background image

MAY GRETHE LERUM

OKO ZA OKO

background image

ROZDZIAŁ I

Meisterplassen, 1703

Maryjka   zebrała   całe   naręcza   ziół   i   kwiatów,   bowiem   około   dnia   świętych 

apostołów Piotra i Pawła rośliny posiadają specjalną moc. Wszystkie zostały rozłożone 

do suszenia, każda odmiana w odpowiednim dla siebie miejscu: niektóre umieszczono w 

przewiewnym   chłodzie,   inne   porozwieszano   na   nasłonecznionych   ścianach. 

Ciemnowłosa dziewczyna stała, trzymając w dłoniach lśniący kawałek metalu. Mrużyła 

oczy w blasku wspaniałego czerwcowego słońca.

- Gjertrud, powiedz mi teraz tak szczerze, czy ja jestem do niej chociaż trochę 

podobna?

Poprawiała włosy przed kawałkiem wytartego srebrnego lusterka. Odbicie było 

niewyraźne, ale mimo to widziała swoje rysy i długie, czarne włosy, które tylko latem 

stawały się odrobinę jaśniejsze, pojawiały się w nich brunatno rude pasemka, zwłaszcza 

w ciągu długich dni spędzanych na górskim pastwisku.

Kobieta, która wyglądała jak jej matka, nie zaraz odpowiedziała. Skrzywiła się 

lekko  na  to  bezceremonialne  pytanie,   jakby  było   w  nim  coś   bluźnierczego.   Dla  niej 

równie dobrze Maryjka mogłaby zapytać, czy nie jest trochę podobna do wielkiej Maryi, 

Matki Bożej.

Ale   ona   pytała   tylko   o   własną   matkę.   O   Marię...   Marię,   jedyną   przyjaciółkę 

Gjertrud, osobę, która na zawsze wyryła głęboki ślad w jej sercu.

Gjertrud wyprostowała się nad balią pełną letniej, brudnej wody. Obie kobiety 

prały właśnie piękne kilimy, które, jak sięgnąć pamięcią, zdobiły drewniane ściany izby 

w Meisterplassen.

- Podobna do niej? Taaak... Z pewnością jesteś podobna. Ale bardziej jeśli chodzi 

o serce, moim zdaniem. Jesteś wrażliwą dziewczyną, rozumiesz więcej niż zwyczajni lu-

dzie, potrafisz pytać tak, że nikt nie umie ci odpowiedzieć. Ona też często tak robiła...

Gjertrud   odwróciła   wzrok.   Maryjka   nie   dawała   za   wygraną,   domagała   się 

odpowiedzi.

- Ona miała jasne włosy, prawda? I była bardzo piękna... Musiała być piękna...

- Ciii, dziewczyno! Mówisz tak, jakby jej nie było wśród żywych!

background image

Maryjka  westchnęła.  W   jej  ciemnoniebieskich  oczach  pojawił   się  upór.  Teraz 

latem twarz miała opaloną i kontrast pomiędzy czarnymi włosami a jasną cerą nie był 

taki uderzający.

- Dla mnie prawie tak jest - syknęła przez zaciśnięte zęby.

Gjertrud potrząsnęła  głową, jakby chciała pozbyć  się nieprzyjemnego  uczucia, 

znowu zgięła plecy nad praniem i przerzucała ciężkie tkaniny z jednej balii do drugiej 

tak, że woda chlustała na boki.

- Ona nie umarła! Ona żyje, gdzieś tam na Północy, niech Bóg ma ją w swojej 

opiece. I na pewno któregoś dnia...

- ...wróci do domu, tak? Dziękuję, powtarzasz mi to od piętnastu lat, a tymczasem 

jedyne, co się w tej sprawie zmieniło, to to, że ojciec również przepadł!

Gjertrud dostrzegła wyraz  goryczy w smutnej  twarzy dziewczyny.  Pożałowała 

swojej szorstkości. Ta biedna mała wciąż z pewnością tęskni za ojcem. Zresztą kto tego 

nie robi?  Gjertrud też musiała  tłumić  w sobie wiele bolesnych  uczuć, odkąd Randar 

wyruszył,  by odnaleźć   Marię,  która   została   zesłana   na  Północ  do  obozu   rybackiego. 

Ledwie   zdołała   uniknąć   stosu!   Na   szczęście   żona   tego   strasznego   pastora   Revelina 

zdążyła przed śmiercią wyznać całą prawdę, opowiedziała o intrydze, jaką oboje uknuli. 

Sąd nie mógł jednak Marii całkiem uniewinnić, zeznawało przeciwko niej zbyt wielu 

świadków. Czarownica Maria. Mądra Maria. Znachorka. Niektórym jawiła się jako anioł, 

innym  jako grzeszna kusicielka.  Dla Gjertrud była  niemal  świętą. Dla małej  Maryjki 

pozostała imieniem... Dla Randara była opętaniem. To dlatego porzucił dom, odszedł, by 

odszukać ukochaną.

I znalazł ją.

Gdzieś   na  Północy,   na  skalistej   wysepce,  gdzie   kobiety  przetrzymywano  jako 

niewolnice. Zmuszane do ciężkiej pracy, sprzedawały się każdemu rybakowi, który był w 

stanie zapłacić kilkoma suszonymi rybami lub odrobiną wódki...

Gjertrud czekała na Randara bardzo długo. Zanim wyjechał, dowiedział się, co 

ona nosi w sercu. Jakie straszne mary dręczą ją co noc, ponieważ pokochała męża swojej 

przyjaciółki i wybawicielki.

Obiecał, że wróci do domu i do niej. Obiecał, że się nią zaopiekuje, obiecał, że 

będzie ojcem dla jedynej córki.

background image

Ale tam na Północy odnalazł Marię. Los się do niego uśmiechnął i stało się tak, że 

wszyscy uwierzyli, iż jest prawnym nadzorcą obozu na wyspie Skjaervaer.

Dlatego tam został.

Dlatego córce zostało jedynie blade wspomnienie ojca.

Gjertrud   wyciągnęła   zaczerwienioną   spracowaną   dłoń,   ociekającą   teraz 

mydlanym ługiem. Pogłaskała dziewczynę po włosach.

- Moja najdroższa... Wiem, ile musiałaś wycierpieć. Ale pewnego dnia... pewnego 

dnia zrozumiesz. Pewnego dnia...

- Nie! Ja nie chcę rozumieć! I nigdy, nigdy nie wybaczę temu pastorowi, który 

posłał moją matkę na zatracenie. Odebrał jej zagrodę i ziemię, pozbawił ją wszelkiej czci, 

ukradł plebanię i wszystko co miała! Ale czy go to zadowoliło? Nie, on musiał ją jeszcze 

posłać na śmierć! Bo ten rybacki obóz... nie jest dużo lepszy od śmierci, prawda? Gdyby 

umarła, mogłabym przynajmniej zapomnieć, nie musiałabym przez całe życie nosić w 

sobie tej przeklętej tęsknoty...

Wybuchnęła płaczem.

Gjertrud zostawiła pranie, przytuliła do siebie szlochającą dziewczynę. Serce jej 

krwawiło na widok cierpień tego dziecka. Troskliwe dłonie gładziły po plecach, cicho 

szeptane słowa przenikały przez zasłonę ciemnych włosów, pod którymi ukrywała się 

twarz Małej.

Trudnym  dzieckiem była  ta jej Maryjka. Myślała za wiele. Nie była w stanie 

pogodzić się z wyrokiem losu.

Jaka niepodobna do siostry Sunnivy! Tamta też wycierpiała niemało, też została 

jako dziecko sierotą pozbawioną ojca i domu. Nawet teraz, kiedy była gospodynią na 

Gurvin, los nie szczędził jej prób. Sunniva urodziła i pochowała dwóch synków. Chyba 

już nie będzie dzieci w ich izbie. Bogu dzięki, że ma przy sobie Bjornara...

Maryjka przestała szlochać, rozejrzała się, zawstydzona wybuchem.

- Wiesz, Gjertrud, czasami wszystko się we mnie tak strasznie burzy. Niekiedy... 

nie jestem w stanie tego opanować. I zawsze potem wiem z coraz większą pewnością, że 

muszę coś zrobić. Muszę... oddać. Muszę spojrzeć w oczy temu człowiekowi, dowiedzieć 

się, kim jest sprawca mojego nieszczęścia. Muszę poznać pastora z Lyster.

Ostatnie   słowa   niemal   wypluła,   Gjertrud   znowu   poczuła   w   żołądku   szpony 

background image

strachu. Nie rozumiała gwałtownej nienawiści tej dziewczyny, była wobec niej równie 

bezradna jak matka piskląt wobec zbliżającego się podstępnie drapieżnika. Kiedy Małą 

ogarniały myśli o zemście, stawała się kimś innym, kimś obcym, i była wtedy zupełnie 

niepodobna do swojej matki.

Może   to   krew   kata,   którą   nosiła   w   swoich   żyłach,   powodowała   ten   straszny, 

oślepiający gniew, tę zdolność do zapominania o całym świecie w strasznej potrzebie 

odwetu wobec ludzi, którzy ją skrzywdzili?

Gjertrud bała się, że Maryjka będzie jedną z tych osób, które potrafią zabić w 

obronie ukochanych. Bardzo jej się to nie podobało.

Że   też   taka   śliczna   dziewczyna...   że   może   być   taka   zatwardziała   w   gniewie! 

Gjertrud   robiła   sobie   wymówki.   Bo   nie   było   chyba   słuszne,   że   przekazywała   temu 

dziecku własną gorycz. Nie postępowała właściwie, przedstawiając Małej obraz matki 

jako niemal świętej, którą zniszczył podstępny pastor... Ale opowiadania o matce były 

największą radością Maryjki od najwcześniejszego dzieciństwa.

Biedna Mała...

Zanim ojciec wyruszył na poszukiwanie matki, dziecko długo tuliło się do niego, 

zadając mnóstwo nieprzyjemnych pytań. Gjertrud obawiała się, że dziewczyna jeszcze 

teraz boryka się z podejrzeniem, iż ojciec jej nie kochał...

- Maryjko, myślę, że powinnyśmy zrobić sobie przerwę.

Gjertrud celowo nie powiedziała „moje dziecko” ani „maleńka”, chciała bowiem 

podkreślić, że teraz rozmawiały jak kobieta z kobietą. Maryjka uśmiechnęła się blado, 

delikatny wiatr osuszył już łzy. Odłożyła srebrne lusterko. Wylały wodę i ciężką balię 

zabrały ze sobą na brzeg, gdzie miały wyłożyć kilimy do płukania.

Przy   posiłku   Gjertrud   próbowała   wrócić   do   tamtej   rozmowy.   Chciała   poznać 

najgłębsze myśli Maryjki, ale to było tak, jakby chcieć złowić węgorza w sieć. Młoda 

dziewczyna wymykała się, nie chciała zwierzeń. Znowu w jej oczach pojawił się tamten 

wyraz uporu, który sprawiał, że Gjertrud przenikał zimny dreszcz i doznawała wyrzutów 

sumienia.

Czy to nie ona sama ukształtowała w Maryjce te uczucia?

Marja z radością wstała od stołu, gdy posiłek dobiegł końca. Była już zmęczona 

tym dniem, tęskniła, żeby zostać sama, żeby pójść do swojego tajemnego miejsca wy-

background image

soko   w   górach.   To   tata   ją   tam   zaprowadził   na   krótko   przed   swoim   wyjazdem. 

Zaprowadził tam również Sunnivę, kiedy pewnego razu musiała w spokoju pomyśleć.

To było święte miejsce.

Gdy Maryjka siedziała na wielkim kamieniu, który zwłaszcza z daleka sprawiał 

wrażenie, że chwieje się niepewnie na krawędzi skały i może lada chwila runąć w dół, 

czuła się wolna.

Tam na górze myśli płynęły swobodniej, były spokojniejsze i bardziej świadome 

celu. Przypominały rzekę, wijącą się w dzikich zakolach, omijającą wielkie głazy, by 

dotrzeć do szerszego, wygodniejszego koryta...

Maryjka   nie   wspomniała   ani   słowem   o   praniu,   po   prostu   podziękowała   za 

jedzenie i wyszła.

Lekko wspinała się po piargach i kamieniach, przedzierała przez zarośla i ledwo 

widoczne górskie ścieżki. Wiedziała, że tędy nikt za nią nie pójdzie. Nikt bowiem, kto 

nie znał dokładnie każdego odcinka, nie mógł nawet przypuszczać, że ten szlak można 

pokonać. Kiedy spoglądała w górę, wzrok napotykał nagie skały i gładkie zbocza. To 

naprawdę niebezpieczny teren, niedostępny.

Wiedziała  też,   że  wkrótce   znajdzie   się  na  górze,   ostatni  kawałek  drogi   wiódł 

jednak   przez   osypisko   pełne   porosłych   mchem,   poruszających   się   przy   każdym 

dotknięciu głazów. Ale ojciec pokazał jej, gdzie można bezpiecznie postawić stopę.

Fiord w dole połyskiwał błękitem, tylko gdzieniegdzie mieniła się plama zieleni.

Widziała   stąd   okolicę   daleko   aż   do   Sogndal,   wzrok   sięgał   hen,   do   przylądka 

przesłaniającego osady na tamtym brzegu.

Meisterplassen leżało samotne, po złej stronie fiordu.

Maryjka myślała jednak, że przecież to właśnie oni mają najpiękniejszy widok. 

Ludzie  mieszkający  po  właściwej   stronie  widzieli   tylko   hale  i   szczyty  oraz   Meister-

plassen!

Dalej w głębi fiordu, właśnie po ich stronie, rozłożyły się bogate osady. Bliżej 

wielka wieś, Fimreite, w której znajdowały się najpiękniejsze dwory z całej parafii. Dalej 

Eidet,   tam   także   mieszkają   ludzie.   Trudno   jednak   do   nich   dotrzeć   lądem.   W   wielu 

miejscach   góry   wznoszą   się   pionowo   wprost   z   fiordu,   pocięte   niebezpiecznymi 

rozpadlinami i porośnięte starym borem.

background image

Jedyna droga wiodła przez wodę.

Zresztą   dla   ludzi   z   Meisterplassen   pływanie   łodzią   było   zawsze   najbardziej 

naturalnym sposobem podróżowania. Nigdy nie mieli konia ani wozu, nie posiadali na-

wet starej chabety, którą można by zaprząc do pługa.

Maryjka nie skarżyła się z tego powodu, nie bywała głodna, nie brakowało jej 

ubrań, nie musiała marznąć.

Wiedziała poza tym, że w ciągu tych blisko pięćdziesięciu lat, jakie minęły od 

chwili, kiedy jej matka przybyła do Meisterplassen jako nowo narodzone dziecko, wiele 

się zmieniło.

Wtedy Randar był przybranym synem kata, jego dziedzicem. Gdy dorósł, musiał 

pójść   w   krwawe   ślady  swego   ojca,   i   trwało   tak,   dopóki   złe   dziedzictwo   nie   zostało 

przełamane, co dokonało się krótko przed jej urodzeniem. Teraz Meisterplassen nigdy już 

nie będzie przerażającym miejscem, siedliskiem zła, którym matki straszyły swoje małe 

dzieci.

Tylko nazwa pozostała ta sama. Zagroda Mistrza.

Dom kata.

Jej dom.

Właściwie   powinna   była   mieszkać   w   pięknym   dworze   w   Lyster,   jako   córka 

wdowy po pastorze. Gdyby mama nie została stamtąd wypędzona po śmierci Mogensa...

Tylko że może wtedy mama nigdy by ponownie nie spotkała taty? Z drżeniem w 

sercu wywołanym tą nieoczekiwaną myślą Maryjka uświadomiła sobie, że być może ona 

sama nigdy by się nie urodziła.

Starała się otrząsnąć, uwolnić od niepotrzebnych rozważań. Nie chciała myśleć 

teraz o niczym, co mogłoby oddalać od dawna wytyczony cel.

Nie chciała przyjmować do wiadomości niczego, co mogłoby ją sprowadzić z raz 

obranej drogi, osłabić tak, że nie byłaby w stanie zrealizować planów. Bo pewnego dnia 

pomści wszystko, co ten pastor zrobił jej matce, ojcu i jej samej.

Całą podłość.

Wszelkie zło.

Całą chciwość.

Maryjka podciągnęła w górę kolana, wciąż wpatrywała się w leżący w dole fiord. 

background image

Kilka mew bawiło się nad powierzchnią wody. Wyglądało to tak, jakby się prześcigały w 

umiejętności latania i technikach lądowania.

Maryjka  uśmiechnęła  się. Rysy jej złagodniały,  ale w  oczach  wciąż trwał ten 

wyraz uporu, który pojawił się tam w czasie wybuchu przy balii z praniem. Delikatny 

wiatr   odsunął   jej   grzywkę   z   oczu,   poczuła   go   niczym   lekkie   muśnięcie   dłoni.   Nie 

zwróciła jednak na to uwagi, tak samo jak nie zwracała uwagi na niezdarne starania 

Gjertrud, by ukoić jej cierpienie, pocieszyć ją.

Maryjka miała cel, wiedziała, co zrobić z życiem.

Wszystko, co się z nią działo, prowadziło ku temu celowi.

Tego dnia, kiedy stanie się dorosła...

Tego   dnia   godzina   pastora   wybije,   już   teraz   powinien   zacząć   odmawiać 

modlitwy...

Wargi   Maryjki   były   miękkie   i   czerwone,   słońce   i   wiatr   sprawiły,   że   policzki 

płonęły. Wciąż obserwowała bawiące się mewy i czuła, że jej serce jest tak samo wolne 

jak te ptaki.

Tak było tutaj na górze. Zawsze. Kiedy siedziała tu na skale niczym królowa na 

tronie, niemal odczuwała bliskość ojca. Odczuwała też coś innego, coś nieuchwytnego. 

Gdy tylko zamknęła oczy i skupiła się, zaczynała czuć, że z kamienia, na którym siedzi, 

płynie ku niej jakieś dziwne ciepło. Ciepło nie pochodzące ze słonecznych promieni, 

płynące jakby z wnętrza, z samego serca szarego kamienia.

Tutaj siadywała także jej matka.

Mama i ojciec kochali się tutaj.

Tyle zdołała zrozumieć z lekkiego drżenia jego rąk, z rumieńca, który zabarwił 

jego  policzki   tamtego   dnia,   przed   ponad   dziesięciu   laty.   Ona   sama   ledwo   skończyła 

wtedy pięć lat, ale nastrój towarzyszący wyjazdowi ojca wciąż zachowała w pamięci. 

Pamiętała   każdą   woń,   każde   słowo.   Jego   ręce,   które   ją   przytulały.   Były   odrobinę 

wilgotne. Jego głos, który załamał się w chwili, gdy przywarła do niego, domagając się 

wyjaśnień. Oczy, które lśniły tak dziwnie, gdy opowiadał o mamie i o tym, jak bardzo ją 

kocha.

- Bardziej niż mnie? - zapytała wtedy.

On zaś protestował z całą mocą, przytulił ją gorąco. W głębi duszy wiedziała, że 

background image

mówił prawdę. Nie kochał matki bardziej niż ją. Kochał inaczej...

A teraz musiał wybierać.

Zdecydował się opuścić córkę.

A ona, Maryjka, nie potrafiła żyć z tą tak prostą przecież prawdą. Musiała znaleźć 

coś, co by chroniło ojca przed jej złymi uczuciami.

Ratunkiem okazał się podły pastor.

Bo to przecież jego wina, że również ojciec musiał wyjechać!

Uśmiech   Maryjki   rozpłynął   się   we   łzach,   płakała   teraz   szczerze   nad   tamtym 

dzieckiem,  którym  przecież  pozostała.  Naprawdę nie było  jej  lekko. Ale lata  mijały, 

zdążyła  przeżyć  co najmniej tyle  samo dobrych chwil, co smutnych. A teraz jest już 

prawie dorosła.

Wkrótce czas się dopełni.

Jak najszybciej musi porozmawiać z Gjertrud, wytłumaczyć jej, że protest na nic 

się nie zda.

Zresztą   Gjertrud   z   pewnością   zrozumie.   Czyż   ona   sama   nie   mówiła   o   tym 

pastorze z nienawiścią w głosie? Czy ona sama z jego powodu nie utraciła jedynej przy-

jaciółki? Czy przez tego pastora nie musiała poświęcić życia?

Maryjka wiedziała, że posiada dość władzy nad Gjertrud, by pokierować nią tak 

jak zechce. Ta kobieta kochała ją bezgranicznie.

Jak córkę. Albo jeszcze bardziej.

Gjertrud nigdy, absolutnie nigdy by mnie nie opuściła, pomyślała.

Jesienne   święto   obchodzono   tak,   jakby   wieki   zatrzymały   się   we   wsiach 

położonych nad brzegami długiego fiordu. Pastorom nie bardzo się to święto podobało, 

byli jednak bezradni Wiedzieli, że ludzie odprawiają te radosne rytuały, podczas których 

składa się w ofierze ziarno, warzywa i pokarmy mięsne na pamiątkę tego, co robili ich 

najdawniejsi   przodkowie,   składający   dary   swoim   bogom.   Teraz   wszyscy   są 

chrześcijanami, wobec tego zbiory poświęcają Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu, księża 

wzdragali   się   jednak   na   myśl   o   tych   obrzędach,   grzesznych   tańcach   i   radosnych 

ceremoniach, w których naprawdę nie było ani śladu chrześcijańskiej liturgii W Lyster 

wystawiano na dwór saganki z kaszą na mleku i gotowaną baraniną, ponadto krowi ser i 

roztopiony   tłuszcz.   Ludzie   pili   wywar   z  mięsa   tak   samo,   jak   nakazywał   zwyczaj   za 

background image

czasów Tora i Odyna.

A kiedy w niedzielę wierni spotykali się w kościele na dziękczynnej mszy, to nie 

kazanie   pastora   ani   chrześcijańska   Ewangelia   wywoływały   ten   radosny,   pełen   ocze-

kiwania nastrój.

Właściwe obchody zaczynały się bowiem po zakończeniu nabożeństwa...

W   domach   czekały   nakryte   stoły,   nawet   w   najbiedniejszych   chałupach 

wyjmowano   wtedy   coś   specjalnego.   Był   czas   zbiorów.   Jedzenie   znajdowało   się   pod 

dachem. Długa wiosna i lato, czas wytwarzania, dobiegły końca. Teraz nadchodził czas 

korzystania z owoców pracy, czas odpoczynku i rozrywki. Nawet zwierzęta dostawały 

jakieś smakołyki, jeśli teraz je zaniedbać i nie dać im wieczorem siana, to zimą dostaną 

wszy...

I dla ludzi, i dla zwierząt nadchodziły nieco krótsze dni robocze. Wysiłek może 

nie będzie mniejszy, mróz i niedojadanie dokuczą zimą wielu z nich, ale na obchodach 

dożynkowych nie należy oszczędzać. W jakimś sensie są to święte dni.

Dwie samotne kobiety w Meisterplassen zamierzały pójść do wsi. Jesienne słońce 

było piękne, świeciło niemal oślepiająco na zupełnie czystym niebie. Światło odbijało się 

we   włosach   Maryjki   i   Gjertrud   była   dumna   niczym   prawdziwa   matka   z   urodziwej 

przybranej córki.

W duchu modliła się gorąco, żeby ten dzień przyniósł coś dobrego Niech czas 

spędzony w towarzystwie innych młodych ludzi sprawi, że jej ukochana Maryjka zacznie 

myśleć  o czymś  innym,  porzuci swoje samotne  rozwalania o zemście.  Może właśnie 

dzisiaj spotka jakiegoś chłopca - . Może spotka kogoś całkiem wyjątkowego, kto wzbudzi 

w niej dobre uczucia? Wprawdzie to jeszcze dość wcześnie, ale Maryjka zawsze była 

trochę nad wiek dojrzała. Może to dziedzictwo, które przyniosła ze sobą na świat, a może 

jakieś przekleństwo? Gjertrud wiedziała, że matka i babka dziewczyny także dojrzewały 

bardzo wcześnie.

Teraz chciała ze skrzyni Marii wyjąć wstążkę.

Nie   otwierała   tych   kufrów   zbyt   często,   ostatni   raz   przed   ślubem   Sunnivy. 

Skrzynie Marii stały w domu jak święte, niczym Arka Przymierza. Gjertrud z największą 

niechęcią   decydowała   się   zajrzeć   do   którejś   z   nich   choćby   po   to,   by   przewietrzyć 

zawartość i włożyć do środka woreczki ze świeżymi ziołami przeciwko molom i innemu 

background image

paskudztwu.   Co   by   to   było,   gdyby   Maria   wróciła   do   domu   i   zobaczyła,   że   nie 

utrzymywała jej rzeczy w porządku!

Ale teraz, dzisiaj, Maryjka mogła sama wybrać coś dla siebie spośród barwnych 

wstążek   swojej   matki.   Niczym   mała   dziewczynka   wpatrywała   się  szeroko   otwartymi 

oczyma w niezwykłe skarby ukryte w ciężkich skrzyniach.

Książki, papiery, ubrania, jakieś ozdoby...

- Gdzie jest ta srebrna fajka, o której opowiadałaś? - zapytała.

- Wysłałam ją, kiedy twój ojciec wyjeżdżał. Zabrał fajkę i najważniejsze książki.

Maryjka powoli kiwała głową. Tata nie wyjechał z pustymi rękami. Już wtedy, 

kiedy  zobaczyła  jego  ciężki  worek,  zakiełkowała   w   niej   zła  pewność:   on  nie  wróci. 

Słowa, które wypowiadał, były puste i bezsilne. I dlatego właściwie nigdy nie miała 

uczucia, że wtedy kłamał. Wróciłby do niej. gdyby matka umarła. Ale to chyba dobrze, 

że tam został. Ona sama miała przecież Gjertrud. Mama w tym strasznym, opuszczonym 

miejscu nie miała nikogo.

- Wezmę  tę  białą  - powiedziała  Maryjka,  wyjmując  delikatną  starą koronkę  i 

unosząc ją ku światłu. Gjertrud pomogła  jej wpleść wstążkę w świeżo umyte  włosy. 

Wyglądało to wspaniale, biała koronka z latami pożółkła, ale i tak tworzyła niezwykły 

kontrast z ciemną czupryną Maryjki.

- Złamiesz dzisiaj mnóstwo chłopięcych serc, zobaczysz, ich trzask będzie słychać 

stąd aż do Kaupanger - zażartowała Gjertrud.

Maryjka prychnęła.

Obie ostrożnie usiadły w łodzi, żeby nie zniszczyć i nie pognieść pięknych ubrań, 

nie   poplamić   czarną   smołą,   którą   jakiś   czas   temu   wysmarowały   łódź.   Gjertrud   za-

uważyła,  że niektóre żelazne śruby zardzewiały i trzeba je jak najszybciej wymienić. 

Westchnęła ledwo dosłyszalnie, jak trudno samotnej kobiecie dopilnować wszystkiego. 

Przez  te  długie   lata  od  kiedy Randar  wyjechał,   nie  szczędziła  wysiłku,   by utrzymać 

gospodarstwo   w   takim   samym   stanie   jak   za   jego   czasów.   Musiała   jednak   niekiedy 

przyznać, że to naprawdę za wiele. Maryjka tymczasem wyrosła, ale nawet z jej pomocą 

Gjertrud mogła uprawiać coraz mniejsze poletka. Dach domu przeciekał, ściana w oborze 

wymagała ocieplenia. Pług trzeba było zawieźć do kowala, bo lemiesz pękł na dwoje, 

kiedy wiosną Gjertrud w desperacji oparła się o niego tak mocno, że wbił się pomiędzy 

background image

dwa wielkie kamienie.

Bóg wie, jakim sposobem Randarowi udawało się spłacać kolejne raty ciążącego 

na gospodarstwie długu! Kiedy pozwolono im wykupić Meisterplassen, ustalono bardzo 

wysoką cenę. Mieli w ten sposób zapłacić za wycofanie oskarżeń. Teraz Randar nie mógł 

po prostu przekazywać władzom swojej zapłaty, którą dostawał jako nadzorca obozu. 

Wierzono bowiem, że na małej skale rządzi Sigurd Sigurdssonn. Nikt nie wiedział o 

śmierci nadzorcy, ani o tym, że Randar zajął jego miejsce. Randar Meisterplass po prostu 

już nie istniał. Zwłoki, które znaleziono w porcie w Bergen, zostały zidentyfikowane. 

Uznano,   że   jest   to   mieszkaniec   Sogn,   podróżujący   do   Bergen.   Istnieli   świadkowie, 

władze  doszły do wniosku, że zmarły musiał  być  albo Sigurdssonnem,  albo tym  nie 

znanym z nazwiska mieszkańcem Sogn. A przecież Sigurdssonn odpłynął właśnie tego 

samego ranka na statku „Felicia”, zmierzającym ku Skjseraer...

Kiedy Gjertrud i Maryjka dostały list od Marii, nie wiedziały jeszcze, że Randar 

został uznany za zmarłego. Odpowiedzialni za to ludzie w Bergen mieli z pewnością co 

innego do roboty, niż szukanie krewnych jakiegoś biedaka, którego ciało znaleziono na 

suchym  po odpływie brzegu. Na szczęście. Gjertrud bowiem nie była sobie w stanie 

nawet wyobrazić, co by się wtedy stało. Zresztą list od Marii również wprawił ją w szok. 

Maria pisała mianowicie, że Randar już nie wróci. Opowiadała o wszystkim, co się w ich 

obozie tak bardzo zmieniło na lepsze. O tym, jak ona i Randar śmieją się ze zdumienia 

niczego nie rozumiejących kobiet. Żadna z nich przecież nawet by nie przypuszczała, że 

Maria tak szybko wpuści do swojego łóżka nowego nadzorcę. Ona, która tyle mówiła o 

tym, jaka to niesprawiedliwość, że kobiety muszą się sprzedawać, by przeżyć.

Gjertrud musiała dać list Maryjce, która nauczyła się sztuki czytania od starszej 

siostry.   Gjertrud   natomiast   z   żalem   przyznawała,   że   ta   sztuka   jest   trudniejsza   niż 

wszystko, czego dotychczas w życiu próbowała. Kiedyś Maria obiecała, że nauczy ją 

rozumieć te dziwne znaczki, ale wkrótce przyszli ludzie lensmana...

No trudno, teraz nie miało to już wielkiego znaczenia. Maryjka umie przecież 

czytać. To ona czytała i pisała za obie, gdy było to konieczne. Dla Gjertrud istniały inne 

ważne umiejętności.

Łódź   cięła   fale,   jakby   płynęła   wyznaczoną   wcześniej   drogą.   Maryjka   chciała 

wiosłować, jej silne młode ramiona unosiły w górę i opuszczały wiosła w miarowym ryt-

background image

mie.   Kiedy   kobiety   dotarły   do   połowy   drogi,   odezwały   się   wzywające   wiernych 

kościelne dzwony. Kościół w Stedje był stary i bardzo piękny, wznosił się nienaruszony 

od czasu, kiedy położono pierwsze zręby setki lat temu. Teraz postarzał się, tu i ówdzie 

widziało się przekrzywione deski, czasy nastały ciężkie i nikt nie był w stanie płacić 

więcej niż trzeba na dom Pana. Świątynia zachowała jednak uroczysty i dostojny nastrój, 

który sprawiał, że w jej ścianach odczuwało się obecność Ducha Świętego.

Gjertrud próbowała przyswoić sobie większość z tego, co działo się na ambonie i 

przed ołtarzem. Kościół został udekorowany barwnymi kwiatami, wszędzie rozstawiono 

kosze z jedzeniem. To dary parafian. Większość równie niepozorna jak sami ludzie. Pod 

grzmiącym głosem pastora czuli się oni mali i bezbronni. Ale oczekiwania związane z 

nadchodzącą nocą dodawały im odwagi, sprawiały, że twarze przybierały łagodniejszy 

wyraz. Dziś wieczorem nie trzeba  będzie myśleć o darach dla Kościoła, o surowych 

pastorach ani o strażnikach. Dziś wieczorem nie trzeba myśleć o tym, że opłaty i podatki 

dla Korony wciąż rosną. Dziś wieczorem będzie święto i wszystkie powszednie troski 

muszą  poczekać. Powoli jednak hardość opuszczała ludzi i niewielu było  w kościele 

takich, którzy nie kierowaliby wzroku w podłogę, słysząc surowe napomnienia pastora.

Gjertrud   widziała,   że   Maryjka   stoi   wyprostowana,   z   uniesioną   głową.   Z 

zadowoleniem dostrzegała spojrzenia płynące ku niej z męskiej strony kościoła. Wielu 

chłopców   spoglądało   na   młodą   pannę,   żaden   jednak   nie   został   nagrodzony   choćby 

przelotną uwagą.

Tak właśnie powinno było być. W kościele.

Później, kiedy poważne zgromadzenie wiernych rozproszy się na cmentarzu na 

mniejsze, wesoło gwarzące grupki...

Wtedy wieś będzie mogła zobaczyć, że córka Marii jest prawie dorosła.

Gjertrud   znała   wielu   takich,   którzy   wyjątkowo   łaskawym   okiem   patrzyli   na 

matkę. Maryjka nie była do niej podobna. Nie trzeba jednak być mężczyzną, by zrozu-

mieć,   że   dziewczyna   posiada   tę   samą   siłę,   jaką   obdarzony   jest   piękny   kamień 

przyciągający do siebie żelazne opiłki...

background image

ROZDZIAŁ II

-   Patrzcie,   to   córka   Marii...   Spójrzcie,   jak   wysoko   zadziera   nosa!   Można   by 

myśleć, że jest właścicielką przynajmniej połowy parafii, a nie nędzną córką kata...

- Oto młoda Maryjka! Rzadki widok! Ale za to jaki!

- Te czarne włosy... Ładna dziewczyna, nie ma co. Jeszcze bardziej podobna do 

czarownicy niż matka, rzeczywiście... brakuje tylko tego czarnego kota, którego ludzie 

widywali, jak ssie pierś jej matki...

-   To   Maria,   córka   Marii.   Dumna   dziewczyna!   Zobaczycie,   że   wyrośnie   na 

wyjątkową kobietę...

Na   kościelnym   cmentarzu   to   wznosił   się,   to   opadał   szum   głosów,   setki   słów 

zawisły ponad tłumem niczym obłok, ale trudno było rozróżnić, co kto mówi. Ludzie 

dyskutowali o jesiennych zbiorach, narzekali na podatki, roztrząsali dzisiejszą Ewangelię, 

przede wszystkim jednak żartowali i śmiali się w oczekiwaniu nadchodzącej radości. 

Sam pastor zebrał wokół siebie tuż przy wejściu do kościoła gromadkę ubranych  na 

czarno mężczyzn i ich ponurych żon, stali teraz pogrążeni w cichej rozmowie, poważni, 

twarze mieli nieprzeniknione.

Zdjęci  grozą   dziwili  się  tej  lekkomyślności,  która   równie  pewnie   jak  wieczór 

miała ogarnąć tłum zebranych przed kościołem ludzi.

Gjertrud i Maryjka ukłoniły się uprzejmie pełnemu godności zgromadzeniu przy 

schodach,   lecz   pośpieszyły   dalej.   U   stóp   kościelnego   wzgórza   słychać   było   perliste 

śmiechy   kobiet   i   strzępy   rubasznych   żartów   mężczyzn.   Tam   też   było   dużo   bardziej 

kolorowo,   zwłaszcza   kobiety   ustroiły   się   w   swoje   najpiękniejsze   ubrania.   Barwne 

wstążki, haftowane wełniane staniki, tu i tam lśniąca zapinka z najprawdziwszego srebra. 

Zielone   spódnice,   czarne   spódnice,   spódnice   w   kratę   i   spódnice   ozdobione   pasami 

haftowanych   róż.   Młode   dziewczyny   z   wplecionymi   we   włosy  pięknymi   wstążkami, 

mężatki w swoich charakterystycznych  czepkach. Niektóre z nich nosiły usztywnione 

czepce z czystego białego lnu.

Wdowa po lensmanie Stedje, stara pani Hilda, należała do takich, które właśnie w 

ten   sposób   demonstrują   swój   dostatek.   Stała   w   centrum   dużej   grupy   kobiet 

rozmawiających o daniach, które będzie się serwować dzisiejszego wieczoru. Była tam 

background image

też  wdowa   po  pomocniku  kowala,   trzymała  się   zdumiewająco   dobrze.  Jej  dzieci   już 

dorosły, ona sama ponownie wyszła za mąż za żołnierza, który sprowadził się do wsi. 

Gjertrud   wiedziała,   że   ta   kobieta   odegrała   kiedyś   przypadkiem   ważną   rolę   w   życiu 

Randara i Marii. To jej zmarły mąż zamordował ojca Randara...

Jak to dobrze, że Maryjka o tym nie wie. To jej wciąż płonące pragnienie zemsty 

mogłoby   sprawić,   że   zaatakowałaby   niczemu   niewinną,   obdarzoną   dobrym   sercem 

kobietę...

Nie, skąd... Na pewno by niczego takiego nie zrobiła. Gjertrud wiedziała, że to 

niesprawiedliwie tak myśleć. Maryjka była może trochę zbyt wybuchowa i gwałtowna, 

za bardzo ulegała swojemu pragnieniu wyrównania rachunków. Ale to przecież młoda 

dziewczyna. Życie nauczy ją, że nie wszystko jest albo czarne, albo białe, że należy 

dostrzegać  więcej odcieni...  Gjertrud spoglądała  ukradkiem na młodą  osobę u swego 

boku,   zauważyła,   jak   tamta   bez   nieśmiałości   i   lęku   odwzajemnia   teraz   przeciągłe 

spojrzenia   mężczyzn.   Uśmiechała   się   do   nich,   ciepło   i   szczerze,   zarazem   jednak   z 

wyraźnie   widoczną   rezerwą.   Wprawiała   ich   w   zakłopotanie,   nie   wiedzieli,   jak   się 

zachować. Ciepło jej uśmiechu pobudzało ich, ale kryjące się w nim coś jeszcze, jakby 

ostrzeżenie, zmuszało do zachowania dystansu.

-   Chodź,   moje   dziecko,   pójdziemy   do   Sunnivy.   Już   dawno   z   nią   nie 

rozmawiałyśmy, a twoja siostra ma z pewnością do opowiedzenia wiele nowin ze wsi!

- Ale ona stoi razem z Andreasem Hof... On był wśród tych, którzy najgłośniej 

rozprawiali o grzechach mamy...

Gjertrud westchnęła.

- Dziecko  kochane, musimy  próbować się od tego uwolnić, zostawić za sobą 

dawne sprawy. Jeśli wciąż będziemy roztrząsać to, co się stało, to wieś też o tym nie 

zapomni. Spróbuj... spróbuj unieść głowę i uśmiechnąć się do niego. Zobaczysz wtedy, 

że...

- Mowy nie ma! Ja wiem, po czyjej stronie on stoi. Nie zdradzę matki, nie będę 

się uśmiechać ani mizdrzyć do jej wrogów.

Gjertrud, zmęczona, dała za wygraną.

-   Dobrze,   w   takim   razie   przyprowadzę   Sunnive   i   Bjornara   tutaj.   Bo   chyba 

chciałabyś porozmawiać ze swoją jedyną siostrą?

background image

Maryjka ledwo dostrzegalnie skinęła głową.

Gjertrud   wiedziała,   że   obie   siostry   jeszcze   się   tak   naprawdę   ze   sobą   nie 

zaprzyjaźniły. Dzieliło je zbyt wiele lat, zbyt wiele doświadczeń. Życie każdej z nich za-

czynało się w zupełnie innych warunkach, różniły się i wyglądem, i charakterem tak 

bardzo, że nikt obcy nawet by się nie domyślał pokrewieństwa.

Sunniva Gurvin, solidna, cierpliwa, znakomita gospodyni. Urodzona w dostatku 

jako młodsza córka Mogensa Skanke. Była ulubienicą ojca, ale zawsze bardzo kochała 

matkę.   Wypędzona   z   domu   dzieciństwa   przez   własną   przyrodnią   siostrę   i   jej   męża, 

nowego proboszcza. Dorastała jako pasierbica kata. W końcu, w najtrudniejszym okresie 

młodości, pozbawiona matki.

Bogu niech będą dzięki za Bjornara!

Łagodny,  mądry  mąż  Sunnivy był  jak stworzony dla niej. Oboje budowali  w 

Gurvin   poczucie   bezpieczeństwa,   ich   małżeństwo   było   niczym   opoka,   prowadzili 

gospodarstwo z wielką starannością i zapałem, nawet teściowie głośno wychwalali młodą 

gospodynię. Wzorowe gospodarstwo. Wzorowy dom. Wzorowi rodzice.

Niestety, pozbawieni dzieci.

W dziesięć miesięcy po ślubie Sunniva urodziła synka. Przeżył zaledwie dwa dni, 

po czym umarł w wyniku strasznego krwotoku. Maleństwo było chore, przyszło na ten 

świat zupełnie sine, jego oczka nie były w stanie niczego dojrzeć.

W półtora roku później Sunniva urodziła drugiego synka. Ten przeżył całe dwa 

lata,   ale   od   pierwszej   chwili   nikt   nie   wątpił,   że   jest   poważnie   chory.   Miał   tę   samą 

ciemnosiną   skórę,   taką   samą   rzadziutką   krew...   Już   w   ciągu   pierwszej   godziny   po 

urodzeniu maleństwo o mało nie zmarło, ponieważ nie można było zatrzymać strumyka 

krwi   wypływającego   z   pępowiny.   Później   jego   pieluszki   zawsze   były   zabarwione 

rozwodnioną krwią. Sunniva woziła go do wszystkich mądrych  babek i znachorek w 

okolicy,   sprowadzono   nawet   sławną   i   bardzo   zdolną   uzdrowicielkę   aż   z   Vik.   To 

kosztowało rodzinę Gurvin sporo srebra, ale dziecku nie pomogło ani trochę.

Mały Bjorn podążył za swoim starszym bratem, po którym odziedziczył też imię. 

Teraz obaj malcy spoczywali w cichym zakątku cmentarza i Sunniva zawsze pierwsze 

chwile   po   nabożeństwie   przeznaczała   na   uporządkowanie   i   ozdobienie   grobu,   ciepłą 

matczyną dłonią gładziła proste żelazne krzyże.

background image

Było jasne, że więcej dzieci nie urodzi.

Gjertrud nie wiedziała, czy małżeństwo z Gurvin dokonało takiego wyboru, czy 

coś w Sunnivie zostało uszkodzone i uczyniło ją bezpłodną. Jakkolwiek było,  młoda 

kobieta   dźwigała   ciężki   krzyż.   Młodsza   siostra,   Maryjka,   również   cierpiała,   choć   w 

porównaniu z tragedią Sunnivy zmartwienia młodej dziewczyny wydawały się blade i 

nieważne.

Siostry przywitały się serdecznie, młodsza niemal zniknęła w bujnych objęciach 

Sunnivy. Nigdy nie miała szczupłej talii, a po dzieciach jej solidnie zbudowane ciało 

uzyskało kształty, które świadczyły, że ludzie w Gurvin nie głodują. Sunniva zawsze była 

pogodna   i   nawet   zmartwienia   nie   stłumiły   w   niej   ciepła,   nie   zgasiły   życzliwego, 

otwartego spojrzenia. Parę delikatnych  zmarszczek wokół ust, kilka kurzych  łapek w 

kącikach  oczu.  Łzy wylane  po  zmarłych   dzieciach  wyżłobiły  delikatne   bruzdy w   jej 

łagodnej twarzy, Gjertrud uważała jednak, że to dodaje Sunnivie urody. Oto kobieta, 

która   wie   o   życiu   wiele.   Dzięki   Bogu   mimo   strasznych   tragedii   ma   jeszcze   swego 

ukochanego Bjornara. Rzadko która małżeńska para tak wyraźnie pokazywała otoczeniu 

swoją wspólnotę i miłość. Nigdy nie słyszano, żeby Sunniva powiedziała złe słowo o 

swoim mężu na spotkaniach kobiet przy praniu czy na modlitwach organizowanych przez 

żonę   proboszcza.   Nigdy  też   nikt   nie   widział   Bjornara   Gurvinaw   gromadzie   pijanych 

chłopów, odwiedzających nocami Kari - Wronę...

Gjertrud zastanawiała się, co Sunniva opowiedziała młodszej siostrze o swoim 

dzieciństwie. Nigdy nie słyszała, żeby Maryjka o cokolwiek pytała, była jednak pewna, 

że Mała gromadzi informacje i wypytuje siostrę, kiedy są same. Może należałoby ostrzec 

starszą, by uważała na słowa. Ostatnie, czego Maryjce potrzeba, to dolewanie oliwy do 

ognia...

Ale dzisiejszego wieczora nikt nie będzie rozmawiał o troskach i zmartwieniach, 

o zemście i zdradzie. Dziś wieczorem będzie zabawa!

Sunniva zaprosiła je obie do swego domu, gdzie czekały już stoły nakryte dla 

domowników i przyjaciół. Wynajęto również muzykanta i zaraz po północy miały się 

rozpocząć tańce. Trzeba poczekać, aż święty dzień dobiegnie końca. Na szczęście nie 

było zakazu jedzenia do syta w niedzielę, więc pozostałe godziny wszyscy zamierzali 

przeznaczyć na korzystanie z rozkoszy suto zastawionego stołu.

background image

W obszernej izbie zalegał pod sufitem gęsty dym.  Śmiechy i rozmowy blisko 

trzydziestu osób wypełniały pomieszczenie. Ludzie siedzieli na ławach wzdłuż dużego 

stołu,   przy   którego   końcach   zajęli   miejsca   Sunniva   i   Bjornar.   Niektórzy   musieli 

zadowolić się stołkami i pieńkami ustawionymi pod ścianami, ale to nie miało żadnego 

znaczenia.   Wszystkich   obsługiwano   tak   samo,   a   piwo,   chłodne   i   słodkie,   płynęło 

nieprzerwanym strumieniem z siedmiu beczek w piwnicy. Bjornar znany był we wsi jako 

ten, który warzy smakowite piwo, nie tak mocne, jak by może niektórzy sobie życzyli, za 

to niezwykle smaczne i dojrzale. Kobiety cieszyły się, że mężowie mogą je pić w wiel-

kich ilościach i nie pospadają pod stół.

Gjertrud   siedziała   pomiędzy   nowo   przybyłym   do   wsi   komornikiem   a 

najmłodszym synem wuja Bjornara. Maryjkę posadzono u boku Sunnivy w otoczeniu 

młodych mężczyzn. Prześcigali się oni w usługiwaniu jej, dolewali do kufla i podsuwali 

smakołyki. Podawano gotowane warzywa, między innymi groch, kiszoną kapustę z mnó-

stwem kminku, marchew w delikatnym mlecznym sosie oraz miękką, słodką, duszoną w 

maśle   cebulę.   Z   mięs   przygotowano   baraninę   i   drób,   większość   półmisków   jednak 

wypełniono kawałkami świeżej i solonej wieprzowiny. Goście wprost nie byli w stanie 

wyrazić podziwu nad hojnością gospodarzy, stoły zastawiono tak, jakby nigdy nie trzeba 

było myśleć ani o dniu jutrzejszym, ani o stojącej już u drzwi zimie.

Usta poruszały się miarowo, rozkoszując się jedzeniem, żołądki napełniały się i 

pęczniały,  uczucie  wszechogarniającej  sytości  przenikało  członki,  ludzie  starali się je 

dobrze zapamiętać. Takie posiłki można będzie wspominać w głodne wieczory, jakie z 

pewnością nadejdą po świętach Bożego Narodzenia, kiedy pojemniki na ziarno i beczki z 

mięsem zaczną świecić pustymi dnami...

Wielu przemawiało na cześć gospodarzy, niektórzy dbali, by przytoczyć  jedno 

czy drugie słowo z Biblii. Z wolna noc stawała się coraz ciemniejsza i tony harmonii 

rozpalały ogień w sytym już zgromadzeniu.

Wkrótce podłoga trzęsła się pod przytupującymi nogami, muzyka poprzez uszy 

docierała do serca i ożywiała tańczące stopy.

Kawalerowie Maryjki ustawiali się w kolejce. Każdemu ofiarowała jeden taniec, 

w końcu jednak podziękowała i z uczuciem ulgi wymknęła się na dwór, gdzie niczym 

ryba wyrzucona na brzeg wciągała zimne, świeże powietrze.

background image

Ależ zaduch w tej izbie!

Nie przywykła  do tłumnych  zgromadzeń.  I chyba  nic dziwnego,  tego rodzaju 

okazje w jej życiu można było policzyć na palcach jednej ręki. Przeważnie siedziały w 

domu same, ona i Gjertrud, czasami tylko zdarzali się jacyś goście.

Grube ściany z drewnianych bali tłumiły dźwięki pieśni, tupot tańczących nóg i 

żałosne zawodzenie harmonii, mimo to odgłosy zabawy wdzierały się do uszu Maryjki. 

Powoli zaczęła się więc oddalać od domu ku zabudowaniom gospodarskim. Tam również 

panował   niepokój,   zwierzęta   najwyraźniej   nie   lubiły   tych   niezwyczajnych   hałasów 

docierających z izby. Krowy porykiwały od czasu do czasu przeciągle, jakby pytały, co 

to   się   dzieje.   Owce   beczały   spłoszone.   Maryjka   otworzyła   drzwi,   obejrzała   się 

pospiesznie przez ramię i weszła do środka. Lubiła szukać spokoju przy zwierzętach, 

często zachodziła do swojej małej obórki i głaskała miękkie owcze futra, które tak roz-

kosznie grzały.

Tutaj panował mrok. Maryjka po omacku szła naprzód, odnalazła latarkę, ale nie 

miała czym skrzesać ognia. Zmieniła więc plany, zamknęła za sobą drzwi. Nagle drgnęła, 

gdy na podwórzu za nią rozległy się kroki.

Zobaczyła ciemną, wysoką postać.

Dostrzegała jedynie zarys sylwetki obcego, widziała jednak, że to rosły, brodaty 

mężczyzna. Na głowie miał charakterystyczny kapelusz z szerokim rondem. Niósł coś na 

plecach, prawdopodobnie worek.

Utykał   lekko   na   jedną   nogę,   pociągał   nią,   przez   co   jego   chód   łatwo   było 

rozpoznać.

- Ole! Ole - Miedziak, czy to ty?

Mężczyzna odwrócił się wolno, Maryjka była pewna, że się uśmiecha. Podbiegła 

do niego, nie miała już żadnych wątpliwości.

Ole   Seiderstad   przyjechał!   Ten   włóczęga,   ten   ogromny,   niezwykły   człowiek, 

który żył inaczej niż inni, odrzucał powszechnie przyjęte obyczaje. Mimo to był akcep-

towany. Podziwiano jego odwagę, jego czyny i zdolność robienia wspaniałych interesów 

niemal z każdym. Jeśli ktoś chciał być pewien, że dostanie najlepszą cenę za skóry lub 

płótno wysłane do miasta, powinien zatroszczyć się o to, by jego towary sprzedawał Ole - 

Miedziak. Ole pozbawiony był wszelkiej pychy i wyniosłości, podejmował się również 

background image

brudnych robót. Na przykład przewożenia zwłok... To dlatego jego wielka czarna łódź 

budziła   lęk   i   napełniała   przerażeniem   dzieci   kryjące   się   za   matczynymi   spódnicami. 

Maryjka nigdy nie uważała, że w Olem jest coś tajemniczego lub nieprzyjemnego, bardzo 

jej się jednak podobało, że inni tak myślą. Od najwcześniejszego dzieciństwa wspinała 

się   temu   niezwykłemu   mężczyźnie   na   kolana   natychmiast,   gdy   tylko   przybył   do 

Meisterplassen. Wiedziała, że jest to przyjaciel taty. Że był również przyjacielem mamy. 

Szczerze   mówiąc,   przyjaźnił   się   też   z   babcią   Liv   kiedyś   bardzo   dawno   temu,   kiedy 

babcia była jeszcze prawie dzieckiem...

Ile   on   może   teraz   mieć   lat?   Co   najmniej   osiemdziesiąt   albo   i   więcej,   uznała 

Maryjka.   Kiedy   jednak   zarzuciła   mu   ręce   na   szyję   i   stanęła   na   palcach,   po   jego 

niedźwiedzim uścisku poczuła, że Ole wciąż jeszcze posiada muskuły i krzepę, której 

mógłby mu pozazdrościć o dwadzieścia lat młodszy człowiek.

- Co za radość, że ty też tu jesteś, Ole! Nie widziałam cię co najmniej od pół roku. 

Masz dużo nowin do opowiedzenia? Byłeś w Bergen? A może w... Lyster?

Maryjka zawsze z wielkim zainteresowaniem słuchała relacji z wypraw Olego.

- No, no, maleńka, pozwól mi chociaż zdjąć worek z pleców, zanim zasypiesz 

mnie   swoimi   pytaniami.   Pamiętaj,  że  jestem  starym   człowiekiem!  Oczywiście,   oczy-

wiście, mam do opowiedzenia to i owo, najpierw jednak chciałbym spróbować pysznego 

świeżego mięsa z grochem, które przyrządza Sunniva! Mmm... pachnie rozkosznie...

- Pytanie tylko, czy została jeszcze chociaż odrobina po tej gromadzie kruków, 

która się tutaj pożywiała - odparła Maryjka z pogardą.

Ole wybuchnął śmiechem.

- Ha! Kiedy twoja siostra zaprasza gości, w misach nigdy nie zobaczysz dna! A 

poza tym odłożyła pewnie jaką kość dla mnie, wiedziała, że wkrótce znajdę się w tej 

okolicy.

Zanim   zdążył   dokończyć   zdanie,   drzwi   domu   otworzyły   się   jak   szeroko   i   na 

progu, w świetle płynącym z izby, stanęła Sunniva, duża i zarumieniona.

- Ole! Witaj, stary przyjacielu! I niech Bóg ma cię w opiece!

-   Dziękuję,   Sunnivo,   dziękuję,   moja   kochana.   Jaka   jesteś   piękna   dzisiejszego 

wieczoru, policzki płoną ci jak w dniu, kiedy byłaś panną młodą. Jesteś równie urodzi-

wa... Nie, co ja mówię, jesteś jeszcze ładniejsza!

background image

Sunniva śmiała się, z radością przyjmowała komplementy gościa i poprowadziła 

go za sobą do izby. Jej okrągłe ramiona nie zapomniały o Maryjce, ona również została 

wciągnięta  do środka. Otoczył  ją zapach jedzenia, ludzkiego  potu, nie słyszała głosu 

siostry, bo wszystko zagłuszały śpiewy i taneczne przytupywania.

Dźwięki zabawy dawno umilkły. Ostatni wielbiciel Maryjki dał za wygraną. Misy 

zostały   opróżnione   i   dokładnie   wymyte.   Zamieciona   podłoga   pachniała   świeżym 

jałowcem. Na palenisku spokojnie dopalał się ogień.

Wschodnia   połowa   nieba   pojaśniała,   wkrótce   zaróżowi   się   blaskiem   poranka. 

Było chłodno, to najzimniejsza noc tej jesieni. Przymrozki na Michała to zły znak...

Sunniva siedziała wygodnie oparta na pięknej rozkładanej sofie. Głowa Maryjki 

spoczywała na jej ramieniu. W łóżku pod ścianą ciężko oddychał śpiący Bjornar. Od 

czasu   do   czasu   pochrapywał   cicho,   co   Maryjce   przypominało   mruczenie   wielkiego 

zadowolonego kota.

Gjertrud też z pewnością spała na którymś  z posłań rozłożonych dla gości na 

strychu i w zabudowaniach gospodarskich.

Święto dobiegło końca.

Obie siostry rozkoszowały się chwilą całkowitego spokoju.

Maryjka nigdy nie siedziała tak blisko Sunnivy, ale dzisiejszej nocy wydawało się 

to  całkiem  naturalne.  Dzisiaj  nareszcie  obie siostry naprawdę  się nawzajem poznały. 

Siostrami były zawsze, ale teraz obie są kobietami, już nie kobieta i dziecko jak dawniej, 

ale kobieta i kobieta. W oczach Sunnivy mieniły się łzy, kiedy z miłością wolno gładziła 

długie, czarne włosy siostry.

Maryjka zaś czuła, że dzisiejszej nocy otrzymała wiele nowych, bardzo ważnych 

fragmentów   wizerunku   swojej   matki.   Obraz   pastora   z   Lyster   stał   się   jeszcze 

straszniejszy.

Tylko że Sunniva nawet się nie domyślała, co krąży po głowie młodszej siostry. 

Nie wiedziała, że każde słowo o tęsknocie i żalu karmi to wciąż się rozrastające czarne 

zwierzą, które owładnęło myślami Małej.

Zwierzę o wielu głowach.

Sprawiedliwość, żal, złość, gniew, nienawiść i tęsknota.

Zemsta.

background image

A na grzbiecie tego potwora siedzi jej młodsza siostra i kieruje nim za pomocą 

lejc wykonanych z samotności.

Jesień odeszła, nastała zima, ale ciepła i niegroźna. Ludzie zaczynali gadać, że 

dawne znaki tym razem się nie sprawdzają, jednak w listopadzie przyszły i mrozy,  i 

śniegi. Fiord poszarzał, woda przy brzegach zamarzała  bardzo szybko.  Na dole przy 

starym   nabrzeżu   Meisterplassen   łódź   została   uwięziona   w   lodzie.   Kiedy   nareszcie 

kobiety zdołały wyciągnąć ją na ląd, w deskach burt ukazały się paskudne pęknięcia.

Dni stawały się coraz krótsze, zimno było zbyt wielkie, żeby pracować na dworze. 

Gjertrud całe dnie spędzała przy wrzecionie. Szarobiała wełna przesuwała się między jej 

palcami,  tworząc   mocną,   twardą  nić.   W  domu  było  też  sporo  farbowanej   wełny,   bo 

Maryjka   eksperymentowała   z   ziołowymi   farbami   swojej   matki.   Rezultaty   bywały 

niekiedy naprawdę znakomite. Teraz często stała nad naczyniem pełnym ługu i ugniatała 

wełnę palcami. Rozskubywała poszczególne włókna, układała suchą wełnę na podkładce, 

moczyła i znowu ugniatała tak, że o mało nie pozdzierała sobie skóry z rąk. Powoli z tego 

wszystkiego wyłaniał się kształt mocno sfilcowanej skarpety. Maryjka produkowała ich 

wiele.   Po   starannym   wymodelowaniu   przyszywała   do   stóp   skórzane   podeszwy. 

Powstawały z tego wygodne, ciepłe domowe buty, w których można też było chodzić po 

śniegu. Sfilcowana wełna znakomicie  chroniła przed mrozem.  A kiedy się podeszwy 

nasyciło tłuszczem, można było w nich chodzić również po mokrym.

Zawsze ktoś  chciał  kupić tego rodzaju wyroby,  zwłaszcza jeśli były  starannie 

wykonane i na dodatek ładnie ozdobione. Maryjka haftowała szare skarpety kolorową 

wełną lub obrabiała nią ich brzegi.

Ogień trzaskał w piecu ustawionym w rogu izby. Na palenisku pośrodku leżał 

tylko  popiół. Dwie lampy oświetlały pracujące  kobiety.  Dwie pary rąk poruszały się 

szybko i pewnie. Było coś swojskiego i bezpiecznego w tych dobrze znanych ruchach, w 

furkocie wrzeciona Gjertrud i w pochlupywaniu wody, w której Maryjka moczyła wełnę. 

Po jakimś czasie to ona przerwała milczenie i czterema wypowiedzianymi cicho słowami 

sprawiła, że panujący w domu spokój ulotnił się bez śladu.

- Zamierzam pojechać do Lyster.

Gjertrud zastygła w bezruchu, wełna się splątała, turkoczące wrzeciono wyleciało 

w górę, zataczając w powietrzu łuk. Nić pękła z trzaskiem.

background image

- Nie mówisz tego poważnie! Co masz zamiar tam robić?

Najpierw Maryjka nie odpowiedziała, zdawała sobie sprawę, że to zbyt trudne do 

wyjaśnienia.

- Ja... Ja myślę ostatnio dużo o tym, co zrobiono mojej matce. Myślę, że mam do 

spłacenia dług, że powinnam się policzyć... Pastor... on dopuścił się wobec nas wielkiej 

niesprawiedliwości.   Gdyby   nie   on,   to   mama   wciąż   mieszkałaby   tutaj.   Tata   również. 

Mogliśmy być tacy szczęśliwi...

- Tego nie wiesz. Nikt nie wie takich rzeczy. To, co się z nami dzieje, nie zależy 

od pojedynczego człowieka...

- Kto w takim razie ponosi odpowiedzialność za wszystkie nieszczęścia, jakie 

dotknęły naszą rodzinę? Bóg?

Oczy Gjertrud pociemniały.

- Nie mów tak, dziecko! Ty bluźnisz! Gdyby twoja matka słyszała...

- I o to właśnie chodzi, Gjertrud. Chodzi o to, że moja matka nie może tego 

usłyszeć! Mogę kląć tak, że aż się będzie świecić, miotać wszystkie piekielne przekleń-

stwa i na księży, i na urzędników, ściągać wstyd na siebie i na innych, zachowywać się 

tak, jakbym była najstraszniejszą czarownicą, a mama i tak niczego nie usłyszy, o niczym 

się nie dowie! Dlatego, że pastor wysłał ją za karę do tego obozu, że zniszczył życie i jej, 

i naszej rodzinie. I tobie też!

Gjertrud pochyliła głowę, zacisnęła zęby tak, że Maryjka usłyszała zgrzyt. Starsza 

kobieta wiedziała, że gniewem nic nie osiągnie. Maryjka była  zdecydowana. Jest już 

prawie dorosła. Latem skończyła szesnaście lat. Czas pozwolić jej na więcej. Chociaż z 

drugiej strony, to przecież jeszcze dziecko! Wciąż zachowała dziecięcą zdolność do życia 

w czasie teraźniejszym, widzenia tego, co chce widzieć, i zapominania o nieprzyjemnych 

zakazach.

W żadnym razie to dziecko nie mogło samo wybrać się do Lyster. Taka młoda 

dziewczyna, podróżująca na własną rękę? Może mogłaby znaleźć sobie miejsce w jakimś 

gospodarstwie, zdarzało się przecież, że biedni ludzie wędrowali od dworu do dworu w 

poszukiwaniu pracy. Ale to nie jest życie dla jej Maryjki. To wysiłek, o którym ona nie 

ma nawet pojęcia. Długie dni pracy tutaj w domu mogłyby się wydawać niedzielnym 

odpoczynkiem w porównaniu z obowiązkami służącej.

background image

- Tak wielu rzeczy o życiu jeszcze nie wiesz, Maryjko.

- Ale wiem bardzo dużo. I nie powstrzymasz mnie przed wyjazdem do Lyster. 

Muszę zobaczyć tego człowieka, muszę spojrzeć mu w oczy. Muszę się dowiedzieć, czy 

on żałuje, czy uznał, jak wielki grzech popełnił. Jeśli tak jest, odzyskam spokój.

- Czy zamierzasz zmusić go, by cię przeprosił, ten potężny proboszcz wielkiej 

parafii?

Gjertrud nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać wobec takiej naiwności.

- Oczywiście, że nie. W ogóle nie zamierzam go o nic prosić ani do niczego 

przymuszać. Kiedy go już nareszcie spotkam, chciałabym się po prostu dowiedzieć, czy 

jest złym człowiekiem, który w ogóle nie myśli o skrzywdzonych przez siebie ludziach. 

Muszę zobaczyć...

- A co chcesz zrobić, jeśli okaże się, że on jest równie straszny i okrutny, jak to 

sobie wyobrażasz?

Maryjka zamyśliła się na chwilę. Woda wokół jej rąk zdążyła wystygnąć. Potem 

uśmiechnęła się do Gjertrud.

- W takim razie zatruję mu ostatnie chwile. Nie wiem, w jaki sposób, ale zrobię 

to. Stanę się jego zmorą, choćby mnie to miało kosztować życie.

I właśnie tego Gjertrud się obawiała. Tutaj jednak rozum i rozsądek na nic się nie 

zdadzą. Mimo to spróbowała po raz ostatni:

- Kiedy on się domyśli, kim jesteś... Może się to dla ciebie skończyć źle, wyśle cię 

po prostu do lochu lensmana!

- On się nie dowie, kim jestem... przynajmniej dopóki nie będzie leżał u moich 

stóp i nie zobaczy uniesionego miecza anioła zemsty!

Młoda dziewczyna machała rękami tak, że woda rozpryskiwała się na wszystkie 

strony.  Gjertrud zesztywniała  ze strachu. Przerażały ją niewymownie  te płomienie w 

oczach Maryjki, dzikość młodego, silnego ciała. Śmiałe słowa dziewczyny, jej pewność 

siebie, dziecinna wiara we własne siły.

Świat nie jest taki prosty. Nie jest tak, że krzywdę biednych ludzi można pomścić 

i naprawić. Trzeba żyć wśród bliźnich i być przygotowanym  na to, że pewnego dnia 

człowiek   stanie   bezbronny   i   pozbawiony   wszystkiego   wobec   potężnych   panów, 

powołanych do rządzenia Bożą ziemią i tym królewskim krajem.

background image

Ale głowa Maryjki nie została widocznie stworzona dla rozsądku i rozumnych 

myśli.

Gjertrud musiała pomyśleć o młodym rebeliancie, który działał w ich okolicy.

O człowieku nazwiskiem Nils Kvithovud. Gdyby Maryjka dowiedziała się o nim i 

jego ideach, mogłoby to doprowadzić do strasznej katastrofy. Bo to właśnie mężczyzna, 

który mógłby wzbudzić zachwyt w jej ukochanej Maryjce. Dziewczyna była niezwykle 

łatwą zdobyczą dla kogoś takiego, a on z pewnością potrzebuje ludzi do pomocy. Poza 

tym tacy mężczyźni zawsze podobają się kobietom.

Zanim się Gjertrud spostrzegła, usłyszała gdzieś w głębi duszy cichutki, drżący, 

kuszący głosik. Jakie by to było podniecające zobaczyć rodzinne strony Marii, miejsce, w 

którym się urodziła i gdzie mieszkała przez wiele lat. Matka Maryjki przyszła na świat w 

Lyster,  we  dworze  o  nazwie  Solgarden.  Mieszkali   tam  dobrzy i  sympatyczni  ludzie. 

Później Maria wróciła do wsi ze swoją matką, ale tylko na krótko, wreszcie jako młoda 

dziewczyna zaczęła pobierać nauki u pastora. On nauczył ją sztuki czytania oraz wielu 

innych sztuk... W końcu została jego żoną. Urodziła mu Sunnive oraz jej bliźniaczego 

brata, chłopczyka, który niestety wcześnie zmarł. Więcej Gjertrud nie wiedziała. Maria 

opowiadała, ale ona zapamiętała jedynie  oderwane fragmenty.  Jakieś nazwiska, opisy 

miejsc, opowieści o dawnych wydarzeniach.

Rodzinna wieś zajmowała ważne miejsce w sercu Marii, nawet potem, gdy nowy 

pastor nastawił ludzi przeciwko niej. Dawniejsi przyjaciele zdradzili, odwrócili się od 

niej plecami. Ale góry, zielone wody fiordu, urodzajna okolica u stóp lodowca... Maria 

kochała Lyster. Gjertrud wiedziała, że podobałoby się jej to, iż córka pozna to wszystko. 

Że zobaczy zagrodę wysoko w górach, skąd pochodzi jej ród.

- Nie mogę cię przecież przywiązać tutaj do jakiejś brzozy. Jeśli zechcesz, i tak 

pojedziesz - powiedziała w końcu Gjertrud ze smutkiem.

- Pojedziesz ze mną?

Mała nie traciła czasu na zbędne pytania. Zmierzała prosto do celu.

Gjertrud po prostu fizycznie odczuwała, że niebieskie oczy tamtej zniewalają ją 

całkowicie. Była tak bardzo przywiązana do tego dziecka. Chociaż rozsądek protestował 

gwałtownie, ostrzegał przed niebezpieczeństwem, przed wielkim niebezpieczeństwem. 

Mimo   wszystko  wiedziała,   że  nie   ma   odwrotu.   Gjertrud  czuła  się  zupełnie  bezradna 

background image

wobec   takiej   siły   woli.   Znowu   ujęła   wrzeciono,   zaczęła   skręcać   wełnę   palcami, 

próbowała wprawić narzędzie w ruch. Musiała czymś zająć ręce.

-   Tak.   Oczywiście,   że   pojadę.   Obiecałam   twojej   matce,   że   będę   się   tobą 

opiekować... Ale wiedz, że mi się to nie podoba. Boję się, że skończy się to dla ciebie źle.

- Gjertrud, nie trzeba wszystkiego widzieć w takich czarnych barwach!

Gjertrud   po   raz   chyba   tysięczny   odsunęła   od   siebie   wspomnienie   narodzin 

Maryjki. Ona wiedziała o tym już wtedy. Nosiła to w sobie jako złe przeczucie. Małą 

odebrał Randar. Ani on, ani Maria nie chcieli budzić Gjertrud. I pępowinę dziewczynki 

odcięto   nożem.   To   właśnie   dało   jej   tę   wojowniczość,   która   bywa   właściwa   raczej 

chłopcom niż dziewczynkom. Stąd biorą się te jej myśli o zemście i o walce, o honorze...

Maryjka podeszła do niej, uśmiechnięta i słodka niczym syty kociak. Wygrała. 

Objęła i przytuliła do siebie istotę, która ją wychowała.

- Najpierw wybierzemy się tam jako dwie szukające pracy kobiety. Poznamy wieś 

trochę bliżej... Może dowiemy się, jakich wrogów ma pastor... Wtedy postanowimy, co 

dalej. Ale obiecuję ci, że będę ostrożna. Potrafię być bardzo cierpliwa, jeśli chodzi o...

Gjertrud   miała   co   do   tego   poważne   wątpliwości.   Pozwalała   się   jednak 

przekonywać łagodnemu tonowi Maryjki, jej zwyczajnym słowom.

Może   ta   szalona   dziewczyna   odzyska   trochę   spokoju,   kiedy   pozna   upiory 

przeszłości i zobaczy,  że demonizowany przez nią pastor jest po prostu zwyczajnym 

wiejskim   proboszczem?   Może   zechce   zapomnieć   o   zemście,   a   znajdzie   coś   innego, 

czemu się poświęci? Ale będzie oczywiście trudno, dużo trudniej niż Maryjka jest w 

stanie sobie wyobrazić: Może będą głodować, może nie znajdą pracy? Jest przecież zima, 

we dworach mają dosyć gąb do karmienia. To nie najwłaściwsza pora na szukanie pracy. 

Może   nawet   zostaną   przepędzone   ze   wsi,   uznane   za   rozwiązłe   kobiety   albo 

przestępczynie?

Gjertrud   westchnęła.   Wrzeciono   warkotało.   Maryjka   nuciła   piosenkę,   którą 

muzykant grał na zakończenie jesiennego święta.

...gdybyś wiedział, co ci dzień przyniesie, to chyba byś nigdy na mnie nie spojrzał.  

Bo moje serce jest jak ptak na niebie, którego nikt dotychczas nie pojmał...

background image

ROZDZIAŁ III

Ole   słuchał   wyznań   Maryjki   bez   mrugnięcia   powieką.   Oczy   dziewczyny 

rozgorzały ponownie tak, jak Gjertrud się tego bała, ból palił starszą kobietę w piersiach 

niczym rozżarzone żelazo przyłożone do rany. Gjertrud nie miała odwagi nawet spojrzeć 

na Olego, nie chciała być świadkiem wybuchu, który musiał nastąpić. Ole należał do 

ludzi  mówiących  bez   ogródek,  co  myślą.   Posiadał  większą   siłę  woli   niż  inni,  nawet 

Maryjka. Gjertrud miała nadzieję, że spróbuje zastopować plany dziewczyny, postara się 

nakłonić ją, by została w domu ojca. Któż inny, jak nie Ole mógłby to zrobić?

Jedyny przyjaciel Randara!

Wierny pomocnik Marii!

Ale Maryjka miała możność wygadać się i wyrzucić z siebie wszystko, zanim 

stary człowiek w końcu odchrząknął i złożył swoje szorstkie, pokryte bliznami dłonie na 

stole. Siedział długo i tylko na nią patrzył. Maryjka niecierpliwie wierciła się na swoim 

miejscu,   bardzo   chciała   usłyszeć   z   jego   ust   pochwałę,   dowiedzieć   się,   że   wszystko 

zaplanowała jak trzeba.

Była pewna, że Ole ją zrozumie!

Ole, który boleśnie  przeżył  całe  nieszczęście  jej  matki, który w  dodatku  znał 

podłego pastora tak dobrze, że sam go nienawidził! Położyła swoje małe, delikatne dłonie 

na jego wielkich rękach. Popędzała go. Uśmiechała się zdenerwowana, patrząc w jego 

ciemne, trochę już zmącone oczy. Stwierdziła, że mają tę samą barwę jak wtedy, kiedy 

Ole się nie gniewa.

- Nooo... więc to z takimi myślami się borykasz, moje dziecko.

Mówił teraz stary człowiek.

Gjertrud uniosła wzrok. Maryjka bez słowa wpatrywała się w Olego.

Spodziewała się głośnego poparcia albo gwałtownego, gniewnego protestu. Jak 

większość   dorosłych,   jak   Gjertrud,   Ole   mógł   bać   się   występowania   przeciwko   po-

stawionym wyżej. Chociaż nie bardzo w to wierzyła.

Ale oto on siedzi z powagą i smutkiem w oczach, na widok którego Maryjka 

zamarła. Zapał i nienawiść w niej zgasły, proste słowa Olego były niczym kubeł zimnej 

wody. Ogarniało ją rozczarowanie. Miała nadzieję...

background image

Wciągnęła powietrze, by zacząć nową tyradę, chciała pokazać, że nie zamierza 

zrezygnować. Lecz Ole powstrzymał ją jednym delikatnym ruchem dłoni.

- Biedne dziecko. Tyle o tym wszystkim myślałaś. Miałaś...

- Ja też wiele razy jej mówiłam, ale... Uciszył również Gjertrud.

- Pozwólcie, że opowiem wam o Randarze. O czasach, kiedy zamordowano jego 

ojca, i o tym, co nienawiść może z człowiekiem zrobić.

I Ole opowiedział o ślepej nienawiści Randara do morderców przybranego ojca, o 

nieprzytomnym pragnieniu zemsty, o śmierci i krwawej, strasznej krzywdzie, jaką akt 

zemsty wyrządza. Krzywdzie, która rozprzestrzenia się niczym niekontrolowane kręgi na 

wodzie.

- Randar utracił swoją ukochaną dlatego, że wybrał zemstę. I tylko cudem na 

powrót ją odzyskał. Twój ojciec dostał wtedy od życia bolesną lekcję, Maryjko. Wiem, 

że   teraz   by   płakał,   gdyby   wiedział,   że   zamierzasz   zniszczyć   siebie   przez   to   ślepe 

pragnienie odwetu.

Maryjka zastanawiała się. Opowieść wywarła na niej silne wrażenie. Po chwili 

jednak znowu w oczach pojawił się ten niebezpieczny błysk.

- Może tata nie miał odwagi? Nie był tchórzliwy, tego nie mówię, bo kocham go i 

podziwiam ciągle tak samo, jak wtedy, kiedy miałam pięć lat... Ale on nie mógł. Jeśli 

chodzi o niego, sprawy zaszły za daleko. A ja jestem jego jedyną następczynią. Muszę 

wypełnić swój obowiązek.

Patrzyła   im   obojgu   prosto   w   oczy,   upór   niczym   biały   płomień   czaił   się   w 

niebieskim spojrzeniu. Najdłużej i z największym uporem patrzyła na Olego.

- A co by było, gdybym była ich synem? Czyż wtedy honor by mi nie nakazywał 

walczyć z niesprawiedliwością i zapewnić memu potomstwu dobre imię oraz wszystko, 

co mu się prawnie należy? Ten człowiek ukradł mojej matce trzy majątki i mnóstwo 

innego bogactwa...

Ole milczał. Po raz pierwszy nie wiedział, co powiedzieć. Czuł, że dziewczyna 

ma rację. Ale przecież Maryjka nie jest mężczyzną! I nic się na to nie poradzi. Ole 

zdawał sobie sprawę, że nic nie rozpaliłoby tej furii bardziej niż powoływanie się na jej 

płeć i mówienie, co dziewczyna może, a czego nie powinna robić. Jej matka też była 

taka... Pamiętał dobrze to opalone dziecko, które wspinało się na drzewa i skały, ubrane 

background image

w spodnie przyrodniego brata...

Gjertrud nie powiedziała już ani słowa.

- O tej porze roku nie znajdziecie nigdzie pracy. Nikt nie chce mieć zbyt wielu 

gąb do karmienia, gdy surowa zima  puka do drzwi. Będziecie  chodzić  od dworu do 

dworu jak żebraczki, najwyżej pozwolą wam nocować na sianie albo w stajniach... Nie, 

tak nie można.

Ole   mówił   cicho,   był   zmęczony   tą   rozmową.   Gjertrud   również   siedziała 

zmartwiona, lecz Maryjka nie chciała niczego zrozumieć.

- Ze mną nie możecie raczej jechać, skoro tak się sprawy mają... Jeśli naprawdę 

zdecydowałaś się odszukać tego pastora. Ale możecie mieszkać u Kari Hjelme. Ja... ja 

często się tam zatrzymuję. Ona jest... moją przyjaciółką. Musisz mi jednak coś obiecać, 

Maryjko.   Musisz   mi   obiecać,   że   będziesz   działać   ostrożnie.   Jak   rozumiem,   chcesz 

znaleźć wrogów pana Revelina. Ale trzeba ci wiedzieć, że on ma również potężnych 

przyjaciół. I jeśli stwierdzę, że wdajesz się w coś, co mogłoby zniszczyć twoje życie, to 

zwiążę cię i na dnie łodzi przywiozę z powrotem do domu, jak niepoprawne dziecko, 

którym w istocie jesteś!

- Dziękuję! Wiedziałam, że mi pomożesz! To prawda, co mówisz. Sądzę, że myśl 

o zemście pochodzi z koszmarnych snów mojego dzieciństwa. Może zmienię poglądy, 

kiedy poznam tamte okolice i ludzi, kiedy spotkam tego pastora, który zawsze był dla 

mnie uosobieniem zła.

Gjertrud zadowolona kiwała głową.

- Może zresztą wkrótce wrócę do domu, uspokojona - dodała Maryjka głośno, 

uśmiechając się tak ładnie...

-   Opowiedz   mi   o   Kari   -   prosiła   młoda   dziewczyna,   gdy   wiatr   wypełnił 

prostokątny   żagiel   łodzi   Olego   i   gnał   ich   coraz   bliżej   Lyster.   Minęli   już   zatokę 

Kaupanger i kierowali się w lewo, tam gdzie fiord dzielił się na dwie odnogi, jedna 

wiodła w kierunku Ardal, a druga ku Lyster. Tutaj wiatr nie pchał ich już z taką siłą, lecz 

Ole wiedział, że znowu nadmie żagle, gdy tylko miną przylądek Urnes. Wtedy jednak 

będą już na miejscu.

W okolicy mieszkało niewiele ludzi, zagrody rozłożyły się kręgiem wokół starego 

kościółka. To była bardzo ładna wieś. Ole miał stąd tyle pięknych wspomnień z czasów, 

background image

kiedy Marta...

Teraz jednak mieszka tam Kari.

Jego druga wielka miłość, ciepło i radość końca jego życia.

Mądra, Ole uważał, że dużo mądrzejsza od niego. A także nieskończenie bardziej 

cierpliwa. Chociaż w wielu sprawach równie porywcza jak on. Znała wolność i kochała 

ją. Była niezależna, nigdy właściwie w pełni nie odczuwała z nikim głębokiej wspólnoty. 

Życie spędziła w drodze, wciąż niespokojnie poszukiwała nowych horyzontów. Wciąż 

dokądś śpieszyła, pozbawiona jakichkolwiek więzów krwi, pozbawiona rodziny. Tak jak 

i on.

-   Kari   to   niezwykła   kobieta   -   zaczął   ostrożnie.   -   Mieszka   w   domu   Marty. 

Słyszałyście o Marcie, prawda?

Kobiety   potrząsały   głowami,   Maryjka   zmarszczyła   czoło   i   próbowała   sobie 

przypomnieć.   Gjertrud   mamrotała   coś   niewyraźnie,   że   Maria   opowiadała   kiedyś 

historię...

- Marta była najzdolniejszą uzdrowicielką w okolicy... zanim nastała Maria. To po 

Martę   ludzie   zawsze   posyłali,   kiedy   działo   się   źle,   gdy   zachorował   człowiek   albo 

zwierzę. Mówiono, że znała się na czarach... Ludzie trochę się jej bali - uśmiechał się 

Ole. Miłość i wspomnienia ukształtowały nowe zmarszczki pod gęstym zarostem na jego 

wysmaganej wiatrem twarzy.

-   Czy   ona   była   twoją   żoną?   -   zapytała   Maryjka   naiwnie.   Ole   w   milczeniu 

potrząsnął głową, uśmiechał się lekko zakłopotany.

-   Nie,   pastor   tak   by   jej   nie   nazwał.   Ale   byliśmy   jak   dobre   małżeństwo,   a 

przynajmniej   bywaliśmy   przez   noc   czy   dwie   parę   razy   każdego   roku...   -   Nagle   Ole 

spoważniał. - Nie chciałbym przed wami udawać. Marta była moją największą miłością, 

tylko że wtedy o tym nie wiedziałem. Nie wiedziałem o tym... Pozwoliłem jej odejść, żyć 

obok, nie chciałem się wiązać z żadnym miejscem, z żadnym kawałkiem ziemi... W ten 

sposób straciłem wszystko. Ale teraz los dał mi Kari!

- Czy ona jest córką Marty, skoro mieszka w jej chacie?

- Nie. Szczerze powiedziawszy, chata jest moja. Kari tam mieszka od dwunastu 

lat.   Ale   nie   jest   córką   Marty.   Kari   nie   jest   niczyją   córką.   Zachowała   jedynie   blade 

wspomnienie swojej matki i ojca... Dorastała w taborze przenoszącym się z miejsca na 

background image

miejsce. Widziała więcej niż tutejsze wysokie góry i głębokie fiordy. Czuje jednak całym 

sercem, że pochodzi z jakiegoś miejsca tutaj, u stóp wielkiego lodowca. Uważa, że gdzieś 

tu musiała się urodzić... Ale nikt nie potrafi jej niczego powiedzieć. Nikt nie wie, co się 

stało z małym dzieckiem wiele lat temu!

Maryjce   bardzo   się   spodobała   ta   historia.   Kochała   wszystko,   co   tajemnicze, 

wszystko, co niewytłumaczalne, o czym mogła rozmyślać przed zaśnięciem.

- Czy Kari także jest znachorką?

- Tak, przez całe życie lubiła pielęgnować chorych. Od wczesnego dzieciństwa 

zdawała sobie sprawę, że ma do tego zdolności. Ona nosi to w rękach - odpowiedział Ole 

stłumionym głosem.

Maryjka kiwała głową, oczy jej lśniły. To nareszcie coś dla niej!

- Maria również była jedną z takich - wtrąciła Gjertrud cicho.

- I wcześniej jej matka! I być może również ty, moje dziecko. Może ty także. Jeśli 

bardziej skupisz się na tej wrodzonej sile niż na myśli o zemście...

Twarz Maryjki płonęła.

-   Na   pewno   powinnam   się   więcej   nauczyć.   Może   Kari   mogłaby   mi   pomóc! 

Trochę już wiem, wiele razy czytałam recepty mamy i sama robiłam lekarstwa. Czy pa-

miętasz tę owcę, która się tak strasznie wzdęła? Wyleczyłam ją przecież! A wtedy, kiedy 

ty   tak   potwornie   skaleczyłaś   się   w   rękę,   czy   moje   maści   ci   nie   pomogły?   Gjertrud 

uśmiechała się, gładziła Maryjkę po ramieniu.

- Tak, tak, to prawda. Na pewno nosisz w sobie tę moc. Ale musisz się jeszcze 

sporo uczyć, wtedy...

-   Przecież   mogę   to   zrobić!   Z   tego,   co   Ole   mówi,   Kari   jest   bardzo   dobrą 

uzdrowicielką. Może pozwoli mi chodzić ze sobą do chorych?

- Na pewno - odparł Ole. - Ale Kari jest już teraz stara, więc musi dziać się coś 

naprawdę   złego,   żeby   wyruszyła   w   drogę.   Zdarza   się   jednak   i   tak,   zwłaszcza   przy 

trudnym porodzie, kiedy życie dziecka jest w niebezpieczeństwie...

Gjertrud rozumiała. Poród to rzecz święta.

Ole ściągnął  liny,  które napinały żagiel. Łódź szła teraz przed siebie prostym 

kursem, wkrótce jednak będą musieli skręcić bardziej w prawo. Przed nimi znajdował się 

cypel  ze starym  kościółkiem.  Minęli już wspaniały wodospad w Kinsedal i z uwagą 

background image

wpatrywali   się   w   małe   ruchome   punkciki,   majaczące   im   pośród   rozrzuconych   nad 

brzegiem zabudowań. Ludzie wykorzystywali sprzyjającą pogodę i porządkowali różne 

rzeczy w obejściach. Wkrótce może nadejść dużo cięższy czas.

Łódź nabrała nowego tempa, kiedy wiejący im w plecy wiatr wypełnił żagiel. 

Zgrabnie skręcili w stronę lądu. Chata Kari leżała w głębi lasu, z brzegu prawie nie było 

jej widać. Ale do obejścia należała też nieduża przystań. Zacumowali tam łódź.

Okolica była urodzajna, widzieli wokół piękne łąki, teraz przygotowane już do 

zimy. Od chaty dzieliło ich ledwie kilkadziesiąt kroków, szli wąziutką ścieżką wijącą się 

między drzewami i nagle stanęli na otwartej polanie z chatą pośrodku. Kolo domu rosło 

wiele niskich drzew i krzewów. Nie miały już liści, nagie gałązki wyciągały się jakby na 

powitanie zimy.

W progu stanęła kobieta.

Ole podbiegł do niej kilkoma nieoczekiwanie lekkimi krokami, zapominając o 

gościach.   Oplótł   ją   swoimi   ogromnymi   niczym   u   niedźwiedzia   ramionami,   kobieta 

niemal   całkiem   w   nich   zniknęła.   A   nie   była   to   mała   ani   drobna   osóbka,   wprost 

przeciwnie. Przy Olem jednak sprawiała wrażenie maleńkiej. Kari miała prawie całkiem 

siwe włosy, splecione w warkocz upinała nad karkiem w piękny kok. Jej twarz poorana 

była tysiącem zmarszczek, ale wciąż bardzo ładna. Nawet brunatne plamy na policzkach 

jej nie szpeciły.

Kari wyglądała tak, jakby żyła tysiąc lat.

Było w niej coś... nieprzemijającego. Maryjka natychmiast poczuła wielki respekt. 

Z   niezwykłą   u   niej   pokorą   podeszła   do   obojga   starych   i   ukłoniła   się   głęboko.   Kari 

uśmiechnęła się, ukazując rząd zdumiewająco zdrowych zębów.

- Witajcie w moim domu! Właśnie przygotowałam skromny posiłek, wejdźcie, 

proszę!

Gjertrud zdziwiła się. Skąd ona mogła wiedzieć...?

Ale Maryjka wcale nie była zaskoczona. Ta kobieta zdawała się wiedzieć prawie 

wszystko. Dziewczyna starała się odszukać w jej oczach coś niezwykłego, ale one były 

normalne   i   zwyczajne.   Nigdzie   śladu   tajemnicy,   żadnego   błysku   wiedzy   z   innych 

światów.

Mimo to Kari była jedną z tych, które wiedzą więcej.

background image

Wyczuwało się to natychmiast.

W miarę jak dzień zbliżał się ku wieczorowi, respekt Maryjki narastał, a kiedy 

wieczorem ułożyła się do snu na twardym sienniku, była już pewna, że zyskała nowy 

ideał, wzór do naśladowania. Miała wrażenie, jakby całe dotychczasowe życie przeżyła 

fragmentami   i   jakby   teraz   największy   z   nich   znalazł   się   na   właściwym   miejscu. 

Nieoczekiwanie   ona   sama   stała   się   całością.   Uświadomiła   sobie   też,   że   odkąd   tu 

przybyła, ani razu nie pomyślała o pastorze.

Kari   nie   zadawała   żadnych   pytań,   ale   od   pierwszego   dnia   potraktowała   obie 

kobiety jak osoby, które zamieszkają u niej na dłużej.

Maryjka obudziła się wcześnie, sama się zdziwiła, gdy z przyzwyczajenia wstała i 

rozpaliła ogień. Mała chata miała dwa pomieszczenia. Ona i Gjertrud spały w izbie, gdzie 

było najcieplej. Maryjka wiedziała, że oboje starzy oddali gościom swoje ciepłe miejsca 

do   spania.   Sami   zaś   przeprowadzili   się   do   alkierzyka   obok,   teraz   słyszała   ciche 

pochrapywania dochodzące ze stojących tam dwóch wąskich prycz. W alkierzu jest z 

pewnością co najmniej dwa razy tak zimno jak w izbie, nie ma bowiem pieca, który by 

choć trochę ogrzał powietrze.

Dziewczyna  znalazła saganek do gotowania wody,  staroświeckie naczynie  bez 

nóżek, które można było tylko zawieszać nad ogniem.

Świeże drewno paliło się silnym płomieniem, ogień trzaskał pod sagankiem tak, 

że Maryjka się bała, iż wszystkich pobudzi. Nie odważyła się szukać kaszy, nie chciała 

posuwać   się   za   daleko   w   obcym   przecież   domu.   Zanim   jednak   woda   zdążyła   się 

zagotować, w progu izby stanęła Kari.

- Dzień dobry, Maryjko! Wspaniale, że zajęłaś się ogniem! Stare ciało jest obolałe 

w taki zimowy poranek...

- Coś ci dolega? Czy więc nie mogłabyś...

Stara kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Oczywiście, że mogę. Mogę przygotowywać maści i napoje łagodzące bóle, 

mogę masować obolałe miejsca i wypowiadać zaklęcia, które usuną nawet najbardziej 

zastarzałe strzykanie. Ale tylko innym...

- Tylko innym?

- Tak, tak to jest, moja kochana. Muszę znosić swoje plagi, to cena, którą trzeba 

background image

płacić. Ale teraz zaświtała mi pewna nadzieja... Chociaż pewnie jeszcze na to za wcze-

śnie. Chodź, nakryjemy do stołu i ugotujemy kaszę!

Podeszła do szafy w ścianie i zaczęła wyjmować ołowiane kubki i łyżki. Maryjka 

zrozumiała, że Kari chce zmienić temat, ona jednak nie chciała.

- Na co jest za wcześnie?

Kari westchnęła i usiadła ciężko na ławie.

- Głupia jestem, zawsze wszystko niepotrzebnie wygadam. Wygląda jednak na to, 

że jesteś osobą tego samego pokroju co ja. A jeśli rzeczywiście jesteś, to nie pozwolisz 

mi   przerwać   na   wpół   zrymowanych   pieśni.   Chodź,   usiądziemy   sobie   przy   ogniu,   to 

będziesz mieszać kaszę, a ja ci opowiem to i owo. Obiecaj mi tylko, że nie będziesz 

przerywać, dopóki nie skończę!

Surowo popatrzyła na Maryjkę, która aż drżała z napięcia. Kari coś wie, jakie to 

podniecające! W oczach starej kobiety pojawiały się tajemnicze błyski, lecz jej wargi 

były bardzo poważne.

- Moja kochana Maryjko, pozwól, że tak cię będę nazywać, chociaż dopiero co się 

poznałyśmy. Wiesz, oczywiście, że znałam twoją matkę. Wiesz może i o tym, że byłam u 

niej tamtego dnia, kiedy bliska śmierci leżała po epidemii dżumy.  To była naprawdę 

niezwykła  kobieta.  Zdołała uratować życie  tylu  ludziom ze wsi. Dżuma, rzecz jasna, 

zabrała  wielu,  ale   żeby  nie  ona, Lyster  mogłoby  zostać  spustoszone  tak  jak niegdyś 

Jostedalen w czasie Czarnej Śmierci. Maria... uratowała ich wszystkich dzięki swoim 

umiejętnościom   i   dzięki   poświęceniu.   W   końcu   sama   była   już   tak   wyczerpana,   że 

choroba dopadła także ją. Nigdy nie widziałam kogoś tak oszalałego z nieszczęścia, jak 

pastor Mogens, gdy czuwał nad nią tamtej nocy w kościele. Jestem pewna, że mógłby 

zaprzedać duszę diabłu, byleby tylko ją uratować.

Kari głęboko wciągnęła powietrze, milczała, jakby zbierając siły.

- No tak, tak to było. Sprawa, o której powinnam ci powiedzieć, wiąże się z tym, 

czego nauczyłam się od twojej matki. Ona była... wyjątkowa. Nosiła w sobie wielką moc. 

Taką instynktowną, daną przez naturę zdolność, którą posiada wiele kobiet. U większości 

z nich jednak ta zdolność nie może się rozwinąć, wszystko zostaje wypaczone, życiowe 

doświadczenia   i   niewłaściwe   postępowanie   sprawiają,   że   wewnętrzne   głosy   milkną. 

Takie kobiety nie słyszą już mowy swego ciała. Nie czują sil, które wszystkie w sobie 

background image

nosimy, tych dobrych sił, które mogą nas wspierać w potrzebie. Tego, co nakłania orga-

nizm do walki z chorobą i okaleczeniami, co sprawia, że nasze członki oczyszczają się i 

goją same z siebie.

Maryjka   nie   była   całkiem   pewna,   czy   dobrze   rozumie,   ale   słuchała   w   takim 

skupieniu, że aż jej zesztywniały zaciśnięte mocno szczęki.

-   Siły...   tylko   one   się   liczą.   Zioła,   modlitwy,   apteczne   lekarstwa   czy   nóż 

balwierza... W porządku, to wszystko także działa, ale najważniejsza jest zawsze żywa 

moc. Każdy ją w sobie nosi. Naszym zadaniem, Maryjko, jest ją ujawnić i rozwinąć.

Maryjka patrzyła na nią w milczeniu. Naszym?

- Jesteś taka sama jak twoja matka. Taka jak ja. Potrafisz rozpoznawać dobre siły, 

potrafisz nimi kierować. Jesteś jedną z tych, które umieją budzić możliwości drzemiące 

w innych. Które potrafią poprzez koniuszki palców przekazywać własną moc chorym. 

Sprzęgać swoją siłę z siłą innego człowieka tak, jak to się dzieje, kiedy, pług wbije się 

mocno w skałę i rolnik musi pożyczyć konia lub wołu od sąsiada, by móc go wyciągnąć. 

Rozumiesz mnie?

Maryjka   skinęła   głową,   spojrzenie   jednak   wskazywało,   że   jest   kompletnie 

oszołomiona słowami Kari. Czuła mrowienie w całym ciele. Na rękach miała gęsią skór-

kę, chociaż ogień ogrzał już powietrze i w izbie panowało przyjemne ciepło.

- Pozwól, że powiem ci to inaczej. Jesteś pomocnicą. Masz uzdrawiające ręce, 

twoje ręce są ciepłe. Nigdy tego nie zauważyłaś?

Maryjka nie znajdowała słów.

Coś niczym strach zaciskało jej krtań.

- Czy ja jestem... Czy w takim razie jestem czarownicą? Kari z wolna potrząsała 

głową, parę szarobiałych kosmyków przesłoniło jej okrągłą twarz.

-   Nie,   moja   mała.   Czarownice   nie   istnieją.   Są   tylko   mądre   kobiety   i   szalone 

kobiety.

- Ale... czarownice latają przecież na miotłach, doją krowy z dużej odległości, 

rzucają uroki, niszczą plony... Znam wielu, którzy doświadczyli tego na własnej skórze!

- Ludzie są tacy, na jakich ich wychowano. Jakoś przecież muszą się odnosić do 

takich istot jak my, nie uważasz? Muszą coś z nami zrobić, z niebezpiecznymi, ale tak 

bardzo potrzebnymi dziewczynami...

background image

Maryjka   zachichotała,   słysząc,   że   stara   kobieta   tak   siebie   nazywa.   Ale   mimo 

wszystko nie wydawało się to takie dziwne, że mówi ona także o sobie „dziewczyna”, 

zwłaszcza jeśli się lepiej nad tym zastanowić. Kari była osobą bez wieku.

Maryjka rozluźniła trochę grubą chustkę, którą się owinęła, wstając z posłania. Jej 

sukienka miała krótkie rękawy, od dawna była za mała. Maryjka używała jej przeważnie 

do spania.

Kari trwała wpatrzona w ogień, nie odezwała się, dopóki Maryjka  znowu nie 

usiadła spokojnie.

- Jeśli chcesz podążać swoją drogą, musisz kroczyć bardzo ostrożnie. Musisz się 

wciąż uczyć. I musisz też wiele zmienić.

Ostre spojrzenie jej oczu docierało jakby w głąb duszy dziewczyny.

-   Musisz   teraz   dorosnąć,   Maryjko.   Musisz   przestać   myśleć   tak   prosto,   jak   to 

czynią   dzieci.   Musisz   odrzucić   od   siebie   wszystko,   co   niepotrzebne,   co   mogłoby   ci 

przeszkadzać.   Możesz   sobie   uważać   co   chcesz,   ale   ja   jestem   przekonana,   że   nie 

przypadkiem   trafiłaś   do   mnie.   Mnie   zostało   już   niewiele   dni.   I   tak   żyłam   prawie 

dwukrotnie   dłużej   niż   większość   kobiet.   Długo   wędrowałam   po   szerokim   świecie, 

zgromadziłam mnóstwo umiejętności. Nigdy nie opanowałam sztuki pisania, ale noszę 

grube księgi... tutaj!

Wykrzywionym palcem wskazała na swoje czoło.

-   Teraz   ty   poprowadzisz   to   wszystko   dalej.   Nic   mi   o   tym   nie   wiadomo,   ale 

zakładam, że umiesz pisać. Musisz się uczyć i pisać, pisać i uczyć. Musisz zachować 

swoje księgi i musisz dać je swojej matce.

- Mojej matce? Ale...

- Ona pewnego dnia wróci do domu - odrzekła Kari z wielką pewnością siebie.

Na te słowa Maryjka poczuła, że zalewa ją wielka fala słodkiej radości, jakby to 

Kari sama mogła kierować wydarzeniami.

- Kiedy ona wróci... powinna spotkać córkę, z której będzie dumna!

-   Powinna   też   odnaleźć   cześć,   którą,   jak   sądzi,   utraciła   -   dodała   Maryjka 

nieoczekiwanie gniewnym głosem.

Kari   udała,   że   tego   nie   słyszy.   Nie   odezwała   się,   nie   robiła   dziewczynie 

wymówek. Maryjka nabrała odwagi.

background image

-   Jedyny   sposób   na   odzyskanie   ksiąg   to   je   ukraść   -   powiedziała   stanowczo. 

Sądziła, że Kari potrafi docenić to, iż ona odbierze lekarskie księgi należące do rodziny. 

Kari spojrzała jednak na nią bardzo surowo.

-   Źle   rozumujesz,   moja   droga.   Nie   słyszałaś,   co   przed   chwilą   powiedziałam? 

Musisz być dorosła.

Maryjka skuliła się wobec tego łagodnego upomnienia. Gdyby ktokolwiek inny 

powiedział jej, że nie jest dorosła, wpadłaby w złość. Ona, która skończyła już szesnaście 

lat! Ona, która przeżyła więcej niż wielu starych ludzi!

Kari odsunęła saganek z ognia, kasza zaczynała się powoli przypalać. Maryjka 

zapomniała, że trzeba mieszać.

- Znajdziemy jakiś sposób. Z pewnością coś wymyślimy. Ale nie teraz, jeszcze 

nie. Najpierw musimy sobie nawzajem bardzo wiele opowiedzieć.

Maryjka nie wątpiła w to. Miała nieodparte wrażenie, że Kari zna jej najskrytsze 

myśli Nie wyglądała jednak na szczególnie wzburzoną, nie przerażały jej owe czarne be-

stie, które codziennie krążyły w głowie dziewczyny. Może w ogóle żadnych bestii nie 

dostrzegała?

Stara kobieta również zdjęła chustkę z ramion. Została tylko w starej połatanej 

koszuli z szorstkiej wełny. Ubranie musiało być używane codziennie, i to od dawna, było 

jednak czyste i starannie pocerowane.

Kari usiadła sztywno na krześle przy stole. Ręce oparła o blat, pochyliła się nad 

nimi, ukrywając twarz w cieniu. Plecy miała zgarbione i Maryjka widziała przez materiał 

koszuli jej nierówny kręgosłup.

- Podejdź tutaj, Maryjko. Zaraz się dowiesz, co miałam na myśli. Czy, inaczej 

mówiąc, co przeczuwałam. Połóż dłonie na moim kręgosłupie.

Maryjka  z wahaniem spełniła  polecenie.  Spoglądała  w dół na własne nieduże 

ręce, które teraz lekko drżały. Miała wrażenie, że są lodowato zimne.

- Wspaniale. Przyciśnij trochę mocniej, ale nie tak bardzo, byś musiała napinać 

mięśnie ramion. Staraj się myśleć, że twoje dłonie zasypiają,  przesuwaj je po moich 

plecach, spróbuj się rozluźnić.

Maryjka podjęła próbę. Dziwna senność ogarnęła jej ciało.

Serce biło powoli. Cichy, ciepły głos Kari to jedyne, co było słychać w małej 

background image

chacie.

- Dobrze. Teraz wiem, że reagujesz właściwie. Postaraj się wyobrazić sobie rzekę. 

Silny nurt wody, równie gorący i wartki niczym lawa.

- Co to jest lawa?

Kari pominęła pytanie, wyjaśniła krótko:

- Może inaczej, jak płynny, roztopiony kamień. Albo żelazo. Albo ołów.

Maryjka   koncentrowała   się.   Szukała   wyobrażenia   rzeki.   Szybko   uświadomiła 

sobie, że skuteczniej działa z zamkniętymi oczyma. Dziwnie było tak stać w obcej chacie 

z rękami uniesionymi nad obcym ciałem.

Gdzieś daleko w głębi siebie zaczynała odczuwać ciepło. Pojawiały się zarysy 

tego nurtu, który opisywała Kari. Coś chciało się z niej wydostać.

- Coś... chce się ze mnie wydostać!

Kari nie skinęła, nie mogła tego zrobić, ponieważ głowa spoczywała na opartych 

o stół rękach. Ale mruknęła jakieś słowo w odpowiedzi.

Maryjka poczuła, że ciepły nurt przepływa całe jej ciało, jakby nie było w nim ani 

kości,   ani   mięśni,   tylko   ta   przesuwająca   się   siła.   Spływała   z   ramion   w   dół,   do   rąk. 

Dziwne, że dłonie nadal pozostawały zimne! Dziwnie być przepełnionym takim ciepłem, 

a mimo to marznąć!

Ciepło narastało.

Maryjka czuła, że przenika do opuszków palców, a potem jakby z niej wycieka, 

znika, ale zastępują je kolejne, coraz to nowe fale.

Przeżycie   było   niewiarygodnie   silne,   wszelkie   myśli   ulotniły   się,   cała   była 

zdominowana przez to niezwykłe, co się z nią działo.

Oparte o blat stołu ciało Kari drgało lekko.

Nagle Maryjka podskoczyła, ręce utraciły kontakt ze skórą Kari.

Poczuła   gwałtowny   ostry   ból,   który   zmusił   ją   do   poderwania   dłoni.   Kari   nie 

powiedziała ani słowa.

Maryjka  znowu ostrożnie  przyłożyła  ręce  do pleców  tamtej,  przygotowana  na 

nieprzyjemne   wrażenia.   Naciskała   z   całych   sił   i   wkrótce   potem   ból   zaczął   słabnąć. 

Maryjka instynktownie przeczuła, że powinna go od siebie odrzucić, bo w przeciwnym 

razie jej ciało go wchłonie.

background image

Spróbowała to zrobić. Zdaje się, że postępowała właściwie.

Uniosła dłonie. Mrowienie i przepływające przez ciało ciepło powolutku zanikały.

Z drżeniem opuściła ramiona. Kari prostowała się wolno, bardzo wolno. Twarz, 

którą zwróciła ku Maryjce, była jednym wielkim uśmiechem.

Objęła dziewczynę, a Maryjka oparła się o nią nagle zupełnie pozbawiona sił. 

Czuła się taka zmęczona, że mogłaby spać ze trzy doby.

- Jesteś naprawdę dobra - szeptała Kari. - Jesteś silniejsza niż ktokolwiek inny, 

kogo dotychczas spotkałam. Cóż za wspaniały talent...

- Czy to prawda? Czy ja... Mogę leczyć chorych moimi rękami?

Kari z przejęciem kiwała głową.

- Potrzebowałaś tylko, żeby ci ktoś wytłumaczył, co masz robić. Wszystko poza 

tym umiałaś od dawna, moja kochana. Żebyś wiedziała, jak się teraz czują moje plecy! 

Cały ból zniknął! Nic nigdzie nie rwie ani nie strzyka! To niewiarygodne...

Maryjka   musiała   się   roześmiać,   sytuacja   była   naprawdę   nierzeczywista.   Na 

szczęście Kari roześmiała się także. Popchnęła dziewczynę w stronę stołu.

- Odpocznij teraz, ja wiem, jaki to wysiłek. I nie myśl o tym zbyt wiele. Będziesz 

z pewnością potrzebować czasu, żeby nauczyć się więcej. A teraz obudzimy naszych 

śpiochów i zjemy coś. Potem zobaczymy, co nam dzień przyniesie - oświadczyła Kari.

Maryjka skuliła się na rozkładanej sofie, głowę oparła o ścianę. Spoglądała w 

dach, przez otwarty otwór wpadało jasne światło rozpoczynającego się dnia. Widziała 

niebo.   W   każdym   razie   fragment   nieba.   Było   liliowe   z   różowymi   refleksami.   Nie 

błękitne.

Gdybym   nigdy   nie   wychodziła   na   dwór,   mogłabym   uznać,   że   niebo   wygląda 

właśnie tak, stwierdziła nieoczekiwanie. Nie wiedziała jednak, skąd jej się wziął taki 

pomysł.

background image

ROZDZIAŁ IV

Zima u Kari i Olego była cieplejsza niż jakakolwiek zapamiętana przez Maryjkę. 

Na dworze co prawda padał gęsty śnieg, przemarznięte gałęzie tłukły nocami w ściany 

chaty,  kiedy wicher przelatywał obok z łoskotem i mknął dalej ku pokrytemu  lodem 

fiordowi. To ciepło, które odczuwała Maryjka, pochodziło z wnętrza. Tutaj, w domu, 

zima łagodzona grubymi ścianami z bali oraz troskliwością Kari była miła i dobra.

Przy brzegach leżała gruba warstwa lodu. Wyglądało na to, że wkrótce cały fiord 

zamarznie. Można było już przejść od Feigum aż do Lyster, ale daleko od brzegu prądy 

były tak silne, że lód narastał z trudem. Jeśli chciało się przeprawić do Solvorn, trzeba 

było   mieć   łódź.   Rozległe   brzegi   zatoki   w   oddali   dawały   mieszkanie   i   wyżywienie 

dwustu, może trzystu ludziom. Latem łodzie często pojawiały się na wodach, kupcy i 

handlarze, chłopi i rybacy pływali tam i z powrotem, by kupować i sprzedawać swoje 

towary.  Jakie to dziwne, myślała  Maryjka, że ledwie o dzień marszu z Solvorn leży 

Sogndal. Meisterplassen. A miała wrażenie, jakby dzieliło ją od tego miejsca tysiąc mil, 

odległość, której nawet w myślach nie była w stanie pokonać.

Czy teraz znajduje się w innym świecie? Może w innym życiu? Tutaj, w chacie u 

Kari, toczyło się ono odmiennym rytmem.

Łatwiej było zebrać myśli. Nie znana dotychczas cierpliwość pojawiła się w jej 

zachowaniu   tak,   że   nawet   Gjertrud   przestała   się   do   niej   zwracać   dawnym   imieniem 

„Mała”.   Maryjka   nie  była   już  mała.   Nie była   dzieckiem.   Nie była   bladym   odbiciem 

swojej  matki.   Mała  Maria  dorosła.   Teraz  była  tylko  Marja, nazywana   przez  bliskich 

Maryjką.

Gjertrud zauważyła i przyznawała bez zazdrości, że Kari zdołała odbudować to, 

co ona sama zniszczyła. Wprawdzie Maryjka wciąż nosiła w sobie nienawiść, ujawniało 

się to za każdym razem, gdy wspomniano imię proboszcza. Ale żar, który wydawał się 

taki groźny w połączeniu z młodzieńczą bezmyślnością, nie przesłaniał już wszelkich 

uczuć dziewczyny,  tlił się, czekając, aż nadejdzie pora... Maryjka nie błądziła już po 

swoim wymyślonym świecie, skończyła z przekleństwami i pogróżkami. Stała się teraz 

spokojniejsza, więcej myślała, zastanawiała się. Wiedziała, że gdyby udało jej się ode-

brać dziedzictwo Marii, zyskałaby wiele.

background image

- Pan Revelin nie jest bardzo kochanym przez parafian kapłanem - mówiła Kari. - 

To zły człowiek, ludzie się go po prostu boją. Przemawia grzmiącym głosem, wszystkich 

i wszystko osądza. To, co mu się należy, wyciska z parafian bez litości. A ów Bóg, o 

którym   wciąż   rozprawia...   No   cóż,   mam   szczerą   nadzieję,   że   to   Revelin   się   myli. 

Ewangelia miłosierdzia... Niewiele jej w jego kazaniach, w postępowaniu także nie!

- Czy on ciebie również prześladował?

Kari żuła kawałek słodkiej żywicy, obracała ją teraz przez jakiś czas w ustach.

- No... owszem, rzeczywiście próbował. Ale udało mi się przekonać go, że jestem 

za stara i za głupia na to, co mi zarzucał. Rzadko chodzę do kościoła, naszemu pastorowi 

to nie przeszkadza. Jest podwładnym Revelina, ale specjalnie nie ceni swego proboszcza. 

A tutejsi ludzie... Cóż, oni mnie potrzebują. Wiedzą, że nie powinni głośno mówić o tym, 

co im daję. Mają do mnie zaufanie. To są biedni ludzie, tacy jak my, właściwie należą do 

innego świata niż ten, w którym obraca się Revelin.

Maryjka była zdumiona spokojem Kari. Czyż ta kobieta nie wie, że balansuje na 

ostrzu   noża?   Chyba   jednak   wie.   Musi   wiedzieć,   jak   krótka   jest   droga   od   ludzkiego 

gadania do stosu czarownic.

Maryjka   uświadomiła   sobie,   że   ona   również   należy   do  tego   rodzaju  kobiet,   i 

przeniknął   ją   dreszcz.   Naprawdę   powinna   okazywać   respekt   wysoko   postawionym   i 

potężnym członkom społeczeństwa. Mogą się oni stać śmiertelnymi wrogami. Takimi jak 

Revelin.

W   niego   trzeba   uderzyć   bezpośrednio,   zaatakować,   zanim   zacznie   się 

czegokolwiek   domyślać.   Powinna   działać   podstępnie,   zakładać   pułapki   tam,   gdzie 

wiedziała,   że   pastor   w   nie   wpadnie.   Musi   się   przed   nim   ukrywać,   musi   działać   jak 

myśliwy, który zimą przywdziewa biały strój.

I musi zdobyć przyjaciół. Ważnych przyjaciół. Kari może jej w tym pomóc. Ona 

zna ludzi, wie, co kto ma do ukrycia. Wie, komu pan Revelin nastąpił na odcisk. Tu jakiś 

bogaty   gospodarz,   tam   dobrze   sytuowany   urzędnik.   Na   przykład   właściciel   nowej 

gospody w Dosen. Albo żona pisarza.

Uświadomiwszy sobie, że któregoś dnia otworzy się przed nią wiele możliwości, 

Maryjka poczuła się prawie bezpieczna. Wierzyła, że jest wystarczająco silna, by podjąć 

taką grę.

background image

- Ile on właściwie ma lat, ten syn pastora? Maryjka starała się, by jej pytanie 

zabrzmiało obojętnie, jakby zadała je przypadkiem.

Wszystkie trzy kobiety siedziały przy nasłonecznionej ścianie chaty. Rzadki las 

nie przesłaniał im fiordu, widziały stąd połyskliwą taflę wody poprzez sieć cieniutkich 

gałązek. Gjertrud przygotowywała włóczkę na nową tkaninę, potrzebowała dziennego 

światła, by trafiać w maleńkie dziurki ramy tkackiej.

Maryjka nie robiła nic.

Kari jak zawsze zajęta była robótką, w jej palcach zręcznie poruszały się druty i 

włóczka.

- Młody Revelin. To znaczy Claes Justitian, prawda? O nim myślisz? Tak, to 

przecież   on   będzie   kiedyś   właścicielem   tego,   co   należało   do   twojej   matki,   bo   nosi 

nazwisko pastora. Ale to słabowity młodzieniec, tak ludzie gadają.

- Słabowity? Co to znaczy?

- Jego matka zmarła wkrótce po tym, jak wydała go na świat, słyszałaś chyba. 

Ona była przecież... przyrodnią siostrą twojej przyrodniej siostry. Starszą córką Mogensa. 

Nieszczęsna Maria Cecilia... Nigdy nie zaznała w życiu prawdziwego szczęścia, nawet 

wówczas   gdy   udało   jej   się   zdobyć   nowego   proboszcza.   Szczerze   powiedziawszy, 

uważam, że to on stał się jej największym nieszczęściem. Z tego co Ole mi opowiadał, 

wynika, że właśnie ona uruchomiła tę całą machinę ślepej nienawiści. Czuła chyba, że 

młoda żona ojca zajęła jej miejsce. Zresztą można to zrozumieć, prawda?

Maryjka mimo woli skinęła głową. No i w końcu to właśnie ta Cecilia załamała 

się   i   wyjawiła   podstępną   intrygę.   Gdyby   nie   ona,   to   i   mama,   i   tata,   i   cała   rodzina 

przypłaciłaby życiem tę sprawę. Revelin wysuwał przecież niesłychane oskarżenia.

Jakieś obrzydliwe historie... Jak ta, że mama po urodzeniu Maryjki jedną piersią 

karmiła noworodka, drugą zaś czarnego kota...

- Cecilia źle znosiła ciążę - mówiła dalej Kari. - Może to zło, które wyrządziła 

twojej matce, szukało jakiegoś ujścia? Cud, że dziecko przeżyło. I cud, że chłopak dożył 

dorosłego   wieku.   Jak   mówiłam,   jest   słabowity.   Sprawia   wrażenie   nieśmiałego   i 

przygnębionego, nie patrzy ludziom w oczy. Najchętniej przebywa sam, chodzi podobno 

po polach i lasach bez żadnego powodu. Ucieka od ludzi! Proboszcz stara się tchnąć w 

niego trochę energii i karze go surowo, ale jak dotychczas jedynym rezultatem jest to, że 

background image

chłopak przeprowadził się z salonów plebanii do starej chaty dzwonnika. Mieszka tam 

samotnie   i   wychodzi   tylko   wtedy,   kiedy   ojciec   nakazuje   mu   prowadzić   lekcje 

katechizmu. Robi to w co drugą niedzielę.

Maryjka uniosła wzrok. Robótka spoczywała na kolanach starej kobiety.

Oczy Kari nie były już ani stare, ani zmęczone, patrzyła przed siebie trzeźwym, 

przenikliwym   wzrokiem.   Maryjka   odwróciła   się.   Czy   ona   coś   wyczytała?   Czy   to 

możliwe, by Kari znała jej najgłębsze myśli?

Maryjka jest piękna, myślała Kari. Urzekająca, bardzo pociągająca. I dobrze o 

tym wie. Szybko nauczy się, jak z tego korzystać, tak samo jak posługiwać się siłą, którą 

w niej ożywiłam. Wkrótce syn pastora będzie jadł jej z ręki.

Uwiodę   go,   obiecywała   sobie   Maryjka   w   duchu.   A   potem   będę   straszyć,   że 

wniosę   skargę   o   cudzołóstwo.   Oj   ciec   będzie   chciał   za   wszelką   cenę   do   tego   nie 

dopuścić; zrobi więc wszystko, czego zażądam. Ha! Może się oczywiście zdarzyć, że to 

ja zostanę surowiej ukarana, ale syn pastora będzie cierpiał dotkliwie z powodu skandalu. 

Syn strażnika moralności! Potomek tego, który co niedziela grzmi z ambony na ludzi i 

ich straszne grzechy!

Przez chwilę spojrzenia obu kobiet zawisły w powietrzu. Gjertrud poruszyła się 

niespokojnie, jakby spostrzegła, że w myślach Maryjki po raz pierwszy od bardzo dawna 

pojawiła się znowu bestia. Zrobiło jej się nieprzyjemnie. Wstała pośpiesznie, mamrocząc 

coś, że trzeba dojrzeć ognia.

Kari i Maryjka zostały same.

To starsza przerwała milczenie.

-   Widzę,   że   nie   dasz   za   wygraną.   Nigdy   nie   zapomnisz   o   tym,   jakie   zło   ci 

wyrządzono, choćby to miało trwać całe życie? - Kari westchnęła ciężko. - Najgorsze, że 

ja cię rozumiem.  Wiesz, sama też kiedyś  byłam młoda. Długo poszukiwałam swoich 

korzeni, prawdy, którą mi odebrano.

Kobieta o posiwiałych włosach sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej.

- Na niewiele się zda, jeśli będę ci powtarzać, że wybrałaś niebezpieczną drogę. 

Jesteś   za  młoda,  nie  chcesz  tego  zrozumieć.   Dlatego  nie  mam  dość  siły,   by cię  po-

wstrzymać.

Maryjka poczuła ukłucie w sercu, smutek w oczach Kari sprawiał jej ból, jakby w 

background image

piersiach zaciskała się jej lodowata dłoń.

- Nie będę ci pomagać, jestem za stara na walkę i zemstę. Ale też nie odwrócę się 

od   ciebie   plecami,   od   ciebie,   która   przybyłaś   tu   do   mnie   z   całkiem   wyjątkowych 

powodów.  Jutro   pójdziesz   do   Lyster.   Tak   jest,   pójdziesz.   Zażądasz   od   gospodarza   z 

Hagen beczki ziarna, którą mi  jest winien. Będziesz miała  znak rozpoznawczy,  żeby 

wiedział,   że   przychodzisz   ode   mnie.   Powiedz   mu   po   prostu,   że   prosiłam   cię,   byś 

przekazała   pozdrowienia   i   zapytała,   czy   jego   córka   także   potrzebuje   kwiatów   ostu   i 

kociej maści. Potem powiesz mu, że proszę, by dali ci u siebie miejsce na zimę. To 

będzie   zapłata   za   zboże.   Zostaniesz   u   nich,   będziesz   chodzić   na   nauki   do   pastora   i 

dzwonnika. To odpowiednia wymówka. Hagen jest gospodarstwem położonym najbliżej 

plebanii, bez trudu się tam dostaniesz...

Maryjka słuchała z otwartymi ustami. Więc Kari mimo wszystko chce jej pomóc?

Kari odpowiedziała, choć głośno nie padło żadne pytanie.

- Nie sądź, że ja pochwalam to, o czym myślisz. Nie sądź, że nie chciałabym cię 

powstrzymać, gdybym mogła. Jestem śmiertelnie przerażona, że uwikłasz się w jakieś 

straszne kłopoty. Zarazem jednak wiem, że nie ulegniesz. Nie będziesz się mogła skupić 

nad   głównym   zadaniem   swego   życia,   dopóki   ta   karta   w   twojej   księdze   nie   zostanie 

odwrócona - mówiła Kari cicho.

Miała rację. Maryjka uścisnęła ją mocno, bez słowa. Z nadzieją, że Kari zdaje 

sobie sprawę, jak bardzo bliska jej się stała. I z nadzieją, że tamta rozumie, jakie to 

wszystko dla niej trudne.

A   przecież   mogła   zrezygnować.   Mogła   zostać   tutaj   w   tym   rajskim   spokoju, 

mieszkać z Kari i uczyć się od niej.

Spokojne życie, ale nie nudne. Czego więcej można pragnąć?

Zemsty.

Maryjka nie lubiła tego słowa. Zawierało w sobie słodkawy smak krwi, a zarazem 

gorycz żółci. Ona jednak żyła z tym smakiem w ustach zbyt długo, od czasu, kiedy była 

całkiem maleńka, teraz go po prostu nie zauważała.

Pewnego dnia mama wróci do domu.

Kari tak powiedziała.

Wypełnienie zadania wydawało się ważniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Było 

background image

ważniejsze   także   dlatego,   że   teraz   oznaczało   nie   tylko   rewanż   dziecka   za   utracone 

dzieciństwo.

Wieś miała w sobie coś znajomego. Maryjka nie mogła powstrzymać  drżenia. 

Sama wiosłowała w głąb fiordu, w stronę dzikiego wodospadu, który wpadał do morza z 

ogromnej wysokości. Swobodne masy wody latem huczały ogłuszająco. Ktoś, kto znalazł 

się u stóp wodospadu, widział go jako wodę z szumem lecącą wprost z jasnego nieba. 

Nie powstrzymywała jej ani ziemia, ani kamienie, z łoskotem gnała w dół i dopiero tam 

mieszała się ze słoną morską tonią.

Teraz jednak wodospad był biały i zupełnie nieruchomy, tylko tu i ówdzie po 

ścianach z przezroczystego, niebieskiego lodu spływały cienkie strumyczki.

Maria spojrzała ku niebu, szukała zagrody, o której wiedziała, że leży gdzieś tutaj, 

wysoko w górach. Tam, na naturalnym skalnym tarasie, istniało dość miejsca, by ludzie 

mogli zbudować domostwo, a ziemia była wystarczająco urodzajna, by ich wykarmić.

Teraz musiała zostawić łódź przy krawędzi lodu. Pospiesznie wyskoczyła z niej i 

rozpoczęła   długą   wędrówkę   po   zamarzniętej   tafli   do   brzegu.   Pierwszy   odcinek   był 

niebezpieczny, musiała iść dość długo, zanim dotarła tam, gdzie woda od wielu tygodni 

leżała skuta, tworząc rozległy pomost między osadami.

Będąc już na trwałym lodzie, Maryjka obejrzała się za siebie. Teraz wyraźnie 

widziała Bergaheim.

Stroma, bardzo stroma góra wznosiła się wysoko. Zbocza porośnięte tu i ówdzie 

rzadkim lasem, mnóstwo rozpadlin. Poszarpane skalne krawędzie, głębokie żleby. Nagi 

szczyt mierzył prosto w niebo.

Tam w górze urodziła się jej babcia.

Nic więcej o tym nie wiedziała.

Słabo   majaczyły   w   oddali   zarysy   czegoś,   co   z   pewnością   było   resztkami 

domostwa. Minęło ponad pięćdziesiąt lat... Natura odebrała sobie pola i łąki, na których 

trudzili się przez wiele pokoleń dzierżawcy Bergaheim.

Prymitywne budynki popadły w ruinę, drewno wróciło do ziemi jako pokarm dla 

nowych drzew.

Maria poczuła lekki smutek, który przerodził się w lęk, gdy zobaczyła krążące 

nad horyzontem kruki.

background image

Odwróciła się, starała się patrzeć ponad białą taflą lodu, koncentrowała wzrok na 

widniejącej w oddali osadzie. Odległość nie wydawała się zbyt wielka, ale Kari ostrzegła 

ją, że wędrówka przez lód trwa zawsze dłużej, niż się sądziło.

W parę godzin później Maryjka mogła to potwierdzić. Stopy miała poranione, 

ciało obolałe. Zwykle mogła chodzić po lesie całymi dniami, zwłaszcza w lecie, kiedy ra-

zem z Frith z Bondevika pasała kozy w górach. Teraz jednak wciąż szła po twardym, 

równym podłożu, to z powodu tej monotonii i braku urozmaicenia bolały ją wszystkie 

mięśnie i kości.

A   brzeg   wciąż   jeszcze   znajdował   się   daleko,   chociaż   mogła   już   wyraźnie 

rozróżniać zagrody i drogi, zagajniki i szare pólka na tle bieli. Dostrzegała nawet nieduże 

poruszające się punkciki, czyli ludzi. Nietrudno też było zobaczyć kościół. Równie biały 

jak   otaczający   go   krajobraz,   z   dużą,   górującą   nad   dachem   wieżą,   wyższy   niż   inne 

kościoły, które Maryjka dotychczas widziała.

Zagroda nieco poniżej, na prawo od kościoła, to z pewnością plebania.

Zabudowania   Hagen   to   prawdopodobnie   te   domy   skupione   wokół   niedużego 

dziedzińca także na prawo od kościoła. W każdym razie w pobliżu plebanii innych za-

gród nie widziała.

Maryjka zastanawiała się, jak też zostanie przyjęta. Rozmyślała nad tym, jakie 

tajemnicze zawiadomienie kryje się w przekazanej przez Kari informacji. A co będzie, 

jeśli dadzą jej to ziarno i zatrzasną drzwi przed nosem? Albo jeśli wyznaczą jej taką 

pracę, że nie będzie miała czasu chodzić na nauki?

Maryjka poczuła, że siły wracają do jej zmęczonego ciała, gdy tylko w sercu ożył 

dawny gniew. Przez cały czas spędzony u Kari ta bestia w niej drzemała. Teraz, kiedy 

znalazła się sama daleko od domu, wydała się silniejsza niż kiedykolwiek. Bo teraz czas 

się dopełnił, teraz wizje i oczekiwania  mają stać się rzeczywistością!  Oczyma  duszy 

widziała   pastora,   majaczył   przed   nią   niczym   cień.   Dostrzegała   lęk   w   jego   oczach, 

widziała, jak próbuje się wymknąć spod spadającego miecza.

A może powinna próbować zaatakować przede wszystkim jego? Może powinna 

zapomnieć o synu, a wszystkie siły poświęcić na prześladowanie ojca? Maryjka słyszała 

o formułkach i zaklęciach, o plagach, jakie można ściągnąć na kogoś, kogo się nawet nie 

zna. Tak właśnie postępują czarownice, myślała. Może jej siły są wystarczająco wielkie, 

background image

by mogła się ważyć również na coś takiego?

Ale kiedyś, gdy Maryjka odważyła się podjąć ten temat, Kari brutalnie przywołała 

ją do porządku.

- Nie, nic podobnego! Jesteś za młoda na takie rzeczy. Nie igraj z tym, moja 

kochana. Bo napytasz sobie prawdziwej biedy.

Wtedy Maryjka nie potraktowała słów Kari z należytą powagą. Co złego mogłoby 

się  stać,  gdyby   połączyła   trochę  magicznych  środków  według  starego  przepisu?  Cóż 

szkodzi dodać do wywaru na przykład odrobinę ludzkich włosów, wypowiadając przy 

tym parę dziwnych słów? Nikt przecież nie musi o niczym wiedzieć, trzeba tylko działać 

ostrożnie.

Gdybym wiedziała nieco więcej... gdybym miała książki mamy... mogłabym się 

bez trudu nauczyć sporządzać tak samo silne napoje jak te, które robi Kari.

Po wypiciu choćby łyku czegoś takiego syn pastora gotów byłby umrzeć z miłości 

do mnie.

Maryjka wlokła się dalej, tłumoczek przewieszony przez ramię uwierał tak, że 

skóra z pewnością była czerwona, a może nawet poocierana. Dzień miał się ku końcowi, 

kiedy wreszcie dotarła do celu. Mróz brał coraz silniejszy, ale z pewnością na lodzie z 

powodu wiatru wydawał się wyjątkowo kąśliwy i ostry.

Chustka na głowie Maryjki przekrzywiła się, odsłaniając twarz i część szyi. Nie 

poprawiała jej długo, a teraz zauważyła, że stary łańcuszek, który nosiła dla ozdoby, 

przywarł  mocno  do skóry w miejscu, w którym  chustka nie chroniła  przed mrozem. 

Czuła   dotkliwy   ból,   kiedy   odrywała   łańcuszek.   Wsunęła   znowu   ręce   w   kieszenie 

spódnicy, marzyła o tym, by mieć teraz wielkie futrzane rękawice taty.

Podczas długiej wędrówki po lodzie odmroziła sobie ucho, a na ramieniu miała 

otarcie wielkości piąstki dziecka. Kiedy zapukała do drzwi w Hagen, ledwie była w sta-

nie, dzwoniąc z zimna zębami, powiedzieć, po co przyszła.

Została pośpiesznie wciągnięta do środka, rozebrano ją do bielizny, zawinięto w 

duży   koc   i   posadzono   przy   ogniu.   Gospodarze   prosili,   by   opowiedziała   im   o   Kari, 

życzliwe oczy świadczyły, że są to jej wierni przyjaciele. Pytali, kim jest Maryjka i skąd 

pochodzi. Ona odpowiadała to, co uzgodniły z Kari: że Gjertrud jest siostrzenicą Kari, 

Maryjka zaś najstarszą córką Gjertrud.

background image

Gospodyni zajmowała się nią osobiście, rozcierała jej stopy, dała ciepłe wełniane 

ubranie. Miała szybkie, sprawne ręce, chociaż z pewnością zbliżyła się już do czterdzie-

stki. Pięć porodów zostawiło na niej ślad, a spędzane na pracy dni wyryły zmarszczki 

wokół ust i zniszczyły skórę na rękach. Solveig pewnie nigdy nie doświadczyła, czym 

jest odpoczynek. Zawsze chętna pracować dla innych, Zawsze gotowa się poświęcać. 

Wciąż zajęta wszystkim, co mogłoby ułatwić życie jej ukochanym. Teraz odkryła rany po 

odmrożeniach na uchu i szyi Maryjki. Odsunęła łańcuszek na bok, odcisk ogniwka wciąż 

widniał na skórze w postaci czerwonych pęcherzy. Solveig krzyknęła cicho, potrząsając 

ze współczuciem głową. Maryjka poczuła, że skóra zaczyna ją palić.

-   Powinnam   mieć   trochę   maści   ze   szpitalika...   Powinnam   zrobić   okład   z 

dziurawca i pigwy...

-   Skąd   wiesz,   jak   leczyć   takie   rany?   -   zapytała   Maryjka   zdumiona.   Zioła,   o 

których wspomniała gospodyni, nie były w powszechnym użyciu.

- Uczyłam się trochę dawno temu... zanim wydarzyło się tyle zła, zanim...

Solveig   zniżyła   głos,   rozejrzała   się,   jakby   w   obawie,   czy   nie   ma   gdzieś 

niepowołanych uszu.

- Ty, która jesteś przyjaciółką Kari, powinnaś to zrozumieć. Mam w sobie tę samą 

siłę, co ona, wiesz. To samo pragnienie poznawania tajemnic i leczenia chorób. Kiedyś 

dane mi było zetknąć się z tym, przez kilka krótkich lat... u Marii.

Imię wypowiedziała szeptem, ledwo dosłyszalnie. Wtedy Maryjka poznała, kim 

jest ta kobieta. A więc nie przypadkiem Kari przysłała ją właśnie tutaj. Solveig pracowała 

u matki Maryjki w izbie chorych, którą mama prowadziła, będąc żoną Mogensa.

- Co oni ci zrobili, kiedy ma... To znaczy Maria została wypędzona?

- A więc ty znasz tę historię? Tak, rzeczywiście, Kari wie chyba dokładnie, co się 

wtedy stało. No cóż, mogę ci tylko powiedzieć, że to były bardzo smutne lata. A także 

niebezpieczne. Nowy pastor... nie okazywał łaski nam, przyjaciołom Marii, nawet kiedy 

jej   już   tu   nie   było.   Mnie   przez   trzy   niedziele   z   rzędu   wyklinał   z   ambony,   a   potem 

musiałam przez trzy lata ciężko pracować na plebanii jako zadośćuczynienie za to, że 

zawarłam sprzysiężenie z przestępczynią... Solveig westchnęła.

- To dawne czasy... prawie dwadzieścia lat. Nie wiem, czy zdołam...

- W porządku. Nie musisz nic więcej mówić. Rozumiem teraz, że znalazłam się 

background image

wśród dobrych ludzi. Dziękuję za to, że mnie przyjęliście, obcą osobę!

- Nie jesteś dla nas obca - odparła kobieta z ciepłym uśmiechem.

Maryjka   drgnęła,   wydawało   jej   się,   że   w   tym   uśmiechu   zawiera   się   jakaś 

niepewność. Solveig pracowała z jej matką przez wiele łat. Czy nie rozpoznaje córki?

- Nikt, kto jest przyjacielem Kari, dla nas nie jest obcy, moja kochana.

Maryjka westchnęła z ulgą i z wdzięcznością.

W roku 1704 w parafii Sogn nie było stałej szkoły, nie zorganizowano żadnego 

systematycznego nauczania. Za to w co drugą niedzielę pastor prowadził w kościele za-

jęcia dla młodzieży.  Odbywało  się to po głównym  nabożeństwie. Dodatkowo młodzi 

ludzie,   którzy   mogli   zwolnić   się   z   pracy   w   środku   tygodnia,   spotykali   się   w   jeden 

czwartek w miesiącu na nauce katechizmu. Ważnym ludziom w parafii bardzo zależało 

na tym,  by młodzi się uczyli, z troską czynili wszystko, by przekazać dorastającemu 

pokoleniu   wiedzę   o   słowach   Pana   oraz   nauczanie   Lutra.   Zwłaszcza   jednak   uboga 

młodzież była narażona na to, że będzie dojrzewać bez takiej wiedzy. Ojcowie nie byli 

specjalnie zainteresowani, niechętnie rezygnowali z pracy młodych, nie chcieli pozwalać 

na   to,   by   synowie   i   córki   przesiadywali   w   izbie   dzwonnika   i   uczyli   się   na   pamięć 

formułek z czarnej księgi.

Bojaźń Boża i znajomość słów Pana to bardzo pożyteczne sprawy, myśleli chłopi, 

ale jeśli ma przynosić straty, to na nic się nie zda.

Dlatego   więc   te   zajęcia   w   dni   powszednie   gromadziły   przeważnie   najlepiej 

sytuowaną młodzież parafii. Sami uczestnicy bardzo lubili tu przychodzić, nauka stawała 

się okazją do spotkania rówieśników, można było sobie nawzajem posyłać powłóczyste 

spojrzenia, zbliżać się do siebie, toteż często tutaj właśnie tworzyły się zalążki nowych 

małżeństw.

Dzwonnik   był   prawie   ślepy,   słuch   też   miał   nie   najlepszy.   Nie   dostrzegał   ani 

uwodzicielskich spojrzeń, ani wesołych śmiechów czy tłumionych chichotów, zwłaszcza 

na ostatnich ławkach.

Wierny   sługa   Kościoła   trwał   w   przekonaniu,   że   spędzone   u   niego   godziny 

wypełniają poważne pragnienie wiedzy i chrześcijański porządek. Młodzi zaś pozwalali 

mu  jak najdłużej trwać w tym  przekonaniu. Okazywali  mu zresztą tyle  szacunku, że 

starali   się   opanować   wszystko,   co   im   wykładał.   Nie   chcieli   stawiać   starego,   sym-

background image

patycznego człowieka w trudnej sytuacji, narażać go na gniew proboszcza, gdyby się 

okazało, że niczego nie potrafi ich nauczyć.

Przeważnie jednak ten dzień u dzwonnika był jedną długą rozrywką. Najmłodsi, 

którzy przygotowywali się do konfirmacji, siadali przeważnie w pierwszych rzędach. To 

ich przede wszystkim dostrzegały stare oczy dzwonnika, to oni słuchali go wyprostowani 

niczym  świece,   z  rękami  grzecznie   złożonymi  na   świeżo   wyprasowanych   spodniach. 

Czasami bywały też wśród nich dziewczęta, z reguły jednak rodzice zwlekali z posyła-

niem córek na naukę.

Dopiero w ostatnich rocznikach panny były stosunkowo licznie reprezentowane, 

przychodziły zresztą tyleż dla poznania słowa Bożego, co i dla poszukiwania kandydata 

na męża...

To  właśnie   w  takim   zgromadzeniu  Maryjka   miała  znaleźć  miejsce   dla  siebie. 

Miała się przekonać, że ci, których, nie znając przecież, tak surowo osądzała, są zwy-

czajnymi ludźmi, po prostu mieszkańcami wsi.

Kari liczyła na to, że bliższe zapoznanie się z nimi sprawi, iż Maryjka zdoła im 

wybaczyć, że dawno temu nie opowiedzieli się po stronie jej matki, po prostu więcej 

zrozumie.   Poza   tym   zwykle   tak   bywa,   że   człowiek   łagodnieje,   kiedy   bliżej   pozna 

sprawy...  A   może   wśród  nich  znajdzie  się  ten  wyjątkowy  chłopak,  który  podbije jej 

serce? W Urnes prawie nie było młodych ludzi. Syn pastora, sądząc po tym, co Kari 

słyszała, chyba nie zdołałby zająć Maryjki na dłużej.

Dziewczyna domyślała się, na co Kari w głębi duszy liczy.

Odrzuciła jednak od siebie tę myśl.

W gruncie rzeczy obecność ludzi, którzy nas kochają, przeszkadza.

Przeszkadza, ponieważ człowiek musi trzymać się w ryzach i bardzo uważać na 

to, co robi. Gdyby coś się stało, nie tylko ona sama będzie cierpieć. Wiedziała, że jej 

nieszczęście ściągnęłoby zmartwienie i smutek na Gjertrud, Olego i na Kari.

Świadomość   tego   sprawiła,   że   Maryjka   w   pierwszym   okresie   działała   z 

największą ostrożnością. Mijały dni i tygodnie, a ona, znajdując się tak blisko celu, nagle 

przestała się spieszyć.

Ale dzisiaj po raz pierwszy spotka pastora.

Dzisiaj jej wyobrażenie miało się stać ciałem.

background image

Dzisiaj on miał ją zobaczyć po raz pierwszy!

Revelin nigdy przedtem nie widział tej ciemnowłosej piękności, ale natychmiast, 

gdy tylko wszedł do niskiej izby dzwonnika, przyciągnęła jego wzrok z taką siłą, że 

poczuł skurcz żołądka.

To musi być ta Maryjka z Hagen, ta obca dziewczyna, która zamieszkała w domu 

Solveig i Melchiora. Jakaś kuzynka, jak mówiono. Czyjaś siostrzenica, nie pamiętał do-

kładnie.

Revelin   opanował   się   szybko,   powstrzymał   uśmiech   i   odpowiedział   na 

pozdrowienie nowej skinieniem głowy. Musiał się bardzo starać, by oderwać od niej 

wzrok. Widział, że dziewczyna uśmiecha się lekko i spogląda na niego z dużą śmiałością.

Już bardzo dawno temu żadna kobieta nie wywołała w nim dreszczu. Nikt od 

tamtego czasu...

No, dobrze...

Tego rodzaju myśli nie przystoją w domu Pana. A zresztą, może. Niebezpieczne 

pokusy płci to pewnie najlepszy temat właśnie dla takiego zgromadzenia, dla ludzi o 

burzącej się młodej krwi. Ci młodzi, o twarzach tak pięknych i otwartych, o ciałach, w 

których soki tak niedawno zaczęły płynąć...

Nagle pastor poczuł się zmęczony.

Nie był w stanie wygłosić jednego ze swoich ziejących piekielnym ogniem kazań 

o uwodzicielkach i ladacznicach, o szatańskich pokusach i strasznych grzechach kobiet i 

mężczyzn.

Zamiast   tego   zaczął   mówić   o   Lutrze.   O   sakramencie   małżeństwa   i 

błogosławieństwie, jakie Pan zsyła na żyjących ze sobą dwoje ludzi.

To uznał za odpowiedni temat.

I   przyjemnie   będzie   patrzeć,   jak   ta   obca   dziewczyna   o   śmiałych   oczach   ze 

wstydem spuszcza wzrok!

Maryjka siedziała grzecznie i słuchała słów pastora. Takie przynajmniej sprawiała 

wrażenie, wyprostowana i milcząca, skoncentrowana tak, że serca chłopców przepełniało 

rozczarowanie.   Oto   pojawiła   się   wśród   nich   rzadkiej   urody   młoda   osoba,   tak 

niewiarygodnie   piękna,   że   aż   zapierało   im   dech.   I   okazuje   się,   że   wcale   nie   jest 

zainteresowana ich adoracją, a uwielbienie w ich wzroku traktuje z równą obojętnością 

background image

jak dzwonnik!

Teraz   dali   za  wygraną,  niektórzy   dlatego,   że  Maryjka   nie  zaszczyciła  ich  ani 

jednym spojrzeniem, inni dlatego, że właśnie przybył sam proboszcz.

To przecież  stary zmęczony człowiek,  szeptał biały duch siedzący na jednym 

ramieniu Maryjki.

To ten człowiek zniszczył życie mojej matki, mówił czarny, siedzący na drugim 

ramieniu.

Maryjka trwała nieporuszona, wpatrzona przed siebie.

Pastor mówił i mówił, ale jego szare oczy już ani razu na niej nie spoczęły.

Słowa płynęły z jego ust niczym chmara ptaków jesienią na chmurnym niebie, 

brzmiały głośno i donośnie.

Maryjka studiowała uważnie sylwetkę mówcy.

Miał siwe włosy, przynajmniej po bokach. Na górze zostało ich bardzo niewiele. 

Domyślała się, że w młodości włosy pastora musiały mieć mdły kolor piasku. Zaczęła 

szybko liczyć, łączyła wszelkie niepełne informacje, jakie posiadała na temat tej postaci. 

Musiał mieć jakieś sześćdziesiąt, sześćdziesiąt pięć lat. Był młodym człowiekiem, gdy 

jako wikary przybył do Lyster. Ożenił się chyba jako mężczyzna w sile wieku.

Teraz, o ile dobrze wiedziała, od ponad szesnastu lat żył sam. Jego syn jest ledwie 

kilka miesięcy młodszy od niej. Ten, o którym ludzie mówią, że słabowity.

Claes Justitian.

Justitian.

Maryjka wiedziała, że to imię ma coś wspólnego ze sprawiedliwością.

Jak to możliwe, że człowiek taki jak pastor nadaje synowi właśnie takie imię?

Na zaciśniętych wargach dziewczyny pojawił się złośliwy uśmieszek. Zmrużyła 

oczy, cała twarz przybrała szelmowski wyraz.

Justitian.

Syn sprawiedliwości.

Ha, nieźle pasuje!

Nagle przyszło jej do głowy, że syn pastora też musi tutaj być! Czyż nie słyszała, 

że on sam chodzi po parafii i prowadzi nauki dla młodzieży? Dziwne gdyby nie było go 

tutaj teraz, kiedy ojciec przyszedł na inspekcję.

background image

Z nowym zainteresowaniem zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu.

Maryjka miała miejsce niemal całkiem z tyłu, przy dużym kamiennym piecu.

Było   tu   wygodnie   i   ciepło,   chociaż   ciągnęło   od   świeżo   wybudowanego 

prymitywnego komina.

Obok   niej   siedziała   jakaś   dziewczyna.   Przestraszona   mała   dziewczynka   z 

szaroblond warkoczykami mocno związanymi z tyłu głowy. Skóra na skroniach była tak 

napięta,   że   musiało   ją   to   boleć.   Zresztą   całe   skulone   ciało   dziewczyny   wyrażało 

cierpienie.

Nieco dalej stały trzy pulchne panny, ładnie ubrane, o rumianych policzkach. To 

córki   gospodarza   z   Flahammar.   Przyszły   też   córki   służącego   lensmana   i   służącego 

dzwonnika.

Maryjka   łatwo   je   wszystkie   rozpoznawała   na   podstawie   zapamiętanych 

opowiadań Kari. Nie była w stanie określić pochodzenia tylko kilku najdalej od niej znaj-

dujących się osób.

Nieco na skos przed nią siedziało w rzędzie paru chłopców. Uznała, że są do 

siebie podobni, trudno powiedzieć, z jakich domów pochodzą. Maryjka wiedziała tylko, 

że najważniejsi siadają na przedzie.  Przeszukiwała  wzrokiem pierwszą ławkę, uznała 

jednak, że tamci chłopcy są za młodzi.

Po   długim   przyglądaniu   się   plecom   siedzących   zatrzymała   wzrok   na   szarej 

szczupłej postaci przy samej ścianie.

Sterczące na wszystkie strony włosy miały jasny kolor piasku. Tak mogły jeszcze 

niedawno wyglądać włosy pastora.

Ciało   sprawiało   wrażenie   dość   silnego,   lecz   chłopiec   kulił   się,   jakby 

przygotowany na atak.

Maryjka instynktownie poczuła, że to musi być Justitian.

A   kiedy   chłopięce   ciało   drgnęło,   gdy   pastor   nagle   uniósł   głos,   nie   miała   już 

żadnych wątpliwości.

Nikt z zebranych tak nie podskakiwał na ławce, chociaż wielu przenikał dreszcz i 

wielu   spuszczało   wzrok,   kiedy   pan   Revelin   przeszedł   do   ostatniej   fazy   swoich   na-

pomnień.

- Dzień dobry! Jestem Marja Gjertrudsdatter. Niech będzie pochwalony.

background image

Chłopiec spojrzał spłoszony, jakby Maryjka zamierzała rzucić się na niego albo 

chciała go uderzyć.

Wzrok miał rozbiegany, ręce zwisały bezradnie wzdłuż ciała. W końcu jakoś się 

opanował i odwzajemnił pozdrowienie. Głos mu się łamał, jakby przechodził mutację, 

chociaż wyglądało na to, że ma już za sobą trudny okres przejściowy od chłopca do 

mężczyzny.

- Na wieki wieków... jestem Cla... Claes Justitian Reve... reve... reve...

Przerwał.

Maryjka   słyszała,   że   słowa   więzną   mu   w   gardle,   jakby   go   miały   zadławić, 

widziała malującą się na twarzy rozpacz.

Uśmiechnęła się raz jeszcze i dyskretnie zrobiła krok w tył.

-   Dzień   dobry,   mój   panie.   Domyśliłam   się,   że   jesteś   synem   pastora.   Mam 

nadzieję, że wybaczysz mi moją śmiałość... Ale widzisz, jestem tutaj nowa, tak mało 

umiem. Nie jestem jeszcze konfirmowana... Mama mnie przysłała tutaj, bo uważa, że pan 

Revelin zdoła zaradzić... uzupełni moją rozpaczliwie słabą znajomość Pisma...

Młody   człowiek   ukłonił   się   bez   słowa,   z   pewnością   nie   chciał   wygłupić   się 

jeszcze raz.

To   przeklęte   jąkanie!   A   wydawało   mu   się,   że   już   nad   wszystkim   panuje,   w 

każdym razie dopóki nie ma przy nim ojca!

Słyszał także cichy chichot dziewcząt w kącie, nie odważył się spojrzeć w tamtą 

stronę.

Siedzący przy długim stole dzwonnik przewracał kartki w księdze.

Wyglądał   na   zmęczonego,   wszyscy   wiedzieli,   że   teraz   pozostało   jeszcze 

odmówienie krótkiej modlitwy i może odśpiewanie psalmu, nauka na dzisiaj dobiegała 

końca.

- Czy możemy potem jeszcze porozmawiać? - zagadnęła Maryjka. Udało jej się 

sprawiać wrażenie bardziej pokornej, mimo że zadawała takie śmiałe pytanie.

Młody   człowiek   nie   odważył   się   odmówić,   bo   przecież   ona   mogła   zapytać 

dlaczego. Skinął więc tylko głową bezradnie. Boże drogi, jaka piękna kobieta! No nie, to 

chyba jeszcze dziewczyna, zaledwie dwa, może trzy lata starsza od niego. Ale jakie ona 

ma ciało! Syn pastora wiedział, że jej postać wryje mu się w pamięć i że wspomnienie 

background image

będzie mu towarzyszyć w długie, samotne noce.

Powinien z nią porozmawiać.

Właściwie to bardzo chciał, był dziwnie rozgorączkowany na myśl, że dowie się o 

niej czegoś więcej.

Mimo   wszystko   najchętniej   by   zniknął,   uciekł   od   tego   zbyt   urodziwego 

stworzenia. Instynkt mówił mu, że wystarczy kilka jej słów, by uwikłał się w sytuację, 

nad którą trudno mu będzie zapanować.

Żeby tylko nie zaczął się jąkać.

Żeby tylko potrafił przedstawić się jej jako silny, mądry młody człowiek, taki, 

jakiego na próżno starał się w nim widzieć własny ojciec.

Gdyby   udało   mu   się   swobodniej   posługiwać   słowami,   gdyby   miał   trochę 

silniejsze ramiona, gdyby rysy były mniej dziecinne...

Claes Justitian nie posiadał zbyt wielu cech, z których byłby zadowolony.

Lutowe   słońce   już   dawno   zaszło,   gdy   nauka   dobiegła   nareszcie   końca.   Mrok 

skradał się ponad fiordem niczym groźna, nieznana istota. Wkrótce otoczy szczelnie całą 

osadę, tylko na szczytach gór widać było jeszcze ostatnie błyski ukrytego już słońca. 

Dnie stawały się jednak coraz dłuższe. Miało się ku wiośnie.

Ale słońce wciąż świeciło zbyt słabo, żeby ogrzać ziemię. W środku dnia mogło 

być bardzo przyjemnie wystawić do słońca bladą po zimie twarz, ale gdyby się człowiek 

za bardzo rozebrał, przypłaciłby to ciężkim zaziębieniem.

Wiosna długo jeszcze będzie musiała walczyć o pierwszeństwo.

Maryjka starała się iść za synem pastora wśród młodzieży wychodzącej po nauce 

z izby.

Na zewnątrz tłum rozpraszał się. Niektórzy szli wprost do domu, do obowiązków, 

które musieli przerwać, by pójść do kościoła. Inni mieli wolne do wieczora i zatrzy-

mywali się w małych grupkach, by porozmawiać.

Dziewczyny zgromadziły się wokół trzech bujnych córek z Flahammar. Głośno 

rozmawiały   o   przygotowaniach   do   zbliżającej   się   Wielkanocy   i   o   tym,   co   kupiły   u 

wędrownego   handlarza,   który   w   ubiegłym   miesiącu   odwiedził   okolicę   po   drodze   z 

Gudbrandsdalen do Bergen.

Chłopcy   urozmaicali   sobie   czas   rozmowami   o   polowaniach   i   prowadzeniu 

background image

gospodarstwa,   prześcigali   się   w   wesołych   opowieściach,   poklepywali   nawzajem   po 

plecach i śmiali na całe gardło, gdy któryś powiedział coś zabawnego.

Przez   cały   czas   obie   grupy   posyłały   sobie   przeciągłe   spojrzenia   niczym 

niewidzialne strzały.

Maryjka   starała   się   nie   uronić   najmniejszego   nawet   szczegółu.   Zdążyła   już 

wyrobić sobie pogląd na tych młodych ludzi, na nowe i obce jej środowisko, którego 

częścią miała się stać.

Jedna  z   dziewcząt   odeszła   od  koleżanek   i   jakby  przypadkiem   zbliżyła   się   do 

Maryjki i syna pastora, stojących pod ścianą i przyglądających się zgromadzonym.

Justitian spuścił wzrok.

Dziewczyna pozdrowiła Maryjkę.

- Dzień dobry. Słyszałam, że mieszkasz u Solveig Hagen?

-   Mieszkam.   Dzień   dobry.   Nazywam   się   Marja   Gjertrudsdatter.   Przyjechałam 

tutaj, żeby chodzić do pastora.

- Domyślam się, że przyjechałaś z daleka? Maryjka dostrzegała stanowczość w 

oczach młodej kobiety. To z pewnością twardy orzech, taką niełatwo jest oszukać.

- Tak. Pochodzę z Ardal - skłamała bez zająknienia.

- Aha... Z Ardal, powiadasz. Ale mówisz jakoś inaczej! Gdybym miała zgadywać, 

to powiedziałabym, że jesteś z Kaupanger, albo coś takiego!

Maryjka podjęła tę możliwość.

- Mój ojciec stamtąd pochodził. Ale on nie żyje. Dziewczyna uśmiechnęła się ze 

zrozumieniem, wyglądało na to, że przesłuchanie jest skończone.

- A ja nazywam się Greta Finek. To mój wuj prowadzi Dosen, tę gospodę, wiesz.

Maryjce bardzo się spodobało, że z wielką naturalnością wsunęła jej rękę pod 

ramię i pociągnęła w stronę swojej grupy.

Dziewczyny   zasypały   nową   pytaniami,   ale   nietrudno   jej   było   pominąć   z 

uśmiechem te, na które nie chciała odpowiadać.

Obejrzała się kilka razy przez ramię i widziała, że Justitian niepewnie ruszył w 

kierunku plebanii.

A niech tam, będzie jeszcze wiele okazji. Szczerze mówiąc to dobrze, jeśli poczuł 

się   trochę   rozczarowany.   Dobrze,   że   musi   poczekać,   zanim   jego   ciekawość   zostanie 

background image

zaspokojona.

Maryjce   podobał   się   wyraz   jego   oczu.   Zwycięstwo   nad   nim   z   pewnością 

nietrudno będzie osiągnąć.

background image

ROZDZIAŁ V

Tego wieczoru Claes Justitian miał jeść kolację przy ojcowskim stole, tak jak to 

zgodnie z niepisaną umową robił zawsze w dni, kiedy odbywała się nauka.

Izba jak zwykle pogrążona była w mroku. W gabinecie, gdzie pastor przyjmował 

ludzi, siedząc za dużym pięknym biurkiem, rozpalono na kominku.

Dom na probostwie należał do najładniejszych w okolicy. Były tu szklane szyby 

w oknach i od frontu, i od podwórza. Gabinet pastora znajdował się na lewo od wejścia, 

gospodarz   mógł   przez   okno   obserwować   wszystkich   kręcących   się   po   podwórzu, 

zbliżających się i wychodzących z plebanii.

Był to bardzo piękny pokój, chociaż puste półki na książki i ciężkie zakurzone 

zasłony sprawiały cokolwiek ponure wrażenie. W rogu koło kominka stał bardzo ładny 

stolik, taki na jakich się w eleganckich domach w mieście ustawia przybory do palenia. 

Tutaj   na   tle   ścian   z   grubych   drewnianych   bali   wyglądał   trochę   nie   na   miejscu,   ale 

pasował do wyściełanych krzeseł ustawionych w głębi pokoju. Tutaj ojciec miał zwyczaj 

odpoczywać. Zdarzało się, że spędzał w gabinecie także noce.

W podłodze, ukryte pod grubym dywanem, znajdowało się zejście do piwnicy.

Justitian  wiedział,  że poprzedni pastor połączył  podziemnym  korytarzem  swój 

dom z kościołem.

Wykopał tunel od piwnicy na plebanii aż pod sam ołtarz.

Tunel prowadził do krypty.

Do podziemi, w których chowano zmarłych.

Bardzo ważnych zmarłych.

Wśród   nich   znajdował   się   również   ów   poprzedni   pastor,   odpoczywający   w 

spokoju Mogens Skanke.

Cóż, czy rzeczywiście zmarły odpoczywał w spokoju, tego Justitian nie był tak 

całkiem pewien. Sporo słyszał o Mogensie, czy Czarnym Monsie, jak ludzie często go 

nazywali. Z pewnością jeszcze teraz go wspominają, stary pastor był legendą, parafianie 

go kochali, lecz także bali się go, odnosili się do niego z mieszaniną szacunku i lęku.

On zaś okazywał im wyrozumiałość w kwestii podatków i daniny dla Kościoła. 

Tym,   którzy   nie   byli   w   stanie   płacić,   odpuszczał,   demoralizując   ludzi   kompletnie. 

background image

Zdawał się nie bardzo zważać na takie sprawy. Poza tym chodził po parafii i rozmawiał z 

ludźmi,   nawracał   ich   na  właściwą   drogę   w   sposób,  który  przystoi   raczej   chłopu   niż 

słudze Bożemu. Miał też podobno czarną księgę. Pewnie czytywał  ją właśnie w tym 

pokoju.

Justitian zadrżał. Jakie to niezwykłe!

Miał   ochotę   otworzyć   wejście   do   piwnicy   i   zajrzeć   tam   któregoś   dnia.   Tak! 

Mógłby to zrobić. Następnym razem, gdy tylko ojciec wyjedzie, może już w najbliższą 

niedzielę   wieczorem.   Proboszcz   uda   się   do   kościoła   w   Nes,   zamierza   wygłosić   tam 

kazanie. Wówczas...

- Nad czym tak rozmyślasz, mój chłopcze? Nie idziesz ze mną? Trzeba odmówić 

modlitwę przy stole, synu!

Głos   ojca,   choć   niespecjalnie   donośny,   zabrzmiał   w   głowie   chłopca   niczym 

grzmot.

Panująca w pokoju cisza sprawiła, że słowa dźwięczały nieoczekiwanie ostro, i 

chłopak mimo woli się skulił.

Złożył gładkie, młodzieńcze dłonie i odmawiał długą modlitwę, nie zająknąwszy 

się  ani razu.  Zawsze świetnie  sobie radził  z  takimi  modlitwami  i regułkami,  jąkanie 

zaczynało się wtedy, kiedy najpierw musiał pomyśleć, zanim usta zaczynały mówić.

Ojciec skinął mu z surową miną, usiadł i natychmiast zaczął jeść.

Gęsta owsianka na mleku nie miała żadnego smaku. Oj - ciec lubił takie potrawy. 

Zwłaszcza teraz, w okresie postu, jedzenie powinno być jałowe i pozbawione fantazji. 

Niedługo będzie Wielkanoc... Zabije się cielaka...

Claes ujął drewnianą łyżkę, nabrał szarej masy i podniósł ją do ust. Nie musiał 

wcale gryźć. Papka sama spływała do gardła, a żołądek z wdzięcznością przyjmował 

pożywienie.

Podczas posiłku nie padło ani jedno słowo.

Czasem łyżka stuknęła o dno miski. Ojciec przesuwał stopy pod stołem. Ocierał 

usta mankietem.

Justitian domyślał się, że pastorowi coś leży na sercu. Miał nadzieję, że to nie 

będzie jeden z tych długich wieczorów, kiedy ojciec zabierał się do udzielania mu nauk i 

w nieskończoność wygłaszał ponure napomnienia.

background image

Trzeba bardzo uważać, nie wolno powiedzieć nic, co ojciec mógłby zrozumieć 

jako bunt albo niezgodę. Tylko że to bardzo trudne...

- Podziękujmy Bogu za ten posiłek i prośmy go, by nam pozwolił wypełniać jego 

wolę dzisiaj i po wsze czasy. Amen.

- Amen.

Siedzieli przez dłuższą chwilę ze złożonymi rękami, dopóki ojciec nie uznał, że 

wystarczy już cichej modlitwy. Wtedy odsunął od siebie talerz.

- Mój synu, jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać. Jesteś już prawie 

dorosły, od dawna robisz wiele, prowadząc nauczanie. Nie należysz może do najbardziej 

żarliwych, przejąłeś niestety wiele ze słabości twojej matki, ale niech tam, jesteś jaki 

jesteś. Właściwie pokierowany możesz zajść daleko. Przecież wiesz, jakie mam wobec 

ciebie plany?

- Tak, ojcze. Mam być taki jak ty. Mówił cicho, bezdźwięcznym głosem. Ojciec 

uśmiechnął się cierpko.

- Hm, tak. Masz zostać pastorem, tak jak ja. Jeśli zdołasz skończyć studia, twój 

egzamin...   Prowadzenie   nauk   jest   w   tym   przypadku   dobrym   ćwiczeniem.   Chciałbym 

wierzyć, że zajmiesz miejsce wśród ludzi biskupa, że otrzymasz tam godność kapłańską. 

Ale teraz jesteś jeszcze za młody. Musimy poczekać parę lat. Na szczęście jest wiele 

rzeczy, którym możemy poświęcić czas. Tak wiele jeszcze musisz się nauczyć...

Justitian pragnął, by ojciec choć raz wspomniał o tym, czego syn mimo wszystko 

zdołał się nauczyć, o tym, co mimo wszystko umie!

Ale   to   nie   leżało   w   naturze   Revelina.   Żadnych   niepotrzebnych   pochwał. 

Oczekiwał, że syn będzie się uczył, pojmował wszystko szybciej niż jego rówieśnicy. 

Jeśli tego nie robił, to kara jest najlepszym sposobem, by następnym razem starał się 

bardziej.

Justitian   nie   zliczyłby   nocy,   które   strawił   przepisując   długie,   trudne   teksty   w 

niezrozumiałych   obcych  językach  jako  karę  za   zapomnienie   czy  niedokładne   przyto-

czenie jakichś biblijnych słów.

W ten sposób ojciec pozyskiwał wypisy z ważnych ksiąg, które potem posyłał 

swoim kolegom i dostawał w zamian inne. Gromadził powoli dużą bibliotekę złożoną z 

takich   ręcznie   przepisywanych   woluminów.   Stały   one   pięknie   jeden   obok   drugiego, 

background image

oprawione w domowej roboty okładki.

Justitian lubił książki.

Była to zresztą jedna z niewielu cech, za które nawet ojciec musiał go chwalić.

Pastor ciągnął dalej swój wykład, temat wieczoru był kontynuacją dzisiejszego 

nauczania dla młodzieży. Ojciec jednak zręcznie wplatał fragmenty swoich dawniejszych 

popisów kaznodziejskich, nigdy nie był tak ożywiony jak wówczas, kiedy mógł mówić o 

grzechu i wstydzie, o lekkomyślności i o pokusach ciała.

Tym sposobem Justitian dowiedział się wiele o podstępnych metodach kobiet.

Dzisiaj jego myśli kierowały się ku Maryjce.

Czy ona też jest jedną z tych złych kusicielek, o których mówi ojciec? Czy to za 

sprawą diabelskiej siły Justitian owi pocą się dłonie, kiedy z nią rozmawia? Czy ' jest 

niczym wąż w Raju posłany, by go kusić i zwodzić na manowce?

Nie,   Maryjka   to   raczej   Ewa.   Matka   ludzkości,   która   pozwoliła   się   oszukać. 

Kobieta, która poruszała się w rajskich ogrodach swobodnie, całkiem naga, podobnie jak 

jej mąż.

Fantazja Justitiana wzięła górę, historia o pierwszych ludziach w Raju stała się 

tłem dla jego wyobrażeń, widział siebie i Maryjkę, jak nadzy i szczęśliwi wędrują wśród 

uginających się pod ciężarem owoców jabłoni.

Widział w wyobraźni jej śmiejącą się twarz, jej szczupłe, białe dłonie, szyję, na 

której widniała delikatna, czerwona plamka, świadcząca o dawnej ranie.

Niżej nie odważył się spoglądać. Nawet w wyobraźni.

Maryjka   niepokoiła   się,   że   za   mało   pomaga   gospodarzom   w   Hagen.   Solveig 

wstawała,   zanim   ptaki   zdążyły   Otworzyć   oczy,   była   ubrana   i   przygotowana   do 

codziennej pracy, kiedy siedmioro pozostałych domowników zaczynało się budzić.

Najpierw wstawały dzieci, Maryjka razem z nimi. Chętnie pomagała w ubieraniu 

dwojga   najmłodszych,   trzy   -   i   Czterolatka.   Więksi   chłopcy   wychodzili   wcześnie   do 

pracy,   najczęściej   towarzyszyli   ojcu   w   lesie   albo   na   polach.   Dziewczynka   imieniem 

Borgny, dziesięciolatka, przygotowywała śniadanie. Maryjka jej pomagała.

Dni w Hagen toczyły się ustalonym rytmem, wciąż było mnóstwo pracy w domu i 

w   obejściu.   Solveig   nie   należała   do   surowych   gospodyń.   Maryjka   miała   więc   dużo 

wolnego czasu bez obowiązków, chodziła sobie po prostu albo zajmowała się jakimiś 

background image

robótkami.   Pocerowała   wszystkie   pończochy   i   skarpety,   jakie   w   domu   wymagały 

naprawy, Solveig bardzo ją za to chwaliła. Zachęcona Maryjka zabrała się do haftowania. 

Czasami   trochę   sprzątała,   zamiatała   podłogę   miotłą   z   brzozowych   i   wierzbowych 

gałązek,   Solveig   uśmiechała   się   i   nie   szczędziła   pochwał.   Wszystko   układało   się 

znakomicie.

Ale Maryjka zaczynała się nudzić.

Nie wyglądało też na to, że będzie miała wiele okazji do spotykania syna pastora. 

Nie mogła przecież po prostu pójść na plebanię żeby rozmawiać o pogodzie!

Widywała go tylko w co drugą niedzielę w kościele. I raz w miesiącu na nauce 

katechizmu.

Wiedziała, że on odwiedza różne wioski i w wynajętych izbach prowadzi naukę. 

Pomaga w ten sposób panu Revelinowi. Może właśnie dlatego nigdy go nie widywała, 

choć często chodziła drogą koło starej chaty dzwonnika. Teraz dzwonnik mieszkał w 

zasobnym własnym dworze i stara chałupa nie była mu potrzebna. To dlatego syn pastora 

się do niej przeprowadził.

Maryjka nie dziwiła się jego decyzji. Któż byłby w stanie żyć pod jednym dachem 

z takim szatanem jak jego ojciec?

Był właśnie ostatni powszedni dzień przed Wielkanocą i wszyscy mieli mnóstwo 

roboty.

Solveig robiła  kiełbasy i  gotowała mięso  na całe  święta.  Z suszonych  jabłek, 

owoców   jałowca   i   miodu   ugotowała   pyszną   gęstą   masę.   Zamierzała   nią   przekładać 

świeżo upieczone pszenne placki. Przed kilkoma dniami bardzo starannie zmełła ziarno, 

teraz w kuchni stały duże garnki wypełnione po brzegi złocistą, delikatną mąką. Solveig 

upiecze z niej świąteczny chleb.

W głębokiej piwnicy, wykopanej pod lamusem, przechowywano warzywa, nawet 

kapustę.   Przysypywano   ją   jesienią   grubą   warstwą   wiórów   zmieszanych   z   białym 

piaskiem. Pod tym okryciem kapusta leżała przez wiele miesięcy sucha, nie zmarznięta. 

Można ją było przetrzymywać aż do wiosny, gdy jednak robiło się ciepło, zaczynała gnić 

na potęgę. Ostatnie główki zostaną ugotowane na świąteczny obiad.

Wszyscy czekali na trochę odmiany po codziennej kaszy i rybach.

Maryjka nie była rozpieszczona, ale z utęsknieniem wyczekiwała innego jedzenia 

background image

niż te wieczne ryby, świeże albo solone. Jednego dnia dorsz, drugiego śledzie, trzeciego 

chude, smażone okonie...

Już kubek wywaru z kości był wspaniałym smakowym doznaniem.

Solveig nuciła, przygotowywała coś na małym stole w kącie izby.

- Maryjko, powinnaś się trochę przejść w taką piękną pogodę!

- Przejść się? No, a te spódnice...

-   Możesz   poreperować   je   później!   Wyjdź   teraz,   zaczerpnij   trochę   świeżego 

powietrza. Jesteś młoda, dziewczyno, niedługo będziesz miała męża i dzieci, i cale góry 

ubrań do naprawy!

Maryjka uśmiechnęła się z wdzięcznością, odłożyła igłę i nici do koszyczka.

Przygładziła  wilgotną dłonią włosy,  bo chociaż zaplotła je w warkocze, to na 

skroniach wciąż zwijały się małe loczki.

Jak dobrze było wyjść na dwór!

Dziarskim krokiem ruszyła w drogę, aż błoto rozpryskiwało się spod jej nóg.

Wciągnęła powietrze głęboko do płuc, wiosenny zapach oszołomił ją. Serce biło 

równo i lekko.

W końcu wiosna zwyciężyła. Teraz natura miała tylko jedną drogę, ku latu!

Maryjka   przyglądała   się   baziom   na   wierzbowych   gałązkach,   spostrzegła,   że 

pączki brzozy na podwórzu niedługo zaczną pękać.

Skierowała   się   ku   plebanii.   Chciała   tylko   tamtędy   przejść,   nic   więcej.   Tylko 

popatrzeć. Zresztą może kogoś spotka?

Na podwórzu panował jednak zupełny spokój, malowanej bryczki pastora też nie 

było na zwykłym miejscu pod dachem koło obory.

Widocznie wyjechał. Może z synem?

Maryjka, oglądając się na boki, weszła na podwórze. Miała nadzieję, że nikt jej 

nie widzi.

Pośrodku dziedzińca znajdowała się studnia.

Zbudowany z kamieni krąg musiał tu stać od wieków. Był solidny, ale wyglądał 

na bardzo stary.

Wstrzymując oddech podeszła bliżej.

Tędy musiała też chodzić mama, z pewnością dotykała tej studni wiele, wiele 

background image

razy!

Może czasami siadała na krawędzi, odpoczywała przez chwilę?

Maryjka   uniosła   lekko   spódnicę   i   usiadła.   Jakie   to   dziwne.   Gładziła   dłonią 

kamienie, pragnęła, by studnia mogła jej opowiedzieć trochę o tym, co się tu działo w 

tamtych czasach, kiedy mama była pastorową, gospodynią w tym pięknym dworze.

Ogarnęła ją nieprzeparta chęć, by zajrzeć do domu.

Drzwi wejściowe są przecież otwarte...

Zapomniała o wszelkiej ostrożności, czuła mrowienie pod skórą, a stopy niemal 

same niosły ją w stronę domu. Ostrożnie wsunęła się do środka, nasłuchiwała tak, że 

uszy o mało nie odpadły jej od głowy. Cicho.

Tylko z kuchni słychać było hałasy i głosy kobiet. Tutaj też pewnie wszyscy są 

zajęci przygotowaniami do Wielkanocy.

Maryjka wiedziała, że trzy dziewczyny ze wsi miały w zimie miejsce na plebanii, 

jedna   z   nich   chyba   tylko   po   to,   by   pokazać   ludziom,   jakim   wspaniałomyślnym 

człowiekiem jest proboszcz. Dziewczyna z trudem się poruszała, jedną nogę miała dużo 

krótszą,   poza   tym   była   niedorozwinięta.   Biedny,   nieszczęśliwy   człowiek,   któremu 

proboszcz okazał swą dobroć, dał dach nad głową i pożywienie.

Jedyne, co była w stanie robić ta nieszczęsna istota, to pilnowanie ognia.

Nowo przybyła rozglądała się po mrocznym korytarzu. Na wprost znajdowały się 

jakieś drzwi. Strome schody wiodły na górę, widocznie mieściły się tam sypialnie. Pod 

schodami, po lewej stronie, dostrzegła jeszcze jedne drzwi. Pewnie prowadzą do gabinetu 

pastora.

Gjertrud jej opowiadała o tym domu. W barwnych słowach przekazywała to, co 

słyszała od Marii. Mówiła o gabinecie, o kominku, gdzie często płonął ogień, o tym, że 

Maria   i   Mogens   chętnie   tam   odpoczywali,   a   Maria   lubiła   zaciągnąć   się   dymem   ze 

srebrnej fajki... Wszystkie książki, kosztowne przedmioty ze srebra, obrazy na ścianach...

Maryjka nie mogła się powstrzymać.

Bezszelestnie uchyliła drzwi.

Pokój   był   ciemniejszy,   niż   przypuszczała,   zasłony   nie   przepuszczały   światła, 

które wpadało przez szklane szyby.

Serce gwałtownie zabiło jej w piersi, o mało nie krzyknęła przerażona.

background image

W głębi pokoju, przy dużym  eleganckim stole, stał jakiś człowiek. Przeglądał 

leżące tam papiery, ale gdyby uniósł wzrok, natychmiast by ją zobaczył. Maryjka trwała 

bez ruchu, nie miała odwagi zamknąć drzwi ani wykonać żadnego gestu w obawie, że on 

odkryje jej obecność.

Nagle rozpoznała go, w tym samym momencie on ją zobaczył.

To Justitian.

- Czego chcesz, Maryjko? - wykrztusił, zwilżywszy przedtem językiem wargi i 

oparłszy dłonie o blat stołu.

Maryjka   pośpiesznie   szukała   jakiejś   wiarygodnej   odpowiedzi,   nie   znajdowała 

jednak żadnego wytłumaczenia, dlaczego zjawiła się tu nieproszona i skradając się po 

kryjomu weszła niczym złodziej do gabinetu pastora. Nawet nie zapukała!

- Ja... ja myślałam... ja wcale nie wiedziałam...

Młody człowiek uśmiechnął się, sprawiało mu niejaką przyjemność to, że ona też 

nie może sobie poradzić ze słowami, jąka się podobnie jak on. Doznał wrażenia, że ją w 

jakimś sensie przewyższa. Nabrał nieoczekiwanej pewności siebie.

- Wejdź, Marjo Gjeitrudsdatter. Wejdź i bądź pozdrowiona.

- Dziękuję.

Wskazał  jej   krzesło,  zachowywał   się  tak,  jakby  ten  gabinet   należał   do niego. 

Maryjka zwróciła uwagę, że chodzi teraz wyprostowany. Ręce też mu nie drżały. A kiedy 

z nią rozmawiał, głos brzmiał pewnie.

- Piękną mamy dziś pogodę! Wiosna przyszła zdaje się na dobre, i to na same 

święta!

- Tak, czyż to nie wspaniałe? Jak miło jest patrzeć, że drzewa znowu budzą się do 

życia, że ptaki do nas wróciły! Dzisiaj widziałam pliszkę...

Uff, jak głupio to brzmi!

Uprzejme rozmowy.

Bezsensowne gadanie.

Ale   takie   sprawy   są   bardzo   ważne   w   świecie   dorosłych.   A   to   była   pierwsza 

wiosna, gdy oboje zaczęli odczuwać, że właśnie do tego świata należą.

- Twój ojciec... czy jego nie ma?

-   Nie,   niestety.   Wyjechał,   pojechał   do   lensmana   w   związku   z   jakimś 

background image

przedsięwzięciem...   Musiał   to   załatwić   przed   Wielkanocą,   ty   wiesz,   ile   on   ma   teraz 

pracy... Nie, z pewnością nie wiesz...

- Rozumiem. W porządku. Ja przyjdę... kiedy indziej.

- Czy masz coś ważnego, może mam mu przekazać jakąś wiadomość od ciebie?

- Nie, nie. Wcale nie musisz mu mówić, że tu byłam. Ja... myślę, że będę mogła 

porozmawiać z nim przy innej okazji.

- Dobrze, jak chcesz. Zresztą będziesz miała powód, żeby przyjść tu jeszcze raz, 

odwiedzić nas.

Maryjka uśmiechnęła się. Podobał jej się sposób, w jaki się do niej odnosił, jakby 

była  córką pisarza albo wójta czy coś takiego. Gdyby Justitian  wiedział, kim był  jej 

ojciec! Nie mówiąc już o mamie...

-   Bardzo   chętnie   znowu   cię   odwiedzę   -   powiedziała   i   posłała   mu   swój 

najpiękniejszy uśmiech.

Bez trudu dostrzegła, jak tego rodzaju sztuki na niego działają. Już dawno pojęła, 

iż należy dać mu do zrozumienia, że to on kieruje sprawami, że ma nad nią przewagę. Już 

się  teraz  tak nie  kulił,  stał wyprostowany,  a ona odgrywała  jak mogła  niepewność  i 

zakłopotanie. Kiedy wychodziła, pozwoliła, by otworzył jej drzwi. Towarzyszył jej także 

na podwórze, ale nie odważył się ująć pod ramię, jakby to z pewnością zrobił dorosły 

mężczyzna.

- Maryjka... Czy mogę się tak do ciebie zwracać?

- Oczywiście, panie Revelin!

- Justitian. Albo Stian, jak zwykła mnie nazywać niania - odparł nieśmiało.

- Dziękuję. Jestem wzruszona. Ja, prosta dziewczyna...

- Nie, nie, wcale nie jesteś prosta! Jesteś wyjątkowa, ty jesteś taka... życzliwa. I 

nie mówisz jak dziewczyna pochodząca z biedy...

W tym zdaniu kryło się jakby pytanie. Maryjka nie odpowiedziała.

- Jakże bym miała być nieżyczliwa, skoro ty jesteś taki uprzejmy, przyjąłeś mnie, 

chociaż przyszłam tak... nieoczekiwanie.

- Nie wszyscy są tacy - powiedział, a Maryjka zobaczyła skurcz bólu na jego 

młodej twarzy.

Przeczuwała,   że   chętnie   by   się   przed   nią   otworzył.   Już   niedługo   nie   będzie 

background image

żadnych granic, wyzna jej wszystko.

Justitian był ważnym pionkiem w jej grze, tak postanowiła.

Teraz   zapomniała,   że   powinna   wczuwać   się   w   rolę   nieśmiałej,   zakłopotanej 

młodej dziewczyny i chwyciła go mocno za ramię.

- Chodź, przejdziemy się trochę, Stian! Sam powiedziałeś, że dzisiaj taki piękny 

dzień!

Poszedł   za   nią   prawie   bez   wahania.   Zeszli   z   drogi,   znaleźli   wąską   ścieżkę, 

prowadzącą z plebanii w stronę lasu. Minęli długi, wąski budynek, który nie służył do 

niczego, popadał w ruinę. Musiał się nie tak dawno palić, bo z jednego końca leżały 

czarne zgliszcza.

- Co to jest? - zapytała Maryjka, choć znała odpowiedź.

- To? To chyba stary magazyn!

Nie wiedział. Nie zdawał sobie sprawy, że są to resztki budynku, który kiedyś był 

tak kochaną przez Marię izbą chorych. Jeszcze kilka lat i zostanie zrównany z ziemią. 

Poszli dalej, las osłaniał  ich przed spojrzeniami  ciekawskich. Wkrótce  jednak znowu 

wydostali się na otwarte pola, długo szli miedzą, zanim dotarli do skraju drugiego lasku. 

Przed   nimi   leżało   Solgarden,   piękny   dwór,   dachy   lśniły   w   słońcu.   Tam   urodziła   się 

mama. Ale później mieszkańcy Solgarden odwrócili się od niej, i to w czasie, kiedy było 

jej najtrudniej. Szczęki Maryjki zesztywniały, oczy pociemniały. Stian tego nie widział, 

szedł przed nią, przeskakiwał przez leżące na ziemi pnie.

- Chodź, coś ci pokażę!

Wziął ją za rękę, poczuła, że jego dłoń jest sucha i ciepła.

Świetnie.

To znaczy, że on dobrze się czuje w jej towarzystwie. Że zapomniał, iż Maryjka 

jest   tylko   biedną,   obcą   dziewczyną,   a   on   synem   pastora,   na   którym   ciążą   poważne 

obowiązki.   Teraz   jednak   byli   dwojgiem   młodych   ludzi,   oszołomionych   wiosną,   po 

drodze w nieznane, gotowych badać tajemnice natury.

Maryjka wiedziała, że zanim dzień dobiegnie końca, on straci dla niej głowę.

Teraz to już tylko kwestia czasu, będzie mogła dokończyć grę, a potem pójść do 

jego ojca i przedstawić mu swoje żądania.

Na pewno będzie zaszokowany, kiedy dowie się o upadku syna! Ale znajdzie się 

background image

w   sytuacji   bez   wyjścia,   musi   jej   dać   wszystko,   czego   zażąda,   by   kupić   sobie   jej 

milczenie. Dużo pieniędzy... ale najważniejsze ze wszystkiego są rzeczy i książki mamy. 

Potem... potem będzie mogła wrócić po resztę, kiedy ukryje już spadek w bezpiecznym 

miejscu. Wtedy zniszczy ostatecznie jego cześć i dobre imię. Nie ustąpi, dopóki on nie 

stanie przed nią oskubany niczym kura!

Maryjka uśmiechała się paskudnie.

Położyła  rękę na ramieniu Stiana, poczuła, że krew pulsuje mu w żyłach. Ich 

twarze były teraz bardzo blisko siebie.

Całkiem   zapomnieli   o   gnieździe   z   pięknymi   niebieskimi   jajeczkami,   które 

chłopiec chciał jej pokazać.

Maryjka   napotkała   spojrzenie   jego   jasnoszarych   oczu,   wpatrywała   się   w   nie 

swoimi niebieskimi, jakby nigdy nie miała przestać. Syn pastora był zgubiony. Pochyliła 

się troszkę, pozwoliła mu posmakować swoich miękkich warg. Sama również poczuła 

nieoczekiwaną słodycz i mocniej przywarła do jego ust.

Całe   ciało   zdawało   się   poddawać   nastrojowi   chwili,   było   dziwnie   osłabłe   i 

rozgrzane.

Chłopiec   jęknął   cicho.   Oddychał   ze   świstem,   krótko   i   urywanie.   Oddech   był 

gorący, pachniał wierzbową gałązką, którą Justitian żuł po drodze.

- Maryjka... t - t - ty... jes...jes...jesteś taka pię - pię...

- Stian... nie powinniśmy... Zerwał się nagle, nastrój prysł.

- Tak! Masz rację. To wielki grzech, nie powinniśmy...

- Nie to miałam na myśli - powiedziała cicho i pogłaskała go po ręce. - To nie jest 

grzech... Nie robimy niczego złego... Czy ty nie rozumiesz, jakie to wszystko piękne? A 

grzech jest przecież paskudny, prawda?

Jej  głos  był  taki  czuły i łagodny,  niczym  balsam na jego roztrzęsione  nerwy. 

Maryjka jest nadzwyczajna! Taka czysta i dobra, i piękna, i łagodna, i... dojrzała! Taka 

kobieca...

Po raz pierwszy młodemu Revelinowi przyszło do głowy słowo „małżeństwo”. 

Zresztą nigdy nie miał powodów, żeby o czymś takim myśleć. Wszystkie dziewczyny 

śmiały się i wyszydzały go!

Ale Maryjka...

background image

Nieznana, tajemnicza, dobra Maryjka...

Do niej mógłby się przywiązać, i to na całe życie. Pomyśleć, że wolno by mu było 

otoczyć   ramionami   to   gibkie   ciało!   Pomyśleć,   że   mógłby   czuć   dotyk   jej   okrągłych 

piersi... Pomyśleć...

Justitian doznał zawrotu głowy, walka tocząca się w jego duszy miała się wkrótce 

rozstrzygnąć.   Usiadł   na   kamieniu,   Maryjka   nadal   pochylała   się   nad   gniazdem   z 

niebieskimi jajeczkami. Żadne nie chciało dotykać ślicznych kuleczek.

- Musimy stąd odejść, żeby matka mogła do nich wrócić. W przeciwnym razie te 

małe w środku pozamarzają na śmierć.

Maryjka w pełni się z nim zgadzała.

Znaleźli   sobie  osłonięte  od  wiatru   miejsce,  skąpane   w  wiosennym   słońcu,  on 

przyniósł kilka młodziutkich listków szczawiu i podzielił się z nią. Świeże roślinki były 

pyszne, język rozkoszował się nowym smakiem.

Maryjka pochyliła się ku Justitianowi, lekko oparła się o niego biodrem, czarne 

włosy łaskotały jego kark.

Zauważyła,  że prawie przestał oddychać. Cieszyła  się, że przedwczoraj umyła 

swoją czarną czuprynę i wypłukała ją w wodzie z dodatkiem lawendowego olejku, który 

dostała od Kari.

-   Jak   ciepło   -   westchnęła   nagle   i   jednym   szybkim   pociągnięciem   rozwiązała 

bluzkę pod szyją.

Tkanina zsunęła się, odsłaniając prawie całe ramię.

Z przodu na bluzce powstały głębokie fałdy.

Kiedy Maryjka pochyliła  się, by usunąć kamyk,  który wbił się jej pod obcas, 

Justitian po raz pierwszy w swoim życiu zobaczył dwie okrągłe, niezwykle tajemnicze 

kobiece piersi.

Przez dłuższą chwilę nie miał odwagi się poruszyć.

background image

ROZDZIAŁ VI

Maryjka była bardzo zadowolona z rezultatów tego dnia.

Syn   pastora   gotów   wielbić   powietrze,   którym   ona   oddycha!   Uśmiechała   się 

szeroko sama do siebie w ciemnościach, leżąc w łóżku i rozmyślając o wydarzeniach na 

skraju lasu.

Ciekawe, czy Justitian śpi?

A może leży i myśli o mnie?

Znowu poczuła mrowienie pod skórą. Wyobrażała sobie młodego, nieśmiałego 

chłopca   samotnego   na   posłaniu.   On   mnie   pragnął.   Nietrudno   było   to   dostrzec.   Z 

chłopcami tak zwykle bywa. Tyle o życiu Maryjka wiedziała.

Uważała   zresztą,   że   wie   wystarczająco   dużo   o   tym,   co   dzieje   się   między 

kobietami a mężczyznami. O tym, jakiego rodzaju władzę kobiety mogą nad nimi mieć... 

Jeśli właściwie rozegrają swoją kartę.

Z nią tak właśnie będzie.

Doprowadzi   go   do   tego,   że   Justitian   zapłonie,   że   stanie   się   dziki   i   szalony, 

zakocha się w niej do tego stopnia, że może nawet odważy się podjąć walkę z ojcem. Ale 

rozmawiać   z   pastorem   będzie   ona   sama.   Chce   spojrzeć   w   twarz   temu   zakłamanemu 

strażnikowi moralności, kiedy będzie mu przedkładać swoje żądania.

Wszystkie   zagrabione   rzeczy   mamy,   przeprosiny   na   piśmie   i   jeszcze   trochę 

pieniędzy na dodatek.

Maryjka domyślała się, że za jednym razem nie uda jej się odebrać pastorowi 

również   dworów.  Ale   też   to   dopiero  pierwszy  krok...  Kiedyś   Justitian   przejmie   cały 

spadek.

A wtedy droga stanie przed nią otworem.

Na koniec zwycięży, musi jej się udać.

Powinna   tylko   okazać   cierpliwość,   nie   pozwolić,   by   coś   jej   przeszkadzało, 

spychało z raz obranej drogi. Nie powinna też wikłać się w nieważne sprawy...

Nieszczęsny Justitian. Nie chciała tak myśleć, ale uczucia nasuwały się same.

Nieszczęsny Justitian.  On przecież  niczemu  nie winien. Nie wiedział  nawet o 

szpitaliku, o jej matce ani o podłych grach swego ojca...

background image

Ale to mu nie pomoże. Trzeba się przecież liczyć z ofiarami. A stary pastor sam 

sobie może dziękować za nieszczęście syna. Powinien wiedzieć, że kara za grzechy oj-

ców spada na ród.

Maryjka postanowiła, że tak właśnie będzie to wszystko traktować. Czuła się silna 

i nieustraszona, gotowa zrobić to, co powinno być zrobione. Gotowa odrzucić wszelką 

słabość i sympatię, która mogła zniweczyć zemstę.

Powinna im pokazać!

W końcu musi im pokazać!

Wciąż z tym samym uśmiechem na wargach zaczęła nareszcie zasypiać. Drżenie 

w ciele powoli ustało, Maryjka musiała jednak przyznać, że ta niebezpieczna gra jest też 

bardzo, ale to bardzo podniecająca.

Justitian   nie   spał,   Maryjka   uśmiechałaby   się   jeszcze   szerzej,   gdyby   go   teraz 

zobaczyła.

Pościel była gorąca i wilgotna. W pokoju panował chłód, ale jego ciało płonęło. 

Młody   mężczyzna   nie   mógł   znaleźć   spokoju.   Bliski   paniki   robił   co   mógł,   by 

powstrzymać ten pożar, w końcu jednak zrozumiał, że jego dłonie nie są w stanie ugasić 

ognia, który wznieciła ta niezwykła kobieta. Wyczerpany, mimo to chory z pożądania, 

wiercił się i rzucał pod ciężkim okryciem z owczych skór.

Skórę miał rozpaloną.

Zasychało mu w ustach, lecz nie miał siły, żeby się podnieść i przynieść sobie 

wody. Justitian cierpiał.

Czuł, że całe jego życie zostało w tej grze postawione na jedną kartę. Teraz nie 

miały już znaczenia takie drobiazgi, jak samotność, jąkanie, prześmiewki rówieśników, 

strach i niepewność przed każdą lekcją z bezczelną młodzieżą.

Nawet plany na przyszłość, takie jak kształcenie się na kapłana, przestały być 

ważne.

Widział tylko Maryjkę.

Pragnął tylko jednej rzeczy.

Mieć ją.

Ożenić się z nią, być przy niej, czuć przy sobie jej delikatne ciało, wkroczyć do 

krainy rozciągającej się za jej błękitnym spojrzeniem.

background image

Widzieć w jej wzroku coś, co mu tam kilkakrotnie mignęło: czułość i oddanie.

Justitian wiedział, że walka będzie długa.

Wcale przecież nie był pewien, czy ona pragnie tego samego. A nawet jeśli tak 

jest, to i tak największa bitwa rozegra się potem. Ojciec z pewnością wpadnie w szał. 

Ojciec   nigdy   nie   zaakceptuje,   by   jego   synową   została   zwyczajna   komornicza   córka. 

Wypędzi ją z parafii, będzie jej groził, użyje całej swojej władzy, by ją odegnać od swego 

syna.

Nikt nie może mu się przeciwstawić. Nikt nigdy nie odważył się zaprotestować 

przeciwko woli pana Revelina, Justitian bardzo dobrze o tym wiedział.

Straszny   niczym   rozpalone   do   białości   żelazo   gniew   zaczynał  się   mieszać   z 

pożądaniem i tęsknotą.

Chłopak   tłukł   pięściami   w   poduszkę,   pragnął,   żeby   to   był   ojciec.   W   jakimś 

przerażającym okamgnieniu wydało mu się, że nienawidzi swego ojca.

Gdyby w tej chwili w jego sercu pojawiło się pragnienie śmierci ojca, nie starałby 

się przeciwstawić swoim uczuciom. Zwłaszcza gdyby się okazało, że pastor naprawdę 

zamierza stanąć pomiędzy synem a jego ukochaną.

Pragnąłby jego śmierci, gdyby tamten dotknął choćby włosa na głowie Maryjki.

To uczucie sprawiało mu przyjemność.

I wcale nie miał wyrzutów sumienia, że pozwala sobie na takie myśli!

Ale nie dawały mu one spokoju.

Justitian wciąż nie mógł zasnąć.

Rozmyślał o dniu jutrzejszym, o tych wszystkich dniach, w których nie zobaczy 

Maryjki. Nie będzie jej widział aż do następnej niedzieli. Obiecała mu, że wtedy spotka 

się z nim potajemnie w zagajniku.

Jej   usta   przyrzekły   to   z   całą   pewnością,   powiedziała,   że   nic   nie   zdoła   jej 

powstrzymać.

A oczy obiecywały jeszcze więcej.

Oczy   wpatrywały   się   w   niego,   zwłaszcza   w   miejsce,   gdzie   spodnie   były   tak 

nieprzyzwoicie napięte. A kiedy przesunęły się wyżej i napotkały jego spojrzenie, on stał 

czerwony jak burak i pragnął, by piorun strzelił z jasnego nieba. ' Ale w jej wzroku wciąż 

widział tylko łagodność.

background image

Miał   wrażenie,   że   kryje   się   w   nim   coś   podniecającego,   niepojętego,   coś 

niebezpiecznego, bardzo niebezpiecznego i niewiarygodnie pociągającego.

I grzesznego.

Więcej osób czuwało w tę noc, w tę pierwszą ciepłą noc, która przyszła niczym 

forpoczta nie narodzonego jeszcze lata.

Pan Revelin przywykł do czuwania.

Chociaż bowiem przekleństwo w ostatnich latach jakby trochę zelżało, to jednak 

całkiem go nie opuściło.

Nie zliczyłby tych godzin snu, które zostały mu odebrane. Jej dług powiększał się 

każdej nocy! Nie minęła ani jedna doba, by ta kobieta nie kradła jego czasu i myśli, jego 

czci. Czaiła się na niego wszędzie nawet wtedy, kiedy czuł się pewny siebie, uważał, że 

nie może go zranić. Nawet kiedy stawał na ambonie w swojej kapłańskiej świętości, ona 

mogła   pojawić   się   u   jego   boku,   naga   niczym   Ewa   w   Raju.   I   tysiąc   razy   bardziej 

pociągająca.

Wiedział, że tylko on jeden ją widzi.

Zdarzało się jednak, że stawała za jego plecami i dotykała rękami jego najbardziej 

wrażliwych   miejsc,   tak   że   miał   poważne   problemy,   by   się   jej   przeciwstawić.   To 

prawdziwa udręka. Nie opuszczała go świadomość, że któregoś dnia ta walka skończyć 

się może jego przegraną, a wtedy utraci twarz. Dotychczas Pan okazywał łaskę swemu 

słudze,   dawał   mu   siłę.   Zdarzało   się   wprawdzie,   że   kazania   były   gwałtowniejsze,   że 

grzmiał głośniej, kiedy ona stała na ambonie u jego boku z tym swoim kusicielskim 

uśmiechem.

Pan Revelin próbował wszystkiego.

Maria jednak była zmorą, od której nie potrafił się uwolnić.

Od pierwszego momentu kiedy rzuciła na niego swoje złe spojrzenie, przywiązała 

go do siebie czarodziejskimi więzami.

Przez całe życie musiał się z tym zmagać.

Tylko Bóg wie, jak trudną prowadził walkę!

W latach, kiedy była żoną proboszcza, przeklinał swoje grzeszne żądze, myśli, 

które nie dawały mu spokoju i wciągały go w zionącą wyziewami siarki kipiel.

Kiedy owdowiała, zaproponował jej małżeństwo.

background image

Ale ona nim wzgardziła.

Upokorzyła go.

Swego przekleństwa jednak nie cofnęła. Wtedy pastor zrozumiał, jaka jest wola 

Pana. Pojął, że ta niebezpieczna kobieta została zesłana jako specjalny krzyż, który on 

musi   dźwigać.   Pan   wskazał   jednego   ze   swoich   najlepszych   ludzi,   jednego   z 

najsilniejszych właśnie dlatego, że wiedział, jak straszna jest ta wiedźma.

I jak On to wszystko  urządził!  Zesłał  Revelinowi  do pomocy Cecilię.  Jedyną 

osobę, która mogła wiele zyskać na upadku Marii.

Ale ta nędzna kobieta, oczywiście, zdradziła w ostatniej sekundzie. Maria była już 

niemal przywiązana do pręgierza, a drewno na stos zostało zebrane.

Wtedy Cecilia uznała, że należy wszystko zniszczyć.

Przeklęta baba!

Uratowała Marię od śmierci i sama zmarła wkrótce potem.

A on został sam ze wstydem i utraconą czcią. I co gorsza, spotkało go mnóstwo 

nieprzyjemności.

Wykupienie   się   z   paskudnej   sytuacji   kosztowało   mnóstwo   srebra. 

Krzywoprzysięstwo, dawanie fałszywego świadectwa, kłamstwa i oszustwa... Uwolnienie 

się od takich zarzutów musi kosztować. W końcu jednak jakoś udało mu się uniknąć 

odpowiedzialności,   pozwolono   mu   zatrzymać   stanowisko   i   majątek.   Został   też   syn, 

jedyne, co wartościowego dała mu Cecilia.

Ale musiał żyć z przekleństwem. Będzie ono na nim ciążyć, dopóki wiedźma nie 

wyzionie ducha.

Dzisiejszego wieczora czuł się wyjątkowo źle.

Pan Revelin usiadł na posłaniu, wykrzykiwał obraźliwe słowa do obrazu kobiety, 

który wciąż nosił pod powiekami. Ona mizdrzyła się do niego, posyłała mu szerokie, 

podstępne uśmiechy,  odsłaniała przy tym białe zęby i podawała mu krwistoczerwone 

wargi.

Czuł bolesne pulsowanie w całym ciele, nikt nic nie mógł poradzić na to, że ręce 

wyciągały się same, szukając jej, tego białego, wabiącego nieustannie ciała.

Pod palcami wyczuwał delikatną skórę.

Czuł zapach jej jasnych włosów, ciepło oddechu. Miał wrażenie, że kobiece piersi 

background image

tulą się do niego, czuł, że ono wije się pod nim...

Wtedy jednak mara znikała.

Tak było za każdym razem.

I ten śmiech, który brzmiał mu w uszach, ranił serce, rozrywał ciało na kawałki, 

powracający raz po raz śmiech...

Nie ma na świecie większej udręki.

Inkwizytorzy to łagodne kocięta w porównaniu z jego osobistym mistrzem tortur.

Miała szpony, które nigdy nie rozluźniały uchwytu.

Maria Livsdatter.

Nawet   świadomość,   że   ona   z   pewnością   znosi   wszelkie   udręki   świata   na   tej 

zapomnianej przez Boga i ludzi skale, nie dawała ukojenia.

Jedyną jego nadzieją było to, że Maria wkrótce umrze. Niezachwianie wierzył, że 

w tej samej chwili kiedy ona zamknie oczy, potworna plaga zostanie zdjęta z jego ra-

mion. Ze znowu zaświeci dla niego słońce. Ze nareszcie będzie mógł żyć! Już nawet w 

modlitwach nie prosił o uwolnienie. Wiedział, że tak będzie, ufał, że cały plan Pana 

zakładał ostateczną nagrodę.

Pan musiał jednak pojmować, że Maria jest niezwykle żywotną i silną kobietą, że 

z   pewnością   otrzymała   swój   czas   na   ziemi   od   samego   diabła!   Może   żyć   jeszcze   ze 

czterdzieści lat.

Tej wiosny pan Revelin skończył sześćdziesiąt jeden.

Nigdy przedtem nie było mu tak trudno wierzyć w łaskę Pana.

- I właśnie dlatego wam, marnym ludziom, dlatego nigdy nie wolno wam uważać, 

że moglibyście się przeciwstawić woli Wszechmogącego! Nie sądźcie nigdy, że wasze 

nędzne   myśli   coś  znaczą,   że  wolno wam  stawiać  jakiekolwiek   pytania  wobec  dzieła 

Pana! I nie sądźcie, że potraficie myśleć lepiej i bardziej słusznie niż ci, którzy zostali 

postawieni,   by   myśleć   za   was,   ci,   którym   powierzono   świętą   pozycję   i   dano   świętą 

władzę!

Ubrany na czarno mężczyzna zawiesił głos, ale tylko po to, by nabrać powietrza.

- Bo jest wyraźnie powiedziane w Piśmie, że ten, kto nie strzeże swojej pozycji i 

nie chroni swojego miejsca, ostatniego dnia zostanie strącony w otchłań. Ten, kto został 

powołany do służby, nie powinien starać się przewyższać swego gospodarza! Ten, kto 

background image

przyszedł na świat w nędznej chałupie, nie powinien patrzeć z zazdrością na bogactwa 

swego pana!

Kaznodzieja zebrał ostatnie siły, mówił teraz głośno i gniewnie:

- Bo nikomu z nas nie wolno lekceważyć planów Boga. Takie są słowa Pana, 

które powinniście sobie zapamiętać!

Zaciśnięta pięść z całej siły grzmotnęła w oparcie, tak że cała pięknie rzeźbiona 

ambona się zatrzęsła. Revelin miał dzisiaj natchnienie.

Ludzie stojący pod amboną odczuwali jego słowa niczym ciosy. Niektórzy kiwali 

głowami, parę starszych kobiet zaniosło się szlochem.

Niektórzy wpatrywali się w podłogę, zawstydzeni.

Jakie to wszystko skomplikowane.

Jak trudno zrozumieć i zaakceptować sądy Boże w odniesieniu do całej nędzy 

świata.

Ale trzeba, trzeba koniecznie. W przeciwnym razie można zasłużyć na wieczne 

potępienie. A wszyscy od najwcześniejszego dzieciństwa byli informowani o tym, jakie 

straszne męki czekają potępione dusze.

Większość   oddaliła   od   siebie   na   zawsze   wszelkie   myśli   o   buncie,   wszelkie 

rozważania   o   niesprawiedliwości   panującej   w   społeczeństwie.   Większość   pochylała 

głowy w nadziei na zapłatę w niebie za okazaną na ziemi cierpliwość.

Wielokrotnie bywa bardzo ciężko.

Bywa ciężko, kiedy człowiek musi się przez całe życie trudzić w pocie czoła na 

swoim kawałku ziemi, a Kościół przychodzi i kładzie na wszystkim łapę tylko dlatego, że 

nieszczęśnik nie zdołał zapłacić ostatnich szylingów podatku.

Jeszcze ciężej jest, kiedy człowiek odprowadza swoje dziecko do grobu, wiedząc, 

że nieduża beczka mąki ze spichlerza pastora uratowałaby mu życie.

Ale ludzie pochylają głowy.

Niektórzy   z   nich   doznają   też   poczucia   bezpieczeństwa,   które   daje   im   nauka 

Kościoła. Składają swój los w ręce Pana i nie martwią się specjalnie o dzień jutrzejszy. 

Nauczyli się traktować życie jako wstęp do wiecznej szczęśliwości. Trudny i bolesny 

okres, przez który trzeba przejść, zanim nastąpi w końcu wybawienie.

To tacy właśnie ludzie są najlepszymi sługami władzy. Przedstawiciele władzy 

background image

pragną więc, żeby wszyscy tak uważali.

W tym także zawiera się siła proboszcza w parafii.

Cała potęga i wpływy wyrastają z tego jednego: z posłuszeństwa ludzi.

Mieszkańcy   Lyster   dawno   temu   porzucili   myśli   o   proteście.   Lensman   rzadko 

miewał   problemy.   Wójt   sporządzał   długie   szeregi   liczb   bez   przeszkód,   podatki   były 

płacone regularnie. Ludzie wiedzieli, że nie należy oczekiwać łaski.

A pastor otrzymywał od zwierzchności pochwały. Co niedziela mocniej ściągał 

cugle.

Jego   trzoda   posłusznie   przychodziła   do   źródła,   by   pić   wodę,   którą   im 

ofiarowywał. Parafianie byli w jego władzy. Kierował nimi z pasterską laską w dłoni.

Byli powierzonymi mu dziećmi Pana.

Wiedział, że jego słowa znaczą dla nich wiele. Tak samo ważne są jego słowa dla 

syna.

Claes Justitian, syn pastora, siedział w pierwszym rzędzie tuż koło ołtarza. Syn 

pastora,   dziedzic   pastora.   Siedział   na   oczach   wszystkich,   wiedzieli,   że   któregoś   dnia 

zajmie miejsce ojca na ambonie. To ich trochę przygnębiało. Justitian nie posiadał tej siły 

ani władzy co ojciec. Na myśl o tym, że zostanie proboszczem, czuli się trochę jak owce, 

których pasterz pada na ziemię, gdy nadchodzą wilki.

Justitian będzie marnym pasterzem.

Ale ma jeszcze trochę czasu, by się modlić i uczyć.

Młody   chłopak   zostanie   kiedyś   mężczyzną,   przekonywał   sam   siebie   Revelin, 

podczas gdy dzwonnik ostrym głosem intonował dawny psalm. Głuchota tego starego 

człowieka sprawiała, że śpiewał krzykliwie, niepotrzebnie głośno. I to każdej niedzieli 

głośniej. Zmiany dokonywały się jednak bardzo wolno i parafianie przyzwyczajali się, 

nie zwracali na nie uwagi.

Blask słońca wpadał przez wąskie okno i oświetlał wiernych. Światło przenikało 

przez zielonkawe szkło i mieniło się pięknymi barwami. Włosy młodych kobiet lśniły na 

ramionach,   kobiece   blond   włosy   mieniły   się   równie   pięknie   jak   zdobiące   ambonę 

pozłacane liście akantu, gdy spocznie na nich promień słońca.

Revelin  uważał,  że byłoby  lepiej, gdyby  promienie  padały na niego,  gdy stoi 

przed ołtarzem.

background image

Maryjka miała miejsce w ostatnim rzędzie tuż przy potężnym portalu. Opierała się 

plecami o kamienną rzeźbę, wyczuwała jej nierówności. Kamień był zimny, martwy i 

nieskończenie twardy. Łuk wznosił się nad głowami ludzi z niezwykłą gracją. Mało kto 

miał odwagę spojrzeć w górę, na piękne ornamenty. To najstarsza część kościoła. Trudne 

do pojęcia dzieło rąk ludzkich. To powinien widzieć tata Randar, myślała Maryjka. Na 

pewno chciałby wyrzeźbić taki sam wzór w drewnie.

Ale jego tutaj nie ma, nie ma go w ogóle w życiu. Opuścił ją i zniknął na zawsze.

Tutaj jest Justitian. I Revelin.

Kazanie   wygłosił   dzisiaj   jak   na   zamówienie.   Jego   słowa   budziły   w   Maryjce 

gniew. Co za brak umiaru! Jakie oszustwo!

Maryjka  zastanawiała  się, ilu  ze  zgromadzonych  tutaj  czytało  Pismo  Święte  i 

pojmowało,   jaki   błąd   pastor   popełnia.   Prawdopodobnie   niewielu.   Być   może   nikt.   Z 

jakiegoś   powodu   pozostawiono   tłumaczenie   słów   Pisma   tym   ubranym   na   czarno 

mężczyznom,   tym   złym,   żądnym   władzy,   podstępnym   ludziom   w   sztywnych 

kołnierzykach i śmiesznych perukach!

Maryjka   miała   wielką   ochotę,   by   wybiec   przed   ołtarz,   wejść   na   ambonę, 

odepchnąć pastora i wykrzyczeć zebranym, jak bardzo on się myli.

Chciałaby   im   powiedzieć,   co   właściwie   jest   napisane   w   tej   czarnej   księdze, 

opowiedzieć  wszystkie  piękne, dobre historie o Jezusie! O tym,  jaki był  serdeczny i 

wybaczający, ile pociechy niósł ludziom!

Jezusowi nie podobałoby się to kazanie.

W każdym razie temu Jezusowi, którego ona zna!

Temu,   o   którym   czytała   i   którego   wyobrażała   sobie   od   najwcześniejszego 

dzieciństwa. Temu, o którym opowiadała jej Sunniva i którego ona sama później spoty-

kała na pożółkłych stronicach maminej Biblii.

Maryjka wiedziała jednak, że musi udawać całkowitą obojętność.

Nie jest przecież głupia!

Dlatego stała bez ruchu i zaciskała zęby, starała się zasłaniać tarczą obojętności 

przed słowami padającymi z ambony.

Wkrótce   zaczęła   błądzić   myślami   zupełnie   gdzie   indziej,   żałowała   prawie,   że 

pastor nie wie, o czym rozmyśla.

background image

Po nabożeństwie...

Kiedy ojciec wykrzyczy już z ambony swoje pogróżki, dopełni się los jego syna.

Justitian jej nie widział.

Ona   jednak   zauważyła,   że   nie   odwracając   za   bardzo   głowy,   rozgląda   się   po 

zebranych, jakby czegoś szukał. Albo kogoś.

Szuka jej.

Wszystko pójdzie dobrze!

Maryjka   starała   się   unikać   rozmów   i   powitań   przed   kościołem.   A   kiedy 

zobaczyła,   że   Solveig   spogląda   na   nią   zdziwiona,   wyjaśniła,   że   chciałaby   się   trochę 

przejść, zanim wróci do domu na obiad.

- Taki piękny dzień dzisiaj, prawie cały śnieg już zniknął! Chciałabym trochę 

pospacerować, zobaczę, może znajdę jakieś gniazdo mewy z jajkami. A może trochę 

zielonych roślin, dziewannę albo szczaw! O tej porze listki są bardzo smaczne, prawda?

Solveig wzruszyła ramionami, prowadziła przed sobą gromadkę dzieci niczym 

kwoka.

- Dobrze, dobrze, rób, jak chcesz. Ale wracaj niedługo.

- Nie czekajcie na mnie! Chciałabym wykorzystać światło dnia. Zostaw mi tylko 

kawałek pysznego placka, moja mała.

Maryjka pogłaskała najmłodszą dziewczynkę po włosach, pomachała wszystkim 

na   pożegnanie.   Wymknęła   się   z   cmentarza   przy   kościele,   zeszła   na   drogę,   a   potem 

ruszyła przez pola w kierunku odwrotnym niż Solveig. Nie bała się, czy ktoś zauważy, że 

ona zniknęła najpierw, a zaraz potem Justitian.

Postanowiła   jednak   pójść   okrężną   drogą,   ominąć   pola   i   wejść   do   lasu   nieco 

poniżej wsi. Justitian będzie musiał trochę poczekać.

Ona zaraz przyjdzie. Ona zaraz przyjdzie.

Serce   w   nim   śpiewało,   nie   mógł   spokojnie   usiedzieć.   Kiedy   dotarł   do 

umówionego miejsca, Maryjki jeszcze nie było. Trochę go to zasmuciło, poczuł ukłucie 

w piersi. Przeniknął go leciutki dreszcz lęku, czy mogłaby go zawieść...?

Postanowił jednak w ogóle czegoś takiego nie brać pod uwagę. Maryjka na pewno 

przyjdzie. Nie należy do tych, które rzucają słowa na wiatr. Nie należy do dziewcząt, 

które bawią się uczuciami innych. Po prostu się trochę spóźni, ona także. Sam przecież 

background image

spędził   pół   godziny   po   nabożeństwie,   siedząc   jak   na   rozżarzonych   węglach.   Ojciec 

zażądał, aby przeczytał fragment Pisma gromadce wiernych, mających zwyczaj zbierać 

się w niedziele po mszy przy stole na probostwie. Kiedy Justitian przebrnął już przez 

odpowiedni fragment, zwykle ojciec dawał mu znak, by wyszedł. Ci panowie mieli do 

przedyskutowania   poważne   sprawy.   Sprawy,   o   których   nikt   poza   nimi   nie   powinien 

wiedzieć. Sprawy dorosłych.

Justitian stwierdził, że to odsyłanie go co niedziela budzi w nim irytację. Czyż nie 

jest już wystarczająco dorosły? Wkrótce skończy osiemnaście lat, ma puch na brodzie i 

głos równie niski jak głos ojca. W każdym razie wtedy, gdy się nie denerwuje ani nie 

krzyczy...

W dalszym ciągu jednak odsyłano go niczym dziecko. Idź tam, zrób to, przynieś 

tamto, przywitaj się grzecznie...

Justitianowi  było  przykro.  Maryjka  obudziła w nim nowe uczucia,  jakiś  bunt. 

Odczuwał na widok ojca nieznany dotychczas skurcz żołądka. Czuł niemal, że włosy jeżą 

mu się na karku niczym u agresywnego psa. Myśl o tym, jak ojciec nazwałby Maryjkę, 

gdyby wiedział...

Justitian szarpał kajdany.

Maryjka go wabiła.

Maryjka przyjdzie.

Najpierw usłyszał cichy trzask łamanych suchych gałązek. Zerwał się na równe 

nogi, otrzepał źdźbła trawy ze spodni. Przygładził włosy, uświadomił sobie, że dłonie ma 

wilgotne. Przyszła!

Tam, między drzewami, mignęło mu coś kolorowego. To ona.

Nie odezwał się, nawet nie chrząknął, po prostu czekał. Zaraz potem stanęła przed 

nim, na wyciągnięcie ręki, ślicznie zarumieniona i zdyszana. Po prostu urocza!

- Hej, Stian, długo czekałeś? Musiałam biec przez Raubotn, bo widzisz, obeszłam 

pola nad zatoką, zanim zdecydowałam się wejść do lasu. Bałam się, żeby ktoś mnie nie 

zobaczył, ktoś, kto widział, że ty poszedłeś tą samą drogą.

- Maryjko, czekałem, ale niezbyt długo. Biedactwo, jaka jesteś zmęczona! Głupio 

z mojej strony, że o tym nie pomyślałem, to ja powinienem był pójść dookoła, żebyś ty 

mogła...

background image

- Och, nie, Stian, dobrze mi zrobi trochę ruchu. Nie myśl już o tym! Zresztą to 

głupio,   że   musimy   się   skradać   po   kryjomu...   Inni   siedzą   przecież   teraz   niczego   nie 

ukrywając i piją słodkie piwo u lensmana!

Podeszła jeszcze bliżej. Spojrzała mu w oczy. Był tylko troszkę od niej wyższy, 

ale   teraz   zyskał   parę   centymetrów,   ponieważ   stał   na   lekkim   wzniesieniu.   Maryjka 

wiedziała, że jest mu to bardzo potrzebne.

Ostrożnie uniosła rękę i pogłaskała go po policzku.

- Myślałam o tobie, Stian. Mnóstwo...

Miał wrażenie, że w jego żołądku zagnieździła się nieduża rybka.

- Liczyłam dni...

Rybka podskakiwała, robiła zwroty i tańczyła z wesołym pluskiem.

- Czy to prawda? - wyszeptał i głos mu się załamał. Oblizał wargi, wydawały mu 

się suche i sztywne. Oddech przechodził w cichy jęk.

- Prawda, Stian...

Ujęła   go   za   rękę,   poprowadziła   nieco   dalej   w   głąb   lasu,   gdzie   drzewa   rosły 

gęściej.

Znaleźli wolny od śniegu spłachetek ziemi, było ich w lesie sporo. Gdzieniegdzie 

pojawiły się już nawet zielone kępki, wykiełkowały w ciągu ostatniego tygodnia. Ma-

ryjka   wyrwała   jakieś   źdźbło   oblepione   ziemią.   Położyła   je   sobie   na   dłoni,   potem 

przysunęła do twarzy Stiana.

-   Powąchaj!   To   najpiękniejszy   zapach   świata.   Ziemia   i   młoda   zieleń,   życie   i 

ciepło!

Stian   zaciągnął   się   lekko,   ale   jego   nos   wyczuwał   jedynie   delikatny   zapach 

Maryjki.

Ona odrzuciła źdźbło i Strząsnęła ziemię z rąk, usiadła na dużym kamieniu.

Słońce jeszcze świeciło, ale niedługo skryje się znowu za górami.

Stian widział, że Maryjka zamyka oczy.

Miała   tak   nieziemsko   piękną   twarz!   I   jakie   czarne   włosy!   Ale   jej   włosy   nie 

mieniły się niebieskawo, jak to bywa u wędrownych cygańskich kobiet. Skóra Maryjki 

też nie była taka ciemna. Miała kolor, jakiego on nigdy przedtem nie widział. A kiedy 

otworzyła niebieskie oczy, połączenie barw wydało mu się nieprawdopodobne.

background image

-   Maryjko,   jesteś   taka   nierzeczywista   -   wymamrotał.   Powietrze   między   nimi 

trwało w bezruchu.

Ona się jeszcze nie uśmiechała, przyglądała mu się tylko łagodnym wzrokiem.

- Oczywiście, że jestem rzeczywista. Bardzo rzeczywista.

- Nie, ty jesteś... anioł. Taka... dobra.

Odwróciła głowę. Czy powinna się obrazić? Nie, dlaczego miałaby to robić? Jego 

słowa wprawdzie można było źle zrozumieć, nie musiało jej się podobać, że mówi tak 

otwarcie, ale przecież mówił prosto z serca...

- Ma - Ma - Maryjko... Jes... Jes... Jesteś zła?

Sam rozumiał, że mówi jak głupi podrostek, zaczerwienił się ze wstydu nad swoją 

niezdarnością.

Ale ona znowu na niego popatrzyła, nie była zła. Tylko bardzo piękna.

- Oczywiście, że nie. Wcale nie jestem na ciebie zła, drogi Stianie. Nigdy bym nie 

chciała...

Ucieszył się, nabrał odwagi.

Przestał oddychać, kiedy dłonie ostrożnie przesuwały się po jej plecach. Siedzieli 

niezbyt  blisko  siebie,  musiał się  trochę ku niej  pochylić.  Uznał,  że  lepiej  będzie  się 

przysunąć. Ona pozwoliła mu się objąć, plecy ugięły się lekko pod jego ciężarem.

Nie myślał o tym, że może potargać jej włosy ani że wilgotna ziemia zmoczy jej 

spódnicę i chustkę.

Zapomniał o bożym świecie, kiedy czuł łagodną uległość dziewczyny pod sobą. 

Stian nie byłby bardziej bezsilny,  gdyby go porwał szumiący wodospad, który teraz, 

uwolniony przez wiosenne ciepło, z grzmotem spadał w dół po drugiej stronie fiordu. 

Szum w jego głowie był równie ogłuszający, przesłaniał wszystko inne.

Maryjka poddawała się jego pieszczotom. Nie powstrzymywała  poszukujących 

dłoni,   nie   odwracała   twarzy,   którą   on   zasypywał   setkami   wilgotnych   pocałunków. 

Jęknęła cichutko, kiedy wsunął kolano między jej uda, ale przyciągnęła go do siebie 

mocno, gdy przestraszony chciał się cofnąć.

Okazywał tyle wzruszającego zapału.

Maryjka natomiast była opanowana, tak jej się przynajmniej wydawało, czuła się 

dorosła, pewna, że kontroluje sytuację.

background image

On zachowywał się niczym dziecko, które nagle znalazło się w pomieszczeniu 

pełnym   słodyczy.   Maryjka   stłumiła   chichot,   który   w   niej   narastał.   Gdyby   się   teraz 

roześmiała, on by stracił całą pewność siebie.

Spostrzegła,  że  Stian  zamyka   oczy,   wargami  dotykał   białej   skóry  na  jej  szyi. 

Bluzka zsunęła się w dół jakoś sama z siebie. Maryjka czuła łaskotanie.

Teraz   przycisnął   ją   do   wiosennej   mokrej   ziemi   całym   swoim   ciężarem.   Był 

silniejszy, niż się spodziewała. Jej ręce również błądziły niespokojne, zaciekawione tym 

młodym męskim ciałem, które ją przygniatało.

Mięśnie   miał   twarde   i  mocne,   ale   niezbyt   duże.   Barki   wydawały   się   szersze, 

widocznie obszerny surdut, który wciąż nosił, ukrywał go, sprawiał, że Stian sprawiał 

wrażenie drobniejszego.

Maryjka zadrżała, doznawszy nieoczekiwanej przyjemności. Jego ciało pod jej 

rękami wydawało się takie  żywotne, pełne siły.  Ciepło płynące od niego zaczęło  się 

rozprzestrzeniać  również w jej  członkach.  Czuła lekkie  pulsowanie  na szyi,  kiedy ją 

całował. Jego dłonie wyznaczały gorące dróżki na jej plecach, na biodrach, najpierw 

gładziły ubranie, potem ostrożnie zaczęły wsuwać się pod nie.

Z wahaniem pogłaskał jej pierś.

Maryjka  drgnęła, nigdy czegoś  podobnego nie doświadczyła.  Po raz pierwszy 

obce ręce dotykały ją w tym miejscu, w każdym razie odkąd płaskie dziewczęce piersi 

przemieniły się w miękkie kule.

Nie   odepchnęła   go,   wiedziała,   że   musi   to   znieść.   I  właściwie   było   to  bardzo 

przyjemne.

Teraz palce pieściły różowy wzgórek, Maryjka naprężała się lekko, nie była w 

stanie leżeć spokojnie. Czuła łaskotanie, bardzo przyjemne, dziwne.

On,   najwyraźniej   coraz   bardziej   podniecony,   mocował   się   z   wiązaniem   jej 

spódnicy. Wkrótce jednak zrezygnował, podniósł spódnicę wysoko ku talii.

Maryjka wolałaby mieć na sobie nieco delikatniejszą bieliznę, a nie te długie, 

szare wełniane majtki...

On   jednak   zdawał   się   nie   zwracać   na   to   uwagi.   Był   pochłonięty   wyłącznie 

własnymi doznaniami.

Twarz miał czerwoną z napięcia, a może z innego powodu. Nie był już wcale taki 

background image

skrępowany.

- Nie powinniśmy... - wymamrotał, ale było za późno.

Maryjka uśmiechnęła się do niego, był to uśmiech zwycięstwa.

Teraz już nigdy, nigdy nie będzie mógł zaprzeczyć, że to się naprawdę stało.

Jeśli   ojciec   go   zapyta,   to   sam   będzie   musiał   stwierdzić,   że   jej   oskarżenia   są 

prawdziwe.

Tak właśnie to sobie zaplanowała!

Było tylko znacznie przyjemniej...

Maryjka również przymknęła oczy, policzki i wargi, i wszystkie tajemne miejsca 

na jej ciele płonęły w ten wiosenny dzień. Słońce zaszło, ptaki umilkły.

W powietrzu czuło się chłód, ale tylko wtedy, kiedy siedziało się bez ruchu na 

wpółzamarzniętej ziemi. A ci dwoje pośród gęstych drzew nie siedzieli bez ruchu.

Maryjka sama nie wiedziała, jak do tego doszło, ale jedna pieszczota następowała 

po drugiej, jeden pocałunek zlewał się z następnymi. Wkrótce utraciła wszelką kontrolę, 

była tak samo spocona, czerwona, rozpalona i nieprzytomna jak on.

Nagły   ból   sprawił,   że   się   skuliła,   ale   natychmiast   odrzuciła   głowę   w   tył, 

otrząsnęła   się,   zlekceważyła   nieprzyjemne   doznanie.   Kiedy   Stian   ponowił   próbę, 

przywarła do niego z całej siły i nagle ogarnęło ją jakieś dziwne, zupełnie nowe uczucie. 

Straciła rachubę czasu, nie wiedziała, gdzie jest, dźwigała na sobie jego drżące ciało, ale 

własne doznania były tak nieoczekiwane, że nie potrafiła myśleć o mężczyźnie. Czuła 

jego rękę między swymi udami, pojękiwała cicho, słyszała jego westchnienia tuż • nad 

uchem,  w końcu krzyknęła  przeciągle.  Maryjka  zamknęła  powieki,  przed jej oczyma 

migotały czerwone płatki. Przepełniała ją wielka siła, miała teraz całkiem dziwne, obce 

ciało, przepełniał ją zachwyt, który nie miał nic wspólnego z triumfem.

Dochodziła do siebie, czując jego wilgotny policzek przy swojej twarzy, echo 

jego krzyku brzmiało jej w uszach. Świat przestał w końcu wirować, uświadomiła sobie, 

że ubranie na plecach jest całkiem mokre. Buty wciąż miała na nogach, lecz spódnice 

zostały podciągnięte  wysoko  w  górę. Była  kompletnie  oszołomiona.  W jakiś  dziwny 

sposób nowa.

Odmieniona?

Tak, oczywiście. Nie była już dziewicą. A jeśli to widać? Co by było, gdyby 

background image

ludzie rozpoznali to po jej oczach? Doznała nieprzyjemnego skurczu żołądka.

Teraz ciało zaczęło ją trochę boleć. Stian wciąż leżał na niej ciężko, z nosem 

ukrytym w jej włosach.

Już chciała go od siebie odepchnąć, kiedy uświadomiła sobie, że to jego delikatne 

drżenie, to płacz.

background image

ROZDZIAŁ VII

Maryjka wróciła do domu dopiero wieczorem, bystry wzrok gospodyni odkrył i 

potargane włosy, i ubłocony skraj spódnicy. Kobieta uśmiechała się, ale w jej oczach 

czaiła   się   troska.   Kiedy   dzieci   znalazły   się   już   w   łóżkach,   a   Melchior   poszedł   do 

sąsiadów, wzięła dziewczynę na spytki.

- Późno wróciłaś, moja kochana. Baliśmy się o ciebie...

Maryjka uważnie przyjrzała się twarzy Solveig, próbowała wybadać, ile tamta 

może się domyślać, ale niczego niepokojącego nie zauważyła.

- Ja... zabłądziłam. W lesie...

Wymówka brzmiała tak samo głupio, jak głupio czuła się Maryjka. Ale trzymała 

głowę uniesioną wysoko i nawet powieka jej nie drgnęła.

- Ach... aha... tak, to dobrze, że w końcu odnalazłaś drogę. Czy ktoś ci może 

pomógł?

- Och, nie! Sama sobie poradziłam... Solveig uśmiechnęła się.

- A ja myślałam, że może... ten chłopak z Oppdal... Maryjka nie zrozumiała, o co 

chodzi, pomyślała jednak, że to dobry trop.

- Chłopak z Oppdal? Masz na myśli Karla?

- Tak... ostatnio wciąż się kręci koło naszych płotów, ma dziwnie dużo interesów. 

Nie zauważyłaś?

Solveig rozpromieniła się, spoglądała teraz porozumiewawczo, a w jej uśmiechu 

było   wspomnienie   utraconej   młodości.   Maryjka   zastanawiała   się,   rozważała   słowa 

gospodyni i doszła do wniosku, że będzie nawet lepiej, gdy Solveig uwierzy, że jest coś 

pomiędzy nią a tym Karlem z Oppdal. Sama niczego dotychczas nie zauważyła. Kiedy 

jednak teraz Solveig o tym wspomniała, Maryjka musiała przyznać, że na naukach on 

zawsze stoi gdzieś w pobliżu niej. Gospodyni ma chyba rację. Karl wiele razy próbował z 

nią rozmawiać, już pierwszego dnia, po nauce, a nawet jeszcze i dzisiaj po nabożeństwie. 

Ona jednak nigdy nie miała czasu, nie dostrzegała go.

W porządku, Solveig powinna wierzyć, że jest inaczej. Nawet jej do głowy nie 

przyjdzie, w jaką to aferę Maryjka się wplątała, ani co zamierza dalej zrobić.

Stian   cierpiał   wszelkie   męki   świata.   Żałował   strasznie,   płakał   ze   wstydu,   ale 

background image

Maryjka nie robiła mu najmniejszych wyrzutów. Czekała po prostu, aż się opanuje i do-

prowadzi do porządku. Nie zrobiła też nic, by go pocieszyć, gra była przecież skończona. 

Mimo wszystko nie chciała się z nim wiązać bardziej niż to konieczne.

Stian błagał i prosił, przeklinał swego ojca, jakby to pastor ściągnął na syna te 

wszystkie trudne do rozwiązania problemy. Choć szczerze powiedziawszy tak właśnie 

było.

- Kocham cię, Maryjko! Kocham cię, rozumiesz to? Chcę się z tobą ożenić, chcę, 

byś była moją żoną na zawsze, na zawsze...

Ona poklepała  go delikatnie  po plecach,  powiedziała  parę nic nie znaczących 

słów. Zapytała też, czy Justitian naprawdę wierzy, że ojciec by się na to zgodził.

- On się musi  zgodzić!  Musi! Nie może  powstrzymać  czegoś  tak wielkiego i 

ważnego, musi zrozumieć, że tej siły we mnie nawet on nie jest w stanie zabić!

- Myślę, że będziesz miał kłopoty - ostrzegła Maryjka. Miała jednak nadzieję, że 

Stian wkrótce doprowadzi do konfrontacji. To by uświadomiło Revelinowi, jaką władzę 

zdobyła nad jego synem. A w takiej sytuacji na pewno nie będzie mógł odrzucić jej 

żądań.

- Musisz ważyć swoje słowa, mój kochany. Pamiętaj, że to potężny człowiek.

- On mi nie może nic zrobić, co ty sobie myślisz? Jeżeli mnie zbije albo nawet 

zamorduje, to i tak nasza miłość nie umrze - oznajmił uroczystym tonem.

Maryjka kiwała tylko głową. Nowo odkryte uczucie uczyniło syna pastora tak 

szalonym, jak się spodziewała.

Smutek,  który przeżywał  przed chwilą,  ustąpił.  Teraz  młody  mężczyzna  u jej 

boku   wrzał   gniewem,   nieoczekiwanym   buntem.   Był   niczym   żołnierz   przed   bitwą. 

Maryjce bardzo się to podobało. Na pożegnanie powiedziała mu kilka dodających odwagi 

słów, a potem poszli do domów, każde do swojego.

Oboje czuli, że coś uległo gruntownej przemianie. A ptaki w gałęziach drzew 

wciąż milczały.

- Kobietę? Ty?

Pastor   wybuchnął   śmiechem,   twarz   wykrzywiła   się,   stała   się   pełną   pogardy 

maską. Jakby myśl o tym, że syn jest dorosłym mężczyzną, wydała mu się zbyt głupia, 

by potraktować ją poważnie.

background image

Stian skulił się, nie odrywał jednak wzroku od stalowych oczu ojca.

-   Tak.   Dziewczyna.   Naj   -   naj   -   najpiękniejsza,   najcieplejsza,   naj   -   naj   - 

najmądrzejsza na świecie...

Pastor przerwał mu kolejnym wybuchem szyderczego śmiechu. Całe jego chude 

ciało aż się trzęsło. Stian wpatrywał się weń jak skamieniały. Władza ojca była potężna, 

wszechogarniająca. W jej obliczu cała męska duma zaczynała go opuszczać, zmuszał się, 

by myśleć wyłącznie o tamtych pięknych chwilach z Maryjką. To dodawało mu siły, 

sprawiało, że czuł się dorosły i dzielny.

Śmiech   ojca   urwał   się   nagle   jak   nożem   ciął.   Oczy   proboszcza   pociemniały. 

Wolno podszedł do syna, który wciąż kurczowo trzymał się oparcia krzesła.

Gabinet   nigdy   jeszcze   nie   wydawał   się   taki   nieprzytulny   jak   dzisiaj.   W   tym 

ponurym pokoju zdawało się brakować powietrza, więc Stian musiał przy każdym od-

dechu mobilizować wszystkie siły.

Czuł pulsowanie w opuszkach palców.

Na rękach miał gęsią skórkę, ale na szczęście pod rękawami nie było tego widać.

- Justitianie, mój  synu.  Pan wystawił  cię na jedną z najcięższych  prób. Byłeś 

wiedziony na pokuszenie przez Ewę i przez węża! Widzę, że zostałeś całkowicie zatruty. 

W twojej głowie zalęgły się złe myśli, grzeszne, pragniesz złamać święte przykazanie.

Boże drogi, pomyślał Stian, czy on widzi, że ja już to przykazanie złamałem?

Ojciec zaczął chodzić po pokoju tam i z powrotem, nie spuszczał jednak wzroku z 

syna.  Mówił niskim,  lecz ostrym  głosem,  który wdzierał  się boleśnie do najdalszych 

zakątków mózgu Stiana. Postanowił nie dopuszczać do siebie tych słów, wiedział, że 

mały chłopiec, który wciąż w nim żyje, może się okazać zdradziecko słabą istotą.

- Byłeś kuszony, wabiony, ale na szczęście przyszedłeś z tym do swojego ojca. To 

dobrze, mój chłopcze. Razem zdołamy przepędzić węża!

- Maryjka nie jest żadnym wężem! Nie jest też może madonną, ale to wspaniała, 

pracowita młoda kobieta!

Pastor przerwał nagle swoją wędrówkę, nie podobał mu się ten ostry ton w głosie 

syna. Skąd ten smarkacz bierze siłę? Nawet się nie zająknął, kiedy wykrzykiwał te trudne 

słowa!

-   Milcz,   chłopcze!   Przemawia   przez   ciebie   kusicielka!   Zostałeś   odmieniony, 

background image

opętany przez tę kobietę! Rzuciła na ciebie czary! Czy zdołała cię złowić w swoje gorące 

objęcia, otoczyła cię grzeszną słodyczą? Odpowiedz mi, Justitianie!

Stian dygotał, nogi się pod nim uginały, wciąż jednak starał się przeciwstawić 

furii ojca.

Wykrzykiwał  odpowiedź, nie jąkał się, ale  głos  mu  się załamał  i stał niczym 

dziecko, śmieszny i dziecinny.

- Nie! Nie! Nie wolno ci tak jej nazywać, nie masz prawa...

- Będę ją nazywał, jak zechcę! A ty masz słuchać swego ojca, Justitianie! Tak jest 

powiedziane   w   czwartym   przykazaniu,   danym   nam   przez   Pana.   Czy   zapomniałeś   o 

przykazaniach,   ty,   któremu   zaufano   tak   dalece,   że   powierzono   nauczanie   głupich 

chłopskich dzieci?

Revelin usiadł, zadowolony z wyrazu twarzy oniemiałego chłopca, stwierdził, że 

w oczach syna pojawiły się łzy. Oto obraz Cecilii, irytacja o mało go nie rozsadziła. Coś 

tak obrzydliwego, okropnego.

Czuł  wprawdzie,   że  coś  go  dręczy,   uwiera,  nigdy  by  jednak   nie  nazwał   tego 

wyrzutami sumienia.

- Coś  ci  opowiem,  mój  synu  - oznajmił  nagle. - Coś, co cię zaskoczy,  może 

doznasz szoku. Uważam jednak, że jesteś na tyle dorosły, by pojąć, o czym mówię.

Stian siedział z pobladłą twarzą i słuchał, jak jego ojciec mówi o przekleństwie, z 

którym walczy od wielu lat. Revelin zachował dużą część wiedzy dla siebie, opowiadał 

tylko niektóre rzeczy, jego zdaniem niezbędne.

Stian dowiedział się więc o złej kobiecie imieniem Maria i o władzy, jaką dzięki 

sprzymierzeniu z Diabłem posiadła ona nad jego ojcem.

- Tylko moja niezłomna wiara i ufność, jaką pokładam w Panu, pozwoliły mi 

przeżyć te wszystkie straszne próby. I z dumą mogę ci powiedzieć, mój synu, że nigdy 

nie uległem żadnym sztuczkom kusicielki!

Stian nie wiedział, co powiedzieć. Czuł dreszcze na plecach, chociaż ojciec nie 

był   teraz   zły.   Mówił   niemal   serdecznym   tonem,   jakby   zwierzał   się   najbliższemu 

przyjacielowi.

- Dlatego, synu, moje ojcowskie serce krwawi, kiedy widzę, że ty wpadasz w taką 

samą  pułapkę. Zrobię więc wszystko,  by ci pomóc, byś  nie cierpiał  tak jak ja przez 

background image

diabelskie,   podstępne   sztuczki   złej   kobiety.   Postanowiłem   wysłać   cię   do   Kopenhagi 

natychmiast, jak tylko przygotuję podwodę i listy...

- Nie! Nie, ojcze, nie rób tego! Nie wysyłaj mnie stąd! Ja nie mogę... nie chcę... je 

- je - jechać...

Revelin podejrzliwie spoglądał na syna. Delikatna maska życzliwości rozpadła 

się.

Chłopak to słaby typ. Teraz z pewnością rozbeczy się jak baba. Cierpliwość ojca 

została   wyczerpana.   To   błąd   traktować   takiego   życzliwie   i   z   wyrozumiałością.   Syn 

zabrnął już za daleko!

- Dość, Justitianie! Będzie tak, jak powiedziałem!

- Nie! Nie! Ja nigdzie nie pojadę, zostanę tutaj! I ożenię się z Maryjką niezależnie 

od tego, co ty na to powiesz! Wyjedziemy stąd! Uciekniemy, nie będziesz miał syna!

-   Jeśli   ta   kobieta   zdołała   urzeczywistnić   swoje   bezbożne   plany,   to   już   i   tak 

utraciłem syna. Byłoby lepiej, gdybyś umarł!

Spomiędzy wąskich warg padały twarde, złe słowa.

Ojciec i syn mieli tak samo pobladłe twarze. Powietrze między nimi było gęste, 

ściany pokoju zdawały się zbliżać do siebie.

Stian odwrócił się i ruszył ku drzwiom.

- W takim razie już nie żyję. To koniec!

Revelin zdążył chwycić syna za ramię, gwałtownie przyciągnął go do siebie. Jego 

twarz znajdowała się tuż przy twarzy Justitiana.

- Jesteś opętany. To gorzej, niż początkowo przypuszczałem. Zostałeś całkowicie 

zauroczony, wpuściłeś zło do swego serca. Muszę cię ratować, to mój obowiązek wobec 

Boga, chociaż ja sam najchętniej  wyrzuciłbym  cię z domu,  pozwoliłbym  ci wejść w 

wężowe gniazdo, do którego wabi cię ta kobieta!

Revelin   chwycił   syna   za   kołnierz,   jakby   był   małym   chłopcem   złapanym   na 

gorącym uczynku. Na Stiana spadła seria twardych ciosów, większość trafiała w głowę i 

policzki. Ojciec bił zaciśniętą pięścią. Potem popchnął chłopca z całych sił na krzesło. 

Stał   nad   nim   niczym   ubrany  na   czarno   demon.   Mówił   wolno,   gniew   sprawiał,   że   z 

trudem formował słowa.

- Boże mój i Panie, na wszystkie cierpienia Chrystusa, pomóż mi wypędzić złego 

background image

ducha z tego dziecka! Panie, ześlij uzbrojone anioły, o, mój Boże, powiedz Złemu, że nie 

wolno mu dłużej szukać mieszkania w sercu mego syna!

Stian czuł, że z rozciętej wargi spływa krew. Wciąż zasłaniał się rękami przed 

kolejnymi ciosami ojca, ten jednak ciągnął nieprzerwanie swoją przerażającą litanię.

On zwariował, pomyślał Justitian.

Jest zimny, pozbawiony uczuć, niczego nie rozumie.

Nie   miał   odwagi   podnieść   wzroku,   nie   miał   odwagi   zmienić   pozycji,   trwał 

skulony na krześle.

W końcu ojciec zamilkł. Wtedy Stian uniósł twarz. Milczał pokonany.

Revelin cofnął  się na widok zakrwawionego oblicza  syna.  W tym,  co mówił, 

jednak nie było ani cienia współczucia.

-   Zawiodłeś   mnie   -   rzekł.   W   jego   głosie   pojawił   się   teraz   nowy   ton.   - 

Rozczarowałeś mnie już w pierwszej chwili, kiedy przyszedłeś na świat, żałosny i słaby, 

wydany   przez   brudną   kobietę!   Twoje   imię   powinno   brzmieć   zdrada,   a   nie 

sprawiedliwość! Jesteś tylko nędznym mięczakiem, przynosisz wstyd mojemu nazwisku! 

Chętnie   bym   zobaczył,   że   odchodzisz,   Justitianie,   jak   najchętniej   przestałbym   się 

irytować tym, że tak bardzo brak ci siły woli! Ale mam wobec ciebie obowiązki jako 

sługa Pana i jako ojciec. Nie zamierzam się uchylać od ich wypełnienia.

Zrobił dłuższą pauzę, szukał czegoś na biurku, w końcu znalazł klucz.

-   Zostaniesz   tutaj,   będziesz   miał   dość   czasu   do   namysłu.   Możesz   czytać 

podnoszące na duchu książki, znajdujące się na tych półkach, musi ci wystarczyć światło 

płynące od okna. Będziesz dostawał wodę i tyle chleba, byś mógł przeżyć. Ale będziesz 

pościł,   mój   synu,   będziesz   pościł   i   modlił   się.   Aż   do   dnia,   gdy   wszystko   zostanie 

przygotowane i wyjedziesz do Kopenhagi, by się uczyć i w końcu zostać prawdziwym 

sługą Pana. Już teraz mówię ci żegnaj, nie zobaczymy się więcej. Nie zobaczymy się aż 

do chwili, gdy wrócisz do domu i okażesz mi, że masz więcej siły, niż sądziłem!

Wyszedł, drzwi zatrzasnęły się za nim ciężko. Powiew wiatru zgasił świecę na 

stole.

Justitian siedział bez ruchu, wiedział, że nie zdoła wyjść z tego pokoju, chyba 

żeby rozbił kosztowną szybę w oknie.

Akurat teraz nie chciał tego robić.

background image

Znowu było jasno, Stian stwierdził, że noc minęła. Ciężkie zasłony pochłaniały 

większość światła, ale nie chciał ich rozsuwać.

Był uwięziony.

Mógł się wprawdzie wydostać z więzienia, ale nie potrafił zrobić tego tak, by 

ojciec natychmiast się o wszystkim nie dowiedział. Stian miał nadzieję, że ludzie pracu-

jący na podwórzu obserwują czasami okna. Z pewnością już się rozeszła wiadomość, że 

syn pastora siedzi zamknięty niczym złodziej we własnym domu. Ojciec miał jednak 

dość władzy, by powstrzymać ewentualne próby pomocy. Dlaczego zresztą ktokolwiek 

miałby się nim przejmować? Ojcu wolno przecież ukarać własnego syna. Nikt nie chce 

się do takich spraw mieszać.

Justitian czuł, że ogarnia go głęboki smutek. Starał się uciszyć zmysły,  tłumił 

narastający strach. Był na najlepszej drodze do załamania. Nie opłaci się przecież wal-

czyć, przynajmniej z ojcem.

Maryjka...

Gdybyś ty była tu ze mną! Dla ciebie zburzyłbym ściany, ująłbym miecz i nikt by 

mnie nie powstrzymał!

Ta myśl dodała mu trochę siły. Trzymał się jej kurczowo. Pragnął, by uczucia do 

Maryjki wzięły w nim górę, pokonały strach, niepewność i wstyd, który ojciec zawsze w 

nim wzbudzał.

Maryjko, ja się nie poddam! Jeśli mnie nawet wyśle tysiąc mil stąd, i tak do ciebie 

wrócę!

Ale czy ona zechce czekać?

Wierzył w to. Musi jej tylko przekazać wiadomość, musi z nią porozmawiać, a 

przynajmniej posłać list z wyjaśnieniami.

Wytłumaczyć,  dlaczego  wyjechał,  zapewnić,  że   wróci.   Tak  bardzo   chciał  być 

teraz dorosły. Niezależny.

Cieszyć się autorytetem pastora.

Wtedy ojciec nie mógłby mu rozkazywać ani kierować jego życiem.

Może gdyby Justitian był pastorem, ojciec by już nie żył. Na naukę trzeba czasu, 

wiadomo. Nawet gdyby miał wyjątkowe zdolności i nie pozwolił sobie ani na jedną wolą 

chwilę, to i tak mógłby zostać pastorem nie prędzej niż w ciągu trzech, czterech lat.

background image

Myśl o życiu bez ciążącego nieustannie jak czarna chmura cienia ojca wydała mu 

się piękna niczym  sen. Wyobrażał sobie swoją przyszłość, widział, jak krąży po tym 

gabinecie, jak siedzi w fotelu ojca, i widział, jak tamten zimny, pozbawiony już władzy 

człowiek, spoczywa w swoim grobie.

Justitian uśmiechnął się.

Nigdy przedtem nie odważyłby się tak myśleć. Teraz jednak sprawiało mu to 

wielką przyjemność.

Życie  bez ojca. Bez tego surowego głosu, bez ponurych  napomnień.  Żadnych 

więcej rozpaczliwych prób, by zdobyć szacunek tamtego, nigdy więcej rozrywającego 

serce pragnienia, by ojciec choć raz spojrzał nań cieplejszym wzrokiem.

Justitian jako dziecko bardzo tęsknił za matką. Marzył o niej, chciał wiedzieć o 

niej jak najwięcej. Ale ojciec spuszczał ciężką zasłonę milczenia na wszystko, co miało z 

nią   cokolwiek   wspólnego.   Justitian   nigdy   nie   widział   niczego,   nawet   najmniejszej 

robótki, która wyszła spod jej rąk. Ani żadnego ubrania, filiżanki, która by łączyła się z 

imieniem matki. W marzeniach tworzył sobie jej obrazy, bardzo piękne obrazy.

Te właśnie obrazy dzisiejszego wieczora ojciec zbezcześcił.

Powiedział, że była brudna.

Powiedział tak o swojej żonie, o jego matce.

Justitian usłyszał, że zgrzyta zębami.

Nienawiść wybuchła w nim z jeszcze większą siłą.

Łączyła się pięknie z uczuciami do Maryjki, dawała mu siłę i upór.

Dość już tego upokarzania.

Syn pastora chciał być dorosły.

Wiedział   jednak,   że   droga   do   uzyskania   dorosłości   będzie   bolesna.   Mimo   to 

rozrastała się w nim jakaś nowa radość, przestał czuć głuche pulsowanie w ranach wokół 

oczu i ust.

Podniósł  się   z   miejsca   i   wyprostował.   Oczy   już   dawno  przyzwyczaiły   się   do 

panującego w pokoju mroku. Przeszedł do biurka i usiadł na miejscu ojca. Wyjął papier i 

pióro.

Napisał   list   do   Maryjki.   Kogoś   przecież   zdoła   przekonać,   żeby   jej   to   w 

największej tajemnicy oddał.

background image

Kiedy najmłodsza dziewczyna kuchenna przyniosła mu kawałek chleba i trochę 

wody, wsunął jej list do kieszeni fartucha, posyłając przy tym błagalne spojrzenie.

Wyglądała   na   przestraszoną,   pospiesznie   zamknęła   za   sobą   drzwi,   ale   nie 

próbowała oddać mu listu.

Z pewnością dotrze do adresatki. Dziewczyna musi przecież wiedzieć, że to on 

któregoś   dnia   zostanie   gospodarzem   tego   dworu.   Poza   tym   to   ona   miała   zawsze 

zaczerwienione oczy następnego dnia po tym, gdy pastor szczególnie surowo karał swego 

syna.

Revelin ryczał z gniewu, kiedy list wpadł mu w ręce.

Był   przekonany,   że   syn   nic   już   więcej   nie   zrobi.   Sądził,   że   granice 

nieposłuszeństwa, krnąbrności i braku szacunku zostały osiągnięte.

Upór syna budził w nim wściekłość. Budził w nim także strach, strach przed tym, 

że jego władza zaczyna się oto rozpadać.

Revelin natychmiast poszedł do gabinetu.

Służący zadrżeli, gdy dotarły do nich ponure odgłosy. Co też się dzieje między 

surowym   Revelinem   a   jego   nieszczęsnym   synem?   Co   takiego   strasznego   musiał   ten 

chłopak zrobić?

Nigdy przedtem nie słyszeli, żeby ojciec karał go aż tak okrutnie. Przez chwilę 

bali się nawet, że chłopak nie żyje. Ale kiedy pastor wrócił czerwony na twarzy i z rę-

kami skrzyżowanymi na plecach, z zamkniętego pokoju wciąż docierały jęki.

Justitian żył.

Pastor   patrzył   w   oczy   wszystkim   po   kolei.   Błyskawice   w   jego   wzroku 

przyprawiały ich o drżenie, czuli się niczym maleńkie mrówki pod otwartym niebem.

- Ani słowo nie może się stąd wydostać! Ani jeden dźwięk, ani jeden najcichszy 

szept! Jeśli się dowiem, że rozpowiadacie po wsi, co się tu stało, to popamiętacie!

Kiwali  głowami,  słowa pastora brzmiały uroczyście,  były  trudne, ale wszyscy 

rozumieli je dokładnie.

Nikogo  z   tych   ludzi   nie   było   stać   na   utratę   pracy   i   chleba.   Zresztą   dlaczego 

mieliby mówić o tym teraz? Chłopak jest prawie dorosły. A przecież gorsze rzeczy działy 

się  na plebanii,  kiedy był  małym  dzieckiem.  Czerwone  pręgi na  plecach  i piersiach, 

podbite oczy musiały wtedy skłaniać dobrego Boga do współczucia.

background image

- Zabiję go. Ja go zabiję.

Justitian wyglądał strasznie. Na szczęście nikt go nie widział, gdy leżał skulony w 

kącie i wykrzykiwał wciąż te same pełne goryczy słowa.

Czuł się znowu małym chłopcem, małym bezbronnym dzieckiem, które dostało 

takie lanie, że nie mogło ustać na nogach.

Twarz miał całkiem białą, jedno oko zapuchnięte tak, że nic przez nie nie widział.

Pod nowymi ciosami wargi znowu zaczęły krwawić, jedną rękę przyciskał mocno 

do ciała. Bolała go bardzo.

Zdawał się jednak tego nie dostrzegać. Justitian był jakby po tamtej stronie nie 

mającego znaczenia bólu, był jak ciężko chory człowiek, który nie zwraca już uwagi na 

użądlenie osy.

- Zabiję go. Wbiję w niego nóż, zrobię to przy pierwszej okazji. Będę wolny. 

Przyjdę wtedy do ciebie, Maryjko.

Słowa Justitiana były ciche, niemal bezdźwięczne. Brzmiały niczym pogańskie 

zaklęcia zbroczone krwią z okaleczonych warg.

Justitian   siedział   tak   przez   cały   dzień   i   jeszcze   długo   w   noc.   Krew   przestała 

cieknąć, ale się nie umył. Wodę, którą postawiono mu na stole, wypił do ostatniej kropli.

Pił z przyjemnością. Niemal czuł, że chłodny płyn napełnia go czystą siłą.

Patrzył w dal nieruchomymi oczyma, płonęły w nich gorączkowe błyski.

Dotknął stopami dywanu, który pozwijał się nieporządnie podczas szarpaniny z 

ojcem.

Wtedy zobaczył zamknięte zejście do piwnicy.

Na dole było zimno i wilgotno. Piwnicy pod plebanią używano rzadko. Prawie 

nigdy nikt do niej nie schodził, mijały lata między jednym a drugim takim wydarzeniem. 

Dawniej mieścił  się tam areszt, przechowywano beczki z winem i inne tego rodzaju 

rzeczy. Teraz te ściany nie widziały światła od bardzo dawna, Justitian nie mógł sobie 

przypomnieć   od   kiedy.   Buchnęło   mu   w   twarz   zatęchłe   powietrze.   Nie   widział   nic, 

piwnicę zalegały głębokie ciemności.

Chwycił świecę z biurka, miał nadzieję, że nie zgaśnie. Boląca ręka drżała, kiedy 

ostrożnie schodził w mroczną czeluść. Drabina skrzypnęła  pod jego ciężarem,  ponad 

sobą widział prostokąt mdłego światła. Wokół panowała wyłącznie ciemność.

background image

Posuwał   się   po   omacku   naprzód,   szukał   czegoś,   na   czym   dałoby   się   stanąć. 

Przegniła drabina mogła nie wytrzymać, gdy będzie chciał z powrotem wyjść.

Nie   bał   się   myśli,   że   tu   już   pozostanie,   mimo   wszystko   nie   było   takiej 

możliwości, że domownicy o nim zapomną.

Serce zabiło mu mocniej, kiedy pomyślał, że gdzieś tutaj znajduje się droga na 

zewnątrz.

Tunel.

Podziemne przejście starego Mogensa do kościoła.

Jeśli naprawdę istnieje, to on z pewnością je odnajdzie!

A   kiedy   już   raz   zobaczy   dzienne   światło,   nikt   go   nie   powstrzyma   przed 

odszukaniem Maryjki, wytłumaczy jej wtedy wszystko i będzie błagał, by mu obiecała, 

że na niego zaczeka.

Pożegnalny pocałunek...

Serce ścisnęło mu się z bólu na myśl o tym, ale mimo wszystko byłoby jeszcze 

gorzej,   gdyby   ojcu   udało   mu   się   odesłać   go   bez   jednego   słowa,   bez   pożegnania   z 

ukochaną. Co by sobie wtedy myślała? Jaka by to była katastrofa, gdyby po powrocie z 

Kopenhagi dowiedział się, że wyszła za mąż za jakiegoś komornika!

Palce   Stiana   dotknęły   czegoś   dużego,   twardego.   Stara   skrzynia   z   ciężkimi 

okuciami. Stała niemal wprost pod zejściem do piwnicy. Bardzo dobrze, kiedy na nią 

wejdzie, bez trudu zdoła wyciągnąć się na górę.

Czuł dotkliwy ból w poranionym ciele. Uderzona ręka odmawiała posłuszeństwa. 

To cierpienie sprawiało mu jednak niemal przyjemność, cieszył się, że czuje ból, a nie 

zdenerwowanie i strach, który czaił się zewsząd.

Wyszedł na górę i poszukał świecy. Potem znowu ostrożnie zeskoczył na skrzynię 

i zamknął wejście do piwnicy.

Kiedy klapa się za nim zatrzasnęła, w mdłym  blasku świecy ukazał się nowy 

świat. Rozglądał się wokół, stwierdził, że pomieszczenie jest mniejsze, niż sądził. Mniej 

więcej takich rozmiarów jak gabinet ojca. Jest przy tym niskie, choć dorosły mężczyzna 

może stanąć wyprostowany.

Podłoga   była   wyłożona   kamieniami,   ściany   również   zbudowano   z   kamienia. 

Mimo to pachniało ziemią, stęchlizną, starym kurzem.

background image

Po jednej stronie stały skrzynie. Ulokowano je na grubych drewnianych klockach 

prawdopodobnie po to, by chronić przed wilgocią ciągnącą od podłogi.

Nieco dalej Stian zauważył jaśniejszy prostokąt. Ktoś zamurował otwór w murze. 

Zaprawa   jednak   sprawiała   wrażenie   starej,   poza   tym   robota   nie   należała   do 

najstaranniejszych. Duże kawałki gruzu odpadły na podłogę.

Krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach Stiana. Niemal bez tchu zbliżał się do 

muru. Drzwi. Ostrożnie popchnął niezbyt pewnie tkwiący w otworze kamień. Potem je-

szcze raz, mocniej. Kamień wypadł. Stian ujął małą skrzynkę, która stała w pobliżu, była 

cięższa,  niż przypuszczał.  Z wysiłku  białe plamy zaczęły mu  tańczyć  przed oczyma, 

zamachnął się jednak i uderzył skrzynką w ścianę tak, że poczuł gwałtowne pieczenie w 

obolałej ręce.

Duży kawał muru odpadł na podłogę. Skrzynka znalazła się pośrodku otworu w 

ścianie.

Kiedyś było tu przejście.

A więc historia jest prawdziwa! Stian jest wolny! Korytarz wiedzie do kościoła, 

ujście  znajduje się tuż przy głównym  ołtarzu.  Kościół nigdy nie bywa  zamknięty.  Z 

łatwością wyniknie się w mrok.

Justitian pozwolił sobie na radosny śmiech.

Usiadł na jednej ze skrzyń, przyglądał się dziurze w ścianie, rozcierając obolałe 

mięśnie.

Świeca płonęła teraz niespokojnie. Chybotała w strumieniu ciągnącego z dziury 

powietrza.

Może powinien trochę zaczekać? Jeszcze nie całkiem nastała noc.

Nagle przeniknęła go ponura myśl. A co by było, gdyby teraz ktoś wszedł do 

gabinetu? Nie zastanawiając się więcej, wstał, wszedł na skrzynię i odsunął pokrywę. 

Dysząc wspiął się na górę, do ciepłego pokoju.

Ponownie zakrył otwór i rozpostarł na nim dywan, który zawsze tam leżał.

Usiadł w wygodnym fotelu i nasłuchiwał.

W domu panowała cisza.

Tylko z kuchni dochodziły go jakieś dźwięki.

Ludzie szykowali się na spoczynek.

background image

Justitian jednak czuwał, bardziej trzeźwy niż kiedykolwiek przedtem.

Wkrótce nadejdzie czas, myślała Maryjka. Minęły już trzy dni od chwili, kiedy 

spotkała Stiana w lesie, odkąd... Lekki rumieniec znowu zabarwił jej policzki. Maryjka 

jednak nie chciała myśleć, że to z powodu tego, co robili pod drzewem. Nie, to raczej 

niespokojne   wyczekiwanie,   to   zbliżające   się   rozstrzygnięcie   wywoływało   rumieńce   i 

sprawiało, że poruszała się niespokojnie. Solveig dostrzegała to, nieustannie robiła jakieś 

uwagi, wypytywała o Karla z Oppdal. Maryjka udawała, że właśnie o to chodzi, zresztą 

w   ciągu   ostatnich   dwóch   dni   rzeczywiście   zauważyła,   iż   wieczorami   po   ostatnim 

obrządku   chłopak   przechadza   się   wolno   koło   Hagen.   I   że   rzuca   w   stronę   podwórza 

przeciągłe spojrzenia.

Wczoraj Maryjka niby przypadkiem wyszła mu na spotkanie i rozmawiała z nim. 

Wiedziała, że Solveig widzi ich ze swojego miejsca przy oknie. Bardzo dobrze. W takim 

razie nie przyjdzie jej do głowy podejrzenie, że nerwowe zachowanie Maryjki mogłoby 

oznaczać co innego.

A   poza   tym   chłopakowi   nic   nie   można   zarzucić,   nie   jest   może   specjalnie 

inteligentny, ale to szczery, jasnowłosy, młody chłopski syn. Nie pamiętała koloru jego 

oczu, pewnie nie zwróciła na to uwagi. Ale zapamiętała wielkie ręce i zaciśnięte pałce 

mocno trzymające czapkę, jakby się bał, że mu ucieknie natychmiast, gdy tylko rozluźni 

uchwyt.

Maryjka przymknęła oczy.

Jutro się to dokona.

Jutro stanie w końcu przed pastorem twarzą w twarz.

Teraz naprawdę nie miała się czego bać. On z pewnością natychmiast pojmie, jak 

bardzo jest bezbronny dlatego, że Maryjka stawia wszystko na jedną kartę i nie boi się 

konsekwencji. Mógłby wprawdzie postarać się, by została surowo ukarana, cudzołóstwo 

to zawsze najcięższe przestępstwo kobiety. Pastor mógłby zesłać ją do więzienia na wiele 

lat, wtedy jednak Stian byłby też skończony. A nazwisko Revelina zhańbione na zawsze.

Maryjka wiedziała, że dumny pastor w żadnym razie nie podejmie takiego ryzyka.

Dzięki temu z pierwszego starcia ona wyjdzie zwycięsko. I będzie mogła żyć 

przez jakiś czas w spokoju. Musi wrócić do Kari i Olego, do Gjertrud. Musi się nauczyć 

jak najwięcej  z tego, co  Kari wie. Musi  być  pojętną uczennicą,  gromadzić  wiedzę  i 

background image

zyskiwać nowe siły. Może nawet uda jej się zdobyć taką moc, którą później wykorzysta 

w kolejnej rozgrywce z pastorem.

Mama byłaby bardzo dumna.

Mama będzie strasznie dumna, kiedy wróci do domu i dowie się, co Maryjka 

zrobiła.  Dziewczyna  w  myślach  widziała,  jak z wielkim przejęciem  pokazuje  mamie 

wszystko, co dla niej odzyskała.

Teraz   nie   brała   już   pod   uwagę   możliwości,   że   nie   zobaczy   nigdy   ukochanej 

mamy.

Przecież Kari powiedziała!

Tej nocy Stian nie obejrzał całego tunelu. To, co znalazł w skrzyniach, było zbyt 

interesujące.

Niektóre kufry zawierały rzeczy należące do matki. Były tam piękne suknie, małe 

szkatułki, zwoje papieru, jakieś woreczki. Przybory do szycia, piękny serwis, wiele ram 

do obrazów ze złoceniami i bez. Znalazł też woreczek wypełniony czarnym proszkiem o 

podniecającym   zapachu,   to   pewnie   herbata.   Stian   oglądał   grzebienie   i   szczotki   do 

włosów, sprzączki do butów i śliczne wstążki. Podziwiał kawałek niewiarygodnie pięknej 

tkaniny, tak delikatnej, że wyobrażał sobie, iż to woalka przesłaniająca urodziwą twarz.

Mama.

Przysuwał   stare   ubrania   do  nosa,  chciał   odnaleźć   zapach   tej,  która   złożyła   w 

ofierze swoje życie, by go urodzić. Wiedział, że była bardzo dobra. Musiała być dobra! 

Bo przy takim ojcu jak Revelin skąd by się Justitianowi wzięły te ludzkie cechy, jakie w 

sobie nosi?

Suknie pachniały jedynie starą tkaniną. Stian odłożył  je na bok, zabrał się do 

przeglądania papierów. Znalazł jakieś dokumenty, listy kierowane do sądu. Wszystkie 

pisane ładnym kobiecym charakterem.

Czytał i czytał, odcyfrowywał wyblakłe litery w mdłym blasku świecy.

Nie był w stanie się od tego oderwać. Nie odłożył papierów, dopóki nie przeczytał 

wszystkiego. Odnalazł właśnie najważniejszą część historii, która dotychczas była przed 

nim ukryta.

Cóż za potworna sprawa!

Mama w listach do sądu przedstawiała ojca jako kłamcę, intryganta i oszusta 

background image

najgorszego rodzaju! Tak, przyznawała wyraźnie, że podstępem odebrali dwory wdowie 

po poprzednim pastorze!

Ta kobieta miała na imię Maria.

To prawie jak Maryjka.

Stian był sztywny ze strachu.

Dokumenty mówiły o podłości, o którą nawet on by ojca nie posądzał.

Teraz dotarło do Stiana, jak daleko ojciec zdolny jest się posunąć w walce z kimś, 

kto ma odwagę stawać mu na drodze.

Aż do tej chwili Justitian nie w pełni sobie uświadamiał, jakie niebezpieczeństwo 

ściąga na Maryjkę. Dotychczas gniew ojca spadał jedynie na niego. Ale co będzie, kiedy 

zwróci się przeciw Maryjce...?

Serce Stiana przestało bić z przerażenia.

Mieszkając w Kopenhadze, nie będzie mógł jej bronić. Może jedynie pocieszać 

się nadzieją, że ojcu wystarczy to, iż zdołał go tam wysłać. Że wystarczy mu pokonany i 

upokorzony syn.

Dla niej musi się więc ugiąć.

Musi to zrobić, by ratować jej życie.

Stian zwinął listy, skierował błagalną modlitwę do Boga, którego mimo wszystko 

przez całe życie nosił w sercu.

- Ochraniaj ją, Panie, przed tym  diabłem w ludzkiej skórze. Przed tym,  który 

okradł wdowę i sierotę, przed tym, który nakłonił moją matkę do grzechu, przed tym, 

który ją zamordował swoim chłodem. O nic więcej nie będę cię prosił!

Stian odnalazł również rzeczy tamtej obcej Marii. Otwierał skrzynię po skrzyni, 

pełne dziwnych medycznych dzieł pisanych po łacinie, po francusku, duńsku, a także 

sporządzanych   ręcznie   norweskich   przekładów.   Język   był   prosty,   przypominał   raczej 

zwyczajną, codzienną mowę.

Odłożył zwoje papieru i książki na miejsce. To nie jego sprawa. Większość tych 

rzeczy należała do Mogensa Skanke, poprzedniego pastora, i do jego żony. Ona powinna 

to kiedyś odzyskać. I odzyska, Justitian obiecywał to sobie solennie. Odda wszystko, gdy 

będzie dorosły albo gdy nie będzie już ojca...

Marzenie o życiu bez ojca umacniało się w nim coraz bardziej.

background image

Nóż ukryty w szufladzie biurka przyciągał z nieodpartą siłą.

Jeśli jeszcze raz się na mnie rzuci, to go zamorduję, przysiągł Justitian na stary 

modlitewnik swojej matki. Potem wrócił na górę i czekał nadejścia nowego dnia. Ale 

piękne wizje ojca leżącego w głębokim, ciemnym grobie nie opuszczały go przez całą 

noc.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Maryjka przyglądała się pięknym zabudowaniom probostwa, położonym niemal 

tuż nad wodą. Pola wokół zaczynały się zielenić, chociaż to dopiero początek marca. 

Chłopi zaorali duże połacie czarnej ziemi, gromada mew niczym biała plama odcinała się 

od świeżo spulchnionej ziemi.

Plebania jaśniała w jasnych  promieniach słońca. To jedyne domostwo we wsi 

pomalowane na biało. Ramy okienne też były imponujące, a rzeźbienia nad drzwiami 

wskazywały, że mieszkają tu dobrzy ludzie.

Maryjka   głęboko   wciągnęła   powietrze,   przygładziła   włosy,   wystające   spod 

kapelusza. Włożyła dzisiaj proste, ale bardzo ładne ubranie. Do najlepszej niedzielnej su-

kienki świetnie pasował czarny kapelusz Solveig. Zwykle takie kapelusze noszą mężatki. 

Może go jednak włożyć również panna, jeśli pochodzi z zamożnej, otoczonej szacunkiem 

rodziny.

Na   kapeluszu   nie   było   ozdób,   za   to   rondo   zostało   wykończone   szydełkową 

koronką. Maria zsunęła go lekko na tył głowy tak, aby czarne loki wokół twarzy były 

lepiej widoczne.

Wiedziała,   że   jest   ładna,   i   zdawała   sobie   sprawę,   że   zyskuje   dzięki   temu 

przewagę. Pastor jest przecież tylko mężczyzną, on także. A Maryjka jeszcze nigdy nie 

spotkała   mężczyzny,   na   którym   nie   zrobiłyby   wrażenia   jej   wielkie,   błękitne   oczy   i 

staranna mowa. Będzie z pewnością zaszokowany, lecz także zły. Będzie się szamotał 

niby ryba na haczyku, ale już ona się postara, żeby bez większych kłopotów wyciągnąć 

go na brzeg.

Zapukała do drzwi, zapytała o pastora.

Kobieta stojąca na progu wpatrywała się w nią, jakby zobaczyła ducha. Czy to 

możliwe...? Naprawdę przyszła tutaj teraz ta dziewczyna?

Głośno przełknęła ślinę, gdyby ona znalazła się na miejscu Maryjki, uciekłaby z 

tej wsi jak najdalej. Nieszczęsny ten, kto odważył się nadepnąć Revelinowi na odcisk! A 

ta   tutaj...   to   przecież   ona   jest   przyczyną   tego,   że   w   ostatnich   dniach   atmosfera   na 

probostwie  zrobiła   się nie   do wytrzymania.   Wszyscy   żyją   jak  przed  burzą,  jakby za 

chwilę miały ich pochłonąć wściekłe fale.

background image

Maryjka jednak stała i najwyraźniej zamierzała wejść do środka.

Kobieta pośpieszyła, by powiedzieć pastorowi o wizycie.

Wróciła   po   chwili,   Maryjka   wciąż   czekała   przy   drzwiach,   zaczynała   się   już 

irytować.

- Pan Revelin chce cię przyjąć w kościele. Masz tam iść.

Maryjka poszła.

Dziwnie było znaleźć się w tym pustym pomieszczeniu, wszystko wydawało się 

teraz jeszcze większe. Wymalowane na ścianach męskie postacie mierzyły ją martwymi 

oczyma. Figury zdawały się kłaniać, wąż syczał. Wielki obraz, przedstawiający jakiegoś 

znakomitego pana, wydał jej się ponury, ale człowiek na nim był mniej straszny, niż to 

zapamiętała z poprzednich bytności w kościele.

Maryjka znalazła sobie ławkę, jedną z tych stojących najbliżej prezbiterium. Tutaj 

podczas nabożeństwa siadywali najznakomitsi parafianie. Ona sama i inni ludzie jej stanu 

musieli znaleźć sobie miejsca bliżej drzwi.

Nie przeszła na kobiecą stronę, usiadła tutaj.

Uważnie oglądała wspaniałe malowidło w głównym ołtarzu.

Spoglądała na umieszczoną wyżej figurę Ukrzyżowanego. Z boku padały na nią 

promienie światła. Było pięknie i uroczyście. Poczuła się mała i zrozumiała nagle, dla-

czego pastor chciał się z nią spotkać właśnie tutaj.

Gdyby wiedziała to, co wiedział pastor! Gdyby mogła spotkać się z Justitianemi, i 

gdyby on powiedział jej, co się wydarzyło! Ale chłopak jakby się zapadł pod ziemię. 

Sądziła,   że   ojciec   zlecił   mu   jakieś   zadanie   albo   wysłał   do   najodleglejszego   zakątka 

parafii, by tam nauczał młodzież.

Z tyłu rozległy się kroki.

Maryjka wstała, odwróciła się, spoglądając ku nadchodzącemu proboszczowi. On 

zamknął za sobą wąskie, ale wysokie boczne drzwi i zmierzał w jej stronę.

Miał na sobie czarną pelerynę i białą kryzę.

Srebrny krzyż na piersi mienił się w promieniach światła.

Twarz proboszcza wyglądała jak maska.

Przystanął kilka kroków przed nią, Maryjka zmusiła się z trudem, by dygnąć, 

pozdrowić go.

background image

- Z jaką to sprawą do mnie przychodzisz, Marja Gjertrudsdatter?

Przyglądała   się  jego   oczom,   chciała   z   nich   wyczytać,   ile   on  wie,   ale   w   jego 

spojrzeniu nie znalazła odpowiedzi.

- Przychodzę domagać się sprawiedliwości, Revelin. Na szczęście głos jej nie 

zadrżał. Stała wyprostowana i bez lęku patrzyła mu w oczy.

- No? Mów, tylko szybko, nie mam czasu.

Nie poprosił, by usiadła, on sam także stał pośrodku kościoła. W górze skrzypnęła 

jakaś stara belka. Poza tym panowała kompletna cisza.

Słowa odbijały się echem od kamiennych ścian.

- Zostałam zhańbiona - oznajmiła wprost. - Przez twojego syna!

Twarz Revelina pociemniała, na moment się zachwiał. Maryjka nie czekała na 

jego reakcję, mówiła dalej, spokojnie i chłodno przedstawiała swoje ultimatum. Pozwolił 

jej   powiedzieć   wszystko   do   końca.   A   potem   zaatakował,   wściekle,   jak   raniony 

niedźwiedź:

- Ty nieszczęsna ladacznico! Diabelska kusicielko! Nie waż się przychodzić tu i 

grozić słudze Pana! Kim ty jesteś, że wyobrażasz sobie, iż możesz mnie urazić? Kim 

jesteś ty,  która nie wiesz, że mógłbym  cię w ciemną noc cisnąć do wodospadu albo 

postawić przed sądem za przestępstwo, którego się dopuściłaś? Czy ty nie wiesz, jaką 

posiadam władzę, Marja Gjertrudsdatter?

-   Owszem,   znam   ją.   Wiem   więcej   o   twojej   władzy   niż   inni   ludzie   -   odparła 

spokojnie, siłą powstrzymując się, by nie zetrzeć z twarzy małych kropel śliny, które na 

nią spadły, gdy pastor krzyczał.

- W takim razie powinnaś się mieć na baczności! Jakim prawem masz odwagę tu 

przychodzić i na dodatek stawiać mi warunki? Ty, która uwiodłaś mego syna i wniosłaś 

do jego serca całe zło świata! Nienawidziłem cię, zanim jeszcze mi się tu pokazałaś, a 

teraz tylko najwyższe opanowanie powstrzymuje mnie, bym nie złamał ci karku! Wynoś 

się stąd, jeśli ci życie miłe!

- Ja się ciebie nie boję, Revelin. Jeśli mnie zamordujesz, to wszyscy się o tym 

dowiedzą. Ja też mam potężnych przyjaciół. A ty nawet nie wiesz, kim ja naprawdę 

jestem - zakończyła cicho.

Słysząc te słowa, pastor przygryzł wargi.

background image

- Kimże więc jesteś? Jesteś oczywiście córką jakiejś nędzarki Gjertrud! Po twoim 

ubraniu widzę, że wyrosłaś w biedzie. Nawet jeśli posługujesz się tą wyszukaną mową, 

jesteś   jedynie   żałosnym   komorniczym   pomiotem.   A   takie   powinny   się   wystrzegać 

stawiania warunków samemu proboszczowi! Miej się na baczności i nie tykaj niczego, co 

do mnie należy!

- Tak, jestem biedna - syknęła Maryjka. - A jeśli pan Revelin ma odrobinę czasu, 

to wkrótce się dowie, dlaczego.

Pastor stracił trochę na pewności siebie, najchętniej przegoniłby tę dziewczynę, a 

potem w spokoju zastanowił się, jak ją ukarać. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że 

lepiej by było najpierw się czegoś o niej dowiedzieć. Postanowił, że ją wysłucha.

Maryjka zebrała całą odwagę.

Oto nadeszła ta chwila. Wyobrażała ją sobie tysiące razy. Co prawda sprawy nie 

całkiem układały się po jej myśli, nie podobało jej się, że pastor odpowiada pogróżkami, 

że okazuje tak mało lęku.

Teraz pozostała już tylko jedna rzecz, którą mogła mu przedstawić.

- Mojej matce podstępnie odebrano wszystko, co posiadała, uczynił to podły i 

okrutny człowiek. Morderca. Nawet nie wiem, czy ona jeszcze żyje, ale wiem, że muszę 

odpłacić za jej krzywdy. Muszę odebrać przynajmniej część tego, co do niej należało - 

rzekła po prostu.

Pastor zdawał się niczego nie rozumieć. Maryjka mówiła dalej:

- Została wypędzona z obejścia i z ziemi zaraz po tym, gdy została wdową. Jej 

mała   córeczka   również   straciła   wszystko,   dziecko   zostało   wyrzucone   z   domu   dzie-

ciństwa, a utracona cześć zmarłego ojca stała się dla niej niczym młyńskie koło u szyi. 

Głodowały obie. Marzły. Musiały uciekać z parafii. Ale ów zły człowiek tym się nie 

zadowolił...   Nadal   ciągnął   swoją   diabelską   grę,   postawił   nieszczęsną   kobietę   przed 

sądem, oskarżając o czary. Dopiero wtedy wtrąciła się dobra siła, jego własna małżonka 

zwróciła się przeciwko niemu. Jej świadectwo uratowało moją matkę... Przyszłam na 

świat w cieniu stosu przygotowanego dla czarownicy.

- Córka Marii...

Słowa pojawiły się na wargach, ale pastor nie był  w stanie wypowiedzieć ich 

głośno.

background image

Nie zdziwiłby się bardziej, gdyby podłoga pod jego stopami się nagle otworzyła i 

sam Mogens wyszedł ze swego grobu.

- Córka czarownicy...

Nareszcie Maryjka zobaczyła głęboki lęk w tej strasznej twarzy.

Ale trwało to tylko sekundę. Potem pastor zaatakował.

-   Zabiję   cię,   ladacznico!   Zabiję   cię!   Nie   masz   prawa   rzucać   przekleństwa   na 

mojego syna, tak jak twoja matka rzuciła na mnie! Umrzesz, zostaniesz unicestwiona, ty 

córo piekielnych demonów!

Maryjka wrzeszczała wniebogłosy.

Była kompletnie nieprzygotowana na atak.

Pastor   szalał   z  gniewu,  chwycił  ją  garściami  za   włosy i   ciągnął  z  całych  sił, 

dziewczyna zaplątała się we własne spódnice, próbowała mimo wszystko dosięgnąć pa-

znokciami jego twarzy. Chybiła, bo pastor musiał uskoczyć w bok, ale puścił jej włosy.

Stali naprzeciwko siebie, ciężko dysząc, kościół zdawał się wirować wokół nich, 

w jednym uchu Maryjki szumiało boleśnie. Czuła palenie, pastor musiał ją tam trafić.

Jemu samemu nic się nie stało, zaciskał jednak pięści tak, że palce mu pobielały.

- Ty... wynoś się!

- Nie ruszę się bez rzeczy mojej matki!

- Wynoś się, bo jak nie, to cię zabiję!

Maryjka wiedziała, że to nie są czcze pogróżki. Lodowata nienawiść we wzroku 

tego człowieka paraliżowała ją. Jej własne uczucia w porównaniu z tym były niczym 

letni poranek. Tego się nie spodziewała.

- Nie sądź, że się ulęknę twoich pogróżek! Niech ci się nie wydaje, że nie będę 

miał odwagi nasłać na ciebie zbójów w jakąś ciemną noc!

W to Maryjka była skłonna uwierzyć. Uświadomiła sobie, jakie to straszne być 

znienawidzonym, nawet jeśli człowiek odwzajemnia to uczucie.

-   Marja   Mariadatter,   ty,   która   przychodzisz   tutaj,   żeby   ubić   handel.   Będziesz 

miała  to, czego chcesz.  Ale to ja stawiam warunki. Wyniesiesz  się z okolicy,  nigdy 

więcej twoja noga tu nie postanie. I nigdy, ale to nigdy twoje wargi nie wymówią mojego 

imienia ani imienia mojego syna. Jeśli choć raz spróbujesz się zbliżyć do nas teraz albo w 

przyszłości,   to   wiedz,   że   twoje   dni   będą   policzone.   I   tylko   na   ciebie   samą   spadnie 

background image

odpowiedzialność za ten wielki grzech, jaki popełnię. Pan bowiem nie spogląda surowym 

okiem na męża, który zabija dla spokoju duszy lub dla zbawienia wiecznego!

Maryjka rozumiała jego słowa. Wiedziała, że mówi prawdę. Jeśli będzie musiał 

zabić, zabije.

- Możesz mnie zamordować, pastorze, ale przedtem zdążę wciągnąć cię w błoto! 

Przedtem   przyszłość   twego   syna   legnie   nieodwołalnie   w   gruzach!   Tego   twojego   ża-

łosnego   syna,   tego   słabeusza   bez   charakteru!   Ale   potomstwo   zostawisz   po   sobie, 

pastorze! Spłodziłeś bezwstydnego, żałosnego kozła, a nie syna! Jego wykształcenie też 

teraz  stanie  pod znakiem zapytania,  kiedy wysoko  postawieni  panowie poznają moją 

historię, prawda?

- Nie zdążysz powiedzieć zbyt  wielu słów - syknął przez zaciśnięte zęby,  ale 

Maryjka wiedziała, że trafiła w słaby punkt. - Zresztą możesz się równie dobrze teraz 

dowiedzieć, że on jutro wyjeżdża. Jedzie daleko, tak że możesz już przestać wyciągać 

swoje szpony. Już nie masz nad nim władzy!

Maryjka uśmiechnęła się, słowa pastora znakomicie pasowały do kocich błysków, 

rozjaśniających teraz jej wzrok.

Odważyła się na więcej.

- Zostanę we wsi, pastorze. Będziesz mnie nieustannie widywał. Wiem, że mnie 

nie zamordujesz, dopóki nasza umowa będzie obowiązywać. Dobrze wiesz, że za mną też 

stoją poważne siły. I wiesz, że mam się za co mścić. Pamiętasz Sunnive? Ona teraz jest 

bogatą gospodynią, najlepszą przyjaciółką żony pisarza i lensmana w Songdal. Na pewno 

o tym wiesz! Wiedz też, że również w twojej parafii ma ona wielu przyjaciół, mieszkają 

tu ludzie, którzy nie zapomnieli, co zrobiłeś temu biednemu dziecku. Sunniva jest moją 

siostrą. Ona ciebie dobrze zna. Wie, co należy robić, gdybym zniknęła! - wykrzykiwała 

Maryjka zuchwale.

Revelin nie był w stanie logicznie myśleć.

Kulił się ze strachu. Jakby tamta kobieta z koszmarnych snów zmaterializowała 

się przed nim tutaj w kościele. Była bardziej rzeczywista niż kiedykolwiek, a tylko jej 

jednej na całym świecie się lękał.

Maryjka jest jej córką. Przepełniała go grozą.

Wiedział jednak, że ona boi się także.

background image

W zuchwałych słowach dziewczyny wyczuwał drżenie.

- Jesteś bezczelna, Mario!

- Marjo!

-   Marja,   Maria,   co   za   różnica?   Jesteś   równie   zuchwała   jak   ona,   tak   samo 

przepełniona złem. Ja się ciebie nie boję, muszę jednak myśleć przede wszystkim o moim 

nieszczęsnym   synu.   Znalazł   się   w   twojej   władzy.   Muszę   go   uwolnić.   Zostaw   go   w 

spokoju, Marjo, bo jeśli nie, to pożałujesz tego po tysiąckroć!

Maryjka kiwała głową.

- Zostanę we wsi. Będziesz mi co miesiąc wypłacał pewną sumę, bym milczała. I 

zapiszesz mi w testamencie wszystkie rzeczy mojej matki! Jesteś starym człowiekiem, 

nie potrwa to długo.

- One zostały spalone - odparł pastor. - Nie możesz dostać tego, co nie istnieje. 

Wszystkie   książki,   te   brudne   recepty,   śmierdzące   lekarstwa...   wszystko   zniszczone. 

Ubrania, rzeczy osobiste, każdy drobiazg, którego dotykały jej przeżarte zarazą ręce...

Uświadomił sobie, że posuwa się za daleko, więc się powstrzymał.

- Przychodzisz za późno, mścicielko! Pozwolił sobie nawet na lekki uśmiech. 

Maryjka patrzyła, niczego nie pojmując.

Nic jednak nie wskazywało na to, by mówił nieprawdę.

- Ty... ty nie tylko ukradłeś mój spadek... ty go także zniszczyłeś?

Dławiła ją wściekłość. Pastor roześmiał się teraz głośno. Dziewczyna odwróciła 

się na pięcie i wybiegła z kościoła.

Wszystko się w niej burzyło. A więc walczyła na próżno?

Nigdy   nie   odnajdzie   tej   ukochanej   istoty   dzięki   pozostawionym   przez   nią 

rzeczom. Nigdy nie weźmie do rąk tamtych cennych ksiąg.

Tak   się   cieszyła,   że   zbliży   się   do   matki,   czytając   robione   przez   nią   zapiski, 

poznając jej myśli utrwalone na papierze.

Teraz wszystko przepadło.

Zostało unicestwione.

Wszystko, o co dotychczas walczyła, okazało się jedynie złudą.

Maryjka biegła, zanosząc się szlochem, łzy spływały jej po policzkach.

Na co się teraz zda zemsta na pastorze? Nawet on nie potrafi przemienić popiołu 

background image

w księgi.

Potykała   się   o   wystające   z   ziemi   korzenie,   gorycz   z   ust   spływała   do   serca. 

Wspomnienie złośliwej radości pastora dręczyło ją bardziej niż jakakolwiek dawna myśl 

o zemście.

Teraz miała najzupełniej osobiste powody, by się na nim mścić.

Teraz będzie walczyć również we własnym imieniu.

Nie zamierzała wypuścić z rąk wędki, nawet gdyby ryba na haczyku szamotała się 

z wielką siłą.

Obietnica dana przestępcy nie obowiązuje.

Nadejdą jeszcze inne czasy.

Pewnego dnia Justitian wróci do domu. Ona będzie na niego czekać.

Pastor dostanie taką synową, którą chętnie zamieniłby choćby na córkę diabła. 

Maryjka przysięgła to sobie zagryzając obolałe wargi.

Kiedy słońce przygrzewało mocniej i ziemia budziła się do życia, dni robocze 

stawały   się   coraz   dłuższe.   Czas   płynął   szybciej,   było   mniej   okazji   do   rozmyślań   i 

zmartwień. Rozpoczął się czas wytwarzania, nadszedł po długim okresie chłodu, spokoju 

i spożywania owoców trudu.

Niewielu ludzi zauważyło dwóch mężczyzn, którzy pewnego wieczora przybili do 

brzegu lekką łodzią żaglową i skierowali swoje kroki na plebanię.

Niewielu też widziało, jak odpływają z trzecim mężczyzną na pokładzie.

Justitian nie oczekiwał pojednania z ojcem. Mimo to gniewny chłód tamtego ranił 

jego serce do głębi. Właściwie jak bardzo można nienawidzić własnego ojca?

Justitian bał się zarówno surowości ojca, jak i własnej niechęci. Nie miał odwagi 

zapytać, nie miał odwagi nawet wypowiedzieć imienia Maryjki. Prawdopodobnie ojciec 

już dawno wezwał ją do siebie i wyjaśnił jej, jak się sprawy mają. Jeśli Maryjka jest 

normalną dziewczyną, musiała zrozumieć, że nie powinna czekać na Justitiana. On nie 

potrafiłby   bowiem   nigdy   zapobiec   kłopotom,   jakie   musiałaby   znosić,   będąc   synową 

Revelina.   Justitian   wiedział,   że   pozostaje   tylko   mieć   nadzieję.   Mógł   teraz   jedynie 

marzyć, pielęgnować w duszy swoje uczucie i czekać, co będzie, kiedy wróci do domu.

Może powinien się modlić?

Tego też już próbował, w ciemnym gabinecie miał aż nadto czasu. W końcu to 

background image

pomieszczenie też budziło w nim nienawiść.

Znajdujące się w piwnicy papiery przeczytał  bardzo dokładnie, każdy arkusik. 

Trudne do zrozumienia księgi odłożył jednak starannie na bok. Owa Maria musiała być 

bardzo mądrą kobietą. Nic dziwnego, że nawet ojciec miał z nią problemy.

Justitian   przypominał   sobie   historię,   którą   mu   tamten   opowiedział.   O 

niebezpiecznej kobiecie, która nieustannie kusiła pobożnego pastora.

Czy to jedna i ta sama osoba? Czy to właśnie owa Maria?

Justitian wierzył, że tak jest. Cóż to musiała być za niewiarygodna istota! Chętnie 

by  się   z   nią   spotkał.   Musi   teraz   mieć   około   pięćdziesięciu   lat,   jeśli   jeszcze   żyje.   Z 

papierów dowiedział się o zesłaniu do obozu daleko na Północy. Justitian nigdy nie był 

na północy dalej niż w Fabergstolen. Nigdy też nie widział otwartego morza.

Często mu się jednak ono śniło, bezkresne przestrzenie wody.

W ogóle śniło mu się dużo, ale obrazy znikały, gdy tylko otworzył oczy. Pamiętał 

jedynie   jakieś   strzępy,   wykrzywioną   twarz   ojca,   uśmiech   Maryjki,   twarz   tamtej 

nieznajomej  Marii z dokumentów. Wszystko zlewało się w jedno, raz śnił, że ojciec 

uderzył   pozbawioną   twarzy   obcą   kobietę,   innym   razem   wargi   Maryjki   krwawiły   od 

ciosu, jeszcze kiedy indziej on sam był ofiarą.

Justitian czuł, iż żebra sterczą mu pod skórą. Bardzo ostatnio wychudł.

Nagle drzwi się otworzyły. Nie trochę, tak, by ktoś mógł wsunąć mu codzienną 

porcję chleba i wody, lecz na oścież. W progu stał ojciec, ubrany w długi czarny płaszcz. 

Spojrzenie miał spokojne, nie było w nim śladu gniewu ani szaleństwa, czego Justitian 

tak bardzo się obawiał. Ojciec sprawiał wrażenie opanowanego, niemal nieobecnego.

- Wyjeżdżasz, Justitianie. Towarzysze podróży już na ciebie czekają. Poleciłem 

zapakować twoje rzeczy. Teraz musisz tylko wstać i ubrać się. Przed wyjazdem spo-

tkamy się w kościele na krótką modlitwę.

Justitian   nie   skinął   głową,   wiedział   jednak,   że   ojciec   nie   wątpi,   iż   polecenie 

zostanie wykonane.

Niechętnie myślał o tym, że musi wyjeżdżać. Wiedział, że będzie cierpiał. Ale 

gdzieś w głębi duszy rozśpiewał się w nim jakiś nie znany przedtem ptak, rozbrzmiewała 

całkiem nowa pieśń.

Serce mu krwawiło, że musi opuścić Maryjkę tak bez słowa, bez najmniejszej 

background image

obietnicy.

Ale teraz, w tym momencie, po wielu dobach spędzonych  w gabinecie, wizja 

podróży wydawała się bardzo pociągająca.

Ojciec nie tylko otworzył klatkę. On rozwarł jak szeroko drzwi do nowego świata.

Modlitwa   w   kościele   trwała   krótko   i   przebiegła   spokojniej,   niż   Justitian 

oczekiwał.   Ojciec   wymamrotał   kilka   pacierzy,   poprosił   syna,   by   ukląkł   i   przyjął 

komunię. Justitian  poczuł na języku  cierpki smak wina. Opłatek  przylepił  mu się do 

podniebienia i trzeba było czasu, zanim zdołał przełknąć ten suchy, pozbawiony smaku 

kawałek chleba.

W końcu ojciec położył dłoń na jego głowie i wypowiedział błogosławieństwo.

Justitian wymamrotał odpowiedzi i ceremonia dobiegła końca. Revelin kazał mu 

wstać.

- Mam wielką nadzieję, że studia cię odmienia, Justitianie. Będę się modlił za 

ciebie każdego dnia, będę błagał o siłę i oczyszczenie dla ciebie. Podobnie jak Pan, który 

nie opuszcza swoich, również i ja daję ci szansę. Może gdy wrócisz do domu... będziesz 

znowu moim synem.

Justitian   zacisnął   wargi,   udało   mu   się   utrzymać   język   za   zębami.   Stłumił 

gwałtowną chęć wykrzyczenia ojcu najstraszniejszych przekleństw, wiedział bowiem, że 

czas na to jeszcze nie nadszedł.

Później, kiedy wróci do domu...

Jeśli wtedy nic nie zostanie zmienione, on odmieni to sam.

Tymczasem   będzie   tylko   młodym   człowiekiem   o   nazwisku   Justitian   Revelin. 

Zamierzał żyć tak, jakby ojciec nigdy nie istniał, choć zdawał sobie sprawę z tego, jakie 

to nielogiczne.

Łódź kołysała się na fali i podskakiwała niczym lekki powóz po kamieniach i 

grudzie.  Woda   uderzała   głucho  o  burty,  lecz  żagle   nieubłaganie   pchały  stateczek   ku 

otwartemu morzu.

Justitian spał.

Zmęczenie, jakiego nigdy przedtem nie odczuwał, zwaliło się na niego, gdy tylko 

łódź okrążyła Urnes i stracił z oczu rodzinną wieś.

Wiozący   go   mężczyźni   porozumiewali   się   szeptem,   nie   oczekiwali   od   niego 

background image

niczego poza tym, by stosował się do ich poleceń.

Justitian spał całą noc.

Był  to nowy,  głęboki i bardzo krzepiący sen. Ocknął się o wschodzie słońca, 

czując wciąż przyjemne kołysanie. Szum morza sprawił, że znowu zapadł w marzenia. 

Nie   wiedział   dlaczego,   lecz   czuł   się   nadspodziewanie   dobrze.   Miał   wrażenie,   jakby 

ciężka pokrywa, przesłaniająca mu świat, została zdjęta. Nawet na myśl o Maryjce nie 

robiło mu się przykro. To smutne, że musiał ją opuścić, to naprawdę okropne. Ból jednak 

sprawiał mu też coś w rodzaju przyjemności, świadczył, że nie wszystko skończone, że 

ma za czym tęsknić. To będzie go utrzymywać przy życiu. Tęsknota sprawi, że będzie 

liczył dni Ona też wypełni te dni treścią.

Justitian nigdy nie myślał o latach. Był na to za młody.

Maryjka   dowiedziała   się   o   wyjeździe   syna   pastora   od   młodej   służącej. 

Dziewczyna wspomniała o tym pośród innych nowin, jakie ze sobą wymieniały, tłukąc z 

całych sił kijankami.

Nastał bowiem czas prania ciepłej pościeli po zimie. Materace, kołdry, okrycia ze 

skór   i   bielizna,   wszystko   zostało   przeniesione   nad   rzekę   i   porozkładane   na   płaskich 

kamieniach.   Żeby   to   wyprać,   trzeba   było   używać   bardzo   mocnego   ługu,   Maryjka 

krzywiła nos od jego zapachu.

Potem   jednak   wszystkie   te   rzeczy   będą   pachniały   bardzo   przyjemnie,   będą 

wydzielały specjalny zapach czegoś prawdziwego. Płynący wartko nurt rzeki pomagał 

kobietom w pracy.

- Wyjechał wczoraj - oznajmiła Vilde spokojnie.

- Dokąd to?

- Do Kopenhagi. Będzie się uczył na księdza. Zostanie tam ze dwa, a może nawet 

cztery lata. Uff, znowu będziemy musieli chodzić na nauki do dzwonnika. A może je-

szcze gorzej, do samego starego pastora?

Maryjka   nie  miała   żadnych  problemów  z  okazywaniem  tej   samej   niechęci  co 

Vilde.

Justitian wyjechał.

Czekały ją długie lata, zanim będzie mogła znowu podjąć walkę.

Musi te lata dobrze wykorzystać. Musi się wiele nauczyć.

background image

Nagle poczuła gwałtowną tęsknotę za Kari. Zapragnęła skulić się w objęciach 

starej kobiety niczym małe dziecko i nie wyglądać stamtąd na świat bardzo długo.

Ale nic takiego się nie stanie. Maryjka jest dorosła. Jest dorosła od dawna.

Stała się kobietą już w wieku dziesięciu lat, co bardzo zaskoczyło Gjertrud.

Nagle drgnęła.  Przeniknęło  ją lodowate  zimno,  które jednak nie  pochodziło  z 

przemarzniętych rąk.

Jej   okres.   Ta   regularna,   przychodząca   co   miesiąc   słabość!   Te   nieprzyjemne 

skurcze w dole brzucha, to wymykanie się po kryjomu każdego wieczoru, by przeprać w 

rzece zakrwawione szmaty.

Minęło...

Vilde   gadała   jak   najęta,   nie   zwracała   uwagi   na   struchlałą   twarz   Maryjki,   nie 

zauważyła   jej   nieobecnego   spojrzenia.   Kiedy   tamta   nieoczekiwanie   rzuciła   trzymaną 

rzecz   do   wody   i   poszła   w   stronę   domu,   Vilde   pomyślała,   że   Maryjka   o   czymś 

zapomniała. Może zostawiła kaszę na ogniu...

Czy to możliwe?

Czy to możliwe, żeby za pierwszym razem...

Serce Maryjki tłukło się w piersi, a kiedy dotykała brzucha, niemal czuła, jak 

bardzo jest napięty.

Zostawiła   pranie,   włożyła   buty   i   poszła   w   stronę   lasu.   Potrzebowała   ciszy   i 

spokoju. Musi się zastanowić. Musi znaleźć  jakieś wytłumaczenie, przede wszystkim 

musi dobrze policzyć, a wszystko jakoś się ułoży.

Z pewnością pomyliła się w rachunkach. Zapomniała, kiedy miała ostatni okres. 

Przecież to nie zawsze przychodzi tak regularnie.

Myśli jej się mieszały. Maryjka robiła sobie wyrzuty, przeklinała własną głupotę.

Po prostu nie przewidziała,  że to, co uczynili  z Justitianem,  może  mieć  takie 

następstwa.

Niezły materiał na znachorkę, nie ma co!

Maryjka próbowała zgarnąć dłonią wodę z dużego kamienia, skończyło się jednak 

na tym, że otarła sobie skórę. Z małej rany ciekła krew.

Była to jednak krew jasna i świeża, nie taka, jakiej by pragnęła.

Jestem w ciąży!

background image

Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Zaraz potem gdy tylko ta myśl 

zaświtała jej w głowie, przemieniła się w pewność. Na nic się zda liczenie, ustalanie 

terminów, Maryjka instynktownie wyczuwała, że poczęło się w niej nowe życie.

Nie   żywiła   do   niego   nienawiści,   ale   też   nie   znajdowała   w   sobie   radości   ani 

oczekiwania.

To nowe życie, które w sobie nosi, to błąd w rachunkach.

Poważny błąd.

Nigdy, ale to nigdy nie zdobędzie Justitiana, kiedy ten po powrocie spotka ją z 

bękartem na ręku. Bo nigdy nie zdoła go przekonać, że dziecko jest jego. A poza tym po 

prostu nie będzie miała okazji mu tego wytłumaczyć.

Revelin tylko czeka na taką okazję.

Może ją posłać do więzienia za to, co zrobiła. A gdyby teraz zaczęła rozpowiadać, 

że to jego wnuk, wszyscy będą myśleć, że się mści na wypełniającym swój obowiązek 

pastorze.

Będzie musiała uciekać ze wsi, zanim brzuch stanie się widoczny. Wszystko w 

niej przeciwko temu protestowało. Bo przecież tu właśnie powinna zostać, tutaj powinna 

spokojnie czekać, uczyć się i zdobywać zwolenników.

Tak by któregoś dnia mogła unieść wysoko głowę i splunąć Revelinowi w twarz.

Była przekonana, że taki dzień nadejdzie.

Mimo wszystko.

Tymczasem   musi   albo   pozbyć   się   dziecka,   albo   wyjść   za   mąż   za   kogoś 

wystarczająco głupiego, by uwierzył, że to jego potomek. Najlepiej za jakiegoś starego 

mężczyznę, by nie musiała na to małżeństwo ofiarować zbyt wielu lat swego życia.

Czas nagli. Kandydaci do jej ręki natomiast nie stoją w kolejce, nic dziwnego, 

skoro do tej pory wszystkich mężczyzn traktowała z góry.

W popłochu szukała jakiegoś wyjścia.

Jedno nie ulegało wątpliwości: jeśli ma zostać tutaj we wsi, musi jak najprędzej 

znaleźć narzeczonego.

Chyba   że   Kari   potrafiłaby   coś   zrobić   z   tym   głuchym   pulsowaniem   w   dole 

brzucha. Maryjka wiedziała, że istnieją sposoby. Nie była tylko pewna, czy rzeczywiście 

chciałaby to zrobić.

background image

Przecież to, co zaczęło w niej dojrzewać, jest dzieckiem.

Jak najmniej oczekiwanym dzieckiem. Wcale nie oczekiwanym, nie tak jak ona 

sama, której oboje rodzice pragnęli z całego serca. Teraz bardzo dobrze wiedziała, że 

niechciane dzieci nie są rzadkością. Większość ciężarnych kobiet nosiła w twarzy wyraz 

smutku, większość zdawała sobie sprawę, że za każdym  razem, kiedy spływa na nie 

błogosławieństwo, przybliża je to do śmierci. W najlepszym razie do głodu. Dlaczego im 

Kari   nie   pomagała?   Miała   przecież   ziołowe   mieszanki,   które   mogły   wywołać 

krwawienie.

Maryjka doznała wyrzutów sumienia. To szaleństwo myśleć w ten sposób! Mogła 

jedynie pragnąć, by się to wszystko nigdy nie wydarzyło. Przeklinała własną głupotę, 

wściekała się i klęła jak szalona, samotnie błądząc po lesie.

W końcu jednak otworzyła  zaciśnięte  dłonie, uspokoiła się. Zaczęła  myśleć  o 

przyszłości. Życie nauczyło ją już, że nie zawsze sprawy układają się tak, jak powinny.

Trzeba   więc   przyjąć   do   wiadomości   wyrok   losu   i   pogodzić   się   z   tym,   że 

wielokrotnie będzie się zbaczać z raz obranej drogi.

To   dziecko   stanie   się   jednym   z   takich   bocznych   odgałęzień.   Może   ją 

powstrzymać, może opóźnić zrealizowanie planów. Jeśli jednak ona sama nie zrezygnuje 

z ostatecznego celu, to za tym zakrętem ukażą się z pewnością nowe drogi.

Była tego pewna.

Revelin zyskał nad nią tylko niewielką przewagę.

background image

ROZDZIAŁ IX

Dwoje młodych  z całych  sił rytmicznie  wymachiwało wiosłami. Przy każdym 

ruchu ich ciała zbliżały się do siebie, ale nawet z daleka było widać, że znają się na-

wzajem  znakomicie.  Nie  było   śladu  nieśmiałości   ani  skrępowania  u żadnego   z nich, 

nawet   jeśli   wiosło   dziewczyny   wysunęło   się   z   dulki   i   mężczyzna   musiał   objąć   ją 

ramieniem, by pomóc jej zachować równowagę.

Był młody i wesoły, miał w oczach błyski, przypominające radosne spojrzenie 

obudzonego   przed   chwilą   dziecka.   Dziewczyna   śmiała   się   również,   opowiadała   mu 

wesołe historie Oboje poddali się nastrojowi żartów i wzajemnych psot.

Maryjka i Karl udawali się do Urnes.

Karl miał poznać jej matkę, wybierał się tam z ważną sprawą.

Był kwiecień, panowała piękna pogoda, w fiordzie pojawiły się wiosenne śledzie, 

więc jedna łódź więcej na wodzie nie wzbudzała niczyjej uwagi. Tylko że ta łódź płynęła 

prosto przed siebie, nie była też obciążona linami ani ostrymi  nożami do patroszenia 

ryby.

Lekki wietrzyk wiał im w twarze, cieszyli się nim. Wiosłowanie wydawało się 

czystą przyjemnością, wielką radość sprawiał też obojgu panujący między nimi nastrój.

Maryjka była zaskoczona tym, co znalazła, kiedy już raz zaczęła zdrapywać z 

Karla dawne pokłady nieśmiałości, milkliwości i skrępowania.

Był teraz naprawdę wspaniałym chłopakiem!

Może   nie   obdarzony   zbyt   wielkim   rozumem   i   niespecjalnie   pojętny,   ale 

sympatyczny i dobry, wesoły i troskliwy.

Ktoś taki będzie z pewnością najlepszym ojcem.

Karl nigdy by nie bił swoich  dzieci. Nigdy by nie  mówił  złych  słów ani nie 

krzyczał na malców, jak to wielu ojców czyni. Chciałby żyć w ich świecie, być blisko 

nich od pierwszej chwili. Należał do ludzi, którzy z niemal dziecinnym zachwytem mogą 

siedzieć i godzinami obserwować życie mrowiska...

Łatwo się z kimś takim porozumieć.

Wuj Karla obiecał mu zagrodę, będzie ją mógł dzierżawić.

Chłopak miał dwadzieścia lat i był gotów do małżeństwa.

background image

I kochał Maryjkę od pierwszego dnia, kiedy pojawiła się na nauce w kościele. 

Ona sama nie zauważyła niczego, dopóki Solveig nie zwróciła jej na to uwagi. Nie robiło 

to zresztą na niej wrażenia, dopóki Justitian nie zniknął i dopóki ona sama nie odkryła, 

jakie ślady po sobie zostawił.

Potem   wszystko   dokonało   się   błyskawicznie.   Następnego   dnia   po   swoim 

szokującym odkryciu Maryjka postarała się spotkać z Karlem, uśmiechała się do niego 

sympatycznie, zachęcająco.

Później widywali się co wieczór, wkrótce chłopak zupełnie stracił głowę. Okazał 

się równie niecierpliwy i rozgorączkowany jak Justitian, ale w jego pocałunkach było 

dużo więcej szacunku i serdeczności. Maryjka zauważyła też ze zdziwieniem, że miał w 

tych sprawach pewne doświadczenie. Odpowiadał wymijająco, gdy go zagadnęła, nie 

chciał wracać do przeszłości. Z jego wyjaśnień zrozumiała, że miał kiedyś dziewczynę, w 

czasie jednej z handlowych wypraw ze swoim ojcem.

Maryjka była zaskoczona, dała się zwieść tą jego nieśmiałością i skrępowaniem, 

jakie okazywał.

Nie   kochała   go   i   z   pewnością   nigdy   nie   pokocha.   Ale   wywoływał   w   niej 

wyjątkowo ciepłe uczucia, żywiła dla niego szczerą dobroć.

Był  pogodny i  zadowolony,   nigdy  nie   okazywał   złego  humoru,   nigdy  się  nie 

skarżył i nie narzekał.

Życie z nim nie będzie trudne.

Piątego wieczora pozwoliła, by zdjął z niej sukienkę.

Karl nie wahał się ani trochę, chociaż potem bardzo przepraszał, że tak się wobec 

niej zachował. Niemal w tej samej chwili poprosił ją o rękę. Maryjka uśmiechała się do 

niego, całowała go i spuściwszy wzrok wyraziła zgodę. Oboje uważali, że czas nagli. Już 

następnej niedzieli byli w drodze do Urnes. Maryjka nie wątpiła, że Gjertrud z wielkim 

przejęciem odegra rolę matki panny młodej. Na pewno pokocha Karla, przyjmie go z 

otwartymi ramionami. Bo czyż nie oswoił jej małej dzikiej kotki?

Kari jednak trudniej będzie oszukać. Kari zrozumie, co się stało. Kari zobaczy to, 

o czym nawet Maryjka nie wie.

Maryjka postara się, by tego dnia ani przez chwilę nie zostać z Kari sam na sam. 

Lękała się osądu. Bała się wyrazu wielkiej mądrości w oczach starej.

background image

Maryjka   uśmiechała   się   do   Karla,   trochę   jej   było   wstyd,   że   on   nawet   nie 

podejrzewa,   jakiego   podstępu   się   wobec   niego   dopuściła.   Minął   ledwie   miesiąc   od 

uścisków z Justitianem. Dopiero dwa tygodnie temu stwierdziła, że okres nie nadchodzi. 

Zaledwie przed kilkoma dniami Karl został uwiedziony.

A teraz już rozmawiali o weselu. Musi się ono odbyć możliwie jak najszybciej. 

Karl wiedział, że skoro posmakowali słodyczy małżeństwa, to żadne nie będzie w stanie 

długo czekać. I jest jedynie kwestią czasu, zanim owoce wzajemnych pieszczot zaczną 

dojrzewać.

Kari zorganizuje wesele bez niepotrzebnych problemów. Maryjka wyjaśni tyle, ile 

trzeba. A potem Karl dowie się o dziecku. Może powie mu o tym w dzień ślubu? On sam 

przecież wspominał raz czy drugi o niebezpieczeństwie, napomykał, że Maryjka może 

zajść w ciążę. Odsuwali jednak wtedy od siebie tę myśl, oboje wiedzieli dobrze, że nikt 

zbyt dokładnie nie sumuje dni ani tygodni, gdy para jest już sobie poślubiona. Mnóstwo 

dzieci na tym  świecie urodziło się po bardzo krótkim okresie ciąży,  w każdym razie 

gdyby liczyć od dnia wesela...

Niewielkie zmartwienie, myślała Maryjka.

Nieważne problemy.  Była  beztroska,  czuła, jak rozkosznie jest być  młodym  i 

pełnym oczekiwań, w dodatku wracać do domu. Przyjemnie jest porzucić czarne myśli, 

wyzbyć  się nareszcie przykrej  świadomości, że pastor wciąż nie spłacił  długu. Teraz 

trzeba to odłożyć, przynajmniej na jakiś czas. I dobrze, że tak jest. Maryjka postanowiła, 

że będzie  się cieszyć  nadchodzącym  czasem,  postanowiła  dać Karlowi tyle  radości i 

szczęścia,   ile   tylko   potrafi.   Kiedy   bowiem   nadejdzie   moment   porachunków,   łatwiej 

będzie jej działać wiedząc, że przeżył kilka dobrych lat. Zwabiła go na pokład pięknego 

statku, ukryła przed nim jednak, że został skazany na śmierć. Że ów pokład któregoś dnia 

załamie się pod jego stopami. Dopóki jednak żeglują razem, Karl będzie żył jak w raju, 

otoczony kobiecą troską, obiecywała sobie Maryjka w duchu.

On zaś nie posiadał się ze szczęścia i pojęcia nie miał, jakie myśli krążą w głowie 

Maryjki. Gdyby je poznał, z pewnością by nie uwierzył. Zresztą na wszystko było za 

późno. Znajdował się w takim stadium zakochania, w którym człowiek oddałby połowę 

życia  za   jedną   krótką   chwilę  szczęścia.   Nie  wątpił,   że  otwiera  się  przed   nim  długa, 

szeroka, usłana kwiatami droga. Na niebie nie było ani jednej chmurki, Karl był pewien, 

background image

że słońce nigdy nie przestanie im świecić. Z trudem to wszystko pojmował. Nieustannie 

musiał   dotykać   Maryjki,   zaglądać   w   jej   niebieskie   oczy,   gładzić   czarne,   nagrzane 

słońcem włosy, by sprawdzić, czy naprawdę istnieje.

Ale ona była rzeczywista. Siedziała na ławeczce obok niego, a jej silne małe ręce 

wiosłowały w tym samym rytmie co on. Udawali się do domu, do jej matki. Karl miał 

prosić,   by   mu   wolno   było   kochać   i   szanować   tę   dziewczynę   przez   resztę   życia. 

Denerwował się, wiedział jednak, że kobieta, która wychowała kogoś tak wspaniałego, 

jak jego przyszła żona, sama musi być niezwykłą osobą. Poza tym Maryjka zapewniała 

go, że Gjertrud będzie zachwycona. Ufał jej. Miał nadzieję, że nie zmartwi tej kobiety, 

kiedy opowie jej o skromnych warunkach, jakie może zapewnić jej córce. O tym, że 

Maryjka musi się pogodzić z pozycją żony dzierżawcy, przynajmniej przez kilka lat. Jeśli 

będą oboje ciężko pracować, to może uda im się uzbierać tyle pieniędzy, by kupić ziemię 

na   własność.   Może   pewnego   dnia   staną   się   posiadaczami   własnego   gospodarstwa. 

Pewnego dnia, może dla dzieci...

Karl chciał w to wierzyć Był silny i młody, zręczny, nadawał się do każdej pracy. 

Z pracowitą żoną u boku potrafi zapewnić rodzinie przyszłość. Miał bardzo jasne plany...

Dotarli na miejsce. Łódź zatrzymała się bezpiecznie przy kamiennym nabrzeżu. 

Maryjka tanecznym krokiem wyszła na ląd, pomogła mu wyjąć rzeczy, które ze sobą 

przywieźli. Przede wszystkim prezenty od Karla dla matki Maryjki. Przy nabrzeżu stała 

również łódź Olego, Maryjka zauważyła ją z radością. Jak to dobrze, że on też jest w 

domu! Cieszyła się na spotkanie ze starym przyjacielem.

Krótką dróżkę od brzegu do chaty pośród drzew pokrywały jeszcze zeszłoroczne 

liście. Śniegu już prawie nie było, ale szczyty w oddali wciąż połyskiwały bielą.

Maryjka zatrzymała się na polanie. Dom leżał pogrążony w ciszy i milczeniu. 

Drzwi były zamknięte.

Pod ścianami zaczęły już kiełkować młode listki, zieleniło się też na grządkach, 

które Kari otoczyła kręgami z niewielkich kamieni. Maryjka zauważyła, że tu i ówdzie 

wyrastają nagietki i paprocie oraz wiele innych dobrze znanych roślin.

Nigdzie jednak nie widziała jednorocznych kwiatów.

Nikt tu jeszcze niczego nie posiał.

Poczuła   niedobre   ukłucie   w   sercu.   Uśmiech   na   wargach   zgasł.   Podeszli   w 

background image

milczeniu do drzwi i zapukali.

- Hej! Czy jest ktoś w domu? To ja, Maryjka! Drzwi uchyliły się, zanim usłyszeli 

czyjeś kroki. Gjertrud objęła Maryjkę.

- Nareszcie jesteś, moja kochana. Nareszcie...

- Mam dzisiaj towarzystwo,  mamo  - powiedziała  Maryjka, spoglądając tamtej 

wymownie w oczy. Gjertrud chyba zrozumiała, bo bez słowa skinęła głową. - To jest 

Karl Oppdal, mój ukochany przyjaciel. Przybył tu ze mną w wyjątkowej sprawie, mamo. 

- Mrugnęła porozumiewawczo do Gjertrud. Karl stał onieśmielony.

- Wejdź, Karlu. Witaj u nas.

Maryjka była zaskoczona, oczekiwała więcej entuzjazmu i gorętszego przyjęcia, 

kiedy   już   przybyła   do   domu   z   przyszłym   mężem.   Gjertrud   od   dawna   dawała   do 

zrozumienia,   że   Maryjka   powinna   sobie   w   końcu   znaleźć   jakiegoś   przyzwoitego 

mężczyznę i osiąść gdzieś w spokoju.

Kiedy jednak weszła do chaty, zrozumiała powód zachowania Gjertrud.

Na  krawędzi   stojącego   w   kącie   łóżka   siedział   Ole.   Sprawiał   wrażenie   bardzo 

zmęczonego, wydał jej się jakby mniejszy niż zwykle. Na stole stały dwa talerze z zimną 

kaszą.

W izbie pachniało ziołami i potem.

Gjertrud odciągnęła Maryjkę na bok.

- Maryjko, z Kari jest niedobrze. Ona... leży tak już od czterech dni. Coś jej się 

stało... Tak było zresztą całą zimę. Wydaje się słaba. Nie wiem, co się dzieje. Jakby się 

od nas oddalała, od czasu do czasu wypowiada jakieś słowa, których nie rozumiemy. 

Miewa też gorączkę...

Ole wstał, puścił dłoń chorej. Maryjka poczuła, że z trudem trzyma się na nogach, 

opierał się o nią ciężko, kiedy ją do siebie przytulał. To nie było złudzenie, naprawdę 

zrobił się mniejszy. Już nie taki wysoki, nie taki silny. Dawno zraniona noga też dawała o 

sobie znać.

Maryjka   przestraszyła   się.   Tych   dwoje   starych   ludzi   najwyraźniej   stoi   nad 

grobem. Nie była w stanie znieść myśli, że ich utraci.

-   Ole,   wróciłam   do   domu.   Teraz   ja   będę   ją   pielęgnować,   sprawię,   żeby 

wyzdrowiała...

background image

-  Maryjko,  moja   kochana,   myślę,  że   niewiele  tu   można   zrobić,  teraz  już  nie. 

Widzisz, na taką chorobę nie pomagają ziołowe mieszanki.

- Ale ja umiem więcej... Już to kiedyś robiłam... Moje ręce na plecach Kari...

- Wiem o tym - uśmiechnął się Ole blado. - Ale widzisz, teraz to nie są plecy. To 

nie o to chodzi...

- A o co?

- To korzenie, maleńka. Ona cierpi z powodu swoich korzeni. Dlatego, że nie wie, 

gdzie się znajdują...

Maryjka drgnęła, słysząc tę dziwną odpowiedź, ale rozumiała.

-   Na   nią   przychodzi   zmierzch,   moja   kochana   -   wtrąciła   Gjertrud.   -   Kari   jest 

starsza, niż nam się wydaje. Żyła bardzo długo, widziała wiele. Zbyt wiele, jak mówi 

Ole.

Urwała w pól słowa, wyciągnęła ręce do Karla, który wciąż stał samotnie przy 

drzwiach.

- Mój drogi, zapomniałam o tobie. Ale widzisz, mamy zmartwienie. Mimo to nie 

powinniśmy zaniedbywać obowiązków wobec ciebie, takiego drogiego gościa. Ole, to 

jest przyszły mąż Maryjki! Karl Oppdal.

Karl podszedł do starszego mężczyzny i pozdrowił go.

Ole skinął głową, wymamrotał  jakieś słowa uznania. Nie był  jednak w stanie 

ukryć zdziwienia. Oczekiwał czegoś więcej... Myślał, że w dniu, w którym Maryjka znaj-

dzie sobie męża... Ten z pewnością jest niezły, wygląda na zdrowego i silnego. Ale taki 

strasznie pospolity...

Ole podszedł do szafy w rogu, wyjął stamtąd niedużą buteleczkę z brunatnego 

szkła. Wlał trochę przezroczystego płynu do maleńkiego, pięknie zdobionego ołowianego 

kieliszka. Podał go gościowi.

- Wypijmy za twoje zdrowie, młody człowieku, i za tę piękną narzeczoną, którą 

los ci dał.

Karl przyjął  kieliszek  z uśmiechem,  był  zaskoczony,  z jaką prostotą ci ludzie 

wszystko przyjmują. Oczekiwał, że przyjdzie mu spędzić długi wieczór, pełen rytualnych 

pytań i rozmów, przez które wszyscy młodzi mężczyźni w jego sytuacji zwykle musieli 

przejść.

background image

A oto gospodarz tego  domu przyjmuje  jego oświadczyny  bez słowa wahania. 

Nawet go nie zapytali o rodziców ani o zagrodę czy majątek.

A nic przecież nie wiedzieli o nim, który zamierzał poślubić tę młodą dziewczynę, 

najwyraźniej bardzo przez wszystkich kochaną.

Karl wypił, udało mu się opanować dreszcz, jaki alkohol w nim wywołał. Nie 

przywykł do mocnych trunków. Ole napełnił pucharek raz jeszcze i podał go Maryjce. 

Przełknęła, nie krzywiąc się ani trochę. Gjertrud ledwie umoczyła język w alkoholu, więc 

Ole dla siebie nie nalał już nowej porcji. Zanurzył palec w pucharku i zwilżył płynem 

wargi Kari.

Chora spała niespokojnie.

Maryjka dostrzegła w jej twarzy jakieś nowe linie. Włosy zostały zaczesane do 

tyłu i zaplecione w warkocz. Były tak samo siwe jak poprzednio, ale jakby rzadsze.

Pogłaskała   ją   delikatnie   po   policzku.   Gjertrud   podała   jej   wilgotną   chłodną 

szmatkę i Maryjka przemyła ostrożnie twarz chorej w nadziei, że to ją obudzi. Nic się 

jednak nie stało.

Pozwolili  jej  potrząsać  ramionami  Kari  i wołać  do niej  głośno. Maryjka  była 

zrozpaczona, bliska histerii, gdy zrozumiała, że Kari nie reaguje już na nic.

- Będziesz zdrowa, Kari, będziesz! Pomóż mi, Ole, trzeba ją posadzić! Muszę 

wypróbować to, czego właśnie ona mnie nauczyła, muszę znowu odnaleźć siłę w swoich 

rękach.

- Spróbujesz,  Maryjko,   ale  nie  teraz.   Nie  w  tej  chwili,  kiedy  jesteś   ogarnięta 

rozpaczą. Musisz się uspokoić, moja mała. Trzeba się odprężyć. Nic nie zdziałasz bez 

skupienia!

Maryjka wiedziała, że Ole ma rację.

Robiła to przedtem tylko raz. Może nawet w ogóle nie odnajdzie w sobie tej 

dobrej siły teraz, kiedy Kari leży jak nieżywa? Może to Kari kierowała wszystkim, a nie 

ona sama?

Udręczona Marja opadła na krzesło. Gjertrud postawiła przed nią i przed Karlem 

talerze zupy na mięsie. Wszyscy czworo usiedli przy stole, ale Gjertrud i Ole prawie nie 

tknęli jedzenia. Tylko Karl pożywiał się z apetytem, bardzo mu smakował chleb Gjetrud. 

Potem   pięknie   podziękował   za   posiłek   i   zaproponował,   że   przyniesie   parę   naręczy 

background image

drewna. Skrzynia koło paleniska była pusta.

Gjertrud  nie   chciała   się  zgodzić,   nie   wypada   wykorzystywać  gościa   do  takiej 

pracy...

-   Ale   jesteś   taki   sympatyczny,   Karl.   Rzeczywiście   wiele   rzeczy   nie   zostało 

zrobionych w ciągu ostatnich dni... Chodź, pokażę ci, gdzie trzymamy drewno.

Wyszli oboje, Maryjka pogrążona w myślach zaczęła sprzątać ze stołu. Umyła 

miski po zupie, wytarła łyżki. Saganek z wodą zawiesiła nad ogniem, który jeszcze nie 

wygasł, garnek z zupą wyniosła do chłodnej komórki.

Ole śledził jej ruchy.

-   Wydoroślałaś,   Maryjko   -   powiedział.   Dziewczyna   przystanęła,   spojrzała   na 

niego poważnie.

- Tak - odparła.

- A ten Karl... Ty nie jesteś wobec niego całkiem szczera. Maryjka drgnęła. Ole 

zbyt wiele się domyślał, zawsze tak było. Jak to możliwe...?

- On nie musi wiedzieć, kim jest moja matka, prawda? - rzekła pośpiesznie.

- Korzenie - mruknął Ole. - Nasze korzenie wiążą nas z ziemią. Ty też się tego 

niedługo   dowiesz,   Maryjko.   Jeśli   nie   powiesz   dzieciom,   kim   byli   twoi   dziadkowie   i 

pradziadkowie, one pewnego dnia zaczną pytać.

- Sama tego nie wiem - odcięła  się Maryjka. - A jakoś sobie w życiu  radzę, 

prawda?

- Tak, nie wiesz... Twoja matka też nie wiedziała. Cóż, tak było chyba najlepiej. 

Może wy należycie do innego rodzaju... Ale ja sam doświadczyłem, jakie to trudne. Nie-

którzy wierzą, że kiedy umrzemy, na tamtym świecie spotkamy swoich rodziców. Ja też 

w to wierzę. I Kari także. Domyślam się, że to dlatego ona jest... taka, jaka teraz jest. Nie 

wie, kto tam wyjdzie jej na spotkanie...

Maryjka usiadła obok niego. Te przyciszone słowa dziwnie brzmiały w ustach 

Olego. Obserwowała go, nie podobało jej się zmęczenie w jego oczach.

- A skąd ty pochodzisz, Ole?

Patrzył w przestrzeń, jakby jej nie słyszał. Po chwili powiedział:

- Ważne jest chyba to, dokąd idę, moja mała. Maryjka westchnęła, nie pytała 

więcej.

background image

- Kari jest jedną z Ludu - wymamrotał nagle. - Widziała takie kraje i miejsca, do 

których my oboje nigdy nie trafimy. Daleko stąd na Południu... gdzie ludzie nie mówią 

tak jak my ani nie wyglądają jak my. Tam wszystko jest inne, zima przypomina raczej 

łagodny wiosenny dzień. To tam odlatują jesienią wędrowne ptaki, by żyć w wiecznym 

słońcu... Ona też tam była. Nigdy więcej tam nie wróci...

- Kari opowiadała mi o wędrownym ludzie. Mówiła, że dorastała wśród nich... że 

towarzyszyła im w nie kończących się podróżach. Ale podobno nie jest jedną z nich?

- Nie. Nie jest jedną z nich, masz rację. Ani ona, ani Karja. Kobieta, która ją 

wychowała. Karja została zabrana z Północy. Ona nie żyje, umarła dawno temu. Nasza 

Kari też się kiedyś nazywała Karja. Ale tamta stara kobieta, która była dla niej niczym 

matka, postarała się, by wspomnienie o kraju fiordów przetrwało w pamięci dziecka. 

Opowiedziała  małej, że właśnie w tej krainie nad fiordami znajdują się jej korzenie. 

Kiedy Karja umarła, Kari wyruszyła do domu. Zerwała z życiem, jakie prowadziła przez 

prawie trzydzieści lat. To w mojej łodzi pokonała ostatni kawałek drogi.

Maryjka   zamyślona   kiwała   głową.   Chciała   wiedzieć   więcej.   Życie   Kari   było 

większą przygodą, niż sądziła.

-   Ja   sam   dowiedziałem   się   tylko   tyle.   Ona   niechętnie   mówiła   o   przeszłości. 

Domyślam się jednak, że miała ciężkie życie, domyślam się w nim wiele smutku i cier-

pienia. Zdarza się, że krzyczy przez sen albo kiedy jest trawiona gorączką, tak jak teraz. 

Dziwne słowa... Przypominają trochę mowę Francuzów. Pytałem ją, a ona wyjaśniła, że 

to są z pewnością strzępy mowy Ludu, to język, który zapomniała. „To już nie jest mój 

świat,   Ole   -   powiada.   -   Człowiek   nie   może   żyć   w   dwóch   miejscach   równocześnie. 

Dokonałam wyboru. Nawet jeśli nie znalazłam tego, czego szukałam...”

- A czego szukała? Ole potrząsnął głową.

- Nie wiem dokładnie... Korzeni...

Maryjka z drżeniem słuchała tej historii, uwielbiała takie tajemnice.

Usłyszeli  kroki na zewnątrz,  wiedzieli,  że Gjertrud i Karl idą, niosąc naręcza 

drewna.

Właśnie w chwili, gdy drzwi się otworzyły, z łóżka w rogu izby dał się słyszeć 

rozdzierający serce krzyk.

Maryjka podskoczyła, przycisnęła obie dłonie do brzucha.

background image

Włosy zjeżyły jej się na głowie, krzyk przenikał do szpiku kości. Gjertrud jak 

skamieniała stanęła w progu. Karl opuścił ręce, drewno z łoskotem spadło na podłogę.

Krzyk zamarł, zaraz jednak rozległ się nowy. Czas zatrzymał się w ubogiej izbie.

Przez blade wargi starej kobiety wydobywał się krzyk małego dziecka.

background image

ROZDZIAŁ X

Dziewczynka   zakrywała   twarz   rączkami,   chcąc   się   osłonić   przed   uderzeniami 

gałęzi. Małe stopy potykały się o wystające z ziemi korzenie, przewracała się i z trudem 

podnosiła. Znowu poczuła piekący ból w podrapanej buzi, ale nie miała już siły płakać. 

Biegła tak, potykała się i upadała, podnosiła się wiele razy, w końcu nie była w stanie 

utrzymać   się   na   udręczonych   nogach.   Buty   gdzieś   zginęły.   Poranione   stopy   paliły, 

krzyczała boleśnie, nie rozumiejąc niczego.

Nikt nie przychodził.

Nikt jej nie słyszał. Mamy nie ma. Mamy nie ma.

Nikt nie odpowiadał na wołania.

Delikatne dłonie matki nie łagodziły bólu.

Czuła ssanie w żołądku, ale nie miała ani kawałka chleba, żeby go włożyć do ust. 

Chciało jej się pić, wargi popękały. Buzię miała brudną i pokrwawioną, na policzkach 

widać było ślady dawnych łez.

Kiedy leżała na ziemi, widziała krążący po niebie cień. To drapieżny ptak, niezbyt 

duży. Taki ptak nigdy by nie zaatakował żywego człowieka, nie rzuciłby się nawet na 

takie małe dziecko jak ona.

Wyczuwał jednak instynktownie, że w tym przypadku wystarczy być cierpliwym, 

trwać na tych zarośniętych krzewami bagnach, a doczeka się posiłku.

Postać na ziemi leżała teraz zupełnie spokojnie. Była ranna. Krwawiła.

Kruk   rozpostarłszy   szeroko   skrzydła   czekał   w   powietrzu.   Widział   krzyczącą 

kobietę, która biegała jak szalona po lesie nieco dalej, i gromadę ludzi, idącą od zachodu 

i wolno posuwającą się w głąb jego terytorium.

Krukowi cię to nie podobało, ale ludzie najwyraźniej także zwietrzyli zdobycz.

Odnaleźli ciało, któremu się przyglądał. Unieśli je w górę, ułożyli na płachcie i 

zarzucili na plecy niczym worek. Potem ruszyli dalej.

Kołysało tak dziwnie.

Mała otworzyła oczy, ale nie widziała nic, tylko jasny prostokąt światła na tle 

ciemności. Otworzyła także usta, chciała krzyczeć. Ale z gardła wydobyło się jedynie 

ciche chrypienie.

background image

Nagle oślepiło ją światło, ktoś odsunął na bok grubą tkaninę.

Kołysanie nie ustawało. Wyczuwała teraz, że leży przytulona do czegoś żywego. 

To człowiek. Ale pachnie dziwnie, nie tak jak mama.

- Mama...

Pochyliła się nad nią czyjaś twarz, czyjeś uśmiechające się usta. Oczy, obce oczy. 

Przestraszyła się. Ale usta wypowiadały dobre dźwięki, jakby naśladowały mamę. Mama, 

mama.   Czyjaś   brunatna   dłoń   włożyła   jej   w   rękę   gałganek   pełen   przeżutego   chleba, 

zmieszanego ze słodkim miodem.

Pokarm był wilgotny od górskiej wody i śliny. Dziecko przyjęło go z wahaniem, 

wsunęło do ust.

Jedzenie miało dziwny, ale dobry smak. Dziewczynka jadła powoli, chleb dawał 

poczucie bezpieczeństwa.

Wciąż żuła, ręce zaciskała na brunatnej szmatce. Oparła głowę o kołyszące się 

plecy. Nogi zwisały w dół i kiwały się przy każdym kroku dużej kobiety.

Dziecko ponownie zasnęło. Nie miało sił na nic więcej.

Gromada   ludzi   uciekała   przez   góry.   Szli   na   południe,   zawsze   na   południe. 

Spieszyli się tak, jakby prześladowcy wciąż deptali im po piętach, wiedzieli jednak, że 

tamci zrezygnowali wiele miesięcy temu. Mimo to najbezpieczniej było iść właśnie tędy, 

przez góry, trzymać się trudno dostępnych terenów. Nieczęsto mieli odwagę wkroczyć na 

otwarte pastwiska, czasami jednak innej drogi nie było. Zresztą te samotne kobiety, które 

wypasały tutaj swoje krowy, nie mogły im chyba zrobić większej szkody ponad to, że 

powiedzą innym, doniosą, że ich widziały.

Minie jednak dużo czasu, zanim władze dowiedzą się o przechodzącym taborze. 

A jeszcze  więcej, zanim te  informacje połączą  z trzema  krwawymi  morderstwami  w 

małej wiosce o wiele dni drogi stąd na północny wschód.

Zanim do tego dojdzie, oni będą już daleko na południu, nad morzem albo już na 

jego drugim brzegu. Mieli tylko jeden cel, wiedzieli jednak, że mogą minąć lata, zanim 

go osiągną.

Chcieli wrócić do domu.

Mała, zagubiona grupa Ludu chciała wrócić do domu.

Tam, gdzie słońce nigdy nie zachodzi.

background image

Do domu, tą samą drogą co jaskółki.

Tam, gdzie czekają przyjaciele.

Teraz, kiedy już krwawa zemsta została dopełniona, mogą wrócić do domu w czci 

i chwale.

Sto lat temu popełniona zdrada została pomszczona. Lud odzyskał dawną cześć. 

Wielki Anthari nie umarł na próżno.

Lud pochodził z kraju pomiędzy wschodem i zachodem, z niespokojnej krainy. 

Stopy im krwawiły, kiedy szli po kamienistej, nieurodzajnej ziemi lub przecinali górskie 

przejścia. To nie był ich kraj, tutaj wszyscy ich przepędzali jako obcych. Ale kilka lat 

spędzonych   w  jednym   miejscu   wystarczyło,   żeby  rany się   zagoiły.   Potem  szli   dalej, 

wciąż dalej. W końcu już podróż stała się celem samym w sobie. Lud rozproszył się w 

dużych i mniejszych grupach niczym ziarno rzucane ręką rolnika. Niektórzy z nich poszli 

do piachu, inni wyrośli i nabrali sił.

Grupa, która tego roku przeszła przez góry na zachodnim wybrzeżu,  nie była 

liczna. Kiedyś mieli cel, dla którego wyruszyli z rodzinnych miejsc, a teraz znajdowali 

się   w   drodze   do   domu.   Przemieszczali   się   piechotą,   nie   posiadali   ani   wozów,   ani 

zwierząt. Zresztą wcale ich też nie potrzebowali, podróżowali w tajemnicy i żywili się 

tym, co dawała im natura.

Kiedy dotrą do domu, zbiorą się znowu wokół ogniska, a wtedy będą się mogli 

ogrzać zainteresowaniem i bliskością innych ludzi. Myśl o tym sprawiała, że silne stopy 

poruszały się jeszcze szybciej, a plecy już tak nie bolały pod ciężarem, worki i tłumoczki 

stawały się powoli ich częścią tak, jak ich częścią były ramiona, nogi i brzuchy.

To Karja odkryła kruka i omal nie nastąpiła na dziecko ukryte w zaroślach na 

skraju bagien. Zawołała innych w języku, którego ją nauczyli.

- Tutaj leży jakieś dziecko! Chyba nie żyje, ale nie możemy go tak zostawić!

Wódz wędrowców, potężny Lino, przystanął.

- Dziecko? Chcesz nas zatrzymywać ze względu na jakieś dziecko, Karja? Czy 

myślisz, że nasza dobra wola nigdy się nie wyczerpie?

- Lino, szlachetny Lino, okaż trochę miłosierdzia!  Na pamięć  Arilla,  przecież 

tutaj, w samym sercu tych dzikich gór, leży niewinne dziecko! Dziewczynka. Umrze, 

zanim słońce zajdzie, jeśli się nią nie zajmiemy!

background image

Wódz prychnął ze złością, szukał odpowiedzi. Ale Lud miał starą i wciąż żywą 

tradycję   okazywania   szacunku   wszystkim   dorastającym.   Nawet   jeśli   oni,   jak   ta 

dziewczynka tutaj, pochodzili od innego rodzaju ludzi, byli bledsi i słabsi.

- Jest pewnie chora, a może ranna. Może ktoś się jej pozbył właśnie dlatego, że 

nie jest w stanie żyć zwyczajnym życiem!

Karja   wzięła   dziecko   w   ramiona,   małe   ciałko   zwisało   jej   w   rękach   niczym 

szmaciana lalka.

Obmacała   je,   sprawdziła   rączki   i   nóżki   i   stwierdziła,   że   dziecko   wygląda   na 

zdrowe. Ciało było jednak zimne, nienaturalnie, złowieszczo zimne. To ta lodowata woda 

na bagnach wyssała z małej ciepło. Prawdopodobnie dziecko przebywało na dworze całą 

noc, może jeszcze dłużej. Dziewczynka ubrana była biednie, szeroka koszulka miała na 

sobie mnóstwo łat. Dlatego zdziwili się wszyscy, kiedy na cieniutkiej szyjce spostrzegli 

ciężką ozdobę z żółtego metalu.

- Ona nie jest chora, tylko wyczerpana i zziębnięta. Ma chyba nie więcej niż dwa 

lata. Najwyraźniej zabłądziła!

- W takim razie dlaczego nikt jej nie szuka?

- Pewnie szukali... ale nie przyszło im do głowy, że takie małe dziecko mogło 

zajść tak daleko. Przecież od najbliższych pastwisk dzieli nas wiele godzin marszu.

Lino mamrotał gniewnie pod nosem, Karja szukała jego spojrzenia ukrytego pod 

czarnym kapeluszem z szerokim rondem. Wiedziała, że to bezlitosny wódz, sama nieraz 

posmakowała jego skórzanego pasa i bardziej wyszukanych metod utrzymywania ludzi w 

posłuchu. Ale był członkiem Ludu i nigdy by nie zabił ani nie zranił dziecka.

- Nie mamy czasu na takie sprawy. Nie mamy czasu, by ją odnieść bliżej ludzi. 

Zresztą gdyby się dowiedzieli, kim jesteśmy, z pewnością by nam nie dziękowali.

Karja też o tym wiedziała.

Dziewczynka westchnęła cicho w jej objęciach, oddech był tak leciutki, że bała 

się,   iż   mała   nie   przeżyje   kolejnego.   Była   wciąż   bardzo   zziębnięta.   Karja   owinęła   ją 

wielkim, grubym szalem. Przywiązała do siebie zawiniątko w taki sposób, że mała leżała 

przytulona do jej pleców. Główka znajdowała się tuż przy ramieniu, a chustka okrywała 

całe ciało. Z zawiniątka wystawały tylko nogi.

- Ja się nią zajmę. Jeśli nie starczy wam miłosierdzia, możecie zostawić nas obie.

background image

Dopiero teraz inni członkowie grupy zaczęli mówić.

- Lino, nie możesz jej na to pozwolić!

- Przez nią pójdziemy wolniej! Czyż i tak ta obca kobieta nie narobiła nam dość 

kłopotów?

Karja poczuła delikatne ukłucie w sercu, kiedy nazwano ją obcą. Ale wiedziała 

przecież, że jej miejsce jest wśród najsłabszych, niemal odepchniętych. Żyła na granicy 

pomiędzy Ludem a tymi, którzy zostali odrzuceni, bo złamali zasady.

Nie mogła o tym  zapomnieć, przypominano jej to każdego dnia. Miała włosy 

czarne jak inni, nosiła takie same ubrania, jadła to samo pożywienie i tańczyła w rytm 

tych samych monotonnych pieśni, kiedy Lud zbierał się na święto.

Miała jednak jaśniejszą skórę i odrobinę jaśniejsze oczy.

Nie była prawdziwą córą Ludu.

Urodziła dziecko podobne do siebie. Dziecko umarło, a jego ojciec zginął. Ona 

jednak została u nich, u tych obcych ludzi, do których jako młoda dziewczyna odczuwała 

trudny do wytłumaczenia pociąg.

Teraz nie należała do nikogo. W rodzinnym domu też by jej nikt z powrotem nie 

przyjął.

Zresztą   po   wszystkich   latach   spędzonych   z   Ludem   nie   miała   ochoty   oglądać 

tamtych   okolic,   choć   teraz   znajdowała   się   bliżej   swoich   rodzinnych   stron   niż   kie-

dykolwiek przedtem. To dlatego zabrali ją na tę wyprawę. Bo znała kraj.

Znała drogi.

Trzej mężczyźni zajęli się resztą i nie chcieli, by towarzyszyła im w ostatnim 

etapie podróży.

Karja miała silne nogi i była wytrzymała niczym psia skóra.

Lino odwrócił się i ruszył przed siebie. W ten sposób rozstrzygnął wątpliwości. 

Karja otrzymała pozwolenie zajęcia się dzieckiem. Jeśli jednak nie nadąży za innymi, 

wódz się nie zawaha i porzuci obie po drodze.

Może wbije jej nóż w serce na pożegnanie? Dziecko zostawi własnemu losowi.

Karja wiedziała, że oni jej...

Lino nie należał do tych, którzy wymachują nożem ze złości. Ale też w jego 

oczach nie było smutku, kiedy zdarzyło mu się przeciąć jakieś życie.

background image

Karja poczuła dreszcz na plecach.

Ale dziecko zaczynało się rozgrzewać.

Zrobiła wszystko, by upamiętnić swoje dziesiąte urodziny. Była większa niż inne 

dziewczynki, wyższa. Prawdopodobnie była od nich dwa, a może nawet trzy lata starsza, 

ale Lud liczył jej lata od dnia, kiedy znaleziono ją w dzikich górach gdzieś na Północy.

Nazywano ją Karja - nin albo mała Karja. Duża Karja była jej matką, troszczyła 

się o nią, jak daleko mała sięgała pamięcią. Nauczyła ją farbować wełnę, opowiedziała 

wiele o kwiatach i roślinach, o magicznej sile drzew. Pokazała, jak się wyplata kosze z 

brzozowych   gałązek   i   przędzie   na  wrzecionie.   Wprowadziła   ją  w   kobiece   życie   i  w 

historię Ludu. Karja - nin przez wiele nocy ćwiczyła stare tańce Ludu, nigdy jednak nie 

znalazła się w kręgu roześmianych dzieci, tańczących wokół ogniska. Karja i Karja - nin 

siedziały   w   cieniu,   pilnowały   namiotów   i   gasnącego   żaru   pod   wiecznie   kipiącym 

sagankiem z zupą, który był centrum wszystkiego.

Nigdy jednak nie zapomniała, że trzeba opowiadać dziecku o długiej podróży, o 

kraju na Północy, do którego obie należały w dniu, gdy po raz pierwszy ujrzały światło 

słońca. A kiedy wszyscy posnęli,  rozmawiała  z dzieckiem  o tajemniczych  sprawach, 

opowiadała mu dziwne historie o trollach i huldrach, i królewskich synach w języku, 

który tylko one dwie rozumiały. Czciły ten język i utrzymywały go przy życiu, był dla 

nich niczym pulsująca żyła rozdzielająca życie ich obu na Przed i Potem. Język pozwalał 

im trwać, był ostateczną ochroną przed wszystkim, co czyniło je obcymi pośród synów i 

cór Ludu.

Lud nie pozwalał im o tej obcości zapomnieć. Żyły z jego łaski, nie miały takich 

praw jak rodzone dzieci Ludu.

Nigdy nie było tak trudno się z tym pogodzić jak dzisiaj.

Karja - nin widziała, że Alicia i Sybelle, i Manita zostały pięknie wystrojone i 

silne męskie ramiona noszą je teraz w górę. Widziała ich matki, które siedziały na hono-

rowych miejscach, przyjmowały gratulacje i pełne czci pocałunki od starszych kobiet. 

Dzisiaj   ich   córki   stają   się   dorosłe.   Dzisiaj.   Minie   jeszcze   krótki   czas   dojrzewania   i 

wszystkie trzy znajdą się w kręgu innych młodych kobiet, każda będzie nosić na szyi 

wstążkę podarowaną jej przez wybranego młodego mężczyznę, każda z nich będzie miała 

na nadgarstku słodko piekące cięcie wykonane jego nożem.

background image

Nikt jednak nie przyszedł z wyznaniami miłości do Karja - nin.

Nikt   nie   obdarował   dużej   Karji   kwiatami   i   słodkim   napojem,   nikt   nie   dawał 

pierścieni z brązu i srebra.

Gdyby była prawdziwą córą Ludu, wstyd byłby nie do zniesienia. Ale nie była. 

Dlatego zdziwiłaby się raczej, gdyby dzisiejszej nocy siedziała wśród innych dziewcząt.

Pieśń przy ognisku przybierała na sile, sam Lino intonował jedną po drugiej stare 

strofy. Pachniało napojem starej Iny, słodkim, lepkim płynem, który fermentował przez 

tydzień, zanim dosypano do niego kilka szczypt suszonych grzybów i jakieś specjalne 

białe jagody.

Napój   wprawiał   ludzi   w   jeszcze   większą   wesołość   i   tańce   stawały   się   coraz 

bardziej   szalone.   Dziewczętom   również   pozwolono   spróbować.   Potrzebowały   czegoś 

mocniejszego, zanim wyciągną  przed siebie ręce i będą patrzeć, jak krew spływa  po 

palcach.

Karja - nin zazdrościła im także bólu.

Przytuliła   się   mocniej   do   Karji   i   poprosiła,   by   opiekunka   opowiedziała   jej   o 

starym kraju.

Karja   przygarnęła   do   siebie   wychowankę,   długo   chrząkała,   żeby   pozbyć   się 

ucisku w gardle, i zaczęła mówić. W prostych słowach odmalowywała niebieskie fiordy i 

wysokie aż do nieba góry, opisywała tę zupełnie wyjątkową zieloną barwę, jaka każdej 

wiosny pokrywa ziemie na Północy. Mówiła o leciutkich płatkach zastygłej wody, która 

co   roku   otula   pola   niczym   biały   puch,   o   rybach   w   tamtejszych   wodach,   dużo 

smaczniejszych niż te, które ludzie łowią w ciepłych morzach tutaj na Południu.

-   Pewnego   dnia   tam   wyruszymy,   Karja.   Pewnego   dnia   wrócimy   do   domu, 

prawda?

Karja nie odpowiadała.

Mocniej tylko przyciskała dziecko do siebie.

Dlaczego musiałeś umrzeć, Arillu, dlaczego mnie opuściłeś? Dlaczego musiałam 

utracić i ciebie, i naszego maleńkiego chłopczyka, a mimo to zostałam skazana na to-

warzyszenie twoim braciom?

Karja nigdy nie otrzymała odpowiedzi, nigdy jednak nie przestała zadawać tych 

pytań, zwłaszcza w takie długie noce.

background image

Miała teraz siedemnaście lat i puls życia Ludu odczuwała jako własny. Ale jej 

serce protestowało, nie chciało bić w tym samym rytmie. Nosiła w sobie coś niespo-

kojnego, jakieś oczekiwanie, nie znajdowała ukojenia nawet w czasie drogi.

Chętnie   usuwała   się   na   bok,   oddalała   od   wspólnoty,   pośród   ludzi   nie   mogła 

pogrążać się w swoich niezwykłych myślach i marzeniach.

Uspokajała się tylko  u starej  Iny.  Kiedy nikt jej  nie widział.  Ta stara, mądra 

kobieta kierowała Ludem z większą siłą niż sam Lino. On posiadał władzę, która mogła 

odebrać życie, i dlatego go szanowano. Ina natomiast posiadała moc chroniącą życie i 

dlatego   kochano   ją   dużo   bardziej.   Nikt   nie   odważył   się   robić   jej   wymówek   za   te 

spotkania z Karja - nin. Odwracali po prostu głowy, krzywili nosy, ten i ów przypadkiem 

dotykał dłonią rękojeści na biodrze.

Karja - nin szukała u starej pociechy, ale tamta posługiwała się zbyt prostymi 

słowami.   Wiedziała   bardzo   dużo,   nie   potrafiła   jednak   niczego   wyjaśnić.   Karja   -   nin 

dostrzegała magię we wszystkim, co czyniła stara, chłonęła w siebie każdy ruch, starała 

się   poznać   każdy   najmniejszy   składnik,   jaki   tamta   wkładała   do   swoich   wywarów. 

Widziała położnice przez wiele dni i nocy walczące o wydanie dziecka na świat, zdarzało 

się, że Ina musiała dać za wygraną i zamknąć ich udręczone oczy.

Widziała   jednak   również   wnętrzności   mężczyzn   wypływające   na   ziemię   po 

głębokim cięciu noża, obserwowała, jak Ina łączy rany, czyści je, dając mężczyznom 

nowe życie w darze.

Starej Karji także nie podobały się te spotkania. Karja lękała się wiedzy Ludu. 

Bała się tej ich gry z życiem i śmiercią. Nie lubiła też ich wiary, nie chciała rozmawiać o 

największym duchu, w którego wierzyli, ani o tym, że pewnego dnia wszyscy staną się 

jego częścią.

Kar ja pamiętała kościół, wykładane złotem obrazy w ołtarzu z krwawiącą figurą 

rozpiętą na krzyżu. On był jej Zbawicielem. Karja - nin poznała legendy o Ukrzyżo-

wanym, o tym, który kiedyś wszystkim swoim wiernym poda w wielkich białych salach 

palmowe liście.

Karja - nin nie wierzyła w nic.

Może trochę w ludzi.

Ale po nocy wypełnionej głosami cykad i własnym krzykiem utraciła również tę 

background image

część swojej wiary.

Na Południu mrok nadchodzi nagle, noc opada na ziemię niczym z rozwiązanego 

nagle worka, zaskakuje ludzi w czasie pracy, zabawy lub wędrówki.

W jednym momencie słońce wysyła jeszcze ostre promienie, w następnym znika 

za niewysokimi górami i mrok spada na ludzi.

Karja - nin ze zdumieniem stwierdzała, że nie może się do tego przyzwyczaić, nie 

może zaakceptować gwałtowności nocy.

Ciemność   wielokrotnie   zaskakiwała   ją   daleko   od   namiotów   albo   na   jakichś 

samotnych dróżkach w okolicy, gdzie wędrowcy rozbili obóz.

Dzisiaj   to   właśnie   Ina   wysłała   ją   w   drogę,   dziewczyna   miała   nazbierać 

czerwonych ziół O liściach w kształcie serca. Karja - nin szła, rozmyślając o rytuałach, 

do których liście miały posłużyć.

Zbliżało się kolejne święto kobiet, kolejne dziewczynki włożą na głowy wianki z 

kwiatów   i   zostaną   ubrane   w   długie   suknie,   potem   mężczyźni   zadrasną   im   skórę   na 

rękach. Dziewczynki staną się kobietami.

Ona sama wciąż żyła  w jakiejś przestrzeni granicznej, nie była niczyją córką, 

niczyją narzeczoną. Jej przyjaciółki, te, z którymi bawiła się niekiedy ukradkiem w dzie-

ciństwie, miały już po gromadce dzieci. Żadna nie skończyła jeszcze dwudziestu lat.

Karja - nin przyjmowała swój los ze spokojem.

Nie   oglądała   się   za   żadnym   z   młodych   chłopców.   Zresztą   tylko   dwóch   jej 

rówieśników nie miało jeszcze żon. Tak czasami bywało z mężczyznami, ponieważ im 

przypadały inne obowiązki. Plemię potrzebowało także samotnych mężczyzn, mogących 

podjąć się zadań, które niechętnie powierza się ojcom rodzin. Wódz Lino też nigdy się 

nie ożenił. Wódz nie powinien mieć żony. To by się kładło całunem niepewności na jego 

decyzje, tępiłoby ostrość widzenia spraw.

Plemię   wiodło   bardzo   trudne   życie.   Często   w   ucieczce,   przeganiane   przez 

wszystkich tych, którzy mieszkają w domach i chatach. Plemię potrzebowało wodza, 

który byłby równie szybki i swobodny niczym ptak na niebie, ten ptak, którego obraz 

wszyscy nosili jako znak przynależności do grupy.

Karja - nin często widywała tego ptaka w snach.

Stanowił jak gdyby granicę między jednym a drugim jej życiem. Była pewna, że 

background image

widziała go już kiedyś, gdy jako dziecko zgubiła się w zimnych górach na Północy.

Ptak. Czarny ptak.

Ptak o lśniących skrzydłach.

Ptak,   który   w   swoim   gnieździe   gromadzi   skarby.   Kar   -   ja   widywała   go,   jak 

przecina błękitne niebo, i pragnęła towarzyszyć mu na Północ, tam gdzie mrok podchodzi 

do ludzi ostrożnie, wielokrotnie ostrzegając, zanim przesłoni im oczy i ukryje w cieniu 

wszystkie ścieżki.

Karja   -   nin   po   omacku   posuwała   się   naprzód,   miała   tylko   jedną   wolną   rękę. 

Ziemia była wysuszona od słońca i twarda, dziewczyna wyczuwała stopami, że pokrywa 

ją sieć suchych gałązek. Wciąż się potykała, przyciskała do siebie węzełek z cennymi 

roślinami. Musiała chodzić po nie daleko, aż na wzgórza, gdzie nawet w najgorętsze dni 

panował chłód i jeszcze coś rosło. Spalone słońcem ziemie położone niżej nie pokryły się 

w   tym   roku   nawet   słabą   zielenią.   Brakowało   deszczu.   Nie   tylko   Lud   miał   kłopoty. 

Osiadli chłopi też narzekali i cierpieli, nie było co włożyć do garnków prócz na wpół 

zgniłych ryb. Wędrówka znad morza w głąb kraju trwała długo przy takim gorącu.

Z pewnością niedługo znowu Lud wyruszy w drogę, na poszukiwanie nowych 

przestrzeni. Wahali się jednak, wiedzieli, że szczęście im sprzyja, skoro mogą obozować 

tak długo w jednym miejscu przez nikogo nie niepokojeni. Kto zaś potrafi przewidzieć, 

czy inne okolice okażą się równie łaskawe? Wysoko w górach żyć nie mogli. Nie było 

tam nikogo, komu mogliby proponować swoje towary, swoją siłę roboczą albo wyroby 

sztuki.

Karja - nin pojęła wkrótce, że trudno jej będzie po ciemku wyjść z lasu. Chodziła 

tędy zaledwie kilka razy przedtem, ścieżka wciąż niknęła jej pod stopami. Słyszała teraz 

dźwięki lasu dużo wyraźniej niż poprzednio, czyżby uszy starały się zrekompensować jej 

utracone wrażenia wzrokowe?

W mroku zamajaczyło potężne drzewo. Pień był ciepły, jakby słońce ukryło w 

szorstkiej korze trochę siebie.

Karja - nin usiadła na wystających korzeniach, oparła się o pień i podciągnęła 

kolana pod brodę. Noc zapowiadała się bardzo ciemna. Dziewczyna nie odczuwała lęku. 

Może   się   tutaj   przespać   i   wyruszyć   w   dalszą   drogę,   kiedy   słońce   znowu   zapłonie 

gorącym blaskiem. Od obozu dzieli ją zaledwie parę godzin marszu. Pewnie nikt nawet 

background image

nie zauważy, że jej nie ma. Wróci, zanim kobiety zaczną hałasować wiadrami w swojej 

codziennej wędrówce do źródła.

Karja - nin zamknęła oczy.

Słyszała trzask łamanych gałązek. Dotarł do niej łopot skrzydeł sowy, po chwili 

ptak usiadł gdzieś w pobliżu na lewo od niej.

Domyślała się, że gdyby teraz otworzyła oczy, napotkałaby wśród drzew żółte 

spojrzenie.

Była gościem w nocy zwierząt, ale to jej nie przerażało.

Wiedziała, że się nie pomylą, że zwierzęta domyślają się, iż postać pod drzewem 

to   nie   jest   ani   ranna   zdobycz,   ani   zagrażający   im   myśliwy.   Zostawią   ją   w   spokoju, 

odgrodzone od niej nieprzyjemnym obcym zapachem człowieka.

Mimo wszystko cieszyła się, że u prostego skórzanego pasa ma przytroczony nóż.

Woreczek z ziołami ukryła na piersi i zasnęła z nożem w prawej ręce.

On   nadszedł   tą   samą   drogą,   wiedział,   że   prędzej   czy   później   ją   dogoni. 

Wsłuchiwał   się   w   noc,   oczy   przywykły   do   ciemności,   życie   w   bliskości   natury 

wyostrzyło   mu   zmysły.   Należał   do   odrzuconych,   był   jednym   z   tych,   których   Lud 

wykluczył ze swego grona. Złamał Prawa, zhańbił cześć Ludu. Własny ojciec odwrócił 

się od niego plecami, własna matka na jego widok patrzyła w inną stronę, tak jak tego 

żąda Lud od wszystkich, którzy kochali odrzuconego. Dla nich był martwy, istniał jedy-

nie jako cień.

Żyli we troje, dwóch mężczyzn i młoda kobieta. Nie wolno im było siadać wokół 

ogniska,   ich   imion   nie   wspominano   w   długich   opowieściach   plemiennych:   Odeszli   i 

przestali istnieć, mimo iż niekiedy plemię wyraźnie odczuwało ich fizyczną bliskość. 

Niektóre   kobiety   i   dzieci   wystawiały   czasem   po   kryjomu   trochę   jedzenia   lub   jakby 

przypadkiem zapominały o okryciu, kiedy wiadomo było, że odrzuceni mogą je znaleźć.

Mężczyzna przystanął, nasłuchiwał.

Słyszał jedynie łopot skrzydeł sowy w powietrzu.

Jego oczy poszukiwały czegoś innego, cienia lub postaci, nie należącej do tej 

nocy.

Dziewczyna zbierała czerwone rośliny, te, z których wyciąg młodzi mężczyźni 

wypiją z winem przed swoim tańcem miłości. Ona sama była już za stara, by mieć z nich 

background image

pożytek, widocznie zbierała je dla jakiejś młodszej przyjaciółki. Była ładna, lecz urodą 

różniła się od innych. Było w niej coś lekkiego, coś świeżego i jasnego, co przypominało 

mu obcą kobietę, którą kiedyś widział. Włosy tamtej lśniły w słońcu niczym złoto.

Ta nie miała złotych włosów, jej były niemal równie ciemne jak jego własne. 

Miała jednak długie, silne nogi i była chyba tak samo wysoka jak on, gdyby stanęli twa-

rzą w twarz.

Jej piersi wznosiły się pod lekką bluzką, ręce miała opalone na brązowo, ale bez 

tej barwy ziemi, która znaczyła kolor skóry jego własnego ludu.

Widywał ją w obozie, trzymała się zawsze z tą obcą Karją. Czuł piekący ból w 

sercu, wiedząc, że te dwie kobiety wiodą życie, które należy się jemu. On jednak nigdy 

nie będzie już miał prawa nazywać go własnym.

Te obce tam żyły, gdy tymczasem on musiał sypiać na nagiej ziemi i żywić się 

zwierzętami, których tamci nawet by nie tknęli.

Został odrzucony.

Nie miał po co żyć.

Nauczył się robić co chciał, nikt go nigdy nie upominał ani nie przywoływał do 

porządku. Był znudzony Monia, znudzony jej nieustannym narzekaniem, znudzony tym, 

że musi ją dzielić z bratem. W ciągu jednego roku Monia stała się starą kobietą. Ale 

nawet   głębokie   zmarszczki,   które   poorały   jej   wiecznie   smutną   twarz,   nie   były 

dostateczną karą za to, co mu ukradła. Ona była  powodem tragicznego losu, jaki go 

spotkał. To ona ściągnęła na niego przekleństwo.

Nigdy nie zostanie wystarczająco ukarana.

Nawet gdyby odciął jej wargi i pozbawił ją piersi, nawet gdyby musiała krwawić 

po wieki wieków.

Nienawidził jej, nienawidził jej uwodzicielskich kształtów, jej zmysłowych ust, 

które go skusiły i zmusiły, by postawił wszystko na jedną kartę.

Postawił i przegrał.

Nigdy sobie tego nie wybaczy. Kobietom też nie.

Nie ma na nie wystarczająco srogiej kary, na te ich zgniłe ciała, tak nieznośnie 

pociągające.

Ale dzisiaj w końcu pomści przynajmniej część swego cierpienia.

background image

Kobieta na wzgórzach zapłaci chociaż trochę tego długu.

Lud dowie się, że bezpieczeństwo nie jest pełne, że cienie odrzuconych nie są i 

nigdy nie staną się całkiem niewidzialne.

Nie   odnalazł   jej,   dopóki   światło   dnia   nie   zaczęło   leciutko   barwić   nieba   na 

wschodzie. Wtedy bez trudu dostrzegł ubraną na czerwono postać na tle brunatnoszarego 

drzewa.   Podszedł   cichutko,   oceniał   sytuację.   Drżał   na   całym   ciele   z   oczekiwania   i 

napięcia, zapach krwi już drażnił jego nos.

Dzikie zwierzę na dwóch nogach. Tyle że dzikich zwierząt nie przepełnia zło.

Bystry wzrok zauważył, że kobieta trzyma w ręce nóż, wiedział jednak, że na 

niewiele jej się to zda. Dwoma szybkimi ruchami chwycił ją mocno, jedną ręką wyrwał 

jej nóż, a drugą zacisnął na nosie i ustach śpiącej.

Zaczęła się szamotać, kopała tak, że suche kępki trawy i liście rozpryskiwały się 

w   powietrzu.   Napastnik   nie   poluzował   uchwytu,   doprowadził   do   tego,   że   na   krótką 

chwilę znalazła się w objęciach śmierci, dopiero wtedy cofnął dwa palce, którymi zatykał 

jej nos. Kobieta ze świstem wciągała powietrze, jej oczy były bardziej przerażone niż 

oczy baranka, który wyczuwa miejsce ofiary.

Łapczywie chłonął w siebie ten widok. Już od dawna jego kobieta nie patrzyła na 

niego   z   lękiem.   Traktowała   go   pogardliwie,   nie   bała   się   śmierci   w   jego   brutalnych 

objęciach.

Ale ta tutaj, ta jest śmiertelnie przerażona.

To dawało mu rozkosz nieporównywalną z niczym.

Przyciskał  ją coraz mocniej  do drzewa, kark i głowę wbijał jej tak bardzo w 

szorstką korę, że pozdzierał skórę i krew dziewczyny spływała na bluzkę.

Nie zdjął ręki z jej ust, a w drugiej trzymał nóż, który sprawiał, że dziewczyna 

leżała bez ruchu całkiem bezradna.

Podobało   mu   się   to,   że   nie   zamknęła   oczu.   Z   lubością   wpatrywał   się   w   nie, 

rozrywając jednocześnie jej bezbronne ciało.

Niestety,  z jej oczu nie spłynęła ani jedna łza. Żadnego stłumionego  szlochu, 

najmniejszej próby oporu.

To osłabiło jego podniecenie, zdołał jednak osiągnąć najwyższe szczyty rozkoszy. 

Pomagał sobie nożem, cienkim ostrzem dźgał skórę na udach i brzuchu dziewczyny. 

background image

Widok krwi go oszałamiał.

Na cóż się zdało to, że Lino wrócił do domu, niosąc w sieci odcięty członek 

napastnika? Co jej to pomoże, że Ina dawała jej silne wywary, które opróżniły jej brzuch 

w tak gwałtownych skurczach, że o mało całe życie z niej nie wypłynęło?

Jaką radością może być fakt, że Lud potraktował ją, jakby była jego własną córką, 

i że poświęcono tak wiele, by pojmać człowieka, który dopuścił się wobec niej okrutnego 

przestępstwa?

Ich troska nie dawała Karji - nin najmniejszej radości. Zemsta i pościg, ostateczny 

rozrachunek z gwałcicielem nie miały dla niej żadnego znaczenia.

Została unicestwiona.

Nigdy nie wykiełkuje w niej inne życie.

Nawet   gdyby   kiedyś   zdołała   zbliżyć   się   do   mężczyzny,   to   jej   ciało   wyrzuci 

wszystko, co on w niej zasieje.

Ina potwierdziła najbardziej ponure obawy.

Karja - nin pogrążyła się w smutku, który przekraczał wszystkie cierpienia jej 

ciała i okrutną utratę dziewictwa.

Gwałciciel zabił w niej kobietę.

Ona, która nigdy przedtem nie myślała, by zostać matką, wypłakiwała teraz oczy 

nad dziećmi, których nigdy nie będzie mogła wydać na świat.

background image

ROZDZIAŁ XI

Także tej nocy Ole nie ruszył się od łóżka Kari.

Maryjka   położyła   się   razem   z   Gjertrud,   Karlowi   pościelono   na   sienniku   koło 

paleniska. Maryjka domyślała się, że on także spał niewiele.

Wszyscy byli potwornie przerażeni krzykiem Kari.

Było w nim coś nierzeczywistego, jakby głos wydobywał się z głębi jej istoty, 

której oni nigdy nie poznają. Kari żyła bardzo długo, żadne z nich nie miało pojęcia jak 

długo. Znali jej niezwykłe  opowieści, w każdym razie różne ich fragmenty.  Maryjka 

domyślała się, że Ole wie więcej, niż chce powiedzieć.

On   z   pewnością   wie   wszystko.   Kobiety   zawsze   tyle   opowiadają   swoim 

mężczyznom. Wprowadzają ich w mniej lub bardziej ważne szczegóły dawnych wyda-

rzeń. Nie proszone przekazują historie utraconych miłości i popełnionych w młodości 

grzechów. To nie jest dobrze, myślała Maryjka, spoglądając w półmroku tam, gdzie spał 

Karl. Ona mu oszczędzi takich wiadomości. Nie musi znać więcej szczegółów ponad to, 

czego się dowie, kiedy będą razem.

Kari widocznie znowu zasnęła, na posłaniu w kącie panował spokój. Ole siedział 

niczym jastrząb i nie spuszczał z niej oczu. Maryjka widziała jego skuloną, zmęczoną 

postać. Drzemał pewnie przy chorej, nieszczęsny. Odrzucał jednak wszystkie propozycje 

odpoczynku, wszelkie argumenty, że byłoby lepiej, gdyby przy Kari czuwała kobieta.

- Robię to dla niej. Tyle jestem jej winien - ucinał ostro. Maryjka pojmowała 

jednak, że powód jego uporu jest inny i tylko jeden.

Ole bał się, że Kari mogłaby umrzeć, a on nie będzie trzymał wtedy jej ręki. Bal 

się, że ktoś inny mógłby być świadkiem ostatniego tchnienia jego ukochanej. Za wszelką 

cenę chciał przy niej trwać.

Maryjka i Gjertrud przyjęły to do wiadomości. Teraz Gjertrud spała. Oddychała 

równo i spokojnie, jak wszyscy ludzie, którzy za dnia ciężko pracują. Maryjka nie mogła 

zasnąć,   mimo   że   morskie   powietrze   i   wysiłek   przy   wiosłach   przepełniały   jej   ciało 

przyjemnym znużeniem.

A jeśli Kari umrze?

Ta myśl przerażała Maryjkę tak bardzo, że przestawała oddychać.

background image

A jeśli jutro Kari już nie będzie wśród żywych i wszystkie umiejętności zabierze 

ze sobą do grobu? Co wtedy Maryjka pocznie?

Żałoba i tęsknota to jedno, Maryjka wiedziała, że trudno to będzie znosić. Czuła 

się tak bardzo przywiązana do tej starej kobiety, istniała między nimi zupełnie wyjątkowa 

więź.

Ale niemal tak samo bolesna była świadomość, że Kari nie zdoła jej przekazać 

wszystkiego, czego nauczyło ją długie życie. O uzdrawianiu i chorobach, o lekarstwach i 

kuracjach...   i   o   formułkach,   mogących   dać   człowiekowi   rozkosze   miłości,   a   także 

pozwolić mu zajrzeć w to, co zakazane.

Chciała   posiąść   tę   wiedzę.   Kari   nie   może   wszystkiego   ze   sobą   zabrać! 

Dziewczyna   o   mało   nie   zaczęła   żałować   wyjazdu   do   Lyster,   bliska   była   myśli,   że 

zupełnie niepotrzebnie traciła tam czas.

Ale walczyła z tym, przyjęła zasadę, by nigdy nie żałować własnych decyzji. Jeśli 

popełni się błąd, jeśli człowiek napotka zamknięte drzwi, to z pewnością zawsze otworzą 

się nowe, nieoczekiwane możliwości.

- Ale ty nie możesz umrzeć - sama nie zauważyła, że wypowiada te słowa, dopóki 

nie usłyszała cichej odpowiedzi Olego.

- Nie. Ona nie umrze. Kryzys minął. Koszmary już jej nie dręczą. Czuję, że jest 

silniejsza.

- Naprawdę?

Maryjka także mówiła szeptem, odrzuciła kołdrę i w jednej chwili znalazła się 

obok niego.

- Wydaje mi się, że ona wie, iż wróciłaś - powiedział Ole. Maryjka słyszała, że w 

jego głosie czai się uśmiech. — Sądzę, że potrafisz jej pomóc, dodać sił. Ona mi opo-

wiadała. ..

Maryjka uświadomiła sobie teraz z całą pewnością, że mimo wszystko jej dłonie 

nie utraciły możliwości oddziaływania.

Z wahaniem ujęła kołdrę, okrywającą wyniszczone ciało Kari.

- Myślisz... że trzeba zdjąć z niej ubranie?

- Nie wiem.

- Tak zrobię. Łatwiej mi będzie przekazać jej ciepło - szeptała Maryjka.

background image

Nie zapalili światła, nie podnosili głosów. Żar tlił się jeszcze w palenisku, postać 

na sienniku leżała skulona, bez ruchu. Maryjka miała nadzieję, że Karl śpi.

Z tą właśnie częścią jej osobowości nie powinien mieć nic wspólnego.

Wyczuwała   pod   palcami   cienką   skórę   Kari.   Chora   leżała   na   boku,   plecami 

zwrócona ku ścianie. Maryjka pochyliła się nad nią, siedziała niewygodnie, próbowała 

jednak zapomnieć o tym i koncentrować się na tajemniczym cieple.

Nie mogła go w sobie odnaleźć.

Tliło   się   gdzieś   w   głębi.   Jakby   się   z   nią   drażniło,   spływało   delikatnymi 

strumykami do palców, natychmiast jednak cofało się i znowu musiała długo szukać.

Ole zmienił pozycję, ale o nic nie pytał.

Ręce Maryjki błądziły po ciele chorej.

Skóra Kari nie była ciepła, nie była też zimna. Lekko wilgotna, jak wewnętrzna 

strona   nerwowych   dłoni.   Maryjka   wyczuwała   nierówności,   małe   grudki,   jakieś   zgru-

bienia.  Zdziwiło  ją to. Kari nigdy nie mówiła,  że była  chora na ospę ani  że została 

zraniona. A jednak duże płaszczyzny skóry na biodrach i brzuchu były dziwnie nierówne, 

jakby pokryte bliznami.

- Nie pytaj, Maryjko. Ona ci pewnie sama o tym opowie - rzekł Ole.

Właśnie w tym momencie Kari poruszyła się, odsunęła się jeszcze kawałeczek od 

ściany, ku dwojgu ludziom siedzącym na jej łóżku. Kręciła niespokojnie głową w jedną i 

w drugą stronę. Wargi napinały się, Ole i Maryjka czekali z przerażeniem, czy znowu 

.nie zacznie krzyczeć.

Ale oto chora otworzyła oczy i mimo panującego w izbie półmroku zobaczyli w 

nich refleksy światła.

- Czy mogę dostać wody?

Maryjka   podskoczyła,   bez   tchu   wyszeptała   jakąś   odpowiedź,   pospiesznie 

przyniosła kubek wody, której nabrała wprost z beczki przy drzwiach.

Kari piła. Ole ją podtrzymywał.

Odetchnęła z przyjemnością.

- Dziękuję. Czuję się lepiej...

- Maryjka jest tutaj, moja kochana! Maryjka ma dla nas niespodziankę, dowiesz 

się, jak będziesz trochę silniejsza. Śpij, Kari, zbieraj siły.  Teraz już wszystko będzie 

background image

dobrze!

Wyglądało   na   to,   że   go   posłuchała.   Maryjka   też   wkrótce   wróciła   na   swoje 

posłanie, uspokojona, że Kari wygląda na zdrowszą. Jutro będzie miała lepszy dzień. 

Jutro wszyscy będą mieli lepszy dzień.

Kari przywitała się z Karlem, została umyta i uczesana. Siedziała teraz w łóżku, 

jej twarz zaczynała odzyskiwać kolory. Wracała do życia niewiarygodnie szybko, jeszcze 

tego samego przedpołudnia przekomarzała się z zakochanymi. Maryjka uśmiechała się i 

potrząsała   głową,   Karl   był   zakłopotany   śmiałymi   aluzjami   starej   kobiety.   Zrozumiał 

jednak natychmiast, że to bardzo pogodna i prosta dusza. Gdy patrzył na żartującą, trudno 

mu było uwierzyć, że to ta sama staruszka, która wczoraj była bliska śmierci. To musi 

być   wyjątkowa   kobieta!   Szczerze   mówiąc,   wiele   w   jej   postaci   i   zachowaniu 

przypominało mu Maryjkę. Wydawało mu się nawet czymś nienaturalnym, że to spo-

kojna, pospolita Gjertrud jest matką jego pięknej narzeczonej. Zapominał się nawet i 

myślał o Kari jako o swojej przyszłej teściowej. Ale oczywiście Kari była na to za stara. 

Jeśli chodzi o wiek, to Maryjka mogła być jej wnuczką, a nawet prawnuczką.

- Więc chcecie się pobrać! I to w takim pośpiechu? Tak, tak, rozumiem, niełatwo 

jest   czekać   do   jesieni,   jeśli   człowiek   nie   może   się   powstrzymać,   by   nie   spróbować 

owoców.

To onieśmielało Karla.

Maryjka śmiała się.

Z  ulgą  przyjęła   to, że  Kari  nie  zagłębia  się  za  bardzo  w  ich  sprawy,   jak  się 

obawiała. Wyglądało na to, że staruszka nie ma żadnych trosk.

Z   pewnością   uwierzyła,   że   Maryjka   porzuciła   myśli   o   zemście   i   krwi, 

zrezygnowała   z   dochodzenia   sprawiedliwości.   Myślała   pewnie,   że   w   gorącym   sercu 

młodej dziewczyny nie ma miejsca i na to, i na wielką miłość.

Maryjka odetchnęła, cieszyła się, że nie musi niczego wyjaśniać.

Ale kiedy Karl poszedł z Olem zastawić sieci na ryby, Kari wysłała dyskretnie 

Gjertrud, by poszukała ziół, które, jak sądziła, powiesiła gdzieś na strychu albo może 

umieściła na jakiejś półce...

Potem skinieniem dłoni przywołała do siebie Maryjkę.

Uściskała ją długo i serdecznie.

background image

W jej starym ciele było jeszcze nadspodziewanie dużo siły.

- Maryjko kochana, wplątałaś się w jakieś kłopoty, prawda?

Słowa uwięzły Maryjce w gardle.

- Przecież wszystkiego się domyślam, moje dziecko. Chyba wiem, co się w tobie 

dzieje.   I   zimno   mi   się   robi   ze   strachu   na   myśl,   co   musiałaś   przeżyć   w   ciągu   tych 

miesięcy, moje dziecko. Wiem, że nie było ci lekko.

- Nie, lekko mi nie było. Ale też nie tak strasznie ciężko!

- Jesteś w nim zakochana?

Kari   tak   nagle   zmieniła   temat,   że   Maryjka   znowu   nie   była   w   stanie   znaleźć 

odpowiedzi. Postanowiła być z nią szczera.

- Tak. To znaczy, on mnie obchodzi... potrzebuję go.

- Potrzebujesz go. Tak, tak, to bardzo częsty początek małżeństwa, moje dziecko. 

Ale...

- On jest spokojny, sympatyczny, pracowity, czu...

- Z pewnością  będzie  dobrym  ojcem!  Kari uśmiechała  się porozumiewawczo. 

Maryjka patrzyła zdumiona.

- Skąd możesz wiedzieć... przecież on sam nie wie... Kari uśmiechała się coraz 

szerzej, w jej oczach płonęła radość.

- Kiedy dwoje młodych  tak się śpieszy ze ślubem jak wy... to nie trzeba być 

specjalnie przenikliwym, by domyślać się powodów. Nie jesteś pierwsza, moja Maryjko. 

Kiedy spodziewasz się porodu?

Maryjka liczyła gorączkowo.

Zostało poczęte w marcu, ale ani Kari, ani Karl, ani nikt inny nie musi przecież 

tego wiedzieć.

- Gdzieś koło Bożego Narodzenia, tak myślę...

- No to rzeczywiście czas nagli. Ale to nic, dobrze jest jak jest... Muszę cię tylko 

zapytać Maryjko. Jesteś pewna, że tego chcesz?

- Czy chcę? Przecież jestem w ciąży! Kari westchnęła ciężko.

-   Tak,   tak,   ale   istnieją   różne   wyjścia.   Wcale   nie   musisz   wychodzić   za   mąż. 

Pomyśl, że to będą więzy na całe życie! Nie ma pewności, że trudniej by ci było żyć 

samej z dzieckiem... Inne przed tobą dawały sobie radę!

background image

- Ale nie tutaj, w tej parafii! Księża...

- Ja znam naszego pastora. A proboszcz nie musi o wszystkim wiedzieć. Myślę, 

że ma inne zmartwienia, niż jeździć po krańcach parafii i liczyć dzieciaki!

Maryjka   nie   mogła   jej   powiedzieć,   że   Revelin   przyjąłby   taką   możliwość   z 

największym zachwytem.

Dałaby mu w ten sposób wszystko, czego potrzebuje, Wypędziłby ją z parafii i 

zamknął w kryminale. Może na całe życie. Tak właśnie postąpił przecież z jej matką.

Z mężatką jednak nie będzie mógł sobie tak poczynać, Revelin nie odważy się 

potraktować   jej   inaczej   niż   inne   panny   młode,   które   urodziły   dziecko   trochę   „za 

wcześnie”...

Maryjka uznała, że lepiej pokornie spuścić oczy.

- Chcę wyjść za mąż - powiedziała cicho.

I  wtedy  usłyszały,   że  wraca  Gjertrud  obładowana   woreczkami   i  garnuszkami, 

które znalazła na dobrze zaopatrzonych półkach Kari.

Tego dnia nie miały już okazji, żeby porozmawiać w cztery oczy. Następnego też 

nie. Karl i Maryjka musieli zacząć myśleć o powrocie. Ona wprawdzie bardzo by chciała 

zostać,   Karl   upierał   się   jednak,   że   zabierze   ją   z   powrotem   do   Lyster.   Dowodził,   że 

Solveig potrzebuje jej pomocy teraz kiedy tyle wiosennych prac w polu. A Kari przecież 

bardzo się poprawiło.

Rzeczywiście, Maryjka musiała to przyznać. Miał rację pod każdym względem, a 

ona   nie   zamierzała   lekceważyć   jego   zdania.   Gjertrud   też   wspomniała,   że   chętnie 

obejrzałaby Lyster.  Chciała pojechać z Maryjka, pomóc  jej urządzać chatę w małym 

gospodarstwie, które Karl wydzierżawił.

- Poza tym  jestem ciekawa. Bardzo bym  chciała zobaczyć  miejsce, w którym 

twoja matka przyszła na świat...

Maryjka bez przekonania kiwała głową.

- Gjertrud, wiesz, co ja myślę  - wtrąciła się Kari. - Najlepiej będzie, jeśli do 

Lyster pojedziesz ty z Karlem i zabierzecie ze sobą to.

Wyciągnęła w stronę Gjertrud jakieś zawiniątko. Coś w nim zachrzęściło cicho 

jak pocierające o siebie kawałki metalu. Gjertrud nie rozwinęła gałganków.

- To mój dar dla młodej pary, nie mam nic więcej wartościowego. Z pewnością 

background image

dostaniesz za to we wsi kilka talarów, tam nie brak o tej porze roku handlarzy. Kupisz 

wszystko,   co   potrzebne   młodej   gospodyni,   i   urządzisz   dom   najlepiej,   jak   potrafisz. 

Tymczasem ona zostanie ze mną! Ślub odbędzie się za trzy tygodnie, wtedy wrócisz do 

domu!

Karla   nie   bardzo   cieszyła   myśl,   że   będzie   musiał   przeżyć   bez   Maryjki   trzy 

tygodnie, skoro jednak stara kobieta tak zdecydowała, zgodził się bez protestu. No i dar, 

cokolwiek to było, na pewno się przyda. Młoda para, która zaczyna od uprawiania ugoru, 

będzie musiała przez pierwsze lata ciężko pracować i nie dojadać.

Gjertrud popłynęła do Lyster razem z chłopcem, przekonanym, iż to ona będzie 

jego prawdziwą teściową. Podniecenie zaróżowiło jej policzki, wyglądała o dziesięć lat 

młodziej. Ta kobieta przeżyła niemało, nie skarżyła się jednak na swój los. Wcześnie 

doświadczyła, że jedzenie i dach nad głową, ubranie i spokój ducha to nie są rzeczy, 

które dostaje się za darmo. A ona miała to wszystko i na dodatek wspaniałych przyjaciół. 

I teraz po raz pierwszy w życiu będzie też mieć prawdziwą rodzinę. Od tej chwili świat 

musi wierzyć, że Maryjka jest jej córką. Kari ma znajomych, którzy wszystko załatwią, 

dokumenty i w ogóle. Pastor nie może żywić najmniejszych wątpliwości, kiedy Maryjka i 

Karl staną przed ołtarzem, prosząc o błogosławieństwo.

Poczuła lekkie ukłucie w sercu na myśl o tym, że być może pewnego dnia tamta 

Maria dowie się o wszystkim. Otrząsnęła się jednak szybko. Minęło tyle czasu. Gjertrud 

przestała już mieć nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek zobaczy Randara i Marię. Trwali 

teraz gdzieś w głębi jej serca niczym blade wspomnienie dawnego snu. Lata rozmyły ich 

rysy, ukoiły żal i tęsknotę.

Gjertrud uśmiechała się do młodego mężczyzny przed sobą, widziała, jak bardzo 

się stara i z jakim zapałem macha wiosłami. Opowiadał jej o mijanych po drodze dwo-

rach i górach, przypominał różne wydarzenia z okolicy, którą powoli mijali.

Gjertrud mocno trzymała swój koszyk, w którym wiozła jedzenie i prezenty dla 

jego rodziców oraz swoje ubrania. Było tam mydło, igły i nici, parę kawałków materiału, 

z   którego   zamierzała   uszyć   pościel   dla   nowożeńców.   Czasu   miała   niewiele.   Wesele 

zwykle   przygotowuje   się   przez   co   najmniej   pól   roku.   Jej   zostały   tylko   trzy   krótkie 

tygodnie!

Miło będzie poznać nowych ludzi. Gjertrud otarła pot z czoła, poprawiła włosy, 

background image

wygładziła   spódnicę,   najlepszą   jaką   miała.   Wtedy   poczuła   zawiniątko   ukryte   w 

wewnętrznej kieszeni.

Dar Kari.

Szczerze   mówiąc,   w   całym   zamieszaniu   przed   nieoczekiwanym   wyjazdem 

zupełnie o tym zapomniała.

Wyjęła teraz zawiniątko i podała je młodemu człowiekowi.

-   Otwórz,   to   przecież   dla   was.   Chociaż   Kari   prosiła   mnie,   żebym   zadbała   o 

urządzenie domu i w ogóle...

- Chciała zapewnić przyszłość swojej ulubienicy, jak widzę! Myśli pewno, że nie 

mam za co kupić ani łyżki, ani miski.

- No, no, nie czuj się urażony, to przecież normalne, żeby dziewczyna dostała 

posag, prawda? A ja sama nie mam prawie nic, co mogłabym jej dać...

- To bez  znaczenia.  Nawet  się z tego  cieszę.  Cieszę się,  że Maryjka  nie jest 

przyzwyczajona do luksusów.

I nie kochałbym jej mniej, gdyby przyszła do mnie w jednej podartej spódnicy, 

matko! Najważniejsze, że zostanie moją żoną...

To   nieoczekiwane   szczere   wyznanie   miłości   wzruszyło   Gjertrud.   Rozsupłała 

palcami gałganek i dotknęła starej, zniszczonej ozdoby. Był to długi kawałek łańcuszka z 

przyczepionymi jakimiś figurkami. Pokrywała go warstwa szarozielonej śniedzi, ale tu i 

ówdzie  lśnił niczym  złoto.  Gdyby  okazało  się,  że naprawdę jest wykonany  ze złota, 

mogliby za niego dostać niewiarygodną sumę pieniędzy! A nawet gdyby to był tylko 

mosiądz, także można by kupić i tkaniny, i skóry, garnki i narzędzia. Gjertrud odczuła 

dziwne podniecenie. Toż to przecież taka sama ozdoba jak ta, którą Maria nosiła na szyi! 

A teraz Maryjka...

Ale nie miała czasu się nad tym zastanawiać.

Wsunęła paczuszkę z powrotem do kieszeni.

Maryjka trochę się bała zostać sama w domu z dwojgiem starych ludzi, wciąż 

jeszcze niepokoiła się, że Kari rozumie więcej, niż chce okazać. Zarazem jednak miło 

było   spędzać   dni   na   szczerych   rozmowach,   przeszukiwać   półki,   na   których   Kari 

przechowywała zioła, a wieczorami słuchać niezwykłych opowieści Olego.

Było   dużo   śmiechu,   cenili   każdą   chwilę   tych   miłych   godzin.   Ole   znowu   się 

background image

wyprostował, nie kulał też tak wyraźnie. Trzeciego dnia Kari wstała z łóżka i z zapałem 

towarzyszyła Maryjce na dwór, żeby zobaczyć, co się jeszcze da zrobić z zapomnianym 

tej wiosny ogrodem.

Ani jeden kawałek ziemi, ani jedna grządka nie została skopana, a tu już szybkimi 

krokami zbliżał się maj.

Większość ludzi od dawna wszystko ziarno miała w ziemi, w każdym razie na 

nasłonecznionych  zboczach od strony fiordu. Olemu też pozostało niewiele czasu, by 

zadbać o małe sadzonki, które powinny wyrosnąć na duże, soczyste kapusty i cebule.

Jeśli Bóg zechce.

Maryjka   wchłaniała   słowa   Kari,   starała   się   je   zapamiętać,   zgromadzić   jak 

najwięcej wiedzy. To wszystko było takie podniecające. Podniecające i pożyteczne, a 

także niezwykle ważne. Kari opowiadała proste historie, nie używała żadnych trudnych 

słów, a nazwy roślin w większości wymyśliła sama. Niektóre z nich brzmiały, zdaniem 

Maryjki, dziwnie obco.

Zapytała o nie.

Kari odstawiła na bok lekką motykę, za pomocą której starała się odgarnąć ziemię 

z jakichś korzeni.

- Wiesz, że ja zwiedziłam szmat świata. Ale podobnie jak większość ludzi mam 

swoje tajemnice, których ujawnienie nikomu się na nic nie zda. Nie pytaj mnie zbyt 

wiele, Maryjko, skąd i dlaczego różne rzeczy wiem. Jeśli nie będziesz pytać, łatwiej mi 

będzie kiedyś o tym opowiedzieć.

Maryjka obiecała.

Jeszcze tego samego wieczoru Kari zaczęła mówić. Siedziały przy dużym stole 

nad   rozłożonymi   sztukami   materiału   przeznaczonego   na   poszwy   i   poszewki.   Ole 

naprawiał drewniane grabie. Maryjka zebrała wiórki, dzięki nim łatwiej rozpalić ogień.

- Odeszłam od Ludu, kiedy miałam prawie trzydzieści lat - powiedziała Kari.

Ole i Maryjka zamarli w bezruchu, spoglądali na nią zaskoczeni. Kari mówiła 

cicho, lecz głos brzmiał pewnie i zdawało się, że słów, które wypowiada, używała już 

setki razy.

-   Nie   wiedziałam,   dokąd   iść,   ale   wciąż   miałam   w   głowie   marzenie   Karji.   I 

pamiętałam wysokie góry oraz wąskie doliny. Miałam nadzieję, że odnajdę jakieś wspo-

background image

mnienia. Nie oczekiwałam, że uda mi się znaleźć matkę. Istniał chyba jakiś powód tego, 

że zostałam znaleziona sama w górach. Ale myślałam, że jakiś wuj, kuzynowie, może 

nawet rodzeństwo... Im dłużej podróżowałam, tym silniejsza stawała się moja nadzieja. 

Wracałam do domu.

Umilkła na chwilę.

- Muszę wam chyba opowiedzieć najpierw trochę o życiu wśród Ludu - rzekła 

zamyślona.

Teraz jednak słowa padały jakby niechętnie, głos nie brzmiał już tak czysto.

Ole   i   Maryjka   słuchali,   nie   mieli   odwagi   przerwać,   bali   się   nawet   skrzywić, 

spojrzeć nie tak jak trzeba, by jej nie spłoszyć. Odmalowywała przed ich oczyma życie, 

od którego włos się jeżył  na głowie. Teraz rozumieli, skąd się brał jej nieprzytomny 

krzyk.

Był to krzyk utraconego dzieciństwa.

Krzyk kobiety, która nigdy nie poczuje ruchów dziecka.

Maryjka płakała cicho nad losem Kari. I może również trochę nad własnym, bo 

ona także została pozbawiona rodziców, ona również tęskniła za więzami krwi.

Ole doświadczył tego samego, ale on tak bardzo nie cierpiał. Nie nosił w sobie 

wiecznej tęsknoty kobiet do ziemi, do urodzajnej, bezpiecznej ziemi.

Kari opowiadała o dziecku, które nazwano Karja - nin. Opowiadała o dorastaniu, 

o cierpieniach młodej dziewczyny, która zawsze była sama, do nikogo nie przynależna.

Mówiła   im   trochę   o   historii   Ludu,   o   tej   bardzo   surowej,   a   mimo   to   bardzo 

opiekuńczej społeczności, która chroniła wszystko co własne, a granice, którymi odgra-

dzała się od obcych, były trwałe i niebezpiecznie je przekraczać. Opowiedziała o mądrej 

Inie tak obrazowo, że niemal ją przed sobą widzieli. Uśmiechali się od czasu do czasu, 

bowiem w historii Kari była również radość.

Kiedy jednak doszła do brutalnego napadu i czasu, który po nim nastąpił, nie było 

już   w   opowieści   miejsca   na   uśmiech.   Ze   zgrozą   uświadamiali   sobie,   jakie   straszne 

cierpienia potrafi człowiek znieść, a mimo to zachować współczucie dla innych. Podziw, 

jaki żywili dla Kari, nabrał teraz nowego wymiaru.

- No i w końcu znalazłam się w czarnej łodzi, w drodze do miejsca, w którym, jak 

sądziłam, mogły się znajdować moje korzenie. Nigdy nie przypuszczałam, że ten ponury 

background image

włóczęga, właściciel łodzi, może się stać szczęściem mego życia... To musiało być jakieś 

czterdzieści lat temu, prawda, Ole?

- Tak, upłynęło od tamtej pory życie całego pokolenia. Muszę przyznać, że nie 

pamiętam wszystkiego zbyt dobrze...

- A ja pamiętam. Wędrowałam na własnych nogach ponad rok. Robiło się coraz 

zimniej, ale Karja opowiadała, że tak właśnie będzie. Dotarłam do morza i znalazłam 

statek,   którego   kapitan   zgodził   się   wziąć   mnie   na   pokład.   Podróż   była   straszna... 

Pracowałam przez dwadzieścia godzin na dobę dla bezustannie pijanego szypra, w końcu 

jednak mogłam postawić stopę na norweskiej ziemi. Ale to zbieg okoliczności, że akurat 

tutaj trafiłam i że ty, Ole, pomogłeś mi znaleźć miejsce do życia.

- Odszukałaś jakichś krewnych?

- Nie, jeszcze nie. Nie wiedziałam, od czego zacząć. To było dawno temu... Nikt z 

tych, którzy pamiętali mnie jako dziecko, już nie żył. Nikt, kto mógłby opowiedzieć o 

zaginionej dziewczynce. Nie wiem, gdzie mieszkali rodzice, pamiętałam tylko wysokie 

góry i fiord.

Coś   jednak   sprawiło,   że   chciałam   zostać   właśnie   tu,   coś   niezwykle   mnie 

pociągało i nakłaniało do zakończenia wędrówki. Myślę, że to ta woda, zieleniąca się 

wiosną... Maryjka odgryzła nitkę. Słuchając opowiadania Kari, wciąż szyła.

- Więc nawet nie ma pewności, że masz na imię Kari, prawda?

-   Nie   pamiętam   innego   imienia   niż   Karja   -   nin,   czyli   mała   Karja.   Tak   mnie 

nazwali, bo to przypominało imię, które dziecko powtarzało. A może dlatego, że to wła-

śnie Karja się mną zajęła...?

Maryjka westchnęła.

- To już pewnie nikogo nie odnajdziesz, niestety. Jeśli nie masz żadnej pamiątki, 

żadnego punktu zaczepienia...

- Mam coś, to znaczy miałam. Tamtego dnia Karja znalazła na mojej szyi ozdobę. 

Nosiłam   ją   zawsze,   ukrywając   starannie.   Wyobrażałam   sobie,   że   to   dziedzictwo   po 

ukochanej matce. Teraz już tego nie mam - oznajmiła. - Nigdy nie miałam córki, której 

mogłabym przekazać pamiątkę. Dla mnie zaś to już od dawna jedynie symbol smutku i 

pozbawionej sensu legendy. Ty, Maryjko, jesteś dla mnie jak córka. Ty odziedziczysz 

wszystko, co ma jakąkolwiek wartość. A tę ozdobę zabrała Gjertrud, kupi ci za nią posag.

background image

- Więc to była twoja ozdoba? W takim razie nie powinnaś...

- Oczywiście, że powinnam. W końcu na coś się to przyda. Szczerze mówiąc, 

odczuwam ulgę na myśl, że już tego nie mam. Łatwiej mi będzie zapomnieć o bez-

nadziejnych marzeniach, przestanę fantazjować na temat, kim mogłabym być...

- Mogłabyś być? Kim więcej mogłabyś być, niż właśnie sobą?

Karja uśmiechnęła się na te pełne pociechy słowa dziewczyny.  Zawierały one 

bardzo prostą prawdę.

- Czy zgodzisz się, Maryjko, bym trzymała twoje dziecko do chrztu?

Kari znowu nieoczekiwanie zmieniła temat. Taki miała zwyczaj.

Maryjka   wiedziała,   że   trzymanie   dziecka   do   chrztu   to   obowiązek   i   zaszczyt 

Gjertrud, ale odebrała jej to prawo bez najmniejszych skrupułów.

- Oczywiście, że pozwolę, Kari. On nie mógłby mieć lepszej matki chrzestnej!

- Albo ona - wtrącił Ole, szturchając Maryjkę przyjaźnie w bok.

background image

ROZDZIAŁ XII

Stary kościół w Urnes, dzień świętego Halvarda, 1704

Tak więc w obliczu Boga i ludzi jesteście prawowitym małżeństwem, macie żyć 

ze sobą nawzajem i z Panem w świętej zgodzie aż do ostatniego dnia.

- Amen - odrzekli zebrani.

Słowa krążyły pod wysokimi belkami sklepienia i nad postaciami przerażających 

demonów ustawionych wzdłuż ścian starego drewnianego kościółka. Pachniało smołą i 

wiosennym   powietrzem   oraz   tysiącami   wypalonych   w   tym   wnętrzu   świec.   Orszak 

weselny był niewielki. Oprócz narzeczonych przyszła matka panny młodej i jakaś starsza 

para, mężczyzna i kobieta, pełniący obowiązki świadków. Byli też rodzice pana młodego, 

znacznie   młodsi   od   tamtych.   I   jakiś   ciemnowłosy   mężczyzna,   prawdopodobnie   ich 

świadek. A może dzwonnik?

Pan młody osiągnął wiek dojrzały, ale narzeczona była za młoda i w stosunku do 

niej władze musiały wyrazić zgodę na małżeństwo. Pastor przyglądał się uważnie jej 

prostej niebieskiej sukience, nie znalazł żadnej wypukłości na brzuchu, ale też trudno 

byłoby cokolwiek zauważyć pod suto zmarszczonym materiałem. Twarz panny młodej 

ledwie było widać spod wielkiego haftowanego szala, który okrywał włosy, jak przystoi 

w kościele.

Młodzi mieli rozradowane twarze.

Pastor na ich widok odczuł pełne wzruszenia zadowolenie.

Pragnął jak najprędzej wrócić do swojej siedziby,  gdzie mógł  odpoczywać na 

starej kanapie, wzmocniwszy się kilkoma kroplami nalewki. Stał na czele  upadającej 

parafii. Odbywało się w niej cztery razy więcej pogrzebów niż ślubów i coraz mniej 

dzieci przynoszono przed ołtarz starego kościoła.

Pastor się jednak nie uskarżał. Najlepiej czuł się we własnym towarzystwie. W 

gruncie rzeczy ludzie mało go obchodzili.

Ze ściany za ołtarzem spoglądała na zgromadzonych maska starego boga Odyna. 

Pastor wiedział, że ona się tam znajduje, ale nie chciał jej usuwać.

Wkrótce malowidło i tak odpadnie. Pewnego dnia zniknie samo z siebie.

W końcu nadszedł czas na życzenia szczęścia i toasty, ale przed kościołem nie 

background image

witali nowożeńców muzykanci. Skromny orszak piechotą wrócił do chaty Olego i Kari. 

Tam czekał na wszystkich nakryty długi stół, ustawiony przed domem na trawniku.

Na grządkach z ziołami pojawiały się już pierwsze kwiatki. Arcydzięgiel, wrotycz 

i prawoślaz lekarski opierały się o naturalny mur z szarego kamienia. Rośliny wydzielały 

intensywny zapach. Na jednej grządce rosły pospołu przytulię i tymianek, naparstnica i 

miodunka.   Jasnozielone   listki   nagietków   wyrastały   z   wiotkich   łodyżek,   czosnek 

wystawiał z ziemi pierzaste wąsy.

Maryjka znała nazwy większości roślin, zarówno nazwy Kari, jak i te, których 

używała Gjertrud.

Na włosach pod pięknym szalem upięła wianek z tymianku, lawendy i lubczyku. 

Jej   błękitna   sukienka   miała   spore  wycięcie   pod   szyją,   co   się  Maryjce   specjalnie   nie 

podobało. Zwykle nosiła sukienki i bluzki zapięte wysoko i teraz czuła się jakby nie do 

końca ubrana. Karl już w drodze z kościoła pożądliwie zaglądał w dekolt narzeczonej, 

nie odważył się jednak jej dotknąć, zanim nie usiadła przy stole jako jego prawowita 

małżonka.   Wtedy   też   włożono   jej   na   głowę   piękny   czepek   odziedziczony   po  matce. 

Gjertrud zabrała go ze sobą, kiedy jechały do Kari.

Maryjka i Gjertrud zniknęły w chacie, a tymczasem Kari i matka Karla wyniosły z 

piwnicy   chłodne   piwo.   Na   stołach   ustawiono   też   świeżą   wodę   z   pobliskiego   źródła. 

Jedzenie było proste. Rodzice Karla przywieźli ze sobą wędzoną wieprzową szynkę i 

spory kawał baraniego udźca, co bardzo urozmaiciło weselną ucztę.

Gjertrud miała łzy w oczach, kiedy ostrym nożem musiała skrócić trochę włosy 

Maryjki,   tak   by   mieściły   się   pod   czepkiem.   Taki   był   obyczaj,   większość   nowo 

poślubionych dziewcząt go przestrzegała. Wiele dziewic zalewało się łzami, widząc, jak 

ich piękne  włosy,  panieńska duma,  spadają na podłogę. Maryjka  jednak miała  bujną 

czuprynę i nawet do twarzy jej było w nieco krótszej fryzurze. Teraz włosy sięgały jej 

ledwie do ramion.

Zebrała czarne loki z podłogi i włożyła do niedużego woreczka.

- Wplotę je w pierwszą kołdrę, jaką zrobię dla swojego męża - uśmiechnęła się.

Gjertrud przyjęła to z zadowoleniem.

-   Moja   kochana   Mała   Maryjka...   pomyśleć,   że   jesteś   mężatką.   I   wkrótce 

zostaniesz matką - dodała szeptem.

background image

- Cii! On jeszcze o niczym nie wie. Powiem mu dziś wieczorem.

- Nie zakładałabym się o to, że niczego nie odgadł. Wiesz, zrobiłaś się wyraźnie 

pełniejsza w talii...

- Ech, mam jeszcze dużo czasu...

Ale nie tak dużo, jak wam się wydaje, dodała w myśli.

Niemal zapomniała o dziecku w tych gorączkowych dniach i tygodniach. Historie 

opowiadane przez Kari, praca nad ich zapisywaniem zabierały mnóstwo czasu. Maryjka 

powypisywała   też   małe   papierowe   nalepki,   które   przykleiła   do   wszystkich   naczyń   z 

lekarstwami Kari. Te naczynka były zrobione z drzewa lub ze starannie ukształtowanej, 

mocno wysuszonej skóry. Miały drewniane pokrywki albo zakrywało się je po prostu 

szmatką mocno obwiązaną sznurkiem.

- Musimy wracać do tamtych. Pamiętaj, by najpierw częstować wszystkim ojca 

Karla!

- Skąd oni biorą te wszystkie reguły?

Maryjka była przejęta, wiedziała jednak, że jej ślub jest niemal całkiem odarty z 

wszelkich   tradycyjnych   wspaniałości,   więc   chętnie   stosowała   się   do   zasad,  które   nie 

wymagają   głębokich   posażnych   skrzyń   ani   w   ogóle   bogactwa.   Przypomniała   sobie 

wesele Sunnivy i Bjornara i uświadomiła sobie nagle, że bardzo tęskni za siostrą. Musi 

pamiętać, by się za nią dzisiejszego wieczora pomodlić, prosić Boga, by ją znowu jak 

najprędzej pobłogosławił, dał jej dziecko mające siły do życia.

Kiedy wyszła na słońce bez szala, majowy dzień nie wydawał się już taki ciepły. 

Towarzystwo czekało przy stole.

Pan młody wstał, gdy młoda żona ukazała się w drzwiach chaty.

Wszyscy uśmiechali się i z uznaniem kiwali głowami, patrząc na piękną, młodą 

dziewczynę, która po raz pierwszy włożyła czepek mężatki.

Wyglądała w nim jeszcze młodziej!

Karl wyszedł jej na spotkanie, podał jej rękę.

Nagle Kari jęknęła, jakby ją coś zabolało.

Zaczęła   kaszleć,   krztusiła   się,   rozpryskując   na   wszystkie   strony   wodę,   której 

właśnie nabrała do ust. Przestraszony Ole zaczął ją stukać w plecy.

Kari opanowała się jednak szybko, ale twarz miała wciąż trupiobladą. Zebrani 

background image

przestali się interesować młodą parą, zresztą Maryjka natychmiast znalazła się u boku 

staruszki.

Zatroskana ściskała jej ręce, głaskała ramiona.

- Kari, co ci jest? Czy jesteś chora?

- N - nie... nie, nie chora... nic, nic mi nie jest. Maryjka widziała jednak, że oczy 

tamtej nadal są zmienione, że ich dziwny blask, który tak strasznie przeraził Olego, nie 

gaśnie. Kari sprawiała wrażenie zakłopotanej, trochę oszołomionej. Odsunęła wszystkich 

od siebie i poprosiła Karla, by jak najszybciej poprowadził młodą żonę do stołu, trzeba 

wznieść toast za ich zdrowie i powodzenie oraz za zgodę w rodzinie.

Tak się też stało.

Ale w czasie posiłku Maryjka wielokrotnie czuła na sobie spojrzenie Kari. Kiedy 

kierowała na nią wzrok, stara uśmiechała się przyjaźnie, już uspokojona, ale nadal coś 

dziwnego płonęło w jej oczach i sprawiało, że Maryjka nie mogła odzyskać równowagi.

Kari była jak odmieniona.

Jedli   mięso   i   pili   piwo,   próbowali   ryb   Olego.   Nieduża   osełka   masła   została 

równiutko  rozsmarowana  na  cienkich  kromkach  chleba.  Gjertrud wyniosła  z piwnicy 

swoje specjalne pszenne ciasta  z orzechami, a Kari częstowała  naparem z rumianku, 

tymianku, słodkiej żywicy i arcydzięgla, osłodzonym pachnącym miodem.

Mężczyźni woleli jednak coś mocniejszego.

Oczy Karla stawały się zuchwałe,  nie spuszczał  wzroku z głębokiego  dekoltu 

Maryjki  i zaczepiał  ją coraz śmielej. Wódka i jedzenie oraz ciepłe  promienie  słońca 

sprawiały, że wszyscy byli radośni i zadowoleni. Jakiś motyl przeleciał ponad stołem, 

musnął   włosy   Kari   i   poleciał   dalej   nad   grządki   porośnięte   kępkami   młodej   trybuły. 

Maryjka wiedziała, że w księżycowe noce te roślinki błyszczą niczym gwiezdny pył.

Głowę   miała   ciężką   od   mocnego   alkoholu,   czuła   się   przyjemnie   rozluźniona. 

Wkrótce Ole wstanie i wypowie ostatnie błogosławieństwa nad głowami młodej pary. 

Nie będzie tańców ani zabawy, żadnego hucznego odprowadzania panny młodej do łoża. 

Musieli przed nocą wrócić do Lyster. Łodzie czekały już gotowe.

- Nie możesz odjechać, dopóki cię o coś nie zapytam - rzekła Kari cicho, gdy 

Maryjka ujęła ją pod ramię, by pomóc jej wejść do chaty. Dziewczyna przestraszyła się, 

coś się w niej burzyło, nie chciała widzieć, że Kari znowu robi się blada, nie, nie dzisiaj! 

background image

Nie w dniu ślubu, kiedy Maryjka musi od niej odjechać!

-  O  co   chodzi,   Kari?  Czy ty  się  dzisiaj  gorzej   czujesz?  Może  nie   powinnam 

jechać...

-   Oczywiście,   że   powinnaś,   moje   dziecko.   Karl   przecież   na   ciebie   czeka.   To 

najważniejsza chwila w jego życiu, dzisiejszego wieczora poprowadzi cię po raz pierw-

szy do łoża, które sam dla was zrobił. A poza tym... ja nie jestem chora. Chodzi o to, że 

myślałam... myślałam, że Gjertrud sprzedała ozdobę. Że właśnie za te pieniądze kupiła ci 

wyprawę...

- Ozdobę?

- Tak, ozdobę, o której ci mówiłam, tę, którą dałam Gjertrud. Ale widzę, że nosisz 

ją na szyi! Dziecko kochane, nie bardzo mi się to podoba...

- Ależ to nie jest twoja ozdoba! Ona jest moja! Odziedziczyłam  ją po swojej 

mamie! Miałam ją przez całe życie, tata ją zreperował, dołożył ogniwek i...

Maryjka mówiła pospiesznie i dopiero teraz, gdy słyszała własne słowa, docierało 

do niej znaczenie tego wszystkiego. Zbladła co najmniej tak samo jak Kari. Oparła się o 

krawędź zimnego pieca. Umilkła.

- Co ty mówisz? - wykrztusiła Kari z trudem. Zatoczyła się lekko, szybko jednak 

odzyskała równowagę. Oczy obu kobiet spotkały się nad zimnym sagankiem z resztkami 

weselnego rosołu.

- Ta sama ozdoba... twoja matka... moja matka... Palce Maryjki ujęły ciepły metal. 

Poprzedniego   dnia   wyczyściła   i   wypolerowała   wszystko,   łańcuszek   z   dziwnymi 

figurkami i pozostałe, dołączone przez Randara ogniwka, dzięki którym łańcuszek był 

dostatecznie długi, by mogła go zapiąć na szyi. Pusta mała półkula wyglądała niczym 

dzwoneczek pozbawiony serca.

Maryjka odpięła zameczek. Ozdoba spoczywała ciężko w jej dłoni. Ostatnio nie 

nosiła jej zbyt często, zwłaszcza od czasu, gdy metal przymarzł jej do skóry podczas 

długiej wędrówki przez zamarznięty fiord.

- Miałam to zawsze - wyszeptała.

Oczy Kari błagały, by mówiła dalej. Ożywione głosy na zewnątrz przestały do 

nich docierać.

- To należało do mojej matki. To jedna z tych niewielu rzeczy, jakie zdołała stąd 

background image

zabrać, kiedy Revelin ją wypędził. Gjertrud pozwoliła mi to nosić od czasu, kiedy byłam 

całkiem mała. Zawsze to miałam na szyi. Gjertrud mówiła, że to mi będzie przypominać 

mamę...

- Czyli Gjertrud wie, skąd to pochodzi? - Kari sprawiała wrażenie, jakby w każdej 

chwili miała zemdleć. Maryjka potrząsnęła głową.

- Sądzę, że nie. Nigdy nic nie mówiła. Myślę, że mama dostała to od Mogensa 

albo może od swojej matki Liv...

Kari z wysiłkiem wciągała powietrze. Maryjka spoglądała na nią przestraszona. O 

co tu chodzi? Twarz Kari była taka blada, zapadnięta. Maryjka kuliła się ze strachu.

- Może my mimo wszystko jesteśmy tej samej krwi, Maryjko, moja kochana... - 

jęknęła stara. - Czuję, że coś łączy nas obie bardzo mocno. I jakie to dziwne, że w tej 

samej chwili, kiedy oddałam ostatnią rzecz łączącą mnie z przeszłością, druga jej część 

wróciła do mnie w ten sposób. Szkoda, że prosiłam Gjertrud, żeby sprzedała... Przecież 

można by połączyć znowu ogniwka...

Maryjka zamknęła oczy.

Ozdoba pewnie wciąż jeszcze znajduje się we wsi.

Musi poprosić Gjertrud, by spróbowała ją odkupić, niezależnie od tego, ile to 

będzie kosztowało. Musi się znaleźć jakaś rada, muszą być pieniądze! Lekko dotknęła 

ramienia Kari.

- Teraz wiemy trochę więcej, Kari. A moja mama przecież nie umarła. Nie wiem, 

czy to możliwe, ale pewnego dnia znajdziemy jakiś sposób, żeby nawiązać z nią kontakt. 

Może ona nam wyjaśni, ona z pewnością zna odpowiedź.

- Odpowiedź... - powtórzyła Kari niczym echo. Stara kobieta wyglądała na bardzo 

zmęczoną. Maryjka pomogła jej położyć się do łóżka.

- Pamiętaj o tym, Kari, pewnego dnia otrzymamy odpowiedź. To nie musi trwać 

długo. Wystarczy, żebyś...

Umilkła, strasznie trudno było błagać starą, by pozostała przy życiu.

-   Zobaczymy   się   na   świętego   Jana,   Kari,   wtedy   twoje   zioła   i   smarowidła,   o 

których mówiłaś, będą gotowe...

Kari poklepała ją po policzku, jakby Maryjka była małym dzieckiem, któremu 

obiecano słodycze.

background image

- Wszystko zrobię, dziecinko. Mam teraz tyle do przemyślenia...

Maryjka  nie zamknęła  za sobą drzwi, by leżąca  w łóżku Kari mogła  widzieć 

światło i czuć zapachy kwiatów oraz lasu.

Ole przeniósł  wszystkie  rzeczy do łodzi.  Gjertrud  też miała  z nimi  popłynąć. 

Obiecała, że pójdzie do Nes i sprowadzi krowę, którą Karl kupił. Nowożeńcy będą mogli 

swój pierwszy wieczór spędzić w spokoju.

Orszak weselny dwiema łodziami wyruszył z Urnes i kierował się do Lyster bez 

wielkiej   parady.   Maryjce   było   trochę   przykro,   że   nie   siedzi   na   wysoko   ułożonych 

pięknych poduszkach ze ślubną koroną na głowie, otoczona muzykantami i w ogóle... 

Wiedziała   jednak,   że   jest   ubogą   dziewczyną.   Karl   też   jest   tylko   synem   komornika, 

chociaż dwaj jego wujowie posiadają ziemię.

Podróż dobiegła kresu, wszyscy się żegnali, Ole długo obejmował Maryjkę.

W końcu wszystko minęło, choć dzień miał jeszcze trwać długo.

- Chodź, pokażę ci nasz dom - rzekł Karl, bardzo przejęty powagą chwili.

Przed wejściem leżały świeże gałązki jałowca.

Maryjka uznała, że domek jest bardzo ładny. Tylko maleńki... W porównaniu z 

nim nawet chata Olego i Kari wydawała się przestronna.

Dom miał jedną izbę. Nawet nie przedzieloną na dwoje żadną zasłoną.

Wzdłuż jednej ściany stała ława. Przy niej stół. W rogu znajdowała się stara szafa, 

w kącie przy drzwiach zaś świeżo wymurowany piec z rurą odprowadzającą dym do 

komina. Karl z dumą pokazywał żonie metalowe urządzenie, za pomocą którego można 

regulować ciąg w piecu. Na kuchennej płycie stały dwa pięknie wyszorowane piaskiem 

żelazne saganki, jeden większy, drugi mniejszy. Na ścianie wisiały białe warząchwie i 

chochle oraz dwie mniejsze łyżki. Nie miały zbyt wyszukanych ozdób, ale wystarczą i 

takie. Karl był dumny niczym kogut, bo wiele rzeczy zrobił i przygotował sam.

- Jak ci się podoba łóżko? - dopytywał  się, prowadząc ją przez małą izbę ku 

szerokiemu posłaniu.

Maryjka zwróciła uwagę na szpary pomiędzy balami tuż nad łóżkiem. Uff, zimą 

będzie tu okropnie wiać! Musiała jednak przyznać, że łoże prezentuje się wspaniale. 

Zostało zrobione z szerokich sosnowych desek, miało siennik wypełniony świeżą słomą. 

Posłanie wyglądało na miękkie, uginało się pod jej dłonią, wiedziała jednak, że wkrótce 

background image

stanie się twarde i niewygodne.

Karl ozdobił  deski oparcia  rozpalonym  żelazem.  Niewielkie  wzorki złożone  z 

kropek i nierównych kresek. Maryjka musiała przypomnieć sobie piękne rzeźby Randara, 

uśmiechała się jednak i chwaliła pracę męża, jak tylko mogła.

- Trafił mi się bardzo zdolny mężczyzna - powiedziała, całując go w policzek.

On   nie   puszczał   jej,   nie   chciał,   żeby   odeszła.   Maryjka   czuła,   jak   bardzo   jest 

podniecony, ale ze śmiechem wymknęła mu się z objęć. Wyglądał na zakłopotanego, 

chyba było mu przykro.

- Będziemy  mieli  na to dość czasu, mój  kochany.  Całą noc! Najpierw  muszę 

obejrzeć resztę gospodarstwa.

Karl zapomniał o rozczarowaniu, z wielkim zapałem pokazywał jej obejście.

Weszli do niskiej obórki. Wciąż jeszcze była pusta, ale Karl przygotował miejsce 

dla krowy. W małej zagrodzie w głębi mogli trzymać parę kur. Owce i kozy również 

miały wydzielone dla siebie pomieszczenie na lewo od wejścia. Ulokuje się tam osiem do 

dziesięciu zwierząt. Była jeszcze w kącie wygrodzona stajenka dla barana.

Na niskim strychu nad obórką można składać siano.

Pod   dachem   znajdowały   się   też   beczki   na   wodę   i   miejsce,   w   którym   można 

przechowywać liście suszone na paszę. Zdaniem Maryjki wszystko było bardzo małe. 

Nigdy nie zmieści się tu więcej paszy niż dla dwóch, trzech owiec. A gdzie ulokować 

zapasy dla krowy? Przypominała sobie przestronny strych w Meisterplassen i wysokie 

stosy suszonych liści, w których jako dziecko tak lubiła się bawić w chowanego. Każdej 

jesieni zbierano ich mnóstwo, ale zanim słabe źdźbła trawy zdołały się wiosną znowu 

wychylić z ziemi, zwykle zwierzęta zdążyły zjeść wszystko.

Nieśmiało próbowała podzielić się tymi zmartwieniami z Karlem, ale on poklepał 

ją tylko po plecach i zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Zwierzęta są przyzwyczajone, 

że w zimie nie dostają zbyt wiele jedzenia. Zresztą nie muszą ich też trzymać dużo. Karl 

zamierzał kupić sześć owiec, wuj mu je obiecał. Zapłaci się wełną i dodatkową pracą w 

gospodarstwie wuja.

Teraz pokazywał jej resztę posiadłości. Nie trzeba było wiele czasu, by okrążyć 

pola i zagrodę. Maryjka niepokoiła się, że również poletka są małe i zaniedbane. Karl 

jednak   wymachiwał   rękami,   czuł   się   gospodarzem,   jakby   posiadał   na   własność   te 

background image

zarośnięte chwastami działki.

- Boisz się, Maryjko, czy starczy nam paszy? A czy nie widzisz, jaka piękna trawa 

tutaj rośnie, chociaż nikt tego nie uprawiał od czterech lat? Wystarczy dla owiec i dla 

krowy, i jeszcze zostanie. Jeśli się tylko postaramy w czasie sianokosów i szczęście nam 

dopisze   we   żniwa,   to   możemy   bez   lęku   oczekiwać   następnej   zimy.   Krowę   musimy 

przecież mieć, prawda? Tak byś mogła ubijać masło i sprzedawać sery właścicielowi 

naszej  ziemi.  Zapłaci  nawet  więcej  niż  innym,  kiedy ty sama  pójdziesz  do niego ze 

smakołykami, ty, najładniejsza ze wszystkich gospodyń w okolicy!

Ujął ją wpół i zakręcił w kółko, Maryjka bała się jego gwałtownych pieszczot, 

trzymała się za brzuch i krzyczała na niego półżartem.

Karl   pokazał   jej   też   zagajnik,   który   należał   do   gospodarstwa.   Mieli   prawo 

wycinać tam drzewo na własny użytek. Poprowadził ją granicznymi  ścieżkami aż do 

źródła, skąd mogli czerpać wodę. Na szczęście znajdowało się niedaleko domu, Maryjka 

oszczędzi dzięki temu wiele wysiłku.

- Chodź, żono, już wieczór. Wejdźmy do domu i sprawdźmy, czy w piecu jest 

dobry ciąg. Chętnie bym zjadł miskę gorącej zupy na kolację, to będzie pierwszy posiłek, 

jaki przygotujesz swojemu mężowi.

Spełniła jego życzenie.

A potem spełniła jeszcze wiele innych jego życzeń...

Gdy   później   leżeli   spokojni   i   zadowoleni   w   swoim   nowym   łożu,   Maryjka 

delikatnie przesunęła palcem po jego twarzy i powiedziała:

- W tym roku zostaniesz ojcem.

Zareagował tak spokojnie, że to ją niemal rozczarowało. Westchnął tylko, jego 

oczy lśniły radośnie w półmroku.

- Domyślałem się tego. Kiedy...?

- Myślę, że jakoś na Boże Narodzenie. A może nawet troszkę wcześniej. Nie 

miałam okresu od czasu, kiedy... byliśmy ze sobą po raz pierwszy...

Zaczął mozolnie liczyć na palcach, na jej palcach.

- Siedem, osiem, dziewięć. Dziewięć miesięcy od końca marca, to wypadnie pod 

koniec świątecznego miesiąca!

Pozwoliła mu w to wierzyć. Mimo wszystko niełatwo jest przecież stwierdzić, że 

background image

dziecko przebywało trochę za krótko w brzuchu matki. Maryjka miała nadzieję, że ma-

leństwo przyjdzie na świat nieduże, tak by można było sądzić, iż urodziło się nieco przed 

czasem. Tymczasem ona znajdzie jakieś przekonujące powody, żeby wyjaśnić, dlaczego 

stało się to o miesiąc za wcześnie™ Żeby tylko nie miało rysów Justitiana! Po raz chyba 

tysięczny przypominała sobie twarz syna pastora, porównywała z twarzą Karla. Kolorem 

włosów nie bardzo się różnili. Oczy też obaj mają jasne, podobnie zresztą jak ona. Karl 

był   nieco  silniejszej   budowy,  bardziej   krępy,  miał  duże   ręce,   gdy  tymczasem  dłonie 

Justitiana były wąskie i delikatne. Ale takie sprawy nie mają znaczenia. Karl odziedziczył 

nos po swoich przodkach, duży i garbaty, dziecko z pewnością wolałoby takiego nie 

mieć...   Justitian   był   dość   pospolity.   Jedyne,   co   zwracało   uwagę   w   jego   urodzie,   to 

pozbawione   miękkich   płatków   małżowiny   uszne.   No   i   ogólnie   był   znacznie   przy-

stojniejszym młodym mężczyzną niż jej mąż, Karl.

Znowu się czule objęli, czuli zmęczenie po długim dniu. Mimo to on raz jeszcze 

ożywił   się   w   jej   ramionach,   a   Maryjka   nie   mogła   go   odepchnąć.   Stał   się   teraz 

delikatniejszy, dużo bardziej ostrożny. Dotykał jej piersi z lekkim wahaniem, wchodził w 

nią powolnymi, niepewnymi ruchami, jakby się bał, że obudzi dziecko.

Maryjka obejmowała go mocno, jej ciało należało do niego, zanim jednak Karl 

osiągnął najwyższą rozkosz, Maryjka zasnęła w jego objęciach.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Jesień, 1704

Młoda kobieta z trudem wlokła się przez podwórze. Dźwigała na nosidłach dwa 

ciężkie wiadra z wodą, mamrocząc ciche przekleństwa, wciągnęła je do małej chatki, 

wiadra stuknęły głucho o futrynę, a woda rozprysnęła się na boki.

Kobieta miała na sobie niebieską suknię, rozciętą z przodu tak, by materiał nie 

uciskał   wielkiego   brzucha.   Na   to   włożyła   drugą   suknię   bez   rękawów,   podobną   do 

fartucha, obszerną, okrywającą brzemienną postać.

Z hałasem odstawiła wiadra, posłała parę ostrych słów za kotem, który uznał, że 

najlepsze miejsce dla odpoczynku znajduje się na środku stołu.

Ciężko opadła na pieniek stojący przy drzwiach. Zasłoniła twarz rękami. O mało 

nie wybuchnęła płaczem.

Ale płacz i rozczulanie się nad sobą nie było w stylu Marji Oppdal. Należała do 

osób, które w trudnych chwilach raczej klną i wymyślają, kopią z rozmachem to, co staje 

im na drodze. Ciąża nie odebrała jej sił ani energii. Karlowi nieustannie imponowało 

tempo, w jakim żyła. A ponieważ skarżyła się tak rzadko, bez wahania składał na nią 

coraz więcej obowiązków w ich małej zagrodzie. On sam chodził po okolicy, sprzedając 

swoje silne ręce tym, którzy gotowi byli zapłacić najwięcej. Był to bardzo pracowity 

mężczyzna, znany z tego, że pierwszy wstawał od stołu i krzepkimi dłońmi ujmował kosę 

lub piłę. Często też słyszał pełne szacunku uwagi ze strony dużo od siebie starszych 

chłopów. Widział podziw w ich spojrzeniach. To miało dla niego wielkie znaczenie. Na-

reszcie   czuł   się   prawdziwym   mężczyzną.   Sam   się   sobie   dziwił   czasami,   kiedy 

wspominał, że jeszcze niedawno był nieśmiałym, z pozoru ociężałym parobkiem o roz-

bieganym spojrzeniu i zbyt długich rękach. Teraz jest dzierżawcą, mężem, a wkrótce 

zostanie ojcem.

Maryjka wiedziała, że Karl pragnie syna.

Mówili wyłącznie „on” o maleństwie, które nosiła pod sercem. Tylko czy to było 

maleństwo?  Brzuch Maryjki  stawał się okropnie wielki. A może  tak tylko  wyglądał, 

ponieważ jak każda młoda dziewczyna miała bardzo wąskie biodra? Ole powiedział, że 

jest podobna do swojej babki, Liv. Ona też była mała i drobna. I strasznie, strasznie 

background image

młoda, kiedy urodziła mamę.

Maryjka   niezadowolona   wyjrzała   przez   otwór   okienny.   W   papierach,   których 

wymagał pastor przed ślubem, dołożono jej parę lat. Teraz czuła, jakby naprawdę była o 

wiele starsza. Leciutki wiatr igrał w koronach drzew wokół chaty. Brązowe i żółte liście, 

wirując jak w tańcu, spadały na ziemię, Maryjka słyszała ich szelest. Porywisty wiatr 

przypominał o nieuchronnie nadchodzącej zimie.

Lato było marne. Takie wietrzne dni należały do najładniejszych. Od początku 

czerwca padało nieprzerwanie. Zimny, siąpliwy deszcz, na zmiany z ulewami. Słońce 

pojawiało się jedynie czasami, niczym pozdrowienie z lepszego świata, i grzało dzień lub 

dwa. A kiedy wydawało się, że może mimo wszystko uda się zebrać trochę ziarna, niebo 

otwierało się na nowo, ciskając strumienie zimnej wody na ludzi, zwierzęta i rośliny.

Zebrane w kopy siano stało od czerwca do sierpnia i było bardziej mokre niż w 

chwili,   gdy   je   skoszono.   Ta   odrobina   paszy,   jaką   udało   się   zgromadzić,   nie   miała 

żadnych wartości odżywczych, wszystko zostało wypłukane przez deszcz. Owce wróciły 

z górskich pastwisk wychudzone, już koło świętego Jana w górach zaczął padać śnieg.

Maryjka nie była w stanie martwić się o zimę, nie teraz. Postanowiła znaleźć 

sobie coś, co może uczyni życie trochę bardziej znośnym. Rozejrzała się po izbie. Widok 

był smutny i szarobury, gdziekolwiek spojrzała. Żółty bukiet z suszonych kwiatów pod 

sufitem   stanowił   jedyną   barwną   plamę.   Zajrzała   do   szafy,   w   której   przechowywali 

jedzenie.

Może powinna ugotować Karlowi coś wyjątkowego na dzisiejszą kolację? Tego 

dnia również pracował bardzo ciężko, tym razem na własnej ziemi. Było jednak mokro i 

zimno, więc często zaglądał do domu równie przygnębiony jak ona. Ten wieczny deszcz 

pozbawił ich pierwsze lato wszelkiego blasku.

Nawet zwierzęta się skarżyły.

Krowa stała w obórce i patrzyła na ludzi wielkimi smutnymi oczyma. Z jednego 

płynęło coś jakby łzy. Maryjka przemywała oko naparem z rzepiku i kwiatów czarnego 

bzu. Miała wrażenie, że zwierzę jest jej wdzięczne za te zabiegi, więc zapisała sobie, że 

zioła działają na zwierzęta tak samo dobrze jak na ludzi. Pogładziła krowę, poczuła pod 

grubą czerwonobrunatną skórą ruchy. Za jakiś miesiąc przyjdzie na świat cielę. Maryjka 

uśmiechała się z goryczą, przemawiając do krowy:

background image

- Jedziemy obie na tym samym wózku. Rozumiem, jak się czujesz, moja Lito, 

rozumiem cię lepiej, niż myślisz...

Krowa zaryczała cicho, łagodnie, jakby w odpowiedzi. Maryjka wierzyła, że tak 

jest naprawdę.

Na   szczęście   Karl   nie   zadawał   trudnych   pytań,   jak   się   obawiała.   Nigdy   nie 

powiedział niczego, co by świadczyło, że uważa, iż dziecko przyjdzie za wcześnie. Ma-

ryjka widywała kobiety tuż przed rozwiązaniem, które jednak nawet w połowie nie były 

takie grube jak ona teraz. A przecież pozostało jeszcze ponad miesiąc do wyznaczonej 

przez Karla daty. Jej własny termin był wprawdzie znacznie bliższy, ale mimo wszystko 

ten brzuch wydawał się zbyt wielki.

Maryjka  przygotowywała  się  na   to,  że  będzie  musiała   sama  poradzić  sobie  z 

porodem. Nie może przecież posyłać po Kari na wiele tygodni przed terminem! Najwyżej 

spróbuje wezwać tutejszą babkę, jeśli się to okaże konieczne. Najchętniej jednak by tego 

nie robiła, doświadczone kobiety wiele widzą. Akuszerka mogłaby się zorientować, że 

dziecko wcale nie przyszło na świat tak wcześnie, jak matka twierdzi. A ponieważ jest 

taka gruba, to i tak trudno będzie przekonać inne kobiety o przedwczesnym porodzie. 

Maryjka postanowiła, że nie wpuści za próg żadnej znachorki ani babki, wymyśli coś, by 

nikomu przez co najmniej miesiąc albo nawet dwa nie pokazywać malca. Potem będzie 

mogła już się dziwić, jak szybko dziecko rośnie, jakie to ona sama ma tłuste mleko... Karl 

z pewnością nigdy jeszcze nie widział noworodka, więc uzna, że jest malutki, nawet 

gdyby ważył ze dwadzieścia funtów...

Maryjka westchnęła głęboko, czuła ból w piersiach. Ale nie większy niż w czasie 

ostatnich dziesięciu, czternastu dni. Bardzo by już chciała mieć to wszystko za sobą. Tę-

skniła za tym, by móc poruszać się lekko i swobodnie jak dawniej. Szczerze mówiąc, 

bardzo też tęskniła za gorącymi objęciami Karla. On jednak nie ważył się jej dotknąć od 

tamtej nocy, kiedy obudzili się i zobaczyli na prześcieradle wielką plamę krwi. Maryjka 

się nie bała, lecz Karl był śmiertelnie przerażony. Uspokoił się trochę, widząc, że żona 

pracuje ciężko od wczesnego ranka do późnego wieczora.

- Dziecko da sobie radę. Nic nie jest ani mnie, ani jemu - uspokajała go, a Karl jej 

wierzył.

Dziś na kolację będą naleśniki ze słoniną.

background image

Karl wykrzykiwał  radośnie na widok tego luksusu, zauważył  jednak, że za tę 

samą cenę mogliby mieć dwadzieścia talerzy kaszy. I krzywił się trochę, że Maryjka nie 

oszczędza jajek. Uśmiechał się mimo to, jadł z apetytem i mlaskał, a po kolacji nadal był 

bardzo zadowolony. Maryjce podobały się te jego cechy, to połączenie rzeczowości z 

niemal dziecinną zdolnością do cieszenia się każdą chwilą.

-   Hjelmhaug   i   Kvam   stracili   co   najmniej   połowę   swoich   owiec.   Po   opadach 

śniegu dzisiaj w nocy nie ma już nadziei, że je jeszcze odnajdą - powiedział nagle.

Maryjka poczuła, że naleśniki ciążą jej w żołądku. Wciąż czuła na języku pyszny 

smak jajek i słoniny. Dobre samopoczucie ulotniło się jednak na myśl o szkodach, jakie 

wieś poniosła tego lata. Nie miała odwagi myśleć o zimie. Na pewno nastanie głód. 

Mogła tylko mieć nadzieję, że właśnie jej dziecko będzie jeszcze wśród żywych, kiedy 

nadejdzie wiosna.

Karl najwyraźniej myślał o tym samym.

- Mamy szczęście, że udało nam się zdobyć krowę i trzy owce. Nie mówiąc już o 

kurach! Gdyby nie to, moglibyśmy tylko marzyć o naleśnikach.

- Tak, dobrze będzie mieć mleko. Żeby się tylko Lita szczęśliwie ocieliła. Dzisiaj 

czuła się chyba lepiej.

Przemyłam jej oko i myślę, że to pomogło. Jadła sitowie, którego nacięłam.

- Moja zdolna żona! Jesteś mądra jak sam pastor!

Maryjka posłała mu wściekłe spojrzenie, choć przecież nie mógł wiedzieć, jak 

bardzo  nie  lubi   takich  komplementów.  Poza  tym  na  ogół  to  właśnie  pastorzy  często 

podejmowali   się   leczenia   i   ludzi,   i   zwierząt.   Tylko   nie   Revelin.   On   nienawidzi 

wszystkiego,   co   ma   jakikolwiek   związek   z   lekarstwami,   kurowaniem   i   receptami. 

Przestrzega ludzi przed tego rodzaju sprawami, upomina, by nie okazywali braku wiary 

w swego Wielkiego Lekarza.

Maryjka   zebrała   talerze,   wytarła   do   czysta   noże   z   tłuszczu   ściereczką,   której 

używała do smarowania ciężkich żelaznych saganków, by nie rdzewiały.

Na dworze zaczynało zmierzchać. Wiatr jednak nie ustawał.

Wraz   z   nocą   powrócił   deszcz,   rozpoczęło   się   znowu   nieustanne   stukanie   o 

drewniany dach obórki.

Maryjka nie zapaliła lampy, siedzieli w słabym blasku ogniska, nie podejmując 

background image

żadnej pracy. Maryjka zaczęła niedawno drzeć na kawałki jakąś starą bieliznę i przeście-

radła. Zamierzała zrobić z tego ubranka dla maleństwa. Ale ta praca jej nie pociągała.

Położyli   się   do   łóżka.   Stukot   deszczu   bywa   bardzo   przyjemny,   ale   teraz   to 

powracające od wielu miesięcy monotonne bębnienie nie dawało im spać. Maryjka na 

myśl o ciepłych promieniach słońca ogrzewających skórę robiła się chora. Była blada, 

wyczerpana, pod oczami miała głębokie sine cienie.

Nie zgromadziła sił na spotkanie z zimą.

Nie   miała   żadnych   przyjemnych   wspomnień   o   nagrzanej   słońcem   ziemi   ani 

pachnącym, miękkim, suszącym się w upale sianie. Tylko deszcz, deszcz, deszcz, który 

wkrótce przemieni się w śnieg.

Mimo to tęskniła za ciszą, jaką śnieg przynosi.

Ocknęła się nagle z uczuciem, że jest w łóżku sama.

Na dworze padało, nic nie uległo zmianie. Tylko Karl wstawał najwyraźniej w 

pośpiechu. Spodnie wisiały na kołku przy łóżku. Wyszedł na dwór jedynie w kalesonach 

i koszuli.

Maryjka zerwała się na równe nogi i szczelnie otuliła wełnianą chustką.

Chciała trochę zaczekać na wypadek, gdyby Karl wyszedł tylko za potrzebą po 

niezwykle obfitej kolacji.

Ale on nie wracał. Wkrótce uświadomiła sobie dlaczego. Poprzez smutny śpiew 

deszczu dotarł do niej żałosny jęk. Jakby człowieka wijącego się w bólach lub echo 

czyichś wołań o pomoc, dochodzące z oddali. Ale to nie człowiek...

To Lita!

Maryjka natychmiast pobiegła do obórki, lampę, którą niosła w ręce, zgasił wiatr. 

Szarpał też jej ciężkie ciało, kiedy próbowała przejść przez podwórze, zdołała jednak 

utrzymać się na nogach i dotarła w końcu do obory.

Wewnątrz paliło się światło.

Karl odwrócił się ku niej, gdy usłyszał, że stanęła w progu.

- Cielę się zbliża, Maryjko. Wydaje mi się... że nie jest całkiem dobrze...

Maryjka znowu zapaliła swoją lampę, w pomieszczeniu zrobiło się jasno.

- Biedna Lita...

Krowa stała, dygocząc na całym ciele. Raz po raz wstrząsały nią silne dreszcze.

background image

- To przecież jeszcze za wcześnie, prawda?

- Tak, co najmniej trzy tygodnie. Ale może się ułoży...

Maryjka  kiwała  głową. Błagalne  spojrzenie Lity raniło jej  serce. Widziała,  że 

zwierzę cierpi. Coś było nie tak jak trzeba. Maryjka wielokrotnie przedtem widywała 

cielące się krowy, na ogół to niezbyt skomplikowane misterium. Zwierzęta musiały co 

prawda   walczyć,   kosztowało   je   to   mnóstwo   wysiłku,   tak   samo   jak   rodzące   kobiety, 

zwykle jednak wszystko kończyło się dobrze.

- Jak cielak jest ułożony? Karl potrząsnął głową.

- Szczerze mówiąc, nie wiem. Trudno to wyczuć... Dotykam czegoś, to muszą być 

tylne nogi...

Maryjka zmarszczyła czoło. Jeśli tylne nogi wychodzą najpierw, to małe może się 

zaprzeć. A teraz było już za późno, żeby je odwrócić. Silne skurcze macicy wypychały 

cielę, które tkwiło uwięzione jak w kleszczach.

- Muszę wrócić do izby, mam chyba środki. Spróbuję, czy nie pomoże tu to samo, 

co pomaga kobietom - wyjaśniła Maryjka. Pogłaskała kark Lity, poczuła, że zwierzę jest 

zlane zimnym potem. Lita jęknęła znowu. A potem, kiedy Maryjka wychodziła, wydała z 

siebie żałosny, pełen przerażenia ryk. Nogi jej drżały. - Opiekuj się nią, Karl. Daj jej 

wody, ile zechce. I podłóż jej trochę miękkiej słomy.

Walcząc   z   wiatrem   wróciła   do   domu.   Przetrząsała   półki   i   skrzynie   w 

poszukiwaniu odpowiednich ziół. Kari wiele opowiadała jej o porodach, wymieniała co 

najmniej tuzin różnych mieszanek i herbat, które pomagają w takich sytuacjach.

- Co my tu mamy...  potrzebujemy chyba...  Maryjka  mamrotała  do siebie  pod 

nosem, wąchała garnuszki, bo było za ciemno, by mogła odczytywać napisy na małych 

karteczkach. Wybrała cztery różne pojemniki, z każdego wyjęła solidną garść ziół. Dwa 

razy tyle niż potrzeba dla ludzi.

Zagotowała wodę, wzięła też trochę kropli, w które Kari ją zaopatrzyła w związku 

ze zbliżającym się porodem. Mają jakoby uspokajać skurcze...

Wymieszała   wszystko   w   dużej   misce.   Spróbowała   wywaru.   Był   gorzki.   Lita 

będzie pewnie protestować, trzeba jednak wlać jej napój do gardła. Może Karl zdoła ją 

przytrzymać.

,  Już miała wychodzić, gdy nagle usłyszała, że mąż tupie za drzwiami. Woda 

background image

spływała mu z włosów po twarzy. Był brudny i wyglądał dziwnie, stojąc tak w starych 

kalesonach poplamionych gnojem i krwią. Patrzył na nią przerażony.

- Ona zdechła, Maryjko! Po prostu skuliła się i padła!

- Nie! To nie może być prawda!

- Tak! Tak! Och, Maryjko, musisz iść, musisz sprawdzić, może zdołasz ją jeszcze 

ocucić... Boże drogi, co my zrobimy bez mleka!

Maryjka nie zważając na nic wypadła na dwór i co tchu pobiegła. Serce tłukło jej 

się w piersi, była bliska płaczu. Zatrzymała się w progu, patrząc na martwą Lite, leżącą 

na podłodze obory. To nie może być prawda!

Położyła dłoń na karku krowy. Starała się wyczuć, poszukiwała.

Tutaj! Słabe nierówne uderzenia pulsu.

Jeszcze jedno.

-   Życie   jeszcze   się   w   niej   tli.   Ale   wszystko   zmierza   w   jednym   kierunku   - 

powiedziała głośno. - Lita tego nie przeżyje, nieszczęsne, wierne zwierzę.

Karl patrzył zrozpaczony.

- Cielę... Stracimy również cielaka.

Maryjka   słyszała   w   jego  głosie   nie   tylko   żal   za   utraconymi   pieniędzmi.   Karl 

kochał   to   zwierzę.   Przez   całe   lato   przyjmował   wszystkie   ponure   przewidywania   do-

tyczące zimy z wielkim spokojem. Nie widział wielkiego niebezpieczeństwa, bo przecież 

mieli Lite. A mleko utrzyma życie i w nich, i w ich dziecku. Muszą tylko mieć pod 

dostatkiem paszy. O to właśnie Maryjka walczyła przez całe lato.

Krowa   zadrżała   lekko   po   raz   ostatni   pod   pieszczotami   jej   rąk.   Kobieta 

przemawiała do nieszczęsnego zwierzęcia, dziękowała mu. Głaskała miękką skórę wokół 

pyska. Dotykała  zamkniętych  teraz powiek. W obórce unosił się ostry zapach potu i 

strachu. Owce pobekiwały niespokojnie.

Jak we śnie Maryjka podeszła do ściany,  gdzie wisiał ukryty między dwiema 

belkami rzeźnicki nóż. Była jakby nieobecna, kiedy nakazywała Karlowi, by przyniósł 

drugi nóż, trochę mniejszy i ostrzejszy.

Zdecydowanym ruchem przecięła gardło krowy. Tylne nogi drgnęły gwałtownie, 

Maryjka wiedziała, że nastąpi taka reakcja. Z rany buchnęła krew, kobieta zbierała ją do 

wiadra. To bardzo wartościowe pożywienie, przyda się ludziom.

background image

Maryjka oparła się o wzdęty bok zwierzęcia. Wewnątrz coś jeszcze pulsowało.

Cielę walczyło o życie, teraz, kiedy strumień matczynej krwi został zatrzymany 

przez śmierć.

Kobiecie  najpierw  trochę  drżała  ręka, kiedy jednak  zdecydowała  się wykonać 

cięcie, zrobiła to pewnie i mocno.

Dwa płaty mięśni odsunęły się od siebie. Prawie nie było żadnej krwi. W stronę 

Maryjki wytoczył się duży balon, gotów w każdej chwili pęknąć.

Białe   i   niebieskie   żyły.   Mięśnie.   Czerwone   mięso   szczerzyło   się   do   niej. 

Zdecydowanie wykonała jeszcze jedno cięcie, tym razem niezbyt głębokie.

Buchnęła woda. Maryjka wsunęła jedną rękę do środka, próbując wydobyć cielę. 

W drugiej wciąż trzymała nóż, krótkimi cięciami starała się uwolnić maleństwo.

W końcu cielę z plaskiem wylądowało na podłodze obórki.

Ledwie poruszało nogami.

Maryjka   wycierała   mały   pyszczek   spódnicą,   uderzała   zwierzątko   po   bokach, 

nacierała chude piersi. Nóżki były takie cieniutkie, takie żałosne.

Przecięła   pępowinę,   stwierdziła,   że   to   mała   jałóweczka.   Potem   uniosła   nowo 

narodzone zwierzątko w górę, próbowała nim potrząsać, rozpaczliwie masowała miejsce, 

gdzie kryło się maleńkie zwierzęce serduszko.

Ale cielątko nie wciągnęło w piersi ani krzty dającego życie powietrza.

Ono również zgasło.

Maryjka opadła na zalaną krwią i wodami płodowymi podłogę przy boku martwej 

jałóweczki. Zanosiła się płaczem.

Karl   był   w   szoku,   zdumiony   odwagą   i   dzielnością   swojej   żony,   która   teraz 

siedziała zrozpaczona i przerażona tym, co się stało.

- Powinnam była  sobie z tym  poradzić! Powinnam była  sobie poradzić! Och, 

dlaczego nie działałam szybciej, dlaczego...

Podszedł do niej, objął ją, chciał pomóc jej wstać, wyprowadzić stąd. Jak najdalej 

od bólu i krwi, od całej tej grozy.

Maryjka skarżyła się cicho i tak żałośnie, że Karla zdjął zimny dreszcz. To nie 

była jego Maryjka, nie ta silna, zręczna, opanowana Maryjka. Widok załamanej żony 

doprowadzał go do utraty zmysłów.

background image

- Moja ukochana... Maryjko najdroższa... Nie powinienem był pozwolić ci na to, 

powinienem był odebrać ci nóż, powinienem...

Na wpół ją niósł, na wpół wyciągał z zalanej krwią obórki. Ujął ją pod pachy, 

poczuł, że nie jest taka ciężka, jakby na to wskazywał ogromny brzuch. Była napięta i 

rozdygotana, wspierała się o niego, a gdy w końcu udało mu się ułożyć  ją w łóżku, 

przywarła do jego rąk i nie chciała go puścić.

- Zaraz do ciebie wrócę - powiedział ostrym głosem. - Muszę tylko wyciągnąć 

wnętrzności z krowy, trzeba uratować mięso.

Skinęła   głową,   była   zadowolona,   że   Karl   mimo   nieszczęścia   potrafi   myśleć 

przytomnie. Sama też się opanowała, odzyskała trochę kontroli nad sobą. Nadal jednak 

czuła ból w sercu, a porażka, jakiej doznała, wydawała się tak nieznośna, że Maryjka 

mogłaby wyć.

Lita nie żyje, cielak też nie. Dlaczego nie potrafiła ich uratować?

I gdzieś w głębi duszy pojawiła się straszna myśl, że ze sobą też sobie nie poradzi. 

Że poród, który już niedługo nadejdzie, może również ją zabić.

Maryjka nie chciała umierać.

Tylu rzeczy jeszcze nie zrobiła.

Gdyby teraz umarła, a dziecko razem z nią...

Kto by się wtedy zatroszczył o porachunki z Revelinem?

- Ja muszę żyć - szepnęła w stronę pustej izby. - Muszę sobie poradzić, muszę. 

Będziemy żyć, i ja, i moje dziecko. Moje dziecko!

Nie Justitiana i nie Karla. Moje.

Mam   nadzieję,   że   to   będzie   dziewczynka.   Mężczyźni   są   tacy   słabi,   myślała 

Maryjka.

W trzy dni później przyszła kolej na nią.

Przez ostatnie doby stała przy stole i przygotowywała mięso, krajała i układała do 

wędzenia, soliła i mełła na kleistą masę. Mieszała krew z mąką i kawałkami słoniny, 

gotowała wielkie, czarne krwawe kiszki. Wnętrzności zostały oczyszczone, serce ułożono 

w słonej wodzie. Maryjka nabrała odporności i powoli uwalniała się od niechęci wobec 

zjadania   nieszczęsnego   zwierzęcia.   Głupie   uczucia   i   śmieszne   sentymenty   znikną   z 

pewnością, kiedy żołądek zimą zacznie się domagać swoich praw, myślała trzeźwo.

background image

Potrzebowali wszystkiego co jadalne na czekającą ich zimę. Może i tak byliby 

zmuszeni zaszlachtować Lite? A przynajmniej cielę... Teraz oba zwierzęta leżały w du-

żych beczkach, starannie posolone.

Zdobycie ziarna było prawie niemożliwe. Karl zdołał kupić jedną jedyną beczkę, 

poza tym mieli trochę ziarna siewnego. Zresztą i jedno, i drugie marnej jakości.

Mieli też trochę ryb i zapas kapusty.

Karl   dostał   od   swego   wuja   wędzoną   szynkę,   a   w   skórzanym   woreczku   pod 

siennikiem leżało kilka lśniących monet.

Naprawdę nie należeli do najbiedniejszych. A skoro krowa padła, starczy paszy, 

by utrzymać przy życiu owce.

Na kolację zjedli świeżą kaszankę i popili wodą.

Dopiero kiedy Karl skończył jedzenie, Maryjka powiedziała mu, na co się zanosi.

Zerwał   się   na   równe   nogi,   niemal   ze   złością.   Przede   wszystkim   jednak 

przerażony.

- Już teraz? I czujesz się źle od rana? Ale dlaczego nic nie powiedziałaś, dlaczego 

nie poprosiłaś, żebym kogoś przyprowadził? A jeżeli... jeżeli... muszę sprowadzić... och, 

Boże drogi, to się dobrze nie skończy!

- Uspokój się. Mamy czas. Dziecka nie rodzi się tak z chwili na chwilę! Poród 

zaczął się za wcześnie, to chyba przez ten wysiłek w oborze... Zmęczyłam się bardziej, 

niż myślałam.

Przemawiała do niego, jakby miał cztery lata, on jednak nie chciał się uspokoić. 

Patrzył na nią coraz bardziej przerażony, dręczyły go wyrzuty sumienia.

Biegał tam i z powrotem, obejmował ją, szukał czapki.

- Musisz się uspokoić. Damy sobie przecież radę ty i ja, prawda?

- Nie! Nie! Muszę sprowadzić Kari albo Gjertrud, czy wystarczy czasu?

- Nie wiem - odparła szczerze. A on zdenerwowany przestępował z nogi na nogę. 

Patrząc na niego musiała się uśmiechać, po prostu zupełnie stracił głowę.

- Ale... ale... nie możemy przecież... może sprowadzę moją matkę?

Maryjka   nie   miała   nic   przeciwko   tej   cichej   starej   kobiecie,   która   sprawiała 

sympatyczne wrażenie. Urodziła jedenaścioro dzieci i pewnie wiele o tym wie. Maryjka 

jednak nie chciała widzieć jej zdumienia, że dziecko urodziło się wprawdzie za wcześnie, 

background image

ale jest tak pięknie rozwinięte i najwyraźniej donoszone.

- Jeśli to się okaże konieczne, to ją sprowadzisz - rzekła stanowczo. - To przecież 

nie tak daleko, jeśli będziemy jej potrzebować, zdąży na pewno...

- Maryjko, ale ja nigdy nie odbierałem porodu. Nie możesz wymagać ode mnie za 

wiele! Ja nigdy... nigdy...

- Zostaw to mnie! - ucięła Maryjka ostro. Karl był blady. Pocił się nieustannie.

- Nasze dziecko... pomyśl, że może się z nim stać to, co stało się z cielęciem... 

Może się niewłaściwie ułożyć i w ogóle...

Maryjka przytuliła go mocno do siebie. Poczuła kolejny skurcz. Brzuch zrobił się 

twardy. Przyjmowała te nieznane doznania z napięciem i ciekawością.

Przestała się bać, może dlatego, że on był taki bezradny? Musiała być teraz silna 

za dwoje.

- Nie bądź takim mazgajem, Karl. To nic, że poród zaczął się kilka tygodni za 

wcześnie. Słyszałam o dzieciach, które przyszły na świat jeszcze wcześniej, a mimo to 

przeżyły - przekonywała go, próbując opanować drżenie głosu.

Bogu dzięki, że to kłamstwo. Gdyby poród rzeczywiście zaczął się przed czasem, 

odchodziłaby teraz od zmysłów ze strachu o dziecko. Ale ono zamierzało się urodzić w 

normalnym   czasie,   było   poza   tym   wielkie,   musi   być   więc   także   silne   niczym 

niedźwiadek. Karl będzie się denerwował jeszcze przez parę godzin, ale z pewnością 

zapomni o całym strachu, gdy tylko zobaczy, że dziecko jest zdrowe i całe.

Krzątała się po izbie, skurcze nadchodziły i powoli ustępowały. Pod wieczór bóle 

się nasiliły i uznała, że najlepiej będzie się położyć.

Nie bała się wcale. Wiedziała przecież, że będzie bolało.

Wkrótce   zauważyła,   że   oddycha   znacznie   szybciej,   a   nawet   zaczyna   dyszeć. 

Pozwoliła, by ciało decydowało o sobie. Poczuła nowe, ostre skurcze w dole brzucha.

I oto pojawiło się dziecko.

Absolutnie cicho i bez wysiłku.

Karl stal przy łóżku i zagryzał wargi do krwi.

Maryjka zauważyła, że nie wygląda na całkiem przytomnego.

Ale gdy maleństwo leżące między jej nogami wydało z siebie głośny wrzask, w 

Karla   również   wstąpiło   życie.   Chwycił   dziecko   i   stał   przerażony,   by   nie   ścisnąć   za 

background image

mocno.   Zrozumiał   jednak   szybko,   że   musi   pewnie   obejmować   miotającego   się 

noworodka. Pępowina zwisała niczym linka, Karl zdołał po dłuższym wysiłku ją prze-

wiązać i odciął tak, jak go wcześniej Maryjka nauczyła.

Wtedy ona poczuła nowy, gwałtowny skurcz. Nadszedł tak nieoczekiwanie, że 

krzyknęła głośno, skuliła się i znowu musiała  zacząć  przeć. Buchnął z niej strumień 

jasnoczerwonej krwi.

Karl niepewnie trzymał wrzeszczące maleństwo, poczuł, że pokój zaczyna wokół 

niego wirować. Intensywność wydarzeń przerażała go ponad wszelkie wyobrażenie. To 

był zupełnie nieznany teren, całkowicie obcy dla młodego mężczyzny.

Maryjka dyszała i jęczała jak nigdy przedtem.

- Zaraz urodzę jeszcze jedno! - wysyczała przez zaciśnięte zęby.

Karl nie pojmował, jakim sposobem może być taka opanowana.

Dziecko w jego objęciach umilkło. W okamgnieniu dostrzegł, że to dziewczynka. 

Drobne ciałko napięło się trochę, po czym mała buzia chwyciła własną rączkę i zaczęła z 

wysiłkiem ssać.

Kobieta na posłaniu wydała z siebie kolejny, przeciągły krzyk i jeszcze jedno 

maleńkie ciałko spoczęło na prześcieradle między jej nogami.

To dziecko nie krzyczało. Ku swemu  przerażeniu Karl stwierdził,  że Maryjka 

bezwładnie opadła na posłanie.

Zemdlała.

Stał   jak   skamieniały,   potem   jednak   wiedziony   jakimś   pierwotnym   instynktem 

położył  maleńką  dziewczynkę  na wilgotnym  brzuchu matki,  sam zaś  złapał  drugie z 

bliźniąt   i   zaczął   nim   potrząsać   gorączkowo.   To   chłopczyk,   dużo   mniejszy   od 

siostrzyczki.

Ciało   chłopczyka   było   niebieskosine,   wargi   prawie   czarne.   Fakt,   że   to   syn, 

napełniał Karla radością mimo całej grozy sytuacji.

Maryjka leżała jak martwa, lecz oddychała wyraźnie i dość miarowo. Zauważył, 

że spomiędzy jej nóg sączy się krew. Dziecko poruszyło się nareszcie, leciutko uchyliło 

oczka.

Teraz   on   mi   umrze,   pomyślał   Karl   przerażony.   Wygląda   tak   samo   jak   tamto 

cielątko. Ale jakby pod wpływem cudu maleńkie usteczka otworzyły się, piersi dziecka 

background image

drgnęły i ze świstem wciągnęły powietrze.

Maleństwo zakwiliło.

Karl   stał   pochylony   nad  łóżkiem   i   tulił   do   siebie   synka.   Nie   odważył   się   go 

położyć, jedną ręką przeciął pępowinę. I wtedy Maryjka odzyskała przytomność.

Leżała bez ruchu, ale oczy miała otwarte. Uśmiechała się.

- Poradziłeś sobie, Karl.

Te proste słowa napełniły go niesłychaną dumą.

Maryjka drżała na całym ciele, kiedy podniosła się i wstała z łóżka. Sama usunęła 

łożysko,  wrzuciła   do pieca  zakrwawione  szmaty.  Wyjęła  czyste  prześcieradło   i małe 

ubranka.

Karl   zagotował   wody,   maleństwa   mogły   zakosztować   pierwszej   kąpieli. 

Dziewczynka   niemal   przez   cały   czas   krzyczała,   chłopczyk   natomiast   leżał   dziwnie 

spokojny. Wkrótce każde dostało swoją pierś i oboje ssali z przejęciem. Maryjka poczuła 

dotyk maleńkich usteczek i wzruszenie zalało jej serce.

Udało się.

Najgorsze mają za sobą.

Była   zmęczona   i   oszołomiona,   czuła   się   dziwnie.   Cichutkie   mlaskanie   dzieci 

trafiało do jakiegoś miejsca w jej sercu, o którym dotychczas nic nie wiedziała.

Karl   był   tak   wzruszająco   przejęty,   ani   na   sekundę   nie   odchodził   od   dzieci. 

Musiała mu przypomnieć, że trzeba obrządzić owce.

Kiedy została sama, odsunęła kołdrę na bok.

Dokładnie oglądała maleńkie rączki i nóżki. Porównywała, szukała znaków, które 

mogłyby ujawnić, kto naprawdę jest ojcem dzieci.

Chłopczyk był nieduży i chudziutki. Wydawało się, że na pleckach ma za dużo 

skóry.   Dokoła   główki   sterczało   parę   kosmyków,   równie   ciemnych   jak   włosy   matki. 

Dziewczynka miała takie same, na dodatek Maryjka stwierdziła, że z buzi mała też jest 

do niej podobna. Córeczka była większa, pełniejsza i w ogóle sprawiała wrażenie lepiej 

zbudowanej.   Gniewne   małe   oczka   mogą   przypominać   głębokie   studnie,   kiedy   mała 

będzie zadowolona. Była zdecydowanie córką swojej matki.

Chłopczyk miał oczka jaśniejsze.

I nieduże uszka.

background image

Jego małżowiny były pozbawione miękkich płatków.

background image

ROZDZIAŁ XIV

Dzieci już prawie wcale nie płakały.

Skończyły pięć tygodni, zima zdążyła im pokazać, w jakim ponurym świecie się 

urodziły. Zbliżało się Boże Narodzenie, ale ani Maryjka, ani Karl nie czynili zbyt wiele 

przygotowań.

Głód od dawna czaił się za rogiem.

Mała chata tonęła w śniegu.

Sądzono, że może po takim mokrym lecie źródła się wyczerpały, ale nie, Pan na 

niebiesiech miał widać wciąż co zrzucać na ludzi. Maryjka myślała o tym z goryczą.

Ona sama była w znakomitej formie. Po porodzie czuła się znacznie lepiej niż 

przedtem. Wszystko zagoiło się jak trzeba, nic jej nie dokuczało, zdawała sobie sprawę, 

że naprawdę dopisało jej szczęście.

Dzieci jednak słabły z dnia na dzień.

Marja wiedziała, że to z jej winy, w piersiach miała coraz mniej mleka.

Pozwalała im ssać tak, że brodawki zaczynały krwawić. Z początku maleństwa 

dawały się oszukać, po kilku dniach jednak dziewczynka wypluwała pustą pierś i wrze-

szczała wniebogłosy. Chłopiec przestawał po prostu ssać i odwracał buzię zrezygnowany, 

z żałosną minką.

Aż do tej chwili udawało im się utrzymać dzieci przy życiu, bo dokarmiali je 

cieniutką zupą z mąki. One jednak źle znosiły takie pożywienie, dziewczynka i tak była 

wciąż głodna, a chłopczyk cierpiał na nieustanną biegunkę.

Karl robił się z dnia na dzień bledszy. W dniu, kiedy wrócił z pustymi rękami od 

wuja, którego poszedł prosić o odrobinę mleka dla dzieci, szalał z bezsilnego gniewu. 

Maryjka nie była w stanie spojrzeć na bliźnięta, by nie odczuwać paraliżującego lęku.

W końcu Karl zdecydował się sprowadzić Kari i Gjertrud.

Przywiozły   ze   sobą   bańkę   mleka,   Kari   mieszała   je   z   przegotowaną   wodą   i 

dodawała jakichś kropli z buteleczki. Gjertrud miała dla wnuków maleńkie ubranka i 

ciepłą,   utkaną   z   najpiękniejszej   wełny   kołderkę.   Na   brzegach   wyhaftowała   śliczne 

ptaszki.

- Moje małe robaczki będą miały coś ładnego przed oczkami.

background image

Maryjka zaciskała zęby i myślała,  że to pewnie pociecha dla maleństw, które 

prawdopodobnie   nie   zobaczą   prawdziwych   ptaków   pod   ciepłym   niebem.   Kilka   razy 

zamierzała sama je ochrzcić, bo bała się, że umrą bez sakramentu.

Teraz jednak pod troskliwą opieką obu starszych kobiet dzieci odżyły. Karl też się 

uspokoił i mógł nawet wyruszyć do lasu wycinać drzewo, co od dawna zapowiadał. Na 

wiosnę zamierzał powiększyć  chatę. I nie przyjmował  do wiadomości,  że dodatkowe 

miejsce dla dzieci mogłoby się okazać niepotrzebne.

Kobiety   większość   czasu   spędzały   z   dziećmi.   Maryjka   z   przyjemnością 

stwierdzała, że Kari jest silniejsza i prawie zdrowa, chorobliwy blask oczu zniknął.

- Wyglądasz naprawdę dużo lepiej - uśmiechała się do niej.

- I czuję się dobrze. Odzyskałam spokój - odpowiedziała Kari, spoglądając na 

połyskujący naszyjnik Maryjki. Gjertrud ze smutkiem kręciła głową.

- Nie powinnam była sprzedawać tamtej części.

- Gjertrud, co ty! Nie mogłaś przecież wiedzieć! - uspokajała ją Maryjka. - My 

same nie wiedziałyśmy. Szkoda tylko, że nie udało ci się go odkupić.

- Jedzenie jest ważniejsze - odparła Kari szorstko. - A jeśli ludzie z Dosen cieszą 

się tą ozdobą, to proszę bardzo, niech im służy. Ja czuję się teraz szczęśliwsza.

- A ja wolałabym odzyskać łańcuszek - rzekła Maryjka cicho. - Chciałabym się 

przekonać, czy obie części do siebie pasują.

Kari milczała przez jakiś czas, spoglądała to na jedną, to na drugą.

- Jeśli tak się stanie, to proszę, żeby to mógł być podarunek ode mnie dla tej 

malutkiej.

Kari trzymała w ramionach dziewczynkę.

Gjertrud spojrzała na Maryjkę z wyrzutem.  Najwyższy czas zanieść dzieci  do 

kościoła! Pytanie tylko, kto je poniesie.

One obie są mi jak matki, myślała Maryjka. Jakie to dziwne, ja, która przez całe 

życie tęskniłam za matką, nieoczekiwanie mam dwie. Nie, mam przecież trzy. Maria... 

gdyby ona tu była, wszystko ułożyłoby się samo, a tak muszę wybierać.

Pierworodną   dziewczynkę   powinna   zanieść   do   kościoła   matka   Karla.   Tak 

nakazuje obyczaj. Drugie dziecko matka Maryjki. Tymczasem ona urodziła dwoje dzieci 

równocześnie.

background image

- Sama zaniosę dzieci do kościoła - oznajmiła w końcu. - A wy obie będziecie 

matkami chrzestnymi.

Kari i Gjertrud patrzyły na nią zaskoczone, ale przecież wiedziały, że Maryjka 

zawsze znajduje niezwykłe rozwiązania. A im dłużej się nad tą sprawą zastanawiały, tym 

lepsza wydawała im się ta niekonwencjonalna propozycja.

- Revelin nie będzie zadowolony. On nie lubi takich pomysłów!

- Niedługo będzie miał inne zmartwienia - warknęła Maryjka cicho.

Kari przestraszyła się.

- Młodej matce nie przystoją takie ostre słowa!

Kari   i  Gjertrud  pobyły   kilka   dni   i  zaczęły   myśleć   o  powrocie   do   domu.   Nie 

zabrały dość zapasów, by zostać na dłużej. Już i tak miały wyrzuty sumienia, że go-

ścinność Maryjki i Karla poczyniła poważne spustoszenia w ich spiżarni. Obiecały, że 

przyślą   młodym   mąki   i  chleba.  W  tym  roku  jednak  fiord  nie   zamarzał,   padające   na 

zmianę   deszcze   i   śniegi   czyniły   wszelkie   drogi   nieprzejezdnymi.   Łodzie   z   trudem 

przebijały się przez gęstą od drobnego lodu i śniegu wodę.

Ole nigdzie nie wyprawiał się tej zimy, po raz pierwszy od bardzo dawna jego 

łódź zimowała na lądzie. Zaziębił się jesienią i nie podjął jak co roku przed świętami 

wyprawy z piwem i innymi  towarami. Postarzał się dosłownie z dnia na dzień. Kari 

tęskniła do niego.

- A więc spotkamy się przed świętami... Dbaj teraz o siebie i o dzieci, kochana. 

Poradzicie sobie, pij tylko dużo tej herbaty, którą ci przygotowałam.

Maryjka kiwała głową, obiecywała. Niesmaczny napój miał sprawić, że pokarm 

popłynie jej obficie z obu piersi. Nie miała serca powiedzieć Kari, że od wielu tygodni 

pije już napary ziołowe, ale bez rezultatu. Wątpiła, czy ta mieszanka potrafi zdziałać cud. 

Młoda   kobieta   krzywiła   się,   ale   była   gotowa   spróbować   wszystkiego.   Lęk   przed 

zagłodzeniem dzieci na śmierć znacznie w obecności Kari osłabł, ale teraz wracał ze 

zdwojoną siłą. Za wszelką cenę muszą zdobyć mleko.

Pewnej   niedzieli   w   grudniu   Maryjka   zostawiła   dzieci   pod   opieką   Karla   i 

wyruszyła szukać mleka.

Wiedziała,   w   których   gospodarstwach   są   krowy.   Nie   chciała   chodzić   do 

najbiedniejszych  ani do tych,  którzy mają gromadę własnych dzieci.  Mimo wszystko 

background image

rozumiała, że tam jej odmówią. Czasy nastały naprawdę takie ciężkie, że odrobina mleka 

mogła decydować o życiu lub śmierci. A jaka matka zdecyduje się oddać mleko obcym 

dzieciom, skoro dla własnych brakuje jedzenia?

Pozostawały   tylko   cztery   gospodarstwa,   do   których   mogła   się   zwrócić: 

Flahammar, Stoi, Dosen oraz plebania.

Dziewczyna kuchenna we Flahammar wlała jej odrobinę drogocennego płynu do 

bańki, wyraźnie jednak dała do zrozumienia, że to się nie może powtarzać. Gospodyni na 

Stoi skrzywiła się na prośbę, ale kazała nalać mleka, kiedy Maryjka zaproponowała jej 

pięknie tkaną krajkę w zamian.

- Dzisiaj ci dam, ale więcej nie przychodź, sami potrzebujemy mleka. Niedługo 

święta, mamy wiele gąb do nakarmienia.

Maryjka dziękowała, ale w duchu przeklinała skąpą babę.

Wróciła do domu z mlekiem na dwa, trzy dni. Jeśli się nie skwasi, oczywiście. 

Sama też cieszyła się na choćby parę kropel. Tęsknota za Litą objawiała się na różne 

sposoby.

Przez kilka dni dzieci chętnie jadły mieszane z wodą mleko. Maryjka spostrzegła, 

że nie rzucają się już z takim zapałem na jej piersi. Wiedziała, że jeszcze trochę i żadne 

nie wyssie z nich już ani kropli.

Ponownie wyruszyła w drogę.

Tym razem skierowała się do Dosen.

Poprosiła o rozmowę z samym właścicielem.

Był to wielki, barczysty chłop, cuchnęło od niego piwem.

Maryjka przedłożyła mu swoją prośbę.

- Zrobiliście  dobry interes  z  moją  matką.  Ozdoba, którą  wam  sprzedała,  była 

warta o wiele więcej... choć to tylko połowa naszyjnika.  Może więc moglibyście  mi 

dawać trochę mleka, powiedzmy raz na tydzień? Moje dzieci pomrą z głodu...

Roześmiał jej się w twarz.

-   Ty   bezczelna   babo!   Twoja   matka   dostała   sowitą   zapłatę   za   ten   zniszczony 

naszyjnik. Kupiłem go od niej, bo winien byłem przysługę Karlowi Oppdal. Ale teraz 

jesteśmy kwita, radźcie sobie sami! Tej zimy wielu będzie miało podobne interesy jak ty. 

Nie mogę pomagać wszystkim! Nie mogę pozwolić, by codziennie przychodziły tu jakieś 

background image

matki głodujących dzieci!

Maryjka nie mogła zrozumieć, że kuzynka tego człowieka tak dobrze kiedyś o 

nim mówiła. Zresztą ciekawe, czy ta dziewczyna jeszcze tu jest. Nie miała odwagi za-

pytać, później jakoś się dowie.

Wstała   z   uniesioną   głową.   Zarzuciła   chustkę   na   ramiona   takim   wyniosłym 

ruchem, jakby chciała mu pokazać, że nie jest pokorną żebraczką.

- Zaczekaj! Co ty tam masz? To znaczy na szyi... Maryjka przesunęła dłonią, 

stwierdziła, że łańcuszek wysunął się spod bluzki.

A więc karczmarz chciałby go mieć!

- Czy to nie... A to przeklęta baba! Sprzedała mi tylko kawałek naszyjnika!

- To prawda. Druga część należy do mnie.

- Jakim sposobem zdobyłaś tę ozdobę czarownicy? - syknął groźnie.

Oczy płonęły mu wcale nie z nadmiaru wypitego piwa.

- Czarownicy?

- No tak, starej Anny. Anny, która umarła w więziennej piwnicy wieczorem, choć 

następnego dnia miała zostać ścięta. Nie słyszałaś tej starej historii?

- Nie. Opowiedz!

Maryjka   z   podniecenia   nie   mogła   oddychać.   Karczmarz   widział,   co   się  z   nią 

dzieje.

- Opowiem, jeśli obiecasz, że sprzedasz mi swoją część.

- Nie! To moje! Wszystko, co mam po...

Nie dokończyła zdania, lepiej przemilczeć, po kim ma tę ozdobę. Na wypadek, 

gdyby historia, którą zna gospodarz, ujawniała zbyt wiele.

- Bardzo bym chciał wiedzieć, skąd ty to masz. Bardzo... ale domyślam się, że mi 

tego nie powiesz!

W jego oczach dostrzegała teraz respekt. To dodawało Maryjce odwagi. Wróciła 

do izby i usiadła nieproszona.

- Opowiedz, gospodarzu!

- A sprzedasz naszyjnik? - Tak.

Szeroki uśmiech rozjaśnił jego okrągłą twarz. Usiadł wygodnie na stołku i ręce 

splótł na brzuchu.

background image

Była to zupełnie niewiarygodna historia.

O czarownicy Annie, która jakieś czterdzieści lat temu została skazana na ścięcie. 

O pastorze, który wyłudził od czarownicy jej skarb. Ludzie odnaleźli część skarbu ukrytą 

pod kamieniami, wkrótce jednak zaczęły się rozchodzić pogłoski o srebrnych monetach i 

jakimś niezwykłym naszyjniku. Powiadano, że to właśnie ów naszyjnik dawał wiedźmie 

jej wyjątkową siłę. Plotki rozchodziły się z Jostedalen, gdzie znajdował się dom Anny, 

podawano je sobie z ust do ust. W końcu historia została tak zmieniona, że trudno ją było 

rozpoznać.   Czarownicę   zresztą   też.   Naszyjnik   jednak   był   opisywany   nadzwyczaj 

dokładnie,   karczmarz   nie   miał   najmniejszego   problemu   z   rozpoznaniem   go,   kiedy 

Gjertrud przyniosła kawałek w brudnym gałganku.

- Ja bardzo lubię takie stare mistyczne historie - powiedział, pochylając się nad 

stołem ku Maryjce. - Lubię czarownice, magię, czarne sztuczki i wszelkie takie taje-

mnice. Może i my moglibyśmy mieć jakąś wspólną tajemnicę, Marjo Oppdal?

Oblizywał się obleśnie, z obrzydzeniem zauważyła, że jego wzrok ślizga się po 

niej... Wstała. Popatrzyła na niego z góry.

- Kim była ta czarownica? - zapytała zdecydowanie. Gospodarz zwlekał, chciał 

się z nią drażnić.

W końcu jednak powiedział:

-   To   Anna   z   Jostedalen.   Anna   Lundestad.   Urodzona   pod   koniec   szesnastego 

wieku. Była stara jak nieszczęście, kiedy ją nareszcie dopadli. Ale i tak zdołała umknąć i 

psom, i pościgowi, choć szło za nią mnóstwo chłopa. Uciekła aż do naszej parafii, ale tu 

nastał na nią koniec. Szkoda tylko, że uniknęła katowskiego topora! To by było naprawdę 

wielkie wydarzenie, ludzie opowiadaliby sobie o tym przez dziesiątki lat. Wielu miało z 

nią porachunki, ale ja już tego nie pamiętam, to się działo w latach sześćdziesiątych 

zeszłego wieku...

- Czy ona miała dzieci? - zapytała Maryjka szeptem.

-   Nie   wiem.   A   zresztą,   chyba   tak,   słyszałem,   że   miała   rodzinę.   Kiedyś   była 

mężatką, ale mąż wcześnie umarł. Mieli jedno dziecko... Ono podobno zaginęło. Ludzie 

gadali, że orzeł je porwał, w każdym razie przepadło. Wiedźma nie miała dziedzica - 

zakończył karczmarz.

Podobało mu się, że Marja nie może oderwać oczu od jego ust i że całą sobą 

background image

okazuje, jak bardzo jest zainteresowana tą historią.

- Widzę, że ty też lubisz takie stare opowieści. Chyba jesteśmy z tej samej gliny, 

ty i ja...

Wstał i podszedł do niej. Maryjka nie ruszyła się z miejsca, ale bez słów ostrzegła 

go, by się nie zbliżał.

- Nie zapominaj, że obiecałaś mi oddać naszyjnik! Nie należysz chyba do takich, 

które cofają dane słowo, Marjo Oppdal?

Patrzył na nią wąskimi jak szparki oczyma.

- Nie. Ja dotrzymuję słowa. Ale nigdy nie obiecywałam, że oddam naszyjnik. I 

nigdy się też nie dowiesz, skąd go mam.

Mężczyzna uśmiechał się.

- Jak powiedziałem, lubię tajemnice - szepnął.

- Bardzo dobrze. W takim razie sprzedam ci naszyjnik za jedną z twoich krów.

Chłop roześmiał się znowu tym swoim szyderczym śmiechem, który sprawiał, że 

Maryjka zaczynała się źle czuć.

- Za krowę? Co ty sobie myślisz, głupia babo! Nie wyobrażasz sobie chyba, że 

dam ci krowę za kawałek mosiądzu?

-   Dasz!   Bo   podzielony   naszyjnik   ściągnie   na   ciebie   nieszczęście.   Jeśli 

zdobędziesz obie części, jego siła będzie wspierać ciebie, a nie mnie.

- Zdawało mi się, że nic nie wiesz o tym naszyjniku - wtrącił podejrzliwie.

Maryjka przywołała na pomoc całą swoją sztukę aktorską, dramatycznym gestem 

odrzuciła  w tył  piękne włosy i patrzyła  mu  prosto w oczy.  Podeszła bardzo blisko i 

powiedziała cicho:

- Wiem więcej, niż możesz przypuszczać, gospodarzu. Może nawet opłaci ci się 

żyć ze mną w przyjaźni...

Karczmarz z przerażeniem stwierdził, że widzi oto pośrodku własnej izby jedną z 

czarownic, o jakich dotychczas tylko śnił nocami. Wyczuwał niezwykłą siłę tej kobiety, 

kiedy szła ku niemu. Patrzył jak zahipnotyzowany, nietrudno było uwierzyć w jej słowa.

- W porządku - bąknął pod nosem. - Dostaniesz krowę, ale pod warunkiem, że 

sam zdejmę tę ozdobę z twojej szyi.

Zgodziła się na to. Cóż to ma za znaczenie, naszyjnik był zniszczony i nic nie 

background image

znaczący w porównaniu z tym dziedzictwem po matce, jakie zamierzała odzyskać, kiedy 

dokona już rozrachunku z pastorem. Natomiast informacje, jakie zdobyła od karczmarza, 

mają   większe   znaczenie,   niż   ozdoba   kiedykolwiek   miała   również   dla   Kari.   Maryjka 

cieszyła się, że przekaże jej rozwiązanie zagadki.

Karczmarz   mocował   się   z   zapięciem,   które   zaplątało   się   we   włosy   Maryjki. 

Łaskotał ją w kark, ale nie powiedziała ani słowa. Nawet wówczas, kiedy z obrzydze-

niem poczuła jego wilgotne wargi na swojej skórze. Zanim zdążyła się odwrócić, by 

wymierzyć mu policzek, odskoczył z naszyjnikiem w ręce.

-   Zegnaj,   Marjo   Oppdal.   I   dbaj   dobrze   o   krowę.   Maryjka   wyszła   bez   słowa 

pożegnania.

Matka   Karla   też   wiedziała   co   nieco   o   dawnych   sprawach   i   mogła   uzupełnić 

opowiadanie karczmarza. Wkrótce Maryjka miała już pełny obraz. Teraz, kiedy poznała 

tę fantastyczną historię, brakowało jej ozdoby. Ale jedno spojrzenie na syte i zadowolone 

dzieci sprawiało, że przestawała żałować. Dzieci rosły jak na drożdżach, z każdym dniem 

stawały się większe. Krowa dawała pod dostatkiem pysznego mleka, pół wiadra dziennie. 

Wystarczało dla dzieci i do kaszy, od czasu do czasu Maryjka ubijała też osełkę masła. 

Nigdy bowiem nie dawała maleństwom śmietany, wiedziała, że to by im zaszkodziło. Na 

początku podawała  im  mleko  przez zwinięty  w rulon  gałganek,  który wciąż  musiała 

zanurzać w kubku z mlekiem. W ten sposób karmiła dzieci do syta. Z czasem zaczęła 

podawać im po kilka kropli na łyżce. Dziewczynka natychmiast pojęła, jak szybko dzięki 

temu pożywny napój spływa do buzi, i piła bez kłopotu. Chłopczyk natomiast krztusił się 

i kaszlał, robił się wtedy siny. Zresztą ze szmatki też ssał z trudem. Maryjka kręciła 

smutno   głową,   patrząc   na   to   dziecko,   które   spoglądało   na   nią,   jakby   przerażone,   że 

znowu zacznie je karmić łyżką.

- Czy ty nie rozumiesz, co jest dla ciebie dobre? - wzdychała. Mała córeczka też 

zdawała się ze zdumieniem kręcić główką i Maryjka musiała się śmiać. Każde z dzieci 

miało swój charakter. Toż to już prawdziwi ludzie!

Kari przeżyje swój wielki dzień, kiedy weźmie dzieci na ręce i zaniesie je do 

kościoła. Nie mówiąc już o tym, jak się ucieszy, kiedy Maryjka opowie jej tę najbardziej 

tajemniczą historię jej życia.

Stanie się to w trzeci dzień świąt Bożego Narodzenia.

background image

Tego dnia wiele dzieci będzie ochrzczonych.

Pastor Revelin zadba pewnie, by bliźnięta Oppdalów jako ostatnie dotarły przed 

ołtarz Pana. Dla Maryjki nie miało to jednak znaczenia.

Dokładnie w tym momencie, kiedy Karl wsiadał do łodzi, by wyruszyć po matkę 

Maryjki, Ole Seiderstad zasłonił ostrożnie twarz swojej ukochanej.

Gjertrud szeptała coś cichutko, pewnie modlitwy za zmarłych.

Wszystko stało się tak nagle.

Po południu Kari położyła się, żeby trochę odpocząć.

W jakiś czas potem wezwała oboje do siebie i powiedziała po prostu:

- Za chwilę umrę.

Zaczęli protestować, spoglądali na siebie wystraszeni, nie wiedzieli, co począć. 

Kari nie wyglądała na chorą, czoło nie było gorące, oczy nie błyszczały.

- Czuję, że nadchodzi mój koniec. Czuję się... taka lekka, niemal radosna. Smutno 

mi tylko, że muszę was opuścić. Proszę was, nie płaczcie!

Starali się więc uśmiechać do niej.

Kari pożegnała się z obojgiem. Wydała dyspozycje, jak chce być  pochowana. 

Powiedziała Gjertrud, że wszystko, co posiadała, powinna dostać Maryjka, prosiła, by 

Ole załatwił u pastora pozwolenie na grób koło kościoła, jeśli to możliwe.

- Jak najbliżej fiordu - mówiła z uśmiechem. Potem uśmiech zbladł, na twarzy 

Kari pojawił się wyraz bólu.

- Dzieci Maryjki... już ich nie zobaczę. W każdym razie na tym świecie. Musicie 

im o mnie opowiedzieć - wyszeptała.

Ole wiedział, że największy ból sprawiała Kari bezdzietność. On sam nie cierpiał 

na myśl o tym, że jego śmierć będzie też końcem rodu, ale ona pragnęła potomstwa.

Wkrótce Kari odpłynęła w pustkę, choć dwoje jej przyjaciół nie chciało przyjąć 

do wiadomości, że to już koniec.

Nie wierzyli, dopóki nie rozległ się znowu ów dziwny, dziecięcy głosik, który już 

kiedyś słyszeli... wówczas w rozpaczliwym krzyku.

Teraz docierało do nich coś, co przypominało raczej radosne gaworzenie.

Gjertrud   żegnała   się.   Ole   nie   wiedział,   co   robić,   siedział   po   prostu   i   ściskał 

pokrytą zmarszczkami dłoń, która tylekroć głaskała go po włosach.

background image

- Mama... mama... Mama Anna!

Słyszeli jedynie szept, ale słowa brzmiały bardzo wyraźnie.

Kari raz jeszcze utkwiła wzrok w dwojgu siedzących przy łóżku ludziach.

- Widziałam ją... mamę... ona na mnie czeka, wciąż mnie szukała... idę do niej.

Zamrugała parę razy, nie uroniła ani jednej łzy. I po chwili zgasła.

Ole nie potrafił płakać. Najchętniej uciekłby teraz na brzeg, do łodzi, Gjertrud 

natomiast padła na kolana przy łóżku i szlochała. Ta na ogół taka spokojna osoba teraz 

nie potrafiła się opanować. Ole z trudem przełykał ślinę, on również ukląkł przy łóżku, 

objął ramionami obie kobiety, poczuł, że Kari jest już całkiem zimna.

- Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i naznaczam cię tym 

krzyżem na znak zjednoczenia...

Maryjce nie podobało się określenie „grzeszny synu człowieczy”, uznała jednak, 

że lepiej nic nie mówić. Dzieci powinny być przecież ochrzczone.

Podawała je stara matka Karla. Chłopiec otrzymał imię Karl Martin po swoim 

ojcu i dziadku. Dziewczynkę zgodnie z życzeniem Maryjki nazwano Kari Amelia. Dzięki 

temu   pamięć   po   Kari   będzie   nadal   żyć,   Amelia   zaś   to   ładne   imię,   przyjemnie   je 

wymawiać. Maryjce przywodziło ono na myśl  miód i wschód słońca, i wszystko, co 

piękne.

Widok Karla wracającego do domu samotnie w pustej łodzi był dla niej bolesnym 

ciosem. Na wieść o śmierci Kari coś w niej pękło.

Rozpaczała i robiła sobie wyrzuty, że nie było jej przy łożu konającej staruszki. 

Cierpiała też bardzo, że nie mogła jej opowiedzieć historii naszyjnika. Opowiedziała za 

to Olemu.

On też przyjechał na chrzciny, ubrany na czarno, dziwnie mały, z siwą brodą. Ze 

zdumieniem słuchał jej relacji, na koniec złożył dłonie i zamknął oczy. Nigdy przedtem 

nie przeżył takiego religijnego uniesienia.

-   Ona   ją   odnalazła,   Maryjko.   Nie   skonała   nie   wiedząc,   kim   jest.   Zobaczyła 

matkę... - Ole popatrzył na Maryjkę, jakby prosił o wybaczenie. - Ktoś na nią czekał... po 

tamtej stronie.

Brzmiało to tak, jakby zapewniał, że Ziemia jest okrągła...

Maryjka pojmowała, że Ole nie umie sobie poradzić z przekonaniami, na których 

background image

opierał całe swoje życie, że teraz się to wszystko rozsypuje. Chciała go pocieszać, tłu-

maczyć, próbowała budować pomost pomiędzy wiarą a zwątpieniem Olego. I dopiero w 

tym momencie uświadomiła sobie, jaki on naprawdę jest zmęczony. Jaki stary.

Wiedziała, że i on wkrótce podąży w ślad za swoją Kari. To dlatego nie płakał na 

pogrzebie. Ale dzisiaj, w tym radosnym dniu, stoi przed nią z pochyloną głową, prze-

słania ręką oczy.

Dziecko   w   jego   ramionach   machało   rączkami   i   chwyciło   miękką   brodę. 

Pociągnęło mocno.

Uniósł małą dziewczynkę do swojej twarzy.

Maryjka nie słyszała żadnego dźwięku, widziała jednak, że Ole wymawia szeptem 

imię maleństwa.

Fala wzruszenia podeszła jej do gardła, ledwie była w stanie oddychać. Żałowała, 

że nie powiedziała mu tego wcześniej, miała przecież tyle okazji. Ole... Czy on wie, ile 

dla niej zawsze znaczył?

Nie mogła teraz odszukać jego wzroku.

- Jaki on podobny do ojca! - zawołała gospodyni z Hov, kiedy wynieśli dzieci z 

kościoła.   Odsunęła   nieco   okrycie   ze   skóry,   w   które   maleństwa   były   poowijane,   i 

napotkała gniewne spojrzenie niebieskich oczu.

Maryjka potwierdziła skinieniem, a Karl napuszył się niczym kogut.

Revelin zamknął czarną księgę i zgasił świece na ołtarzu. Stał na schodach pod 

wysokim portalem i wpatrywał się w swoje owieczki rozproszone po cmentarzu wokół 

kościoła.

Pod pachą niósł dary od rodziców chrzczonych dzisiaj dzieci. Jeden z darów to 

farbowana na niebiesko wełna od Maryjki. Na krótką chwilkę młoda matka spojrzała w 

bezbarwne   oczy   proboszcza.   On   wolno   skubał   włóczkę   palcami,   rozciągał   nić.   Źle 

uprzędziona... Podszedł do Oppdalów.

Maryjka nie spuszczała z niego oczu, ale on także nie odwrócił wzroku. Krzywy 

uśmiech trwał jak przylepiony do warg i Maryjka przysięgła sobie, że kiedyś go stamtąd 

zetrze własną krwią pastora.

- Strzeż się, Marja Mariasdatter - powiedział cicho Revelin, wyciągając chudy 

palec w stronę zawiniątka, które trzymała w objęciach. Gwałtownie przytuliła do siebie 

background image

dziecko, jakby pastor był zarażony. - Płynie w tobie zła krew, Marja Mariasdatter. Strzeż 

się tedy, bym nie musiał wypełnić mego pasterskiego obowiązku wobec tych owieczek 

Pana... Ty znasz moją władzę, kobieto!

Przyciskała  dziecko  do piersi,  ale nie czuła  strachu. O ile dobrze zrozumiała, 

pastor   groził,   że   odbierze   jej   dzieci.   Był   jakiś   żar   w   jego   bezkrwistej   twarzy,   który 

sprawiał, że Maryjka wysoko uniosła głowę, choć tamten mówił o swojej władzy.

- Chodzi o to, że twoją władzę, pastorze, już poznałam - syknęła. - Ty natomiast 

nie znasz mojej...