background image

MEG CABOT

KSIĘŻNICZKA MIA

PAMIĘTNIK KSIĘŻNICZKI 9

Tytuł oryginału

THE PRINCESS DIARIES 9 PRINCESS MIA

background image

Dla Amandy Maciel, z miłością i podziękowaniami

background image

- Ach, oczywiście, wasza wysokość - powiedziała.

- Jesteśmy przecież księżniczkami. A przynajmniej, jedna z nas jest.

Sara poczuła, że oblewa się rumieńcem. Opanowała się z najwyższym trudem. 

Przecież księżniczki nie wybuchają gniewem.

- To prawda - przyznała. - Czasami udaję, że jestem księżniczką. Udaję, że jestem 

księżniczką, żeby móc się zachowywać jak księżniczka.

Frances Hodgson Burnett Mała księżniczka

Przekład Wacława Komornicka

background image

PIĄTEK, 10 WRZEŚNIA, 21.00,

PRZEDSTAWIENIA 

PIĘKNEJ I BESTII

,

LUNT - FONTANNE THEATER, DAMSKA TOALETA

Nie zadzwonił. Przed chwilą dowiadywałam się u mamy.

To trochę nie w porządku, że mama mnie oskarża, jakoby moim zdaniem cały 

świat kręcił się wokół zerwania z Michaelem. Bo wcale tak nie jest. Naprawdę. Skąd 

miałam wiedzieć, że dopiero co udało jej się ułożyć Rocky'ego do snu? Powinna była 

wyciszyć dzwonek telefonu, jeśli mały zaczyna stwarzać takie kłopoty przy 

zasypianiu.

W każdym razie żadnych wiadomości dla mnie nie było.

Pewnie nie powinnam się ich spodziewać. Przecież sprawdziłam jego lot; ma 

dotrzeć do Japonii dopiero za jakieś czternaście godzin.

A kiedy samolot jest w powietrzu, nie wolno korzystać z komórki ani 

palmtopów. To znaczy dzwonić lub wysyłać esemesy.

Albo odpowiadać na maile.

Ale nie ma sprawy. Poważnie. On zadzwoni.

Dostanie mojego maila i zadzwoni, a potem się pogodzimy i wszystko będzie 

jak dawniej.

Musi być.

Na razie trzeba zachowywać się normalnie, jakby nic złego się nie stało. O ile 

da się normalnie czekać na odzew chłopaka, z którym chodziło się przez dwa lata, 

potem się z nim zerwało, ale któremu wysłało się maila z przeprosinami, 

zrozumiawszy, że się popełniło wielki i karygodny błąd.

Zwłaszcza zaś wiedząc, że jeśli nie dojdzie do zgody, będzie się skazanym na 

bezsensowne życie i serię nic nieznaczących związków z supermodelkami.

Chwileczkę. To dotyczy tylko taty. Nieważne.

Ale rozumiecie. Mnie też to czeka. Supermodelki pomijając.

Oglądając dziś wieczorem Piękną i Bestię w towarzystwie J.P., pojęłam, jaką 

kompletną idiotką byłam przez cały zeszły tydzień.

Nie, żebym zrozumiała to dopiero teraz. Ale przedstawienie uświadomiło mi 

to ostatecznie.

Co jest o tyle dziwne, że z Michaelem nigdy nie byliśmy zgodni co do teatru. 

background image

Z najwyższym trudem udawało mi się w ogóle wyciągnąć go na przedstawienia, które 

lubię, czyli takie, w których występują dziewczyny w krynolinach i różne obiekty 

zlatujące spod sklepienia nad sceną (na przykład w Upiorze w operze albo Tarzanie).

A przy tych nielicznych okazjach, kiedy udało mi się wyciągnąć go do teatru, 

przez cały czas pochylał się do mnie i szeptał:

- Już rozumiem, czemu to przedstawienie schodzi z afisza. Żaden facet nie 

wyśpiewywałby piosenek do gadającego imbryka o tym, że bardzo podoba mu się 

jakaś dziewczyna. Mam rację, prawda? I skąd się tu wzięła ta cała orkiestra 

symfoniczna? Przecież oni na dobrą sprawę siedzą w lochu. To wszystko jest 

zupełnie bez sensu.

Kiedyś wydawało mi się, że takie uwagi psują całą zabawę. Psuło mi ją także 

to, że Michael co pięć minut przepraszał mnie i wychodził do toalety, tłumacząc, że 

przy obiedzie wypił za dużo wody. Chociaż naprawdę szedł sprawdzać na komórce 

komunikaty ze swojej rozgrywki w World of Warcraft.

Ale chociaż w towarzystwie J.P. czuję się w teatrze dobrze, to nie mogę 

odżałować, że nie ma ze mną Michaela, który narzekałby, że Piękna i Bestia to tylko 

obciachowy disneyowski musical dla małych dzieci, które nie stanowią wymagającej 

widowni, i że muzyka jest fatalna, a całe to przedstawienie służy tylko temu, żeby 

nakłonić turystów do wydawania kasy na drogie tiszerty, badziewne kubki i 

pretensjonalne teatralne programy.

A jeszcze bardziej mi smutno, że go tutaj nie ma, bo właśnie zdałam sobie 

sprawę, że historia Pięknej i Bestii właściwie opowiada o Michaelu i o mnie.

Nie chodzi o to, że dotyczy piękności (oczywiście). Ani bycia Bestią.

Ale o to, że opowiada o dwojgu ludziach, którzy zaczynają się ze sobą 

przyjaźnić i nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że się kochają, dopóki nie zrobi się 

prawie za późno...

To jest totalnie o nas.

Poza tym, oczywiście, że Piękna jest o wiele mądrzejsza niż ja. Na przykład, 

czy Piękna przejmowałaby się tym, że Bestia, jeszcze przed uwięzieniem jej w swoim 

zamku, zadawała się z Judith Gershner, a potem jakoś zapomniała o tym wspomnieć?

Nie. Bo to wszystko zdarzyło się, ZANIM Piękna i Bestia odnaleźli się 

nawzajem. Więc jakie to teraz miało znaczenie?

No właśnie: żadne.

W głowie mi się nie mieści, że byłam taka głupia. Przysięgam, obciachowy 

background image

czy nie - dobra, muszę przyznać, teraz widzę w tym musicalu coś z obciachu - Piękna 

i Bestia wniosła w moje życie coś nowego.

Chociaż nie powinno bardzo zaskakiwać, skoro to jest historia stara jak świat.

W przeszłości twierdziłam, że mój ideał mężczyzny to umiałby wysiedzieć 

przez cały spektakl Pięknej i Bestii, najromantyczniejszej i najpiękniejszej historii, 

jaką kiedykolwiek opowiedziano, i nie rżeć w nieodpowiednich momentach (na 

przykład, kiedy Bestia na scenie przeobraża się w księcia, albo kiedy pojawiają się 

takie śmieszne wilki - przecież nie mogą być tak bardzo przerażające, skoro na 

widowni siedzą małe dzieci).

Teraz wiem, że jedyny facet, z którym byłam na tym przedstawieniu, a który 

ten test przeszedł, to J.P. Reynolds - Abernathy IV. Jemu nawet - nie mogłam tego nie 

zauważyć - spłynęła po policzku jakaś samotna łza, kiedy Piękna ofiarowała własne 

życie, żeby ratować ojca.

Michael nigdy nie płakał w czasie żadnego przedstawienia na Broadwayu. 

Poza sceną w Tarzanie, w której brutalnie morduje się ojca małp.

Ale popłakał się wtedy wyłącznie ze śmiechu.

Do czego zmierzam: zaczynam myśleć, że to nic złego. Możliwe, że faceci 

RÓŻNIĄ się od dziewczyn. Nie tylko dlatego, że nie przejmują się takimi rzeczami 

jak to, czy Nightstalker kiedykolwiek zostanie sfilmowany z udziałem Jessiki Biel i 

czy ona powtórzy sukces, jaki osiągnęła rolą Abby Whistler w Blade: Mroczna 

Trójca.

Ani dlatego, że ich zdaniem nie ma nic złego, jeśli śpi się z Judith Gershner, a 

potem nic o tym nie mówi swojej dziewczynie, bo to się działo, zanim z tą 

dziewczyną zaczęło się chodzić.

Ale dlatego, że oni są po prostu inaczej ZAPROGRAMOWANI. Na przykład 

tak, żeby nie wzruszał ich widok faceta w przebraniu goryla, który na scenie zostaje 

zastrzelony na niby.

A przy tym skłonni są uważać, że jak najbardziej realna jest scena z filmu 

Notting Hill, w której aktorka grana przez Julię Roberts, wraca do faceta granego 

przez Hugh Granta, chociaż taka zarozumiała gwiazda kina nigdy w życiu nie 

zakochałaby się w skromnym właścicielu księgarni. A mówię to przecież z pozycji 

księżniczki zakochanej w zwykłym studencie wyższej uczelni.

Wreszcie teraz zrozumiałam; faceci się od nas różnią.

Ale to nie zawsze oznacza coś złego. Jak powiedzieliby moi przodkowie: Vive 

background image

la difference. Bo cóż, przecież wielu facetów nie lubi musicali.

Ale ci sami faceci potrafią też podarować ci łańcuszek ze śnieżynką na twoje 

piętnaste urodziny, żeby przypominał ci o Zimowym Balu Wielu Kultur, w czasie 

którego po raz pierwszy wyznaliście sobie miłość.

To, trzeba przyznać, jest szalenie romantyczne.

Och! Światła właśnie zamigotały. Czas wracać na drugi akt.

Którego, szczerze mówiąc, wcale nie chce mi się oglądać. Wszystko byłoby 

dobrze, gdyby J.P. nie pytał mnie bez przerwy, czy wszystko gra.

Ja totalnie rozumiem, że on się o mnie po przyjacielsku troszczy, ale jakiej 

odpowiedzi się spodziewa? Czy może nie wiedzieć, że odpowiedź brzmi: nie, nie 

wszystko gra? Czy muszę mu przypominać, że niecałe dwie doby temu jak idiotka ze-

rwałam z szyi ten łańcuszek ze śnieżynką i RZUCIŁAM nim w faceta, który mi go 

podarował? Czy on uważa, że człowiek po czymś takim dochodzi do siebie 

automatycznie, tylko dlatego że wybrał się na musical, w którym występują tańczące 

imbryki do herbaty?

J.P. jest słodki, ale czasami trochę tępy.

Chociaż, jak się okazuje, Tina ma absolutną rację: J.P. to naprawdę wulkan 

stłumionej namiętności. Ta pojedyncza łza tego dowodzi. Trzeba tylko odpowiedniej 

kobiety, która znajdzie klucz do jego serca - do tej pory dla bezpieczeństwa 

skrywanego pod zimną, twardą skorupą - a on eksploduje jak ta kipiąca kaldera, którą 

można zobaczyć w Parku Narodowym Yellowstone.

PIĄTEK, 10 WRZEŚNIA, 23.45,

PODDASZE

Maile: 0

Wiadomości na poczcie głosowej też nie ma.

Ale samolot Michaela będzie w powietrzu jeszcze przez jedenaście i pół 

godziny. Zadzwoni do mnie, kiedy wyląduje.

Bo NA PEWNO zadzwoni. Prawda?

Dobra, nie będę teraz o tym myśleć, bo za każdym razem zaczynam dostawać 

takich dziwnych palpitacji serca i dłonie mi się pocą.

Podczas mojej nieobecności kurier dostarczył mi jakąś kopertę. Mama 

powiedziała mi o niej (niezbyt uradowanym tonem), kiedy ją obudziłam, żeby 

zapytać, czy Michael do mnie nie dzwonił. Serio, nie miałam pojęcia, że już spała. 

background image

Zwykle nie śpi i ogląda Davida Lettermana, czekając, aż o dwunastej trzydzieści 

pojawi się gość muzyczny. Skąd miałam wiedzieć, że muzycznym gościem była 

Fergie, więc mama poszła do łóżka wcześniej?

Koperta dostarczona przez kuriera zdecydowanie nie została wysłana przez 

Michaela. Ta wyszukana papeteria w odcieniu kości słoniowej, z wielką lakową 

pieczęcią z odciśniętymi na środku inicjałami D i R. Aż biło w oczy, że przesyłka 

musi mieć coś wspólnego z Grandmère.

Nie zdziwiłam się więc specjalnie, kiedy mama powiedziała mocno 

zrzędliwym tonem:

- Twoja babka mówi, że masz to natychmiast otworzyć.

Ale zdziwiłam się trochę, gdy dodała:

- A kiedy otworzysz, masz do niej zadzwonić. Niezależnie od pory dnia.

- Mam dzwonić do Grandmère PO JEDENASTEJ WIECZOREM?

To nie miało najmniejszego sensu. Grandmère codziennie bez wyjątku kładzie 

się do łóżka tuż przed wieczornymi wiadomościami o jedenastej, o ile nie imprezuje 

gdzieś z Henrym Kissingerem czy kimś takim. Twierdzi, że jeśli nie zadba o swoje 

pełne osiem godzin snu, to następnego ranka nie jest w stanie nic poradzić na worki 

pod oczyma, i to niezależnie od ilości zaaplikowanego na nie kremu przeciw 

hemoroidom.

- Tak właśnie powiedziała - mruknęła mama i z powrotem naciągnęła kołdrę 

na głowę. (Jak ona może spać, kiedy koło niej pan Gianini tak okropnie chrapie, 

pozostaje dla mnie tajemnicą. To musi być prawdziwa miłość).

Nie podobał mi się wygląd tej koperty, a już ZDECYDOWANIE nie podobał 

mi się pomysł dzwonienia do Grandmère o jedenastej trzydzieści wieczorem.

Ale poszłam do swojego pokoju, złamałam pieczęć, wyciągnęłam list i 

zaczęłam go czytać...

I o mało nie dostałam ataku serca.

Wybranie numeru Grandmère zajęło mi mniej więcej dwie sekundy.

- Och, Amelio - powiedziała całkowicie przytomnym głosem. - Nareszcie. 

Otrzymałaś list?

- Od MATKI Lany Weinberger? - O mało nie wrzasnęłam. Pamiętałam, żeby 

nie podnosić głosu tylko dlatego, że mieszkam na poddaszu, a za ścianą śpi mój mały 

braciszek, a ja nie chciałam ryzykować furii mamy, gdybym go obudziła. - Z za-

proszeniem do wygłoszenia inauguracyjnego przemówienia na wielkiej imprezie 

background image

charytatywnej organizowanej przez jej kobiece stowarzyszenie w celu zebrania 

funduszy na afrykańskie sieroty? Tak. Ale... Skąd wiedziałaś? Też takie dostałaś?

- Nie bądź śmieszna - sarknęła. - Mam swoje metody, żeby o takich rzeczach 

się dowiadywać. A teraz, Amelio, ja muszę wiedzieć. To szalenie ważne. Czy 

wspomniała coś o zaproszeniu cię do wstąpienia do Domina Rei, kiedy osiągniesz 

pełnoletniość? - Niemal dostała zadyszki, tak była podekscytowana. - Czy napisała 

coś o tym, że cię poprosi o złożenie ślubowania, kiedy skończysz osiemnaście lat?!

- Tak - potwierdziłam. - Ale, Grandmère, ja do tej pory nic nie słyszałam o tej 

całej Dominie Rei. I nie mam na to teraz czasu. Obecnie przeżywam bardzo stresujące 

chwile i naprawdę muszę się skoncentrować na tym, żeby nad sobą panować...

Ale to była niewłaściwa reakcja, niestety. Grandmère prawie ziała ogniem, 

kiedy odpowiedziała mi swoim najbardziej książęcym głosem:

- Dla twojej informacji, Domina Rei to jedna z najbardziej wpływowych 

kobiecych organizacji na świecie. Jak to możliwe, że nie jesteś tego świadoma, 

Amelio? One są jak Opus Dei wśród kobiecych stowarzyszeń. Tylko bez zabarwienia 

religijnego.

Musiałam przyznać, że to mnie, wbrew samej sobie, zainteresowało.

- Naprawdę? Jak tamto tajne stowarzyszenie z Kodu Leonarda da Vinci? To, 

którego członkowie się biczują? Mama Lany nosi na nodze takie dziwne urządzenie z 

metalowymi kolcami?

- Oczywiście, że nie. - Grandmère pociągnęła nosem. - Użyłam przenośni.

Rozczarowałam się, słysząc te słowa. Nie znam mamy Lany (a ona 

najwyraźniej nic nie wie o mnie, bo w swoim liście wspomniała, że Lana bardzo 

sobie ceni naszą wieloletnią przyjaźń i że to ogromnie przykre, że napięty kalendarz 

książęcych obowiązków uniemożliwił mi częstsze bywanie na imprezach, na które 

przecież Lana zapraszała mnie do siebie do domu. Hm. Tak...), ale sama myśl, że 

komuś z rodziny Weinbergerów metalowe szpikulce wbijają się w nogę, napełniała 

mnie wielką radością.

- Poza tym - ciągnęła Grandmère - wiem, że już ci kiedyś o Domina Rei 

opowiadałam, Amelio. Hrabina Trevanni jest członkinią...

- Babcia Belli? - Grandmère rzadko wspomina hrabinę, swojego wroga numer 

jeden, odkąd podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia wnuczka hrabiny, Bella, 

zachwyciła całą rodzinę Trevannich swoją ucieczką z moim niby - kuzynem, 

księciem René, któremu, no cóż, dała zrobić sobie dziecko (Grandmère mówi, że 

background image

ładniej jest używać francuskiego słowa enceinte, ale on jej naprawdę zrobił dziecko. 

Czy w mojej rodzinie nikt nie słyszał o wynalezieniu kondomów?).

Po ostrej reprymendzie mojego taty (i, jak sądzę, zastrzyku gotówki - René 

tylko parę dni dzieliło od podpisania umowy na udział w nowym telewizyjnym reality 

show, Wymarzony Książę, w czasie którego grupa młodych, wolnych kobiet miała 

konkurować o szansę wybrania się na randkę z prawdziwym księciem... to znaczy, z 

René), René wreszcie ożenił się z Bellą. Ku zmartwieniu jej babki, ślub ograniczył się 

do prywatnej, cichej ceremonii, bo René tak długo zwlekał z oświadczynami, że ciążę 

Belli już było wyraźnie widać, a w czasopiśmie „Majestat” nadal są na takie sytuacje 

uczuleni.

A teraz Bella i René mieszkają na Upper East Side w apartamencie na 

ostatnim piętrze, który dostali od hrabiny w prezencie ślubnym, i razem chodzą do 

szkoły rodzenia metodą Lamaze'a, i sprawiają wrażenie przeszczęśliwych.

Grandmère o mało nie padła z zazdrości, że René dostał się Belli zamiast 

mnie, chociaż jestem dopiero w szkole średniej! W ogóle na ten temat nie 

rozmawiamy.

- Audrey Hepburn też należała do Domina Rei - ciągnęła Grandmère. - Tak 

samo jak księżna Grace z Monako. Hillary Rodham Clinton. Sędzia Sądu 

Najwyższego Sandra Day O'Connor. Jacqueline Kennedy Onassis. A nawet Oprah 

Winfrey.

Obie przyciszyłyśmy głosy, jak to bywa w dobrym towarzystwie, kiedy 

wymienia się nazwisko pani Winfrey.

A potem dodałam:

- To wszystko bardzo pięknie, Grandmère. Ale, jak powiedziałam, to 

naprawdę nie jest najlepsza chwila. Ja...

Ale Grandmère, jak zwykle, mnie nie słuchała.

- Oczywiście, wiele lat temu mnie też zaproszono do złożenia ślubowania. 

Niestety, w związku z pewnym kompletnym nieporozumieniem, związanym z osobą 

dżentelmena, którego imienia nie będziemy tu wymieniać, moja kandydatura została 

bezlitośnie przegłosowana na nie.

- No cóż, wielka szkoda. Ja...

- Świetnie. Skoro musisz wiedzieć, poszło o księcia Rainiera z Monako. Ale te 

plotki były zupełnie bezpodstawne! Przecież w ogóle na niego nie zwracałam uwagi! 

Czy to moja wina, że tak na moim punkcie oszalał, że snuł się kiedyś za mną jak 

background image

szczenię? Nie wiem, jakim cudem ktoś mógł odebrać całą sprawę inaczej, niż 

naprawdę wyglądała... Zwykłe zauroczenie starszego mężczyzny o wiele od niego 

młodszą kobietą, która nic nie mogła poradzić na to, że skrzyła się dowcipem i joie de 

vivre.

Dopiero po jakiejś chwili dotarło do mnie, o kim ona mówi.

- Chcesz powiedzieć... że ty...?

- Oczywiście, że nie, Amelio! Co się z tobą dzieje? Jak uważasz, dlaczego on 

się ożenił z Grace Kelly? Jak sądzisz, dlaczego rodzina pozwoliła mu ożenić się z 

aktorką? Wyłącznie dlatego, że aż tak im ulżyło, że zgodził się ożenić z kimkolwiek, 

kiedy złamałam mu serce, odrzucając go...

Aż sapnęłam.

- Grandmère! Przez ciebie został gejem?

- Oczywiście, że nie! Amelio, co ty znów wymyślasz. Ja... No, zresztą 

nieważne. Jakim cudem w ogóle zeszłyśmy na ten temat? Pozostaje faktem, że 

hrabina Trevanni dostanie szału, jeśli wygłosisz inauguracyjne przemówienie na gali 

charytatywnej tego kobiecego stowarzyszenia. Jej wnuczki nigdy nie poproszono o 

wystąpienie. Oczywiście, dlaczego miały ją prosić? Ona nigdy nie osiągnęła niczego 

poza tym, że zaszła w ciążę, co potrafi każda idiotka. Zresztą jest taka niemrawa, że 

pewnie by ją zmroził widok dwóch tysięcy świetnie zadbanych, odnoszących sukcesy 

kobiet biznesu, które by się w nią wpatrywały...

Znów sapnęłam... Ale tym razem z nieco innego powodu.

- Zaraz... Dwa tysiące?

- Będziemy musiały natychmiast umówić przymiarkę u Chanel - plotła dalej 

Grandmère. - Moim zdaniem, coś wyciszonego, ale młodzieńczego. Uważam, że już 

pora sprawić ci jakiś kostium. Nie mam nic przeciwko sukienkom, ale w porządnym 

wełnianym kostiumie kobieta zawsze jest elegancka...

- Świetnie zadbane, odnoszące sukcesy kobiety biznesu? - powtórzyłam, 

czując, że robi mi się nieco słabo. - Myślałam, że one tam wszystkie będą jak mama 

Lany... Damy z towarzystwa, które zatrudniają na cały etat nianie, kucharki i 

pokojówki...

- Nancy Weinberger to jedna z najbardziej poszukiwanych dekoratorek wnętrz 

na Manhattanie - przerwała mi chłodno Grandmère. - Kompletnie zmieniła wystrój 

apartamentu, który hrabina kupiła dla René i Belli. Zaraz, niech się zastanowię, ko-

lory Domina Rei to błękit i biel... W błękitach nigdy nie było ci jakoś specjalnie do 

background image

twarzy, ale trzeba będzie się tym zadowolić...

- Grandmère... - wyjąkałam. Gardło ścisnęło mi się z powodu paniki. 

Podobnie jak wtedy, kiedy zaczynam myśleć o Michaelu, tylko nie pocą mi się 

dłonie. - Nie mogę tego zrobić. Nie mogę wygłosić mowy dla dwóch tysięcy 

odnoszących sukcesy kobiet biznesu. Nie rozumiesz, ja przeżywam teraz uczuciowy 

kryzys i dopóki on się nie rozwiąże, będę musiała mniej się udzielać... A nawet, kiedy 

się rozwiąże, nie sądzę, żebym zdołała wystąpić dla tak dużej widowni.

- Nonsens - odparła energicznie Grandmère. - Przemawiałaś w genowiańskim 

parlamencie w sprawie parkometrów, zapomniałaś?

- Tak, ale to byli tylko starsi panowie w perukach, a nie mama Lany 

Weinberger! Chyba powinnam po prostu...

- Oczywiście, Bóg jeden wie, co zrobimy z twoją fryzurą. Do tego czasu 

włosy raczej ci nie odrosną. Może Paolo zdoła wymyślić jakieś przedłużki. 

Zadzwonię do niego rano...

- Grandmère - powiedziałam - chyba nie dam...

Ale było już za późno. Rozłączyła się, nadal mrucząc coś na temat przedłużek.

Super. Tylko tego mi brakowało.

SOBOTA, 11 WRZEŚNIA, 9.00,

PODDASZE

Maile: 0

Co wcale mnie nie dziwi. On wyląduje dopiero za trzy godziny. A potem 

będzie jeszcze musiał przejść przez odprawę.

Muszę się zdobyć na cierpliwość. Muszę zachować spokój. Muszę tylko...

GrLouie: TINA!!!! JESTEŚ TAM???? Jeżeli jesteś, to odpisz. 

JA TU UMIERAM!!!!

Iluvromance: Cześć, Mia. Jestem tu. Dlaczego umierasz?????

Och, dzięki Bogu. Dzięki Bogu za Tinę Hakim Babę.

GrLouie: Bo chociaż wiem, że więź, jaka łączyła mnie z 

Michaelem, jest zbyt mocna, żeby nagle przerwało ją zwykłe 

nieporozumienie, i że on do mnie zadzwoni, kiedy doleci do 

background image

Japonii, i powie, że mi wybacza i wszystko będzie dobrze - to 

co, jeśli tak się nie stanie? Co, jeśli on tego nie zrobi? O Boże, 

ręce cały czas mi się pocą! I chyba zaczynam mieć atak 

serca...

Iluvromance: Mia! Wszystko będzie dobrze! Oczywiście, że 

Michael ci wybaczy! Wrócicie do siebie i wszystko będzie 

zupełnie tak samo, jak kiedyś. A może nawet lepiej. Bo pary, 

które mają za sobą trudne chwile, zawsze wychodzą z tego 

umocnione...

GrLouie: Racja! I nie ma sprawy, prawda? Moje przodkinie 

stawiały czoło znacznie większym przeciwnościom losu. 

Takim jak grasujący najeźdźcy, porwania, zmuszanie do picia 

wina z czaszki własnego zamordowanego ojca, i tak dalej. Z 

Michaelem i ze mną wszystko się ułoży!

Iluvromance: Totalnie! Rozumiem z tego, że dziś wieczorem 

nie idziesz?

GrLouie: Gdzie miałabym iść?

Iluvromance: Na imprezę zwycięstwa.

GrLouie: Jaką imprezę zwycięstwa?

Iluvromance: No wiesz, imprezę zwycięstwa Lilly i Perin. Bo 

wygrały w wyborach do samorządu szkolnego.

GrLouie: Nie zostałam zaproszona na imprezę zwycięstwa. 

Iluvromance: Nie dostałaś maila?

GrLouie: Nieeeeeeeeee...

Iluvromance: Och.

GrLouie: Co, „och”?

Iluvromance: Nie sądziłam, że mówiła poważnie.

GrLouie: Kto? O czym ty mówisz?

Iluvromance: O Lilly. Mówiła, że nigdy więcej się do ciebie 

nie odezwie, bo odbijasz dziewczynom chłopaków i potrafisz 

wbić nóż człowiekowi w plecy. Ale myślałam, że żartowała.

GrLouie: CO TAKIEGO???? JAK ONA MOŻE COŚ 

TAKIEGO MÓWIĆ??? PRZECIEŻ TO BYŁ TYLKO 

ZWYKŁY CMOK!!! MIAŁ TRAFIĆ W POLICZEK!!!! 

background image

POCAŁOWAŁAM GO W USTA WYŁĄCZNIE PRZEZ 

PRZYPADEK!!!!

Iluvromance: Wiem. Ale nie poszłaś wczoraj wieczorem z J.P. 

na Piękną i Bestię?

GrLouie: No cóż, owszem. Ale bez żadnej złej myśli. 

Poszliśmy zwyczajnie, jako PRZYJACIELE.

Iluvromance: Ale czy nie twierdziłaś dawniej, że twój ideał 

mężczyzny to ktoś, kto potrafi wysiedzieć przez całe 

przedstawienie Pięknej i Bestii, najromantyczniejszej i 

najpiękniejszej historii wszech czasów i nie śmiać się 

złośliwie w niewłaściwych momentach? GrLouie: Tak. Ale to 

było dawno temu. I od tej pory zrozumiałam, że się myliłam. 

Teraz mój ideał mężczyzny to ktoś, kto się złośliwie śmieje.

Iluvromance: No cóż, lepiej powiedz o tym Lilly,

GrLouie: Dlaczego? Co ona mówiła? Czekaj - skąd ona w 

ogóle WIE, co J.P. i ja robiliśmy wczoraj wieczorem? A TY 

SAMA skąd wiesz?

Iluvromance: Och... Nie widziałaś go?

GrLouie: CZEGO NIE WIDZIAŁAM????

Iluvromance: Tego wielkiego zdjęcia jak wychodzisz z J.P. z 

teatru, które dziś rano ukazało się w „New York Post”, z 

nagłówkiem: „Załamana księżniczka znajduje nową miłość?”

Załamana księżniczka znajduje nową miłość

Sobota, 11 września, Nowy Jork

Wygląda na to, że nasza nowojorska księżniczka, Mia 

Thermopolis (z Genowii) oraz jej stały chłopak, student Uniwersytetu 

Columbia - a przy tym plebejusz - Michael Moscovitz, rozstali się.

Mówi się, że Moscovitz przyjął roczne stypendium w japońskiej 

firmie robotycznej w Tsukubie, gdzie będzie pracował nad pewnym ściśle 

tajnym projektem.

Jej Książęca Wysokość nie sprawia jednak wrażenia osoby 

usychającej z tęsknoty za swoją dawną miłością. Były adorator już został 

zastąpiony pewnym tajemniczym młodzieńcem, który towarzyszył młodej 

background image

księżniczce na broadwayowskim przedstawieniu Pięknej i Bestii w piąt-

kowy wieczór. Nieujawnione źródła donoszą, że ten młody człowiek to 

nikt inny jak John Paul Reynolds - Abernathy IV, syn zamożnego 

producenta i propagatora teatru, Johna Paula Reynolds - Abernathy III.

Znany nam miłośnik teatru, który obserwował młodą parę w ich 

prywatnej loży, stwierdził:

- Czulili się tam do siebie. - Inny z kolei dodał: - Bardzo ładnie 

razem wyglądają. Oboje są tacy wysocy i jasnowłosi.

Poproszony o jakieś oświadczenie, rzecznik prasowy 

genowiańskiego pałacu oświadczył:

- Nie komentujemy prywatnego życia księżniczki.

SOBOTA, 11 WRZEŚNIA, 10.00,

PODDASZE

No cóż. Przynajmniej wiem, dlaczego Lilly się do mnie nie odezwała.

To wszystko tak się pokręciło... Bo, po pierwsze, to był najzwyklejszy cmok 

w policzek.

A po drugie, oni już ze sobą nie chodzili, kiedy ten cmok w policzek miał 

miejsce. A po trzecie, POSZLIŚMY DO TEATRU JAKO PARA PRZYJACIÓŁ. 

Tylko ktoś nienormalny mógł pomyśleć, że UMAWIAM SIĘ NA RANDKI z J.P. 

Reynolds - Abernathym IV.

Oczywiście jest zabawnym i miłym facetem, i tak dalej. Proszę mnie źle nie 

zrozumieć. Ale moje serce należy do Michaela Moscovitza już na zawsze!

To wszystko nie ma sensu. Lilly to moja najlepsza przyjaciółka. Jak ona 

mogła uwierzyć w coś tak okropnego na mój temat?

I to prawda, w tym tygodniu potraktowałam jej brata dość paskudnie. Ale to 

tylko dlatego, że (jak idiotka) nie rozumiałam, jak wspaniałe było to, co nas łączyło, 

dopóki tego nie zniszczyłam.

Ale PRZEPROSIŁAM go. To tylko kwestia czasu (dwie godziny), zanim 

odbierze mojego maila i zadzwoni do mnie (proszę cię, Boże), i pogodzimy się, a on 

mi odeśle ten wisiorek ze śnieżynką, i znów będziemy razem i wszystko się ułoży.

Chyba, że zajrzy do Google News i zobaczy ten wielki artykuł o mnie i o J.P.

Ale dlaczego miałby w to UWIERZYĆ? Nigdy nie wierzył w żadne z tych 

kłamstw, które paparazzi zawsze wypisywali o mnie i Jamesie Franco. Dlaczego 

background image

miałby uwierzyć akurat w TO?

Nie uwierzy. To NIEMOŻLIWE.

Więc O CO chodzi tej całej Lilly?

W każdym razie nie mam zamiaru świrować. To prawda, że w przeszłości 

zdarzało mi się dostawać histerii w takich sytuacjach. Dzwoniłabym do ojca i błagała 

go, żeby nasi prawnicy zażądali sprostowania. Próbowałabym dotrzeć do tego, kto dał 

cynk gazetom - jak bym sama nie wiedziała (Grandmère). Słałabym Michaelowi 

rozpaczliwe maile, gęsto się tłumacząc, że to wszystko nieprawda.

Ale dość tego. Jestem na to o wiele za dorosła. Poza tym zdążyłam się 

przyzwyczaić.

I jeszcze jedno: już i tak WYSTARCZAJĄCO świruję. Jak mogłabym 

ześwirować jeszcze bardziej? Ledwie mogę utrzymać pióro, tak bardzo poci mi się 

dłoń.

No więc... nieważne. Dam Lilly trochę czasu, żeby ochłonęła. Jestem pewna, 

że kiedy impreza się zacznie i znajdą się tam wszyscy poza mną (dzwoniłam do Tiny, 

kiedy już zdążyłam pobiec i kupić gazetę. Powiedziałam jej, że OCZYWIŚCIE, musi 

iść na imprezę do Lilly, chociaż chciała ją zbojkotować przez solidarność wobec 

mnie. Ale ja naprawdę chcę, żeby ona tam poszła, bo będę mogła dowiedzieć się, co 

Lilly wygaduje na mój temat. Przysięgam, jeśli Lilly mnie obsmaruje, zadzwonię do 

Federalnej Komisji Łączności i doniosę im, że użyła brzydkiego słowa w 

zeszłotygodniowym odcinku Lilly mówi prosto z mostu, kiedy opisywała bieżącą 

sytuację w Iraku), to ona za mną zatęskni i odezwie się z zaproszeniem.

Wtedy tam pojadę, uściskamy się, i wszystko znów będzie jak dawniej.

Do tego czasu posiedzę sobie tutaj i odrobię rachunek różniczkowy. Bo, Bóg 

mi świadkiem, w zeszłym tygodniu w ogóle nie uważałam w szkole, więc nie mam 

ZIELONEGO POJĘCIA, co działo się na lekcjach matematyki. Ani na żadnych 

innych lekcjach. Ostatnia rzecz, jakiej mi potrzeba na dodatek do tego wszystkiego, to 

wylecieć z liceum.

A kiedy będę odrabiać lekcje, przy okazji zjem resztę tych pierożków z 

wieprzowiną z Number One Noodle Son (Niesamowite rzeczy dzieją się z tym 

mięsem. Jak raz zaczniesz je jeść, nie możesz przestać).

Bo właśnie tak poradziłaby sobie w takiej sytuacji osoba dojrzała.

JESZCZE DWIE GODZINY DO LĄDOWANIA!!!!!!! AAAAAAAAAAA

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

background image

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

SOBOTA, 11 WRZEŚNIA, 10.15,

PODDASZE

Właśnie wrzuciłam swoje imię i nazwisko w wyszukiwarkę Google News, 

żeby zobaczyć, czy jest tam dużo informacji na mój temat, i jakie jest 

prawdopodobieństwo, że Michael zobaczy ten artykuł o mnie i J.P.

...wyskoczyło mi 527 rekordów na ten temat.

Ale to nie wszystko.

Zajrzałam do wyszukiwarki Google Blog, żeby zobaczyć, czy ktoś na mój 

temat bloguje, i trafiłam na nową stronę: www. nienawidzemiithermopolis.com.

Jest tam lista dziesięciu najgłupszych rzeczy związanych z Mią Thermopolis. 

Numer jeden to moja fryzura.

Numer dziesięć to moje nazwisko.

A pomiędzy, co jedno to gorsze.

Wiem, że powinnam ignorować złą prasę. Grandmère mówiła, że jeśli będę na 

nią reagować albo w jakikolwiek sposób zauważać jej istnienie, to będę ją jeszcze 

podsycać i prowokować tych, którzy mnie nienawidzą, do dalszych wystąpień.

Ale to? To jest naprawdę...

Świetnie. Jak bym miała za mało zmartwień.

Teraz jeszcze pojawił się ktoś, kto mnie nienawidzi do tego stopnia, że 

informuje cały świat, że w tej nowej fryzurze mam uszy, które przypominają uchwyty 

od imbryka do herbaty.

Dokładnie tego było mi potrzeba.

SOBOTA, 11 WRZEŚNIA. 10.30.

PODDASZE

Kochany Michaelu

Na pewno już zdążyłeś zauważyć

background image

Kochany Michaelu

Cześć! Zastanawiałam się tylko, czy widziałeś może

Kochany Michaelu

Bardzo Cię proszę, nie zaglądaj na

Drogi założycielu strony www.nienawidzemiithermopolis.com,

JEŚLI AŻ TAK BARDZO MNIE NIENAWIDZISZ, TO CZEMU 

NIE POWIESZ MI TEGO W TWARZ, TY TCHÓRZU????

SOBOTA. 11 WRZEŚNIA, 10.30,

background image

PODDASZE

Maile: 0

Właśnie odezwała się moja komórka. Byłam taka pewna, że to Michael (jego 

samolot właśnie wylądował), że o mało jej nie upuściłam na ziemię, tak mi się dłonie 

spociły i tak drżały (nie mówiąc o tym, że były tłuste od nóżki kurczaka, którą 

znalazłam w głębi lodówki i właśnie ogryzałam).

Ale to był tylko J.P. Chciał zapytać, czy widziałam artykuł.

- Zabawne, prawda? - Usiłowałam mówić to lekkim tonem. Co nie jest wcale 

takie proste, kiedy w ustach ma się resztkę pieczonej kurzej nóżki. - Uważają, że 

jesteśmy w sobie zakochani. Ha ha.

- Tak - powiedział J.P. - Ha ha.

Całe szczęście, że on się zna na żartach.

- Bardzo cię przepraszam - powiedziałam. - To ryzyko związane ze 

spotkaniami ze mną. Mam na myśli, że człowiek trafia do gazet. - Nie wspomniałam 

o stronie www.nienawidzemiithermopolis.com. Uznałam, że sam na to wpadnie 

wystarczająco szybko.

- Nie gniewam się - rzekł J.P. - Za to, że kojarzą mnie z księżniczką i 

dziedziczką tronu? Nawet moi rodzice są pod wrażeniem. Uważają, że wreszcie udało 

mi się czegoś dokonać.

Teraz przyszła kolej na odpowiedź:

- Ha ha. - Chociaż, prawdę mówiąc, zrobiło mi się trochę niedobrze. Może to z 

powodu mięsa, które opchnęłam w ciągu ostatniej półtorej godziny. Wymiotłam 

lodówkę do czysta. Naprawdę nie wiem, co się ze mną dzieje. Z wegetarianki w 

niecały tydzień zamieniłam się w kanibala.

Może niezupełnie kanibala. Tylko w... Jak się nazywa tych, co jedzą za dużo 

mięsa?

Ale wiedziałam, o co mi chodzi. Było mi niedobrze nie z powodu mięsa, które 

zjadłam, ale dlatego że samolot Michaela już na pewno wylądował, i że to możliwe, 

że on zaraz zacznie sprawdzać, czy ktoś mu nie przesyłał jakichś wiadomości.

- Posłuchaj - powiedział J.P. - Tak się zastanawiałem... Słyszałaś o imprezie u 

Lilly?

- Tak - potwierdziłam. - Nie jestem zaproszona.

- Tak sadziłem. - J.P. westchnął. - Miałem nadzieję, że już jej przeszło.

background image

- Cóż, oglądanie naszych zdjęć, poutykanych we wszystkich gazetach, raczej 

nie poprawi sytuacji.

- Ano - zgodził się J.P. - Może damy jej weekend na zastanowienie...

- Może. - Mam nadzieję. Ale raczej nie wierzę, żeby weekend coś tu zmienił.

- Chcesz się ze mną spotkać dziś wieczorem? Urządzimy sobie własną 

imprezę - zaproponował J.P. - No wiesz, żeby pokazać im, jak to się robi.

- O kurczę, strasznie miło z twojej strony - stwierdziłam. - Ale lepiej zostanę 

w domu. Bo samolot Michaela już wylądował i on niedługo zacznie sprawdzać swoje 

maile. A ja naprawdę chcę być w domu, kiedy zadzwoni.

O ile zadzwoni.

Ale przecież na pewno zadzwoni. PRAWDA??????

- Och! - W głosie J.P. pojawiło się coś jak rozczarowanie. - A nie byłoby 

lepiej, gdyby cię tam nie było, kiedy on się odezwie? Żeby zrozumiał, jak bardzo 

jesteś popularna i rozrywana?

Roześmiałam się. J.P. ma naprawdę pokrętne poczucie humoru.

- Zabawne! Ale wystarczy, że zerknie do prasy. To znaczy, jeśli to nasze 

zdjęcie trafi do agencji AP Wire i ukaże się w Japonii. Poza tym naprawdę muszę 

popracować nad rachunkiem różniczkowym, jeśli chcę zdać.

- Jeśli będziesz potrzebować pomocy, chętnie do ciebie przyjdę - 

zaproponował J.P. - Jestem geniuszem współczynników dążących do 

nieskończoności.

Czy on nie jest kochany? Wyobraźcie sobie, proponuje, że poświęci sobotę na 

pomaganie mi w rachunku różniczkowym!

- Bardzo dziękuję. Ale poradzę sobie. Pamiętaj, że ja mieszkam pod jednym 

dachem z prawdziwym nauczycielem matematyki, do którego mogę się zwrócić, jeśli 

zacznę sobie rwać włosy z rozpaczy. To znaczy to, co mi z włosów zostało.

- Dobra. Ale jeśli zmienisz zdanie...

- To wiem, do kogo dzwonić - dokończyłam. Próbowałam już jakoś się go 

pozbyć z tej linii telefonicznej. Przecież Michael mógł dzwonić właśnie w tym 

momencie. Komórka wprawdzie nie dała mi znać o oczekującej rozmowie, ale, 

rozumiecie...

- Dobra - powiedział J.P. - I pamiętaj, że jesteśmy bardzo atrakcyjną parą.

- Bo oboje jesteśmy tacy wysocy i jasnowłosi - uzupełniłam.

J.P. też się roześmiał i skończył rozmowę.

background image

Kiedy wulkan w Yellowstone wybuchł po raz ostatni, sześćset czterdzieści 

tysięcy lat temu, wyrzucił z siebie tysiąc kilometrów sześciennych materiału 

skalnego, pokrywając pół Ameryki Północnej stosem popiołów głębokich na prawie 

dwa metry.

Coś takiego zdarzy się, kiedy J.P. wreszcie odnajdzie swoją prawdziwą 

miłość.

Wiem, że nieładnie jest mówić takie rzeczy, ale mam tylko nadzieję, że kiedy 

on odnajdzie swoją, ja jeszcze będą miała moją.

SOBOTA, 11 WRZEŚNIA, 16.00,

PODDASZE

Maile: 0

Wiadomości na sekretarce: 0

W głowie mi się to nie mieści. Jeszcze nie zadzwonił ani nie napisał.

Mama przed chwilą zajrzała do mnie i spytała:

- Mia? Nie idziesz nigdzie dziś wieczorem?

To chyba było widać, bo nadal mam na sobie flanelową piżamę Hello Kitty, 

którą wkładam na noc.

- Nie... - powiedziałam, starając się, by mój głos zabrzmiał bardziej rześko, niż 

się czułam. DLACZEGO ON JESZCZE NIE ZADZWONIŁ?! - Mam zamiar 

posiedzieć w domu i zająć się rachunkiem różniczkowym.

- Rachunkiem różniczkowym? - Mama aż wyciągnęła rękę i dotknęła mojego 

czoła. - Gorączki nie masz...

- Ha ha. - Ostatnio wszyscy w moim otoczeniu wprost tryskają dowcipem. 

Schowałam dłonie za plecami, żeby nie zauważyła, jak mi się pocą.

- Mia... - zaczęła mama, przywołując na twarz swoją macierzyńską minę. - Nie

możesz zamykać się w domu i usychać z tęsknoty za Michaelem.

- Wiem - powiedziałam, zaszokowana. - Boże, mamo! Wydaje ci się, że tak 

robię? Wiesz, jestem feministką. Nie potrzebuję mężczyzny do szczęścia. - Tyle tylko 

że, kiedy jest przy mnie ten konkretny facet, a ja mogę powąchać jego szyję, podnosi 

mi się poziom oksytocyny i robię się spokojniejsza, i bardziej zrelaksowana, niż kiedy 

jestem sama. Albo z kimkolwiek innym.

- Cóż! - westchnęła mama sceptycznie. Ona wie o tej oksytocynie. - Ale chyba 

nie siedzisz w domu z powodu tego głupiego artykułu, prawda?

background image

- Chodzi ci o artykuł, który oskarża mnie o umawianie się z byłym chłopakiem 

mojej najlepszej przyjaciółki, kiedy mój chłopak i ja zerwaliśmy ze sobą niecały 

tydzień temu? - powiedziałam lekko. - Jej, no coś ty, dlaczego miałabym się przejmo-

wać takim drobiazgiem?

- Mia... - Mama zaczęła zaciskać wargi, wyraźny znak, że była ze mnie 

niezadowolona. - Nie możesz się umartwiać tylko dlatego, że Michael poszedł w 

swoją stronę. Oczywiście, to ważne, żeby odżałować stratę, ale...

- JAKĄ STRATĘ?! MOŻE MICHAEL JESZCZE NIE DOSTAŁ MOJEGO 

MAILA Z PRZEPROSINAMI! Z TEGO, CO WIEMY, MOŻE WŁAŚNIE TERAZ 

ŚCIĄGAĆ POCZTĘ I CZYTAĆ MOJE PRZEPROSINY, I SZYKOWAĆ SIĘ DO 

TEGO, ŻEBY DO MNIE ZADZWONIĆ, I POGODZIĆ SIĘ ZE MNĄ! TO MOŻE 

SIĘ STAĆ W KAŻDEJ CHWILI!

- Przestań się wydzierać - powiedziała mama. - Naprawdę nic ci nie jest? 

Jesteś jakaś taka mizerna. Jadłaś coś dzisiaj?

- Hm. - Nie byłam pewna, jak jej powiedzieć, że wyjadłam całą szynkę i 

kanadyjski bekon przeznaczone na jutrzejsze śniadanie. Na całym poddaszu nie 

została ani odrobina wędliny. I lodów. Pochłonęłam też wszystkie ciasteczka Girl 

Scout. - Owszem.

- No cóż, jeżeli jesteś pewna, że dobrze się czujesz i nie zamierzasz 

wychodzić, to Frank i ja może zajrzymy do Angeliki obejrzeć ten jej nowy 

grunge'owy dokument rockowy. Zajęłabyś się Rockym, kiedy nas nie będzie?

- Jasne - zgodziłam się. Uznałam, że ponieważ nie mogę powąchać szyi 

Michaela, dobrze mi zrobi godzinka ulubionej zabawy Rocky'ego, która polega na 

wskazywaniu różnych elementów jego kolekcji i wywrzaskiwaniu słowa: „wóz”, 

które w języku mojego brata oznacza ciężarówkę. Może w ten sposób się odprężę.

Więc siedzę w domu i opiekuję się Rockym.

Gdyby tylko fotoreporterzy „New York Post” mogli mnie teraz zobaczyć. Oto 

pełne blasku życie ulubionej księżniczki Ameryki: siedzi na podłodze salonu z małym 

braciszkiem i bawi się w „wóz” we flanelowej piżamie Hello Kitty...

...a jej serce powoli i nieodwołalnie pęka.

NIEDZIELA, 12 WRZEŚNIA. 10.00,

PODDASZE

Maile: 0

background image

Telefony: 0

Ale przyszło mi właśnie coś na Instant Messengerze!

Och, to tylko Tina. Ale to chyba lepiej niż nic.

Iluvromance: Cześć, Mia!!!! Zadzwonił?????

GrLouie: Jeszcze nie. Ale jestem pewna, że niedługo się 

odezwie. Pewnie jeszcze dochodzi do siebie po podróży i tak 

dalej. Zadzwoni albo napisze, jak tylko będzie miał okazję.

Boże, wydaję się taka spokojna i dzielna, a w środku trzęsę się jak... Nawet 

nie wiem, jak co. Coś tak maleńkiego, lecz roztrzęsionego. DLACZEGO ON 

JESZCZE NIE ZADZWONIŁ????

Iluvromance: No jasne, że zadzwoni. Chyba że widział tamto 

zdjęcie.

No dobra, pora zmienić temat.

GrLouie: I jak było na imprezie????

Iluvromance: Na imprezie było raczej w porządku. Nie działo 

się nic specjalnie ciekawego. Kenny Showalter przyprowadził 

paru facetów ze swojej sekcji tajskiego boksu i wszyscy 

pozdejmowali koszulki, i zaczęli robić pompki na kostkach 

dłoni, i chyba Lilly zaimponowało to, co zobaczyła, bo 

totalnie jednego z nich poderwała. A potem Perin zjadła za 

dużo wisienek koktajlowych i zwymiotowała do umywalki w 

łazience, a mnóstwo tych wisienek było jeszcze w całości, 

więc Ling Su musiała je pociąć nożyczkami, żeby spłynęły z 

wodą. I to mniej więcej tyle. Jak mówiłam, niewiele straciłaś.

GrLouie: Zaraz, moment. Lilly PODERWAŁA JAKIEGOŚ 

FACETA Z SEKCJI BOKSU TAJSKIEGO KENNY'EGO 

SHOWALTERA?!

Iluvromance: Och. Tak. No cóż, to znaczy, Boris mi 

powiedział, że widział, jak Lilly całowała się z jakimś 

background image

gościem w kuchni. Ale rzuciła mu w głowę pokrywką od 

garnka na homary, zanim zdążył rozpoznać faceta. Wiesz, że 

Boris boi się homarów...

GrLouie: Ale to na pewno był jeden z tych chłopaków od 

boksu tajskiego????

Iluvromance: Tak. No cóż, facet był bez koszulki, więc tak 

musiało być.

GrLouie: Ale to jest... Po prostu tak nie wolno! Przecież ona 

nawet nie zdążyła się otrząsnąć po tym, jak J.P. złamał jej 

serce! Najwyraźniej próbuje się tylko po nim pocieszyć! Co ta 

Lilly sobie w ogóle wyobraża? Ktoś musi z nią porozmawiać. 

Próbowałaś z nią porozmawiać????

Iluvromance: No cóż... W pewnym sensie. Ale ona tylko 

roześmiała mi się w twarz i powiedziała, żebym nie robiła z 

siebie takiej...

GrLouie: Czego? CZEGO miałaś z siebie nie robić?

Iluvromance: Nieważne. Mia, słuchaj, muszę iść, mama mnie 

woła. Narazka!

Ale wcale nie musiała mi tego mówić. Wiem, co jej powiedziała Lilly.

Żeby nie robiła z siebie takiej Mii.

Ale ja mam POWÓD, żeby się o nią niepokoić. Czasami Lilly dokonuje 

naprawdę złych wyborów. A potem ktoś jej robi krzywdę.

Prawda, że czasem wybiera dobrze - na przykład, umawiając się z J.P. - a i tak 

dzieje jej się krzywda.

Ale żeby całować się z jakimś przypadkowym tajskim bokserem we własnej 

kuchni zaledwie dzień po tym, jak rozstała się z chłopakiem, z którym chodziła pół 

roku?

To na pewno nie mógł być dobry wybór.

Ktoś musi z nią porozmawiać, zanim zrobi coś, czego będzie później 

żałowała.

Gdyby tylko pani doktor Moscovitz jeszcze mnie kompletnie nie 

znienawidziła - za to, że rzuciłam jej syna, a potem RZEKOMO zaczęłam się 

umawiać z chłopakiem jej córki - tobym do niej zadzwoniła.

background image

Ale biorąc pod uwagę stan naszych kontaktów, chyba nie byłoby to 

najmądrzejsze rozwiązanie.

NIEDZIELA, 12 WRZEŚNIA, 11.00,

PODDASZE

Maile: 0

A potem zadzwoniła moja komórka!

Ale to nie był Michael. To był tylko J.P.

J.P: Hej! Jak się masz?

Trochę trudno było mi ukryć potworne rozczarowanie.

Ja: Dobrze. A ty?

J.P.: Co się stało? Zaraz... Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że 

nie zadzwonił? Ja: Nie zadzwonił.

Jakieś niewyraźne pomruki z drugiej strony linii. A potem:

J.P.: Nie martw się. Zadzwoni.

Ja: Mam nadzieję.

J.P.: Żartujesz sobie? Byłby idiotą, gdyby nie zadzwonił. No i 

jak tam wczorajszy wieczór?

Ja: Nieźle. To znaczy, nie robiłam nic specjalnego. Bawiłam 

się tylko w „wóz” z moim bratem.

J.P.: W co się bawiłaś?!

Widzicie, Michael wie, co to znaczy „wóz”. I nie tylko wie, on się wiele razy 

BAWIŁ w to z Rockym. Moim zdaniem, on nawet LUBI się w to bawić. To go 

odpręża tak samo, jak mnie.

Ja: To jest... Zresztą, nieważne. Słyszałeś o Lilly?

J.P.: Nie. A co zrobiła?

background image

Nie chciałam być zwiastunką złych wiadomości na temat byłej dziewczyny 

J.P., ale stwierdziłam, że lepiej, żeby się o tym dowiedział ode mnie niż od kogoś w 

poniedziałek w szkole.

Ja: Na swojej wczorajszej imprezie poderwała jakiegoś 

przypadkowego faceta z sekcji boksu tajskiego.

Ale zamiast przerażonego wdechu J.P., którego się spodziewałam, dobiegło 

mnie coś... No cóż, to bardzo przypominało śmiech.

J.P.: To zupełnie w stylu Lilly.

Byłam zaszokowana. Bo, fakt, że to brzmiało zupełnie jak DAWNY styl Lilly 

- ten sprzed J.P. Ale nie styl nowej, lepszej Lilly.

A on się z tego ŚMIAŁ!

Ja: J.P., czy ty nie rozumiesz? Lilly zwyczajnie wyżywa się, 

bo jest tak załamana i zrozpaczona po tym, co uważa za naszą 

zdradę! Cała ta sprawa z facetem z sekcji boksu tajskiego 

bezpośrednio wiąże się z tym artykułem w „New York Post”. 

Musimy coś zrobić, zanim ona zacznie się staczać po spirali 

autodestrukcyjnych zachowań, jak Lindsay Lohan!

J.P.: Ja tam nie wiem, co moglibyśmy na to poradzić. Lilly 

jest już na tyle dorosła, żeby podejmować decyzje. Jeśli chce 

podrywać przypadkowych facetów z sekcji boksu tajskiego, to 

jest to jej sprawa, nie nasza.

W głowie mi się to nie mieściło, ale on nadal się ŚMIAŁ.

Ja: J.P., to nie jest śmieszne.

J.P.: No cóż, trochę jest.

Ja: Nie, nie jest. To...

NIEDZIELA, 12 WRZEŚNIA, 12.00,

background image

PODDASZE

Musiałam przestać pisać, bo moja komórka znów zadzwoniła. To był Michael.

Jest w Japonii. Dostał mojego maila.

Widział też nasze zdjęcie z J.P. w „Post”.

Ale powiedział, że to bez znaczenia. Stwierdził, że mu przykro, że musimy 

załatwiać całą sprawę przez telefon, ale że nic na to nie poradzi.

Zapytałam go, co mamy załatwiać, a on powiedział, że zastanawiał się nad 

tym przez całą drogę do Japonii i naprawdę uważa, że byłoby lepiej, gdybyśmy 

wrócili do czasów, zanim zaczęliśmy ze sobą chodzić, i zostali - przyjaciółmi.

Powiedział, że oboje musimy trochę dorosnąć i że może ten czas spędzony z 

dala od siebie - o ile będziemy się spotykać z innymi ludźmi - wyjdzie nam na dobre.

A ja się na to zgodziłam. Chociaż każde jego słowo było jak nóż wbijany w 

moje serce.

A potem powiedziałam „do widzenia” i rozłączyłam się. Bo bałam się, że 

usłyszy mój szloch.

A nie chcę, żeby w taki sposób mnie zapamiętał.

NIEDZIELA, 12 WRZEŚNIA, 12.30,

PODDASZE

DLACZEGO POWIEDZIAŁAM, ŻE SIĘ ZGADZAM????

Dlaczego nie powiedziałam tego, co naprawdę czuję - że rozumiem te słowa o 

konieczności dorośnięcia i spędzenia jakiegoś czasu z dala od siebie...

...ale nie to, że mamy być tylko przyjaciółmi i widywać się z innymi 

ludźmi????

Dlaczego nie powiedziałam, co naprawdę myślę, czyli że wolałabym 

UMRZEĆ, niż być z kimkolwiek innym niż on?????

Dlaczego nie powiedziałam mu prawdy????

Ja WIEM, że to by nic nie zmieniło, i że wyszłabym dokładnie na taką, za jaką 

mnie uważa - niedojrzałą dziewczynkę.

Ale przynajmniej nie myślałby, że ja się z tym zgadzam.

Bo ja się z tym zupełnie NIE ZGADZAM.

Ja się z tym NIGDY nie pogodzę.

I chyba nigdy nie dojdę do siebie.

background image

PONIEDZIAŁEK, 13 WRZEŚNIA, 8.00,

PODDASZE

Mama przed chwilą weszła do mojego pokoju, żeby powiedzieć, że rozumie, 

że rozpaczam po stracie miłości swojego życia.

Oznajmiła, że wie, jak strasznie musiało mnie to dotknąć - w ciągu jednego 

tygodnia przeżyć takie okropne rozstanie i stracić najlepszą przyjaciółkę.

Dodała, że współczuje mi i że szanuje moją potrzebę opłakania tej straty.

Powiedziała, że próbowała dać mi czas i swobodę, których potrzebowałam, 

żeby to wszystko przeboleć.

Ale - dodała - cały dzień w łóżku zupełnie wystarczy.

I że ma już dość mojego widoku w tej flanelowej piżamie Hello Kitty, której, 

o ile się nie myli, nie zdejmowałam z siebie od soboty. I że czas już wstawać, ubrać 

się i jechać do szkoły.

Nie miałam innego wyjścia - musiałam powiedzieć jej prawdę.

Że umieram.

Oczywiście, ja wiem, że w gruncie rzeczy nie umieram.

Ale dlaczego czuję się tak, jakbym umierała?

Cały czas mam nadzieję, że to wszystko po prostu... zniknie.

Ale tak się nie dzieje. To nie chce zniknąć. Kiedy zamykam oczy i zasypiam, 

wciąż mam nadzieję, że kiedy je znów otworzę, okaże się, że to wszystko było tylko 

jakimś strasznym koszmarem.

Ale to się nie zdarza. Za każdym razem, kiedy się budzę, nadal mam na sobie 

piżamę Hello Kitty - tę samą, którą miałam na sobie, kiedy Michael powiedział, że 

jego zdaniem powinniśmy po prostu wrócić do bycia przyjaciółmi - i okazuje się, że 

NADAL JESTEŚMY PO ZERWANIU.

Mama uznała, że nie umieram. Nawet po tym, jak kazałam sprawdzić, jakie 

mam spocone dłonie i jaki nierówny puls. Nawet kiedy zaprezentowałam jej białka 

swoich oczu, które najwyraźniej pożółkły. Nawet kiedy pokazałam język, ewidentnie 

obłożony zamiast zdrowo różowego. Nawet kiedy ją poinformowałam, że zajrzałam 

na stronę zladiagnoza.com, i że bez najmniejszych wątpliwości mam zapalenie opon 

mózgowych.

W takim wypadku, oświadczyła mama, lepiej, żebym się ubrała, to mnie 

zabierze na ostry dyżur do szpitala.

background image

I wtedy zrozumiałam, że zmusiła mnie do wyłożenia kart na stół. Ubłagałam 

ją więc, żeby mi pozwoliła zostać w łóżku jeszcze jeden dzień. A ona wreszcie 

ustąpiła.

Nie powiedziałam jej prawdy - że ja już nigdy z tego łóżka nie wstanę.

To prawda. Bo pomyślcie: teraz, kiedy z mojego życia zniknął Michael, nie 

mam już żadnego powodu, żeby w ogóle wstawać z łóżka. Na przykład po to, żeby 

iść do szkoły.

To fakt. Jestem księżniczką Genowii. ZAWSZE będę księżniczką Genowii, 

czy będę chodziła do szkoły, czy nie.

Więc jakie to ma znaczenie, czy będę chodzić do szkoły? Już zawsze będę 

miała pracę - jako księżniczka Genowii - niezależnie czy skończę szkołę, czy nie.

A ponieważ mam teraz szesnaście lat, nikt nie może mnie ZMUSIĆ do 

chodzenia do szkoły.

Zdecydowałam zatem, że nie idę. Już nigdy.

Mama powiedziała, że zadzwoni do szkoły i zawiadomi ich, że dzisiaj mnie 

nie będzie, i że zadzwoni też do Grandmère i powie jej, że dzisiaj po południu nie 

mogę być na lekcji etykiety. Da nawet znać Larsowi, że ma dziś dzień wolny. A ja, 

jeśli mam ochotę, to mogę jeszcze jeden dzień spędzić, wylegując się w łóżku.

Ale że jutro, niezależnie od mego chcenia czy niechcenia, idę do szkoły.

A ja na to wszystko mam do powiedzenia, że to jej decyzja.

Może tata pozwoli mi przenieść się do Genowii.

PONIEDZIAŁEK, 13 WRZEŚNIA, 17.00,

PODDASZE

Właśnie wstąpiła do mnie Tina. Mama wpuściła ją do mojego pokoju.

Szkoda, że to zrobiła.

Chyba było widać, że od dwóch dni się nie kąpałam, bo na mój widok Tina 

szeroko otworzyła oczy.

Ale i tak udawała, że wcale jej nie zaszokował stan moich włosów, ani nic. 

Odezwała się:

- Twoja mama mi powiedziała. O Michaelu. Mia, tak strasznie mi przykro. 

Ale musisz wrócić do szkoły. Wszyscy bardzo za tobą tęsknią!

- Lilly nie tęskni - powiedziałam.

- No cóż. - Tina się skrzywiła. - Tak, to prawda. Ale mimo wszystko... Nie 

background image

możesz zamknąć się w swoim pokoju i siedzieć tu do końca życia, Mia.

- Wiem. Wrócę do szkoły jutro.

Ale to było totalne kłamstwo. Wystarczyło, że to powiedziałam, poczułam, jak 

dłonie mi się pocą. Na samą myśl o pójściu do szkoły robiło mi się niedobrze.

- Bardzo się cieszę - stwierdziła Tina. - Wiem, że z Michaelem nie ułożyło się, 

jak chciałaś, ale może tak będzie najlepiej. On jest od ciebie o tyle starszy i oboje 

znajdujecie się w tak różnych momentach swojego życia; ty jeszcze w szkole 

średniej, a on już na studiach i tak dalej.

W głowie mi się to nie mieściło. Nawet Tina - najzagorzalsza orędowniczka, 

jeśli chodzi o moją miłość do Michaela - teraz mnie zdradza. Ale próbowałam nie 

pokazywać, jak bardzo jestem tym zaskoczona.

- Poza tym - ciągnęła Tina, nieświadoma bólu, jaki mi sprawiała - teraz 

wreszcie będziesz mogła skoncentrować się na pisaniu tej powieści, którą zawsze 

chciałaś napisać. I możesz bardziej starać się w szkole, polepszyć sobie oceny i do-

stać się na naprawdę świetną uczelnię, gdzie poznasz jakiegoś fantastycznego faceta, 

który sprawi, że zupełnie zapomnisz o Michaelu!

Tak. Bo właśnie tego chcę. Zupełnie zapomnieć o Michaelu. Jedynym facecie 

- jedynym CZŁOWIEKU! - przy którym czułam się naprawdę swobodna.

Ale nie powiedziałam tego. Stwierdziłam tylko:

- Wiesz co, Tina? Masz rację. Zobaczymy się jutro w szkole, obiecuję.

I Tina poszła sobie przekonana, że mnie pocieszyła.

Ale ja w to nie wierzę. No wiecie, w nic z tego, co powiedziała Tina.

I jutro się do szkoły nie wybieram. Powiedziałam to tylko po to, żeby się jej 

pozbyć. Strasznie mnie męczyła rozmowa z Tiną. Chciałam z powrotem zasnąć.

I właśnie zaraz to zrobię. Spisywanie tego wszystkiego totalnie mnie 

wykończyło.

Samo życie mnie wykańcza.

Może tym razem, kiedy się obudzę, okaże się, że to wszystko było tylko 

jakimś złym snem...

WTOREK, 14 WRZEŚNIA, 8.00,

PODDASZE

Niestety, z tym złym snem mi się nie poszczęściło. Zorientowałam się po tym, 

jak pan Gianini wszedł tu z kubkiem parującej gorącej czekolady i słowami:

background image

- Pobudka! Wstawaj, Mia! Patrz, co ci przyniosłem! Czekolada na gorąco! Z 

bitą śmietaną! Ale dostaniesz ją, kiedy już wstaniesz z łóżka, ubierzesz się i 

wsiądziesz do limuzyny, żeby jechać do szkoły.

Nigdy by nie zrobił czegoś takiego, gdybym nie została brutalnie porzucona 

przez swojego chłopaka i nie tkwiła obecnie na samym dnie rozpaczy.

Biedny pan G. Trzeba przyznać, że się starał. Naprawdę się starał.

Powiedziałam, że nie chcę żadnej czekolady na gorąco. A potem wyjaśniłam - 

bardzo grzecznie - że do szkoły nie idę. Już nigdy.

Przed chwilą znów obejrzałam sobie język w lustrze. Nie jest już taki biały jak 

wczoraj. Możliwe, że jednak nie mam zapalenia opon mózgowych.

Ale jak inaczej zdołam wyjaśnić fakt, że ile razy pomyślę, że w moim życiu 

nie ma już Michaela, serce zaczyna mi bić bardzo szybko i przez całą minutę nie chce 

zwolnić, a czasem nawet dłużej?

Chyba, że to gorączka krwotoczna. Ale ja przecież nigdy nie byłam w Afryce 

Zachodniej.

WTOREK, 14 WRZEŚNIA, 17.00,

PODDASZE

Tina dzisiaj znów przyszła do mnie po szkole. Tym razem przyniosła mi 

zeszyty ze wszystkich lekcji, które opuściłam.

I przyprowadziła Borisa.

Boris trochę się zdziwił, widząc mnie w takim stanie. Wiem, bo to powiedział:

- Mia, bardzo się dziwię, że taka feministka jak ty może się tak bardzo przejąć 

faktem, że porzucił ją jakiś mężczyzna.

A potem dodał:

- Auć!

Bo Tina dała mu bardzo mocnego kuksańca w żebra.

Nie uwierzył w moją historyjkę o gorączce krwotocznej.

A więc potem, chociaż naprawdę nie chcę urazić niczyich uczuć - bo Bóg mi 

świadkiem, sama już cierpię wystarczająco mocno - zmuszona byłam przypomnieć 

Borisowi, że w czasach, kiedy zostawiła go pewna dziewczyna, zrzucił sobie na 

głowę globus w trakcie nieudanej próby odzyskania jej względów. Powiedziałam, że 

w porównaniu z tym moja odmowa kąpania się oraz wychodzenia z łóżka przez kilka 

dni z rzędu to naprawdę mały pryszcz.

background image

Z czym się zgodził. Chociaż nadal pociągał nosem i pytał:

- Mia, mógłbym otworzyć okno? Mam wrażenie, że tu tak trochę... gorąco 

jest.

Nic mnie nie obchodzi, że śmierdzę. Prawdę mówiąc, nic mnie w ogóle nie 

obchodzi. Czy to nie smutne?

Dlatego też Tina nie mogła wciągnąć mnie w bezmyślną rozmowę, a 

widziałam, że miała takie zadanie, ewidentnie powierzone jej przez moją matkę. 

Usiłowała zainteresować mnie powrotem do szkoły, opowiadając mi, że i J.P, i Kenny 

o mnie pytali... A zwłaszcza J.P., który dał Tinie coś do przekazania dla mnie - 

zwinięty liścik, którego wcale nie chciało mi się czytać.

Po wizycie, która trwała całą wieczność (To smutne, kiedy wysiłki twojej 

najlepszej przyjaciółki, by cię rozchmurzyć, zdają się na nic), Tina i Boris wreszcie 

sobie poszli. Otworzyłam liścik od J.P. Mnóstwo tam było takich zdań jak: „Hej, nie 

może być aż tak źle!” oraz „Zabiorę cię na Tarzana! Pierwsze miejsca na parterze!” 

albo „Wracaj wreszcie do szkoły. Brak mi ciebie”.

Co było z jego strony szalenie miłe.

Ale kiedy całe życie wali ci się w gruzy, ostatnie miejsce, w którym chcesz się 

znaleźć, to szkoła... I nieważne, ilu przemiłych facetów z tej szkoły twierdzi, że im 

ciebie brak.

WTOREK, 15 WRZEŚNIA, 8.00,

PODDASZE

Mama wpadła tu dziś rano, a jej usta praktycznie zniknęły, tak mocno 

zaciskała wargi. Powiedziała, że rozumie, że jest mi smutno. Że rozumie, że czuję się 

tak, jakby życie nie miało sensu, bo chłopak mnie rzucił, moja najlepsza przyjaciółka 

się do mnie nie odzywa, a ja nie mam żadnego pomysłu co do swojej przyszłej 

kariery. Dodała, że wie, że dłonie cały czas mi się pocą, mam palpitacje serca i język 

w dziwnym kolorze.

Ale potem stwierdziła, że trzy dni wylegiwania się w łóżku wyczerpuje jej 

cierpliwość. Powiedziała, że wstanę, ubiorę się i pójdę do szkoły, nawet jeśli będzie 

musiała siłą zaciągnąć mnie pod prysznic i własnoręcznie odkręcić kran.

A ja nie ruszyłam się z miejsca, gdzie spędziłam ostatnie siedemdziesiąt dwie 

godziny - czyli z łóżka - i patrzyłam na nią bez słowa. Nie mogłam uwierzyć w to, że 

może być taka zimna.

background image

Potem spróbowała innej taktyki. Zaczęła płakać. Powiedziała, że naprawdę się 

o mnie martwi i nie wie, co robić. Powiedziała, że jeszcze nigdy mnie nie widziała w 

takim stanie - że wczoraj nawet nie drgnęłam, kiedy Rocky próbował wsadzić sobie 

do nosa dziesięciocentówkę. Oświadczyła też, że jeszcze tydzień temu wściekałabym 

się o bilon walający się luzem po domu i inne przedmioty zagrażające małemu.

A teraz nic mnie to nie obchodzi.

To nieprawda. Ja wcale NIE CHCĘ, żeby Rocky się udławił. I nie chcę 

doprowadzać swojej matki do płaczu.

Ale jednocześnie nie wiem, w jaki sposób miałabym zapobiec obu tym 

rzeczom.

A potem mama znów zmieniła kurs, przestała płakać i zapytała mnie, czy 

chcę, żeby wyciągnęła broń większego kalibru. Oświadczyła, że nie ma ochoty 

zawracać tacie głowy, kiedy jest zajęty Zgromadzeniem Ogólnym ONZ, ale że nie 

pozostawiam jej żadnego wyboru. Czy rzeczywiście chcę, żeby to zrobiła? Żeby 

zaczęła zawracać tacie głowę?

Powiedziałam jej, że może sobie dzwonić do taty, ile jej się żywnie podoba. I 

że sama chciałam z tatą porozmawiać o przeniesieniu się na stałe do Genowii. Bo, 

prawdę mówiąc, nie chcę już dłużej mieszkać na Manhattanie.

Chciałam tylko, żeby mama sobie poszła i żebym mogła w spokoju się nad 

sobą użalać. Udało mi się zrealizować ten plan... I to aż za dobrze. Mama tak się 

zmartwiła, że wybiegła z mojego pokoju i znów zaczęła płakać.

Naprawdę nie chciałam doprowadzać jej do łez! Przykro mi z tego powodu. 

Zwłaszcza, że wcale nie chcę się przenosić do Genowii. Jestem pewna, że tam mi nie 

pozwolą przez cały dzień wylegiwać się w łóżku. A mnie się to ostatnio zaczęło 

podobać. Już sobie wypracowałam codzienną rutynę. Rano wstaję, zanim ktokolwiek 

inny się obudzi, i jem śniadanie - zwykle jakieś resztki z lodówki, które zostały z 

kolacji z poprzedniego dnia - a potem karmię Grubego Louie i czyszczę jego kuwetę.

Następnie wracam do łóżka, a jeszcze później przychodzi do mnie Gruby 

Louie i razem oglądamy notowania listy przebojów w MTV, a potem kolejne na VH1. 

Później, kiedy albo mama, albo pan G. przychodzą i próbują namówić mnie na 

pójście do szkoły, ja odmawiam... Zwykle wyczerpuje mnie to na tyle, że muszę się 

zdrzemnąć.

Budzę się w samą porę, żeby obejrzeć The View, a potem jeszcze dwa 

powtórkowe odcinki Potyczek Amy.

background image

A kiedy już się upewnię, że nikt się nie kręci po domu, idę do kuchni i jem coś 

na lunch - kanapkę z szynką albo popcorn z mikrofalówki, jest mi wszystko jedno, co 

- i wracam do łóżka z Grubym Louie, i oglądam sędzię Milian w The People 's Court, 

a później Sędzię Judy.

Potem mama przysyła do mnie Tinę, a ja udaję, że żyję. Gdy Tina wychodzi, 

ja idę spać, bo jestem zmęczona. Kiedy mama i reszta śpi, wstaję, biorę sobie coś do 

przekąszenia i oglądam telewizję do drugiej czy trzeciej nad ranem.

Po paru godzinach budzę się i wszystko zaczyna się od nowa, kiedy dociera do 

mnie, że to wcale nie był sen i że naprawdę rozstaliśmy się z Michaelem.

Mogę sobie wyobrazić, że to będzie trwało do osiemnastego roku życia, kiedy 

zacznę dostawać roczną pensję jako księżniczka Genowii (a stanie się to wówczas, 

gdy będę pełnoletnia w świetle prawa i zacznę oficjalnie wykonywać obowiązki na-

stępczyni tronu).

No dobra, trudno mi będzie spełniać oficjalne obowiązki z łóżka.

Ale do tej pory wymyślę, jak to zorganizować.

Poza tym czuję się wrednie, kiedy mama przeze mnie płacze. Może powinnam 

zrobić dla niej jakąś laurkę czy coś.

Ale musiałabym wstać z łóżka, poszukać pisaków i tak dalej. A ja jestem zbyt 

zmęczona, żeby się tym wszystkim zajmować.

ŚRODA, 15 WRZEŚNIA, 17.00,

PODDASZE

Mama chyba nie żartowała, kiedy mówiła o sięgnięciu po broń cięższego 

kalibru. Tina nie przyszła dzisiaj po szkole.

Przyszła Grandmère.

Ale - chociaż mamę kocham i źle mi z tym, że przeze mnie płakała - ona 

totalnie się myli, jeśli uważa, że Grandmère powie albo zrobi cokolwiek, co zmieni 

moje zdanie w sprawie chodzenia do szkoły.

Nie idę i już. Nie mam po co.

- Jak to, nie masz po co? - spytała Grandmère, kiedy jej to powiedziałam. - 

Oczywiście, że jest po co. Musisz się uczyć.

- Dlaczego? - spytałam. - Przecież pracę mam w przyszłości zapewnioną. 

Przez całe wieki większość panujących monarchów to byli totalni kretyni, a jednak 

pozwalano im rządzić. Co to za różnica, czy skończę szkołę średnią, czy nie?

background image

- Przecież nie chcesz być ignorantką - upierała się Grandmère. Siedziała na 

samej krawędzi mojego łóżka, torebkę trzymała na kolanach i rozglądała się, krzywo 

patrząc na wszystko, na przykład na lekcje, które Tina zostawiła mi wczoraj, a które 

jakoś tak zrzuciłam na podłogę, i na moje figurki z Buffy - postrachu wampirów. 

Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z tego, że teraz to są przedmioty o wysokiej 

kolekcjonerskiej wartości, zupełnie jak te jej głupie filiżanki do herbaty z Limoges.

Z miny Grandmère widać było, że nie czuje się, jakby siedziała w pokoju 

swojej wnuczki, tylko w jakimś lombardzie na zakazanej ulicy w Chinatown.

Dobra, przyznaję, jest tu trochę nabałaganione. Ale co z tego?

- A dlaczego miałabym nie chcieć być ignorantką? - zapytałam. - Niektóre z 

najbardziej wpływowych kobiet na tej planecie też nie skończyły szkoły średniej.

- Wymień chociaż jedną - powiedziała Grandmère i parsknęła przez nos.

- Paris Hilton - zaczęłam. - Lindsay Lohan. Nicole Richie.

- Jestem zupełnie pewna - oświadczyła Grandmère - że wszystkie te młode 

damy ukończyły szkołę średnią. A nawet jeśli nie, nie ma czym się chlubić. 

Ignorancja nigdy nie jest atrakcyjną cechą. A przy okazji, kiedy ostatni raz myłaś 

włosy, Amelio?

Nie wiem, po co miałabym się kąpać? Jakie znaczenie ma mój wygląd teraz, 

kiedy Michael zniknął z mojego życia?

Jednak kiedy o tym wspomniałam, Grandmère zapytała, czy ze mną wszystko 

w porządku.

- Nie, Grandmère, nie w porządku - stwierdziłam. - I wydawało mi się, że to 

oczywiste, skoro nie wstawałam z łóżka przez cztery dni, chyba że do kibelka albo 

żeby coś zjeść.

- Och, Amelio - westchnęła Grandmère z urażoną miną. - Więc teraz zniżasz 

się jeszcze do niesmacznych aluzji? Doprawdy... Rozumiem, że jest ci przykro po 

stracie Tamtego Chłopaka, ale...

- Grandmère - powiedziałam. - Chyba powinnaś już pójść.

- Nie pójdę, dopóki nie zdecydujemy, co z tym zrobić.

I Grandmère postukała palcem w kopertę Domina Rei z listem pani 

Weinberger, którą zauważyła wystającą spod mojego łóżka.

- Ach, to. Proszę, niech twój sekretarz w moim imieniu podziękuje odmownie.

- Podziękować odmownie? - Grandmère uniosła swoje pociągnięte ołówkiem 

brwi. - Wybij to sobie z głowy, moja droga. Masz pojęcie, co powiedziała Elana 

background image

Trevanni, kiedy wczoraj wpadłam na nią u Bergdorfa i wspomniałam mimochodem, 

że moją wnuczkę poproszono o wygłoszenie mowy na gali charytatywnej Domina 

Rei? Powiedziała...

- Świetnie - przerwałam jej. - Zrobię to.

Grandmère na mgnienie oka zamilkła. A potem zapytała z wahaniem:

- Czyś ty właśnie powiedziała, że to zrobisz, Amelio?

- Owszem - potwierdziłam. Wszystko, byle już sobie poszła. - Zrobię to. 

Tylko... Możemy porozmawiać o tym później? Głowa mnie boli.

- Pewnie jesteś odwodniona - oznajmiła Grandmère. - Wypiłaś dzisiaj osiem 

szklanek wody? Wiesz, że musisz pić osiem szklanek wody dziennie, Amelio, żeby 

nawadniać organizm. To dzięki temu my, kobiety z rodu Renaldich, zachowujemy 

piękną cerę...

- Potrzebuję trochę odpocząć - powiedziałam słabym głosem. - Gardło 

zaczyna mnie boleć. Nie chciałabym dostać zapalenia krtani i stracić głosu przed 

wielką imprezą... To w przyszły piątek, prawda?

- Wielkie nieba! - wykrzyknęła Grandmère, podrywając się z mojego łóżka tak 

szybko, że wystraszyła Grubego Louie, siedzącego w forcie z poduszek, który mu 

zbudowałam u swojego boku. Zamienił się w pomarańczową plamę, tak szybko wiał, 

żeby się schować w szafie. - Nie możemy pozwolić, żebyś zachorowała na coś, co ci 

uniemożliwi występ na tej gali! Natychmiast wyślę do ciebie mojego nadwornego 

lekarza!

Zaczęła grzebać w torebce, szukając wysadzanego klejnotami telefonu - 

którym umie się posługiwać tylko dlatego, że z milion razy pokazałam jej, jak to się 

robi - ale powstrzymałam ją, mówiąc cicho:

- Nie, nie trzeba, Grandmère, chcę tylko odpocząć... Lepiej już idź. Cokolwiek 

to jest, nie chcesz chyba tego złapać...

Grandmère momentalnie znalazła się za drzwiami.

A ja wreszcie mogłam znów iść spać.

Przynajmniej tak mi się wydawało. Bo kilka minut później mama stanęła w 

drzwiach do mojego pokoju i popatrzyła na mnie z zatroskaną miną.

- Mia, czyś ty powiedziała swojej babce, że wystąpisz na charytatywnej 

imprezie kobiecego stowarzyszenia Domina Rei?

- Tak - potwierdziłam, naciągając poduszkę na głowę. - Wszystko, byle tylko 

sobie poszła.

background image

Mama wyszła zaniepokojona.

Nie wiem, czym ona się tak martwi. To ja będę musiała znaleźć jakiś sposób, 

żeby zniknąć z miasta, zanim w ogóle dojdzie do tej imprezy.

CZWARTEK, 16 WRZEŚNIA, 11.00,

W LIMUZYNIE TATY

Dziś rano o dziewiątej leżałam sobie w łóżku z mocno zaciśniętymi 

powiekami (usłyszałam, że ktoś wchodzi i nie chciałam znów się wykłócać), kiedy 

ten ktoś zdarł ze mnie kołdrę i surowy, niski głos powiedział:

- Wstawaj. Ale już.

Otworzyłam oczy i ze zdziwieniem zobaczyłam tatę, który stał nade mną w 

garniturze i pachniał jesienią.

Od tak dawna nie wychodziłam z domu, że zapomniałam już, jak pachnie na 

dworze.

Z miny taty zrozumiałam, że tym razem przegięłam.

A więc powiedziałam:

- Nie.

A potem szarpnęłam kołdrę do siebie i nakryłam się z głową.

Usłyszałam, że tata mówi:

- Lars, bardzo proszę.

A wtedy mój ochroniarz podniósł mnie z łóżka - nadal zakutaną w kołdrę i koc 

po sam nos - i zaczął mnie nieść w stronę wyjścia z poddasza.

- Co robicie? - spytałam, wyplątując głowę z kołdry. Zobaczyłam, że jesteśmy 

już na korytarzu, a Ronnie, nasza sąsiadka, gapi się na nas szeroko otwartymi oczami 

znad niesionych w ramionach toreb z zakupami.

- Coś, co ci wyjdzie na dobre - rzekł tata zza pleców Larsa.

- Ale... - Naprawdę nie mogłam w to uwierzyć. - Ja jestem w piżamie!

- Mówiłem ci, żebyś wstała - przypomniał mi tata. - To ty nie chciałaś się 

ubrać.

- Nie możesz mi tego robić! - zawołałam, kiedy znaleźliśmy się przed 

kamienicą, w drodze do limuzyny taty. - Jestem Amerykanką! Mam swoje prawa, 

wiesz!

Tata popatrzył na mnie i odezwał się sarkastycznie:

- Nie, nie masz, jesteś nastolatką.

background image

- Pomocy! - zaczęłam wrzeszczeć w stronę studentów Uniwersytetu 

Nowojorskiego, którzy mieszkają w naszej okolicy i właśnie docierali do domu po 

wesołej nocy spędzonej w East Village. - Zadzwońcie do Amnesty International! 

Zostałam porwana!

- Lars - odezwał się tata zdegustowanym tonem, kiedy dzieciaki z UN 

rozglądały się w poszukiwaniu kamery, sądząc, że na pewno kręcimy film, bo to 

wszystko wyglądało jak scena z jakiegoś odcinka Prawa i sprawiedliwości kręconego 

akurat na Thompson Street. - Wrzuć ją do samochodu.

A Lars to zrobił! Wrzucił mnie do samochodu!

A za mną pamiętnik. I długopis.

I moje chińskie kapciuszki z kwiatkami z cekinów wyhaftowanymi na 

czubkach.

Pytam, czy w taki sposób traktuje się księżniczki? Albo jakiekolwiek istoty 

ludzkie?

A tata nawet nie chce powiedzieć, dokąd jedziemy. Kiedy pytam, mówi tylko:

- Sama zobaczysz.

Kiedy już uporałam się po pierwszym szoku, sponiewierana, ku swojemu 

zdziwieniu stwierdziłam, że właściwie wszystko mi jedno. To znaczy, trochę dziwnie 

jest siedzieć w limuzynie taty w piżamie Hello Kitty, pod kołdrą i kocem. Ale z 

drugiej strony, jakoś nie mogę na to wszystko się oburzać.

Może właśnie w tym tkwi cały problem: że ja już niczym nie umiem się 

przejmować.

Nawet nie jestem w stanie się przejąć tym, że nie jestem w stanie się przejąć.

CZWARTEK, 16 WRZEŚNIA, POŁUDNIE,

GABINET DOKTORA BZIKA

Siedzimy w poradni psychologicznej!

Wcale nie żartuję. Tata nie zabrał mnie na pokład książęcego odrzutowca, 

żeby mnie zawieźć z powrotem do Genowii. Zabrał mnie na Upper East Side do 

psychologa!

I to nie żadnego pierwszego z brzegu psychologa, ale jednego z najlepszych 

ekspertów od psychologii dzieci i nastolatków w całych Stanach. Przynajmniej, tak 

twierdzą liczne dyplomy i nagrody, wiszące w ramkach na ścianach poczekalni.

Pewnie powinno mi to zaimponować. Albo chociaż pocieszyć.

background image

Jednak nie mogę powiedzieć, żebym się czuła pocieszona faktem, że on się 

nazywa doktor Arthur T. BZIK.

Naprawdę. Tata przywiózł mnie na wizytę do doktora Bzika. Bo sam - 

podobnie jak mama i pan G. - uważa, że to ja dostałam bzika.

Wiem, że pewnie wyglądam jak zbzikowana, siedząc tu w piżamie i mocno 

otulając się kocem. Ale czyja to wina? Mogli mi pozwolić się ubrać.

Nie jestem pewna, czybym się ubrała. Ale gdyby mi powiedzieli, że mnie 

zabierają z mieszkania, to włożyłabym chociaż stanik.

Recepcjonistka doktora Bzika - czy pielęgniarka, czy kim tam ona jest - 

niespecjalnie przejmuje się moim strojem. Kiedy wprowadzili mnie do środka, 

powiedziała tylko do mojego taty:

- Witam księcia.

To znaczy, kiedy Lars wniósł mnie do środka. Bo gdy limuzyna zaparkowała 

przed kamienicą, w której mieści się gabinet doktora Bzika, nie chciałam z niej 

wysiąść. Nie miałam zamiaru spacerować Wschodnią Siedemdziesiątą Ósmą ulicą w 

piżamie Hello Kitty! Może i jestem szalona, ale nie AŻ TAK.

Więc Lars mnie zaniósł.

Recepcjonistka wcale nie sprawiała wrażenia zdziwionej tym, że najnowszą 

pacjentkę jej szefa trzeba było do przychodni wnieść. Powiedziała tylko:

- Doktor Bzik za moment się państwem zajmie. A tymczasem, kochanie, 

wypełnij, proszę, ten formularz.

Nie wiem, czemu wpadłam w aż taką panikę. Ale powiedziałam:

- Nie. Po co to? To jakiś test? Nie chcę zaliczać żadnego testu.

To dziwne, ale serce zaczęło mi bić jak szalone na samą myśl, że miałabym 

zaliczać jakiś test.

Recepcjonistka spojrzała na mnie dziwnie i powiedziała:

- To tylko dla oszacowania twojego samopoczucia. Nie ma tu żadnych 

dobrych ani złych odpowiedzi. Wypełnisz to w minutę.

Ale ja nie chciałam żadnego szacowania, nawet bez dobrych i złych 

odpowiedzi.

- Nie - powiedziałam. - Raczej nie.

- Poproszę - odezwał się tata do recepcjonistki. - Ja też wezmę jeden. Czy to ci 

pomoże, Mia?

Dziwne, ale pomogło. Bo, szczerze mówiąc, jeśli ja jestem szalona, to mój tata 

background image

też. Szkoda, że nie wiecie, ile on ma par butów. A przecież to facet.

Więc ta recepcjonistka dała tacie do wypełnienia taki sam formularz jak ten 

mój. Kiedy spojrzałam na kartkę, zobaczyłam, że to lista różnych opinii, do których 

należało się ustosunkować, wybierając jedną z wymienionych odpowiedzi. Na 

przykład: „Czuję, że życie nie ma sensu”. Można było odpowiedzieć: Przez cały czas/ 

Przez większość czasu/Czasami/Rzadko/Nigdy.

Ponieważ nie miałam nic innego do roboty, a w ręku i tak trzymałam długopis, 

wypełniłam formularz. Kiedy już skończyłam, zauważyłam że pozaznaczałam 

głównie: „przez cały czas” i „przez większość czasu”. Na przykład: „Wydaje mi się, 

że wszyscy mnie nienawidzą” (przez większość czasu) i „Czuję, że nie jestem nic 

warta” (przez większość czasu).

A mój tata wybierał najczęściej: Rzadko i nigdy.

Nawet pod zdaniem: „Czuję, że straciłem prawdziwą miłość swojego życia”.

A ja akurat wiem, że to totalne kłamstwo. Tata powiedział mi, że jak dotąd 

przeżył tylko jedną prawdziwą miłość, i że to była mama, i że on pozwolił jej odejść, 

a potem bardzo tego żałował. Dlatego tłumaczył mi, żebym nie była głupia i nie 

rezygnowała z Michaela. Bo wiedział, że już więcej taka miłość może mi się nie 

przydarzyć.

Szkoda, że nie rozumiałam, że on ma rację, kiedy jeszcze nie było za późno.

Mimo to łatwo mu mówić, że nigdy nie ma wrażenia, że go wszyscy 

nienawidzą. Nie ma żadnej strony www.nienawidzeksieciafilipazgenowii.com.

Recepcjonistka - pani Hopkins - wzięła od nas formularze i zniknęła za 

drzwiami po prawej stronie swojego biurka. Nie udało mi się zobaczyć, co jest za 

tymi drzwiami. Tymczasem Lars wziął do ręki ostatni numer „Sports Illustrated” 

leżący na stoliku w poczekalni doktora Bzika i zaczął go przeglądać, jakby nigdy nic. 

Tak jakby codziennie zanosił księżniczki w piżamach do gabinetów psychologów.

Założę się, że kiedy kończył tę jakąś swoją uczelnię dla ochroniarzy, nigdy nie 

pomyślał, że coś takiego znajdzie się w zakresie jego obowiązków.

- Moim zdaniem doktor Bzik spodoba ci się, Mia - odezwał się tata. - 

Poznałem go w zeszłym roku na imprezie charytatywnej. To jeden z najlepszych w 

kraju specjalistów od psychologii dzieci i nastolatków.

Wskazałam ręką dyplomy na ścianach.

- Tak, tyle to ja sama widzę.

- Ale to prawda. Ma znakomitą opinię. Nie pozwól, żeby jego nazwisko - albo 

background image

sposób bycia - cię zmylił.

Sposób bycia? A to niby co ma znaczyć?

Pani Hopkins wróciła. Powiedziała, że doktor zaraz nas przyjmie.

Super.

CZWARTEK, 16 WRZEŚNIA, 14.00,

LIMUZYNA TATY

Takie coś to mi się jeszcze nie przydarzyło. W życiu.

Doktor Bzik był... inny, niż się spodziewałam.

Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam. Ale nie doktora Bzika. Wiem, 

tata mówił, żeby nie dać się zmylić jego nazwisku albo sposobowi bycia, no ale 

sądząc po tym nazwisku i zawodzie, spodziewałam się, że to będzie mały stary łysy 

facio z kozią bródką i może jeszcze niemieckim akcentem.

I on rzeczywiście był stary. Chyba tak w wieku Grandmère.

Ale wcale nie był mały. Ani łysy. Ani nie miał koziej bródki. Za to miał taki 

wyraźny akcent jak facet z Zachodu. Wyjaśnił mi, że kiedy nie praktykuje w Nowym 

Jorku, mieszka na swoim ranczu w Montanie.

Dokładnie tak. Doktor Bzik to kowboj. Kowboj - psycholog.

To akurat wcale mnie nie dziwi, że ze wszystkich nowojorskich psychologów 

zabrano mnie do tego, który jest kowbojem.

Gabinet miał urządzony na wzór wnętrza wiejskiego domu na ranczo. Na 

ścianach obitych drewnianą boazerią wisiały zdjęcia mustangów w galopie. A 

wszystkie książki na stojącym za jego plecami regale napisali popularni autorzy z 

Zachodu, na przykład Louis L'Amour i Zane Grey. Meble były obite ciemną skórą, z 

mosiężnymi ćwiekami. Na kołku na drzwiach wisiał kowbojski kapelusz. Ana 

podłodze leżał chodnik w stylu Indian Navajo.

Z miejsca zrozumiałam, że doktor Bzik nosi idealnie pasujące do niego 

nazwisko. I że jest o wiele bardziej pomylony niż ja.

To musiał być jakiś dowcip. Tata na pewno żartował mówiąc, że doktor Bzik 

to jeden z najlepszych w Stanach specjalistów od psychologii dzieci i nastolatków. 

Może to jakiś program telewizyjny. Może za moment wyskoczy skądś Ashton 

Kutcher i zawoła:

- Hej! Księżniczko Mio! Mamy cię! Ten facet to wcale nie psycholog! To mój 

wujek Joe!

background image

- No więc - odezwał się doktor Bzik tym swoim niskim, kowbojskim głosem, 

kiedy już usiadłam obok taty na kanapie naprzeciwko wielkiego, obitego skórą fotela 

doktora. - Ty jesteś księżniczka Mia. Miło cię poznać, mała. Słyszałem, że wczoraj 

byłaś zadziwiająco uprzejma dla swojej babci.

To kompletnie zbiło mnie z tropu. W przeciwieństwie do innych pacjentów 

doktora Bzika, którymi są, jak rozumiem, dzieci, tak się składa że ja znam osobiście 

dwójkę jungowskich psychologów - doktorostwa Moscovitzów - i nie jestem zupełnie 

nieświadoma tego, jak powinny wyglądać kontakty między psychologiem a jego 

pacjentem.

Przede wszystkim nie powinny się zaczynać od rzucania fałszywych oskarżeń 

ze strony psychologa.

- To jest totalne i skandaliczne oszczerstwo - stwierdziłam. - Nie byłam dla 

niej uprzejma. Powiedziałam jej to, co chciała usłyszeć, żeby sobie poszła.

- Aha - rzekł doktor Bzik. - To wszystko zmienia. A więc chcesz mi 

powiedzieć, że wszystko jest w porządalku?

- Oczywiście, że nie. Skoro siedzę tu w pana gabinecie w piżamie i kocu.

- A wiesz, nawet zauważyłem. Ale wy, młode dziewczęta, nosicie zawsze 

takie dziwne rzeczy, że uznałem, że to jakaś nowa moda, czy coś.

Z miejsca wiedziałam, że się z nimi nie dogadam. Jak miałam powierzać 

swoje najgłębsze myśli i uczucia komuś, kto o mnie i moich koleżankach mówi: „Wy, 

młode dziewczęta” i uważa, że któraś z nas mogłaby wyjść z własnej woli z domu w 

piżamie Hello Kitty i kocu?

- To się nijak nie uda - oświadczyłam tacie, wstając z miejsca. - Idziemy.

- Zaczekaj chwilkę, Mia - powiedział tata. - Dopiero tu przyszliśmy. Daj 

człowiekowi szansę.

- Tato... - W głowie mi się to wszystko nie mieściło. Jeśli już muszę chodzić 

na terapię, to czemu rodzice nie mogli mi znaleźć prawdziwego terapeuty, a nie tego 

KOWBOJA? - Chodźmy stąd. Zanim on mnie OZNAKUJE jak bydło.

- Masz coś przeciwko hodowcom bydła, młoda damo? - spytał doktor Bzik.

- Biorąc pod uwagę, że jestem wegetarianką... - zaczęłam. Nie wspominałam o 

tym, że przestałam nią być już tydzień temu. - Owszem, tak, mam.

- Wydajesz mi się strasznie zajadliwa - stwierdził doktor Bzik. Przysięgam, że 

naprawdę powiedział „zajadliwa”, zamiast „zjadliwa”. - Jak na kogoś, kto zgodnie z 

tym, co tu napisał, twierdzi, że przez większość czasu już niczym się nie przejmuje.

background image

Postukał palcem w formularz, który wypełniłam w poczekalni. Osunęłam się z 

powrotem na kanapę, bo widziałam, że to jednak chwilę potrwa, i powiedziałam:

- Proszę posłuchać, doktorze... - Jakoś nie mogłam się nawet zdobyć na 

wymówienie jego nazwiska! - Uważam, że powinien pan wiedzieć, że już od jakiegoś 

czasu studiuję prace doktora Carla Junga. Od lat usiłuję osiągnąć samorealizację. 

Psychologia nie jest mi obca. Tak się składa, że wiem, co mi dolega.

- Doprawdy? - powiedział doktor Bzik i zrobił zaintrygowaną minę. - To mnie 

oświeć.

- Jestem trochę przygnębiona - stwierdziłam. - To normalna reakcja na coś, co 

mi się przytrafiło w zeszłym tygodniu.

- Racja. - Doktor Bzik zerknął na kartkę leżącą na jego biurku. - Zerwałaś ze 

swoim chłopakiem, Michaelem, tak?

- Tak. I dobra, może to jest nieco bardziej skomplikowane niż takie zwykłe 

zerwanie między parą nastolatków, bo ja jestem księżniczką, a Michael to geniusz, i 

on uznał, że musi jechać do Japonii, by budować robotyczne ramię do operacji chirur-

gicznych, żeby dowieść mojej rodzinie, że jest mnie wart, chociaż prawdę mówiąc, to 

ja na niego nie zasługuję. Zwłaszcza, że w głębi serca wiem, że sama zniszczyłam 

nasz związek. No i dobrze, może od początku był skazany na fiasko, bo w 

jungowskim teście osobowościowym Myers - Briggs, który robiliśmy sobie w sieci w 

zeszłe wakacje, mnie wyszło INFJ a jemu ENTJ, a teraz on chce, żebyśmy byli 

wyłącznie przyjaciółmi i widywali się z innymi ludźmi. A to jest ostatnia rzecz, na 

jaką mam ochotę. Ale szanuję jego życzenie i wiem, że jeśli kiedykolwiek mam 

czerpać jakieś korzyści z samorealizacji, to muszę więcej czasu poświęcić na 

wzmacnianie korzeni swojego życiowego drzewa, i że... i że... To już naprawdę 

wszystko. Poza tym, że mam może lekkie zapalenie opon mózgowych. Albo gorączkę 

krwotoczną. Tylko tyle mi dolega. Muszę się do tego przyzwyczaić. Nic mi nie jest. 

Naprawdę, nic mi nie jest.

- Nic ci nie jest? - powiedział doktor Bzik. - Opuściłaś prawie cały tydzień 

szkoły, chociaż fizycznie nic ci nie dolega - oczywiście, pomijając możliwość tego 

zapalenia opon mózgowych - i od paru dni nie wychodzisz z tej piżamy. Ale nic ci nie 

jest.

- Tak - mruknęłam. Nagle zaczęło mi się strasznie zbierać na płacz. I serce 

znów zaczęło mi jakoś tak szybko bić. - Mogę już wracać do domu?

- A po co? - spytał doktor Bzik. - Żebyś mogła z powrotem wleźć do łóżka i 

background image

dalej się izolować od swoich przyjaciół i bliskich? Co, przy okazji mówiąc, jest 

klasycznym objawem depresji?

Wytrzeszczyłam na niego oczy. W głowie mi się nie mieściło - jakiś 

kompletnie obcy człowiek, a CO GORSZA, obcy człowiek, który lubił wszystko co 

związane z WESTERNAMI - mówił do mnie w taki sposób. I co on sobie w ogóle 

wyobraża - poza tym, że jest jednym z najlepszych ekspertów w Stanach od 

psychologii dzieci i nastolatków?

- Żebyś mogła nadal odsuwać się od swojej wieloletniej przyjaciółki, Lilly? - 

powiedział, zerkając do notatek na biurku. - I od innych przyjaciół? Unikając szkoły i 

innych towarzyskich spotkań, gdzie mogłabyś zostać zmuszona do nawiązania z nimi 

jakiegoś kontaktu?

Znów wytrzeszczyłam na niego oczy. Wiem, że to ja podobno jestem 

nienormalna, ale teraz uznałam, że nienormalny to tu jest ON.

Ja wcale nie unikam szkoły dlatego, że mogłabym się tam spotkać z Lilly albo 

musieć się wdawać w kontakty towarzyskie z innymi ludźmi. Przecież to nie o to 

chodzi. I wcale nie dlatego chcę się przenieść do Genowii.

- Żebyś mogła nadal unikać tych rzeczy, które kiedyś uwielbiałaś - na 

przykład pogaduszki przez Instant Messenger ze swoją przyjaciółką, Tiną - tylko spać 

przez cały dzień, a w nocy oglądać telewizję? - ciągnął doktor Bzik. - Na dodatek 

wymiatać lodówkę do czysta, kiedy uważasz, że nikt tego nie widzi?

Zaraz... Ale skąd on O TYM wiedział?! SKĄD ON WIEDZIAŁ O TINIE? I O 

CIASTECZKACH GIRL SCOUT?

- Żebyś mogła nadal mówić ludziom to, co twoim zdaniem chcieliby usłyszeć, 

po to, żeby sobie poszli i dali ci święty spokój, i żebyś nadal mogła nie dbać o 

podstawową higienę - co również jest klasycznym objawem depresji?

Tylko przewróciłam oczami. Wszystko, co mówił, brzmiało idiotycznie. Nie 

mam żadnej depresji. Może jestem trochę smutna. Bo wszystko jest do bani. I pewnie 

mam zapalenie opon mózgowych, chociaż wszyscy jakoś ignorują jego symptomy.

Ale nie mam żadnej depresji.

- Żebyś mogła nadal odmawiać sobie tego wszystkiego, co kochasz: pisania, 

kontaktów z młodszym braciszkiem, z rodzicami, zajęć szkolnych, przyjaciół - i nadal 

czuć, że zżera cię nienawiść do samej siebie. Zwłaszcza, że nie umiesz znaleźć żadnej 

motywacji, żeby swoje życie zmienić i móc się nim znów cieszyć? - Głos doktora 

Bzika zadudnił bardzo głośno w tym jego gabinecie rodem z rancza w Montanie. - 

background image

Mam wymieniać dalej?

Znów się na niego gapiłam, mrugając oczami. Ale teraz walczyłam ze łzami. 

W głowie mi się to nie mieściło. Naprawdę.

Wcale nie mam zapalenia opon mózgowych. Nie mam gorączki krwotocznej.

Mam depresję. Mam autentyczną depresję.

- Być może - powiedziałam, odchrząknąwszy, bo jakoś trudno mi było mówić 

przez tę wielką gulę, która nagle zaczęła mnie dławić w gardle - nie jestem w formie.

- Wiesz, w przyznaniu, że ma się depresję, nie ma nic złego - ciągnął doktor 

Bzik łagodnym głosem. To znaczy, jak na kowboja. - Bardzo wiele osób cierpiało na 

depresję. Jak się ma depresję, to wcale nie znaczy, że człowiek zwariował, że jest 

nieudacznikiem albo kimś złym.

Musiałam mruganiem powstrzymać coraz bardziej napierające łzy.

- Rozumiem. - Udało mi się powiedzieć tylko tyle.

A potem tata pochylił się i wziął mnie za rękę. Wcale mnie to nie ucieszyło, 

jeszcze bardziej zachciało mi się płakać. Poza tym dłoń mi się strasznie pociła.

- Możesz sobie pozwolić na płacz - ciągnął doktor Bzik, podając mi pudełko 

chusteczek higienicznych, które wyciągnął z jakiegoś schowka.

Jak on to robił? Jak mu się udawało tak czytać mi w myślach? Czy to dlatego, 

że tak wiele czasu spędzał na pastwiskach? Z płową zwierzyną? I antylopami? I tak w 

ogóle co to za zwierzę, antylopa?

- To zupełnie normalne, a nawet zdrowe, biorąc pod uwagę, co się ostatnio 

działo w twoim życiu, Mia, że możesz czuć się smutna i chcieć z kimś o tym 

porozmawiać - ciągnął doktor Bzik. - Dlatego właśnie ojciec przywiózł cię do mnie 

na wizytę. Ale jeśli sama nie przyznasz, że masz jakiś problem i potrzebujesz 

pomocy, to ja właściwie nic nie będę mógł zrobić. Więc może mi powiesz, co ci tak 

naprawdę doskwiera i jak się naprawdę czujesz? Tym razem zostaw w spokoju 

jungowskie drzewo samorealizacji.

I wtedy - zanim się zorientowałam, co się dzieje - przekonałam się, że jest mi 

wszystko jedno, czy to program Mamy cię!, czy nie.

Może to przez ten chodnik Indian Navajo. A może ten kowbojski kapelusz 

wiszący na kołku na drzwiach. A może doszłam do wniosku, że on miał rację - 

naprawdę nie mogłam spędzić całej reszty życia zamknięta w swoim pokoju.

W każdym razie, zanim się połapałam, opowiedziałam temu podstarzałemu 

kowbojowi wszystko.

background image

No cóż, może nie WSZYSTKO, bo przecież jednak siedział koło mnie TATA. 

Najwyraźniej doktór Bzik miał w zwyczaju dokonywać wstępnej konsultacji osoby 

nieletniej w obecności rodzica lub opiekuna. Inaczej było w przypadku stałej pa-

cjentki.

Ale powiedziałam mu rzecz ważną - rzecz, która tłukła mi się po głowie przez 

cały czas od ostatniej niedzieli, kiedy odłożyłam słuchawkę po rozmowie z 

Michaelem. Tę rzecz, która od tamtej pory trzymała mnie w łóżku.

Chodzi o to, że przypomniałam sobie, jak za pierwszym razem, kiedy mama 

zabrała mnie z wizytą do swoich rodziców do Wersalu w stanie Indiana, dziadek 

ostrzegł mnie, żebym nie zbliżała się do nieużywanego zbiornika na wodę na tyłach 

domu. Zakryty był kawałkiem dykty i dziadek czekał na koparkę, która miała 

przyjechać i zasypać go ziemią.

Ale ja właśnie przeczytałam Alicję w Krainie Czarów i oczywiście miałam 

świra na punkcie wszystkiego, co przypominało króliczą norę.

Odsunęłam więc tę dyktę ze zbiornika i stanęłam sobie na krawędzi, 

zaglądając w głęboką czarną dziurę i zastanawiając się, czy nie prowadzi do Krainy 

Czarów, i czy nie udałoby mi się tam jakoś dostać.

I oczywiście ziemia przy krawędzi zbiornika osunęła się, a ja wpadłam do 

dziury.

Ale nie trafiłam do Krainy Czarów. O co to, to nie.

Nie zraniłam się, ani nic, i nawet w końcu udało mi się wydostać, chwytając 

się korzeni roślin, które rosły przy krawędzi. Położyłam dyktę z powrotem na miejsce 

i wróciłam do domu, roztrzęsiona, śmierdząca i brudna, ale cała i zdrowa. Nigdy 

nikomu nie powiedziałam, co zrobiłam, bo wiedziałam, że dziadek tylko by się na 

mnie wściekał. Na szczęście nikt się nie zorientował.

Ale problem w tym, że kiedy w zeszłą niedzielę rozmawiałam z Michaelem, 

czułam, że znów jestem na dnie tamtego zbiornika. Naprawdę. Zupełnie jakbym była 

tam na dole, patrzyła na niebieskie niebo nad głową i kompletnie nie wiedziała, jakim 

cudem tam się w ogóle znalazłam.

Ale tym razem nie miałam czego się chwycić, żeby z tej dziury wyjść. 

Tkwiłam na samym dnie. Widziałam, że gdzieś nad moją głową toczy się normalne 

życie - ludzie się śmieją, bawią, słońce świeci, ptaki śpiewają, chmury płyną po 

niebie - ale nie mogłam się wydostać, żeby w tym wszystkim uczestniczyć. Mogłam 

tylko patrzeć z dna tej wielkiej czarnej otchłani.

background image

W każdym razie, kiedy już skończyłam to wszystko wyjaśniać - to znaczy, 

kiedy zamilkłam, bo już nie mogłam dłużej mówić ze względu na dławiący mnie 

płacz - tata zaczął mruczeć coś ponuro o tym, co zrobi dziadkowi, kiedy go dostanie 

w swoje ręce (a miało to coś wspólnego z rzeźniczym nożem, kiedy dziadek będzie 

brał prysznic).

Tymczasem doktor Bzik podniósł wzrok znad kartki, na której robił notatki 

przez cały czas, kiedy mówiłam, i spojrzał mi prosto w oczy, a potem powiedział coś 

zadziwiającego.

Powiedział tak:

- Czasami w życiu zdarza nam się wpaść w taką dziurę, z której człowiek sam 

nie umie się wydostać. Ale od tego są rodzina i przyjaciele - żeby pomóc. Ale nie 

zdołają ci pomóc, jeśli nie powiesz im, że tam siedzisz.

Znów wytrzeszczyłam na niego oczy. To było bardzo dziwne, ale... Nie 

pomyślałam o tym. Wiem, że to brzmi idiotycznie. Pomysł, żeby wołać o pomoc, w 

ogóle nie przyszedł mi do głowy.

- Więc teraz, kiedy już wiemy, że jesteś tam, na dole... - mówił dalej doktor 

Bzik, przeciągając zgłoski. - Co byś powiedziała na to, żebyśmy ci pomogli?

Ale ja nie byłam pewna, czy ktokolwiek mógłby mi pomóc. To znaczy, pomóc 

mi wydostać się z tej dziury. Tkwiłam w niej tak głęboko i czułam się taka 

zmęczona... Nawet gdyby ktoś rzucił mi jakąś linę, wcale nie byłam pewna, czy 

miałabym siłę się po niej wspiąć.

- Chyba - powiedziałam, pociągając nosem - byłoby dobrze. To znaczy, o ile 

się uda.

- Uda się - oświadczył doktor Bzik. - Jutro rano pójdziesz do swojego lekarza 

rodzinnego na pobranie krwi. Chcę się upewnić, że fizycznie nic ci nie dolega. 

Niektóre schorzenia mogą wpływać na nastrój, więc chcemy takie rzeczy wykluczyć - 

razem z tym zapaleniem opon mózgowych, naturalnie. A potem, po szkole, możesz 

do mnie przyjść na pierwszą sesję terapeutyczną. Mój gabinet leży zaledwie o parę 

przecznic od twojego liceum.

Patrzyłam na niego. W ustach mi nagle zaschło.

- Ja... Ja naprawdę nie dam rady pójść jutro do szkoły.

- Czemu nie? - Doktor Bzik zrobił zdziwioną minę.

- Ja po prostu... - zaczęłam. Serce znów zaczęło mi walić w klatce piersiowej. 

- Czy nie... Nie byłoby lepiej, gdybym zaczęła chodzić do szkoły od poniedziałku?

background image

On mi się tylko przyjrzał przez te swoje okulary w srebrnych oprawkach. 

Oczy, jak zauważyłam, miał jasnobłękitne, a wokół nich łagodne zmarszczki. 

Zupełnie takie, jakie powinien mieć kowboj.

- A może... - powiedziałam - mógłby pan, no, wie pan. Coś mi przepisać. 

Jakieś leki czy coś takiego. Żeby mi to ułatwić.

A najlepiej takie lekarstwo, które kompletnie by mnie znieczuliło, żebym nie 

musiała myśleć ani nic czuć gdzieś tak, powiedzmy, do matury.

Doktor Bzik znów zdawał się doskonale wiedzieć, co mam na myśli. I chyba 

go to rozbawiło.

- Jestem psychologiem, Mia - wyjaśnił z leciutkim uśmiechem. - Nie 

psychiatrą. Nie wolno mi przepisywać leków. Mam kolegę, który może to robić, jeśli 

uznam, że pacjent tego potrzebuje. Ale moim zdaniem ty nie potrzebujesz.

CO? Już bardziej nie mógł się mylić. Potrzebuję leków. I to całego mnóstwa! 

Kto może ich bardziej potrzebować niż ja? Nikt! Odmawia mi ich, bo nigdy nie 

spotkał Grandmère!

I zanim się połapałam, doktor Bzik gapił się na mnie, a tata kręcił się na 

siedzeniu zmieszany. I wtedy do mnie dotarło, że ostatnie zdania powiedziałam na 

głos.

Ups.

- Wiesz, że to prawda - zwróciłam się do taty obronnym tonem.

- Wiem - powiedział tata, unosząc oczy do nieba. - Proszę mi wierzyć.

- Bardzo chętnie kiedyś poznam twoją babkę - stwierdził doktor Bzik. - To 

najwyraźniej szalenie ważna dla ciebie osoba i byłbym zainteresowany 

zaobserwowaniem dynamiki między wami. Ale z drugiej strony... Nigdzie w swoim 

formularzu nie dawałaś do zrozumienia, że masz myśli samobójcze. Na pytanie, czy 

kiedykolwiek miewasz ochotę się zabić, zakreśliłaś: „nigdy”.

- To tylko dlatego - wykrztusiłam skrępowana - że żeby się zabić, musiałabym 

wstać z łóżka. A naprawdę nie mam na to siły.

Doktor Bzik uśmiechnął się i rzekł:

- Nie sądzę, żeby leki były odpowiednią terapią w twoim przypadku.

- CZEGOŚ potrzebuję - upierałam się. - Bo inaczej nie wiem, jak zdołam 

przetrwać dzień. Mówię poważnie. Niech pan się nie obrazi, ale nie ma pan pojęcia, 

jak teraz wygląda szkoła średnia. Nie żartuję, można się wystraszyć.

- Wiesz co? Eleonora Roosevelt, dama, którą niewielu odważyłoby się 

background image

pomówić o brak trzeźwej głowy na karku - powiedział doktor Bzik - kiedyś 

stwierdziła, że człowiek powinien raz dziennie zrobić coś, co go przeraża.

Pokręciłam głową.

- To bez sensu. Po co ktoś miałby specjalnie robić coś, co go przeraża?

- Bo to jedyny sposób, żeby rozwinąć się jako jednostka - wyjaśnił doktor 

Bzik. - Wiele rzeczy może nas przerażać: nauka jazdy na rowerze, pierwszy lot 

samolotem, powrót do szkoły po zerwaniu z chłopakiem i po tym, jak twoje zdjęcie z 

chłopakiem twojej najlepszej przyjaciółki ukazało się w wysokonakładowej prasie. 

Ale jeśli nie będziesz podejmować ryzyka, nic się nie zmieni. Sądzisz, że w taki 

sposób wydostaniesz się z tej dziury, w którą wpadłaś? Nie uważasz, że jedyny 

sposób, żeby się z niej wydostać, to coś zmienić?

Wzięłam głęboki oddech. Wiedziałam, że on ma rację. Tylko, że... To będzie 

takie strasznie TRUDNE.

No cóż. Michael POWIEDZIAŁ jednak, że oboje powinniśmy dorosnąć.

Doktor Bzik ciągnął:

- Co się może zdarzyć najgorszego? Masz przecież ochroniarza. A poza Lilly 

masz jakichś innych przyjaciół, prawda? Co z tą Tiną o której wspominała twoja 

matka?

Zapomniałam o Tinie. To dziwne, co się z człowiekiem dzieje, kiedy wpadnie 

w taką dziurę. Zapomina się o ludziach, którzy zrobiliby wszystko - prawdopodobnie 

wszystko co możliwe - żeby pomóc ci się z niej wydostać.

- Tak - powiedziałam, po raz pierwszy od dawna dostrzegając jakiś promyczek 

nadziei. - Jest jeszcze Tina.

- No cóż - rzekł doktor Bzik. - Sama widzisz. I kto wie? - dodał z szerokim 

uśmiechem. - Może nawet będzie fajnie?

Jasne. Teraz wiem, że nazwisko do niego pasuje. Jest zdecydowanie bardziej 

walnięty niż ja.

A to wiele znaczy, jeśli wziąć pod uwagę, że to ja prawie przez tydzień nie 

zdejmowałam z siebie tej samej piżamy Hello Kitty.

CZWARTEK, 16 WRZEŚNIA, 18.00,

PODDASZE

Po wyjściu z gabinetu doktora Bzika tata zapytał mnie, co o nim sądzę. 

Powiedział:

background image

- Jeśli on ci nie odpowiada, Mia, to możemy poszukać kogoś innego. 

Wszyscy, z dyrektorką twojej szkoły włącznie, zgadzają się, że to najlepszy w 

mieście specjalista od problemów nastolatków, ale...

- POWIEDZIAŁEŚ DYREKTOR GUPCIE?! - niemal wrzasnęłam.

Tata zrobił taką minę, jakby niespecjalnie mu się mój wrzask spodobał.

- Mia... Nie byłaś w szkole przez ostatnie cztery dni. Myślałaś, że nikt tego nie 

zauważy?

- Przecież mogliście im powiedzieć, że mam grypę! - krzyknęłam. - A nie, że 

depresję!

- Nikomu nie mówiliśmy, że masz depresję. Twoja dyrektorka dzwoniła 

sprawdzić, dlaczego tak długo cię nie ma...

- Super! - zawołałam, opadając na skórzane siedzenie. - Teraz cała szkoła 

będzie wiedziała!

- Nie, chyba że ty sama im powiesz. Dyrektor Gupta na pewno nic nikomu nie 

powie. Jest na to zbyt profesjonalna. Wiesz o tym, Mia.

Chociaż z przykrością muszę to przyznać, tata ma rację. O dyrektor Gupcie 

wiele można powiedzieć - na przykład że jest despotką i ma świra na punkcie kontroli 

- ale nigdy nie nadużyłaby zaufania obowiązującego między dyrektorem a uczniem.

Poza tym przynajmniej połowa uczniów z Liceum imienia Alberta Einsteina 

chodzi na terapię. Tylko że... Ostatnia rzecz, jakiej mi potrzeba, to żeby Michael 

dowiedział się, że jestem tak zdruzgotana tym, że mnie rzucił, że chodzę do terapeuty. 

Jakie to upokarzające!

- Kto jeszcze WIE? - spytałam.

- Nikt nie wie, Mia - odpowiedział tata. - Poza twoją matką ojczymem i 

obecnym tu Larsem.

- Ja nikomu nie powiem - odezwał się Lars, nie podnosząc oczu znad 

pochłaniającej go rozgrywki Halo.

- To wszystko - dodał tata.

- A co z Grandmère? - spytałam podejrzliwie.

- Ona nie wie. Jak zwykle, jest błogo nieświadoma wszystkiego, co nie 

dotyczy bezpośrednio jej samej.

- Ale w końcu się dowie. Kiedy nie pokażę się na lekcji etykiety, będzie się 

zastanawiała, co się ze mną dzieje.

- Pozwól, że sam się zajmę moją matką - oświadczył tata, a w jego oczach 

background image

pojawił się stalowy błysk, który przypomniał mi Daniela Craiga w Casino Royale. 

ile James Bond mógłby być kompletnie łysy. - Ty się martw tylko o to, żeby 

wydobrzeć.

Łatwo mu powiedzieć. To nie on się zobowiązał, że od jutra za tydzień 

wygłosi mowę przed odpowiednikiem Opus Dei wśród organizacji kobiecych.

W każdym razie, kiedy wróciliśmy na poddasze, przekonałam się, że mama 

skorzystała z mojej nieobecności i wysprzątała mój pokój, całą pościel wysyłając do 

pralni. Otworzyła też okna i włączyła wszystkie wiatraki; że aż Gruby Louie nie 

chciał wyjść spod łóżka, bo się bał, że go porwie jakiś powietrzny wir.

A tymczasem pan G. wyniósł mój telewizor. Którego już mi nie oddadzą, 

poinformował mnie tata, bo zdaniem doktora Bzika dzieci nie powinny mieć 

własnych odbiorników telewizyjnych.

Więc teraz już wiem, na jaki temat będziemy z doktorem Bzikiem dyskutowali 

przez większość naszej umówionej jutrzejszej godzinnej sesji.

Drobiazg. Mam poważniejsze zmartwienia. Na przykład takie, że kiedy 

brałam prysznic, mama zakradła się do łazienki i zabrała moją piżamę Hello Kitty. I 

wyrzuciła ją do zsypu.

- Wierz mi, Mia - powiedziała, kiedy protestowałam - tak będzie lepiej.

Pewnie ma rację. Może faktycznie za bardzo się już do niej przywiązałam.

Ale i tak mi jej brak. Wiele razem Przeszłyśmy, ta piżama Hello Kitty i ja.

Mama, tata i pan G. siedzą teraz razem w kuchni i naradzają się, niezupełnie w 

sekrecie, na mój temat. Niezupełnie w sekrecie, bo totalnie ich słyszę. To znaczy 

może i mam depresję, ale głucha przecież nie jestem.

Żeby się jakoś oderwać, po raz pierwszy od jakiegoś miliona lat weszłam do 

sieci zobaczyć, czy nie przyszły do mnie jakieś maile.

I okazało się, że przyszły. Nawet sporo. Miałam 243 nieprzeczytane 

wiadomości.

Większość z nich to spam, ale ładnych parę z nich to były próby poprawienia 

mi nastroju ze strony Tiny, znalazły się też jakieś maile od Ling Su i Shameeki, a 

nawet ze dwa od Borisa (On jest takim świetnym chłopakiem. Zawsze robi dokładnie 

to, co mu każe Tina). Było trochę maili od J.P., głównie przeforwardowanych 

śmiesznych rzeczy, które jego zdaniem miały mnie pewnie rozbawić. Nie, żeby 

wiedział, w jakim dole jestem. A w każdym razie, LEPIEJ byłoby, żeby nie wiedział.

A potem, kiedy robiłam porządek w skrzynce, zobaczyłam go.

background image

Maila od Michaela.

Przysięgam, serce zaczęło mi walić w tempie miliona uderzeń na minutę, a 

dłonie natychmiast zrobiły się mokre. Tak strasznie nie chciałam otwierać tego maila. 

Bo co, jeśli było to tylko powtórzenie tego, co Michael już mi powiedział w niedzie-

lę? O tym, że powinniśmy być po prostu przyjaciółmi i umawiać się z innymi ludźmi? 

Nie chcę tego czytać. Nie chcę o tym słyszeć. Ja nawet nie chcę o tym w ogóle 

myśleć. Przez cały tydzień robiłam, co tylko mogłam, żeby nie wracać w myślach do 

tej rozmowy... A teraz to wszystko pchało mi się prosto w oczy?

Wykluczone.

Ale potem, kiedy już miałam nacisnąć klawisz USUŃ, zawahałam się. Bo co, 

jeśli ten mail dotyczył czegoś innego? Co jeśli - dobra, zdawałam sobie sprawę, że to 

bardzo wielkie JEŚLI, ale mimo wszystko - co jeśli w tym mailu pisał mi, że zmienił 

zdanie, i że wcale nie chce ze mną zrywać?

Co jeśli przez ten zeszły tydzień tkwił w takiej samej depresji jak ja?

Co jeśli po tygodniowej rozłące zdał sobie sprawę, że bardzo za mną tęskni i 

tak samo jak ja siedziałam tu i tęskniłam za jego ramionami i możliwością 

powąchania mu szyi, on tęsknił za tym, żeby trzymać mnie w swoich ramionach i 

pozwalać mi wąchać szyję?

I zanim zdążyłam znów zmienić zdanie, nacisnęłam OTWÓRZ...

SinnerBx: Cześć, Mia. To ja. No cóż, sama widzisz. Chciałem 

tylko zapytać, co u ciebie. Lilly mówiła mi, że cały tydzień 

nie było cię w szkole... Mam nadzieję, że wszystko jest w 

porządku.

Ja się już powoli przyzwyczajam do Tsukuby. To miejsce jest 

trochę zwariowane - oni tu naprawdę na śniadanie jedzą 

kluski! Ale na szczęście w większości miejsc można jeszcze 

kupić jakąś kanapkę z jajkiem.

Praca wygląda tak, jak się spodziewałem - jest ciężko - ale 

wydaje mi się, że mam poważne szanse ruszyć z tym czymś z 

miejsca. Chociaż kto wie, czy tak samo optymistycznie będę 

na to patrzył, kiedy minie jeszcze parę tygodni. Wiedziałaś, że 

podobno toczą się rozmowy w sprawie produkcji jakiegoś 

filmu, który będzie połączeniem Buffy postrachu wampirów 

background image

Angel?

Pomyślałem, że to cię ucieszy.

No cóż, muszę kończyć... Naprawdę mam nadzieję, że nie 

było cię w szkole, bo poleciałaś odrzutowcem w jakieś 

supermiejsce wypełniać książęce obowiązki, a nie dlatego że 

na coś zachorowałaś.

Michael

Siedziałam tam przez długi czas z palcem gotowym nacisnąć klawisz 

ODPOWIEDZ. Bo w końcu wyraził zaniepokojenie moim stanem zdrowia. 

(Fizycznego, nie psychicznego, ale nie ma sprawy. Wątpię, żeby Michael mógł 

przewidzieć, że spadnę na najniższy poziom samoaktualizacji i skończę w gabinecie 

kowbojskiego psychologa w swojej piżamie Hello Kitty i kocu).

Ale przecież po coś to wszystko napisał, nie? Może coś tam jeszcze zostało? 

Może to znaczy, że jeszcze choć troszkę mnie kocha? Że jest jakaś szansa, że kiedyś, 

w jakiś sposób, znów będę mogła wąchać jego szyję na w miarę regularnych 

zasadach?

Ale z drugiej strony... Sama nie wiem. Pomyślałam o tym, co mi powiedział 

przez telefon. Że chce, żebyśmy zostali przyjaciółmi. I zrozumiałam, że jego mail był 

właśnie tym. Przyjacielskim liścikiem, który miał pokazać, że nie żywi pretensji o tę 

sprawę z J.P.

JAK ON MÓGŁ NIE MIEĆ DO MNIE O COŚ TAKIEGO PRETENSJI?! 

CZY BYŁAM MU CAŁKOWICIE OBOJĘTNA?????

A może sama, w swoim zeszłotygodniowym paranoicznym wybuchu na temat 

Judith Gershner, zdołałam zniszczyć wszystkie romantyczne uczucia, jakie 

kiedykolwiek wobec mnie żywił?

I wtedy przesunęłam myszkę z klawisza ODPOWIEDZ nad klawisz USUŃ. I 

kliknęłam.

I jego mail, jakby nigdy nic, zniknął.

Bo nie ma mowy, żebym na to odpisała.

Michael może już mnie przebolał. Ale ja go nie przebolałam. To znaczy, 

jeszcze nie.

Nie mogę udawać, że mam to już za sobą. I nie zamierzam też robić niczego 

głupiego, na przykład klikając ODPOWIEDZ, i pisząc, że chcę być nadal jego 

background image

dziewczyną.

Ale mogę tego uniknąć tylko w jeden sposób - nie odpowiadając na jego mail.

Potem zajrzałam na stronę www.nienawidzemiithermopolis.com. Dzięki Bogu, 

nie było tam żadnych nowych wpisów.

Ale to nic dziwnego. Nie wystawiałam nosa z domu przez cały tydzień. 

Ktokolwiek tę stronę prowadzi, nie miał świeżego materiału.

Teraz woła mnie mama. Ona, tata i pan G. zamówili pizzę z Tre Giovanni. 

Mamy wszyscy usiąść razem do obiadu, jak normalna rodzina. Tylko ja, moja mama, 

jej mąż, ich dziecko, i mój ojciec, książę Genowii.

Och, tak, jasne, jesteśmy zupełnie normalną rodziną. Nic dziwnego, że 

trafiłam na terapię.

PIĄTEK, 17 WRZEŚNIA,

FRANCUSKI

O mój Boże. Tutaj jest tak... surrealistycznie.

Moim zdaniem doktor B. się myli, ja potrzebuję leków. Nie wiem, jak bez 

nich to wytrzymam. Wprawdzie powiedział, że dobrze jest raz dziennie robić coś, co 

nas przeraża - przy okazji, wielkie dzięki, pani Eleonoro Roosevelt, wielkie dzięki - 

ale przecież to jest jakieś DZIEWIĘĆ MILIONÓW PRZERAŻAJĄCYCH RZECZY 

naraz!

Nie wiem, czemu SZKOŁA tak mnie przeraża. Jeszcze nigdy mnie nie 

przerażała. A przynajmniej nie w takim stopniu.

Ale chodzi o coś więcej niż tylko o szkołę. Tu trzeba z ludźmi 

ROZMAWIAĆ. Trzeba zachowywać się NORMALNIE. A ja wiem, że NIE JESTEM 

normalna.

Prawdę mówiąc, nigdy nie byłam normalna. Ale jestem jeszcze MNIEJ 

normalna niż zwykle. Straciłam swój system wsparcia - tę JEDYNĄ osobę, na którą 

mogłam liczyć przez minione dwa lata, a która ratowała moją normalność w tym 

oceanie szaleństwa - Michaela.

A teraz on nagle zniknął z mojego życia, a ja mam się zachowywać tak, jakby 

nic się nie stało?

A przecież muszę tkwić tutaj, w tym - spójrzmy prawdzie w oczy - domu 

wariatów, wśród tych wszystkich ludzi, którzy są O WIELE BARDZIEJ POMYLENI 

NIŻ JA. (Tylko nie chcą się przyznać, że jest z nimi coś nie w porządku. W 

background image

przeciwieństwie do mnie). Nie mam absolutnie nikogo, komu mogłabym po powrocie 

do domu powiedzieć: „O rany, w głowie mi się nie mieści, co dzisiaj zrobił ten czy 

tamten”.

To jest zwyczajne okrucieństwo.

Ale widać sobie na nie zasłużyłam. Przecież sama to wszystko na siebie 

sprowadziłam przez własną głupotę.

Przynajmniej oszczędzono mi męczenia się w tym szalonym miejscu przez 

cały dzień - udało mi się ranek spędzić w poczekalni u doktora Funga, gdzie pobierali 

mi krew. A ponieważ od północy musiałam z tego powodu pościć, byłam praktycznie 

ZAGŁODZONA. Nie tylko musiałam wstać z łóżka, wziąć prysznic i się ubrać. Ale 

nawet nie dostałam żadnego śniadania!

Co gorsza, chociaż miałam totalnie pusty żołądek, nie mogłam... No cóż, z 

jakiegoś powodu spódnica od szkolnego mundurka nie chciała się dopiąć. Musiałam 

wreszcie posłużyć się agrafką, żeby jakoś tę spódnicę zapiąć.

Najpierw myślałam, że spódnica musiała mi się zbiec w praniu, i byłam nawet 

na to trochę zła. Ale stanik też na mnie nie pasował!

Zdaję sobie sprawę, że minęło trochę czasu, odkąd wkładałam jakąś bieliznę, 

bo przecież przez cały tydzień miałam na sobie piżamę Hello Kitty. I przyznaję, że 

zauważyłam, że ostatnio moje ciuchy robiły się jakieś takie dopasowane. A nosiłam 

tylko te swoje dżinsy ze streczem. I wszystkie staniki zapinałam na ostatni rząd 

haftek. Ale nawet wtedy mi się wpijały.

A kiedy dziś rano włożyłam swój ulubiony stanik, po raz pierwszy w życiu 

miałam prawdziwy ROWEK MIĘDZY PIERSIAMI, bo stanik tak mocno je ściskał.

Naprawdę mam piersi, które da się ścisnąć stanikiem. Sama nie wiem, skąd się 

wzięły, ale kiedy spojrzałam w dół, były tam. Hej! Witaj, biuście!

Najpierw pomyślałam sobie, że w pralni stanik też się zbiegł. Włożyłam więc 

inny. To samo. A potem jeszcze inny. TO SAMO. Nie mogłam tego zrozumieć.

Kiedy przyjechałam do Kliniki Medycznej SoHo i WRESZCIE wywołali moje 

nazwisko, a ja weszłam do środka i dałam im się zważyć, zrozumiałam, co się dzieje. 

To był SZOK, ale okazało się, że ważę prawie SZEŚĆ Grubych Louie!

A to prawie o jednego Grubego Louie więcej, odkąd ostatni raz stałam na 

wadze! Przyznaję, że było to jakiś czas temu, ale jednak!

Może faktycznie objadałam się mięsem przez ten ostatni tydzień. Cóż, nie tyle 

zresztą mięsem, także pizzą, ciasteczkami Girl Scout, masłem orzechowym, kluskami 

background image

z sezamem na zimno, cheerios z miodem i orzechami, popcornem z mikrofalówki (ze 

stopionym masłem), herbatnikami Oreos, lodami Haagen - Dazs i smażonymi 

pierożkami samosa z Baluchi's...

Ale żeby przytyć prawie o całego KOTA?

Wow. Tylko tyle mam do powiedzenia.

Poza mięsem znalazło się też i racjonalne wyjaśnienie. Doktor Fung 

powiedział:

- Księżniczko, nadal swobodnie mieścisz się w zakresie indeksu masy ciała 

BMI dla swojego wzrostu. To całkiem normalne, że w twoim wieku pojawiają się 

takie nagłe przyrosty wagi. Niektórym kobietom zdarzają się nawet po dwudziestce.

Bo ja nie tylko rozrosłam się wszerz. Urosłam też wzwyż; mam dokładnie 

metr siedemdziesiąt pięć. Urosłam o dwa i pół centymetra od czasu swojej ostatniej 

wizyty u lekarza!

Jeśli dalej tak będę rosła, to zanim skończę osiemnaście lat, będę miała metr 

osiemdziesiąt.

Optymistycznie patrząc na to przytycie o pełnego Grubego Louie? Chyba już 

nie mam płaskiej klatki piersiowej.

Patrząc nieco mniej optymistycznie? Będę musiała pogadać z mamą o kupnie 

nowych staników. I majtek. I piżam. I dresu. I nowego szkolnego mundurka.

I nowych sukien balowych.

O Boże.

Nieważne. Jakbym nie miała poważniejszych zmartwień (ha!) niż rozmiar 

mojej klatki piersiowej (gargantuiczny) i to, że spódnicę muszę spinać agrafkami; i że 

nogawki moich dżinsów są za krótkie. Gorzej, że za pół godziny będę musiała iść do 

stołówki.

Gdzie zobaczę Lilly.

Która na mój widok bez wątpienia zabierze swoją tacę i pójdzie sobie usiąść 

gdzieś indziej.

Zresztą, nieważne. Wiem, że Tina i tak będzie chciała siedzieć ze mną. To 

jedyna rzecz, która powstrzymuje mnie przed odwróceniem się do Larsa z hasłem: 

„Idziemy”, i opuszczeniem tego całego domu wariatów.

To dobrze, że wczoraj doktor Bzik wspomniał o Tinie, bo za każdym razem, 

kiedy zaczynam czuć, że znów się zsuwam do tej dziury, z której usiłuję się 

wygrzebać, myślę o niej, i to jest zupełnie tak, jakby ona była tym jakimś korzeniem, 

background image

którego mogę się chwycić, żeby nie ześlizgiwać się głębiej w mroczną otchłań 

rozpaczy.

Ciekawe, co by pomyślała Tina, gdyby się dowiedziała, że uważam ją za 

ostatnią deskę ratunku?

Oczywiście mam o wiele poważniejsze zmartwienia niż to, z kim usiądę przy 

lunchu: to, że jestem na terapii i nie chcę, żeby ktokolwiek się dowiedział; to, że za 

tydzień mam wygłosić przemówienie do dwóch tysięcy najbardziej wpływowych 

nowojorskich kobiet biznesu; to, że miłość mojego życia chce, żebyśmy byli 

wyłącznie przyjaciółmi (i umawiali się z innymi ludźmi), i że nie mam z jego strony 

wsparcia, i w ten sposób zostałam rzucona na łaskę i niełaskę fal oceanu nastoletniego 

życia towarzyskiego i muszę w nim pływać sama; przemysł mięsny pompuje takie 

ilości hormonów w swoje produkty, że dzięki zjedzeniu paru kanapek z szynką i paru 

porcji kurczaka kung pao w zeszłym tygodniu udało mi się praktycznie z dnia na 

dzień wyhodować sobie biust; to że ktoś stworzył www.nienawi

dzemiithermopolis.com, oraz fakt, że obie polarne czapy lodowe roztapiają się 

wskutek wywołanego przez człowieka globalnego ocieplenia, więc wszystkie 

niedźwiedzie polarne się topią.

Ale próbuję radzić sobie z tymi wszystkimi zmartwieniami po trochu. Małymi 

kroczkami, takimi jakie robił Rocky, kiedy zaczynał chodzić. Małe kroczki. Muszę 

jakoś przetrwać ten lunch. Potem się będę martwić polarnymi czapami lodowymi.

Za cztery godziny wypuszczą mnie stąd.

PIĄTEK, 17 WRZEŚNIA,

ROZWÓJ ZAINTERESOWAŃ

Super. Mam jeszcze jedno zmartwienie do wpisania na listę najwyraźniej cała 

szkoła uważa, że J.P. i ja ze sobą chodzimy.

Tak się dzieje, kiedy człowiek znika na prawie cały tydzień po załamaniu 

nerwowym i nie może być w pobliżu, żeby się bronić.

Pewnie zdarza się to też i wtedy, gdy twoje zdjęcia, kiedy wychodzisz z teatru 

z rzeczonym facetem pod rękę, można zobaczyć w każdej gazecie. Ale on mi tylko 

pomagał zejść po schodach! Bo miałam buty na wysokich obcasach! A stopnie 

wyłożono dywanem i nie było tam poręczy!

Jezu!

Biorąc pod uwagę dowody w postaci fotografii, mogę zrozumieć czemu 

background image

środkowe stany Ameryki - i jak się domyślam, cała reszta świata - uważają że J.P. i ja 

ze sobą chodzimy.

Sądziłam jednak, że moi PRZYJACIELE nie dadzą się na to nabrać! 

Najwyraźniej się myliłam. I linie na placu zabaw już zostały zakreślone.

Lilly siedzi teraz przy stoliku Kenny'ego Showaltera. Pewnie zbliżyły ich 

ciepłe uczucia wobec sekcji boksu tajskiego czy coś.

Perin i Ling Su siedzą z nimi, chociaż Ling Su powiedziała mi przy barze 

sałatkowym, że wolałaby raczej siedzieć ze mną.

- Ale Lilly wyznaczyła mnie na sekretarza samorządu - wyjaśniła przerażona. 

- Co jest chyba lepsze niż rola skarbnika... - Z tym się oczywiście zgadzam, biorąc 

pod uwagę, co się stało, kiedy Ling Su była w zeszłym roku skarbniczką. - A 

skarbnikiem Lilly wyznaczyła Kenny'ego. Ale to znaczy, że muszę siedzieć z nią i z 

Perin, która jest wiceprzewodniczącą, żebyśmy mogły omawiać nowe inicjatywy 

Lilly, na przykład ten cały pomysł z wynajęciem miejsca na dachu na anteny telefonii 

komórkowej, w zamian za co będziemy mogli sprawić laptopy wszystkim uczniom - 

stypendystom, i jak to zrobić, żeby więcej uczniów z LiAE dostawało się na 

uniwersytety Ligi Bluszczowej, i inne takie.

- Nie ma sprawy, Ling Su - powiedziałam do niej, posypując cheddarem swoje 

pikantne wołowe tostada. - Ja naprawdę rozumiem.

- W porządku - oświadczyła, a potem dodała: - Moim zdaniem ty i J.P. 

tworzycie fantastyczną parę. On jest taki seksowny.

- My ze sobą nie chodzimy - odparłam totalnie zbita z tropu.

- Jasne - powiedziała znaczącym tonem Ling Su i zrobiła do mnie oko. Jakby 

uważała, że mówię tak dlatego, żeby załagodzić sytuację z Lilly! Taka próba była z 

góry skazana na porażkę. Przecież ja wcale nie po to tak mówiłam! Powiedziałam, bo 

to prawda!

Ale Ling Su nie jest jedyną osobą, która wierzy, że J.P. i ja jesteśmy parą. 

Kiedy poszłam oddać swoją tacę, jedna z pracownic stołówki uśmiechnęła się do 

mnie i zagaiła:

- Może zdołasz go namówić, żeby spróbował naszej kukurydzy.

Najpierw nie mogłam zrozumieć, o co jej chodzi. Potem, kiedy do mnie 

dotarło, totalnie się zarumieniłam. J.P. i jego osławiona niechęć do kukurydzy! I ona 

uważała, że ja go z tego wyleczę? Dobry Boże!

Przynajmniej J.P. nie zdaje sobie chyba z niczego sprawy. Albo, jeśli sobie 

background image

zdaje, to nie daje tego po sobie poznać. Wydawał się wręcz ZDZIWIONY, widząc 

mnie na lunchu po raz pierwszy do tygodnia, ale nie robił z tego żadnej sprawy 

(dzięki Bogu), w przeciwieństwie do Tiny, która zaczęła piszczeć, ściskać mnie i 

opowiadać, jak bardzo za mną tęskniła.

To było bardzo miłe, ale też trochę krępujące, bo podkreślało fakt, że tak 

długo mnie nie było. A ja jestem totalnie zmęczona wyjaśnianiem: „grypa”, kiedy 

ludzie mnie pytają, gdzie się przez cały tydzień podziewałam. Przecież nie mogę 

powiedzieć: „Siedziałam w łóżku w swojej piżamie Hello Kitty i nie chciałam wstać, 

bo chłopak ze mną zerwał”.

Jedyne co zrobił J.P, a co nie mieściło się w normie - uśmiechnął się do mnie 

zupełnie bez powodu. Boris akurat opowiadał o swojej nienawiści do emo i My 

Chemical Romance, co ma w zwyczaju. Właśnie wzięłam do ust duży kęs swojego 

tostada (To zadziwiające, że nawet przy tak głębokiej depresji nadal żrę jak koń. Ale 

nieważne, byłam strasznie głodna, bo od rana zjadłam tylko batonik Powerbar, który 

złapałam w Delikatesach Ho po wyjściu od lekarza, w drodze do szkoły) i za-

uważyłam ten uśmiech J.P. - a jest on, jak to zauważyła Ling Su, całkiem seksowny - 

i z ustami pełnymi mielonej wołowiny, cheddara, salsy, kwaśnej śmietany, papryczek 

jalapeños i pasków sałaty wykrztusiłam:

- Co?

- Nic - powiedział J.P - , nadal z uśmiechem. - Cieszę się, że już jesteś. Nie 

znikaj więcej na tak długo, dobrze?

To było z jego strony bardzo miłe. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że MUSI 

wiedzieć, iż ludzie mówią, że jesteśmy parą.

I to by częściowo wyjaśniało, czemu Lilly z takim uporem trzyma się z dala 

ode mnie. Nawet na mnie nie spojrzy - nie odezwie się do mnie - w ogóle nie 

zauważa mojego istnienia. Dla niej, najwyraźniej, stałam się Hester Prynne ze 

Szkarłatnej litery. Ale tej z wersji książkowej, nie z filmu, w którym Hester grała 

Demi Moore, i była w sumie niezłą luzaczką, która różne rzeczy wysadzała w 

powietrze. Nie, zaraz... To było w G.I. Jane.

Szkoda, że nie mogę podejść do Lilly i powiedzieć:

- Słuchaj, PRZEPRASZAM. Przepraszam, że tak paskudnie potraktowałam 

twojego brata, i przepraszam za wszystko, czym mogłam ciebie zranić. Ale nie 

sądzisz, że już dostałam za swoje? Ja teraz ledwie ODDYCHAM, bo nawet nie ma 

sensu ODDYCHAĆ, skoro wiem, że pod koniec dnia nie będę mogła powąchać szyi 

background image

twojego brata. Mogę myśleć wyłącznie o tym, że już nigdy, przenigdy nie usłyszę 

jego ironicznego śmiechu w czasie wspólnego oglądania South Park. Czy ty nie 

rozumiesz, że mnie to kosztowało resztki odwagi i siły, jakie mi jeszcze pozostały, 

żeby tu dzisiaj w ogóle przyjść? Że jestem teraz NA TERAPII? Że w każdej 

sekundzie dnia żałuję, że w ogóle ŻYJĘ? Nie sądzisz, że mogłabyś darować sobie te 

ciche dni i dać mi trochę luzu? A tak przy okazji, czy ty uważasz, że podrywanie 

jakichś przypadkowych facetów z sekcji boksu tajskiego to najbardziej dojrzały spo-

sób na złamane serce? Udajesz Lanę Weinberger czy co?

Ale nie mogę. Chyba nie zniosłabym widoku tego nieruchomego spojrzenia, 

jakim mnie przeszywa, ile razy spojrzy w moją stronę.

A wiem z całą pewnością, że tak by zareagowała.

PIĄTEK 17 WRZEŚNIA,

WF

Stoję tu i się trzęsę.

Stoję, a nie siedzę, bo jestem na jednym z boisk na Wielkim Trawniku w 

Central Parku. Chyba gram jako lewa skrzydłowa, czy coś, ale trudno mi się połapać 

wśród tych wszystkich wrzasków: „Łap piłkę! Łap piłkę!”

Jeszcze czego. Same sobie łapcie piłkę, debilki. Nie widzicie, że jestem zajęta, 

bo piszę dziennik?

Powinnam była poprosić doktora Funga o karteczkę zwalniającą mnie z 

wuefu. O CZYM JA WTEDY MYŚLAŁAM?

Bo przecież nie chodzi tylko o to całe: „Łap piłkę!” Musiałam się przy 

wszystkich ROZEBRAĆ. A to oznaczało, że musiałam zdjąć sweter i wszystkie 

mogły sobie obejrzeć AGRAFKĘ, która spinała moją spódnicę.

Powiedziałam:

- Ha ha, guzik mi odpadł.

Ale to wyjaśnienie nie załatwiło sprawy, bo kiedy wkładałam szorty 

gimnastyczne okazało się, że są OBCISŁE JAK DRUGA SKÓRA i piją mnie w 

kroku. Dzięki Bogu, że moja koszulka gimnastyczna od samego początku była mocno 

przyduża. Teraz pasuje na mnie idealnie.

I jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, jakoś tak się złożyło, że akurat 

LANA WEINBERGER znalazła się w szatni, kiedy się przebierałam.

Nie mam pojęcia, co ona tam robiła, skoro nie miała wuefu. Pewnie nie 

background image

podobała jej się własna fryzura, bo prostowała sobie włosy na szczotce pod suszarką. 

Eva Braun, czyli Trisha Hayes, stała obok niej i opiłowywała sobie paznokcie.

Kiedy tylko je zauważyłam, instynktownie opuściłam głowę, z nadzieją, że 

mnie nie zauważą, ale zrobiłam to za późno. Lana musiała pochwycić moje odbicie w 

lustrze, w którym się przeglądała, bo zanim się zorientowałam, wyłączyła suszarkę i 

powiedziała:

- O, tu jesteś. Gdzieś ty się podziewała przez ten tydzień?

JAKBY SIĘ ZA MNĄ STĘSKNIŁA!

Widzicie, DOKŁADNIE dlatego nie chciałam wracać do szkoły. Nie mogę 

borykać się dodatkowo z takimi rzeczami. Poważnie, chyba mi mózg eksploduje.

- Miałam grypę - powiedziałam.

- No cóż, w sprawie tego listu, który wysłała do ciebie moja matka... - 

powiedziała Lana.

Zamknęłam oczy. Naprawdę ZAMKNĘŁAM OCZY, bo wiedziałam, co się za 

moment stanie - a przynajmniej, wydawało mi się, że wiem - i miałam wrażenie, że 

emocjonalnie sobie z tym nie poradzę.

- Tak - mruknęłam. I myślałam przy tym: No, powiedz to już. Cokolwiek 

wrednego, gorzkiego, upokarzającego masz zamiar mi powiedzieć, powiedz to 

wreszcie, żebym mogła już sobie stąd iść. Proszę. Bo nie wiem, ile jeszcze zdołam 

znieść.

Zamiast tego Lana kompletnie mnie zaskoczyła.

- Dzięki, że się zgodziłaś - oświadczyła. - Bo miała przemawiać Angelina 

Jolie, ale totalnie nas wystawiła do wiatru, żeby grać Matkę Teresę w jakimś nowym 

filmie. Mama doprowadzała mnie do szału, tak się martwiła o znalezienie kogoś w 

zastępstwie. Więc podsunęłam jej ciebie. W zeszłym roku wygłosiłaś tę mowę, 

pamiętasz, kiedy obydwie startowałyśmy na przewodniczącą samorządu szkolnego. I 

całkiem nieźle ci poszło. Więc stwierdziłam, że godnie zastąpisz Angelinę. Dzięki.

Nie jestem pewna - będę musiała skonsultować się z jakimś sensownym 

lekarzem - ale naprawdę uważam, że w tym momencie powinien mi na dłoni 

wyrosnąć kaktus.

Bo Lana Weinberger powiedziała do mnie coś miłego.

Wcale nie tylko dlatego żałuję, że nie poprosiłam doktora Funga o zwolnienie 

mnie dzisiaj z wuefu. Żałuję ze względu na to, co nastąpiło potem.

Byłam tak zdumiona, że Lana Weinberger zachowuje się jak normalny 

background image

człowiek, że nie udało mi się odpowiedzieć z miejsca. Stałam tam i gapiłam się na 

nią. W tym momencie Trisha zauważyła agrafkę, która spinała moją spódnicę. A ona 

jest o wiele za cwana, żeby się nabrać na wymówkę ze zgubionym guzikiem.

- Stara - oświadczyła Trisha - totalnie potrzebna ci nowa spódnica. - A potem 

jej wzrok powędrował w stronę mojego biustu. - I większy stanik.

Czułam, że się bardzo mocno rumienię. To dobrze, że dziś po szkole jestem 

umówiona z terapeutą. Będziemy mieli BARDZO WIELE do omówienia.

- Wiem - powiedziałam. - Chyba muszę, hm, wybrać się na zakupy.

I wtedy zdarzyła się kolejna zaskakująca rzecz. Lana wróciła do przeglądania 

się w lustrze i przeczesując palcami swoje proste teraz jak druty włosy, powiedziała:

- Jutro wybieramy się na zamkniętą wyprzedaż bielizny do Bendel's. Chcesz 

iść z nami?

- Stara, czyś ty...

„Oszalała”, najwyraźniej zamierzała dokończyć Trisha.

Ale widziałam, że Lana rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie w lustrze. 

Zupełnie jak Admirał Piett, kiedy pojął, że pozwolił Sokołowi Millenium uciec i to na 

oczach Dartha Vadera, Trisha straciła mowę... Ale minę miała przestraszoną.

A ja stałam tam, niepewna, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy też to 

jeden z symptomów mojej depresji. Może mam taki rodzaj depresji, przy której 

człowiek ma zwidy, że czirliderki, które go zawsze nienawidziły, teraz go zapraszają 

na zamknięte wyprzedaże bielizny do Bendel's? Nigdy nic nie wiadomo.

Kiedy nie odpowiedziałam od razu, Lana odwróciła się i stanęła ze mną 

twarzą w twarz. Raz w życiu nie miała nadętej miny. Wyglądała po prostu... 

normalnie.

- Posłuchaj - zaczęła. - Wiem, że nie zawsze się dogadywałyśmy, Mia. Tamta 

sprawa z Joshem... No cóż, nieważne. Czasami był z niego taki okropny dupek. Poza 

tym niektórzy twoi przyjaciele są naprawdę... No wiesz, ta cała Lilly...

- Nic więcej nie mów - przerwałam jej, unosząc dłoń. Mówiłam to serio. 

Naprawdę nie chciałam, żeby Lana mówiła cokolwiek na temat Lilly. Chociaż ona, to 

fakt, traktowała mnie ostatnio podle. Ale może zasłużyłam sobie na takie traktowanie.

- Tak, no cóż - ciągnęła Lana. - Widziałam, że nie siedziałaś z nią dzisiaj przy 

lunchu.

- Dałyśmy sobie trochę wolnego od siebie - oświadczyłam.

- Co tam, nieważne - powiedziała Lana. - Wybawiłaś moją mamę z niezłych 

background image

tarapatów. A jeśli masz kiedyś należeć do Domina Rei, tak jak ja - o ile mi się 

poszczęści - to chyba powinnyśmy zapomnieć o urazach. No wiesz, jesteśmy już 

bardziej dojrzałe niż kiedyś i możemy się chyba w tej sprawie zachować jak osoby 

dorosłe. Nie sądzisz?

Byłam tak zaszokowana, że po prostu pokiwałam głową.

Zamiast wytknąć, że nie chodzi o to, że Lana i ja nie mogłyśmy się dogadać, 

tylko o to, że naprawdę wrednie traktowała niektórych moich przyjaciół.

Zamiast powiedzieć: „Dla twojej informacji, nie zgodziłabym się należeć do 

Domina Rei nawet gdyby mi zapłaciły”.

Zamiast zrobić coś, ja po prostu stałam i kiwałam głową.

Bo nic innego mi do tej głowy nie przyszło. Aż tak byłam zaskoczona tym, co 

się działo.

A może w aż taką depresję popadłam.

- Super - rzuciła Lana. - No więc jutro rano, o dziesiątej, w Bendel's. Potem 

pójdziemy gdzieś na lunch. Jeśli będziesz chciała. Chodź, Trish. Musimy wracać do 

klasy.

I jakby nigdy nic, obie sobie poszły...

...i prawie dokładnie w tej samej chwili pani Ports weszła do szatni, i 

zagwizdała, i powiedziała, że mamy się ustawić parami, bo idziemy do parku.

Zrobiłam, co mi kazano, nawet się nad tym nie zastanawiając. Aż tak byłam 

oszołomiona tym, co się przed chwilą stało. Myślałam przy tym: To jakaś podpucha. 

Na pewno. Jutro pójdę do Bendel's, a zamiast Lany będzie tam ten Rudy Komik, a z 

nim masa paparazzich, którzy zrobią nam wspólne zdjęcie, a potem we wszystkich 

niedzielnych gazetach ukażą się nagłówki: „Oto nowy Książę Małżonek z Genowii... 

Rudy Komik!”

Ale jakąś racjonalną częścią umysłu - chyba nawet tak pogrążona w depresji 

jeszcze zachowałam odrobinę racjonalności - myślałam: Lana była WYRAŹNIE 

szczera. To, co powiedziała o Joshu - właściwie to, co zaszło między tobą, Joshem a 

Laną nijak się nie różni od tego, co się właśnie dzieje z tobą, J.P. i Lilly. Mimo że ty i 

J.P. jesteście tylko przyjaciółmi, Lilly nadal UWAŻA, że go jej odbiłaś, tak samo jak 

Lana myślała o Joshu. Jedyna różnica polega na tym, że ty naprawdę podkochiwałaś 

się w Joshu. Nic dziwnego, że Lana się wściekała. Nic dziwnego, że Lilly się 

wścieka. Boże, Mia. Jesteś beznadziejna.

Więc może jednak ona wcale nie robi ze mnie głupa. Może naprawdę chce się 

background image

ze mną gdzieś wybrać.

Pytanie brzmi... Czy ja naprawdę chcę się gdzieś wybrać z Laną?

O kurka. Idzie tu pani Ports. Nie ma za szczęśliwej miny, bo widzi, że na 

boisko zabrałam pamiętnik.

Ale czy to moja wina, że nikt nie chce mi rzucać piłki?

PIĄTEK, 17 WRZEŚNIA,

CHEMIA

Odkąd mnie nie było, na tych lekcjach rozpętało się prawdziwe piekło. 

Zostaliśmy podzieleni na grupy, które wykonują indywidualne doświadczenia według 

własnego wyboru. To, które Kenny i J.P. wybrali podczas mojej nieobecności, 

nazywa się - chyba - synteza azotanu skrobii, który, jak mnie poinformowano, 

stanowi w zasadzie „mieszankę kilku estrów azotanów skrobi o wzorze [C

6

H

7

(OH)

x

(ON0

2

) ]

n

, gdzie x + y = 3, a n to liczba całkowita większa lub równa 1”.

Nie mam pojęcia, co to wszystko znaczy. Wkładam tylko okulary ochronne i 

fartuch laboratoryjny, a potem siedzę i podaję im różne rzeczy, kiedy mnie o to 

poproszą.

W każdym razie wtedy, kiedy uda mi się domyślić, o co właściwie mnie 

proszą.

Chyba jestem jeszcze w szoku po tym całym incydencie z Laną. Muszę 

wymyślić, jak się wykręcić od tej jutrzejszej wycieczki na zamkniętą wyprzedaż 

bielizny w Bendel's.

Co prawda totalnie potrzebuję nowych staników. Ale jak ja mam spotkać się z 

LANĄ? Bo chociaż mnie przeprosiła... To nadal Lana. Co nas kiedykolwiek łączyło? 

Ona lubi imprezy. Ja lubię leżeć w łóżku w mojej piżamie Hello Kitty, oglądając Ma-

stektomię i szminkę.

A to mi coś przypomina. Nie mogę jutro jechać na zakupy do Bendel's. Jutro 

nie ma szkoły, a to znaczy, że cały dzień mogę sobie leżeć w łóżku. TAK!!! 

Uwielbiam moje łóżko. Tam jest bezpiecznie. Nikt mi nie będzie zawracał głowy.

Tyle, że pan G. zabrał mi telewizor.

Cóż, zawsze mogę znów przeczytać Dziwne losy Jane Eyre. Tam jest ten 

fragment, kiedy Jane i pan Rochester kłócą się przez tę całą sprawę z Berthą, a potem 

ona słyszy jego bezcielesny głos dobiegający znad wrzosowiska... Może usłyszę 

bezcielesny głos Michaela dobiegający znad rzeki Hudson, i w głębi ducha poczuję, 

background image

że on mnie jednak nadal kocha, i że mnie chce z powrotem, a wtedy mogłabym 

polecieć do Japonii, i...

Mia! Co robisz jutro wieczorem? Jeśli zdobędę bilety na coś, poszłabyś ze 

mną? Napisz tylko, na co chciałabyś iść. J.P.

O Boże. Co mam powiedzieć? Ja chcę tylko zostać w łóżku. Już na zawsze.

Bardzo jesteś miły, J.P., ale ja jeszcze nie doszłam do siebie po tej grypie. 

Chyba nigdzie się nie wybiorę. Ale dzięki, że o mnie pomyślałeś!

M.

No dobra! Jeśli chcesz, przyjdę do ciebie. Może sobie razem pooglądamy 

jakieś filmy...

O rany, J.P. naprawdę nie bardzo sobie radzi po tym zerwaniu z Lilly. I to 

mimo że sam je spowodował. Przecież nie może nawet znieść myśli o tym, że 

zostanie sam w sobotni wieczór...

Bardzo bym chciała, ale prawdę mówiąc, telewizor mi się zepsuł.

Co się kompletnie mija z prawdą. Ale do niczego więcej J.P. się nie przyznam.

Mia, chodzi o tę sprawę z gazetą? Że wszyscy myślą, że ze sobą chodzimy? 

Paparazzi kręcą się koło twojego domu, czy coś? I nie chcesz znów dać się 

złapać w moim towarzystwie, takiego zwykłego śmiertelnika?

O Boże.

NIE! Oczywiście, że nie! Po prostu jestem naprawdę padnięta. To był długi 

tydzień.

No dobra, rozumiem aluzję. Jest ktoś inny, prawda? To Kenny, tak? 

Zaręczyliście się? Kiedy ślub? Gdzie zamawiacie prezenty ślubne? W Sharper 

background image

Image, tak? I chcecie dostać fotel do automatycznego masażu iJoy 550, 

prawda?

Nic nie poradzę, że wybuchnęłam śmiechem. Na co pan Hopkins, oczywiście, 

spojrzał na nasz stół i powiedział:

- Macie tam jakiś problem, moi drodzy?

- Nie - zaprzeczył Kenny, a potem spiorunował nas wzrokiem. - Czy wy dwoje

- syknął - moglibyście przestać przesyłać sobie liściki, a zacząć mi pomagać?

- Jak najbardziej - oświadczył J.P. - A co mamy robić?

- Na początek moglibyście podać mi skrobię.

A to mi coś przypomniało.

- Kenny - zaczęłam, kiedy zaczął wsypywać jakiś biały proszek do słoika z 

innym białym proszkiem. - Słyszałam, że Lilly poderwała jakiegoś twojego kumpla 

trenującego tajski boks na swojej imprezie w sobotę wieczorem?

Kenny o mało nie upuścił słoika z białym proszkiem. A potem rzucił mi 

mocno poirytowane spojrzenie.

- Mia - powiedział. - Z całym szacunkiem, ale ja przeprowadzam w tej chwili 

niebezpieczną procedurę związaną z użyciem wysoce żrących kwasów. Czy o Lilly 

możemy porozmawiać przy jakiejś innej okazji?

PIĄTEK, 17 WRZEŚNIA,

W DRODZE DO DOMU Z GABINETU DOKTORA BZIKA

Już sama nie wiem, co jest gorsze: lekcje etykiety czy terapia. To znaczy, i 

jedno, i drugie jest na swój sposób okropne.

Ale przynajmniej w przypadku lekcji etykiety rozumiem, PO CO mi to. 

Przygotowują mnie, żebym któregoś dnia mogła rządzić krajem. A z terapią to tak, 

że... Nawet nie wiem, PO CO ją odbywam. Bo jeśli w efekcie mam poczuć się lepiej, 

to niczego takiego nie zauważyłem.

I jeszcze dostałam PRACĘ DOMOWĄ. Poważnie, jakbym nie miała 

wystarczająco dużo szkolnych lekcji do uzupełnienia. Mam jeszcze odrabiać lekcje na 

temat swojej PSYCHIKI?

Nie wiem, za co my płacimy doktorowi Bzikowi, skoro to JA mam odwalać 

całą robotę.

Na przykład, dzisiejsza sesja zaczęła się od tego, że doktor Bzik zapytał mnie, 

background image

jak było w szkole. Tym razem siedzieliśmy w jego gabinecie sami - taty tam nie było, 

bo to już była prawdziwa sesja, a nie konsultacja. Wszystko wyglądało zupełnie tak 

samo, jak poprzednio... Szalony wystrój rodem z westernu, okulary w drucianych 

oprawkach, siwe włosy i tak dalej.

Jedyna różnica polegała na tym, że byłam w swoim szkolnym mundurku, 

zamiast w piżamie Hello Kitty. Powiedziałam mu, że mama wyrzuciła ją do zsypu. 

Tego samego wieczoru, kiedy mój ojczym zabrał mi telewizor.

Na co doktor Bzik stwierdził:

- Dobrze. A teraz... Co się dzisiaj działo w szkole?

Więc wtedy powiedziałam mu - JESZCZE RAZ - że nie wiem, po co ja w 

ogóle muszę CHODZIĆ do szkoły, skoro I TAK mam już na bank zaklepaną pracę po 

jej ukończeniu, a poza tym nienawidzę szkoły, więc czemu nie mogłabym zostać w 

domu?

Doktor Bzik zapytał mnie, dlaczego tak bardzo nienawidzę szkoły, żeby więc 

zilustrować swój punkt widzenia, opowiedziałam mu o Lanie.

Ale on tego totalnie nie chwycił. Rzekł:

- To przecież chyba dobrze? Dziewczyna, z którą w przeszłości ci się nie 

układało, wykonała przyjazny gest pod twoim adresem. Chce zapomnieć o dawnych 

nieporozumieniach. Czy to nie to, czego oczekiwałabyś od swojej przyjaciółki, Lilly?

- Tak - powiedziałam zdumiona, że on nie rozumie czegoś tak oczywistego. - 

Ale ja Lilly LUBIĘ. A Lana była zawsze wobec mnie wyłącznie wredna.

- A Lilly ostatnio była miła?

- No cóż, OSTATNIO nie. Ale ona uważa, że ja jej odbiłam chłopaka... - 

Ucichłam, bo przypomniałam sobie, że kiedyś odbiłam też chłopaka Lanie. - Okay - 

mruknęłam. - Rozumiem, o co panu chodzi. Ale... Czy ja naprawdę powinnam iść 

jutro na ZAKUPY z Laną Weinberger?

- A czy TY uważasz, że powinnaś iść jutro na zakupy z Laną Weinberger? - 

zapytał doktor Bzik.

Poważnie. I za coś takiego płacimy Bóg wie jakie pieniądze.

- Nie wiem! - zawołałam. - Pana o to pytam!

- Ale ty sama wiesz lepiej niż ja.

- Jak pan może w ogóle coś takiego mówić?! - wrzasnęłam. - WSZYSCY 

znają mnie lepiej niż ja sama! Nie oglądał pan filmów o moim życiu? Bo jeśli nie, to 

jest pan jedyną osobą na świecie, która ich nie widziała!

background image

- Zamówiłem je z Netflix - przyznał doktor Bzik. - Ale jeszcze nie 

przyjechały. Pamiętaj, że poznaliśmy się zaledwie wczoraj. A poza tym sam jestem 

raczej fanem westernów.

Przewróciłam oczami, zerkając na te wszystkie zdjęcia mustangów.

- Jeja. A to mnie pan zaskoczył.

- A więc? - kontynuował doktor Bzik. - Co jeszcze?

Wytrzeszczyłam na niego oczy.

- Jak to, co jeszcze? MÓJ OJCZYM ZABRAŁ MI TELEWIZOR!!!

- Wiesz, jaka jest jedna jedyna wspólna rzecz dla wszystkich studentów, 

którzy kiedykolwiek dostali się do West Point?

O co chodzi?

- Nie. Ale na pewno pan mi to zaraz powie.

- Żaden z nich nie miał w swoim pokoju telewizora.

- ALE JA WCALE NIE CHCĘ DOSTAWAĆ SIĘ DO WEST POINT! - 

ryknęłam.

Niestety, na doktora Bzika ryki nie działają. Powiedział tylko:

- Czego jeszcze nienawidzisz w swojej szkole?

Od czego by tu zacząć?

- Na przykład tego, że wszyscy uważają że chodzę z facetem, z którym nie 

chodzę - podsunęłam. - I to tylko dlatego, że tak było napisane w „New York Post”. I 

dlatego że facet, którego rzeczywiście lubię - którego po prostu kocham - pisze do 

mnie maile, w których pyta mnie, jak się miewam, zupełnie jakby nic się między 

nami nie stało, i jakby nie wyrwał mi serca z piersi, i nie kopnął go przez cały pokój. 

Jakbyśmy byli zwyczajnymi przyjaciółmi czy coś w tym rodzaju.

Doktor Bzik zrobił lekko zagubioną minę.

- Ale czy nie zgodziłaś się z Michaelem, że powinniście zostać tylko 

przyjaciółmi?

- Owszem - odparłam, poirytowana. - Ale nie mówiłam tego serio.

- Rozumiem. I jak odpowiedziałaś na jego maila?

- Nie odpowiedziałam - odparłam i nagle się zawstydziłam. - Skasowałam go.

- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał doktor Bzik.

- Nie wiem. Po prostu... Nie ufałam samej sobie, że nie zacznę go błagać, żeby 

do mnie wrócił. A taką dziewczyną nie chcę być.

- To całkiem uzasadniony powód, żeby skasować maila - stwierdził doktor 

background image

Bzik, co z jakiegoś powodu sprawiło mi przyjemność, chociaż mówił to KOWBOJ - 

TERAPEUTA. - No a teraz... Dlaczego nie chcesz jechać po zakupy z przyjaciółką?

Przestało mi być przyjemnie. Czy on nie mógł SKUPIĆ SIĘ NA ŻADNEJ, 

NAJPROSTSZEJ SPRAWIE?

- Mówiłam panu. To żadna przyjaciółka. To mój wróg. Gdyby obejrzał pan te 

filmy...

- Obejrzę je w ten weekend - obiecał.

- Dobrze. Ale... Problem w tym, że... jej mama poprosiła mnie, żebym 

wygłosiła mowę na takiej jednej imprezie. A Grandmère twierdzi, że to wielki 

zaszczyt. I strasznie się tym przejmuje. I okazuje się, że mama Lany poprosiła mnie 

dlatego, że ona mnie zarekomendowała. A to z jej strony... duża przysługa.

- A więc dlatego - stwierdził doktor Bzik - nie odmówiłaś z miejsca, kiedy cię 

zaprosiła na zakupy?

- Tak właśnie, a poza tym... Potrzebuję nowych ubrań. A Lana zna się na tym 

jak nikt inny. I skoro powinnam raz dziennie robić coś, co mnie przeraża - no cóż, 

sam pomysł robienia zakupów z Laną Weinberger przeraża mnie ŚMIERTELNIE.

- To moim zdaniem masz swoją odpowiedź - rzekł doktor Bzik.

- Ale ja bym o wiele bardziej wolała przeleżeć cały dzień w łóżku. Czytając - 

dodałam. - ALBO OGLĄDAJĄC TELEWIZJĘ.

- Na moim ranczu - powiedział doktor Bzik tym swoim dobrodusznym, 

zachodnim akcentem - mamy taką jedną klaczkę imieniem Pyłek.

Chyba naprawdę opadła mi w tym momencie szczęka. Pyłek? Po tym 

wszystkim on mi zaczyna opowiadać jakąś historyjkę o klaczy imieniem PYŁEK? Co 

to znowu za jakaś dziwaczna psychologiczna metoda?

- Ilekroć nadchodzi upalny letni dzień, a Pyłek mija pewną przyjemną małą 

sadzawkę na terenie mojej posiadłości - ciągnął doktor Bzik - wchodzi w sam jej 

środek. I wszystko jej jedno, czy jest akurat pod siodłem albo czy ktoś jej nie dosiada. 

Pyłek ma to gdzieś. A chcesz wiedzieć dlaczego?

Byłam tak zaszokowana, że specjalista z dziedziny psychologii opowiada mi 

w czasie sesji terapeutycznej dyrdymały o KONIU, że bezmyślnie pokiwałam głową.

- Dlatego, że jest jej gorąco. I chce się ochłodzić. Woli spędzić cały dzień w 

tym stawie, niż nosić kogoś na grzbiecie. Ale nie zawsze możemy robić to, na co 

mamy ochotę. Bo to wcale nie musi być zdrowe ani praktyczne. Zwłaszcza, że siodła 

się niszczą, kiedy się je zamoczy.

background image

Wytrzeszczyłam na niego oczy.

I to ma być renomowany specjalista od psychologii dzieci i nastolatków?

- Chciałbym nawiązać do czegoś, co powiedziałaś wczoraj - powiedział doktor 

Bzik, nie czekając, dzięki Bogu, aż skomentuję tę historyjkę o Pyłku. - Powiedziałaś 

wtedy, cytuję... - I naprawdę zacytował. Faktycznie odczytał to z kartki. - „Może to 

jest nieco bardziej skomplikowane niż takie zwykłe zerwanie między parą na-

stolatków, bo ja jestem księżniczką, a Michael to geniusz, i on uznał, że musi jechać 

do Japonii pomóc budować robotyczne ramię do operacji chirurgicznych, żeby 

dowieść mojej rodzinie, że jest mnie wart, chociaż prawdę mówiąc, to ja nie zasługuję 

na niego, i dlatego też że w głębi serca wiem, że sama zniszczyłam nasz związek”.

Spojrzał na mnie znad swoich notatek.

- Co miałaś na myśli?

- Chciałam powiedzieć... - To wszystko działo się za szybko, jak dla mnie. 

Ledwie pozbierałam się z szoku po tej historii o Pyłku i ciągle jeszcze nie umiałam 

się zdecydować, co zrobić z tym jutrzejszym kupowaniem staników z Laną 

Weinberger. - Może stwierdziłam, że on mnie i tak rzuci dla jakiejś bystrzejszej 

dziewczyny, która coś więcej osiągnęła. Więc uprzedziłam jego ruch i pierwsza go 

rzuciłam. Chociaż później tego żałowałam. Cała ta sprawa z Judith Gershner... To 

mnie tak wzburzyło, bo w głębi duszy wiem, że on powinien być właśnie z kimś 

takim. A nie z kimś takim jak j - ja, z j - jakąś z - zwyczajnąk - księżniczką...

I zanim się połapałam, znów ryczałam. Ludzie! Co to jest, że ja w gabinecie 

tego faceta mażę się jak dziecko?

Doktor Bzik podsunął mi chusteczki. Całkiem łagodnym ruchem.

- Czy on kiedykolwiek zrobił albo powiedział coś, co ci podsunęło tę myśl? - 

zapytał.

- N - nie - chlipałam.

- To dlaczego w taki sposób to odczuwasz?

- B - bo to prawda! To żadne osiągnięcie, że jestem księżniczką! Ja się po 

prostu taka URODZIŁAM! Nie ZAPRACOWAŁAM sobie na to tak, jak Michael 

któregoś dnia zapracuje sobie na sławę i majątek swoim zautomatyzowanym 

ramieniem do operacji chirurgicznych. Przecież każdy się jakoś RODZI!

- Moim zdaniem - rzekł doktor Bzik - jesteś dla siebie trochę za surowa. Masz 

zaledwie szesnaście lat. Bardzo niewiele szesnastolatek ma jakieś prawdziwe...

- JUDITH GERSHNER SKLONOWAŁA SWOJĄ PIERWSZĄ MUSZKĘ 

background image

OWOCOWĄ, ZANIM SKOŃCZYŁA SZESNAŚCIE LAT! - wrzasnęłam.

A potem się zawstydziłam. To znaczy za ten wrzask. Ale już nie mogłam go 

cofnąć.

- Proszę spojrzeć na taką Lilly - ciągnęłam. - Ma szesnaście lat i własny 

program telewizyjny. To wprawdzie tylko kablówka ogólnego dostępu, ale nieważne, 

już się zainteresowano kupnem praw do tego programu. I ma tysiące wiernych 

widzów. Sama stworzyła ten program. Nikt jej w tym nie pomagał. To znaczy poza 

mną, i Shameeką, i Ling Su, i Tiną. Ale my tylko pomagałyśmy jej, obsługując 

kamerę, naprawdę. Więc to, że mam tylko szesnaście lat - nic nie znaczy. Jest 

mnóstwo szesnastolatek, które osiągnęły znacznie więcej niż ja. Mnie nawet nie chcą 

wydrukować tekstu w miesięczniku „Sixteen”.

- Powiedzmy, że wierzę ci na słowo - rzekł doktor Bzik. - A skoro naprawdę 

tak uważasz - że nie zasługujesz na Michaela - to może powinnaś coś z tym zrobić?

Serio. Powiedział to. Nie żadne: „Boże, Mia, jak możesz mówić, że nie 

zasługujesz na Michaela? Oczywiście, że na niego zasługujesz! Jesteś fantastyczną 

dziewczyną, taką serdeczną i pełną życia!”

Właśnie to mi wszyscy powtarzali, ile razy poruszałam ten temat.

Nie, on powiedział coś w rodzaju: „Owszem, masz rację. I co zamierzasz w tej 

sprawie zrobić?”

Byłam tak zaszokowana, że przestałam płakać i tylko siedziałam tam, gapiąc 

się na niego z szeroko otwartymi ustami.

- Czy pan... Czy pan czasem nie powinien powiedzieć mi, że jestem świetna 

taka, jaka jestem? - spytałam.

Wzruszył ramionami.

- A po co? I tak byś w to nie uwierzyła.

- A nie powinien pan czasem powiedzieć PRZYNAJMNIEJ, że powinnam 

chcieć rozwijać się SAMA DLA SIEBIE? Anie dla jakiegoś CHŁOPAKA?

- Zakładałem, że to jasne.

- Cóż... - mruknęłam. Nadal próbowałam jakoś uporać się z tym szokiem. - Bo 

to prawda. Muszę zrobić coś, żeby dowieść, że jestem więcej warta, poza tym że 

urodziłam się księżniczką. Tylko co? Co ja mogę zrobić?

Doktor Bzik wzruszył ramionami.

- Skąd mam to wiedzieć? Muszę obejrzeć te filmy o twoim życiu, żeby cię 

lepiej poznać i jak twierdzisz, zrozumieć. Ale jedną rzecz wiem i powiem ci od razu. 

background image

Nie dowiesz się tego, leżąc w łóżku i nie chodząc do szkoły... Ani kolekcjonując 

urazy do ludzi tylko dlatego, że w przeszłości powiedzieli coś niemiłego na twój 

temat.

Niemiłego? Niech on sobie zajrzy i poczyta www.niena

widzemiithermopolis.com. Ale nie dam mu adresu. Ani nie powiem, że za tym może 

stać Lana.

Ale mimo wszystko, on nie ma pojęcia, co to znaczy „coś niemiłego”.

Moja praca domowa?

1. Jechać na zakupy z Laną.

2. Dowiedzieć się, po co się urodziłam na tej planecie (rolę księżniczki 

pomijając).

3. Przyjść na sesję do doktora Bzika w przyszły piątek po szkole.

Z tym ostatnim punktem nie będę miała problemu. Ale dwa pierwsze? To 

mnie naprawdę może zabić.

PIĄTEK, 17 WRZEŚNIA, 19.00,

PODDASZE

Maile: 0

Nie spodziewałam się wiadomości od Michaela ANI Lilly. A zwłaszcza nie po 

tym, jak skasowałam maila od Michaela, nawet na niego nie odpowiadając, oraz po 

tym, jak Lilly zignorowała mnie na Rozwoju Zainteresowań.

Ale miałam jakąś nadzieję, że... No cóż, jeszcze nigdy tak długo nie była na 

mnie obrażona. Nigdy.

Mnie się po prostu nie mieści w głowie, że nasza przyjaźń praktycznie się 

skończyła.

I to przez jakiegoś CHŁOPAKA.

Ale Tina odezwała się do mnie właśnie na IM. Przynajmniej została mi 

jeszcze Tina.

Iluvromance: Mia! Jak się masz? Prawie dzisiaj z tobą nie 

gadałam w szkole. Czujesz się lepiej?

GrLouie: Tak, dzięki!

Nieważne. Przecież i tak przez cały czas kłamię.

background image

Iluvromance: Strasznie się cieszę! W szkole miałaś taką 

smutną minę.

GrLouie: No cóż. Tak. Pewnie to zrozumiałe, jak się weźmie 

pod uwagę, że straciłam miłość swojego życia, i tak dalej.

Iluvromance: Rozumiem. I bardzo, bardzo mi przykro. Hej, 

wiem, co mogłoby cię pocieszyć! Terapia zakupami! No 

wiesz, urosłaś o dwa centymetry i przytyłaś o cały rozmiar! 

Potrzebne ci nowe ciuchy! Chcesz iść jutro razem po zakupy? 

Mama może nas zabrać. Wiesz, jak ona uwielbia kupować 

ubrania!!!

I właśnie to mi się totalnie należało za to, że zgodziłam się jechać na zakupy z 

Laną. Bo mama Tiny to praktycznie GENIUSZ zakupów, jako była modelka. No i na 

dodatek zna wszystkich dobrych projektantów.

GrLouie: Bardzo bym chciała! Ale mam jutro coś do 

załatwienia z babką.

Te kłamstwa ciągle się piętrzą. Ale nieważne. Nie mogę powiedzieć TINIE, że 

umówiłam się z LANĄ WEINBERGER. Ona by tego nie zrozumiała. Nawet gdybym 

jej wyjaśniła konieczność robienia raz na dzień czegoś przerażającego. I sprawę z 

Domina Rei.

Iluvromance: Och. No dobrze. Ale, w takim razie, co robisz 

jutro wieczorem? Chcesz do mnie wpaść? Rodzice wychodzą 

i będę się opiekowała rodzeństwem, ale możemy sobie 

obejrzeć jakieś DVD czy coś.

Z jakiegoś powodu - no dobra, pewnie dlatego, że mam depresję - to 

zaproszenie o mały włos nie doprowadziło mnie do płaczu. Bo Tina jest po prostu 

taka słodka.

A poza tym zabrzmiało to jak coś, z czym będę w stanie poradzić sobie 

emocjonalnie. W przeciwieństwie do wyjścia gdzieś z facetem, z którym ostatnio 

background image

media łączą mnie w parę. Podczas gdy, prawdę mówiąc, kochałam w życiu tylko 

jednego mężczyznę, który aktualnie przebywa w Japonii i wysyła mi od przypadku do 

przypadku jakiegoś maila o tym, że strasznie tam trudno znaleźć kanapki z jajkiem.

Tak. Sama radość.

GrLouie: Nic milszego nie mogłabym wymyślić.

Poza leżeniem w łóżku i oglądaniem telewizji.

Ale zabrali mi telewizor. Więc nawet tego nie mogę zrobić.

Iluvromance: Ekstra! Pomyślałam sobie, że powinnyśmy 

przejrzeć dorobek filmowy Drew Barrymore. Jej dawniejsze 

filmy, na przykład Długo i szczęśliwie albo Od wesela do 

wesela. GrLouie: Brzmi ŚWIETNIE. Przyniosę popcorn.

Naprawdę nie czuję się winna, że nie powiedziałam Tinie o mailu od 

Michaela... Ani o tym, że chodzę na terapię. Jeszcze nie jestem gotowa, żeby z 

kimkolwiek o tym rozmawiać.

Może kiedyś.

Ale najpierw? Najpierw zafunduję sobie naprawdę długą drzemkę.

Bo jestem wykończona.

SOBOTA, 18 WRZEŚNIA, 10.00,

DOM MODY BENDEL'S

Co ja tutaj robię?

Taki sklep to nie miejsce dla mnie. One są dla ELEGANCKICH ludzi.

No dobrze, jestem księżniczką. Co samo w sobie jest dość eleganckie. Ale ja 

przecież mam na sobie dżinsy mojej mamy, bo we własnych się nie mieszczę.

Ludzie, którzy noszą dżinsy swoich MATEK, nie pasują do takich miejsc jak 

ten sklep, pełen złoceń i kryształów, i atrakcyjnych modelek, które kręcą się po nim z 

buteleczkami perfum i podchodzą do ciebie, pytając:

- Trish McEvoy?

A kiedy odpowiadasz:

- Nie, nazywam się Mia... - spryskują cię czymś, co pachnie jak febreze, tylko 

background image

bardziej owocowo.

Wcale nie żartuję. To nie jest żaden Gap. To raczej taki sklep, do którego 

wybrałaby się Grandmère. Tylko bardziej zatłoczony. Bo kiedy Grandmère wybiera 

się po zakupy, uprzednio dzwoni i sklep jest otwierany specjalnie dla niej po 

godzinach, żeby mogła zrobić zakupy, nie ocierając się o tłum plebejuszy.

Mama o mało nie dostała zawału, kiedy jej powiedziałam, dokąd się dziś rano 

wybieram - i dlaczego muszę pożyczyć od niej dżinsy.

- Idziesz na zakupy Z KIM????

- Nie chcę o tym rozmawiać. Muszę to zrobić. W związku z terapią.

- Twój terapeuta zmusza cię, żebyś chodziła na zakupy z LANĄ 

WEINBERGER? - Mama wymieniła spojrzenie z panem G., który właśnie wsypywał 

do miseczki Rocky'ego cheerios, i którego tak pochłonęła nasza rozmowa, że 

niechcący pozwolił płatkom wysypać się z miseczki. Poleciały po bokach 

dziecinnego krzesełka Rocky'ego, co małego szalenie zachwyciło. - I to ma pomóc 

ZMNIEJSZYĆ depresję?!

- To długa historia - stwierdziłam. - Mam codziennie robić jedną rzecz, która 

mnie przeraża.

- No cóż - westchnęła mama, wręczając mi parę swoich levisów. - Zakupy z 

Laną Weinberger zdecydowanie by mnie przeraziły.

Mama ma rację. Co ja tutaj robię? Dlaczego posłuchałam doktora Bzika? Co 

ON niby wie o długiej i trudnej znajomości między Laną a mną? Nic! On nawet nigdy 

nie widział filmów o moim życiu! On nie ma zielonego pojęcia o wszystkich tych 

okropnych rzeczach, które ona kiedyś robiła mnie i moim przyjaciołom! On nie wie, 

że te zakupy to pewnie jedna wielka podpucha! Że pojawi się tu wyłącznie tamten 

Rudy Komik! Że zmusić mnie, żebym tu przyszła i stała między półkami wód to-

aletowych w oczekiwaniu na Rudego Komika, to dla Lany ideał świetnego, 

znakomitego dowcipu...

Och. Właśnie przyszła.

Więcej potem.

SOBOTA, 18 WRZEŚNIA, 15.00,

ŁAZIENKA W NOBU 57

Z powodów dla mnie kompletnie niezrozumiałych Lana Weinberger i jej klon, 

Trisha Hayes, zachowują się wobec mnie całkiem sympatycznie.

background image

Lana już mi wyjaśniła, czemu jest dla mnie miła:

- Bo wreszcie się uporałam z tą sprawą z Joshem. To nie była twoja wina.

A kiedy jej wytknęłam - jak najgrzeczniej umiałam - że nienawidziła mnie 

jeszcze, zanim jej chłopak zdążył ją dla mnie rzucić (a potem wrócić do niej, kiedy z 

kolei ja zostawiłam jego), odpowiedziała, grzebiąc razem ze mną w stercie staników 

rozmiaru 36 (Noszę już 36C!!!! Wcale nie 34B!!!! Lana uparła się, że mam dać się 

zmierzyć wykwalifikowanej specjalistce od bielizny, a specjalistka potwierdziła to, co 

już sama podejrzewałam, a mianowicie, że miseczka mi się zwiększyła o pełen 

rozmiar, a i obwód w klatce piersiowej też!): - Nie tyle ty mi działałaś na nerwy, ile ta 

twoja pomylona przyjaciółka.

Na co Trisha dodała:

- Tak, jak ty w ogóle możesz lubić taką dziewczynę jak Lilly? Ona jest 

okropnie zarozumiała.

Na co o mało nie wybuchnęłam śmiechem. Bliźniaczki Mordercze Zło mówią, 

że LILLY jest zarozumiała?

Ale zastanowiłam się chwilę i rzeczywiście trochę tak jest. Lilly POTRAFI 

być krytyczna i apodyktyczna.

Ale ja ją dlatego lubię! Bo ona przynajmniej MA jakieś poglądy na różne 

sprawy. A przynajmniej te sprawy, które się liczą. Większości ludzi z klasy nie 

obchodzi nic poza tym, kto wygra Amerykańskiego idola, i na jaką uczelnię Ligi 

Bluszczowej się dostaną.

Albo, w przypadku Lany, jaki odcień błyszczyku najbardziej jej pasuje.

Ale nie powiedziałam nic w obronie Lilly, bo prawdę mówiąc, chociaż bardzo 

mi jej brak - ale nie tak bardzo, żeby chwilami aż bolało, tak jak brak mi Michaela - 

to muszę wymyślić, jak mam się wydostać z tego dołka bez pomocy któregoś z 

Moscovitzów. Bo, jak dowodzą ostatnie wydarzenia, ani Lilly, ani Michaela nie 

będzie przy mnie wtedy, kiedy będę najbardziej potrzebowała ich pomocy. Muszę się 

nauczyć stać mocno na własnych nogach, nie opierając się na Lilly ANI na Michaelu 

w roli emocjonalnych kul inwalidzkich.

Dlatego nie powiedziałam nic, kiedy Lana i Trisha (dość łagodnie) 

obsmarowywały Lilly. Prawdę mówiąc, rozumiałam ich punkt widzenia. To nie tak, 

że Lilly kiedykolwiek spróbowała postawić się w butach Lany Manolo numer osiem i 

poczuć, jak to jest, być taką Laną.

Ja natomiast spróbowałam.

background image

A widok, jaki się roztacza z tych Manolo numer osiem? Trochę 

przereklamowany.

Nie zrozumcie mnie źle, ona jest prześliczna i każdy facet w tym sklepie, 

pomijając gejów (których było tam mniej więcej dwóch), wodził za nią wzrokiem, 

jakby zupełnie nie mógł się powstrzymać.

I jest MEGASUPERREWELACYJNĄ specjalistką do spraw zakupów. Mnie 

by nigdy do głowy nie wpadło, żeby zmierzyć parę dżinsów Citizens of Humanity. 

Wyłącznie dlatego, że nosi je Paris Hilton, bo chociaż nie znam Paris osobiście, mam 

wrażenie, że niewiele robi dla organizacji charytatywnych albo dla ochrony 

środowiska.

Ale Lana uparła się, że one świetnie by na mnie leżały, i kazała mi 

przymierzyć jedną parę, no i tak zrobiłam, i...

Wyglądam w nich FANTASTYCZNIE!!!

I nawet mnie nie pytajcie, czy to prawda, że stanik dobrze dobrany krojem i 

rozmiarem robi jakąś różnicę. W tym swoim lekko usztywnionym balkonikowym 

modelu faktycznie teraz mam biust. Taki biust, że cała reszta mojej sylwetki wygląda 

harmonijnie i nie przypominam gruszki ani patyczka do czyszczenia uszu. Mam 

wręcz figurę klepsydry.

I dobra, może nie takiej klepsydry jak Scarlett Johansson.

Ale takiej jak Jessica Biel.

Przy każdym kolejnym topie Marca Jacobsa, odcinanym pod biustem, które 

Lana rzucała mi na ramię i kazała zmierzyć, zaczynałam coraz bardziej pozbywać się 

wrażenia, że to wszystko jakaś podpucha. Wydawało mi się, że Lana naprawdę stara 

się wynagrodzić mi dawne krzywdy i że naprawdę chce, żebym wyglądała dobrze. Za 

każdym razem, kiedy ona albo Trisha kazały mi coś zmierzyć - na przykład mini ze 

sztucznego tygrysiego futerka albo hipisowski pasek ze złotych ogniwek Rachel 

Leigh - mówiły potem: „Och, tak, to jest super” albo: „Nie, zdejmuj to, to nie w 

twoim stylu”, a ja zaczynałam czuć, że... No cóż, że im zależy.

I przyznaję, to było miłe. Nie miałam wrażenia, że są fałszywe albo że ja 

jestem Katie Holmes, a one są scjentologicznymi przyjaciółkami Toma Cruise'a, które 

bombardują mnie udawaną miłością. To dlatego, że usłyszałam wystarczająco wiele 

różnych uziemiających: „O mój Boże, Mia, NIGDY nie ubieraj się na czerwono. 

Dobra? Obiecaj mi to. Wyglądasz w tym koszmarnie”.

To były takie... czysto babskie sprawy. Takie, które Lilly potraktowałaby 

background image

totalnie z góry. Ona zaraz by powiedziała: „O mój Boże, ile staników potrzebujesz? 

Przecież nikt ich nigdy nie ogląda, więc w ogóle po co to wszystko? I to jeszcze teraz, 

kiedy tylu ludzi w Darfurze głoduje” albo: „Po co kupować dżinsy z DZIURAMI? 

Przecież właśnie o to chodzi, żeby SWOJE znosić tak, że się podrą, a nie kupować 

parę, w której KTOŚ INNY już porobił dziury”, albo znów: „O mój Boże, chcesz 

kupić TAKI TOP? TAKIE TOPY szyje się w zakładach wyzyskujących tanią siłę 

roboczą, małe gwatemalskie dzieci, którym płaci się pięć centów za godzinę, tak dla 

twojej wiadomości”.

To mija się z prawdą, bo w Bendel's nie sprzedają rzeczy produkowanych w 

takich zakładach. A przynajmniej nie noszą ich kobiety obecne na tej wyprzedaży. 

Pytałam o to.

A poza ty zarówno mnie, jak Lanie i Trishi wcale nie skończyły się tematy do 

rozmowy. Pytały:

- Chodzisz z tym całym J.P. czy nie?

A ja odpowiadałam:

- Nie, jesteśmy tylko przyjaciółmi.

A one na to:

- No cóż, jest całkiem seksowny. Pomijając ten uraz do kukurydzy.

A potem im wyjaśniłam, że Michael i ja właśnie ze sobą zerwaliśmy i że w 

środku czuję się taka pusta, jakby ktoś cały środek mojej klatki piersiowej wygarnął 

łyżką do lodów i wywalił do śmieci przy autostradzie West Side, zupełnie jak ciało 

jakiejś zamordowanej prostytutki.

A one nawet nie uznały, że dziwaczę. Lana powiedziała:

- Tak, dokładnie tak się czułam, kiedy Josh mnie rzucił dla ciebie.

Na co ja powiedziałam:

- O mój Boże, tak mi przykro...

Ale Lana odparła:

- Nie ma sprawy. Uporałam się z tym. I ty też się uporasz.

Tutaj się myli. Ja się nigdy nie pogodzę z zerwaniem z Michaelem. Nawet za 

milion lat.

Ale próbuję - jeśli tak można określić to, że wczoraj wieczorem schowałam 

wszystkie listy, kartki, zdjęcia i prezenty od niego do plastikowej torby na zakupy z 

napisem „I V New York”, i wcisnęłam ją bardzo głęboko pod łóżko, żeby o niej 

zapomnieć. Nie mogłam się zdobyć na to, żeby je wyrzucić. Po prostu nie mogłam.

background image

W każdym razie z Laną i Trishą rozmawiało mi się tak... Zadziwiająco 

normalnie. Niemal jak wtedy, kiedy gadamy sobie z Tiną. Tyle, że przy stringach 

(które, tak przy okazji, są całkiem wygodne, jeśli dobrze dobierze się rozmiar).

I okay, Lana ani Trisha nigdy nie czytały Dziwnych losów Jane Eyre (i 

spojrzały na mnie zdziwione, kiedy powiedziałam, że to moja ulubiona książka 

wszech czasów) ani nie oglądały Buffy („To ten z taką dziewczyną, która grała w 

Klątwie!”).

Ale to nie są złe dziewczyny. Moim zdaniem są raczej... niezrozumiane. Na 

przykład tę ich obsesję na punkcie eyelinera można by uznać za objaw płytkości, ale 

naprawdę chodzi o to, że one nie bardzo się interesują otaczającym je światem. 

Chyba, że to ma jakiś związek z butami.

I w pewnym sensie jest mi ich żal - a przynajmniej Lany - bo kiedy przyszła 

pora płacenia i rachunek Lany doszedł do tysiąca ośmiuset czterdziestu siedmiu 

dolarów i pięćdziesięciu sześciu centów, Trisha aż jęknęła i powiedziała:

- Stara, mama cię ZABIJE. - Bo Lanie wyznaczyli tysiącdolarowe 

kieszonkowe. Lana tylko wzruszyła ramionami i odparła:

- A co mi tam. Jeśli się przyczepi, wyciągnę sprawę Bąbelka.

Na co ja spytałam:

- Kto to jest Bąbelek?

Lana zrobiła bardzo smutną minę i powiedziała:

- Bąbelek to był mój kucyk.

A ja na to:

- Co?!

Lana mi wyjaśniła, że kiedy miała trzynaście lat, zrobiła się już za duża i za 

ciężka, żeby dalej jeździć na Bąbelku, i jej rodzice sprzedali po kryjomu ukochanego 

kucyka, bo uznali, że przeżyje mniejszą traumę, jeśli załatwią tę sprawę szybko i rze-

czowo, bez tracenia czasu na dramatyczne pożegnania.

- Mylili się - powiedziała Lana, podając kartę kredytową sprzedawczyni, żeby 

zapłacić za zakupy. - Chyba nigdy się z tym nie pogodzę. Nadal tęsknię za tą 

szkapiną o grubym zadzie.

Ale numer. Mnie Grandmère CZEGOŚ TAKIEGO nigdy by nie zrobiła.

Chyba powinnam wracać do naszego stolika. Zafundowałyśmy sobie 

prawdziwy rarytas dla dam, które jadają lunche, specjalny zestaw sushi szefa kuchni 

w Nobu. Kosztuje „tylko” sto dolarów na głowę.

background image

Ale Trisha mówi, że warto. Poza tym surowa ryba to prawie samo białko.

Oczywiście, Lana i Trisha płacą tylko za siebie. Ja muszę jeszcze zapłacić za 

Larsa. A on je stek, bo mówi, że surowa ryba pozbawia go męskiej siły.

SOBOTA, 18 WRZEŚNIA, 18.00,

W LIMUZYNIE PO DRODZE DO TINY

Kiedy po zakupach weszłam na poddasze, mama była naprawdę wściekła. To 

dlatego, że kazałam obsłudze z Bendel's (i z Saks, dokąd potem wstąpiłyśmy po 

jakieś kozaki i buty też) dostarczyć torby z rzeczami do domu, żebym nie musiała ich 

targać przez cały dzień, a teraz one piętrzyły się w moim pokoju tak wysoko, że 

Gruby Louie nawet nie mógł ich obejść, żeby się dostać do kuwety ze żwirkiem w 

mojej łazience.

- ILEŚ TY WYDAŁA?! - zapytała mama. W oczach miała szaleństwo.

To prawda, że tych toreb było SPORO. Rocky świetnie się bawił, waląc w 

najniższą warstwę swoimi ciężarówkami i usiłując sprawić, żeby cała sterta się 

zawaliła. Na szczęcie, lycrę trudno jest uszkodzić.

- Nie denerwuj się - powiedziałam. - Skorzystałam z tej czarnej karty 

American Express, którą dał mi tata.

- TA KARTA KREDYTOWA MA CI SŁUŻYĆ WYŁĄCZNIE W 

SYTUACJACH PODBRAMKOWYCH! - wrzasnęła mama.

- Nie uważasz, że mój NOWY ROZMIAR STANIKA TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ 

C liczy się jako sytuacja podbramkowa?

Wtedy usta mamy zacisnęły się w wąską linijkę. Powiedziała:

- Moim zdaniem Lana Weinberger ma na ciebie zły wpływ. Dzwonię do 

twojego ojca.

I wyszła zamaszystym krokiem.

Ci rodzice. Najpierw czepiają się mnie, bo nie chcę wstać z łóżka i niczym się 

zająć. A jak robię, co chcieli, i udzielam się towarzysko, to o TO też mają pretensje.

Nijak za nimi nie trafisz.

Kiedy mama donosiła na mnie tacie (Dobra, niech będzie, wydałam mnóstwo, 

o wiele więcej niż Lana. Ale poza sukniami balowymi i kilkoma parami rybaczek 

naprawdę nie kupowałam ubrań od mniej więcej trzech lat, więc oni muszą się z tym 

jakoś pogodzić), ja zaczęłam pakować swoje stare, za małe ubrania w torby na śmieci, 

żeby je oddać do Goodwill, a w szafie powiesić nowe, totalnie modne ciuchy, no i 

background image

szykować się na nocowanie u Tiny.

I ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie mogę się już tego doczekać. Lana i 

Trisha zapraszały mnie, żebym poszła z nimi na jakąś imprezę, na którą się wybierały 

do domu pewnego ucznia ostatniej klasy na Upper West Side, bo jego rodzice w ten 

weekend pracowali w jakimś spa nad swoją energią chi. Ale powiedziałam, że mam 

już inne plany.

- Będziesz nadawała imię jakiemuś nowemu jachtowi czy coś? - spytała Lana 

dość sarkastycznie.

Ale teraz już wiem, że nie należy każdej jej uwagi brać sobie tak bardzo do 

serca. Najczęściej, kiedy rzuca te swoje kąśliwości, stara się być dowcipna. Nawet 

jeśli jedyną osobą, którą te uwagi bawią, jest ona sama. Pod tym względem Lana 

bardzo przypomina Lilly.

- Nie, posiedzimy sobie razem z Tiną Hakim Baba - wyjaśniłam i nie dodałam 

już nic więcej. A żadna z nich chyba nie obraziła się za to, że rezygnuję z „imprezy 

półrocza”, jak ją określiły, żeby posiedzieć sobie z kimś, kto wcale nie jest na topie.

Właśnie wkładałam szczoteczkę do zębów do torby z rzeczami na noc, kiedy 

weszła mama i podała mi słuchawkę telefonu.

- Ojciec chce z tobą porozmawiać - powiedziała, obróciła się na pięcie i 

wyszła z wielce zadowoloną miną.

Ja bardzo mamę kocham, ale nie może, jeśli chodzi o mnie, mieć ciastka i je 

zjeść. Nie może mnie wychowywać na uspołecznioną buntowniczkę, a potem 

martwić się moją depresją, wysyłać mnie na terapię i nagle wściekać się, kiedy idę za 

radą swojego terapeuty. Tak się po prostu nie da.

No dobra, doktor Bzik nie mówił mi, że mam WYDAĆ aż tyle kasy na 

bieliznę. Ale nieważne.

- Niczego nie odniosę do sklepu - rzuciłam do słuchawki.

- Wcale ci nie każę - powiedział tata.

- Wiesz, ile wydałam? - spytałam podejrzliwie.

- Wiem. Dzwonili już do mnie z banku. Myśleli, że karta została ukradziona i 

że jakaś nastolatka szaleje po sklepach. Bo nigdy przedtem aż tyle nie wydałaś.

- Och - westchnęłam. - No to o czym chciałeś ze mną porozmawiać?

- O niczym. Muszę tylko udawać, że na ciebie nawrzeszczałem. Wiesz, jaka 

jest twoja matka. Ona urodziła się na Środkowym Zachodzie. Nic się na to nie 

poradzi. Jeśli coś kosztuje ponad dwadzieścia dolarów, dostaje kota. Zawsze taka 

background image

była.

- ALE, TATO, TO NIE FAIR!

- Co jest nie fair? - spytał tata.

- Nic. - Ściszyłam głos. - Udaję, że na mnie wrzeszczysz.

- Aha - mruknął. Chyba docenił moje wysiłki. - Nieźle ci idzie. O nie!

- Co, o nie?

- Właśnie przyszła twoja babka. Chce z tobą rozmawiać.

- O tym, ile wydałam? - zdziwiłam się. Dla Grandmère kwota, którą dzisiaj 

przepuściłam w Bendel's, to zaledwie ułamek tego, co ona w tydzień wydaje na samą 

kosmetyczkę i fryzjera.

- Hm, niezupełnie - rzekł tata.

I za moment Grandmère dyszała mi do słuchawki.

- Amelio? - rzuciła. - Co mi tu ten twój ojciec opowiada, że niby nasze lekcje 

etykiety są nieaktualne aż do odwołania, bo ty przechodzisz jakiś osobisty kryzys, z 

którym musisz się najpierw uporać?

- Mamo! - Usłyszałam, jak tata jęknął gdzieś w tle. - Wcale nie to 

powiedziałem!

Wiedziałam, co się kroiło. Tata próbował wyłgać mnie z tych lekcji etykiety u 

Grandmère, nie mówiąc jej, DLACZEGO muszę z nich zrezygnować - innymi słowy, 

nie zdradzając, że chodzę na terapię. Do psychologa - kowboja.

- Filipie, milcz - ucięła Grandmère. - Nie sądzisz, że już dość narozrabiałeś? - 

A do mnie dodała: - Amelio, to jest do ciebie niepodobne. Żebyś się załamywała 

przez Tego Chłopaka? Czy ja cię NICZEGO nie nauczyłam? Mężczyzna kobiecie jest 

potrzebny jak rybie rower! I tak dalej. Weź się w garść!

- Grandmère - odparłam znużonym tonem. - Tu nie chodzi WYŁĄCZNIE o 

Michaela. Po prostu mam teraz mnóstwo stresów. Wiesz, że w tym tygodniu 

opuściłam sporo lekcji w szkole i mam dużo do nadrobienia, więc jeśli nie masz nic 

przeciwko temu, chciałabym, żebyśmy sobie odpuściły te lekcje etykiety, dopóki...

- A CO Z DOMINA REI?! - krzyknęła Grandmère.

- Ale o co chodzi? - spytałam.

- Musimy zacząć przygotowywać twoje wystąpienie!

- Grandmère, w tej sprawie. Ja sama nie wiem, czy...

- Amelio, wygłosisz tę mowę - warknęła Grandmère. - I to jest moje ostatnie 

słowo. Już im powiedziałam, że się zgadzasz. I już się tym PRZECHWALAŁAM 

background image

przed hrabiną! A zatem, jutro po południu spotykamy się w ambasadzie Genowii, i 

tam, razem, poszukamy w książęcych archiwach jakichś materiałów, które, mam 

nadzieję, będą inspiracją do twojego przemówienia. Zrozumiano?

- Ale, Grandmère...

- Jutro. W ambasadzie. O drugiej.

Trzask!

No to mi powiedziała.

Zdaje się, że moje marzenie o tym, że niedzielę spędzę w łóżku, legło właśnie 

w gruzach.

Mama tylko wsadziła głowę do pokoju. Chyba już przeszła jej wściekłość na 

mnie za ten zakupoholizm. Przygryzła dolną wargę i zaczęła:

- Mia, przepraszam cię. Ale musiałam to zrobić. Zdajesz sobie sprawę, że 

wydałaś prawie tyle, ile wynosi roczny produkt brutto niewielkiego państwa 

Trzeciego Świata...? Tyle że ty to przepuściłaś na dżinsy biodrówki?

- Tak - szepnęłam, siląc się na skruszoną minę. Co wcale nie było takie trudne, 

bo naprawdę żałuję.

Żałuję, że nigdy przedtem nie kupowałam sobie takich dżinsów. Bo wyglądam 

w nich SEKSOWNIE.

Poza tym mama nie wie - i tata też jeszcze nie - że kiedy Lana i Trisha jadły, 

ja zadzwoniłam do Amnesty International i przekazałam im dotację dokładnie tej 

samej wysokości, co kwota wydana w Bendel's, też za pomocą tej czarnej karty Ame-

rican Express.

Już nie czuję się nawet winna. Tak za bardzo.

- Wiem, że ostatnio nie ułożyło ci się z Michaelem, i między tobą a Lilly też 

jest niedobrze - ciągnęła mama. - I cieszę się, że starasz się nawiązywać nowe 

przyjaźnie. Tylko nie jestem pewna, czy Lana Weinberger jest dla ciebie 

ODPOWIEDNIĄ przyjaciółką...

- Ona nie jest wcale taka zła, mamo - powiedziałam, myśląc o kucyku. I o 

innych rzeczach, o których Lana opowiedziała mi przy lunchu. Na przykład, że mama 

uprzedziła ją, że jeśli nie dostanie się na jakąś uczelnię z Ligi Bluszczowej, to ona nie 

zamierza opłacać jej studiów. ŻADNYCH studiów. I kto tu ma twardą rękę.

- A to przecież tak strasznie nie fair - stwierdziła Lana. - Bo ja nie jestem taka 

bystra jak ty, Mia.

O mało nie zakrztusiłam się wasabi.

background image

- Ja? Bystra?

- Tak - potwierdziła Trisha. - A poza tym jesteś księżniczką, co oznacza, że 

dostaniesz się na każdą uczelnię, na którą złożysz papiery. Bo każda uczelnia 

chciałaby mieć u siebie członka jakiejś rodziny królewskiej.

Auć. Ale to fakt.

- No cóż, Mia - rzekła mama z nieco powątpiewającą miną, pewnie dlatego, że 

powiedziałam, że Lana wcale nie jest taka zła. - Cieszę się, że pozbyłaś się uprzedzeń 

i jesteś nieco bardziej skłonna do próbowania nowych rzeczy niż kiedyś... - Nie 

wiem, co miała na myśli, chyba że chodziło jej o mięso i wędliny. - Ale pamiętaj o 

podstawowej zasadzie.

- Chodzi ci o to, że w dobrym staniku sutek powinien znaleźć się dokładnie w 

środku odległości między ramieniem a łokciem?

- Hm - mruknęła mama, robiąc zbolałą minę. - Nie. Chodziło mi o zasadę, 

która mówi: Nawiązuj nowe przyjaźnie, ale nie trać starych. Te pierwsze należy 

traktować jak srebro, a te drugie - jak złoto.

- Tak, zgoda. Nie martw się. Dzisiaj nocuję u Tiny. To na razie.

A potem wyniosłam się stamtąd. I to naprawdę w ostatniej chwili, bo niewiele 

brakowało, a zauważyłaby moje wiszące kolczyki, które kosztowały tyle samo, co 

wózek spacerowy Rocky'ego.

SOBOTA, 18 WRZEŚNIA, 21.00,

W ŁAZIENCE U TINY HAKIM BABA

Naprawdę się cieszę, że zgodziłam się spędzić wieczór z Tiną. Chociaż nadal 

jestem potężnie przygnębiona. Mieszkanie Tiny to jedno z moich trzech ulubionych 

miejsc (pierwsze to oczywiście objęcia Michaela, a drugie to moje łóżko).

Pobyt w domu u Tiny nie jest tak niesłychanie stresujący jak, dajmy na to, w 

Bendel's w czasie zamkniętej wyprzedaży.

Chociaż nadal nic nie powiedziałam Tinie o swoim obecnym stanie 

psychicznym - na przykład, że czuję się tak, jakbym tkwiła na dnie jakiejś dziury i nie 

mogła się z niej wydostać - to trzeba przyznać, że wsparła bardzo moją ubraniową 

przemianę. Stwierdziła, że w nowych dżinsach mój tyłek wygląda naprawdę świetnie, 

a nawet zapytała, czy czasem nie SCHUDŁAM... a nie czy PRZYTYŁAM!

To jest, naturalnie, wpływ fantastycznie podtrzymującego - i trochę 

usztywnionego, żeby skuteczniej maskować sterczące sutki - dobrze dobranego 

background image

stanika.

Pierwsza rzecz (po zamówieniu i zjedzeniu dwóch pizz pepperoni z 

podwójnym serem), poprzestawiałyśmy wszystkie zegary, więc jej rodzeństwo 

myślało, że już czas do łóżek. Położyłyśmy dzieci spać, ignorując ich żałosne 

protesty, że wcale nie są zmęczone. I tak dość szybko ukołysały się płaczem do snu.

A potem włączyłyśmy DVD i zabrałyśmy się do pracy. Tina stworzyła 

następującą tabelkę, żebyśmy mogły śledzić rozwój kariery Drew Barrymore, co jest 

ważne, jak twierdzi, bo pewnego dnia Drew zostanie gwiazdą takiego samego 

formatu jak Meryl Streep czy Dama Imperium Brytyjskiego Judi Dench, a my 

przecież będziemy chciały wypowiadać się o jej osiągnięciach ze znajomością 

tematu.

DREW BARRYMORE

Ważne dzieła

Ciekawski George

Tina: Nigdy tego nie widziałam.

Mia: Nieważne, to przecież film dla dzieci!

0 na 5 złotych gwiazdek

Miłosna zagrywka

Tina: Znakomita, klasyczna Drew. Świetnie się uzupełniają ze swoim 

romantycznym partnerem, Jimmym Fallonem.

Mia: Trochę tam za dużo baseballu.

Tina: W pewnym sensie tam chodziło właśnie o baseball.

3 na 5 złotych gwiazdek

50 pierwszych randek

Tina: Nie sięga komicznych wyżyn Od wesela do wesela, ostatniego filmu, w 

którym Drew towarzyszył Adam Sandler.

Mia: Ale i tak zabawny.

3 na 5 złotych gwiazdek

Starsza pani musi zniknąć

Tina: Boli mnie, że Drew zagrała w tym filmie.

Mia: Rozumiem. Mnie też to głęboko zraniło. No, ale to mimo wszystko 

background image

Drew, więc...

1 na 5 złotych gwiazdek

Aniołki Charliego: Zawrotna szybkość

Tina: Fantastyczna, rewelacyjna Drew!

Mia: Nie jestem pewna, co miało znaczyć całe to trzymanie się za ręce z Lucy 

Liu i Cameron w czasie konferencji prasowych związanych z tym filmem.

Tina: Racja. Kto trzyma swoją koleżankę za rękę?

Mia: Pomijając Spencer i Ashley w Daleko od domu, oczywiście. No, ale one 

ze sobą chodziły.

Tina: To jest zupełnie co innego.

Mia: Mimo wszystko...

5 na 5 złotych gwiazdek

Niebezpieczny umysł

Tina: Rodzice nie dali mi obejrzeć tego filmu. Bo jest od osiemnastu lat.

Mia: A ja NIE CHCIAŁAM go oglądać. Bo jest o starych ludziach. Ale 

przecież gra w nim Drew, więc...

1 na 5 złotych gwiazdek

Chłopaki mojego życia

Tina: Widziałaś ten film?

Mia: Nie. Nawet o nim nie słyszałam.

Tina: Ale na pewno był dobry.

Mia: Jasne, skoro grała w nim Drew.

1 na 5 złotych gwiazdek

Ten pierwszy raz

Tina: PO PROSTU REWELACJA!!! DREW JEST TU TAKA SŁODKA!!!

Mia: Wiem! Jest reporterką I JEDNOCZEŚNIE uczy się w szkole średniej!!! 

Powinna grać uczennicę szkoły średniej w KAŻDYM FILMIE, W KTÓRYM 

WYSTĘPUJE.

5 na 5 złotych gwiazdek

background image

Miłość i frytki

Tina: Nie pamiętam tego filmu poza tym, że miała w nim ciemne włosy.

Mia: Nie była czasem w ciąży?

Tina: A więc te loczki musiały być naturalne. Bo inaczej mogłaby zaszkodzić 

trwałą dziecku.

Mia: Loczki były słodkie, więc dajmy jej wysoką notę.

4 na 5 złotych gwiazdek

Donnie Darko

Tina: Czekaj... To Drew grała w tym filmie?

Mia: Totalnie jej tam nie pamiętam. Pamiętam tylko Jake'a.

Tina: Wiem. Był bardzo seksowny.

Mia: No to dajmy wysoką notę ze względu na Jake'a.

Tina: Totalnie. A rodzice nie chcą mi pozwolić obejrzeć Tajemnicy Brokeback 

Mountain ani Jarheada: Żołnierza piechoty morskiej.

5 na 5 złotych gwiazdek

Długo i szczęśliwie

Tina: Najlepszy film wszech czasów.

Mia: Zgoda. A kiedy niesie księcia...

Tina: Zamknij się!!! UWIELBIAM TEN MOMENT!!!

Mia: Po prostu...

Tina... oddychaj! WOW!

5 000 000 na 5 złotych gwiazdek

Wystrzałowe dziewczyny

Tina: Ten film jest tak beznadziejny, że aż niezły.

Mia: Wiem. Ale uważam, że kiedy Drew zostaje pojmana i przywiązują ją do 

łóżka, a ona leży twarzą w dół...

Tina: To się nazywa „po turecku”.

Mia: Ludzie, którzy mówią, że czytając romanse, nie można się niczego 

nauczyć, kłamią.

4 na 5 złotych gwiazdek

background image

Historia Amy Fisher

Tina: Film telewizyjny! A Drew gra w nim nastolatkę z Long Island, która ma 

skłonności samobójcze!

Mia: Rewelacyjnie gra, chciałabym dodać.

5 na 5 złotych gwiazdek

Różnice nie do pogodzenia

Tina: Bardzo młodziutka Drew w bardzo uroczej roli.

Mia: Uwielbiam ten film. Uwielbiam ją.

4 na 5 złotych gwiazdek

Podpalacz/ca

Tina: Wiem, że uwielbiasz ten film, więc nic nie powiem.

Mia: Zamknij się! Jak możesz go nie lubić? Jest taka świetna!

Tina: Jak na swój wiek, jest niesamowita. Tylko że... ta historia jest taka 

głupia.

Mia: Ludzie totalnie są w stanie wywoływać pożary samym umysłem, jeśli 

szarpią nimi wystarczająco silne emocje. Posłuchaj tylko, co sama mówisz o J.P.

Tina: Fakt.

4 na 5 złotych gwiazdek

E.T.

Tina: Taka jest słodka w tym filmie!

Mia: I tak dobrze gra. Zupełnie jakby improwizowała swoje kwestie, tak 

naturalnie brzmią.

Tina: Spójrzmy prawdzie w twarz. Drew to geniusz. Szkoda, że nie ma 

własnego talk show.

Mia: Ja bym chciała, żeby kandydowała na prezydenta.

Tina: Prezydent Barrymore! TAK!!!

5 na 5 złotych gwiazdek

Robimy sobie teraz między Od wesela do wesela Długo i szczęśliwie 

przerwę, żeby Tina mogła zająć się popcornem. W czasie nudnych kawałków Od 

wesela do wesela, tych bez Drew, Tina zapytała, czy Michael się do mnie odzywał, 

background image

więc powiedziałam jej o mailu od niego, a ona oburzyła się w moim imieniu jak 

należy. To znaczy na to, że Michael chce udawać, że jesteśmy zwyczajnymi 

przyjaciółmi, i opowiadać mi o swoich przygodach z poszukiwaniem kanapek z 

jajkiem, zamiast napisać mi, jak bardzo za mną tęskni, albo jak bardzo chciałby, 

żebyśmy się pogodzili.

Wtedy powiedziałam Tinie, że zgodziłam się, żebyśmy byli wyłącznie 

przyjaciółmi. I że wszystko od początku to była moja wina, bo wściekłam się w 

sprawie Judith Gershner, zamiast załatwić wszystko na spokojnie, tak jakby to zrobiła 

Drew.

Tina była zmuszona zgodzić się ze mną. Zgodziła się również, że dobrze 

zrobiłam, nie odpisując.

- Bo przecież nie chcesz, żeby to wyglądało tak, jakbyś siedziała sama w 

domu i nie miała nic lepszego do roboty, jak tylko odpisywać na maile swojego 

byłego chłopaka - powiedziała.

Nawet jeśli akurat to prawda.

Chociaż niezupełnie tak jest. Czuję się trochę winna, że nie powiedziałam 

Tinie, jak spędziłam dzień - no wiecie, z Laną i Trishą. Nie wiem, dlaczego. To 

znaczy, Grandmère milion razy wkładała mi do głowy, że okropnie niegrzecznie jest 

opowiadać komuś o rozrywce, w której samemu się uczestniczyło, a ta druga osoba 

nie została zaproszona. Więc NIE MA POWODU, dla którego powinnam opowiadać 

Tinie o Lanie i Trishi.

Ale i tak chodziło przecież o LANĘ.

Ja...

Co TO było? Chyba właśnie słyszałam dzwonek domofonu, czyżby odźwierny 

dawał jej znać, że ktoś jest w holu na dole?

SOBOTA, 18 WRZEŚNIA, 2.00,

W SYPIALNI TINY HAKIM BABA

O. Mój. Boże.

Tina kończyła polewać stopionym masłem niskotłuszczowy popcorn z 

mikrofalówki, żeby w ogóle nadawał się do jedzenia, kiedy odźwierny dał znać, że na 

dole czeka Boris z „kolegą”.

Tina wpadła w panikę, bo nie wolno jej przyjmować chłopaków, kiedy 

rodziców nie ma w domu.

background image

Ale Boris podszedł do domofonu i powiedział, że tylko chce nam coś 

podrzucić, to znaczy ma dla nas prezent. Więc Tina, oczywiście, nie mogła się 

oprzeć, żeby ich nie wpuścić na górę. Bo, jak to ujęła:

- Prezent!!!

Jeśli chcecie znać moje zdanie, ten cały prezent był tylko pretekstem, żeby 

Boris mógł wejść na górę i całować się z Tiną. Bo ten „prezent” to były dwa 

pojemniki lodów Haagen - Dazs (żeby oddać chłopakom sprawiedliwość, to nasze 

ulubione smaki, szwajcarska wanilia i migdały oraz orzechy macadamia z chrupkami. 

Ale mimo wszystko).

Prawdziwą niespodzianką - przynajmniej dla mnie - było to, że „kolegą” 

Borisa okazał się J.P.

Nawet nie wiedziałam, że Boris i J.P. spędzają ze sobą tyle czasu. To znaczy 

poza lunchem.

J.P. wyglądał zadziwiająco... no cóż, atrakcyjnie, kiedy wszedł za Borisem do 

mieszkania Tiny. Nie wiem, co ze sobą zrobił, ale był jakiś taki wysoki i... męski.

Problem w tym, że ja zwykłe nie zauważam takich cech u facetów, pomijając 

Michaela. Nie wiem, co jest ze mną nie w porządku. Może to szok na widok J.P. w 

jakimś pozaszkolnym otoczeniu, może w tych dżinsach zamiast w spodniach od 

szkolnego mundurka albo smokingu wkładanym do teatru. A może zadziałał wpływ 

tych wszystkich osób, które mi wmawiają, że J.P. jest bardzo seksowny. Albo cierpię 

na brak seksownego faceta, ponieważ już tak długo nie widziałam Michaela czy coś.

Dziwne to było.

J.P, poza tym że wyglądał seksownie, miał też trochę speszoną minę. Podszedł 

do mnie i powiedział: „Cześć”, kiedy Tina piszczała nad lodami i biegła po łyżki.

Jeśli chodzi o prezenty, wcale nie tak trudno zrobić przyjemność Tinie. Dobry 

przykład: prawie mdleje na widok każdego drobiazgu z Kay Jewellers.

- Cześć - odparłam. I nie wiem, dlaczego (wiem dlaczego: przez tę jego 

seksowność), ale zrobiło się niezręcznie. Bo J.P. j pytał mnie wcześniej, co robię dziś 

wieczorem, a ja go w sumie tak trochę zbyłam i... I nagle znaleźliśmy się razem.

Ale także ze względu na tę jego seksowność.

A potem robiło się coraz bardziej niezręcznie. Bo chociaż najpierw wszystko 

było spoko i siedzieliśmy sobie razem, jedząc lody, oglądając Długo i szczęśliwie 

(Tina wyjaśniła face - 1 tom, że mogą zostać na JEDEN film, ale potem muszą sobie 

iść, bo jeśli jej rodzice ich tu zastaną, to ją zabiją. Przynajmniej jej tata mógłby ją 

background image

zabić. Pewnie przy okazji zabiłby też Borisa i to w jakiś szczególnie bolesny sposób, 

jakiego mógł nauczyć się od ochroniarza Tiny, Wahima, który dostał na dzisiejszy 

wieczór wychodne, podobnie jak Lars, bo poinformowano ich, że my wieczorem 

„zostajemy w domu”).

Ale potem Tina i Boris przestali zwracać uwagę na film i zaczęli zwracać 

uwagę na siebie nawzajem. WYTĘŻONĄ uwagę. Na przykład, wsadzając sobie 

nawzajem języki w usta. I to na oczach J.P. i moich! Co wcale nie było aż ZA 

BARDZO krępujące (chyba żeby odwrotnie).

Po chwili nie mogłam już znieść tych ssących odgłosów (chociaż co chwila 

podkręcałam głośność w telewizorze. Ale nawet udawany brytyjski akcent Drew nie 

zdołał zagłuszyć tych dwojga).

Na koniec złapałam pojemniki z roztapiającymi się lodami i powiedziałam:

- Ktoś powinien je wsadzić do zamrażarki, zanim tu nabrudzimy.

A potem zerwałam się, żeby wyjść z pokoju.

Niestety - a może dobrze, sama nie wiem - J.P powiedział:

- Ja ci pomogę.

I poszedł za mną. Chociaż czy to takie trudne wrzucić dwa pojemniki lodów 

do zamrażarki? Totalnie mogłam poradzić sobie z tym sama.

W środku chłodnej, czystej kuchni państwa Hakim Baba, pełnej czarnych 

granitowych kontuarów i sprzętu Sub - Zero, J.P. wziął sobie z lodówki piwo 

korzenne, a potem wysunął spod kontuaru stołek barowy i usiadł na nim, kiedy ja 

usiłowałam znaleźć trochę miejsca na lody w zapchanej zamrażarce. Było tam 

MNÓSTWO mrożonych obiadów Zdrowy Wybór (tata Tiny ma podobno uważać na 

ilość kalorii i poziom cholesterolu).

- A więc - zagaił rozmowę J.P. Gdzieś w tle słyszeliśmy telewizor grający w 

pokoju telewizyjnym, ale na szczęście już nie te ssące odgłosy. - W tym tygodniu 

opuściłaś sporo lekcji.

- Hm - mruknęłam, szarpiąc się z czymś, co wyglądało jak zamrożona 

polędwica wołowa. - Tak, chyba tak.

- I jak sobie teraz radzisz? - spytał J.P. - Masz pewnie mnóstwo do 

nadrobienia.

- Owszem - przytaknęłam. Prawdę mówiąc, ledwie zerknęłam do zeszytów. 

Kiedy człowiek pogrąży się w takiej głębokiej otchłani jak ja, praca domowa jakoś 

traci na znaczeniu. - Chyba jutro się do tego zabiorę.

background image

- Tak? A dzisiaj co robiłaś?

Tak mnie zaabsorbowały próby wciśnięcia mięsa w głąb zamrażarki, że nie 

przemyślałam odpowiedzi.

- Wybrałam się na zakupy z Laną - powiedziałam, postękując. A potem, 

NARESZCIE, to mięso ustąpiło i udało mi się wsunąć pojemniki z lodami do 

szuflady.

Dopiero kiedy zatrzasnęłam drzwi zamrażarki i obróciłam się, otrzepując 

drobinki lodu z dłoni, zobaczyłam minę J.P. i zrozumiałam, do czego się przyznałam.

- Z Laną? - spytał z niedowierzaniem.

Zerknęłam w stronę korytarza prowadzącego do pokoju telewizyjnego. Na 

szczęście, był pusty. Tina była nadal, hm, zajęta.

- Ugh - jęknęłam, czując że żołądek mi się zaciska. Co ja narobiłam?! - Tak. 

Nie wiem, czemu to powiedziałam. Nie miałam zamiaru nikomu mówić.

- Rozumiem, dlaczego - powiedział J.P. - No bo, LANA? Z drugiej strony, czy 

to ona pomogła wybrać to coś?

Opuściłam wzrok na jedwabistą koszulkę odcinaną pod biustem, którą miałam 

na sobie. Przyznaję, wyglądała ślicznie. I miała spory dekolt.

A co zadziwiające, w jednym z tych moich nowych staników - i przy nowym 

rozmiarze klatki piersiowej - miałam w niej maleńki rowek między piersiami. Nic 

specjalnie wulgarnego, ale definitywnie było go WIDAĆ.

- Hm, tak - mruknęłam, czując że się rumienię. - Lana naprawdę umie robić 

zakupy...

Chyba nigdy jeszcze nie powiedziałam nic równie głupiego. Nigdy.

Ale J.P. pokiwał tylko głową i odparł:

- Sam widzę. Moim zdaniem znalazła swoje powołanie. Ale jak, na miłość 

boską, do TEGO doszło?

Z wahaniem opowiedziałam mu o Domina Rei i o tym, jak matka Lany 

zaproponowała mi wystąpienie na imprezie organizowanej przez Domina Rei, i że 

Lana podziękowała mi za to, że zgodziłam się wystąpić, i w jaki sposób jedno 

doprowadziło do drugiego, i...

- Wszystko rozumiem - rzekł J.P, kiedy skończyłam. - To znaczy rozumiem, 

dlaczego Lana zaprosiła cię na zakupy. Chciała ci wynagrodzić tamte lata. Ale 

dlaczego ty się ZGODZIŁAŚ?

Naprawdę nie bardzo wiem, jak wyjaśnić to, co nastąpiło potem. To znaczy 

background image

dlaczego powiedziałam to, co powiedziałam. Może dlatego, że siedzieliśmy tylko we 

dwoje w cichej kuchni państwa Hakim Baba (No cóż, cichej, pomijając zmywarkę do 

naczyń, w której myły się nasze talerze po pizzy. Ale to jedna z tych supercichych 

zmywarek, które tylko delikatnie pomrukują: szu - szu).

Może dlatego, że J.P. tak do tego miejsca nie pasował - ten pełnokrwisty facet 

siedzący w takiej odbajerowanej kuchni, z podciągniętymi do łokci rękawami 

grafitowego, kaszmirowego swetra, w dopasowanych dżinsach i timberlandach i z 

tymi włosami trochę sterczącymi, bo na dworze nosił czapkę. Mamy wyjątkowo 

zimną pogodę, jak na wrzesień. Wszyscy meteorolodzy obwiniają za to globalne 

ocieplenie.

A może znów chodziło o tę seksowność - no wiecie, bo wyglądał jakoś tak... 

no cóż, naprawdę atrakcyjnie.

A może problem polega na tym, że ja go prawie NIE ZNAM - a przynajmniej 

nie tak, jak znam Tinę i Borisa, i innych przyjaciół, od których się odsunęłam teraz, 

kiedy Lilly ze mną nie rozmawia.

Nagle, zanim się zorientowałam, usłyszałam, że mówię:

- Wiesz, chodzę na terapię, a mój psychoterapeuta powiedział, że mam 

codziennie robić coś, co mnie przeraża. Pomyślałam sobie, że zakupy z Laną 

Weinberger to naprawdę coś przerażającego. Ale okazało się, że wcale tak nie było.

I wtedy ugryzłam się w język. Bo przecież to dość intymne wyznanie. 

Zwłaszcza wobec faceta. I to takiego, z którym cię łączyła prasa, nawet jeśli w tych 

plotkach absolutnie, kategorycznie nie było ani źdźbła prawdy.

J.P. najpierw trochę pomilczał. Siedział tam i paznokciem kciuka oskrobywał 

naklejkę z butelki piwa korzennego. Wydawał się szczerze zainteresowany poziomem 

napoju, jaki jeszcze został w butelce.

To nie był dobry znak. Jakby nie mógł na mnie spojrzeć.

- To dziwne - powiedziałam, czując, że nagle zaczyna mnie ogarniać panika. 

Jakbym jeszcze głębiej zsunęła się w tę dziurę. - To dziwne, że właśnie przyznałam 

się przed tobą, że chodzę na terapię, nie sądzisz? Pomyślisz teraz, że jestem na-

wiedzona. Prawda? To znaczy jeszcze bardziej nawiedzona niż przedtem.

Ale zamiast rzucić jakąś wymówkę, że powinien już sobie stąd pójść, J.P. 

spojrzał na mnie zaskoczony i się uśmiechnął.

A ja poczułam, że to uczucie osuwania się w głąb dziury trochę słabnie. I 

wcale nie dlatego, że z tym uśmiechem było mu naprawdę do twarzy.

background image

- Żartujesz sobie? - zapytał. - Zastanawiałem się tylko, czy w Einsteinie jest 

jakiś dzieciak, który NIE CHODZI na terapię. To znaczy, pomijając Tinę i Borisa.

Wytrzeszczyłam na niego oczy.

- Zaraz... Ty też?

J.P. parsknął.

- Od dwunastego roku życia. Wtedy właśnie moją ulubioną zabawą było 

rzucanie butelkami z dachu naszego wieżowca. Okropnie głupie... Ktoś mógł zginąć. 

Koniec końców złapali mnie - zasłużenie - a rodzice zadbali, żebym odtąd nie opuścił 

ani jednej cotygodniowej sesji.

W głowie mi się to nie mieściło. Czy jeszcze któryś z moich znajomych brał 

udział w terapii? Nie ma mowy.

Usiadłam na stołku barowym obok J.P. i zapytałam z ciekawości:

- Też musisz codziennie robić coś, co cię przeraża?

- Nie. Mam codziennie robić MNIEJ przerażających rzeczy.

- Aha - mruknęłam leciutko rozczarowana. - I to działa?

- Ostatnio... - J.P. wziął łyk swojego piwa. - Ostatnio działa świetnie. Chcesz 

piwa?

Pokręciłam głową.

- A ile czasu ci to zajęło? - zapytałam. Bo to niesamowite. Nie mogłam 

uwierzyć, że rozmawiam z kimś, kto przeszedł - przechodził - przez to samo, co ja. 

Albo coś podobnego. - To znaczy zanim zacząłeś czuć się lepiej? Zanim to zaczęło 

działać?

J.P. spojrzał na mnie z dziwnym uśmiechem na ustach. Dopiero po chwili 

dotarło do mnie, że to był uśmiech współczujący. Jemu było mnie ŻAL.

- Aż tak kiepsko? - spytał. I nie w jakiś wredny sposób, ale tak, jakby 

naprawdę mi współczuł.

Ale ja nie tego chciałam. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mi współczuł. To 

głupie, że ja w ogóle tak okropnie się czuję, kiedy mam rewelacyjne życie. Popatrzcie 

tylko na to, z czym musi się borykać taka Lana - której matka sprzedała ukochanego 

kuca, nawet jej o tym nie mówiąc, a teraz grozi, że jeśli Lana nie dostanie się na jakąś 

uczelnię należącą do Ligi Bluszczowej, może się pożegnać ze wsparciem finansowym 

rodziców. Jestem przecież, na miłość boską KSIĘŻNICZKĄ. Mogę robić, co chcę. 

Mogę sobie KUPIĆ, co chcę. No cóż, w granicach rozsądku. Jedna - JEDNA 

JEDYNA - rzecz, której nie mam, to mężczyzna, którego kocham.

background image

I to moja własna durna wina, że go straciłam.

- Byłam ostatnio przygnębiona - powiedziałam szybko. Nie wspomniałam już 

o tym, że przez cały tydzień nie chciałam wstawać z łóżka.

- Michael? - zapytał J.P. nie bez współczucia.

Pokiwałam głową. Nawet gdybym chciała, nie mogłabym wykrztusić słowa. 

W gardle pojawiła mi się ta wielka gula, podobnie jak zawsze kiedy słyszę - albo 

choćby tylko pomyślę - jego imię.

Ale okazało się, że nie musiałam nic mówić. J.P. odstawił butelkę korzennego 

piwa i złapał mnie za rękę.

Trochę żałowałam, że to zrobił. Bo jeszcze bardziej zachciało mi się płakać. 

Nie mogłam nie porównywać jego ręki - która jest duża i męska - z czyjąś inną, 

jeszcze większą i bardziej męską.

- Hej! - powiedział cicho, lekko ściskając moje palce. - To się zmieni na 

lepsze. Obiecuję.

- Naprawdę? - spytałam. Teraz było już za późno. Łzy popłynęły. 

Próbowałam, jak umiałam, przełykać je. - Nie chodzi tylko... nie tylko o Michaela, 

wiesz - zaczęłam go zapewniać. Bo nie chciałam, żeby ktokolwiek myślał, że mam 

depresję ze względu na jakiegoś chłopaka. Nawet jeśli tak rzeczywiście było. - To 

znaczy, ta cała sprawa z Lilly. Nie mogę uwierzyć, że ona myśli, że ty i ja... Że my 

byśmy kiedykolwiek...

- Hej - powiedział J.P., chyba przestraszony tempem, w jakim płynęły mi łzy. 

- Hej...

I zanim się zorientowałam, objął mnie takim wielkim, niedźwiedzim 

uściskiem, a ja płakałam mu w sweter, który pachniał płynem do płukania tkanin.

I wtedy zaczęłam płakać jeszcze bardziej, bo mi to przypomniało, że już nigdy 

nie powącham tej jednej rzeczy, którą kocham i za którą tęsknię bardziej niż 

kiedykolwiek... Szyi Michaela.

Ona zdecydowanie nie pachnie płynem do płukania tkanin.

- Cśś - szepnął J.P., poklepując mnie po plecach. - Wszystko będzie dobrze. 

Naprawdę, zobaczysz.

- Niby jak - załkałam. - Lilly mnie nienawidzi! Nawet nie chce na mnie 

spojrzeć!

- To o czymś świadczy - stwierdził J.P.

- O czym? - czknęłam mu w sweter. - Że mnie nienawidzi? Przecież już to 

background image

wiem.

- Nie - rzekł J.P. - Może wcale nie jest taką świetną przyjaciółką, za jaką ją 

zawsze uważałaś.

Przestałam płakać, usiadłam prosto i spojrzałam na niego przez łzy.

- Ale o co ci chodzi? - zapytałam.

- O to, że gdyby naprawdę była taką dobrą przyjaciółką, za jaką ją masz, to nie 

uwierzyłaby, że między tobą a mną coś się dzieje. Bo wiedziałaby, że do czegoś 

takiego nie jesteś zdolna. Na pewno nie wściekałaby się na ciebie za coś, czego nie 

zrobiłaś - mimo pewnych nielicznych dowodów świadczących przeciwko tobie. Czy 

ona zadała sobie chociaż minimum trudu, żeby cię zapytać, czy to coś o nas w „Post” 

to prawda?

Otarłam kąciki oczu serwetką, którą J.P. wyciągnął z uchwytu obok i wsunął 

mi w ręce.

- Nie - powiedziałam.

- Ja nie mam wielu przyjaciół - przyznał J.P. - Ale mimo to uważam, że 

przyjaciele w taki sposób się nie traktują, wierząc w coś, co przeczytali czy usłyszeli, 

nawet nie sprawdzając, czy to prawda. Zgodzisz się?

- A wiesz... - zaczęłam, lekko drżąc od płaczu. - Masz rację.

- Posłuchaj. Ja wiem, Mia, że ona od zawsze była twoją najlepszą 

przyjaciółką. Ale jest mnóstwo rzeczy, których o Lilly chyba nie wiesz. Mówiła mi o 

nich, kiedy ze sobą chodziliśmy... Na przykład ona zawsze bardzo ci zazdrościła.

Wytrzeszczyłam na niego oczy, totalnie zdumiona.

- CO ty wygadujesz! - zawołałam. - Dlaczego, na litość boską, Lilly miałaby 

w ogóle być O MNIE zazdrosna?

- Z tego samego powodu, dla którego zazdrości ci wiele dziewczyn, nie 

wyłączając Lany Weinberger. Jesteś ładna, bystra, popularna, jesteś księżniczką, 

wszyscy cię lubią...

- CO TAKIEGO? - Teraz to już się roześmiałam. Z niedowierzania. Mimo 

wszystko lepsze to niż ten płacz. - Przecież wyglądam jak patyczek do czyszczenia 

uszu! I mam kiepskie oceny z połowy przedmiotów! I większość osób w szkole uwa-

ża, że jestem tylko dziwadłem o wzroście metr siedemdziesiąt dwa - przepraszam, 

pięć - i płaskiej klatce piersiowej...

- Może kiedyś niektórzy tak myśleli. - J.P. uśmiechnął się do mnie. - I może 

kiedyś tak cię niektórzy widzieli. Ale, Mia, powinnaś uważnie przyjrzeć się samej 

background image

sobie w lustrze. Już nie jesteś tą osobą. I może właśnie na tym polega problem Lilly. 

Zmieniłaś się... A ona nie.

- To... To po prostu śmieszne - oświadczyłam. - Cały czas jestem tą samą, 

dawną Mią...

- Która je mięso i chodzi na zakupy z Laną Weinberger? - wytknął mi J.P. - 

Mia, pogódź się z tym. Już nie jesteś tą samą osobą, którą byłaś kiedyś. To nie 

znaczy, że jesteś GORSZA albo że nie ma ludzi, którzy będą cię kochali niezależnie 

od tego, co jesz i z kim się spotykasz. Ale nie wszyscy zdołają przystosować się do 

tego tak, jak poradziła sobie z tym, powiedzmy, Tina.

Znów wytrzeszczyłam na niego oczy. Czy to prawda? Czy powodem, dla 

którego Lilly nie chce mieć ze mną nic wspólnego, może być to, że wcale nie jest 

rozczarowana moim postępowaniem, ale zwyczajnie zazdrosna?

- Przecież to jakiś absurd! - wybuchłam wreszcie. - Lilly jest ode mnie o wiele 

inteligentniejsza i ma o wiele więcej dokonań. Przecież ona jest geniuszem! Co ja 

mogę takiego mieć, czego ona nie ma? Pomijając diadem.

- To chyba spora część tego wszystkiego - stwierdził J.P., wzruszając 

ramionami. - Jesteś księżniczką, a to mimo wszystko coś niezwykłego. Nigdy nie 

rozumiałem, czemu sama tego nie dostrzegasz. Wielu ludzi dałoby się pokroić, żeby 

w ich żyłach płynęła książęcą krew, a jednak ty przez większość czasu żałujesz tego. 

Nie żeby akurat ta książęca krew sprawiała, że jesteś niezwykła... Wcale nie.

- Gdybyś na pięć minut mógł znaleźć się na moim miejscu - sarknęłam - tobyś 

się od razu zorientował, że nie ma w tym nic niezwykłego. Wierz mi. Mam w sobie 

same zwyczajne kosteczki.

- Mia... - J.P. ujął dłoń, którą oparłam na kontuarze. - Od dawna chciałem ci to 

powiedzieć...

Ale dokładnie w tym samym momencie odźwierny znów zadzwonił, żeby dać 

Tinie znać, że jej rodzice są w holu (dobrze, że Tina regularnie zaopatruje faceta w 

domowej roboty ciasteczka z kawałkami czekolady, więc jest totalnie gotowy robić 

jej takie przysługi). Tina wpadła do kuchni jak burza, z dzikim wzrokiem, 

wrzeszcząc, że J.P. i Boris mają NATYCHMIAST wynosić się wyjściem dla służby... 

Co niezwłocznie zrobili.

Dlatego nie dowiedziałam się, co takiego chciał mi powiedzieć J.P.

Kiedy przywitałyśmy się z rodzicami Tiny i poszłyśmy do jej pokoju, żeby 

przed nimi uciec, Tina przeprosiła, że tyle czasu spędziła, całując się z Borisem.

background image

- Wiesz... - powiedziała - on jest taki słodki, że czasami nie umiem się 

powstrzymać.

- Nie ma sprawy - odparłam. - Rozumiem.

- Ale mimo wszystko to okropne, że tak ci się pchaliśmy przed oczy z naszym 

szczęściem, kiedy ty nadal usiłujesz pozbierać się po Michaelu. A przy okazji, o czym 

gadaliście z J.P?

- O niczym szczególnym - powiedziałam, czując się niezręcznie.

Tina się zdziwiła.

- Bo Boris mówił, że kiedy wspomniał, że jesteś dziś wieczorem u mnie, J.P. 

namawiał go, żeby do nas zajrzeli. Chociaż Boris wyjaśnił mu, że nie przyjmuję 

kolegów pod nieobecność rodziców. Ale J.P. tłumaczył, że chce ci powiedzieć coś 

naprawdę ważnego i zmusił Borisa do przyjścia tu. Jesteś PEWNA, że nic ci nie 

powiedział?

- Rozmawialiśmy o wielu rzeczach. - Nie cierpię okłamywać Tiny! Ale nie 

mogę jej powiedzieć, że rozmawialiśmy o terapii. Jeszcze nie jestem gotowa, żeby jej 

się do tego przyznać. Wiem, że to głupie, wiem, że zrozumiałaby mnie. Ale... nie 

mogę. - No wiesz. Głównie o Lilly.

- To ciekawe - powiedziała Tina. - Wiesz, Boris uważa, że J.P. się w tobie 

kocha, a ja się z nim zgadzam. Może właśnie TO chciał ci powiedzieć.

Śmiałam się z tego długo i serdecznie. Jeszcze się tak nie śmiałam, odkąd 

zerwaliśmy z Michaelem. W OGÓLE się od tamtej pory nie śmiałam.

Ale jak się okazało, Tina wcale nie żartowała.

- Tylko sama popatrz, Mia - powiedziała. - J.P. rzucił Lilly, jak tylko się 

dowiedział, że ty i Michael zerwaliście. Rzucił ją, bo się w tobie kocha, i zrozumiał, 

że nareszcie ma okazję zdobyć ciebie, skoro jesteś wolna.

- Tina! - Otarłam z oczu łzy śmiechu. - Daj spokój. Nie wygłupiaj się.

- Ja się nie wygłupiam, Mia. Dokładnie coś takiego wydarzyło się w 

Tajemnicy dziecka szejka... I założę się, że właśnie dlatego Lilly jest na ciebie 

wściekła.

- Bo zdradziłam tajemnicę, że to ona w sekrecie urodziła dziecko szejka? - Nie 

mogłam nie zachichotać. Naprawdę trudno jest mieć depresję przy Tinie. Nawet kiedy

człowiek ugrzęźnie na dnie zbiornika na wodę.

Tina spojrzała, jakby była rozczarowana moją reakcją.

- Nie. Bo podejrzewa, że to ty jesteś prawdziwym powodem, dla którego J.P. 

background image

ją rzucił. Bo on kocha CIEBIE. A to z jej strony totalna niesprawiedliwość, bo to nie 

twoja wina. Nic nie możesz poradzić na to, że faceci się w tobie zakochują, tak samo, 

jak nie mogła nic na to poradzić księżniczka w Tajemnicy dziecka szejka. Ale mimo 

wszystko musisz przyznać, że o to chodzi. To wyjaśnia WSZYSTKO.

Śmiałam się jakieś kolejne dziesięć minut. Tina żyje w takim słodkim świecie 

fantazji. Powinna zarabiać na życie pisaniem romantycznych powieści. Albo 

występować w roli scenicznego komika.

Wielka szkoda, że zamiast tego chce się specjalizować w chirurgii klatki 

piersiowej.

NIEDZIELA, 19 WRZEŚNIA, 17.00,

PODDASZE

W towarzystwie Grandmère człowiek rzadko dobrze się bawi.

A towarzystwo Grandmère po praktycznie nieprzespanej nocy, w sali 

książęcych archiwów ambasady Genowii, to totalne przeciwieństwo dobrej zabawy. 

Potraficie sobie wyobrazić coś, co jest totalnym przeciwieństwem dobrej zabawy?

Właśnie tak wyglądał mój dzisiejszy dzień z Grandmère.

Nie zrozumcie mnie źle. Jestem nawet ciekawa życiorysów swoich przodków.

Tylko że... Po jakimś czasie, wszystkie te wojny i klęski głodu przestają się 

różnić jedna od drugiej.

Mimo to Grandmère upiera się, że książęce archiwa są właśnie tym miejscem, 

gdzie znajdę jakiś materiał do swojej mowy dla Domina Rei.

- Amelio, pamiętaj proszę - powtarzała. - Chcesz te panie ZAINSPIROWAĆ... 

Ale jednocześnie ważne jest, żeby je WPRAWIĆ W PODZIW. Oczywiście, przy 

okazji też INFORMOWAĆ. Żeby mogły wyjść z imprezy, czując, że dostarczyłaś im 

pokarmu nie tylko dla umysłu i serca, ale również dla DUSZY.

Okay, Grandmère, co tylko sobie zażyczysz.

Nie za dużo tej presji?

Grandmère, oczywiście, podryfowała w stronę zapisków co sławniejszych 

członków rodu Renaldich i kazała sobie przynieść dzieła zebrane Grandpere.

Ale mnie bardziej ciekawiłyby te mniej znane dzieła. No wiecie, bo może 

mogłabym z nich ściągać, nie podając źródeł, żeby się wydawało, że sama to 

wszystko wymyśliłam.

Bo mam depresję. Która nie potęguje twórczych zdolności. Pomimo tego co 

background image

twierdzą niektórzy autorzy piosenek.

Facet odpowiedzialny za archiwa - który rzeczywiście wyglądał tak, jak sobie 

najpierw wyobrażałam doktora Bzika... no wiecie, w podeszłym wieku, łysy i z kozią 

bródką - wzdychał głośno, kiedy Grandmère kazała mu ściągać z półek różne 

materiały. Nie trzymamy, usiłował wyjaśniać, WSZYSTKICH książęcych archiwów 

w ambasadzie, WIĘKSZOŚĆ znajduje się w pałacu. Przywieźli tylko kilka ton, kiedy 

ambasada Genowii obchodziła swoje pięćdziesięciolecie dziesięć lat temu, i jeszcze 

nie mieli okazji ich odesłać, ponieważ nikt od tamtej pory nie wyraził 

zainteresowania tymi dokumentami...

Grandmère nie chciała tego w ogóle słuchać. Nie interesowało jej też 

wysłuchiwanie, że nie powinna była zabierać swojego miniaturowego pudla, 

Rommla, do sali archiwum, bo zwierzęcy łupież szkodzi starym manuskryptom. Nie 

zdjęła Rommla z kolan i powiedziała:

- Monsieur Christophe, proszę nie stać nade mną jak ołowiany żołnierzyk (co 

zabrzmiało naprawdę śmiesznie, bo on FAKTYCZNIE przypomina ołowianego 

żołnierzyka). Poprosimy o herbatę. I tym razem niech pan nam nie skąpi kanapeczek.

- Kanapeczki! - zawołał monsieur Christophe i, jeśli to w ogóle możliwe, 

jeszcze bardziej zbladł (o co niełatwo u faceta, który wcale nie wychodzi na świeże 

powietrze). - Ależ, Wasza Wysokość, MANUSKRYPTY... Gdyby jedzenie albo jakiś 

napój weszło w kontakt z MANUSKRYPTEM, toby mogło...

- Na litość boską, monsieur Christophe, nie jesteśmy raczkującymi dziećmi! - 

zawołała Grandmère. - Nie będziemy rzucać w siebie jedzeniem! A teraz proszę mi tu 

przynieść dzieła zebrane mojego męża, zanim będę musiała wstać i sama ich sobie 

poszukać!

Monsieur Christophe odszedł z okropnie nieszczęśliwą miną, co dało 

Grandmère okazję zwrócić krytyczne oko w moją stronę.

- Dobry Boże, Amelio - powiedziała po chwili. - Co to za... RZECZY masz w 

uszach?

A niech to szlag. Zapomniałam zdjąć moje nowe wiszące kolczyki.

- Te. Tak. Cóż kupiłam je wczoraj...

- Wyglądasz jak jakaś Cyganka - oświadczyła Grandmère. - Zdejmij je 

natychmiast. I co się, na litość boską, dzieje z twoją klatką piersiową?

Usiłowałam zachować konserwatywny styl, wkładając sukienkę od Marca 

Jacobsa z okrągłym kołnierzykiem. Lana twierdziła, że to szczyt wyrafinowanego 

background image

miejskiego szyku. Zwłaszcza w połączeniu z brązowymi rajstopami we wzorki i 

zapinanymi na paseczek butami na platformie.

Niestety, Grandmère zaalarmowało raczej to, co się kryło pod tym brązowym 

wełnianym gorsem.

- Mam nowy stanik - powiedziałam z zaciśniętymi zębami.

- To widzę - stwierdziła Grandmère. - Nie jestem ślepa. Nie podoba mi się 

raczej to, czym ten stanik powypychałaś.

- Niczym go nie wypychałam, Grandmère - powiedziałam przez zęby. - To 

wszystko moje. Urosłam tu i tam.

- Akurat - powiedziała Grandmère.

I zanim się zorientowałam, co się dzieje, wyciągnęła rękę i mnie uszczypnęła!

W biust!

- AŁA! - zawyłam, odskakując od niej. - Co ty WYPRAWIASZ?

Ale Grandmère nagle zrobiła wielce z siebie zadowoloną minę.

- FAKTYCZNIE urosłaś - potwierdziła. - To pewnie cała ta świetna 

genowiańska oliwa z oliwek, którą w ciebie pompowaliśmy tego lata...

- Już prędzej te szkodliwe hormony, którymi Departament Rolnictwa Stanów 

Zjednoczonych pompuje bydło - powiedziałam, masując sobie obolałą pierś. - Odkąd 

zaczęłam jeść mięso, urosłam o dwa centymetry w górę i o kolejne dwa - no cóż, 

wszerz. Więc nie musisz mnie szczypać. Zapewniam cię, to wszystko moje. A poza 

tym, AUĆ. Naprawdę zabolało. Jakby ci się podobało, gdyby ktoś ci tak zrobił?

- Zadbamy o to, żeby do Chanel trafiły twoje nowe wymiary - oświadczyła 

zadowolona Grandmère. - Amelio, cudownie. Nareszcie będzie można ubrać cię w 

coś bez ramiączek - a z ciebie, na odmianę, nie będzie to spadać!

Poważnie, czasami jej nienawidzę.

Monsieur Christophe wreszcie wrócił z herbatą i kanapkami... oraz dziełami 

Grandpere, które mieściły się w licznych kartonowych pudłach. I jak się zdaje, 

wszystkie dotyczyły kwestii kanalizacji, z którą Genowia borykała się przez 

większość okresu jego panowania.

- Ja nie chcę wygłaszać mowy o KANALIZACJI - poinformowałam 

Grandmère. Prawdę mówiąc, w ogóle nie chciałam wygłaszać żadnej mowy. Ale 

wiedząc, że taką postawą nic nie zdziałam - ani u Grandmère, ani u doktora Bzika, 

którzy mają ze sobą bardzie wiele wspólnego, jak się nad tym zastanowić - 

zadowoliłam się jęczeniem na temat treści materiałów. - Grandmère, wszystkie te 

background image

papiery... One mówią głównie o genowiańskiej kanalizacji. Przecież ja nie mogę 

mówić do Domina Rei o KANALIZACJI. Nie ma pan tu czegoś... - obróciłam się do 

monsieur Christophe'a, który kręcił się w pobliżu i głośno sapał, ile razy któraś z nas 

brała te jego drogocenne dokumenty do ręki. - Czegoś bardziej OSOBISTEGO?

- Amelio, nie bądź śmieszna - skarciła mnie Grandmère. - Nie możesz czytać 

osobistych dokumentów swojego dziadka paniom z Domina Rei.

Prawdę mówiąc, wcale nie miałam na myśli Grandpere. Chociaż zostało po 

nim trochę błyskotliwej korespondencji pisanej w czasie wojny, miałam nadzieję na 

coś nieco mniej...

Męskiego? Nudnego? WSPÓŁCZESNEGO?

- A co z nią? - zapytałam, wskazując na portret, który wisiał we wnęce nad 

automatem z chłodzoną wodą. Był to w sumie bardzo przyjemny, niewielki obraz 

nieco pyzatej młodej dziewczyny w renesansowych ciuchach, osadzony w bogatej, 

grubo złoconej ramie.

- Z NIĄ? - Grandmère prawie parsknęła. - JĄ sobie daruj.

- A kto to jest? - spytałam. Głównie po to, żeby rozzłościć Grandmère, która 

najwyraźniej chciała dalej czytać o kanalizacji. Ale także dlatego, że to był bardzo 

ładny portret. A dziewczyna na nim miała taką smutną minę, jakby uczucie 

pogrążania się w starym zbiorniku na wodę nie było jej całkiem obce.

- To - odparł monsieur Christophe znużonym tonem - Jej Książęca Wysokość 

Amelia Wirginia Renaldo, pięćdziesiąta siódma władczyni Genowii, która panowała 

w roku 1669.

Parę razy zamrugałam powiekami. A potem spojrzałam na Grandmère.

- Dlaczego nigdy jej nie przerabiałyśmy? - spytałam. Bo wierzcie mi, 

Grandmère kazała mi zapamiętać całe moje drzewo genealogiczne. I nigdzie tam nie 

było żadnej Amelii Wirginii Renaldo. Amelia to w Genowii szalenie popularne imię, 

bo tak nazywała się nasza święta patronka, młoda wiejska dziewczyna, która 

uratowała księstwo przed obcym najeźdźcą, usypiając go za pomocą tęsknej pieśni, a 

potem odrąbując mu głowę.

- Bo panowała tylko przez dwanaście dni - powiedziała niecierpliwie 

Grandmère. - A potem umarła na morową zarazę.

- NAPRAWDĘ? - Nic na to nie mogłam poradzić. Zeskoczyłam z fotela i 

szybko podeszłam do automatu z wodą, żeby przyjrzeć się małemu portretowi. - 

Wygląda tak, jakby była w MOIM wieku!

background image

- Bo była - odparła Grandmère zmęczonym głosem. - Amelio, zechciałabyś 

usiąść, bardzo cię proszę? Nie mamy na to czasu. Gala odbędzie się za niecały 

tydzień, musimy SZYBKO wymyślić dla ciebie jakąś mowę...

- O mój Boże, to takie smutne. - Zdaje się, że jednym z objawów depresji jest 

to, że w zasadzie prawie cały czas się płacze. Bo mnie się znów zbierało na płacz. 

Księżniczka Amelia Wirginia była taka ładna, zupełnie jak Madonna, zanim się 

wzięła do makrobiotyki, kabały i podnoszenia ciężarów. I jeszcze miała pyzate 

policzki, i tak dalej. Wyglądała troszkę jak Lilly. O ile Lilly byłaby brunetką. I nosiła 

koronę i błękitną aksamitkę na szyi. - Ile ona miała lat, jakieś szesnaście?

- W rzeczy samej. - Monsieur Christophe podszedł i stanął obok mnie. - 

Okropnie się żyło w tamtych czasach. Zaraza dziesiątkowała nie tylko kraj, ale dwór 

książęcy także. Zabrała jej rodziców i wszystkich braci. W ten sposób właśnie 

odziedziczyła tron. Panowała tylko, jak powiedziała Jej Książęca Wysokość, przez 

dwanaście dni, a później sama też padła ofiarą czarnej śmierci. Ale podczas swojego 

panowania podjęła parę decyzji - jak na ówczesne lata, kontrowersyjnych - które 

koniec końców ocaliły wielu Genowiańczyków, o ile nie całą populację księstwa... 

Na przykład o zamknięciu portu Genowii dla wszystkich przypływających i 

odpływających statków oraz zamknięciu bram pałacu dla odwiedzających... Nawet 

lekarzy, którzy może zdołaliby ją jakoś uratować. Ale ona nie chciała ryzykować 

dalszego rozprzestrzeniania się zarazy wśród swojego ludu.

- O mój Boże - powiedziałam, kładąc dłoń na piersi i usiłując stłumić szloch. - 

To takie smutne! Gdzie są jej zapiski?

Monsieur Christophe podniósł na mnie roztargnione oczy (bo w swoich butach 

na platformach miałam gdzieś tak z metr osiemdziesiąt pięć, a to był tylko taki mały 

facecik - jak powiedziała Grandmère, ołowiany żołnierzyk).

- Słucham, Wasza Wysokość?

- Jej zapiski - powtórzyłam. - Księżniczki Amelii Wirginii. Chciałabym je 

zobaczyć.

- Na miłość boską, Amelio! - wybuchnęła Grandmère z taką miną, jakby 

naprawdę potrzebowała sidecara i papierosa, a nie herbaty i kanapeczek (bez 

majonezu), na które skazał ją wyrok lekarza. - Ona nie robiła żadnych zapisków! 

Borykała się z morową zarazą! Była za bardzo zajęta grzebaniem na pałacowym 

dziedzińcu zwłok swoich pokojówek.

- Właściwie - odezwał się z namysłem monsieur Christophe - pisała dziennik...

background image

- PROSZĘ NIE PRZYNOSIĆ ŻADNEGO DZIENNIKA. - Grandmère się 

poderwała. Wstając, zrzuciła z kolan Rommla, który spadł na podłogę i zaczął się 

ślizgać, usiłując złapać równowagę, aż wreszcie z ponurą miną zrejterował w odległy 

kąt pokoju. - NIE MAMY NA TO CZASU!

- Proszę mi przynieść ten dziennik - poleciłam monsieur Christophe'owi. - 

Chcę go przeczytać.

- W rzeczy samej - odezwał się archiwista. - Mamy tu tłumaczenie. Ponieważ 

pisany był w siedemnastowiecznej francuszczyźnie, no i był tak krótki - objął 

zaledwie dwanaście dni - zaczęliśmy pracować nad przekładem, ale okazało się, że to 

nie było dwanaście, hm, jakoś szczególnie znaczących dni w historii Genowii. 

Wystarczy zerknąć na pierwszych kilka stron, żeby przekonać się, że księżniczka 

dosyć sporo pisze o tęsknocie za swoją kotką...

Natychmiast zrozumiałam, że MUSZĘ to przeczytać.

- Chcę zobaczyć to tłumaczenie - powiedziałam.

A w tym samym momencie Grandmère się rozdarła:

- Amelio, SIADAJ!

Monsieur Christophe zawahał się, wyraźnie nie wiedząc, co zrobić. Z jednej 

strony jestem bliżej w kolejce do tronu niż Grandmère. Z drugiej, ona jest hałaśliwsza 

i o wiele bardziej przerażająca.

- Wie pan co? - szepnęłam cicho do monsieur Christophe'a. - Zadzwonię do 

pana później.

Ale nie musiałam. Jak tylko wydostałam się stamtąd i znalazłam we własnej 

limuzynie, zadzwoniłam do taty i powiedziałam mu, czego chcę.

Może uznał to za dziwactwo, ale nic takiego nie powiedział. Chociaż moje 

zainteresowanie czymkolwiek, co nie było związane z łóżkiem, musiał chyba uznać 

za poprawę mojego stanu.

W każdym razie, kiedy dotarłam do domu, czekała już na mnie paczka. Tata 

polecił monsieur Christophe'owi przesłać mi kurierem nie tylko tłumaczenie 

dziennika księżniczki Amelii Wirginii, ale i jej portret.

Portret oparłam o ścianę u stóp łóżka, tam, gdzie kiedyś stał mój telewizor. 

Bardzo ładnie zakrywa brzydki kontakt kablówki i widzę go dobrze z każdego kąta, 

kiedy leżę w łóżku.

Tak jak teraz.

Bo mogą mi odebrać telewizor.

background image

I mogą wyrzucać moje piżamy Hello Kitty.

I mogą mnie zmuszać do chodzenia do szkoły i na terapię.

Ale nie mogą mi zabronić leżenia we własnym łóżku!

(Chociaż muszę przyznać, że moje problemy bledną w porównaniu z 

problemami biednej księżniczki Amelii Wirginii. Ja przynajmniej nie mam 

MOROWEJ ZARAZY).

NIEDZIELA, 19 WRZEŚNIA, 23.00,

PODDASZE

Właśnie zdałam sobie sprawę, że minął dokładnie tydzień, odkąd zadzwonił 

do mnie Michael, żeby mi powiedzieć, że między nami wszystko skończone. Poza 

tym że możemy być przyjaciółmi.

Naprawdę nie wiem, co mam na ten temat powiedzieć. Jakaś część mnie nadal 

chce tylko wślizgnąć się do łóżka i płakać bez końca, oczywiście, chociaż może 

myślicie sobie, że do tej pory już się zdążyłam wypłakać (mimo to, ile razy pomyślę, 

że już nigdy nie weźmie mnie w ramiona, łzy od nowa napływają mi do oczu).

Ale potem myślę sobie, że wielu ludziom wiodło się gorzej ode mnie. Na 

przykład księżniczce Amelii Wirginii. Najpierw jej rodzice złapali zarazę i umarli. To 

nie było AŻ TAK straszne, bo ona nie utrzymywała z nimi zbyt bliskich kontaktów, 

ponieważ wysłali ją, żeby pobierała nauki w klasztorze, kiedy miała zaledwie cztery 

lata, więc na dobrą sprawę od tamtej pory prawie nie widywała własnej rodziny.

Ale potem na zarazę zmarli jej wszyscy bracia - czym również niespecjalnie 

się przejęła, bo ich też praktycznie nie znała.

To jednak oznaczało, że teraz ona znalazła się najbliżej w kolejce do tronu.

Dlatego te zakonnice kazały Amelii spakować rzeczy i wracać do pałacu, 

gdzie mieli ją koronować na władczynię Genowii. Amelia niespecjalnie się z tego 

ucieszyła, bo musiała zostawić w klasztorze swoją kotkę, Agnes - Claire.

Do genowiańskiego pałacu nie wpuszcza się kotów (to zadziwiające, że im 

bardziej czasy się zmieniają, tym bardziej pozostają te same).

A kiedy przyjechała do pałacu, brat jej ojca, wuj Francesco, którego w 

rodzinie nikt tak nie lubił od czasu, kiedy skopał rodzinnego psa, Pampusia (PSOM 

wolno w pałacu przebywać), już rozstawiał wszystkich po kątach.

O ile dobrze pamiętam historię Genowii (a wierzcie mi, po tych wszystkich 

torturach Grandmère, pamiętam), wuj Francesco - który stał się księciem Francesco 

background image

Pierwszym po śmierci Amelii (w sumie zresztą księciem Francesco JEDYNYM, bo 

był tak podłym człowiekiem, że po jego śmierci nikt w Genowii nigdy nie nazwał 

dziecka jego imieniem) - był ogólnie znienawidzony, i to nie tylko przez własną 

rodzinę. To najgorszy władca, jakiego kiedykolwiek miała Genowia, bo próbował 

obciążyć ludność tak dotkliwymi podatkami po pladze zarazy, chcąc nadrobić 

stracone dziesięciny, że wielu ocalałych zginęło śmiercią głodową.

Miał poza tym reputację rozpustnika (o czym świadczy liczba prawie 

trzydzieściorga nieślubnych dzieci, z których wszystkie wysuwały roszczenia do 

tronu, kiedy zmarł). W gruncie rzeczy za czasów panowania Francesca niewiele 

brakowało, a Genowia zostałaby przyłączona do Francji, bo książę miał takie długi 

karciane, że w jakimś momencie zastawił nawet klejnoty koronne w czasie partyjki 

kart z Williamem III Angielskim (odzyskano je dopiero całe sto lat później, kiedy 

przebiegła księżniczka Margarethe odebrała je, uwiódłszy Jerzego III, o którym 

mówiło się, że ma nie wszystkie klepki pod sufitem).

W każdym razie, ponieważ Francesco praktycznie już się uważał za władcę, 

chociaż jeszcze nim nie był, biedna Amelia nie miała nic do roboty. A więc jak każda 

znudzona nastolatka, która nawet nie ma z kim pogadać - wszystkie damy dworu 

poumierały na zarazę - poszła do pałacowej biblioteki i zaczęła czytać wszystkie 

leżące w niej księgi. Trochę tak jak Piękna w Pięknej i Bestii! Tyle, że gdyby Bestia 

był jej wujem, znikłaby szansa na romans.

No i zamiast tańczących imbryków do herbaty i świeczników, w pałacu byli 

tylko chorzy kanclerze i inni tacy.

Tyle przeczytałam. Takie to nudne, że korci mnie, żeby nie czytać dalej.

Ale chcę się dowiedzieć, co się stało z kotką.

Właśnie dostałam maila. Sami zobaczcie:

Czirlid: Cześć, Mia! To ja, Lana. Mam nadzieję, że dobrze się 

bawiłaś wczoraj wieczorem. Ominęła cię NIESAMOWITA 

impra. Zdjęcia z niej możesz zobaczyć na 

www.lastnightsparty.com. OMB, w drodze do domu wpadłam 

chyba na twoją przyjaciółkę, Lilly - lizała się z jakimś ninja w 

Around the Clock. Ale co ona robi z jakimś tam ninja? 

Zdecydowanie za intensywnie imprezowałam. No i jak ci się 

nosi te Louboutains z Saks? Szkoda, że nie wolno nam 

background image

wkładać szpilek do szkoły. Buziaki! - Lana.

A więc romans Lilly z jednym z przyjaciół Kenny'ego z sekcji boksu tajskiego 

kwitnie! O ile to, co ich łączy, da się nazwać „romansem”.

Kiedy Lilly zrozumie, że nigdy nie odnajdzie uczuciowego spełnienia, którego 

szuka, w związkach opartych wyłącznie na czysto fizycznej fascynacji? No bo któryż 

tajski bokser zdoła intelektualnie dotrzymać kroku Lilly? Rzuci go jak psa, kiedy 

tamten zdoła otworzyć usta.

To smutne. Można by pomyśleć, że córka dwojga psychoanalityków będzie 

umiała rozpoznać własne patologiczne zachowania.

Ale ponieważ Lilly, w przeciwieństwie do mnie, nie uczęszcza na regularną 

terapię, wydaje jej się, że nie ma żadnego problemu.

Ha!

A to mi przypomina - jutro szkoła.

A ja w ogóle nie zaczęłam nadrabiać zaległości.

Ciekawe, czy udałoby mi się dostać zwolnienie od doktora Bzika? „Proszę 

zwolnić Mię z odrabiania prac domowych. Jest pogrążona w depresji. Z poważaniem, 

doktor Arthur T. Bzik”.

Tak. To by podziałało. Zwłaszcza na panią Martinez...

O MÓJ BOŻE. Właśnie w mojej skrzynce znalazł się kolejny mail od 

Michaela.

Dobra, muszę przestać z tymi atakami paniki, ile razy to się zdarza. Jesteśmy 

teraz przyjaciółmi. Będzie czasami do mnie pisał. Muszę przestać dostawać świra, ile 

razy to zrobi. Muszę zachowywać się normalnie. Nie mogę hiperwentylować za każ-

dym razem, kiedy mnie dosięgnie przez cyberprzestrzeń.

Jestem pewna, że on pisze nie dlatego, że zdał sobie sprawę, jaką okropną 

pomyłkę popełnił, mówiąc, że chce, żebyśmy byli wyłącznie przyjaciółmi, i pragnie, 

żebyśmy do siebie wrócili. Jestem pewna, że wcale nie o to chodzi. Jestem pewna, że 

tylko zastanawia się, czemu na poprzedniego maila nie odpisałam.

A może jestem u niego na jakiejś liście mailingowej i to tylko jego kolejna 

historyjka o wiecznych poszukiwaniach japońskich kanapek z jajkiem.

Lepiej to otworzę, bo inaczej nigdy się nie dowiem.

Może tylko zaczekam, aż serce przestanie mi tak mocno walić...

background image

SkinnerBx: Cześć, Mia.

Hej, słyszałem, że miałaś grypę. Fatalna sprawa.

Mam nadzieję, że już się lepiej czujesz.

Tutaj nadal wszystko w porządku. Pracujemy pełną parą przy 

pierwszym etapie konstrukcji tego robotycznego ramienia - 

czy Charliego, jak zaczęliśmy je nazywać. Zaczynam się 

przyzwyczajać do jedzenia, chociaż maleńkie kalmary to 

naprawdę nie jest moja ulubiona przekąska.

Rozumiem, że moja siostra daje ci nieźle popalić. Mia, wiesz 

jaka jest Lilly. W końcu jej przejdzie. Musisz tylko dać jej 

trochę czasu.

Wiem, że nie czujesz się najlepiej i pewnie jesteś zasypana 

lekcjami i książęcymi obowiązkami, ale jeśli znajdziesz 

chwilę, chętnie bym się dowiedział, co u ciebie.

Michael

O... Boże.

Kiedy już przez pół godziny popłakałam sobie nad tym mailem, skasowałam 

go bez odpowiadania.

Bo, dajcie spokój. NIE MOGĘ być jego przyjaciółką.

Po prostu nie mogę.

Już wolałabym morową zarazę.

PONIEDZIAŁEK, 20 WRZEŚNIA,

FRANCUSKI

Mia, co czytasz?

Nic takiego, Tina. To tylko pamiętnik jednej z moich przodkiń.

Jest w nim coś o miłości???

Hm... Raczej nie. W sumie jest dość nudny. Teraz pisze szkic jakiegoś 

rozporządzenia, opartego na czymś, co przeczytała w pałacowej bibliotece. 

Nie, żeby to komuś miało wyjść na dobre. Tak samo jak wszyscy inni w 

background image

pałacu, na koniec umrze na morową zarazę.

To w ogóle nie brzmi jak coś, co lubisz czytać!

Tak, wiem. Sama nie wiem, co się ze mną ostatnio dzieje.

Cóż, wiele się wydarzyło. To naturalne, że z czasem dorastasz i się zmieniasz. 

A skoro mowa o dorastaniu - to twój nowy mundurek?

Owszem. Dzięki Bogu, już przyjechał. Myślałam, że w tym starym się uduszę. 

Chociaż pewnie to i tak nic w porównaniu z gorsetami, które musiały nosić 

moje przodkinie. Hej, słyszałaś, że Lilly w ten weekend umówiła się ze swoim 

tajemniczym tajskim bokserem?

Nie! Skąd o tym wiesz?

Hm, już nie pamiętam. Ale mówię ci, T., to poważna sprawa. Musisz jakoś 

sprawdzić tego faceta pod 411! Lilly może coś naprawdę grozić.

Nie jestem pewna. Ostatnio też nie zaliczam się do przyjaciółek Lilly. A może 

mnie znielubiła za to, że trzymam z tobą. Lepiej poproś o to Kenny'ego na 

chemii.

Racja. O mój Boże, wiedziałaś, że w siedemnastym wieku ludzie dawali sobie 

wszy, które na sobie zabili, w medalionach, na znak uczucia?

Obrzydlistwo! Cieszę się, że my za to mamy butiki Claire.

Właśnie.

PONIEDZIAŁEK 20 WRZEŚNIA,

ROZWÓJ ZAINTERESOWAŃ

Wiecie co, myślałam, że gorzej już być nie może, bo chłopak mnie rzucił, a 

najlepsza przyjaciółka uznała, że jestem zdradliwą suką, i przestała się do mnie 

background image

odzywać. I jeszcze ktoś założył stronę internetową o tym, jaką jestem kompletną 

kretynką i jak bardzo mnie nienawidzi.

A potem Lana postanowiła zostać moją nową najlepszą przyjaciółką.

Słuchajcie, wcale nie twierdzę, że nie przydadzą mi się nowi przyjaciele. Bo 

Bóg mi świadkiem, przydadzą się.

Ale nie jestem pewna, czy muszę mieć AŻ TYLU PRZYJACIÓŁ, ilu mam 

akurat teraz.

Zwłaszcza, że tak naprawdę chce mi się tylko wrócić do łóżka i tam już 

zostać.

Najchętniej na zawsze.

Ale nie. Najwyraźniej to o wiele za wysokie oczekiwania.

Bo dzisiaj przy lunchu, kiedy chciałam usiąść obok Tiny, Borisa i J.P, ze 

zdumieniem zobaczyłam, że Lana i Trisha też stawiają tace obok mojej.

- O mój Boże - jęknęła Lana, kiedy zobaczyła, co jem na lunch. - Jesz hot 

doga z kukurydzą? Masz pojęcie, ile w tym jest węglowodanów? Nic dziwnego, że 

przytyłaś o cały rozmiar. Hej, to te nowe kolczyki kupione w sobotę? Fajnie wy-

glądają.

No jasne. Wydało się.

Wydało się, że zostałam przyjaciółką Lany.

No cóż, nieważne. Nie jest AŻ TAK zła, chociaż w przeszłości miewałyśmy 

nieporozumienia.

Ale naprawdę zna wiele rewelacyjnych wskazówek co do powstrzymywania 

się od ogryzania paznokci (malować je każdego wieczoru przed położeniem się spać 

Sally Hansen Hard As Nails, a przedtem wsmarować w skórki preparat z oliwką).

Tina gapiła się na Lanę z szeroko otwartymi ze zdumienia ustami, na co 

Trisha powiedziała:

- Kotuś, zrób zdjęcie, to się dłużej tym nacieszysz.

A potem stwierdziła, że podoba jej się sposób, w jaki Tina używa eyelinera, i 

spytała, czy taki makijaż oczu nakazuje jej religia.

Na co Tina zakrztusiła się kanapką z tuńczykiem.

- Czy ktoś z was ma rachunek różniczkowy z Schuylerem? - spytała Lana. - 

Bo nie mam, choroba, zielonego pojęcia, o co chodziło na tej lekcji.

Na co Boris odparł ze zbolałą miną:

- Hm... Ja mam.

background image

A potem resztę przerwy na lunch spędził, pomagając Lanie odrobić pracę 

domową, a Tina resztę przerwy spędziła, demonstrując Trishi jak maluje sobie oczy, a 

J.P. spędził resztę przerwy, śmiejąc się złośliwie w swoje chili (bez kukurydzy).

A ja chciałam chociaż poczytać sobie to tłumaczenie pamiętnika Amelii. Ale 

nie mogłam, bo jakby to wyglądało. No rozumiecie, aspołecznie.

Wystarczy stawianych mi zarzutów, bez dodawania do tej listy etykietki osoby 

aspołecznej.

Ale zauważyłam, że Lilly rzuciła mi przez ramię wyjątkowo nienawistne 

spojrzenie, kiedy odnosiła swoją tacę po lunchu.

Ale to pewnie dlatego, że Lana właśnie wpinała mi we włosy te maleńkie 

spinki, a Lilly jest trochę uprzedzona do poprawiania sobie urody w stołówce.

PONIEDZIAŁEK, 20 WRZEŚNIA,

CHEMIA

J.P. dopytuje się, jakim cudem przez sam fakt, że poszłam z Laną na zakupy, 

stałam się jedną z osób na topie.

Tłumaczyłam mu, że my z Laną nie poszłyśmy na jakieś tam zakupy, 

poszłyśmy kupować STANIKI.

Na co J.P. powiedział:

- Proszę, opowiedz mi o tym dokładnie. To znaczy, ZE SZCZEGÓŁAMI.

Ale ja byłam za bardzo pochłonięta czytaniem, jak wuj księżniczki Amelii, 

Francesco, wpadł do pałacowej biblioteki i nakazał spalenie wszystkich ksiąg, ot tak, 

żeby zrobić jej na złość. Jestem pewna, że zrobił to, bo wiedział, że Amelia je lubi, a 

nie dlatego, że uważał, iż przyczyniają się do roznoszenia zarazy.

Jak by to samo w sobie nie było już wystarczająco przykre, wrzucił też do 

ognia szkic rozporządzenia, które tak starannie napisała i podpisała - i to w obecności 

ŚWIADKÓW. Nie byle jakie osiągnięcie, skoro w pałacu trudno było znaleźć dwie 

żywe dusze skłonne poświadczyć podpisany dokument. I to mimo że Amelia 

wyjaśniła mu, że to, co przygotowała, miało w przyszłości służyć dobru ludu 

Genowii! O które, jej zdaniem, wuj zupełnie nie dbał. Zwłaszcza, że ludzie padali jak 

muchy, a on i tak wciąż pozwalał zagranicznym statkom cumować w porcie, co chyba 

łączyło się z dalszym rozprzestrzenianiem się zarazy...

Amelia oskarżyła wuja o to, że dba wyłącznie o dostawy oliwy z oliwek. Dla 

wuja Francesca rzeczywiście tylko oliwa się liczyła. No i jeszcze korona.

background image

Ale nie! Uznał, że palenie książek (i rozporządzeń) to odpowiedź na ich 

wszystkie problemy!

Naprawdę chciałam czytać dalej, bo wreszcie coś udało się Amelii osiągnąć 

(chociaż, ostatecznie, wszystko miało się skończyć źle). Ale Kenny wrzasnął na mnie, 

że jeśli nie będę pomagała w eksperymencie, to mogę się szykować na pałę, która mi 

się słusznie należy.

No więc mieszam. Co by wyjaśniało, czemu charakter pisma tak mi się 

pogorszył.

PONIEDZIAŁEK, 20 WRZEŚNIA,

PODDASZE

Chociaż nadal tkwię na dnie otchłani rozpaczy, i tak dalej, to po szkole 

miałam dzisiaj całkiem niezły humor, bo:

1. Żadnych lekcji etykiety.

2. Chociaż nie mam telewizora, trafiło mi się coś totalnie rewelacyjnego do 

czytania.

Miałam szczery zamiar zdjąć szkolny mundurek, włożyć dres, zwinąć się na 

łóżku i poczytać o mojej przodkini.

Ale moja (przyznaję, umiarkowana) radość była krótkotrwała, bo kiedy 

weszłam na poddasze, zastałam pana G. przy jadalnym stole, nad stosem wszystkich 

lekcji, które opuściłam w zeszłym tygodniu.

- Siadaj - powiedział odsuwając krzesło.

Usiadłam.

A teraz zabieramy się do powtórki. Każdy przedmiot po kolei.

To jest potworna niesprawiedliwość.

PONIEDZIAŁEK, 20 WRZEŚNIA, 23.00,

PODDASZE

O mój Boże, ależ jestem zmęczona. A nawet nie doszliśmy do połowy tej 

powtórki.

I w ogóle PO CO oni nas tak zawalają robotą? Czy nie wiedzą, że to, co robią, 

sprawia, że jeszcze bardziej upadamy na duchu? Czy tego pragną ludzie sprawujący 

władzę? Całego pokolenia zranionych, złamanych dusz?

background image

Nic dziwnego, że tylu nastolatków sięga po narkotyki. Ja też bym sięgnęła, 

gdybym nie była aż tak padnięta. I gdybym miała do nich jakiś dostęp.

Okazuje się, że wujowi Francesco nie spodobało się, że Amelia zarzuciła mu, 

że on w ogóle nie dba o lud Genowii. Powiedział jej, że gdyby sama dbała o lud 

Genowii, to by abdykowała i przekazała tron jemu. Bo jest tylko dziewczyną, która 

nie ma zielonego pojęcia o tym, co robić.

!!!!!!!!!!!!!!

Ale Amelia chyba miała więcej pojęcia o tym, czym się zajmowała, niż to 

pokazywała po sobie, bo napisała KOLEJNE rozporządzenie - tym razem nakazujące 

zamknięcie wszystkich genowiańskich portów i dróg. Nikomu nie wolno było 

wjeżdżać do kraju ani go opuszczać. Zrobiła to, bo uważała, że w ten sposób uda się 

zmniejszyć rozprzestrzenianie się zarazy skuteczniej, niż paląc wszystkie księgi w 

całej Genowii.

Ha! I co teraz, Francesco, ty cieniasie?

Poza tym z całego miasta kazała sprowadzić do pałacu najlepsze łowne koty. 

Bo nie mogła nie zauważyć, że w miejscach, gdzie były koty, zaraza jakoś nie 

wybuchała - na przykład w klasztorze, w którym zostawiła Agnes - Claire.

Jak na dziewczynę, która żyła w siedemnastym wieku, kiedy jeszcze nie 

wiedzieli, co to zarazki, księżniczka Amelia była całkiem bystra.

Aha, i kazała jeszcze wyrzucić z pałacu swojego wuja.

Ludzie. A ja uważałam, że MOJA rodzina jest patologiczna.

WTOREK, 21 WRZEŚNIA,

WSTĘP PO TWÓRCZEGO PISANIA

Okazuje się, że nie tylko moi krewni sprzysięgli się przeciwko mnie. Kiedy 

weszłam dzisiaj do szkoły, natknęłam się na czekającą na mnie dyrektor Guptę. 

Kiwając zakrzywionym palcem, pokazała mi, że mam iść za nią do jej gabinetu. Lars 

i ja wymieniliśmy spanikowane spojrzenia, zastanawiając się, co tym razem 

mogliśmy przeskrobać.

A przynajmniej, co ja mogłam przeskrobać. Byłam pewna, że dyrektor Gupta 

jakoś się musiała dowiedzieć, że to ja uruchomiłam alarm przeciwpożarowy, kiedy 

wcale nie było pożaru. Było to wprawdzie rok temu, ale może aż tyle czasu zajęło im 

przejrzenie wszystkich nagrań z tych kamer na korytarzach czy coś...

Ale okazało się, że to nie miało z tym nic wspólnego. Natomiast 

background image

skonfiskowała mój pamiętnik.

Piszę teraz w swoim zeszycie do chemii.

Dyrektor Gupta powiedziała:

- Mia, rozumiem, że przechodzisz obecnie jakieś trudne chwile. Ale masz 

coraz gorsze stopnie. Jesteś już w trzeciej klasie liceum. Niedługo uczelnie zaczną się 

interesować twoimi osiągnięciami.

Chciałam jej powiedzieć to, co wszyscy doskonale wiedzieli: że dostanę się na 

każdą uczelnię, na jaką złożę papiery. Bo jestem księżniczką. Wolałabym, żeby tak 

nie było. Ale tak jest. Nawet Trisha o tym wie.

- Słyszałam od pani Ports - ciągnęła dyrektor Gupta - że któregoś dnia pisałaś 

pamiętnik nawet w czasie lekcji wuefu. Tak dalej nie może być. Nie możesz 

oczekiwać, że jakoś się prześlizgniesz tylko dlatego, że jesteś osobą sławną.

I mówić tu o niesprawiedliwości! Nigdy nie wykorzystywałam tej swojej 

niewielkiej sławy, żeby się prześlizgiwać!

- Od tej chwili wiedz, że pisanie pamiętnika w czasie lekcji jest verboten 

rzekła dyrektor Gupta. - Zatrzymuję twój pamiętnik - nie martw się, NIE ZAJRZĘ do 

niego - do końca dzisiejszych lekcji. Potem go możesz odebrać. I bądź tak dobra, od 

jutra nie przynoś go do szkoły. Czy to jasne?

Co miałam powiedzieć? Miała trochę racji.

Zapowiedziała moim wszystkim nauczycielom, że mają mi odbierać wszelkie 

papiery, na których będę coś pisać, chyba że jest to związane z lekcją. Teraz uchodzi 

mi to na sucho tylko dlatego, że pani Martinez myśli, że to zadanie z kreatywnego 

pisania, które właśnie nam wyznaczyła, to znaczy opis chwili, która do głębi nas 

poruszyła.

Wiecie, jaka chwila poruszyła mnie do głębi?

Ta, w której dyrektor Gupta zamknęła mój pamiętnik w szkolnym sejfie. 

Poczułam się tak, jakby ktoś wybebeszył mi wnętrzności jednorazowym długopisem 

Bic.

WTOREK, 21 WRZEŚNIA,

ANGIELSKI

Mia - gdzie twój pamiętnik?

Nie chcę o tym rozmawiać.

background image

Och. Okay, przepraszam!

Nie, to ja przepraszam. Byłam niegrzeczna. Tylko, że... Dyrektor Gupta mi go 

zabrała. Bo mam coraz gorsze stopnie.

Och, Mia! To okropne!

Nie, wcale nie. To moja wina. Liścików też nie wolno mi przesyłać. 

Nauczyciele mają mi zabierać wszystko, co piszę, a co nie jest związane z 

lekcjami. Więc uważaj.

No to będziemy uważać. W każdym razie, chciałam powiedzieć - trochę 

dziwnie to wczoraj wypadło przy lunchu, prawda? Nie wiedziałam, że jesteście 

z Laną tak zaprzyjaźnione! Kiedy do tego doszło? To znaczy, o ile mogę 

zapytać?

Nie ma sprawy. Powinnam była ci powiedzieć. Dziwnie się z tym wszystkim 

czułam. Wiem, że w przeszłości bywała wobec ciebie naprawdę podła i nie 

chciałam - no, nie chciałam, żebyś mnie znienawidziła.

Mia! Nie mogłabym cię znienawidzić! Wiesz o tym!

Dzięki, Tina. Ale jesteś wyjątkiem.

Co ty wygadujesz? A kto by mógł ciebie znienawidzić?

Ugh... Wielu ludzi mnie nienawidzi. A już Lilly NAJBARDZIEJ.

Przecież wiesz, dlaczego ona cię nienawidzi.

Racja. Twoja teoria o J.P. jest błędna. Mam pod koniec tygodnia wygłosić 

mowę na takiej jednej imprezie charytatywnej. Matka Lany ją organizuje i 

jedno jakoś doprowadziło do drugiego, i... Wiesz, ona naprawdę wcale nie jest 

taka zła. To znaczy, jest ZŁA. Ale chyba nie AŻ TAK zła, jak przedtem 

background image

myślałyśmy. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Chyba tak. Kiedy rzuca te swoje kąśliwe uwagi, ma się wrażenie, że nie umie 

mówić innych rzeczy niż te, które bolą.

Właśnie. Trochę tak jak Lindsay Lohan.

Dokładnie! Ale mimo wszystko, Lilly chyba nie jest z tego powodu szczęśliwa.

O co ci chodzi? Mówiła coś na mój temat?

DO MNIE też już się nie odzywa, skoro przyjaźnię się z tobą, więc nie, nic mi 

na ten temat nie mówiła. Ale widziałam, jak ci rzuca wredne spojrzenia przez 

pól stołówki.

Och, tak. Też je zauważyłam. Ja...

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

Nie będę pisała liścików na lekcjach.

background image

WTOREK, 21 WRZEŚNIA,

LUNCH

CIĄGLE przepraszam Tinę za to, że przeze mnie wpadła na angielskim. 

Dzięki BOGU, że przynajmniej nie odczytano tych naszych liścików głośno. Chociaż 

tyle dobrego.

Tina mówi, żeby się nie przejmować, że nic takiego się nie stało.

Ale to NIE JEST nic takiego. W głowie mi się nie mieści, że ciągnę za sobą w 

dół swoich przyjaciół. To okropne, muszę PRZESTAĆ.

W każdym razie nie mogą mi zakazać pisania w czasie LUNCHU. Nawet jeśli 

robię to w swoim zeszycie do chemii.

Chociaż bardzo trudno jest pisać, kiedy Lana co kilka chwil mnie trąca i 

mówi:

- Zaraz, więc Gupta powiedziała ci, że musisz bardziej się starać, jeśli chcesz 

dostać się na studia? O mój Boże, przecież to bardzo łatwo da się załatwić. Zapisz się 

do Spirit Squad. Serio, my NIC nie musimy robić. Tylko co jakieś pięć tygodni 

organizujemy kiermasz dobroczynny. Och, wiem! Możesz dołączyć do Hola - Klubu 

Hiszpańskiego! Po prostu siedzimy sobie i oglądamy filmy po hiszpańsku. Na 

przykład ten, w którym faceci walczą na śmierć połciami szynek. No cóż, w klasie 

tego filmu nie oglądaliśmy, bo było w nim za dużo seksu. Z Trishą obejrzałyśmy go 

w domu na dodatkowy stopień. Ach, i jest jeszcze komitet taneczny! Teraz pracujemy 

nad Balem Różnic Kulturowych! W tym roku będzie rewelacyjnie, może uda nam się 

na odmianę zamiast DJ - a zatrudnić prawdziwą kapelę! I jest jeszcze pomaganie w 

lekcjach. Ja pomagam w lekcjach takiej naprawdę słodkiej drugoklasistce. Nauczyłam 

ją robić równe kreski eyelinerem.

A ja odpowiadam tylko:

- Hm. Wiesz, ja i tak mam dość roboty z tytułu swoich książęcych 

obowiązków. I piszę dla szkolnej gazety.

- Racja - stwierdziła Lana. - Hej, a co sądzisz o tym brokacie? Na moich 

paznokciach?

Kiedy moje życie zamieniło się w coś takiego?

A, racja, pamiętam. Tego dnia, kiedy chłopak mnie rzucił, a ja straciłam 

wszelką ochotę do życia.

background image

WTOREK, 21 WRZEŚNIA,

ROZWÓJ ZAINTERESOWAŃ

Dobra, tu nie mogą mnie powstrzymać od pisania, bo:

A) I tak nikt nie wie, co powinnam robić na tej głupiej lekcji, biorąc pod 

uwagę, że nie mam żadnych rozwiniętych zainteresowań.

B) Pani Hill i tak tu nie ma. Na eBay musi trwać jakaś aukcja, którą usiłuje 

wygrać, czy coś, bo siedzi w pokoju nauczycielskim.

W każdym razie właśnie zdarzyło się coś niesamowicie dziwnego. Po lunchu 

poszłam do łazienki dla dziewczyn i kiedy myłam ręce, Lilly wyszła z jednej z kabin i 

TEŻ zaczęła myć ręce.

Totalnie mnie ignorowała, jakbym w ogóle nie istniała. Tylko gapiła się na 

siebie w lustrze.

Nie wiem, co mnie napadło. Nagle poczułam, że dłużej już tego nie zniosę. 

Zakręciłam kran, złapałam parę papierowych ręczników i wycierając ręce O MAŁY 

WŁOS nie powiedziałam: Wiesz co, Lilly? Możesz mnie ignorować, ile ci się żywnie 

podoba, ale to nie zmieni faktu, że nie masz racji. JA NIE SPOWODOWAŁAM 

waszego zerwania z J.P. I WCALE z nim nie chodzę. Jesteśmy TYLKO przyjaciółmi. 

W głowie mi się nie mieści, że po tych wszystkich latach przyjaźni w ogóle możesz 

coś takiego sobie o mnie POMYŚLEĆ. A poza tym wiesz, że kocham twojego brata, 

mimo że teraz jesteśmy wyłącznie przyjaciółmi.

Ale nie powiedziałam.

Nie powiedziałam ani słowa.

Bo niby dlaczego miałam coś mówić? Dlaczego to JA miałabym robić 

pierwszy krok, kiedy nie zrobiłam nic złego? To ONA postanowiła się do mnie nie 

odzywać, kiedy to MNIE dopadło wielkie osobiste cierpienie. Czy ona choć na chwilę 

zastanowiła się, że może teraz przydałaby mi się przyjazna dusza? Czy jej w ogóle 

przyszło do głowy, że to nie jest najlepszy moment, żeby fundować mi ciche dni?

Bo wydaje mi się, że ile razy w moim życiu rozgrywa się jakiś osobisty 

dramat - kiedy odkryłam, że jestem księżniczką, kiedy jej brat mnie rzucił - Lilly 

odwraca się do mnie plecami.

Ale Lilly musiała się zorientować, że mam ochotę coś powiedzieć, bo rzuciła 

mi wyjątkowo wredne spojrzenie. A potem opłukała ręce, zakręciła kran, też złapała 

parę ręczników, wyrzuciła je do kosza - takim samym ruchem, jakim, zdaje się, 

background image

cisnęła do śmieci naszą przyjaźń - i wyszła bez jednego słowa.

Niewiele brakowało, a pobiegłabym za nią. Naprawdę. O mało za nią nie 

pobiegłam i nie powiedziałam, że przepraszam za wszystko, co mogłam zrobić, i że 

wiem, że jestem dziwadłem, ale naprawdę próbuję coś z tym zrobić. Niemal 

powiedziałam: Słuchaj, chodzę na terapię. Jesteś zadowolona? Doprowadziłaś mnie 

do tego, że chodzę na terapię!

Ale, po pierwsze, wiem, że to nieprawda. Nie trafiłam na terapię przez Lilly 

ani przez Michaela, ani przez nikogo innego, tylko przez Wielką Dziurę.

A co, jeśli powiedziałaby Michaelowi? Potem on by sobie pomyślał, że jestem 

tak zdruzgotana po naszym rozstaniu, że mam aż myśli samobójcze.

Których nie miewam.

Jestem po prostu smutna. Doktor Bzik tak powiedział.

Pozwoliłam jej odejść. I nie powiedziałam ani jednego słowa.

A teraz siedzę tu, na RZ, i patrzę, jak gawędzi sobie z Perin na temat tej 

inicjatywy z wieżami telefonii satelitarnej.

I wiecie co? Nie jestem wcale pewna, czy jeszcze chcę mieć taką przyjaciółkę. 

Bo nawet Lana Weinberger jest LEPSZĄ przyjaciółką niż kiedykolwiek była nią 

Lilly. Z Laną człowiek przynajmniej wie, na czym stoi. To prawda, że jest całkowicie 

zaabsorbowana sobą i płytka. Ale przynajmniej nie usiłuje udawać, że jest kimś 

innym. W przeciwieństwie do niektórych osób.

Boże, będę miała STRASZNIE DUŻO do omówienia z doktorem Bzikiem w 

piątek.

WTOREK, 21 WRZEŚNIA, 16.00,

U CHANEL

Kiedy poszłam do niej po odbiór swojego pamiętnika, dyrektor Gupta 

powiedziała do mnie takim wielce znaczącym tonem:

- Mia, POROZMAWIAJMY.

Musiałam więc usiąść i wysłuchiwać jej gadaniny o tym, jaką jestem bystrą 

dziewczyną, ile mam różnych cennych zalet - że to szkoda, iż zrezygnowałam z 

udzielania się w samorządzie uczniowskim i że w tym roku nie biorę większego 

udziału w zajęciach pozalekcyjnych. Uczelnie, powiedziała, zwracają uwagę na inne 

rzeczy poza stopniami i opiniami nauczycieli. Chcą, żeby kandydaci na studia mieli 

też inne, pozaakademickie zainteresowania.

background image

Lana miała totalną rację z tym Hola.

- Mia - ciągnęła dyrektor Gupta. - W tym semestrze nie byłaś na ani jednym 

kolegium redakcji gazety.

Miałam nadzieję, że tego nie zauważyła.

- Jak na razie to trochę trudny semestr dla mnie.

- Wiem - przytaknęła dyrektor Gupta. Za szkłami okularów jej oczy były dość 

łagodne. Chociaż raz. - Widać, że ostatnio masz wiele zmartwień. Ale nie możesz się 

tak opuszczać we wszystkim z powodu jakiegoś chłopaka, Mia.

Przerażona, wytrzeszczyłam na nią oczy. Nie wierzyłam, że ona jest w stanie 

coś takiego POWIEDZIEĆ.

- Nie opuszczam się - wyjąkałam. - To nie ma nic wspólnego z Michaelem. To 

znaczy, owszem, smutno mi, że zerwaliśmy. Ale, to tylko... Dzieje się poza tym o 

wiele więcej.

- Naprawdę martwi mnie to - powiedziała dyrektor Gupta - że, jak mi się 

zdaje, ze starych przyjaźni też zrezygnowałaś. Zauważyłam, że już nie siedzisz przy 

lunchu z Lilly Moscovitz.

- To ONA nie siedzi ze mną - sprostowałam oburzona. - To nie ja...

- Zauważyłam również, że zamiast tego spędzasz czas w towarzystwie Lany 

Weinberger. - Usta dyrektor Gupty zacisnęły się tak samo, jak u mojej mamy, kiedy 

jest na coś wściekła. - I chociaż muszę przyznać, że cieszy mnie, że ty i Lana już 

sobie nie skaczecie do oczu, nie mogę przestać się zastanawiać, czy to naprawdę 

osoba, z którą aż tak wiele cię łączy...

Teraz, kiedy mam biust, mnóstwo mnie z nią łączy. Ona wie WSZYSTKO o 

sposobach zakrywania sterczących sutków.

Oraz o tym, jak je eksponować, kiedy trzeba.

- Pani dyrektor, naprawdę doceniam pani zaangażowanie - oświadczyłam. - 

Ale musi pani pamiętać o jednym.

Spojrzała na mnie z wyczekiwaniem.

- Tak?

- Jestem księżniczką. Dostanę się na każdą uczelnię, na jaką złożę papiery, bo 

uczelnie będą się przechwalać, że uczy się u nich na pierwszym roku dziewczyna, 

która pewnego dnia będzie rządziła całym państwem. Więc to naprawdę bez 

znaczenia, czy dołączę do Klubu Hiszpańskiego albo do Spirit Squad, czy coś. Ale... - 

Pomachałam do niej swoim pamiętnikiem. - Dzięki za troskę.

background image

Kiedy tylko wyszłam z gabinetu doktor Gupty, rozdzwoniła się moja 

komórka, a ja spojrzałam na nią i zobaczyłam, że to Grandmère.

Super. Ten dzień nie mógł się jeszcze lepiej potoczyć.

- Amelio? - powiedziała śpiewnie, kiedy odebrałam. - Co cię zatrzymuje? Ja 

CZEKAM.

- Grandmère? Ale o co ci chodzi? W tym tygodniu nie mamy lekcji etykiety, 

zapomniałaś?

- Wiem o tym. Czekam na ciebie pod szkołą w limuzynie. Dzisiaj jedziemy do 

Chanel znaleźć coś, co będziesz mogła włożyć na tę piątkową galę. Zapomniałaś?

Tak, zapomniałam. Ale jaki miałam wybór? Żadnego.

Więc siedzę teraz u Chanel.

Personel bardzo się ucieszył moimi nowymi wymiarami. Głównie dlatego, że 

nie będą już musieli zbierać zaszewek na biuście w każdej sukience, którą wybierze 

dla mnie Grandmère.

Kostium, jaki dla mnie znalazła na tę galę, jest całkiem niezły. Wreszcie 

pozwala mi nosić coś czarnego.

- Twój pierwszy kostium Chanel - mruczy co chwila i wzdycha. - Jak ten czas 

leci! A zdaje się, że zaledwie wczoraj byłaś czternastolatką o podrapanych kolanach, 

która przyszła do mnie, nie mając nawet pojęcia, jak używać widelca do ryb! A teraz, 

spójrz tylko na siebie! BIUST!

I co jeszcze? Nigdy nie miałam podrapanych kolan.

A potem Grandmère wręczyła mi mowę, którą kazała dla mnie napisać. Na tę 

galę. Chyba darowała sobie pomysł, żebym sama napisała wystąpienie. Zdecydowała 

się wynająć byłą autorkę przemówień prezydenckich i poleciła jej stworzyć 

dwudziestominutowe wystąpienie na temat systemu kanalizacyjnego Genowii. 

Najwyraźniej ta zatrudniona przez nią autorka jest bardzo sławna i to ona napisała 

pewne słynne przemówienie o „tysiącu świetlnych punktów”.

Chyba musiała kiedyś pisać dla Star Trek: Następne pokolenie czy coś.

Grandmère mówi, że mam się nauczyć przemówienia na pamięć, żeby 

wypadło bardziej „spontanicznie”.

Dobrze chociaż, że czekając na przymiarkę nowego kostiumu, mogę sobie 

poczytać.

Ale nie czytam swojej przemowy. Bo Grandmère poszła poszukać jakiejś 

sukni dla siebie na galę. Zaproszono ja jako moją „osobę towarzyszącą”. Wiem, że 

background image

ma nadzieję, że nas OBIE poproszą o złożenie przysięgi członkowskiej.

Co zresztą nie byłoby takie złe. Wtedy mogłabym powiedzieć dyrektor 

Gupcie, że mam jednak jakieś zajęcia pozalekcyjne, które można dopisać na moim 

podaniu na studia. To ją uszczęśliwi.

W każdym razie wuj księżniczki Amelii nie wysiedział długo poza pałacem, 

kiedy już go z niego wyrzuciła. To dlatego, że nie zostały już żadne straże, bo 

strażnicy też zachorowali na zarazę. Wuj wrócił i ciągle powtarzał Amelii, że traci 

wielkie sumy pieniędzy, nie zezwalając na opuszczanie portu statkom eksportującym 

genowiańską oliwę z oliwek. A także nie domagając się, żeby ludność Genowii nadal 

wpłacała należną jej dziesięcinę, chociaż ludzie nie mieli żadnych pieniędzy, bo 

wszyscy zachorowali na zarazę i nie mogli pracować.

Ale to wuja Francesco nie obchodziło. Cały czas powtarzał, że ona nie ma 

pojęcia, co robi, bo jest tylko dziewczyną, i że doprowadzi ród Renaldich do 

bankructwa oraz że przejdzie do historii jako najgorsza władczyni Genowii.

Jak na ironię, to właśnie ON na koniec zasłużył sobie na to wyróżnienie.

W każdym razie Amelia kazała się wujowi odczepić. Wiedziała, że ratuje 

ludziom życie. Bo dzięki jej inicjatywom zgłaszano coraz mniej przypadków 

choroby.

Ale dla niej było już za późno. Bo zauważyła u siebie pierwszą krostę.

Postanowiła nie wspominać o tym wujowi. Bo Amelia wiedziała, że po jej 

śmierci on zdobędzie to, czego chciał - czyli tron, jedyną rzecz, która go interesowała. 

Nie obchodziło go, że nie będzie miał kim rządzić. On tylko chciał jej pieniędzy. I ko-

rony.

Ale ona nie zamierzała się poddawać. Bo musiała zrobić jeszcze jedno.

Straszna szkoda, że Grandmère wróciła i NIE CHCE SIĘ NA MOMENT 

PRZYMKNĄĆ, WIĘC NIE MOGĘ SIĘ DOWIEDZIEĆ, CO TO TAKIEGO!

ŚRODA, 22 WRZEŚNIA, 1.00,

PODDASZE

O mój Boże! To takie smutne! Księżniczka Amelia totalnie umarła!

To znaczy, ja wiedziałam, że zachorowała.

I, oczywiście, wiedziałam, że umrze.

Ale to było takie... traumatyczne! Ona była tam kompletnie j sama! Na koniec 

nie było przy niej nikogo, kto by jej chociaż podał chusteczkę higieniczną, bo 

background image

wszyscy inni pomarli (pomijając wuja, ale ten trzymał się z daleka, bo nie chciał się 

od niej zarazić).

Poza tym w tamtych czasach nie mieli jeszcze chusteczek higienicznych.

To wszystko jest takie... straszne.

Nie chodzi mi o chusteczki, ale o tę samotność.

Teraz nie mogę przestać płakać. Jest super. Bo muszę rano wstać i jechać do 

szkoły. Nie wiadomo po co. I czuję się tak, jakby mnie ktoś znów popychał w głąb 

tego dołu.

Nawet nie wiem, po co ja się w ogóle wysilam. Bo przyjrzyjcie się faktom:

Rodzisz się.

Przez jakiś czas sobie żyjesz.

A potem umierasz, twój wuj przejmuje tron, pali wszystkie rzeczy po tobie, i 

robi co w jego mocy, żeby zaginął wszelki ślad po dwunastu dniach twojego 

panowania, a potem staje się najpaskudniejszym księciem wszech czasów.

Amelii udało się przynajmniej uchronić pamiętnik, który - jak napisała na paru 

ostatnich stronach - zamierzała odesłać razem ze swoim portretem na przechowanie 

do klasztoru, w którym była - stosunkowo - szczęśliwa. Napisała: „Zakonnice będą 

wiedziały, co z nimi zrobić”.

Udało jej się ocalić od spalenia jeszcze coś - pomijając Agnes - Claire, która, 

jak myślę, dożyła swoich dni szczęśliwa i najedzona myszami w klasztorze, do 

którego najwyraźniej trafiły rzeczy jej pani, potem znów odesłane przez 

obowiązkowe zakonnice do genowiańskiego pałacu i zgodnie z życzeniem Amelii 

przekazane parlamentowi, który...

...je zignorował.

Zakładam, że zignorowali jej pamiętnik, bo wszyscy doszli do wniosku, że 

taka szesnastolatka nie może mieć nic do powiedzenia.

Poza tym wuj raczej nie ułatwiał parlamentowi życia, zamierzając co do 

grosza wydać zasoby genowiańskiego skarbca. Więc raczej nie mieli czasu, żeby 

zajmować się czytaniem pamiętnika jakiejś zmarłej księżniczki.

W każdym razie, ta druga rzecz, którą udało się Amelii ocalić, to była jedyna 

zapasowa kopia tego dokumentu, który napisała i podpisała w obecności świadków - 

cokolwiek by to było. Pisze, że ukryła pergamin „gdzieś blisko własnego serca, gdzie 

jakaś kolejna księżniczka odnajdzie go i wypełni swoją powinność”.

Tyle że, jeśli umiera się na zarazę, to chować coś na własnym sercu nie jest 

background image

dobrym pomysłem.

Bo wuj pali twoje zwłoki na stosie pogrzebowym.

ŚRODA, 22 WRZEŚNIA,

ROZWÓJ ZAINTERESOWAŃ

Lana przed chwilą rzuciła przy lunchowym stole niewielką bombę masowego 

rażenia. Rzuciła ją, a potem wzruszyła ramionami, jakby nic się nie stało. Ale mam 

wrażenie, że ona taka już bywa.

- Jak długo TO już trwa? - spytała, machając palcami w stronę stolika, przy 

którym siedziała Lilly z Kennym Showalterem i innymi.

Popatrzyłam w tamtą stronę.

- Lilly nie odzywa się do mnie z paru powodów. Po pierwsze i chyba 

najważniejsze, obwinia mnie za to, że J.P. ją rzucił...

- Hej! - zaprotestował J.P. - Ja jej nie rzuciłem! Ja tylko powiedziałem, że 

moim zdaniem będzie lepiej, jeśli zostaniemy przyjaciółmi.

- Tak. Jak paru innych, których znam. Po drugie - informowałam Lanę - Lilly 

jest zła, bo nie zgodziłam się kandydować do samorządu szkolnego. Chociaż ja nigdy 

nie chciałam być przewodniczącą samorządu, bo ONA miała na to ochotę. Po trzecie, 

ona...

- Ja nie pytam o to, jak długo się ze sobą kłócicie - powiedziała Lana, 

przewracając oczami. - Chodziło mi o to, ile czasu już się puka z tą tyką?

Czasami trudno jest zrozumieć, o czym właściwie Lana mówi, bo ona używa 

takiego slangu, którego nie zna nikt przy naszym stoliku (pomijając Trishę Hayes i 

Shameekę, która też należy do tej samej paczki).

- Tyką? - powtórzyłam.

- Puka? - dodała Tina.

Lana przewróciła oczami i powiedziała:

- Od jak dawna Lilly Moscovitz sypia z Panem Nauka Atomowa?

Aż upuściłam swoje taquito z wołowiną i serem.

- CO?! - zawołałam. - Lilly i KENNY?

Ale Lana tylko zamrugała swoimi superprzedłużonymi i pogrubionymi tuszem 

rzęsami i powiedziała:

- Stara... Mówiłam ci, że widziałam, jak się lizali w Around the Clock w 

ostatni weekend.

background image

- Powiedziałaś, że Lilly całowała się z jakimś NIN JA - stwierdziłam. - A nie z 

KENNYM. Kenny Showalter to nie ninja.

- Nie - zgodziła się Lana, żując swoją roladkę z awokado i tuńczykiem, które 

specjalnie sobie zamówiła na lunch, bo szkolna stołówka nie serwuje sushi. - 

Zdecydowanie to był ten sam facet.

- Totalnie - potwierdziła Trisha. - Wszędzie bym rozpoznała to wystające 

jabłko Adama. Strasznie mu wtedy podskakiwało.

Tina i ja wymieniłyśmy zaszokowane spojrzenia. A potem Tina rzuciła 

oskarżycielskie spojrzenie swojemu chłopakowi.

- Boris - powiedziała. - Czy facet, z którym Lilly się całowała w swojej 

kuchni, to był KENNY?

Boris się stropił.

- Ciężko powiedzieć. Stał do mnie tyłem. A wszyscy ci ludzie od tajskiego 

boksu bez koszulek wyglądają tak samo.

- O mój Boże! - zawołała Tina. - To BYŁ Kenny! Boris! Zupełnie 

niepotrzebnie zdenerwowałeś Mię. Ona myślała, że Lilly z rozpaczy po tym, jak 

rzucił ją J.P., zaczęła się zadawać z przypadkowymi facetami z sekcji boksu 

tajskiego, a tymczasem to był cały czas Kenny!

- Ja jej nie rzuciłem - zaprotestował J.P.

Ale Boris zrobił znudzoną minę.

- A kogo to w ogóle obchodzi? - zapytał. - I kiedy tu się znów zrobi 

NORMALNIE?

Przy słowie NORMALNIE spojrzał na Lanę i Trishę.

Oczywiście, nikt tego nie zauważył. Poza J.P., który się do mnie uśmiechnął. 

J.P. ma NAPRAWDĘ miły uśmiech.

Nie, żeby to miało z tym wszystkim coś wspólnego.

W każdym razie najpierw powiedziałam:

- Ale Lilly zdołałaby bez najmniejszego trudu złamać Kenny'emu kark udami, 

zupełnie jak Daryl Hannah w Blade Runnerze.

Potem jednak przypomniałam sobie, że od boksu tajskiego Kenny zaczął 

trochę nabierać mięśni.

No cóż. Bardzo się ze względu na nią cieszę. Naprawdę. Bo skoro ona jest 

szczęśliwa, to i ja jestem szczęśliwa.

Ale mimo wszystko... KENNY SHOWALTER???

background image

ŚRODA, 22 WRZEŚNIA,

CHEMIA

Nic mnie nie obchodzi zakaz pisania na lekcjach: MUSZĘ to zanotować.

Nie mogłam już tego dłużej znieść. MUSIAŁAM zapytać Kenny'ego, co się 

dzieje między nim a Lilly.

No więc zagaiłam:

- Kenny... To prawda, że ty i Lilly ze sobą chodzicie? Bo jeśli tak, to 

chciałabym, żebyś wiedział, że tworzycie naprawdę ładną parę.

(Kłamstwo. Ale od kiedy to w ogóle mówię prawdę?)

W każdym razie Kenny zupełnie nie docenił mojej uprzejmej uwagi. 

Powiedział:

- Mia! Ja cię bardzo proszę! Jestem w trakcie fazy neutralizowania kwasu!

Więc wtedy powiedziałam:

- Dobra, przepraszam, że się odezwałam.

I wróciłam na swój stołek, żeby to zapisać.

A sekundę temu J.P. usiadł obok mnie i powiedział:

- No więc jak, wybaczyłaś mi już?

A ja spytałam:

- Czy co ci wybaczyłam?

A on na to:

- Że złamałem serce Lilly. Teraz, kiedy znów odnalazła miłość, jakby to ujęła 

Tina.

Roześmiałam się i oświadczyłam:

- J.P, nieważne, nigdy cię nie obwiniałam za to, co zaszło z Lilly. Nic na to nie 

poradzisz, że nie mogłeś na jej uczucie odpowiedzieć tym samym.

Chociaż mógł jej tak długo nie zwodzić. Ale tego głośno nie powiedziałam.

- Cieszę się, że myślisz w ten sposób, Mia - rzekł J.P. - Bo jest coś, co już od 

dawna zamierzałem ci powiedzieć, ale za każdym razem dzieje się coś, co mi 

przerywa, więc powiem ci to teraz, chociaż może nie jest to najlepszy mo...

ŚRODA, 22 WRZEŚNIA,

SIEDEMDZIESIĄTA PIĄTA WSCHODNIA ULICA,

background image

APEL EWAKUACYJNY LIAE

O mój Boże.

O mój Boże.

J.P. jest we mnie zakochany.

A poza tym wysadziliśmy szkołę w powietrze.

ŚRODA, 22 WRZEŚNIA,

SZPITAL LENOR HILL, IZBA PRZYJĘĆ

Mówiąc prawdę, sama wtedy nie wiedziałam, co najpierw opisywać.

No bo, nie wiedziałam, co mną bardziej wstrząsnęło - czy to, że jak się 

okazuje, J.P. się we mnie zakochał, czy to, że wszyscy omal nie zginęliśmy w efekcie 

eksperymentu Kenny'ego, który usiłował wyprodukować - przy naszej niewiedzy - 

substancję używaną jako wypełniacz ręcznych granatów w czasie II wojny światowej, 

o bardzo wysokim współczynniku deflagracji, co, mówiąc prościej, oznacza, że 

STRASZNIE ŁATWO WYBUCHA.

A nam nie wolno było tego robić! Pan Hopkins nie zdawał sobie sprawy, że 

właśnie to robimy, bo Kenny mu powiedział, że produkujemy azotan celulozy, czyli 

substancję podobną do tej, z której wykonuje się błony fotograficzne.

A nie nitroskrobiowy materiał WYBUCHOWY!

Pielęgniarki z izby przyjęć co chwila zapewniają mnie, że Kenny'emu brwi 

kiedyś odrosną.

Ja miałam więcej szczęścia. Trafiłam na izbę przyjęć wbrew swoim protestom 

- nic mi nie dolega. Wysłali mnie tu tylko po to, żeby uniknąć ewentualnej sprawy 

sądowej, jestem tego pewna. Ja tylko na chwilę straciłam dech. A to dlatego, że tuż 

przed wybuchem Kenny ryknął:

- Wszyscy na ziemię!

A wtedy J.P. zrzucił mnie ze stołka i nakrył własnym ciałem, więc wszystkie 

te płonące szczątki poleciały na niego, a nie na mnie.

A zdarzyło się to, mogłabym dodać, tuż po tym, jak powiedział do mnie: „Bo 

jest coś, co już od dawna zamierzałem ci powiedzieć, ale za każdym razem dzieje się 

coś, co mi przerywa, więc powiem ci to teraz, chociaż może nie jest to najlepszy mo-

ment. Wiem, że zaraz się zdenerwujesz, bo właśnie tak zawsze reagujesz. Więc odłóż 

to swoje pióro i posłuchaj mnie”.

background image

I to wtedy spojrzał tymi swoimi niebieskimi oczami w moje szare i 

powiedział, bardzo żarliwym tonem, nie odwracając wzroku:

- Mia, zakochałem się w tobie. Wiem, że do tej pory byliśmy tylko 

przyjaciółmi - dobrymi przyjaciółmi - ale chcę czegoś więcej. I myślę, że ty też tego 

chcesz.

I dokładnie wtedy Kenny ryknął, że mamy paść na ziemię. A J.P. rzucił się na 

mnie.

Na szczęścia dla J.P, Lars BŁYSKAWICZNIE dorwał gaśnicę - pewnie żeby 

zadośćuczynić za to, że to nie on zdążył jako pierwszy nakryć mnie swoim ciałem, za 

co przecież płacą jemu, a nie J.P. - i zgasił płomienie, które pojawiły się na swetrze 

J.P. Nawet się nie zdążył poparzyć, bo nasze szkolne mundurki są zrobione w 

większości ze sztucznych włókien, które się nie palą. Płomienie nie zdążyły poparzyć 

mu skóry tylko osmaliły wycięcie swetra.

Ale wszyscy musieliśmy potem uciekać przed skłębioną chmurą oparów 

dwutlenku azotu. I to nie tylko z pracowni chemicznej. Z całej szkoły.

Dobrze, że na zewnątrz nie było mrozu (przypłynął do nas jakiś wyjątkowo 

chłodny front znad Kanady i w mieście jest niesamowicie zimno, jak na wrzesień), bo 

przecież nikt z nas nie miał kurtek ani nic. Ha ha.

Właśnie weszła jedna z pielęgniarek i powiedziała, że to wszystko pokazują na

New York One - zdjęcia na żywo z helikoptera całego rozdygotanego tłumu stojącego 

pod Liceum imienia Alberta Einsteina i tych wszystkich wozów straży pożarnej, i 

karetek migających światłami, i tak dalej.

Ale do szpitala zabrane zostały tylko trzy osoby: J.P., Kenny i ja.

Dyrektor Gupta dopadła mnie tuż przed zatrzaśnięciem drzwi karetki. Zaczęła 

mówić:

- Mia, chcę cię jak najszczerzej zapewnić, że zamierzam zbadać tę sprawę 

dogłębnie. Showalter nie uniknie kary...

Stwierdziłam, że moim zdaniem nie mieć wcale brwi to już wystarczająca 

kara. Ale dyrektor Gupta już pognała do karetki J.P., żeby powtórzyć to samo.

To było z jej strony bardzo sprytne posunięcie, bo słyszałam, że tata J.P. to 

TOTALNY pieniacz.

To zabawne, że nikt nie powiedział ani słowa o tym, że J.P. i ja byliśmy 

partnerami Kenny'ego w laboratorium i nie próbowaliśmy zapobiec wysadzeniu przez 

niego szkoły w powietrze. Tyle że my oboje jesteśmy tak beznadziejni z chemii, że 

background image

nie mieliśmy zielonego pojęcia, co on usiłuje zrobić.

Kenny zarzeka się, że nie miał zamiaru wysadzać pracowni chemicznej. 

Twierdzi, że chciał się tylko przekonać, jak taką syntezę nitroskrobiową 

przeprowadza się w warunkach laboratoryjnych. Nie ma pojęcia, w jaki sposób to się 

wyrwało spod kontroli. Mówi, że zaledwie parę sekund wcześniej preparat był 

zupełnie stabilny... A potem nagle ŁUB UDU.

Jeśli mam być szczera, trochę się cieszę, że preparat Kenny'ego wybuchł. 

Uratowało mnie to przed koniecznością udzielenia jakiejś odpowiedzi na totalnie 

szokujące słowa J.P, jakoby był we mnie zakochany.

W co, prawdę mówiąc, trudno mi uwierzyć. Przecież zaledwie dwa tygodnie 

temu on i Lilly byli jak najbardziej stałą parą.

Oczywiście były między nimi nieporozumienia. To znaczy, Lilly się martwiła, 

że J.P. nigdy nie powiedział: „Ja też”, kiedy mu mówiła, że go kocha.

Ale on to już WYJAŚNIŁ. Wyjaśnił, że nigdy czegoś takiego do niej nie czuł i 

że zerwał właśnie dlatego, że zrozumiał, że jest wobec niej nie w porządku. Postąpił 

słusznie... Nawet jeśli ona go teraz za to nienawidzi.

I mnie też, za to, że nadal się z nim przyjaźnię.

Ale to nie znaczy - mimo tej szalonej teorii Tiny, że J.P. od samego początku 

się kochał we mnie, a nie w Lilly - że on NAPRAWDĘ przez ten cały czas był we 

mnie zakochany. J.P. wyjaśnił - kiedy Lars tłumił płomienie na jego plecach - że 

uczucia wobec mnie zaczęły pojawiać się stopniowo i że zdecydował się w ogóle o 

nich wspominać tylko dlatego, że nie mógł znieść mojego smutku z powodu 

Michaela.

- J.P.! - sapnęłam. Trudno mi było mówić, skoro nawet oddechu nie byłam w 

stanie złapać przez te wszystkie toksyczne opary. - Porozmawiamy o tym później, 

dobrze?

- Ale ja naprawdę muszę ci o tym powiedzieć teraz - upierał się J.P.

- KSIĘŻNICZKO, W NOGI! - ryknął Lars. Bo w tym momencie ta chmura 

trującego gazu zaczęła nas ogarniać.

Ponieważ mnie i J.P. zabrano do szpitala w osobnych karetkach, miałam 

chwilę, żeby się nad tym - w pewnym sensie - zastanowić i zdecydować, co z tym 

wszystkim zrobię.

Jestem prawie pewna, że nic.

Wiem, że doktor Bzik by tego nie pochwalił. Chciałby, żebym zrobiła to, 

background image

czego się boję najbardziej. Ale ja nie mogę. Dopiero co przeżyłam zerwanie ze swoim 

chłopakiem - w którym nadal jestem beznadziejnie zakochana! Nie mogę tak szybko 

rzucić się w kolejny związek!

Zresztą ja nie czuję tego samego do J.P. Kiedy go wącham, nie rośnie mi 

poziom oksytocyny. Kiedy go powąchałam tamtego wieczoru, gdy mnie przytulił, nie 

poczułam... nic. Pachniał tylko tym płynem do płukania tkanin.

A to zupełnie coś innego, więc kiedy obejmuje mnie Michael...

Michael pachnie nie BYLE JAKIM mydlanym zapachem. Ta niepowtarzalna 

kompozycja powstaje wskutek reakcji skóry Michaela - i tylko Michaela - na 

nieperfumowane mydło do ciała Dove. Mydło i proszek, w którym pierze swoje 

koszule, w połączeniu z zapachem Michaela sprawia, że...

...że to jest najpiękniejszy zapach świata.

A co z NIM? Z J.P.? To znaczy, ile z tej nagle odkrytej „miłości” jest tylko 

reakcją na wiadomość, że Lilly już się pocieszyła kimś innym? Wybór tego momentu 

jest jakiś taki podejrzany. Bo dowiadujemy się w czasie lunchu, że Lilly chodzi z 

Kennym i ni stąd, ni zowąd J.P. się nagle we mnie kocha? Dajcie spokój!

Mówi wprawdzie, że już od jakiegoś czasu usiłował mi to wyznać... Ale ja nie 

jestem przekonana, bo aż do bardzo niedawna byłam przecież zajęta!

A J.P. wie, że jeszcze nie przebolałam Michaela. Musi wiedzieć, że jest spore 

prawdopodobieństwo, że NIGDY go nie przeboleję. A w najlepszym wypadku przez 

długi, długi czas. Nie byłby na tyle niemądry, żeby zakochiwać się we mnie, wiedząc, 

że może nigdy nie zdołam odwzajemnić jego uczuć...

A przynajmniej nie przed maturalną klasą.

No i dobrze, w tej chwili J.P. swoim wyglądem przypomina Doktora z Bajki, 

bo w szpitalu dali mu kitel, w który się przebrał z tego swojego nadtopionego swetra i 

nadpalonej koszuli. Wygląda bardzo fajnie.

I uratował mi życie, i tak dalej...

ACH! Nie nadaję do tego, żeby w tej chwili się z tym uporać! Chcę tylko 

jechać do domu i położyć się do łóżka, i spróbować dojść do tego, co czuję!

Nie chodzi o to, że o mało nie dałam się wysadzić w powietrze. Z TYM jakoś 

sobie poradzę. W obecnej sytuacji ostatnie wydarzenie to NIC w porównaniu z 

upokorzeniami, na które codziennie jestem narażona.

Ale to, że J.P. się we mnie kocha? To przedziwne! Dlaczego pomyślał sobie, 

że ja to kiedykolwiek odwzajemnię? Bo nie odwzajemniam!

background image

A przynajmniej wydaje mi się, że nie odwzajemniam. Bo ja go bardzo lubię. 

Jest jednym z moich najbliższych przyjaciół - zwłaszcza teraz, kiedy Lilly się ode 

mnie odcięła.

Ale nie jest Michaelem.

Nie jest Michaelem.

Nie jest Michaelem.

Och, idzie lekarz...

ŚRODA, 22 WRZEŚNIA,

PODDASZE

Jestem w domu...

Nawet mnie nie obchodzi, że nie mam już telewizora. Tak przyjemnie jest 

położyć się we własnym łóżku, gdzie nie wybuchną żadne nitroskrobie i żadni faceci 

nie będą mi opowiadać, że się we mnie zakochali.

Wiecie co, można by pomyśleć, że po tym wszystkim, co mi się dziś 

przydarzyło, wreszcie pozwolą mi się przeprowadzić do Genowii i tam uzupełnić 

wykształcenie. Dla mojego własnego fizycznego i emocjonalnego bezpieczeństwa.

Ale nie. Pan G. właśnie mnie zawiadomił, że Alberta Einsteina wyczyszczą i 

przygotują do otwarcie już jutro - włącznie z laboratorium chemicznym, które 

starannie odkażono, no i oknami, w których wymieniono szyby, które wyleciały 

(przez te głupie zakłady szklarskie pracujące na ekspres), więc idę do szkoły jak 

wszyscy inni.

No cóż, poza Kennym, który został zawieszony w prawach ucznia za to, że 

świadomie wytwarzał materiały wybuchowe w pracowni. Kiedy protestowałam, że 

jeśli zawieszają Kenny'ego, to powinni też zawiesić J.P. i mnie, jako jego partnerów 

na chemii, pan G. spojrzał na mnie i powiedział:

- Mia. Pamiętasz, że usiłowałem pomóc ci nadrobić wszystkie 

zeszłotygodniowe lekcje? Wierz mi, wiem, że ty i J.P. nie mieliście zielonego pojęcia, 

co się w tej pracowni dzieje.

To było, no wiecie. Brutalne. Ale chyba jednak prawdziwe.

Wygląda na to, że Kenny'ego czeka teraz jego własne piętnaście minut sławy. 

Nie będzie mógł na to liczyć, kiedy zacznie pracować dla tej samej firmy od 

robotycznego ramienia do operacji chirurgicznych, gdzie pracuje Michael - kiedyś 

mnie przecież pytał, czy nadawałby się do nich w charakterze pracownika. To, co 

background image

stało się dzisiaj w szkole, jest WSZĘDZIE: w telewizji i Internecie. Reporterzy 

nazywają Kenny'ego Beakerem - jak asystenta tego szalonego naukowca z Muppetów 

(to wredne, bo Kenny w ostatnich czasach naprawdę wyrabia sobie bicepsy. I jego 

usta to nie jest wielki ziejący otwór. A przynajmniej nie tak bardzo, jak kiedyś) i 

ciągle pokazują jego zdjęcie, kiedy prowadzą go do karetki, a włosy sterczą mu na 

czubku głowy takimi śmiesznymi kępkami.

To, w połączeniu z jego osmalonym laboratoryjnym fartuchem i opalonymi 

brwiami faktycznie nieco go upodabnia do pewnej znanej mi księżnej wdowy - wcale 

nie żadnej postaci z Muppetów.

Tyle razy mówiono już o tym na antenie, że jestem PEWNA, iż Michael 

musiał o tym usłyszeć. W każdym artykule opisują J.P. jako wielkiego bohatera, który 

nakrył mnie własnym ciałem i osłonił przed płomieniami.

I każdy artykuł nazywa go „nowym chłopakiem księżniczki Mii”.

Tak. Ładnie.

Aż się bałam sprawdzać, czy mam jakieś maile. Ale niepotrzebnie się 

martwiłam. Michael nie napisał.

Za to w tej samej chwili, w której zobaczyła, że się loguję, odezwała się do 

mnie Tina.

Iluvromance: O mój Boże, Mia! Widziałaś wiadomości?

GrLouie: Czy je WIDZIAŁAM? Ja w tych wiadomościach 

BYŁAM.

Iluvromance: W głowie mi się to nie mieści! Biedny Kenny! 

Zawiesili go!

GrLouie: No cóż, mimo wszystko WYSADZIŁ pracownię 

chemiczną.

Iluvromance: Wiem! Ale przecież nie zrobił tego specjalnie. 

Wiesz o tym. Mam nadzieję, że to nie zostanie w jego aktach. 

To by mogło trwale wpłynąć na jego szanse startu na studia!

GrLouie: Jestem pewna, że Kenny się jakoś z tego wykręci. 

Nie zapominaj, że FAKTYCZNIE udało mu się 

wyprodukować domowej roboty bombę. Nie byłabym 

zdziwiona, gdyby prosto ze szkoły trafił do ABN.

Iluvromance: Co to jest ABN?

background image

GrLouie: To... Nieważne. Posłuchaj, czy słyszałaś, co zaszło, 

ZANIM wybuchły te nitroskrobie?

Iluvromance: Chodzi ci o to, że J.P. zasłonił twoje ciało 

własnym, żeby cię ochronić przed ścianą szalejących 

płomieni? Jasne! To takie romantyczne!

GrLouie: Ugh, nie było żadnej ściany szalejących płomieni. 

Ale chodzi mi o coś JESZCZE wcześniej. Tina... ON MI 

POWIEDZIAŁ, ŻE MNIE KOCHA.

Iluvromance: 

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

AAAAAAAAAAAAAAAAAAA 

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

GrLouie: Ja wiem. Myślałam, że właśnie to powiesz.

Iluvromance: MÓWIŁAM CI! MÓWIŁAM CI, ŻE ON CIĘ 

KOCHA! WIEDZIAŁAM! O MÓJ BOŻE, JESTEŚCIE 

TAKĄ ŚLICZNĄ PARĄ! OBOJE JESTEŚCIE TACY 

WYSOCY I JASNOWŁOSI, I NIEBIESKOOCY!!!!

GrLouie: Ja mam szare oczy.

Iluvromance: NIEWAŻNE! No dobra, opowiedz mi wszystko. 

Jak on ci to powiedział? Co powiedział? Jak się poczułaś? 

Pocałowaliście się już? Dokąd pójdziecie na swoją pierwszą 

randkę? Albo... Zaraz. A może przedstawienie Pięknej i Bestii 

to była wasza pierwsza randka? Czy powiedział ci, KIEDY 

zrozumiał, że cię kocha? To było zanim rzucił Lilly, prawda? 

WIEDZIAŁAM, że właśnie dlatego puścił ją kantem. I teraz 

to już totalnie tłumaczy, czemu ona jest na ciebie taka cięta.

O Boże!

GrLouie: OCZYWIŚCIE, że nie wiedział, że mu się podobam, 

kiedy był z Lilly! Uważasz, że w ogóle brałabym pod uwagę 

chodzenie z nim, gdybym wiedziała, że zawsze mu się 

podobałam i Lilly tylko wykorzystywał do... Nieważne czego? 

background image

No bo jaką byłabym przyjaciółką, gdybym coś takiego 

zrobiła?

Iluvromance: Aha. To znaczy, że... on NIE ZAWSZE cię 

kochał, nie od tej pierwszej chwili, kiedy w zeszłym roku 

odezwałaś się do niego w stołówce? I że ta cała sprawa z Lilly 

nie zdarzyła się TYLKO dlatego, że ty byłaś już zajęta, a 

umawiając się z nią J.P., mógł łatwo zbliżyć się do ciebie?

GrLouie: NIE! O mój Boże, Tina, jesteś pewna, że nie 

nawdychałaś się tych oparów, które się ulatniały dzisiaj po 

południu?

Iluvromance: Całkiem pewna. Wahim świetnie się spisał, 

wyciągając mnie stamtąd. Właśnie ZA TO płaci mu tata. A 

więc, skoro J.P. nie kochał się w tobie od chwili, kiedy po raz 

pierwszy w zeszłym roku odezwałaś się do niego w szkolnej 

stołówce, to OD JAK DAWNA cię kocha?

GrLouie: Powiedział, że to się zaczęło dziać całkiem 

niedawno, i że próbował mi o tym powiedzieć, ale ciągle mu 

coś przeszkadzało. Ale że chce, żebym o tym wiedziała, 

chociaż wie, że się tym zdenerwuję. A potem pracownia 

chemiczna wybuchła.

Iluvromance: O MÓJ BOŻE!

GrLouie: Ja wiem. Trochę się wystraszyłam. W pierwszej 

chwili myślałam, że wreszcie eksplodował ten boiler z wodą. 

No wiesz, zawsze mówią, że on się lada chwila rozleci...

Iluvromance: NIE O TO MI CHODZI! CHODZI MI O TO, 

ŻE... Mia, ja zawsze powtarzałam, że trzeba tylko 

odpowiedniej kobiety, która dotrze do serca J.P. - do tej pory 

schowanego pod zimną, twardą skorupą dla jego 

emocjonalnego bezpieczeństwa - a on się zamieni w wulkan 

niczym niepowstrzymanej namiętności!

GrLouie: Tak. I co?

Iluvromance: TO, ŻE JĄ ZNALAZŁ!!! I DLATEGO 

PRACOWNIA CHEMICZNA EKSPLODOWAŁA!

background image

Nie, no przesada. Czasem się zastanawiam, jakim cudem Tina trafiła na tyle 

zaawansowanych zajęć. Nie chcę być wredna, ale...

Ale są granice.

GrLouie: Tina. Pracownia chemiczna eksplodowała, bo 

Kenny syntetyzował nitroskrobię i najwyraźniej coś zrobił nie 

tak...

Iluvromance: Coś zrobił nie tak, zgoda. Ale to dlatego, że 

tworzył taki wybuchowy chemiczny związek w bezpośredniej 

bliskości J.P., który właśnie przyznawał się do swoich 

prawdziwych uczuć do ciebie, kobiety, która wreszcie 

przebiła skorupę jego serca!

Ludzie! Szkoda, że nie mam tego swojego telewizora. Przydałoby mi się teraz 

parę powtórkowych odcinków Potyczek Amy albo Joan z Arkadii, żeby jakoś ukoić 

skołatane nerwy.

GrLouie: Tina, daj spokój. Namiętność J.P. do mnie nie 

spowodowała dzisiejszego wybuchu w pracowni chemicznej.

Iluvromance: Och, jasne, nie ma sprawy. Patrz na to w ten 

sposób - totalnie nieromantycznie! Ale musisz przyznać, że to 

NIEZWYKŁY zbieg okoliczności. No dobra, nieważne. I co 

mu odpowiedziałaś?

GrLouie: Kiedy J.P. na mnie wylądował? Powiedziałam: 

„Złaź, przydusiłeś mnie i nie mogę oddychać”.

Iluvromance: Nie! Wtedy, kiedy ci wyznał swoje prawdziwe 

uczucia!

GrLouie: Och! Nie powiedziałam nic. Nie zdążyłam. 

Pracownia wybuchła.

Iluvromance: Racja. No ale później?

GrLouie: Cóż, później byliśmy w karetkach. A potem na 

ostrym dyżurze. A jeszcze potem przyjechali rodzice J.P. i go 

zabrali. I tyle. Iluvromance: Ale co powiedziałaś na to, że on 

cię kocha? Powiedziałaś, że też go kochasz?

background image

GrLouie: Oczywiście, że nie, Tina! Kocham Michaela!

Iluvromance: To jasne, że kochasz Michaela. Ale, Mia, nie 

obraź się - ty i Michael nie jesteście już razem. Nie możesz 

tak go kochać do skończenia świata. To znaczy MOŻESZ, 

oczywiście, tak jak Ross już zawsze kochał Rachel w 

Przyjaciołach, ale... Ale co z balem maturalnym?

GrLouie: No CO z balem maturalnym?

Iluvromance: Mia, z KIMŚ musisz iść na bal maturalny! Nie 

możesz nie iść! Pewnie mogłabyś iść z innymi dziewczynami, 

tak jak Perin i Ling Su... Ale zapomniałaś o naszej obietnicy? 

Że obie stracimy dziewictwo w noc po naszym balu matural-

nym?

W głowie mi się nie chciało pomieścić, że Tina porusza TERAZ ten temat.

GrLouie: Owszem, ale, Tina, to było, ZANIM MIŁOŚĆ 

MOJEGO ŻYCIA Z TEGO MOJEGO ŻYCIA SOBIE 

POSZŁA.

Iluvromance: Och! Wiem! I strasznie mi przykro, że między 

tobą a Michaelem się nie ułożyło. Ale, Mia, nauczysz się 

znów kochać. A J.P. naprawdę dobrze wygląda w smokingu. 

Nie słuchaj tego, co wygadują nienawistnicy.

O co tym razem jej CHODZI? To nie jest ta Tina, którą znam - moja 

najwierniejsza, najwytrwalsza stronniczka! Tina, którą znam, nigdy by mi nie 

powiedziała, że jeszcze pokocham na nowo. Tina, którą znam, powiedziałaby mi, że 

mam być silna, że Michael wkrótce się opamięta i wróci do mnie galopem na 

mlecznobiałym rumaku, prawdopodobnie w zbroi, z przypiętym bukiecikiem ze 

stuprocentowo prawdziwych cyrkonii z Kay Jewellers...

Albo i nie. Bo czegoś takiego Michael nigdy, przenigdy by nie zrobił.

I nawet Tina - wpatrzona w gwiazdy, romantyczna Tina - zdaje sobie z tego 

sprawę.

Pewnie ja też powinnam się wreszcie sama przed sobą do tego przyznać.

background image

GrLouie: Michael nigdy nie wróci, prawda, Tina?

Iluvromance: Och, Mia! Oczywiście, że jeszcze może wrócić! 

Pytanie tylko... Jeśli wróci, czy ty będziesz go w ogóle jeszcze 

chciała? A może już o nim zapominasz... Mam nadzieję, że na 

rzecz kogoś lepszego?

Oczy napełniły mi się łzami.

GrLouie: Tina, nikogo lepszego nie ma. Wiesz o tym.

Iluvromance: A może jest! Nigdy nic nie wiadomo!

GrLouie: W każdym razie bez sensu ciągniemy tę rozmowę. 

On i tak by mnie już nie chciał. Nie po tym, jak głupio się 

zachowałam.

Iluvromance: Mógłby zechcieć! Nigdy nie wiesz! 

MÓWIŁAM ci, że masz nienawistników nie słuchać!

GrLouie: Nienawistników? Jakich nienawistników? Dlaczego 

mi to powtarzasz?

Iluvromance: Och. Mia, nieważne, mówili mi, żebym cię nie 

uprzedzała, ale moim zdaniem masz prawo o tym wiedzieć. 

Rozumiesz.

GrLouie: Ale O CZYM TY W OGÓLE MÓWISZ?

Iluvromance: www.nienawidzemiithermopolis.com.

GrLouie: Ach, to.

Iluvromance: WIDZIAŁAŚ TĘ STRONĘ? WIESZ O NIEJ?

GrLouie: Jasne.

Iluvromance: TO DLACZEGO NIE KAZAŁAŚ SWOJEMU 

TACIE, ŻEBY ZAŁATWIŁ, ŻEBY JĄ ZLIKWIDOWALI?

GrLouie: Tina, mój tata faktycznie jest księciem, ale nie ma 

kontroli nad Internetem.

Iluvromance: Ale mógłby się poskarżyć dyrektor Gupcie.

GrLouie: Dyrektor Gupcie? Dlaczego JEJ? Co ONA ma z tym 

wspólnego?

Iluvromance: Skoro strona jest prowadzona przez kogoś z 

LiAE...

background image

GrLouie: CO TAKIEGO?

Chociaż ledwie na oczy widziałam przez łzy, otworzyłam stronę 

www.nienawidzemiithermopolis.com. Tyle się działo w moim życiu, że od jakiegoś 

czasu nie miałam okazji tam zaglądać.

Natychmiast się przekonałam, że zaniedbywanie tej strony było błędem. Bo od 

czasu mojej ostatniej wizyty pojawiły się aktualizacje. SPORO aktualizacji.

Ktoś, kto tę stronę prowadził, uważnie śledził wszystkie moje kroki. I to 

naprawdę WSZYSTKIE. Dzień, kiedy chciałam się napić z wodotrysku z wodą pitną 

w LiAE i woda poleciała mi na twarz zamiast w usta? Odnotowany z radością. A 

kiedy potknęłam się w nowych butach i wszystkie książki rozsypały mi się pod 

pracownią chemiczną? Odnotowane. Kiedy w stołówce cały przód szkolnego 

mundurka oblałam sobie sosem sojowym? Pojawiło się nawet zdjęcie... Kiepskie, bo 

najwyraźniej zrobione aparatem komórkowym.

Ale się pojawiło.

I ktoś, kto tę stronę prowadził, nie poprzestał na tym. Było tam mnóstwo 

porad co do tego, jak mogłabym poprawić swój wygląd, żeby nie być fizycznie aż tak 

odrażająca. Na przykład, według www.nienawidzemiithermopolis.com. powinnam 

zapuścić włosy (no cóż, jasna sprawa) i przestać nosić zapinane na pasek buty na 

platformach, bo „góruje nad wszystkimi, niczym jakaś supermodelka. A przynajmniej 

WYOBRAŻA sobie, że tak wygląda. Szkoda, że nikt jej nie powiedział, że wygląda 

jak superpokraka”.

Miłe.

I wtedy łzy mi popłynęły z oczu. I nagle całe ciało zatrzęsło mi się od płaczu.

GrLouie: Tina, przepraszam cię, ale muszę już iść.

Iluvromance: Mia? Wszystko w porządku? Nie bierzesz chyba 

tych idiotyzmów POWAŻNIE, prawda?

GrLouie: Nie, oczywiście, że nie! Po prostu muszę już iść. 

Zadzwonię do ciebie później.

Iluvromance: Mia! Strasznie cię przepraszam, ale uznałam, że 

powinnaś wiedzieć! Twój tata naprawdę mógłby zadzwonić 

do szkoły.

GrLouie: Cieszę się, że mi powiedziałaś. Serio. Dobranoc, Tina.

background image

Iluvromance: Dobranoc...

ŚRODA. 22 WRZEŚNIA,

PÓŁNOC

Płakałam chyba z pół godziny - w łazience, przy zamkniętych drzwiach i 

odkręconym kranie, żeby wszyscy myśleli, że tylko biorę prysznic i nie zawracali mi 

głowy pytaniami, co się stało. Płakałam przed chwilą jeszcze bardziej rozpaczliwie 

niż kiedykolwiek przedtem. Futerko Grubego Louie jest PRZEMOCZONE od tych 

wszystkich łez, które na nie spłynęły, kiedy leżał u mnie na kolanach.

No dobra. Wcale nie leżał u mnie na kolanach. Trzymałam go tam na siłę, a on 

próbował się wyrwać i żałośnie miauczał.

Nieważne! Jeśli w chwili szczególnej rozpaczy dziewczyna nie znajdzie 

pociechy nawet u własnego kota, to po co tego kota w ogóle MA???

Tylko, że... To jest takie beznadziejne, wiecie? Ja NIE CHCĘ być tą 

dziewczyną. Tą zapłakaną dziewczyną w stylu emo. Zanim się zorientuję, zacznę 

nosić przykrótkie dżinsy, kłaść za dużo czarnego eyelinera i lakieru do paznokci i 

czytać powieści o wampirach.

Boże. Kiedy ja się wreszcie LEPIEJ poczuję? Kiedy się wydostanę z tej 

otchłani, z której doktor Bzik OBIECAŁ mi pomóc wyleźć?

I to wszystko takie głupie, bo przecież wiem, jaką jestem SZCZĘŚCIARĄ. 

Przecież nie mam żadnych PRAWDZIWYCH problemów, poza obowiązkami 

księżniczki. I tą sprawą www.nienawidzemiithermopolis.com.

Ale co z tego? O wielu ludziach wypisują w Internecie jakieś paskudne 

rzeczy. Popatrzcie tylko na Rachel Ray, tę panią od programu Food Network. Jest 

wręcz cała sieciowa społeczność poświęcona temu, jak bardzo ludzie jej nienawidzą, 

a ona przecież jest totalnie urocza. Nie można brać sobie tego do serca. Nie wolno się 

tym przejmować. To tylko daje nienawistnikom to, czego pragną - uwagę, za którą 

tak tęsknią.

A jeśli się poskarżę - jeśli powiem tacie, a on pójdzie do dyrektor Gupty w tej 

sprawie, a ona dowie się, kto za tym stoi i wyrzuci tego kogoś ze szkoły (bo w 

Albercie Einsteinie obowiązuje polityka zakazu napastowania ludzi, która ma za 

zadanie chronić uczniów), to co dobrego z tego wyniknie?

Ten ktoś - kimkolwiek jest... Powiedzmy sobie szczerze, domyślam, kto to 

może być - będzie mnie nienawidził jeszcze bardziej.

background image

Właśnie.

No i co z tego, że chłopak mnie rzucił, a ja nadal się w nim kocham - i to tak 

bardzo, że aż boli? Wielkie mi co. Na przestrzeni dziejów miliony dziewczyn zostały 

porzucone przez swoich chłopaków. Nie należę do wyjątków. Parę tygodni temu w 

taki sam sposób porzucono moją najlepszą przyjaciółkę.

A teraz facet, który ją rzucił, mówi, że się we mnie kocha.

Niezła zagwozdka.

Ale nie płaczę wcale przez to. Sama nie wiem...

A ten biedny J.P.! W głowie mi się nie mieści, że zostawiłam go w 

niepewności. To znaczy nie dałam mu odpowiedzi ani na tak, ani na nie. Tylko go w 

pewien sposób... zignorowałam.

Muszę mu coś powiedzieć, inaczej zrobi się niezręcznie.

Oczywiście, tak czy siak, będzie niezręcznie.

Ale on podjął jakieś ryzyko, wystawiając się na strzał. Jestem mu 

przynajmniej winna tę zwykłą uprzejmość w postaci jakiejś odpowiedzi.

Tylko że... Ja nie wiem, co powiedzieć.

No nie wiem! To znaczy wiem. Nie kocham go - najwyraźniej.

Ale to nie znaczy, jak powiedziała Tina, że nie mogłabym się tego nauczyć. O 

ile sobie na to pozwolę.

Jeśli sobie na to pozwolę, to całkiem możliwe, że mogłabym się nauczyć 

kochać J.P.

Tylko że, rozumiecie, w inny sposób niż kochałam Michaela.

Ale może nie powinnam podejmować decyzji w takiej sprawie po północy, po 

dniu, kiedy o mało nie wyleciałam w powietrze, i dwa tygodnie po tym, jak zostałam 

porzucona, i tydzień od rozpoczęcia kowbojskiej terapii, i na dwa wieczory przed 

wygłoszeniem mowy na temat kanalizacji przed dwoma tysiącami obytych w świecie, 

nowojorskich kobiet biznesu oraz godzinę po tym, jak odkryłam, że stronę 

www.nienawidzemiithermopolis.com prowadzi ktoś, kto chodzi ze mną do szkoły, i 

to być może moja najlepsza eksprzyjaciółka. (Ale to nie może być ONA, prawda? To 

by było już ZA BARDZO wredne, nawet jak na Lilly).

Powinnam się z tym przespać. Powinnam iść do łóżka i...

Dobra. To się nie uda. Nijak nie zasnę, dopóki...

GrLouie: Drogi J.P.,

background image

Cześć. Ale dzisiaj było dziwnie, nie?

A jutro pewnie będzie jeszcze dziwniej, bo we wszystkich 

gazetach napiszą, że Kenny to psychopatyczny szaleniec. A ty 

i ja ze sobą chodzimy, i tak dalej.

Nie, żeby mi to przeszkadzało - jeśli mam być mylnie z kimś 

łączona w parę, to cieszę się, że chodzi o ciebie. Ha ha.

Tylko, że... Nie wiem, czy jestem już gotowa na to, żeby być 

łączona w parę (NIE TAK mylnie), i to z kimkolwiek. Wiesz, 

co mam na myśli? Chociaż minęły już prawie dwa tygodnie, 

mnie się nadal wydaje, że dopiero wczoraj Michael i ja 

zerwaliśmy ze sobą. I nie wiem, czy jestem gotowa znów 

znaleźć się w siodle i znów umawiać na randki...

O mój Boże. Doktora Bzika nawet tu nie ma, a ja i tak używam jeździeckiego 

słownictwa. To jest nie do zniesienia. Dobra, kasujemy, kasujemy, kasujemy.

Chociaż minęły już prawie dwa tygodnie, mnie się nadal 

wydaje, że dopiero wczoraj Michael i ja zerwaliśmy. Chyba 

potrzebuję więcej czasu, żeby odkryć, kim jestem bez niego, 

zanim dam się komuś złapać na lasso...

Złapać na lasso!!! NIE NIE NIE NIE NIE!!!! KASUJEMY!!!

Chyba potrzebuję więcej czasu, żeby odkryć, kim jestem bez 

niego, zanim zacznę się z kimś innym umawiać.

Dobra. Lepiej.

Naprawdę zaliczam cię do swoich najbliższych przyjaciół, 

J.P., i gdybym MIAŁA ZAMIAR z kimkolwiek zacząć się tak 

wcześnie po tym wszystkim umawiać, to byłbyś ty.

O Boże. Czy to w ogóle prawda? Bo ja go NAPRAWDĘ lubię... Nie jest 

Michaelem, oczywiście. Ale kto jest? Pomijając samego Michaela?

background image

No i co z Lilly? To prawda, że teraz jest na mnie wściekła (ale to 

NIEMOŻLIWE, żeby to ona stała za www.nienawidzemiithermopolis.com... Skąd 

ona by w ogóle miała na to wziąć czas, mając na głowie szkolny samorząd, Lilly 

mówi prosto z mostu, i Kenny'ego, i wszystko?) - a ja nawet nie jestem pewna, 

dlaczego.

A co jeśli jakimś cudem ona zdecyduje się wybaczyć mi to jakieś coś, co jej 

zrobiłam, a potem się dowie, że chodzę z jej byłym?

Z drugiej strony... ONA chodzi z MOIM byłym.

Dobra, przez większość czasu, kiedy spotykałam się z Kennym, myślałam o 

tym, jak z nim zerwać. Ale mimo wszystko. Nie może być na mnie wściekła za to, że 

robię to samo, co robi ona... prawda?

O Boże, sama już nie wiem.

Ja już niczego nie wiem.

A zatem:

Muszę jakoś dojść do ładu ze sobą, zanim zacznę z kimś być. 

Nie wiem, czy to wszystko brzmi zrozumiale?

Proszę, nie miej mi tego za złe.

Ściskam,

Mia

Dobra. I klikam WYŚLIJ, zanim zdążę zmienić zdanie...

CZWARTEK, 23 WRZEŚNIA, 7.00,

PODDASZE

Maile: 2!

Pierwszy był od Michaela. Serce zaczęło mi walić superszybko, kiedy go 

zobaczyłam. Ale muszę już trochę dochodzić do siebie, bo tym razem dłonie nie 

spociły mi się tak strasznie.

Może to ta terapia już działa? A może kompletnie odwodniłam się od tego 

płaczu wczoraj wieczorem?

Nie mogłam się nie zastanawiać, jak zawsze, czy czasem nie zmienił zdania i 

na przykład chce, żebyśmy byli razem...

Gdyby chciał, czy ja bym na to poszła? Czy naprawdę upadłabym tak nisko, 

background image

żeby po tym wszystkim, przez co przeszłam przez te dwa tygodnie, przyjąć go z 

powrotem?

Owszem, tak.

Ale moje nadzieje prysły, kiedy (znów) przekonałam się, że to tylko link do 

artykułu z „New York Post” opisującego historię wczorajszej eksplozji w LiAE, z 

dopiskiem, który brzmiał:

A więc Kenny nareszcie odkrył, jak zapewnić sobie uwagę, na którą, swoim 

zdaniem, zawsze zasługiwał...

A potem uśmieszek z przymkniętym oczkiem i podpis Michaela.

No proszę. Widzę, że nie przejął się jednak tym, co wypisują o mnie i o J.P.

Bo czemu miał się przejąć? Skoro jesteśmy tylko przyjaciółmi i tak dalej.

O losie.

Drugi mail to była odpowiedź J.P. na mojego maila. Muszę przyznać, że na jej 

widok serce WCALE nie zabiło mi szybciej.

JPRA4: Cześć, Mia.

Możesz mieć tyle czasu, ile ci tylko potrzeba, żeby jakoś sobie 

to wszystko ułożyć w głowie (chociaż przyznam, że twoja 

głowa zawsze wydawała mi się idealna). Zaczekam.

Ściskam,

J.P.

Proszę, jakie to miłe.

Chyba.

CZWARTEK, 23 WRZEŚNIA,

GODZINA WYCHOWAWCZA

Wiem, że nie powinnam pisać pamiętnika w szkole, ale to przecież tylko 

godzina wychowawcza, a nie prawdziwa lekcja, więc nie mogą mnie ukarać.

To nawet nie jest zresztą mój pamiętnik, który został w domu, ale zeszyt do 

rachunku różniczkowego.

A poza tym, ja MUSZĘ to zapisać, bo właśnie się zdarzyło coś zupełnie 

niesamowitego. I jestem pewna, że doktor Bzik chciałby, żebym to zanotowała dla 

własnego ZDROWIA PSYCHICZNEGO, żeby to jakoś przetrawić:

background image

Kiedy limuzyna zatrzymała się przed szkołą - na otoczonym specjalnym 

kordonem terenie, bo nadal jest tu mnóstwo wozów transmisyjnych i reporterów, 

którzy usiłują zdobyć jakieś wywiady z uczniami i ciałem pedagogicznym na temat 

„szalonego bombera” - wysiadłam i wzrokiem poszukałam Larsa, który, jak się 

okazało, stał tuż koło mnie, ale ja go nie zauważyłam, bo jestem półprzytomna z 

niewyspania.

Wtedy zobaczyłam pod rusztowaniem, z którego na nowo tynkują kamienicę 

po drugiej stronie ulicy, takiego wysokiego faceta w czarnej skórzanej kurtce i 

wyblakłych dżinsach oraz ciemnych okularach, i z czerwoną bandanką na głowie, 

który intensywnym wzrokiem wpatrywał się w budynek szkoły.

W pierwszej chwili pomyślałam sobie: Co Ryan z Życia na fali robi na ulicy 

pod naszą szkołą? Myślałam, że tego serialu już nie kręcą...

A potem zdarzyła się rzecz przedziwna. Jakaś dziewczyna w mundurku LiAE 

podeszła do tego faceta i szarpnęła go za rękaw...

A on się obrócił i objął ją ramionami, a potem zaczęli się namiętnie całować.

A ja zdałam sobie sprawę, że ta dziewczyna to Lilly Moscovitz, a to ciacho w 

skórzanej kurtce to KENNY SHOWALTER! TAK! Zawieszony w prawach ucznia 

młodociany przestępca, sprawca całego tego zamieszania! Który pojawił się pod 

szkołą, żeby pocałować na dzień dobry swoją dziewczynę!

Narzuca się, oczywiście, jedno podstawowe pytanie: Kiedy to z Kenny'ego 

Showaltera zrobiło się ciacho?

A poza tym...

DLACZEGO LILLY SIĘ DO MNIE NIE ODZYWA? Bo ja totalnie 

UMIERAM z chęci wypytania jej o to, jak zeszła się z Kennym. I jak jej idzie z 

samorządem szkolnym. I czy Kenny pokazał jej swoją kolekcję figurek z Final 

Fantasy, którą zaczął zbierać, kiedy jeszcze chodził ze mną. I czy to ona stoi za www. 

nienawidzemiithermopolis.com. A jeśli tak, to co ja takiego zrobiłam, że ona mnie 

teraz tak strasznie nienawidzi.

No i czy Michael czasami o mnie pyta.

Ale nie mogę. Bo ona i tak by mi nie powiedziała.

CZWARTEK, 23 WRZEŚNIA,

ANGIELSKI

Mia! Jak leci?

background image

Nieźle, Tina! To znaczy jestem nieco obolała po tym wczorajszym obaleniu na 

ziemię. Ale tyłek boli mnie tylko, jeśli siedzę w pewien określony sposób.

To dobrze! Ale mnie chodziło o... faksie masz EMOCJONALNIE? No wiesz... 

W sprawie www.nienawidzemiithermopolis.com. No i w sprawie J.P. i tego, co 

ci powiedział.

Ach! To! Nie ma sprawy. My, osoby znane, musimy się liczyć z 

cybemienawiścią. A co do J.P., to chyba wszystko w porządku. J.P. mówi, że 

zgadza się poczekać, wiesz, aż będę gotowa. Żeby znów chodzić na randki. 

Więc rozumiesz, jest dobrze.

On jest taki kochany! No i to takie romantyczne, jak cię OCALIŁ, kobietę 

która wyzwoliła w nim wulkan wewnętrznej namiętności. A widziałaś, jak 

seksownie wyglądał na tym zdjęciu w „New York Post” dziś rano, z tyłu w 

karetce, kiedy spoglądał na ciebie siedzącą w tej drugiej karetce? Teraz już 

całe miasto chce, żebyś z nim chodziła!

Wiem. Zero presji.

Oj wiesz, że żartuję!

Wiem, Tina. Problem w tym, że... ja po prostu nie wiem, czy JA chcę.

No cóż, cokolwiek zdecydujesz, zawsze cię będę kochała. Wiesz o tym, 

prawda?

Dzięki, T. Chciałabym tylko, żeby wszyscy byli tacy mili, jak ty.

CZWARTEK, 23 WRZEŚNIA,

ROZWÓJ ZAINTERESOWAŃ

Lunch był przeokropny. Wszyscy podchodzili i gratulowali J.P., że mnie 

uratował.

background image

Nie, żebym uważała, że J.P. nie należą się wyrazy podziękowania i uznania od 

wszystkich. Tylko że... To, co powiedziała Tina? Jest tak, jakby cały świat trzymał 

kciuki za to, żebyśmy z J.P. zaczęli się umawiać - nie licząc wszystkich tych ludzi z 

LiAE, którzy są JUŻ przekonani, że ze sobą chodzimy.

A ja się fatalnie czuję z tym, że nie mam na to ochoty, bo J.P. to taki świetny 

facet i naprawdę POWINNIŚMY ze sobą chodzić.

Tylko dlaczego kiedyś nie wszyscy tak się napalali na to, żebym chodziła z 

MICHAELEM? To jasne, Michael nigdy mnie nie ocalił przed wybuchającymi 

nitroskrobiami.

Ale WIELE RAZY ratował mnie przed popadnięciem w szaleństwo.

A teraz nie pojechał do Japonii, żeby się uczyć rysować MANGĘ czy coś w 

tym rodzaju. On pojechał konstruować coś, co będzie pomagało ratować ludzkie 

życie.

Jezu.

CZWARTEK, 23 WRZEŚNIA,

WF

WIEDZIAŁAM, że to się tak skończy. Wiedziałam, że przyjdzie mi zapłacić 

za kumplowanie się z Laną Weinberger.

Zmusiła mnie, żebym się z nią urwała z lekcji.

No dobra, lekcja, z której się urwałyśmy, to tylko wf, który raczej nie jest 

najistotniejszy dla mojej akademickiej kariery.

Ale mimo wszystko! Przecież nie należę do wagarowiczek!

Prawdę mówiąc, nie po raz pierwszy zrywałam się... Ale zwykle po to, żeby 

usiąść na klatce schodowej trzeciego piętra i z kimś obgadać - na ogół z SAMĄ 

SOBĄ - jakąś emocjonalną traumę... A nie po to, żeby iść do Starbucks.

Ale Lana i Trisha już czekały na mnie pod szatnią dla dziewczyn, kiedy tam 

weszłam. Złapały mnie i pociągnęły za sobą - tuż pod nosem Larsa, który opierał się 

o ścianę przy wodotrysku z wodą pitną i grał w Fantasy Football na swoim telefonie 

komórkowym - ze szkoły i na ulicę (Lars wreszcie dogonił nas przy Siedemdziesiątej 

Siódmej ulicy). Lana powiedziała, że naprawdę, ale to naprawdę potrzebuje 

beztłuszczowej mocna latte, że i tak nie wytrzyma na hiszpańskim (właśnie z tej 

lekcji się zerwała), bo jej klasa jest dokładnie pod pracownią chemiczną, a całe to 

skrzydło szkoły nadal jedzie dymem.

background image

- Poza tym - powiedziała Lana - kiedy ci wszyscy reporterzy stoją tam na 

dworze i usiłują przeprowadzić wywiad z dyrektor Guptą na temat Beakera, i tak nie 

zanosi się na to, żebyśmy musieli obtenga cualquier trabqjo hecho.

I wcale nie przesadziła. Nasza szkoła jest nadal w epicentrum gwałtownego 

najazdu mediów, chociaż na sam teren szkoły reporterzy nie wchodzą, bo 

powstrzymuje ich nowojorska policja, którą szkolne władze najwyraźniej wezwały do 

pomocy w opanowaniu tłumu.

Mimo to jakoś się przemknęłyśmy obok nich nierozpoznane, a to dzięki temu, 

że zarzuciłyśmy swetry na głowę i pognałyśmy na złamanie karku. Nawiasem 

mówiąc, tak może się czuć kobieta zmuszona do noszenia burki.

- A więc - powiedziała Lana, kiedy już wszystkie usiadłyśmy. - Wszyscy 

mówią, że ten J.P. uratował ci życie. Wy ze sobą chodzicie?

- Nie - odparłam, czując, że zaczynam się rumienić.

- Stara, ale dlaczego nie? - Trisha zamówiła sobie beztłuszczową caffé mocha 

bez bitej śmietany i teraz na nią dmuchała, żeby ostygła. - Uratował ci życie? 

Bombowa sprawa.

- Tak. - Czułam, że moje policzki są tak samo gorące jak ta czekolada. - Ja 

tylko... No wiecie. Dopiero co skończyłam długotrwały związek i nie wiem, czy 

jestem gotowa od razu pchać się w kolejny.

- Rozumiem - powiedziała Lana. - Tak się czułam długo po zerwaniu z 

Joshem. Ale jesteśmy młode, wiesz? Musimy się porozglądać po tej scenie. Kto chce 

się wiązać na stałe z jakimś facetem, kiedy ma tylko SZESNAŚCIE lat?

- Ja bym się chętnie związała ze Skeetem Ulrichem - podsunęła Trisha.

- Tylko że... - zaczęłam, ignorując wtręt na temat Skeeta Ulricha. - Ja 

naprawdę kocham Michaela. I sam pomysł, żeby być z jakimś innym facetem... Nie 

wiem. Mnie to nie pociąga.

- Wiem, o co ci chodzi - stwierdziła Lana, zlizując trochę beztłuszczowej 

pianki ze swojego drewnianego mieszadełka. - Kiedy Josh i ja zerwaliśmy... Wciąż 

czułam, że, no wiesz, nikt nie zdoła zastąpić Josha. Bo jest taki wysoki i seksowny, i 

bystry, i kiedy chodzę po zakupy, nie ma nic przeciwko siedzeniu w fotelu dla osoby 

towarzyszącej.

- Totalnie. - Trisha kiwaniem głową wyraziła zgodę. - Dobry był w te klocki. 

A wielu facetów nie jest. Aż byś się zdziwiła.

- Naprawdę nie bardzo chciałam, rozumiesz, wiązać się z nikim - ciągnęła 

background image

Lana - bo nie chciałam, żeby znów mnie ktoś zranił. Ale potem pomyślałam sobie, że 

muszę zacząć od początku. Rozumiesz? To jak zmiana wizerunku. No więc poszłam 

na imprezę. A tam poznałam Blaine'a.

- Blaize'a - poprawiła Trisha.

- Tak miał na imię? - Lana spojrzała gdzieś w przestrzeń. - Och, tak. No cóż, 

nieważne. Był takim facetem na pociechę, wiesz. A potem totalnie się wyleczyłam.

- Potrzebny ci facet na pociechę - oświadczyła Trisha, wskazując na mnie 

swoim mieszadełkiem.

- Moim zdaniem to powinien być ten J.P. - zgodziła się Lana. - Bo przecież 

dla ciebie o mało nie dał się wysadzić w powietrze.

- Dać się wysadzić w powietrze to bombowa sprawa - stwierdziła Trisha. Bez 

śladu ironii.

Pokiwałam głową.

- Ja wiem. Problem w tym, że... teoretycznie, J.P. to wymarzony facet dla 

mnie. Oboje uwielbiamy teatr i kino i pochodzimy z podobnego środowiska. Moja 

babka totalnie go uwielbia i oboje chcemy zostać pisarzami...

- I oboje wiecznie coś bazgrzecie w tych swoich notesach - zauważyła Lana, 

wskazując zadbanym paznokciem mój notatnik. - Tak jak teraz. Co wcale nie jest 

dziwne, tak przy okazji.

- Tak - mruknęłam, ignorując ironiczne parsknięcie Trishi. - Wiem, że on jest 

przystojny i że to takie super, że mnie ochronił, i tak dalej. Ale po prostu... On mi nie 

pachnie jak trzeba.

Wiedziałam, że obie dziwnie na mnie popatrzą. I popatrzyły Nie miały 

zielonego pojęcia, o czym mówię.

Nikt nie ma.

Może tylko poza moim ojcem.

- To kup mu inną wodę toaletową - poradziła Trisha.

- Tak - stwierdziła Lana. - Josh kiedyś używał takiego paskudztwa, po którym 

praktycznie dostawałam migreny, więc na urodziny kupiłam mu drakkar noir i wtedy 

się na to przestawił. Problem z głowy.

Musiałam udać, że jestem wdzięczna za tę wskazówkę. To jest właśnie 

problem, kiedy człowiek przyjaźni się z ludźmi na topie.

Nie zawsze można im mówić prawdę, bo mnóstwa rzeczy oni zwyczajnie nie 

rozumieją.

background image

CZWARTEK, 23 WRZEŚNIA,

CHEMIA

Mia - tak dziś cicho siedziałaś w czasie lunchu. Nic ci nie jest?

Skąd, J.P.! Jestem trochę wybita z rytmu.

Ale nie przeze mnie, mam nadzieją.

Nie! To nie ma nic wspólnego z tobą!

Nawet nie umiesz powiedzieć takiemu miłemu facetowi prawdy. Bujasz.

Nie! Nieprawda! Dlaczego tak pomyślałeś?

Bo ci skrzydełka nosa latają.

DO DIABŁA! Czy NIC w moim życiu nie może pozostać

tajemnicą?

No dobra. Lilly ci o tym powiedziała?

Owszem. Słuchaj, ostatnia rzecz, na jaką mam ochotą, to żeby między nami 

zrobiło się jakoś dziwnie.

Nie jest dziwnie! No cóż, to znaczy... Może troszeczkę.

Powiedziałem ci - zaczekam.

Ja wiem! I to miłe z twojej strony. Naprawdę miłe!

Za miły jestem, co? Za grzeczny? Dziewczyny nigdy się nie zakochują w 

miłych gościach.

Nie! Nie jesteś miły. Jesteś groźny, zapomniałeś? A przynajmniej według 

twojego terapeuty...

background image

Hej, nie ma problemu. A tobie czasem twój nie powiedział, że powinnaś 

każdego dnia zrobić coś, co cię przeraża?

Hm. Tak...

No to powinnaś w piątek wieczorem gdzieś się ze mną umówić.

Ups. Mam wtedy coś.

Mia. Myślałem, że będziemy ze sobą szczerzy.

Widzisz, żeby mi skrzydełka nosa latały? Poważnie, muszę wygłosić mowę na 

gali Domina Rei.

Super. Będę twoją osobą towarzyszącą.

Nie możesz. Tam wpuszczają tylko kobiety.

Jasne.

Naprawdę. Wierz mi, wolałabym, żeby było inaczej.

Okay. No to w sobotę.

Nie mogę! Serio. Muszę się uczyć. Masz pojęcie, jak cienka jest niteczka, na 

której wisi moja obecna średnia 4+?

Dobra. Ale wcześniej czy później gdzieś cię zabiorę. I zupełnie zapomnisz o 

Michaelu. Obiecuję ci to.

CZWARTEK, 23 WRZEŚNIA, 20.00,

W LIMUZYNIE W DRODZE DO FOUR SEASONS

Okay, naprawdę trudno jest mi to napisać, bo ręce strasznie mi latają.

background image

Ale muszę to sobie zanotować. Bo coś się stało.

Coś wielkiego.

Większego niż eksplozja nitroskrobii. Większego niż to, że Lilly mnie 

nienawidzi i że, być może, założyła www.nienawidzemiithermopolis.com. Większego 

niż wyznanie J.P., że mnie kocha. Większego nawet niż to, że Michael mnie (już) NIE 

kocha. Większego niż to, że moja mama wyszła za mojego nauczyciela matematyki i 

urodziła mu dziecko albo że ja okazałam się księżniczką, albo że Michael w ogóle 

kiedyś się we mnie zakochał.

Większego niż wszystko, co mi się do tej pory w życiu wydarzyło.

Dobra. Było tak:

Zaczęło się jak całkiem normalny wieczór. To znaczy popracowałam z panem 

G. nad lekcjami (Bez codziennych korepetycji nigdy nie zdam ani chemii, ani 

rachunku różniczkowego. Co do tego mamy jasność), zjadłam kolację i wreszcie 

zdecydowałam, jak mi radziła Lana, że muszę zacząć wszystko od początku. Po-

trzebuję odmiany. Poważnie. Czas zerwać ze starym - z dawnymi chłopakami, ze 

starymi najlepszymi przyjaciółkami, ze starymi ubraniami, które już na mnie nie 

pasują, ze starymi meblami - i wprowadzić nowe.

Zaczęłam więc przesuwać meble w pokoju (No i co? Lekcje odrobiłam, a NIE 

MAM JUŻ PRZECIEŻ TELEWIZORA. Co INNEGO miałam robić? Szukać w 

Internecie wrednych uwag na swój temat? Na www.nienawidzemiithermopolis.com 

pojawił się teraz dział komentarzy, gdzie ktoś z Południowej Dakoty właśnie napisał: 

„Ja też nienawidzę Mii Thermopolis! Jest taka płytka i samolubna! Kiedyś wysłałam 

jej maila na adres pałacu w Genowii, a ona mi nigdy nie odpisała!”) i niechcący 

przewróciłam portret księżniczki Amelii.

A jej odpadł tył. No wiecie, ta drewniana część, która stanowiła tył ramy.

Totalnie się zdenerwowałam, bo, rozumiecie, ten portret jest prawdopodobnie 

bezcenny czy coś, jak wszystko w pałacu.

Więc rzuciłam się, żeby naprawić szkodę.

A wtedy wypadł ten papier.

I to nawet nie papier. Jakiś pergamin. Taki, na jakim pisało się w XVII wieku.

Zapisany był niewyraźną siedemnastowieczną francuszczyzną którą trudno 

było odczytać. Na dole widniał podpis księżniczki Amelii - MOJEJ księżniczki 

Amelii. A tuż obok jej podpisu genowiańska książęca pieczęć i podpisy dwóch 

świadków, których imiona były mi nieznajome.

background image

Po chwili dotarło do mnie, że to muszą być podpisy tych świadków, których 

znalazła, żeby poświadczyli jej rozporządzenie.

I wtedy zrozumiałam, na co patrzę. Na dokument, który Amelia podpisała - i 

który tak rozwścieczył jej wuja, że spalił wszystkie jego kopie... Poza tą jedyną, którą 

ukryła gdzieś blisko swojego serca.

Przedtem myślałam, że ona pisała DOSŁOWNIE o swoim sercu, i że ten 

dokument został spalony razem z ciałem Amelii na pogrzebowym stosie.

Ale teraz dotarło do mnie, że ona nie pisała o tym w sensie dosłownym. Miała 

na myśli swoje SPORTRETOWANE serce... Czyli to miejsce, z którego wypadł 

pergamin - spomiędzy portretu a jego ramy. Tam schowała dokument, żeby go 

uchronić przed wujem... I tam genowiański parlament powinien był go szukać, kiedy 

jej portret i rzeczy zostały zwrócone przez klasztor, do którego wysłała je na 

przechowanie.

Tyle że nikt tego nie zrobił. To znaczy nie przeczytał jej pamiętnika (poza 

tłumaczem, oczywiście). I nikt nie znalazł pergaminu.

Dopiero ja.

Oczywiście, byłam ciekawa, o czym traktuje ten dokument, skoro tak 

rozwścieczył jej wuja, że spalił wszystkie jego kopie poza jedną, którą ukryła Amelia.

Najpierw było mi trudno zrozumieć rękopis, ale gdy skończyłam tłumaczenie 

wszystkich nieznanych mi słów z pomocą sieciowego słownika średniowiecznego 

francuskiego (szacunek, Internetowi maniacy), wiedziałam już, dlaczego wuj 

Francesco tak się wkurzył.

I dlaczego Amelia ukryła dokument. I zostawiła w pamiętniku wskazówkę, 

żeby go można było odszukać.

To najbardziej obrazoburczy dokument, jaki kiedykolwiek czytałam. Jeszcze 

bardziej wybuchowy niż nitroskrobiowy preparat Kenny'ego.

Przez chwilę gapiłam się na pergamin w totalnym oszołomieniu.

A potem dotarło do mnie coś... Coś NIESAMOWITEGO.

Księżniczka Amelia Wirginia Renaldo, z otchłani 1669 roku, uratowała mi 

tyłek!

I nie tylko tyłek, ale też zdrowie psychiczne...

...życie

...przyszłość

...WSZYSTKO.

background image

Naprawdę. Brzmi to, jakbym przesadzała, i wiem, że często mi się to zdarza, 

ale w tym przypadku... Nie przesadzam - walące serce, spocone dłonie i zaschnięte 

gardło świadkiem.

To tak poważna rzecz, że przez chwilę myślałam, że umrę na atak serca.

A kiedy poczułam, że jednak nie umrę, zadzwoniłam do taty i powiedziałam, 

że jadę zobaczyć się z nim w hotelu. I z Grandmère też.

Bo mam im obojgu coś do powiedzenia.

CZWARTEK, 23 WRZEŚNIA, 1.00,

PODDASZE

Nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę uwierzyć, że oni...

To się nie dzieje. To się po prostu NIE DZIEJE. To się NIE MOŻE dziać. Bo 

żeby moi właśni krewni byli tacy... tacy OKROPNI?

Mogłabym jeszcze zrozumieć reakcję GRANDMÈRE. Ale tata? Mój własny 

OJCIEC?

Wziął ode mnie pergamin i przeczytał go. Sprawdził pieczęć i podpis, i 

wszystko. Długo go studiował, kiedy Grandmère siedziała tam i bełkotała:

- Idiotyzm jakiś! Księżniczka Genowii przyznaje ludowi prawo do 

OBIERANIA głowy państwa oraz deklaruje, że rola genowiańskiego władcy 

ogranicza się do reprezentacji? Nikt z naszych przodków nie byłby aż tak głupi.

- Amelia nie była głupia, Grandmère - wyjaśniłam. - To, co zrobiła, w gruncie 

rzeczy było bardzo sprytne. Ona próbowała POMÓC ludowi Genowii i uchronić go 

przed rządami kogoś, kto - jak wiedziała z własnego doświadczenia - był tyranem i 

mógł tylko pogorszyć sytuację, już i tak złą ze względu na plagę. Tylko zwykły pech 

sprawił, że do tej pory nikt tego dokumentu nie znalazł.

- Z pewnością, pech - powiedział tata, nadal studiując dokument. - To mogło 

oszczędzić Genowiańczykom wielu cierpień. Księżniczka Amelia podjęła najlepszą 

możliwą w danych okolicznościach decyzję.

- Właśnie - przytaknęłam. - Więc trzeba jak najszybciej przedstawić ten 

dokument parlamentowi. Będą musieli zająć się nominowaniem kandydatów na 

premiera i zdecydować o terminie wyborców. Aha, tato, chciałam ci jeszcze 

powiedzieć, że o ile znam Genowiańczyków - a wydaje mi się, że już ich poznałam - 

jest tylko jedna osoba, którą zechcą widzieć w fotelu premiera, i jesteś to ty.

- Bardzo miło, że tak mówisz, Mia.

background image

- Bo to prawda - oświadczyłam. - A w konstytucji, jaką spisała Amelia, nie ma 

nic co by uniemożliwiło członkowi rodziny książęcej kandydowanie na stanowisko 

premiera, jeśli będzie mieć taką ochotę. Uważam więc, że powinieneś spróbować. 

Mam już pewne doświadczenia z wyborami po tych zeszłorocznych do samorządu 

szkolnego, więc jeśli będziesz potrzebował pomocy, to ja chętnie zrobię, co się da.

- Co się tutaj dzieje? - zabulgotała Grandmère. - Czy wszyscy tu poszaleli? 

Premier? Mój syn nie będzie żadnym premierem! Jest księciem, czy muszę ci o tym 

przypominać, Amelio?!

- Grandmère... - Wiem, że starym ludziom jest czasami ogromnie trudno 

przystosować się do nowych rzeczy - takich jak Internet - ale wiem też, że Grandmère 

w końcu zrozumie. Myszką komputerową operuje już przecież jak profesjonalistka. - 

Wiem, że tata jest księciem. I zawsze już nim będzie. Tak samo jak ty zawsze już 

będziesz księżną wdową, a ja zawsze będę księżniczką. Tyle że, zgodnie z deklaracją 

Amelii, książę czy księżniczka już Genowia nie RZĄDZĄ. Rządzi nią wyłoniony w 

wyborach parlament, na którego czele stoi wyłoniony w wyborach premier...

- To śmieszne! - zawołała Grandmère. - Nie po to poświeciłam tyle czasu, 

żeby cię nauczyć, jak być księżniczką, żeby teraz się okazało, że nią NIE JESTEŚ!

- Grandmère... - Można by pomyśleć, że nigdy nie miała lekcji wychowania 

obywatelskiego. - Ja wciąż jestem księżniczką. Tyle że reprezentacyjną. Tak jak 

księżniczka Aiko z Japonii... Albo księżniczka Beatrice z Anglii. Japonia i Wielka 

Brytania obie są monarchiami konstytucyjnymi... podobnie jak Monako.

- Monako! - Grandmère zrobiła przerażoną minę. - Dobry Boże w niebiesiech, 

Filipie! My nie możemy być tacy, jak MONAKO. Co ona wygaduje?

- Nic takiego, mamo - oznajmił tata. Nie zauważyłam tego wcześniej, ale 

zaciskał zęby. To znak - jak zaciśnięte wargi mamy - że coś zaraz pójdzie nie po 

mojej myśli. - Nie musisz się tym przejmować.

- No cóż, w zasadzie... - powiedziałam - Musi. To znaczy, troszkę. To będzie 

całkiem spora zmiana. Ale wyłącznie w dobrym kierunku, moim zdaniem. Nasze 

członkostwo w Unii Europejskiej było przedtem dość niepewne ze względu na tę całą 

monarchię absolutną, prawda? Pamiętasz sprawę ślimaków? Ale teraz, jako państwo 

demokratyczne...

- Ta znów z tą demokracją! - krzyknęła Grandmère. - Filipie! Co to wszystko 

znaczy? O czym ona w ogóle MÓWI? Czy ty jesteś, czy nie jesteś księciem Genowii?

- Oczywiście, że jestem, mamo - rzekł tata uspokajającym tonem. - Nie 

background image

denerwuj się. Nic się nie zmieni. Zaraz zadzwonię i zamówię ci sidecara...

Rozumiałam, że tata próbuje jakoś uspokoić Grandmère i tak dalej. Ale 

okłamywanie wydało mi się lekką przesadą.

- Niezupełnie - powiedziałam. - Zmieni się DUŻO...

- Nie - przerwał mi szybko tata. - Nie, Mia, nie zmieni się. Doceniam, że 

zwróciłaś moją uwagę na ten dokument, ale nie wynika z niego to wszystko, o czym 

mówiłaś. On nie ma żadnej mocy sprawczej.

I wtedy szczęka mi opadła.

- CO? Oczywiście, że ją ma! Amelia całkowicie wypełniła wymagania 

określone dla książęcego edyktu - przystawiła pieczęć i poświadczyła dokument w 

obecności dwóch niespokrewnionych ze sobą świadków, i wszystko! Jeśli czegoś się 

nauczyłam, odkąd zaczęłam pobierać te lekcje dla księżniczek, to właśnie tego. 

Dokument jest ważny!

- Ale nie uzyskał aprobaty parlamentu - zaczął tata.

- BO WSZYSCY CZŁONKOWIE PARLAMENTU ZMARLI NA ZARAZĘ! 

- W głowie mi się to nie mieściło. - Albo siedzieli w domu i opiekowali się 

umierającymi krewnymi. I tato, wiesz równie dobrze jak ja, że w sytuacji kryzysowej 

- na przykład ZARAZY albo nieuchronnie zbliżającej się śmierci panującego, 

wiedząc, że tron przejdzie w ręce człowieka znanego jako despota - koronowana 

księżniczka czy książę Genowii swoim podpisem wprowadza w życie, co tylko chce - 

na mocy prawa boskiego.

Czy tata naprawdę uważa, że ja przez te trzy lata lekcji etykiety NICZEGO się 

nie nauczyłam poza tym, jak używać widelca do ryby?

- Racja - rzekł tata. - Ale ten konkretny kryzys miał miejsce czterysta lat temu, 

Mia.

- To w niczym nie umniejsza ważności dokumentu - upierałam się.

- Nie - przyznał tata. - Ale to znaczy, że akurat teraz nie ma żadnego powodu, 

dla którego musielibyśmy dzielić się nim z parlamentem. Ani teraz, ani nigdy.

- CO?!

Poczułam się jak księżniczka Leia Organa, kiedy wreszcie wyjawiła 

Wielkiemu Moffowi Tarkinowi położenie ukrytej bazy rebeliantów (chociaż tylko 

kłamała) w Gwiezdnych wojnach: Nowej nadziei, a on i tak nakazał natychmiast 

zniszczenie jej rodzinnej planety Alderaanu.

- OCZYWIŚCIE, że musimy go ujawnić! - wrzasnęłam. - Tato, Genowia już 

background image

od prawie czterystu lat jest oszukiwana!

- Skończyliśmy tę rozmowę - oświadczył tata, biorąc do ręki konstytucję 

Amelii i szykując się do schowania jej do aktówki. - Doceniam twoje wysiłki, Mia, 

bardzo sprytnie rozszyfrowałaś zagadkę. Ale trudno to nazwać legalnym 

dokumentem, który należałoby przedstawiać ludowi Genowii albo parlamentowi. To 

tylko usiłowania przerażonej nastolatki, która chciała zabezpieczyć interesy ludzi, 

którzy już od dawna nie żyją, a nie coś, czym musielibyśmy się przejmować...

- No właśnie! - powiedziałam. Szybko podeszłam i odebrałam mu pergamin, 

zanim zdążył raz na zawsze schować go w czeluściach swojej aktówki Gucciego. 

Zbierało mi się na płacz. Nic na to nie mogłam poradzić. To było strasznie niespra-

wiedliwe. - Prawda? DZIEWCZYNA to napisała. Co gorsza, NASTOLETNIA 

dziewczyna. A zatem dokument nie ma żadnej mocy prawnej i można go 

zignorować...

Tata rzucił mi kwaśne spojrzenie.

- Mia, wiesz, że nie o to mi chodziło...

- Owszem, o to! Gdyby to napisał jakiś nasz krewny płci MĘSKIEJ - sam 

książę Francesco - na pewno przedstawiłbyś to parlamentowi, kiedy się zbierze w 

przyszłym miesiącu. Ale skoro napisała go nastolatka, która była księżniczką tylko 

przez dwanaście dni, a potem umarła okropną śmiercią to chcesz całkowicie go 

zlekceważyć. Czy wolność własnego ludu naprawdę tak mało dla ciebie znaczy?

- Mia - odezwał się tata znużonym tonem. - Genowia stale zajmuje najwyższe 

miejsca w rankingach krajów, gdzie żyje się najlepiej, a jej mieszkańcy należą do 

najszczęśliwszych społeczeństw na Ziemi. Średnia roczna temperatura wynosi 

dwadzieścia dwa stopnie, w roku jest co najmniej trzysta słonecznych dni i nikt nie 

płaci podatków, zapomniałaś? Genowiańczycy z całą pewnością od chwili kiedy 

objąłem tron, nigdy nie wyrażali najmniejszego zaniepokojenia brakiem swobód ani 

ich zagrożeniem.

- Jak może im brakować czegoś, czego nigdy nie mieli, tato? - zapytałam. - I 

nawet nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że jedna z naszych przodkiń zostawiła po sobie 

w spadku coś, co zamierzała wykorzystać dla ochrony ludu, który kochała. Jej wuj to 

zniszczył tak samo, jak usiłował pozbyć się JEJ SAMEJ. Jeśli nie uhonorujemy jej 

ostatniego życzenia, będziemy tak samo podli jak on.

Tata przewrócił oczyma.

- Mia. Jest już późno. Wracam do swojego apartamentu. Porozmawiamy o tym 

background image

jutro. O ile... - wyraźnie dosłyszałam to mrukniecie - do tego czasu ci nie przejdzie.

I tu naprawdę dotykamy sedna sprawy, nie? On uważa, że mnie dokucza jakaś 

nastoletnia damska histeria... Ta sama, która skłoniła go do wysłania mnie na terapię, 

a księżniczkę Amelię do podpisania tego dokumentu.

Dokumentu, który ignoruje ponieważ, napisała go dziewczyna.

Fajnie. Naprawdę fajnie.

A Grandmère też mi w niczym nie pomogła. Można by sądzić, że jako kobieta 

wykaże trochę zrozumienia dla mojej - i Amelii - ciężkiej doli.

Ale Grandmère okazała się zupełnie taka sama jak te wszystkie inne kobiety, 

które głośno domagają się tych samych praw, co mężczyźni, ale nie chcą się określać 

feministkami. Bo to nie jest „kobiece”.

Kiedy tata wyszedł, popatrzyła na mnie tylko i powiedziała:

- No cóż, Amelio, nadal nie jestem pewna, o co ci chodziło, ale radzę ci, żebyś 

sobie nie zawracała głowy tym starym zakurzonym pamiętnikiem. A teraz gotowa 

jesteś do swojego jutrzejszego wystąpienia? Twój kostium dostarczono do hotelu, 

więc najlepiej byłoby, żebyś przyjechała prosto po szkole i przebrała się u mnie.

- Nie mogę przyjechać prosto po szkole. Po lekcjach mam terapię.

Popatrzyła na mnie i parę razy zamrugała powiekami - nie byłam przedtem 

pewna, ile tata jej powiedział o doktorze Bziku. Ale teraz już wiem, że nic - i 

powiedziała:

- No cóż. W takim razie później.

!!!!!

Moja babcia dowiaduje się, że chodzę na terapię i wszystko, co ma mi na ten 

temat do powiedzenia, to żebym przyszła do niej PÓŹNIEJ i przebrała się na swój 

występ. A wszystko dlatego, że to ONA chce się dostać do Domina Rei.

W tej chwili mogłabym zamordować ich oboje. I tatę, i Grandmère.

Do domu wróciłam taka wściekła, że nie byłam w stanie się odezwać. Po 

prostu poszłam do swojego pokoju i zatrzasnęłam drzwi.

Wątpię, żeby mama albo pan G. w ogóle to zauważyli. Wreszcie kupili sobie 

na Netflix wszystkie dostępne sezony Prawa ulicy i przykleili się do ekranu 

telewizora.

Telewizora, który stoi w ich SYPIALNI.

Bo IM nikt telewizora nie odebrał.

Miałam ochotę pójść tam i powiedzieć im - a przynajmniej mamie - co się 

background image

dzieje. Ale wiedziałam, że ta informacja doprowadziłaby ją do szału. Jej były mąż i 

jego matka pozbawiają jakąś kobietę podstawowych praw człowieka (bo w zasadzie 

to jest to, co robią tata z Grandmère)? Mama z miejsca wyruszyłaby na wojenną 

ścieżkę. Zaczęłaby wydzwaniać do wszystkich swoich zbuntowanych przyjaciółek i 

zanim byśmy się obejrzeli, pod ambasadą Genowii stałaby pikieta. A potem, gdyby to 

nie podziałało, walnęłaby tatę w kark ciosem karate (próbowała zrzucić nadwagę po 

ciąży i znów ma swój dawny brązowy pas).

Tylko że...

Tylko że nie chcę tego.

Po pierwsze, przemoc to nie jest wyjście z sytuacji.

A po drugie, nie chcę, żeby moja MAMA to załatwiała. Potrzebna mi rada, jak 

JA mam to załatwić. SAMA.

W głowie mi się to wszystko nie mieści. Czy naprawdę tak ma wyglądać moje 

życie?

A jeśli tak, to... jak do tego doszło?

PIĄTEK, 24 WRZEŚNIA,

ANGIELSKI

Mia! Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś wczoraj w nocy mało spała!

Tak. Bo mało spałam.

Dlaczego? O kurczą, czy coś się stało? Z J.P. ? Albo z MICHAELEM?

Nie, Tina. Wierz mi albo nie, ale to nie ma nic wspólnego z żadnym 

chłopakiem. No cóż, poza moim tatą.

Znów ci zrobił ten sam wykład? Że jak nie zaczniesz się lepiej uczyć, to się nie 

dostaniesz na żadną uczelnią z Ligi Bluszczowej i skończy się na tym, że 

wyjdziesz za mąż za cyrkowego akrobatę, jak twoja kuzynka, księżniczka Stefa-

nia? Chciałam zauważyć, że WIĘKSZOŚĆ ludzi, moim zdaniem, nie dostaje 

się na uczelnie Ligi Bluszczowej, a tylko bardzo niewielu z nich kończy w 

małżeństwie z cyrkowcem, więc to raczej nie jest uzasadniona obawa.

background image

Jest gorzej.

O mój Boże, dowiedział się, że zamierzałaś oddać swój Najcenniejszy Dar 

Michaelowi? Tyle, że on go nie chciał?

Nie. Coś o wiele ważniejszego...

O wiele ważniejszego niż twój Najcenniejszy Dar? No to co, w takim razie?

Widzisz...

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

Nie będę przesyłać liścików w czasie lekcji.

PIĄTEK, 24 WRZEŚNIA, PRZERWA NA LUNCH, KLATKA 

SCHODOWA TRZECIEGO PIĘTRA

Nie wiem nawet, co napisać. Założę się, że i tak wszystkie słowa na tej stronie 

pozamazują mi się od kapiących łez.

Ale płaczę tak okropnie, że ledwie w ogóle widzę tę kartkę.

background image

Ja zwyczajnie nie rozumiem, jak ona mogła to POWIEDZIEĆ.

A co dopiero coś takiego ZROBIĆ.

Nie mam pojęcia, co ja sobie wyobrażałam.

Problem polega na tym, że to jest o wiele GORSZE niż to, że rzucił mnie 

chłopak, z którym długo chodziłam. Gorsze niż to, że były mojej najlepszej 

przyjaciółki twierdzi, że się we mnie zakochał. Gorsze niż to, że mój dawniej 

najzajadlejszy wróg teraz siedzi ze mną przy lunchu. Gorsze niż to, że ledwie udaje 

mi się zaliczyć rachunek różniczkowy.

Bo mój ojciec usiłuje zniweczyć jedyną szansę mieszkańców Genowii na 

życie w demokratycznym kraju.

I jest tylko jedna osoba, która mogłaby mi powiedzieć, co powinnam w tej 

sprawie zrobić (zamiast, na przykład, jak mama, przejąć wszystko w swoje ręce i 

załatwić bez mojego udziału).

I ta osoba się do mnie nie odzywa.

Myślałam, że uda nam się wznieść ponad te małostkowe uprzedzenia. 

Naprawdę myślałam, że to możliwe. Poważnie. Poczułam, że POWINNAM 

porozmawiać z Lilly. Bo Lilly wiedziałaby, co zrobić.

Pomyślałam sobie: I co strasznego mogłoby się zdarzyć, gdybym jej 

POWIEDZIAŁA? Gdybym podeszła do niej i powiedziała, co się dzieje? 

MUSIAŁABY odpowiedzieć, prawda? Bo to jest tak rażąca niesprawiedliwość, że nie 

zdołałaby się powstrzymać. Przecież to LILLY. Lilly nie potrafi stać bezczynnie, 

kiedy ktoś dopuszcza się niesprawiedliwości. Ona jest do tego fizycznie niezdolna. 

MUSIAŁABY coś powiedzieć.

I najprawdopodobniej, powiedziałaby: „Mia, ty chyba ŻARTUJESZ, 

musisz...”

A potem powiedziałaby mi, co robić.

A wtedy ja przestałabym czuć, że coraz głębiej zsuwam się do nieużywanego 

zbiornika na wodę u dziadka.

Bo może przyjaciółkami już byśmy nie były. Ale Lilly nigdy by nie pozwoliła, 

żeby jakiś kraj pozbawiono możliwości zaprowadzenia demokracji. Racja? Osoba tak 

jak ona przeciwna monarchii?

Tak przynajmniej rozumowałam. I dlatego podeszłam do niej przed chwilą w 

stołówce.

Przysięgam, tylko tyle zrobiłam. Po prostu do niej podeszłam. Podeszłam 

background image

tylko do miejsca, gdzie siedziała - SAMA, tak przy okazji, bo Kenny jest zawieszony, 

a Perin poszła na wizytę do ortodonty, a Ling Su postanowiła zostać w pracowni 

plastycznej, żeby skończyć kolaż przedstawiający ją samą i zatytułowany: Portret 

artystki w kluskach romen i oliwkach - i powiedziałam:

- Lilly? Czy mogę zamienić z tobą słówko?

Dobra, może to był zły pomysł, żeby zbliżać się do niej publicznie. Może 

powinnam była poczekać w łazience dla dziewczyn, bo ona zawsze idzie tam umyć 

ręce, kiedy skończy jeść. Wtedy mogłabym pomówić z nią na osobności, a gdyby 

była wobec mnie niemiła, nikt by tego nie widział ani nie słyszał, poza mną i może 

paroma pierwszoklasistkami.

Ale jak ta IDIOTKA podeszłam do niej na oczach wszystkich, usiadłam na 

krześle naprzeciwko niej i powiedziałam:

- Lilly, ja wiem, że się do mnie nie odzywasz, ale naprawdę potrzebuję twojej 

pomocy. Stało się coś okropnego, właśnie odkryłam, że prawie czterysta lat temu 

jedna z moich przodkiń podpisała dokument, na którego mocy Genowia stała się 

monarchią konstytucyjną, ale ten dokument odnalazł się dopiero wczoraj, a kiedy 

pokazałam go tacie, on go właściwie zlekceważył, bo ten dokument napisała 

nastolatka, która panowała zaledwie przez dwanaście dni, a potem padła ofiarą 

czarnej śmierci. A poza tym on nie chce pełnić wyłącznie ceremonialnej roli w 

rządzie Genowii, chociaż ja mu tłumaczyłam, że mógłby kandydować na premiera. 

Wiesz, że wszyscy by na niego zagłosowali. Ja natomiast uważam, że dzieje się jakaś 

okropna niesprawiedliwość, ale nie wiem, co mam w tej sprawie zrobić, a ty jesteś 

taka bystra, więc pomyślałam, że mi pomożesz.

Lilly podniosła na mnie oczy znad swojej sałatki i powiedziała chłodno:

- Dlaczego ty się w ogóle do mnie odzywasz?

Co, przyznaję, zbiło mnie nieco z tropu. Chyba powinnam była natychmiast 

wstać i odejść.

Ale, jak ta idiotka, którą widać jestem, zostałam. Bo... sama nie wiem. Tyle 

już razem Przeszłyśmy, że stwierdziłam, że pewnie nie wysłuchała mnie 

wystarczająco uważnie, czy coś.

- Lilly, potrzebuję twojej pomocy, a te ciche dni to po prostu jakaś straszna 

głupota - powiedziałam.

Ale ona tylko się na mnie gapiła. Dodałam więc:

- No cóż, dobrze, jeśli uważasz, że musisz mnie dalej nienawidzić, nie ma 

background image

sprawy. Ale co z ludem Genowii? Oni ci nigdy nic nie zrobili - chociaż ja też nic ci 

nie zrobiłam, ale nie o to chodzi. Nie uważasz, że ludność Genowii powinna 

dysponować prawem wyboru własnego przywódcy? Lilly, ONI cię potrzebują. JA cię 

potrzebuję, żebyś mi powiedziała, jak mam to...

- O. Mój. Boże.

Lilly wstała przy „O”. Uniosła pięść przy „Mój”. I walnęła nią z całej siły w 

blat stolika przy „Boże”.

Tak mocno, że wszystkie głowy w całej stołówce obróciły się w naszą stronę, 

sprawdzić, co się dzieje.

- To się w pale nie mieści! - wrzasnęła Lilly. Dosłownie, wrzasnęła na mnie, 

chociaż siedziałam po drugiej stronie stołu, niecały metr od niej. - Ty jesteś 

kompletnie nienormalna. Najpierw łamiesz serce mojemu bratu. Potem kradniesz mi 

chłopaka. A następnie uważasz, że możesz prosić mnie o radę w sprawach swojej 

totalnie patologicznej rodziny?

Dochodząc do słowa „rodzina”, darła się już na cały głos.

Ja tylko wytrzeszczyłam na nią oczy, kompletnie zaszokowana. Poza tym nie 

za dobrze ją widziałam, bo łzy nabiegały mi do oczu.

Ale pewnie to dobrze. Bo nie widziałam tych wszystkich poruszonych twarzy, 

zwróconych w naszą stronę.

W ciszy, jaka zapanowała w stołówce, dałoby się usłyszeć brzęczenie muchy. 

Ani jeden widelec nie skrobał o talerz. Aż tak gorliwie wszyscy chcieli chłonąć każdą 

sekundę tej pyskówki, jaką mi urządziła od dawna najlepsza przyjaciółka.

- Lilly - szepnęłam. - Wiesz, że nie złamałam serca Michaelowi. To on złamał 

moje. I nie ukradłam ci chłopaka...

- Och, zachowaj to dla „New York Post” - krzyknęła Lilly. - NIGDY nie jesteś 

winna, prawda, Mia? Ale dlaczego miałabyś się przyznawać, że nie masz racji, skoro 

rola ofiary tak ci pasuje? Popatrz tylko na siebie. Teraz twoją najlepszą przyjaciółką 

jest LANA WEINBERGER. Czy to nie ZABAWNE? Czy ty nie zdajesz sobie 

sprawy, że ona cię tylko WYKORZYSTUJE, ty idiotko? Oni wszyscy cię 

wykorzystują, Mia. Byłam twoją jedyną prawdziwą przyjaciółką i sama popatrz, jak 

mnie potraktowałaś!

Potem Lilly widziałam już tylko w charakterze błękitnej plamy, bo w takim 

tempie płynęły mi łzy. Ale słyszałam w jej głosie pogardę. Słyszałam też wkoło nas tę 

kompletną ciszę.

background image

- I wiesz, co? - ciągnęła Lilly lodowatym tonem, ale nadal tak głośno, że 

mogłaby obudzić umarłego. - Masz rację. NIE ZŁAMAŁAŚ serca Michaelowi. Miał 

tylko dość twoich ciągłych jęków i kompletnej nieumiejętności radzenia sobie z włas-

nymi problemami, że nie mógł się doczekać, aż od ciebie zwieje. Szkoda tylko, że nie 

mam tyle szczęścia, co on! Wszystko bym oddała za to, żeby móc się znaleźć o 

tysiące mil od ciebie. Ale na razie mam przynajmniej tę nową stronę, którą 

zaprojektowałam sobie na pociechę. Może już ją widziałaś? Jeśli nie, chętnie ci 

podam adres URL - to www.nienawidzemiithermopolis.com.

Z tymi słowami obróciła się na pięcie i wyszła ze stołówki.

A przynajmniej chyba tak zrobiła, bo naprawdę nie widziałam, co się tam 

dzieje, bo płakałam już tak okropnie, że wyglądało to, jakby po twarzy płynął mi 

wodospad Niagara.

Dlatego nawet nie zauważyłam, że Tina i Boris, J.P. i Shameeka oraz Lana i 

Trisha podbiegli do krzesła, na którym siedziałam, i zaczęli mnie poklepywać po 

plecach i mówić takie rzeczy jak: „Nie słuchaj jej, Mia, ona nie mówiła tego 

poważnie”, i „Ona jest zazdrosna. Zawsze taka była”, i „Nikt cię nie wykorzystuje, 

Mia. Bo szczerze mówiąc, nie masz właściwie nic, co chciałabym mieć”. (To ostatnie 

powiedziała Lana, która chciała mnie, oczywiście, pocieszyć, wiem to).

Wiedziałam, że starają się być mili. Wiedziałam, że zwyczajnie chcą, żebym 

poczuła się lepiej. Ale było za późno. Lilly totalnie mnie zdruzgotała - i to w 

publiczny sposób. To była ta ostatnia słomka, pod którą złamał się kręgosłup 

wielbłąda. No i jeszcze to, że Lilly - akurat Lilly! - stoi za tą głupią stroną 

internetową.

Chyba zawsze to wiedziałam.

Ale słyszeć, że w taki sposób się do tego przyznaje - z taką dumą...

Musiałam się stamtąd wydostać. Wiedziałam, że jeśli to zrobię, okażę się tym, 

co przypisywała mi Lilly - jęczącą ofiarą.

Ale naprawdę musiałam zostać sama.

Dlatego właśnie siedzę na klatce schodowej trzeciego piętra, tuż pod 

zamkniętą klapą, która prowadzi na dach. Tu, gdzie nikt nigdy nie chodzi...

To znaczy, nikt poza Lilly i mną kiedy w przeszłości zdarzało się coś, co nas 

martwiło.

Lars stoi na straży u stóp schodów, żeby nikt tu nie wchodził na górę. Chyba 

się poważnie o mnie martwi. Zapytał:

background image

- Księżniczko, czy mam zadzwonić do twojej matki?

Odpowiedziałam:

- Nie, dzięki, Lars.

Na co on:

- No to może do twojego ojca?

A ja na to:

- NIE!

Spojrzał, jakby zdumiała go ta gwałtowność. Ale ja się bałam, że zaraz zapyta, 

czy ma zadzwonić do doktora Bzika.

Na szczęście pokiwał tylko głową i powiedział:

- No dobrze, skoro jesteś pewna...

Byłam całkiem pewna. Powiedziałam mu, że muszę na chwilę zostać zupełnie 

sama. Powiedziałam, że zaraz wrócę...

Ale siedzę tu już kwadrans i nie czuję, żeby te łzy miały jakoś niedługo 

przestać płynąć. Jak ona mogła coś takiego POWIEDZIEĆ? Po tym wszystkim, przez 

co razem Przeszłyśmy? Jak ona mogła WYPISYWAĆ takie rzeczy na tej swojej stro-

nie? Jak ona mogła pomyśleć, że mogłabym zrobić którąś z tych rzeczy, o jakie mnie 

oskarżyła? Jak ona mogła być taka... Taka OKRUTNA?

O nie. Słyszę kroki. Lars wpuścił tu kogoś! DLACZEGO, LARS, 

DLACZEGO? Mówiłam ci...

PIĄTEK, 24 WRZEŚNIA,

ROZWÓJ ZAINTERESOWAŃ

O Boże. To było takie...

Dziwne.

Tylko takim słowem mogę to opisać.

I w tym momencie przestaję się dziwić wątpliwościom pani Martinez co do 

mojej przyszłej kariery pisarki albo dziennikarki.

Ale jak inaczej mam to opisać? To było po prostu... DZIWNE.

I co ten Lars sobie WYOBRAŻAŁ? Mówiłam mu, że ma NIKOGO nie 

wpuszczać na górę. Pomijając dyrektor Guptę albo jakiegoś nauczyciela, 

OCZYWIŚCIE.

Więc czemu zrobił wyjątek dla Borisa?

Ale właśnie tak się stało. Usłyszałam kroki na schodach, a za chwilę 

background image

zobaczyłam BORISA, zdyszanego jakby biegł.

Najpierw wystraszyłam się, że mi powie, że on też się we mnie kocha (To 

niesamowite, jakie rzeczy zaczynają się dziać, kiedy człowiek urośnie do rozmiaru 

36C).

Ale na szczęście tylko powiedział:

- Tu jesteś. Szukałem cię wszędzie. Miałem ci tego nie mówić, ale to 

nieprawda.

- CO nieprawda, Boris? - zapytałam go, totalnie zbita z tropu.

- To, co przed chwilą powiedziała Lilly - wyjaśnił. - O tym, że Michael miał 

cię dość. Nie mogę ci powiedzieć, skąd wiem. Ale wiem.

Uśmiechnęłam się do niego. Nadal byłam pogrążona w rozpaczy i tak dalej, 

ale nic na to nie mogłam poradzić. Tina ma niesamowite szczęście. Ma najlepszego 

chłopaka na całym ziemskim globie.

I zdaje sobie z tego sprawę.

- Dzięki, Boris - powiedziałam, usiłując obetrzeć łzy rękawem, żeby nie 

wyglądać jak jakaś ostatnia wariatka, chociaż pewnie i tak wyglądałam. - To 

naprawdę miłe z twojej strony.

- Nie jestem miły - upierał się, nadal zdyszany po tej całej gonitwie za mną. - 

Mówię prawdę. A ty powinnaś mu odpisać.

Wytrzeszczyłam na niego oczy, jeszcze bardziej ogłupiała niż przedtem.

- C - co? Komu odpisać?

- Michaelowi - odpowiedział Boris. - Pisał do ciebie maile, prawda?

- Tak. Ale skąd ty...

- Powinnaś mu odpisać - powtórzył Boris. - To znaczy, wasze zerwanie nie 

znaczy, że nie możesz już być jego przyjaciółką. Przecież zgodziliście się co do tego? 

Że nadal będziecie się przyjaźnić?

- Tak - potwierdziłam, zdziwiona. - Ale, Boris, skąd ty wiesz, że on do mnie 

pisał maile? Czy... Tina ci powiedziała?

Boris zawahał się, a potem skinął głową.

- Tak. No właśnie. Tina mi powiedziała.

- Och! - westchnęłam. - Ja nie mogę mu odpisać, Boris. Jestem... Jestem 

jeszcze niegotowa, żeby się z nim przyjaźnić. Nadal za bardzo mnie boli, że nie 

jesteśmy czymś WIĘCEJ tylko przyjaciółmi.

- Rozumiem to, chyba - stwierdził Boris. - Ale... Powinnaś mu odpisać, jak 

background image

tylko poczujesz się gotowa. Żeby sobie nie myślał, że... No wiesz. Że go 

nienawidzisz. Albo że o nim zapomniałaś. Czy coś.

Jakby TO mogło się kiedykolwiek zdarzyć.

Zapewniłam Borisa, że napiszę do Michaela, kiedy poczuję się emocjonalnie 

zdolna zrobić coś takiego bez rozsypania się i błagania go czcionką - osiemnastą, 

żeby do mnie wrócił.

A potem Boris zrobił strasznie miłą rzecz. Zaproponował, że odprowadzi mnie 

do klasy (Kiedy już się pozbierałam i usunęłam ślady łez. Rozmazany tusz, zapchany 

nos, i tak dalej).

Więc we trójkę - Boris, Lars i ja - poszliśmy wszyscy do sali od RZ (po 

dzwonku).

Ale to nie miało znaczenia, bo ani pani Hill, ani Lilly tu nie było.

Myślę, że Lilly zerwała się z lekcji, żeby się gdzieś spotkać z Kennym. Oni są 

teraz zupełnie jak Courtney Love i Kurt Cobain. Minus heroina. Wystarczy tylko, 

żeby Lilly zaczęła palić, i może też zrobiła sobie jeden czy drugi tatuaż, a swój 

wizerunek twardej dziewczyny dopracuje do perfekcji.

Boris zapytał mnie po raz ostatni, czy nic mi nie jest, a kiedy powiedziałam, 

że moim zdaniem nie, schował się w szafie na materiały piśmienne i zaczął ćwiczyć 

mój ulubiony kawałek Chopina.

Na pewno robi to specjalnie. On jest taki troskliwy.

Tina ma naprawdę wielkie szczęście

Myślę, że któregoś dnia mnie też się poszczęści.

A może swój przydział szczęścia, jeśli chodzi o chłopaków, już 

wykorzystałam, kompletnie go trwoniąc?

Boże, mam nadzieję, że tak nie jest. Ale jeśli tak jest, to mogę powiedzieć, że 

póki trwało, było fantastycznie.

PIĄTEK, 24 WRZEŚNIA,

POCZEKALNIA DOKTORA BZIKA

Lana i Trisha upierały się, że zabiorą mnie na, jak to one nazwały, 

manikiurowo - pedikiurową przerwę. Powiedziały, że należy mi się po tym, jak mnie 

w stołówce potraktowała Lilly.

Zamiast więc grać w softballa w czasie szóstej lekcji, dałam sobie pomalować 

paznokcie u nóg i to co mi zostało z paznokci u rąk (odkąd wróciłam z Genowii po 

background image

wakacjach, nie nakładałam sobie akrylowych tipsów i ogryzałam to, co mi zostało z 

naturalnych) na jaskrawą czerwień, kolor, który zdaniem Grandmère jest zupełnie 

nieodpowiedni dla młodych dziewczyn, za to odpowiedni dla kelnerek.

Dlatego go wybrałam.

Muszę przyznać, kiedy już skończył się ten czterdziestominutowy zabieg 

manikiuru i pedikiuru, że poczułam się znacznie lepiej. Wiem, że Lana i Trisha się 

starały.

Ale w moim życiu rozgrywa się teraz taki dramat, że żaden masaż dłoni i stóp 

(oraz malowanie paznokci) tego nie uleczy.

Och, doktor Bzik już jest gotowy!

Myślę, że nawet doktor Bzik nie jest gotowy na mnie i wszystkie klęski 

mojego życia.

PIĄTEK, 24 WRZEŚNIA,

W LIMUZYNIE W DRODZE DO FOUR SEASONS

Otworzyłam serce przed doktorem Bzikiem, terapeutą - kowbojem, i oto, co 

mi powiedział:

- Ale Genowia już ma premiera.

Popatrzyłam na niego wymownie.

- Nie, nie ma - upierałam się.

- Ależ ma. Obejrzałem te filmy o twoim życiu, o co mnie prosiłaś. I pamiętam 

wyraźnie...

- Filmy o moim życiu tutaj się MYLĄ - stwierdziłam. - Oraz w bardzo wielu 

innych sprawach. Uznali, że to swoboda twórcza czy coś. Powiedzieli, że trzeba 

podnieść oglądalność. Jakby moje PRAWDZIWE życie już nie miało wystarczająco 

wysokiej oglądalności.

Więc wtedy doktor Bzik powiedział:

- Och. Rozumiem. - Zastanawiał się przez jakąś chwilę. A później dodał: - 

Wiesz, to wszystko mi przypomina historię o takim koniu, którego mam na ranczu...

O mało nie wyskoczyłam ze swojego fotela i nie rzuciłam się na niego.

- NIECH MI PAN TYLKO ZNÓW NIE OPOWIADA O PUSZKU! - 

ryknęłam. - O PUSZKU JUŻ WSZYSTKO WIEM!

- Nie chodzi o Puszka - rzekł doktor Bzik, nieco zdziwiony. - Chodzi o 

Pancho.

background image

- Ile koni pan tam właściwie ma? - spytałam ostro.

- Och, parędziesiąt - odparł doktor Bzik. - Ale to nieważne. Ważne jest to, że 

Pancho jest takim trochę popychadłem. Ktoś go wyprowadzi z boksu i osiodła, a on 

od razu się w tej osobie zakochuje. Będzie ocierał się o nią łbem, zupełnie jak kot, i 

chodził krok w krok... Nawet jeśli ta osoba wcale go jakoś przyjemnie nie traktuje. 

Pancho jest spragniony uczucia, chce, żeby wszyscy go lubili...

- Okay - przerwałam. - Rozumiem. Pancho ma problemy z samooceną. Ale co 

to ma wspólnego z faktem, że mój ojciec usiłuje ukryć konstytucję Amelii przed 

ludem Genowii?

- Nic - rzekł doktor Bzik. - To ma coś wspólnego z faktem, że ty nie próbujesz 

zrobić nic, żeby go powstrzymać.

Popatrzyłam na niego jeszcze trochę.

- A jak mam to zrobić?

- To już musisz sama odkryć - powiedział doktor Bzik.

To mnie już rozwścieczyło.

- Pierwszego dnia, kiedy tu siedziałam - wrzasnęłam - powiedział mi pan, że 

zdołam się wydostać z tej „czarnej dziury”, w którą wpadłam, prosząc o pomoc. No 

cóż, proszę o pomoc... I wtedy pan mi mówi, że sama mam do tego dojść? Proszę 

pana, ile my panu płacimy za godzinę, tak w ogóle?

Doktor Bzik przyjrzał mi się spokojnie zza okularów.

- Posłuchaj tego, co mi właśnie opowiedziałaś: chłopak, którego kochasz, chce 

się z tobą wyłącznie przyjaźnić, a ty nic nie robisz. Twoja najlepsza przyjaciółka 

upokarza cię przy całej szkole, a ty nic nie robisz. Twój ojciec mówi ci, że nie ma za-

miaru honorować życzenia twojej przodkini, a ty nic nie robisz. Powiedziałem ci przy 

naszym pierwszym spotkaniu, że nikt ci nie zdoła pomóc, jeśli sama sobie nie 

pomożesz. Nic się w twoim życiu nie zmieni, jeśli nie będziesz każdego dnia...

- Robiła czegoś, co mnie przeraża - dokończyłam. - WIEM. Ale jak? Jak 

powinnam na to wszystko zareagować?

- Nie chodzi o to, jak powinnaś reagować, Mia - rzekł doktor Bzik, nieco 

sfrustrowany. - Ale o to, czego ty sama CHCESZ.

Nadal tego nie rozumiałam. Powiedziałam:

- Chcę... Chcę... Chcę postąpić właściwie!

- No więc ja ci to właśnie tłumaczę. Jeśli chcesz postąpić właściwie, nie 

możesz być taka jak Pancho. Zrób to, co na twoim miejscu zrobiłaby księżniczka 

background image

Amelia!

CO TEN FACET W OGÓLE WYGADUJE? Ale zanim miałam czas się nad 

tym zastanowić, mówił dalej:

- Och, no kto by pomyślał. Nasz czas się skończył. Ale to była szalenie 

interesująca sesja. Za tydzień chciałbym cię znów zobaczyć w towarzystwie ojca. 

Mam wrażenie, że między wami są pewne sprawy, które wymagają omówienia. I 

przyprowadź też swoją babkę - dodał doktor Bzik. - Widziałem jej zdjęcie w 

Internecie. Sprawia wrażenie frapującej kobiety.

- Zaraz, momencik. Co pan mówi? Jak mam zrobić to, co zrobiłaby 

księżniczka Amelia? Księżniczce Amelii się nie udało. Jej rozporządzenie nie weszło 

w życie. Nikt się nigdy nawet o nim nie dowiedział. Nikt poza mną.

- Na razie, Mia - pożegnał mnie doktor Bzik.

I wygonił z gabinetu.

Zupełnie tego nie rozumiem. Tata płaci temu facetowi, żeby mi pomagał w 

moich problemach. A on uprawia spychologię; twierdzi, że powinnam swoje 

problemy rozwiązywać sama.

Przecież to chyba jemu za to płacą?

Co ja, na miłość boską, mam zrobić z problemem księżniczki Amelii? 

Przedstawiłam sprawę tacie, a on totalnie mnie zlekceważył. Co jeszcze mogę zrobić?

A najgorsze jest to, że doktor Bzik dostał wyniki moich badań krwi z gabinetu 

doktora Funga. I co? W normie. Totalnie nic mi nie jest, pod żadnym względem. Jak 

Rocky, mieszczę się w górnym percentylu dla swojej grupy wiekowej czy coś. Mia-

łam nadzieję, że dzięki temu, że znów jem mięso, tak wysoko podniosłam sobie 

chociaż poziom cholesterolu, że można będzie zwalić na to winę za tą okropną 

depresję.

Ale cholesterol mam w porządku. Wszystko mam w porządku. Jestem zdrowa 

jak jakiś cholerny koń.

Auć. Dlaczego musiałam użyć słowa „koń”?

Jesteśmy na miejscu. W GŁOWIE mi się nie mieści, że muszę dziś wieczorem 

odwalać te głupoty dla Domina Rei.

Postanowiłam, że kiedy już załatwię Grandmère wstęp do tego klubu czy co to 

właściwie jest, to nie dam jej się czepiać moich włosów.

Pancho? On na serio opowiedział mi historię o koniu imieniem PANCHO?

background image

PIĄTEK, 24 WRZEŚNIA, 21.00,

HOTEL WALDORF - ASTORIA, DAMSKA TOALETA

Strasznie jej się nie spodobał ten lakier.

Zachowuje się tak, jakby on miał totalnie zrujnować jej szanse na zaproszenie 

do tego wariackiego klubu. Bardziej się zmartwiła moim lakierem do paznokci niż 

tym, że nasza rodzina już od paru stuleci na dobrą sprawę żyje w kłamstwie. To była 

pierwsza rzecz, jaką poruszyłam po wejściu do jej apartamentu.

- Grandmère - zaczęłam. - Nie możesz zgadzać się z tatą, że ignorowanie 

życzenia, które księżniczka Amelia wyraziła na łożu śmierci, jest w porządku. Mam 

rację?

A ona tylko przewróciła oczami i powiedziała:

- No nie, a ta znowu swoje! Twój ojciec OBIECAŁ mi, że do dziś o tym 

wszystkim zupełnie zapomnisz.

Tak, zdążyłam zauważyć, że nie odpowiedział dziś na ani jeden z moich 

telefonów. Zaczynał mi fundować ciche dni, zupełnie jak Lilly.

- Nie możesz oczekiwać, Amelio - ciągnęła Grandmère - że kompletnie 

odmienimy swoje życie dla kaprysu jakiejś zmarłej prawie czterysta lat temu 

księżniczki, prawda?

- Amelia nie napisała swojej konstytucji dla kaprysu, Grandmère. A nasze 

życie wcale by się nie zmieniło - stwierdziłam. - Byłoby jak przedtem. Tyle że nie 

musielibyśmy naprawdę RZĄDZIĆ. Pozwolilibyśmy rządzić OBYWATELOM - a 

przynajmniej, WYBRAĆ, kogo chcą by nimi RZĄDZIŁ. I wiesz, bardzo 

prawdopodobne, że wybraliby tatę...

- A jeśli NIE? - odezwała się ostro Grandmère. - Gdzie byśmy wtedy 

MIESZKALI?

- Grandmère, mieszkalibyśmy dalej w pałacu, jak zawsze...

- Nieprawda. Pałac stałby się rezydencją premiera - ktokolwiek by nim został. 

Czy naprawdę uważasz, że zniosłabym, żeby jakiś POLITYK mieszkał w moim 

pięknym pałacu? On by pewnie kazał wszędzie położyć wykładzinę podłogową. W 

odcieniach BEŻU.

Miałam ochotę skręcić jej kark.

- Grandmère. Premier mieszkałby... No cóż, nie wiem, gdzie. Ale gdzie 

indziej. My nadal bylibyśmy panującą rodziną i nadal mieszkalibyśmy w pałacu, i 

background image

wykonywalibyśmy wszystkie swoje zwykłe obowiązki - ALE BEZ RZĄDZENIA.

A ona powiedziała tylko:

- Twój tata nie chce O TYM słyszeć. Więc równie dobrze możesz to sobie 

wybić z głowy. Doprawdy, Amelio, CZERWONE paznokcie? Czy ty próbujesz 

doprowadzić mnie do szału?

No i dobrze, przyznaję - ten wieczór jest dla niej szczególnie ważny. Trzeba 

było widzieć, jak się puszyła, kiedy hrabina przy koktajlach podeszła do nas i 

powiedziała:

- Księżniczka Amelia? Coś podobnego! Ależ pani urosła, odkąd widziałyśmy 

się ostatnio!

- Tak - przyznała Grandmère lodowato, zerkając na wielki brzuch Belli 

Trevanni. A może powinnam powiedzieć, wielki brzuch księżnej René. - Twoja 

wnuczka też.

- Rozwiązanie już lada chwila - zagruchała hrabina.

- Słyszałyście panie? - zapytała nas Bella. - To dziewczynka!

Obie jej pogratulowałyśmy. Naprawdę wydaje się szczęśliwa - a rozkwitła, jak 

zwykle mówią o kobietach w ciąży.

I dobrze tak mojemu kuzynowi René, że będzie miał córeczkę, skoro ciągle 

flirtował z dziewczynami. Kiedy mała zacznie się umawiać na randki, wreszcie się 

przekona, jak musieli się czuć ojcowie dziewczyn, z którymi się spotykał.

Ale hrabina nie była jedyną osobą, na której Grandmère chciała zrobić 

wrażenie. Tutaj jest sama śmietanka nowojorskiego towarzystwa - no cóż, kobiecego. 

Na przyjęcia Domina Rei nie wpuszcza się mężczyzn, wyłączając doroczny bal 

stowarzyszenia, ale to nie dzisiejsza okazja. Przed chwilą widziałam Glorię 

Vanderbilt, która stała przy doniczkowej palmie i nakładała błyszczyk na usta.

I jestem pewna, że Madeleine Albright poprawia sobie rajstopy w kabinie 

obok.

Słuchajcie, ja rozumiem. Naprawdę rozumiem, czemu Grandmère tak 

strasznie chciałaby się znaleźć wśród tych kobiet. One wszystkie mają wielką władzę 

- i są też czarujące. Mama Lany, pani Weinberger, przywitała mnie ogromnie miło 

przy wejściu - wcale nie kojarzyła mi się z osobą, która sprzedałaby kucyka swojej 

córki bez jej wiedzy. Uścisnęła mi rękę i powiedziała, że jestem znakomitym 

modelem do naśladowania dla młodych dziewczyn z całego świata. Powiedziała, że 

życzyłaby sobie, żeby jej własna córka miała na karku taką przytomną głowę jak 

background image

moja.

Na co Lana, która stała obok matki, parsknęła złośliwe w swój tiulowy szal.

Ale zrozumiałam, że nie ma do mnie pretensji, kiedy wzięła mnie za ramię i 

powiedziała:

- Tylko spójrz. Przy bufecie stoi fontanna z czekoladą. Ale niskokaloryczną, 

bo słodzoną splendą. - A potem dodała, ciągnąc mnie poza zasięg słuchu swojej 

mamy i Grandmère: - No i mają najseksowniejszych kelnerów, jakich kiedykolwiek 

widziałaś.

Wracając do rzeczy. Lada moment będę musiała wygłosić swoją mowę. 

Grandmère kazała mi ją powtórzyć sobie w limuzynie. Powtarzałam jej, że jest o 

wiele za nudna, żeby zrobić na kimś wrażenie, a co dopiero kogoś zainspirować. Ale 

ona ciągle się upiera, że kobiety z Domina Rei będą zainteresowane wysłuchaniem 

wykładu o kanalizacji.

Tak. Jestem zupełnie pewna, że taka Beverly Bellerieve - z nadawanego w 

godzinach największej oglądalności programu telewizyjnego 24/7 - chce wysłuchiwać 

informacji o systemie kanalizacyjnym Genowii. Widziałam ją przed chwilą w holu; 

uśmiechnęła się do mnie szeroko i powiedziała:

- No cóż, witaj! Ależ wyrosłaś!

Pewnie pamiętała, jak będąc w pierwszej klasie udzieliłam jej wywiadu, i...

O mój Boże.

O MÓJ BOŻE.

Nie. To NIE TO miał na myśli, kiedy mi powiedział - w żaden sposób nie 

mógł mieć na myśli, że...

Nie. Ale...

Zaraz, momencik. POWIEDZIAŁ, że mam nie być jak Pancho. 

POWIEDZIAŁ, że mam zrobić to, co zrobiłaby księżniczka Amelia.

A ona zamierzała zaprowadzić w Genowii demokrację.

Tylko nikt się o tym nie dowiedział.

Ale to nieprawda. NIEKTÓRZY o tym wiedzą.

Ja wiem.

I właśnie teraz, dokładnie w tym momencie, jestem w niezwykłej sytuacji; 

mogę poinformować o tym dwa tysiące kobiet biznesu.

Włącznie z Beverly Bellerieve, która jest największą plotkarą wśród 

dziennikarzy telewizyjnych.

background image

Nie. Po prostu nie. To by było niewłaściwe. To by... To by...

Tata by mnie ZABIŁ.

Ale... Wtedy zdecydowanie nie zachowałabym się jak Pancho.

Tylko jak ja się odważę? Jak ja się odważę zrobić coś takiego tacie? I 

Grandmère?

No dobra, kto by się przejmował Grandmère. Jak mogę zrobić to tacie?

O nie. Słyszę Grandmère - przyszła po mnie. Już czas...

Nie! Nie jestem gotowa! Nie wiem, co robić! Ktoś mi musi powiedzieć, co 

mam robić!

O Boże.

Chyba ktoś mi już powiedział.

Tyle że ten ktoś nie żyje już od jakichś czterystu lat.

KSIĘŻNICZKA DETONUJE WŁASNĄ BOMBĘ

11.00 wieczorem, piątek, 24 września, Nowy Jork

(do natychmiastowego rozpowszechniania)

Genowiańska księżniczka Mia - o której ostatnio czytaliśmy w 

wiadomościach w związku z przygodą z nitroskrobiami w pracowni 

chemicznej Liceum imienia Alberta Einsteina, wskutek której ona sama i 

dwie inne osoby (w rym John Paul Reynolds - Abernathy IV) zostały 

zabrane na ostry dyżur szpitala Lenox Hill z niewielkimi obrażeniami - 

tym razem zdetonowała bombę własnej produkcji: nowo odkryty, 

czterystuletni dokument, który stwierdza, że księstwo Genowii jest 

monarchią konstytucyjną nie zaś absolutną.

To istotna różnica. W monarchii absolutnej władca - w przypadku 

Genowii ojciec księżniczki Mii, książę Artur Christoff Filip Gerard 

Grimaldi Renaldo - na mocy prawa boskiego rządzi krajem i jego 

obywatelami. W ramach monarchii konstytucyjnej uznaje się 

reprezentacyjną rolę panującego (tak jak w przypadku królowej Anglii), 

ale wszystkie decyzje związane z rządzeniem podejmowane są przez 

wyłonioną w wyborach głowę państwa zazwyczaj w porozumieniu z 

jakimś ciałem parlamentarnym.

Księżniczka Mia obwieściła tę zaskakującą wiadomość w czasie 

gali charytatywnej na rzecz sierot Afryki, wydanej przez Domina Rei, 

ekskluzywną kobiecą organizację znaną ze swoich dobroczynnych 

background image

inicjatyw i sławnych członkiń (włącznie z Oprah Winfrey i Hillary 

Clinton).

Księżniczka Mia, w swoim wystąpieniu przed nowojorską kapitułą 

organizacji, odczytała fragmenty przekładu pamiętnika księżniczki, której 

jest potomkinią, opisującego walkę, jaką stoczyła ta młoda dama 

przeciwko morowej zarazie i despotycznemu wujowi, oraz spisanie przez 

nią i poświadczenie konstytucji gwarantującej obywatelom Genowii 

wolność wyboru władzy.

Niestety, dokument zaginął na całe wieki w chaosie, który nastąpił 

po pladze czarnej śmierci grasującej na wybrzeżu Morza Śródziemnego - 

to jest, zaginął aż do teraz.

Radość, z jaką księżniczka Mia witała podarowanie ludowi 

Genowii demokratycznych rządów, wywołał podobno łzy w oczach wielu 

słuchających jej pań. A zacytowane przez nią słynne słowa Eleonory 

Roosevelt - również członkini Domina Rei - sprawiły, że widownia 

nagrodziła księżniczkę owacją na stojąco.

„Róbcie raz dziennie jedną rzecz, która was przeraża - poradziła 

księżniczka Mia zgromadzonym. - I nie poddawajcie się zwątpieniu, czy 

uda wam się coś osiągnąć. Nawet jeśli ma się tylko szesnaście lat i słyszy 

się ze wszystkich stron, że się jest niemądrą nastolatką - nie wolno robić z 

siebie popychadła. Pamiętajcie o jeszcze jednej rzeczy, którą powtarzała 

Eleonora Roosevelt: Nikt nie może sprawić, że poczujesz się kimś 

gorszym, jeśli mu na to nie pozwolisz”.

„To było niesłychanie inspirujące wystąpienie” - skomentowała 

Beverly Bellerieve, gwiazda programu telewizyjnego 24/7, która 

zapowiedziała, że poświęci cały fragment swojej audycji na 

prześledzenie, jak to niewielkie państwo będzie przekształcało się z 

monarchii w demokrację. A reakcja księżnej wdowy z Genowii, Clarissy, 

babki Mii - która wybuchnęła nieskrywanym, niemal histerycznym 

płaczem - nie pozostawiła na widowni ani jednej pary suchych oczu. To 

był naprawdę niezapomniany wieczór... I zdecydowanie, odkąd 

pamiętam, najlepsza mowa, jakiej miałyśmy okazję na naszych galach 

wysłuchać.

Ani księżna wdowa, ani jej wnuczka nie mogły skomentować tego 

background image

wydarzenia, ponieważ natychmiast po gali oddaliły się limuzyną w 

nieznanym kierunku.

Do chwili publikacji materiału biura rzeczników prasowych 

Pałacu Genowii i księcia Filipa nie odpowiadały na telefony.

PIĄTEK. 24 WRZEŚNIA, 23.00,

W LIMUZYNIE W DRODZE DO DOMU

Z HOTELU WALDORF - ASTORIA

Wiecie co? Nic mnie to nie obchodzi.

Naprawdę. Postąpiłam właściwie. Wiem, że tak.

I tata może sobie na mnie wrzeszczeć, ile chce, i powtarzać, że zrujnowałam 

nam wszystkim życie.

A Grandmère może sobie mdleć na tej swojej kanapie i zamawiać wszystkie 

sidecary świata.

Nie żałuję.

I nigdy nie będę żałowała.

Szkoda, że nie SŁYSZELIŚCIE, jaka cisza zaległa na widowni, kiedy 

zaczęłam opowiadać im o Amelii Wirginii! W sali bankietowej było jeszcze ciszej niż 

dzisiaj w szkolnej stołówce, kiedy Lilly obrzuciła mnie przy wszystkich obelgami.

A na sali było osiemset osób, więcej niż w stołówce!

I wszystkie się na mnie gapiły, bo totalnie porwała je ta historia księżniczki 

Amelii. Wydaje mi się, że dojrzałam ŁZY w oczach Rosie O'Donnell - ŁZY! - kiedy 

doszłam do tej części, gdy wuj palił księgi w pałacowej bibliotece.

A kiedy opowiadałam o tym, jak Amelia zauważyła u siebie pierwsze 

symptomy ospy, dobiegł mnie szloch od strony Nancy Pelosi.

Ale potem, kiedy mówiłam, że już czas, żeby świat uznał, że szesnastoletnie 

dziewczyny są zdolne do znacznie większych dokonań niż pokazywanie brzucha na 

okładce „Rolling Stone” albo tracenie przytomności pod jakimś klubem nocnym po 

zbyt intensywnym imprezowaniu... Że powinno się zauważać, iż staramy się 

przychodzić z pomocą potrzebującym...

No cóż. Wtedy dostałam owację na stojąco.

Pławiłam się w chwale, wszystkie panie mi gratulowały - matka Lany 

powtarzała, że mam zapisać się do Domina Rei, kiedy tylko skończę osiemnaście lat - 

background image

aż tu Lars pociągnął mnie za rękaw (widać Domina Rei jednak dopuszcza mężczyzn 

do swoich spotkań, ale w roli ochroniarzy) i powiedział, że Grandmère już zdążyła 

zemdleć w limuzynie.

I że ojciec chce mnie natychmiast widzieć.

Ale co mi tam. Grandmère totalnie poddała się emocjom po tym, jak ją 

wreszcie zaproszono do stowarzyszenia, które kręciło na nią nosem przez jakichś 

ostatnich pięćdziesiąt lat. Bo naprawdę widziałam, jak Sophia Loren podeszła do niej 

i przedstawiła jej zaproszenie do członkostwa. Grandmère o mało nie wyszła z siebie, 

z takim zapałem oświadczyła, że się nad tym zastanowi.

Co w języku księżniczek oznacza: „Zadzwonię do ciebie z samego rana i 

powiem, że się zgadzam, ale nie mogę powiedzieć tego teraz, bo nie chcę się wydać 

nadgorliwa”.

Tata wrzeszczał na mnie chyba pełne PÓŁ GODZINY o tym, jak to 

zawiodłam całą rodzinę; i jaki to będzie koszmar z parlamentem, bo wygląda na to, że 

rodzina przez cały czas ukrywała pewne fakty; i że teraz będzie musiał kandydować 

na premiera, jeśli będzie chciał doprowadzić do końca wszystkie te inicjatywy, które 

sobie zaplanował; i że Bóg jeden wie, czy wygra wybory, jeśli ta banda pacanów też 

zdecyduje się kandydować; i że obywatele Genowii nigdy nie zdołają przywyknąć do 

demokracji, i co jeśli będzie dochodziło do oszustw wyborczych; i że teraz i tak będę 

miała swoje książęce obowiązki, tyle że pewnie będę musiała któregoś dnia znaleźć 

sobie jakąś pracę, bo moja pensja zostanie obcięta o połowę; i że ma nadzieję, że 

jestem szczęśliwa, wiedząc, że właśnie praktycznie udało mi się zniszczyć całą 

dynastię; i czy jestem świadoma, że przejdę do historii jako największa zakała rodu 

Renaldich... Aż wreszcie nie wytrzymałam i powiedziałam:

- Wiesz co, tato? Musisz zacząć się spotykać z doktorem Bzikiem. I pewnie 

spotkasz się z nim w przyszły piątek, bo będziecie mi z Grandmère towarzyszyć w 

sesji.

TO go przytkało. Zrobił mocno przestraszoną minę - jak wtedy, kiedy tamta 

stewardesa zaczęła twierdzić, że jest z nim w ciąży, a on jeszcze nie zdawał sobie 

sprawy, że w ogóle jej nie zna.

- Ja?! - zawołał. - Mam iść z tobą na sesję? I z moją MATKĄ?

- Tak - powiedziałam twardo. - Bo chcę się dowiedzieć, dlaczego na swoim 

formularzu oceny emocjonalnego samopoczucia zakreśliłeś „Czasami” przy 

stwierdzeniu: „Czuję, że straciłem największą miłość swojego życia”, a przecież 

background image

zaledwie dwa tygodnie temu mówiłeś mi, że zawsze już będziesz żałował, że 

pozwoliłeś mamie odejść. Totalnie okłamałeś doktora Bzika, a wiesz, jeśli się kłamie 

podczas terapii - nawet MOJEMU terapeucie - to tylko szkodzi się samemu sobie, bo 

jaką możesz mieć nadzieję na poprawę, jeśli nie zaczniesz od szczerości wobec 

samego siebie?

Tata tylko wytrzeszczył na mnie oczy, pewnie dlatego, że tak raptownie 

zmieniłam temat rozmowy.

Ale potem z mocno poirytowaną miną rzekł:

- Mia, w przeciwieństwie do tego, co możesz sobie roić w swojej 

romantycznej wyobraźni, nie siedzę i nie rozpaczam po twojej matce jak dzień długi. 

Owszem, od czasu do czasu żałuję, że między nami się nie ułożyło. Ale życie toczy 

się dalej. I ty się też przekonasz, że po Michaelu życie nadal się toczy. Tak, czuję, że 

straciłem prawdziwą miłość, CZASAMI. Ale przez RESZTĘ czasu mam nadzieję, że 

nowa miłość czeka na mnie, być może, za najbliższym rogiem - i myślę, że na ciebie 

też czeka. A teraz, czy możemy wrócić do sprawy, którą się zajmowaliśmy? Nie 

miałaś absolutnie żadnego prawa robić tego, co dzisiaj wieczorem zrobiłaś, i okropnie 

mnie rozczarowałaś...

Ale reszty tego, co mówił, nie słuchałam, bo zastanawiałam się nad tym 

stwierdzeniem: „Mam nadzieję, że nowa miłość czeka na mnie, być może, za 

najbliższym rogiem”.

Jak się dochodzi do takiej przemiany? Od tęsknoty za kimś, kogo się kocha 

tak rozpaczliwie, że bez niego człowiek czuje tylko tępy ból w klatce piersiowej, do 

nadziei, że jakaś nowa miłość równie dobrze może czekać za najbliższym rogiem?

Nie mam pojęcia.

Ale mam nadzieję, że któregoś dnia się dowiem...

Och, jesteśmy już na Thompson Street.

Super. Jak by to nie był wystarczająco trudny wieczór, teraz jeszcze jakiś 

bezdomny sterczy w naszym holu. Lars idzie go wyprowadzić.

Mam nadzieję, że nie będzie musiał używać siły.

SOBOTA, 25 WRZEŚNIA, 1.00,

PODDASZE

To nie był żaden bezdomny.

To był J.P.

background image

Czekał tam na mnie w holu, bo jest niesamowicie zimno jak na tę porę roku, 

więc nie chciał stać na dworze... Ale też nie chciał dzwonić na górę i budzić mojej 

mamy.

Ale chciał się ze mną zobaczyć, bo na New York One oglądał sprawozdanie z 

mojego dzisiejszego wystąpienia.

I chciał tylko sprawdzić, czy nic mi nie jest.

Dlatego przyjechał tu z drugiego końca miasta.

- Bo wiesz - powtarzał - to całkiem duża rzecz, tak mówili w tych 

wiadomościach. W jednej chwili jesteś normalną dziewczyną, w następnej 

księżniczką. A parę lat później jesteś księżniczką i nagle... nie jesteś.

- Nadal jestem księżniczką - uspokoiłam go.

- Jak to? - Spojrzał na mnie niepewnie. Pokiwałam głową.

- Zawsze będę księżniczką - wyjaśniałam. - Tylko, że teraz będę księżniczką, 

która może iść do normalnej pracy i mieć mieszkanie, i inne takie. O ile zechcę.

I wtedy, kiedy mu to wszystko tłumaczyłam, stojąc na stopniach przed 

wejściem - po tym, jak Lars omal go nie obezwładnił, bo też wziął go omyłkowo za 

jakiegoś włóczęgę - zdarzyła się przedziwna rzecz:

Zaczął padać śnieg.

JA WIEM. To był tylko taki drobny śnieżek i to przerażająco wczesny jak na 

śnieg na Manhattanie, zwłaszcza biorąc pod uwagę globalne ocieplenie. Ale było na 

to wystarczająco zimno. Nie dość zimno jednak, żeby śnieg się utrzymał. Ale na tyle, 

że kiedy mówiłam, z różowawego nocnego nieba spadło kilkadziesiąt maleńkich 

zimnych płatków (różowawego, bo chmury wisiały tak nisko, że odbijały się w nich 

światła miasta).

I stało się coś dziwnego - kiedy podniosłam oczy na te płatki śniegu, czując, 

jak łagodnie spływają mi na twarz, i słuchając, jak J.P. zapewnia mnie, że bardzo się 

cieszy, że jednak mimo wszystko jestem księżniczką - nagle - zupełnie 

niespodziewanie - przestałam się czuć przygnębiona.

Naprawdę nie umiem inaczej tego opisać. Pani Martinez niewątpliwie byłaby 

rozczarowana tym opisem.

Ale tak to wyglądało. Nagle nie było mi już tak bardzo smutno.

Nie, żebym została uleczona, ale jakbym podciągnęła się bliżej wyjścia z tej 

wielkiej czarnej dziury i znów zdołała wyraźnie zobaczyć niebo. Było tuż poza 

zasięgiem, ale nie tak odległe jak dotychczas. Prawie go dosięgałam...

background image

A J.P. mówił:

- I mam nadzieje, że nie pomyślisz sobie, że cię prześladuję, bo to nieprawda. 

Pomyślałem, że może potrzebna ci będzie przyjazna dusza, bo myślę, że twój tata nie 

jest tobą teraz specjalnie zachwycony...

A ja poczułam, że... jestem szczęśliwa.

Naprawdę. SZCZĘŚLIWA.

Nie żebym szalała ze szczęścia. Nie żeby przepełniała mnie dzika radość.

Ale to była przyjemna odmiana po tym smutku, który mnie dotychczas nękał, 

że - zupełnie spontanicznie i bez zastanawiania się - zarzuciłam ręce na szyję J.P. i z 

całej siły pocałowałam go w usta.

Chyba go totalnie zaskoczyłam. Ale w ostatniej chwili pozbierał się i też mnie 

objął, i oddał pocałunek.

A najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że... Ja naprawdę COŚ poczułam, 

kiedy jego usta dotknęły moich.

Jestem tego całkiem pewna.

To w niczym nie przypominało tego, co czułam, kiedy się całowałam z 

Michaelem.

Ale coś poczułam.

Może to przez te dwa czy trzy płatki śniegu, które mi spadły na twarz.

Ale może - może jednak - to było to, o czym mówił tata. No wiecie.

Nadzieja.

Nie wiem. Ale było mi z tym przyjemnie.

A wreszcie Lars odchrząknął, a ja odsunęłam się od J.P.

A potem J.P. powiedział, zmieszany:

- Może jednak TROCHĘ cię prześladuję. Czy jutro mogę cię więcej 

poprześladować?

A ja się roześmiałam i powiedziałam:

- Tak. Dobranoc, J.P.

I poszłam do domu.

Gdzie zobaczyłam, że w skrzynce czekają na mnie dwa maile.

Pierwszy był od Tiny:

Iluvromance: Cześć, Mia.

O mój Boże! Właśnie widziałam wiadomości! Mia, jesteś 

background image

zupełnie jak Drew! W Długo i szczęśliwie, kiedy pojawiła się 

z tymi skrzydłami na plecach! Tyle że zamiast wyłącznie 

wyglądać ślicznie na imprezie, ty naprawdę coś ZROBIŁAŚ. 

Zupełnie jakbyś WYNIOSŁA KSIĘCIA NA WŁASNYCH 

PLECACH. Albo jeszcze więcej. GRATULACJE!

Ściskam,

Tina

A potem kliknęłam na drugą wiadomość. Od Michaela.

Jak zawsze, na widok jego imienia serce mi zabiło szybciej. Pewnie to się już 

nigdy nie zmieni. Ale przynajmniej dłonie mi się wcale nie spociły.

W tekście jego maila był link do artykułu o tym, jak zdetonowałam własną 

bombę, a pod spodem taki dopisek:

SkinnerBx: Cześć Mia

Rzuciłaś tron i zaprowadziłaś demokrację w kraju, który 

nigdy jej nie zaznał?

Thermopolis, jesteś wielka!

Michael

Roześmiałam się, kiedy to zobaczyłam. Nic nie poradzę.

I wiecie co? Dobrze było roześmiać się z czegoś, co powiedział (czy napisał) 

Michael. Zdaje się, że od dawna mi się to nie przydarzyło.

A potem przyszło mi do głowy, że może Michael i ja moglibyśmy być 

przyjaciółmi - zwykłymi przyjaciółmi. Przynajmniej na razie.

Dlatego tym razem, zamiast USUŃ, kliknęłam ODPOWIEDZ.

A potem mu odpisałam.

PODZIĘKOWANIA

Serdecznie dziękuję Beth Ader, Jennifer Brown, Barbarze Cabot, Sarah 

Davies, Michele Jaffe, Laurze Langlie, Amandzie Maciel, Abigail McAden, a przede 

wszystkim Beniaminowi Egnatzowi.