background image

Dorota Klus-Stańska 
 

Polska rzeczywistość dydaktyczna – paradygmatyczny taniec św. Wita

1

.  

 

„Taniec  św.  Wita”  to  historyczna,  dziś  bardziej  potoczna  nazwa  ciężkiego  chorzenia  centralnego  układu 
nerwowego – pląsawicy Huntingtona. Choroba ma przebieg neurodegeneracyjny, postępujący w czasie, a 
polega  przede  wszystkim  na  niekontrolowanych  ruchach  oraz  upośledzeniu  intelektualnym.  Choroba 
określana  jest  jako  podstępna,  gdyż  przez  długi  czas  jej  symptomy  nie  są  widoczne.  Przyczyną  jest 
dziedziczony  gen  dominujący.  Pląsawica  Huntingtona  jest  nieuleczalna,  można  jedynie  łagodzić  jej 
objawy,  takie  jak  spastyczność  ruchów  i  utrata  ich  precyzji,  napięcie  mięśniowe,  pojawianie  się  ruchów 
niekontrolowanych i niecelowych, brak koordynacji i splątanie umysłowe. 
Dla  analizy  paradygmatów  dydaktycznych  taniec  św.  Wita  jest  metaforą,  którą  na  wstępie  jedynie 
sygnalizuję, ujawni się ona w niektórych interpretacjach identyfikowanych paradygmatów, a wrócę do niej 
w podsumowaniu. 
 

Wprowadzenie w 1962 roku przez Thomasa Khuna w prowokacyjnej książce  Struktura rewolucji 

naukowych  opisu  paradygmatu  –  jako  zbioru  pojęć  i  teorii  powstającego  w  wyniku  konsensusu 
społecznego  i  stanowiącego  dla  nauki  podstawy  niekwestionowanego  tak  długo,  jak  długo  dany 
paradygmat  jest  owocny  poznawczo  –  zapoczątkowało  w  nauce  odejście  od  założenia  o  liniowym, 
kumulatywnym  rozwoju  wiedzy  i  możliwej  absolutnej  słuszności. W  ciągu  ostatnich  kilku  dziesięcioleci 
nauki społeczne na świecie, w tym pedagogika, przeżyły  głęboki przełom teoretyczny i  metodologiczny, 
przechodząc od monistycznego modelu jednej nauki i racjonalności do uznania myślenia dyskursywnego i 
paradygmatyczności teorii jako ich konstytutywnej i badawczo obiecującej cechy. 
O ile jednak na Zachodzie uznanie pełnoprawności ujęć dotychczas nieobecnych lub marginalizowanych w 
nauce  jest  bardzo  widoczne,  o  tyle  w  polskich  naukach  społecznych  zaistniały  one  z  dużo  mniejszą 
intensywnością, a w niektórych – niemal wcale. Pedagogika polska dość wyraźnie odpowiedziała na nowe 
założenia  filozoficzne  i  metodologiczne,  jakie  zaproponował  antypozytywizm,  jednak  reakcja  była 
nierównomiernie nasilona w równych jej działach. Wydaje się, że dydaktyka należy do tych obszarów, w 
których  nowa  świadomość  teoretyczno-metodologiczna  nie  rozwinęła  się  niemal  w  ogóle,  a  dydaktyki 
szczegółowe  wydają  się  wręcz  przesycone  miazmatami  uprzednich,  wyeksploatowanych  i  jałowych  już 
rozwiązań. 
 

A jednak liczne odwołania do koncepcji innych niż tradycyjny, pozytywistyczny paradygmat dają 

się  łatwo  odnaleźć  w  publikacjach  dydaktycznych  i  metodycznych,  co  świadczy  o  pewnej  tęsknocie  za 
nowymi ujęciami. Jednak, jak to czasami bywa z tęsknotą, pozostaje ona bardziej w sferze emocji, marzeń 
na jawie, sentymenty niż intelektualnego namysłu. Pojawienie się wielości odwołań paradygmatycznych w 
dydaktyce,  a  zwłaszcza  w  dydaktykach  szczegółowych,  niekoniecznie  wynika  bowiem  z  rosnącego 
zainteresowania ontologią i epistemologią leżącą u ich podstaw i dokonywaniem świadomego ich wyboru. 
Ich realizacja i wzmacnianie odbywa się często niejako wbrew „woli” osób je uprawiających, gdyż są w 
nich zanurzone bezrefleksyjnie, nawykowo, nierzadko uzasadniając je za pomocą retoryki zapożyczonej z 
paradygmatów  zupełnie  odmiennych,  nawet  sprzecznych,  choć  kuszących  niekrytycznie  akceptowaną 
atrakcyjnością. Przywołam kilka przykładów. 
 

Jednym  z  głównych  pomysłów  ostatniej  reformy  systemu  oświatowego  było  wprowadzenie  w 

klasach  początkowych  nauczania  zintegrowanego.  Ta  jedna  z  najsłabiej  przemyślanych  przez  polskich 
urzędników  idei  została  sprowadzona  do  zniesienia  przerw  lekcyjnych  i  tradycyjnego  podziału  na 
przedmioty. Nie wpłynęła natomiast na strategię nauczania, nie zmieniła oblicza dydaktycznego szkoły, nie 
zmodyfikowała strategii opracowywania wiedzy. Jednak zyskała ona ogromny poklask wśród nauczycieli 
edukacji  wczesnoszkolnej,  a  na  uniwersytetach  (w  co  trudno  uwierzyć)  przyczyniła  się  nawet  do 
wprowadzenia  przedmiotu  „edukacja  zintegrowana”  na  wzór  polityki  oświatowej  czy  psychologii 

                                                           

1

  Tekst  pochodzi  z:  Paradygmaty  współczesnej  dydaktyki,  w:  L.  Hurło,  D.  Klus-Stańska,  M.  Łojko  (red.).  Tekst 

przygotowany do celów dydaktycznych – niekompletny. 

background image

klinicznej.  W  wielu  artykułach  promujących  tak  rozumianą  integrację,  przywoływano  nazwisko  Basila 
Bernsteina  i  jego  koncepcję  programów  typu  kolekcja  i  integracja.  Zapomniano  przy  tym  (a  może  nie 
doczytano  –  prace  Bernsteina  nie  należą  do  najłatwiejszych  w  recepcji,  co  może  zniechęcać  edukatorów 
nauczycieli wychowanych na poradnikach metodycznych), że Bernstein definiował integrację, odwołując 
się do stopnia kontroli, jaką ma uczeń nad wyborem, organizacją, tempem i rozkładem wiedzy w procesach 
jej pedagogicznego opracowywania, z rozmyciem izolacji między wiedzą szkolną i potoczną, z naciskiem 
na  drogi  poznania,  a  nie  na  zasoby  wiedzy,  z  odejściem  od  korekcyjnego  formowania  określonych 
tożsamości (czyli tego, co powszechnie nazywane jest wychowaniem) i traktowanie wiedzy jako prywatnej 
własności  używanej  w  procesach  rywalizacji  społecznej.  Nie  wiązał  natomiast  integracji  z  brakiem 
przedmiotów (utrzymując, że również nauczyciel przedszkola może działać zgodnie z kodem lekcji) ani z 
młodszym wiekiem uczniów (pisał o integracji w szkołach średnich i na uniwersytetach

2

 

Odwołania  do  Basila  Bernsteina  i  do  wprowadzonej  przez  niego  kategorii  kodów  językowych 

znajdujemy  też  w  najnowszym,  podbijającym  polski  rynek  wydawniczy  dla  nauczycieli,  podręcznik 
dydaktyki

3

.  Jednak  koncepcja  kodów  ograniczonego  i  rozwiniętego  jest  w  nim  interpretowana  w  zgoła 

oryginalny  sposób.  O  ile  Bernstein  postrzegał  język  socjalizacji  pierwotnej  w  ścisłym  związku  z  jego 
funkcjami  poznawczymi  (świat  jest  nie  tyle  opisywany,  ale  przede  wszystkim  poznawany  za  pomocą 
języka),  wyróżnione  kody  opisywał,  lecz  nie  wartościował,  a  przyczyn  porażek  edukacyjnych  uczniów 
realizujących  kod  ograniczony  upatrywał  w  nieakceptowaniu  przez  szkołę  ich  językowo-poznawczych 
strategii  kategoryzowania  rzeczywistości

4

,  o  tyle  autor  wspomnianego  podręcznika  –  jak  to  określa  – 

skutecznej dydaktyki, opisując ucznia posługującego się kodem ograniczonym, pisze: 

Takim  kodem  posługuje  się  najchętniej  Andrzej  i  wcale  nie  chce  go  zmienić.  Na  pytania 
odpowiada pojedynczymi słowami, a budowanie dłuższych zdań złości go i męczy

5

 

Dodajmy, że autor książki identyfikuje kod ograniczony z socjalizacją w domu pełnym agresji, w 

efekcie czego uczeń posługujący się takim językiem, „nie rozumie tolerancji, kompromisu, dobrego serca – 
podejrzewa  w  nich  fałsz  lub  podstęp”,  „denerwują  [go]  klasowe  dyskusje”,  a  w  edukacji  liczy  tylko  na 
zdobycie  „papierów”  z  uwagi  na  swoje  „zamknięte  horyzonty”

6

.    Leń  i  minimalista  to  obraz  młodego 

człowieka ze środowiska robotniczego, jaki wyłania się z tej „nowej dydaktyki”. 
 

Kolejny przykład dotyczy konstruktywizmu, nurtu, który z impetem został wpisany na transparenty 

dydaktyczne. Niemal nie ma dziś pracy z zakresu dydaktyki ogólnej i dydaktyk szczegółowych, gdzie hasło 
‘konstruktywizm” i wizja ucznia „konstruującego swoją wiedzę” nie byłyby wielokrotnie przywoływane. 
Niestety,  mamy  tu  do  czynienia  z  kilkoma  podstawowymi  nieporozumieniami.  Pierwsze  polega  na 
wzruszająco naiwnym zakładaniu tożsamości między konstruktywizmem jako kategorią uczenia się a jego 
bardziej lub mniej przemyślanymi i bardziej lub mniej udanymi upraktycznionymi transformacjami (teorią 
nauczania). Tymczasem konstruktywizm jest modelem teoretycznym, za pomocą którego można wyjaśnić i 
interpretować rzeczywistość (np. badać, co dzieje się w klasie szkolnej), ale nie jako instrukcją, jak działać. 
Zarówno  aplauz  dla  instruktażowego  konstruktywizmu  z  uwagi  na  często  formułowane  na  jego  gruncie 
urokliwe deklaracje, jak i jego krytyka z powodu niezadowalających skutków edukacji, którą w przypływie 
natchnienia  metodycznego  nazwano  konstruktywistyczną,  są  metodologicznymi  błędami.  Tak  nadzieje 
związane  z  aplikacją  zaleceń  określanych jako  konstruktywistyczne,  jak  i  rozczarowanie  niewydolnością 
działań praktycznych inspirowanych teorią niekoniecznie mówią coś o teorii. 

                                                           

2

 B. Bernstein, Odtwarzanie kultury, tłum. Z. Bokszański, A. Piotrowski, PIW, Warszawa 1990; por. też uwagi na ten 

temat: D. Klus-Stańska, Integracja i dezintegracja wiedzy szkolnej. Uwagi na marginesie koncepcji Basila Bernsteina, 
„Kwartalnik Pedagogiczny” 2001, nr ¾. 

3

 B. Niemierko, Kształcenie szkolne. Podręcznik skutecznej pedagogiki. Wydawnictwo Akademickie i Profesjonalne, 

Warszawa 2007. 

4

 Przywołany tu zwięzły komentarz na temat: „Niepowodzenia szkolne nie są spowodowane tylko faktem, że dziecko 

zna  jedynie  kod  ograniczony  czy  też  w  określony  sposób  dokonuje  obserwacji  świata,  ale  wynikają  także  z  jego 
nieprzystosowania do systemu szkolnego, a z drugiej strony – z zasadniczej nieznajomości przez nauczycieli potrzeb, 
celów i możliwości dzieci z klasy robotniczej (Z. Bokszański, A. Piotrowski, M. Ziółkowski, 1977, s. 120). 

5

 Tamże, s. 51. 

6

 Tamże, s. 50-52. 

background image

 

Drugie „konstruktywistyczne” nieporozumienie wynika z powszechnego mylenia interpretowania i 

twórczego,  ale  zdyscyplinowanego  intelektualnie  konstruowania  z  zabawami  integracyjnymi,  luźną 
pogawędką na lekcji czy innego rodzaju pracą łatwą, lekką i przyjemną. „Konstruktywny” rozumiany jest 
tu  jako  synonim  słów  „bezwysiłkowy”,  „relaksacyjny”,  „swobodnie  twórczy”.  Na  przykład  studentom 
pedagogiki organizuje się tzw. warsztaty, w trakcie których mają oni kolorowymi flamastrami na arkuszach 
paieru pakowego wypisać asocjacje dotyczące zasugerowanego zadania (np. „uczeń aktywny”, „myślenie 
twórcze” itp.).  Ma to  niewątpliwie  wartość  edukacyjną,  która  w języku  finansowym  wyraża  kwota,  jaką 
możemy za ten papier uzyskać w skupie makulatury. 
Przykłady takiego rodzaju splątania teoretycznego i metodologicznej pomroczności jasnej można mnożyć: 

  Oto  –  z  odwołaniem  do  prac  R. Kwaśnicy  –  wyróżnione  techniczne  kompetencje  nauczycieli  tuż 

obok kompetencji komunikacyjnych, które zostają zdefiniowane przez dydaktyka szczegółowego 
jako „techniki efektywnego przekazu określonego zasobu wiedzy przedmiotowej”; 

 

Oto  mamy  wymienione  jednym  tchem  jako  stanowiące  „podstawę  teoretyczną  współczesnej 
dydaktyki”, wywodzące się ze Skinnerowskiego behawioryzmu nauczanie programowane, prace C. 
Kupisiewicza,  hermeneutyczna  teoria  dialogu  H.  G.  Gadamera,  konstruktywizm  i  wreszcie 
materializm funkcjonalny W. Okonia.; 

  Dalej  napotykamy  –  wyprowadzone  z  odwołań  do  prac  H.  G.  Gadamera  oraz  idei  koła 

hermeneutycznego  –  kategorie  dialogu  edukacyjnego  i  „rozumienia”,  które  to  rozumienie  zostaje 
ostatecznie  zdefiniowane  jako  „umiejętność  opisu  cech  i  wyjaśniania  związków  i  zależności”,  a 
rozumienie pogłębione jako wyjaśnienie, „które jest zadowalające, gdy adresat je przyjął”; 

 

Nagminne,  zwłaszcza  w  obszarze  dydaktyk  szczegółowych,  w  tzw.  rozdziałach  teoretycznych 
beztroskie  mieszanie  publikacji  naukowych  z  poradnikowymi,  jakby  bez  świadomości,  że 
prowadzenie  badań  naukowych  i  tworzenie  naukowej  teorii  to  nie  to  samo,  co  doradzanie 
nauczycielowi  i  przygotowywanie  dla  niego  pomocy  dydaktycznych;  rządzi  się  innymi  celami, 
metodologią i strategiami myślenia; 

 

Częste zdumienie budzi opowiadanie się za zmianą filozofii pedagogicznej z instrukcjonistycznej 
(inspirowanej  behawioryzmem)  na  konstruktywistyczną  (inspirowaną  psychologią  poznawczą)  i 
przywoływanie  takich  nazwisk  jak:  J.  Piaget,  L.  Wygotski  czy  J.  Bruner,  z  jednoczesnym 
postulowaniem  standardów  „sprawności”  jako  celu  edukacji  i  kryteriów  „skuteczności”  jako  jej 
probierza; 

  Powszechne badania jakościowe, rzekomo uruchamiane na gruncie dydaktyki, utożsamiane są po 

prostu  z  brakiem  obowiązku  liczenia  i  znajomości  procedur  statystycznych  i  nijak  się  mają  do 
kompetencji  w  zakresie  –  trudnych  przecież  i  zdyscyplinowanych  intelektualnie  –  podejść 
interpretatywnych (jak etnografia, teoria ugruntowana, action reserch, badania narracyjne  itd.), co 
sprowadza  „nowe”  badania  w  dydaktyce  do  poziomu  wiedzy  potocznej  (na  marginesie  można 
dodać,  że  badania  ilościowe  ograniczone  są  do  obliczeń  procentowych  i  błędnie  stosowanych 
współczynników  korelacji),  co  służy  nie  tyle  stworzeniu  wiedzy,  co  swoistej  konfabulacji 
dydaktycznej. 

 

Innymi  słowy,  sprawa,  na  którą  chciałabym  zwrócić  poniżej  uwagę,  wiąże  się  nie  tyle  z 

niepokojem  odnoszącym  się  do  trwałości  uprawianego  powszechnie  w  polskiej  edukacji  tradycyjnego 
paradygmatu dydaktycznego, ile z ewidentnym brakiem świadomości osób uprawiających, że to robią, a 
także z gwałtownie nasilającą się tendencją do przyozdabiania na chybił trafił swoich promocji i projektów 
dydaktycznych  retoryką  zaczerpniętą  z  innych  paradygmatów.  Truizmem  jest  stwierdzenie,  że  nie  ma 
jednej dydaktyki, ale z banalności tej tezy nie wynika niestety ani jej umocowanie w  świadomości osób 
uwikłanych w edukację, ani ich zdolności di rezygnacji z jednej utrwalonej drogi uprawiania edukacji jako 
praktyki społecznej i refleksji. 
 

Istotnym  pytanie  dla  paradygmatów  dydaktyki  nie  jest  więc  pytanie  o  to,  jaki  paradygmat  jest 

„właściwy”, ale pytanie o to, jak otworzyć i uaktywnić przestrzeń dialogu i w warunkach ich mieszania, 

background image

jakie prowadzi do powstania niekształtnej teoretycznej miazgi, w której cechy poszczególnych składników 
uległy rozmyciu i degradacji, a ostateczny wygląd jest nieestetyczny. 
 

Identyfikacja  paradygmatów  w  naukach  społecznych,  w  tym  także  w  dydaktyce,  nie  jest 

jednoznaczna  i  może  być  prowadzona  według  równych  kryteriów. Jej efekt  zostaje  zawsze  dyskusyjny i 
obarczony  uproszczeniami.  Nie  zmienia  to  jednak  faktu,  że  jako  próba  porównawczego  rozpoznania 
założeń leżących u podstaw myślenia dydaktycznego może być pewnym impulsem do pogłębienia wglądu 
w strategie i intencje myślenia o warunkach i procesach kształcenia. 
 

Rekonstrukcja  paradygmatów,  jakiej  spróbuję teraz  dokonać,  oparta jest  na  skrzyżowaniu  dwóch 

rodzajów kryteriów. Pierwsza ich grupa ma charakter teoretyczny i wynika z założeń epistemologicznych i 
aksjologicznych,  które  tworzą  dany  paradygmat.  Druga  ma  charakter  pragmatyczny  i  wynika  z  próby 
ustalania, jakie paradygmaty (i w jaki sposób) mają znaczenie w polskim  systemie edukacji i w polskiej 
dydaktyce.  Zwracam  zatem  szczególną  uwagę  na  racjonalność  wyznaczającą  myślenie  o  wiedzy, 
kształceniu, szkole i relacjach edukacyjnych między uczestnikami tych procesów, ale też na retorykę, jaka 
jest  przy  tym  uruchamiana.  Paradygmat  może  być  bowiem  znaczący  na  różne  sposoby:  na  przykład  z 
uwagi na swoją utrwaloną obecność, na niesiony potencjał zmiany, ale też z powodu popularności retoryki, 
czy  przeciwnie  –  dlatego,  że  jest  obiektem  retoryki  i  animozji.  Konstrukty,  które  przedstawiam,  nie 
koniecznie  są  zatem  spójne.  Są  wyrazem  „przetwarzania”  równych  teorii  i  pojęć  w  dyskursach 
dydaktycznych. Stanowią propozycję otwartą, kreśloną nieco grubą kreską, z uwago na fakt, że traktuję ją 
jako podporządkowaną ujawnieniu pewnego stanu rzeczy w dydaktyce, a nie budowaniu jej struktury. 
 

1.  Paradygmat funkcjonalistyczno-behawiorystyczny 

 

 

Jest  on  najczęściej  realizowany  w  praktyce  szkolnej,  ujawniany  –  choć  z  reguły  nie  wprost  –  w 

publikacjach kierowanych do nauczycieli i najchętniej przez nich czytanych, gdyż odpowiada ich językowi 
i  schematom  porządkującym  nauczycielskie  myślenie  o  tym,  czym  jest  nauczanie,  uczenie  się  i  wiedza. 
Stanowi on swoiste połączenie inspiracji płynących z funkcjonalizmu (bardziej w duchu T. Parsonsa niż w 
krytycznych  neofunkcjonalistycznych  Mertonowskich  rozwinięciach).  Funkcjonalizm,  z  typowym  dla 
niego  założeniem  o  ważności  funkcji  pełnionych  przez  instytucje  publiczne  dla  równowagi  społecznej  i 
eksponowaniem wagi wdrażania do odgrywania ustalonych ról społecznych, pozwala dydaktykom otorbić 
się  w  kojącym  przekonaniu,  że  nauczanie,  skoro  jest,  to  jest  dobre  (nawet  jeśli  wymaga  doskonalenia). 
Natomiast behawioryzm wytwarza określony model postępowania nauczyciela, polegający na wymuszaniu 
reaktywnych  zachowań  uczniowskich.  W  ten  sposób  funkcjonalizm  dostarcza  behawiorystycznemu 
modelowi dydaktycznemu legitymizacji, doprowadzając do adaptacyjności wszelkiej krytyki formułowanej 
wobec szkoły i sprowadzając strategie nowych rozwiązań do urozmaicania stosowanych wcześniej metod i 
treści, doskonalenia pomiaru efektywności nauczania lub ogólnego metodycznego liftingu. Retoryka, która 
jest  tu  najsilniej  uruchamiana,  zawiera  takie  elementy  leksykalne,  jak  „przekazywanie  wiedzy”, 
„zapoznawanie ucznia”, „kształtowanie postaw”, „kształtowanie umiejętności”, „ wdrażanie do”..., a także 
„skuteczność”, „efektywność” itp. Budowana  jest w duchu urzędniczej misyjności i  postulatywność, gdy 
oczekiwania formułowane są w formie zdań twierdzących, jakby opisywały istniejącą rzeczywistość. Ten 
rodzaj retoryki ujawnia przywiązanie do autorytarności i narzucania znaczeń oraz  niezdolność do zmiany 
zastanych definicji. 
 

Na  pozór  paradygmat  funkcjonalistyczno  –behawiorystyczny  jest  przejrzysty,  jednoznaczny  i 

dobrze  utrwalony  w  warunkach  polskich.  Komponuje  się  z  potocznym  myśleniem  pedagogicznym  i 
naiwnymi teoriami pedagogicznymi, a także z powszechnym dyskursem dzieci i młodzieży jako systemu z 
deficytami,  a  nawet  barbarzyńskiego  półproduktu,  który  wymaga  ukształtowania  dla  dobra  swojego  i 
społecznego oraz dla chwały ministerstwa edukacji. A jednak powszechne są impulsywne, Huntingowskie, 
niekontrolowane zabiegi dokonywane w jego obrębie, polegające na niczym nieuzasadnionym korzystaniu 
z  retoryki  zapożyczonej  z  odmiennych  paradygmatów,  również  tych  całkowicie  sprzecznych  z 
funkcjonalizmem i behawioryzmem. 
 

background image

2.  Paradygmat humanistyczno-adaptacyjny 

 

 

Jego  retoryka  jest  budowana  wokół  takich  kluczowych  dla  niego  kategorii,  jak:  „potencjał 

samorozwojowy”,  „autentyczność”,  „samorealizacja”,  „warunki  naturalne”,  „bezwarunkowa  adaptacja”. 
Skoncentrowany jest na bliskich relacjach interpersonalnych (rozumienia siebie, innych i swoich związków 
z  innymi)  i  samowiedzy  jednostki.  Jego  zwolennicy  rekrutują  się  głównie  ze  średnich  klas  społecznych, 
prowadząc ich do tworzenia swego rodzaju edukacyjnych enklaw, przedszkoli, czy szkół społecznych. Te 
ostatnie charakterystyki stały się zresztą podstawą jego krytyki i przypisywania mu jałowości w zakresie 
zmiany  społecznej,  ucieczkowego  lokowania oddziaływań  pedagogicznych  w  sferze  pozapolitycznej oraz 
tendencji  adaptacyjnych  wobec  niewygodnego  systemu  edukacyjnego.  U  źródeł  tego  paradygmatu  leży 
naturalizm  Jana  Jakuba  Rousseau  i  psychologia  humanistyczna,  zwłaszcza  Abrahama  Maslowa  i  Carla 
Rogersa.  Natywistyczno-romantyczne  uzasadnienia  inspirowane  są  ideologią  J.J.  Rousseau.  Jego 
zwolennikom nie można odmówić zaangażowania w poprawę kondycji szkoły oraz troskę o humanizację 
relacji w niej panujących. Dość paradoksalnie stał się on najbardziej popularny, z jednej strony, w edukacji 
przedszkolnej,  a  z  drugiej  zaś,  w  określonych  zakresach  pedagogicznej  edukacji  uniwersyteckiej, 
wyrażającej się wówczas w quasi-psychologicznych inspiracjach warsztatowych. 
 

Choć  paradygmat  humanistyczno-adaptacyjny  jest  dość  wyraziście  zanurzony  w  swoistym 

klimacie  emocjonalnym,  aksjologicznym  i  językowym,  co  pozwala  na  jego  łatwą  identyfikację,  to  i  tu 
mamy  często  do  czynienia  z  rodzajem  pląsawiczego  nieskoordynowania  teoretycznego,  gdy  kategoriom 
wyjaśniającym,  formalnym  czy  intelektualnym  nadawane  są  znaczenia  emocjonalne i  ideologiczne. Jako 
przykład  może  posłużyć  kategoria  błędu  uczniowskiego,  który  z  perspektywy  konstruktywizmu 
(omawianego  poniżej)  jest  naturalnym  i  nieuchronnym  elementem  uczenia  się  (jako  nietrafne  znaczenie 
hipotetyczne), a w wersji skrajnie zhumanizowanej przedstawiony jest jako przedmiot swoistej pobłażliwej 
legislacji w formie postulatu: „Uczeń ma prawo do błędu”. Rzecz tymczasem nie w prawie do błędu, ale w 
jego roli umysłowej i znaczeniu dla rozwijania umiejętności transformacji intelektualnej. 
Egzemplifikacją  naiwnego,  niekontrolowanego  lokowania  się  w  paradygmacie  humanistyczno-
adaptacyjnym  może być fragment studenckiej narracji na  temat „Przekaz wiedzy w szkole jako wczesny 
trening zapobiegający twórczości poznawczej”: 

 

Z moich doświadczeń szkolnych z całą stanowczością mogę stwierdzić, iż szkoła 

może  niszczyć  w  uczniach  (...)  zdolność  kreatywnego  myślenia.  Jedyne  zajęcia  na 
których  rozwijano  moje  umysły,  były  zajęcia  plastyczne,  muzyczne  i  biologia. 
(...)Szczególnie  zapadła  mi  w  pamięć  biologia  i  spacery  z  naszą  nauczycielką.  Na 
przykład jesienią: do lasu, aby dotknąć nauczonych wcześniej nazw drzew, skorzystać z 
zaproponowanych  przez  nauczycielkę  technik  relaksacji,  zakopać  się  w  liściach, 
zasłuchać  w  śpiew  ptaków  i  umiejętnie  rozpoznać  gatunki,  wykorzystać  zdobytą  na 
lekcjach wiedzę w praktyce. Mogliśmy wtedy pytać o wszystko, zbierać np. kasztany, by 
robić  z  nich  ludziki  na  plastyce,  jednym  słowem  –  rozwijać  naszą  twórczość  i 
wyobraźnię. 

 

3.  Paradygmat konstruktywistyczno-psychologiczny (rozwojowy) 

 
 

Wywodzi się z prac J. Piageta i innych koncepcji z zakresu psychologii poznawczej, rozwijany jest 

w opozycji do teorii, w których człowiek traktowany był jako biernie odzwierciedlający rzeczywistość w 
procesach  uczenia  się.  Wytwarzane  przez  konstruktywizm  psychologiczny  projektowanie  dydaktyczne 
cechuje duże zaufanie do możliwości intelektualnych ucznia i rezygnacja z nauczycielskiej dominacji nad 
znaczeniami.  Sensowność  edukacji  ma  wynikać  z  oparcia  na  samodzielności  koncepcyjnej  i  praktycznej 
ucznia.  Jeśli  pójść  tropem  Ulricha  Neissera,  staje  się  widoczne,  że  z  tej  perspektywy  sam  proces 
dochodzenia  do  wiedzy  (jego  samodzielność,  różnorodność  inicjowanych  form,  zindywidualizowana 
koncepcyjność,  wielość  strategii  itd.)  jest  traktowany  jako  edukacyjnie  znacznie  istotniejszy  od 
opanowania jej drogą przyswojenia z przekazu lub paraprzekazu (np. w postaci tzw. pogadanki, w której do 

background image

nauczyciela  należą  „poprawne”  odpowiedzi  „odkrywane”  przez  uczniów).  Zadania  nieproblemowe, 
ćwiczenia utrwalające postępowanie według  wzoru postrzegane są jako  drugorzędne, jałowe rozwojowo, 
rzemieślnicze.  Nauczyciel  inspirowany  konstruktywizmem  nie  tyle  zabiega  o  uzyskanie  określonego 
wyniku aktywności ucznia, ile zależy mu na uruchomieniu aktywności możliwie różnorodnej, wielorakiej i 
zindywidualizowanej  (co  oznacza  też:  nieprzewidywalnej  przed  lekcją).  Jak  można  zatem,  zgodnie  z 
paradygmatem  konstruktywistyczno-psychologicznym,  przyjąć,  że  uczeń  w  procesach  edukacyjnych 
rozwija wiele procedur umysłowych, ale tylko tych, których doświadcza w czasie realizacji tych procesów. 
Podczas  (nieprzewidywalnego  przed  lekcją)  samodzielnego  myślenia,  badania  i  odkrywania  uczeń  więc 
uczy się właśnie myślenia, badania i odkrywania, natomiast podczas słuchania lub odgadywania oczekiwań 
nauczyciela uczy się jedynie słuchania i odgadywania. Rezultat intelektualny i tożsamościowy każdego z 
tych modeli dydaktycznych staje się w ten sposób dość oczywisty. 
 

Paradygmat  konstruktywistyczno-psychologiczny  podlega  w  warunkach  polskich  wyrazistej, 

spastycznej  deformacji,  blokującej  możliwość  wykonania  z  powodzeniem  płynnego,  celowego  ruchu. 
Polega  ona  na  tym,  że  jego  retoryka  („samodzielne  myślenie”,  „aktywizacja  ucznia”,  „  rozwiązywanie 
problemów”)  zyskała  powszechną  aprobatę  społeczną,  a  przede  wszystkim  nauczycielską,  i  dobrze 
wygląda  na  sztandarach  edukacyjnych,  jednocześnie  pozostając  w  całkowitej,  głębokiej  sprzeczności  z 
napięciowymi, sztywnymi oczekiwaniami społecznymi. Jeśli odblokować funkcjonujący w Polsce archetyp 
ucznia,  to  używana  retoryka  konstruktywistyczna  znajduje  w  nim  określone,  zdeformowane  rozwinięcie: 
samodzielność  ma  oznaczać  pilność,  a  nie  odmienność  i  niezależność  myślenia;  aktywność  ma  być 
odpowiedzią wprost na zachętę i wskazania nauczyciela (uczeń wykonuje z zapałem to, czego się od niego 
oczekuje), a problemy mają być rozwiązywane w sposób, który już przed lekcją został zaplanowany (robi 
to  w  sposób,  jak  się  od  niego  oczekuje).  Ani  w  polskiej  dydaktyce,  ani  w  dyskusjach  społecznych  nie 
odczuwa się szczególnej tęsknoty za uczniem, który chętniej pyta niż odpowiada, bardziej wierzy sobie niż 
dorosłym, kwestionuje proponowane mu konwencje myślenia i jest gotowy do dyskusji z wiedzą zastaną. 
W  ten  sposób  retoryka  konstruktywistyczna  wpisana  jako  misja  i  wizja  placówki  oświatowej  służy 
mitologizacji  systemu  edukacyjnego,  maskowaniu  jego  rzeczywistej  represyjności  i  panującego  w  nim 
marazmu.  Ruch  w  kierunku  intelektualnej  inicjatywy  uczniowskiej  nie  może  być  wykonany,  gdyż 
napięciowe, patologiczne przywiązania do władzy nad znaczeniami ogranicza zakres płynności motoryki 
oświatowej. 
 

Konstruktywizm w wersji psychologicznej ma również pewne ograniczenie o charakterze bardziej 

ogólnym.  Wynika  ono  z  faktu,  że  podejście  psychologiczne  tworzy  podstawę  do  myślenia  o  edukacji 
autonomicznej  wobec  kontekstu  społeczno-politycznego.  Szkoła  daje  się  pomyśleć  jako  miejsce 
niekwestionowanego postępu rozwojowego (jeśli tylko zapewnimy dobre warunki stymulujące poznawczo) 
i narzędzie zapewniania powodzenia jednostce i społeczeństwu. Jawi się jako neutralna wobec procesów 
ścierania się interesów związanych z dominacją określonych grup społecznych. 
 

4.  Paradygmat konstruktywistyczno-społeczny 

 
 

Jest koncepcją pozwalającą w pewnym sensie przełamać psychologiczne ograniczenia powyższego 

paradygmatu.  Jest  on  inspirowany  pracami  L.  S.  Wygotskiego,  a  dziś  ich  recepcją  anglosaską.  Choć 
eksponuje  wiedzę  potoczną  ucznia,  stanowiącej  w  tej  perspektywie  źródło  owocnej  aktywności  w 
procesach  konstruowania  znaczeń,  to  odwołuje  się  też  do  roli  kontekstu  społeczno-kulturowego  i 
nauczyciela.  Ten  ostatni  nie  stanowi  jednak  źródła  wiedzy,  ale  organizuje  tzw.  wsparcie  dla  jej 
samodzielnego  tworzenia  przez  ucznia.  Znaczenia  nie  są  konstruowane  wyłącznie  przez  ucznia  (jak  w 
podejściu psychologicznym) ani też przejmowane przez dorosłych (jak w podejściu behawioralnym), ale 
tworzone w społecznych procesach ich negocjowania. Punktami  wyjścia dla tych negocjacji są potoczne 
rozumienie i wiedza osobista na poziomie reprezentowanym indywidualnie przez osobę uczącą się. 
Prace  Wygotskiego  stanowiły  szczególne  ożywcze  źródło  zmiany  perspektywy  myślenia  o  edukacji  w 
krajach,  w  których  uprzednio  dobrze  się  przyjął  paradygmat  konstruktywistyczno-psychologiczny,  np.  w 
Wielkiej Brytanii. Stała się ona głosem w dyskusji nad proponowaną przez Piageta i popularną w szkołach 

background image

progresywnych zakładaną niezależnością ucznia od nauczyciela i głosu eksperta. Dla anglosaskiej kultury 
edukacyjnej,  w  której  rola  nauczyciela  była  od  wielu  lat  intensywnie  redukowana,  wskazane  oznaczenia 
wrażliwej interwencji nauczyciela było źródłem zmian w myśleniu o edukacji i jej przebiegu. Jednocześnie 
Deweyowskiego postulatu edukowania dla demokracji zaowocowała klimatem sprzyjającym podkreślaniu 
roli rówieśników, którzy – niekoniecznie bardziej kompetentni – przyczyniają się do kreacji nowych pojęć 
oraz strategii myślenia i działania. W ten sposób konstruktywizm społeczny Wygotskiego przyniósł zmianę 
w dydaktyce brytyjskiej – odejście od samotnego ucznia-badacza z jednoczesnym jego modyfikowaniem w 
kierunku zastępowania nauczyciela przez inicjatywę intelektualną zespołu rówieśniczego.  
 

Natomiast  recepcja  konstruktywizmu  społecznego  w  Polsce  przebiegła  w  innym  kierunku  i  ze 

zgoła  odmiennymi  rezultatami.  Zamiast  bowiem  przenieść  zmianę,  z  użyciem  tez  Wygotskiego 
doprowadzono  do  utrwalenia  modelu  behawiorystycznego,  co  wymagało  niemałego  kunsztu 
manipulacyjnego.  Wygotski  był  odczytywany  w  Polsce  z  innej  perspektywy  i  w  duchu  innej  tradycji 
pedagogicznej  niż  w  krajach  Europy  Zachodniej.  U  nas  rola  nauczyciela  nie  tylko  nie  była  nigdy 
kwestionowana, ale nawet urosła do rangi kierowniczej. Obszar nowych ustaleń i nowej argumentacji, jaki 
mógłby w takiej jak nasza edukacji zainspirować zmiany, to nie nacisk na rolę nauczyciela, ale przeciwnie 
–  na  znaczenie  wiedzy  potocznej  ucznia  i  uważną  diagnozę  jego  sfery  aktualnego  rozwoju,  a  następnie 
dostosowanie  do  niej  każdorazowo  zindywidualizowanej  oferty  zadań  do  wykonania.  Nie  trzeba  chyba 
nikogo przekonywać, że indywidualizacja w polskiej szkole jest nieznana (choć należy do zestawu pojęć 
wpisanych na sztandary). Uczniowie uczą się w jednakowym tempie, z jednego podręcznika, opanowują 
jednocześnie te same treści, klasy łączone (a więc połączone zaledwie na dwa poziomy) traktowane są jako 
dramat organizacyjny i zło, którego nie da się uniknąć. W ten sposób w polskiej dydaktyce koncepcja sfery 
aktualnego i najbliższego rozwoju, zamiast osłabić behawiorystyczny przekaz znaczeń przez nauczyciela, 
wzmocniła  go  z  użyciem  odmiennej  retoryki  i  doprowadziła  do  uspokojenia  nastrojów  krytycznych, 
imitując indywidualizację, której nie ma. 
 

5.  Paradygmat krytyczno-emancypacyjny 

 

 

Ważność  tego  paradygmatu  w  polskim  systemie  oświatowym  wyraża  się  w  jego  radykalnym 

odrzuceniu.  Jego  źródła  możemy  znaleźć  w  pracach  M.  Horkheimera,  T.  Adorno,  J.  Habermasa,  P. 
Freire’a, P. Bourdieu, H. Girouxa. W tym ujęciu konstruktywizm jest postrzegany jako niewystarczający, 
gdyż  ma  ograniczone  możliwości  wywoływania  radykalnej  zmiany  społecznej na  rzecz  grup  i  interesów 
grup  marginalizowanych.  Z  perspektywy  krytyczno-emancypacyjnej  w  konstruktywizmie  edukacyjnym 
zbyt  często  pomija  się  kwestię  sprawiedliwości  społecznej  i  tworzy  zbyt  ograniczone  warunki  do 
rozwijania zdolności rozpoznawania własnej sytuacji społecznej, inicjowania zaangażowania politycznego 
i działań reformatorskich. 
 

Paradygmat  krytyczno-emancypacyjny  wymaga  wprowadzenia  do  swojego  języka  i  programów 

kształcenia  podstawowych  kwestii  społeczno-politycznych,  takich  jak:  stygmatyzacja,  wykluczenie, 
uprzedmiotowienie,  nierówność,  dominacja,  opresja,  dominacja,  podporządkowanie,  segregacja, 
odmienność,  ubóstwo,  niepełnosprawność.  Ale  polega  także  na  radykalnej  zmianie  sytuacji  uczestników 
edukacji  nie  tylko  w  porównaniu  do  paradygmatu  tradycyjnego,  pozytywistycznego,  ale  także  w 
porównaniu  do  paradygmatów  niepozytywistycznych.  Na  przykład  to,  co  odróżnia  podejście  krytyczno-
emancypacyjne  od  konstruktywistycznego,  to  fakt,  że  choć  uczeń  w  obu  zmienia  się  z  nauczanego  na 
uczącego się, ale w perspektywie konfliktu akceptowany jest (a nawet pożądany) staje się intelektualny i 
aksjologiczny opór, jaki stawia. Co więcej, zmienia się również model nauczyciela z nauczającego również 
na uczącego się – edukacja nabiera symetrii, gdyż nie zmierza do dominacji intelektualnej i politycznej.  
 

Również w obrębie inicjatyw inspirowanych krytyczno-emancypacyjnymi można zauważyć pewną 

chwiejność i chaotyczność, co daje wrażenie braku ich produktywnej celowości. Wynika to z programowej 
niechęcie do projektowania dydaktycznego, z jaką mamy do czynienia w pedagogice krytycznej. Pesymizm 
i fatalizm koncepcji budowanych na gruncie „nowej socjologii oświaty” powodują, że każde projektowanie 
staje się podejrzane, co zniechęca do jego podejmowania. 

background image

Podsumowanie 
 
 

Paradygmaty  dydaktyczne  okazują  się  niejednokrotnie  nie  tyle  intencjonalnie  tworzone, 

uruchamiane i modyfikowane przez osoby uwikłane w system edukacyjny, ile niejako wchłaniające swoich 
użytkowników  niczym  gra  komputerowa  w  wirtualny  świat  misji,  wizji,  mitologii  i  bezrefleksyjnych 
odruchów. Dlatego w Polsce nie mamy właściwie do czynienia ze sporem paradygmatycznym na gruncie 
dydaktyki, ani w obszarze teorii wyjaśniającej i interpretującej rzeczywistość klasy szkolnej, ani  w sferze 
operacjonalizacyjnej praktyki szkolnej, ani metodologii badań – w obszarze postulatów. Paradygmaty mają 
charakter  plazmowy,  pozbawione  struktury  i  wyrazistości,  a  różnice  między  nimi  są  rozmyte  i 
zafałszowane. 
 

Z  drugiej  strony,  im  bardziej  utrwaloną  pozycję  podręcznikową  (bo  nie  używałabym  tu  terminu: 

teoretyczną)  i  praktyczną  ma  model  obowiązującej  dydaktyki,  tym  bardziej  nieświadomy  jest  on  swoich 
założeń i źródeł. Najwyższa świadomość swojej odrębności cechuje paradygmaty niechętnie dopuszczane 
do głosu. Sytuacja ta dowodzi, że nadmierna stabilizacja ogłupia, również na gruncie naukowym. 
 

Jak piszą Y.S. Lincoln i E.G. Gube, paradygmatyczność w metodologii badań pedagogicznych i jej 

odpowiednie  ujmowanie jest  szansą  otwarcia  przestrzeni  dialogu,  kontrowersji, przeplatania się  punktów 
widzenia,  wzajemnego  wpływu,  sensownych  zapożyczeń  lub  tworzenia  bricolage’u,  gdzie  zapożyczenie 
staje się szansą na uwypuklenie istotnych cech lub teoretyczną heurystykę. Jednak negowanie jej istnienia, 
zakładanie  całkowitego  rozmycia  granic,  wiara  w  addytywność  paradygmatów  lub  –  przeciwnie  – 
zamknięcie się w jednym, traktowanym jako najlepszy – zamyka te możliwości. 
 

Jak  wspomniałam  na  początku,  taniec  św.  Wita  to  ciężka  choroba  dotykająca  centralny  układ 

nerwowy,  a  więc  zgubnie  rzutująca  na  funkcjonowanie  całego  organizmu.  Choroba  dziedziczna, 
postępująca,  nieodwracalnie  niszcząca  organizm,  polegająca  na  utracie  kontroli  nad  ruchami  ciała  i  na 
rosnącym upośledzeniu umysłowym. Jej skutki nie dotykają tylko chorego, cierpi całe otoczenie społeczne, 
a  niepokój  o  ewentualne  zachorowanie  dotyka  kolejne  pokolenia.  Gdy  przyglądamy  się  chaosowi 
paradygmatycznemu  w  obrębie  dydaktyki  obecnej  w  polskim  systemie  edukacyjnym  i  jego  licznych 
źródłach (pseudo) teoretycznych, trudno nie zauważyć efektów edukacyjno-kulturowego dziedziczenia w 
postaci zgody na dwójmyślenie, jakie leżało u podstaw uprzedniego systemu politycznego, narastającego 
bełkotu  ideologicznego,  nieskoordynowanego  poruszania  się  w  hasłach  i  terminologii,  decyzji  i  ruchów 
coraz  bardziej  niecelowych  i  niekontrolowanych,  narastającej  niezdolności  do  rozpoznawania  sensu  i 
skutków swego działania. Na zakończenie pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że w przeciwieństwie do tej, 
którą zajmuje się medycyna, edukacyjna pląsawica Huntingtona okaże się uleczalna.