background image

 

 

 

 

 

 

Gdy  tylko  otworzył  oczy,  oślepił  go  wpadający  przez  okno  promień 
słońca.  Rozejrzał  się  po  pomieszczeniu,  a  kiedy  go  nie  poznał, 
ostrożnie podniósł się z posłania. Z jednej strony nie był to duży dom, 
ale  z  drugiej  rozmiarami  przypominał  chatkę  Hagrida  na  błoniach 
Hogwartu. Pomimo, że w środku nie było nikogo, w kominku palił się 
ogień,  a  nad  nim  wisiał  garnek  z  czymś  bulgoczącym  i  pachnącym, 
tak, że aż mu ślinka pociekła.  

 

Harry  nie  wiedział  jak  się  tutaj  znalazł  ani  ile  czasu  tu  spędził  i  jak 
dawno  temu  odbyła  się  bitwa.  Rozejrzał  się  dokładniej  i  w  lewym 
rogu  chaty  zobaczył  psie  legowisko  ułożone  ze  starych  szat.  Zaczął 
zastanawiać  się,  jaki  czarodziej  jest  na  tyle  szalony,  aby  mieszkać  w 
opuszczonym domu olbrzyma. Kiedy wyjrzał przez okno nie zobaczył 
nikogo  ani  niczego,  co  mogłoby  go  naprowadzić  na  myśl,  kto  może 
tutaj  mieszkać.  Usiadł  na  swoim  posłaniu  i  czekał  czy  ktoś  nie 
przyjdzie,  aby  sprawdzić  czy  nadal  jest  nieprzytomny.  Starł  się  nie 
popaść  w  obłęd  i  pomyślał  o  Hermionie.  Zastanawiał  się  czy  jej  i 
innym  udało  się  w  porę  uciec,  a  może  zdołali  pokonać  Czarnego 
Pana?  Jeżeli  nie,  to  czy  dotarli  już  do  domu  na  Grimmaud  Place  i 

background image

 

 

zajrzeli do znajdujących się w piwnicy kufrów? Pewnie wścieknie się 
na  niego  za  to,  co  tam  znajdzie  i  pomyśli,  że  szykował  grunt,  gdyby 
okazało  się,  że  umrze  podczas  walki.  I  co  stało  się  ze  szkołą?  A 
nauczyciele i uczniowie? Jednak wszystkie te rozważania nie tylko nie 
skróciły  czasu  oczekiwania,  ale  dodatkowo  spowodowały,  że  tylko 
jeszcze  bardziej  się  zdenerwował.  Złapał  się  za  włosy  i  ukrył  głowę 
między  kolanami.  Nieświadomie  dotknął  obrączki,  którą  zdążył 
założyć  przed  walką.  Poczuł  ogromny  smutek,  zachciało  mu  się 
płakać  na  myśl,  że  niedawno  był  szczęśliwy,  zaledwie  kilka  dni  po 
ś

lubie.  I  musiał  opuścić  swoją  ukochaną  na  pastwę  losu,  jaki 

zgotowało im życie i czasy, w jakich żyją. Nie zdawał sobie sprawy, 
ż

e jego szczęśliwe życie tak szybko się skończy i potwornie spieprzy.  

Z walki pamiętał jedynie, jak Hermiona zabiła Bellatrix i już po kilku 
sekundach  stał  przed  nią,  pochłaniając  uśmiercające  zaklęcie 
Voldemorta. Później była już tylko ciemność.  

 

Pomyślał, że teoretycznie powinien już nie żyć. A jednak wciąż tu jest 
i  po  raz  drugi  udało  mu  się  przeżyć  śmiertelne  zaklęcie.  W  świecie 
czarodziejów  przydarzyło  mu  się  już  tak  wiele  niewytłumaczalnych 
rzeczy,  że  myślał,  iż  nic  go  więcej  nie  zaskoczy.  A  tu  takie 
zaskoczenie.  Znów  udało  mi  się  przeżyć  zaklęcie,  którego  nikt 
wcześniej  nie  przeżył.  Zaśmiał  się  gorzko  do  siebie.  Chyba  jednak 
musiał mieć w sobie cząstkę Voldemorta, która pochłonęła zaklęcie i 
zmarła  zamiast  niego.  To  oznaczało,  że  została  tylko  czarka.  Przez 
chwilę starał się myśleć właśnie o tym, gdzie ten przedmiot może się 
znajdować,  ale  szybko  stwierdził,  że  to  nadaremne.  Nie  mógł  się  na 
niczym skupić.  

 

Nagle  z  rozmyślań  wyrwał  go  dziwny  skrzek  i  szczekanie  psa,  które 
wydawały  mu  się  dziwnie  znajome.  Wyjrzał  przez  okno,  ale  nadal 
nikogo nie było widać. 

 

- Kieł, do nogi – usłyszał niespodziewanie.  

 

Przystanął, jak rażony prądem i w pierwszej chwili pomyślał, że tylko 
mu się wydaje, że ma omamy. Ale kiedy dalej wpatrywał się w strome 

background image

 

 

zbocze,  zza  niego  zaczęła  wyłaniać  się  wielka  postać  Hagrida,  który 
prowadził 

za 

łańcuch 

Hardodziob. 

Wokół 

nich 

tańczył 

podekscytowany Kieł. Kiedy tylko głupi zwierzak zauważył stojącego 
w  oknie  Harry’ego  rozszczekał  się  jeszcze  bardzie  i  pognał  w  jego 
stronę.  Wzrok  Hagrida  podążył  za  psem  i  on  również  zobaczył 
przyjaciela.  Na  ich  obu  twarzach  zagościł  szeroki  uśmiech.  Harry 
szybko wybiegł z domku i próbując umknąć przed potężnymi łapami 
psiska, podbiegł do Hagrida i mocno się do niego przytulił. Stojący za 
nimi  hipogryf  zaskrzeczał,  jakby  chciał  przypomnieć  im  o  swojej 
obecności i Harry niespiesznie ukłonił się przed nim. Kiedy zwierzak 
odpowiedział, podszedł i pogłaskał go po dziobie.  

 

- Wreszcie się obudziłeś – powiedział Hagrid.  

 

- Jak długo byłem nieprzytomny? – zapytał chłopak.  

 

- Chodźmy do środka. Zjesz, a ja w tym czasie wszystko ci opowiem 
– zaproponował półolbrzym.  

 

Kiedy tylko Harry dostał ogromną porcję gulaszu i zaczął jeść, Hagrid 
opowiedział  mu  o  wszystkich  wydarzeniach,  jakie  nastąpiły  po  tym, 
jak on oberwał zaklęciem i stracił przytomność. Przeżył chwilę grozy, 
kiedy usłyszał, jak Hermionie udało się zabić Nagini, ale jednocześnie 
był  z  niej  bardzo  dumny.  Podczas  jednej  bitwy  udało  się  jej  pozbyć 
zarówno  Belli,  jak  i  tego  cholernego  węża.  Jednak  jego  zadowolenie 
minęło,  kiedy  dowiedział  się,  że  Hogwart  padł  zaledwie  godzinę 
później.  

 

-  Zapanowało  straszne  zamieszanie  –  tłumaczył.  -  Kiedy  Snape 
jednym zaklęciem zniszczył wieżę zamku, a z góry posypały się gruzy 
i  kurz,  szybko  złapałem  twoją  różdżkę,  plecak  i  okulary,  a  następnie 
wziąłem  cię  na  ręce  i  pognałem  z  Kłem  i  Hardodziobem  do 
Zakazanego  Lasu.  Miałem  tam  ukryty  motor  Syriusza.  Upchnąłem 
tam ciebie i to stare psisko, a Dziobek poleciał za nami.  

 

background image

 

 

- A co z resztą? – niecierpliwił się Harry.  

 

-  Profesor  Mcgonnagall  i  inni  nauczyciele  szybko  się  poddali,  gdy 
tylko Hermiona i Zakon opuścili teren szkoły. Chcieli zostać, aby móc 
ochronić uczniów.  

 

- A Hermiona? – wyszeptał chłopak.  

 

- Skontaktowała się ze  mną wczoraj wieczorem Molly i powiedziała, 
ż

e z nimi wszystko w porządku. Są w domu, w Londynie – uspokoił 

go. – Hermiona strasznie przeżyła twoją śmierć. Bardzo płakała zanim 
zasnęła.  Od  wczorajszego  wieczoru  nie  miałem  z  nikim  kontaktu. 
Profesor  Mcgonnagall  przysłała  mi  tylko  Patronusa  z  ogólnymi 
informacjami i wiadomością, że twoje ciało zniknęło.  

 

Niespodziewanie w pomieszczeniu pojawiła się srebrna wydra i Harry 
wstrzymał oddech. Stał przed nim patronus Hermiony.  

 

-  Hagridzie,  musisz  pojawić  się  na  Grimmaud  Place  natychmiast  jak 
tylko  będzie  to  możliwe  –  usłyszeli  głos  dziewczyny.  –  Jest  pewna 
sprawa,  o  której  chcę  z  wami  wszystkimi  porozmawiać.  Może  to  i 
głupie  marzenie zakochanej dziewczyny,  ale  mam niejasne wrażenie, 
ż

e Harry żyje, a nikt nie chce mi wierzyć. Uważają, że zwariowałam. 

Przybądź, proszę. Martwimy się o ciebie.  

 

-  Myślę,  że  nie  ma,  co  zwlekać  –  Hagrid  wstał  i  popatrzyła  na 
Harry’ego. – Trzeba pokazać, że zakochana dziewczyna ma rację.  

 

- Ja nie idę – szepnął Harry. 

 

- Dlaczego?  

 

background image

 

 

-  Jest  coś,  co  muszę  zrobić  –  wyjaśnił  mu.  –  Ale  w  zaistniałych 
okolicznościach myślę, że dobrze będzie, jeżeli wszyscy będą uważać 
mnie za martwego.  

 

-  Pozwolisz,  aby  ona  myślała,  że  nie  żyjesz?  –  zdenerwował  się 
Hagrid.  

 

-  To  jedyne  wyjście,  abym  mógł  dokończyć  zadanie,  jakie  powierzył 
mi Dumbledore. Gdy będzie myśleć, że nie żyję, przekaże to zadanie 
wam  i  ukryje  się  z  panią  Weasley.  A  ja  będę  mógł  spokojnie 
prowadzić  swoje  poszukiwania  na  większą  skalę,  nie  martwiąc  się  o 
nią – przekonywał przyjaciela.  

 

- Mówisz o tej wyprawie do Albanii? – zadrwił Hagrid.  

 

-  To,  czego  szukam,  jest  tutaj,  w  Londynie.  Nawet  wiem  gdzie.  Ale 
będziesz musiał mi pomóc – poprosił go.  

- Jak? – zdziwił się olbrzym.  

 

- Musisz cały czas być w kontakcie i podsuwać im błędne informacje, 
aby  trzymali  się  jak  najdalej  od  całego  tego  zamieszania  –  wyjaśnił 
Harry.  –  Ja  będę  robić  swoje,  ale  oni  nie  mogą  plątać  mi  się  pod 
nogami. Muszę znaleźć pewien przedmiot.  

 

-  Muszę  to  wszystko  przemyśleć  –  powiedział  Hagrid.  –  A  teraz 
wybacz, ale muszę udać się do twojego domu.  

 

-  Obiecaj  mi,  że  nie  powiesz  im,  że  żyję  i  gdzie  jestem  –  poprosił 
chłopak. – I przekaż Hermionie w jakiś sposób, że bardzo ją kocham.  

 

Hagrid  patrzył  na  niego  przez  dłuższą  chwilę,  a  później  kiwnął  po 
prostu głową i wyszedł. Harry przez szybę widział, jak jego przyjaciel 
wsiada na wielki motor i startuje, aby spotkać się z ukrywającymi się 
w  Londynie  przyjaciółmi.  Bardzo  chciał  być  teraz  z  nim  na  tej 

background image

 

 

wielkiej  maszynie  i  lecieć  na  spotkanie  z  ukochaną,  ale  wiedział,  że 
dla nich wszystkich będzie lepiej, gdy pozostanie w ukryciu.  

 

***** 

Hermiona  siedziała  na  jednym  z  krzeseł  w  kuchni  i  przyglądała  się, 
jak reszta towarzystwa stara się zapanować nad panującą sytuacją. Po 
kolejnej godzinie spędzonej w toalecie na opróżnianiu żołądka, mogła 
wreszcie  usiąść  przy  pustym  stole  i  popijać  zieloną  herbatkę,  którą 
przyrządziła  jej  pani  Weasley.  Nie  interesowały  jej  doniesienia  z 
Proroka  Codziennego,  ale  z  konieczności  musiała  słuchać. 
Przypomniała sobie jak zaraz po wyjściu posłała swego Patronusa do 
Hagrida,  gdziekolwiek  teraz  był,  i  z  obawą  patrzyła  na  zegarek 
wiszący na ścianie. Minęła już ponad godzina, a jego nadal nie było. 
Nie  miała  pewności,  co  to  mogło  znaczyć.  Może  ukrył  się  gdzieś 
daleko,  na  co  miała  nadzieję,  albo  został  złapany,  ku  zgrozie  ich 
wszystkich.  

 

Kiedy  siedziała  tak  zamyślona,  nie  zauważyła  nawet,  że  w 
pomieszczeniu  zaległa  głucha  cisza.  Wszyscy  wstrzymali  oddech, 
kiedy z daleka dobiegł ich warkot silnika. Dziewczyna otrząsnęła się, 
kiedy  Molly  położyła  jej  dłoń  na  ramieniu  i  również  usłyszała  hałas. 
Wszyscy wstali z miejsc, kiedy silnik umilkł, a w kilka minut później 
ktoś  zapukał  do  ich  drzwi.  Hermiona  niepewnie  podeszła  do  drzwi  i 
wyjrzała  przez  zaczarowany  wizjer.  Zaraz  potem  rzuciła  się,  aby 
otworzyć  zamki  i  już  była  w  silnym  uścisku  przyjaciela.  Olbrzym 
wszedł  do  domu  ciężkim  krokiem  i  uśmiechnął  się  do  nich 
wszystkich. Powitania i wyrazy ulgi trwały przez kolejne pół godziny, 
zanim wszyscy znów znaleźli się w kuchni i usiedli na zajmowanych 
wcześniej krzesłach.  

 

- Co się stało? – zwrócił się Hagrid do Hermiony.  

 

- Jest coś, o czym powinnam wam powiedzieć – zaczęła dziewczyna, 
a  wszyscy  skupili  na  niej  wzrok.  –  Wiecie,  że  Dumbledore  zostawił 
Harry’emu,  a  także  mnie  i  Ronowi,  pewną  misję  –  nie  mogła  znieść 

background image

 

 

wpatrujących  się  w  nią  oczu,  więc  wstała  i  podeszła  do  okna.  – 
Mieliśmy  znaleźć  pewne  przedmioty,  które  miały  pomóc  w 
zniszczeniu  Voldemorta.  Zwykłe,  nic  nieznaczące  dla  osób 
postronnych  przedmioty,  które  dla  niego  mogą  okazać  się 
błogosławieństwem…  lub  zgubą.  To  horkruksy,  przedmioty,  w 
których można umieścić cząstkę swej duszy, jeżeli się kogoś zabije – 
odwróciła głowę w ich stronę i zobaczyła, że są wstrząśnięci tym, co 
im  mówiła.  –  Od  śmierci  Dumbledore’a,  a  raczej,  od  kiedy  Harry 
stanął na nogi po tamtej bitwie zabraliśmy się za to. Kilka zostało już 
zniszczonych:  Harry  zniszczył  dziennik  w  drugiej  klasie,  a 
Dumbledore 

pierścień. 

Do 

wczorajszego 

wydarzenia 

unieszkodliwiliśmy także diadem Ravenclaw i medalion Slytherina. Ja 
zabiłam  węża.  To  pięć.  Zostały  jeszcze  dwa,  a  jednym  z  nich  jest 
czarka  z  godłem  Heleny  Hufflepuff.  Ostatnio  nabraliśmy  podejrzeń, 
ż

e takim horkruksem może być także sam Harry – nabrała powietrza i 

ciągnęła.  –  Dlatego  uważam,  że  on  żyje.  Zginęła  jedynie  ta  cząstka 
Voldemorta, która w nim była, a on się obudził i po prostu ukrył się, 
kiedy dotarło do niego, że stoimy na przegranej pozycji. Będzie chciał 
działać  z  ukrycia,  aby  Czarny  Pan  nadal  myślał,  że  nie  żyje.  Gdyby 
wiedział,  albo  nawet  podejrzewał,  że  w  chwili  śmierci  stworzył 
kolejnego horkruksa w ciele małego chłopca, nie dążyłby tak zaciekle 
do  zabicia  go.  Ostatnio  Harry  i  ja  pracowaliśmy  jedynie  nad 
odszukaniem  diademu,  ale  mam  wrażenie,  że  on  wiedział  też  coś  o 
czarce – zakończyła i czekała na ich reakcję.  

 

Pierwszy odezwał się pan Weasley. 

 

-  Dlaczego  od  razu  nam  nie  powiedzieliście?  Wiem,  że 
prawdopodobnie, nie uratowałoby to życia Ronowi i Ginny, ale Harry 
byłby tu z nami. Pomoglibyśmy wam.  

 

- Dumbledore nas prosił – szepnęła dziewczyna.  

 

- Dlaczego teraz? – chciał wiedzieć Lupin.  

 

background image

 

 

-  Ponieważ  Harry  mnie  prosił,  abym  to  zrobiła.  Liczył  na  to,  że  mi 
pomożecie – wyjaśniła.  

 

- Hermiono, ukrywanie tak ważnej rzeczy było dla niego tragiczne w 
skutkach.  Gdybyście  powiedzieli  wcześniej,  Harry  nadal  by  żył  – 
powiedział mężczyzna.  

 

- Ale on żyje – krzyknęła.  

 

-  Nie  –  naciskał  wilkołak  –  Wszyscy  widzieliśmy,  jak  trafiło  go 
zaklęcie.  

 

-  A  ja  tam  myślę,  że  Hermiona  może  mieć  rację  –  po  raz  pierwszy 
odezwał się Hagrid.  

 

Wszyscy  byli  zaskoczeni  jego  słowami  i  patrzyli  na  niego,  jakby 
oszalał.  Jedyna  Hermiona  przyglądała  mu  się  uważniej,  jakby 
podejrzewała, że może coś wiedzieć.  

-  No,  bo  przecież  nikt  nie  znalazł  jego  ciała  –  wytłumaczył.  –  Może 
Hermiona ma rację i to coś, co Harry miał w sobie poszło na pierwszy 
ogień,  a  on  wydostał  się  z  Hogwartu  i  odzyskuje  siły  w  jakimś 
bezpiecznym  miejscu.  I  mógłby  podjąć  odpowiednie  kroki,  aby 
zapewnić wam bezpieczeństwo.  

 

- Ale po co? – zapytała Fleur. 

 

- Ponieważ Harry ma taką strasznie denerwującą cechę, która każe mu 
poświęcać  się  dla  dobra  tych,  na  których  mu  zależy  –  Hermiona 
patrzyła  wprost  w  oczy  Hagrida.  –  I  dlatego  właśnie  zostawił  nam 
dom  i  pieniądze  w  piwnicy.  Dlatego  też  naciskał  na  nasz  ślub  – 
dokończyła.  

 

Hagrid  popatrzył  na  nią  w  osłupieniu  i  przez  dłuższą  chwilę  nie 
potrafił skleić jednego zdania.  

background image

 

 

 

-  Tak,  Hagridzie  –  powiedziała.  –  Tydzień  temu  wzięliśmy  ślub  w 
Dolinie  Godryka.  A  teraz  się  okazało,  że  jestem  w  ciąży.  Z  nim. 
Chciałabym, żeby o tym wiedział – powiedziała i chociaż nie patrzyła 
na  nikogo  w  szczególności,  Hagrid  wiedział,  że  ona  wie  i  kieruje  te 
słowa  do  Harry’ego,  który  dowie  się  tego  od  niego.  –  Czy  żyje,  czy 
nie  chciałabym,  żeby  poznał  prawdę.  Gdybym  była  tego  pewna  tak 
bardzo  wczoraj,  jak  jestem  dzisiaj,  powiedziałabym  mu,  a  on 
uważałby na siebie, ponieważ za nic w świecie nie skazałby własnego 
dziecka,  na  chociaż  w  połowie  takie  życie,  jakie  on  miał.  Bez 
rodziców. Starałby się przeżyć.  

 

-  Myślę,  że  nawet  bez  tej  wiedzy,  by  się  starał.  Dla  ciebie  i  waszej 
wspólnej przyszłości. Kochał cię – wyszeptał olbrzym.  

 

Hermiona  odwróciła  do  niego  zapłakaną  twarz  i  starała  się 
uśmiechnąć.  Jednak  zawoalowane  uwagi,  jakie  między  sobą 
wymienili, obudziły w niej wczorajsze uczucie pustki. Słowa Hagrida 
dały jej pewność, że jej mąż naprawdę żyje i jest gdzieś tam, próbując 
stworzyć  lepszy  świat  dla  ich  nienarodzonego  dziecka.  Przymknęła 
oczy i pozwoliła płynąć łzom. Niespodziewanie poczuła czyjeś dłonie 
na ramionach i z zaskoczeniem zobaczyła Remusa.  

 

- Lilly i James byliby dumni, że mają taką silną i odważną synową. I z 
Harry’ego,  że  wyrósł  na  tak  wspaniałego  mężczyznę  –  powiedziała 
pani Weasley, stając obok nich.  

 

-  A  ja  myślę,  że  raczej  bardzo  by  się  zdziwili,  że  ktoś  taki  jak 
Hermiona,  wybrał  Harry’ego  –  zaśmiał  się  Lupin.  –  Jesteście  swoim 
całkowitym  przeciwieństwem.  Ty  zrównoważona  i  spokojna,  a  on 
wiecznie pakuje się w tarapaty. I ciągnie cię za sobą.  

 

-  Co  za  ironia  –  westchnął  pan  Weasley.  –  Oni  byli  dokładnie  tacy 
sami. Lilly zajęta nauką, a James w wiecznych kłopotach.  

 

background image

 

 

Teraz wszyscy głośno się zaśmiali.  

 

- Kiedy byliśmy u nich na cmentarzu, tuż przed ślubem i Harry mnie 
przedstawiał  –  wspomniała  –  przez  chwilę  czułam  ich  obecność. 
Wydawało  mi  się,  że  są  zadowoleni.  Zresztą  nie  tylko  oni.  Miałam 
wrażenie,  że  Syriusz  i  Dumbledore  także  nam  się  przyglądają.  I 
cieszą.  

 

- I myślę, że naprawdę są bardzo szczęśliwi – szepnął jej do ucha były 
nauczycie.  

 

Wracając  w  góry,  późno  w  nocy,  Hagrid  miał  mętlik  w  głowie. 
Zastanawiał się czy ma o tym wszystkim mówić Harry’emu. Z jednej 
strony nie uważał, że to by  mu jakoś pomogło, a tylko niepotrzebnie 
by  się  dekoncentrował.  Ale  z  drugiej  strony,  gdyby  wiedział,  może 
zaniechałby  tego  głupiego  planu  i  wrócił  do  rodziny.  Z  głośnym 
rykiem  wylądował  obok  chatki,  w  której  paliły  się  światła,  a  już  po 
chwili  z  wnętrza  wybiegł  Kieł.  Hagrid  spojrzał  na  stojącego  w 
drzwiach chłopca, którym w rzeczywistości Harry nadal był i zrobiło 
mu  się  go  szkoda.  Wiele  w  życiu  przeszedł  i  jeszcze  teraz,  kiedy  w 
końcu  spotkała  go  taka  wspaniała  rzecz  –  ożenił  się  i  miało  mu  się 
urodzić  dziecko  –  musiał  z  tego  zrezygnować,  na  rzecz  ratowania 
ś

wiata czarodziejów.  

 

Kiedy  znaleźli  się  w  środku,  Hagrid  usiadł  wygodnie  w  fotelu  i 
jeszcze  przez  chwilę  zastanawiał  się  czy  powinien  mówić  mu,  czego 
się  dowiedział.  Otworzył  oczy  i  zobaczył  jego  błagalne  spojrzenie, 
postanowił, że wyzna  mu prawdę.  Może pobudzi go to do szybkiego 
działania.  

 

-  Dlaczego  u  diabła  mi  nie  powiedziałeś?  –  zapytał  go.  –  O 
horkruksach. O tym, że tydzień temu wzięliście ślub.  

 

- Powiedziała ci? – ucieszył się Harry.  

 

background image

 

 

-  Oczywiście,  poza  tym  –  dodał  –  nosi  na  palcu  obrączkę.  –  Hagrid 
spojrzał  na  dłonie  chłopaka  i  tam  również  ujrzał  złoty  pierścionek.  – 
Ona wie, że żyjesz – wyznał mu. – I wie, że ja o tym wiem i mam z 
tobą kontakt.  

 

- Dlaczego jej powiedziałeś? – zdenerwował się.  

 

-  Nie  powiedziałem  –  bronił  się  olbrzym.  –  Po  prostu  w  pewnym 
momencie  zaczęła  mówić  takie  rzeczy,  że  wiedziałem,  iż  mam  ci  je 
przekazać.  

 

- Co takiego? – ponaglił go Harry.  

 

- Że  masz na siebie uważać. Że cię kocha i wie, dlaczego nie chcesz 
się  ujawnić.  A  także  rozumie  to.  Chociaż  uważa,  że  to  głupie.  I…- 
zamyślił się. – Ona jest w ciąży, Harry.  

 

- Co? – chłopka wstał z fotela.  

-  Spodziewa  się  twojego  dziecka  –  powtórzył  i  patrzyła,  jak  siada  i 
ukrywa twarz w dłoniach. – Radzę ci, abyś znalazł to, czego szukasz, 
kieliszek czy co to tam jest, i natychmiast wracał do żywych, chłopie. 
Do żony i nienarodzonego dziecka.  

 

-  Tak  zrobię  –  powiedział  stanowczo  i  nie  chcąc  kontynuować 
rozmowy, położył się na swoim łóżku.  

 

Harry  nie  spał  dobrze  tej  nocy.  Po  wiadomościach,  jakie  dostarczył 
mu  Hagrid  poprzedniego  wieczoru,  przez  całą  noc  śniła  mu  się 
Hermiona,  trzymająca  na  rękach  niemowlaka  z  blizną  w  kształcie 
błyskawicy  na  czole.  Wyglądali  tak  pięknie  i  spokojnie,  dopóki  jak 
duch,  nie  pojawił  się  Voldemort  i  jednym  machnięciem  różdżki 
pozbawił ich życia. Chłopak obudził się cały zlany potem. Przez całe 
ciało  zaczęły  przechodzić  mu  dreszcze,  ponieważ  ogień  w  kominku 
już  zgasł  i  zrobiło  się  zimno  w  chacie.  Na  dworze  nadal  panowała 
ciemność, a zegarek od państwa Weasley wskazywał czwartą. Położył 

background image

 

 

się  jeszcze  do  łóżka,  ale  nie  był  w  stanie  już  spokojnie  zasnąć.  Gdy 
tylko zamykał oczy widział twarz Hermiony.  

 

Niespodziewanie  poczuł  wielką  ochotę,  aby  ją  zobaczyć.  Zerknął  na 
zegarek, ale minęło dopiero kilka minut od czwartej. Wiedząc, że już 
nie  zaśnie,  Harry  wstał  i  zaczął  się  po  cichu  krzątać  tak,  aby  nie 
obudzić Hagrida, który głośno chrapał. Drzemiący na swoim posłaniu 
Kieł  podniósł  na  chwilę  głowę,  zamerdał  ogonem.  Kiedy  Harry  nie 
zareagował na jego zaczepkę, pies położył łeb na posłaniu i przyglądał 
się  smutnymi  oczami,  co  on  robi.  Nie  do  końca  wiedząc,  co  ma  ze 
sobą zrobić, Harry spakował wszystkie swoje rzeczy i skrobnął kilka 
słów  wyjaśnienia,  aby  przyjaciel  nie  martwił  się  o  niego.  Podszedł 
jeszcze  do  Kła  i  podrapał  go  za  uchem.  Starając  się  poruszać  jak 
najciszej,  młody  czarodziej  podszedł  do  drzwi  i  wyślizgnął  się  na 
zewnątrz. Podszedł do leżącego hipogryfa i nie sprawdzając nawet czy 
zwierzak  śpi,  ukłonił  się  przed  nim.  W  odpowiedzi  usłyszał  jedynie 
cichy  skrzek  i  lekkie  poruszenie  głową,  jakby  Hardodziobowi  nie 
chciało  się  wstawać  z  miękkiego  posłania.  Kiedy  Harry  się 
wyprostował  i  pociągnął  lekko  za  łańcuch  na  szyi  stworzenia,  dając 
mu znak, że czas już wstawać.  

 

- Dalej, Dziobek – mruknął do niego. – Zanim Hagrid się obudzi.  

 

Hipogryf  wstał  niechętnie  i  rozłożył  skrzydła.  Przez  te  kilka  sekund 
wyglądał bardzo groźnie, aż Harry bał się do niego podejść, ale kiedy 
nie poruszył się przez dłuższy czas, chłopak pojął, że to znak, iż może 
bezpiecznie  zająć  miejsce  na  jego  grzbiecie.  Gdy  zaczął  się  unosić, 
ś

wiatła w chatce się zapaliły i ze środka wybiegł Hagrid.  

 

- Harry – krzyczał za nim. – Nie rób kolejnej głupoty.  

 

Ale  Harry  udawał,  że  go  nie  słyszy  i  tylko  jeszcze  bardziej  poganiał 
Hardodzioba.  Spojrzał  w  niebo  i  nie  zwracał  uwagi  na  cichnące  w 
oddali krzyki Hagrida. Już kiedyś leciał na Hardodziobie więc ten lot 
nie  był  dla  niego  czymś  niezwykłym.  Doskonale  pamiętał  jak  ma 
ułożyć  nogi,  aby  było  mu  wygodnie,  a  jednocześnie  żeby  nie 

background image

 

 

krępować  zwierzęcia  w  locie.  A  także,  że  najgorzej  jest  wylądować. 
Tym jednak nie zamierzał się przejmować, ponieważ zanim wylądują 
będą  w  powietrzu  jeszcze  kilka  godzin.  Patrzył  jak  w  oddali  zza 
horyzontu wyłania się słońce i w głębi duszy poczuł ogromny smutek. 
Kolejny  dzień  z  dala  od  bliskich  i  Hermiony.  A  kiedy  pomyślał,  że 
może  jeszcze  przez  długi  czas  nie  zobaczy  ukochanej  i  ich 
nienarodzonego 

jeszcze 

dziecka, 

jego 

sercu 

zagościło 

rozgoryczenie.  Na  samą  myśl,  że  mógłby  nie  widzieć  jak  z  dnia  na 
dzień jej brzuch się powiększa przez rosnące w niej życie, że mógłby 
nie  widzieć  zmian,  jakie  w  niej  zajdą  w  najbliższych  miesiącach, 
doprowadzał  go  do  szału.  Z  każdą  mijającą  minutą  pragnął  jak 
najszybciej  odnaleźć  czarkę  i  zniszczyć  ją,  aby  móc  wrócić  do 
rodziny.  

 

Lot  trwał  długie  godziny,  nim  Harry  wreszcie  postanowił,  że  znalazł 
odpowiednie  miejsce  na  kryjówkę.  Pośród  gór  było  mnóstwo  jaskiń, 
ale większość z nich była albo zbyt  widoczna, albo nie dość głęboka 
dla niego i wielkiego hipogryfa. Kiedy wreszcie znalazł odpowiednie 
miejsce, najpierw okrążył je kilkakrotnie, aby przekonać się czy żadne 
dzikie  zwierze  nie  ma  tam  swojego  legowiska.  Będąc  jeszcze  w 
powietrzu  rozejrzał  się,  ale  w  promieniu  wielu  mil  nie  było  żadnej 
wioski czy obozu. Skierował Hardodziob w wybrane miejsce i szybko 
rozpalił ognisko. Strasznie zmarzł i chciał się jak najszybciej rozgrzać. 
Z  początki  nie  mógł  utrzymać  różdżki  zgrabiałymi  palcami,  ale  po 
kilku  nieudanych  próbach  udało  mu  się  wyczarować  ogień. 
Wypakował całą zawartość plecaka i znalazł kawałek chleba. Widział 
jak hipogryf grzebie pazurami w ziemi, przed jamą i pomyślał, że on 
pewnie też jest strasznie głodny po długim locie. Wstał i podszedł do 
niego.  

 

- Chodź, Dziobek, czas znaleźć nam coś do jedzenia, zanim zapadnie 
zmrok – powiedział i ruszył do lasu.  

 

Teraz, kiedy wiedział, czego może się spodziewać w lasach, rozglądał 
się  w  poszukiwaniu  magicznych  zwierząt.  Kiedy  jednak  ujrzał  przed 
sobą stado saren, żołądek mu się odezwał. Cicho sięgnął po różdżkę i 

background image

 

 

jednym 

machnięciem 

unieszkodliwił 

trzy 

zwierzaki. 

Reszta 

rozpierzchła  się  po  lesie,  a  on  podszedł  do  zdobyczy  i  wrzucił  je  na 
grzbiet  Hardodzioba.  Wrócili  do  kryjówki.  Hipogryf  szybko 
pochłaniał  swoją  porcję,  a  Harry  zajął  się  oddzielanie  od  siebie 
różnych części ciała tak, aby mógł usmażyć je nad ogniem.  

 

Nawet  nie  wiedział  ile  czasu  minęło,  ale  kiedy,  po  długim  czasie 
spojrzał  na  zegarek,  ze  zdziwieniem  stwierdził,  że  dochodziła  już 
niemal  siódma.  Wyjrzał  na  zewnątrz,  gdzie  odpoczywał  hipogryf, 
zobaczył  ciemne  niebo  i  połowę  księżyca.  Przypomniał  sobie,  że  już 
za  kilka  dni  nastanie  pełnia.  Pomyślał  o  biednym  Lupinie,  który  z 
pewnością dobrowolnie zamknie się w odpornej na czary i jego wilczą 
moc  klatce  i  będzie  się  starał  przetrwać  najcięższe  trzy  dni  w 
miesiącu. Uśmiechnął się na myśl, że z pewnością to Lupin jest tym, 
który  najmniej  wierzy  Hermionie  i  o  tym  jak  z  pewnością,  co  dnia 
stara  się  jej  wytłumaczyć,  że  on  nie  żyje.  Lubił  byłego  nauczyciela  i 
nie miał mu za złe, iż stara się myśleć, że on nie żyje. Na jego miejscu 
też by nie wierzył w cuda. Wiedział, że w taki sposób, przyjaciel jego 
ojca  stara  się  pogodzić  z  jego  śmiercią  i  nie  budzić  nadziei,  która 
może prysnąć jak  bańka  mydlana. No i była jeszcze Hermiona, która 
uparcie  wierzyła  w  jego  cudowne  ożywienie.  Według  Lupina 
pomieszało  jej  się  w  głowie  z  tęsknoty  i  rozpaczy,  a  jego  zadaniem 
było dopilnować, aby nie pogrążyła się w jeszcze większej rozpaczy, 
gdy wyjdzie na jaw to, że on naprawdę nie żyje. Aby dziewczyna nie 
zrobiła krzywdy sobie i dziecku. Myśl o tym, że w Londynie czeka na 
niego ukochana, która pod sercem nosi jego syna lub córkę, wywołała 
w nim ciepłe uczucia. Hagrid dobrze zrobił, że mu o tym powiedział. 
Teraz  jego  najważniejszym  zadaniem  będzie  jak  najszybsze 
znalezienie  czarki  i  spotkanie  z  rodziną.  Nawet,  jeżeli  nie  przeżyje 
zbyt  długo,  aby  się  nią  nacieszyć,  chciał  znów  móc  dotknąć 
Hermiony, kochać się z nią, chciał móc zobaczyć jej rosnący brzuch i 
potrzymać  swoje  dziecko  na  rękach,  kiedy  się  urodzi.  Nie  wiedział 
czy będzie mu dane doświadczyć uczucia bycia rodzicem, ale pragnął 
tego,  jak  niczego  innego  na  świecie.  No,  może  poza  byciem  z 
Hermioną.  Ona  z  pewnością  była  pierwsza  na  jego  liście  pragnień. 
Pogrążając  się  we  wspomnieniach,  przypomniał  sobie  jej  pocałunki, 
dotyk i smak skóry, kiedy kochała się z nim, zaledwie dwa dni temu. 

background image

 

 

W jego wspomnieniach pojawił się wyraz jej zamglonych z pożądania 
oczu  i  rumieńce  na  policzkach.  Jęki  rozkoszy,  jakie  wydawała. 
Pożądanie  natychmiast  w  nim  zawrzało.  Starał  się  powstrzymać 
natłok  myśli,  ale  nie  był  już  w  stanie  tego  zrobić.  Położył  się  na 
prowizorycznym posłaniu i opatulił kocami. Zamknął oczy i zasnął. A 
jego snach, tak jak we wspomnieniach była jego żona.  

 

Kiedy  tylko  obudził  się  następnego  ranka  Hardodziob  pochłaniał 
właśnie swoją kolejną zdobycz. Harry spojrzał na zegarek, ale opadł z 
powrotem  na  ziemię,  kiedy  zobaczył,  że  dochodzi  dopiero  ósma. 
Jęknął  i  zacisnął  oczy.  Przypomniał  sobie  całonocny  sen  i  szybko 
wstał.  Zapalił  ogień  i  usiadł,  czekając  aż  się  rozgrzeje.  Sięgnął  po 
kawałek  mięsa,  które  zostało  z  kolacji  i  zjadł  je  z  apetytem.  Kiedy 
skończył  sięgnął  po  plecak  i  zobaczył,  co  takiego  wpakowała  do 
ś

rodka  Hermiona.  Widok  peleryny-  niewidki  bardzo  go  ucieszył,  ale 

zamiast tego sięgnął po jeden z wielkich tomisk, które oczywiście tam 
spakowała.  Zakazane  zaklęcia.  Jedna  z  tych,  które  podstępem 
wykradła z gabinetu Dumbledore’a zaraz po jego pogrzebie. Zagłębił 
się w niej, starając się poznać jak najwięcej zaklęć, które mogą mu się 
w przyszłości przydać.  

 

***PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ*** 

 

Hermiona  siedziała  w  białej  poczekalni.  Zastanawiała  się,  jak  to  jest 
możliwe,  że  znów  wylądowała  u  jednego  z  mugolskich  lekarzy.  Jej 
samopoczucie  stawało  się  z  każdym  dniem  coraz  gorsze.  Jej  dzień 
zaczynał  się  porannymi  mdłościami,  które  tak  naprawdę  trwały  nie 
tylko  rankiem,  ale  przez  cały  dzień,  za  każdym  razem,  kiedy  starała 
się  przełknąć  coś  więcej  niż  suchą  grzankę  czy  kilka  łyków  zielonej 
herbaty, co w sumie skutkowało tym, iż od dnia najazdu na Hogwart 
nie  miała  prawie  nic  w  ustach.  Wszyscy  się  o  nią  martwili. 
Zmizerniała, ciągle była blada i niewyspana. A przecież była w ciąży i 
musiała  na  siebie  uważać,  jak  niezmiennie  przypominała  jej  pani 
Weasley.  

 

background image

 

 

Doskonale  wiedziała,  że  nie  może  udać  się  do  św.  Munga  uznała, 
więc,  że  jedynym  wyjściem,  aby  bezpiecznie  dotrwać  do  końca  tej 
ciąży,  jest  udanie  się  do  mugolskiego  lekarza.  Wiele  godzin 
tłumaczyła  przyjaciołom,  na  czym  polega  zadanie  ginekologa,  zanim 
zgodzili się oni puścić ją na wizytę. Ale nawet i teraz nie miała chwili 
spokoju. Obok niej siedziała Molly z Remusem. We trójkę wyglądali 
jak  prawdziwa  rodzina.  Rodzice  i  córka,  która  pewnie  przez 
przypadek zaszła w ciążę. Niespodziewanie z gabinetu wyszła piękna 
blondynka  z  dość  dużym  brzuchem,  a  za  nią  pielęgniarka  w 
wykrochmalonym  fartuchu  i  sztywnym  czepku,  mająca  koło 
czterdziestu lat. Uśmiechnęła się do wychodzącej kobiety i delikatnie 
poklepała  ją  po  wystającym  brzuchu.  W  ręku  trzymała  podkładkę  z 
listą  pacjentek.  Kiedy  tylko  kobiety  pożegnały  się  po  krótkiej 
rozmowie, pielęgniarka spojrzała na listę i rozejrzała się po sali.  

 

- Hermiona Potter – powiedziała, a Hermiona wstała i skierowała się 
w stronę gabinetu.  

 

Kątem  oka  zobaczyła  jak  Lupin  i  pani  Weasley  wstają  z  zamiarem 
wejścia z nią, ale odwróciła się w ich stronę.  

 

-  Pozwólcie  mi  samej  załatwić  tę  sprawę  –  powiedziała.  –  To  moje 
dziecko i moja rodzina. Dajcie mi trochę swobody.  

 

Odwróciła  się  i  weszła  do  pomieszczenia  za  starszą  kobietą.  W 
gabinecie  za  biurkiem  siedział  młody  lekarz  o  blond  włosach  i 
przystojnej twarzy. Kiedy podniósł na nią oczy poraziły ją one swoim 
kobaltowym  błękitem.  Przez  chwilę  patrzyli  na  siebie,  aż  w  końcu 
Hermiona opuściła oczy i usiadła na krześle. Kiedy znów spojrzała na 
lekarza,  dostrzegła  jego  delikatny  uśmiech.  Odważyła  się  ponownie 
spojrzeć  na  niego  i  już  nie  odwróciła  wzroku.  Przyjemny  uśmiech  i 
ciepłe  spojrzenie  przyciągało  ją  i  przypominało,  że  jeszcze  kilka  dni 
temu  patrzył  na  nią  sam  Harry  Potter,  jej  mąż,  kochanek,  ukochany 
mężczyzna  i  przyjaciel  na  całe  życie.  Znów  poczuła  się  pożądana, 
jednak  oczy  mężczyzny  nie  były  takie,  jak  powinny.  I  w  ogóle 
mężczyzna nie był tym, którego pragnęła.  

background image

 

 

 

Na  polecenie  lekarza,  przeniosła  się  na  leżankę  i  odsłoniła  brzuch. 
Poczuła na skórze zimny żel, a już po chwili doktor zaczął przesuwać 
urządzeniem  od  USG  po  mokrej  mazi.  W  jednej  chwili  na  ekranie 
monitora  ujrzała  swoje  dziecko.  Małego  człowieczka,  który  za  kilka 
miesięcy  zobaczy  świat  własnymi  oczkami.  I  to  będzie  jej  dziełem. 
Nowa duszyczka pozna smak życia dzięki niej i Harry’emu.  

 

- Chce pani usłyszeć bicie serca? – zapytał mężczyzna.  

 

Zdumiona  Hermiona  pokiwała  w  oszołomieniu  głową.  Z  głośników 
popłynął w jej stronę szum, pośród którego dało się słyszeć cichutkie 
bicie  malutkiego  serduszka.  Z  jej  oczu  popłynęły  łzy  radości  i 
zarazem smutku, że jej ukochany nie może tego słyszeć.  

 

- Chciałaby pani, żeby zawołać ojca? – dobiegło ją pytanie.  

 

- Nie ma go tu – odpowiedziała machinalnie.  

 

Nie odzywała się, poza opowiadaniem na zadane pytania wsłuchana w 
odgłos i rytm cichego puk-puk. Wytarła oczy wierzchem dłoni. Kiedy 
lekarz  skończył,  kazał  jej  z  powrotem  usiąść  przed  biurkiem.  Patrzył 
na nią przez dłuższą chwilę.  

 

-  Jest  pani  w  szóstym  miesiącu  –  powiedział  z  westchnieniem.  – 
Wszystko  wydaje  się  być  w  porządku,  jednak  musi  pani  na  siebie 
uważać. Rodzice powinni panią wyręczać w cięższych czynnościach.  

 

Mówił tak, jakby wiedział o niej wszystko i miał prawo się wtrącać.  

 

-  Ci  ludzie  nie  są moimi  rodzicami  –  szepnęła do niego.  –  Zginęli  w 
wypadku rok temu. Oni są jedyną rodziną, jaka nam została – dodała 
głaszcząc się po brzuchu.  

 

background image

 

 

-  Może  w  takim  razie  powinna  się  pani  skontaktować  z  ojcem  pani 
dziecka  –  zaproponował  lekarz.  –  W  takiej  sytuacji  nie  powinien  się 
migać od odpowiedzialności. Powinien się wami zająć.  

 

-  Mój  mąż  również  zginął  kilka  miesięcy  temu  –  odpowiedziała.  – 
Mam chyba strasznego pecha, prawda? Straciłam rodziców, męża i w 
dodatku  muszę  mieć  się  na  baczność  przed  mężczyzną,  który 
pozbawił mnie ukochanego.  

 

- Czy zgłaszała to pani na policję? – zapytał lekarz.  

 

-  Odpowiednie  władze  już  się  tym  zajęły  –  rzekła  i  wstała.  –  Chyba 
powinnam już iść.  

 

- Hermiono… Czy mogę się tak do ciebie zwracać? – zapytał, a kiedy 
się  zgodziła,  dotknął  nieśmiało  jej  ramienia.  –  Są  ludzie,  którzy  ci 
pomogą.  Jeżeli  będziesz  czegoś  potrzebowała,  nawet  towarzystwa, 
ż

eby się wygadać, możesz do mnie zadzwonić.  

 

- Myślę, że powinnam już iść – szepnęła Hermiona.  

 

Czuła  w  brzuchu  dziwne  mrowienie  na  myśl,  że  w  jej  życiu  znów 
mógłby  się  pojawić  jakiś  mężczyzna.  Te  oczy  ją  przyciągały. 
Hipnotyzowały.  Hermina  szybko  wyszła  z  gabinetu  i  nie  patrząc  na 
nikogo,  skierowała  się  do  wyjścia.  Jak  najszybciej  uciekła  od  tego 
mężczyzny  i  jego  niebieskich  oczu.  Pomyślała,  że  przydałby  jej  się 
jakiś  przyjaciel  ktoś,  kto  znał  ją  nie  jako  najlepszą  czarownicę  na 
roku,  ale  jako  zwykłego  mugola.  Nie  zwróciła  uwagi  czy 
towarzyszący  jej  przyjaciele  podążają  za  nią.  Sięgnęła  do  torebki  i 
wyciągnęła  dziesięciofuntowy  banknot.  Kiedy  zmierzali  do  lekarza 
zauważyła niedaleko przystanek autobusowy. Podążyła w jego stronę. 
Miała  szczęście,  ponieważ  jeden  z  autobusów  do  centrum  Londynu 
właśnie  zatrzymał  się  przy  krawężniku.  Wskoczyła  do  środka  i 
dopiero  wtedy  obejrzała  się  na  swoich  przyjaciół.  Starali  się  ją 
dogonić,  ale  zatrzymali  się,  kiedy  weszła  do  pojazdu.  Kupiła  bilet  i 

background image

 

 

gdy mijali oniemiałego Lupina i Molly, usiadła spokojnie na wolnym 
fotelu.  I  wtedy  pomyślała,  że  współpracownik  jej  ojca,  Jason,  nie 
będzie  jej  pamiętał.  Przecież  dokładnie  wymazała  wszystkie 
wspomnienia o sobie każdemu mugolowi, jaki ją znał. Zastanowiła się 
przez  chwilę  i  już  po  kilku  sekundach  przypomniała  sobie 
odpowiednie zaklęcie. Skupiła się chwyciła różdżkę, znajdującą się w 
kieszeni i wypowiedziała formułkę. Jej rodzice nadal mieli myśleć, że 
nie  istnieje,  ale  zmodyfikowała  zaklęcie  tak,  aby  ludzie  znający  jej 
rodzinę  myśleli,  że  oni  nie  żyją,  a  ona  została  sama.  Teraz  jednak 
wszyscy  jej  dawni  znajomi  mugole  pamiętali  ją  i  spokojnie  mogła 
zwrócić się o radę do kogoś, kto zawsze miał dla niej czas.  

 

Autobus  zatrzymał  się  przy  Kensington  Road,  skąd  mogła  już  bez 
problemu  dostać  się  do  starego  gabinetu  ojca  przy  Imperial  Collage 
Road, kilka ulic dalej. Musiała się przejść, nie czuła się dobrze. Miała 
mdłości  i  kręciło  jej  się  w  głowie.  Wykończyło  ją  skomplikowane 
zaklęcie  i  emocje  dzisiejszego  dnia.  Szła  powoli  i  przyglądała  się 
przechodzącym  obok  ludziom.  Kilka  krotnie  zdawało  jej  się,  że  tu  i 
ówdzie  widziała,  jak  któryś  z  przechodniów  kłaniał  jej  się  lub  sięgał 
pod płaszcz, jakby chciał użyć różdżki, ale uznała, że to niemożliwe.  

 

Kiedy  wreszcie  dotarła  do  starego  budynku,  w  którym  jako  dziecko 
spędzała  wiele  godzin,  poczuła  znajomy  zapach.  W  oczach  znów 
zakręciły jej się łzy, ponieważ  wszystko w tym  miejscu kojarzyło jej 
się  z  rodzicami.  Lada  recepcyjna  nadal  wyglądała  na  starą,  zawaloną 
różnymi  papierami  i  kartami  pacjentów.  Starsza  kobieta,  siedząca  na 
krześle,  cicho  mruczała  pod  nosem  i  Hermiona  doskonale  wiedziała, 
ż

e  stara  pani  Benson  wścieka  się  na  kolejny  program  komputerowy, 

który Jason kazał jej na pewno opanować. Była to zazwyczaj spokojna 
i  pogodna  osoba,  ale  kiedy  musiała  uruchomić  „tą  przeklętą  bestię” 
jak  nazywała  komputer,  zmieniała  się  w  diabła.  Warczała  na 
pacjentów,  ale  ci  starzy,  którzy  od  lat  leczą  się  w  klinice  Grangera, 
znali ją i nie zwracali uwagi na jej humory. A kiedy w takich chwilach 
podchodził  do  niej  Jason  powstrzymywała  się,  aby  nie  rzucić  się  na 
niego.  

 

background image

 

 

Ten  facet  od  ośmiu  lat,  czyli  od  kiedy  zaczął  pracować  z  jej  ojcem, 
zaraz  po  studiach,  próbował  unowocześnić  klinikę,  ale  jego 
pracodawca  powoli  i  ostrożnie  zgadzał  się  na  zmiany.  Tego  dnia 
poczekalnia  była  pusta,  co  bardzo  ją  zdziwiło.  Nie  pamiętała,  kiedy 
ostatnio był tu taki spokój. Zawsze znajdowało się przynajmniej troje 
ludzi.  Wzruszyła  ramionami  i  podeszła  do  kontuaru.  Odchrząknęła, 
ale  kiedy  nie  otrzymała  odpowiedzi  zajrzała,  co  takiego  zajęło  panią 
Banson,  że  nawet  nie  zwróciła  na  nią  uwagi.  Rzeczywiście  zmagała 
się z jakimś programem, ale nie był on znów taki trudny.  

 

-  Ten  chłopak  wpędzi  mnie  do  grobu  –  mruknęła.  –  Jak  można  to 
zmienić?  

 

-  Powinna  pani  spróbować  kombinacji  Shift  i  Alt  –  powiedziała  ze 
ś

miechem Hermiona.  

 

-  Dziękuję  pani…  -  staruszka  podniosła  głowę,  aby  na  nią  spojrzeć  i 
zamarła.  

 

Hermiona uśmiechnęła się do niej promiennie. Pani Benson podniosła 
się  z  krzesła  z  okrzykiem  radości  i  wybiegła,  by  ją  mocno  przytulić. 
Hermiona  poczuła  się  niemal  jak  kiedyś.  Starsza  pani  i  Jason 
wiedzieli,  że  chodziła  do  szkoły  dla  dzieci  z  wyjątkowymi 
zdolnościami, ale nie wiedzieli, jakiego rodzaju są te zdolności.  

 

-  Pani  Benson,  co  to  za  hałas?  –  zapytał  Jason,  kiedy  wyjrzał  z 
gabinetu, zaalarmowany jej krzykiem.  

 

Spojrzał na Hermionę i uśmiechnął się do niej szeroko.  

 

- Popatrz, kto nas odwiedził – powiedziała kobiet ze łzami w oczach. 
–  Hermiono,  kochanie,  myślałam,  że  już  cię  więcej  nie  ujrzę. 
Wypiękniałaś. Stałaś się kobietą. I troszeczkę przytyłaś –poklepała jej 
brzuch.  -  Jak  w  szkole?  Na  pewno  dobrze,  zawsze  byłaś  bardzo 
zdolna. A gdzie teraz mieszkasz?  

background image

 

 

 

Hermiona  nie  wiedziała,  na  które  z  pytań  najpierw  powinna 
odpowiedzieć.  Zaśmiała  się  tylko  i  jeszcze  raz  mocno  przytuliła 
kobietę. Zaraz jednak odwróciła się w stronę starego przyjaciela i jego 
również  przytuliła.  Poczuła  znajomy  zapach  pasty  do  zębów  i 
gabinetu dentystycznego.  

 

- Może pozwoliłaby pani najpierw dziewczynie usiąść? – zaśmiał się 
Jason, oddając jej mocny uścisk.  

 

-  Chodź,  kochanie,  napijemy  się  herbatki  i  zjemy  coś  słodkiego.  Ty 
również możesz iść, przeklęty diable – zwróciła się do stojącego obok 
mężczyzny.  

 

Oboje poszli za kobietą do kuchni. Usiedli i czekali aż postawi przed 
nimi filiżanki z napojem i talerzyk z ciastkami.  

 

- Opowiadaj – ponaglił ją Jason. – Co u ciebie słychać?  

 

- Nic szczególnego – zastanawiała się, od czego ma zacząć.  

 

Czy mogła powiedzieć przyjaciołom o ostatnich wydarzeniach, w taki 
sposób,  aby  nie  wyjawić  im  najgorszej  prawdy?  Zastanowiła  się  i 
pomyślała, że opowie im tylko o swoich osobistych problemach.  

 

- Jestem w ciąży – szepnęła i rozpłakała się.  

 

Poczuła  jak  wokół  niej  zaciskają  się  ramiona  Jasona,  który  chciał  ją 
pocieszyć.  Wtuliła  się  w  niego  i  po  raz  pierwszy  od  zniknięcia 
Harry’ego poczuła, że znów może oddychać pełną piersią.  

 

- Kim jest ojciec? – zapytała cicho pani Benson.  

 

background image

 

 

- Kolega ze szkoły, Harry Potter – powiedziała, kiedy się uspokoiła.  

 

-  Twój  ojciec  zawsze  powtarzał,  że  to  jeden  z  twoich  najlepszych 
przyjaciół  –  zdziwił  się  Jason.  –  Dużo  opowiadał  o  nim  i  Ronie,  ale 
zawsze wypowiadał się w sposób bardzo miły.  

 

-  Bo  tak  jest.  Harry,  od  kiedy  zaczęłam  się  uczyć  w  tej  szkole  był 
moim  najlepszym  przyjacielem  –  odparła  żarliwie  Hermiona,  kiedy 
siedziała  już  prosto  na  krześle.  Łzy  przestały  już  płynąć  i  mogła  się 
uspokoić.  –  Zresztą  tak  jak  i  Ron,  którego  rodzice  przygarnęli  mnie 
rok temu.  

 

- Co się więc stało? – dopytywała się zatroskana kobieta.  

 

-  Ponad  rok  temu  Ron  i  jego  siostra  Ginny,  dziewczyna  Harry’ego, 
zginęli podczas tego pożaru poza granicami Londynu – powiedziała.  

 

Mugolskie  prasy  opisały  całe  zdarzenie,  jako  zwykły  pożar,  podczas 
gdy tak naprawdę, była to wielka bitwa czarodziejów. Ale mugole nie 
mogli wiedzieć o tym nic więcej.  

 

- Mnie i Harry’emu udało się przeżyć, chociaż on przez tydzień leżał 
w  śpiączce.  Dyrektor  naszej  szkoły  również  zmarł.  Mieliśmy 
problemy  kadrowe.  Obecna  dyrektorka  poprosiła  mnie  i  Pottera  o 
zajęcie  miejsca  dwójki  nauczycieli  –  dodała  z  uśmiechem.  Oboje 
wyglądali jakby byli pod wrażeniem ich osiągnięć. – Ale w poł roku 
temu szkoła została napadnięta, przez ludzi, którzy wzniecili pożar.  

 

- Ale dlaczego? Czy to ma jakiś związek z tobą? – zmartwił się Jason.  

 

-  Rodzice  Harry’ego  zginęli,  broniąc  go,  kiedy  przywódca  tej  grupy 
został ciężko ranny.  To oni nas atakowali. Chcieli go  zabić. Pomścić 
klęskę swojego przywódcy – wytłumaczyła najlepiej jak mogła.  

 

background image

 

 

-  Hermiona,  powinnaś  unikać  takiego  towarzystwa  –  szepnęła  pani 
Benson.  

 

-  Nie  mogłam.  Mnie  samej  Harry  i  Ron  uratowali  życie  kilka  razy  – 
uśmiechnęła się. – No i kocham Harry’ego. To jego dziecko.  

 

-  Więc  gdzie  on  jest?  –  dopytywał  się  Jason.  W  jego  oczach  pojawił 
się  ogień,  ale  Hermiona  położyła  dłoń  na  jego  dłoni  i  trochę  się 
uspokoił.  

 

- Tego nie wiem – powiedziała. – Ale wielu ludzi uważa, że Harry nie 
ż

yje.  Ja  myślę,  że  się  ukrywa,  aby  mnie  i  dziecku  nic  się  nie  stało. 

Stara się stworzyć dla nas bezpieczny świat. Poluje na tego człowieka, 
chce go zabić. A kiedy to się stanie, będzie mógł wrócić i być z nami.  

-  To  wygląda  bardzo  niesamowicie,  Hermiono  –  zauważyła  pani 
Benson.  

 

- Wiem, ale to i tak nie jest cała prawda – zaśmiała się dziewczyna. – 
Może kiedyś wam opowiem.  

 

- Gdzie teraz mieszkasz? – Jason zmienił temat.  

 

- Z Weasley’ami tutaj w Londynie. Harry zapisał mnie i im swój dom 
po  ojcu  chrzestnym  –  wyjaśniła.  –  Nie  wiedział  o  dziecku.  Zaledwie 
tydzień  przed  jego  zginięciem  wzięliśmy  ślub  –  uśmiechnęła  się, 
pokazując im obrączkę.  

 

-  Już  myślałem,  że  będę  musiał  złoić  mu  skórę  –  zaśmiał  się 
przyjaciel.  

 

-  Tak  się  cieszę,  Hermiono,  kochanie.  Jasonie,  przynieś  tego 
szampana,  którego  pan  Granger  chował  na  specjalne  okazje  – 
poprosiła  mężczyznę.  Kiedy  wyszedł  zwróciła  się  po  cichu  do 
Hermiony. – Posłuchaj  mnie, kochanie – złapała ją za rękę. – Wiem, 

background image

 

 

jaka  jest  prawda.  Moi  rodzice  byli  czarodziejami,  ja  niestety,  nie 
odziedziczyłam  tej  zdolności,  chociaż  uczyłam  się  w  Hogwarcie. 
Powiedz mi, jak było naprawdę.  

 

Hermiona  zdziwiona,  otworzyła  szeroko  oczy  i  przez  dłuższą  chwilę 
przyglądała  się  kobiecie,  którą  znała  prawie  całe  życie.  Nigdy  nawet 
słowem nie wspomniała o swoim pochodzeniu. Takie niespodziewane 
ujawnienie się, wywołało w Hermionie strach.  

 

-  Nie  musisz  się  mnie  obawiać  –  kobieta  odgadła  jej  myśli.  –  Kiedy 
dla Dumbledore’a stało się jasne, że jesteś wyjątkowym dzieckiem, a 
zawsze taka byłaś, wysłał mnie tu, aby miała na ciebie oko. Należę do 
Zakonu  Feniksa.  Molly  i  Artur  znają  mnie  bardzo  dobrze,  razem 
uczyliśmy się w Hogwarcie.  

 

Zamieszanie w głowie nastolatki rosło z sekundy na sekundę. Patrzyła 
na panią Benson z przerażeniem. Nie  mogła wydobyć  z siebie głosu, 
nawet,  kiedy  Jason  wszedł  do  pomieszczenia  z  szampanem  i 
uśmiechem  na  ustach.  Nie  zwrócił  uwagi  na  ciszę,  jaka  zapadła,  po 
jego wejściu. Rozlał obu kobietom po kieliszku szampana i podał im. 
Bez przerwy mówił o tym, jacy jej rodzice byli z niej dumni. Przestał 
dopiero,  kiedy  nad  drzwiami  wejściowymi  zabrzmiał  dzwonek. 
Hermiona  również  się  ocknęła  i  złapała  przyjaciela  za  rękę,  zamin 
wyszedł.  

 

-  Jason,  obiecaj  mi,  że  nikomu  nie  powtórzysz  tego,  co  wam 
powiedziałam – poprosiła go. – Prawda nie może wyjść na jaw, nawet, 
jeżeli nie bardzo w nią wierzysz.  

 

Mężczyzna  spojrzał  na  nią  i  przez  chwilę  wyglądał,  jakby  chciał  coś 
powiedzieć.  Ale  już  po  chwili  kiwnął  głową,  jakby  pojął  wagę 
sytuacji. Opuścił pomieszczenie, już nie w tak dobrym nastroju. Obie 
kobiety usłyszały, jak zaprasza pacjętkę do gabinetu, ale nadal żadna z 
nich  się  nie  odezwała.  Przez  dłuższą  chwilę  nadal  panowało 
milczenie. Hermiona wpatrywała się w panią Benson z napięciem. W 
obecnych czasach musiała uważać na każdego, kto mówił jej podobne 

background image

 

 

rzeczy. Każdy mógł się okazać szpiegiem Voldemorta. A tę staruszkę 
znała  prawie  całe  życie.  i  nawet,  kiedy  dowiedziała  się,  że  jest 
czarownicą, ona nawet nie zająknęła się o tym, kim jest naprawdę.  

 

-  Nie  patrz  tak  na  mnie  –  szepnęła  pani  Benson.  –  Nie  chciałam 
wytrącić cię z równowagi. Tylko, że od tygodnia nie miałam żadnych 
wieści  o  sytuacji  w  świecie  czarodziejów.  Voldemort  zablokował 
„Proroka”.  Nikt,  kto  nie  jest  czarodziejem  czystej  krwi,  nie  ma 
ż

adnych wieści.  

 

Hermiona  otrząsnęła  się  z  zamyślenia  i  zaczęła  myśleć.  Może  pani 
Benson  naprawdę  była  córką  czarodziejów?  Czy  przysłał  ją 
Dumbledore? Tego już się nie dowie.  

 

-  Po  ataku  na  Hogwart  sama  nie  miałam  zbyt  wielu  wiadomości  o 
tym, co się dzieje w świecie czarodziejów – powiedziała ostrożnie. – 
Mieszkam z Weasley’ami. W sumie to już wam o tym powiedziałam.  

 

-  Wiem,  ale  chcę  usłyszeć,  co  się  dzieje  poza  umysłem  mugoli  – 
nalegała staruszka.  

 

-  Ale  sama  niewiele  mogę  pani  powiedzieć,  pani  Benson  – 
odpowiedziała  jej  dziewczyna.  –  Jesteśmy  zamknięci  i  nie  mamy 
dostępu do świata czarodziejów. Ja, Weasley’owie ze swoimi dziećmi, 
Remus  Lupin  i  Tonks,  Shacklebolt…  wszyscy  utkwiliśmy  w 
Londynie i nie wiemy jak się to skończy. Hagrid przebywa gdzieś na 
końcu  kraju.  A  Harry  zginął  podczas  napadu  na  Hogwart.  Świat 
czarodziejów jest pogrążony w rozpaczy, bo jedyna nasza nadzieja na 
pokonanie Voldemorta nie żyje.  

 

-  Ale  mówiłaś,  że  on  się  po  prostu  przyczaił  –  zawołała  cicho 
zdruzgotana kobieta.  

 

- Pani Benson, wszyscy w Hogwarcie widzieliśmy jak Harry pada od 
morderczego zaklęcia przeznaczonego dla mnie – szepnęła Hermiona. 

background image

 

 

–  Ja  mam  tylko  niezłomne  przeczucie,  głęboko  w  sercu,  że  jeżeli  on 
naprawdę  by  umarł,  to  bym  to  poczuła.  Straciłabym  przecież  część 
siebie.  A  nic  takiego  się  nie  stało.  Nadal  czuję  się  kompletna.  Na 
nawet bardziej, od kiedy wiem, że jestem w ciąży.  

 

Hermiona  położyła  dłoń  na  brzuchu  i  uśmiechnęła  się  z  czułością. 
Przez  chwilę  miała  nieobecny  wyraz  twarzy,  ale  już  po  chwili 
usłyszała,  że  znów  ktoś  wchodzi  do  kliniki.  Zaabsorbowana  pani 
Benson  wstała  z  krzesła  i  powoli  skierowała  się  w  stronę  recepcji. 
Hermiona  nie  zwracała  na  nic  uwagi,  myśląc  o  rosnącym  w  niej 
szczęściu,  dopóki  nie  dobiegł  jej  krzyk  pani  Benson.  Szybko 
podniosła  się  z  krzesła  i  z  wyciągniętą  różdżką  pobiegła  za  kobietą, 
gotowa do ataku. Kiedy tylko znalazła się w drzwiach prowadzących 
na  poczekalnię,  od  razu  rozpoznała  rude  włosy  Molly,  pomimo  iż 
kobieta  stała  odwrócona  do  niej  tyłem.  Witała  się  z  panią  Benson. 
Zaciekle  o  czymś  rozmawiały,  a  kiedy  Hermiona  pojawiła  się  w 
drzwiach natychmiast odwróciły się w jej stronę. Z twarzy jej obojga 
opiekunów  zniknął  strach,  ale  w  jego  miejsce  pojawił  się  gniew. 
Dziewczyna od razu wiedziała, że będzie miała kłopoty.  

 

- Hermiono – powiedział do niej Lupin.  

 

- Przepraszam, zdenerwowałam się – szepnęła ze spuszczoną głową.  

 

Schowała  różdżkę  do  kieszeni  i  ze  łzami  w  oczach  przytuliła  się  do 
Lupina.  Poczuła  jak  jego  ramiona  zaciskają  się  wokół  niej  i 
całkowicie się rozpłakała. Myślała o przyszłości, która z każdym dnie 
coraz bardziej wyglądała na samotną. Nie potrafiła już myśleć o tym, 
ż

e Harry kiedyś do niej wróci. Minęło zbyt wiele czasu. Prze te sześć 

miesięcy powinien był już coś zdziałać, gdyby żył. Odwiedzający ich, 
co kilka tygodni Hagrid utwierdzał ją w jej przeczuciach, ale były one 
coraz słabsze.  

 

Pożegnała  się  z  przyjaciółmi  i  razem  ze  swoimi  opiekunami  wróciła 
na  Grimmaud  Place.  Kiedy  tylko  znaleźli  się  w  kuchni  wszyscy 
zaczęli  ją  o  wszystko  wypytywać.  Nie  wiedziała,  na  które  pytanie 

background image

 

 

odpowiedzieć  w  pierwszej  kolejności,  kiedy  ktoś  zastukał  do  drzwi. 
Spojrzeli w tamtym kierunku. Pukanie to nie było dobre słowo. Ktoś 
łomotał w drzwi z szalonym zapałem. Pan Weasley i Kingsley wstali 
ostrożnie  i  poszli  w  tamtym  kierunku.  Inni  skradali  się  za  nimi 
ostrożnie.  Wtem  usłyszeli  ciche  przekleństwa  i  Hermiona  od  razu 
rozpoznała Hagrida.  

 

- Trzymaj się, chłopie – powiedział do kogoś. – Jeżeli nikogo nie ma 
w domu, zaraz wyważymy te drzwi. Dziobek, uspokój się – huknął.  

 

- Otwórzcie mu – powiedziała Hermiona.  

 

Lupin szybko wymienił spojrzenia z towarzyszem i ostrożnie podeszli 
do  drzwi.  Kiedy  usłyszeli  kolejne  przekleństwa  padające  z  ust 
stojącego  na  zewnątrz  olbrzyma,  otworzyli  szeroko  drzwi  i  ze 
zdziwieniem pozwolili mu wejść do środka. Stojący za nim hipogryf, 
wtoczył  się  za  nim  do  środka.  Wszyscy  od  razu  zobaczyli  jego 
poranione  skrzydła  i  łapy,  ale  ich  wzrok  padł  na  trzymaną  przez 
przyjaciela postać. Z tej odległości i ułożenia ciała chłopaka nie mogli 
rozpoznać, kim on jest, ale wiedzieli, że gdyby był to ktoś zły, Hagrid 
z pewnością nie przyprowadził go do ich kryjówki.  

 

Wielkolud od razu pomaszerował do salonu, a Hardodziob wspiął się 
po schodach na górę. Nikt nie ruszył się z miejsca, dopóki nie dobiegł 
ich przeraźliwy jęk rannego. Molly od razu ruszyła za przybyszami do 
salonu.  Kiedy  tylko  znalazła  się  przy  chorym  i  ujrzała  jego  twarz 
krzyknęła cicho i zakryła usta dłonią, patrząc na niego z przerażeniem 
i  niedowierzaniem.  Spojrzała  na  biegnących  w  jej  stronę  przyjaciół. 
Kręciła  głową  i  gdy  tylko  mąż  zajął  miejsce  obok  niej  złapał  go  za 
rękę.  Wszyscy  obecni  patrzyli  na  chorego  równie  wstrząśnięci  jak 
pani Weasley, ale kiedy Lupin spojrzał z przerażeniem na Hermionę, 
która  nadal  stała  w  drzwiach,  dziewczyna  wiedziała,  że  coś  jest  nie 
tak.  Wolno  podeszła  do  kanapy  i  spojrzała  wprost  na  nieruchomą 
twarz Pottera. Niewiele się zmienił przez ten czas, kiedy go nie było, 
ale  nie  dało  się  ukryć  upływu  czasu.  Wymizerniał  i  wychudł.  Włosy 
miał  nierówno  przycięte,  jakby  robił  to  samodzielnie.  I  mogłoby  się 

background image

 

 

wydawać,  że  po  prostu  śpi,  gdyby  nie  rany  na  twarzy  i  ciele. 
Wstrzymała  oddech,  kiedy  zobaczyła  długą  szramę  w  rozdarciu 
rękawa.  

 

Szybko  uklękła  obok  niego  i  zaczęła  oglądać  wszystkie  jego  rany.  Z 
przerażeniem  zobaczyła  wielkie  siniaki  na  żebrach,  a  kiedy  dotknęła 
ich, Harry zajęczał. Na ten dźwięk obudziła się także pani Weasley i 
uklękła  obok  Hermiony.  Obie  kobiety  uniosły  chłopaka  za  pomocą 
czarów  i  poniosły  go  do  sypialni.  Po  policzkach  Hermiona  płynęły 
łzy.  

 

-  Arturze,  weź  moją  książkę  i  chodź  z  nami  –  powiedziała  do  niego 
ż

ona.  

 

- Ktoś powinien zająć się też Hardodziobem – powiedziała Hermiona.  

 

- Ja to zrobię – zgłosił się Hagrid.  

 

Nikt  się  temu  nie  sprzeciwił,  gdyż  on  jedyny  nie  bał  się  zwierzaka. 
Wszyscy z wyjątkiem dwóch kobiet, Hagrida, Artura i Lupina usiedli 
na wolnych fotelach w salonie i nie powiedzieli ani słowa. W sypialni 
pani  Weasley  położyła  Harry’ego  na  łóżku  i  od  razu  sięgnęła  po 
przyniesioną  przez  męża  książkę.  W  tym  samym  czasie  Remus 
pomagał  Hermionie  pozbywać  się  ubrań  z  poranionego  ciała 
chłopaka.  Z  pokoju  nad  nimi  dobiegł  ich  skrzek  Dziobka,  ale  nie 
zwrócili na to uwagi. Hermiona była przerażona rozległością obrażeń. 
Szybko  wstała  i  przyniosła  z  łazienki  miskę  z  ciepłą  wodą  i  gąbkę. 
Starała  się  jak  najstaranniej  obmyć  skaleczenia,  ale  przy  każdym 
dotknięciu, z ust Harry’ego wydobywał się jęk bólu.