto
ś nie pragnie się pokrzepić. Obawiam się 
wprawdzie, 
że po sześciogodzinnym słuchaniu 
b
ębnów i piszczałek, mówiłem nieco za głośno, tak ż
Majka, która ku mojej nieopisanej rado
ści 
wygl
ądała zupełnie zadowalająco, wytrzeszczyła 
oczy z niejakim zdziwieniem, a Kemów szybko 
obejrzał mnie od stóp do głów i nie mówi
ąc ani słowa 
natychmiast znikn
ął w swojej kajucie.  
- Pokrzepi
ć się? z zadumą powtórzył Van der Hoose. 
- Wiesz, Staszku, pójd
ę teraz na mostek pisać raport, 
wi
ęc gdybyś przechodząc tamtędy przyniósł mi 
szklaneczk
ę czegoś mocniejszego, byłoby chyba 
bardzo dobrze, jak s
ądzisz? 
Powiedziałem, 
że przyniosę, Van der Hoose udał się 
na mostek, a my z Majk
ą poszliśmy do mesy i tam 
nalałem dwie szklaneczki czego
ś wzmacniającego - 
jedn
ą dałem Majce, drugą zaniosłem Van der 
Hoosemu. Kiedy wróciłem, Majka ze szklank
ą w 
r
ęku chodziła po mesie. Tak, była znacznie 
spokojniejsza ni
ż rano, ale pomimo wszystko czuło 
si
ę w niej jakieś napięcie i żeby jej pomóc, 
zapytałem: 
- No i co z tym statkiem? 
Majka łykn
ęła solidnie, oblizała wargi i patrzą
gdzie
ś obok mnie, powiedziała: 
- Wiesz - Staszek, to nie przypadek. 
Czekałem na ci
ąg dalszy, ale Majka milczała. 

background image

- Co? - zapytałem. 
- Wszystko! - Zrobiła nieokre
ślony ruch szklanką
Wykastrowany 
świat. Anemia. Wspomnisz moje 
słowa - i statek tu si
ę rozbił nie przypadkiem, i 
znale
źliśmy go nie przypadkiem, i w ogóle całe to 
nasze przedsi
ęwzięcie, cały projekt wszystko diabli 
wezm
ą na tej planecie! - dopiła wino i postawiła 
szklank
ę na stole. - Nie przestrzega się 
elementarnych wymogów bezpiecze
ństwa, większość 
pracowników to 
żółtodzioby takie jak ty, albo, nie 
przymierzaj
ąc, ja... i wszystko tylko dlatego, ż
planeta jest biologicznie pasywna. A czy o to chodzi? 
Przecie
ż każdy człowiek z elementarnym wyczuciem 
ju
ż w pierwszej godzinie pobytu czuje, że coś tu nie 
jest w porz
ądku. Było tu kiedyś życie, a potem 
wybuchła gwiazda i w jednej sekundzie wszystko si
ę 
sko
ńczyło... Pasywna biologicznie? Tak! Ale za to 
aktywna nekrotycznie. Panta te
ż będzie taka za ileś 
tam lat. Kalekie drzewa, w
ątła trawka i wszystko 
wokół przesycone jest 
śmiercią. Zapach śmierci, 
rozumiesz? Nawet gorzej - zapach byłego 
życia! Nie, 
Staszek, wspomnisz moje słowa, 
żadne plemiona z 
Panty tu si
ę nie zadomowią, nie zaznają tu radości. 
Nowy dom dla całej ludzko
ści? Nie, nie nowy dom, 
ale stary zamek z upiorami... 
Wzdrygn
ąłem się. Majka zauważyła, ale zrozumiała 
niewła
ściwie. 
- Nie niepokój si
ę - powiedziała ze smutnym 
u
śmiechem. - Ze mną jest wszystko w porządku. Po 
prostu staram si
ę sprecyzować swoje wrażenia i 

background image

swoje przeczucia. Ty mnie, jak widzę, nie możesz 
zrozumie
ć, ale sam pomyśl, jakiego rodzaju to są 
przeczucia, je
żeli bez przerwy mam na języku słowa 
- nekroza, upiory... Znowu przespacerowała si
ę po 
mesie, potem stan
ęła przede mną i mówiła dalej: 
- Oczywi
ście, jeśli popatrzeć inaczej, to parametry 
planety s
ą optymalne, wyjątkowe. Aktywność 
biologiczna prawie zerowa, atmosfera, hydrosfera, 
klimat, bilans termiczny - wszystko jak na 
zamówienie dla projektu "Arka". Ale dam sobie 
głow
ę uciąćże nikt z organizatorów tej imprezy 
tutaj nie był, a je
śli nawet ktoś był, to nie miał za 
grosz instynktu, wyczucia 
życia, czy co... No, 
rozumiem, to wszystko stare wygi, pokiereszowani, 
w bliznach, przeszli przez tysi
ące piekieł... mają 
wspaniałe wyczucie niebezpiecze
ństwa, materialnego 
niebezpiecze
ństwa! Ale wyczucie t e g o... - strzeliła 
palcami i nawet, biedactwo, skrzywiła si
ę z poczucia 
bezsilno
ści, nie mogąc zdefiniować swoich wrażeń. - 
A zreszt
ą, skąd ja to mogę wiedzieć, może i ktoś z 
nich poczuł, 
że coś tu jest nie tak, ale jak to wyjaśnić 
tym, co tu nie byli? Czy ty przynajmniej chocia
ż 
troch
ę mnie rozumiesz? 
Patrzyła mi prosto w twarz zielonymi oczami, a ja 
wahałem si
ę, wahałem i wreszcie skłamałem: 
- Niezupełnie. To znaczy, oczywi
ście, masz trochę 
racji... cisza, pustka... 
No widzisz - powiedziała Majka. - Nawet ty tego nie 
rozumiesz. No dobra, starczy na dzisiaj. - Usiadła na 
stole naprzeciw mnie i nagle dziabn
ęła mnie palcem 

background image

w policzek, zaśmiała się. - Wygadałam się i jakoś mi 
l
żej. Z Komowem, jak sam rozumiesz, nie da się 
porozmawia
ć, a do Vandera lepiej z tym się nie 
pcha
ć - zamęczy w ambulatorium... 
Napi
ęcie dręczące ją, zresztą i mnie również, od razu 
opadło i rozmowa zamieniła si
ę w takie tam gadanie. 
Poskar
żyłem się jej na wczorajsze kłopoty z 
robotami, opowiedziałem, jak Wadik k
ąpał się sam 
jeden w całym oceanie, i zapytałem, jak wygl
ąda 
problem kwater. Majka odpowiedziała, 
ż
wyznaczyli ju
ż cztery miejsca na obozowiska, 
miejsca zupełnie przyzwoite, i w innych warunkach 
ka
żdy mieszkaniec Panty z przyjemnością spędziłby 
tu całe swoje 
życie, ale ponieważ tak czy inaczej ta 
bezsensowna impreza jest pozbawiona jakichkolwiek 
szans, nie ma nad czym si
ę rozwodzić
Przypomniałem Majce, 
że zawsze odznaczała się 
wrodzonym sceptycyzmem i 
że ten sceptycyzm 
bynajmniej nie zawsze okazywał si
ę 
usprawiedliwiony. Majka nie zgodziła si
ę
powiedziała, 
że teraz nie rozmawiamy o wrodzonym 
sceptycyzmie, ale o sceptycyzmie natury, 
że w ogóle 
jestem nowicjusz, 
żółtodziób; i właściwie 
powinienem zwraca
ć się do niej, doświadczonej 
Majki, stoj
ąc na baczność. Wtedy powiedziałem jej, 
że prawdziwie doświadczony człowiek nigdy nie 
spiera si
ę z technikiem-cybernetykiem, ponieważ 
technik jest na statku t
ą osią, wokół której wiruje 
całe 
życie statku. Majka stwierdziła, że większość osi 
obrotu to w istocie rzeczy poj
ęcia abstrakcyjne, po 

background image

prostu szereg geometrycznych punktów... Potem 
zacz
ęliśmy dyskusję na temat różnicy między 
poj
ęciami "wiruje" i "obraca się", w ogóle 
gaw
ędziliśmy na tematy obojętne i z boku na pewno 
wygl
ądało to dosyć sympatycznie, ale nie wiem, o 
czym przez cały czas my
ślała Majka, too ja osobiście 
na drugim planie bezustannie rozwa
żałem czy nie 
zabra
ć się, i to natychmiast, do przeglądu wszystkich 
systemów bezpiecze
ństwa. Co prawda te systemy 
były obliczone na niebezpiecze
ństwa biologiczne i nie 
sposób było przewidzie
ć, czy zabezpieczają również 
przed niebezpiecze
ństwem nekrotycznym, ale 
strze
żonego Pan Bóg strzeże, ostrożność jest matką 
spokoju i jak sobie po
ścielesz, tak się wyśpisz. 
Jednym słowem, kiedy Majka zacz
ęła ziewać i 
skar
żyć się na niewyspanie, posłałem ją do kajuty, 
żeby się zdrzemnęła przed obiadem, a sam przede 
wszystkim poszedłem do biblioteki, wzi
ąłem słownik 
i zobaczyłem, co to w ogóle znaczy "nekroza". 
Wyja
śnienie wywarło na mnie jak najgorsze 
wra
żenie i postanowiłem niezwłocznie przystąpić do 
przegl
ądu. Na wszelki wypadek co prawda 
pobiegłem jeszcze uprzednio na mostek, 
żeby 
zobaczy
ć, jak się sprawiają moi wychowankowie i 
zastałem tam Van der Hoosego wła
śnie w momencie, 
kiedy starannie układał jedn
ą na drugiej kartki ze 
swoj
ą ekspertyzą. "Zaraz zaniosę to Komowowi - 
oznajmił na mój widok - potem dam przejrze
ć 
Majce, a potem przedyskutujemy to wszyscy, jak 
s
ądzisz? Ciebie też zawołać?" Powiedziałem, żeby 

background image

zawołał, i poinformowałem, że będę w komorze 
systemów bezpiecze
ństwa. Van der Hoose popatrzył 
na mnie z ciekawo
ścią, ale nic nie powiedział i 
wyszedł. 
Zawołali mnie po dwóch godzinach. Van der Hoose 
przez wewn
ętrzny system łączności oznajmił, ż
raport przeczytali wszyscy członkowie komisji i 
zapytał, czy ja te
ż chcę przeczytać. Ja oczywiście 
chciałbym, ale przegl
ąd był w pełnym toku, 
wartownik-zwiadowca na wpół wypatroszony, w 
ogóle miałem urwanie głowy, wi
ęc odpowiedziałem w 
tym sensie, 
że przeczytać już raczej nie zdążę, a na 
dyskusj
ę przyjdę z całą pewnością, jak tylko skończę 
robot
ę. Mam tu jeszcze zajęcia na jakąś godzinkę
powiedziałem, wi
ęc niech siadają do obiadu beze 
mnie. 
Krótko mówi
ąc, kiedy wszedłem do mesy, obiad był 
na uko
ńczeniu i zaczynała się dyskusja. Nalałem 
sobie zupy, usiadłem z boku, zacz
ąłem jeść i słuchać
- Nie mog
ę przyjąć bez zastrzeżeń hipotezy o 
meteorze - z wyrzutem mówił Van der Hoose. - 
"Pelikany" s
ą świetnie zabezpieczone przed 
uderzeniami meteorów. W razie niebezpiecze
ństwa 
statek mógł po prostu skr
ęcić
- Nie przecz
ę - odpowiadał Komow, patrząc w stół i 
krzywi
ąc się z obrzydzeniem. - Jednakże jeśli 
zało
żyćże atak meteorów zaczął się w momencie, 
kiedy statek wychodził z subprzestrzeni... 

background image

- Tak, naturalnie - zgodził się Van der Hoose. - W 
takim przypadku naturalnie. Ale 
prawdopodobie
ństwo... 
- Zadziwiasz mnie. Jakubie. Silnik kosmiczny statku 
jest doszcz
ętnie rozbity. Olbrzymia dziura na wylot i 
ślady oddziaływania wysokich temperatur. Moim 
zdaniem dla ka
żdego normalnego człowieka musi 
by
ć jasne, że w grę może wchodzić tylko meteor. 
Van der Hoose miał bardzo nieszcz
ęśliwą minę
- No, dobrze - powiedział - niech b
ędzie po 
twojemu... Ale ty po prostu nie rozumiesz, 
Giennadij, nie jeste
ś astronautą... Po prostu nie 
rozumiesz, jak mało to jest prawdopodobne. Wła
śnie 
w momencie wychodzenia z subprzestrzeni ogromny 
meteor o ogromnej energii... Po prostu nie wiem, co 
jeszcze mo
że być równie nieprawdopodobne! 
- A wi
ęc co proponujesz? 
Van der Hoose rozejrzał si
ę dookoła szukają
poparcia, nie znalazł go i powiedział: 
- Dobrze, niech tak zostanie. Ale jednak b
ędę 
nalegał, 
żeby sformułowanie było mniej 
kategoryczne. Powiedzmy: "Przytoczone fakty 
pozwalaj
ą przypuścić..." 
- "Stwierdzi
ć" - poprawił go Komow. 
- "Stwierdzi
ć"? - Van der Hoose zachmurzył się. - 
Ale
ż nie, Giennadij, co tu można stwierdzać? Tylko 
przypuszcza
ć! "...Pozwalają przypuścićże statek 
został trafiony przez meteor o znacznej energii, w 
momencie wychodzenia z subprzestrzeni". 

background image

Dokładnie tak. Proponuję przyjąć sformułowanie w 
tym brzmieniu. 
Komow przez kilka sekund zastanawiał si
ę 
zaciskaj
ąc szczęki, a potem powiedział: 
- Zgadzam si
ę. Przechodzę do następnej poprawki. 
- Chwileczk
ę - powiedział Van der Hoose. - A ty, 
Majka? 
Majka wzruszyła ramionami. 
- Szczerze mówi
ąc nie widzę różnicy. A w ogóle to się 
zgadzam. 
- Nast
ępna poprawka - niecierpliwie powiedział 
Komow. - Nie ma potrzeby pyta
ć Bazy, co zrobić z 
ciałami. W ogóle t
ą sprawą ekspertyza nie powinna 
si
ę zajmować. Należy wysłać specjalną depeszę i 
zameldowa
ćże ciała pilotów zostały umieszczone w 
kontenerach, zalane mikoplastem i 
że w najbliższym 
czasie b
ędą wysłane na Bazę
- Jednak
że... - zaczął stropiony Van der Hoose. 
- Zajm
ę się tym jutro - przerwał mu Komow. - 
Osobi
ście. 
- A mo
że należałoby pochować ich tutaj? - cicho 
zapytała Majka. 
- Nie mam nic przeciwko temu - natychmiast 
odpowiedział Komow. - Ale jest 
żelazną reguła, że w 
takich przypadkach zwłoki odsyła si
ę na Ziemię... 
Słucham? - odwrócił si
ę do Van der Hoosego. 
Van der Hoose, który ju
ż otworzył usta, pokręcił 
głow
ą i powiedział:  
- Nic. 

background image

- Krótko mówiąc - powiedział Komow - proponuję 
usun
ąć tę sprawę z raportu. Zgadzasz się, Jakub? 
- Chyba tak - powiedział Van der Hoose. - A ty, 
Majka? 
Majka wahała si
ę i rozumiałem ją. Jakoś to wszystko 
odbywało si
ę zbyt oficjalnie, zbyt urzędowo. Co 
prawda sam nie wiem, jak to powinno si
ę odbywać
ale moim zdaniem o takich sprawach nie mo
ż
decydowa
ć głosowanie. 
Świetnie - oznajmił Komow, jak gdyby nigdy nic. - 
Teraz co si
ę tyczy okoliczności i przyczyn śmierci 
pilotów. Do wyników sekcji i materiałów 
fotograficznych nie mam 
żadnych zastrzeżeń, a 
nasz
ą opinię proponuję sformułować następująco: 
"Pozycja, w której znaleziono ciała, 
świadczy, ż
śmierć pilotów nastąpiła wskutek uderzenia statku o 
powierzchni
ę planety. Mężczyzna umarł wcześniej 
zd
ążywszy przed śmiercią zetrzeć dziennik 
pokładowy. Wydosta
ć się z fotela przy sterach nie 
był ju
ż w stanie. Kobieta, przeciwnie, żyła jeszcze 
czas jaki
ś po jego śmierci i próbowała opuścić statek. 
Jej 
śmierć nastąpiła w komorze kesonowej". No a 
dalej - tak jak w twoim tek
ście. 
- Hm... - powiedział Van der Hoose z ogromnym 
pow
ątpiewaniem. - Czy to nie brzmi zbyt 
bezapelacyjnie, jak s
ądzisz, Giennadij? Przecież 
je
żeli brać pod uwagę wynik sekcji, przeciwko 
któremu nie wysuwasz zastrze
żeń, to ta nieszczęsna 
kobieta po prostu nie była ju
ż w stanie doczołgać się 
do komory kesonowej. 

background image

- Niemniej jednak znaleźliśmy ją właśnie tam - 
chłodno odparował Komow. 
- Ale przecie
ż właśnie ta okoliczność... - z przejęciem 
zacz
ął Van der Hoose przyciskając dłoń do piersi. 
- Posłuchaj, Jakub - powiedział Komow. - Nikt nie 
wie, do czego jest zdolny człowiek w sytuacji 
krytycznej. A zwłaszcza kobieta. Przypomnij sobie 
histori
ę Marii Priestley. Przypomnij sobie historię 
Kolesniczenko. I w ogóle przypomnij sobie histori
ę
Zapanowało milczenie. Van der Hoose siedział z 
nieszcz
ęśliwą miną bezlitośnie szarpiąc swe 
bokobrody. 
- A mnie wcale nie dziwi, 
że ta kobieta znalazła się w 
komorze kesonowej - nagle odezwała si
ę Majka. - 
Nie rozumiem czego
ś innego. Dlaczego pilot starł 
dziennik pokładowy? Przecie
ż była eksplozja, 
człowiek umiera... 
- No, to akurat... - niepewnie powiedział Van der 
Hoose. - To akurat mo
że się zdarzyć. Agonia, 
przesuwał r
ękami po pulpicie, zaczepił o klucz... 
- Punkt o dzienniku pokładowym - powiedział 
Komow - zostanie wł
ączony do rozdziału o faktach 
szczególnego znaczenia. Ja osobi
ście myślęże ta 
zagadka nigdy nie zostanie wyja
śniona... jeżeli to w 
ogóle jest zagadka, a nie zwyczajny zbieg 
okoliczno
ści. Idziemy dalej. - Szybko przejrzał 
rozrzucone kartki. - Wła
ściwie nie mam więcej 
uwag. Ziemska mikroflora i  mikrofauna 
najwidoczniej zgin
ęła - w każdym razie nie ma po 
niej 
żadnych śladów... Tak... Ich papiery. Czytanie 

background image

ich to nie nasza sprawa, a poza tym są w takim 
stanie, 
że możemy je tylko jeszcze bardziej 
uszkodzi
ć. Jutro je zakonserwuję i przywiozę na 
statek... Aha! Popow, tu jest co
ś niecoś z twojej 
dziedziny. Czy orientujesz si
ę w aparaturze 
cybernetycznej statków typu "Pelikan"? 
- Tak, oczywi
ście - powiedziałem, spiesznie 
odsuwaj
ąc talerz. 
- B
ądź tak dobry - Komow rzucił mi kartkę papieru - 
to jest spis znalezionych na statku maszyn 
cybernetycznych. Sprawd
ź, czy wszystko jest na 
miejscu. 
Wzi
ąłem spis. Patrzyli na mnie wyczekująco.  
- Tak - powiedziałem - chyba wszystko jest na 
miejscu. Nawet zwiadowcy-inicjatorzy, a zwykle 
zawsze którego
ś brakuje... A tego nie rozumiem. Co 
to jest: robot remontowy przerobiony na urz
ądzenie 
szyj
ące? 
- Jakub, wytłumacz mu - zarz
ądził Komow. 
Van der Hoose zadarł głow
ę i wysunął szczękę
- Rozumiesz, Staszek - powiedział jakby z zadum
ą. - 
Tu bardzo trudno co
ś wyjaśnić. Po prostu robot 
remontowy został przerobiony na urz
ądzenie 
szyj
ące. Urządzenie, które szyje, rozumiesz? Któreś 
z nich, prawdopodobnie kobieta, miało niezupełnie 
zwyczajne hobby. 
- Aha - powiedziałem i zdziwiłem si
ę. - Ale czy na 
pewno to był robot remontowy? 
- Bez w
ątpienia - z przekonaniem powiedział Van 
der Hoose. 

background image

- W takim razie na statku był pełny komplet 
powiedziałem zwracaj
ąc Komowowi spis. - 
Zdumiewaj
ąco pełny. Zapewne oni ani razu nie 
l
ądowali na ciężkich planetach. 
- Dzi
ękuję - powiedział Komow. - Kiedy będzie 
gotowy czystopis ekspertyzy, prosz
ężebyś podpisał 
rozdział o brakach w sprz
ęcie cybernetycznym. 
- Ale przecie
ż nie ma żadnych ubytków - 
powiedziałem. 
Komow nie zwrócił na mnie uwagi, a Van der Hoose 
wyja
śnił: 
- To jest po prostu nazwa rozdziału: "Braki w 
sprz
ęcie cybernetycznym". Podpiszesz, żżadnych 
braków nie ma. 
- Tak - powiedział Komow składaj
ąc po kolei 
rozrzucone kartki. - Jakub, prosz
ę, doprowadź to 
wszystko do porz
ądku, potem podpiszemy się i 
jeszcze dzisiaj b
ędzie to można nadać. A teraz, jeżeli 
nikt nie ma nic do dodania, wychodz
ę
Nikt nie miał nic do dodania i Komow wyszedł. Van 
der Hoose wstał z ci
ężkim westchnieniem, zważył na 
dłoni stos kartek, odrzucaj
ąc głowę do tyłu spojrzał 
na nas i równie
ż się oddalił. 
- Vander jest wyra
źnie niezadowolony - zauważyłem 
kład
ąc sobie mięso na talerzu. 
- Ja te
ż jestem niezadowolona - powiedziała Majka. - 
Jako
ś nieprzyzwoicie to wszystko wyszło. Nie umiem 
ci wytłumaczy
ć, może to naiwne, dziecinne... Ale 
przecie
ż powinna być... no, chociażby jakaś minuta 
milczenia, czy co... A tymczasem raz dwa i poszła w 

background image

ruch maszyna - położenie zwłok, ubytek maszyn, 
dane topograficzne... Tfu! Jak w szkole na zaj
ęciach 
praktycznych... 
Zgadzałem si
ę z nią w pełni. 
- Przecie
ż Komow nie daje nikomu ust otworzyć! - ze 
zło
ścią mówiła dalej Majka. - Wszystko jest dla 
niego jasne, wszystko jest dla niego oczywiste, a w 
rzeczywisto
ści wcale to tak nie wygląda. I z 
meteorem sprawa jest niejasna i przede wszystkim z 
dziennikiem pokładowym. Zreszt
ą wcale nie wierzę
że dla niego wszystko jest jasne! Moim zdaniem, 
Komow co
ś tam kombinuje i Vander też się tego 
domy
śla, tylko nie wie, jak się do niego dobrać... a 
mo
że uważa, że to nieistotne... 
- A mo
że to naprawdę nieistotne... - wymamrotałem 
niepewnie. 
- Ja wcale nie mówi
ęże istotne! - oświadczyła 
Majka. - Po prostu nie podoba mi si
ę zachowanie 
Komowa. Nie rozumiem go. I on sam te
ż mi się nie 
podoba! Nasłuchałam si
ę o nim zachwytów, a teraz 
chodz
ę i liczę dni do końca... Nigdy w życiu nie będę 
z nim wi
ęcej pracować
- Nie tak ju
ż wiele zostało - powiedziałem pokojowo. 
- Jeszcze tylko dwadzie
ścia dni... 
I z tym 
żeśmy się rozstali. Majka poszła 
porz
ądkować swoje kwatermistrzowskie szkice, a ja 
udałem si
ę na mostek, gdzie oczekiwała mnie 
malutka niespodzianka. Tom informował, 
że budowa 
fundamentów została zako
ńczona, i proponował, 

background image

żebym przyjął robotę. Narzuciłem, dochę i 
pobiegłem na plac. 
Sło
ńce już zaszło, szybko zapadał zmierzch. Dziwny 
tu jest zmierzch - ciemnofioletowy jak rozwodniony 
tusz. Ksi
ężyca nie ma, ale za to zorza polarna w 
dowolnych ilo
ściach, i to jaka! Gigantyczny 
wodospad ró
żnobarwnego blasku bezszelestnie 
rozwiewa si
ę nad czarnym oceanem. Strumienie 
światła zwijają się, rozwijają, falują i drżą, jakby 
targane wiatrem mieni
ą się biało, zielono, różowo i 
nagle gasn
ą w ciągu sekundy i tylko przed oczami 
jeszcze przepływaj
ą niewyraźne kolorowe plamy, 
potem zorza znowu si
ę rozpala i wtedy znikają 
gwiazdy, znika zmierzch, wszystko wokół nabiera 
nienaturalnych, ale czystych barw - mgła nad 
trz
ęsawiskiem robi się czerwono-granatowa, 
lodowiec z oddali błyszczy jak bryły bursztynu, a po 
pla
ży przebiegają zielonkawe cienie. 
Mocno rozcieraj
ąc marznący nos i policzki 
ogl
ądałem przy tym dziwacznym świetle gotowe już 
fundamenty. Tom nieodst
ępnie mi towarzyszył, 
usłu
żnie podając niezbędne dane, a kiedy zorza 
zgasła, równie usłu
żnie zapalił reflektory. I jak 
zawsze było martwo i cicho, tylko chrz
ęścił pod 
moimi butami zamarzni
ęty piasek. Potem usłyszałem 
głosy - Majka i Van der Hoose wyszli odetchn
ąć 
świeżym powietrzem i obejrzeć niebiański spektakl. 
Majce bardzo si
ę podobały zorze polarne - jedyne, co 
jej si
ę podobało na tej planecie. Byłem dosyć daleko 
od statku, jakie
ś sto metrów, nie widziałem 

background image

rozmawiających, ale głosy słyszałem wyraźnie. 
Zreszt
ą z początku słuchałem tylko jednym uchem. 
Majka co
ś mówiła o uszkodzonych szczytach drzew, 
a Van der Hoose co
ś tam mruczał o erozji 
pokładowych quasi-narz
ądów - widocznie znowu 
dyskutowali o przyczynach i okoliczno
ściach 
katastrofy "Pelikana". 
W ich rozmowie było co
ś dziwnego. Powtarzam - z 
pocz
ątku nie bardzo się przysłuchiwałem i dopiero 
źniej zrozumiałem, na czym to polega. Vander i 
Majka rozmawiali, jakby nie słysz
ąc się wzajemnie. 
Na przykład Van der Hoose mówił: "Jeden silnik 
atmosferyczny musiał ocale
ć, inaczej po prostu nie 
mogliby manewrowa
ć w atmosferze". A Majka nie a 
propos: "Nie, Jakub, co najmniej dziesi
ęć, piętnaście 
lat. Spójrz na te nacieki..." Zszedłem na dół, 
żeby 
zobaczy
ć spód fundamentu, a kiedy wylazłem, 
rozmowa stała si
ę bardziej sensowna, ale za to mniej 
zrozumiała. Jakbym był na próbie jakiej
ś sztuki. 
- A co to znowu takiego? - pytała Majka. 
- Powiedziałbym, 
że to zabawka - odpowiadał Van 
der Hoose. 
- Ja bym te
ż tak powiedziała. Ale po co? 
- Hobby. Nie ma w tym nic dziwnego, to bardzo 
rozpowszechnione hobby. 
Zreszt
ą ta dziwna rozmowa dość szybko się 
sko
ńczyła. Głośno cmoknęła błona włazu i znowu 
nast
ąpiła cisza. Obejrzałem ostatni fundament, 
pochwaliłem Toma za solidn
ą robotę i poleciłem mu 
przeł
ączyć Jacka na następny etap. Zorza zgasła i w 

background image

zapadłych ciemnościach nic nie było widać, oprócz 
ostrzegawczych 
świateł moich robotów. Czując, że za 
moment odpadnie mi koniuszek nosa, pobiegłem 
truchtem w stron
ę statku, namacałem błonę, jednym 
skokiem znalazłem si
ę w kesonie. Keson to coś 
wspaniałego. To jedno z najcudowniejszych 
pomieszcze
ń na statku. Pewnie dlatego, że komora 
kesonowa to pierwsze pomieszczenie na statku, które 
ci daje poczucie domu, ju
ż wiesz, że wróciłeś do 
domu, do rodzinnego, ciepłego, bezpiecznego domu, 
z obcego, lodowatego, gro
źnego świata. Z mroku w 
światło. Zrzuciłem dochę, po czym pokasłując i 
rozcieraj
ąc zziębnięte ręce poszedłem na mostek. 
Van der Hoose ju
ż tam siedział obłożony swoimi 
papierami, głow
ę pochylił frasobliwie i przepisywał 
na czysto kolejn
ą stronę ekspertyzy. Maszyna 
koduj
ąca żwawo stukotała pod jego palcami. 
- A moi wychowankowie ju
ż skończyli fundamenty - 
pochwaliłem si
ę
- Aha - odezwał si
ę Van der Hoose. 
- A co to za zabawki? - zapytałem. 
- Zabawki... - z roztargnieniem powtórzył Van der 
Hoose. - Zabawki? - zapytał nie przestaj
ąc stukać na 
maszynie. - Ach, zabawki! - odło
żył gotową kartkę i 
wzi
ął następną
Odczekałem chwil
ę i przypomniałem: 
- No, wi
ęc co to za zabawki? 
- Co to za zabawki?... - znacz
ącym głosem powtórzył 
Van der Hoose. Zadarł głow
ę i spojrzał na mnie. - A 
wi
ęc tak stawiasz problem? Widzisz... Zresztą, kto to 

background image

może wiedzieć, co to za zabawki... Tam na statku... 
Przepraszam ci
ę, Staszek, ale może najpierw 
sko
ńczę, jak sądzisz? 
Na palcach podszedłem do swojego pulpitu, przez 
chwil
ę obserwowałem pracę Jacka, który już się 
zabrał do murów stacji meteorologicznej, a potem, 
tak
że na palcach, wyszedłem z mostku, aby złożyć 
wizyt
ę Majce. 
Wszystkie mo
żliwe światła w jej kajucie paliły się, a 
sama Majka siedziała po turecku na łó
żku i była 
bardzo zaj
ęta. Na stole, na łóżku, na podłodze leżały 
odbitki stykowe, mapy, szkice, rozci
ągnięte 
harmonijki zdj
ęć lotniczych, wykresy i notatki. 
Majka po kolei to wszystko ogl
ądała, robiła jakieś 
adnotacje, czasem łapała lup
ę, czasem butelkę z 
sokiem stoj
ącą obok na krześle. Obserwowałem to 
czas jaki
ś i wreszcie wybrałem moment, kiedy 
butelka z sokiem opu
ściła krzesło, szybko zająłem jej 
miejsce, tak 
że kiedy Majka nie patrząc chciała z 
powrotem odstawi
ć butelkę, trafiła prosto w moją 
wyci
ągniętą dłoń
- Dzi
ękuję - powiedziałem i napiłem się.  
Majka uniosła głow
ę
- A, to ty - powiedziała z niezadowoleniem. - Czego 
chcesz? 
- Tak sobie wpadłem - powiedziałem dobrodusznie. - 
Jak było na spacerze? 
- Nawet nosa nie wytkn
ęłam - odparła zabierając mi 
butelk
ę. - Siedzę jak przymurowana, wczoraj 

background image

wieczorem nic nie robiłam i teraz mam urwanie 
głowy... Gdzie mi tam do spacerów! 
Oddała mi butelk
ę, machinalnie wypiłem łyk, czują
jaki
ś niewyraźny niepokój i nagle mi spadła zasłona 
z oczu. - Majka miała na sobie swój ulubiony 
domowy strój - puszyst
ą bluzkę i szorty, a jej włosy 
pod chustk
ą były wilgotne. 
- K
ąpałaś się? - zapytałem tępo.  
Majka co
ś mi odpowiedziała, ale ja i tak już 
wszystko zrozumiałem. Wstałem. Starannie 
postawiłem butelk
ę na siedzeniu krzesła. Coś 
wymamrotałem - nie pami
ętam co. Nie wiadomo, w 
jaki sposób znalazłem si
ę w korytarzu, a potem w 
swojej kajucie, nie wiadomo, po co zgasiłem górne 
światło, zapaliłem nocną lampką, położyłem się na 
łó
żku i odwróciłem twarzą do ściany. Znowu mną 
trz
ęsło. Pamiętam, że wirowały mi w głowie jakieś 
strz
ępy myśli w rodzaju "teraz to już wszystko 
przepadło, wszystko na nic, ju
ż ostatecznie i 
nieodwracalnie". Złapałem si
ę na tym, że znowu 
nadsłuchuj
ę. I znowu słyszałem coś niewłaściwego. 
Wtedy gwałtownie wstałem, si
ęgnąłem do nocnej 
szafki, wzi
ąłem proszek nasenny, połknąłem go i 
znowu si
ę położyłem. Po ścianach biegały jaszczurki, 
zacieniony sufit powoli si
ę obracał, lampka nocna to 
gasła, to rozjarzała si
ę niebywale ostrym światłem, 
umieraj
ące muchy rozpaczliwie bzyczały po kątach. 
Zdaje si
ęże przychodziła Majka, patrzyła na mnie z 
niepokojem, przykryła mnie czym
ś i znikła, a potem 
zjawił si
ę Wadik usiadł w nogach łóżka i powiedział 

background image

gniewnie "Czego się wylegujesz? Cała komisja 
lekarska czeka na ciebie, a ty le
żysz". - ,,Mów 
gło
śniej - powiedziała do niego Ninon - on ma coś z 
uszami i nie słyszy ci
ę". Zrobiłem minę do pokera i 
powiedziałem, 
że to wszystko zawracanie głowy. 
Wstałem i razem weszli
śmy do rozbitego "Pelikana'', 
wszystkie narz
ądy uległy erozji i czuć było ostry 
zapach amoniaku, jak wtedy, w korytarzu. Ale to był 
niezupełnie "Pelikan", to chyba raczej był plac 
budowy, moi wychowankowie pracowali i pas 
startowy cudownie błyszczał w sło
ńcu, a ja ciągle się 
bałem, 
że Tom najedzie na dwie mumie, które leżały 
w poprzek pasa, to znaczy, wszyscy my
śleli, że to 
mumie, a naprawd
ę to byli Komow i Van der Hoose, 
tylko trzeba było uwa
żaćżeby się nikt o tym nie 
dowiedział, poniewa
ż właśnie rozmawiali ze sobą, a 
tylko ja ich słyszałem. Ale przed Majk
ą nic się nie 
ukryje. "Czy nie widzicie, 
że Staszek źle się czuje?" - 
powiedziała gniewnie i poło
żyła na mojej twarzy 
wilgotn
ą chusteczkę, zmoczoną w amoniaku. Omal 
si
ę nie udusiłem, potrząsnąłem głową, poderwałem 
si
ę i usiadłem na łóżku. 
Oczy miałem otwarte i w 
świetle lampki nocnej 
zobaczyłem przed sob
ą człowieka. Człowiek ów stał 
tu
ż przy łóżku pochylony i uważnie patrzył mi w 
twarz. W słabym 
świetle wydawał mi się ciemny, 
prawie czarny - zrodzona z majaczenia skrzywiona 
sylwetka bez twarzy, chwiejna, pozbawiona 
wyra
źnych konturów i równie chwiejny, niewyraźny 
odblask padaj
ący na jej twarz i ramię. Już z góry 

background image

wiedząc, czym to się skończy, wyciągnąłem rękę i 
moja dło
ń przeszła na wylot jak przez powietrze, 
upiór zakołysał si
ę, zaczął tajać i po kilku sekundach 
znikł bez 
śladu. Opadłem na plecy i zamknąłem oczy. 
A czy wiecie, 
że tatarski chan ma pod nosem wielką 
brodawk
ę? Pod samym nosem... Byłem spocony jak 
ruda mysz i było mi okropnie duszno. Miałem 
wra
żenie, że się duszą
 
 
Rozdział IV  
UPIORY l LUDZIE 
 
 
Obudziłem si
ę późno z ciężką głową i z mocnym 
postanowieniem, 
że od razu po śniadaniu poproszę 
Van der Hoosego o rozmow
ę w cztery oczy i wyznam 
mu wszystko jak na spowiedzi. Chyba jeszcze nigdy 
życiu nie czułem się tak nieszczęśliwy. Wszystko 
było dla mnie sko
ńczone i dlatego zrezygnowałem 
nawet z porannej gimnastyki, wzi
ąłem tylko 
wzmocniony jonowy natrysk i powlokłem si
ę do 
mesy. Ju
ż w progu uprzytomniłem sobie, że na 
skutek tego całego zamieszania zapomniałem wyda
ć 
polecenia kucharzowi, i to mnie dobiło ostatecznie. 
Wymamrotałem co
ś niewyraźnie na przywitanie, 
czuj
ąc, że ze zmartwienia i wstydu jestem czerwony 
jak rak, usiadłem na swoim miejscu, ponuro 
obejrzałem stół, unikaj
ąc wzroku biesiadników. 
Uczta, spójrzmy prawdzie w oczy, była raczej mało 

background image

wyszukana, skromna to była uczta. W jadłospisie 
figurował czarny chleb z mlekiem. Van der Hoose 
posypał swoj
ą pajdę solą. Majka posmarowała 
masłem, za
ś Komow żuł suchy chleb i nawet nie 
spojrzał na mleko. 
W ogóle nie miałem apetytu - na sam
ą myśl o 
jedzeniu robiło mi si
ę niedobrze. Nalałem sobie 
mleka i zacz
ąłem pić. Widziałem, że Majka patrzy 
na mnie i 
że ma wielką ochotę zapytać, co się ze mną 
dzieje i w ogóle. Jednak o nic nie zapytała, a Van der 
Hoose zacz
ął rozwlekle dowodzić, jak szkodliwe jest 
ob
żarstwo z medycznego punktu widzenia i jak to 
dobrze, 
że dziś jest właśnie takie śniadanie, a nie 
jakie
ś inne... Wyjaśnił nam szczegółowo, co to jest 
post i co to takiego wielki post, z szacunkiem 
wypowiedział si
ę na temat starożytnych chrześcijan, 
którzy znali si
ę na tym co dobre. Przy okazji omówił 
problem zapustów, ale nale
ży mu to przyznać, dosyć 
szybko zauwa
żył, że się nieco zagalopował opisują
bliny z kawiorem, z łososiem, 
śmietaną i innymi 
smakołykami, przerwał wi
ęc wykład i z niejakim 
zakłopotaniem zacz
ął gładzić bokobrody. Rozmowa 
nie kleiła si
ę. Ja się niepokoiłem o siebie, Majka o 
mnie. Je
żeli zaś chodzi o Komowa to znów, podobnie 
jak wczoraj, był stanowczo nie w swoim sosie. 
Powieki miał zaczerwienione, przewa
żnie patrzył w 
stół, ale od czasu do czasu nagle unosił głow
ę i 
rozgl
ądał się, jakby go ktoś wołał. Nakruszył wokół 
siebie ogromne ilo
ści chleba i nadal skubał 
okruszyny, 
że aż miałem ochotę trzepnąć go po 

background image

łapach jak dzieciaka. I tak siedzieliśmy smętnie i 
ponuro, a biedny Van der Hoose na pró
żno tracił, 
siły staraj
ąc się nas rozerwać
Wła
śnie mordował się z jakąś tasiemcową historią
któr
ą na poczekaniu wymyślał i w żaden sposób nie 
mógł wymy
śleć do końca, kiedy nagle Komow wydał 
z siebie dziwaczny d
źwięk, jakby kawałek suchego 
chleba stan
ął mu wreszcie kością w gardle. 
Spojrzałem na niego przez stół i przeraziłem si
ę
Komow siedział sztywny i wyprostowany, 
ściskają
obur
ącz krawędź blatu, zaczerwienione oczy wylazły 
mu z orbit, patrzył gdzie
ś poza mnie i z sekundy na 
sekund
ę robił się coraz bledszy. Odwróciłem się i 
zamarłem. Pod 
ścianą, między filmoteką a stolikiem 
do gry w szachy, stał mój wczorajszy upiór. 
Teraz widziałem go zupełnie wyra
źnie. To był 
człowiek, a w ka
żdym razie humanoid, mały, chudy i 
doszcz
ętnie nagi. Skórę miał ciemną, prawie czarną
błyszcz
ącą, jakby naoliwiona. Twarzy jego dokładnie 
nie zobaczyłem, a mo
że nie zapamiętałem, ale od 
razu rzuciło mi si
ę w oczy, podobnie jak w czasie 
nocnych koszmarów, 
że człowiek ten był jakiś 
przekrzywiony i jakby zamglony. I jeszcze oczy - 
ciemne, olbrzymie, nieruchome, 
ślepe jak oczy 
pos
ągu. 
- To on! Tam! - wrzasn
ął Komow. 
Pokazywał palcem w zupełnie innym kierunku i tam 
dosłownie na moich oczach wprost z powietrza 
wymaterializowała si
ę nowa postać. To był ciągle ten 
sam zastygły, l
śniący upiór, ale teraz zastygł w biegu, 

background image

jak na fotografii, która przedstawia startującego 
sprintera. I w tej
że sekundzie Majka rzuciła mu się 
pod nogi. Fotel z łoskotem odleciał na bok, Majka z 
bojowym okrzykiem przeleciała przez upiora na 
wylot i r
ąbnęła w ekran wideofonu. Zdążyłem 
jeszcze zauwa
żyćże upiór zakołysał się i zaczął 
taja
ć, a Komow już krzyczał: 
- Drzwi! Drzwi! 
I zobaczyłem - kto
ś maleńki, biały i matowy, jak 
ściana w mesie, przygięty w bezszelestnym pędzie 
przemkn
ął przez otwarte drzwi i zniknął w 
korytarzu. I wtedy rzuciłem si
ę za nim w pościg. 
Teraz wstyd o tym wspomina
ć, ale wówczas było mi 
dokładnie wszystko jedno, co to za istota, sk
ąd, 
dlaczego i po co tu si
ę zjawiła - czułem tylko 
nieopisan
ą ulgę, ponieważ wiedziałem, że od tej 
chwili sko
ńczyły się moje koszmary i strachy i 
jeszcze za wszelk
ą cenę, ponad wszystko pragnąłem 
dogoni
ć, schwytać, unieszkodliwić i doprowadzić na 
statek. 
W drzwiach zderzyłem si
ę z Komowem, zbiłem go z 
nóg, potkn
ąłem się o niego, korytarz sforsowałem na 
czworakach - był ju
ż pusty, tylko ostro i znajomo 
śmierdziało amoniakiem, za moimi plecami krzyczał 
co
ś Komow, stukotały cienkie obcasiki, poderwałem 
si
ę na nogi, jak strzała przeleciałem przez komorę 
kesonow
ą; dałem nura w błonę włazu, który jeszcze 
nie zd
ążył z powrotem zarosnąć, i wybiegłem na 
zewn
ątrz, w blask liliowego słońca. 

background image

Zobaczyłem go od razu. Biegł w stronę budowy, biegł 
lekko, ledwie muskaj
ąc bosymi stopami zamarznięty 
piasek, ci
ągle tak samo przekrzywiony, dziwacznie 
poruszał w czasie biegu rozstawionymi łokciami, ale 
teraz nie był ani ciemny, ani matowobiały tylko 
jasnoliliowy i sło
ńce pobłyskiwało na jego chudych 
bokach i ramionach. Biegł prosto w stron
ę robotów, 
wi
ęc nieco zwolniłem, oczekując, że zaraz się 
przestraszy i skr
ęci w prawo lub w lewo, ale się nie 
przestraszył, przebiegł o dziesi
ęć kroków od Toma, a 
ja oczom swoim nie chciałem wierzy
ć, kiedy ten 
kilkutonowy kretyn zasygnalizował mu swoje 
zwykłe: "Oczekuj
ę poleceń". 
- W bagno! - krzyczał za mn
ą zdyszany głos Majki. - 
Zaganiaj go w bagno! 
Male
ńki tubylec i tak biegł w kierunku grzęzawiska. 
Biegł, trzeba mu to przyzna
ć, w dobrym tempie i 
odległo
ść między nami zmniejszała się bardzo 
powoli. Wiatr 
świstał mi w uszach, z oddali coś 
krzyczał Komow, ale Majka zagłuszała go 
skutecznie. 
- Z lewej, zachod
ź go z lewej! - wołała z wielkim 
zapałem. 
Skr
ęciłem w lewo, wbiegłem na pas startowy, ten 
fragment był ju
ż ukończony, równy, czysty, falista 
powierzchnia bardzo ułatwiała bieg i teraz poszło mi 
lepiej - zacz
ąłem tamtego dopędzać. "Nie uciekniesz 
- powtarzałem w my
śli - nie, bracie, teraz nie 
uciekniesz. Zapłacisz mi za wszystko..." Nie 
spuszczałem z oczu jego szybko poruszaj
ących się 

background image

łopatek, migających gołych nóg, widziałem strzępy 
pary wylatuj
ące zza jego ramienia. Dopędzałem go i 
czułem niebywałe uniesienie. Pas startowy sko
ńczył 
si
ę, do szarej waty nad bagnem było nie więcej niż 
sto kroków, a ja go doganiałem. 
Kiedy dobiegł do brzegu grz
ęzawiska, do smętnych 
szuwarów karłowatej trzciny, przystan
ął. Kilka 
sekund stał, jakby si
ę nie mógł na coś zdecydować
potem spojrzał na mnie przez rami
ę i znowu 
zobaczyłem jego wielkie ciemne oczy, wcale nie 
zastygłe, przeciwnie, niezmiernie 
żywe i nawet jakby 
roze
śmiane a potem przykucnął, objął ramionami 
kolana i potoczył si
ę. Nawet nie od razu 
zrozumiałem, co si
ę stało. Dopiero co stał tu 
człowiek, wprawdzie bardzo dziwny człowiek, 
zapewne zreszt
ą w ogóle nieczłowiek, ale z wyglądu 
jednak człowiek i nagle nie ma człowieka, a przez 
grz
ęzawisko, przez martwe straszliwe bagno 
rozpryskuj
ąc błoto i mętną wodę toczy się jakiś 
bezsensowny szary kł
ębek. I to jak się toczy! Nie 
zd
ążyłem dobiec do brzegu, kiedy kłębek już znikł w 
smugach mgły i tylko z daleka, zza szarej zasłony 
dobiegały cichn
ące szelesty, pluski i cieniutki, 
przenikliwy 
świst. 
Tupocz
ąc nadbiegła Majka, stanęła obok mnie, 
ci
ężko sapała. 
- Uciekł - skonstatowała z niezadowoleniem. 
- Uciekł - powiedziałem. 
Stali
śmy kilka sekund wpatrując się w kłęby mętnej 
mgły. Potem Majka otarła pot z czoła i powiedziała: 

background image

- Uciekłem od babci, uciekłem od dziadka... 
- A od ciebie, kwatermistrzu, tym bardziej uciekn
ę - 
dodałem i obejrzałem si
ę
Tak. Ten, kto ma w nogach, ten biega, a ten, kto ma 
w głowie, ten, jak sami rozumiecie, stoi i patrzy. 
Byli
śmy we dwoje z Majką. Maleńkie figurki 
Komowa i Van der Hoosego ciemniały daleko obok 
statku. 
- Niezły spacerek powiedziała Majka równie
ż 
patrz
ąc w stronę statku. - Ze trzy kilometry co 
najmniej, jak pan s
ądzi, kapitanie? 
- Zgadzam si
ę z panem, kapitanie - odpowiedziałem. 
- Słuchaj powiedziała Majka z zadum
ą. - A może to 
wszystko nam si
ę tylko zdawało? 
Obj
ąłem ją za ramiona. Uczucie wyzwolenia, 
zdrowia, entuzjazmu i wiara w niebywałe 
świetlane 
perspektywy eksplodowała we mnie z niezwykła sił
ą
- Co ty si
ę tam na tym znasz, dziecinko! - 
wrzasn
ąłem, nieomal płacząc ze szczęścia i 
potrz
ąsając Majką z całej siły. - Co ty możesz 
wiedzie
ć o halucynacjach! Zresztą nie trzeba, żebyś 
wiedziała! B
ądź szczęśliwa i nie myśl o niczym 
takim! 
Stropiona Majka gapiła si
ę na mnie, próbowała się 
wyrwa
ć, a ja na zakończenie potrząsnąłem nią raz 
jeszcze, obj
ąłem i ruszyliśmy w stronę statku. 
- Poczekaj - słabo broniła si
ę oszołomiona. - Co ty, 
jak pragn
ę zdrowia... Puść mnie, co to za obyczaje! 
- Chod
źmy, chodźmy - przygadywałem! - Zaraz nam 
ulubieniec doktora M'Bogi da do wiwatu. Mam 

background image

przeczucie, że popełniliśmy błąd urządzając te 
wy
ścigi, trzeba było siedzieć spokojnie. 
Majka wyrwała mi si
ę gwałtownie, na sekundę 
przystan
ęła, potem kucnęła, opuściła głowę, objęła 
ramionami kolana i pochyliła si
ę do przodu. 
- Nie - powiedziała wstaj
ąc. - Ja tego nie rozumiem. 
- I nie trzeba - powiedziałem. - Komow nam 
wszystko wytłumaczy. Na pocz
ątek da nam do 
wiwatu, przecie
ż myśmy mu kontakt zerwali, ale 
źniej jednak wytłumaczy... 
- Słuchaj, jest zimno! - powiedziała Majka 
podskakuj
ąc w miejscu. - Pobiegniemy? 
I pobiegli
śmy. Mój początkowy entuzjazm trochę 
opadł i zacz
ąłem sobie zdawać sprawę, z tego, co się 
stało. Okazuje si
ęże w gruncie rzeczy planeta jest 
zamieszkała! I to jeszcze jak zamieszkała 
człowiekopodobne istoty znacznych rozmiarów, 
rozumne, a by
ć może nawet cywilizowane... 
- Staszek biegn
ąc zapytała Majka a może to ktoś z 
Panty? 
- Jakim sposobem? 
- No... a bo to jest mało sposobów... Przecie
ż nie 
znamy wszystkich szczegółów projektu. Mo
ż
przesiedlenie ju
ż się zaczęło? 
- E, nie - powiedziałem. - On nie jest podobny do 
tych z Panty. Tamci s
ą rośli, czerwonoskórzy... Poza 
tym nosz
ą ubrania, a ten był zupełnie nagi! 
Zatrzymali
śmy się przed włazem i przepuściłem 
Majk
ę przodem. 

background image

- B-r-r! - powiedziała rozcierając ramiona. - Teraz 
Komow nam poka
że, gdzie raki zimują
- I to jakie raki - powiedziałem. 
- Gigantyczne - powiedziała Majka 
- Ze szczypcami wielko
ści krokodyla - uzupełniłem. 
Bezszmerowo w
ślizgnęliśmy się na mostek, ale 
natychmiast zostali
śmy zauważeni. Czekano na nas. 
Komow spacerował z r
ękami założonymi do tyłu, a 
Van der Hoose wysun
ął do przodu szczękę, patrzył w 
przestrze
ń i nawijał na palce swoje bokobrody - 
prawy na palec prawej r
ęki, a lewy - na palec lewej 
r
ęki. Kiedy weszliśmy, Komow stanął, ale Majka nie 
dała mu doj
ść do słowa: 
- Uciekł - zameldowała urz
ędowo. - Uciekł przez 
grz
ęzawiska i to w niezwykły sposób... 
- Prosz
ę o ciszę! - przerwał jej Komow. Zaraz się 
zacznie, pomy
ślałem, z góry postanawiają
zaprzecza
ć i nie przyznawać się do niczego. Ale nie 
zgadłem. Komow kazał nam usi
ąść, sam też usiadł i 
zwrócił si
ę wprost do mnie: 
- Słucham ci
ę, Popow. Proszę opowiedzieć wszystko, 
nie pomijaj
ąc najdrobniejszych szczegółów. 
Ciekawe, 
że nawet się nie zdziwiłem. Takie 
postawienie sprawy wydało mi si
ę całkowicie 
naturalne. Wi
ęc opowiedziałem o wszystkim - o 
szmerach, o zapachach, o płaczu dziecka, o krzykach 
kobiety, o dziwnym dialogu wczoraj wieczorem i o 
czarnym upiorze dzi
ś w nocy. Majka słuchała mnie z 
rozchylonymi ustami, Van der Hoose chmurzył si
ę i 
kr
ęcił głową, a Komow nieruchomo patrzył mi w 

background image

twarz - jego zmrużone oczy w kamiennej twarzy 
znowu były zimne i uwa
żne, od czasu do czasu 
przygryzał doln
ą wargę i splatał dłonie, aż mu palce 
trzeszczały. Kiedy sko
ńczyłem, zapanowało 
milczenie. Potem Komow zapytał: 
- Jeste
ś pewien, że to płakało dziecko? 
- T-tak... w ka
żdym razie to było bardzo podobne... 
Van der Hoose gło
śno zasapał i kilkakrotnie trzepnął 
dłoni
ą w porącz fotela. 
- I ty
ś to wszystko wytrzymał! - powiedziała Majka z 
przera
żeniem. - Biedaku! 
- Musz
ę ci powiedzieć, Staszek... - pouczająco zaczął 
Van der Hoose, ale Komow przerwał mu. 
- A kamienie? - zapytał. 
- Co kamienie? - nie zrozumiałem. 
- Sk
ąd się wzięły kamienie? 
- Na budowie? Pewnie roboty naznosiły. Co to ma 
wspólnego? 
- Sk
ąd roboty wzięły kamienie? 
- N-no... - zacz
ąłem i umilkłem. Rzeczywiście, skąd? 
- Dookoła piaszczysta pla
ża - mówił dalej Komow. - 
Nigdzie ani jednego kamyka. Roboty z budowy nie 
schodziły. A wi
ęc skąd na pasie startowym 
brukowce, sk
ąd gałęzie? - Spojrzał na nas i 
u
śmiechnął się. - To są wszystko retoryczne pytania, 
rozumie si
ę. Mogę tylko dodaćże tuż za naszą rufą
pod sam
ą latarnią jest całe wysypisko kamieni. 
Bardzo interesuj
ące wysypisko. Mogę też dodać... 
Przepraszam, czy ju
ż skończyłeś, Staszek? Dziękuję
A teraz posłuchajcie, co mnie si
ę przydarzyło. 

background image

Okazuje sięże Komow też dostał za swoje. 
Wprawdzie jego prze
życia były nieco innego 
gatunku - rodzaj egzaminu intelektualnego. 
Drugiego dnia naszego pobytu, kiedy wpuszczał do 
jeziora ryby z Panty, zauwa
żył oddaloną od niego o 
jakie
ś dwadzieścia kroków niezwykłą szkarłatną 
plam
ę, która rozpłynęła się i znikła, zanim jeszcze 
zdecydował si
ę do niej zbliżyć. Następnego dnia na 
samym szczycie wzniesienia znalazł zdechł
ą rybę z 
Panty, niew
ątpliwie jedną z tych, które wczoraj 
wpu
ścił do jeziora. Nad ranem czwartego dnia 
obudził si
ę z uczuciem, że w kajucie znajduje się ktoś 
obcy. Nikogo obcego nie było, ale Komow usłyszał 
cmokni
ęcie błony włazu. Kiedy wyszedł ze statku, 
zauwa
żył po pierwsze, kamienie za rufą, a po drugie, 
kamienie i nar
ęcza gałęzi na placu budowy. Po 
rozmowie ze mn
ą ostatecznie doszedł do 
przekonania, 
że coś jest nie w porządku. Był już 
prawie pewien, 
że grupy zwiadowców przegapiły na 
planecie co
ś niezmiernie istotnego i tylko głębokie 
przekonanie, 
że rozumnego życia nie sposób nie 
zauwa
żyć, powstrzymywało go od bardziej 
zdecydowanych posuni
ęć. Zrobił tylko wszystko, co 
było w jego mocy, 
żeby rejon działania naszej grupy 
nie stał si
ę obiektem najazdu "żądnych sensacji 
nierobów". Wła
śnie dlatego za wszelką cenę starał 
si
ę tak zredagować tekst ekspertyzy, by nie budziła 
ona najmniejszych w
ątpliwości. Zarazem moja 
depresja i moje nienaturalne podniecenie skłoniły go 
do przypuszczenia, 
że nieznane istoty są w stanie 

background image

przenikać na pokład statku. Komow zaczął 
przygotowywa
ć się do spotkania z nimi i doczekał się 
dzisiaj rano. 
- Reasumuj
ąc - powiedział, jakby kończył wykład - w 
ka
żdym razie ten rejon planety, wbrew wynikom 
wst
ępnych badań, jest zamieszkiwany przez 
kr
ęgowce znacznych wymiarów i mamy wszelkie 
podstawy do przypuszcze
ńże są to istoty rozumne. 
Prawdopodobnie s
ą to troglodyci, którzy 
przystosowali si
ę do życia w podziemnych 
jaskiniach. Wyci
ągając wnioski z tego, czego byliśmy 
świadkami, należy uznaćże przeciętny tubylec pod 
wzgl
ędem anatomicznym przypomina człowieka, 
posiada rozwini
ętą w znacznym stopniu zdolność 
mimikry, a tak
że - zapewne w związku z tym, co 
powiedziałem - umiej
ętność wytwarzania fantomów 
odwracaj
ących uwagę przeciwnika. Przypominam, 
że wśród większych kręgowców taką zdolność 
posiadaj
ą tylko niektóre gryzonie na Pandorze, a na 
Ziemi pewne gatunki głowonogów. A teraz 
chciałbym szczególnie mocno podkre
ślićże bez 
wzgl
ędu na te obce ludziom i w ogóle humanoidom 
wła
ściwości, tubylec nie tylko z anatomicznego 
punktu widzenia, ale równie
ż pod względem 
podobie
ństw układu nerwowego jest niezwykle bliski 
ziemskiemu człowiekowi. Sko
ńczyłem. 
- Jak to sko
ńczyłem? zawołałem. - A moje głosy? To 
znaczy, 
że miałem halucynacje? 
Komow u
śmiechnął się

background image

- Uspokój się - powiedział. - Z tobą jest wszystko w 
porz
ądku. Twoje "głosy" bardzo łatwo 
wytłumaczy
ć, jeśli się założy, że budowa aparatu 
głosowego tubylców jest identyczna z nasz
ą
Identyczno
ść budowy plus rozwinięta umiejętność 
imitatorska, plus nadnaturalna pami
ęć fonetyczna... 
- Poczekajcie - powiedziała Majka. - Rozumiem, 
ż
oni mogli podsłucha
ć nasze rozmowy, ale głos 
umieraj
ącej kobiety? 
Komow przytakn
ął. 
- Tak. Nie pozostaje nam nic innego, jak przyj
ąć 
zało
żenie, że oni byli obecni przy agonii. 
Majka gwizdn
ęła. 
- Troch
ę to za bardzo skomplikowane - mruknęła z 
pow
ątpiewaniem. 
- Ch
ętnie usłyszę wyjaśnienie - zimno zaproponował 
Komow. - Zreszt
ą niedługo dowiemy się nazwisk 
poległych. Je
żeli pilot miał na imię Aleksander... 
- No dobrze - powiedziałem. - A dziecko? 
- Jeste
ś pewien, że to płakało dziecko? 
- A czy to mo
żna z czymkolwiek pomylić?  
Komow przez chwil
ę patrzył na mnie, mocno 
przyciskaj
ąc palcem górną wargę, i nagle głucho 
zaszczekał. Wła
śnie zaszczekał inne określenie nie 
przychodzi mi do głowy. 
- Co to było? - zapytał. - Pies? 
- Chyba tak - powiedziałem z szacunkiem. 
- A wi
ęc to było zdanie w jednym z narzeczy 
Leonidy. 

background image

Zastrzelił mnie, Majkę również. Przez jakiś czas nikt 
si
ę nie odzywał. Wszystko niewątpliwie musiało 
wygl
ądać właśnie tak. Koncepcja była precyzyjna, 
jasna i zgrabnie wymy
ślona, ale... To oczywiście 
bardzo przyjemnie, 
że wszystkie strachy zostały już 
poza nami i 
że właśnie nasza grupa miała szczęście 
odkry
ć jeszcze jedną rasą człowiekopodobną. Ale 
zarazem oznaczało to radykaln
ą zmianę naszych 
losów, zreszt
ą nie tylko naszych. Po pierwsze, gołym 
okiem wida
ćże projekt "Arka" nie ma już żadnych 
szans. Planeta jest zaj
ęta, dla mieszkańców Panty 
trzeba b
ędzie poszukać innej. Po drugie, jeżeli 
ostatecznie oka
że sięże tubylcy to rozumne istoty, 
zostaniemy niezwłocznie przep
ędzeni, a na nasze 
miejsce przyb
ędzie Komisja Do Spraw Kontaktów. 
To było oczywiste nie tylko dla mnie, rzecz jasna, ale 
i dla pozostałych. Van der Hoose z przygn
ębieniem 
szarpn
ął prawy bakenbard i powiedział: 
- Dlaczego koniecznie istoty rozumne? Moim 
zdaniem chwilowo nic na to nie wskazuje, 
że oni są 
rozumni. Jak, sadzisz, Giennadij? 
- Nie twierdz
ęże z całą pewnością są rozumni - 
o
świadczył Komow. - Powiedziałem tylko, że mamy 
wszelkie podstawy do takich przypuszcze
ń
- A jakie wła
ściwie masz podstawy? - nadal 
zamartwiał si
ę Van der Hoose. Okropnie nie miał 
ochoty rusza
ć się z miejsca, do którego już przywykł. 
Wszyscy znali t
ę jego słabość - szybko się 
zadomawiał. Jakie podstawy? Wprawdzie wygl
ą
zewn
ętrzny... 

background image

- Nie chodzi tylko o anatomię - powiedział Komow. - 
Kamienie pod latarni
ą ułożone są według 
okre
ślonego systemu, to jakieś znaki. Kamienie i 
gał
ęzie na pasie startowym... Nie chciałbym niczego 
twierdzi
ć kategorycznie, ale wygląda mi to bardzo na 
prób
ę nawiązania kontaktu, podejmowaną przez 
istoty człekopodobne znajduj
ące się na jaskiniowym 
szczeblu rozwoju. Tajny zwiad i zarazem ni to dary, 
ni to ostrze
żenie... 
- Tak, na to by wygl
ądało - wymruczał Van der 
Hoose i wpadł w prostracj
ę
Znowu zapadło milczenie, a potem Majka zapytała 
cicho: 
- A
ż czego wynika, że te istoty są nam tak szczególnie 
bliskie pod wzgl
ędem fizjologicznym i 
psychologicznym? 
Komow z zadowoleniem pokiwał głow
ą
- W tej dziedzinie równie
ż dysponujemy tylko 
poszlakami - powiedział. - Ale to dostatecznie 
powa
żne poszlaki. Po pierwsze, tubylcy wchodzą na 
statek. Statek ich wpuszcza. Dla porównania 
przypominam, 
że ani mieszkaniec Tagory, ani nawet 
Panty przy ich ogromnym podobie
ństwie do 
człowieka nie jest w stanie sforsowa
ć błony włazu. Po 
prostu właz nie otwiera si
ę przed nimi... 
W tym momencie uderzyłem si
ę w czoło. 
- Rany koguta! To znaczy, 
że moje roboty były w 
najlepszym porz
ądku! Po prostu tubylcy biegali 
przed Tomem, a on stawał, poniewa
ż bał się 
przejecha
ć człowieka... A poza tym pewnie uważali 

background image

Toma za żywe stworzenie, wymachiwali rękami i 
przypadkowo zasygnalizowali "Niebezpiecze
ństwo! 
Natychmiast na statek!" To przecie
ż bardzo prosty 
sygnał... - pokazałem wszystkim, jaki prosty. - No i 
moi wychowankowie pocwałowali pod pokład... 
Oczywi
ście tak to musiało wyglądać... Zresztą 
widziałem na własne oczy. - Tom reagował na 
tubylca jak na człowieka. 
- To znaczy? - szybko zapytał Komow. 
- To znaczy, 
że kiedy tubylec pojawił się w polu jego 
wizjerów, Tom zasygnalizował: "Czekam na 
polecenia". 
- To bardzo cenna obserwacja - o
świadczył Komow. 
Van der Hoose ci
ężko westchnął. 
- Tak powiedziała Majka. Koniec z "Ark
ą". Szkoda. 
- I co teraz b
ędzie? - zapytałem nie zwracając się 
specjalnie do nikogo. 
Nie doczekałem si
ę odpowiedzi. Komow zebrał 
kartki ze swoimi notatkami, pod kartkami le
żał 
dyktafon. 
- Prosz
ę mi darować - powiedział z czarującym 
u
śmiechem. - Żeby nie tracić na darmo czasu, 
nagrałem nasz
ą dyskusję. Dzięki za precyzyjnie 
formułowane pytania. Staszku, prosz
ę to wszystko 
zakodowa
ć i posłać impulsem prosto do Centrum, a 
kopi
ę na Bazę
- Biedny Sidorow! - cicho powiedział Van der Hoose. 
Komow musn
ął go szybkim spojrzeniem i znowu 
spu
ścił oczy na papiery. 
Majka odsun
ęła fotel. 

background image

- Tak czy inaczej nie mam już posady kwatermistrza 
- powiedziała. - Pójd
ę się pakować
- Chwileczk
ę - zatrzymał ją Komow. - Padło pytanie, 
co b
ędzie dalej. Odpowiadam. Jako pełnomocnik 
Komisji Do Spraw Kontaktów obejmuj
ę 
kierownictwo. Ogłaszam cały nasz rejon stref
ą 
przewidywanego kontaktu. Jakubie, zredaguj 
odpowiedni
ą depeszę. Wszystkie prace przy 
realizacji projektu "Arka" zostaj
ą zawieszone. 
Roboty zostaj
ą zdemobilizowane i zmagazynowane 
pod pokładem. Zabraniam opuszczania statku bez 
mojego osobistego zezwolenia. Dzisiejsze polowanie z 
nagonk
ą już stworzyło określone trudności w 
nawi
ązywaniu kontaktu. Nowe nieporozumienia 
byłyby absolutnie niepo
żądane. A więc Maja 
wprowadzi glider do hangaru. Staszek, prosz
ę
zajmij si
ę systemem cybernetycznym... - uniósł palec. 
- Ale w pierwszej kolejno
ści przetelegrafuj 
dyskusj
ę... - Uśmiechnął się, chciał dodać coś jeszcze, 
ale w tym momencie odezwał si
ę deszyfrator 
radiostacji. 
Van der Hoose si
ęgnął, wydobył ze szczeliny 
odbiorczej depesz
ę, przebiegł po niej wzrokiem i 
uniósł do góry brwi. 
- Hm - powiedział. - Rozumiej
ą wszystko bez słowa. 
Czy przypadkiem nie jeste
ś induktorem, Giennadij? 
Podał kartk
ę Komowowi. Komow również przebiegł 
j
ą oczami i również uniósł brwi. 

background image

- A tego to już nie rozumiem - powiedział, rzucił 
depesz
ę na stół i przespacerował się po mostku 
zało
żywszy ręce na plecy. 
Wzi
ąłem depeszę. Majka z podnieceniem sapała mi 
nad uchem. Depesza rzeczywi
ście była 
zdumiewaj
ąca. 
PILNA; ZERO-Ł
ĄCZNOŚĆ, CENTRALA, 
KOMISJA DO SPRAW KONTAKTÓW, 
GORBOWSKI DO NACZELNIKA BAZY 
PROJEKTU "ARKA" SIDOROWA. 
NATYCHMIAST ZAWIESI
Ć WSZYSTKIE 
PRACE PRZY REALIZACJI PROJEKTU. 
PRZYGOTOWA
Ć DO EWAKUACJI ZAŁOGI I 
APARATURY. ANEKS. DO PEŁNOMOCNIKA 
KOMISJI KONTAKTÓW KOMOWA. 
OGŁASZAM REJON EZ-2 STREF
Ą 
PRZEWIDYWANEGO KONTAKTU. 
ODPOWIEDZIALNYM ZA JEGO REALIZACJ
Ę 
MIANOWANO CIEBIE. GORBOWSKI. 
- To rozumiem! - powiedziała z podziwem Majka. - 
Niech 
żyje Gorbowski! 
Komow przystan
ął i spojrzał na nią spode łba. 
- Prosz
ę, aby wszyscy obecni przystąpili do 
wykonania moich polece
ń. Jakub, znajdź mi, proszę
kopi
ę naszej ekspertyzy. 
Obaj z Van der Hoosem zagł
ębili się w studiowanie 
kopii. Majka wyszła, 
żeby wprowadzić do hangaru 
glider, a ja usadowiłem si
ę obok radiostacji i 
zabrałem si
ę do kodowania naszej dyskusji. Jednak 
nie min
ęły nawet dwie minuty, kiedy znowu 

background image

zaskrzeczał deszyfrator. Komow odepchnął Vandera 
i jednym skokiem znalazł si
ę przy radiostacji. 
Przechylony przez moje rami
ę chciwie czytał słowa 
pojawiaj
ące się na papierze. 
PILNA, ZERO-Ł
ĄCZNOŚC, CENTRALA, 
KOMISJA DO SPRAW KONTAKTÓW, BADER. 
DO KAPITANA EZ-2 VAN DER HOOSE. 
NATYCHMIAST POTWIERDZI
Ć ZNALEZIENIE 
ZWŁOK DWOJGA - PODKRE
ŚLAM - DWOJGA 
LUDZI NA POKŁADZIE STATKU ORAZ STAN 
DZIENNIKA POKŁADOWEGO OPISANY W 
WASZEJ EKSPERTYZIE. BADER. 
Komow rzucił depesz
ę Van der Hoosemu i zaczął 
gry
źć paznokieć dużego palca. 
- A wi
ęc to o to chodzi - powiedział. - Tak, tak... - 
Odwrócił si
ę do mnie. - Staszek, co teraz robisz? 
- Koduj
ę - odpowiedziałem posępnie. Nic nie 
rozumiałem. 
- Daj no mi ten dyktafon - powiedział. - Chwilowo si
ę 
wstrzymamy. - Schował dyktafon do górnej kieszeni 
kurtki i starannie zapi
ął patkę. - A więc tak. Jakub, 
potwierd
ź, proszę, to, czego on się domaga. Staszek, 
nadaj potwierdzenie. A nast
ępnie, Jakub, ty się na 
tym znasz lepiej ni
ż ja... Zrób to dla mnie, pogrzeb 
troch
ę w naszej filmotece i przejrzyj całą oficjalną 
dokumentacj
ą dotyczącą dzienników pokładowych. 
- Ja i tak wiem wszystko na temat dzienników 
pokładowych powiedział Van der Hoose z niech
ęcią
- Lepiej powiedz mi, co ci
ę interesuje. 

background image

- Sam dobrze nie wiem, co mnie interesuje. W 
ka
żdym razie chciałbym wiedzieć, czy dziennik 
pokładowy był starty przypadkowo, czy umy
ślnie. 
Je
śli umyślnie, to dlaczego? Widzisz przecieżż
Badera to równie
ż interesuje... Nie leń się, Jakubie! 
Musz
ą przecież być jakieś instrukcje dotyczące 
okoliczno
ści, v; których należy zniszczyć dziennik 
pokładowy! 
- Nie ma takich instrukcji - wymruczał pod nosem 
Van der Hoose, niemniej jednak ruszył do filmoteki. 
Komow usiadł, 
żeby napisać potwierdzenie, a ja ze 
wszystkich sił nadaremnie próbowałem poj
ąć, co się 
wła
ściwie dzieje, skąd taka panika, dlaczego w 
Centrum potraktowali z niedowierzaniem absolutnie 
precyzyjne sformułowanie ekspertyzy. Przecie
ż nie 
mog
ą nas podejrzewaćże pomyliliśmy zwłoki 
Ziemianina z ciałem jakiego
ś tubylca i od niechcenia 
dorzucili
śmy dodatkowego trupa... I w jaki sposób, u 
diabła, Gorbowski wie, co tu si
ę u nas dzieje? 
Niczego rozs
ądnego nie mogłem wydedukować, wiec 
tylko sm
ętnie patrzyłem na robocze ekrany, gdzie 
wszystko było takie jasne i zrozumiałe, i my
ślałem z 
gorycz
ąże tępy człowiek w jakiś żałosny sposób 
przypomina robota. Oto siedz
ę, wypełniam 
polecenia, kazali kodowa
ć - kodowałem, kazali 
przerwa
ć - prze8ó rwałem, a co się dzieje, po co to 
wszystko, czym to si
ę skończy - nie mam zielonego 
wyobra
żenia. Dokładnie tak jak mój Tom - pracuje 
teraz, biedak, w pocie czoła, stara si
ę jak najlepiej 
wykona
ć moje polecenia i nie wie, że za dziesięć 

background image

minut przyjdę, zagonię go pod pokład razem z 
kolegami, cała jego praca oka
że się nadaremna, a on 
sam nie b
ędzie już nikomu potrzebny... 
Komow podał mi potwierdzenie, zakodowałem tekst, 
nadałem i ju
ż chciałem usiąść przy swoim pulpicie, 
kiedy rozległ si
ę sygnał wywoławczy Bazy. 
- EZ-dwa? zapytał głuchy, spokojny głos. - Mówi 
Sidorow. 
- EZ-dwa na linii! - odezwałem si
ę natychmiast. - 
Mówi technik-cybernetyk Popow. Kogo mam 
wezwa
ć
- Komowa, je
śli można. 
Komow ju
ż siedział w sąsiednim fotelu. 
- Słucham ci
ę, Atos! - powiedział. 
- Co tam si
ę u was stało? - zapytał Sidorow. 
- Tubylcy - odparł Komow po sekundzie wahania. 
- Dokładniej, je
śli można - powiedział Sidorow. 
- Przede wszystkim, Atos, chciałbym ci
ę zapewnić - 
powiedział Komow - 
że nie wiem i nie rozumiem, 
sk
ąd Gorbowski dowiedział się o tubylcach. My sami 
zacz
ęliśmy pojmować coś niecoś zaledwie dwie 
godziny temu. Przygotowałem dla ciebie informacj
ę
zacz
ąłem ją już kodować, ale niespodziewanie 
wszystko tak: si
ę poplątało^ że wręcz zmuszony 
jestem prosi
ć cię o jeszcze trochę cierpliwości. Stary 
Bader naprowadził mnie na tak
ą myśl... Jednym 
słowem, oka
ż jeszcze trochę cierpliwości... 
- Rozumiem - powiedział Sidorow. - Ale sam fakt 
istnienia tubylców mo
żna uznać za niezaprzeczalny? 
- Bez najmniejszej w
ątpliwości - powiedział Komow. 

background image

Było słychać, jak Sidorow westchnął. 
- No có
ż, nie ma rady. Zaczniemy wszystko od 
pocz
ątku. 
- Jest mi strasznie przykro, 
że tak wyszło - 
powiedział Komow. - Słowo honoru, przykro. 
- Trudno - powiedział Sidorow. - Jako
ś przeżyjemy i 
to. - Na chwil
ę umilkł. - Co zamierzasz robić dalej? 
B
ędziesz czekał na Komisję
- Nie. Zaczn
ę jeszcze dzisiaj. I mam do ciebie wielką 
pro
śbę, zostaw EZ-dwa razem z załogą do mojej 
dyspozycji. 
- Rozumie si
ę powiedział Sidorow. No, to ci nie 
przeszkadzam. Je
śli coś będzie potrzebne... 
- Dzi
ękuję, Atos. I nie martw się, jeszcze wszystko 
dobrze si
ę skończy. 
- Miejmy nadziej
ę
Po
żegnali się, Komow znowu zaczął gryźć paznokieć 
wielkiego palca, spojrzał na mnie z jakim
ś 
niepoj
ętym rozdrażnieniem i znowu rozpoczął swój 
marsz po mostku. Domy
ślałem się, o co chodzi. 
Komow i Sidorow byli starymi przyjaciółmi, razem 
studiowali, razem gdzie
ś pracowali, ale Komow 
zawsze i we wszystkim miał szcz
ęście, a Sidorowa 
nazywali Atos-pechowiec. Nie wiem dlaczego tak si
ę 
zło
żyło. W każdym razie Komow musiał teraz czuć 
si
ę okropnie głupio. A tu jeszcze na dodatek ta 
depesza od Gorbowskiego. Wyszło tak, jakby 
Komow informował Centrum pomijaj
ąc Sidorowa... 
Cichutko przesiadłem si
ę na swój fotel i 
zatrzymałem roboty, Komow ju
ż znowu siedział 

background image

przy stole, gryzł paznokieć i gapił się na rozrzucone 
kartki. Poprosiłem o zezwolenie wyj
ścia na dwór. 
- Po co? - zapytał gniewnie, ale błyskawicznie 
oprzytomniał. - A, system cybernetyczny... Prosz
ę 
bardzo. Ale jak tylko sko
ńczysz, wracaj natychmiast. 
Zagoniłem swoich podopiecznych pod pokład, 
zdemobilizowałem i zamocowałem na wszelki 
wypadek, gdyby
śmy musieli nagle wystartować
potem przez chwil
ę stałem koło włazu, patrząc na 
opustoszał
ą budowę, na białe mury stacji 
meteorologicznej, która ju
ż nigdy nie zostanie 
doko
ńczona, na lodowiec niezmiennie idealnie gładki 
i oboj
ętny... Planeta wydawała mi się teraz jakaś 
inna. Co
ś się w niej zmieniło. Pojawił się jakiś sens w 
tej mgle, w karłowatych zaro
ślach, w skalistych 
graniach pokrytych liliowymi plamami 
śniegu. Cisza 
oczywi
ście została, ale pustki już nie było i to było 
dobrze. 
Wróciłem na statek, zajrzałem do mesy - gniewny 
Van der Hoose grzebał w filmotece. Nie mogłem 
usiedzie
ć w miejscu, poszedłem więc po pociechę do 
Majki. Cał
ą kajutę zaścielał  ogromny arkusz 
odbitek stykowych. Majka le
żała na nim z lupą w 
r
ęku. Kiedy wszedłem, nawet się nie odwróciła. 
- Nic nie rozumiem - powiedziała gniewnie. - Tu nie 
ma gdzie si
ę ukryć. Wszystkie miejsca jako tako 
nadaj
ące się do życia obłaziliśmy w tę i z powrotem. 
Chyba nie siedz
ą w błocie jak kaczki! 
- Wła
ściwie dlaczego nie? - zapytałem siadając. 

background image

Majka usiadła po turecku i przyjrzała mi się przez 
lup
ę
- Humanoid nie mo
żżyć w bagnie - oznajmiła 
tonem nie dopuszczaj
ącym dyskusji. 
- A to czemu? - zapytałem. - Na Ziemi były plemiona, 
które mieszkały na jeziorach, w chatach 
zbudowanych na palach. 
- Ba, gdyby na tym bagnie była chocia
ż jedna chata... 
- powiedziała Majka. 
- Mo
że oni mieszkają właśnie pod wodą, jak pająki 
wodne, w takich specjalnych dzwonach? 
Majka pomy
ślała chwilę
- Nie - powiedziała z 
żalem. - On byłby zabłocony, 
cały statek by za
świnił... 
- A mo
że ich skóra odpycha wodę? Jest 
błotowodoodpychaj
ąca?... Widziałaś, jak błyszczał? I 
uciekł nam - dok
ąd? A ten sposób poruszania się też 
chyba nie powstał przypadkiem? 
W dyskusji najwa
żniejszy jest dobry początek. Pod 
naciskiem mnóstwa argumentów, które wysuwałem, 
Majka zmuszona była przyzna
ćże teoretycznie 
tubylcy mog
ą mieszkać w powietrznych dzwonach, 
ale jednak ona, Majka, jest raczej skłonna 
przypuszcza
ćże rację ma Komo w, który uważa, ż
mamy do czynienia z lud
źmi jaskiniowymi. ,,Żebyś 
ty widział, jakie tam s
ą groty - powiedziała. - 
Wła
śnie teraz nieźle byłoby je przeszukać..." 
Pokazała mi map
ę. Nawet na mapie nie wyglądało to 
zach
ęcająco - najpierw pasmo wzgórz zarośniętych 
karłowatymi drzewkami, za nim rozdarte 

background image

nieprzeliczonymi przepaściami skały, wreszcie 
ła
ńcuch szczytów górskich, dzikich, okrutnych, 
pokrytych wiecznym 
śniegiem, a za górami 
bezbrze
żna kamienista równina, posępna, martwa, 
porysowana wzdłu
ż i wszerz głębokimi kanionami. 
To był zamarzni
ęty na wieki, zastygły świat, świat 
kamienny i gro
źny i na samą myśl o tym, że tu 
mo
żna żyć, biegać bosymi stopami po tym 
kamiennym szkliwie, dreszcz mi przechodził po 
plecach. 
- To nic strasznego - pocieszała mnie Majka. - Mog
ę 
ci pokaza
ć zdjęcia tego terenu zrobione w świetle 
podczerwonym - pod tym płaskowy
żem są dosyć 
znaczne obszary podziemnego ciepła, wi
ęc jeśli oni 
mieszkaj
ą w jaskiniach, to zimno w każdym razie im 
nie dokucza. 
Natychmiast zaatakowałem j
ą z flanki. - A co oni 
jedz
ą
- Je
żeli istnieją ludzie jaskiniowi - powiedziała 
Majka - to równie
ż mogą istnieć jaskiniowe 
zwierz
ęta. No, a oprócz tego mchy, grzyby, że nie 
wspomn
ę o roślinach, którym do fotosyntezy 
wystarczaj
ą promienie podczerwone. 
Wyobraziłem sobie t
ę wegetacjężałosną parodię 
tego, co my uwa
żamy za życie, ospałą, ale upartą 
walk
ę o byt, potworną monotonię wrażeń i zrobiło 
mi si
ę strasznie żal tubylców. W związku z tym 
o
świadczyłem, że opieka nad tą rasą to również 
bardzo szlachetne i wdzi
ęczne zadanie. Majka nie 
zgodziła si
ę ze mną, powiedziała, że to zupełnie inna 

background image

sprawa, że Panta jest skazana na śmierć i że gdyby 
nie my, ludzie, planeta po prostu przestałaby istnie
ć
a je
śli chodzi o tutejsze plemiona to jeszcze na dwoje 
babka wró
żyła - czy jesteśmy im potrzebni, czy też i 
bez nas radz
ą sobie śpiewająco. To stary spór 
mi
ędzy nami. Moim zdaniem ludzie wiedzą już 
wystarczaj
ąco dużo, żeby móc powiedzieć, jaki 
kierunek rozwoju ma przed sob
ą perspektywy, a jaki 
nie. A Majka w to w
ątpi. Uważa, że wiemy 
przera
żająco mało. Weszliśmy w styczność z 
dwunastoma rozumnymi rasami, a tylko dziewi
ęć z 
nich to człowiekopodobne. W jakich stosunkach 
jeste
śmy z pozostałymi trzema, chyba nawet sam 
Gorbowski nie umie powiedzie
ć. Nie wiemy, czy 
nawi
ązaliśmy z nimi kontakt, czy nie, a jeśli 
nawi
ązaliśmy, to czy za obopólną zgodą, czy też 
narzucili
śmy im swoje towarzystwo. Niewykluczone, 
że tamci w ogóle nie uważają nas za swoich 
rozumnych braci tylko za niezmiernie rzadkie 
zjawisko przyrody w rodzaju niezwykłych 
meteorów. Z humanoidami to co innego, z nimi 
wszystko jest jasne - na dziewi
ęć ras tylko trzy 
zgodziły si
ę mieć z nami coś wspólnego, ale i tak na 
przykład mieszka
ńcy Leonidy chętnie dzielą się z 
nami wszelk
ą informacją. a z naszej grzecznie, ale 
kategorycznie zrezygnowali. Wydawałoby si
ę 
zupełnie oczywiste, 
że quasi-organiczne mechanizmy 
s
ą ekonomiczniejsze i racjonalniejsze od oswojonych 
zwierz
ąt, a tymczasem na Leonidzie nie chcą słyszeć 
o mechanizmach. Dlaczego? Przez czas jaki
ś 

background image

dyskutowaliśmy z Majką na ten temat, zaplątaliśmy 
si
ę w argumentach i niepostrzeżenie diametralnie 
zmienili
śmy stanowiska (to się mnie i Majce zdarza 
bardzo cz
ęsto) i wreszcie Majka oświadczyła, że to 
wszystko zawracanie głowy i 
że nie o to chodzi. "Czy 
ty rozumiesz, na czym polega podstawowe zadanie 
ka
żdego kontaktu? - zapytała. - Czy ty rozumiesz, 
dlaczego ludzko
ść już od dwustu lat dąży do 
nawi
ązywania kontaktów, cieszy się, kiedy kontakt 
si
ę uda i martwi się, kiedy nic z tego nie wychodzi?" 
Oczywi
ście, że rozumiałem. "Zrozumienie istoty 
rozumu powiedziałem. Studia nad najwy
ższym 
stadium rozwoju przyrody". 
- Ogólnie rzecz bior
ąc masz rację - powiedziała 
Majka. - Ale to tylko słowa, poniewa
ż w istocie 
rzeczy interesuje nas nie problem rozumu jako 
takiego, ale problem naszego ludzkiego rozumu, 
inaczej mówi
ąc najbardziej nas interesujemy my 
sami. Ju
ż od pięćdziesięciu tysięcy lat próbujemy 
zrozumie
ć, czym właściwie jesteśmy, ale spojrzenie 
od wewn
ątrz uniemożliwia rozwiązanie tego zadania, 
podobnie jak nie mo
żesz samego siebie podnieść za 
włosy do góry. Trzeba spojrze
ć na siebie z boku, 
cudzymi oczami, zupełnie cudzymi... 
- A po co to komu potrzebne? - zapytałem 
agresywnie. 
- A po to - powiedziała dobitnie Majka - 
żeby 
człowiek mógł si
ę stać człowiekiem galaktycznym. 
Jak ty sobie na przykład wyobra
żasz ludzkość za sto 
lat? 

background image

- Jak sobie wyobrażani? - wzruszyłem ramionami. - 
Tak samo jak i ty... Koniec rewolucji biologicznej, 
przezwyci
ężenie bariery galaktycznej, wyjście w 
zero-wszech
świat, rozpowszechnienie kontaktowego 
widzenia, realizacja abstrakcji-P... 
- Ja ci
ę nie pytam, jak sobie wyobrażasz osiągnięcia 
techniczne ludzko
ści za sto lat. Pytam cię, jak sobie 
wyobra
żasz samą ludzkość za sto lat? 
Gapiłem si
ę na nią stropiony, nie umiałem uchwycić 
żnicy. Majka patrzyła na mnie zwycięsko. 
- Słyszałe
ś o teorii Komowa? - zapytała. - Pionowy 
post
ęp i tak dalej... 
- Pionowy post
ęp? - coś podobnego obiło mi się o 
uszy. - Poczekaj... To zdaje si
ę Borowik, Mikawa... 
Tak? 
Majka otworzyła szuflad
ę i zaczęła w niej grzebać
- Kiedy ta
ńczyłeś w barze ze swoją Tatianą, Komow 
zebrał wszystkich w bibliotece... Masz! - wr
ęczyła mi 
krystalofon. - Posłuchaj. 
Niech
ętnie przyczepiłem kryształek do ucha. Było to 
co
ś w rodzaju wykładu, mówił Komow i nagranie 
zaczynało si
ę w pół słowa. Komow wykładał 
niespiesznie, prosto i bardzo przyst
ępnie, 
dostosowuj
ąc się widocznie do poziomu audytorium. 
Wynikało z tego, co nast
ępuje: 
Ziemski człowiek rozwi
ązał wszystkie postawione 
przed sob
ą zadania i staje się człowiekiem 
galaktycznym. Ludzko
ść sto tysięcy lat 
wygrzebywała si
ę z jaskini, przez kamienne zwały, 
przez zaro
śla, umierała pod lawinami, trafiała w 

background image

ślepe zaułki, ale zawsze w oddali widać było błękit, 
światło i cel, i oto wreszcie wydostaliśmy się z 
kamiennego w
ąwozu na otwartą przestrzeń
rozpostarło si
ę nad nami błękitne niebo i 
rozproszyli
śmy się po równinie. Tak, równina jest 
wielka, mamy dok
ąd iść. Ale teraz widzimy, że to 
równina, a nad ni
ą jest niebo. Inny, nowy wymiar. 
Tak, na równinie jest przyjemnie, mo
żna dowoli 
pracowa
ć nad realizacją abstrakcji-P. I wydawałoby 
si
ężżadna siła nie pcha nas w górę, w nowy 
wymiar... Ale człowiek galaktyczny to nie zwyczajny 
ziemski człowiek, który 
żyje w przestrzeniach 
galaktycznych według ziemskich praw. To ju
ż coś 
wi
ęcej. Ma inne cele i kieruje się innymi prawami. A 
przecie
ż nie znamy ani tych praw, ani tych celów. A 
wi
ęc w istocie rzeczy chodzi o to, żebyśmy sobie zdali 
spraw
ę, jaki ma być ideał galaktycznego człowieka. 
Ideał ziemskiego człowieka powstawał w ci
ągu 
tysi
ącleci z doświadczeń naszych przodków, z 
do
świadczeń wszystkich form życia na naszej 
planecie. Ideał człowieka galaktycznego 
najwidoczniej powstanie w oparciu o do
świadczenia 
galaktycznych form 
życia, z doświadczeń historii 
istot rozumnych całej galaktyki. Na razie nie wiemy, 
z której strony nale
ży przystąpić do rozwiązywania 
tego problemu, a przecie
ż kiedyś będziemy musieli 
go rozwi
ązać i to rozwiązać tak, żeby sprowadzić do 
minimum ilo
ść możliwych błędów i ofiar. Ludzkość 
nigdy nie stawia przed sob
ą zadań, których nie jest w 

background image

stanie rozwiązać. To jest niewątpliwie słuszne, ale 
mo
że właśnie dlatego takie trudne... 
Nagranie ko
ńczyło się znowu w pół słowa. 
Je
śli mam być szczery, nie bardzo to wszystko do 
mnie przemawiało. Co znowu za galaktyczny ideał? 
Moim zdaniem ludzie w kosmosie wcale nie staj
ą się 
ni st
ąd, ni zowąd jacyś galaktyczni. Powiedziałbym, 
że na odwrót - ludzie niosą w kosmos Ziemię, ziemski 
komfort, ziemskie normy, ziemsk
ą moralność. Jeśli 
ju
ż o tym mowa, to dla mnie i dla wszystkich moich 
znajomych ideałem przyszło
ści jest nasza maleńka 
planetka, której udało si
ę osiągnąć granice 
Galaktyki, a która kiedy
ś może nawet potrafi je 
przekroczy
ć. Ale kiedy próbowałem wyłożyć Majce 
swoje pogl
ądy, zauważyliśmy, że w kajucie - już 
zapewne od jakiego
ś czasu - jest również Van der 
Hoose. Stał oparty o 
ścianę, skubał swe rysie 
bokobrody i wpatrywał si
ę w nas zamglonym i 
roztargnionym wzrokiem zadumanego wielbł
ąda. 
Wstałem i podałem mu krzesło. 
- Dzi
ękuję - powiedział Van der Hoose - wolę sobie 
posta
ć
- A co ty o tym my
ślisz? - wojowniczo zapytała 
Majka. 
- O czym? 
- O pionowym post
ępie. 
Van der Hoose milczał czas jaki
ś, następnie 
westchn
ął i powiedział: 
- Nie wiadomo, kto pierwszy odkrył wod
ę, ale jest 
pewne, 
że nie zrobiły tego ryby. 

background image

Zamyśliliśmy się głęboko. Potem Majka 
rozpromieniła si
ę, podniosła palec i powiedziała: 
- O! 
- To nie ja wymy
śliłem - z melancholią wyznał Van 
der Hoose. - To bardzo stary aforyzm. Od dawna mi 
si
ę podobał, ale ciągle nie miałem okazji, żeby go 
przytoczy
ć. - Przerwał na chwilę, a później 
powiedział: W zwi
ązku z dziennikiem pokładowym. 
Wyobra
źcie sobie, że rzeczywiście istniał taki 
przepis. 
- Jaki dziennik pokładowy? zapytała Majka. - Co ma 
w tym wspólnego dziennik pokładowy? 
- Komow prosił, 
żebym znalazł instrukcje dotyczące 
okoliczno
ści, w których należy zniszczyć dziennik 
pokładowy - smutnie wyja
śnił Van der Hoose. 
- No i co? - zapytali
śmy jednocześnie. 
Van der Hoose znowu przez chwal
ę milczał, a potem 
machn
ął ręką
- Ha
ńba - powiedział. - Okazuje sięże jest taki 
przepis. A 
ściśle mówiąc był. W starym "Zbiorze 
instrukcji". W nowym nie ma. Sk
ąd mogłem 
wiedzie
ć? Nie jestem historykiem... 
Popadł w dłu
ższą zadumę. Majka kręciła się 
niecierpliwie. 
- Tak powiedział Van der Hoose. A wi
ęc jeżeli uległeś 
katastrofie na nieznanej planecie zamieszkałej przez 
rozumnych ahumanoidów lub te
ż humanoidów w 
stadium wysoko rozwini
ętej cywilizacji technicznej, 
jeste
ś obowiązany zniszczyć wszystkie mapy 
kosmiczne i dzienniki pokładowe. 

background image

Spojrzeliśmy z Majką po sobie. 
- Biedak, dowódca statku - mówił dalej Van der 
Hoose - musiał zna
ć na pamięć wszystkie stare 
przepisy. Ten ma co najmniej ze dwie
ście lat, 
wymy
ślono go w zaraniu astronautyki, wymyślono z 
głowy, staraj
ąc się wszystko przewidzieć. A czy 
mo
żna przewidzieć wszystko? - westchnął. - 
Oczywi
ście, można było się domyśleć, co się stało z 
tym dziennikiem pokładowym. Na przykład Komow 
si
ę domyślił... A wiecie, jak zareagował, kiedy mu 
powiedziałem, o co chodzi? 
- Nie - powiedziałem. - Jak? 
- Kiwn
ął głową i przeszedł do następnej sprawy - 
powiedziała Majka. 
Van der Hoose spojrzał na ni
ą z podziwem. 
- Zgadła
ś! - powiedział. - Właśnie kiwnął i właśnie 
przeszedł. Ja bym na jego miejscu przez cały dzie
ń 
puszył si
ę jak paw, że jestem taki domyślny... 
- No i co z tego wynika? - zapytała Majka. - Wynika, 
że jest to albo rasa ahumanoidalna, albo 
humanoidalna w stadium wysoko rozwini
ętej 
cywilizacji technicznej. Nic nie rozumiem. Ty co
ś 
rozumiesz? - zwróciła si
ę do mnie. 
Bardzo mnie bawi, kiedy Majka z dum
ą oświadcza, 
że nic nie rozumie. Sam tak często robię
- Podjechali do statku na rowerach - powiedziałem. 
Majka niecierpliwie machn
ęła dłonią
- Cywilizacji technicznej tu nie ma - wymamrotała 
pod nosem. - Ahumanoidów równie
ż... 
Głos Komowa przez gło
śnik polecił: 

background image

- Van der Hoose, Głumowa, Popow! Wszyscy na 
mostek. 
- Zacz
ęło się! - zrywając się na równe nogi 
powiedziała Majka. 
Jednocze
śnie wpadliśmy na mostek. Komow stal 
przy stole i wkładał do plastykowego futerału 
podr
ęczny przekaźnik. Sądząc z położenia 
przeł
ączników, przekaźnik był podłączony do 
pokładowego komputera. 
Twarz Komowa miała niezwykły u niego wyraz 
zatroskania, była bardzo ludzka, pozbawiona 
wła
ściwego mu lodowatego skupienia. 
- Teraz wychodz
ę - oznajmił. - Pierwszy zwiad. 
Jakub, ty przejmiesz dowództwo. Najwa
żniejsze jest 
zapewnienie ci
ągłej obserwacji i niezakłóconej pracy 
pokładowego komputera. Je
śli się pojawią tubylcy, 
prosz
ę mnie natychmiast zawiadomić. Proponuję 
dy
żurować przy ekranach na trzy zmiany. Majka, 
niezwłocznie obejmij dy
żur przy ekranach. Staszek, 
tam le
żą moje depesze. Proszę je nadać jak 
najszybciej. My
ślęże nie ma potrzeby tłumaczyć
dlaczego nikt nie powinien opuszcza
ć statku. To 
wszystko. Bierzmy si
ę do roboty. 
Usiadłem przy radiostacji i zabrałem si
ę do roboty. 
Komow i Van der Hoose cicho rozmawiali o czym
ś 
za moimi plecami. Majka na drugim ko
ńcu mostku 
regulowała ekrany panoramiczne. Przejrzałem 
depesze. Tak, póki rozwi
ązywaliśmy problemy 
filozoficzne, Komowa nie
źle szarpali. Prawie 
wszystkie depesze to były odpowiedzi. Hierarchi
ę 

background image

ważności w braku specjalnych poleceń ustanawiałem 
sam. 
EZ-2, KOMOW CENTRUM, GORBOWSKI. 
DZI
ĘKUJĘ ZA ZASZCZYTNĄ PROPOZYCJĘ
NIE CZUJ
Ę SIĘ W PRAWIE ODRYWAĆ CIĘ OD 
ZNACZNIE WA
ŻNIEJSZYCH ZAJĘĆ, O 
WSZYSTKICH SZCZEGÓŁACH B
ĘDĘ 
INFORMOWA
Ć NA BIEŻĄCO. 
EZ-2, KOMOW - CENTRUM, BADER. NIE MOG
Ę 
PRZYJ
ĄĆ STANOWISKA GŁÓWNEGO 
KSENOLOGA PROJEKTU "ARKA". 
REKOMENDUJ
Ę AMIRADŻIBI. 
EZ-2, KOMOW - BAZA, SIDOROW BŁAGAM, 
UCHRO
Ń MNIE PRZED OCHOTNIKAMI. 
EZ-2, KOMOW - EUROPEJSKI O
ŚRODEK 
PRASOWY, DOMBINI. OBECNO
ŚĆ WASZEGO 
KOMENTATORA NAUKOWEGO NA EZ-2 JEST 
NIEPO
ŻĄDANA. O INFORMACJE PROSZĘ 
ZWRACA
Ć SIĘ DO CENTRUM, KOMISJA DO 
SPRAW KONTAKTÓW. 
I tak dalej, i tak dalej. Pi
ęć depesz było do 
Centralnego O
środka Informacyjnego. Nie 
zrozumiałem z nich ani słowa. 
Moja praca była w pełnym toku, kiedy znowu 
zatrzeszczał deszyfrator. 
- Sk
ąd? - zapytał Komow z drugiego końca mostku. 
Stał obok Majki i obserwował okolic
ę
- "CENTRUM WYDZIAŁ HISTORYCZNY..." - 
przeczytałem. 

background image

- Nareszcie! - powiedział Komow i zbliżył się do 
mnie. 
...PROJEKT "ARKA" - czytałem. - EZ-2. VAN DER 
HOOSE, KOMOW. INFORMACJA. STATEK 
KTÓRY ZNALE
ŹLIŚCIE NUMER 
REJESTRACYJNY......... TO EKSPEDYCYJNY 
GWIAZDOLOT "PIELGRZYM". PORT 
MACIERZYSTY DEJMOS, WYSTARTOWAŁ 
DRUGIEGO STYCZNIA DWIE
ŚCIE 
TRZYDZIESTEGO PIERWSZEGO ROKU NA 
WOLNY REKONESANS DO STREFY "C". 
OSTATNI 
SYGNAŁ ZOSTAŁ ODEBRANY SZÓSTEGO 
MAJA DWIE
ŚCIE TRZYDZIESTEGO 
CZWARTEGO ROKU Z OBSZARU "CIE
Ń". 
ZAŁOGA: SIEMIONOWA MARIA-LUIZA I 
SIEMIONOW ALEKSANDER PAWŁOWICZ. OD 
DWUDZIESTEGO PIERWSZEGO KWIETNIA 
DWIE
ŚCIE TRZYDZIESTEGO TRZECIEGO 
ROKU PASA
ŻER: SIEMIONOW PIERRE 
ALEKSANDRO-WICZ. ARCHIWUM 
"PIELGRZYMA"... 
Tam było co
ś jeszcze, ale nagle Komow roześmiał się 
za moimi plecami, a ja odwróciłem si
ę z 
niesłychanym zdumieniem. Komow 
śmiał się
Komow promieniał. 
- Tak wła
śnie myślałem! - powiedział z triumfem, a 
my wszyscy gapili
śmy się na niego z otwartymi 
ustami. - Tak wła
śnie myślałem! To człowiek! 
Rozumiecie! To jest człowiek! 

background image

 
Rozdział V  
LUDZIE I NIELUDZIE 
 
- Wszyscy na miejsca! - wesoło rozkazał Komow, 
złapał futerały z aparatur
ą i wyszedł. Spojrzałem na 
Majk
ę. Majka stała jak słup, wzrok miała zamglony 
i bezd
źwięcznie poruszała wargami - starała się coś 
zrozumie
ć. Spojrzała na Van der Hoosego. Brwi miał 
uniesione niezmiernie wysoko, baki bojowo sterczały 
i po raz pierwszy od kiedy go znałem, nie był 
podobny do ssaka tylko do ryby-diabła morskiego, 
wyci
ągniętego z wody. Na ekranie obserwacyjnym 
Komow obwieszony aparatami rze
śko maszerował 
wzdłu
ż budowy w stronę bagna. 
- Tak-tak! - powiedziała Majka. - A wi
ęc dlatego 
były tam zabawki... 
- Dlaczego? - 
żywo zainteresował się Van der Hoose. 
- On si
ę nimi bawił - wyjaśniła Majka. 
- Kto? - zapytał Van der Hoose. - Komow? 
- Nie. Siemionow. 
- Siemionow? - ze zdumieniem powtórzył Van der 
Hoose. - Hm... No i co z tego? 
- Siemionow-junior powiedziałem niecierpliwie. - 
Pasa
żer. Dziecko. 
- Jakie dziecko? 
- Dziecko Siemionowów powiedziała Majka. - Teraz 
rozumiesz, po co im było urz
ądzenie szyjące? 
Czepeczki, ró
żne tam kaftaniki, śpioszki... 

background image

Śpioszki! - powtórzył wstrząśnięty Van der Hoose. - 
A wi
ęc urodziło się im dziecko! Tak-tak-tak! A ja się 
dziwiłem, sk
ąd oni wzięli pasażera i to na dodatek o 
tym samym nazwisku! Nawet mi do głowy... Ale
ż 
oczywi
ście! 
Rozległ si
ę sygnał wywoławczy. Machinalnie 
odpowiedziałem. To był Wadik. Mówił szybko i 
półgłosem, widocznie bał si
ęże go nakryją
- Co tam u was, Staszek? Tylko szybko, zaraz 
startujemy... 
- Szybko si
ę nie da - powiedziałem z 
niezadowoleniem. 
- Spróbuj w dwóch słowach. Znale
źliście Statek 
W
ędrowców? 
- Jakich W
ędrowców? - zdumiałem się. - Gdzie? 
- No tych... których szuka Gorbowski. 
- Kto znalazł? 
- Znale
źliście przecież ten statek? - głos Wadika 
nagle si
ę zmienił. - Sprawdzam linię - powiedział 
surowo. - Prosz
ę się wyłączyć
- Co tam znowu znale
źli? - zapytał Van der Hoose. - 
Jaki znów statek? 
Machn
ąłem ręką
- To tylko tak, jacy
ś ciekawscy... A więc on się 
urodził w kwietniu trzydziestego trzeciego, a ostatni 
sygnał nadali w maju trzydziestego czwartego... Jak 
cz
ęsto powinni byli wychodzić w eter, Jakubie? 
- Raz na miesi
ąc - powiedział Van der Hoose. - Jeżeli 
statek udaje si
ę na wolny rekonesans... 
- Chwileczk
ę - powiedziałem. - Maj, czerwiec... 

background image

- Trzynaście miesięcy - powiedziała Majka. 
Nie uwierzyłem i policzyłem sam. 
- Tak - powiedziałem. 
- Nie do uwierzenia, prawda? 
- Co nie do uwierzenia? - ostro
żnie zapytał Van der 
Hoose. 
- W dniu katastrofy powiedziała Majka - dziecko 
miało trzyna
ście miesięcy. Jak ono wyżyło? 
- Tubylcy - powiedziałem. - Siemionow starł dziennik 
pokładowy. To znaczy, 
że kogoś zobaczył... I po co 
było na mnie szczeka
ć! To był prawdziwy płacz 
dziecka! Co ja, rocznych dzieci nie słyszałem?... 
Tubylcy to wszystko nagrali, a kiedy wyrósł, dali mu 
przesłucha
ć... 
Żeby nagrać, trzeba dysponować techniką - 
powiedziała Majka. 
- No, to nie nagrali, tylko zapami
ętali - 
powiedziałem. - To nie jest takie wa
żne. 
- Aha - odezwał si
ę Van der Hoose. - Siemionow 
zobaczył ahumanoidów albo humanoidów w stadium 
rozwoju cywilizacji technicznej. I dlatego starł 
dziennik pokładowy. Zgodnie z instrukcj
ą
- To tutaj nie przypomina cywilizacji technicznej - 
powiedziała Majka. 
- W takim razie rasa ahumanoidalna... - Nagle do 
mnie dotarło. - Słuchajcie - powiedziałem - skoro 
tak, to mamy do czynienia z czym
ś tak niezwykłym, 
że słów mi brak... Człowiek-pośrednik, rozumiecie? 
On jest człowiekiem i nie jest nim, humanoid i 

background image

ahumanoid! Czegoś takiego jeszcze nigdy nie było. O 
czym
ś takim nikt nawet by nie śmiał marzyć
Opanowało mnie uniesienie. Majk
ę też. Perspektywy 
o
ślepiały nas - były mgliste, niejasne, ale 
nieodmiennie wspaniałe. Szło nie tylko o to, 
że po raz 
pierwszy w historii stał si
ę możliwy i prawie pewny 
kontakt z ahumanoidami. Ludzko
ść otrzymała 
unikalne zwierciadło, przed ludzko
ścią otwierały się 
drzwi w niedost
ępny do tej pory, hermetycznie 
zamkni
ęty świat diametralnie odmiennej psychologii 
i niesprecyzowane teorie pionowego post
ępu 
Komowa mogły wreszcie otrzyma
ć eksperymentalne 
podstawy... 
- Z jakiej racji oni mieliby nia
ńczyć ludzkie dziecko? 
- w zadumie zapytał Van der Hoos
ę. - Po co im to? I 
czy w ogóle potrafiliby co
ś takiego zrobić
Perspektywy nieco przyblakły, ale Majka 
natychmiast powiedziała z wyzwaniem: 
- Na Ziemi s
ą znane przypadki, kiedy nawet 
nierozumne istoty wychowywały ludzkie dzieci. 
- Tak, ale to na Ziemi! - powiedział Van der Hoose 
smutnie. 
Miał racj
ę. Wszystkie znane rozumne rasy 
ahumanoidalne były bez porównania odleglejsze od 
człowieka ni
ż wilki, niedźwiedzie czy nawet 
o
śmiornice. Taki poważny specjalista jak Kriiger 
twierdził przecie
żże rozumne mięczaki Harroty nie 
uwa
żają człowieka wraz z jego całą techniką za część 
realnego 
świata, ale za produkt swej 
niewyobra
żalnej wyobraźni... 

background image

- Niemniej jednak on ocalał i wyrósł! - powiedziała 
Majka. 
I te
ż miała rację
Jestem człowiekiem z natury dosy
ć sceptycznym. Nie 
lubi
ę zapędzać się i przesadnie fantazjować
przeciwnie ni
ż Majka. Ale tym razem to było jedyne 
rozs
ądne wytłumaczenie. Roczne dziecko. Lodowata 
pustynia. Sam jeden. Przecie
ż jasne jest, że nie mógł 
wy
żyć o własnych siłach. A z drugiej strony starty 
dziennik pokładowy. Co tu jeszcze mo
żna wymyśleć
Jacy
ś humanoidalni przybysze z kosmosu 
przypadkowo znale
źli się w pobliżu, odchowali 
dzieciaka, a potem odlecieli... Nonsens! 
- A mo
że on nie przeżył? - zapytała Majka. - Moż
po nim został tylko jego płacz i głosy rodziców? 
Na sekund
ę wydało mi sięże wszystko przepadło. Ta 
Majka musi zawsze co
ś wymyśleć! Ale natychmiast 
znalazłem kontrargumenty: 
- A jak on dostaje si
ę na statek? Jak wydaje rozkazy 
moim robotom? Nie, moi drodzy - albo spotkali
śmy 
w kosmosie dokładn
ą, rozumiecie, idealnie dokładną 
replik
ę ludzkości albo też jest to kosmiczny Mowgli. 
Nie wiem, co jest bardziej nieprawdopodobne. 
- I ja nie wiem - powiedziała Majka. 
- Ani ja - dodał Van der Hoose. 
W gło
śniku odezwał się głos Komowa: 
- Na pokładzie! Wyszedłem na stanowisko. Nie 
przerywa
ć obserwacji. Stąd widzę bardzo niewiele. 
Nadeszły jakie
ś depesze? 
Zajrzałem. 

background image

- Cała paczka - powiedziałem. 
- Cała paczka - powiedział Van der Hoose w 
mikrofon. 
- Staszek, czy nadałe
ś moje radiogramy? 
- A... jeszcze nie wszystkie - odpowiedziałem 
po
śpiesznie, siadając przy radiostacji. 
- Jeszcze nie wszystkie - o
świadczył Van der Hoose w 
mikrofon. 
- Burdel na pokładzie! - stwierdził Komow. - 
Ko
ńczcie filozofowanie i bierzcie się do roboty. 
Majka, pilnuj ekranów. Zapomnij o wszystkim i 
pilnuj ekranów. Popow, 
żeby moja ostatnia depesza 
za dziesi
ęć minut była w eterze. Jakub, przeczytaj, 
co tam do mnie przyszło... 
Kiedy sko
ńczyłem nadawać i rozejrzałem się
wszyscy byli zaj
ęci swoimi sprawami. Majka 
siedziała przy ekranach - na jednym było wida
ć 
Komowa - male
ńka figurka przy samym brzegu 
bagna, nad trz
ęsawiskiem falowała mgła i żadnego 
innego ruchu w promieniu siedmiu kilometrów nie 
dało si
ę zauważyć. Komow siedział plecami do nas 
prawdopodobnie oczekiwał, 
że nasz Mowgli wyjdzie 
z bagna. Majka powoli odwracała głow
ę z boku na 
bok, przepatruj
ąc okolicę i od czasu do czasu dawała 
maksymalne powi
ększenie, kiedy jakiś odcinek 
wydawał si
ę jej podejrzany, i wtedy na ekranach 
małych monitorów pojawiał si
ę przywiędły krzak 
albo liliowy cie
ń wydmy na roziskrzonym piasku, 
albo nie wyja
śniona plama w rzadkiej szczecinie 
karłowatych drzew. 

background image

Van der Hoose monotonnie buczał w mikrofon: ,,... 
wariant psychotypu dwukropek szesna
ście N na 
trzydzie
ści dwa dzeta albo szesnaście em... jak 
mama... na trzydzie
ści jeden ipsylon..." - "Starczy - 
mówi Komow - nast
ępna". - ,,Ziemia Londyn 
Cartwright szanowny kolego Giennadij jeszcze raz 
przypominam o obietnicy zaopiniowania..." 
"Starczy. Nast
ępną". - "Centrum prasowe..." - 
"Starczy. Czytaj tylko to, co przyszło z Centrum 
albo z Bazy", Pauza. Van der Hoose przegl
ąda 
kartki. "Centrum Bader zamówiona aparatura idzie 
zero transportem na Baz
ę proszę przysłać pańskie 
wst
ępne założenia według punktów pierwszy inne 
przypuszczalne strefy rozmieszczenia tubylców..." - 
"Starczy. Dalej..." 
W tym momencie wezwała mnie Baza. Sidorow 
chciał mówi
ć z Komowem. 
- Komow jest na kontakcie - powiedziałem z 
przykro
ścią
- Kontakt si
ę zaczął? 
- Jeszcze nie. Czekamy. Sidorow zakasłał. 
- No dobrze, pó
źniej się z nim połączę. To nic 
pilnego. - Na chwil
ę zamilkł. - Denerwujecie się
Zastanowiłem si
ę, jak sprecyzować swoje wrażenia. 
- Nie 
żebyśmy się denerwowali... Tylko jakoś 
straszno. Jak we 
śnie. Jak w bajce. 
Sidorow westchn
ął. 
- Nie b
ędę wam przeszkadzać - powiedział. - Życzę 
powodzenia. 

background image

Podziękowałem. Następnie położyłem łokcie na 
pulpicie, wsparłem brod
ę na dłoniach i znowu 
próbowałem okre
ślić swoje wrażenia. Tak bardzo to 
dziwne. Człowiek i nieczłowiek. Wła
ściwie to nie 
mo
żna go nazwać człowiekiem. Ludzkie dziecko 
wychowane przez wilki wyrasta na wilka. Przez 
nied
źwiedzie - na niedźwiedzia. A gdyby do 
wychowywania takiego malca zabrała si
ę 
o
śmiornica? Zamiast zjeść zaczęłaby go 
wychowywa
ć... Zresztą nawet nie o to chodzi. I wilk, 
i nied
źwiedź, i ośmiornica - są pozbawione rozumu. 
W ka
żdym razie tego, co ksenologowie zwykli 
nazywa
ć rozumem. A jeśli naszego Mowgli 
wychowały istoty rozumne, ale jednocze
śnie do 
pewnego stopnia o
śmiornice? A nawet znacznie 
bardziej nam obce ni
ż ośmiornice... A przecież to one 
nauczyły go wytwarzania obronnych fantomów 
mimikry - ludzki organizm nie dysponuje niczym, co 
umo
żliwiałoby takie sztuki, a więc nauczono go tego 
specjalnie... Poczekajcie, a po co mu mimikra? Przed 
kim on ma si
ę bronić? Planeta jest przecież pusta! A 
wi
ęc nie jest pusta. 
Wyobraziłem sobie ogromne jaskinie, zalane 
widmowym liliowym 
światłem, ponure zaułki, w 
których czai si
ę śmiertelne niebezpieczeństwo, i 
małego chłopca skradaj
ącego się wzdłuż lepkiej 
ściany, gotowego w każdej chwili zniknąć, roztopić 
si
ę w niepewnym blasku i porzucić na pastwę wroga 
tylko swój drgaj
ący niewyraźny cień. Biedny mały! 
Trzeba go natychmiast st
ąd zabrać!... Stop. To 

background image

wszystko zawracanie głowy. Tak nigdy nie bywa. 
Nigdy nie jest tak, 
żeby istniało złożone rozumne 
życie na wysokim szczeblu rozwoju i żeby wokół 
niego nie kipiało 
życie inne mniej skomplikowane, 
bardziej uproszczone, zwykłe głupie 
życie. Ile tu 
odkryto gatunków 
żywych istot? Ni to jedenaście, ni 
to dwana
ście - a rozpiętość od wirusa do ludzkiego 
dziecka. Co
ś tu nie gra. Dobra, niedługo się 
dowiemy. Mały nam wszystko opowie. A je
śli nie 
opowie? Czy ludzkie wilcz
ęta dużo opowiedziały 
ludziom o wilkach? A wi
ęc na co liczy Komow? 
Ogarn
ęło mnie pragnienie, żeby zaraz, natychmiast 
zapyta
ć Komowa, na co właściwie liczy? 
Van der Hoose odczytał ostatni
ą depeszę, wyciągnął 
si
ę w fotelu, założył dłonie na kark i powiedział w 
zadumie: 
- Przecie
ż ja znałem Siemionowów. Muszę wam 
powiedzie
ćże to byli wspaniali i zarazem bardzo 
dziwni ludzie. Romantycy. Oczywi
ście, Szura znał 
wszystkie starodawne prawa i wiecznie je cytował. 
Nam wydawały si
ę śmieszne i głupie, ale on 
znajdował w nich jaki
ś urok... Katastrofa, agonia, na 
statek wdzieraj
ą się straszne potwory... Zniszczyć 
dziennik pokładowy, zatrze
ć swój ślad w przestrzeni 
- przecie
ż na drugim końcu śladu jest Ziemia! Tak, 
to bardzo do niego podobne. - Van der Hoose 
zamilkł. - Zreszt
ą takich, którzy szukają samotności, 
jest znacznie wi
ęcej, niż nam się zdaje. Przecież 
samotno
ść to nie taka zła rzecz, jak sądzicie? 

background image

- Nie dla mnie - krótko powiedziała Majka nie 
odrywaj
ąc oczu od ekranu. 
- To dlatego, 
że jesteś młoda - powiedział Van der 
Hoose. - W twoim wieku Szura Siemionow te
ż lubił 
si
ę przyjaźnić z wieloma ludźmi, po to, by wielu ludzi 
przyja
źniło się z nim. I po to, żeby razem pracować - 
w du
żym wesołym towarzystwie. I żeby organizować 
tajfuny mózgów i pracowa
ć na najwyższych 
obrotach, 
żeby ze wszystkimi współzawodniczyć
wszystko jedno w jakiej dziedzinie - w skokach na 
skrzydłach, w ilo
ści dowcipów na jednostkę czasu, w 
zapami
ętywaniu ogromnych tablic 
matematycznych... we wszystkim. A wi przerwach 
śpiewać na całe gardło pod nekofon piosenki 
własnego pióra... - Van der Hoose westchn
ął. - Ale 
źniej to zwykle mija, kiedy przychodzi pierwsza 
prawdziwa miło
ść... Zresztą ja akurat niewiele wiem 
na ten temat. Wiem tylko, 
że w dwudziestym 
pierwszym roku Szura z Mary weszli w skład grupy 
wolnego rekonesansu. Od tego czasu wła
ściwie już 
ich wi
ęcej nie widziałem. Tylko raz jeden 
rozmawiałem z nimi jeszcze przez wideo... Byłem 
wtedy dyspozytorem i Szura prosił o pozwolenie na 
start z Pandory. - Van der Hoose znowu westchn
ął. - 
Nawiasem mówi
ąc, ojciec Szury, Paweł 
Aleksandrowicz, 
żyje do dzisiaj. Trzeba będzie 
koniecznie do niego wpa
ść, kiedy wrócimy... - Umilkł 
na chwil
ę. - Jeśli chcecie wiedzieć - oświadczył - 
zawsze byłem przeciwnikiem wolnego rekonesansu. 
Archaizm. Włócz
ą się samotnie po kosmosie, 

background image

zewsząd grozi niebezpieczeństwo, pożytek dla nauki 
minimalny, a czasami nawet przeszkadzaj
ą innym... 
Pami
ętacie historię z Kamerherrem? Tacy jak on 
udaj
ąże kosmos już jest opanowany, że my ludzie 
czujemy si
ę w kosmosie jak w domu. To nieprawda. 
I nigdy nie b
ędzie prawdą. Kosmos zawsze będzie 
kosmosem, a człowiek zawsze zostanie tylko 
człowiekiem. B
ędzie dysponował coraz większym 
do
świadczeniem, ale nawet największe 
do
świadczenie nie sprawi, że kosmos stanie się 
naszym domem... Moim zdaniem Szura i Mary w 
ko
ńcu niczego w kosmosie nie znaleźli, w każdym 
razie niczego takiego, o czym warto by opowiada
ć 
cho
ćby podczas obiadu w niesie. 
- Ale za to byli szcz
ęśliwi - nie odwracając głowy 
powiedziała Majka. 
- Dlaczego tak my
ślisz? 
- Bo inaczej by wrócili! Nie musieli niczego szuka
ć, i 
tak byli szcz
ęśliwi? - Majka gniewnie spojrzała na 
Van der Hoosego. - Czego w ogóle warto szuka
ć 
oprócz szcz
ęścia? 
- Mógłbym ci odpowiedzie
ćże ten, kto. jest 
szcz
ęśliwy, niczego nie szuka - powiedział Van der 
Hoose - ale nie jestem przygotowany do takich 
ębokich rozważań, zresztą i ty również, nie 
s
ądzisz? Wcześniej czy później, zaczniemy przenosić 
poj
ęcie szczęścia na ahumanoidów... 
- Na pokładzie! - rozległ si
ę głos Komowa. - Nie 
przerywa
ć obserwacji! 

background image

- To właśnie chciałem powiedzieć - stwierdził Van 
der Hoose i Majka znowu si
ę odwróciła. 
Teraz patrzyli
śmy na ekrany wszyscy troje. Słońce 
było całkiem nisko, wisiało nad samymi szczytami i 
na wzgórzach le
żały już cienie. Jarzył się blaskiem 
pas startowy, czapa mgły nad grz
ęzawiskiem 
zdawała si
ę ciężka i nieruchoma, a sam jej czubek 
prze
świetlony słonecznym światłem nabrał barwy 
jaskrawofioletowej. Wszystko wokół było 
nieruchome, nawet Komow. 
- Pi
ąta godzina - niegłośno powiedział Van der 
Hoose. - Czy to przypadkiem nie pora na obiad? 
Giennadij, kiedy chcesz je
ść
- Nic mi nie potrzeba - powiedział Komow. - 
Wszystko, co mo
że się przydać, zabrałem ze sobą
Ale wy zjedzcie, potem mo
żecie mieć co innego na 
głowie. 
Wstałem. 
- Id
ę gotować. Co zamawiacie? 
W tym momencie odezwał si
ę Van der Hoose. 
- Widz
ę
- Gdzie? - natychmiast zapytał Komow. 
- Idzie brzegiem w naszym kierunku od strony 
lodowca. Jakie
ś sześćdziesiąt stopni w lewo, jeśli 
patrze
ć od ciebie w stronę statku. 
- Aha - powiedziała Majka. - Ja te
ż widzę. Idzie 
rzeczywi
ście. 
- Nie widz
ę! - niecierpliwie powiedział Komow. - 
Podajcie współrz
ędne według dalmierza. 

background image

Van der Hoose wsunął twarz w ramę dalmierza i 
podyktował współrz
ędne. Teraz ja też zobaczyłem - 
samym skrajem czarnej wody, bez po
śpiechu, jakby 
niech
ętnie, posuwała się w stronę statku zielonkawa, 
dziwnie przekrzywiona figurka. 
- Nie, nie widz
ę - powiedział Komow z irytacją. - 
Mówcie, co widzicie. 
- A wi
ęc... - zaczął Van der Hoose i odkaszlnął. - 
Idzie powoli, patrzy na nas.,, niesie nar
ęcz jakichś 
patyków... przystan
ął... grzebie stopą w piasku... 
Drrr, w taki mróz, zupełnie nago... Ruszył dalej... 
Patrzy w twoj
ą stronę, Giennadij... Ciekawe, jego 
budowa anatomiczna jest odmienna od naszej, a 
ściślej niezupełnie taka sama... Znowu się zatrzymał i 
bez przerwy patrzy w nasz
ą stronę. Czy go 
naprawd
ę nie widzisz, Giennadij? Przecież on jest 
prosto na twoim trawersie, bli
żej ciebie niż nas... 
Pierre Aleksandrowicz Siemionow, kosmiczny 
Mowgli, zbli
żał się. Teraz odległość między nami 
wynosiła ze dwie
ście metrów i kiedy Majka 
powi
ększała obraz na monitorze, można było nawet 
zobaczy
ć jego rzęsy. Zachodzące słońce "właśnie 
wyjrzało przez szczelin
ę między dwoma szczytami, 
znowu zrobiło si
ę zupełnie widno i długie cienie legły 
na zastygłej pla
ży. 
To było dziecko, dwunastoletni chłopiec, niezgrabny 
wyrostek, ko
ścisty, długonogi, miał chude ramiona i 
ostre łokcie, ale na tym ko
ńczyło się podobieństwo do 
ziemskiego nastolatka. Ju
ż jego twarz nie była 
dziecinna - rysy ludzkie, ale absolutnie nieruchome, 

background image

skamieniałe, zastygłe jak maska. Tylko jego oczy 
były 
żywe, wielkie i ciemne, strzelał nimi na prawo i 
na lewo, jakby przez otwory w masce. Uszy miał 
wielkie, odstaj
ące, prawe znacznie większe niż lewe, 
a od lewego ucha, przez szyj
ę, do obojczyka ciągnęła 
si
ę ciemna nierówna blizna - ślad po głębokiej źle 
zagojonej ranie. Rudawe skołtunione włosy spadały 
mu na twarz i ramiona, sterczały w ró
żne strony, a 
zadzier
żysty czub powiewał na czubku głowy. 
Nieprzyjemna, budz
ąca grozę twarz, w dodatku w 
trupim sinozielonym odcieniu, błyszcz
ące, jakby 
wysmarowana jakim
ś tłuszczem. Zresztą nie tylko 
twarz, całe jego ciało tak l
śniło. Był zupełnie nagi i 
kiedy podszedł bardzo blisko do statku i rzucił na 
piasek nar
ęcz patyków, zobaczyliśmy, jaki jest 
żylasty, bez śladu tej wzruszającej dziecięcej 
bezbronno
ści. Tak, był kościsty, ale nie chudy, 
zadziwiaj
ąco, po dorosłemu silny, nie muskularny, 
nie atletyczny, ale wła
śnie żylasty i jeszcze 
zobaczyli
śmy blizny po szarpanych ranach - na 
lewym boku od 
żeber do samego biodra - właśnie 
dlatego był taki przekrzywiony - jeszcze jedn
ą na 
prawej nodze i gł
ębokie wgłębienie na klatce 
piersiowej. Tak, wida
ć nie było mu tu łatwo. Planeta 
starannie modelowała i k
ąsała ludzkie dziecko, ale w 
ko
ńcu widocznie dostosowała je do siebie. 
Był teraz dwadzie
ścia kroków przed martwym 
polem. Patyki le
żały u jego nóg, a on stał opuściwszy 
r
ęce i patrzył na statek. Oczywiście nie mógł widzieć 
obiektywów, ale wydawało si
ęże patrzył nam prosto 

background image

w oczy. I stał też nie jak człowiek. Nie wiem, jak to 
wytłumaczy
ć. Po prostu ludzie nie stoją w takiej 
pozie. Nigdy. Ani wtedy, kiedy odpoczywaj
ą, ani 
kiedy oczekuj
ą na coś, ani kiedy się boją. Lewą nogę 
lekko zgi
ętą w kolanie odstawił odrobinę do tyłu, ale 
całym swym ci
ężarem spoczywał właśnie na niej. I 
do przodu wysun
ął również lewe ramię. Podobną 
poz
ę na mgnienie oka przybiera człowiek, który chce 
rzuci
ć dyskiem - ale długo tak nie wystoisz, to bardzo 
niewygodnie, zreszt
ą też nieładnie wygląda, on zaś 
stał tak i stał przez kilka minut, a potem nagłe 
przysiadł i zacz
ął przekładać swoje patyki. 
Powiedziałem - przysiadł, ale to nie jest 
ścisłe - oparł 
si
ę na lewej nodze, prawą zaś, nie zginając jej, 
wysun
ął do przodu - nawet patrzeć na niego było 
niewygodnie, szczególnie kiedy pomagaj
ąc sobie 
palcami prawej stopy zacz
ął wojować z patykami. 
Potem uniósł twarz i wyci
ągnął ku nam ręce - w 
ka
żdej dłoni trzymał po patyku i wtedy zaczęło się 
co
ś takiego, czego w ogóle nie podejmuję się opisać
Mog
ę powiedzieć tylko tyle - twarz jego ożyła, nie po 
prostu o
żyła - eksplodowała życiem. Nie wiem, czy 
człowiek ma du
żo mięśni na twarzy, ale u niego 
wszystkie, ile ich tam jest, poszły w ruch i ka
żdy 
mi
ęsień poruszał się samodzielnie, nieprzerwanie i w 
sposób niezmiernie skomplikowany. Nie wiem do 
czego to porówna
ć. Być może do wody, którą 
marszczy wiatr w blasku sło
ńca, tylko że zmarszczki 
na wodzie s
ą jednostajne i chaotyczne, jednostajne w 
swoim chaosie, a tu przez fajerwerk 

background image

mikroskopijnych drgań przezierał jakiś określony 
rytm, jaki
ś celowy ład. To nie były chorobliwe, 
konwulsyjne drgawki mi
ęśni, agonia, panika. To był 
taniec, je
żeli można tak się wyrazić. I taniec ten 
zacz
ął się od twarzy, następnie zatańczyły ramiona, 
pier
ś, zaśpiewały ręce i suche patyki zadygotały w 
zaci
śniętych pięściach, zaczęły walczyć, przeplatać 
si
ę i krzyżować - z szelestem, terkotem, stukotem 
werbla - jakby tysi
ące świerszczy urządziło sobie pod 
statkiem wiec. Trwało to nie dłu
żej niż minutę, ale 
przed oczami zacz
ęły mi latać plamy i niemal 
ogłuchłem. A potem zacz
ęło ucichać. Taniec i śpiew z 
patyków ws
ączył się w dłonie, z dłoni w ramiona 
wreszcie w twarz i wszystko si
ę skończyło. Znowu 
patrzyła na nas nieruchoma maska. Chłopiec lekko 
wstał, przeskoczył przez wi
ązkę patyków i nagle 
znikn
ął w martwym polu. 
- Dlaczego nic nie mówicie? - krzyczał Komow. - 
Jakub! Jakub! Czy mnie słyszysz? Dlaczego 
milczycie? Co si
ę stało? 
Van der Hoose odezwał si
ę nie od razu. 
- Nie podejmuj
ę się ci opowiedzieć - powiedział. - 
Mo
że któreś z was? 
- On rozmawiał! - oznajmiła Majka zduszonym 
głosem. - On w ten sposób rozmawiał! 
- Słuchajcie! - powiedziałem. - A mo
że on poszedł do 
włazu? 
- Mo
żliwe - powiedział Van der Hoose. - Giennadij, 
chłopiec wszedł w martwe pole. Mo
żliwe, że poszedł 
do włazu... 

background image

- Obserwujcie właz - szybko polecił Komow. - Jeżeli 
on wejdzie, natychmiast mnie zawiadomcie, a sami 
zamknijcie si
ę na mostku... - Zamilkł. - Czekam na 
was za godzin
ę - powiedział innym toaem, jakby 
obok mikrofonu. - Godzina wam wystarczy? 
- Nie zrozumiałem - powiedział Van der Hoose. 
- Zamknijcie si
ę na mostku! - z rozdrażnieniem 
krzykn
ął Komow w mikrofon. - Rozumiesz? 
Zamknijcie si
ę, jeżeli on wejdzie na statek! 
- To zrozumiałem - powiedział Van der Hoose. - Ale 
gdzie na nas czekasz za godzin
ę
Nast
ąpiło milczenie. 
- Czekam na was za godzin
ę - znowu odwróciwszy 
si
ę od mikrofonu rzeczowo powtórzył Komow. - 
Godzina wam wystarczy? 
- Gdzie? - zapytał Van der Hoose. Gdzie na nas 
czekasz? 
- Jakub, słyszysz mnie? - gło
śno i z niepokojem 
zapytał Komow. 
- Słysz
ę cię bardzo dobrze - powiedział Van der 
Hoose i spojrzał na nas stropiony. - Powiedziałe
śż
czekasz na nas za godzin
ę. Gdzie? 
- Ja nie mówiłem... - zacz
ął Komow, ale tu przerwał 
mu głos Van der Hoose, podobnie przygłuszony, 
jakby bardzo daleko od mikrofonu: 
- Czy nie czas na obiad? Staszek pewnie nie mo
że się 
nas doczeka
ć, jak sądzisz, Majka? 
Majka zachichotała nerwowo. 
- To przecie
ż on... - powiedziała pokazując palcem 
ekran. - To przecie
ż on... tam... 

background image

- Jakub, co się u was dzieje? - ryknął Komow. 
Dziwny głos, nawet nie od razu zorientowałem si
ę 
czyj, powiedział: 
- Ja ci
ę, staruszku, wyleczę, na nogi postawię, zrobię 
z ciebie człowieka... 
Majka ukryła twarz w dłoniach, brod
ę wcisnęła w 
kolana i dławiła si
ę nerwowym śmiechem. 
- Nic takiego si
ę nie dzieje, Giennadij - powiedział 
Van der Hoose wycieraj
ąc chusteczką spocone czoło. 
- Nieporozumienie. Klient rozmawia naszymi 
głosami. Słyszymy go przez zewn
ętrzne mikrofony. 
Zaszło małe nieporozumienie, Giennadij.  
- Widzicie go? 
- Nie... Zreszt
ą właśnie się pokazał.  
Chłopiec znowu stał przy swoich patykach, ju
ż w 
innej, ale równie niewygodnej pozie. Znowu patrzył 
nam prosto w oczy. Potem otworzył usta, dziwacznie 
wykrzywił wargi, pokazuj
ąc zęby i dziąsła w lewym 
k
ąciku ust i usłyszeliśmy głos Majki: 
- Koniec ko
ńców, gdybym miała twoje bokobrody, 
by
ć może mój stosunek do życia byłby zupełnie 
odmienny... 
- Teraz przemawia głosem Majki - z niezm
ąconym 
spokojem oznajmił Van der Hoose. - A teraz spojrzał 
w nasz
ą stronę. Ciągle jeszcze go nie widzisz? 
Komow milczał. Chłopiec stał z głow
ą zwróconą w 
jego stron
ę, całkowicie nieruchomy, jakby 
skamieniały - dziwaczna sylwetka w g
ęstniejącym 
mroku. I nagle zrozumiałem, 
że to nie on. Sylwetka 

background image

rozmazywała się. Można już było zobaczyć skrawek 
ciemnej wody. 
- Aha, widz
ę! - z zadowoleniem powiedział Komow. - 
Stoi jakie
ś dwadzieścia kroków od statku, tak? 
- Tak - powiedział Van der Hoose. 
- Nie tak - powiedziałem. 
Van der Hoose przyjrzał si
ę uważniej. 
- Rzeczywi
ście, chyba nie tak... przyznał. - To chyba 
b
ędzie... jak ty to nazywasz, Giennadij? Fantom? 
- Poczekaj - powiedział Komow. - Teraz go widz
ę 
naprawd
ę. Zbliża się do mnie. 
- Widzisz go? - zapytała Majka. 
- Nie - odparłem. - Ju
ż jest ciemno. 
- To nie dlatego, 
że ciemno - powiedziała Majka. 
Zapewne miała racj
ę. Słońce wprawdzie już zaszło i 
mrok zg
ęstniał, ale Komowa na ekranie 
rozró
żniałem, wyraźnie widziałem topniejący fantom 
i pas startowy, ale chłopca ju
ż nie mogłem zobaczyć
Potem zauwa
żyłem, że Komow usiadł. 
- Zbli
ża się - powiedział półgłosem. - Teraz będę 
zaj
ęty. Nie przeszkadzajcie mi. W dalszym ciągu 
uwa
żnie obserwujcie okolice, ale bez lokatorów i w 
ogóle 
żadnych aktywnych działań. Musza wam 
wystarczy
ć noktowizory. Skończyłem. 
- Szcz
ęśliwych łowów powiedział Van der Hoose do 
mikrofonu i wstał. Wygl
ądał niezmiernie uroczyście. 
Surowo spojrzał na nas z góry, wprawnym płynnym 
ruchem dłoni nastroszył bokobrody i oznajmił: 
- Stado w obórce, a my jeste
śmy wolni aż do 
porannej zorzy... 

background image

Majka spazmatycznie ziewnęła i powiedziała: 
- Spa
ć mi się chce, czy co? A może to z nerwów? 
- Nawiasem mówi
ąc, odnoszę wrażenie, że niewiele 
b
ędziemy mieli czasu na sen oświadczył Van der 
Hoose. - Proponuj
ężebyśmy zrobili tak: Majka 
niech idzie odpocz
ąć. Ja zostaję przy ekranach, a 
Staszek niech 
śpi przy radiostacji. Za cztery godziny 
ci
ę obudzę, jak sądzisz, Staszek? 
Nie miałem nic przeciwko temu, chocia
ż wątpiłem, 
czy Komow tak długo wytrzyma - na mrozie. Majka 
nadal ziewała i te
ż nie zgłaszała sprzeciwów. Kiedy 
wyszła, zaproponowałem Van der Hoosemu, 
ż
zaparz
ę kawę, ale on odmówił pod jakimś śmiesznym 
pretekstem - prawdopodobnie chciał, 
żebym trochę 
pospał. Wi
ęc ulokowałem się obok radiostacji, 
przejrzałem nowe depesze, nie znalazłem nic pilnego 
i przekazałem je Van der Hoosemu. 
Przez jaki
ś czas milczeliśmy. Spać nie chciało mi się 
ani troch
ę. Na różne sposoby starałem się wyobrazić 
sobie wychowawców Pierre Siemionowa. Dziecko 
człowieka, które wychował wilk, biega na 
czworakach i warczy. Je
śli wykarmi je niedźwiedź - 
tak samo. W ogóle wychowanie okre
śla modus 
vivendi wszelkiej 
żywej istoty. To znaczy być moż
nie w pełni, ale w znacznej mierze. Dlaczego wi
ę
nasz Mowgli chodzi na dwóch nogach? To 
naprowadza na okre
ślone wnioski. Chodzi na 
nogach, aktywnie posługuje si
ę rękami - a to wcale 
nie s
ą cechy wrodzone, to rezultaty wychowania. 
Mo
że mówić. Oczywiście nie rozumie tego, co mówi, 

background image

ale jest jasne, że ta część mózgu, w której znajduje 
si
ę ośrodek mowy, funkcjonuje u niego bez zarzutu... 
I chłopiec zapami
ętuje wszystko od jednego razu! 
Dziwne, bardzo dziwne... Ahumanoidy, o których 
słyszałem, byłyby absolutnie niezdolne do 
wychowania w ten sposób ludzkiego dziecka. 
Wykarmi
ć, oswoić - to tak. Przebadać w swoich 
dziwnych laboratoriach przypominaj
ących 
gigantyczny model przewodu pokarmowego - 
równie
ż. Ale zobaczyć w nim człowieka, 
identyfikowa
ć go jako człowieka - raczej nie. Czyżby 
to pomimo wszystko była rasa człowiekopodobna? 
Nic nie rozumiem. 
- W ka
żdym razie - powiedział nagle Van der Hoose - 
oni s
ą humanitarni w najszerszym znaczeniu tego 
słowa, jakie tylko mo
żna sobie wyobrazić, jeżeli 
uratowali 
życie niemowlęciu. Są też genialni, 
poniewa
ż umieli wychować je tak, że stało się 
podobne do człowieka, nic, by
ć może, nie wiedząc ani 
o r
ękach, ani o nogach. Jak sądzisz, Staszek? 
Mrukn
ąłem coś nieokreślonego i Van der Hoose 
umilkł. 
Na mostku było cicho. Baza nas nie niepokoiła. 
Komow te
ż nie zgłaszał się w eterze, na ciemnym 
ekranie zapalały si
ę i migotały tęczowe pasma zorzy i 
w ich widmowym 
świetle Komow był ledwie 
widoczny - siedział kompletnie bez ruchu, ale 
chłopca do ko
ńca nie udało się zobaczyć ani razu. 
Najwyra
źniej jednak szło im dobrze, ponieważ 
pokładowy komputer od czasu do czasu cichutko 

background image

cmokał i pomrukiwał trawiąc i opracowują
otrzyman
ą informację. Potem zdrzemnąłem się i jak 
pami
ętam, śniły mi się jakieś niezadowolone, źle 
ogolone o
śmiornice w granatowych sportowych 
garniturach i z parasolami - uczyły mnie chodzi
ć
mnie za
ś tak to śmieszyło, że bez przerwy 
przewracałem si
ę wywołując ich ogromne 
niezadowolenie. Obudziło mnie łagodne i 
nieprzyjemne ukłucie w sercu. Co
ś zaszło. Coś 
niepokoj
ącego. Van der Hoose przywarł do ekranu 
zaciskaj
ąc dłonie na poręczach fotela. 
- Staszek! - zawołał półgłosem. 
- Tak? 
- Spójrz na ekran. 
I tak ju
ż patrzyłem na ekran, ale na razie nie 
widziałem niczego szczególnego. Jak poprzednio 
wybuchały i migotały ognie na nieboskłonie. Komow 
siedział w poprzedniej pozie, daleki lodowiec mienił 
si
ę różowo i zielono. Potem zobaczyłem. 
- Nad górami? - zapytałem szeptem. 
- Tak. Wła
śnie nad górami. 
- Co to takiego? 
- Nie wiem. 
- Od dawna? 
- Nie wiem. Zauwa
żyłem to ze dwie minuty temu. 
Mo
że wiry powietrzne? 
W pierwszej chwili te
ż pomyślałem, że to wir 
powietrzny. Nad spłowiał
ą szczerbatą linią gór na tle 
t
ęczowych płacht sterczało coś w rodzaju długiej 
cienkiej szpicruty - czarna krzywa linia niby rysa na 

background image

ekranie. Ta szpicruta ledwie dostrzegalnie 
wibrowała, gi
ęła się, chwilami jakby osiadała i 
prostowała si
ę znowu, a wtedy widać było, że nie jest 
gładka, 
że przypomina łodygę bambusa. Wznosiła się 
nad grzbietami gór, odległych co najmniej o dziesi
ęć 
kilometrów, jakby kto
ś wystawił nad skałami 
gigantyczne w
ędzisko. I znajomy pejzaż na ekranie 
przypominał teraz dekoracj
ę w teatrze lalkowym. 
Rozgrywało si
ę widowisko sprzeczne z naturą
przera
żające, śmieszne zarazem, tak jakby nad 
górskim ła
ńcuchem ukazała się niebywałych 
rozmiarów fizjonomia. W ogóle to było co
ś nie 
mieszcz
ącego się w żadnych wyobrażeniach, coś poza 
wszelkimi poj
ęciami o proporcjach, coś 
nieprawdopodobnego... 
- To oni? - zapytałem szeptem. 
- Niemo
żliwe, żeby to było naturalne... - powiedział 
Van der Hoose. - I niemo
żliwe, żeby to było sztuczne. 
Miałem identyczne uczucie. 
- Trzeba zawiadomi
ć Komowa - powiedziałem. 
- Komow si
ę wyłączył - odpowiedział Van der Hoose. 
Regulował dalmierz. - Odległo
ść się nie zmienia. 
Czterna
ście kilometrów. I to dziwadło strasznie 
wibruje, całe si
ę trzęsie. Amplituda co najmniej sto 
metrów. Co
ś podobnego po prostu nie może istnieć
- Jak
ą to ma wysokość? - zapytałem. 
- Około sze
ściuset metrów. 
- Rany koguta - wymamrotałem. 
Van der Hoose nagle zerwał si
ę z fotela i nacisnął 
jednocze
śnie dwa klawisze - zewnętrznego sygnału 

background image

alarmowego ,,wszyscy wrócić na pokład" i 
wewn
ętrznego sygnału "wszyscy na mostek". Potem 
odwrócił si
ę do mnie i nieznanym, ostrym głosem 
rozkazał: 
- Staszek! Biegiem na stanowisko DSB. Przygotuj do 
strzelania dziobowe DPM. Sied
ź i czekaj. Bez mojej 
komendy - nawet kichn
ąć ci nie wolno. 
Jednym susem byłem w korytarzu. Za drzwiami 
kajut rozległy si
ę krótkie przygłuszone dzwonki 
alarmowe. Korytarzem p
ędziła Majka, w biegu 
naci
ągała kurtkę. Była w pantoflach na bose stopy. 
- Co si
ę stało? - zapytała mnie jeszcze z daleka, 
głosem ochrypłym ze snu. 
Machn
ąłem ręką i zbiegłem po trapie na stanowisko 
dowodzenia 
środkami bojowymi. Trochę mnie 
trz
ęsło, ale właściwie byłem spokojny. W pewnym 
sensie czułem nawet dum
ę - sytuacja była niezwykła, 
do takiego stopnia niezwykła, 
że byłem pewien, iż od 
momentu pierwszego startu tego statku niczyja noga 
jeszcze nie postała na stanowisku DSB, mo
że tylko 
mechanicy na kosmodromach od czasu do czasu 
sprawdzali automaty. 
Upadłem na fotel, wł
ączyłem ekran panoramiczny, 
odł
ączyłem automat DPM i jednocześnie 
zablokowałem działko na rufie, 
żeby w zamieszaniu 
nie pu
ścić serii w nadir. Następnie położyłem dłonie 
na pokr
ętłach i czarny krzyż zaczął przesuwać się po 
ekranie - najpierw przed moimi oczami przejechał 
z
ębaty lodowiec, później mglista wata nad bagnem, 
potem Komow - teraz stał plecami do. nas, 

background image

oświetlony rozbłyskami zorzy i patrzył w stronę 
gór... Jeszcze troszeczk
ę wyżej. Jest. Czarna, 
drgaj
ąca, bezsensowna, zupełnie nieprawdopodobna. 
A obok druga, troch
ę krótsza, ale rośnie w oczach, 
wydłu
ża się, wygina... Rany koguta, jak oni to robią
Jakie olbrzymie moce s
ą potrzebne i z czego to jest 
zrobione? Ale widowisko! Teraz to wygl
ądało tak, 
jakby potworny karaluch schował si
ę za górami i 
wysuwał stamt
ąd swoje wąsy. Obliczyłem mniej 
wi
ęcej kąt rażenia i ustawiłem krzyż w taki sposób, 
żeby jedną salwą porazić oba cele. Teraz wystarczyło 
tylko nacisn
ąć nogą pedał... 
- Stanowisko DSB! - rykn
ął Van der Hoose. 
- Stanowisko DSB słucha! - zgłosiłem si
ę
- Gotów do akcji? - Tak jest! 
Moim zdaniem bardzo to nam ładnie wyszło. Jak w 
kinie. 
- Widzisz oba cele? - normalnym głosem zapytał Van 
der Hoose. 
- Tak. Oba nakrywam jednym impulsem. 
- Zwró
ć uwagę - czterdzieści stopni na wschód - 
trzeci cel. 
Spojrzałem. Jeszcze jeden gigantyczny w
ąs wyginał 
si
ę i drżał w niepewnym świetle zorzy. To mi się nie 
spodobało. Zd
ążą, czy nie? Co tam, powinienem 
zd
ążyć... Przećwiczyłem sobie w myśli, jak wysyłam 
impuls, jak nast
ępnie dwoma ruchami naprowadzam 
działko na trzeci cel. Dobrze jest, zd
ążę
- Widz
ę trzeci cel - powiedziałem. 

background image

- To dobrze - powiedział Van der Hoose. - Ale nie 
gor
ączkuj się. Strzelać tylko na moją komendę
- Tak jest - burkn
ąłem. 
A jak przysun
ą w statek jakimś tam... no tym... co 
zwija przestrze
ń, akurat doczekam się od ciebie 
komendy. - Trz
ęsło mnie już całkiem solidnie. 
Zacisn
ąłem dłonie, żeby się opanować. Potem 
postanowiłem zobaczy
ć, jak tam Komow. Komow 
był w najlepszym porz
ądku. Znowu siedział w 
poprzedniej pozie, bokiem do' gigantycznego 
karalucha. Od razu uspokoiłem si
ę, tym bardziej ż
wreszcie zobaczyłem obok Komowa male
ńką czarną 
figurk
ę. Zrobiło mi się głupio. Co się ze mną dzieje? 
Jakie wła
ściwie mam podstawy do paniki? No, 
wystawiali w
ąsy... Ogromne wąsy, nie przeczę - 
powiedziałbym nawet - osłupiaj
ąco wielkie wąsy. 
Ale, koniec ko
ńców, to najprawdopodobniej nie są 
żadne wąsy, tylko coś w rodzaju anten. Być może oni 
po prostu nas obserwuj
ą. My ich, a oni nas. I nawet 
wła
ściwie chyba nie nas obserwują, tylko swego 
wychowanka, Pierre'a Aleksandrowicza Siemionowa 
- patrz
ą, jak się tu u nas czuje i czy go przypadkiem 
nie krzywdzimy. W ogóle, je
śli tak na spokojnie 
pomy
śleć, takie działko przeciwmeteorytowe to 
straszliwa bro
ń i bardzo nie miałbym ochoty jej tutaj 
u
żyć. Co innego zrównać z ziemią jakieś tam skały, 
żeby oczyścić teren pod lądowisko, albo, powiedzmy, 
zasypa
ć wąwóz, kiedy potrzebny jest zbiornik 
słodkiej wody, a zupełnie inna sprawa - ot, tak 
wywali
ć do czegoś, co żyje... A czy w ogóle kiedyś 

background image

stosowano DPM do obrony? Zdaje sięże tak. Był 
wypadek, nie pami
ętam gdzie, kiedy w ciężarowym 
automacie zepsuł si
ę system kierowniczy i automat 
zacz
ął spadać prosto na obóz - trzeba go było spalić
A jeszcze, pami
ętam omawiano taki incydent - na 
jakiej
ś biologicznie aktywnej planecie statek 
zwiadowczy znalazł si
ę w "polu ukierunkowanego i 
nie daj
ącego się przezwyciężyć działania biosfery", 
to znaczy, nie wiadomo czy si
ę znalazł, czy też nie, 
ale kapitan zdecydował, 
że się znalazł, i rąbnął z 
przedniego działka. Wypalił wokół siebie wszystko, 
a
ż do samego horyzontu, tak, że potem, kiedy 
przeprowadzono badania, eksperci tylko r
ęce 
rozkładali. Kapitan, o ile pami
ętam, długo potem nie 
latał... Tak, co tu du
żo gadać, straszna to broń DPM. 
Ostateczna. 
Żeby przepędzić tego rodzaju myśli, 
przeprowadziłem pomiary odległo
ści do celów i 
obliczyłem ich wysoko
ść i grubość. Odległość 
wynosiła: czterna
ście, czternaście i pół i szesnaście 
kilometrów. Wysoko
ść od pięciuset do siedmiuset 
metrów, a grubo
ść wszystkich była mniej więcej 
jednakowa - u podstawy około pi
ęćdziesięciu 
metrów, a na samym koniuszku w
ąsa - mniej niż 
metr. I wszystkie rzeczywi
ście miały kolanka - jak 
łodyga bambusa albo jak antena teleskopowa. I 
jeszcze wydało mi si
ęże dostrzegam na ich 
powierzchni jaki
ś ruch skierowany od dołu do góry, 
co
ś w rodzaju perystaltyki, ale być może to była po 
prostu gra 
światła. Spróbowałem określić 

background image

właściwości materiału, z którego mogłyby się składać 
takie twory, ale rezultaty moich analiz były 
krety
ńskie. Tak, nieźle byłoby je pomacać 
próbnikiem-lokatorem, tylko oczywi
ście nie wolno. 
Nie wiadomo, jak oni to potraktuj
ą. Zresztą nie to 
jest najwa
żniejsze. Najważniejsze, że tutejsza 
cywilizacja to jednak cywilizacja techniczna. Na 
wysokim szczeblu rozwoju. Nie trzeba lepszego 
potwierdzenia! Niezrozumiałe jest tylko. po co oni 
wle
źli pod ziemię, dlaczego porzucili swoją ojczystą 
planet
ę na pastwę ciszy i pustki. Zresztą, jeśli się 
zastanowi
ć, każda cywilizacja ma swoje własne 
wyobra
żenia o optymalnych warunkach egzystencji. 
Na przykład na Tagorze... 
- Stanowisko DSB! - rykn
ął Van der Hoose nad 
samym moim uchem, 
że aż podskoczyłem. - Jak 
widzisz cele? 
- Widz
ę cele... - odezwałem się automatycznie i nagle 
urwałem. W
ąsów nad górami nie było. - Nie ma 
celów - powiedziałem złamanym głosem. 
Śpisz na posterunku! 
- Wcale nie 
śpię... Przed sekundą były, widziałem na 
własne oczy... 
- Co mianowicie widziałe
ś na własne oczy? - 
zainteresował si
ę Van der Hoose. 
- Cele. Trzy cele. 
- A teraz? 
- Teraz ich nie ma. 
- Hm... - powiedział Van der Hoose. - Bardzo dziwnie 
to si
ę odbyło, nie sądzisz? 

background image

- Tak - powiedziałem ze współczuciem. - Bardzo 
dziwnie. Były - i nagle nie ma. 
- Komow wraca - oznajmił Van der Hoose. - Mo
że on 
co
ś rozumie? 
Rzeczywi
ście, Komow obwieszony futerałami szedł 
niezgrabnie - widocznie zdr
ętwiały mu nogi - wracał 
na statek. Co pewien czas odwracał głow
ę - należ
przypuszcza
ćżżegnał się z Pierre'em 
Aleksandrowiczem, ale samego Pierre'a 
Aleksandrowicza nie było wida
ć
- Koniec alarmu - powiedział Van der Hoose. - 
Zostaw wszystko, jak jest, le
ć do kabuza, przygotuj 
co
ś rozgrzewającego i coś do jedzenia. Giennadij na 
pewno zamarzł na sopel. Ale głos ma zadowolony, 
jak s
ądzisz, Majka? 
Błyskawicznie znalazłem si
ę w kuchni i zacząłem 
po
śpiesznie przyrządzać grzane wino, kawę i lekką 
zak
ąskę. Bardzo się bałem przepuścić choć słowo z 
tego, co b
ędzie opowiadać Komow. Ale kiedy pędem 
wtoczyłem stolik na mostek, Komow jeszcze niczego 
nie opowiedział. Stał przy stole, rozcierał zmarzni
ęty 
policzek, a na blacie le
żała, największa i 
najdokładniejsza mapa naszego rejonu, Majka za
ś 
pokazywała mu palcem te miejsca, z których 
wysun
ęły się nasze wąsy-anteny. 
- Tu nic nie ma - z podnieceniem mówiła Majka. - 
Tylko zamarzłe skały, kaniony stumetrowej 
ębokości, przepaści wulkaniczne i ani jednej 
żyjącej istoty. Przelatywałam tędy dziesiątki razy. 
Tu nawet krzewy nie rosn
ą

background image

Komow skinął mi głową z roztargnioną 
wdzi
ęcznością, wziął w obie dłonie filiżankę z 
grzanym winem, zanurzył w ni
ą twarz i zaczął 
gło
śno siorbać, parząc się, chrząkając i sapiąc z 
rozkosz
ą
- I te skały s
ą bardzo kruche - mówiła dalej Majka - 
żadnym razie nie wytrzymałyby takich 
konstrukcji. Przecie
ż to dziesiątki, a być może setki 
tysi
ęcy ton! 
- Tak - powiedział Komow i ze stukiem postawił 
pust
ą filiżankę na stole. - Co tu mówić, bardzo 
dziwne. - Zatarł dłonie. - Zmarzłem jak pies - 
zawiadomił nas; To był znowu zupełnie odmienny 
Komow - rumiany, czerwononosy, 
życzliwy, a i oczy 
błyszczały mu wesoło. - Dziwne, moi drodzy, dziwne. 
Ale wcale nie takie znów najdziwniejsze, mało to 
dziwnych rzeczy zdarza si
ę na obcych planetach? - 
Opadł na fotel i wyci
ągnął przed siebie nogi. - 
Dzisiaj, wiecie, trudno wam b
ędzie mnie zadziwić. W 
ci
ągu tych czterech godzin nasłuchałem się takich 
rzeczy... To i owo oczywi
ście trzeba będzie 
posprawdza
ć, ale na początek macie dwa 
fundamentalne fakty, które, je
śli można się tak 
wyrazi
ć, już teraz leżą na samej powierzchni. Po 
pierwsze Mały... on si
ę nazywa Mały... już nauczył 
si
ę biegle mówić i praktycznie rzecz biorąc, rozumieć 
wszystko, co si
ę do niego mówi. I to chłopiec, który 
przez całe swoje 
życie ani razu nie zetknął się z 
lud
źmi! 

background image

- Co to znaczy biegle? - zapytała z niedowierzaniem 
Majka. - Po czterech godzinach nauki - biegle? 
- Tak, po czterech godzinach nauki - biegle! - z 
triumfem potwierdził Komow. - Ale to zaledwie po 
pierwsze. A po drugie, Mały 
żyje w absolutnym 
przekonaniu, 
że jest jedynym mieszkańcem tej 
planety. Nie rozumieli
śmy. 
- Dlaczego jedynym? - zapytałem. - Jak to jedynym? 
- Mały jest pewien - z naciskiem powiedział Komow - 
że oprócz niego nie ma na tej planecie ani jednego 
rozumnego tubylca. 
Zapanowała cisza. Komow wstał. 
- Czeka nas mnóstwo pracy powiedział. - Jutro rano 
Mały zamierza nam zło
żyć oficjalną wizytą
 
Rozdział VI  
NIELUDZIE I PYTANIA 
 
Pracowali
śmy przez całą noc. W mesie został 
zmontowany improwizowany diagnostograf z 
indykatorem emocji. Razem z Van der Hoosem 
skonstruowali
śmy go dosłownie z niczego. Aparacik 
wyszedł słabiutki, o małej mocy, czuło
ść miał fatalną
ale niektóre parametry fizjologiczne mierzył jako 
tako zadowalaj
ąco, a indykator wskazywał zaledwie 
trzy podstawowe pozycje - gwałtownie 
uzewn
ętrznione negatywne emocje (czerwona 
lampka na pulpicie), gwałtownie uzewn
ętrznione 
pozytywne emocje (zielona lampka) i cała gama 
wszystkich innych emocji (biała lampka). A co 

background image

mieliśmy robić? W ambulatorium stał znakomity 
stacjonarny diagnostograf, ale było jasne, 
że Mały 
nie zgodzi si
ę tak, ni z tego ni z owego, spocząć w 
białym sarkofagu z masywn
ą hermetyczną pokrywą
Krótko mówi
ąc około dziewiątej byliśmy jako tako 
przygotowani i wtedy w całej okazało
ści stanął przed 
nami problem dy
żuru na stanowisku DSB. 
Van der Hoose jako kapitan statku, odpowiedzialny 
za bezpiecze
ństwo, całość i nietykalność załogi, 
kategorycznie sprzeciwił si
ę odwołaniu dyżuru. 
Majka, która przesiedziała na posterunku drug
ą 
połow
ę nocy, rzecz jasna łudziła się nadziejąże kto 
jak kto, ale ona niezawodnie b
ędzie obecna w czasie 
pierwszej oficjalnej wizyty. Jednak
że spotkało ją 
gorzkie rozczarowanie. Okazało si
ęże fachowo 
obsługiwa
ć diagnostograf może tylko Van der Hoose. 
Okazało si
ę dalej, że wykwalifikowaną pomoc 
diagnostografowi, który mógł wysi
ąść w każdej 
chwili, potrafi
ę okazać tylko ja. I wreszcie okazało 
si
ęże Komow z jakichś niejasnych 
ksenopsychologicznych wzgl
ędów uznał za 
niepo
żądaną obecność kobiety przy pierwszej 
rozmowie z Małym. Krótko mówi
ąc, blada z furii 
Majka wróciła na swój posterunek, a Van der Hoose, 
który do ko
ńca zachował zimną krew, nie omieszkał 
odprowadzi
ć jej tubą diagnostografu i wszyscy 
ch
ętni mogli się upewnićże indykator emocji działa 
- czerwona lampka paliła si
ę, póki Majka nie znikła 
w korytarzu. Zreszt
ą na stanowisku DSB przez 

background image

głośnik ze wzmacniaczem można było słyszeć 
wszystko, co mówiono w mesie. 
O dziewi
ątej piętnaście według czasu pokładowego 
Komow wyszedł na 
środek mesy i rozejrzał się 
dookoła gospodarskim okiem. Wszystko było 
gotowe. Diagnostograf był wyregulowany i wł
ączony, 
na stole rozstawiono talerzyki ze słodyczami, 
o
świetlenie imitowało miejscowe światło dzienne. 
Komow krótko powtórzył instrukcj
ę dotyczącą 
naszego zachowania w czasie kontaktu, wł
ączył 
aparatur
ę rejestrującą i poprosił, żebyśmy zajęli 
swoje miejsca. Komow i ja usiedli
śmy przy stole 
naprzeciw drzwi, Van der Hoose wcisn
ął się za 
pulpit diagnostografu i rozpocz
ęło się oczekiwanie. 
Mały zjawił si
ę o dziewiątej czterdzieści pięć według 
czasu pokładowego. 
Przystan
ął w drzwiach wczepiwszy się lewą dłonią w 
futryn
ę i podkulił prawą nogę. Na pewno co 
najmniej przez minut
ę stał tak oglądając nas 
wszystkich po kolei przez otwory swojej martwej 
maski. Panowała taka cisza, 
że słyszałem jego 
oddech - rytmiczny, pot
ężny i spokojny, jakby 
pracował starannie wyregulowany mechanizm. Z 
bliska, w jaskrawym 
świetle, chłopiec robił jeszcze 
dziwniejsze wra
żenie. Dziwne w nim było wszystko - 
i poza według ludzkich poj
ęć kompletnie 
nienaturalna, a zarazem zupełnie swobodna, i 
błyszcz
ąca zielonkawoniebieska, jakby pokryta 
lakierem skóra, i przykre dysproporcje w 
rozmieszczeniu mi
ęśni i ścięgien, i niezwykle potężne 

background image

kolana, i zdumiewająco wąskie i długie stopy. I to, ż
wcale nie był taki malutki - był wzrostu Majki I to, 
że na palcach lewej dłoni nie miał paznokci. I to, ż
w prawej pi
ęści trzymał pęświeżych liści. Wreszcie 
wzrok jego zatrzymał si
ę na Van der Hoosem. 
Patrzył na niego tak długo i tak uwa
żnie, aż przyszła 
mi do głowy nieprawdopodobna my
śl, że Mały 
orientuje si
ę w przeznaczeniu diagnostografu - a 
nasz dzielny kapitan w ko
ńcu z pewną nerwowością 
nastroszył zgi
ętym palcem swoje bokobrody i wbrew 
instrukcji lekko si
ę skłonił. 
- Fenomenalne! - gło
śno i wyraźnie powiedział Mały 
głosem Van der Hoosego. Na indykatorze zapaliła si
ę 
zielona lampka. 
Kapitan znowu nerwowo rozwichrzył bokobrody i 
u
śmiechnął się niepewnie. I natychmiast twarz 
Małego o
żyła. Van der Hoose został nagrodzony całą 
seri
ą przerażających grymasów następujących po 
sobie z nieprawdopodobn
ą szybkością. Na czole Van 
der Hoosego wyst
ąpił zimny pot. Nie wiem, czym by 
si
ę to wszystko skończyło, ale w tym momencie Mały 
odlepił si
ę wreszcie od framugi, przemknął pod 
ścianą i zatrzymał się przed ekranem wideofonu. 
- Co to? - zapytał.  
- Wideofon - odpowiedział Komow. 
- Tak - powiedział Mały. - Wszystko si
ę rusza i nic 
nie ma. Wizerunki. 
- To jest jedzenie - poinformował go Komow. - 
Chcesz co
ś zjeść

background image

- Jedzenie - oddzielnie? - niezrozumiale zapytał Mały 
i zbli
żył się do stołu. - To jest jedzenie? Niepodobne. 
Szarada. 
- Niepodobne do czego? 
- Niepodobne do jedzenia. 
- Mo
że jednak spróbuj - poradził Komow 
podsuwaj
ąc mu talerz z krewetkami. 
Wówczas Mały nagle upadł na kolana i otworzył usta 
wyci
ągając przed siebie ręce. Milczeliśmy speszeni. 
Mały równie
ż trwał bez ruchu. Oczy miał zamknięte. 
Trwało to nie dłu
żej niż kilka sekund, potem nagle 
mi
ękko opadł na plecy, usiadł i gwałtownym ruchem 
rozrzucił po podłodze zmi
ęte liście. Przez jego twarz 
przebiegły rytmiczne drgania. Szybkimi i niezwykle 
precyzyjnymi mu
śnięciami palców zaczął przesuwać 
li
ście, od czasu do czasu pomagając sobie nogą
Komow i ja unie
śliśmy się z foteli i wyciągając szyje 
obserwowali
śmy Małego. Liście, jakby same z siebie 
uło
żyły się w dziwaczny wzór, niewątpliwie 
zamierzony, ale stanowczo nie wywołuj
ący żadnych 
skojarze
ń. Na mgnienie oka Mały zastygł w 
bezruchu i niespodziewanie jednym gwałtownym 
gestem zgarn
ął liście na stos. Jego twarz zamarła. 
- Rozumiem - oznajmił. - To jest wasze jedzenie. Ja 
tak nie jem. 
- Patrz, jak to si
ę robi - powiedział Komow. 
Wyci
ągnął rękę, wziął krewetkę, celowo zwolnionym 
ruchem podniósł j
ą do ust, ostrożnie odgryzł 
kawałek i demonstracyjnie powoli zacz
ął ją 

background image

przeżuwać. Po zmartwiałej twarzy Małego przebiegł 
skurcz. 
- Nie wolno! - prawie wykrzykn
ął. - Niczego nie 
wolno kła
ść rękami do ust. Będzie źle. 
- A spróbuj - zaproponował znowu Komow, ale 
spojrzał na diagnostograf i urwał. - Masz racj
ę. Nie 
trzeba. Co b
ędziemy robić
Mały przysiadł na lewej pi
ęcie i głębokim barytonem 
powiedział: 
Świerszcz za kominem. Szmer. Objaśnij md znowu, 
kiedy st
ąd odchodzicie? 
- Teraz to wyja
śnić trudno - miękko odpowiedział 
Komow. - Dla nas jest bardzo, bardzo wa
żne, żeby 
si
ę wszystkiego o tobie dowiedzieć. Przecież nic o 
sobie nie opowiedziałe
ś. Kiedy dowiemy się o tobie 
wszystkiego, odejdziemy st
ąd, jeśli zechcesz. 
- Ty wiesz o mnie wszystko - oznajmił Mały głosem 
Komowa. - Ty wiesz, jak ja powstałem. Wiesz, jak tu 
trafiłem. Wiesz, po co do ciebie przyszedłem. Ty 
wiesz o mnie wszystko. 
Oczy zrobiły mi si
ę wielkie jak filiżanki, a Komow 
jakby si
ę wcale nie zdziwił. 
- Dlaczego my
ślisz, że ja wiem to wszystko? - zapytał 
spokojnie. 
- Ja rozmy
ślałem. I zrozumiałem. 
- To fenomenalne - spokojnie powiedział Komow. - 
Ale to niezupełnie jest tak. Na przykład nic nie wiem 
o tym, co si
ę z tobą tu działo, zanim przyleciałem. 
- Odejdziecie od razu, jak tylko dowiecie si
ę o mnie 
wszystkiego? Tak? 

background image

- Tak. Jeśli zechcesz. 
- To pytaj - powiedział Mały. - Pytaj szybko, bo ja 
te
ż chcą ciebie zapytać
Spojrzałem na indykator. Po prostu tak spojrzałem, 
bez 
żadnej specjalnej myśli. I zrobiło mi się nieswojo. 
Dopiero co paliło si
ę białe neutralne światełko, a 
teraz ostrym rubinowym ogniem jarzył si
ę sygnał 
negatywnych emocji. K
ątem oka dostrzegłem trwogę 
na twarzy Van der Hoosego. 
- "Najpierw mi opowiedz - powiedział Komow - 
dlaczego tak długo si
ę ukrywałeś
- Kurwispat - wyra
źnie wymówił Mały i przesiadł się 
na praw
ą piętę. - Ja - dawno wiedziałem, że ludzie 
znowu przyjd
ą. Czekałem, było mi źle. Potem 
zobaczyłem - ludzie przyszli. Zacz
ąłem rozmyślać i 
zrozumiałem - je
żeli ludziom powiedzieć, oni odejdą 
i wtedy b
ędzie dobrze. Na pewno odejdą, ale nie 
wiedziałem - kiedy. Czworo ludzi. Bardzo du
żo. 
Nawet jeden bardzo du
żo. Ale lepiej niż czworo. 
Wchodziłem do jednego i rozmawiałem w dzie
ń
Wchodziłem do jednego i rozmawiałem w nocy. 
Szarada. Wtedy pomy
ślałem - jeden człowiek nie 
mo
że mówić. Przyszedłem do czterech. Znowu 
szarada. Wieczorem zobaczyłem - jeden siedzi 
oddzielnie. Ty. Pomy
ślałem i zrozumiałem - ty 
czekasz na mnie. Podszedłem. Cheshirski kot! Tak to 
było. 
Mówił ostro, urwanymi zdaniami, głosem Komowa i 
tylko te nie zwi
ązane z kontekstem słowa wymawiał 
nieznajomym gł
ębokim barytonem. Jego ręce, palce 

background image

ani na sekundę nie zaznały spokoju, a i on sam bez 
przerwy poruszał si
ę i ruchy jego były szybkie, 
płynne, dosłownie przelewał si
ę z jednego położenia 
w nast
ępne. Było to zgoła fantastyczne widowisko - 
przytulna znajoma mesa, waniliowy zapach ciastek, 
wszystko takie zwyczajne, domowe - i tylko to 
dziwne liliowe 
światło, i w tym świetle na podłodze, 
gi
ętki, elastyczny maleńki potwór. I trwożne, 
rubinowe 
światełko na pulpicie. 
- Sk
ąd wiedziałeśże ludzie przyjdą znowu? - zapytał 
Komow. 
- Ja rozmy
ślałem i zrozumiałem. 
- A mo
że ktoś ci opowiedział? 
- Kto? Kamienie? Sło
ńce? Krzaki? Jestem sam. Ja i 
moje wizerunki. Ale one milcz
ą. Z nimi można 
tylko^ si
ę bawić. Nie. Ludzie przyszli i odeszli. - 
Mały szybkim ruchem przesun
ął kilka liści na 
podłodze. - Pomy
ślałem i zrozumiałem - ludzie 
znowu przyjd
ą
- A dlaczego było ci 
źle? 
- Dlatego, 
że ludzie. 
- Ludzie nigdy nikomu nie szkodz
ą. Ludzie chcą
żeby wszystkim dookoła było dobrze. 
- Ja wiem - powiedział Mały. - Przecie
ż już mówiłem, 
ludzie odejd
ą i będzie dobrze. 
- Jakie czynno
ści ludzi powodująże jest ci źle? 
- Wszystkie. Ludzie s
ą albo mogą przyjść - to źle. 
Odejd
ą na zawsze - to dobrze. 

background image

Czerwona lampka na pulpicie uwierała mnie jak 
cier
ń. Nie wytrzymałem i lekko trąciłem Komowa 
nog
ą pod stołem. 
- Sk
ąd się dowiedziałeśże jeżeli ludziom powiesz, to 
oni odejd
ą? - zapytał Komow ignorując mnie 
całkowicie. 
- Ja wiedziałem - ludzie chc
ążeby wszystkim 
dookoła było dobrze. 
- Ale sk
ąd się o tym dowiedziałeś? Przecież nigdy nie 
stykałe
ś się z ludźmi. 
- Du
żo rozmyślałem. Długo nie rozumiałem. Potem 
zrozumiałem. 
- Kiedy zrozumiałe
ś? Dawno? 
- Nie, niedawno. Kiedy odszedłe
ś z jeziora, złapałem 
ryb
ę. Bardzo się zdziwiłem. Ona nie wiadomo 
dlaczego umarła. Zacz
ąłem rozmyślać ł 
zrozumiałem, 
że na pewno odejdziecie, jeżeli wam 
powiem. 
Komow przygryzł doln
ą wargę
- Zasn
ąłem na brzegu oceanu - powiedział nagle. - 
Kiedy si
ę obudziłem, zobaczyłem obok na mokrym 
piasku 
ślady ludzkich stóp. Chwilę rozmyślałem i 
zrozumiałem - kiedy spałem, obok mnie przeszedł 
człowiek. Sk
ąd się dowiedziałem? Przecież nie 
widziałem człowieka, zobaczyłem tylko 
ślady. 
Rozmy
ślałem - poprzednio śladów nie było, a teraz 
s
ą. To znaczy, że zjawiły się wtedy, kiedy spałem. To 
ludzkie 
ślady, a nie ślady fal, ani nie ślady kamienia, 
który stoczył si
ę na piasek. To znaczy, że obok mnie 
przeszedł człowiek. Wtedy, kiedy spałem, obok mnie 

background image

przeszedł człowiek. Tak my rozmyślamy. A jak ty 
rozmy
ślasz? Oto przylecieli ludzie. Ty nic o nich nie 
wiesz. Ale pomy
ślałeś i dowiedziałeś sięże ludzie na 
pewno odlec
ą na zawsze, jeżeli z nimi porozmawiasz. 
W jaki sposób rozmy
ślałeś
Mały milczał długo, ze trzy minuty. Na jego twarzy i 
piersi znowu zata
ńczyły mięśnie. Zwinne palce 
poruszały i przemieszczały li
ście. Potem odepchnął 
li
ście nogą i powiedział głośno głębokim barytonem: 
- To jest pytanie. Na bim-bom-bramsel!  
Van der Hoose bezsilnie zakasłał w swoim k
ącie i 
Mały natychmiast spojrzał na niego. 
- Fenomenalne! - zawołał ci
ągle tym samym 
barytonem. - Zawsze chciałem si
ę dowiedzieć
dlaczego takie długie włosy na policzkach? 
Zapanowała cisza. I w tej ciszy zobaczyłem, 
ż
rubinowe 
światło zgasło i zapaliło się szmaragdowe. 
- Odpowiedz mu, Jakub - spokojnie poprosił 
Komow. 
- Hm... - odparł Van der Hoose i poró
żowiał. - Jakby 
ci powiedzie
ć, mój chłopcze... - Machinalnie 
nastroszył bokobrody. - To ładne, mnie si
ę podoba... 
moim zdaniem to wystarczaj
ące objaśnienie, jak 
s
ądzisz? 
- Ładne... podoba si
ę... - powtórzył Mały. - 
Dzwoneczek! - powiedział nagle z czuło
ścią. - Nie, nie 
wyja
śniłeś. Ale tak bywa. Dlaczego tylko na 
policzkach? Dlaczego nie ma na nosie? 
- Na nosie byłoby nieładnie - pouczaj
ąco oświadczył 
Van der Hoose. - I do ust wła
żą przy jedzeniu... 

background image

- Racja - przyznał Mały. - Ale jeżeli na policzkach i 
je
żeli idziesz przez krzaki, musisz się zaczepić. Ja się 
zawsze czepiam włosami, chocia
ż mam je tylko u 
góry. 
- Hm - powiedział Van der Hoose. - Widzisz, ja 
bardzo rzadko chodz
ę przez krzaki. 
- Nie chod
ź przez krzaki - powiedział Mały. - Będzie 
bolało. 
Świerszcz za kominem. 
Van der Hoose nie znalazł stosownej odpowiedzi, ale 
wida
ć było, że jest zadowolony. Na indykatorze 
paliła si
ę zielona lampka, Mały wyraźnie zapomniał 
o swoich troskach i nasz dzielny kapitan, który 
bardzo lubił dzieci, niew
ątpliwie rozczulił się
Oprócz tego bardzo mu, jak s
ądzę, pochlebiało, ż
jego bokobrody, które do tej pory słu
żyły wyłącznie 
jako obiekt mniej lub bardziej płaskich dowcipów, 
odegrały tak znaczn
ą rolę w przebiegu kontaktu. Ale 
tu nieoczekiwanie nast
ąpiła moja kolej. Mały nagle 
spojrzał mi w oczy i wypalił: 
- A ty? 
- Co ja? - zapytałem, zaskoczony i dlatego 
agresywny. 
Komow natychmiast z wyra
źną satysfakcją kopnął 
mnie w kostk
ę
- Mam pytanie do ciebie - oznajmił Mały. - Te
ż 
zawsze chciałem. Ale ty si
ę bałeś. Jeden raz o mało 
mnie nie zabiłe
ś - zasyczałeś, zaryczałeś, uderzyłeś 
mnie powietrzem. Biegłem do samych wzgórz. To 
wielkie, ciepłe, z lampkami, które robi równ
ą ziemię 
- co to jest? 

background image

- Maszyny powiedziałem i odkaszlnąłem. - Roboty. 
- Roboty - powtórzył Mały. - 
Żywe? 
- Nie - odparłem. - To maszyny. Zbudowali
śmy je. 
- Zbudowali
ście? Takie wielkie? I rusza się
Fenomenalne! Ale przecie
ż one są ogromne! 
- Bywaj
ą i większe - powiedziałem. 
- Jeszcze wi
ększe? 
- Znacznie wi
ększe - powiedział Komow. - Większe 
ni
ż lodowiec. 
- I one te
ż się ruszają
- Nie - powiedział Komow. - Rozmy
ślają
I Komow zacz
ął opowiadać, co to takiego maszyny 
cybernetyczne. Bardzo jest mi trudno ocenia
ć 
wra
żenia Małego. Jeżeli wychodzić z założenia, ż
jego odczucia tak czy inaczej odzwierciedlały si
ę w 
ruchach jego ciała, mo
żna było uznaćże Mały jest 
wstrz
ąśnięty do głębi. Miotał się po mesie niby kot 
Tomka Sawyera po wypiciu ,,mordercy cierpie
ń". 
Kiedy Komow wytłumaczył mu, dlaczego moje 
roboty nie mog
ą być uważane ani za żywe, ani za 
martwe, Mały wdrapał si
ę na sufit i zawisł tam 
bezsilnie przyssawszy si
ę do plastyku stopami i 
dło
ńmi. Informacja o maszynach, o gigantycznych 
maszynach, które rozmy
ślają szybciej niż ludzie, 
licz
ą szybciej niż ludzie, odpowiadają na pytania 
milion razy szybciej ni
ż ludzie zwinęła Małego w 
ębek, rozwinęła i wystrzeliła na korytarz i po 
sekundzie znowu rzuciła do naszych nóg, gło
śno 
dysz
ącego z ogromnymi, pociemniałymi oczami, a 
wszystkie mi
ęśnie jego twarzy pląsały w szaleńczym 

background image

tańcu. Nigdy przedtem i nigdy potem nie spotkałem 
tak wdzi
ęcznego słuchacza. Szmaragdowa lampka na 
pulpicie indykatora 
świeciła jak kocie oko, a Komow 
mówił, mówił precyzyjnymi, jasnymi i maksymalnie 
prostymi zdaniami, równym, spokojnym głosem i od 
czasu do czasu wstawiał intryguj
ące "Bardziej 
szczegółowo porozmawiamy o tym pó
źniej", albo 
"W rzeczywisto
ści jest to znacznie bardziej 
skomplikowane i interesuj
ące, ale ty przecież na 
razie jeszcze nie wiesz, co to takiego hemostatyka". 
Gdy tylko Komow zako
ńczył, Mały wskoczył na 
fotel, obj
ął się swoimi długimi żylastymi rękami i 
zapytał: 
- A czy mo
żna zrobić tak, żebym ja mówił, a roboty 
słuchały? 
- Ty ju
ż tak robiłeś - powiedziałem. 
Mały bezszelestnie, jak cie
ń opadł na stół przede 
mn
ą
- Kiedy? 
- Skakałe
ś przed nimi i ten największy - na imię mu 
Tom - przystawał i pytał ciebie, jakie b
ędą polecenia. 
- Dlaczego nie słyszałem pytania? 
- Widziałe
ś pytanie. Pamiętasz, tam migało czerwone 
światełko? To było pytanie. Tom zadawał je po 
swojemu. 
- Fenomenalne! - powiedział cichutko moim głosem. - 
To zabawa. Fenomenalna zabawa. Szczygiełek. 
- Co to znaczy "Szczygiełek"? - nagle zapytał 
Komow. 

background image

- Nie wiem - powiedział Mały niecierpliwie. - Po 
prostu słowo. Przyjemnie wymawia
ć. Szczygiełek. 
Cheshirski kot. 
- A sk
ąd ty znasz te słowa? 
- Pami
ętam. Dwoje ludzi, dużych, serdecznych. 
Znacznie wi
ęksi od was... Na bim-bom-bramsel! 
Szczygiełek... 
Świerszczyk za kominem. Ma-ry, Ma-
ry! 
Świerszczyk jest głodny! 
Mówi
ąc szczerze, mróz mi przeszedł po skórze, a 
Van der Hoose pobladł i jego bokobrody obwisły. 
Mały wykrzykiwał te słowa gł
ębokim barytonem - 
wystarczyło zamkn
ąć oczy, żeby zobaczyć przed 
sob
ą ogromnego, rubasznego, pełnego życia 
m
ężczyznę, nieustraszonego, silnego, dobrego... 
Potem w intonacji głosu co
ś się zmieniło i Mały 
cichutko wymruczał z niewypowiedzian
ą czułością
- Moje słoneczko, mój male
ńki... - i nagle czułym 
kobiecym głosem - 
Świerszczyk! Znowu mokry... 
Mały zamilkł postukuj
ąc palcem po nosie. 
- I ty to wszystko pami
ętasz? - z lekka zmienionym 
głosem zapytał Komow. 
- Oczywi
ście - powiedział Mały głosem Ko-mowa. - A 
czy ty nie pami
ętasz wszystkiego? 
- Nie - odparł Komow. 
- To dlatego, 
że ty rozmyślasz nie tak jak ja - z 
przekonaniem powiedział Mały. - Ja pami
ętam 
wszystko. Wszystko, co było dookoła mnie 
kiedykolwiek - ju
ż nie zapominam. A kiedy 
zapominam, trzeba tylko dobrze porozmy
ślać i 
wszystko si
ę przypomina. Jeśli jesteś ciekaw o mnie, 

background image

potem opowiem. A teraz odpowiedz mi: co jest na 
górze? Wczoraj powiedziałe
ś - gwiazdy. Co to 
gwiazdy? Z góry spada woda. Czasami nie chc
ę, a 
ona spada. Sk
ąd woda? I skąd statki? Bardzo duż
pyta
ń, bardzo dużo rozmyślałem. Tak duż
odpowiedzi, 
że niczego nie rozumiem. Nie, nie tak. 
Du
żo różnych odpowiedzi i wszystkie splątane ze 
sob
ą jak liście... - Mały zgarnął liście na podłodze w 
chaotyczny stos. - Jedne zasłaniaj
ą drugie, 
przeszkadzaj
ą jeden drugiemu. Odpowiesz? 
Komow zacz
ął odpowiadać i Mały znowu drżąc ze 
wzburzenia miotał si
ę po mesie. W oczach mi się 
troiło, przymkn
ąłem powieki i zacząłem się 
zastanawia
ć, jak to się stało, że tubylcy nie wyjaśnili 
Małemu najprostszych rzeczy, jak im si
ę udało go 
ogłupi
ć do takiego stopnia, że nawet nie podejrzewa 
ich istnienia, jak Mały potrafi zapami
ętywać tak 
dokładnie wszystko, co słyszał nawet w 
niemowl
ęctwie, i jakie to w istocie rzeczy straszne - 
nie rozumie
ć nic z tego, co się pamięta. 
W tym momencie Komow nagle zamilkł, poczułem 
ostry zapach amoniaku, otworzyłem oczy. Małego w 
mesie nie było, tylko niewyra
źny przezroczysty 
fantom szybko tajał nad gar
ścią rozsypanych liści. W 
oddali słabo cmokn
ęła błona włazu. Zaniepokojony 
głos Majki zapytał przez gło
śnik: 
- Dok
ąd on tak poleciał? Czy, coś się stało? 
Spojrzałem na Komowa. Komow zacierał dłonie z 
zadumanym u
śmiechem. 

background image

- Tak - powiedział. - Powstała ciekawa sytuacja... 
Majka! - zawołał. - W
ąsy się pokazały? 
- Osiem sztuk - powiedziała Majka. - Dopiero teraz 
znikn
ęły, a tak to przez cały czas sterczały wzdłuż 
całego ła
ńcucha... i to różnokolorowe - żółte, 
zielone... Zrobiłam kilka zdj
ęć
- Brawo - pochwalił j
ą Komow. - Teraz weź pod 
uwag
ęże przy następnym spotkaniu koniecznie 
musisz by
ć obecna... Jakub, weź rejestrogramy i 
pójdziemy do mnie. A ty, Staszek... - Komow wstał i 
przeszedł w k
ąt, w którym stał blok wideofonografu. 
- Tu masz kaset
ę i przekaż wszystko pośpiesznym 
impulsem prosto do Centrum. Kopi
ę zatrzymam, 
trzeba to przeanalizowa
ć... Gdzie ja tu widziałem 
projektor? Aha, jest. My
ślęże mamy do dyspozycji 
jeszcze trzy, cztery godziny, a potem znowu 
przyjdzie... Aha, Staszek! Przejrzyj przy okazji 
depesze. Je
żeli tam jest coś istotnego... Tylko z 
Centrum, z Bazy albo osobi
ście od Gorbowskiego, 
czy od M'Bogi. 
- Miałem przypomnie
ć - powiedziałem wstając - o 
pro
śbie Sidorowa. 
- Ach, tak! - skruszonym głosem powiedział Komow. 
- Wiesz, Staszek, mo
że to niezupełnie zgodne z 
przepisami... Zrób mi przysług
ę i przekaż nagranie 
od razu na dwóch kanałach - nie tylko do Centrum, 
ale i na Baz
ę poufnie, do rąk własnych Sidorowa. Na 
moj
ą odpowiedzialność
- Mog
ę i na swoją - burknąłem już za drzwiami. 
Poszedłem na mostek, wstawiłem kaset
ę w automat, 

background image

ączyłem nadawanie i przejrzałem depesze. Tym 
razem było ich niewiele - raptem trzy, najwidoczniej 
w Centrum zrobili, co nale
ży. Jedna, z Centralnego 
O
środka Informacyjnego, składała się z liczb, 
greckich liter i znaków, które widywałem tylko 
wtedy, kiedy regulowałem urz
ądzenie drukujące. 
Druga z Centrum - Bader nadal uporczywie 
domagał si
ę określenia przypuszczalnych stref 
rozmieszczenia tubylców, podania przewidywanych 
typów kontaktów według klasyfikacji Biilowa i tak 
dalej. Trzecia depesza była z Bazy, od Sidorowa - 
Sidorow oficjalnie zapytywał Komowa, w jakiej 
kolejno
ści ma być dostarczona do strefy kontaktu 
zamówiona aparatura. Zastanowiłem si
ę chwilę i 
zadecydowałem, 
że pierwsza depesza może się 
Komowowi przyda
ć, trzecią trzeba przekazać ze 
wzgl
ędu na Sidorowa, a ta od Badera niech sobie na 
razie pole
ży. Też mi coś, przypuszczalne strefy! 
Po pół godzinie automat zasygnalizował, 
ż
nadawanie zako
ńczone. Wyjąłem kasetę, zabrałem, 
dwie depesze i poszedłem do Komowa. Kiedy 
wszedłem, Komow i Van der Hoose siedzieli przed 
projektorem. Na ekranie w t
ę i z powrotem jak 
błyskawica przelatywał Mały, a z boku widniały 
dwie napi
ęte i nieruchome fizjonomie - moja i 
Komowa. Van der Hoose siedział z nosem w ekranie, 
łokcie oparł na stole, a w gar
ściach zaciskał 
bokobrody. 
- ...Gwałtowny wzrost temperatury - dudnił. - 
Dochodzi do czterdziestu trzech stopni... A teraz 

background image

zwróć uwagę na encefalogram, Giennadij... O, to jest 
fala Petersona, znowu si
ę pojawiła... 
Przed nimi na stole le
żały rulony rejestrogramów 
naszego diagnostografu, reszta rulonów poniewierała 
si
ę na łóżku i na podłodze. 
- Aha... - mówił w zamy
śleniu Komow wodzą
palcem po wykresie. - Aha... Chwileczk
ę, a co tu u 
nas wtedy było? - Zatrzymał projektor, odwrócił si
ę
by wzi
ąć jeden z rulonów i zauważył mnie. - Tak? - 
zapytał z niezadowoleniem 
Poło
żyłem przed nim depesze. 
- Co to jest? zapytał zirytowany. - A - przejrzał 
odpowied
ź z Ośrodka Informacyjnego, uśmiechnął 
si
ę i odrzucił ją na bok. 
- Wszystko nie to - powiedział. - Zreszt
ą skąd oni 
mog
ą wiedzieć... - Potem przeczytał depeszę od 
Sidorowa i podniósł na mnie oczy. - Nadałe
ś
- Tak - odpowiedziałem. 
- Dobrze, dzi
ękuję. Zredaguj w moim imieniu 
odpowied
źże aparatura na razie jest niepotrzebna. 
A
ż do odwołania. 
- Dobrze - odpowiedziałem i wyszedłem.  
Zredagowałem i nadałem radiogram na Baz
ę, a 
nast
ępnie postanowiłem zobaczyć, co też tam słychać 
u Majki. Ponura Majka metodycznie obracała 
pokr
ętła. O ile zrozumiałem, trenowała 
naprowadzanie działka na cele rozproszone. 
- Beznadziejna sprawa - oznajmiła na mój widok. - 
Je
żeli one wszystkie pluną na nas jednocześnie, 
koniec z nami. Po prostu nie zd
ążymy. 

background image

- Po pierwsze, można zwiększyć kąt rażenia - 
powiedziałem podchodz
ąc. - Oczywiście, efektywność 
zimniejszy si
ę trzy lub czterokrotnie, ale za to można 
obj
ąć czwartą część horyzontu, a odległości są 
niewielkie... A po drugie, czy ty rzeczywi
ście 
wierzysz, 
że oni mogą w nas plunąć
- A ty? 
- Raczej mi na to nie wygl
ąda... 
- Je
śli nie wygląda, to po diabła ja tu siedzę
Usadowiłem si
ę na podłodze obok jej fotela. 
- Szczerze mówi
ąc nie wiem - powiedziałem. - Tak 
czy inaczej musimy prowadzi
ć obserwacją. Skoro 
ju
ż planeta okazała się aktywna biologicznie, trzeba 
przestrzega
ć instrukcji. Wartownika-zwiadowcy nie 
pozwalaj
ą przecież wypuścić... 
Przez chwil
ę milczeliśmy. 
Żal ci go? - nagle zapytała Majka. 
- N-nie wiem. - powiedziałem. - Dlaczego 
żal? 
Raczej... zgroza. 
Żałować go... Dlaczego właściwie 
miałbym go 
żałować? Jest żywotny, dziarski... nie 
wzbudza lito
ści. 
- Nie o to mi chodzi. Nie wiem, jak to sformułowa
ć... 
Słuchałam was i robiło mi si
ę niedobrze. Jak ten 
Komow si
ę zachowuje! Dzieciak go absolutnie nic a 
nic nie obchodzi... 
- Co to znaczy - nie obchodzi? Komow chce nawi
ązać 
kontakt. Realizuje okre
ślony plan... Sama chyba 
rozumiesz, 
że bez Małego kontaktu nie nawiążemy... 

background image

- Rozumiem. I dlatego pewnie robi mi się niedobrze. 
Mały przecie
ż nic nie wie o tubylcach... Ślepe 
narz
ędzie! 
- No, nie wiem - powiedziałem. - Moim zdaniem 
stajesz si
ę sentymentalna. On przecież mimo 
wszystko nie jest człowiekiem. On jest tutejszy. 
Próbujemy nawi
ązać z nim kontakt. W tym celu 
trzeba przezwyci
ężyć pewne trudności, rozwiązać 
niektóre zagadki. Nale
ży to traktować trzeźwo i 
rzeczowo. Uczucia w takich sprawach s
ą nie na 
miejscu. Je
żeli mam być zupełnie szczery, to Mały 
równie
ż nie płonie do nas miłością. Inaczej zresztą 
by
ć nie może. W końcu - co to jest kontakt? 
Zderzenie dwóch strategii. 
- Och! - powiedziała Majka. - Nudnie mówisz. 
Regulaminowo. Nadajesz si
ę tylko do 
programowania maszyn. Cybernetyk! 
Nie obraziłem si
ę. Widziałem, że Majka nie ma 
żadnych merytorycznych argumentów i czułem, ż
naprawd
ę coś ją dręczy. 
- Znowu masz przeczucia - powiedziałem. - Ale 
przecie
ż sama świetnie rozumiesz, że Mały to jedyna 
ni
ć, która nas wiąże z tymi niewidzialnymi. Jeżeli nie 
spodobamy si
ę Małemu, jeżeli go sobie nie 
pozyskamy... 
- Wła
śnie, właśnie - przerwała mi Majka. - O to 
wła
śnie chodzi. Cokolwiek Komow mówi, cokolwiek 
robi, wida
ć na kilometr, że tylko jedno go interesuje 
- kontakt. Wszystko dla wielkiej idei pionowego 
post
ępu! 

background image

- A jak należy postępować?  
Wzruszyła ramionami. 
- Nie wiem. Mo
że tak jak Jakub... W każdym razie 
Jakub - jedyny z was - rozmawiał z Małym po 
ludzku. 
- No, wiesz - powiedziałem, nieco ura
żony - kontakt 
na poziomie bokobrodów - to ju
ż w ogóle... 
Milczeli
śmy oboje obrażeni na siebie wzajemnie. 
Majka z przesadn
ą pedanterią naprowadzała czarny 
krzy
ż na zaśnieżone zęby skał. - Naprawdę, Majka - 
powiedziałem wreszcie. - Czy ty nie chcesz, 
żebyśmy 
nawi
ązali kontakt? 
- Pewnie chc
ę - powiedziała Majka bez żadnego 
entuzjazmu. - Przecie
ż widziałeś, jak bardzo się 
ucieszyłam, kiedy pierwszy raz zrozumieli
śmy, o co 
chodzi... Ale słuchałam tej waszej rozmowy... i nie 
wiem. Mo
że to dlatego, że jeszcze nigdy nie byłam 
obecna przy kontakcie... Nie tak to sobie 
wyobra
żałam. 
- Nie - powiedziałem. - Tu nie o to chodzi. Domy
ślam 
si
ę, co ci doskwiera. Zdaje ci sięże on jest 
człowiekiem... 
- Ju
ż to mówiłeś - powiedziała Majka. 
- Nie, dosłuchaj do ko
ńca. Przez cały czas widzisz w 
nim to, co ludzkie. A spróbuj podej
ść do tego od 
innej strony. Nie b
ędziemy mówić o fantomach, o 
mimikrze - ale co w nim w ogóle jest nasze? Do 
pewnego stopnia wygl
ąd zewnętrzny, to, że chodzi na 
dwóch nogach... Mo
że struny głosowe... No i co 
jeszcze? Nawet muskulatura jest nieczłowiecza, 

background image

chociaż zdawałoby sięże to akurat jest zakodowane 
w genach... Ciebie po prostu zbija z tropu fakt, 
że on 
umie dobrze mówi
ć. Rzeczywiście, mówi wspaniale... 
ale i to, je
żeli się dobrze zastanowić, też nie jest 
ludzkie! 
Żaden człowiek nie jest w stanie nauczyć się 
biegle mówi
ć w ciągu czterech godzin. Problem 
nawet nie polega na słownictwie - trzeba opanowa
ć 
intonacj
ę, frazeologię... To odmieniec, jeśli chcesz 
wiedzie
ć, ale nie człowiek! Mistrzowska imitacja. 
Pomy
śl tylko - pamiętać to, co działo się z tobą w 
niemowl
ęctwie, a może, kto wie, w łonie matki... Czy 
to jest ludzkie? Czy widziała
ś kiedyś robota-
androida? Oczywi
ście nie widziałaś, a ja widziałem. 
- No i co? - ponuro zapytała Majka. 
- A to, 
że teoretycznie idealny robot-android moż
by
ć zrobiony wyłącznie na wzór człowieka. To będzie 
supermy
śliciel, to będzie supersiłacz, 
superuczuciowiec, wszystko, co chcesz, w tym i 
superczłowiek, ale w 
żadnym razie nie człowiek... 
- Chcesz mi zdaje si
ę udowodnićże tubylcy 
przekształcili go w robota? - zapytała Majka z 
krzywym u
śmiechem. 
- Ale
ż skąd - powiedziałem z rozdrażnieniem. - Chcę 
ci
ę tylko przekonaćże wszystko co ludzkie jest w 
nim przypadkowe, 
że to po prostu właściwości 
surowca. Powiedz sobie, 
że pertraktujesz z tymi 
kolorowymi w
ąsami. 
Majka nagle złapała mnie za rami
ę i powiedziała 
półgłosem: 
- Patrz, wraca! 

background image

Uniosłem się i spojrzałem na ekran. Od grzęzawiska 
prosto na statek szybko przebieraj
ąc nogami pędziła 
z całej siły przekrzywiona figurka. Krótki, 
czarnoliliowy cie
ń miotał się przed nią po ziemi, 
brudny kosmyk nad czołem połyskiwał rudo. Mały 
wracał, Mały si
ę śpieszył. Swymi długimi rękami 
obejmował i przyciskał do brzucha co
ś w rodzaju 
wielkiego plecionego koszyka wypełnionego 
kamieniami. Strasznie ci
ężki musiał być ten koszyk. 
Majka wł
ączyła mikrofon. 
- Stanowisko DSB, do Komowa - powiedziała gło
śno. 
- Mały si
ę zbliża. 
- Zrozumiałem - natychmiast odpowiedział Komow. 
- Jakub, idziemy na miejsca..: 
Popow, zmienisz Głumow
ą na stanowisku DSB. 
Maja, do mesy. 
Majka niech
ętnie wstała. 
- Id
ź, idź - powiedziałem. - Przyjrzyj mu się z bliska, 
naczynie bole
ści. 
Majka gniewnie parskn
ęła i wbiegła na trap. 
Usiadłem na jej miejscu. Mały był ju
ż bardzo blisko. 
Teraz zwolnił biegu, spojrzał na statek i znowu 
miałem wra
żenie, że patrzy mi prosto w oczy. 
I w tym momencie zobaczyłem, 
że nad grzbietami 
gór, na szaroliliowym niebie z niczego, jak na 
wywołanej fotografii wystrzeliły potworne w
ąsy 
potwornych karaluchów. Jak poprzednio wyginały 
si
ę powoli, kurczyły się, drgały. Naliczyłem ich sześć 
sztuk. 

background image

- Stanowisko DSB - odezwał się Komow. - Ile wąsów 
na horyzoncie? 
- Sze
ść - odpowiedziałem. - Trzy białe, dwa czerwone 
i jeden zielony. 
- No widzisz, Jakub powiedział Komow. - 
Żelazna 
prawidłowo
ść. Mały do nas - wąsy w górę
Przygłuszony głos Van der Hoosego powiedział: 
- Podziwiam twoj
ą przenikliwość, Giennadij, 
niemniej jednak dy
żur uważam chwilowo za 
konieczny. 
- Masz prawo - krótko odparł Komow. - Majka, 
siadaj tutaj. 
Zameldowałem: 
- Mały znikn
ął w martwym polu. Przydźwigał wielki 
kosz kamieni. 
- Rozumiem - powiedział Komow. - Prosz
ę się 
przygotowa
ć, koledzy! 
Cały zamieniłem si
ę w słuch i drgnąłem, kiedy z 
gło
śnika zagrzmiał przeciągły łoskot. Nie od razu 
dotarło do mnie, 
że to Mały wysypał na podłogę 
wszystkie swoje kamienie za jednym zamachem. 
Słyszałem jego pot
ężny oddech i nagle odezwał się 
zupełnie dziecinny głosik: 
- Mam-ma! i z znowu - mam-ma... 
A nast
ępnie rozdarł uszy znajomy zachłystujący się 
płacz rocznego dziecka. Zdr
ętwiałem, zbyt dobrze 
jeszcze pami
ętałem swoje niedawne strachy i w tejż
sekundzie zrozumiałem, co si
ę stało - Mały zobaczył 
Majk
ę. Trwało to nie dłużej niż pół minuty, płacz 

background image

ustał, znowu zagrzmiały kamienie i głos Komowa 
rzeczowo oznajmił: 
- Oto pytanie. Dlaczego wszystko mnie interesuje? 
Wszystko dookoła... Dlaczego bez przerwy pojawiaj
ą 
si
ę pytania? Przecież z nimi nie jest mi dobrze. One 
mnie sw
ędzą. Dużo pytań. Dziesięć pytań dziennie, 
dwadzie
ścia pytań dziennie. Staram się uciec: 
biegam, cały dzie
ń biegam albo pływam - nie 
pomaga. Wtedy zaczynam rozmy
ślać. Czasami 
przychodzi odpowied
ź. To przyjemność. Czasami 
odpowied
ź nie przychodzi. To zmartwienie. Bardzo 
sw
ędzi. Szszarada. Najpierw myślałem, że pytania 
przychodz
ą od środka. Ale potem rozmyślałem i 
zrozumiałem - wszystko, co idzie od 
środka, powinno 
robi
ć mi przyjemność. To znaczy, że pytania 
przychodz
ą z zewnątrz? Mam rację? Rozmyślam tak 
jak ty. Ale je
śli tak - gdzie one leżą, gdzie one wiszą
gdzie ich punkt? 
Pauza. Potem znowu rozległ si
ę głos Komowa - 
prawdziwego Komowa. Bardzo podobny, tylko 
ż
prawdziwy Komow mówił nie tak urywanie i głos 
jego brzmiał nie tak ostro. W gruncie rzeczy mo
żna 
to odró
żnić, jeżeli się wie, o co chodzi. 
- Mógłbym ju
ż teraz odpowiedzieć na twoje pytanie - 
powoli mówił Komow. - Ale boj
ę się pomylić. Boję 
si
ę odpowiedzieć źle albo niedokładnie. Kiedy 
dowiem si
ę o tobie wszystkiego, będę mógł 
odpowiedzie
ć bezbłędnie. 
Pauza. Znowu zagruchotały przesuwane po podłodze 
kamienie. 

background image

- F-fragment - powiedział Mały. - Jeszcze pytanie. 
Sk
ąd się biorą odpowiedzi? Ty zmusiłeś mnie do 
my
ślenia. Zawsze uważałem - jest odpowiedź - to 
przyjemno
ść, nie ma odpowiedzi - zmartwienie. 
Opowiedziałe
ś mi, jak rozmyślasz ty. 
Przypominałem sobie j przypomniałem, 
że ja też 
cz
ęsto tak rozmyślam i często przychodzi odpowiedź
Wida
ć, jak ona przychodzi. Tak, ja robię kształt 
kamieni. O taki. ("Koszyk" - podpowiedział 
Komow). Tak, koszyk. Jeden pr
ęt zaczepia się o 
drugi, drugi - o trzeci, trzeci - dalej i wychodzi... 
koszyk. Wida
ć - jak. Ale znacznie częściej 
rozmy
ślam - znowu łoskot kamieni - i wychodzi 
gotowa odpowied
ź. Jest wiązka prętów i nagle - 
gotowy koszyk. Dlaczego? 
- I na to pytanie - powiedział Komow - b
ędę mógł 
odpowiedzie
ć dopiero, kiedy dowiem się o tobie 
wszystkiego. 
- To si
ę dowiaduj! - zażądał Mały. - Dowiaduj się 
szybciej! Dlaczego nie dowiadujesz si
ę? Ja sam 
opowiem. Był statek, tylko wi
ększy od twojego, teraz 
si
ę skurczył, a był bardzo wielki. To sam wiesz. 
Potem było tak. 
Z gło
śnika doleciał rozdzierający chrzęst i trzask i 
natychmiast na przera
źliwie wysokiej nucie 
zakrzyczało dziecko. I poprzez ten pisk, poprzez 
zacichaj
ące trzaski, uderzenia, dźwięki tłuczonego 
szkła zachrypiał m
ęski, zduszony głos: 
- Mary... Mary... Ma... ry... 

background image

Dziecko krzyczało zanosząc się i przez jakiś czas nic 
wi
ęcej nie było słychać. Potem coś zaszeleściło, 
usłyszałem stłumiony j
ęk... Ktoś czołgał się po 
zasypanej gruzem i odłamkami podłodze, co
ś 
potoczyło si
ę z chrobotem. Znajomy, straszliwie 
znajomy głos kobiecy wyj
ęczał: 
- Szura... Gdzie jeste
ś, Szura?... Boli... Co się stało? 
Gdzie jeste
ś? Nic nie widzę, Szura... Odezwij się
Szura! Jak boli! Pomó
ż mi, ja nic nie widzę... 
I to wszystko poprzez nieustaj
ący krzyk dziecka. 
Potem kobieta ucichła, a po jakim
ś czasie ucichło 
równie
ż dziecko. 
Odetchn
ąłem głęboko i dopiero wtedy zauważyłem, 
że pięści mam zaciśnięte, paznokcie wbite w dłonie i 
że szczęki mi zdrętwiały. 
- Tak było długo - powiedział Mały uroczy
ście. - 
Zm
ęczył mnie krzyk. Usnąłem. Kiedy się obudziłem, 
było ciemno jak przedtem. Było mi zimno. Chciałem 
je
ść. Tak mocno chciałem jeść i żeby było ciepło, ż
tak si
ę stało. 
Wodospad d
źwięków runął z głośnika - zupełnie 
nieznajomych d
źwięków. Równomierne, narastające 
buczenie, cz
ęsto powtarzające się szczękanie, pogłos 
przypominaj
ący echo, basowe, na progu słyszalności, 
mamrotanie, pisk, skrzyp, brz
ęczenie, miedziane 
gongi, trzaski... Trwało to długo, kilka minut. Potem 
wszystko jednocze
śnie ucichło i Mały lekko 
zadyszany powiedział: 
- Nie. Tak ja nic nie opowiem. Tak b
ędą opowiadać
tyle czasu, ile 
żyją. Co robić

background image

- I nakarmili cię? Ogrzali? - zapytał Komow równym 
głosem. 
- Stało si
ę tak, jak chciałem. I od tej pory zawsze 
było tak, jak chciałem. Póki nie przyleciał pierwszy 
statek. 
- A co to było? - zapytał Komow, moim zdaniem 
bardzo udatnie na
śladując dźwiękową kaszę, którą 
słyszeli
śmy przed chwilą
Pauza. 
- A, rozumiem - powiedział Mały. - Ty zupełnie nie 
umiesz, ale ja ci
ę zrozumiałem. Ale ja nie mogę 
odpowiedzie
ć. Przecież ty sam nie masz słów, żeby 
nazwa
ć. A ty znasz więcej słów niż ja. Daj mi słowa. 
Ty mi dałe
ś dużo słów, ale wszystkie nie te. 
Pauza. 
- Jakiego to było koloru? - zapytał Komow. 
Żadnego. Kolor to wtedy, kiedy patrzysz oczami. 
Tam nie mo
żna patrzeć oczami. 
- Gdzie - tam? 
- U mnie. Gł
ęboko. W ziemi. 
- A jak tam jest na dotyk? 
- Wspaniale - powiedział Mały. - Przyjemno
ść
Cheshirski kot! U mnie jest najlepiej. To było, póki 
nie przyszli ludzie. 
- Ty tam 
śpisz? - zapytał Komow. 
- Ja tam wszystko. 
Śpię, jem, rozmyślam. Tylko 
bawi
ę się tu dlatego, że lubię patrzeć oczami. I 
jeszcze tam jest ciasno do zabawy. Jak w wodzie, 
tylko jeszcze cia
śniej. 

background image

- Ale przecież w wodzie nie można oddychać - 
powiedział Komow. 
- Dlaczego nie mo
żna? Można. I bawić się można. 
Tylko ciasno. 
Pauza. 
- Teraz ju
ż wiesz o mnie wszystko? - zapytał Mały. 
- Nie zdecydowanie powiedział Komow. - Niczego si
ę 
o tobie nie dowiedziałem. Widzisz sam, 
że nie mamy 
wspólnych słów. By
ć może masz swoje słowa? 
- Słowa... - powoli powtórzył Mały. - To wtedy, kiedy 
ruszaj
ą się usta, a potem można słyszeć uszami. Nie. 
To tylko u ludzi. Ja wiedziałem, 
że są słowa, dlatego 
że pamiętam. Na bim-bom-bramsel. Co takiego? Ja 
nie wiem. Ale teraz wiem, po co jest du
żo słów. 
Przedtem nie wiedziałem. Było przyjemnie mówi
ć
Zabawa. 
- Teraz ty wiesz, co znaczy słowo "ocean" - 
powiedział Komow. - Ale ocean widziałe
ś i przedtem. 
Jak go nazywałe
ś
Pauza. 
- Słucham - powiedział Komow. 
- Czego słuchasz? Po co? Ja nazwałem. Tak nie 
mo
żna usłyszeć. To wewnątrz. 
- By
ć może, potrafisz pokazać? - zapytał Komow. - 
Masz kamienie, pr
ęty... 
- Kamienie i pr
ęty nie po to, żeby pokazywać - 
oznajmił Mały, jak mi si
ę wydało gniewnie. - 
Kamienie i pr
ęty po to, żeby rozmyślać. Jeżeli trudne 
pytanie - kamienie i pr
ęty. Jeśli nie wiesz, jakie 
pytanie - li
ście. Tu jest dużo różnych rzeczy. Woda, 

background image

lód - lód dobrze topnieje, dlatego... - Mały zamilkł. - 
Nie ma słów - o
świadczył. - Dużo różnych rzeczy. 
Włosy... i du
żo tego, na co nie ma słów. Ale to tam, u 
mnie. 
Usłyszałem ci
ężkie, długie westchnienie. Moim 
zdaniem to był Van der Hoose. Majka nagle 
zapytała: 
- A kiedy tak poruszasz twarz
ą? Co ta? 
- Mam-ma... powiedział Mały czułym miaukliwym 
głosikiem. - Twarz, r
ęce, ciało - mówił dalej głosem 
Majki - to te
ż rzeczy do rozmyślania. Tych rzeczy 
jest du
żo. Za długo nazywać wszystkie. 
Pauza. 
- Co robi
ć? - zapytał Mały. - Wymyśliłeś
- Wymy
śliłem - odparł Komow. - Weźmiesz mnie do 
siebie. Popatrz
ę i od razu dużo się dowiem. Być moż
nawet wszystkiego. 
- Rozmy
ślałem o tym - powiedział Mały. - Ja wiem, 
że ty chcesz do mnie. Ja też chce, ale ja nie mogę. To 
pytanie! Kiedy ja chc
ę, wszystko mogę. Tylko nie z 
lud
źmi. Ja nie chcężeby oni byli, a oni są. Ja chcę
żebyś ty przyszedł do mnie, ale nie mogę. Ludzie - to 
zmartwienie. 
- Rozumiem powiedział Komow. 
W takim razie zabior
ę cię do siebie. Chcesz? 
- Dok
ąd? 
- Do siebie. Tam, sk
ąd przyszedłem. Na Ziemię, gdzie 
mieszkaj
ą wszyscy ludzie. Tam też mogę się 
wszystkiego o tobie dowiedzie
ć i to dosyć szybko. 

background image

- Ale przecież to daleko - powiedział Mały. - Albo cię 
nie zrozumiałem? 
- Tak, to bardzo daleko - powiedział Komow. - Ale 
mój statek... 
- Nie! - powiedział Mały. - Ty nie rozumiesz. Ja nie 
mog
ę daleko. Ja nie mogę nawet trochę daleko, a już 
zupełnie nie mog
ę bardzo daleko. Jeden raz bawiłem 
si
ę na krach. Zasnąłem. Obudziłem się od strachu. 
Wielki strach, ogromny! Nawet krzykn
ąłem. 
Fragment! Kra odpływała i widziałem tylko szczyty 
gór. Pomy
ślałem, że ocean połknął ziemię
Oczywi
ście wróciłem. Bardzo chciałem wrócić i kra 
od razu z powrotem do brzegu. Ale teraz wiem, 
że mi 
nie wolno daleko. Ja nie tylko si
ę bałem. Było mi źle. 
Jak z głodu, tylko znacznie gorzej. Nie, ja nie mog
ę 
do ciebie. 
- No, dobrze - powiedział Komow sztucznie wesołym 
głosem. - Na pewno znudziło ci si
ę odpowiadać i 
odpowiada
ć. Ja wiem, że lubisz zadawać pytania. 
Zadawaj, a ja b
ędę odpowiadać
- Nie - powiedział Mały. - Ja mam du
żo pytań do 
ciebie. Dlaczego spada kamie
ń? Co to takiego gorąca 
woda? Dlaczego palców jest dziesi
ęć, a żeby liczyć 
wystarczy jeden? Du
żo pytań. Ale ja nie będę teraz 
pyta
ć. Teraz jest źle. Ty nie możesz dc mnie, ja nie 
mog
ę do ciebie i słów nie ma. Więc ty nie możesz 
dowiedzie
ć się o mnie wszystkiego. Szszarada! To 
znaczy, 
że nie możesz odejść. Proszę cię - myśl, co 
zrobi
ć. Jeśli sam nie możesz szybko myśleć, niech 
my
ślą twoje maszyny - milion razy szybciej. Ja 

background image

odchodzę. Nie można rozmyślać, kiedy rozmawiasz. 
Rozmy
ślaj szybciej dlatego, że jest mi bardziej źle 
ni
ż wczoraj. A wczoraj było gorzej niż przedwczoraj. 
Z łoskotem potoczył si
ę kamień. Van der Hoose 
znowu ci
ężko i przeciągle westchnął. Nie zdążyłem 
nawet mrugn
ąć, a już Mały jak wicher pędził w 
kierunku wzgórz, przez plac budowy. Widziałem, 
jak przeskoczył pas startowy i nagle znikł, jakby go 
nigdy nie było. I w tej samej sekundzie, jakby na 
komend
ę znikły różnokolorowe wąsy nad górami. 
- Tak - powiedział Komow. - Nie ma innego wyj
ścia. 
Jakub, prosz
ę cię, nadaj depeszę do Sidorowa. Niech 
przysyłaj
ą aparaturę. Widzęże bez encefaloskopu 
si
ę nie obejdę
- Dobrze - zgodził si
ę Van der Hoose. - Ale chciałbym 
zwróci
ć twoją uwagę, Giennadij... W ciągu całej 
rozmowy na indykatorze ani razu nie zapaliła si
ę 
zielona lampka. 
- Widziałem - powiedział Komow. 
- Ale to nie s
ą zwyczajne negatywne napięcia 
emocjonalne, Giennadij. To najwy
ższe napięcie 
negatywnych emocji... 
Odpowiedzi Komowa nie usłyszałem. 
Przesiedziałem na stanowisku cały wieczór i połow
ę 
nocy. Ani wieczorem, ani w nocy Mały wi
ęcej się nie 
pokazał. W
ąsy również się nie pokazały. Ani Majka. 
 
Rozdział VII  
PYTANIA l W
ĄTPLIWOŚCI 
 

background image

 
Przy 
śniadaniu Komow był bardzo rozmowny. W 
nocy moim zdaniem nie spał w ogóle, oczy miał 
czerwone, policzki zapadni
ęte, ale był wesoły i 
podniecony. Pił ogromne ilo
ści mocnej herbaty i 
referował nam swoje wst
ępne spostrzeżenia i 
wnioski. 
Według jego słów teraz nie było ju
ż żadnych 
w
ątpliwości, że tubylcy poddali organizm chłopca 
zasadniczej przebudowie. Okazali si
ę zdumiewająco 
odwa
żnymi i sprawnymi eksperymentatorami - 
przekształcili jego fizjonomi
ę, a po części i budowę 
anatomiczn
ą, nieprawdopodobnie uaktywnili jego 
mózg, a ponadto wyposa
żyli Małego w nowe 
mechanizmy fizjologiczne, których współczesna 
nauka ziemska nie jest w stanie wykształci
ć w 
ludzkim organizmie. Cel tych anatomo-
fizjologicznych operacji by
ć może jest oczywisty - 
tubylcy starali si
ę po prostu przystosować bezradne 
ludzkie dziecko do nieludzkich warunków 
egzystencji na planecie. Niezupełnie jasna jest 
chwilowo odpowied
ź na pytanie, dlaczego tak 
powa
żnie wtrącili się w funkcjonowanie centralnego 
systemu nerwowego. Mo
żna, rzecz jasna, przypuścić
że te efekty osiągnęli przypadkowo, jako uboczny 
skutek zmian anatomo-fizjologicznych. Ale mo
żna 
przypu
ścić równieżże tubylcy wykorzystali rezerwy 
ludzkiego organizmu w okre
ślonym celu. Przy takim 
zało
żeniu mamy do dyspozycji cały wachlarz 
hipotez. Na przykład: tubylcy starali si
ę, aby Mały 

background image

zachował swoje niemowlęce wspomnienia i wrażenia 
po to, by ułatwi
ć mu późniejszą wtórną adaptację
je
żeli znowu powróci do ludzkiego społeczeństwa. 
Istotnie Mały zdumiewaj
ąco łatwo oswoił się z nami i 
nie wydajemy si
ę mu ani potworami, ani cudakami. 
Ale nie jest równie
ż wykluczone, że niezwykła 
pami
ęć Małego i jego fenomenalnie rozwinięte 
o
środki mowy są zaledwie rezultatem ubocznym 
pracy tubylców nad jego mózgiem. Jest mo
żliwe, ż
tubylcy przede wszystkim starali si
ę osiągnąć 
stabiln
ą łączność psychiczną między nimi a 
centralnym systemem nerwowym Małego. To, 
ż
taka ł
ączność istnieje, wydaje się w najwyższym 
stopniu prawdopodobne, w ka
żdym razie inaczej 
trudno wytłumaczy
ć takie fakty, jak spontaniczne, 
alogiczne powstawanie odpowiedzi na pytania, o 
czym opowiadał Mały, bezwzgl
ędne wypełnianie 
wszystkich 
świadomych, a nawet podświadomych 
życzeń Małego, to, że nie może oddalić się od tego, 
okre
ślonego rejonu planety. Do tego kompleksu 
problemów nale
ży zaliczyć stan napięcia 
psychicznego, w którym znajduje si
ę Mały w 
zwi
ązku z przybyciem ludzi. Sam Mały nie jest w 
stanie wyja
śnić, w czym właściwie przeszkadzają mu 
ludzie. Najwidoczniej przeszkadzamy nie jemu. 
Przeszkadzamy tubylcom. I w tym momencie 
zbli
żamy się do najistotniejszego problemu 
dotycz
ącego natury mieszkańców tej planety. 
Elementarna logika ka
że nam przypuścićże tubylcy 
s
ą albo istotami mikroskopijnymi, albo gigantami - 

background image

tak czy inaczej są niewspółmierni z fizycznymi 
rozmiarami Małego. I wła
śnie dlatego Mały traktuje 
przejawy ich działalno
ści i ich samych jak żywioł, 
jak cz
ęść przyrody otaczającej go od dzieciństwa. 
(Kiedy zapytano go o "w
ąsy", Mały obojętnie 
o
świadczył, że "wąsy" widzi po raz pierwszy, ale 
przecie
ż codziennie widzi coś po raz pierwszy. Zaś 
słowa na okre
ślenie podobnych zjawisk nie udało się 
znale
źć). On, Komow, osobiście jest skłonny 
przypuszcza
ćże tubylcy to niebywałych rozmiarów 
superorganizmy, nadzwyczaj dalekie zarówno od 
humanoidów, jak i od struktur ahumanoidalnych, z 
którymi człowiek miał okazj
ę stykać się do tej pory. 
Jak dot
ąd, wiemy o nich katastrofalnie mało. 
Widzieli
śmy potworne konstrukcje (czy też 
organizmy?) nad horyzontem, których pojawienie si
ę 
i znikanie jest wyra
źnie związane z wizytami Małego. 
Słyszeli
śmy nie r wywołujące żadnych skojarzeń 
d
źwięki, przy których pomocy Mały opisywał swój 
"dom". Zrozumieli
śmy, że zarówno teoretyczna, jak 
i praktyczna wiedza tubylców znajduje si
ę na 
niebywale wysokim poziomie s
ądząc z tego, w co 
udało si
ę im przekształcić zwyczajne ziemskie 
niemowl
ę. I to wszystko, co wiemy. Na razie nawet 
pyta
ń mamy niewiele, chociaż są to pytania 
fundamentalne. Dlaczego tubylcy uratowali i nadal 
wychowuj
ą Małego, dlaczego w ogóle zainteresowali 
si
ę nim i czego od niego chcą? Skąd znają ludzi - i to, 
nale
ży sądzić, nieźle znają, orientują się przecież w 
ich psychologii i socjologii? Dlaczego pomimo to tak 

background image

kategorycznie odmawiają wszelkich kontaktów z 
człowiekiem? Jak pogodzi
ć niewątpliwie wysoki 
poziom wiedzy z absolutnym brakiem 
śladów 
jakiejkowiek rozumnej działalno
ści? Czy obecny 
opłakany stan planety jest wła
śnie rezultatem tej 
działalno
ści? A może ten stan jest właśnie rezultatem 
tej działalno
ści? A może ten stan jest opłakany tylko 
z naszego punktu widzenia? Oto wła
ściwie wszystkie 
podstawowe pytania. On, Komow, ma swoje zdanie 
na ten temat, ale przypuszcza, 
że chwilowo jest 
jeszcze za - wcze
śnie, by je wypowiadać
W ka
żdym razie jasne jest, że dokonano odkrycia i 
to odkrycia pierwszorz
ędnej wagi, należy je 
bezwzgl
ędnie zdyskontować, a to będzie możliwe 
tylko za po
średnictwem Małego. Niedługo powinien 
nadej
ść encefaloskop i reszta specjalistycznej 
aparatury. Wykorzysta
ć ją w stu procentach uda 
nam si
ę tylko wtedy, jeśli Mały będzie miał do nas 
całkowite zaufanie, a nawet wi
ęcej - jeżeli staniemy 
mu si
ę po prostu niezbędni. 
- Postanowiłem dzisiaj nie kontaktowa
ć się - z nim - 
o
świadczył Komow odsuwając pustą szklankę. - Dziś 
wasza kolej. Staszek, poka
żesz mu swojego Toma. 
Majka, b
ędziesz z nim grała w piłkę i przewieziesz go 
na gliderze. Traktujcie go normalnie, wesoło, po 
prostu. Wyobra
źcie sobie, że to wasz młodszy brat, 
wunderkind... Jakub, b
ędziesz musiał posiedzieć na 
dy
żurze. W końcu to był twój pomysł... No a jeśli 
Mały jako
ś cię dopadnie, zbierz siły i pozwól mu 
zbada
ć twoje bokobrody - było widaćże go okropnie 

background image

interesują. A ja zaczaję się jak pająk, będę wszystko 
obserwował i rejestrował. Dlatego, moi młodzi 
koledzy, zostaniecie odpowiednio wyekwipowani i 
zaopatrzycie si
ę w "trzecie oko". Jeżeli Mały zapyta 
o mnie, odpowiedzcie mu, 
że rozmyślam. Śpiewajcie 
mu piosenki, poka
żcie mu filmy... Staszek, 
zademonstrujesz mu komputer, poka
żesz, jak działa, 
spróbujesz z nim liczy
ć na wyścigi. Myślęże tu nas 
czeka niespodzianka... I niech Mały du
żo pyta, niech 
pyta jak najwi
ęcej. Im więcej, tym lepiej... No, 
młodzie
ż, do roboty! 
Zerwał si
ę z krzesła i wybiegł. Spojrzeliśmy po sobie. 
- Czy b
ędą jakieś pytania, panie technik? - zapytała 
Majka. Zimno zapytała, nieprzyja
źnie. To były jej 
pierwsze słowa tego ranka. Nawet nie przywitała si
ę 
dzisiaj ze mn
ą
- Nie, panie kwatermistrzu - powiedziałem. Nie mam 
pyta
ń, panie kwatermistrzu. Widzę pana, ale nie 
słysz
ę
- Wszystko to oczywi
ście bardzo pięknie - odezwał 
si
ę z zadumą Van der Hoose. - Bokobrodów mi nie 
szkoda. Ale... 
- O, wła
śnie - powiedziała Majka wstając. - Ale?... 
- Chc
ę powiedzieć - mówił dalej Van der Hoose - ż
wczoraj wieczorem przyszła depesza od 
Gorbowskiego. W wyj
ątkowo delikatnym tonie, ale 
zupełnie niedwuznacznie prosił Komowa o 
nieforsowanie kontaktu. I znowu dawał do 
zrozumienia, 
że chętnie się do nas przyłączy. 
- A co na to Komow? - zapytałem. 

background image

Van der Hoose zadarł głowę i gładząc lewy 
bakenbard spojrzał na mnie z góry. 
- Komow wypowiedział si
ę o tej propozycji bez 
przesadnego szacunku - odparł Van der Hoose. - 
Oczywi
ście ustnie. Zaś oddepeszował Gorbowskiemu 
w tym duchu, 
że dziękuje za radę
- I co? - zapytałem. Miałem wielka ochot
ę zobaczyć 
Gorbowskiego. Nigdy do tej pory nie widziałem go z 
bliska. 
- I to wszystko - powiedział Van der Hoose równie
ż 
wstaj
ąc. 
Majka i ja poszli
śmy do arsenału. Tam odszukaliśmy 
i zało
żyliśmy na czoła szerokie plastykowe przepaski 
z "trzecim okiem" - mam na my
śli te portatywne 
telenadajniki dla samotnych zwiadowców, z ich 
pomoc
ą można nieprzerwanie nadawać wizualną i 
akustyczn
ą informację, wszystko, co widzi i słyszy 
sam zwiadowca. Prosta, ale praktyczna sztuczka, 
dopiero od niedawna jest na wyposa
żeniu EZ. 
Musieli
śmy się trochę pomęczyć, zanim 
dopasowali
śmy przepaski tak, żeby nie uciskały 
skroni, nie spadały na nos i 
żeby kaptur nie 
ekranował obiektywu. 
Potem Majka poszła do swojej kajuty po piłk
ę, a ja 
wypu
ściłem na wolność Toma i wygoniłem go na pas 
startowy. Sło
ńce już wstało, nocny mróz nieco zelżał, 
ale nadal było bardzo zimno. Małego nigdzie nie 
zauwa
żyłem. 
Przegoniłem Toma kilkakrotnie po pasie startowym 
dla rozgrzewki. Tom czuł si
ę zaszczycony moją 

background image

uwagą i z wdzięczności ciągle pytał o polecenia. 
Potem nadeszła Majka z piłk
ą i żeby nie zamarznąć 
pograli
śmy z pięć minut - szczerze mówiąc nie bez 
przyjemno
ści. Ciągle miałem nadziejęże Majka jak 
zwykle wci
ągnie się do gry, ale nic z tego nie wyszło. 
W ko
ńcu zbrzydło mi i zapytałem wprost, co się 
stało. Majka poło
żyła piłkę na ziemi, usiadła na 
piłce, podci
ągnęła dochę i frasobliwie oparła policzek 
na dłoni. 
- Mo
że jednak dowiem się, o co chodzi? - 
powtórzyłem. 
Majka spojrzała na mnie i odwróciła si
ę
- A mo
że jednak odpowiesz? - zapytałem podnoszą
głos. 
- Wiatr jest dzisiaj - powiedziała z roztargnieniem 
spogl
ądając na niebo. 
- Co? - zapytałem. - Jaki wiatr? 
Majka stukn
ęła się palcem w czoło obok obiektywu 
"trzeciego oka" i powiedziała: 
- Ka-ba-ka-łwan. Ka-nas ka-prze-ka-cie
ż ka-sły-ka-
sz
ą
- Ka-sa-ka-ma ka-ba-ka-łwan - odpowiedziałem. - 
Ka-tam ka-ma-ka-j
ą ka-prze-ka-ka-ka-źnik. 
- Te
ż racja - powiedziała Majka. - Mówię przecież - 
mamy dzi
ś wiatr. 
- Tak - potwierdziłem - rzeczywi
ście mamy wiatr. 
Stałem tak chwil
ę z uczuciem diabelnego 
skr
ępowania, starając się wymyśleć jakiś neutralny 
temat do rozmowy, ale nic oprócz tego
ż wiatru nie 
wymy
śliłem i wtedy wpadło mi do głowy, że nieźle 

background image

byłoby się przespacerować. Jeszcze ani razu nie 
chodziłem po okolicy - prawie ju
ż tydzień tu jestem, 
a po tej ziemi wła
ściwie nie chodziłem, widziałem ją 
tylko na ekranach. Zreszt
ą mieliśmy szansę natknąć 
si
ę gdzieś w zaroślach na Małego, zwłaszcza jeśli on 
sam tego zechce, i tym sposobem poł
ączymy 
przyjemne z po
żytecznym - zaczniemy z nim 
pogaw
ędkę w znanym mu otoczeniu. Wszystko to 
wyło
żyłem Majce. Majka w milczeniu wstała i 
ruszyła w stron
ę bagna, a ja chowając nos w 
futrzanym kołnierzu, a r
ęce głęboko w kieszeniach, 
poszedłem za ni
ą. Tom omdlewając z usłużności 
przyczepił si
ę w pierwszej chwili do nas, ale kazałem 
mu zosta
ć na miejscu i oczekiwać na dalsze 
polecenia. 
Wydało mi si
ęże widzę jakiś ruch w gęstych 
zaro
ślach po prawej stronie. Stanąłem, zawołałem 
"Mały!", ale nikt si
ę nie odezwał. Otaczała nas 
zamarzni
ęta, lodowata cisza. Ani szelestu liści, ani 
brz
ęczenia owadów, jakbyśmy błądzili wśród 
teatralnych dekoracji. Obeszli
śmy długi język mgły 
wypływaj
ący z gorącej topieli i zaczęliśmy włazić na 
zbocze pagórka. Wła
ściwie była to piaszczysta 
wydma umocniona krzakami. Im wy
żej, tym 
twardsza stawała si
ę piaszczysta ziemia pod naszymi 
nogami. Kiedy dotarli
śmy na samą górę
rozejrzeli
śmy się dookoła. Statek skrywały obłoki 
mgły, ale pas startowy wida
ć było bardzo dobrze. 
Wesoło i o
ślepiająco jarzyła się w słońcu jego falista 
powierzchnia, sieroco czerniała na samym 
środku 

background image

porzucona piłka i potężny Tom niezdecydowanie 
dreptał wokół niej - wyra
źnie próbował rozwiązać 
problem przekraczaj
ący jego siły, a mianowicie - czy 
uprz
ątnąć z pasa ten postronny przedmiot, czy też 
raczej w razie wypadku odda
ć życie w obronie 
rzeczy pozostawionej przez człowieka. 
Wtedy zobaczyłem 
ślady na zamarzniętym piasku - 
ciemne, wilgotne plamy na srebrzystej oszronionej 
ziemi. T
ędy przechodził Mały, przechodził bardzo 
niedawno. Siedział na szczycie wydmy, a potem wstał 
i zszedł na dół zboczem, oddalaj
ąc się od statku. 
Siady prowadziły w krzewy zarastaj
ące wąwóz 
mi
ędzy wydmami. Znowu zawołałem "Mały!" i 
znowu nikt si
ę nie odezwał. Wtedy zacząłem schodzić 
na dół. 
Znalazłem go od razu. Le
żał na brzuchu, 
wyci
ągnięty, wtulony policzkiem w ziemię, oburącz 
ściskając głowę. Wydawał się niemożliwy i 
zdumiewaj
ący w tym miejscu, w żaden sposób nie 
pasował do tego lodowatego krajobrazu, zaprzeczał 
mu. W pierwszym momencie nawet si
ę przeraziłem - 
my
ślałem, że coś się stało. Było tu zbyt zimno i 
martwo. Przykucn
ąłem obok Małego, przemówiłem 
do niego, a pó
źniej, kiedy w dalszym ciągu milczał, 
leciutko klepn
ąłem go po gołym, chudym tyłku. 
Wtedy pierwszy raz dotkn
ąłem go i omal nie 
wrzasn
ąłem zaskoczony - wydał mi się gorący jak 
żelazko. 
- On wymy
ślił? - nie podnosząc głowy zapytał Mały. 
- On rozmy
śla - odparłem. - Trudne pytanie. 

background image

- A jak ja się dowiem, co on wymyślił? 
- Przyjdziesz i on ci od razu powie. 
- Mam-ma - nagle powiedział Mały.  
Podniosłem oczy. Obok stała Majka. 
- Mam-ma - powtórzył Mały nie ruszaj
ąc się
- Tak, słoneczko - powiedziała Majka cicho. 
Mały usiadł - przepłyn
ął z pozycji leżącej w siedzącą
- Powiedz jeszcze raz! - za
żądał. 
- Tak, słoneczko powiedziała Majka. Twarz jej 
pobladła i wyra
źnie wystąpiły na niej piegi. 
- Fenomenalne! - o
świadczył Mały oglądając ją od 
dołu do góry. - Szczygiełek! 
Odkaszln
ąłem. 
- Czekali
śmy na ciebie, Mały - powiedziałem. 
Teraz patrzył na mnie. Z wielkim wysiłkiem 
powstrzymałem si
ę od odwrócenia oczu. Straszną 
jednak miał twarz. 
- Po co na mnie czekałe
ś
- Jak to po co... - Nieco si
ę speszyłem, ale nagle mnie 
ol
śniło. - Nudno nam bez ciebie. Źle nam bez ciebie. 
Żadnej przyjemności nie ma, rozumiesz? 
Mały poderwał si
ę na nogi i zaraz znowu usiadł. 
Bardzo niewygodnie usiadł, ja bym nawet dwóch 
minut tak nie przesiedział. 
- Tobie jest 
źle beze mnie? 
- Tak - stwierdziłem stanowczo. 
- Fenomenalne - powiedział Mały. - Tobie jest 
źle 
beze mnie, a mnie jest 
źle bez ciebie. Sz-szarada! 
- Dlaczego szarada? - zmartwiłem si
ę. - Gdybyśmy 
nie mogli by
ć razem, to wtedy byłaby szarada. Ale 

background image

teraz spotkaliśmy ciebie, możemy się bawić... Ty 
przecie
ż lubisz się bawić, a dotąd zawsze bawiłeś się 
sam... 
- Nie - powiedział Mały. - Tylko na pocz
ątku 
bawiłem si
ę sam. A potem bawiłem się na jeziorze i 
zobaczyłem swoje odbicie w wodzie. Chciałem si
ę z 
nim bawi
ć, ale ono się rozpadło. Wtedy bardzo 
chciałem mie
ć swoje wizerunki, dużo wizerunków, 
żeby się z nimi bawić. I tak się stało. 
Zerwał si
ę i zaczął biegać wkoło, zostawiając za sobą 
swoje dziwaczne fantomy - czarne, białe, 
żółte, 
czerwone... a potem usiadł w 
środku i dumnie 
spojrzał na nas. Musz
ę wam powiedziećże był to 
widok niezwykły - nagi chłopiec na piasku, wokół 
niego tuzin kolorowych figur w najró
żniejszych 
pozach. 
- Fenomenalne - powiedziałem i spojrzałem na 
Majk
ę, zapraszając ją do wzięcia udziału w 
rozmowie. Było mi głupio, 
że ja przez cały czas 
mówi
ę, a ona milczy. Ale Majka nie odezwała się
tylko patrzyła ponuro, a fantomy powoli topniały 
roztaczaj
ąc zapach amoniaku. 
- Zawsze chciałem zapyta
ć - oznajmił Mały. - Po co 
si
ę zawijacie? Co to takiego? - podskoczył do mnie i 
szarpn
ął za połę dochy. 
- Ubranie - odpowiedziałem. 
- Ubranie - powtórzył. - Po co?  
Opowiedziałem mu o ubraniu. Nie jestem 
Komowem. W 
życiu nie robiłem wykładu o strojach. 

background image

Ale mogę wyznać bez fałszywej skromności, ż
wykład odniósł sukces. 
- Wszyscy ludzie s
ą w ubraniach? - zapytał Mały, 
wstrz
ąśnięty. 
- Wszyscy - odparłem, 
żeby skończyć z tym 
problemem. Niezupełnie rozumiałem, co nim 
wła
ściwie tak wstrząsnęło. 
- Ale ludzi jest du
żo? Ile?  
- Pi
ętnaście miliardów. 
- Pi
ętnaście miliardów - powtórzył, wystawił przed 
siebie palec bez paznokcia, zacz
ął go zginać i 
prostowa
ć. - Piętnaście miliardów! - powiedział i 
obejrzał si
ę na przezroczyste resztki fantomów. Jego 
oczy pociemniały. - I wszyscy w ubraniach... A co 
jeszcze? 
- Nie rozumiem. 
- Co oni jeszcze robi
ą
Nabrałem powietrza w płuca i rozpocz
ąłem opowieść 
o tym, co robi
ą ludzie. Dziwne, ale jakoś nigdy nie 
zastanawiałem si
ę nad tym zagadnieniem. Obawiam 
si
ęże Mały odniósł wrażenie, że ludzkość głównie 
zajmuje si
ę cybernetyką. Zresztą pomyślałem, że jak 
na pocz
ątek poszło zupełnie nie najgorzej. Mały 
wprawdzie nie miotał si
ę jak w czasie wykładów 
Komowa, nie zawi
ązywał się na supeł, ale i tak 
słuchał jak zaczarowany. A kiedy sko
ńczyłem po 
kilku rozpaczliwych próbach wyja
śnienia mu, czym 
jest sztuka, Mały natychmiast zadał nast
ępne 
pytanie: 

background image

- Tak dużo zajęć - powiedział. - Po co przyszliście 
tutaj? 
- Majka, opowiedz mu - wychrypiałem błagalnie. - 
Nos mi całkiem zamarzł. 
Majka spojrzała na mnie wrogo, ale jednak zacz
ęła 
bez zapału i według mojej opinii nieciekawie 
opowiada
ć o świętej pamięci projekcie "Arka". Nie 
wytrzymałem i zacz
ąłem jej przerywać, próbują
o
żywić wykład malowniczymi szczegółami, 
u
ściślałem, wnosiłem poprawki i w końcu okazało 
si
ęże znowu mówię sam. Swoją opowieść uznałem 
za stosowne zako
ńczyć morałem. 
- Sam widzisz - powiedziałem. - Realizowali
śmy 
wielki projekt, ale jak tylko okazało si
ęże twoja 
planeta jest zaj
ęta, natychmiast zrezygnowaliśmy z 
naszych planów. 
- To znaczy, ludzie umiej
ą wiedzieć, co będzie? - 
zapytał Mały. - Ale to nie
ścisłe. Gdyby ludzie umieli, 
dawno by st
ąd odeszli. 
Nie wymy
śliłem zręcznej odpowiedzi. Temat wydał 
mi si
ę śliski. 
- Wiesz, Mały - powiedziałem ra
źnie - chodź
pobawimy si
ę. Zobaczysz, jak fajnie bawić się z 
lud
źmi. 
Mały milczał. Gro
źnie spojrzałem na Majkę - co ona 
wyprawia, jak Boga kocham, nie mog
ę przecież sam 
ci
ągnąć całego kontaktu! 
- Chod
ź, pobawimy się, Mały - bez żadnego 
entuzjazmu poparła mnie Majka. - Albo, je
żeli 
chcesz, przewioz
ę cię na latającej maszynie? 

background image

- Będziesz latać w powietrzu - wtrąciłem się - a 
wszystko b
ędzie na dole - góry, bagno, lodowiec... 
- Nie - powiedział Mały. - Lata
ć to zwyczajna 
przyjemno
ść. To ja sam mogę
A
ż podskoczyłem. 
- Jak to sam? 
Przez jego twarz przeleciała błyskawiczna fala 
drga
ń, ramiona uniosły się i opadły. 
- Nie ma słów powiedział. Kiedy chc
ę - latam... 
- No wi
ęc poleć! - wyrwało mi się
- Teraz nie chc
ę - powiedział niecierpliwie. - Teraz 
dla mnie przyjemno
ść - z wami. - Zerwał się na nogi. 
- Chc
ę się bawić! - oznajmił. - Gdzie? 
- Pobiegnijmy do statku - zaproponowałem. 
Mały wydał z siebie przera
żający okrzyk i echo nie 
zd
ążyło jeszcze zamrzeć wśród wydm, kiedy jak na 
wy
ścigi - pędziliśmy przez krzaki. Na Majkę 
ostatecznie machn
ąłem ręką - niech robi, co chce. 
Mały 
śmigał między krzakami jak promień światła. 
Według mnie nie potr
ącił nawet jednej gałązki i ani 
razu nie dotkn
ął stopą ziemi. Ja, zamotany w 
podgrzewan
ą elektrycznością dochę, przedzierałem 
si
ę przez zarośla jak czołg pustynny. Próbowałem 
dogoni
ć Małego, ale bez przerwy zbijały mnie z 
tropu fantomy, które zostawiał za sob
ą. Na skraju 
zaro
śli Mały przystanął, poczekał na mnie i 
powiedział: 
- U ciebie te
ż tak bywa? Budzisz się i wspominasz, ż
przed chwil
ą coś widziałeś? Czasami to jest dobrze 

background image

znane. Na przykład jak latam. Czasami zupełnie 
nowe, czego nigdy nie widziałe
ś
- Owszem, bywa odparłem łapi
ąc powietrze. - To się 
nazywa sen. 
Śpisz i widzisz sny. 
Poszli
śmy wolniej. Gdzieś z tyłu przez krzaki 
przedzierała si
ę Majka. 
- Sk
ąd się to bierze? - zapytał Mały. - Co to takiego - 
sny? 
- Niezwykłe kombinacje zwykłych wra
żeń - 
wyrecytowałem. 
Mały oczywi
ście nie zrozumiał i trzeba było zrobić 
mu jeszcze jeden wykład o tym, czym s
ą sny, jak 
powstaj
ą, po co są potrzebne i jak źle byłoby 
ludziom, gdyby nie było snów. 
- Cheshirski kot! Ale ja ci
ągle nie rozumiem, 
dlaczego widz
ę we śnie to, czego nigdy nie widziałem. 
Majka dogoniła nas i w milczeniu poszła razem z 
nami. 
- Na przykład? - zapytałem. 
- Czasem mi si
ę śni, że jestem wielki, ogromny, ż
rozmy
ślam, że pytania przychodzą do mnie jedno za 
drugim, ol
śniewające pytania, zupełnie niezwykłe i 
że ja znajduję odpowiedzi, niezwykłe odpowiedzi i ż
bardzo dobrze widz
ę, jak z pytania powstaje 
odpowied
ź. To największa przyjemność, kiedy wiesz, 
jak z pytania powstaje odpowied
ź. Ale kiedy się 
budz
ę, nie pamiętam ani pytań, ani odpowiedzi. 
Pami
ętam tylko przyjemność

background image

- Ta-ak powiedziałem wymijająco. Interesujący sen. 
Ale nie umiem ci go wytłumaczy
ć. Zapytaj Komowa. 
Mo
że on będzie umiał. 
- Komowa... Co to takiego - Komow?  
Musiałem mu wytłumaczy
ć nasz system imion. Już 
bagno zostało za nami, mieli
śmy przed sobą statek i 
pas startowy. Kiedy sko
ńczyłem mówić, Mały nagle 
odezwał si
ę ni z tego, ni z owego. 
- Dziwne. Nigdy jeszcze tak ze mn
ą nie było. 
- Jak? 
Żebym czegoś chciał dla siebie i nie mógł. 
- A czego ty chcesz? 
- Chc
ę się rozdzielić na pół. Teraz jestem jeden, a 
chc
ę żeby było dwa. 
- E, bracie - powiedziałem. - Nie masz nawet co si
ę 
stara
ć. To niemożliwe. 
- A gdyby mo
żliwe? Dobrze czy źle? 
Źle, oczywiście - powiedziałem. - Niezbyt dokładnie 
rozumiem, co chcesz powiedzie
ć... Można rozerwać 
si
ę na pół. To bardzo źle. Można zachorować, to się 
nazywa rozdwojenie ja
źni. To też źle, ale można 
poprawi
ć
- Boli? - zapytał Mały. 
Weszli
śmy już na pas. Tom sunął nam na spotkanie 
tocz
ąc przed sobą piłkę i radośnie migają
światełkami sygnalizacyjnymi. 
- Daj sobie z tym spokój powiedziałem. - W cało
ści 
te
ż jesteś dobry. 
- Nie. Niedobry - zaprzeczył Mały, ale w tym 
momencie nadjechał Tom i zacz
ęła się zabawa. 

background image

Jak grad posypały się pytania. Nie nadążałem z 
odpowiedziami. Tom nie nad
ążał z wypełnianiem 
polece
ń. Piłka nie nadążała dotykać ziemi. Tylko 
Mały nad
ążał ze wszystkim. 
Z boku wygl
ądało to na pewno bardzo wesoło. 
Zreszt
ą naprawdę było nam wesoło, nawet Majka w 
ko
ńcu jakoś się wpiągnęła. Zapewne robiliśmy 
wra
żenie podrostków, którzy zwagarowali z lekcji i 
pobiegli na brzeg oceanu. Pocz
ątkowo czuliśmy 
jeszcze skr
ępowanie, przeszkadzała nam 
świadomośćże to nie jest zabawa, tylko praca, ż
ka
żdy nasz ruch jest śledzony, że między nami a 
Małym legło co
ś ciężkiego, niedopowiedzianego, ale 
potem jako
ś to wszystko poszło w niepamięć. Została 
tylko piłka lec
ąca ci prosto w twarz, entuzjazm po 
udanym rzucie, została zło
ść na niezgrabnego Toma, 
zostało dzwonienie w uszach od dziarskiego 
pohukiwania i ostry, urywany 
śmiech Małego - 
pierwszy raz usłyszeli
śmy wtedy jego śmiech, 
nieopanowany, zupełnie dziecinny... 
To była dziwna zabawa. Mały sam na poczekaniu 
wymy
ślał jej zasady. Okazał się nieprawdopodobnie 
wytrzymały i zawzi
ęty, nie przepuszczał żadnej 
okazji, 
żeby nam zademonstrować swoją przewagę 
fizyczn
ą, narzucił nam współzawodnictwo, i jakoś 
tak samo przez si
ę wyszło, że grał sam jeden 
przeciwko naszej trójce, a my
śmy ciągle przegrywali. 
Najpierw Mały wygrywał, poniewa
ż chcieliśmy, żeby 
wygrał. Potem wygrywał, poniewa
ż nie rozumieliśmy 
jego zasad. Potem zrozumieli
śmy zasady, ale Majce i 

background image

mnie przeszkadzały dochy. Potem doszliśmy do 
wniosku, 
że Tom jest zbyt niezgrabny i wyrzuciliśmy 
go z gry. Majka wpadła w zapał i zacz
ęła grać na 
pełny regulator, ja równie
ż robiłem, co w mojej 
mocy, ale nadal tracili
śmy punkt za punktem. Nic 
nie mogli
śmy zrobić z tym błyskawicznym 
diabełkiem, który odbierał ka
żdą piłkę, sam bił 
bardzo mocno i precyzyjnie, wrzeszczał z 
oburzeniem, je
śli piłka zatrzymywała się w naszych 
r
ękach ponad sekundę, i zbijał nas z pantałyku 
swoimi fantomami albo co gorsze, umiej
ętnością 
błyskawicznego znikania i równie błyskawicznego 
pojawiania si
ę w zupełnie innym miejscu. Naturalnie 
nie poddawali
śmy się, para buchała z nas jak z 
lokomotyw, spływali
śmy potem, traciliśmy oddech, 
wymy
ślaliśmy sobie, ale walczyliśmy do ostatniego 
tchu. I nagle wszystko si
ę skończyło. Mały stanął, 
odprowadził wzrokiem piłk
ę i usiadł na piasku. 
- To było dobrze - powiedział. - Nigdy nie 
wiedziałem, 
że może być tak dobrze. 
- Co? - zawołałem zdyszany. - Zm
ęczyłeś się, Mały? 
- Nie. Przypomniałem sobie. Nie mog
ę zapomnieć
Nie pomaga. 
Żadna przyjemność nie pomaga. Więcej 
mnie nie wołaj do zabawy. 
Źle mi, a teraz jeszcze 
gorzej. Powiedz mu, 
żeby myślał szybciej. Ja się 
rozerw
ę na pół, jeśli on szybko nie wymyśli. 
Wszystko mnie w 
środku boli. Ja chcę się rozerwać
ale si
ę boję. Dlatego nie mogę. Jeśli będzie bardzo 
bolało, przestan
ę się bać. Niech on myśli szybko. 

background image

- No, co z tobą, Mały? - zapytałem rozstrojony. 
Niedokładnie rozumiałem, co z nim si
ę dzieje, ale 
widziałem, 
że naprawdę jest mu źle. - Przestań o tym 
my
śleć! Po prostu nie przyzwyczaiłeś się do ludzi. 
Trzeba si
ę częściej spotykać, więcej bawić się 
razem... 
- Nie - powiedział Mały i wstał. - Wi
ęcej nie przyjdę
- Ale dlaczego? - krzykn
ąłem. - Przecież było dobrze! 
B
ędzie jeszcze lepiej Są jeszcze inne zabawy, nie 
tylko piłk
ą, kółkiem, skrzydłami! 
Mały powoli odchodził od nas. 
- S
ą jeszcze szachy! - mówiłem pośpiesznie do jego 
pleców. - Wiesz, co to s
ą szachy? To najwspanialsza 
gra, liczy sobie tysi
ące lat! 
Mały stan
ął. Z natychmiastowym pośpiechem 
zacz
ąłem mu tłumaczyć, czym są szachy - zwykłe 
szachy, trójwymiarowe szachy, n-wymiarowe 
szachy... 
- Tak - odezwał si
ę wreszcie Mały. - Ja przyjdę
I ju
ż nie zatrzymując się więcej powlókł się noga za 
nog
ą w stronę grzęzawiska. Jakiś czas patrzyliśmy w 
ślad za nim, a potem Majka krzyknęła ,,Mały!" 
zerwała si
ę z miejsca, dogoniła go i dalej poszli 
razem. Podniosłem z ziemi swoj
ą dochę, ubrałem się
znalazłem doch
ę Majki i niezdecydowanie ruszyłem 
za nimi. Czułem w duszy jaki
ś nieprzyjemny osad, 
ale nie rozumiałem dlaczego. Niby wszystko 
sko
ńczyło się dobrze - Mały obiecał wrócić, to 
znaczy, 
że mimo wszystko przywiązał się do nas, to 
znaczy, 
że bez nas jest mu znacznie gorzej niż z 

background image

nami... Zobaczyłem, że Majka stanęła, a Mały 
powlókł si
ę dalej. Majka zawróciła, objęła dłońmi 
ramiona, pobiegła mi na spotkanie. Podałem jej 
doch
ę i zapytałem: 
- No i co? 
- Wszystko w porz
ądku - odpowiedziała. Oczy miała 
przejrzyste i jakie
ś takie zdecydowane na wszystko. 
- My
ślęże w końcu... - zacząłem i urwałem. - Majka 
- powiedziałem - zgubiła
ś "trzecie oko"! 
- Ja go nie zgubiłam - odparła Majka. 
 
Rozdział VIII  
W
ĄTPLIWOŚCI l DECYZJE 
 
 
Mały szedł na zachód wzdłu
ż linii brzegu prosto 
przez wydmy i zaro
śla. Początkowo "trzecie oko" go 
interesowało. Przystawał, zdejmował przepask
ę
obracał j
ą w dłoniach i wtedy na ekranie naszego 
odbiornika migało blade niebo, bł
ękitno-zielona 
twarz-maska, oszroniały piasek. Potem Mały 
zostawił "oko" w spokoju. Nie wiem, czy poruszał si
ę 
inaczej ni
ż zwykle, czy niezupełnie dobrze założył 
przepask
ę, ale miało się wrażenie, że obiektyw 
patrzy nie prosto, tylko nieco w prawo. Na ekranie 
podryguj
ąc płynęły jednakowe wydmy, zziębnięte 
krzaki, czasami wyrastały siwe szczyty gór albo 
pojawiał si
ę nagle czarny ocean i rozjarzona biel 
lodowców na horyzoncie. 

background image

Moim zdaniem Mały szedł bez określonego celu, po 
prostu, gdzie oczy ponios
ą, byle dalej od nas. 
Kilkakrotnie wdrapywał si
ę na wydmy i patrzył w 
nasz
ą stronę. Na ekranie odbiornika zjawiał się 
wtedy o
ślepiająco biały kadłub naszego statku, 
srebrzysta wst
ęga pasa startowego, pomarańczowy 
Tom sieroco przytulony do muru nie wyko
ńczonej 
stacji meteorologicznej. Ale Małego na ekranie nie 
zobaczyli
śmy. 
Mniej wi
ęcej go godzinie Mały gwałtownie skręcił w 
kierunku gór. Teraz sło
ńce świeciło prosto w 
obiektyw i widoczno
ść pogorszyła się. Niebawem 
wydmy si
ę skończyły, Mały szedł rzadkim 
zagajnikiem przeskakuj
ąc zgniłe gałęzie, wśród 
skarlałych pni pokrytych plamist
ą odstającą korą
po ziemi przesyconej lodowat
ą wilgocią. Raz wspiął 
si
ę na samotny granitowy głaz, stał na nim chwilę 
rozgl
ądając się, potem zeskoczył, podniósł z ziemi 
dwa czarne, o
ślizgłe patyki i postukując nimi poszedł 
dalej. Pocz
ątkowo stukanie było chaotyczne, później 
pojawił si
ę w nim rytm, i na tle tego rytmu 
usłyszeli
śmy, ni to brzęczenie, ni to buczenie. Dźwię
ten, nieprzerwany i nieprzyjemny, stawał si
ę coraz 
gło
śniejszy. Najprawdopodobniej brzęczał i buczał 
sam Mały - by
ć może była to piosenka, a być moż
rozmowa z samym sob
ą
I tak szedł stukaj
ąc, bucząc i brzęcząc, a między 
drzewami coraz cz
ęściej trafiały się zwały kamieni, 
omszałe głazy i olbrzymie złomy skalne. Potem nagle 
zobaczyli
śmy na ekranie jezioro. Mały nie 

background image

zatrzymując się szedł przed siebie, na moment 
zobaczyli
śmy zmąconą wodę, następnie obraz 
zm
ętniał i zniknął - Mały dał nurka. 
Siedział pod wod
ą bardzo długo, już myślałem, ż
utopił nadajnik i nic ju
ż więcej nie zobaczymy, ale po 
dziesi
ęciu minutach obraz pojawił się znowu, mętny, 
rozmazany, przeci
ęty strugami wody. Początkowo 
nic nie mogli
śmy odróżnić, ale niebawem w prawej 
cz
ęści ekranu ujrzeliśmy dłoń, na której wiła się i 
rzucała dziwaczna ryba z Panty. 
Kiedy obiektyw "oka" oczy
ścił się ostatecznie, Mały 
biegł. Pnie drzew p
ędziły na nas i w ostatniej chwili 
umykały to w prawo, to w lewo. Mały biegł bardzo 
szybko, ale nie słyszeli
śmy tupotu jego nóg, ani 
oddechu - tylko wiatr szumiał i przez g
ęstwę 
spl
ątanych gałęzi migało słońce. Aż nagle stało się 
co
ś niepojętego - Mały jak wryty zatrzymał się przed 
szarym głazem i zanurzył w nim r
ęce po łokcie. Nie 
wiem, by
ć może był tam dobrze zamaskowany 
otwór. Moim zdaniem nie było. Kiedy po kilku 
sekundach Mały wyj
ął ręce okazały się one czarne i 
błyszcz
ące, i to czarne i błyszczące spływało mu z 
palców i ci
ężko, z wyraźnym stukiem, kapało na 
ziemi
ę. Potem ręce znikły z naszego pola widzenia i 
Mały pobiegł dalej 
Zatrzymał si
ę przed dziwaczną konstrukcją
przypominaj
ącą krzywą wieżę i nie od razu dotarło 
do mnie, 
że to roztrzaskany "Pielgrzym". Teraz na 
własne oczy zobaczyłem, jak strasznie ucierpiał przy 
upadku i co z nim zrobiły lata na tej planecie. Widok 

background image

nie był przyjemny. Tymczasem Mały powoli zbliżył 
si
ę, zajrzał w otwartą dziurę włazu - na chwilę ekran 
pogr
ążył się w nieprzeniknionych ciemnościach - 
nast
ępnie równie powoli obszedł nieszczęsny statek 
dookoła. Znowu stan
ął przed włazem podniósł rękę i 
przyło
żył czarną dłoń z rozcapierzonymi palcami do 
z
żartej korozją burty. Stał tak z minutę, znowu 
usłyszeli
śmy jego brzęczenie i buczenie, i wydało mi 
si
ęże spod rozcapierzonych palców unoszą się 
smu
żki dymu. Wreszcie zabrał rękę i cofnął się o 
krok. Na martwym poczerniałym obiciu 
zobaczyli
śmy wyraźny, wypukły ślad dłoni z 
rozcapierzonymi palcami. 
- Och, ty mój 
świerszczyku za kominem - odezwał się 
ęboki baryton. 
- Słoneczko! - zawtórował głos kobiecy.  
Zapłakało dziecko. 
Ślad dłoni gwałtownie uskoczył w bok i zniknął. 
Teraz na ekranie widzieli
śmy nagie zbocze - poorany 
szczelinami granit, stare osypiska, kruszywo ostrych 
kamieni o połyskuj
ących, strzaskanych krawędziach, 
k
ępki suchotniczej twardej trawy, głębokie, czarne 
szczeliny. Mały wspinał si
ę na zbocze, spychany żwir 
sypał si
ę w dół ekranu, słychać było równomierny 
gło
śny oddech, a potem ruch stał się płynny i szybki, 
zacz
ęło mi migać przed oczyma, zbocze nagle 
oddaliło si
ę, spadając gdzieś w bok, w dół i 
usłyszeli
śmy, ostry, chrapliwy, natychmiast urwany 
śmiech Małego. Mały leciał w powietrzu - co do tego 
nie mogło by
ć wątpliwości. 

background image

Na ekranie błyszczało szaroliliowe niebo, a z boku 
pulsowały jakie
ś mętne na wpół przezroczyste 
strz
ępy, jak kawałki zakurzonego muślinu. Powoli w 
poprzek ekranu przepłyn
ęło oślepiające liliowe 
sło
ńce, zakurzony muślin zasłonił wszystko i nagle 
przepadł. 
Daleko w dole zobaczyli
śmy płaskowyż zasnuty 
fioletow
ą mgiełką, straszliwe szramy przepastnych 
w
ąwozów, nieprawdopodobnie ostre szczyty pokryte 
wiecznymi 
śniegami - posępny, lodowaty świat 
uchodz
ący za horyzont, martwy, spękany, najeżony. 
I zobaczyli
śmy potężne, lśniące, jakby 
polakierowane kolano Małego wisz
ące nad otchłanią 
i jego czarn
ą dłoń mocno wczepioną w 
zmaterializowan
ą nicość
Je
śli mam być szczery, w tym momencie przestałem 
wierzy
ć własnym oczom i spojrzałem w bok, żeby 
sprawdzi
ć czy nagrywanie trwało. Ale Van der 
Hoose równie
ż miał niepewną minę, a Majka z 
niedowierzaniem mru
żyła oczy i kręciła szyją, jakby 
j
ą uwierał kołnierzyk. Tylko Komow był idealnie 
spokojny i nieruchomy - siedział oparty łokciami o 
pulpit, brod
ę trzymał na splecionych palcach. 
A Mały ju
ż spadał. Pędziła na nas kamienna 
pustynia, z lekka obracała si
ę wokół niewidzialnej osi 
i było jasne, dok
ąd uchodziła ta oś - w czarną 
szczelin
ę, która rozłupała bure, zawalone odłamkami 
skał pole. P
ęknięcie rosło, rozwierało się, oświetlona 
przez sło
ńce jego krawędź wydawała się idealnie 
pionowa, a o tym, 
żeby zobaczyć dno, nie mogło być 

background image

nawet mowy, panowała tam absolutna ciemność. I w 
t
ę ciemność gwałtownie śmignął Mały. Obraz znikł, 
Majka wyci
ągnęła rękę i dała powiększenie, ale i 
przy powi
ększeniu niczego nie można było zobaczyć 
oprócz spływaj
ących po ekranie niewyraźnych, 
szarych pasów. Nast
ępnie Mały wydał z siebie 
przera
źliwy krzyk i obraz znieruchomiał. "Rozbił 
si
ę!" - pomyślałem z przerażeniem. Majka z całej 
siły wbiła mi paznokcie w nadgarstek. 
Na ekranie widniały jakie
ś nieokreślone, nieruchome 
plamy, wszystko było szare i czarne, rozlegały si
ę 
jakie
ś dziwne dźwięki - jakieś bulgoty, chrapliwe 
krakanie, syczenie. Pojawił si
ę znajomy zarys dłoni z 
rozcapierzonymi palcami, znikn
ął. Niewyraźne 
plamy popłyn
ęły jedna po drugiej przez ekran, 
krakanie i bulgotanie stawało si
ę to głośniejsze, to 
cichsze, zapaliło si
ę i zgasło pomarańczowe 
światełko, potem jeszcze jedno, jeszcze jedno... Coś 
krótko zaryczało i odezwało si
ę zwielokrotnione 
echo. "Daj podczerwone" - przez z
ęby powiedział 
Komow. Majka złapała gałk
ę podczerwonego 
wzmacniacza i przekr
ęciła ją do oporu. Ekran od 
razu poja
śniał, ale ja nadal nic nie rozumiałem. 
Wszystko wypełniała fosforyzuj
ąca mgła. Co prawda 
nie całkiem zwyczajna mgła, mo
żna było się w niej 
domy
śleć jakiejś struktury - jakby wycinek żywej 
tkanki pod 
źle ustawionym mikroskopem - w tej 
mgle mo
żna było się dopatrzeć fragmentów 
ja
śniejszych oraz ugrupowań ciemnych, pulsujących 
ziarenek, a wszystko to jakby wisiało w powietrzu, 

background image

czasami niespodziewanie znikało i zjawiało się 
znowu, a Mały szedł przez t
ę mgłę, jak przez pustkę
szedł wyci
ągając przed siebie świecące ręce z 
rozcapierzonymi palcami, a palce te wibrowały i 
drgały w skomplikowanym wyra
źnym rytmie, a 
wokół bulgotało, chrypiało, burczało i d
źwięcznie 
tykało. 
Mały szedł długo i nie od razu zauwa
żyliśmy, ż
rysunek struktury blednie, rozpływa si
ę i oto na 
ekranie pozostało ju
ż tylko mleczne podświetlenie i 
ledwie dostrzegalne zarysy rozcapierzonych palców 
Małego. A wtedy Mały stan
ął. Zrozumieliśmy, ż
stoi, poniewa
ż dźwięki przestały się przybliżać i 
oddala
ć. Te same dźwięki. Cała lawina, cała kaskada 
d
źwięków. Chrapliwe pogłosy, basowe mamrotanie, 
zduszone piski... Co
ś pękło z cmoknięciem i 
rozleciało si
ę na dźwięczne okruchy... bzykanie, 
skrzypy, uderzenia w miedziane gongi... A potem w 
równomiernym blasku przesi
ąknęły ciemne plamy, 
dziesi
ątki ciemnych plam, dużych i maleńkich, 
nabierały coraz wyra
źniejszych kształtów, stawały 
si
ę coraz bardziej podobne do czegoś zdumiewająco 
znajomego i nagle domy
śliłem się, co to takiego. To 
było absolutnie niemo
żliwe, ale już nie mogłem 
odp
ędzić od siebie tej myśli. Ludzie. Dziesiątki, setki 
ludzi, cały tłum ustawiony w szeregach i widziany 
jakby troch
ę z góry... I wtedy coś się stało. Na jakiś 
ułamek sekundy obraz stał si
ę zupełnie jasny. Na 
zbyt krótko zreszt
ążeby można było zobaczyć 
cokolwiek. Nast
ępnie usłyszeliśmy rozpaczliwy 

background image

krzyk, obraz przekręcił się i wszystko znikło. I w tej 
samej chwili w
ściekły głos Komowa zapytał: 
- Dlaczego to zrobiła
ś
Ekran był martwy. Komow stał nienaturalnie 
wyprostowany, zaci
śnięte pięści oparł o pulpit. 
Patrzył na Majk
ę. Majka była blada, ale spokojna. 
Równie
ż podniosła się z fotela i teraz stała przed 
Komowem twarz
ą w twarz. Milczała. 
- Co si
ę stało? - ostrożnie zapytał Van der 
Hoose. Widocznie podobnie jak ja nic nie rozumiał. 
- To albo chuliga
ństwo, albo... - Komow przerwał. - 
Usuwam ci
ę z grupy kontaktu. Zabraniam ci 
opuszcza
ć statek, wchodzić na mostek i na 
stanowisko DSB. Prosz
ę stąd wyjść
Majka, nadal bez słowa, odwróciła si
ę i wyszła. Bez 
chwili namysłu ruszyłem za ni
ą
- Popow! - ostro powiedział Komow. Zatrzymałem 
si
ę
- Prosz
ę natychmiast przekazać nagrania do 
Centrum. Jako pilne. 
Patrzył mi prosto w oczy i poczułem si
ę nieswojo. 
Takiego Komowa jeszcze nigdy nie widziałem. Taki 
Komow miał niew
ątpliwie prawo rozkazywać
zamyka
ć w areszcie domowym i w ogóle dusić 
wszelki bunt w samym zarodku. Miałem uczucie, 
ż
zaraz rozerw
ę się na pół. - Jak Mały - przeleciało mi 
przez mózg 
Van der Hoosc odkaszln
ął i powiedział: 

background image

- E... Giennadij. Może jednak nie do Centrum? 
Gorbowski jest ju
ż przecież w Bazie. Może jednak 
do Bazy, jak s
ądzisz? 
Komow nie patrzył na mnie. Jego zw
ężone oczy 
wygl
ądały jak kawałeczki lodu. 
- Ach, tak, oczywi
ście - powiedział, zresztą absolutnie 
spokojnie. - Kopi
ę do Bazy, dla Gorbowskiego. 
Dzi
ękuję ci, Jakub. Popow, bierz się do pracy. 
Nie pozostawało mi nic innego jak si
ę stąd zabrać
Ale byłem niezadowolony. Gdyby
śmy nosili 
wojskowe czapki jak w dawnych czasach, 
przekr
ęciłbym ją daszkiem do tyłu. Ale nie miałem 
na głowie czapki, wi
ęc poprzestałem na tym, ż
wyjmuj
ąc z rejestratora kasetę zapytałem z 
wyzwaniem: 
- A co si
ę właściwie stało? Co ona takiego zrobiła? 
Przez czas jaki
ś Komow milczał. Już z powrotem 
siedział w swoim fotelu i przygryzaj
ąc wargę stukał 
palcem po por
ęczy. Van der Hoose wichrzą
bokobrody te
ż patrzył na Komowa wyczekująco. 
- Zapaliła reflektor - powiedział Komow. Nie od razu 
go zrozumiałem. 
- Jaki reflektor? 
Komow bez słowa pokazał palcem wci
śnięty klawisz. 
- A! - powiedział ze zmartwieniem Van der Hoose. 
A ja nic nie powiedziałem. Wzi
ąłem kasetę i 
usiadłem przy radiostacji. Nie było o czym mówi
ć
Za mniejsze przewinienia ludzie z trzaskiem 
wylatywali z kosmosu. Majka zapaliła awaryjn
ą 
lamp
ę błyskową wmontowaną w przepaskę. I można 

background image

sobie wyobrazić, jak się czuli mieszkańcy groty, 
kiedy w odwiecznym mroku na mgnienie oka 
zapłon
ęło maleńkie słońce. Zwiadowcę, który stracił 
przytomno
ść, można odnaleźć z orbity nawet na 
o
świetlonej stronie planety, kiedy nastąpi ten błysk... 
nawet, je
śli zwiadowcę zasypało... Taki reflektor 
wysyła promienie w diapazonie od ultrafioletu do 
UKF... Nie było jeszcze wypadku, 
żeby zwiadowcy 
nie udało si
ę odstraszyć błyskiem najbardziej 
krwio
żerczego drapieżnika. Nawet tachorga, który 
nie boi si
ę niczego na świecie... "Zwariowała - 
pomy
ślałem z rozpaczą. - Zupełnie się zbiesiła..." Ale 
na głos powiedziałem (siadaj
ąc wygodniej): 
- Wielka mi historia! Nacisn
ęła niewłaściwy klawisz, 
omyliła si
ę... 
- Tak, rzeczywi
ście - poparł mnie Van der Hoose. - 
Na pewno tak wła
śnie było. Na pewno chciała 
ączyć reflektor podczerwieni... Klawisze są obok 
siebie... Jak s
ądzisz, Giennadij? 
Komow milczał. Co
ś tam majstrował przy pulpicie. 
Nie chciałem na niego patrze
ć. Włączyłem automat i 
demonstracyjnie odwróciłem si
ę w drugą stronę
- Nieprzyjemna historia... - mruczał Van der Hoose. - 
Rzeczywi
ście, przecież to może spowodować 
konsekwencje... Gwałtowny bodziec... Raczej 
nieprzyjemny... Hm... Ostatnio wszyscy jeste
śmy 
nieco zdenerwowani. Nic dziwnego, 
że dziewczyna 
si
ę omyliła... Wiesz, ja sam miałem ochotę coś 
zrobi
ć... jakoś poprawić obraz... Biedny, Mały! 
Moim zdaniem to był jego krzyk... 

background image

- Proszę - powiedział Komow. - Możesz podziwiać
Trzy i pół klatki. 
Było słycha
ć zatroskane sapanie Van der Hoosego. 
Nie wytrzymałem i obejrzałem si
ę. Nic nie było 
wida
ć zza ich głów, więc wstałem i podszedłem. Na 
ekranie było to samo, co dostrzegłem w ostatnim 
mgnieniu oka, ale czego nie zd
ążyłem pojąć. Jakość 
obrazu była pierwszorz
ędna, ale nadal kompletnie 
nie rozumiałem, co to takiego. Ludzie, mnóstwo 
czarnych figurek, absolutnie identycznych, 
ustawionych jak na szachownicy. Stali, jakby na 
równym dobrze o
świetlonym placu. Przednie figurki 
były wi
ększe, dalsze, zgodnie z prawami 
perspektywy, mniejsze. Zreszt
ą szeregi wydawały się 
niesko
ńczone i gdzieś daleko zlewały się w jednolite 
czarne pasy. 
- To Mały - powiedział Komow. - Poznajecie? 
Teraz mnie ol
śniło, rzeczywiście był to Mały, 
powtórzony niby w nieprzeliczonych lustrach, 
niesko
ńczenie wiele razy. 
- Przypomina wielokrotne odbicie - wymamrotał 
Van der Hoose. 
- Odbicie... - powtórzył Komow, - A gdzie w takim 
razie odbicie lampy? I gdzie cie
ń Małego? 
- Nie wiem - uczciwie przyznał Van der Hoose. - 
Istotnie, cie
ń powinien być
- A co ty o tym my
ślisz, Staszek? - zapytał Komow 
nie odwracaj
ąc się
- Nic - powiedziałem krótko i wróciłem na swoje 
miejsce. 

background image

Ale naprawdę oczywiście myślałem, myślałem tak, aż 
mi mózg trzeszczał, nic jednak nie mogłem 
wymy
śleć. Jeszcze najbardziej mi to przypominało 
formalistyczny rysunek piórkiem. 
- Tak, niewiele si
ę dowiedzieliśmy - powiedział 
Komow. - I nawet to ziarno, które nam si
ę trafiło, 
okazało si
ę nic nie warte. 
- Oho-ho... - wymruczał Van der Hoose i wyszedł. 
Ja te
ż miałem ogromną ochotę wyjść i zobaczyć, jak 
tam Majka. Ale spojrzałem na chronometr - do 
ko
ńca nadawania zostało jeszcze z dziesięć minut. 
Komow szele
ścił czymś i krzątał się za moimi 
plecami. Potem jego r
ęka wyciągnęła się nad moim 
ramieniem i poło
żyła na pulpicie błękitny blankiet 
depeszy. 
- To tekst wyja
śnienia - powiedział Komow. - Nadaj 
to, jak tylko przeka
żesz nagranie. 
Przeczytałem depesz
ę
EZ-2, KOMOW - BAZA, GORBOWSKI. KOPIA 
CENTRUM, BADER. PRZESYŁAM NAGRANIE Z 
NADAJNIKA TYPU TG NOSICIEL MAŁY. 
NAGRANIE TRWAŁO OD 13.46 DO 17.42 CZASU 
POKŁADOWEGO. PRZERWANE WSKUTEK 
PRZYPADKOWEGO WŁ
ĄCZENIA LAMPY 
BŁYSKOWEJ Z POWODU MOJEJ NIEUWAGI. 
W CHWILI OBECNEJ SYTUACJA JEST 
NIEJASNA. 
Nie zrozumiałem i przeczytałem depesz
ę jeszcze raz. 
Potem obejrzałem si
ę na Komowa. Siedział w 
poprzedniej pozie opieraj
ąc podbródek na 

background image

splecionych palcach i patrzył na ekran 
obserwacyjny. Nie powiem, 
żeby moje serce 
przepełniła gor
ąca wdzięczność. Nie, nie przepełniła. 
Zbyt mało sympatii czułem do tego człowieka. Ale 
nie mogłem mu nie odda
ć sprawiedliwości. Na jego 
miejscu nie ka
żdy postąpiłby tak zdecydowanie i po 
prostu. Wła
ściwie nie jest ważne, dlaczego tak 
post
ąpił - czy dlatego, że zlitował się nad Majką 
(raczej w
ątpię), czy zawstydził się swojej brutalności 
(to chyba bli
ższe prawdy), czy też dlatego, że należ
do takich zwierzchników, którzy zupełnie szczerze 
uwa
żają postępki podwładnych za własne. W 
ka
żdym razie niebezpieczeństwo, że Majka wyleci z 
kosmosu jak z procy, wydatnie si
ę zmniejszyło, a 
pozycja i renoma samego Komowa wydatnie si
ę 
pogorszyła. Dobra, drogi ksenopsychologu, to b
ędzie 
zapami
ętane. Takie uczynki należy ze wszech miar 
popiera
ć. A z Majką jeszcze porozmawiamy. 
Rzeczywi
ście, po kiego diabła? Co ona - dziecko? 
Lalkami si
ę chciała pobawić
Automat brz
ęknął, wyłączył się, przystąpiłem wię
do nadawania depeszy. Wszedł Van der Hoose 
pchaj
ąc przed sobą stolik na kółkach. Bezszelestnie, 
z niezwykł
ą zręcznością, która przyniosłaby zaszczyt 
najbardziej wykwalifikowanemu robotowi, postawił 
tac
ę z talerzykami przy prawym łokciu Komowa. 
Komow podzi
ękował z roztargnieniem. Wziąłem 
sobie szklank
ę soku pomidorowego, wypiłem i 
nalałem jeszcze. 
- A sałatka? - zapytał zmartwiony Van der Hoose. 

background image

Pokręciłem głową i powiedziałem do pleców 
Komowa: 
- Sko
ńczyłem. Czy mogę iść
- Tak - odparł Komow nie odwracaj
ąc głowy. - 
Prosz
ę nie opuszczać statku. 
W korytarzu Van der Hoose powiedział: 
- Majka je obiad. 
- Histeryczka - powiedziałem ze zło
ścią
- Przeciwnie. Powiedziałbym, 
że jest spokojna i 
zadowolona. I nawet cienia skruchy. 
Razem poszli
śmy do mesy. Majka siedziała przy 
stole, jadła zup
ę i czytała jakąś książkę
- Czołem, aresztancie! - powiedziałem siadaj
ąc przed 
ni
ą ze swoją szklanką
Majka oderwała si
ę od książki i spojrzała na mnie 
przymru
żając jedno oko. 
- Jak zwierzchno
ść? - zapytała. 
- W ci
ężkiej zadumie - powiedziałem patrząc na nią
- Zastanawia si
ę, czy natychmiast powiesić cię na fok 
rei, czy te
ż przewieźć do Dover, gdzie zawiśniesz na 
ła
ńcuchach. 
- A co na horyzoncie? 
- Bez zmian. 
- Tak - powiedziała Majka - teraz on ju
ż więcej nie 
przyjdzie. 
Powiedziała to z wyra
źnym zadowoleniem. Oczy 
miała wesołe i zdecydowane na wszystko, jak wtedy. 
Wypiłem łyk soku i spojrzałem z ukosa na Van der 
Hoosego. Van der Hoose z markotnym wyrazem 
twarzy dojadał moj
ą sałatkę. Nagle przyszło mi do 

background image

głowy, że nasz kapitan musi Bogu dziękowaćże nie 
on kieruje t
ą operacją
- Tak - powiedziałem - wygl
ąda na to, że zorwałaś 
nam kontakt. 
- Przykro mi - krótko odparła Majka i znowu 
wsadziła nos w ksi
ążkę. Ale nie czytała. Czekała na 
dalszy ci
ąg. 
- Miejmy nadziej
ęże nie jest tak źle - powiedział 
Van der Hoose. - Miejmy nadziej
ęże to tylko 
kolejna komplikacja. 
- My
ślisz, że Mały wróci? zapytałem. 
- My
ślęże tak - powiedział Van der Hoose z 
westchnieniem. - Za bardzo lubi zadawa
ć pytania. A 
teraz, jak sam rozumiesz, powstało mnóstwo 
nowych. Dojadł sałatk
ę i wstał. - Pójdę na mostek - 
poinformował nas. - Je
śli mam być szczery, jest to 
bardzo brzydka historia. Rozumiem ci
ę, Majka, ale 
żadnym stopniu nie usprawiedliwiam. Tak się nie 
robi... 
Majka nie odpowiedziała i Van der Hoose wyszedł 
pchaj
ąc przed sobą stolik. Jak tylko jego kroki 
ucichły, zapytałem, staraj
ąc się mówić grzecznie, ale 
surowo. 
- Zrobiła
ś to niechcący, czy umyślnie? 
- A jak przypuszczasz? - zapytała Majka patrz
ąc w 
ksi
ążkę
- Komow wzi
ął winę na siebie - powiedziałem. 
- To znaczy? 
- Jak si
ę okazuje, lampa błyskowa zapaliła się na 
skutek jego nieuwagi. 

background image

- To urocze - powiedziała Majka. Odłożyła książkę i 
przeci
ągnęła się. - Wielkopański gest. 
- To wszystko, co mi masz do powiedzenia? 
- A czego wła
ściwie chcesz ode mnie? Szczerego 
wyznania winy? Skruchy? Fontanny łez? 
Znowu napiłem si
ę soku. Jeszcze nad sobą 
panowałem. 
- Przede wszystkim chc
ę wiedzieć, czy zrobiłeś to 
niechc
ący, czy umyślnie? 
- Umy
ślnie. Co dalej? 
- Dalej chciałbym si
ę dowiedzieć, dlaczego to 
zrobiła
ś
- Zrobiłam to dlatego, 
żeby raz na zawsze skończyć z 
tym 
świństwem. Dalej? 
- Jakie 
świństwo? O czym ty mówisz? 
- To było ohydne! powiedziała Majka z sił
ą. - To było 
nieludzkie. Nie mogłam siedzie
ć z założonymi rękami 
i patrze
ć, jak wstrętna komedia przemienia się w 
tragedi
ę. - Odrzuciła książkę. - I nie piorunuj mnie 
spojrzeniem! Obejd
ę się bez twojej obrony! Ach, jaki 
on jest wielkoduszny! Ulubieniec doktora M'Bogi! I 
tak odejd
ę! Pójdę do szkoły i będę uczyła dzieci, żeby 
w por
ę łapały za rękę tych wszystkich fanatyków, 
zwolenników abstrakcyjnych teorii i kretynów, 
którzy im potakuj
ą! Miałem święty zamiar utrzymać 
do ko
ńca ton poprawny i uprzejmy. Ale teraz moja 
cierpliwo
ść się skończyła. W ogóle z cierpliwością nie 
jest u mnie najlepiej. 
- Arogancko! - powiedziałem nie znajduj
ąc słów. - 
Zachowujesz si
ę arogancko! Arogancko! 

background image

Spróbowałem jeszcze raz napić się soku, ale okazało 
si
ęże szklanka jest pusta. Jakoś niepostrzeżenie 
zd
ążyłem wszystko wypić
- A dalej? - zapytała Majka z pogardliwym 
u
śmiechem. 
- To ju
ż wszystko - powiedziałem, posępnie oglądają
pust
ą szklankę. Rzeczywiście nic już nie miałem do 
powiedzenia. Wystrzelałem wszystkie naboje. 
Prawdopodobnie zreszt
ą szedłem do Majki nie po to, 
żeby ją zrozumieć, tylko po to, żeby jej nawymyślać
- Skoro to ju
ż wszystko - powiedziała Majka - to 
wracaj na mostek i całuj si
ę ze swoim Komowem. A 
przy okazji ze swoim Tomem i z cał
ą cybernetyką
My, widzisz, jeste
śmy po prostu ludźmi i nic co 
ludzkie nie jest nam oboj
ętne. 
Odsun
ąłem szklankę i wstałem. Nie było już o czym 
mówi
ć. Wszystko było jasne. Miałem przyjaciela - i 
nie mam przyjaciela. No có
ż, jakoś dam sobie radę
- Smacznego - powiedziałem i na sztywnych nogach 
wyszedłem na korytarz. 
Serce mi si
ę tłukło jak oszalałe, wargi drżały 
obrzydliwie. Zamkn
ąłem się w swojej kajucie i 
uwaliłem na łó
żko, twarzą w poduszkę. Głupio! Och, 
jak głupio! No dobra, no, nie podoba ci si
ę cała 
impreza. Tyle rzeczy tylu ludziom si
ę nie podoba! W 
ko
ńcu nikt cię tu nie zapraszał, znalazłaś się tu 
przypadkiem, wi
ęc przynajmniej zachowuj się jak 
nale
ży! Przecież nie znasz się nic a nic na 
kontaktach, nieszcz
ęsny kwatermistrzu... rysuj swoje 
parszywe szkice i rób, co ci ka
żą! Co ty wiesz o 

background image

abstrakcyjnych teoriach? I gdzie w ogóle widziałaś 
abstrakcyjne teorie? Dzi
ś wydaje sięże to teoria 
abstrakcyjna, a jutro historia si
ę bez niej zatrzyma... 
No dobrze. Nie podoba ci si
ę. No to nie bierz w tym 
udziału! Przecie
ż tak świetnie wszystko szło, ledwie-
ledwie oswoili
śmy Małego, taki wspaniały chłopak, 
inteligentny, z nim razem mogli
śmy cuda zdziałać
Ech, kwatermistrzu... To si
ę nazywa przyjaciel... A 
teraz nie ma ani Małego, ani przyjaciela... 
A Komow te
ż jest dobry, sunie jak czołg, nikogo się 
nie poradzi, nic nie wytłumaczy... Nie-e, nie 
doczekacie si
ężebym jeszcze kiedyś brał udział w 
kontaktach! Jak tylko sko
ńczy się to całe zawracanie 
głowy, natychmiast zgłaszam si
ę do realizacji 
projektu "Arka-2"... Ju
ż przeżywałem w wyobraźni 
cudowne 
życie przy projekcie ,,Arka-2", już 
widziałem, jak pracujemy z Tani
ą, z Wadikiem, z 
genialn
ą Ninon wreszcie. Będę pracować jak koń
bez 
żadnej tam filozofii, będę myśleć tylko o pracy. 
Żadnych kontaktów! 
Niepostrze
żenie zasnąłem i spałem niczym suseł, jak 
zwykł mawia
ć mój pradziadek. W końcu z ostatnich 
czterdziestu o
śmiu godzin przespałem nie więcej niż 
cztery. Van der Hoose ledwie si
ę mnie dobudził. Pora 
była na wacht
ę. - A Majka? - zapytałem niezupełnie 
obudzony, ale natychmiast ugryzłem si
ę w język. 
Zreszt
ą Van der Hoose udał, że nie dosłyszał. 
Wzi
ąłem natrysk, ubrałem się i poszedłem na 
mostek. Ogarn
ęło mnie znowu nieprzyjemne 
uczucie. Nie miałem ochoty nikogo widzie
ć. Van der 

background image

Hoose zdał wachtę i poszedł spać, oznajmiwszy mi, 
że wokół statku nic się nie dzieje i że za sześć godzin 
zmieni mnie Komow. 
Była dokładnie dwudziesta druga zero-zero według 
czasu pokładowego. Na ekranie zapalały si
ę zorze 
nad górami, wiał silny wiatr od oceanu, rwał w 
strz
ępy czapę mgły nad gorącą topielą, przyciskał 
nagie krzaki do przemarzłego piasku, rzucał na 
pla
żę ochłapy błyskawicznie zamarzającej piany, a 
na pasie startowym, lekko pochylony pod wiatr, 
tkwił samotny Tom. Wszystkie jego 
światła 
sygnalizacyjne zawiadamiały, 
że jest bezrobotny, ż
nie ma do wykonania 
żadnych zadań i że w każdej 
chwili gotów jest wypełni
ć dowolne polecenie. 
Bardzo smutny widok. Wł
ączyłem zewnętrzne 
mikrofony, z minut
ę słuchałem wycia oceanu, świstu 
wiatru, stukania lodowatych kropli po pancerzu 
statku i wył
ączyłem się znowu. 
Spróbowałem wyobrazi
ć sobie, co teraz robi Mały, 
przypomniała mi si
ę gorąca mgła niczym plaster 
miodu, rozmazane zg
ęszczenia światła - a ściślej nie 
światła oczywiście, tylko ciepła, i to równomierne 
l
śnienie wypełnione kaszą dziwacznych dźwięków, 
zagadkowe szeregi lustrzanych odbi
ć, które nie były 
odbiciami... No có
ż, tam mu jest na pewno ciepło, 
przytulnie, swojsko i ma, och, ma nad czym 
porozmy
ślać. Ukrył się na pewno w jakimś 
kamiennym k
ącie i ciężko przeżywa krzywdę, którą 
mu wyrz
ądziła Majka. ("Mam-ma..." - "Tak, 
słoneczko" - przypomniałem sobie.) Z punktu 

background image

widzenia Małego to wszystko musiało wyglądać 
wyj
ątkowo nieuczciwie. Ja bym na jego miejscu już 
nigdy tu nie wrócił... A przecie
ż Komow tak się 
ucieszył, kiedy Majka zało
żyła Małemu swoją 
przepask
ę. "Brawo!" - powiedział. To niezła szansa, 
ale ja bym nie zaryzykował... Zreszt
ą wszystko jedno 
i tak by nic z tego nie wyszło. Konstruktorzy TN 
mogli si
ę lepiej popisać. Na przykład obiektyw 
powinien by
ć stereo... chociaż z drugiej strony, TN 
jest przewidziany do zupełnie innych celów... Ale co
ś 
nieco
ś udało się podpatrzyć, mimo wszystko się 
udało. Powiedzmy - jak Mały lata. Tylko - w jaki 
sposób lata, dlaczego lata, na czym lata? I ta scena 
przy roztrzaskanym "Pielgrzymie"... Planeta 
niewidzialnych. Niew
ątpliwie można by tu 
zaobserwowa
ć wiele ciekawych rzeczy, gdyby 
Komow pozwolił wypu
ścić wartownika-zwiadowcę
Mo
że teraz pozwoli? Zresztą nawet nie jest 
konieczny wartownik-zwiadowca. Na pocz
ątek 
wystarczy si
ę przejechać lokatorem-próbnikiem po 
horyzoncie... 
Za
śpiewał sygnał wywoławczy. Podszedłem do 
radiostacji. Nieznajomy głos bardzo uprzejmie, 
powiedziałbym nawet - nie
śmiało, poprosił Komowa. 
- Kto b
ędzie mówić? - zapytałem niezbyt serdecznie. 
- Jeden z członków Komisji Do Spraw Kontaktów, 
moje nazwisko Gorbowski. - A
ż usiadłem. - Bardzo 
chciałbym mówi
ć z Giennadijem Juriewiczem. Ale 
mo
że on śpi? 

background image

- W tej sekundzie - wymamrotałem. - W tej chwili... - 
Po
śpiesznie włączyłem radio wewnątrzpokładowe. 
Komow na mostek. Pilne wezwanie z Bazy. 
- Nie takie znowu pilne - zaprotestował Gorbowski. 
- Przy mikrofonie Leonid Andriejewicz Gorbowski! - 
uroczy
ście zameldowałem w mikrofon, żeby Komow 
nie marudził zbyt długo. 
- Młody człowieku! - powiedział Gorbowski. 
- Na wachcie Stanisław Popow, technik-cybernetyk! - 
zameldowałem. - W czasie mojej wachty nic 
szczególnego nie zaszło! 
Gorbowski milczał chwil
ę, potem powiedział 
niepewnie: 
- Spocznij... 
Usłyszałem po
śpieszne kroki i na. mostek szybko 
wszedł Komow. Zmizernial, spojrzenie miał szklane, 
pod oczami ciemne kr
ęgi. Wstałem i ustąpiłem mu 
miejsce. 
- Komow słucha - powiedział. - To ty Leonid? 
- To ja, dzie
ń dobry... - odezwał się Gorbowski. - 
Słuchaj, Giennadij, czy nie mo
żna czegoś zrobić
żebyśmy się widzieli? Tu są jakieś guziczki... 
Komow tylko spojrzał na mnie i moje r
ęce same 
si
ęgnęły do pulpitu i włączyły wizję. My, 
radiotelegrafi
ści, zwykle mamy wizję wyłączoną. Z 
żnych powodów. 
- Aha - z zadowoleniem powiedział Gorbowski. - 
Teraz zaczynam ci
ę widzieć
Na naszym ekranie te
ż pojawił się obraz - twarz 
znana mi z portretów i opisów, wydłu
żona i jakby 

background image

lekko zapadnięta, twarz Leonida Andriejewicza. Co 
prawda na portretach przypominał raczej 
antycznego filozofa, a teraz miał min
ę nieco smętną
rozczarowan
ą, a na jego szerokim kaczym nosie ku 
mojemu zdumieniu widniało zadrapanie - moim 
zdaniem całkiem 
świeże. Kiedy obraz stał się 
dostatecznie ostry, cofn
ąłem się i cichutko usiadłem 
w fotelu wachtowego. Miałem fatalne przeczucie, 
ż
za moment zostan
ę wyrzucony, i dlatego w skupieniu 
oddałem si
ę obserwacji szalejącego huraganu. 
Gorbowski powiedział: 
- Po pierwsze, chciałem ci ogromnie podzi
ękować
Giennadij. Przejrzałem wszystkie twoje materiały i 
musz
ę ci powiedziećże to coś zupełnie unikalnego. 
Niezwykle interesuj
ące. Pomysłowe, znakomite... 
- Miło mi - powiedział krótko Komow. - Ale? 
- Dlaczego "ale"? - zdziwił si
ę Gorbowski. - "I" 
chcesz powiedzie
ć. I większość członków Komisji jest 
tego samego zdania. Trudno uwierzy
ćże taka 
kolosalna praca została wykonana w ci
ągu 
czterdziestu o
śmiu godzin. 
- To nie moja zasługa - sucho powiedział Komow. - 
Sprzyjaj
ący zbieg okoliczności, to wszystko. 
- No, nie - 
żywo zaprzeczył Gorbowski. - Musisz 
przyzna
ćże z góry wiedziałeś, z kim będziesz miał 
do czynienia. To nie takie proste - wiedzie
ć z góry. A 
poza tym twoje zdecydowanie, intuicja... energia... 
- Czuj
ę się pochlebiony - powiedział Komow 
odrobin
ę podnosząc głos. 
Gorbowski zamilkł i nagle bardzo cicho zapytał: 

background image

- Giennadij, jak sobie wyobrażasz dalsze losy 
Małego? 
Przekonanie, 
że natychmiast, w tejże sekundzie, w 
mgnieniu oka, błyskawicznie i bez 
żadnych ceregieli 
poprosz
ą mnie o opuszczenie mostka, przerodziło się 
w złowieszcz
ą pewność. Skuliłem się i wstrzymałem 
oddech. 
Komow powiedział: 
- Mały b
ędzie pośrednikiem między Ziemią a 
tubylcami. 
- Rozumiem - powiedział Gorbowski. - To byłoby 
cudownie. A je
śli kontaktu nie będzie? 
- Słuchaj - powiedział Komow twardo - 
porozmawiajmy szczerze. Powiedzmy gło
śno to, o 
czym obaj teraz my
ślimy i to, czego boimy się 
najbardziej. Ja staram si
ę przekształcić Małego w 
narz
ędzie Ziemi. W tym celu wszystkimi dostępnymi 
mi 
środkami i bez żadnego miłosierdzia, jeśli tak 
mo
żna powiedzieć, staram się odrodzić w nim 
człowieka. Cała trudno
ść polega na tym, że ludzka 
psychika, ludzki, ziemski stosunek do 
świata są w 
najwy
ższym stopniu obce tubylcom, którzy 
wychowali Małego. I tym stosunkiem do nas 
przepojona jest cała pod
świadomość Małego. Na 
szcz
ęście czy też na nieszczęście tubylcy zostawili 
Małemu dostatecznie wiele ludzkich cech, 
żebyśmy 
mieli mo
żność opanowania jego świadomości. 
Sytuacja, która powstała obecnie, to sytuacja 
krytyczna. 
Świadomość Małego należy do nas. 
Pod
świadomość do nich. Konflikt jest bardzo trudny 

background image

i ryzykowny, świetnie zdaję sobie z tego sprawę, ale 
ten konflikt mo
żna rozwiązać. Trzeba mi jeszcze 
dosłownie kilku dni, 
żeby przygotować Małego. 
Wyja
śnię mu faktyczny stan rzeczy, wyzwolę jego 
pod
świadomość i Mały ostatecznie i do końca 
zostanie naszym współpracownikiem. Musisz 
przecie
ż rozumieć, jaką wartość przedstawia dla nas 
taka współpraca... Przewiduj
ę wiele trudności. Na 
przykład pod
świadome odtrącanie nas teoretycznie 
mo
że się przerodzić - kiedy już wyjaśnimy mu 
faktyczny stan rzeczy - w 
świadome pragnienie 
bronienia przed nami swego "domu", swoich 
zbawców i piastunów. By
ć mo-może powstaną nowe 
niebezpieczne napi
ęcia. Ale pewien jestem, iż 
zdołamy przekona
ć Małego, że nasze cywilizacje są 
równorz
ędnymi partnerami, razem ze swoimi 
warto
ściami i niedostatkami, i że w takim razie on 
jako po
średnik będzie mógł przez całe życie czerpać 
zarówno od jednej, jak i od drugiej strony, nie 
l
ękając się ani o jednych, ani o drugich. Mały będzie 
dumny ze swojej niezwykłej pozycji, jego 
życie 
b
ędzie intensywne i szczęśliwe... - Komow zamilkł. - 
Musimy zaryzykowa
ć. To nasz obowiązek. Podobny 
przypadek wi
ęcej nigdy się nie zdarzy. Taki jest mój 
punkt widzenia. 
- Rozumiem - powiedział Gorbowski. - Znam twoje 
teorie i oceniam je bardzo wysoko. Wiem, w imi
ę 
czego chcesz ryzykowa
ć. Ale musisz chyba się 
zgodzi
ćże ryzyko nie powinno przekraczać 
okre
ślonej granicy. Musisz zrozumiećże od 

background image

początku byłem po twojej stronie. Wiedziałem, ż
ryzykujemy, ogarniał mnie strach, ale ci
ągle 
my
ślałem - a nuż się uda? Co za perspektywy, co za 
mo
żliwości! A jeszcze też myślałem, że zawsze 
zd
ążymy się wycofać na czas. Do głowy mi nie 
przyszło, 
że dzieciak może się okazać taki 
komunikatywny i 
że sprawa zajdzie tak daleko już 
po dwóch dobach... - Gorbowski przerwał. - 
Giennadij, a przecie
ż kontaktu nie będzie. Pora 
odtr
ąbić odwrót. 
- Kontakt b
ędzie! - powiedział Komow. 
- Kontaktu nie b
ędzie - miękko, ale stanowczo 
powtórzył Gorbowski. - Przecie
ż doskonale 
rozumiesz, Giennadij, 
że mamy do czynienie z 
hermetyczn
ą cywilizacją, z rozumem zamkniętym w 
sobie. 
- To nie hermetyczna cywilizacja, tylko 
quasihermetyczna - powiedział Komow. - Oni 
wysterylizowali planet
ę i wyraźnie utrzymują ją w 
takim stanie. Nie wiadomo dlaczego uratowali i 
wychowali Małego. Wreszcie dysponuj
ą zupełnie 
niezł
ą informacją o ludziach. To quasi-hermetyzm. 
- No, Giennadij, absolutny hermetyzm jest poj
ęciem 
ściśle teoretycznym. Oczywiście, zawsze pozostaje 
jaka
ś tam funkcjonalna działalność skierowana na 
zewn
ątrz, na przykład sanitarno-higieniczna. Co zaś 
dotyczy Małego... Oczywi
ście, to tylko domysły, ale 
przecie
ż jeśli cywilizacja jest dostatecznie stara, jej 
humanizm mo
że się przerodzić w socjalny odruch 
bezwarunkowy, w instynkt społeczny. Dziecko 

background image

zostało uratowane po prostu dlatego, że zaistniała 
potrzeba podj
ęcia takiej akcji... 
- To jest niewykluczone - powiedział Komow. - Nie 
chodzi teraz o domysły. Wa
żne jest, że to quasi-
hermetyzm, 
że istnieje furtka dla kontaktu. 
Oczywi
ście, proces zbliżenia będzie bardzo 
długotrwały. By
ć może będzie trzeba dwa, trzy razy 
wi
ęcej czasu niż dla zbliżenia ze zwyczajną, otwartą 
cywilizacj
ą... Nie! Myślałem o tym wszystkim i chyba 
sam dobrze wiesz, 
że nic nowego mi nie powiedziałeś
Twoja opinia przeciwko mojej - i nic wi
ęcej. Ty 
proponujesz, 
żeby się wycofać, a ja proponujężeby 
t
ę jedyną szansę wykorzystać do końca. 
- Giennadij, nie tylko ja my
ślęże kontaktu nie 
b
ędzie - bardzo cicho powiedział Gorbowski. 
- A kto jeszcze? - z u
śmieszkiem zainteresował się 
Komow. - August-Johann-Maria Bader? 
- Nie, nie tylko Bader. Mówi
ąc szczerze, Giennadij, 
ukryłem przed tob
ą pewien atut... Nigdy ci nie 
przychodziło do głowy, 
że Szura Siemionow starł 
dziennik pokładowy nie na planecie, ale jeszcze w 
kosmosie - nie dlatego, 
że zobaczył rozumne 
potwory, ale dlatego, 
że zaatakowano go jeszcze w 
kosmosie i wtedy pomy
ślał, że na planecie panuje 
wysoko rozwini
ęta agresywna cywilizacja? Nam to 
do głowy przyszło. Nie od razu, rzecz jasna - 
pocz
ątkowo po prostu wyciągnęliśmy słuszne 
wnioski z bł
ędnych przesłanek, podobnie jak i ty. Ale 
jak tylko ta my
śl przyszła nam do głowy, 
przyst
ąpiliśmy do przeczesywania przestrzeni wokół 

background image

planety. I oto dwie godziny temu otrzymaliśmy 
informacj
ęże wreszcie go wykryto. - Gorbowski 
zamilkł. 
Z gigantycznym wysiłkiem powstrzymywałem si
ę
żeby nie krzyknąć "Kogo? Kogo wykryto?" Moim 
zdaniem Gorbowski czekał na taki okrzyk. Ale nie 
doczekał si
ę. Komow milczał. Gorbowski musiał 
kontynuowa
ć
- Był znakomicie zamaskowany. Pochłania prawie 
wszystkie promienie. Nigdy by
śmy go nie znaleźli, 
gdyby
śmy specjalnie nie szukali, zresztą i tak trzeba 
było zastosowa
ć coś zupełnie nowego - tłumaczyli mi, 
ale nie zrozumiałem, co konkretnie, jaki
ś tam 
pró
żniowy koncentrator. Krótko mówiąc, 
wymacali
śmy go i wzięliśmy na hol. Sputnik-
automat, co
ś w rodzaju zbrojnego strażnika. Sądzą
po niektórych detalach konstrukcyjnych, postawili 
go tu W
ędrowcy. Bardzo dawno go postawili, setki 
tysi
ęcy lat temu. Na szczęście dla uczestników 
projektu "Arka" był uzbrojony tylko w dwa pociski. 
Pierwszy został wystrzelony w niepami
ętnych 
czasach i ju
ż teraz nigdy się nie dowiemy, do jakiego 
celu. Drugi zniszczył statek Siemionowa. W
ędrowcy 
uwa
żali tę planetę za zakazaną, nie umiem znaleźć 
innego wyja
śnienia. Pytanie - dlaczego? W świetle 
tego, co wiemy, odpowied
ź może być tylko jedna - 
wiedzieli z własnego do
świadczenia, że miejscowa 
cywilizacja jest niekomunikatywna, wi
ęcej - że jest 
zamkni
ęta, więcej - że kontakt grozi tej cywilizacji 
powa
żnymi konsekwencjami. Gdyby po mojej 

background image

stronie był tylko August-Johann-Maria Bader... Ale, 
o ile dobrze pami
ętam, ty sam zawsze z wielkim 
szacunkiem wypowiadałe
ś się o Wędrowcach, 
Giennadij. - Gorbowski znowu zamilkł na moment. - 
Jednak
że nie tylko o to chodzi. W innych warunkach 
nie bacz
ąc na opinię Wędrowców moglibyśmy sobie 
pozwoli
ć na bardzo ostrożne, delikatne próby 
rozhermetyzowania tej cywilizacji. W najgorszym 
wypadku nasze do
świadczenie wzbogaciłoby się o 
jeszcze jeden negatywny rezultat. Postawiliby
śmy tu 
jaki
ś znak ostrzegawczy i spakowalibyśmy manatki, 
żeby wrócić do domu. Byłaby to sprawa tylko 
mi
ędzy naszymi dwiema cywilizacjami... Ale rzecz w 
tym, 
że między naszymi dwiema cywilizacjami, jak 
mi
ędzy młotem a kowadłem, znalazła się teraz 
trzecia. I za t
ę trzecią, za jedynego jej 
przedstawiciela, Małego, ju
ż od kilku dni w całej 
pełni ponosimy odpowiedzialno
ść
Usłyszałem, jak Komow gł
ęboko westchnął i 
nast
ąpiła długa cisza. Kiedy Komow odezwał się 
znowu, jego głos miał jakie
ś niezwykłe brzmienie, 
był jakby nadłamany. Zacz
ął mówić o Wędrowcach - 
najpierw wyraził zdziwienie, 
że Wędrowcy 
wystawiaj
ąc wartownika poszli na ryzyko graniczące 
z przest
ępstwem, ale potem sam przypomniał sobie 
po
średnie dane, zgodnie z którymi Wędrowcy 
zawsze podró
żują całymi eskadrami i każdy samotny 
gwiazdolot ich zdaniem mo
że być tylko 
automatyczn
ą sondą. Chwilę mówił również o tym, 
że i na Ziemi zbliża się do końca półwiekowa 

background image

barbarzyńska epoka samotnych wypraw na wolny 
rekonesans - zbyt wiele ofiar, zbyt wiele głupich 
ędów, zbyt mało korzyści. "Tak - zgadzał się 
Gorbowski - ja równie
ż o tym myślałem". Następnie 
Komow wspomniał o zagadkowych przypadkach 
znikania automatycznych zwiadowców 
skierowanych na niektóre planety. Ci
ągle jakoś nie 
mogli
śmy się zebraćżeby porządnie przeanalizować 
te fakty, a przecie
ż teraz należy na nie spojrzeć z 
nowego punktu widzenia. "Słusznie! - z 
entuzjazmem przytakn
ął Gorbowski. - Jakoś o tym 
nie pomy
ślałem, a to niezmiernie interesująca myśl". 
Porozmawiali o sputniku-automacie, zdziwili si
ęż
miał tylko dwa pociski, spróbowali obliczy
ć, jakie w 
takim wypadku powinny by
ć wyobrażenia 
W
ędrowców o gęstości zaludnienia wszechświata, 
zdecydowali, 
że w ostatecznym rezultacie niezbyt się 
żnią od naszych wyobrażeń i z tego wynika 
niedwuznacznie, 
że Wędrowcy widocznie zamierzali 
tu powróci
ć, a jednak, nie wiadomo dlaczego, nie 
wrócili - mo
żliwe, że rację ma Borowik, kiedy 
twierdzi, 
że Wędrowcy w ogóle opuścili Galaktykę
Komow pół
żartem wysunął teorięże tubylcy to 
wła
śnie Wędrowcy, uspokojeni i nasyceni 
zewn
ętrzną informacją, zamknięci w sobie. 
Gorbowski znowu nawi
ązał do teorii Komowa i 
równie
ż żartem zaczął go wypytywać, jak należ
ocenia
ć taką ewolucję Wędrowców w świetle teorii 
pionowego post
ępu. 

background image

Potem porozmawiali o zdrowiu doktora M'Bogi, 
nieoczekiwanie przeskoczyli na uciszenie jakiego
ś 
Wyspiarskiego Imperium i wspomnieli o roli, jak
ą w 
tym odegrał niejaki Karol Ludwig, którego nie 
wiadomo dlaczego równie
ż nazywali Wędrowcem, 
niepostrze
żenie od Karola Ludwiga przeszli do 
zagadnienia granic kompetencji Galaktycznej Rady 
Bezpiecze
ństwa, zgodzili sięże prerogatywy Rady 
dotycz
ą tylko cywilizacji humanoidalnych... Bardzo 
szybko przestałem rozumie
ć, o czym oni w ogóle 
mówi
ą, a co najważniejsze - dlaczego o tym mówią
Potem Gorbowski powiedział: 
- Zam
ęczyłem cię chyba na śmierć, przepraszam. 
Połó
ż się i odpocznij. Bardzo mi było przyjemnie 
porozmawia
ć z tobą. Nie widzieliśmy się jednak 
strasznie dawno. 
- Ale niedługo, oczywi
ście, zobaczymy się znowu - 
powiedział z gorycz
ą Komow. 
- Tak, my
ślęże za jakieś dwa dni. Bader już jest w 
drodze, Borowik równie
ż. Sądzęże pojutrze cała 
Komisja b
ędzie w Bazie. 
- A wi
ęc do zobaczenia pojutrze - powiedział 
Komow. 
- Pozdrów ode mnie twojego wachtowego... Staszka, 
zdaje si
ę. Jest taki niebywale... wy-musztrowany, 
powiedziałbym. I Jakuba, Jakuba musisz koniecznie 
pozdrowi
ć! No i oczywiście wszystkich pozostałych. 
Po
żegnali się
Siedziałem cicho jak mysz pod miotł
ą, nadal 
bezmy
ślnie gapiąc się w ekran, nic nie widząc, 

background image

niczego nie rozumiejąc. Za moimi plecami panowała 
grobowa cisza. Minuty ci
ągnęły się w 
niesko
ńczoność. Miałem taką ochotę odwrócić głowę
że aż mi zdrętwiała szyja i coś ukłuło pod łopatką
Było dla mnie jasne, 
że Komow został pokonany. Ja 
w ka
żdym razie byłem, i to doszczętnie. 
Zastanawiałem si
ę, co odpowiedział-. bym na 
miejscu Komowa, ale w mojej głowie utkwiło tylko 
jedno bezmy
ślne zdanie: "A co mnie obchodzą 
W
ędrowcy? Też mi coś, Wędrowcy! Sam jestem do 
pewnego stopnia W
ędrowcem..." 
Nagle Komow odezwał si
ę
- No, a co ty o tym s
ądzisz? 
Omal nie paln
ąłem "A co nas obchodzą 
W
ędrowcy?", ale w porę ugryzłem się w język. 
Sekund
ę jeszcze siedziałem w poprzedniej pozie, 
żeby podkreślić wagę chwili, a potem odwróciłem się 
razem z fotelem. Komow z głow
ą opartą na 
splecionych dłoniach patrzył na martwy ekranik. 
Oczy miał na wpół zamkni
ęte i gorzki grymas wokół 
ust. 
- Chyba b
ędziemy musieli odczekać... - 
powiedziałem. - Có
ż robić... Zresztą i Mały moż
wi
ęcej nie przyjdzie... a w każdym razie przyjdzie 
niepr
ędko... 
Komow u
śmiechnął się kątem ust. 
- Mały to na pewno przyjdzie - powiedział. - Mały za 
bardzo lubi zadawa
ć pytania. A wyobrażasz sobie, 
ile teraz pojawiło si
ę nowych pytań

background image

To było prawie słowo w słowo to, co powiedział w 
mesie Van der Hoose. 
- W takim razie mo
że... - wymamrotałem 
niezdecydowanie. - Mo
że naprawdę lepiej... 
No, co mu mogłem odpowiedzie
ć? Po tym, co mówił 
Gorbowski, po tym, co mówił sam Komow, co 
mogłem powiedzie
ć ja, szeregowy cybernetyk, lat 
dwadzie
ścia, staż pracy - sześć i pół doby, chłopak 
mo
że i nie najgorszy, pracowity, oczytany i tak dalej, 
ale, powiedzmy to sobie wprost, niezbyt wysokiego 
lotu, prostaczek... 
- By
ć może - obojętnie powiedział Komow. Wstał, 
ruszył do wyj
ścia powłócząc nogami, ale na progu 
zatrzymał si
ę. Jego twarz wykrzywił nagle grymas. 
Prawie krzyczał: "Czy naprawd
ę żaden z was nie 
rozumie, 
że Mały to unikalny przypadek, w gruncie 
rzeczy niemo
żliwy i dlatego pierwszy i ostatni! 
Przecie
ż to nigdy więcej się nie zdarzy. Rozumiesz? 
Nigdy!!! 
Wyszedł, ja za
ś dalej siedziałem twarzą do 
radiostacji, a plecami do ekranu i próbowałem si
ę 
zorientowa
ć może nie tyle we własnych myślach, ile 
w uczuciach. Nigdy! Oczywi
ście, że nigdy. Jak 
bardzo uwikłali
śmy się wszyscy! Biedny Komow, 
biedna Majka, biedny Mały... A kto najbiedniejszy? 
Teraz oczywi
ście odejdziemy stąd. Małemu będzie 
l
żej. Majka pójdzie się uczyć, zostanie pedagogiem, 
tak 
że chyba najbiedniejszy jest Komow. Trzeba 
mie
ć naprawdę pieskie szczęście - natknąć się - 
osobi
ście! - na unikalny zbieg okoliczności, na 

background image

unikalną szansę eksperymentalnego potwierdzenia 
swoich teorii i nagle - wszystko leci w diabły! Oto ten 
sam Mały, który ma zosta
ć wiernym pomocnikiem, 
nieocenionym po
średnikiem, głównym taranem 
rozbijaj
ącym wszelkie przeszkody, staje się sam 
główn
ą przeszkodą... Przecież nie można tak stawiać 
sprawy - przyszło
ść Małego albo pionowy postę
ludzko
ści. W tym musi tkwić jakaś logiczna pułapka 
jak w paradoksach Zenona... A mo
że nie ma 
pułapki? A mo
że naprawdę tak należy stawiać tę 
spraw
ę? Ludzkość, pomimo wszystko... 
W zadumie odwróciłem si
ę z fotelem twarzą do 
ekranu obserwacyjnego, z roztargnieniem rzuciłem 
okiem na okolice. Filozoficzne problemy migiem 
wyleciały mi z głowy. 
Jakby nigdy nie było huraganu. Wszystko dookoła 
było białe od szronu i 
śniegu, a Tom stał tuż obok 
statku, na samej granicy martwego pola, przed 
włazem i natychmiast zrozumiałem, 
że to Mały siedzi 
tam na 
śniegu i nie decyduje się wejść - samotny, 
rozdarty mi
ędzy dwiema cywilizacjami... 
Zerwałem si
ę i pogalopowałem przez korytarz. W 
komorze kesonowej z przyzwyczajenia złapałem 
doch
ę, ale odrzuciłem ją, całym ciałem uderzyłem w 
błon
ę włazu i wypadłem na dwór. Małego nie było. 
Głupi Tom zapalił 
światełko pytając o polecenia. 
Wszystko było białe i skrzyło si
ę w blasku zórz. Ale 
przy samym włazie, pod moimi nogami czerniał jaki
ś 
okr
ągły przedmiot. Cofnąłem się. Diabli wiedzą, co 
za okropno
ść wyobraziłem sobie w pierwszej 

background image

sekundzie. Nawet nie od razu zmusiłem się do 
podniesienia tego z ziemi. 
To była nasza piłka. A na piłk
ę nasadzono przepaskę 
z "trzecim okiem". Obiektyw był rozbity i w ogóle 
cały aparat wygl
ądał tak, jakby go wyciągnięto spod 
lawiny. 
I ani jednego 
śladu na śnieżnej pokrywie. 
 
ZAKO
ŃCZENIE 
 
 
Wywołuje mnie, ilekro
ć ma ochotę porozmawiać
- Czołem, Staszek - mówi. - Porozmawiamy? 
Dobrze? 
Dla ł
ączności wydzielono cztery godziny na dobę, ale 
on nigdy nie trzyma si
ę harmonogramu. Nie uznaje 
go. Wywołuje mnie, kiedy 
śpię, kiedy siedzę w 
wannie, kiedy pisz
ę sprawozdania, kiedy 
przygotowuj
ę się do kolejnej rozmowy z nim, kiedy 
pomagam kolegom rozbieraj
ącym na czynniki 
pierwsze sputnik-automat W
ędrowców... Nie 
gniewam si
ę. Na niego nie można się gniewać
- Czołem, Mały! - odpowiadam. - Oczywi
ście, 
porozmawiajmy. 
Mały mru
ży oczy jakby z zadowolenia i zadaje swoje 
standardowe pytanie. 
- Ty jeste
ś prawdziwy Staszek? Czy to twój 
wizerunek? 
Zapewniam go, 
że to ja we własnej osobie, Staszek 
Popow osobi
ście, a nie żaden tam fantom. 

background image

Wielokrotnie już tłumaczyłem mu, że nie umiem 
wytwarza
ć fantomów, i Mały moim zdaniem bardzo 
dawno to zrozumiał, ale pytanie pozostaje. By
ć moż
Mały w ten sposób 
żartuje, być może bez tego 
pytania nie wyobra
ża sobie normalnej wymiany 
powita
ń, a może po prostu podoba mu się słowo 
"wizerunek". Ma swoje ulubione słowa: 
"wizerunek", "fenomenalne", "na bim-bom-
bramsel"... 
- Dlaczego oko widzi? - zaczyna Mały.  
Wyja
śniam mu, dlaczego oko widzi. Mały słucha 
uwa
żnie, od czasu do czasu dotykając swych oczu 
długimi wra
żliwymi palcami. Wyśmienicie umie 
słucha
ć i chociaż teraz zarzucił swój dawny obyczaj i 
ju
ż nie lata jak kot z pęcherzem, kiedy coś nim 
szczególnie wstrz
ąsa, przez cały czas czuję w nim 
jakie
ś napięcie, ukrytą namiętną pasję, nieopisaną
niedost
ępną mi, niestety, wielką radość poznawania. 
- Fenomenalne! - chwali mnie, kiedy ko
ńczę. - 
Szczygiełek! Ja to wszystko przemy
ślę, a później 
zapytam jeszcze raz... 
Nawiasem mówi
ąc te jego samotne rozmyślania nad 
tym, co usłyszał (w
ściekły taniec mięśni twarzy, 
skomplikowane ornamenty z li
ści, patyków i 
kamieni), nasuwaj
ą mu czasami bardzo dziwne 
pytania. Na przykład teraz. 
- Jak si
ę dowiedziano, że ludzie myślą głową? - pyta 
Mały. 
Jestem nieco zaskoczony i zaczynam pływa
ć. Mały 
słucha mnie równie uwa
żnie jak i poprzednio, powoli 

background image

wypływam, zaczynam czuć pod nogami twardy 
grunt i wszystko idzie niby gładko, i niby obaj 
jeste
śmy zadowoleni, ale kiedy kończę, Mały 
o
świadcza: 
- Nie. To wycinek. To nie zawsze i nie wsz
ędzie. 
Je
żeli ja myślę tylko głową, to dlaczego zupełnie nie 
mog
ę rozmyślać bez rąk? 
Czuj
ęże wkraczamy na śliski temat. W Centrum 
kategorycznie przykazano mi za wszelk
ą cenę 
uchyla
ć od rozmów, które mogłyby naprowadzić 
Małego na my
śl o tubylcach. I przykazano, należ
przyzna
ć, słusznie. Zupełnie unikać takich rozmów 
si
ę nie daje i w ostatnim okresie zauważyłem, ż
Mały jako
ś bardzo boleśnie przeżywa nawet własne 
odwołania do swojego sposobu 
życia. Może zaczyna 
si
ę domyślać? Kto wie... Już od kilku dni czekam na 
pytanie wprost. Chc
ę tego pytania i boję się go... 
- Dlaczego wy mo
żecie, a ja nie mogę
- Tego jeszcze sami dobrze nie wiemy - przyznaj
ę się 
i dodaj
ę ostrożnie: - Istnieje takie przypuszczenie, ż
ty jednak nie całkiem jeste
ś człowiekiem... 
- W takim razie co to takiego człowiek? - 
natychmiast pyta Mały. - Co to takiego całkiem 
człowiek? 
Nader m
ętnie wyobrażam sobie, co można 
odpowiedzie
ć na takie pytanie i obiecuję opowiedzieć 
mu o tym w czasie naszego nast
ępnego spotkania. 
Mały zrobił ze mnie prawdziwego encyklopedyst
ę
Czasami przez okr
ąą dobę pożeram i przetrawiam 
informacje. O
środek Informacyjny pracuje dla 

background image

mnie, najwybitniejsi specjaliści z wszelkich 
mo
żliwych dziedzin nauki pracują dla mnie, i mam 
prawo o dowolnej godzinie poł
ączyć się z każdym z 
nich i za
żądać konsultacji. 
- Wygl
ądasz na zmęczonego - ze współczuciem 
stwierdza Mały. - Jeste
ś zmęczony? 
- Nie szkodzi - mówi
ę. - Można wytrzymać
- Dziwne, 
że ty się męczysz - oświadcza mi z zadumą
- Ja, nie wiadomo dlaczego, nigdy si
ę nie męczę. A 
wła
ściwie co to takiego zmęczenie? 
Nabieram powietrza w płuca i zaczynam mu 
obja
śniać, co to takiego zmęczenie. Nie przestają
słucha
ć Mały rozkłada przed sobą kamyki, które 
oszlifował dla niego dobry, stary Tom, nadaj
ąc im 
kształt sze
ścianów, kuł, równoległoboków, stożków i 
jeszcze bardziej skomplikowanych brył. Do 
momentu zako
ńczenia wykładu przed Małym 
wyrasta zawiła konstrukcja, kompletnie do niczego 
nie podobna, ale w jaki
ś sposób harmonijna i 
dziwnie przemy
ślna. 
- Opowiedziałe
ś mi dobrze - mówi Mały. - Powiedz 
mi, czy nasza rozmowa jest nagrywana? 
- Tak, oczywi
ście. 
- Obraz jest ostry, wyra
źny? 
- Jak zawsze. 
- W takim razie niech t
ę figurę obejrzy dziadek. 
Patrz dziadku - zespoły ostygania tu, i tu, i tu... 
Dziadek Małego, Paweł Aleksandrowicz Siemionow, 
pracuje w dziedzinie realizacji abstrakcji w poj
ęciu 
Parciwala. Jest dosy
ć przeciętnym uczonym, ale 

background image

wielkim erudytą i Mały podtrzymuje z nim stałą 
ł
ączność. Paweł Aleksandrowicz mówił mi, ż
chłopiec my
śli częstokroć naiwnie, ale zawsze 
oryginalnie i 
że niektóre z jego konstrukcji zawierają 
w sobie elementy nader interesuj
ące z punktu 
widzenia teorii Parciwala. 
- Oczywi
ście - mówię. - Z całą pewnością mu 
przeka
żę. Jeszcze dzisiaj. 
- A mo
że to głupstwo - nagle oświadcza Mały i 
jednym ruchem burzy cał
ą konstrukcję. - Co teraz 
robi Lowa? - pyta. 
Lowa - to starszy in
żynier Bazy. wielki wesołek i 
żartowniś. Kiedy Lowa rozmawia z Małym, całą 
przestrze
ń kosmiczną wokół planety wypełnia 
śmiech i radosne piski, a ja odczuwam coś w rodzaju 
zazdro
ści. Mały bardzo lubi Lowę i za każdym 
razem pyta o niego. Czasami pyta równie
ż o Van der 
Hoosego i wtedy czuj
ęże słodka tajemnica 
bokobrodów nadal jest dla niego pasjonuj
ąca i nie 
wyja
śniona. Raz czy dwa zapytał o Komowa i 
musiałem mu opowiedzie
ć, co to takiego projekt 
,,Arka-2", a tak
że, po co przy realizacji tego 
projektu potrzebny jest ksenopsycholog. Ale o 
Majk
ę nie zapytał ani razu. Kiedy sam spróbowałem 
zacz
ąć z nim rozmowę na jej temat, kiedy 
spróbowałem mu wyja
śnićże Majka, nawet jeżeli go 
okłamywała, to dla jego, Małego, dobra, 
że z nas 
czworga wła
śnie Majka pierwsza zrozumiała, jak 
ci
ężko jest Małemu i jak potrzebna mu jest pomoc, 
Mały po prostu wstał i odszedł. I dokładnie tak samo 

background image

wstał i odszedł, kiedy pewnego razu, przy jakiejś 
okazji zacz
ąłem mu tłumaczyć, co to jest kłamstwo... 
- Lowa 
śpi - mówię. - U nas jest teraz noc, a ściślej 
nocne godziny pokładowej doby. 
- To znaczy, ty te
ż spałeś! I ja cię znowu obudziłem? 
- Nic nie szkodzi - mówi
ę szczerze. - Dla mnie 
rozmowa z tob
ą jest ciekawsza niż spanie. 
- Nie. Id
ź i śpij - kategorycznie zarządza Mały. - 
Jednak jeste
śmy dziwni. Koniecznie musimy spać
To "jeste
śmy" jak balsam spływa na moje serce. 
Zreszt
ą ostatnio Mały często mówi "my" i powoli 
zaczynam si
ę do tego przyzwyczajać
- Id
ź spać - powtarza Mały. - Ale najpierw powiedz 
mi, póki ty 
śpisz, nikt nie przyjdzie na ten brzeg? 
- Nikt - odpowiadam jak zawsze. - Mo
żesz się nie 
niepokoi
ć
- To dobrze - mówi Mały z zadowoleniem. - Wi
ęc ty 
śpij, a ja pójdę porozmyślać
- Oczywi
ście, idź - mówię
- Do widzenia - mówi
ę i wyłączam się
- Do widzenia - mówi Mały. 
Ale wiem, co b
ędzie dalej i nie idę spać. Jest dla mnie 
zupełnie jasne, 
że dziś znowu się nie wyśpię
Mały siedzi w swojej zwykłej pozie, do której 
przywykłem i która ju
ż nie wydaje mi się taka 
m
ęcząca. Przez jakiś czas wpatruje się w zgaszony 
ekran na czole starego Toma, potem wznosi oczy ku 
niebu, jakby miał nadziej
ę zobaczyć tam na 
dwustukilometrowej wysoko
ści moją Bazę 
zakotwiczon
ą przy sputniku Wędrowców, a za 

background image

plecami Małego rozpościera się dobrze mi znany 
krajobraz zakazanej dla ludzi planety Arka - 
piaszczyste wydmy, kł
ębiasta czapa mgły nad gorącą 
topiel
ą, posępne grzbiety gór w oddali, a nad nimi 
cienkie i długie linie kolosalnych konstrukcji, gibkich 
niby trwo
żnie drżące czułki potwornego owada, 
tajemniczych i jak dawniej nieodgadnionych. 
Teraz tam u nich jest wiosna, na krzakach rozkwitły 
wielkie, nieoczekiwanie jaskrawe kwiaty, nad 
wydmami drga ciepłe powietrze. Mały rozgl
ąda się z 
roztargnieniem, jego palce przebieraj
ą oszlifowane 
kamyki. Patrzy przez rami
ę w stronę gór, odwraca 
si
ę i przez czas jakiś siedzi nieruchomo z opuszczoną 
głow
ą. Potem decyduje się, wyciąga rękę prosto do 
mnie i naciska klawisz sygnału wywoławczego pod 
samym nosem Toma. 
- Czołem, Staszek! - mówi. - Ju
ż się wyspałeś
- Tak - odpowiadam. I 
śmiać mi się chce i spać 
okrutnie. 
- Dobrze byłoby si
ę teraz pobawić, prawda? 
- Tak - mówi
ę. - To byłoby nieźle. 
Świerszcz za kominem - mówi Mały i przez chwilę 
milczy. 
Czekam. 
- No, tak - rze
śko mówi Mały - wobec tego znowu 
porozmawiajmy. Dobrze? 
- Dobrze - mówi
ę. - Oczywiście, porozmawiajmy.