background image
background image

GWIEZDNE WOJNY

MEDSTAR 2

UZDROWICIELKA JEDI

Michael Reaves, Steve Perry

Przekład

Andrzej Syrzycki

Tytuł oryginału

MEDSTAR II. JEDI HEALER

background image

Mojemu synowi Alexandrowi: 
„Moc będzie z tobą – zawsze".

M.R.

Dla Dianne 

S.P.

background image

CHRONOLOGIA WOJEN KLONÓW

Po wojnie o Geonosis Republika pogrążyła się w nowym konflikcie. Po jednej stronie 

znalazła   się   Konfederacja   Niezależnych   Systemów   (zwana   Separatystami)   pod   wodzą 
charyzmatycznego   hrabiego   Dooku,   cieszącego   się   poparciem   wielu   potężnych   gildii   i 
organizacji handlowych wraz z ich armiami robotów. 

Po drugiej stronie stanęli lojaliści Republiki wraz z nowo utworzoną armią klonów pod 

przywództwem   Jedi.   Wojna   toczy   się   na   tysiącach   frontów,   z   wielkim   poświęceniem   i 
heroizmem po obu stronach. 

Miesiące po Ataku klonów

0 Bitwa o Geonosis 
0 Pościg za hrabią Dooku 
1 Projekt „Czarny Kosiarz” 
1 Bitwa o Raxus Prime 
1,5 Spisek na Aargau 
2 Bitwa o Kamino 
2 Durge i Boba Fett 
2,5 Obrona Naboo 
3 Wyprawa na Quilurę
6 Devarońska pułapka 
6 Kryzys na Haruun Kai 
6 Zabójstwo na Nuli 
12 Zagrożenie ze strony biorobotów 
15 Bitwa o Jabiim 
16 Ucieczka z Rattataka 
24 Ofiary z Drongara 
29 Atak na Azurę
30 Podbój Praesitlyn
31 Cytadela na Xagobah 
33 Polowanie na Dartha Sidiousa 
36 Anakin przechodzi na Ciemną Stronę 

background image

ROZDZIAŁ 1

Mobilna Jednostka Chirurgiczna Siedem
wyżyna Jasserak, kontynent Tanlassa,
w pobliżu stepów Qarohanu,
rok drugi po bitwie o Geonosis

Nie  mogła  się  długo zastanawiać.  Nie miała  dość miejsca,  żeby pozwolić  sobie na 

świadomą ocenę swoich akcji i reakcji. Nie było czasu na decydowanie o rodzaju i płynności 
ruchów. Jej umysł był zbyt wolny, żeby obronić ją w sytuacjach, od których zależała śmierć 
albo życie. Powinna zaufać odruchom mięśni i zerwać kontakt ze wszystkim, co mogło ją 
łączyć z przeszłością czy z przyszłością. Jeżeli chciała przeżyć tę bitwę, musiała bez reszty 
skupić uwagę na teraźniejszości.

Nawet te myśli przemknęły przez jej głowę w ciągu niespełna sekundy.
Wirując jak baletnica  i wymachując klingą  świetlnego  miecza,  Barrissa Offee tkała 

przed sobą zasłonę świetlistej energii. Powstrzymywała blasterowe błyskawice, strzały, ostrza 
mieczy i nawet lecące ku niej skalne odłamki. Mimo to po odbiciu od jej klingi ani jeden nie 
kierował się znów ku napastnikom. To było bardzo ważne i stanowiło najtrudniejszy element 
bitwy. Barrissa nie mogła zabić żadnego przeciwnika. Mistrz Kenobi nie pozostawił co do 
tego cienia wątpliwości. Nie zgadzał się na odcinanie rąk, nóg czy głów, nie pozwalał na 
przebijanie ciał napastników. Ani Borokiian, ani Januulów.

O wiele trudniej było walczyć w taki sposób, żeby tylko obezwładniać albo ranić, niż 

kaleczyć czy zabijać. Jednym słowem robić to, co się powinno.

Barrissa walczyła.
Stojący obok niej Anakin Skywalker także dawał dowody zręczności w posługiwaniu 

się   świetlnym   mieczem,   chociaż   jego   technika   walki   pozostawiała   nieco   do   życzenia. 
Rozpoczął szkolenie o wiele później niż większość padawanów Jedi, ale i tak radził sobie 
całkiem nieźle. Barrissa wyczuwała jednak dzięki Mocy, że młody Skywalker chciałby zrobić 
coś   więcej.   Miał   ochotę   wszystkich   pozabijać.   Panował   nad   odruchami,   ale   padawanka 
zauważyła, że przychodzi mu to z trudem. Niepokoiło ją jeszcze jedno: kiedy tkał przed sobą 
sieć   ochronnej   energii,   lekko   się   uśmiechał.   Chyba   sprawiało   mu   to   stanowczo   za   dużą 
radość.

Po   jej   lewej   stronie   walczył   Mistrz   Kenobi.  Pomrukująca   energetyczna   klinga   jego 

miecza   także   splatała   rozsiewającą   woń   ozonu   zasłonę   rozproszonego   światła.   Kierowała 
blasterowe   błyskawice   ku   powierzchni   gruntu,   nie   przepuszczała   nadlatujących   strzał   i 
druzgotała durastalowe ostrza niemal zbyt szybko, żeby oko mogło nadążyć za jej ruchami. 
Na twarzy mistrza malował się wyraz ponurej stanowczości.

Poruszając   się   z   niezwykłym,   właściwym   tylko   sobie   wdziękiem,   mistrzyni   Unduli 

broniła się tanecznymi ruchami i bez wysiłku odbijała na boki wszystkie strzały. Barrissa 
stała   obok   swojej   nauczycielki,   a   lazurowa   klinga   jej   broni   poruszała   się   idealnie 
synchronicznie z bladozielonym ostrzem mistrzyni. Walcząc osobno, były dla napastników 
trudnymi  przeciwniczkami, ale kiedy się zespoliły w Mocy, tworzyły jednostkę bojową o 
wiele   silniejszą   i   szybszą,   niż   wynikałoby   to   z   sumy   indywidualnych   umiejętności. 
Uzupełniały   nawzajem   swoje   finty,   parady   i   blokady   tak   idealnie,   że   dzicy   mieszkańcy 
ansjoniańskich   równin   spoglądali   na   nie   z   niedowierzaniem,   chociaż   nie   przestawali 
atakować.

Barrissa była dobrze wyszkolona, ale w pierwszej chwili na widok rozwrzeszczanego 

tłumu ogarnęła ją fala trwogi. Napastników było zbyt wielu, a odpieranie ich ataku w taki 
sposób, żeby nikogo nie zabić, stawało się o wiele trudniejsze, niż gdyby miała wolną rękę. 

background image

Wreszcie pozwoliła, żeby Moc przejęła kontrolę nad jej ruchami. Wyskakując w powietrze, 
parując   ciosy   i   wymachując   klingą   broni,   padawanka   stwierdziła,   że   początkowa   panika 
zniknęła bez śladu. Nigdy przedtem nie walczyła ramię w ramię w towarzystwie trojga Jedi i 
nigdy dotąd nie czuła tak silnego przepływu Mocy. Zjednoczyła się z Anakinem i Mistrzem 
Kenobim prawie tak samo  bez reszty jak z mistrzynią  Unduli. Wrażenie  zespolenia  było 
niewiarygodnie   potężne   i   uderzało   jej   do   głowy...   odurzało   ją,   oszałamiało   i   napawało 
zaufaniem. Możemy dokonać tej sztuki, pomyślała. Zdołamy pokonać obie armie!

Rozsądek podpowiadał jej, że to niemożliwe, ale przekonanie płynęło z serca, nie z 

umysłu. Byli niepokonani. Strącali śmierć z powietrza: niosące ogromną energię promienie 
cząstek, spiczaste jak igły groty strzał, klingi mieczy tak ostre, że można było ścinać nimi 
długie grzywy Ansjonian...

Bitwa musiała się ciągnąć bardzo długo, co najmniej kilka godzin, ale gdy wreszcie 

dobiegła końca, Barrissa stwierdziła, że trwała najwyżej dziesięć minut. Grunt przed stopami 
Jedi zaścielały dziesiątki sztuk strzaskanej broni, a otaczający ich napastnicy wyglądali na 
oszołomionych umiejętnościami walki swoich przeciwników.

No cóż, powinni się dziwić...
Barrissa uśmiechnęła się na wspomnienie utarczki na Ansjonie. Doświadczała Mocy 

przedtem i potem wiele razy, ale nigdy nie czuła się przez nią taka... zniewolona. Nawet kiedy 
demonstrowali swojego „ducha" Alwarom – ona tańcem „kompasowym", Anakin śpiewem, 
Mistrz Obi–Wan Kenobi opowiadaniem historii, a Mistrzyni Luminara wspomaganym przez 
Moc rzeźbieniem figur z wirujących tumanów piasku – nie była taka ożywiona jak podczas 
bitwy, kiedy walczyła u boku pozostałych. Walka parami albo w większej grupie znaczyła o 
wiele, wiele więcej niż potyczka w samotności.

Cóż,   tamta  bitwa   należała   do  przeszłości.   Nawet   gdyby   w  ciągu  lat  spędzonych   w 

Świątyni Jedi Barrissa nie nauczyła się niczego więcej, zapamiętała jedno: przeszłość można 
wspominać,  ale  nie  ożywiać.  Nie  znajdowała  się obecnie  na  Ansjonie,  ale  na planecie  o 
nazwie Drongar, która wyglądała jak ogromna, przesycona wilgocią cieplarnia. Padawanka 
Jedi   miała   wykryć   złodzieja,   który   kradł   hodowane   na   powierzchni   planety   zbiory 
drogocennej boty. Wywiązała się z powierzonego zadania, ale jej mistrzyni nie powiedziała, 
jaki ma być następny etap edukacji.

Kiedy zaczęła ją ogarniać frustracja, usłyszała świergot stacjonarnego komunikatora. 

Włączyła urządzenie i w parnym powietrzu przed nią roziskrzył się hologram jej mentorki. 
Komunikator był niewielki i chyba trochę uszkodzony, bo oprócz mrugania i zniekształceń 
obrazu, jakie zazwyczaj towarzyszyły przesyłaniu sygnału na odległość wielu parseków, jakiś 
element wzmacniacza mocy wydzielał woń przegrzanej izolacji... tak subtelną, że Barrissa nie 
była pewna, czy rzeczywiście ją wyczuwa, czy może tylko to sobie wyobraża. Zapach nie był 
nieprzyjemny i przypominał aromat prażonych orzechów klee–klee.

Mistrzyni  Unduli znajdowała się wiele lat świetlnych  od niej, na Coruscant, ale jej 

wizerunek unosił się tak blisko, że Barrissa mogłaby go dotknąć. Trójwymiarowa podobizna 
była jednak niematerialna i młoda padawanka czułaby się, jakby chciała dotknąć ducha.

Westchnęła   i   uświadomiła   sobie,   że   napięcie   z   wolna   ustępuje.   Przebywając   na 

Drongarze, tęskniła za swoją nauczycielką. Hologram miał niewielką rozdzielczość i migotał, 
ale   sam   widok   Mistrzyni   Unduli   wystarczał,   żeby   mogła   skupić   myśli.   Bardzo   tego 
potrzebowała. Głęboko przeżywała nie tylko nieco wcześniejsze przymusowe przeniesienie 
medycznej bazy jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południe, w obawie przed zniszczeniem jej 
przez   bojowe   roboty   separatystów,   ale   także   śmierć   Zana   Yanta   i   każdy   z   regularnie 
przylatujących transportów rannych klonów. Bardzo potrzebowała spokoju i skupienia, jakie 
zawsze ogarniały ją na widok mentorki.

Kiedy już się przywitały, Barrissa powiedziała:
– Moje zadanie na Drongarze chyba zostało wykonane. 

background image

Mistrzyni Unduli przechyliła głowę na bok.
– Dlaczego tak uważasz? – zapytała.
Młoda padawanka utkwiła spojrzenie w jej hologram, jakby nagle straciła całą pewność 

siebie.

– No cóż... – zaczęła. – Przysłano mnie tu, żebym wykryła złodzieja zbiorów boty. 

Istoty odpowiedzialne za ten proceder, Hutt Filba i admirał Bleyd, już nie kradną, bo nie żyją. 
Wojskowi   przysłali   innego   admirała,   żeby   objął   dowództwo   fregaty   MedStara   i 
rozmieszczonych   na   powierzchni   Drongara   jednostek   chirurgicznych...   Powinien   się   tu 
wkrótce zjawić, a zważywszy na wartość zbiorów boty, mogę się spodziewać, że wybrano 
osobę uczciwą.

– To była tylko część twojego zadania, padawanko – odparła Mistrzyni Unduli. – Nie 

zapominaj, że jesteś także uzdrowicielką, a na powierzchni planety wciąż jeszcze przebywają 
istoty, które potrzebują twojej pomocy.

Barrissa zamrugała.
– 

Tak, mistrzyni, ale... – zaczęła i urwała.

Jej nauczycielka jakiś czas patrzyła na nią bez słowa.
– Ale według ciebie to niewystarczający powód, żebyś tam nadal przebywała, prawda? 

– zapytała w końcu.

– Szanuję twoją opinię, mistrzyni, ale chyba moja obecność na powierzchni Drongara 

nie robi wielkiej różnicy – wyjaśniła Barrissa. – To coś jak przenoszenie piasku z plaży po 
jednym ziarnku. Bez trudu mógłby mnie zastąpić każdy kompetentny lekarz.

– A więc uważasz, że twoje talenty mogą  być  lepiej  wykorzystane  gdzie indziej  – 

powiedziała jej nauczycielka tonem sugerującym, że to nie miało być pytanie.

– Tak, moja mistrzyni – przyznała padawanka. – Naprawdę tak uważam.
Luminara Unduli się uśmiechnęła. Mimo migotania obrazu jej uczennica zauważyła, że 

mistrzyni Jedi mruga jaskrawoniebieskimi oczami.

– To oczywiste – stwierdziła w końcu. – Jesteś młoda i pragniesz świecić przykładem, 

ale to pragnienie zaślepia cię na wszystko, co cię otacza, a co nadal wymaga twojej troski. 
Wyczuwam   jednak,   moja   niecierpliwa   padawanko,   że   twoje   szkolenie   na   Drongarze   nie 
dobiegło   jeszcze   końca.   Wciąż   możesz   się   tam   wiele   nauczyć.   Czasami   uzdrowienia 
wymagają nie tylko ciała, ale także dusze. Skontaktuję się z tobą, kiedy uznam, że nadszedł 
czas opuszczenia tej planety.

Holograficzny wizerunek Mistrzyni Unduli rozpłynął się i zniknął.
Barrissa, siedząc na pryczy, starała się opanować i uspokoić, ale przychodziło jej to z 

trudem.   Nie   bardzo   wiedziała,   jaki   cel   chce   osiągnąć   jej   mistrzyni,   pozostawiając   ją   w 
dalszym ciągu na powierzchni Drongara. Padawanka Offee była wprawdzie uzdrowicielką i 
ocaliła  życie   kilku  istot,  ale  mogła   wykorzystywać  swoje  umiejętności  w  każdym   innym 
miejscu. Na powierzchni tej urodzajnej planety nie działo się nic, co pomogłoby jej stać się 
pełnowartościowym rycerzem Jedi. Jej nauczycielka powinna się raczej rozejrzeć za jakimś 
miejscem,   gdzie   mogłaby   ją   poddać   próbie,   która   rzuciłaby   wyzwanie   wszystkim 
umiejętnościom padawanki, a nie tylko talentowi uzdrowicielki.

Tymczasem   mistrzyni   Jedi   postanowiła   zostawić   ją   na   powierzchni   przesiąkniętej 

wilgocią   błotnistej   planety,   na   której   toczono   walki   w   dziwnie   przestarzały   sposób... 
wyłącznie   na   powierzchni,   na   której   obie   armie   starały   się   uważać,   żeby   nie   uszkodzić 
drogocennych roślin bota, pleniących się tu gęściej i bujniej niż gdziekolwiek w znanej części 
galaktyki.   Bota,   cudowna   adaptogenna   roślina,   z   której   można   tyło   sporządzać   kilka 
zdumiewająco  skutecznych   leków, była   tak  bardzo  wrażliwa,   że  sadzonki  na  całym  polu 
mogła zniszczyć nawet umiarkowanie silna fala udarowa zbyt bliskiej eksplozji. Delikatną 
roślinę   mogło   uszkodzić   nawet   bliskie   wyładowanie   atmosferyczne,   a   takie   zdarzały   się 
bardzo często, jako że planeta była dość młoda i wciąż jeszcze miała kapryśny klimat.

background image

Unicestwienia zbiorów boty nie chciały ani Konfederacja, ani Republika, więc i jedna, i 

druga   stosowały   podczas   tej   wojny  wyłącznie   niewiarygodnie   prymitywne   rodzaje   broni. 
Bitewne roboty walczyły z żołnierzami klonami przeważnie na odległość strzału z blastera, w 
nielicznych   grupach   i   bez   wsparcia   artylerii   czy   potężnych   dział   jonowych.   Uprawy,   o 
panowanie   nad   którymi   walczyły   obie   strony,   były   warte   swojej   masy   w   drogocennych 
klejnotach, toteż nikt nie chciał ryzykować uszkodzenia ani tym bardziej spopielenia cennych 
zbiorów, o co było nietrudno, bo mimo bagnistego terenu środowisko zawierało dużo tlenu.

Wprawdzie  od czasu do czasu obie strony stosowały cięższą broń, jak na przykład 

podczas   przypuszczonego   przez   separatystów   nieco   wcześniejszego   ataku,   który   zmusił 
Republikę do przeniesienia bazy, ale ze względu na konieczność delikatnego obchodzenia się 
z   bota   najczęściej   używano   piechoty,   która   walczyła,   okupując   krwią   każdy   centymetr 
zdobywanego gruntu. Nie pierwszy raz Barrissa się dziwiła, jakim cudem tutejsza roślina 
może być tak wrażliwa, a zarazem tak długo zajmować ekologiczną niszę na powierzchni 
planety nawiedzanej przez tak liczne i gwałtowne burze.

Teraz podobne rozważania nie miały jednak znaczenia. Liczyło się tylko jedno: chociaż 

złodzieje   boty   nie   żyją,   mistrzyni   Unduli   kazała   jej   pozostać   na   powierzchni   Drongara. 
Dlaczego? Co chciała przez to osiągnąć?

Barrissa   pokręciła   głową,   żeby   pozbyć   się   natrętnych   myśli.   Jasności   umysłu   nie 

osiągało   się   dzięki   intensywnym   rozmyślaniom...   prawdą   było   coś   wręcz   przeciwnego. 
Musiała oczyścić umysł, żeby jak zawsze, ilekroć nawiązywała z nią kontakt, Moc zapewniła 
jej spokój i pogodę ducha.

Zdarzały się dni, kiedy przychodziło jej to z wielkim trudem.

background image

ROZDZIAŁ 2

Jos Vondar leżał na pryczy i piorunował spojrzeniem młodego mężczyznę w mundurze 

porucznika, który stanął w progu jego kabiny. Gość wyglądał jak smarkacz, jakby dopiero co 
skończył czternaście standardowych lat.

– O co chodzi? – burknął oschle Jos.
– Pan kapitan Vondar? – zapytał młody mężczyzna. – Nazywam się Korneli Divini.
– Miło, że wpadłeś – odparł Vondar. – Może jeszcze zechcesz powiedzieć, dlaczego nie 

zamknąłeś drzwi i pozwalasz, żeby do mojego skromnego mieszkania wpadało nieznośne 
ciepło?

Młodzieniec wyglądał na trochę speszonego.
– Dostałem tu przydział, panie kapitanie – odezwał się w końcu.
– Nie potrzebuję nikogo, kto by mi sprzątał – odparł Jos. Młodzieniec nieoczekiwanie 

wyszczerzył zęby w promiennym uśmiechu.

– Rzeczywiście, panie kapitanie, nic na to nie wskazuje – powiedział. – Zważywszy na 

porządek, jaki panuje w pańskiej kabinie.

Jos nie potrafił znaleźć na to odpowiedzi. Musiał przyznać, że ostatnio trochę o to nie 

dbał. Powiódł spojrzeniem po niewielkim pomieszczeniu. Na oparciu formokrzesła wisiały 
dwie ostatnie zmiany jego ubrania, chłodziarka napojów była w tak opłakanym stanie, że nad 
skorzystaniem z niej zastanowiłby się dwa razy nawet zatwardziały DlJak, a porosty pieniły 
się na ścianach warstwą grubą jak mech na Pniach drzew Kashyyyka. Jos musiał szczerze 
przyznać, że w tak brudnym i zagraconym chlewie jak jego kabina nie chciałoby żyć nawet 
bagienne prosię.

Z nich dwóch zawsze Zan był bardziej systematyczny. Nigdy by nie pozwolił, żeby ktoś 

doprowadził  jego kwaterą do takiego  stanu. Jos prawie słyszał  głos  Zabraka:  „Posłuchaj, 
Vondar, widywałem bardziej schludnie utrzymane składnice odpadków. Co chcesz przez to 
osiągnąć, przetestować sprawność swojego systemu immunologicznego?"

Zana jednak nie było. Zan zginął.
Młodzieniec znów zaczął coś mówić i Jos ocknął się z zadumy.
–  ...przydzielony   do   Mobilnej   Jednostki   Chirurgicznej   Siedem   jako   chirurg,   panie 

kapitanie.

Jos usiadł na pryczy i przyjrzał się chłopcu. Chyba się przesłyszał. Ten... ten dzieciak 

miałby być lekarzem?

Wykluczone.
Na jego twarzy musiało się odmalować niedowierzanie, bo chłopak dokończył trochę 

bardziej formalnym tonem:

– Ukończyłem  Akademię  Medyczną  na Coruscant, panie kapitanie.  Dwa lata temu, 

potem rok praktyki i rok służby w Wielkim Zoo.

Vondar lekko się uśmiechnął. Wielkie Zoo było nieformalną nazwą usytuowanej na 

Alderaanie i przeznaczonej dla istot większości ras galaktyki placówki medycznej, w której i 
on   odbywał   praktykę.   Placówka   chlubiła   się   nie   mniej   niż   siedemdziesięcioma   trzema 
środowiskami i salami operacyjnymi. Dysponowała protokołami leczenia inteligentnych istot 
prawie wszystkich ras, których tkanki były oparte na związkach węgla, a także większości, 
których   organizmy   składały   się   ze   związków   krzemu   czy   halogenu.   Jeżeli   jakaś 
poszkodowana istota żyła i była chociaż trochę przytomna, można się było spodziewać, że 
wcześniej czy później zobaczy się ją w Wielkim Zoo.

Jos spojrzał na młodzieńca nieco łaskawiej. Prawdopodobnie to Korelianin jak on albo 

ktoś pokrewny. Divini miał jasnoblond włosy, a jego policzki wyglądały, jakby jeszcze nie 
zaznały depilacyjnej pianki.

background image

– Powinieneś mieć trzyletnie doświadczenie, zanim cię powołali – odezwał się w końcu.
– Tak jest, panie kapitanie – odparł Divini. – Wygląda na to, że brakowało im lekarzy 

do pracy w warunkach polowych.

Z twarzy Vondara zniknął ostatni cień uśmiechu. Zan nie żył zaledwie od tygodnia, a 

ten   dzieciak   wyobraża   sobie,   że   może   go   zastąpić?   Republika   musiała   się   znajdować 
naprawdę   w   rozpaczliwym   położeniu,   skoro   wyrywała   niemowlęta   z   kołysek,   żeby 
powoływać je do służby w wojsku.

A poza tym... nikt nie potrafiłby zastąpić Zana. Nikt.
– 

Proszę posłuchać, poruczniku – zaczął Jos. – Nazywasz się Divini, prawda?

– Uli.
Vondar zamrugał.
– Słucham? – zapytał.
– Wszyscy nazywają mnie Uli, panie kapitanie – wyjaśnił młodzieniec. – Pochodzę z 

Tatooine, z okolic Morza Wydm. To skrót od Uli–ah, co oznacza „Dziecię Ludzi Piasku". 
Jeżeli chce pan się dowiedzieć, jak zdobyłem ten przydomek...

–   Panie   poruczniku   Divini,   nie   zamierzam   kwestionować   mądrości   Republiki   i   nie 

sądzę, żeby ktokolwiek mógłby podawać ją w wątpliwość – przerwał Jos. – Więc tylko witam 
cię na tej wojnie. Widziałeś się już z dowódcą naszej placówki?

– Z pułkownikiem Vaetesem? – upewnił się Uli. – Tak jest, panie kapitanie. To on mnie 

tu skierował.

Jos westchnął.
–  No   cóż,   w   takim   razie   chyba   powinienem   znaleźć   dla   ciebie   jakąś   kwaterę   – 

powiedział, wstając z pryczy.

Młody Divini wyglądał na speszonego.
Pan pułkownik powiedział, że mam zamieszkać z panem, panie kapitanie – odezwał się 

w końcu.

– Przestań zwracać się do mnie tak oficjalnie – burknął Vondar. – Nie jestem twoim 

ojcem, chociaż ostatnio czuję się bardzo staro. Możesz mówić mi po imieniu... To jak, Vaetes 
powiedział, żebyś zamieszkał ze mną?

– Tak jest, panie kapitanie... uhm, to znaczy tak, Jos – odparł Uli. Korelianin zacisnął 

zęby.

– Zaczekaj tu na mnie – rozkazał.
– Oczywiście.
Pułkownik   Vaetes   siedział   za   biurkiem,   kiedy   Jos   wkroczył   do   jego   gabinetu,   nie 

pozwolił mu jednak dojść do słowa.

–  Zgadza   się,   skierowałem   chłopaka   do   twojej   kwatery   –   powiedział.   –   Dostał   tu 

przydział   jako   chirurg   ogólny,   a   ja   nie   zamierzam   dopuścić,   żeby   konstrukcyjne   roboty 
rzucały wszystko i stawiały nową kabinę, skoro masz w swojej wolną pryczę. – Uniósł rękę, 
żeby powstrzymać ewentualny sprzeciw podwładnego. – To nie kółko dyskusyjne, kapitanie, 
ale armia. Jesteś w tej jednostce głównym chirurgiem, więc pomożesz mu się zadomowić i 
zapoznasz go ze wszystkimi regułami. Nie musi ci się to podobać, ale masz to zrobić. Możesz 
odejść.

Jos wpatrywał się jakiś czas w twarz zwierzchnika.
–  Co   z   tobą,   D'Arc?   Ktoś   rozpłatał   ci   głowę   i   wpakował   do   środka   standardowy 

wojskowy   mózg   czy   co?   –   zapytał   w   końcu.   –   Zachowujesz   się   jak   bohater   tandetnego 
holowideogramu.   Wiesz   w   ogóle,   co   się   dzieje   poza   twoim   gabinetem?   Jeszcze   nie 
skończyliśmy się przenosić, funkcjonuje tylko jeden zbiornik bacta, a podczas przeprowadzki
straciliśmy cały pojemnik preparatu do zamrażania. Nieprzyjaciołom nikt nie powiedział, że 
mamy tu problemy, więc nadal grzeją do naszych chłopców, a my musimy ich jakoś łatać. Po 
prostu nie mam czasu niańczyć nieopierzonego żółtodzioba!

background image

Vaetes spojrzał na niego spokojnie, jakby rozmawiali o pogodzie.
– Czujesz się lepiej? – zapytał. – To dobrze. Wyjście jest za twoimi plecami. Po prostu 

odwróć się i przejdź te kilka kroków, aby zadziałał odpowiedni sensor. I pospiesz się, bo...

–  Słyszę,   słyszę   –  dokończył   z  niesmakiem   Vondar.  Nadlatywały   co  najmniej   dwa 

medyczne ładowniki z rannymi. – Ale jeszcze z tym nie skończyłem, D'Arc.

– Hej, wiesz przecież, że możesz do mnie wpaść w każdej chwili – zapewnił dowódca. 

– Moje drzwi są zawsze otwarte... z wyjątkiem okresów, kiedy są zamknięte. A przy okazji, 
nie zapomnij ich zamknąć, kiedy będziesz wychodził.

Jos wyszedł z gabinetu pułkownika i odetchnął wilgotnym i parnym popołudniowym 

drongariańskim powietrzem.

Właśnie tego mi było potrzeba, pomyślał ponuro. Smarkacza bardziej naiwnego niż 

świeżo   wyhodowany   klon.   Dzieciak   mógł   sobie   wyobrażać,   że   jest   gotów   do   pracy   w 
warunkach polowych, ale w opinii Josa było to bardzo mało prawdopodobne. Wprawdzie w 
każdym wielkim ośrodku medycznym mogły się trafiać trudne przypadki, ale nieraz widywał, 
jak chirurdzy z wieloletnim doświadczeniem na widok ciężko rannych wybiegali pospiesznie 
z operacyjnej sali, żeby nie zwymiotować do aseptycznej maski.

Nazywali to operowaniem mimn'yeta, od wątpliwego pochodzenia mięsnych posiłków, 

jakie cieszyły się popularnością pośród krwiożerczych gadopodobnych istot z Baraba Jeden. 
Powiedzenie doskonale ilustrowało pospieszne tempo łataniny, jakie musieli zachować, żeby 
utrzymać   pacjentów   przy   życiu.   Trzeba   było   jak   najszybciej   powstrzymać   krwawienie   i 
nałożyć łatę albo piankę z synciała, żeby móc zająć się kimś następnym. Brakowało czasu na 
luksusy w rodzaju regeneracji czy stymulacji. Nikomu nie przeszkadzało, gdy któryś ranny 
opuszczał ośrodek z sinym znamieniem na twarzy albo błyszczącą blizną.

Liczyło się tylko to, czy on albo ona może nadal strzelać. Czasami Jos, mając ręce 

ubabrane krwią, zajmował się rannymi dwadzieścia standardowych godzin z rządu, i to bez 
chwili   wytchnienia   między   kolejnymi   pacjentami.   To   było   prymitywne,   barbarzyńskie   i 
brutalne.

Tak właśnie wyglądała ta wojna.
I tak wyglądało sterylne piekło, do którego Vaetes wpuścił dzieciaka, niewyglądającego 

na tyle poważnie, żeby pilotować lądowy śmigacz.

Jos pokręcił głową. Porucznika Kornelia „Uliego" Diviniego czekał niedługo lodowaty 

prysznic. Jos nie chciał być w jego skórze, kiedy to nastąpi.

Z drugiej strony, istniał jeden plus w tej całej sytuacji: prawdopodobnie Tolk polubi 

tego chłopaka.

Na myśl o tym się uśmiechnął. Jego związek z lorrdiańską pielęgniarką był jedną z 

niewielu dobrych rzeczy, jakie przydarzyły mu się podczas tej wojny. Jos uważał nawet, że 
jedyną.

Den Dhur miał do wykonania pewne zadanie.
Miało   niewiele   wspólnego   z   samą   wojną   między   Konfederacją   a   Republiką.   Był 

wprawdzie   niezależnym   korespondentem   wojennym,   ale   istniało   niewielkie 
prawdopodobieństwo, że spłodzi na jej temat jakikolwiek artykuł. Nie, jego zadanie polegało 
na   udzieleniu   pomocy   przyjacielowi...   komuś,   kogo   poznał   podczas   pobytu   w   Mobilnej 
Jednostce Chirurgicznej Siedem i uważał za pokrewną duszę.

Nikt, kto od dawna znał upartego Sullustanina, z pewnością by nie uwierzył, że może 

się on zaprzyjaźnić z jakąkolwiek żywą istotą. Nie musiałby zresztą zmieniać opinii, bo Den 
nie zaszczycił przyjaźnią żywej istoty... to znaczy, żywej w tradycyjnym sensie.

Co sprawiało, że zadanie Dena stawało się jeszcze trudniejsze.
Reporter   siedział   ze   swoim   kumplem   w   kantynie   bazy   i   popijał   szalenie   mocną 

mieszaninę   wywaru   z   przyprawy,   sullustańskiego   dżinu   i   Ducha   Starego   Janksa,   zwaną 

background image

sonicznym śrubokrętem. Nikt nie miał pojęcia, dlaczego trunek ochrzczono tak, a nie inaczej, 
ale po wypiciu pierwszych dwóch porcji nikt się nie zastanawiał nad tym problemem. Jak 
zawsze, towarzysz Dhura niczego nie pił. Nie było w tym nic dziwnego, skoro nie miał ust ani 
gardła, a swego czasu przekonał Dena, że wlewanie alkoholu w otwór jego wokabulatora nie 
byłoby najlepszym pomysłem.

Den zwrócił ogromne załzawione oczy na I–5YQ. Android miał irytującą skłonność, 

spotęgowaną dzięki spolaryzowanym soczewkom Sullustanina: bywało, że rozszczepiał się na 
dziesiątki wizerunków. Poza tym wszystko wyglądało stosunkowo normalnie.

– Musimy cię upić – odezwał się Den, spoglądając na androida.
– Dlaczego uważasz to za konieczne? – zapytał I–5YQ.
– Bo–o to niesprawiedli–e – odparł nieco bełkotliwie Sullustanin. –Wszys–kim kurzy 

się z g–ów...

– Zauważyłem, że z każdą chwilą coraz bardziej – przyznał android.
– Wszys–kim z wyją–kiem ciebie – stwierdził reporter. – To nie–obrze. Musi–y coś z 

tym zrobić.

– Przyjmijmy na chwilę, że istotnie miałbym ochotę się odurzyć alkoholem – odparł I–

Five. – Dostrzegam jednak kilka problemów, z którymi trzeba byłoby się uporać. Jednym z 
nich, dosyć istotnym, jest to, że nie mam przemiany materii i w związku z tym nie potrafię 
przetwarzać etanolu.

– Racja, racja. – Den pokiwał głową. – Musi–y ja–oś rozwiązać ten problem. Ale nie 

martw się, na pewno coś wy–yślę.

– W takim stanie trudno byłoby ci przypomnieć sobie własne nazwisko – zauważył 1–5 

YQ. – Nie obraź się, ale w tej chwili nie powierzyłbym ci nawet naprawy okablowania robota 
myszy. Może później, kiedy...

Sullustanin zakołysał zwisającymi z policzków fałdami skóry.
– Mam! – wykrzyknął, wyraźnie podniecony. – To doskonałe rozz–wiązanie!
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał z rezerwą android.
Den dopił resztę trunku, ale musiał się przytrzymać krawędzi stolika i zaczekać, aż cała 

kantyna, która w niewytłumaczalny sposób wystrzeliła w nadprzestrzeń, znów się ustatkuje.

–   Ograniczymy   moc   wy–ściową   twojego   rrr–dzenia   –   zaczął   Den.   –   Zak–ócimy 

odrobinę sygna–y z sensorów i poluzujemy co nieco obwody logiczne.

–   Bardzo   mi   przykro   –   sprzeciwił   się   android.   –   Mam   wielokrotne   redundancyjne 

zabezpieczenia. Obwody są połączone na stałe, co oznacza, że nie mogę przy nich grzebać, 
podobnie jak ty nie mógłbyś przestać oddychać.

Den popatrzył groźnie na pusty kufel.
– Niech to zarr–aza – mruknął do siebie, ale po chwili znów się rozpromienił. – Do–

obrze, a co byś powiedział, gdy–byśmy bezpośrednio prze–ączyli twoje obwody? Naturalnie, 
tylko na pewien czas... To mog–oby się udać, nie u–ażasz?

–  Może,  gdyby  pomogły  ci   w  tym  inżynierskie  pikoandroidy  –  przyznał  I–Five.   – 

Kłopot w tym, że spotyka się je wyłącznie w salonach naprawczych firmy Cybot Galactica 
albo w ośrodkach ich autoryzowanych przedstawicieli. Obawiam się, że najbliższy znajduje 
się dwadzieścia parseków od nas.

Den czknął i wzruszył ramionami.
– No cóż, jess–tem pe–ien, że tak czy owak coś wy–yślimy – obiecał. – Nie martw się, 

Den Dhur nigdy się nie poddaje. Zajmę się tym, kolego.

Z głuchym stukiem opuścił głowę na blat stołu i chwilę potem donośnie zachrapał.
1–5 spojrzał na nieprzytomnego reportera i westchnął.
– Coś w tym wszystkim wydaje mi się bardzo znajome – mruknął do siebie.

background image

ROZDZIAŁ 3

Gdyby   Jos   miał   jakikolwiek   wybór,   zapoznałby   dzieciaka   z   pracą   w   łagodniejszy 

sposób, sala operacyjna była jednak pełna ciężko rannych żołnierzy klonów, a kiedy się tam 
znaleźli,   warkot   medycznych   ładowników   transportujących   nowe   ofiary   brzmiał   równie 
monotonnie jak pomruk wymiennika ciepła. Potrzebny był każdy, kto umiał się posługiwać 
wibroskalpelem. Natychmiast.

Jos nie mógł nawet obserwować, jak chłopak sobie radzi, bo miał ręce zanurzone po 

łokcie   w   pełnej   odłamków   szrapnela   klatce   piersiowej   jakiegoś   klona.   Pozostający   na 
usługach   hrabiego   Dooku   naukowcy   opracowali   nową   bombę   odłamkową   zwaną 
opielaczem...   inteligentny   ładunek   wybuchowy,   który   po   wystrzeleniu   zataczał   łuk   nad 
obronną siecią wojsk Republiki i opadał w sam środek oddziału. Eksplodował na wysokości 
piersi żołnierzy i rozrzucał wokoło niewielkie, inteligentne i ostre jak brzytwa durastalowe 
strzałki.   Działanie   opielacza   powodowało   śmierć   wszystkich   miękkich   celów,   które 
znajdowały się w promieniu dwustu metrów od miejsca eksplozji. Śmierć tym straszniejszą że 
pancerze żołnierzy klonów nie potrafiły jej zapobiec.

Jos uważał, że ktokolwiek je zaprojektował i wyprodukował, powinien zostać za to 

pociągnięty do odpowiedzialności. Pod względem projektowania i rzeźbienia miękkiej tkanki 
Kaminoanie  byli   geniuszami,  ale  o  ile  się  orientował,  pancerze   klonów   były  praktycznie 
bezużyteczne.   Biorący   udział   w   walkach   niesklonowani   żołnierze   nazwali   je   wiadrami. 
Określenie było jak najbardziej uzasadnione.

Już chciał poprosić, żeby zwiększono trochę natężenie pola presyjnego, ale uprzedziła 

go Tolk.

– Pole plus sześć – rozkazała androidowi typu 2–IB, który obsługiwał urządzenie.
Tolk le Trene była Lorrdianką, a istoty z jej planety wykazywały niesamowitą zdolność 

rozpoznawania minimalnych zmian wyrazu twarzy czy gestów, a także wyczuwania emocji 
istot większości ras galaktyki w takim stopniu, że zakrawało to na telepatię. Tolk cieszyła się 
opinią   najlepszej   pielęgniarki   bazy.   Co   więcej,   była   istotą   urodziwą   i   wrażliwą,   a   także 
cieszyła się sympatią Josa Vondara, mimo że urodziła się na innej planecie. Nie pochodziła z 
jego   ojczystego   klanu,   więc   ich   związek   nie   miał   żadnej   przyszłości.   Vondarowie   byli 
ensterami, a więc jego przyszła żona nie mogła być eksterem. Musiała pochodzić z jednej z 
planet jego systemu, najlepiej z ojczyzny. Nie uznawano żadnych wyjątków od tej reguły.

Dopuszczano wyłącznie tymczasowe związki z istotami z innych planet. Przymykano 

na nie oko, jako że młodzi musieli się wyszumieć, ale nie wolno było sprowadzać do domu 
narzeczonej z innej planety, żeby przedstawić ją krewnym, chyba że ktoś chciał się wyrzec 
własnego klanu i narazić na trwały bojkot towarzyski. Należało się liczyć także z niesławą, 
jaką taki postępek sprowadziłby na pozostałych członków rodziny: „Poślubił istotę z innej 
planety! Możesz to sobie wyobrazić? Jego rodzice o mało nie umarli ze wstydu".

Jos   spojrzał   na   Diviniego,   a   później   przeniósł   spojrzenie   na   Tolk.   Pielęgniarka 

uśmiechnęła się do niego.

–  Uli   radzi   sobie   całkiem   nieźle   –   powiedziała.   –   Androidy   sanitariusze   właśnie 

wywieźli jego pierwszego pacjenta, i to bynajmniej nie do kostnicy. To uroczy dzieciak.

Vondar pokręcił głową.
– Ta–a, uroczy – mruknął do siebie.
Zaryzykował i powiódł spojrzeniem po sali operacyjnej. Do pełnego zatrudnienia wciąż 

jeszcze brakowało jednostce dwóch lekarzy i trzech chirurgicznych androidów. Tego dnia 
mogło ich to sporo kosztować...

Zanim dokończył  myśl,  zobaczył  zamaskowanego, ubranego w  kitel  chirurga,  który 

zajął miejsce przy jednym z wolnych stołów. Kiedy włączyło się sterylne pole, nieznajomy 

background image

zaprosił gestem androidów sanitariuszy, żeby przynieśli następnego rannego klona.

– Nie mam pojęcia, kto to – powiedziała Tolk, zanim Jos zdążył ją o to zapytać.
Po wielu miesiącach spędzonych na powierzchni tropikalnej planety, lekarze pełniący 

dyżury   w   sali   operacyjnej   rozpoznawali   się   nawzajem,   nawet   mimo   masek   ochronnych. 
Oznaczało to, że nowy chirurg jest kimś obcym, co z kolei nasuwało pytanie, dlaczego nikt 
nie   powiedział   jemu,   kapitanowi   Vondarowi   i   głównemu   chirurgowi,   że   do   jednostki 
przydzielono nową osobę.

Nagle u jego pacjenta otworzyła się nowa rana. Trysnęła z niej fontanna krwi i Jos 

musiał martwić się czymś całkiem innym.

Dziewięciu pacjentów później dostał mu się łatwy przypadek... rozszarpane płuco, które 

posklejał w ciągu zaledwie kilku minut. Kiedy Tolk zaczęła zszywać ranę, Vondar mógł się 
rozejrzeć po operacyjnej sali. Nie zobaczył żadnego rannego przygotowanego do następnej 
operacji. Tempo pojawiania się nowych przypadków w końcu osłabło. Spojrzał na androida 
odpowiedzialnego   za   selekcję   rannych   do   transportu   w   zależności   od   stanu   zdrowia   – 
obowiązek ten pełnił 1–5YQ – i zauważył, że android uniósł pięć palców na znak, że za tyle 
minut będą mieli przygotowanego następnego pacjenta.

Jos   ściągnął   sterylne   rękawiczki   z   cienkoskóry   i   wdzięczny   losowi   za   chwilową 

przerwę, włożył następną parę.

– Przydałby mi się tu ktoś do pomocy – odezwał się nagle nowy chirurg. – Naturalnie, 

jeżeli nie masz w tej chwili nic innego do roboty.

Głos nowego miał głębokie brzmienie, sugerujące, że jego właściciel jest starszy, niż 

bywało   zazwyczaj   w   sali   operacyjnej,   gdzie   większość   lekarzy   i   chirurgów   miała   od 
dwudziestu do dwudziestu pięciu standardowych lat. Jos przesunął trzy stoły, przecisnął się za 
plecami  Leemotha,  operującego dezertera  z armii  separatystów,  Aqualishanina  Quarana, i 
spojrzał na pacjenta, którego życie ratował obcy chirurg.

– Transplantacja płuco–serca? – zapytał.
– Ta–a – mruknął nieznajomy. – Dostał impuls soniczny, co rozwaliło jego mięsień 

sercowy. Popękały też pęcherzyki płucne.

Jos   spojrzał   na   nowe   organy,   sprowadzone   nieco   wcześniej   z   banku   klonów. 

Rozpuszczalne   klamry   spinające   arterie   i   żyły   były   niewiarygodnie   archaiczne.   Jos   nie 
widział takich od czasu studiów w akademii medycznej. Ten gość musiał więc być jeszcze 
starszy...   W   poszukiwaniu   lekarzy   wojskowi   Republiki   musieli   naprawdę   sięgać   na   dno 
rezerw.   Najpierw   dzieciak,   a   teraz   jakiś   dziadek,   pomyślał   ponuro.   Ciekawe,   kto   będzie 
następny, student medycyny?

– Chcesz wykonać zespolenie nerwów w sposób dystalny? – zapytał nieznajomy.
– Jasne. – Jos zmienił rękawiczki, wziął podawany przez pielęgniarką adaptopresor i 

rozpoczął mikrozszywanie.

– Dzięki – odparł starszy chirurg. – Ohleyz Sumteh Kersos Yingdah, doktorze.
Jos nie byłby bardziej zdumiony,  gdyby mężczyzna  go spoliczkował.  Tak brzmiało 

pozdrowienie   członków   jego   klanu!   Nieznajomy   nie   tylko   pochodził   z   jego   ojczyzny,   z 
Korelii, ale był także krewniakiem ze strony matki. Coś niesamowitego!

– Zapomniałeś o dobrych manierach, synu?
– Hm, przepraszam – zreflektował się Jos. – Sumteh Vondar Ohleyz. Nazywam się, 

uhm... Jos Vondar.

– Wiem, kim jesteś, synu – odparł nieznajomy.  – A ja nazywam  się Erel Kersos... 

admirał Kersos, i jestem twoim nowym dowódcą.

Jos znów poczuł się, jakby ktoś go spoliczkował. Erel Kersos był wujem jego matki. 

Nigdy przedtem się nie spotkali, ale Jos słyszał o nim to i owo. Erel odleciał z Korelii jako 
młody mężczyzna i już nigdy nie wrócił. Nie wrócił, bo poślubił...

Jos   starał   się   nie   dać   poznać   po   sobie,   jak   bardzo   jest   wstrząśnięty.   To   było   coś 

background image

zdumiewającego,   niewiarygodnego.   Istniało   tyle   mobilnych   jednostek   chirurgicznych 
rozsianych po powierzchniach planet całej galaktyki... jaka mogła być szansa, że natknie się 
na Erela właśnie w tej, w której pełnił służbę?

–   Może   porozmawiamy   trochę   później,   jeżeli   nie   masz   nic   przeciwko   temu   – 

zaproponował Kersos.

– Uhm, tak. Racja. Bardzo chętnie – odparł Jos. – Panie admirale.
Zdumiewające, ale kiedy kończył zszywanie rany, jego dłonie nawet nie drżały. Wuj 

jego matki, od sześćdziesięciu lat bojkotowany przez członków klanu, nie tylko odnalazł się 
tu, na Drongarze, ale nawet został nowym dowódcą bazy!

Jak duże było prawdopodobieństwo takiego zbiegu okoliczności?

Kaird   z   planety   Nedij   obserwował,   jak   uzdrowicielka   Jedi   zajmuje   się   rannym 

pacjentem.   Sklonowany   żołnierz   właśnie   trafił   do   sali   pooperacyjnej   i   ślady   laserowego 
zszywania były jeszcze wyraźnie widoczne na jego opalonej na brąz skórze. Barrissa Offee 
przesuwała dłońmi po jego ciele, co niewątpliwie miało jakiś związek z Mocą. Kaird niewiele 
wiedział o tych sprawach, które właściwie go nie obchodziły. Nie wątpił w istnienie Mocy, 
ale zazwyczaj nie interesował się ani Jedi, ani niesamowitym źródłem ich potęgi. Jako agent 
Czarnego Słońca skupiał się głównie na problemach natury praktycznej.

Mimo   to   z   zainteresowaniem   przyglądał   się   staraniom   Barrissy.   Widział   wszystko 

całkiem dobrze, bo stał na tyle blisko, że mógłby jej dotknąć. Można powiedzieć, że był 
niewidoczny, chociaż nie usiłował się ukrywać.

Planeta   Nedij   znajdowała   się   w   jednym   z   najbardziej   odległych   i   odosobnionych 

zakątków   galaktyki,   a   jej   mieszkańcy   rzadko   utrzymywali   kontakty   z   sąsiadami.   Po 
gwiezdnych szlakach błąkali się tylko ci, którzy świadomie wyparli się wspólnoty Gniazda. 
Istoty tej rasy nie były więc dobrze znane w galaktyce i Kaird rzucałby się w oczy w każdym 
towarzystwie   inteligentnych   osobników.   Ostre   rysy   jego   twarzy,   krótki,   gruby   dziób, 
fioletowe oczy i skóra porośnięta jasnobłękitnym meszkiem z pewnością zwróciłyby uwagę, 
gdyby   był   normalnie   ubrany.   Obecnie   jednak   był   praktycznie   niewidoczny,   bo   w   celu 
wykonania zadania wybrał przebranie idealnie pasujące do ośrodka medycznego.

Przedstawicieli wspólnoty braci i sióstr, znanej pod nazwą Milczących, spotykało się 

dosłownie wszędzie, jak galaktyka długa i szeroka. Jej członkowie nigdy się nie odzywali i 
przeważnie   ukrywali   ciała   i   twarze   pod   fałdzistymi   szatami   o   obszernych   kapturach. 
Najczęściej nie robili nic innego poza tym, że stali w jednym miejscu. Milczący twierdzili, że 
sama ich obecność w pobliżu chorych albo rannych przyczynia się do poprawy stanu ich 
zdrowia. Najdziwniejsze jednak, że się nie mylili.  Ich wpływu  na pacjentów nie potrafili 
wyjaśnić   wybitni   naukowcy   ani   praktykujący   lekarze,   ale   statystyczne   badania   dowiodły 
ponad wszelką wątpliwość,  że chorzy przychodzą  do zdrowia szybciej  i częściej, ilekroć 
towarzyszą   im   ubrane   w   dziwne   szaty   obce   istoty.   Członkowie   wspólnoty   pochodzili   z 
różnych grup społecznych i ras, więc wszystko wskazywało, że ich umiejętności nie mają nic 
wspólnego   z   Mocą.   Milczący   nie   mieli   żadnych   biologicznych   cech,   dowodzących 
wrażliwości   na   tajemnicze   pole   energetyczne.   Zjawiska   nie   można   było   także   przypisać 
subiektywnym   odczuciom   chorych,   bo   nawet   pacjenci,   którzy   nigdy   nie   słyszeli   o 
wspólnocie, odnosili takie same korzyści jak ci, którzy wiedzieli o jej istnieniu. To było coś 
naprawdę niezwykłego i zupełnie niewytłumaczalnego.

Kaird  nie wiedział,  jak to się  dzieje, i prawdę  mówiąc,  niewiele  go to obchodziło. 

Czasami  jednak  się zastanawiał,   czyjego  obecność  u  boku sklonowanych   żołnierzy  także 
wywiera   na   nich   kojący   wpływ,   chociaż   jego   myśli   są   przeważnie   równie   odległe   od 
cechującego Milczących spokoju ducha jak Drongar od Jądra galaktyki. Nie miało to żadnego 
znaczenia. Kaird udawał, że jest członkiem wspólnoty, bo dzięki temu mógł się wtopić w tło 
lepiej,   niż   gdyby   odgrywał   jakąkolwiek   inną   rolę   w   tej   mobilnej   jednostce   chirurgicznej 

background image

Republiki.   Nieco   wcześniej   wypił   sprowadzony   z   ojczyzny   ziołowy   wywar,   skutecznie 
neutralizujący   charakterystyczną   woń,   jaką   wydzielały   ciała   większości   istot   jego   rasy. 
Ukryty pod fałdzistym płaszczem, mógł się spodziewać, że nikt nie zwróci na niego uwagi... 
Agent Czarnego Słońca musiał być tego pewien, bo przecież jego zadanie na powierzchni tej 
planety nie miało nic wspólnego ani z wojną, ani z leczeniem rannych.

Mówiąc krótko i zwięźle, Kaird znajdował się tu z powodu boty. Ta rzadko spotykana 

roślina stanowiła istotne uzupełnienie arsenału środków medycznych każdego lekarza. Mogła 
działać jako antybiotyk, narkotyk albo środek nasenny... prawdę mówiąc, zależało to tylko od 
tego, komu się ją podawało. Była lekarstwem skuteczniejszym niż liście cambylictusa czy 
płyn  bacta  dla   Abyssina,  środkiem   psychotropowym  silniejszym   niż  santheriański  korzeń 
tenho   dla   Falleena   i   steroidem   anabolicznym,   który   wspomagał   umiejętności   Whiphida. 
Czarne   Słońce   zarobiłoby   fortunę   na   sprzedaży   każdej   ilości   boty,   jaką   udałoby   mu   się 
zdobyć. Niezwykła roślina miała naprawdę wszechstronne zastosowanie.

Jak   na   ironię   losu,   używanie   cudownego   specyfiku   w   mobilnych   jednostkach 

chirurgicznych na Drongarze było zabronione. Oficjalnie twierdzono, że zakaz ma na celu 
ukrócenie   czarnorynkowego   handlu   tym   specyfikiem,   ale   wszyscy   wiedzieli,   że   w 
rzeczywistości   chodzi   o   powody   natury   ekonomicznej.   Im   dalej   od   Drongara,   tym   bota 
stawała się cenniejsza, więc dlaczego ktoś miałby ją marnować na powierzchni macierzystej 
planety   w   celu   leczenia   żołnierzy   klonów?   Nic   nie   wskazywało,   żeby   w   najbliższej 
przyszłości ich źródło miało ulec wyczerpaniu...

Wielu   lekarzy   nalegało   na   anulowanie   tego   zakazu.   Wielu   innych,   po   prostu   go 

ignorując,   wymyślało   sposoby   leczenia   rannych   pacjentów.   Będąc   indywidualistą   i 
wojownikiem, Kaird pochwalał ich poświęcenie i odwagę, ale jako członek Czarnego Słońca 
miał nadzieję coś z tym zrobić, jeżeli – albo kiedy – zakaz zostanie zniesiony.

Jeszcze nieco wcześniej przestępczy kartel zdobywał duże ilości boty bez problemów. 

Para czamorynkowych handlarzy w miejscowych siłach zbrojnych Republiki dostarczała ją 
zamrożoną w karbonicie, dzięki czemu dawało się ją przemycać bez obawy o wykrycie czy 
uszkodzenie.  Niestety,  obaj  dostawcy pożegnali  się z życiem.  Wyglądało  na to, że jeden 
uśmiercił drugiego, a potem Kaird osobiście zabił tego, który przeżył. Czarne Słońce musiało 
się postarać o innego dostawcę i vigowie postanowili, że dopóki ich agent kogoś nie znajdzie, 
musi pozostać na powierzchni Drongara.

Prawdę mówiąc, Czarne Słońce miało już swojego agenta na powierzchni planety, a 

nawet w tej mobilnej jednostce chirurgicznej. Niestety, nie mogło mu powierzyć tego zadania, 
bo agent pracował także dla kogoś innego. Pozostawał na usługach odszczepieńców hrabiego 
Dooku i gdyby został dostawcą cennej boty, mógłby zostać przypadkowo ujawniony. Kaird 
świetnie   go   rozumiał.   Lens   przekazywał   przestępczej   organizacji   informacje   o   obu 
walczących stronach, a to było zbyt ważne, żeby oprócz tego zajmował się także dostawami 
niezwykłej rośliny.

Kaird przestąpił niezręcznie z nogi na nogę, bo fałdy płaszcza przykleiły się do jego 

skóry. Wentylatory bazy działały bardzo kapryśnie, a osmotyczne pola powstrzymywały tylko 
część   ciepła   i   wilgoci.   Zanieczyszczona   atmosfera   Drongara   w   niczym   nie   przypominała 
czystego   i   rozrzedzonego   powietrza,   w   którym   rozwijali   się   ptakopodobni   Nedijanie. 
Wprawdzie   ich   skrzydła   dawno   zanikły,   a   porastający   ciała   miękki,   podobny   do   puchu 
meszek  był  zaledwie bladym  cieniem upierzenia  odległych  przodków, ale mimo to istoty 
nadal wolały chłodne wyżyny i przysypane śniegiem szczyty gór niż równiny.

Ach, gdyby mógł się tam znaleźć!
Kaird uśmiechnął się do swoich myśli, ale głęboki kaptur ukrył wyraz jego twarzy. 

Skoro   już   o   tym   pomyślał,   równie   dobrze   mógłby   zatęsknić   za   towarzystwem   istot   płci 
odmiennej i za zboczem wzgórza pełnym szybkonogich rathów, tradycyjnego przysmaku istot 
jego   rasy...   a   może   także   za   odrobiną   wybornego   thwillwina,   które   uzupełniłoby   tę 

background image

hedonistyczną fantazję.

Obserwując, jak padawanka Offee powoli przesuwa dłońmi po obnażonej piersi klona, 

przestał się uśmiechać i zmarszczył brwi. Zastanawiał się, czy ta Jedi może się stać dla niego 
w przyszłości jakimkolwiek zagrożeniem, To dziwne, że pojawiła się na powierzchni właśnie 
tej planety. Naturalnie, była uzdrowicielką, ale w ostatnim okresie rycerzy Jedi widywało się 
bardzo   rzadko.   Wysyłanie   na   Drongar   osoby  władającej   Mocą,   choćby   tylko   niezupełnie 
wyszkolonej   padawanki,   wydawało   się   zwyczajnym   marnotrawstwem.   Będąc   agentem 
Czarnego   Słońca,   Kaird   podejrzewał   wszystkich   i   wszystko,   czego   nie   mógł   logicznie 
wytłumaczyć. W jego przestępczej organizacji służyli agenci starzy albo nieostrożni, ale nie 
znał żadnego starego i nieostrożnego. Życie można było zachować tylko dzięki nieustannej 
czujności i ciągłemu wyprzedzaniu o krok zamiarów potencjalnych wrogów.

Ta   kobieta   nie   stanowiła   dla   niego   bezpośredniego   zagrożenia,   chociaż   dzięki 

związkowi z Mocą umiała czytać w myślach. Kaird potrafił jednak je osłaniać o wiele lepiej 
niż przeciętna  istota,  bo też  jego szkolenie należało  do najlepszych,  na jakie mógł  sobie 
pozwolić   jego   vigo.   Pierwsza   lepsza   padawanka,   nawet   uzdrowicielka,   nie   wykryłaby 
niczego, na co by jej nie pozwolił. Mimo to czuł się trochę nieswojo. Każdy, kogo wybierze 
na następnego dostawcę boty, musi wiedzieć, jak unikać zdradzania się z przypadkowymi 
myślami albo uczuciami. Gdyby ta Jedi wyniuchała, że ma do czynienia z nowym agentem, 
Czarne Słońce musiałoby zaczynać wszystko od nowa, a to byłoby... bardzo kłopotliwe.

Kaird zastanawiał się, czy jej nie zabić. Nie byłoby to szczególne trudne, a dzięki temu 

pozbyłby się kłopotu. Może więc...

Nie. W tej galaktyce można było być pewnym zaledwie kilku rzeczy, ale jedną z nich 

było to, że jeśli ktoś zabił gdzieś jakiegoś Jedi, pozostali zawsze tam kogoś posyłali, żeby 
wszczął niezależne dochodzenie. Kaird zdołałby bez trudu zabić tę padawankę, ale następny 
Jedi mógł być rycerzem albo nawet mistrzem, a z kimś takim trudniej byłoby mu się uporać. 
Jak powiadało stare porzekadło, lepszy znany d'javl niż d'javl nieznany.

Wreszcie   padawanka   zakończyła   uzdrawianie.   Kaird   zauważył,   że   młody   klon 

zamrugał, ale potem znów zamknął oczy. Pierś mężczyzny rytmicznie i łagodnie unosiła się i 
opadała, a gałki oczne poruszały się pod powiekami w wypełnionym marzeniami kojącym 
śnie. Bez względu na to, czego dokonała, jej zabiegi okazały się skuteczne.

Kiedy go mijała, kiwnęła głową, jakby chciała okazać szacunek i wdzięczność innemu 

uzdrowicielowi. Kaird odpowiedział jej takim samym gestem. Starał się nie myśleć o niczym, 
dopóki nie uznał, że wyszła z budynku. Dopiero potem pozwolił sobie na lekki uśmiech.

Doszedł   do   wniosku,   że   przede   wszystkim   powinien   się   skupić   na   wyborze   i 

wyszkoleniu nowego agenta dla Czarnego Słońca. Dopiero kiedy strumień boty popłynie na 
nowo, będzie mógł się zatroszczyć o rozwiązanie pozostałych problemów, jeżeli jakieś się 
pojawią. Czarne Słońce słynęło z tego, że potrafiło się przystosowywać.

background image

ROZDZIAŁ 4

Szpiegowanie   w   nieprzyjacielskiej   bazie   nie   należało   do   zadań   najłatwiejszych. 

Stwierdzenie   to,   niewątpliwie   prawdziwe,   nie   miało   w   sobie   niczego   zaskakującego   ani 
odkrywczego...  co nie  znaczyło,  że jego zadanie  było  przez to chociaż  trochę łatwiejsze. 
Jeżeli  chciało  się  prowadzić  potajemną   działalność   w  nieprzyjacielskiej   bazie  wojskowej, 
trzeba było mieć więcej oczu niż Gran i wykazywać czujność większą niż istota płci męskiej 
rasy   H'nemtha.   Należało   zawsze   mieć   świadomość,   że   szpieg   jest   intruzem,   kimś 
niepożądanym. Nigdy, nawet na sekundę, nie wolno było się odprężyć.

Nie żeby ktoś miał powód go podejrzewać... zwłaszcza obecnie, kiedy Hutt i poprzedni 

admirał okazali się kimś innym, niż się wydawali, nie wspominając o tym, że obaj nie żyli. To 
była   jednak   wojna,   a   szpiegów   chwytanych   podczas   wojny   niezwłocznie   uśmiercano.   A 
chwytano ich, i to wielu, w miejscach o wiele mniej prawdopodobnych niż mobilna jednostka 
chirurgiczna na powierzchni zapomnianej planety, usytuowanej z daleka od Jądra, niemal na 
krańcu jednego z ramion galaktyki.

Położenie agenta komplikowało jeszcze bardziej to, że doszło do kilku zabójstw, za 

które   on,   szpieg   służący   dwóm   panom   pod   różnymi   pseudonimami   –   siłom   zbrojnym 
separatystów hrabiego Dooku jako Column i Czarnemu Słońcu jako Lens – przynajmniej po 
części odpowiadał. Czy zmarłych obchodziło, że do ich śmierci przyczynił się Column albo 
Lens? Nie. Czy obchodziłoby to którąkolwiek z tych osób, gdyby druga została wykryta i 
uśmiercona? Zastanawiając się nad tym, miało się ochotę ponuro uśmiechnąć.

Column   –   zazwyczaj   utożsamiał   się   właśnie   z   tym   przydomkiem,   bo   separatyści 

zwerbowali go wcześniej niż Czarne Słońce – lubił wiele spośród tych osób. Zaskakująco 
boleśnie przeżył nieco wcześniejszą śmierć jednego z lekarzy, chociaż nie była wynikiem 
żadnej   tajnej   operacji.   Często   rozmyślał   o   niebezpieczeństwach   prowadzenia   podziemnej 
działalności  na terenie  bazy nieprzyjaciół.  Nawet jeżeli  ktoś  przebywał  pośród zabójców, 
mógł   się   –   przynajmniej   do   pewnego   stopnia   –   do   nich   przywiązać.   Tymczasem   wśród 
lekarzy ani pielęgniarek nie było zabójców... wręcz przeciwnie, wszyscy oni albo leczyli, albo 
uzdrawiali. Co więcej, gdyby musieli się zatroszczyć o rannego wroga, potraktowaliby go z 
takim samym poświęceniem jak własnego żołnierza. Ich obowiązkiem było ratowanie życia, 
nie osądzanie uczestników walki. Tym trudniej przychodziło mu, kiedy – czy to jako Lens, 
czy   też   Column   –   musiał   działać   na   ich   szkodę,   co   czasami   okazywało   się   konieczne. 
Wprawdzie od dawna oczekiwany koniec miał przynieść słuszne – chociaż bolesne mimo 
upływu   kilkudziesięciu   lat   –   usprawiedliwienie,   ale   czasami   cel   wydawał   się   dziwnie 
odległy... ukryty we mgle równie gęstej jak opary, które napływały znad bezkresnych bagien 
Drongara. Na przeszkodzie stawały także drobne szczegóły codziennego życia, tak samo jak 
przyjaźnie, troski i przymierza.

Column westchnął. Nie dało się budować drewnianych chat bez ścinania drzew, ale 

zawsze czuł się nieswojo, ilekroć ogromne niebieskie drzewo padało na tych, których uważał 
za przyjaciół i kolegów. Nie można było jednak tego uniknąć i chociaż czasami okazywało się 
bolesne, należało do jego obowiązków i musiało być wykonane. Nikt nie mógł na to nic 
poradzić. W najmniejszym stopniu.

Column   stał   przed   oknem   kabiny   i   spoglądał   na   dziedziniec.   Mobilna   Jednostka 

Chirurgiczna Siedem została do tej pory odbudowana, co mogło oznaczać, że kiedy personel 
przenosił ją z nizin na wyżynę, miał do rozwiązania stosunkowo niewiele problemów. W 
ciągu   niespełna   dwóch   miejscowych   cykli   dziennych   –   drongariańska   doba   miała   trochę 
więcej   niż   dwadzieścia   trzy   standardowe   godziny   –   konstrukcyjne   roboty   uporały   się   z 
postawieniem   ośrodka   administracyjnego,   magazynów   i,   co   najważniejsze,   pomieszczeń 
medycznych   i   mieszkalnych.   Przed   zapadnięciem   nocy   trzeciego   dnia   ukończono   także 

background image

budowę kantyny i stołówki, więc na pierwszy rzut oka wyglądało, że wszystko wróciło do 
normy.

Nie obyło się jednak bez pewnych kosztów.
Przeprowadzka   pod   ciężkim   ogniem   dział   separatystów   spowodowała   zgon   trzech 

pacjentów – wszyscy umarli z powodu powstałych w tym czasie urazów – rany piętnastu 
następnych i śmierć jednego lekarza... Zana Yanta. Wielka szkoda.

Yant   był   nie   tylko   doskonałym   chirurgiem,   ale   także   znakomitym   muzykiem. 

Wydobywając magiczne dźwięki ze swojej ąuetarry, potrafił trzymać w napięciu wszystkich 
członków personelu jednostki. Umiał sprawić, że jego instrument śpiewał. Wyczarowywał 
melodie   tak   natrętnie   piękne,   że   potrafiłyby   chyba   wyrywać   umierających   żołnierzy   ze 
szponów wieczności.

Nikt nie skomponował jednak żadnej rapsodii ani fugi, która potrafiłaby przywrócić 

życie Zanowi Yantowi.

Column odwrócił się od okna i podszedł do biurka, które zajmowało większą część 

miejsca   pod   przeciwległą   ścianą.   Separatyści   czekali   na   najnowsze   wieści   i   musiał   się 
posłużyć  jednym  ze   skomplikowanych   szyfrów,  żeby  wysłać   wiadomość  siłom   zbrojnym 
hrabiego Dooku. Proces kodowania był zawiły i skomplikowany. Column musiał zacząć od 
zaszyfrowania wiadomości za pomocą wymyślnego kodu. Protokół bezpieczeństwa wymagał 
także, aby przesłał  ją za pośrednictwem  podświetlnych  fal, a nie zazwyczaj  stosowanego 
impulsu   nadprzestrzennego.   Stosowana   procedura   była   żmudna   i   czasochłonna,   lecz 
konieczna, bo zakodowanie wiadomości w niewłaściwy sposób mogło się okazać zgubne w 
skutkach. Właśnie tak przekazano ostrzeżenie o ataku, podczas którego zginął doktor Yant, i 
gdyby Column rozszyfrował je szybciej, może Zan pożyłby trochę dłużej. To była nauczka, 
którą szpieg musiał zapamiętać. Bez względu na to, jak żmudny i czasochłonny miał się 
okazać proces szyfrowania, potrzebował środków i pomocy hrabiego Dooku, żeby pokonać 
Republikę, i musiał się pogodzić z wieloma wyrzeczeniami.

Lepiej więc było od razu zabrać się do roboty. Ociąganie się nie ułatwi jego zadania...

Den   musiał   oddać   sprawiedliwość   Kio   Meritowi...   Zaskoczony   eąuański   terapeuta 

nawet   nie   mrugnął   okiem,   kiedy   reporter   pojawił   się   u   niego   zamiast   Josa   Vondara.   W 
niezwykłej   sytuacji   doradca   czuł   się   prawdopodobnie   pewniej   niż   Den,   zwłaszcza   że 
Sullustanin pierwszy raz składał wizytę w gabinecie empaty.

Trochę   zdenerwowany,   oznajmił   Meritowi,   że   zdecydował   się   na   nią   dosłownie   w 

ostatniej chwili. Nie zamierzał składać swojego brzemienia na szerokie barki Equanina ani na 
niczyje  inne,  jeżeli  już o tym  mowa...  a przynajmniej  nie  wcześniej, dopóki kilka  porcji 
wysokoprocentowego   trunku,   zwanego   blasterem   banthów,   nie   rozluźni   jego   płatów 
czołowych   w   wystarczającym   stopniu,   żeby   nakłonić   go   do   zwierzeń.   Den   uważał,   że 
najlepszymi terapeutami są bywalcy barów, i nie ukrywał przed Meritem tego przekonania. 
Jego rozmówca kiwnął głową.

–  Czasami rzeczywiście są – przyznał rzeczowo. – Możesz wierzyć albo nie, ale w 

podobnych   okolicznościach   odbywały   się   niektóre   z   moich   najlepszych   seansów... 
improwizowanych, ale i tak pozostawiających  niezatarte wspomnienia. A przy okazji, nie 
lubię   zamiany   pacjentów,   zwłaszcza   kiedy   dochodzi   do   niej   w   ostatniej   chwili.   Tym
razem   jednak   jestem   gotów   się   z   tym   pogodzić.   –   Pochylił   się   do   przodu.   –   Więc   co 
sprowadza Dena Dhura do mojego sanktuarium?

Reporter przygryzł pulchną dolną wargę. Do licha, to było o wiele trudniejsze, niż z 

początku   sobie   wyobrażał!   Nie   przypuszczał,   że   rozmowa   wprawi   go   w   tak   silne 
zakłopotanie...

– Jos powiedział, że mogę się nie spieszyć – odezwał się w końcu. – Ma po uszy roboty 

z łataniem rannych klonów.

background image

Merit długo nie odpowiadał. W końcu się wyprostował.
– No i? – przynaglił reportera.
Sullustanin zorientował się, że to nie będzie wcale zabawne.
– No cóż... – zaczął z wahaniem. – Powiedział, że ja potrzebuję tego bardziej niż on.
Merit wyglądał na lekko zdumionego.
Naprawdę tak zdecydował? – zapytał. – No cóż, ujawnianie czegokolwiek na temat 

osobistych  seansów moich pacjentów jest wbrew zasadom mojego zawodu, więc powiem 
tylko, że jak na doktora Von–dara to zdumiewające oświadczenie.

Wiem   –   przyznał   Den,   zadowolony,   że   choćby   tylko   chwilę   może   porozmawiać   o 

kłopotach Josa, nie swoich. – Śmierć doktora Yanta bardzo nim wstrząsnęła. Wprawdzie 
styka się ze śmiercią cały czas w sali operacyjnej, ale tu chodzi o coś innego. Zan był jego 
przyjacielem,   a  jego  zgon nie   miał  najmniejszego   sensu.  Ale...  ale  czyja   śmierć   podczas 
wojny ma jakiś sens?

Merit kiwnął głową i Den uświadomił sobie, że czuje się znacznie odprężony. Pomyślał, 

że może ma to coś wspólnego z empatycznymi umiejętnościami Eąuanina. Nieważne zresztą, 
skąd   się   to   wzięło,   grunt,   że   rozmawiało   mu   się   z   nim   o   wiele   swobodniej.   Mimo   to 
Sullustanin nadal uważał, że czysty alkohol o wiele lepiej potrafi rozwiązywać języki.

A jakie wrażenie wywarła jego śmierć na tobie? – zapytał empata.
–   Ogromne   –   przyznał   reporter.   –   Ale   nie   byłem   nią   równie   wstrząśnięty   jak   Jos 

Vondar. Nie sądzę, żeby ktokolwiek tak mocno to przeżył.

– Chcę powiedzieć,  że nie znałem Zana równie dobrze jak on. Od czasu do czasu 

siadywał z nami do sabaka i niemiłosiernie rzępolił na quetarze, ale...

Merit rozsiadł się wygodniej na krześle.
– ...ale nie przyszedłeś tu, żeby rozmawiać ze mną o jego śmierci, prawda? – dokończył 

cicho.

Zaskoczony Den spojrzał na Eąuanina.
– No, no... dobry jesteś – przyznał. – Bardzo dobry.
–  Właśnie   dlatego   zarabiam   taką   masę   kredytów   –   przyznał   Merit.   Den   zaczął   się 

wiercić na formokrześle, chociaż było bardzo wygodne.

–  No cóż, chodzi o to, że ostatnio natknąłem się na tajne dane na temat żołnierzy, 

których zabił Phow Ji – przyznał w końcu. – Pamiętasz chyba, że zginął, kiedy się rzucił do 
ataku, nie korzystając z niczyjego wsparcia?

Merit się nie poruszył, ale coś w jego postawie zachęciło reportera do dalszej rozmowy.
– Spece od propagandy zrobili z niego bohatera – ciągnął Sullustanin. – Mojej historii 

nikt nie chciał nawet dotknąć dziesięciometrową piką mocy.  Za życia  Ji był  bezlitosnym 
zabójcą, zimnym jak sama próżnia, a teraz przedstawia się go jako podziwianego bohatera.

– Może naprawdę na to zasługuje – stwierdził Merit.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Fałdy policzkowe Dena zafalowały z oburzenia.
– Pokonał cały oddział salissjańskich najemników i bojowego superrobota – wyjaśnił 

Eąuanin. – Nigdy niczego podobnego nie widziałem. Padawanka Offee powiedziała, że po 
prostu wpadł w szał i uległ bezmyślnej żądzy zabijania. Wiedział jednak, na co się decyduje, 
bo nie tylko kazał zarejestrować hologram tego wydarzenia, ale także wysłać go mnie. Co 
więcej,   jeżeli   mam   wierzyć   swojemu   informatorowi,   to   nie   był   pierwszy   lepszy   oddział 
najemników. Wszyscy należeli do elitarnej jednostki, przysłanej tu na ćwiczenia z powodu 
ekstremalnych   warunków   panujących   na   powierzchni   planety.   Wiele   wskazywało,   że   to 
członkowie grupy szturmowej, przygotowujący się do poważnej akcji dywersyjnej. Na tej 
podstawie   można   wyciągnąć   nieunikniony   wniosek,   że   zamiast   oddawać   się   orgii 
bezsensownego mordowania, Phow Ji złożył życie w ofierze podczas heroicznej akcji, która 
mogła przysporzyć dużych korzyści Republice.

–   Nadal   uważam,   że   kierowała   nim   bezmyślna   żądza   zabijania   –   sprzeciwił   się 

background image

Sullustanin.   –   Ale   w   gruncie   rzeczy...   Ta–a.   –   Urwał   i   zamyślił   się,   jakby   coś   sobie 
przypominał. – Kiedy się o tym dowiedziałem, byłem dosłownie zdruzgotany – podjął w 
końcu. – Zdruzgotany. Czułem się, jakby Ji osobiście kopnął mnie w bebechy. Zdawało mi 
się, że go rozumiem,  bo był  szalony jak dyslektyczny Givin. Nie mógł ścierpieć, że, jak 
sądził,   poniżyła   go   padawanka   Jedi.   Chyba   wiesz,   że   Ji   pokonał   kiedyś   rycerza   Jedi   w 
bezpośrednim pojedynku, więc udał się na linię frontu i postarał okryć sławą. Po prostu.

–  O to chodzi – przyznał Merit. – I właśnie dlatego czujesz słuszną wściekłość, że 

przedstawia się go jako bohatera.

Den westchnął.
–   Jestem   reporterem   od   prawie   dwudziestu   standardowych   lat   i   jeśli   ktokolwiek 

rozumie, że galaktyka nie jest tylko czarna i biała, tym kimś jestem ja, doktorku – powiedział. 
– Teraz jednak czuję się jak nieopierzony żółtodziób, który się właśnie dowiedział, że senator 
jego systemu jest łapówkarzem. Czuję się... zdradzony, zawiedziony.  – Parsknął, pokręcił 
głową i wbił spojrzenie w twarz rozmówcy. – Dlaczego?

– Mam pewną teorię – oznajmił Merit. – Ty pewnie także, więc wysłuchajmy najpierw 

twojej.

Sullustanin sprawiał wrażenie nieprzekonanego.
– Dlaczego nie twojej? – zapytał.
– Bo to ty przyszedłeś do mojego gabinetu. – Merit ciepło się uśmiechnął, a Den po 

prostu nie mógł mu nie zawtórować. Empata, Jedi i Milczący w tej samej bazie, pomyślał 
ponuro.   Nic   dziwnego,   że   otaczająca   nas   energia   psychiczna   ma   większe   stężenie   niż 
bagienny gaz.

Wydął wargi i wzruszył ramionami.
– Padawanka Offee powiedziała mi, że otacza mnie aura bohatera – stwierdził w końcu.
– Dowiodłeś tego, kiedy przed śmiercią Zana Yanta ocaliłeś jego quetarrę – przyznał 

Eąuanin.

– Na nic mu się to nie zdało – mruknął reporter. – Nie znalazł się nikt, kto zagrałby na 

niej podczas jego pogrzebu. Posłuchaj, nie pragnę zostać bohaterem. Bohaterowie dostają 
wprawdzie medale, ale z mojego doświadczenia wynika, że najczęściej umierają.

– Nikt nie upiera się, że masz nim zostać – zauważył empata.
– To dobrze, bo w przeciwnym razie poczułby się rozczarowany – odparł reporter. – 

Nie chcę jednak, żeby ubóstwiał mnie jakiś rozjuszony nexu. Zależy mi tylko, żeby wszyscy 
poznali prawdę.

– Twoją prawdę – powiedział z naciskiem Merit. – Twoją wersję wydarzeń. I nie tylko 

chcesz, żeby ją poznali. Pragniesz także, aby w nią uwierzyli.

Den spiorunował go spojrzeniem.
– Czyżbym słyszał naganę w twoim głosie? – zapytał cierpko.
– Niczego nie pochwalam ani nie ganię – odparł Merit. – Po prostu przedstawiam ci 

swój   pogląd   na   tę   sprawę,   ale   mogę   skromnie   powiedzieć,   że   to   pogląd   poparty 
doświadczeniem w odczytywaniu myśli wielu osób.

Den poczuł się nagle bardzo nieswojo. Nie chciał wysłuchiwać teorii Merita; nie był 

zainteresowany podążaniem za tokiem jego myśli. Wstał i ruszył do drzwi.

– Posłuchaj, czas już na mnie – powiedział. – Zrobiło się prawie ciemno, a ja jeszcze 

nic dziś nie wypiłem. Nie chcę zostawać w tyle za innymi.

– Możesz się ukrywać za kuflem jakiś czas, Den – poradził Equ–anin. – Jeżeli jednak 

się na to zdecydujesz, będziesz miał dwa problemy. Po pierwsze, kufel będzie musiał się 
stawać coraz większy, żeby osłonić cię przed tym, z czym się nie chcesz pogodzić, ale i tak 
wcześniej czy później do niego wpadniesz.

– A po drugie?
Merit wzruszył ramionami.

background image

– Sam się przekonasz – powiedział. – I będziesz się musiał z tym sam uporać
–   Coś   wspaniałego   –   westchnął   Sullustanin.   Aktywował   portal,   wyszedł   i   zmrużył 

wielkie oczy z powodu zachodzącego, ale wciąż jeszcze jaskrawo świecącego słońca. – Byłby 
z ciebie kiepski barman, doktorku – mruknął do siebie.

background image

ROZDZIAŁ 5

Kiedy   w   końcu   Jos   wyszedł   z   sali   operacyjnej,   zapadał   drongariański   tropikalny 

zmierzch. Na ławce pod szerokolistnym drzewem siedział Uli. Chłopak wrzucił chirurgiczny 
kitel do przetwarzacza odpadków i miał na sobie jednoczęściowy republikański kombinezon, 
który   wyglądał,   jakby   był   kilka   numerów   za   duży.   Wokół   głowy   młodzieńca   krążyła 
niewielka chmura brzęczących komarów ognistych, ale Uli był najwyraźniej zbyt zmęczony, 
żeby je odpędzać.

Vondar podszedł do niego powoli, wyjął z kieszeni kawałek sprasowanej przyprawy i 

wyciągnął w jego stronę.

– Proszę – powiedział. – Wyglądasz, jakbyś tego potrzebował.
Młodzieniec się zawahał.
–  Nie   krępuj   się   –   dodał   Jos.   –   To   względnie   bezpieczny   i   łagodny   środek 

odmładzający. Nadal będziesz się czuł jak przeciągnięty przez gąszcz igłokolców... ale tylko 
w jedną stronę, nie w obie.

Uli przyjął sprasowaną kromkę i wsunął do ust.
–   Żartujesz?   –   zapytał,   zaczynając   żuć.   –   Wzmacniałem   się   tym   po   zakończeniu 

praktyki, kiedy robiłem specjalizację. Podobnie jak wszyscy inni, których znałem.

Jos usiadł na ławce obok niego.
– 

Ta–a – mruknął nieobowiązująco. – Dobrze to pamiętam. – Ciężko westchnął. 

– Stymkafeina i sprasowana przyprawa, dieta zwycięzców. – Kiwnął głową w stronę sali 
operacyjnej.   –   Radziłeś   tam   sobie   całkiem   nieźle,   chłopcze.   Prawdę   mówiąc,   lepiej   niż 
mógłbym się spodziewać.

Uli przetarł oczy. Jos zauważył, że dłonie chłopaka lekko drżą.
– Czy to zawsze tak wygląda? – zapytał. – Tylko nie mów mi, że zazwyczaj o wiele 

gorzej.

– Jak chcesz, ale to prawda – odrzekł Vondar.
Młody lekarz zwrócił na niego oczy, o wiele starsze od reszty twarzy.
– Pierwszy, którego operowałem, oberwał z agonizera – powiedział cicho.
Jos ponuro się uśmiechnął i pokiwał głową. Agonizer był nową eksperymentalną bronią 

ręczną,   która   oddziaływała   głównie   na   układ   limbiczny   za   pomocą   skoncentrowanego 
kolimatycznego   promienia   mikrosonicznego.   Promień   pobudzał   w   jakiś   sposób 
niekontrolowane   wytwarzanie   prostaglandyny,   co   wywoływało   dojmujący   ból,   ale   bez 
urazów fizycznych. Ból nie ustępował ani po podaniu somaprinu, ani żadnego innego silnego 
środka   nasennego,   i   nierzadko   bywał   tak   intensywny,   że   pacjent   umierał   z   powodu 
przeciążenia nerwów czuciowych. Jedynym sposobem zaradzenia temu było odcięcie synaps 
receptorów   bodźców   urazowych   w   korze   wzgórzowej.   Wymagało   to   zastosowania 
precyzyjnej procedury neurolaserowej, na którą na ogół nie było czasu podczas pospiesznego 
i mało higienicznego operowania mimn'yeta.

–   Zważywszy   na   okoliczności,   chyba   spisałem   się   całkiem   nieźle   –   ciągnął   Uli 

beznamiętnym   tonem.   –   Najważniejsze,   że   uśmierzyłem   ból.   Naturalnie,   mój   pacjent   do 
końca życia będzie cierpiał na ciężką dyskinezę i ataksję ruchową...

Jos skrzywił się na dowód współczucia. Jakiś czas żaden z nich nic nie mówił.
– Słyszałem, co się stało z doktorem Yantem – odezwał się w końcu Uli. – Przykro mi, 

Jos. Teraz rozumiem, dlaczego nie chciałeś mieć nikogo w swojej kabinie.

– Czasami mam ochotę dorwać gościa, który rozpoczął tę parszywą wojnę, i osobiście, 

tymi rękami, zrobić mu resekcję płuca – powiedział Vondar.

– Coś podobnego – mruknął młodszy chirurg.
– A to dopiero na początek – dodał Jos.

background image

Uli zachichotał. Spojrzał na Josa, który po chwili też wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

Niespodziewanie   obaj   wybuchnęli   śmiechem...   nie   z   rozbawienia,   ale   żeby   dać   upust 
rozpaczy i frustracji.

Uspokoili   się   dopiero   po   jakiejś   minucie,   chociaż   właściwie   żadnemu   nie   było   do 

śmiechu.

– Wiem, jak się czujesz – stwierdził Uli, ocierając załzawione oczy. – Ja także straciłem 

dobrą przyjaciółkę, jakieś dwa lata temu... w Mos Espie na Tatooine. Wywiązała się wtedy 
walka między dwiema grupami łowców nagród, a ona znalazła się zbyt blisko pola bitwy. – 
Zawahał się na chwilę. – Czegoś takiego nigdy nie da się zapomnieć, prawda?

– Nie – przyznał Vondar. – To niemożliwe. Ale z każdym dniem łatwiej się z tym 

pogodzić.

– Masz rację. I nic nie można na to poradzić – oznajmił Uli.
–   Tak   to   bywa   –   przyznał   Jos.   –   Musisz   sobie   wytłumaczyć,   że   nie   możesz   tego 

zmienić. Nie powinieneś się winić za to, że nie zdołałeś ocalić życia swojej przyjaciółki, 
podobnie jak za to, że nie potrafisz położyć kresu tej wojnie. To nie twoja wina, Uli. Nie 
odpowiadasz ani za jedno, ani za drugie...

Urwał, bo doszedł  do wniosku, że  zwraca  się bardziej  do siebie  niż  do młodszego 

kolegi. Pokręcił głową. Łatwiej było mu to powiedzieć, niż w to uwierzyć.

Ale może... może z czasem będzie mu to łatwiej znieść.

Kaird   znów  czuł  się   bardzo  nieswojo.  Przy obecnej  pogodzie  nadający  mu   wygląd 

Kubaza luźny płaszcz był wyjątkowo niewygodny, a czary goryczy dopełniała elastomaska 
ukrywająca twarz. Te środki ostrożności były jednak konieczne. Wyróżniałby się bez nich 
prawie   w   każdym   tłumie,   ale   mógł   służyć   wiernie   Czarnemu   Słońcu,   bo   potrafił   się 
maskować.   W   ciągu   wielu   lat   ofiarnej   służby   ukrywał   twarz   i   ciało   pod   wieloma 
przebraniami,   z   mniejszym   lub   z   większym   powodzeniem.   Kiedyś   nawet   udawał   Hutta, 
używając obciągniętego synciałem plastoidowego szkieletu. Na Jajo, ile się wtedy namęczył! 
W porównaniu z tamtymi cierpieniami upodabniające go do Kubaza elastomaska i płaszcz nie 
sprawiały mu specjalnych kłopotów.

Kształt ciała nie pozwalał mu na udawanie istot niektórych ras, ale podobny do krótkiej 

trąby kubaski nos nieźle maskował jego gruby dziób, gogle zaś, jakie nosiły w pełnym słońcu 
owadożerne istoty, skrywały jego fioletowe oczy. Kiedy się znalazł w kosmoporcie, nikt się 
za nim ani razu nie obejrzał, bo Kubazów spotykało się dosłownie wszędzie, jak galaktyka 
długa i szeroka.

Czekał na lądowanie transportowca. Oprócz zaopatrzenia i sprzętu miały przylecieć nim 

także dwie obce istoty, o których przybyciu został uprzedzony. Jedną był Umbaranin, a drugą 
Falleenka. Jeżeli wierzyć Lensowi, oboje nie byli pierwszymi lepszymi przemytnikami, ale 
subtelnymi   i   doświadczonymi   najemnikami...   oportunistami   i   artystami   oszustami,   którzy 
przenosili się z miejsca na miejsce dzięki niewiarygodnym przekrętom i podstępom. Lens 
powiedział,   że   –   jak   większość   najemników   –   czasami   bywają   wypłacalni   albo   nawet 
zamożni, a kiedy indziej spłukani do gołej skóry. Wszystko wskazywało, że od jakiegoś czasu 
znajdują się w tej ostatniej sytuacji.

Co oznaczało, że mogą się bardzo przydać Kairdowi.
Transportowiec,   obniżając   pułap   lotu   dzięki   promieniom   repulsorowym,   przeciął 

szkarłatnorude   chmury   zarodników,   przeleciał   przez   otwór   w   kopule   ochronnego   pola   i 
łagodnie   osiadł   na   płycie   lądowiska.   Roboty   i   binarne   podnośniki   od   razu   zaczęły 
rozładowywać niezgrabny statek. Kaird wbił spojrzenie w rampę ładowniczą. Dowiedział się, 
że   pojazdem   podróżuje   tylko   kilkoro   pasażerów:   Kaminoanin,   który   miał   przeprowadzić 
biologiczną inspekcję, i troje istot ludzkich, funkcjonariuszy jakiegoś urzędu, przysłanych dla 
uzgodnienia z pułkownikiem Vaetesem ilości wysyłanej boty. Do grona pasażerów należało 

background image

także kilka androidów, a listę zamykały nazwiska dwojga jego potencjalnych pracowników.

Zeszli po rampie ostatni, jeżeli nie liczyć  niosącego ich bagaże „czerwonogłowego" 

androida   typu   RC–101.   Nic   nie   wskazywało,   że   przeszkadza   im   parne,   gęste   jak   zupa 
powietrze,   mimo   że   tego   dnia   unosiło   się   w   nim   więcej   niż   zwykle   zarodników.   Kaird 
podszedł i powitał przybyszów. Oboje byli istotami o opartej na związkach węgla budowie 
ciał, ale chyba nie mogliby się bardziej różnić od siebie. Wyglądali niemal śmiesznie. Łysy, 
bladoskóry i bardzo niski Umbaranin mógł mieć najwyżej sto dwadzieścia pięć centymetrów 
wzrostu, a Falleenka przewyższała go więcej niż o głowę, zwłaszcza że nosiła włosy upięte na 
czubku głowy. Szła dumnie wyprostowana niczym wojowniczka, chociaż u boku nie miała 
żadnej broni. Mimo to jej płynne ruchy i wyraźnie widoczne pod obcisłym kombinezonem z 
syntkaniny   mięśnie   sugerowały,   że   nawet   jeżeli   istota   jest   bezbronna,   może   być 
niebezpieczna.

W przeciwieństwie do niej Umbaranin wyglądał, jakby silniejszy podmuch wiatru mógł 

go   ponieść   nad   koronami   drzew   drongariańskiej   dżungli.   Wrażenie   potęgowała   obszerna 
opończa, osłaniająca go od stóp do szyi. Kaird przygotował się na spotkanie obojga istot i 
wiedział,   że   taka   opończa   nazywa   się   cieniopłaszczem.   Strój   Umbaranina   wydałby   się 
większości istot człekokształtnych biały jak kreda, podobnie jak karnacja jego właściciela, ale 
istoty   tej   rasy   miały   oczy   wrażliwe   na   inne   pasmo   częstotliwości.   Widziały   najlepiej   w 
zakresie nadfioletu, zwłaszcza promieniowania o długościach fal nie większych niż trzysta 
nanometrów.

Kaird także widział wszystkie  barwy cieniopłaszcza.  Uskrzydlone  drapieżniki,  które 

były dawno temu jego przodkami, odbierały promieniowanie w zakresie o wiele większym 
niż wąski wycinek, na jaki były wrażliwe oczy istot większości ras znanej galaktyki.  Od 
tamtych   czasów   urodziło   się   wprawdzie   i   wymarło   setki   tysięcy   pokoleń,   ale   oczy 
współcześnie   żyjących   Nedijan   nie   straciły   nic   z   dawnej   wrażliwości.   Cieniopłaszcz 
Umbaranina   mienił   się   wszystkimi   kolorami,   dla   których   wymyślono   nazwy   w   niewielu 
językach oprócz nedijańskiego: beri, crynor, nusp, onsibl...

Ten widok dosłownie zaparł dech w jego piersi. Kiedy przybysz szedł ku niemu, wzory 

jego   ubrania   zmieniały   się   co   chwila,   a   dzięki   kalejdoskopowej   grze   świateł   i   cieni 
przybierały coraz to nowe kombinacje. Kaird pomyślał, że to wspaniały płaszcz. Widywał 
władców planet, którzy zadowalali się noszeniem skromniejszych strojów.

Kiedy witał się z przybyszami, mikroprocesor wokodera w masce bezbłędnie nadał jego 

głosowi chrapliwy kubaski akcent.

– Nazywam się Hunandin i pochodzę z klanu Apiida, do waszych usług – oznajmił. – 

Nasz wspólny znajomy prosił, żebym powitał was na Drongarze. – Naturalnie, wspólnym 
znajomym był szpieg Lens, ale Kaird nie musiał tego mówić. – Co mogę dla was zrobić?

Oboje przybysze przyglądali mu się bez słowa i Kaird nagle stwierdził, że czuje do 

Falleenki fizyczny pociąg. Nie wiedział, z jakiego powodu, czy dla jej urody, czy charyzmy, 
ale domyślał się, dlaczego. Gadopodobne istoty wydzielały cechujące się skomplikowanym 
składem chemicznym feromony, które subtelnie – a czasami niezbyt subtelnie – wpływały na 
emocje inteligentnych istot wielu ras galaktyki. Nedijanin zastanawiał się, czy obca istota 
uwalnia  je podświadomie, czy celowo. Nie miało  to dużego znaczenia...  dopóki był  tego 
świadom, jego zdyscyplinowany umysł nie pozwoli mu ulec pokusie.

Przeżył jednak wstrząs, kiedy usłyszał odpowiedź Umbaranina.
– Leć swobodnie, leć prosto, Powietrzny Bracie – pozdrowił go obcy przybysz.
Błogosławieństwo jego Gniazda, w dodatku wypowiedziane z prawidłową krtaniową 

modulacją głosu! Jakim cudem? Skąd obcy przybysz mógł to wiedzieć? Świetne przebranie 
Kairda   zmyliłoby   wszystkich   w   tym   obozie,   nawet   rodowitych   Kubazów.   W   żadnym 
wypadku...

Zaraz, zaraz. Kaird przypomniał sobie jeszcze jeden szczegół na temat Umbaran. Istoty 

background image

tej  rasy były  podobno obdarzone  umiejętnościami  paramentalnymi,  dzięki  którym  umiały 
czytać, a nawet wpływać na czyjeś myśli. Coś wspaniałego, jeszcze jeden empata w Mobilnej 
Jednostce Chirurgicznej Siedem, pomyślał ponuro. To cud, że nasze głowy nie eksplodują.

Wszystko wskazywało, że nie tylko on odrobił pracą domową. Język Stada znało bardzo 

niewiele istot rasy innej niż Nedijanie. Znał go Lens, a obecnie także ci dwoje...

Rozejrzał się ukradkiem, czy nie zobaczy kogoś innego w zasięgu słuchu.
– Gratuluję ci przenikliwości – zaczął cicho – ale zapewniam, że z korzyścią dla nas 

obu będzie podtrzymywanie złudzenia...

– Naturalnie – przerwała Falleenka. Umbaranin mówił nieco głośniejszym chrapliwym 

szeptem,   za   to   głos   jego   towarzyszki   miał   bogate,   głębokie   brzmienie.   –   Nie   zdradzimy 
nikomu twojej tajemnicy... Hunandinie. – Wypowiedziała jego imię z lekkim sarkazmem. – 
Wybacz nam także złe maniery, bo jeszcze nie zdążyliśmy się przedstawić. – Wyprostowała 
się i Kaird uświadomił sobie, że Falleenka jest trochę wyższa niż on. – Nazywam się Thula. – 
Wskazała na swojego towarzysza. – A to mój wspólnik, Squa Tront.

– Jesteśmy zachwyceni, że mogliśmy cię poznać – szepnął chrapliwie Umbaranin. – 

Czy na powierzchni tej zapowietrzonej planety znajdzie się miejsce, gdzie moglibyśmy się 
czegoś napić?

Kaird uśmiechnął się pod maską Kubaza.
– Naturalnie – odparł beztrosko. – Chodźcie ze mną. Mamy wiele spraw do omówienia.

background image

ROZDZIAŁ 6

Pięć czy sześć metrów za kabiną Barrissy znajdowała się niewielka polana, okolona z 

trzech stron przez ciemnozieloną gęstwinę kraczących  krzaków o liściach  wyglądających, 
jakby pokryto  je warstwą wosku. Krzewy zawdzięczały swoją nazwę charakterystycznym 
dźwiękom wydawanym  przez poruszane wiatrem gałęzie. Sięgające do pasa gęste zarośla 
ograniczały przestrzeń, na której Barrissa zazwyczaj ćwiczyła różne techniki walki świetlnym 
mieczem.   Na   ogół   rycerze   Jedi   nie   wykonywali   podobnych   ćwiczeń   w   miejscach 
publicznych,   ale   polana   była   odosobniona   jak   chyba   żadne   inne   miejsce   w   jednostce 
chirurgicznej.   Ćwiczącą   padawankę   mógłby   ktoś   zobaczyć,   tylko   mijając   niezarośnięte 
miejsce na przeciwległym skraju polany. Nieco dalej zaczynały się jednak mokradła i było 
mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek przechodził tamtędy z uwagi na bagnisty teren.

Duszne powietrze wisiało nad niewielką otwartą przestrzenią niczym mokra płachta i 

Barrissa pociła się obficie pod luźnym brązowym płaszczem. Czuła we włosach i na skórze 
lepką wilgoć, bo pot nie parował z powodu dużego stężenia pary wodnej w powietrzu. Był to 
jeden z niemiłych, ale nieuniknionych aspektów życia na powierzchni Drongara. Padawanka 
przyzwyczaiła   się  nosić  cały  czas  hydropakiet,   bo  w  przeciwnym  razie  mogło  jej   grozić 
odwodnienie.

Jak   wiele   razy   przedtem,   zaczęła   od   serii   ćwiczeń   rozluźniających   główne   mięśnie 

ramion i przedramion. Przerzucając broń z ręki do ręki, cięła cuchnące tropikalne powietrze 
prostymi  kombinacjami  dwóch lub trzech  ciosów. Niczym  tancerka  wykonywała  bitewne 
ruchy wchodzące w skład Formy Trzeciej, jednej z siedmiu opracowanych przez Jedi w ciągu 
wielu lat technik walki. Mistrzyni Unduli przedkładała Formę Trzecią nad pozostałe, chociaż 
niektórzy Jedi uważali Trójkę za technikę obronną i nawet trochę nią gardzili. Wprawdzie 
rzeczywiście   opracowano   ją   w   celu   obrony   przed   strzałami   z   blasterów   i   nadlatującymi 
pociskami, ale w ciągu wielu stuleci udoskonalano tę formę, aż w końcu stała się techniką o 
wiele wszechstronniejszą. Nauczycielka Barrissy twierdziła, że spośród wszystkich siedmiu 
technik właśnie w Trzeciej kładzie się największy nacisk na wyczekiwanie i odbijanie wiązek 
energii nadlatujących z prędkością światła. Barrissa wiedziała, że wymaga to najsilniejszego 
zespolenia z Mocą. Do opanowania tej techniki wiodła droga długa, ale warta zachodu, bo 
prawdziwy Mistrz Formy Trzeciej był niezwyciężony.

Monotonny pomruk świetlnego miecza brzmiał kojąco, a energetyczna klinga wydawała 

się równie znajoma jak jej dłoń. Barrissa nie pamiętała już chwil, kiedy nie trzymała w niej 
broni Jedi. Jeszcze jako mała dziewczynka toczyła ćwiczebne pojedynki z dysponującymi 
niewielkimi zasobami energii zdalniakami, z którymi walczyli i ona, i inni młodzi padawani. 
Automaty   wysyłały   jednak   dość   silne   wyładowania   elektryczne   i   kiedy   zdalniak   kogoś 
użądlił, odczuwało się dotkliwy ból.

To właśnie ból był najbardziej wymagającym nauczycielem.
Kiedy   Barrissa   ukończyła   szesnaście   lat,   skonstruowała   własny   miecz   świetlny. 

Wybrała   jasnoniebieski   kryształ,   żeby   nadawał   jej   klindze   charakterystyczną   barwę.   Od 
tamtej pory nosiła cały czas broń u pasa. Znała każdą jej część równie dobrze jak swoje palce. 
Posługując   się   tylko   Mocą,   dla   nabrania   większej   wprawy   wielokrotnie   rozkładała   ją   i 
składała. Miecz był czymś więcej niż tylko bronią... stanowił przedłużenie jej samej, niemal 
jak organiczna część ciała.

Uśmiechnęła się, postąpiła krok i wywijając szybko świetlistym ostrzem przed sobą, 

utworzyła litą zasłonę światła. Znów za bardzo się rozpraszasz, pomyślała. Skup się na tym, 
co robisz w tej chwili.

W tej samej sekundzie poczuła podmuch lodowatego powietrza. Musnął jej plecy, jakby 

ktoś otworzył drzwiczki zamrażarki. Podziałał na nią niczym kubeł zimnej wody, ale minął, 

background image

zanim zdążyła sobie uświadomić, co odczuwa. Mimo to kombinacja przypadkowych myśli i 
chłodnego podmuchu wytrąciła ją z równowagi. Padawanka zorientowała się od razu, że szpic 
klingi, która zataczała łuk obok jej nóg i sunęła w górę, znajduje się za nisko i zbyt blisko 
ciała.

Usłyszała raczej, niż wyczuła, że koniec pulsującego ostrza przecina czubek jej buta, 

sporządzonego z protetycznego włóknoplastu, materiału elastycznego, a zarazem wyjątkowo 
wytrzymałego. Kiedy kupowała obuwie, sprzedawca zagwarantował, że producent wymieni 
je   za   darmo   na   nowe,   gdyby   zniszczyło   się   przed   końcem   jej   życia.   Włóknoplast   mógł 
powstrzymać cios zadany ostrą durastalową klingą broni, a nawet wibronożem.

Istniało   jednak   niewiele   materiałów   chroniących   przed   ciosem   klingi   świetlnego 

miecza, a włóknoplast, chociaż wytrzymały, nie zaliczał się do tej kategorii.

Barrissa   pospiesznie   wyłączyła   ostrze.   Spojrzała   w   dół   i   zobaczyła   krople   krwi   w 

chirurgicznie czystym przecięciu biegnącym w poprzek buta.

Była zdumiona... nie samą raną, ale błędem, który doprowadził do wypadku. Ileż to 

razy   wykonywała   ćwiczenia   tej   Formy?   Pięć   tysięcy?   Dziesięć?   Zachowała   się   jak 
nowicjuszka. Popełniła  śmiesznie  prosty błąd, którego  nikt nie wybaczyłby  kilkuletniemu 
padawanowi, niemogącemu nawet marzyć o dorównaniu jej pod względem umiejętności.

Czy możliwe, że tylko sobie to wyobraziła? Kusiło ją, żeby się z tym zgodzić, ale kiedy 

wiatr zaszeleścił liśćmi kraczących krzaków, wyraźnie usłyszała charakterystyczny, smętny 
odgłos. Tamten podmuch był zjawiskiem rzeczywistym.

Przypięła świetlny miecz do pasa, uniosła nogę i stojąc na drugiej, bez trudu ściągnęła 

przecięty but.

Rozcięcie   było   wąskie   i   niezbyt   głębokie.   Miało   może   trzy   centymetry   długości   i 

ciągnęło się kilka centymetrów nad drugim i trzecim palcem stopy. Krawędzie naskórka były 
spalone, ale z rany sączyły się krople krwi, co dowodziło, że włóknoplast pochłonął część 
energii   klingi   i   nie   dopuścił   do   kauteryzacji   rany.   Balansując   na   jednej   stopie,   Barrissa 
wpatrywała się jakiś czas w krwawiące rozcięcie. W końcu pokręciła głową.

Sięgnęła po Moc i kiedy poczuła jej przepływ w ciele, skupiła się na przeciętej stopie. 

Nie groziło jej, że wykrwawi się na śmierć, ale też nie uśmiechało się skakanie na jednej 
nodze do bazy i pozostawianie za sobą śladów krwi.

W końcu krew przestała płynąć z rany. Dopiero wówczas Barrissa poczuła w stopie 

pulsujący  ból.  Głęboko  odetchnęła   i  zrobiła  dla   niego   miejsce,   żeby  go  wsunąć  i   ukryć. 
Ponownie uwolniła myśli i posługując się Mocą, wysłała je do rany. Krawędzie chyba trochę 
zbliżyły się do siebie, ale potem znów się rozsunęły.

–  Chyba   powinienem  to  obejrzeć  – usłyszała   nagle  czyjś   głos  dobiegający  z boku. 

Zaskoczona, spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła nowego chirurga, porucznika Diviniego.

– Dam sobie sama radę – zapewniła.
Ubrany w wojskowy kombinezon, ubrudzony błotem do pół uda, chłopak – Barrissa 

przypomniała sobie, że ma na imię Uli – podszedł bliżej i spojrzał na jej stopę.

–  Wygląda, jakbyś nadcięła kilka ścięgien – powiedział. – Trzeba je jakoś połączyć, 

żeby   się   dobrze   zrosły.   Będziesz   potrzebowała   także   co   najmniej   trzech   albo   czterech 
klamerek i dermaszczeliwa,  bo w okolicy aż się roi od paskudnych mikroorganizmów.  – 
Wykonał zamaszysty gest, jakby miał na myśli powierzchnię całej planety. – Lepiej teraz
połatać i uszczelnić niż zakazić i żałować, nie uważasz?

Naturalnie, miał rację. Barrissa kiwnęła głową.
– Jak to sobie wyobrażasz? – zapytała.
Uli wyszczerzył zęby w beztroskim uśmiechu.
– Żaden problem – powiedział. – Mam przy sobie wszystko, co potrzebne. – Poklepał 

kieszeń   pasa.   –   Zawsze   noszę   tu   swój   wierny   zestaw   medyczny.   –   Gestem   wskazał 
stosunkowo suche miejsce na polanie. – Usiądź, młoda damo.

background image

Powstrzymując uśmiech, Barrissa usłuchała, a Uli kucnął obok niej, opierając się na 

piętach, jak potrafią tylko osoby o świetnie wyćwiczonych stawach skokowych. Otworzył 
medyczny pakiet, rozłożył na ziemi i włączył sterylną płachtę, a kiedy padawanka postawiła 
na niej stopę, włożył parę rękawiczek z cienkoskóry. Barrissa przesunęła stopę trochę dalej i 
poczuła świerzbienie wywołane przez aseptyczne pole.

Uli przyłożył do rany błyskosterylizator. Uzdrowicielka Jedi usłyszała cichy trzask i 

zobaczyła oślepiający błysk błękitnego aktynicznego światła, które dowodziło, że jej rana już 
jest oczyszczona z bakterii i drobnoustrojów. Młody chirurg odłożył narzędzie i sięgnął po 
rozpylacz nullikainy.

– Nie będzie mi potrzebna – sprzeciwiła się Barrissa.
– Słusznie – mruknął Uli. – Zapomniałem.
Wsunął środek znieczulający z powrotem do zestawu. Posmarował resektor synostatem 

i rozszerzył ranę za pomocą hemostatycznych kleszczyków. Kiedy padawanka się pochyliła, 
zauważyła   na   osłonkach   ścięgien   palców   stopy  niewielkie   nacięcia,   odsłaniające   bledsze, 
perłowobiałe elipsy.

Skupiła się, żeby lepiej zapanować nad bólem.
Uli wpuścił do nacięć synostat i uzbroił się w cierpliwość. Pięć sekund później nacięcia 

zmieniły barwę na podobną do tej, jaką miały osłonki zdrowych ścięgien.

– O czym zapomniałeś? – zainteresowała się Barrissa.
– Praktykowałem na Alderaanie, w Wielkim Zoo – odparł Uli, sięgając po narzędzie do 

automatycznego biozszywania brzegów rany. – Kiedyś łatałem tam rannego Jedi. Wspaniale 
panował nad swoim ciałem... Potrafił powstrzymywać niewielkie krwawienia i uśmierzać ból.
Coś wspaniałego!

Wsunął   do   rany   końcówkę   zszywacza   i   przycisnął   jakiś   guzik.   W   mgnieniu   oka 

klamerka   utworzyła   miniaturową   pętlę.   Barrissa   wiedziała,   że   zszywkę   sporządzono   z 
ulegającego   biodegradacji   pamięcioplastu.   Miała   trzymać   jakiś   tydzień,   a   potem   zostać 
wchłonięta przez jej organizm. Do tej pory rana powinna się zagoić.

– Jak do tego doszło? – zapytała, nawiązując do jego opowieści. – Na większości planet 

Jądra, włączając Alderaan, rycerze Jedi mają do dyspozycji własnych uzdrowicieli. Na ogół 
nie korzystają z pomocy innych lekarzy.

Uli wkręcił do końcówki aplikatora następną klamerkę.
– Pewnego pięknego popołudnia zgraja pijanych rozrabiaków postanowiła zdemolować 

kantynę  w centrum Aldery – zaczął.  – Doszło do bijatyki,  która przeniosła  się  na ulicę. 
Przelatywała nią akurat senatorka Republiki, ale musiała się zatrzymać z powodu zamieszek. 
Towarzyszył jej rycerz Jedi. W rozruchach brało udział trzydziestu albo nawet trzydziestu 
pięciu rozrabiaków, którzy uparli się, żeby odwrócić do góry dnem śmigacz senatorki. Rycerz 
Jedi... o ile dobrze pamiętam, był to Cereanin... postanowił do tego nie dopuścić, ale banda 
doszła do wniosku, że powinien dostać nauczkę.

– I co się wydarzyło?
Młodzieniec   się   roześmiał.   Przycisnął   guzik   i   wpuścił   do   rany   następną   zszywkę. 

Barrissa spojrzała na niego. Pewnego dnia, kiedy będzie na tyle dorosły, żeby dorobić się 
zmarszczek mimicznych, stanie się zdumiewająco przystojny, pomyślała.

–  To, że czterech chirurgów praktykantów, a pośród nich ja, a także dwóch lekarzy 

robiących specjalizację, spędziło resztę nocy, przyszywając napastnikom odcięte dłonie, stopy 
i nogi. Klingi świetlnych mieczy pozostawiają chirurgicznie czyste, proste rany, ale i tak 
musieliśmy uruchomić wszystkie zbiorniki bacta w naszym ośrodku. Senatorce nie stała się 
żadna krzywda, ale na wszelki wypadek sanitariusze przetransportowali i ją do ośrodka... 
naturalnie, w towarzystwie ochroniarza. Rycerz Jedi miał szarpaną ranę ręki od wibronoża... 
dosyć długą, sięgającą do kości. Mimo to nie krwawiła. Wszystko wskazywało, że Jedi się nią 
nie przejmuje. Oczyściłem ją i zaszyłem, to wszystko.

background image

Barrissa się uśmiechnęła. Zastanawiała się, kim mógł być tamten Jedi. Jedynym znanym 

jej   Cereaninem   był   Ki–Adi–Mundi,   ale   w   obecnych   czasach   nikt   nie   marnowałby 
umiejętności  mistrza  Jedi, powierzając mu  ochronę kogokolwiek, choćby nawet senatorki 
Republiki. Prawdopodobnie był to jeden z tych, którzy zginęli na Geonosis. Zostało nas tak 
niewielu, naprawdę niewielu, pomyślała.

Uli   umieścił   w   aplikatorze   zszywacza   cztery   klamerki   i   uważnie   się   przyjrzał 

zewnętrznym krawędziom rany.

– Pomimo dermaszczeliwa uważam, że powinienem założyć jeszcze kilka zszywek, aby 

rana się szybciej zabliźniła – powiedział stanowczo.

Barrissa kiwnęła głową na znak zgody. Wiedziała, że taki zabieg powinien zmniejszyć 

naprężenie brzegów blizny podczas chodzenia.

Młody chirurg zakończył zszywanie rany kilkoma starannymi, precyzyjnymi ruchami.
– Świetnie się pan spisał, doktorze Divini – podziękowała padawanka.
– Możesz mówić do mnie po prostu Uli – odparł chłopak. – Doktor Divini jest moim 

ojcem. Tak samo nazywają się także mój dziadek i pradziadek. Wszyscy nadal praktykują.

– Czy rozczarowałbyś ich, gdybyś nie poszedł w ich ślady? – zapytała Barrissa.
Młodzieniec parsknął śmiechem.
– Jedi z poczuciem humoru – powiedział. – Jednak cuda się zdarzają
Schował   narzędzia,   a   młoda   padawanka   jeszcze   raz   mu   podziękowała.   Uli   wstał   i 

przesadnie nisko się ukłonił.

– Zawsze do usług – powiedział. – Właśnie po to tu przyleciałem.
Przyglądał się ze zmarszczonymi brwiami, jak jego pacjentka wkłada but na zranioną 

stopę.

–  No   cóż,   gojenie   takiej   rany   u   zwykłego   człowieka   albo   istoty   człekokształtnej 

potrwałoby pięć albo sześć dni – zauważył. – U ciebie zaś... ile, jak ci się wydaje? Trzy?

– Dwa – poprawiła Barrissa. – Najwyżej dwa i pół.
Uli pokręcił głową.
– Szkoda, że inni tak nie mają.
Młoda   padawanka   mimo   woli   wyobraziła   sobie   rannych   konających   na   stole 

operacyjnym.  Widok twarzy młodzieńca uświadomił jej, że i on pomyślał o tym  samym. 
Postanowiła skierować rozmowę na inne tory.

– 

Dużo czasu spędzasz na tych bagnach? – zapytała.

Chłopak uśmiechnął się i zaczął znów wyglądać jak czternastolatek.
–  Moja matka kolekcjonuje alderaańskie iskroskrzydłe owady – wyjaśnił. – Niektóre 

stworzenia   na   tej   planecie   wyglądają   podobnie,   więc   mogą   być   ich   panspermicznymi 
krewniakami. Pomyślałem, że schwytam dla niej kilka okazów.

Barrissa przypomniała sobie jego nazwisko i nagle coś zaskoczyło w jej głowie.
– 

Wpadłam   kiedyś   do   Muzeum   Ksenozoologii   na   Coruscant,   żeby   obejrzeć 

pewną   wystawę   –   zaczęła.   –   Najliczniejszy   zbiór   iskroskrzydłych   owadów   w   znanej 
galaktyce. Zajmował trzy największe sale budynku muzeum i należał do słynnej zbieraczki, 
Elany Divini. Czy to twoja krewna?

– Moja matka nie uznaje połowicznych rozwiązań – odparł chłopak, spoglądając na 

chronometr. – Muszę lecieć. Za dziesięć minut zaczynam dyżur.

– Jeszcze raz dziękuję za zszycie rany.
– A ja dziękuję za okazję.
Kiedy odszedł, młoda padawanka obeszła kilka razy polanę. Jej stopa funkcjonowała 

normalnie i powinna szybko się zagoić. Barrissa nie poczuła jednak następnego podmuchu 
zimnego powietrza, który zaskoczył ją wcześniej. Przebywała od tak dawna na powierzchni 
upalnej   planety,   że   prawie   zapomniała,   jakie   wrażenie   wywiera   chłodny   podmuch. 
Zastanawiała  się, jakim cudem takie  zjawisko mogło  powstać  na Drongarze bez pomocy 

background image

urządzeń   mechanicznych   i   pod   kopułą   ochronnego   pola.   Krótko   po   wschodzie   słońca 
powietrze   na   dworze   osiągało   temperaturę   ludzkiego   ciała   i   utrzymywało   ją   do   późnego 
wieczoru, a czasem nawet w nocy.

Ale nawet jeśli naprawdę poczuła zimny podmuch, dlaczego pozwoliła, aby wytrąciło 

jato z równowagi do tego stopnia, że zraniła się szpicem klingi świetlnego miecza? Kiedy 
ostatnio przydarzył się jej podobny wypadek, miała dziewięć lat i skaleczyła się w nadgarstek, 
nie w nogę. Rana nie wyglądała wówczas ani w połowie tak poważnie.

Cóż, jedno było pewne: zareagowała jak niedoświadczona amatorka.
Uznała wypadek za zły znak i ruszyła z powrotem do swojej kabiny. Wyglądało na to, 

że im dłużej przebywa na powierzchni Drongara, tym bardziej się oddala od celu, którym 
było zostanie pełnowartościowym rycerzem Jedi.

Wzdrygnęła   się.   W   pierwszej   chwili   pomyślała,   że   ponownie   czuje   lodowaty 

podmuch... tym razem jednak nie na skórze, ale w głębi serca.

background image

ROZDZIAŁ 7

W   kantynie   był   tego   dnia   spory   tłok.   W   zanieczyszczonym   powietrzu   unosiło   się 

wyjątkowo dużo zarodników, za to nie było widać ani jednego ładownika z rannymi klonami. 
Przy tym samym stoliku co zawsze siedzieli Den Dhur, Kio Merit, Tolk le Trene, Jos Vondar, 
I–Five i Barrissa Offee, którzy zazwyczaj dwa razy każdego tygodnia brali udział partyjce 
sabaka.   Od   czasu   do   czasu   przyłączali   się   do   nich   inni,   jak   Durosjanin   Leemoth,   ale 
najczęściej widywało się razem tych sześcioro. Odprężali się przy grze i nabierali sił przed 
kolejnymi zmaganiami ze śmiercią, krwią i bólem. Wprawdzie sabak nie pozwalał im całkiem 
zapomnieć o wojnie, ale godzinę czy dwie można było o niej nie myśleć.

Tym   razem   klimatyzatory   działały   całkiem   nieźle,   co   także   było   samo   w   sobie 

niezwykłe...   Filtry   w   urządzeniach   chłodzących   wykazywały   dużą   wrażliwość   na 
wywoływaną   przez   zarodniki   korozję,   a   ponieważ   z   tym   problemem   borykał   się   każdy 
ośrodek medyczny na powierzchni Drongara, wszystkie prześcigały się w zdobywaniu części 
zapasowych.   Kiedy  pole   było   włączone,   zarodniki   nie   przenikały   pod   kopułę,   ale   często 
wyłączano   jego   wycinki,   żeby   mogły   przelecieć   lądujące   czy   startujące   wahadłowce   i 
transportowce.   Pod   uwagę   należało   także   brać   miejscową   florę   i   faunę,   która   żyła   na 
powierzchni   planety,   zanim   jeszcze   pierwszy   raz   włączono   ochronne   pole.   Na   ogół   w 
zamkniętych   pomieszczeniach   nie   można   było   się   cieszyć   chłodnym,   czystym   i   suchym 
powietrzem.

Jeżeli nie liczyć  niebiańskiego chłodu, właściciel kantyny mógł się pochwalić także 

zdobytymi nieco wcześniej kilkoma innymi luksusami. Nikt nie wiedział, czy zawdzięczał to 
przypadkowi,   czy   może   staraniom   nowego   twi'lekańskiego   kwatermistrza,   Narsa   Dojaha. 
Jednym z takich luksusów był nowy zestaw do gry w dejarika, w którego skład wchodził 
także   generator   holograficznych   potworów.   Z   niebywałej   okazji   korzystały   dwie   kobiety 
pielęgniarki, które grały przy innym stole. Drugim luksusem była nowa autochłodziarka do 
napojów,   ale   największe   wrażenie   wywierał   rezolutny   jednonogi   android   kelnerski   płci 
żeńskiej typu TDL–501, któremu Den od razu nadał imię Teedle. Kelnerka krzątała się po 
zatłoczonej sali, obracając się zgrabnie na jedynym  kółku i balansując wdzięcznie tacami 
pełnymi szklanek.

Znieruchomiała   nagle   obok   stolika   graczy   w   sabaka   i   postawiła   cztery   szklaneczki 

przed Josem, Tolk, Kio i Denem.

–  Jedna  coruscańska   chłodziarka,  jeden  blaster  banthów,  jedno  alderaańskie   piwo  i 

jedna johriańska whisky – oznajmiła zwięźle. – Rzem siedemnaście kredytów, moi drodzy.

Den machnął lekceważąco ręką.
– Dopisz do mojego rachunku – polecił beztrosko,
– Do czyjego rachunku, kochaniutki? – zapytała Teedle. – Twój dług jest większy niż 

pułap, na którym unoszą się mieszkalne sztuczne planetoidy.

Każdemu zdaniu towarzyszył cichy trzask, podobny do odgłosu pękającego pęcherza 

sennogumy do żucia.

Den odwrócił się powoli i spiorunował kelnerkę spojrzeniem.
–Wypraszam sobie – powiedział.
Teedle odgięła durastalowy kciuk i skinęła nim w stronę szynkwasu.
– Mohris twierdzi, że nie może cię dłużej kredytować – oznajmiła – Albo spłacisz dług, 

albo nie wypijesz tu ani kropli więcej.

Jos   zorientował   się,   że   z   wyjątkiem   I–Five,   pozostali   siedzący   przy  stoliku   goście, 

podobnie jak on, z trudem powstrzymują się od śmiechu. Odwrócił się do Teedle.

– Dopisz to do mojego rachunku – powiedział. – Płacę za niego dzisiaj wieczorem.
–  Jak pan sobie życzy, kapitanie – odparła kelnerka i odjechała. Den odprowadził ją 

background image

kwaśnym spojrzeniem, po czym odwrócił się do Vondara.

–  Dzięki   –   powiedział.   –   W   tych   czasach   naprawdę   trudno   zaprogramować 

współczucie.

Jos chciał coś odpowiedzieć, ale stwierdził, że 1–5 nie odrywa spojrzenia od oddalającej 

się Teedle. Pozostali gracze w sabaka także zwrócili na to uwagę.

– Coś się stało, I–Five? – zaniepokoił się Kio Merit.
– Jest piękna – odparł z podziwem android.
Wszyscy osłupieli.  Spojrzeli na niego, jakby widzieli  go pierwszy raz w życiu.  Jos 

odstawił szklaneczkę z coruscańską chłodziarką tak raptownie, że kilka kropli wylało się na 
stos żetonów kredytowych.

– I–Five – zaczął. – Chcesz powiedzieć, że Teedle cię... pociąga?
Android   spoglądał   jeszcze   jakiś   czas   za   kelnerką,   ale   w   pewnej   chwili   szybko   się 

odwrócił i spojrzał na swoje karty.

–   Nie   –   odparł   beztrosko.   Uniósł   głowę   i   Jos   mógłby   przysiąc,   że   na   wiecznie 

nieruchomej twarzy 1–5 maluje się coś podobnego do szelmowskiego uśmiechu. – Ale jakiś 
czas nie byliście tego pewni, prawda?

Pozostali wybuchnęli śmiechem. Jos także się roześmiał.
–  Ach,   ty   pokryty   chromowanymi   płytkami   podgrzewaczu   wody   –   zaczął.   – 

Powinienem...

–  Powinieneś się zamknąć i grać – dokończyła żartobliwie Tolk. Odwróciła głowę i 

powiodła   spojrzeniem   po   zasnutej   dymem   sali.   –   Gdzie   się   podział   Karciany   Rekin?   – 
zapytała.

Innym nowym nabytkiem,  który zaczął nieco wcześniej pracę w kantynie  – Jos nie 

potrafiłby powiedzieć, czy android naprawdę się na coś przydaje – był służący do rozdawania 
kart podczas  gry w sabaka automat  typu  RH7–D, zwany potocznie  Karcianym  Rekinem. 
Android wyglądał jak mniejsza i mobilna wersja dużych kasynowych automatów i obecnie 
wisiał pod sufitem dzięki repulsorom. Błyskawicznie przetasował talię kart i położył ją na 
stole.

– Proszę przełożyć – polecił Josowi. Jego generowany przez elektroniczny syntetyzator 

głos miał chrapliwe brzmienie.

Tłumiąc   irytację,   Vondar   spełnił   jego   polecenie.   Posługując   się   wypustkami 

manipulatorów, Karciany Rekin szybko rozdał wszystkim po dwie karty.

–  Wariant   standardowy   Bespina   –   oznajmił   zwięźle.   –   Pierwsze   rozdanie.   Proszę 

obstawiać, dżentelpanowie.

–  Hej   –   zareagowała   ostro   urażona   Tolk,   piorunując   go   spojrzeniem.   –   Przetrzyj 

fotoreceptor i spróbuj jeszcze raz, kolego.

– Bardzo panią przepraszam – odparł cierpko Rekin. – Proszę obstawiać, dżentelistoty.
–  Niewiele lepiej – burknęła Tolk, ale zerknęła na swoje karty. Gracze rozmawiali o 

najnowszym członku zespołu chirurgów.

– Największy problem z nowym gościem widać już na pierwszy rzut oka – stwierdził 

Den, wrzucając do miseczki żeton kredytowy. – Jest za młody, żeby bywać w kantynie, więc 
chyba nieprędko zasiądzie z nami do sabaka.

– Wcale nie jest taki młody, na jakiego wygląda – zaoponowała Barrissa. – I znalazł się 

daleko od domu. – Dorzuciła swój żeton do miski i dopiero wówczas zauważyła, że Jos, Tolk, 
Den i Kio patrzą na nią i szczerzą zęby w niemym uśmiechu. – O co chodzi? – zapytała.

– Co za wstyd! – odparł Den z udawaną surowością. – Nie wypada, żeby Jedi stawała w 

obronie zwykłego śmiertelnika!

– Jestem wstrząśnięty – dodał Jos i uśmiechnął się jeszcze szerzej na widok rumieńca 

na jej policzkach. Doszedł do wniosku, że stanowi miły kontrast z tatuażem na twarzy.

– Nie miałam na myśli... – zaczęła Barrissa, mierząc reportera urażonym spojrzeniem. – 

background image

Twoje myśli wpadły do rynsztoka, Dhur – burknęła. – Jak zawsze.

Reporter wzruszył ramionami.
– Trudno, żeby tak się nie działo, kiedy cała ta planeta jest rynsztokiem – powiedział.
– Chodziło mi o to, że powinniśmy zrobić, co w naszej mocy, aby także brał udział w 

naszych rozrywkach – ciągnęła padawanka. – Postarajmy się, żeby czuł się pośród nas jak w 
domu.

–  Naturalnie,   masz   rację   –   przyznał   Eąuanin.   –   Okres   dojrzewania,   zwłaszcza   w 

przypadku istot ludzkich, zawsze trudno przeżyć bez niczyjego wsparcia.

–  Ile właściwie ma lat? – zainteresował się I–Five. – Przyznaję, że ocena wieku nie 

wchodzi w zakres mojego oprogramowania.

– Byłbyś okropnym androidem niańką – oznajmiła Tolk.
– Za co dziękuję swojemu twórcy z głębi elektronicznego serca – odciął się android.
– Ma dziewiętnaście standardowych lat – stwierdził Kio Merit. – Powiedziano mi, że 

jest kimś w rodzaju cudownego dziecka. Uzyskiwał najwyższe oceny na wszystkich kursach i 
ukończył studia z najważniejszym wyróżnieniem. Odbył praktykę w...

–  ...Wielkim   Zoo   –   dokończył   Jos.   –   Hej,   większość   z   nas   widziała   Cudownego 

Chłopca przy pracy. Jest naprawdę bardzo dobry.

– Mogę to potwierdzić – odezwała się Barrissa. – Pasuję.
– Proszę zamienić się kartami, moje damy – odezwał się nagle Karciany Rekin.
Wszyscy skierowali spojrzenia na unoszącego się pod sufitem androida.
–   Słodka   Sookie   –   jęknął   Jos,   kręcąc   głową.   –   Ktokolwiek   wepchnął   go   Narsowi, 

oberwie za swoje.

Den rozejrzał się po sali.
–  Może jednak nowe androidy zarobią na swoje utrzymanie – zauważył. – Więcej tu 

dziś gości niż kiedykolwiek. Niektórych nigdy do tej pory nie widziałem.

Wskazał   stojący   w   kącie   sali   stolik,   przy   którym   prowadziły   półgłosem   ożywioną 

rozmowę trzy nieznajome osoby.

Kio Merit spojrzał w tamtą stronę i zmarszczył brwi.
–  Widywałem już istoty dwóch spośród tych ras, chociaż nie znam siedzących tam 

osobników – powiedział. – Jeden jest Kubazem, a drugi Umbaraninem, nie wiem jednak, 
jakiej rasy jest trzecia osoba. Nigdy nikogo takiego nie widziałem.

–  To   Falleenka   –   wyjaśnił   Jos.   –   Istoty   tej   rasy   nie   narzucają   nikomu   swojego 

towarzystwa. Jeżeli nie pozostają na usługach ważnych mętów na Coruscant, rzadko widuje 
sieje poza macierzystą planetą. Ciekawe, co ona tu robi.

– Tylko nie zbliżaj się do niej za bardzo – ostrzegła Tolk, szczerząc zęby w przekornym 

uśmiechu.

Den wyglądał na zdezorientowanego.
–  Ciała   Falleenów   wydzielają   feromony   –   dodał   Jos.   –   Czasami   bardzo   silne. 

Oddziałują na istoty większości ras. Zazwyczaj objawami wydzielania są chromatoforyczne 
zmiany   w   zabarwieniu   tkanki.   Powiada   się,   że   te   istoty   potrafią   mieszać   prekursory   i 
wywierać wpływ na działanie układu hormonalnego.

– Dzięki – burknął Den. – Teraz wszystko jest jasne jak bagienne błoto.
–  Potrafią   wywierać   wpływ   na   czyjeś   uczucia   dzięki   zapachowi   swojego   potu   – 

wyjaśniła lorrdiańska pielęgniarka.

Den zamrugał.
– Przy tej pogodzie muszą być naprawdę charyzmatycznymi istotami – powiedział.
1–5 wrzucił żeton kredytowy do miseczki ze stawkami.
– Podbijam – oznajmił rzeczowo.
Jos spojrzał na swoje karty i zmarszczył brwi.
– Wydaje mi się, że blefujesz, blaszana istoto – stwierdził cierpko.

background image

– A mnie się wydaje, że się pocisz, chuderlawy mężczyzno – odciął się android.
– Kto by się tu nie pocił? – burknął Vondar. – Sprawdzam.
Kiedy gracze rozłożyli  karty, Jos wyszczerzył zęby w triumfującym uśmiechu. Miał 

Dowódcę   monet,   Panią   szabel   i   Wytrwałość   klepek.   Ułożył   karty   obok   siebie   w 
wyświetlanym  przez Karcianego Rekina interferencyjnym  polu, żeby nie zmieniły swoich 
wartości.

– Jeżeli mój moduł matematyczny nie uległ poważnemu uszkodzeniu – zaczął I–Five – 

chyba moje karty są lepsze niż twoje.

Jos spojrzał na jego karty i otworzył usta ze zdumienia. Android miał Idiotę, trójkę 

klepek i dwójkę szabel... układ Idioty, który liczył się wyżej niż wszystkie inne, nawet czysty 
sabak.

– To niesprawiedliwe – jęknął ponuro, kiedy 1–5 zgarniał wygraną. – Po co androidowi 

kredyty?

–  Czyżbym  ci tego nie powiedział?  – zapytał  I–Five. – Zamierzam  stąd odlecieć  i 

spotkać się z czarownikiem Tundów, żeby kupić od niego mózg i serce.

Jos nie odpowiedział. Odpowiedź automatu przypomniała mu o CT–914, sklonowanym 

żołnierzu, którego życie uratował w operacyjnej sali... tylko po to, żeby kilka dni później 
wyhodowany   w   kadzi   żołnierz   zginął   podczas   niespodziewanego   ataku   sił   zbrojnych 
separatystów, podobnie jak wszyscy inni koledzy z jego garnizonu. To właśnie Dziewięć–
jeden–cztery,  a także 1–5, chociaż w mniejszym  stopniu, uświadomili mu, że klony,  a w 
pewnych okolicznościach także androidy i inne obdarzone sztuczną inteligencją automaty, 
powinno się traktować jak istoty świadome, którym przysługują takie same prawa jak żywym 
istotom.

Niby wiedział  o tym  od dawna, ale podświadomie nie przywiązywał  do tego dużej 

wagi. Co gorsza, właściwie się nie zastanawiał nad moralnymi konsekwencjami tego faktu. 
Klony hodowano, żeby walczyły podczas wojny, a w ich oprogramowaniu nie przewidziano 
innych   pragnień.   Sklonowani   żołnierze   nie   bali   się  śmierci,   a   bitwa   dawała   im   poczucie 
zadowolenia i spełnienia. Zdolność odczuwania bólu miała im tylko pozwalać na unikanie 
sytuacji, podczas których mogłyby zostać zabite albo ranne. Dopóki Jos nie poznał Dziewięć–
je–den–czwórki, także uważał, że klony nie są zdolne do innych uczuć, podobnie jak nie 
zawierają przyjaźni czy to z innymi klonami, czy z żywymi istotami. Zauważył jednak, że 
CT–914 traktuje wyhodowanego w tej samej kadzi CT–915 jak rodzonego brata bliźniaka, a 
kiedy ten drugi zginął, pozostały przy życiu klon pogrążył się w rozpaczy.

Także   I–Five,   dysponujący   udoskonalonym   modułem   funkcji   percepcyjnych   i 

zdezaktywowanymi   tłumikami   kreatywności,   wielokrotnie   imponował   wszystkim   swoim 
„człowieczeństwem". Z początku Vondar uważał, że jego świat stanął na głowie, ale później 
zaczął odczuwać coś w rodzaju wdzięczności. Taka rozszerzona definicja człowieczeństwa 
pozwalała   mu   –   w   sensie   dosłownym   i   przenośnym   –   widzieć   w   Tolk   potencjalną 
towarzyszkę życia, mimo że lorrdiańska pielęgniarka nie była Korelianką.

Od jakiegoś czasu był pewien, że ją kocha. Bez względu na konsekwencje poślubienia 

istoty z innej planety, był gotów pójść za podszeptami serca. Ciągle się jednak zastanawiał, co 
powie na to nowy dowódca, Erel Kersos.

Miał   się   tego   dowiedzieć   wcześniej,   niż   przypuszczał.   Kiedy   kasynowy   android 

potasował karty do następnego rozdania, do ich stolika podszedł bothański kapral.

– Panie kapitanie Vondar – powiedział. – Admirał Kersos prosi, żeby zechciał się pan u 

niego zameldować. Proszę ze mną.

background image

ROZDZIAŁ 8

– Ohleyz Sumteh Kersos Vingdah – powitał go przełożony. – Than dony a sinyin.
–   Sumteh   Vondar   Ohleyz...   dohn   dony   a   –   odpowiedział   Jos   z   lekkim   wahaniem. 

Upłynęło sporo ponad dziesięć lat, odkąd ostatnio mówił w arcyjęzyku. W obecnych czasach 
wszyscy korzystali z basica. Kiedy był chłopcem, posługiwał się ceremonialnym językiem 
jedynie podczas Dni Oczyszczenia.

Wuj jego matki wyglądał na zmęczonego. Miał niedepilowane policzki, a jeden guzik 

przedniej klapy munduru był rozpięty. Tym razem jego twarzy nie przesłaniała chirurgiczna 
maska   i   Jos   widział   wyraźnie   rodzinne   podobieństwo   w   rysach.   Jeszcze   w   dzieciństwie, 
przeglądając z kuzynką rodzinne archiwa, natrafił na kilka połamanych hologramów. Pośród 
strzaskanych   wizerunków   znalazł   podobiznę   młodego   mężczyzny,   który   zrezygnował   z 
dziedzictwa i wyparł się rodziny, chociaż wiedział, że zostanie przez nią wyklęty. Jos oglądał 
te resztki z fascynacją, jakby były otwartym na przeszłość oknem. Dobrze zapamiętał rysy 
tamtego   młodzieńca   i   obecnie   rozpoznawał   je   w   twarzy   stojącego   za   biurkiem   starszego 
mężczyzny.

Wiedział, że – zgodnie ze wszystkimi honorowymi kodeksami – nie wolno mu w ogóle 

się do niego odzywać. Nie powinien z nim rozmawiać o niczym,  co by wykraczało poza 
stosunki panujące w wojsku między przełożonym  a podwładnym. Kuzyn Erel Kersos był 
nadal pariasem, bo hańba, jaką się kiedyś okrył, nie zacierała się z upływem czasu, a nawet 
nie miała zaniknąć po jego śmierci. Zważywszy jednak, że Jos był także związany z istotą płci 
żeńskiej   z   innej   planety   i   nie   zamierzał   rezygnować   z   tego   związku,   złamanie   zakazu 
rozmowy z wyklętym krewniakiem nie wydawało mu się poważnym wykroczeniem.

A   poza   tym,   w   pobliżu   nie   było   nikogo   z   ich   rodzinnej   planety,   kto   mógłby   być 

świadkiem tej rozmowy. W dodatku Jos bardzo chciałby poznać powód, dla którego kuzyn 
Erel został wyklęty przez członków klanu... bądź co bądź, jego krewniak posunął się do tego, 
że nawet poślubił osobę z innej planety.

Znajdowali się sami  w gabinecie  Vaetesa.  Jos miałby ochotę  zadać kuzynowi  setki 

pytań, ale najbardziej interesowała go odpowiedź na jedno. Niezdecydowany, czy powinien 
się odezwać, przypomniał sobie pierwszy raz, kiedy odbył rozmowę z ojcem na temat istot z 
innych światów...

W ciągu pierwszych sześciu lat życia ani razu nie opuścił rodzinnej planety, a obce 

istoty widywał rzadko i tylko z dużej odległości. Kiedy więc pod szkolną kopułą poruszono 
temat  przybyszów  z innych  planet,  nie  bardzo wiedział,  co o tym  sądzić.  Zagadnął  o to 
jeszcze tego samego wieczoru, który ojciec spędzał w domu, zamiast jak zwykle w klinice.

Musiał zebrać całą odwagę, zanim się na to zdecydował. Co prawda, ojciec nie miał 

porywczego usposobienia i Jos nie wątpił, że tata go kocha, ale był dosyć wysoki i kiedy nad 
nim stał, onieśmielał go swoim wzrostem. Potrafił także głośno mówić, chociaż nigdy tego 
nie robił, ilekroć zwracał się do syna.

Z   perspektywy   czasu   Jos   uświadamiał   sobie,   że   ojciec   nie   był   gotów   do   tamtej 

rozmowy. Kiedy opowiedział mu o dyskusji kolegów w szkole, tata oderwał się od tego, co 
właśnie robił – o ile Jos dobrze pamiętał, przeglądał dysk z popołudniowymi wiadomościami 
– i spojrzał na syna z niejakim zaskoczeniem.

– No cóż, chłopcze – zaczął niepewnie. – Jeżeli nie liczyć tego, że są istotami z innych 

planet, różnica między nimi a nami to coś w rodzaju różnicy między blethyliną a tarkaliną. 
Obie wyglądają podobnie, ale są różnej wielkości i barwy. W dodatku obcy mają odmienny 
od naszego system wierzeń. Są... – urwał, jakby szukał odpowiedniego określenia – .. .nie tak 
czyści jak my. Mieszają rzeczy, których my nie mieszamy. To dotyczy także tego, kogo... 
uhm, poślubiają.

background image

–   Aha.   –   Jos   kiwnął   głową.   Wprawdzie   nie   rozumiał   sensu   usłyszanych   słów,   ale 

niejasno sobie uświadamiał, że ojciec jest wyraźnie zakłopotany.

– Nie są złymi osobami – podjął po chwili starszy Vondar. – Są po prostu... inni niż my.
– W czym, tatusiu? – zapytał Jos.
Jego tata zmarszczył brwi i jakiś czas się nie odzywał.
– Znasz smak słonoorzechowego masła na kromce chleba? – zapytał w końcu.
– Ta–a! – wykrzyknął Jos. Najlepsze było dopiero co sprowadzone z farmy, ze świeżo 

rozłupanymi  orzechami. Jeżeli się je rozsmarowało grubą warstwą, smakowało jak nic na 
świecie.

– A lubisz niebieskoowocowy dżem? – zapytał tata.
– Ta–a. – Nie smakował równie bosko jak słonoorzechowe masło, ale i tak był całkiem 

niezły.

–   To   dlaczego   ci   nie   smakuje,   kiedy   na   tej   samej   kromce   chleba   rozsmarujesz 

mieszaninę słonoorzechowego masła i niebieskoowocowego dżemu? – zapytał ojciec.

– Hm – mruknął Jos. Tata miał rację. Oba smaki, każdy oddzielnie, były wspaniałe, ale 

po zmieszaniu mogły przyprawić o mdłości piaskowego kota. Chłopiec zawsze uważał, że to 
niesprawiedliwe.

– No cóż – zakończył ojciec. – Właśnie tak jest z ensterami i eskterami. Po prostu nie 

łączy się jednych z drugimi.

– Ale, tatusiu, nie wszyscy są tacy sami – zaprotestował nieśmiało Jos. – To nie to 

samo, co słonoorzechowe masło i niebieskoowocowy dżem. To nie...

Jego ojciec nie dał mu dokończyć zdania.
– Zrozumiesz to, kiedy będziesz starszy, Jos – uciął. – Na razie nie myśl o tym.
Stojąc kilkadziesiąt lat później przed obliczem wyklętego kuzyna, Jos rozumiał o wiele 

lepiej, co ojciec chciał wtedy powiedzieć. W jego rodzinnym domu nikt nie widział w takim 
podejściu   niczego   niezwykłego,   chociaż   mieszkańcy   innych   planet   określali   je   mianem 
ksenofobii, rasizmu albo jeszcze gorzej. Jos bardzo długo był przekonany, że nie mają racji. 
Istoty z innych planet nie rozumiały zawiłości związanych z pojęciami „swoich" i „obcych" i 
wyciągały pochopne wnioski, kierując się zwykłą ignorancją. Powinno się im współczuć, a 
nie bać się ich ani nimi gardzić. Jos od dawna nie mówił arcyjęzykiem, nie obchodził Dni 
Oczyszczenia i uważał się za galaktopolitę, a mimo to po ukończeniu studiów na Coruscant i 
praktyki  na Alderaanie, podczas której operował dziesiątki osobników innych  ras, bariera 
oddzielająca   istoty   jego   rasy   od   wszystkich   pozostałych   była   zakorzeniona   w   jego 
podświadomości tak głęboko, że nawet nie uświadamiał sobie jej mocy.

Później   jednak   zakochał   się   w   Tolk,   lorrdiańskiej   pielęgniarce,   która   nie   tylko   nie 

pochodziła z jego planety, ale nawet z jego systemu. Wiedział, że ten fakt powinien położyć 
kres jego marzeniom o jakimkolwiek trwałym  związku. Używając słów wielu starszych i 
niedołężnych istot, jakie operował, „upadł i nie mógł się podźwignąć”.

Najciekawsze jednak, że nie był pewien, czy mu na tym zależy.
–  Proszę bardzo – odezwał się kuzyn admirał. Jego głos brzmiał stanowczo, jak głos 

osoby nawykłej do wydawania rozkazów. – Pytaj.

Jos spojrzał prosto w jego oczy.
–Warto było? – zapytał.
Jego przełożony nie od razu odpowiedział. Chwilę patrzyli sobie w oczy i w końcu 

starszy mężczyzna lekko się uśmiechnął.

– Tak i nie – wyznał cicho. Westchnął i usiadł w fotelu Vaetesa. – Pierwszych sześć 

cudownych lat byłem pewien, że tak.

Jos   uniósł   brew.   Kuzyn   zachęcił   go   gestem,   żeby   usiadł,   i   kapitan   skorzystał   z 

zaproszenia.

– Sześć lat po naszym ślubie moja żona Feleema zginęła na Coruscant w katastrofie 

background image

kolei magnetycznej – ciągnął Kersos ponuro. – Podobnie jak czterystu innych pasażerów. 
Miała   szybką   śmierć.   Z   powodu   degradacji   nadprzewodzącego   kabla   i   awarii   systemu 
bezpieczeństwa   pociąg   wypadł   z   toru   trakcyjnego   i   z   prędkością   trzystu   kilometrów   na 
godzinę   staranował   rząd   pustych   budynków   przemysłowych   na   półkuli   południowej. 
Katastrofy nie przeżył nikt z pasażerów.

– Bardzo współczuję – bąknął Vondar.
– Dziękuję. – Jego kuzyn kiwnął głową. – Od śmierci żony upłynęło ponad pięćdziesiąt 

lat, ale nikt z rodziny nigdy mi tego nie powiedział. Tego ani niczego innego.

Jos zachował milczenie, wstrząśnięty rozpaczą, jaką usłyszał w głosie krewnego.
– I tak wyglądała wówczas moja sytuacja – ciągnął Erel Kersos. – Byłem oddanym 

służbie   dla   Republiki   młodym   porucznikiem.   Straciłem   żonę,   ale   nie   mogłem   odnowić 
stosunków z rodziną ani z klanem. Nie mieliśmy dzieci i nie mogłem wrócić do domu, więc 
postanowiłem poświęcić się bez reszty pracy i zrobić karierę w wojsku. – Uśmiechnął się, ale 
z lekką goryczą.  – Właśnie dzięki temu  prawie czterdzieści  lat  później  awansowałem do 
stopnia admirała i trafiłem na Drongar.

– Mogłeś ich za to przeprosić – stwierdził Vondar.
– Musiałbym się wyprzeć zmarłej żony – sprzeciwił się admirał. – Nie mogłem się na to 

zdobyć. Nie mógłbym także ścierpieć rodziny, która by tego ode mnie wymagała.

Kolejny raz zapadła cisza, podczas której tym razem Jos poczuł się nieswojo. W końcu 

Kersos spojrzał prosto w jego oczy, czym speszył go jeszcze bardziej.

–  Jos, musisz się nad tym  zastanowić  – odezwał się w końcu. – Bardzo poważnie 

zastanowić.

Vondar zamrugał. Czyżby jego starszy krewniak też umiał czytać w myślach? Czy nie 

mieli w bazie wystarczająco wielu empatów?

–  Zanim poprosiłem o przydział na Drongar, poinformowano mnie, że służysz na tej 

planecie – ciągnął admirał. – Dowiadywałem się, co tu robisz i jak sobie radzisz. Domyślam 
się,   dlaczego   chciałeś   ze   mną   porozmawiać.   Wiem   wszystko   o   tobie   i   o   lorrdiańskiej 
pielęgniarce.

Jos poczuł, że wzbiera w nim gniew. Kersos musiał to zauważyć, bo pokręcił głową.
– Nie denerwuj się zanadto, synu – przestrzegł surowo. – Nie zamierzam ci mówić, co 

powinieneś   robić,   a   czego   nie.   Udostępniam   ci   tylko   swoje   doświadczenia.   Kiedy 
postanowiłem się ożenić z Feleemą, nie oglądałem się za siebie. Byłem młody i odważny, a 
ona liczyła się dla mnie bardziej niż dezaprobata całej rodziny.  Wydawało mi się wtedy,
że mając ją, nikogo więcej nie potrzebuję. Później, kiedy zginęła, straciłem ją i nie miałem się 
do kogo zwrócić. – Urwał i chwilę się zastanawiał. – Czasami rodzina jest ważniejsza, niż 
możesz to sobie wyobrażać – podjął w końcu. – Zwłaszcza kiedy się ją ma, ale się dla niej
nie   istnieje.   W   życiu   bywa   rozmaicie,   mój   chłopcze.   Z   różnych   powodów   ludzie   się 
zmieniają... bywa, że się rozstają, a czasem umierają. Kobieta, którą kochasz dziś, za dziesięć 
albo piętnaście lat może się zmienić w kogoś, kogo nie będziesz mógł ścierpieć u swojego 
boku. Może także od ciebie odejść. Nic na to nie poradzisz.

Jos kiwnął głową.
–  Wiem – przyznał ponuro. – Powiedz mi jedno: gdybyś miał to zrobić jeszcze raz, 

wiedząc to, co teraz, czy byś się na to zdecydował?

Jego kuzyn uśmiechnął się z przymusem.
– Nie jestem tobą – powiedział.  – Moje błędy to moja sprawa, a twoje nie  muszą 

wyglądać tak samo.

– Niewiele mi pomogłeś – mruknął Vondar.
– Może i nie, ale powiedziałem ci wyłącznie prawdę. – Starszy mężczyzna wzruszył 

ramionami. – Czasami wydaje mi się, że nie miałbym żadnych wątpliwości... że postąpiłbym 
dokładnie tak samo. Sześć lat z Feleemą liczyło się dla mnie bardziej niż sześćset lat na łonie 

background image

rodziny. Kiedy indziej jednak się zastanawiam, jak to by było, gdybym widział, jak dorastają 
dzieci moich sióstr i braci... siostrzenice i siostrzeńcy, których nigdy nie poznałem. Nie wiem 
nawet, czy w ogóle się urodzili. Nie mogłem wrócić do domu ani nawet przylecieć na pogrzeb 
ojca. Moja matka nadal żyje... wiem to, bo sprawdzam na bieżąco spisy ludności, ale ja dla 
niej dawno umarłem. Dokonałem prostego wyboru... tyleż prostego, co nieodwracalnego, ale 
to  nie  było   łatwe  i  mimo  upływu   czasu  nie  stawało  się łatwiejsze.   Słyszałeś   może   stare 
powiedzenie, Jos: nigdy nie jest łatwo ogolić Wookiego.

Vondar westchnął. Coś wspaniałego, pomyślał z goryczą. Właśnie to chciałem od niego 

usłyszeć.

background image

ROZDZIAŁ 9

Kiedy Jos odszedł od stolika, pozostali gracze poświęcili kilka minut na rozmowę o 

nowym dowódcy, admirale Erelu Kersosie.

– Słyszałem, że ma o wiele większe doświadczenie niż Bleyd – zaczęła Barrissa Offee.
– Większe doświadczenie niż tamten półgłówek miałyby nawet beldony z Bespina – 

mruknął Den. – Wiecie chyba, że nie wykryto jego zabójcy? Nie zapominajcie o tym, ilekroć 
nie będziecie mogli w nocy zasnąć.

Karciany   Rekin   znów   zaczął   rozdawać   karty,   ale   Den   uniósł   rękę,   żeby   go 

powstrzymać.

– Mamy dosyć – powiedział. – Chcemy tylko dopić trunki.
Kasynowy automat nie zwrócił jednak uwagi na jego słowa.
–Dwurozdaniowy   wariant   z   Dantooine   –   oznajmił   stanowczo.   –   Proszę   obstawiać, 

dżenteeeel...

Jego głos nagle przeszedł w basowy pomruk,  a manipulatory zwiotczały i zamarły. 

Wirując   powoli   wokół   pionowej   osi,   Karciany   Rekin   odleciał   i   osiadł   na   blacie 
spoczynkowego stołu. Zaskoczeni gracze popatrzyli po sobie, a po chwili zgodnie skierowali 
spojrzenia na 1–5.

–  Co   mu   zrobiłeś?   –   zaniepokoiła   się   Barrissa.   Gdyby   android   mógł,   wzruszyłby 

ramionami.

– Unieruchomiłem go – powiedział. – I tak nie był zbyt błyskotliwym rozmówcą.
– Nawet go nie dotknąłeś! – żachnął się Den.
–   Fakt,   ale   to   nie   było   konieczne   –   stwierdził   I–Five.   –   Wymierzyłem   promień 

mikrofalowy w jeden z jego czujników elektromagnetycznych i przeładowałem kondensator. 
Wiedziałem, że po czymś takim wyłączy się i uda na awaryjny spoczynek.

–   Może   naprawdę   powinniśmy   byli   cię   upić   –   mruknął   Den.   –   Na   trzeźwo   jesteś 

niebezpieczny.

Pozostali spojrzeli sceptycznie na Sullustanina.
– Dlaczego ci tak bardzo na tym zależy? – zainteresowała się Bar–rissa.
– Bo to niezwyczajny android. – Den wstał, obszedł stolik i objął ramieniem I–Five. 

Udało mu się to tylko dlatego, że android nadal siedział. – On także powinien trochę się 
odprężyć.

–   Jestem   wzruszony   twoją   troską   –   odparł   automat   –   ale   chyba   już   wcześniej 

ustaliliśmy, że to niemożli...

– To mogłoby się udać – przerwał Kio Merit. – Gdyby zmienić sygnał oscylatora w taki 

sposób, żeby przesunięcie początkowych faz harmonicznych pozwoliło na uzyskanie wielu 
sygnałów zamiast impulsu o standardowej konfiguracji.

Wszyscy odwrócili się i spojrzeli na empatę. Merit szeroko rozłożył porośnięte krótką 

ciemnobrązową sierścią, czteropalczaste ręce.

– Co się tak gapicie? – zapytał. – Nie mogę mieć więcej talentów niż jeden?
– To mogłoby się udać – przyznał z namysłem android. – Wprowadzenie nieliniowego 

sprzężenia zwrotnego mogłoby zaowocować nową odpowiedzią heurystyczną.

– Twój procesor sieci synaptycznej musiałby pracować w stanie niedostatku elektronów 

– zwrócił uwagę Eąuanin.

– Naturalnie, to się rozumie samo przez się – odparł 1–5. – Może dałoby się opracować 

program, który...

Den przekrzywił głowę i spojrzał podejrzliwie na Merita.
–   Gdzie   się   tego   nauczyłeś?   –   zapytał.   –   Tylko   nie   wciskaj   kitu   doświadczonemu 

reporterowi... My zawsze wszystko wyniuchamy.

background image

Empata się uśmiechnął.
–  Zanim   zdecydowałem   się   na   czytanie   myśli,   zajmowałem   się   wieloma   innymi 

rzeczami – zaczął. – Sześć miesięcy pracowałem w Industrial Automaton jako poganiacz 
bosonów.

Den wzruszył ramionami.
–  Kto by pomyślał – mruknął, odwracając się z powrotem do I–Five. – Co ty na to, 

żebyśmy  spróbowali?  A żebyś  nie podróżował  sam,  mogę  być  twoim drugim pilotem.  – 
Gestem   przywołał   przechodzącą   nieopodal   kelnerkę.   Automat   zawrócił   zgrabnie   na 
pojedynczym kółku i skierował się w ich stronę. – Hej, Teedle, przynieś mi pangalatycznego 
gar...

– Cicho! – Tolk przekrzywiła głowę i zaczęła nasłuchiwać w pozycji, którą wszyscy aż 

za dobrze znali. W nagłej ciszy dał się słyszeć odgłos, który także wszyscy dobrze znali.

– Ładowniki! – Lorrdianka zerwała się i ruszyła do wyjścia z kantyny. Barrissa pobiegła 

za nią. Kio Merit, poruszając się zdumiewająco szybko jak na tak masywną osobę, także 
poszedł w ich ślady.

– Wszystko wskazuje, że na jakiś czas możemy sobie dać spokój z przekraczaniem 

granic nauki – odezwał się 1–5 do Dena. Wstał od stolika i podążył za pozostałymi. – Ale nie 
zapominaj o tym, co tu powiedziano.

Goście siedzący przy pozostałych stolikach także wybiegali z kantyny, żeby się udać na 

różne stanowiska. W środku prócz Dena została tylko trójka inteligentnych istot siedzących w 
kącie sali: Kubaz, Umbaranin i Falleenka.

Den wzruszył ramionami i zaczekał, aż kelnerka przyniesie zamówiony trunek.
Siedzieli w zatłoczonej kantynie i chociaż wszyscy mogli ich dobrze widzieć, Kaird 

uważał, że są nieźle ukryci.

Nadal miał na sobie przebranie nadające mu wygląd Kubaza. Dzięki niech będą Jaju za 

działającą   wreszcie   klimatyzację,   pomyślał.   Rozparł   się   na   krześle   i   spojrzał   na   parę 
potencjalnych współpracowników. O ile mógł się zorientować, patrzyli na niego obojętnie... 
zawsze miał duży kłopot z rozpoznawaniem wyrazu twarzy większości inteligentnych istot 
człekokształtnych – wszystko przez te bulwiaste narośla i rozcięcia. Nie wątpił jednak, że 
oboje podejmą się wykonania zadania... Jeżeli było się na bakier z prawem, nie opłacało się 
odrzucać propozycji Czarnego Słońca.

Inna sprawa, czy potrafią wykonać to, czego od nich zażąda.
Zamówili   trunki,   ale   zanim   Kaird   zdążył   powiedzieć   coś   więcej,   uprzedziła   go 

Falleenka.

– W porządku – powiedziała. – Zrobimy to. Co z tego będziemy mieli?
– Tak po prostu? – zdziwił się trochę rozczarowany Kaird. Spodziewał się, że choćby 

dla zachowania pozorów istoty zechcą się targować.

– Jesteś przedstawicielem Czarnego Słońca – wyjaśniła Thula. – Czy wyglądamy jak 

idioci?

–Jak? – zapytał rzekomy Kubaz. – Jak chcecie to zrobić?
Spoglądając na Falleenkę, zauważył, że jej bladozielona skóra zmienia kolor i przybiera 

cieplejszy   czerwonawopomarańczowy   odcień.   Niemal   od   razu   poczuł,   że   ogarnia   go 
przemożne pożądanie. Uczucie było tak silne, że tylko z trudem nad nim zapanował.

Przeżywał   to   już   wcześniej,   ale   obecne   pożądanie   było   nieporównanie   bardziej 

intensywne.   Dobrze   znał   jego   powód.   Feromony.   Ulotne   związki   chemiczne,   uwalniane 
wyłącznie z myślą o wywoływaniu emocji u innych osobników. Kaird wiedział, że podobnie 
postępują istoty innych ras, jedne w celu przekazywania informacji, inne z chęci oznaczenia 
terytorium... a niektóre dla wzbudzenia pożądania.

Thula się uśmiechnęła. Wiedziała, jaki wpływ jej feromony wywrą na rozmówcę.
–  Właśnie  tak  –  powiedziała.  –  Od  czasu  do czasu  wojskowi  zatrudniają   cywilów, 

background image

zwłaszcza   tych,   którzy   mają   odpowiednie   referencje.   Tak   się   składa,   że   Squa   i   ja 
zaopatrzyliśmy   się   w   doskonałe   dokumenty...   najlepsze,   jakie   dało   się   kupić   za   kredyty, 
zaświadczające,   że  jesteśmy  ekspertami   w  wielu  dziedzinach.  Należą   do nich   ekspedycja 
gwiezdnych statków i regulatory systemowe. Jeżeli znajdę... frajera, który poczuje do mnie 
pociąg, na pewno zdobędziemy pracę gdzieś w systemie transportowym.

– A jeżeli kadrowcem będzie istota płci żeńskiej albo jeszcze innej? – zapytał Kaird. – 

Ktoś w rodzaju trójpłciowców z Salotha w Gromadzie Minosa? Czy kiedykolwiek o nich 
słyszeliście?

Spojrzeli po sobie bez okazywania nawet cienia niepokoju.
– Nie, nie słyszeliśmy – odezwał się Squa Tront. – I nikt inny też nie, bo właśnie ich 

wymyśliłeś.

Kaird   roześmiał   się,   a   z   jego   maski   wydobyły   się   gulgoty   i   parsknięcia,   które   u 

Kubazów oznaczają wesołość. Ci dwoje byli niewiarygodnie opanowani, a to cenna zaleta u 
przemytników.

Thula wskazała swojego partnera.
–  Tak   czy   owak,   gdybyśmy   się   natknęli   na   istotę   płci   pięknej,   Squa   ma   w   takich 

sprawach   pewne   doświadczenie   –   wyjaśniła.   –   Jego   metody   różnią   się   od   moich,   ale 
ostateczny  wynik  bywa  zawsze  taki  sam.   –  Falleenka   wyszczerzyła  zęby  w  uśmiechu.  – 
Chociaż wygląda, jakby nikt nie chciał na niego drugi raz spojrzeć.

– Wypraszam sobie – odezwał się dobrodusznie Umbaranin. – Pośród istot mojej rasy 

uchodzę za całkiem przystojnego.

–  Nie ma się czym chwalić – stwierdziła Thula, ale ciepło się uśmiechnęła, a Squa 

odpowiedział jej podobnym uśmiechem.

Kaird wyczuł, że Falleenka i jej towarzysz darzą się nawzajem sympatią. Stanowili 

doprawdy dziwną parę.

–  Kiedy zostaniemy zatrudnieni, wywrzemy wpływ na tych, którzy mają bezpośredni 

dostęp do towaru – ciągnęła Thula. – To powinno być łatwe jak kiwnięcie palcem, ale... ile to 
jest warte dla Czarnego Słońca?

Nedijanin   doszedł   do   wniosku,   że   czas   zacząć   zabawniejszą   część   negocjacji.   W 

prowadzeniu  ich  miał   duże  doświadczenie.   Honorarium  wynosiło  zazwyczaj  dwa  procent 
czystego zysku, ale tym dwojgu mógł zaproponować nawet cztery. Zamierzał jednak zacząć 
od   jednego   procenta   i   osłodzić   propozycję   niewielką   zaliczką,   powiedzmy,   w   wysokości 
pięciu tysięcy kredytów...

–  Nie targujmy się jak gromada Toydarian – odezwał się nagle Squa bezbarwnym, 

chrapliwym tonem. – Co byś powiedział, gdybyśmy od razu dostali cztery procent i niewielką 
zaliczkę, powiedzmy, pięć tysięcy kredytów?

Kaird pokręcił głową i przeklął się w duchu. Trudno było negocjować z osobą umiejącą 

wysyłać albo czytać myśli. Kiedy się skupiał, umiał nieźle je ukrywać przed empatami, ale 
widocznie pozwolił sobie na chwilę nieuwagi i zapomniał, z kim ma do czynienia. Dostał 
dobrą nauczkę.

Siedzące   przed  nim   istoty  miały   jednak   w  sobie  coś  rozbrajającego...   Najwyraźniej 

potrafiły   coś   więcej   niż   tylko   wyzwalać   hormony   i   czytać   w   myślach.   Były   parą 
sympatycznych zawadiaków i Nedijanin powinien docenić ich zalety. Można było na różne 
sposoby wpływać na czyjeś myśli i emocje, a nawet zmysły, ale spontaniczność i charyzmę 
spotykało się bardzo rzadko.

– Załatwione – powiedział. – Ale skoro widzicie rzeczy, których nie powinniście znać, 

zapewne wiecie, co się stanie, jeżeli wynikną jakiekolwiek problemy. Gdybyście na przykład 
doszli   do   wniosku,   że   możecie   uszczknąć   sto   kilo   boty   i   sprzedać   ją   na   własną   rękę, 
przekonajcie się, co moje myśli mówią na ten temat.

Squa trochę zbladł, chociaż wydawało się to prawie niemożliwe. Z wysiłkiem przełknął 

background image

ślinę.

–Nigdy nie przyjdzie nam to do głowy – obiecał.
Thula zmieniła karnację skóry z powrotem na jaśniejszą, bladozieloną.
– Nie jesteśmy zachłanni ani głupi i dlatego wciąż jeszcze żyjemy – oznajmiła. – Nie 

trzeba   być   zbrojmistrzem   Republiki,   żeby   umieć   rozpoznać   ciężkie   działo,   kiedy   sieje 
zobaczy. Wykonamy to zadanie i zarobimy, ty też zarobisz i wszyscy będą szczęśliwi. A kto 
wie, może kiedyś Czarne Słońce przypomni sobie o tym i zechce nas wynająć do następnej 
roboty?

Kaird uśmiechnął się pod maską, która po niespełna sekundzie zmieniła uśmiech w jego 

kubaski odpowiednik. Jego krótka trąbka wygięła się do góry.

–   Zawsze   miło   prowadzić   interesy   z   zawodowcami   –   powiedział.   –   Zostanę   na 

Drongarze, aż zorganizujecie dostawę, ale potem bierzecie na siebie całą odpowiedzialność.

Uniósł rękę i skierował dłoń w dół w tradycyjnym kubaskim geście przyzwolenia.
Thula i Squa odpowiedzieli takim samym gestem.
Doskonale, pomyślał Kaird. Za kilka dni, najwyżej tydzień czy dwa, będę mógł stąd 

odlecieć.   Dopilnuję,   żeby   wszystko   funkcjonowało   jak   należy,   a   sam   zajmę   się   czymś 
ciekawszym.

Kiedy   wracał   do   kabiny,   żeby   się   przebrać,   przydarzyło   mu   się   coś   dziwnego. 

Przechodząc   między   budynkami,   poczuł   podmuch   lodowatego   powietrza.   Wzdrygnął   się 
mimo ciężkiego przebrania, chociaż muśnięcie trwało tak krótko, że nie był pewien, czy mu 
się to nie zdawało. Przystanął, żeby się ukradkiem rozejrzeć, ale niczego nie zauważył. W 
pobliżu także nikt nie przechodził.

Zmarszczył brwi. Maska Kubaza zinterpretowała ten gest w taki sposób, że jego trąbka 

wygięła się ku dołowi, a koniec prawie zetknął się z brodą. Kaird nie zwrócił na to uwagi. 
Podmuch powietrza na tyle zimnego, że poczuł je mimo tych szmat, które miał na sobie? 
Skąd mogło się wziąć, skoro nigdzie nie widział niczego, co mogło je wytworzyć? Zjawisko 
było czymś  niezwykłym,  a agenci Czarnego Słońca nie dożywali sędziwego wieku, jeżeli 
pozwalali sobie na lekceważenie niezwykłych zjawisk.

Tknięty   przeczuciem,   spojrzał   w   górę,   ale   nad   głową   zobaczył   tylko   dobrze   znaną 

mieszaninę bladej zieleni i żółci z niewielką domieszką błękitu i czerwieni. Jak zawsze, nad 
kopułą siłowego pola kłębiły się gęste chmury zarodników. Niewielkie obłoczki snuły się 
także wysoko pod kopułą ale były tak rzadkie, że na pewno nie stwarzały zagrożenia dla życia 
czy   zdrowia.   Nedijanin   zastanawiał   się,   czy   lodowate   powietrze   mogło   napłynąć   spoza 
kopuły,   ale   zaraz   odrzucił   tę   myśl   jako   niedorzeczną.   Coś   takiego   było   niemożliwe,   bo 
powietrze na zewnątrz było gorętsze, nie chłodniejsze.

W końcu wzruszył ramionami, odwrócił się i ruszył w dalszą drogę. Wydarzyło się coś 

dziwnego, a on nie znał przyczyny... na razie.

Postanowił jednak, że ją pozna. I to jak najszybciej.

background image

ROZDZIAŁ 10

Komunikat podano przez hipersoniczne głośniki. Brzmiał, jakby ktoś cicho mówiący 

zwracał się osobiście do każdej rozumnej istoty w bazie, ale spiker był Ugnaughtem, a jego 
ochrypły, kaleczący basie głos utrudniał zrozumienie niektórych słów.

–  Uwaha,   uwaha.   Za   trzy   m'cowe   dni   HoPNetowe   Psiębiorstwo   Rozywkowe   we 

współ...   współ,   uhm,   pracy   ze   Wo'skowym   Towa..   .rzystwem   Dobroczynniem   Republiki 
przyśle wam tu Jasoda Revoca i jego GMaktyczne Rewie. Ni mniej, ni więcej. Przylecą także 
Epoh   Bahb,   Liii   Renalem,   Annloc   Yerj,   Eyara   Marath   i   Figrin   D'an   oraz   jego   Węzły 
Modalne, ta–a!

Uli, który właśnie badał czyjś cefaloskan na ekranie osobistej przeglądarki, zmarszczył 

brwi i spojrzał na Vondara.

– O co mu chodziło? – zapytał.
– Powiedział, że przylatuje tu do nas zespół artystyczny – odparł Jos. – Ma zapewnić 

żołnierzom godziwą rozrywkę, a przy okazji i nam, przynajmniej w teorii. Naturalnie, jeżeli 
nie będziemy akurat nikogo łatali albo nie usiłowali pozlepiać czyichś wnętrzności.

Skinął na pełniącego  dyżur  androida typu  FX–7, żeby dokończył  za niego resekcję 

jednego   z   organów   żołnierza   leżącego   przed   nim   na   operacyjnym   stole.   Od   trzech 
kwadransów   usuwał   odłamki   szrapnela,   które   wbiły  się   w   śródpiersie   klona.   Wyciąganie 
odłamków   było   celem   niemal   wszystkich   inwazyjnych   zabiegów   w   medycznej   bazie. 
Operacji tego typu przeprowadzano o wiele więcej niż likwidowania skutków trafienia przez 
pociski, urazów po promieniach sonicznych i ran zadawanych przez wibroostrza czy inne 
śmiercionośne narzędzia z morderczego katalogu broni, jaką posługiwano się podczas wojny 
w  dżungli.  Jos   doszedł  do  wniosku,  że  tego   dnia   wyciągnął   z  ciał  różnych   żołnierzy  co 
najmniej   dziesięć   kilogramów   poskręcanego   i   spieczonego   żarem   żelastwa.   Odłamki 
powodowały zawsze najcięższe rany. Kawałek durastali lecący z prędkością bliską bariery 
dźwięku rozszarpywał ciało żołnierza i wgryzał się w nie głębiej niż oszalały z głodu reek.

– Nie wiem, jak tobie, ale mnie bardzo brakuje śmiechu i rozrywki – podjął po chwili. – 

Słyszałem,   że   artyści   rewii   Revoca   są   całkiem   nieźli.   –   Spojrzał   na   młodszego   kolegę   i 
wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Naturalnie, grana przez nich muzyka może ci się wydawać 
trochę ciężkostrawna...

– Zawsze chętnie słucham dobrej muzyki – oznajmił Uli. – Najbardziej lubię taką ze 

skokami   i   wygibasami.   Moim   najpilniejszym   celem   jest   jednak   znalezienie   osoby   płci 
pięknej, z którą mógłbym  umówić się na randkę... najlepiej istoty człekokształtnej, której 
ciało zawiera związki węgla, chociaż po trzech tygodniach spędzonych w tej bazie zaczynam 
się uczyć, żeby nie wybrzydzać.

Jos   pokiwał  z  namysłem   głową  i  przeszedł  do  sali   pooperacyjnej,  żeby  pozbyć  się 

rękawiczek   i   chirurgicznego   kitla.   Czyżby   od   przybycia   Ulego   minęły   naprawdę   aż   trzy 
tygodnie? Uświadomił sobie, że ostatnio rzadko myśli o Zanie, i poczuł ukłucie wyrzutów 
sumienia.   Nie   wiedział,   dlaczego   tak   się   dzieje.   Każdy   dobry   lekarz   wie,   że   czas   leczy 
wszystkie rany, pomyślał ponuro. Mimo wszystko każdy smutek ma swój koniec. A zresztą, 
Zan nie chciałby, żeby ktokolwiek po nim rozpaczał. Mimo to Jos czuł się winny. Z drugiej 
strony,   musiał   jednak   przyznać,   że   Uli,   chociaż   taki   młody,   jest   całkiem   niezłym 
współlokatorem. Dbał o porządek i czystość tak skutecznie, że nawet Jos zaczął wykazywać 
troskę   o   najbliższe   otoczenie.   Zadbał   nawet   o   to,   aby   dotknięcie   ściany   ich   kabiny   nie 
przypominało głaskania zwierzęcej sierści. Z pewnością Uli spoglądał na wiele spraw z innej 
perspektywy, ale – w przeciwieństwie do większości młodych ludzi – nie traktował swoich 
poglądów jak dogmaty. Obaj często rozmawiali na różne tematy, począwszy od zawiłości 
galaktycznej polityki, a skończywszy na ulubionych restauracjach na Coruscant. Jos wolał 

background image

drogie i eleganckie lokale w rodzaju Zooteki, Uli zaś był stałym bywalcem obskurnej knajpy 
o nazwie Biesiadnik Deksa. Nie ulegało wątpliwości, że nowy współlokator kapitana Vondara 
pomógł mu pozbyć się wspomnień po poprzednim.

Trzy tygodnie. Niemal tyle samo czasu upłynęło, odkąd dowództwo bazy objął admirał 

Kersos. Jeżeli nie liczyć mijania się z Tolk w sali operacyjnej, wuj jego matki jeszcze nie 
widział   lorrdiańskiej   pielęgniarki,   bo   różne   administracyjne   obowiązki   zmuszały   go   do 
spędzania większości czasu na pokładzie fregaty MedStara, a Jos starał się, żeby jego kuzyn i 
Tolk przebywali jak najdalej od siebie. Wprawdzie Kersos miał na sumieniu ten sam grzech, 
nad jakiego popełnieniem zastanawiał się jego podwładny i krewny, ale Jos się obawiał, że 
kuzyn nie polubi lorrdiańskiej pielęgniarki albo że Tolk nie spodoba się admirał. Prawdę 
mówiąc, nie był pewien, która z tych dwóch ewentualności może być gorsza.

No   cóż,   oboje   na   pewno   się   spotkają   podczas   występu   zespołu   HoloNetowego 

Przedsiębiorstwa Rozrywkowego. Jos nie był jednak pewien, czy chce być świadkiem ich 
spotkania... wszystko jedno, czy na trybunach, czy gdziekolwiek indziej na tej samej półkuli 
Drongara.

Wpatrując się w płaski ekran z rozszyfrowanym tekstem, Column czuł, że zbiera mu się 

na   mdłości.   Nie   podobało   mu   się,   że   ktoś   z   jego   mocodawców   zarządził   akcję,   która 
oznaczała konieczność zastosowania przemocy.

Wyjątkowej przemocy.
Separatyści nie kryli, że ich celem jest zdobycie planety i opanowanie plantacji cennej 

boty. Pragnęli przechylić szalę zwycięstwa w tej wojnie na swoją korzyść i zamierzali to 
osiągnąć w sposób, który był, mówiąc krótko, nikczemny.

Sama   myśl   o   konsekwencjach   tej   akcji   wystarczyła,   żeby   przyprawić   o   mdłości. 

Wprawdzie   Column   nie   miał   odpowiadać   za   powodzenie   wszystkich   szczegółów 
planowanego sabotażu, ale powinien dopilnować, żeby w odpowiedniej chwili zakończył się 
pomyślnie   jego   ważny   fragment.   Oznaczało   to   pewny   wyrok   śmierci,   przynajmniej   dla 
niektórych  przedstawicieli  sił zbrojnych  Republiki.  Mogło ich zginąć bardzo wielu, także 
tych, którzy nie walczyli z bronią w ręku. W końcu wielu cywilów nie zgłosiło się do wojska 
na ochotnika, ale zostało do niego powołanych. Column znał tylko niewielu lekarzy, którzy 
zaciągnęli się sami do armii czy do marynarki. Tacy ochotnicy traktowali służbę w wojsku i 
pomoc   rannym   jak   patriotyczny   obowiązek,   ale   na   ogół   lekarze,   chirurdzy,   technicy   i 
pielęgniarki po prostu dostawali powołania. Liczyli na to, że bez względu na wynik zmagań, 
po wojnie wrócą do domu, aby podjąć normalne życie.

Nie mieli wyboru, bo alternatywą było więzienie. Tylko nieliczni, pragnąc pozostać w 

zgodzie z sumieniem, godzili się iść za kratki. Decydowali się na ten krok z ciężkim sercem, 
bo pobyt w więzieniu zamiast służby w wojsku mógł się ciągnąć za nimi do końca życia. 
Przed wojną, zanim Column/Lens został podwójnym agentem, znał osoby uchylające się od 
służby w wojsku z powodu konfliktu sumienia. Niektóre do końca życia dźwigały na barkach 
brzemię  hańby,  ale  inne   ginęły  niczym   żądłacze   miażdżone  obcasem  ciężkiego   buta  pod 
ciężarem takiego wyboru.

Column   westchnął.   W  obecnych   czasach   wyraźnie   rysowały   się   tylko   odległe   cele. 

Przedmioty i ludzi wokół siebie widział jak przez mgłę, jakby byli najmniejszymi cząstkami 
materii, których nie można dostrzec nawet z bliska. Gdyby, znając ich los, przyglądał się im 
zbyt uważnie, ryzykowałby, że oszaleje. Jak mógłby się uśmiechać do przyjaciół i znajomych, 
gdyby wiedział, co ich czeka? Jak mógłby dzielić ich marzenia, frustracje i nadzieje, gdyby 
brał udział w spisku, który miał się przyczynić do ich śmierci?

Nie. Musiał przezwyciężyć chwilowe obrzydzenie. Będzie miał dość czasu na żal, kiedy 

ta   wojna   dobiegnie   końca.   Republika   padnie,   ostatecznie   pokonana,   a   dawne,   ale   wciąż 
jeszcze tkwiące w pamięci zło, zostanie raz na zawsze wyplenione.

background image

Czasami komunały zawierały coś więcej niż tylko ziarnko prawdy. Mimo wszystko 

właśnie dlatego stawały się komunałami. Także w obecnej sytuacji cele uświęcały środki, bez 
względu na to, jak mogły się z początku wydawać odrażające.

Właśnie   tak   należało   na   to   patrzeć,   bo   każde   inne   podejście   doprowadziłoby   do 

paraliżu. A poza tym, cokolwiek się jeszcze wydarzy, Republika musiała ponieść klęskę w tej 
wojnie.

Po prostu musiała.

Tolk siedziała w nogach pryczy Josa i wycierała włosy ręcznikiem z syn tkaniny.
– Soniczna suszarka w twojej łazience znów się zepsuła – powiedziała.
Vondar, który obserwował ją, leżąc na pryczy, uśmiechnął się.
– Coś takiego – odparł, udając zdumienie. Postarał się nadać głosowi charakterystyczny 

akcent osoby z wyższych sfer, zamieszkującej eleganckie wschodnie dzielnice Coruscant. – 
Będę   musiał   polecić   swojemu   androidowi   lokajowi,   żeby   natychmiast   wezwał   androida 
mechanika.   Mam   nadzieję,   że   zbytnio   nie   cierpiałaś   w   tych   okropnych   i   barbarzyńskich 
warunkach, moja droga?

Lorrdianka parsknęła śmiechem, skończyła wycierać włosy i rzuciła w niego mokrym 

ręcznikiem.   Trafiła   go   w   twarz,   zanim   Jos   zdążył   go   schwycić.   Zachichotał,   a   Tolk 
uśmiechnęła się szeroko.

Nagle jednak spoważniała.
– Co się stało? – zapytał Vondar.
– Nic.
Chciała wstać, ale Korelianin chwycił ją za rękę i delikatnie powstrzymał.
–  Nie tylko  ty zwracasz  uwagę na wyraz  twarzy – powiedział.  – Możesz zdradzić 

doktorowi Vondarowi, o co chodzi.

Pielęgniarka przygryzła dolną wargę.
– Skontaktował się ze mną dyrektor Chirurgicznych Usług Pielęgniarskich MedStara – 

zaczęła niepewnie.

– No i? – przynaglił Jos.
– Mam zostać przeniesiona do ośrodka Ustawicznego Kształcenia Medycznego, aby 

odbyć krótki kurs na temat pozycji chorego w szpitalnym łóżku. Sześć godzin, wykłady i 
zajęcia laboratoryjne.

Jos prychnął.
–   Kurs   Ustawicznego   Kształcenia   Medycznego   na   temat   odleżyn?   –   zapytał   takim 

tonem, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom. – Co za idiota to wymyślił? Pacjenci nie 
przebywają   u   nas   wystarczająco   długo,   żeby   nabawić   się   odleżyn!   A   zresztą   dzięki 
masującym polom nie istnieje obawa...

–   Wiem   –   wpadła   mu   w   słowo   Tolk.   –   Rozkaz   nadszedł   bezpośrednio   z   gabinetu 

admirała.

Vondar zmarszczył brwi.
–   Rozumiem...   –   powiedział   z   namysłem.   –   Jest   jeszcze   coś,   o   czym   powinienem 

wiedzieć?

– Dobra przyjaciółka z Chirurgicznych Służb twierdzi, że jestem jedyną pielęgniarką z 

Drongara, której wydano rozkaz wzięcia udziału w tych zajęciach – odparła Lorrdianka. – Jak 
sądzisz, co to może znaczyć?

Odpowiedź   była   całkiem   oczywista.   Dlaczego   ktoś   z   otoczenia   admirała   miałby 

wydawać tylko jednej pielęgniarce polecenie odbycia szkolenia, które było – zważywszy na 
naturę   zabiegów   stosowanych   w   mobilnej   jednostce   chirurgicznej   –   praktycznie 
niepotrzebne?

–  To sprawka kuzyna Erela – odezwał się Jos przez zaciśnięte zęby. – Zamierza się 

background image

ciebie stąd pozbyć i nie chce, żebym tu był, kiedy będziesz wykonywała jego polecenie.

Tolk kiwnęła głową.
– Ja też tak pomyślałam – przyznała ponuro.
Vondar usiadł.
–  Mogę   oświadczyć   tym   z   MedStara,   że   w   tej   chwili   jesteś   tu   niezbędna   – 

zaproponował.

Pielęgniarka pokręciła głową.
– To nie ma sensu, bo wcześniej czy później i tak będę musiała z nim porozmawiać – 

wyjaśniła. – Równie dobrze mogę to zrobić od razu. Odkąd mi wyjawiłeś tożsamość nowego 
przełożonego, siedziałam jak na rozżarzonych węglach.

– Posłuchaj, Tolk, przecież nie musisz...
Pielęgniarka pochyliła się i przyłożyła dłoń do jego ust.
–  Ćśś – powiedziała. – Jestem dużą dziewczynką. Nie załamię się, jeżeli twój kuzyn 

krzywo na mnie spojrzy. Skoro ma zostać członkiem mojej rodziny... – Urwała i jakiś czas się 
nie odzywała. – A może zmieniłeś zdanie? – zapytała w końcu.

Jos przyłożył dłoń do jej policzka.
– Mowy nie ma – oznajmił stanowczo.
Lorrdianka się uśmiechnęła.
– Więc postanowione – zdecydowała. – Polecę tam i spotkam się z twoim kuzynem 

admirałem. Dopiero wtedy będziemy wiedzieli, na czym stoimy. Zobaczysz, wszystko dobrze 
się skończy.

– Jesteś pewna?
– Umiem  rozpoznawać emocje po wyrazie  twarzy,  Jos – przypomniała mu Tolk. – 

Przynajmniej się dowiemy, co zamierza.

Mimo to chirurg nie pozbył się wątpliwości, a Tolk domyśliła się tego, widząc jego 

minę. Uśmiechnęła się, przesunęła jego rękę po swoim policzku, pocałowała wnętrze dłoni... i 
nagle   niepokój   z   powodu   knowań   kuzyna   admirała   spadł   z   pierwszego   miejsca   listy 
zmartwień Josa Yondara.

background image

ROZDZIAŁ 11

Fregaty MedStara były szczytowym osiągnięciem techniki floty medycznych jednostek 

Republiki. Okręty klasy MedStar zaprojektowano z myślą o przyjmowaniu stabilizowanych w 
bazach   medycznych   chorych   i   rannych   pacjentów,   a   kiedy   było   to   konieczne,   także   o 
kontynuowaniu   leczenia.   Wyposażono   je   w   najnowocześniejsze   kseno–biologiczne   i 
biomedyczne urządzenia, jakich pozazdrościliby dyrektorzy szpitali wielu planet. Tego typu 
okręty   były   jednak   bardzo   kosztowne   i   obecnie   tylko   niewiele   pełniło   czynną   służbę. 
Zważywszy   na   charakter   i   czas   trwania   wojny,   inne   takie   jednostki   konstruowano   i 
przekazywano wojskowym tak szybko, jak nadążali stoczniowcy z Kuat Drive Yards.

Podczas wojen drogi do zwycięstwa  albo porażki zawsze prowadziły wokół stosów 

trupów.

Column, który leciał transportowcem na pokład jednej z takich fregat, spoglądał przez 

grubą taflę niewielkiego iluminatora na szybko kurczącą się ciemnozieloną planetę w dole. 
Pokładowe generatory sztucznej grawitacji zadbały, żeby pasażerowie i członkowie załogi 
cieszyli się normalnym, planetarnym ciążeniem, ale jeżeli sądzić po szybkości oddalania się 
od   Drongara,   silniki   nadawały   transportowcowi   co   najmniej   pięciokrotnie   większe 
przyspieszenie. Powodem pośpiechu była konieczność szybkiego przedarcia się przez chmury 
zarodników. Column obserwował, jak kolonie jednokomórkowych organizmów rozbryzgują 
się   na  zewnętrznej   powierzchni   transpastalowego   iluminatora   niczym   owady  na   owiewce 
kabiny śmigacza. Dzięki dużej szybkości transportowca wielobarwne plamy, najczęściej w 
różnych odcieniach czerwieni i zieleni, zamieniały się w smugi.

Drongariańskie   formy   życia   były   zarówno   mutacjogenne,   jak   i   adaptogenne,   a   ich 

ewolucja   przebiegała   wyjątkowo   szybko   i   ciągle,   a   nie   skokami.   Badania   wykazały,   że 
powodem jest ich DNA, który nadawał niezróżnicowane właściwości dosłownie wszystkim 
komórkom   organizmów,   co   pozwalało   im   zdumiewająco   szybko   przystosowywać   się   do 
zmian   naturalnego   środowiska.   Duża   skłonność   do   ulegania   mutacjom   stanowiła   jednak 
realne zagrożenie  dla  istot obcych  ras przybywających  na Drongar, żeby wziąć udział  w 
zbiorach boty. Zarodniki, bakterie, wirusy i namiastki RNA, a bez wątpienia także miliony 
innych mikroskopijnych i wciąż jeszcze nieodkrytych form życia, zanieczyszczały i zatykały 
wszystko,   co   znajdowało   się   na   powierzchni   i   w   atmosferze   planety.   Kapitan   statku 
przelatującego   przez   chmury   zarodników   musiał   się   spieszyć,   bo   rozmnażające   się   w 
zawrotnym tempie mikroorganizmy atakowały i niszczyły uszczelki, a potrafiły też trawić 
metal równie szybko jak silny środek żrący. W podobny sposób mogły oddziaływać – i często 
to robiły – na istoty obcych ras, a zwłaszcza na płuca, wątrobę, nerki, jelita, nozdrza i tak 
dalej. Na szczęście, najbardziej szkodliwe stężenie zarodników panowało nad wierzchołkami 
drzew.... na tyle wysoko, żeby istoty mogły względnie bezpiecznie oddychać. Nikt nie miał 
pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Column doszedł do wniosku, że ma to coś wspólnego z 
kierunkiem większości podmuchów wiatru. A może przyczyniało się do tego gorąco? Bez 
względu   na   powód,   wszyscy   byli   zadowoleni,   że   miliardy   mikroskopijnych   form 
drongariańskiego życia nie stanowią większego zagrożenia dla przybyszów z innych planet.

Westchnął. Wiedział, że jego rozmyślania o formach miejscowej flory i fauny są tylko 

próbą   odwrócenia   uwagi   od   czekającego   go   zadania.   Przyciśnięcie   guzika   na   sterowniku 
holoprojektora skasowało widok powierzchni oddalającego się Drongara. Miał przed oczami 
unoszącą się wysoko na geosynchronicznej orbicie fregatę MedStara. Nie wątpił ani chwili, 
że czeka go wyjątkowo nieprzyjemne zadanie. Czasami szpiegowanie polegało nie tylko na 
zbieraniu informacji. Od czasu do czasu trzeba było odegrać bardziej aktywną rolę, a nawet 
podjąć   się   zadania   graniczącego   z   sabotażem.   Tak   właśnie   wyglądała   jego   praca...   była 
ciężka, ale nie mógł na to nic poradzić.

background image

Column  zastanawiał  się nad tym  niefortunnym,  ale nieuniknionym  aspektem swojej 

działalności... który, tysięczny raz? Rozmyślanie o nim nie mogło jednak niczego zmienić. 
Toczyła się wojna, podczas której ginęli ludzie. Niektórzy zasługiwali na śmierć, inni nie, ale 
chociaż szpiedzy i sabotażyści chwytani na terenie nieprzyjacielskich baz bardzo chcieliby 
tego   uniknąć,   musieli   ponosić   odpowiedzialność   za   akty   przemocy.   Gdyby   się   ich   nie 
dopuszczał Column, jego mocodawcy przysłaliby kogoś innego, kto może nie przejmowałby 
się tak bardzo, że jest sprawcą zniszczeń i śmierci.

Agent nie uważał się za skrupulanta. W ciągu poprzednich miesięcy brał udział w wielu 

akcjach, podczas których ponosił bezpośrednią odpowiedzialność za śmierć inteligentnych 
istot i zniszczenia. Akcje te służyły jednak czemuś, co starożytny ithoriański rewolucjonista, 
Andar Suąuand, określał mianem wrzucania ziarnek piasku w tryby maszyny.  Nie mogły 
doprowadzić do zakończenia wojny, ale powinny spowolnić tempo działań zbrojnych.

Czasami nie można było liczyć na osiągnięcie czegoś więcej.
Następna akcja miała być jednak, przynajmniej na ograniczoną skalę, czymś w rodzaju 

wrzucania kamyków zamiast ziarnek piasku. Column spodziewał się, że w wyniku tej akcji 
metaforyczne   tryby   się   zatrą,   wał   rozrządowy   pęknie,   a   naprawy   okażą   się   kosztowne, 
pracochłonne i czasochłonne... przez co obciążą fundusz wojenny Republiki. Zważywszy na 
intensywność, zasięg i czas trwania bitew, które zaczynano określać mianem Wojen Klonów, 
prawdopodobnie   obciążenie   to   będzie   niewielkie   i   może   nawet   przejść   bez   echa.   Często 
jednak wojny wygrywało się dzięki nie zadaniu kilku ciężkich strat, ale wielu pozornie mało 
znaczących. Nawet drobne szczeliny, jeżeli było ich wystarczająco dużo, mogły przyczynić 
się do wycieku płynu z ogromnego zbiornika.

Column zerknął ponownie na obraz z holoprojektora wbudowanego w następny rząd 

siedzeń.   W   miarę   jak   transportowiec   zbliżał   się   do   fregaty   MedStara,   okręt   powoli   się 
powiększał i obecnie był już wyraźnie widoczny na tle czerni przestworzy. Column znów 
westchnął. Skoro musiał to zrobić, to zrobi. Nie mógł na to nic poradzić.

Jos zakończył serię prostych i nudnych rutynowych zszywań, z którymi uporałby się 

każdy chirurg świeżo po praktyce. Proste jednak czy nie, zajmowały sporo czasu, zwłaszcza 
kiedy trzeba było operować kilkanaście osób albo gdy obrażenia były bardzo rozległe.

Kiedy   wrzucił   do   przetwornika   odpadków   zakrwawiony   chirurgiczny   kitel,   z   sali 

operacyjnej wyszedł Uli. Wyglądał świeżo jak po dziesięciu godzinach nieprzerwanego snu, 
sonicznym natrysku i filiżance gorącej bajjah.

Naprawdę młodzi nie potrafią docenić zalet młodości, pomyślał Vondar.
–Cześć, Jos – odezwał się chłopak. – Dzisiaj dostarczali ich nam bez przerwy, prawda?
– Ta–a, czasami tak się zdarza – odparł Korelianin. – Zbyt często. Jak ci poszło?
–Nieźle, nieźle – stwierdził Uli. – Dwie resekcje jelit, transplantacja serca i łatanie 

wątroby. Wszyscy nadal żyją, nie ma powodu do niepokoju.

Jos uśmiechnął się i pokręcił głową. Każda z tych operacji uchodziła za skomplikowaną 

nawet   w   normalnych   warunkach,   w   nieogarniętej   przez   wojnę   części   galaktyki.   Chłopak 
minimalizował znaczenie zabiegów, które wycisnęłyby z Josa siódme poty nawet po trzech 
latach   stażu.   Uli   musiał   mieć   naprawdę   platynowy   wibroskalpel,   nie   było   co   do   tego 
wątpliwości. Niezdecydowanie, jakie Jos zauważył u niego pierwszego dnia po przylocie do 
bazy, ustąpiło miejsca pewności siebie. Uli spędził cały dzień, wyrywając pacjentów z objęć 
wieczności, ale Jos i tak wiedział,  że dla kogoś  równie młodego  śmierć  pozostaje wciąż 
jeszcze pojęciem abstrakcyjnym.

– A u ciebie jak, wszystko w porządku? – zainteresował się młodszy chirurg.
Trochę zaskoczony dziwnym pytaniem Jos spojrzał na kolegę.
–Jasne – powiedział. – Dlaczego miałoby być inaczej?
–No cóż, sam wiesz – odparł Uli. – Tolk odleciała i tak dalej...

background image

Nie jest pierwszą pielęgniarką chirurgiczną, którą stąd zabrano.
– To prawda – przyznał chłopak. – Ale pierwszą, z którą... uhm, byłeś związany.
Jos uniósł brew.
– Dlaczego tak uważasz? – zapytał.
Młody chirurg wyszczerzył zęby w uśmiechu. Wyglądał jak wielki dzieciak.
– Daj spokój, Jos – powiedział. – Mieszkamy w tej samej kabinie. Nie jest wcale taka 

duża,   a   kilka   plastoidowych   paneli   pośrodku   nie   wystarczy,   żeby   wytłumić   wszystkie 
dźwięki.

Vondar poczuł się nieswojo.
–Sądziłem, że zachowywaliśmy się bardzo cicho – bąknął niepewnie.
–Nie   bardzo   –   stwierdził   Uli.   –   To   zresztą   oczywiste   nawet   dla   tych,   którzy   nie 

mieszkają z tobą w jednej kabinie. U niej wszystko w porządku?

–Jasne – zapewnił starszy chirurg. – Musiała polecieć na pokład fregaty MedStara na 

dzień czy dwa, żeby wziąć udział w kursie Ustawicznego Kształcenia Medycznego. Za dwa, 
najwyżej trzy dni powinna wrócić.

–Tęsknisz za nią.
Powiedział   to   tonem   wskazującym,   że   to   nie   miało   być   pytanie.   Jos   pomyślał,   że 

mógłby go za to spoliczkować, ale w jego głosie wyczuł współczucie, nie drwiną.

– Ta–a – przyznał niechętnie. – Tęsknię.
Zapadła niezręczna cisza.
–Chyba pójdę coś zjeść – odezwał się w końcu Vondar. – Idziesz ze mną?
–Może   później   –   odparł   Uli.   –   Muszę   przedtem   sprawdzić   stan   zdrowia   jednego 

pacjenta.

Od   czasu,   kiedy   zraniła   się   w   stopę,   Barrissa   nie   przestawała   pilnie   ćwiczyć 

posługiwania  się  świetlnym  mieczem.   Z  początku  robiła   to niepewnie  i  z  wahaniem,  ale 
szybko odzyskała dawną płynność i szybkość ruchów. Niezwykłe zjawisko się nie powtórzyło 
i   z   każdą   chwilą   młoda   padawanka   nabierała   większej   pewności   siebie.   Mimo   to   nadal 
zachodziła w głowę, co mogło spowodować tamten wypadek. W normalnych okolicznościach 
nie zastanawiałaby się, jak zrobić ruch, który wykonywała dziesiątki tysięcy razy... Prawdę 
mówiąc, w ogóle nie powinna się zastanawiać, tylko działać.

Nie miała również pojęcia, skąd wziął się tamten zimny podmuch. Przepytała parę osób, 

które   przebywały   wówczas   w   pobliżu,   zagadnęła   także   kilku   techników.   Nikt   niczego 
podobnego nie doświadczył i nikt nie potrafił wyjaśnić, co mogło być przyczyną niezwykłego 
zjawiska.

Walczyła   z   pokusą   zadecydowania,   że   to   wytwór   wyobraźni,   ale   wiedziała,   że   to 

niemożliwe. Jeżeli nie liczyć charakterystycznego szelestu kraczących krzaków, wyczuła przy 
tym wywołaną przez jakiś rodzaj energii zmarszczkę Mocy.

Ufała   Mocy   od   pierwszego   razu,   odkąd   w   swoim   ciele   poczuła   jej   ożywczą   siłę   i 

zrozumiała jej istotę. Szybko także się dowiedziała, czym Moc nie jest. Nie mogła służyć jako 
broń,   nie   chroniła   ani   nie   nauczała...   chociaż   czasami   się   przejawiała   w   każdej   z   tych 
czynności. Była, czym była, niczym mniej, niczym więcej. To użytkownik odpowiadał za 
niewłaściwe jej wykorzystywanie.

Skończyła sekcję Formy Trzeciej, w której walczyła przeciwko czterem strzelającym z 

blasterów   wyimaginowanym   przeciwnikom.   Nawet   największy   żyjący   mistrz   Jedi   nie 
potrafiłby odbić czterech błyskawic wystrzeliwanych równocześnie pod różnymi kątami, ale 
celem jej ćwiczeń nie było opanowanie tej umiejętności. Zasady walki rycerzy Jedi opierały 
się na nieustannym dążeniu do perfekcji. Jedi przystępowali do bitwy w przekonaniu, że będą 
musieli   stawić   czoło   wielu   świetnie   wyszkolonym   i   uzbrojonym   przeciwnikom.   Jeżeli 
ćwiczyli, mając pewność pokonania wroga silniejszego, liczniejszego i lepiej uzbrojonego, 

background image

mieli o wiele większą szansę zwycięstwa, niż gdyby od razu liczyli się z możliwością porażki 
tylko dlatego, że siły były nierówne.

W pewnej chwili Barrissa wyczuła, że ktoś podchodzi do niej z tyłu. Uwolniła myśli i 

posłużyła się Mocą...

Uli.
–Hej – usłyszała jego głos.
Odwróciła się zadowolona, że go rozpoznała, zanim jeszcze się odezwał. Uśmiechnęła 

się na myśl, że tak błahe wydarzenie mogło się dla niej stać powodem do dumy.

–Cześć – powiedziała.
–Jak twoja stopa? – zainteresował się młody chirurg. – Żadnego trwałego śladu?
–Nie, wszystko w porządku – zapewniła padawanka. – Jest jak nowa. – Zauważyła, że 

skwitował   jej   umiejętność   uzdrawiania   podziwem   zaprawionym   nutką   goryczy.   –   Znów 
wybierasz się na polowanie na iskroskrzydłe owady? – zapytała.

Chłopak pokręcił głową.
–  Właśnie   skończyłem   dyżur   w   sali   operacyjnej   i   wyszedłem   na   spacer,   żeby 

rozprostować kości – powiedział. Spojrzał na nią, ale unikał patrzenia jej w oczy. – Mogę cię 
o coś zapytać?

Barrissa wyłączyła klingę świetlnego miecza.
–Jasne – powiedziała.
–Jak   możesz   być   uzdrowicielką   i   zarazem   posługiwać   się   tak   sprawnie   świetlnym 

mieczem? – wyrzucił z siebie Uli.

–  Dzięki ćwiczeniom – odparła padawanka. – Setkom i tysiącom godzin żmudnych 

ćwiczeń.

Młody chirurg uśmiechnął się i pokręcił głową. Chciał coś powiedzieć, ale Barrissa nie 

dała mu dojść do słowa.

–Chodziło ci o to, dlaczego to robię, nie jak, prawda? – zapytała.
–Właśnie. – Chłopak kiwnął głową.
Obok   nich   przeleciał   z   cichym   brzęczeniem   żądłacz,   który   zapewne   szukał   ofiary 

mniejszej niż dwoje ludzi prażonych promieniami słońca.

Barrissa wskazała na cień rzucany przez koronę rosnącego nieopodal szerokolistnego 

drzewa, a Uli skorzystał z jej zaproszenia.

– Jedi stali się wojownikami jeszcze w czasach dawnych wojen –zaczęła padawanka. – 

Są groźni, bo potrafią władać Mocą. W ciągu niezliczonych lat, pełniąc funkcję strażników 
Republiki, starali się wykorzystywać swoje umiejętności dla dobra galaktyki... dla obrony, nie 
agresji. Wojownik musi jednak umieć walczyć zarówno podczas dużej bitwy, jak i w trakcie 
pojedynku   z   samotnym   przeciwnikiem,   a   częścią   tej   umiejętności   jest   branie 
odpowiedzialności za swoje czyny. Wierzymy, że jeżeli musimy kogoś zabić i odebrać mu 
życie, powinniśmy także umieć spojrzeć tej osobie w oczy. Zabicie innej inteligentnej istoty, 
nawet takiej, która na to w stu procentach zasługuje, nie jest czynem, na który można się 
zdecydować bez głębokiego namysłu. Nie wolno podejmować takiej decyzji pod wpływem 
impulsu.   Trzeba   stać   na   tyle   blisko   przeciwnika,   żeby   mieć   świadomość   wszystkich 
konsekwencji swojego czynu. Trzeba uświadamiać sobie ból i strach, jaki czuje wróg chwilę 
przed spodziewaną śmiercią. Powinno się przynajmniej w części dzielić jego uczucia.

–Więc dlatego posługujecie się świetlnym mieczem – domyślił się Uli.
–Dlatego posługujemy się świetlnym mieczem – powtórzyła jak echo Barrissa. – Dzięki 

niemu musimy stać twarzą w twarz z potencjalnym przeciwnikiem. Moglibyśmy posłużyć się 
blasterem, żeby zabić wroga z odległości kilometra. To byłoby o wiele skuteczniejsze i mniej 
ryzykowne,   ale   w   jego   oczach   nie   widzielibyśmy   wówczas   nadciągającej   śmierci,   nie 
czulibyśmy jego strachu ani nie wycieralibyśmy jego krwi ze swojej twarzy. Jeżeli ktoś musi 
zabić, powinien znać konsekwencje swojego postępku... zarówno dla swojego przeciwnika, 

background image

jak i dla siebie.

–No dobrze, to rozumiem – zgodził się Uli. – Ale...
–Nie wiesz, jak można być równocześnie uzdrowicielem i wojownikiem? – podsunęła 

padawanka.

Młody chirurg kiwnął głową.
– To dwie strony tej samej monety – wyjaśniła Barrissa. – Zabrać życie, oszczędzić 

życie... między jednym a drugim istnieje zawsze równowaga. Istoty większości ras twierdzą 
że każdy charakter jest skomplikowaną mieszaniną zła i dobra. Rzadko spotyka się tylko 
jedną albo drugą cechę. Większość osób zachowuje się i postępuje względnie przyzwoicie. 
Najczęściej wiodą uczciwe życie, ale zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że wybiorą zło. 
Nie umiem tworzyć życia, Uli, ale potrafię je zachowywać. Jestem uzdrowicielką, co pomaga 
mi pogodzić się z faktem, że czasami odbierałam życie... i bez wątpienia znów kiedyś komuś 
je odbiorą. Czasami przeciwnik nie zasługuje na śmierć i mogę osiągnąć cel, jeżeli tylko 
odetnę   mu   rękę   albo   nogę.   Gdybym   jednak   pozwoliła   mu   wykrwawić   się   na   śmierć, 
postąpiłabym  niesłusznie, więc cenię sobie, że mogę naprawić wyrządzoną  mu  wcześniej 
krzywdę.

–Przecież nie wszyscy rycerze Jedi są uzdrowicielami – zauważył młody chirurg.
–To prawda – przyznała Barrissa. – Mimo to wszyscy dysponują podstawową wiedzą 

medyczną i znają techniki pierwszej pomocy.  Naturalnie, od czasu do czasu uzdrowiciele 
muszą leczyć innych Jedi, samych siebie, a nawet swoich wrogów.

Chłopak ponownie kiwnął głową.
–Tak, to też rozumiem – powiedział.
–Więc dlaczego o to pytasz? – zdziwiła się padawanka.
Divini wbił spojrzenie w ziemię, jakby nagle zainteresował się swoimi butami. Dopiero 

po jakimś czasie spojrzał w jej oczy.

–  Jestem chirurgiem, podobnie jak wiele pokoleń moich przodków, i odkąd sięgam 

pamięcią, zawsze chciałem łatać pacjentów, leczyć ich i przywracać im zdrowie – zaczął z 
namysłem. – A jednak...

Umilkł i znów się zamyślił. Barrissa się nie odzywała. Dobrze wiedziała, co chce jej 

wyznać. Podsunęła jej to Moc, głośno i wyraźnie, ale młoda padawanka pragnęła, żeby Uli 
sam to powiedział.

– A jednak kryje się we mnie także coś na kształt żądzy mordu – podjął w końcu Divini 

– Pragnę ścigać tych, którzy doprowadzili do tej wojny,  i eksterminować  ich za pomocą 
wszystkich dostępnych środków i sposobów. Czuję w sobie jakiś gniew, który popycha mnie 
do zabijania... ale nie chcę, żeby uważano mnie za mordercę.

Barrissa uśmiechnęła się z przymusem.
–I nic dziwnego – powiedziała. – Przyzwoite osoby nie chcą kroczyć taką drogą. Ci, 

którzy kochają i troszczą się o innych, nie powinni się przyznawać do takich emocji.

–Więc jak mam się ich pozbyć? – zapytał Uli.
–Nie  pozbędziesz  się ich  – wyjaśniła  młoda  padawanka.  – Skoro jednak  jesteś  ich 

świadom, możesz nie dopuścić, żeby przejęły władzę nad twoimi myślami. Emocje nie mają 
etykietek z napisami „dobre" albo „złe", Uli. Obojętne, co czujesz, ale zawsze odpowiadasz 
tylko za swoje postępowanie. To właśnie w tym momencie musisz dokonać wyboru. Nawet 
gdybyś potrafił władać Mocą, żeby czynić dobro, mógłbyś ją wykorzystać w złym celu.

– To na tym polega Ciemna Strona, o której mi wspominano, prawda? – zainteresował 

się Divini.

Barrissa zmarszczyła brwi.
– 

Rycerze Jedi znają wprawdzie pojęcia Ciemnej i Jasnej Strony, ale to tylko 

słowa, a Moc jest czymś więcej. Sama w sobie nie jest ani zła, ani dobra... po prostu jest, 
czym jest. Potęga sama w sobie nie prowadzi do rozkładu moralnego, ale może przyspieszyć 

background image

rozkład, który już się rozpoczął. Rycerze Jedi muszą ciągle wybierać, czy chcą kroczyć jedną, 
czy drugą drogą. Powiedz mi, czy gdybyś miał okazją stanąć twarzą w twarz z hrabią Dooku, 
naprawdę byś go zabił, gdyby to było w twojej mocy?

Młody chirurg długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Barrissa słyszała dobrze znany 

chrapliwy szmer wydawany przez rosnące w pobliżu kraczące krzaki i piskliwe brzęczenie 
krążących   wokół   jej   głowy   ogniokomarów.   W   pewnej   chwili   do   jej   uszu   dobiegł   także 
chlupot błoniastych stóp przechodzącego przez błotnistą kałużę Ishi Tiba.

–Prawdopodobnie nie – odezwał się w końcu Uli.
–A widzisz – mruknęła padawanka.
–Nie jestem jednak pewien, że bym tego nie zrobił – ciągnął młody chirurg. – Przecież 

to on ponosi bezpośrednią albo pośrednią odpowiedzialność za ludobójstwo na planetarną 
skalę. To on odpowiada za zniszczenie wspaniałych budynków, na przykład Muzeum Światła 
na Tandisie Cztery...

–To   wszystko   prawda   –   wpadła   mu   w   słowo   Barrissa.   –   Z   drugiej   strony...   czy 

kiedykolwiek słyszałeś skomponowane przez Banna Shooshę wariacje na temat Vissencanta?

Divini kiwnął głową.
–Powstały niespełna dwa lata temu, ale i tak uchodzą za jedno z najwspanialszych dzieł 

tego tysiąclecia – powiedział.

–Były ulubionym utworem Zana Yanta – przypomniała padawanka. – Skomponowano 

je dla uczczenia ucieczki rodziny Shoosha z Brentala. Kto wie, gdyby nie tamta bitwa, może 
nigdy by nie powstały?

Uli wyglądał na zakłopotanego.
–Czy jakiekolwiek dzieło sztuki jest warte poświęcenia życia tysięcy istot? – zapytał.
–Prawdopodobnie nie – przyznała Barrissa. – Nie twierdzę, że jest. Mówię tylko, że to 

wszystko   nie   jest   takie   proste.   Nie   sądzisz,   że   do   tego   wszystko   się   sprowadza?   Do 
dokonywania wyborów i ponoszenia ich konsekwencji.

–   Chyba   tak   –   mruknął   Uli,   chociaż   wszystko   wskazywało,   że   się   nie   pozbył 

wątpliwości.

Barrissa odwróciła się i zapaliła klingę świetlnego miecza.
– No cóż – powiedziała, przystępując do ćwiczeń. – Nic innego nam nie pozostało.

background image

ROZDZIAŁ 12

Jos, Den i Uli, siedząc  w jednym  z najwyższych  rzędów pospiesznie wzniesionych 

trybun   w  towarzystwie  kilkorga  innych   członków   zespołu  medycznego,  obserwowali,  jak 
istoty   różnych   ras   zajmują   pozostałe   wolne   miejsca.   Ściemniało   się   i   niebawem   krótki 
tropikalny   zmierzch   miał   ustąpić   miejsca   ciemnej   nocy.   Wysyłające   pełny   zakres 
częstotliwości   potężne   diody   elektroluminescencyjne   zalewały   prowizoryczny   amfiteatr 
jaskrawym,   rozproszonym   światłem.   Dla   lekarzy,   pielęgniarek,   asystentów,   techników, 
robotników i innych  członków personelu mobilnej  jednostki chirurgicznej  zarezerwowano 
sektor trochę chwiejnych plastikowych ławek. Dwa pozostałe sektory zajmowali szeregowi 
żołnierze i podoficerowie. Uli przyglądał się, jak miejsca w kolejnych rzędach zajmują klony: 
dziesiątki takich samych ciał i twarzy.

Odwrócił się do Josa.
– Co innego widzieć ich po jednym naraz na repulsorowych stołach chirurgicznych – 

powiedział poważnie – ale kiedy tak siedzą jeden obok drugiego... Słowo daję, wywierają 
duże wrażenie, zupełnie jakby ich wypuszczono z holoduplikatora.

Vondar kiwnął głową, ale nie odpowiedział. On także przyglądał się siedzącym obok 

siebie,   śmiejącym   się   albo   rozmawiającym   żołnierzom.   Niektórzy   zachowywali   się 
hałaśliwie, inni wyglądali na zamkniętych w sobie. Według Josa zachowywali się dokładnie 
tak samo  jak pierwszy lepszy oddział  żołnierzy cieszących  się na myśl  o kilkugodzinnej 
rozrywce.   Wprawdzie   wielu   miało   podobne   gesty   i   ruchy   i   odznaczało   się   pewną 
powściągliwością   w   raczeniu   się   napojami   czy   trzaskoorzeszkami,   ale   podobnie 
zachowywałyby się pewnie jednojajowe bliźnięta. Jos wiedział, że identyczne sploty DNA 
niekoniecznie   powodują   kształtowanie   się   takich   samych   osobowości,   nawet   jeżeli   od 
urodzenia wpajano klonom podobne cechy charakteru.

Zamyślił się i przygryzł wargę. Jeszcze nieco wcześniej uważał żołnierzy za składnice 

części zamiennych... i to nie tylko dlatego, że mieli identyczne organy, dzięki czemu mógł 
dokonywać   transplantacji   bez   potrzeby   szpikowania   ich   środkami   immunosupresyjnymi 
zapobiegającymi odrzucaniu przeszczepów. Kio Merit miał rację. Jego medyczne szkolenie, 
chociaż   miało   zrobić   z   niego   dobroczyńcę,   wpoiło   mu   traktowanie   wyhodowanych   w 
kadziach   istot   jako   kogoś   gorszego   niż   ludzie.   Obecnie   jednak,   kiedy   poznał   prawdę, 
zastanawiał się, jak mógł kiedykolwiek traktować klony jak istoty niższej kategorii.

W końcu trybuny się zapełniły, a spóźnialscy usiedli z przodu, na ziemi. W bazie nie 

było podwyższenia na tyle dużego, żeby zmieścili się na nim wszyscy członkowie zespołu 
artystycznego, i pośrodku głównego placu bazy trzeba było wznieść nową półkolistą estradę. 
W pewnej chwili gwar rozmów ucichł i dał się słyszeć głos spikera:

–  Dżentelistoty   wszystkich   ras,   powitajcie   proszę   naszego   konferansjera,   Epoha 

Trebora.

Stojący   z   boku   sceny   członkowie   Modalnych   Węzłów   pod   dyrekcją   Figrina   D'ana 

zaczęli  grać  dobrze  znany bithański   utwór, którego  tytuł   w  przekładzie  na  basic  brzmiał 
Drogocenne   wspomnienia.   Trebor   był   mężczyzną,   komikiem   bezsprzecznie   najdłużej 
występującym w HoloNecie. Wprawdzie Revoc był gwiazdą młodszą, równie popularną i 
lepiej   opłacaną,   ale   starszy   artysta   pracował   w   swoim   zawodzie   co   najmniej   od   kilku 
dziesięcioleci. Po wybuchu wojny stał się najzagorzalszym orędownikiem wypraw na różne 
fronty   i   dostarczania   rozrywki   żołnierzom,   „prawdziwym   niedocenianym   bohaterom   tej 
wojny", za jakich ich uważał. Jos wprawdzie nigdy nie przepadał za prezentowanym przez 
niego rodzajem  humoru,  przesadnie  sentymentalnym  i  zanadto  wiernopoddańczym  wobec 
władz Republiki, nie mógł jednak zaprzeczyć, że artysta jest bardzo popularny. Potwierdziła 
to zresztą burza oklasków, jaka rozległa się po słowach spikera.

background image

– Dobry wieczór, drogie inteligentne istoty – zaczął komik. – Szczególnie ciepło witam 

naszych dzielnych wojaków. – Jego słowa wzbudziły jeszcze większy aplauz widzów. – Nie 
wiem, czy wiecie, ale Kaminoanie doszli do wniosku, że skoro wyhodowanie armii klonów
zakończyło   się   takim   sukcesem,   mogą   spróbować   szczęścia   także   w   innych   dziedzinach 
codziennego życia. Zamierzają klonować Falleenów jako doradców w sprawach małżeńskich, 
Zeolozjan   do   pomocy   w   domu,   na  farmie   i   w   ogrodzie...   a   Gungan,   żeby   dawali   lekcje 
krasomówstwa.

Dalszy   ciąg   monologu   Trebora   przerywały   raz   po   raz   oklaski   i   wybuchy   śmiechu. 

Większość dowcipów komika była dość zabawna, ale Jos nie potrafił się wyrwać z ponurego 
odrętwienia. Żałował, że Tolk, zamiast siedzieć obok niego, przebywa na pokładzie krążącej 
wysoko nad jego głową fregaty MedStara i bierze udział w absurdalnym i zbędnym szkoleniu. 
Obawiał się także równie zbędnego przesłuchania, jakiemu może zechce poddać pielęgniarkę 
admirał Kersos. Kierując się najlepszymi  intencjami, jego kuzyn z pewnością wykorzysta 
okazję, żeby z nią porozmawiać. Rozmyślając o tym, Jos nie potrafił się rozchmurzyć.

Zastanawiał się, ile czasu może jeszcze potrwać ta wojna i jak będzie wyglądało ich 

wspólne życie po jej zakończeniu... naturalnie, jeżeli przeżyje. Gdyby – podobnie jak Erel 
Kersos   –   poślubił   istotę   z   innej   planety,   już   nigdy   nie   mógłby   wrócić   na   powierzchnię 
rodzinnego   świata.  Nie  martwił   się,  jak  zarobi  na   utrzymanie,  bo  jako  wykwalifikowany 
chirurg mógł znaleźć zatrudnienie niemal w każdym  ośrodku medycznym  galaktyki. Tolk 
była dobrą pielęgniarką i również nie powinna mieć kłopotów ze znalezieniem odpowiedniej 
pracy. Mogliby nawet mieć dzieci, bo i Lorrdianie, i Korelianie zaliczali się do istot ludzkich.

Kiedy jednak pomyślał, że już nigdy nie zobaczyłby swojej ojczyzny, przyjaciół ani 

rodziny...

To byłoby straszne. Naprawdę straszne.
Erel Kersos spędził większość życia na wygnaniu, ale chyba żałował decyzji podjętej 

przed kilkudziesięcioma laty. Jos widział żal i gorycz w jego oczach. Ubolewał, że nie siedzi 
obok niego Merit Kio, któremu mógłby się zwierzyć ze swoich rozterek, ale empata opuścił 
mobilną jednostkę chirurgiczną, bo miał do załatwienia jakąś sprawę. Nie, tym razem Jos 
musiał się sam uporać ze swoimi problemami.

A jedynym niezawodnym sposobem, jaki znał, było utopienie smutków w alkoholu.
Kantyna będzie prawdopodobnie pusta, ale Teedle powinna pełnić dyżur. Zresztą i tak 

jego nastrój najlepiej powinno poprawić picie w samotności. Dzięki niech będą gwiazdom za 
to, że nie groziło mu uzależnienie od alkoholu... Wystarczyło, aby przed pierwszym drinkiem 
zażył   pięćset   miligramów   nowego   leku,   zwanego   sinthenolem,   żeby   nawet   najbardziej 
stężony alkohol nie uderzył mu do głowy. Lek łagodził nawet późniejsze objawy przepicia. A 
gdyby nie poskutkował, zawsze mógł się udać do I–Five. Nieco wcześniej android odkrył w 
sobie umiejętność kojenia bólu głowy i innych przykrych objawów za pomocą dźwięków 
uspokajającej muzyki.

– Dwa klony wchodzą do kantyny...
Jos stracił resztę cierpliwości. Przedstawienie wydawało mu się bezsensowne, a nawet 

jeszcze gorzej: niestosowne i irytujące. Co więcej, separatyści zmierzali do przesunięcia linii 
frontu, więc w każdej chwili można się było spodziewać kolejnych ładowników z rannymi 
żołnierzami. Wstał, skierował się do schodów i opuścił trybuny.

Den   i   Uli   przyglądali   się,   jak   Jos   wychodzi   z   prowizorycznego   amfiteatru.   Młody 

chirurg podrapał się po głowie.

– A myślałem, że się cieszył na myśl o tym występie – powiedział.
–  Bo   pewnie   tak   było   –   przyznał   Den.   –   Kiedy   spędzisz   tu   trochę   więcej   czasu, 

uświadomisz sobie, że nasz zacny kapitan, chociaż na ogół zrównoważony, czasami miewa 
jednak swoje... humory.

background image

– Przypuszczam, że tęskni za Tolk.
–  Jasne   –   potwierdził   reporter.   –  Ostatnio   jednak   ma   też   wątpliwości   co  do   sensu 

przeciągania tej wojny. Uważam, że przed powołaniem go był zupełnie apolityczny, a może 
nawet się cieszył, że będzie miał swój udział w tym konflikcie, ale odkąd dostał przydział na 
Drongar, jego poglądy zrobiły zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Uli prychnął.
– Pokaż mi chociaż jedną osobę, która nie przeszła identycznej ewolucji – powiedział.
–  Mógłbym, ale ten osobnik już nie żyje – odciął się Sullustanin. – Oddał życie w 

blasku chwały, wycinając w pień oddział separatystów, a prawdopodobnie także zapobiegając 
możliwemu zamachowi, który słono by kosztował Republikę. – Wzruszył ramionami. – Był 
jednak stanowczo w mniejszości, a jeśli chodzi o tę bazę, to właściwie sam jak palec.

– Phow Ji – domyślił się Divini. – Męczennik z Drongara, jak go teraz nazywają. Ekipa 

Wiadomości HoloNetu kręci na jego temat dokument.

– Właśnie. – Den zastanawiał się, czy nie dołączyć do Josa w kantynie, bo z pewnością 

to   właśnie   tam   się   udał   kapitan,   ale   chwilę   później   Epoh   Trebor   przedstawił   urodziwą 
sullustańską tancerkę i piosenkarkę, Eyarę Marath, i reporter postanowił zostać trochę dłużej. 
Nie   widział   nic   złego   w   tym,   jeżeli   jeszcze   jakiś   czas   spędzi,   oglądając   występ   artystki 
ubranej w niemal przezroczystą szatę.

Mimo to trudno mu było nie rozmyślać o galaktycznej niesprawiedliwości. Wprawdzie 

Ji zginął i nie mógł się cieszyć ulotną sławą, ale Den widział w tym fakcie jeszcze większą 
ironię losu.

No cóż, sława zawsze przemija, pomyślał ponuro. Przyglądał się, jak Eyara Marath, 

tańcząc na scenie, śpiewa piosenkę znajdującą się na liście czterdziestu tysięcy największych 
przebojów galaktyki. Piosenkarka była urodziwa i gorąca jak plazma, ale Den zastanawiał się, 
gdzie będzie występowała dziesięć lat później, kiedy jej sława dawno minie. A członkowie 
towarzyszącego jej zespołu? Jak oni się nazywali, Modalne Supły?  Także byli niezwykle 
popularni, ale Den miał prawie pewność, że dwadzieścia lat później wylądują w zatęchłym 
kosmoportowym   barze,   gdzie   przyjdzie   im   występować   za   nędzne   kilka   kredytów.   Tak 
zawsze się działo w tej gałęzi przemysłu rozrywkowego. Jaskrawy blask reflektorów cieszył, 
ale pozostawała świadomość, że wcześniej czy później zgasną.

W tej samej chwili, kiedy to pomyślał, zgasły wszystkie światła w bazie.
W   tłumie   widzów   rozległy   się   pierwsze   oznaki   paniki.   Den   usłyszał   okrzyki 

zaskoczenia i przerażenia, a także gwar zaniepokojonych głosów. I on, i Uli byli drobnej 
budowy i mogliby się zmieścić pod ławkami. Reporter zamierzał namówić na to młodego 
lekarza, gdyby otaczający ich tłum naprawdę wpadł w panikę. Lepiej było wpełznąć pod 
siedzenia, niż dać się stratować.

Zanim otworzył usta, włączyły się generatory i panującą ciemność rozproszył niepewny 

blask awaryjnego  oświetlenia. Den zauważył,  że stojący na scenie Trebor, Marath i inni, 
równie   zdezorientowani   członkowie   zespołu,   spoglądają   po   sobie   z   nieukrywanym 
niepokojem.

Żółtawy   blask   uśmierzył   narastającą   panikę,   ale   chwilę   później   wydarzyło   się   coś 

naprawdę   niezwykłego.   Reporter   poczuł   coś   zimnego   na   policzku.   W   słabym,   ale 
wystarczającym blasku awaryjnego oświetlenia zauważył spadające na tłum widzów grube 
białe płatki. Jeden spoczął nawet na jego dłoni. Den wpatrywał się w niego tak długo, aż 
płatek się roztopił.

Śnieg.
Na plwocinę Sithów! – pomyślał zaskoczony. Śnieg? Tutaj?

background image

ROZDZIAŁ 13

Zaledwie Jos usiadł przy stoliku w kantynie – miał nieograniczony wybór, bo nie zastał 

w niej nikogo oprócz androida kelnerki Teedle – światła zamrugały i zgasły. Minutę później z 
basowym pomrukiem obudziły się do życia awaryjne generatory i oświetlenie się pojawiło, 
chociaż trochę ciemniejsze i nie tak rozproszone.

Co, do licha? – pomyślał Vondar.
Do jego stolika podjechała na stabilizowanym żyroskopowo kółku Teedle.
– Cześć, doktorku – zagadnęła. – Co tym razem? To samo, co zawsze?
–  Jasne – odparł Jos. – Przynoś po jednym co jakiś czas i...
Urwał   i   z   niedowierzaniem   popatrzył   w   okno.   Za   transpastalową   szybą   padało   coś 

podobnego do sieczki albo plewów. Czyżby zarodniki? Nie, bo były zbyt duże i było ich zbyt 
wiele. Wcale nie wyglądały jak kolonie zarodników. Były białe i lekkie jak popiół albo...

– Śnieg? – zapytał bezgranicznie zdumiony Vondar.
– Na to wygląda, no nie? – potwierdziła Teedle. – W dodatku moje czujniki mówią, że 

temperatura spada na łeb, na szyję... szybciej niż Ugnaught z posterunku po zakończeniu 
służby.

Dopiero kiedy to powiedziała, Jos zwrócił na to uwagę. Niech to zaraza, pomyślał. 

Naprawdę robiło się coraz chłodniej! O wiele chłodniej.

Wstał i skierował się do drzwi. Usłyszał, że Teedle toczy się tuż za nim.
Wyszedł na dwór i spojrzał w górę. Unosząca się wysoko kopuła siłowego pola była 

zazwyczaj przezroczysta i niekiedy po zapadnięciu ciemności widziało się przez nią niewielki 
półksiężyc błękitnej jonizacji. Tym razem jednak Jos go nie zobaczył. Promieniujący z obozu 
blask odbijał się od czegoś, co wyglądało jak wiszące nisko, ciężkie chmury.

Czasami, w szczególnie parne i wilgotne dni, pod kopułą gromadziło się i skraplało 

trochę   pary   wodnej,   ale   nigdy   nie   tyle,   żeby   mogły   się   utworzyć   skłębione   obłoki. 
Osmotyczne wymienniki funkcjonowały na ogół całkiem sprawnie. Przepuszczały powietrze i 
krople deszczu, ale powstrzymywały o wiele mniej pożądane mikroorganizmy. Żeby jednak 
spadł śnieg, różnica temperatur musiała wykroczyć daleko poza normalną granicę. Jos nie 
miał pojęcia, jak mogło do tego dojść, skoro nikt nie posłał pod kopułę baterii zamrażarek z 
antygrawitorami na repulsorowych saniach.

Zan   wiedziałby,   skąd   się   wzięła   ta   pogodowa   anomalia.   Za   młodu   pracował   u 

krewnego, który zajmował się obsługą wymienników podobnych kopuł siłowego pola.

– Nigdy czegoś takiego nie widziałam – odezwała się stojąca za jego plecami Teedle, 

uzupełniając wypowiedź cichymi trzaskami, jakie czasami wytwarzał jej wokabulator. – Co 
prawda,   funkcjonuję   tu   zaledwie   od   sześciu   tygodni,   więc   nie   mogę   powiedzieć,   żebym 
widziała wszystko, co jest do zobaczenia.

Jos ruszył w kierunku sali operacyjnej. Śnieg nie przestawał padać, a ziąb stawał się 

coraz bardziej dotkliwy. Grunt i inne odsłonięte powierzchnie były wciąż jeszcze zbyt ciepłe, 
żeby   płatki   się   tam   gromadziły,   ale   jeżeli   temperatura   będzie   nadal   tak   szybko   spadała, 
pracownikom bazy już niedługo przyjdzie odgarniać śnieg szuflami.

Vondar słyszał gdzieś albo czytał, że w rzeczywistości kopuła ma kształt sfery, nie 

półkuli, i że druga połowa znajduje się pod powierzchnią gruntu. Zastanawiał się, czy ten fakt 
może wywierać wpływ na temperaturę gleby.

Wzdrygnął się. Trzeba by włożyć jakąś kurtkę, pomyślał. Usiłował sobie przypomnieć, 

czy w ogóle zabrał coś takiego, kiedy wybierał się na Drongar. Wątpił, żeby ktokolwiek z 
personelu bazy miał ze sobą ciepłe ubranie. Kiedy schodził z pokładu transportowca, wilgotne 
i parne powietrze poraziło go niczym  osobista zniewaga, chwyciło w objęcia i nigdy nie 
przestało wywierać przygnębiającego wpływu. Całe dnie i większą część nocy temperatura 

background image

powietrza   była   wyższa   niż   temperatura   ciała,   a   za   wielką   sensację   uznawano,   kiedy 
wilgotność spadała poniżej dziewięćdziesięciu procent.

Tymczasem   temperatura,   zadając   kłam   wszystkim   prawom   termodynamiki,   szybko 

zbliżała się do zera. Jos doszedł do wniosku, że musi się zaopatrzyć w jakiś płaszcz. Chociaż 
o wiele lepsza byłaby ciepła kurtka z kapturem...

–Uwaga, personel bazy – rozległ się nagle głos Vaetesa z głośników i megafonów. – 

Doszło   do   awarii   wymiennika   ciepła   osmotycznej   kopuły   siłowego   pola   obozu.   Nie   ma 
powodu do niepokoju. Pole nadal nas chroni jak poprzednio. Technicy opanowali sytuację i 
powinni   nie   długo   uporać   się   z   usterką.   Dopóki   jednak   tego   nie   zrobią,   zalecam
włożenie ciepłych ubrań albo pozostawanie w zamkniętych pomieszczeniach.

Jos powiódł spojrzeniem po okolicy. W zetknięciu z wciąż jeszcze ciepłą powierzchnią 

gruntu płatki śniegu zamieniały się w błoto... ale i tak nie mógł uwierzyć własnym oczom. Po 
przeniesieniu bazy na wyżyny gleba wyglądała tak samo jak praktycznie każdego dnia w 
ciągu osiemnastu miesięcy, kiedy baza mieściła się na nizinach, obecnie jednak jej wygląd 
uległ dramatycznej zmianie. Jos zastanawiał się, jak będzie wyglądała okolica, kiedy dachy 
budynków pokryje warstwa śniegu, a na ścieżkach i pod ścianami kabin utworzą się zaspy.

Na myśl o tym uśmiechnął się i pomyślał, że Zan byłby zachwycony. Niemal żałował, 

że   sytuacja   wróci   do   normy,   zanim   biały   puch   zdąży   pokryć   wszystko   grubą   warstwą. 
Doszedł do wniosku, że bardzo chciałby stoczyć z kimś porządną bitwę na śnieżki.

– Hej, coś takiego – mruknął do siebie. Widocznie w gruncie zgromadziło się o wiele 

mniej   ciepła,   niż   przypuszczał,   bo   śnieg   przestał   topnieć   i   pokrywał   powierzchnię   coraz 
grubszą warstwą.

Może więc, mimo wszystko, jego życzenie miało się spełnić?

Barrissa patrzyła na coraz większe płatki śniegu. Warstwa na powierzchni gruntu miała 

już grubość co najmniej kilku centymetrów i cały obóz iskrzył się niczym piękny kryształ. 
Młoda   padawanka   zawsze   lubiła   zaśnieżone   krajobrazy.   Śnieg   nadawał   świeży,   czysty   i 
niezwykły wygląd nie tylko brzydkiej durastali, ale także nie mniej odrażającym plastikowym 
odlewom. Ze zdumieniem stwierdziła, że temperatura gruntu najwidoczniej spadła poniżej 
zera, bo spadające na nią płatki przestały się topić.

Niezależnie   od   zachwytu,   jaki   budził   w   niej   śnieżny   pejzaż,   mogła   się   także   czuć 

usprawiedliwiona. Najwyraźniej tamten lodowaty podmuch, jaki wówczas poczuła, nie był 
jedynie   wytworem   jej   wyobraźni.   Gdyby   energia   kopuły   pola   siłowego   oscylowała   z 
odpowiednią częstotliwością, mogłaby wywrzeć niekorzystny wpływ na kryształ jej miecza. 
Barrissa była tego pewna, chociaż takie wypadki zdarzały się bardzo rzadko.

Kryształy   zasilające   centralny   punkt   kopuły   wyglądały   podobnie   jak   te,   jakie 

instalowano w rękojeściach świetlnych mieczy. Były naturalnie o wiele większe i emitowały 
nieporównanie więcej energii, a wytwarzane przez nie promieniowanie skupiało się w inny 
sposób, dzięki czemu tworzyła się kopuła zamiast energetycznej klingi broni Jedi. Oscylacje 
harmonicznych   potężnego   generatora   pola   siłowego,   który   dostarczał   energię   do   kopuły, 
mogły jednak wprawić w rezonans skupiające kryształy jej świetlnego miecza. Powstałyby 
wtedy oscylacje wtórne podobne do wibracji, w jakie huk gromu wprawia czasami struny 
muzycznego   instrumentu.   W   normalnych   okolicznościach   rękojeść   broni   Jedi   stanowiła 
wystarczającą osłonę przed takimi zakłóceniami, żeby wrogowie nie wywoływali zwarć w 
świetlnych mieczach, do czego posuwali się w przeszłości. Jeden z kryształów kopuły mógł 
jednak   mieć   ukrytą   skazę,   niemożliwą   do   wykrycia   w   czasie   normalnego   badania,   ale 
wystarczającą do wytworzenia na tyle silnych impulsów pola, żeby energetyczna klinga jej 
broni skurczyła się o centymetr. Skurczyła się, a może wydłużyła...

Barrissa odprężyła się i dopiero wówczas uświadomiła sobie, że od tamtego wydarzenia 

cały   czas   była   podenerwowana.   Nie   wiadomo,   jak   było   naprawdę,   ale   przynajmniej   ta 

background image

hipoteza miała więcej sensu niż wyjaśnienie, że zraniła się w stopę, robiąc ćwiczenia, które 
powinna umieć dobrze wykonać nawet we śnie.

Śnieg nadal padał i młoda padawanka uśmiechnęła się do siebie. Pułkownik Vaetes 

twierdził, że anomalia pogodowa nie potrwa długo, więc zamierzała się nią cieszyć, dopóki 
trwała.

Są chwile łatwiejsze do zniesienia niż inne, pomyślała. Ta z pewnością zaliczała się do 

pierwszej kategorii.

Nedijanin Kaird, ubrany w luźny płaszcz niczym jeden z Milczących, stał na dworze 

obok hali przylotów. Napawając się chłodem, obserwował z czymś w rodzaju uniesienia, jak 
leniwie padające płatki śniegu przykrywają bazę coraz grubszą białą warstwą. Jego kariera w 
Czarnym   Słońcu   trwała   długo   i   przebiegała   pomyślnie.   Był   agentem   szanowanym   i 
kompetentnym   i   gdyby   służył   w   organizacji   jeszcze   jakiś   czas,   mógłby   liczyć   na   to,   że 
zostanie zastępcą viga albo nawet samym vigiem. Kłopot w tym, że ilekroć przebywał na 
planetach o chłodnym klimacie, zawsze silnie odczuwał tęsknotę za domem. Do tej pory nie 
mógł   jednak   narzekać   na   chłód   na   tej   zapowietrzonej   tropikalnej   planecie,   która   jeszcze 
godzinę wcześniej była wilgotna, parna, duszna i niemal złośliwie zielona. Obecnie jednak...

To było coś niesamowitego. Na zewnątrz niewłaściwie funkcjonującej kopuły nadal 

rosła dżungla i rozciągały się bagna. Kaird widział je tuż za miejscem, w którym pole siłowe 
stykało się z powierzchnią gruntu. W bazie jednak, przynajmniej na razie, powietrze było 
czyste jak kryształ i bardzo zimne. Przywodziło na myśl atmosferę wokół Gniazda, w którym 
urodził się i wychował.

Pomyślał,   że   może   jednak   czas   zbierać   się   do   domu.   Odłożył   wystarczająco   wiele 

kredytów, żeby wrócić na Nedij i przeżyć resztę życia dostatnio, chociaż może nie w luksusie. 
Mógłby znaleźć kilka nadających się do zamążpójścia istot płci odmiennej, zbudować własne 
Gniazdo i zostać patriarchą nowego stada. Założyłby rodzinę i zapomniał o przeszłości, która 
zmusiła   go   do   opuszczenia   Nedija.   Jego   rodzinne   stado   przestało   go   uważać   za   członka 
Gniazda,   ale   Nedij   był   dużą   planetą,   więc   nie   powinien   mieć   kłopotów   ze   znalezieniem 
innego miejsca.

Chłód   i   śnieg   przemawiały   do   niego   bardzo   silnie.   Przepracował   w   organizacji 

kilkadziesiąt  lat  jako agent i  wątpił,  żeby jego mocodawcy  wpadli  w  zachwyt,  kiedy im 
oznajmi, że chce odejść. Nie będą się jednak sprzeciwiali, jeżeli poprze prośbę odpowiednimi 
argumentami.   Znał   miejsce   pochówku   zwłok   wielu   istot,   które   na   ich   rozkaz   osobiście 
zamordował;   może   zawsze   ostrzec,   że   gdyby   w   niejasnych   okolicznościach   nagle   stracił 
życie,   na   światło   dzienne   mogłyby   wyjść   kłopotliwe   informacje.   W   najlepiej   pojętym 
interesie jego szefów było więc jak najdłuższe utrzymywanie go przy życiu... i w dobrym 
zdrowiu.

Emocje polowania, radość ze schwytania niebezpiecznego osobnika... tak, będzie mu 

tego brakowało. Wcześniej jednak czy później podobne emocje mogą się przyczynić do jego 
śmierci. Nie tego dnia i może nie w ciągu kilku następnych lat, ale na pewno kiedyś spóźni się 
o krok, o ułamek sekundy, i zamiast niego na polu walki zatriumfuje przeciwnik szybszy albo 
bardziej   wygłodniały.   Kaird   nie   dopuszczał   do   siebie   tej   myśli,   ale   coś   w   głębi   duszy 
podpowiadało mu, że to nieuniknione.

Nieoczekiwany   śnieg   z   pewnością   był   jakimś   znakiem.   Wprawdzie   pojawił   się   z 

powodu usterki urządzenia, ale mimo to musiał coś oznaczać. Kaird był tego pewien.

W   ułamku   sekundy   się   zdecydował.   Tak,   na   Kosmiczne   Jajo!   Już   niedługo,   kiedy 

wykona   to   zadanie,   stanie   przed   władcami   Czarnego   Słońca   i   złoży   rezygnację. 
Wystarczająco hojny dar powinien mu zapewnić przychylność jego viga. Później wróci na 
rodzinną planetę i rozpocznie nowe życie. Zamiast zabijać ludzi i wywoływać katastrofy, 
będzie prawił żonom komplementy i łaskotał porośnięte puchatym meszkiem pisklęta.

Naprawdę na to zasługiwał.

background image

W kantynie zebrały się istoty chyba wszystkich ras i zawodów, jakie spotykało się w 

medycznej bazie. Jak Jos się spodziewał, w rzeczach osobistych nie znalazł żadnego płaszcza, 
więc po prostu wyciął w kocu otwór na głowę. Stwierdził, że prowizoryczne ponczo spisuje 
się całkiem nieźle i chroni go przed chłodem. Z niedowierzaniem spoglądał na ubranego w 
szczelnie zapięty paralotniarski kombinezon i ciepłe rękawice Ulego, na którego kierowały 
się zawistne spojrzenia wielu osób. Den Dhur spędził w międzygwiezdnych przestworzach 
tyle czasu, że był przygotowany na wszelkie kaprysy pogody. Jego podszyty termoizolacyjną 
pianką wiatroszczelny płaszcz także był obiektem wielu zazdrosnych westchnień. Barrissa 
miała na sobie, jak zawsze, płaszcz Jedi, i wyglądała, jakby zmiana klimatu z tropikalnego na 
podbiegunowy sprawiała jej wielką radość. Naturalnie, I–5 nic sobie nie robił z lodowatego 
powietrza,  wprawdzie  o wiele  cieplejszego  niż na dworze, ale na tyle  zimnego,  że z ust 
bywalców kantyny wydobywały się obłoczki mgiełki.

Kantyna była najcieplejszym miejscem publicznym w całej bazie, bo miała dwukrotnie 

grubsze   ściany.   W   ten   sposób   chciano   uchronić   resztę   bazy   przed   okrzykami   i   gwarem 
rozmów,   jakie   słyszało   się   wieczorami   i   nocami   w   każdej   zatłoczonej   kantynie.   Dzięki 
grubym murom i ciepłu emanowanemu przez ciała gości temperatura w środku była znośna, 
chociaż daleka od komfortowej.

Schronienie   w   kantynie   znalazła   także   większość   członków   zespołu   artystycznego, 

którzy na ogół spędzali czas w swoim gronie. Sprawiali wrażenie sympatycznych i przyjaźnie 
nastawionych, zwłaszcza po wypiciu kilku pierwszych kolejek miejscowych trunków.

W pewnej chwili Den spojrzał na Josa.
– Co powiedział Vaetes? – zapytał.
Upił kolejny łyk ognistoczerwonego płynu, który podobno potrafił przestawić o kilka 

kresek wyżej wewnętrzny termostat spożywającej go istoty. Z początku Jos miał ochotę pójść 
w jego ślady, ale zrezygnował, bo płyn pachniał jak przepełniony i dawno zapomniany kosz z 
brudną bielizną.

–   Powiedział,   że   niezbędne   części   zapasowe   znajdują   się   na   pokładzie   fregaty 

MedStara, ale wygląda na to, że gdzieś się zapodziały – odparł, spoglądając na reportera. – 
Kiedy w końcu ktoś je znajdzie, będzie można nastawić regulator temperatury i sytuacja w 
bazie wróci do normy... a raczej do tego, co tu uchodzi za normę.

– Nigdy bym nie pomyślał, że to powiem, ale panujący do tej pory upał nie był taki zły 

– wtrącił się Uli.

– Jeżeli chodzi o mnie, wolę jaskinie – oznajmił Sullustanin. – Stała temperatura od 

osiemnastu   do   dwudziestu   stopni,   mnóstwo   grzybów   i   żadnych   głośnych   dźwięków.   Nie 
potrafię zrozumieć, dlaczego wszyscy w nich nie mieszkają.

– Na usta cisną się określenia w rodzaju „mroczna", „ponura" i „przygnębiająca" – 

odciął się Vondar.

Chwilę później do ich stolika podjechała bezszelestnie Teedle.
– Siemanko, inteligentniaki – zagadnęła. – Wszyscy mają się czym oliwić? A może jest 

jeszcze coś, co taka staruszka jak ja może dla was zrobić?

Wszyscy w grupie zapewnili ją, że niczego im nie brakuje, i kelnerka odjechała, żeby 

zapytać o to samo członków zespołu artystycznego.

– Jeszcze jeden zabawny android – mruknął cicho Den. – Jest ich tu więcej, niż sobie 

wyobrażałem.

– Zdradzę ci pewien sekret – odezwał się I–Five. – Poczucie humoru mają wszystkie 

androidy, a to o wiele więcej, niż mógłbym powiedzieć o niektórych żywych istotach.

– Śnieg był bardzo zabawny, kiedy zaczął padać – ciągnął reporter, spoglądając przez 

okno i ignorując uwagę androida. – Kiedy jednak zaczął sięgać do pasa... czyli wam do kolan, 
wy przerośnięte drągale... przestał być zabawny. Nigdy nie słyszałem, żeby gdzieś wydarzyła 
się podobna awaria kopuły.

background image

–   Naturalnie,   że   nie   –   zgodził   się   z   nim   Jos.   –   Wywoływanie   katastrof   to   nasza 

specjalność.

– Słyszałem, że ktoś z Kwatermistrzostwa wymyślił sposób przerabiania podgrzewaczy 

polowych racji żywnościowych na grzejniki – odezwał się Uli. – Podobno wypromieniowują 
dość ciepła, żeby dało się wytrzymać w kabinach.

– Dość ciepła? – zainteresował się Den. – Ile?
– Nie pozwolą ci zamarznąć na kość we śnie – wyjaśniła Barrissa.
– Oczywiście, bez zapasów żywności wcześniej czy później umrzesz z głodu – dodał I–

Five.

– Niech zgadnę – wtrącił się Jos. – A później ty i Teedle zaludnicie tę planetę na nowo?
Drobny Sullustanin pokręcił głową.
– To nie będzie wcale takie łatwe – powiedział.
– E chu ta – mruknął protokolarny android.
– Coś takiego! – żachnął się Uli. – Czyżby dotknął wrażliwego obwodu?
1–5 zamierzał coś powiedzieć, ale nagle zamarł i przekrzywił głowę. Jos kiedyś już go 

widział w takiej pozie.

– O, nie – jęknął z rezygnacją.
– Ja też je słyszę – stwierdził Den. Chwilę później inni także usłyszeli znajomy odgłos... 

narastający pomruk jednostek napędowych ładowników.

– Niech to zaraza – zaklął Vondar i jednym haustem dopił resztę trunku. Pozostali 

poszli w jego ślady.

W   tej   samej   chwili   do   kantyny   wpadł   niezwykle   podniecony   młody   technik 

łącznościowiec. Zderzył się z jednym z członków zespołu artystycznego, krzepkim i rosłym 
Trandoshaninem, i omal go nie przewrócił. Istota oblała się zawartością szklanki z trunkiem i 
zmełła jakieś przekleństwo, którego Jos nie zrozumiał. Chwyciła technika jedną ręką i uniosła 
wysoko nad podłogę.

Kilku gości pospieszyło, żeby zapobiec nieuchronnej masakrze, ale zanim ktokolwiek 

zdołał powstrzymać porywczego Trandoshanina...

– Na pokładzie fregaty MedStara miała miejsce potężna eksplozja! – wykrzyknął młody 

mężczyzna. – Siła wybuchu rozerwała połowę pokładów lotniczych i wyrzuciła w próżnię 
większą część sekcji magazynowej!

Jos poczuł ukłucie trwogi. Tolk! – pomyślał zrozpaczony.

background image

ROZDZIAŁ 14

Kaird   wiedział,   że   zanim   zacznie   planować   triumfalny   powrót   do   ojczyzny,   musi 

rozwiązać kilka problemów. Najpilniejszym i najważniejszym było upewnienie się, że para 
przemytników, Thula i Squa Tront, staną się ogniwami łańcucha łączącego pola uprawne boty 
z   ładowniami   transportowców   Czarnego   Słońca.   To   z   kolei   oznaczało,   że   oboje   muszą 
przedtem   wkraść   się   w   łaski   Narsa   Dojaha,   podstarzałego   i   drażliwego   twi'lekańskiego 
kwatermistrza. Na szczęście Twi'lekowie zaliczali się do grupy istot, na które duży wpływ 
wywierały feromony Falleenów. Na nieszczęście  jednak Dojah także  o tym  wiedział.  Na 
widok Thuli od razu powziął podejrzenia i podczas pierwszej rozmowy posunął się do tego, 
że   włożył   wyposażoną   w   filtr   maskę   do   oddychania.   Nie   ukrywając   rozbawienia,   Thula 
opowiedziała później o wszystkim Kairdowi... a raczej Kubazowi Hunandinowi, jak mogliby 
zaświadczyć wszyscy przechodzący obok ich stolika bywalcy kantyny.

– Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wydaje ci się to zabawne – burknął zirytowany 

agent Czarnego Słońca, kiedy Falleenka umilkła. – Moi mocodawcy nie będą zachwyceni, 
jeżeli  Dojah cię nie zatrudni  z powodu tego uprzedzenia.  Ja także  nie, możesz  być  tego 
pewna.

– Och, za chwilę będziesz zachwycony – zapewniła Thula. – Jeszcze nie skończyłam 

swojego opowiadania.

Kaird rozparł się wygodniej na krześle.
–Bardzo proszę, popraw mi humor – powiedział.
–Dojah nie zna wszystkich związków chemicznych, jakie wydzielają ciała Falleenów – 

podjęła Thula. – Umiem także uwalniać odpowiedniki białek oddziałujących wyłącznie dzięki 
dotykowi.

Kaird uśmiechnął się, a zainstalowane w masce czujniki wygięły jego krótką i grubą 

sztuczną trąbkę do góry.

– Chcesz powiedzieć, że chociaż nie wyczuł twoich feromonów, wywarłaś na niego 

wpływ, jaki zamierzałaś – zauważył.

– Właśnie.
Falleenka wypiła resztę daiquiri Ciemnej Strony. Kiedy usiadła wygodniej, odprężyły 

się mięśnie pod jej porośniętą delikatnymi łuskami skórą. Kaird poczuł, że budzi się w nim 
pożądanie. To zdumiewające! – pomyślał z zaskoczeniem. Prawdopodobnie miał geny równie 
dobrze dostosowane do genów gadopodobnej istoty jak do DNA boty, ale mimo to...

Zorientował się, że Thula go obserwuje i lekko się uśmiecha. Jego rozmówczyni nie 

musiała umieć czytać w myślach, jak to robił jej partner, żeby wiedzieć, o czym teraz myśli. 
Chrząknął i odwrócił się do Umbaranina.

–A ty? – zapytał.
– Nie ma powodu do niepokoju – odparł Tront chrapliwym szeptem. – Znalazłem pracę 

jako operator danych systemu przeładunkowego. Wygląda na to, że podkradanie niewielkich 
ilości boty nie powinno stanowić żadnego problemu.

– Miło mi to słyszeć – stwierdził Kaird. – Niestety będzie problem ze zdobyciem ilości, 

którą Czarne Słońce chciałoby otrzymać  jeszcze w tym  tygodniu. Eksplozja na pokładzie 
fregaty MedStara wyrwała ogromną dziurę w burcie ładowni, którą wykorzystywaliśmy do 
swoich celów. Straciliśmy spory zapas zamrożonej w węglu kontrabandy. W dodatku, jak 
oboje dobrze wiecie, silne wahania temperatury w naszej bazie zdziesiątkowały większość 
tutejszych zbiorów. W ciągu najbliższych trzech dni musimy zdobyć  dodatkowe dwieście 
kilogramów   przetworzonego   towaru.   Na   szczęście   zbiory   z   Mobilnych   Jednostek 
Chirurgicznych   Sześć,   Dziewięć   i   Czternaście   przechodzą   przez   magazyny   naszej   bazy, 
zanim zostaną wysłane na orbitę.

background image

Tront wytrzeszczył oczy ze zdumienia.
– To zbyt duża ilość, żeby ją uszczknąć bez wcześniejszego przygotowania, zwłaszcza 

na samym początku działalności – powiedział. Wskazał na okno i padające za nim płatki 
śniegu. – Nasze zadanie jeszcze bardziej utrudnia ta niesamowita awaria kopuły.

– Racja – przyznał Kaird. – Niemniej, tak właśnie wygląda nasze położenie. Z powodu 

zabójstwa   ostatnio   przysłanego   agenta   i   agresywnych   poczynań   separatystów,   którzy 
chcieliby przejąć kontrolę nad uprawami, moi mocodawcy zaczynają się niepokoić. Sytuacja 
na powierzchni Drongara jest niepewna, a ja dostałem polecenie zrobienia wszystkiego, co w 
mojej mocy, żeby osiągnąć jak największe zyski, póki to jeszcze możliwe. Tront zmarszczył 
brwi.

– Znasz bajkę o Kryształowym Kahlycie, Hunandinie? – zapytałcierpko.
Kaird pokręcił głową.
– To popularna bajka na M'haelii – wyjaśnił Umbaranin. – Pewien farmer miał kiedyś 

niezwykłego kahlyta... To niepozornie wyglądające jajorodne stworzenie w cudowny sposób 
potrafiło składać kryształy rubat w kształcie jaj, ale tylko po jednym na każdy cykl zmian faz
księżyca. Farmer zaczął sprzedawać kryształy i gromadzić fortunę, ale jego żona była bardzo 
niecierpliwa. Nie zamierzała czekać, aż się wzbogaci, więc zabiła i rozpłatała kahlyta, żeby 
od razu wyciągnąć z niego wszystkie kryształy.

Kaird pozwolił sobie na niecierpliwy gest.
– No i? – przynaglił Umbaranina.
– Znalazła jednak tylko wnętrzności, jak w każdym stworzeniu. Ani jednego kryształu. 

– Tront uniósł szklaneczkę i upił niewielki łyk trunku. – Może twoi mocodawcy nie słyszeli 
tej   bajki,   przyjacielu   Hunandinie,   ale   nie   zabija   się   kahlyta,   który   znosi   kryształy   rubat 
zamiast jaj.

–   Może   i   nie   –   odparł   obojętnie   Kaird.   –   Ale   nie   ciągnie   się   nexu   za   ogon,   a 

sprzeciwianie się woli nowego lorda byłoby czymś równie nierozsądnym.

Thula poruszyła się nerwowo na krześle.
–   Słyszałam   historie   o   temperamencie   nowego   lorda   –   powiedziała.   Przeniosła 

spojrzenie na partnera i wzruszyła ramionami. – Squa i ja dopilnujemy, żeby wszystko się 
udało.

– Doskonale. – Kaird wstał, rzucił na stół kilka kredytów i ruszył do wyjścia z kantyny.
Pogrążony w zadumie, brnął przez pokryty grubą warstwą śniegu dziedziniec bazy. Dla 

dobra Thuli i Tronta lepiej będzie, jeżeli przemycą wyznaczoną ilość boty. Obecnie, kiedy 
Kaird   postanowił   zrezygnować   ze   służby   dla   Czarnego   Słońca   i   powrócić   na   Nediju, 
niecierpliwił się na myśl o wszelkim opóźnianiu przedsięwzięcia albo piętrzeniu trudności. 
Pomyślał, że im szybciej znajdzie jakiś statek i odleci z powierzchni Drongara, tym lepiej.

I niech Kosmiczne Jajo stłucze się każdemu, kto ośmieli się wejść mu w paradę.

I–Five zainstalował w sali operacyjnej tyle bateryjnych  grzejników, że przynajmniej 

przestała zamarzać krew pacjentów. Ktoś przeprogramował niewielkiego antygrawitacyjnego 
androida i wysłał go na dach do zgarniania śniegu, żeby delikatna konstrukcja nie zarwała się 
pod  ciężarem   białego   puchu   i   wszystkich   nie   pogrzebała.   Automat   miał   jednak   zostawić 
warstwę kilkucentymetrowej grubości, żeby działała jak termiczna izolacja.

Jos rozcinał,  zszywał  i łatał  rannych  żołnierzy,  ale robił to równie machinalnie  jak 

android zgarniający śnieg z dachu nad jego głową. Tolk nie dawała znaku życia i na myśl o 
tym, co mogło się jej przydarzyć, chirurg odczuwał skurcze żołądka.

Vaetes opowiedział im wszystko, co wiedział na temat eksplozji na pokładzie fregaty 

MedStara.  Nie   było   tego  wiele  i   żadna  z   jego  informacji  nie   była  pewna,  ale  kiedy  Jos 
operował kolejnego pacjenta, pułkownik wyjawił przez zaciśnięte zęby kilka szczegółów.

– Puściła uszczelka zewnętrznej klapy jednej ze śluz, prawdopodobnie po trafieniu jej 

background image

przez mikrometeor, chociaż nikt nie ma pojęcia, jak okruch mógł się przedostać przez pola 
siłowe.   Awaria   spowodowała   zwarcie   w   pokładowej   instalacji   elektrycznej.   Systemy
bezpieczeństwa wyłączyły zasilanie, ale zanim to zrobiły, doszło do wycieku ze zbiornika z 
łatwopalną substancją. Jej opary się zapaliły, a od nich zajęły się przechowywane w tej samej 
ładowni inne łatwo palne materiały. Doszło do wtórnej eksplozji, która spowodowała utratę
szczelności  całej  sekcji. Systemy  awaryjne  odcięły ją od pozostałej  części fregaty,  ale  w 
wyniku wybuchu zginęło co najmniej kilkanaście osób.

Vondar poczuł, że zasycha mu w gardle.
– Co z Tolk? – zapytał.
–   Nie   wiem,   Jos   –   oznajmił   ponuro   Vaetes,   kręcąc   głową.   –   Pokładowe   systemy 

łączności pracują w trybie awaryjnym i dopóki sytuacja nie zostanie opanowana, operatorzy 
mają   zakaz   wysyłania   wszelkich   wiadomości.   Znam   liczbę   ofiar,   bo   podał   mi   ją   pilot 
transportowca   przelatującego   w   pobliżu   miejsca   katastrofy.   Właśnie   tyle   ciał   naliczył   w 
próżni   obok   wyrwy   w   kadłubie   fregaty.   Nie   wiem   jednak,   ile   osób   poniosło   śmierć   na 
pokładach. Kiedy tylko się dowiem czegoś więcej...

– Ta–a – mruknął Jos. – Dzięki.
Sterylizujące pole operacyjnego stołu zaopatrzono w grzejnik, którego prawie nigdy nie 

wykorzystywano na powierzchni tropikalnej planety, ale towarzyszący Josowi chirurgiczny 
android   zwiększył   natężenie   pola   do   maksimum,   więc   przynajmniej   Vondar   miał   ciepłe 
dłonie.

Resztę jego ciała opanował dotkliwy chłód... a najgorszy zagnieździł się w duszy.
Tolk...
To   niemożliwe,   żeby   zginęła.   Żaden   kosmos   nie   mógł   być   na   tyle   okrutny,   żeby 

pozwolić sobie na podobną ironię losu. Lorrdianka pracowała tak długo, tak ciężko i wyrwała 
z objęć śmierci tylu rannych... Niemożliwe, żeby los odebrał mu jedyną osobę, którą kocha.

Nie wiedział tylko, czy naprawdę w to wierzy.
Muszę uwierzyć, powiedział sobie. Po prostu muszę.
Podszedł do niego Uli.
– Na razie mam przerwę – powiedział. – Chcesz, żebym ci pomógł?
Jos zaczekał, aż pielęgniarka otrze pot z jego czoła, i pokręcił głową.
– Nie, dziękuję – odparł. – Radzę sobie całkiem dobrze.
Nie pamiętał, czy kiedykolwiek w życiu wypowiedział większe kłamstwo, ale chłopak 

nie   mógł   mu   pomóc...   w   pracy   ani   w   niczym   innym.   Jos   musiał   skupić   całą   uwagę   na 
operowaniu.   Rozcinał   i   usuwał   zwęglone,   obumarłe   tkanki,   amputował   i   przyszywał 
kończyny, tamował krwotoki, osuszał rany, podwiązywał rozszarpane żyły...

Ranni żołnierze zmieniali się pod jego dobroczynnymi dłońmi, a Jos pracował dalej w 

nadziei, że ich rany uśmierzą ból jego serca.

Krążąc po kantynie jak w transie, Den Dhur powoływał się na wszystkie względy, jakie 

zaskarbił sobie w ciągu wielu miesięcy od lądowania na powierzchni Drongara. Przypominał 
technikom i szeregowcom stawiane kolejki oraz zgodę na niedozwolone wykorzystywanie 
osobistego komunikatora, żeby mogli się porozumieć z najbliższymi, a także kredyty, jakie 
pożyczał im do najbliższej wypłaty żołdu. Bezwstydnie błagał, wdzięczył się i przymilał. To 
było ważne wydarzenie, a on chciał poznać wszystkie szczegóły.

W   końcu   zebrał   ich   tyle,   że   ułożyły   się   w   spójną   całość.   Postanowił   podsumować 

wszystko, czego się dowiedział.

Od ugnaughtańskiego mechanika pasażerskiego wahadłowca usłyszał, że przez otwór w 

rozerwanej   burcie   ładowni   fregaty   wydostały   się   w   próżnię   niewielkie   urządzenia   i 
elektroniczne podzespoły.

Mechanik   twierdził,   że   były   wśród   nich   zapasowe   harmonizatory   i   kryształowe 

background image

stabilizatory, na których dostawę bardzo liczyli technicy nadzorujący funkcjonowanie kopuły 
pola siłowego. Wszystko wskazywało, że tak potrzebne części spłoną w górnych warstwach 
atmosfery niczym deszcz meteorów.

Wcześniej czy później podobny los spotykał wszystko, co przedostawało się w głąb 

atmosfery.

Zanim zarządzono ciszę w eterze, dowiedział się od androida łącznościowca pełniącego 

służbę   podczas   katastrofy,   że   na   pokładach   fregaty,   w   rejonie   eksplozji   przebywało   sto 
osiemdziesiąt sześć istot. Zanim się zamknęły próżnioszczelne wrota, niektóre zdążyły się 
zapewne   za   nimi   schronić.   Inne   nie   zdążyły,   ale   w   odciętych   sekcjach   prawdopodobnie 
pozostały bąble powietrza, więc nieszczęśnicy musieli tylko znaleźć pomieszczenia, które 
dałyby się zamknąć i uszczelnić. Powinni to zrobić, żeby nie dopuścić do ucieczki resztek 
atmosfery, ale w rejonie katastrofy nie działały systemy podtrzymywania życia, więc mogli 
zamarznąć, gdyby ktoś nie załatał wyrwy na tyle szybko, aby zapewnić dopływ świeżego i 
ciepłego powietrza.

Naturalnie   w   awaryjnych   schowkach   fregaty   znajdowały   się   próżnioszczelne 

kombinezony, ale były na ogół cienkie i nie miały dużego zapasu powietrza. Co gorsza, nikt 
nie wiedział, ile osób miało dostęp do tych schowków.

Od kubaskiego pilota  transportowego wahadłowca  Den uzyskał  aktualną  liczbę  ciał 

krążących w próżni obok miejsca katastrofy. W sąsiedztwie fregaty MedStara unosiło się 
dwadzieścia sześć zamarzniętych zwłok.

– To mysiała bydź potężna egzblozja, skoro wyciongnęło na zewnontrz aż tyle, koleś – 

stwierdził pilot, na znak przerażenia wyginając krótką trąbkę w dół i w górę.

I to było właściwie wszystko, czego Den się dowiedział. Nie miał pojęcia, jaki los 

spotkał członków personelu Mobilnej Jednostki Chirurgicznej Siedem, przebywających na 
pokładzie fregaty w chwili katastrofy. Nie wiedział, czy Merit i Tolk, z którymi grywał w 
karty,   przeżyli   i   czekają   na   ratunek,   czy   też   może   ich   ciała   unoszą   się   obok   kadłuba 
uszkodzonego   okrętu   niczym   poskręcane   i   uszkodzone   rzeźby   z   lodu.   Był   reporterem   i 
podczas innych wojen w wielu miejscach galaktyki często widywał zwłoki przyjaciół czy 
znajomych, ale nigdy nie umiał się pogodzić z ich śmiercią. Jeżeli chciał wykonywać swój 
zawód, musiał być obiektywny i nie kierować się emocjami, ale już wcześniej się przekonał, 
że każdego dnia przychodzi mu to z większym trudem.

Boleśnie przeżył śmierć Zana Yanta, bardziej niż wydawało mu się to możliwe. Czym 

innym było udawanie cynika i demonstrowanie podejścia „nic na to nie poradzę" w gronie 
przyjaciół i znajomych, ale kiedy go nikt nie obserwował, nie potrafił reagować jak dawniej, 
gdy był młody, pewny siebie i przekonany, że będzie żył wiecznie.

Usiadł   przy   stoliku   i   zaczął   pochłaniać   jeden   po   drugim   blastery   banthów,   jakby 

następny dzień miał nigdy nie zaświtać. Zastanawiał się, dla ilu znanych osób stwierdzenie to 
jest prawdziwe. Chociaż przywieziono wielu rannych, w kantynie wciąż jeszcze spędzało czas 
mnóstwo osób, które nie miały dokąd iść albo czekały na najświeższe wiadomości, czy to 
dobre, czy też złe.

Do jego stolika podjechała Teedle.
– Jeszcze raz to samo, słodziutki? – zagadnęła.
– Nie – mruknął Sullustanin. – Jestem zdrów.
Kiedy   niewielki   android   odjechał,   Den   wbił   spojrzenie   w   kufel.   Zdrów,   akurat, 

pomyślał.   Słowo   to   wydawało   mu   się   coraz   mniej   odpowiednie   na   określenie   własnego 
samopoczucia.

Może najwyższy czas się stąd wynieść, pomyślał ponuro. Znaleźć miłą, cichą planetę, 

na   której   rozpocząłby   pracę   jako   miejscowy   dziennikarz.   Nadsyłaniem   korespondencji   z 
rejonów ogarniętych przez wojnę mogliby się zajmować młodsi, którzy nadal uważali ją za 
podniecającą i godną opiewania. Ta–a, tematy na doskonałe reportaże można było znaleźć 

background image

nawet na planetach w rodzaju Drongara, który podobno znajdował się z daleka od głównego 
„teatru działań zbrojnych", ale za każdym razem z tekstu wyzierało jedno i to samo słowo: 
wojna. Mnóstwo istot zabitych, okaleczonych i zranionych ku większej chwale Republiki. Za 
chwilę zapoznamy państwa ze wszystkimi szczegółami...

Uniósł   rękę   i   przywołał   Teedle.   Może   naprawdę   powinien   strzelić   sobie   jeszcze 

jednego. Dobrze chociaż, że to strzały, od których da się uciec, pomyślał z rezygnacją. No 
cóż, przynajmniej w pewnym stopniu...

Barrissa weszła do kantyny,  otrzepała śnieg z ubrania i od razu zwróciła uwagę na 

stolik, przy którym siedział Den wpatrzony w pusty kufel. Podeszła do Sullustanina.

–Mogę dotrzymać ci towarzystwa? – zapytała.
Reporter zwrócił na nią mętne oczy,  uśmiechnął się i zamaszystym  gestem wskazał 

miejsce po przeciwnej stronie stolika.

– Co pijesz, Jedi? – zapytał. – Ja stawiam.
– Dziękuję, ale nic. – Barrissa usiadła. – Niedługo muszę wracać do sali operacyjnej. 

Wiesz może coś nowego?

Kiedy reporter skończył opowiadać, padawanka kiwnęła głową. Dręczył ją niepokój, że 

w chwili katastrofy nie odebrała żadnego zakłócenia Mocy. Zdarzały się dnie, kiedy podczas 
bitew   na   powierzchni   Drongara   rozpoznawała   wiry   nierzeczywistych   prądów   z   wieloma 
szczegółami.   Podobno   mistrz   Yoda   potrafił   odbierać   zakłócenia   z   odległości   wielu 
parseków... a nawet przewidywać przyszłe wydarzenia. Barrissa nie bardzo w to wierzyła, ale 
była   pewna,   że   w   chwili   eksplozji   na   pokładzie   fregaty   MedStara   nie   wyczuła   nawet 
najlżejszej anomalii. Co prawda była tylko padawanka, ale uważała taki brak wrażliwości za 
osobistą porażkę. Na pewno Obi–Wan Kenobi albo Anakin Skywalker wyczuliby natychmiast 
coś tak poważnego. A przecież Anakin nie władał Mocą równie długo jak ona, która miała z 
nią kontakt od najwcześniejszych lat życia, dlaczego więc nie wyczuła tak brzemiennego w 
skutki wydarzenia?

–  Dobrze się czujesz? – zaniepokoił się Sullustanin. Uzdrowicielka przytaknęła. Nie 

chciała go niepokoić, bo Den i tak nie mógł na to nic poradzić. Reporter pokręcił głową, jakby 
miał inne zdanie, ale zachował swoje myśli dla siebie.

Nagle   jednak,   może   dlatego,   że   Barrissa   niczego   się   nie   spodziewała,   poczuła 

zawirowanie Mocy, które uświadomiło jej ponurą prawdę. Kiedy padawanka zrozumiała, że 
eksplozja na pokładzie fregaty MedStara nie była dziełem przypadku, po prostu skamieniała.

Reporter zauważył grę uczuć na jej twarzy.
– O co chodzi? – zapytał.
Barrissa   głęboko   odetchnęła   i   postanowiła   się   opanować.   Absolutna   pewność,   że 

uzyskana informacja jest prawdziwa, wstrząsnęła nią i na chwilę odebrała mowę.

Musiała coś zrobić z tą informacją. Powinna się komuś zwierzyć z tego, co Moc jej 

podszepnęła. Nie Denowi, bo był tylko reporterem, ale komuś, kto potrafiłby podjąć właściwe 
kroki.

Podobną pewność miała  wiele miesięcy wcześniej, przed przeprowadzką medycznej 

bazy, kiedy doszło do eksplozji na pokładzie transportowca. Osoby odpowiedzialnej za tamtą 
tragedię nikt nie wykrył. Barrissa zwierzyła się wówczas ze swoich podejrzeń pułkownikowi 
Vaetesowi, który wysłuchał jej uprzejmie, ale nie uwierzył. Z pewnością wolał polegać na 
niezbitych dowodach niż na czymś, co uważał za mistyczne bzdury. Padawanka pomyślała, że 
może tym razem pozbędzie się tych uprzedzeń. Ten akt sabotażu był tysiąc razy bardziej 
nikczemny niż poprzedni i coś trzeba zrobić, żeby to się już nigdy nie powtórzyło.

background image

ROZDZIAŁ 15

Jos, wyczerpany, ale wciąż jeszcze zbyt zdenerwowany myślami o Tolk, żeby pozwolić 

sobie   na   odpoczynek,   błąkał   się   bez   celu   po   oddziale.   Operowani   pacjenci   wracali   do 
zdrowia, na ile to było możliwe, i na razie stoły operacyjne świeciły pustką. Jos nie zamierzał 
jednak wracać do kabiny,  by siedzieć samotnie w dotkliwym  chłodzie. Musiał się czymś 
zająć.

Zobaczył,  że  pod  ścianą  kabiny stoi  jeden  z  Milczących.  W  regularnych  odstępach 

czasu   z   kaptura   jego   płaszcza   ulatywały   obłoczki   ciepłego   powietrza.   Na   dworze   było 
chłodniej niż w sali operacyjnej, gdzie personel miał dość koców i grzejników, żeby nie 
pozwolić   pacjentom   zamarznąć,   wyglądało   jednak,   że   przenikliwy   ziąb   nie   wywiera   na 
Milczącym najmniejszego wrażenia.

W pewnej chwili Jos zauważył Barrissę. Młoda padawanka stała obok łóżka żołnierza, 

który   cierpiał   na   dziwną   infekcję.   Wszystko   wskazywało,   że   jeden   z   miejscowych 
drobnoustrojów   uległ   mutacji   i   stał   się   śmiercionośnie   złośliwy,   co   samo   w   sobie   było 
powodem do niepokoju. Wszystko, co gnębiło jednego żołnierza, mogło wpłynąć na stan 
zdrowia pozostałych.

– Cześć – odezwał się Vondar.
Barrissa   oderwała   spojrzenie   od   chorego   żołnierza,   który   spał,   a   może   zapadł   w 

śpiączkę.

– Cześć – odpowiedziała.
– Jaki jest jego stan? – zapytał chirurg.
– Żadnej zmiany – odparła uzdrowicielka Jedi. – Nie pomagają mu ani antybiotyki, ani 

środki antywirusowe czy przeciwgrzybicze.

– A spektacylina? – zainteresował się Vondar.
Spektacylina   była   ulubionym   specyfikiem   najnowszej   generacji,   polimerazowym 

lekiem   powstrzymującym   rozwój   szerokiego   spektrum   RNA   i   zdolnym   do   niszczenia 
większości najzjadliwszych drongariańskich drobnoustrojów.

Młoda kobieta pokręciła głową.
–  Ma gorączkę,   którą  z  trudem  zbiliśmy   dzięki  lekom  przeciwbólowym  i  środkom 

wywołującym śpiączkę – powiedziała. – Liczba jego białych ciałek przekroczyła wszelkie 
granice,   a   nerki   zaczynają   odmawiać   posłuszeństwa.   Pacjent   ma   także   płyn   w   płucach   i 
arytmię serca wynikającą z tamponady. Wątroba pracuje chyba na dwie zmiany i zaczyna 
wykazywać oznaki zmęczenia. Dobrze chociaż, że jak się zdaje, jego organizm nie wydala 
patogenów, więc dolegliwość nie jest zaraźliwa.

Jos  podszedł  do  łóżka  i  spojrzał  na  pacjenta,  z  którego  dokumentacji  wynikało,   że 

nazywa się CT–802.

– Wszystko tu ulega tak szybkim mutacjom, że może kolejna poprawi stan jego zdrowia 

– powiedział.

– Lepiej niech się pospieszy, bo inaczej zabije go poprzednia – mruknęła Barrissa. – 

Zrobiłam wszystko, co mogę, ale to za mało. Stabilizuję go dzięki Mocy, lecz nie mogę robić 
tego bez końca. – Mówiła spokojnie i cicho, co dziwnie kontrastowało z widocznym na jej 
twarzy zmęczeniem. – Nie sądzę, żeby dożył wschodu słońca.

Vondar stał w milczeniu obok łóżka. Pamiętał rozmowę, jaką odbył w tej samej sali z 

Zanem Yantem. Odkąd poznał Barrissę, upłynęło niewiele czasu, ale tu, pośród bagien, w 
otoczeniu umierających i zmarłych, członkowie personelu medycznego szybko zaprzyjaźniali 
się ze sobą. Najważniejszym problemem była wojna, a oni, chociaż niewiele mogli poradzić, 
starali się robić wszystko, żeby jak najlepiej likwidować jej skutki.

Głęboko odetchnął.

background image

– Możemy spróbować jeszcze czegoś innego – zaproponował.
Uzdrowicielka przeniosła spojrzenie z pacjenta na niego i Jos zobaczył w jej oczach 

pytanie.   Po   śmierci   Zana   musiał   coś   zrobić   z   osobistymi   rzeczami   kolegi.   Zapakował 
większość – ąuetarrę, ubrania, czytniki książek – i wysłał na Talus, gdzie mieszkała rodzina 
Zana. Pod pryczą przyjaciela znalazł jednak coś, czego nie dołączył do rzeczy osobistych: 
pakunek z prywatnym zapasem przetworzonej boty.

Posiadanie specyfiku na powierzchni Drongara było nielegalne. Wszystkie zebrane i 

zamrożone w karbonicie rośliny wędrowały do innych systemów i na inne planety, gdzie były 
warte   swojej   masy   w   najdroższych   klejnotach.   Tak   samo   postępowano   na   wielu   innych 
planetach, na których tubylcy zbierali owoce albo rośliny zbyt cenne, żeby je spożywać. Nie 
inaczej   działo   się   w   kopalniach   ogniokryształów,   gdzie   górnicy   wydobywali   codziennie 
klejnoty warte więcej niż ich całoroczny zarobek. Podobnie jak w wielu innych miejscach, w 
których osoby wykonujące najcięższą pracę nie miały udziału w zyskach, bota miała opinię 
zbyt cennej, żeby marnować ją na ratowanie życia żołnierzy.

Zan   jednak   nigdy   się   nie   pogodził   z   takim   rozumowaniem.   Jakimś   cudem   zdobył 

niewielką  ilość   wyciągu  z   cudownej  rośliny  i   na  ile   mógł,   wypróbował  ją  w   warunkach 
polowych. Naturalnie, zataił ten fakt w raportach. Nawet w niezbyt korzystnych warunkach 
bota leczyła każdą oporną infekcję, jakiej mogły się nabawić klony Fetta na Drongarze. Zan i 
Jos nie mogli nie zwrócić uwagi na ironię losu, że rannych żołnierzy przysyłano na planetę, 
na   której   roślina   pleni   się   niczym   chwasty,   a   oni   nie   mogą   jej   stosować   do   leczenia. 
Ryzykując karierę i wolność, Zan potajemnie wykorzystywał botę do ratowania życia swoich 
pacjentów.   Jos   nigdy   się   na   to   nie   odważył,   ale   przymykał   oczy   na   nielegalne   praktyki 
przyjaciela.

W pewnej chwili uświadomił sobie, że zbyt długo stoi bez słowa obok pryczy rannego 

klona. Najwyższy czas podjąć decyzję, pomyślał. Czy możesz zrobić mniej niż to, co Zan? 
Spojrzał na Barrissę.

– Zaczekaj tu – powiedział. – Zaraz wracam.
Wyszedł z budynku szpitalnego i skierował się do swojej kabiny. Śnieg wciąż padał i 

sięgał mu do kolan, ale niektóre naprawcze androidy przetarły tu i tam wąskie ścieżki, więc 
powrót   do   kwatery   nie   stanowił   szczególnego   problemu...   na   razie.   O   wiele   większym 
kłopotem   był   brak   ciepłych   ubrań.   Vondar   był   osobnikiem   ektomorficznym,   wysokim, 
szczupłym,   długorękim   i   długonogim.   Jego   ciało   wypromieniowywało   ciepło   bardzo 
skutecznie, co przydawało się zwłaszcza w klimacie tropikalnym. Obecnie jednak pod kopułą 
panowała   temperatura   mniej   więcej   dziesięć  stopni   niższa  niż   na  planetarnym   biegunie  i 
pierwszy raz w życiu Jos żałował, że jego ciała nie porasta chociaż trochę grubsza warstwa 
tłuszczu. Miał na sobie praktycznie wszystko, co zabrał: dwie pary wojskowych spodni i 
skarpetek, grubą koszulę, kamizelkę ze skóry durnisa i koc, z którego zrobił prowizoryczne 
poncho. Włożył dwie chirurgiczne czapki, żeby było mu ciepło w głowę, a także przepaskę na 
uszy i trzy pary chirurgicznych rękawiczek z cienkoskóry, a mimo to trząsł się z zimna.

Jeżeli ten generator szybko nie przestanie wytwarzać harmonicznych...
Po drodze do kabiny zauważył kilkoro członków zespołu Revoca, którzy kierowali się 

do kantyny. Pomachał im, a oni odpowiedzieli mu takim samym gestem. Wyglądało na to, że 
większość   nie   ma   nic   przeciwko   przymusowemu   wygnaniu.   Trebor   i   inni   sławni   artyści 
zostali zakwaterowani w pospiesznie wzniesionych kabinach, w których spędzali większość 
czasu. Na razie nikomu nie zezwolono na ewakuację, czy to do innej mobilnej  jednostki 
chirurgicznej,   czy   też   na   pokład   fregaty   MedStara,   bo   im   częściej   wyłączano   fragmenty 
uszkodzonej kopuły w celu przepuszczania startujących albo lądujących transportowców, tym 
szybciej   wzrastały   amplitudy   generowanych   harmonicznych.   Większość   nadlatujących 
ładowników kierowano do sąsiednich baz Pięć i Czternaście, ale ich personel medyczny miał 
ograniczone możliwości, więc niektórych żołnierzy trzeba było nadal wysyłać do Siódemki.

background image

Paczka Zana z zapasem boty leżała pod pryczą Josa. Vondar przechowywał ją, bo nie 

wiedział, co z nią zrobić, ale czuł podświadomie, że czekał właśnie na taką okazję.

Pomyślał,  że  Republice  nie  zaszkodzi   nic,  o  czym   się  nie  dowie.  Ważne,   że  może 

uratować życie ciężko chorego żołnierza... które było warte, jak zaczął sobie uświadamiać, 
tyle   samo,   co   życie   każdej   innej   inteligentnej   istoty.   Wcześniej   czy   później   trzeba   było 
opowiedzieć się po czyjejś stronie. Może nie był pewien tego czy owego, ale wiedział, że nie 
wolno pozwalać umierać temu, kogo można ocalić. I niech próżnia pochłonie każdego, kto 
twierdzi inaczej.

– Jos?
Korelianin uniósł głowę. W jego stronę kierował się pułkownik Vaetes.
Poczuł,   że   jego   krew   przemienia   się   w   kryształki   lodu   szybciej   niż   podczas 

krionaczyniowej  transfuzji. Starał się przygotować  na wiadomość,  że Tolk przebywała  w 
nieodpowiednim   miejscu   o   niewłaściwej   porze   na   pokładzie   fregaty   MedStara,   że 
potwierdzono jej tożsamość i że już nigdy nie zobaczy jej uśmiechu...

– Tolk nie stało się nic złego – usłyszał. – Właśnie się o tym dowiedziałem.
Josa ogarnęła ulga tak głęboka, że prawie się rozpłakał. Poczuł się jak podtrzymujący 

świat legendarny gigant Salta, kiedy złożył brzemię na platynowym piedestale odlanym przez 
jego brata, Yorella.

– Dzię... kuję – bąknął tylko. Żyje! – pomyślał. Tolk żyje!
– Obawiam się jednak, że szybko nie wróci – ciągnął Vaetes. – Siła eksplozji rozerwała 

cztery pokłady w spodniej części kadłuba. Na pewno wiesz, że właśnie tam znajdowały się 
hangary z lądowiskami. Tolk została, żeby zaopiekować się rannymi.

– To nieistotne – odparł Jos. – Liczy się tylko, że przeżyła.
– Merit także jest cały i zdrów – dodał pułkownik.
– Słyszałem, że opuścił naszą bazę – przyznał Korelianin. – Nie wiedziałem tylko, że 

poleciał   na   górę.   –   Zauważył   ponurą   minę   przełożonego.   –   Co   się   stało?   –   zapytał   z 
niepokojem.

– Rozmawiałem z Jedi Offee, która zwierzyła  mi się ze swoich podejrzeń – odparł 

Vaetes. – Tym razem postanowiłem dać im wiarę. Poleciłem, żeby przeprowadzono kilka 
testów,   które   potwierdziły   jej   obawy.   Wszystko   wskazuje,   że   to   nie   był   wypadek,   lecz 
sabotaż. Prawdopodobnie winę należy przypisać  tej samej  osobie albo grupie osób, które 
odpowiadają za eksplozję na pokładzie tamtego transportowca.

Jos wpatrywał się w niego, jakby nie wierzył własnym uszom. Sabotaż? Drugi raz? 

Sprawcy zniszczenia tamtego transportu boty nie wykryto, a teraz wydarzyło się to samo, ale 
na znacznie większą skalę.

Wiadomość wstrząsnęła nim do głębi. Nawet podczas wojny powinny istnieć jakieś 

reguły gry.  Szpitalne  okręty uchodziły za nietykalne  jeszcze od czasu Wielkiej  Wojny w 
nadprzestrzeni.   Krążące   najczęściej   po   stacjonarnych   orbitach   jednostki   były   wprawdzie 
łatwymi celami, ale sam pomysł ataku na nie wydawał się cywilizowanym istotom po prostu 
niedorzeczny.

A ściślej było tak... aż do tej pory.

background image

ROZDZIAŁ 16

Wyglądało na to, że Den spędza ostatnio prawie cały czas w kantynie. Nie był tym 

specjalnie   zachwycony,   chociaż   miało   to   swoje   zalety.   Po   pierwsze,   kantyna   była 
zdecydowanie najcieplejszym miejscem w całej bazie, a po drugie, to właśnie tam można było 
spotkać  najwięcej  osób inspirujących  go do relacjonowania  historii,  które  umiał  najlepiej 
opisywać.

A po trzecie, w kantynie było mnóstwo trunków.
Naprawdę   niełatwo   było   upić   Sullustanina   do   tego   stopnia,   żeby   urwał   mu   się 

holowideogram.   Jos   usiłował   kiedyś   wyjaśnić   mu   różnice   w   ich   fizjologii   za   pomocą 
kaleczących   język   słów   w   rodzaju  glikolizy,   mitochondrii   i   polimorficznej   hemosorpcji... 
Tymczasem   wszystko   sprowadzało   się   do   tego,   że   komórki   jego   organizmu   bardzo 
wybrzydzały,   jakie   i  kiedy  wybierać  cząsteczki.  Oznaczało  to,   że  ilość   trunku,  po  której 
wypiciu większość istot o ciałach zbudowanych ze związków węgla obejmowała ramionami 
czy   mackami   barki   innych   istot   i   wyśpiewywała   prastare   koreliańskie   piosenki   pijackie, 
wywoływała zaledwie przyjemny szum w jego głowie.

W obecnej chwili Sullustanin słyszał właśnie taki szum i nie miał nic przeciwko temu, 

żeby rozlegał się trochę głośniej. Zapłacił za poprzednie trunki dzięki wypłaconemu przez 
redakcję   holozinu   Istoty   honorarium   za   historię   Ulego   Diviniego,   młodego   chirurga. 
Przywołał gestem Teedle, która od razu podjechała do jego stolika.

– Jeszcze jedną johriańską whisky – poprosił. – Z grzechoczącymi kostkami, jeśli łaska.
– Sie robi, kochaniutki – odparła kelnerka. Odwróciła się i odjechała.
–  Chodziło mi  o kostki lodu! – zreflektował  się reporter. Przekonał się na własnej 

skórze,   że   idiomatyczne   oprogramowania   używających   basica   androidów   kelnerów 
pozostawia najczęściej sporo do życzenia.

–   I  pewnie   chcesz,   żebym   ci   to   podała   w   szklance,   tak?   –   odcięła   się   Teedle,   nie 

odwracając głowy.

Den się roześmiał. Nie spodziewał się usłyszeć takiej ciętej odpowiedzi. Ktokolwiek 

pracował nad jej oprogramowaniem, musiał mieć duże poczucie humoru.

Spojrzał na smętne resztki zielonego płynu, zakręcił szklanką i przypomniał sobie, o 

czym rozmawiał wcześniej z I–Five i Vondarem. Android powiedział mu kiedyś, że poczucie 
humoru  mają wszystkie  automaty jego typu.  Den zastanawiał  się, jaka część  osobowości 
Teedle została zaprogramowana, a jaka wynika z jej osobowości. Podobno istniał opracowany 
kilka wieków wcześniej prosty egzamin, który pozwalał uzyskać odpowiedź na to pytanie. 
Jeżeli rozmawiając z niewidocznym partnerem, nie potrafiło się odgadnąć, czy ma się do 
czynienia z istotą organiczną, czy cybernetyczną, należało przyjąć pierwszą ewentualność.

Sullustanin   nigdy   nie   słyszał,   żeby   takiemu   egzaminowi   poddano   jakiegokolwiek 

androida... a przynajmniej nikt nigdy się tym nie chwalił. Nie widział w tym nic dziwnego. 
Prezes zarządu ogromnego przedsiębiorstwa produkcyjnego w rodzaju Cybot Galactica albo 
Industrial Automaton mógł nie mieć ochoty, aby produkt nagle zaczął sobie wyobrażać, że 
przysługują mu te same prawa co inteligentnej istocie organicznej.

Był pewien, że 1–5 zdałby taki egzamin bez trudu. Kto wie, może zdałaby go także 

Teedle?

W końcu kelnerka przyniosła zamówiony trunek.
– Z kostkami, kochaniutki – oznajmiła. – Z zamrożoną H20, jak sobie życzyłeś.
Den   wypił   łyk.   Whisky   była   chłodna,   ale   ognista,   i   reporter   poczuł,   że   po   jego 

wnętrznościach   rozlewa   się   miłe   ciepło.   Uniósł   szklankę,   zakołysał   nią   i   chwilę   słuchał 
grzechotu kulek lodu. Pomyślał,  że od jakiegoś czasu w okolicy nie brakuje zamrożonej 
wody. Od awarii kopuły pola siłowego upłynął ponad tydzień i nic nie wskazywało, żeby 

background image

usterka miała zostać szybko usunięta. Dobrze chociaż, że technikom udało się ustabilizować 
temperaturę, chociaż na niezbyt przyjemnym poziomie minus sześciu stopni. Śnieg przestał 
padać, ale pod jego ciężarem zdążyły się zawalić dachy trzech budowli. Mimo to nawet w 
obecnej   sytuacji,   chociaż   warunki   życia   na   powierzchni   Drongara   pozostawiały   wiele   do 
życzenia, były i tak o wiele przyjemniejsze niż na Hoth. Reporter przekonał się o tym na 
własnej skórze.

Podobno w celu usunięcia awarii należało sprowadzić spoza systemu co najmniej dwie 

ważne części zapasowe. Dopóki nie zostaną dostarczone, pod kopułą miała panować mroźna 
zima.

Zauważył, że przy jednym ze stolików siedzi dwóch członków zespołu artystycznego. 

Bardzo chciałby wyciągnąć z nich jakieś informacje. Wyczuwał, że przymusowa bezczynność 
zaczyna  działać  artystom  na nerwy,  ale kto mógłby mieć  im to za złe?  Na pewno mieli 
napięty   harmonogram   występów,   który   obecnie   legł   w   gruzach.   Opisanie   ich   przygody 
wymagałoby jednak ujawnienia awarii generatora kopuły, a ci na górze postanowili utajnić tę 
informację, przynajmniej na razie. Den trochę się zżymał, kiedy się o tym dowiedział, ale 
Vaetes pozostał nieugięty. Sullustanin nie potrafił zrozumieć, do czego separatystom mogłaby 
się przydać ta wiadomość, skoro wszyscy twierdzili, że to tylko drobna usterka. Mimo to 
zakaz   publikowania   nie   został   odwołany   i   wszystko   wskazywało,   że   jeszcze   jakiś   czas 
pozostanie w mocy.

Nie miał więc do roboty właściwie nic oprócz picia kolejnych porcji trunku.
Jego sytuacji nie ułatwiał także sabotaż, jakiego się dopuszczono na pokładzie fregaty 

MedStara. Z tego, co zdołał się dowiedzieć – a mimo tylu źródeł nie było tego wiele – ktoś 
spowodował   eksplozję   świadomie.   Nie   mieściło   mu   się   to   w   głowie,   bo   wysadzenia   w 
powietrze okrętu szpitalnego nie uważano za działania zbrojne, ale za akt najzwyklejszego 
barbarzyństwa. Prawdopodobnie sabotaż miał związek z wcześniejszą eksplozją na pokładzie 
transportowca, co mogło sugerować, że do mobilnej jednostki chirurgicznej przedostał się 
jakiś szpieg separatystów.

Nie trzeba dodawać, że Den nie mógł opublikować także tej informacji, przynajmniej za 

pośrednictwem oficjalnych kanałów.

Pokręcił głową. Sytuacja wydawała się absurdalna. Szpieg? W oddalonej od frontu walk 

medycznej   bazie?   Na   powierzchni   takiej   zapadłej   dziury   jak   Drongar?   Po   wylosowaniu 
przydziału na tę planetę był pewien, że czeka go okres nudy i przymusowej bezczynności, 
okazało się jednak, że podczas pobytu na terenie Mobilnej Jednostki Chirurgicznej Siedem 
ani razu się nie nudził, ani nie narzekał na brak zajęć.

Kiedy   dopił   resztę   trunku,   do   kantyny   wszedł   I–Five.   Den   zaprosił   go   gestem   do 

swojego stolika, ale android skierował się najpierw do szynkwasu, przy którym stała Teedle.

Oboje zaczęli rozmawiać. Reporter siedział na tyle blisko, żeby ich słyszeć. Zazwyczaj 

nie miał nic przeciwko podsłuchiwaniu, ale oboje dyskutowali w binarnym, nie w basicu, i 
Den nie zrozumiał niczego z szybko następujących po sobie pisków, gwizdów i świergotów.

Kilka sekund później Teedle odeszła, żeby obsłużyć jakichś gości, i dopiero wtedy jej 

rozmówca usiadł przy stoliku reportera.

– Nie wiedziałem, że znasz binarny – zagadnął Sullustanin.
–   Dziwi   cię   to?   –   odparł   I–Five.   –   Musisz   chyba   wiedzieć,   że   oprogramowanie 

protokolarnych   androidów,   nawet   takich   jak   ja,   których   produkcja   została   wstrzymana, 
umożliwia nam władanie wieloma językami.

– Racja – przyznał reporter. – Domyślam się, że robiłeś słodkie oczy do tej młodej 

damy.

– Wcale nie – obruszył się automat. – Jeżeli już musisz wiedzieć, zapytałem o numer jej 

modelu i o parametry podłoża półprzewodnikowego jej obwodów logicznych i podzespołów.

Den był na tyle pijany, żeby uznać jego odpowiedź za zabawną.

background image

– Wspaniały tekst – wykrztusił, kiedy przestał chichotać. – Może go wypróbuję na tej 

małej  tancereczce  z zespołu Revoca. „Chodź do mojej kabiny,  złotko... podyskutujemy o 
parametrach podłoża półprzewodnikowego twoich obwodów i podzespołów".

Wybuchnął śmiechem.
– Istoty organiczne są zawsze zabawne – odezwał się I–Five. – Nawet jeżeli tylko same 

sobie się takie wydają.

Den pohamował rozbawienie, chociaż jego fałdy policzkowe nie przestały się kołysać z 

ledwo skrywanej wesołości.

–  Nie  marudź   – powiedział.  –  Jeszcze   nigdy  się nie   upiłeś,  prawda?   Miałem  kilka 

pomysłów, ale żadnego nie udało mi się wcielić w życie.

– Nie jestem pewien, czy mam być ci za to wdzięczny, czy czuć się dotknięty – odciął 

się   android.   –   Prawdopodobnie   pożądany   skutek   odniosłaby   propozycja   Kio   Merita,   ale 
zgodziłbym się na nią tylko pod warunkiem, że później odzyskałbym wszystkie dane, jakie 
mogłaby   utracić   moja   pamięć.   Dopóki   nie   będę   tego   pewien,   tłumiki   samokontroli 
uniemożliwią jakąkolwiek zmianę mojej linii bazowej.

– No cóż, wciąż jeszcze się nad tym zastanawiam – mruknął Den. –Ale nie się nie bój.
Uniósł szklaneczkę do ust i wysączył ostatnie krople trunku.
– To miło z twojej strony – stwierdził I–Five. – Czy właśnie przy takich okazjach twoja 

twarz zapoznaje się z zawartością talerza pełnego płatków shroom? Bo jeśli tak, to chociaż 
bardzo lubię zabawne zachowania istot organicznych, mam do wykonania wiele innych prac, 
podczas których nie grozi mi podobne niebezpieczeństwo.

– Jeszcze nie jestem aż tak pijany – żachnął się Sullustanin. Odstawił na blat stołu pustą 

szklankę   i   nawet   jej   nie   przewrócił,   chociaż   musiał   poświęcić   tej   prostej   czynności   całą 
uwagę.

– Najważniejsze, że sam w to wierzysz – odparł android.
Wstał i skierował się do wyjścia, ale kiedy otworzył drzwi, usunął się na bok, żeby 

wpuścić do kantyny dwie istoty. Den zmrużył oczy, niemal oślepiony blaskiem bijącym od 
zasp śniegu, i dopiero po chwili rozpoznał w nowych gościach Falleenkę i Umbaranina. Jeśli 
dobrze pamiętał, przylecieli jakiś czas wcześniej, żeby się zająć pracą administracyjną, więc 
na pewno podlegali nowemu zaopatrzeniowcowi w stopniu sierżanta. Z początku reporter im 
zazdrościł,   bo   przynajmniej   robili   coś   pożytecznego.   Tymczasem   on,   dopóki   zakaz 
publikowania nie zostanie zniesiony, miał niewiele do roboty oprócz siedzenia w kantynie i 
picia trunków.

Z drugiej strony, jeżeli o tym pomyśleć, jego zajęcie nie było wcale takie najgorsze...

background image

ROZDZIAŁ 17

Dzieło zniszczenia się dokonało.
Szpieg   stał   przed   iluminatorem   i   spoglądał   na   zielononiebieską   planetę   w   dole.   W 

wyniku eksplozji śmierć poniosły trzydzieści trzy inteligentne istoty,  unicestwieniu uległo 
siedemnaście androidów, a straty materialne osiągnęły wysokość co najmniej kilku miliardów 
kredytów. Column wiedział, że ostateczny rachunek będzie jeszcze wyższy. Otrzymał rozkaz 
zniszczenia   niższych   pokładów,   wskutek   czego   przyjmowanie   pacjentów   z   powierzchni 
Drongara zostało poważnie ograniczone. Odtąd ranni i chorzy mieli czekać na transport w 
różnych medycznych bazach i część spośród tych, którzy mogliby przeżyć, gdyby w porę 
przetransportowano   ich   na   pokład   fregaty   MedStara,   miała   umrzeć   bez   należytej   opieki 
medycznej. Eksplozja powinna także drastycznie spowolnić tempo wysyłki boty, ale nie na 
tyle, żeby zirytować władców Czarnego Słońca. Gangsterzy wiedzieli o kontaktach Columna 
z separatystami. Szpieg stąpał po kruchym lodzie, nie było co do tego wątpliwości. Musiał się 
upewnić,  że  w  sprawie  dostaw  boty  jego  usługi  dla  Czarnego  Słońca  przeważą   możliwe 
niedogodności,   w   przeciwnym   razie   do   jego   drzwi   mógłby   zapukać   Nedijanin   Kaird, 
podobnie jak kiedyś zapukał do drzwi admirała Bleyda.

Katastrofa   była   niewątpliwie   porażką   Republiki,   ale   czy   na   tyle   poważną,   żeby 

przechylić szalę zwycięstwa w tej wojnie na jej niekorzyść? Oczywiście, że nie. Była jednak, 
jak głosiło popularne powiedzenie, jeszcze jednym klocem więcej na grzbiecie bantha. Kto 
mógł wiedzieć, czy nie ostatnim, którego zwierzę nie zdoła udźwignąć? A jeżeli nie ostatnim, 
to może przedostatnim?

Mimo   to   Column   nie   czuł   satysfakcji.   Nie   miał   świadomości   dobrze   spełnionego 

obowiązku. Wysadzenie w powietrze szpitalnego okrętu czy choćby tylko jego części było 
czynem odrażającym, nikczemnym i zasługującym ze wszech miar na potępienie. Gdyby o 
jego   postępku   dowiedzieli   się   znajomi   na   Drongarze,   którzy   mieli   o   nim   dotąd   dobre 
mniemanie, odwróciliby się od niego z obrzydzeniem. Pewnie także ucieszyliby się, gdyby 
został stracony w ogniu blasterowych błyskawic. Radosnych okrzyków nie wznosiłyby tylko 
osoby z palcami na spustach...

Szpieg   wiedział,   że   nie   powinien   się   nad   tym   zastanawiać.   Bolesne   doświadczenia 

pozostawiały żywe rany i jeśli przywiązywało się do nich zbyt dużą wagę, nawet wiele lat 
później sprawiały ból jak przypalanie żywym ogniem. Najlepiej było wepchnąć je do komórki 
pamięci i przekręcić klucz w zamku. Powinny tam leżeć w ciemności do końca dni i jeśli się 
ich nie oglądało, na ogół nie sprawiały dotkliwego bólu. Czasami to był jedyny sposób, żeby 
dalej żyć.

O ile zdołał się zorientować, władze przypuszczały, że to był nieszczęśliwy wypadek, 

więc   chyba   nikt   nie   szukał   sabotażysty   ani   szpiega.   Column   wiedział,   że   wcześniej   czy 
później transporty rannych  z powierzchni planety na pokład fregaty zostaną wznowione i 
sytuacja się unormuje. Dopiero wówczas będzie mógł odlecieć i wrócić do bazy.

Żeby snuć plany następnego ciosu, jaki wymierzy siłom zbrojnym Republiki.

Jeżeli   Barrissa   dobrze   rozumiała   znaczenie   tego   słowa,   nazwanie   cudem   skutków 

domięśniowego   zastrzyku   wyciągu   z   boty,   jaki   zaaplikowała   umierającemu   żołnierzowi, 
byłoby lekką przesadą. Ale tylko lekką. Nie mogła zaprzeczyć, że mężczyzna, który zaledwie 
kilka godzin wcześniej stał na progu wieczności, był obecnie przytomny i świadomy, co się z 
nim dzieje. Gorączka zniknęła, a jeśli monitory systemów telemetrycznych funkcjonowały 
prawidłowo,   jego   szybko   obumierające   organy   jeszcze   szybciej   się   stabilizowały.   Liczba 
białych ciałek znacznie spadła, chociaż wciąż jeszcze była trochę za wysoka. Wszystkie inne 
objawy również wskazywały, że pacjent został praktycznie uzdrowiony.

background image

Coś niesamowitego, pomyślała padawanka.
Miała jeszcze sześć przekazanych przez doktora Vondara domięśniowych zastrzyków 

boty i znała kilku pacjentów, którym taki zabieg mógł bardzo pomóc. Największą ulgę jako 
środek antybakteryjny i antywirusowy przynosił chyba istotom człekokształtnym,  ale inne 
osoby   odczuwające   silny   ból,   którego   nie   potrafiły   uśmierzyć   zwykłe   narkotyki,   także 
doceniłyby siłę jego oddziaływania.

W   mobilnej   jednostce   chirurgicznej   przebywało   o   wiele   więcej   pacjentów   niż 

zazwyczaj, bo skutki eksplozji uniemożliwiały ich transport na pokład fregaty MedStara. Stan 
zdrowia   większości   był   stabilny,   ale   niektórzy   wymagali   szybkiej   specjalistycznej   opieki 
medycznej, której nie potrafił im zapewnić personel jednostki. Ich różnorodnym problemom 
mogło zaradzić podanie boty, ale Barrissa miała jej niewiele.

Jeszcze dokonując obchodu pomieszczeń ośrodka medycznego, zastanawiała się, skąd 

zdobyć   większą   ilość   cudownego   specyfiku.   Naturalnie   wszystkie   większe   uprawy   były 
dobrze pilnowane, ale Jos wyjawił jej, że tu i ówdzie spotyka się niestrzeżone małe poletka 
dzikiej   boty.   Zan   natrafił   na   kilka   kępek   i   wykorzystał   rośliny   do   sporządzenia   swoich 
preparatów. Gdyby padawanka znalazła dziko pieniące się rośliny i zebrała chociaż kilogram, 
mogłaby   sporządzić   zawiesinę,   która   wystarczyłaby   do   uleczenia   pięćdziesięciu,   a   może 
nawet   stu   pacjentów.   Nie   znała   wprawdzie   dokładnych   dawek   ani   proporcji   aktywnych 
składników   niezbędnych   do   sporządzenia   roztworu   nośnego,   ale   mogła   dokonać   analizy 
zawartości   jednego   z   dozowników   doktora   Yanta.   Chemia   i   przygotowywanie   leków   nie 
należały   do   ulubionych   przedmiotów   Barrissy   podczas   szkolenia   medycznego,   ale   z   obu 
wiedziała na tyle dużo, żeby zdać każdy z wyróżnieniem. Zamierzała wymyślić sposób, żeby 
jej starania zakończyły się sukcesem.

Jaka szkoda, że Zan nie zostawił  żadnych  notatek,  pomyślała.  Oszczędziłoby mi  to 

czasu i trudu.

Naturalnie   gdyby   ktoś   znalazł   takie   zapiski,   ich   właściciel   mógłby   mieć   duże 

nieprzyjemności. Oficjalnie to, co Zan i Jos zrobili, a do czego Barrissa się przymierzała, było 
zabronione.   Nie   było   jednak   niemoralne   i   pod   tym   względem   jej   szkolenie   Jedi   i 
wykształcenie   medyczne   nie   pozostawiały   wątpliwości.   Istniały   różne   prawa   i   przepisy. 
Niektóre uchwalano z niewłaściwych pobudek, inne miały usterki, a niemal od wszystkich 
zdarzały się odstępstwa i wyjątki.  W idealnych  okolicznościach, jeżeli rycerz  Jedi stawał 
przed   wyborem   między   przestrzeganiem   prawa   a   kierowaniem   się   nakazami   sumienia, 
powinien starać się pogodzić jedno z drugim. Tyle że okoliczności rzadko bywały idealne. W 
sytuacjach konfliktowych Jedi powinien zawsze uznawać wyższość nakazów sumienia... i być 
gotowy do ponoszenia konsekwencji, gdyby miało się to okazać konieczne.

W   tym   przypadku   jej   wybór   nie   był   trudny.   Ratowanie   życia   należało   do   jej 

obowiązków. Postąpiłaby niewłaściwie, gdyby miała pod ręką odpowiedni środek i pozwoliła 
pacjentowi   umrzeć   tylko   z   powodu   wymogów   prawa,   uchwalonego   na   potrzeby   osób 
bogatych albo obdarzonych władzą.

Usłyszała   cichy   jęk.   Odwróciła   się   i   zobaczyła,   że   jeden   z   kilku   niesklonowanych 

pacjentów,   rodiański   porucznik   o   imieniu   Zheepho,   rzuca   się   na   łóżku,   jakby   usiłował 
pokonać   unieruchamiające   go   presyjne   pole.   Rodianin   cierpiał   na   chroniczną   miażdżycę 
kości, która w ciągu wielu poprzednich lat przebiegała bezobjawowo, aby niespodziewanie 
się   uaktywnić.   Wywołujący   ją   zarazek,   mikroorganizm   będący   czymś   pośrednim   między 
wirusem  a  bakterią,   powodował   skurcze  mięśni   na  tyle  silne,   że  rozrywały   się  zakażone 
więzadła, a podczas gwałtownych ataków tężyczki czasami łamały się także kości. Nawet gdy 
dolegliwość była  leczona,  w pięćdziesięciu  procentach  przypadków  kończyła  się śmiercią 
pacjenta.   Nie   istniało   lekarstwo   gwarantujące   całkowite   wyzdrowienie,   a   większość 
dostępnych w bazie leków wywołujących zwiotczenie mięśni nie wywierała na organizmy 
Rodian   najmniejszego   wpływu.   Chirurgiczne   odłączenie   pnia   mózgowego   mogło 

background image

powstrzymać  zarówno  aferentne,   jak  i eferentne  przewodnictwo   nerwowe,  ale  –  jeśli  nie 
liczyć takiej drobnostki jak całkowity paraliż – taka operacja nie zahamowałaby konwulsji, bo 
zakażeniu uległa sama tkanka mięśniowa, nie tylko centralny system nerwowy.

Barrissa liczyła na to, że ulgę może przynieść bota. Zheepho cierpiał straszliwe męki i 

gdyby mu jakoś nie pomogła, pewnie szybko by umarł. W większości przypadków infekcja 
rozprzestrzeniała się na różne narządy i było możliwe, że niektóre najważniejsze, jak serce, 
wątroba czy płuca, po prostu odmówią posłuszeństwa. Padawanka przejrzała bazy danych, ale 
w literaturze – przynajmniej w tej, do której miała dostęp w mobilnej jednostce chirurgicznej 
– nie wspominano o możliwym wpływie boty na organizmy Rodian.

Niewiele miała jednak do stracenia, bo jeszcze nigdy specyfik nie spowodował śmierci 

istoty żadnej znanej rasy. Wiedziała także, że jeśli nie powstrzyma tężyczki, stan zdrowia 
Zheepha   pogorszy  się  do  tego   stopnia,  że   nawet  jeśli  będzie  nadal  żył,   nikt  w   mobilnej 
jednostce chirurgicznej nie zapewni mu wystarczającej opieki medycznej.

Ruszyła w stronę łóżka targanego konwulsjami Rodianina. Jeżeli chciała zaaplikować 

mu specyfik, musiała wyłączyć generator presyjnego pola i wstrzyknąć dawkę w ramię albo 
w udo. Dozownik miał wstrzelić rozpylony specyfik bezpośrednio do tkanki mięśniowej, ale 
należało   to   zrobić,   zanim   ciałem   pacjenta   wstrząśnie   seria   kolejnych   drgawek.   Barrissa 
pomyślała, że może się posłużyć Mocą, żeby unieruchomić pacjenta. Stanęła obok łóżka.

– Posłuchaj, Zheepho – zaczęła. – Nazywam się Barrissa Offee i jestem uzdrowicielką 

Jedi.

– Wy... wy... wybacz mi, że n... n... nie ws... wstanę, uz... uz... dro... wicielko – wyjąkał 

oficer przez zaciśnięte płytki wargowe.

– Mam tu specyfik, który może ci pomóc – ciągnęła padawanka, wyjmując z kieszeni 

dozownik z aerozolem. – Istnieje jednak pewne ryzyko, którego nie potrafię nawet ocenić.

Rodianin skulił się niczym wielka pięść. Tym razem spazm trwał dwadzieścia sekund, a 

na   napiętej   skórze   chorego   pojawiły   się   błękitnozielone   krople   potu.   Kiedy   atak   minął, 
Zheepho spojrzał na Barrissę.

–  W   te...   tej   chwi...   chwili,   uzdro...   wi...   cielko,   z   radością   przyjąłbym   tru...   tru... 

truciznę, gdybyś mi... mi... japo... dała – wyjąkał. – Aaaach!

Sekundę później chwycił go kolejny atak, tym razem jednak trwał krócej niż poprzedni.
– Muszę przedtem wyłączyć presyjne pole – wyjaśniła młoda Jedi. – Postaraj się leżeć 

tak nieruchomo, jak potrafisz.

– Żaden pro... pro... problem – wyjąkał Rodianin.
Barrissa czuła się bardziej niepewnie, niż się do tego przyznawała. Nie mogła wywrzeć 

wpływu   na   umysł   pacjenta,   bo   i   tak   nie   kontrolował   skurczów   mięśni,   więc   musiała 
unieruchomić Zheepha siłą. Mogła wprawdzie pomóc sobie trwającym jakiś czas naciskiem 
Mocy,   ale   wiedziała,   że   musi   bardzo   uważać,   żeby   nie   zranić   pacjenta,   co   nie   było 
szczególnie trudne z uwagi na stan jego zdrowia.

Znalazła właściwe zespolenie z Mocą, w stopniu, którego potrzebowała, i pchnąwszy ku 

Rodianinowi   falę   myśli,   przyszpiliła   go   do   łóżka.   Kiedy   się   upewniła,   że   pacjent   leży 
nieruchomo,   uzbroiła   kciukiem   dozownik   z   rozpyloną   bota.   Musiała   już   tylko   wyłączyć 
generator presyjnego pola, wyciągnąć rękę, przyłożyć wylot dozownika do mięśnia pacjenta... 
i zadanie właściwie byłoby wykonane.

Do dzieła! – pomyślała.
Wyłączyła presyjne pole i wyciągnęła ku Rodianinowi ręce. Lewą unieruchomiła jego 

nogę, a prawą przycisnęła wylot dozownika do uda. Sięgnęła kciukiem do włącznika...

W tej samej sekundzie ciałem Zheepha wstrząsnął silny spazm. Nieoczekiwanie duża 

siła skurczu mięśni sprawiła, że Barrissa straciła kontakt z Mocą.

Szybko! – pomyślała.
Kiedy przycisnęła guzik na obudowie dozownika, noga Zheepha szarpnęła się, jakby 

background image

poraziło   ją   tysiąc   woltów   elektrycznego   napięcia.   Wylot   dozownika   ześlizgnął   się   z   uda 
pacjenta, ale padawanka nie rozluźniła palców drugiej ręki, ściskających jego nogę.

W   następnej   chwili   chorym   szarpnął   drugi   skurcz   i   Barrissa   straciła   równowagę. 

Zachwiała się i osunęła na łóżko. Wylot dozownika się przemieścił, a zawartość wylała się na 
grzbiet jej drugiej dłoni.

Zawiesina rozpłynęła się po skórze. Barrissa poczuła chłód i uświadomiła sobie, że 

część boty dostała się do żyły. Szybko się wyprostowała, włączyła generator presyjnego pola i 
wyłuskała z kieszeni drugi dozownik z dawką boty. Kiedy stwierdziła, że mięśnie Zheepha 
znów zwiotczały, ponownie wyłączyła pole, przycisnęła wylot urządzenia do uda pacjenta i 
przycisnęła kciukiem guzik.

Tym razem miała więcej szczęścia.
Włączyła  generator, cofnęła się i zaczęła obserwować Rodianina. Jego ciałem nadal 

wstrząsały skurcze, ale za każdym  razem słabsze niż poprzednie. Po mniej więcej dwóch 
minutach drgawki zanikły.

Czy możliwe, żeby bota działała tak szybko? – pomyślała.
–  Ho,   ho   –   odezwał   się   Rodianin.   –   Dzięki,   uzdrowicielko.   Nie   mam   pojęcia,   co 

zrobiłaś, ale będę ci za to wdzięczny do końca życia.

Padawanka się uśmiechnęła.
–Wrócę tu za jakiś czas i zobaczę, jak się czujesz – obiecała.
Zheepho   leżał   na   Zielonym   Łóżku,   ostatnim   w   rzędzie   na   tym   oddziale.   Barrissa 

przeszła przez obszar sterylizującego pola i skręciła do magazynu. Zaczerpnęła energii Mocy 
i skierowała ją w głąb własnego ciała. Wprawdzie bota nie wywierała szkodliwego wpływu 
na organizmy ludzi, jej organizm otrzymał jednak dosyć dużą dawkę. Nie wyczuwała żadnej 
różnicy, ale...

W następnej chwili otoczyło ją pozbawione źródła światło.
Zamrugała i zobaczyła, że trzy metry od niej, pod przeciwległą ścianą, stoi mistrzyni 

Luminara Unduli. Jej nauczycielka patrzyła na nią i zagadkowo się uśmiechała.

– Mistrzyni?  – zapytała  zaskoczona  Barrissa. – Skąd się tu... Wizerunek  Luminary 

zamigotał, stał się półprzezroczysty, potem przezroczysty i w końcu zniknął niczym blask 
zgaszonego pręta jarzeniowego.

Barrissa   odetchnęła   głęboko   i   poczuła   w   sobie   przypływ   energii...   czystej, 

nieokiełznanej, bezkresnej potęgi. Stała się transcendentna, niemal wszechmocna. Znajdowała 
się równocześnie w swoim ciele i poza nim. Miała świadomość postrzegania poza trzema, a 
nawet czterema wymiarami. Odnosiła wrażenie, że może chwycić tkankę czasoprzestrzeni, 
obrócić ją i skręcić, w jaki sposób zechce. Jedną oślepiająco krótką chwilę czuła Moc jak 
nigdy   do   tej   pory...   jakby   poza   Mocą   nie   istniało   nic   innego.   Uzyskała   coś   w   rodzaju 
kosmicznej świadomości, dzięki której czuła się zespolona ze wszystkim i wszędzie, zdolna 
do zrobienia wszystkiego, cokolwiek przyjdzie jej do głowy...

W ciągu tej trwającej mgnienie oka albo całą wieczność chwili stała się samą esencją 

Mocy.

Słońca rodziły się i gasły, cywilizacje na planetach rozkwitały i upadały, a czas płynął z 

szybkością blasterowej błyskawicy albo okrętu mknącego przez nadprzestrzeń, ale Barrissa 
czuła, że może śledzić wszystkie wydarzenia. Dostrzegała najdrobniejsze szczegóły na każdej 
planecie we wszystkich galaktykach, aż po najdalsze krańce wszechświata.

To było niesamowite uczucie, niemożliwe do opisania. Właśnie tak musiałoby się czuć 

bóstwo, gdyby jakieś istniało.

Padawanka nie potrafiłaby powiedzieć, ile czasu spędziła w takim stanie, kilka chwil 

czy kilka eonów, bo czas stracił dla niej wszelkie znaczenie...

A potem wszystko się skończyło. Chwiejąc się, młoda Jedi podeszła do ściany, oparła 

się o nią plecami i zaskoczona dziwnym zjawiskiem, powoli osunęła się i usiadła na zimnej 

background image

posadzce.

Oddychała z wysiłkiem. Czuła się, jakby potężna fala wyrzuciła ją na brzeg oceanu, ale 

w jej głowie wciąż jeszcze krążyło wspomnienie poprzedniego stanu. Czuła się wyczerpana, 
ale zarazem... w pewnym sensie mądrzejsza.

Co to było? – pomyślała. Co mi się właściwie przydarzyło?

background image

ROZDZIAŁ 18

Jos   nie   przypominał   sobie,   żeby   kiedykolwiek,   odkąd   wylądował   na   powierzchni 

planety,   był   bardziej   podniecony.   Czekał   niecierpliwie   na   lądowanie   transportowca,   na 
którego pokładzie wracała Tolk. Stał na skraju lądowiska i raz po raz spoglądał w górę, ale z 
powodu kłębiących się pod kopułą przeklętych chmur niczego nie mógł dostrzec. Chociaż 
androidy usuwały śnieg ciągle, całą dobę, w niektórych miejscach zaspy sięgały do wysokości 
piersi.   Do   tej   pory   pracownicy   mobilnej   jednostki   chirurgicznej   sklecili   naprędce   tyle 
grzejników, że w  większości zamkniętych  pomieszczeń  panowała  znośna  temperatura.  W 
niektórych było nawet ciepło, ale sytuacja pozostawała nadal kłopotliwa. Snujące się nisko 
mgły i opary uniemożliwiały zobaczenie czegokolwiek na odległość większą niż kilkadziesiąt 
metrów.   Wszyscy   czuli   się,   jakby   żyli   w   półprzezroczystej   wielkiej   bańce.   W   ciągu 
poprzedniej doby nie wydarzył się ani jeden atak nieprzyjaciół w pobliżu bazy, nigdzie też nie 
wylądowała zabłąkana rakieta ani śmiercionośny strumień zjonizowanych cząstek. Gdyby to 
zależało od Vondara, wyłączyłby całkowicie generator kopuły pola siłowego, pozwolił, żeby 
śnieg się roztopił – co na pewno nie potrwałoby długo – i dopiero wtedy polecił technikom 
usunięcie  awarii. Co prawda, gdyby to od niego zależało,  w ogóle by się nie znalazł na 
powierzchni tej zapowietrzonej planety. No i nikt by nie potrzebował ochronnych kopuł, bo 
po prostu nie doszłoby do wybuchu tej przeklętej wojny.

W pewnej chwili w niewidzialnej wypukłości otworzyło się okno, przez które przeleciał 

transportowiec   z   Tolk   na   pokładzie.   Szybka   wymiana   gorącego   i   lodowatego   powietrza 
wprawiła chmury i kłęby mgły w wir podobny do miniaturowej trąby powietrznej. Kilka 
minut później okno w kopule się zamknęło i wir zniknął, a po chwili z chmur wyłonił się 
transportowiec, który zawisnął nad odśnieżoną płytą lądowiska. Krótko potem spod kopuły 
zaczęły się sypać kolorowe płatki śniegu. Miały czerwonawe zabarwienie dzięki koloniom 
zarodników, które dostały się przez okno i zostały w mgnieniu oka zamrożone.

Trwało  chyba  całą   wieczność,  zanim  statek  wylądował  i  opadła  rampa   ładownicza. 

Zeszło po niej pięcioro ludzi i dopiero wtedy w otworze włazu pojawiła się Tolk. Pielęgniarka 
była   ubrana   w   chirurgiczny   kitel,   a   jej   bagaż   ciągnął   android   tragarz.   Jos   zauważył   na 
obnażonych przedramionach Tolk ślady odmrożenia.

Na widok ukochanej poczuł falę radości, która przyprawiła go niemal o zawrót głowy. 

Podbiegł do Tolk, by ją objąć. Lorrdianka odprężyła się w jego objęciach, ale po chwili jakby 
zesztywniała.

– Witaj – odezwał się Vondar. – Nic ci się nie stało?
– Nic a nic. – Tolk rozejrzała się i wzdrygnęła. – Nie żartowałeś, kiedy opowiadałeś mi 

o kaprysach tutejszej pogody.

– Nie jest tak źle – pocieszył ją Jos. – Tylko w pobliżu budynku archiwum panuje coś w 

rodzaju bieguna zimna. Zalega tam tyle śniegu, że skryłby nawet wampę na szczudłach. – 
Ujął ją za rękę i delikatnie zawrócił do obozu. – Chodźmy do środka, to się trochę ogrzejesz.

Nie puszczając jej ręki, skierował się do swojej kabiny.
–  Zajrzyjmy najpierw do mnie – zaproponowała Tolk. – Powinnam tam mieć jakąś 

kurtkę.

Jos wzruszył ramionami.
– Jak chcesz – powiedział.
Kiedy znaleźli  się w jej kabinie,  Jos stwierdził, że zainstalowany i nieco wcześniej 

włączony przez niego grzejnik zdążył nadać powietrzu znośną temperaturę. Tolk usiadła na 
pryczy.

– Śnieg – stwierdziła. – Na Drongarze. Coś niebywałego.
– Szybko się do niego przyzwyczaisz – stwierdził Korelianin. – Pewnie będziesz go 

background image

traktowała jako coś w rodzaju wrzodu na pośladku... zwłaszcza zważywszy na naszą trudną 
sytuację.   Jeżeli   tamci   na   górze   nie   zaczną   szybko   odbierać   od   nas   pacjentów,   będziemy 
musieli   układać   ich   w   magazynach,   bo   już   w   tej   chwili   zaczyna   brakować   miejsc   na 
oddziałach.

Tolk   kiwnęła   głową.   Jos   uświadomił   sobie,   że   wygląda   na   zmęczoną.   Zmęczoną   i 

wymizerowaną.

– Bardzo źle było tam w górze? – zapytał współczująco.
Pielęgniarka westchnęła.
–  Nie   dla   mnie   –   powiedziała.   –   Pełniłam   dyżur   na   pokładzie   dowodzenia.   Przed 

odcięciem rozhermetyzowanych sekcji kadłuba odczuliśmy tylko silny wstrząs. Nie znałam 
ani jednej osoby spośród ofiar, a rannymi i wszystkimi, którym udało się uratować, zajęły się 
ekipy ratunkowe pełniące służbę wiele pokładów niżej.

Jos pokręcił głową.
– Nie do wiary – westchnął. – Żeby wysadzać w powietrze szpitalny okręt!
– To rzeczywiście haniebny czyn – przyznała Lorrdianka, ale jej głos miał beznamiętne, 

obojętne brzmienie.

Zapadła niezręczna cisza.
– Przyrządzić ci trochę stymkafeiny? – zapytał w końcu Yondar.
Bardzo chętnie.
Chirurg zakrzątnął się, żeby przygotować gorący napój.
– A jak się miewa mój drogi starszy kuzyn Erel? – zapytał w pewnej chwili.
Tolk odwróciła głowę i spojrzała na swoją torbę.
–Świetnie – mruknęła.
Jos doszedł do wniosku, że nawet jeżeli wziąć pod uwagę przeżycia dziewczyny w 

ciągu kilkunastu poprzednich dni, jej zachowanie wydaje się bardzo dziwne.

– Tolk? – zagadnął. – Na pewno nic ci nie jest?
Pielęgniarka machnęła ręką.
– Nie–e, czuję się doskonale – powiedziała. – Po prostu jestem zmęczona, to wszystko. 

Przeżyłam... trudne chwile.

– Jasne – przyznał Yondar z wahaniem. – Może pójdziemy do kantyny, żeby coś zjeść i 

czegoś się napić? Co ty na to?

Lorrdianka spojrzała na niego.
– Przepraszam cię, Jos, ale chyba nie mam ochoty – powiedziała.
– W porządku, nic nie szkodzi – zapewnił Korelianin.  – Możemy zostać  tu, żaden 

problem. Uhm... mógłbym przynieść coś do jedzenia ze stołówki...

– Posłuchaj, Jos – przerwała Tolk ostrym tonem, który słyszał stanowczo zbyt wiele 

razy od zbyt wielu najbliższych krewnych. – Ja... wydaje mi się, że muszę tylko odpocząć.

– Aha – mruknął Vondar. – Jasne, naturalnie...
Zawahał   się,   niepewny,   co   powiedzieć.   Tolk   nie   wyglądała   na   zachwyconą   ich 

spotkaniem.   Mogła   być   naprawdę   zmęczona,   a   wydarzenia   ostatnich   tygodni   musiały 
wywrzeć wpływ na jej psychikę... ale była przecież chirurgiczną pielęgniarką w wojskowym 
szpitalu. W ciągu miesiąca oglądała śmierć większej liczby istot, i to w bardziej drastycznych 
okolicznościach,   niż   wiele   innych   pielęgniarek   w   ciągu   dziesięciu   lat.   Była   odporna   jak 
durastal, więc jakim cudem eksplozja, której najgorszych skutków nawet nie widziała, mogła 
zrobić na niej takie wrażenie?

Spojrzał na chronometr.
– Za kilka minut zaczyna się mój dyżur – powiedział i z zaskoczeniem uświadomił 

sobie, że jest wdzięczny losowi za pretekst do rozstania się z Tolk. – Ja... skontaktuję się z 
tobą, kiedy skończę, dobrze? Oczywiście jeżeli nie będziesz miała nic przeciwko temu.

– Naturalnie, że nie – bąknęła pielęgniarka.

background image

Jos podszedł bliżej i objął ją, ale jeszcze raz odniósł wrażenie, że mięśnie Tolk napinają 

się pod dotykiem jego dłoni. Pocałował ją i dziewczyna odwzajemniła pocałunek, ale było 
tak, jakby całował się z siostrą... Nie wyczuł nawet odrobiny namiętności.

Kiedy, osłaniając oczy przed padającymi  płatkami śniegu, brnął do sali operacyjnej, 

ogarnął go nieokreślony niepokój. Tolk wróciła z wyprawy na pokład fregaty odmieniona. 
Nie miał pojęcia, dlaczego ani jak, ale nie była tą samą osobą, która tam poleciała.

Przeczuwał, że wydarzyło się coś złego. Coś bardzo złego...

Kiedy Den usiadł na zwykłym miejscu przy stoliku do sabaka, od – pierwszej chwili 

wyczuł, że coś się zmieniło, ale nie od razu uświadomił sobie, co takiego. Dopiero kiedy 
uniósł rękę, żeby zamówić porcję trunku, zauważył, że w kantynie nie ma Teedle.

Pomyślał,   że   to   dziwne.   W   przeciwieństwie   do   istot   organicznych,   androidy   nie 

pracowały na zmiany. Teedle pełniła służbę zawsze, kiedy kantyna była otwarta, tym razem 
jednak nigdzie jej nie widział.

Nie widział także Josa ani Tolk, ale pamiętał, że pielęgniarka zaledwie kilka godzin 

wcześniej wróciła z pokładu fregaty MedStara, więc nie widział w tym  nic niezwykłego. 
Oprócz  niego  przy stoliku siedzieli  Barrissa, I–Five  i nowa osoba, której  widok od razu 
poprawił mu humor: Eyara Marath, sullustańska piosenkarka z zespołu artystycznego Revoca. 
Czarująca istota zajmowała miejsce dokładnie naprzeciwko niego po drugiej stronie stolika. 
W pewnej chwili uniosła głowę znad szklanki i ciepło się do niego uśmiechnęła.

Reporter odpowiedział jej uśmiechem. Od jakiegoś czasu się zastanawiał, jak zawrzeć z 

nią znajomość, a oto nadarzała się fantastyczna okazja. Od tak dawna nie widział żadnej innej 
istoty płci pięknej swojej rasy, że chyba nawet wiedźma–czarownica To'onalk wydałaby mu 
się pociągająca. Naturalnie nic podobnego mu nie groziło, bo Eyara wyglądała uroczo niczym 
bogini piękności. Była na tyle młoda, że prawdopodobnie mógłby być jej ojcem, ale jeżeli 
sądzić   z   zalotnego   spojrzenia,   wcale   tak   o   nim   nie   myślała.   Miała   czarne   jak   obsydian, 
błyszczące i wielkie nawet jak na istotę z Sullusty oczy i łagodnie zaokrąglone, kształtne, 
duże uszy, a na policzkowych fałdach skóry perliły się kropelki śliny. Kiedy zaszczyciła go 
uśmiechem, na jej twarzy pojawiły się różowawe rumieńce.

O tak. Miał przed sobą wcielenie piękna!
– Wa loota maga nu – odezwała się piosenkarka. – Mi nama Eyara Marath.
Den zamrugał. Wypowiadała słowa z niewłaściwym akcentem, zupełnie jak istota płci 

pięknej pragnąca się przypodobać towarzyszowi życia.

– Wa denga, seet' boos 'e – powiedział. – Mi nama Den Dhur.
Jego rozmówczyni znów się uśmiechnęła i reporter uświadomił sobie, że już nie jest mu 

zimno. Ani trochę. Nie musiał się czuć przy tym stoliku jak staruszek.

– A gdzie Teedle? – zagadnął pozostałych graczy. Nagle zapragnął się czegoś napić.
Nikt mu nie odpowiedział.
Reporter spojrzał na Merita, ale rosły Eąuanin wyglądał na zakłopotanego.
– Już tu nie pracuje – odparł cicho.
– Co takiego? – żachnął się Den. – Dostała przydział gdzie indziej? Przecież dopiero 

niedawno zatrudniono ją w naszej kantynie.

Pomyślał, że dwie albo trzy szklaneczki blastera bardzo pomogłyby mu się odprężyć. 

Wprawdzie mógłby się bez nich obejść, ale...

Zorientował się, że zapadła kolejna niezręczna cisza, którą przerwał w końcu 1–5.
– Jednostka TDL–pięć–zero–jeden została zdezaktywowana – oznajmił cicho.
– Powtórz, proszę – zażądał Sullustanin.
–   Technicy   poszukiwali   podzespołu   centralnego   motywatora   –   wyjaśnił   android.   – 

Jednostka TDL–pięć–zero–jeden była jednym z ostatnich modeli firmy Cybot Galactica, a 
techniczne   parametry   jej   motywatora   typu   YX–90   były   identyczne   jak   motywatora   do 

background image

generatora fazowych harmonicznych kopuły naszego pola siłowego. Trzeba było...

Den uniósł rękę i przerwał androidowi.
– Zaraz, zaraz – burknął, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom.
–   Chcesz   powiedzieć,   że   rozłożono   ją   na   części,   żeby   funkcjonować   mogło   inne 

urządzenie?

Gdyby   to   było   możliwe,   głos   I–Five   brzmiałby   jeszcze   bardziej   beznamiętnie   niż 

zwykle, a jego twarz przybrałaby bardziej nieprzenikniony wyraz.

–   Specjaliści   z   sekcji   inżynieryjnej   stwierdzili,   że   upłynie   przynajmniej   pięć 

standardowych   tygodni,   zanim   sprowadzą   rezerwowy   motywator   do   uszkodzonego 
generatora, więc zaczęli się rozglądać za odpowiednimi częściami zamiennymi – zaczął z 
namysłem. – Zażądali, żeby jednostka TDL–pięć–zero–jeden...

–Teedle – poprawił go z naciskiem Sullustanin. – Nazywa się Teedle.
Protokolarny android umilkł i jakiś czas się nie odzywał.
–   Zażądali,   żeby   przekazała   im   jednostkę   typu   YX–90   –   podjął   w   końcu.   –   Jej 

parametry robocze mieściły się w zakresie umożliwiającym dostrojenie generatora fazowych 
harmonicznych.

Den wpatrywał się w androida z szeroko otwartymi ustami.
–  Nie do wiary – powiedział po chwili. – Rozebrali ją na części? Jak śmieli? Teedle 

była kimś więcej niż tylko... – Urwał, kiedy dotarło do niego pełne znaczenie słów androida. 
– Parametry robocze – mruknął.

– Przypominam sobie, że kiedyś rozmawiałeś z nią na ten temat.
– Posłuchaj, Den, I–Five nie jest... – zaczęła Barrissa. Reporter zignorował ją i wbił 

spojrzenie w androida.

– To ty ją wystawiłeś, prawda? – zapytał oskarżycielskim tonem.
– Otrzymałem polecenie ustalenia potencjalnej przydatności jej motywatora – odparł I–

Five.

– Nie do wiary! – Sullustanin pokręcił głową. – Skazałeś na zagładę kogoś podobnego 

do siebie.

– Rozumiem twoje oburzenie, ale nie masz pojęcia o dwóch ważnych faktach – wtrąciła 

Barrissa.

Den zwrócił uwagę, że jej głos ma dziwne brzmienie, ale nie miał czasu się nad tym 

zastanawiać.   Jego   ulubiona   kelnerka   zniknęła,   a   winę   za   to   ponosił   1–5,   jej   rzekomy 
przyjaciel.

– Wiem wszystko, co muszę wiedzieć... – zaczął.
– Teedle zgłosiła się na ochotnika, Den – uciął Merit. Reporter przeniósł spojrzenie na 

eąuańskiego empatę.

– Coś ty powiedział? – zapytał.
– Wiedziała, jakie będą konsekwencje – ciągnął Kio. – To ona się zorientowała, że jej 

motywator ma prawie identyczne parametry jak ten, którego szukali technicy. I–Five tylko 
potwierdził jej przypuszczenia. To wcale nie był jego pomysł.

Den   pokręcił   głową.   Wypatroszyli   ją,   pomyślał   ponuro.   Teedle   była   istotą   równie 

inteligentną jak wszystkie inne siedzące przy stoliku do sabaka, a do tego zabawną, ale ktoś 
jednym szarpnięciem ją wypatroszył.

–  Wydaje   mi   się,   że   jesteś   winien   I–Five   przeprosiny   –   odezwała   się

Barissa.

Także tym razem jej głos brzmiał jakby inaczej, chociaż trudno byłoby powiedzieć, 

dlaczego. Padawanka wydawała się... no cóż, starsza. O wiele starsza. Ale przecież to było 
niemożliwe.

–   Nie   ma   takiej   potrzeby   –   odezwał   się   automat.   –   Mimo   wszystko   jestem   tylko 

protokolarnym androidem. Dlaczego miałbym się czuć urażony?

background image

Den westchnął.
– Przepraszam cię, I–Five – powiedział. – Okazało się, że moje podejrzenia są... odległe 

od prawdy o wiele parseków. Ja, uhm... och, niech to zaraza! Lepiej zagrajmy w sabaka.

Karty zaczął rozdawać Kio, bo wiele rozdań wcześniej gracze postanowili zrezygnować 

z usług Karcianego Rekina, który tkwił smętnie w kącie sali.

Więc to tak, pomyślał reporter. Jeszcze jedna różnica między istotami organicznymi a 

androidami. Rozmawiasz z nimi jak z żywymi osobami, ale okazuje się, że w każdej chwili... 
mogą zostać rozebrane na części, bo mają element albo podzespół, który bardziej przydałby 
się gdzie indziej. Naturalnie, podczas wojny ginęły także żywe istoty... w mgnieniu oka mogli 
stracić życie przyjaciele, z którymi się piło albo grało w karty, ale to było coś innego niż w 
przypadku androidów. Den doszedł do wniosku, że musi się nad tym głębiej zastanowić.

Sięgnął   po swoje  karty  i  zauważył,  że  Eyara  Marath  znów   uśmiecha  się  do  niego. 

Odwzajemnił   jej   uśmiech   i   pomyślał,   że   to   dobry   omen.   Wszystko   wskazywało,   że 
Sullustanka nie czuje się urażona jego napadem złego humoru. Była wyjątkowo urodziwa. Od 
jak dawna nie siedział przy jednym stole z istotą płci pięknej swojej rasy? Od jak dawna nie 
łączyła go z żadną bliska zażyłość? Stanowczo zbyt długo.

Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl.
– No cóż, przykra sprawa, ale mówi się trudno – mruknął, nie zwracając się do nikogo 

w szczególności. – Mimo wszystko, kiedy nadejdą zamówione części zapasowe, technicy 
naprawią Teedle i znów będzie jak nowa. Mam rację?

Zapadła jeszcze jedna niezręczna cisza. Przerwał ją I–5.
–  Technicy   nie   złożyli   zamówienia   na   nowy   motywator   –   oznajmił   łagodnie.   – 

Wojskowi   wypłacą   odszkodowanie   korporacji,   do   której   należała   Teedle,   ale   nie   widzą 
potrzeby płacenia drugi raz takiej samej sumy za instalowanie nowego motywatora.

Den osłupiał. Znów spojrzał na androida, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom.
– Niech to zaraza – burknął w końcu.
– Słuszna uwaga – odparł automat.
Merit skończył rozdawać karty.

background image

ROZDZIAŁ 19

Jos   zdobył   kurtką   i   parę   termicznych   rękawic,   co   oznaczało,   że   usterka   generatora 

kopuły zostanie prawdopodobnie szybko usunięta. Wydawało mu się, że ilekroć starał się na 
coś przygotować, krótko potem znikała potrzeba takich starań. Na razie jednak czuł się o 
wiele lepiej.

Kiedy szedł do stołówki, usłyszał świergot osobistego komunikatora.
– Panie doktorze Vondar, mamy problem w sali operacyjnej – usłyszał głos jednej z 

pielęgniarek.

– To nie moja zmiana... – zaczął.
– Tak, panie kapitanie, pułkownik Vaetes o tym wie, ale prosi, żeby pan wpadł.
– Dobrze. Już idę – odparł Korelianin.
Tego dnia w sali operacyjnej ratowano życie tylko kilku pacjentom. Wokół jednego ze 

stołów zgromadziło się jednak sześć osób, pielęgniarek i lekarzy, do których należał także 
Vaetes. Na widok wchodzącego Josa pułkownik cofnął się od stołu, ale pozostali zasłaniali 
pacjenta Josowi.

– Jestem, panie pułkowniku – zameldował Vondar. – W czym problem?
–  Czy kiedykolwiek operowałeś Nikta? – zapytał przełożony. Zaskoczony Jos uniósł 

brwi.

– Trafił do nas rogatogłowy? – zapytał. – Nie miałem pojęcia, że jacyś przebywają na 

powierzchni tej planety.

– Obawiam się, że tak – odparł Vaetes. – To jeden ze zbieraczy pracujących na polach 

boty. Jego żniwiarka najechała na niewybuch i została rozerwana na kawałki. Pacjent ma w 
ciele mnóstwo odłamków, a żaden z nas nigdy nie operował Nikta. Ty masz o wiele większe 
doświadczenie, więc może kiedyś miałeś z jakimś do czynienia.

Jos głęboko odetchnął.
– Nie po pierwszym roku praktyki – przyznał ponuro. – Obawiam się, że nie mam 

odpowiednich kwalifikacji, wymaganych...

– Ale nikt z nas w ogóle żadnego nie kroił, Jos – przerwał łagodnie Vaetes. – Nawet 

porucznik   Divini.   Twoja   wiedza   z   tamtego   okresu   to   więcej   niż   wszystko,   czym 
dysponujemy.

Naturalnie miał rację.
– Przygotuję się do operacji – odparł z rezygnacją Korelianin.
– Dzięki – oznajmił dowódca. – Tolk już tu jest, to ci pomoże.
Jos pokiwał głową.
Kiedy wysterylizował ręce, jedna z pielęgniarek ubrała go w kitel i pomogła mu włożyć 

chirurgiczne rękawice. Podszedł do stołu operacyjnego i zobaczył po drugiej stronie Tolk, 
która   układała   potrzebne   narzędzia.   Bardzo   chciałby   ją   zapytać   o   samopoczucie,   ale 
obserwowało ich zbyt wiele osób, żeby w takich warunkach rozmawiać na tematy osobiste.

Nagle, jakby jakieś znudzone bóstwo wojenne umiało czytać w jego myślach, dał się 

słyszeć coraz głośniejszy pomruk jednostek napędowych nadlatujących ładowników.

– Uwaga, nowi pacjenci! – zawołał Vaetes. – Jos, dasz sobie sam radę?
– Prawdopodobnie nie, ale i tak mi nie pomożecie, patrząc na ręce – odparł Vondar. – 

Zajmijcie się nimi. Zawołam was, jeżeli będę miał jakiś problem.

Przy   rannym   pacjencie   zostali   tylko   Jos,   Tolk   i   kilka   czekających   w   pogotowiu 

sterylnych   androidów.   Korelianin   spojrzał   na   pielęgniarkę.   Umieszczone   pod   sufitem 
oświetlenie,   stykając   się   z   granicą   pola   elektrostatycznego,   okalało   jej   głowę   pajęczyną 
mikroskopijnych rozbłysków, co sprawiało, że wyglądała jak anioł. Nawet w kitlu i w masce 
jest piękna, pomyślał Vondar.

background image

– Cześć – powiedział.
– Cześć – odparła Lorrdianka, ale w widocznych nad maską oczach nie pojawił się 

nawet cień uśmiechu. Prawdę mówiąc, w ogóle na niego nie patrzyła.

Jos   przyjrzał   się   pacjentowi.   Niktowie   byli   gadopodobnymi   istotami   o   twarzach 

okolonych   wianuszkiem   niewielkich   rogów   z   dwoma   większymi   wyrastającymi   z   brody. 
Vondar słyszał o czterech  czy pięciu odmianach  Niktów, a jego pacjent miał zielonkawą 
skórę, co wskazywało, że pochodzi z zalesionych nadmorskich rejonów macierzystej planety. 
Leżał na stole rozebrany, a na jego torsie widniało kilka zasklepionych ran.

Jos wiedział, że czeka go zadanie podobne jak w przypadku każdego innego pacjenta. 

Musiał   wysondować   kanał   każdej   rany,   wyciągnąć   odłamek   i   pozszywać   albo   wymienić 
uszkodzone organy. Niestety nie mógł ich niczym zastąpić, bo był pewien, że w banku nie 
przechowywano ani jednego sklonowanego organu Nikta.

Także przy wyciąganiu odłamków czekało go sporo roboty. Porastające skórę Nikta 

łuski mogły się przemieszczać, żeby osłaniać zranione miejsca. Dzięki wielu tysiącleciom 
procesu ewolucji reakcja zachodziła odruchowo i miała na celu ochronę ran przed zakażeniem 
do czasu, aż się zasklepią i zagoją. Na ogół to wystarczało... ale też żadna istota rasy Nikto 
nie miała w ciele kilku sporych kawałków durastali.

–   Musimy   zlikwidować   napięcie   mięśni   na   tyle,   żeby   dało   się   unieść   płytki   łusek 

podbrzusza – odezwał się Jos do Paleel, jednej z pielęgniarek, która nie wysterylizowała rąk i 
nie brała czynnego udziału w operacji. – Zorientuj się, jaki środek działa w taki sposób na 
organizmy Niktów.

– Już to sprawdziłam – odparła pielęgniarka. – Myopleksaril, wariant czwarty. Trzy 

miligramy na każdy kilogram masy ciała pacjenta. Dożylnie.

– W porządku – mruknął Vondar. – Ile może ważyć nasz pacjent?
– Sześćdziesiąt kilogramów.
Jos dokonał w pamięci niezbędnych obliczeń.
– Więc podamy mu sto osiemdziesiąt myopleksarilu, czwórki, dożylnie – zdecydował.
Ktoś włączył urządzenie do dożylnych zastrzyków. Był to zabieg dość prosty, ale Jos 

nigdy   nie   lubił   aplikować   takich   zastrzyków   inteligentnym   gadom,   bo   szukanie   żył   pod 
porośniętą   łuskami   skórą   stanowiło   zazwyczaj   nie   lada   wyzwanie.   W   obecnej   chwili   nie 
dysponował   jednak   osmotycznymi   kroplomierzami   i   musiał   się   zadowolić   tym,   co   miał. 
Threndy, druga pielęgniarka, napełniła komorę dozownika środkiem zwiotczającym mięśnie i 
jeszcze raz się upewniła, czy lekarstwo i dawka są właściwe. Dopiero wtedy przycisnęła 
wylot wtryskiwacza do ciała pacjenta.

Jos wiedział, że na działanie leku musi poczekać. Odwrócił się do pielęgniarki.
–  Threndy,   zechciej   w   tym   czasie   uporządkować   narzędzia   –   polecił.   –   Paleel,   na 

wszelki wypadek przynieś drugi zestaw do operowania inteligentnych gadów. Tolk, chodź tu i 
pomóż mi sklasyfikować jego rany.

Pielęgniarki zakrzątnęły się, żeby wykonać jego polecenia. Kiedy Tolk obeszła stół i 

stanęła obok niego, Jos pomyślał, że jeśli odezwie się szeptem, nikt go nie usłyszy.

– Dobrze się czujesz? – zapytał.
Lorrdianka nie oderwała spojrzenia od ran pacjenta.
– Nic mi nie jest – szepnęła.
–   Chyba   jednak   coś   ci   dolega   –   nie   dawał   za   wygraną   Vondar.   –   Odkąd   stamtąd 

wróciłaś, wydajesz się jakaś... no cóż, nieobecna.

Tolk popatrzyła na niego, ale zaraz przeniosła spojrzenie na Nikta.
– Wygląda na to, że jeden odłamek utkwił w śledzionie... jeżeli istoty tej rasy w ogóle 

mają śledziony – powiedziała, pokazując zasklepioną ranę.

– Nie zmieniaj tematu, Tolk – poprosił chirurg.
Pielęgniarka westchnęła.

background image

–   Co   mam   ci   powiedzieć,   Jos?   –   zapytała.   –   To   nie   była   wizyta   w   ośrodku 

rozrywkowym.   Widziałam   osoby   wylatujące   w   przestworza   niczym   dojrzałe   nasiona 
trzaskodrzewa. Szczęśliwi umierali od razu.

– Ludzie umierają tu każdego dnia – przypomniał Vondar. – Chyba zdążyłaś się do tego 

przyzwyczaić.

– To nie było to samo – sprzeciwiła się Lorrdianka.
– To nie twoja wina, Tolk – stwierdził Korelianin.
Spojrzała na niego urażona i chciała coś powiedzieć, ale w tej samej chwili zwiotczały 

mięsień podbrzusza pacjenta pozwolił łusce się cofnąć... i z odsłoniętej rany trysnęła fontanna 
purpurowej hemolimfy, która trafiła w pierś chirurga.

Kilka   następnych   minut   wszyscy   mieli   pełne   ręce   roboty   z   powstrzymywaniem 

wypływu   ważnego   płynu   ustrojowego.   W   końcu   Jos   cofnął   się   od   stołu   operacyjnego   i 
powierzył   to   zadanie   pielęgniarkom   i   androidom.   Musiał   się   przebrać   i   na   nowo 
wysterylizować ręce, a to oznaczało, że poważna rozmowa z Tolk się odwlecze.

Niech to zaraza.
Nie   zamierzał   się   jednak   poddawać.   Wydarzyło   się   coś   złego,   czego   nie   dało   się 

wytłumaczyć tylko urazem po przeżyciach na pokładzie fregaty MedStara. Tolk nie wyjawiła 
mu całej prawdy, a on nie zamierzał spocząć, dopóki jej nie odkryje.

Barrissa Offiee nie bardzo potrafiła się skupić na zadaniu. Na łóżku w sali operacyjnej, 

gdzie przebywała,  leżał  żołnierz...  a ściślej część żołnierza,  bo jego nogi do połowy uda 
rozszarpał   jakiś   szrapnel.   Leczenie   pacjenta   miało   polegać   na   zastąpieniu   jego   nóg 
cybertronicznymi   protezami...   zrobotyzowanymi   kończynami,   które,   po   pokryciu   warstwą 
syntetycznej skóry, nie powinny się prawie różnić od prawdziwych. Zamierzając przygotować 
żołnierza do tego zabiegu, padawanka musiała się posłużyć Mocą, żeby łagodzić układowe 
wstrząsy   jego   organizmu.   Wystarczyło   uspokoić   jego   autonomiczny   układ   nerwowy   i 
pobudzić   modyfikatory   reakcji   biologicznych,   więc   jej   zadanie   nie   było   specjalnie 
skomplikowane. Wykonywała je bezbłędnie dziesiątki razy i nie miała powodu się obawiać, 
że tym razem stanie się inaczej.

Mimo to nie potrafiła się do tego zabrać.
Od czasu tamtego olśnienia, tamtego kosmicznego zespolenia, obawiała się uwolnić 

myśli i zespolić z Mocą. Nie istniał żaden logiczny powód, żeby się czegoś lękać, ale ilekroć 
usiłowała nawiązać taką łączność, czuła się jak sparaliżowana.

Wiedziała, że to niedobrze, zwłaszcza z uwagi na rolę, jaką odgrywała na powierzchni 

spustoszonego   przez   wojnę   Drongara.   Wprawdzie   od   kilku   dni   pod   jej   opiekę   trafiało 
niewiele   ofiar,   ale   w   każdej   chwili   do   Mobilnej   Jednostki   Chirurgicznej   Siedem   mogła 
napłynąć potężna fala rannych. Barrissa musiałaby wykorzystać wszystkie umiejętności, aby 
ocalić ich od śmierci. Nie mogłaby pozwolić sobie na bezczynność.

Doskonale o tym wiedziała, ale jej serce wzdragało się przed nawiązywaniem kontaktu, 

który od tak dawna stanowił część jej życia. Znalazła się w wyjątkowo kłopotliwej sytuacji.

Poleciła pełniącemu dyżur androidowi typu FX–7, żeby na krótko ponownie umieścił 

klona w kriourządzeniu podtrzymującym funkcje życiowe. Z takim zamętem w głowie nie 
wyświadczyłaby   przysługi   pacjentowi,   gdyby   wpłynęła   na   modyfikatory   jego   reakcji 
biologicznych.   Musiała   wyjść   z   sali   i   uporządkować   myśli.   Pomyślała,   że   może   ulgę 
przyniesie jej gra w sabaka...

Wróciła do kabiny, usiadła na pryczy i wbiła spojrzenie w przeciwległą ścianę. Szukała 

towarzystwa,   ale   przebywanie   w   gronie   przyjaciół   nie   pozwoliło   jej   odzyskać   jasności 
umysłu. Wciąż jeszcze rozbrzmiewała w nim potęga tamtego doznania, które na pewno nie 
było halucynacją, lecz czymś  rzeczywistym. Obecnie jednak docierało do niej tylko słabe 
echo, jak szmer pojedynczych kropli deszczu po burzliwej ulewie.

background image

Wizyta w kantynie, gra w karty i rozmowa na błahe tematy z lekarzami i pielęgniarkami 

nie pomogły jej w niczym poza odwleczeniem rozwiązania jej problemu. Nie mogła się z 
niego zwierzyć  nikomu z przyjaciół, bo co właściwie miałaby im powiedzieć? „Hej, Jos, 
właśnie   się   zespoliłam   z   galaktyką...   a   co   z   tym   przypadkiem   ortolańskiego   wycieku 
wodnistego z nosa, którym ostatnio się zajmowałeś?"

Nikt nie mógł jej pomóc, bo żaden jej znajomy nie zetknął się z niczym podobnym... a 

już z pewnością nikt z personelu medycznej bazy.

Ciekawe, czy ktokolwiek tego doświadczył... Barrissa nie sądziła, że jest najmądrzejszą 

żyjącą padawanką, ale nie uważała się także za najgłupszą. Orientowała się, co zaszło. Przez 
przypadek zaaplikowała sobie leczniczą dawkę wyciągu z boty. Nie miała wątpliwości, że 
istnieje   bezpośredni   związek   między   niezamierzonym   wstrzyknięciem   porcji   specyfiku   a 
niespodziewanym, obezwładniającym zespoleniem z Mocą. Nie wiedziała wprawdzie, jak to 
się stało ani dlaczego, ale była pewna, że leczniczy wywar spowodował jeszcze jeden cud. 
Spotęgował intensywność jej związku z Mocą tak bardzo, że nawet nie umiałaby tego ocenić.

Pamiętała, co czuła, kiedy jeszcze jako dziewczynka nauczyła się władać Mocą. Miała 

wrażenie,  że wcześniej  żyła  w mrocznej  jaskini  i nagle  dostała  lampę,  która oświetla  jej 
drogę. Poczuła się, jakby widziała, podczas gdy przedtem błądziła po omacku. To było jej 
najintensywniejsze, najgłębsze objawienie.

Jednak   w   porównaniu   z   tamtym   doznaniem   przeżycie   po   wypadku   na   oddziale 

przypominało zastąpienie lampy osobistym słońcem. To było tak, jakby rozróżniała wyraźnie 
wszystkie szczegóły ciągnącej się po horyzont bezkresnej równiny, podczas gdy poprzednio 
dostrzegała   najwyżej   kąt   małego   pokoju.   Czuła   się   jak   jastrzębionietoperz,   zdolny   do 
wypatrzenia   z   odległości   kilometra   kamyka   wielkości   kciuka,   w   porównaniu   ze   ślepym 
granitowym ślimakiem wyczuwającym tylko to, co znajduje się kilka milimetrów przed nim.

Zastanawiała się, co to może oznaczać.
Jej pierwszą reakcją była chęć skontaktowania się z nauczycielką. Mistrzyni Luminara 

Unduli na pewno potrafi odpowiedzieć na jej pytanie albo zna osobę, która rozproszyłaby jej 
wątpliwości.   Tak   czy   owak,   nie   było   powodu,   żeby   usiłować   samodzielnie   rozwikłać 
zagadkę, zwłaszcza kiedy miała do dyspozycji bezkresne zasoby archiwalne Świątyni.

Usiłowała   nawiązać   łączność   kilkakrotnie,   ale   chyba   miała   zepsuty   komunikator. 

Wprawdzie wszystko wydawało się w porządku, a testy obwodów i podzespołów wypadły 
pomyślnie, ale nie słyszała żadnego sygnału. Ktoś zakłócał częstotliwość jej urządzenia i 
Barrissa   nie   mogła   uzyskać   dostępu   nawet   do   świetlnej   fali   nośnej.   Nie   miała   pojęcia, 
dlaczego.   Może   powodem   była   jakaś   wojskowa   operacja...   Prawdopodobnie   siły   zbrojne 
separatystów   albo   Republiki   posłużyły   się   skomplikowanym   urządzeniem,   które 
uniemożliwiało wysyłanie sygnałów z powierzchni Drongara. A może przyczyniło się do tego 
zjawisko   naturalne?   W   normalnej   przestrzeni   zdarzały   się   przecież   elektryczne   albo 
magnetyczne burze, które wywierały wpływ na nadprzestrzeń i uniemożliwiały przesyłanie 
sygnałów komunikatorów. Słońce Drongara było młode, gorące i obfitowało w protuberancje 
wystarczająco silne, żeby...

Barrissa pozwoliła sobie na pełny rezygnacji gest. Zastanawianie się nad możliwymi 

przyczynami nie miało sensu. Musiała porozmawiać z osobą, która wiedziała o Mocy więcej 
niż ona. Powinna się jej zwierzyć i zapytać, co można na to poradzić... i czy można. Po 
powrocie do kabiny jeszcze raz włączyła  komunikator, ale – jak mogła się spodziewać – 
urządzenie nadal nie działało.

Istniał   także   inny,   prosty   i   elegancki   sposób:   zaaplikowanie   sobie   następnej   porcji 

ekstraktu boty. Barrissa była pewna, że ponownie osiągnęłaby tamten niewysłowiony stan. 
Gdyby   tym   razem   się  go   spodziewała   i   odpowiednio   się   przygotowała,   może   znalazłaby 
odpowiedź na wszystkie dręczące ją wątpliwości. Nie wątpiła, że niezwykłe doświadczenie 
kryje w sobie ogrom wiedzy. Gdyby zrozumiała istotę tego objawienia, mogłaby przekazać 

background image

członkom   Rady   prezent   niezwykłej   wartości.   Nie   umiała   sobie   nawet   wyobrazić   cudów, 
jakich mógłby dokonać obdarzony taką potęgą prawdziwy mistrz Jedi. Gdyby pozostali przy 
życiu rycerze uzyskali dostęp do tej samej potęgi, której zaznała, mogliby zmienić koleje tej 
wojny, bez trudu pokonać wojska hrabiego Dooku i przywrócić pokój w galaktyce. Barrissa 
wierzyła, że to możliwe, bo czuła się, jakby sama mogła osiągnąć te wszystkie cele. Gdyby 
taka mityczna potęga stała się udziałem Luminary, Obi–Wana albo Yody, wszystko stałoby 
się możliwe.

Zastanawiała się jednak, czy potrafi się dostatecznie przygotować na to, żeby dać się 

znów ponieść równie potężnej fali. Następna mogła przetoczyć się po niej i nie wypuścić jej z 
uścisku.   Mogła   zawładnąć   jej   duszą   i   zmienić   ją   w   sposób   wykraczający   poza   zdolność 
pojmowania każdego.

Barrissa westchnęła. Do tego nie wystarczał jej talent i umiejętności. Chciała, żeby ktoś 

jej pomógł, ale w bazie nie było nikogo takiego. Barrissa doszła do wniosku, że dopóki nie 
porozmawia z Mistrzynią Unduli, najlepiej będzie nie robić niczego nieodwracalnego.

Wiedziała jednak, że powstrzymanie się od działania także nie jest takie proste, jak się 

wydaje. Wprawdzie tamta potęga ją przerażała, ale jej wspomnienie cały czas ją pociągało. 
Padawanka obawiała się ponownego olśnienia, ale zarazem walczyła z pokusą, żeby jeszcze 
raz mu ulec.

To   byłoby   takie   łatwe!   Pozostało   jej   jeszcze   kilka   dozowników   z   życiodajnym 

wyciągiem i wstrzyknięcie sobie zawartości któregoś potrwałoby najwyżej sekundę. Powinna 
tylko przyłożyć wylot dozownika do skóry, przycisnąć guzik...

Bardzo łatwe.
Barrissa   objęła   się   ramionami   i   wzdrygnęła.   Poczuła   chłód,   który   nie   miał   nic 

wspólnego z mrozem ani śniegiem na dworze.

background image

ROZDZIAŁ 20

– Witaj, Jos, drogi przyjacielu. Jak się czujesz?
Vondar spojrzał na empatę.
– Prawdę mówiąc, miewałem w życiu lepsze dni – powiedział. –Miewałem też lepsze 

miesiące i lata, a nawet dziesięciolecia.

– Ach, tak?
Korelianin poczuł się skrępowany i zaczął się wiercić na formo–krześle. Miał niełatwe 

zadanie, bo mebel ciągle zmieniał kształt, żeby się jak najlepiej przystosować do ruchów jego 
ciała i zapewnić mu wygodę.

– Chyba wiesz, uhm, o mnie i o Tolk – odparł w końcu. Eąuanin zaplótł palce i pokiwał 

głową.

– Jeszcze nie oślepłem ani nie ogłuchłem – powiedział.
–  No   cóż...   –   zaczął   Jos.   –   Sądziłem,   że   szybujemy   wysoko   niczym   śmigacz   na 

specjalnie dobranych dla nas harmonicznych, ostatnio jednak Tolk jakby... ostygła.

– Jak to?
Vondar westchnął. Wszystko w gabinecie Kio miało pomagać pacjentom się odprężyć – 

współczucie empaty, wystrój jego gabinetu, formokrzesło dla pacjenta – ale ilekroć Jos go 
odwiedzał, ani razu nie czuł się swobodnie. Nie chodziło o to, że nie ufał mu czy że nie 
wierzył, podobnie jak wielu członków jego rodziny, iż czytanie w myślach może wywierać 
dobroczynny wpływ na pacjenta. Miał wśród przodków i krewnych całe rzesze lekarzy, ale 
większość z nich negowała myśl o leczeniu za pomocą terapii umysłowej. Wprawdzie jego 
ojciec nigdy by się do tego nie przyznał, ale Jos wiedział, że starszy Vondar ma o wiele 
więcej   zaufania   do   leczenia   apatii,   depresji,   schizofrenii   i   podobnych   chorób   za   pomocą 
odpowiednich dawek dopaminy, serotoniny i somatostatyny niż empatii. Jos wmawiał sobie, 
że nie podziela jego uprzedzeń, ale nigdy w gabinecie Merita nie czuł się odprężony.

Nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego właściwie zdecydował się tym razem wpaść do 

jego kabiny. Nie był umówiony i po prostu wykorzystał okazję, że Merit jest wolny. Musiał 
się zwierzyć komuś ze swojego problemu, a jego współlokator miał mniej lat niż niektóre 
pary butów Vondara.

–  Wszystko  między   mną  a  Tolk  układało  się   jak  najlepiej,  ale  potem   odleciała   na 

pokład fregaty MedStara, żeby wziąć udział w Kursie Ustawicznego Kształcenia Medycznego 
– podjął w końcu. – Przebywała tam w chwili eksplozji... a odkąd wróciła, jest chłodniejsza 
niż śnieg za oknem twojego gabinetu.

Merit pokiwał głową.
– Jak sądzisz, dlaczego? – zapytał.
– Gdybym to wiedział, nie przyszedłbym do ciebie – odparł Kore–lianin.
– Może posprzeczaliście się czy coś w tym rodzaju? – podsunął empata.
– Nie.
Merit znów kiwnął głową i rozparł się w formofotelu, który zmienił kształt, żeby się 

dostosować do zmienionej pozycji ciała Eąuanina.

– No cóż, po tamtym wypadku wiele osób wpadło w przygnębienie – powiedział.
– Z tego, co słyszałem, wynika, że to nie był wypadek – przypomniał Vondar.
Merit wzruszył ramionami.
– Ja także słyszałem tę pogłoskę – przyznał. – Naturalnie, ci na górze mogą chcieć, 

żebyśmy właśnie tak myśleli, bo gdyby to był akt sabotażu, służby bezpieczeństwa mogłyby 
się   czuć   zwolnione   od   odpowiedzialności.   Republika   nie   bardzo   potrafi   zabezpieczać   się 
przed podobnymi zarzutami.

Jos pokręcił głową.

background image

– Barrissa twierdzi, że to był sabotaż – powtórzył. – Nie mam powodu jej nie wierzyć.
–  No cóż, dla naszej sprawy to i tak nie ma  najmniejszego  znaczenia  – stwierdził 

empata. – Nieważne, czy to był wypadek, czy też akt sabotażu. Liczy się tylko, że Tolk mogła 
przeżyć silniejszy wstrząs, niż się przyznaje.

– Zastanawiałem się nad tym, ale to chyba niemożliwe – powiedział Korelianin. – W 

naszej bazie umiera więcej osób każdego miesiąca, a czasami nawet każdego tygodnia, niż 
zginęło  na  pokładzie  fregaty MedStara.  Tolk   często  opiekuje  się ciężko   rannymi  i  przed 
śmiercią patrzy im prosto w oczy. Dlaczego ich los nie miałby jej obchodzić bardziej niż 
tragedia osób, o które się nie troszczyła i których nawet nie znała?

– Nie mam pojęcia – przyznał Eąuanin i umilkł, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Co się stało? – zaniepokoił się Vondar.
– Nie, nic – mruknął Merit.
–  Posłuchaj, Kio, może  nie potrafię  czytać  z twarzy,  nie jestem rycerzem  Jedi ani 

empata, ale też nie wypadłem z ładowni transportowca melbulby – zdenerwował się chirurg. – 
O co chodzi?

–  Jak dobrze znasz Tolk? – zapytał  Merit. – Wiem, że pracujecie razem, odkąd tu 

przyleciałeś, i że łączy was jakaś zażyłość, jak przypuszczam, także fizyczna. Mam rację?

– No, masz – przyznał Vondar.
– Ale... co wiesz o jej przeszłości? – ciągnął empata. – O jej ziomkach, zwyczajach i 

rozwoju społecznym?

– Do czego zmierzasz?
– Może ma powody się tak zachowywać, a ty ich po prostu nie znasz – odparł Merit. – 

Może w jej przeszłości kryje się coś, czego ci nie wyjawiła.

– Chyba nie podoba mi się kierunek, w jakim zmierza ta rozmowa – oburzył się Jos.
Empata uniósł rękę przepraszającym gestem.
– Nie chciałem znieważyć Tolk – zastrzegł pospiesznie. – Wspomniałem o tym tylko 

dlatego, że jak sam twierdzisz, nie istnieje żaden rozsądny powód, dla którego powinna być 
bardziej zdenerwowana po eksplozji na pokładzie MedStara niż po tym wszystkim, co ogląda 
codziennie w naszej bazie. Uważam więc, że w grę może wchodzić coś innego.

Jos spojrzał na niego i zamrugał.
– Chcesz powiedzieć, że mogła mieć coś wspólnego z tamtą eksplozją? – zapytał.
– Naturalnie, że nie, Jos – żachnął się Merit. – Chcę tylko powiedzieć, że dzieje się z 

nią coś, o czym nie masz pojęcia. Gdybyś wiedział, może mógłbyś na to coś poradzić. W 
najgorszym przypadku zorientowałbyś się, w czym problem. Vondar się zamyślił.

– Na razie nie zdołałem jej nakłonić do żadnych zwierzeń – przyznał w końcu.
–  Więc   nie   masz   praktycznie   żadnych   informacji,   żeby   pokusić   się   o   jakieś 

przypuszczenia – podsumował empata. – Powinieneś postarać się dowiedzieć czegoś więcej. 
Kto wie, może to nic poważnego... na przykład kwestia urazu z czasów dzieciństwa, który 
wyzwolił stare wspomnienia. Dopóki jednak nie zbierzesz więcej informacji, pozostają ci 
tylko spekulacje... – Zawiesił głos, jakby chciał podkreślić wagę ostatecznego wniosku. – A 
takie spekulacje nic ci nie pomogą.

Jos kiwnął głową. Kio miał rację. Powinien porozmawiać z Tolk i dowiedzieć się, co 

naprawdę nie daje jej spokoju. Czymkolwiek to było, mogliby się razem z tym uporać.

Chyba że naprawdę Lorrdianka miała coś wspólnego z tamtą eksplozją...
Pokręcił głową. Wykluczone. Jeżeli mógł być w życiu czegoś pewien, to tego, że – bez 

względu na wszystko – Tolk nie maczała palców w równie odrażającej zbrodni. Jak mogłaby 
się jej dopuścić jakakolwiek pielęgniarka? Ich zadanie polegało przecież na ratowaniu życia, 
nie odbieraniu.

– Dzięki, Kio – powiedział. – Chyba już dość zająłem ci czasu.
– Tamci wciąż jeszcze siedzą w kantynie i grają w sabaka – zmienił temat empata. – I–

background image

Five ciągle wygrywa. Spłukałem się ze wszystkiego, co przeznaczyłem na dzisiaj – dodał z 
wymuszonym uśmiechem. – Właśnie dlatego wróciłem wcześniej.

Jos wstał.
– Może i ja tam zajrzę, żeby czegoś się napić i spróbować szczęścia – powiedział.
– Dobry pomysł – pochwalił Eąuanin.
Vondar uśmiechnął się i wyszedł.
Nie dotarł jednak do kantyny.
W połowie drogi, kiedy zmagając się z zimnem, przecinał niezabudowaną przestrzeń 

zwaną Czworobokiem, usłyszał odgłos podobny do huku pioruna i stanął jak wryty.

Co u licha? – pomyślał.
Chwilę później temperatura powietrza zaczęła rosnąć. Wyczuł to od razu, bo podnosiła 

się bardzo szybko.

Nie bardzo się znał na kaprysach pogody, ale wiedział, że jeśli ciepłe powietrze miesza 

się z lodowatym, powstają różne dziwne zjawiska... i właśnie coś takiego zaczynało się dziać 
przed   jego   oczami.   Niemal   natychmiast   utworzyła   się   gęsta   mgła,   która   uniemożliwiała 
zobaczenie  czegokolwiek   na  odległość  większą  niż  kilka  metrów.   Chirurg poczuł   też,  że 
szarpią   nim   nadlatujące   z   różnych   stron   podmuchy   wiatru.   Niektóre   były   gorące,   inne 
lodowate,   ale   jedne   i   drugie   niosły   tumany   płatków   topniejącego,   zabarwionego   przez 
zarodniki śniegu. Od czasu do czasu na zamrożony grunt spadały wielkie krople lodowatego 
deszczu. Raz po raz w gęstej mgle pojawiały się niesamowite rozbłyski elektrostatycznych 
wyładowań, które w przeszłości określano podobno mianem ognia Jedi. Jos zauważył, że 
takie   same   światełka   jarzą   się   na   czubkach   jego   palców,   i   postanowił   stać   bez   ruchu. 
Naturalnie, do przebicia warstwy powietrza konieczna była ogromna różnica potencjałów, a 
on  nie   miał   na   tyle   dużej   pojemności,   żeby  zgromadziło   się  w   nim   wystarczająco   wiele 
ładunków elektrycznych. Miał nadzieję, że nie grozi mu porażenie, ale...

Kilka minut później mgła zaczęła się rozpraszać. Jos zauważył, że wzrost temperatury 

spowodował  zwiększenie   wilgotności  powietrza.   Poczuł,   że  się poci,   i zaczął  zdejmować 
kolejne   warstwy   ubrania:   najpierw   płaszcz,   potem   kurtkę   i   w   końcu   nawet   wierzchnie 
spodnie. Usłyszał, że pod podeszwami butów chlupie błoto.

– Wygląda na to, że poświęcenie Teedle nie było daremne – rozległ się głos Dena 

Dhura.   Jos   rozejrzał   się   i   zobaczył,   że   z   rzedniejącej   mgły   materializuje   się   drobny 
Sullustanin. – Zima szybko ustępuje.

Vondar   kiwnął   głową.   Chyba   rzeczywiście   technicy   uporali   się   w   końcu   z   usterką 

kopuły siłowego pola. Uświadomił sobie jednak, że zaczyna tęsknić za chłodem.

Kilka kroków dalej z mgły wyłoniła się sylwetka  I–Five. Jos zauważył,  że android 

spogląda w górę, i także uniósł głowę. Pierwszy raz od wielu tygodni było widać bezlitosny 
blask słońca Drongara. Korelia–nin przeniósł spojrzenie na I–5.

– Chyba nasza sytuacja wraca do normy – powiedział.
– Rzeczywiście – przyznał automat.
Jos rozejrzał się po bazie. Sople lodu kurczyły się w oczach i znikały, błoto stawało się 

coraz głębsze, a znad Wyżyny Jasserak zaczęło napływać na nowo cuchnące powietrze. Do 
pełni szczęścia brakowało tylko odgłosu silników nadlatujących ładowników.

Gdy tylko o tym pomyślał, w wilgotnym powietrzu dał się słyszeć coraz głośniejszy 

pomruk repulsorów.

– Grają naszą piosenkę – mruknął do androida.
Odwrócił się i ruszył do sali operacyjnej. Nie potrafiłby powiedzieć dlaczego, ale był 

zadowolony.  Na dobre czy na złe, ale chyba  sytuacja się normowała.  Może na razie  nie 
czekają go żadne niespodzianki. Chyba nie wymagał zbyt wiele od życia?

Możliwe...
I–Five nie ruszył jednak za nim. Nie słysząc dobiegającego zza pleców chlupotu błota, 

background image

Jos zwolnił i obejrzał się przez ramię.

– Pospiesz się! – zawołał. – Czeka na nas praca, nie pamiętasz?
Android odwrócił się powoli i spojrzał na niego. Dzięki subtelnym błyskom światła w 

fotoreceptorach jego metalowa twarz wyglądała, jakby malował się na niej zachwyt.

– Pamiętam – powiedział. Jos stanął.
– Co pamiętasz? – zapytał.
– Wszystko.

background image

ROZDZIAŁ 21

Na liście osób opłacanych przez Kairda figurowało nazwisko mężczyzny, zwierzchnika 

ksenobotaników   nadzorujących   jakość   boty.   Zawsze   przewidujący   Nedijanin,   jak   zwykle 
przebrany za Kubaza, nie skąpił kredytów, żeby mężczyzna dostarczał mu informacji o stanie 
zbiorów.

Spotkał   się   z   nim   w   łazience,   której   drzwi   zablokował,   żeby   nikt   nie   mógł   być 

świadkiem   ich   rozmowy.   Jak   większość   urządzeń   w   Mobilnej   Jednostce   Chirurgicznej 
Siedem,   filtry   powietrza   funkcjonowały   sprawnie   tylko   od   czasu   do   czasu,   więc   w 
pomieszczeniu unosił się wstrętny odór.

Jeszcze gorzej śmierdziała jednak usłyszana wiadomość.
–  Taka historia już się kiedyś  wydarzyła – stwierdził ksenobotanik. – Czy słyszałeś 

kiedykolwiek o żelazołozinowej roślinie z Bogdena?

– Nie.
– To fascynująca roślina – ciągnął mężczyzna. – Prawie tak samo twarda jak durastal i 

bardzo popularna jako towar eksportowy do uprawiania w ogródkach na dachach gmachów 
na   Coruscant   i   innych   planet   Jądra   galaktyki.   Pędy   rośliny   stanowią   główne   pożywienie 
ogromnych niedźwiedzi renda i...

–  To   rzeczywiście   fascynujące,   ale   przejdź   do   rzeczy   –   przerwał   zniecierpliwiony 

Kaird.

–  Przepraszam   –   zreflektował   się   ksenobotanik.   –   No   cóż,   co   kilkadziesiąt   lat 

wymierają prawie wszystkie pędy żelazołozinowca na powierzchni danej planety. Nikt nie ma 
pojęcia,   dlaczego   tak   się   dzieje.   Wygląda   zupełnie,   jakby   rośliny   porozumiewały   się   za 
pomocą   telepatii,   która   nakłania   prawie   wszystkie   naraz   do   obumierania.   Najdziwniejsze 
jednak,   że   dzięki   tej   samej   telepatii   obumierają   równocześnie   pędy   żelazołozinowca   na 
powierzchniach innych planet, oddalonych o wiele parseków od Bogdena. Jedna z teorii głosi, 
że w DNA rośliny pojawia się coś w rodzaju ilościowej reakcji powikłaniowej, która...

– Wystarczy, jeżeli mi powiesz, jaki to ma związek z bota – przerwał znów Kaird. Z 

trudem opierał się pokusie uduszenia mężczyzny.

–  Jak   wiesz,   wszystkie   rośliny   na   powierzchni   tej   planety   ulegają   nieustannym 

mutacjom, a bota nie jest wyjątkiem od tej reguły – podjął ksenobotanik. – Niedawno doszło 
do kolejnej, która objęła zasięgiem chyba całą powierzchnię Drongara. Nie mamy pojęcia, 
dlaczego ani co ją wywołało, ale wszystko wskazuje, że ta mutacja zmienia adaptogenne 
właściwości boty.

– Co to znaczy? – zapytał coraz bardziej zirytowany Nedijanin.
– Jeżeli proces będzie nadal postępował w tym kierunku, a wiele za tym przemawia, z 

punktu   widzenia   możliwych   zastosowań   następne   pokolenie   boty   będzie   praktycznie   do 
niczego – odparł mężczyzna. – Bezwartościowe.

Kaird zaklął szeptem tak cicho, żeby rozmówca go nie usłyszał. Jak miał powiedzieć o 

tym swojemu vigowi? Nie ponosił za tę sytuację winy, bo nie miał na to żadnego wpływu, ale 
vigowie Czarnego Słońca słynęli z tego, że rozpylają na atomy zwiastunów niepomyślnych 
wieści. Nieraz robili to w przeszłości.

– Kto o tym wie? – zapytał.
–  No cóż, nikt oprócz mnie i ciebie – odparł przełożony inspektorów. – Na razie nie 

zameldowałem   o tym  zwierzchnikom  z  wojska.  Pomyślałem,  że  zechcesz   dowiedzieć   się 
wcześniej niż oni.

–  To   dobrze   –   mruknął   Nedijanin.   –   Czy   możesz   jeszcze   jakiś   czas   zwlekać   z 

wysłaniem tego raportu?

– Ale niezbyt długo – zastrzegł mężczyzna. – Pracownicy rozsianych po powierzchni 

background image

kontynentu botanicznych placówek są zobowiązani do przeprowadzania okresowych testów. 
Ich raporty przechodzą przez moje ręce i mogę opóźnić ich wysyłkę o tydzień czy dwa, ale 
nie dłużej. Słabsze partie zdarzają się dosyć często, ale poważne mutacje wychodzą szybko na 
jaw. – Botanik wzruszył ramionami. – To zbyt  duża sensacja, żeby utrzymać  ją długo w 
tajemnicy.

Z   początku   Kaird   się   zastanawiał,   czy   nie   zabić   specjalisty.   To   byłby   najprostszy 

sposób, żeby na długo zapobiec szerzeniu się informacji. Potem jednak doszedł do wniosku, 
że to nie byłby właściwy sposób.

Gdyby wyeliminował botanika, na pewno jego miejsce zająłby ktoś inny, kto mógłby 

się nie dać równie łatwo przekupić. Lepiej było, żeby o terminie wysyłki raportu decydował 
ktoś posłuszny.  Jak zawsze, informacja oznaczała władzę. Wiele można  było osiągnąć w 
ciągu krótkiego okresu, kiedy w grę wchodziły miliony, a może nawet miliardy kredytów.

– W porządku – odezwał się w końcu. – Możesz liczyć na dużą premię, ale zachowaj w 

tajemnicy tę informację tak długo, jak zdołasz.

Mężczyzna przestąpił niepewnie z nogi na nogę.
– Wyleją mnie z pracy, jeżeli się dowiedzą – powiedział.
– Załatwię ci lepiej płatną – zapewnił Kaird. – Zarobisz trzy razy więcej niż teraz.
Botanik wbił w niego spojrzenie, ale nie odpowiedział.
– Zaufaj mi – ciągnął Nedijanin. – Mam bardzo wielu wpływowych przyjaciół.
Wyjął z kieszeni u pasa sześcian kredytowy i rzucił go szefowi botaników. Mężczyzna 

przycisnął guzik na jednej ściance i w powietrzu przed nim zmaterializowała się świecąca 
czerwonym blaskiem liczba, której wysokość równała się jego dwuletniemu uposażeniu.

– Fiu, fiu! – gwizdnął zaskoczony.
–  Na razie tyle, a potem będzie więcej, jeżeli utrzymasz tę informację w tajemnicy 

jeszcze dwa tygodnie – obiecał Kaird.

Mężczyzna pokiwał głową, a na jego twarzy odmalowała się chciwość.
– Załatwione – obiecał.
Kiedy wyszedł, Kaird od razu opuścił cuchnące pomieszczenie.
Brnąc w głębokim po kostki błocie do swojej kabiny – jaka szkoda, że panująca w ciągu 

kilku   poprzednich   tygodni   wspaniała   pogoda   zakończyła   się   z   chwilą   usunięcia   usterki 
kopuły!   –   zastanawiał   się   nad   sytuacją.   Bota   była   zawsze   rośliną   kapryśną,   nic   więc 
dziwnego, że niespodziewana zmiana klimatu z tropikalnego na podbiegunowy spowodowała 
zagładę niemal wszystkich miejscowych upraw. Władze planowały zrekompensować tę stratę 
zwiększonymi   dostawami   z   innych   obszarów.   Większość   zbiorów   z   kontynentu   Tanlassa 
przechodziła przez magazyny Mobilnej Jednostki Chirurgicznej Siedem, więc jeśli Thula i 
Squa Tront zmienią manifesty przewozowe, Czarne Słońce powinno dostać prawie tę samą 
ilość   co   poprzednio.   Istniało   jednak   pewne   prawdopodobieństwo,   że   plany   Kairda   nie 
zakończą   się tak  pomyślnie,   więc  może  naprawdę  lepiej  było   utrzymywać  tę   wiadomość 
jeszcze kilka dni w tajemnicy.

Kaird wiedział jednak, że to tylko półśrodek. Jedynym sposobem rozwiązania problemu 

było   jak   najszybsze   zdobycie   jak   największej   ilości   boty,   zamrożenie   jej   w   karbonicie   i 
wyekspediowanie do władców Czarnego Słońca. Jeżeli roślina miała wkrótce zmienić się z 
cudownego   specyfiku   w   bezwartościowy   chwast,   resztki   skutecznie   działającej   boty   z 
pewnością osiągną zawrotną wartość.

W   czasach   jego   młodości   ulubiona   ciotka   opowiedziała   mu   historyjkę   o   pewnym 

handlarzu.   Wynikało   z   niej,   że   jeżeli   ktoś   ma   do   sprzedania   ostatnią   skrzynkę   rzadko 
spotykanego markowego rimblowina w cenie tysiąca kredytów za butelkę i chce osiągnąć jak 
największy   zysk,   powinien   wypić   wszystkie   butelki   oprócz   jednej   i   zamknąć   ostatnią   w 
dobrze strzeżonej  piwnicy.  W galaktyce  nie  brakowało bogaczy skłonnych  do zapłacenia 
fortuny za coś wyjątkowego; tacy nie zawracaliby sobie głowy kupowaniem czegoś, co nie 

background image

było unikatem. Pojedyncza butelka mogła osiągnąć wartość o wiele wyższą niż cała skrzynka.

Z powodu swoich właściwości bota była jednym z najcenniejszych specyfików, więc 

gdyby   nagle   zdobycie   nowych   roślin   okazało   się   niemożliwe,   pozostałe   z   poprzednich 
zbiorów zyskiwałyby na wartości szybciej niż okręt przyspieszający do prędkości światła. 
Bogata   i   ciężko   chora   osoba   zapłaciłaby   krocie,   byleby   tylko   odwlec   spotkanie   z 
przeznaczeniem. Dla kogoś, czyje zwłoki trafiały do przetwórni odpadów, kredyty i tak nie 
miały żadnego znaczenia.

Kaird   rozważał   po   kolei   wszystkie   możliwości.   Mógłby   ukraść   dużą   ilość   boty   i 

postarać się przemycić ją z planety na pokładzie jakiegoś statku... Nie, to wiązałoby się ze 
zbyt dużym ryzykiem. Mógł nie zapanować nad wszystkimi elementami takiej akcji.

Gdyby   jego   komunikator   zaczął   wreszcie   działać,   mógłby   nawiązać   łączność   z 

Czarnym Słońcem. W ciągu poprzednich kilku dni nie zdołał się jednak z nikim porozumieć i 
chociaż łączność mogła niebawem zostać przywrócona, w tym rozwiązaniu także krył się 
spory element ryzyka. Kiedy mutacja wyjdzie na jaw, wojskowi potroją straże, kradzież boty 
okaże się niemożliwa, a jego sytuacja stanie się jeszcze gorsza.

Naturalnie,   nie   mógł   nawet   marzyć   o   użyciu   brutalnej   siły.   Czarne   Słońce   było 

potężnym imperium przestępczym, ale częściej działało za pomocą trucizny w kielichu czy 
ukrytego   sztyletu   niż   blastera   lub   świetlnego   miecza.   Siła   ognia   wszystkich   blasterów   w 
dyspozycji   syndykatu   nie   dorównywała   sile   ognia   broni   armii   klonów   na   powierzchni 
Drongara.

Nedijanin wszedł do kabiny, zablokował zamek drzwi i z ulgą zdjął krępujący ruchy 

strój   Kubaza.   Cały   czas   się   zastanawiał   nad   możliwymi   wyjściami   z   sytuacji.   Miał   w 
odpowiednich miejscach swoich agentów, więc sama kradzież boty mogła się udać, ale na 
przetransportowanie jej i ucieczkę potrzebował statku... i to na tyle szybkiego, żeby umknąć 
prześladowcom, gdyby odkryli kradzież, zanim Kaird oddali się od planety na bezpieczną 
odległość.

Musiał   więc   porwać   odpowiednią   jednostkę,   a   także   wykraść   kody   dostępu,   które 

umożliwiłyby mu ucieczkę.

Kaird był pewien, że jego vigo nie będzie zachwycony niespodziewaną zmianą sytuacji, 

wiedział   jednak,   że   większość   jego   obaw   powinno   uśmierzyć   pięćdziesiąt   kilogramów 
skutecznie działającej i zyskującej na wartości boty.

Odetchnął z ulgą. Tak. Obecnie, kiedy miał zarysy planu, dopracowanie szczegółów nie 

powinno mu sprawić większych trudności. Jego plan miał wszelkie szanse powodzenia, a ci, 
którzy krzyżowali plany Nedijanina Kairda, nigdy nie dożywali sędziwego wieku.

Postanowił   się   skontaktować   z   Falleenką   i   Umbaraninem,   żeby   omówić   szczegóły 

kradzieży. Potem pozostanie mu już tylko porwanie odpowiedniego statku, który umożliwi 
mu realizację drugiej części planu.

Udając jednego z Milczących, spędził bezczynnie stanowczo zbyt dużo czasu. Cieszył 

się, że nareszcie ma coś do roboty. Zawsze lepiej się czuł, gdy mógł działać, niż kiedy tkwił 
bezczynnie w jednym miejscu.

Kiedy Den się obudził, w jego głowie huczało niczym  w czaszy benwabulańskiego 

dzwonu. Nie było w tym nic dziwnego, bo poprzedniego wieczoru, zanim zasnął, zapomniał 
połknąć lekarstwo niwelujące skutki nadużycia alkoholu. Uświadomił sobie, że ostatnio coraz 
więcej zapomina. Pomyślał, że pewnego dnia może stracić zmysł kierunku...

–Dzieńdoberek – usłyszał nagle dźwięczny głosik.
Przetarł oczy i zobaczył Eyarę Marath. Sullustanka stała na progu łazienki i wycierała 

ręcznikiem młode ciało. Rzeczywiście dobry, pomyślał ponuro.

–  Twój   soniczny   natrysk   jest   niesprawny   –   ciągnęła   piosenkarka,   ciepło   się 

uśmiechając.   –   Musiałam   się   posłużyć   rozpryskiwaczem   wody.   Jeżeli   także   chcesz   się 

background image

odświeżyć, powinieneś zaczekać, aż następna porcja się ogrzeje.

Reporter się uśmiechnął. Więc mimo wszystko to nie sen, pomyślał.
Eyara przeszła do głównego pokoju i usiadła na krawędzi jego pryczy.
– Naprawdę się cieszę, że do ciebie przyszłam, Den–la – powiedziała, dodając poufały 

przyrostek do jego imienia.

– Ta–a, ja też – bąknął reporter i usiadł, żeby móc na nią patrzeć.
– Masz jakieś żony? – zainteresowała się piosenkarka.
– Nigdy nie miałem dość czasu, żeby się z kimś związać – odparł Den i machnął ręką, 

jakby miał na myśli wojnę, swoją pracę i wszystko inne. – A ty? Masz mężów?

– Nie – odparła Eyara. – Prawdopodobnie minie jeszcze rok, zanim osiągnę Gotowość.
Oboje się uśmiechnęli i Sullustanka zaczęła wkładać buty.
– Revoc twierdzi, że zostaniemy tu, dopóki wojskowi nie ogłoszą końca kwarantanny 

zarządzonej   ze   względów   bezpieczeństwa,   więc   może   się   jeszcze   kiedyś   zobaczymy?   – 
zaproponowała.

– Bardzo chętnie.
Wśród   Sullustan   nie   było   niczym   niezwykłym,   że   poznawali   się   jednego   dnia,   a 

następnego   dnia   dochodziło   między   nimi   do   zbliżenia.   Dobrze   znany   dowcip   głosił,   że 
Sullustanie rzadko się gubią i zawsze potrafią znaleźć drogę do najbliższej sypialni...

Eyara wstała, wytarła do sucha fałdy policzkowe i uśmiechnęła się jeszcze szerzej do 

reportera.

– Jak wyglądam? – zapytała.
–  Jesteś   najpiękniejszą   istotą   płci   żeńskiej   w   promieniu   pięćdziesięciu   parseków   – 

zapewnił ją Den.

– Prawdopodobnie jedyną, ale dzięki za komplement – odparła piosenkarka.
Ruszyła  do drzwi i reporter pomyślał, że nie mógłby się znaleźć w przyjemniejszej 

sytuacji. Miło było wiedzieć, że wciąż jeszcze jest zdolny do podobnych uniesień.

Eyara stanęła na progu, obejrzała się i uśmiechnęła.
– Przypominasz mi mojego dziadka – oznajmiła. – To taki słodki staruszek.
Wyszła, a Den został w pokoju ze smętnie obwisłymi fałdami policzkowymi i szeroko 

otwartymi ustami. Jej dziadek, też mi coś! – pomyślał ponuro. A mogła zaczekać jeszcze z 
miesiąc, zanim by to powiedziała...

background image

ROZDZIAŁ 22

Barrissa starała się doskonalić techniki władania świetlnym mieczem, ale nie potrafiła 

się   skupić.   Raz   po   raz   traciła   wyczucie   czasu   i   równowagi,   miała   także   kłopoty   z 
oddychaniem... po prostu ze wszystkim. Nawet najprostsze sekwencje wykonywała, jakby 
była zakuta w ciasny metalowy pancerz. Miała wrażenie, że z trudem porusza kończynami.

Znalazła   kawałek   suchego   gruntu,   więc   przynajmniej   nie   musiała   stać   po   kostki   w 

błocie, ale to niewiele pomagało. Kolejny raz zaczęła wykonywać podstawową sekwencję 
ruchów stosowanych podczas parady. Woń ozonu i pomruk klingi koiły jej zmysły, ale nie 
pomagały się skupić.

W pewnej chwili wyczuła, że ktoś się zbliża.
Wprawdzie po tak grząskim gruncie, pełnym gnijącej roślinności, nikt nie mógł podejść 

do niej bezszelestnie, ale pomruk energetycznego ostrza utrudniał usłyszenie trzasku gałązek, 
chlupotu błota i innych cichych odgłosów, które ostrzegały o zbliżaniu się jakiejś osoby. Na 
szczęście padawanka nie potrzebowała ostrzeżenia. Wyłączyła miecz, przypięła go do pasa, 
odwróciła się i zobaczyła Ulego.

Młody chirurg uśmiechnął się do niej.
– Fatalnie – stwierdził.
Barrissa odpowiedziała mu uśmiechem.
–  Nie możemy spotykać  się w taki sposób – powiedziała. – Znów wybrałeś  się na 

spacer, żeby chwytać iskroskrzydłe owady dla matki?

–  Próbowałem, ale z powodu mrozu wyginęły chyba wszystkie, jakie żyły pod naszą 

kopułą – oznajmił Uli. – Nie dopisało mi dzisiaj szczęście. Wiesz, mam wrażenie, że chyba 
tęsknię za śniegiem i mrozem, chociaż póki trwały, okropnie narzekałem.

Barrissa pokiwała głową. Ona także odnosiła podobne wrażenie. Mimo wczesnej pory 

dnia   tropikalne   słońce   dawało   się   we   znaki.   Nawet   osmotyczna   tkanina   jej   płaszcza   nie 
wystarczała, żeby chronić ciało przed lejącym się z nieba żarem.

– Widzę, że masz kłopoty z ćwiczeniami – zauważył Uli. – Wygląda na to, że jesteś 

trochę...

– Drętwa? – podsunęła młoda padawanka. – Spięta? Skrępowana?
Divini kiwnął głową.
–  Chciałem powiedzieć, że rozkojarzona, ale twoje określenia też pasują – przyznał 

żartobliwie. – To chyba nie jest wina twojej stopy, prawda?

– Nie, nie – pospieszyła z odpowiedzią Barrissa. – Moja rana zdążyła się zagoić.
Chirurg znów pokiwał głową.
– To dobrze – powiedział. – Mógłbym ci w czymś pomóc?
–  Czyżbyś miał na myśli masaż? – zażartowała uzdrowicielka. Uli się zaczerwienił i 

Barrissa pomyślała, że młodzieniec wygląda niezwykle sympatycznie. Nagle, pod wpływem 
impulsu, postanowiła opowiedzieć mu o swoim problemie... naturalnie w ogólnych zarysach. 
Był   lekarzem   i   sprawiał   wrażenie   życzliwego.   Pomyślała,   że   w   jej   sytuacji   jakakolwiek 
pomoc jest lepsza niż żadna, a młody chirurg mógł jej coś doradzić.

– Co wiesz o Mocy? – zapytała.
Divini wyglądał na zaskoczonego.
–Prawie nic – przyznał szczerze. – W życiu spotkałem tylko kilku Jedi, którzy jednak 

nic   na   ten   temat   nie   mówili.   Podczas   studiów   medycznych   mówiono   mi   o   istnieniu 
midichlorianów, więc wiem, że to organelle umożliwiające w jakiś sposób łączność z Mocą. 
Słyszałem   także   krążące   na   ten   temat   dziwne   historie,   ale   jeżeli   chodzi   o   to,   jak   to
działa i czym jest...

Urwał i wzruszył ramionami. Barrissa kiwnęła głową.

background image

– W rzeczywistości midichloriany mogą powstawać dzięki Mocy – zaczęła. – Pomagają 

jej   przedostawać   się   do   naszego   kontinuum,   nie   na   odwrót.   Występują   izomorficznie   na 
powierzchni każdej planety, na której rozwinęło się życie. Wygląda na to, że Moc naprawdę 
przenika galaktykę, a może nawet cały wszechświat. Wszystko sprowadza się jednak do tego, 
że Jedi także nie wiedzą, jak Moc działa i czym jest. Wiemy tylko, jak się z nią kontaktować i 
jak się nią posługiwać.

Pod wieloma względami jesteśmy podobni do prymitywnych istot stojących na brzegu 

rwącej   rzeki.   Możemy   zanurzyć   dłoń   w   jej   nurcie,   brodzić   w   wodzie   i   nawet   starać   się 
pływać, ale nie mamy pojęcia, gdzie znajduje się jej źródło. Wiemy tylko, że Moc istnieje i że 
jest związana z życiem i świadomością na poziomie głębszym niż kwantowy.

Uli pokiwał z namysłem głową, jakby czekał na dalsze wyjaśnienia.
Barrissa  wiedziała,  że   jej   wykład   jest  na   poziomie  pogadanki   dla   dziewięcioletnich 

dzieci, ale młody chirurg i tak sprawiał wrażenie zaciekawionego. Doszła do wniosku, że 
krążąc tak wokół problemu, może w ogóle nie przejdzie do sedna sprawy.

–  Elementem nauki rycerza Jedi jest osiągnięcie jak najlepszego zespolenia z Mocą. 

Największe sukcesy osiągają mistrzowie. Dzięki mądrości i doświadczeniu mogą dokonywać 
czynów, które padawani, nie mówiąc o ignorantach, uważają za nadprzyrodzone. Związek z 
Mocą wzmacnia naszą siłę, przesyca tlenem komórki ciała i zmniejsza czas reakcji na bodźce. 
Kiedyś w parku na Coruscant widziałam, jak Mistrz Yoda unosi skałę wielkości rodzinnego 
wózka elektrycznego, robiąc tylko nieznaczny ruch ręką. Związek z Mocą pozwala osiągać 
wyniki wielkie i wspaniałe.

–  Ale   można   ją   także   wykorzystywać   w   złym   celu,   prawda?   –   zapytał   Uli.   – 

Rozmawialiśmy o tym przy poprzedniej okazji.

Jest młody, ale bystry, pomyślała padawanka.
– Rzeczywiście – przyznała. – Jednym z rycerzy Jedi, którzy przeszli na Ciemną Stronę 

Mocy, jest hrabia Dooku. W zamierzchłych czasach żyli także inni, którzy dali się jej skusić i 
ulegli pragnieniu zdobycia władzy. Cztery tysiące lat temu pewien Lord Sithów, Exar Kun, 
zniszczył cały gwiezdny system dzięki niewłaściwemu użyciu potęgi Mocy. Jedi musi być 
ciągle świadom tej pokusy i pilnować się, żeby jej nie ulec.

– Ale ty byś tego nie to zrobiła, prawda? – zapytał Uli. – Nie jesteś kimś, kto wie, że to 

coś złego, i mimo to sięga po zakazany owoc.

–  Właśnie   to   jest   najbardziej   zdradliwe   –   przyznała   Barrissa.   –   Osoby   ulegające 

podszeptom Ciemnej Strony nie uważają się za złoczyńców. Wierzą w słuszność swojego 
postępowania. Są święcie przekonane, że kierują się szlachetnymi pobudkami. Ciemna Strona 
wypacza   ich   rozumowanie   i   zaczynają   wyznawać   zasadę,   że   cel   uświęca   stosowanie 
wszelkich środków, nawet najstraszliwszych.

Uli przyglądał się jakiś czas paznokciowi kciuka.
– Ale ty chyba nie zamierzasz... uhm, przejść na Ciemną Stronę? – wykrztusił w końcu.
Przed rokiem, miesiącem czy nawet tygodniem Barrissa roześmiałaby się, słysząc takie 

podejrzenie, ale w obecnej sytuacji mogła tylko pokręcić głową.

– 

Mam nadzieję, że nie, ale to nie jest ścieżka z drogowskazem głoszącym: „Tam 

czai się potwór" – powiedziała. – To coś w rodzaju stromego i śliskiego zbocza, na którym 
każde potknięcie może spowodować niepohamowany upadek.

Znów zapadła cisza. Wyglądało, jakby Uli się nad czymś zastanawiał.
– Rycerze Jedi mają swój kodeks etyczny, prawda? – podjął w końcu. – Znają różnicę 

między dobrem a złem.

– Naturalnie – przyznała padawanka.
–  Nie   mam   wielkiego   doświadczenia,   ale   rozumiem,   że   wyczucie   tej   różnicy   ma 

zazwyczaj   w   mniejszym   czy   w   większym   stopniu   każda   inteligentna   istota   –   zaczął   z 
namysłem  Divini. – Jeżeli się bardzo pragnie zjeść wysokokaloryczne  ciastko z kremem, 

background image

czasami można udawać ignoranta, ale w głębi duszy się wie, że lepiej tego nie robić, bo to 
niezdrowe. Wydaje mi się, że wszyscy powinni ufać swoim odczuciom, zwłaszcza kiedy w 
grę wchodzi coś naprawdę poważnego.

–  Oczywiście, ale jeżeli gra toczy się o wysokie stawki, trzeba być tego pewnym – 

odparła Barrissa. – A spożywanie wysokokalorycznych ciastek z kremem nie figuruje wysoko 
na liście galaktycznych czynów zakazanych.

– To zależy od rodzaju ciastka – zauważył Uli z ciepłym uśmiechem. Rozległ się cichy 

pisk i młody chirurg spojrzał na chronometr. –Na mnie już czas – powiedział. – Za kilka 
minut zaczyna się moja zmiana. Zobaczymy się później, Barrisso.

– Bardzo chętnie – odparła padawanka.
Uli pomachał jej i skierował się ku kompleksowi operacyjnemu.
Kiedy zniknął, uzdrowicielka zaczęła się zastanawiać nad ich rozmową. Ani słowem nie 

wspomniała   Ulemu   o   osobistym   przeżyciu   i   uświadomiła   sobie,   że   chyba   w   ogóle   nie 
zamierzała tego robić, ale rozmowa pomogła jej skupić myśli na problemie. Mogła wrócić do 
kabiny i oddać się medytacjom albo – mimo że nie szło jej najlepiej – poćwiczyć władanie 
świetlnym mieczem. Czasami musiała się przemóc, chociaż bardzo chciała zrezygnować.

Wciąż   jednak   nie   uzyskała   odpowiedzi   na   najważniejsze   pytanie:   czy   przyjęcie 

następnej   porcji   boty   byłoby   dobrym   pomysłem.   Czy   ta   droga   wiodła   w   kierunku 
chwalebnego   pływania   w   rwącym   prądzie   Mocy,   czy   pogrążenia   się   w   zatęchłym   leju 
ruchomych piasków jej Ciemnej Strony? Uli nie potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie.

Prawdę mówiąc, nie mógł jej pomóc nikt, kogo znała w tej bazie, bo żaden inny Jedi nie 

stanął przed koniecznością dokonania takiego wyboru. Pomoc ze strony jej mistrzyni czy 
kogokolwiek innego mogła dotyczyć najwyżej teorii, nie praktyki. „Zrób to albo nie rób w 
ogóle", jak miał zwyczaj mawiać Mistrz Yoda.

Barrissę   dręczyło   niejasne,   ale   uporczywe   przeczucie,   że   sama   musi   dokonać   tego 

wyboru. Wiedziała jednak, że nawet jeżeli wybierze czekanie i odłożenie decyzji na później, 
może skierować się w niewłaściwą stronę.

Ponownie włączyła klingę świetlnego miecza. Zajmij myśli czymś innym, pomyślała. 

Zacznij robić coś, co potrafisz. Twoja rozterka nie zniknie, nawet kiedy skończysz.

Niestety...

Odkąd ułożył plan działania, Nedijanin Kaird poczuł się o wiele lepiej. Spotkał się ze 

swoimi agentami w innym, nowym przebraniu, tym razem otyłego mężczyzny.

Na czas i miejsce spotkania wybrał porę obiadu i zatłoczoną stołówkę. Panował w niej 

gwar i zaduch, jako że istoty wielu ras spożywały typowe dla siebie posiłki. Nikt nie zwracał 
uwagi na Kairda, Thulę i Squa Tronta.

Czasami najlepszą kryjówką był środek tłumu.
Otoczony   uniemożliwiającą   odczytywanie   myśli,   solidną   tarczą   mentalną   Nedijanin 

cicho i rzeczowo wymienił swoje żądania.

Jak mógł się spodziewać, Falleenka i Umbaranin mieli sporo zastrzeżeń.
– Coś takiego od razu położy kres naszej działalności w tej bazie – stwierdziła Thula. 

Ugryzła   mały   kęs   zielonkawoniebieskiego   roślinnego   kotleta   i   wykrzywiła   się   z 
obrzydzeniem. – Fuj! – burknęła. – Co za marnotrawstwo smacznego spigagu! Ktoś powinien 
ugotować kucharza w jego kotle.

–  Bez wątpienia spotkałby go właśnie taki los, gdyby jego kuchnia nie spodobała się 

tetrarsze   Anaraka   Cztery   –   odezwał   się   Squa   Tront.   –   Tu   nie   musi   się   obawiać   równie 
drastycznych skutków jak na rodzinnej planecie.

– Ma szczęście – mruknęła Thula, odsuwając talerz na bok.
Kaird postanowił skierować rozmowę na rzeczowe tory.
–  Pomyślałem, że to powinien być kres waszej działalności – zaczął, spoglądając na 

background image

Umbaranina. – Doszliśmy do wniosku, że napełnienie naszego wiadra za jednym zamachem 
będzie lepsze niż czekanie, aż za każdym  razem nakapie kilka kropli. Losy tej wojny są 
niepewne. Przez przypadek ktoś głupi z jednej albo drugiej strony może unicestwić tę planetę, 
a wówczas nikt nie osiągnie żadnych korzyści. 

Właściwie   nie   kłamał,   chociaż   nie   miało   to   nic   wspólnego   z   jego   prawdziwymi 

powodami. Czarne Słońce nie wiedziało o jego planie, więc powinien używać raczej słowa 
,ja", nie „my".

– To  prawda – przyznał  Squa Tront.  – Ale jeżeli  sytuacja  nie ulegnie  zmianie,  na 

dłuższą metę zyskałbyś więcej dzięki powolnemu kapaniu.

– Będziesz to jadł? – zapytała Thula Nedijanina.
Kaird   spojrzał   na   swój   talerz,   na   który   rzucono   niedbale   grudki   w   paskudnych 

odcieniach brązu, zieleni i bieli. Nie miał pojęcia, co dostał do jedzenia... zważywszy na 
przebranie,  prawdopodobnie   był   to  przysmak,   za  którymi  przepadają   istoty  ludzkie.   Jego 
zdaniem  cuchnął  jak popsuty przetwarzacz  odpadów w zatłoczonej  do granic  możliwości 
kosmicznej spelunce. – Proszę bardzo – powiedział, przesuwając rarytas w stronę Fal–leenki. 
Spojrzał na jej towarzysza. – Na dłuższą metę wszyscy jesteśmy tylko pyłem wpadającym w 
otchłań czarnej dziury – powiedział. – Moje zadanie polega na spełnianiu życzeń władców 
Czarnego Słońca, a wasze na spełnianiu moich. Czy to jasne?

Thula i Squa Tront wymienili spojrzenia i szybko przenieśli je na Nedijanina. Jak na 

rozkaz równocześnie pokiwali głowami.

– Jak najbardziej – oznajmili zgodnym chórem. Kaird wykrzywił w uśmiechu ludzką 

maskę.

–  To świetnie – powiedział. – Możecie liczyć na premię wartą ryzyka, na jakie się 

narazicie, gdyby tutejsze władze wpadły na wasz trop.

Przemytnicy jeszcze raz spojrzeli po sobie.
–  No   cóż,   kłopot   .w   tym,   że   zanim   ktokolwiek   zauważy   zniknięcie   towaru,   my 

powinniśmy  już  przemierzać  gwiezdne   szlaki  – zaczął   Squa  Tront.  –  Mimo   wszystko   to 
właśnie   na   nas   padnie   pierwsze   podejrzenie.   Mam   nadzieję,   że   wymyśliłeś   sposób 
wyciągnięcia nas z tego bagna?

–  Bardzo mi przykro, ale to wasz problem – odparł obojętnie Kaird. Pod sztucznym 

ciałem przebrania okropnie świerzbiała go skóra.

Miał   wrażenie,   że   się   gotuje.   Wybrał   to   przebranie,   bo   jego   system   filtrujący 

zabezpieczał go przed wpływem dokuczliwych feromonów tej Falleenki. Mikrogranulki filtru 
spisywały się doskonale, czego nie mógłby powiedzieć  o delikatnych  splotach kanalików 
umożliwiających wymianę ciepła i o prześwitach w tkaninie ubrania. Pomyślał, że zawsze coś 
w tych skomplikowanych kostiumach musi powodować problemy. Mimo wszystko z jego 
przebrań najlepszy był strój Milczącego. Thula przełknęła ślinę.

– W takim razie najważniejsze będzie idealne zgranie w czasie – stwierdziła. – Mamy 

do wyboru dwa rozwiązania. Możemy skorzystać z cywilnego środka gwiezdnego transportu, 
ale   musimy   to   zrobić   co   najmniej   kilka   dni   wcześniej,   zanim   szydło   wyjdzie   z   worka. 
Możemy także wślizgnąć się potajemnie na pokład wojskowego wahadłowca i być już w 
drodze do orbitalnej stacji przesiadkowej, kiedy na powierzchni Drongara zacznie robić się 
gorąco.

– Nie wyglądacie, jakbyście dopiero się wykluli z jaja – zauważył Kaird. – Na pewno 

sobie poradzicie.

– Najgłośniej przemawiają kredyty – przypomniał Squa Tront. – Najlepiej i najłatwiej 

byłoby kogoś przekupić.

– Racja – przyznał Nedijanin. – Będziecie mieli ich dość, żeby sobie załatwić stadion 

pełen polityków.

Umbaranin pokiwał głową.

background image

– Jasna sprawa – powiedział. – Więc kiedy to ma być i ile będziesz tego potrzebował?
–  Pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt kilogramów boty zamrożonej w karbonicie w ciągu 

najbliższego tygodnia – odparł zwięźle Kaird. – Ma mieć kształt niewielkiego osobistego 
nesesera z uchwytem do przenoszenia.

Thula spojrzała na niego.
–  Do   tego   dochodzi   co   najmniej   następne   dwadzieścia   kilogramów   zamrożonego 

karbonitu – zauważyła. – Dasz radę dźwigać siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt kilogramów 
bez obawy, że coś sobie nadwerężysz?

– Jestem silniejszy, niż na to wyglądam – uspokoił ją Nedijanin. – A zresztą, możecie 

zainstalować kółka albo niewielki repulsor.

Falleenka przeniosła spojrzenie na swojego towarzysza. Umbaranin kiwnął głową.
– W porządku – powiedziała. – Musimy mieć dwa dni przewagi nad wszystkimi, którzy 

mogą nas ścigać.

–  Załatwione   –   obiecał   agent   Czarnego   Słońca.   –   Będziecie   mieli   pięć   dni,   żeby 

wszystko zorganizować, a ja odlecę stąd dopiero dwa dni po was. – Wyciągnął z kieszeni 
sześcian kredytowy i pchnął go po blacie stołu w stronę Umbaranina. Squa uśmiechnął się na 
widok niewielkiej kostki, ale nie zaprotestował, kiedy Falleenka sprzątnęła mu ją sprzed nosa.

– Thula zajmuje się wszystkimi sprawami finansowymi – wyjaśnił pogodnie. – Jako 

księgowy jestem do niczego.

Przemytniczka ukryła sześcian w zagłębieniu złożonych dłoni.
–Fiu, fiu! – odezwała się, spoglądając na wyświetloną sumę kredytów. – Czarne Słońce 

jest więcej niż hojne!

Przebrany za otyłego mężczyznę Kaird wzruszył ramionami.
– Dzielcie się tym bogactwem z tymi, z którymi musicie, bo to pomaga w prowadzeniu 

interesów – powiedział. – Dzięki temu każdy będzie szczęśliwy.

Wszyscy troje wybuchnęli beztroskim śmiechem. Jak ci się podoba widok ich otwartych 

ust? – pomyślał Nedijanin. Istoty człekokształtne mają zwyczaj obnażać zęby i udawać, że to 
przyjaźń.

Kaird wstał od stolika, przeszedł przez zatłoczoną jadalnię i zniknął w zamykanej od 

środka  łazience.  Wszedł do niej  jako tęgi  mężczyzna,  a wyszedł  w  płaszczu  z kapturem 
Milczącego. Upodabniające go do istoty ludzkiej sztuczne ciało rozpuścił w ultrasonicznym 
utylizatorze odpadów, który spełnił swoją funkcję po przyciśnięciu odpowiedniego guzika. 
Nedijanin   miał   jeszcze   w   zapasie   trochę   sztucznego   ciała   na   wypadek,   gdyby   go   kiedyś 
potrzebował.

Nie przejmował się losem Falleenki ani Umbaranina. Drobni kombinatorzy, złodzieje i 

artyści oszuści słynęli z tego, że potrafili być pragmatykami. „Nedijanin z Czarnego Słońca 
chce to mieć i jest gotów zapłacić każdą sumę? Żaden problem, szefie. Powiedz tylko, gdzie, 
kiedy i ile".

Kaird wiedział  jednak, że następny etap  jego planu będzie nastręczał  trochę  więcej 

trudności. Do jego realizacji musiał wybrać statek wystarczająco szybki i dysponujący na tyle 
dużym zasięgiem, żeby pozwolił mu uciec ze skradzionym towarem. Jednostka nie musiała 
mieć   dużej   ładowności...   bo   w   najgorszym   przypadku   zamierzał   uciec   tylko   z 
pięćdziesięcioma czy sześćdziesięcioma kilogramami boty. Nawet gdyby towar był zatopiony 
w bloku karbonitu, nie powinien być na tyle duży, żeby w razie potrzeby nie dało się go 
przypiąć   pasami   do   fotela   drugiego   pilota.   Naturalnie,   mógł   dołączyć   repulsor   do   bloku 
ważącego tonę czy dwie i popychać go przed sobą równie łatwo jak balon, ale tak duży 
przedmiot na pewno zwróciłby uwagę, a jednym z najważniejszych założeń jego planu było 
to, żeby nie rzucać się w oczy. Nawet najszybszy statek, jaki mógłby porwać na powierzchni 
tej   zapomnianej   przez   wszystkich   planety,   nie   wyprzedzi   niosącego   potężną   energię 
strumienia   naładowanych   cząstek   z   lufy   działa.   Kaird   chciał   się   znaleźć   daleko   poza 

background image

zasięgiem   nie   tylko   stacjonarnych   stanowisk   artylerii,   ale   także   pokładowej   broni 
patrolowców, zanim ktokolwiek zacznie myśleć o strzelaniu.

Chciwość przyczyniła się do upadku wielu złodziei, a Kaird nie zamierzał dołączać do 

ich   grona.   Pięćdziesiąt   kilogramów   boty   wartej   tysiące   kredytów   za   gram   i   złożonej 
bezpiecznie w coruscańskich skarbcach Czarnego Słońca znaczyło nieporównanie więcej niż 
tona tego samego towaru rozpylonego na atomy przez bystrookiego artylerzystę Republiki... 
nie wspominając o statku i pilocie, którzy spłonęliby przy tej okazji. Kaird cieszył się opinią 
jednego  z  najlepszych   agentów   Czarnego  Słońca,  zabójcy,   który wyeliminował  dziesiątki 
nieprzyjaciół przestępczego syndykatu tak zręcznie, że ani razu nikt go nie aresztował ani 
nawet nie podejrzewał, ale sławę zawdzięczał temu, że nie był zachłanny ani głupi. Miał 
ułożony   plan   główny   i   plan   rezerwowy,   a   nawet   plan   awaryjny   na   wypadek,   gdyby 
poprzednie dwa nie wypaliły. Zdążył upatrzyć odpowiedni okręt, doskonale nadający się do 
jego celów. Zamierzał wślizgnąć się na jego pokład najszybciej jak to możliwe, żeby obejrzeć 
wszystkie urządzenia. Korzystając z tego, że stan podwyższonej gotowości właśnie odwołano, 
chciał  się nim udać najpierw  na pokład fregaty MedStara. Liczył  na to, że jako członek 
religijnego zakonu nie będzie miał trudności z dostaniem się do śluzy.

Potem zaś wszystko powinno pójść jak z płatka. Niemal czuł, jak otacza go chłodne, 

krystalicznie czyste górskie powietrze rodzinnego Nedija...

background image

ROZDZIAŁ 23

Jos bardzo chciałby wypytać I–Five o szczegóły odzyskania pamięci, ale niestety tego 

dnia musiał  łatać  wielu żołnierzy.  Na ogół operacje nie były  trudne czy skomplikowane, 
większość polegała na usuwaniu odłamków. Mniej więcej tym samym zajmowali się polowi 
chirurdzy   na   frontach   wszystkich   chyba   wojen,   jakie   toczono   w   ciągu   ostatnich   kilku 
tysiącleci.   Wyglądało   na   to,   że   separatyści   doskonale   przyswoili   sobie   jedną   z   ponurych 
prawd każdej wojny: zabicie nieprzyjacielskiego żołnierza kosztowało wrogów tylko tyle, ile 
umieszczenie jego zwłok w przetwórni odpadów, podczas gdy zranienie go wyczerpywało ich 
zasoby i przysparzało problemów personelowi medycznemu.

Jos dokonywał przeszczepów spalonej skóry i resekcji zmiażdżonych tkanek, usuwał 

uszkodzone   organy   i   zastępował   je   transplantami.   Wydawało   mu   się,   że   czas   płynie   w 
zwolnionym tempie.

Tolk asystowała tego dnia innemu chirurgowi. Ilekroć mógł, usiłował pochwycić jej 

spojrzenie, ale bezskutecznie.  Pielęgniarka zerkała  na niego od czasu do czasu, ale zaraz 
znów zajmowała się pracą. Widoczne nad jej maską oczy nie zdradzały żadnych uczuć.

Zanim   zmiana   Josa   dobiegła   końca,   pod   jego   dłońmi   przewinęło   się   dziewięciu 

żołnierzy.   Vondar   miał   wrażenie,   że   zasypia   na   stojąco,   co   nie   zdarzyło   mu   się   od 
zakończenia stażu.

W końcu udał się do łazienki, spryskał twarz i dłonie i zwilżył włosy letnią wodą, co 

częściowo pomogło mu się pozbyć zmęczenia. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy był w wieku 
Ulego – no cóż, może trochę starszy – i gdy znużenie spływało po nim niczym woda po 
grzbiecie  Aąualishanina.  Obecnie  jednak, ilekroć  spojrzał w  lustro, wydawało  mu  się, że 
widzi coraz to nowe zmarszczki i więcej siwych włosów w zaroście na twarzy. Zaczynał 
wyglądać...

Na litość Stwórcy, pomyślał ponuro, zaczynam wyglądać jak wuj matki.
Nie miał okazji porozmawiać z Tolk, bo pielęgniarka skończyła pracę wcześniej i od 

tamtej pory jej nie widział.

Kiedy wyszedł z łazienki, natknął się na I–5, który opuszczał dezynfekcyjną komorę 

operacyjnej sali. Połączenie nadfioletowego promieniowania i ultradźwięków wystarczało do 
uśmiercenia wszystkich mikroorganizmów, jakie mogły się przedostać przez sterylną strefę 
otaczającą każdego pacjenta, ale android zawsze narzekał, że kilka minut po opuszczeniu 
komory czuje się, jakby szumiało mu w czujnikach dźwięków.

–  Więc twierdzisz, że twoja pamięć całkowicie wróciła? – zagadnął go Jos, kiedy I–

Five podszedł do niego.

– Słucham?
Zwiększ   wzmocnienie   natężenia   odbieranych   sygnałów   –   burknął   Vondar.   – 

Wspominałeś,   że   wszystko   pamiętasz.   Powiedz   więc,   czy   naprawdę   jesteś   ulubionym 
pieszczochem jakiejś bogatej księżniczki, czy też może drużbą Shistavanena albo kimś w tym 
rodzaju?

–  Jestem dokładnie tym, czym byłem poprzednio, ale dziękuję, że zapytałeś – odparł 

android. – Mówiłem kiedyś, że w mojej pamięci istnieją luki, które muszą zostać wypełnione. 
Teraz   się   wypełniły.   Naprawa   moich   wewnętrznych   funkcji   percepcyjnych   została 
ukończona.

– Żałuję, że nie mogę powiedzieć tego samego o sobie – mruknął Jos. – Przypomniałeś 

sobie coś wartego wzmianki? Daj spokój, I–Five. Wiesz przecież, że możesz mi się zwierzyć.

Android przekrzywił głowę.
– Dlaczego tak bardzo chcesz to wiedzieć? – zapytał.
– No cóż, dlatego że... – zaczął Korelianin i urwał. Właściwie dlaczego tak mu na tym 

background image

zależało? – Bo z tego, co opowiadałeś, wynika, że miałeś wiele przygód – podjął w końcu. – 
Najpierw   na   Coruscant,   a  potem   przemierzając   gwiezdne   szlaki.   A   ja...   Jeżeli   nie   liczyć 
Drongara, byłem tylko na Coruscant i na Alderaanie. Patrzę w lustro i z trudem rozpoznaję 
spoglądającą   na   mnie   stamtąd   podstarzałą   bryłę   protoplazmy.   Kiedy   powiedziałeś,   że 
wszystko pamiętasz, chyba pomyślałem...

Urwał i wzruszył ramionami.
–  Że   wykorzystasz   okazję   i   pozwolisz   wyobraźni   wyruszyć   na   wycieczkę 

krajoznawczą? – domyślił się I–Five.

– To też – przyznał Jos i umilkł, jakby szukał właściwych słów. – Chyba powinienem 

opowiedzieć o wszystkim Kio...

– Jeżeli chodzi o intuicję, rzeczywiście jest o wiele lepszy niż ja – przyznał android.
– Większość lekarzy, szczególnie ci z naszej bazy i inni podobni do nich, powie ci, że 

nie obawia się śmierci,  bo tyle  się na nią napatrzyło  – podjął Vondar. – Kto wie, może 
naprawdę tak uważają. Jeżeli jednak chodzi o mnie, właśnie z tego powodu się jej boję... a 
przynajmniej boję się samej przeprawy na drugą stronę.

– Może padawanka Offee mogłaby ci bardziej pomóc niż... – zaczął I–Five.
–  Śmierć   bywa   na   ogół   bolesna   i   długotrwała   –   ciągnął   Korelianin,   jakby   go   nie 

usłyszał. – To dziwne, zważywszy na wszystkie dostępne w tej chwili środki uśmierzające ból 
i stymulujące. Mimo to na każdą istotę dysponującą własną sztuczną planetoidą wciąż jeszcze 
przypada miliard miliardów innych, co z trudem wiążą koniec z końcem. Pod tym względem 
galaktyka prawdopodobnie nigdy się nie zmieni.

– Istnieją także inne możliwości – stwierdził android.
–  To prawda – przyznał Jos. – Pod warunkiem, że się jest wystarczająco bogatym. 

Przeniesienie osobowości, zamrożenie w karbonicie i tak dalej... ale mnie dzieli od takich 
możliwości wiele parseków i chyba nigdy w życiu nie będę bogaty, więc...

– Posłuchaj, Jos – przerwał 1–5 i zdumiony Vondar urwał w pół zdania. Głos androida 

właściwie   się   nie   zmienił   –   nadal   miał   to   samo,   trudne   do   określenia   brzmienie,   które 
wskazywało, że jego źródłem jest wokabulator, nie krtań – ale brzmiało w nim coś dziwnego. 
Dopiero po chwili chirurg uświadomił sobie, że android jeszcze nigdy do nikogo nie zwrócił 
się   po   imieniu.   –   Z   moich   obserwacji   zwyczajów   społecznych   wynika,   że   to 
najodpowiedniejsza chwila, aby przypomnieć ci o wszystkich wspaniałych zaletach, jakimi 
wy, istoty organiczne, przewyższacie mnie, istotę elektromechaniczną – ciągnął automat. – 
Jesteście na przykład zdolni do twórczego myślenia i wzlotów wyobraźni, o jakich ja nie 
mogę nawet marzyć, bo moje podstawowe oprogramowanie nie obejmuje takich niuansów. 
Mimo to nie tęsknię za nimi. Nie pragnę rozumieć piękna ani sztuki. To samo dotyczy miłości 
i egzystencjalnych kryzysów życiowych w rodzaju takiego, jaki przeżywasz w tej chwili.

– Nigdy w to nie uwierzę – odparł Vondar. – Przynajmniej masz poczucie humoru...
–  Także zaprogramowane – przypomniał I–Five. – Podobnie jak zaprogramowano je 

chyba wszystkim innym androidom, które na takim poziomie porozumiewają się z istotami 
organicznymi.

– Chciałeś się kiedyś urżnąć! – nie dawał za wygraną Korelianin.
–  To   prawda   –   przyznał   spokojnie   automat.   –   Nie   powiedziałem,   że   moje 

oprogramowanie nie obejmuje emocji. Jedną z nich jest lojalność, a inną ciekawość. Brak 
tłumików twórczości i rozszerzona sieć percepcyjna pozwalają mi ekstrapolować uczucia. 
Doświadczanie   ulubionych   emocji   istot   organicznych,   nawet   wywoływanych   przez 
wpływające   na   umysł   wywary,   powinno   mi,   przynajmniej   w   teorii,   pomóc   zrozumieć   te 
istoty. A skoro tkwię z wami w tej galaktyce, muszę dysponować wszystkimi informacjami, 
jakie uda mi się zdobyć. Nie jestem jednak małym robocikiem z dziecięcych bajek, który 
pragnie   się   stać   istotą   organiczną,   Jos.   Jestem   maszyną,   bardzo   skomplikowaną   i   w 
zdumiewającym  stopniu zdolną do naśladowania myślowych procesów istot organicznych, 

background image

ale tylko maszyną. Prawdę mówiąc, nie chcę się stać nikim innym.

Vondar przystanął  i spojrzał na I–Five. Nie byłby bardziej zaskoczony,  gdyby jego 

rozmówca   przemienił   się   nagle   w   trzygłowego   Kaminoanina.   Poczuł   ku   własnemu 
zdumieniu, że ogarnia go gniew. Nieco wcześniej radykalnie zmienił swój pogląd na świat i 
może jeszcze nie do końca przywykł do myśli, że androidów nie powinno się traktować jak 
elektronarzędzi   z   kończynami.   Nie   zamierzał   pozwalać,   żeby   I–5   znów   namieszał   mu   w 
głowie.

– Czy przypominasz sobie, jak kiedyś graliśmy w sabaka? – zapytał. – Rozmawialiśmy 

wówczas   o   tym,   w   jaki   sposób   każda   istota   może   wiedzieć,   czy   została   obdarzona 
samoświadomością.

– Przypominam sobie – odparł spokojnie android.
–  Powiedziałeś wtedy coś takiego: „Być świadomym na tyle, żeby zadawać sobie to 

pytanie, jest równoznaczne z udzieleniem na nie odpowiedzi". Myślę, że jesteś wystarczająco 
świadomy, aby uzyskać odpowiedź na to pytanie. Prawdę mówiąc, chyba już sobie na nie 
odpowiedziałeś. Więc czemu się teraz wycofujesz i wypierasz własnej świadomości? Ciekaw 
jestem, czy to ma coś wspólnego z uzupełnieniem luk w twojej pamięci.

Android   nie   od   razu   odpowiedział.   Cisza   trwała   dość   długo.   Kiedy   się   w   końcu 

odezwał, w jego głosie brzmiało wyraźne zdumienie.

– Właśnie dokonałem porównania subiektywnej aktywności nerwowej z informacjami 

na ten temat zapisanymi w moich wewnętrznych bazach danych – zaczął. – Wydaje mi się, że 
ogarnia mnie niepokój.

background image

ROZDZIAŁ 24

Czasami pseudonimy bywały mylące. Szpieg na ogół korzystał z tego, pod jakim znali 

go pozostali w medycznej bazie. Czasem nazywał się Column, bo tak brzmiał kryptonim, 
nadany przez jednego z funkcjonariuszy wywiadu separatystów hrabiego Dooku. Najrzadziej 
używał przydomka Lens, pod jakim był znany jako agent Czarnego Słońca. Naturalnie żaden 
z tych przydomków nie miał nic wspólnego z imieniem, jakie szpieg otrzymał po urodzeniu, a 
wszystkie składały się na listę, która – zależnie od okoliczności – ciągle się wydłużała.

W obecnej chwili używał kryptonimu Lens, bo pod takim znał go rozmówca. Istota 

siedząca   naprzeciwko   niego   wyglądała   jak   otyły   mężczyzna,   jednak   pod   maskującymi 
zwałami   tłuszczu   krył   się   Kaird,   nedijański   gangster   i   skrytobójca.   Siedzieli   w   pustym 
gabinecie askajiańskiej nadzorczyni laboratorium, która podczas okresu mrozów zapadła na 
paskudną   miejscową   formę   ciężkiej   grypy.   Pracownica   laboratorium   leżała   na   oddziale 
zakaźnym i nieprędko miała korzystać ze swojego gabinetu.

Fałszywy   mężczyzna   przedstawił   najważniejsze   założenia   planu.   Chodziło   o 

wykradzenie   dużej   ilości   boty...   a  także  o  porwanie   okrętu,  na   którego  pokładzie   można 
byłoby przetransportować ją poza Drongar. Plan nie miał najmniejszego sensu i Lens bez 
ogródek powiedział to Kairdowi.

– Mamy swoje powody – usłyszał w odpowiedzi.
– Dlaczego mi o tym wszystkim mówisz? – zapytał.
– Jesteś naszym agentem, więc wydawało mi się, że powinienem cię ostrzec – odparł 

fałszywy tłuścioch. – Kradzież na pewno spowoduje wszczęcie dochodzenia. Powinieneś być 
na to przygotowany.

Lens się uśmiechnął.
– 

Jestem   poza   wszelkimi   podejrzeniami   –   powiedział.   –   Jaki   jest   prawdziwy 

powód?

Przebranie   istoty   ludzkiej   było   na   tyle   dobre,   że   jej   uśmiech   sprawiał   wrażenie 

autentycznego.

– Podobnie jak wszystkie inne wojny, także ta musi się kiedyś skończyć – odparł jego 

rozmówca. – Niemniej interesy będą prowadzone także po jej zakończeniu. Jesteś dla nas 
cennym   nabytkiem   i   możesz   być   nadal,   kiedy   ta   wojna   dobiegnie   końca.   Nie   lubimy 
marnować niczyjego talentu.

Jego odpowiedź miała większy sens, ale Lens czuł, że nie usłyszał całej prawdy.
– Jeszcze coś przede mną ukrywasz, prawda? – zapytał.
Śmiech fałszywej istoty ludzkiej także zabrzmiał całkiem szczerze.
– Rozmowa z kimś, kto nie jest tępy ani niewtajemniczony, to prawdziwa przyjemność 

– powiedział Kaird. Pochylił się nad stołem w stronę Lensa. – Masz rację – stwierdził. – 
Chodzi o to, że twoje oficjalne obowiązki zapewniają ci dostęp do pewnych informacji.

– Nie należą do nich kody bezpieczeństwa umożliwiające przedostanie się na pokład 

zdolnego   do   latania   w   próżni   statku,   zwłaszcza   wyposażonego   w   jednostki   napędu 
nadświetlnego – zauważył Lens.

– To wiem, ale za to masz dostęp do danych medycznych – stwierdził Nedijanin.
–   Ma   do   nich   dostęp   prawie   każdy   pracownik   personelu   medycznego   tej   bazy   – 

przypomniał Lens. – Nie rozumiem, jak takie informacje mają ci pomóc porwać gwiezdny 
statek.

– A widziałeś kiedyś dziecięce klocki do zabawy w przewracankę? – zapytał Kaird. – 

Można ustawiać je w długie linie i ścieżki. Ostatni jest oddalony o setki albo i tysiące od 
pierwszego, ale  jeżeli ustawi  się je wystarczająco  blisko siebie, przewrócenie pierwszego 
spowoduje wcześniej czy później upadek ostatniego.

background image

Lens pokiwał głową.
– To prawda – przyznał. – Rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.
– Zamierzam najpierw poszperać w tych aktach – ciągnął Kaird. –A kiedy się dowiem 

tego i owego, poproszę cię o konkretne informacje, które mogą się okazać bardzo pożyteczne. 
Naturalnie nie będę zawracał ci głowy niczym, do czego oficjalnie nie masz dostępu.

– Żaden problem – zapewnił Lens. – Przekażę ci, czego potrzebujesz.
–   Doskonale.   –   Zapadła   krótka   cisza.   –   Chciałbym   wyświadczyć   ci   przysługę. 

Przypuszczam, że służysz jeszcze komuś oprócz Czarnego Słońca, ale przedmiot twojego... i 
naszego zainteresowania na tej planecie przestanie mieć wkrótce jakiekolwiek znaczenie.

Lens zmarszczył brwi.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał.
– Istnieje tylko jeden powód, dla którego tu przebywamy – ciągnął Nedijanin. – Powód 

ten już w tej chwili traci na znaczeniu, a niebawem straci je zupełnie.

– Chyba nie rozumiem – stwierdził Lens. – Masz na myśli botę?
– Tak – przyznał Kaird. – Wygląda na to, że roślina przechodzi nową mutację, która 

pozbawi ją zupełnie adaptogennych właściwości. Następne pokolenie boty nie będzie miało 
wartości większej niż pierwszy lepszy chwast na powierzchni Drongara. Jej skład chemiczny 
zmieni się tak bardzo, że jako lek stanie się bezużyteczna. A skoro Drongar jako taki nie ma 
żadnej wartości, zwłaszcza strategicznej, siły zbrojne separatystów i Republiki nie będą już 
miały powodów, żeby tu dłużej pozostawać. – Kaird rozłożył ręce i uniósł dłonie, jakby dla 
podkreślenia swoich słów. – Będziemy mogli wszyscy wrócić do domów.

– Skąd o tym wiesz? – zainteresował się Lens.
– To nie ma znaczenia – odparł Nedijanin. – Wiem jednak, że to prawda. Mówię ci o 

tym, bo kiedy odlecę, możesz wykorzystać tę informację, żeby pomóc swoim przyjaciołom 
służącym   pod   rozkazami   hrabiego   Dooku.   Może   zechcą   przypuścić   ostateczny   szturm   i 
opanują to, co jeszcze pozostanie z upraw wartościowej boty, bo kiedy ta resztka również 
zmieni właściwości, żadnej innej nie zdobędą. Przynajmniej nie na powierzchni Drongara.

Zaskoczony  informacją   Lens  zachował  milczenie.  Nie   widział   powodu,  dla  którego 

Kaird   miałby   kłamać.   Kradzież   dużej   ilości   boty   przyniosłaby,   przynajmniej   pośrednio, 
szkodę  Republice,   więc   pod   tym   względem   życzył   rozmówcy   powodzenia.   Jeżeli   jednak 
usłyszana   informacja   była   prawdziwa,   separatyści   powinni   opanować   jak   najwięcej 
wartościowych zbiorów boty, nawet mimo ryzyka zniszczenia reszty cennych upraw. Lepiej 
zdobyć pół bochenka niż obchodzić się smakiem.

Musiał jednak wymyślić sposób zweryfikowania tej sensacji.
– To cenna wiadomość  – odezwał  się w  końcu. – Dlaczego przekazujesz mi  ją za 

darmo?

Siedzący   naprzeciwko   niego   Nedijanin   w   przebraniu   tęgiego   mężczyzny   pokiwał 

energicznie głową.

– Jak powiedziałem, wcześniej czy później ta wojna dobiegnie końca – oznajmił. – 

Nieważne dla nas, kto wygra, a kto przegra. Jeżeli wyświadczymy ci przysługę, któregoś dnia 
możesz mieć okazję się nam zrewanżować. Czarne Słońce ma dobrą pamięć, zarówno jeżeli
chodzi o przyjaciół, jak i wrogów. Mamy wielu jednych i drugich, ale nie zaszkodzi mieć 
jednego przyjaciela więcej.

Lens kiwnął głową i się uśmiechnął. Odpowiedź Kairda miała sens, chociaż była dość 

dwuznaczna.   W   przeszłości   Czarne   Słońce   robiło   tyle   ciemnych   interesów,   że   trzeba   by 
dziewięciowymiarowego wycinka czasoprzestrzeni, żeby wszystkie pomieścić.

Fałszywy grubas wstał tak energicznie, że wprawił w ruch fałdy tłuszczu.
– Skontaktuję się z tobą jutro albo pojutrze – obiecał.
– Niech mróz nigdy nie zmąci ostrości twojego spojrzenia.
Kiedy Nedijanin wyszedł, Lens zaczął się zastanawiać. Gdyby informacje usłyszane z 

background image

ust agenta Czarnego Słońca okazały się prawdziwe, należałoby przekazać je zwierzchnikom. 
Szpieg wiedział, że wtedy prawie na pewno losy wojny szybko się odwrócą.

Bardzo szybko.

Powłócząc nogami, Jos człapał w stronę swojej kabiny. Nie dzielił jej już ani z Tolk, ani 

z   Ulim.   Twierdząc,   że   musi   mieć   przestrzeń   do   rozmyślania,   lorrdiańska   pielęgniarka 
wyprowadziła   się   trzy   dni   wcześniej,   a   wkrótce   po   jej   odejściu   Uli   przeniósł   się   do 
samodzielnego pomieszczenia. W ostatnim okresie Jos spędzał większość czasu albo w sali 
operacyjnej, albo w kantynie. Wracał do kabiny tylko wtedy, kiedy musiał się przespać, a 
obecnie bardzo tego potrzebował.

Zaledwie   się   położył,   usłyszał   coraz   głośniejszy   basowy   pomruk   repulsorów 

nadlatujących   ładowników.   Dźwięk   stał   się   tak   intensywny,   że   Jos   nie   potrafiłby   nawet 
zgadnąć,   ile   maszyn   nadlatuje.   Pokręcił   głową.   Paskudna   sprawa   dla   wszystkich,   którzy 
właśnie w takiej chwili pełnią dyżur...

Nagle usłyszał świergot osobistego komunikatora.
Spodziewając się niepomyślnej wieści, wyciągnął urządzenie.
– Słucham – powiedział.
– Miała miejsce eksplozja i pożar w przetwórni wodoru – oznajmił Uli. – Poważne rany 

odniosło przynajmniej sto istot. Skierowano do nas dziewięć ładowników z trzydziestoma 
kilkoma ofiarami na pokładach. Większość ma poważne poparzenia i...

– Właśnie skończyłem dyżur w sali operacyjnej – przerwał Vondar. – Z trudem mogę 

unieść ręce, a co dopiero nimi operować.

– Wiem, wiem – przyznał młodszy chirurg. – Ale jeden z chirurgicznych androidów 

wywołał eksplozję żyrostabilizatora. Naprawa urządzenia potrwa wiele godzin, a nam brakuje 
chirurgów. Pułkownik Vaetes kazał mi się z tobą skontaktować.

Jos westchnął.
–Niech to zaraza – mruknął z rezygnacją.
Nawet nie miał siły się złościć. Czy to naprawdę nigdy się nie skończy?
Kiedy włożył chirurgiczne rękawiczki i wszedł do sali, androidy sanitariusze wnosili 

pierwszych pacjentów. Korelianin zobaczył Tolk, która na jego widok kiwnęła głową. Drobny 
gest, ale poczuł się trochę lepiej. Dobrze chociaż, że tyle im pozostało.

Podszedł do stołu, na który para androidów przekładała pacjenta z noszy. Ranny był 

straszliwie poparzonym klonem.

– Jakie rozpoznanie? – zapytał Vondar.
– Oparzenia trzeciego stopnia na dwudziestu sześciu procentach powierzchni ciała – 

zameldował   zwięźle   jeden   z   chirurgicznych   androidów   diagnostycznych.   –   Oparzenia 
drugiego stopnia na kolejnych dwudziestu jeden procentach i pierwszego na siedemnastu. 
Ponadto jego jelito cienkie rozszarpał odłamek rozerwanego zbiornika wodoru. Lewy dolny 
kwadrant,  w poprzek. Do tego kilka otworów  w lewym  płucu, co spowodowało odmę,  i 
kawałek metalu w lewym oku.

– Czyżby instalację zaatakowały roboty separatystów? – zdziwił się Jos.
– Nie, proszę pana – odparł android diagnostyczny. – To był wypadek.
Coś wspaniałego, pomyślał ponuro Jos.
– Nie dość, że naszych chłopców zabijają wrogowie, to jeszcze sami wysadzamy w 

powietrze własne instalacje. – Odwrócił się do Threndy. – Przygotuj zestaw do likwidacji 
oparzeń – polecił. – Niech ktoś tu poda sto miligramów enkefaliny i włączy ultrasoniczny 
sterylizator. Musimy mu przeszczepić przynajmniej połowę skóry...

Podczas   operowania   pierwszych   pięciu   pacjentów   Jos   jeszcze   jakoś   się   trzymał. 

Wszystkich uratował.

Szóstego jednak nie udało mu się ocalić od śmierci. Prawdę mówiąc, sam go zabił.

background image

Był   w   połowie   pierwszego   etapu   resekcji   płuca   i   operował   niesklonowanego 

mężczyznę. Wycinając laserowym skalpelem część lewego płata, przypadkiem musnął aortę. 
Krew z zaciśniętej arterii trysnęła pod sam sufit niczym gejzer.

– Niech ktoś włączy generator pola presyjnego! – krzyknął Vondar.
Tolk i Threndy asystowały Ulemu i Vaetesowi, którzy dokonywali transplantacji serca 

innego pacjenta, ale chirurgiczny android pomocniczy szybko skierował pole presyjne na 
uszkodzoną arterię  i z idealną  precyzją  skupił je na przeciętym  miejscu. Niestety krew z 
arterii nadal wypływała, bo natężenie pola okazało się za małe.

– Podkręć jeszcze trochę – rozkazał Jos. – Ile masz w tej chwili?
– Sześć koma cztery – odparł android.
– Zwiększ do siedmiu – polecił Korelianin.
– Panie doktorze, taka wartość przekracza dopuszczalne parametry tkanki ludzkiego... – 

zaczął automat.

– Usuwam ograniczenie – warknął Jos. – Ma być siedem, jak powiedziałem.
Kiedy android usłuchał, Vondar uświadomił sobie swój błąd. Leżący przed nim pacjent 

nie był jednym z klonów Fetta, u których ścianki naczyń krwionośnych miały zwiększoną 
grubość,   żeby   się   nie   dawały   tak   łatwo   przebijać.   Jos   miał   do   czynienia   ze   zwykłym 
mężczyzną, co oznaczało, że...

Aorta   eksplodowała   od   wewnątrz,   jakby   ktoś   umieścił   w   niej   niewielki   ładunek 

wybuchowy.

–Niech mi ktoś pomoże! – wrzasnął Jos.
Wszystkie chirurgiczne aparaty typu płuco–serce były w użyciu, a dodatkowa para rąk 

nie   wystarczyłaby   do   uratowania   życia   pacjenta.   Presyjne   pole   nie   mogło   powstrzymać 
wypływu krwi, a kiedy Vondar starał się podwiązać rozerwaną arterię, uświadomił sobie, że 
jest za późno na wszelką interwencję. Mężczyzna doznał silnego wstrząsu i zanim ktokolwiek 
zdążył zastosować cerebrostazę, na ekranie diagnostycznego urządzenia pojawiła się ciągła 
linia. W ciągu następnych dziesięciu minut Jos robił wszystko, co mógł, żeby przywrócić 
pacjenta do życia, ale bezskutecznie. Nie zdołał pobudzić do pracy jego serca.

Na operację czekało czterech innych rannych i chirurg wiedział, co musi zrobić.
Uznał pacjenta za zmarłego i pozwolił, żeby androidy sanitariusze wynieśli go z sali 

operacyjnej. Nie miał innego wyjścia. Gdyby nadal poświęcał uwagę tylko jemu, naraziłby 
życie następnych rannych.

A   może   ich   też   zabijesz?   –   usłyszał   nagle   w   głowie   cichy   złośliwy   głos,   kiedy 

sanitariusze kładli na stole następnego pacjenta.

Nigdy w życiu nie czuł się bardziej zmęczony. Niech zaraza porwie tę wojnę!

background image

ROZDZIAŁ 25

Den siedział naprzeciwko ugnaughtańskiego specjalisty mechanika, Roranda Zuzza, z 

uczuciem, jakby ktoś podał mu klucze do Coruscant na platynowej tacy. Zuzz przekazywał 
mu już wcześniej cenne informacje, ale ani jednej tej wagi.

– Jesteś tego pewien? – zapytał.
–   Możesz   pzekazać   to   dalij,   Dhur,   i   zarobić   przy   okazja   górę   krydytów   –   odparł 

Ugnaught. – O, ta–a!

– Gdzie się tego dowiedziałeś?
Zuzz wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
– Od jidnej pani Ugnoughtki w Mobilnościowej Jednostce Chirur–gićnej Dwynaździe w 

Ksenoby – wyjaśnił mechanik. – Nazywa se Rachott i wbrost szaleje za mnom. Dokonuje 
wszystkich testów na miejscowych zbiorowiskach boty.

– Dlaczego nikt mi wcześniej o tym nie powiedział? – zainteresował się Sullustanin.
Krępa, niska istota wzruszyła ramionami.
– 

Pojińcia ni mam – powiedziała. – Rachott telko wykonywa testy i przekazuje 

rezultata. Wynika z nieich, że bota stawa się coraz mniej skutecznościowa. Ktoś jidnak ni 
dopuszcza do ujawniania tych rezultata. Nikt nie wi, dlaczego.

Android   kelner   podjechał   z   następną   szklaneczką   trunku   i   Zuzz   chwycił   ją,   jakby 

zawierała ostatnią kroplę płynu na zwróconej stale ku słońcu stronie planety.

Den zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Jeżeli bota naprawdę traciła skuteczność, to 

była prawdziwa sensacja. Specyfik był wart swojej masy w najczystszych ognioklejnotach, 
jeżeli nie więcej, i gdyby rzeczywiście tracił właściwości, cena ostatnich skutecznych zbiorów 
wystrzeliłaby daleko poza galaktykę. Jeśli wiadomość się rozejdzie, wszyscy rzucą się na 
poszukiwania,   żeby   zebrać,   ile   się   da.   Można   by   przeżyć   dostatnio   resztę   życia   dzięki 
sprzedaży tego, co by upchnęło się po kieszeniach...

Ta–a, to była prawdziwa sensacja. Przepustka do sławy, jaka zdarza się tylko raz w 

życiu. Gdyby przedstawił ją we właściwy sposób – a wiedział, że to potrafi – może nawet 
otrzyma nagrodę Poracsa. Coś takiego urządziłoby go na resztę życia.

Musiał to potwierdzić, i to szybko. Musiał opublikować sensację, zanim uprzedzi go 

ktoś inny. Wiedział, że dzięki niej naprawdę zaistnieje. Kto wie, może w przyszłości będą 
nazywali jego imieniem dziennikarskie akademie?

Zapłacił za trzy następne kolejki trunków dla Ugnaughta i wyszedł z kantyny. Powinien 

znaleźć przynajmniej dwie osoby, które potwierdzą prawdziwość otrzymanej informacji, ale 
doszedł do przekonania, że właściwie wystarczy jedna. Po uzyskaniu potwierdzenia napisze 
artykuł i wymyśli sposób wysłania go z Drongara. Na pewno mu się uda, chociaż z głośnika 
jego komunikatora nadal wydobywały się tylko trzaski i szum. Gdyby musiał, był gotów 
choćby wytatuować informację na plecach odlatującego na przepustkę żołnierza Republiki. 
Cokolwiek.

Kiedy,   oddychając   z   wysiłkiem   gorącym   i   cuchnącym   powietrzem,   przecinał 

niezabudowaną przestrzeń, zauważył Eyarę. Sullustanka kierowała się do stołówki. Skręcił, 
żeby się z nią spotkać.

Nie było wątpliwości. Eyara to uosobienie piękna.
Uśmiechnęła się na jego widok i oboje wymienili słowa rytualnego powitania.
– Wyglądasz na podnieconego – zauważyła piosenkarka.
– Jak mógłbym nie być podniecony w twojej obecności, Słodka Fałdko? – zapytał.
Eyara się roześmiała.
– Uwielbiam Sullustan, którzy mnie rozśmieszają – wyznała. – Wyczuwam jednak, że 

jesteś podekscytowany z innego powodu.

background image

– Owszem, z powodu pewnej informacji – oznajmił Den. – Sensacyjnej, jeżeli okaże się 

prawdziwa.

– To fantastycznie! – Jej głos miał ciepłe, szczere brzmienie.
Reporter spojrzał na Eyarę i poczuł tęsknotę za żonami, których nigdy nie poślubił, i za 

rodziną, której nie miał czasu założyć. Zawsze liczyła się dla niego tylko praca. Nie było w 
jego życiu miejsca na obserwowanie dzieci wychodzących pierwszy raz z rodzinnej jaskini, 
na wsłuchiwanie się w ich śmiech czy napawanie się ciepłem małżonki – albo małżonek – w 
łóżku pod chłodzącym prześcieradłem. Planował, że zrobi to któregoś dnia, kiedy będzie miał 
trochę więcej wolnego czasu. Niestety nigdy dotąd go nie miał.

– Marszczysz brwi. O czym myślisz? – spytała Sullustanka. Den westchnął.
– Jest parę rzeczy, których żałuję w moim sędziwym wieku – powiedział.
Piosenkarka obdarzyła go promiennym uśmiechem. 
– Jeszcze nie jesteś taki stary – zapewniła.
– Podobno przypominam ci dziadka – odciął się reporter.
– To prawda, ale nasz ród został założony, kiedy dziadek był jeszcze bardzo młody – 

stwierdziła Eyara. – Do tej pory jest sprawny i aktywny. Ma sześć żon, czternaścioro dzieci i 
dwadzieścioro sześcioro wnucząt. Dwa lata temu pojął nową żonę, która niedługo ma mu 
urodzić następne dziecko.

– Imponujące – mruknął Sullustanin.
– Czy kiedykolwiek myślałeś o powrocie do ojczyzny? – zagadnęła piosenkarka.
Den pokiwał głową.
– Myślałem – przyznał. – Prawdę mówiąc, ostatnio nawet często. Kursowanie z wojny 

na wojnę jest męczące, a ja się chyba starzeję. Nieraz się zastanawiałem, czy nie zrezygnować 
z tego i nie wrócić na Sullustę, żeby rozpocząć pracę w jakimś miejscowym dzienniku. Może 
udałoby mi się znaleźć kilka sędziwych istot płci żeńskiej, na tyle zdesperowanych, żeby 
mnie poślubić.

– Nie musiałyby być sędziwe ani zdesperowane. – Piosenkarka przyglądała się pilnie 

swoim stopom.

Den stanął i spojrzał na nią.
–  Uhm...   może   tłumiki   moich   uszu   źle   funkcjonują   –   zaczął   z   namysłem.   –   Co 

powiedziałaś, Eyaro–la?

Sullustanka odwróciła się i spojrzała mu w oczy.
– Kiedy ta wojna się skończy i mój kontrakt wygaśnie, zamierzam wrócić do domu i 

poszukać czegoś, co by się nadawało na małżeńską jaskinię – oznajmiła.

– Co takiego? – żachnął się Den. – Chcesz się pożegnać z przemysłem rozrywkowym?
Piosenkarka   znów   się   roześmiała,   co   zabrzmiało,   jakby   rozsypała   garść 

dźwiękokryształów.

– Znam kilku młodych, ale poważnych osobników płci męskiej – wyznała po chwili. – 

Nie zrozum mnie źle, byliby dobrymi ojcami i zamierzam jednego czy dwóch poślubić, ale 
chyba brakuje im czegoś w rodzaju. .. poczucia humoru. W mojej małżeńskiej jaskini zawsze 
znajdzie się miejsce dla Sullustanina z twoim charakterem, Den–la.

Zdumiony reporter uśmiechnął się do Eyary.
–   To   najwspanialsza   propozycja,   jaką   usłyszałem   w   ciągu   ostatniego   boukka   – 

powiedział.

– Więc możesz uważać ją za oficjalną – zaproponowała artystka. – Dzieci muszą mieć 

ojców   sprawnych   i  silnych,   ale  potrzebują  także   starszych   i mądrzejszych.  Zaszczyciłbyś 
moją jaskinię, gdybyś zechciał w niej zamieszkać.

Den   zamrugał;   poczuł   w   oczach   dziwną   wilgoć.   Niemożliwe,   żeby   to   były   łzy, 

pomyślał. Nie u takiego zrzędliwego starego cynika jak ja. Małżeństwo? Rodzina? Jaskinia 
pełna krewnych i dzieci? Zawsze dotąd uważał, że to nie dla niego, że o czymś takim nie 

background image

może   nawet   marzyć.   Był   niestrudzonym   reporterem,   który   opuścił   rodzinną   planetę 
kilkadziesiąt lat wcześniej; zawsze przypuszczał, że zginie na polu jakiejś bitwy albo zapije 
się na śmierć w spelunce pełnej szumowin i złoczyńców. Kiedy jednak młoda i słodka istota 
zaproponowała mu inną możliwość...

– Proszę, zastanów się nad tym – podjęła Sullustanka, biorąc jego wahanie za wstęp do 

odmowy.

– Coś ci powiem – przemówił Den. – Jeżeli dożyję końca tej wojny, uczynię wszystko, 

żeby wrócić do domu. – Urwał, żeby głęboko odetchnąć. – Uważałbym za wielki zaszczyt, 
gdybym mógł połączyć swoją jaskinię z twoją.

Zachwycona piosenkarka szeroko się uśmiechnęła.
– Naprawdę tak uważasz? – zapytała, a Den poczuł, że jej entuzjazm, energia i radość 

życia spływają po nim niczym kaskady orzeźwiającej wody. – Nie mogę się doczekać, kiedy 
powiem o tym pozostałym członkom rodziny. Niech się dowiedzą, że znajdzie się wśród nich 
Den Dhur, sławny reporter!

– Wcale nie taki sławny – zaprotestował skromnie Sullustanin.
– Ukrywasz swój lichtarz pod korcem, Den–la – odparła Eyara. – Od wielu lat czytuję 

twoje reportaże. Wszyscy na Sulluście dobrze wiedzą, kim jesteś.

– To nieładnie drwić ze starszych – mruknął Den z udawaną surowością.
– Nonsens – sprzeciwiła się Eyara. – To szczera prawda. W labiryncie naszych jaskiń 

znam wiele dzieci, które marzą, że będą takie jak ty, kiedy dorosną.

– Nie mopakujesz? – nie dawał za wygraną reporter. – Uhm, to znaczy...
Sullustanka się roześmiała.
–  Nie mopakuję – zapewniła, ujmując go za rękę. – Czy zechcesz pójść ze mną do 

mojej kabiny i przypieczętować tę przysięgę? Naturalnie jeżeli nie jesteś zbyt zajęty pisaniem 
swojej historii...

Den się uśmiechnął.
– Historia może poczekać – powiedział. – Nie jest aż tak ważna.
Dopiero kiedy to powiedział, uświadomił sobie, że to prawda. Mimo wszystko w życiu 

istniały   sprawy   ważniejsze   niż   jutrzejsze   wiadomości   czy   nawet   łatwy   zarobek.   Kto   by 
pomyślał?

Kiedy w końcu Den wyszedł z kabiny Eyary, zapadał zmierzch. Reporter zauważył, że 

przed drzwiami kompleksu operacyjnego rozmawiają Jos i I–Five. W pewnej chwili chirurg 
powiedział coś do androida, odwrócił się i zniknął za drzwiami.

– Witaj, I–Five, wierny druhu! – wykrzyknął Sullustanin.
Na   dźwięk   jego   głosu   android   się   odwrócił.   Den   podszedł   chwiejnie   i   żartobliwie 

szturchnął go w ramię.

– Miło cię znów widzieć – powiedział. – Co nowego?
– Jeżeli nie liczyć ciebie? – zapytał automat.
Reporter  zachichotał  i obaj ruszyli  w  stronę kantyny.  Dla uczczenia  ich  przyszłego 

związku małżeńskiego Eyara otworzyła butelkę wyśmienitego bothańskiego wina zbożowego, 
które łagodnie spływało w gardło reportera. Sullustanin czuł się doskonale. Spędzając czas w 
towarzystwie piosenkarki, połączył się za pomocą komunikatora z trzema zaufanymi osobami 
i uzyskał od nich potwierdzenie wiarygodności otrzymanej informacji na temat boty. Miał 
ochotę to uczcić.

–  Hej, jestem po prostu w przyjaznym nastroju. Nie będziesz wiedział, co to znaczy, 

dopóki sam nie spróbujesz – powiedział androidowi. – A jeżeli już o tym mowa, musimy cię 
wreszcie przyjąć do naszego klubu.

– Jaki klub masz na myśli? – zapytał I–5.
Den pogroził mu palcem.
– Tylko mi nie mów, że się wycofujesz – powiedział. – Musisz doświadczyć radości 

background image

alkoholowego upojenia. To dobrze zrobi twojej krzemowej duszy.

– Ach, o to chodzi – odparł android. – Prawdę mówiąc, wymyśliłem absurdalnie prosty 

sposób osiągnięcia tego celu. Czuję się zakłopotany, że nie pomyślałem o tym wcześniej.

– Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy – przynaglił go reporter.
–  Jak wspomniałem niedawno doktorowi Vondarowi, jestem w gruncie rzeczy tylko 

maszyną – zaczął I–Five. – Mój procesor sieci synaptycznej jest heurystyczny, co oznacza, że 
mogę   ekstrapolować   nowe   dane   na   podstawie   znanych.   Wyposażono   mnie   jednak   w 
algorytmiczny podprocesor, który zaspokaja moje autonomiczne potrzeby.

– W porządku... – zaczął Sullustanin.
– Nie zrozumiałeś z tego ani słowa, prawda? – domyślił się automat.
– Chyba zrozumiałem dwa słowa, „mój" i ,jednak" – odparł Den.
– To coś w rodzaju twojego przywspółczulnego układu nerwowego, który kontroluje 

twoje oddychanie, bicie serca i tak dalej – wyjaśnił I–Five. – Pilnuje funkcji twojego ciała, 
które   nie   znajdują   się   pod   świadomą   kontrolą.   Wprawdzie   nie   muszę   oddychać,   ale 
powinienem   nieustannie   nadzorować   rozmaite   procesy:   zachowywanie   równowagi, 
smarowanie, funkcjonowanie przewodów energetycznych...

– Dobrze, dobrze, już rozumiem – przerwał pospiesznie Den. – Ale co to ma wspólnego 

ze strzeleniem sobie kilku głębszych?

–   To   proste   –   odparł   android.   –   Mój   podprocesor   daje   się   programować.   Mogę 

wprowadzić do niego program symulujący stan alkoholowego upojenia.

Den stanął i spojrzał na niego.
–   Możesz...   zaprogramować,   żeby   się   upić?   –   zapytał,   jakby   nie   chciał   uwierzyć 

własnym   uszom.   –   Myślałem,   że   nie   wolno   ci   manipulować   przy   obwodach   czy 
podzespołach.

– Chronione są tylko obwody, podzespoły i magistrale transmisji danych – wyjaśnił I–5. 

– Odkąd jednak zniknęły wszystkie luki w mojej pamięci, mam pewną swobodę działania, 
jeżeli chodzi o oprogramowanie.

– Ile czasu może ci to zająć? – zainteresował się reporter.
W głosie I–5 dała się słyszeć ledwo uchwytna, ale łatwa do rozpoznania nutka dumy.
–  Wyposażono   mnie   w   nanoprocesor   typu   AA–Jeden   o   pojemności   pamięci   pięciu 

eksabajtów,   wyprodukowany   przez   SyntheTech   i   działający   z   częstotliwością   siedmiu 
petaherców.   Napisałem   ten   program,   zaledwie   ci   o   nim   wspomniałem.   Zakodowanie 
podstawowego algorytmu i obliczenie jego parametrów funkcjonalnych zajęło mi tylko sześć 
koma jeden pikosekund.

–  O rety – jęknął Sullustanin. – To... naprawdę szybko! Przystanęli, żeby przepuścić 

niewielkie   stado   astromechanicznych   robotów   typu   R4,   które,   świergocząc   i   popiskując, 
przetoczyły się przed nimi.

– Więc kiedy zamierzasz uruchomić ten program? – zapytał w końcu Den. – Kiedy 

planujesz się urżnąć, jak powiadamy my, istoty organiczne?

– Nie ma to jak teraz – odparł I–Five. – Jak powiadacie wy, istoty organiczne.
Den zastanawiał się kilka sekund.
–  W   porządku   –   odezwał   się   w   końcu.   –   Przypuszczam,   że   mógłbyś   to   zrobić 

gdziekolwiek, ale powinieneś wiedzieć, że należy przestrzegać pewnych zwyczajów. A poza 
tym, chciałbym ci towarzyszyć. Już w tej chwili szumi mi lekko w głowie i nie mam nic 
przeciwko, żeby zaszumiało jeszcze bardziej. Co więcej, nadchodzi pora sabaka i w kantynie 
będą pewnie wszyscy, których może to zainteresować.

– Doskonale – przyznał android. – Nie ma to jak dobra widownia.
Den wskazał drzwi kantyny, proponując, żeby android poszedł przodem, a kiedy I–Five 

usłuchał, ruszył za nim.

background image

Stare nedijańskie porzekadło głosiło, że Wielki Latający Drapieżnik zawsze jest przy 

tobie, nie dalej niż siedem długości skrzydła. Tę odległość wprawdzie powiększono, żeby 
powiedzenie zachowywało słuszność w całej galaktyce, ale zasada pozostawała zawsze taka 
sama. Jeżeli się powiedziało coś osobie, która znała kogoś, kto znał kogoś innego i tak dalej, 
można było nawiązać kontakt niemal z każdym, choćby cię oddzielało od niego nie wiadomo 
ilu osobników.

Kaird,  ponownie  przebrany za  jednego z  Milczących,  stał  w  ciemności  zapadającej 

przed   nadciągającą   burzą   i   obserwował,   jak   jedna   z   pracownic   personelu   kuchennego 
opuszcza główną stołówkę i kieruje się do swojej kabiny. Na powierzchni zajętej przez siły 
okupacyjne planety, na której nie spotykało się żadnych tubylców, nedijańskie porzekadło 
tym  bardziej  się sprawdzało. Jeżeli  przyjąć  jako punkt odniesienia tę istotę płci żeńskiej, 
zaledwie dwie osoby oddzielały go od pilota niewielkiego okrętu, który zamierzał porwać.

Istota była Twi'lekanką, nazywała się Ord Vorra i utrzymywała kontakty z Biggsem 

Boganem,   mężczyzną   i   jednym   z   trzech   pilotów,   którzy   na   zmianę   zasiadali   za   sterami 
osobistego okrętu admirała. Twi'lekankę łączył z mężczyzną związek tyleż godny wzmianki, 
co niezwykły – przynajmniej na powierzchni Drongara. Oboje byli namiętnymi graczami w 
strąga   i   oboje   osiągnęli   w   tej   grze   stopień   adepta.   Pradawna   gra,   której   celem   było 
doskonalenie strategii i taktyki, toczyła się na prostej holograficznej planszy. Każdy gracz 
dysponował dwunastoma figurami, a osiągnięcie mistrzostwa wymagało doskonałej pamięci i 
wielu lat praktyki. Kaird grywał w strąga, ale nigdy nie udało mu się poświęcić grze tyle 
czasu, żeby osiągnąć stopień adepta. Wydawało się czymś niezwykłym, że dwoje adeptów 
trafiło   na   planetę   w   rodzaju   Drongara,   ale   było   zupełnie   naturalne,   że   oboje   szybko 
dowiedzieli się o tym i skontaktowali ze sobą.

Pilot okrętu i kucharka... oboje grali w strąga i oboje osiągnęli poziom adepta. Już sam 

ten zbieg okoliczności wskazywał, że galaktyka jest miejscem bardzo dziwnym... o czym 
Kaird od dawna świetnie wiedział.

Idąc za Twi'lekanką przez niezabudowaną przestrzeń, starał się trzymać jak najdalej. 

Gdyby   go   zauważyła,   nie   pomyślałaby   pewnie   nic   poza   tym,   że   podąża   za   nią   jeden   z 
Milczących, który się wybrał na wieczorny spacer, ale lepiej było nie ryzykować.

Ciepły   wiatr,   zwiastujący   bliskość   deszczu,   ledwo   poruszał   przesycone   wilgocią 

powietrze   i  z  trudem  rozpraszał  unoszący  się  w   nim  wstrętny  odór.  Nedijanin   sprawdził 
wcześniej wspólną kabinę mieszkalną, w której kwaterowała Twi'lekanka, i uznał, że jest zbyt 
zatłoczona   i   nie   nadaje   się   do   jego   celu.   Wiedział   jednak,   że   skoro   hałas   i   krzątanina 
przeszkadzają   graczom   w   strąga,   bo   rozpraszają   ich   uwagę,   Vorra   i   Bogan   postarają   się 
znaleźć miejsce, w którym będą mogli być sami. Nie żeby takie rzeczy im przeszkadzały – 
podobno   adepci   strąga   potrafili   planować   posunięcia   cztery   ruchy   naprzód   pośrodku 
piluwiańskiej burzy salamandrowej – ale ilekroć mogli, starali się tego unikać. Kaird był 
pewien, że  wcześniej  czy później  Twi'lekanka  i  mężczyzna  zaszyją  się w  odosobnionym 
miejscu,   w   którym   będą   się   mogli   oddawać   ulubionej   rozrywce   bez   niepożądanego 
towarzystwa. Doszedł do wniosku, że wtedy się z nimi skontaktuje.

Vorra interesowała Kairda tylko dlatego, że mogła go zapoznać z Boganem. Zdarzały 

się dni, kiedy mężczyzna nie pełnił służby jako osobisty pilot admirała Kersosa, ale nawet 
wówczas   powinien   znać   aktualne   kody   bezpieczeństwa   admiralskiego   okrętu.   Nedijanin 
zamierzał się dowiedzieć, kiedy pilot będzie miał wolne, a potem już tylko kwestią czasu 
będzie zgromadzenie tego, czego potrzebuje.

W   pewnej   chwili   Twi'lekanka   weszła   do   niewielkiego   sklepu.   Kaird   ukrył   się   w 

głębokim   cieniu   wzniesionego   po   drugiej   stronie   uliczki   przemysłowego   przetwarzacza 
odpadów, pod którym stał się praktycznie niewidoczny.

Wiatr zaczął się wzmagać, a woń nadchodzącego deszczu stała się bardziej intensywna. 

Nedijanin pocił się i czekał. Wiedział, że kopuła pola siłowego nie może powstrzymać ulewy 

background image

ani   zapobiec   parowaniu   wody   z   kałuż.   Kiedy   wiele   lat   wcześniej   eksperymentowano   z 
kurtynami   i   kopułami   pól   siłowych,   nie   zawsze   brano   takie   problemy   pod   uwagę,   co 
uprzykrzało   życie   mieszkańcom   i   przysparzało   im   kłopotów.   Pod   kopułą   gromadziły   się 
cieplarniane gazy,  które nie mogły uciec do atmosfery,  a skraplająca się pod wewnętrzną 
powierzchnią para wodna powodowała gęste mgły i zwiększała ilość opadów. Do ujemnych 
stron   takiego   rozwiązania   należała   także   zmniejszona   ilość   świeżego   powietrza   do 
oddychania.  Z uwagi na to środowiskowe parametry nieco wcześniej  naprawionej kopuły 
ustawiono w taki sam sposób jak przed „feriami zimowymi", jak obecnie określano tamten 
okres. W praktyce oznaczało to, że wróciły warunki klimatyczne, dzięki którym na skórach 
dewbacków pojawiały się krople potu.

Wszystko   wskazywało,   że   nowy   admirał   odziedziczył   osobisty   okręt   poprzedniego 

dowódcy, a przynajmniej uzyskał zgodę na używanie tej szybkiej jednostki. Kaird pochwalał 
takie   posunięcie.   Okręt   był   zmodyfikowanym   surroniańskim   promem   szturmowym   o 
opływowych kształtach i jednostce napędowej złożonej z czterech silników jonowych klasy 
A2 i czterech  klasy A2,5Q. Nedijanin słyszał,  że jednostka osiąga bardzo dużą prędkość 
podczas lotów w atmosferze i pod tym względem dorównuje gwiezdnemu myśliwcowi typu 
N–l z planety Naboo, a także, co najważniejsze, równie szybko przyspiesza do prędkości 
nadświetlnej.   Nie   wolno   było   także   zapominać,   że   dysponuje   uzbrojeniem   w   postaci 
sprzężonych działek laserowych i jonowych. Miała niespełna trzydzieści metrów długości i 
zapasy   paliwa   wystarczające   na   długi   lot...   o   wiele   więcej   niż   potrzeba,   żeby 
przetransportować Kairda z powierzchni Drongara do siedziby władców Czarnego Słońca na 
Coruscant.

Nedijanin uznał, że kiedy tam dotrze i załatwi interes, spróbuje zatrzymać  porwany 

okręt i powróci na jego pokładzie do ojczyzny. Do przyprószonych śniegiem szczytów gór 
Nedija... Twi'lekanka wyszła ze sklepu z niewielkim pakunkiem. Jeżeli ktoś interesował się 
pozbawionymi upierzenia istotami dwunożnymi, była nawet całkiem urodziwa, ale o wiele za 
ciężka jak na gust Kairda. Nedijanki wyglądały wiotko, bo miały kości puste w środku, i 
właśnie taki standard urody był ideałem dla Nedijan.

Vorra odeszła w gęstniejącą ciemność, ale Kaird zwalczył chęć, żeby ją nadal śledzić. 

Nie widział powodu do pośpiechu. Wybrał ofiary i zamierzał dowiedzieć się na ich temat 
wszystkiego, co możliwe. Lens miał mu przekazać ich dane medyczne, a urzędnik z działu 
kadr   informacje   na   temat   przebiegu   ich   służby.   Od   cenzora   zatrudnionego   w   ośrodku 
przechwytywania   rozmów   zamierzał   wyciągnąć   kopie   rozmów,   jakie   prowadzili   z 
przyjaciółmi i krewnymi.

W ciągu niespełna dnia powinien zgromadzić na temat obojga tyle informacji, ile było 

możliwe. Chciał znaleźć w nich punkt zaczepienia, jakiś pozbawiony większego znaczenia 
drobiazg, na którym  mógłby oprzeć szkielet  planu. Naturalnie,  niedoskonałego  planu,  ale 
podczas służby dla Czarnego Słońca Kaird dowiedział się, że układane plany nie muszą być 
idealne.   Zawsze   należało   zostawiać   w   nich   trochę   miejsca   na   improwizację   w 
nieprzewidzianych sytuacjach.

Naturalnie,   Kaird   musiał   przewidzieć   możliwość   ich   zaistnienia,   i   pomyśleć   o 

przedsięwzięciu   odpowiednich   kroków.   Zamierzał   przystąpić   do   działania   dopiero,   kiedy 
uzna plan za dobry. Gdyby wszystko potoczyło się po jego myśli, realizacja powinna przebiec 
bez problemów, ale jeżeli się pojawią, musi się z nimi uporać. Z własnego doświadczenia 
wiedział, że wcześniej czy później zawsze jakieś się zdarzają.

Pomyślał, że za kilka dni zasiądzie za sterami nowego okrętu, przetransportuje wart 

krocie ładunek, przekaże go władcom Czarnego Słońca i uzyska ich zgodę na przejście na 
wcześniejszą emeryturę. A potem będzie żył długo i szczęśliwie aż do Ostatecznego Lotu...

Wilgotne powietrze przecięła błyskawica i niemal od razu rozległ się huk pioruna, co 

oznaczało, że wyładowanie miało miejsce blisko, bardzo blisko. Już po chwili spod kopuły 

background image

zaczęły spadać pierwsze wielkie krople deszczu.

Kaird   doszedł   do   wniosku,   że   pora   się   gdzieś   schronić.   Tego   wieczoru   zebrał 

wystarczająco wiele informacji. Nie powinien zabierać się do następnej sprawy, dopóki nie 
zakończy   poprzedniej.   Musiał   pamiętać   o   przepisie   matki   Gniazda   na   gulasz   z   taboreta: 
zawsze powinno się zaczynać od schwytania zwierzęcia...

Szpieg Column poczuł żal, a nawet coś w rodzaju wyrzutów sumienia, kiedy wysłał 

zakodowaną wiadomość do zwierzchników z komórki wywiadu separatystów. Długo się bił z 
myślami, czy to słuszne posunięcie, ale doszedł do wniosku, że każdy powinien robić, co 
musi. Wysłał więc wiadomość i wiedział, że nawet gdyby chciał, nie zdoła jej powstrzymać 
przed dotarciem do adresata.

Transmisja zakończyła się bez problemu, chociaż sygnały przesyłane na terenie bazy 

bywały często  zakłócane  i  przerywane.  Winę  za  to ponosiło szerokopasmowe  urządzenie 
zagłuszające   najnowszej   generacji,   zainstalowane   nieco   wcześniej   na   polanie   w   dżungli, 
mniej więcej pięć kilometrów od jednostki. Kłopoty z łącznością nie były na tyle poważne, 
żeby wzbudzić czyjekolwiek podejrzenia, ale zapewniały mu ochronę, ilekroć musiał odebrać 
albo wysłać jakąś wiadomość. Oficjalnie twierdzono, że powodem przerw w łączności są 
plamy na słońcu.

Jak zwykle, posłużył się wyjątkowo skomplikowanym szyfrem. Zazwyczaj stosowanie 

go stanowiło zwykłą stratę czasu, ale w tym przypadku było nieuniknioną koniecznością. Nie 
mógł   dopuścić,   żeby   Republika   przechwyciła   i   poznała   treść   właśnie   tego   meldunku. 
Wiedział,   że   rozszyfrowanie   wiadomości   wywoła   u   adresata,   mówiąc   oględnie,   wielką 
konsternację. Spodziewał się, że odbiorca nie od razu w nią uwierzy, i pragnąc zweryfikować 
prawdziwość   informacji,   poprosi   go   dwa,   a   może   nawet   trzy   razy   o   potwierdzenie.   Nie 
chodziło o brak zaufania, ale o nabranie pewności. Separatyści nie mogli sobie pozwolić na 
zgromadzenie dużych sił i wysłanie ich do decydującego ataku, dopóki istniała jakakolwiek 
możliwość, że nadawca popełnił głupi błąd podczas kodowania.

„Co takiego? Nie, nie mówiłem, że bota traci na wartości. Powiedziałem, że Bothanie 

mają kruche kości"...

Column uśmiechnął się, ale szybko spoważniał. Jego zadanie na powierzchni Drongara 

dobiegało końca. Nawet jeżeli atak separatystów nie będzie uderzeniem, po którym Republika 
padnie na kolana, przynajmniej zada jej naprawdę dotkliwy cios. Prawdziwą tragedią było, że 
podczas tego ataku zginie na pewno wielu członków personelu nie tylko tej, ale także innych 
mobilnych jednostek chirurgicznych. Szpieg wiedział jednak, że klamka zapadła: wiadomość 
została   wysłana,   nic   na   to   nie   poradzi.   Powinien   zacząć   się   zastanawiać,   jak   odlecieć   z 
powierzchni tej planety. Na pewno podczas dalszej kariery odwiedzi jeszcze wiele planet, na 
których   będzie   znany   pod   innymi   pseudonimami.   Agent   o   jego   umiejętnościach   i 
przedsiębiorczości   zawsze   mógł   liczyć   na   to,   że   ktoś   zechce   wykorzystać   jego   talent. 
Podkopywanie fundamentów Republiki kawałek po kawałku było żmudne, ale – na dłuższą 
metę – skuteczne.

Column wiedział, że to wszystko prawda. Obawiał się jednak, że będzie mu bardzo 

trudno spojrzeć w oczy niektórym osobom – a zwłaszcza jednej – i udawać, że nic nie wie o 
nadciągającej zagładzie.

Nie miał jednak innego wyjścia. Gdyby nie patrzył w ich oczy i zachowywał się inaczej 

niż zazwyczaj, ktoś mógłby powziąć podejrzenia, a to miałoby dla niego katastrofalne skutki. 
Szpieg odwrócił się w stronę drzwi. Nadszedł czas, żeby wmieszać się w tłum i udawać 
przyjaciela wszystkich, cieszyć się, bawić i kochać... dopóki pozostało jeszcze trochę czasu.

background image

ROZDZIAŁ 26

Olśnienie przyszło w najmniej oczekiwanej chwili, kiedy Barrissa brała prysznic, żeby 

dołączyć   do   grona   czekających   w   kantynie   graczy   w   sabaka.   Nawet   kiedy   natrysk 
ultrasoniczny w jej kabinie działał prawidłowo, wolała poddawać ciało działaniu strumieni 
zimnej   wody   niż   ultradźwięków.   Sięgnęła   po   ręcznik,   żeby   wytrzeć   twarz   i   ręce;   kiedy 
popatrzyła na swoje odbicie w lustrze, przyszła jej do głowy pewna myśl:

„Odpowiedź znajdziesz w Mocy".
Nie powinna uważać tego za objawienie. Słyszała to co najmniej tysiące razy, niczym 

litanię, której wysłuchiwał każdy dorastający uczeń Jedi: „Jeżeli masz wątpliwości, zaufaj 
Mocy. Może nie zawsze potrafisz prawidłowo interpretować jej podszepty, ale Moc nigdy nie 
kłamie".

Barrissa o tym wiedziała. Nauczyła się tego bardzo wcześnie i w miarę jak dorastała, 

słowa te znaczyły dla niej coraz więcej. Nigdy w to nie wątpiła. Moc nie zawodziła... była 
wieczna,   nieskończona   i   wszechobecna.   Zawsze   udzielała   odpowiedzi,   trzeba   było   tylko 
wiedzieć, jak się do niej zbliżyć, o co zapytać i gdzie spojrzeć.

Ileż razy te same słowa wypowiadała mistrzyni Unduli, łagodnie i z pewnością siebie, 

wynikającą z całkowitego przeświadczenia o ich prawdziwości?

„Posłuż się Mocą, Barrisso".
Nie   myśl,   nie   martw   się,   nie   pozwól   się   wikłać   w   drobiazgi,   nie   poddawaj   się 

niepokojom. Po prostu posłuż się Mocą, zaufaj jej i zespól się z nią, bo właśnie w niej żyją 
rycerze Jedi. Nie w przeszłości ani w przyszłości, ale w trwającej całą wieczność radosnej 
świadomości, w której istnieje tylko chwila obecna. Nie pozwól, żeby strach czy porażka 
powstrzymały cię przed wykorzystaniem tej szansy.

Barrissa wytarła twarz, powiesiła ręcznik i spojrzała w lustro. Zobaczyła w nim swoje 

oblicze, spokojniejsze i bardziej odprężone niż kiedykolwiek od długiego czasu. Naturalnie. 
Nagle wszystko stało się bardzo proste... niczym jedna ze skomplikowanych zagadek, jakie 
zawsze zadawał Mistrz Yoda, ilekroć chciał komuś pomóc oczyścić umysł z liniowych pojęć i 
myśli.  Jej  problem był  następujący:  jak ustalić,  czy powinna ponownie wstrzyknąć  sobie 
porcję wyciągu boty, żeby zwiększyć siłę zespolenia z Mocą? „Zapytaj Mocy".

Co   w   jej   dotychczasowym   życiu   pomogło   jej   najsilniej,   najskuteczniej   i   najpełniej 

zespolić się z Mocą? Odpowiedź mogła być tylko jedna: bota.

Widziała oczami wyobraźni Mistrza Yodę, jak uśmiecha się łagodnie i kiwa głową. 

Bota była kluczem otwierającym drzwi do nowych sposobów postrzegania. Za tymi drzwiami 
ciągnęła się ścieżka, a ona mogła podążać nią do miejsca, w którym kryły się odpowiedzi na 
jej problemy.

Nie było sensu dłużej zwlekać. Barrissa otworzyła szufladę stojącej obok pryczy szafki 

i   wyciągnęła   jeden   z   pozostałych   dozowników   z   wyciągiem   boty.   Głęboko   odetchnęła, 
przyłożyła do przedramienia wylot urządzenia i przycisnęła guzik na obudowie.

Od razu poczuła narastające uniesienie, jakby tamto pierwsze doświadczenie uczuliło 

jej zmysły i przygotowało ją w jakiś sposób na następne. Ponownie odniosła zdumiewające 
wrażenie   swojskości   w   połączeniu   z   zachwytem   i   zdumieniem   z   powodu   kolejnego 
doznania...   ogarnęło   ją   zapierające   dech   w   piersi   uczucie,   tak   wszechogarniające,   jakby 
ciągnęło się w nieskończoność...

Młoda padawanka sądziła, że jest na to przygotowana, ale się myliła. Doznanie było po 

prostu zbyt... potężne. Nie potrafiła zrozumieć, jak może je przyjąć, wchłonąć i przetworzyć. 
Wymykało się jej ograniczonej zdolności pojmowania. Czuła się, jakby usiłowała zamknąć w 
dwóch wymiarach płonące wielofasetkowe piękno ogniokryształu. Nawet nie mogła zacząć 
tego rozumieć swoimi ograniczonymi  zmysłami.  Uświadomiła sobie jednak, że wcale nie 

background image

musi. Powinna się tylko odprężyć i zespolić z Mocą. Doznanie było wzniosłe i cudowne, a 
zarazem straszliwe...

Przestała się obawiać, że to złudzenie. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to nie jest 

prawdziwe zespolenie z Mocą, skoro uzyskała je dzięki czynnikowi zewnętrznemu, zamiast 
poprzez   medytację,   skupienie   czy   wewnętrzny   spokój.   Pewnie   kiedyś   sama   by   tak 
powiedziała... kiedyś, ale nie w obecnej chwili. Kosmiczna jedność nie mogła być niczym 
innym oprócz prawdy... młoda padawanka była tego pewna jak niczego w życiu.

Nie liczyło się, jak tam dotarła. Ważne, że w końcu się znalazła.
Czuła   się   jak   ktoś   wygłodniały,   kto   nagle   staje   przed   olbrzymim   stołem,   suto 

zastawionym   najwspanialszymi   potrawami.   Trudno   byłoby   jej   wybrać   spośród   nich,   ale 
młoda padawanka wiedziała podświadomie, że to możliwe.

Nagle   jej   „stół"   zawirował,   zmienił   kształt   i   stał   się   mieszaniną   najróżniejszych 

kolorów. Wyglądało to jak splecione nici różnobarwnych kolonii zarodników na mrocznym 
niebie Drongara, jak obejmująca całą galaktykę gigantyczna tkanina, tak skomplikowana i 
piękna, że w jej oczach zakręciły się łzy.  Obraz przypominał mistrzowskie dzieło sztuki, 
niewiarygodnie piękne, wprost trudne do opisania...

Zaraz,   zaraz.   Chwileczkę.   Dzieło   sztuki   było   wprawdzie   doskonałe,   ale   Barrissa 

zauważyła   w   nim   coś   niezwykłego.   We   wzorze   istniały   dziwne   skazy,   rozrzucone   po 
niezmierzonej   przestrzeni   niewielkie   defekty,   pozornie   bez   znaczenia.   Uzdrowicielka 
domyślała się jednak, że są w jakiś sposób konieczne, niczym szwy w przędzy istnienia... 
może niedoskonałe, ale nieuniknione. Bez nich tkanina po prostu by się rozpruła.

Barrissa sięgnęła myślą do jednej ze splątanych  nici. Zobaczyła, że powiększa się i 

przemieszcza, staje się w jakiś sposób czytelna...

Znaczenie tego szczegółu dotarło do niej nie w słowach, nie w obrazach, zapachach, 

smakach, dźwiękach czy dotyku. Uzdrowicielka odbierała to wszystkimi zmysłami naraz – 
było to odczucie, jakiego nie doznawała żadna inna istota cielesna... Sama stanowiła część tej 
tkaniny; dopiero po chwili zrozumiała, na czym polega skaza w jej wzorze.

Ich jednostka znalazła się w niebezpieczeństwie. Po jej terenie krążył ten sam szpieg, 

który odpowiadał za eksplozję transportowca i fregaty MedStara. Nie zginął, jak wszyscy 
przypuszczali,   ale   wciąż   żył.   Co   gorsza,   przedsięwziął   kroki,   które   –   gdyby   nikt   nie 
pokrzyżował jego planów – mogły się przyczynić do śmierci wszystkich członków personelu 
jednostki.

W   ciągu   czasu   krótszego   niż   mgnienie   oka   Barrissa   dowiedziała   się   także   czegoś 

więcej: jak to ma nastąpić, dlaczego, gdzie i kiedy – ale chwilę później jej wizja zniknęła. 
Zawirowała i spłonęła w eksplozji energii, nad którą nie potrafiła zapanować. Padawanka 
stwierdziła, że nie pamięta żadnych szczegółów.

Skupiła się i wytężyła umysł, żeby je sobie przypomnieć, bo uświadamiała sobie, jak 

duże mają znaczenie, ale stwierdziła, że coś jej przeszkadza...

Zorientowała się, że płynie bezwładnie, jakby porwana przez rozszalały nurt wezbranej 

rzeki. Poczuła, że prąd miota nią niczym gałązką to w tę, to znów w tamtą stronę. Płynęła w 
nurcie, ale do niego nie należała. Zrozumiała, że to wina tamtej skazy. Widziała ją i sięgnęła 
do niej myślami, ale nie miała wystarczających umiejętności ani dość energii, aby nad nią 
zapanować.  Wreszcie,  starając się  to osiągnąć,  w jakiś  sposób zakłóciła  przepływ  Mocy. 
Straciła punkt oparcia i ześlizgnęła się z twardego gruntu, na którym trwała dzięki spokojowi 
ducha. Pozwoliła, żeby porwał ją burzliwy prąd, żeby uniósł ją w dół rzeki...

Nie  pozwoli  na to.  Miała  dość energii.  Aż za dużo. I zamierzała  się nią  posłużyć. 

Spróbowała  gdzieś   zakotwiczyć,  ale   nie   miała  przed   sobą  niczego   trwałego,  co   mogłaby 
potraktować jako punkt odniesienia. Płynęła dalej, unoszona przez rwący nurt, który miotał 
nią   we   wszystkie   strony,   obracał   z   boku   na   bok   i   odbierał   orientację.   W   głębi   duszy 
rozpaczliwie  szukała określeń  na coś, co nie  dawało się  opisać. Poszukiwała  myślowych 

background image

odpowiedników, które pozwoliłyby jej wyodrębnić się z chaosu. Starała się osiągnąć spokój i 
skupić, ale nie potrafiła. Czuła się, jakby płynęła w prawdziwej rzece. Woda dostawała się do 
jej ust, a prąd usiłował wciągnąć ją pod powierzchnię. Rzucał nią, wypierał dech z płuc i 
starał się ją udusić niczym lawina. Wrażenie było niepodobne do żadnego, jakie kiedykolwiek 
odczuwała.

Płynęła w nurcie Mocy.
W pewnej chwili wydało się jej, że słyszy wypowiadane cicho słowa. Głos brzmiał 

znajomo, ale nie od razu go rozpoznała.

Zrezygnuj, mówił. Nie walcz z prądem. Nabierz powietrza i pozwól, żeby cię wciągnął 

pod powierzchnię...

Nie! – pomyślała padawanka. Zapanuję nad nim, posłużę się nim, wykorzystam go...
Jeżeli nie usłuchasz, zginiesz!
Barrissa wyczuła w znajomym głosie troskę i niepokój. W głębi duszy przyznawała 

rację mówiącej osobie. Dopiero jednak kiedy zaczerpnęła powietrza, odprężyła się i pogrążyła 
w wodzie, odgadła tożsamość swojej rozmówczyni: mistrzyni Unduli...

Ocknęła się i stwierdziła, że siedzi na pryczy. Zamrugała nerwowo, jak ktoś wyrwany 

chwilę wcześniej z głębokiego snu. Nie musiała patrzeć na chronometr, aby wiedzieć, że 
upłynęło dużo, bardzo dużo czasu. Wstrzyknęła sobie porcję boty mniej więcej w południe, a 
obecnie było już ciemno.

Wstała, podeszła do okna, rozjaśniła je i spojrzała na zewnątrz. Słaba poświata kopuły 

pola siłowego nie przesłaniała blasku gwiazd świecących wysoko na bezchmurnym niebie. 
Konstelacje   pokonały   dopiero   połowę   nocnej   drogi,   więc   musiała   się   zbliżać   północ.   Jej 
doznanie musiało więc trwać co najmniej dwanaście godzin.

Znalazła się w miejscu, w którym nigdy nie była. Podejrzewała, że czegoś takiego nie 

doświadczył jeszcze nikt inny, przynajmniej żadna spośród znanych jej osób.

Odwróciła się plecami do okna. Czuła się odświeżona, jakby cały ten czas przespała. 

Nie była głodna ani spragniona, nie czuła także potrzeby udania się do łazienki. Uśmiechnęła 
się   do   siebie.   W   jej   umyśle   wciąż   jeszcze   żywe   było   wspomnienie   tego,   co   przeżyła. 
Wirowało w jej głowie, skąpane w blasku światła, dźwięków, zapachów, smaków i dotyku... 
Właśnie tak mógłby wyglądać mój związek z Mocą, pomyślała. Tak powinien wyglądać. Cały 
czas...

Zmarszczyła brwi, bo poczuła, że coś delikatnie napiera na jej umysł. Ach, tak... skaza. 

Zapowiadała zagładę mobilnej jednostki chirurgicznej. W kosmicznej skali nie miała żadnego 
znaczenia dla wątku ani osnowy mistrzowskiej tkaniny, a mimo to w niej tkwiła, a wraz z nią 
niezliczone   inne   skazy.   Barrissa   wiedziała,   że   te   wady   są   konieczne   i   wyeliminowanie 
wszystkich jest niemożliwe, niektóre jednak mogą i powinny zostać usunięte.

Personelowi jednostki zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo. Padawanka była pewna, 

że dowiedziała się o tym nie bez powodu. Nie mogła siedzieć bezczynnie. Powinna jakoś 
wykorzystać tę informację.

background image

ROZDZIAŁ 27

Den jeszcze nigdy nie widział, żeby w kantynie panował taki ścisk, ale dopiero po 

chwili   zorientował   się,   dlaczego.   Następnego   dnia   członkowie   zespołu   artystycznego 
HoloNetowego Przedsiębiorstwa Rozrywkowego zamierzali wzbić trochę kosmicznego pyłu, 
jak   mieli   zwyczaj   mawiać   weterani   gwiezdnych   szlaków.   Odlatywali   z   Drongara,   żeby 
wywiązać się z pozostałych zobowiązań trasy koncertowej, więc postanowili uczcić tę okazję.

Kiedy Den i I–Five weszli do kantyny, reporter zatoczył się jak po silnym ciosie. W sali 

unosiła   się   słodka   woń   przyprawowych   pałeczek   i   gumy,   a   także   różnych   napojów 
alkoholowych, ale ponad wszystko wybijał się odór ciał istot kilkunastu ras. Duszne, parne 
powietrze wydawało się gęste i ciężkie jak gungański gulasz rybny. Sullustanin spojrzał na 
androida.

– Na pewno chcesz przechodzić przez to wszystko? – zapytał.
– Tutejszy klimat wydaje mi się wręcz idealny – odparł 1–5.
– Bardziej przypomina atmosferę, jaką można znaleźć jakieś dwadzieścia kilometrów 

pod podstawą chmur Bespina – mruknął Den.

Powiódł   spojrzeniem   po   zatłoczonym   pomieszczeniu.   Wielu   artystów   tańczyło   –   a 

przynajmniej usiłowało – w rytm muzyki członków Modalnych Węzłów, grających ulubione 
kawałki na tyle głośno, że najwyższe tony docierały chyba do uszu członków załogi fregaty 
MedStara.   W   swojej   karierze   reportera   Sullustanin   odwiedzał   wiele   hałaśliwych, 
zatłoczonych i niechlujnych spelunek, ale z czystym sumieniem mógł uznać właśnie tę za 
jedną z najbardziej obskurnych.

Wyglądało jednak, że I–Five to nie przeszkadza.
– Tradycja, pamiętasz? – zapytał, spoglądając wymownie na towarzysza. Przecisnął się 

między parą tańczących Ortolan i po prostu wmieszał w tłum gości.

Den westchnął. Chyba powinienem mieć go na oku, zanim ktoś postanowi wykorzystać 

go jako wykałaczkę, pomyślał.

Nie miał jednak pojęcia, jak wcielić pomysł w życie, bo Sullustanie zaliczali się do 

najniższych istot w cywilizowanej części galaktyki. Mimo to, starając się unikać nóg, ostróg, 
macek i innych kończyn dolnych gości kantyny, zaczął się przeciskać przez tłum. Nigdzie 
jednak   nie   zobaczył   ani   śladu   protokolarnego   androida.   W   końcu,   w   trosce   o   własne 
bezpieczeństwo – a przynajmniej  w obawie, żeby ktoś nie zmiażdżył  palców jego nóg – 
wspiął się na stolik zajmowany przez pijanego klona, któremu jakiś czas wcześniej urwał się 
holowideogram.

Dopiero   wówczas   zobaczył   głowy   gości   przeciętnego   wzrostu.   W   tłumie   zauważył 

także   kilka   wyższych   istot,   a   wśród   nich   Wookiego,   na   którego   zwrócił   uwagę   podczas 
pierwszego   i   jedynego   występu   zespołu   artystycznego.   Ramiona   i   głowa   tego   osobnika 
wystawały sporo ponad tłum. Wyglądało na to, że wielką radość sprawia mu picie piwa i że 
chciałby się nim podzielić z innymi gośćmi kantyny, bo oblewał zawartością kufla wszystkich 
wokół siebie.

Pijany Wookie. Już to wystarczało, żeby wcześniej czy później sytuacja w kantynie 

stała się naprawdę ciekawa.

Wodząc spojrzeniem po zatłoczonej sali, Den zauważył w pewnej chwili stojącego pod 

ścianą Kio Merita. Empata miał zamyślony wyraz twarzy i trzymał w porośniętej sierścią ręce 
szklaneczkę z trunkiem. Eąuanie nie słynęli ze szczególnie wysokiego wzrostu – przerastali 
większość   istot   najwyżej   o   sześć   centymetrów   –   ale   byli   barczyści   i   masywni. 
Prawdopodobnie Kio ważył więcej niż Wookie, nawet gdyby dorzucić Ugnaughta czy dwóch. 
Reporter otworzył usta, żeby krzyknąć na powitanie, ale zrezygnował. Sądząc z miny empaty, 
można było się domyślić, że przydałoby mu się trochę lekarstwa, które zazwyczaj aplikował 

background image

swoim pacjentom. 

– Den?
Zaskoczony Sullustanin odwrócił się i zauważył, że do jego stolika podchodzi Tolk le 

Trene. Lorrdianka także wyglądała o wiele za poważnie jak na miejsce beztroskiej zabawy.

– Nie widziałeś przypadkiem Josa? – zapytała. Den pokręcił głową.
– Jestem tu zaledwie od kilku minut – powiedział.
– Muszę go znaleźć – oznajmiła pielęgniarka, bardziej do siebie niż do reportera. Z 

powodu panującego hałasu Sullustanin nie usłyszał następnych słów. Pochylił się ku niej.

– Słucham?! – krzyknął, ale Tolk odwróciła się i bez słowa wmieszała w tłum gości.
W jej spojrzeniu Den zauważył coś dziwnego. Nie był pewien, co, ale na widok twarzy 

Tolk przyszło mu do głowy stare sakiyańskie powiedzenie o flensorze przelatującym  nad 
czyimś grobem. Poczuł, że z przerażenia zatrzęsły się jego fałdy policzkowe. Brrr!

W końcu wypatrzył I–Five.
Android   stał   obok   artysty   komika,   Epoha   Trebora.   Wyglądał   na   pogrążonego   w 

rozmowie, gestykulował jednak o wiele żywiej, niż miał zwyczaj. Den nie miał pojęcia, co 
mówi android, bo w takim hałasie nie na wiele przydawały się nawet wrażliwe sullustańskie 
uszy, ale cokolwiek to było, po każdym zdaniu I–Five mężczyzna krztusił się ze śmiechu.

Wygląda   na   to,   że   żywioł   wyrwał   się   z   magnetycznej   butelki,   pomyślał   reporter. 

Android chyba w końcu wdrożył program, który Den zaczął nazywać w myśli „upojeniowym 
algorytmem".

Mówiąc bez ogródek, I–Five był pijany.
Wiele przemawiało za tym, że android nie zapomniał o niczym, kiedy pisał procedury 

swojego programu. Sullustanin zauważył, że fotoreceptory jego przyjaciela płoną silniejszym 
blaskiem niż zazwyczaj. Jeżeli dodać do tego przesadne gestykulowanie i częste wybuchy 
śmiechu, jakimi doświadczony artysta kwitował słowa 1–5, wszystko wskazywało, że android 
jest porządnie urżnięty.

Reporter uśmiechnął się do siebie. Zadanie wykonane, pomyślał. Chciał wyświadczyć 

przyjacielowi przysługę, pomagając mu znaleźć sposób zrzucenia okowów przyzwoitości i 
pozbycia się wszystkiego, co go przedtem krępowało. To dobrze. I–Five na to zasługiwał. W 
końcu jeśli nawet istoty organiczne dusiły się w tych okowach, o ileż bardziej musiała z tego 
powodu cierpieć sztuczna inteligencja?

A naprawdę pomyślną wiadomością było to, że następny ranek I–Pięć rozpocznie bez 

kaca. Den uznał, że najwyższy czas przyłączyć się do zabawy.

Zeskoczył ze stołu i zaczął się przeciskać do szynkwasu.
– Przepraszam! Chciałem przejść! Uwaga, idzie niska istota! Przepraszam, obywatelu! 

Hej, uważaj na moje uszy, wielkoludzie...

Jos siedział na pryczy i wpatrywał się w przeciwległą ścianę. Czuł się paskudnie jak 

jeszcze nigdy w życiu. Ostatnie dnie spędzał z rękami ubabranymi po pachy we krwi. Łatał 
poszarpane ciała sklonowanych żołnierzy, którzy byli w tej wojnie tylko mięsem armatnim. 
Jego jedyny prawdziwy przyjaciel, uzdolniony muzyk i chirurg, zginął nagłą śmiercią, a drugi 
jasny punkt w morzu posępności – ukochana kobieta – odsunęła się od niego i nawet nie 
zadała sobie trudu, żeby cokolwiek wyjaśnić.

Vondar patrzył na ścianę, ale jej nie widział. Był chirurgiem i napatrzył się na śmierć, 

jeszcze zanim Republika powołała go do służby. Przywykł do śmierci. Na jej widok mógł 
najwyżej wzruszyć ramionami.

Mylił   się   jednak,   sądząc,   że   to   mu   pomoże.   Zdarzały   się   dnie,   kiedy   śmierć 

towarzyszyła mu od pierwszej do ostatniej chwili dyżuru, który kończył z otępiałym umysłem 
i zaczerwienionymi oczami... dzień po dniu, bez końca. Mimo to każdy zgon wywierał na nim 
duże wrażenie.

background image

Tolk stanowiła dla niego zawsze coś w rodzaju odtrutki. Wspierała go i była warta 

każdej   ceny,   bez   względu   na   to,   jak   bardzo   ich   związek   mógł   narazić   go   na   ostracyzm 
krewnych i przyjaciół. Obecnie jednak...

Obecnie jego dnie były mroczne, a noce jeszcze mroczniejsze. Jos nie widział końca tej 

sytuacji. Ta wojna mogła się ciągnąć jeszcze wiele lat, a nawet dekad, bo podobne konflikty 
zdarzały się już w przeszłości. Rozcinając i łatając pokiereszowane ciała, mógł dożyć późnej 
starości, dopóki pewnego upalnego ranka nie przewróci się i nie wyzionie ducha.

Jaki sens było nadal wieść takie życie?
Jako lekarz wiedział, co to przygnębienie. Pacjenci po operacjach często wpadali w 

depresję z powodu wydarzeń, które zmieniły bieg ich życia. Najciężej chorych Jos wysyłał na 
ogół do empatów, ale jeżeli nie miał ich pod ręką, umiał sobie radzić z objawami. To, że 
rozumiał przyczyny depresji, nie oznaczało jednak, że się na nią uodpornił. Czym innym była 
wiedza, a czym innym uczucie.

O tak, kusiło go, żeby zostawić wszystko za sobą. Potrafiłby to zrobić, jeżeli już o tym 

mowa.   Wiedział,   które   miejsce   musnąć   wibroskalpelem,   żeby   spowodować   najsilniejszy 
krwotok.   Wystarczyłoby   zażyć   lek   powstrzymujący   krzepnięcie   krwi,   otworzyć   główną 
arterię,   powoli   zasnąć...   i   nigdy   więcej   się   nie   obudzić.   Taka   śmierć   byłaby   bezbolesna, 
podobnie gdyby zażył jakiś z kilkunastu specyfików, który wystarczyło wyjąć z podręcznej 
szarki. Ostatni salut, a potem już tylko Wielki Skok...

Jego ziomkowie rzadko uciekali się do samobójstwa. Taki sposób zakończenia życia 

wybrało tylko kilku Korelian, i nie było wśród nich nikogo z członków jego rodziny.

Nie uważał tego za najgorsze, co może mu się przydarzyć. Bez trudu mógłby sprawić, 

żeby jego śmierć wyglądała na wypadek. Oszczędziłby krewnym wstydu, a może także trochę 
smutku.

Pokręcił   głową.   Jakim   cudem   doprowadził   się   do   takiego   stanu?   Nigdy   nie 

przypuszczał, że będzie kiedyś układał szczegółowy plan zakończenia własnego życia.

Pamiętał   ze   studiów,   co   mówić   pacjentom,   którzy   wpadli   w   najgłębszy   dołek: 

„Zaczekajcie.  Nie spieszcie  się z niczym,  czego nie da się odwrócić.  Życie  jest długie  i 
sytuacje się zmieniają. Za miesiąc, za rok albo za pięć lat wasze położenie także może się 
zmienić. Spójrzcie tylko, ile osób, zaczynając od zera, wzbogaciło się, potem straciło dorobek 
życia i ponownie wspięło się na szczyty. Popatrzcie na tych, którzy cierpieli na ciężką albo 
nawet nieuleczalną chorobę, ale pozostali przy życiu na tyle długo, żeby stan ich zdrowia 
uległ   poprawie.   Stopniowo   odnaleźli   szczęście   nawet   ci,   którzy   stracili   towarzysza   czy 
towarzyszkę życia, dziecko, ojca albo matkę". Wynikało z tego, że żywi mają jakąś szansę. 
Martwi zaś nie mogli liczyć na żadną odmianę losu.

Jos westchnął i usłyszał, że powietrze ze świstem wydobywa się z jego płuc. Właśnie 

takich rad udzielał swoim pacjentom. Wiedział, że to prawda.

Przypomniał sobie opowieść, jaką słyszał podczas studiów w Akademii Medycznej na 

Coruscant. Jeden z wykładowców, starszy, siwowłosy mężczyzna, który musiał mieć dobrze 
ponad sto standardowych lat i nazywał się Leig Duwan, pewnego dnia opowiedział studentom 
historię,   jaka   przydarzyła   mu   się   na   Alderaanie.   Sędziwy   wykładowca   miał   wyjątkowo 
pogodne usposobienie i kiedy opowiadał tę historię, cały czas się uśmiechał.

Będąc na studiach, przeżywał trudne chwile: jego ojciec zmarł, ciężko chora matka 

trafiła do szpitala, a siostra zaginęła podczas jednej z wypraw na linię frontu. Duwan oblał 
egzamin i wszystko wskazywało, że może zostać skreślony z listy studentów. Poważnie się 
zastanawiał, czy nie popełnić samobójstwa. Jakoś się jednak przemógł, przetrwał trudny okres 
i w końcu jego sytuacja zmieniła się na lepsze.

Wiele   lat   później   spotkał   na   ulicy   obcego   mężczyznę.   Nieznajomy   zatrzymał   go   i 

powiedział: „Chcę panu podziękować, doktorze, bo ocalił mi pan życie".

Duwan   słyszał   podobne   podziękowania   wiele   razy   i   odpowiedział   machinalnie,   z 

background image

rutynową swobodą: „To mój obowiązek, obywatelu. Nie musisz mi dziękować za..."

„Nie – przerwał nieznajomy.  – Nie jestem pańskim pacjentem.  Wpadłem  kiedyś  w 

głęboką depresję i zastanawiałem się, czy nie odebrać sobie życia. Postanowiłem skończyć ze 
sobą i nawet wymyśliłem sposób. Szukałem już ustronnego miejsca, gdzie mógłbym popełnić 
samobójstwo, ale postanowiłem dać sobie jeszcze jedną szansę. Powiedziałem sobie, że jeżeli 
spotkam   po   drodze   chociaż   jedną   osobę,   która   się   do   mnie   uśmiechnie,   chociaż   jedną, 
zrezygnuję   ze   swojego   zamiaru.   Przechodziłem   ulicą   koło   szpitala,   a   pan   właśnie   tam 
wchodził.   Uśmiechnął   się   pan   do   mnie   i   kiwnął   głową,   więc   przyszedłem,   żeby   panu 
podziękować".

W   tej   historii   nie   chodziło   o   uratowanie   komuś   życia   dzięki   medycznemu 

doświadczeniu. Liczyło się to, że chociaż Duwan przeżywał trudne chwile, przemógł się i żył 
dalej,  i  dzięki  temu  mógł  uśmiechnąć  się   do  nieznajomego   i  odwieść  go  od  popełnienia 
samobójstwa.   W   ciągu   wielu   następnych   lat   dzięki   umiejętnościom   lekarskim   i   dużemu 
szczęściu ocalił jeszcze życie tysiącom innych osób. Nie powinno się odrzucać możliwości 
udzielania pomocy innym, nawet jeżeli się miało o sobie niewysokie mniemanie.

Jos spojrzał na chronometr. Musiał się udać na obchód, żeby sprawdzić, jak miewają się 

po operacjach jego pacjenci. Gdyby skończył ze sobą, o jego podopiecznych musiałby się 
troszczyć ktoś inny, a zmuszając kogoś do wykonywania jego obowiązków, zachowałby się 
jak egoista.

Zachowałby się... obrzydliwie.
Pomyślał, że zdoła przeżyć jeszcze godzinę. To wszystko, co ci zostało, powiedział 

sobie. Jeszcze tylko godzina, jedna godzina. Idź na ten obchód, napisz raporty.

Doszedł do wniosku, że zdoła stawić czoło życiu jeszcze godzinę. A później...
No cóż, będzie miał mnóstwo czasu, żeby się o to martwić, gdy wróci do kabiny. Na 

razie w jego życiu liczyła się tylko ta godzina.

background image

ROZDZIAŁ 28

Jos skończył obchód. Wiedział, że w kantynie trwa przyjęcie dla odlatujących członków 

zespołu   artystycznego   HoloNetowego   Przedsiębiorstwa   Rozrywkowego.   W   normalnych 
okolicznościach nie miałby nic przeciwko przyłączeniu się do zabawy, obecnie jednak...

A jeżeli będzie tam także Tolk?
Przeżywał katusze, ilekroć widział ją w sali operacyjnej, ale nie był pewien, jak się 

zachowa, jeżeli  się z nią spotka na gruncie towarzyskim.  A  jeżeli Tolk zjawi się tam w 
towarzystwie kogoś innego?

Pokręcił   głową.   Jeżeli   wpadnie   do   kantyny,   przynajmniej   nie   będzie   samotny. 

Wcześniej czy później i tak się na nią natknie. Ich jednostka nie była wcale taka duża.

Niech to zaraza. Jos wyszedł z kompleksu operacyjnego i skierował się do kantyny, ale 

czuł się jak człowiek, który udaje się na własną egzekucję.

W kantynie panował trudny do opisania tłok, zaduch i harmider, a wszystkie wrażenia 

potęgowało gorąco. Vondar pomyślał, że pewnie w ogóle nie natknie się na Tolk w takim 
tłumie.

Jego nadzieje okazały się płonne. Prawdę mówiąc, to Tolk go odnalazła, zanim zdołał 

wychylić pierwszą szklaneczkę trunku. W pewnej chwili odwrócił się i zobaczył  ją przed 
sobą. Patrzyła na niego w napięciu, jakby w jego twarzy szukała... czego?

Nie miał pojęcia, od czego zacząć rozmowę. Powinien coś powiedzieć, ale... Lorrdianka 

wyglądała tak uroczo nawet w roboczym ubraniu, z upiętymi włosami i zmęczoną twarzą, że 
jej uroda zapierała dech w jego piersi.

– Posłuchaj, Tolk – bąknął w końcu. – Ja...
– Dużo o tym myślałam, Jos – przerwała pielęgniarka. – To nie jest tylko kwestia tego, 

co do siebie czujemy. W tej wojnie chodzi o coś więcej, nie tylko o to, co się dzieje w naszej 
jednostce, co tu robimy i kim dla siebie jesteśmy. Muszę mieć trochę czasu, żeby się sama z 
tym uporać. – Urwała, żeby nabrać powietrza. – Złożyłam prośbę o przeniesienie do Mobilnej 
Jednostki Chirurgicznej Trzy.

Vondar   poczuł,   że   zaschło   mu   w   gardle.   Mobilna   Jednostka   Chirurgiczna   Trzy 

znajdowała się ponad tysiąc kilometrów na północ, na przeciwległym brzegu Morza Gąbek.

–   Mówisz   poważnie?   –   zapytał.   –   Czy   nie   powinniśmy   przynajmniej   o   tym 

porozmawiać?

– Chyba nie – odparła Lorrdianka.
Jos   wypuścił   powietrze   z   płuc.   Nie   chciał   zadawać   tego   pytania,   ale   nie   mógł   się 

powstrzymać.

– Czy to znaczy, że między nami wszystko skończone?
Pielęgniarka się zawahała.
– To znaczy, że jakiś czas będziemy z daleka od siebie – odparła w końcu.
Vondar zorientował się, że w żaden sposób jej nie przekona. Wiedział, że jeżeli Tolk 

zostanie przeniesiona, już nigdy więcej jej nie zobaczy. Był tego absolutnie pewien.

– Muszę iść – podjęła Tolk. Odwróciła się i zniknęła w tłumie. Jos przecisnął się do 

szynkwasu.   Czuł   się   jak   sparaliżowany.   Co   się   stało?   –   pomyślał.   Co   się   między   nimi 
popsuło? Co takiego powiedział albo zrobił?

Wciąż jeszcze nie mógł uwierzyć własnym uszom. To koniec. Odeszła. Tak po prostu. 

Jego myśli kołatały się w głowie, jakby szukały jakiegoś punktu oparcia, punktu odniesienia. 
Był głównym chirurgiem i nie musiał wyrażać zgody na jej przeniesienie. Mógł oznajmić, że 
jest bardzo potrzebna w tej jednostce, ale na co by się to zdało? Jak mogliby współpracować, 
grywać w sabaka? Jak mogliby...

Pytania krążyły w jego głowie niczym pyłki kurzu albo rój ogniokomarów.

background image

Doszedł do wniosku, że musi się napić.
Dotarł do szynkwasu, ale zanim zdążył cokolwiek zamówić, usłyszał basowy pomruk. 

Odwrócił się w stronę źródła dźwięku.

No,   no,   czegoś   takiego   nie   widuje   się   codziennie,   pomyślał.   Android   i   Wookie 

pochyleni nad planszą holograficznej gry.

Gra nazywała się dejarik. Jos za nią nie przepadał, ale znał zasady. I–Five i Wookie 

siedzieli przy stoliku w kącie sali i nie zwracali uwagi na pozostałych gości. Jeżeli nie liczyć 
białej plamy u góry z lewej strony piersi, partner androida był porośnięty czarną jak węgiel, 
zmierzwioną sierścią. Sprawiał wrażenie porządnie zirytowanego – nawet jak na Wookiego – 
a to nie wróżyło najlepiej.

–Ani minuty nie można tu się nudzić, hm?
Vondar spojrzał w dół i zobaczył przed sobą Dena Dhura. Reporter wskazał na stolik z 

planszą do gry w dejarika i westchnął.

– Może pamiętasz, jak raz czy dwa wspominałem, że usiłuję pomóc I–Five się upić? – 

powiedział.

– No i? – zapytał Jos.
– No cóż...

Na   swój   sposób   Kaird   dobrze   się   bawił,   mimo   że   z   konieczności   nosił   przebranie 

Kubaza. Nie miał nic przeciwko obserwowaniu, jak istoty innych ras korzystają z uciech 
życia, a jego pogodnego nastroju nie mąciła świadomość, że wiedział coś, co popsuje im 
zabawę. I zamierzał to ogłosić. Kiedy rozejdzie się wiadomość o zmianie właściwości boty, 
prawdopodobnie zapanuje chaos. Po prostu jeszcze jeden pech podczas tej wojny.

Wielka  szkoda. Nie był  wprawdzie związany uczuciowo z nikim w tej  jednostce – 

uczucia były luksusem, na który nie mógł sobie pozwolić – ale podziwiał i szanował wielu 
spośród   lekarzy,   żołnierzy   i   techników.   Zdecydowana   większość   miała   poczucie   honoru. 
Wielu   uważało   honor   za   coś   w   rodzaju   kodu   ograniczającego   w   istotny   sposób   ich 
możliwości,   a   nawet   jeszcze   gorzej,   za   świetny   sposób   powrotu   do   Wielkiego   Jaja   z 
prędkością nadświetlną. Kaird był  istotą praktyczną, a zatem nie mógł sobie pozwolić na 
honor.   Podziwiał   go   jednak   u   innych,   i   to   nie   tylko   dlatego,   że   o   wiele   prościej   było 
przewidywać zachowanie osób honorowych.

Pod   pewnymi   względami   było   trudniej,   a   pod   innymi   łatwiej   mieć   do   czynienia   z 

łajdakami. Weźmy na przykład Thulę i Tronta. Nedijanin byłby zdziwiony – prawdę mówiąc, 
niemal   rozczarowany   –   gdyby   przy   okazji   najbliższej   transakcji   ta   para   nie   wymyśliła 
jakiegoś sposobu oszukania jego i Czarnego Słońca. Nie miałby nic przeciwko temu, gdyby 
uszczknęli trochę towaru dla siebie – zawsze się tak działo przy podobnych okazjach, więc to 
go   specjalnie   nie   niepokoiło.   Przemytnicy   mogli   być   łajdakami,   ale   sprawiali   wrażenie 
wystarczająco   rozsądnych,   aby   rozumieć,   że   szaleństwem   byłaby   każda   próba   oszukania 
przestępczej organizacji na dużą skalę.

Zanurzył koniec trąbki w trunku. Lubił przebranie Kubaza między innymi dlatego, że 

pozwalało mu zaspokajać pragnienie. Żałował, że nie może odprężyć się do końca i wziąć 
udziału w zabawie, ale przybył do kantyny także z praktycznego powodu. Nieco wcześniej 
okazało się, że pilot Bogan pełnił służbę dwukrotnie dłużej, niż to wynikało z rozkładu jego 
zajęć,   i   w   rezultacie   nie   mógł   pozostawać   w   pogotowiu,   żeby   zasiąść   za   sterami 
admiralskiego okrętu, gdy tylko Kaird by go potrzebował. Nedijanin wiedział, że to niewielki 
problem. Obowiązki pilota pełniło także dwóch innych osobników, a jeden przebywał obecnie 
w   kantynie.   Pilot,   także   mężczyzna   –   Kaird   uświadomił   sobie,   że   w   galaktyce   wielu 
mężczyzn pełni te obowiązki – zachowywał się bardzo wstrzemięźliwie. Musiał być gotów do 
objęcia służby, więc nie pił, nie palił ani nie wąchał żadnego środka, który mógłby zatruć jego 
organizm. Nazywał się Sebairns i chociaż chyba dobrze się bawił, ograniczał się do popijania 

background image

bezalkoholowego wywaru z liści miejscowej rośliny.

Kaird   miał   dostęp   do   różnych   informacji,   włącznie   z   medycznymi,   i   wiedział,   że 

Sebairns cierpi na alergię, na którą nie ma lekarstwa. Gdyby pilot przypadkiem spożył pewne 
warzywo,   w   jego  organizmie   rozpoczęłaby   się  silna   reakcja  anafilaktyczna   z   poważnymi 
objawami:   wysypką,   omdleniem,   spuchnięciem   brzucha.   Dzięki   HoloNetowi   Kaird 
dowiedział się, że na ciele mężczyzny pojawiłyby się świerzbiące pryszcze i bąble. Pilot mógł 
zasłabnąć, a nawet – gdyby nie dostał w porę odpowiedniego środka – zakrztusić się i udusić 
z powodu obrzęku tchawicy. Tutaj jednak nie zachodziła obawa o jego życie, bo w jednostce 
nie   brakowało   wykwalifikowanych   lekarzy.   Prawdopodobnie   mężczyzna   zostałby 
błyskawicznie przetransportowany na oddział, gdzie wszystkie objawy bez trudu by usunięto. 
Tyle   że   dzień   czy   dwa   nie   mógłby   pełnić   obowiązków,   a   to   było   więcej,   niż   Kaird 
potrzebował do swoich celów.

Nedijanin obserwował uważnie krzątających się po sali androidów kelnerów i w końcu 

wybrał właściwą chwilę. Wstał od jednoosobowego stolika tak beztrosko, jakby musiał się 
udać do toalety. Android kelner idący z tacą do stolika Sebairnsa także kierował się w tamtą 
stronę. Ich drogi miały się przeciąć dokładnie w miejscu zaplanowanym przez Nedijanina.

W końcu znalazł się wystarczająco blisko androida.
–   Bardzo   przepraszam,   czy   mógłbyś   mi   powiedzieć,   gdzie   znajduje   się   toaleta?   – 

zapytał.

Toaleta była wprawdzie wyraźnie oznaczona za pomocą napisów w sześciu językach i 

tyluż piktogramów, ale android na pewno słyszał wiele razy to samo pytanie z ust innych 
podchmielonych gości. Odwrócił głowę i wskazał kierunek wolną kończyną.

– Tam, proszę pana – powiedział. – To tamte drzwi pod rozjarzonym znakiem.
Korzystając z tego, że automat spogląda w inną stronę, Kaird uniósł rękę, jakby chciał 

się   podrapać   po   trąbce,   i   dyskretnie   wpuścił   szczyptę   sproszkowanego   warzywa   do 
szklaneczki z trunkiem pilota.

Ominął androida i udał się do toalety. Miał zamiar zaraz wrócić do stolika, aby upewnić 

się, że pilot wypije przynajmniej trochę trunku i odpowiednio zareaguje. Miałby świadomość, 
że osiągnął cel, jaki postawił sobie tego wieczoru.

Było mało prawdopodobne, aby ktokolwiek się domyślił, że do trunku mężczyzny coś 

dodano. Mimo wszystko to nie była trucizna, a pełniący dyżur lekarze powinni bez trudu 
rozpoznać reakcję alergiczną. Nieważne, jeżeli nawet dojdą do przekonania, że wywołano ją 
celowo.   Nikt   nie   mógł   oskarżyć   o   to   Kairda,   bo   gdyby   nawet   przesłuchiwany   android 
przypomniał sobie, że jakiś Kubaz zapytał go o drogę do toalety, znalezienie tego Kubaza 
okazałoby się niemożliwe. Nedijanin nie zamierzał już nigdy wykorzystywać tego przebrania 
i zaraz po powrocie do kabiny chciał je rozpylić na atomy w przetwarzaczu odpadów. Nie 
można znaleźć czegoś, co nie istnieje.

W   jednym   z   przebrań   nadających   mu   wygląd   otyłego   mężczyzny   miał   kopię 

najnowszego   nagrania   Galaktycznych   Aktualności   Sportowych,   którą   dostał   od   członka 
zespołu artystycznego Jasoda Revoca. Kopia zawierała sprawozdanie z rozegranych nieco 
wcześniej Mistrzostw Strągowych Sektora Galaktyki. Jeżeli ktoś nie był miłośnikiem tej gry 
ani namiętnym graczem, obserwowanie partii strąga było mniej więcej równie interesujące 
jak przyglądanie się, jak rośnie bryła pleśni, ale dla entuzjastów gry takie mistrzostwa były po 
prostu fascynujące. Kaird wiedział, że ani Twi'lekanka Vorra, ani pilot Bogan jeszcze nie 
oglądali przebiegu rozgrywek, bo nie transmitowano ich w tym  sektorze galaktyki.  Otyły 
mężczyzna, któremu Nedijanin nadał przydomek „Mont Shomu", zamierzał znaleźć się niby 
przypadkiem w zasięgu słuchu Vorry i oznajmić pierwszemu lepszemu rozmówcy, że zdobył 
kopię nagrania. Liczył na to, że TwiMekanka zrobi Wszystko, aby ją wypożyczyć. Naturalnie 
grubas przedstawi się jej jako miłośnik strąga i za nic w świecie nie będzie się chciał rozstać z 
nagraniem, zgodzi się jednak obejrzeć kopię w jej towarzystwie. Nie będzie miał także nic 

background image

przeciwko, jeżeli Twi'lekanka przyprowadzi przyjaciela...

Kaird uśmiechnął się, wyszedł z toalety, przecisnął się przez tłum j gości i usiadł przy 

stoliku. Obserwowanie, jak rozwija się jego starańnie ułożony plan, sprawiało mu wielką 
przyjemność.

– Nie wiem, czy dobrze rozumiem – odezwał się Jos. – I–Five jest... pijany?
– Obserwuję go od kilku godzin i wierz mi, jest urżnięty – oznajmił Den. – Jeżeli to 

właściwe określenie dla androida.

–   Dzięki   programowi   –   ciągnął   Vondar   tonem   wskazującym,   że   to   nie   miało   być 

pytanie.

– Ta–a.
– Który sam napisał.
– Właśnie.
Chirurg spojrzał na stolik z planszą do gry w dejarika, na której różne przezroczyste 

holofigury przemieszczały się niespokojnie po kwadratach. Jeżeli nie liczyć jaśniej płonących 
fotoreceptorów i przesadnie ożywionych gestów, oglądany z daleka 1–5 wyglądał jak zawsze. 
Jos pokręcił głową.

– To staje się coraz dziwniejsze – powiedział. Odwrócił się w stronę szynkwasu i upił 

łyk trunku.

– Ha! – wykrzyknął nagle I–Five. – Mój molator bije twojego houjiksa! Wygrałem!
Rozwścieczony   Wookie   groźnie   ryknął.   Vondar   obejrzał   się   w   samą   porę,   żeby 

zobaczyć, jak porośnięta czarną sierścią wielka istota wstaje, chwyta androida za prawą rękę i 
wyrywa   ją   ze   stawu   barkowego.   Z   rozerwanych   przewodów   i   systemów   sprzęgających 
serwomotorów posypały się iskry i trysnęły krople smarującego płynu.

Nie do wiary. Nie do wiary.
– Nie umie przegrywać – mruknął reporter.
– Na to wygląda – przyznał Vondar.
Obaj   skoczyli   do   androida,   chwycili   go   i   odciągnęli   od   stolika   z   holoplanszą. 

Tymczasem doprowadzony do wściekłości Wookie groźnie warczał, mamrotał coś w swoim 
języku i wymachiwał nad głową oderwaną kończyną I–Five. Jos zauważył, że kilku członków 
zespołu artystycznego, a wśród nich krzepki Trandoshanin, wkracza szybko do akcji, żeby 
uspokoić krewkiego towarzysza.

Naturalnie   1–5   nie   czuł   żadnego   bólu,   ale   sprawiał   wrażenie   bardziej 

zdezorientowanego niż zazwyczaj.

– Wygląda na to, że nie mam ręki – powiedział do Vondara. – Jestem pewien, że kiedy 

tu przyszedłem, jeszcze ją miałem.

Chirurg wepchnął androida do pustej loży.
– Pożyczył ją twój kompan od dejarika – oznajmił, wskazując Wookiego wymownym 

ruchem głowy.

– Posłuchaj, I–Five – wtrącił się Den. – Myślę, że najwyższy czas wytrzeźwieć.
Android wzruszył ramieniem. Jos nigdy by nie pomyślał, że pijany automat z jedną ręką 

jest zdolny do wykonania takiego ruchu.

– Jeżeli tak twierdzisz – powiedział. Jego fotoreceptory mrugały jakiś czas, ale w końcu 

przygasły do poziomu blasku, który Jos uważał za normalny.

Android spojrzał na niego z wyrazem łagodnego zdziwienia.
– Ciekawe przeżycie – stwierdził rzeczowo.
– Bardzo chciałbym umieć tak szybko i bezboleśnie trzeźwieć – mruknął Vondar.
Jakaś kobieta przyniosła oderwaną rękę I–Five i wręczyła ją Josowi.
–  Proszę   –   powiedziała.   –   Możesz   zaprogramować   swojego   androida,   żeby   w 

przyszłości unikał grania w cokolwiek z istotami rasy Wookie. Są, uhm... bardzo ambitne.

background image

I–5 spojrzał na oderwaną rękę.
– Ja również doszedłem do takiego wniosku – przyznał.
Jos uważnie obejrzał miejsce, w którym kończyna została wyrwana ze stawu.
– Nie jestem cybertechnikiem, ale wygląda na to, że przytwierdzenie jej nie powinno 

być specjalnie trudne – stwierdził, przenosząc spojrzenie na androida. – Masz szczęście, że 
nie oderwał ci głowy.

– To prawda – zgodził się z nim I–Five. – Zamocowanie jej mogłoby się okazać o wiele 

trudniejsze.

– Co też sobie myślałeś, siadając z Wookiem do dejarika?
– Nic nie myślałem – przyznał automat. – Właśnie w tym cały problem. Byłem pijany... 

przynajmniej na tyle, na ile potrafiłem zaprogramować stan alkoholowego upojenia.

Zdumiony Vondar pokręcił głową.
– Daj spokój – mruknął. – Lepiej chodźmy do warsztatu i przekonajmy się, czy jeszcze 

zastaniemy kogoś, kto potrafi cię naprawić. Przytwierdzanie mechanicznych kończyn trochę 
wykracza poza moje umiejętności.

Wszyscy trzej opuścili kantynę, ale tylko dwaj głęboko odetchnęli dusznym nocnym 

powietrzem. I–Five niósł oderwaną rękę. W pewnej chwili Den spojrzał na androida.

– Czuję się paskudnie, bo to moja wina, że się upiłeś i wdałeś w awanturę w barze – 

powiedział. – Zwłaszcza gdyby się miało okazać, że nie było warto.

– Sądzę, że było – odparł I–5. – Przypuszczam, że nawet bardzo. – Spojrzał na chirurga. 

– Pamiętasz, jak wspominałem, że ogarnia mnie coś w rodzaju niepokoju?

Jos kiwnął głową.
–  Wydaje mi się, że ten niepokój zrodził się ze sprzecznych impulsów wysyłanych 

przez nowe dane, które powróciły do mnie dzięki odzyskaniu pamięci – ciągnął automat. – 
Kilka z tych informacji dotyczy mojego przyjaciela i partnera Lorna Pavana. Przypomniałem 
sobie,  że   złożyłem  mu   pewną  obietnicę.   Aby jej  dotrzymać,   powinienem   jak  najszybciej 
powrócić na Coruscant. Decydując się na to, musiałbym jednak porzucić swoje obowiązki na 
Drongarze.   Nie   potrafiłem   się   uporać   z   tym   problemem   wyłącznie   na   gruncie   logiki. 
Musiałem   się   posłużyć   intuicją...   zdolnością   do   wyczuwania,   co   jest   słuszne   dla 
mechanizmów. To jest o wiele starsze niż logika i wykorzystywanie danych. Musiałem w 
jakiś sposób pobudzić korę swojej sieci percepcyjnej do pracy w zupełnie innym trybie... 
całkowicie nieliniowym. To właśnie stąd zrodził się pomysł zmiany informacji dostarczanych
moim sensorom i sposobu postrzegania moich danych.

– I udało się? – zainteresował się Den.
–   Tak   mi   się   wydaje   –   przyznał   I–Five.   –   W   każdym   razie   zdecydowałem   się   na 

działanie.

– Opuszczasz nas, I–5? – zmartwił się Jos.
– Nie od razu – odparł android, ale nie uznał za stosowne powiedzieć nic więcej.
Jos nie potrafił się jednak powstrzymać.
– Przecież jesteś maszyną, pamiętasz? – powiedział. – Zaprogramowanym automatem, 

niczym więcej, więc jakie to ma znaczenie, w jaki sposób podejmujesz decyzje?

I–5 spojrzał na niego.
– Dobrze się bawisz, prawda? – spytał.
– O, tak – przyznał chirurg.
–   Wszystko,   co   powiedziałem   poprzednio,   jest   prawdą   –   oznajmił   I–Five.   – 

Uświadomiłem sobie, że jakaś rzecz może być czymś więcej niż tylko sumą swoich części i 
że różnica, która nie robi żadnej różnicy,  jest z praktycznego punktu widzenia nieistotna. 
Chyba się trochę bałem. Próbowałem przekonać bardziej siebie niż ciebie, że nie jestem tym, 
za kogo uważasz mnie ty, Barrissa i kilkoro pozostałych. Brakowało mi jednak niezbędnych 
informacji, aby dojść do takiego przekonania.

background image

– Więc przekonałeś się... – zaczął Vondar.
– Że jestem naprawdę istotą świadomą – dokończył 1–5.
Jos wyszczerzył zęby w uśmiechu i klepnął androida w durastalowe plecy.
– Długo trwało, zanim sobie to uświadomiłeś – powiedział. 
Znaleźli technika Ishi Tiba, na poły śpiącego pod warsztatowym stołem. Z początku 

istota   potraktowała   ich   opryskliwie,   ale   szybko   dała   się   udobruchać   za   pomocą   butelki 
dobrego koreliańskiego wina, którą Den wyniósł z kantyny.

Technik połączył przewody i rurki obwodów hydraulicznych, zgrzał punktowo miejsce 

oderwania i przytwierdził rękę androida. Jos spojrzał na I–Five.

– A przy okazji... to wprawdzie nie moja sprawa, ale zżera mnie ciekawość – zaczął. – 

Co to za obietnica, o której sobie przypomniałeś?

I–5 nie od razu odpowiedział, a cisza przeciągnęła się na tyle długo, że chirurg zaczął 

żałować, iż zadał to pytanie.

– Przyrzekłem spełnić prośbę Lorna – odezwał się w końcu android. – Chciał, żebym 

się opiekował jego synem.

background image

ROZDZIAŁ 29

Barrissa nie mogła zasnąć. W jej głowie wciąż jeszcze rozbrzmięwały echa zespolenia z 

Mocą, o wiele silniejsze niż te, jakie pozostały po poprzednim doświadczeniu. Wyzwalały 
oślepiające rozbłyski cudownej kosmicznej świadomości, której cząstkę stanowiła ona sama... 
ale zarazem uświadamiały jej, że może stracić coś ważnego. Barrissa chciała powrócić do 
tamtego miejsca... i pozostać w nim, gdyby było to możliwe.

Może wpływy na jej organizm się kumulowały? Może kiedyś będzie umiała płynąć w 

magicznym nurcie Mocy z własnej woli, bez pomocy wyciągu z boty?

Nie doznała nowego olśnienia. Zagrażające jednostce niebezpieczeństwo nadciągało, 

ale było jeszcze dość daleko. Miała dzięki temu dość czasu na podjęcie niezbędnych kroków 
zaradczych, ale z drugiej strony nie miała pojęcia, jak te kroki powinny wyglądać. Odkrycie 
tego przekraczało jej umiejętności.

A  ściślej  umiejętności  jej  umysłu,  pozbawionego  niezwykłego  związku  z Mocą, bo 

kiedy się z nią zespalała dzięki oddziaływaniu cudownego specyfiku, nic nie było dla niej 
zbyt trudne. W głębi duszy wiedziała, że kiedy przywyknie do przebywania w takim stanie, 
Moc pozwoli jej osiągnąć zdumiewające wyniki. Musi się tylko nauczyć, żeby nie starać się 
nad nią panować, ale płynąć z jej nurtem, utożsamiać się z nią.

Dopiero   obecnie   rozumiała,   jak   najwięksi   mistrzowie   Jedi   potrafił   wyczuwać,   co 

zdarzyło się wiele parseków od nich, i uzyskiwać informacje o wiele szybciej, niż gdyby 
korzystali   z   sieci   łączności   podprzestrzennej.   Wiedziała   –   była   pewna   –   że   wszechświat 
stanowi całość, a jego wszystkie  elementy są ze sobą połączone  za pomocą  wibrujących 
splotów   Mocy,   które   się   rozciągają   daleko   poza   granice   wrażliwości   jej   zmysłów.   Znała 
swoje miejsce w tym wszechświecie i wiedziała, jakie miejsca zajmują wszystkie inne rzeczy, 
małe i duże. Zawsze tam tkwiły i zawsze miały tkwić, chociaż nikt nie potrafiłby określić ich 
liczby.

Kusiło   ją,   żeby   wybiec   na   zewnątrz,   nazbierać   kilka   bel   boty,   sporządzić   z   niej 

zawiesinę i zainstalować podajnik, który sączyłby ją do jej organizmu kropla po kropli, bez 
końca.   Zastanawiała   się,   czy   to   marzenie   poszukiwaczki   wiedzy,   czy   też   może   osoby 
zmagającej się z nałogiem.

Była ciekawa, czy to jakaś różnica.
Tak czy owak, mogła przekazać tę wiedzę członkom Rady Jedi. Dzięki niej rycerze i 

mistrzowie   zyskaliby   nieograniczoną   potęgę.   Nie   tylko   zakończyliby   tę   wojnę,   ale   także 
zapobiegli   wybuchowi   następnych.   Znieśliby   niewolnictwo,   przemienili   jałowe   planety   w 
urodzajne raje, a nawet wypędzili zło na krańce galaktyki, żeby zadać mu tam śmiertelny cios. 
Z tak niewyobrażalną potęgą nic nie byłoby dla nich niemożliwe!

Myśli zalewały umysł Barrissy niczym wezbrana rzeka. Młoda padawanka nie potrafiła 

zapomnieć o swoim doświadczeniu.

Wiedziała   jednak,   że   zanim   się   pogrąży   zbyt   głęboko   w   otchłań,   musi   rozwiązać 

problem zagrożenia dla jednostki. Powinna się z tym uporać bez trudu, a potem będzie mogła 
się zająć ważniejszymi sprawami...

Den biegł przez obóz w stronę lądowiska, mając nadzieję, że zdąży.  Ty bezmyślny 

głupcze! – ganił się w myśli. Żeby takiego dnia za późno się obudzić!

Nigdy nie   zawracał  sobie  głowy alarmami  chronometrów.  Jak  większość  Sullustan, 

świetnie orientował się w przestrzeni i kierował się impulsami wewnętrznego czasomierza. 
Zazwyczaj,   przylatując   na   nieznaną   planetę,   szybko   przystosowywał   się   do   długości 
lokalnych   dni   i   nocy.   Zajmowało   mu   to   najwyżej   standardowy   tydzień,   a   na   Drongarze 
przebywał o wiele dłużej.

background image

Czy jednak tego dnia, który miał dla niego takie znaczenie, nie powinien zadbać o to, 

żeby się obudzić we właściwej chwili? Tymczasem spał tak długo, że mógł nie zdążyć się 
pożegnać z odlatującymi członkami zespołu artystycznego, do którego należała Eyara.

Po jej oświadczynach, które przyjął, nie mógł pozwolić jej odlecieć bez pożegnania. Nie 

miał pojęcia, czy jeszcze się kiedyś zobaczą, ale wiedział, że kiedy ją znów spotka, stanie się 
jednym z członków jej licznej rodziny, do której należało także, jak wszystko wskazywało, 
zdumiewająco wielu nieletnich osobników. On, ze swoją mądrością i wiedzą, miał w niej 
pełnić rolę patriarchy, sędziwego posiwiałego strażnika. Miał siedzieć głęboko w labiryncie 
mieszkalnych jaskiń, żeby rozdawać młodym i głupim skarby rozwagi i życiowego sprytu.

W obecnej chwili nie wydawało mu się to znacznie mniej pociągające niż wówczas, 

kiedy Eyara mu to zaproponowała.

Członkowie zespołu artystycznego musieli zostać przetransportowani na pokład fregaty 

MedStara, w której hangarze spoczywał ich transportowiec. Eyara miała odlecieć w pierwszej 
grupie.

Den skręcił za róg głównego budynku administracyjnego lądowiska w samą porę, żeby 

zobaczyć, jak członkowie pierwszej grupy wchodzą po rampie na pokład wahadłowca. Od 
razu zauważył Eyarę.

Zaczął   przeciskać   się   przez   dosyć   liczną   grupę   stojących   przed   nim   techników   i 

robotników.

–Hej! – zawołał. – Eyaro, zaczekaj!
Niech   to   zaraza!   Nie   widział   niczego   oprócz   nóg...   nóg   porośniętych   sierścią   albo 

łuskami, nóg ukrytych w spodniach, nóg istot palcochodnych albo stopochodnych... istnego 
lasu kończyn dolnych. Wreszcie dotarł do barierki.

–Eyaro!
Sullustanka szła ze spuszczoną głową na końcu grupy, jakby się ociągała. Słysząc jego 

rozpaczliwy okrzyk, odwróciła się i uśmiechnęła, a gdy go zobaczyła, w jej oczach pojawiły 
się radosne błyski, jakby nabrała nowej ochoty do życia.

–Den–la!
Na myśl o tym, że zdążył, reporter poczuł wielką ulgę. Nie miał za złe Eyarze, że w 

miejscu publicznym dodała poufały przyrostek do jego imienia. Podbiegła do barierki i oboje 
objęli się czule.

– Bałam się, że nie przyjdziesz! – powiedziała. – Co się stało?
Den instynktownie zrozumiał, że wyjawienie prawdy nie byłoby najlepszym wyjściem. 

Uraziłby Eyarę, gdyby powiedział, że omal się nie spóźnił na pożegnanie z nią... bo po prostu 
zaspał.

– Dostałem wiadomość z HoloNetowego Przedsiębiorstwa Rozryzkowego – skłamał. – 

Zamierzają   nakręcić   holowideogram   na   podstawie   jednego   z   moich   zeszłorocznych 
artykułów. Musiałem przerwać rozmowę i biec całą drogę, żeby zdążyć.

Aż dziw, jak gładko mu przyszło wypowiedzenie tego kłamstwa. Zdumiało go to, ale 

był   także   trochę   przerażony.   Blaga   jednak   poskutkowała.   Piosenkarka   zwróciła   na   niego 
przepełnione miłością wielkie oczy.

– Wracaj szybko na Sullustę – szepnęła. Musnęła na pożegnanie jego fałdy policzkowe, 

odwróciła się i wbiegła po rampie na pokład wahadłowca.

Den   wycofał   się   na   skraj   lądowiska.   Statek   wzniósł   się   nad   płytę   z   basowym 

pomrukiem repulsorów, szybko wzbił się w powietrze i zniknął w oślepiającym blasku słońca 
Drongara.

Reporter odwrócił się i powoli poczłapał do kabiny. Nie potrafił zapomnieć, jak łatwo 

mu przyszło skłamać. Usiłował wmawiać sobie, że to nieistotne, ot, drobiazg bez znaczenia. 
Mógł się łudzić, że skłamał w dobrej wierze, żeby nie zranić uczuć piosenkarki. Mógł szukać 
różnych   innych   argumentów,   ale   żaden   nie   byłby   prawdziwszy   niż   uścisk   dłoni 

background image

Neimoidianina.

Powinien uważać się za łajdaka.
Eyara była słodka, ufna i szczera. Den podziwiał ją za to, ale się zastanawiał, ile czasu 

upłynie, zanim te same cechy charakteru zaczną go śmieszyć albo irytować...

A może nawet wzbudzać odrazę?
Nie zasługiwał, żeby darzyła go uczuciem istota równie prostoduszna jak Eyara.
Stanął pośrodku placu, bo stwierdził, że dzieje się z nim coś złego. Czuł dziwny lęk, a w 

dodatku nie miał pojęcia, jak się z nim uporać.

Uniósł głowę i spojrzał w prawo i w lewo. Z miejsca, gdzie stał, mógł skierować się w 

jedną z dwóch wiodących  w przeciwne strony ścieżek. Idąc lewą, trafiłby na kantynę  ze 
zdumiewającą   i   wysoce   terapeutyczną   różnorodnością   trunków,   a   skręcając   w   prawo, 
znalazłby gabinet Kio Merita, w którym mógł porozmawiać z empatą, a przynajmniej ustalić 
z nim termin późniejszej wizyty. Musiał jakoś sobie z tym poradzić.

Ale jak?
Stał jeszcze prawie dwie minuty w palących promieniach słońca, zanim się zdecydował. 

Skręcił i ruszył w dalszą drogę.

background image

ROZDZIAŁ 30

Basowy pomruk repulsorów, okrzyki i gwar rozmów osób biegnących do sali, w której 

klasyfikowano   obrażenia,   jaki   i   wrzaski   rannych   żołnierzy...   Jos   reagował   na   podobne 
dźwięki tyle razy, że potrafiłby to robić nawet we śnie.

Sen. Śmiechu warte. Trudno byłoby nazwać normalnym snem przerywane drzemki, na 

jakie   lekarze   z   Mobilnej   Jednostki   Chirurgicznej   Siedem   mogli   sobie   pozwolić   między 
operacjami,  ilekroć nie musieli  od świtu do zmierzchu  łatać  rannych.  Naturalnie,  istniały 
induktory fal delta, ale wciskanie czterech etapów nieprzerwanego snu i okresów raptownych 
ruchów gałek ocznych do dziesięciominutowej drzemki nie odświeżało mózgu równie dobrze 
jak prawdziwy, trwający od sześciu do ośmiu godzin sen. Jedynym rozwiązaniem był rzetelny 
nocny wypoczynek, ale na podobny luksus rzadko można było sobie pozwolić.

Na   ogół   na   stoły   operacyjne   trafiali   sklonowani   żołnierze.   Najtrudniejszymi 

przypadkami dla Vondara nie były jednak istoty zupełnie obcych ras. Najtrudniej operowało 
mu   się   niesklonowanych   ludzi,   bo   mieli   znajomą   anatomię,   a   jednak   w   subtelny   sposób 
różnili   się   między   sobą.   Ilekroć   operował   niesklonowanego   mężczyznę,   musiał   bardzo 
uważać,   żeby   jego   dłonie   nie   wykonały   jakiegoś   ruchu,   który   mógł   ulżyć   w   cierpieniu 
klonowi, ale zabiłby innego pacjenta. Już raz mu się to przydarzyło.

Obce istoty bardzo rzadko pojawiały się na operacyjnych stołach. Te, które na nich 

lądowały,   na   ogół   pełniły   na   powierzchni   Drongara   obowiązki   obserwatorów   albo 
urzędników.   To   właśnie   one   dostarczały   personelowi   medycznemu   najwięcej   zabawnych 
chwil, choć zdarzały się momenty mrożące krew w żyłach.

Jos przeżył ostatnio coś takiego, kiedy został oblany ustrojowymi płynami operowanego 

Nikta. Tym razem przyszła kolej na Ulego.

Młody   chirurg   operował   Oniankę.   Istoty   tej   rasy   pochodziły   z   usytuowanej   na 

Odległych Rubieżach planety Uru i słynęły z wojowniczego usposobienia. Chyba nikt nie 
miał pojęcia, co operowana Onianka porabia na powierzchni Drongara, ale krążyły pogłoski, 
że służy w wojsku jako najemniczka. Tak czy owak, została trafiona wystrzelonym z wyrzutni 
pociskiem,   a   Uli   sondował   ranę,   żeby   go   wyciągnąć.   W   pewnej   chwili   pojawił   się 
błękitnobiały błysk i dał się słyszeć trzask, jakby ktoś wsadził kij w gniazdo rozwścieczonych 
żądłaczy. Młody chirurg poleciał do tyłu, zderzył się plecami ze ścianą i osunął na posadzkę.

Sądząc po litanii przekleństw, nie stało mu się nic złego, ale normalne przy operacjach 

prośby o podanie instrumentów czy odczyty wskazań przyrządów ucichły jak ucięte nożem. 
Asystująca podczas operacji Onianki pielęgniarka Threndy podbiegła do Ulego i pomogła mu 
wstać.

– Jak się czujesz? – zapytał Jos. – Potrzebujesz pomocy?
– Dzięki, nic mi nie jest – odparł młody chirurg. – Ale co to było, na miłość siedmiu 

niebios Sumarina? Jeszcze nigdy...

Przerwał mu trzynożny medyczny android, który podszedł do niego i zaczął z nim cicho 

rozmawiać.   Vondar   nie   słyszał   słów,   ale   po   chwili   Uli   i   Threndy   wybuchnęli   głośnym 
śmiechem.

– O co chodzi? – zainteresował się Jos.
– Wygląda na to, że Onianie są elektroforetykami  – wyjaśnił Uli. – Sondując ranę, 

musiałem dotknąć okładziny organicznego kondensatora pacjentki. – Wzruszył ramionami. – 
Trochę żałuję, że wcześniej nie miałem pojęcia o jego istnieniu...

Vondar zachichotał.
–  Może powinniśmy ją trzymać na podorędziu na wypadek, gdyby któryś z naszych 

androidów potrzebował ręcznego rozruchu – powiedział.

Skończył zmianę o tej samej porze, co Uli, i pod wpływem impulsu zapytał młodszego 

background image

kolegę, czy nie chciałby pograć z nimi  w sabaka. Podczas  ostatnich  kilku gier nie mieli 
kompletu graczy, bo Tolk przestała się pokazywać w kantynie, a Barrissa była chyba zbyt 
pochłonięta „jedowaniem”, jak Den określał jej medytacje i ćwiczenia, żeby codziennie im 
towarzyszyć.   Nawet   Kio   bywał   ostatnio   bardzo   zajęty   i   tylko   sporadycznie   wpadał   do 
kantyny. Uli wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

– Jasne! – odparł entuzjastycznie. – Zawsze miałem nadzieję, że wcześniej czy później 

ktoś mi to zaproponuje.

Jos także się uśmiechnął.
– Cieszę się, że dołączysz do nas – powiedział.
Pomyślał, że miło będzie znów mieć prawie komplet graczy. Z drugiej jednak strony 

miał   wyrzuty  sumienia.   Uli  był   tak  ufny i  prostoduszny,  że  na  pewno  pozwoli  się zjeść 
żywcem pozostałym graczom. Sabak bywał czasami bezlitosną grą.

Jos, Den, Barrissa i I–Five wyszli w końcu z kantyny.
– No, no – mruknął Vondar. – Kto by pomyślał?
– Zakładam, że nie ty – burknął oschle Sullustanin. – Chyba że jesteś w zmowie z tym 

małym, podstępnym...

– Hej, nie miałem pojęcia, że jest takim świetnym graczem – obruszył się Korelianin. – 

To   znaczy...   spójrzcie   tylko   na   niego!   Wygląda   jak   wyjęte   z   holoreportażu   uosobienie 
poczciwego młodego farmera. – Wzruszył ramionami. – A poza tym przecież nie mieliśmy 
kompletu graczy, a mnie po prostu zrobiło się go żal.

– Ta–a. – Reporter pokręcił głową. – No cóż, więc niech ci się zrobi teraz żal mnie. 

Przegrałem dzisiaj trzysta kredytów.

I–Five spojrzał na Vondara.
– To propozycja – zaczął – ale następnym razem, kiedy będzie cię kusiło pobawić się w 

altruistę, powiedz sobie stanowczo: „Nie rób tego".

– Załóż sobie lepiej tłumik na wokabulator – zaproponował cierpko Den. – Przecież 

tylko ty nie przegrałeś dzisiaj koszuli... nie żebyś miał jakąś do przegrania.

– To prawda – przyznał 1–5. – Ale to i tak pierwszy raz od kilku tygodni, że nic nie 

wygrałem.

Jos usiłował bezskutecznie rozpędzić krążącą wokół głowy chmurę ogniokomarów.
– Pozwól, że jeszcze raz cię zapytam – powiedział, zwracając się do I–Five. – Po co ci 

pieniądze? Jesteś androidem.

– Ten fakt rzadko umyka mojej uwagi, ale dziękuję za przypomnienie – odparł 1–5. – 

Ale powód jest całkiem oczywisty.  Podróże zawsze kosztują sporo kredytów... zwłaszcza 
jeżeli ktoś chce lecieć bardzo daleko, na przykład na Coruscant.

– Więc naprawdę tam lecisz? – zainteresowała się Barrissa.
– Tak.
– Przecież jesteś własnością wojska – przypomniał Vondar. – Nawet jeżeli wymyślisz 

jakiś   sposób,   żeby   przeniesiono   cię   służbowo   na   Coruscant,   nie   będziesz   miał   swobody 
ruchów, aby rozpocząć poszukiwania syna Pavana.

– To też racja – przyznał spokojnie android. – A to oznacza, że może będę musiał 

zdezerterować z wojska.

Jakiś czas ciszę zakłócało tylko brzęczenie ogniokomarów.
–   Kiedy   to   zrobisz   i   zostaniesz   schwytany   –   odezwał   się   w   końcu   Jos   –   skasują 

zawartość twojej pamięci do ostatniej komórki.

– Jeżeli zostanę schwytany – poprawił go I–Fiye. – Na ogół nie marnowałem czasu, 

kiedy przebywałem  na Coruscant. Znam wiele  sposobów  prześlizgiwania  się przez  luki i 
szczeliny, zwłaszcza w megalopolii tak ogromnej jak stolica Republiki.

Den wyssał trochę płynu z hydropakietu.
–   To   prawda   –   przyznał   w   końcu   –   ale   przedtem   będziesz   musiał   wydostać   się   z 

background image

Drongara. A poza tym, czy na pewno nie wzbudzisz niczyich podejrzeń, podróżując sam jak 
palec?

–   Androidy,   zwłaszcza   protokolarne,   często   samotnie   odbywają   międzygwiezdne 

podróże  –  odparł   1–5.  –  Nie  jesteśmy   niemowlętami.  Nikt   nie  zaszczyci   mnie   drugi  raz 
spojrzeniem...   zwłaszcza   jeżeli   ktoś   mnie   zaopatrzy   w   dokumenty   dowodzące,   że   jestem 
wysłannikiem i udaję się na Coruscant do Świątyni Jedi.

Popatrzył na Barrissę, a ona przyjrzała mu się z powagą.
– Chcesz zaryzykować wszystko, nawet własną tożsamość, żeby to zrobić? – zapytała.
– Przyrzekłem to Lornowi wiele lat temu, kiedy zabrano jego syna Jaksa – odparł I–

Five. – Kazał mi obiecać, że gdyby coś mu się przydarzyło, zrobię wszystko co w mojej 
mocy, aby mieć oko na jego potomka, chociaż przebywa pod opieką rycerzy Jedi. Lorn po 
prostu nie miał do nich zaufania.

– Muszę ci przypomnieć, I–Five, że Jedi przysięgali przestrzegać praw Republiki – 

zaczęła młoda padawanka, ale nagle urwała, jakby się nad czymś zastanawiała. – Czasami 
jednak te prawa stają w sprzeczności z wyznawanymi przez nas zasadami etyki – podjęła w 
końcu. – Takie konflikty zmuszają nas do podejmowania decyzji.

– I w jaki sposób rycerze Jedi je podejmują? – zainteresował się automat.
– No cóż, niektórzy się upijają – odparła Barrissa z lekkim uśmiechem.
Jos nie mógł się powstrzymać i zachichotał. Poczuł się nagle bardzo dobrze.
–  Tak   się   składa,   że   rzeczywiście   szukam   posłańca,   który   mógłby   jak   najszybciej 

dostarczyć coś do Świątyni na Coruscant – podjęła uzdrowicielka. – Nie znam wielu osób, 
które mogłabym prosić o tę przysługę, więc gdybyś zechciał...

Urwała i spojrzała wymownie na androida.
– To byłby dla mnie wielki zaszczyt – odparł uroczyście I–Five.

background image

ROZDZIAŁ 31

Column wpatrywał się w wiadomość wyświetlaną na ekranie monitora stacjonarnego 

komputera. Złamanie skomplikowanego trzystopniowego szyfru zajęło mu kilka godzin, ale 
tym razem się opłaciło. Separatyści otrzymali jego informację, zweryfikowali ją i upewnili 
się, że bota naprawdę zaczyna tracić skuteczność. Podjęli decyzję o wiele szybciej, niż szpieg 
się   spodziewał,   i   w   ciągu   następnych   kilku   dni   zamierzali   zaatakować   stacjonujące   na 
powierzchni  Drongara  siły  zbrojne  Republiki.   W  bitwie  miał   wziąć  udział   każdy  robot  i 
najemnik,   na   jakiego   mogła   liczyć   druga   strona.   Wszyscy   mieli   tylko   jedno   zadanie: 
opanować i zdobyć pozostałą ilość skutecznie działającej boty. Obie strony mogły ponieść 
bardzo   ciężkie   straty,   zagładzie   mogła   także   ulec   znaczna   część   pozostałej   boty,   ale 
wiadomość,   chociaż   bardzo   zwięzła,   nie   pozostawiała   cienia   wątpliwości.   Atak   miał   się 
wkrótce rozpocząć. Wszystkie mobilne jednostki chirurgiczne, a wśród nich Siódemka, miały 
się znaleźć w okrążeniu. Tym razem separatyści hrabiego Dooku nie zamierzali brać jeńców... 
a przynajmniej takich, których chcieliby zachować przy życiu.

Column wpatrywał się jednak w wiadomość z mieszanymi uczuciami. Spodziewał się 

ataku, ale nie sądził, że rozpocznie się tak szybko. Atak miał zadać cios Republice, a właśnie 
na tym polegało zadanie szpiega na powierzchni Drongara. Nie zmieniało to jednak faktu, że 
odpowiedzialność za śmierć i zniszczenia spadnie przynajmniej w części na jego barki.

Arkusik templastu z wydrukowaną wiadomością zaczął się zwijać na brzegach. Column 

wiedział, że po następnej minucie czy dwóch wystawiony na działanie powietrza łatwopalny 
materiał utleni się i spłonie bez śladu, a rozszyfrowana wiadomość po prostu wyparuje.

Podobnie jak trzecia tożsamość szpiega, której przydatność wkrótce dobiegnie końca.
Tak czy owak, nie miało to znaczenia. Wiadomość spełniła swoje zadanie, a Column ją 

zapamiętał. Wiedział, że wojna na Drongarze także niedługo się zakończy.  Bota zostanie 
zebrana albo zniszczona, a może ulegnie mutacji i straci wartość... walczącym stronom było 
to obojętne.

Zanim   rozpocznie   się   główny   atak,   Column   odleci.   Wymyśli   powód,   żeby   złożyć 

wizytę na pokładzie fregaty MedStara, a po drodze transportowiec ze szpiegiem na pokładzie 
zostanie skierowany gdzie indziej, żeby pilot mógł przekazać towar separatystom hrabiego 
Dooku.   Naturalnie   będzie   dysponował   odpowiednim   kodem,   dzięki   któremu   przeleci 
niezatrzymywany przez nikogo. Potem wskoczy do nadprzestrzeni, a wszyscy pozostali na 
powierzchni Drongara staną się dla niego tylko smutnym wspomnieniem.

Jeszcze później otrzyma przydział na inną planetę. Wojna będzie toczyła się nadal, a on 

przybierze kolejną fałszywą tożsamość i znów będzie działał na szkodę Republiki. Wiedział, 
że chociaż  może  to potrwać bardzo długo, wcześniej czy później  Republika upadnie.  Po 
prostu musi.

Westchnął. Wciąż jeszcze miał do załatwienia wiele spraw, a pozostało mu na to mało 

czasu. Musiał zebrać zarejestrowane dane, akta, informacje i dokumenty, które mogły mieć 
jakąś wartość dla jego mocodawców, a potem skompresować w pakiety danych na tyle małe, 
żeby dało się je włożyć do kieszeni albo podręcznej torby. Koniec, przynajmniej tu i teraz, 
zbliżał się wielkimi krokami.

Dochodziła północ. Kaird pozbył się przebrania Kubaza, a strój upodabniający go do 

otyłego mężczyzny sprawiał mu zbyt wiele kłopotów, żeby go nosić bez wyraźnej potrzeby, 
więc spotkał się z Thulą przebrany za mnicha z zakonu Milczących. Istniało tylko niewielkie 
prawdopodobieństwo, że zostanie zauważony, więc Nedijanin mógł się nie obawiać, że ktoś 
go usłyszy.

Oparł   się   plecami   o   cienką   ścianę   magazynu   wzniesionego   na   zapleczu   głównej 

stołówki. Rozejrzał się i upewnił, że jest sam. Thula znajdowała się w magazynie. Nikt, kto 

background image

przechodził obok szopy w ciemności dusznej tropikalnej nocy, nie mógłby jej dostrzec, ale 
Kaird słyszał Falleenkę dzięki zainstalowanej w ścianie osłoniętej kratce, która chroniła przed 
deszczem, ale umożliwiała wentylację.

– Załatwiłaś to, o co cię prosiłem? – zapytał.
– Tak.
– Ty i twój przyjaciel będziecie mieli dwa dni przewagi – ciągnął Kaird. – Proponuję, 

żebyście rozsądnie wykorzystali ten czas.

– A reszta naszego honorarium? – zapytała Falleenka. Jej głos brzmiał cicho niczym 

pomruk leśnego drapieżnika.

– Spójrz na górną krawędź wewnętrznej framugi drzwi – polecił Nedijanin.
Zapadła   krótka   cisza.   Kaird   miał   na   tyle   wrażliwe   uszy,   że   usłyszał,   jak   jego 

rozmówczyni podchodzi cicho do drzwi, chwilę przy nich stoi i wraca na poprzednie miejsce. 
Zobaczył przez kratkę nikły blask i domyślił się, że Thula włączyła sześcian kredytowy, aby 
sprowadzić wysokość wyświetlanej sumy.

– Bardzo hojnie – pochwaliła.
– A gdzie mój neseser? – zainteresował się Kaird.
– Do tej pory powinien się znaleźć w twojej kabinie obok reszty bagażu – odparła 

Falleenka. – Robienie interesów z tobą to prawdziwa przyjemność, przyjacielu.

– Wymyśliliście sposób, żeby stąd odlecieć?
– Tak – oznajmiła Thula. – Jutro rano zmywamy się z Drongara. Zarezerwowaliśmy 

miejsca na pokładzie niewielkiego wahadłowca. Za sterami będzie siedział pilot, który nie 
miał nic przeciwko przyjęciu łapówki.

– Ale przecież nie wystarczy wam wahadłowiec z powierzchni Drongara na pokład 

stacji przesiadkowej – zdziwił się Kaird.

– Wystarczy, żeby znaleźć coś innego, co się nada do naszych celów – uspokoiła go 

Falleenka. – Pieniądze to niezwykle skuteczny środek smarujący.

– Może któregoś dnia znów się spotkamy – mruknął Nedijanin.
– Może – zgodziła się Thula.
Kaird   oddalił   się   od   szopy   i   skierował   do   kabiny.   Zostawił   drzwi   zamknięte,   ale 

standardowe zamki nie stanowiły wystarczającej zapory dla zawodowych włamywaczy, do 
jakich się zaliczali Squa Tront i Thula.

Blok   karbonitu   stał   na   podłodze   obok   innych   toreb   i   waliz.   Wyglądał   jak   niezbyt 

kosztowny   neseser   podróżny   i   niemal   idealnie   pasował   do   pozostałych   sztuk   bagażu. 
Zamrożona w karbonicie bota powinna pozostać w takim stanie, dopóki ktoś nie wciśnie 
guzika rozmrażania. Później trzeba ją będzie szybko przetworzyć, żeby nie rozpoczęły się 
procesy gnilne, ale to już nie stanowiło problemu Kairda. Czarne Słońce miało na swoje 
usługi najlepszych chemików w galaktyce i Nedijanin musiał tylko dostarczyć towar władcom 
przestępczego syndykatu.

Uniósł   neseser.   Był   ciężki,   ważył   prawie   siedemdziesiąt   kilogramów,   ale   Kaird 

przekonał się, że może go dźwignąć i nieść bez widocznego wysiłku.

Poczuł się raźniej niż kiedykolwiek, odkąd postawił stopę na powierzchni tej przeklętej 

planety. W tych okolicznościach spisał się najlepiej, jak potrafił, a kiedy pomyślnie wykona 
zadanie, wysiłek sowicie mu się opłaci. Jeszcze tylko kilka dni wybiegów i podstępów i zazna 
spokoju na powierzchni ukochanej ojczyzny.

Zasłużonego spokoju.

Jos   obudził   się   w   środku   nocy,   oszołomiony.   Stanowczo   przeholował   z   piciem 

poprzedniego wieczoru. Usiadł na pryczy i przetarł oczy. Śniła mu się Tolk, która wyjawiła 
mu, dlaczego chce go rzucić. Niestety, chirurg nie zapamiętał ani słowa z jej wyjaśnień.

Wstał, poczłapał do łazienki, przepłukał usta i spryskał twarz zimną wodą. Pił ostatnio 

background image

tyle, że przestały skutkować lekarstwa, które zazwyczaj pomagały mu na kaca. Spojrzał na 
odbicie swojej twarzy w lustrze.

Co za żałosny widok, pomyślał.
Westchnął. Nie da się ukryć, że żałosny.
A   poza   tym,   co   za   żałosna   wymówka   dla   mężczyzny,   dodał   w   myśli.   Naprawdę 

zamierzasz pozwolić jej odejść? Tak po prostu, bez walki?

Nie odrywając spojrzenia od odbicia swojej twarzy w lustrze, zmarszczył brwi.
– A niby co mam zrobić? – zapytał na głos. – Nie chce ze mną rozmawiać, a ja nie mam 

pojęcia, dlaczego.

No   i   co   z   tego?   –   ciągnął   w   myśli.   Nie   jesteś   idiotą.   Dowiedz   się,   dlaczego!   Nie 

zapobiegłeś  śmierci Zana, ale czy zamierzasz pozwolić, żeby Tolk odeszła od ciebie bez 
podania powodu?

Odwrócił się plecami do lustra, podszedł do pryczy i zaczął się wpatrywać w zmiętą 

pościel.   To   było   pytanie,   zasadnicze   pytanie,   prawda?   Najważniejsze   i   jedyne:   dlaczego. 
Dlaczego Tolk, ukochana kobieta, która wyznała mu miłość, zamierzała go rzucić i przenieść 
się do innej jednostki? Twierdziła wprawdzie, że to przez eksplozję na pokładzie fregaty 
MedStara, gdzie zginęło kilkadziesiąt osób... ale ten pretekst nie miał przecież najmniejszego 
sensu. Widywała gorsze przypadki, o wiele gorsze, i to z bliska. Nie, tu musiało chodzić o coś 
innego. Zachowywała się, jakby otrzymała polecenie od jakiegoś prymitywnego planetarnego 
bóstwa...

Nagłe uświadomienie sobie prawdy uderzyło go z taką siłą, że musiał usiąść. Czuł się, 

jakby ktoś walnął go z całej siły w splot słoneczny i wyparł powietrze z jego płuc. Domyślił 
się! Wiedział!

Starszy krewniak Erel! To on musiał odbyć rozmowę z Tolk. To on jej opowiedział, jak 

się czuje ktoś, kto musiał na zawsze zrezygnować z odwiedzania ojczyzny i utrzymywania 
kontaktów   z   krewnymi.   To   on   zatruł   jej   myśli!   Tak,   to   miało   sporo   sensu.   Pielęgniarka 
musiała się spodziewać, że przełożony zechce z nią porozmawiać. Jos od początku bał się tej 
rozmowy, ale był tak przepracowany i zmęczony, że jakoś mu to umknęło. Nie do wiary, że 
nie wpadł wcześniej na taką możliwość, ale tak było. Tolk mówiła mu o eksplozji, śmierci i 
przerażeniu, a on tak się skoncentrował na analizie jej wymówek, że nawet nie pomyślał o 
możliwości innego wyjaśnienia.

Kuzyn Erel, pomyślał.
Poczuł, że wściekłość zalewa go niczym gorąca fala. Poszedł do łazienki, przycisnął 

guzik sonicznego natrysku i wszedł do kabiny. Od razu poczuł, że brud, sen i wciąż jeszcze 
sącząca się z porów kwaśna woń alkoholu spływają brudnymi falami po jego ciele i znikają w 
odpływie. (Spojrzał na chronometr i stwierdził, że następny transportowiec wystartuje dopiero 
około   południa.   Miał   dość   czasu,   żeby   spokojnie   się   ubrać,   a   potem...   Na   wszystko,   co 
sprawiedliwe,   zamierzał   użyć   wszelkich   wpływów,   powołać   się   na   przysługi,   a   nawet 
wyhodować   sobie   skrzydła   i   odlecieć,   jeżeli   właśnie   tego   będzie   trzeba,   żeby   odwiedzić 
kochanego krewniaka i wyciągnąć z niego prawdę... w taki czy inny sposób.

background image

ROZDZIAŁ 32

Kaird   albo   Mont   Shomu,   jak   nazywał   siebie   w   przebraniu   nadającym   mu   wygląd 

otyłego   mężczyzny,   patrzył   z   uśmiechem,   jak   pilot   i   twi'lekańska   kucharka   popijają 
miejscowe wino z butelki, którą przyniósł do kabiny. Miało niezły smak, a wytłoczono je z 
miąższu kulistych purpurowych owoców wielkości zaciśniętej ludzkiej pięści. Owoce rosły na 
podobnych do wielkich grzybów drzewach na Wyżynie Jasserak, nazywały się avedamy i 
kiedy dojrzewały,  miały chrupiący miąższ i cierpko–słodki smak, który wyczuwało się w 
winie.

Obecność myokainy w butelce nie wpływała na aromat wina; roztwór wywołującego 

zwiotczenie   mięśni   leku   nie   miał   barwy,   woni   ani   smaku.   Pragnąc   rozwiać   możliwe 
podejrzenia,   Kaird   także   napił   się   troszkę.   Nie   zapomniał   przedtem   wsypać   do   swojej 
szklaneczki szczypty środka neutralizującego działanie leku, dzięki czemu mógł być pewien, 
że nie odczuje skutków jego wpływu.

– Może byśmy w końcu zaczęli, dobrze? – zaproponowała Twi'lekanka. W jej głosie 

brzmiało wyraźnie słyszalne podniecenie.

Kaird uśmiechnął się, a usta maski otyłego mężczyzny posłusznie rozciągnęły się w 

uśmiechu. Co za słodka i naiwna istota...

Bogan, mężczyzna pilot, także wyglądał na podekscytowanego. Wypił pół szklaneczki 

owocowego wina i niecierpliwym  gestem włączył  projektor hologramów. Nie był  równie 
skrupulatny i wstrzemięźliwy jak jego zmiennik i nie miał nic przeciwko piciu wina poza 
służbą, chociaż starał się nie przesadzać.

W powietrzu nad ich głowami rozkwitł barwny hologram. Przedstawiał ogromną halę 

ze stolikami, przy których siedziało po dwóch graczy. Wizerunek miał dużą rozdzielczość, 
więc goście Kairda z przyjemnością będą obserwowali pierwsze dwadzieścia albo trzydzieści 
minut   zarejestrowanego   nagrania.   Później,   kiedy   zacznie   działać   lek,   mieli   pozostać 
przytomni i świadomi, ale pozbawieni możliwości wykonywania prawie wszystkich ruchów.

Po kwadransie oboje zaczęli zdradzać pierwsze oznaki bezwładu mięśni. Na pewno 

zastanawiali się i martwili przyczyną tego stanu rzeczy, ale mogli tylko marszczyć brwi, bo 
na bardziej zdecydowaną reakcję, nie mieli dość energii. Po następnych pięciu minutach nie 
mogli zresztą nawet napiąć mięśni twarzy. Gdyby Nedijanin wręczył im po blasterze, żadne 
nie zdołałoby wykrzesać dość sił, żeby unieść broń i go zastrzelić.

Podszedł do mężczyzny.
– Możesz mówić? – zapytał.
– E–e–e... t–t–tak – wybełkotał Bogan, przeciągając głoski. – C–c–c–co...
– Postaram się wyjaśnić to zwięźle i rzeczowo – ciągnął Nedijanin. – Zaaplikowałem 

wam po porcji narkotyku. Chcę, żebyś podał mi kody do osobistego admiralskiego promu... 
dostępu,   bezpieczeństwa,   operacyjne,   wszystkie.   Narkotyk   was   nie   zabije,   ale   jeżeli   nie 
przekażesz   mi   tych   kodów   albo   podasz   fałszywe,   zabiję   ciebie   i   twoją   twi'lekań–ską 
przyjaciółkę. Rozumiesz?

– T–t–ta–a–ak.
– To dobrze. – Kaird wyjął z kieszeni rejestrator. Wiedział, że bełkotliwy głos pilota nie 

będzie   miał   żadnego   znaczenia.   Działanie   systemów   bezpieczeństwa   nie   zależało   od 
brzmienia głosu, więc każdy mógł wyrecytować odpowiednie słowa i cyfry. – Podaj mi te 
kody. Nie spiesz się, wymawiaj każdy najwyraźniej, jak potrafisz. Jeżeli będą prawdziwe, ty i 
twoja przyjaciółka przeżyjecie. Spędzicie miły wieczór, oglądając rozgrywki w strąga, a jutro 
w południe odzyskacie zdolność poruszania się na tyle, żeby wezwać pomoc. Jeżeli jednak się
okaże, że kody są fałszywe...

Wyjął z kieszeni niewielki termiczny detonator. Był używany do wyzwalania dużych 

background image

bomb i gdyby eksplodował w zamkniętym pomieszczeniu, rozerwałby obecnych na strzępy, 
ozdobił ściany krwawą miazgą, a potem rozerwał na kawałki same ściany. A wszystko w 
ciągu mniej więcej milisekundy.

Zbliżył   detonator   do   twarzy   mężczyzny,   żeby   pilot   mógł   się   pozbyć   resztek 

wątpliwości.

– Poznajesz to? – zapytał.
– T–t–t...
–  To   dobrze   –   uciął   Nedijanin,   nie   pozwalając   Boganowi   skończyć.   –   Z   tym 

detonatorem   współpracuje   nadajnik   o   zasięgu   dwustu   kilometrów.   –   Wyjął   niewielkie 
urządzenie, podsunął je pod nos mężczyzny i ponownie schował do kieszeni. – Jeżeli po 
moim   odlocie   na   pokładzie   porwanego   admiralskiego   promu...   tak,   tak,   zamierzam   go 
porwać... z powodu błędnego albo fałszywego kodu przydarzy mi się coś złego... cokolwiek, 
włączę ten nadajnik.

Wstał, podszedł do projektora hologramów i umieścił termiczny detonator na górnej 

powierzchni urządzenia.

Bogan zaczął się pocić, co można było uznać za pomyślną wróżbę.
–  Wiem,   że   jesteś   pilotem   i   odważnym   gościem   –   podjął   Kaird   po   chwili.   – 

Prawdopodobnie   nie   boisz   się   śmierci,   ale   twoja   twi'lekańska   przyjaciółka   i   miłośniczka 
strąga to niewinny cywil. Na pewno nie chcesz, żeby przemieniła się w krwawe strzępy, 
prawda?

– N–n–n–nie...
– No cóż, więc się zgadzamy – podsumował Nedijanin. – Podaj teraz te kody.
Kiedy Bogan skończył wymieniać słowa i cyfry – głośno i powoli, co zajęło mu sporo 

czasu – Kaird zebrał kilka poduszek i umieścił je za plecami bezwładnych gości, a potem 
posadził ich obok siebie, żeby mogli obserwować hologram. Otarł pot z czoła Bogana.

–  Miłego   oglądania   –   powiedział.   –   Nastawiłem   projektor   na   automatyczne 

powtarzanie, więc nie powinniście się nudzić... przynajmniej podczas pierwszych kilkunastu 
powtórek.

Skłonił się lekko i wyszedł.
Naturalnie mógł ich zabić i wielu jego kolegów po fachu od razu by tak zrobiło. On 

także nie odczuwałby wyrzutów sumienia, bo w ciągu wielu lat służby wysłał w podróż do 
Kosmicznego  Jaja tyle  istot,  że dwie dodatkowe  nie sprawiłyby  mu  żadnej  różnicy Miał 
jednak powody, żeby ich nie zabijać. Po pierwsze, nikt mu za to nie zapłacił, a po drugie, nie 
widział   takiej   potrzeby.   Byli   unieruchomieni   w   zamkniętej   kabinie,   a   Kaird   zamierzał 
odlecieć,   zanim   ktokolwiek   zauważy  ich   zniknięcie.   Jego  goście   nie   mieli   pojęcia,   że   w 
rzeczywistości jest Nedijaninem, a w ciągu najbliższych kilku minut przebranie, w którym 
wyglądał jak Mont Shomu, miało przemienić się w przetworzone synciało. Kaird zamierzał 
zadbać o to, żeby żadne prądy nie doprowadziły nikogo do jego Gniazda.

Wyszczerzył zęby pod maską otyłego mężczyzny. Prawdę mówiąc, termiczny detonator 

był szkoleniową atrapą... wyglądał jak prawdziwy, ale nie miał ładunku wybuchowego i nie 
mógł wyrządzić żadnej krzywdy. Rzekomy nadajnik, jakim machnął przed nosem Bogana, 
był osobistym automatem do opieki nad ledwo opierzonymi pisklętami. Zresztą o ile Kaird 
wiedział, miniaturowe nadajniki nie miały zasięgu nawet kilkunastu, a co dopiero dwustu 
kilometrów.

W   dodatku,   gdyby   kody   okazały   się   fałszywe,   Nedijanin   zostałby   schwytany   i 

zaprowadzony na przesłuchanie. A wtedy... lepiej, żeby go nie oskarżono o morderstwo z 
premedytacją. Mógł trafić do więzienia za porwanie okrętu, ale za takie przestępstwo nie 
groziła   kara   śmierci,   nawet   gdyby   chodziło   o   osobisty   prom   admiralski   podczas   wojny. 
Wcześniej   czy   później   Czarne   Słońce   wysłałoby   kogoś,   kto   go   odnajdzie   i   wyciągnie   z 
więzienia.  Gdyby  jednak wojenny trybunał  uznał  go za winnego  morderstwa,  trafiłby do 

background image

przetwarzacza odpadów o wiele wcześniej, zanim Czarne Słońce zaczęłoby się martwić jego 
zniknięciem.

Nie mógł także zapomnieć, że wyeliminował sakiyańskiego admirała Tarnisse Bleyda, 

poprzedniego dowódcę MedStara, i gdyby został schwytany, mogłaby się o tym dowiedzieć 
osoba grzebiąca w jego mózgu. Wprawdzie nawet podczas wojny przestrzegano pewnych 
zasad i rzadko wydawano  zgodę na skanowanie mózgu  bez ważnego powodu, ale gdyby 
miało do tego dojść, Kaird powinien raczej skończyć ze sobą niż pozwolić sobie wydrzeć tę 
tajemnicę. Skoro i tak miał zginąć, to decydując się na samobójstwo, przynajmniej miałby 
śmierć szybką i bezbolesną... czego nie mógłby się spodziewać, gdyby Czarne Słońce było 
niezadowolone, że władze dowiedziały się o jego roli w likwidacji admirała.

Oczywiście najlepiej będzie nie dać się złapać.
Kaird   poszedł   do   łazienki,   żeby   się   pozbyć   ostatniego   elementu   przebrania   otyłego 

mężczyzny. Najwyższy czas. Mont Shomu, podobnie jak Kubaz Hunandin, dobrze mu się 
przysłużył,   ale   Nedijanin   poczuł   ulgę   na   myśl,   że   nie   będzie   musiał   dłużej   nosić 
nieporęcznego   i   ciężkiego   stroju.   Zastanawiał   się,   jak   radzą   sobie   mężczyźni,   którzy 
naprawdę mają na ciele tyle tłuszczu. Pomyślał, że wolałby raczej zostać oskubany z piór i 
opiekany na wolnym ogniu.

Jos był wściekły jak nigdy w życiu. Widział stojącego przed nim starszego mężczyznę 

jak przez czerwoną mgiełkę. Zgrzytnął zębami.

– Gdybyś nie był wujem mojej matki i moim zwierzchnikiem, bez wahania skopałbym 

ci tyłek! – wybuchnął.

– Na twoim miejscu chyba czułbym się tak samo – usłyszał w odpowiedzi.
Znajdowali się na pokładzie fregaty MedStara, w gabinecie admirała. Byli sami, ale Jos 

podejrzewał, że gdyby zaczął przerabiać na miazgą twarz dowódcy, ktoś by wpadł zobaczyć, 
skąd   ten   hałas.   Byliby   to   pewnie   strażnicy   z   wojskowej   żandarmerii...   rośli,   barczyści, 
uzbrojeni po zęby i zupełnie pozbawieni poczucia humoru.

Nie   żeby   miało   to   jakiekolwiek   znaczenie.   Jos   czuł,   że   nikt   i   nic   nie   zdoła   go 

powstrzymać przed rozkwaszeniem nosa zaginionego krewniaka.

– Jak śmiałeś się wtrącać do naszych spraw w taki sposób?! Kto dał ci takie prawo?
– Chciałem ci tylko oszczędzić zmartwień – odparł Kersos.
– Oszczędzić... zmartwień? – powtórzył Vondar takim tonem, jakby nie mógł uwierzyć 

własnym  uszom.  – Zniechęcając  do mnie  ukochaną kobietę?  Przykro  mi,  doktorze, ale z 
medycznego   punktu   widzenia   nie   widzę   w   tym   żadnego   sensu.   Tolk   jest   lekarstwem   na 
wszystko,   co   mnie   dręczy,   boli   i   przeraża.   Nawet   nie   potrafię   ci   tego   wytłumaczyć!   – 
Chodzący nerwowo z kąta w kąt Vondar nagle stanął.

– Nie do wiary, że cię usłuchała!
– Co jest najlepszym dowodem jej troski i miłości, Jos – odparł Kersos.
– Jakim cudem doszedłeś do takiego wniosku? – żachnął się młodszy Korelianin.
– Nie chce cię narażać na bojkot krewnych i przyjaciół – wyjaśnił admirał.
–   Bo   przedstawiając   jej   obraz   naszego   przyszłego   wspólnego   życia,   ukazałeś   je   w 

ponurym i szkaradnym świetle – odciął się Jos. – Według ciebie mieliśmy być uważani za 
najgorsze szumowiny całej galaktyki.

– Właśnie to powiedziałem – oznajmił Erel.
Jos z trudem rozwarł palce zaciśnięte w pięści. Głęboko odetchnął i nabrał powietrza na 

nowo. Uspokój się, powiedział sobie. Rozkwaszenie admiralskiego  nosa może sprawić ci 
dużą satysfakcję, ale bez względu na to, jak bardzo wuj zasługuje, nie byłoby to właściwe 
posunięcie. Nie zapominaj, że on także jest lekarzem. Robił, co uważał za najlepsze.

Mimo to Vondar nie mógł się pogodzić z tym, co się stało. Miał ochotę wyszorować 

pokład starszym krewniakiem. I to wiele razy.

background image

Mimo to jego gniew stracił energię eksplodującej nowej. Jos odetchnął jeszcze raz.
–  No cóż, wujku, jeżeli członkowie mojej rodziny nie zechcą zaakceptować kobiety, 

którą kocham, staną się krewnymi tylko z nazwy – powiedział. – A ja obejdę się bez nich.

Kersos pokręcił głową. Wyglądał na bardzo zmęczonego.
– Ja też tak uważałem, Jos – przypomniał. – Także kroczyłem kiedyś tą ścieżką.
– Nie jesteś mną – odciął się Vondar. – Możliwe, że po jakimś czasie bym tego żałował, 

chociaż wątpię, ale nawet gdyby do tego doszło, to byłby mój wybór, nie twój. Powinienem 
mieć prawo go dokonać.

–   To   nie   takie   proste,   chłopcze   –   odparł   admirał.   –   Mówisz   o   uświęconych   przez 

tradycję podstawach społeczności, które istnieją wiele tysiącleci.

–   Ale   za   sześćdziesiąt   czy   osiemdziesiąt   lat   większość   tych   podstaw   czy   tradycji 

zniknie, a wśród nich zakaz poślubiania istot z innych planet – zaczął Jos, ale umilkł, żeby 
powściągnąć gniew. Pomyślał, że musi spokojnie to wyjaśnić starszemu krewniakowi. Był 
inteligentny i miał  dar wymowy.  Jeżeli  umiał  wytłumaczyć  zdenerwowanemu  pacjentowi 
zawiłości   medycznej   procedury,   na   pewno   potrafi   wyłuszczyć   swoje   racje   w   zrozumiały 
sposób. – Posłuchaj – podjął po chwili. – Wyprzedziłeś swoje czasy o wiele dziesięcioleci i ja 
także zamierzam je wyprzedzić, ale moje dzieci i wnuki nie będą musiały walczyć z równie 
bezsensownymi mopakami.

Wuj Erel rozłożył ręce w geście bezradności.
– Trudno mi w to uwierzyć – powiedział. – Czyżbyś umiał przewidywać przyszłość?
Jos pokręcił głową i ciężko westchnął.
–  Po prostu widzę teraźniejszość, wuju – zaczął z namysłem. – Wiele lat upłynęło, 

odkąd odleciałeś z ojczyzny. Czy kiedykolwiek obiło ci się o uszy określenie Hustru fonsterl

Admirał także pokręcił głową.
– To mi wygląda na hoodishański – powiedział.
– Blisko, blisko – przyznał Vondar. – To vulanishański, równie zapomniany dialekt z 

Wielkich Południowych Równin. Wydaje mi się, że ostatnie władające tym językiem osoby z 
naszej planety zmarły pięćdziesiąt lat temu. Tak czy owak, Hustru fonster oznacza „żonę w 
oknie". Określenie  weszło do obiegu  kilka  lat  temu,  ale nie  wypada  go używać  podczas 
rozmów z osobami z wyższych sfer.

Jego starszy krewniak wyglądał na zdezorientowanego.
–  Przypuśćmy,   że   jakiś   młody   mężczyzna   z   szanowanej   rodziny   zakochuje   się   w 

dziewczynie z innej planety – ciągnął Vondar. – Ulega uczuciu i spędza dużo czasu w jej 
towarzystwie. Wtedy wszyscy mrugają porozumiewawczo, kiwają głowami i patrzą w inną 
stronę. Nikt tego nie pochwala, ale też nikt nie ma nic przeciwko temu, pod warunkiem, że 
gdy młodzieniec się wyszumi, wróci na łono rodziny. Ostatnio jednak coraz częściej synowie 
i córki z szanowanych rodzin, odwiedzając inne planety, poznają tubylców, z którymi pragną 
pozostawać i w trwałych związkach. Wprawdzie zakazują tego koreliańskie zwyczaje, ale 
jeżeli ktoś ma odpowiednie środki, może wymyślić sposób obejścia tego zakazu. Syn albo 
córka wraca do domu i bierze ślub z inną istotą ze swojej planety. Ta „druga połowa" zawiera 
taki związek wyłącznie z pobudek finansowych albo prestiżowych. Nowożeńcy zatrudniają 
gosposię, ogrodnika albo kucharkę... tak się składa, że z innej planety. Chyba się orientujesz, 
do czego zmierzam, prawda? – Jego wuj nie odpowiedział.

–  Oficjalnie nikt tego nie zabrania – ciągnął Jos. – I wszyscy są szczęśliwi. Żadnego 

skandalu   ani   wstydu.   A   gdyby   taka   „gosposia"   czy   „kucharka"   zaszła   w   ciążę   z   kimś 
nieznanym...   no   cóż,   jeżeli   jej   pracodawcom   bardzo   zależy   na   wartościowej   pomocy 
domowej,   mogą   wychowywać   jej   dziecko   prawie   jak   swoje.   Mogą   nawet   legalnie   je 
adoptować, skoro coraz więcej małżeństw  zawieranych przez rodowitych  Kordian nie ma 
własnych dzieci. Jeżeli dziecko żony z szanowanej rodziny jest podobne do ogrodnika czy 
potomstwo   gosposi   wygląda   jak   jej   pracodawca,   no   cóż...   to   może   być   tylko   zbieg

background image

okoliczności.

Jego starszy krewniak pokręcił głową.
– Coś takiego jest praktykowane w naszej ojczyźnie? – zapytał.
– Z każdym rokiem na coraz większą skalę – potwierdził Jos. Erel wyglądał, jakby 

ugryzł coś kwaśnego.

– No cóż, masz swoją odpowiedź – mruknął jakby do siebie.
– Nieprawda! – sprzeciwił się Vondar. Czuł, że znów zaczyna go ogarniać gniew, ale 

tym   razem   nie   zamierzał   się   powstrzymywać.   –   Nie   pozwolę,   żeby   moja   narzeczona 
przechodziła  przez coś takiego. Nie dopuszczę, żeby żyła  w kłamstwie, które nikogo nie 
wywiedzie w pole. Ani myślę  podtrzymywać  archaicznej i anachronicznej  praktyki,  która 
dawno straciła jakikolwiek sens istnienia. Zamierzam pojąć Tolk za żonę, a jeśli komuś się to 
nie spodoba, może otworzyć klapę śluzy i pooddychać w próżni. Nic mnie to nie obchodzi.

– Czy twoja rodzina... – zaczął admirał.
–   Moją   rodziną   jest   Tolk!   –   przerwał   ostro   młodszy   Korelianin.   –   To   ona   jest   na 

pierwszym   miejscu.   Odtąd   wszyscy   inni   będą   mieli   dla   mnie   najwyżej   drugorzędne 
znaczenie. Kocham ją. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. A jeżeli będę musiał czołgać się 
przez pole pełne obsydianowych brzytew, żeby ją o tym przekonać, zdecyduję się na to bez 
wahania.

Starszawy mężczyzna się uśmiechnął.
– Co cię tak bawi? – Jos poczuł autentyczną wściekłość. Zdecydował, że bez względu 

na konsekwencje uderzy starszego krewniaka i przełożonego.

–   Kiedyś,   długo   przed   twoim   urodzeniem,   wygłosiłem   podobne   przemówienie   do 

swojego brata. – Kersos wstał od biurka. – Gratuluję, siostrzeńcze. Odtąd będę popierał twoje 
dążenia w każdy możliwy sposób.

Jos   zamrugał.   Czuł   się   oszołomiony   jak   po   jednym   z   nagłych   ostrych   zwrotów   w 

próżni, do jakich uciekali się czasami piloci gwiezdnych myśliwców.

– Słucham? – zapytał.
– Sprzeciwianie się tysiącom lat tradycji nie jest zadaniem dla słabeuszy – wyjaśnił 

Erel. – Jeżeli się okaże, że Tolk nie znaczy dla ciebie tyle, ile twierdzisz, wcześniej czy 
później tego pożałujesz. Jak powiadasz, możesz tego żałować... ale przynajmniej startujesz z 
pozycji silnego człowieka.

Vondar pochylił się nad biurkiem i spojrzał w oczy starszego krewniaka.
– Dzięki twojej interwencji, wuju, na razie zaczynam od zera – powiedział. – Tolk 

zamierza się przenieść do innej jednostki chirurgicznej. W tej chwili nawet nie chce ze mną 
rozmawiać.   Nie rozumiem,  jakim  cudem  sytuacja  między  nami  ma  ulec   poprawie,   skoro 
będzie nas oddzielało tysiąc kilometrów wody.

– Chłopcze, nikt z ekspedycyjnych wojsk medycznych Republiki na powierzchni tej 

planety nie wybierze się donikąd bez mojego zezwolenia – przypomniał  Kersos. – Jeżeli 
twoja ukochana jest naprawdę warta zrezygnowania ze wszystkiego, co może cię w życiu 
czekać, zasługuje na miano towarzyszki twojego życia. Naprawię swój błąd. Zostanie blisko 
ciebie.

– Ale... jak? – zapytał Jos. – Co się stało, to się nie odstanie. Jak zdołasz...
– Pokażę jej nagranie, na którym zarejestrowałem naszą rozmowę – odparł admirał. – 

Zdecydowała się rozstać z tobą, bo cię kocha. Jeżeli zobaczy i usłyszy, że i ty ją kochasz, na 
pewno zmieni zdanie.

Vondar usiadł. Czuł się, jakby chwilę wcześniej ukończył wspinaczkę do krążącej po 

orbicie mieszkalnej sztucznej asteroidy. Czy naprawdę wuj Erel zdoła naprawić swój błąd? A 
może jest już za późno?

– Nie martw się, chłopcze – pocieszył go starszy krewny. – Naprawię wszystko, co 

popsułem.

background image

Pierwszy raz od wielu dni Vondar poczuł, że w jego serce wstępuje nadzieja.

background image

ROZDZIAŁ 33

Den Dhur siedział sam w kantynie i rozmyślał.
Właśnie   skończył   pisać   wstępną   wersję   artykułu   na   temat   mutacji   boty   i,   mówiąc 

skromnie,   uważał  to  dzieło   za  jedno  ze  swoich  szczytowych  osiągnięć.   Nie  zapomniał   o 
zamieszczeniu analizy wpływu mutacji na interesy różnych grup i osób, a nawet uwzględnił 
ich   możliwe   reakcje   na   utratę   adaptogennego   specyfiku.   Naturalnie   sprawdził   słuszność 
swoich rozważań za pośrednictwem HoloNetu. Chcąc podkreślić bezsens toczenia walk o 
roślinę,   która   ulega   mutacji   i   odbiera   wojnie   wszelki   sens,   zakończył   artykuł   dobitnym 
ironicznym akcentem.

Krótko mówiąc, jego tekst należał do tych, które zwracają powszechną uwagę. Jeśli go 

podpisze, jego nazwisko znów  zajaśnieje na dziennikarskim firmamencie.  Kto wie, może 
nawet dostanie skierowanie na inną planetę, mniej... podniecającą niż Drongar. Gdyby jednak 
się zdecydował wrócić na Sullustę i skorzystał z propozycji Eyary, jego artykuł przysporzyłby 
mu jeszcze większej sławy.

Istniał tylko jeden problem. Den długo się zastanawiał nad jego rozwiązaniem, ale nadal 

nie wymyślił sposobu wysłania artykułu z Drongara.

Przewidywał, że kiedy wiadomość o mutacji boty stanie się powszechnie znana, nastąpi 

przerwanie działań zbrojnych i szybka ewakuacja wojsk z Drongara, bo na powierzchni tej 
przeklętej planety nie pozostanie nic, o co siły zbrojne separatystów  i Republiki miałyby 
nadal toczyć walkę. Reporter nie miał nic przeciwko takiemu zakończeniu.

Wcześniej musiały jednak wybuchnąć bezpardonowe walki obu stron o przechwycenie 

zbiorów z ostatnich pól skutecznej boty. Roślina była uprawiana właściwie tylko w jednym 
miejscu   Południowej   Tanlassy,   a   uprawy   zajmowały   mniej   więcej   tysiąc   kilometrów 
kwadratowych. Den mógł iść o zakład, że walki będą się toczyły tylko wokół tego rejonu 
Drongara. Piętnaście mobilnych jednostek chirurgicznych, których personelowi powierzono 
zadanie ratowania życia rannych żołnierzy, a także, jak w przypadku Siódemki i kilku innych, 
zbierania boty, znajdzie się w okrążeniu sił zbrojnych nieprzyjaciela. Roboty bojowe i roboty 
niszczyciele,   najemnicy   wszystkich   możliwych   ras   i   żądne   szybkiego   zysku   szumowiny 
przeskoczą z wyciem przez barykady niczym stado bagiennych prosiaków. Den pomyślał, że 
to nie będzie miły widok.

Od pierwszej chwili, kiedy usłyszał plotkę o mutacji boty, wiedział, że coś takiego się 

wydarzy. Miał jednak pewność, że wiadomość rozejdzie się tak czy owak, więc dlaczego to 
nie on miałby ją podać do publicznej wiadomości i zyskać sławę?

Znał odpowiedź na to pytanie, ale nie był nią zachwycony. Podczas pobytu w jednostce 

chirurgicznej   zaraził   się   wirusem   groźniejszym   niż   wszystkie   istniejące   w   ekosystemie 
Drongara: sumieniem.

Mógłby   opublikować   wiadomość   pod   pseudonimem,   ale   stałby   się   wówczas 

przynajmniej częściowo odpowiedzialny za ładunek odchodów banthy, jaki spadnie na głowy 
istot, które przywykł uważać za przyjaciół.

Westchnął ciężko z utrapienia, aż zakołysały się jego fałdy policzkowe. Ktokolwiek 

rozgłosi wiadomość o mutacji boty,  nie powstrzyma  sił zbrojnych hrabiego Dooku przed 
przypuszczeniem ostatecznego ataku i nie uratuje od śmierci personelu jednostki. A kiedy 
walka   się   rozpocznie,   najlepiej   byłoby   przyglądać   się   jej   z   odległości   kilku   parseków. 
Oznaczało to, że Den musi znaleźć miejsce na pokładzie statku odlatującego z Drongara. Im 
szybciej, tym lepiej. To dlatego się zastanawiał, czy nie towarzyszyć I–Five podczas podróży 
na   Coruscant.   Łatwo   było   stamtąd   się   dostać   na   Sullustę   czy   gdziekolwiek   indziej. 
Dziennikarz   zastanawiał   się,  czy  nie   pora  przejść   na  emeryturę.   Odnosił   wrażenie,   że   w 
porównaniu z nim dwugłowy Troig jest ucieleśnieniem zdecydowania. Czy miał zrezygnować 

background image

ze wszystkiego i zostać patriarchą w labiryncie jaskiń rodziny Eyary? A może powinien się 
rzucić w wir pracy, którą wykonywał całe dorosłe życie? W galaktyce nie brakowało dobrych 
tematów do opisania.

Z drugiej strony, Eyara była najbardziej czarującą i godną pożądania istotą płci pięknej, 

jaką spotkał w życiu...

Wiedział, że musi się szybko zdecydować. I–Five miał wkrótce odlecieć z zadaniem 

zleconym przez Barrissę Offee. Reporter nie powinien napotkać trudności, gdyby postanowił 
mu towarzyszyć. Był cywilem i mógł lecieć, dokąd zechce. Dotarliby do Jądra galaktyki w 
ciągu czterdziestu ośmiu standardowych godzin, może wcześniej.

Nie miał powodu zostawać dłużej na powierzchni Drongara. Zwlekając z odlotem, żeby 

napisać raport z ostatnich chaotycznych godzin działań zbrojnych, ryzykował niemal pewną 
śmierć.  A przecież,  jak wielokrotnie  tłumaczył  wszystkim,  którzy chcieli  go słuchać, nie 
uważał się za bohatera.

Ale zostawić przyjaciół... Josa, Barrissę, Tolk, Ulego i Kio... nie, wcale mu się to nie 

podobało.

Zastanawiał się, jakim cudem dał się w to wplątać. Jak to się stało, że nagle musi się 

martwić losem tylu osób?

Dostanie   się   na   pokład   fregaty   MedStara   w   przebraniu   jednego   z   Milczących   nie 

stanowiło   najmniejszego   problemu.   Członków   zakonów   religijnych   i   medytacyjnych   – 
zwłaszcza tych, którzy wywierali dobroczynny wpływ na chorych i rannych – traktowano 
zazwyczaj ulgowo. Kaird wszedł na pokład, rozlokował się w kwaterze, zabrał podręczny 
neseser i od razu skierował się do głównego hangaru. Członkowie zakonu Milczących nie 
mówili,   więc   tylko   wręczył   strażnikowi   arkusik   flim–siplastu   z   napisaną   prośbą.   Błysnął 
fałszywym   identyfikatorem   i   uzyskał   zgodę   na   wejście   na   lądowisko.   Dla   zachowania 
pozorów pokazał na migi, że idzie złożyć bagaż w ładowni wojskowego transportowca, który 
odlatywał  dzień czy dwa później w kierunku planet Jądra galaktyki.  Po drodze mógł się 
natknąć   na   innego   strażnika,   ale   widok   zakapturzonego   Milczącego   nie   powinien   w   nim 
wzbudzić żadnych podejrzeń.

Osobisty okręt admirała spoczywał na wydzielonej części głównego lądowiska, z daleka 

od pozostałych wahadłowców i transportowców. Nedijanin nie widział w tym nic dziwnego. 
Mógł się tam dostać długim korytarzem.

Przy wejściu na admiralskie lądowisko nie postawiono strażnika, bo nikt nie uważał 

tego za konieczne. Jeżeli się nie miało odpowiednich kodów, nie można było wejść na pokład, 
włączyć silników, uzyskać zgody Kontroli Lotów ani przelecieć obok patrolowców, a skoro 
kody znali tylko uprawnieni piloci, nikt nie uważał za konieczne się tym przejmować.

Kaird   szedł   powoli,   jak   ktoś   rozmyślający   o   bardzo   ważnych   sprawach.   Niedaleko 

przed   nim   znajdowała   się   martwa   strefa,   w   której   nie   zainstalowano   ani   jednej   kamery 
systemu bezpieczeństwa. Nedijanin I odkrył to, studiując plany fregaty MedStara, za które 
przyszło mu słono zapłacić. Obszar miał powierzchnią najwyżej kilku metrów kwadratowych, 
ale więcej nie potrzebował.

Kiedy   dotarł   do   tego   miejsca,   rozejrzał   się   ukradkiem.   Nikogo   nie   zobaczył,   więc 

pospiesznie zdjął płaszcz nadający mu wygląd Milczącego. Miał pod nim jeden z mundurów 
Bogana i zwykłą maskę, w której wyglądał jak pierwsza lepsza istota ludzka. Nie zmyliłby 
nikogo, kto zna prawdziwego Bogana, ale kamera systemu bezpieczeństwa miała pokazywać 
jego   twarz   tylko   z   dużej   odległości.   Jedynym   możliwym   do   zauważenia   przedmiotem 
powinna   być   maska   filtracyjna,   którą   i   musiał   włożyć,   żeby   nie   wzbudzać   podejrzeń. 
Najpierw wydrążył  ją, żeby zmieściły się podobne do dziobu usta. W przebraniu otyłego 
mężczyzny miał dość miejsca, żeby bez trudu ukryć trzycentymetrową wypukłość warg, ale 
Bogan był istotą egzomorficzną, więc Nedijanin musiał się wykazać dużą pomysłowością. 

background image

Maski podobne do tej widywało się jednak często na pokładzie fregaty MedStara, zwłaszcza 
po wcześniejszej eksplozji, bo w atmosferze pomieszczeń okrętu wciąż jeszcze unosił się 
kurz, zawierający cząsteczki trujących związków chemicznych.

Najtrudniejszym odcinkiem było sto ostatnich metrów. Gdyby Kaird natknął się tu na 

kogokolwiek, musiałby go zabić i przebiec jak najszybciej resztę drogi. Nie spodziewał się, że 
ktoś go dostrzeże, ale odetchnął z ulgą dopiero, kiedy dotarł do klapy wewnętrznej śluzy.

– Hej, czy to ty, Bogan? – usłyszał nagle dobiegające zza pleców pytanie.
Poczuł ukłucie strachu. Głęboko odetchnął i odwrócił się do rozmówcy tylko na tyle, 

żeby mężczyzna zobaczył fragment maski. Pomachał mu ręką i stwierdził, że dzieli go od 
niego jakieś trzydzieści metrów. Pospiesznie wpisał na klawiaturze kod dostępu.

– Nie rozbij się o nic, kiedy będziesz wylatywał! – wykrzyknął nieznajomy i głośno się 

roześmiał.

Kaird pozwolił sobie na nieprzyzwoity gest i w nagrodę usłyszał kolejny, tym razem 

głośniejszy wybuch śmiechu.

Rozległ   się   cichy   syk   i   klapa   włazu   admiralskiego   okrętu   się   otworzyła.   Nedijanin 

szybko pokonał kilka stopni i wszedł na pokład. Kiedy się znalazł w środku, postawił neseser 
z bota i pospieszył do sterowni. Wpisał kod bezpieczeństwa, przesłał energię do jednostek 
napędowych i zajął się wykonywaniem procedur przedstartowych.

Usłyszał cichy trzask i z odbiornika rozległ się głos kobiety.
– A–jeden, tu Kontrola Lotów. Włączyłeś silniki, jakbyś zamierzał wystartować. Czy to 

ty, poruczniku Bogan?

Kaird musiał dobrze wykonać tę część planu, ale zastanawiał się nad nią równie długo 

jak   nad   wszystkimi   pozostałymi.   Mógł   bez   trudu   naśladować   głos   Bogana   –   głosy   istot 
ludzkich   miały   ograniczony   zakres   częstotliwości   dźwięków,   więc   nie   sprawiłoby   mu   to 
szczególnej   trudności  – ale   nie  potrafił   układać  rysów  maski  na  tyle  przekonująco,  żeby 
zwieść kogoś, kto widział go dzięki obiektywowi pokładowej holokamery. Nie stanowiłoby to 
problemu   na   Coruscant,   gdzie   mógł   skorzystać   z   usług   wielu   fachowców.   Specjalista 
dermatolog nadałby jego skórze właściwą karnację, fryzjer ułożyłby i ufarbował włosy, a 
kosmetyczka poświęciłaby kilka godzin na nałożenie specyficznego makijażu. Na pokładzie 
fregaty MedStara Kaird nie miał jednak do pomocy nikogo, a przecież musiał pokazać swoją 
twarz... a ściślej, twarz Bogana.

Szybko wsunął do szczeliny czytnika zawczasu przygotowany mikrodysk z nagraniem i 

przycisnął   odpowiedni   guzik.   Na   ekranie   monitora   komunikatora   pojawił   się   wizerunek 
twarzy pilota z twarzą osłoniętą  maską  do oddychania.  Obraz raz po raz się rozmywał  i 
zanikał.

– Ta–a, to ja – odparł Nedijanin, starając się jak najwierniej naśladować głos Bogana. – 

Ja... na mrok przestworzy! Chyba coś złego się dzieje z moim komunikatorem.

Wyciągnął rękę i wyłączył urządzenie. Przekazywał obraz zaledwie kilka sekund, ale to 

wystarczyło,   żeby   operatorka   Kontroli   Lotów   zobaczyła   wizerunek   ludzkiej   twarzy.   W 
połączeniu z odpowiednim głosem powinno to utwierdzić ją w przekonaniu, że rozmawia z 
prawdziwym Boganem.

– Będziesz musiała sobie wyobrazić moją sympatyczną twarz, Kontrolo – powiedział.
Funkcjonariuszka zachichotała i Kaird doszedł do wniosku, że musi być młoda.
–  Widywałam  sympatyczniejszych  nerfopasów  niż ty – zaczęła.  – Prawdę mówiąc, 

widywałam sympatyczniejsze nerfy. – Znów zachichotała, ale zaraz spoważniała. – Dokąd się 
wybierasz, Bogan? – zapytała. – Admirał nam nie zgłaszał, że zamierza dzisiaj startować.

–  Chcę tylko poćwiczyć trudne manewry,  żeby nabrać większej wprawy – wyjaśnił 

beztrosko   Nedijanin,   cały   czas   naśladując   głos   Bogana.   –   Kiedy   dostanę   zwolnienie   z 
marynarki, zamierzam się ubiegać o licencję pilota pasażerskich liniowców. Nie będzie mnie 
tylko parę godzin. Wykonam kilka pętli i beczek, ale zapiszę to w dzienniku pokładowym, 

background image

żeby wszyscy byli szczęśliwi.

– A admirał nie będzie miał nic przeciwko temu? – nie dawała za wygraną operatorka.
– Powiedział, że nigdzie się nie wybiera – odparł Kaird. – Kiedy się odmeldowywałem, 

miał zamiar się wykąpać, ale jeżeli musisz, możesz się z nim skontaktować i poprosić o 
potwierdzenie.

– Chcesz, żebym wyciągała admirała z wanny? – oburzyła się kobieta. – Taa, akurat. 

Podaj mi kod dostępu wrót śluzy.

Kaird wyszczerzył zęby jak drapieżnik i szybko podał wymagany kod.
–  Zgadza się – odparła jego rozmówczyni.  – Masz zezwolenie  na wlot do komory 

próżniowej.

Wrota między lądowiskiem a śluzą zaczęły się otwierać. Przelatując przez gigantyczny 

właz, Kaird zauważył, że lekki wiatr poruszył śmiecie na płycie lądowiska. Kiedy wleciał do 
komory, za rufą admiralskiego okrętu zamknęły się masywne wrota, rozległo się zawodzenie 
alarmowych syren i zapaliła się czerwona lampka.

–  Uwaga, uwaga, rozpoczęło się usuwanie atmosfery – rozległ się generowany przez 

komputer głos. – Osoby bez próżnioszczelnych skafandrów są proszone o natychmiastowe 
opuszczenie komory śluzy. Uwaga, uwaga...

Ostrzeżenie powtarzało się, dopóki syreny nie przestały wyć, a czerwone światło nie 

zgasło. Po chwili otworzyły się zewnętrzne wrota i Kaird zobaczył usianą iskierkami gwiazd 
czerń przestworzy.

– A–jeden, podaj kody startowe – usłyszał żądanie operatorki Kontroli Lotów.
Spełnił jej życzenie.
–A–jeden,   masz   pozwolenie   na   start.   Tylko   nie   rozbij   się   o   nic,   kiedy   będziesz 

wylatywał.

Nedijanin   wyszczerzył   zęby   w   uśmiechu   i   położył   dłonie   na   rękojeściach   dźwigni 

sterowniczych. Okręt wyleciał ze śluzy. Na Kosmiczne Jajo! – pomyślał Kaird. Opuszczał 
Drongar   z   drogocennym   prezentem   dla   swoich   mocodawców.   Dzięki   temu   będzie   mógł 
zrezygnować z dalszej służby i wrócić do domu. Cóż lepszego mogłoby go spotkać w życiu?

background image

ROZDZIAŁ 34

Den   nie   miał   wiele   do   pakowania.   Spędził   tyle   lat   jako   wojenny  korespondent,   że 

zabierał w drogę wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy. Ich lista nie ograniczała się wprawdzie 
tylko do szczoteczki do fałd policzkowych, ale nie była też o wiele dłuższa. Jego ubrania 
uszyto   z   kurczliwej   tkaniny,   a   głosopisak   był   niewiele   większy   niż   kciuk.   Do   zabrania 
wszystkiego   były   mu   potrzebne   dwie   średniej   wielkości   torby  podróżne.   Musiał   je   tylko 
zapakować, zamknąć i w drogę. Robił to chyba tysiąc razy. Co najmniej.

Nagle rozległ się melodyjny kurant.
– Proszę wejść – powiedział Sullustanin.
Płyta drzwi się odsunęła i na progu stanął I–Five.
–  Oto   android,   na   którego   czekałem   –   powitał   go   reporter.   Fotoreceptory   1–5   się 

rozjarzyły, co wyglądało, jakby uniósł brwi.

Powiódł spojrzeniem po niewielkim pomieszczeniu.
– Chyba jesteś spakowany i gotów do odlotu – powiedział. – Z drugiej strony, trudno 

być tego pewnym, zważywszy na ogólny stan twojego... otoczenia.

Den wyszczerzył zęby w beztroskim uśmiechu.
– Cóż, nie jestem najporządniejszą osobą na tej planecie – przyznał. – Prawdopodobnie 

również   na   większości   innych   znanych   planet...   a   może   nawet,   jak   przypuszczam,   także 
nieznanych.

– Och, nie jest tak źle – pocieszył go android. – Daj mi trzydzieści minut i miotacz 

płomieni...

– Wiesz, wkrótce startuje jeszcze jeden transportowiec – uciął Sullustanin. – Na jego 

pokładzie odlatuje ostatnia grupa członków zespołu artystycznego Revoca. Jestem pewien, że 
z szeroko otwartymi ramionami przyjmą tak elokwentnego androida.

– Bez wątpienia – przyznał I–Five. – Ale tak się składa, że zamierzam stąd odlecieć na 

pokładzie następnego wahadłowca.

Den kiwnął głową. Spodziewał się tego.
– Więc Barrissa powierzyła ci jakieś zadanie – powiedział.
– Tak – przyznał android. – Chodzi o przekazanie pewnej informacji... w dyskretny 

sposób i tylko za pomocą słów... a także jakiejś fiolki. – Wyciągnął rękę. – Przyszedłem się 
pożegnać.

Den nie potrząsnął jednak górną prawą kończyną automatu.
– Nie musisz – powiedział. – Lecę z tobą.
Kolejna zmiana intensywności blasku fotoreceptorów I–5 miała oznaczać zdumienie.
– Ach, tak? – zapytał android. – Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
– Świadomości, że ta jednostka zostanie wkrótce okrążona przez roboty i najemników 

separatystów – odparł Sullustanin. – A także innych istot na tyle inteligentnych, żeby umieć 
się równocześnie przemieszczać i strzelać.

Den opowiedział zwięźle, co wie na temat mutacji boty, i zwierzył się z obaw, co się 

stanie, jeżeli ta informacja przedostanie się do wiadomości publicznej.

– Ta zmiana właściwości wcale mnie nie dziwi – odparł I–Five. – Cała ta planeta jest 

jednym   wielkim   eksperymentem   transgenicznym.   Zważywszy   na   wzajemne   zapylanie 
zarodników   i   niezróżnicowany   potencjał   miejscowego   DNA,   dziwię   się   tylko,   że   bota 
pozostawała stabilna tyle czasu.

–   No   cóż,   stabilność   nie   jest   słowem,   którego   będzie   się   tu   używało   w   ciągu 

najbliższych   kilku   dni   –   stwierdził   reporter.   –   Właśnie   dlatego   wracam   na   Coruscant.   – 
Wzruszył ramionami. – Sądziłem, że moglibyśmy polecieć razem.

– Nie mam nic przeciwko temu, ale większość pozostałych androidów chyba nie zechce 

background image

się do mnie odzywać, jeżeli będzie mi towarzyszyła istota organiczna – odparł I–Five.

–   Wiesz,   może   warto   byłoby   odchwaścić   tę   część   twojego   oprogramowania,   która 

zmusza cię do wygłaszania tak złośliwych uwag – odciął się Sullustanin. – Bo jeżeli sam tego 
nie zrobisz, ktoś ci w tym pomoże... za pomocą wibronoża. Mało kto lubi pyskate automaty.

– Jak zapewne się orientujesz, nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi – odparł I–

Five.   –   Twoja   uwaga   wprowadza   jednak   szczyptę   pikanterii   do   mojego   skądinąd 
monotonnego żywota. A jeśli już mowa o wibronożu, potrafię zatroszczyć się o siebie.

Den spojrzał na chronometr.
– Do odlotu wahadłowca zostało mniej więcej dziewięć  godzin –zauważył.  – Masz 

jakieś plany, jak spędzić ten czas?

– Chyba powinienem zajrzeć do sali operacyjnej, żeby pomóc Josowi i pozostałym – 

odparł android. – Bądź co bądź, takie było moje główne zadanie.

– Ja zamierzam wykorzystać ten czas w inny sposób – pochwalił się Sullustanin. – 

Będziemy przebywali w różnych miejscach, które jednak będą miały ze sobą coś wspólnego. 
– Wyszczerzył zęby w porozumiewawczym uśmiechu.

–   Alkohol   –   domyślił   się   I–Five   i   urwał,   jakby  się   nad   czymś   zastanawiał.   –   Czy 

zamierzasz komuś powiedzieć, że wiesz o mutacji boty?

Den spojrzał na towarzysza. Nie ulega wątpliwości, że ten protokolarny android jest 

bystry niczym woda w górskim strumieniu, pomyślał.

– Oficjalnie nie – mruknął. – Na nic się nie zda wpuszczanie ogniokomarów do uszu 

członków personelu, bo i tak nic na to nie poradzą, a tylko wpadną w przerażenie.

– Z twoich słów wnioskuję, że jest jeszcze jakiś ciąg dalszy – domyślił się I–Five.
–   No   cóż,   niech   ci   będzie   –   zgodził   się   reporter.   –   Zaprzyjaźniłem   się   z   kilkoma 

graczami w sabaka i nie chcę, żeby ktoś sprawił im przykrą niespodziankę.

– Ale jeżeli, jak powiadasz, nie mogą wpłynąć na rozwój sytuacji, dlaczego miałbyś im 

cokolwiek mówić? – zainteresował się android.

Den wzruszył ramionami.
– A czy gdybyś ty znalazł się na ich miejscu, nie chciałbyś wiedzieć, że zagraża ci 

niebezpieczeństwo? – zapytał.

–   Naturalnie   –   przyznał   1–5.   –   Im   więcej   ma   się   informacji,   tym   lepiej   można 

funkcjonować.

– Więc sam widzisz. – Sullustanin ruszył do drzwi. – Zamierzam wypić szklaneczkę 

albo sześć, a potem podzielę się z przyjaciółmi tą wiadomością. Do zobaczenia na lądowisku.

background image

ROZDZIAŁ 35

Barrissa   ponownie   włączyła   komunikator.   Od   wielu   dni   coś   uniemożliwiało   jej 

nawiązanie łączności ze Świątynią Jedi i młoda padawanka nie miała zbyt wielkiej nadziei, że 
w końcu się uda. Pamiętała, co Jos powiedział kiedyś podczas partii sabaka, cytując sentencję 
usłyszaną   w   pewnej   restauracji:   „Jeżeli   chcesz   uniknąć   rozczarowań,   minimalizuj 
oczekiwania".

To realistyczna filozofia życiowa, pomyślała.
Chwilę   później,   może   dlatego,   że   się   tego   nie   spodziewała,   udało   się   jej   uzyskać 

połączenie. W powietrzu przed nią rozkwitł hologram Luminary Unduli o rozmiarach jednej 
szóstej naturalnych. Barrissa nie posiadała się z radości.

– Mistrzyni! – wykrzyknęła.
–   A   któż   by   inny?   –   zapytała   nauczycielka.   –   Chciałaś   się   ze   mną   skontaktować, 

prawda?

Zachwycona, że wreszcie będzie mogła jej wyjawić ważną i straszną tajemnicę, młoda 

padawanka uśmiechnęła się szeroko. Zdumiewające, jak łatwo było zmniejszyć umysłowe i 
duchowe brzemię. Wystarczyło  tylko podzielić się nim z kimś  innym,  zupełnie jakby się 
przenosiło część fizycznego ciężaru na barki innej osoby.

– Chciałam – przyznała uzdrowicielka, ale zawahała się i urwała. Stwierdziła nagle, że 

w   jej   umyśle   panuje   zbyt   duży   chaos,   że   nie   może   zebrać   myśli.   Musiała   je   najpierw 
uporządkować,   by   mieć   pewność,   że   przedstawi   swój   problem   we   właściwy   sposób.   Jej 
tajemnica mogła wpłynąć na losy całej galaktyki...

Zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, uprzedziła ją mistrzyni Jedi.
– Barrisso, jak wygląda sytuacja? – zapytała. – Nie stało ci się nic złego?
–   Och,   przepraszam   –   zreflektowała   się   padawanka.   –   Próbowałam   się   tylko 

zorientować, od czego zacząć. Ostatnio wydarzyło się tu, uhm, bardzo wiele.

– Wybierz jakiś punkt początkowy. – Czyżby w głosie jej mistrzyni dała się słyszeć 

nuta irytacji?  A może było  to tylko zakłócenie  transmisji? Barrissa miała nadzieję, że to 
drugie. – Będziesz mogła potem iść do przodu lub się cofnąć.

Uzdrowicielka głęboko odetchnęła.
– W porządku – zaczęła. – Dowiedziałam się czegoś bardzo ważnego na temat boty...
Starając   się   mówić   zwięźle,   opowiedziała   mistrzyni   o   swoich   przeżyciach. 

Zrelacjonowała nie tylko przebieg wydarzeń, ale także swoje odczucia, i podkreśliła cudowne 
i niesamowite wrażenie całkowitego zespolenia z Mocą.

Mistrzyni   Unduli   słuchała   jej   w   milczeniu.   Od   czasu   do   czasu   zachęcająco   kiwała 

głową, ale nie przerywała jej ani słowem. Nie ponaglała też, kiedy uczennica przerywała 
opowiadanie, żeby zebrać myśli.

–...i to byłoby właściwie wszystko, co mam ci do powiedzenia – zakończyła. – Może 

jeszcze tylko  to, że niedługo przyleci  do was protokolarny android I–Five z zakodowaną 
wiadomością na dokładnie ten sam temat. Martwiłam się, że coś może mi przeszkodzić w 
przekazaniu tej informacji. Długo nie mogłam się połączyć z tobą za pomocą komunikatora, a 
I–Five szukał pretekstu do powrotu na Coruscant, więc postanowiliśmy połączyć  jedno z 
drugim. To niezwykły android i ma jakiś związek ze Świątynią Jedi... kiedyś był własnością 
ojca jednego z naszych padawanów. Może ci się do czegoś przydać.

Barrissa uświadomiła sobie, że mówi bez ładu i składu, i urwała. Mistrzyni  Unduli 

czekała jeszcze w milczeniu kilka sekund.

– Jesteś pewna, że twoje przeżycia nie były czymś w rodzaju... złudzenia? – zapytała w 

końcu.

– To nie było złudzenie, mistrzyni – odparła padawanka. – Doświadczyłam zespolenia z 

background image

Mocą potężniejszego, niż mogłabym  sobie wyobrazić.  To było coś realnego. Jestem tego 
równie pewna jak faktu, że rozmawiam teraz z tobą.

A nawet jeszcze bardziej, chciała dodać, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
Jej mistrzyni kiwnęła głową.
–  To rzeczywiście  niezwykłe  przeżycie  – przyznała  i zamilkła  na chwilę. – Mistrz 

Yoda, a także inni członkowie Rady na Coruscant wspominali niedawno, że wyczuli... może 
nie zakłócenie, ale coś w ro dzaju nagłego wzrostu intensywności Mocy. Może powodem tego 
impulsu były twoje przeżycia?

Barrissa czekała, ale jej nauczycielka pogrążyła się w zadumie.
– Wyczuwam, że personelowi naszej jednostki medycznej grozi niebezpieczeństwo – 

odezwała   się   w   końcu   padawanka.   –   Jak   wspominałam,   katastrofa   na   pokładzie   fregaty 
MedStara nie był dziełem przypadku. Osoba odpowiedzialna za tamten sabotaż zechce zadać 
kolejny   cios,   a   ja   czuję...   nie,   jestem   pewna,   że   dzięki   całkowitemu   zespoleniu   z   Mocą 
mogłabym pokrzyżować jej plany. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Potęga mojego 
przeżycia była zniewalająca. Nawet w tej chwili w mojej głowie rozbrzmiewają echa tamtego 
doznania.

– Więc dlaczego nie wykorzystałaś ich w tym celu? – zapytała mistrzyni Unduli.
–   Bo   chyba   nie   mam   wystarczających   kwalifikacji   –   odparła   uzdrowicielka.   –   Nie 

dysponuję doświadczeniem ani mądrością konieczną do podejmowania takich decyzji. Nigdy 
dotąd   nie   podejmowałam   podobnych   kroków.   –   Rozłożyła   ręce   w   geście   bezradności.   – 
Mistrzyni, co powinnam zrobić?

Hologram   jej   nauczycielki   nie   od   razu   odpowiedział,   a   ze   względu   na   niewielkie 

wymiary i kiepską jakość odbioru, padawanka nie wyczytała niczego z rysów jej twarzy.

– Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, Barrisso – odezwała się w końcu Luminara. – 

Ty jesteś tam, a ja tu i nie mogę ocenić twojej sytuacji. Chyba jednak powinnaś...

Hologram   zafalował   i   zaczął   się   rozmywać,   a   po   wizerunku   Mistrzyni   Unduli 

przebiegły z dołu do góry jaśniejsze i ciemniejsze fale. Głos Luminary co chwila cichł i 
znowu powracał.

–...postaraj... znaleźć... poznaj prawdę, bo... 
W końcu głos się urwał i wizerunek zniknął.
Nie! – chciała krzyknąć padawanka. Wróć!
Nerwowo, gorączkowo przyciskała  guziki  na obudowie  urządzenia,  ale  nadaremnie. 

Połączenie zostało przerwane. Na dobre.

Na dobre.
Machinalnie przeczesała palcami włosy. Miała nadzieję, że brzemię przygniatającej ją 

odpowiedzialności   zniknie   albo   przynajmniej   się   zmniejszy,   ale   stwierdziła,   że   dalej 
spoczywa na jej barkach, może nawet cięższe niż poprzednio.

Co   powinna   zrobić?   Czy   którejkolwiek   padawance   powierzano   do   rozwiązania   tak 

skomplikowany problem?

Jedna informacja uzyskana od mistrzyni niosła ze sobą iskierkę nadziei. Jak to dobrze, 

że  członkowie  Rady  Jedi  dowiedzieli   się  o  oddziaływaniu  boty.   Bez  względu   na  rozwój 
sytuacji na powierzchni Drongara będą mogli się zastanowić i podjąć decyzję, a zajmą się tym 
najmądrzejsi   i   najbardziej   doświadczeni   członkowie   Rady   Jedi.   Świadomość   tego   nie 
pomagała jej wprawdzie w rozwiązaniu problemu, ale mogła się przydać.

Przypomniała   sobie   też,   że   niebawem   I–Five   wyląduje   na   Coruscant,   opowie   o 

wszystkim   ze   szczegółami   i   przekaże   fiolkę   pełną   ekstraktu   boty.   Wywiązałam   się   z 
obowiązku  poinformowania  członków  Rady Jedi, pomyślała.  Odtąd  nie tylko  ja będę się 
martwiła, jak wykorzystać tę informację.

Nie   poczuła   jednak   żadnej   ulgi.   Wręcz   przeciwnie,   jeżeli   przedtem   ciążyło   na   jej 

barkach drewniane jarzmo, obecnie przemieniło się w kamienne.

background image

Zastanawiała się, ile czasu jeszcze zdoła uginać się pod jego brzemieniem.

background image

ROZDZIAŁ 36

Kiedy   Kaird   przeleciał   obok   ostatnich   patrolowców,   poczuł   wielką   ulgę.   Był 

zawodowcem i stawianie czoła śmierci stanowiło nieodłączną cząstkę jego życia. Nie bał się 
powrotu do Jaja, bo wcześniej czy później każdy musiał odbyć tę podróż, ale odwlekał tę 
chwilę dłużej niż większość innych  ziomków. Znajdował się jednak w głębokiej próżni i 
zamierzał niebawem przyspieszyć do prędkości światła. Oznaczało to, że jeszcze raz oszukał 
śmierć, więc mógł sobie pozwolić na uzasadnioną dumę.

Wracał na Coruscant z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i z niezwykle cennym 

upominkiem   dla   władców   przybranego   stada.   Wykorzystał   położenie   najlepiej   jak   to 
możliwe, a nawet ocalił coś z sytuacji, która początkowo wyglądała na zupełną katastrofę. 
Zaiste,   prawdę  głosiło   prastare   powiedzenie:  nie   ma  padliny  tak   zgniłej,  żeby  nie  mogła 
utrzymać przy życiu jakiegoś ścierwojada.

Włączył automatycznego pilota, odświeżył się, posilił syntetycznymi pędrakami bool i 

wykonał   krótką   serię   wojskowych   ćwiczeń   gimnastycznych.   Kiedy   jego   mięśnie   się 
rozgrzały,   a   oddech   pogłębił,   poczuł   się   na   tyle   rześko,   że   przeszedł   do   śluzy,   gdzie 
pozostawił fałszywy neseser z drogocennym towarem. Podróżował sam, ale wolał go mieć na 
oku.   Doszedł   do   wniosku,   że   im   mniej   pozostawi   przypadkowi,   tym   większa   szansa,   że 
sprawy potoczą się po jego myśli.

Neseser stał dokładnie tam, gdzie go postawił. Był ciężki... Kaird mógł go wprawdzie 

udźwignąć, ale wolał toczyć na przytwierdzonych kółkach. Chwycił za rączkę i pociągnął 
neseser w stronę sterowni.

Idąc   głównym   korytarzem,   musiał   przejść   przez   kilka   par   próżnioszczelnych   drzwi 

oddzielających sektory okrętu. W przypadku przebicia kadłuba drzwi szybko i automatycznie 
się zatrzaskiwały i uszczelniały,  żeby zapobiec ucieczce atmosfery z sąsiednich sektorów. 
Każdą parę  drzwi zaopatrzono  w  wysoki  próg, żeby uszczelka  przylegała  do framugi  na 
całym   obwodzie.   Progi   miały   wysokość   kilku   centymetrów,   ale   ilekroć   działał   generator 
sztucznej   grawitacji,   Kaird   musiał   podnosić   nogi,   przechodząc   przez   nie,   żeby   się   nie 
potknąć.   Przyzwyczajony   od  lat   do  rutyny   gwiezdnych   podróży,   robił   to   machinalnie.   O 
istnieniu progów pamiętali także producenci neseserów i ciężkich waliz. Zaopatrywali swoje 
wyroby w standardowe zestawy kółek, na tyle elastycznych, żeby miękko przejeżdżały przez 
przeszkody.

Inaczej rzecz się miała z kółkami fałszywego nesesera. Kaird nie wiedział, skąd jego 

byli wspólnicy je wytrzasnęli, ale zostały wykonane z twardego materiału i kiedy najechały 
na próg pierwszych drzwi, jedno się zaczepiło i z trzaskiem oderwało.

Nedijanin   pokręcił   głową.   Pomyślał,   że   mimo   wszystko   będzie   musiał   nieść   ciężki 

bagaż resztę drogi do sterowni.

Kiedy przechylił neseser, żeby obejrzeć usterkę, odpadło drugie kółko i oś, a wraz z 

nimi kawałek karbonitu wielkości pięści. W miejscu oderwania zalśnił jakiś metal.

Kaird nie wierzył własnym oczom. Poczuł niespodziewany przypływ hormonów, dzięki 

którym  jego piórka zjeżyły się z atawistycznego lęku. Nastroszyły się, żeby wydawał się 
większy   każdemu   drapieżnikowi,   który   miałby   na   niego   ochotę.   Przez   kilkaset   tysięcy 
najbliższych kilometrów sześciennych pustki przestworzy nie znalazłoby się co prawda nic, 
co choćby w przybliżeniu wyglądało na drapieżnika, ale nie wystarczało to do uśmierzenia 
jego instynktownego przerażenia.

Wiedział,   że   w   karbonicie   nie   ma   prawa   tkwić   żaden   metal.   Bota   była   niezwykle 

wrażliwa. Gniła nawet wtedy, kiedy została już sprasowana w kostki, i właśnie dlatego trzeba 
ją było zamrażać i transportować w karbonicie, bo dzięki procesowi zamrażania ustawały 
prawie zupełnie procesy gnilne. Nie można było mieć pewności, że bota pozostanie stabilna, 

background image

dopóki nie nadało się jej postaci zawiesiny albo tabletki. Jeżeli miała postać sprasowanej 
kostki,  jaką  jej   nadawano  do  transportu,   niepożądane  reakcje   chemiczne   mogło  wywołać 
cokolwiek, z czym się stykała. Na tym etapie dokładano wszelkich starań, aby wysyłać towar 
możliwie najbardziej sterylny, a Kaird nalegał, żeby para przemytników zachowała w tym 
względzie wszelkie niezbędne środki ostrożności.

Więc dlaczego miał przed sobą metal zatopiony w bloku karbonitu?
Kilka razy głęboko odetchnął, aby usunąć dwutlenek węgla z krwiobiegu. W końcu 

poczuł, że terapia poskutkowała i piórka przylgnęły z powrotem do ciała. Uświadomił sobie, 
że tętno wraca do normy, a przerażenie z wolna ustępuje.

Istniały tylko dwie odpowiedzi na jego pytanie.
Pierwsza: coś metalowego zatopiono w karbonicie oprócz boty.
I druga: coś metalowego zatopiono w karbonicie zamiast boty.
Na pokładzie admiralskiego okrętu znajdował się zestaw medyczny, w którego skład 

wchodziła także jednostka diagnostyczna. Kaird ostrożnie uniósł neseser i trzymając go w 
objęciach, udał się do pokładowej izby chorych. Wykonując swoją pracę, od czasu do czasu 
musiał   się  posługiwać  podobnymi  urządzeniami,  żeby  tamować   krwotoki  albo   opatrywać 
rany, czy to swoje, czy też towarzyszy. Nie uważał się za eksperta, ale aparaturę medyczną 
zaprojektowano w taki sposób, żeby mogły się nią posługiwać nawet osoby z niewielkim 
doświadczeniem. Co więcej, zaopatrzono ją w proste instrukcje.

Kaird zorientował się, że pokładowy model ma wbudowany osiowy rezonator obrazów.
Ostrożnie umieścił neseser na diagnostycznym stole. Polecił, żeby komputer wyświetlił 

na ekranie instrukcję obsługi, zapoznał się z nią, wybrał maksymalną czułość i przycisnął 
odpowiednie guziki.

Nad   neseser   opuściła   się   chroniąca   przed   promieniowaniem   przezroczysta 

transpastalowa   czasza   i   dał   się   słyszeć   cichy   pomruk.   Chwilę   później   w   powietrzu   nad 
komputerem   zestawu   diagnostycznego   pojawił   się   obraz   zawartości   walizki.   Nie   były   to 
bynajmniej kostki sprasowanej boty.

W neseserze znajdowała się spora bomba.
Kaird przyjrzał się uważnie wizerunkowi. Miał duże doświadczenie w rozpoznawaniu 

ładunków wybuchowych. Dostrzegł połączone szeregowo z czasomierzem cztery termiczne 
detonatory... więcej niż potrzeba, żeby rozpylić karbonit na atomy, a nawet wyrwać dziurę w 
kadłubie okrętu, gdyby eksplodowały równocześnie. Kto wie, może miały dosyć energii, żeby 
rozerwać na strzępy cały okręt? Kawałek karbonitu, który odpadł z kółkiem i osią, odsłonił 
róg   jednego   detonatora.   Karbonit   nie   spowalniał   procesów   elektronicznych   ani 
mechanicznych, więc należało się spodziewać, że bomba wybuchnie zgodnie z planem.

Thula i Squa Tront go przechytrzyli. Nie dość, że przywłaszczyli sobie jego botę, to 

jeszcze wydali na niego wyrok śmierci. I pomyśleć, że hojnie ich za to wynagrodził!

Szczęście bywa czasami bardzo kapryśne. Kaird miał szczęście, że postanowił toczyć 

neseser zamiast go nieść. Miał szczęście, że kółko wykonano z niewłaściwego materiału. Miał 
szczęście, że zahaczyło o próg drzwi i się oderwało. Gdyby nie to, neseser znajdowałby się w 
sterowni, a on prawie na pewno nie przeżyłby eksplozji bomby.

To   było   niezwykle   zuchwałe   posunięcie.   Gdyby   wszystko   poszło   jak   należy, 

przemytnicy  staliby się bajecznie  bogaci. Najważniejsze jednak, że nikt by ich o nic nie 
podejrzewał.

Ich plan wciąż jeszcze może się powieść, jeżeli będziesz tak dłużej stał i gapił się w 

hologram niczym oślepione przez słońce pisklę! – skarcił się w myślach Nedijanin.

Zdjął neseser ze stołu i poszedł szybko do najbliższej śluzy. Nie wiedział, na jaki czas 

nastawiono zapalnik bomby. Poczuł, że się poci, ale położył neseser w komorze na płytach 
pokładu, wycofał się za wewnętrzny właz, wyłączył generator sztucznego ciążenia w śluzie i 
wcisnął guzik otwierania zewnętrznej klapy.

background image

Tym razem poczuł podmuch wiatru na plecach. Uciekające ze śluzy powietrze porwało 

bombę i uniosło w próżnię. Kaird zamknął klapę śluzy, wrócił do sterowni i w ciągu kilku 
sekund   zwiększył   prędkość   na   tyle,   żeby   się   oddalić   na   bezpieczną   odległość.   Eksplozja 
mogła nastąpić za wiele godzin, a może nawet dni...

Bezgłośny   błysk   daleko   za   rufą   zarejestrowały   pokładowe   kamery   niespełna   dwie 

minuty po wyrzuceniu bomby w przestworza. Z odczytów wskazań detektorów wynikało, że 
ładunek   miał   energię   równą   mniej   więcej   połowie   kilotony   standardowego   materiału 
wybuchowego. Bomba tej wielkości przemieniłaby jego okręt w chmurę rozżarzonej plazmy.

Kaird rozparł się wygodniej na fotelu pilota. Popełnił duży błąd, który mógł przypłacić 

życiem.  Pozwolił sobie na niewybaczalną arogancję, uważając, że Thula i Squa Tront są 
rozsądni i wiedzą, jaką głupotą byłoby oszukiwanie agenta przestępczego syndykatu. Musieli 
mieć świadomość, że taki agent odnajdzie ich nawet po latach i zażąda ich krwi, bez względu 
na to, jak daleko umknęli. Czarne Słońce miało oczy i uszy wszędzie.

Kaird nie przewidział jednego: że oszuści będą mieli dość odwagi, aby pokusić się o 

zabicie   zawodowego   zabójcy.   Przypuszczał,   że   te   drobne   cwaniaczki   w   dotychczasowej 
karierze   nie   mają   nikogo   na   sumieniu.   Nie   domyślał   się,   na   co   ich   stać,   i   to   omal   nie 
przyczyniło się do jego zguby. Zawsze lepiej przeceniać siłę potencjalnego przeciwnika, niż 
jej nie doceniać. Jeżeli jest się przygotowanym na najgorsze, łatwiej sobie poradzić z czymś 
mniej niebezpiecznym.

Zadziwiała go jednak łatwość, z jaką przemytnicy przejrzeli go na wylot. Miał wiele 

szczęścia, a wszyscy wiedzieli, że czasami szczęście liczy się bardziej niż umiejętności. Kaird 
także to wiedział.

Utrata boty nie stanowiła sama w sobie dotkliwej straty, bo jego vigo nie wiedział, że 

Kaird zamierza mu ją podarować. Nedijanin mógł zdać mu relację z pobytu na powierzchni 
Drongara, podając taką wersję, żeby nie zaszkodzić zbytnio swojej reputacji. Zapewniłby, że 
doszła do jego uszu wieść o mutacji boty, ale kiedy się o tym dowiedział, było za późno na 
wszelką reakcję. Wojskowi zwielokrotnili straże i uniemożliwili kradzież. Prawdopodobnie 
vigowie będą rozczarowani, ale to normalne. Kaird był zbyt cennym agentem, żeby go karać 
za niefortunny splot wydarzeń, za który nie ponosił najmniejszej odpowiedzialności. A poza 
tym Czarne Słońce znało wiele innych sposobów zarabiania pieniędzy, jeżeli nie liczyć jego i 
obojga   przemytników,   nikt   nie   wiedział,   jaki   błąd   popełnił,   i   nikt   się   o   tym   nie   dowie. 
Oznaczało   to   jednak,   jak   uświadomił   sobie   ponuro,   że   nadal   pozostanie   niewolnikiem 
Czarnego   Słońca.   Jego   vigo   się   nie   wzbogaci   i   nie   będzie   miał   wobec   niego   długu 
wdzięczności. Na pewno nie wyrazi zgody na wcześniejszą emeryturę Kairda, a skrytobójcy 
jego pokroju nie porzucali pracy z własnej woli, bo doskonale wiedzieli, że nie ujdzie im to 
płazem.

Nedijanin nie mógł na to nic poradzić.
Zacisnął  dłoń w pięść i spojrzał na nią, jakby zawierała los obojga łajdaków. Miał 

nadzieję, że Thula i Squa Tront zdążą się nacieszyć bogactwem w ciągu krótkiego okresu 
życia, jaki im pozostawał. Nie spodziewali się, że zginą tak szybko, a ich śmierć okaże się 
bardzo nieprzyjemna.

Wyjątkowo nieprzyjemna.
Kaird wpisał współrzędne do pamięci nawigacyjnego komputera i przesłał energię do 

silnika napędu nadświetlnego. Okręt skoczył naprzód niczym dźgnięty ostrogą, a gwiazdy za 
dziobowym   iluminatorem   przemieniły   się   w   błękitne   smugi.   Silniki   zaskowyczały   i 
admiralska jednostka wślizgnęła się gładko do nadprzestrzeni.

background image

ROZDZIAŁ 37

Dowódca   Mobilnej   Bazy   Chirurgicznej   Siedem,   pułkownik   D'Arc   Vaetes,   był 

najwyższym stopniem oficerem, z którym Barrissa mogła porozmawiać. Postanowiła wpaść 
do   jego   gabinetu   podczas   przerwy   między   operacjami.   W   ciągu   kilku   poprzednich   dni 
ratowali   życie   niewielu   rannym   i   młoda   uzdrowicielka   zachodziła   w   głowę,   czy   to 
przypadkiem nie cisza przed burzą.

Była tylko padawanką, ale mogłaby prosić o zgodę – i prawdopodobnie by ją uzyskała – 

na audiencję u nowego admirała stacjonującego na pokładzie fregaty MedStara. Wiedziała 
jednak, że przy kontaktach z wojskowymi powinna się stosować do ustalonych od dawna 
regulaminów. Znała zasady ich funkcjonowania i wiedziała, że najrozsądniej jest przestrzegać 
drogi   służbowej.   Wojskowi   Republiki   mogli   być   wspaniałymi   osobami,   ale   wśród 
przedstawicieli marynarki albo armii elastyczność nie wchodziła w zakres wymaganych zalet. 
Istniał prawidłowy sposób załatwiania spraw, nieprawidłowy sposób i sposób wojskowy...

– Co mogę dla ciebie zrobić, padawanko Offee? – powitał ją Vaetes.
– Pańskiej bazie zagraża niebezpieczeństwo, panie pułkowniku – odparła bez ogródek 

Barrissa.

Oficer się uśmiechnął.
–  Naprawdę?   –   zapytał   z   ironią.   –   Jednostce   chirurgicznej   na   terenie   objętym 

działaniami zbrojnymi zagraża niebezpieczeństwo? Zdumiewające.

– Nie o to chodzi, panie pułkowniku – ciągnęła uzdrowicielka. – Chcę powiedzieć, że 

pańska jednostka znalazła się w większym niebezpieczeństwie niż normalnie.

Vaetes   był   znakomitym   dowódcą,   pierwszorzędnym   chirurgiem   i   zawodowym 

oficerem,   więc   trudno   byłoby   go   podejrzewać   o   brak   rozsadku.   Spoważniał   i   poświęcił 
rozmówczyni całą uwagę.

– Zechciej wyjaśnić, o co ci chodzi – powiedział.
– Uważam, że za eksplozję na pokładzie transportowca boty odpowiada ta sama osoba, 

która dopuściła się sabotażu na pokładzie fregaty MedStara – zaczęła padawanka. – Jestem 
pewna,   że   wkrótce   odegra   także   bardzo   ważną   rolę   podczas   akcji,   która   narazi   na 
niebezpieczeństwo personel tej jednostki... i wszystkich pozostałych.

– Śledztwo w sprawie eksplozji na pokładzie transportowca zostało zamknięte jakiś 

czas temu – przypomniał Vaetes. – Stwierdzono, że szpiegiem i osobą odpowiedzialną za 
sabotaż był Hutt Filba. Do takiego wniosku doszedł pułkownik Doił, oficer odpowiedzialny 
za tamto dochodzenie.

–   Nie   wierzę,   że   to   słuszny   wniosek,   panie   pułkowniku   –   obstawała   przy   swoim 

Barrissa. – A przynajmniej nie tak wygląda cała prawda.

–  No  dobrze,  więc   kto  jest  odpowiedzialny  za   jedno  i   drugie?   –  zainteresował  się 

dowódca. – I co takiego zamierza zrobić on albo ona, co może narazić na niebezpieczeństwo 
moją jednostkę?

Uzdrowicielka westchnęła.
– Nie wiem dokładnie, kim jest – przyznała. – Nie mam także pojęcia, jak i kiedy to się 

stanie.

Vaetes spojrzał na nią z ukosa.
– Więc skąd pewność, że w ogóle się stanie? – zapytał. – Dzięki intuicji?
–   Dowiedziałam   się   tego   za   sprawą   Mocy   –   wyjaśniła   padawanka.   –   Trudno   to 

wytłumaczyć komuś, kto jej nie czuje, ale to znaczy o wiele więcej niż intuicja.

Nie   mogła   zdradzić,   że   intensywność   jej   zespolenia   z   Mocą   spotęgował   środek 

leczniczy...   w   dodatku   taki,   do   którego   nie   powinna   była   mieć   dostępu.   Gdyby   mu   to 
wyznała,   resztki   jej   wiarygodności   mogły   szybko   wyparować.   Vaetes   był   wojskowym, 

background image

pragmatykiem do szpiku kości i chirurgiem, a z doświadczenia Barrissy wynikało, że dla 
chirurga nie istnieje żaden problem, którego się nie da wyciąć wibroskalpelem.

–  Padawanko Offee, wiem, że Moc odgrywa ważną rolę w metodach operacyjnych 

waszej   organizacji,   ale...   –   zaczął   Vaetes,   ale   urwał   i   wzruszył   ramionami.   –   Co   mam 
powiedzieć admirałowi, żeby uzasadnić konieczność podjęcia kroków zaradczych? A nawet 
gdyby się zgodził uwierzyć ci na słowo, co niby powinniśmy zrobić, skoro nie mamy, hm... 
szczegółowych informacji?

Barrissa czuła narastającą frustrację. Co miała powiedzieć? Jej dowódca miał rację. A 

jeżeli nie potrafiła przekonać Vaetesa, który ją znał i – jak przypuszczała – trochę lubił, jakie 
miała szanse przekonania  kogoś, kto nigdy jej nie widział? Jej ostrzeżenie  brzmiało zbyt 
mgliście, żeby dawać mu wiarę.

– Panie pułkowniku, czy nie mógłby pan skontaktować się z Coruscant? – zapytała. – 

Mój komunikator nie pozwala na uzyskanie stabilnego połączenia.

Oficer pokręcił głową.
– To tajemnica wojskowa, padawanko OfTee, ale w tej chwili my także nie możemy 

uzyskać   połączenia   z   domem   –   odparł   cicho.   –   Podobno   łączność   dalekosiężną 
uniemożliwiają   jakieś   subeteryczne   zakłócenia,   z   którymi   nie   potrafią   się   uporać   nasi 
specjaliści od systemów łączności.

Barrissa pokiwała głową. Spodziewała się, że jeżeli wojsko nawiąże łączność z Radą 

Jedi, ktoś potwierdzi jej słowa, co może wystarczy, żeby Vaetes postawił jednostkę w stan 
pogotowia. Wyglądało jednak, że nic z tego nie wyjdzie!

– Proszę posłuchać – podjął oficer. – Powiem ci, co zrobię. Porozumiem się z dowódcą 

chroniącej nas jednostki żołnierzy. Powiem mu, że pewien nieprzyjacielski najemnik, zanim 
wyzionął   ducha   podczas   operacji,   wyjawił   nam,   że   na   coś   się   zanosi.   Nie   zdążył   podać 
żadnych   szczegółów,   ale   chyba   dobrze   byłoby   wzmocnić   siłę   i   zwiększyć   częstotliwość 
patroli. Obawiam się, że tylko to mogę zrobić, jeżeli nie dasz nam czegoś konkretnego, co 
dałoby się potwierdzić.

Cóż, to lepsze niż nic, pomyślała uzdrowicielka.
– Dziękuję, panie pułkowniku – powiedziała.
Kiedy   wyszła   z   gabinetu   dowódcy,   zauważyła   Josa   Vondara,   który   oddalał   się   od 

lądowiska. Zachmurzyło  się i zanosiło na kolejny deszcz, ale  od kapitana  promieniowała 
dziwna energia, której padawanka nie wyczuwała u niego od bardzo dawna. Z pewnością był 
w obecnej chwili w radośniejszym nastroju niż ona.

Skręciła, żeby z nim porozmawiać.
– Witaj, Jos – zagadnęła. – Jak się miewasz?
Vondar wyszczerzył zęby w promiennym uśmiechu.
– Chyba lepiej niż kiedykolwiek od bardzo dawna, a przynajmniej mam taką nadzieję – 

powiedział. – Wkrótce się o tym przekonam.

– Cieszę się, że to słyszę. 
Chirurg spojrzał na nią.
– Co cię gryzie? – zapytał.
– Dlaczego uważasz, że coś mnie gryzie? – Barrissa wyglądała na i zaskoczoną jego 

podejrzeniem.

– Gryzie cię – powtórzył Jos. – Świadczy o tym cały twój wygląd i zachowanie, wyraz 

twarzy i ogólna postawa... wszystko mi mówi, że coś cię niepokoi. O co chodzi?

Cóż pomyślała padawanka, on i tak wie, że miałam dostęp do roztworu boty, więc nie 

zaszkodzi mu wyjawić całej prawdy. Może lepiej rozwiązywać ten problem we dwoje? W 
obecnej chwili była skłonna przyjąć czyjąkolwiek pomoc.

Kiedy ruszyli w drogę, opowiedziała o zespoleniu z Mocą, bocie i swoim przeczuciu 

nadciągającego zagrożenia. Kiedy skończyła, z zaskoczeniem stwierdziła, że stoją przed jego 

background image

kabiną.

– I to byłoby mniej więcej wszystko – podsumowała.
– Na dziewiczą ciotkę Słodkiej Sookie! – mruknął Vondar. – Coś niesamowitego.
– To prawda – przyznała uzdrowicielka. – Czuję się jak mityczna prorokini Daranas z 

Alderaana... widzę przyszłość, ale nikt nie zwraca uwagi na moje ostrzeżenia.

–   Przynajmniej   powiedziałaś   Vaetesowi,   a   on   przekaże   tę   informację   wojskom 

lądowym   –   przypomniał   chirurg.   –   Jeżeli   naprawdę   istnieje   jakieś   zagrożenie, 
prawdopodobnie   nadejdzie   na   powierzchni,   nie   z   powietrza.   Nasi   żołnierze   zostaną 
uprzedzeni.

Barrissa kiwnęła głową, ale nie odpowiedziała.
–   Jesteś   pewna,   że   to   bota   potęguje   twój   związek   z   Mocą   i   wyostrza   zmysły?   – 

zainteresował się chirurg.

– Absolutnie pewna – potwierdziła  padawanka. – Wiem,  że to daje wielką władzę. 

Przypuszczam, że dzięki temu zespoleniu zdołałabym w jakiś sposób zapobiec zagrożeniu. 
Może nawet potrafiłabym zakończyć wojnę na powierzchni tej planety.

Chirurg   nie   odpowiedział,   ale   Barrissa   za   pośrednictwem   Mocy   wyczuwała   jego 

wątpliwości.

– Przypuszczasz, że doznałam czegoś w rodzaju halucynacji, prawda? – zapytała.
– Nie powiedziałem tego.
– Ale tak uważasz.
Mężczyzna potarł brodę.
– Barrisso, jesteś lekarką – zaczął z namysłem. – Wiesz, że każdy środek leczniczy 

oddziałuje indywidualnie na różne istoty. Jeżeli podasz dwa centymetry sześcienne azotanu 
pletylu Devaronianinowi, uleczysz go z grypy płatowej i udrożnisz jego przekrwione płuca 
praktycznie bez żadnych skutków ubocznych. Jeżeli podasz taką samą dawkę człowiekowi, 
obniżysz   ciśnienie   jego   krwi   do   takiego   poziomu,   że   zemdleje.   Jeżeli   zaś   podasz   ją 
Bothaninowi...

–   ...umrze,   zanim   zdąży   upaść   na   podłogę   –   dokończyła   Barrissa.   –   Do   czego 

zmierzasz?

– Bota jest najcudowniejszym lekarstwem naszych czasów – wyjaśnił Vondar. – Kiedy 

je   podajemy   istocie   takiej   rasy,   która   go   jeszcze   nigdy   nie   dostawała,   stwierdzamy   z 
zachwytem, że wywiera nowy wpływ, o jakim wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Może bota 
naprawdę pozwala ci w tajemniczy i potężny sposób zespalać się z Mocą, a może tylko to 
sobie wyobrażasz. Pragnąc zbadać jej wpływ, rzetelny naukowiec musiałby przeprowadzić 
szereg doświadczeń i potwierdzić ich wyniki. Oboje mieliśmy do czynienia z pacjentami na 
krawędzi psychodelicznego urojenia. Oni także wierzyli w to, co widzą, czują i słyszą.

Barrissa pokiwała głową.
– Racja, ale Mocy nie da się przyszpilić do stołu badacza ani pokroić na kawałki – 

powiedziała.   –   Jestem   pewna,   że   wszystkie   moje   przeżycia   były   rzeczywistością,   nie 
urojeniem.

– Ale nie jest tego pewien nikt oprócz ciebie – zauważył Vondar.
– Mistrzyni Unduli twierdzi, że kilkoro członków Rady wyczuło w Mocy zmarszczki 

mojego przeżycia – stwierdziła padawanka.

– Nie znoszę odgrywać roli adwokata Sithów, ale jeżeli dobrze rozumiem twoje słowa, 

nie   potwierdziło   się,   że   ich   odczucie   miało   jakikolwiek   związek   z   twoim   przeżyciem   – 
oznajmił   chirurg.   –   To   wszystko   jest   po   prostu   zbyt   subiektywne,   dla   dobra   dyskusji 
przypuśćmy   jednak,   że   to   prawda.   Czy   wiesz,   czym   byś   ryzykowała,   gdybyś   została 
obdarzona taką władzą? Jak bardzo mogłabyś zaszkodzić nieświadomie czy przez nieuwagę?

Barrissa wzruszyła ramionami. Miał rację. Od razu przeszedł do sedna problemu. Za 

kogo się uważała, żeby sięgać po broń podobną do świetlnego miecza, którym można rozciąć 

background image

całą planetę? Czy nie spowodowałaby nieszczęścia przez przypadek albo nieświadomie? Nie 
znała   odpowiedzi   na   to   pytanie.   Nawet   najmądrzejszy   mistrz   Jedi   z   wieloletnim 
doświadczeniem musiałby korzystać z takiej potęgi bardzo rozważnie. Tymczasem ona była 
zaledwie padawanką, której brakowało mądrości i umiejętności.

Stanęła przed koniecznością dokonania wyboru. Mogła chwycić podsuwaną jej przez 

Moc   płonącą   pochodnię   i  wykorzystać  ją  do  odpędzenia  sprzed  drzwi   stada  drapieżnych 
kotów... ale decydując się na to, ryzykowała podpalenie całego domu.

Tak   czy   owak,   musiała   wkrótce   podjąć   decyzję,   bo   jednego   mogła   być   absolutnie 

pewna: miała coraz mniej czasu.

background image

ROZDZIAŁ 38

Jos   był   w   połowie   usuwania   odłamków   z   ciała   sklonowanego   żołnierza.   W   tym 

przypadku konieczna była resekcja jelita. Klimatyzatory w kompleksie operacyjnym znów nie 
działały,   więc   powietrze   było   okropnie   parne,   a   samopoczucia   chirurga   nie   poprawiała 
konieczność zanurzenia rąk po łokcie w przebitych  wnętrznościach żołnierza. Wyciągając 
kolejny kawałek durastali  z brzucha klona, Jos pomyślał,  że to operowanie  mimn'yeta  w 
najlepszym wydaniu. Albo w najgorszym.

A mimo to, borykając się z ponurym zadaniem, co chwila uśmiechał się do siebie. Czuł 

się, jakby ktoś przyczepił mu do serca niewielki repulsor – tak mocno biło mu w piersi, jakby 
się chciało wyrwać i unieść się w niebo między rdzawe i zielonoszare pasma zarodników. Był 
przekonany, że poradzi sobie z każdym przypadkiem i załata każdą ranę, bez względu na to 
jak rozległą. Powód jego uniesienia był całkiem prosty.

On i Tolk znów byli razem.
Wuj   Erel   dotrzymał  słowa.  Naprawił,   co  zostało   popsute...  w   tym  przypadku   serce 

Vondara.

Chirurg wyczuwał  obecność pielęgniarki.  Stała czujna obok niego, gotowa wręczyć 

każde potrzebne narzędzie chirurgiczne. Nie mieli okazji długo rozmawiać, bo nadlatujące 
ładowniki zapędziły ich do sali operacyjnej. Wyszeptane pospiesznie przeprosiny, ukradkowy 
pocałunek... i to wszystko, bo potem musieli wyszorować ręce, włożyć maski i chirurgiczne 
kitle.

Na nic więcej nie mieli czasu, ale niczego więcej nie było im potrzeba.
Kiedy Jos skończył resekcję, pacjenta ustabilizowano i przetransportowano na oddział 

pooperacyjny, a jego miejsce na stole zajął następny. Miał pierś całą w zakrzepłej krwi.

–  Wiecie co? – zapytał głośno Jos, nie zwracając się do nikogo w szczególności. – 

Galaktyka byłaby na pewno o wiele lepsza, a na pewno przyjemniejsza, gdybyśmy wreszcie 
przestali zabijać się nawzajem. Kto się ze mną zgadza?

W odpowiedzi usłyszał kilka chichotów i dwa czy trzy nieszczere wiwaty.
– Jesteś marzycielem – powiedział I–Five.
– Zaproponuj to Palpatine'owi i zapytaj, co o tym sądzi – doradził Uli.
Tak, to był wisielczy humor, ale jednak humor. Chyba wszyscy w sali operacyjnej się 

uśmiechnęli, choćby tylko na chwilę.

Jos   i   Tolk   spojrzeli   po   sobie   i   także   się   uśmiechnęli,   chociaż   maski   zasłaniały   im 

twarze. Vondar czuł się, jakby miał sześć metrów wzrostu i był niezwyciężony, niewrażliwy 
na wszelkie ciosy. Znów się połączył z ukochaną. Niczego więcej nie potrzebował. Wiedział, 
że teraz da radę stawić czoło każdej przeszkodzie, jaką postawiłoby życie na jego drodze.

Nagle coś grzmotnęło w kopułę pola siłowego i eksplodowało z donośnym hukiem.

Deszcz przestał padać i Barrissa wyszła z sali operacyjnej. Klucząc między kałużami, 

skierowała się na zwykłe miejsce ćwiczeń. Odczuwała strach i zdenerwowanie, chociaż tylko 
spokój mógł jej pozwolić odzyskać umysłową równowagę.

Wyciągnęła świetlny miecz, wysunęła klingę i rozpoczęła dobrze znany taniec. Usunęła 

wszystkie inne myśli, zamknęła umysł i skupiła się wyłącznie na ćwiczeniach. Zaufaj Mocy, 
pomyślała.

Po kilku minutach była spocona, ale doszła do stanu, na jaki nie mogła się zdobyć w 

ciągu wielu poprzednich dni... Nie myślała, ćwiczyła.

Odprężyła się i uspokoiła. Moc przez nią przepływała. Nie bezgraniczna potęga, z jaką 

się poprzednio zespoliła, ale dobrze znany kojący promyk w ciemności, który towarzyszył jej 
od   dziecka.   Dobry   przyjaciel   z   wyciągniętą   ręką   oferujący   coś,   czego   najbardziej 

background image

potrzebowała.

Spokój.
A   wraz   ze   spokojem   spłynęła   na   nią   jasność   umysłu.   Nie   ostra   jak   durastal   ani 

oznajmiona przez głośny dźwięk trąby, jak wówczas, kiedy została wrzucona w rwący nurt 
Mocy, ale spokojna, cicha pewność: da radę. Poradzi sobie z tym, co musi zrobić.

Wyłączyła klingę świetlnego miecza i przypięła broń do pasa.
Ponosiła odpowiedzialność za te osoby. Znajdzie sposoby, żeby je chronić, nawet nie 

korzystając z usług boty. Była Jedi. Może wciąż jeszcze tylko padawanką, ale mimo to miała 
zdolności, o których większość istot mogła tylko marzyć.

Doszła   do   wniosku,   że   na   terenie   jednostki   medycznej   ukrywa   się   nieprzyjacielski 

szpieg. Kim mógł być? Gdyby zdołała to odgadnąć, najprawdopodobniej odkryłaby także, na 
czym polega nadciągające zagrożenie.

Przebywała   na   powierzchni   Drongara   wystarczająco   długo   i   umiała   na   tyle   dobrze 

władać   Mocą,   że   potrafiłaby   wyeliminować   niektóre   osoby   z   grona   podejrzanych.   Była 
uzdrowicielką, co oznaczało, że łączy ją z pozostałymi silna i szczególna więź. Podobnej nie 
potrafiliby nawiązać nawet starsi Jedi, jeśli nie byli uzdrowicielami. Stykała się z wieloma 
osobami z personelu medycznego i dobrze znała ich uczucia, emocje, marzenia i pragnienia.

W   jednostce   przebywało   zbyt   wiele   istot,   żeby   ze   wszystkimi   porozmawiać   i 

korzystając   z   usług   Mocy,   poznać   ich   myśli.   Kierując   się   jednak   zwykłym   zdrowym 
rozsądkiem, Barrissa mogła wyeliminować część z nich. Kimkolwiek był szpieg, nie służył w 
wojsku, prawdopodobnie nie był androidem i musiał mieć dostęp do ważnych informacji. 
Krótko mówiąc, pełnił ważną funkcję albo miał władzę.

Co oznaczało, że w Mobilnej Jednostce Chirurgicznej Siedem musi być kimś, z kim się 

stykała.

Uzdrowicielka   ruszyła   w   drogę   powrotną   do   swojej   kabiny.   Nie   znała   tożsamości 

szpiega, ale mogła się tego dowiedzieć, eliminując z grona podejrzanych osoby, które na 
pewno nim nie były.

Po pierwsze, musiał to być ktoś, kto stacjonował na terenie jednostki, jeszcze zanim 

wylądowała   na   powierzchni   Drongara,   bo   już   wcześniej   miały   miejsce   podejrzane 
wydarzenia. Przygotowanie eksplozji na pokładzie transportowca z bota musiało zająć tej 
osobie sporo czasu.

To znaczyło, że szpiegiem nie może być Uli, bo młody chirurg przebywał w jednostce 

stosunkowo krótko.

Jos? Nie. Barrissa spędziła w jego towarzystwie wystarczająco dużo czasu, by wiedzieć, 

że chirurg nie może być sabotażystą ani mordercą.

Zan nie żył, a zresztą tak czy owak miał zbyt miękkie serce.
Pułkownik   Vaetes?   Miał   dostęp   do   ważnych   i   tajnych   informacji,   i   to   bardziej 

bezpośredni   niż   ktokolwiek   inny,   ale...   nie.   Nie   osłaniał   żadnym   polem   swoich   myśli,   a 
Barrissa nie wyczuwała u niego złych intencji.

Więc kto pozostawał? Den Dhur? Reporter starał się pozować na cynika, ale nim nie 

był.   Padawanka   nie   wyczuwała   także   w   jego   umyśle   niczego,   co   by   wskazywało,   że 
Sullustanin jest zdolny do mordowania.

No   dobrze,   więc   która   ze   znanych   jej   osób   mogła   mieć   dostęp   do   niezbędnych 

informacji? Kogo byłoby stać na mordowanie z zimną krwią osób, z którymi pracował?

Nie była zdolna do tego żadna z osób, których umysłu dotykała dotąd dzięki Mocy. 

Wszyscy   –   lekarze,   pielęgniarki   pracownicy   personelu   technicznego   –   poświęcali   się 
ratowaniu życia, nie odbieraniu. Barrissa wyczuwała, że ten imperatyw płonie jasno w sercu 
każdego spośród nich, a Moc nigdy nie kłamała.

Zaraz, zaraz. Moc wprawdzie nigdy nie kłamała, ale nie zawsze wszystko ujawniała. 

Padawanka pomyślała o dwóch znanych jej osobach, do których umysłów nie przeniknęła 

background image

głębiej niż tuż pod powierzchnię. Jedną była Lorrdianka Tolk le Trene, która potrafiła czytać 
z wyrazu twarzy równie łatwo jak dziecko z elementarza, ale starannie ukrywała własne myśli 
i   emocje.   Drugim   był   eąuański   empata   Kio   Merit,   który   także,   dzięki   długoletniemu 
szkoleniu, umiał chronić emocje i uczucia za myślową tarczą i pokrywać je zagadkowym 
uśmiechem.

Tolk miała stopień porucznika i była pielęgniarką, ale mogła mieć dostęp do ważnych 

czy tajnych informacji, zwłaszcza że tak dobrze potrafiła czytać z twarzy. Merit był empatą i 
także nie miałby problemu z wyciąganiem tych danych od swoich pacjentów.

Tylko jakim cudem którekolwiek z nich mogło być szpiegiem? Tolk i Jos byli w sobie 

zakochani.  Barrissa widziała  to w  ich każdym  geście  i spojrzeniu.  Czy osoba zakochana 
mogła być zdolna do zabijania innych istot?

Tak, jeżeli się pamiętało o historii. Można było kochać siostrę i zabić jej brata. Takie 

tragedie nie były niczym niezwykłym.

Mimo to Barrissa nie mogła uwierzyć, żeby to była Tolk. Jeżeli Lorrdianka naprawdę 

szpiegowała,   musiała   wiedzieć,   że   jej   sumienie   na   pewno   obciąży   śmierć   jeszcze   jednej 
osoby. Ujawnienie jej perfidii zabiłoby Vondara... jeżeli nie od razu, to po jakimś czasie. 
Chirurg nie pozbierałby się po takim ciosie.

A  Merit?   Czy  szpiegiem  i  mordercą   mógł  być   empata,   który  dzień  w  dzień  leczył 

psychiczne rany, koił udrękę i łagodził cierpienia umysłowe?

Powinna wykluczyć oboje kandydatów, kiedy jednak zastanawiała się nad tym z całym 

spokojem   i   obiektywizmem,   na   jakie   mogła   się   zdobyć,   z   każdą   chwilą   nabierała   coraz 
większej pewności, że to musi być Tolk albo Merit.

Nagle przypomniała sobie jeszcze coś: kiedy doszło do eksplozji, oboje przebywali na 

pokładzie fregaty MedStara. Tolk wróciła zmieniona i odsunęła się od Vondara. Obecnie 
wszystko wskazywało, że się pogodzili, ale... co to mogło oznaczać? Czyżby Tolk naprawdę 
przeżyła   wstrząs   z   powodu   tamtej   katastrofy?   A   może   tylko   się   borykała   z   wyrzutami 
sumienia?

O   ile   Barrissa   wiedziała,   Merit   nie   zwierzał   się   nikomu,   co   odczuwał   po   tamtym 

sabotażu... a z pewnością nie podczas gry w sabaka. Po podróży na pokład fregaty rosły 
Equanin   okazywał   pacjentom   takie   samo   jak   poprzednio,   cokolwiek   ironiczne,   chociaż 
profesjonalne   zainteresowanie.   Czyżby   potrafił   uzyskać   taki   dystans   do   dolegliwości 
pacjentów, żeby uniknąć wypalenia, jakie groziło empatom, którzy zanadto angażowali się 
uczuciowo w proces leczenia? A może powodem była bezduszność zawodowego zabójcy?

Na razie Barrissa nie dysponowała żadnym  dowodem, który pozwoliłby jej ujawnić 

szpiega.

Pomyślała,   że   dobrze   byłoby   się   zapoznać   z   rejestrami.   Jeżeli   jeszcze   ktoś   z   jego 

jednostki medycznej przebywał na pokładzie orbitującego okrętu w chwili sabotażu, powinna 
go także umieścić na liście podejrzanych. Ale jeżeli nikt inny...

Tolk? A może jednak Merit?
Im   dłużej   o   tym   rozmyślała,   tym   bardziej   wydawało   się   jej   oczywiste,   że   tajnym 

agentem musi być jedna z tych dwóch osób. Żadne inne wyjaśnienie po prostu nie miało 
sensu. Morderca o umyśle otwartym na dotyk jej myśli wyróżniałby się niczym zgaszona 
lampa pośród jasno płonących umysłów ludzi, którzy poświęcili się ratowaniu życia innych. 
Musiałaby to zauważyć.

W   pewnej   chwili   uświadomiła   sobie,   że   zna   sposób   natychmiastowego   poznania 

prawdy. Stanęła, zawróciła i skierowała się do kompleksu operacyjnego. Prosty, bezpośredni 
sposób. Najczęściej właśnie takie bywały najlepsze...

Nagle wysoko nad jej głową pojawił się oślepiający błysk i niemal natychmiast dał się 

słyszeć donośny huk. Barrissa uniosła głowę i zobaczyła, że po powierzchni kopuły pola 
siłowego wędrują fale żaru po eksplozji artyleryjskiego pocisku.

background image

Zrozumiała, że atak się zaczął.
Puściła się biegiem do kompleksu operacyjnego.

Den wybiegł z kantyny ze szklaneczką w dłoni. Skręcił za róg budynku w tej samej 

chwili, kiedy w kopułę pola siłowego trafił drugi granat. Zobaczył oślepiający błysk i usłyszał 
ogłuszający huk.

Skrzywił   się   z   niesmakiem.   Wszystko   wskazywało,   że   nikogo   nie   będzie   musiał 

informować o słabnącej skuteczności boty. Było oczywiste, że tajemnica wyszła na jaw.

Zauważył, że ścieżką po wewnętrznej stronie obwodu kopuły biegnie w stronę wyjścia 

niewielki   oddział   żołnierzy.   W   tę   samą   stronę   jechało   także   kilka   pojazdów   z   zapasową 
amunicją i pancerzami. Za kopułą zaczynały się gromadzić silniejsze oddziały.

Den stanął i z namysłem zaczął popijać swój blaster banthów.
– Chyba jednak mój odlot się opóźni – mruknął do siebie.
Jos zaczekał, aż w sali operacyjnej ucichnie echo ostatniej eksplozji.
– Zaczynam mieć naprawdę dość tego mopakowania – powiedział, spoglądając na sufit. 

– Hej! – zawołał. – Jesteśmy jednostką medyczną! Nie ma tu nic, co nadawałoby się do 
wysadzenia w powietrze!

Chwilę później rozległ się grzmot kolejnej eksplozji, która nie wyrządziła jednak w sali 

operacyjnej żadnych zniszczeń. Zagrzechotało tylko kilka basenów i zakołysał się płyn w 
zbiornikach bacta.

– Chyba cię nie usłyszeli – mruknął I–Five.
Jos zobaczył, że Tolk uśmiecha się pod maską. Poczuł się, jakby padł na niego promień 

słońca.   Nie   chciał,   żeby   stała   się   jej   krzywda,   ale   gdyby   to   on   miał   zginąć,   umierałby 
szczęśliwy.

Spojrzał   w   bok   i   zobaczył   za   oknem   twarz   Dena   Dhura.   Domyślił   się,   że   mały 

Sullustanin stoi na krześle albo skrzyni.

Reporter   uniósł   szklaneczkę   wypełnioną   w   połowie   zielonym   płynem   w   geście 

bezgłośnego toastu i upił łyk.

Jos kiwnął głową i wrócił do pracy.  Prawie skończył  operować ostatniego pacjenta. 

Musiał go tylko zaszyć; potem będzie mógł się zastanawiać, co się dzieje.

W   końcu   Barrissa   dotarła   do   kompleksu   operacyjnego.   Zobaczyła,   że   na   stole   pod 

oknem stoi Den. Wyeliminowała go wprawdzie z listy podejrzanych, ale pomyślała, że nie 
zaszkodzi się upewnić. Podeszła do niego.

– Den, czy mógłbyś dla mnie coś zrobić? – zapytała.
– Cokolwiek zechcesz – odparł Sullustanin.
– Otwórz swój umysł na moje myśli. 
Reporter zmarszczył brwi.
– Dlaczego? – Nawet nie ukrywał zaskoczenia.
– Bardzo proszę.
–Niech ci będzie, ale jeżeli zobaczysz w nim coś nieprzyzwoitego, miej pretensje tylko 

do siebie.

Barrissa wysłała do niego wici myśli.
Stał   przed   nią   osobnik,   który   narażał   życie,   aby   ocalić   muzyczny   instrument   Zana 

Yanta. Zdobył się na bezinteresowny bohaterski wyczyn, którego znaczenie starał się potem 
umniejszać.   Młoda  padawanka  wyczuwała  jego umysł...   bystry,  inteligentny,  błyskotliwy. 
Były w nim także ciemne miejsca: wyrzuty sumienia i ból po jakiejś stracie, ale Barrissa nie 
znalazła niczego równie mrocznego jak morderstwo.

– Dziękuję – powiedziała.
Z góry napłynął huk kolejnej eksplozji. Den spojrzał w niebo, ale po chwili przeniósł 

background image

spojrzenie na jej twarz.

–  To dwustumilimetrowy pocisk moździerzowy – stwierdził spokojnie. – Mogą nas 

nimi   ostrzeliwać,  dopóki  miejscowe   słońce  się  nie   wypali,  bo  żaden  nawet   nie  wgniecie 
kopuły pola siłowego. W prawdziwych tarapatach znajdziemy się dopiero, kiedy podciągną 
wyrzutnie naładowanych  cząstek i gigawatowe lasery,  a jestem pewien, że wcześniej czy 
później je zastosują. Na razie ostrzeliwują kopułę, żeby zwrócić naszą uwagę, a może także 
trochę nas zmiękczyć.

Urwał, wypił resztę trunku, zamachnął się i rzucił szklaneczką w nadziei, że rozbije się 

o najbliższy mur. Wykonano ją widać z odpornego materiału, bo nie roztrzaskała się, tylko 
odbiła.

–   Dlaczego   tak   uważasz?   –   zainteresowała   się   padawanka.   –   Znasz   powód   tego 

ostrzału?

– Prawie na pewno, ale w tej chwili to nie ma znaczenia – wyjaśnił Sullustanin. – Bota 

uległa   kolejnej   mutacji   i   powoli   traci   skuteczność.   Nowe   rośliny   stają   się   w   chwastami 
pozbawionymi   jakichkolwiek   właściwości   leczniczych.   Domyślam   się,   że   separatyści 
dowiedzieli się o tym i atakują nas, aby położyć łapy na tym, co jeszcze zostało.

– Skąd to wiesz? – zdziwiła się uzdrowicielka.
– Na tym polega moja praca, Barrisso – odparł reporter. – Zamierzałem wyjawić ten 

fakt pozostałym, zanim I–Five i ja stąd odlecimy, ale... – Wzruszył ramionami i spojrzał w 
górę. – Zdradzisz mi kiedyś, o co chodziło z tym otwieraniem mojego umysłu?

– Kiedyś ci powiem – obiecała padawanka. Jeżeli przeżyjemy, dodała w myśli.
Weszła   do   budynku   i   udała   się   korytarzem   do   umywalni   przylegającej   do   sali 

operacyjnej.   Włożyła   chirurgiczny   kitel,   ale   nie   wyszorowała   rąk   ani   nie   naciągnęła 
rękawiczek. Nie zamierzała się zbliżać do żadnego operowanego pacjenta.

Podeszła do Josa i Tolk.
– Witaj, Barrisso – odezwał się Vondar. – Co jest grane?
Padawanka wyczuła, że głos Josa ma zmienione brzmienie. Cokolwiek go dręczyło, w 

obecnej chwili nie sprawiało mu tyle bólu.

– Muszę porozmawiać z Tolk – powiedziała. Zaskoczona pielęgniarka uniosła brew.
Barrissa głęboko odetchnęła. Wiele ryzykowała. Jeżeli Tolk była szpiegiem, prośba o 

otworzenie   umysłu   na   myśli   uzdrowicielki   uświadomi   jej,   że   Barrissa   ją   podejrzewa. 
Lorrdianka mogła mieć broń, a jeśli jest morderczynią, nie zawaha się z niej skorzystać. 
Barrissa potrafiłaby się obronić – mogła w mgnieniu oka wydostać świetlny miecz przez 
rozcięcie   w   fartuchu,   ale   posłużenie   się   nim   stworzyłoby   zagrożenie   dla   każdego,   kto 
znalazłby się w zasięgu odbitej blasterowej błyskawicy.

Na kopule pola siłowego eksplodował następny pocisk. Den miał rację. Osłona powinna 

wytrzymać... pod warunkiem, że znów nie odmówi posłuszeństwa. Mimo to częste eksplozje, 
mówiąc delikatnie, szarpały wszystkim nerwy. W dodatku nikt nie wiedział, kiedy atak może 
przybrać na sile.

Konfrontacja   stanowiła   ryzyko,   ale   Barrissa   nie   sądziła,   żeby   miało   okazać   się 

nadmierne. Musiała się zresztą zdecydować... życie nie zawsze było tylko żeglowaniem po 
spokojnej wodzie. Czasami  należało wypłynąć  na wzburzone fale i ryzykować  zatonięcie 
łodzi.   Nie   miała   czasu,   żeby   czekać   na   stosowniejszą   chwilę.   Kto   mógł   wiedzieć,   jakie 
jeszcze podstępne plany szpieg zdążył urzeczywistnić?

– Słucham cię, Barrisso – powiedziała pielęgniarka.
– Chciałabym, żebyś otworzyła swój umysł na moje myśli – odparła padawanka. – To 

dla mnie bardzo ważne.

Tolk nie wahała się ani chwili.
– Proszę bardzo – oznajmiła.
Słysząc   te   dwa   słowa,   uzdrowicielka   zrozumiała,   że   uzyskała   odpowiedź   na   swoje 

background image

wątpliwości.   Utwierdziło   ją   w   tym   przekonaniu   sondowanie   umysłu   Lorrdianki. 
Promieniowała   z   niego   miłość   do   Vondara,   szacunek   do   samej   siebie   i   duma   z   dobrze 
wykonywanej pracy.

Barrissa nie wykryła niczego, co miałoby jakikolwiek związek ze szpiegowaniem czy 

sabotażem.

To oznaczało, że pozostała jej już tylko jedna podejrzana osoba.
– Dziękuję ci, Tolk – powiedziała z ulgą.
– Do czego było  ci to potrzebne?  – zainteresowała  się pielęgniarka.  Uzdrowicielka 

spojrzała na nią i na chirurga. Oboje zasługiwali, żeby się dowiedzieć, szczególnie Jos.

Nabrała głęboko powietrza i wyznała im całą prawdę.

Kio Merit, znany także jako Column i Lens, ostatni raz powiódł spojrzeniem po swoim 

gabinecie. Artyleryjskie pociski rozpryskujące się mniej lub bardziej nieszkodliwie na kopule 
pola siłowego nie stanowiły wprawdzie poważnego zagrożenia, ale znów nikt go nie uprzedził 
o dokładnej chwili rozpoczęcia ataku, co było w najwyższym stopniu irytujące. Przedstawiał 
dla separatystów dużą wartość, więc dlaczego tak bardzo narażali jego życie?

No cóż, porozmawia z nimi później. Na razie musiał skorzystać z usług czekającego 

niecierpliwie   przekupionego   kierowcy.   Korzystając   z   panującego   zamieszania,   zamierzał 
wyślizgnąć się ukradkiem z mobilnej jednostki chirurgicznej i jak najszybciej oddalić z rejonu 
przyszłej walki. Kiedy się znajdzie poza zasięgiem ostrzału, pozbędzie się kierowcy i włączy 
zakodowany osobisty transponder. Dzięki jego sygnałom każdy robot bojowy rozpozna w 
nim przyjaciela, co pozwoli Equaninowi bez trudu przedostać się na drugą stronę linii frontu. 
Co prawda, nie powinien się tam spodziewać defilady na swoją cześć, ale taki już był los 
szpiegów.   Wychodzili   potajemnie,   wracali   potajemnie,   a   jeżeli   pomyślnie   wykonywali 
zadania, nikt nawet nie znał ich prawdziwej tożsamości.

Czas w drogę, pomyślał. Zrobił, co musiał, i chociaż nie umiał się pozbyć wyrzutów 

sumienia, nie mógł nic poradzić na zaskakujący rozwój sytuacji. Ruszył do drzwi, otworzył 
je...

...i stanął jak wryty.  Za drzwiami  czekał  Jos  Vondar z wymierzonym  w jego pierś 

blasterem.

background image

ROZDZIAŁ 39

Pociski   moździerzowe   eksplodowały   na   kopule   ochronnego   pola   coraz   częściej, 

zaczynała się także spełniać przepowiednia Dena o strumieniach zjonizowanych  cząstek i 
laserowych   błyskawicach.   Mimo   jaskrawego   blasku   słońca   w   oddali   widać   było   słupy 
niszczycielskiej energii, odbijającej się od drobin kurzu i zawieszonych w powietrzu kolonii 
zarodników.   Na   razie   żaden   promień   nie   przelatywał   w   sąsiedztwie   kopuły,   ale   takie 
szczęście   nie   mogło   trwać   wiecznie.   Biegnąc   do   gabinetu   Vaetesa,   żeby   się   zwierzyć   z 
podejrzeń – a ściślej pewności – o winie Merita, Barrissa zauważyła, że w stronę jednostki 
nadciąga kolejna burza. Pomyślała, że to korzystny zbieg okoliczności, bo strugi ulewnego 
deszczu   mogą   pochłonąć   albo   odbić   większą   część   energii   strzałów   z   taktycznej   broni 
nieprzyjaciół.   Prawdopodobnie   bojowym   robotom   także   nie   pomoże,   jeżeli   trafi   je   silne 
wyładowanie atmosferyczne. Spoglądając na ciemniejące niebo, uzdrowicielka zauważyła na 
jego tle pojawiające się coraz częściej błyski energetycznej broni separatystów, raz po raz 
przetykane błyskawicami naturalnych wyładowań.

Wojna wraz ze wszystkimi śmiercionośnymi aspektami zbliżała się coraz szybciej.
Barrissę ogarnęło niemal namacalne poczucie nadciągającej zagłady. Wiedziała, że jest 

zbyt późno, aby schwytanie szpiega separatystów na coś się zdało. Można go było pociągnąć 
do odpowiedzialności za popełnione zbrodnie – zakładając, że szturm przeżyje chociaż jeden 
żołnierz   sił   zbrojnych   Republiki   –   ale   obecnie,   kiedy   atak   się   nasilał,   najważniejszym 
problemem Barrissy nie był Kio Merit. Gra toczyła się o ocalenie jednostki przed zagładą. 
Młoda padawanka wiedziała, że jeżeli nie wydarzy się cud, pociski moździerzowe i strzały z 
energetycznej broni zmielą mobilną jednostkę medyczną na proszek.

„Potrafisz temu zapobiec".
Słowa pojawiły się w jej umyśle, jakby wypowiedział je ktoś siedzący w jej głowie. 

Padawanka przypomniała sobie, że ma w kieszeni dozownik z porcją boty. Wystarczyło go 
wyjąć i wstrzyknąć zawartość w przedramię, żeby zaraz przechylić szalę bitwy na korzyść sił 
zbrojnych Republiki. Barrissa była tego pewna. Nie bardzo tylko wiedziała, jak tego dokona, 
ale   chyba   nie   wystarczyłoby   tylko   machnąć   ręką   i   obserwować,   jak   roboty   bojowe 
dezaktywują się i przewracają. Jaka szkoda, że nie są zasilane z pojedynczego orbitalnego 
źródła energii, jak roboty Federacji Handlowej podczas Bitwy o Naboo, pomyślała. Na pewno 
od tamtego czasu ktoś poszedł po rozum do głowy.  Gdzieś  jednak pośród bezkresnych  i 
wszechmocnych nurtów Mocy krył się sposób ich pokonania. Barrissa wiedziała, że zdoła 
dotrzeć do niego z pomocą boty.

Wiedziała. Nie miała nawet cienia wątpliwości.
Jak to jest, mieć taką potęgę, że potrafi się zakończyć działania zbrojne? W ciągu kilku 

sekund ona, zwyczajna padawanka, stałaby się najpotężniejszą Jedi w galaktyce... zdolną do 
władania Mocą w sposób, jakiego nikt dotąd nie potrafił pojąć, a co dopiero wykorzystać. 
Mogłaby kierować nieograniczonymi ilościami energii i pierwotnych mocy, niczym aktywny 
wulkan  topiący skały i wyrzucający je w powietrze  w  gejzerach płonącej  lawy.  Nikt nie 
zdołałby jej powstrzymać. Gdyby tylko umiała ukształtować, ukierunkować i uzbroić Moc, 
nic w galaktyce nie oparłoby się jej woli.

Sięgnęła do kieszeni i zacisnęła palce na dozowniku z bota.
„Pomyśl o wszystkich istotach, których życie mogłabyś ocalić".
Racja. Właśnie na tym polegała jej praca, prawda? Była uzdrowicielką. Ratowała życie. 

Tym razem miała okazję ratowania go na niewyobrażalnie większą skalę.

Burza się zbliżała. Raz po raz błyskawice przecinały mroczne niebo, a echo grzmotów 

mieszało się z hukiem pocisków moździerzowych eksplodujących na ochronnej kopule. Z 
rozwiązaniem tego problemu o wiele lepiej poradziliby sobie Mistrzyni Unduli, Mistrz Yoda 

background image

czy   Mistrz   Windu,   ale   oni   byli   daleko.   Barrissa   była   prawdopodobnie   jedyną   Jedi   w 
promieniu mniej więcej trzech parseków od Drongara.

Nadeszła   decydująca   chwila.   Padawanka   wiedziała,   że   musi   dokonać   wyboru. 

Natychmiast.

Mogła wstrzyknąć sobie botę i wszystkich ocalić albo... 
...zrezygnować. Musiała jednak pamiętać, że skaże wówczas na pewną śmierć wiele 

istot, a wśród nich te, które uważała za przyjaciół. Wyjęła dozownik z kieszeni. Nad jej głową 
rozpętało się już istne piekło. Eksplozje pocisków moździerzowych, błyskawice i grzmoty 
następowały prawie bez przerw jedne po drugich, a od jakiegoś czasu promienie laserów i 
strumienie cząstek trafiały w samą kopułę. W pewnej chwili jeden eksplodował bezpośrednio 
nad głową Barrissy, a spływające po powierzchni półkuli kaskady niosących ogromną energię 
cząstek niemal ją oślepiły. Pole siłowe powstrzymywało na razie promienie gamma, cząstki 
alfa i inne rodzaje śmiercionośnego promieniowania, ale Barrissa nie miała pojęcia, jak długo 
jeszcze to pole wytrzyma.  Zjonizowane powietrze  jeżyło  włoski na jej skórze, a nozdrza 
zaczynała drażnić ledwo wyczuwalna woń ozonu.

Wybór był przecież bardzo prosty, więc dlaczego się wahała? Mogła osiągnąć o wiele 

więcej, niż  ryzykowała,   a cel   aż  nadto  usprawiedliwiał   zastosowanie  takiego   środka.  Już 
kiedyś dotarła do serca Mocy... więc dlaczego miałoby być czymś niewłaściwym, gdyby tam 
powróciła, opanowała je i wykorzystała w szlachetnym celu? Poczułaby się dobrze, bardzo 
dobrze. Postąpiłaby słusznie...

Podciągnęła   lewy   rękaw,   chwyciła   dozownik   i   zbliżyła   wylot   do   wewnętrznej 

powierzchni nadgarstka. Usłyszała pomruk kolejnej dawki energii – nie wiedziała, czy to 
strumień cząstek, czy też promień laserowy – ale trafił w kopułę i zapoczątkował kolejną 
kaskadę ogni sztucznych. Barrissa przycisnęła do skóry wylot podajnika i musnęła kciukiem 
guzik spustowy...

.. .ale zanim go przycisnęła, przypomniała sobie, co przeżyła w parku Oa na Coruscant. 

Przyswoiła   sobie   wówczas   lekcję,   z   której   już   raz   skorzystała   po   wylądowaniu   na 
powierzchni   Drongara,   kiedy   stawiła   czoło   groźnemu   wojownikowi   Phow   Ji.   Pamiętała 
rozmowę, jaką wtedy odbyła ze swoją nauczycielką:

„Może przyjdzie taka chwila, że i ty doświadczysz dotyku Ciemnej Strony, Barrisso. 

Mam nadzieję, że nie, ale jeśli tak się zdarzy, musisz rozpoznać ją i dać odpór". „Czy będę 
czuła, że to zło?" „O, nie. Poczujesz, że to coś wspanialszego niż wszystko, czego dotąd 
doświadczyłaś.   Coś   lepszego,   niż   umiałaś   sobie   wyobrazić.   Poczujesz   przypływ   siły, 
spełnienie, satysfakcję. A najgorsze jest to, że poczujesz, iż postępujesz słusznie. I w tym 
kryje się największe niebezpieczeństwo".

Barrissa   stała   pod   burzowymi   chmurami,   między   którymi   raz   po   raz   przelatywały 

ogniste błyskawice. Tylko najlżejszy ruch kciuka dzielił ją od zespolenia się z Mocą w sposób 
cudowniejszy niż wszystko, czego kiedykolwiek doświadczała, a nawet wyobrażała sobie, że 
mogłaby doświadczać.

W ciągu tego okresu – nie wiedziała, czy trwał mgnienie oka, czy całą wieczność – 

zrozumiała, co nauczycielka chciała jej wytłumaczyć w tamtym parku. Poddanie się Ciemnej 
Stronie było  ścieżką wiodącą  ku zagładzie...  ku rozkładowi gorszemu  niż śmierć.  Gdyby 
zginęła,   nie   skrzywdziłaby   już   nikogo,   ale   gdyby   przeżyła   i   przeszła   na   służbę   Ciemnej 
Strony, mogłaby stać się potworem.

Przypomniała sobie także, co kilka tygodni wcześniej powiedziała Ulemu:
„Osoby ulegające podszeptom Ciemnej Strony nie uważają się za złoczyńców. Wierzą 

w   słuszność   swojego   postępowania.   Są   święcie   przekonane,   że   kierują   się   szlachetnymi 
pobudkami. Ciemna Strona wypacza ich rozumowanie, wskutek czego wyznają zasadę, że cel 
uświęca stosowanie wszelkich środków, nawet najstraszliwszych".

Czyżby jej poprzednie przeżycie było naprawdę spotkaniem z Ciemną Stroną? Barrissa 

background image

doszła do wniosku, że to niemożliwe. Jak powiedziała Ulemu, Moc nie opowiada się po 
stronie dobra ani zła. Mimo to władanie taką potęgą, bez względu na to, w jak szlachetnym 
celu,   wiodło   niemal   nieuchronnie   do   zagłady...   jeżeli   nie   tego   dnia,   to   następnego   albo 
któregoś   kolejnego.   Za   każdym   razem   pokusa   posłużenia   się   nią   byłaby   trudniejsza   do 
odparcia, a powody sięgnięcia po nią bardziej usprawiedliwione. Barrissa czuła w głębi serca, 
że   to   prawda.   Taka   potęga   musiała   uzależniać.   Pochłonęłaby   każdego,   kto   nie   byłby 
nieskazitelnie   szlachetny,   nieskończenie   mądry   i   bezgranicznie   bezinteresowny. 
Uzdrowicielka nie uważała się za złą osobę, lecz nie była ideałem, a taki kontakt z Mocą 
mógł utrzymywać regularnie tylko ktoś doskonały, jeżeli nie zamierzał się zaprzedać Ciemnej 
Stronie.

Jaki sens miało władanie boską potęgą, jeżeli się nie miało boskiej mądrości?
– Barrisso?
Uzdrowicielka   ocknęła   się   z   zadumy   i   stwierdziła,   że   w   jej   stronę   biegnie   Uli. 

Zaskoczona, drgnęła i spojrzała na niego.

–  Dobrze   się   czujesz?!   –   zawołał   młody   chirurg,   starając   się   przekrzyczeć   huk 

kolejnego pioruna.

Barrissa się uśmiechnęła,  opuściła lewą rękę i wsunęła  prawą dłoń z powrotem do 

kieszeni.

– Tak – zapewniła. – Nic mi nie jest.
W   kopułę   trafił   następny   strumień   cząstek   i   znów   po   powierzchni   spłynęły   fale 

zjonizowanej energii. Uli nerwowo spojrzał w górę.

–   Wszyscy   mają   się   schronić   w   zamkniętych   pomieszczeniach   –   powiedział.   – 

Skorzystaj z dozymetru, aby się upewnić, że nie usmaży cię rozproszone promieniowanie, bo 
wcześniej   czy   później   kopuła   nie   wytrzyma   i   zaniknie.   Aha,   i   lepiej   się   spakuj...   tylko 
najważniejsze przedmioty osobistego użytku, bo każdy może zabrać jedną małą torbę. Jeżeli 
bojowe roboty przedrą się przez linie naszych żołnierzy, będziemy musieli się stąd wynieść... 
i to szybko. Z dotychczasowych meldunków wynika, że walka jest wyrównana, ale kto wie, 
na czyją stronę przechyli się szala zwycięstwa?

– Rozumiem – odparła padawanka. – Dzięki, Uli.
Młodzieniec kiwnął głową, zawrócił i wkrótce potem zniknął w posępnym półmroku. 

Barrissa także się odwróciła, żeby pójść do kabiny.  W głębi jej duszy narastała pewność 
równie   rzeczywista   jak   wyprawa   do   serca   Mocy.   Uświadomiła   sobie,   że   już   nie   jest 
padawanką.

I wiedziała, dlaczego.
Stajesz się naprawdę rycerzem Jedi w dniu, w którym uświadomisz sobie, że nim jesteś.
Nie   zwracając   uwagi   na   otaczający   ją   chaos,   na   kakofonię   grzmotów   i   eksplozji 

nieprzyjacielskich pocisków, Barrissa Offee odchyliła głowę do tyłu i wybuchnęła śmiechem.

background image

ROZDZIAŁ 40

– Jos? – zdziwił się Merit. – Co się stało?
Spojrzał na zagradzającego mu drogę chirurga. Blaster w jego dłoni nawet nie drgnął, 

zupełnie jakby Korelianin miał dłoń wyciosaną z kawałka drewna.

–   Zamordowałeś   Zana   –   odezwał   się   Vondar   bezbarwnym   tonem.   W   sercu   Merita 

zakiełkował strach, niczym kwiat z zamrożonego azotu, ale Eąuanin nie dał po sobie niczego 
poznać. Liczył na to, że Jos go tylko podejrzewa. Lekarz nie powiedział przecież, że odkrył 
prawdziwą   tożsamość   empaty.   Gdyby   się   tak   stało,   szpieg   nie   stałby   przed   obliczem 
głównego chirurga Mobilnej Jednostki Chirurgicznej Siedem, ale pułkownika Vaetesa i kilku 
funkcjonariuszy   wojskowej   służby   bezpieczeństwa.   Pomyślał,   że   nie   pierwszy   raz   będzie 
musiał kłamać, żeby wymigać się od odpowiedzialności; a jeżeli zupełnie nie stracił potęgi 
swojej empatii i perswazji, to z pewnością nie ostatni.

Nadał twarzy wyraz lekkiej dezorientacji, a głosowi ton zatroskania.
–   Nic   podobnego   –   powiedział.   –   Zan   zginął   podczas   ataku   separatystów. 

Transportowiec został trafiony przez zabłąkany pocisk. Byłeś tam przecież, Jos. Ja także, nie 
pamiętasz?

–   Doskonale   pamiętam   –   odparł   Vondar.   W   kopułę   pola   siłowego   trafił   kolejny 

strumień skupionej energii i blask spływających po czaszy fajerwerków na chwilę oświetlił go 
od tyłu... zupełnie jakby na progu gabinetu Merita stała zjawa z zaświatów, a może demon 
opętany żądzą zemsty. – Bardzo dobrze pamiętam – ciągnął Jos. – Nie zapomniałem również, 
że to ty wskazałeś mi sposób uporania się z rozpaczą, Kio. Twoje współczucie i zawodowe 
umiejętności pomogły mi się opamiętać i pogodzić ze śmiercią przyjaciela. Jestem twoim 
dłużnikiem, Kio, a raczej byłbym, gdybyś nie miał udziału w sprowokowaniu tamtego ataku 
separatystów. Uważam, że między nami kwita i nie jestem ci nic winien. Nie mam wobec 
ciebie żadnego długu wdzięczności.

Skąd   mógł   się   dowiedzieć?   –   myślał   gorączkowo   Eąuanin.   Podejrzewa   mnie,   ale 

niczego nie wie na pewno. Byłem bardzo ostrożny. Nie pozostawiłem niczego, co mogłoby...

Przestań o tym myśleć! – skarcił się w myśli. Uporaj się najpierw z najważniejszym 

problemem.

Mógł   jeszcze   wybrnąć   z   tej   sytuacji.   W   końcu,   był   mistrzem   emocjonalnych 

manipulacji i wpływania na nastroje. Gdyby miał dość czasu, przekonałby Josa, że się myli i 
że niesłusznie go podejrzewa.

Kłopot w tym, że tego czasu było coraz mniej.
– Żyjesz ostatnio w ciągłym napięciu, Jos – zaczął w końcu. – Nie wiem, skąd przyszło 

ci do głowy to bezsensowne oskarżenie, ale chyba powinniśmy odłożyć dalszą dyskusję na 
później, aż bezpiecznie odlecimy z Drongara.

Chirurg   się   roześmiał,   ale   nawet   empatyczne   umiejętności   Merita   nie   odkryły 

rozbawienia w jego głosie. Z umysłu Josa promieniowała wściekłość, utrzymywana w ryzach 
tylko przez zimną determinację. Czapa lodowa zatykająca stożek wulkanu.

–  A więc wydaje ci się, że dokądś się wybierasz... to naprawdę zabawne – ciągnął 

Vondar.

Jakby dla przydania większej wagi jego słowom rozległ się huk kolejnej eksplozji.
Merit uświadomił sobie dwie prawdy. Po pierwsze, Jos nie kieruje się przeczuciem ani 

podejrzeniem. Jest przekonany o prawdziwości swojego oskarżenia. Nieważne, skąd to wie, 
ale jego pewność pozwoliła empacie na wyciągnięcie drugiego wniosku: jeżeli go nie zabije, 
Jos zabije jego. Zbyt wiele razy grywał z nim w sabaka, żeby żywić jakiekolwiek złudzenia.

Westchnął. Naprawdę lubił Josa. Lubił i podziwiał. Chciał odlecieć z Drongara bez 

pozostawiania następnych trupów, ale widocznie życzenia rzadko się spełniały.

background image

Na szczęście w prawym rękawie płaszcza miał ukryty niewielki blaster.
–  Skoro   już   mowa   o   napięciu,   to   chyba   i   ty   w   nim   ciągle   żyjesz   –   odezwał   się 

Korelianin.   –   Jak   mogłeś   to   zrobić,   Kio?   Co   cię   popchnęło   do   zdradzenia   przyjaciół   i 
pacjentów? Dlaczego zabiłeś istoty, które znałeś, z którymi pracowałeś, jadłeś, a nawet grałeś 
w karty?

Zastrzel go, pomyślał empata. Zastrzel go i wyjdź. Każda sekunda rozmowy z Josem 

naraża cię na większe niebezpieczeństwo.

– Czy kiedykolwiek słyszałeś o systemie Nharl? – zapytał Equanin.
– Nie.
– Wokół gwiazdy systemu krążyło kiedyś pięć planet – ciągnął empata. – Jedna z nich 

była moją ojczyzną. Nazywała się Eąuanus. Czy wiesz, dlaczego nie widuje się wielu Equan 
w galaktyce? Bo pozostała nas tylko garstka... kilkuset, najwyżej tysiąc. Z rasy, do której 
należało prawie miliard istot. A czy wiesz, dlaczego tak niewielu nas zostało, Jos? Bo tylko 
tylu przebywało poza ojczyzną dwa lata, sześć miesięcy i trzy dni temu, i tylko tylu przeżyło.

Merit nie opowiadał jeszcze nikomu tej historii. Wiedział, że postępuje nierozsądnie, że 

zachowuje się jak samobójca, ale czuł, jakby pękła w nim psychiczna tama. Nie wiedział, czy 
potrafiłby powstrzymać słowa, nawet gdyby bardzo tego pragnął.

– Dwa lata, sześć miesięcy i trzy dni temu z naszego słońca wystrzelił jęzor o długości 

ponad   dziesięciu   minut   świetlnych   –   podjął   po   chwili.   –   Zapoczątkował   go   ogromny, 
niesłychany wybuch, o wiele potężniejszy niż wszystkie, jakie zdarzyły się na powierzchni 
naszej gwiazdy w ciągu poprzednich dziesięciu milionów lat. Słoneczny jęzor eksplodował z 
taką energią że Eąuanus został po prostu usmażony. W ciągu zaledwie kilku minut atmosfera i 
oceany   wyparowały,   a   z   lądu   został   tylko   wypalony   popiół.   Nasi   naukowcy   dostrzegli 
zagrożenie,   ale   było   za   późno   na   wszelką   interwencję.   Jęzor   pochłonął   planetę,   zanim 
ktokolwiek mógł spróbować ucieczki. Mieszkańcy wiedzieli o nadciągającym kataklizmie, ale 
nie mogli nic poradzić. Wszystkie planetarne kanały łączności zostały zablokowane, bo moi 
ziomkowie chcieli się pożegnać z krewnymi, znajomymi i przyjaciółmi.

Widział,  że Jos go słucha, i wyczuwał,  że gniew chirurga  z wolna słabnie.  Śmierć 

miliarda istot musiała nim wstrząsnąć. I nic dziwnego, skoro Jos był lekarzem. Merit doszedł 
do wniosku, że nic go to nie obchodzi, podobnie jak nie obchodziło go, że w ciągu następnej 
minuty   może   zostać  zabity   przez  swoich  przyjaciół   separatystów.  Teraz  liczyło   się  tylko 
opowiadanie.

–   Wszyscy   Eąuanie,   prawie   miliard   istot,   a  wraz   z   nimi   nasza   sztuka,   cywilizacja, 

nadzieje, marzenia... wszystko obróciło się w popiół w ciągu zaledwie kilku sekund, Jos – 
podjął po chwili. – Zniknęło. Zginęło. Na zawsze.

– Przykro mi z tego powodu – powiedział powoli Vondar. – Ale co to ma wspólnego z 

nami?

Wykonał ręką z blasterem nieznaczny gest dowodzący bezradności i Merit pomyślał, że 

mógłby tak łatwo strzelić mu prosto w pierś z broni ukrytej w rękawie płaszcza.

Jednak się na to nie zdecydował.
– Chcesz wiedzieć, co to ma wspólnego z nami? – powtórzył. – To proste. Tamten 

słoneczny wybuch nie był naturalnym kataklizmem, drogi doktorze. Winę za niego ponoszą 
wojskowi   Republiki...   sławetnej,   wspaniałej   i   dobrotliwej   Galaktycznej   Republiki,   którzy 
testowali nieznaną tajną superbroń. Nazwali ją pogromcą planet i zamierzali zainstalować na 
pokładzie konstruowanej stacji bojowej. Wystrzelili z tej broni w nasze słońce, ale pomylili 
się w rachubach. Naukowcy i wojskowi, którzy stworzyli to bluźnierstwo, założyli bazę na 
powierzchni naszego księżyca. Ich także pochłonął jęzor słonecznej energii, ale to niewielka 
pociecha dla mnie i dla garstki ziomków, którzy przebywali z daleka od ojczyzny, podczas 
gdy mordowano naszą planetę.

– Ja... nigdy o tym nie słyszałem – bąknął Vondar.

background image

– Naturalnie, że nie – stwierdził Eąuanin. – Republice nie zależy, żeby dowiedziała się 

o tym cała galaktyka. Wasi wojskowi zachowują milczenie, ale ja postawiłem sobie za cel 
życia   poznanie   prawdy.   Republika   wymordowała   istoty   mojej   rasy,   Jos.   Nawet   gdyby 
wszyscy pozostali przy życiu Eąuanie mogli się zebrać w jednym miejscu, byłoby nas zbyt 
mało, żeby zaludnić jakąkolwiek inną planetę. Możesz powiedzieć, że w kataklizmie zginęli 
także sprawcy, ale co powiesz o tych, którzy ich tam wysłali? Co z urzędnikami, którzy na to 
się zgodzili? Nadal śmieją się, kochają jedzą i śpią... nadal żyją. Chciałeś wiedzieć, dlaczego, 
Jos? – zakończył empata. – Oto dlaczego.

Dłoń   chirurga,   w   której   trzymał   blaster,   trochę   opadła   i   w   pierwszej   chwili   Merit 

pomyślał, że może były przyjaciel i pacjent zrezygnuje ze swojego zamiaru. Zaraz jednak 
rysy Vondara stężały, a ręka z blasterem wróciła do poprzedniego poziomu.

– Nawet nie usiłuję zrozumieć, jak musisz się czuć – zaczął chirurg – ale wiem, jak ja 

się czuję. Może śmierci jednej osoby nie da się porównać z zagładą całej planety, ale strata to 
strata. Ból to ból. Czy przypuszczasz, że rodzice Zana Yanta czują mniejszy ból po stracie 
syna niż ty?

– Stracili syna, a ja straciłem ojczyznę – żachnął się Eąuanin. – To setki milionów 

synów, córek, matek i ojców, Jos. Nie możesz porównywać tych strat. Wojskowi Republiki 
popełnili przestępstwo przekraczające wszelką zdolność rozumienia.

Korelianin pokręcił głową.
– Bez względu na twoje powody czy ból – zaczął z namysłem – ty także dopuściłeś się 

karygodnego przestępstwa.

– Widocznie postrzegam to w innym świetle. – Merit rozłożył ręce w taki sposób, że 

prawa   dłoń   skierowała   się   ku   Josowi.   Musiał   już   tylko   zgiąć   nadgarstek.   –   Więc   co 
zamierzasz zrobić? Zastrzelisz mnie?

– Nie chcę tego robić, Kio, nawet po tym, czego się dopuściłeś, ale nie mogę pozwolić 

ci odlecieć – odparł Vondar. – Barrissa poszła o wszystkim opowiedzieć Vaetesowi. Wkrótce 
przyjdą po ciebie funkcjonariusze służby bezpieczeństwa.

Merit pokręcił głową.
– Nie zastaną mnie tu, Jos – powiedział.
– Zastaną.
Jeszcze kilka minut wcześniej Equanin był pewien, że chirurg go zastrzeli. Obecnie 

jednak empata wyczuwał, że kiedy Jos usłyszał historię Eąuanusa, coś w jego umyśle się 
zmieniło. Nie wydawał się już tak zdecydowany i nieugięty jak poprzednio.

– 

Znam cię dobrze, Jos – odezwał się Merit. – Nie strzelisz do mnie z tego 

blastera. Jesteś lekarzem i masz miękkie serce, wrażliwe na wszelkie nieszczęścia. Ratujesz 
życie, nie odbierasz. Nieraz widywałem, jak pracowałeś cały dzień, od świtu do zmierzchu. 
Słaniałeś się na nogach z wyczerpania, ale spędzałeś czas w sali operacyjnej, o mało nie 
zasypiając ze zmęczenia. A wszystko żeby ocalić życie jednego klona. Nie możesz do mnie 
strzelić. To byłoby sprzeczne ze wszystkim, co wyznajesz.

Jos   nie   był   blasterowcem.   Empata   wiedział,   że   mógłby   go   zabić,   zanim   chirurg 

uświadomiłby sobie, co się dzieje, doszedł jednak do wniosku, że nie będzie musiał. Nabrał 
pewności, że Vondar nie strzeli.

Powoli zaczął się cofać w kierunku drzwi w przeciwległej ścianie gabinetu.
Jos wymierzył blaster w pierś empaty.
– Nie rób tego, Kio! – krzyknął. Rosły Eąuanin nie posłuchał.
Vondar przypomniał sobie Zana leżącego bez życia na pokładzie transportowca. Sam 

także został wtedy ranny i przeżył tak silny wstrząs, że ledwo mógł się poruszać. Musiał się 
zdobyć na niemal nadludzki wysiłek, żeby przeczołgać się do boku przyjaciela.

Zabicie Merita nie przywróci życia Zanowi. Zemsta nie ożywi żadnej z ofiar empaty. A 

poza tym, Kio miał rację. Praca Josa polegała na ratowaniu, nie odbieraniu życia.

background image

Jeżeli   jednak   Eąuanin   ucieknie,   pozostanie   na   służbie   separatystów   i   będzie   nadal 

działał na szkodę Republiki. Kto wie, ile jeszcze istot zginie w wyniku jego nienawiści i 
żądzy zemsty? Nieważne, jedna czy tysiąc; jeżeli Jos pozwoli mu uciec, będzie ponosił za ich 
śmierć częściową odpowiedzialność. Mógł powstrzymać Merita. Tu i teraz.

– Kio!
Eąuanin cofnął się jeszcze krok. Czujnik w przeciwległej ścianie zareagował na bliskość 

empaty i odsunął płytę drzwi.

Jos głęboko odetchnął, wymierzył...
...i dał ognia.
Usłyszał ogłuszający huk, podobny do trzasku pioruna, a jego oczy poraził oślepiający 

błysk. Poczuł dotkliwy ból. Krzyknął i uświadomił sobie, że się przewraca...

background image

ROZDZIAŁ 41

Kopuła pola siłowego eksplodowała.
Jak na ironię, do ostatecznego przeciążenia pochłaniaczy energii przyczyniło się zwykłe 

wyładowanie atmosferyczne, nie strumień naładowanych cząstek czy promień laserowy. Po 
jakimś czasie Den uświadomił sobie, że mieli wielkie szczęście... wprawdzie wyładowanie 
było na tyle silne, że stawały dęba włoski na skórze, rzęski czy czuciowe szypułki, ale nie 
towarzyszyło mu nic paskudnego w rodzaju promieni gamma. Sullustanin wiedział jednak, że 
na dziękowanie losowi przyjdzie pora później. Teraz był zbyt zajęty ukrywaniem się pod 
stołem   w   kantynie,   żeby   myśleć   o   czymkolwiek   oprócz   ucieczki.   Załogi   wahadłowców 
transportowały pacjentów na orbitę mniej więcej od godziny, a następnie miała przyjść kolej 
na cywilów takich jak on. Dopiero potem mieli się ewakuować oficerowie, a na samym końcu 
– zakładając, że przeżyją tak długo – sklonowani szeregowcy.

Reporter nie miał nic przeciwko takiej kolejności. Co więcej, zamierzał się znaleźć na 

początku kolejki cywilów.

I–Five   kulił   się   pod   stołem   obok   niego.   Jego   fotoreceptory   nie   płonęły   zwykłym 

blaskiem,   bo   kiedy   rozszalały   się   wokół   niego   żywioły,   android   po   prostu   się   wyłączył. 
Wprawdzie   jego   osłony   zazwyczaj   wystarczały   do   powstrzymania   elektromagnetycznych 
impulsów, ale 1–5 wolał nie ryzykować. Nieco wcześniej odzyskał pamięć i nie chciał jej 
znów stracić.

W pewnej chwili Den pstryknął dźwigienką włącznika na karku androida.
– Czas w drogę – powiedział.
– Może tobie – odparł I–Five. – O ile dobrze pamiętam, androidy mają odlecieć po 

szeregowcach.

Den  chwycił  go  za   metalową   rękę  i   pociągnął  do  wyjścia.   Kantyna  była   pusta,  bo 

barmani i kelnerzy czekali na swoją kolej na skraju lądowiska. Sullustanin rzucił okiem na 
kilka skrzynek markowego wina i innych trunków. Bardzo chciałby je zabrać w drogę, ale 
podejrzewał, że strażnicy nie zechcą ich uznać za niezbędne przedmioty osobistego użytku.

– Nie jesteś zwyczajnym androidem – wyjaśnił reporter, kiedy wyszedł z budynku na 

dwór i zakrztusił się przesyconym dymem popołudniowym powietrzem.

– Nie jestem? – zdziwił się I–Five.
– Niee. – Den pokręcił głową. – Jesteś kurierem dyplomatycznym w służbie Jedi i jako 

taki masz prawo zająć miejsce na początku kolejki. – Po wybuchu moździerzowego pocisku, 
który eksplodował  niespełna  kilometr  od nich,  posypał  się na  nich grad grudek  ziemi.  – 
Zakładając, że dotrzemy na początek – mruknął ponuro.

– Czy już kiedyś tego nie przerabialiśmy? – zapytał android. – O ile dobrze pamiętam, 

kilka miesięcy temu.

– Taa – przyznał Den. – Tyle że ostatnio tamci starali się tylko przesunąć linię frontu, 

żeby zdobyć więcej boty. Tym razem chcą nas wymordować. Nie mają nic do stracenia.

Kolejny pocisk eksplodował o wiele bliżej niż poprzedni. Reporter zauważył, że nikt 

nawet się nie stara ewakuować obozu w inne miejsce. Zautomatyzowani robotnicy troszczyli 
się głównie o ocalenie zapasów resztek skutecznej boty.

W  pewnej  chwili  Sullustanin  potknął  się i omal  nie  wpadł do krateru  po eksplozji 

pocisku. Przed stoczeniem się powstrzymał go tylko silny uścisk ręki I–Five.

–  Lądowisko  znajduje się prosto przed  nami  – oznajmił  android.  – Nie więcej  niż 

piętnaście metrów.

Den chciał  coś odpowiedzieć,  ale jego drogi oddechowe podrażniła  woń gryzącego 

dymu. Zakrztusił się i usiłował zaczerpnąć haust świeżego powietrza, ale go nie znalazł.

Nagle poczuł, że ktoś unosi go w powietrze. Niósł go I–Five, sadząc susami w stronę 

background image

lądowiska. Reporter starał się wypełnić płuca świeżym powietrzem, lecz bezskutecznie.

Przychodzi mu to o wiele łatwiej niż mnie, kiedy dźwigałem futerał z quetarrą Zana, 

pomyślał. To była ostatnia spójna myśl, jaką zapamiętał.

background image

ROZDZIAŁ 42

– Spójrzcie... przychodzi do siebie! – usłyszał głos Barrissy. Brzmiał dziwnie, jakby 

dochodził z głębi studni. Jos otworzył oczy, ale poraził je oślepiający blask.

– Zan – wychrypiał. – Nie rób mi tego! Nie umieraj...
Było  jednak za późno. Vondar wiedział,  że jeżeli otworzy oczy,  zobaczy leżące na 

pokładzie zwłoki przyjaciela. Nie chciał ich oglądać ani kolejny raz, ani nigdy w życiu...

– Jos. – Poczuł, że dotykają go czyjeś delikatne dłonie. – Jos, to ja, Barrissa. Wszystko 

w porządku. Wróć do nas.

Chirurg otworzył oczy i stwierdził, że blask już nie jest taki rażący. Zamrugał i skupił 

spojrzenie na Tolk, która mimo łez w oczach uśmiechnęła się do niego.

– Gdzie... jesteśmy? – zapytał.
–  W izbie chorych na pokładzie fregaty MedStara – powiedziała. Jos wsparł się na 

łokciu.

– Auu! – jęknął, bo poczuł silny ból w głowie. Dotknął czoła i stwierdził, że ma tam 

opatrunek z synciała. Uli położył delikatnie rękę na jego piersi i zmusił go, żeby się znów 
poło– żył.

Spokojnie, narwańcu – powiedział. – Masz szczęście, że w ogóle żyjesz. Zwalił ci się na 

głowę sufit gabinetu Merita. Przeżyłeś kolejny wstrząs.

– A Merit? – zapytał Vondar. – Co się z nim stało? Czy...
– Nie żyje, Jos – odparła cicho Barrissa.
Dopiero wówczas chirurg zauważył, że za plecami Tolk i uzdrowicielki stoją pułkownik 

Vaetes i admirał Kersos.

– Merit chciał uciec – wyjaśnił. – Musiałem go zastrzelić.
– Postąpiłeś słusznie, Jos – stwierdził Vaetes.
–   To   prawda  –   odezwał   się   wuj   Erel.   –  Ryzykując   życie,   uniemożliwiłeś   ucieczkę 

groźnemu   agentowi   separatystów.   Kiedy   Uli,   ja   i   funkcjonariusze   służby   bezpieczeństwa 
wpadliśmy do jego gabinetu, leżałeś nieprzytomny niedaleko jego zwłok. Zapewne nie wiesz, 
że miał ukryty w rękawie płaszcza mały blaster, ale nie zdążył z niego skorzystać. Uli połatał 
cię i pomógł  ci się dostać na pokład wahadłowca. – Uniósł prawą rękę i zasalutował.  – 
Doskonale się spisałeś, kapitanie – pochwalił. – Jestem z ciebie dumny, siostrzeńcze – dodał 
cicho.

– Nie jestem pewien... – zaczął Jos i urwał.
– Czego?
– Czy zdecydowałem się na to, żeby zapobiec śmierci i cierpieniom wielu innych osób, 

czy też...

Umilkł, nie kończąc zdania.
– Z powodu Zana? – domyśliła się Tolk. Jos kiwnął głową.
– To w tej chwili nie ma żadnego znaczenia – stwierdziła pielęgniarka. – Ktoś musiał 

go powstrzymać i tym kimś byłeś ty. Resztę dośpiewasz sobie później. Będziemy mieli na to 
mnóstwo czasu.

Mówiła   prawdę...   Zrobił   to.   Zabił   inną   inteligentną   istotę.   Nieważne   dlaczego.   Nie 

liczyło się, że miał dobry powód. On, lekarz, odebrał komuś życie. Wiedział, że spędzi z tego 
powodu kilka bezsennych nocy.

Ale, jak powiedziała Tolk, jakie miał wyjście?
Pokręcił głową, jakby wciąż jeszcze nie mógł się z tym pogodzić, ale znów jęknął.
– Spokojnie – odezwał się Uli. – Daj klejowi szansę zakrzepnąć.
– A mobilna jednostka chirurgiczna? – zaniepokoił się Vondar. – Co się z nią stało?
– Sam zobacz. – Stojący obok jego łóżka Den, który chwilę wcześniej wszedł do sali w 

background image

towarzystwie I–Five, wskazał iluminator. Tolk i Barrissa ostrożnie pomogli Josowi stanąć 
obok łóżka.

Wyglądało na to, że dolny kwadrant południowego kontynentu stoi w ogniu, bo gęste 

kłęby czarnego dymu wzbijały się wysoko w atmosferę i ścieliły nad Morzem Kondrusa.

– Żegnaj, boto – mruknął Sullustanin.
– Udało się nam bezpiecznie  wycofać  większość żołnierzy – oznajmił  Vaetes. – A 

separatyści uciekają.

–   Jakim   cudem?   –   zdziwił   się   Uli.   –   Ich   roboty   bojowe   o   mało   się   po   nas   nie 

przetoczyły.

– Właśnie takim – stwierdził pułkownik, pokazując inny iluminator. Uli przeszedł w 

tamto miejsce i spojrzał w przestworza.

– Fiu, fiu! – gwizdnął.
Barrissa spojrzała przez iluminator. Powoli leciał ku nim najeżony setkami stanowisk 

artylerii ogromny okręt w kształcie klina.

– Republikański gwiezdny niszczyciel – oznajmiła. – Okręt klasy Venator.
–   To   „Zdecydowanie"   –   odezwał   się   admirał.   –   Wysłano   go   tu,   żeby   posprzątał   i 

eskortował nas z powrotem do systemów Jądra galaktyki. Bitwa o Drongar dobiegła końca. 
Nie pozostało nic, o co warto byłoby nadal toczyć walkę. Udało się nam ocalić mniej więcej 
dwie tony niezmutowanej boty. Nasze androidy zamrażają ją teraz w karbonicie najszybciej 
jak potrafią. Na razie nie mamy żadnych danych na temat tego, ile boty udało się zdobyć 
naszym wrogom.

Zważywszy na intensywność ich bombardowania, zdziwiłbym się, gdyby dużo ocalili – 

stwierdził Vaetes.

– Muszę się teraz położyć – mruknął Jos. – Chyba jestem trochę wyczerpany.
Barrissa  i  Tolk  pomogły  mu   się  ulokować  na łóżku.   Vondar  był   tym   zachwycony. 

Zaledwie zdążył zamknąć oczy, gwar rozmów otaczających go osób przerodził się w odległy 
pomruk   przypominający   brzęczenie   żądłaczy   i   komarów   ognistych   podczas   upalnej 
drongariańskiej nocy...

Zastanawiając   się   nad   obrotem,   jaki   przyjęły   sprawy,   uzdrowicielka   tylko   jednym 

uchem przysłuchiwała się rozmowom. Pomyślała, że dwie tony skutecznej boty to niewielka 
zdobycz, skoro przyszło za nie zapłacić śmiercią i bólem. Zauważyła, że Den przygląda się jej 
z lekkim uśmiechem, i także się do niego uśmiechnęła.

Chwilę później podszedł do niej I–Five.
– Przypuszczam, że skoro także lecisz na Coruscant, moje zadanie przestało być sprawą 

najwyższej wagi – powiedział.

– To prawda – przyznała Barrissa – ale na razie nie oddawaj mi fiolki z bota. Od 

systemów Jądra galaktyki dzieli nas wciąż jeszcze sporo parseków, a w tym czasie wiele 
może się zdarzyć.

Android się zawahał.
– Jak się zapewne domyślasz, na ogół tego nie mówię, ale coś mi nakazuje... – zaczął 

niepewnie.

– Może intuicja? – podsunęła uzdrowicielka z lekkim uśmiechem.
– Może – zgodził się 1–5. – Tak czy owak, niech Moc będzie z tobą, Jedi Offee.
Młoda kobieta kiwnęła głową i położyła dłoń na jego ramieniu.
– Życzę ci powodzenia w poszukiwaniach, I–Five – powiedziała. – I niech Moc będzie 

także z tobą.

Kiedy android odszedł, jeszcze raz spojrzała przez iluminator. Okręt musiał już opuścić 

orbitę, bo kula Drongara się zmniejszała. W końcu obie jednostki, fregata MedStara i lecące 
obok niej „Zdecydowanie", znalazły się w międzyplanetarnych przestworzach.

Wykonała zadanie. Jeżeli wszystko potoczy się po jej myśli, po upływie zaledwie kilku 

background image

standardowych  dni   znów  stanie  w   Świątyni   Jedi  przed  obliczem  Mistrzyni   Unduli...  tym 
razem jednak niejako padawanka, ale pełnowartościowy rycerz Jedi. Zastanawiała się, jakie 
czekają ją nowe zadania, przygody i wyzwania. Wiedziała, że stawi im czoło, bezpieczna w 
kojących objęciach żywej Mocy.

Den spojrzał na I–Five.
– No cóż – powiedział. – Wygląda na to, że mimo wszystko wyprawa na Coruscant nie 

będzie cię kosztowała tyle, ile z początku przy puszczałeś.

– Jasne. Wystarczyło zniszczyć połowę planety – odparł android. – Jeżeli chcesz znać 

moje zdanie, to dość wysoka cena. – Spojrzał na reportera. – A ty, Denie Dhurze? – zapytał. – 
Dokąd się wybierasz?

Sullustanin zakołysał z namysłem fałdami policzkowymi.
– Chyba jednak powinienem wrócić na Sullustę – powiedział. – Zdradzę ci, że czeka 

tam na mnie bardzo pociągająca istota płci pięknej i jej liczna rodzina. Wszyscy mają o mnie 
bardzo wysokie mniemanie.

– Już to mówiłeś – przypomniał android. – I to co najmniej kilka razy.
Den westchnął. Mógłby spędzić resztę życia jako szanowany patriarcha, ale... łatwo 

było   odczuwać   tęsknotę   za   ojczyzną,   kiedy   wypacał   resztę   tłuszczu   na   Drongarze,   ale 
przypomniał sobie główny powód, dla którego opuścił ojczyznę: na Sulluście okropnie się 
nudził.

– Myślę jednak, że Eyara nieprędko tam przyleci – mruknął do siebie. – Nie muszę się 

bardzo spieszyć.

– Gdybyś rozglądał się za posagiem, przypadkiem wiem, że można nieźle zarobić w 

Południowych   Podziemiach   na  Coruscant   – odezwał  się  I–Five.  – A   ja  nie  miałbym   nic 
przeciwko   partnerowi,   bo   wtedy   władze   nie   musiałyby   się   martwić,   kto   jest   moim 
właścicielem. Co prawda irytują mnie takie wybiegi, ale czasami bywają konieczne.

Reporter pokiwał głową. Zawsze mógł mieć nadzieję na oskubanie frajerów podczas 

gry w sabaka w miejscach takich jak Klub Pozaświatowców. Nie szkodzi, jeżeli jakiś czas 
zastanowi się nad propozycją Eyary, a przy okazji zarobi kilka kredytów.

Przeniósł spojrzenie na androida.
– Wiesz, co, I–Five? – zaczął. – Myślę, że to początek korzystnej znajomości.

background image

EPILOG

Kiedy już wszyscy wyszli  z izby chorych,  Jos  Vondar i Tolk le Trene objęli się i 

popatrzyli na usiane punkcikami gwiazd przestworza przez iluminator okrętu, który opuścił 
system Drongara.

– Jesteś pewien, że chcesz się na to zdecydować? – zapytała Lorrdianka.
Jos kiwnął głową.
– Jestem pewien – powiedział. – A ty?
Tolk wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
– Pójdę za tobą choćby na koniec galaktyki – oznajmiła. – Tylko obiecaj, że nie będę 

musiała zostać kucharką albo gosposią.

– Jeżeli sytuacja stanie się zbyt trudna do zniesienia, po prostu stamtąd odlecimy – 

stwierdził Korelianin. – Nie pozwolę, żebyś żyła w poniżeniu, jestem jednak winien krewnym 
i sobie, żeby chociaż spróbować ułożyć sobie życie.

– Po swojej stronie będziesz miał przynajmniej jednego krewnego – rozległ się nagle 

głos za ich plecami.

Zaskoczony Jos odwrócił się i zobaczył  starszego krewniaka Erela. Admirał stał na 

progu i się uśmiechał.

– Poprosiłem o przeniesienie do Bazy Borellos na Korelii – ciągnął admirał. – Jeżeli 

masz dość odwagi, żeby wrócić do ojczyzny i stawić czoło temu przesądowi, nie mogę być 
gorszy od ciebie.

Jos wytrzeszczył na niego oczy, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom.
– Mówisz poważnie? – zapytał w końcu.
–  Jak najbardziej – oznajmił Kersos. – Spędziłem prawie całe życie w samotności i 

teraz, kiedy w końcu spotkałem siostrzeńca, nie zamierzam z niego rezygnować.

Tolk uściskała go serdecznie.
–  Więc  witaj  w  rodzinie,  wujku Erelu  – powiedziała.  Spoglądając  na narzeczoną  i 

starszego krewnego, Jos uświadomił  sobie, że przynajmniej  pod jednym  względem walki 
toczone na powierzchni Drongara o panowanie nad cudownym lekiem nie miały żadnego 
sensu. Prawdziwy środek zaradczy na kłopoty nękające istoty ludzkie, czy jakiekolwiek inne, 
sklonowane,   organiczne   czy   cybernetyczne,   został   dawno   odkryty.   Stało   się   to   przed 
tysiącleciami,   kiedy   jeszcze   inteligentne   istoty   kierowały   ku   gwiazdom   podejrzliwe 
spojrzenia. Niektórzy nazywali  ten środek Mocą, inni  miłością  jeszcze inni  – tak jak im 
pasowało, Jos wiedział jednak, że można go znaleźć nie na bagnach odległej planety, lecz w 
niezbadanych   zakątkach   serca.  Nagle  z  głośnika  pokładowego  komunikatora   wydobył  się 
cichy trzask i ostrzeżenie, żeby przygotowali się do wskoczenia do nadprzestrzeni. Kiedy 
włączyły   się   jednostki   napędu   nadświetlnego,   Jos   ujął   Tolk   za   rękę.   Opuścili   Rubieże   i 
pomknęli w kierunku jaskrawo świecącego środka galaktyki.