background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

Autor: Jacek Komuda
Tytuł: TRZECH DO PODZIAŁU

Z "NF" 6/96

   Niebo, rano wypełnione jeszcze wiosennym błękitem, teraz, 
pod wieczór, zaczynało się chmurzyć. Potężne kłęby 
przesłoniły tarczę słońca. Blask zachodu kładł się 
czerwienią na ich grzbietach, dołem przydawał rudawego 
koloru rzadszym obłokom. Chmurzyska zbliżały się i choć nie 
było wiatru, gęstniały, przybierając ciemną, niepokojącą 
barwę.  
   Starszy mężczyzna w białej peruce wysunął głowę przez 
okno karocy. Przywołał gestem dworzanina. Tamten - młody, o 
długich, zawiązanych z tyłu włosach, ponaglił konia i 
przybliżył się szybko.  
   - Jean, daleko jeszcze do Tykocina?  
   - Ze trzy mile, miłościwy panie. Nie zdążymy przed 
zmierzchem.  
   - Nie zdążymy? - trudno stwierdzić, czy ta odpowiedź 
zasmuciła, czy też uradowała. Na zmęczonej, pooranej 
bruzdami twarzy wykwitł dziwny grymas. Wcisnął się głębiej w 
atłasowe poduszki. Wsparł głowę na rękach. Był zmęczony... 
Oczy miał przekrwione, a postać zgarbioną, jak pod 
brzemieniem zbyt ciężkim dla ramion. Ostrożnie dotknął 
stojącego  obok, inkrustowanego złotem kufra. Przycisnął doń 
dłoń, jak gdyby w skrzyni znajdowały się skarby całego jego 
życia, skarby starego, zniszczonego człowieka o siwych 
kosmykach włosów wymykających się spod peruki.  
   Karoca zwolniła i stanęła. Drzwi otwarły się, a dwaj 
forysie rozłożyli schodki. Do środka znów zajrzał Jean.  
   - Co się dzieje... Jasiek? Gadaj, Jean!  
   - Tu musimy stanąć, miłościwy panie. Teraz nocą strach 
jechać. Po drogach pełno moskiewskiego hultajstwa. Jeszcze 
człowieka obłuskają.  
   - Źle się czuję. Dusi mnie. Jasiek. Powietrza! 
Powietrza, Jean!  
   Dworzanin pośpiesznie wskoczył do karocy. Pomógł
sługom wynieść starego na zewnątrz. Posadzili go na 
przygotowanym zawczasu krześle. Zbierało się na burzę. Było 
parno, gorąco. Dragoni z eskorty zsiadali z koni. Słudzy 
szybko podźwignęli krzesło ze swym panem i ponieśli je na 
ganek gospody. Karczmarz czekał, zgięty w pół.  
   - Wszystko gotowe? - zapytał go Jean Winnicki.
   - W rzeczy samej - karczmarz odpowiadając patrzył na 
króla, nie na Winnickiego - w rzeczy samej, miłościwy 
panie... prosiemy, prosiemy w nasze progi. Wnet wieczerza 
będzie.  
   Ostrożnie wnieśli starego do głównej izby. Była duża, 
mroczna. Oświetlały ja tylko świece w żelaznym świeczniku i 
ogień w palenisku. Na dworze błysnęło. Zielonkawa poświata 
pioruna zalśniła w brudnych, matowych szybkach okien. 
Dopiero po długiej chwili usłyszeli huk gromu.  
   Król Stanisław odesłał pokojowych machnięciem ręki. 
Został sam z Winnickim. Dworzanin rozejrzał się dokoła. Nie 
widział wszystkich kątów przestronnej sali. Żółte płomienie 
świec oświetlały tylko posępną twarz starego mężczyzny i 
blat stołu.  
   - To już jesteśmy... Na Litwie... - wydyszał - już 
tutaj...  Tak szybko. Jean! - rzucił do dworzanina, który 
chciał ruszyć ku drzwiom. - Zostań. Nie chcę być sam. Nie 
dziś...  Jeszcze znowu będziesz miał kłopoty... Zawsze 
ciągnie cię do kart i dziewek.  
   Winnicki skłonił się, ukrywając skrzywienie warg. Że też 
ten stary piernik - nazywał tak swego pana tylko w myślach, 
choć reszta służby czasami nie wahała się mówić tego 
królowi Stanisławowi prosto w oczy - zawsze musi mu wypominać 
jego słabości.  
   - Zaraz będzie wieczerza, miłościwy panie.  

Strona 1

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

   Znowu błysnęło. Poświata na chwilę rozjarzyła mrok w 
kątach izby. Jasiek drgnął, kładąc dłoń na rękojeści szpady, 
bowiem w głębi coś się poruszyło. Z półmroku wyłoniła 
się wysoka postać i zbliżyła, stukając podkutymi obcasami 
wysokich butów. Jasiek omal nie przetarł oczu, nieznajomy 
odziany był tak dziwnie, że zdawało się przez 
chwilę, iż nie może pochodzić z tych czasów. Ale wrażenie 
minęło. To był tylko zwykły, staromodny szlachcic. Musiał 
mieć co najmniej piećdziesiąt lat, choć szerokie bary 
znamionowały wielką siłę, nie nadwątloną przez wiek. 
Przyodziany był w strój polski - skromny, szary żupan i 
narzucony nań kontusz, przewiązany pasem słuckim.  
   - Dobry wieczór waszmościom - powiedział i skłonił się, 
ściągnąwszy z głowy kołpak ozdobiony czaplim piórem.  
   - Co waćpan tutaj robisz?!  
   - A tak, nocować mi przyszło - odparł tamten prosto.  
Winnicki przyjrzał się mu uważniej. Mężczyzna podgalał włosy 
wysoko, miał długie, sumiaste wąsy, opadające poza 
podbródek. Teraz wyglądał zwyczajnie... Wrażenie, że coś 
jest w jego postaci niezwykłe, było chyba złudzeniem. To 
tylko podlaski hołota - pomyślał leniwie Jasiek. - Założę 
się, że nie wie, kogo ma przed sobą...  
   - Waszmościowie chyba nie wyprosicie mnie za próg?! - 
zapytał cicho i jakby żałośnie. - Jestem Mikołaj 
Borucki, herbu Nowina.  
   Jasiek obejrzał się na króla. Stanisław August był blady, 
co młodzieniec przypisał duchocie panującej w izbie.  
Właściwie powinniśmy podać panu jeden z trzeźwiących 
olejków, ale te zostały w karocy, a za oknamideszcz. W końcu 
król był mu winien pensję za cały rok. I w dodatku nie robił 
nic, aby jakoś zaspokoić jego wierzycieli, tak jak to Janowi 
obiecał.  Winnicki wiedział, że Stanisław jest na 
wykończeniu. Palce, którymi wskazywał krzesło, drżały. A 
jednak jeszcze miał siłę, żeby spróbować walczyć... Walczyć 
nawet w takiej sytuacji, w jakiej była teraz 
Rzeczpospolita...  
   - Siadaj waćpan - powiedział król cichym głosem.  
   Borucki nie usłuchał. Wpatrywał się w jego zmęczoną 
twarz.
   - Tak mi się widzi, że waszmości skądś znam - powiedział 
podejrzliwym tonem. Winnicki dosłuchał się w jego głosie 
urazy, ten stary szlachcic dobrze wie kogo ma przed sobą. - 
Dokąd was los prowadzi? Czasy niespokojne, a wy w podróży. 
Wszędzie pełno moskiewskiego ścierwa... Szlachta uchodzi z 
Litwy. Jedziecie wprost ku nieszczęściu.  
   Zabolała Winnickiego ta obcesowość.
   - Nic waści do tego - mruknął. Nie usiedzi szaraczek 
spokojnie - pomyślał. Jego wzrok padł na broń intruza.  
Takiego oręża nie używano w Rzeczypospolitej od wielu lat. 
To nie była zwykła, paradna karabela, jaką nosili szlachcice 
starej daty, ani augustówka, lecz długa, ciężka husarska 
szablica w czarnej pochwie. Pewno spadek jeszcze po 
pradziadach. Winnicki widywał podobne w starych 
zbrojowniach, do jakich zaliczał się, niestety, arsenał 
koronny w Warszawie. Ale tamte szable bywały zardzewiałe. 
Zaś rękojeść oręża nieznajomego lśniła, jak gdyby używano 
jej dość często. - Skąd i dokąd jedziemy, nasza rzecz.  
   - Pana się pytam, a nie sługi! - mruknął Borucki ostro, 
także w jego postawie zaszła zmiana. Tak nie 
zwykł mówić zaściankowy szlachetka. 
   - Przybywamy z daleka - wymijająco odparł Stanisław. - A 
skąd wy?  
   - Spod Łęczycy. Widzę, że przejechaliście kawał drogi z 
Warszawy. I nie wyglądacie na takich, co jadą na miody albo 
dziewki. A przecież na Podlasiu i jednego i drugiego dosyć. 
Tutaj w Tykocinie mieszka jedna taka hoża dziewucha.  Gładka 
i diable broń, nie jakaś cnotliwa dziewica, co ma zrośnięte 
między nogami. Powiadam wam, cycki jako dwie limony. 
Królewska jabłoń nie urodzi takich owoców. Acan przecież 

Strona 2

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

lubisz dziewki - powiedział do króla, zmrużywszy jedno 
oko. - Co też byśmy bez nich czynili? Jak powiadają, 
białogłowa a ryba smak swój w środku nosi...  
   - Nie po drodze nam do Tykocina. Podążamy innymi drogami 
niż ty, panie bracie - rzekł z wahaniem Stanisław August. - 
Jedziemy na Litwę.  
   - Na Litwę? Przecież tam stoi cała potęga moskiewska!  
Żołdacy tej kurwy imperatorowej Katarzyny łupią szlachtę, 
grabią chłopstwo i łyków. A najgorsi są targowiczanie.  
Dorwali się do władzy i majątków. Kogo nawet puszczają 
żywym, tego obłuskują z majętności. I wy macie tam jakiś 
cel?  
   - Tak nam wypada droga.  
   - Droga! Widzicie waszmościowie, drogi mogą być różne - 
powiedział szlachcic gorączkowo. - Jedna wiedzie do 
karczmy, druga do zamtuza i z tychże szlaków powinien 
korzystać uczciwy człowiek. Jest i trzecia - na manowce.  
Jest i czwarta - ściszył głos - na szubienicę... Którą z 
nich wybraliście?  
   - To nie twoja... - zaczął Winnicki, ale król uczynił 
niecierpliwy gest dłonią. Znaczyło to, że odsyłał go precz.  
Dworzanin cofnął się wolno. Nie, żeby drżał o bezpieczeństwo 
swojego pana... Ale z drugiej strony Jasiek wiedział, co 
zamierzał Stanisław August i mimo wszystko doceniał jego 
starania.  Nie chciał, aby stało mu się coś złego.  
Przynajmniej nie teraz, kiedy król jeszcze coś znaczył i 
mógł coś zrobić dla Jaśka. Swoją drogą Winnicki czuł 
ciekawość. Kim był ów tajemniczy szlachcic? Co sprawiło, że 
król godził się rozmawiać z nim w cztery oczy? Tu toczyła 
się gra o wielką stawkę. Udał tylko, że wchodzi na schody, 
szybko i cicho skoczył w bok, po czym skrył się za wielkim, 
okopconym kominem.  
   - No i co panie August? - głos Boruckiego rozbrzmiał 
teraz władczo, zdecydowanie. - Co z naszą umową? Jak 
zbierali kreski na sejmikach na waściny sejm, co potem 
wprowadził tę konstytucję i wszystko przewrócił na głowie i 
kiedy waści obierali, cała ziemia łęczycka stanęła za tobą 
jak jeden mąż.  Wtedy to byłem waści potrzebny. Wtedy mnie 
szanowałeś. I dałeś słowo: żadnych zmian, żadnego 
uszczuplania Polski. Pal diabli tę ustawę sprzed dwóch lat. 
Ale co robisz teraz? Jedziesz do Grodna. Zwąchałeś się z 
Targowicą. I myślisz, że będzie tak łatwo plunąć mi w oczy 
po tym wszystkim?  
   Zapadła cisza. Ukryty za kominem Jasiek słyszał tylko 
ciężki oddech Stanisława Augusta Poniatowskiego. Serce 
młodzieńca zabiło mocniej. A więc ów tajemniczy szlachcic 
był...? No właśnie - kim? O co tu mogło chodzić? Umowa 
sprzed lat? Nigdy o niej nie słyszał.
   - A co mam robić, według ciebie? - usłyszał zdenerwowany 
głos króla. - Nic już nie ocali Rzeczypospolitej. Nic... 
Nikt nam nie pomoże. Przegraliśmy wszystko. Pozostaje 
chronić resztki dawnej świetności. Ale bez ustępstw.  
Żadnego oddawania... Poczyniono mi pewne obietnice...  
   Jasiek milczał. Zgadzał się z tym całkowicie. Należy 
ratować co zostało. W końcu taki był cel ich wyjazdu.  
   - Obietnice poczyniła caryca Katarzyna. Najstarsza 
zajeżdżona dziwka jest przy niej niewiastą pełną uroku. I ty 
w to wierzysz?  
   - Nic innego mi nie pozostaje...  
   - Pozostaje honor! I szabla. I słowo. Obiecałeś, że nie 
ustąpisz ani o krok. 
   - Nie mam wyboru! Muszę bronić Rzeczypospolitej. I będę 
to robił. Nie ustąpię!  
   - Nie łżyj! Przecież ty chcesz... Jedziesz tam, żeby to 
podpisać!  
   - Odejdź, proszę, odejdź - westchnął Poniatowski. - 
Błagam...  
   - A umowa? Wrócę tu jeszcze... Na razie chciałem tylko 
przypomnieć ci o wszystkim... - Winnicki reszty nie 

Strona 3

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

dosłyszał.  Tamci ściszyli głosy. A potem rozległ się trzask 
zamykanych drzwi i słabe wołanie: 
   - Jean, Jean...  
   Wypadł szybko zza komina. August miał trupiobladą twarz.  
   - Widziałeś? - wycharczał. - Jeszcze jeden... O Boże, 
kiedyż będę miał spokój? Kiedy ...?  
   - Miłościwy panie, kto to był?  
   - Idź, idź, zobacz, dokąd poszedł - wydyszał król. - 
Szybko, Jean! Duszę się, zostaw mnie!  

   Przed gospodą powitał Winnickiego chłód i drobny deszczyk 
kwietniowej nocy. Było ciemno. Nie wiedział, gdzie szukać 
aroganckiego szlachcica uzbrojonego w starą szablę. Czyżby 
ten Borucki zdołał oddalić się poza podwórze? Winnicki 
skręcił za róg karczmy. A potem... Dostrzegł ruch, błysk, 
szybki jak mgnienie. Rozpaczliwie rzucił się w bok, 
wyrywając szpadę z pochwy. W ostatniej chwili odbił 
rozpędzone ostrze. To był on... ten nieznajomy szlachcic.  
Borucki skoczył nań z dobytą szablą. Ciął na odlew, aż 
rękojeść szpady zadrżała w ręku Jana. Dworzanin cofnął się, 
pchnął, ale przeciwnik zszedł z linii. Wymierzył następne 
szybkie cięcie wręcz, potem wlew... Winnicki sparował 
uderzenia. Sam przyciął krzyżem. Borucki wywinął się 
zwinnie. Uderzył płazem w kosz osłaniający dłoń Winnickiego. 
Jasiek krzyknął. Broń wypadła mu z ręki... Tamten chwycił 
go lewą ręką za frak na piersi, rzucił na ścianę z taką 
siłą, że dworzanin krzyknął z bólu. Borucki przyłożył mu ostrze 
szabli do gardła.  
   - I co, panie Winnicki? - zapytał bez śladu zmęczenia w 
głosie. - Król kazał ci mnie śledzić? I ty poszedłeś jak 
baran na rzeź? Ty, taki szelma i hultaj, patrzący tylko za 
własną korzyścią?  
   - Ja... - Jasiek zająknął się. Czerwone oczy przeciwnika
zdawały się płonąć. - Ja miałem tylko zobaczyć, dokąd 
idziesz...  
   - I pewnoś ciekaw, kim jestem i czego chciałem od 
Augusta, co?  
   - Od króla... - wydyszał Winnicki i kurczowo potrząsnąl 
głową.  
   - Od króla... Pies mi królem, nie on. Rzekniesz, dokąd 
jedziecie?  No, powiedz, nie bój się. Wtedy się dowiesz, 
czego chciałem od niego.  
   - Do...do Grodna na sejm...  
   - Do Grodna na sejm. Z polecenia carycy Katarzyny. A 
wiesz, co ma robić na tym sejmie?  
   Winnicki milczał. Bał się... Ohydny, mdlący bezwład 
przeszywał go od żołądka aż do przełyku. Tylko serce 
łomotało jak szalone.  
   - Służysz wiernie królowi?  
   Skinął wolno głową, obawiając się, że tamten mógłby 
domyślić się wszystkiego. Przeklął w myślach swoje karciane 
długi, które sprawiły, że musiał szukać służby u takiego 
bankruta jak Stanisław August Poniatowski. Ale tylko pod 
jego opieką mógł drwić z wierzycieli. Choć teraz...  Mówiąc 
szczerze, wolałby spotkanie z nimi wszystkimi niż z tym 
jednym szlachcicem.  
   - Więc dowiedz się, jaki jest cel waszej podróży - 
wydyszał mu w twarz Borucki. - Stanisław August Poniatowski 
jedzie na sejm do Grodna, aby podpisać traktat rozbiorowy 
Rzeczypospolitej. Aby ją unicestwić na wieki!  
   To było zupełnie niespodziewane. Winnicki drgnął. Nawet 
ktoś taki jak on nie mógł patrzeć spokojnie na to, co działo 
się ostatnimi czasy w Polsce. Przegrana wojna, wkroczenie 
wojsk rosyjskich i rządy Targowicy po obaleniu sławetnej 
Konstytucji Trzeciego Maja przejmowały gniewem każdego.  
Podziwiał energię Stanisława Augusta.  Wyruszyli do Grodna, 
aby negocjować, ale bynajmniej nie po to, by poddawać się 
Rosji. Tak twierdził król.  
   - To nie... To nie może być prawda - wyszeptał cicho. - 

Strona 4

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

My musimy tam jechać... Musimy paktować. Chociaż na pewno 
nie obejdzie się bez obalenia konstytucji...  
   - Więc myślisz, że Katarzyna, ot, tak sobie wycofa wojska 
z Polski? Może jeszcze przywróci nam dawne swobody? Nie, 
pachołku. Twój król zdradził! Jedzie podpisać nowy rozbiór.  
Prusy wezmą sobie Wielkopolskę, Austria nic, w końcu ma 
teraz kłopoty z Francuzami. A Rosja - ta sięgnie po Litwę i 
całą resztę. Stanisław August to zdrajca! Zdradził mnie, bo 
obiecał, że nigdy nie podniesie ręki na całość 
Rzeczypospolitej, zdradził ciebie, bo nie powiedział ci 
całej prawdy. Zdradził wojsko, bo nakazał przerwać wojnę.  
Zdradził całą szlachtę, miejskich łyków, nawet chamów 
chłopskich, bo jedzie podpisać wyrok na nas wszystkich...  
   - Nie! Nie! - wykrzyknął Winnicki. To... niemożliwe! Jak 
to?!  
   - To idź! Sam się go spytaj, pachołku! To jest powód, dla 
którego tu przybyłem. On nie może dojechać do Grodna. Nie 
może dojechać... żywy. Nie pozwolę, jakem szlachcic polski!  
A ty... ty możesz mi się przysłużyć. Ty sprawisz, że on 
przestanie istnieć...  
   - Ja nie chcę się w to mieszać - wydyszał Winnicki. - Nie 
mogę...  
   - Możesz! Nawet powinieneś! - powiedział cicho 
Borucki. - A wcześniej idź i powtórz mu, że nie dopuszczę, 
aby złożył podpis na akcie rozbioru!  
   Winnicki przymknął oczy. Silna ręka Boruckiego, dotąd 
przyciskająca go do ściany, nagle osłabła. Jasiek mógł 
odetchnąć swobodniej... Powoli rozwarł źrenice... Był sam...  
zimne krople ściekały z dachu za jego kołnierz. Napastnik
odszedł. Odszedł? - Winnicki rozejrzał się z bijącym sercem. 
Nie widział nikogo i niczego. Tylko puste podwórze.  

   Karoca kołysała się jednostajnie na wyboistej, podlaskiej 
drodze. Jechali wolno, oddalili się już od Tykocina zaledwie 
o dwie mile. Stanisław August wcisnął się w wyściełane atłasowymi 
poduszkami siedzenie. Był zmęczony. Ale nie na tyle, żeby 
raz jeszcze nie rozważyć swojej sytuacji.  
   Borucki domyślił się wszystkiego. A on, Poniatowski, 
łudził się, że ukryje nawet swój wyjazd z Warszawy. 
Tymczasem "czarny" - tak nazywał w myślach szlachcica - miał 
nosa. Wywęszył, co się święci. August był przekonany, że 
teraz uczyni wszystko, co tylko możliwe, a mógł wiele, aby 
jego, króla, nie dopuścić do Grodna. Aby wszystko zostało po 
staremu... Ale co mógł uczynić królowi? Otwarty napad nie 
wchodził chyba w grę... Zagrodzić drogę? Kto wie, Stanisław 
drżał na samo wspomnienie ognistych oczu Boruckiego.  Cóż 
więc winien w tej sytuacji uczynić król? Co? Zważywszy, że 
musi bezwarunkowo być w Grodnie najdalej za kilka dni...  
   A może - przemknęło mu przez głowę - a może spróbować się 
z Boruckim ułożyć... Tylko jak? Przez kogo. Przez 
Winnickiego?  Podświadomie czuł, że ten szelma i karciarz 
nadawałby się najlepiej. Tak, powinien, z nim można...  
   Rozległ się głośny trzask. Karoca przechyliła się mocno w 
bok. Z zewnątrz doszło rżenie koni i przekleństwa woźniców. 
Uchwycił się mocniej siedzenia, przytrzymał zsuwającą się 
skrzynkę. Drzwiczki otwarły się wolno. Ostrożnie przysunął 
się do nich, pozwolił ująć za ramiona dwom pokojowym, aby 
wynieśli go z przekrzywionego pojazdu.  
   - Wasza Królewska Mość, koło się urwało! - usłyszał głos 
Jaśka.  
   Chłód przeszył serce Poniatowskiego. Spojrzał na karocę, 
przechyloną nienaturalnie na bok. Unurzani w błocie służący 
próbowali dźwignąć przednią oś.  
   - Wasza miłość, nie ujedziemy dziś dalej - powiedział 
wachmistrz z eskorty. - Trzeba gdzieś nocować. Przez noc, da 
Bóg, naprawim.  
   - Wasza mość - szepnął drugi z dworzan. - Jakoby złe 
jakieś nas obsiadło. Najpierw w Tykocinie padły nam konie... 
potem most zawalony. Teraz koło... Może dać na mszę w 

Strona 5

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

kościele.  
   - Stul gębę, głupcze! - warknął groźnie August. Nie miał 
już sił na nich wszystkich. - Naprawcie to! Poślijcie po 
kołodzieja!  
   - Miłościwy panie... - ten głos sprawił, że August 
odwrócił się. To powiedział Winnicki. W oczach miał dziwny 
błysk.  Pewnie znowu pił przez całą noc.  
   - Czego chcesz?  
   - Po co w ogóle nam jechać do Grodna? Jeśli mamy stawić 
tam opór, to równie dobrze można i zwlekać z przyjazdem...  
   - Myślisz, że Sievers nie przyśle po nas Kozaków? 
Zresztą, co cię to obchodzi, Jean?  
   - A jeśli... Jeśli to, co chcesz uczynić, zgubi 
Rzeczpospolitą?  
   - Coś ty się nagle zrobił patriotą, Jean? - zapytał 
chmurnie August. - Mądrzejsi od ciebie myśleli, jak ją 
uratować.  Zresztą, posłuchaj, masz długi, nieprawdaż? Gdyby 
nie ja, zlicytowaliby cię już dawno. Więc milcz i rób, co 
każę. A Grodno... Grodno może być doskonałym sposobem dla 
nas...  jesteś młody, obrotny. Może trafisz do samego 
Petersburga?  Idźże już!  

   Winnicki podjechał wolno do karczmy. Tego wieczora 
umknął na kilka godzin sprzed oczu Poniatowskiego. Musiał 
wszystko przemyśleć. Musiał zastanowić się, co czynić. Słowa 
Boruckiego, a potem króla, wywołały w nim falę niepokoju.  
Coś tu było nie tak. Królewskie obietnice rozmijały się z 
czynami. A Jasiek nie chciał służyć zdrajcy. Może dlatego, 
że, jak sam przyznawał, jego sumienie nie było jeszcze 
wypalone do cna...  Rozbiory oznaczały rządy Targowicy. A 
kilku z targowiczan miało do niego pewne...  żale, ot choćby 
pan Franciszek Ksawery Branicki, za to, co stało się... 
Wiadomo, kobiety, karty, pojedynki. Nie, raczej karty, 
pojedynki, kobiety... To mogło okazać się nieprzyjemne.  
Dlatego Winnicki musiał opić w sobie wszystko i pomyśleć. 
Chociaż przez chwilę.  
   Nikt nie wybiegł mu na spotkanie. Karczma wydawała się 
opuszczona. Winnicki przywiązał wodze do barierki. Potem 
pchnął drzwi i wkroczył do ciemnego wnętrza. Uderzyła go 
cisza i pustka panująca we wnętrzu zajazdu. W kominie nie 
płonął ogień, stołki i ławy były poprzewracane, baryłki i 
dzbany puste, a po kątach kołysały się w przeciągu wiotkie 
przędze pajęczyn. Winnicki już miał wyjść na zewnątrz, gdy 
nagle dostrzegł wątłą smużkę światła w szparze kotary, którą 
przegrodzono jeden z alkierzy. Szybko skierował się w tamtą 
stronę. Potem jednym ruchem rozsunął obie połowy materii.  
   - Jest!!! Jest! - zabrzmiało z kilkunastu gardeł. 
   Alkierz, wielki, bo zajmujący niemal połowę całej 
karczmy, pełen był ludzi. W nozdrza Winnickiego uderzył odór 
wina i spoconych ciał, gwar i hałas, bo nagle, zupełnie 
niespodziewanie, jakby na komendę, wszyscy poczęli 
hałasować, prowadzić dysputy, wznosić szklanice. Winnicki 
widział wśród nich samą szlachtę - ubrani byli w stroje 
polskie, wszyscy mieli podgolone łby i szable, pili, kłócili 
się, słowem - bawili, jak dawniej, jak za przysłowiowego 
króla Sasa. Ale nikt nie czynił tego w Rzeczypospolitej w 
ostatnich czasach. Tak mogli weselić się tylko 
targowiczanie, ci, którzy przyszli do Litwy i Korony za 
moskiewskimi bagnetami. Ale wśród targowiczan nie mogło być 
szlachty takiej jak ta - rozparta wygodnie na ławach w 
karczmie. Winnicki nie widział wśród nich żadnego Moskala, 
żadnego carskiego oficera ani nawet jednego sprzedawczyka we 
fraczku i peruce. Ci tutaj, w kontuszach albo żupanach, w 
rogatych konfederatkach albo futrzanych kołpakach nie bardzo 
pasowali mu na nowych władców Polski i Litwy. Zabawa trwała 
w najlepsze. Dlaczego nie słyszał jej przed karczmą i wtedy, 
gdy wszedł do głównej izby? Winnickiemu zakręciło się w 
głowie... Ta karczma... To wszystko, co się tu działo, było 
takie jak gdyby wszedłszy tutaj przeniósł się z zapadłej, 

Strona 6

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

podlaskiej mordowni gdzieś daleko... Ale nie w sensie 
dalekich stron. Raczej stuleci - jednego a może dwa, 
wstecz...  
   - Czołem, czołem waszmości! - Borucki szedł mu naprzeciw 
wraz z kilkoma podchmielonymi szlachcicami. - W końcu i ty 
tu trafiłeś! Pij z nami! - wcisnął mu w dłoń wielki, chyba 
półgarncowy kielich pełen wina. - Wszyscy tu traficie!  
   Jasiek przyłożył naczynie do warg. Pił długo, wolno, nie 
czując cierpkiego smaku młodego wina. Zawrót głowy ogarnął 
go, ledwie tylko oderwał naczynie od ust.  
   - Pozwólcie waszmościowie! - zakrzyknął Borucki. - Jan 
Winnicki, godny nas kawaler. Panie Janie, poznajże i ty moją 
kompanię. To - wskazał najbliższego ze swych towarzyszy - 
oto pan Samuel Łaszcz, hultaj, warchoł i pijanica, co się 
zowie! Dwieście sześćdziesiąt banicji i czterdzieści infamii 
swego czasu! A ile łbów w bójkach poszczerbił!  
   - Dwieście sześćdziesiąt siedem banicji i czterdzieści 
siedem infamii, za pozwoleniem waszmości! - poprawił  
Boruckiego pan Łaszcz.  
   - I dwieście sześćdziesiąt wystarczyło, byś tu się 
znalazł! - wykrzyknął drugi towarzysz Boruckiego, wysoki 
mężczyzna o wygolonej starannie głowie i poczciwych rysach 
twarzy.  W ręku trzymał gruby, skórzany nahaj.  
   - A to - wskazał go Borucki - pan Mikołaj Bazyli Potocki, 
ówże starosta kaniowski, co baby strzelał po drzewach, a 
Żydów piekł żywcem! Teraz ja jego piekę na gorzałce! Pij 
waćpan!  
   - Pij! - wykrzyknął Potocki, potrząsajac nahajem, gdy 
Winnicki po raz wtóry oderwał naczynie od ust. - Pij do dna!  
   - Jużeś nasz!  
   - Jużeś swój!  
   Winnicki znowu upił wina. Kręciło mu się w głowie. Kolejni
szlachcice wykrzykiwali doń wśród śmiechu swoje nazwiska: 
Ligęza, Zborowski, Stadnicki, Radziwiłł... Gdzie on był? W 
karczmie? W niebie? Jasiek gotów był poniechać kart i 
dziewek, jeśli w zaświatach miód i gorzałka płynęłyby tak 
obfitymi strumieniami jak w tym zajeździe. A może...  może 
to było piekło?  
   - Siadaj waść! - Borucki klepnął go w ramię z taką siłą, 
że Winnicki omal nie rozciągnął się na ławie jak długi. 
Stary szlachcic przysiadł naprzeciwko. Spojrzał na 
młodzieńca spod przymrużonych oczu, szelmowsko, ale zarazem 
z dziwną pogardą.  
   - Kim waćpan jesteś? - zapytał Jasiek odruchowo. - Gdziem 
ja trafił?  
   - Może najpierw powiem ci, kim ty jesteś. Janie 
Winnicki...  Ojciec zostawił ci spory majątek. Cztery wsie 
przegrałeś w karty, dwie przepiłeś, jedna poszła na długi. 
Czepiałeś się pańskich klamek, potem trafiłeś na gorszego 
szubrawca, niż sam jesteś - do Stanisława Poniatowskiego. 
Wozisz się przy jego karocy, sprowadzasz mu dziewki na noc, 
jeździsz z listami. Jesteś, mości Winnicki, łotr bez czci i 
sumienia, lokaj - sługus, szelma i tylko katu cię oddać. 
Dwóm niewinnym dziewkom spłodziłeś bękarta. Jedna spędziła 
płód, druga się utopiła, o czym nawet nie wiesz. Masz długi, 
wierzyciele za tobą chodzą. Jak pijesz, to nie za swoje. Jak 
grasz, to przegrywasz. Ale jednak trochę sumienia masz...  
Rzeczypospolitej za swoje długi w moskiewskie jarzmo byś nie 
zaprzedał, tak jak król. Czyli - witaj u mnie, panie bracie!  
   - Wiele o mnie wiesz - mruknął Winnicki. Jeśli Borucki 
myślał, że on po tym wszystkich będzie choć trochę 
zmieszany, to nie doczekał się. - Skąd mnie tak dobrze 
znasz?  
   - Jakżebym nie znał takiego hultaja! Jestem Boruta z 
Łęczycy.  
   - Czart z zamku? Ten z bajek? To niemożliwe!  
   - Pij, pij! - wykrzyknął siedzący obok Mikołaj Bazyli 
Potocki. Dolał wina Winnickiemu. - Nasz pan wie wszystko, 
prawda, mości Zborowski? - rzucił do siedzącego nie opodal 

Strona 7

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

szlachcica w futrzanym kołpaku na głowie. - Nawet to, gdzie 
się twoja głowa podziała...  
   - No i nie jesteś takim szelmą jak Poniński czy 
Braniccy...  W oczy nie dasz sobie plunąć - ciągnął Boruta. 
- A dzieciaki... Przecie nie to chłop dobry, co się drugiego 
nie boi, lecz ten co z kutasem, a kutas mu stoi. Tylkoś 
sługa zdrajcy!!!  
   - Nieprawda! - zakrzyknął Winnicki. Wino usadowiło się 
mocno w jego głowie. - August nie ma wyboru. Musi jechać do 
Grodna. Tam będzie się opierał. Tam przeciwstawi się 
carycy! Będziemy rokowali! Nie wierzę, że Poniatowski 
zdradził kraj.  
   - A ja ci mówię, że to szelma i łotr! Jedzie tam, żeby 
podpisać akt rozbioru Rzeczypospolitej. Musi zalegalizować 
bezprawie. Po to Katarzyna zrobiła zeń króla!  
   - Więc... Więc, co mam robić? To przecież koniec... Ale 
caryca obiecała, że nie naruszy naszych granic...  
   - I myślisz, że, ot - tak sobie wycofa wojska z granic 
Rzeczypospolitej?! Stanisław August to zdrajca! Katarzyna 
opłaciła go, żeby wydał nas w ręce Moskwy!  
   - On będzie się opierał... Nie zrobi tego... Ale i tak... 
nie pozostaje nam nic innego...  
   - Pozostaje! - powiedział Boruta. - Pozostaje duma i 
nasza siła. To - uderzył się po szabli. - Nigdy szlachta nie 
ugięła się przed Moskwą! Do szabel, panowie bracia, bij 
Moskwicina!  
   - Do szabel! Do szabel - rozległy się okrzyki.  
   - Wojnę przegraliśmy... Może Poniatowski nie ma innego 
wyjścia...  
   - Ale czy musi oddawać Katarzynie klejnoty koronne?! 
Zajrzyj do tej skrzyni, którą wiezie ze sobą. Zobaczysz, co 
tam jest...  
   - Jak to?! - wykrztusił Winnicki. Krew odpłynęła mu z 
twarzy. Nie może być...  
   - Za Rzeczpospolitą, mości panowie! - wykrzyknął Boruta. 
- Za szlachtę polską! Zdrowie waszmościów!  
   Zewsząd odpowiedziały mu okrzyki. Jeden z pijących - 
mający już nieźle w czubie, zatoczył się, po czym padł na 
stół. Wino z przewróconego dzbana popłynęło szeroką strugą w 
kierunku krawędzi. Inny, siedzący po przekątnej od 
Winnickiego, zajęczał żałośnie. Był tak pijany, że nie mógł 
chwycić ręką kielicha i donieść go do ust. Mimo tego twardo 
siedział na ławie.  
   - Pan Badowski już gotów! - zakrzyknął Łaszcz. - Pomóżcie 
Konradowi! Rękami biedaczysko nie rusza! Nalejcie mu!  
   Wnet jeden ze szlachciców uniósł puchar napełniony winem.  
Winnicki myślał, że da mu pić, ale tamten po prostu 
przechylił kielich i wlał całą jego zawartość prosto w 
rozdziawioną paszczękę Badowskiego. Ani jedna kropelka 
trunku nie została zmarnowana. Wino zabulgotało w gardzieli, 
chlupnęło i - było po wszystkim. Winnicki nie wiedział, nie 
przypuszczał nawet, że można pić w taki sposób.  
   - To Konrad Badowski, pisarz ziemski lubelski... 
Największy pijanica z Lubelskiego! - zakrzyknął Potocki.  
   - A zatem, co innego mamy robić? - zapytał Winnicki.  
   - Walczyć! Opierać się jak najdłużej! Z Zachodu, z 
Francji nadejdzie pomoc. Musimy wytrwać! Nie narodziła się 
jeszcze taka siła, która pokonałaby szlachtę! Ale wcześniej 
nie możemy dopuścić do nowego rozbioru. Nie możemy dopuścić, 
aby Stanisław August dotarł do Grodna. I ty nam w tym 
pomożesz!  
   - Nie rozumiem tylko, dlaczego tobie, diabłu, zależy na 
istnieniu Rzeczypospolitej? Dlaczego jej tak bronisz?  
Przecież dla ciebie jest chyba lepiej, jeśli zatryumfuje nad 
nią siła i przemoc. Po co ratować kraj, gdzie wszyscy wierzą 
w Boga, wszyscy chodzą do kościołów, tłuką łbami o podłogę, 
a księża mają się aż za dobrze i nawet im się nie śniło o 
kłopotach klechów z rewolucją we Francji. Po co ci to? Czy 
nie lepiej - uśmiechnął się chytrze - przyłożyć rękę do 

Strona 8

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

upadku? Z tego będziesz miał więcej korzyści niż z istnienia 
Rzeczypospolitej.  
   - Ale ja jestem szlachcicem polskim! - wybuchnął Boruta. 
- Tu się urodziłem! Tu jest mój dom! Co do księży, to racja, 
wielu Polaków chodzi do kościołów, ale prędzej uwierzą w 
zbawczą moc gorzałki niż w cuda i żywoty świętych. Poza tym 
podobają mi się wasze obyczaje. Ja kocham wolność tak jak 
szlachta w Rzeczypospolitej. I chcę ją zachować. A przy tym 
- to moja dziedzina. My w piekle podzieliliśmy świat na 
części. Każdy czart ma swoją. Co uczynię, jeśli moskiewski 
Dytko i pruski Koffel podzielą się Polską i Litwą? Gdzie się 
obrócę? I dlatego zrobię wszystko, żeby nie dopuścić do 
rozbioru Polski, który zaplanował August!  
   Winnicki zawahał się. 
   - Ale ja, ja nie wierzę, żeby król podpisał.Mówił mi o 
sporze, o chytrości lisa... 
   - Podpisze! To zdrajca! Mowisz, że chce stawiać opór, ale 
dlaczego w takim razie jedzie do Grodna? Przecież mógłby 
zostać w Warszawie, wymówić się chorobą. A on jeszcze 
popędza wszystkich służących. To zdrajca!  
   - Zdrajca! Zdrajca! - rozległy się głosy innych pijących.  
   - A tyś sługa zdrajcy i nie Polak, jeśli mi nie pomożesz!  
Kto ci bliższy - ja czy on?  
   Winnicki poczuł się źle. Twarze i nazwiska mieszały mu 
się przed oczyma. Był pijany jak jeszcze nigdy. I czuł, że 
jednak będzie się musiał zdecydować.  
   - Co chcesz, żebym zrobił dla ciebie! - wydyszał Borucie 
prosto w twarz.  
   - Zabij zdrajcę! - szepnął mu tamten do ucha. - 
Zdrajców w Rzeczypospolitej zawsze wieszano. On nie jest już 
królem. Co to za władca, co gubi własny kraj?  
   Winnicki zamarł. Spojrzał po twarzach kompanów Boruty, 
nawet nie nadstawili ucha. Byli weseli, pijani, roześmiani, 
ale ich oczy pozostawały dziwnie martwe, zupełnie jak gdyby 
gdzieś w głębi duszy tkwił w tych ludziach smutek i ból. I 
cierpienie - tak, cierpienie przechodzące ludzkie 
wyobrażenia... Ta wesołość, ta pijatyka była sztuczna.  Nie 
udawali - oni po prostu musieli to robić... Musieli przez 
całą wieczność.
   - Chybaś oszalał, panie Boruta... Ja nie jestem królobójcą.
   - Pomyśl sam jeden - tylko od ciebie zależy los tego 
kraju... Tylko od ciebie... Więc chcesz zguby 
Rzeczypospolitej?!  
   - Chytry jesteś, panie Boruta, ale ja jeszcze 
chytrzejszy. Co będę miał z tego dla siebie, jeśli zabiję 
króla?  
   - Winnicki! Wiedziałem, żeś szelma, ale nie myślałem, że 
aż taka... Spłacę twoje długi, Jasiek. Zwrócę wsie, które 
przehulałeś.
   Winnicki zadrżał... Rodowe posiadłości. Ojciec prosił na 
łożu śmierci, żeby nigdy nikomu ich nie sprzedawać. A 
wszystko zmarnował, przetracił na karty i na dziewki.
   - Zbawisz Rzeczpospolitą i będziesz bogaty... - wyszeptał 
Boruta. - Nie bój się, nie zostaniesz królobójcą... Tylko 
katem... A to nie jest aż taka straszna hańba.  
   - Kiedy dostanę pieniądze?  
   - Dzień po śmierci króla. Spotkamy się w Tykocinie, w 
karczmie "Pod Szablami". Idź już. Zdążysz do pałacu. On śpi.  
   - Pójdę! - wyszeptał cicho Winnicki. Zatoczył się. W jego 
gardle narastały mdłości. - Pójdę, psie syny! Pójdę!  
   - Idź.  
   Jasiek ruszył ku drzwiom. Rozstępowano się przed nim jak 
przed zadżumionym, wymieniano z tyłu ukradkowe spojrzenia.  
Ale on tego nie widział. Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami.  
Biesiada trwała dalej.
   - Wszystko będzie dobrze - powiedział Boruta do Samuela 
Łaszcza. - On to zrobi. Dziś może nie, ale jutro.  
   - Jak to, więc zamierzasz wynagrodzić potem królobójcę? I 
to szlachcica polskiego, który dopuścił się takiego czynu? - 

Strona 9

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

zapytał Łaszcz. - Żaden Polak nie porwał się nigdy na 
swojego pana.
   - Wynagrodzić królobójcę? Chyba kpisz. Czy ja nie jestem 
szlachcicem? Zapłacę mu, a jakże. A potem każę powiesić. Z 
worem złota na szyi. Jego dusza i tak należy do mnie. Nie 
żywię nigdy takich łotrów jak Winnicki.  
   Zapadła cisza. Spojrzeli po sobie.  
   - Wszystko będzie dobrze - mruknął Boruta. - Bylebyśmy 
tylko z tej Rzeczypospolitej, która ginie, wyrwali jakąś 
część dla siebie... A Winnicki. Winnicki nam w tym dopomoże.  

   Okiennice podważone sztyletem puściły z lekkim trzaskiem.  
Rozchylił je ostrożnie. Okno było otwarte. Szybko i cicho 
wskoczył do ciemnego wnętrza. Rozejrzał się, zacisnąwszy 
broń w garści. Łoże stało pod ścianą. Ostrożnie zwrócił się 
w tamtą stronę. Szedł na palcach, ale w jego duszy nie 
było lęku. Nie czuł już także skutków wypitego niedawno 
wina. Trunek ulotnił mu się z głowy, pozostawiając pustkę 
i... rzeczywistość. Nie bał się tego, co miał zrobić.  Nawet 
był tym nieco zauroczony.  
   Ostrożnie rozchylił zasłony przy łożu. Stanisław August 
Poniatowski spał na boku. Wyglądał dziwnie staro teraz, gdy 
zdjęto mu perukę, z łysiną wyglądającą spod szlafmycy. 
Oddychał ciężko, niemal chrapliwie. Winnicki pochylił się i 
sprężył do krótkiego wyrzutu ramienia tak, aby szybko i 
pewnie zatopić sztylet w sercu króla. A wtedy August 
poruszył się leniwie. Winnicki zamarł.  
   - No, czego nie uderzasz, Jean. Śmiało, pchnij!  
   Poniatowski nie spał! Cały precyzyjne obmyślony plan 
runął w gruzy. Winnicki podejrzewał, że jego ofiara może być 
świadoma śmierci. A tego lękał się najbardziej... Nie 
potrafi z zimną krwią zabić kogoś znajomego, przytomnego i 
patrzącego mu w oczy. Po tysiąckroć powtarzał sobie, że 
dopadnie króla we śnie - pchnie - a rankiem będzie daleko.  
   - Uderzaj, Jasiek. Nie bój się. Uwolnisz mnie od tego 
wszystkiego. Ja już nie mam siły. Swoją drogą nigdy nie 
pomyślałem, że będziesz gotów... Sądziłem, że 
szlachcic polski nigdy nie podniesie ręki na swego króla.  
   - Na władcę - nie. Na zdrajcę - tak!  
   - A więc jestem zdrajcą? - zapytał Stanisław August 
Poniatowski. - No, to śmiało - uderzaj. Zyskasz najbardziej 
przekonujące dowody mej zdrady.  
   Winnicki cofnął się. Nie wiedział już, co robić.
   - Chcesz podpisać rozbiór Rzeczypospolitej - wydyszał cicho.  
   - Myślałem, że jesteś mądrzejszy, Jean. Ale ty, widzę, 
należysz do tych głupców, którzy sądzą, że Katarzyna 
przestraszy się trzaskania szabelką. No, dalej! Zabij mnie!  
Zgub Rzeczpospolitą. Ja nie podniosę hałasu. Nikt się nie 
dowie, że to ty.
   Jasiek opuścił rękę ze sztyletem. 
   - Dlaczego... Dlaczego chcesz podpisać rozbiór Polski? - 
zapytał.  
   - A co mi innego pozostaje - mruknął August. - Widzisz, 
Jasiek, ten kraj potrzebuje zmian. Dużych zmian. Oświaty, 
edukacji... Ja chciałem go oświecić, chciałem, żeby 
zrozumiał, iż tak dalej nie można. I dlatego złożyłem podpis 
pod Konstytucją Trzeciego Maja. Ale przegraliśmy. Nie mamy 
szansy w walce z Rosją. Dlatego przerwałem wojnę w zeszłym 
roku. Przystąpiłem do Targowicy, żeby skończyć z tym 
niepotrzebnym rozlewem krwi. I dlatego teraz jadę do Grodna.  
Jadę, aby uchronić choć cząstkę tego, co ja i mnie podobni 
budowali przez całe życie. I żeby nic nie stracić, nie 
zaprzepaścić resztki Polski, muszę podpisać ten przeklęty 
traktat... Muszę! Oddam... Oddam Rosji i Prusom kawał kraju, 
ale w zamian za to kupię nam choć nadzieję na przetrwanie. I 
dokończę to, co zacząłem w roku koronacji, 1763...  Odnowię 
Rzeczpospolitą. Kupię jej wolność za cenę ziemi. To chyba 
godziwa zapłata, nieprawdaż?  
   - To zdrada, panie. Czy nie powinniśmy walczyć tak jak w 

Strona 10

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

dawnych latach? Chwycić za broń? Powołać armię? Uzbroić 
włościan? Może nacisnąć Francuzów?  
   - I znowu przegrać? I jak zwykle samotnie. Tym razem 
przegrać wszystko, całą Rzeczpospolitą, podczas, gdy możemy 
uchronić jej część... Co za diabeł podszepnął ci te 
szaleńcze słowa?  Nikt nie pokona Rosji. Konfederackie 
ruchawki, takie jak ta panów barskich, bijał, kto chciał i 
jak chciał. Nie tędy droga.  Trzeba się nauczyć, jak 
korzystać z wolności, jak kierować się rozumem i rozwagą... 
a nie pustą dumą i szaleństwem.  
   - Ale to zdrada - wyszeptał Jasiek.  
   - Wiem, wiem, że wy młodzi weźmiecie mnie za zdrajcę... 
Ale cóż innego mogę uczynić? Nie pozostaje mi nic innego niż 
układać się z Katarzyną o tę pozostałą część 
Rzeczypospolitej... Przynajmniej tyle... Pomyśl sam - jeśli 
podejmiemy walkę, Rosja zabierze nam całą Polskę... Jeśli 
pójdziemy na ugodę - możemy uratować znaczne terytoria.  
Zwłaszcza, jeśli to ja, król, przyjadę do Grodna, jeśli to 
ja będę negocjował z Katarzyną. Podpiszę, zgoda, ale 
bynajmniej nie to, co mi dadzą do podpisu! Ale jeśli nie 
wierzysz, Jean, pchnij! Wbij mi sztylet w serce, jeśli nie 
mam racji. Ale wtedy sam postaw się na moim miejscu. Zostań 
królem i nie umieraj - tylko ratuj Polskę. Co ty byś 
uczynił?  
   - Wezwałbym szlachtę do szabel...
   - Tak jak robiła już wiele razy i nic z tego nie wynikło. 
Za konfederacji barskiej, w obronie konstytucji, a wcześniej 
za króla Leszczyńskiego. Czasy się zmieniły, Jean. Szlachta może 
sobie trzaskać szablami, ale w otwartym polu nikogo nie 
zwycięży.
   - On mówił, że trzeba się bić.
   - Co za on?! - wykrzyknął król. - Kto taki?  
   - Boruta.
   Poniatowski westchnął. Rozejrzał się jak gdyby 
obawiając się, że gdzieś w mroku dostrzeże nagle postać 
staromodnego szlachcica.
   - Kto to Boruta? Mówił, że jest diabłem, ale.. jak mu 
wierzyć?  
   - Bo to jest diabeł - powiedział spokojnie August. - To 
Boruta z Łęczycy. Może jestem szalony, ale nigdy nie 
wierzyłem w nadprzyrodzone siły... Mój Boże. Wszyscy 
znajomi wyśmieliby mnie, gdybym powiedział, co mnie 
spotkało... Ale on naprawdę istnieje. Wiem, to przeczy 
zdrowemu rozsądkowi, niemniej tak właśnie jest. Gdy była 
elekcja, przyszedł do mnie. I powiedział, że poprze mój 
wybór, jeśli przysięgnę, że nigdy nie podniosę ręki na 
Rzeczpospolitą i nie doprowadzę kraju do zguby. Przysiągłem. 
I teraz, kiedy przyszła na nas taka godzina, on pojawił się 
znowu.  
   - Ale ma rację, panie. A przy tym on po prostu miłuje 
Rzeczpospolitą.  
   - To diabeł, Jean. Demon zawsze pozostanie demonem.  
   - On twierdzi, że trzeba walczyć, wystąpić zbrojnie 
przeciwko Moskwie. Tylko on jeden tak twierdzi. Tylko on 
chce naprawdę ratować ojczyznę.  
   - Porywając się na śmierć i zgubę? Ja wiem, dlaczego ten 
demon jest za tym, aby istniała dawna Rzeczpospolita! - król 
poderwał się nagle z łoża. - Przejrzałem jego myśli.  Boruta 
chce istnienia Polski takiej, jaka była, bo w żadnym innym 
kraju nie miałby tylu dusz, które wpadają w jego sidła... W 
żadnym innym państwie tylu potępieńców. Polacy mają to we 
krwi, zawsze swawolą, zawsze buntują się przeciwko własnej 
władzy! Warcholą, piją, żyją w rozpuście, popełniają wielkie 
grzechy i brzydkie występki. To polska pycha i niezgoda i 
duma... O to mu chodzi! Bo Boruta wie dobrze, że jeśli ich 
ojczyzna upadnie, wtedy, gnębieni przez Moskwę, Prusy i 
Austrię, zwrócą się w nadziei ku Bogu. Będą modlić się, będą 
leżeć krzyżem w kościołach, żyć w zgodzie i spokoju. W 
niewoli wszyscy będą bogobojni i pokorni i diabeł nie będzie 

Strona 11

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

miał z nich żadnego pożytku. Temu narodowi uderza do głowy 
tylko wolność. A zatem jaki pożytek dla diabła z polskiej 
niewoli? Żaden! I dlatego on chce się bić, chce rzucić na 
śmierć tysiące. Boruta musi utrzymać Rzeczpospolitą taką, 
jaka była. Żeby w Polsce kwitła dalej anarchia i swawola, bo 
wtedy będzie mieć nas w ręku. To on kazał przyjść ci tutaj. 
A przedtem przekonywał, jakim jest patriotą! To łgarstwo! 
Wszystko dlatego, że miał z polskiej anarchii takie profity, 
o jakich nie śniło się żadnemu innemu biesowi. To Boruta 
kazał ci mnie zabić!  
   Winnicki milczał. Serce uderzało mu powoli. 
   - Zabij mnie... - wyszeptał król - ale pamiętaj, że 
właśnie Boruta jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które 
spadły na Rzeczpospolitą. On podjudzał ludzi do 
grzechów, które stały się przyczyną naszego upadku. A teraz 
jeszcze sprzeciwia się moim planom. Zrobił cię królobójcą, 
Jean! - wykrzyknął i spojrzał w twarz Winnickiego 
przeszywającym spojrzeniem. - Jean! Wybierz sam... Nie 
jesteś jego niewolnikiem. I zabij tego, który wydaje ci się 
bardziej winny...  
   - Nie wiem - powiedział głucho Winnicki. - Ja mam długi...  
długi.
   - Obiecał ci je spłacić? A skąd pewność, że dotrzyma słowa?  
   Winnicki ukrył twarz w dłoniach. Miał dość.  
   - Zabij go, Jean - wyszeptał cicho król. - Zabij diabła, 
sprawcę naszych nieszczęść. Zabij Borutę!  
   Winnicki milczał. Schował sztylet za pas. Skulił się, 
zmalał. Poniatowski był pewien jednego. Tę partię rozegrał 
po mistrzowsku.  

   Mdlący smród spalenizny sprawił, że Jean podniósł głowę.  
Zatrzymał konia, pozwolił, by karoca i eskorta przejechali 
obok. Sam stał i patrzył. Poznawał to miejsce. Rozstaje 
dróg, zarośnięte na poboczach kępami rokity były bardzo 
znajome. Tutaj stała karczma, owa gospoda, w której pił z 
Borutą i jego kompanami. Tylko że teraz w miejscu zajazdu 
znajdował się stos potrzaskanych, zwęglonych belek, kupa 
zgliszcz i popiołu. Czuł woń spalenizny. Pogorzelisko nie 
było stare. W wielu miejscach unosiły się lekkie dymki.  
Winnicki przetarł zmęczone oczy. Karczma musiała spalić się 
niedawno. Zapewne tej nocy.  
   Usłyszał spokojny, głęboki ton... Dźwięk dzwonu. Ktoś w 
kościele bił na nabożeństwo poranne. Winnicki zawrócił konia 
i puścił się pędem traktem w tamtą stronę. Chwila jeszcze i 
spoza drzew wyłonił się niewielki, drewniany kościółek.  
Jasiek wstrzymał rozhukanego wierzchowca. Spuścił głowę.  
Prawie nigdy nie przestępował progów świątyń. Ale teraz 
odczuwał wielką chęć, aby choć przez chwilę pogrążyć się w 
modlitwie, aby poszukać wsparcia u Boga. Podjechał wolno do 
drewnianego płotu. Wokół kościoła dostrzegł tłum.  Wszyscy 
modlili się, klęczeli w pyle i kurzu u stóp pańskiego 
majestatu... Jasiek drgnął. Coś mu się przypomniało.  
   - Panie Winnicki!  
   Zaskoczony, odwrócił głowę. Drogą od rozstajów jechał 
wolno młody szlachcic. Ubrany był w strój polski, jego twarz 
wydała się Jaśkowi znajoma.  
   - Cóż to, nie poznajesz mnie wasze? W Warszawie się 
widzieliśmy... Przed tym wszystkim.  
   - Słoński?! - wykrzyknął Winnicki. - Na Boga, co tutaj 
robisz?  Czołem, czołem, panie kawalerze... - pośpiesznie 
uścisnął dłoń jeźdźca. Teraz przypomniał sobie wszystko. 
Widzieli się parę razy w stolicy, ot, przy zabawie. 
Słoński słynął przez jakiś czas jako pijanica i koster, a 
dopóki miał z czego płacić za nich obydwu, Winnicki uważał 
go za dobrego kompana. Potem tamtemu skończyła się gotowizna i 
pewnej nocy zniknął z oberży, nie płacąc za noc i dziewki.  
Winnicki miał się wtedy z pyszna, a teraz zaklął w duszy.  
Wszędzie miał znajomych. Tylko że do przyjaźni z nim 
przyznawali się sami hultaje i rozpustnicy.  

Strona 12

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

   - Mieszkam tutaj - powiedział cicho Słoński. - Mam jedną 
małą wioszczynę. Ciężkie czasy nadeszły, panie Winnicki. 
Koniec chyba z Rzeczpospolitą...  
   - Nie powiesz mi, że jedziesz do kościoła!
   - A jakżeby inaczej. Powiem ci - Słoński przechylił się 
do ucha Winnickiego - teraz już tylko w Bogu nadzieja. 
Modlić się musimy. Jedź waćpan ze mną na mszę.  
   - Nie poznaję... Nie poznaję dawnego Słońskiego.  
   - Ja widziałem - szept palił ucho Winnickiego jak 
płomień - ja widziałem cud... W Wilnie... A na Ukrainie 
śpiewają ponoć, że Polska powstanie. Odkryto jakąś 
przepowiednię... Powiadają, starego lirnika Wernyhory. 
   Winnicki milczał. Patrzył błędnym wzrokiem na oblicze 
Słońskiego, za nim widział kościół, w nim rozmodlone 
zastępy. Nagle otrząsnął się i nie żegnając, ruszył z powrotem, 
wymijając wychodzącą z kościoła procesję. Stanisław August 
miał rację. Zaczęło się.  

   - To za mało... Stanowczo za mało.  
   - Drugie tyle dostaniesz, panie, w Petersburgu.  
   Winnicki zamarł. Rozmowa toczyła się w komnacie z lewej. 
W pokoju sypialnym króla. Wyraźnie rozpoznawał zdenerwowany 
głos Augusta.  
   - Tylko sto tysięcy dukatów?! To mało jak za rozbiór 
takiego kraju jak Polska! Tyle wzięli Szczęsny Potocki, 
Branicki i Poniński za Targowicę. Jestem przecież królem!  
   - Dostaniecie więcej, panie... Jak tylko podpiszecie 
uchwałę sejmu.  
   - Ale to nawet nie wystarczy na pokrycie długów! Sto 
tysięcy?!  Czy ta kurwa Katarzyna myśli, że nie mam innych 
potrzeb?  
   - Imperatorowa Katarzyna Wielka, panie, wsparła was w 
staraniach o tron w Polsce. Zapomnieliście już?  
   - Starczyło dwa razy ją przeswadźbić...  
   - Sto tysięcy. Połowa przed, połowa po sejmie.  
   - Za mało. Szlag by to trafił! - wrzasnął histerycznie 
Poniatowski. - Powiedz Sieversowi, że mi na nic nie starczy.  
Długów mam na ponad pół miliona złotych. 
   - Jeśli się szybko sprawicie, panie, dostaniecie nagrodę 
po sejmie. Od imperatorowej, w stolicy. Może nawet więcej 
niż drugie tyle. A poza tym przecież nie złoży cię, panie z 
urzędu.  Nadal będziesz królem.  
   - Jeśli mnie Polacy nie powieszą.
   - Szlachta będzie milczeć. A o tym, że czynisz to za 
pieniądze, nikt się nie dowie. Ręczę za dyskrecję.  
   - Ale ja jeszcze się zastanowię, czy podpisać.  
   - No, dobrze. Sto piećdziesiąt tysięcy. Piećdziesiąt w 
Grodnie - reszta w Petersburgu. I nagroda od imperatorowej.  
   - Niech stracę - mruczał Stanisław Poniatowski - ale to i 
tak nie po mojej myśli. Muszę teraz udawać, że się trochę 
opieram. Tak pro forma... Będę w Grodnie dopiero za trzy 
dni. Przygotujcie, co potrzeba.  
   Winnicki usłyszał zduszony śmiech. 
   - Oczywiście, panie. Nie zapomnijcie pugilaresu z piórem. 
Podpis króla, najważniejsza rzecz. A klejnoty? Masz je, 
panie?  
   - Są w skrzyni. O, tam. Dam je wam, kiedy dostanę drugą ratę.  
   - Dobrze, panie. To mi się podoba. Tedy jadę do Grodna.  
Spotkamy się jeszcze przed sejmem. Wtedy dostaniesz złoto. A 
teraz czas na mnie.  
   Winnicki usłyszał skrzyp podłogi. Pośpiesznie cofnął się, 
ukrył za uchylonymi drzwiami prowadzącymi do sąsiedniej 
komnaty. Zerknął przez nie dyskretnie. Z pokoju królewskiego 
wyszedł mężczyzna w mundurze pułkownika jegrów. Poprawił 
pieróg na głowie, wolno nałożył jedwabne rękawiczki.  
Winnicki poczuł, że serce wprost chce uciec mu z piersi. 
Nie wiedział, co czynić.  

   Otworzył drzwiczki. Czekała, jak kazał. Rozejrzał się 

Strona 13

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

dokoła, czy nikt nie widział, jak wprowadza ją do pałacyku, 
po czym skinął ręką. Szybko prześliznęła się obok.  Zamknął 
przejście.  
   - Miałam dostać dukata... Obiecałeś - przypomniała 
szeptem.  
   Bez słowa pociągnął ją do pokoju. Mała, kopcąca lampka 
dawała słabe, czerwonawe światło. Było tu niemal tak cicho i 
przytulnie jak w prawdziwym  zamtuzie. Usiadł na krześle, 
pociągnął ją na kolana, a potem spokojnie zanurzył rękę w 
wycięciu porwanej sukni. Nie broniła się. Spojrzała po 
ścianach.  
   - Nieźle żyjesz - powiedziała. - Na pewno dostanę 
dukata?...  To może już.  
   Objął ją drugą ręką, przycisnął mocniej. Pod cienkim, 
tandetnym materiałem czuł ciało - gorące, spocone.  
Potrzebował go... Potrzebował nocy ze zwykłą, miejską 
dziwką, potrzebował zapomnienia. Tylko że pożądanie nie 
nadchodziło. Dziewczyna przekręciła się na kolanach 
Winnickiego. Siedziała teraz przodem do niego. Zadrżała, gdy 
rozpiął jej suknię, obnażył małe piersi ze sterczącymi, 
naprężonymi sutkami. Powoli przybliżył do nich usta, 
całował, ale odruchowo, wcale nie dlatego, że chciał.  
Winnicki nie mógł, chyba po raz pierwszy czuł się w ten 
sposób, nie mógł pragnąć kobiety.  
   - Idź! - syknął ze złością, a potem zepchnął ladacznicę z 
kolan. Zapewne zaprotestowałaby, ale szybko cisnął jej 
dukata. Chwyciła go chciwie, sprawdziła zębmi, czy dobry.  
   - Co, nie możesz?! - roześmiała się złośliwie. - Taki 
byczek i ma miękkiego...  
   - Wyjdź stąd! - wykrzyknął w gniewie. Chwycił ją za ramię 
i wypchnął dziwkę na zewnątrz. Zatrzasnął drzwi, nie 
zważając na jej przekleństwa. Wzburzony, usiadł w fotelu. 
Wszystko wirowało mu przed oczyma. Zdrada Augusta, Boruta. 
Do tego długi i tysiące ciemnych sprawek, przez które stał 
się zależny od takiego szelmy i łajdaka jak Poniatowski.  
Czuł, że dobrze byłoby znaleźć się daleko stąd. Mieć spokój 
- wieczorem popić w dobrej karczmie i iść spać z dziwką 
lepszą od tej, którą przegnał z kolan. Mieć wreszcie dużo 
majętności i nie być zależnym od takich kreatur jak król i 
ten diabeł.  
   Cóż jednak mógł zrobić? Co czynić? Czuł, że pomiędzy nim, 
Borutą i Poniatowskim wytworzył się nowy układ, jakieś 
powiązanie. Było ich trzech i wszystkich interesowały 
korzyści wynikające z podziału Rzeczypospolitej. Borutę - 
dusze, Poniatowskiego - pieniądze, Winnicki po podsłuchanej 
rozmowie z carskim wysłannikiem pozbył się wątpliwości, co 
do królewskich intencji.  No a jego, Jaśka - interesowała 
spłata długów i, rzecz jasna, dalsza kariera. To oni byli 
wielcy w tym układzie, ale właśnie on wiedział o wszystkim i 
mógł, być może, przeważyć szalę.  
   Nagle ktoś chwycił go za frak na piersiach. Poderwał 
fotela. Winnicki nie mógł nawet drgnąć. Otworzył oczy i 
dostrzegł przed sobą oblicze Boruty. Wnętrzności runęły mu 
w pustkę. Był w rękach diabła.  
   Czart pchnął mocno Winnickiego. Jasiek padł na stół. 
Mebel rozleciał się pod jego ciężarem. Krzyknął, ale nie 
poruszył się nawet. Ostrze szabli Boruty dotknęło szyi 
młodzieńca.  
   - Nie zabiłeś Poniatowskiego tak, jak ci kazałem, 
pachołku. Ale teraz to mniejsza... I tak zamierzałem 
wymierzyć ci sprawiedliwość. Zresztą jako łotr i szelma 
należysz do mnie. A teraz chodź! Wstawaj - cofnął ostrze. 
Jasiek podniósł się powoli. Boruta schwycił go za frak, 
potrząsnął, cisnął na ścianę. Uderzenie czołem w mur było 
straszne. Winnicki jęknął, czując, jak z nosa i warg spływa 
mu w dół ciepła, lepka krew.  
   - Idź przodem!  
   Posłusznie ruszył do drzwi. Ostrze szabli kłuło go w 
łopatkę.  

Strona 14

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

   - Dokąd?  
   - Do zdrajcy Augusta.  
   Winnicki postąpił krok, potem drugi. Bał się unieść ręce, 
więc tylko potrząsnął głową, aby pozbyć się napływającej do 
oczu krwi. Cały świat pociemniał.  
   Powoli, jak we śnie, wyszli z komnaty. Poczęli wstępować 
na schody. Wszędzie było pusto i cicho. Boruta szarpnął 
drzwi do pokojów królewskich. Jasiek dostrzegł, że pokojowi 
i wartownicy drzemali w najlepsze na krzesłach. Cały pałac 
zdawał się być pogrążony w głębokim śnie.  
   Winnicki pierwszy wszedł do komnaty Poniatowskiego. 
Boruta zamknął za nim ciężkie odrzwia. Szybko podszedł do 
stojącego w kącie komnaty stołu i niecierpliwie uniósł wieko 
stojącej na nim skrzyni. Winnicki nie mógł się opanować. 
Postąpił za nim i spojrzał przez ramię. W wyściełanym 
atłasem wnętrzu dostrzegł lśnienie złota. Korona, berło i 
jabłko... Klejnoty koronacyjne królów polskich.  
   - Wiezie to do Grodna... - mruknął czart. - Odda sługusom 
Katarzyny. Ta zamknie je w swoim skarbcu albo przetopi na 
złoto dla sołdatów... Teraz widzisz, co jest wart król.  
   - Nie tylko on... Widzę, co i ty jesteś. Potrzebne ci są 
dusze... Tylko dusze.
   - Dusze?! - na twarzy diabła pojawiło się zdumienie. - 
Skąd wiesz o tym? Może August ci powiedział?  
   - O mnie mówicie?!  
   Winnicki i Boruta spojrzeli w jedną stronę.  W drzwiach 
prowadzących do sąsiedniego pokoju stał król. Był w nocnej 
koszuli i szlafmycy.  Wyglądał na spokojnego, starał się być 
taki, coś jednak mówiło Winnickiemu, że August się boi. Że 
lada chwila z wrzaskiem rzuci się do ucieczki, 
przypieczętowując swój los.  
   - Jesteś - mruknął z zadowoleniem Boruta. Począł iść w 
stronę Poniatowskiego. August cofnął się, wszedł tyłem do 
sypialni, a tam oparł o ścianę. Winnicki widział jego 
rozszerzone przerażeniem oczy.  
   - No, zabij mnie - powtórzył król. Powiedział to samo i 
tym tonem, kiedy zeszłej nocy nad jego piersią zawisło 
ostrze sztyletu Winnickiego. - Wszystko mi jedno.  
   - Kłamiesz!  
   Winnicki wiedział, że Boruta ma rację. Po twarzy Augusta 
ściekały grube krople potu. Król trząsł się. Przez jego 
palce przebiegało spazmatyczne drżenie.  
   - I co teraz, panie Poniatowski? - zapytał czart.-
Dzielisz Rzeczpospolitą. Dajesz połowę z niej Rosji, jedną 
czwartą Prusom, a resztę może Austrii. Tylko co dasz mnie? 
Gdzie będzie moja dziedzina? To nieładnie, panie August, 
pomijać w traktacie rozbiorowym moją część. Ale wiesz, co 
teraz zrobię?  Ubiję cię i wejdę w twoje ciało. Potem pojadę 
na sejm do Grodna i tam podpiszę taki pakt z Moskwą, w 
którym ja będę reprezentował Rzeczpospolitą.  
   - Poczekajcie, panie! - wykrztusił z trudem Winnicki. - 
Po co zabijać Poniatowskiego... Może dojdziemy do 
porozumienia.  
   Winnicki nie myślał nawet, że zdobędzie się na 
tak spokojny ton.  Boruta zamarł. Nie odwrócił się nawet. 
Ale szabla, którą zbliżał do szyi Augusta, zatrzymała się.  
   - Ten człowiek złamał umowę - powiedział. - W roku 
1763 było nas dwóch do podziału... Dla niego miał być tron, 
a dla mnie dusze... Miał utrzymać dawną Rzeczpospolitą... 
Ale połakomił się na pieniądze Katarzyny. Jest nas 
dwóch do podziału, będzie jeden...  
   - Jest nas trzech do podziału, panie Boruta - powiedział 
stanowczo Winnicki. - Nie masz po co zabijać króla. To wprowadzi 
tylko zamęt. Jak on zginie, wpadnę w łapy wierzycielom... A 
ty będziesz królobójcą. Sam chciałeś mnie za to obwiesić.  
Dogadajcie się znowu. Podzielcie się Rzeczpospolitą na nowo!  
   Boruta milczał. Namyślał się. A potem odstąpił na bok 
tak, aby mieć ich obu na oku - króla i dworzanina.  
   - Ten szelma, Jean, ma rację - powiedział cicho 

Strona 15

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

August. - Skoro jest nas trzech, godnych siebie łajdaków, 
dogadajmy się.  
   - Złamałeś poprzednią umowę! - sapnął wściekle czart. - Mam 
uwierzyć w następną?  
   - Była zawarta bez świadków. Powiedz głośno, teraz już 
możesz, dlaczego tak bronisz Polski. Masz na widoku jedynie 
zyski płynące z tego kraju. Boisz się, że po rozbiorach 
zostaną one umniejszone. Ale przecież, diable, ty nie 
panujesz nad terytorium. Ty panujesz nad ludźmi... Nad 
narodem... Nad Polakami... Z czego masz profity? Pozwól, że 
ci przypomnę. Z polskiej rozpusty, nędzy, pijaństwa, 
obżarstwa, pychy, niezgody, kłótni i nierządu. Boisz się, że 
zaborcy zrobią z twoim narodem porządek... Że każdy będzie 
modlił się i pracował, a ty stracisz dusze... Bo to one są 
największym skarbem. Ale ja powiem ci i sprzedam coś, co 
sprawi, że rozbiory będą dla ciebie korzyścią, że dzięki nim 
zyskasz jeszcze więcej dusz... I to, co stanie się niebawem, 
będzie dla ciebie największą radością...  
   Boruta stał nieruchomo, wpatrując się płonącymi oczyma w 
twarz króla Augusta.  
   - Oddam ci coś, co cię zaskoczy, a co jest tylko w moim 
ręku, jako króla Rzeczypospolitej, co wynagrodzi ci rozbiór 
kraju i upadek szlacheckich rządów. Oddam ci jako król i 
pomazaniec boży - całą przyszłość Polski i Polaków. I 
powiem, co będziesz musiał zrobić... Miałeś niezłe zyski z 
warcholstwa, pijaństwa i nierządu. Oni się zbuntują przeciw 
Stwórcy, tak jak wy, diabły.  Będziesz odwodził ich od Boga, 
mówiąc, że jest okrutny, skoro dopuścił do upadku takiego 
kraju jak Rzeczpospolita, ogłosisz go sprawcą nieszczęść, do 
których w rzeczywistości ty sam przyłożyłeś rękę. I będziesz 
miał więcej dusz, niż mógłbyś sobie wymarzyć. Cały ten narod 
jest twój. Jego poeci nazwą Boga carem świata, odwrócą się 
od niego... ku tobie. A nawet, jeśli będą modlić się i leżeć 
krzyżem w kościołach, podszepniesz im tylko, w imieniu 
jakoby prawdziwego Stwórcy, aby chwycili za broń, a oni 
pójdą w bój na śmierć. Na śmierć, bo nie będą mieć żadnej 
szansy na zwycięstwo. I potępi ich wtedy nawet Boży 
namiestnik z Rzymu. I będą wyć i płakać, bić się w piersi, 
ale tak naprawdę to ich serca będą już twoje. A ilu rzuci 
wiarę ojców, ilu zaprze się jej w gniewie? Ilu będzie 
bluźnić? Dotąd byłeś sługą tego narodu - teraz będziesz jego 
panem. Polacy to szaleni ludzie. Gotowi porwać się z gołymi 
rękoma przeciw wszystkim potęgom świata. Może nawet 
rewolucję zrobią. A ty będziesz żył z nich jak król. No, 
panie Boruta, zgódź się. Podpiszemy umowę czy cyrograf, jak 
tam ją zwiesz. I podzielimy na części zyski, jakie przypadną 
nam z upadku Rzeczypospolitej. Sprawiedliwie i po równo. Ja 
wezmę pieniądze od Katarzyny, ty polskie dusze.  
   - Zgódź się, panie Boruta - powtórzył jak echo Winnicki. 
- Tak będzie najlepiej.  
   Czart poruszył się niepewnie. Opuścił szablę. Winnicki
wiedział już, że wygrali. Wygrali wszystko, co było do
wzięcia w tej wielkiej grze.  
   - Zadziwiasz mnie, Poniatowski - powiedział wolno diabeł. 
- Zadziwiasz przenikliwością. Tak... Przyszłość Polski 
rysuje mi się nadzwyczaj ciekawie. Zgadzam się! Ale musisz 
coś podpisać. Na gębę nie zwykłem się umawiać! - sięgnął w 
zanadrze i wydobył stamtąd  pergamin, a także żelazny rysik. 
- Podpiszesz to własną krwią!  
   August drgnął. Posłusznie ujął rysik i zakłuł się w 
serdeczny palec.  
   - Pisz, pisz, Auguście. To nasza umowa rozbiorowa. 
Dzielimy Polskę - dobrze i - co najważniejsze - 
sprawiedliwie.  
   Palce króla zadrżały znowu. Poniatowski jakby zawahał 
się.  Ale złożył podpis. Zamaszyście, po królewsku.  
   - Teraz ty, jako świadek!  
   Jasiek przybliżył się wolno. Serce zabiło mu mocno.  
   - A jaka będzie z tego korzyść dla mnie? - spytał.  

Strona 16

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

   - Złoto, kariera... Dam ci tyle, że spłacisz długi z 
naddatkiem.  
   Jasiek pochylił się nad pergaminem. Zakłuł w palec i 
pozwolił, by jego krew napełniła żelazny rysik. Przez chwilę 
poczuł się dziwnie - niby sędzia przy stole rozpraw.  
Rzeczpospolita została osądzona. Razem z królem właśnie 
podpisywali wyrok. Poczuł, nie, on wiedział to dobrze, że 
robi coś nieodwracalnego, coś, czego nie da już się cofnąć. 
To wszystko było snem... Musiało mu się śnić.  
   Złożył swój podpis - niewyraźny i pokrętny, taki, jaka 
była jego natura.  
   - Dobrze - mruknął. - Zatem każdy coś z tego będzie miał. 
Wy, panie August - pieniądze od Katarzyny. Wy, panie Boruta, 
przyszłość Polaków. A ja? Mój podpis, choć lichy, też 
kosztuje.  
   - Wart jesteś pala, panie Winnicki - powiedział diabeł,
nie wiadomo, z podziwem czy z niechęcią. Chwycił pergamin, 
zwinął go w rulon i wsunął w zanadrze. Potem rozchylił poły 
delii i wydobył pękaty, wypchany mieszek. Zabrzęczało cicho, 
ale przyjemnie, gdy rzucił go na stół.  
   - Trzydzieści tysięcy złotych. Dwa razy tyle, ile masz 
długów, Winnicki.  
   - A ode mnie dostaniesz rekomendację do imperatorowej, do 
Petersburga, szelmo - uśmiechnął się z przymusem 
Poniatowski.  Wysoko zajdziesz, Jean.  
   - Na szubienicę... - mruknął diabeł. - Ja już się pożegnam.  
Czołem, mości panowie! I pamiętajcie, należycie teraz do 
mnie... Do zobaczenia.  
   Odwrócił się i wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia.  
Roztopił się w mroku.  
   - Poszedł - wydyszał blady jak płótno August - poszedł. 
Mamy spokój... Zaraz! Jean, chodź szybko za mną!  
   Jak burza wpadł do pokoju, w którym zniknął diabeł. 
Winnicki skoczył za nim. Król dopadł kufra w kącie. Skrzynia 
była pusta! Klejnoty królewskie zniknęły.  
   - Zabrał koronę... - wydyszał Poniatowski - zabrał... 
Cała nasza przyszłość należy teraz do niego. Być może sam 
jeszcze dobrze nie wie co z nią zrobi.
   - To co poczniemy? Co powie Katarzyna?  
   - Pojedziesz do Augustowa, Jean - powiedział cicho król.-
Mój złotnik ma tam kopie insygniów. Tylko kopie, ale 
Katarzynie nie powinno to przeszkadzać...  
   - Dobrze, ale co dalej?  
   - Przyjedziesz z nimi do Grodna. Tylko śpiesz się. Potem 
ruszysz do Petersburga, tak, jak ci to obiecałem. Jesteś 
sprytny, poradzisz sobie. Opłaciło ci się. Za jeden podpis.  
No, a teraz ruszaj!  

                      JACEK LECH KOMUDA 
   Urodzony 23. 06. 1972, znany wśród warszawskiego fandomu, 
a zwłaszcza w stołecznym klubie miłośników fantastyki 
"Pegaz" jako  hultaj, warchoł i pijanica, nade wszystko zaś 
miłośnik piwa i sarmatyzmu. Publikował opowiadania w "Magii 
i Mieczu", "Fenixie", "Złotym Smoku", ale zaczynał na 
naszych łamach ("Czarna Cytadela", "NF" 5/91). Pracuje nad 
powieścią z czasów wojen polsko-kozackich dla wydawnictwa 
S.R. Jest współautorem, z Maciejem Jurewiczem i Marcinem 
Baryłką, gry fabularnej (RPG) "Dzikie Pola", projektuje gry 
komputerowe odnoszące się do czasów Rzeczypospolitej 
szlacheckiej, a w wolnych chwilach pisuje publicystykę 
poświęconą broni i szerzej sarmatyzmowi do "Playboya" i 
"Ratusza".  
   "Trzech do podziału", fantastyczno-diaboliczna 
rekonstrukcja schyłkowego epizodu Rzeczypospolitej Obojga 
Narodów, zaniepokoi zapewne zwolenników króla Stanisława 
Augusta Poniatowskiego, ale ucieszy jego przeciwników. 
Wszystkim powinna dać do myślenia jako startująca od niezłej 
znajomości staropolskich realiów literacka robota o wymowie 
nie jedynie przecież historycznej. Podobne pytanie - co 

Strona 17

background image

Komuda Jacek - Trzech do podziału

Polakom po wolności? - również w kontekście diabelskiej 
intrygi, zadawał niedawno Oramus w znacznie bliższej 
współczesności powieści "Święto śmiechu". Problem od paru 
wieków chodzi nam po kościach?
                                                    (mp)

Strona 18