Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Tom Clancy
Martin Greenberg
POwER PlAYS 2
SPRAWA ORIONA
DOM WYDAWNICZY REBIS POZNAŃ 2000
PrzełoŜył Jarosław Kotarski
Tytuł oryginału Tom Clancy's Power Plays: Shadow Watch
Copyright C 1999 by RSE Holdings, Inc. All rights reserved
Copyright C for the Polish edition by REBIS Publishing House
Ltd., Poznań 2000 Redaktor BłaŜej Kemnitz Opracowanie graficzne
Jacek Pietrzyński
PODZiĘKOWANIA
Chciałbym podziękować Jerome'owi Preislerowi za pomysłowość i
nieoceniony wkład w przygotowanie maszynopisu. Podziękowania za
pomoc naleŜą się takŜe Marcowi Cerasinie-mu, Larry'emu
Segriffowi, Denise Little, Johnowi Helfersowi, Robertowi
Youdelmanowi i Tomowi Mallonowi, wspaniałym ludziom z Penguin
Putnam, a szczególnie: Phyllis Grann, Da-vidowi Shanksowi i
Tomowi Colganowi. Dziękuję Dougowi Little-johnsowi, Kevinowi
Perryemu i reszcie zespołu pracującego nad Sprawą Oriona, jak
równieŜ wszystkim miłym ludziom z Red Storm Entertainment. Jak
zawsze dziękuję teŜ mojemu agentowi i przyjacielowi Robertowi
Gottliebowi z William Morris Agency. Lecz przede wszystkim to wy,
moi czytelnicy, musicie ocenić wynik naszego wspólnego wysiłku.
Tom Clancy
Wydanie I
ISBN 83-7120-966-5
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. śmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań
tel. 867-47-08, 867-81-40; fax 867-37-74
e-mail: rebis@pol.pl
www.rebis.com.pl
Fotoskład: Z.P. Akapit, Poznań, ul. Czernichowska 50B, tel.
879-38-88
* * *
1
CENTRUM LOTÓW KOSMICZNYCH
im.J. F. KENNEDY'EGO PRZYLĄDEK CANAVERAL, FLORYDA 15 KWIETNIA 2001
Znacznie później, gdy jej obsesją i pracą jednocześnie stało się
wyjaśnienie tego, co wydarzyło się na stanowisku startowym, Annie
wciąŜ doskonale pamiętała, jak wszystko, co dotąd przebiegało
doskonale, nagle zaczęło się walić, przekształcając podniecenie
i oczekiwanie w horror i zmieniając na zawsze jej Ŝycie.
Astronautka, gwiazda mediów, modelka, matka wszystkie szufladki,
w których dotąd umieszczał ją świat, pozostały takie same. Ale
zbyt dobrze znała siebie, by wątpić, Ŝe Annie Caulfield, która
Ŝyła przed katastrofą, i Annie Caulfield, która w końcu powstała
z popiołów, to dwie nader odmienne kobiety. Rankiem panowały
idealne warunki do startu: słaby, spokojny wiatr, umiarkowana
temperatura i czyste błękitne niebo aŜ po wschodni brzeg wyspy
Merritt. Stanowisko 39A, połoŜone nad morzem, tonęło w
promieniach słońca, a całość oglądana z okien Centrum Kontroli
Startowej wyglądała niczym pocztówka lub folder turystyczny
reklamujący uroki Florydy. Była to pogoda, jakiej ciągle Ŝyczyli
sobie planiści NASA i jaka rzadko występowała w chwili startu.
W przypadku Oriona zresztą przygotowania od samego początku
przebiegały idealnie. Nie było Ŝadnych falstartów czy
frustrujących, wykrytych w ostatniej chwili usterek powodujących
przerwanie odliczania, a czasami wymuszających odwołanie startu.
Wszystko, ale to dosłownie wszystko wyglądało doskonale. Dwie i
pół godziny przed odlotem, wraz z resztą zespołu zarządzającego
Strona 1
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
misją i innymi oficjelami z NASA, Annie odprowadziła swoją załogę
(zawsze tak określała załogi, które nadzorowała) do pojazdu,
który miał ich przewieźć na stanowisko startowe. Przy tej okazji,
jak zwykle, wykonano pamiątkowe zdjęcia, a całość opracowali
zatrudnieni przez NASA specjaliści z agencji reklamowych. Mimo
to zaskoczyła ją liczba czekających przed wejściem dziennikarzy
i reporterów oraz mikrofonów w kudłatych osłonach, które
wyglądały niczym przerośnięte gąsienice. Był nawet ktoś z jednej
z sieci telewizyjnych nadających poranne serwisy informacyjne -
Gary Jakoś-mu-tam, który zaciągnął ją przed kamerę, by wygłosiła
komentarz. Gdyby się wcześniej nad tym zastanowiła,
przygotowałaby się na coś podobnego - NASA powaŜnie traktowała
współpracę z mediami, a na jej obecność w centrum podczas startu
usilnie nalegano. Podobnie zresztą jak w pewnym stopniu na
mianowanie jej koordynatorem astronautów, co było całkiem wysoką
pozycją w hierarchii agencji. Obliczono to na przyciągnięcie
większego niŜ zwykle tłumu dziennikarzy. Zgodziła się na taką
rolę, mając nadzieję, Ŝe lot spełni oczekiwania rozdmuchane przez
reklamę. Wysłanie w przestrzeń pierwszego modułu laboratoryjnego
ISS, jak w skrócie określano międzynarodową stację kosmiczną,
opóźniło się znacznie z powodu problemów finansowych. Na orbicie
znajdowały się juŜ segmenty konstrukcyjne, z którymi miało zostać
połączone laboratorium, a za dwa tygodnie zaplanowano
wystrzelenie z rosyjskiego kosmodromu w Kazachstanie drugiego
modułu badawczego. Nie licząc politycznych korzyści, czyli
konkretnego dowodu współpracy Wschodu z Zachodem, te dwa starty
decydowały o istnieniu stacji, a więc otwierały nową erę w
badaniach kosmosu. Dlatego właśnie Annie zwracała taką uwagę na
szczegóły, ignorując całą wrzawę otaczającą misję. Był to dla
niej największy z dotychczasowych krok ku realizacji marzeń,
które pielęgnowała od dzieciństwa i które sporo ją kosztowały,
gdy dorosła. Miała nadzieję, Ŝe duma z udziału w programie budowy
tej stacji wymaŜe w końcu winę i ból, które dotąd w niej
przewaŜały. Co prawda, stanowiły niejako produkt uboczny, ale
dręczyły ją od dawna. Nie był to jednak czas ani miejsce na
rozmyślania o własnych problemach, toteŜ odsunęła je od siebie.
Stała przed wejściem do kompleksu startowego 39 i obserwowała
pułkownika Jima Rowlanda oraz resztę załogi Oriona wsiadających
do srebrzystego, przypominającego autobus pojazdu z
błękitnobiałym znakiem NASA. Tych pięcioro miało tworzyć
historię, więc choć obowiązki nie pozwalały jej lecieć, i tak
czuła, Ŝe jakaś jej część wyruszy z nimi. Byli jej grupą
treningową, jej rodziną. Odpowiadała za nich. Na zawsze wrył się
jej w pamięć obraz Jima, który zatrzymał się przed wejściem do
pojazdu i przyjrzał tłumowi, szukając jej twarzy. Był dowódcą
lotu, przystojnym i energicznym męŜczyzną, który zdawał się
pulsować pewnością siebie i entuzjazmem. Ale w tej chwili nie
miało to znaczenia, podobnie jak to, Ŝe w roku 1994 ukończyli
razem kurs astronautów. W tej chwili przepełniała go
niecierpliwość, którą w pełni mógł zrozumieć jedynie ten, kto
widział Ziemię z wysokości dwustu pięćdziesięciu mil.Marchewka
ponad wszystko. - Wiedział, Ŝe nie ma szans, by Annie usłyszała
go w tym zgiełku, więc mówił wolno, Ŝeby mogła czytać z jego
warg. Tekst był stary - z czasów szkolenia w Houston - i dotyczył
twarzowego koloru skafandrów, w które od lat ubrani byli wszyscy
astronauci w trakcie startów i lądowań. Uśmiechnęła się,
wspominając wspólne treningi - jednak prawdą było, Ŝe jeśli ktoś
choć raz znalazł się w przestrzeni, nigdy nie przestawał za nią
tęsknić. Nigdy. - Terra nos respuet - odparła, wolno wymawiając
słowa. W dowolnym tłumaczeniu, które wymyślili dość dawno, motto
szkoły brzmiało "Wypluła nas Ziemia".
Jim uśmiechnął się szerzej i zasalutował jej zawadiacko, po czym
odwrócił się i wsiadł do pojazdu. Za nim podąŜyli kolejno
pozostali członkowie załogi. Niedługo potem Annie uznała, Ŝe jej
funkcja reprezentacyjna dobiegła końca, i wymknęła się
dziennikarzom. Zjadła lekkie śniadanie w bufecie i poszła do
pokoju startowego przydzielonego do obsługi Oriona. W centrum
były cztery takie olbrzymie pomieszczenia, a z kaŜdego moŜna było
Strona 2
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
kierować operacją od etapu testów do startu promu. Później
funkcję tę przejmowało Centrum Lotów Kosmicznych im. Lyndona B.
Johnsona w Houston. Sala, pełna półkolistych konsol komputerowych
oddzielonych niewysokimi przepierzeniami i o ogromnych oknach
wychodzących na płytę startową, robiła wraŜenie nawet wtedy, gdy
nie było w niej nikogo. W takie dni jak ten, kiedy pełno w niej
było kontrolerów, techników, oficjeli z NASA i zaproszonych na
uroczystość startu VIPów, Annie wydawało się, Ŝe sama atmosfera
jest elektryzująca. Zajęła swoje miejsce w sekcji zarządzania
operacją, co było miło i oficjalnie brzmiącą nazwą przestrzeni
wydzielonej dla zaproszonych gości i waŜniejszych przedstawicieli
agencji, których obecność z punktu widzenia procedury startowej
była zupełnie nieistotna. ZauwaŜyła, Ŝe siedzący po prawej
męŜczyzna posłał jej zaintrygowane spojrzenie z gatunku: "Na
jakiej to reklamie widziałem twoją twarz?" Przyzwyczaiła się do
takich spojrzeń, odkąd stała się sławna, lecz nagle zdała sobie
sprawę, Ŝe przygląda się sąsiadowi niemal w ten sam sposób. Co
prawda, niewielu biznesmenów miało bardzo znane nazwiska, ale
jedynie ktoś, kto przespałby ostatnie dziesięć lat, nie
rozpoznałby załoŜyciela i szefa UpLink International, jednej z
najwaŜniejszych firm dla rozwoju światowej techniki, a takŜe -
co waŜniejsze z punktu widzenia Annie - głównego wykonawcy
międzynarodowej stacji kosmicznej. MęŜczyzna wyciągnął ku niej
dłoń ze słowami: - Przepraszam, Ŝe się przyglądam, ale to
prawdziwy zaszczyt poznać panią, pani Caulfield. Jestem... -
Roger Gordian. - Uśmiechnęła się. - Najsłynniejszy cywilny
zwolennik naszego programu. Aha, wystarczy po prostu Annie. - No
tak, imiona to tu zdecydowanie najpopularniejsza forma. - Wskazał
na siedzącą po drugiej stronie uderzająco piękną brunetkę w
doskonale skrojonym kostiumie. - Proszę pozwolić, Ŝe przedstawię
pani mojego wiceprezesa projektów specjalnych Megan Breen. W taki
czy inny sposób stoi generalnie za wszystkim, co nasza firma
zdołała osiągnąć. Kobiety uścisnęły sobie dłonie i Megan dodała:
Mam nadzieję, Ŝe poświadczysz to, co właśnie powiedział, gdy
będę negocjowała podwyŜkę. Gordian mrugnął porozumiewawczo do
Annie.
Biedna Megan musi się jeszcze sporo nauczyć o lojalności
między byłymi myśliwcami. W uśmiechu Annie pojawiło się coś
więcej niŜ humor.
Zostałeś zestrzelony nad Wietnamem, prawda? - spytała.
Gordian skinął głową.
- Przez sowiecką rakietę typu Goa podczas przelotu na małej
wysokości nad Khe Xanh. - Umilkł na chwilę. - Latałem od roku z
355. z Laosu, a następne pięć lat spędziłem w więzieniu Hoa Lo. -
"Hanojski Hilton". Mój BoŜe, prawda. Czytałam, jak traktowano
tam więźniów. O komorach gwiezdnych... - Annie umilkła,
przypominając sobie detale.
Szczególnie utkwiły jej w pamięci pokoje 18 i 19 w rejonie
określanym przez jeńców mianem "Hotelu Złamanych Serc". Pierwszy
nazwali Zmiękczalnią, drugi - Pryszczatym. W Zmiękczalni bito
nowo przybyłych, by zdali sobie sprawę, gdzie się znaleźli.
Pryszczaty nazwę zawdzięczał specyficznie połoŜonemu tynkowi,
który tworzył guzowate nierówności skutecznie tłumiące krzyki
torturowanych. Ten oraz podobne wynalazki były spuścizną po
Francuzach. MoŜna mówić o tej nacji, co się chce, ale trzeba
przyznać, Ŝe na skolonializowanych obszarach Francuzi pozostawili
wzbudzające szacunek więzienia, z których nie sposób było uciec.
Potrafiono w nich wymusić poŜądane zmiany behawioralne u
najbardziej nawet zatwardziałych i niepoprawnych osadzonych. Do
takich naleŜało właśnie więzienie Hoa Lo czy słynna kolonia karna
na Diabelskiej Wyspie przy wybrzeŜu Gujany Francuskiej. Brutalna
bezwzględność i nieludzkie warunki były ich atrybutami, a
Wietnamczycy okazali się wyjątkowo pojętnymi uczniami i w pełni
wykorzystali swą kolonialną spuściznę. Ja teŜ słyszałem o twoich
przejściach - przerwał ciszę Gordian. - Sześć dni ukrywania się
w Bośni po katapultowaniu z F-16 na dwudziestu siedmiu tysiącach
stóp. PrzeŜyłaś chyba tylko dzięki łasce boskiej.Dzięki łasce
boskiej, kursowi przetrwania, radiotelefonowi i azbestowemu
Strona 3
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Ŝołądkowi, z którego wyśmiewano się, odkąd sięgam pamięcią, a
który okazał się wyjątkowo przystosowany do diety składającej się
z larw i gąsienic - wyjaśniła rzeczowo. - Teraz, kiedy właściwie
kaŜdy samolot wyposaŜa się w twój system naprowadzająco-
rozpoznawczy GAPSFREE, jest znacznie mniej prawdopodobne, by
jakiś pilot dał się tak zaskoczyć jak ja.
- Przeceniasz moje zasługi, a nie doceniasz własnych. - Widać
było, Ŝe poczuł się nieswojo. Czym prędzej zmienił temat,
wskazując na salę. - Choć załoŜę się, Ŝe zgodzimy się, Ŝe to
rzeczywiście jest godne uznania. Annie, nieco zaskoczona,
przytaknęła odruchowo. Jeśli się nie myliła - a gdy oceniała
ludzi, myliła się raczej rzadko miała właśnie okazję zobaczyć
przebłysk autentycznej skromności swego rozmówcy. U kogoś takiego
jak Gordian, czego nauczyło ją przebywanie wśród wysoko
postawionych i potęŜnych osobistości, był to prawdziwy ewenement.
Uczyła się naturalnie na własnych błędach i nie były one
najsympatyczniejsze. - To twój pierwszy start? - spytała. - W
innej niŜ rola widza, tak. Kiedy nasze dzieci były jeszcze
dziećmi, przyjechaliśmy z Ashley, by z terenu przeznaczonego dla
publiczności obserwować start Endeavora. To było spektakularne
przeŜycie, ale w porównaniu z obecnością w centrum startowym... -
Drętwieją palce, a serce podskakuje - powiedziała ze
zrozumieniem Annie. - Sądzę, Ŝe dla ciebie to teŜ jeszcze nie
rutyna - zauwaŜył z uśmiechem.
- I nigdy nie będzie.
Po chwili Gordian wstał, widząc zbliŜającego się administratora
NASA Charlesa Dorseta. Uścisnęli sobie dłonie i Dorset porwał go
na spotkanie z grupą osobistości przebywających w sąsiednim
pokoju.Co będzie dalej? - spytała Megan, pochylając się nad
opuszczonym przez Gordiana fotelem. - Tyle się tu naraz dzieje,
Ŝe trudno wszystko ogarnąć. Nie przejmuj się. Wysyłanie ludzi
w kosmos to skomplikowany proces. Nawet astronauci nie
pamiętaliby o wszystkim bez ściąg. A mają za sobą lata treningów
i mnóstwo prób pocieszyła ją Annie. - Mówisz powaŜnie? O tych
ściągach? - Przykleja się je na tablicy przyrządów - wyjaśniła. -
Mały krok dla ludzkości, wielki dla rzepów. Klej moŜe być zbyt
słaby, więc nie uŜywa się kartek samoprzylepnych, lecz folii z
rzepami. - Zerknęła na zegarek. - śebyś się lepiej orientowała,
co nas czeka, do startu pozostała mniej więcej godzina i jak
dotąd wszystko idzie dobrze. Zespół odprowadzający zamknął i
zabezpieczył właz, a za chwilę opuści stanowisko startowe i uda
się w rejon wycofania. Komputerowe sprawdzanie poprzedzające
start rozpoczęło się wiele godzin temu, ale na pokładzie promu
i tak jest mnóstwo przełączników, więc teraz załoga upewnia się,
czy wszystkie znajdują się we właściwych połoŜeniach. - Przyznam
się, Ŝe zaskoczyła mnie liczba personelu w tej sali - powiedziała
Megan. - Oglądałam juŜ starty w telewizji i spodziewałam się
licznej obsady, ale tu jest ze dwustu ludzi. - Niezły strzał -
przyznała Annie. - Właściwie nieco więcej, około dwustu
pięćdziesięciu. Ale to i tak połowa obsady z czasów, gdy
startowały misje Apollo - wyjaśniła. - Jeszcze kilka lat temu
potrzebowaliśmy o jedną trzecią więcej. Nowy sprzęt i
oprogramowanie systemu kontroli startu pozwoliły skonsolidować
całą operację i zmniejszyć liczbę operatorów. - Przepraszam, Ŝe
wyszedłem w połowie rozmowy, ale Chuck chciał, Ŝebym poznał jego
zastępców - przeprosił Gordian, zjawiając się z powrotem. Dla
kogo Chuck, dla tego Chuck, pomyślała Annie. Dla niej wciąŜ był
to pan Dorset. Jak widać, nie wszędzie w NASA obowiązywała zasada
mówienia po imieniu. Zapamiętała jednak, Ŝe nie powiedziała tego
głośno, by nie urazić gościa. - Gdy cię nie było, wypytałam Annie
o róŜne rzeczy - poinformowała go Megan. - Dowiedziałam się
mnóstwa interesujących rzeczy.
- W takim razie mam nadzieję, Ŝe jeszcze jeden Ŝądny wiedzy uczeń
nie sprawi zbytnich kłopotów - powiedział Gordian, siadając w
fotelu. - W ogóle. - Annie uśmiechnęła się lekko. - Dopóki
będziemy rozmawiali cicho, moŜecie pytać, o co tylko chcecie.
Przez następne pięćdziesiąt minut to właśnie robili. Na dziewięć
minut przed startem wstrzymano odliczanie i w sali zapadła cisza.
Strona 4
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Kontrolerzy czekali w gotowości, obserwując poczynania zespołu
zarządzającego, który tworzyli wyŜsi pracownicy agencji oraz
inŜynierowie odpowiedzialni za tę misję. Grupa odbywała cichą,
lecz powaŜną naradę, a kilku jej członków sięgnęło po telefony
przymocowane do pulpitów. - Wstrzymanie odliczania w tym momencie
to takŜe rutynowe postępowanie - wyjaśniła Annie, czując
zaintrygowane spojrzenia rozmówców. - Pozwala astronautom i
personelowi naziemnemu nadgonić opóźnienia w sprawdzaniu sprzętu
i wprowadzić ostatnie poprawki, jeśli zachodzi taka potrzeba. W
tym czasie członkowie zespołu zarządzającego podejmują ostateczne
decyzje. Przed startem niektórzy chcą się jeszcze porozumieć z
inŜynierami z Houston. Kiedy kaŜdy podejmie decyzję, głosują, by
sprawdzić, czy osiągnęli konsensus. - Annie wskazała lekkie
słuchawki leŜące na jej pulpicie i dwa dodatkowe zestawy
przeznaczone dla Gordiana i Megan. - Gdy ponownie zacznie się
odliczanie, moŜecie je nałoŜyć. Będziecie słyszeć rozmowy między
promem a obsługą. - Głosowanie, o którym wspomniałaś... długo
trwa? - spytała Megan.
- To zaleŜy od pogody, problemów technicznych, które pojawiły się
do tego czasu, i mnóstwa innych czynników. Jeśli jeden z
kierowników będzie miał zły horoskop na ten dzień, teoretycznie
moŜe wymusić odłoŜenie startu. Choć nigdy o czymś takim nie
słyszałam, przyznaję, Ŝe zdarzały się dziwne przypadki. Na
przykład, pięć czy sześć lat temu start Discovery został odłoŜony
o przeszło miesiąc za sprawą pary dzięciołów. Gordian spojrzał
na nią. - Dzięciołów?!
- Dzięciołów. - Annie uśmiechnęła się, widząc jego minę. Zamiast
interesować się drzewami wydziobywały dziury w osłonie
zewnętrznego zbiornika paliwa. Po naprawie wezwano ornitologa,
który przepłoszył je, wieszając wokół stanowiska startowego
sztuczne sowy. - Niesamowite. - Gordian potrząsnął głową. - Nie
przypominam sobie, Ŝebym cokolwiek o tym słyszał... Opowieści
z przylądka. Mogłabym wam powiedzieć więcej, niŜ mielibyście
ochotę usłyszeć. - Zachichotała. - Ale nie musicie się obawiać.
Z tego, co widzę, dziś decyzja o starcie zapadnie szybko. I miała
rację - w ciągu kilku minut narada skończyła się, kierownicy
wrócili do swoich pulpitów i sięgnęli po telefony. Na wielkim
ekranie widać było obraz z kamer przemysłowych pokazujących
stanowisko startowe popularnie zwane "kominem": kratownicę
podtrzymującą w pionie dwa silniki rakietowe na paliwo stałe,
masywny, wysoki na sto pięćdziesiąt stóp zbiornik zewnętrzny i
sam prom zwany orbiterem. Annie doskonale znała jego wnętrze jak
tylko potrafi ktoś, kto latał na jego pokładzie - i widziała
oczyma wyobraźni to, czego nie pokazywały kamery. Jim i jego
pilot Lee Everett, przypięci pasami do foteli, mieli opuszczone
przysłony hełmów, gdyŜ słońce zalewało kokpit potokiem światła.
Za nimi spoczywały Gail Scott, zajmująca się ładunkiem, i
specjalistka do spraw misji Sharon Ling; trzej pozostali
członkowie załogi zajmowali fotele nieco niŜej, na środkowym
pokładzie. Wszyscy siedzieli, ale fotele znajdowały się
prostopadle do ziemi, by zredukować skutki przeciąŜeń
występujących podczas startu i wznoszenia. Annie nigdy nie miała
problemów z Ŝołądkiem podczas lotu, ale wiedziała, Ŝe wszyscy za
prawym uchem mają przyklejony plaster ze skopolaminą
neutralizującą symptomy powodowane przez przyspieszenie czy zanik
ciąŜenia. Sercem i duszą była z nimi, doświadczając tego samego,
czego oni doświadczali na kaŜdym etapie. Do startu pozostało pięć
minut. Annie skupiła się na głosach w swoich słuchawkach. -
...kontrola, tu Orion - mówił Jim. - Odpalamy APU. Pierwszy i
drugi na zielonym, trzeci w trakcie rozruchu. - Rozumiem, melduj
stan trzeciego - odparł kontroler.
- Zielony. Mamy sprawne trzy na trzy. Pracują bez zarzutu. -
Rozumiem Orion. Ślicznie. Annie czuła, jak narasta w niej
podniecenie. Rozmowa oznaczała, Ŝe zasilane hydrazyną rozruszniki
mające odpalić w trakcie lotu wznoszącego główne silniki promu
zostały uruchomione i działały prawidłowo. Słuchała dalej. Prom
przeszedł na własne zasilanie, w zewnętrznym zbiorniku
podwyŜszono ciśnienie. Obok niej Gordian z fascynacją wpatrywał
Strona 5
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
się w stanowisko startowe. Teraz rozmawiali wyłącznie kontrolerzy
- reszta milczała zgodnie z wymogami procedur startowych. Tych
przestrzegano z całą surowością, choć Annie podejrzewała, Ŝe
przytłaczająca powaga chwili i tak pozbawiłaby ją głosu. Na dwie
minuty przed godziną T główny kontroler oznajmił, Ŝe prom gotów
jest do startu, a Annie poczuła mrowienie, które z opuszków
palców przeszło na całe jej ciało. Zapamiętała, Ŝe gdy do
wyznaczonego czasu brakowało sześciu sekund, spojrzała na zegar
wbudowany w konsolę. W tym momencie w półsekundowych odstępach
i w kolejności kontrolowanej przez komputer pokładowy Oriona
powinny odpalić główne silniki promu. Zamiast tego zaczęły się
kłopoty. I to te najgorsze, niezapomniane.
Od momentu, w którym zorientowała się, Ŝe coś jest nie tak, aŜ
do tragicznego finału wszystko przebiegało z tak ogromną
prędkością, iŜ zaskoczenie przekształciło się w pełne osłupienie
i niedowierzanie. W pewien sposób było to zbawienne, gdyŜ
stłumiło przeraŜenie, które inaczej mogło się okazać
przytłaczające.Kontrola... mam czerwony stan silnika numer trzy.
- Spięty głos naleŜał do Jima. A chwilę później w słuchawkach
rozległ się przeszywający dźwięk głównego alarmu.Mamy gorący
silnik... spada ciśnienie LH2... uruchomiły się detektory dymu...
mamy dym w kabinie! Przez salę przebiegł dreszcz. Annie spojrzała
na ekran, odruchowo zaciskając dłonie w pięści. Z dyszy jednego
z głównych silników Oriona wystrzelił słup oślepiającego
ognia.Natychmiast przerwać start! - Głos kontrolera był spokojny,
choć wiele go to kosztowało. - Rozumiesz, Jim? Natychmiast
opuśćcie orbiter! Rozumiem... - wykaszlał Jim. - Ja... my...
trudno cokolwiek zobaczyć...Jim, biały pokój wrócił na pozycję!
Wynoście się stamtąd, i to juŜ! Annie z trudem przełknęła ślinę.
Podobnie jak wszyscy astronauci wielokrotnie ćwiczyła awaryjne
opuszczanie promu i doskonale znała procedurę. Białym pokojem
nazywano niewielką komorę ciśnieniową umieszczoną na końcu
wysięgnika łączącego wieŜę z włazem promu. W niej astronauci
docierali na pokład, a na dziesięć minut przed startem odłączała
się automatycznie wraz z wysięgnikiem. Teraz ponownie znalazła
się na miejscu. Zgodnie z ustalonymi procedurami ewakuacyjnymi
załoga opuszczała prom przez właz, po czym przebiegała po
wysięgniku na platformę znajdującą się po przeciwnej stronie
wieŜy. Z niej do oddalonego o tysiąc dwieście stóp podziemnego
bunkra biegło pięć stalowych lin odpornych na duŜe obciąŜenia.
Do kaŜdej przymocowana była stalowa klatka mogąca pomieścić od
dwóch do trzech osób, która po zwolnieniu zaczepu zjeŜdŜała do
bunkra i lądowała w nylonowej sieci amortyzującej. Najpierw
jednak... Najpierw jednak astronauci musieli dotrzeć do klatek.
Na ekranie widać było pomarańczowobiałe płomienie pulsacyjnie
wystrzeliwujące ze wszystkich juŜ silników. Płytę spowił gęsty,
tłusty czarny dym, który wkrótce przesłonił część rufową promu
i sięgnął skrzydeł. Bez wątpienia panowała tam ogromna
temperatura, a robiło się jeszcze goręcej. Choć Annie była
przekonana, Ŝe osłony termiczne Oriona mogą zapobiec zapaleniu
się kadłuba, wiedziała, iŜ temperatura i dym bardzo szybko
zamienią wnętrze w śmiertelną pułapkę. A jeśli zajmie się paliwo
lub odpalą silniki na paliwo stałe... Zmusiła się, by o tym nie
myśleć. Kurczowo przycisnęła ręce do boków i nie odrywała wzroku
od ekranu. Łączność z Jimem została przerwana, a z gorączkowych
rozmów przekrzykujących się podnieconych kontrolerów, które
wypełniały słuchawki, trudno się było zorientować, co z załogą.
Skupiła wzrok na ekranie, czekając, aŜ astronauci opuszczą prom.
Nagle wydało się jej, Ŝe widzi postacie w marchewkowych
skafandrach na otoczonej barierką platformie po zachodniej
stronie wieŜy, tam gdzie umieszczono klatki. Jednak odległość od
kamer w połączeniu z wszechobecnym dymem utrudniała obserwację,
toteŜ nie była pewna, czy rzeczywiście widziała tam załogę. Nie
odrywała zmruŜonych oczu od ekranu i prawie przekonała siebie,
Ŝe to naprawdę byli podwładni Jima, gdy wieŜą wstrząsnęła
pierwsza eksplozja. Była tak silna, Ŝe zadzwoniły szyby w oknie
widokowym centrum. Annie bardziej ją odczuła, niŜ usłyszała.
WciąŜ czuła w kościach to przyprawiające omdłości drŜenie, gdy
Strona 6
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
kolejny wybuch rozerwał rufę promu i otoczył ogniem dolną część
wieŜy. Gwałtownie pochyliła się w fotelu, modląc się jednocześnie
do wszystkich bogów, którzy mogliby jej wysłuchać. Na ekranie
widać było malutkie sylwetki w pomarańczowych skafandrach
gorączkowo ładujące się do klatek. Za nimi wyrastała potęŜna
ściana ognia. Nie potrafiła ocenić, ilu astronautów znajdowało
się na platformie, gdyŜ z tej odległości byli niewiele więksi od
mrówek. Temperatura uruchomiła system przeciwpoŜarowy na
stanowisku startowym i przez długą chwilę Annie nie widziała nic
poza kłębami pary i dymu, przez które przebijała się poświata
ognia otaczająca dolną część promu i wieŜy. W tym momencie
pierwsza klatka rozpoczęła szaleńczy zjazd po linie. W ślad za
nią wystrzelił z dołu język ognia, ale tylko liznął stalową
konstrukcję. Ku swemu przeraŜeniu Annie dostrzegła na platformie
pozostałych członków załogi; ich sylwetki rysowały się na tle
oślepiająco jasnych płomieni. Druga klatka została zwolniona
dziesięć lub piętnaście sekund po pierwszej, czyli z opóźnieniem
nie do przyjęcia podczas jakichkolwiek ćwiczeń. Zastanowił ją ten
poślizg, ale raz jeszcze zmusiła się, by nie myśleć o tym, co
mogło spowodować takie opóźnienie. Widziała jednak to, co
widziała... a później uświadomiła sobie, Ŝe takie właśnie
świadomie tłumione myśli najgłębiej wbijają się w pamięć i dręczą
człowieka niczym uprzykrzony, nie mogący znaleźć spokoju duch.
Następne kilka minut było czystą torturą nieświadomości i
oczekiwania połączonych z całkowitą bezsilnością. Nikt w centrum
nie mógł nic zrobić; musieli czekać, aŜ astronauci odezwą się
ponownie z bunkra. Czekać, wpatrywać się w ekran i nie poddawać
szaleństwu. W sali panowała absolutna cisza. Annie przygryzła
dolną wargę.
W końcu w słuchawkach rozległ się podniecony głos:
Kontrola, tu Everett. Druga klatka jest na dole i sądzę, Ŝe
wszyscy jesteśmy... Nagle głos umilkł.
Annie siedziała bez ruchu, czując, jak łomoce jej serce. Nie
wiedziała, co się dzieje, nie wiedziała nawet, co czuje. Ulga,
którą wywołał głos Lee, zmieszała się z desperacją i
zaskoczeniem. Dlaczego tak nagle zamilkł?Lee? - W słuchawkach
odezwał się kontroler. - Przestaliśmy cię słyszeć, Lee. Co się
stało? Odpowiedziała mu długa jak wieczność cisza.
W końcu Everett odezwał się ponownie, lecz jego głos był
stłumiony, przeraŜony: BoŜe!... Gdzie jest Jim?... Gdzie jest
Jim?! Gdzie...?! Z tego, co nastąpiło później, Annie zapamiętała
niewiele głównie poraŜającą bezsilność i coraz bardziej
docierającą do niej rzeczywistość, która zdawała się wciągać ją
w bezdenną, pozbawioną powietrza dziurę. Na zawsze utkwiło jej
w pamięci tylko jedno: w którymś momencie spojrzała na Rogera
Gordiana. Siedział blady i zapadnięty w sobie, jakby jakaś
eksplozja odrzuciła go na oparcie fotela. Po pytaniu Everetta w
jego oczach była juŜ wyłącznie pustka. I ten właśnie pusty wzrok
uzmysłowił jej, Ŝe Gordian zna odpowiedź. Podobnie jak ona i
wszyscy obecni na sali. Pułkownik Jim Rowland... Jim...
Jim odszedł na zawsze.
2
RÓśNE MIEJSCA
17 KWIETNIA 2001 5.00 PO POŁUDNIU CZASU WSCHODNIEGO
Opuścili międzynarodowe lotnisko w Portland wynajętym
chevroletem, który dni świetności miał juŜ dawno za sobą.
Przejechali ponad sto mil Maine Turnpike do Gardiner, gdzie droga
łączyła się z autostradą międzystanową, która omijając Bangor,
biegła zakolami na północny wschód i północny zachód ku granicy
z Kanadą. Gdy zostawili za sobą zjazd na Bath i Brunswick, juŜ
tylko ich samochód przemierzał trasę pośród przysypanych śniegiem
drzew iglastych. Była długa, choć łagodna zima, jakie zwykle
panują w Nowej Anglii. Punkt opłat był opuszczony: brakowało
szlabanu i kamer, a wisząca smętnie puszka na drobne miała co
prawda napis, Ŝe opłata wynosi pięćdziesiąt centów, lecz ojej
wysokości decydowało sumienie kierowcy. Pete Nimec wygrzebał z
Strona 7
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
kieszeni dwie monety i wrzucił je do puszki. Ćwierćdolarówki? -
zdziwiła się siedząca obok niego Megan; były to pierwsze słowa,
które wypowiedziała od godziny. - Nie wiedziałam, Ŝe jesteś taki
uczciwy. Nie zdejmując nogi z hamulca, spojrzał na nią przeciągle
zza okularów przeciwsłonecznych. - Gdybyś przyjrzała się bliŜej,
wiedziałabyś, Ŝe są kanadyjskie - odparł po chwili. - Czekałem
od ostatniego pobytu tutaj, Ŝeby je oddać. Wcisnął mi je kasjer
w budce, bo była kolejka. Wiesz, Ŝe nie lubię mieć długów. -
Kiedy to było?
Mniej więcej rok temu - wyjaśnił, puszczając hamulec. Około
piętnastu mil za punktem opłat skręcili w zjazd na Augustę,
zatankowali na najbliŜszej stacji i po minięciu kilku smętnych,
nie pierwszej świeŜości sklepów wyjechali na autostradę numer
trzy - biegnącą pośród wzgórz dwupasmówkę prowadzącą na wschód,
w stronę wybrzeŜa. Megan ponownie zamilkła i spoglądała przez
okno. Niebo przesłaniały ciemnoszare chmury, a wiatr - w miarę
jak zbliŜali się do wybrzeŜa - stawał się coraz bardziej
agresywny i wciskał się do wnętrza przez niewidoczne szczeliny
między drzwiami a karoserią. Chłodne podmuchy powoli, lecz
nieustannie wygrywały walkę z ogrzewaniem. Za szybą przesuwały
się monotonnie całe połacie zaśnieŜonego lasu, a przerwy
wypełniały stacje benzynowe i punkty handlu gratami albo...
punkty handlu gratami i stacje benzynowe. Meg była przekonana,
Ŝe sterty pordzewiałych zlewozmywaków, uŜywanych rowerów, mebli
kuchennych, sprzętów ogrodowych i naczyń gromadzono tu w ciągu
całych dziesięcioleci, i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek
opuściło któryś z przydroŜnych śmietników. Poczuła, jak
wstrząsają nią dreszcze, i głębiej wtuliła brodę w kołnierz
czarnej skórzanej kurtki. Oprócz niej miała na sobie niebieskie
jeansy i czarne buty do kostek, a spięte w koński ogon gęste
kasztanowe włosy przykryła wojskową czapką polową z daszkiem.
Nimec pomyślał ze zdziwieniem, Ŝe wyglądała na zmęczoną -
zdradzały to zwłaszcza jej oczy. - Zastanawiam się, kto kupuje
te stare śmieci - odezwała się w pewnym momencie. - Pojęcia nie
mam, ale pamiętaj, Ŝe w tej części kraju wszystko ma Ŝycie
pozagrobowe. Obiekty nieoŜywione teŜ. To brzmi świętokradczo.
Wzruszył ramionami.
Ktoś mógłby powiedzieć, Ŝe przemawia przeze mnie jankeska
tolerancja. Uśmiechnęła się nieznacznie i włączyła radio, ale
sygnał nadającej przez cały czas wiadomości bostońskiej stacji,
której słuchała na początku podróŜy, był juŜ zbyt słaby. Po
minucie odbierania zakłóceń lub statycznego szumu wyłączyła je
i odchyliła się z powrotem na oparcie fotela. - Nic -
stwierdziła. - Pewnie lepiej dla ciebie.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Posłała mu zaskoczone
spojrzenie. - Na lotnisku widzieliśmy nagłówki gazet, a gdy
wyjeŜdŜaliśmy z Portland, słyszeliśmy najnowsze wiadomości -
rzekł Nimec. - Ja teŜ chciałbym jak najszybciej poznać wyniki
dochodzenia w sprawie Oriona, ale sama wiesz, Ŝe to musi po trwać
i Ŝe długo nie będzie wiadomo nic nowego. Teraz media będą
przeŜuwały na setki sposobów informacje, które słyszałaś juŜ co
najmniej kilkadziesiąt razy, i z uporem maniaka będą cię nimi
waliły po głowie. - Wiesz, Ŝe jestem odporna na uszkodzenia.
- Nie o to mi chodziło. Nie mogę tylko uwolnić się od myśli, Ŝe
lepiej byłoby dla ciebie, gdybyśmy odłoŜyli ten wyjazd... -
Zawarliśmy umowę: pokaŜę ci, jak ty pokaŜesz mi. - Ładnie to
ujęłaś - przyznał rozbawiony. - Mimo to miałaś ostatnio kilka
cięŜkich dni. Megan potrząsnęła głową.
CięŜkie jest to, co przytrafiło się astronautom. Rodzinie
Jima Rowlanda. Ja tylko chciałabym wiedzieć, dlaczego tak się
stało. Nigdy do końca nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego dla
rodzin ofiar wypadków lotniczych tak waŜne było poznanie minuta
po minucie przebiegu zdarzeń i przyczyny awarii. Sądziłam, Ŝe
świadomość, czy była to awaria silników, konstrukcji nośnej czy
błąd pilota, niczego nie zmienia, bo nikogo nie wskrzesi, i Ŝe
lepiej byłoby, gdyby jak najszybciej o wszystkim zapomnieli i
pozwolili grupie dochodzeniowej pracować w spokoju. - Ponownie
potrząsnęła głową. - Teraz nie daje mi spokoju świadomość, Ŝe
Strona 8
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
mogłam być aŜ tak tępa. Nimec siedział wyprostowany i wpatrywał
się w drogę.
Taka złość nic nie da - powiedział w końcu. - Trudno
zrozumieć kogoś, jeśli samemu nie przeŜyło się czegoś równie
strasznego. Nie odpowiedziała.
Kiedy dotarli do stanowego parku Lake St. George, krajobraz
zaczął się zmieniać - oprócz stacji benzynowych i sklepików z
uŜywanymi sprzętami na granitowych zboczach wzgórz po lewej
pojawiły się zadrzewione tereny campingowe, a po prawej
rozpostarła się szara i gładka toń jeziora. Jego brzeg pokrywał
topniejący śnieg i dywan liści, które jak się zdawało - trwały
tam od dawna i ignorowały niszczycielskie zapędy wiatru. -
Najwyraźniej uwaŜasz, Ŝe to spotkanie jest waŜne. Przynajmniej
na tyle, Ŝe nie poleciałeś na Florydę - oceniła, przerywając
milczenie. Nimec wzruszył ramionami.
- Na miejscu jest juŜ Federalna Administracja Lotnictwa
Cywilnego i pół tuzina innych agencji federalnych, nie licząc
specjalistów z NASA. Gord uruchomił teŜ z pewnością swoje
kontakty w agencji, by wysłać grupę inŜynierów UpLink w
charakterze obserwatorów. Poza tym wypadki promów podczas startu
to nie moja dziedzina. Na przylądku tylko bym przeszkadzał,
plącząc się innym pod nogami. Tu mogę coś osiąg nąć.
Potrzebujemy... - Nagle zamilkł i odchrząknął. JuŜ miał
powiedzieć: "Potrzebujemy kogoś na miejsce Maxa", lecz w
ostatniej chwili zdąŜył się ugryźć w język.
Przed swą śmiercią Max Blackburn był zastępcą Nimeca w sekcji
ochrony UpLink. Stopniowo został specjalistą od rozwiązywania
kłopotów, a tych nie brakowało, jako Ŝe zakłady mieściły się w
rozmaitych państwach, a często i w światowych punktach zapalnych.
Jego umiejętności samodzielnego działania i podszywania się pod
inne osoby okazały się niezastąpione, ale za swoją gorliwość i
skłonność do ryzyka zapłacił najwyŜszą cenę. Max nie zmarł
spokojnie we śnie - zginął przedwcześnie gwałtowną i trudną do
zaakceptowania śmiercią. Usiłując o tym nie myśleć, Nimec o mało
zapomniałby o pogłoskach, według których Blackburna i Megan
łączył krótkotrwały, lecz namiętny związek. Być moŜe katastrofa
promu nie była jedyną przyczyną jej ponurego nastroju. Bez
względu na to, jak delikatnie próbowałby to ująć i jak starannie
unikaliby wymieniania nazwiska Maxa, nie dało się ukryć, Ŝe
przybyli do Maine, gdyŜ szukali kogoś, kto mógłby zająć jego
miejsce. Odkąd rankiem opuścili San Jose, towarzyszyły im dwa
cienie: pułkownika Rowlanda i Maxa Blackburna. - Musimy
uporządkować pewne sprawy - podjął Nimec, starannie dobierając
słowa. - Te nowe roboty wartownicze, których uŜywamy w Brazylii,
są ładne i poŜyteczne, ale podstawą zabezpieczenia kaŜdego
obiektu jest odpowiednio liczna i dobrze wyszkolona grupa
wartowników. Powinniśmy zwiększyć tamtejszy kontyngent i zewrzeć
jego strukturę, a podwoić te działania w zakładach w
Kazachstanie. - Przerwał na chwilę. Szkoda, Ŝe Starinow pod
wpływem parlamentu musiał nas pozbawić prawa do ochrony naszych
obiektów. Wydawałoby się, Ŝe to, Ŝe kilka lat temu uratowaliśmy
mu skórę, powinno pomóc, a tymczasem wręcz nam to zaszkodziło.
Wychodzi na to, Ŝe jego rząd za punkt honoru postawił sobie
udowodnić całemu światu, Ŝe potrafi sam zapewnić bezpieczeństwo
wszystkiemu, co znajduje się na ich terenie. Typowe paranoiczne
rozumowanie Rosjan, jeśli chcesz wiedzieć. Jeszcze za dwieście
lat nie przestanie im się odbijać czkawką to, Ŝe Napoleon zajął
Moskwę.Podobnie jak my nigdy nie zapomnimy, Ŝe to na polecenie
jednego z ich polityków został na przełomie tysiącleci zrównany
z ziemią Times Square. Tego nie moŜna porównywać: Pedaczenko był
bandytą i zdrajcą. A poza tym, z tego, co wiem, Napoleon nie był
Amerykaninem. Megan uniosła rękę. - Czekaj, Pete. MoŜemy wrócić
do tematu, jeśli będziesz miał ochotę. Ale przed chwilą
powiedziałeś coś... uwaŜasz, Ŝe wybuch promu nie był
wypadkiem?Nie. Nie widzę teŜ Ŝadnego powodu do podejrzeń. Ale
wolę być przygotowany.
- I naprawdę sądzisz, Ŝe najlepiej pomoŜe ci w tym Tom Ricci?
Nimec przez chwilę nie odpowiadał, choć zdąŜył się juŜ
Strona 9
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
przyzwyczaić do sceptycyzmu Meg w kwestii Ricciego.Rozumiem twoją
rezerwę i przyznaję, Ŝe to strzał w ciemno, ale powinnaś zachować
otwarty umysł. Przynajmniej spotkaj się z nim, zanim skreślisz
go jako kandydata na to stanowisko. Megan zmarszczyła brwi. Pete,
jestem pewna, Ŝe Ricci to dobry kandydat, a gdybym nie uwaŜała,
Ŝe trzeba go uczciwie ocenić, nie byłoby mnie tu. Ale po
wydarzeniach w Rosji i w Malezji powinniśmy się na uczyć, Ŝe
globalne przedsięwzięcia UpLink prędzej czy później znów rzucą
nas w sam środek jakiegoś politycznego kryzysu. I ty, i Vince
Scull nalegacie, Ŝebyśmy zwiększyli liczebność ochrony i
wyszkolili ją tak, by potrafiła odpowiednio zareagować, kiedy
następnym razem znajdziemy się pod ostrzałem. Zgadzam się z wami,
uwaŜam tylko, Ŝe do wcielania tych zmian w Ŝycie bardziej nadaje
się ktoś o, powiedzmy, mniej urozmaiconym Ŝyciorysie. - Tym razem
to Nimec zmarszczył brwi - ten argument słyszał juŜ wielokrotnie
i przyznawał, Ŝe jest w nim trochę racji, ale... Ale tylko ośli
upór kazał mu powtarzać, Ŝe właśnie Ricci ma odpowiednie
kwalifikacje, by zrestrukturyzować światową organizację, która -
jak twierdziła Megan Breen - coraz bardziej przypomina swą
wielkością i systemem wojsko, a coraz mniej policję. Zaskoczony
swymi wątpliwościami, porzucił te rozmyślania i skoncentrował się
na prowadzeniu samochodu. Kiedy minęli jezioro, skręcił w lewo
w miasteczku Belfast i wyjechał na autostradę USl prowadzącą na
północ. Pokonali most spinający brzegi małej zatoczki, w której
był port, i kontynuowali podróŜ wzdłuŜ wybrzeŜa. Tu sklepy z
uŜywanymi sprzętami zmuszone były ustąpić miejsca restauracjom
i ośrodkom wczasowym, a te, które pozostały, wyraźnie istniały
dla turystów, nie zaś dla lokalnych majsterkowiczów, gdyŜ
większość miała na szybach bezpodstawne, ozdobne napisy "ANTYKI".
DuŜa część z nich była zamknięta na zimę, podobnie jak motele,
restauracje i pensjonaty. Niemal przy kaŜdym z nich znajdowała
się tablica Ŝycząca gościom udanych świąt BoŜego Narodzenia i
zapraszająca ich, by powrócili po Dniu Pamięci. Jechali cały czas
na północ autostradą nadbrzeŜną, niewiele rozmawiając i od
niechcenia obserwując krajobraz. Z prawej, między pułapkami na
turystów, prześwitywała zatoka Penobscot o linii brzegowej pełnej
kamiennych osypisk i skalnych formacji noszących ślady
wieloletniej działalności wiatru, co dawało wraŜenie prymitywnej
dziczy, bardziej uśpionej niŜ cywilizowanej i w kaŜdej chwili
gotowej do wrogiego zachowania. Mieli teŜ stałe poczucie
bliskości morza, a to za sprawą wszechobecnych mew i odbicia
światła od wody, dzięki któremu słabe zimowe słońce choć w części
neutralizowało przytłaczającą szarość chmur. - Tu jest zupełnie
inaczej niŜ w środku kraju, prawda? odezwała się niespodziewanie
Megan. - Wprawdzie okolica sprawia wraŜenie opuszczonej, ale...
sama nie wiem...
- To urokliwe opuszczenie.
- Coś w tym stylu. Zupełnie jakby reszta świata była gdzieś
daleko. Rozumiem, dlaczego Ricci wybrał ten rejon na kryjówkę.
Jeśli nie masz nic przeciwko takiemu ujęciu sytuacji. - Nie mam,
bo przez ostatnie osiemnaście miesięcy to właśnie robi - odparł
Nimec i skinął głową, wskazując zielono-biały drogowskaz TRASA
175 - BLUE HILL, DEER ISLE, STONINGTON.
- Wygląda na to, Ŝe zbliŜamy się do zjazdu - dorzucił. - Za
jakieś czterdzieści minut poznasz mojego przyjaciela i byłego
współpracownika. Jeśli chodziło o zjazd, Nimec miał rację, ale
pomylił się co do czasu, poniewaŜ ledwie dziesięć minut później
Megan Breen poznała Toma Ricciego... podobnie jak dwóch lokalnych
stróŜów prawa. Dla nikogo nie było to miłe spotkanie. A dla Megan
okazało się takŜe niezapomnianym.
2.00 PO POŁUDNIU CZASU PACYFICZNEGO
Nordstruma zawsze fascynował fakt, Ŝe Roger Gordian, który za cel
swej krucjaty obrał otwarcie i przemianę świata dzięki rozwojowi
telekomunikacji, sam rzadko się na ten świat otwierał i miał
najbardziej niezmienny charakter, z jakim Alex kiedykolwiek się
zetknął. Ale takie sprzeczności były często spotykane u osób,
które dokonały w Ŝyciu czegoś naprawdę wielkiego, zupełnie jakby
Strona 10
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
energia spoŜytkowana na osiągnięcie tych celów wyczerpała
rezerwy, które zwykli ludzie wykorzystywali w codziennym Ŝyciu.
Choć mogła ponosić go wyobraźnia, a Gord mógł po prostu lubić
swoje meble. Zatrzymał się w progu gabinetu Gordiana i rozejrzał
uwaŜnie, porównując obecny wygląd z tym sprzed dziesięciu lat,
sprzed roku i z zeszłej jesieni, kiedy był tu po raz ostatni.
Zgodnie z oczekiwaniami wszystkie meble były takie same jak
zawsze i dokładnie w tym samym stanie. Był to testament
starannego uŜytkowania i paradygmat troskliwych napraw. W ciągu
tych lat biurko Gordiana doczekało się nowego blatu, fotel nowego
obicia, a długopisy wkładów, ale niebiosa nie pozwoliły
najwyraźniej, aby cokolwiek zostało wymienione na inne. -
Dziękuję, Ŝe się zjawiłeś, Alex. - Gordian wstał zza swego
biurka. - Zbyt długo się nie widzieliśmy. - Gord i Nord znów w
jednym stoją domku. Jak Ashley
i dzieciaki?
- Nieźle. - Gordian zawahał się na moment. - Julia właśnie
wróciła na jakiś czas. Z osobistych powodów. Nordstrum rzucił mu
znaczące spojrzenie.
Z męŜem?
Gordian przecząco potrząsnął głową.
- Z psami?
- Pewnie właśnie śpią na mojej sofie - odparł szef UpLink i
wskazał gościowi fotel. Gest oznaczał koniec poruszanego tematu.
Usiedli po przeciwnych stronach biurka. W gabinecie Gordiana
panowała atmosfera wielkiej stałości i niewzruszalności, a
Nordstrum - który porzucił ojczyste Czechy, posadę w Białym Domu,
nieruchomość w Dystrykcie Columbia i mnóstwo kochanek, a
ostatnio, ze swobodą godną Freda Astaire'a, równieŜ doskonałą
karierę - przyznał, Ŝe robi ona na nim ogromne wraŜenie i zarazem
uspokaja. Nie wydało mu się, Ŝe czas się zatrzymał - włosy szefa
holdingu były trochę bardziej szpakowate i przerzedzone, a jego
filigranowa sekretarka zaokrągliła się, ale teŜ oboje ubierali
się elegancko, w zgodzie z panującą modą. WszakŜe mimo nawałnic
i przemian gabinet Gorda pozostał gabinetem Gorda. - I jak się
czujesz na tymczasowej emeryturze? - spytał gospodarz. Nordstrum
uniósł brwi. - Tymczasowej? Sprawdź swoje źródła.
- Znowu wychodzi z ciebie dziennikarz. Nie masz jeszcze
pięćdziesiątki i jesteś jednym z najbardziej kompetentnych i
wykształconych ludzi, jakich znam, więc po prostu wywnioskowałem,
Ŝe w końcu zechcesz wrócić do pracy.Komplementów nie będę
odrzucał. Natomiast faktem jest, Ŝe po aferze z szyframi i po tym
jak niemal porwano mnie na pokładzie atomowego okrętu podwodnego,
tak dalece wypadłem z branŜy, Ŝe ogrodnicy Białego Domu odganiają
mnie sekatorami, nie odczuwam potrzeby, Ŝeby być kimkolwiek innym
niŜ spokojnym domatorem.
Przez dłuŜszą chwilę Gordian siedział bez słowa. Przez usytuowane
za nim okno widać było górujący nad zabudową San Jose masyw Mount
Hamilton, który wzmagał jeszcze panującą w gabinecie atmosferę
niezmiennej stałości.Wiem, Ŝe byłeś na przylądku, gdy prom miał
wystartować Nordstrum przerwał milczenie. - Oglądałem transmisję
na CNNie. Potworna tragedia.
Gordian skinął głową.
To coś, czego nigdy nie zapomnę - zgodził się. - Uczucie
straty... smutek panujący w sali kontrolnej były nie do opisania.
Gość przyjrzał mu się.
Zakładam, Ŝe skontaktowałeś się ze mną z powodu Oriona?
Gordian spojrzał mu w oczy i raz jeszcze powoli skinął głową. -
Miałem w związku z tym dylemat - stwierdził. - Szanuję twoje
pragnienie wolności, ale przydałaby mi się twoja rada. Bardzo by
mi się przydała. - Za kaŜdym razem, kiedy myślę, Ŝe juŜ mi się
udało, ktoś mnie ściąga z powrotem - westchnął Nordstrum. Szef
UpLink uśmiechnął się nieznacznie.
- Nie dramatyzuj. Za chwilę zaczniesz się zachowywać jak Pacino.
- Nie ma o czym mówić.
Nastąpiła kolejna chwila ciszy. Gordian złączył palce na blacie,
przyjrzał się im, po czym przeniósł wzrok na Nordstruma.W latach
osiemdziesiątych, zanim się jeszcze poznaliśmy, napisałeś dla
Strona 11
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
"Time'a" analizę katastrofy Challengera - odezwał się wreszcie. -
Nigdy jej nie zapomniałem. A ja nigdy się nie dowiedziałem, Ŝe
ją czytałeś. - Nordstrum zmarszczył brwi z namysłem. - To był mój
pierwszy duŜy artykuł... jeśli dobrze pamiętam, spotkaliśmy się
miesiąc czy dwa po jego opublikowaniu.W Waszyngtonie, na
przyjęciu wydanym przez naszego wspólnego znajomego.
Przypadek? - spytał Alex.
Gordian nie odpowiedział.
Nordstrum westchnął cięŜko i dał za wygraną.
- Po katastrofie Challengera media uderzyły zgodnie w jeden ton:
Ŝe NASA i program kosmiczny są skończone - rzekł. Pamiętam tę
nieustającą paplaninę o tym, jak to całe po kolenie dzieci
obejrzało wybuch w telewizji i doznało szoku emocjonalnego.
Pamiętam niezliczone porównania wypadku do zabójstwa JFK i
przepowiednie, Ŝe nigdy nie otrząśniemy się na tyle, by zebrać
się w sobie i ponownie zapragnąć lotu w kosmos. - Bardzo ostro
zaatakowałeś ten punkt widzenia.
- Owszem, i to z wielu powodów. Pozwolił on wykorzystać tragiczny
wypadek: na potrzeby nocnych wiadomości i głupawych talkshow
stworzono doskonałą mieszankę emocji i sensacji. Takie
postawienie sprawy całkowicie ignorowało ludzką odporność i upór,
zupełnie jakbyśmy byli zmuszeni do działania przez czynniki
zewnętrzne, nad którymi nie mamy w ogóle kontroli. A co
najgorsze, doprowadziło to do wniosku, Ŝe wypadek nie był niczyją
winą, lecz skutkiem tego, co musiało w końcu nastąpić: trudno,
by ktoś był odpowiedzialny za związek przyczynowo-skutkowy
wywołany czynnikami psychologicznymi. UwaŜam, Ŝe trudno byłoby
wymyślić coś bardziej ogłupiającego i demoralizującego.
Rozumiesz teraz, dlaczego brak mi twoich rad, Alex.
Nordstrum uśmiechnął się nieznacznie.
To się nazywa wazeliniarstwo - odparł po chwili. - W kaŜdym
razie główna teza mojego artykułu wskazywała, Ŝe obwinianie
Challengera za utratę publicznego zaufania do NASA było
całkowitym pomyleniem przyczyn i objawów. Wszyscy odczuwali Ŝal
z powodu śmierci astronautów, ale zszargana reputacja agencji nie
była wynikiem narodowego wstrząsu po wypadku. Była konsekwencją
nawarstwiających się juŜ od dawna problemów instytucjonalnych
oraz zabawy w zrzucanie winy, która zaczęła się, gdy komisja
Rogersa, a potem raport Augustine'a wyciągnęły je na światło
dzienne. - Wniosek był taki, Ŝe biurokracja w agencji tak się
rozrosła, Ŝe zupełnie zdezintegrowała procesy podejmowania
decyzji i zniszczyła autorytet kierownictwa - dodał Gordian.
KaŜdy kierownik był władcą swego małego królestwa, a waśnie kadry
skutecznie uniemoŜliwiały wymianę informacji między działami. Tak
to wygląda w skrócie. Ale w ten sposób pomija się zbyt wiele z
tego, co było naprawdę wstrząsające. Informacje o wadzie
pierścienia, który spowodował katastrofę, oraz o innych
potencjalnych zagroŜeniach zostały świadomie ukryte, poniewaŜ
kierownicy mieli na uwadze wyłącznie własne partykularne
interesy. Problemy finansowe, naciski polityczne i terminy
spowodowały, Ŝe agencja obniŜyła wymogi dotyczące bezpieczeństwa
materiałowego i proceduralnego. Wielu ludzi obawiało się tego
startu, ale nikt nie odwaŜył się zaŜądać jego przesunięcia. Nie
chcieli wcale narazić astronautów na zwiększone ryzyko. Ulegli
po prostu grupowej psychozie wyraŜającej się w przekonaniu, Ŝe
zagroŜenia są mniej powaŜne, niŜ były w rzeczywistości. KaŜdy
udany start zwiększał ryzyko i z kaŜdym wmawiali sobie, Ŝe nadal
będą mieli szczęście i nic się nie wydarzy. Popełniali błędy z
szeroko otwartymi oczami. Gordian obserwował go w milczeniu, a
gdy Nordstrum skończył, skrzyŜował ręce na biurku i pochylił się
ku dziennikarzowi.Wiesz dobrze, Alex, Ŝe w przypadku Oriona nie
o to chodzi. Obecnie NASA to zupełnie inna firma, bardziej zwarta
i skoncentrowana na osiągnięciu celu. Jej operacje moŜna juŜ
znacznie łatwiej prześledzić z zewnątrz. Standardy bezpieczeństwa
i wymogi jakościowe zostały ponownie podwyŜszone. Wiesz, Ŝe gdyby
mi tego nie udowodnili, nie zaangaŜowałbym środków UpLink w
budowę tej stacji kosmicznej. Nordstrum zamyślił się.
MoŜe masz rację - powiedział. - Ale społeczne zaufanie do
Strona 12
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
NASA, które agencja zbudowała w czasach programów Mercury i
Apollo, prawie się wyczerpało, więc przekonanie ludzi o tym, Ŝe
nie mylisz się co do NASA, będzie prawdziwym problemem. Nie
zabrzmiało to zbyt optymistycznie.
Nordstrum westchnął.
- Wypadek wzbudził niepewność nawet wśród tych z nas,
którzy wierzą w badania kosmosu. A trzeba pamiętać, Ŝe juŜ na
długo przed katastrofą Oriona znaczna część, jeśli nie większość
podatników uwaŜała program za marnotrawienie ich pieniędzy. Dla
krytyków symbolem tego marnotrawstwa jest
właśnie międzynarodowa stacja kosmiczna, mająca kosztować
czterdzieści miliardów dolarów, do czego trzeba jeszcze doliczyć
setki milionów na wykupienie Rosjan, którzy wbrew twierdzeniom
Starinowa nie są wstanie zapłacić swojej części. Przeciwnicy nie
widzą praktycznej wartości tych wydatków, a nikt nie postarał się
skłonić ich do zmiany poglądów. Teraz, po śmierci pułkownika
Rowlanda... Naprawdę chciałbym być większym optymistą.
Gordian pochylił się jeszcze bardziej.
W porządku - powiedział cicho. - To co robimy?
Nordstrum przez długą chwilę siedział bez słowa, nim w końcu
odparł:
- Nie jestem juŜ twoim konsultantem ani dziennikarzem. Mogę
ci tylko poradzić jak ktoś, kto podobnie jak niezliczone rzesze
obywateli tego kraju, obserwuje pracę rządu i wielki przemysł z
dystansu, przez zasłonięte okna. MoŜe zresztą to dobry punkt
widzenia i moŜe łatwiej dzięki temu być ich głosem. - Umilkł na
chwilę. - Przekonaj ich, przekonaj mnie, Ŝe śledztwo w sprawie
przyczyn katastrofy Oriona będzie absolutnie uczciwe. I nie chcę
słyszeć o jego postępach od jakiegoś wyspecjalizowanego w unikach
dziennikarza, który sądzi, Ŝe jego głównym zadaniem jest
Ŝonglerka faktami i rozmywanie sprawy, podczas gdy ci, którzy
wszystko wiedzą, będą pracować w tajemnicy. Niedobrze mi się
robi, gdy takich widzę, a jak tylko zobaczę któregoś na ekranie,
natychmiast sięgam po pilota i zmieniam kanał. Jeśli pojawi się
coś, co będzie bolesne, niech boli. Raz, choć raz chcę usłyszeć
prawdę, i to otwarcie. I chcę ją usłyszeć od kogoś, komu mogę
ufać. Nordstrum umilkł i wpatrzył się w potęŜne zbocze Mount
Hamilton widoczne za oknem. Cisza trwała naprawdę długo. W końcu
Gordian wyprostował się i rozparł wygodnie na fotelu. Robił to
tak wolno, Ŝe dało się słyszeć kaŜde skrzypnięcie skóry i
trzaśniecie drewna. - Coś jeszcze? - spytał. - Prawdę mówiąc,
tak. - Nordstrum spojrzał na zegarek. Nie trać czasu. Najlepiej,
Ŝeby w najbliŜszych wieczornych wiadomościach padło pierwsze
oświadczenie. WciąŜ jeszcze jest na to czas przed końcem dnia.
I przed wieczornymi wiadomościami o szóstej trzydzieści. Gordian
uśmiechnął się lekko.
- Wygadany i pełen pomysłów, zupełnie jak dawniej.
- Jedyną róŜnicą jest to, Ŝe dawniej dostawałem za to całkiem
uczciwą rekompensatę - zauwaŜył Nordstrum.
Dwunastu spadochroniarzy wyskoczyło z DC-3 pamiętającego jeszcze
drugą wojnę światową. Jednak na przemalowanej na czarno maszynie,
z której korzystali kiedyś alianccy skoczkowie, podobieństwo się
kończyło, zarówno bowiem zadanie, jak i cel oraz sposób jego
osiągnięcia były obecnie zupełnie inne i na wskroś nowoczesne.
Wystartowali z ukrytego lotniska w Pantanal, pełnej mokradeł
prowincji leŜącej w centralnej części Brazylii, a ich strefa
zrzutu znajdowała się kilka mil od granic miasta Cuiaba. Skok
wykonany tradycyjną techniką rozpocząłby się na wysokości trzech
tysięcy stóp, oni jednak opuścili samolot znajdujący się prawie
dziesięć razy wyŜej. Technika ta - skok z duŜej wysokości z
natychmiastowym otwarciem spadochronu, w skrócie HAHO - wymagała
specjalnego wyposaŜenia. Na trzydziestu tysiącach stóp powietrze
było zbyt rozrzedzone, by dało się nim oddychać, a temperatura
tak niska, Ŝe spowodowałaby odmroŜenia nawet w tropikach. Dlatego
kaŜdy z nich ubrany był w izolujący ocieplany kombinezon,
rękawice i czapkę zakrywającą takŜe twarz. KaŜdy miał teŜ gogle
chroniące przed smagnięciami lodowatego wiatru i butlę tlenową
Strona 13
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
z maską. Wolny lot w świetle księŜyca trwał krótko. Skoczkowie
odczekali jedynie chwilę, by uniknąć turbulencji wywołanych pracą
śmigieł, i otworzyli spadochrony w kształcie skrzydła. Rozwinęły
się najpierw od przodu do tyłu, a następnie od środka ku
stabilizowanym brzegom, dzięki czemu zmniejszony został
początkowy wstrząs. Z wypełnionymi czaszami, trzymając w dłoniach
linki sterownicze, opadali z prędkością osiemnastu stóp na
sekundę przez wysoką warstwę cinpcumulusów składających się z
przechłodzonej wody i lodu. Do uprzęŜy, w których siedzieli,
przymocowane były pojemniki z bronią, co pomagało odpowiednio
rozkładać obciąŜenia i równowaŜyć opór powietrza. Dowódcą
skoczków był męŜczyzna znany w przeszłości pod wieloma
nazwiskami; obecnie zdecydował się, by mówiono doń Manuel. Rzucił
okiem na wysokościomierz przypięty do zapasowego spadochronu,
sprawdził aktualną pozycję na zawieszonym na piersi nadajniku
GPS, po czym dał znak pozostałym, by utworzyli wokół niego
półksięŜyc. Na plecach, podobnie jak trzech jeszcze skoczków,
miał przyklejony niewielki fosforyzujący na niebiesko znaczek.
Czterej inni spadochroniarze mieli pomarańczowe plakietki,
czterej pozostali - Ŝółte. Kolorowe symbole umoŜliwiały zespołom
utrzymywanie szyku w ciemnościach, a po lądowaniu miały ułatwić
identyfikację. Obecnie jednak za wszelką cenę musieli trzymać się
razem, tak by nikt nie zgubił się w czasie długiego ślizgu nad
pogrąŜoną we śnie ziemią. Gnani bezgłośnymi podmuchami nocnego
wiatru zbliŜali się do celu niczym tuzin bezlitosnych aniołów
śmierci.
3
RÓśNE MIEJSCA
17 KWIETNIA 2001
Z BIULETYNU ASSOCIATED PRESS
NASA I UPLINK INTERNATIONAL UTRZYMUJĄ,
śE MIMO KATASTROFY PROMU
MIĘDZYNARODOWA STACJA KOSMICZNA
BĘDZIE NADAL BUDOWANA
CENTRUM LOTÓW KOSMICZNYCH IM. J. F. KENNEDY"EGO, PRZYLĄDEK
CANAVERAL. We wspólnym oświadczeniu wygłoszonym późnym
popołudniem przez rzecznika prasowego NASA-Craiga Yarborougha
przedstawiciele agencji i Roger Gordian, którego firma UpLink
International jest głównym wykonawcą międzynarodowej stacji
kosmicznej, zadeklarowali niezachwiane postanowienie
kontynuowania budowy tak szybko, jak tylko będzie to moŜliwe. Na
wstępie swego wystąpienia pan Yarborough oświadczył:
"PrzezwycięŜymy smutek i Ŝal", po czym poinformował o utworzeniu
grupy dochodzeniowej mającej ustalić przyczynę wybuchu, który
obudził ponure wspomnienia z 1986 roku. Wtedy to katastrofa
Challengera kosztowała Ŝycie siedmiu astronautów i nieomal stała
się początkiem końca amerykańskiego programu kosmicznego.
Zapytany o skład tej grupy, wyraźnie świadom fali krytyki pod
adresem agencji, jaka towarzyszyła śledztwu w sprawie
Challengera, Yarborough odparł, Ŝe wejdą do niej zarówno ludzie
z NASA, jak i z innych instytucji, i obiecał przekazać więcej
szczegółowych informacji w ciągu najbliŜszych dni. Jak głosi
tekst oświadczenia, pan Gordian weźmie "osobisty udział w
pracach" i "dopilnuje, by śledztwo objęło równieŜ drobiazgową
kontrolę procedur bezpieczeństwa, które obowiązują w naleŜących
do UpLink zakładach w Brazylii", gdzie budowane są moduły stacji.
Zapewnienie to uwaŜa się za wskazówkę, Ŝe Gordian zamierza
uniknąć wzajemnego publicznego oskarŜania się, do jakiego doszło
piętnaście lat temu pomiędzy agencją a wykonawcami pechowego
promu...
Pete Nimec i Megan Breen dostrzegli wóz patrolowy stojący na
Ŝwirowym poboczu za czerwonym pikapem marki Toyota. Koguty na
dachu policyjnego pojazdu rzucały dokoła kolorowe promienie. Na
szczęście syrena została wyłączona. Dwaj funkcjonariusze szarpali
się z kimś w pobliŜu półcięŜarówki. Jeden z nich, krzepki
męŜczyzna około czterdziestki, nosił mundur i odznakę zastępcy
Strona 14
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
szeryfa hrabstwa Hancock. Drugi, o jakieś dwadzieścia lat młodszy
i czterdzieści funtów lŜejszy, miał uniform straŜnika przyrody
stanu Maine. Cywil był wysokim, ciemnowłosym męŜczyzną ubranym
w zieloną irchową koszulę, beŜową skórzaną kamizelkę, jeansy i
buty z cholewami. Stał na drodze, napierając plecami na drzwiczki
swojego samochodu. Zakleszczony w nich straŜnik leŜał do połowy
na przednim siedzeniu z głową wciśniętą pod kierownicę, dzięki
czemu najbardziej widoczną częścią jego ciała były wypięte
komicznie pośladki. Zastępca szeryfa trzymał kierowcę za kołnierz
i usiłował odciągnąć od pikapa, lecz męŜczyzna opierał się
zdecydowanie. Odsuwał go jedną ręką, a drugą młócił nieco na
oślep, próbując trafić go w twarz i szyję. Policjant miał
rozciętą skórę pod prawym okiem, a u jego stóp leŜały lustrzanki
bez jednego szkła. Wrzeszczał teŜ dziko na męŜczyznę, ale ani
Pete, ani Megan nie mogli go zrozumieć przez zamknięte drzwi.Co
się tu, na litość boską, dzieje?! - rzuciła Meg, patrząc przez
okno. Nimec odetchnął głęboko i zwolnił.
Nie wiem - powiedział. - Ale widzisz tego faceta w zielonej
koszuli?
Megan zerknęła na swego współpracownika.
- Tylko mi nie mów, Pete.
Nimec ponownie odetchnął.
- To Tom Ricci - wyjaśnił.
Megan raz jeszcze spojrzała na scenę za oknem i opuściła szybę,
próbując zrozumieć wrzaski towarzyszące szarpaninie. Zastępca
szeryfa zmienił taktykę. Nie mogąc oderwać przeciwnika od
samochodu, postanowił wykorzystać przewagę masy i natarł na
niego, by przyprzeć go do drzwiczek. Nie ruszając się z miejsca,
Ricci trafił go dwa razy sierpowym w policzek, a następnie
wyprowadził piękny prawy hak na szczękę. Cios zachwiał
policjantem - cofnął się i puścił kołnierz kierowcy, a jego
kapelusz z szerokim rondem potoczył się po ziemi i znieruchomiał
obok rozbitych okularów.Ty popierdolony nizinny kutasie! -
wrzasnął stróŜ prawa, spluwając krwią. - Ostatni raz ci mówię:
Odejdź od tych drzwiczek albo wylądujesz w jeszcze głębszym
gównie! Ricci obserwował go, nie ruszając się i nie rozluźniając
zaciśniętych dłoni. PoniewaŜ straŜnik, którego przygwoździł
drzwiami, zaczął się wiercić, kopnął go obcasem w łydkę. Z kabiny
dobiegła stłumiona litania inwektyw. Ani kierowca, ani Ŝaden ze
stróŜów prawa nie zwrócił najmniejszej uwagi na chevroleta, który
zatrzymał się cicho mniej więcej dziesięć jardów od miejsca
utarczki.JuŜ ci wyjaśniłem, jak to ma wyglądać - odezwał się
Ricci. Zatrzymuję swój połów, a twój chłoptaś Cobbs przestaje się
rzucać. Inaczej moŜemy tu tkwić do sądnego dnia. Policjant otarł
wargi, zerknął na krwawą plwocinę na swojej dłoni i ponownie
splunął. - Masz jaja - powiedział, rzucając kierowcy wściekłe
spojrzenie. - śeby mi tu rozkazywać i uwaŜać, Ŝe uwierzę w jakieś
wymysły... - Połów był legalny, Phipps.
- To ty tak gadasz. Cobbs uwaŜa, Ŝe ty i twój chrzaniony pomocnik
byliście daleko poza granicą łowiska. - O Deksie moŜemy pogadać
później. Ty i Cobbs widzieliście moje zezwolenie.
- Ale nie widziałem, gdzie kotwiczyła twoja łódź ani gdzie
nurkowałeś, nie mówiąc juŜ o tym, gdzie zbierałeś. Poza tym to
jego działka, nie moja. - Phipps wskazał brodą wypięty tyłek. -
Puść Cobbsa i zostaw nam połów, to moŜe wykręcisz się od napadu
na funkcjonariusza na słuŜbie.Dwóch funkcjonariuszy! Nie
zapominaj, kurwa, o mnie, Phipps! - krzyknął Cobbs spod
kierownicy. - I nie pozwól, do cholery... Ricci ponownie trafił
go obcasem w łydkę i wypowiedź zmieniła się w okrzyk bólu. Phipps
westchnął cięŜko.Dwóch funkcjonariuszy - stwierdził. Dwóch
przekupnych funkcjonariuszy.
Zastępca szeryfa skrzywił się uraŜony do Ŝywego.
Wystarczy! Mam juŜ dość twojego pieprzenia! - warknął,
wyciągając z kabury na biodrze colta kaliber 45. Megan spojrzała
na Nimeca.
- No, no. Zaczynają się kłopoty.
Pete skinął głową i złapał za klamkę.
- Poczekaj tu! - rozkazał.
Strona 15
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Jesteś pewien, Ŝe to rozsądne, Ŝebyś...
Nie jestem - uciął, napierając ramieniem na drzwi. Wysiadł
i ruszył wąską drogą w stronę pikapa. Zastępca szeryfa zauwaŜył
go dopiero w tej chwili. Spojrzał przelotnie na Nimeca, potem na
samochód, z którego ten wysiadł, ale nie przestał mierzyć w
Ricciego. Ten równieŜ zwrócił się nieznacznie ku Nimecowi.Jesteś
pan ślepy? - spytał Phipps, próbując jednym okiem obserwować
przybysza, a drugim kierowcę. - A moŜe nie do tarło do pana, co
się tu dzieje?
Nimec wzruszył ramionami.
Turysta jestem - wyjaśnił. - A chwilę juŜ obserwujemy, co
się tu dzieje. Phipps przemilczał to. Ponownie przyjrzał się
chevroletowi tym razem uwaŜniej, koncentrując się na tablicy
rejestracyjnej.Jest wynajęty - wyjaśnił Nimec, próbując zyskać
na czasie i wymyślić jakiś plan, który pozwoliłby mu wyciągnąć
Toma z kłopotów bez zwracania uwagi na siebie. Obojętnie, jakie
to były kłopoty. - Jadę z Ŝoną do Stonington - dodał. - Chciałem
zapytać, o której tam dotrzemy.
Phipps spoglądał na niego zaskoczony i poirytowany.
- Bo widzi pan, nasza rezerwacja w hotelu jest waŜna jeszcze
tylko pół godziny. PoniewaŜ jechaliśmy tu prosto z Portland trasą
sto... - Na którą powinniście zawrócić - przerwał mu zastępca
szeryfa. - I to natychmiast.
Nimec pokręcił głową.
- Przykro mi, ale nie mogę tego zrobić.
Phipps spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Coś pan powiedział?!
Nie mogę tego zrobić - powtórzył Pete ze świadomością, Ŝe
w tej chwili nie ma juŜ odwrotu. - W okolicy nie ma innych
czynnych hoteli. Jakkolwiek na to spojrzeć, jest po sezonie.
StróŜ prawa poczerwieniał. Co prawda wciąŜ celował w Ricciego,
ale całą uwagę skupił teraz na Nimecu.Następny nizinny kutas! -
krzyknął nieco zduszonym głosem Cobbs. - Po jaką cholerę
wpuszczamy takich do naszego pieprzonego stanu?! Lepiej aresztuj
ich wszystkich, Phipps, bo mi kręgosłup pęknie, jak będę tu
dłuŜej tkwił! Zastępca szeryfa przyjrzał się z irytacją Nimecowi
i pokręcił głową, najwyraźniej nie wiedząc, co zrobić. W
następnej chwili Ricci podjął decyzję za niego. Korzystając z
roztargnienia Phippsa, oderwał się nagle od drzwi, chwycił w
nadgarstku dłoń z pistoletem i wygiął ją gwałtownie do tyłu,
jednocześnie wykręcając. Sekundę później drugą ręką wyjął mu broń
ze zdrętwiałych palców. Policjant zawył z bólu i zaskoczenia.
WciąŜ jeszcze patrzył z niedowierzaniem, gdy Ricci trafił go
stopą w wydatny brzuch i pozbawił oddechu. Phipps zatoczył się
do tyłu i wylądował cięŜko na pośladkach z szeroko rozrzuconymi
nogami. W tym czasie Cobbs wydostał się z szoferki i próbował
zaatakować Ricciego od tyłu. ZdąŜył zrobić tylko krok, gdy ten
obrócił się na lewej nodze i trafił go kolanem w krocze. Cios
posłał Cobbsa na burtę samochodu. MęŜczyzna osunął się po niej
z jękiem, trzymając oburącz za przyrodzenie. Ricci wyjął
magazynek z pistoletu i cisnął go w rosnące na poboczu krzaki,
a broń wsunął do kieszeni kamizelki. Nimec skinął do niego głową,
po czym podbiegł do Cobbsa, wyciągnął mu pistolet z kabury i
posłał jego magazynek w ślad za poprzednim. Ricci przyklęknął nad
Phippsem i starannie obmacał mu nogawki.
- Nie masz Ŝadnej zabawki na wszelki wypadek? - spytał. Zastępca
szeryfa spojrzał na niego i pokręcił głową. - W porządku. -
Ricci wstał i cofnął się kilka kroków. - Posłuchaj, jak będzie.
OdjeŜdŜam z tym, co złowiłem, w swoją stronę, a wy dwaj, minus
pistolety, w swoją. Nasz miły turysta odjedzie z sympatyczną Ŝoną
wynajętym samochodem, a ty o wszystkim zapomnisz. Wtedy moŜe nie
zamelduję prokuratorowi w Auguście albo szefom Cobbsa, jaki numer
próbowaliście mi wyciąć. A jeśli naprawdę się postaracie, to moŜe
nie opowiem wszystkim w mieście, jak rozbroiłem was gołymi rękami
i skopałem wam dupy. W ciągu całych dwóch sekund. Phipps jeszcze
chwilę przyglądał mu się z wściekłością, po czym powoli skinął
głową.Mądry wybór - pochwalił go Ricci. - Posiedź sobie, póki nie
odjadę. Ziemia i tak potrzebuje tu nawozu. Zastępca szeryfa
Strona 16
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
prychnął, splunął przez ramię i spytał:
A jak niby, do cholery, mam wytłumaczyć utratę broni? Ricci
wzruszył ramionami.
- Twój problem - ocenił zwięźle.
Za ich plecami straŜnik wciąŜ siedział oparty o pikapa, jęcząc
i trzymając się za krocze. Ricci odwrócił się, podszedł do
Cobbsa, chwycił za ramię i brutalnie odciągnął od samochodu.
Cobbs potknął się i przewrócił na bok, podciągając kolana ku
piersi. Ricci spojrzał na Nimeca i podszedł do niego. Powinien
trzymać łapy z dala od mojej stacyjki - powiedział cicho, Ŝeby
funkcjonariusze ich nie usłyszeli. - Witamy w Wakacjolandzie,
Pete. Lepiej wracaj do wozu i jedź za mną. Wyjaśnię ci wszystko,
jak przyjedziemy do mnie.
Cztery zakurzone jeepy tworzyły konwój, który przybył z
połoŜonego na skalistym płaskowyŜu Chapada dos Guimaraes.
Siedemdziesiąt kilometrów dzielące ich od celu pokonali potwornie
wolno, jadąc w zapadającym mroku wyboistą polną drogą. Po wielu
godzinach spędzonych w pierwszym wozie Kuhl dostrzegł wreszcie
cel przez przerwę w ścianie zieleni. Nakazał wygasić światła i
cztery pojazdy zjechały z drogi. Gdy znaleźli się pod osłoną
drzew, spytał kierowcę:Que hor as sdo? Ten pokazał mu
fosforyzującą tarczę zegarka. Kuhl przyjrzał się jej bez słowa,
odwrócił i skinął głową siedzącemu z tyłu męŜczyźnie. - Vaya
aqui, Antonio. Antonio równieŜ skinął głową. Był ubrany na
czarno, a na kolanach trzymał wielkokalibrowy karabin snajperski
Barrett M82A1. Broń ta miała skuteczny zasięg przekraczający milę
i strzelała pociskami kaliber 50 zdolnymi rozpruć pancerz
grubości cala. Donośność, zdolność przebijania i fakt, Ŝe była
półautomatyczna, dawały jej olbrzymią przewagę nad innymi
karabinami snajperskimi. Wadą Baretta była waga prawie trzynastu
kilogramów, długa lufa i ogromny odrzut porównywalny do
niszczycielskiej siły raŜenia, lecz cele Antonia znajdowały się
w sporej odległości i chronione były płytami szkła pancernego.
MęŜczyzna wysiadł, przewiesił broń przez ramię i zniknął w
ciemnościach. Kuhl opadł na oparcie i wyjrzał przez okno. Jego
grupa dotarła na miejsce zgodnie z planem, mimo Ŝe jazda była
długa i uciąŜliwa. Teraz musieli tylko zaczekać, aŜ Antonio
zrobi, co do niego naleŜy, a druga część zespołu zjawi się i da
sygnał. Jeśli będzie miał szczęście, być moŜe dostrzeŜe ich, gdy
będą przelatywali nad wierzchołkami drzew. MęŜczyźni siedzieli
w absolutnej ciszy, zlewając się z mrokiem nocy dzięki czarnym
mundurom i twarzom poczernionym farbą maskującą. Wszyscy oprócz
snajpera mieli karabiny automatyczne FAMAS z podwieszonymi pod
lufami granatnikami i systemami pozwalającymi na całodobowe
śledzenie celów. Francuska armia wciąŜ testowała ten udoskonalony
model standardowego karabinu FAMAS, toteŜ nie był on jeszcze
produkowany masowo, a do oddziałów liniowych miał trafić dopiero
w 2003 roku - za całe dwa lata. Z uwagi na specjalny kształt
nazywano go Le Clairon - Trąbka. Kuhl zawsze uwaŜał, Ŝe naleŜy
uŜywać najlepszego sprzętu. Co prawda, było to kosztowne, ale
jeśli nie chciało się przegrać przez głupie oszczędności, wydatki
były jak najbardziej uzasadnione. Opłacano go aŜ nadto sowicie,
by chciał szczędzić nakładów na broń i sprzęt. Zniecierpliwiony,
zsunął na oczy gogle noktowizyjne i obejrzał przez nie bramę,
pilnujących ją straŜników w oszklonej wartowni oraz budynki
rozrzucone nieregularnie za ogrodzeniem. Niczego bardziej nie
pragnął, niŜ rozpocząć juŜ akcję. Choć znajdowali się poza
zasięgiem wzroku wartowników, w swej karierze najemnika widział
zbyt wiele, by nie zdawać sobie sprawy, Ŝe jedynie głupcy i
amatorzy nie biorą pod uwagę nieprzewidywalnego przypadku. A
kaŜda mijająca sekunda zwiększała ryzyko wykrycia. I nie miały
na to wpływu ani doskonały plan operacji, ani nawet
najstaranniejsze jego wykonanie. W jego zawodzie najwaŜniejsze
były tajemnica i maskowanie, co paradoksalnie zakrawało na Ŝart.
W epoce, w której satelita potrafił sfotografować z przestrzeni
kształt znamienia na czyjejś twarzy, na ziemi nie było miejsca,
w którym moŜna byłoby dłuŜej pozostać nie zauwaŜonym. W
Strona 17
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
najlepszym wypadku moŜna było liczyć jedynie na chwilową
niewidzialność. Jeśli jego ludziom to się nie uda lub jeśli
zostaną zbyt wcześnie zauwaŜeni, całe kunsztowne przygotowania
szlag trafi. Kuhl siedział, obserwował w ciszy i czekał. Niemal
czuł nad sobą spoglądające nachalnie w dół gigantyczne, przeklęte
oko. Oko widzące wszystko, zaglądające w kaŜdy cień i obserwujące
świat bez chwili wytchnienia... Miał tylko nadzieję, Ŝe mrugnie,
kiedy on zacznie swe dochodowe zajęcie, jakim było zabijanie i
niszczenie na zlecenie.
- W kabinie jest dym! Podniesiony poziom CA 19-9 i CA 125, spada
ciśnienie LH2. Wypluła nas Ziemia! Annie czuje, Ŝe ksiąŜka zsuwa
się jej z kolan, i chwyta ją w ostatnim momencie. Mruga
gwałtownie raz czy dwa, sądząc, Ŝe musiała się zdrzemnąć podczas
lektury na sofie. No bo chyba czytała, prawda? Poprawia ksiąŜkę
i spogląda na stojącego przed nią męŜczyznę, którego głos ją
obudził. Jest nieco po pięćdziesiątce, ma rudobrązowe włosy i
takiŜ wąs, a na sobie biały lekarski kitel io Phil Lieberman,
onkolog, który zajmował się jej męŜem. Zupełnie nie pasują do
niego domowe wizyty, więc zastanawia się, co teŜ lekarz robi w
jej salonie. Mógł go wpuścić któryś z dzieciaków... Ale wtedy
zdaje sobie sprawę, Ŝe to nie jest jej salon, Ŝe to nie jest jej
dom i Ŝe w pobliŜu nie ma jej dzieci. Prostuje się, mruga,
przeciera oczy. Siedzi na plastikowym profilowanym krzesełku, a
powietrze pełne jest medycznych, antyseptycznych zapachów. Ściany
pomalowane są na nijaki instytucjonalny kolor. Nagle dociera do
niej, Ŝe jest w szpitalu. Na trzecim piętrze w poczekalni, w
której przez ostatnie kilka miesięcy spędziła tyle czasu, Ŝe stał
się niemal znajomy. Szpital, oczywiście Musiała się zdrzemnąć i
to wyjaśniało chwilową dezorientację całkowicie zrozumiałą w
okresie, w którym jej Ŝycie stanęło na głowie. Całymi tygodniami
biegała prawie bez odpoczynku od łóŜka męŜa na treningi w centrum
i z powrotem, starając się przy tym nie zaniedbywać dzieci, a
więc nie pierwszy raz zmęczenie dopadło ją z zaskoczenia.
Spoglądając na lekarza, zaczyna miętosić nerwowo rozłoŜoną na
kolanach ksiąŜkę, która - co teraz widzi - okazuje się wyczytanym
egzemplarzem "Newsweeka" z przewodnim artykułem dotyczącym
zbliŜającego się startu promu i budowy stacji kosmicznej. Mina
i głos Liebermana niczego nie wyraŜają, ale wyraz jego oczu
przyprawiają o zimny dreszcz. - Jak w starych rakietach Titan -
mówi. - Trzeci człon od pala i nie ma juŜ odwrotu - Co?! Co to...
- Musimy porozmawiać o wynikach ostatnich badań Marka przerywa
jej z pobłaŜliwą wyŜszością, jaką większość lekarzy uwaŜa za
całkowicie naturalną od chwili, kiedy złoŜą przysięgę
Hipokratesa. Wygląda na to, Ŝe nawet ci zdolni do współczucia a
trzeba przyznać, iŜ Lieberman generalnie zachowuje się
przyzwoicie - muszą przypominać kaŜdemu, Ŝe mają innych
pacjentów, inne sprawy i waŜniejsze zajęcia od tłumaczenia, co
znalazł u konkretnego chorego. - Badanie laparoskopowe ujawniło
metostatyczne nacieki na wątrobie i woreczku Ŝółciowym dodaje
szybko. - Statystycznie rzecz biorąc, jest to częste, kiedy
choroba rozprzestrzeni się z jelit na powiązane z nim węzły
limfatyczne. Miałby większe szansę przy trzech przerzutach, ale
przy pięciu moŜna mówić o prawdziwym pechu. Annie siedzi
nieporuszona, ale czuje, Ŝe w środku zapada się, naprawdę zapada,
zupełnie jakby jej serce było ze stuletniego przynajmniej tynku.
Rzuca lekarzowi zdruzgotane spojrzenie. Umrze w ciągu pięciu
miesięcy - mówi do Liebermana z absolutną pewnością, co w równym
stopniu przeraŜają i zaskakuje. Jednocześnie czuje, jakby to nie
był jej głos, jakby w ogóle nie powiedziała tego wszystkiego,
lecz słuchała nagrania albo doskonałej podróbki wydobywającej się
z ukrytego głośnika. Lieberman przygląda się jej rzeczowo, potem
patrzy na zegarek i przekręca ramię, pokazując jej cyferblat.Tak.
Dokładnie za pięć miesięcy i trzy dni - mówi. - Teraz moŜna juŜ
powiedzieć, Ŝe czas ucieka. Zaskoczona tym komentarzem, zerka na
tarczę zegarka. I wytrzeszcza oczy. Cyferblat jest absolutnie
białym kręgiem pozbawionym wskazówek i jakichkolwiek oznaczeń.
Czuje, Ŝe znowu zapada się w sobie.Uspokój się, Annie, on trochę
Strona 18
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
się spieszy - mówi lekarz. ZdąŜysz się jeszcze z nim poŜegnać.
Stwierdza nagle, Ŝe stoi i Ŝe tym razem nawet nie próbuje łapać
gazety, która zsunęła się jej z ud i wylądowała obok stopy. Kątem
oka dostrzega, Ŝe na częściowo podwiniętej okładce widnieje
zdjęcie płonącego promu na platformie startowej. Krwistoczerwone
litery krzyczą coś o wybuchu Oriona przy starcie z modułem
stacji. Jest zdezorientowana. Jak to moŜliwe? Orion miał
wystartować za dwa lata, a artykuł był omówieniem programu
międzynarodowej stacji kosmicznej, tak przynajmniej się jej
wydawało... Nagle niczego juŜ nie jest pewna - jej pamięć
przypomina płaską, pozbawioną głębi śliską powierzchnię.Twój mąŜ
leŜy w pokoju 377. Wiesz o tym, bo go odwiedzałaś. - Lieberman
wskazuje przeciwległy koniec korytarza. MoŜe nie tak często, jak
by naleŜało, ale nie mi to oceniać. Jesteście zapracowanymi
zawodowcami.
Odwraca się i rusza w drugą stronę. Annie podąŜa za nim wzrokiem.
Głos lekarza co prawda nie zmienił się, ale ostatnia uwaga pełna
była wyrzutu, a ona nie chce tego tak zostawić. Lieberman moŜe
sądzić, Ŝe dostał od Boga prawo, by podawać wyniki w tak nadęty
sposób, Ŝe trudno je zrozumieć, i nie mówić, co zamierza w
związku z tym zrobić, ale jeśli chciał ją krytykować, to powinien
to zrobić w prostym i zrozumiałym języku. JuŜ chce go zawołać,
gdy lekarz zatrzymuje się, odwraca do niej i unosi kciuk. -
Marchewka ponad wszystko - mówi. - Radzę się pospieszyć. Po czym
salutuje niedbale i idzie w swoją stronę, malejąc szybko w
perspektywie korytarza niczym postać z kreskówki, która zamierza
zniknąć. "Radzę się pospieszyć". Jej serce bije jak szalone.
Zapomina o Liebermanie i biegnie do pokoju, w którym umiera jej
mąŜ. Chwilę później stoi bez tchu pod drzwiami. Mimo to nie
pamięta, by przebiegła całą drogę z poczekalni lub by w ogóle
fizycznie przemieściła się z punktu A do punktu B. Ma nieodparte
wraŜenie, jakby w jednej chwili spoglądała na plecy Liebermana,
a w następnej znalazła się przed drzwiami pokoju, próbując wziąć
się w garść po wyroku śmierci wydanym na jej męŜa. Dla jego dobra
usiłuje się opanować. Bierze serię głębokich oddechów, chwyta za
klamkę i otwiera drzwi. Oświetlenie w środku jest niewłaściwe.
Dziwne, Ŝe to właśnie dostrzegła najpierw, ale tak właśnie było.
Oświetlenie jest złe. Nie panuje półmrok, lecz światło jest tak
rozproszone, Ŝe znacznie ogranicza widoczność. Choć widzi dobrze
nogi łóŜka, dalej obraz błyskawicznie się rozmywa. Rurki,
kroplówki i całą resztę aparatury dostrzega jak przez gazę, a
obraz na monitorze, do którego Mark jest podłączony, ma gorszą
ostrość niŜ kontur jego nóg pod kocem. ZauwaŜa, Ŝe mąŜ leŜy na
plecach, lecz jego twarz... Nagle przychodzą jej na myśl
telewizyjne programy, w których oblicza osób są komputerowo
rozmyte, by zapewnić im anonimowość jak w wypadku uŜycia ukrytej
kamery albo w policyjnych relacjach z aresztowań podejrzanych.
Wygląda to tak, jakby w miejscu, w którym ma się pojawić twarz,
nałoŜono na ekran grubą warstwę wazeliny. Tak właśnie Annie widzi
twarz męŜa, który ma umrzeć w tym pokoju za pięć miesięcy i trzy
dni.Annie? - Głos Marka jest chrapliwym szeptem, a jego słabość
wstrząsa nią tak, iŜ myśli, Ŝe się rozpłacze. Przyciska dłoń do
drŜących warg.
To ty, Annie?
Stoi w ciszy przerywanej jedynie dźwiękami aparatury umieszczonej
obok łóŜka i próbuje zebrać się w sobie. Rozmyte światło
powoduje, Ŝe czuje się dziwnie zagubiona i osamotniona - niczym
łódka dryfująca we mgle. W końcu opuszcza dłoń. Tak, to ja
kochanie. Jestem tutaj.
Mark wysuwa częściowo spod koca prawą rękę i kiwa słabo, by
podeszła. Mimo Ŝe Annie wciąŜ nie moŜe rozpoznać jego twarzy,
gest widzi wyraźnie. Jej wzrok spoczywa na chwilę na rękawie
piŜamy męŜa. Podejdź, Annie. Trudno rozmawiać, kiedy stoisz
przy drzwiach.
Wchodzi do pokoju, wciąŜ myśląc o rękawie. Coś w nim jest nie
tak. Coś w jego barwie...Chodź, na co czekasz?! - pyta Mark,
wyciągając bardziej rękę spod koca i stukając w opuszczoną osłonę
łóŜka. - NaleŜysz tu ze mną. W jego głosie słychać narastający
Strona 19
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
w ostatnich dniach gniew, choć czasami mogło się tak wydawać,
jego obiektem nie była ona, lecz rak. Z początku były to jedynie
krótkie wybuchy, ale jego rozwój dorównywał rozwojowi
pochłaniającej męŜczyznę choroby. Mark jest wściekły z powodu
utraty niezaleŜności, niemoŜności zadbania o siebie, zaspokojenia
swych rosnących potrzeb, a przede wszystkim dlatego, Ŝe coś tak
głupiego i przypadkowego jak nie kontrolowany wzrost komórek
skradło mu przyszłość. Annie akceptowała jego uczucia jak stałe,
których nie potrafiła zmienić, i robiła co mogła, by go nie
denerwować. ZbliŜa się cicho. Po lewej stronie łóŜka stoi
aparatura i stojak z kroplówką, więc Annie obchodzi je z prawej,
odsuwając plastikową tacę na wysięgniku. Niespodziewanie Mark
puszcza osłonę i chwyta ją za nadgarstek. - Choć do nas, Annie.
Chcemy usłyszeć, jak jest ci przykro! Stoi zszokowana, a jego
dłoń zaciska się boleśnie. - Ufaliśmy ci.
Uścisk jest juŜ prawie nie do zniesienia. Wie, Ŝe będzie miała
sińce, ale nie próbuje uwolnić ręki. Spogląda na leŜącego,
Ŝałując, Ŝe nie widzi jego twarzy. Jest zaskoczona jego słowami
i wrogością tonu, bardziej niŜ kiedykolwiek napastliwego i
skierowanego bezpośrednio do niej. Chciał ją zranić, a ona nie
wie dlaczego.Mark, powiedz, o co ci chodzi... Moja
dziewczynka - przerywa jej. - Zawsze gdzieś się spieszy i nigdy
nie ogląda się za siebie. Annie krzywi się boleśnie, gdy Mark
zaciska mocniej palce. Nas. My. O kim on mówi? O sobie i
dzieciach? Wydaje się jej, Ŝe odgadła. Nie, to nie moŜe być
prawda. Absolutnie nie. To, co przychodzi jej do głowy, jest
proste i jednocześnie niewiarygodne. Mark jeszcze mocniej zaciska
palce. Gdyby mogła zobaczyć jego twarz...Miałaś być
odpowiedzialna. Miałaś na nas uwaŜać. Annie nie cofa się,
przeciwnie - podchodzi bliŜej, mając nadzieję, Ŝe jeśli zdoła
spojrzeć mu w oczy, to Mark przestanie wygadywać bzdury o tym,
Ŝe go zostawiła... Myśl urywa się nagle, gdy ponownie spogląda
na jego rękaw. Ten kolor. Jak mogła od razu go nie rozpoznać? Nie
zna odpowiedzi na to pytanie, ale wie juŜ, Ŝe to nie piŜama. W
takim marchewkowym kolorze były tylko grube, izolowane
kombinezony uŜywane przez astronautów NASA. W tej samej chwili
dociera do niej, Ŝe odgłosy aparatury mierzącej parametry Ŝyciowe
jej męŜa zmieniły się w wycie alarmu, które znała z innego czasu
i miejsca. Dopiero ten dźwięk powoduje, Ŝe jęczy z przeraŜenia.
LeŜący na łóŜku męŜczyzna bez twarzy krzyczy:
Spada ciśnienie LH2! Niech kaŜdy uwaŜa na siebie! Sprawdzić
odczyty! Wiedziona nagłym impulsem, Annie patrzy w bok. Zamiast
wyposaŜenia medycznego widzi tam tablicę przyrządów i stery
promu. Z jakichś powodów wcale jej to nie dziwi. Błyskawicznie
omiata wzrokiem instrumenty, zaczynając od sygnalizatora głównego
alarmu, przez wskaźniki dymu znajdujące się z lewej strony
stanowjska dowódcy, a kończąc na odczytach stanu głównych
silników. I tym razem nie jest zdziwiona. Zachowaj spokój, Annie.
Lepiej złap dźwignię katapulty albo Ŝadne z nas stąd nie wyjdzie!
- wyje leŜący i tak gwałtownie szarpie ją za rękę, Ŝe Annie traci
równowagę i przelatuje przez osłonę łóŜka. Ląduje obok męŜczyzny,
amortyzując upadek wolną ręką, dzięki czemu nie pada na jego
pierś.Wypluła nas Ziemia, więc gdzie jest ten cholerny
spadochron?! - krzyczy męŜczyzna, nie puszczając jej ręki. Mimo
Ŝe ich twarze dzieli ledwie kilka cali, Annie wciąŜ nie potrafi
rozpoznać jego rysów. Nagle dezorientacja towarzysząca jej od
początku rozmowy z lekarzem ustępuje na moment miejsca wraŜeniu,
Ŝe istnieje jednocześnie w dwóch osobach. Jedna szarpie się z
leŜącym, druga z wysoka obserwuje tę scenę. Wraz z tym wraŜeniem
nadchodzi pewność, Ŝe twarz nie naleŜy do Marka, o czym przekona
się, gdy tylko ją zobaczy. Będzie to twarz kogoś, kogo takŜe
kochała, choć w inny sposób, i kogo równieŜ straciła. Nie ma
pojęcia, skąd to wie, ale jest tego pewna. I ta świadomość
przeraŜa ją, błyskawicznie zmieniając się w histerię.Gdzie jest
nasz cholerny spadochron?! - krzyczy ponownie leŜący, szarpiąc
ją tak, Ŝe Annie pada na jego pierś. Gdy w końcu próbuje się
uwolnić, spogląda raz jeszcze na jego kurczowo zaciśnięte
palce... i po raz pierwszy widzi, Ŝe są straszliwie poparzone.
Strona 20
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Nie ma śladu po paznokciach, na kostkach zostało tylko
krwistoczerwone mięso. Chce krzyczeć... mówi sobie, Ŝe musi
krzyczeć... choć wciąŜ nie wie dlaczego... wydaje się jej, Ŝe w
ten sposób skończy z koszmarem... Ale krzyk grzęźnie jej w
gardle, koszmar trwa i jedyne, na co się zdobywa, to bardziej jęk
niŜ krzyk, a i tak boli ją od tego gardło... Annie drgnęła i
obudziła się. Serce tłukło się jej w piersi, a w ustach zamierał
jęk. Była zlana zimnym potem, koszulka lepiła się jej do ciała.
Rozejrzała się, oddychając głęboko i potrząsając głową, by jak
najszybciej pozbyć się resztek sennego koszmaru. Była w domu. W
Houston, na sofie w swoim salonie. Z pokoju dzieci dobiegały
odgłosy Teletubbisiów emitowanych właśnie w telewizji. Na dywanie
u jej stóp leŜała gazeta wciąŜ otwarta na artykule, który
czytała, gdy zapadła w wyczerpujący sen. Nagłówek głosił:
PODSUMOWANIE TRAGEDII, a nad tekstem widniało zdjęcie ostatnich
chwil Oriona. Pochyliła głowę i potarła dłonią piekące oczy.
Przyleciała tu prosto z przylądka Canaveral, gdzie od rana brała
udział w niekończącej się serii spotkań z przedstawicielami
agencji, rządu i rozmaitych firm wykonujących podzespoły promu
oraz stacji kosmicznej. Wszyscy próbowali uporządkować to, co
wiedziano o wypadku, i wytyczyć wstępne kierunki śledztwa. Mimo
to większość czasu spędzili, patrząc na siebie w pełnej
zaskoczenia ciszy. Być moŜe nie naleŜało oczekiwać czegoś
bardziej konstruktywnego tak szybko po wybuchu. W kaŜdym razie
pod koniec ostatniego spotkania czuła jedynie ogromne
zniechęcenie i z wdzięcznością skorzystała z okazji, by wrócić
do domu. Tu przynajmniej mogła przestać myśleć o tym, co się
stało, poczytać z radością coś lekkiego i zdrzemnąć się, zanim
zacznie przygotowywać obiad. Uśmiechnęła się gorzko, nie
opuszczając dłoni zasłaniającej oczy. Chwilę później spomiędzy
jej palców popłynęły łzy...
Antonio przycisnął kolbę do ramienia, umieścił policzek w
wyŜłobieniu i odczekał, aŜ cel znalazł się dokładnie na
przecięciu linii lunety celowniczej. Kilka chwil po opuszczeniu
samochodu Kuhla wspiął się na drzewo dające doskonały widok na
wartownię przy bramie. Teraz na poły siedział, na poły kucał w
rozgałęzieniu pnia, opierając nogi o dwie grube gałęzie. Barrett
z uwagi na swą wagę wyposaŜony był w składane nóŜki, ale na tej
drewnianej grzędzie lepszą stabilizację dawało oparcie lufy na
podniesionych kolanach. Nabrał powietrza, a następnie wypuścił
je z płuc, powoli uspokajając tętno. Seria próbnych pociągnięć
cyngla pomogła mu znaleźć najwygodniejszą pozycję i lepiej
uchwycić karabin. PoniewaŜ od celu dzieliło go ponad dziewięćset
jardów, nie mógł sobie pozwolić na najmniejszą nawet utratę
równowagi. W wartowni znajdowało się dwóch straŜników jeden
nalewał sobie kawę ze szklanego dzbanka, drugi siedział przy
niewielkim metalowym biurku i przeglądał dokumenty. MęŜczyzna
przy ekspresie zginie wcześniej, gdyŜ był bardziej mobilny, a
ruchomy cel zawsze ma większe szansę ucieczki. Antonio wziął
kolejny wdech i nie wypuścił juŜ powietrza. StraŜnik przy
maszynie do kawy odstawił dzbanek i podniósł kubek do ust. Ale
napić się juŜ nie zdąŜył. Właściwie juŜ był martwy. Wartownia
miała kuloodporne szyby, lecz nie stanowiły one przeszkody dla
półcalowych wolframowych pocisków typu SLAP, które znajdowały się
w magazynku. - Mi mano, su vida - szepnął snajper i wypuścił
powietrze. Jak zwykle przed zabójstwem, czuł się niemal niczym
Bóg. Łagodnie ściągnął spust. Barrett kopnął, wypluwając pocisk.
Kuloodporna szyba rozprysnęła się na kawałki. StraŜnik obrócił
się w miejscu i padł, wypuszczając kubek. Był martwy, nim dotknął
podłogi. Antonio wziął kolejny wdech i ponownie nacisnął spust.
Drugi straŜnik zdąŜył jedynie odwrócić się ku leŜącemu
partnerowi, gdy kula trafiła go w lewą skroń i zrzuciła z
krzesła. Strzelec pozostał jeszcze chwilę na stanowisku,
nasłuchując i rozglądając się przez lunetę. W bladym Ŝółtym
świetle padającym przez rozbitą szybę wartowni nic się nie
poruszyło. Zadowolony z dwóch czystych trafień przerzucił karabin
przez ramię i miał juŜ zacząć schodzić, gdy usłyszał nad sobą
Strona 21
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
cichy łopot. Spojrzał w górę przez listowie i uśmiechnął się -
wykonał zadanie dokładnie o czasie. Z ciemnego nieba spływała
właśnie grupa desantowa.
4
MATO CROSSO DO SUL POŁUDNIOWA BRAZYLIA
17 KWIETNIA 2001
Manuel przeleciał sto metrów nad ogrodzeniem, opuścił na lince
pojemnik z bronią i zaczął lądować. Wiedział, Ŝe członkowie jego
grupy lecą za nim i Ŝe ziemia zbliŜa się szybko. Pociągnął lewą
linkę sterującą, by skręcić pod wiejący z zachodu lekki wiatr,
wyrównał wysokość i odczekał, aŜ pojemnik uderzy o ziemię.
Zwolnił zaczep linki pojemnika, a po chwili ściągnął obie linki
sterujące do pasa, by zgasić czaszę spadochronu. Wylądował miękko
na palcach. Wyprostowany, z opuszczonym ku piersi podbródkiem
zrobił kilka szybkich kroków, wytracając prędkość, po czym
zwolnił główną klamrę uprzęŜy i pozbył się spadochronu. Tymczasem
dokoła niego lądowali jego podkomendni. Większość utrzymała się
na nogach, kilku jednak zetknęło się nieco ostrzej z ziemią,
kończąc skok płynnym padem na plecy lub bok. Natychmiast po
odczepieniu uprzęŜy męŜczyźni pospieszyli do pojemników
zawierających granaty, materiały wybuchowe i karabiny FAMAS -
takie same jak te, w które wyposaŜeni byli ludzie w jeepach.
Kaski i gogle zamienili na hełmy zaopatrzone w wizjery sprzęŜone
z elektronicznymi celownikami broni i opuścili na oczy monokle
wyświetlające. Na znak Manuela podzielili się na trzy
czteroosobowe zespoły i ruszyli niepostrzeŜenie na ustalone
pozycje. Jeśli informacje, które otrzymali, były prawdziwe, ich
obecność zostanie wykryta w ciągu sekund, w najlepszym wypadku
minut. Sprawdzenie ich wiarygodności było jednym z kilku waŜnych
zadań, które powierzył im zleceniodawca. Pracownicy zakładów
najczęściej nazywali je jeŜami".
Rollie Thibodeau, dowódca nocnej zmiany straŜy, wolał określenie
"małe skurwiele", narzekając, Ŝe ich reakcje w określonych
sytuacjach za bardzo przypominają mu ludzkie zachowania. Rollie
był jednak strasznym technofobem, a na dodatek, jako Cajun z
Luizjany, czuł wrodzony przymus do gadatliwości i przekory. Mimo
to, gdy był w naprawdę dobrym nastroju, przyznawał, Ŝe są to
"cwane małe skurwiele". W rzeczywistości mobilne roboty nie były
wcale takie bystre miały poziom inteligencji równy inteligencji
chrząszczy czy innych owadów, którymi Ŝywiły się prawdziwe jeŜe.
Mogły co prawda zastępować wartowników w czysto fizycznych
zadaniach, lecz naukowcy mający słabość do praw robotyki Asimova
twierdziliby z pewnością, Ŝe w ich przypadku określenie "robot"
jest niewłaściwe, a przynajmniej nieprecyzyjne, poniewaŜ
niezdolne są do samodzielnego działania i myślenia. Automaty
sprzęŜone były z komputerami bazy i cały czas monitorowane przez
straŜników. Prawdziwe roboty, stwierdziliby eksperci, mogłyby
samodzielnie podejmować decyzje i działać zgodnie z nimi bez
pomocy swych twórców. W praktyce od ich powstania dzieliło
ludzkość przynajmniej dwadzieścia, trzydzieści lat. Te, które juŜ
istniały i które laicy uznawali błędnie za roboty, były w
rzeczywistości jedynie robotopodobnymi maszynami. Bez względu na
sprzeczne definicje jeŜe były wszechstronnymi i skomplikowanymi
urządzeniami przeznaczonymi do patrolowania czterech tysięcy
akrów zakładów w Mato Grosso do Sul, w których wytwarzano
komponenty stacji kosmicznej. Dzięki skomplikowanej umowie z
Brazylią i kilkoma innymi państwami zaangaŜowanymi w ten projekt
UpLink zdołał wywalczyć sobie prawo zarządzania fabryką.
Jednocześnie holding wziął na siebie pełną odpowiedzialność za
jej ochronę, co brazylijscy negocjatorzy uznali za kosztowne
ustępstwo ze strony firmy, a o co od początku chodziło zarówno
Gordianowi, jak i jego szefowi ochrony Nimecowi i z czego obaj
byli nader zadowoleni. Dotychczasowe doświadczenia związane z
prowadzeniem działalności na terenie przechodzących przemiany,
politycznie niestabilnych krajów nauczyły ich, Ŝe nikt nie
potrafi tak dobrze troszczyć się o bezpieczeństwo UpLink jak sam
UpLink. Roboty bez wątpienia ułatwiały jeszcze to zadanie.
Strona 22
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Thibodeau nazywał je "R2D2 na sterydach" i na swój sposób było
to trafne określenie. Wielokierunkowe kamery przekazujące
kolorowy obraz znajdowały się w kopułach umieszczonych na
metalowych "szyjach", dzięki czemu maszyny miały antropomorficzny
kształt, który podobał się wielu pracownicom... i sporej liczbie
pracowników, choć ci z rzadka wyraŜali otwarcie swój podziw.
Osadzone na sześciokołowych platformach jeździły szybko i cicho
zarówno po wąskich korytarzach czy klatkach schodowych, jak i po
trudnym, nierównym terenie. Zaprojektowano je i zbudowano w
dziale badawczo-rozwojowym UpLink i wyposaŜono w imponujący
zestaw oprogramowania i oprzyrządowania. System ostrzegawczy
obejmował szerokozakresowe czujniki gazu, dymu i temperatury,
sensory optyczne, radar mikrofalowy, sonar, termolokator oraz
detektor drgań podłoŜa i noktowizor. Chowane, zakończone
szczypcami ramiona mogły podnieść obiekty waŜące dwadzieścia pięć
funtów i były na tyle precyzyjne, by pozbierać z ziemi
najdrobniejsze monety. Kiedy wykryły niebezpieczeństwo, nie
ograniczały się jedynie do wszczęcia alarmu. W gruncie rzeczy
jeŜe tworzyły pierwszą linię obrony gotową zneutralizować
zagroŜenie, od ataku chemicznego poczynając, na wtargnięciu
intruzów kończąc. WyposaŜono je w działka płynowe mogące
wystrzeliwać pod duŜym ciśnieniem strumienie wody, polimerowego
superkleju albo smaru superpoślizgowego, w strzelby kaliber 12
z pociskami wypełnionymi gazem obezwładniającym, baterię
oślepiających laserów, działających hipnotyzująco świateł i inne
owoce ambitnego programu niezabijającego uzbrojenia, nad którym
pracowały zespoły badawcze UpLink. Brazylijskich zakładów
pilnowało sześć jeŜy: cztery patrolowały granice terenu
zbliŜonego kształtem do prostokąta, dwa pozostałe ochraniały
główne budynki. KaŜdy z robotów strzegących ogrodzenia nadzorował
teŜ pas sięgający sto metrów w głąb fabryki i kaŜdemu nadano imię
od pierwszej litery kierunku, który dozorował: Ned kontrolował
obwód północny, Sammy południowy, Ed wschodni, a Wally zachodni.
Ponadto budynki fabryki ochraniał Felix, biura zaś - Oscar.
Zwykle jeŜe patrolowały teren od ośmiu do dziesięciu godzin, nim
musiały naładować niklowo-kadmowe baterie. Naturalnie, czas był
krótszy, jeśli wykonywały bardziej energochłonne zadania.
Stanowiska umoŜliwiające ładowanie baterii umieszczono wzdłuŜ
tras patrolowania,,a czas dobrano tak, by korzystały z nich
pojedynczo. I tak dzień po dniu, noc po nocy roboty strzegły
niestrudzenie terenu, sprawdzając kaŜdy nietypowy ruch, kaŜdą
niezwykłą róŜnicę temperatur, i cały czas przekazywały strumień
danych do stanowisk kontrolnych. Ostrzegały operatorów o
wszystkich niebezpieczeństwach i naruszeniach strzeŜonego
obszaru. Dotyczyło to naturalnie intruzów przekraczających
ogrodzenie. Lecz inwazja z powietrza była zupełnie inną sprawą.
JeŜ patrolujący zachodni obwód był właśnie w trakcie trzeciego
obchodu, gdy jego detektor podczerwieni wykrył promieniowanie w
paśmie 12-14 mikronów, czyli typowe dla ludzkiego ciała. Źródło
owego ciepła znajdowało się mniej więcej pięćdziesiąt jardów
przed maszyną. Robot zatrzymał się i zaczął je śledzić, ale
szybko wycofało się poza zasięg jego sensorów. Komputery
obliczyły najbardziej prawdopodobny kierunek ruchu obiektu i jeŜ
ruszył w pościg po skalistym miejscami terenie. Nagle za nim
pojawiło się inne źródło ciepła o tych samych parametrach. A
potem kolejne po lewej i po prawej stronie. Robot zatrzymał się
ponownie otoczony przez cele. Rozmaite sensory potrzebowały
ledwie chwili, by wykonać pełny odczyt otoczenia w promieniu
pięćdziesięciu metrów. Jednocześnie reflektor podczerwony
umieszczony w kopule oświetlił okolicę, pozwalając kamerze
noktowizyjnej sfilmować ją w poszukiwaniu ukrytych w mroku
obiektów. Wszystkie cztery anomalie szybko wycofały się z zasięgu
czujników, lecz natychmiast powróciły. Nadal otaczały robota i
pozostawały w ruchu, utrzymując mniej więcej równą odległość od
niego i od siebie nawzajem.
Po porównaniu odczytów sensorów obwody logiczne jeŜa
zaklasyfikowały definitywnie anomalie termiczne jako ludzi i
potencjalne zagroŜenie. Lecz oprogramowanie nie zawierało
Strona 23
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
instrukcji pozwalających rozwiązać ten problem. Robot wysłał więc
przetworzone dane kodowanym kanałem radiowym do sali kontrolnej
i czekał, aŜ jego operator zdecyduje, co robić dalej. - Co jest
z Wallym? - zdziwił się Jeziorski. - Widzisz, jak węszy? - Widzę
- przyznał zaniepokojony Delure. - I wcale mi się to nie podoba.
Cody, dowodzący nocną zmianą operatorów w sali kontrolnej,
pochylił się z zadumą nad ekranami, ale nie powiedział ani słowa.
Centrum kontroli znajdowało się w podziemiach budynku i stanowiło
serce systemu bezpieczeństwa brazylijskich zakładów. Wszyscy
operatorzy nosili mundury w kolorze indygo ze świeŜo wykonanymi
naramiennymi naszywkami przedstawiającymi miecz otoczony
stylizowanymi orbitami satelitów. Symbolizowały one zdolność
zbierania informacji, jaką posiadał UpLink, połączoną z
moŜliwością reagowania na zagroŜenia, na co pozwalał zespół
kryzysowy Miecz. Jego nazwa wzięła się od legendy o węźle
gordyjskim, który Aleksander Wielki przeciął jednym ciosem
miecza. Analogiczną metodę wykorzystywał Roger Gordian do
rozwiązywania sytuacji kryzysowych, co było interesującą grą
słowną z jego nazwiskiem i pozwoliło znaleźć odpowiednie
określenie dla zespołu. Jeziorski pochylił się ku wyświetlaczowi
podającemu siłę promieniowania wykrytego źródła. Monitor
oświetlał jego twarz zielonkawym blaskiem noktowizyjnego obrazu.
- Cholera, popatrz na ilość ciepła. Tam musi być czło... Urwał,
gdyŜ na konsolecie rozbłysło światełko alarmu, i obejrzał się na
partnera. Delure zerknął szybko na swoją konsolę i wskazał
monitor. Na zielonym tle widać było zielonkawe sylwetki - grupa
ludzi otaczała robota, to zbliŜając się, to oddalając od niego.
Cody'emu przyszły na myśl ogary, które osaczały zwierzynę, ale
nie mógł zrozumieć, dlaczego napastnicy zabawiają się w ten
sposób z maszyną. Główną zaletą jeŜy były ich moŜliwości
wczesnego ostrzegania oraz wyposaŜenie pozwalające przyblokować
intruza wdzierającego się przez ogrodzenie zakładu. Roboty miały
zyskać na czasie, nim przybędą ludzie wyszkoleni do odparcia
ataku i ujęcia napastników. Do ich zadań nie naleŜało zajmowanie
się osobnikami, którzy znaleźli się juŜ w głębi zakładu - zbyt
łatwo było je ominąć lub unieszkodliwić. Marszcząc brwi, Cody
spojrzał na ekran radaru. Na siatce terenu opatrzonej cyfrowymi
koordynatami robot i otaczający go ludzie oznaczeni byli
kolorowymi symbolami. - To bez sensu - ocenił Jeziorski. - Nie
ma Ŝadnych śladów przerwania ogrodzenia... - Tym będziemy się
martwić później - rzucił mu Cody, się gając po słuchawkę. -
Przełącz go na pełnozakresowe odparcie ataku, a ja dzwonię do
Thibodeau. Na polecenie Jeziorskiego Wally odpowiedział
napastnikom salwą światła i dźwięku. Najpierw nastąpił rozbłysk
umieszczonego w kopule lasera typu yag. Czterem męŜczyznom
otaczającym robota wydało się, Ŝe wybuchła mała supernowa - noc
na moment zalało oślepiająco jasne światło. Odruchowo cofnęli się
o kilka kroków, ale na podobną reakcję maszyny byli przygotowani.
Wiedzieli, Ŝe rozbłysk lasera moŜe ich chwilowo oślepić lub nawet
- w zaleŜności od mocy, długości i intensywności wiązki - wypalić
siatkówkę. Wiedzieli teŜ jednak, Ŝe roboty Miecza mają tak
skalibrowane lasery, by nie wywołać trwałych uszkodzeń wzroku.
Dlatego mieli na wizjerach czarne filtry, by chronić oczy przed
blaskiem. Słusznie załoŜyli, Ŝe to w zupełności wystarczy. Nie
wiedzieli wszakŜe o tym, Ŝe jeŜ dopiero zaczynał atak. Ledwie
przygasł laser, gdy na kadłubie Wally'ego zapaliły się
czerwononiebieskie lampy stroboskopowe, błyskając w
zaprogramowanej sekwencji zbliŜonej wzorem i częstotliwością do
fal mózgowych człowieka. W tej samej chwili generator akustyczny
robota zaczął emitować z częstotliwością dziesięciu na
sekundę studecybelowe fale dźwiękowe. Dawało to rezonans bardziej
odczuwalny niŜ słyszalny, gdyŜ do napastników docierało jedynie
natarczywe ciche bzyczenie. Ale ich wnętrzności odbierały ten
dźwięk zupełnie inaczej. KaŜda broń energetyczna o ukierunkowanej
wiązce działa na tej samej zasadzie. Wymierzona w określone
obszary ludzkiego ciała, dostosowuje długość emitowanych fal do
częstotliwości pracy danego organu, by móc oddziaływać dzięki
hiperstymulacji na niego. Pulsujące światła atakowały receptory
Strona 24
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wzrokowe w mózgu, wzbudzając gwałtowną aktywność elektryczną tego
obszaru podobną do aktywności towarzyszącej atakom epilepsji.
Generator akustyczny oddziaływał na wiele celów: na ucho
wewnętrzne, wywołując nienaturalne wibracje płynu wypełniającego
jego kanaliki i zakłócając tym samym zmysł równowagi, jak teŜ na
wraŜliwe organy podbrzusza, powodując konwulsje, ból i mdłości.
Połączony atak podziałał od razu na zmysły i zdolność ruchu
napastników: broń zdezorientowała ich i wywołała efekty chorobowe
oraz halucynacje, co wyłączyło ich z akcji. Wszyscy dygotali,
krztusili się i wymiotowali, chwiejąc się przy tym i zataczając
bezsensowne kółka. Jeden padł na plecy, czemu towarzyszyło
zwolnienie zwieracza i groteskowe drgawki kończyn. Drugi klęknął,
chwycił się za brzuch i wymiotował, niezdolny do czegokolwiek
innego. Manuel, znajdujący się najdalej od robota, najsłabiej
odczuł skutki ataku, ale zdawał sobie sprawę, Ŝe ma zaledwie
sekundy na działanie. Resztką sił zmusił się do pozostania w
pionie, wycelował w kierunku, w którym jak sądził - znajdował się
robot, i wypalił z podczepionego pod lufą granatnika. Było to
niezwykle prymitywne uŜycie bardzo nowoczesnego uzbrojenia, ale
przyniosło spodziewane rezultaty. Dwudziestomilimetrowy pocisk
z zapalnikiem uderzeniowym eksplodował z ogłuszającym hukiem na
korpusie jeŜa oddalonego zaledwie o kilka jardów od strzelca,
niszcząc urządzenie prawie całkowicie. Wybuch cisnął Manuelem o
ziemię. MęŜczyzna pozostał na niej parę sekund, po czym podniósł
się, otrzepał i rozejrzał. Jeden z jego ludzi zginął rozszarpany
odłamkami, on sam miał głęboką ranę nad łokciem, ale robot był
juŜ wrakiem. Stał przechylony na prawą stronę, buchając
płomieniami i dymem. Śmierdziało spaloną gumą i izolacją. Wrak.
Reszta jego ludzi zaczęła powoli przychodzić do siebie, więc dał
im jeszcze kilka sekund, by się pozbierali, nim ich ponaglił. -
Vaya aqui! - syknął - Ruszajcie się. Mamy tu jeszcze coś do
zrobienia.
Rollie Thibodeau w równym stopniu kochał pracę w UpLink i uwaŜał
ją za waŜną, jak nienawidził skuteczności, z którą zmiany
rozstrajały mu zegar biologiczny, nicowały codzienny rozkład
zajęć i ograniczały Ŝycie na więcej sposobów, niŜ moŜna by to
sobie wyobrazić. Na przykład seks, a raczej jego brak. Gdzie miał
znaleźć kobietę, która chciałaby pójść do łóŜka o świcie, a wstać
po zmroku niczym wampir? Lub sen. Był w Brazylii, kraju opalonych
ciał i fiodental. Jak miał odpoczywać, gdy tropikalny upał
nacierający na okiennice dręczył go i przypominał mnóstwo
wspaniałych romantycznych wieczorów? Albo choćby coś tak waŜnego
dla normalnego człowieka jak jedzenie. Czy mógł być w pogodnym
nastroju, kiedy właściwie kaŜdy posiłek był wprost obrzydliwy?
Nie dość, Ŝe od najbliŜszego miasta dzieliło go ponad sto mil i
zdany był na jałowe stołówkowe dania, to na dodatek potrawy
odrzucały juŜ po opuszczeniu kuchni. Serwowanie czegoś, co pół
doby leŜało w lodówce, a następnie zostało odgrzane w kuchence
mikrofalowej, zakrawało na zniewagę. Nie wspominając juŜ o
godzinach, w których musiał jeść na nocnej zmianie. Thibodeau
siedział przy biurku w swoim niewielkim, ale uporządkowanym
gabinecie na najniŜszym poziomie podziemi i spoglądał z mściwą
pogardą na talerz z rozgotowaną wołowiną oraz wodnistą papką
udającą puree. Było nieco po ósmej wieczorem i McFarlane,
najmłodszy staŜem straŜnik nocnej zmiany, dopiero co przyniósł
mu posiłek. To Ŝe niósł on równieŜ swój talerz i wyglądał, jakby
nie mógł się doczekać, by spałaszować jego zawartość, tak
zirytowało Rolliego, Ŝe nie był nawet w stanie udać wdzięczności.
Poczuł się przez to jeszcze gorzej, świadom, Ŝe ukarał
nieuprzejmością posłańca za doręczenie wiadomości. CóŜ, będzie
musiał mu to wynagrodzić i wytłumaczyć, Ŝe nawet najŜyczliwszy
człowiek na świecie moŜe być wściekły po dwóch latach jedzenia
śniadania o ósmej wieczorem, a równie jak ono obrzydliwego obiadu
między północą a trzecią nad ranem. Jedynie kolacja była w miarę
dobra, choć i to tylko dlatego, Ŝe pierwsi kucharze zaczynali
pracę o szóstej rano. Dzięki temu przed końcem zmiany mógł zjeść
świeŜe jajka lub naleśniki - przynajmniej jeden w miarę uczciwy
Strona 25
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
posiłek o mniej więcej normalnej porze. - Dzięki ci, Panie, za
naszą pieprzoną conocną breję! - mruknął z nieznacznym cajuńskim
akcentem. Sięgał właśnie z ponurą miną po sztućce, gdy odezwał
się stojący obok niego telefon. Gdy zobaczył mrugające światełko
linii alarmowej, zapomniał o sztućcach i błyskawicznie sięgnął
po słuchawkę. Przez cały czas, jaki tu spędził, linii tej uŜywano
jedynie w czasie ćwiczeń, a o tych wiedział zawsze wcześniej.
Tak? Mamy intruzów na terenie, szefie - zameldował Cody z sali
kontrolnej. - Gdzie? - Thibodeau usiadł prosto, zapominając o
problemach kulinarnych. - Przy zachodnim ogrodzeniu. - W głosie
Cody"ego słychać było napięcie. - Ale nie mamy śladów uszkodzenia
płotu czy naruszenia obwodu. Wally wykrył ich juŜ na naszym
terenie. - Uzbroiłeś go? Dał im pokaz światła i dźwięku, ale...
straciliśmy z nim kontakt. To nie wygląda dobrze. Rollie
odetchnął głęboko. Wielokrotnie podkreślał, Ŝe jeŜom nie moŜna
ufać, ale nie znaczyło to bynajmniej, Ŝe chciał, by jego
twierdzenia się sprawdziły. - Henderson i Travers przy bramie nie
meldowali o niczym podejrzanym? - spytał. - Próbujemy się z nimi
skontaktować, ale nie odbierają telefonu i nie odpowiadają przez
radio. - Jezu! - westchnął Rollie. - Poślij tam kilku ludzi. I
obstaw pełną obsadą alarmową zakłady i magazyny. Mają być odcięte
od świata, jasne? Tak jest. Thibodeau umilkł na moment, by zebrać
myśli; wciąŜ ściskał słuchawkę w dłoni. Chciał pójść do sali
kontrolnej i na własne oczy zobaczyć, co się dzieje, ale najpierw
musiał się upewnić, Ŝe zadbał o podstawowe sprawy.Lepiej
zapewnijmy sobie wsparcie powietrzne - powiedział po chwili. -
Laissez les bons temps rouler. - Co proszę, szefie?
Thibodeau wstał.
- Postaw w stan gotowości pilotów helikopterów.
Manuel kucnął przy bramie. Jego ramię pulsowało, a rękaw
kombinezonu był ciepły i wilgotny w miejscu trafienia. Gwałtowne
ruchy powodowały obfitsze krwawienie. Zniszczenie robota z
pewnością ściągnie w tę okolicę ochronę, więc jakakolwiek zwłoka
zwiększyłaby tylko ryzyko pojmania. Raną zajmie się później.
Próbując zignorować ból, wydobył z torby przy pasie trójkątny
kawałek C-4, zdjął z niego folię i przylepił starannie materiał
wybuchowy do podstawy słupka bramy. Następnie wydobył
dwunastocalowy kawałek primadetu, którego jeden koniec był juŜ
połączony z zapalnikiem, a drugi z zasilanym baterią zegarem
kształtu i wielkości długopisu. Delikatnie wcisnął zapalnik w
plastyk, a zegar ustawił na pięciominutową zwłokę, ale go nie
włączył. Musiał poczekać, aŜ pozostali załoŜą resztę ładunków i
połączą je, tak by eksplodowały jednocześnie. Zanim to nastąpi,
chciał się znaleźć daleko stąd. Trzymając w palcach zawleczkę
blokującą zegar, rozejrzał się po okolicy. Kilka jardów w lewo
przez rozbitą szybę wartowni padało światło. Widział tylko
obryzganą krwią ścianę i oparte o nią ramię jednego z
zastrzelonych straŜników. Po prawej wzdłuŜ ogrodzenia dostrzegł
swoich ludzi zakładających ładunki - ciemniejsze kształty
majaczące na tle ciemnego nocnego nieba. Wysadzenie bramy nie
było jego pomysłem i nie podobało mu się. StraŜnicy musieli znać
elektroniczne kody dostępu, więc proponował, by wziąć Ŝywcem choć
jednego i zmusić do jej otwarcia. Szczegółowy plan akcji ułoŜył
jednak Kuhl, który chciał, by byli martwi przed przybyciem
desantu - w ten sposób nie mogli wszcząć alarmu. UwaŜał, Ŝe
wyeliminowanie ochrony i robota patrolującego zachodni sektor da
im wystarczająco duŜo czasu przed przybyciem odwodów, by grupa
Manuela zdołała zrobić przejście, a zespoły Orange i Yellow
wykonały swoje zadania. Manuel nie spierał się z nim - zadaniem
Kuhla było opracowanie planu, do niego naleŜało wykonanie go.
Rozmyślania przerwało mu pojawienie się Juana ciągnącego cienki
pomarańczowy przewód detonacyjny. Umocował go do ładunku i
odetchnął z ulgą: rana bolała go coraz bardziej; musiał w niej
tkwić przynajmniej jeden odłamek i skupienie się wymagało coraz
większego wysiłku. - Bueno, Juan - rzucił. - Gdzie Marco? - Idzie
tu - odparł Juan. - Jak twoja ręka?
- W porządku. - Wstał, starając się za wszelką cenę nie stracić
Strona 26
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
równowagi. - Zawiadom Tomasa i pozostałych, Ŝe skończyliśmy.
Potem odbezpieczę całość.
Thibodeau wjechał na trzeci poziom podziemny i wszedł do sali
kontrolnej. Cody, Delure i Jeziorski wpatrywali się z napięciem
w ekrany monitorów.Co się tu, u diabła, dzieje?! - rzucił, widząc
ich ogłupiałe miny. Delure odwrócił się wraz z fotelem.
Szefie, to Ned... Wykrył w swoim sektorze grupę intruzów. Trudno
powiedzieć, czy to ci sami, którzy załatwili Wally'ego...
Thibodeau chrząknął, spoglądając na monitor. Mało go obchodziło,
czy byli to ci sami ludzie, na których natknął się Wally,
podobnie jak to, w jaki sposób znaleźli się na terenie, nie
uruchamiając Ŝadnych alarmów na ogrodzeniu, oraz co chcieli
osiągnąć. Natomiast martwiło go tempo i schemat ich działania.
W zwiadzie dalekiego zasięgu 101. Dywizji Powietrznodesantowej
w Azji Południowo-Wschodniej nauczył się polegać na instynkcie,
a to, co podpowiadał mu on teraz, było zbyt zwariowane, Ŝeby
mówić o tym podwładnym. Mimo to nie mógł zlekcewaŜyć wyraźnych
wskazówek, a dowodzenie oddziałem zwiadowców działających z Camp
Eagle nauczyło go wiele. Atak nosił wszelkie cechy desantu z
powietrza - tłumaczyło to zarówno niespodziewane pojawienie się
intruzów, jak i zabawę z Wallym. Zaalarmowali robota nie dlatego,
Ŝe musieli, tylko dlatego, Ŝe chcieli. Niewątpliwie
przetestowanie moŜliwości samobieŜnej pokraki było jednym z ich
zadań. A gdy stała się groźna, zniszczyli ją. Thibodeau
przypomniał sobie zaskoczone miny swoich podwładnych, które
zobaczył, gdy wpadł do sali... i które z pewnością były
lustrzanym odbiciem jego miny. Był przekonany, Ŝe napastników
niezwykle ucieszyłby ten widok. Jego w kaŜdym razie cieszył,
kiedy w latach 1969-70 uczestniczył w rajdach przez dŜunglę. Gdy
nawiązywano kontakt z oddziałami Wietkongu, helikoptery
dostarczały jego ludzi w tajemnicy jak najbliŜej pozycji wroga,
a dalej juŜ jego zwiadowcy działali sami, wybierając cele według
własnego uznania i siejąc zamęt oraz rozpraszając siły i uwagę
wroga. Faire la chasse.MoŜesz mi namierzyć tych gnoi? - spytał.
Delure wcisnął przycisk na konsoli i naniósł siatkę współrzędnych
na obraz radarowy. - Wystarczy? - Wystarczy, wystarczy, tylko
powiększ.
Operator nacisnął kolejny klawisz. Thibodeau zobaczył powiększone
zarysy zachodniego sektora, na którym pulsowały plamki
oznaczające pozycje napastników. A non - powiedział i wskazał
niebieską linię biegnącą łukiem przez środek. - Widzisz, gdzie
są? Przez moment Delure nie rozumiał, o co mu chodzi. W pobliŜu
zachodniej drogi! To najkrótsza trasa z parkingu do sektora.
Rollie skinął głową. - Poślij na nich jeŜa, ale tym razem nie baw
się światełkami, tylko przywal im z czegoś konkretnego. Nasze
wozy będą na tej drodze lada chwila! Miny przeciw pojazdom, które
rozmieścili na drodze, były zamaskowane prymitywnie, lecz
skutecznie - owinięto je w szary papier zlewający się z
nawierzchnią, tak Ŝe w dzień
kierowcy trudno byłoby je dostrzec. W nocy były zaś właściwie
niewidoczne. Chwilę po tym, jak Tomas i Raul oddalili się od
drogi, by dołączyć do pozostałych członków zespołu, usłyszeli z
prawej cichy szum. Nim zdołali zidentyfikować jego źródło, z
zarośli przed nimi wypadł robot. Maszyna wycelowała w nich rurę
wystającą z kadłuba i trafiła strumieniem cieczy pod sporym
ciśnieniem. śaden nie zdąŜył nacisnąć spustu. Zalał ich supersmar
polimerowy, który prawie natychmiast stęŜał w cieniutką warstwę
pokrywającą skórę, ekwipunek i ziemię. W pierwszej chwili Raul
pomyślał, Ŝe spryskano ich pianą obezwładniającą, ale szybko
zrozumiał, Ŝe to coś zupełnie innego. Sposobem twardnienia
substancja przypominała nieco suchy lód, ale była tylko nieco
chłodniejsza od powietrza. Wydawało mu się, Ŝe płyn zmienił
raczej jego stan fizyczny niŜ własny, zupełnie jakby kaŜda
pokryta nim powierzchnia stała się gładkim szkłem.
Niespodziewanie okazało się, Ŝe nie moŜe utrzymać broni - im
bardziej próbował, tym bardziej mu się wyślizgiwała. Wytrzeszczył
oczy, zaalarmowany i oszołomiony, widząc, jak karabin wyskakuje
Strona 27
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
mu z rąk i prawie wyrywa wtyczkę, którą zakończony był przewód
łączący celownik z hełmem. Próbował złapać broń, zaciskając
kurczowo palce na kolbie i lufie, ale ponownie wyśliznęła mu się
z rąk i spadła na ziemię, tym razem wyciągając wtyczkę. Schylił
się, by ją podnieść, gdy poczuł, Ŝe podeszwy butów tracą kontakt
z podłoŜem, a nogi uciekają spod niego. Padł cięŜko na plecy,
tracąc oddech. Próbował się poderwać, lecz skończyło się jedynie
na nieporadnym przewrocie na bok. Spróbował ponownie i znów
wylądował na plecach. Trawa wokół była sztywna i śliska, a jego
ubranie nie chciało się zginać, zupełnie jakby wykonano je z
plastiku. Skóra twarzy i rąk natomiast stała się wraŜliwa i zbyt
napięta. Kątem oka dostrzegł Tomasa ślizgającego się na brzuchu
i równie bezradnie jak on machającego rękami. Wyglądał jak ktoś,
kto próbuje pływać na lodzie. Wtedy zaczął krzyczeć, czując, Ŝe
jego umysł poddaje się strachowi i błyskawicznie przekracza
granicę paniki. Krzyczał ile sił w płucach takŜe wtedy, gdy
kilkanaście sekund później mijały go samochody z mobilnym odwodem
wezwanym przez Thibodeau, pędząc po drodze, którą dopiero co
zaminował. Trzy ciemnogranatowe wozy zespołu szybkiego reagowania
wyprzedziły o kilka minut swoje wsparcie powietrzne. Stało się
tak po części dlatego, Ŝe kierowcy stacjonowali bliŜej parkingu
niŜ piloci lądowiska, po części zaś dlatego, Ŝe helikoptery typu
Skyhawk potrzebują więcej czasu na rozgrzanie silników niŜ
opancerzone mercedesy 300 SE. Pędzący samotnie ku bramie kierowcy
trzech wozów zdawali sobie sprawę z problemu. Zespoły złoŜone z
samochodu i helikoptera posiadały zintegrowany termiczny system
śledzenia celów działający dzięki mikrofalowemu sprzęŜeniu obu
maszyn. Kamery umieszczone w podwieszanych gondolach helikopterów
przesyłały obraz do monitorów zainstalowanych w deskach
rozdzielczych samochodów. Bez danych z powietrza załogi aut mogły
szukać napastników wyłącznie za pomocą reflektorów. Nikt teŜ nie
mógł ich ostrzec o ukrytych na drodze minach. W pierwszym wozie
oprócz kierowcy siedziało dwóch męŜczyzn jeden z tyłu, drugi z
przodu. Wszyscy trzej zginęli, nie wiedząc nawet, co ich zabiło.
Prowadzący dostrzegł ciemniejszą plamę mniej więcej trzy jardy
przed maską i sądząc, Ŝe to wybój lub dziura, próbował ją ominąć,
ale jechał zbyt szybko. Mina eksplodowała trącona lewą oponą i
cały mercedes uniósł się w powietrze, zadzierając wysoko maskę.
Wóz zaprojektowano tak, by wytrzymał ogień broni ręcznej i
uderzenia odłamków, ale nie był czołgiem. Wybuch rozsadził
podwozie, zabijając natychmiast wszystkich pasaŜerów. Chwilę
później wrak opadł na bok i przejechał kilka jardów na prawych
kołach, po czym przewrócił się na dach i eksplodował, a płomienie
wystrzeliły przez rozbite szyby pancerne. Kierowca drugiego wozu
gwałtownie nacisnął pedał hamulca, skręcił ostro i ominął płonący
wrak. Przejechał na tyle blisko, by dostrzec w tylnym oknie
pozostałości spalonej, pokrytej pęcherzami twarzy. W następnej
sekundzie przednie koło jego samochodu zdetonowało drugą minę i
ostatnią rzeczą, jaką usłyszał w rozrywającym się wozie, był
własny przeraŜony krzyk. Kierowcy trzeciego pojazdu udało się to,
co nie powiodło się jego poprzednikom. Na maskę i dach padał
deszcz szczątków i fragmentów zniszczonej nawierzchni, gdy ostro
szarpnął kierownicą w lewo i zjechał z drogi, wyrywając kołami
grudy ziemi i kępy trawy. Wykorzystał bezcenne sekundy na
reakcję, zrobił jedyną rzecz dającą szansę ocalenia i przejechał
obok zasadzki, unikając śmierci. Po czym zahamował z piskiem
opon. W ciemnościach zalegających za drogą dwaj pozostali
członkowie zespołu Orange czekali w milczeniu na minerów.
Wysunęli się nieco przed swoich towarzyszy, dzięki czemu zdołali
wyprzedzić robota strzegącego północnego sektora i nie znaleźli
się w zasięgu jego czujników. LeŜeli jeszcze kilkanaście sekund,
obserwując przez noktowizory płonące wraki i oszołomioną załogę
ostatniego wozu, gdy na zachodzie rozległa się kolejna eksplozja,
a w niebo buchnął słup ognia. Zespół Blue wykonał swoje zadanie,
więc wycofali się w mrok. Ich pułapka zaczęła juŜ działać, ale
nie skończyli jeszcze zadania. Finałowa część operacji miała się
dopiero zacząć.
Strona 28
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Kuhl przyglądał się blaskowi towarzyszącemu eksplozji,
wyobraŜając sobie zamieszanie, jakie wprowadził w siłach
przeciwnika. Tę misję zaplanował szczególnie starannie, zwaŜając
na wszystkie detale, i teraz ta staranność przynosiła efekty. Gdy
ucichł huk wybuchu, do jego uszu dotarł metaliczny jęk podobny
do odgłosu nieludzkiej agonii i zobaczył, jak poskręcany fragment
ogrodzenia wystrzelił w górę, oderwał się od reszty, a następnie
zwalił w dół w deszczu iskier, ziemi i szczątków. Nadszedł czas.
Dał znak kierowcy, ten skinął głową i błysnął światłami
pozycyjnymi. Kierowca następnego jeepa zrobił to samo, podobnie
jak kierowca kolejnego i tak sygnał dotarł szybko do końca
konwoju. Silniki oŜyły i kolumna ruszyła ku płomieniom oraz hukom
eksplozji przez świeŜo otwartą drogę w ogrodzeniu zakładów.
Thibodeau prawie wepchnął słuchawki w drŜące dłonie operatora.
Podobnie jak Delure był blady, ale znacznie bardziej opanowany.
Eksplozje były słyszalne nawet tu, trzy piętra pod ziemią, choć
stłumione i głuche, ale dopiero gdy dotarła do nich wiadomość o
wynikach zasadzki, zrozumieli, co naprawdę oznaczały. Teraz w
sali panowała cisza i Rollie zauwaŜył, Ŝe zaczyna się trząść.
Opanował ten odruch z duŜym trudem i rozejrzał się. Nie było
wątpliwości - jak dotąd dowodzący atakiem był szybszy i
sprytniejszy od niego. Przewidział kaŜdy ruch i wymanewrował go,
cały czas wyprzedzając o krok. Tak dłuŜej nie mogło być albo
straci wszystkich podwładnych i obiekt, który miał chronić.
Zgrzytnął zębami i przespacerował się, zaciskając pięści i
próbując opanować wściekłość. Wyglądało na to, Ŝe ktoś tu był
zdrajcą, ale na to chwilowo nie był w stanie nic poradzić.
NaleŜało szybko zapanować nad chaosem, jaki nastąpił na górze,
a najskuteczniejszym sposobem było podsumowanie faktów i
wyciągnięcie stosownych wniosków. Sytuacja nie była miła.
Zachodnia brama została prawdopodobnie zniszczona wraz z
wartownią, najkrótsza droga do niej zablokowana płonącymi wrakami
samochodów, a pozostałość grupy szybkiego reagowania nie nadawała
się do samodzielnej akcji. Jeden z jeŜy przestał istnieć,
natomiast grupa doskonale przygotowanych i uzbrojonych zawodowców
wdarła się na teren zakładów i operowała na nim swobodnie juŜ
udowodnili, Ŝe potrafią zabijać i prowadzić działania dywersyjne.
Nie wiedział jeszcze, ilu ich jest ani jaki jest ich główny cel,
ale na pewno chodziło im o coś więcej niŜ o zdziesiątkowanie
ochrony w serii niespodziewanych ataków. To, co ich interesowało,
musiało się znajdować w centrum zakładów - w halach
produkcyjnych, w magazynie, a moŜe nawet w kwaterach naukowców,
jako Ŝe przebywało tu sporo bardzo waŜnych członków
międzynarodowego zespołu naukowego projektującego stację
kosmiczną. Rejony te były naturalnie strzeŜone, ale nie wiedział,
czy dysponował wystarczającymi siłami, by obronić je przed
skoncentrowanym atakiem. - Ilu ludzi chroni budynki? - spytał,
przestając spacerować. - Około dwudziestu, szefie - odparł
Delure. - Czyli pełne zmiany dzienna i nocna?
- Zgadza się. Oprócz załóg samochodów i helikopterów. No i tych,
którzy mają wolne i są poza terenem. Thibodeau skinął głową.
Część członków Miecza oraz innych pracowników wolała długie
codzienne dojazdy z Cuiaba niŜ Ŝycie w izolacji na terenie
zakładów. Nie dotyczyło to naturalnie naukowców i kierownictwa.
Nagle zdał sobie sprawę, Ŝe sam ma dość zamknięcia - zdecydował
się sprawdzić sytuację osobiście, choć wiedział, Ŝe nie jest to
najrozsądniejsze wyjście. Podszedł do stalowej szafki przy
ścianie i wyciągnął z niej kuloodporną kamizelkę typu
Zylon.Trzymajcie fort - polecił, nakładając ją. - Ja się rozejrzę
na górze.
Jeepy zatrzymały się jakieś dziesięć metrów za wyrwą w
ogrodzeniu. Dokoła na trawie płonęły szczątki, oświetlając twarze
załóg migotliwym blaskiem. Zgodnie z planem czekali tu na nich
zdolni do ruchu członkowie zespołów Orange i Blue. Załadowali się
do samochodów i kolumna ruszyła dalej. Manuel wsiadł do wozu
Kuhla samodzielnie, co nie znaczyło, Ŝe z łatwością. Ledwie zajął
Strona 29
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
miejsce na tylnym siedzeniu obok Antonia, dostrzegł krew
spływającą po palcach i kapiącą na fotel.Dobrze się spisałeś -
pochwalił go Kuhl, nie odwracając się. Manuel opadł na oparcie,
oddychając z trudem. Czuł, jakby w ramię wbijały mu się przy
kaŜdym ruchu tysiące rozgrzanych do białości igieł.Marco zginął -
stwierdził zmęczonym głosem. - Dwóch ludzi z zespołu Orange
musiałem zostawić.
Kuhl był niewzruszony.
Strat naleŜało się spodziewać - powiedział beznamiętnie. Po
czym uniósł rękę i jeep ruszył. W ślad za nim zrobiły to
pozostałe, utrzymując zwarty szyk.
Pierwszą myślą Eda Grahama, gdy dostrzegł jeepy z kabiny swego
helikoptera, było wspomnienie wielu lat, które spędził jako pilot
Departamentu Policji w Los Angeles. Potem przyszła druga myśl -
jak szybko zmieniają się czasy. Jeszcze nie tak dawno z Los
Angeles kojarzył mu się napis HOLLYWOOD i Teatr Chiński, a nie
widok dwudziestu uzbrojonych w automaty facetów w kilku
terenówkach. Dopiero trzecia myśl była sensowna: jeśli nie
przestanie wspominać i nie zacznie działać, znajdzie się w
powaŜnych kłopotach. Takich jakie widział właśnie w dole. Jezu,
ale gówniana sytuacja! - ocenił drugi pilot, przekrzykując warkot
silnika. - Lepiej wezwijmy pomoc i oświetlmy naszych gości. Ed
skinął głową. Mitch Winter był najlepszym drugim pilotem, z jakim
latał: myśleli i działali podobnie, co ułatwiało współpracę.
Zmniejszył pułap, słuchając, jak Mitch przekazuje informacje
pozostałym pilotom i centrali. Sto stóp pod nimi jeepy zatrzymały
się, a ich kierowcy i pasaŜerowie zadarli głowy i przyglądali się
skyhawkowi. Ed spojrzał przez okno, szybko wyrównał lot i włączył
szperacz pokładowy Starburst SX-5. W tym samym czasie Mitch
przełączył nadawanie na głośniki. Promień światła o mocy
piętnastu milionów świec omiótł, a następnie przyszpilił męŜczyzn
w wozach, zmieniając noc w środek słonecznego dnia. Ed spojrzał
na drugiego pilota. - Jak widać, są twoi - skomentował.
Mitch skinął głową i uniósł mikrofon.
- Pozostańcie na miejscach i...
...rzućcie broń!
Kuhl osłonił dłonią oczy i spojrzał w tył na kolumnę skąpaną w
blasku reflektora. śądanie, które zagrzmiało z głośników
helikoptera, było wyraźne. Zamierzał odpowiedzieć na nie w ten
sam sposób. - Otworzyć ogień! - krzyknął. - Ahoral Czterej
członkowie zespołu Yellow dotarli na odległość kilku jardów od
budynku, przeskakując niczym zjawy z jednego ukrycia do drugiego.
Rozpoznanie potwierdziło wcześniejsze przypuszczenia, Ŝe główny
cel jest zbyt silnie strzeŜony, by atak się powiódł, ale byli na
to przygotowani, a ochrona kolejnego celu z listy była
nieporównywalnie słabsza. Gdy przystanęli za warsztatem, by
sprawdzić broń, od zachodniej bramy dotarł do nich terkot broni
automatycznej. Po chwili zagłuszyły go silniki samochodów i
helikopterów koncentrujących się w tamtym rejonie. Zupełnie jakby
był to umówiony znak, ruszyli ku swemu celowi.
Słysząc kule grzechoczące o kadłub, Graham zwiększył prędkość i
pchnął drąŜek, by jak najprędzej nabrać wysokości. Borowy pancerz
kabiny dosłownie ocalił mu tyłek, ale nie zamierzał bardziej
ryzykować, niŜ musiał, zwłaszcza Ŝe nie mógł odpowiedzieć ogniem.
To ograniczenie zawdzięczał uporowi władz brazylijskich, które
nie zgadzały się, by jakiekolwiek samoloty czy helikoptery Miecza
posiadały uzbrojenie pozwalające na przeprowadzenie ataku. Był
cholernie wdzięczny temu, kto za to odpowiadał, podobnie jak
reszta pilotów. Nim wznoszący się gwałtownie skyhawk wykonał
zwrot, Graham przyjrzał się dokładnie broni, której uŜywali
napastnicy. Ani karabiny, ani połączone z nimi przewodami hełmy
nie przypominały niczego, z czym się dotąd zetknął. - Pokręcę się
tu, dopóki nie sfilmujesz tych lunatyków, Mitch zdecydował,
wskazując głową ekran umieszczony na konsoli. Nie chcę, Ŝeby
naszych zaskoczyło ich uzbrojenie. Mitch bez słowa sięgnął do
przełączników wideo, a tymczasem Graham dokończył ciasną ósemkę
Strona 30
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
i skierował przód helikoptera ku konwojowi, tak by umocowana pod
nim kamera miała jak najlepsze pole widzenia. Nagle część
strzelców wyskoczyła z samochodów i rozbiegła się po terenie w
poszukiwaniu osłony. Nie było o nią trudno, gdyŜ do budowy nowych
budynków zgromadzono tu dźwigi, buldoŜery, koparki, ubijaki i
inne cięŜkie urządzenia. Maszyny były duŜe i nieruchome, a juŜ
same ich rozmiary pozwalały doskonale się ukryć. Graham krąŜył
wokół konwoju, nieustannie zmieniając kurs i wysokość. Za
maszynami budowlanymi widać było pajęczynę dróg biegnących ku
centralnej części zakładów, a gdy spojrzał na północ, dostrzegł
wraki dwóch samochodów płonące na głównej drodze prowadzącej na
parking. W ich pobliŜu stała karetka i inne wozy. Kilku
straŜników przeczesywało drogę z wykrywaczami min, pozostali
próbowali ugasić wraki, choć wątpił, by mogli kogoś uratować. A
potem zauwaŜył to, co wywołało rozśrodkowanie napastników: z
prawej i z lewej pomocniczymi drogami zbliŜały się, błyskając
kogutami dwa oddziały szybkiego reagowania po trzy samochody
kaŜdy. Obie grupy osłaniał helikopter. Były naprawdę blisko - w
ciągu kilkunastu sekund znajdą się przy konwoju.Wysyłamy juŜ
obraz? - spytał, spoglądając na Mitcha. Ten skinął głową i
wskazał na monitor wbudowany w tablicę przyrządów. Widać było na
nim zrobione w podczerwieni dokładne ujęcie jeepa i jego
pasaŜerów.Piękny obrazek - przyznał Graham. - Teraz pozostaje
tylko mieć nadzieję, Ŝe chłopaki na dole zobaczą go równie
wyraźnie jak my. Obraz na monitorach zbliŜających się
helikopterów i samochodów był równie czysty i wyraźny jak na
ekranie, na którym oglądali go Graham i Mitch. Informacje
uzyskane dzięki przekazowi z ich maszyny były wręcz nieocenione -
nadjeŜdŜające odwody straŜy znały dokładną liczbę przeciwników,
zajmowane przez nich pozycje i posiadane uzbrojenie. To ostatnie
zwłaszcza godne było uwagi. Przybywające posiłki takŜe nie były
standardowo uzbrojone, choć na pierwszy rzut oka członkowie
Miecza mieli zwyczajne karabiny szturmowe M16 kaliber 5,56 mm.
W praktyce, dzięki systemowi zmiennej prędkości wylotowej zwanemu
w skrócie WRS, broń ta mogła strzelać zarówno amunicją
obezwładniającą, jak i ostrą. Pozwalała na to obrotowa osłona
odkrywająca lub zakrywająca otworki w lufie. śołnierz regulował
w ten sposób prędkość gazów wylotowych, a tym samym prędkość
początkową pocisku. Przy małej prędkości na pociskach pozostawała
plastikowa koszulka amortyzująca siłę, z jaką uderzały w cel -
wówczas trafienie było jedynie bolesne i ogłuszało. Przy duŜej
plastik rozrywał się i w cel trafiały wyłącznie metalowe rdzenie
- ze śmiertelnym zwykle skutkiem. Dan Carlysle, dowódca oddziału
szybkiego reagowania, nie miał cienia wątpliwości, jakiej
amunicji powinni uŜyć. Napastnicy juŜ zabili sporo jego
współpracowników, więc naleŜało im odpłacić pięknym za nadobne.
Problem polegał na tym, Ŝe musiał otrzymać autoryzację na uŜycie
ostrej amunicji. Pewne sfery polityczne w Brazylii były
zaniepokojone obecnością tak licznych sił bezpieczeństwa
podległych UpLinkowi, a mała wojna, do której właśnie doszło, z
pewnością ich nie uspokoi. Carlysle gotów był podjąć właściwą
decyzję, ale wolał nie stać się powodem dyplomatycznej burzy,
jaką by ona wywołała. Dlatego zbliŜając się do stojącej kolumny,
sięgnął po mikrofon wiszący na desce rozdzielczej i wywołał
Thibodeau. - Rób, co uznasz za stosowne, Dan. Słyszysz?
Pretensjami tutejszych władz zajmiemy się później. Tak jest,
szefie. Thibodeau przyczepił z powrotem radiotelefon do paska,
zapalił papierosa i zaciągnął się dymem. Z oddali, od zachodniej
bramy, słychać było wymianę ognia, pisk opon i głośniejsze serie
zakończone wybuchami. Czyste szaleństwo. W najdzikszych snach nie
wyobraŜał sobie, Ŝe po opuszczeniu wojska weźmie udział w takiej
strzelaninie. Nie odpowiadało mu co prawda dowodzenie na
odległość - wolał uczestniczyć w akcji, a nie wysyłać na nią
podkomendnych - ale tej nocy cała odpowiedzialność za prowadzenie
obrony zakładów spoczywała na jego barkach. Mimo to wciąŜ
Ŝałował, Ŝe musi słuchać tych piekielnych odgłosów. Stał z
papierosem w pobliŜu pięciu niewysokich betonowych budynków, w
których mieszkali naukowcy i personel kierowniczy z rodzinami.
Strona 31
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Na kaŜdym z trzech pięter znajdowało się od ośmiu do dziesięciu
apartamentów, a łącznie Ŝyło tu dwieście trzydzieści siedem osób.
Większość dostępnych sił skoncentrował właśnie tutaj na wypadek
próby porwania czy wzięcia zakładników. KradzieŜ wartych setki
milionów dolarów elementów stacji lub kopii ich projektów mogła
być równie waŜną przyczyną napadu, ale straty wśród naukowców
byłyby znacznie trudniejsze do odtworzenia. Zrobił co mógł, by
chronić takŜe kompleks produkcyjno-magazynowy, ale
zagwarantowanie bezpieczeństwa cywilom było dla niego
najwaŜniejsze. Zastanowił się, powoli wypuszczając dym przez nos.
Największym problemem było to, Ŝe miał zbyt mało ludzi i musiał
zgadywać, gdzie mogą być najbardziej potrzebni. By optymalnie
wykorzystać dostępne siły, zarządził, aby wszyscy cywilni
pracownicy pozostali w mieszkaniach, a ponad dwie trzecie sił
skupił wokół i w środku kompleksu mieszkalnego, tworząc szczelny
pierścień obronny. Był pewny, Ŝe przerzuceni tu straŜnicy odeprą
kaŜdy atak. Odbyło się to jednak kosztem zmniejszenia liczebności
ochrony części produkcyjno-magazynowej, co bardzo go niepokoiło.
Kontyngent pozostawiony przy właściwych zakładach był zbyt
skromny i patrolował zbyt duŜy obszar, co z łatwością mogli
wykorzystać zdeterminowani, działający z zaskoczenia napastnicy.
Tym bardziej Ŝe nie wiedział, ilu ich jest i co zamierzają, za
to oni wiedzieli aŜ za duŜo tak o siłach obrony, jak i o terenie
oraz lokalizacji budynków. Od samego początku narzucili ogromne
tempo, a on potykał się co chwilę, usiłując za nimi nadąŜyć. Co
gorsza, coraz bardziej podejrzewał, Ŝe prowadzili go dokładnie
tam, gdzie chcieli, czyli w bagno. A to mogło oznaczać, Ŝe od
początku nie chodziło im o ludzi, lecz o coś znajdującego się w
kompleksie produkcyjno-magazynowym. Rzucił niedopałek na ziemię,
przydepnął go i klnąc w duchu, pospieszył ku najsłabiej bronionej
części zakładów.
Ukryty za jeepem Antonio oparł o maskę lufę karabinu
snajperskiego i starannie wycelował w najbliŜszy samochód.
Zdecydował się na strzał w oponę, która stanowiła pewniejszy cel
niŜ skulony za kierownicą i częściowo osłonięty przez deskę
rozdzielczą kierowca. Nacisnął spust. Barrett kopnął go w ramię,
a chwilę później rozległ się huk eksplodującej opony. Przód
samochodu opadł, uniósł się i ponownie opadł, ale choć wóz
zwolnił trochę, ku szczeremu zaskoczeniu snajpera wpadł jedynie
w lekki poślizg. Trzymał się środka drogi i wciąŜ zbliŜał ku
kolumnie jeepów.
Carlysle skierował się ku pierwszemu ze stojących jeepów, gdy nad
jego maską dostrzegł błysk. W następnym momencie samochodem i nim
targnęło mocno, gdy kula zmieniła w strzępy prawą przednią oponę.
Zacisnął dłonie na kierownicy i opanował odruch, by gwałtownie
zatrzymać mercedesa. Zamiast tego kilkakrotnie nacisnął
delikatnie hamulec i skontrował kierownicą, gdyŜ wóz usiłował
odbić w prawo i podskoczył gwałtownie kilka razy. W końcu udało
mu się nad nim zapanować. Chwilę później poczuł, Ŝe umieszczona
w oponie obręcz odzyskała kontakt z nawierzchnią. Płaską
zewnętrzną powierzchnię obręczy pokrywał łagodzący wstrząsy
elastomer, który stabilizował samochód, pozwalał uniknąć
zniszczenia felg i umoŜliwiał dalszą jazdę z niewiele mniejszą
prędkością. przeniesiony ostatnio z naziemnej stacji łączności
satelitarnej w Malezji - odpowiedział ogniem, celując w błyski
wystrzałów od strony dźwigu samobieŜnego. Po kilku krótkich
seriach przerwał ogień i przytulił się do opancerzonego nadwozia,
gdyŜ napastnicy wzmogli ostrzał. Skulony obok niego Carlysle
wystawił za drzwi lufę zmodyfikowanego M16 i posłał długą serię,
zastanawiając się, dlaczego to brazylijskie pustkowie zamieniło
się nagle w Dodge City. Spojrzał na Newella, przekonał się, Ŝe
jest cały, i uniesieniem kciuka dał mu znać, Ŝe równieŜ nie
został ranny. Wtem w zalegających ciemnościach coś błysnęło, a
potem nadleciało z gwizdem. Sekundę później w mercedesa trafił
z prawej jakiś pocisk duŜego kalibru i eksplodował w jasnym
rozbłysku, masakrując bok samochodu z taką łatwością, jakby
Strona 32
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wykonano go z tektury. Carlysle zaklął; wciąŜ jeszcze słyszał
dzwonienie w uszach. Sytuacja musiała ulec zmianie, i to
błyskawicznie, bo jego ludzie, unieruchomieni za samochodami,
stanowili dla kieszonkowej artylerii przeciwnika równie łatwy cel
jak kaczki na strzelnicy. Na dodatek tamci wcale nie musieli
opuszczać ukrycia, by prowadzić ostrzał. Nie wypuszczając z
prawej dłoni chwytu karabinu, zdjął z mocowania na desce
rozdzielczej mikrofon, wcisnął przycisk nadawania i spojrzał na
ekran monitora. Doskonały sprzęt noktowizyjny napastników był
groźny, ale on i jego ludzie mieli coś lepszego. Coś, co
właściwie wykorzystane, powinno szybko zapewnić im przewagę.
Mieli shykawki. Kiedy napastnicy otworzyli ogień, załogi wozów
szybkiego reagowania zachowały się zgodnie z wielokrotnie
przećwiczonymi procedurami. Samochody dowodzone przez Carlysle'a
skręciły ostro w lewo i zatrzymały się na ukos na poboczu z
kołami zwróconymi na zewnątrz. Druga grupa, nadjeŜdŜająca inną
drogą, skręciła tymczasem w prawo i stanęła z kołami obróconymi
pod równie ekstremalnym kątem. Członkowie obu zespołów wyskoczyli
na zewnątrz, wykorzystując drzwi i koła jako osłony. Dan zdąŜył
przykucnąć za drzwiami, gdy o karoserię z kilku stron naraz
załomotały kule. Ron Newell jego pomocnik, Po wysłuchaniu
Carlysle'a na kanale ziemia-powietrze Winter przełączył się na
interkom i poinformował Grahama: - Musimy zmniejszyć pułap i
wystawić tych kutasów, Ŝeby nasi na dole widzieli dokładnie, skąd
do nich strzelają. - Jeśli zejdziemy jeszcze niŜej, trudno będzie
uniknąć ostrzału - odparł Graham. Mina Wintera dowodziła, Ŝe
zdaje sobie z tego sprawę.
Dobra - zgodził się z rezygnacją Graham. - Zrobimy tak...
Plan Eda Grahama zakładał, Ŝe jego maszyna i jeden z pozostałych
helikopterów zmniejszą wysokość, a następnie, zataczając ciasne
kręgi nad napastnikami, zrobią zbliŜenia zajmowanych przez nich
pozycji, podczas gdy trzeci skyhawk zostanie na dotychczasowym
pułapie i zapewni całościowe ujęcie pola walki. Monitory w
samochodach grupy szybkiego reagowania miały opcję obrazu w
obrazie, dzięki której moŜna było oglądać jednocześnie widok z
trzech kamer. Piloci wiedzieli, Ŝe plan był ryzykowny. Ledwie dwa
skyhawki zeszły niŜej, ostrzelano je z broni maszynowej, i to
wyjątkowo celnie. Graham spiął się w sobie i ignorując pociski
rykoszetujące od kadłuba, wleciał między dwa masywne spychacze,
za którymi ukryła się grupa napastników. Wyrównał lot i zawisł
nieruchomo. Po prawej dostrzegł drugą maszynę, która schodziła
niŜej i znajdowała się pod równie cięŜkim ostrzałem. Nigdy nie
był specjalnie religijny, ale teraz stwierdził ze zdziwieniem,
Ŝe modli się cicho i klnie na przemian. Czując, jak coraz
bardziej pocą mu się dłonie zaciśnięte na drąŜku, wytrzymał
nieruchomo jeszcze kilka sekund, by przesłać obraz załogom wozów,
po czym z ulgą zwiększył obroty i wysokość, kierując się ku innej
grupie napastników. Miał nadzieję, Ŝe sfilmował to, czego
potrzebowali koledzy na ziemi.
StraŜnik leŜał na brzuchu z głową zwróconą w bok i policzkiem
opartym o ziemię. Gdy Rollie go odwrócił, dostrzegł na piersi
naszywkę z nazwiskiem Bryce. Został zasztyletowany od tyłu -
ostrze wbito pod łopatkę i skierowano ku górze, w stronę serca
i płuc. W kąciku ust pojawiło się jedynie kilka bąbelków krwawej
śliny, które błyszczały teraz w świetle latarki. Thibodeau
klęknął i na wszelki wypadek sprawdził puls na przegubie oraz
szyi leŜącego - nic nie wyczuł. Podobnie jak dwaj straŜnicy,
których znalazł wcześniej w pobliŜu budynku, ten takŜe był
martwy. Jedyna róŜnica polegała na tym, Ŝe tamtych zastrzelono.
Być moŜe właśnie odgłos strzałów zwrócił uwagę Bryce'a - nawet
tłumik nie wyciszał zupełnie broni palnej. Pozycja, w jakiej
leŜało ciało, sugerowała, Ŝe straŜnik wyszedł zza naroŜnika, a
wtedy zabójca wstał i pchnął go noŜem w plecy. Thibodeau
skierował promień latarki na rampę załadunkową magazynu. Bez
zaskoczenia stwierdził, Ŝe drzwi są do połowy uniesione.
Zabezpieczenie zakładów kosztowało majątek, juŜ same roboty warte
były kilkaset tysięcy dolarów, lecz cały system zaprojektowano
Strona 33
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
jedynie do wykrywania intruzów złodziei czy szpiegów
przemysłowych - nie do zwalczania inwazji. Choć w tej części
kompleksu magazynowego przechowywano róŜne części zapasowe modułu
laboratoryjnego stacji, nie była ona w przeciwieństwie do innych
magazynów czy kompleksu badawczego - obszarem objętym szczególną
ochroną. Wystarczały tu zwykłe przepustki. Pracownik machał nią
straŜnikowi przed nosem i bez trudu wchodził do środka. Teraz się
to mściło. Wstał, podszedł do częściowo otwartych drzwi, odczepił
od pasa radiotelefon i wezwał posiłki, ale wiedział, Ŝe te zjawią
się najwcześniej za pięć minut, a prawdopodobnie dopiero za
dziesięć. Jeśli będzie tu bezczynnie czekał, napastnicy będą
bezkarnie buszować w środku. Zawahał się i czując przykry smak
w ustach, spojrzał ponownie na zabitego. Bryce miał gładką,
dokładnie ogoloną twarz, włosy koloru pszenicy i moŜe dwadzieścia
pięć lat. Nowy dzieciak, którego nie zdąŜył zbyt dobrze poznać.
Teraz juŜ nie będzie miał okazji. Stał przed wejściem do magazynu
i patrzył na ciało. Bąbelki krwistej piany wskazywały na głęboką
ranę płuc, a młodzieńcza, wciąŜ wykrzywiona w agonii twarz
oznaczała, Ŝe zabójca lubił uśmiercać powoli, choć bezgłośnie.
Zabójca był okrutny i bezlitosny. Thibodeau przestał się
zastanawiać, oświetlił wnętrze magazynu i pochylając się, wszedł
do środka.
- Dziesięciu albo dwunastu jest za tym półgąsienicowym dźwigiem
po lewej, pół tuzina kryje się za buldoŜerami, a paru... -
Carlysle przerwał, puszczając przycisk nadawania w mikrofonie,
gdy po masce i błotniku załomotała wyjątkowo długa seria. Jak
dotąd jego plan działał i wsparcie powietrzne kolejno wyszukiwało
pozycje przeciwnika. Piloci helikopterów, wystawiając się na
bezpośredni ostrzał, ryzykowali Ŝyciem, więc gdyby nie robił co
w jego mocy, by uniknąć niechcianych dziur w skórze, wychwalałby
ich pod niebiosa.
Być moŜe będzie jeszcze miał szansę, by wyrazić swą wdzięczność.
Korzystając z przerwy w ostrzale, uniósł mikrofon i dokończył: -
...paru rozproszyło się za tą hałdą po lewej. Pozostali wciąŜ
tkwią między jeepami. Moja druŜyna ma najbliŜej do dźwigu i
myślę, Ŝe zdołamy ich szybko oskrzydlić. DruŜyny Druga i Trzecia
niech zajmą się buldoŜerami, trzymając się prawej strony drogi...
Niespełna trzydzieści sekund później skończył wydawać rozkazy i
wyprowadził swoich ludzi spod osłony samochodów ku wyznaczonemu
celowi.
Thibodeau przemierzał szybko pogrąŜony w mroku korytarz z bronią
gotową do strzału, rozglądając się przy tym uwaŜnie. Starał się
robić to cicho i szybko - wracały wyuczone odruchy, zwiększając
wydzielanie adrenaliny i wyostrzając zmysły, ale jednocześnie
dawał o sobie znać brak treningu. Prośbę o wsparcie nadał na
szerokim paśmie, by usłyszały go zarówno patrole naziemne, jak
i zespół Cody'ego w centrum kontroli, ale ruszył, nie czekając
na potwierdzenie. Stwierdził, Ŝe szkoda tracić czas: znał swoich
ludzi i wiedział, Ŝe jeśli będą mogli, przybędą. Skręcił za róg,
potem za następny i jeszcze jeden i zatrzymał się gwałtownie przy
rozwidleniu. Jak dotąd nie natknął się na Ŝaden ślad napastników,
ale korytarz, którym podąŜał, był jedynym prowadzącym od wejścia,
więc musieli tędy przechodzić. Pytanie tylko, gdzie poszli dalej
- odnoga w prawo prowadziła do głównego magazynu, odnoga w lewo
do windy towarowej, a dalej, o ile pamiętał, do metalowej kładki
z poręczami przecinającej magazyn w połowie jego wysokości. W
pierwszej chwili sądził, Ŝe równie dobrze mogli pójść w lewo jak
w prawo, ale po namyśle zmienił zdanie - nie znaleźli się tu
przypadkiem, od początku wiedzieli, jak dotrzeć do kompleksu, i
mieli jasno sprecyzowany cel. A skoro znali plany budynku,
nasuwało się przypuszczenie, Ŝe poszli prosto do głównego
magazynu, gdzie przechowywano elementy stacji kosmicznej. Czyli
skręcili w prawo. Nie wiedział, z iloma przeciwnikami ma do
czynienia, więc jedynym jego atutem było zaskoczenie... ale jak
w kaŜdej bitwie przewaga wysokości była takŜe powaŜną przewagą
taktyczną. Stał jeszcze przez chwilę w ciasnym korytarzu, nim się
Strona 34
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
ostatecznie zdecydował i ruszył ku windzie.
Carlysle z depczącymi mu po piętach podkomendnymi dotarł z lewej
na jakieś trzy jardy od dźwigu, gdy znieruchomiał, podniósł rękę
i nakazał gestem, by ukryli się za pryzmą świeŜo wykopanej ziemi
i kamieni. Przed rozpoczęciem ataku chciał jeszcze raz sprawdzić
pozycje napastników. Szperacze helikopterów oświetlały pół tuzina
postaci ukrytych za metalowym fartuchem uŜywanym jako przeciwwaga
dla teleskopowego ramienia. Przypominał on półkolistą ścianę i
dawał doskonałą osłonę przed ostrzałem, ale jednocześnie
ograniczał pole widzenia, utrudniając śledzenie ruchów
przeciwnika. Nawet elektroniczne celowniki były bezuŜyteczne,
jeśli napastnicy nie trzymali broni ponad krawędzią fartucha: gdy
tylko któryś opuszczał karabin, natychmiast "ślepł", podczas gdy
członkowie zespołu szybkiego reagowania pozostawali w ciągłym
kontakcie radiowym ze skyhawkami śledzącymi bez przerwy
poczynania intruzów. To właśnie wykorzystał Carlysle. Poprowadził
swój oddział krótkimi skokami przez otwartą przestrzeń, podczas
gdy przeciwnicy kryli się za fartuchem, i dotarł na pozycję
wyjściową do właściwego ataku. By go przeprowadzić, musieli się
jednak wystawić na ostrzał. Dał znak i pobiegli skuleni dokoła
dźwigu, starając się nadal zachować ciszę i nie zwracać na siebie
uwagi. Gdy napastnicy zorientowali się, Ŝe zostali zaatakowani,
straŜnicy w zasadzie siedzieli im juŜ na karkach. Krótkie
oszczędne serie powaliły dwóch, nim pozostała czwórka
odpowiedziała ogniem. Kątem oka Dan spostrzegł padającego z
prawej rannego w nogę Newella. Z półobrotu posłał strzelcowi
serię i rozciągnął go na ziemi. Kolejny napastnik wycelował w
Dana, lecz nim zdąŜył nacisnąć spust, upadł trafiony serią przez
innego straŜnika. Jęcząc i trzymając się oburącz za zakrwawiony
brzuch, męŜczyzna zwinął się w kłębek. Pozostali dwaj próbowali
uciec, więc Carlysle posłał im pod nogi krótką serię. W końcu
naleŜałoby się dowiedzieć, kto na nich napadł i po co.Stać! -
krzyknął po hiszpańsku; bez względu na to, skąd byli, powinni
znać ten język, jako Ŝe była to lingua franca kontynentu. W tym
teŜ języku polecono straŜnikom zwracać się do wszystkich obcych.
- Rzucić broń i na ziemię! Obaj! MęŜczyźni zatrzymali się, ale
nie padli i nie odrzucili karabinów. Dan wypuścił kolejną serię
i obserwował, jak kule rwą ziemię za ich nogami.Rzucić broń i
kłaść się na pysk! Natychmiast! - ryknął. Tym razem wykonali
rozkaz bez wahania i znieruchomieli na ziemi z dłońmi splecionymi
na hełmach. Dan i jego podkomendni odkopali ich broń i skuli im
ręce na plecach plastikowymi kajdankami. Carlysle podbiegł do
Newella i przyklęknął, by obejrzeć jego ranę.LeŜ spokojnie. Nic
ci nie będzie - ocenił, kończąc zakładać opatrunek. Ranny
spojrzał na niego i z ulgą skinął głową. A Dan odetchnął. Miał
dziwne wraŜenie, jakby był to pierwszy uczciwy oddech od naprawdę
długiej chwili.
pomieszczenia, w którym Heitor, wyznaczony na dowódcę oddziału,
zamierzał podłoŜyć ładunki. W kaŜdej z dwóch czarnych toreb
znajdowało się piętnaście funtów TNT - ilość materiału
wybuchowego wystarczająca, by wysadzić stalowe wsporniki, na
których stały platformy robocze z komponentami stacji kosmicznej,
a przypuszczalnie równieŜ ściany magazynu. Heitor, najlepszy
sabotaŜysta w oddziale Kuhla, był zaskoczony tym, jak szybko i
prawie bez oporu wykonywali zadanie. Podejrzewał, Ŝe nawet Kuhl
nie oczekiwał, iŜ równie łatwo dotrą tak głęboko. Teraz, nie
tracąc czasu, podbiegł do jednej z platform i umieścił torbę z
ładunkiem kumulacyjnym przy grubym dźwigarze. Oba zegary
detonatorów, które przygotował, nastawione były na
dziesięciominutowe opóźnienie, co powinno dać im wystarczająco
duŜo czasu na wycofanie. Pozostali członkowie zespołu
ubezpieczali go z bronią gotową do strzału, blokując centralne
przejście. Mrok panujący w hali rozpraszało jedynie kilka lamp
fluorescencyjnych, których rutynowo nie wygaszano po zakończeniu
prac. Najemnik usunął zawleczkę blokującą zegar i pospieszył do
drugiej platformy, by podłoŜyć kolejny ładunek. Gdy odbezpieczył
Strona 35
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
drugi detonator, z windy nad nim wysiadł Thibodeau. StraŜnik
bezszelestnie wszedł na jedną z kładek i zamarł, gdy zobaczył co
się działo na dole. W ogromnym magazynie stały na podwyŜszeniach
trzy spore platformy robocze połączone systemem powietrznych
kładek, dźwigów suwnicowych i innych urządzeń uŜywanych przy
przeładunku cięŜkich i duŜych obiektów. Z dwóch stron wychodziły
na halę rzędy okien umieszczonego piętro wyŜej kompleksu biurowo-
administracyjnego. Labirynt korytarzy, wind, sal i schodów łączył
magazyn z pozostałymi, a takŜe z kompleksem produkcyjnym i innymi
budynkami zakładów zajmujących się konstrukcją i budową stacji
kosmicznej. Po wyeliminowaniu straŜników pilnujących magazynu,
co nie nastręczyło Ŝadnych trudności, zespół Yellow otworzył
wrota rampy załadunkowej, pokonał szybko znaną z ćwiczeń
plątaninę korytarzy oraz podwójnych drzwi i w końcu dotarł do
magazynu.
- Wsparcie dla starego jest w drodze - oznajmił Delure. Zdjąłem
czterech ludzi z grupy pilnującej biur i dalszych sześciu z
innych stanowisk. - Kiedy do niego dotrą? - spytał Cody.
- Za mniej więcej dziesięć minut.
- Nie jest dobrze - westchnął Cody. Zmarszczył brwi i spytał
Jeziorskiego: - Co z Felixem? Jak szybko moŜemy go mieć tam,
gdzie teraz jest Rollie? - Daj mi sekundę na sprawdzenie planów
budynku. - Jeziorski postukał w klawiaturę, po czym wpatrzył się
w ekran. JeŜ jest w laboratorium systemów napędowych na poziomie
piątym...
Jak szybko?!
Przez chwilę operator oglądał uwaŜnie schemat, a następnie
odwrócił się do Cody'ego. - Między kompleksem badawczym i
magazynowym jest połączenie. MoŜemy poprowadzić go tym
korytarzem, a potem
zjechać trzy poziomy do kładki - wyjaśnił, wodząc palcem po
ekranie. - Stąd po minucie, góra półtorej dotrze do magazynu.
Kolejne dwie i powinien być w głównej hali. - To co najmniej
sześć minut.
- Szybciej się nie da.
- Mówi się trudno. - Cody otarł pot z czoła. - W porządku, nie
traćmy czasu i zabierajmy się do przeprowadzki jeŜa.
Spychacze stojące w pobliŜu wykopu pod fundamenty dawały
napastnikom doskonałe schronienie, dopóki nad nimi nie pojawiły
się helikoptery. Po zmasowanym ostrzale przechodzących do
kontrataku straŜników intruzi opuścili osłonę maszyn i przenieśli
się do wykopu, odpowiadając ogniem zza wału ziemi i korzeni.
Skyhawki krąŜyły nad nimi niczym drapieŜne ptaki, oświetlając
szperaczami zarówno jeepy, jak i sam prowizoryczny okop. -
Gniazdko gotowe do wyczyszczenia - zameldował pilot śmigłowca
wiszącego nad wykopem.
- Rozumiem, zaczynamy - odparł dowódca oddziału naziemnego i dał
sygnał podkomendnym.
Pilot helikoptera pozostał w kontakcie, by na bieŜąco informować
o zmianach pozycji napastników. Blask reflektora i coraz gęstszy
dym prochowy wypełniający okrągły wykop tworzyły złudzenie, Ŝe
krąŜy nad wylotem wulkanu, w którym uwięzionych jest prawie tuzin
ludzi. Tymczasem grupa naziemna błyskawicznie zmniejszyła
odległość dzielącą ją od przeciwnika, atakując z flanki, by
ominąć buldoŜery oraz koparki i zasypać wykop ogniem. Mimo
silnego oporu jej członkowie doskonale zdawali sobie sprawę, Ŝe
przejęli inicjatywę i mają większe pole manewru. Napastnicy,
których systemy celownicze zostały przeładowane ciepłem światła
szperaczy, znaleźli się w pułapce. Co prawda, trochę trwało, nim
pierwszy z nich padł trafiony na dno wykopu, ale potem poszło juŜ
szybciej. Ciało terrorysty nie zdąŜyło jeszcze znieruchomieć, gdy
drugi został dosłownie rozstrzelany, po tym jak podniósł się, by
odpalić granatnik. Trzeci najemnik zerwał się na nogi, jakby
gotował się do samobójczego ataku, ale zanim dosięgły go kule,
rzufił broń i padł na ziemię, wyciągając ręce nad głowę. Pilot
śmigłowca zobaczył, Ŝe następny zrobił to samo, później następny,
Strona 36
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
a potem niemal jednocześnie wszyscy pozostali. Dowódca straŜników
nakazał przerwać ogień i uniósł kciuk, tak by widział go pilot
krąŜącego nad nimi skyhawka. Ten uśmiechnął się i odpowiedział
tym samym gestem, choć blask pokładowego szperacza nie pozwalał
tego dostrzec. Wyłączył autokontrolę zawisu i odleciał, szukając
kolejnego miejsca, w którym mógł być potrzebny. Druga maszyna
odleciała w ślad za nim.
Thibodeau nigdy nie dowiedział się, co zwróciło uwagę jednego z
terrorystów ubezpieczających zakładanie ładunków delikatny ruch
dostrzeŜony kątem oka, cichy szczęk mechanizmu, gdy przestawił
broń na strzelanie ostrą amunicją, czy teŜ moŜe coś zupełnie
innego. Liczyło się tylko to, Ŝe go zauwaŜył i otworzył ogień,
najwaŜniejsze zaś były skutki, jakie wywołała jedna z
wystrzelonych przez niego kul. Z perspektywy Thibodeau wszystko
rozegrało się, jak mawiali jego koledzy z wojska, w "zwolnionym
tempie". Z zaskoczeniem stwierdził, Ŝe został zauwaŜony, gdy
jeden z ludzi na dole wycelował w niego broń. Poczuł, jak jego
mięśnie zaczynają reagować, i był pewien, Ŝe robią to
wystarczająco szybko... dotychczas zawsze tak było. Ale gdy
zaczął się schylać, powietrze dziwnie zgęstniało i stawiło mu
opór, zupełnie jakby nurkował w galarecie. A potem w dole huknęło
i coś uderzyło go w prawy bok. Poczuł ciepło rozlewające się od
Ŝołądka i zwalił się na metalową kładkę w momencie, w którym
czas, na podobieństwo pociągu odjeŜdŜającego ze stacji, odzyskał
swą normalną prędkość.
Spróbował się podnieść, ale jego ciało było potwornie cięŜkie i
zupełnie go nie słuchało; jakby nie naleŜało do niego. LeŜąc na
poły na boku, na poły zaś na brzuchu, spojrzał na siebie z góry
i stwierdził, Ŝe kula nie przebiła kamizelki, lecz czystym trafem
przeszła pod jej obrzeŜem i trafiła w brzuch, co cholernie źle
wróŜyło na przyszłość. Rany brzucha zawsze były groźne, a ta na
dodatek obficie krwawiła - czerwone strumyki juŜ wypełniały
wyŜłobienia w metalowej podłodze kładki i spływały po niewielkim
nachyleniu. Ciekawe kiedy nadepnął diabłu na ogon, Ŝe ten tak się
zrewanŜował?! Usłyszał zbliŜające się kroki i z trudem oderwał
policzek od kładki, chcąc zobaczyć coś więcej niŜ poręcze i krew.
MęŜczyzna, który go postrzelił, wspinał się po metalowych
stopniach, a w ślad za nim szedł drugi. Najwyraźniej mieli zamiar
go dobić. Zastanawiając się gorączkowo, gdzie upuścił broń,
Thibodeau odwrócił głowę i ze zdumieniem stwierdził, Ŝe wciąŜ
trzyma w prawej dłoni jej chwyt, a lufa celuje w zupełnie
niewłaściwą stronę. Nie mogąc dłuŜej utrzymać głowy w powietrzu,
opuścił ją i zanurzył policzek w kałuŜy własnej krwi. Skupiał
teraz wszystkie siły, by ruszyć ręką. Rozkazywał dłoni, by
drgnęła, błagał ją, a kiedy pozostała głucha, zaczął ją cicho
przeklinać, Ŝądając, by przestała robić go w konia, i obiecując
jej w duchu, Ŝe potem moŜe sobie odpaść, skoro tego chce, ale
teraz ma go jeszcze posłuchać i przesunąć ten cholerny karabin.
Thibodean usłyszał, jak wciąga ze świstem powietrze, i przekonał
się, Ŝe nie podnosząc głowy, moŜe dostrzec czarny hełm pierwszego
przeciwnika zbliŜającego się do końca schodów. I nagle jego ręka
drgnęła, ciągnąc M16 przez krew zalewającą kładkę. W następnej
chwili zdołał wysunąć lufę pod barierką i skierować ją w dół, w
kierunku schodów. Nacisnął spust i całym ciałem poczuł
szarpnięcie odrzutu, gdy omiótł stopnie długą serią. Usłyszał
krzyk, ale nie był pewien, czy kogoś trafił - mógł to być efekt
zaskoczenia, nie bólu. Po paru sekundach wokół niego zagwizdały
kule, rykoszetując od krawędzi kładki i ściany znajdującej się
za jego plecami. Przeciwnicy otrząsnęli się z zaskoczenia;
strzelano z dołu, a ci na schodach zwiększyli tempo wspinaczki.
Thibodeau wypuścił kolejną serię, ale zdawał sobie sprawę, Ŝe
słabnie, Ŝe zaraz skończy mu się amunicja i Ŝe nieuchronnie
zbliŜa się jego koniec. Laissez les bons temps rouler - tak,
zdaje się, powiedział wcześniej Codemu. A więc niech trwają dobre
czasy, niech trwają do samego końca i zabiorą go cicho i
łagodnie. - Resztką sił opróŜnił magazynek i przygotował się na
ostatnią chwilę swego Ŝycia.
Strona 37
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
- Thibodeau dostał! - jęknął Delure. - Jezu, zróbmy coś wreszcie
do cholery! - Gdzie robot? - rzucił Cody, przyglądając się w
napięciu obrazom przekazywanym przez zdalnie sterowane kamery
umieszczone pod dachem magazynu. Zazwyczaj obraz z nich
pojawiał się na ekranach co dziesięć minut, bo tyle trwał cykl
monitoringu wszystkich kamer zainstalowanych w miejscach o
wzmocnionej ochronie. W wypadku naruszenia terenu program
automatycznie blokował sekwencję, przełączając obraz na kamery,
które wykryły zagroŜenie. Tym razem jednak operatorzy nie
zwrócili uwagi na to, co pokazywała rutynowa rotacja obrazu,
pochłonięci walką przy zachodniej bramie, a alarm nie uruchomił
się, poniewaŜ napastnicy najwyraźniej dostali się do magazynu
legalnie, wprowadzając kod otwierający drzwi. W ciągu ostatnich
minut konsekwencje tego przeoczenia stały się dla zespołu
Cody'ego aŜ nazbyt oczywiste.Felix jest w magazynie - odezwał się
Jeziorski wpatrzony w ekran pokazujący obraz z kamer robota. -
Jeszcze trzydzieści stóp korytarza i po lewej będzie miał windę
do głównej hali... - Chcesz powiedzieć, Ŝe przy kładce będzie za
ile... za minutę? Jeziorski skinął głową. - Tak sądzę.
- Thibodeau moŜe tyle nie poŜyć - ocenił Delure. - Mówię ci,
Cody, on juŜ potrzebuje naszej pomocy. - Kazał nam się stąd nie
ruszać.
- Nie moŜemy tak tu siedzieć i patrzeć, jak go zabiją!
- Przestań pieprzyć i zacznij myśleć! - warknął Cody, czując, jak
pot spływa mu pod nosem. - Nie zdąŜymy tam ani przed jeŜem, ani
przed posiłkami. Jeśli chcesz pomóc staremu, to patrz uwaŜnie i
bądź gotów sensownie pokierować robotem, kiedy tam dotrze.
Skulony za jeepem Kuhl nasłuchiwał odgłosów strzelaniny i huku
krąŜących w pobliŜu helikopterów. Myślał intensywnie z nieobecną
miną, jakby to, co działo się wokół, zupełnie go nie dotyczyło.
W rzeczywistości doskonale zdawał sobie sprawę z sytuacji i
analizował szczegółowo wszystkie jej aspekty. Do tego momentu
misja była sukcesem - jego ludzie wykonali niemal wszystkie
zadania, a w niektórych przypadkach osiągnęli więcej, niŜ
planował. Ale etap, w którym mógł jeszcze kierować wydarzeniami,
naleŜał juŜ do przeszłości, a dalsze straty były całkowicie
niepotrzebne. Przeciwnik przejął inicjatywę i zaczął zyskiwać
przewagę, więc kontynuowanie walki mogło zdziesiątkować jego
ludzi i w konsekwencji uniemoŜliwić odwrót. Nie było sensu
ryzykować. Zwrócił się ku czekającemu obok kierowcy.Wycofujemy
się - powiedział i ruszył do jeepa. - Poinformuj przez radio
pozostałych. Manuel siedział nieopodal oparty o drzwi samochodu.
Prowizorycznie opatrzona rana krwawiła, oddech był krótki i
urywany, a ból zaczynał doprowadzać go do obłędu, ale mimo to
zareagował, gdy usłyszał rozkaz Kuhla: - Nie moŜemy. Zespół
Yellow jeszcze nie skończył. - Znają ryzyko - odparł Kuhl. -
Czekaliśmy tak długo, jak mogliśmy. Manuel przesunął się wzdłuŜ
burty jeepa, krzywiąc się z bólu. - Nie mieli dość czasu -
wychrypiał. - Wydałem rozkaz. Jak chcesz, moŜesz na nich
poczekać. W oczach Kuhla błysnął gniew. - Tylko decyduj się
szybko. Manuel przyglądał mu się przez długą chwilę, spuścił
głowę, po czym ponownie spojrzał na niego i powiedział z
rezygnacją:Będę potrzebował pomocy, by wsiąść.
Grupa dziesięciu funkcjonariuszy Miecza dobiegła do drzwi, przez
które Thibodeau dostał się do magazynu w ślad za napastnikami.
Tworzyli ją ludzie ściągnięci z ochrony budynków mieszkalnych i
biur, którzy dotąd nie mieli okazji walczyć. Zatrzymali się przy
zwłokach zasztyletowanego - jeden zaklął, drugi się przeŜegnaj. -
Bryce - mruknął któryś. - Cholera, szkoda chłopaka. Inny chwycił
go za ramię.
- Nie ma sensu tu sterczeć - mruknął.
Złapany spojrzał nań i juŜ otwierał usta, by odpowiedzieć, ale
po zastanowieniu tylko odchrząknął i skinął głową. Obaj ruszyli
szybkim krokiem ku otwartym drzwiom rampy, a reszta poszła w ich
ślady.
Thibodeau czuł, Ŝe świat mu się wymyka. Desperacko próbował do
Strona 38
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
tego nie dopuścić, ale świat był sparciały i wykonany z dziwnie
miękkiego materiału. Nieubłaganie stawał się bezkształtny, po
czym przechodził w czarną masę, która tylko czekała, Ŝeby
wszystko pochłonąć. Doskonale wiedział, co się z nim dzieje.
Słabł z upływu krwi, a do tego dochodziły skutki szoku
pourazowego; krótko mówiąc, tak czuli się ludzie umierający na
skutek postrzału w brzuch. Wolałby co prawda, Ŝeby świat nie
odpływał, ale w tej sprawie nie miał juŜ nic do powiedzenia.
Oddychał z coraz większym trudem przez usta, a gdy kaszlnął,
zduszony dźwięk, który temu towarzyszył, nieco go przestraszył.
Powietrze w jego płucach było zimne, ale prawie nie czuł bólu.
Poza tym wszystko wydawało się dziwnie wyraźne. Zobaczył obu
napastników spieszących schodami w stronę kładki. Powstrzymywał
ich tak długo, jak tylko mógł, prowadząc ogień aŜ do wyczerpania
amunicji. Teraz nie był nawet pewien, czy wciąŜ jeszcze trzyma
broń. Ten, który go postrzelił, stanął nad nim, celując mu w
głowę. Rollie zaczerpnął powietrza i zdołał unieść policzek nad
zakrwawioną kładkę. Na skórze odcisnął się krwawy wzór wyŜłobień
w podłodze. - Dokończ - powiedział słabo.
Napastnik nie poruszył się. Nawet jeśli pod maską jego twarzy
skrywały się jakieś emocje, straŜnik nie potrafił się ich
domyślić. - No - powtórzył. - Dokończ. MęŜczyzna bez słowa
wycelował wylot lufy w skroń rannego. Felix wyjechał z tej samej
windy, z której kilka minut wcześniej wysiadł Thibodeau, i szybko
skierował się ku niemu, sporządzając jednocześnie za pomocą
sonaru nawigacyjnego mapę warstwową otoczenia. Było to wbudowane
zabezpieczenie pozwalające uniknąć przypadkowych kolizji, ale
teraz sterowanie przejął w całości Jeziorski. Dzięki wizjerowi
wirtualnej rzeczywistości widział trójwymiarowy obraz tego, co
jeŜ rejestrował swoimi czujnikami. W tym samym czasie za pomocą
joysticka na swojej konsoli kierował wszystkimi systemami robota,
wytyczając kierunek jego ruchu i decydując o wykonywanych
czynnościach. Przygryzł wargę i skierował robota na kładkę.
Niczym czarnoksięŜnik był w tej chwili w dwóch miejscach
jednocześnie, sterując na odległość istotą i widząc to samo co
ona, tyle Ŝe zamiast zaklęć i talizmanów uŜywał do tego techniki
i algorytmów. Felix niemal bezgłośnie minął załom i wyjechał nad
rozległą halę, której lampy odbijały się bladoniebieskim światłem
od sensorów w jego kopule. I wtedy nagle stanął. A raczej został
zatrzymany. Zrobił to Jeziorski ogarnięty paniką na widok mającej
się właśnie odbyć egzekucji. Setki stóp wyŜej i w zupełnie innym
budynku, ale na jego oczach Rollie Thibodeau miał zginąć.
Operator nie mógł nic na to poradzić, bo nagle zapomniał
wszystkiego, czego go uczono, i najzwyczajniej w świecie nie
wiedział, co powinien zrobić. - Co się dzieje? - zaniepokoił się
Cody. Jeziorski - czując, jak gwałtownie bije mu serce -
wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w wirtualny obraz. Ściskał
joystick i nie potrafił podjąć decyzji, gdyŜ miał świadomość, Ŝe
najmniejszy błąd czy złe obliczenie mogły oznaczać koniec
Thibodeau. - Pytałem, do cholery, co się z tobą dzieje?! -
powtórzył zdenerwowany Cody. Jeziorski wziął głęboki oddech i
poczuł, Ŝe rozluźniają mu się mięśnie. Ostry ton Cody'ego wyrwał
go z chwilowego paraliŜu.
- Wszystko w porządku, wszystko w porządku - wymamrotał szybko
po części do siebie, po części do zwierzchnika i wziąwszy kolejny
oddech przez zaciśnięte zęby, wrócił do kierowania robotem.
Thibodeau wytrzeszczył z niedowierzaniem oczy, widząc
zbliŜającego się szybko z prawej Felixa. Koła robota lekko
szumiały na metalowej kładce, a zakończone chwytakiem ramię
sterczało sztywno przed korpusem. Stojący nad nim terrorysta
usłyszał dziwny dźwięk i odwrócił się, unosząc jednocześnie broń.
Nim jednak zdąŜył wycelować, strzelba umieszczona na boku jeŜa
wypaliła, błyskając ogniem i dymem. Pocisk posłał napastnika na
barierkę i wytrącił mu automat z rąk. Felix podjechał bliŜej,
opuścił broń i strzelił ponownie niemal z bezpośredniej
odległości. Siła uderzenia pocisku poderwała męŜczyznę i cisnęła,
wrzeszczącego i machającego rozpaczliwie rękami, za barierkę.
Jego ciało wylądowało z głuchym łoskotem na podłodze magazynu.
Strona 39
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Jeszcze nie przebrzmiał huk wystrzału, gdy Felix ruszył ku
drugiemu napastnikowi, który nacisnął spust i posłał w jego
stronę serię. Zaskoczony terrorysta nie zdołał dobrze złoŜyć się
do strzału, wskutek czego w korpus jeŜa trafiły jedynie dwie
kule, reszta zaś przeszyła powietrze i zrykoszetowała o kładkę
oraz ściany budynku. Nie otrzymał drugiej szansy. Chwytak robota
wysunął się nagle do przodu, złapał go za nogę poniŜej kolana i
zacisnął się na niej z siłą kilkuset funtów. Nogawka spodni
błyskawicznie nasiąkła krwią, a złapany krzyknął z bólu.
Spróbował się wykręcić, lecz chwyt Felixa był zbyt mocny. Zawył
z bólu, wypuścił broń i złapał oburącz manipulator, usiłując za
wszelką cenę rozewrzeć szczypce. Thibodeau, obserwujący jego
zmagania z odległości ledwie kilkunastu cali, zobaczył, jak
męŜczyzna opadł na zdrowe kolano, a chwilę później usłyszał
mdlący trzask pękającej kości. Krzyk zmienił się w nieludzkie
wręcz wycie, ale napastnik wciąŜ próbował uwolnić nogę z chwytu
robota, który ponownie ruszył do przodu, spychając go przed sobą
tak, Ŝe najemnik szybko znalazł się zbyt daleko, by móc sięgnąć
po upuszczoną przed chwilą broń. Rollie musiał przyznać, Ŝe mały
skurwiel na coś się jednak przydał, ale potem głowa opadła mu na
kładkę, a pole widzenia zawęziło się do niewielkiego, nieostrego
koła. LeŜał bez ruchu z policzkiem opartym na metalowej
kratownicy. Z dołu dotarł do niego tupot wielu stóp, a następnie
czyjś głos mówiący donośnie najpierw po hiszpańsku, później zaś
po angielsku. A potem usłyszał kanonadę. Zanim zdołał się
zastanowić, co teŜ to wszystko moŜe znaczyć, oczy uciekły mu w
głąb czaszki i stracił przytomność.
Wbiegający do magazynu straŜnicy usłyszeli docierający z góry
zwielokrotniony echem huk dwóch wystrzałów ze strzelby i
zobaczyli postać w czarnym kombinezonie spadającą z jednej z
kładek. MęŜczyzna krzyczał i machał rękami, po czym z głuchym
odgłosem uderzył o posadzkę na lewo od nich i zastygł w bezruchu.
Moment później w górze rozległa się krótka seria, a po niej dziki
wrzask przechodzący w nieludzkie wycie. Dostrzegli innego
ubranego na czarno napastnika, który puścił broń złapany za
kolanem przez jeŜa. Za Felixem widać było kolejną postać. LeŜący
miał na sobie uniform Miecza, więc natychmiast domyślili się, Ŝe
musiał to być Thibodeau. Nim zdąŜyli zareagować na ten
niespodziewany widok, spod jednej z platform wyskoczył trzeci
napastnik, zostawiając coś przy dźwigarze. Wszyscy byli
wystarczająco doświadczeni, by wiedzieć, Ŝe torba w tym miejscu
mogła oznaczać jedynie ładunek wybuchowy, tym bardziej Ŝe
identyczne znajdowały się pod wspornikami pozostałych platform. -
Stój! - krzyknął jeden ze straŜników, unosząc broń, i powtórzył
po angielsku: - Stać! MęŜczyzna ani myślał wykonać polecenie,
niewaŜne w jakim języku wydane - nie przerywając biegu, wycelował
z półobrotu w stronę krzyczącego. Reakcja była natychmiastowa:
straŜnik nacisnął spust i napastnik padł przecięty serią, nim
zdąŜył oddać choćby jeden strzał. StraŜnik opuścił broń i
podbiegł do wspornika. Przyklęknął, zajrzał ostroŜnie do torby
i natychmiast zrozumiał zagroŜenie. Nie był saperem, ale
wyglądało to na zwykły zapalnik z zegarem... choć wygląd mógł
mylić. Ładunek mógł być zabezpieczony przed rozbrojeniem, i to
na najrozmaitsze sposoby - od prostego mechanizmu powodującego
natychmiastowy wybuch w chwili, gdy ktoś próbował usunąć
zapalnik, aŜ po wyrafinowane sposoby, o których nie miał pojęcia.
Jednak zawleczki blokującej zegar nie było nigdzie widać, a do
wybuchu pozostało ledwie kilka minut, więc nie miał czasu, by
wezwać specjalistę. Po krótkim wahaniu spiął się w sobie, po czym
zagryzając zęby, ujął zapalnik między kciuk i palec wskazujący
i pociągnął stanowczo. Chwilę później odetchnął z ulgą - bomba
nie była zabezpieczona, a zapalnik dał się usunąć bez problemów.
Nie oznaczało to bynajmniej, Ŝe kłopoty się skończyły - nadal
wszyscy mogli wylecieć w powietrze. - Ten jest rozbrojony -
poinformował towarzyszy. - Teraz trzeba się zająć pozostałymi.
Z rykiem silnika jeep wystrzelił przez dziurę w ogrodzeniu,
Strona 40
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wracając trasą, którą wdarli się na teren fabryki. Siedzący obok
kierowcy Kuhl odwrócił się i zobaczył w mroku reflektory
goniącego ich samochodu. Nie przejmował się jednak - znajdowały
się w sporej odległości, która na dodatek zdawała się rosnąć.
Mimo wszystko nierozsądnie byłoby spuszczać je z oka. Wóz
podskakiwał na nierównościach polnej drogi, ale błyskawicznie
zbliŜał się do linii drzew i juŜ po chwili o szybę uderzały
gałęzie i pnącza, pozostawiając na niej długie ślady wilgoci.
Carlysle obserwował zza kierownicy swego samochodu uciekających
napastników i klął, aŜ powietrze jęczało. Niecałą minutę
wcześniej jeep, którym uciekały niedobitki napastników,
przejechał przez wyrwę w ogrodzeniu. Dan podąŜył naturalnie za
nim, ale problem polegał na tym, Ŝe wcale nie był pewien, czy
powinien tak postąpić. Próbował znaleźć odpowiedź na to pytanie,
nie przestając wyciskać ile się dało z silnika, by zmniejszyć
odległość dzielącą go od ściganego wozu. Newella wysłał do
szpitala, a jeńców zostawił pod opieką jednej z druŜyn. Reszta
wracała właśnie do wozów, gdy stojący na czele kolumny jeep
ruszył z wyciem silnika, wykonał ciasne koło i pomknął ku
ogrodzeniu. StraŜnicy rzucili się do samochodu, ale nim pościg
na dobre się rozpoczął, jeep przejechał przez wysadzony odcinek
płotu, zdobywając sporą przewagę. Danowi nie dawała spokoju
kwestia podziału kompetencji. Rząd brazylijski zezwolił
holdingowi na utrzymywanie własnych sił bezpieczeństwa na terenie
zakładów, ale nie zgodził się, by siły te patrolowały okolice
fabryki. Tym mniejsza więc była szansa, aby Brazylijczykom
spodobało się, Ŝe ochrona ugania się według własnego uznania z
dala od terenu, którego miała pilnować, i to zaraz po stoczeniu
małej wojny. Zdawał sobie z tego sprawę, a poniewaŜ był
zawodowcem, znał granice, w których mógł działać. Gdyby na
terenie zakładów nie wzięli Ŝadnego jeńca, z którego wydusiłby
informacje na temat zleceniodawcy i celu ataku, mógłby nieco te
granice naciągnąć i kontynuować pościg. Ba, wezwałby wówczas
nawet wsparcie powietrzne. Skoro jednak wzięli jeńców, trudno
byłoby usprawiedliwiać łamanie ustalonych reguł, wiedząc przy
tym, Ŝe konsekwencje mogą być powaŜne. Zacisnął dłonie na
kierownicy, spoglądając na tylne światła ściganego samochodu i
zastanawiając się, co robić. Thibodeau nie odpowiadał, więc sam
musiał podjąć decyzję. Posłał w powietrze kolejną wiązankę
przekleństw i przeniósł stopę z gazu na hamulec. Po kilku
delikatnych depnięciach wóz zatrzymał się na wyboistej polnej
drodze. - Chromolić tych kilku, wracamy - poinformował siedzącego
obok partnera. - Trzeba zabezpieczyć zakłady, a nikt tego za nas
nie zrobi.
Wkrótce niebo zasłoniła nieprzenikniona kopuła roślinności. Kuhl
wciąŜ obserwował światła pościgu, teraz juŜ pewien, Ŝe zostają
w tyle, i zastanawiał się dlaczego. Z pewnością to, Ŝe wraz z
trzema podkomendnymi ukrył się za jeepem, dało im przewagę nad
straŜnikami, którzy w trakcie wymiany ognia odbiegli dość daleko
od samochodów. Ale to tłumaczyło jedynie początkowy sukces, nie
zaś brak zdeterminowanego pościgu. I nie tłumaczyło, dlaczego nie
wysłano za nimi helikopterów. Niespodziewanie uśmiechnął się
lekko. Pościgu nie było, gdyŜ straŜnikom nie wolno się było
poruszać poza terenem zakładów. Odkrył właśnie następną słabość
UpLink i kolejny element stosunków panujących między firmą a
rządem brazylijskim. Wiedzę tę naleŜało starannie przeanalizować
wraz z innymi informacjami, które zdobył tej nocy. Wiadomości te
będą bardzo przydatne w następnej fazie rozgrywki.
5
RÓśNE MIEJSCA
17 KWIETNIA 2001
Bielik amerykański poderwał się z wysokich drzew rosnących po
prawej w dole zbocza i poszybował nad starymi pniami leŜącymi na
błotnistej linii przypływu. Jego ogromne rozpostarte skrzydła
kontrastowały czernią z błękitem nieba i z nieskazitelną bielą
Strona 41
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
łba oraz ogona, z którymi tworzyły doskonały kształt powietrznego
drapieŜcy. Megan obserwowała, jak zatacza kręgi nad pniami,
nabierając wysokości dzięki prądowi wstępującemu, a potem
odlatuje nad połyskujące wody zatoki. Brzeg w dole pogrąŜony był
w ciszy i bezruchu, podobnie jak okolica tarasu, na którym
siedziała wraz z Nimecem i Riccim, pijąc mocną czarną kawę.Zwykle
przez pięć, dziesięć minut po jego odlocie jest cisza, a potem
wracają mewy, rybołówki i kaczki. Czasami po kilka naraz, innym
razem całymi stadami, zupełnie jakby ktoś odtrąbił koniec alarmu
- wyjaśnił Ricci. - Orły najbardziej lubią ryby, ale gdy są
naprawdę głodne albo gdy karmią młode, przerobią na posiłek
wszystko, co wpadnie im w szpony. Mniejsze ptaki, gryzonie, a
nawet koty, które zbytnio oddaliły się od domu. Megan z niechęcią
przestała śledzić lot orła - na jego widok przeszył ją przyjemny
dreszcz - ale Ricci obiecał im wyjaśnienie przykrej sceny na
drodze i naprawdę miała ochotę je usłyszeć. Spojrzała na niego
przez stół i spytała:JeŜówce teŜ? Ricci uśmiechnął się lekko. -
TeŜ.
PoniewaŜ zamilkł, nie spuściła z niego wzroku, czekając na ciąg
dalszy.Megan chyba coś ci delikatnie sugeruje - odezwał się
Nimec. - MoŜe powinieneś skorzystać z tej sugestii. Ricci
przytaknął po chwili zastanowienia.
Nie chcecie wejść do środka? - spytał, wskazując rozsuwane
drzwi. - Robi się chłodno. Nimec wzruszył ramionami.
- Mnie tu dobrze - stwierdził.
- Mnie teŜ - powiedziała Megan. - Wolę juŜ świeŜe powietrze niŜ
szlajanie się samochodem, Ŝe się tak wyraŜę. Ricci przyglądał się
im bez cienia współczucia z powodu bólu głowy, o jaki ich
przyprawił. Zirytowało to Megan. Miała nadzieję, Ŝe widać to po
jej minie, bo nie starała się ukryć swoich myśli. Szlajanie się
obejmowało niemal godzinę jazdy na śmierdzące targowisko rybne
przy nabrzeŜu, następną, którą Ricci spędził na wędrówce między
stanowiskami, i kolejną, która upłynęła na targowaniu się ze
sprzedawcami o kilkanaście plastikowych pojemników złoŜonych na
platformie półcięŜarówki. A raczej o ich zawartość: zielonkawe
kolczaste kule wielkości piłek do tenisa, które nazywano
jeŜowcami. Wszystko to zaś po tym, jak Megan z Nimecem
przemierzyli w powietrzu i lądem trzy tysiące mil i byli
świadkami bójki z zastępcą szeryfa oraz straŜnikiem. - Jak sądzę,
chcielibyście wiedzieć, czego chcieli ode mnie ci umundurowani
durnie? - spytał wreszcie Ricci. - MoŜna to i tak ująć -
powiedziała Megan, przyglądając mu się chłodno znad kubka z kawą.
Ricci upił łyk kawy i odstawił kubek na blat okrągłego
stolika.Czy któreś z was wie cokolwiek o połowach jeŜowców?
spytał. Megan potrząsnęła głową.
- Pete? - uściślił pytanie gospodarz.
- Wiem tylko tyle, Ŝe za granicą jeŜowce są cenionym przy
smakiem. Sądzę, Ŝe moŜna na nich sporo zarobić. Ricci spojrzał
nań z pewnym uznaniem i wyjaśnił:
Tak naprawdę wartościowa jest ikra. W menu japońskich
restauracji nazywają ją uni. Większość trafia do Japonii, reszta
do japońskich środowisk w Stanach i w Kanadzie. Cena zaleŜy od
podaŜy, stosunku wagi ikry do wagi całego stworzenia i od jej
jakości. Jeśli chce się dostać najwyŜszą cenę, musi być złocisto-
brązowa. To co dziś złowiłem, jakieś dwa i pół buszla, dało mi
prawie tysiąc dolarów. Megan spojrzała na niego.Gdyby ktoś mi to
powiedział, kiedy miałam dziesięć lat, dziś byłabym milionerką.
Razem ze starszym bratem chodziliśmy po plaŜy i zbieraliśmy je
do plastikowych wiader. Potem napełnialiśmy wiadra morską wodą
i próbowaliśmy przekonać rodziców, Ŝeby pozwolili nam trzymać
jeŜowce w domu. Za kaŜdym razem ojciec kazał wyrzucać to
świństwo. Ricci uśmiechnął się nieznacznie.
- Ludzie róŜnie je tu określają, ale jeszcze do niedawna
podzielali opinię twojego ojca. Dopiero gdy gusty Azjatów stały
się znane i zaczęto za nie słono płacić, jeŜowce zdobyły
popularność. Wcześniej traktowano je jako utrapienie. Poławiacze
homarów nazywali je kurwimi jajami, bo zatykały ich klatki i
wyjadały przynętę. Zdarzało się teŜ, Ŝe niszczyły same klatki,
Strona 42
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
bo oprócz kolców gnojki mają teŜ całkiem ostre zęby. - Sam je
zbierasz?
- Zbiera się je w co najmniej dwuosobowych zespołach. Jest
płetwonurek i pomocnik czekający w łodzi. Pod wodą wolę pracować
sam. Nurkuję z duŜą drucianą siatką i wybieram najładniejsze
okazy. Kiedy siatka jest pełna, wysyłam na górę boję z liną.
Dexter wyciąga ładunek na pokład. - To twój pomocnik? Co jeszcze
robi? - spytała Megan.
- Zajmuje się sprzętem do nurkowania, dba o moje bezpieczeństwo,
gdy jestem pod wodą, pilnuje, Ŝeby połów nie zmarzł, a jeśli ma
czas, rozcina teŜ jeŜowce. JeŜeli coś zacznie się pieprzyć, od
jego reakcji moŜe zaleŜeć moje Ŝycie. - Ricci przerwał na chwilę.
- Dlatego zyskiem dzielimy się po połowie. Nimec uniósł brwi.
Jeśli mnie pamięć nie myli, wspomniałeś o Deksie, gdy gawędziłeś
z zastępcą szeryfa...Wspomniałem. Jakoś nie odniosłem wraŜenia,
Ŝe to solidna spółka.
Ricci wzruszył ramionami.
MoŜe nie jest tak solidna, jak sądziłem - przyznał. - Dowiem
się wkrótce. Megan obserwowała go, grzejąc dłonie o kubek.
Zawsze wozisz połów na rynek? - zainteresowała się.
MęŜczyzna opadł na oparcie.
Miałem właśnie o tym mówić. - Upił kolejny łyk. - JeŜowce
Ŝyją w koloniach, zwykle w spokojnych rejonach, gdzie nie ma
podwodnych prądów, za to są wodorosty. Jeszcze nie tak dawno
pokrywały właściwie całe dno zatoki i moŜna je było zbierać, nie
zanurzając głowy. - Umilkł na chwilę. - W ostatnich kilku latach
połowy zmniejszyły się, bo wcześniej zbierano je bez opamiętania
i przetrzebiono populację. Teraz płaci się za nie niebotyczne
sumy, więc ludzie zaczęli tak zazdrośnie strzec swoich łowisk,
Ŝe warczą na kaŜdego, kto się do nich zbliŜy. Te łowiska, jak
sądzę, są prawnie wyznaczone?
Ricci przytaknął.
- Licencja kosztuje prawie trzy setki, a przy obecnych
obostrzeniach z uwagi na ochronę przyrody, trzeba poczekać na
swoją kolejkę w losowaniu. Występując o licencję, musisz określić
miejsce i porę roku, w której chcesz nurkować. StraŜnicy przyrody
sprawdzają to bardzo dokładnie, a wszystko masz czarno na białym
na zezwoleniu.
- Pojemniki miałeś pełne, więc chyba nie najgorzej ci idzie
zauwaŜył Nimec. Ricci ponownie skinął głową.
A w dobie spadających połowów to musi się rzucać w oczy
dodał Pete. - Z pewnością zauwaŜyli to inni poławiacze i
sprzedawcy, a prawdopodobnie równieŜ straŜnik przyrody. Gospodarz
spojrzał mu prosto w oczy i jeszcze raz przytaknął.Niewielu jest
tu takich, którzy mieliby ochotę wypływać tak daleko czy schodzić
tak głęboko jak ja, zwłaszcza o tej porze roku, kiedy woda jest
lodowata, a prądy silne - wyjaśnił. W zatoce są setki wysepek,
kilka z nich w mojej strefie. Przy jednej znalazłem głęboką
podwodną zatoczkę, w której jest mnóstwo wspaniałych jeŜowców.
- I się rozniosło - dorzucił ze zrozumieniem Nimec.
Rozniosło - potwierdził Ricci. - Jeśli wziąć pod uwagę
powaŜne pieniądze z jednej strony, a z drugiej facetów, którzy
mają problemy z utrzymaniem rodzin, powstaje mieszanka wybuchowa.
Tutaj niechęć do obcych jest naprawdę stara i być moŜe do pewnego
stopnia usprawiedliwiona. Na przełomie wieków bogacze z miast
zaczęli kupować setki akrów ziemi dokoła swych letnich
posiadłości, by odgrodzić się od miejscowych rybaków i łowców
skorupiaków, których uwaŜali za białe śmieci. Napisy "Nie ma
przejścia" ograniczały tym ludziom dostęp do wody, ich
podstawowego źródła utrzymania.Ktoś zmuszał ich do sprzedaŜy
ziemi? - spytała Megan. Ricci posłał jej ostre spojrzenie. Albo
nigdy nie byłaś biedna, albo zapomniałaś, jak to jest burknął. -
Jak się widzi przez zimę w Maine swoje głodne dzieciaki, to
nikogo do niczego nie trzeba zmuszać.
Breen nie odpowiedziała, zastanawiając się, czy przez jego uwagę
nie czuje się bardziej winna, niŜ naleŜało.Dex i straŜnik
dogadali się? - Nimec nie miał ochoty na dygresje. Ricci przez
chwilę bawił się kubkiem, skupiając wzrok na wydobywającej się
Strona 43
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
z niego parze. - Wróćmy do tego, kto zwykle wozi połów na targ -
odezwał się po chwili. - Z Dexem współpracuję ponad rok i nigdy
jeszcze nie wiozłem jeŜowców na rynek. Do dzisiaj, ma się
rozumieć. On lubi prowadzić, targować się, zna tu wszystkich i
najczęściej sprzedaje połów jednemu klientowi. - Zamilkł na
moment. - Poza tym lubi jak najszybciej mieć w garści gotówkę.
Ale dziś rano powiedział mi, Ŝe musi zaraz wracać do domu, bo
Ŝona pracuje do późna, a trzeba przypilnować dzieci po szkole.
I rzeczywiście, ledwie zacumowaliśmy, juŜ go nie było. - Zdarza
się, gdy jest się ojcem - stwierdził Nimec, przypominając sobie
podobne sytuacje, kiedy jego dzieci wymagały jeszcze takiej
opieki, a eksŜona była Ŝoną. Ricci potrząsnął głową.
- Nie znasz Dexa. Spytaj go o dobrą knajpę, a wyrecytuje ci
jednym tchem ze dwadzieścia, i to stąd do New Brunswick, z
wyszczególnieniem, jakie piwo z beczki w której mają. Zapytaj go
o daty urodzin jego dzieci, a zacznie się jąkać. - Więc uwaŜasz,
Ŝe zaaranŜował to tak, Ŝebyś był sam, kiedy cię zatrzymają -
ocenił Nimec. Gospodarz ponownie zainteresował się swoim kubkiem
i nic nie odpowiedział. Nimec westchnął. - Kto cię zatrzymał?
StraŜnik? - spytał.
- Taa. I wątpię, Ŝeby Dex to wszystko wymyślił. To wykonawca, nie
planista. Cobbs to jeden z tych, którzy nie cierpią obcych...
poza tym nie lubi nikogo i niczego i ma wszystko wszystkim za
złe. Czarujący typek. Przyjechałem tu z Bostonu, nieźle zarabiam,
więc jest święcie przekonany, Ŝe jego kosztem. Dodaj do tego, Ŝe
jestem byłym gliniarzem, a będziesz miał pełny obraz jego
osobistego wroga. - Boi się ciebie i nie rozumie, co przekłada
się na agresję podsumował Pete. - To typowe zachowanie w
społecznościach, w których nie ma duŜo świeŜej krwi. Zwłaszcza
w stosunku do ludzi z wielkich miast. Ricci wzruszył ramionami.
- U Cobbsa dochodzi jeszcze łapówkarstwo i wredna natura -
uzupełnił. - Słyszałem o nim sporo od nurków i poławiaczy
homarów. Jeśli odpali mu się działkę, moŜna łowić bez licencji
albo poza swoją strefą, a nawet kraść w nocy homary z czyichś
klatek. Do dziś regułą było, Ŝe jeśli ktoś nie chciał mu dać
zarobić, to Cobbs zaczynał go tępić za najlŜejsze naruszenie
przepisów. Ale nie wymuszał niczego otwarcie i nie przesadzał z
Ŝądaniami. Numer, który dziś próbował mi wykręcić, to zupełna
nowość, i to większego kalibru. - Twierdził, Ŝe łowiłeś poza
własną strefą i dlatego konfiskuje cały połów - domyślił się
Nimec. - Zgadza się? Ricci przytaknął z uznaniem.
Jak powiedziałeś, czasy są cięŜkie - podsumował Nimec. Westchnął
i zadał ponownie pytanie, na które Tom nie odpowiedział: - Więc
sądzisz, Ŝe Dex i Cobbs wykombinowali coś razem? Gospodarz
patrzył na kubek, obracając go w dłoniach. Sam próbuję dojść
z tym do ładu - odparł z wahaniem. Cobbs i zastępca szeryfa
czekali na mnie, a wątpię, Ŝeby tak przypadkiem wiedzieli
dokładnie, kiedy i którędy będę jechał na targ. Dziwnym trafem
zdecydowali się mnie zatrzymać tego jedynego dnia, kiedy byłem
sam. - Ale czy z punktu widzenia Dexa nie byłoby rozsądniej być
z tobą i udawać zaskoczenie? - spytał Nimec. - W ten sposób sam
ściągnął na siebie podejrzenia. - Myślenie nie jest jego mocną
stroną. - Ricci wzruszył ramionami. - MoŜe nie miał odwagi
spojrzeć mi w oczy, a moŜe po prostu ma gdzieś, czy go
podejrzewam. MoŜe dogadał się z Cobbsem i zaleŜy mu tylko na
wykopaniu mnie z interesu.
- I z miasta - uzupełnił Nimec. Ricci skinął głową. - Jeśli
przyjmiemy najgorszy scenariusz. Ale jak na razie to tylko
spekulacje. Przez dłuŜszy czas siedzieli w milczeniu, a Megan
przyglądała się im. Czuła się jak ktoś obcy jak obserwator.
Między tymi męŜczyznami istniało doskonałe porozumienie, czasami
obywali się bez słów, jak partnerzy przez większość Ŝycia
działający razem w policji. Dopiero w tym momencie zrozumiała,
dlaczego Nimec chciał, by to Ricci zajął miejsce Maxa. - Wróćmy
na moment do Cobbsa - odezwał się wreszcie Nimec. - Nie zostawi
tak tej sprawy i nie da ci spokoju. Znasz ten typ. Ośmieszyłeś
go, więc tak długo będzie kombinował, aŜ cię dopadnie. Według
mnie, stanie się to raczej prędzej niŜ później. Potrzebuje tylko
Strona 44
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
trochę czasu, Ŝeby się wylizać i przekonać samego siebie, Ŝe
dzisiaj po prostu miałeś szczęście. - Wiem. - PoniewaŜ przypisano
go do biura szeryfa, jest przekonany, Ŝe wszystko mu wolno. Nie
powstrzyma go twoje ostrzeŜenie, Ŝe udasz się do jego
przełoŜonych. Z punktu widzenia Cobbsa oni są na innej planecie.
- Wiem.
Nimec przyjrzał mu się uwaŜnie.
To co zamierzasz?
Zapytany mruknął coś niezrozumiale, upił łyk kawy i z
obrzydzeniem odstawił kubek na stół.Zimna - skomentował i odsunął
ją. Znowu zapadła cisza.
Megan przeniosła spojrzenie na zatokę. Właśnie zachodziło słońce
i unosiły się pierwsze pasma mgły, gdy chłodna bryza stykała się
z cieplejszą powierzchnią wody. Zgodnie z przepowiednią
gospodarza, po zniknięciu orła wróciły inne ptaki przy brzegu
widać było stada kaczek, a dalej mewy szukające zdobyczy na
płyciznach odsłoniętych przez odpływ. Zdawały się rosnąć, gdy
stroszyły szare pióra, by ochronić się przed spadającą
temperaturą. Nagle zrobiło się późno. A przynajmniej tak
wyglądało.
Powinniśmy wreszcie porozmawiać o tym, dlaczego
przyjechaliśmy do ciebie - powiedziała niespodziewanie. - WciąŜ
jeszcze nie powiedziałeś nam, co o tym myślisz. Ricci spojrzał
na nią.
- Skoro juŜ o tym mowa, dlaczego przyjechaliście?
Zaskoczona, zamrugała gwałtownie.
- Nie wiesz?! - Było to bardziej stwierdzenie niŜ pytanie. Ricci
pokręcił głową. - Nie powiedziałeś mu? - zapytała, spoglądając
na Nimeca. Ten równieŜ pokręcił głową. Sądziłem, Ŝe lepiej
będzie poczekać, aŜ się zobaczymy, i przedyskutować sprawę
osobiście. Megan potarła brwi kciukiem i palcem wskazującym i
westchnąwszy z rezygnacją, pokiwała głową.Lepiej jednak wejdźmy
do środka - przyznała. - Wygląda na to, Ŝe posiedzimy tu dłuŜej,
niŜ się spodziewałam.
Nieco po piątej trzydzieści z zakładów UpLink w Brazylii wykonano
dwa telefony do siedziby firmy w San Jose. Pierwszy z nich był
do Rogera Gordiana. Gordian stał przy oknie swego biura i patrzył
na zalewaną deszczem Rosita Avenu. Miał juŜ wychodzić, kiedy
rozdzwonił się telefon. Spojrzał na aparat; kusiło go, by nie
odebrać, zwłaszcza Ŝe niemal zdąŜył juŜ włoŜyć płaszcz.
Ktokolwiek dzwonił, mógł zostawić wiadomość. W domu czekała
Ashley z obiadem. Telefon odezwał się trzeci raz - po czwartym
sygnale włączy się automatyczna sekretarka. Gordian zrzucił z
siebie płaszcz, zmarszczył brwi i złapał za słuchawkę. - Tak? -
spytał zwięźle. Rozmówca przedstawił się jako Mason Cody z
centrum operacyjnego Miecza w Mato Grosso do Sul. Jego głos
dobiegał z oddali w charakterystycznej pustce wypełnionej szumem
przypominającym odgłos, jaki wydaje przyciśnięta do ucha muszla.
W młodości Roger mówił, Ŝe słucha w ten sposób oceanu. Teraz
usiadł, wiedząc, Ŝe męŜczyzna jest na zabezpieczonej cyfrowej
linii, a więc telefon na pewno nie dotyczy błahostki.Zdarzył się
wypadek, panie Gordian. Ton Cody"ego sprawił, Ŝe coś zimnego
przeszło mu po plecach. Słuchał, nie przerywając rzeczowego
meldunku o ataku na zakład, a jego dłoń stęŜała na słuchawce,
kiedy poznał liczbę zabitych i rannych. - Co z rannymi? - spytał,
gdy Cody skończył. - Ewakuowani do szpitala i większości nic nie
zagraŜa.
- A Rollie Thibodeau? Powiedział pan, Ŝe jest cięŜko ranny. -
WciąŜ go operują. - Na chwilę zapadła cisza. - Na razie nie wiem
nic o jego stanie. Gordian zmuszał się do zachowania spokoju.
Pete Nimec został o tym poinformowany?
UwaŜałem, Ŝe powinienem najpierw zawiadomić pana,
panie Gordian. Jak tylko skończymy rozmowę, będę do niego
dzwonił. Szef UpLink obrócił się z fotelem w stronę okna,
analizując to, czego się właśnie dowiedział. Trudno było to
wszystko ogarnąć. - Wiadomo, kto zorganizował atak? - Na razie
nie, dopiero zaczęliśmy przesłuchiwać jeńców. Prawdę mówiąc, nie
Strona 45
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wiem nawet, ile mamy czasu, zanim będziemy musieli ich oddać.
Gordian westchnął cięŜko. Cody miał rację: zasady postępowania
personelu Miecza zostały ściśle określone w umowie z rządem
brazylijskim i rządami innych krajów, na terenie których istniały
zakłady UpLink. W końcu byli gośćmi na cudzej ziemi i musieli
postępować tak, jak wymagały tego władze danego państwa.
Naturalnie, w kaŜdym przypadku istniały drobne róŜnice wynikające
z uwarunkowań kulturowych czy politycznych, ale generalia
pozostawały wszędzie takie same. Jednym z nich był obowiązek
przekazywania policji wszystkich złapanych na nielegalnym
przekraczaniu granic zakładu, i to najszybciej, jak to było
moŜliwe. Na terenie fabryki nie istniał nawet areszt, a
przesłuchiwanie intruzów było zabronione. Brazylijczycy
najprawdopodobniej wiedzieli juŜ o ataku, a jeśli nie, to
dowiedzą się wkrótce. Pewne natomiast było, Ŝe od chwili, w
której napastnicy znajdą się w rękach brazylijskich urzędników,
UpLink nie dowie się niczego. JeŜeli nawet zostaną przesłuchani,
władze zatrzymają zdobyte informacje dla siebie, a w zaistniałej
sytuacji Gordian nie bardzo mógł wywierać na nie nacisk. -
Skontaktowaliście się, z władzami? - spytał. - Jeszcze nie.
Chciałem najpierw dowiedzieć się, jak chce pan to załatwić. Mam
nadzieję, Ŝe postąpiłem właściwie, panie Gordian. - Jak
najbardziej. Podejrzewam, Ŝe policja lub wojsko pojawi się
wkrótce nawet bez słowa z naszej strony, ale i tak proszę ich jak
najszybciej powiadomić. Naturalnie, proszę teŜ za pewnić o naszej
pełnej współpracy i odpowiedzieć na wszystkie rozsądne pytania,
jakie będą mieli. Niech pan takŜe doda, Ŝe liczymy na informacje
z ich strony. Teoretycznie tak im, jak i nam zaleŜy na jak
najszybszym dotarciu do prawdy. Ma pan mój numer domowy w
komputerze? Po chwili przerwy, w której słychać było stukot
klawiszy, Cody odparł: Mam. - W takim razie proszę mnie
informować o wszystkim, co się wydarzy albo czego się pan dowie.
NiezaleŜnie od pory dnia. - Rozumiem. Gordian znowu westchnął.
- To chyba wszystko. Wiem, Ŝe ma pan mnóstwo zajęć, więc nie będę
zabierał więcej czasu. Dziękuję i proszę się trzymać. - Robimy
co moŜemy, panie Gordian - odparł Cody i w słuchawce zapadła
cisza. Szef UpLink odłoŜył słuchawkę i zapatrzył się za okno.
Krople deszczu bębniły o szybę, spływając w dół długimi
strumykami. Ze swego miejsca nie widział ani ulicy, ani ludzi
spieszących przez kałuŜe, ani jadących wolno samochodów z
włączonymi wycieraczkami. Nawet Mount Hamilton, rozmyta i szara,
zniknęła mu z oczu za cięŜką kurtyną deszczu. Wygląda to tak,
pomyślał, jakby cały świat składał się z deszczu. Wyłącznie z
deszczu. Cody, jak zapewnił Gordiana, następny telefon wykonał
do Nimeca. Szefa ochrony nie było w biurze, a nagrana wiadomość
informowała, Ŝe wróci dopiero jutro, ale będzie regularnie
sprawdzał sekretarkę. Na wypadek nagłej potrzeby podany był teŜ
jednak numer jego telefonu komórkowego. Cody przerwał połączenie
i wybrał numer komórki.
- Więc chcecie, Ŝebym był waszymi uszami i oczami na całym
świecie. - Ricci przykucnął, wkładając kolejne polano do kominka,
przed którym stała wygodna skórzana sofa zajęta przez gości. -
Tak to wygląda bez upiększeń, prawda, Pete? - Nie całkiem, jeśli
mogę się wtrącić. - Meg spojrzała na Nimeca. Ten wzruszył
ramionami. Siedzieli w przestronnym salonie dobudowanym w połowie
lat osiemdziesiątych od strony morza do postawionego sto lat
wcześniej domu w stylu kolonialnym. Rozsuwane szklane drzwi
wychodziły na taras, z którego nie tak dawno przenieśli się do
wnętrza.Człowiek, którego wybierzemy, będzie odpowiedzialny za
wprowadzanie i koordynowanie zasad bezpieczeństwa w krajowych i
zagranicznych obiektach naleŜących do UpLink wyjaśniła. - Będzie
podlegał tylko Pete'owi. Chcę jednak podkreślić, Ŝe jesteśmy tu
głównie po to, byśmy się poznali, ty i ja. I Ŝebym mogła ocenić,
na ile jesteś zainteresowany naszą propozycją. - I na ile ty
jesteś zainteresowana moją kandydaturą - dodał Ricci, odwracając
się ku niej. Przez moment mierzyli się wzrokiem. Zgadza się -
przyznała. - To wyjątkowa i wymagająca praca. Logiczne jest, Ŝe
Strona 46
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
chcemy sprawdzić, czy masz niezbędne predyspozycje. Po chwili
namysłu gospodarz przytaknął.
- To uczciwy układ - powiedział. - WciąŜ kompletujecie listę
kandydatów? - Jest jeszcze jeden człowiek, którego bierzemy pod
uwagę. To obecny szef bezpieczeństwa zakładów w Brazylii Roland
Thibodeau. Prawdę mówiąc, nie wiemy, czy interesuje go to
stanowisko. Zamierzam z nim porozmawiać w ciągu najbliŜszych dni
- odparła. - Dlaczego nie chciałeś mi niczego powiedzieć przez
telefon? - spytał Ricci, spoglądając na Nimeca. - Bo gdybym
spróbował, błyskawicznie usłyszałbym trzask odkładanej słuchawki.
Uznałem, Ŝe najlepiej będzie przyjechać i porozmawiać. Chciałem
na własne oczy zobaczyć twoją reakcję. Ricci wyjął z kosza na
wino trzy kawałki gazety, zmiął je i upchnął pod polanami.
Następnie zapalił zapałkę i przytknął ją do papieru. Zajął się
błyskawicznie i płomyki zaczęły lizać spód drewnianego kloca. Gdy
juŜ się zapalił, gospodarz starannie zamknął szklane drzwiczki
i ponownie spojrzał na Megan. - Sądzę, Ŝe znasz długą i rzewną
historię o tym, jak straciłem odznakę - bardziej stwierdził, niŜ
zapytał. - Pete przedstawił mi swoją wersję wydarzeń. Inne opinie
poznałam z gazet - odparła. Teraz juŜ wiesz, dlaczego lubię
uŜywać je jako podpałkę. Uśmiechnęła się nieznacznie. Przyszło
mi to do głowy - przyznała. - A w świetle dzisiejszych wydarzeń
wydaje mi się równieŜ, Ŝe masz dar do zjednywania sobie wrogów
w niewłaściwych miejscach. Ricci zawahał się przez moment.
- Czytałaś wersję, w której jestem niekontrolowalnym dziwakiem,
czy tę, w której jestem hańbą bostońskiej policji? - Prawdę
mówiąc, obie. Tyle Ŝe mam zwyczaj ignorować opisowe przymiotniki
i skupiać się na nagich faktach. A te są następujące: chłopak
spadł z dachu akademika Ivy League i zabił się. Grupa kolegów,
którzy tam z nimi byli, twierdziła, Ŝe był to straszny wypadek.
Za duŜo piwa i brawura. Jako szef detektywów wydziału zabójstw
komendy miejskiej prowadziłeś śledztwo, które wszyscy uznawali
za czystą formalność, dopóki raport koronera nie ujawnił, Ŝe w
krwi denata nie było śladów alkoholu. Zacząłeś kopać wokół sprawy
i odkryłeś, Ŝe obecni na dachu siedzieli po uszy w handlu
narkotykami i w podobnych przykrych zajęciach pozalekcyjnych, a
potem, Ŝe między przywódcą grupy a zabitym panowały nie najlepsze
stosunki. Rzeczony przywódca został oskarŜony o morderstwo
pierwszego stopnia, a jego kolesie o współudział, lecz w zamian
za zeznania zmieniono im kwalifikację czynu. Odbył się proces i
uznano, Ŝe oskarŜony jest winny, co powinno automatycznie
oznaczać dwadzieścia pięć lat więzienia. Ale sędzia uniewaŜnił
wyrok ławy z powodów formalnych i chłopak wyszedł z sądu jako
wolny człowiek. Chodziło o jakiś błąd w badaniu dowodów przez
lekarzy sądowych. - Zamilkła na chwilę. - Jak się to ma do
rzeczywistości? Ricci cały czas nie spuszczał z niej wzroku.
Jeśli nie masz nic przeciwko, z oceną poczekam, aŜ skończysz
- powiedział spokojnie. Megan skinęła głową.
Następnie udzieliłeś serii wywiadów, w których podwaŜyłeś
decyzję sędziego i stwierdziłeś, Ŝe błąd był zbyt drobny, aby
sprawa kwalifikowała się do apelacji, nie mówiąc juŜ o kasacji
wyroku ławy. Co gorsza, oznajmiłeś, Ŝe sędzia został przekupiony
przez ojca oskarŜonego. W rewanŜu oni oświadczyli w telewizji,
Ŝe Ŝywisz do nich urazę z przyczyn osobistych, a do prasy
przeciekły informacje z twoich akt personalnych, włącznie z tym,
Ŝe masz problemy z piciem i Ŝe miałeś załamanie nerwowe. Były teŜ
pogłoski, Ŝe masz złe podejście. Kiedy cyrk w mediach się
skończył, chłopak wciąŜ był wolny, a ty oddałeś odznakę. Ogólne
odczucie jest takie, Ŝe otrzymałeś propozycję nie do odrzucenia:
albo sam zrezygnujesz, albo zwolnią cię bez prawa do emerytury.
Megan umilkła i obserwowała go.
- Nieźle - przyznał. - Ale trochę opuściłaś.
- Nie zamierzałam wcale siedzieć tu i popisywać się recytacją.
Lepiej byłoby chyba, gdybyśmy resztę usłyszeli od ciebie.
Naturalnie, jeśli będziesz chciał opowiadać. Ricci skinął głową.
Jasne. W interesie naszych dobrych stosunków.
Nie odpowiedziała.
Ojciec tego gnojka to milioner z Beacon Hill, a w czasie
Strona 47
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
procesu dowiedziałem się, Ŝe sędzia naleŜy do tego samego
ekskluzywnego klubu co tatuś, co moim zdaniem, powinno
wystarczyć, by został odsunięty od sprawy. Prokurator mógł
przenieść proces do sądu okręgowego, ale tego nie zrobił, a ja
nie byłem w stanie. Po rozprawie usłyszałem od pracowników klubu,
Ŝe podczas obrad ławy przysięgłych odbyły się trzy spotkania
tatusia z sędzią w obitym dębiną gabinecie. Informacja pochodziła
między innymi od kierownika klubu, rozsądnego człowieka, który
pracował tam czterdzieści lat i nie słynął z wybujałej wyobraźni.
Powiedział mi o tym, bo podobnie jak dwaj pozostali, czuł się
winny. - Ricci wzruszył ramionami. Naturalnie, gdy nagłośniłem
sprawę, wyparli się wszystkiego.Ktoś skutecznie wyleczył ich z
poczucia winy - zauwaŜyła Megan. - Pieniądze i władza pozwalają
na taką kurację. Zakładając naturalnie, Ŝe wierzę w twoją wersję.
Zapadła martwa cisza. Ricci patrzył twardo na Megan, a ogień w
kominku rzucał cienie na jego ostre rysy.Co konkretnie ci się we
mnie nie podoba? - zapytał w końcu nerwowo. Otworzyła usta, jakby
chciała coś powiedzieć, po czym zamknęła je i tylko przyglądała
mu się bez słowa.Ja wierzę w jego wersję - Nimec ostatecznie
przerwał milczenie. Gospodarz odwrócił się ku niemu, a Megan z
zaskoczeniem poczuła ulgę, Ŝe spuścił z niej nieustępliwe
spojrzenie. - Nie potrzebuję adwokata - poinformował go uprzejmie
Ricci.
- Nie o to chodzi. Nie przyjechaliśmy oceniać twojej wiary
godności. Nagle rysy męŜczyzny stwardniały.
Powiedziałem ci, Ŝe nie potrzebuję adwokata - warknął. Ani
w twojej osobie, ani w czyjejkolwiek. Megan uniosła uspokajająco
rękę.
Poczekaj - powiedziała. - Nie próbuję być twoim wrogiem i
przepraszam, jeśli tak to odebrałeś. To był męczący dzień. Ricci
przeniósł badawczy wzrok na jej twarz i znów zapadła cisza.Sądzę,
Ŝe powinniśmy cofnąć się o krok - stwierdziła. Skoncentrujmy się
na tym, co sądzisz o pracy w UpLink. Gospodarz przyglądał się jej
jeszcze przez chwilę, lecz w końcu z westchnieniem wypuścił
powietrze.Nie wiem. Prawdę mówiąc, nie jestem pewien, czy to coś,
w czym chciałbym brać udział, nawet jeśli mam do tego
przygotowanie. To duŜa robota i wielka odpowiedzialność. Wydaje
mi się, Ŝe bardziej jest wam potrzebny dobry zawodowiec niŜ były
gliniarz. Nimec pochylił się do przodu, opierając dłonie o
kolana. Mający za sobą cztery lata w SEAL Team 6, czyli elicie
elit sił antyterrorystycznych - zauwaŜył uprzejmie. - To tak na
początek. Pete...
- Po zakończeniu słuŜby w dziewięćdziesiątym czwartym
wstąpiłeś do bostońskiej policji, gdzie w rekordowym czasie
zdobyłeś odznakę detektywa pierwszego stopnia - przerwał mu
Nimec. - Pracowałeś jako tajny agent dla Sił do Zwalczania
Przestępczości Zorganizowanej, do czego miałeś doskonałe
przygotowanie, gdyŜ jedną z twoich specjalności w SEAL były
techniki infiltracji. Po zakończeniu akcji przeciwko gangowi
wymuszającemu haracze poprosiłeś o przeniesienie do wydziału
zabójstw i pracowałeś tam aŜ do tej przykrej sprawy, o której
rozmawialiśmy. - Przegląd mojej kariery nie zmieni moich uczuć -
burknął Ricci, kucając przy kominku. - Od mojej demobilizacji
minęło siedem lat. To szmat czasu. Nimec potrząsnął głową.
Nie rozumiem cię, Tom - stwierdził. - Nikt cię do niczego
nie zmusza ani nie kaŜe natychmiast decydować. Propozycja wymaga
starannego rozwaŜenia, zarówno przez nas, jak i przez ciebie.
Powinniśmy przynajmniej zgodzić się co do... - Niespodziewanie
przerwał, gdyŜ jego telefon komórkowy, nastawiony na sygnał
wibracyjny, właśnie oŜył, informując go bezgłośnie, Ŝe ktoś
dzwoni. - Moment - rzucił, podnosząc palec wskazujący.
Wyjął telefon, otworzył klapkę i odebrał połączenie.
W pierwszej chwili na jego twarzy widać było zaskoczenie, w
drugiej uwagę, a w następnej mieszankę obu. Dzwonił Cody z Mato
Grosso. Zdał Nimecowi relację z wydarzeń, zbliŜoną do tej, którą
przed kilkoma minutami złoŜył Gordianowi. Połączenie takŜe było
cyfrowe, satelitarne i kodowane. Wzmocnił je satelita UpLink
znajdujący się na niskiej orbicie nad Argentyną. Z kolei przejęła
Strona 48
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
je antena systemu komórkowego na wybrzeŜu Maine i połączenie było
prawie natychmiastowe. Szef bezpieczeństwa spytał o coś cicho,
wysłuchał odpowiedzi, polecił coś szeptem i zakończył rozmowę. -
O co chodzi, Pete? - spytała Megan, widząc jego zatroskaną minę.
- Mamy kłopoty - odparł, nie chowając telefonu. - Pierwszego
stopnia. W Brazylii. UŜycie kodu oznaczało, Ŝe stało się coś
naprawdę powaŜnego i Ŝe nie chce o tym rozmawiać przy
Riccim.Roger wie? - spytała. Nimec skinął głową.
Wie, ale lepiej się z nim skontaktujmy, bo coś mi mówi, Ŝe
będzie chciał nas jak najszybciej zobaczyć w San Jose.
Lekarze wiedzieli, Ŝe nie mają czasu, od momentu, w którym
Thibodeau znalazł się w szpitalu. Nawet dla niewyszkolonego
obserwatora było oczywiste, Ŝe ranny jest w stanie krytycznym.
Świadczyły o tym brak przytomności graniczący ze śpiączką, ilość
krwi, która wypływała z duŜej rany postrzałowej brzucha i która
przesiąknęła juŜ przez mundur, cienki koc oraz fartuchy
sanitariuszy, a przede wszystkim bladość skóry i słaby,
nieregularny oddech. Zawodowca objawy te informowały o
konkretnych, zagraŜających Ŝyciu komplikacjach, które trzeba było
zbadać i natychmiast wyeliminować. JuŜ sama powaŜna utrata krwi
spowodowała szok pourazowy. Gdy wózek z rannym wtoczono na salę
zabiegową, przepaski kontrolne na ramionach Thibodeau podawały
zerowe wartości ciśnienia skurczowego i rozkurczowego, co
wskazywało na rychłe ustanie krąŜenia. Nierówny, cięŜki oddech
sugerował odmę płucną - poduszkę powietrzną między płucami a
otaczającymi je tkankami, powstałą w wyniku szoku. Wywierała ona
nacisk na płuca, uniemoŜliwiając im właściwe działanie. Stan ten
doprowadziłby niechybnie do śmierci pacjenta na skutek ustania
oddechu, toteŜ niezbędna była interwencja chirurgiczna. Ratowanie
Ŝycia przy powaŜnym urazie wymaga stałego rozpoznawania i
rozwiązywania serii kryzysów o zmieniającym się tempie rozwoju
i priorytecie. W tym przypadku najwaŜniejsze było ustabilizowanie
Ŝyciowych funkcji pacjenta jeszcze przed prześwietleniem organów
wewnętrznych oraz eksploracyjną chirurgią podbrzusza. Dopiero po
jej wykonaniu moŜna będzie z całą pewnością określić, ile razy
Thibodeau został trafiony, jakie szkody wywołała kula, kule lub
ich odłamki oraz gdzie się obecnie znajdują. Kierujący zespołem
chirurg, świadom braku czasu, wyrzucił z siebie serię poleceń. -
Potrzebuję MAST, siedem jednostek RBC, duŜą sondę i aspirator
igłowy, i to stat! Skrótem MAST określano specjalne spodnie
ciśnieniowe, które po napełnieniu powietrzem wypychają krew z
dolnych partii ciała do serca i mózgu. RBC to jednostki
czerwonych ciałek krwi - wzbogaconego hemoglobiną komponentu krwi
zapewniającego tkankom niezbędny tlen. W normalnej sytuacji
trzeba by najpierw sprawdzić grupę krwi rannego i porównać ją z
grupą dostarczonego RBC, poniewaŜ jednak Rollie był pracownikiem
UpLink, informacje takie znajdowały się w banku danych szpitala,
przez co zaoszczędzono cenne minuty. Sonda doŜylna z kolei
musiała mieć duŜą średnicę, by transfuzja RBC była wystarczająco
szybka. Aspirator igłowy był po prostu wielką strzykawką uŜywaną
do spuszczania powietrza z jamy płucnej. Pozwalał na napełnienie
płuc i przywrócenie normalnego oddychania. Określenie "stat" było
natomiast skrótem od łacińskiego statim, czyli "natychmiast", i
w tym teŜ znaczeniu uŜywano go w medycynie. W Ŝargonie lekarskim
oznaczało "zaraz albo jeszcze szybciej!" W powszechnym
przekonaniu lekarze pracują wolno, starannie i w sterylnych
warunkach. Nic nie zburzyłoby tego mitu szybciej niŜ rzut oka na
salę zabiegową. Lekarze toczą w niej prawdziwe bitwy o Ŝycie
pacjentów, a kaŜda z nich jest z załoŜenia szybka, chaotyczna,
krwawa i pełna napięcia. Wbicie grubej igły zwanej czternastką
w pierś muskularnego męŜczyzny waŜącego dwieście funtów, i to gdy
trzyma się strzykawkę i chce trafić między twarde mięśnie, nie
jest łatwe i naprawdę rzadko udaje się za pierwszym czy drugim
razem. A igłę trzeba wbić głęboko, Ŝeby jednym ruchem tłoka
usunąć ciepłe, wilgotne powietrze, które zebrało się wokół płuc.
To nie zabawa, o czym zaświadczyłby zapewne pospiesznie wezwany
młody lekarz, gdyby tylko miał czas. Tymczasem robił co mógł, by
Strona 49
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
pacjent nie zmarł, nim znajdzie się na stole operacyjnym.
Wypełniał polecenia szefa zespołu, który zajęty był podawaniem
rannemu krwi i roztworu soli fizjologicznej. Gdyby szpital nie
znajdował się na terenie zakładów, Thibodeau zmarłby w karetce.
Po usunięciu powietrza z opłucnej naleŜało powstrzymać jego
napływ, tak by pacjent mógł normalnie oddychać. A to oznaczało
szczelną torakostomię. Pierwszym krokiem było umieszczenie
specjalnej rury intubacyjnej w piersi rannego, a konkretnie w
opłucnej, czyli przestrzeni między płucami a Ŝebrami, gdzie
utworzyła się poduszka powietrzna. Młody lekarz przeciągnął
skalpelem między Ŝebrami, pogłębiając nacięcie horyzontalnie
przez mięśnie. Następnie za pomocą klamry Kelly'ego rozszerzył
nacięcie, by móc w nie wsunąć palec. Wyjęciu klamry towarzyszyło
obfite krwawienie, ale włoŜył palec aŜ po nasadę i ostroŜnie
wymacał płuco i przeponę. Delikatnie wsunął podaną przez
instrumentariusza rurę, spojrzał na Thibodeau i odetchnął z ulgą.
Pacjent oddychał regularniej i łatwiej, a jego skóra nie była juŜ
przezroczysta. Intubator zaopatrzony był w system osuszający i
jednokierunkowy zawór, który uniemoŜliwiał przedostawanie się
powietrza do opłucnej. Lekarz musiał jeszcze zaszyć skórę wokół
rury intubacyjnej, by całkowicie ją uszczelnić. Zapowiadała się
długa i cięŜka noc, lecz Thibodeau miał przynajmniej jakąś szansę
na sali operacyjnej. Czym prędzej został tam przewieziony, a
chirurdzy natychmiast otworzyli jego jamę brzuszną i zaczęli
oceniać szkody, jakie wyrządziła kula.
6
REGION CHAPARE, ZACHODNIA BOLIWIA
18 KWIETNIA 2001
Harlan DeVane obserwował z cichą satysfakcją trzy cięŜarówki
pokonujące w tumanach kurzu bitą drogę biegnącą wzdłuŜ wschodniej
granicy jego rancha. Samochody zmierzały ku lotnisku, na którym
czekał samolot typu Beech Bonanza. Nie wybiła jeszcze dwunasta,
ale słońce praŜyło juŜ niemiłosiernie trzy wysłuŜone camiones i
szeroką płaską łąkę, na której pasły się jego importowane z
Argentyny krowy. Na bydle upał nie robił wraŜenia. Bezwietrzna
pogoda sprawiała, Ŝe dym płonącej puszczy był nieruchomą smugą
na horyzoncie. Kiedy powieje popołudniowy wiatr, dym uniesie się
i rozproszy, zmieniając w szarą mgłę, która przesłoni słońce, tak
Ŝe moŜna będzie na nie spojrzeć gołym okiem. Taka była cena
postępu i DeVane jako realista akceptował ją, choć z Ŝalem.
Powstawały nowe drogi, a korzystający z okazji chłopi i ranczerzy
osiedlali się na krótko w okolicy, by uprawiać ziemię. Pola w
dorzeczu Amazonki szybko się wyjaławiały - wystarczały na
niewięcej niŜ trzy lata uprawy zbóŜ - więc potem karczowali
kolejny skrawek puszczy. Gdy w okolicy zabrakło ziemi, przenosili
się w inne rejony. Cykl ów był niezbyt sensowny, ale
nieunikniony, a poniewaŜ nic w Ŝyciu nie przychodzi za darmo, w
tym wypadku płacili w pierwszej kolejności chłopi, na dłuŜszą
metę wszyscy pozostali. - Wygląda na to, Harlan, Ŝe samolot
wkrótce wystartuje zauwaŜył Rojas, pociągając łyk schłodzonego
guapuru. DeVane spojrzał na niego spod ronda białej panamy. Jego
naciągnięta skóra była blada, niemal bezbarwna, a błękitne,
głęboko osadzone oczy niczym wykute z lodu. Miał na sobie biały
dwurzędowy garnitur uszyty na miarę z jakiegoś lekkiego materiału
- sądząc po kroju, gdzieś w Europie. Kołnierz błękitnej koszuli
był starannie zapięty, a obrazu dopełniały szelki w drobny
Ŝółtoniebieski wzór. Mimo upału DeVane zdawał się zajmować
własny, chłodny fragment przestrzeni. Rojasowi przypominał rybę
z rodziny Scorpaenidae, zamieszkującą wody Karaibów - z pozoru
delikatną i elegancką, w rzeczywistości śmiertelnie jadowitą. -
A ty, Francisco? - spytał po portugalsku, choć Rojas do brze
władał angielskim. - Odlecisz na jego pokładzie czy teŜ
poczyniłeś inne przygotowania? - Wiesz, Ŝe wolę, Ŝeby perico
latało osobno. Na wszelki wypadek DeVane uśmiechnął się w duchu,
słysząc ten dobór słów - kokaina powodowała gadatliwość, toteŜ
po hiszpańsku nazywano ją perico: papuga. Tyle Ŝe było to
określenie slangowe, którego moŜna by się spodziewać po ulicznym
Strona 50
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
sprzedawcy prochów z San Borja, a nie po wyŜszym rangą
funkcjonariuszu policji brazylijskiej. Do Rojasa jednak pasował
ten język - był tchórzliwym, przekupnym i leniwym biurokratą,
jakich pełno na południe od równika, próbującym pozować na
przestępcę. Ale gdyby odpalić przed jego biurem petardę, ukryłby
się, trzęsąc ze strachu, pod własnym biurkiem.Kiedy skończymy,
mój kierowca odwiezie cię na lotnisko w Rurrenabaque - obiecał. -
MoŜesz się czuć bezpiecznie. Rojas usłyszał w jego głosie
lekcewaŜenie i uniósł dłonie w obronnym geście.RóŜne rzeczy się
zdarzają - wyjaśnił pospiesznie. - Nie spodziewam się problemów,
ale zawsze czuję ulgę, gdy dostawa dociera na miejsce
przeznaczenia. Prawdę mówiąc, pomyślał, ulgę poczuje, gdy zejdzie
z oczu ochroniarzom DeVane'a. A zwłaszcza Kuhlowi, który od
pierwszego spotkania przypominał mu nie człowieka, lecz
beznamiętną, precyzyjną broń... i to kierowaną przez kogoś o
niezaspokojonym apetycie na władzę i pieniądze. Kuhl sam
zapracował na swą fatalną reputację, ale nie ulegało wątpliwości,
Ŝe współpraca z DeVane'em zwiększyła znacznie jego wrodzoną
skłonność do przemocy i rozlewu krwi. Tak, naprawdę miło będzie
znaleźć się daleko stąd. Rojas sięgnął po szklankę z chłodnym
napojem i pociągnął spory łyk. Nie pierwszy raz spotykał się z
tym męŜczyzną i powinien się juŜ przyzwyczaić. Udawało mu się
nawet panować nad niepokojem, pod warunkiem Ŝe nie patrzył na
Kuhla czy uzbrojonych wartowników, lecz koncentrował się na
krajobrazie. Sceneria w rzeczy samej była przyjemna: siedzieli
przy ocienionym przez mimozę stole na tyłach domu DeVane'a. A
raczej rezydencji, jako Ŝe budynek był duŜy, elegancki i stylowy,
zupełnie niczym siedziba potomka hiszpańskich konkwistadorów.
Tylko basen i kort tenisowy zdradzały znacznie późniejsze
pochodzenie. Była to zresztą jedna z wielu posiadłości, które
DeVane miał na całym świecie i między którymi podróŜował,
doglądając interesów swego imperium. CięŜarówki zatrzymały się
na pasie startowym w cieniu czekającego samolotu, a kierowcy,
zbieranina Keczua, zajęli się ich rozładowywaniem i przenoszeniem
pakunków do komory bagaŜowej bonanzy.Masz nadzwyczajną zdolność
pozyskiwania i utrzymywania lojalności Indian, Harlan - zauwaŜył
obserwujący ich Rojas. - Nigdy bym się tego nie spodziewał.
DeVane przyglądał mu się z uwagą.
Dlaczego? Handlowali juŜ z Amerykanami.
Policjant spróbował obojętnie wzruszyć ramionami.
Owszem, ale nie na warunkach, które ustaliłeś. Są wręcz
niespotykane. Kupujesz towar od Peruwiańczyków, a tutejszych
cocaderos zatrudniasz wyłącznie do rafinacji i dystrybucji... -
Nie dokończył. DeVane nie spuścił z niego wzroku.
Dokończ... proszę.
Rojas zawahał się, a potem dodał:
Rolnicy są tu biedni, a koka z Chapare jest ich głównym
źródłem utrzymania. Sto kilogramów moŜe przynieść trzy miliony
dolców, jeśli zajmą się produkcją od początku do końca. W tym
układzie muszą znaleźć innego kupca na swój towar albo pozwolić,
by zbiory zgniły na polach.
DeVane uśmiechnął się nagle, ukazując na moment równe białe
zęby.Jeśli dasz ludziom za mało, będą niezadowoleni, jeśli za
duŜo, przestaną cię potrzebować. Tajemnica utrzymania ich
lojalności polega na tym, by dawać im akurat tyle, ile
potrzebują, Francisco. - Mimo to uwaŜam, Ŝe twoje kontakty z
zagranicznymi plantatorami spowodują kłopoty. - Ciekawość na
chwilę przewaŜyła u Rojasa nad ostroŜnością. - I Ŝe Sendero
Luminoso teŜ będą mieli powody do niezadowolenia. Od dawna mają
tu własny system obróbki i zawsze starannie chronili swoje
interesy.Nie bardziej niŜ ja, o czym doskonale wiedzą. Mam swoje
powody, by utrzymywać lewicowych rzezimieszków w tej operacji.
A oni są szczęśliwi, bo nigdy dotąd nie mieli podobnych dochodów.
Rojas zdecydował się wycofać. Miał niejasne wraŜenie, Ŝe został
wymanewrowany. - Jak juŜ powiedziałem, masz moje uznanie -
powtórzył. - To taniec z diabłem. Ja nigdy bym tego nie potrafił.
Nie wyglądało na to, Ŝe DeVane jest skłonny zakończyć rozmowę. -
Diabeł moŜe być najlepszym partnerem, kiedy juŜ poznasz jego
Strona 51
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
kroki. Jestem pewien, Ŝe wiesz, jak nazywają go górnicy cyny w
górach na południu. Mówią o nim El Tio: Wujek. W niedzielny
poranek idą do kościoła, modlą się, dają na tacę i śpiewają na
chwałę Bogu i świętym. Ale w poniedziałek, nim zjadą pod ziemię,
składają ofiary stojącym przy wejściu posąŜkom El Tio: alkohol,
papierosy i liście koki. Rojas znów zaczął się czuć nieswojo.
- Ofiary stosowne dla władcy piekieł - skomentował.
- Istotnie. - DeVane ponownie błysnął lodowatym uśmiechem. - Są
cudownie pragmatyczni. Jeśli chce się pracować tam, gdzie jest
gorąco i ciemno, trzeba się nauczyć obłaskawiać bogów, których
bogactw się szuka. Na długo zapadła cisza.
Słońce doszło do zenitu i upał zmusił pasące się bydło do
bezruchu. Rojas przyjrzał się straŜnikom otaczającym z dyskretnej
odległości stół i mając dość widoku AK74, przeniósł wzrok na
lotnisko, gdzie Indianie wciąŜ poruszali się z trudem między
cięŜarówkami a samolotem. Był wyczerpany i ponownie zapragnął
znaleźć się daleko stąd. DeVane upił niewielki łyk i ostroŜnie
odstawił szklankę na stół. Chciałbym, Ŝebyś mi w czymś pomógł,
Francisco - powiedział. - W pewnej dość waŜnej sprawie. Rojas
czekał na tę chwilę. Zwykle po dostawie wysyłał z zapłatą
kuriera, ale tym razem DeVane nalegał, by zjawił się osobiście.
Zrobił to, nie domagając się wyjaśnień, wiedział bowiem, Ŝe
Amerykanin udzieli ich dopiero wówczas, gdy dojdzie do wniosku,
Ŝe nadszedł stosowny czas. - Jeśli chodzi o Guzmana, to moŜe
ucieszy cię wiadomość, Ŝe juŜ interweniowałem w jego sprawie. Daj
mi jeszcze dzień, a wyciągnę go z więzienia i przerzucę przez
granicę - powiedział. - Doceniam to i dostarczę funduszy na
pokrycie kosztów, ale nie o nim chciałem z tobą rozmawiać. Rojas
uniósł brwi. Eduardo Guzman był chłopcem na posyłki w organizacji
DeVane'a. Aresztowano go, jako podejrzanego o handel bronią i
narkotykami, gdyŜ korzystał z usług prostytutki współpracującej
z policją antynarkotykową. W normalnych okolicznościach nie
byłoby o czym mówić - DeVane nie zaprzątałby sobie głowy
szeregowymi pracownikami, którzy ponosili konsekwencje własnej
głupoty. Ale wujek Guzmana był jednym z najwaŜniejszych
przedstawicieli Amerykanina w SSo Paulo, a poniewaŜ wszyscy
doskonale o tym wiedzieli, Rojas załoŜył, Ŝe DeVane będzie chciał
wyciągnąć chłopaka z kłopotów, i poczynił dyskretne rozeznanie
w prokuraturze. Zgodnie z oczekiwaniami dowiedział się, Ŝe za
stosowną kwotę zainteresowani prokuratorzy mogą odstąpić od
wniesienia oskarŜenia. Tymczasem DeVane dał wyraźnie do
zrozumienia, Ŝe nie chce rozmawiać o Guzmanie. A więc chodziło
o coś zagadkowego, o czym Rojas nie miał pojęcia. - Wybacz moje
zaskoczenie - wymamrotał. - Myślałem... - Ostatniej nocy
wtargnięto na teren amerykańskich zakładów w Mato Grosso -
przerwał mu Kuhl. Odezwał się po raz pierwszy od przybycia
Rojasa. - Słyszałeś coś o tym przed wyjazdem? - Nie sądzę -
odparł policjant. W istocie nic nie słyszał, ale z zasady nie
przyznawał się z marszu do pewnych rzeczy, do póki nie wiedział
dokładnie, o co chodzi. MoŜesz być pewien, Ŝe juŜ wkrótce
usłyszysz - stwierdził rzeczowo Kuhl. - Najbardziej powinno cię
zainteresować to, Ŝe część napastników została ujęta przez
prywatne siły bezpieczeństwa strzegące zakładów. Nie wiem, ilu
i czy przekazano ich juŜ Ŝandarmerii. JeŜeli nie, to nastąpi to
wkrótce, a wtedy musisz dopilnować, by nigdy nie zostali
przesłuchani. Nie ob chodzi mnie, czy ich uwolnisz, zabijesz czy
po prostu znikną. Interesuje mnie jedynie to, by nie zaczęli
mówić. Rojas przyglądał mu się, gorączkowo próbując wymyślić
najlepszą odpowiedź. Osiem miesięcy temu zaczął współpracę z
DeVane'em od prostego zakupu kokainy, co - nim zdąŜył się
zorientować - zmieniło się w skomplikowaną sieć powiązań. Pomógł
mu zamaskować transakcje, które w innym wypadku przyciągnęłyby
uwagę władz brazylijskich, i stał się łącznikiem z kręgami
politycznymi i policyjnymi. Był niewielkim ogniwem w długim
łańcuchu - kroplą oliwy w wielkich trybach skomplikowanej maszyny
- i szczodrze go za to wynagradzano. Miał kobiety, pieniądze,
luksusowe apartamenty hotelowe i wyjazdy za granicę na koszt
DeVane'a. Dopiero w ostatnich tygodniach zrozumiał, jak bardzo
Strona 52
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
związał się z Amerykaninem. Musiał robić coraz ryzykowniejsze
rzeczy, a wahanie kończyło się coraz silniejszymi naciskami.
Istniały jednak granice. Musiały istnieć. A to, co właśnie
usłyszał, wykraczało daleko poza wszystko, czego się podświadomie
obawiał.Nie wiem - powiedział powoli. - Mato Grosso leŜy poza
moją jurysdykcją. Mogę bez problemu popytać, dowiedzieć się, co
się dzieje z więźniami. Ale jeśli władze tego regionu będą
chciały ich przesłuchać, nie zdołam im w tym przeszkodzić. Kuhl
przyglądał mu się obojętnie. To znajdziesz jakiś sposób -
odparł. - Nie ma innej moŜliwości. Rojas popatrzył mu w oczy i
milczał niemal minutę. Nagle słońce wydało mu się znacznie
gorętsze - miał wilgotne dłonie i pot pod pachami. Szaleństwem
było uwaŜać, Ŝe moŜe się związać z DeVane'em, nie tracąc przy tym
niezaleŜności. Kupiono go i regularnie opłacano, a teraz
oczekiwano od niego, Ŝe będzie skakał tak, jak kaŜe mu nowy
właściciel. W końcu spojrzał na DeVane'a i powiedział:
- Rozumiesz, Ŝe nie chcę obiecywać czegoś, czego nie będę w
stanie zrealizować. - My równieŜ tego nie chcemy - zgodził się
DeVane. - Spodziewamy się tylko, Ŝe zrobisz, co będziesz mógł.
Rojas wysączył duszkiem zawartość szklanki. Cień rzucany przez
mimozę skurczył się i upał stał się nie do zniesienia. Przez
chwilę widział oczyma wyobraźni, jak wybucha płomieniem w wyniku
samozapłonu, a Kuhl i DeVane przyglądają się temu obojętnie.Coś
się stało, Francisco? - zainteresował się DeVane. Wydajesz się
zaniepokojony. Policjant potrząsnął głową. Usłyszał odgłos
zapuszczanego silnika bonanzy i spojrzał w stronę lotniska.
Cocaderos rozładowali cięŜarówki i zjechali z pasa, a samolot
przygotowywał się do startu. Gdyby nie Ŝelazna zasada, zgodnie
z którą nie podróŜował z towarem, dałby wiele, by znaleźć się na
jego pokładzie. Nie sądził, Ŝeby jego nerwy zniosły dłuŜej
obecność Kuhla i DeVane'a.Powinienem się poŜegnać - odezwał się
rad z wymówki. Kursów zagranicznych jest tu niewiele, a odloty
nie zawsze zgadzają się z rozkładem. DeVane przytaknął i kiwnął
palcami na jednego z wartowników. Ten skinął głową i podniósł do
ust radiotelefon.Twój samochód juŜ jedzie - poinformował go
gospodarz. Nie chcielibyśmy, Ŝebyś utknął w obcym kraju, prawda?
Rojas zdołał sfabrykować uśmiech.
Muito obrigado - wymamrotał zmieszany własną słuŜalczością
i pomyślał z niesmakiem o górnikach, o których nie dawno
rozmawiali. Od pewnego czasu zachowywał się tak jak oni, tyle Ŝe
nie przyznawał się do tego przed sobą. I on wszedł w mrok i
gorąco i aŜ za dobrze nauczył się obłaskawiać bogów.
7
PAlO ALTO, KALIFORNIA
18 KWIETNIA 2001
Ashley nigdy nie słuchała muzyki przed poranną kawą i ta nagła
zmiana zwyczajów zaskoczyła go. Roger Gordian siedział na
werandzie swego domu w Palo Alto po wielu godzinach spędzonych
przy telefonie i bez cienia zainteresowania przyglądał się
jajecznicy oraz tostom. Talerz stał przed nim, nieco z prawej
znajdowała się filiŜanka parującej kawy, z lewej zaś - dalej, ale
w zasięgu ręki - leŜał telefon bezprzewodowy. Podejmowanie
decyzji było u niego odruchem nabytym, którego szybkość rosła w
sytuacjach kryzysowych. Na wiadomości z Brazylii zareagował jak
na kaŜdą sytuację alarmową: zawsze najpierw zbierał i analizował
wszelkie dostępne informacje, a dopiero potem układał logiczny
i systematyczny plan działania. W tym wypadku proces zbierania
informacji zajął mu całą noc, którą spędził w gabinecie. Cody
dzwonił kilkakrotnie z nowymi danymi o napadzie, a on sam
telefonował do swoich doradców i kontaktów politycznych, w tym
do wysoko postawionego urzędnika Departamentu Stanu. Rozmawiał
równieŜ z Danem Parkerem, przyjacielem i długoletnim kongresmanem
z czternastego okręgu w Kalifornii. Dan przegrał co prawda
ostatnie wybory, ale Gordian zasięgał jego opinii w razie
kryzysu. KaŜdy z jego rozmówców zaczął własnymi kanałami zbierać
informacje o sytuacji w Brazylii, a tymczasem Gordian
skontaktował się z Charlesem Dorsetem, administratorem w NASA.
Strona 53
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Powody były dwa. Po pierwsze, chciał go poinformować o tym, co
zaszło w zakładach związanych z budową stacji kosmicznej, zanim
nowiny dotrą doń z innego, niekoniecznie wiarygodnego źródła, na
przykład od Ŝądnych sensacji dziennikarzy czy reporterów. Po
drugie, chodziło o ewentualne związki między atakiem i katastrofą
Oriona i ich wpływ na śledztwo. Na razie Gordian nie wiązał ze
sobą wydarzeń w Brazylii i na Florydzie, choć krótki czas, jaki
je dzielił, oraz to, Ŝe oba powodowały negatywne skutki dla
całego programu budowy stacji, sugerowały, Ŝe takie powiązanie
moŜe istnieć. Chwilowo nic na to nie wskazywało, toteŜ wystrzegał
się pochopnych wniosków, z drugiej jednak strony nie zamierzał
przedwcześnie wykluczać takiej moŜliwości. Makiaweliczny spisek
sprzed roku, mający zniszczyć UpLink, był kosztowną, lecz
niezapomnianą lekcją, którą ignorować mógł tylko niefrasobliwy
głupiec. Dlatego teŜ ostatni telefon, juŜ nad ranem, wykonał do
Jurija Pietrowa, odpowiednika Dorseta w Rosyjskiej Agencji
Kosmicznej. Korzystając z naleŜącego do Miecza tłumacza,
poinformował go o wydarzeniach w Brazylii i doradził zwiększenie
ochrony kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie oraz innych podległych
agencji obiektów. Póki co jednak telefon milczał, dzięki czemu
mógł wyjść z gabinetu i zobaczyć, jak wygląda ranek. Dorset
obiecał oddzwonić w ciągu godziny z informacjami w
najwaŜniejszych sprawach, więc Gordian odłoŜył wyjazd do biura.
Chciał być zupełnie wolny, by móc spokojnie rozmawiać z
administratorem. Przyjrzał się bez zainteresowania talerzowi,
wodząc widelcem po jajecznicy, i zdecydował, Ŝe z rozpoczęciem
śniadania poczeka na powrót Ashley. Usiadł wygodniej i
stwierdził, Ŝe jego córka Julia odniosła niewiele większy sukces
w starciu z posiłkiem. Pozostał po niej na wpół zjedzony rogal
z borówkami i niemal pełna filiŜanka zimnej juŜ kawy. Ledwie
zdąŜył wyjść na taras, Julia popędziła na pierwsze bolesne
spotkanie z adwokatem w sprawie rozwodu, zostawiając rodzicom nie
sprzątnięte naczynia i swe ukochane charty. Właściwie w tej
chwili psy pozostawały pod opieką Rogera, jako Ŝe Ashley zerwała
się z miejsca i pospieszyła bez słowa do domu, Ŝeby włączyć jakąś
płytę kompaktową. Gordian nie pamiętał, by zrobiła coś podobnego
przez dwadzieścia pięć lat ich małŜeństwa, a zwłaszcza nie
pamiętał pośpiechu, z jakim zostawiła jego, śniadanie i kawę.
Zastanawiając się, co teŜ w nią wstąpiło, i Ŝałując, Ŝe nie moŜe
się w pełni zrelaksować, spojrzał najpierw w prawo, potem w lewo,
a w końcu zmarszczył brwi zaskoczony tym, co zobaczył. Oba psy
darzyły go względami podczas posiłków, ale tym razem miał ich
niepodzielną uwagę - siedziały z obu stron krzesła, przyglądając
mu się brązowymi ślepiami. Ze spojrzeń tych wynikało
jednoznacznie, czego się spodziewają. Sięgnął po tost, przełamał
go i dał kaŜdemu po kawałku. Jack, cętkowany samiec, jak zwykle
połknął swój jednym kłapnięciem szczęk, nie ruszając się z
miejsca. Mniejsza, lecz obdarzona większym temperamentem Jill
skoczyła na cztery łapy i zdąŜyła okręcić się radośnie, nim
uporała się ze swoją porcją. Uderzyła przy tym zadem o nogi
stołu. Zastawa zabrzęczała i podskoczyła, a kawa wylała się na
talerzyk. Gordian westchnął cięŜko. W ten właśnie sposób
zawsze pakujesz się w kłopoty, wiesz? Odwrócił się i zobaczył
Ashley, która wynurzyła się z domu przy akompaniamencie
fortepianu Fatsa Wallera. - Uhmm - mruknął, wycierając kawę
serwetką. - O co konkretnie chodzi? - O karmienie psów resztkami
w trakcie posiłków. Pomijając juŜ fakt, Ŝe to wbrew zasadom
Julii, jest to sprawdzona przyczyna kłopotów. Zmarszczył brwi.
- Wiesz, jak traktowano te biedne psy na wyścigach? - spytał. -
Zanim Julia wzięła je z ośrodka opieki? Dosłownie biegały o
Ŝycie. - Wiem, ale nie o tym rozmawiamy.
- Charty dostają sześć szans, by wygrać lub być w pierwszej
trójce, nim przejdą na "emeryturę". Co zazwyczaj jest eufemizmem
oznaczającym uśpienie, chyba Ŝe ktoś zdąŜy je wcześniej uratować.
- Roger, to wciąŜ nie to...
- Całymi dniami trzymane są w klatkach trzy na trzy stopy, z
wyjątkiem krótkich chwil na posiłki i wypróŜnienie. Zawsze kończy
się to otarciami, spuchnięciem stawów, utratą sierści, Ŝe nie
Strona 54
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wspomnę... Roger...
Apoza tym widziałem z tuzin razy, jak sama w ostatnim tygodniu
łamała tę zasadę. Ashley posłała mu cierpiętniczy uśmiech i
usiadła na prawo od niego. Jest ich matką i to jej prerogatywa.
Gordian obserwował, jak sięga po termos i dolewa sobie świeŜej
kawy. Ubrana była w rozpiętą błękitną koszulę narzuconą na
brzoskwiniowy podkoszulek, jeansy i białe sportowe buty. Fryzura
stanowiła kompromis między modą, jej zdaniem a opinią Adriana jej
wieloletniego fryzjera. Krótko ścięte jasnobrązowe włosy
podkreślały na pozór całkowicie naturalnie wystające kości
policzkowe i morski błękit oczu. - Nie karmiłbym ich, gdyby nie
prosiły - bąknął. - Nie prosiłyby, gdybyś ich nie karmił w czasie
jedzenia. Nie zauwaŜyłeś, Ŝe do mnie nie podchodzą, gdy jemy?
Przyjrzał się psom, które zgodnie ze swym zwyczajem spoczywały
po obu stronach jego krzesła: Jill ledwie mogła usiedzieć,
przenosząc cięŜar ciała z jednej przedniej łapy na drugą, Jack
tkwił nieruchomo, przyglądając mu się wyczekująco znad
uniesionego pyska. - Kwadratura koła - mruknął. - Albo ktoś tu
zawsze daje się skusić do pomocy potrzebującym. - Ashley wzięła
rogalik i wskazała podbródkiem talerz męŜa. - MoŜe sam przy
okazji teŜ byś coś zjadł? Posłuchał bez entuzjazmu, nie mogąc
wzbudzić w sobie apetytu. Waller zaczął właśnie grać Cash for
Your Trash, zmieniając lewą ręką oktawy, by dać rytmiczny
podkład, a prawą wygrywając główną linię melodyczną. Gordian
stwierdził, Ŝe czeka na śpiew. Nie słyszałam tej piosenki
całe wieki. - Ashley poczekała z komentarzem do połowy utworu.
Przytaknął, nabierając jajecznicę.
- Sądzę, Ŝe Ŝaden inny wykonawca nie śpiewał tak doskonale z
nadzieją o beznadziejnej sytuacji. Jeśli rozumiesz, co mam na
myśli. - Rozumiem - powiedział, przyglądając się jej z namysłem.
- Chodzi ci o to, Ŝe był Murzynem, a Ŝył w czasach rozkwitu
rasizmu. Na dodatek, jeśli wziąć pod uwagę wszystko, co przeŜyło
jego pokolenie: pierwszą wojnę światową, Wielki Kryzys, drugą
wojnę światową. Jeśli dobrze pamiętam, ostatni utwór nagrał, gdy
mieliśmy wysyłać naszych chłopców do Europy.To były burzliwe
czasy - stwierdziła. Skinął głową.
Wszystkie jego piosenki mówiły o przetrwaniu złych czasów
z zaraźliwą pogodą ducha - dodała. - O tym, Ŝe skoro jesteśmy i
Ŝyjemy, mamy szansę doŜyć lepszych czasów... jak kolwiek banalnie
to brzmiało. Gordian ponownie przytaknął.
Tak - przyznał po chwili.
Masz na myśli banalność czy całą resztę?
- I to, i to, ale głównie resztę.
W milczeniu wysłuchali Lulu's Back in Town, I Ain't Got Nobody
i Gonna Sit Right Down and Write Myself a Letter, w których
Wallerowi towarzyszyli Benny Carter, Slam Stewart oraz Bunny
Berigan. Ashley obserwowała przez chwilę Rogera, aŜ w końcu
wskazała leŜącą na stole słuchawkę.Powiesz mi, co się dzieje? -
Czekam na telefon od Dorseta z NASA. Usiłujemy wreszcie rozkręcić
śledztwo w sprawie Oriona. Poświęciłem sporo uwagi jego
mechanizmom proceduralnym, ale wczoraj Alex Nordstrum przekonał
mnie, Ŝe nie powinienem lekcewaŜyć innego aspektu.
- Alex? - zdziwiła się, unosząc brwi. - Sądziłam, Ŝe wciąŜ jest
zajęty leczeniem uraŜonej dumy. Gordian uśmiechnął się lekko.
Chodzi ci o to, Ŝe wciąŜ jest na mnie wściekły - uściślił.
W kaŜdym razie poprosiłem go o przysługę i przyszedł do biura...
- Wzruszył ramionami. - Wiesz, jak to jest. Przyjrzała mu się
uwaŜnie.
- Nie, nie wiem, ale sądzę, Ŝe to jakaś męska sprawa, którą
moŜesz mi wyjaśnić później. Powiedz mi, o czym rozmawialiście. -
Mówiąc w skrócie, przypomniał mi, Ŝe musimy zaskarbić sobie
zaufanie ludzi, a nie traktować je jak coś, co się nam naleŜy.
Dzięki jego sugestiom wpadłem na kilka całkiem konkretnych
pomysłów i nie zamierzam pozwolić, Ŝeby to śledztwo zmieniło się
w publiczną wojnę między NASA a komisją wyznaczoną przez Biały
Dom. Poprzednio tak było, jeśli pamiętasz. Chodziło o to, Ŝe
komisja zewnętrzna odniosła się nader sceptycznie do orzeczenia
komisji wewnętrznej. - Jak pamiętam, był to nader uzasadniony
Strona 55
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
sceptycyzm. - Owszem, ale nie w tym rzecz. I tym razem wyniki
śledztwa będą podawane w wątpliwość, niezaleŜnie od tego, jak
uczciwie zostanie ono przeprowadzone. Gwarantuję ci, Ŝe będzie
uczciwe, ale jeśli nie zdołamy przekonać o tym ludzi, to wątpię,
by program stacji kosmicznej miał szansę na kontynuację. Ashley
przełknęła kawałek rogalika i spytała:
- A co myśli Dorset o twoim udziale? Ludzie nie lubią, kiedy ktoś
plącze się po ich podwórku. - Jak dotąd rozumiemy się dobrze.
Chuck to rozsądny facet i ma na uwadze to, co najlepsze dla NASA.
- Odwrócił się do Ŝony. - Poza tym nie ma innego wyjścia. Musi
brać pod uwagę moje sugestie, bo bez technologii UpLink i
kontaktów z innymi rządami nie będzie międzynarodowej stacji
kosmicznej. Kropka.
Uśmiechnęła się.
Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek próbował cię
zignorować, gdy masz ten stalowy błysk w oczach - stwierdziła.
Gordian odchrząknął i pochylił głowę, spoglądając w talerz z
typowo chłopięcym zawstydzeniem, a Ashley udała, Ŝe go nie
dostrzega. Odczekała kilka sekund, nim zadała kolejne pytanie. -
A w związku z którą z twoich sugestii ma dzwonić?
- Dałem mu do zrozumienia, kto powinien kierować śledztwem.
Niedwuznacznie.
I?
- Ma tylko jeden problem. Nie chciałby, Ŝeby ktoś w NASA poczuł
się pominięty. - To zrozumiałe. Kwestia kompetencji, juŜ ci to
mówiłam. Wiesz, jak to moŜe wyglądać. - Wiem, Ash. Ale nie czas
teraz martwić się zachowaniem biurokratycznej harmonii agencji.
Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej. Pod koniec miesiąca
ma nastąpić start w Rosji i nie chcę, Ŝeby go odkładano. Martwi
mnie to, co się stanie, jeśli ten zakuty łeb, senator Delacroix,
albo ktoś, kto równie łatwo jak on za kaŜdym razem staje po złej
stronie, zacznie w którymś z talkshow podawać w wątpliwość sens
międzynarodowej współpracy. - Delacroix - powtórzyła Ashley. -
Czy to ten, który walczył z wielkim wypchanym niedźwiedziem
ubranym w strój zapaśniczy z sierpem i młotem?
- W sali Senatu. - Gordian odetchnął powoli. - W kaŜdym razie
Dorset ma mi dać znać, czy osoba, o którą mi chodzi, jest w ogóle
zainteresowana propozycją. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z moimi
oczekiwaniami, zrobimy naprawdę duŜy krok w kierunku zdobycia
publicznego zaufania. Uczciwy krok na dodatek. - Są jakieś
powody, dla których nie chcesz mi powiedzieć, kto to taki?
Wzruszył ramionami z nagłym zaŜenowaniem.
Tylko to, Ŝe jestem przesądny. Kolejna cecha starego pilota.
Powiem ci, jeśli nalegasz, ale... Uniosła dłoń.
Daj spokój - powiedziała powaŜnie. - Jako Ŝona starego
pilota wiem, co to cierpliwość. Tyle razy trzymałam za ciebie
kciuki, czekając, aŜ będziesz gotów, więc teraz teŜ wytrzymam.
Tylko nie zapominaj, Ŝe kaŜda cierpliwość ma swoje granice. Moja
teŜ. Znów zapadło milczenie przerywane jedynie przez Fatsa
Wallera rozwodzącego się nad tym, Ŝe kaŜdy, kto uŜywa
ostatecznych środków, jest niebezpieczny. Gordian uśmiechnął się
lekko, gdy zauwaŜył, z jaką uwagą Jill i Jack obserwują jego
widelec. Ashley, niespodziewanie dla siebie samej, poczuła
ochotę, by go przytulić, ale zapanowała nad nią, podobnie jak
wcześniej nad ciekawością - dotychczas nie zapytała w ogóle o to,
co wydarzyło się w Brazylii. Nie zrobiła tego, choć to, czego
zdołała się dowiedzieć, kazało jej podejrzewać, Ŝe - podobnie jak
inne dziwne wydarzenia i kryzysy z ostatnich lat - stanowiło to
zagroŜenie dla jej męŜa. Tak jak wówczas będzie ją dręczyć
bezsenność spowodowana obawą, Ŝe mogłaby go utracić na zawsze.
Skończyli wreszcie śniadanie i siedzieli przy dźwiękach muzyki,
napawając się zapachem świeŜo skoszonej trawy i promieniami
słońca wpadającego przez Ŝaluzje. Gordian, który zostawił na
talerzu kawałek chleba, przyjrzał się wymownie psom i spojrzał
pytająco na Ŝonę.UwaŜam, Ŝe nie powinieneś - odparła na nieme
pytanie. Ale jeśli to zrobisz, nie chcę potem słyszeć ani słowa
na temat rozpuszczonych zagłodzonych psów. Tak pod swoim adresem,
jak pod adresem Julii.
Strona 56
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Gordian rozdzielił tost na dwa kawałki i dał obu głodomorom -
Jack połknął swój natychmiast, Jill z większą gracją i
powściągliwością. Potem polizała go po palcach, jakby
przepraszała za zderzenie ze stołem.Ty to masz powodzenie -
skomentowała sytuację Ashley. Choć to trochę mokra forma podziwu.
Roger wytarł dłoń o spodnie i ignorując zaczepkę, spytał: - Mogę
teraz ja o coś spytać? - Jasne.
- Zastanawiałem się, skąd u ciebie ta nagła ochota na muzykę.
Spojrzeli sobie w oczy.
- To proste - odpowiedziała i wzruszyła ramionami. - Przypomniało
mi się nagle, Ŝe Fats Waller zawsze naleŜał do twoich ulubieńców.
- To wyjaśnia wybór wykonawcy. - Nie przestał się jej przyglądać.
- Ale nie porę. Zawsze mówiłaś, Ŝe lubisz mieć rano ciszę i
spokój. Ashley uśmiechnęła się.
- Z pewnością się domyśliłeś.
- Nie - przyznał uczciwie. - Pojęcia nie mam.
Przysunęła się bliŜej.
To taka kobieca sprawa - odparła, składając mu głowę na
ramieniu. - Trenuj opanowanie, drogi męŜu, to moŜe ci później
wyjaśnię.
8
PÓŁNOCNA ALBANIA
18 KWIETNIA 2001
Jęcząc amortyzatorami, pordzewiały samochód marki Citroen zbliŜał
się z wysiłkiem do miejsca spotkania na przełęczy, trzydzieści
mil od Tirany. Siergiej Ilkanowicz, rozmyślając o dwóch
towarzyszących mu Rosjanach, przypomniał sobie nagle często
powtarzaną przez ojca maksymę, według której człowieka moŜna
zawsze ocenić po butach. Bez róŜnicy było, bogaty czy biedny,
twierdził. Nawet Ŝebrak w łachmanach, jeśli miał silny charakter,
robił co mógł, by utrzymać obuwie w jak najlepszym stanie. Z
drugiej strony, słabeusz i miernota, nawet jeśli naleŜał do
prezydium, nie dbał o nie i chodził w znoszonych butach. Osobą,
którą najczęściej wskazywał, gdy mówił o drugiej z tych grup, był
Chruszczow. Stary Ilkanowicz pogardzał nim, nazywając prostakiem
zauroczonym amerykańskim kapitalizmem oraz tchórzem, który
przestraszył się pustej groźby Kennedy'ego w czasie kryzysu
kubańskiego. Na liście zarzutów znalazły się teŜ głupota
ekonomiczna i polityczna, której efektem było powstanie w
okolicach Morza Czarnego w 1963, i prowadzenie Ameryki od
początku wyścigu zbrojeń. Ojciec twierdził, Ŝe kiedy Chruszczow
grzmocił butem w stół w trakcie sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ,
nie dość, Ŝe zachował się jak kretyn, to jeszcze pokazał światu,
w jak fatalnym stanie ma buty. Zwłaszcza zdarty z jednej strony
obcas dowodził, jakim jest słabeuszem, i ośmieszał Rosję w oczach
całego świata. Jeszcze jako chłopak Siergiej słyszał te
narzekania niezliczoną ilość razy i oglądał ziarnistą czarnobiałą
kronikę przedstawiającą owo faux pas. Obraz był upiornej jakości,
więc o kondycji buta nie sposób się było wypowiedzieć. Prawdę
mówiąc, nie miał pojęcia, czy ojciec ma rację, czy teŜ opowiada
bzdury, łącząc stan obuwia Chruszczowa z jego charakterem. Szybko
zresztą przestał próbować zdobywać doświadczenia dzięki
obserwacjom ojca. Zapamiętał go jako mrukliwego, zasuszonego
staruszka, który byłby komiczny, gdyby jego ciągłe monologi nie
były tak pełne złości i frustracji. Pracował jako inspektor w
państwowych zakładach samochodowych nad Wołgą i po powrocie do
domu nie potrafił odpręŜyć się bez pomocy wódki. W wyniku tego
Siergiej najczęściej widywał go zmorzonego pijackim snem na
tapczanie w ich dwupokojowym mieszkaniu. Miał dwanaście lat, gdy
w 1969 ojciec zmarł na atak serca, i był najmłodszym z czterech
synów, którym matka nie mogła zapewnić utrzymania z pensji
szwaczki i państwowej renty po męŜu. Sześć miesięcy później
został wysłany do stryja - matematyka mieszkającego w
Akademgorodoku na Zachodniej Syberii. W czasach, w których
komuniści wciąŜ jeszcze łudzili się, Ŝe będą przewodzić światu
w jakimś utopijnym raju, nazywano go szumnie Miastem Nauki. Matka
- zapytana, dlaczego właśnie on ma jechać, a nie któryś z jego
Strona 57
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
braci - wyjaśniła, Ŝe najlepiej się uczył, więc ma największe
szansę skorzystać na opiece i przewodnictwie stryja. Mimo to czuł
się odrzucony i zesłany na podobieństwo więźnia Gułagu.
Podejrzewał teŜ, Ŝe prawdziwy powód był inny - waŜniejsze były
dla niej pensje, które starsi bracia szybciej zaczęli przynosić
do domu, niŜ perspektywy jego kariery akademickiej. W końcu
jednak był wdzięczny matce za jej decyzję. Wszystko, czego
dowiedział się o Ŝyciu, zawdzięczał sobie, ale naukowa ciekawość,
dzięki której został fizykiem, była zasługą stryja. Citroen
gwałtownie skręcił i Siergiej uderzył o drzwi pasaŜera. Wyjrzał
przez okno i z prawej strony zauwaŜył skraj drogi, a za nim
przepaść. śołądek zawiązał mu się w ciasny węzeł. Kierowca dodał
jeszcze gazu, ignorując całkowicie moŜliwość, Ŝe jeden błąd
wystarczyłby, by wszyscy skończyli w bezimiennej otchłani. śeby
nie wpaść w panikę, Siergiej złapał się pierwszej myśli, jaka
przyszła mu do głowy - naturalnie dotyczyła ona butów oraz
charakterów - i skoncentrował na niej całą uwagę. Zastanawiał
się, co teŜ ojciec powiedziałby o jego towarzyszach podróŜy i
ochronie zarazem. Obaj jechali z nim przez ostatnie kilka dni i
nosili zachodnie buty starannie uszyte z dobrej skóry. Obaj mieli
równieŜ tatuaŜe, które jednoznacznie wskazywały, Ŝe są
recydywistami, i to cięŜkiego kalibru. Spoczywający z lewej
masywny Mołkow miał toporne rysy twarzy, a na kaŜdej kostce
prawej dłoni krzyŜ na znak wszystkich wyroków, które odsiedział.
Na środkowym palcu męŜczyzny widniała wytatuowana obrączka:
sztylet opleciony przez węŜa ukazującego kły oznaczał wyrok za
morderstwo. Sygnet w kształcie odwróconego pika na palcu
wskazującym symbolizował gangstera skazanego za napad z bronią
w ręku, ale najgroźniejszy ze wszystkich był gladiator na prawym
przedramieniu. Jego górną połowę zasłaniał podwinięty rękaw
koszuli. TatuaŜ ten oznaczał sankcjonowanego przez podziemie
przestępcze wykonawcę wyroków o skłonnościach do sadyzmu.
Siedzący z przodu Aleksander, niewysoki i Ŝylasty Gruzin, mógł
się poszczycić zbliŜoną kolekcją. Najciekawszy był tatuaŜ
przedstawiający sygnet w kształcie słońca wschodzącego nad
horyzontem w formie szachownicy. Zdradzał on, Ŝe jego właściciel
jest spadkobiercą wielopokoleniowej tradycji utrzymywania się z
łamania prawa. Ojciec z pewnością uznałby obu męŜczyzn za
wyjątkowe okazy istot ludzkich, biorąc pod uwagę nienaganny stan
ich butów i ignorując zupełnie całą resztę. Siergiej zawsze
rozkoszował się ironią, tak jak inni rozkoszowali się dobrym
winem, kawiorem czy kubańskimi cygarami. Szczytem ironii w tej
sytuacji było to, Ŝe sam nosił bardzo zadbane buty. Prawdę
mówiąc, zawsze wybierał najlepsze. Było to coś w rodzaju
osobistego oświadczenia, podobnie jak tatuaŜe jego towarzyszy,
Ŝe uwaŜa się za lepszego od większości, choć była to bardziej
wyŜszość umysłowa niŜ fizyczna. Gdyby jednak ojciec Ŝył i
wiedział, co właśnie zamierzał zrobić jego syn, być moŜe
przemyślałby swoją prostą metodę oceniania ludzi. Tak go
pochłonęły te rozmyślania, Ŝe dopiero po dłuŜszej chwili zdał
sobie sprawę, iŜ w końcu zwalniają, na co przeciąŜony silnik
reaguje z prawdziwą ulgą. Zmierzali prosto ku skalnej ścianie,
która wznosiła się na duŜą wysokość po lewej. Przeniósł wzrok na
wzmocnioną blachą walizkę stojącą między jego nogami i odruchowo
złapał jej uchwyt, czując, Ŝe zaczyna go ogarniać poczucie
nierealności. - Jesteśmy na miejscu? - spytał, pochylając się ku
kierowcy. Śniady Gheg, czarnobrody kierowca w białej włóczkowej
czapeczce ukochanej przez muzułmańską większość jego ziomków,
potrząsnął głową, co w Albanii oznaczało potwierdzenie. Jego
spojrzenie we wstecznym lusterku mówiło wyraźnie, Ŝe uwaŜa
Siergieja za durnia, który zadaje zbędne pytania. Z
zapalczywością neofity traktował tych, których motywy uwaŜał za
samolubne czy wynikające z chęci zysku, co jednak ani trochę nie
przeszkadzało mu uczestniczyć w nielegalnym nabyciu śmiertelnej
technologii, którą Siergiej miał na sprzedaŜ. Jak zwykle bezdenna
hipokryzja stanowiła najlepszy pomost między ludźmi zdecydowanymi
na wszystko. Zatrzymali się przy gęstych krzakach porastających
zbocze, i to na tyle blisko, Ŝe splątane gałęzie przejechały po
Strona 58
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
boku samochodu. Oczekiwanie znowu zdenerwowało Siergieja.
Wiedział, Ŝe są obserwowani, a poniewaŜ nie mógł dostrzec
ukrytych ludzi, czuł się niepewnie i bezbronnie. Próbował wziąć
się w garść, tłumacząc sobie, Ŝe albańscy partyzanci mają
wszelkie powody do ostroŜności, jego towarzysze zaś są
wystarczającą polisą na wypadek próby oszustwa. Byli Ŝywym
przypomnieniem, Ŝe wszyscy naleŜą do organizacji, a ta jest siłą,
z którą zadarłby jedynie szaleniec o samobójczych skłonnościach.
Dopiero niemal pięć minut później zauwaŜył lekki ruch w krzewach
powyŜej samochodu. W końcu, pojedynczo lub parami, wyszli z nich
partyzanci i ustawili się półkolem przed maską. Było ich sześciu
- wszyscy śniadzi, twardzi i przypominający rysami kierowcę.
Przez ramiona przewiesili broń maszynową - MP5, beretty i
kałasznikowy. Ubrania mieli brudne i zuŜyte i, podobnie jak
uzbrojenie, najrozmaitszych gatunków: od markowych jeansów i
kurtek sportowych do maskujących panterek. Wszyscy natomiast
nosili sportowe buty, które stały się ostatnio symbolem statusu
w wielu krajach Azji i Europy Środkowej. Na ironię zakrawał fakt,
Ŝe najczęściej produkowano je za grosze w tychŜe rejonach, a
następnie przewoŜono do Stanów, gdzie tylko je przepakowywano i
zwiększano wielokrotnie cenę, po czym juŜ jako oryginalny markowy
produkt eksportowano do miejsc produkcji i sprzedawano z
astronomicznym zyskiem. Siergiej owi przypominało to mitycznego
węŜa połykającego własny ogon. Odpędził te myśli - teraz, nie był
na to ani czas, ani miejsce. Przywódca grupy, ubrany w maskujący
mundur męŜczyzna o wydatnym nosie i długiej bliźnie na prawym
policzku, pod szedł do samochodu. Parę kroków za nim postępowało
dwóch innych. W prawej dłoni partyzant trzymał uŜywaną skórzaną
torbę i widać było, Ŝe zaleŜy mu, podobnie jak Siergiejowi, na
jak najszybszym dobiciu targu. Gdy dotarł do przedniego zderzaka,
Siergiej uniósł walizkę i spojrzał na Mołkowa. - Wysiadamy. -
Bardziej zaproponował, niŜ polecił.
Mołkow przytaknął bez słowa i wysiadł, nie starając się ani
ukryć, ani specjalnie wyeksponować krótkolufowego mini uzi
wiszącego na szelkach na koszuli. Przy wadze trzech kilogramów,
z dwudziestonabojowym magazynkiem długości trzydziestu pięciu
centymetrów i złoŜoną metalową kolbą, ten pistolet maszynowy był
nieco większy od duŜego pistoletu, za to mógł strzelać seriami.
Aleksander miał taki sam, a oprócz tego równieŜ
dziewięciomilimetrowego glocka w kaburze. WyjeŜdŜając z Tirany,
ukryli broń pod siedzeniami, ale ledwie znaleźli się za miastem,
gdzie właściwie nie było juŜ policji, wyjęli ją i włoŜyli kabury.
Góry były we władaniu band tworzonych w zgodzie ze starym
systemem więzi klanowych, a szacunek zyskiwało się jedynie siłą,
toteŜ otwarte pokazywanie broni zapewniało zarówno respekt, jak
i całkiem wymierną ochronę. Kierowca został na miejscu, gdy
trzech pasaŜerów wysiadło i podeszło do maski, przy której,
przyglądając im się podejrzliwie, lecz nie wrogo, czekali
partyzanci. Po pierwszym kroku obaj towarzysze Siergieja ustawili
się po jego bokach i nieco z tyłu. Poza ćwierkaniem jakiegoś
ptaka ciszy nie mącił Ŝaden dźwięk. Ćwierkot zresztą, niczym
pustka barwną wstąŜkę, połknęła natychmiast przepaść. Fizyk
podszedł do męŜczyzny z blizną; zamiast Ŝołądka miał skręcony
sznur. Z pozoru transakcja była rutynowa: wymiana towaru za
gotówkę. Odległe miejsca spotkań były typowe przy podobnych
czarnorynkowych operacjach, podobnie jak zbrojna eskorta z obu
stron. Albania od lat słynęła z przemytu, który zresztą mało kogo
w Europie bulwersował. Ta przełęcz musiała nie raz słuŜyć za
miejsce ubijania takich transakcji. Siergiej nie miał pojęcia,
gdzie się znajduje, lecz gdyby nawet znał nazwę tego zakazanego
miejsca, i tak nie zdołałby odnaleźć go na mapie. Góry nazywały
się nawet stosownie - Górami Przeklętych bo właśnie miał popełnić
zdradę na dotąd nie spotykaną skalę. A być moŜe nawet nadać temu
określeniu nowe, znacznie szersze znaczenie. Gdyby potrafił
budować metafory, mógłby porównać się do pływaka, który zapuścił
się dalej niŜ ktokolwiek przed nim i który kaŜdym ruchem coraz
bardziej kusi los, oglądając się co chwilę, by mieć pewność, Ŝe
jeszcze widzi brzeg. AŜ przy kolejnym spojrzeniu dokoła widzi
Strona 59
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
tylko ocean i nagle rozumie, Ŝe jakieś zawirowanie prądu czy
odpływu, którego nie wziął pod uwagę, w mgnieniu oka wyniosło go
na otwarte morze poza punkt, z którego mógłby wrócić. PoniewaŜ
Siergiej nie miał czasu na rozmyślania, do podobnych wniosków nie
doszedł. Wiedział, Ŝe mając wolny wybór, decyzję podjął juŜ
wcześniej, a teraz pozostawało jedynie sfinalizować transakcję.
Obaj z przywódcą partyzantów skinęli głowami na powitanie, po
czym fizyk połoŜył walizkę na masce samochodu, otworzył szyfrowe
zamki i uniósł wieko. Dowódca zajrzał do wnętrza. - Tak -
powiedział po rosyjsku, prawie z podziwem w głosie. - Tak, tak. -
W środku jest wszystko: komponent, szczegółowa instrukcja i
schemat pozwalający umieścić go w urządzeniu - wyjaśnił. - I mała
niespodzianka do przetestowania i posmakowania. Jest tu wszystko,
co będzie potrzebne w Kazachstanie. - Jesteś pewien, Ŝe
informacje są wiarygodne? - Absolutnie. Są na dysku i jako
wydruk. - Siergiej pozwolił mu jeszcze przez chwilę oglądać
zawartość walizki, nim zamknął wieko. - Teraz zapłata. Partyzant
uśmiechnął się leciutko i wręczył mu torbę. Siergiej poczuł
podniecenie i stwierdził, Ŝe nagle zaczynają mu drŜeć palce.
Trzymając jedną ręką rzemień, drugą otworzył ją i zajrzał. Sporą
chwilę zajęło mu zrozumienie tego, co widzi, i opanowanie szoku
połączonego z niedowierzaniem. Pobladł, czując, jak krew odpływa
mu do stóp. Torba pełna była paczek czystego papieru przyciętych
na wielkość amerykańskich dolarów i pospinanych gumkami.
Przeniósł wzrok na partyzanta. Ten nie przestawał się uśmiechać,
więc spojrzał na Mołkowa.Skurwysyny chcą nas oszukać! - oznajmił.
Mołkow patrzył na niego obojętnie.
Słyszałeś?! - warknął, rozpinając torbę i wytrząsając za
wartość na ziemię. - Nie ma forsy! Mołkow wciąŜ przyglądał mu się
pustym wzrokiem.
Zaskoczony Siergiej odwrócił się do Aleksandra.
Glock był wymierzony w jego pierś, a tłumik wydawał się z tej
perspektywy olbrzymi. Nim zdąŜył się odezwać, padły dwa ciche
strzały i fizyk cofnął się, po czym padł na plecy. Był martwy,
nim dotknął gruntu - obie kule trafiły w serce. Na jego twarzy
zamarł wyraz zaskoczenia i niedowierzania. Mołkow spojrzał na
martwego męŜczyznę, skinął z aprobatą głową i zwrócił się do
partyzanta z blizną:Pieniądze. Teraz. Ten dał znak jednemu z
podkomendnych, a męŜczyzna podszedł i podał mu torbę podobną do
pierwszej. Otworzył ją i przechylił tak, by obaj Rosjanie mogli
zobaczyć, Ŝe wypełniona jest paczkami amerykańskich banknotów.Tu
jest cała suma. Z wyrazami szacunku i pozdrowieniami dla waszego
boozji, Wostowa - wyjaśnił, uŜywając slangowego określenia
oznaczającego ojca chrzestnego. I z lekkim ukłonem wręczył torbę
Mołkowowi. Ten wyjął jedną z paczek i sprawdził, czy banknoty nie
znajdują się wyłącznie z zewnątrz. Zadowolony, włoŜył ją do
torby, zamknął zamki i przewiesił przez ramię.Dobra -
poinformował towarzysza. - Wracamy. Odwrócili się, uwaŜając, by
nie wdepnąć w krew Siergieja, i podeszli do drzwi. Nieobecność
kierowcy pierwszy spostrzegł Gruzin; rozumiejąc, co to oznacza,
sięgnął po broń i otworzył usta, chcąc zaalarmować Mołkowa, ale
było juŜ za późno. Jeszcze przed przyjazdem Rosjan w zaroślach
na zboczu ukryło się dziesięciu członków fisu, albańskiego
bandyckiego klanu. Stanowiska wybrali tak, by móc ostrzelać
miejsce spotkania, nie ryzykując przy tym trafienia towarzyszy,
którzy mieli wziąć w nim udział. Wszystko poszło zgodnie z
planem, a kiedy jeden z bandytów zastrzelił fizyka, którego w
teorii miał ochraniać, kierowca skorzystał z zamieszania i
prysnął w krzaki Z bronią gotową do strzału obserwowali
przekazanie pieniędzy i aprobujący gest większego bandziora,
który sprawdził autentyczność banknotów. Do torby włoŜyli
prawdziwe, by nie wzbudzić podejrzeń Rosjan i zapobiec
ostrzelaniu przez nich dowódcy oraz jego asysty. Dlatego teŜ nie
zaczęli strzelać, dopóki mafiozi nie odwrócili się i nie podeszli
do drzwiczek samochodu. W ostatnim momencie Ŝylasty męŜczyzna
zorientował się, Ŝe to pułapka, i chciał ostrzec towarzysza, ale
nie dali mu szansy. Dziesięć pistoletów maszynowych i karabinków
szturmowych odezwało się niemal jednocześnie, a serie prawie
Strona 60
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
rozerwały obu Rosjan tam, gdzie stali. Partyzanci strzelali
jeszcze przez chwilę do leŜących na drodze ciał, dziurawiąc przy
okazji lewą stronę samochodu i zmieniając szyby w lawinę
szklanych odłamków. Gdy przestali, a echo kanonady pochłonęła
wszechobecna cisza, na drogę powoli opadły liście i gałązki
ścięte kulami. Dowódca machnął dłonią na znak, Ŝe wszystko jest
w porządku, i podszedł do podziurawionego ciała Mołkowa.
Przyklęknął, zabrał upuszczoną przez niego torbę i przerzucił
sobie przez ramię. Zadanie zostało wykonane w całości i bez
problemów. Teraz pozostało tylko poinformować o tym Harlana
DeVane'a.
9
HOUSTON, TEKSAS
18 KWIETNIA 2001
Centrum Lotów Kosmicznych im. Lyndona B. Johnsona składało się
z około stu budynków połoŜonych przy autostradzie międzystanowej
numer 45, w połowie drogi między Houston a leŜącą mniej więcej
dwadzieścia pięć mil na południe wyspą Galveston. Był to główny
ośrodek administracyjny, treningowy i doświadczalny NASA od
początku programu załogowych lotów kosmicznych. Budynek 30, czyli
Centrum Kontroli Misji - pozbawiona okien, przypominająca bunkier
budowla - wznosił się w sercu zajmującego 1620 akrów kompleksu
i mieścił dwie sale kontroli lotów. W trakcie kaŜdego lotu,
począwszy od startu Gemini 4 w czerwcu 1965 roku, pracowały w
nich przez okrągłą dobę ogromne zespoły kontrolerów. Dla tysięcy
naukowców, inŜynierów i urzędników, którzy poświęcili swe Ŝycie
dla "powiększenia ludzkiej wiedzy o fenomenach w atmosferze i
przestrzeni" - jak określał zadania agencji podpisany przez
Eisenhowera statut NASA - centrum było miejscem, w którym dąŜyli
do osiągnięcia tego celu, wysilając wyobraźnię, inteligencję,
pomysłowość, cierpliwość i upór. Dla o wiele mniejszej grupy
kandydatów, którzy zostali zakwalifikowani do programu szkolenia
astronautów, było to miejsce przypominające krainę Oz, skąd za
pomocą magicznych rubinowych pantofli mogli zostać przeniesieni
tam, gdzie pragnęli być najbardziej... tyle Ŝe nie w znajome
ziemskie krajobrazy, jak w przypadku Dorotki, lecz w tajemnicze
przyzywające przestworza. - Wystarczy tylko strzelić trzy razy
obcasami i powiedzieć, Ŝe nie ma lepszego miejsca niŜ Betelgeuse
- mruknęła zjadliwie Annie Caulfield, świadoma, Ŝe ma podjąć
jedną z najwaŜniejszych decyzji w swoim Ŝyciu. PogrąŜona w
myślach spoglądała przez okno biura na kolejkę rozwoŜącą
pracowników i gości po terenie kompleksu. Po chwili obróciła się
razem z fotelem i bezmyślnie wpatrzyła w trzy oprawione zdjęcia
leŜące na pustym blacie biurka. Przypadkiem pierwsze, na którym
spoczął jej wzrok, formatu osiem na dziewięć cali, przedstawiało
jej rodziców, Edwarda i Maureen, podczas czterdziestej rocznicy
ślubu. Zostało zrobione pięć lat temu, ale wciąŜ przywoływało
miłe wspomnienia. Uśmiechnęła się nieznacznie. Podobnie jak
bohaterka CzarnoksięŜnika z krainy Oz, urodziła się jako
jedynaczka w rolniczym Kansas. Jej ojciec miał jednoosobową firmę
transportową i latał wysłuŜoną cessną. Mieszkali tak blisko
lotniska, Ŝe z okna swej sypialni na piętrze mogła obserwować
jego starty i lądowania. Być moŜe to właśnie sprawiło, Ŝe
zainteresowała się niebem. Jakiekolwiek były tego powody, na ósme
urodziny zaŜyczyła sobie i dostała niedrogi
sześćdziesięciomilimetrowy teleskop firmy Meade oraz Cosmosphere
Carla Sagana. Spędziła potem niezliczone wiosenne i letnie
wieczory, identyfikując z ksiąŜką w ręku planety, konstelacje i
gwiazdy. Ojciec pomagał jej ustawiać teleskop zamocowany na
trójnogu, dopóki nie podrosła na tyle, by móc to robić
własnoręcznie. Siedem lat później w ten sam spokojny i uwaŜny
sposób pomógł jej osiągnąć kolejny z wymarzonych celów. Nauczył
ją pilotować awionetkę, dzięki czemu w wieku osiemnastu lat
otrzymała licencję pilota i w czasie wakacji zastępowała go za
sterami. Z perspektywy czasu logiczne było, Ŝe połączenie
fascynacji astronomią i lataniem musi przerodzić się w pragnienie
zostania astronautą, ale dla rodziców jej decyzja o wstąpieniu
Strona 61
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
do US Air Force była kompletnym zaskoczeniem. Pilot w czasie
wojny ryzykował Ŝyciem, a ryzyko to zwiększało się znacznie w
epoce lokalnych konfliktów, które wojsko częstokroć likwidowało
niemal wyłącznie za pomocą lotnictwa. A Ŝe podobnych konfliktów
było w tym okresie mnóstwo, rodzice mieli uzasadnione powody do
obaw. Jednak doświadczenia zgromadzone podczas słuŜby w kabinie
myśliwca oraz dobre wyniki przekonały ją, Ŝe moŜe próbować dostać
się do NASA. ZłoŜyła dokumenty w Biurze Selekcji Astronautów na
długo przed tym, jak jej F-16 Fighting Falcon zmienił się w
płonący wrak podczas misji rozpoznawczej nad północną Bośnią. Po
uratowaniu otrzymała przydział w kraju. Było to zgodne z polityką
lotnictwa, by zestrzelonych w walce pilotów trzymać z dala od
areny konfliktu, i to niezaleŜnie od ich ochoty czy przydatności
do dalszego bojowego latania. Zrozumiałą troskę dowództwa
powodowała moŜliwość, Ŝe przeŜycia pozostawiły u nich ukryty
uraz, który wywoła wahanie w chwili, gdy powinni odruchowo
zareagować, lub teŜ odwrotnie - spowoduje działanie w sytuacji,
gdy wskazana byłaby rozwaga. A to nie było wskazane, gdy leciało
się nad wrogim terenem z prędkością ponad pięciuset mil na
godzinę z pełnym uzbrojeniem. Annie co prawda nie bardzo
podzielała ten punkt widzenia, ale przewaŜyła troska o rodziców,
którzy cięŜko przeŜyli tydzień dzielący jej zestrzelenie od
odnalezienia przez ekipę ratunkową. Do chwili odebrania przez
ratowników sygnału jej nadajnika uwaŜano, Ŝe prawdopodobnie
zginęła. Nie chciała, by matka i ojciec ponownie przeŜywali taki
strach. Była niezwykle dumna, gdy zaledwie kilka tygodni później
zaproszono ją na wstępną rozmowę do NASA. Nim jednak dostała się
do ścisłego finału, nastąpiły tygodnie morderczej procedury
kwalifikacyjnej: sprawdzania referencji, rozmów oraz testów
sprawnościowych i wytrzymałościowych. Potem raz jeszcze
powtórzono całą tę procedurę, po czym skazano ją na długie jak
wieczność oczekiwanie na ostateczną decyzję. Kiedy poinformowano
ją, Ŝe została przyjęta, czuła się tak, jakby lada moment miała
odlecieć, pokonując grawitację, i to bez korzystania z promu.
Mimo to zdawała sobie sprawę, Ŝe wciąŜ nie ma gwarancji, iŜ
zostanie wysłana w przestrzeń. Najpierw czekały ją dwa cięŜkie
lata szkolenia, w trakcie którego będzie ciągle sprawdzana i
oceniana. Wspięła się jednak na szczyt i jak to ujął Tom Wolfe,
widziała juŜ Olimp. Nic nie mogło powstrzymać jej przed
pokonaniem reszty dystansu. Wiedziona Ŝyciową ambicją, dzięki
samodyscyplinie i pragnieniu zwycięstwa, które rodzice zawsze w
niej umacniali, poświęciła się szkoleniu z pasją i determinacją,
które zaowocowały najlepszą lokatą na roku ex aeguo z Jimem
Rowlandem. Natychmiast po zakończeniu szkolenia oboje zostali
wybrani do treningu poprzedzającego konkretną misję. Po raz
pierwszy Annie i Jim polecieli promem w kosmos w 1997 roku.
Dowódcą misji był Jim, Annie towarzyszyła mu jako pierwszy pilot.
Otrząsnęła się ze wspomnień i bębniąc palcami po blacie biurka,
przeniosła wzrok ze zdjęcia rodziców po lewej na fotografię
stojącą po prawej. Było to oficjalne zdjęcie NASA przedstawiające
załogę promu, którego lot sprawił, Ŝe "poczuła się pewnie w
siodle i straciła niewinność", jak to ładnie ujął nie znany
pisarz, ale raczej mało delikatny pułkownik Rowland. Z siedmiu
widocznych na nim osób oprócz niej i Jima ponownie w kosmos
wylecieli jeszcze Walter Pratt i Gail Klass. To właśnie
wszechstronnie utalentowana, władająca wieloma językami Gail, z
wykształcenia specjalistka od komputerów i inŜynier elektryk,
wymyśliła hasło z marchewką i przetłumaczyła na łacinę motto,
które ułoŜyli Annie i Jim. Jak wyjaśniła, Ŝeby dodać mu
autentyzmu i klasy. śałowała, Ŝe nie ma juŜ Jima - brakowało jej
jego złośliwości, najczęściej niezbyt mądrych i niemal zawsze
nieco obscenicznych. Przyjrzała się fotografii ze smutnym
uśmiechem: jego poczucie humoru w jakiś sposób zdołało się
przebić nawet na pozowanym, oficjalnym zdjęciu, na którym wszyscy
pozostali wyglądali sztucznie, gdyŜ tak ich ustawił fotograf.
Westchnęła cięŜko i spojrzała na środkową ramkę, którą pominęła
świadomie przed kilkoma sekundami, poniewaŜ wiedziała, Ŝe patrząc
na nią, nie zdoła zapanować nad emocjami. Za taflą
Strona 62
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
antyrefleksyjnego szkła znajdował się fotomontaŜ, który
pracowicie poskładała z rozmaitych zdjęć Marka, dzieci i swoich,
wykorzystując dziesiątki ujęć wykonanych przez te wszystkie lata.
Choć nie była tak pomysłowa jak Gail Klass, wciąŜ czuła
satysfakcję, gdy patrzyła na efekt końcowy. Większość zdjęć,
które miała do dyspozycji, naleŜała do typowych: kochająca matka,
szczęśliwe dzieci w trakcie urodzinowej zabawy i tym podobne
obrazki pokazywane zawsze współpracownikom czy przyjaciołom i
nudzące wszystkich śmiertelnie. Od takich familijnych fotek
gorsze były tylko rodzinne nagrania wideo z urodzin czy grilla.
Jedna z nich przedstawiała Marka chwalącego się flądrą, którą
złowił z pomostu na wyspie Sanibel. Była takŜe Linda na placu
zabaw i wszystkie dzieciaki rankiem w czasie świąt BoŜego
Narodzenia trzy lata temu - wciąŜ jeszcze w piŜamach, kopiące w
stercie prezentów. I cała rodzina w Disney Worldzie,
sfotografowana przez mającą sześć stóp wzrostu Myszkę Miki. A w
samym środku... Patrząc na zdjęcie, wracała myślami do nocy,
kiedy zostało zrobione. Miesiąc miodowy spędzili w podróŜy po
Wielkiej Brytanii, zwiedzając ją od Londynu przez Endynburg aŜ
po południową Walię i zatrzymując się po drodze w dziesiątkach
miasteczek oraz starych zamków. Zdjęcie zostało wykonane w małym
szkockim pubie prowadzącym na piętrze pokoje gościnne, w którym
zamierzali przenocować przed wyjazdem na Orkady. Plany nieco się
zmieniły, poniewaŜ wieczorem wypili za duŜo whisky z lokalnej
destylarni i tańczyli z mieszkańcami w rytm muzyki celtyckiej,
wzbijając kurz z podłogi, dopóki śpiewak nie zachrypł. Połączenie
whisky i tańca do rana zaowocowało snem do późnego popołudnia i
potwornym kacem. Prom naturalnie dawno juŜ odpłynął, za to
gospodarz miał dla nich prezent - zdjęcie wykonane polaroidem
przez jednego z uczestników zabawy, na którym tańczą w tweedowych
czapkach. Tyle tylko Ŝe Ŝadne nie pamiętało, by w nich tańczyli,
a w pokojach czapek teŜ nie było. Widoczne na zdjęciu głupawe
miny i nasadzone na bakier czapki śmieszyły nawet wiele lat
później i chichotali za kaŜdym razem, gdy natrafili na nie,
przeglądając stary album. W jakiś sposób fotografia uchwyciła coś
jeszcze: rzadki moment całkowitego odpręŜenia pary, która
zbudowała swoje Ŝycie na nieprzerwanej samodyscyplinie i cięŜkiej
pracy. Pokazywała więź, jaka między nimi była - pełne
zrozumienie, którego Ŝadne nie zdołało osiągnąć z nikim innym.
To właśnie stanowiło podstawę ich związku, nic więc dziwnego, Ŝe
zdaniem Annie, zdjęcie to powinno się znaleźć w centrum jej
rękodzieła. Jej palce gwałtowniej zabębniły po blacie, a w oczach
pojawiły się łzy. Osiem lat, to było wszystko. Po ośmiu latach
rak odebrał jej Marka, wcześniej jeszcze katując go na tysiące
sposobów... O tym jednak nie mogła teraz myśleć, toteŜ skupiła
się na spotkaniu z Charlesem Dorsetem, które odbyło się pół
godziny wcześniej i od którego wszystko się dziś zaczęło. Ledwie
Annie zjawiła się w biurze, została wezwana przez Dorseta, który
nie bawiąc się w uprzejmości, spytał ją wprost, czy nie byłaby
zainteresowana przewodniczeniem komisji mającej ustalić przyczyny
katastrofy Oriona. Propozycja zaskoczyła ją zupełnie, więc przez
długie sekundy siedziała bez słowa przed jego biurkiem, jakby nie
zrozumiała czegoś w pytaniu. - Panie Dorset, jest długa lista
osób, które powinny otrzymać to stanowisko, i naprawdę nie
wyobraŜałam sobie, Ŝe na nią trafię - oznajmiła w końcu. -
Dlaczego? - spytał, obserwując ją znad kubka z parującą kawą. -
Co powoduje, Ŝe według ciebie są ludzie bardziej predestynowani
do tego zajęcia? Potrząsnęła głową, wciąŜ jeszcze zaskoczona.
StaŜ pracy. Doświadczenie techniczne. Nie jestem pewna, czy
potrafiłabym unieść brzemię tak duŜej odpowiedzialności. Dorset
przyglądał się jej powaŜnie. Zawsze wierzyłem, Ŝe największą
inwestycją NASA są ludzie, których wysyłamy w kosmos, a nie
technologia, która to umoŜliwia. Oficjalnie nazywa się to
"czynnik ludzki". A ty udowodniłaś, Ŝe jesteś doskonała, kierując
przez ostatnie trzy lata treningiem astronautów. Annie milczała
chwilę.
- Pańskie zaufanie przynosi mi zaszczyt, ale szczerze mówiąc, nie
zmienia to sprawy. Nie mam technicznego czy na ukowego
Strona 63
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wykształcenia, a trzeba będzie przeanalizować kaŜdy elektroniczny
i konstrukcyjny element promu, by dowiedzieć się, co zawiodło...
- Latałaś takimi promami i uczyłaś innych, jak to robić, a to
znaczy, Ŝe jesteś ekspertem od ich działania. Ale nie o to tak
naprawdę chodzi. Nikt nie oczekuje przecieŜ, Ŝe sama znajdziesz
przyczynę awarii. Chodzi o umiejętność przewodzenia grupie
indywidualistów i zorganizowanie ich pracy. A w skład zespołu
wejdą specjaliści zarówno z agencji, jak i spoza niej. Annie
spojrzała mu prosto w oczy. - Spodziewam się, Ŝe kilku waŜnych
pracowników agencji będzie bardzo nieszczęśliwych, Ŝe ich
pominięto - powiedziała. - Zostaw to mi. - Dorsęt machnął
lekcewaŜąco ręką. - Mogą tu przyjść i się wypłakać. Mam zapas
chusteczek higienicznych i komplementów na temat fryzur,
biŜuterii czy czego tam jeszcze trzeba, Ŝeby się uspokoili.
Dziewięćdziesiąt procent moich codziennych obowiązków to
łagodzenie sporów wybujałych ego. Potrafię schlebiać moim
pracownikom nie gorzej niŜ szanujący się dyplomata. Nagle Annie
przyszła do głowy zupełnie nowa moŜliwość.
- Muszę zapytać pana o coś wprost - skorzystała z pierwszej
okazji. - Czy ten pomysł nie sprowadza się przypadkiem do tego,
Ŝeby ponownie postawić mnie przed kamerami? śeby zrobić ze mnie
figuranta? - Trafne pytanie. Nie będę ukrywał, Ŝe braliśmy pod
uwagę szacunek, jakim darzą cię widzowie. Ludzie muszą uwierzyć
w wyniki naszego dochodzenia, a oboje wiemy, z jakim brakiem
zaufania wszyscy podchodzą do oświadczeń instytucji rządowych.
Ale to tylko jeden z powodów. - Przerwał i spojrzał jej prosto
w oczy. - Mam nadzieję, Ŝe określiłem wyraźnie, jakim szacunkiem
cię darzę. Powinnaś teŜ wiedzieć, Ŝe uznanie to podziela Roger
Gordian, który bardzo nalega na twoją kandydaturę.
Konsultowaliście to? - Annie stwierdziła ze zdziwieniem, Ŝe
juŜ chyba nic nie moŜe jej zaskoczyć. Rozmawiałem z nim dziś rano
przez telefon. - Dorset uśmiechnął się nieznacznie. - I zapewniam
cię, Ŝe wyraźnie dał do zrozumienia, o kogo mu chodzi. Poczuła
dziwne zdenerwowanie. Nie wiem, co powiedzieć - przyznała. -
Są teŜ inne kwestie, które muszę wziąć pod uwagę. Prom trzeba
zrekonstruować kawałek po kawałku ze szczątków, a moŜna to zrobić
tylko w montowni na przylądku Canaveral, bo inne budynki
są za małe. Musiałabym nieustannie przebywać na Florydzie, by być
na bieŜąco z wynikami dochodzenia. A to oznacza przeprowadzkę z
dziećmi... - Mieszkanie nie stanowi problemu. Mamy wspaniały
kompleks mieszkalny. Nie opuszczając balkonu, moŜna tam
obserwować manaty i delfiny. - To nie tylko sprawa mieszkania.
Dzieciaki chodzą do szkoły... - Gordian zobowiązał się załatwić
przyjęcie obojga do najlepszej prywatnej szkoły na wybrzeŜu i
pokryć koszty nauki, jak długo będzie trzeba. Zajmie się równieŜ
opieką i zajęciami pozalekcyjnymi, które mogą być skutkiem
przeprowadzki. Annie umilkła na moment, przytłoczona.
- Doceniam pańską ofertę i wspaniałomyślność pana Gordiana -
wykrztusiła w końcu. - Ale muszę to przemyśleć. - Rozumiem. -
Dorset uniósł kubek do ust. - Masz pół godziny. Annie spojrzała
na niego bez słowa, zastanawiając się, czy rozmówca przypadkiem
nie Ŝartuje. PowaŜna mina Dorseta powiedziała jej, Ŝe nie.Miałam
nadzieję na więcej czasu - wydusiła z siebie. Dzień albo dwa...
- I powinnaś mieć przynajmniej tyle. Niestety, pijawki z mediów
juŜ zaczynają rozkręcać przedstawienie. Znasz atmosferę, jaką
tworzą przy takich okazjach. A ludzie oczekują, Ŝe kaŜde
wydarzenie, od wojny domowej po trzęsienie ziemi, będzie
transmitowane na Ŝywo i równomiernie niczym opera mydlana. No i
Ŝe finał nastąpi przed wiadomościami o dwudziestej trzeciej.
Kiedy realia przestają się zgadzać z ich oczekiwaniami, zaczyna
się robić niemiło, a uczucia zmieniają się diametralnie.
Obiecuję, Ŝe nikt cię nie będzie poganiał, ale musimy udowodnić
opinii publicznej, Ŝe szybko zabraliśmy się do pracy. Startu w
Kazachstanie nie da się bowiem opóźnić. Zaskoczona tą uwagą,
potrząsnęła głową. - Nie bardzo widzę związek. Poza koordynacją
czasową oba promy miały od początku niezaleŜne zadania i
katastrofa Oriona nie powinna mieć wpływu na rosyjski
wahadłowiec. - Ja to wiem i ty to wiesz, ale z Rosjanami juŜ nie
Strona 64
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
raz były problemy. Ciągle mają opóźnienia, a to z przyczyn
technicznych, a to z uwagi na inne problemy. W praktyce wszystko
sprowadza się do niemoŜności zapłacenia tego, co do nich na leŜy.
PoniewaŜ jednak nie chcą się do tego przyznać, kaŜdy pretekst
jest dobry. Jak mi uświadomił Roger w ostatniej rozmowie, moŜna
się spodziewać, Ŝe w ogóle odwołają start, jeśli zaczną się bać,
Ŝe Stany nie dotrzymają obietnic finansowych. Zanim jeszcze
skończył, Annie zdała sobie sprawę, Ŝe nie ma sensu o tym
dyskutować. Dorset miał rację. Całkowitą rację. - Będę w swoim
biurze - obiecała, wstając. - I wrócisz tu za trzydzieści minut?
- Wrócę.
A teraz siedziała przy biurku, wpatrując się w fotografie z pełną
świadomością upływającego nieubłaganie czasu. Zostało jej pięć
minut na podjęcie decyzji. Najbardziej zastanawiało ją, dlaczego
się waha - oferta Dorseta była wspaniała. Dzieciaki będą
zachwycone Florydą, zwłaszcza gdy dowiedzą się, Ŝe po zakończeniu
śledztwa wrócą do domu i swoich kolegów. Orlando ze wszystkimi
atrakcjami turystycznymi znajdowało się o mniej niŜ godzinę jazdy
i była pewna, Ŝe zdoła tak rozłoŜyć swoje zajęcia, by w kaŜdy
weekend móc zabrać je do tego raju. A sama miała szansę
dopilnować, by niczego nie przeoczono i odkryto, dlaczego Orion
eksplodował, a Jim zginął w tak straszny sposób... i by
dopilnować, Ŝeby Ŝaden inny astronauta nigdy juŜ nie znalazł się
w niebezpieczeństwie z powodu podobnej usterki czy błędu.
Usiłowała zrozumieć, dlaczego się waha. CzyŜby bała się, Ŝe nie
odkryje powodu poŜaru i zawiedzie tym samym Jima? A moŜe był inny
powód, z którego nie zdawała sobie sprawy? Powód, dla którego nie
chciała się w nic angaŜować od tej nocy, kiedy zmarł Mark, a
której nigdy sobie nie wybaczyła? Być moŜe zachowuje się jak
więzień, który tak oswoił się z zamknięciem, Ŝe drŜy, gdy drzwi
celi w końcu stają otworem i dowiaduje się, Ŝe jest wolny. Jak
więzień, którego perspektywa wolności napawa strachem, bo zdąŜył
juŜ zapomnieć, jak Ŝyje wolny człowiek? Z początku podświadomie,
potem zaś rozmyślnie studiowała zrobione w Szkocji zdjęcie, na
którym dwoje ludzi cieszyło się chwilą i z oczekiwaniem patrzyło
w niepewną z załoŜenia przyszłość. I nagle zrozumiała, co powinna
zrobić. Co musi zrobić. Wzięła głęboki oddech, sięgnęła po
telefon i wybrała wewnętrzny numer Dorseta. Sekretarka połączyła
ją natychmiast. - Tak? - W głosie administratora słychać było
pełne oczekiwania napięcie. - Chciałam podziękować panu za
propozycję i poprosić o telefon Rogera Gordiana, Ŝebym równieŜ
jemu mogła wyrazić wdzięczność za wsparcie. I osobiście
poinformować, Ŝe przyjmuję propozycję. Dorset podał Annie
prywatny telefon Gordiana ze swojego palmtopa, pogratulował jej
podjęcia słusznej decyzji, odłoŜył słuchawkę i odetchnął z ulgą.
Po chwili wstał i podszedł do ekspresu do kawy stojącego na
stoliku pod ścianą. Nalał sobie kolejny kubek, zastanawiając się
przelotnie, czy był to czwarty czy piąty tego ranka. A zjawił się
w pracy nieco ponad godzinę wcześniej. Szybko jednak przestał
zawracać sobie tym głowę - ostatecznie miał wystarczająco duŜo
problemów bez liczenia, ile kawy wypił. Zdjął czajnik z płyty,
napełnił kubek niemal po brzegi i natychmiast przełknął łyk
mocnego naparu. Od razu poczuł ogarniające go ciepło. Czuł się
spokojniejszy i nie pierwszy raz zdziwiło go, w jaki sposób napój
pełen kofeiny, środka pobudzającego, wpływa na niego
uspokajająco. Co prawda, to samo dotyczyło palaczy, zwłaszcza
nałogowych, jako Ŝe nikotyna równieŜ była stymulantem. MoŜe był
to odruch, podobnie jak jedzenie w nerwowej sytuacji u
niektórych. Ostatecznie co uspokajającego było w pizzy, kanapce
czy cheesburgerze z podwójną cebulą? Kiedy wypił tyle, Ŝe poziom
płynu wyraźnie opadł i mógł ją przenieść, wrócił do biurka. Zgoda
Annie była wspaniałą nowiną, zwłaszcza w świetle jej początkowych
oporów. Całkowicie zresztą zrozumiałych oporów. W końcu w
ostatnich latach wiele przeszła. Choroba męŜa, a potem jego
ostatnia noc, podczas której nie mogła mu towarzyszyć...
Szczególnie to ostatnie ją załamało i przez dłuŜszy czas Dorset
przygotowany był na jej rezygnację. Jakoś się jednak pozbierała -
twarda z niej kobieta, co do tego nie było wątpliwości. Być moŜe
Strona 65
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wymogi związane z przygotowaniem załogi Oriona pomogły jej dojść
do siebie. Teraz jednak straciła Jima Rowlanda, który był dla
niej jak brat... Istniała granica wytrzymałości nawet dla kogoś
tak twardego. Miała wszelkie powody, by chcieć znaleźć się jak
najdalej od dochodzenia, nie mówiąc juŜ o przyjmowaniu
odpowiedzialności za kierowanie nim. To zresztą był główny powód,
dla którego aŜ do telefonu Rogera Gordiana nie brał jej pod
uwagę. Uniósł dymiący kubek i pociągnął solidny łyk,
zastanawiając się, dlaczego zgoda Annie nie cieszy go tak, jak
powinna. Nie miał wątpliwości, Ŝe Caulfield poradzi sobie z
zadaniem, więc jedynym powodem mógł być fakt, Ŝe do wyboru tej
kandydatury zmusił go Gordian. Szef UpLink był oczywiście
wcieleniem uprzejmości - jeśli istniał łagodny sposób
przypomnienia komuś, Ŝe trzyma się go za jaja, Gordian zrobił to
po mistrzowsku. Od momentu bowiem, w którym zasugerował, Ŝe to
Annie Caulfield powinna przewodzić zespołowi dochodzeniowemu,
dołoŜył wszelkich starań, by Dorset pozbył się nadziei na
protesty czy inną kandydaturę. Poza brakiem zgody samej Annie nie
przyjmował do wiadomości odmowy. Pijąc kolejny łyk kawy, Dorset
doszedł do wniosku, Ŝe to właśnie ten uprzejmy przymus pozbawił
go części radości. Ale było coś jeszcze i musiał się do tego
uczciwie przed sobą przyznać. Drugim powodem były niepokojące
wieści z Brazylii, o których celowo nie powiedział Annie, choć
powinien. Atak na tamtejsze zakłady mógł nie być w Ŝaden sposób
powiązany z katastrofą Oriona i Dorset modlił się gorąco, by tak
właśnie było. Niemniej Caulfield miała prawo wiedzieć. I to
wiedzieć, w co się pakuje, jeszcze przed podjęciem decyzji,
poniewaŜ jedno słowo o napadzie, które przecieknie do prasy,
zrzuci na nią lawinę spekulacji, a kaŜde jej nie do końca
przemyślane oświadczenie, obojętnie jak niewinne, wystarczy
części pytających do podniesienia wrzasku o tuszowaniu sprawy.
Musiała wiedzieć, musiała być przygotowana... i zajmie się tym
osobiście w ciągu najbliŜszej godziny. Ale chcąc uzyskać jej
zgodę, zatrzymał dla siebie tę informację, Ŝeby nie wpłynęła ona
na jej decyzję. A chciał, by się zgodziła, bo zadowoliłoby to
Rogera Gordiana. To właśnie wywoływało irytację i poczucie winy,
a w okolicy nie było nikogo, kto mógłby ukoić jego uraŜone ego.
Westchnął cięŜko. Orion, Brazylia, Kazachstan... miał nieodparte
wraŜenie, Ŝe wydarzenia toczą się zbyt szybko, a on za nimi nie
nadąŜa. Niczym w niemej komedii z Charliem Chaplinem czy Busterem
Keatonem, w której jeden z nich gorączkowo próbował dogonić
drezyną pędzącą lokomotywę. Zabawne. Nawet histeryczne. Dopóki
ogląda się to z widowni, a nie poci na torach. Ponownie sięgnął
po kubek i z zaskoczeniem odkrył, Ŝe jest prawie pusty. Z lekka
nim to wstrząsnęło. Wolał nie myśleć o skutkach działania takiej
ilości kawy na pusty Ŝołądek czy system nerwowy. Zmarszczył brwi.
Powinien ograniczyć spoŜycie kofeiny - miał pięćdziesiąt osiem
lat, palpitacje serca, podwyŜszony poziom trójglicerydów i
mnóstwo innych chronicznych problemów ze zdrowiem. Trzeba na
siebie uwaŜać. Trochę poćwiczyć, zaliczyć jakiś kurs walki ze
stresem czy cokolwiek poza wlewaniem w siebie wiader kawy. Z
drugiej strony, istniały gorsze nałogi - pieczyste nie mogło
bardziej szkodzić od papierosów, alkoholu czy środków
uspokajających. Ostatnio słyszał gdzieś, Ŝe niektórzy uzaleŜniają
się nawet od kropli do nosa. To co, do cholery, nie powodowało
nałogu?! Westchnął raz jeszcze, odsunął fotel i wstał, by nalać
sobie kolejny kubek kawy.
10
QUIJARRO, BOLIWIA
19 KWIETNIA 2001
Eduardo Guzman był nieco zaskoczony, gdy land rover, którym
wieziono go od granicy z Brazylią, skręcił do zapyziałej wioski
o nazwie Quijarro, zamiast skierować się na autostradę biegnącą
na zachód ku regionowi Chapare. Kiedy jednak jechali przez
błotniste koleiny udające uliczki, kierowca wyjaśnił, Ŝe chce
kupić coś do picia na jednym ze straganów w pobliŜu stacji
kolejowej. Gdyby Eduardo dowiedział się o tym wcześniej,
Strona 66
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
zaproponowałby postój, zanim minęli posterunek celny w Corumba.
W mieście tym było sporo uczciwych restauracji na nadrzecznej
promenadzie i moŜna tam było dobrze zjeść oraz wypić coś
orzeźwiającego. Choć czekało ich wiele mil jazdy polnymi drogami,
kurz i brud skutecznie stłumiły u Guzmana głód i pragnienie,
które odczuwał przez ostatnie kilka godzin. Nie tracił jednak
dobrego humoru. Wystarczyło wspomnieć wszystko, co zostawił za
sobą, poczynając od zdrady tej pieprzonej kurwy. Pracowała równie
sprawnie z policją jak z jego fiutem i nakłoniła go do sprzedania
trzydziestu kilogramów kokainy swoim "współpracownikom", którzy
okazali się tajniakami. Po aresztowaniu spędził trzy dni w jednej
celi z obszczanymi pijakami i drobnymi złodziejaszkami. Pocił się
przy tym w dzień i w nocy, usiłując przypomnieć sobie wszystko,
co powiedział tej małpie o swoich interesach, i zastanawiając
się, jakie teŜ zarzuty mu postawią. Dzięki Bogu ktoś w
organizacji - choć nie bardzo wiedział, czy to wuj Vicente, czy
Harlan DeVane osobiście - załatwił jego zwolnienie. Tego ranka,
jeszcze nim się na dobre rozwidniło, przed drzwiami celi pojawili
się dwaj policjanci w cywilu, wyprowadzili go cicho i zapakowali
do nie oznaczonego samochodu stojącego przed więzieniem w Sao
Paulo. Odwieźli go na przejście graniczne z Boliwią, pogawędzili
z celnikami oraz straŜą graniczną, po czym przekazali kierowcy
land rovera masywnemu męŜczyźnie imieniem Ramon, który czekał po
drugiej stronie szlabanu. Ledwie Eduardo usiadł obok kierowcy,
samochód ruszył i dopiero po drodze Ramon wyjaśnił, Ŝe jadą do
posiadłości DeVane'a w pobliŜu San Borja, gdzie ten czeka z
Vicente. Wiadomość zaniepokoiła Eduardo, ale męŜczyzna wyjaśnił
mu konfidencjonalnym tonem, Ŝe trzeba było solidnie opłacić
urzędników, by nie wniesiono przeciw niemu oskarŜenia, więc
szefowie chcą usłyszeć stosowne podziękowanie. Mówił z pewnością
siebie i swadą kogoś, kto nie stoi wysoko w hierarchii, ale
pracuje bezpośrednio dla szefostwa i w związku z tym jest dobrze
poinformowany. Po wszystkim co przeszedł, Eduardo gotów był
okazać wdzięczność, nawet jeśli miałby klęczeć, całując kogo
trzeba w goły tyłek - o czym nie omieszkał poinformować Ramona.W
Ŝyciu tak juŜ jest, Ŝe łatwiej się dostać, niŜ wydostać
skomentował z chichotem kierowca. Skręcili w jakąś boczną
uliczkę, przy której stały lepiące się od brudu, trzymające na
słowo honoru rudery. Potem skręcili raz jeszcze i ponownie w
kolejne, niemal identyczne błotniste szlaki, aŜ w końcu znaleźli
się na wąskiej szutrowej drodze biegnącej między pustymi placami.
Eduardo, który dotąd zwracał niewielką uwagę na okolicę,
zmarszczył brwi z zaskoczenia. Kierowali się ku bramie, za którą
widoczna była niska szara budowla o płaskim dachu,
najprawdopodobniej jakiś magazyn. Przy jednej z jego ścian stało
sześć lub osiem ciągników siodłowych z naczepami. Perdoname,
donde esta la estacion? - spytał, nie widząc nigdzie stacji
kolejowej. Kierowca uśmiechnął się nieznacznie i wskazał w prawo.
Solo al norte de aqui - odparł, zwalniając przed bramą.
Guzman spojrzał we wskazanym kierunku, ale nie zobaczył nic poza
polem i błotem. Usłyszał, Ŝe Ramon opuszcza okno, i spojrzał nań
w chwili, gdy ten przejechał kartą magnetyczną przez czytnik
bramy. Gdy skrzydła otworzyły się, poczuł pierwszą iskierkę
strachu. Kierowca zaparkował kilka jardów przed budynkiem. Que
es estol - spytał Eduardo. - Nie...
Błyskawicznym ruchem Ramon sięgnął pod deskę rozdzielczą i
wyciągnął pistolet, który musiał być tam przymocowany. Otwórz
drzwi i wysiądź - polecił, mierząc do chłopaka. Powoli. Osłupiały
Eduardo przełknął ślinę. Jeden rzut oka wystarczył, by rozpoznać
broń. Był to SIGSauer model P-229 kaliber 40 - standardowe
wyposaŜenie agentów DEA. Pomyślał, Ŝe znowu wpadł w ręce policji
antynarkotykowej, tym razem amerykańskiej, ale odrzucił tę myśl.
Po pierwsze, nie pisnął słowa o interesach ani tajniakom, ani
kierowcy, a po drugie, co DEA zyskałaby na całej maskaradzie,
skoro złapano go na gorącym uczynku? Znacznie bardziej
prawdopodobne było, Ŝe Ramon, jeśli w ogóle było to jego
prawdziwe imię, pracował dla DeVane'a, ale ostre spojrzenie
męŜczyzny, szybkość, z jaką sięgnął po broń, oraz jej rodzaj
Strona 67
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wskazywały, Ŝe nie był zwykłym szoferem. DEA i amerykańskie siły
specjalne działające w Ameryce Południowej rekrutowały i szkoliły
agentów wybranych spośród lokalnych ochotników, którzy znali
teren, język i zwyczaje. Po obowiązkowym roku słuŜby agenci ci,
a spora ich część miała krewnych zajmujących się handlem
narkotykami, często oferowali swe umiejętności i wiedzę o
zasadach działania policji antynarkotykowej kartelom, które
wcześniej przysięgali zwalczać. Eduardo przeklął swoją głupotę.
Wuj był szanowanym zastępcą DeVane'a, więc załoŜył, Ŝe to Vicente
zorganizował jego uwolnienie. Ale równie dobrze mógł to zrobić
sam DeVane. To musiał być DeVane. A co gorsza, nie wyglądało na
to, by kierował się chęcią niesienia pomocy. Zbladł i zrobił, co
kazał Ramon. Ten obiegł samochód, złapał go za ramię i
poprowadził wzdłuŜ magazynu, wbijając lufę pistoletu w podstawę
jego czaszki. Przy metalowej podnoszonej bramie znajdowała się
skrzynka interkomu. MęŜczyzna wcisnął guzik pod głośnikiem,
przedstawił się i odczekał kilka sekund, nie zmieniając połoŜenia
broni. Drzwi uniosły się z metalicznym łoskotem i Eduardo,
ponaglony pchnięciem lufy, wszedł do środka. Ramon zrobił to
samo, a brama opuściła się za nimi. Szli w półmroku. Powietrze
było gorące i nieruchome. Rozmieszczone z rzadka Ŝarówki
osłonięte metalową siatką raczej podkreślały wszechobecny mrok.
Ramon pchnął go do przodu. Kiedy chłopak przyzwyczaił się juŜ do
ciemności, dostrzegł dokoła skrzynie na drewnianych paletach. Jak
podejrzewał, znajdowali się w magazynie. Był długi na jakieś
dwieście stóp, a szeroki na sto. Spojrzał ku wolnej przestrzeni
pod ścianą, zobaczył, kto tam na niego czeka, i zaczął się bać.
Przy prostym stoliku siedzieli plecami do surowej ściany dwaj
męŜczyźni. Jednym był Vicente. Drugiego Eduardo nigdy dotąd nie
spotkał, ale wystarczająco dobrze znał z licznych opisów, by
wiedzieć, Ŝe to Harlan DeVane. Po bokach stali ochroniarze
uzbrojeni w mini uzi, a przed stolikiem wysoki muskularny
męŜczyzna z obojętną twarzą - Siegfried Kuhl.Eduardo - odezwał
się miękko DeVane. - Jak się masz? Zapytany próbował
odpowiedzieć, ale nie mógł wymyślić niczego sensownego. Pocił się
ze strachu na widok grupy męŜczyzn i dotyku broni Ramona na swym
karku. DeVane złączył dłonie na kolanie prawej nogi, którą
załoŜył na lewą.Wyglądasz na przestraszonego - zauwaŜył. - Boisz
się? Guzman wciąŜ nie mógł wydusić z siebie słowa. Dławiły go
przeraŜenie i mdłości.
Powiedz mi, jeśli się boisz - rzekł Amerykanin.
Eduardo znowu otworzył usta, po czym zamknął je i tylko
skinął głową. Muszka pistoletu przeczesała mu przy tym włosy na
karku. DeVane westchnął. Coś ci powiem, mój chłopcze. Nie
podoba mi się, Ŝe tu jestem, i to chyba bardziej niŜ tobie -
oznajmił, nie podnosząc głosu. - Mam wiele spraw i generalnie tak
drobne komplikacje, jak wywołana przez ciebie, pozwalam załatwiać
innym. Nie mogę być wszędzie, a przywódca musi mieć zaufanie do
swoich podwładnych. - Wskazał męŜczyznę po swej lewej. Solidnych
ludzi honoru takich jak twój wuj. Eduardo spojrzał na Vicente.
Chudy, wysoki męŜczyzna po sześćdziesiątce, z wysokim czołem,
szopą śnieŜnobiałych włosów i pooraną zmarszczkami twarzą, tylko
przez chwilę patrzył mu ponuro w oczy. Potem opuścił wzrok.
Sposób, w jaki to zrobił, i jego mina spowodowały, Ŝe chłopak
poczuł, jak uginają się pod nim nogi.Nie chodzi o to, Ŝe twoja
sytuacja mnie nie interesuje czy Ŝe problem uwaŜam za nieistotny
- ciągnął DeVane. - Problemem zresztą nie jest to, Ŝe zostałeś
aresztowany. Takie rzeczy się zdarzają. W kaŜdym zawodzie
popełnia się błędy albo ma się pecha. Bywa teŜ, Ŝe konkurencja
lub przeciwnik okazują się lepsi, niŜ się sądziło. To normalne.
Rozumiesz, o czym mówię? Eduardo przytaknął.
To dobrze. A skoro przyznałeś się do własnego strachu,
powiem ci, co mnie przeraŜa. - Amerykanin pochylił się lekko do
przodu. - Boję się głupich i słabych, poniewaŜ historia pełna
jest przykładów, które potwierdzają, Ŝe działania takich właśnie
miernot powodowały upadki najsilniejszych. Kiedy ktoś jest tak
tępy, Ŝe pozwala zwykłej dziwce oszukać się i przekonać do
zrobienia interesu z ludźmi, których nie zna i których nawet nie
Strona 68
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
sprawdził, to nie sposób przewidzieć, jakie informacje mógł
bezwiednie zdradzić. WaŜne czy nie, to bez znaczenia, bo nawet
drobiazgi połączone w jedną całość stają się groźne. Dla
przykładu, kontaktując się z Vicente, by cię wydostał, postawiłeś
go w sytuacji, w której musiał poprosić mnie o przysługę. Z
szacunku, jaki Ŝywię do twego wuja, czułem się zobowiązany, więc
przekupiłem kogo trzeba. Pieniądze dotarły do urzędasa w
magistracie, potem do prokuratora federalnego, a w końcu do
policjanta zarządzającego magazynem dowodów. KaŜdy dostawał coraz
mniej, ale robił, co do niego naleŜało, a gdy zginęły narkotyki
będące dowodem w twojej sprawie, wypuszczono cię. Pozostały
jednak ślady, mój chłopcze. Teraz myślący i zdeterminowany
przeciwnik moŜe dzięki nim dojść od ciebie do Vicente, od Vicente
do mnie, a ode mnie do policji i w końcu z powrotem do ciebie.
Powstała pętla, która teoretycznie moŜe mnie wpędzić w kłopoty...
NadąŜasz za moim tokiem rozumowania, Eduardo? Zapytany
przytaknął.
DeVane przyjrzał mu się prawie z namacalną siłą, od której kolana
chłopaka zmieniły się w galaretę.
Odpowiedz mi - zaŜądał DeVane. - Znajdź choć tyle siły.
Guzman, chory z przeraŜenia, spróbował, zdając sobie sprawę, Ŝe
stoi w przedsionku piekła, więc jeśli jego milczenie zostanie
odebrane jako arogancja czy brak wdzięczności, będzie
skończony.Tak... - wychrypiał cicho. - Rozumiem. Amerykanin opadł
na oparcie krzesła i ponownie złączył
dłonie, wracając do swobodnej pozycji, w jakiej Eduardo pierwszy
raz go zobaczył.To dobrze - rzucił. - W takim razie powinieneś
w końcu zrozumieć coś jeszcze. Jestem tu, poniewaŜ darzę Vicente
szacunkiem i wiem, Ŝe trudno byłoby mu cię ukarać. Gdyby nie
chodziło o niego, cała sprawa nie byłaby warta mojego zachodu.
Kazałbym zrobić co trzeba, nie ruszając się z domu, i nie
poświęciłbym jej większej uwagi niŜ mrugnięciu okiem. Po tych
słowach zerknął na Kuhla, który odwrócił się częściowo ku niemu.
Eduardo był pewien, Ŝe między nim a DeVane'em doszło do rozmowy
bez słów zakończonej ledwo zauwaŜalnym skinieniem. Kuhl sięgnął
prawą ręką do tyłu i odczepił od skórzanego pasa wiszącą na
biodrze policyjną pałkę. Chłopak spojrzał na siedzących, lecz
DeVane przyglądał się z zainteresowaniem swoim dłoniom, a Vicente
wciąŜ uporczywie wpatrywał się w stół. Kuhl zbliŜył się,
zaciskając dłoń na pałce. Proszę. - Eduardo cofnął się i
oparł o potęŜne ciało Ramona. - Błagam! Kuhl dopadł go moment
później. Ledwie nieszczęsny handlarz zdołał unieść ręce w
obronnym geście, precyzyjny cios pałki zakończył się głośnym
trzaskiem, z którym kości dłoni oddzieliły się od przedramienia.
Kuhl błyskawicznie zadał kolejny cios, trafiając między szyję a
obojczyk. Obrócił pałkę płynnym ruchem i tym razem trafił w
Ŝołądek. Eduardo osunął się na kolana i zwymiotował. Kuhl uderzył
jeszcze trzy razy - najpierw złamał ofierze nos, a dwa kolejne
ciosy wymierzył w potylicę. MęŜczyzna zwinął się w kłębek. Krew
ze zmiaŜdŜonego nosa wypływała na betonową podłogę. Nad sobą
widział rozmazaną sylwetkę Kuhla trzymającego uniesioną pionowo
pałkę. Najemnik przekręcił rękojeść, wyszarpnął ją krótkim ruchem
i wydobył z wnętrza pałki długie, proste ostrze. Przez chwilę
stał nieruchomo z noŜem w prawej, a pałką-pochwą w lewej i
sprawiał wraŜenie, jakby miał zamiar dobić leŜącego. Zamiast tego
odwrócił się i podał broń komuś, kto podszedł do niego. Eduardo
obrócił lekko głowę i przez mgłę bólu zobaczył, kto zbliŜył się
do Kuhla. Jęknął. Przez chwilę Vicente przyglądał się ze smutkiem
bratankowi, a potem przyklęknął i wprawnym ruchem podciął mu
gardło, zadając coup de grace. Eduardo zadygotał w agonii,
zacharczał i padł martwy. Vicente wstał, oddał nóŜ Kuhlowi,
odwrócił się do DeVane'a i skłonił lekko. śałuję twej straty,
drogi przyjacielu - powiedział cicho Amerykanin. Vicente raz
jeszcze skinął głową, ale pozostał na miejscu. DeVane wstał i
polecił Kuhlowi: - Odwieź Vicente i przyślij ekipę, Ŝeby
uprzątnęła podłogę. Albańczycy dotrzymali słowa, więc musimy
przedyskutować kilka waŜnych spraw.
Strona 69
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
11
SANJOSE, KALIFORNIA
19 KWIETNIA 2001
- Jakieś wieści o Rolliem? - spytał na wstępie Gordian.
- WciąŜ jest na intensywnej terapii, ale jego stan nieznacznie
się poprawił - poinformował go Nimec. - Lekarze są do brej myśli,
a Rollie odzyskał przytomność i jak słyszałem, zdąŜył im juŜ
zagrać na nerwach. Czym?
- Lawiną pytań.
- To dobry znak.
- I Ŝądaniem, by znaleźli mu czarnego stetsona. Jeszcze lepiej. -
TeŜ tak myślę. - Czy ktoś moŜe mi wyjaśnić, o co chodzi z tym
stetsonem? - spytała Megan. Gordian spojrzał na nią. - W
Wietnamie Thibodeau współpracował z 1. Dywizją Kawalerii
Powietrznej, od której jego jednostka przejęła pewne zwyczaje.
Jednym z nich było noszenie stetsonów w czasie dekoracji i innych
uroczystości. Jeśli się nie mylę, zwyczaj przetrwał do dziś -
wyjaśnił z lekkim uśmiechem. Aha, czyli uwaŜa, Ŝe jest okazja do
celebry - oceniła. Gordian przytaknął bez słowa.
Siedzieli w podziemnej sali konferencyjnej w kwaterze głównej
holdingu. Pomieszczenie wyglądało jak kaŜda inna sala
konferencyjna w budynku - wełniany dywan, owalny stół, sufitowe,
nie męczące oczu oświetlenie - natomiast róŜniło się zasadniczo
kilkoma istotnymi szczegółami. Dla niewielu pracowników, którzy
mieli do niego dostęp, najbardziej widoczne były elektroniczne
ekrany przy wejściu. Oprócz otwarcia uruchamianego głosem zamka
szyfrowego kaŜdy musiał przyłoŜyć dłoń do skanera linii
papilarnych i spojrzeć w obiektyw innego, sprawdzającego wzór
siatkówki. W środku uderzał brak okien. Najistotniejsze róŜnice
nie były jednak widoczne i polegały na połączeniu najnowszych
technik antypodsłuchowych z projektem i budową sali. W
półmetrowych betonowych ścianach zainstalowano panele
dźwiękochłonne. Mury wzmocniono stalowymi wspornikami, na których
umieszczono generatory białego szumu i inne nowoczesne systemy
zagłuszające, które miały uniemoŜliwić podsłuch elektroniczny
rozmów oraz sygnałów urządzeń. Ochrona dwa razy w tygodniu
sprawdzała salę oraz kontrolowała za pomocą analizy spektralnej
i promieni rentgenowskich wnoszone do niej telefony, komputery
i sprzęt audiowizualny, poszukując urządzeń podsłuchowych.
PoniewaŜ techniki szpiegowskie rozwijały się w zawrotnym tempie,
nie sposób było upierać się, Ŝe istnieją na Ziemi jakiekolwiek
pomieszczenia zabezpieczone przed "wśniuchami", jak Vince Scull
zwykł określać "wścibskich niuchaczy". W kaŜdym razie salę
zabezpieczono tak dobrze, jak tylko pozwalały na to najnowsze
technologie. Aktualnie przebywały w niej tylko trzy osoby:
Gordian, Nimec i Megan Breen, a tematem spotkania była sytuacja
w Brazylii. - Lekarze wspomnieli moŜe, jakie pytania zadaje
Thibodeau? - spytał szef UpLink. - Nie, ale Cody to zrobił, bo
to z nim chce rozmawiać Rollie i kilkakrotnie postawił na swoim -
odparł Nimec. - Takie, jakich naleŜało się spodziewać. Kto, co
i dlaczego. No i skąd napastnicy tyle wiedzieli o ochronie oraz
lokalizacji obiektów. - Odpowiedź na to ostatnie jest boleśnie
oczywista. - Zdrajca - podsumowała Megan.
- Albo zdrajcy - poprawił ją Nimec. - MoŜe zresztą nie zdrajca,
lecz specjalnie umieszczony agent. - Macie juŜ jakichś
podejrzanych?
- SkądŜe. I nie spodziewam się, Ŝebyśmy mieli w najbliŜszym
czasie. - Nimec skrzywił się z niesmakiem. - Nie ma Ŝadnych
śladów prób włamania do baz danych czy grzebania
w programie, a informacje, którymi dysponowali, nie wymagają
pomocy osoby o wysokim stopniu dostępu. Większość pracowników
orientuje się, jak działa ochrona, choćby dlatego, Ŝe byli
świadkami ćwiczeń. Zatrudniamy tam ponad tysiąc osób w
administracji, produkcji, obsłudze, warsztatach i w kuchni. KaŜda
z nich mogła dostarczyć te informacje, więc musimy sprawdzić
wszystkich. - Oraz cały kontyngent Miecza, który przewinął się
przez te zakłady - dodała Megan. - Zgadza się - przyznał Nimec. -
Nie moŜna ich pominąć.
Strona 70
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
- Wnioski i wraŜenia? - Gordian przyjrzał się kolejno obojgu. -
Napastnicy byli dobrze wyszkoleni, dobrze zorganizowani i
doskonale uzbrojeni - stwierdził Nimec. - Kierował nimi ktoś z
wyobraźnią, bo ataku z powietrza nie braliśmy w ogóle pod uwagę,
a doskonale skoordynowano go z uderzeniem z ziemi. Francuski
zintegrowany system uzbrojenia stanowi odpowiednik naszego Land
Warriora i wciąŜ jest testowany. Spadochroniarze, którzy
zniszczyli robota, wykorzystali trudną technikę skoku zwaną HAHO.
Powtarzam raz jeszcze: akcja wymagała doświadczenia, umiejętności
i sprzętu, a to nasuwa skojarzenia z siłami specjalnymi. W
porównaniu z nimi terroryści, którzy kilka lat temu zaatakowali
nas w Rosji, to niegroźni amatorzy. - Zakładam, Ŝe Ŝaden z jeńców
nie powiedział, kto ich wynajął? - Po pierwsze, nie wiedzieli.
Zleceniodawcę znał jedynie dowódca, który nam uciekł. Podobno
nazywa się Kuhl, ale wszyscy uŜywali fałszywych imion czy
nazwisk, więc trudno powiedzieć. Sprawdzamy go. Po drugie, nie
zdołaliśmy z nich za duŜo wydusić, bo policja federalna zgarnęła
wszystkich w niecałą godzinę po tym, jak zawiadomiliśmy ją o
ataku - od parła Megan. - Jak na Brazylię to cud szybkości. - Tak
się spodziewałem. Próbowaliście dowiedzieć się cze goś oficjalnie
od Ŝandarmerii? - Kilkakrotnie, ale nie palą się do współpracy.
Nikt z tych, z którymi udało się nam skontaktować, nie był nawet
pewien, gdzie są przetrzymywani więźniowie.
- I załoŜę się, Ŝe juŜ o nich nie usłyszymy. - Nimec potarł
kciukiem palec wskazujący w uniwersalnym geście liczenia
banknotów. - Ktokolwiek stoi za tą akcją, na pewno nie cierpi na
brak gotówki. A w Brazylii moŜna kupić kaŜdego. Tym razem zarobią
gliniarze, sędziowie i Ŝandarmi, więc od nich niczego się nie
dowiemy. - Mamy własne źródła informacji. Ten konwój musiał skądś
wyruszyć. A owo miejsce nie mogło się znajdować zbyt daleko od
zakładów. - Trafnie to ująłeś, tylko Ŝe wokół są setki mil
dziczy. To Mato Grosso. Jeśli ma się doświadczenie, moŜna tam
ukryć sporą armię wraz z bazą - ocenił Nimec. - A ci ludzie
doświadczenia mają aŜ za duŜo. Gordian pomasował kark.
- Oni mają doświadczenie i potrafią się ukrywać, my mamy Hawkeye
- przypomniał. - Niech rozejrzą się po okolicy i zobaczymy, co
jest waŜniejsze. - Właśnie miałem to zaproponować - ucieszył się
Nimec. Gdy tylko znajdę się w Brazylii, polecę przesunąć satelitę
na nową orbitę. Szef UpLink potrząsnął głową.
MoŜesz to zrobić z tutejszej stacji naziemnej, Pete - powiedział
spokojnie. - Pewnie, Ŝe mogę, ale skoro Rollie jest wyłączony z
akcji, ktoś musi przejąć jego obowiązki... - Całkowicie się z
tobą zgadzam - przerwał mu Gordian. Teraz jednak wolałbym cię
mieć na Florydzie jako doradcę przy zespole dochodzeniowym. Nimec
przyjrzał mu się podejrzliwie.
- Sądziłem, Ŝe wymusiłeś na nich, aby zespołem kierowała Annie
Caulfield. - Wymusiłem. I mam całkowite zaufanie do jej zdolności
przywódczych.
- A mimo to chcesz, Ŝebym miał na wszystko oko?
- Chcę, Ŝebyś informował mnie o rozwoju wydarzeń. W NASA jest
sporo osób, którym nie spodoba się nagłe wyniesienie Annie, Ŝe
się tak wyraŜę. Chcę mieć na miejscu kogoś, na kogo będzie mogła
liczyć, jeśli napotka problemy. - Z marszu mogę wymienić z
dziesięć osób z firmy, które nadają się do tego równie dobrze jak
ja - zauwaŜył Nimec.
Ale nie mają twojego doświadczenia w rozpoznawaniu aktów sabotaŜu
- skomentował Gordian. - Mam nadzieję, Ŝe nie okaŜe się ono
niezbędne, ale musimy być na to przygotowani. I to jest trzeci
powód, dla którego chcę, Ŝebyś poleciał na przylądek Canaveral.
Przez moment panowała martwa cisza. Nimec przetrawiał to, co
właśnie usłyszał, a stanowcza mina Gordiana wskazywała, Ŝe dalsza
dyskusja na ten temat jest bezcelowa. Obojętne, czy mu się to
podoba czy nie, i tak poleci na Florydę. Poza tym nie mógł
wysunąć logicznych kontrargumentów: wszystko, co Gord powiedział,
miało sens. Oprócz logiki i sensu chodziło o coś jeszcze - o
spłacenie długu za Malezję. Nimec był pewien, Ŝe stanowisko
Gordiana wynika w znacznej mierze z niepokoju o to, by nie
powtórzyła się zabawa w Indian i kowbojów, w jaką przekształciło
Strona 71
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
się ubiegłoroczne nieautoryzowane śledztwo Maxa Blackburna
dotyczące Monolith Technologies. WciąŜ pamiętał, co Gord wówczas
powiedział. Kiedy dowiedział się o wszystkim, oczywiste juŜ było,
Ŝe Max ma kłopoty, choć nikt jeszcze nie przypuszczał, jak
powaŜne. W kaŜdym razie Blackburn zniknął i Nimec musiał poprosić
szefa o oficjalną zgodę na poszukiwania. Komentarz Gordiana wrył
mu się w pamięć: "Nie mogę pojąć, jak mogłeś wziąć udział w czymś
tak nierozwaŜnym, Pete. Zupełnie nie mogę tego pojąć... A wy
dwaj, zamiast przyjść z tymi podejrzeniami do mnie, wplątaliście
się w awanturę, przez którą z łatwością mogliśmy wpaść w wielkie
bagno. Zresztą z tego, co mówisz, wynika, Ŝe juŜ w nie
wpadliśmy". Nimec westchnął. MoŜe nie wpadli w nie, ale Max
zginął, a on sam w znacznej mierze ponosił za to
odpowiedzialność. MoŜe nadszedł czas spłacania długu...A kogo
planujesz wysłać do Mato Grosso? - spytał. Znowu zapadła cisza.
Megan poruszyła się niespokojnie.
Gord poprosił mnie, Ŝebym tam poleciała - przyznała. Nimec
spojrzał na nią z wyrzutem. Przepraszam. - Spuściła na moment
oczy. - Powinnam ci wcześniej powiedzieć. Nie odezwał się.
- Jeszcze jedno, Pete. - Gordian przerwał zapadającą po nownie
ciszę. - Tom Ricci odezwał się? Nie moŜemy sobie po zwolić na
długie czekanie. - Dziś rano zostawił mi wiadomość. Planowałem
oddzwonić do niego po powrocie do biura. - Nie wiesz, na co się
zdecydował?
Nimec potrząsnął głową.
- Powiedział tylko, Ŝe chce ze mną porozmawiać.
- Rozumiem - mruknął Gordian.
Megan wygładziła spódnicę.
- To musi być jakaś męska sprawa - oceniła półgłosem.
Gordian spojrzał na nią, unosząc brwi.
Nie rozmawiałaś ostatnio przypadkiem z moją Ŝoną? spytał. Nie,
a dlaczego pytasz? Przyglądał się jej jeszcze przez chwilę, nim
podrapał się za uchem i odparł:Tak sobie. To nic waŜnego.
12
PRZYLĄDEK CANAVERAL, FLORYDA
21 KWIETNIA 2001
Annie Caulfield tak często zmuszona była występować w roli
rzecznika prasowego NASA, Ŝe nabrała do tego filozoficznego
dystansu. Był to nieprzyjemny obowiązek, którego sekret polegał
na tym, by nie dać po sobie poznać, Ŝe tak właśnie się go
traktuje. Obiektyw był nieubłagany: zdradzanie niechęci
postrzegano jako draŜliwość i robienie uników, co z kolei
prowadziło do wniosku, Ŝe ma się coś do ukrycia. A jeśli
dziennikarze doszli do takiej konkluzji, nie dawali człowiekowi
chwili spokoju. Nie naleŜało równieŜ zachowywać się zbyt
swobodnie wobec reporterów, wówczas bowiem widzowie odbierali
rzecznika jako kolejnego egoistycznego kłamcę, który jest w
zmowie z mediami i ma na względzie tylko popularność i osobiste
korzyści. Być moŜe taka osoba chciała zmienić zawód albo dorabiać
jako konsultant - jakkolwiek było, dogadała się i brała udział
w oszukiwaniu normalnego człowieka. Trzeba więc było za wszelką
cenę stwarzać wraŜenie, Ŝe robi się wszystko, by widzowie mający
prawo do rzetelnych informacji takie właśnie otrzymywali, i
nienachalnie budować dobry wizerunek agencji. Rzecznik musiał
uczciwie tłumaczyć podawane fakty i do znudzenia powtarzać, Ŝe
nie moŜna wszystkiego wyjaśnić, skoro nie sposób podać nic innego
do wiadomości. Jeśli w dodatku wierzyło się w swoje słowa,
osiągało się ideał. Annie tak właśnie podchodziła do tego
obowiązku. Po części był rytuałem, po części zaś przedstawieniem,
tyle Ŝe przedstawienia mogły być uczciwe lub nie, a rytuały
czytelne lub mącące obraz. Annie starała się najlepiej jak
potrafiła, by jej wystąpienia były zarówno uczciwe, jak i
czytelne. Biorąc pod uwagę zwyczaje dziennikarzy, przypominało
to często balansowanie na linie, w trakcie którego jej opanowanie
i uprzejmość poddawane były cięŜkim próbom. Dzień po przyjęciu
propozycji kierowania zespołem dochodzeniowym jej twarz moŜna
było zobaczyć we wszystkich lokalnych i ogólnokrajowych
Strona 72
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
programach informacyjnych. Poza tym pojawiła się w dwóch,z trzech
porannych programów publicystycznych przeprowadzających wywiady
za pośrednictwem satelity, poprowadziła pierwszą z serii
zaplanowanych popołudniowych konferencji prasowych w budynku NASA
oraz była najwaŜniejszym gościem najwyŜej notowanego wieczornego
programu informacyjnego, któremu udzieliła wywiadu spoza studia.
Pierwszym wystąpieniem była pięciominutowa rozmowa z Garym
Jakośmutam, tym samym, który wymusił na niej wywiad tuŜ przed
startem promu. Gary miał trzydzieści kilka lat, cukierkowatą
urodę, opływający miodem głos oraz talent do sprowadzania
konwersacji o wojnach, katastrofach i najnowszych plotkach ze
świata showbiznesu do jednolitej papki, którą dawało się
doskonale przełknąć z poranną kawą. Dzięki temu regularnie
wygrywał w rankingach Nielsen National Television Index. Choć był
oportunistą, Annie nawet go lubiła, co stanowiło wyjątek od
reguły. Nie dała się jednak zwieść pozorom - był znacznie
inteligentniejszy, niŜ mogło na to wskazywać jego zachowanie. -
Doceniamy fakt, Ŝe znalazła pani czas na tę rozmowę, pani
Caulfield - zagaił, wczuwając się w rolę. - W imieniu własnym,
ekipy wiadomości oraz naszych widzów chciałbym złoŜyć kondolencje
NASA i rodzinie Jamesa Rowlanda. Myślami
jesteśmy z wami.
- Dziękuję, Gary. Wsparcie opinii publicznej wiele dla nas znaczy
i bardzo pomogło Ŝonie i córce Jima. - MoŜe nam pani powiedzieć,
jakie odczucia wywołała w pani ta tragedia? Wiem, Ŝe pani i
pułkownik Rowland byliście bliskimi przyjaciółmi i
współpracownikami. Zmusiła się, by odpowiedzieć spokojnie, mając
nadzieję, Ŝe reporter porzuci ten bolesny temat.
CóŜ... jak kaŜdemu, kto stracił kogoś bliskiego, trudno mi
opisać te uczucia. Śmierć Jima wstrząsnęła wszystkimi, którzy go
znali. Był wielką osobowością, więc trudno uwierzyć, Ŝe juŜ go
nie ma. Zawsze będziemy o nim pamiętać i zawsze będzie nam go
brakowało. Odbyliście wspólnie kilka lotów w kosmos, prawda?
Tak.
Czy kiedykolwiek rozmawialiście o tym, Ŝe coś moŜe się wam
stać? W końcu to wysoce niebezpieczny zawód. JuŜ miała ochotę go
udusić, ale odparła spokojnie:
- Nie przypominam sobie, byśmy kiedykolwiek o tym rozmawiali.
Wydaje mi się, Ŝe kaŜdy astronauta uwaŜa się za
kogoś uprzywilejowanego... wybrańca, który mógł polecieć
w kosmos. Naturalnie, zdajemy sobie sprawę, Ŝe coś moŜe się nie
udać, Ŝe moŜe nastąpić awaria, i staramy się przygotować na to
podczas szkolenia. Jestem pewna, Ŝe tylko dzięki takiemu właśnie
treningowi reszta załogi wyszła bez szwanku z katastrofy. Nie
moŜemy jednak pozwolić sobie na zamartwianie się ryzykiem
zawodowym, podobnie jak nie mogą tego robić kaŜdego dnia straŜacy
czy policjanci. - Naturalnie, rozumiem. Sądzę teŜ, Ŝe to jeden
z głównych powodów, dla których astronauci uwaŜani są za niemal
mitycznych bohaterów przez tych z nas, którzy mogą obejrzeć
gwiazdy jedynie z Ziemi i śnić o tym, by obejrzeć Ziemię z
gwiazd.
Annie uśmiechnęła się uprzejmie, choć nie zrozumiała ani słowa
z tego, co usłyszała. Nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć na ten
bełkot, ale Gary Jakośmutam nie oczekiwał odpowiedzi.Została pani
kierownikiem zespołu dochodzeniowego mającego wyjaśnić przyczyny
katastrofy Oriona. Co zamierza pani zrobić, by jak najszybciej
ustalić powody wtorkowego nieszczęścia? - spytał. Podziękowała
mu w duchu, Ŝe wreszcie przeszedł do rzeczy. W tej chwili
najwaŜniejsze jest skompletowanie zespołu, który zbada ślady
mogące doprowadzić nas do przyczyny tragedii. KaŜde śledztwo
oparte na kryminalistycznym badaniu szczątków jest z załoŜenia
procesem eliminacji, a to wymaga starannego zbadania pozostałości
po Orionie. - MoŜemy więc załoŜyć, Ŝe pani zespół będzie się
składał z personelu NASA? - Jak stwierdziliśmy w pierwszym
oświadczeniu dla prasy, jesteśmy zdecydowani korzystać z pomocy
ekspertów tak z agencji, jak i spoza niej i...
- Kiedy mówi pani o ekspertach spoza NASA, zastanawiam się, skąd
mogą pochodzić, jako Ŝe wydarzenie to nie jest pierwszą
Strona 73
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
katastrofą pojazdu kosmicznego. Choć na szczęście poza Apollo 10
i Challengerem inne nie przychodzą mi do głowy. Z całym naciskiem
chciałbym powtórzyć: "na szczęście". - Rozumiem twoje obawy,
Gary, ale mogę cię zapewnić, Ŝe wyciągnęliśmy wiele wniosków z
wypadków, o których wspomniałeś. Sporo osób, które wówczas
pomogły nam ustalić, co się dokładnie wydarzyło, wciąŜ udziela
konsultacji i będziemy korzystali z ich pomocy. Zresztą część z
nich weszła juŜ do naszego zespołu. Poza tym choć prom kosmiczny
jest unikatowym i niezwykle nowoczesnym pojazdem, wiele jego
systemów i podsystemów działa na tych samych zasadach co
urządzenia uŜywane we współczesnych samolotach. Dzięki temu mamy
do dyspozycji rzeszę specjalistów z lotnictwa cywilnego i
organizacji rządowych, którzy mogą słuŜyć olbrzymią pomocą. - Czy
to oznacza, Ŝe Federalna Administracja Lotnictwa Cywilnego oraz
Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu będą uczestniczyły w
dochodzeniu?
Annie omal nie zemdlała z wraŜenia - Gary wymienił właśnie jednym
tchem dwie agencje, którym nikt, ale to nikt nie ufał. Lepiej juŜ
byłoby, gdyby spytał, czy do zespołu wejdą byli agenci KGB lub
hydraulicy obsługujący Biały Dom w czasach Nixona.Aby dojść do
prawdy, będziemy współpracować z najrozmaitszymi organizacjami,
toteŜ moŜe się zdarzyć, Ŝe reprezentanci wymienionych przez
ciebie agencji znajdą się w naszym zespole. Jednak muszę
podkreślić, Ŝe mamy juŜ wielu specjalistów z przemysłu lotniczego
i lotnictwa prywatnego, którzy zaoferowali nam swoje usługi. Na
pewno w pierwszej kolejności skorzystamy z ich doświadczeń. Dla
mnie najwaŜniejsze jest wykonanie zadania i w tym celu gotowa
jestem zaangaŜować kaŜdego, kto moŜe pomóc, bez względu na to,
jakie ta osoba miałaby powiązania.
Gary umilkł na chwilę. Choć Annie spoglądała prosto w kamerę, nie
mając do dyspozycji monitora, na którym mogłaby widzieć rozmówcę,
gotowa była się załoŜyć, Ŝe właśnie otrzymuje on dodatkowe
instrukcje od reŜysera. W następnym momencie jej podejrzenia
potwierdziły się. Właśnie poinformowano mnie, Ŝe nasz czas
dobiega końca - odezwał się Gary. - A więc ostatnie pytanie.
Dowiedzieliśmy się z rozmaitych źródeł o włamaniu do zakładów
UpLink International w Brazylii, gdzie wytwarzane są waŜne
elementy międzynarodowej stacji kosmicznej. Kilka relacji
wskazuje na duŜy, zorganizowany atak zbrojny w wojskowym stylu.
Czy moŜe nam pani powiedzieć coś na ten temat? Annie obiecała
sobie w duchu, Ŝe przy pierwszej okazji policzy się z nim za tę
woltę. PoniewaŜ jednak przekazano jej bardziej streszczenie niŜ
opis tego, co zaszło w Brazylii, nawet gdyby chciała, nie mogła
konkretnie odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli będzie miała
szczęście, moŜe dowie się czegoś więcej przed dziennikarzami... -
Prawdę mówiąc, od chwili gdy zostałam szefem zespołu
dochodzeniowego, tylko raz rozmawiałam z Rogerem Gordianem i nie
miałam okazji przedyskutować tej kwestii... - MoŜe pani
potwierdzić, Ŝe doszło do takiego ataku?
- Było włamanie, jak to ująłeś. Ten termin dobrze opisuje ów
incydent. Sytuację błyskawicznie opanowała ochrona zakładów
naleŜąca do UpLink. To wszystko, co wiem na ten temat, ale
zamierzam skontaktować się z panem Gordianem dziś lub jutro, a
wtedy, mam nadzieję, uzyskam dodatkowe informacje, którymi
podzielę się z widzami przy pierwszej sposobności. - Wie pani
moŜe, jakie siły zaatakowały zakłady, o co chodziło napastnikom
albo kto ich wynajął? - Nie. Chciałabym powiedzieć ci więcej,
Gary, ale wszyscy muszą wykazać trochę cierpliwości. - Mimo to
muszę zapytać o coś jeszcze. Oba incydenty wydarzyły się niemal
jednocześnie, a ładunkiem Oriona był moduł laboratoryjny stacji
kosmicznej. Czy w związku z tym bierzecie pod uwagę fakt, Ŝe moŜe
istnieć związek między katastrofą promu i atakiem w Brazylii? -
Nic mi o tym nie wiadomo i nie sądzę, aby rozsądne było
wysnuwanie takich wniosków na tak wczesnym etapie. NASA i UpLink
ściśle ze sobą współpracują i na pewno będziemy uwaŜnie śledzić
rozwój wydarzeń w Mato Grosso, które mogą mieć wpływ na program
budowy stacji. Zamierzam informować na bieŜąco prasę o wszystkim,
czego się dowiemy, naturalnie z zastrzeŜeniem, Ŝe nie podam
Strona 74
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Ŝadnych szczegółów, które mogłyby narazić na niebezpieczeństwo
przebywających za granicą pracowników UpLink. Jak rozumiem, nie
obawia się pani, Ŝe Roger Gordian mógłby zawiesić swoje operacje
w Brazylii? Jeśli informacje, które otrzymaliśmy stamtąd, okaŜą
się prawdziwe. Pytanie całkowicie ją zaskoczyło, jako Ŝe nikt
nawet o tym nie wspomniał, a jeszcze nie zdąŜyła się przyzwyczaić
do dziennikarskiego nawyku brania faktów z powietrza, jeśli tylko
pasowały do stworzonego przez reporterów obrazu wydarzeń.Nie. I
nie słyszałam absolutnie nic, co mogłoby wskazywać, Ŝe rozwaŜa
taką moŜliwość. Znowu zapadła cisza.
- Niestety, otrzymałem sygnał, Ŝe musimy kończyć - odezwał się
Gary. - Pora juŜ na nasz codzienny program Utrzymuj trawnik
zielony i obrobiony. Proszę przyjąć nasze modlitwy i Ŝyczenia
sukcesu w śledztwie. Mam teŜ nadzieję, Ŝe spotkamy się wkrótce,
by poznać jego postępy. - Dziękuję, Gary. Jestem tego pewna -
zakończyła i gdy wyłączono kamerę, odetchnęła z ulgą.
Dopiero w trakcie popołudniowej konferencji prasowej na Ŝywo
Annie odkryła, co wymyślili dziennikarze i jaką wersję rozwoju
wydarzeń uznali za najwaŜniejszą. Przygotowywano do niej
odbiorców przez cały dzień, stopniowo wplatając jedyną właściwą
interpretację między inne informacje, aŜ w końcu zaczęła Ŝyć
własnym Ŝyciem. Ledwie Annie skończyła czytać oświadczenie i
ogłosiła, Ŝe będzie odpowiadać na pytania, z pierwszego rzędu
foteli poderwał się reporter Associated Press. Trzymał rękę w
górze i zachowywał się niczym zdesperowany przedszkolak, który
pragnie natychmiast biec do ubikacji.
- Dziś rano w programie ogólnokrajowym mówiła pani
o zamknięciu przez Rogera Gordiana brazylijskich zakładów
produkujących elementy międzynarodowej stacji kosmicznej, co
miało nastąpić w wyniku ataku partyzantów. Czy mogłaby pani
szerzej omówić ten temat? - Jak oświadczyłam wcześniej, nie
słyszałam nic, co wskazywałoby, Ŝe mają zostać zamknięte. Poza
tym muszę podkreślić, Ŝe określenie napastników mianem
"partyzantów" jest jeśli nie błędne, to na pewno przedwczesne...
- Ale potwierdziła pani, Ŝe doszło do włamania, prawda?
- Owszem, ale określenia tego uŜył prowadzący program.
Ja zajmuję się śledztwem dotyczącym katastrofy Oriona i na tym
chciałabym się skupić. Przed chwilą wyjaśniłam, Ŝe w celu
zrekonstruowania pojazdu szczątki promu zostały przewiezione ze
stanowiska startowego do montowni na Florydzie. Cały dzień
zajmowałam się koordynacją tej operacji oraz określeniem zasad
prowadzenia dochodzenia i ostatecznym doborem członków zespołu.
Jak równieŜ informowaniem prasy o tym,
co robimy - odparła zdecydowanie i wskazała Allena Murdocka z
"Washington Post". - NawiąŜę do pytania mojego kolegi. Gdy
zapytano panią, czy wydarzenia w Brazylii mogą mieć związek z
katastrofą Oriona, powiedziała pani, Ŝe nic jej o tym nie
wiadomo, ale nie odrzuciła tej moŜliwości. Czy oznacza to, Ŝe
mogą to być powiązane ze sobą akty sabotaŜu? A jeŜeli tak, to kto
według pani moŜe być za nie odpowiedzialny? - Nie sądzę, by
komukolwiek potrzebna była zabawa w słowa. To Ŝe nic mi nie
wiadomo, oznacza dokładnie to, Ŝe... Ale doskonale wiadomo, Ŝe
Roger Gordian od wielu lat jest propagatorem i głównym źródłem
finansowania międzynarodowej stacji kosmicznej. Jeśli informacje
dotyczące zamknięcia zakładów w Brazylii okaŜą się prawdziwe, czy
nie moŜna załoŜyć, Ŝe decyzja ta spowodowana była powaŜnym
zagroŜeniem jego pracowników? Tryb warunkowy panoszył się w tej
wypowiedzi bez opamiętania.Zadał pan jednocześnie kilka pytań.
Wszystkie one są hipotetyczne, a ja wolałabym się trzymać faktów.
Nie mam pojęcia, skąd wziął się pomysł opuszczenia przez UpLink
zakładów w Brazylii, ale wydaje mi się, Ŝe jest to przypuszczenie
oparte na niezrozumieniu tego, co zostało powiedziane rano.
Jestem przekonana, Ŝe wszyscy zgodzicie się ze mną, iŜ ciągnięcie
takich bezpodstawnych rozwaŜań doprowadzi jedynie do powaŜnego
zamieszania. Następny proszę! Wybrała nie znaną sobie kobietę.
Identyfikator informował, Ŝe nazywa się Martha Eumans i pracuje
dla CNBC. Annie miała nadzieję, Ŝe dziennikarka spyta ją o coś
rozsądniejszego i nie będzie tak wojownicza. - Jeśli UpLink, z
Strona 75
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
jakichkolwiek powodów, zdecyduje się wycofać swoje poparcie dla
programu międzynarodowej stacji kosmicznej, to jak bardzo zawaŜy
to na przyszłości tego wielkiego projektu? To by było na tyle,
jeśli chodzi o nadzieję. I tak upłynęło kolejne, długie jak
wieczność trzydzieści minut...
- Wiem, Ŝe to dla ciebie trudne chwile, Annie, ale muszę
powiedzieć, Ŝe wyglądasz wspaniale. - To miło z twojej strony,
Mac. Mac, czyli McCauley Stokes, był po sześćdziesiątce i od lat
prowadził jeden z najpopularniejszych programów publicystycznych
w sieci kablowej. W swoich wywiadach zawsze zwracał się do
rozmówcy per ty, mówił prostym językiem i grał prostodusznego
Teksańczyka. W tym ostatnim pomagały mu dziesięciogalonowy
kapelusz o szerokim rondzie, złota spinka do krawata i nie
kończący się łańcuch dwudziestoparoletnich, rozbudowanych
silikonem Ŝon. Kowbojska spuścizna była, ma się rozumieć, równie
naturalna, jak imponujące popiersie aktualnej Ŝony. Choć
rzeczywiście urodził się w Teksasie, jego rodzice byli trzecim
pokoleniem beneficjantów rodowej fortuny naftowej i czym prędzej
wyemigrowali na łono błękitnokrwistej społeczności zamieszkującej
Greenwich w Connecticut. Miał wtedy cztery lata i reszta
dzieciństwa upłynęła mu w pełnym rozpieszczenia zbytku, a konia
widział z bliska, gdy oglądał lokalne rozgrywki polo. Potem były
najlepsze prywatne szkoły i dopiero znacznie później powstała
poza prostego człowieka.
- To nie jest zwykły komplement, Annie. Naprawdę jesteś godną
podziwu kobietą, pod wieloma względami. Rozmowa z tobą to dla
faceta czysta przyjemność... - Dotknął ronda kapelusza. - Zanim
zajmiemy się Orionem, powiedz, co się u ciebie zmieniło. Ostatni
raz widzieliśmy się, gdy wróciłaś po sześciu tygodniach pobytu
w kosmosie, pamiętasz? Było to, zdaje się, pod koniec 1999? -
Zgadza się, Mac. Po moim trzecim i ostatnim locie.
Potem, jak wiemy, straciłaś męŜa. Miał na imię Mark. Powoli
nabrała i wypuściła powietrze, spoglądając w monitor
zainstalowany przez ekipę techniczną.
To prawda. Mark zmarł ponad rok temu.
Takiej kobiecie jak ty, z dwójką dzieci i wysokooktanową karierą,
musi być trudno prowadzić aktywne Ŝycie towarzyskie. Spotykasz
się z kimś od śmierci Marka? Tym razem przerwa była dłuŜsza. -
Moje zawodowe i macierzyńskie obowiązki wypełniają mi cały czas
i są moją prywatną sprawą, Mac. Na nic więcej nie mam ochoty. -
Ale dama z twoją urodą, rozumem i klasą, Ŝe o reszcie nie
wspomnę, musi wprost oganiać się od młodych byczków bodących się
zawzięcie o...
Annie miała dość.
- Przepraszam, Mac, ale jestem pewna, Ŝe twoich widzów
bardziej interesują postępy śledztwa dotyczącego przyczyn
katastrofy Oriona. - W takim razie juŜ trzymam język za zębami
i oddaję ci głos. Zacznijmy od tego, jak NASA chce przekonać
Rogera Gordiana, Ŝeby nie wycofywał się z Brazylii.
Miejsce, w którym przyszedł na świat, stało się teraz miejscem
jego sekcji. O dziewiątej trzydzieści wieczorem - godzinę po tym,
jak wzięła udział w programie McCauley Stokes Live zakończonym
przez gospodarza obleśnym mrugnięciem - Annie stała samotnie w
olbrzymiej montowni Centrum Lotów Kosmicznych im. J. F.
Kennedy'ego. Na szczęście nie miała juŜ w planach Ŝadnych
wywiadów i mogła powrócić myślami do tego, co było naprawdę
waŜne. Hala montaŜu promów, bo tak oficjalnie nazywano montownię,
zajmowała osiem akrów północnego krańca przylądka Canaveral i
miała pięćset dwadzieścia pięć stóp wysokości. Było to jedyne
miejsce w całych Stanach Zjednoczonych zdolne pomieścić prom
kosmiczny wraz z rakietami na paliwo stałe i zewnętrznym
zbiornikiem ustawione pionowo na specjalnym rusztowaniu. Ponad
miesiąc temu jeden z dwóch naleŜących do centrum potęŜnych
ciągników przetransportował prom na oddalone o trzy i pół mili
stanowisko startowe 39A. Zajęło mu to pięć godzin, przy zuŜyciu
stu pięćdziesięciu galonów ropy na minutę. Ten sam ciągnik z
naczepą dostarczył dziś szczątki promu do montowni. Personel
Strona 76
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
NASA, obserwujący jego dostojny przejazd, miał nieodparte
wraŜenie, Ŝe uczestniczy w pogrzebie olbrzyma. Teraz poskręcane,
stopione i osmolone elementy leŜały na podłodze, śmierdząc dymem,
spalonym paliwem i stopionym plastikiem. Klimatyzacja nie radziła
sobie z przykrym, ostrym zapachem - osiadał w nosie Annie i
draŜnił gardło, wywołując kaszel i irytację. Nie miała pojęcia,
dlaczego przyjechała tu naleŜącym do UpLink saabem, zamiast
wracać prosto do dzieci pozostających pod opieką opiekunki
sprowadzonej z Houston dzięki uprzejmości Rogera Gordiana.
Zadzwoniła ze studia do mieszkania, informując, Ŝe będzie
przynajmniej godzinę później, ale nie potrafiła powiedzieć,
dlaczego zjawiła się właśnie tu. Była na przylądku zaledwie
tydzień temu, gdy prom był jeszcze majestatycznym statkiem
kosmicznym. Jim Rowland Ŝartował jak zwykle, wskazując swój
marchewkowy strój, i uśmiechał się ze srebrnego autobusu
wiozącego go na stanowisko startowe, a nikt nie traktował nazwy
Orion jako synonimu tragedii i niepowetowanej straty. Terra nos
respuet. Nikt nie musiał jej przypominać, Ŝe nie jest tu na
darmowych wakacjach. AŜ nazbyt dobrze pamiętała o powodach swej
obecności na Florydzie. Rozejrzała się po rozległej podłodze,
marszcząc z namysłem brwi. W kącikach jej ust pojawiły się
głębokie bruzdy. Gdyby wybuch nastąpił choć kilka sekund po
starcie, szczątki byłyby rozsiane na dnie Atlantyku, a zebranie
ich stałoby się długotrwałym i Ŝmudnym procesem. Wymagałoby
uŜycia dziesiątków statków ratowniczych i pracy setek nurków.
PoniewaŜ jednak ogień pojawił się przed startem, udało się zebrać
niemal wszystkie pozostałości, nawet te najmniejsze, wciąŜ
jeszcze nie zidentyfikowane. Wszystko, aŜ do gigantycznych
trzpieni i duŜych fragmentów powierzchni skrzydeł oraz kadłuba
promu, zostało oznaczone i zniesione tu niczym szczątki
nieboszczyka czekające na oględziny koronera. Sama nie wiedziała,
co czuje - wdzięczność czy moŜe zachętę... Takie słowa wydawały
się obsceniczne w tak pełnym Ŝalu i tak ponurym kontekście.
Części było tysiące, a jedynie kilka wyglądało na względnie całe.
Jutro miała wprowadzić tu pierwszą grupę specjalistów, by
obejrzeli to, z czego juŜ nigdy nie powstanie Ŝadna całość nawet
gdyby udało się zebrać kaŜdą najmniejszą śrubkę i przewód... Nie,
jutro znów będą męczące wywiady, sterta papierów i długa lista
telefonów, w tym do Rogera Gordiana, który obiecał streścić jej
przebieg incydentu w Brazylii. Potrzebowała odpoczynku,
prysznica, chwili z dziećmi i snu. Tym bardziej więc nie
rozumiała, dlaczego przyjechała w to przygnębiające miejsce,
gdzie wszystko przypominało jej o nieszczęściu. Oprócz
umundurowanych straŜników w centrum nie było Ŝywej duszy.
Próbując gorączkowo znaleźć odpowiedź na to pytanie, zrozumiała,
Ŝe powód był prosty - musiała przemyśleć pewne sprawy i uspokoić
się. Gdyby miała sama ocenić swój pierwszy dzień występów
telewizyjnych, dałaby sobie najwyŜej C minus. Rozmowy zmierzały
nieustannie tam, gdzie nie chciała, a co gorsza, niemal od
początku inicjatywa trafiła w ręce zgrai goniących za sensacją
pismaków, którzy - świadomie lub nie - zaczęli przekręcać jej
wypowiedzi. Zaczęło się od przypadkowego pytania słodkiego
Garyego Jakośmutam, dotyczącego moŜliwości wycofania się UpLink
z Brazylii. Kilka innych programów, komentując wywiad, doniosło
w południe o "pogłoskach". Te kilka godzin później dzięki
Allenowi Murdockowi przerodziły się w "informacje", wskutek czego
wczesnym wieczorem w Crossfire odbyła się debata na temat skutków
wycofania się Gordiana dla całego programu budowy stacji. A
wieczorem uznano to za fakt. Do kolejnej permutacji prawdy
doszło, gdy jedna z sieci podała w wiadomościach "analizę"
dotychczasowych spekulacji, tworząc załganą plątaninę faktów i
fikcji, którą później wykorzystywała jako materiał źródłowy w
ogólnokrajowym programie jeszcze inna sieć. A kulminacją było
pytanie McCauleya Stokesa, jak NASA chce powstrzymać UpLink przed
wycofaniem się z Mato Grosso. W ten sposób, po przejściu siedmiu
etapów, w ciągu jednego dnia wytwór wyobraźni słodkiego Gary'ego
uznano za fakt, a Annie przez większość czasu antenowego
prostowała kłamstwa i błędy, zamiast podawać ludziom konkretne
Strona 77
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
informacje. Najgorsze zaś było to, Ŝe niezaleŜnie od jej
zaprzeczeń, sprostowań i wyjaśnień wszyscy rozmówcy cierpieli na
selektywną głuchotę - słyszeli to, co chcieli słyszeć, a reszta
odbijała się od nich jak groch od ściany. Była pewna, Ŝe jutro
zobaczy nagłówki informujące o wycofaniu się UpLink nie tylko z
Brazylii, ale w ogóle z całego programu budowy międzynarodowej
stacji kosmicznej. I na pewno będą poparte kolejnymi wymysłami.
Przypominało to upiorną odmianę perpetuum mobile, które wymknęło
się spod kontroli i w ciągu zaledwie dwudziestu czterech godzin
wywołało potworną lawinę. Aby nie dać się jej porwać, musiała
mniej mówić, staranniej dobierać słowa i robić to ostrzej -
krótko, zdecydowanie zaprzeczać, nie udzielać zbędnych wyjaśnień
i informować o tym, o czym chciała. Nigdy dotąd nie spotkała się
z taką sytuacją i takim podejściem. NaleŜało porzucić naiwne
nadzieje i wrócić do rzeczywistości. I to mógł być kolejny
podświadomy powód, dla którego tu przyjechała. Konfrontacja z
rzeczywistością pomogła jej zrozumieć, jakie czekają zadanie. Być
moŜe jej problemy z dziennikarzami wynikały równieŜ z tego, Ŝe
nie chciała przyznać się przed sobą do tego, co się stało. Wzięła
na siebie obowiązki, by nie mieć czasu na szok i niedowierzanie,
które zawsze poprzedzają Ŝal. Nazbyt pobieŜnie zaakceptowała to,
co zaszło. Nie było sensu winić się za to, ale skuteczność jej
działania wymagała, by zdała sobie sprawę z własnych błędów i
spróbowała je naprawić. Powoli obeszła halę, krąŜąc między
zmasakrowanymi fragmentami promu. Dokoła leŜały popękane
termiczne łuski poszycia, sterty aluminiowych wręg i wsporników,
prawie nierozpoznawalny fragment tablicy kontrolnej pilota z
pękiem stopionych przewodów zwisających z rozsadzonego tylnego
panelu i fragment krawędzi natarcia skrzydła oderwany przez jedną
z eksplozji, które obserwowała bezsilnie z budynku centrum.
Musiała się z tym wszystkim pogodzić, więc tym bardziej tęskniła
za domem, dziećmi i snem. Był jeszcze jeden powód tej samotnej
wycieczki po piekle, ostatnia rzecz, którą musiała rozwaŜyć w
całkowitej samotności... coś, czego przez długi czas bała się
nawet podejrzewać. Wśród całego steku bzdur i bardziej lub mniej
nie przemyślanych teorii, którymi bombardowano ją cały dzień,
znalazła się jedna, szczególnie szalona, która przyczepiła się
do niej, ignorując wszelkie próby logicznego tłumaczenia.
Pierwszy wyraził ją pod koniec wywiadu niegroźny na pozór Gary
Jakośmutam. Pamiętała dokładnie, jak to ujął: "Oba incydenty
wydarzyły się niemal jednocześnie, a ładunkiem Oriona był moduł
laboratoryjny stacji kosmicznej. Czy w związku z tym bierzecie
pod uwagę fakt, Ŝe moŜe istnieć związek między katastrofą promu
i atakiem w Brazylii?" Prawdę mówiąc, do chwili, kiedy usłyszała
to pytanie, nie brała pod uwagę takiej moŜliwości. Ale od tej
pory rozwaŜała ją świadomie lub podświadomie prawie cały czas.
A jeśli okaŜe się, Ŝe taki związek istnieje? A jeśli ktoś celowo
spowodował wybuch?
A jeśli Jim Rowland zginął nie dlatego, Ŝe coś przypadkiem się
zepsuło albo zostało źle wykonane, ale dlatego, Ŝe ktoś chciał
tak bardzo uniemoŜliwić start, Ŝe posunął się do sabotaŜu? Stała
długo w cichej niczym kostnica hali z rękoma złączonymi za
plecami. Mars na jej obliczu pogłębiał się coraz bardziej, w
miarę jak te mroczne pytania powstawały i zaczynały kłębić się
w jej głowie. A jeśli?
13
POłUDNIOWO-WSCHODNIA BRAZYLIA
21 KWIETNIA 2001
W miesiącach, jakie nastąpiły po katastrofie nocnego pociągu Sao
Paulo-Rio de Janeiro, w której zginęło stu dziewięćdziesięciu
dwóch pasaŜerów, przeprowadzono wiele niezaleŜnych dochodzeń
mających ustalić okoliczności, przebieg i przyczyny wykolejenia
ekspresu. Nikt się specjalnie nie zdziwił, gdy ich wyniki okazały
się sprzeczne i zakończyły przedłuŜającą litanią wzajemnych
oskarŜeń. Towarzystwo kolejowe i ubezpieczające je firmy
obwiniały kompanię, od której dzierŜawiły tory, wyliczając w
nieskończoność problemy z niesprawną sygnalizacją, zwrotnicami
Strona 78
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
i konserwacją urządzeń. Właściciel torowiska i ubezpieczające go
firmy oskarŜali z kolei towarzystwo kolejowe o nieprzestrzeganie
przepisów bezpieczeństwa, a maszynistę Julia Sallesa o
zaniedbanie obowiązków słuŜbowych. Adwokaci ofiar i ich rodzin
przyłączyli się do nich po obejrzeniu komputerowej rekonstrukcji
wypadku opracowanej przez ekspertów, których wynajęli, by zdobyć
silniejsze dowody na poparcie swych roszczeń. PoniewaŜ Sallesa
zawieszono bez prawa do wynagrodzenia, jego prawnicy utrzymywali,
Ŝe został kozłem ofiarnym zarówno towarzystwa kolejowego, jak i
właściciela torów, którzy chcieli ukryć własne zaniedbania.
Pozwali równieŜ korporację, która zaprojektowała zainstalowany
w pociągu system elektroniczno-hydraulicznych hamulców oraz
prędkościomierz dopplerowski. Zgodnie z oświadczeniem maszynisty
oba systemy zawiodły tuŜ przed wykolejeniem. Komisja powołana
przez rząd brazylijski potrzebowała osiemnastu miesięcy i trzech
tysięcy stron maszynopisu, by przyznać, Ŝe nie doszła do Ŝadnych
jednoznacznych wniosków i Ŝe jedynym rozwiązaniem, jakie widzi,
jest ugoda między zainteresowanymi stronami. Kierując się tymi
zaleceniami, zawarto rozmaite porozumienia, które objęły niemal
wszystkich. Wyjątkiem był Julio Salles, cały czas uporczywie
twierdzący, Ŝe jest niewinny i Ŝe jego reputacja została
zniszczona na skutek wysuniętych przeciw niemu oskarŜeń. W końcu
jednak uległ presji adwokata i przyjął propozycję przejścia na
pełną emeryturę oraz wypłaty wstrzymywanej pensji w zamian za
zaprzestanie publicznego rozgłaszania swojej wersji wydarzeń i
odstąpienie od dochodzenia roszczeń na drodze sądowej. Prywatnie
wszakŜe nadal mówił swoje i miał Ŝal do firmy, w której
przepracował trzydzieści lat. Popadł z tego powodu w głęboką
depresję. Dokładnie dwa lata po katastrofie strzelił sobie w
głowę w mieszkaniu w Sao Paulo, które dzielił z Ŝoną, i został
sto dziewięćdziesiątą trzecią ofiarą wypadku. Ostatecznie to, co
rzeczywiście wydarzyło się tamtej nocy w górzystej okolicy
pomiędzy Barra Funda a stacją końcową, pozostało tajemnicą.
Dokładnie o jedenastej wieczorem na drodze biegnącej ćwierć
kilometra na zachód od ostrego zakrętu torów, które opadały
następnie stromo w dół zbocza, zatrzymała się zwyczajna szara
furgonetka. Kierowca natychmiast wyłączył silnik i reflektory,
rozsiadł się wygodnie i zaczął obserwować szyny. Choć noc była
bezgwiezdna, a ciemności rozpraszały jedynie światła nielicznych
wiosek leŜących na wschód od Taubate, przez gogle noktowizyjne
widział wyraźnie sygnalizację obok torów. Opuścił gogle, odwrócił
się do pozostałych i dał im znak, by przystąpili do wykonania
zadania. Z samochodu wysiadły dwie postacie w czarnych strojach
i czarnych kominiarkach. MęŜczyźni odwiązali linki przytrzymujące
brezent, który zakrywał dach, i zdjęli go, odsłaniając
dwunastocalowej średnicy antenę. ZłoŜyli i schowali plandekę, po
czym wspięli się na samochód i zajęli ostatecznym kalibrowaniem
sprzętu. Talerz anteny obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni na
wschód i znieruchomiał wycelowany w sygnalizację kolejową. Za
plecami męŜczyzn pracował cicho niewielki przenośny generator.
Kierowca włoŜył gogle noktowizyjne i spojrzał w lewo - na zachód,
skąd miał się wyłonić pociąg zjeŜdŜający ze wzgórz. Po chwili
przeniósł wzrok na sygnalizację. W stosownym momencie antena
wyemituje szerokopasmowy impuls trwający kilkaset nanosekund,
czyli krócej, niŜ trwa mrugnięcie, po czym obróci się i nada
kolejny impuls w stronę lokomotywy. Według tego, co napisał ten
Rosjanin, Ilkanowicz, była to cała operacja. Kuhl przypomniał
sobie uwagę, którą wraz z urządzeniem przekazali Albańczycy. CóŜ,
sam zobaczy, czy próba przypadnie mu do gustu. Pięć minut przed
północą usłyszał odległy jeszcze odgłos zbliŜającego się składu.
Zdawał sobie sprawę, Ŝe warunki atmosferyczne panujące w dolinie
wywołują złudzenie, iŜ jest on bliŜej niŜ w rzeczywistości, ale
pociąg i tak zjawi się w ciągu najbliŜszych minut, zjeŜdŜając po
zboczu z prędkością prawie siedemdziesięciu mil na godzinę. Nie
spuszczał wzroku z sygnalizatora, na którym paliło się Ŝółte
światło oznaczające "wolno". Odgłosy pociągu były głośniejsze.
Wydało mu się, Ŝe zmienił się szum pracującego generatora, a
powietrze wokół zaczęło potrzaskiwać od wyładowań, ale wiedział,
Strona 79
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Ŝe to jedynie złudzenie wywołane oczekiwaniem. Pierwszy impuls
został wyemitowany. Światło wyłączyło się, włączyło ponownie i
znów wyłączyło. I tak juŜ pozostało. Kuhl wypuścił z sykiem
powietrze, zaciskając zęby, i spojrzał w lewo. Najpierw dostrzegł
na torach blask lamp lokomotywy, a po kilku sekundach ją samą.
Była na tyle blisko, Ŝe w oświetlonej kabinie mignął mu
maszynista. Za nią wyłonił się długi sznur opływowych wagonów
pasaŜerskich. Antena skierowała się cicho na nowy cel i
wyemitowała drugi impuls.
Była wysoka, opalona, młoda i piękna. I pochodziła z Ipanemy,
zupełnie jak dziewczyna w tej starej piosence. Christina z
Ipanemy - nawet dobrze brzmiało. Niewiarygodne.
Darvin spotkał ją w barze na dworcu w Barra Funda, gdzie sącząc
martini, czekał na pociąg i rozmyślał o intratnej umowie, którą
właśnie zawarł w imieniu swojej nowojorskiej firmy. Właściwie w
imieniu firmy swego teścia, by rzec prawdę. Zapomniał o
interesie, choć miał przynieść pokaźne pieniądze, i o martini,
choć je lubił, gdy do sali weszła dziewczyna w lekkiej, mocno
wyciętej na plecach sukience w kwiaty. Tak jak w piosence, miała
diamentowe kolczyki, naszyjnik z czarnych pereł, a na ramieniu
tatuaŜ przedstawiający kwiat lotosu. I tak samo kołysała biodrami
w rytm samby płynącej z głośników, mimo Ŝe niosła sporo toreb z
drogich butików. Christina z Ipanemy. Ledwie mógł uwierzyć w to,
co robi, gdy zaprosił ją na drinka. Po pierwsze, dlatego, Ŝe był
Ŝonaty. Wziął ślub pół roku wcześniej i nie przypadkiem od pół
roku pracował w Rinas International Hotel Supplies. Po drugie
zaś, poniewaŜ był dotąd zbyt biedny. Wcześniej sprzedawał
biŜuterię po trzydzieści dolarów za pierścionek i trzydzieści
pięć za naszyjnik dla jakiegoś Ŝydowskiego gonifa, który miał
biura na Dziesiątej Alei. Dostawał dziesięć procent od sprzedaŜy,
ale wiedział, Ŝe tandeta wkrótce zacznie się odbarwiać, a
przydzielony mu teren leŜy między 125 Ulicą w Harlemie a
Washington Heights, więc by mieć za co Ŝyć, musiał się nieźle
nagimnastykować. Zanim poderwał swoją Ŝonę i nim teść został jego
szefem, dając mu w prezencie doskonale prosperujące interesy
firmy w Brazylii, nie mógł nawet marzyć o zagadnięciu kogoś z
taką klasą jak Christina. Nie miał na to ani pieniędzy, ani
pewności siebie. WciąŜ zresztą wydawało mu się to nierzeczywiste,
niczym historie, o których czyta się w "Penthousie". MoŜe im
zresztą wyśle artykuł pod jakimś kretyńskim pseudonimem, na
przykład: WŜeniony Przypadkiem w Kasę. W tej chwili pędzili
ekspresem prosto ku Rio i ku pokojowi Darvina w Ritz Carlton.
Przytuleni w pogrąŜonym w półmroku piątym lub szóstym wagonie za
lokomotywą, zajmowali się czymś, co było doskonałym przedsmakiem
dalszej części nocy. Dziesięć minut wcześniej poprosili
konduktora o koc, który narzucili na kolana - nie dlatego, Ŝe
zrobiło im się zimno, ale dlatego, Ŝe Christina z Ipanemy,
czekająca na pociąg po szaleństwie popołudniowych zakupów z
koleŜanką, wyszeptała mu wcześniej kilka sugestii, jak mogliby
przyjemnie, a niepostrzeŜenie spędzić kilka długich godzin
podróŜy do Rio. PoniewaŜ pociąg był luksusowy, juŜ wcześniej
mieli sporo prywatności. Wysokie, miękkie fotele ze skóry
zasłaniały ich przed pasaŜerami z tyłu, a wykładzina tłumiła
wszystkie dźwięki, równieŜ te, które sami mogliby wydawać.
Światła sufitowe wyłączono, by nie przeszkadzały pragnącym snu
pasaŜerom, a reszta podróŜnych bawiła w wagonie restauracyjnym.
Lampki o róŜowych abaŜurach zamontowane między oknami dawały
ciepłe, przytłumione światło, które wystarczało do czytania i
tworzyło romantyczny nastrój. Dlatego afgański koc zapewniał im
wystarczającą osłonę. Darvin jęknął i odwrócił głowę ku
dziewczynie. Christina uśmiechnęła się i zamruczała gardłowo. Ich
twarze niemal się stykały, oddechy mieszały, dłonie zaś poruszały
pracowicie pod kocem - jej w jego rozpiętym rozporku, jego
głęboko pod jej sukienką. Darvin miał właśnie osiągnąć szczytowy
punkt podróŜy, gdy jarzeniowe lampy umieszczone wzdłuŜ przejścia
rozbłysły z pełną mocą. Zaniepokojona Christina usiadła prosto
i rozejrzała się zaskoczona, a jej dłoń najpierw irytująco
Strona 80
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
znieruchomiała pod kocem, po czym wysunęła się z jego spodni.
Większość śpiących obudziła się i takŜe rozglądała niepewnie.
Nawet Darvin, mimo Ŝe postanowił wyciągnąć rękę spod sukienki
dziewczyny jedynie na jej wyraźną prośbę, spojrzał w górę. Lampy
bzyczały głośno, a ich blask był zbyt ostry. Konduktor patrzył
na nie jak wszyscy i był tak samo zaskoczony. - O que e isto? -
spytał głośno ktoś z tyłu po portugalsku. Tudo bem? Nikt nie
wiedział, co się dzieje, więc nikt nie miał teŜ pojęcia, czy
wszystko jest w porządku. Odpowiedziała mu cisza. Chwilę później
pociągiem szarpnęło, a za oknami rozległ się ogłuszający ryk
klaksonu lokomotywy, uzmysławiając pasaŜerom, Ŝe wszystko na
pewno nie jest w porządku. Kilka minut potem Darvin, kobieta
nazywająca siebie Christiną i dwudziestu pięciu innych pasaŜerów
tego wagonu nie Ŝyli.
Kiedy byli młodzi, mieszkali z czwórką dzieci w Baltimore i
ledwie starczało im na czynsz. Al i Mary Montelione przed kaŜdą
wyprawą do supermarketu bawili się w głupawą grę, którą wymyślili
po urodzeniu trzeciej pociechy - Sofii. PoniewaŜ utrzymywali się
ze skromnej pensji listonosza, którą przynosił Al, musieli
oszczędzać, na czym się dało, i starannie sprawdzać ceny Ŝywności
oraz innych towarów codziennego uŜytku. W weekend czwartego lipca
zdecydowali się uczcić święto lodami, ale gdy stanęli przed ladą
chłodniczą, zrozumieli, Ŝe nie bardzo ich na to stać - na koncie
nie mieli ani centa, a przy sobie około dziesięciu dolarów na
cały weekend. Widząc zmartwioną minę Ala, Mary złapała go za
łokieć i oświadczyła: "No dalej, proszę pana! Okazja! Kto
znajdzie najtańsze, wygra darmową podróŜ do Rio!" Była to jedna
z tych sytuacji, w których moŜna się tylko śmiać lub płakać. Ton
i tekst udający reklamy sprawiły, Ŝe Al zachichotał histerycznie,
zanurkował w ladę i zaczął grzebać w jej zawartości z takim
entuzjazmem, jakby istotnie brał udział w konkursie. Mary -
zadowolona, Ŝe podniosła go na duchu - poszła w jego ślady.
ChociaŜ wygrała o dwadzieścia dwa centy, kupili lody dla całej
rodziny, a Al czuł się jak zwycięzca. Od tego momentu "podróŜ do
Rio" stała się standardową taktyką walki ze stresem przy
problemach finansowych. Dzieciaki, gdy juŜ trochę podrosły,
zrozumiały, o co chodzi, i hasło zyskało nowych zwolenników.
Czterdzieści lat później, Ŝyjąc moŜe nie wystawnie, ale całkiem
wygodnie z emerytury Ala - gdy awansował na kierownika urzędu
pocztowego, z pieniędzmi przestali mieć problemy, ale wtedy
lekarze wykryli u niego cięŜką arytmię serca, która wymagała
załoŜenia rozrusznika - uczcili swoje złote gody prawdziwą
podróŜą do Rio oraz innych turystycznych atrakcji Brazylii.
Przejazdy i hotele w całości opłaciły im dorosłe juŜ i poŜenione
dzieci, które postanowiły zrobić rodzicom niespodziankę. Jak
dotąd wyjazd był naprawdę udany - pięć dni w Copacabanie, przelot
do Brasilii i zwiedzanie zachodnich rejonów kraju z zapierającą
dech w piersiach wycieczką balonem nad rezerwatem dzikiej
zwierzyny w Pantanal. Potem lot na wschód, dwudniowy przystanek
w Sao Paulo i podróŜ nocnym ekspresem do Rio, gdzie mieli spędzić
ostatni weekend wakacji. Po trzech godzinach podróŜy odwiedzili
bufet, a potem wrócili na swoje miejsca w środkowym wagonie. Mary
wyjęła z torby powieść Danielle Steele i pogrąŜyła się w
lekturze, a Al zapadł w drzemkę., Spokój nie trwał długo.
Niespodziewanie jarzeniówki pod sufitem zapaliły się i zaczęły
bzyczeć niczym rój os. Mary najpierw przyjrzała się lampom, a
potem zerknęła na męŜa. I natychmiast zaczęła się bać. Al był
zupełnie rozbudzony i blady jak śmierć. Przyciskał dłonie do
piersi w okolicach serca i gorączkowo łapał powietrze otwartymi
ustami. - Al, co się dzieje? - spytała, puszczając ksiąŜkę i
łapiąc go za ramię. - Al, kochanie, źle się czujesz? Skinął
głową, nie mając dość powietrza, by odpowiedzieć. Ignorując
zaniepokojone komentarze współpasaŜerów, Mary rozglądała się
gorączkowo za konduktorem. - Potrzebujemy lekarza! - krzyknęła. -
Pomocy, mój mąŜ umiera! Nikt jednak nie zareagował, gdyŜ nagle
pociąg szarpnął ostro, a zaraz potem rozległ się przeraźliwy
sygnał klaksonu lokomotywy. Panika ogarnęła wszystkich pasaŜerów
- Mary słyszała wokół krzyki zagłuszane przez łoskot kół
Strona 81
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
uderzających o szyny. Kolejne, coraz silniejsze wstrząsy i
kołysanie wagonu omal nie wyrzuciły jej z fotela. Al zaczął się
dusić, nie przestając trzymać się za miejsce, w którym
wszczepiono mu rozrusznik. Pod wpływem impulsu i bezradności
zarzuciła mu ręce na szyję i tuląc z całych sił, osłoniła własnym
ciałem. W takiej pozycji następnego dnia ekipa ratunkowa odkryła
we wraku wagonu ich zakrwawione, zmasakrowane ciała. W drugim
wagonie za lokomotywą Enzio Favas z dumą pokazywał Alyssie swój
zegarek z pagerem produkcji UpLink Telecommunications. Alyssa
była jedną z australijskich modelek, które wynajął, by
prezentowały jego nową kolekcję strojów plaŜowych na spotkaniu
projektantów mody, które miało się odbyć w przyszłym tygodniu w
Rio.Mogę wysyłać i odbierać emaile, wiesz? Emaile! - Wskazał
entuzjastycznie dolną część wyświetlacza. - Dotyka się tu i
pojawiają się wyrazy! Alyssa spojrzała nań przelotnie,
pochłonięta studiowaniem dziwnego skupiska wapnia pod paznokciem.
śałowała, Ŝe w pobliŜu nie ma manikiurzystki. - Uhmm - mruknęła.
- I dostosowuje się do róŜnych stref czasowych! Automatycznie! -
oznajmił po angielsku z cięŜkim akcentem. - MoŜna lecieć z
Nowego Jorku do Los Angeles czy z ParyŜa do Tokio, a on całą
drogę podaje właściwy czas! Wszystko robią satelity, wiesz? -
Uhmm - mruknęła, słuchając hałasujących dziewczynek,
które siedziały kilka rzędów za nimi. - Nie sądzisz, Ŝe te
gówniary powinny się wreszcie uspokoić i połoŜyć? Enzio wzruszył
ramionami. "Gówniary" były w istocie trójką sympatycznych sióstr
podróŜujących przez kraj pod opieką niani. Rozmawiał krótko z tą
kobietą, więc znał smutną historię - rodzice dziewczynek
rozwiedli się, ojciec mieszkał w Rio, matka w Sao Paulo. PoniewaŜ
uzgodniono wspólną opiekę nad dziećmi, te cały czas podróŜowały
z miejsca na miejsce niczym piłeczki do pingponga. Enzio teŜ
pochodził z rozbitej rodziny, dlatego rozumiał ich sytuację i
zaskoczyła go obojętność Alyssy. CzyŜby była aŜ tak głupia i
samolubna? A na dodatek jak mogła w ogóle nie zainteresować się
jego nowym zegarkiem?Ma dwadzieścia róŜnych dźwięków, w tym
melodyjki! wrócił do ulubionego tematu. - I... jak się to
nazywa... GPS! Jeśli cię gdzieś zgubię, gdziekolwiek na całym
świecie, naci skam ten guzik. Zegarek wysyła wtedy sygnał do
operatora UpLink, a ten odpowiada i juŜ wiem, gdzie jestem!
Wiesz?
Alyssa oblizała nerwowo wargi, próbując zachować spokój. Jeśli
gadanie Enzia o zegarku nie doprowadzi jej do obłędu, to zrobi
to sposób, w jaki mówi. Albo te uciąŜliwe bachory.Uhmm - bąknęła,
zaczynając Ŝałować, Ŝe nie usiadła po drugiej stronie przejścia
razem z Thandie. Tyle Ŝe Thandie zawsze mówiła tylko o tym, jak
to moŜe jeść do woli wysokokaloryczne potrawy, a mimo to
utrzymuje wciąŜ wspaniałą linię, nie wspominając juŜ o rozmaitych
pigułkach odchudzających czy o bardziej prozaicznych metodach,
czyli palcach wsadzonych do gardła w samotności ubikacji. Enzio
podjął ostatnią próbę wzbudzenia jej podziwu dla swojej nowej
kosztownej zabawki. Podsunął jej rękę z zegarkiem pod nos, i to
tak blisko, Ŝe szkiełko omal nie starło jej pudru.MoŜna zapisać
w nim nazwiska, numery telefonów i adresy tysiąca ludzi!
Zaznaczać spotkania w kalendarzu i zgrać wszystkie informacje na
twardy dysk komputera. Wi...? Umilkł gwałtownie, gdyŜ nagle
rozbłysły lampy pod sufitem. Alyssa nie miała pojęcia, dlaczego
światło się zapaliło - moŜe któraś gówniara zaczęła się bawić
przełącznikiem. Nawet jeśli, to i tak powinna być jej wdzięczna,
bo Enzio zamknął się na chwilę. Nie tłumaczyło to natomiast
jaskrawości światła ani buczenia lamp. Zerknęła przez ramię: trzy
dziewczynki siedziały na swoich miejscach i rozglądały się z
zaskoczeniem podobnie jak wszyscy pasaŜerowie. No, prawie
wszyscy, poniewaŜ Enzio jak sparaliŜowany wpatrywał się w swój
zasmarkany cudowny i genialny super-zegarek, najwyraźniej nie
zdając sobie sprawy z tego, co dzieje się wokół. - Enzio! Wiesz,
co się... - Ćśśś! Nie teraz!
Umilkła zdziwiona. Enzio mógł być upiornie męczący, ale zawsze
był uprzejmy... Przyjrzała mu się uwaŜniej i stwierdziła, Ŝe nie
podziwia juŜ zegarka, lecz przygląda mu się z zaskoczeniem.
Strona 82
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Pochyliła się ku niemu, by zobaczyć, co wywołało tak nietypową
reakcję, a gdy zobaczyła, uniosła brwi. Wyświetlacz nie pokazywał
godziny, ale szeregi mrugających zer i jedynek, a alarmy włączyły
się chyba wszystkie jednocześnie. Ćwierkanie, bipnięcia,
fragmenty melodyjek zagłuszały się wzajemnie. ZauwaŜyłaby to
natychmiast, gdyby jej uwagi nie odwróciły bzyczące światła i
narastające zdenerwowanie pasaŜerów. Zanim jeszcze po raz
pierwszy szarpnęło, miała przeczucie, Ŝe coś jest bardzo nie w
porządku. A potem pociąg zaczął się zachowywać tak, jakby wypadł
z torów, i musiała złapać się fotela, by nie spaść na podłogę.
Enz...? - zaczęła i ugryzła się w język. WciąŜ wpatrywał się w
zegarek, potrząsając głową i ignorując otoczenie. Zupełnie jakby
przyglądał się najlepszemu przyjacielowi, który właśnie na jego
oczach wpadł w szał. Pociąg zgrzytał, podskakiwał i miotał się
dziko na torach, czemu towarzyszyło wycie syreny lokomotywy i
krzyki pasaŜerów. Dziewczynki zaczęły płakać, pytając opiekunkę,
co się dzieje. Gdy przód następnego wagonu rozbił tył ich wagonu
i zbliŜał się, zgniatając resztę niczym aluminiową folię, po
głowie Alyssy tłukła się ostatnia myśl: te biedne gówniary zginą
razem ze wszystkimi. Gdyby zdarzyło się to w idealnym świecie,
pełnym idealnych istot ludzkich, Julio Salles być moŜe zdołałby
zmniejszyć liczbę śmiertelnych ofiar. Dwie mile przed niesprawną
sygnalizacją pociąg jechał pięćdziesiąt pięć mil na godzinę,
czyli mieścił się w granicach prędkości wyznaczonych dla tego
odcinka trasy, choć rozsądniej byłoby ją nieco zredukować, jako
Ŝe zjeŜdŜał z pochyłości. Mimo Ŝe Salles czuwał na stanowisku,
wyglądając sygnalizatora, nie miał podstaw podejrzewać, Ŝe coś
jest nie w porządku. Mógł zwrócić uwagę na charakterystyczne
cechy terenu, gdy zbliŜał się do miejsca, gdzie tory ostro
skręcały po stoku, obiegając wzgórze. I być moŜe zrobiłby to,
gdyby góry nie wzięła rutyna. Najczęściej daje ona o sobie znać
na równych, prostych odcinkach w monotonnym wiejskim krajobrazie.
KaŜdy, kto jeździ dzień po dniu i miesiąc po miesiącu tymi samymi
drogami, zaczyna szybko ignorować scenerię i polega na znajomości
okolicy, dopóki nie podjedzie do skrzyŜowania czy innego znaku
wymagającego zatrzymania. Budynki, pola, wieŜe radiowe czy
wiśniowy mustang rocznik 1963 na czyimś podjeździe, który jeszcze
niedawno wpadał w oko, stają się niezauwaŜalne. Nieodłącznie
zjawisku temu towarzyszy nadmierna pewność siebie, przekraczanie
dozwolonej prędkości, a nawet ignorowanie znaków stopu. Jeśli zna
się lokalne zwyczaje, wiadomo, Ŝe przy dozwolonej prędkości
sześćdziesięciu pięciu mil na godzinę policjant nie zatrzyma
kogoś jadącego sześćdziesiąt osiem, a w innym miejscu nawet
siedemdziesiąt mil na godzinę. Salles był maszynistą od
trzydziestu lat, a odkąd dwa lata temu przeniesiono go na trasę
z Sao Paulo do Rio, przemierzył ją ponad pięćset razy. Nigdy w
karierze nie miał problemów z przepisami czy z jazdą, o wypadku
nie wspominając. Tamtej nocy wypatrywał sygnalizatora, który
przestał funkcjonować, i bezgranicznie ufał elektronicznym
urządzeniom, których nikt nie zabezpieczył przed nowym rodzajem
uzbrojenia. Julio Salles wykonywał swą pracę zgodnie z przepisami
i szybko zareagował na pierwsze oznaki kłopotów. Gdyby wyrokował
sędzia znający wszystkie fakty, Salles zostałby uniewinniony, a
nawet pochwalony. Maszynista bowiem - tak na sali sądowej, jak
i w innych publicznych wystąpieniach - mówił całą prawdę i tylko
prawdę. Jego pociąg pokonywał serię wzniesień przecinających
trasę z Sao Paulo do Rio. PoniewaŜ zalesiona okolica na wschód
od Taubate była przewaŜnie pogrąŜona w mroku, a krajobraz
regularnie się powtarzał, przejeŜdŜając przez ten rejon, Salles
zawsze polegał bardziej na sygnalizatorach stojących wzdłuŜ torów
i instrumentach lokomotywy niŜ na cechach terenu. ZjeŜdŜając ze
zbocza, oceniał, Ŝe do zakrętu ma jeszcze pięć mil. Zakręt
naleŜało pokonać z prędkością nie większą niŜ dziesięć mil na
godzinę, a decydowały o niej warunki pogodowe oraz obecność
innego pociągu na sąsiednim torze. Zwykle zaczynał hamować dwie
mile na zachód od zakrętu, ledwie dostrzegł palące się Ŝółte
światło ostrzegawcze. Wyglądał go od momentu rozpoczęcia zjazdu,
ale nie zdawał sobie sprawy, Ŝe pomylił się o trzy mile i minął
Strona 83
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
juŜ wyłączoną sygnalizację. W panujących ciemnościach zakręt
dosłownie wyrósł mu przed nosem. Salles dostrzegł w blasku
reflektorów, Ŝe tory zaczynają skręcać, z odległości być moŜe
trzydziestu jardów. Natychmiast spojrzał na prędkościomierz, ale
cyfrowy wyświetlacz migotał, pokazując dwa zera i symbol błędu.
Pierwszemu objawowi problemów ze sprzętem elektronicznym, na
który zrzucił później winę za katastrofę, towarzyszyło nagłe
rozjarzenie się lamp, zupełnie jakby ktoś zwiększył napięcie
prądu. Zmuszony ocenić prędkość na oko, doszedł do wniosku, Ŝe
wynosi ona pięćdziesiąt pięć mil na godzinę, i podjął środki
zaradcze. Uruchomił klakson, by ostrzec kaŜdy zbliŜający się
pociąg, i próbował włączyć hamulce. Ale nowy, zaawansowany system
hamulcowy zainstalowany rok wcześniej i uŜywający sensorów oraz
mikroprocesorów zamiast konwencjonalnych pneumatycznych zaworów
kontrolnych nie zadziałał. A ekran prędkościomierza
dopplerowskiego pokazywał jedynie pulsujący symbol błędu. W tym
momencie wiedział juŜ, Ŝe sytuacja jest naprawdę zła - gnał na
złamanie karku ku ostremu zakrętowi, nie mając hamulców. A system
awaryjny zaprojektowano tak, by automatycznie opróŜniał cylindry
hamulców na wypadek utraty zasilania czy uszkodzenia
oprogramowania. W tej sytuacji nie mógł stopniowo uŜyć hamulców
i w miarę łagodnie zatrzymać składu. Przy tej prędkości i
zjeździe ze wzgórza ku ostremu zakrętowi wstrząs towarzyszący
gwałtownemu hamowaniu mógł zakończyć się jedynie wykolejeniem
pociągu. Były to najgorsze z moŜliwych okoliczności do uŜycia
systemu awaryjnego, a on nie mógł nic zrobić, by temu zapobiec.
Siedział w lokomotywie składu, który wymknął mu się spod kontroli
i miał właśnie zmienić w rzeźnię. Kiedy sięgał do wyłącznika
głośników, by ostrzec pasaŜerów, pociąg dotarł do zakrętu. System
awaryjny zadziałał dokładnie w tym samym momencie i nim Salles
dotknął przełącznika, nagłe szarpnięcie wyrzuciło go z fotela.
Uderzył w szybę i zdąŜył tylko zapamiętać odgłos tłukącego się
szkła. Gdy kilka godzin później odzyskał przytomność, zorientował
się, Ŝe siła, która cisnęła nim w okno, uratowała mu Ŝycie. Była
na tyle potęŜna, Ŝe maszynista zbił szybę i spadł na zbocze
wzgórza. Skończyło się drobnymi w sumie obraŜeniami -
wstrząśnieniem mózgu, złamaną w nadgarstku ręką i mozaiką
siniaków oraz skaleczeń. Lekarze szybko sobie z tym poradzili.
Nie uporali się natomiast z urazem psychicznym, który dwa lata
później doprowadził go do samobójstwa. Reszta obsługi i pasaŜerów
miała mniej szczęścia niŜ Salles. Po zablokowaniu kół skład
wypadł z szyn, a wagony uderzyły w siebie z takim impetem, Ŝe
trzy z nich zbiły się w jeden wrak, zanim jeszcze pokoziołkowały
w leŜącą kilkaset stóp niŜej dolinę. Inny pękł na kilka części,
które zostały rozsiane po okolicy wraz z krwawymi szczątkami
ludzi. Wagon restauracyjny wpadł na lokomotywę, w której popękały
przewody paliwowe, a chwilę później eksplozja spowodowała kolejne
ofiary. Ze stu dziewięćdziesięciu pięciu osób znajdujących się
w pociągu poza Juliem Sallesem przeŜyły tylko dwie. Konduktorka
Maria Lunes, która została sparaliŜowana od szyi w dół w wyniku
złamania kręgosłupa, i dziesięcioletnia Daniella Costas, której
opiekunka i dwie siostry zginęły. Dziewczynkę znaleziono całą i
zdrową w objęciach australijskiej modelki zidentyfikowanej jako
Alyssa Harding. Zgodnie z oświadczeniem dziecka, Harding zerwała
się z fotela o dwa rzędy przed jej siedzeniem w chwili, gdy wagon
wypadł z szyn. Podbiegła do niej i osłoniła własnym ciałem przed
zapadającym się dachem, kiedy koziołkowali w dół zbocza. Był to
akt spontanicznego bohaterstwa pozbawiający Harding wszelkich
szans na przeŜycie.
14
WSCHODNIE MAINE
22 KWIETNIA 2001
Otwarty skiff z włókna szklanego odcumował od nabrzeŜa tuŜ przed
siódmą rano. Ricci siedział na ławeczce na śródokręciu, a Dex
stał przy sterze. Chwilę wcześniej pomocnik uruchomił kilkoma
pociągnięciami linki podwieszony motor marki Mercury. U stóp
męŜczyzny, w specjalnych mocowaniach na burtach, ustawione były
Strona 84
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
butle z tlenem i przenośny kompresor.Ładny dzionek będzie, mi się
widzi - ocenił Dex i ziewnął. Jak myślisz, będzie dziś dobrze?
Ricci przyglądał się wodzie przed dziobem.
ZaleŜy od tego, czy będziemy mieli szczęście.
Dex przesunął rumpel, kierując łódź w stronę kanału. Był wysokim,
szczupłym trzydziestokilkulatkiem o jasnorudej brodzie i włosach
do ramion przykrytych niebieską czapeczką z daszkiem, jakie
nosili marynarze US Navy. Stroju dopełniały gruba kurtka z
materiału, grube spodnie i wysokie gumowe buty. Cerę miał jasną,
jak większość Kanadyjczyków francuskiego pochodzenia, a skórę
osmaganą słonym wiatrem.Ja tam nie wiem, co ma do tego szczęście
- ocenił. - Sam mówiłeś, Ŝe jest ich tam kupa, jak ostatni raz
wypłynąłeś, a one przecieŜ nigdzie nie poszły, tylko siedzą
przyssane do tego, do czego się przyssały, i czekają, aŜ ktoś się
zjawi i je pozbiera. - Zachichotał. - Głupki dawno powinny się
juŜ do myślić, kiedy i gdzie będziesz nurkował, bo robisz to
regularnie, i między siódmą a trzecią przenosić się w
bezpieczniejsze sąsiedztwo albo chociaŜ gdzieś się kryć. Ricci
wzruszył ramionami.
Nie moŜna się niczego domyślić, jeśli nie ma się mózgu. -
Odwrócił się ku Dexowi. - A one nie mają. Ponownie odwrócił się
w stronę dziobu i zapatrzył przed siebie z dłońmi w kieszeniach
kurtki z kapturem. Pomimo bryzy ranek był uczciwie wiosenny -
prąd pięć do sześciu węzłów, duŜo słońca i niebieskie, usiane
chmurkami niebo. Mgły niemal nie było: bez trudu mógł przeczytać
cyfry na wytyczających kanał bojach i pławach. Kanał rozszerzył
się, więc Dex otworzył przepustnicę i zwiększył prędkość, bo
płynęli przeciwko przypływowi. Lekka szesnastostopowa łódka
przyspieszyła natychmiast, czemu towarzyszył ryk motoru i mgiełka
wzbita przez śrubę. Ricci oceniał, Ŝe woda ma około czterdziestu
stopni Fahrenheita, dlatego teŜ ubrany był w srebrno-czarny
kombinezon z neoprenu, a pod nim miał bieliznę z thisolatu,
pozwalającą zatrzymać ciepło w czasie nurkowania. Wypłynęli poza
ostatnie boje i czerwono-czarne pławy oznaczające płycizny przy
wejściu do portu, które mogły stanowić zagroŜenie dla jednostek
o większym zanurzeniu. Na gładkiej powierzchni zatoki widać było
zawirowania, w których słona woda i drobiny piasku mieszały się
z lŜejszą słodką wodą z rzeki. NaleŜało na nie uwaŜać w czasie
nurkowania, gdyŜ zachodni prąd przy dnie był słabszy, za to wyŜej
zawirowania mogły być silniejsze, a fitoplankton, który zwykle
się w nich zbierał, znacznie ograniczał widoczność. Przez
następne pół godziny płynęli w milczeniu i w końcu dotarli w
pobliŜe wyspy, przy której Ricci odkrył kolonię jeŜowców. Wyspa
nie miała nawet akra i przypominała kształtem podkowę. Jej
rozszczepione północno-wschodnie ramię tworzyło zatokę głęboką
przynajmniej na sto sąŜni o wewnętrznych brzegach porośniętych
gęstym lasem wodorostów. Dex jednocześnie przełoŜył ster na lewą
burtę i zwolnił, kierując się ku brzegowi. Ricci siedział na
sterburcie i przyglądał się porastającym wyspę krzakom i drzewom.
Zanim wpłynęli do zatoczki, dostrzegł w krzewach w pobliŜu
granitowego nawisu błysk światła. Spojrzał tam ponownie i znów
zobaczył błysk światła odbitego w jakimś szkle, więc zapamiętał
to miejsce i na wszelki wypadek sprawdził wskazania ręcznego
kompasu. Słońce mogło się odbić od rozbitej butelki wyrzuconej
przez fale na brzeg lub od puszki po piwie ciśniętej w krzaki
przez jakiegoś rybaka, który zatrzymał się tu na samotny posiłek.
Gdyby jednak okazało się, Ŝe odbijało się od czegoś znacznie
groźniejszego, skała stanowiła doskonały punkt orientacyjny. Dex
opuścił kotwicę i skierował dziób skiffu pod wiatr, po czym
ziewnął, przeciągnął się i sięgnął po termos stojący obok butli
ze spręŜonym powietrzem.Chyba dzieciaki dały ci w kość - zauwaŜył
Ricci. Znów wpatrywał się w wodę przed dziobem. Eee? - zdziwił
się Dex, odkręcając termos. - O co ci chodzi? Ricci odwrócił się
ku niemu.
Cały ranek robisz co moŜesz, Ŝeby ci muchy w gębę wpadały,
więc sądziłem, Ŝe dzieciaki cię wykończyły, kiedy pilnowałeś ich
w zastępstwie Ŝony. A jeśli to nie one, to coś ty w nocy robił?
Pomocnik opuścił wzrok, nalewając kawę do kubka.
Strona 85
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Spałem - oznajmił i siorbnął wrzątku. - A pentaki faktycznie
dały mi w dupę. Chwili spokoju nie miałem. Ricci obserwował go
bez słowa.
- Nancy się po nocy zachciało amorów, ale nic z tego nie wyszło,
bo miałem dość - wyjaśnił Dex. - Nie wiem, czy mnie tak chłopaki
wymęczyli, czy myślenie, jak Phipps i Cobbs próbowali cię
przerobić, i to akurat wtedy, jak się musiałem w niańkę bawić. -
Podrapał się po brodzie. - Pewnie myślenie, bo człowiek nie
zwyczajny... a oni chcieli gwizdnąć cały nasz połów. To się
nazywa zasrane szczęście, Ŝe mnie z tobą nie było... - Daj
spokój, dostali, na co zasłuŜyli. - Tom wciąŜ nie spuszczał go
z oka. - Ale ja bym ci wtedy pomógł im dupy skopać. - Dex
siorbnął ponownie i spytał: - Chcesz spróbować kawy mojej starej?
Tom potrząsnął głową. Dzięki, ale nie - odparł. - Chcę zacząć,
dopóki woda jest jeszcze w miarę spokojna. Zdjął kurtkę, a Dex
skinął głową, dopił drobnymi łyczkami kawę i zabrał się do pracy.
Wystawił za burtę metalowy pływak oznaczający miejsce nurkowania
i wyjął z uchwytu butlę z reduktorem oraz przewodami zakończonymi
ustnikiem. Obwiązał butlę liną, po czym opuścił powoli do wody.
Tymczasem Ricci otworzył jedną ze swoich toreb i wyjął z niej
aparat do nurkowania. NałoŜył kaptur, wsunął ramiona w
przypominający kamizelkę kompensator wyporności, który składał
się z dwóch pęcherzy napełnianych powietrzem z butli, i zapiął
na pasie zatrzaskowy zamek umoŜliwiający szybkie pozbycie się
całości. Następnie przytroczył pas z czterema dwunastofuntowymi
cięŜarkami rozmieszczonymi równomiernie wokół ciała, a takŜe
dwufuntowe obciąŜniki mocowane do kostek, które pomagały utrzymać
równowagę i zmniejszały obciąŜenie kręgosłupa. Choć przy
normalnym nurkowaniu pięćdziesiąt dwa funty to za duŜo, Ricci
wiedział, Ŝe w tym wypadku cięŜarki są niezbędne, by mógł dłuŜej
pozostać na Ŝądanej głębokości przy silnych spiralnych prądach.
Po przymocowaniu balastu nałoŜył maskę, rękawiczki i płetwy, a
następnie wyciągnął z torby dwa noŜe w pochwach: jeden do
odczepiania jeŜowców, przypinany na udo, i normalny, o tytanowym
ostrzu, mocowany na wewnętrznej stronie lewego przedramienia. W
końcu przymocował do lewego nadgarstka halogenową latarkę na
elastycznej lince. Z drugiej torby wyjął trzy nylonowe siatki
zwinięte w długie, zgrabne pakunki, przypiął ich linki do
karabinków kompensatora i siadł na okręŜnicy plecami do wody.Nie
zapomnij zapasu. - Dex podał mu aluminiową butlę wielkości pompki
rowerowej z zamontowaną na końcu fajką. Znajdowała się w
wodoszczelnej torbie, którą Ricci przewiesił przez ramię.W
porządku - ocenił. - Jestem gotów. Pomocnik pokazał mu uniesiony
kciuk.
Jak nie moŜesz mi przysłać całej kurwy, to niech juŜ będą
kurwie jaja - zaproponował i wyszczerzył zęby w uśmiechu,
zachwycony swoim poczuciem humoru. Tom przewrotem na plecy
znalazł się w wodzie, podpłynął do akwalungu, włoŜył go na plecy
i przymocował przewód napełniający kamizelkę. Zawór regulacyjny
znajdował się na klatce piersiowej, gdzie łatwo go było
dosięgnąć, a jako zabezpieczenie kompensator zaopatrzony był w
urządzenie umoŜliwiające gwałtowne napełnianie. Na prawym
ramieniu przypięta była rura o duŜym przekroju przypominająca
elastyczny przewód odkurzacza i zakończona ustnikiem. Całość
uruchamiało się jednym naciśnięciem spręŜynowego przycisku. Przed
zejściem pod wodę Ricci sprawdził jeszcze elektroniczny wskaźnik
zamontowany na elastycznym przewodzie z prawej strony reduktora.
Podawał on temperaturę oraz głębokość i miał zamontowany
analogowy ciśnieniomierz. Obecnie wskazywał maksymalne ciśnienie
powietrza w butli - cztery tysiące atmosfer ze standardowym
dziesięcioprocentowym marginesem. Tom Ricci uniósł głowę i
zobaczył uśmiechniętego Dexa, który wciąŜ pokazywał wyprostowany
kciuk. Odbił się stopami od burty, wypuścił powietrze z
kompensatora i zanurzył się. Gdy tylko Ricci zniknął pod wodą,
Dex przestał się uśmiechać. ZmruŜył oczy, zacisnął wargi i stał,
obserwując pęcherzyki powietrza docierające na powierzchnię.
Nagle przypomniało mu się, co powiedział tego ranka: "Głupki
dawno powinny się juŜ domyślić, kiedy i gdzie będziesz nurkował,
Strona 86
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
bo robisz to regularnie..." Potem musiał na gwałt pleść głupoty
o wynoszących się z zatoki jeŜowcach, Ŝeby się całkiem nie
wygadać. A Ricci odparł, Ŝe nie mają mózgu. W porządku, niech te
kolczaste kule mają mózg wielkości ziarenka piasku, i to nie
wiadomo gdzie, bo przecieŜ nie mają głów, ale nie wszyscy byli
tacy głupi. On na ten przykład sporo sobie przemyślał, choć
przecieŜ geniuszem nie był - gdyby było inaczej, nie musiałby co
zimę opiekować się łodzią i wyłazić na wiatr tak zimny, Ŝe się
człowiekowi jaja kurczyły i smarki zamarzały. Był jednak pewny,
Ŝe Ricci teŜ rozmyślał o tym, co wydarzyło się na drodze i
dlaczego jego przy nim nie było. MoŜe juŜ nawet coś podejrzewał -
ot, choćby dziś był wyjątkowo małomówny. Nie Ŝeby w ogóle był
gadatliwy, nawet w najlepszym nastroju, ale dziś w ogóle się nie
odzywał. A on nie mógł sobie pozwolić, by Ricci od podejrzeń
przeszedł do wniosków, bo choć nie strzępił gęby jak inni z
nizin, co to w pięć minut od przywitania całe Ŝycie opowiadali,
wspomniał kiedyś, Ŝe był detektywem w Beantown. Alice, siostra
dziewczyny Hugh Temple'a, pracowała w biurze obrotu
nieruchomościami w mieście i dowiedziała się co nieco o Riccim
od swojego chłopaka zatrudnionego w Key Bank. Hugh, kumpel Dexa,
przekazał mu, Ŝe zanim Ricci zaczął się bawić w policjantów i
złodziei, słuŜył w Navy SEAL czy w rangersach. O tym, Ŝe był
niebezpieczny, Dex wiedział - wystarczyło popatrzeć mu w oczy,
by zrozumieć, Ŝe groźny z niego kawał sukinsyna. Wytrząsnął
papierosa z paczki wyjętej z kieszeni kurtki, wsunął go między
zęby i zapalił, osłaniając dłonią zapalniczkę bic. Zaciągnął się
dymem, ani na moment nie spuszczając z oczu pęcherzyków
powietrza. Prawda była taka, Ŝe dobrze mu się pracowało z Riccim:
Tom był uczciwy, zyski dzielił równo i nigdy nikogo nie traktował
z góry. W przeciwieństwie do innych miastowych, co to mieli na
dachach terenówek z napędem na cztery koła kajaki, kanoe i rowery
górskie, pojawiali się latem po pięciu i więcej, ubrani w
bielutkie ciuchy i buty, i wietrzyli równie bielutkie zęby.
Sterczeli na chodnikach, jakby do nich naleŜały, nigdy się
człowiekowi z drogi nie usunęli, a wrzeszczeli do siebie niczym
głusi. Zachowywali się jak gwiazdy filmowe na gościnnych
występach, zupełnie jakby cała okolica była dekoracją ustawioną
tylko na ich cześć i zwijaną do magazynu, kiedy ostatni z nich
wyjechał we wrześniu. I jakby czekała tam, aŜ łaskawie raczą
znowu tu przyjechać w następnym roku. Dex nie Ŝywił do Ricciego
urazy ani teraz, ani nigdy dotąd. Ani wczoraj, kiedy nałgał mu
o opiece nad bachorami, ani teraz, kiedy pomajstrował w nocy przy
jego ciśnieniomierzu. Ale nie miał wyjścia - wokół toczyła się
wojna. A na wojnie człowiek musi strzelać do ludzi, do których
w sumie nic nie ma, a których moŜe by nawet polubił, jak by miał
okazję poznać przy piwie. Wszystko przez okoliczności, nad
którymi nie miało się Ŝadnej kontroli. Ricci był Ŝołnierz, to
pewnie by to zrozumiał. Ale jako obcy nigdy nie zrozumiałby,
dlaczego on, Dex, musiał się dogadać z Cobbsem. A sprawa była
prosta - musiał się dogadać z kutasem, jeśli nie chciał mieć
powaŜnych kłopotów. Cobbs i szeryf byli kumple i straŜnik juŜ by
dopilnował, Ŝeby Dex nie miał w mieście Ŝycia. Mandaty za
najdrobniejsze przewinienie, kontrole samochodu za kaŜdym razem,
a jak by wypił w barze kolejkę czy dwie, to kazaliby mu dmuchać,
ledwie by siadł za kółko. Mógł się załoŜyć, Ŝe za kaŜdym razem
wynik byłby taki, Ŝe siedziałby do rana w pudle. O te rzeczy
Ricci nie musiał się martwić. Zjawił się z taką forsą, Ŝe
starczyło mu na ładny dom nad zatoką, i na pewno miał uczciwą
gliniarską emeryturę, nie wspominając juŜ o pieniądzach z wojska,
których było dość, by pokryć koszty badań i pobytu w szpitalu w
Togas, gdzie raz wylądował. Bóg jeden wiedział, czy nie miał
jeszcze czegoś od rządu. Nie miał Ŝony ani dzieci i pewne było,
Ŝe prędzej czy później przeniesie się w lepsze miejsce. To niby
co on, Dex, miał do cholery zrobić? Musiał tu Ŝyć rok po roku i
pilnować, Ŝeby rodzina nie głodowała. Musiał chodzić po ulicach,
nie oglądając się przez ramię, czy nie wlecze się aby za nim
Phipps albo inny kopnięty zastępca szeryfa, który tylko czeka,
Ŝeby zatrzymać go przy pierwszej okazji, jaką znajdzie albo
Strona 87
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wymyśli. Zaciągnął się głęboko i wypuścił z płuc struŜkę dymu.
Znowu przypomniał sobie swoją wpadkę: "Głupki dawno powinny się
juŜ domyślić, kiedy i gdzie będziesz nurkował, bo robisz to
regularnie..." A regularny był istotnie jak zegarek. KaŜdego
ranka wyruszali o tej samej godzinie i płynęli w to samo miejsce.
Tak samo rozkładał na pokładzie i zarzucał na siebie sprzęt i tak
samo w pół godziny napełniał dwie siatki tym, co znalazł na
półkach przy wejściu do zatoki. Ledwie ich boje pojawiały się na
powierzchni, Dex wciągał połów na pokład. Wiedział, Ŝe Ricci
zszedł niŜej, w gąszcz wodorostów, i płynąc z prądem zamiast pod
prąd, zbierał najlepsze okazy. Większość płetwonurków, na wypadek
gdyby się zgubili, wolała, by prąd niósł ich w stronę łodzi, więc
zaczynali od drugiej strony. Ricci dzięki nurkowaniu z prądem
mógł przepłynąć w krótszym czasie nad większym obszarem dna,
przez co połów był znacznie lepszy, tylko droga powrotna
trudniejsza i dłuŜsza. Dex musiał w tym czasie podnieść kotwicę,
dać wsteczny i płynąć wzdłuŜ pęcherzyków powietrza. Niektórzy
nurkowie przyczepiali sobie do butli linkę zakończoną jaskrawą
bójką, gdyŜ pęcherzyki powietrza znacznie trudniej było
wypatrzyć. Tu jednak było zbyt duŜo wodorostów i linka tylko
przeszkadzałaby Ricciemu. Dex spojrzał na zegarek. Za kilka minut
Ricci zejdzie na jakieś pięć, moŜe sześć sąŜni - zbyt głęboko,
by wynurzyć się bez powietrza, a to wkrótce mu się skończy.
Musiał tylko jeszcze trochę poczekać, potem zaś będzie mógł
szybko odpłynąć ze świadomością, Ŝe wspólnik topi się pod nim i
Ŝe płuca pęcznieją mu jak balony, by w końcu eksplodować niczym
przekłute szpilką. Taak, sprzedał Ricciego, nie było sensu się
oszukiwać. Sprzedał go, a teraz właśnie go zabijał. CóŜ więcej
moŜna było powiedzieć? Nie miał wyboru. Rzeczywiście nie miał
wyboru.
Ale nic nie mogło tego zmienić i nie było sensu się nad tym
rozwodzić. Ricci był juŜ na dnie prawie pół godziny, gdy trafił
na skarb. Najpierw wysłał na górę dwie siatki napełnione
jeŜowcami ze zboczy, a dopiero potem zszedł poniŜej granicy
wodorostów. Jak się przekonał, schodzenie nie było łatwe -
zmienne wiatry wywołały całkiem silne prądy, więc stracił sporo
energii, nie chcąc pozwolić, by zniosły go z kursu. Zmąciły teŜ
wodę, unosząc drobiny piasku i inne szczątki, i to do tego
stopnia, Ŝe w niektórych miejscach widoczność spadła do pięciu,
sześciu stóp. Choć przy samym dnie warunki poprawiły się, gdy
płynął z prądem, widział otoczenie w promieniu ledwie dziesięciu
jardów i zaczął się zastanawiać, czy nie skrócić pobytu pod wodą.
I wtedy właśnie ukazała się nisza. Był to czysty przypadek, jako
Ŝe od góry zasłaniał ją szeroki nawis skalny, a sam otwór
porastały wodorosty. Gdyby prąd nie poruszył ich w chwili, gdy
przepływał obok nawisu, nie zauwaŜyłby jej tak jak wcześniej.
Podpłynął bliŜej, oświetlając okolicę, i rozgarniał wolną ręką
długie węŜowate pasma wodorostów. Wśród nich pływały szkoły
srebrzystych śledzi i innych rybek, których nie mógł rozpoznać.
Dopiero wtedy zdołał oświetlić wnętrze niszy i zajrzeć do środka.
Promień silnego światła ukazał niewielką jaskinię sięgającą
dwanaście do piętnastu stóp w głąb skały pod nawisem. Otwór
wejściowy był tak wąski, Ŝe ledwie mógł się przezeń przecisnąć
w akwalungu. Ale niemal całą jaskinię wypełniały dorosłe,
niewiarygodnie duŜe jeŜówce. KaŜda pozioma czy pionowa
powierzchnia pokryta była trzema, a nawet czterema warstwami
stworzeń siedzących lub powoli przemieszczających się jedno po
drugim albo obok drugiego. By napełnić siatkę, wystarczyło zebrać
te, które znajdowały się w pobliŜu wejścia, zostawiając resztę
w spokoju, Na wszelki wypadek sięgnął po dłutowaty nóŜ i
sprawdził zegarek oraz zegar butli. Po krótkiej kalkulacji
zapamiętanej ze szkolenia w marynarce stwierdził, Ŝe choć ma dość
powietrza, podczas wynurzania będzie musiał zrobić przerwę na
dekompresję. Nie było to coś niesłychanego, ale nie robił tego
często, więc musiał o tym pamiętać. Wpłynął do jaskini, uwaŜając,
by nie zahaczyć butlą o skałę. Mimo Ŝe postanowił skończyć z
dotychczasowym źródłem utrzymania, był podekscytowany
znaleziskiem, co trochę go zaskoczyło i zarazem rozbawiło.
Strona 88
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Prawdopodobnie był to skutek wychowania przez ojca - starał się
do końca zrobić coś dobrze, choć dobrze wykonana praca mogła z
równym powodzeniem przynieść nagrodę, jak i problemy. Z siatką
w lewej ręce, a noŜem w prawej zabrał się do pracy. PoniewaŜ
jeŜówce pełzały powoli jedne po drugich, w ciągu kilku minut
zapełnił siatkę do połowy i dopiero wtedy miał okazję uŜyć noŜa,
by zdjąć ze skały naprawdę dorodne okazy. Aby oderwać stworzenie
od podłoŜa, naleŜało podwaŜyć ostrzem jego ssawki. Zajęcie było
czasochłonne, gdyŜ zbyt duŜy nacisk mógł skruszyć muszlę i zabić
jeŜowca, co w konsekwencji powodowało straty finansowe, bo na
powierzchnię musiały dotrzeć Ŝywe. Praca ta absorbowała go przez
mniej więcej dwadzieścia minut. Zbierając jeŜówce, zaczął się
zastanawiać nad błyskiem światła, który zauwaŜył z łodzi. Mógł
go wywołać przedmiot zostawiony przez jakiegoś Ŝeglarza albo teŜ
śmieć wyrzucony przez przypływ. Ale mogło to teŜ być słońce
odbite od okularów lornetki czy lunety celowniczej. Być moŜe
doświadczenia wyniesione z wojska i policji zaowocowały lekką
manią prześladowczą lub nadmiernym rozwojem wyobraźni, ale nie
mógł nie brać tej moŜliwości pod uwagę, podobnie jak nie mógł jej
ot tak sobie odrzucić. Na dodatek przemawiały za tym nie tylko
jego doświadczenia, a to zupełnie zmieniało sytuację. Pete
doskonale ocenił Cobbsa: Ricci wstrząsnął jego światkiem,
zupełnie jakby znajdował się w kuli z płatkami śniegu, które
wirują, gdy potrząśnie się zabawką. Tego typu tandetę moŜna było
kupić w kaŜdym sklepie z pamiątkami. Cobbs będzie się dusił w
swoim sosie, dopóki nie odzyska w swoich oczach choć części dumy.
I nie tylko w swoich - w małych miasteczkach wieści rozchodziły
się błyskawicznie i straŜnik o tym wiedział. Jeśli nie chciał,
by się z niego śmiano, musiał wyrównać rachunki, zanim historia
spotkania na drodze, po stosownym ubarwieniu, zostanie elementem
lokalnego folkloru. W normalnych okolicznościach zaplanowanie
takiego rewanŜu zajęłoby trochę czasu, ale Cobbs był narwańcem
i czuł się bezkarnie, toteŜ było znacznie bardziej prawdopodobne,
Ŝe zacznie działać jeszcze pod wpływem wściekłości i spróbuje
czegoś równie nie przemyślanego co ekstremalnego. Ricci wrzucił
jeŜowca do siatki, zaczął odrywać następnego i rozmyślał dalej.
W porządku, naleŜy załoŜyć, Ŝe Cobbs spróbuje czegoś głupiego.
Co w takim razie mógł mieć z nim wspólnego ów refleks światła?
Jeśli postanowił go zabić, miał po temu znakomitą okazję: jako
straŜnik przyrody mógł nosić broń i miał dostęp do motorówki,
poniewaŜ zatoka stanowiła część hrabstwa Hancock, którego tereny
patrolował. Wiedział teŜ, gdzie i o jakiej porze moŜna znaleźć
Ricciego. Nic prostszego, jak wcześniej podpłynąć z drugiej
strony do wysepki, ukryć tam łódź i poczekać w krzakach na
pojawienie się celu. A w wodzie Ricci był celem, i to bezbronnym.
Cobbs mógł spokojnie poczekać, aŜ się wynurzy, i zdjąć go jak
kaczkę na strzelnicy, jeśli był wystarczająco dobrym strzelcem.
Nie musiał się nawet pokazywać - wystarczyłby mu dobry sztucer
z silną lunetą. Jeśli nie był pewien swoich umiejętności, mógł
podpłynąć bliŜej i czekać. To drugie było mniej prawdopodobne,
ale skutek obu był taki sam: Ricci zniknąłby w odmętach i uznano
by go za kolejną ofiarę Penobscot. W ciągu ostatnich lat kilku
rybaków i poławiaczy utonęło, a dwóch czy trzech ciał w ogóle nie
odnaleziono, czemu trudno się dziwić, gdyŜ obfitość wodorostów
i morskich padlinoŜerców stwarzała warunki zdecydowanie nie
sprzyjające przetrwaniu nieboszczyka. Po czterech dniach
przemyśleń Ricci był pewny, Ŝe Cobbs spróbuje go dostać, gdy
zakończy nurkowanie. Jeśli nie tym razem, to na pewno następnym.
Pozostawało tylko jedno pytanie: Jaka była w tym wszystkim rola
Dexa? To, Ŝe wystawił go na drodze, nie ulegało wątpliwości jego
winę potwierdzała reakcja na pytanie o pilnowanie dzieci.
Zachowanie pomocnika - nerwowy słowotok, zapewnienia, Ŝe czuje
się winny za to, co spotkało Ricciego, tarmoszenie brody i to,
Ŝe ani razu nie spojrzał mu w oczy - było wręcz podręcznikowe.
Niezliczone przesłuchania podejrzanych, gdy pracował w policji,
nauczyły go rozpoznawać takie objawy. Zawsze świadczyły one o
oszustwie i poczuciu winy. Tylko Ŝe moŜna być winnym rozmaitych
rzeczy i w rozmaity sposób. Jakoś nie potrafił uwierzyć, by Dex
Strona 89
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
pomógł teraz Cobbsowi wyrównać rachunki, chyba Ŝe nie wiedział,
jak drastyczną zemstę zaplanował straŜnik. Albo teŜ został do
tego zmuszony sposobami, z których Ricci nie zdawał sobie sprawy.
Dex nie miał łatwego Ŝycia ani sytuacji finansowej, a Cobbs i
jego przekupni kumple w niebieskich mundurkach mogli mu je
jeszcze bardziej skomplikować. NaleŜało więc załoŜyć, Ŝe Dexter
pozostał biernym, ale milczącym świadkiem wszystkiego kimś, z
kogo obecnością Cobbs mógł się w ogóle nie liczyć. Ricci miał
tylko dwie moŜliwości - mógł albo się wycofać, albo udawać, Ŝe
nic nie zaszło, i nie zmieniając trybu Ŝycia, uwaŜać i czekać.
Wybrał to drugie i wciąŜ był zdania, Ŝe postąpił słusznie. Jeśli
okaŜe się, Ŝe Dex go zdradził albo Ŝe gotów jest przyglądać się,
jak straŜnik będzie próbował go zabić, tym lepiej: będzie miał
pewność. A by zachować wewnętrzny spokój, musiał ją mieć. Co z
tym dalej pocznie, zobaczy, gdy stwierdzi, jak bardzo pomocnik
naduŜył jego zaufania. Jeśli zaś chodziło o Cobbsa, naleŜała mu
się nauczka. I to taka, której ani szybko, ani łatwo nie
potrafiłby zapomnieć... Rozmyślania przerwał mu dochodzący z góry
pomruk silnika. Dźwięk był rozproszony i przytłumiony, zdawało
się, Ŝe dobiega ze wszystkich stron, bo tak właśnie ludzkie ucho
odbiera pod wodą dźwięki o niskiej częstotliwości. Dla
wytrenowanego ucha Ricciego nie ulegało jednak wątpliwości, Ŝe
był to pracujący na wysokich obrotach silnik skiffu. W zaleŜności
od wiatru Dex zmuszony był czasami korygować kurs, więc nie było
w tym nic dziwnego. Na wszelki wypadek raz jeszcze sprawdził
odczyty i zadowolony wrócił do pracy. Nie miał powodu do
pośpiechu: wybrał zabawę w wyczekiwanie i zamierzał bawić się w
nią do końca. Jakikolwiek on będzie. Dex chciał poczekać, aŜ na
powierzchni przestaną się pokazywać pęcherzyki powietrza
wydychanego przez Ricciego. Ich brak oznaczałby zgon, a wtedy
mógłby spokojnie zawrócić skiff. Napięcie okazało się jednak zbyt
duŜe - cholernie bolał go brzuch i nie mógł juŜ dłuŜej czekać i
patrzeć. Zresztą nie miało to znaczenia - własnoręcznie
przestawił ciśnieniomierz tak, by pokazywał, Ŝe butla jest pełna,
podczas gdy w rzeczywistości została nabita w trzech czwartych.
Obliczenie czasu, na jaki starczy powietrza przy najlepszych
warunkach do nurkowania, nie było znowu takie trudne, a warunki
nie były nawet zbliŜone do najlepszych. Roiło się od wirów i
silnych prądów, co było widać nawet na powierzchni. Ricci nie
miał najmniejszych szans. Przykre było, Ŝe skończy z galaretą
zamiast flaków, ale nic juŜ nie moŜna było na to poradzić, a Dex
doszedł do wniosku, Ŝe skoro go nie trzęsie, to jest całkiem
opanowany. A nawet bardziej, biorąc pod uwagę to, Ŝe musiał stać
i czekać, aŜ wreszcie ten na dole przestanie oddychać... Nie,
cholera, to było zdecydowanie za duŜo. Przestawił przepustnicę,
złapał rumpel i z rozwianymi włosami pomknął pod wiatr na miejsce
spotkania z Cobbsem, jakby mógł w ten sposób zostawić za sobą
swoją winę i zmyć ją białą pianą kilwateru.
Ukryty w krzewach koło skały Cobbs obserwował przez lornetkę
nadpływający z północy skiff. Dex pędził z taką prędkością, Ŝe
wydawało się, iŜ lada chwila łódka wystartuje w powietrze niczym
rakieta. StraŜnik odetchnął głęboko powietrzem przesyconym
zapachem morza i sosen, chcąc zapamiętać tę chwilę w
najdrobniejszych szczegółach. Pragnął wbić sobie w pamięć kaŜdy
obraz, dźwięk i zapach, by móc je przywołać nawet wtedy, gdy
będzie juŜ stetryczałym sklerotykiem. Mógł nie pamiętać, jak się
nazywa, ale to wspomnienie chciał zachować do śmierci. Kilka
minut przed pojawieniem się skiffu usłyszał jego silnik pracujący
na wysokich obrotach i z trudem opanował podniecenie, chcąc
uniknąć przykrego rozczarowania. Gdy zobaczył, Ŝe Dex jest sam,
doznał takiego uczucia, jakby za chwilę miał sięgnąć stratosfery.
Trwało to jedynie moment, wkrótce bowiem napięcie opadło i
przyszła wdzięczność. Był wdzięczny Ricciemu, gdyŜ dzięki niemu
przekonał się, Ŝe jest zdolny do popełnienia morderstwa bez Ŝalu,
strachu, wyrzutów sumienia czy jakichkolwiek innych uczuć poza
wszechobecną satysfakcją. Skiff skręcił w prawo i wpłynął na
brzeg. Jego dziób znieruchomiał na piasku za linią przypływu z
finałowym ryknięciem dopełniającym radość Cobbsa, który właśnie
Strona 90
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wyobraŜał sobie, jak Ricci musiał cierpieć w ostatnich momentach
Ŝycia. W ciągu kilku sekund od momentu, w którym Ricci zdał sobie
sprawę, Ŝe ma kłopoty z zapasem powietrza, jego problem zmienił
się w zagraŜający Ŝyciu kryzys. Wszystko zaczęło się od wdechu,
który wydawał się nieco trudniejszy od dotychczasowych. Przyczyną
mogło być przemęczenie - w końcu przeszło godzinę poruszał się
pod prąd ale prawdę mówiąc, nie wierzył w to. Był doświadczonym
nurkiem i wiedział, Ŝe zmniejszanie tempa wskutek przemęczenia
było odruchowe. Wziął kolejny wdech... i jeszcze jeden... KaŜdemu
towarzyszył coraz większy wysiłek, co w końcu go zaniepokoiło.
Sprawdził ciśnieniomierz. Urządzenie wskazywało, Ŝe ma jeszcze
ponad tysiąc atmosfer, czyli jedną czwartą pojemności butli, ale
jego ciało i umysł twierdziły coś innego. Znieruchomiał, unosząc
się w pozycji pionowej, i wziął kolejny wdech. Udało mu się to
z najwyŜszym trudem. Ciśnieniomierz kłamał. Butla była prawie
pusta i mogła się opróŜnić lada moment, więc chwilowo nie było
waŜne, jak mogło do tego dojść. Serce mu łomotało, poczuł
pierwsze objawy paniki i z trudem nad nimi zapanował. Musiał
zachować spokój i po kolei rozwiązywać problemy jeśli nie będzie
myślał logicznie, zginie. I tym razem mógł liczyć wyłącznie na
siebie. Wyjął z warg ustnik reduktora, a z torby na ramieniu
wyciągnął zapasową butlę, wypuszczając jednocześnie powietrze.
Na tej głębokości ciśnienie wynosiło niemal cztery atmosfery,
więc gdyby nie nabrał szybko powietrza, naraziłby płuca na zbyt
wielkie obciąŜenie. Czym prędzej zatem wsunął między zęby ustnik
rezerwowej butli, odkręcił zawór i wziął oddech. A raczej
próbował, bo z butli nie wydostała się ani krztyna tlenu. Jakoś
nie bardzo go to zaskoczyło. Zmusił się do zachowania spokoju.
Pamiętał, by zajmować się problemami po kolei. Musiał się
wydostać z jaskini. Wróć! Najpierw musiał pozbyć się wszystkiego,
co nie było absolutnie niezbędne do przeŜycia. Odczepił siatkę
wypełnioną niemal po brzegi jeŜowcami. Z zaskoczeniem stwierdził,
Ŝe Ŝal mu łupu. Prawda, połów był najlepszy w jego karierze, ale
w tych okolicznościach był teŜ całkowicie bez znaczenia. Chciał
juŜ wyrzucić zapasową butlę, lecz uświadomił sobie, Ŝe fajka moŜe
mu się przydać - odczepił ją i włoŜył do torby. Dopiero wtedy
pozbył się niepotrzebnego pojemnika. Następnie wsparł się oburącz
o skałę, którą przed chwilą oczyścił z jeŜowców, i mocno
odepchnął. Wypadł z jaskini, próbując zaczerpnąć oddechu z
podstawowej butli. Choć przypominało to wdech przez knebel lub
dłoń blokującą usta, udało mu się napełnić płuca. Dwa kolejne
pracowite wdechy opróŜniły ostatecznie butlę. Raz jeszcze
opanował panikę, zmuszając się, by powoli wypuszczać powietrze
z płuc. Jedno z podstawowych praw, jakie poznał podczas szkolenia
w Navy SEAL, mówiło, Ŝe nurkowanie sprowadza się do wyrównywania
ciśnień. Podstawą było zachowanie równowagi między ciśnieniem
zewnętrznym i wewnętrznym, umysłowym i fizycznym. Normalny
człowiek, jeśli ma kłopoty w wodzie, koncentruje się na tym, by
móc jak najszybciej zaczerpnąć powietrza. Właśnie ten impuls
powoduje, Ŝe tonący wchodzi ratownikowi na głowę, wpychając go
pod wodę, co przewaŜnie jest fatalnym w skutkach błędem. Jeśli
ktoś nie urodził się ze skrzelami, musi nauczyć się kontrolować
odruchy, chyba Ŝe chce się szybko utopić. NaleŜy skupić się na
utrzymaniu równowagi i wykorzystaniu wszystkich umiejętności do
kontrolowania oddechu, by maksymalnie wykorzystać dostępne źródło
tlenu. Zakładając, Ŝe się takowe posiada. Jedną z pierwszych
lekcji udzielanych przez instruktora musztry, byłego członka UDT,
sierŜanta Rackela, była nauka rozpaczliwej techniki wynurzania
bez źródła powietrza. Rackel urodził się w kombinezonie
płetwonurka, a jeśli nie, to robił co mógł, by wywrzeć takie
wraŜenie. Metodą, którą pomagał opanować, było swobodne
unoszenie. Jeśli nurek pozbędzie się całego obciąŜenia, jego
wyporność dodatnia wyniesie go na powierzchnię. W trakcie
wypływania naleŜy stopniowo wypuszczać powietrze i utrzymywać
pozycję zwaną popularnie orłem, czyli unosić się z rozsuniętymi
szeroko rękami i nogami, by spowolnić w ten sposób ruch ku górze.
Podczas nurkowania powietrze ulega spręŜeniu, a w czasie
wynurzania rozpręŜeniu, więc w płucach zawsze jakieś się
Strona 91
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
znajdzie. Jeśli ktoś wynurza się szybciej niŜ sześćdziesiąt stóp
na minutę bez wypuszczania powietrza, ryzykuje, Ŝe rozpręŜone
powietrze po prostu go rozerwie. Głównym problemem Ricciego było
to, Ŝe znajdował się dziewięćdziesiąt stóp pod powierzchnią i juŜ
od kilku sekund opróŜniał płuca. Czas wlókł się w nieskończoność
i Tom zdawał sobie sprawę, Ŝe bez względu na szybkość wynurzania
nie będzie miał czego wydychać na długo przed osiągnięciem
powierzchni. Nie wspominając juŜ o przystanku na dekompresję,
którego brak mógł spowodować chorobę kesonową. Jej skutkiem mogła
być śmierć, a w łagodniejszej wersji uszkodzenie nerwów lub
mózgu. Tym akurat się chwilowo nie martwił - najpierw naleŜało
dotrzeć na powierzchnię przy Ŝyciu, a potem moŜna się było
zastanawiać, co jeszcze się zdarzy. AŜeby dotrzeć na
powierzchnię, potrzebował źródła powietrza, które wystarczyłoby
mu choć na część drogi. I być moŜe miał takie źródło.
Kompensator, podobnie jak jego płuca, był niemal zupełnie
opróŜniony, gdyŜ poddany był tym samym przeciąŜeniom. W obu
komorach wyglądającego jak kamizelka ratunkowa urządzenia takŜe
znajdował się spręŜony tlen, który tym bardziej zwiększy swą
objętość, im bliŜej powierzchni się znajdzie i im niŜsze będzie
ciśnienie wody. Powietrze z płuc, szukając drogi wyjścia, dąŜy
do nosa i ust, a powietrze z kamizelki do ich sztucznego
odpowiednika, czyli rury zakończonej ustnikiem, gdyŜ ma ona
większą średnicę. Zapas wystarczający na trzydzieści do
czterdziestu sekund pozwoliłby mu dotrzeć na sześćdziesiąt stóp.
A stamtąd być moŜe zdołałby wynurzyć się swobodnie. Nie było to
pewne, ale tylko ta jedna szansa dzieliła go od wąchania kwiatków
od spodu i od uroczystego pogrzebu. Choć pogrzeb wcale nie musiał
być uroczysty, biorąc pod uwagę, jak skończyła się jego policyjna
kariera. Zrobił gwałtowny obrót w lewo, by łatwiej sięgnąć do
ustnika rury umieszczonej na ramieniu. Resztką oddechu
przedmuchał ustnik i spojrzał w górę. Najbezpieczniejsze byłoby
wynurzenie na plecach z uniesioną ręką, by móc dostrzec i
odepchnąć się od kaŜdej potencjalnej przeszkody. W dodatku wtedy
rura byłaby ponad jego głową i ciśnienie wody wypchnęłoby z niej
powietrze. Teraz jednak musiał jak najszybciej przejść od teorii
do praktyki, bo przed oczyma zaczynały mu migać czarne płaty, a
Ŝyły na skroniach pulsowały Ŝywym bólem. Zagryzł zęby na ustniku,
wcisnął palcem zawór i wciągnął powietrze, nie puszczając go. Do
jego płuc wpłynął słaby strumień tlenu. Ledwie wystarczył, by
Ricci przestał się dusić, lecz mimo to był bezcenny. Wypuścił je
ustami i powoli wciągnął powietrze z rury. Tlen oczyścił mu
trochę umysł. Czas było ruszać. Pozbył się pasa z cięŜarkami i
obciąŜników przy kostkach. Nim zniknęły wśród wodorostów, woda
porwała go i wypchnęła w górę z oszałamiającą prędkością.
15
RÓśNE MIEJSCA
22 KWIETNIA 2001
- Comment ca va, Rollie?
- Gdy do mojego pokoju wchodzi piękna kobieta, która mówi po
francusku i przyleciała ze Stanów, to jak się mam czuć? Muszę się
czuć dobrze, no nie? Megan uśmiechnęła się, zamykając za sobą
drzwi.
Thibodeau na wpół siedział oparty o uniesioną część szpitalnego
łóŜka. Kobieta dostrzegła dren umieszczony w podbrzuszu rannego
i stojak z kroplówką podłączoną do jego ramienia. Rollie wskazał
brodą duŜą brązową torbę z papieru, którą Meg wzięła na kolana,
gdy usiadła na krześle stojącym po prawej stronie łóŜka. -
Powiedz mi, Ŝe masz tam King Cake ze święta mardi gras albo
trochę sosu z aligatora, a przysięgam, Ŝe poproszę cię o rękę. -
Naprawdę istnieje coś takiego jak sos z aligatora?
- Mógłbym go jeść codziennie.
- Ugh - skrzywiła się i postawiła torbę obok krzesła. - Cajunowie
muszą mieć Ŝelazne Ŝołądki. - Gdyby tak nie było, juŜ byłbym
martwy, kochanie. Według łapiduchów, pocisk, który mnie trafił,
powinien przejść prosto przez brzuch i rozerwać mi aortę.
Odchyliły go wnętrzności i w efekcie zamiast wykrwawić się na
Strona 92
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
śmierć, straciłem tylko kawałek jelita grubego i śledzionę. -
Tylko?
Thibodeau wzruszył nieznacznie ramionami.
- Jak człowieka postrzelą w brzuch, zawsze są jakieś straty. -
Bardzo cię boli? - Da się wytrzymać. Konowały twierdzą, Ŝe
największym
problemem moŜe być infekcja, bo śledziona pomaga zwalczać
bakterie we krwi. UwaŜają, Ŝe wątroba i pozostałe organy przejmą
tę funkcję, ale nie od razu. - Rollie umilkł i poprawił się na
poduszce. Widać było, Ŝe robi co moŜe, by nie krzywić się przy
tym z bólu. - Dobra, koniec pogawędki o podrobach - podsumował,
nieruchomiejąc. ,To co jest w tej torbie i co z moją propozycją
ślubu? Pod warunkiem, jak wspomniałem, Ŝe masz ten sos. Megan
uśmiechnęła się ponownie. - Zaraz do tego wrócimy, obiecuję. -
Pochyliła się i pogładziła go po ramieniu. - Lekarze dobrze cię
traktują? - Ujdzie. Tylko ciągle mnie badają i wypytują.
- Za to biorą pieniądze. Miałeś piekielny tydzień, Roi.
- Ale jeszcze Ŝyję. - SpowaŜniał. - Nie wszyscy mieli tu tyle
szczęścia. - Nie wszyscy - przyznała. - Przykro mi, Ŝe straciłeś
tylu ludzi. Przez moment milczał, po czym powoli skinął głową.
- Jak powiedziałaś, to był piekielny tydzień, i to nie tylko dla
obsady tych zakładów. - Oblizał wargi. - Słyszałaś o tej
katastrofie kolejowej niedaleko wybrzeŜa? - Mówili w
wiadomościach. Straszny wypadek.
- Ostatnio wszędzie w okolicy leją się całe litry krwi.
Zastanawiam się, kiedy z nieba zaczną spadać Ŝaby, komary, czy
co tam jeszcze. Potrząsnęła głową.
Nie jestem religijna - stwierdziła. - Ale nie sądzę, by
zdarzenia, o których mówimy, spowodował palec boŜy. Rollie
wzruszył ramionami.
- To moŜe w taki sposób Bóg pokazuje nam, co o nas sądzi.
Pismaki, o których mówiłaś, podawali moŜe, jak się czuje ta
dziewczynka? Wiesz, ten dzieciak, który... - Daniella Costas -
przerwała mu Meg. - Ostatnio słyszałam, Ŝe czuje się dobrze i
jest z którymś z rodziców. Bon. Gdybym był jej ojcem,
poczekałbym, aŜ maszynista wyzdrowieje, a potem zabiłbym go
gołymi rękami. - On utrzymuje, Ŝe to nie jego wina. - A kogo?
Nie kogo, tylko czego - poprawiła go. - Maszynista twierdzi,
Ŝe zawiodły urządzenia. Rollie milczał przez chwilę,
zastanawiając się nad czymś, po czym ponownie wzruszył ramionami.
- NiewaŜne - stwierdził w końcu. - A przechodząc do rzeczy, nie
mam nic przeciwko twoim odwiedzinom, ale odkąd dowiedziałem się,
Ŝe jesteś w drodze, zastanawiam się, po co przyleciałaś. - Roger
uwaŜa, Ŝe mogę się tu przydać, dopóki nie wyzdrowiejesz. Ale
miałam teŜ swoje powody, by się z tobą spotkać, Rollie. Jeden z
nich jest w tej torbie. Chcę ci go dać. Powiadasz, Ŝe
zasłuŜyłem na prawdziwy prezent?
Przytaknęła.
- I to bardzo specjalny. Wiem, Ŝe go docenisz.
Thibodeau przyglądał się jej w milczeniu. W drzwiach pojawiła się
pielęgniarka, obrzuciła pokój krótkim, ale dokładnym spojrzeniem,
wycofała się na korytarz i kontynuowała obchód. Megan poczekała,
aŜ zamknie za sobą drzwi, i sięgnęła do torby.Pete Nimec
powiedział mi, Ŝe chciałeś swojego stetsona i Ŝe lekarze nie
pozwalają ci go jeszcze nosić. Ranny wyprostował się odruchowo.
Przyniosłaś mi mój kapelusz?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nie byłam w twoim mieszkaniu i nigdy nie łamię zasad
szpitalnych - odparła, wyjmując z torby przedmiot owinięty w
cienki papier. Delikatnie złoŜyła pakunek na kolanach Thibodeau.
- Cokolwiek to jest, ma kształt kapelusza - ocenił, nie
dotykając. - Z tego co wiem, zabronili ci nosić stetsona. O
innych markach nie było mowy. - Uśmiechnęła się przekornie. -
MoŜe przestałbyś się męczyć i sprawdził, czy ten się nada
wzastępstwie? Rollie zmarszczył brwi i odwinął papier.
Westchnął głośno.
Szary kawaleryjski kapelusz był stary i tak znoszony, Ŝe
ledwie utrzymywał kształt. Miejscami materiał wypłowiał, a czarny
Strona 93
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
skórzany pasek pod brodę przetarł się i popękał, lecz złotoczarny
pleciony sznur otaczający denko i zakończony metalowymi
Ŝołędziami pozostał prawie nie naruszony, podobnie jak jedwabna
wstąŜka stanowiąca jego tło. W doskonałym stanie były teŜ złote
skrzyŜowane szable kawaleryjskie spinające denko z uniesionym z
jednej strony rondem. Thibodeau spojrzał podejrzliwie na
ofiarodawczynię. - Jeśli to nie to, co myślę, to gdy powiem o tym
głośno, zrobię z siebie durnia. - Nie zrobisz - odparła Megan. -
Kapelusz naleŜał do mojego pradziadka, który słuŜył w Pierwszej
Ochotniczej Kawalerii Teddy'ego Roosevelta. - Mon Dieul - Rollie
z podziwem przejechał palcem po wnętrzu denka. - Surowi Jeźdźcy.
Przytaknęła.
- "Daleko lepiej jest odwaŜyć się na rzeczy wielkie i zdobyć
chwałę, nawet jeśli pozna się smak klęski, niŜ równać się z
ubogimi duchem, którzy ani wiele nie cierpią, ani wiele się nie
radują..." - "...bo Ŝyją w szarości, nie znając ni klęski, ni
zwycięstwa" dokończył Thibodeau. - Nie wiem, co powiedzieć,
Megan... Naprawdę, nie wiem.
Uśmiechnęła się.
Taylor Breen w pół roku zamienił rakietę tenisową na karabin i
wylądował na Kettle Hill. Wstąpił do jednostki na osobistą prośbę
Teddy"ego Roosevelta i choć był profesorem Yale, wziął urlop, by
walczyć z Hiszpanią... - Umilkła, nie przestając go obserwować. -
Rollie, mam do ciebie prośbę... Nie będę cię zmuszać, ale
przyznam, Ŝe wolałabym juŜ teraz znać twoją decyzję. Spojrzał jej
prosto w oczy. Chodzi o robotę Maxa Blackburna? - spytał
się.
Przytaknęła.
- Gdy kilka tygodni temu rozmawialiśmy o tym, powiedzia łeś, Ŝe
potrzebujesz trochę czasu, Ŝeby się zastanowić, czy chcesz brać
na siebie taką odpowiedzialność... - I czy Pete Nimec chce, Ŝebym
ją na siebie wziął. UwaŜałem, Ŝe ma na myśli kogoś innego i Ŝe
pod tym względem nie moŜecie dojść do porozumienia. -
Rzeczywiście miał i nie mogliśmy się porozumieć, ale sytuacja się
zmieniła. Częściowo z powodu tego, co się wydarzyło i jak na to
zareagowałeś. - Nimec teŜ tak uwaŜa?
- Rozmawialiśmy przed moim odlotem do Brazylii. I osiągnęliśmy
wstępne porozumienie.
- Coś mi się zdaje, Ŝe w tej propozycji jest jakiś haczyk. Megan
roześmiała się. - Jestem kobietą.
- ZauwaŜyłem. To co z tym haczykiem?
- Powiem ci, jeśli ty mi powiesz, co zdecydowałeś.
Thibodeau przyglądał się jej przez chwilę, po czym przeniósł
wzrok na kapelusz i po chwili nałoŜył go ostroŜnie. - Pasuje? -
spytał.
- Doskonale.
- Wyjdziesz za mnie?
Nie.
Wzruszył ramionami.
- I tak mogę przyjąć twoją ofertę. Choćby dlatego, Ŝeby nie mieć
juŜ nocnych zmian. Megan lekko uścisnęła jego dłoń leŜącą na
łóŜku. Gratuluję.
I?
Uśmiechnęła się do niego. - I haczyk polega na tym...
16
WYBRZEśE MAINE
22 KWIETNIA 2001
Dobrze się przyjrzałeś? Jesteś pewien? - spytał Cobbs, Ŝując
gumę. - Chodzi mi o to, czy obserwowałeś cały czas. Dex strzepnął
z rękawa kurtki nie istniejący kurz. MoŜe dziesięć minut temu
wysiadł z łodzi, a w tym czasie Cobbs zdąŜył zadać to pytanie w
ten czy w inny sposób z dziesięć razy.Powiedziałem ci, Ŝe
załatwione. Co jeszcze mam ci powiedzieć? Spojrzenie Cobbsa było
niczym pogardliwy szturchaniec. MęŜczyzna miał na sobie mundur
straŜnika i kapelusz. Z szyi zwisała mu lornetka, a w dłoni
trzymał remingtona model 870 kaliber 20 ze składaną metalową
kolbą.Chcę, Ŝebyś mi opowiedział, co widziałeś - oznajmił. Dex
Strona 94
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
oblizał wargi. W pobliskim lesie coś zaskrobało po pniu, więc
obejrzał się odruchowo. Na gałęzi klonu siedziała wiewiórka,
ruszając ogonem i ogryzając jakiś smakołyk, który trzymała w
przednich łapkach. Nie przeszkadzało jej to uwaŜnie obserwować
obu stojących poniŜej ludzi. Popatrzył na Cobbsa. - NajwaŜniejsze
jest to, czego ani ty, ani ja nie widzieliśmy powiedział. - Czyli
co?
- Czyli to, Ŝe ja nie widziałem więcej pęcherzyków powietrza, a
ty głowy Ricciego wyskakującej na powierzchnię. Na wet przez te
twoje szkiełka. StraŜnik przyglądał mu się, poruszając miarowo
szczękami. Stali w cieniu skalnego odłamu, który dotykał z jednej
strony niewielkiej piaszczystej plaŜy będącej miejscem spotkania.
No to podsumujmy to zasraństwo, Ŝebym miał pełen obraz
sytuacji - powiedział.
Dex westchnął z rezygnacją i przytaknął.
Czekałeś, dopóki bąbelki wydostawały się na powierzchnię -
powiedział Cobbs. Dex skinął głową.
A kiedy przestały się pojawiać, zawróciłeś i przypłynąłeś
tutaj. MęŜczyzna przytaknął po raz trzeci.
- Czyli mówiąc inaczej - rzucił straŜnik i potrząsnął strzelbą -
nie muszę tam popłynąć i rozwalić go, jak się tylko wynurzy. -
Właśnie to próbuję ci wytłumaczyć. - Dex był wyczerpany i czuł
do siebie większe niŜ kiedykolwiek obrzydzenie. Cobbs obserwował
go przez dłuŜszą chwilę z miną, która wskazywała, Ŝe ma ochotę
na kolejną rundę pytań, ale zmienił zdanie. Przesunął językiem
gumę do Ŝucia i wypluł ją na kamienie.No to pozbyliśmy się
naprawdę zasranego dupka - stwierdził.
Ricci wynurzył się akurat wtedy, gdy był juŜ pewny, Ŝe nie ma
czym oddychać i Ŝe utopi się o kilka stóp od powierzchni.
Wyczerpany, leŜał na plecach i wentylował płuca. Jak dotąd nie
odczuwał Ŝadnych symptomów choroby kesonowej, co bynajmniej nie
oznaczało, Ŝe moŜe wykluczyć tę moŜliwość. Pierwszym objawem był
zazwyczaj przenikliwy ból stawów, który mógł się pojawić w ciągu
minut lub nawet godzin po wyjściu z wody. Wywoływał go azot
obecny w krwiobiegu. Cząsteczki gazu gromadziły się w tkankach
tłuszczowych i dlatego Ricci ćwiczył regularnie, choć nie
informował o tym kobiet, na których robiła wraŜenie jego
sylwetka. By uniknąć gromadzenia azotu we krwi, w trakcie
wynurzania stosowano przerwy dekompresyjne. W ten sposób wydalano
azot przez drogi oddechowe. Pozwolił sobie na kilka minut
odpoczynku, by odzyskać siły, ale miał świadomość, Ŝe jest to
luksus, na który go nie stać. Nie był bezpieczny. Choć nie mógł
dostrzec skiffu, wiedział, Ŝe ktoś czeka, aŜ się wynurzy. Nie
miał pewności, czy wypatrują go z brzegu, czy ze skiffu, ale nie
zamierzał ryzykować. Nie miał pojęcia, jak daleko zniósł go prąd,
więc rozejrzał się i dwukrotnie sprawdził swoje połoŜenie za
pomocą kompasu. Okazało się, Ŝe wypłynął około stu jardów na
południowy wschód od wejścia do zatoki. Brak skiffu nie zaskoczył
go spodziewał się, Ŝe tak będzie. Co więcej, podejrzewał, dokąd
popłynął Dex. PoniewaŜ oddech wrócił do normy, poczekał na
wszelki wypadek jeszcze dwadzieścia sekund, wyjął z torby
ośmiocalową fajkę i wsunął ustnik między zęby. Przedmuchał rurkę,
opuścił głowę pod wodę i popłynął do brzegu. Poruszał wyłącznie
nogami, by nie zmącić powierzchni, a jedynym znakiem zdradzającym
jego ruch był prujący fale wylot plastikowej rurki. To się
nazywało "mieć pecha". Dwa razy w ciągu ostatnich dni został
wystawiony i w obu wypadkach, gdy doszło do konfrontacji, miał
przeciw sobie dwóch przeciwników. Tyle Ŝe tym razem nie mógł
liczyć na niespodziewaną pomoc Pete'a Nimeca. Przyklęknął za
krzakiem jałowca, jakieś pięć jardów od skały, którą zapamiętał
z pokładu łodzi, i słuchał, jak Dex z Cobbsem uzgadniają
oficjalną wersję jego zniknięcia. Była prosta, acz prawdopodobna:
przemądrzały mieszczuch Ricci od dawna nurkował, nie pozwalając
skromnemu fachowcowi z okolicy właściwie obsługiwać i sprawdzać
swego sprzętu. Dex kilkakrotnie próbował wytłumaczyć mu, Ŝe źle
robi, ale po kolejnej kłótni przestał. Płetwonurkowie często
wpadali w tarapaty przez własną lekkomyślność i na pewno będą w
Strona 95
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
nie wpadać w przyszłości. Jeśli ciało nie wypłynie, będzie to
koniec sprawy. Jeśli natomiast - co było znacznie mniej
prawdopodobne - wypłynie, zanim kraby, ryby i homary rozszarpią
je na strzępy, autopsja wykaŜe, Ŝe zmarł z braku tlenu na skutek
wadliwego działania ciśnieniomierza butli. Nikt nie będzie
podejrzewał sabotaŜ, gdyŜ wszyscy odbiorcy poświadczą, Ŝe Dex i
Ricci byli w doskonałej komitywie. Na dodatek, skoro zeznania
będzie spisywał szeryf lub któryś z jego zastępców, a potwierdzał
Cobbs, za powód zniknięcia Ricciego Dex mógł podać porwanie przez
UFO, atak yeti czy zderzenie z Latającym Holendrem i teŜ nie
będzie głupich pytań. Na swój sposób byli genialni, a ich plan
spalił na panewce tylko dlatego, Ŝe miał lepiej rozwinięty
instynkt samozachowawczy, niŜ sądzili. Jego błędem, i do tego
Ricci przyznawał się ze wstydem, było to, Ŝe nie przewidział, jak
dalece Dex da się zmusić do kolaboracji. Znał jego i jego wady
i choć nie moŜna było ich nazwać przyjaciółmi, to wspólnikami
byli dobrymi. Wszystkiemu winne było to, Ŝe zawsze uwaŜał, iŜ
człowiek z natury jest dobry - nawet lata, które przepracował w
policji, kiedy to miał okazję poznać najciemniejsze i
najpodlejsze strony ludzkiej natury, nie wyleczyły go do końca
z tego idealizmu. Tym razem o mało co przypłaciłby złudzenia
Ŝyciem. Oddychał cicho, pozostając w bezruchu i obserwując obu
męŜczyzn rozmawiających na niewielkim kamienistym spłachetku obok
głazu. Zaszedł ich z boku przez las i znajdował się za plecami
Cobbsa. StraŜnik zwrócony był twarzą ku plaŜy, natomiast Dex
patrzył na wyspę. Gdy uzgadniali szczegóły oficjalnej wersji, Tom
dopracował własny plan. Niewyszukany, ale dobry. Cobbs był
uzbrojony. Ricci spodziewał się sztucera z lunetą, tymczasem
męŜczyzna miał strzelbę, która na niewielką odległość była
znacznie groźniejsza, więc musiał zostać wyeliminowany pierwszy.
Tym razem Ricci nie mógł przytrzymać Cobbsa drzwiami pikapa, ale
remington stanowiłby problem tylko wtedy, gdyby funkcjonariusz
zdołał go uŜyć. Dex, z tego co widział, nie był uzbrojony, toteŜ
był znacznie łatwiejszym przeciwnikiem. Największy atut Ricciego
stanowiły zaskoczenie i umiejętność szybkiego oraz skutecznego
trafienia przeciwnika w czułe miejsce. Maskę, płetwy i resztę
sprzętu zostawił w lesie, zatrzymując sobie jedynie noŜe i
kombinezon. NóŜ do podwaŜania jeŜowców był nieprzydatny w ataku,
więc nie wyciągnął go z pochwy. Za to normalny, o obustronnym,
ostro zakończonym ostrzu był groźną bronią; Tom trzymał go w
prawej dłoni. Powiał wiatr i Ricci ruszył przed siebie,
korzystając z narastającego szelestu liści i gałązek. Gdy bryza
ucichła znieruchomiał, czekając na kolejny podmuch. Wracały
nawyki wyuczone lata temu podczas treningów w Navy SEAL - gdy się
do kogoś podkradał, przestawiał nogi jedną przed drugą i najpierw
powoli opuszczał palce, sprawdzając, czy nie stąpa na gałęzie,
kamienie, suche i liście lub cokolwiek, co mogło zdradzić jego
obecność albo naruszyć jego równowagę. Dopiero potem stawiał
resztę stopy. Co kilka kroków zmieniał kierunek ruchu, by krzewy
czy wysoka trawa poruszały się naturalnie w jedną stronę i nie
zwracały niczyjej uwagi. Wiatr znowu przestał wiać, więc raz
jeszcze znieruchomiał. Dex i Cobbs wciąŜ rozmawiali, a od pleców
tego ostatniego dzieliły go trzy stopy. Jeszcze jeden podmuch,
a zaatakuje i moŜe zdoła rozbroić straŜnika, nim ten zdąŜy
wystrzelić... I wtedy wiewiórka wszystko zepsuła. -
...Ŝeby wszystko wyglądało naturalnie, powinieneś poczekać
jeszcze dwie godziny i dopiero wtedy zadzwonić do mnie i do biura
szeryfa - wyjaśnił Cobbs. - Załatwię to jak kaŜde inne... Umilkł
i spojrzał pytająco na Dexa. Ten patrzył na drzewo, na którym
chwilę wcześniej dostrzegł wiewiórkę. Zwierzątko, zaalarmowane
juŜ obecnością jego i straŜnika, nagle zeskoczyło z gałęzi i
pognało w górę pnia, robiąc przy tym mnóstwo hałasu i
wypuszczając szyszkę z pyszczka. Nie ulegało wątpliwości, Ŝe coś
je przestraszyło, a jego reakcja zdenerwowała Dexa, który od
dawna juŜ miał napięte nerwy. Opuścił wzrok na rosnące pod
drzewem jałowce i kilka stóp za Cobbsem dostrzegł to, co
przegoniło wiewiórkę. Zobaczył nieboszczyka gotowego skoczyć na
Strona 96
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
nich z półprzysiadu i ściskającego w garści długi nóŜ. Zbladł
natychmiast i otworzył usta, ale był zbyt zszokowany, by wydobyć
z siebie artykułowany dźwięk. Pisnął więc jedynie i gorączkowym
gestem wskazał Ricciego. Cobbs nie miał pojęcia, co się dzieje,
ale przeraŜenie Dexa
aŜ nadto mu wystarczyło. Nie tracąc czasu na pytania, obrócił się
na pięcie, uniósł broń i wycelował tam, gdzie wskazywał pomocnik
nurka. Tom Ricci miał właśnie skoczyć, gdy usłyszał wiewiórkę
gnającą na czubek klonu. Odgłosy ucieczki zaalarmowały Dexa,
który spojrzał na drzewo, potem na krzewy, a w końcu dostrzegł
go i wytrzeszczył oczy. Nie było czasu do stracenia. Skoczył, gdy
Dex wskazał krzaki, a na ułamek sekundy przed obrotem Cobbsa, i
pochylony nisko przemknął pod lufą strzelby. StraŜnik natychmiast
wypalił, ale gruby śrut przeleciał nad głową Ricciego, trafiając
w pień i rozsiewając wokół drzazgi oraz liście. Odrzut cofnął
Cobbsa, lecz męŜczyzna zachował zadziwiająco zimną krew i zdąŜył
przeładować broń, nim Tom go dopadł. Usłyszawszy
charakterystyczny dla tego rodzaju strzelb dźwięk towarzyszący
przepompowywaniu naboju do komory zamkowej, Ricci zrobił dwa
kroki prawie na kolanach i wyprostował się gwałtownie, łapiąc
lewą ręką za lufę i unosząc ją ku szczytom drzew. Cobbs nacisnął
spust i kolejny ładunek stalowych śrucin poleciał w niebo, nie
robiąc nikomu krzywdy. Nie puszczając lufy, Tom trzasnął
straŜnika prawym przedramieniem w szyję i zaraz potem prawym
łokciem w szczękę. Jednocześnie wykręcił strzelbę ostro w lewo.
Głowa Cobbsa odskoczyła, a z ust popłynęła krew. W następnej
chwili jego twarz wykrzywił grymas wściekłości. Nie puścił co
prawda strzelby, Ricci był jednak zbyt blisko, by mógł zrobić z
niej uŜytek. Ten ostatni zaskoczony był uporem i wolą walki
Cobbsa, ale adrenalina i złość stanowiły skuteczną mieszankę
dającą siłę i upór. To nieco komplikowało sprawy, bo naleŜało
skończyć ze straŜnikiem, nim Dex włączy się do walki. Ricci
pchnął niespodziewanie Cobbsa w pierś i zmusił do cofnięcia. Gdy
dzieliło ich pół kroku, wpakował mu prawy łokieć w Ŝołądek, a
kiedy straŜnik zwinął się w kłębek, jęcząc z bólu, wyszarpnął mu
w końcu strzelbę, kucnął i wbił nóŜ w jego śródstopie. Ostrze
przebiło but, ciało i podeszwę i zagłębiło się na sześć cali w
ziemię. Cobbs zawył jak zranione zwierzę. Wycie stało się jeszcze
głośniejsze, gdy spróbował podnieść stopę i zrozumiał, Ŝe nie
zdoła tego dokonać. Oczy wyszły mu na wierzch, a twarz
spurpurowiała, kiedy spojrzał w dół i zobaczył krew płynącą z
buta wokół trzonka noŜa. Histeryczny wrzask sięgnął zenitu i
załamał się w płacz.Zobacz, co mi zrobiłeś! - zaskomlał, opadając
na kolano zdrowej nogi. Krew i łzy błyskawicznie stworzyły na
jego twarzy groteskowy makijaŜ, a nagła utrata wyrazistości mowy
świadczyła, Ŝe miał albo złamaną, albo wybitą szczękę.O kurfa...
O Jeszu... Czosz ty, kurfa, szrobił?! Ricci zignorował go. Kątem
oka dostrzegł nagły ruch z lewej. Wyprostował się, robiąc
jednocześnie półobrót, lecz przekonał się, Ŝe nie moŜe być mowy
o ataku - Dex uciekał, roztrącając gwałtownie krzewy. Ruszył za
nim, nie wypuszczając z rąk odebranej Cobbsowi broni. Dex miał
niewielką przewagę, lecz panika powodowała, Ŝe biegł na oślep.
Co chwilę wpadał na gałęzie i krzaki i potykał się o korzenie.
Mimo Ŝe kombinezon krępował mu ruchy, Tom dopadł go po niecałej
minucie.Stój, Dex! Ani kroku dalej! - warknął, przeładowując
broń. Nie Ŝartuję! MęŜczyzna znieruchomiał pod rozłoŜystymi
gałęziami świerka. Dyszał tak ze zmęczenia, jak i ze
strachu.Odwróć się! - polecił Ricci. - Powoli! Pomocnik wykonał
polecenie.
Tom podszedł do niego, trzymając palec na spuście uniesionej
lekko strzelby. Dex stał przygarbiony, z włosami zlepionymi potem
i przyklejonymi do policzków i karku. Przez moment spoglądał na
Ricciego, lecz po chwili wbił wzrok w ziemię. Tom wsunął mu lufę
pod brodę i zmusił do uniesienia głowy.Spójrz na mnie! - zaŜądał,
unosząc ją jeszcze wyŜej. - Po patrz mi w oczy! Dex zrobił, co
mu kazano.
Po pierwsze, jesteś chciwym wszarzem - poinformował go. Dex
milczał, ale zaczęły mu drŜeć usta, a spod czapki popłynęły
Strona 97
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
struŜki potu. Po drugie, próbowałeś mnie zabić.
Tym razem Dexter próbował coś powiedzieć, lecz Ricci uciszył go
dźgnięciem lufy.Mogę ci przerobić łeb na sałatkę mięsną, więc
lepiej po zwól mi gadać - ostrzegł. Tamten zamknął usta.
Jakiś czas stali w milczeniu, a zmieniały się jedynie cienie
rzucane na ich twarze przez poruszane wiatrem liście i
gałązki.Zawsze dzieliliśmy zysk po połowie, a ja nie miałem nic
przeciwko temu, Ŝe ryzykuję, jak długo pilnowałeś mojego tyłka
i robiłeś, co do ciebie naleŜy - odezwał się wreszcie Ricci. Ale
ty dogadałeś się z Cobbsem i wystawiłeś mnie jemu i Phippsowi.
A potem pomajstrowałeś przy ciśnieniomierzu, Ŝebym się nie
zorientował, Ŝe mam pustą butlę. I opróŜniłeś rezerwową. Zamiast
przyjść i powiedzieć, Ŝe Cobbs ci się naprzykrza, na co byśmy coś
poradzili i ustawili gnojka, skumałeś się z nim i próbowałeś mnie
zabić. - Zamilkł i tym razem ciszę przerywało tylko dobiegające
z oddali płaczliwe skomlenie Cobbsa. - Jestem ci coś winien, Dex.
ZasłuŜyłeś na odstrzał i moŜesz mi wierzyć, Ŝe mam na to wielką
ochotę. Dex stęŜał. Oddychał szybko i płytko, a na policzkach
wykwitły mu czerwone plamki. Ricci przyglądał mu się przez kilka
sekund, po czym potrząsnął głową i opuścił broń.Uspokój się -
powiedział. - Pospieszyliście się. Gdyby nie wasz pośpiech,
zostałbyś jedynym właścicielem najbogatszego w jeŜowce miejsca
w okolicy, które właśnie odkryłem. Dostałem propozycję i
zdecydowałem się ją przyjąć, co oznacza wyprowadzkę. Wystarczyło,
Ŝebyście poczekali do popołudnia, bo wtedy wszyscy dowiedzą się,
Ŝe wystawiam dom na sprzedaŜ. Zapadła kolejna, tym razem dłuŜsza
i cięŜsza cisza. Dex wyglądał na pogodzonego z losem i
przybitego, ale Ricci podejrzewał, Ŝe w pewien sposób jest to
poza - pomocnik nie czuł Ŝalu czy wstydu z powodu tego, co
zrobił, i jedynie w części zdawał sobie sprawę ze swej winy.
UwaŜał się za ofiarę, co go rozgrzeszało i usprawiedliwiało jego
postępowanie. Wstydził się głównie tego, Ŝe dał się złapać.Cobbsa
teŜ nie zabiję - poinformował go z niesmakiem Ricci. - Biorę
skiff i radzę wam odczekać z piętnaście minut, nim odpłyniecie
jego łodzią. Zawieź go do szpitala, ale pamiętaj: o mnie ani
słowa. Albo, daję ci słowo, wrócę i zapłacisz za wszystko. Cisza.
Ricci poczuł, Ŝe ogarnia go obrzydzenie i Ŝe lada chwila straci
panowanie nad sobą. - Wskazał lufą skałę za swoimi plecami i
warknął:Zejdź mi z oczu! Dex zawahał się sekundę, jakby chciał
coś powiedzieć, tylko nie bardzo wiedział co lub bał się ataku
furii Ricciego. W końcu po prostu skinął głową, obszedł go i
ruszył między drzewa.Jeszcze jedno, Dex! MęŜczyzna zatrzymał się
i obejrzał przez ramię.
Nie martw się - rzucił Ricci. - Jestem pewien, Ŝe wyrzuty
sumienia cię nie zabiją.
17
RÓśNE MIEJSCA
22 KWIETNIA 2001
Harlan DeVane i Kuhl siedzieli naprzeciwko siebie przy trzcinowym
stoliku na werandzie domu Amerykanina. Gospodarz kładł pasjansa,
obserwując czerwone słońce zachodzące nad boliwijską puszczą
tropikalną. - Co o nim sądzisz? - spytał, nie podnosząc oczu znad
kart. - Urządzenie powinno spełnić nasze oczekiwania. Jesteśmy
prawie gotowi do ostatecznej rozgrywki - odparł Kuhl. DeVane
odwrócił kartę i obejrzał ją uwaŜnie. Był to walet karo. PołoŜył
go na królową trefl. - Próba, zdaje się, wywarła na tobie
nadzwyczajne wraŜenie - zauwaŜył. - Owszem - przyznał Kuhl. -
Zniszczenia składu przeszły wszelkie oczekiwania. DeVane uniósł
wzrok znad stolika.
Fascynuje mnie nacisk, jaki kładziesz na masakrę będącą
rezultatem tej próby, Siegfriedzie. Wiesz, co mnie najbardziej
zainteresowało, kiedy słuchałem twojej relacji? Kuhl przyglądał
mu się bez ruchu. Nie odpowiedział. Po jego minie nie sposób było
się zorientować, czy zastanawia się nad odpowiedzią, i DeVane
byłby zaskoczony, gdyby jakąkolwiek usłyszał. Naprawdę skuteczny
drapieŜnik nie odkrywa nigdy tego, co myśli, ani teŜ tego, czy
w danej chwili w ogóle myśli. Czy ktoś potrafi poznać umysł
Strona 98
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
rekina albo pytona?Światło sygnalizacyjne przy torach - odparł
DeVane. Widziałeś, jak się zapala kilka sekund po katastrofie,
a to ozna cza, Ŝe nie zostało w ogóle uszkodzone. Gdy ustały
zakłócania pola elektromagnetycznego, zaczęło właściwie
funkcjonować. A to z kolei znaczy, Ŝe nie tylko nikt nie będzie
mógł odkryć powodów, dla których przestało działać, ale w ogóle
nikt nie będzie podejrzewał uszkodzenia, bo nie ma Ŝadnych jego
śladów. Czyli nie moŜna ustalić powodów wykolejenia się pociągu,
a co za tym idzie, powiązać katastrofy z nami. UwaŜam, Ŝe to
niezwykle waŜne z punktu widzenia naszego głównego celu. Oczy
Kuhla były niczym okna otwarte na lodowiec.Gdybym nie uznał, Ŝe
to waŜne, nie umieściłbym tego w raporcie - powiedział spokojnie.
- I dlatego pogratulowałem ci dokładności. - DeVane ponownie
przyjrzał się kartom na stole i przełoŜył piątkę kier na szóstkę
trefl. - Naturalnie, choć nie musisz wyjaśniać, dlaczego wybrałeś
taki cel, przyznaję, Ŝe mnie to zaintrygowało. Tak? DeVane skinął
głową.
Zastanawiam się, dlaczego ekspres, a nie pociąg towarowy.
Dlaczego w przepaść wpadło kilkuset ludzi zamiast kilkuset krów
czy iluś tam pni, skoro ani trupy, ani ich liczba nie były
istotne dla wyników próby? - Odkrył kolejne trzy karty i dodał:
- I nagle znalazłem odpowiedź. Jak to mówią, olśniło mnie. Kuhl
milczał.
Amerykanin spojrzał na niego.
- Znasz obrazy Breughla lub Hieronymusa Boscha?
Najemnik potrząsnął głową.
- Nie interesuję się sztuką.
MoŜe nie, ale istnieje szansa, Ŝe akurat ich prace będą
stanowiły wyjątek, jeśli je zobaczysz. Sąd Ostateczny, Triumf
Śmierci albo śebracy... to dzieła pełne doskonałego diabelstwa,
Ŝe przekształcę słowa poety, który szczególnie podziwiał
Breughla. - DeVane uśmiechnął się. - O obu niewiele wiadomo, a
większość ich obrazów nie jest datowana. Wiemy, Ŝe Ŝyli w
odstępie mniej więcej stu lat. MoŜna jedynie spekulować, kto
zamawiał ich obrazy, co chciał na nich zobaczyć albo czy malowali
raczej dla siebie niŜ dla swych opiekunów, ale ich style i wielka
wyobraźnia są wyjątkowe i w owych czasach musiały trącić herezją.
Kiedy widzi się obraz Boscha nie trzeba podpisu, by rozpoznać
autora. Sama praca jest jego podpisem. Kuhl spojrzał mu prosto
w oczy.
- WciąŜ nie rozumiem.
DeVane uśmiechnął się lekko.
- Sądzę, Ŝe jednak rozumiesz, i to pomimo mojej okazjonalnej
skłonności do zbyt kwiecistych opisów. Jeśli okazałem ci brak
szacunku, przepraszam, bo nie miałem takiego zamiaru. Wręcz
przeciwnie. UwaŜam cię za mistrza, niewidzialnego artystę,
którego dzieło uwaŜny koneser zawsze rozpozna. I sprawia mi
przyjemność dawanie ci twórczych moŜliwości. Gospodarz przewrócił
kilka kart, a Kuhl obserwował go, nie okazując ani znudzenia, ani
zainteresowania. - Muszę ci powiedzieć, Siegfriedzie, Ŝe martwi
mnie nie to, czy nam się uda czy nie, ale czy nasz sukces nie
rozczaruje naszych klientów - podjął DeVane. - W porównaniu z
tym, co zamierzamy umieścić na orbicie, urządzenie, które
przetestowałeś, jest niczym armata przy zdalnie sterowanej
rakiecie. Kuhl minimalnie wzruszył ramionami.
Havoc ma do wykonania znacznie trudniejsze zadanie i to, Ŝe jeden
jego model zdał egzamin, nie gwarantuje, Ŝe tak samo będzie z
drugim. Albańczycy zapłacili nam z góry, kartele równieŜ, a od
początku było uzgodnione, Ŝe zatrzymujemy pieniądze niezaleŜnie
od wyników - rzekł najemnik.
- Tyle Ŝe ja wolę patrzeć na to z szerszej perspektywy i mieć
zadowolonych klientów, bo to pomaga w kolejnych negocjacjach. -
DeVane umilkł na chwilę. - Mam równieŜ ochotę zobaczyć, jak
cierpią reputacja i wpływy Rogera Gordiana. Wzrastająca obecność
UpLink w tak wielu krajach, przez które biegną nasze linie
przerzutowe, coraz bardziej nam zagraŜa. Ekonomiczna i polityczna
stabilizacja, jaką wywołują jego operacje, źle wpływa na nasze
interesy, a to, co jest przeszkodą w interesach, powinno zostać
Strona 99
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
wyeliminowane. Jeśli wykonamy, co obiecaliśmy, straci zaufanie
na całym świecie, jeśli nie, będziemy się wstydzić. A obie strony
mogą ponieść naprawdę powaŜne straty. Kuhl skinął głową.
- Skuteczności nowej broni moŜna dowieść tylko wtedy, gdy się
jej uŜyje, ale znamy problemy techniczne, jakie prześladowały
prototypy - powiedział rzeczowo. - Przede wszystkim brak
odpowiedniego, wielokrotnego źródła energii i wraŜliwość na
własne promieniowanie. Te problemy zostały juŜ jednak rozwiązane.
Słońce jest niewyczerpanym źródłem energii, a z orbity celowanie
będzie precyzyjniejsze. Nowy stop metalu opracowany przez zespół
Ilkanowicza okazał się skuteczną osłoną i urządzenie przestało
być podatne na własne szerokopasmowe emisje mikrofal, nawet przy
wielokrotnym uŜyciu. Dostarczona przez Ilkanowicza dokumentacja
dotycząca rosyjskich prób została potwierdzona przez nasz
test.Chodzi ci o "wypadek" pociągu? - I o katastrofę 747 w Los
Angeles kilka miesięcy temu. Amerykanie odkryli, Ŝe eksplozję,
do której doszło zaraz po starcie, spowodowało iskrzenie w
przewodach biegnących przez główny zbiornik paliwa. Rzeczywiście
tak było, ale w oficjalnych raportach nie wskazano przyczyny
iskrzenia. Jeden z urzędników FBI, który publicznie snuł
przypuszczenia, Ŝe powodem mógł być impuls mikrofalowy, nagle
odszedł na wcześniejszą emeryturę, a FBI zatuszowało sprawę. -
Kuhl umilkł. Jestem przekonany, Ŝe twierdzenie Ilkanowicza, iŜ
to ich zasługa, jest prawdziwe. I Ŝe Hauoc jest znacznie
skuteczniejszy od tamtego urządzenia naziemnego, które wywołało
iskrzenie. Wyobraź sobie zniszczenie nie pojedynczego samolotu,
ale większej ich liczby, jeśli za cel obierze się system kontroli
lotów duŜego lotniska. Wyobraź sobie chaos, który zapanuje po
zakłóceniu cywilnych systemów elektronicznych i łączności w tak
duŜych miastach jak Londyn czy Nowy Jork. Cały świat moŜe stać
się naszym zakładnikiem, jeśli broń zadziała po umieszczeniu jej
na orbicie. DeVane przyglądał mu się bez słowa. Czego
dowiedziałeś się o przeforsowanym przez Gordiana wzmocnieniu
ochrony kosmodromu? - niespodziewanie zmienił temat.
Stało się to, co przewidzieliśmy. Moje źródła potwierdziły,
Ŝe zdołał przekonać urzędników Bajkonuru do wprowadzenia na terem
kosmodromu swoich sił bezpieczeństwa. Większość
ludzi i sprzętu pochodzi z bazy UpLink w Kaliningradzie, choć z
innych takŜe. Wszystkie środki ochrony mają powstrzymać kaŜdego,
kto chciałby przeszkodzić w starcie promu.
- A więc istotnie dał się oszukać. Nie znając naszego prawdziwego
celu, uwaŜa, Ŝe chcemy zniszczyć lub choćby opóźnić program
budowy stacji kosmicznej. Miło patrzeć, jak ktoś marnuje siły i
środki.
- W rzeczy samej.
DeVane przyjrzał mu się ponownie i skinął głową.
- Dobrze - ocenił. - Masz w Kazachstanie wystarczające
siły, by skutecznie zaatakować?
- Mam, jeśli wliczyć tych, którzy jutro w nocy wyruszą
z bazy w Pantanal.
Havoc pojedzie z nimi?
Tak.
Wobec tego w ciągu najbliŜszych kilku dni wszystko się
rozstrzygnie. Tak.
DeVane wyłoŜył na stół trzy ostatnie karty i uśmiechnął się z
satysfakcją, ukazując drobne białe zęby.Asy, Siegfriedzie -
powiedział radośnie. - Asy są najwaŜniejsze.
Słońce zachodzące nad Boliwią, nad Kazachstanem świeciło jasno,
jako Ŝe nie dotarło jeszcze do zenitu. Wyraźnie teŜ widać było
helikoptery i samoloty transportowe ze znakami UpLink, które
lądowały na lotnisku wojskowym w Lenińsku, około dwudziestu mil
na południe od kosmodromu Bajkonur. Jurij Pietrow osłaniał dłonią
oczy przed blaskiem słońca odbitego od pustyni. Akurat obserwował
podchodzącego do lądowania pękatego transportowego lockheeda i
krzywił się, aŜ przykro było patrzeć. Powinien czuć wdzięczność
za pomoc, jaką właśnie otrzymywali od UpLink, a zamiast tego
czuł... właśnie, co? Wściekłość była luksusem, na który nie było
Strona 100
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
go juŜ stać, bo upokorzenia znosił zbyt długo. Ale jakŜe mogło
być inaczej? Był dyrektorem Rosyjskiej Agencji Kosmicznej, a ta
istniała tylko dzięki amerykańskim dotacjom i poŜyczkom. Bajkonur
zaś, miejsce chwały i startów wszystkich sowieckich załogowych
lotów kosmicznych, a takŜe Lenińsk, załoŜony jako garnizon i
punkt zaopatrzeniowy, od 1994 roku były dzierŜawione od
suwerennego Kazachstanu, który powinien pozostać częścią Rosji,
tak jak był częścią Związku Radzieckiego. Kosztowało to rocznie
ponad sto milionów dolarów, w większości pochodzących z pomocy
zza oceanu. A teraz Wojenno Kosmiczeskije Siły, stanowiące
garnizon i ochronę kompleksu, podporządkowano prywatnej armii
ochroniarskiej tego Amerykanina. Do tego w zasadzie sprowadzał
się rozkaz prezydenta Starinowa, choć mowa w nim była o
"wzajemnej pomocy". Starinow zresztą zachowywał się ostatnio nie
jak dłuŜnik, lecz jak uczeń Gordiana. Odkąd pracownicy UpLink
uratowali go w zeszłym roku od śmierci, bezwstydnie i świadomie
popierał interesy Amerykanów oraz NATO. Pietrow skrzywił się
jeszcze bardziej. Po co zadawać sobie trud i podnosić rosyjską
flagę nad kosmodromem czy umieszczać rosyjskie emblematy na
promach i kombinezonach kosmonautów? Prościej byłoby potwierdzić
to, co i tak wszyscy juŜ wiedzieli, i nakleić amerykańską flagę,
a jeszcze lepiej dolara. I to na czołach wszystkich pracowników
agencji, która niegdyś przodowała w badaniach kosmosu, wysłała
pierwszego satelitę na orbitę okołoziemską czy pierwsze
bezzałogowe próbniki na powierzchnię KsięŜyca i Wenus, nie
wspominając juŜ o pierwszym człowieku w kosmosie. Pietrow,
obserwując lockheeda kołującego do miejsca wyładunku, gdzie
czekały juŜ taśmociągi i obsługa naziemna, podświadomie słuchał
silników innych maszyn oczekujących na zezwolenie podejścia do
lądowania. Wszystkie naleŜały do UpLink i wypełnione były bronią,
amunicją oraz pojazdami opancerzonymi, a takŜe, ma się rozumieć,
ludźmi. Przylatywały od czterdziestu ośmiu godzin i miały
przylatywać niemal do przewidzianego za kilka dni momentu startu.
Zastanawiał się, jaka byłaby reakcja Amerykanów, gdyby ich rząd
zaprosił do samego serca Stanów Zjednoczonych rosyjskie siły
paramilitarne posiadające olbrzymie moŜliwości zwiadowcze i duŜą
siłę ognia. I gdyby zniósł dla nich ograniczenia w uŜyciu broni,
a takŜe pozwolił przejąć im kontrolę zabezpieczenia militarnej
operacji od regularnych jednostek wojskowych. Mógł się załoŜyć,
Ŝe odebrano by to jako naruszenie bezpieczeństwa narodowego,
jeśli juŜ nie jako zagroŜenie suwerenności państwa, i
podejrzewał, Ŝe nie tolerowano by tego. Opuścił oczy i wsadził
ręce do kieszeni spodni. Nie mogło być lepszego dowodu globalnej
hegemonii Ameryki niŜ samoloty krąŜące właśnie nad lotniskiem.
Nie bardzo potrafił znaleźć właściwe słowo, by opisać to, jak się
czuł. W końcu skinął głową. Wykastrowany. To było to. Pasowało
wręcz idealnie.
Na szczęście jego Ŝona juŜ kilka lat temu straciła
zainteresowanie seksem... Pochylił głowę i zgarbiony powędrował
do niewielkiego budynku terminalu, gdzie musiał uprzejmie powitać
nową grupę pracowników UpLink. Powitać, bo choć na pewno nie byli
mile widziani, mogli się okazać potrzebni.
- ...i naprawdę nie rozumiem, dlaczego ciągle przychodzisz z
wizytą. Nie ma cię, jak człowiek umiera, a to nie to samo, co
spóźnić się na pociąg, do dentysty czy na wyprzedaŜ w WalMarcie.
Są spóźnienia i spóźnienia, więc jeśli uwaŜasz, Ŝe ci to ciąŜy,
spróbuj sobie wyobrazić, jak ja się czuję. Annie jest znowu w
pokoju szpitalnym numer 377. Siedzi przy łóŜku męŜczyzny w
marchewkowym kombinezonie astronauty, męŜczyzny o niewyraźnej
twarzy, który jest i nie jest jej męŜem. Za oknem rządzi się noc,
a mrok pokoju rozświetla jedynie poświata aparatury umieszczonej
po drugiej stronie łóŜka. Przyzwyczaiła się juŜ, Ŝe co spojrzenie
ulega ona metamorfozie w konsolę kontrolną promu kosmicznego albo
tablicę przyrządów F-16. Potrząsa głową. Nie wiedziałam.
Powiedzieli mi, Ŝe jeszcze jest czas...
A ty musiałaś przeprowadzić trening - kończy za nią i rechocze,
wydając odgłos przypominający tratowanie suchych gałęzi i
Strona 101
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
rozbitego szkła. - Jaki miły zbieg okoliczności. - To nieuczciwe!
- protestuje oburzona. - Miałam przyjść rankiem, wiesz, Ŝe
miałam. A potem oni zadzwonili... i powiedzieli...Pewnie, wiem.
Przerabialiśmy to juŜ kilka razy. Nagły atak serca, dym w kabinie
i sprawa się rypła. - Tym razem zgrzytliwy śmiech kończy się
atakiem kaszlu. - Pewnie, moŜna by wszystko ułatwić mojej Annie,
podać jak syropek do łóŜeczka, Ŝeby to łatwiej przełknęła. Ale
prawdę mówiąc, z mojego miejsca lepiej widzi się róŜnicę między
spóźnieniami, a ty spóźniłaś się na randkę... Annie kręci głową.
- Nie mów tak...
- Jak nie moŜesz tego, lala, słuchać, to naciągaj czapkę na uszy
i zmiataj do Erlsberg Castle. Będzie lepsza balanga niŜ te
podskoki - warknął, źle naśladując szkocki akcent i wymowę i
jednocześnie unosząc popaloną dłoń, z której skóra zwisa niczym
źle przyklejone pasy materii. - Albo moŜesz się katapultować.
Dźwignię masz przed sobą. I rzeczywiście, mają przed sobą. Choć
pamięta, Ŝe siadła na zwyczajnym drewnianym krześle, nagle
okazuje się, Ŝe się myli. Siedzi w fotelu katapultującym ACES II
firmy McDonnell Douglas stanowiącym standardowe wyposaŜenie
myśliwców F-16. Takie właśnie urządzenie uratowało ją nad Bośnią.
Odkrycie to przyjmuje z takim samym spokojem jak ciągłe
transformacje urządzeń przy łóŜku czy rysów twarzy leŜącego,
które uniemoŜliwiają jego rozpoznanie. Siedzi w fotelu lotniczym
z katapultą. Dobrze - siedzi. Przypięta pasami, z pojemnikiem w
zagłówku zawierającym spadochron, magnetofonem i awaryjną butlą
tlenową przymocowanymi do lewej strony fotela... I z Ŝółtą
dźwignią katapulty przed sobą. - Zrób to! Katapultuj się! - W
głosie leŜącego słychać wyzwanie. - Oboje wiemy, jak to działa:
katapulta odpali po trzech dziesiątych sekundy, a ładunek
rakietowy jedną dziesiątą później. Po pięciu sekundach zostaniesz
oddzielona od fotela i opadniesz wolno i miękko na spadochronie.
- Nie! - Sama jest zaskoczona swoim uporem. - Nie zrobię tego! -
Łatwo ci mówić teraz, ale poczekaj trochę. W kabinie jest dym!
Wszędzie pełno dymu! Znowu nie zaskakuje jej, Ŝe ma rację.
Przyzwyczaiła się juŜ do tych niespodziewanych ogłoszeń, zupełnie
jak u prowadzących tygodniową listę przebojów na MTV czy VH-1.
Wiedział, co się wydarzy, i jeśli mówił, Ŝe jest dym, to moŜna
go było wyczuć. Wystarczyło sekundę poczekać. Najpierw pojawia
się biały bezwonny opar wypływający spod fotela jak w efekcie
specjalnym przy uŜyciu suchego lodu. Ale gwałtownie ciemnieje,
staje się szarą chmurą wypełniającą usta i nos i groŜącą
uduszeniem. A przynajmniej ostrym kaszlem wywołanym przez
smrodliwy zapach. - Dalej, na co czekasz, Annie? - pyta
ironicznie, podnosząc się na łokciu i machając jej przed nosem
opalonym palcem. Pociągnij dźwignię i juŜ cię tu nie będzie! -
Nie! - oznajmia jeszcze ostrzej niŜ przed chwilą. - Nie zrobię
tego, słyszysz? Nie zrobię! - Przestań pieprzyć i łap za...
Nie! - krzyczy i szarpie się, ale uprząŜ nie puszcza.
Wyciąga obie ręce, ale nie ku dźwigni. Ujmuje delikatnie jego
spaloną dłoń.
Jesteśmy w tym razem i to się nigdy nie zmieni - mówi
łagodnie. - Nie dla mnie. Dym jest juŜ czarny i nie moŜe dostrzec
łóŜka - widoczność kończy się o cale od jej nosa, ale wciąŜ czuje
jego ciepłą dłoń w swoich dłoniach. A potem z zaskoczeniem, co
samo w sobie jest zaskakujące, pojmuje, Ŝe on nie usiłuje jej
zabrać. - Wszystko jest na taśmie, Annie. - Głos naleŜy do Marka,
ale nie ma w nim złości czy ironii, które dotąd zawsze go
przepełniały. - Mark...
- Na taśmie - powtarza łagodnie.
Tak jak zawsze mówił, zanim dopadł go rak. Tak jak wówczas, gdy
zaczęła go kochać, co - jak się zdawało - stało się wieki temu.
Wiesz juŜ wszystko, czego potrzebujesz - mówi jakby z oddali.
Wtedy właśnie pojmuje, Ŝe tak właśnie się dzieje - Mark oddala
się od niej. Jego dłoń powoli wyślizguje się z jej uścisku.
Powoli, lecz nieuchronnie, a ona - bez względu na wysiłki - nie
moŜe jej zatrzymać. Jego zatrzymać.Mark, Mark... - Zgina ją atak
kaszlu wywołany dymem wypełniającym płuca.
Chce za wszelką cenę zobaczyć go i zatrzymać...
Strona 102
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Mark, ja...
Annie obudziła się z wyciągniętą ręką, chwytając palcami
powietrze. LeŜała w pogrąŜonej w mroku sypialni, zlana potem,
drŜąca i bez tchu, z sercem łomoczącym dziko w piersiach i śladem
krzyku na ustach. To był sen. Znowu sen.
Sięgnęła po szklankę, którą przed snem postawiła na nocnym
stoliku, i wypiła duszkiem przynajmniej połowę wody. Odgarnęła
włosy z czoła i westchnęła cięŜko. Dobrze, Ŝe nie pobudziła
dzieci hałasem, jakiego musiała narobić. Przez kilka minut
siedziała, zbierając się w sobie i czekając, aŜ oddech i puls
wrócą do normy. Dopiero wtedy odstawiła na wpół opróŜnioną
szklankę i wcisnęła klawisz oświetlający tarczę budzika. Była
trzecia w nocy. Zasnęła niespełna dwie godziny temu, znuŜona
przeglądaniem zapisu rozmów prowadzonych między Orionem a
centrum. Koncentrowała się na ostatnich meldunkach z pokładu
promu i to właśnie musiało wywołać koszmar, podobnie jak artykuł
o katastrofie wywołał poprzedni. Łącznie w ciągu tygodnia miała
ich... zaraz... cztery! - Cholera! - mruknęła głośno. - Lepiej
znajdź sposób, by oczyścić głowę przed snem, albo spalisz się
szybciej, niŜ sądzisz, moja droga Annie. Posłuchaj trochę muzyki,
obejrzyj powtórkę jakiegoś serialu... zrób cokolwiek, tylko nie
bierz ze sobą pracy do łóŜka... Otworzyła szeroko oczy i
wyprostowała się tak nagle, Ŝe zagłówek łóŜka uderzył głucho o
ścianę. Jej serce znów biło jak oszalałe. Słowa Marka ze snu...
Jego ostatnie słowa... Pamiętała je tak dokładnie, jakby
rzeczywiście to on je wypowiedział. Jakby poustawiał je właśnie,
stojąc tuŜ obok. "Wszystko jest na taśmie, Annie. Na taśmie.
Wiesz juŜ wszystko, czego potrzebujesz". Włączyła nocną lampkę
i złapała zszyty wydruk, nieświadoma, Ŝe prawie udało jej się
przy okazji przewrócić szklankę z wodą. "Wiesz juŜ wszystko,
czego potrzebujesz". - O mój BoŜe! jęknęła, kładąc wydruk na
kolanach i otwierając go gwałtownymi, spazmatycznymi ruchami. -
O mój BoŜe!
18
FLORYDA
23 KWIETNIA2001
Bez względu na ilość pracy Annie regularnie odwoziła co rano
dzieci do szkoły, nie chcąc wysyłać ich z opiekunką, i nie miała
zamiaru zmieniać tego zwyczaju podczas pobytu na Florydzie. Kiedy
zadzwonił telefon, pomagała im pakować ksiąŜki. Przepełniały ją
energia i niecierpliwość - na długo przed świtem wyskoczyła z
łóŜka, wzięła prysznic i ubrała się. Gestem kazała im dokończyć
pakowanie i chwyciła słuchawkę. - Cześć, tu Annie. - Dzień dobry
- odezwał się męski głos. - Mówi Pete Nimec z... - UpLink
International - dokończyła, spoglądając na zegar ścienny. Było
wpół do ósmej. Jak widać, nie brakowało mu tupetu. - Pan Gordian
zadzwonił wczoraj i uprzedził mnie o pańskim przyjeździe.
Doceniam chęć niesienia pomocy, ale nie spodziewałam się, Ŝe
skontaktuje się pan ze mną tak szybko. Przepraszam, wiem, Ŝe jest
wcześnie. Miałem jednak nadzieję, Ŝe zjemy razem śniadanie.To
niewykonalne. Złapał mnie pan w drzwiach, a muszę być na
przylądku... Zatem spotkajmy się tam. Przywiozę kawę i
rogaliki.
Potrząsnęła głową.
Panie Nimec...
Pete.
Pete, mam przed południem milion spraw, choćby muszę złapać
jednego z naszych bardziej ekscentrycznych ochotników, więc
naprawdę nie będę miała czasu...Mogę chodzić za tobą, jeśli nie
masz nic przeciwko. Zapoznam się z okolicą i nie będę się później
gubił. Spojrzała na taras i zastanowiła się nad propozycją. Jasne
poranne słońce odbijało się od błękitnych wód Atlantyku, po
których płynęła wzdłuŜ brzegu mała Ŝaglówka. Dorset obiecał jej
mieszkanie z widokiem i dotrzymał słowa. Annie Ŝałowała tylko,
Ŝe nie potrafiła się tym cieszyć, nie wspominając juŜ o
obserwowaniu delfinów i manatów, których ponoć miało być pełno
w okolicy.Naprawdę nie sądzę, by to było rozsądne - odparła w
Strona 103
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
końcu. - Nie zdajesz sobie sprawy, jaki tłok i ruch panuje w
montowni. Kręcą się tam dziesiątki ludzi, którzy sortują
szczątki, prowadzą badania i robią Bóg jeden wie co jeszcze. To
czysty chaos.Obiecuję, Ŝe nie będę nikomu wchodził w drogę.
Posłuchaj, nie ma sensu owijać w bawełnę. Część moich
zajęć jest nader delikatnej natury. Wiem, Ŝe jesteśmy po tej
samej stronie, i nie chcę czegokolwiek przed tobą ukrywać, ale
najpierw muszę sprawdzić pewne przeczucie, co wymaga wysoce
technicznych detali, i...
- I dlatego moŜesz być pewna, Ŝe nie będę ci się narzucał, nie
mając pojęcia, o co chodzi, i nie rozumiejąc, na co właśnie
patrzę - podchwycił Nimec. - Wolałabym jednak, Ŝebyśmy przełoŜyli
to spotkanie na później. MoŜe umówimy się na lunch...
- Mamo, a Chris mówi, Ŝe mam twarz małpy! - krzyknęła
z salonu Linda.
- A bo ona rozwiązała mi sznurowadła! - zareagował na
tychmiast Chris.
Annie zakryła dłonią mikrofon.
- Wystarczy! - oznajmiła. - Rozmawiam przez telefon. KsiąŜki
spakowane? - Aha - odpowiedzieli chórem.
- To marsz do kuchni i poczekajcie, aŜ Regina da wam pieniądze
na śniadanie. - Chris znowu mówi, Ŝe mam twarz...
- Dość!
Halo? - odezwał się Nimec. - Jesteś tam jeszcze?
Annie zdjęła dłoń z mikrofonu.
- Przepraszam, ale właśnie wyprawiam dzieciaki do szkoły. -
Rozumiem. Sam mam dziewięciolatka. - Moje współczucie.
Mieszka z matką.
- Więc to jej współczuję. Na czym to stanęliśmy?
- Miałaś mnie zaprosić do centrum w zamian za lunch w późniejszej
porze. Westchnęła z rezygnacją - w końcu przysłał go Roger
Gordian, cóŜ zatem szkodziło zabrać go ze sobą? - To nie całkiem
tak, ale niech będzie - poddała się. - MoŜe my się spotkać w
oficjalnym rejonie przyjęć za godzinę. Ale pod jednym warunkiem.
- Strzelaj.
- To mój cyrk i moje małpy, więc bez mojej zgody nic nie moŜe
przedostać się do prasy. Przyjmujesz? To uczciwy układ.
Ponownie spojrzała na zegar.
- Mamusiu, Chris powiedział, Ŝe śmierdzę jak małpa! -
krzyknęła Linda z kuchni.
W takim razie punkt ósma - powiedziała i odłoŜyła słuchawkę.
Ekscentrycznym ochotnikiem, o którym mówiła Annie, był
dwudziestopięcioletni naukowiec i badacz Jeremy Morgenfeld.
Zdołała go złapać, dzwoniąc z telefonu komórkowego, gdy odstawiła
juŜ dzieci do szkoły, i to złapać w ostatnim momencie, bo jak
wyjaśnił, miał właśnie wsiąść na katamaran i przez resztę dnia
nie odbierać telefonów. Jeśli wziąć pod uwagę to, Ŝe Jeremy
pracował tylko cztery godziny dziennie, zaczynając nie wcześniej
niŜ w południe, i to wyłącznie od poniedziałku do czwartku, miała
duŜo szczęścia. Morgenfeld był Ŝywym dowodem na istnienie
cudownych dzieci. Na miesiąc przed swymi szesnastymi urodzinami
ukończył inŜynierię lotniczą w Massachusetts Institute of
Technology, a potem jeszcze cztery inne wydziały o zbliŜonych
specjalnościach oraz zrobił trzy doktoraty z nauk ścisłych i
przyrodniczych. W wieku dwudziestu jeden lat załoŜył fundację
Spectrum, niezaleŜną grupę badawczą finansowaną niemal w całości
ze sprzedaŜy własnych patentów. Reszta funduszy pochodziła z
dotacji MIT, który dał pieniądze w zamian za moŜliwość
uczestniczenia w kilku projektach, w tym między innymi w czymś,
co Jeremy właśnie próbował opisać Nimecowi i co nazywał
magnetohydrodynamiką... - Teoria plazmowa - wyjaśniła Annie,
widząc minę Nimeca. Musisz wybaczyć Jeremy'emu. Czasami lubi
jeszcze przypominać innym, Ŝe w swoim czasie był obiektem studiów
Mensy. Ludzi z Mensy interesują badania inteligencji
ponadprzeciętnych oraz wyszukiwanie kulturowych, fizjologicznych
i środowiskowych czynników determinujących narodziny osób o
ilorazie inteligencji geniusza.
- Naturalne czy hodowane - podsumował Nimec siedzący
Strona 104
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
między Annie i Jeremym w kolejce zmierzającej do montowni.
Odwieczny spór. Posłuchaj, nie zaleŜy mi na tym, Ŝeby robić z
ludzi durniów albo Ŝeby ktoś czuł się w mojej obecności jak głąb.
- Jeremy najwyraźniej usiłował być wspaniałomyślny. - Ale
powracając do magnetohydrodynamiki, definicja Annie jest
stanowczo zbyt szeroka. To mniej więcej tak, jak w tym
przykładzie: kaŜda mysz to ssak, ale nie kaŜdy ssak to mysz.
Rozumiesz? Teoria plazmowa obejmuje wszystko od stworzenia
wszechświata do dziwnych wzrostów energii elektrycznej w
przestrzeni, które nazywam iskrami Kirby'ego, od rysownika
komiksów Jacka Kirby"ego. Facet za pomocą ołówka, papieru i
wyobraźni bije te wszystkie warte miliony efekty specjalne w
filmach. I to by było na tyle, jeśli chodzi o zagadnienie
geniuszu. Magnetohydrodynamika natomiast zajmuje się zachowaniem
plazmy w polu magnetycznym i moŜe przynieść naprawdę waŜne
zastosowanie praktyczne. Od fuzji jądrowej poczynając. Byłby to
najczystszy znany nam sposób pozyskiwania energii, gdybyśmy tylko
wiedzieli, jak zbudować odpowiednio duŜe reaktory, które mogłyby
produkować ją na skalę masową, nie zmieniając przy tym siebie i
okolicy w stopione szkliwo. - Lepiej przestań, bo zaczynam się
bać - wtrącił Nimec. - A to dlaczego?
- Nie mogę o tym rozmawiać - odparł Nimec z kamienną
twarzą. - Uraz z dzieciństwa.
Jeremy uniósł brwi.
Zadowolony z efektu, Pete odetchnął, usiadł wygodniej i przyjrzał
mu się okiem starego policjanta. Jeremy miał proste, dość krótko
przycięte brązowe włosy, okulary w złotej drucianej oprawie,
niewielki podbródek i bródkę przypominającą odwróconą łezkę.
Ubrany był w nałoŜoną daszkiem do tyłu czapkę druŜyny
baseballowej Boston Red Sox i koszulkę w barwach zespołu oraz
szerokie szorty, białe skarpety i sportowe buty nike. Nimec
wskazał godło klubu na koszulce. Widzę, Ŝe jesteś fanem Red Sox
- zaryzykował, próbując znaleźć jakiś wspólny temat. Jeremy
przytaknął.
Mam domek na wyspie Sanibel, mniej więcej godzinę jazdy od
ich wiosennego obozu treningowego, i co roku obserwuję, jak
ćwiczą. Nimec przyjrzał mu się zaskoczony.
- Sanibel leŜy kilkaset mil na południowy zachód stąd, jeśli się
nie mylę - zauwaŜył. - Powiedziałeś mi, Ŝe chciałeś właśnie
wypłynąć katamaranem, gdy Annie złapała cię przez komórkę...
Jakim cudem dotarłeś tu tak szybko? - To proste - odparł Jeremy.
- Mam mieszkanie w Orlando i tu właśnie siedzę, odkąd Annie
poprosiła mnie o pomoc w dochodzeniu. - Pochylił się i mrugnął
do niej teatralnie. Kiedy dama wzywa, przybywam biegiem. Annie
uśmiechnęła się nieznacznie.
Spotkaliśmy się jakieś trzy lata temu, gdy zjawił się w
Houston na szkoleniu dla specjalistów. Nimec usiłował nie okazać
zaskoczenia.
Byłeś astronautą? - spytał.
Jeremy poprawił okulary; wyglądał na zakłopotanego.
Nie całkiem - wtrąciła się Annie, przybywając mu z odsieczą.
- Nie naleŜący do NASA specjaliści tworzą szczególną kategorię.
Wybierają ich sponsorzy, przewaŜnie koncerny, które uczestniczą
w konkretnym programie. Prowadzą doświadczenia w warunkach
zmniejszonego przyciągania albo umieszczają sprzęt na orbicie.
Rekrutują się głównie z firm chemicznych, farmaceutycznych lub
telekomunikacyjnych, jak twoja albo z instytucji wojskowych czy
edukacyjnych. - I z fundacji Spectrum? - dodał Nimec. Annie
skinęła głową. - Jeremy zajmował się wtedy powstawaniem
kryształów. - Wzorami krystalizacji w róŜnych warunkach
środowiskowych, termodynamicznych i termochemicznych - poprawił
ją Morgenfeld. - Dam ci przykład: wszyscy słyszeli stare
powiedzenie, Ŝe nie ma dwóch takich samych płatków śniegu. W
rzeczywistości jest ono wielkim uproszczeniem, jak to zwykle bywa
z popularnymi przekazami wiedzy. W latach trzydziestych
dwudziestego wieku Ukichira Nakaya, genialny profesor z Hokkaido,
skatalogował podstawowe formy kryształów śniegu oraz określił
temperatury i wilgotności powodujące ich powstawanie. Jego praca
Strona 105
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
stanowiła materiał wyjściowy dla innego japońskiego naukowca,
Shotaro Tobisawy, który przestudiował i opisał krystalizację
rozmaitych substancji chemicznych w warunkach kontrolowanej
implozji. - Jeremy pogładził brodę. - Teraz inny przykład: jeśli
zastosuje się ładunek nuklearny o znanej mocy, moŜna przewidzieć,
w jakiej strefie od epicentrum wystąpią określone typy
mineralnych i atmosferycznych formacji krystalicznych. Są one
niezmienne, co udowodniły wszystkie próby, od Los Alamos
poczynając. Ja natomiast mówię o badaniach mających umoŜliwić
zrozumienie tych fenomenów. Wiedzieć, jaki zespół warunków
spowoduje powstanie określonych kryształów, to jedno, lecz
zrozumieć dlaczego, to zupełnie co innego. Fascynuje mnie to,
poniewaŜ prowadzi do zupełnie nie zbadanego obszaru fizyki. Teraz
nikt o tym nie myśli, ale w przyszłości, gdy dzięki lotom
kosmicznym będziemy musieli zainteresować się terraformingiem czy
adaptacją genetyczną, by Ŝyć w środowisku innych planet, taką
wiedzę będzie moŜna zastosować do... Jer, zboczyliśmy z tematu
- przerwała mu Annie.
Zaskoczony, zmarszczył brwi, by po chwili wzruszyć ramionami.
Powiadają, Ŝe nie nadaję się do pracy zespołowej - rzucił
Morgenfeld. Nimec przyjrzał mu się uwaŜnie.
- Jacy "oni"?
- Dyrektor Narodowego Systemu Transportu Kosmicznego,
obaj jego zastępcy i administrator Biura Lotów Kosmicznych. Kółko
wzajemnej adoracji, które uwaŜa się za półbogów, a nam
śmiertelnikom znane jest jako Władcy Wielkiego Kurnika - wyjaśnił
z urazą Jeremy. - Jedynym przedstawicielem NASA, który miał o
mnie dobre zdanie, była Annie, za co solidnie oberwała. - Czy nie
powiedziałeś, Ŝe tacy specjaliści z zewnątrz są wolni od wpływów
administracji rządowej? - Ale ostatecznie muszą uzyskać
akceptację agencji - wyjaśniła Annie. - Jeremy miewa nieco
nieortodoksyjne zachowania, więc część szefostwa doszła do
wniosku, Ŝe na tym tle moŜe dojść do konfliktu z resztą załogi,
który to konflikt wybuchnie w niewielkim, zamkniętym środowisku,
jakim jest prom kosmiczny.
Annie próbuje ci powiedzieć, tak by mnie przy tym nie obrazić,
Ŝe ich zdaniem jestem przemądrzałym, rozpieszczonym i upierdliwym
dupkiem - podsumował Jeremy. - Wiesz, Ŝe ci specjaliści z
zewnątrz nie muszą być nawet obywatelami tego kraju?! A ja jakoś
nie mogłem polecieć na głupie dziesięć dni, bo albo reszta
wyskoczyłaby w próŜnię, albo mnie by tam wyrzucili z powodu
mojego wrodzonego wdzięku. Przynajmniej według opinii NASA. Annie
uśmiechnęła się z dumą i poklepała go po ramieniu. - Nie byłoby
Ŝadnej tragedii - oceniła. - Jerry poradziłby sobie z lotem, a
załoga poradziłaby sobie z nim. W kaŜdym razie dzięki temu
właśnie się poznaliśmy i od tej pory jesteśmy przyjaciółmi. - JuŜ
mówiłem, jestem tu dla ciebie, maleńka - zabasował Jeremy, udając
macho. Kolejka zatrzymała się po wschodniej stronie montowni.
Annie wysiadła pierwsza i poprowadziła dwóch męŜczyzn ku wejściu
pilnowanemu przez straŜników. Nimec, idąc tuŜ za nią, wyczuł
nagłą zmianę jej nastroju - pod opanowaniem pojawiło się
napięcie, które niemal namacalnie starała się stłumić, i
pośpiech, którego dotąd nie było. Cokolwiek zamierzała zrobić,
widać było, Ŝe jest zdecydowana, i to w stopniu, którego mógł jej
tylko pozazdrościć. Zgodnie z ostrzeŜeniem w olbrzymim budynku
panował chaos, ale był to zorganizowany chaos grupy ludzi, przed
którymi postawiono powaŜne i skomplikowane zadanie i którzy
działali pod silną presją. Znał ten typ zachowania z walk,
badania miejsc przestępstw, a w ostatnich latach z operacji
Rogera Gordiana. Stanowiły część gry, w której uczestniczył przez
całe zawodowe Ŝycie. Uderzył go natomiast całkowity brak hałasu,
który zwykle towarzyszył takim działaniom. Grupa zebrana przez
Annie zachowywała milczenie. Część miała na sobie cywilne
ubrania, część kombinezony NASA, większość zaś dokądś spieszyła,
omijając tych, którzy składali lub w bezruchu studiowali
szczątki. Cisza i liczba szczątków naprawdę robiły wraŜenie -
rozglądając się po olbrzymiej montowni, zrozumiał, Ŝe nie sposób
było w pełni zrozumieć siłę wybuchu, który zniszczył prom, jeśli
Strona 106
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
nie zobaczyło się na własne oczy tego, co po nim zostało. Przez
chwilę przyglądał się tej gorączkowej aktywności, nim dotarło
doń, Ŝe Annie i Jeremy są juŜ daleko w przodzie, pogrąŜeni w
cichej rozmowie. Ruszył za nimi, ale bez pośpiechu. Co prawda,
poznał ją ledwie pół godziny wcześniej, lecz zdąŜył się juŜ
przekonać, Ŝe Annie Caulfield zawsze kieruje się rozsądnymi
powodami. Poza tym obiecał jej, Ŝe nie będzie się plątał pod
nogami. Caulfield i Morgenfeld wspięli się szerokim podjazdem na
jedną z ruchomych platform, na której przy kilku duŜych
fragmentach Oriona zebrało się czterech czy pięciu specjalistów.
Annie porozmawiała z nimi krótko, podkreślając łagodnie, ale
całkowicie naturalnie swój autorytet: uwaŜała na ich komentarze,
tu kogoś pochwaliła, tam poklepała, a wszystko to z ciepłem,
jakie okazała Jeremy'emu w kolejce. Nimec musiał przyznać, Ŝe
jest pod wraŜeniem. Kiedy specjaliści - wyraźnie na jej prośbę -
opuścili platformę, Annie i Jeremy przykucnęli w pozycji typowej
dla archeologów. Przeglądając szczątki i od czasu do czasu
wymieniając uwagi, wskazywali sobie całe fragmenty promu lub
miejsca na nich. Po kilku minutach Nimec doszedł do wniosku, Ŝe
moŜe do nich dołączyć. Gdy dotarł na platformę, Annie powitała
go skinieniem głowy i nie przerywając oględzin jednego z
fragmentów, zaprosiła bliŜej. Obiektem jej zainteresowania był
stopiony i osmalony zespół rur, mocowań oraz zaworów
przytwierdzony do spalonego, powyginanego i popękanego przedmiotu
w kształcie dzwonu. Nimec podejrzewał, Ŝe wie, co to takiego, ale
nie odzywał się, nie chcąc ujść za przemądrzałego czy nachalnego.
W końcu Annie, nie, podnosząc się, spojrzała mu w oczy.Patrzysz
na to, co zostało z dyszy głównego silnika - powiedziała,
potwierdzając jego podejrzenia. - Prom ma ich trzy w części
rufowej, a nie jest Ŝadną tajemnicą, bo wiadomo to z zapisów
rozmów z załogą, Ŝe na sześć sekund przed startem zaczął się
przegrzewać silnik numer trzy. To ten? - Pete wskazał na
przedmiot przypominający dzwon. Przez moment milczała, potem
jednak odpowiedziała cicho: - Silnik numer trzy w zasadzie
przestał istnieć w wyniku eksplozji. Dokładnie rzecz biorąc,
wyparował. Silnik numer dwa, znajdujący się obok niego, został
częściowo zrekonstruowany z nielicznych fragmentów, jakie
zdołaliśmy odnaleźć. To silnik numer jeden. Nie wiem dlaczego,
ale jest relatywnie nie uszkodzony. Silniki ustawione były w
trójkąt, a ten znajdował się na szczycie, być moŜe więc dzięki
temu uniknął najgorszych skutków eksplozji. Dojdziemy do tego.
W tej chwili najwaŜniejsze dla mnie jest to, Ŝe mamy co badać. -
Napędzane są mieszanką kriogenicznego płynnego wodoru i płynnego
tlenu - dodał Jeremy pochylony nad przeciwną stroną dyszy. -
Annie, popraw mnie, jeśli się mylę, ale o ile dobrze pamiętam,
silnik promu zapewnia jeden i siedem dziesiątych miliona
newtonów, czyli trzysta siedemdziesiąt pięć tysięcy funtów ciągu
na poziomie morza. To najskuteczniejsze dynamo w dziejach
ludzkości. Z drugiej strony, najbardziej wybuchowe: zapłon
ciekłego wodoru, jeśli nie jest starannie regulowany, powoduje
upiorne spustoszenia. Wystarczy przypomnieć sobie Hindenburga. -
A jaki to ma związek z Orionem? - spytał Pete.
- Z nagrań rozmów centrum kontroli z pilotami promu wynika
wyraźnie, Ŝe wszystko zaczęło się od problemów z przepływem
płynnego paliwa wodorowego - odparła Annie z powaŜną miną. - To
powszechnie znana informacja i wątpię, bym
powiedziała ci coś nowego. Rozmowy emitowano do znudzenia w
telewizji. Jedną z ostatnich rzeczy, jakie Jim... pułkownik
Rowland zdąŜył przekazać kontrolerom, był komunikat, Ŝe spada
ciśnienie LH2. Potem nastąpiła przerwa w transmisji. Nimec
słuchał uwaŜnie, ale poczuł się zdezorientowany. Jeśli dobrze
rozumiem, twierdzisz, Ŝe spadek ciśnienia płynnego wodoru
spowodował wzrost temperatury silnika, co z kolei wywołało poŜar,
tak? Tyle Ŝe zawsze wydawało mi się, Ŝe jest na odwrót: mniej
paliwa to mniejszy ogień.Pewnie, jak długo ciśnienie nie spada
w tych tu wiązkach spaghetti. - Jeremy wskazał częściowo stopione
rury umieszczone po zewnętrznej stronie dzwonu. - Doprowadzają
płynny wodór do ścian dyszy i komory spalania, zanim dotrze on
Strona 107
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
do przedpalaczy. Nimec uniósł dłoń.
- Stop - polecił. - WciąŜ nie rozumiem, jakim cudem w tym wypadku
mniej znaczy więcej. - Bo nie zwróciłeś uwagi na jedno małe, lecz
niezwykle waŜne słowo, którego uŜyłem, opisując wodór. Mam na
myśli "kriogeniczny". Annie dostrzegła, Ŝe zirytowany Nimec
ugryzł się w język, toteŜ dodała pospiesznie:Silniki główne
promu, jak powiedział Jeremy, są niezwykle wydajne. Częściowo
wynika to z tego, Ŝe paliwo uŜywane jest do kilku celów. Aby
wodór pozostał płynny, musi być utrzymywany w bardzo niskiej
temperaturze... jak niskiej, najlepiej obrazuje fakt, Ŝe zmienia
się on w gaz przy minus cztery stu dwudziestu trzech stopniach
Fahrenheita. PoniewaŜ silnik musi być silnie chłodzony, Ŝeby się
nie przegrzał, projektanci połączyli te dwie rzeczy i tak część
płynnego wodoru przepływa przez osłonę silnika, nim zostanie
zastosowana jako paliwo płynne. KaŜdy silnik ma dwa przedpalacze,
których zadaniem jest zapalenie gorących oparów wodoru, nim
zdołają się one zgromadzić i wybuchnąć w dyszy. Jeśli kiedyś
obserwowałeś w zwolnionym tempie nagranie startu promu, mogłeś
za uwaŜyć tysiące małych ognistych kulek eksplodujących poniŜej
wylotów dysz. To właśnie to, o czym mówię. Nimec zamyślił się.
A więc uwaŜasz, Ŝe znaczny spadek ciśnienia płynnego wodoru mógł
spowodować przegrzanie silników, co doprowadziło z kolei do
wybuchu oparów wodoru w dyszy albo i w samym silniku - powiedział
po chwili.To właśnie powiedział nam Jim. Albo raczej próbował nam
powiedzieć. Wiedział, w którym miejscu spada ciśnienie, bo
pokazywał mu to zegar na tablicy przyrządów, ale wszystko działo
się tak szybko... w kabinie było pełno dymu... I... - nigdy nie
dokończył tego, co chciał powiedzieć.
A pełne zdanie miało brzmieć: "Spada ciśnienie LH2 w systemie
chłodzenia". Ich spojrzenia spotkały się i Pete Nimec, widząc,
jak wilgotnieją jej oczy, z trudem się opanował. Nie naleŜało jej
pocieszać, bo... Nagle zesztywniał tknięty nową myślą i popatrzył
na Jeremy"ego.W kolejce wspomniałeś o róŜnicy między świadomością
tego, co stanie się w określonych warunkach, a zrozumieniem tego,
dlaczego tak będzie - powiedział. Jeremy zmarszczył brwi.
- Opowiadałem o płatkach śniegu.
- To opowiedz mi o eksplozjach - zaproponował Pete. - Jak
sądzisz, co spowodowało spadek ciśnienia płynnego wodoru? Ajeśli
nastąpiło to w systemie chłodzenia silnika numer trzy, to
dlaczego stopione są rury silnika numer jeden? Jak ten sam
problem mógł wystąpić jednocześnie przynajmniej w dwóch spośród
trzech niezaleŜnych systemów?
Jeremy spojrzał z wahaniem na Annie; najwyraźniej chciał się
przekonać, ile moŜe powiedzieć, a jasne było, Ŝe bez jej zgody
słowa z siebie nie wydusi. Nimec stwierdził, Ŝe ma o nim nieco
lepsze zdanie.Poprzedniej nocy przyszłam tu, gdy juŜ nikogo nie
było, Ŝeby spokojnie pomyśleć - powiedziała w końcu Annie. -
Miałam cięŜki dzień, uŜerałam się z dziennikarzami i musiałam
sobie poukładać pewne sprawy... Ale nie o to chodzi. Chodzi o to,
Ŝe przebywałam tu naprawdę długo. Prawdę mówiąc, znacznie dłuŜej,
niŜ się spodziewałam. Chodziłam i oglądałam szczątki, które
zaczęliśmy składać. Kiedy zobaczyłam ten silnik, odkryłam, Ŝe
wewnętrzne zniszczenia są znacznie większe niŜ zewnętrzne, i
zaczęłam zadawać sobie te same pytania, które ty zadałeś
Jeremy'emu. - Umilkła na chwilę, po czym odetchnęła. - Poprosiłam
o pomoc centrum naukowo-dochodzeniowe w San Francisco. Mieści się
w Narodowym Laboratorium imienia Lawrence'a Livermore'a... Nie
wiem, czy słyszałeś o...Analizowali dowody w sprawie Unabombera,
Times Square i bomby w World Trade Center w Nowym Jorku, a pewnie
jeszcze w setkach innych, mniej znanych spraw - przerwał jej
Pete. - UpLink współpracuje z nimi od lat, sam znam większość
pracowników. Ci z Lawrence'a Livermore'a mają najlepszą grupę
kryminologów w kraju. Caulfield skinęła głową.
- Mają przysłać zespół z jonowym spektrometrem masowym.
- Co oznacza, Ŝe szukacie pozostałości materiałów wybuchowych.
To cudo pozwoli przeanalizować cząsteczki powstałe w wyniku
eksplozji tu, w tej hali, bez konieczności przewoŜenia próbek do
laboratorium. A wiadomo, Ŝe w transporcie za wsze zanikają pewne
Strona 108
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
elementy śladowe. - Zgadza się.
Nimec przetrawiał dłuŜszą chwilę te rewelacje.
- Osoba dokonująca sabotaŜu z reguły spieszy się i boi złapania,
przez co czasami popełnia błędy - odezwał się w końcu. - Jeśli
jest to zawodowiec, liczy się z taką moŜliwością i próbuje się
przed nią zabezpieczyć... czyli zwielokrotnić ładunki, często
niepotrzebnie. W przypadku promu wystarczy, by odmówił pracy
jeden silnik, a jeśli dobrze rozumiem, to co spowodowało
przegrzanie silnika numer trzy i być moŜe silnika numer dwa,
powinno równieŜ wywołać ten efekt w silniku numer jeden, czego
jednak nie zrobiło. A przynajmniej wystarczająco wyraźnie. - To
sensowne wyjaśnienie, jeśli załoŜymy, Ŝe ktoś celowo próbował
zniszczyć prom - przyznała Annie. - Zobaczymy, co wykaŜe
spektrometr masowy i co ustalą kryminolodzy. Niemniej, Jeremy
jest przekonany, Ŝe to właśnie usiłowano zrobić. Mogę się
załoŜyć o dowolną kwotę - dodał Jeremy.
Nimec przyjrzał mu się z namysłem i spytał:
- Skąd ta pewność?
- Pamiętasz, jak chwilę wcześniej mówiłem o płatkach śniegu, a
ty chciałeś rozmawiać o eksplozjach? Pete poznał go juŜ na tyle,
by wiedzieć, Ŝe nie jest to pytanie retoryczne, więc odparł:
Uhmm. - Tak się składa, Ŝe obaj znamy się na tych ostatnich. Co
prawda, w moim przypadku jest to poboczne zainteresowanie
związane z termodynamiczną geometrią krystaliczną, poniewaŜ
wykorzystuje się w niej rozmaite rodzaje kontrolowanych
eksplozji, niemniej jednak znam się trochę na geometrii wybuchu.
- Jakoś mnie to nie zdziwiło - przyznał Pete.
- Wiem.
Nimec wskazał ruchem głowy wrak silnika.
- Powiedz mi, dlaczego jesteś taki pewny, Jeremy.
- Mówiąc prostym językiem, określone rodzaje reakcji chemicznych
są analogiczne do eksplozji i pozostawiają po sobie określone
ślady. Takie osmalenia i mikrokratery, jakie widać na tym
silniku, mogły wywołać jedynie mikroładunki termiczne, coś
podobnego do niekomercjalnej odmiany RDX. A to oznacza, Ŝe
chciano zniszczyć turbopompy podające paliwo wodorowe, ale nie
do końca się to udało. Nimec zastanowił się nad tym, co usłyszał,
skinął głową i powiedział zwięźle: - Dzięki. - Nie ma za co. -
Jeremy oparł dłoń o zrujnowany silnik i spojrzał na Pete'a ponad
szkłami okularów. - Jeśli chcesz, to chodź tutaj. PokaŜę ci
dokładnie, o co mi chodzi. Było to całkowicie przyjacielskie
zaproszenie.
Jasne - mruknął Nimec, zadowolony ze zniknięcia mentorskiego
tonu. - JuŜ idę.
Pół godziny później, gdy zostali sami, Nimec przyznał się Annie:
- Jest coś, co zachowałem dla ciebie. Nie byłem pewien, ile moŜna
powiedzieć przy Jeremym.
Pili kawę w barku. Annie zrezygnowała z zaproszenia na lunch z
uwagi na napięty rozkład zajęć, Jeremy zaś był juŜ w drodze do
Orlando. Przyglądała mu się uwaŜnie znad brzegu filiŜanki. Mów
dalej - zachęciła go po chwili.
W niektórych sytuacjach terroryści chcą zostawić ślad wskazujący
jednoznacznie, Ŝe nie był to wypadek, ale zarazem nie chcą
ogłaszać, Ŝe to oni. To zjawisko nasila się w ostatnich
dziesięciu latach. W ten sposób osiągają za jednym posunięciem
dwa cele: sieją strach, nie ściągając sobie przy tym na głowę
problemów. Annie nie spuszczała z niego wzroku. - Sądzisz, Ŝe
silnik numer jeden nie miał być zniszczony, ale Ŝe powinno to
wyglądać tak, jakby próbowali, tylko im się nie udało? - spytała.
- Sądzę, Ŝe naleŜy brać to pod uwagę.
Zapadła cisza, a potem Annie leciutko się uśmiechnęła.
- To musiało równieŜ przyjść do głowy Jereny'emu - powiedziała. -
Sądzę, Ŝe milczał, bo nie był pewien, ile moŜna po wiedzieć przy
tobie. - MoŜliwe. - Nimec wbił wzrok w stół, zastanawiając się,
co się z nim dzieje. Byli kolegami i nie czas był teraz na...
właśnie, na co? Zanim się zorientował, ponownie patrzył na jej
twarz. - Jest wystarczająco sprytny, by się tak zachować ocenił.
Annie w milczeniu wypiła kawę.
Strona 109
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
- Mam dwa pytania - odezwała się. - Czy UpLink nie będzie miał
nic przeciwko temu, jeśli poinformuję prasę, Ŝe rozwaŜamy
moŜliwość, iŜ katastrofa Oriona i atak w Brazylii są ze sobą
powiązane? - Na pewno nie.
- Doskonale. Teraz drugie: Czy podejrzewacie, kto moŜe być za to
odpowiedzialny? Namyślał się przez moment, a potem podjął
decyzję.
MoŜe wkrótce się dowiemy. Mamy małą stację kontroli
satelitarnej w Pensacoli. Dziś o czwartej lecę tam z Orlando, by
nadzorować przeprowadzenie pewnej obserwacji, która moŜe cię
zainteresować. Jeśli chcesz, moŜesz lecieć ze mną firmowym
odrzutowcem. Przygryzła dolną wargę i rozwaŜała jego propozycję.
Para z filiŜanki trafiała tymczasem prawie dokładnie w jej nos. -
Muszę wrócić na noc do dzieci. - To krótki lot, a odrzutowiec
zabierze cię z powrotem, jak tylko skończymy. Cisza.
Annie Caulfield dopiła kawę, odstawiła filiŜankę na spodek i
oświadczyła:W takim razie lecę z tobą.
19
RÓśNE MIEJSCA
23/24 KWIETNIA 2001
Była druga po południu 23 kwietnia czasu pacyficznego w San Jose
w Kalifornii. Była równieŜ piąta po południu czasu wschodniego
w Pensacoli na Florydzie. Była szósta po południu czasu
brazylijskiego w centralnym Pantanal. I była takŜe trzecia rano
24 kwietnia w Kazachstanie. Rozpiętość dat i stref czasowych nie
miały znaczenia dla naleŜących do UpLink International satelitów
hiperspektralnych o wysokiej rozdzielczości obrazu Hawkeye I
iHawkeye II, podobnie zresztą jak dla przekaźników czy aparatury
przetwarzającej obraz w czasie rzeczywistym i łączącej stacje
odbiorcze. Jak ujął to Rollie Thibodeau, patrząc w wyświetlacz
notebooka dostarczonego mu przez Megan były to w końcu tylko
maszyny. Ale dla ludzi biorących udział w tym zsynchronizowanym
monitoringu cały proces koordynacji był prawdziwą udręką. Co
Rollie równie trafnie skomentował. Tom Ricci przetarł
zaczerwienione oczy. Opuścił Maine przed niespełna
siedemdziesięcioma dwiema godzinami, zostawiając za sobą jeŜowce
i samotnicze Ŝycie, które wiódł przez ponad dwa lata. Tak wiele
dzieliło go juŜ od przeszłości, Ŝe nie sposób byłoby zawrócić.
Najpierw był lot do San Jose i spotkanie z Rogerem Gordianem. Ten
oficjalnie zaproponował mu pracę w UpLink International, w którym
- ku swemu zaskoczeniu - miał zostać globalnym szefem
bezpieczeństwa do spraw operacji terenowych i dzielić to
stanowisko z niejakim Rolliem Thibodeau, o którym wspominała,
jeśli go pamięć nie myliła, wspaniała i niepokalana Megan Breen.
Przyjął tę propozycję mimo zastrzeŜeń co do dzielenia pracy z
osobą, której nigdy nie spotkał i która była protegowaną Megan.
Tom odruchowo nie polubił tej kobiety, co pogłębiło się w czasie
rozmowy, i był prawie pewny, Ŝe uczucie jest odwzajemniane. A to
zapowiadało współpracę równie miłą jak szybka jazda po wąskiej
i dziurawej, ale dwukierunkowej dróŜce: w końcu musiało dojść do
kolizji. Jedynie zaufanie do Nimeca i złoŜona mu wcześniej
obietnica spowodowały, Ŝe nie odrzucił zmodyfikowanej oferty. A
zaraz potem w ekspresowym tempie wysłano go do Kazachstanu -
dzikiego, niegościnnego miejsca zamieszkanego przez równie
dzikich i niegościnnych rosyjskich wojskowych i naukowców,
których stosunek do niego jako Ŝywo przypominał uczucia, jakimi
darzył go Cobbs. Byli uraŜeni, Ŝe przejął dowodzenie siłami
bezpieczeństwa strzegącymi kosmodromu Bajkonur. Mieli mu teŜ za
złe, Ŝe uŜył do patrolowania pierwszej linii ludzi naleŜących do
Miecza i Ŝe obsadził nimi najwaŜniejsze stanowiska obronne.
UwaŜali pomoc za wtrącanie się i okazywali mu to na kaŜdym kroku.
Zastanawiał się, o ile gorsze byłoby ich zachowanie, gdyby
wiedzieli, Ŝe jest to jego pierwszy dzień w pracy. Doszedł do
wniosku, Ŝe niewiele. Sytuacji nie poprawiało zmęczenie i
rozregulowany zegar biologiczny. Czas wskazywany przez zegarek
wciąŜ był dla organizmu fikcją, toteŜ Ricci z ulgą siadł przed
komputerem w ruchomym stanowisku dowodzenia i zalogował się przez
Strona 110
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
modem komórkowy do zabezpieczonego serwera UpLink. Gdy czekał na
pojawienie się obrazów z satelity, miał przeczucie, Ŝe spowodują
one komplikacje, przy których wszystkie problemy, jakie napotkał
od chwili pojawienia się w centralnej Azji, o poŜegnaniu z
Cobbsem i Dexem nie wspominając, wydadzą się dziecinadą. Wkrótce
po rozpoczęciu transmisji przeczucia te okazały się aŜ nazbyt
trafne.
- Ta stacja naziemna stanowi część naszego działu geograficznej
słuŜby informacyjnej - wyjaśnił Nimec, gdy znaleźli się z Annie
w sali przypominającej niewielkie amfiteatralne kino z płaskim
ekranem. - Naszymi klientami są firmy obrotu nieruchomościami,
przedsiębiorstwa budowlane, planiści miejscy, wydawcy map i
atlasów, nafciarze i górnicy oraz mnóstwo innych przedsiębiorstw
korzystających ze zdjęć lotniczych o duŜej rozdzielczości. Prawdę
mówiąc, dochody z tego tytułu nie pokrywają nawet kosztów
wykorzystania satelitów. Gord prowadzi tę działalność z czystego
altruizmu. Annie rozejrzała się po salce. Byli jedynymi widzami,
ale nie jedynymi obecnymi - po lewej i prawej, w dole, obok
ekranu znajdowały się stanowiska komputerowe w kształcie podkowy
wraz z obsługującymi je operatorami.Satelity szpiegowskie i
działalność charytatywna - pod sumowała. - Tego jeszcze nie
słyszałam. Nimec przyjrzał się jej z namysłem.
Pamiętasz to porwanie dziecka w Yellowstone, jakieś pół roku
temu? Dziewczynka, Maureen Block, została wykradziona z wozu
kempingowego swoich rodziców przez jakiegoś świrniętego
surwiwalistę, który przetrzymywał ją w szałasie z gałęzi i liści.
Uwolnili ją straŜnicy parku, po tym jak Hawkeye I odnalazł
kryjówkę, przeszukując teren w podczerwieni, i zrobił zdjęcie
ofiary oraz porywacza w szałasie. Annie potarła czoło.
Chyba się właśnie wygłupiłam - przyznała.
Nie masz powodu, bo nasz udział nie został podany do wiadomości
publicznej. Współpracujemy z lokalną policją, FBI, NSA i czym
tylko chcesz. Nie jest to całkowicie utajniona informacja, ale
teŜ Ŝadna z zainteresowanych agencji jej nie ujawnia. - Na czyje
Ŝyczenie? - Wszystkich. Dobrze wiesz, jak ostro potrafią
rywalizować ze sobą rozmaite agencje strzegące prawa. Wszyscy
lubią być chwaleni za szybkie rozwiązywanie spraw, a nam to
odpowiada: podczas gdy ich doceniają, nam nikt nie zarzuca, Ŝe
wtykamy nos tam, gdzie nie naleŜy. A to doprowadziłoby szybko do
odrzucenia naszej pomocy. Dodatkową korzyścią jest to, Ŝe
przestępcy nie wiedzą, czego się spodziewać. - Pete umilkł i
obserwował operatorów pochylonych nad klawiaturami. - Jest całe
mnóstwo zastosowań takich satelitów: mogą wykryć groźną
koncentrację toksycznych chemikaliów w glebie, śledzić wycieki
ropy i ubytki określonych minerałów w ziemiach rejonów
rolniczych, co pozwala farmerom zapobiec klęsce nieurodzaju...
i tak dalej. Annie była pod wraŜeniem. - Jakie są moŜliwości tych
satelitów, jeśli naturalnie mogę zapytać? - Nieoficjalnie?
- Jak najbardziej prywatnie - odparła z lekkim uśmiechem. -
Potrafią wykryć obiekt o średnicy nie przekraczającej pięciu
centymetrów i przeskanować ponad trzysta pasm widma, czyli mają
takie same parametry jak satelity, którymi dysponuje Narodowe
Biuro Rozpoznania. To samo dotyczy szybkości i dokładności
naszych analiz, a mamy nadzieję, Ŝe za kilka lat będziemy mogli
przekazywać w czasie rzeczywistym ruchome obrazy, nie zaś tylko
zdjęcia. To, co zobaczymy tutaj, będą jednocześnie oglądać dzięki
sieci UpLink szefowie sił Miecza na trzech kontynentach i
analizować specjaliści od zdjęć lotniczych i satelitarnych w San
Jose. - Wskazał słuchawkę z mikrofonem przyczepioną do poręczy
fotela. - Dzięki nim kaŜdy z oglądających moŜe zaŜyczyć sobie
powiększenia, identyfikacji czy analizy dowolnego fragmentu
obrazu. MoŜesz słuchać, jeśli chcesz. Annie przypomniała sobie,
jak niedawno udzielała podobnych informacji Gordianowi i Megan
w sali centrum na przylądku Canaveral. Wydawało się jej, Ŝe całe
wieki temu wyjaśniała im, po co są słuchawki przy fotelach...
Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Nimec zauwaŜył jej
nieobecne spojrzenie.
Strona 111
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Coś nie tak? - spytał.
Nie. Tylko oszołomiła mnie skala tej operacji.
Wiedział, Ŝe kobieta kłamie, ale postanowił nie drąŜyć tematu,
choć ciekaw był, o czym myślała. Wtedy spostrzegł gest jednego
z operatorów.
Przygotuj się - polecił. - Przedstawienie zaraz się zacznie.
Mniej więcej dwa i pół tysiąca mil dalej na północny zachód Roger
Gordian siedział w takim samym pomieszczeniu, obserwując podobnie
jak Pete i Annie pierwsze obrazy przekazywane przez Hawkeye I
znajdującego się nad Brazylią. Obok szefa UpLink siedzieli
specjaliści od rozpoznania fotograficznego, o których Nimec
wspomniał Caulfield. Większość z nich stanowili byli pracownicy
Narodowego Biura Rozpoznania, a szczególnie sekcji PHOTINT -
Narodowego Centrum Interpretacji Fotograficznej. W ciągu
ostatnich dwudziestu czterech godzin Hawkeye I wykonał serię
przelotów, fotografując z niską rozdzielczością rejon w promieniu
trzystu kilometrów od zakładów w Mato Grosso do Sul. Obszar ten
wyznaczono na podstawie komputerowej analizy wektorowej, szukając
terenów, które były najbardziej prawdopodobnym miejscem
lokalizacji bazy wypadowej do ataku przeprowadzonego
siedemnastego kwietnia. W analizie uwzględniono siłę i kierunek
wiatru wiejącego tamtej nocy, miejsce lądowania skoczków na
terenie zakładów, maksymalną odległość, jaką mogli pokonać, oraz
dokumenty kontroli lotów wszystkich okolicznych lotnisk. Wzięto
takŜe pod uwagę prawdopodobne lokalizacje ukrytych pasów
startowych, dane na temat lokalnego świata przestępczego, enklaw
politycznych ekstremistów i mnóstwo innych danych, które
specjaliści uznali za niezbędne, a którymi dysponowano dzięki
zwiadowi elektronicznemu. Po przejrzeniu analiz i wstępnych
wyników lotów rozpoznawczych specjaliści od interpretacji zdjęć
lotniczych i satelitarnych systematycznie zawęŜali obszar
poszukiwań, aŜ pozostały dwa: aluwialne równiny i sawanny
Pantanal i skaliste wzgórza zwane Chapada dos Guimaraes.
Zwłaszcza te ostatnie wzbudziły zainteresowanie i poddano je
najdokładniejszym badaniom. Powiększenia zdjęć wykazały istnienie
prowizorycznego pasa startowego na skalnej równinie w pobliŜu
zachodniej krawędzi formacji, mniej więcej pięćdziesiąt
kilometrów od zakładów UpLink. Pozwalał on zarówno na start,
którego nie mogły wykryć radary, jak i na dokonanie zrzutu
techniką HAHO. Dalsze badania odkryły starannie zamaskowaną
wijącą się drogę docierającą aŜ do polowego lotniska, na nim zaś
odbicia światła, które w spektrum widzialnym nosiły cechy
urządzeń mechanicznych. Ukrycie ich w wąskiej dolince nie na
wiele się przydało - analizy wykazały, Ŝe są to pojazdy kołowe
i przynajmniej jeden samolot. Na zdjęciach w podczerwieni
wyraźnie widać było ludzkie sygnatury cieplne w pobliskiej
grocie, ślady termiczne pozostałe po uŜyciu pojazdów oraz
kontrastowe emisje naturalnej roślinności, od których odbijały
się rejony sztucznie zamaskowane. Podjęto zatem decyzję, by
dokładnie przyjrzeć się temu obszarowi przy uŜyciu
pełnozakresowego skanera i wykonać zdjęcia wysokiej
rozdzielczości. Operacja ta właśnie się rozpoczęła. Gordian
obserwował powiększający się obraz transmitowany przez Hawkeye
I, na który komputer przed wyświetleniem na ekranie nakładał
siatkę współrzędnych geograficznych. - O, widzi pan tu samoloty?
- odezwał się siedzący obok niego specjalista i spytał: - Jaką
mamy rozdzielczość? - Nieco poniŜej metra - rozległo się w
słuchawkach.
- Dajcie większą, musimy zobaczyć, co to za maszyny...
- Jeden to lockheed L-100, taki sam jakiego i my uŜywamy wtrącił
się Gordian. - Drugi to stary DC-3. - Sporo ludzi się koło nich
kręci. Powiedziałbym, Ŝe trzydziestu, moŜe czterdziestu. Analityk
siedzący z drugiej strony Gordiana wyprostował się nagle i
oznajmił:Te wozy stojące wzdłuŜ zbocza wyglądają jak ćwierćtonowe
jeepy zwane Mutt. Są całkiem solidnie załadowane. Gordian
pochylił się.
Zwijają się stamtąd - rzucił.
Strona 112
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
- Ci faceci w pustynnych mundurach wokół samolotu. Jak
duŜe zbliŜenie moŜecie uzyskać? - spytał Ricci.
- Za minutę będziesz wiedział, czy któryś ma pryszcze rozległo
się w słuchawkach. Ricci czekał, nie spuszczając wzroku z ekranu.
Wiedział w mniej niŜ minutę. MęŜczyzna stojący przy rampie
załadunkowej L-100 miał krótko ścięte włosy, twarz o ostrych
rysach i wyraźnym podbródku, przeciwsłoneczne okulary lotnicze
i wchłaniającą pot przepaskę na czole. Widać było, Ŝe wydaje
rozkazy, decydując o rozmieszczeniu ludzi i ładunku. - Widzisz
go? - Thibodeau zacisnął dłonie na poręczach łóŜka i
podciągnąwszy się z jękiem, pochylił nad ekranem notebooka. -
Widzisz? - Rollie, nie denerwuj się, bo ci...
Le chaut sauvage! - przerwał jej ze złością.
Co?
Ma wygląd drapieŜnika. - Oczy Thibodeau pałały spod ronda
kapelusza. - On tam dowodzi, i to nie tylko załadunkiem. Megan
obejrzała uwaŜnie wskazanego, pochyliwszy się na krześle stojącym
obok łóŜka. - UwaŜasz, Ŝe sfotografowaliśmy szefa? - spytała. -
Nie wiem, czy szefa... Nie musi być mózgiem całej operacji, ale
na pewno jest dowódcą... załoŜę się, Ŝe dowodził nocnym atakiem.
- Przerwał na chwilę, po czym dodał: - Bo ci, którym rozkazuje,
to nie jacyś tam partyzanci czy handlarze narkotyków. To
najemnicy. Z pewnością właśnie oni nas za atakowali.
Megan studiowała twarz widoczną na ekranie.
Lepiej dowiedzmy się, kim on jest - powiedziała cicho.
Thibodeau spojrzał na nią wymownie. Cherie, sądzę, Ŝe
chwilowo waŜniejsze jest ustalenie, do kąd ci chłopcy zamierzają
lecieć... A jeśli to wykonalne, powinniśmy uniemoŜliwić im
dotarcie na miejsce.
- Za ile? - Przysłuchująca się tej wymianie zdań Annie odwróciła
się od ekranu, na którym widniało powiększenie twarzy Kuhla, i
spojrzała na Nimeca.Kazach... - szepnęła. Pete przerwał jej
ruchem dłoni, słuchając odpowiedzi operatora, i zdjął słuchawki.
- Przepraszam, ale chciałem się dowiedzieć... - Sądzicie, Ŝe oni
chcą przeszkodzić w starcie rosyjskiego promu? - Teraz ona mu
przerwała. - I to w podobny sposób, jak zrobili to z Orionem?
Nimec zwilŜył wargi.
UwaŜam, Ŝe tak - odparł. - Ale pewność uzyskamy po
obejrzeniu zdjęć.
Potrząsnęła z niedowierzaniem głową.
- I co teraz? - spytała. - Musimy... zamierzacie skontaktować się
z Departamentem Stanu? Zobaczył, Ŝe jej dłonie drŜą na poręczach,
więc ujął jedną z nich.Annie... Nie moŜna pozwolić, Ŝeby to
się powtórzyło, Pete. Nie... Annie! Spojrzała na niego.
Zajmiemy się tym - powiedział stanowczo, nie puszczając jej
dłoni. - Przyrzekam ci. - Pytanie brzmi: Dlaczego się wynoszą? -
odezwał się Nimec. - Fakt - zgodził się Ricci. - A jeśli to
mobilizacja, to co jest celem. - Za ile Hawkeye II zacznie
nadawać obraz z Kazachstanu? - spytał Gordian. - Rejon jest dość
dokładnie zakryty chmurami - odparł jeden z operatorów. -
Prognoza mówi o wolno przesuwającym się froncie.
20
ZACHODNIA BRAZYLIA
23 KWIETNIA 2001
Para szarych, nie oznakowanych boeningów V-22 Osprey uniosła się
pionowo z lądowiska na terenie zakładów UpLink. Samoloty tego
typu miały na końcach płatów ruchome silniki, które mogły się
obracać w pionie o dziewięćdziesiąt stopni kiedy znajdowały się
w połoŜeniu poziomym, osprey leciał jak normalny samolot, kiedy
ustawione były pionowo, olbrzymie łopaty śmigieł działały jak w
helikopterze, umoŜliwiając mu pionowy start lub lądowanie.
Maszyny wystartowały o siódmej po południu czasu brazylijskiego,
wznosząc się przez purpurowe niebo z prędkością tysiąca stóp na
minutę. Ed Graham siedział w fotelu pierwszego pilota
prowadzącego samolotu i obserwował w lusterku, jak jego
skrzydłowy zajmuje pozycję po lewej. Przed sobą miał zintegrowany
ekran modułowy, a na głowie hełm pozwalający latać zarówno w
Strona 113
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
dzień, jak i w nocy. Hełm zaopatrzony był w wyświetlacz HUD,
przekazujący pilotowi najistotniejsze dane o stanie maszyny oraz
warunkach lotu, i przypominał nakrycie głowy rebelianckich
pilotów z Gwiezdnych Wojen. Taki sam hełm przesłaniał równieŜ
górną część twarzy siedzącego obok Mitcha Wintera. Choć w czasie
szkolenia wylatali sporo godzin na samolotach tego typu i
udowodnili, Ŝe potrafią działać zespołowo w trudnych warunkach,
gdy pilotowali pod ostrzałem skyhawki, była to ich pierwsza
bojowa misja na ospreyach. Po sześciu minutach wznoszenia Graham
ustawił silniki pod kątem czterdziestu pięciu stopni i turbiny
Allison T406AD-400 zaczęły się zachowywać jak normalne jednostki
napędowe. Samolot ruszył na zachód ku Chapada, wznosząc się
stopniowo na pułap dwudziestu sześciu tysięcy stóp. W przedziale
desantowo-ładunkowym kaŜdej z maszyn znajdowało się dwudziestu
pięciu członków Miecza w pełnym oporządzeniu antyterrorystycznym,
poczynając od kamizelek kuloodpornych typu Zylon, przez hełmy z
osłonami i goglami noktowizyjnymi oraz cyfrowe systemy łączności,
na pałkach i noŜach kończąc. Na Zylpny męŜczyźni narzucili
krótkie kamizelki z mnóstwem kieszeni wypełnionych rozmaitym
wyposaŜeniem, a uzbrojeni byli w zmodyfikowane M16 z systemem
WRS, strzelby Benelli Super 90 kaliber 12 przystosowane do
strzelania trzycalowymi pociskami ogłuszającymi, pistolety
automatyczne FN Herstal 57 zaopatrzone w celowniki laserowe oraz
w asortyment granatów zapalających, dymnych i gazowych. Grupa
lecąca w drugim samolocie miała takŜe nakolanniki, uprzęŜe do
zjazdu na linie, liny i haki. Prawie tydzień minął od nocy, kiedy
to zostali zaskoczeni na własnym terenie i zmuszeni do obrony,
w trakcie której piętnastu ich przyjaciół i towarzyszy broni
zginęło lub odniosło cięŜkie rany. Wówczas nie znali jeszcze
napastników. Teraz mieli nadzieję na rewanŜ.
Kuhl schował lotnicze okulary przeciwsłoneczne. Zapadał zmierzch,
a chłodny wiatr osuszał przepoconą opaskę na jego czole. Na pasie
za plecami najemnika lockheed rozgrzewał silniki, a w dole
ładowano drewniane skrzynie - ostatnie warte zabrania rzeczy z
częściowo zwiniętego obozowiska usytuowanego w skalnej
rozpadlinie. Choć wszystko szło dobrze, był zdenerwowany i nie
wiedział dlaczego. Być moŜe przyczynił się do tego napięty
terminarz, którego musiał się trzymać, a moŜe równieŜ
zniecierpliwienie, bo chciał się juŜ znaleźć w Kazachstanie.
Przed ostatecznym uderzeniem zawsze był zdenerwowany, ale tym
razem denerwował się bardziej niŜ zwykle. MoŜe to dlatego, Ŝe
dotąd wszystko szło zbyt gładko, a Roger Gordian w ogóle nie
zareagował. Tak dobrze zorganizowane siły jak jego powinny
agresywnie poszukiwać napastników, a tu niemal przez tydzień nic
się nie stało, bo ludzie UpLink nie przejawiali Ŝadnej
aktywności. Jako doświadczony myśliwy wiedział, jakie korzyści
płyną ze skrytego podchodzenia zwierzyny. Ale wiedział teŜ, Ŝe
jeśli myśliwy nie jest ostroŜny, moŜe się stać ofiarą...
Rozmyślania przerwało mu dwóch męŜczyzn w kombinezonach
maskujących, którzy zbliŜali się od strony lockheeda. Obaj mieli
karabinki szturmowe Steyr AUG, gdyŜ FAMASy były juŜ w drodze do
Kazachstanu.Wszystko gotowe do startu - poinformował go jeden z
nich. Kuhl wskazał na DC-3, przy którym stały samochody kursujące
wciąŜ między pasem startowym a obozowiskiem na dole. Chcę,
Ŝebyście załadowali sprzęt bez jakiejkolwiek przerwy - polecił. -
Upewnijcie się, czy pilot wie, Ŝe musi wystartować nie później
niŜ pół godziny po naszym odlocie. I dopilnujcie właściwego
rozłoŜenia ładunku. Ten, który poinformował go o gotowości do
odlotu, skinął głową, lecz nim zdąŜył się odwrócić, Kuhl
dostrzegł bandaŜ na jego ręce i spytał: - Jak rana, Manuel? -
Estd mejor - odparł najemnik zgodnie z prawdą.
- Dobrze, Ŝe jest lepiej. - Kuhl zacisnął dłoń w pięść i przy
łoŜył do serca. Alo hecho, pecho. Było to powiedzenie, które
poznał dawno temu. W wolnym tłumaczeniu brzmiało: "Noś w sercu
to, co zrobiłeś, i ciesz się z własnych osiągnięć". Manuel
popatrzył na niego bez słowa, po czym skinął głową i wraz z
towarzyszem odszedł ku dakocie. Kuhl przyglądał się im przez
Strona 114
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
jakiś czas, a następnie wpatrzył się w cienie, które unosiły się
z nizinnych rejonów niczym wody mrocznej rzeki podczas powodzi.
Zaczynały pochłaniać płaski piaszczysty płaskowyŜ, na którym
stał. W końcu odwrócił się i podszedł do czekającego
transportowca.
Graham zaklął. Obserwował na dwunastej oddalające się światła
pozycyjne gwałtownie nabierającego wysokości samolotu. - Po
rozmiarach sądząc, to musiał być ten lockheed - ocenił Winter,
sprawdzając dane FLIR wyświetlane na wewnętrznej powierzchni
wizjera hełmu. - To się nazywa mieć pecha.
- Taak - przyznał ponuro Graham.
Byli znowu na sześciu tysiącach stóp i przygotowywali się do
ustawienia silników w pozycji pionowej. Do płaskowyŜu pozostały
im ledwie dwie mile.Widzę drugą maszynę na pasie. - Winter
wskazał nieco w prawo od kierunku lotu. - To DC-3! Graham
sprawdził wskazania HUD.
- Masz jego sygnaturę w podczerwieni? - spytał.
Drugi pilot przytaknął.
- Rozgrzewa silniki. Jest gotowy do startu.
Graham zerknął w lusterko. Drugi osprey był tak blisko, Ŝe
widział rozczarowaną minę pilota, który równieŜ był świadkiem
odlotu L-100. Moment później on i Winter usłyszeli w słuchawkach
potwierdzenie:
- I co, do diabła, robimy, Batter 1? Winter odetchnął głęboko.
Zapomnij o ptaku, Batter 2. Zgodnie z planem zajmujemy się
gniazdem - odparł, przesuwając przepustnicę. Do oporu.
Manuel znał dźwięk helikopterów. Ukrywał się przed nimi w
Salwadorze, gdy jako osiemnastoletni naiwniak przyłączył się do
marksistowskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego imienia Farabundo
Marti i ich skazanego na poraŜkę zrywu rewolucyjnego. Po latach,
juŜ jako najemnik kartelu z Medellin, a po jego likwidacji
członek rozmaitych mniejszych oddziałów, które wylęgły się niczym
węŜe z brzucha zabitego smoka, bawił się w kotka i myszkę z black
hawkami, cobrami i bellami pilotowanymi przez Amerykanów w
Kolumbii. Raz czy dwa udało mu się nawet zmienić rolę i
zestrzelić je. Słyszał helikoptery w całej Ameryce Łacińskiej,
którą przemierzył jako najemnik słuŜący kaŜdemu, kto potrafił
zapłacić Ŝądaną przez niego cenę. Umiał rozpoznać rodzaj maszyny
po samym dźwięku silnika. Jednak dźwięk rotorów, które słyszał
teraz nad pogrąŜającym się w mroku płaskowyŜem, był zupełnie
obcy. Gdyby nie prędkość, z jaką maszyny obniŜały lot, gotów
byłby przysiąc, Ŝe to silniki duŜych samolotów.
Stał przed DC-3 i nasłuchiwał wraz z pozostałymi, którzy zamarli
na pokładzie lub w pobliŜu drzwi do przedziału załadunkowego.
Czuł bicie serca - maszyny były blisko, prawie nad nim... A potem
dostrzegł dziwne skrzydlate kształty, których cienie padły na
samolot, i unosząc broń, dał swoim ludziom sygnał, by się
rozproszyli.
Graham miał właśnie wysunąć podwozie, gdy usłyszał, jak pierwsza
seria broni maszynowej zagrzechotała o opancerzoną podłogę
kabiny. Tym razem dupkom się nie udało. Opuścił nieco nos
samolotu i polecił Winterowi: Odpal kilka sunburstów, a
potem poczęstuj ich z peacemakerów. Sunbursty to rakiety o
statecznikach rozkładających się po opuszczeniu wyrzutni,
wypełnione mieszanką fosforu i związku wytwarzającego chmurę
gryzącego dymu. Wyrzutnie zamontowane były pod skrzydłami, a same
rakiety mogły mieć rozmaite głowice. Te miały oślepiać i
ogłuszać. Peacemakerami natomiast nazywano zamontowane w
obrotowej wieŜyczce przed dziobem szybkostrzelne działka kaliber
30 milimetrów. Mogły strzelać standardową amunicją o pełnym
stalowym pocisku albo - jak w tym przypadku - elastycznymi kulami
wypełnionymi sulfotlenkiem dimetylowym zwanym inaczej DMSO:
silnym środkiem obezwładniającym wchłanianym bezpośrednio przez
skórę i błony śluzowe. Peacemakery miały szybkostrzelność
praktyczną sześćset pięćdziesiąt pocisków na minutę, a kule
Strona 115
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
najpierw neutralizowały wroga dzięki swej duŜej energii
kinetycznej, po czym uwalniały środek obezwładniający o niemal
natychmiastowym działaniu. Jak inne tego typu wynalazki,
opracowane zostały przez dział uzbrojenia Miecza. Stosowano je
zamiast ostrej amunicji, poniewaŜ Brazylia, mimo ataku sprzed
tygodnia, nie zmieniła restrykcyjnej polityki w sprawie
uzbrojenia, jakie UpLink mógł montować w samolotach.JuŜ się robi
- rzucił Winter. I sięgnął do pulpitu sterowania uzbrojeniem.
Ukryty za skrzynią w przedziale ładunkowym DC-3, Manuel
gorączkowo podwaŜał jej wieko łomem, który wyjął ze skrzynki na
narzędzia przytwierdzonej do burty obok wejścia do kabiny
pilotów. Po twarzy spływał mu pot, a przez otwarte drzwi słyszał
huk rotorów wzbijających z ziemi tumany piasku. Jeden naroŜnik
skrzyni odskoczył, więc natychmiast zaczął podwaŜać następny.
ZdąŜył się ukryć w samolocie, nim eksplodowała pierwsza rakieta.
Chwilę później obie maszyny wroga otworzyły ogień z działek i
widział, jak jego ludzie zataczają się i padają na pełnym dymu
pasie. Dopiero po kilku sekundach dostrzegł, Ŝe Ŝaden z nich nie
krwawi, i przypomniał sobie robota, którego rozstrzelał. Gdyby
mechaniczny straŜnik uzbrojony był nie w oślepiające światła i
wywołujące mdłości urządzenie, lecz w normalną broń, nie miałby
szans go zniszczyć. Teraz tę samą słabość w wyposaŜeniu samolotów
mógł wykorzystać przeciwko nim. Drugi naroŜnik wieka odskoczył,
ukazując pokrzywione gwoździe. Manuel odrzucił łom i wsunął palce
pod drewnianą płaszczyznę. A potem pociągnął w górę, czując, jak
otwiera mu się nie zagojona rana ręki. Na bandaŜu pojawiły się
świeŜe plamy krwi i zmieszały z potem. Ale wieko z trzaskiem
puściło. Gorączkowo łapiąc powietrze, sięgnął do skrzyni i
rozerwał materiał, w który otulona była jej zawartość. W końcu
jego dłonie natrafiły na znajomy kształt ręcznej wyrzutni rakiet
przeciwlotniczych stinger.
Batter 2 krąŜył nad pasem, na wypadek gdyby potrzebne było
wsparcie ogniowe, a Batter 1 przyziemił i otworzył rampę
załadunkową, by desant mógł jak najszybciej znaleźć się na
lotnisku. W rejonie pasa znajdowało się około tuzina uzbrojonych
przeciwników, ale po ataku rakietowym i ostrzale z działek
większość leŜała nieprzytomna, więc oczyszczenie okolicy zajęło
dosłownie kilka minut. Graham otrzymał meldunek o zabezpieczeniu
terenu i natychmiast skontaktował się ze skrzydłowym: - Dzięki
za pomoc, Batter 2, i powodzenia w dolinie.
- Przyjąłem, lecimy - odparł pilot drugiego ospreya i skierował
maszynę ku półce, na której miał wysadzić desant. W tym momencie
z DC-3 wyskoczył Manuel z wyrzutnią rakietową na ramieniu. Manuel
nie miał kłopotu z wyborem celu - samolot na pasie wyładował juŜ
desant, za to odlatująca maszyna wciąŜ miała ludzi na pokładzie.
Przytknął oko do przyrządów celowniczych, skierował otwór
wyrzutni ku ospreyowi i uaktywnił samonaprowadzanie rakiety.
Stinger był pociskiem zaopatrzonym w chłodzony argonem system
poszukiwania źródła termicznego. W kilka sekund po uaktywnieniu
cichy, choć przenikliwy dźwięk potwierdził uzyskanie namiaru i
najemnik odpalił rakietę. Pocisk pomknął za odlatującym
samolotem, włączając własny napęd. Piloci Battera 2 nie widzieli
momentu wystrzelenia stingera. Zarejestrowały to natomiast
sensory umieszczone w gondolach pod ogonem i nosem samolotu i
natychmiast poinformowały obsługę o zagroŜeniu, wyświetlając
odpowiednie symbole na konsoli i wizjerach. Przy tak niewielkiej
wysokości, na jakiej znajdował się samolot, rakieta potrzebowała
zaledwie trzech, czterech sekund, Ŝeby dotrzeć do celu. Lotnicy
mieli zbyt mało czasu, by wykorzystać urządzenia pokładowe, nie
mówiąc juŜ o wykonaniu uników. Dlatego właśnie w takich
sytuacjach system GAPSFREE uruchamiał się automatycznie. Teraz
odpalił umieszczone na skrzydłach wyrzutniki flar i pasków folii
aluminiowej, rozsiewając za maszyną pozorowane cele termiczne i
stawiając kurtynę odblaskową, która dezorientowała
samonaprowadzającą głowicę rakiety. Włączył teŜ pulsacyjną lampę
podczerwoną emitującą krótkie, ale intensywne rozbłyski cieplne
pod kątem w stosunku do kadłuba. Stinger zboczył z kursu zwabiony
Strona 116
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
przez jedną z flar i eksplodował przy zderzeniu ze ścianą skalną,
niszcząc jedynie piaskowiec i porastającą go roślinność. Choć
Ralph Peterson naleŜał do Miecza od ponad trzech lat i dotąd z
broni korzystał tylko na strzelnicy, jego pierwszy strzał w
warunkach bojowych okazał się śmiertelny. W nocy, w której
zaatakowano zakłady w Brazylii, miał dzienną zmianę, a po słuŜbie
poderwał śliczną dziewczynę w jednym z barów w Cuiaba. Nie
sądził, Ŝe będzie Ŝałował zaproszenia do jej mieszkania, lecz tak
właśnie stało się następnego dnia, gdy zameldował się w bazie i
dowiedział o ataku oraz zabitych. Teraz nie zamierzał pozwolić,
by zabito któregokolwiek z jego kolegów, jeśli tylko mógłby temu
zapobiec. Strzelca dostrzegł w momencie, gdy ten odpalił rakietę.
Woląc nie ryzykować, przestawił M16 na ogień ostrą amunicją i
polecił mu rzucić broń. MęŜczyzna zlekcewaŜył polecenie - co
prawda rzucił wyrzutnię, ale zamiast się poddać, sięgnął po
przewieszony przez ramię pistolet maszynowy. Gdy Manuel obrócił
się błyskawicznie w stronę Petersona i uniósł AUG, ten posłał
dwie krótkie serie, mierząc w pierś terrorysty. Krew trysnęła z
rozerwanej klatki piersiowej Manuela, a po chwili rzuciła mu się
ustami. Był martwy, nim jego ciało padło na ziemię. A lo hecho,
pecho. Batter 2 opadł czterysta stóp poniŜej płaskowyŜu i
znieruchomiał nad półką skalną, którą starannie wybrano na
miejsce desantu po analizie map stereoskopowych wykreślonych na
podstawie zdjęć z Hawkeye. Stąd do dna rozpadliny pozostało
jeszcze około stu stóp, które grupa uderzeniowa miała pokonać,
opuszczając się na linach. Pionowe ściany i niewielka szerokość
wąwozu uniemoŜliwiały wysadzenie desantu bezpośrednio na jego
dnie. Tylna rampa samolotu opadła i desant pod dowództwem Dana
Carlysle'a wyładował się biegiem. Gumowe karbowane podeszwy
zapewniały im dobrą przyczepność, a gogle noktowizyjne pozwalały
dobrze widzieć mimo zmroku. Na kaŜdą z pięciu lin przypadało
pięciu ludzi. Komandosi wbili w skałę tytanowe haki z
karabińczykami i dowiązali do nich liny, które następnie
zrzucili, by sprawdzić, czy są wystarczająco długie i sięgną dna
rozpadliny. Pierwsza piątka nałoŜyła rękawiczki, sprawdziła haki,
przełoŜyła liny przez uprzęŜe, tak by biegły przez uda, piersi
i plecy, po czym zaczęła zjazd, amortyzując ugiętymi nogami
opadanie na ścianę. Ręce, którymi hamowali, trzymali pod
pośladkami, drugie unosili, przepuszczając w nich przejechane juŜ
odcinki lin. Zdjęcia satelitarne wskazywały, Ŝe przez większość
drogi ściany są gładkie i twarde, co pozwalało na szybki zjazd.
Dopiero ostatnie dziesięć jardów było trudniejsze, gdyŜ spod nóg
sypały się kamienie odpadające od zwietrzałej ściany. Mimo to
dotarli na dół szybko i bez urazów. Wyplątali liny z uprzęŜy,
ujęli je oburącz i szarpnęli, dając znak następnej grupie, Ŝe są
juŜ na dole. Po kilku sekundach kolejnych pięciu męŜczyzn
rozpoczęło schodzenie. Obóz był całkowicie opuszczony i w
zasadzie ewakuowany. Pozostały puste namioty - niektóre
nietknięte, niektóre częściowo złoŜone - jeep z przebitą oponą
oraz sterty spalonych w całości lub fragmentami śmieci. Komandosi
znaleźli równieŜ trochę rzeczy osobistych i wyposaŜenia - łopaty,
kuchenki gazowe, zwoje lin, metalowe wiadro, apteczkę,
jednorazową maszynkę do golenia, cztery baterie typu D, okulary
przeciwsłoneczne bez jednego szkła, przewrócony drewniany stół
i mapę okolicy, którą moŜna kupić w kaŜdym sklepie. Nie
zaznaczono na niej jednak niczego: Ŝadnych punktów ani tras, nie
zapisano teŜ niczego na marginesach. Mieszkańcy starannie po
sobie posprzątali - nie zostawili ani sztuki amunicji czy teŜ
wskazówek co do swojej toŜsamości lub miejsca, do którego się
przenieśli. Carlysle splunął z uczuciem i połączył się z
samolotem.- I jak przyjęcie? - zainteresował się pilot ospreya
o kryptonimie Batter 2. - Spóźniliśmy się na imprezę - odparł z
niesmakiem Carlysle.
Megan pomogła Thibodeau spocząć wygodnie na poduszkach, zdjęła
mu z głowy kapelusz i połoŜyła na stoliku obok łóŜka. Rollie
wyglądał na porządnie zmęczonego, a dyŜurna pielęgniarka odkryła,
Ŝe ma podwyŜszoną temperaturę. Jak zapewniła Megan, nie było to
Strona 117
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
nic powaŜnego, ale wskazywało, Ŝe ranny potrzebuje wypoczynku.
Thibodeau nie wziął teŜ przygotowanych przez nią środków
przeciwbólowych, upierając się, Ŝe chce być przytomny i mieć
jasny umysł, gdy napłynie meldunek od grup desantowych. Teraz,
gdy napłynął, Megan nalała wody do szklanki i podała mu ją wraz
z tabletkami.Do dna! - poleciła. Wymamrotał coś pod nosem, ale
przełknął podaną porcję i opróŜnił szklankę. Odebrała od niego
naczynie, naciśnięciem guzika ułoŜyła górną część łóŜka w pozycji
siedzącej i poprawiła mu koc. A potem pochyliła się i pocałowała
go w policzek. - Dobrej nocy, Roi. Przyjdę rano. Spojrzał na nią
przytomnie.
- Trudno będzie coś z nich wyciągnąć. Wiesz o tym.
Skinęła głową.
- Postaramy się - zapewniła go.
Le chaut sauuage... nie było go tam. Musiał odlecieć tym
samolotem, który nam uciekł. Megan przytaknęła.Bardziej mnie
martwi, Ŝe wciąŜ nie wiemy, dlaczego za atakowali zakłady. Taki
wysiłek włoŜony w zaplanowanie i koordynację działań oraz cały
ten fikuśny sprzęt uŜyty tylko po to, Ŝeby wysadzić magazyn z
częściami zapasowymi... To bez sensu, wiesz - powiedział.
Poklepała go po ramieniu.
Śpij. Dzień był długi, a teraz i tak nic więcej nie moŜemy
zrobić. Przygasiła światło, wzięła torebkę z krzesła i ruszyła
ku drzwiom.Meg! - zawołał słabo. Odwróciła się z ręką na klamce.
Myślisz, Ŝe jeśli coś zacznie się w Kazachstanie, ten Ricci
da sobie radę? Przez długą chwilę stała bez słowa, po czym
wymownie westchnęła.Jutro teŜ jest dzień, Rollie - powiedziała
delikatnie. A potem wyszła na korytarz i cicho zamknęła za sobą
drzwi.
21
KAZACHSTAN
26 KWIETNIA 2001
W południowym Kazachstanie od początku lat pięćdziesiątych
dwudziestego wieku Rosjanie w ścisłej tajemnicy testowali swe
pojazdy kosmiczne. Być moŜe właśnie dlatego region ten słynął z
obserwacji UFO. Były ich setki i widzieli je wszyscy - rolnicy,
pasterze, mongolscy handlarze końmi. Prawie kaŜdy miał jakąś
opowieść o dziwnych latających obiektach dostrzeŜonych nad
brązowym stepem. Jedne były prawdziwe, inne wymyślone, a
wszystkie ubarwione w trakcie powtarzania rodzinie i
przyjaciołom, gdyŜ chciano w ten sposób urozmaicić trochę szarą
codzienność tego odległego górskiego zakątka. Ciemny, podobny do
dysku obiekt okrąŜający okolicę kosmodromu Bajkonur po południu
26 kwietnia, wyjątkowo pochmurnego i deszczowego dnia, obserwował
cały klan alBijan. Od pradziadków do najmłodszych podrostków,
sześćdziesiąt siedem osób zgromadziło się przed domem przodków,
by jeść pieczoną koninę, pić wysokoprocentowe napoje -
przynajmniej jeśli o dorosłych chodzi - oraz tańczyć do wtóru
trójstrunowego komuza, czyli mówiąc krótko, by uczcić ślub jednej
z panien z synem szanowanego i całkiem jak na lokalne warunki
majętnego Kazacha. W ich jednak wypadku, mimo urojenia, opisy
tego, co widzieli, nie były ani wymyślone, ani przesadzone. Ricci
siedział samotnie w przyczepie słuŜącej mu za prywatną kwaterę
i przeglądał mapy okolicy. Sytuacja podobała mu się tak samo jak
gospodarze, czyli z kaŜdą mijającą minutą coraz mniej.
Oczekiwanie, Ŝe Rosjanie dotrzymają obietnicy współpracy, było
równie rozsądne jak wynajęcie pedofila na pedagoga szkolnego,
gdyŜ dał słowo, Ŝe będzie trzymał ręce przy sobie. Pierwotne
uzgodnienia dawały mu pełne dowództwo nad połączonymi siłami
strzegącymi kosmodromu, lecz w ciągu ostatnich dwudziestu
czterech godzin ewoluowały one tak, Ŝe obecnie dowodził jedynie
obroną obwodu, a rosyjscy wojacy z sił kosmicznych, czy jak je
tam nazywano, przejmowali kontrolę nad terenem bazy,
uniemoŜliwiając w dodatku jego ludziom wejście do części
budynków. Przy niektórych punktach kontrolnych doszło juŜ nawet
do scysji z Rosjanami, którzy próbowali rządzić i tam. Sytuacja
przypominała jako Ŝywo to, co zdarzyło się w latach
Strona 118
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
dziewięćdziesiątych w Jugosławii, kiedy to po negocjacjach z NATO
Moskwa zgodziła się nie wchodzić do Kosowa, po czym natychmiast
wysłała spadochroniarzy, by zajęli strategiczne lotnisko w
Pristinie. Co prawda, wynieśli się z niego jak niepyszni, i to
prosząc wojska NATO o wodę, ale nie od razu. No i wtedy mieli
prezydenta, który wyglądał i zachowywał się jak przerośnięta
pijawka moczona w alkoholu i na którego mogli zrzucić winę za
całe to "zamieszanie"... Lecz jakie teraz znajdą wytłumaczenie?
Potrząsnął ponuro głową. Wiedział, Ŝe Gordian kilkakrotnie
kontaktował się z Pietrowem, usiłując skłonić go, by trzymał się
pierwotnych ustaleń, ale sam rozmawiał z Rogerem przed dwunastoma
godzinami i usłyszał, Ŝe ma ćwiczyć cierpliwość, robić co się da
i czekać na nowe informacje. Głos szefa holdingu nie brzmiał
specjalnie optymistycznie i Gordian nie odezwał się od tej pory,
co najlepiej świadczyło, Ŝe próby przemówienia Pietrowowi do
rozsądku skończyły się tak samo jak przemawianie chłopa do
obrazu. Rosjanie dobrze opanowali sztukę odwlekania w
nieskończoność negocjacji. Robili to dopóty, dopóki ziemia nie
paliła się im pod stopami, więc jeśli będzie tylko na to liczył,
zanim ustąpią, wszyscy dawno juŜ zapomną o starcie promu.
Zakładając naturalnie, Ŝe start się odbędzie i nie zmieni się w
katastrofę. Przyglądał się mapie. Był przemęczony i niewyspany:
po pierwsze, na skutek podróŜy, po drugie, na skutek pośpiechu,
z jakim musiał organizować swoje siły. Do tego dochodziły zwykłe
problemy logistyczne wynikające z konieczności posiadania
odpowiednich środków, no i ciągła wojna podjazdowa z tępym,
biernym Pietrowem, który nieustannie podwaŜał jego autorytet.
Cała ta sytuacja zaczynała go wyprowadzać z równowagi, a w
dodatku cios wymierzony w terrorystów w Chapada trafił w próŜnię.
Większość, w tym wszyscy, którzy coś wiedzieli, odleciała
wcześniej, a ich samolot rozpłynął się bez śladu. Jeśli byli tak
dobrzy i tak doskonale wyposaŜeni, jak wskazywały na to
informacje, którymi dysponował, to mieli takŜe do dyspozycji sieć
bezpiecznych lotnisk polowych, o których nikt nie wiedział, i
mogli, wykorzystując je jako punkty paliwowe, oblecieć cały
świat, a nie tylko dotrzeć tam, gdzie chcieli. A był pewien, Ŝe
wiedział, co jest ich celem. Przyglądał się mapie, czując, Ŝe są
gdzieś blisko. Była to niewytłumaczalna, bo nie poparta dowodami
i nie dająca się logicznie wytłumaczyć pewność. Jedynym, który
mógł go zrozumieć, był Pete, gdyŜ on równieŜ wiele lat
przepracował w policji i musiał wiedzieć, co to takiego
przeczucie. KaŜdy dobry glina to wiedział, podobnie jak kaŜdy
przed aresztowaniem czuł mrowienie końcówek nerwowych. W ten
sposób najpewniej zwierzęta w puszczy wiedziały o nadciągającej
burzy. Problem polegał na tym, Ŝe nie miał pojęcia, gdzie się
ukrywali. Nawet pogoda była przeciw niemu - tak długo jak front
niŜowy pozostawał nad Kazachstanem, satelity miały znacznie
ograniczone zastosowanie, gdyŜ chmury powaŜnie zmniejszały ich
moŜliwości. Co prawda, Gordian i Nimec dysponowali inną zabawką,
ale musiał ją dopiero sprawdzić. Był to bezzałogowy samolot
zwiadowczy SkyManta. Wyglądał zupełnie jak latający talerz z
któregoś z filmów fantastycznonaukowych z lat pięćdziesiątych,
jak choćby Ziemia kontra obcy z Zanthora. Podczas słuŜby
wojskowej miał do czynienia z innymi tego typu maszynami,
wliczając w to Predatora, który w końcu trafił do wyłącznego
uŜytku II Eskadry Rozpoznawczej US Air Force. Zarówno jednak
Predator, jak i Hunter czy pozostałe przypominały kształtem
klasyczny samolot... SkyManta holdingu UpLink naleŜała do
zupełnie innej klasy. Ricci, choć nie był naukowcem, uczył się
szybko, zwłaszcza jeśli ktoś mu coś przystępnie wyłoŜył. A Nimec
zrobił to bardzo przystępnie. SkyManta miała tak zwaną "sprytną
skórę" kompozytowy stop naszpikowany systemami
mikroelektromechanicznymi, określanymi czasem mianem MEMS, na
które składały się sensory tak małe, Ŝe mogłyby być przenoszone
przez mrówki. Pozwalały one wykrywać źródła ciepła i przekazywać
obraz zarówno widzialny, jak i radarowy, wzmocniony komputerowo
w prawie rzeczywistym czasie. Obraz był ruchomy, a radar potrafił
przeniknąć chmury. SkyManta miała niemal taki sam kolor jak
Strona 119
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
maszyny typu Stealth, co przy średnicy trzydziestu pięciu do
czterdziestu stóp powodowało, Ŝe w nocy nie sposób było ją
dostrzec z ziemi, a i w dzień nie było to łatwe. Na dodatek coś
w jej kształcie powodowało, Ŝe niezwykle cięŜko było ją wykryć
za pomocą naziemnych systemów radarowych. Pojazd i jego obsługa
zostali dostarczeni z Kaliningradu i od godziny maszyna
znajdowała się w powietrzu. Ricci postanowił nie siedzieć swoim
ludziom na karkach, tylko poczekać, aŜ odkryją coś interesującego
- ta metoda zawsze lepiej się sprawdzała. Teraz najbardziej
potrzebował kilku godzin spokoju i samotności, by wszystko
przemyśleć. Ponownie spojrzał na mapę i przesuwał palcem po
konturach terenu otaczającego kosmodrom. Wszędzie pełno było
dolinek, wzgórz, rozpadlin i innych kryjówek, w których mogły się
ukryć nawet spore siły, jeśli tylko opanowały choćby podstawowe
techniki maskowania. Jeśli byli w tym dobrzy, mogli ukrywać się
tam tygodniami. Co waŜniejsze, mogli swobodnie wybrać czas i
miejsce uderzenia, bo w to, Ŝe uderzą, nie wątpił ani przez
moment. A przez to miał coraz większą ochotę, by gołymi rękami
udusić Pietrowa za jego głupotę. Potrząsnął ze zniechęceniem
głową i wstał, zostawiając mapę na stole. Gdy parzył kawę, Ŝyczył
sobie duŜo szczęścia było niezbędne, Ŝeby powstrzymać atak, kiedy
wreszcie nastąpi.
Kuhl podjechał do punktu kontrolnego przy północnej bramie
kosmodromu. Siedział obok kierowcy w kabinie wojskowej cięŜarówki
MZKT-7429, ubrany w mundur porucznika Wojenno Kosmiczeskich Sił.
Samochód miał oznaczenia tejŜe formacji, a wszyscy pasaŜerowie
nosili mundury tego rodzaju broni. Prowadził Oleg, Ukrainiec,
który od lat był najemnikiem, z tyłu zaś siedział Antonio i
czterech ludzi wybranych przez Kuhla z grupy brazylijskiej.
Mundury były oryginalne - ich prawowici właściciele leŜeli kilka
mil dalej ukryci w skalnej rozpadlinie. śeby nie poplamić i nie
uszkodzić uniformów, Antonio zabił ich z pistoletu kaliber 22
strzałami w tył głowy. Oprócz pięciu ludzi na pace cięŜarówki
znajdowało się równieŜ działo mikrofalowe, które przetestowali
na pociągu z Sao Paulo, i jego mniejsza, lecz potęŜniejsza wersja
zwana Havoc, która miała zostać zainstalowana w rosyjskim module
stacji kosmicznej. Dysponując bateriami słonecznymi stacji, Havoc
byłby bronią wielokrotnego uŜytku pozwalającą Harlanowi
DeVane'owi na zdalne zniszczenie elektronicznej infrastruktury
dowolnego miasta na globie. Przy bramie stało pięciu wartowników
- dwóch w ciemnoniebieskich mundurach Miecza, trzech pozostałych
zaś w takich samych uniformach jak Kuhl i jego ludzie, tyle Ŝe
wszyscy byli szeregowcami. Kuhl puścił stojący obok siedzenia
pistolet maszynowy MP5K - obecność Rosjan mogła zapobiec
konieczności uŜycia broni. Oleg zwolnił i zahamował przed bramą.
Do cięŜarówki podszedł jeden z amerykańskich wartowników.Proszę
pokazać dokumenty - powiedział po angielsku, stając obok drzwi
kierowcy, po czym powtórzył to podręcznikowym rosyjskim:
PakaŜitie, paŜałujsta, dakumienty. Oleg sięgnął po broń, lecz
znieruchomiał, gdy dostrzegł gest Kuhla. Ten opuścił szybę po
swojej stronie i wychylił się.O co chodzi? - spytał po angielsku
ze sztucznym rosyjskim akcentem. - Jestem oficerem Ŝandarmerii.
Nie rozróŜniacie oznaczeń?
Wartownik przyjrzał mu się spokojnie, lecz z determinacją.
Przepraszam za kłopot, ale wystarczy, Ŝe pokaŜecie dokumenty, i
będziecie mogli wjechać - odparł. - Takie dostaliśmy rozkazy, gdy
obejmowaliśmy posterunek. Kuhl skrzywił się i skinął na
rosyjskiego wartownika. Co to jest?! Długo mają mnie ci obcy
obraŜać w moim kraju?! - warknął po rosyjsku. StraŜnik naleŜący
do Miecza mógł nie zrozumieć słów, za to ton zrozumiał
doskonale.Zapewniam pana, Ŝe to rutynowa... Przerwał, bo jeden
z rosyjskich wartowników podszedł do cięŜarówki, uderzył w
błotnik i dał znak, by pozostała dwójka otworzyła bramę.Me
biespakojsia - uspokoił Olega. - Jedź! Oleg skinął głową i
wcisnął pedał gazu.
Zaraz, moment... - Amerykanin próbował protestować,
widząc, Ŝe cięŜarówka mija posterunek.
Strona 120
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
Nietl - Rosjanin aŜ się nadął. - To dowódca naszej straŜy, a nie
jakiś kryminalista. Amerykanin rozwaŜył moŜliwości - mógł
rozkazać, by zatrzymano i przeszukano cięŜarówkę, ale jedynie pod
groźbą uŜycia broni, bo samochód był juŜ w ruchu. Z drugiej
strony, była to trzecia taka scysja od momentu objęcia warty. W
dwóch poprzednich Rosjanie indyczyli się, ale ustąpili. Choć byli
dupkami, nie robili tego z własnej woli, ale wykonywali rozkazy
wyŜszych rangą dupków. Na ich współpracę nie miał co liczyć,
jeśli jednak w wyniku kolejnej konfrontacji sprawa oprze się o
oficerów, mogli mu wręcz zacząć przeszkadzać w wypełnianiu
obowiązków. Postanowił tym razem ustąpić i zameldować o wszystkim
przełoŜonym. W końcu do tego słuŜyły środki łączności. Odwrócił
się z niesmakiem od Rosjanina i włączył radiotelefon. W
cięŜarówce Kuhl równieŜ chwycił mikrofon i nakazał grupie
uderzeniowej przystąpić do akcji. Po otrzymaniu rozkazu Kuhla
niewielka armia, którą najemnik zgromadził wśród wzgórz na
południowy wschód od kosmodromu, oŜyła i wyłoniła się z miejsc
przykrytych sztucznymi głazami, fałszywą roślinnością oraz
siatkami maskującymi. Przez ostatni tydzień cierpliwie czekali
w ukryciu. Jedynie zwiadowcy byli aktywni i co noc rozpoznawali
rejon ataku. Tej nocy takŜe sprawdzili wschodni odcinek obwodu
kosmodromu i zameldowali, Ŝe obrona jest nieliczna i tak
rozciągnięta, iŜ nie powstrzyma skoncentrowanego, błyskawicznego
ataku. NaleŜało się naturalnie liczyć z tym, Ŝe opór zwiększy
się, gdy nadciągną odwody, ale to akurat nikogo nie martwiło. Nie
musieli zdobywać Bajkonuru, tylko urządzić wiarygodną próbę,
ściągnąć w rejon ataku jak najwięcej wojska i wycofać się. Plan
był dobry, jednak wykonawcy nie wiedzieli, Ŝe na rozkaz Kuhla
zwiadowcy ich okłamali. Chodziło o to, by próba ataku była
naprawdę przekonująca.
- SkyManta coś znalazła, panie Ricci. - Młody chłopak, któremu
Tom otworzył drzwi swej przyczepy, był zdyszany i zaczerwieniony.
- Wygląda, Ŝe to to! Ricci przyglądał mu się przez chwilę, nie
ruszając się z miejsca i nie odstawiając kubka z kawą. - A co
konkretnie? - spytał. - Piętnaście, moŜe dwadzieścia jeepów.
Operatorzy mówią, Ŝe w podczerwieni widać je zupełnie wyraźnie.
Tworzą konwój i zbliŜają się do nas od wschodu. Tam właśnie
mieściło się stanowisko startowe. Ricci stwierdził, Ŝe Ŝyczył
sobie szczęścia w najwłaściwszym momencie. - Jak daleko są? -
Dwie, moŜe trzy mile. W tym rejonie jest system wąwozów i
jaskiń... Mogli się tam ukrywać...
- Lepiej martwmy się teraźniejszością. - Ricci wziął głęboki
oddech. - Te zdalnie sterowane platformy strzeleckie... jak im
tam...? - TRAP T-2, panie Ricci.
- Właśnie. Są na pozycjach? Tych samych, na których były w czasie
ćwiczeń? - Tak, panie Ricci. Cały ten sektor znajduje się pod ich
ostrzałem, a pola ognia nakładają się na siebie. Platform jest
piętnaście, tak samo jak na wszystkich odcinkach... - Weźcie po
kilka z pozostałych, ale nie za duŜo. Trzy, najwyŜej cztery. To
da nam trzydzieści stanowisk ogniowych skupionych w rejonie
ataku. I połączcie je w system rozplanowania ognia. - Tak jest,
panie Ricci.
Tom miał dość formy "panie Ricci" i powtarzania "tak jest". Miecz
nie był wojskiem, a on nie był oficerem, ale zaspokojenie jego
preferencji językowych naleŜało odłoŜyć na później.
- I proszę poinformować zarówno strzelców, jak i grupy szybkiego
reagowania, Ŝeby nałoŜyli kamizelki kuloodporne.Takie są
przepisy, panie Ricci.
- I co z tego?! Chcę, Ŝeby je mieli na sobie, a nie wiedzieli,
Ŝe mają mieć!Tak jest, panie Ricci! Tom Ricci westchnął
zrezygnowany.
Dobra, prowadź do przyczepy dowodzenia. Chcę ich zobaczyć
na własne oczy.
Kilka minut po przejechaniu bramy Oleg zatrzymał cięŜarówkę w
spokojnym rejonie kosmodromu. Na metalowym dachu zainstalowano
wcześniej uchwyty, w których teraz ludzie Kuhla zamocowali
Strona 121
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
trójnóg niewielkiej anteny satelitarnej. Następnie pojazd ruszył
dalej. Włączyli umieszczony z tyłu generator, gdy cięŜarówka
stanęła dwieście stóp od długiego, niskiego budynku mieszczącego
halę montaŜowo-kontrolną, w której znajdował się moduł techniczny
międzynarodowej stacji kosmicznej. Rankiem miano go umieścić w
ładowni promu. Betonowej, pozbawionej okien budowli pilnowali
wyłącznie Rosjanie i było ich niewielu. śadnego nie
zainteresowała parkująca niedaleko cięŜarówka z talerzem na dachu
- była to w końcu ich cięŜarówka, więc widocznie miała tam stać.
W okolicy panował zresztą spory ruch, jak zwykle na krótko przed
startem. Kuhl był co prawda przygotowany do konfrontacji z
personelem Miecza, ale nie zaskoczyła go jego nieobecność. Zawsze
moŜna było polegać na rosyjskiej dumie. Głupota w połączeniu z
fatalnym stanem gospodarki dały poŜądany efekt. Wartownicy byli
nieliczni, a kosmodrom nie zabezpieczony przed nowymi rodzajami
broni, które za pomocą mikrofalowego impulsu potrafiły
unieszkodliwić wszystkie zainstalowane alarmy. Kuhl odwrócił się
do Olega. - Idź do tyłu i powiedz im, Ŝe mają uruchomić działo,
jak tylko będą gotowi.
Przyczepa dowodzenia pełna była ludzi. Ricci dostrzegł, Ŝe
obsadzone są wszystkie stanowiska umieszczone pod ścianami, a
poświata bijąca od ekranów i błyskających kontrolek rzuca
róŜnobarwne cienie na twarze operatorów. Umieszczony na ścianie
duŜy ekran pokazywał obraz przesyłany przez SkyMantę. Widać na
nim było filmowaną z powietrza kolumnę pojazdów terenowych. - Ten
obraz przekazywany jest prawie w czasie rzeczywistym, tak? -
spytał Ricci, podchodząc do Sharon Drake, jednej z operatorek. -
Tak jest, panie Ricci.
- Ile wynosi to "prawie"?
- To co widzimy, działo się przed niecałymi dwiema sekundami. -
O ile zbliŜyli się od tego momentu?
Sharon nacisnęła klawisz i nałoŜyła na obraz siatkę
współrzędnych.Trochę mniej niŜ sto jardów - odparła. Czy przy
innych bramach wykryto jakikolwiek ruch?
Operatorka potrząsnęła głową.
Na pewno nie przy uŜyciu zdjęć lotniczych w podczerwieni czy
kamer naziemnych. Wartownicy takŜe nie meldowali o niczym
podejrzanym. Ricci zamyślił się. To co się właśnie działo, nie
miało sensu. Przebieg nocnego ataku w Brazylii, z którym zapoznał
się dokładnie dzięki relacji Nimeca, dawał zupełnie inny obraz.
Przeprowadzono go wielokierunkowo, doskonale zaplanowano, a
napastnicy znali lokalizację budynków i wart na terenie zakładów.
Desant z powietrza, jak teŜ seria zasadzek wskazywały na operację
sił specjalnych, które doskonale wykorzystały przewagę, jaką daje
zaskoczenie i rozproszenie ochrony. Tutaj zaś, choć dotąd nie
było wiadomo dokładnie, co jest celem ataku, na pewno nie
uderzali zawodowcy. SzarŜa terenówkami na karabiny maszynowe była
misją samobójczą. Odetchnął głęboko i spytał:Te platformy, TRAP
T-2... jaka jest maksymalna odległość, z której strzelcy mogą
nimi kierować? Sharon pochyliła się ku chudemu czarnoskóremu
operatorowi w okularach siedzącemu przy pulpicie po prawej. -
Ted, powiedz mi... - Sześćdziesiąt metrów - odparł, nie podnosząc
oczu znad ekranu. Ricci przeliczył dane - to mniej więcej
dwieście stóp.
Powiadomcie obronę odcinka, Ŝeby strzelcy zajęli pozycje sto
stóp za platformami i otworzyli ogień, gdy tylko jeepy znajdą się
w zasięgu. Dwie trzecie platform zaopatrzcie w ostrą amunicję,
ale najpierw poczęstujcie ich gazem i fajerwerkami, Ŝeby mieli
okazję się wycofać. Jeśli nie zawrócą, zabijcie ich. Zespoły
szybkiego reagowania mają stanowić drugą linię obrony. Ted bez
słowa skinął głową. Panie Ricci. - Sharon obejrzała się
nagle przez ramię. Dzieje się coś, czego nie rozumiem... Dał jej
znak, Ŝeby mówiła dalej.
- Mam niezwykle gorące miejsce, nigdy czegoś takiego nie
widziałam... Ale odczyt pochodzi z terenu kosmodromu... z
północnej części, ściśle mówiąc.
- MoŜemy to zobaczyć?
Strona 122
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
- Zasięg nanosensorów SkyManty jest znacznie mniejszy niŜ
elektroopty... - Sharon, mów po ludzku! Proszę!
- Emisje ciepła czy energii moŜemy wykryć ze znacznie większej
odległości, ale obraz wideo nagrywa się tylko w linii wzroku,
czyli bezpośrednio pod pojazdem. Ricci przeczesał dłonią włosy.
Na północy znajduje się kompleks przemysłowy - powiedział. -
Daj mi mapę tego rejonu. Chcę wiedzieć, jakie budynki tam są i
co zawierają. Z prawej doszedł go krótki stukot klawiatury. Ted
wskazał na swój ekran. - Gotowe.
- Nie wiem, czy to waŜne, ale właśnie dostaliśmy informację od
wartowników przy północnej bramie - odezwał się męŜczyzna spod
przeciwnej ściany. - Doszło do sprzeczki z miejscowymi
wartownikami. - O co poszło?
- Podjechała cięŜarówka. W kabinie był rosyjski porucznik i nie
chciał pokazać dokumentów. Rosyjscy wartownicy przepuścili go,
ignorując nasze procedury. Mamy z tym coraz więcej kłopotów.
ZłoŜyliśmy juŜ skargę u ich dowódcy, ale w tej sytuacji wolałem,
Ŝeby był pan na bieŜąco, panie Ricci. Tom przyjrzał mu się
uwaŜnie.
- Kiedy to się stało? - spytał.
- Około dziesięciu minut temu.
Ricci przeniósł wzrok na ekran z mapą i doznał olśnienia. Nagle
wszystko zaczęło wręcz idealnie do siebie pasować.Budynek
montaŜowo-kontrolny - powiedział, pochylając się nad ramieniem
Teda. - Wiesz, co w nim teraz jest? Ted spojrzał nań, wykręcając
głowę, i widać było, jak jego oczy za szkłami okularów robią się
coraz większe i większe.Moduł stacji kosmicznej - wykrztusił w
końcu.
Mówiąc po ludzku, czego zaŜądał Ricci, TRAP T-2 umoŜliwiały
obłoŜenie przeciwnika silnym, skoncentrowanym ogniem z
osłoniętych miejsc zapewniających zerowe straty własne. Nadawały
się zatem doskonale do obrony najrozmaitszych obiektów.
Wypełniając rozkaz Ricciego, strzelcy poczekali, aŜ na ekranach
pojawiły się, jak się to mówi, "białka oczu przeciwników", i
dopiero wtedy wypuścili salwy pocisków dymnych, fosforowych i
gazowych. Jednocześnie nadali po angielsku, rosyjsku i kazachsku
wezwania do rzucenia broni. Gaz był stratą czasu, bo napastnicy
nosili maski przeciwgazowe, ale istniała szansa, Ŝe kanonada i
efekty pirotechniczne skłonią ich do zatrzymania. Otoczona
rozbłyskami ognia i dymu kolumna zwolniła, lecz nie zatrzymała
się. Strzelcom nie pozostało nic innego, jak zmienić konfigurację
uzbrojenia na ostrą amunicję, śledzić cele i poczekać kilka
sekund. TRAP T-2 zawdzięczała swą nazwę niewyczerpanej
pomysłowości konstruktorów i starym zwyczajem był to skrót
oznaczający ruchomą telewizyjną platformę ogniową w wersji T-2.
Sześćdziesiąt platform skonfigurowanych specjalnie na potrzeby
UpLink International i rozstawionych wokół kosmodromu Bajkonur
uzbrojono w karabiny M16 z systemem WRS oraz półautomatyczne
strzelby Heckler & Koch model M3P. Całość zamontowana była w
uchwytach na trójnogu i wyposaŜona w precyzyjne oprogramowanie
słuŜące do wyszukiwania celów. Światłowody oraz system łączności
pracujący na częstotliwościach mikrofalowych pozwalały prowadzić
walkę za pomocą zaopatrzonych w ekrany przenośnych stanowisk
kierowania ogniem, które moŜna było przełączyć na ręczne
sterowanie. KaŜda platforma posiadała dwie kamery - szerokokątną,
obracającą się niezaleŜnie od uzbrojenia, i drugą, zamontowaną
na kolbie M16 w ten sposób, by dawała obraz z lunety celowniczej
9-27X. Oba obrazy przekazywane były zarówno operatorowi, jak i
do stanowiska dowodzenia, skąd kierowano walką.
Przed opuszczeniem przyczepy dowodzenia Ricci zadzwonił do
Pietrowa. - Co się dzieje? - Dyrektor programu kosmicznego był
bliski paniki. - Ta strzelanina... - Kosmodrom został zaatakowany
i od tej chwili zamierzam go bronić zgodnie z pierwotnym
porozumieniem zawartym przez pański rząd z firmą UpLink. Oznacza
to...
- Zaraz, momencik... przez kogo zaatakowany? Musi mi pan
Strona 123
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
powiedzieć... - Oznacza to, Ŝe chcę, by pańscy ludzie tak poza,
jak i na terenie kosmodromu nie wchodzili moim w drogę i nie
próbowali utrudniać dostępu do Ŝadnego budynku, bo będziemy
zmuszeni uŜyć siły - przerwał mu Ricci. - Z całym szacunkiem,
panie Pietrow, radzę panu wziąć swoje wojsko w karby, inaczej
bowiem rzeczywiście niebo moŜe się panu zwalić na głowę! Podobnie
jak w Brazylii napastnicy dostali się do budynku przez tylną
rampę załadunkową. Podstawowa róŜnica polegała na tym, Ŝe tym
razem nie musieli nikogo zabić, by tam dotrzeć, i Ŝe wszystkie
alarmy, elektroniczne zamki, kamery i mikrofony - kaŜde
urządzenie zasilane prądem i posiadające obwody oraz kable -
zostały zneutralizowane. PoniewaŜ Ilkanowicz starannie
skalibrował działo, chwilowo wyłączyło ono, nie zaś zniszczyło
urządzenia, na które oddziaływało. Oznaczało to, Ŝe większość
systemów, jeśli nie wszystkie, zacznie działać za kilkanaście
minut, najdalej pół godziny, a napastnicy zdąŜą się
niepostrzeŜenie wycofać. Tak katastrofa Oriona, jak i atak na
zakłady w Mato Grosso do Sul miały utwierdzić wszystkich w
przekonaniu, Ŝe ktoś za wszelką cenę chce powstrzymać budowę
międzynarodowej stacji kosmicznej, a pozorowane uderzenie ze
wschodu powinno przyciągnąć uwagę obrońców. Po jego odparciu
Amerykanie i Rosjanie będą gratulować sobie, Ŝe tym razem udało
im się ocalić prom i moduł stacji kosmicznej. Nikt nie powinien
podejrzewać, Ŝe od samego początku Harlan DeVane zamierzał
doprowadzić do szczęśliwego startu, tylko wówczas bowiem mógł
wykorzystać stację do własnych celów. Zarówno sabotaŜ, jak i
nocny atak miały jedynie ukryć prawdziwy cel, którym było
umieszczenie na orbicie w pełni sprawnego Hauoca. Wykorzystanie
do tego holdingu Rogera Gordiana dawało dodatkowe korzyści w
postaci osłabienia i destabilizacji jego operacji w Ameryce
Łacińskiej i powaŜnych problemów, jeśli nie całkowitego zerwania
współpracy z rządami Rosji i Brazylii. Kuhl i jego ludzie mieli
opuszczone wizjery hełmów i trzymali w dłoniach karabiny FAMAS,
ale nie spodziewali się oporu. Maszerowali prostym i długim
korytarzem prowadzącym do hali, w której przechowywano moduł
stacji kosmicznej. Plan budynku opanowali juŜ dawno temu, toteŜ
bez trudu poruszali się po budowli. Kuhl był dodatkowo objuczony
plecakiem, w którym znajdował się waŜący około dwudziestu funtów
Hauoc wraz z anteną. Urządzenie miało gabaryty przeciętnej
przenośnej miniwieŜy stereofonicznej i zainstalowane dyskretnie
w module stacji kosmicznej przypominającej rozmiarami wagon, nie
powinno zostać przez nikoąo odkryte. Ani przez techników, którzy
umieszczą moduł w ładowni promu, ani przez kosmonautów, którzy
połączą go z resztą stacji. Mogliby je odkryć inŜynierowie
przeprowadzający kontrolę przed startem, ale ta odbyła się
wczoraj. Po przyłączeniu modułu rosyjscy kosmonauci mieli wrócić
na Ziemię, a pierwsza załoga powinna się znaleźć na stacji
dopiero po kilku tygodniach przeznaczonych na bezzałogowe próby
całości. Do tego czasu DeVane zamierzał spokojnie zakończyć
szantaŜowanie Rosji i Stanów Zjednoczonych. Według Kuhla, plan
był elegancki, rozsądny i rozkosznie wręcz symetryczny. Antonio
i reszta jego ludzi trzymali się blisko, ale nie deptali mu po
piętach, gdy otwierał kolejne drzwi zaopatrzone w elektroniczny,
nie działający obecnie zamek. NajwaŜniejsza była szybkość. Choć
Havoc mógł być podłączony do baterii słonecznych w ciągu kilku
ledwie minut, trzeba było tego dokonać i opuścić budynek, nim
systemy zaczną działać, a kiedy to dokładnie nastąpi, nikt nie
był w stanie przewidzieć. Kuhl podszedł do ostatnich drzwi,
złapał za klamkę i bez trudu je otworzył. Moduł stacji kosmicznej
znajdował się bezpośrednio pod nim na specjalnej, nieco
podwyŜszonej kołysce. Mimo pośpiechu Kuhl zatrzymał się na moment
w drzwiach, odczuwając czystą satysfakcję z prawie wykonanego
zadania. A potem ruszył dalej. Antonio i pozostali poszli w jego
ślady, zmniejszając dzielącą ich odległość. - Wszyscy stać! -
rozległo się nagle z prawej. - Jeszcze krok i rozwalimy wam łby!
Ricci trzymał M16 na wysokości pasa, celując w męŜczyznę z
plecakiem. Przez gogle noktowizyjne widział wyraźnie tak jego,
jak i pozostałych terrorystów. Obok swego dowódcy, wzdłuŜ prawej
Strona 124
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
ściany, stało sześciu uzbrojonych i wyposaŜonych w noktowizory
członków Miecza. Sześciu następnych zajmowało stanowiska pod lewą
ścianą. Wszyscy mierzyli w stronę drzwi.Rzućcie broń! - polecił
Ricci. - Mam nadzieję, Ŝe rozumiecie po angielsku, bo macie
dokładnie trzy sekundy, nim zaczniemy strzelać. Nikt się nie
poruszył.
Dwie - powiedział spokojnie Ricci.
Kuhl zacisnął zęby i odwrócił się do Antonia. Szkoda było tracić
tych ludzi, ale nie miał wyboru.Walczymy! - szepnął, kłamiąc tak,
jak okłamał ludzi w jeepach. - Do końca!
Antonio błyskawicznie podniósł broń, obracając się jednocześnie
w stronę dowódcy ochrony, ale Ricci skosił go serią w brzuch, nim
najemnik zdąŜył nacisnąć spust. Kuhl tylko tego potrzebował. Gdy
jego podkomendni zaczęli strzelać seriami, obrócił się na pięcie
i dał nura ku drzwiom prowadzącym na korytarz. Był dosłownie w
progu, kiedy Ricci dopadł go rozpaczliwym skokiem i złapał za
plecak.
- WciąŜ tu jadą - odezwał się operator siedzący obok dowódcy
platform. Ten odetchnął głęboko - najwyraźniej przeciwnicy byli
zbyt głupi, by zdać sobie sprawę, w co się pakują.Otworzyć ogień
do dowolnie wybranych celów! - rzucił do mikrofonu. Napastnicy
w jeepach nie spodziewali się zdalnie sterowanych platform
strzeleckich, bo zwiadowcy o nich nie meldowali. Powiedzieli im
natomiast, Ŝe Rosjanie są przekonani, iŜ atak - jeśli w ogóle
nastąpi - skierowany będzie przeciwko kompleksowi przemysłowemu,
i dlatego zostawili ten rejon straŜnikom z Miecza. Ich pozorowane
uderzenie miało pozwolić Kuhlowi i jego grupie wykonać zadanie
i wycofać się, a sam Kuhl poinformował ich, Ŝe Amerykanie nie
mają dość ludzi, by utworzyć drugą linię obrony albo skutecznie
kontratakować. Dowódca ataku, choć zaskoczony, przyjął, Ŝe
platformy rozlokowano po ostatnim zwiadzie nocnym, a poniewaŜ
nigdy się z czymś podobnym nie zetknął, całkowicie nie docenił
ich moŜliwości. Zwłaszcza celności. W dodatku uŜycie pocisków
dymnych, gazowych i zapalających potwierdzało informacje
zwiadowców i Kuhla, Ŝe Amerykanie, podobnie jak to było w
Brazylii, mają zakaz uŜywania ostrej amunicji. Dlatego teŜ
trzymał się planu i nakazał kontynuować atak. Wskutek tego
kolumna jeepów znalazła się w krzyŜowym ogniu broni automatycznej
i została zmasakrowana w pierwszych kilkunastu sekundach, które
minęły od chwili, gdy operatorzy platform zaczęli strzelać. Wielu
napastników kule dosięgły w pojazdach, inni zginęli, wyskakując
z podziurawionych samochodów. Resztki zdołały się ukryć za
jeepami i próbowały odpowiedzieć ogniem, ale wszyscy zdawali
sobie sprawę, Ŝe przegrali. Atak został powstrzymany, a
napastnicy całkowicie unieruchomieni, nic więc dziwnego, Ŝe gdy
na skrzydłach kolumny pojawiły się amerykańskie wozy z odwodami,
ci z napastników, którzy pozostali przy Ŝyciu, czym prędzej się
poddali. Uderzenie załamało się błyskawicznie, a funkcjonariusze
Miecza byli bardzo zadowoleni. Wszystko odbyło się tak, jak
zaplanował to Kuhl.
Ricci zdąŜył zarzucić broń na ramię, nim wczepił się palcami w
pasek plecaka i pociągnął go ku sobie, zatrzymując Kuhla
dosłownie w drzwiach. Drugą ręką otoczył pierś najemnika, ale ten
parł do przodu, dzięki czemu zdołał się częściowo obrócić i
uderzyć go łokciem w Ŝebra. Ricci stracił oddech, ale nie zwolnił
chwytu. Kuhl ponownie trafił go łokciem w Ŝebra. Po trzecim
ciosie Tom zmuszony był rozluźnić chwyt, ale nie puścił
przeciwnika.
Za ich plecami grzmiała kanonada. Wąskie przejście nie pozwalało
uŜyć broni, więc rzucili ją na podłogę i miotali się, odbijając
od częściowo otwartych drzwi i framugi. Drzwi łomotały o ścianę,
zwiększając ogólne zamieszanie. Ricci dostrzegł, Ŝe Kuhl sięgnął
prawą ręką po pałkę wiszącą przy pasie, i spróbował złapać go za
nadgarstek, by mu to uniemoŜliwić. Terrorysta okazał się jednak
szybszy - wydostał pałkę z krótkiej pochwy i z półobrotu wbił mu
jej koniec w splot słoneczny. Tom napiął mięśnie przed ciosem,
Strona 125
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
ale nie na wiele się to zdało: pałkę wykonano z naprawdę twardego
drewna i ból prawie go sparaliŜował. Oszołomiony, oparł się z
jękiem o drzwi i puścił najemnika. WciąŜ jednak resztką sił
ciągnął ku sobie jego plecak, podczas gdy uwolniony z uścisku
Kuhl próbował wyrwać się wraz z pakunkiem i uciec. Rozległ się
trzask pękającego materiału i oddarł się prawy pasek plecaka.
Przez moment plecak wisiał na lewym, lecz zaraz zsunął się i
upadł na podłogę między męŜczyznami. Kuhl odwrócił się i schylił,
by podnieść zgubę. Ricci zrobił przerwę na oddech, zebrał się w
sobie i gwałtownym wyrzutem uderzył go kolanem w brzuch.
Korzystając z tego, Ŝe najemnik zgiął się wpół i zatoczył, ugiął
nogi i prostując się, wyprowadził piękny sierpowy na jego
szczękę. Głowa Kuhla odskoczyła, lecz Ricci poczuł, Ŝe najemnik
uniknął najgorszego. Uderzył raz jeszcze, wykorzystując fakt, Ŝe
ciasne przejście nie pozwalało na uniki. Jego pięść trafiła
męŜczyznę w bok nosa, z którego natychmiast trysnęła krew. W
oczach najemnika błysnął ból, ale nie zdradzał on oznak słabości.
Nim Ricci zdąŜył uderzyć po raz trzeci, Kuhl grzmotnął go na
odlew pałką powyŜej nerki i uniósł broń do kolejnego ciosu, tym
razem celując w skroń. StraŜnik zablokował uderzenie
przedramieniem, ale nie mógł złapać tchu, a do starego,
słabnącego ogniska bólu doszło nowe, promieniujące na cały bok.
W oczach migały mu mroczki, toteŜ z trudem dostrzegł, Ŝe Kuhl
ponownie sięgnął po leŜący między nimi plecak. Złapał go za
częściowo oderwany pasek i odwrócił się, by uciec. Chwytając
oddech, Ricci odepchnął się od drzwi. Cokolwiek znajdowało się
w tym plecaku, było na tyle waŜne, Ŝe przeciwnik dwukrotnie
usiłował go odzyskać, choć mógł w tym czasie uciec z budynku. Gdy
Kuhl próbował wybiec na korytarz, skoczył za nim, złapał go wpół
i przewrócił siłą uderzenia. Tym razem najemnik stracił oddech.
Ricci wylądował mu na plecach, amortyzując upadek jego ciałem.
Nogi Kuhla, który przy okazji wypuścił z dłoni pałkę, blokowały
drzwi do hali. Druga ręka pozostała zaciśnięta na naderwanym
pasku plecaka. Utrudniło mu to złapanie oparcia, ale i tak
usiłował się podnieść.,Tom miał nieodparte wraŜenie, Ŝe dosiadł
młodego, dzikiego ogiera, który robi co moŜe, by go zrzucić, a
biorąc pod uwagę, jak grały mu mięśnie, nie miał wątpliwości, Ŝe
nie zdoła długo utrzymać wroga na posadzce. Ricci skoncentrował
się na plecaku. Rozpłaszczył się na plecach Kuhla i prawą pięścią
uderzał w jego zaciśniętą dłoń. Bez rezultatu. Przerwał, wziął
głęboki oddech oraz większy niŜ dotąd zamach i uderzył raz
jeszcze, celując w kłykcie. Tym razem obaj usłyszeli trzask
pękającej kości. Kuhl ponownie nie zdradził Ŝadnych oznak bólu,
ale jego palce rozprostowały się nagle. Ricci sięgnął po plecak,
złapał go i przerzucił nad sobą przez otwarte drzwi do hali.
Jednak wtedy czyjaś dłoń złapała go za kostkę. Ciągnąc za sobą
smugę krwi i nie czując jeszcze bólu, Antonio doczołgał się do
drzwi i resztką sił złapał Ricciego za kostkę. Do głowy mu nie
przyszło, Ŝe został poświęcony przez dowódcę, którego usiłował
w ten sposób ocalić.Mi mano, su vida - powtarzał te słowa niczym
mantrę. Moja ręka, twoja śmierć. Ricci obejrzał się, zobaczył
bladego jak trup napastnika i spróbował uwolnić nogę. Potrząsanie
nic nie dało, więc kopnął mocno i trafił tamtego w twarz. Antonio
trzymał go kurczowo samą juŜ tylko siłą woli. Umierał, lecz
ciągnął ku sobie jego nogę, szczerząc zęby w upiornym grymasie.
Z kącika ust ciekła mu krew, plamiąc policzek i brodę. ŚMi mano,
su uida...
Wyczuwszy zmianę obciąŜenia na plecach, Kuhl skorzystał z okazji
- rozpłaszczył się, wsparł oburącz o podłogę i ignorując
strzaskaną dłoń, poddźwignął niczym ktoś wykonujący pompki. Ricci
zsunął się z niego, a najemnik czym prędzej poderwał się i
rozejrzał, szukając plecaka. Dostrzegł go za Antoniem, w hali
mieszczącej moduł stacji kosmicznej. Zobaczył teŜ uzbrojonych
funkcjonariuszy Miecza. Miał tylko dwie moŜliwości, więc wybrał
mniej chwalebną, za to zapewniającą przeŜycie. Mi mano, su vida,
mi mano... - głos Antonia cichł stopniowo aŜ do niesłyszalnego
szeptu i ostatecznie męŜczyzna umilkł. Ricci w końcu zdołał
wyszarpnąć nogę z jego zaciśniętych palców, poderwał się i
Strona 126
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
rozejrzał gorączkowo. Korytarz był pusty. Pobiegł nim aŜ do rampy
załadunkowej, wypadł z kompletnych ciemności w mrok nocy i
ponownie się rozejrzał. Przeciwnik zniknął. Choć szukał go
jeszcze godzinę i natychmiast rozkazał otoczyć kordonem teren
kosmodromu, Kuhla nie odnaleziono. Zdołał uciec, ale jego plecak
trafił w ręce Ricciego.
EPILOG
RÓśNE MIEJSCA
30 KWIETNIA 2001
Dźwiękoszczelna sala konferencyjna kwatery głównej UpLink
International w San Jose w Kalifornii.Tym razem nam się udało -
rzekł Gordian. - Spadliśmy na cztery łapy, ale nie ma się co
oszukiwać i sądzić, Ŝe na pewny grunt. Siedzący wraz z nim przy
stole konferencyjnym Megan Breen i Tom Ricci przytaknęli w
milczeniu. - WciąŜ nie znaleźliśmy zdrajcy - odezwała się Megan.
- Wiemy juŜ, Ŝe znał plany zakładów w Brazylii, kosmodromu
Bajkonur i montowni na przylądku Canaveral. Wiemy teŜ, Ŝe nie
tylko dostarczył terrorystom dokładne schematy stacji kosmicznej,
a zwłaszcza modułu technicznego, lecz równieŜ po mógł im znaleźć
miejsce zainstalowania tego działa mikrofalowego i sposób
podłączenia go do baterii słonecznych. - A to wymaga duŜej wiedzy
technicznej i naprawdę dobrego dostępu do informacji - dodał
Ricci. - To samo dotyczy równieŜ tego, kto wykonał brudną robotę
przy Orionie. - A ten, któremu odebrałeś plecak z urządzeniem? -
spytał Gordian. - Wiemy o nim coś poza tym, Ŝe dowodził w walce,
jest bezwzględny i uŜywa nazwiska Kuhl? Ricci potrząsnął głową.
W trakcie przeszukiwania terenu odkryto tylko dwóch martwych
rosyjskich straŜników. Jeden został uduszony, drugi miał skręcony
kark. Brakowało takŜe ich łazika, którym Kuhl mógł opuścić
kosmodrom.Rollie uwaŜa, Ŝe to nie on jest mózgiem całej tej
operacji - powiedziała niespodziewanie Megan. Gordian spojrzał
na nią zaskoczony.
Podał jakieś powody?
Wzruszyła ramionami.
Przeczucie.
- I to wszystko? Skinęła głową.
Czasami przeczucie jest najlepszą wskazówką - zauwaŜył
Ricci. Szef UpLink odetchnął głęboko.
Im dłuŜej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym więcej
pojawia się pytań bez odpowiedzi - stwierdził. - NajwaŜniejsze
brzmi: Jaki miał być cel tego działa? W pomieszczeniu zapadła
cisza.
Stopniowo i po kolei - powiedział po chwili Ricci tak cicho,
jakby mówił do siebie. Gordian spojrzał nań pytająco.
W ten sposób znajdziesz odpowiedź. Poznałem tę metodę w
wojsku, a potwierdziłem jej przydatność, gdy pracowałem w policji
- wyjaśnił Tom. - Tylko ostatnio prawie o niej zapomniałem. Kiedy
wszystko się wali i ma się dziesięć pozornie beznadziejnych
problemów, naleŜy zabrać się do nich po kolei i posuwać naprzód
drobnymi krokami. Gordianowi przemknęło przez myśl, Ŝe coś w tym
jest: pewność, Ŝe się Ŝyje tu i teraz, oraz szansa doczekania
lepszej przyszłości.Doskonale się spisałeś w Kazachstanie -
pogratulował po chwili Ricciemu. - Cieszę się, Ŝe jesteś z nami.
Megan przytaknęła, przyglądając się Tomowi.
Ja teŜ - dodała.
Ricci zauwaŜył jej wzrok.
Zobaczysz, o co mi chodzi - obiecał.
Barek Centrum Lotów Kosmicznych im. J. F. Kennedy'ego, przylądek
Canaveral na Florydzie.
Pete Nimec przyglądał się ze zmarszczonymi brwiami stojącemu
przed nim talerzowi. - Powiedz mi, jeśli zwariowałem, ale ten
omlet wygląda, jakby go zrobiono ze sproszkowanych jaj - rzekł.
Annie uśmiechnęła się nieznacznie. A czego poza jedzeniem
dla astronautów się tu spodziewałeś? - Dlatego zamówiłaś tylko
kawę?
Przyjrzała mu się z wahaniem.
Strona 127
Clancy Tom - Power Plays 02 - Sprawa Oriona
- Chcesz poznać pewien sekret?
Skinął głową. ,
Wolę mieć do czynienia z prasą o pustym Ŝołądku. Głód pomaga
pamiętać, z jakim rodzajem osobników mam do czynienia. Ostatnio,
niestety, codziennie.
Teraz Nimec się uśmiechnął.
To ma sens - przyznał.
Uniósł nóŜ i widelec, odkroił porcję omletu, po czym zdecydował,
Ŝe ma dość i z ulgą odsunął talerz - przynajmniej był to ostatni
posiłek, który zmuszony był tu spoŜyć. Za mniej więcej godzinę
Annie poprowadzi konferencję prasową, w trakcie której oficjalnie
ogłosi, Ŝe powodem katastrofy Oriona był sabotaŜ, a konkretnie
bomby podłoŜone w przedziale silnikowym. Od tej chwili śledztwo
przejmowały odpowiednie agencje rządowe powołane do ścigania
przestępców... a po cichu równieŜ Miecz. Choć Pete obiecał jej,
Ŝe zrobi wszystko co moŜliwe, by złapać winnych, i przyrzekł
informować ją na bieŜąco o postępach śledztwa, jego obecność na
przylądku Canaveral nie była juŜ niezbędna. Następnego ranka
wracał do San Jose. Ona zresztą takŜe wkrótce opuszczała Florydę
i wracała do domu w Houston. Po raz kolejny w ciągu ostatnich
kilku dni przyszło mu do głowy, Ŝe lot z San Jose do Houston nie
był w sumie całkiem długi. Wziął głęboki oddech i wypalił: Co
powiesz na kolację dziś wieczorem? W normalnej restauracji z
normalnym jedzeniem? Będziemy się mogli odpręŜyć i moŜe
zostaniemy przyjaciółmi, nie tylko współpracownikami. - Umilkł
na chwilę. - Jeśli chcesz, moŜesz zabrać ze sobą dzieci. Upiła
łyk kawy, odstawiła filiŜankę i z namysłem wpatrzyła się w jej
zawartość.Przyjaciółmi - powiedziała w końcu. Uniosła głowę i
przez długą chwilę przyglądali się sobie w ciszy. A potem Annie
uśmiechnęła się.
- Podoba mi się ten pomysł, Pete - oświadczyła. - Naprawdę mi się
podoba.
Kabina pasaŜerska prywatnego odrzutowca gdzieś nad zachodnią
Boliwią.
Harlan DeVane spoglądał przez okno na chmury, które przebijał
nabierający wysokości samolot, dopóki nie zasłoniły one zupełnie
rozciągającego się w dole krajobrazu. I myślał. To co zdarzyło
się w Kazachstanie, było istotnie godne poŜałowania. Kolumbijscy
i peruwiańscy lewacy zapłacili mu z góry za wyrównanie rozmaitych
rachunków, jakie mieli ze światem. Podobnie albańscy
partyzanci... i ich wróg, rząd w Belgradzie, o czym naturalnie
nie mieli pojęcia. Ale kolejka przyszłych klientów zapowiadała
się naprawdę imponująco. Część z nich miała w rzeczy samej
sprzeczne interesy, za to wszyscy zgadzali się z jego warunkami
dotyczącymi zachowania tajemnicy i uznania go za stronę
neutralną. W ostatnim tygodniu, kiedy sprawy wyglądały naprawdę
obiecująco, zgłosiły się ze szczodrymi ofertami Irak i Iran - oba
po to, by przysporzyć problemów sąsiadowi. Nowy Jork, Waszyngton,
Moskwa, Bagdad, Teheran... jeśli chodzi o wybór celów do
zniszczenia, był egalitarianinem, a Hauoca mógłby wypoŜyczać
przez długie tygodnie, nim zdołano by wysłać na stację
astronautów, którzy odłączyliby urządzenie, tracąc dodatkowy czas
na jego odszukanie. Westchnął cięŜko. CóŜ, nie udało się i
naleŜało się z tym pogodzić. Tym razem się nie udało. Nigdy na
szczęście nie gwarantował klientom, Ŝe operacja na pewno się
powiedzie, a Gordianowi i tak przysporzył sporo problemów.
Naprawdę, znacznie lepiej było z nadzieją spoglądać w przyszłość.
Świat pełen konfliktów był jednocześnie światem pełnym dochodów,
a jakoś nie wyglądało na to, by konflikty miały szybko dobiec
końca.
KONIEC
Strona 128