background image

Prolog

     

 Zastrzeżona dokumentacja, dostęp wyłącznie dla upoważnionych osób

Nazwa pliku 112:67B:AA6:Xad

Proszę o podanie kodu dostępu:  XXXXXXXXXX
Weryfikacja...

Dziękuję, inkwizytorze
Dokumentacja została udostępniona

Zapis werbalny dokumentu video
Lokalizacja: Maginor
Data: 239.M41
         Zapis wydobyty z modułu rejestracji video serwitora, odtworzony w 
formie   werbalnej   przez   Savanta   Eledixa   z   Ordo   Hereticus   w   archiwum 
Inkwizycji na Fibos Secundus, 240.M41

     [początek zapisu video] Ciemność. Odległe dźwięki ludzkiego cierpienia. 
Rozbłyski   światła   [prawdopodobnie   płomienie   wylotowe   broni].   Dźwięk 
pośpiesznego przemieszczania się.
          Źródło   zapisu   porusza   się   arytmicznie,   skacze.   W   zbliżeniu   widać 
kamienne ściany. Kolejny rozbłysk światła, silniejszy, bliższy. Krzyk bólu 
[źródło nieznane]. Ekstremalnie silny rozbłysk [utrata zapisu video na czas 2 
minut i 38 sekund, w tle nierozpoznawalny zapis audio]. Ponowna czytelna 
rejestracja obrazu.
         Mężczyzna [obiekt A] w długich szatach krzyczy przebiegając obok 
źródła zapisu [niemożliwa translacja wypowiedzi]. Obraz otoczenia: ciemne 
kamienne ściany [podziemia ? grobowiec ?] Tożsamość A nieznana [zapis 
video uchwycił jedynie część jego profilu]. Źródło zapisu przemieszcza się 
tuż za A. Obiekt A zdejmuje młot mocy z pętli zawieszonej pod szatą. Zbli-
żenie obrazu na dłonie A zaciskające się na uchwycie młota. Obraz sygnetu 
Inkwizycji. Obiekt A odwraca się w stronę źródła zapisu [twarz ukryta w 
półmroku]. Obiekt A mówi:
      Głos [A] – Szybciej ! Szybciej, w imię wszystkiego, co święte ! Ruszcie  
się i 
[wypowiedź zagłuszona hukiem wystrzału] tę przeklętą bestię !
     Kolejne rozbłyski światła, jednoznacznie zidentyfikowane jako wystrzały 
z broni laserowej. Antyoślepiacz źródła zapisu nie działa poprawnie [obraz 
staje się nieczytelny na czas 14 sekund, następnie powoli powraca wizja].
          Przejście   przez   kamienne   drzwi   wiodące   do   przestronnej   komnaty. 
Budulec   to   szary   kamień   w   formie   regularnych   bloków.   Źródło   zapisu 
przystaje. W przejściu leżą ciała, kolejne są widoczne w głębi położonych 
za   wejściem   schodów.   Na   zwłokach   widać   poważne   obrażenia,   wręcz 
zmiaż-dżenia. Podłoga mokra od krwi.
     Głos [A ?] – Gdzie jesteście ? Gdzie jesteście ? Pokażcie się !
         Źródło zapisu ponownie się przemieszcza. Dwa ludzkie kształty poru-
szają  się   po  lewej   stronie   kamery   [zwolniony   odczyt   zapisu   ujawnia,   że 
pierwszy z nich [obiekt B] jest mężczyzną w wieku około czterdziestu lat, 
silnie zbudowanym, noszącym kamizelkę kuloodporną Imperialnej Gwardii 
bez insygniów jednostki  ani identyfikatora, posiadającym cechę charakte-
rystyczną   w   postaci   licznych   blizn   na   twarzy   [starych],   trzymającym   w 
rękach ciężki karabin maszynowy z taśmowym podajnikiem; drugi kształt 
[obiekt C] to kobieta w wieku około dwudziestu pięciu lat, szczupła, o nie-
bieskawym   pigmencie   skóry,   tatuaże   i   pancerz   osobisty   zdradzają 
przynależ-ność   do   Kultu   Śmierci   Morituri,   w   ręku   trzyma   miecz   mocy 
[szacunkowa długość ostrza 45 cm]].
         Obiekty B i C przemieszczają się poza pole rejestracji źródła zapisu. 
Kamera zwraca się w ich stronę   Obraz B i C zaangażowanych  w nagłą 
konfrontację z użyciem broni białej w niższej części schodów. Przeciwnicy 
to   sześciu   ludzi   posiadających   implanty   bojowe,   dwa   mutanty   i   trzej 
ofensywni serwitorzy [patrz załącznik w formie pliku graficznego]. B strzela 
z karabinu maszynowego [wystrzały zagłuszają resztę dźwięków otoczenia]. 
     Dwaj heretycy czystej ludzkiej krwi zostają uśmierceni strzałami ciężkie-
go kalibru [dym wydzielany przez rozgrzaną broń częściowo zakłóca czytel-
ność obrazu]. Obiekt C pozbawia cięciem głowy jednego mutanta, skacze do 
przodu [brak zapisu wizualnego tego manewru, odtworzono go na podstawie 
ścieżki dźwiękowej] i przebija ostrzem kolejnego heretyka. Źródło zapisu 
przemieszcza się w dół schodów.
     Głos  [nieznany] – Maneesha ! Z lewej, z lewej...
     Źródło zapisu rejestruje obraz obiektu C trafionego kilkakrotnie z broni 
energetycznej. Obiekt C miota się konwulsyjnie, po czym zostaje rozczłon-
kowany  w efekcie otrzymanych  ran postrzałowych.  Zarejestrowany przez 
kamerę   obraz   ulega   zniekształceniu   wskutek   unoszącej   się   w   powietrzu 

mgieł

mgiełki powstałej z ludzkiej krwi [obiektyw kamery zostaje oczyszczony]. 
Obiekt B wchodzi w pole rejestracji urządzenia, krzyczy, strzela z karabinu 
maszynowego.
     Rejestracja ognia krzyżowego z broni laserowej [obraz nieczytelny].
         [Brak zapisu video, ścieżka dźwiękowa zawiera szereg komunikatów 
słownych  wydanych  przez różne osoby,  pośród  nich wiele wypowiedzia-
nych krzykiem].
         [Obraz ponownie staje się czytelny]. Obiekt A znajduje się tuż przed 
źródłem zapisu, wbiegając do dużej komnaty oświetlonej lampami chemicz-
nymi [twarz mężczyzny zostaje podświetlona na czas 0.3 sekundy]. Obiekt 
A pozytywnie zidentyfikowany jako inkwizytor Hetris Lugenbrau.
     Lugenbrau – Quixos ! Quixos ! Wszystko rozstrzygniemy ostrzem miecza  
i świętym płomieniem. Chodź, ty potworze ! Chodź tu, sukinsynu !
     Głos [nieznany] – Jestem tutaj, Lugenbrau. Kharnagar czeka.
         Lugenbrau [A] wychodzi poza pole rejestracji kamery. Źródło zapisu 
wykonuje obrót. Kamera rejestruje szereg ciał leżących na posadzce [ana-
liza   przeprowadzona   na   podstawie   stopklatek   pozwala   zidentyfikować 
pozostałości obiektu B leżące pośród dziewięciu zarejestrowanych na taśmie 
zwłok]. 
     [Obraz staje się nieczytelny na czas 1 minuty i 7 sekund. W tle słychać 
głośne dźwięki sugerujące toczącą się walkę].
          [Obraz  powraca].  Lugenbrau  jest   częściowo   widoczny  na  krawędzi 
obiektywu  kamery  po  lewej  stronie,  zaangażowany   w  bezpośrednią  kon-
frontację. Poświata emitowana przez uderzenie wymierzone młotem mocy 
pali się przez kilka sekund na ekranie wyświetlacza [obraz zniekształcony].
      Źródło zapisu koncentruje się na Lugenbrau. Inkwizytor zaangażowany 
w walkę z niezidentyfikowanym przeciwnikiem. Antagoniści poruszają się 
zbyt szybko, by można było pozytywnie potwierdzić tożsamość przeciwnika 
Lugenbrau. Ludzkie sylwetki [przypuszczalnie członkowie świty inkwizy-
tora]   pojawiają   się   w   prawej   części   obiektywu   kamery.   Głowy   sylwetek 
eksplodują. Sylwetki padają na posadzkę.
     [Oślepienie urządzenia rejestrującego. Obraz nieczytelny. Nieznany czas 
braku zapisu wizualnego].
     [Obraz powraca, jest silnie zakłócony]. Widoczne rykoszety na ścianach 
pomieszczenia.   Źródło   zapisu   wykonuje   zbliżenie   obrazu.   Źródło   zapisu 
rejestruje postać inkwizytora Lugenbrau walczącego z niezidentyfikowanym 
przeciwnikiem [kłęby dymu  silnie ograniczają widoczność]. Konfrontacja 
jak poprzednio jest zbyt szybka, by można było potwierdzić tożsamość nie-
przyjaciela. Pulsująca struga światła [prawdopodobnie broń biała] przebija 
Lugenbrau. Obraz podskakuje [część obrazu ulega rozmazaniu]. Lugenbrau 
ulega spopieleniu [ponownie całkowity zanik obrazu].
     [Pauza / brak zapisu przez nieznany okres czasu].
         [Obraz powraca]. Zbliżenie kamery na twarz spoglądającą w stronę 
źródła zapisu. Tożsamość postaci nieznana [obiekt D]. Obiekt D jest kla-
sycznie przystojny, uśmiecha się. Ma pozbawione wyrazu oczy.
     Głos [D] – Witaj, mała istoto. Jestem Cherubael.
     Jaskrawy rozbłysk światła.
     Przeraźliwy krzyk [prawdopodobnie głos źródła zapisu].
     [Obraz znika. Koniec taśmy].

1

background image

Rozdział I

Zimne przybycie.

Śmierć w hibernacyjnych grobowcach.

Kilka purytańskich refleksji.

         Ścigając recydywistę Murdina Eyclone dotarłem na Hubris w czasie 
Uśpienia roku 240.M41 wedle kalendarza imperialnego.
     Uśpienie trwa przez jedenaście miesięcy składających się na liczący dwa-
dzieścia jeden miesięcy cykl roczny planety. W okresie tym jedyne żywe 
istoty stąpające po tym świecie to Strażnicy odziani w ogrzewane kombine-
zony i dzierżący latarnie, patrolujący dzielnice hibernacyjnych świątyń.
     Wewnątrz lodowatych budowli wzniesionych z bazaltu i ceramitu miesz-
kańcy Humbrisu spali oczekując w swych pokrytych szronem sarkofagach 
na nadejście Odwilży, okresu przejściowego pomiędzy Uśpieniem i Życiem. 
     Nawet powietrze sprawiało wrażenie zestalonego lodu. Szron pokrywał 
grubą warstwą monumentalne krypty, a twarda lodowa skorupa skuła bez-
kres   równin   całego   świata.   Wysoko   w   górze   gwiezdne   konstelacje 
błyszczały na pogrążonym  w wielomiesięcznych ciemnościach nieboskło-
nie. Jednym z tych migoczących punktów było słońce Hubrisu, niezwykle 
teraz odległe. Do chwili przejścia cyklu rocznego w okres Odwilży słońce 
ponownie miało przeistoczyć się w gorejącą życiodajną gwiazdę.
     Kiedyś miało stać się płonącą na niebie kulą ognia, teraz było zaledwie 
iskierką w ciemnościach kosmosu.
      Kiedy mój wahadłowiec podchodził do lądowania w Mieście Świątyn-
nym,   założyłem   na   siebie   ogrzewany  kombinezon   i   kilka   warstw  ciepłej 
bielizny, ale mimo to wciąż dotkliwie odczuwałem przenikające mnie zimne 
dreszcze. Łzawiły mi  oczy, a same łzy niemal natychmiast  zamarzały na 
policzkach i nosie. Pamiętając przygotowany przez mojego savanta raport 
poruszający   kwestie   kulturowe   i   klimatyczne   Hubrisu   szybko   opuściłem 
przyłbicę ochronnego hełmu. Poczułem jak ciepłe powietrze zaczyna krążyć 
pod zakrywającą twarz plastikową maską. 
         Strażnicy, uprzedzeni o moim przybyciu za pomocą astropatycznych 
przekazów, oczekiwali na krańcu płyty lądowiska. Ich trzymane na długich 
uchwytach latarnie świeciły jasno pośród ciemności mroźnej nocy, a blask 
ten mieszał się z kłębami pary wydzielanej przez wywietrzniki ich ogrze-
wanych   kombinezonów.   Ukłoniłem   się   i   pokazałem   ich   dowódcy   moją 
odznakę. Śnieżny ślizgacz już czekał - dwudziestometrowy ostronosy po-
jazd koloru  rdzy poruszający się na płozach oraz wyposażonych w kolce 
tylnych kołach.
     Kiedy wyjeżdżaliśmy z lądowiska, spojrzałem przez ramię dostrzegając 
niknące w mroku światła pozycyjne i przywodzącą na myśl sztylet sylwetę 
mojego wahadłowca.
     Pokrywające tylne opony kolce wyrzucały w powietrze tuman rozbitego 
lodu tworząc za pojazdem miniaturową śnieżycę. Rozświetlony reflektorami 
krajobraz sprawiał odstręczające, zimne wrażenie. Jechałem z Lores Vibben 
i trzema Strażnikami w kabinie rozjaśnianej jedynie szmaragdową poświatą 
pokładowych   instrumentów.   Termowentylatory   wbudowane   w   podstawy 
foteli tłoczyły do wnętrza ślizgacza gorące powietrze.
      Jeden ze Strażników podał Vibben elektroniczny notes. Przesunęła po-
bieżnie wzrokiem   po jego wyświetlaczu i  przekazała  urządzenie w  moje 
ręce. Uświadomiłem sobie, że moja przyłbica wciąż jest opuszczona. Pod-
niosłem ją i zacząłem obmacywać kieszenie w poszukiwaniu okularów.
         Z lekkim uśmieszkiem na ustach Vibben wyjęła okulary z niewielkiej 
kieszonki   w   swym   płaszczu.   Wymamrotałem   podziękowanie,   założyłem 
okulary na nos i zagłębiłem się w lekturze.
         Kończyłem właśnie ostatni akapit tekstu, kiedy ślizgacz zahamował i 
zatrzymał się w miejscu.
 - Grobowiec Dwa-Dwanaście – oświadczył jeden ze Strażników.
     Wysiedliśmy opuszczając ponownie na twarze przyłbice hełmów.
         Niesione wiatrem płatki śniegu lśniły niczym wielkie klejnoty pośród 
czerni   nocy   rozjaśnianej   snopami   reflektorów   ślizgacza.   Słyszałem   już 
wcześniej o zimnie przenikającym ciało do kości. Niech Imperator uchroni 
mnie przed ponownym doświadczeniem tego potwornego uczucia. Kąsają-
cy,  paraliżujący chłód zdawał się mieć wręcz namacalne kształty.  Każdy 
mięsień   mego   ciała   protestował   rozpaczliwie   przeciwko   tak   ekstremalnie 
niskiej temperaturze.
         Niemal straciłem czucie w rękach, otępiały umysł również odmawiał 
posłuszeństwa.
     Niedobrze, bardzo niedobrze.
         Grobowiec Dwa-Dwanaście był budowlą hibernacyjną wzniesioną na 
zachodnim krańcu wielkiej Alei Imperialnej. W jego wnętrzu spało dwanaś-
cie tysięcy stu czterdziestu dwóch członków arystokratycznej elity rządzącej 
Hubrisem.

      Ruszyliśmy w kierunku budowli wspinając się po czarnych, pokrytych 
warstwą lodu schodach.
     Zatrzymałem się na chwilę.
 - Gdzie są Strażnicy tego grobowca ? – zapytałem.
 - Wykonują obchód – padła krótka odpowiedź.
     Rzuciłem okiem na Vibben i pokręciłem głową. Wsunęła dłoń pod swój 
futrzany płaszcz.
  -   Wiedzą   o   naszym   przybyciu   ?   –   zapytałem   ponownie   –   Wiedzą,   że 
chcemy się z nimi spotkać ?
  -   Sprawdzę   to   –   oświadczył   Strażnik,   który   w   ślizgaczu   wręczył   nam 
elektroniczny notes. Ruszył w górę schodów, a fosforowa latarnia w jego 
ręce kołysała się rytmicznie rzucając wokół białą poświatę.
     Pozostali dwaj wartownicy pogrążyli się we własnych myślach.
     Przywołałem ruchem dłoni Vibben nakazując jej udanie się wraz ze mną 
śladami dowódcy naszej eskorty.
      Znaleźliśmy go na dolnym tarasie grobowca, gapiącego się w niemym 
milczeniu na zamarznięte ciała czterech Strażników. Leżące przy zwłokach 
latarnie wciąż paliły się słabym rachitycznym blaskiem.
 - Co... ? – zdołał wykrztusić przez ściśnięte grozą gardło.
  - Wycofaj się stąd – rozkazała Vibben i wyjęła spod ubrania broń. Mały 
szmaragdowy   run   sygnalizujący  odbezpieczenie   mechanizmu   spustowego 
palił się w ciemności. Wyciągnąłem z pokrowca własne ostrze, włączyłem 
je. Miecz zaczął mruczeć basowo.
     Południowe wejście do grobowca było otwarte, zza wielkich hermetycz-
nych wrót sączyła się złota poświata. Moje najgorsze podejrzenia szybko 
stawały się rzeczywistością.
      Weszliśmy do środka budowli, Vibben omiatała nasze flanki lufą swej 
broni. Korytarz był szeroki, o wysokim suficie. Oświetlały go zawieszone 
na ścianach chemiczne lampy. Wdzierający się z zewnątrz chłód zaczynał 
już inkrustować białą warstewką lodu wypolerowane bazaltowe płyty.
     Kilka metrów za drzwiami następny Strażnik leżał nieruchomo w kałuży 
krzepnącej krwi. Przeszliśmy cicho nad jego ciałem. Po obu stronach kory-
tarza pojawiły się szerokie sale wiodące do pomieszczeń hibernacyjnych. 
Gdziekolwiek nie zwróciłbym  wzroku,  widziałem rzędy pokrytych  lodem 
komór zapełniających bazaltowe aule.
     Czułem się jakbym przemierzał wnętrze gigantycznej krypty.
      Vibben skręciła bezszelestnie w prawą odnogę korytarza, ja wybrałem 
lewą. Muszę przyznać, że byłem podekscytowany perspektywą zamknięcia 
sprawy ciągnącej się od sześciu lat. Eyclone wymykał mi się przez pełne 
sześć lat ! Studiowałem jego akta każdego dnia, a każdej nocy widziałem w 
snach przeklętą twarz.
     Teraz mógłbym przysiąc, że czułem zapach tego człowieka.
     Podniosłem przyłbicę hełmu.
     Z sufitu kapała woda - woda powstała ze stopionego lodu. W grobowcu 
wyraźnie podnosiła się temperatura. Niektóre z rozmazanych sylwetek wi-
docznych   za   plastikowymi   pokrywami   komór   hibernacyjnych   zaczynały 
poruszać się ospale. 
     Zbyt wcześnie ! O wiele za wcześnie !
     Pierwszy człowiek Eyclone wpadł na mnie z zachodniej strony w chwili, 
gdy dostałem się na niewielkie skrzyżowanie korytarzy. Uskoczyłem z mie-
czem energetycznym w dłoni i ciąłem go ukośnie w bok szyi, zanim zdążył 
podnieść na mnie swój oskard do kruszenia lodu.
         Drugi wychynął  z południowej strony,  trzeci z wschodniej. Za nimi 
tłoczyli się następni. Wielu następnych.
     Wir błyskawicznych uników.
     Walcząc zaciekle usłyszałem dziką kanonadę w grobowcu na prawo od 
mojej pozycji. Vibben wpadła w kłopoty.
 - Eisenhorn ! Eisenhorn ! – w zawieszonym przy uchu komunikatorze sły-
szałem jej zdyszany głos.
     Zwinąłem się w półobrocie i ciąłem mieczem. Moi przeciwnicy nosili na 
sobie ogrzewane kombinezony, w rękach trzymali narzędzia do kruszenia 
lodu świetnie sprawdzające się w roli podręcznej broni. Ich oczy były zimne 
i wyprane z wszelkich uczuć. Chociaż poruszali się szybko i zwinnie, coś 
nienaturalnego  w ich ruchach pozwalało wnioskować,  że atakowali  mnie 
bezwolnie, działając na niemy rozkaz.
         Energetyczny miecz, starożytna bezcenna broń pobłogosławiona przez 
samego Provosta z Inxu, zawirował w mojej dłoni. Wykonując pięć płyn-
nych   ruchów  zabiłem  ich  wszystkich,  ale  krwawa   mgiełka  jeszcze  przez 
chwilę unosiła się w powietrzu.
 - Eisenhorn !
     Odwróciłem się i pobiegłem. Pod moimi butami rozpryskiwała się woda 
ściekająca po ścianach i tworząca na posadzce wielkie kałuże. Z przodu do-
biegły kolejne strzały. I przeciągły krzyk.
       Znalazłem Vibben leżącą twarzą w dół na obłej tubie chłodziarki. Za-
marznięta krew dziewczyny przykleiła ją do lodowatego ceramitu urządze-
nia. Ośmiu ludzi Eyclone spoczywało nieruchomo na posadzce. Pistolet le-

ża

2

background image

żał tuż przy wyciągniętej desperacko dłoni Vibben, tuż za czubkami jej roz-
wartych palców. Zużyta bateria wysunęła się częściowo z magazynka.
     Mam czterdzieści dwa lata, co według standardów Inkwizycji oznacza, 
że jestem stosunkowo młodym człowiekiem. Przez całe swe życie pracowa-
łem na opinię osoby zimnej i nieczułej. Niektórzy zarzucali mi, że jestem 
bezlitosny czy nawet okrutny. Mylili się. Nie są mi obojętne ludzkie emocje 
ani głębsze uczucia. Posiadam jednak silną wolę, co moi przełożeni postrze-
gają za godną szacunku zaletę. W trakcie mej kariery siła ta pozwalała mi 
umacniać charakter chroniąc go przed załamaniem się w obliczu całego zła 
wszechświata. Uczucia psychicznego bólu, strachu czy żalu zawsze były dla 
mnie luksusem, którego nader często musiałem sobie odmawiać.
         Lores Vibben pracowała ze mną od pięciu i pół roku. W okresie tym 
dwukrotnie uratowała mi życie. Postrzegała się za moją asystentkę i przy-
boczną strażniczkę, w rzeczywistości jednak bardziej była zaufaną powier-
niczką i towarzyszką broni. Kiedy przyjmowałem ją na służbę w klanowych 
slumsach Tornishu, robiłem to przez wzgląd na jej umiejętności bitewne i 
agresywny charakter. Szybko nauczyłem się cenić na równi z tymi cechami 
również jej bystry umysł, poczucie humoru i żywą inteligencję.
     Patrzyłem przez krótką chwilę na nieruchome ciało. Nie jestem pewien, 
czy wyszeptałem wtedy jej imię.

*  *  *  *  *

     Wyłączyłem zasilanie miecza i wsuwając ostrze z powrotem do pokrow-
ca zawróciłem w kierunku cieni zalegających pod odległą ścianą komory 
hibernacyjnej.
     Nie słyszałem nic prócz odgłosu coraz silniejszego kapania wody. Wyją-
łem z kabury pod lewą pachą pistolet, odbezpieczyłem go i włączyłem ko-
munikator. Eyclone bez wątpienia monitorował wszystkie transmisje radio-
we nadawane w obrębie kompleksu Dwa-Dwanaście, toteż użyłem Glossi, 
werbalnego   kodu   informacyjnego   znanego   wyłącznie   członkom   mojego 
zespołu. Większość inkwizytorów posiada własne sekretne formy komuni-
kacji werbalnej, czasami bardzo zaawansowane. Glossia, opracowana prze-
ze mnie dziesięć lat temu, przerodziła się w bardzo złożony język, który 
stale rozwijał się w organiczny sposób w trakcie prac zespołu.
 - Cierń życzy sobie Aegisa, gwałtowne bestie w dole.
 - Aegis, powstaje, kolory przestrzeni – odpowiedział natychmiast w ocze-
kiwany przeze mnie sposób Betancore.
 - Różany Cierń, obfity, półksiężyc blasku płomieni.
     Chwila milczenia.
 - Półksiężyc blasku płomieni ? Potwierdź.
 - Potwierdzam.
 - Ścieżka brzytwa delphus ! Wzór kości słoniowej !
 - Wzór odrzucony. Wzór zasadniczy.
 - Aegis, powstaje.
     Wyłączyłem komunikator. Betancore był już w drodze. Przyjął wieści o 
śmierci Vibben z profesjonalnym chłodem. Ufałem, że tragedia ta nie wpły-
nie negatywnie na jego działanie. Midas Betancore był pobudliwym gorąco-
krwistym człowiekiem i te właśnie cechy budziły zarówno sporą część mej 
sympatii do niego jak i częsty niepokój.
     Wyślizgnąłem się spomiędzy mroku pomieszczenia z gotową do użycia 
bronią.  Był  to pistolet  marki  Scipio,  używany przez oficerów marynarki 
kosmicznej, o chromowanej obudowie i rękojeści wyłożonej kością słonio-
wą.  Czułem  wyraźnie  jego  ciężar  w okrytej  rękawicą  dłoni.  Magazynek 
mieścił dziesięć obłych pocisków ciężkiego kalibru. Cztery zapasowe ma-
gazynki trzymałem w kieszeni płaszcza.
     Nie potrafiłem sobie przypomnieć, jak właściwie wszedłem w posiada-
nie tego pistoletu. Był moją własnością od kilku lat. Pewnej nocy, trzy lata 
temu, Vibben zdjęła z rękojeści broni starte ceramitowe nakładki z wizerun-
kiem Imperialnego Orła oraz mottem marynarki, po czym zastąpiła je włas-
noręcznie wykonanymi nakładkami z kości słoniowej. W sposób powszech-
nie przyjęty na Tornishu raczyła poinformować mnie o całej sprawie do-
piero dnia następnego, oddając mi przerobiony pistolet. Nowe nakładki były 
szorstkie i doskonale trzymały się dłoni. Na każdej z nich widniał płaskoryt 
przedstawiający   ludzką   czaszkę   przebitą   cierniem   róży,   przechodzącym 
przez jeden z oczodołów. Z czubka ciernia kapały drobinki krwi. Vibben 
przykleiła do rytu malutkie kamienie karminu mające symbolizować krople 
krwi. Pod czaszką widniało moje imię wyrysowane na zwoju pergaminu. 
         Śmiałem się odbierając z jej rąk pistolet. Później wielokrotnie byłem 
zbyt zakłopotany noszącą gangsterskie emblematy bronią, aby z niej sko-
rzystać w trakcie akcji.
      Dopiero teraz, kiedy Vibben już nie żyła, uświadomiłem sobie w pełni 
zaszczyt, jaki w formie tego prezentu spotkał mnie z jej strony. Obiecałem 
sobie w myślach: zabiję Eyclone z tej właśnie broni.

*  *  *  *  *

     Jako oddany sługa Jego Wysokości Boskiego Imperatora oraz Inkwizycji 
jestem całym sercem związany z nurtem filozofii amalathiańskiej. Dla reszty 
imperialnego   społeczeństwa   nasza   organizacja   składa   się   z   rzeszy 
identycznych   osobników   –   inkwizytor   to   inkwizytor,   postać   uosabiająca 
strach i władzę. Wielu poczułoby zdumienie wiedząc, że Inkwizycja sama 
rozdarta jest przez zwalczające się wzajemnie obozy polityczne.
         Wiedziałem, że wiedza taka zaskoczyły Vibben. Poświęciłem kiedyś 
jeden długi wieczór na wyjaśnienie jej zawiłych różnic pomiędzy różnymi 
ideologiami wyznawanymi w strukturach naszej organizacji. Nie zdołałem 
wyłożyć tych faktów w dostatecznie zrozumiały sposób.
     Tłumacząc w ogromnym skrócie sedno sprawy należy wyjaśnić, że część 
inkwizytorów  jest purytanami,  część zaś radykałami.  Purytanie  wierzą w 
niezmienność tradycyjnej roli Inkwizycji i walczą z wszelkimi przejawami 
zagrożenia dla Imperium, zwłaszcza zaś triumwiratem zła: obcymi, mutan-
tami  i  demonami.  Wszystko,  co kłóci   się z naukami  Ministorum   i literą 
Prawa Imperialnego zwraca baczną uwagę purytańskiego inkwizytora. Upór, 
konserwatyzm, bezwzględność... oto jego przymioty.
      Radykałowie uważają, że działanie dla dobra Imperium usprawiedliwia 
wykorzystanie wszelkich metod i narzędzi. Niektórzy z nich, jak mi się wy-
daje, prowadzą badania nad zakazaną wiedzą i naturą samej Osnowy, chcąc 
wykorzystać Chaos przeciwko niemu samemu i innym wrogom ludzkości.
         Słyszałem takie argumenty dostatecznie często.  Budzą moją odrazę. 
Przekonania radykałów noszą w sobie piętno herezji.
     Jestem purytaninem z powołania i Amalathianinem z wyboru. Brutalnie 
proste   założenia   filozofii   monodominacyjnej   często   budziły   moje   zacie-
kawienie  i częściową akceptację, jednak nigdy nie przyjąłem jej za swój 
wyznacznik życia ze względu na rażący brak subtelności działania.
     Amalathianie wzięli swą nazwę od konklawy na Mount Alamath. Naszą 
misją jest utrzymanie za wszelką cenę status quo Imperium, toteż pracujemy 
ustawicznie nad identyfikacją i prewencyjną eliminacją wszystkich osób i 
organizacji mogących zachwiać ład społeczny mocarstwa. Wierzymy w siłę 
wypływającą z jedności. Zmiany są największym wrogiem porządku. Uwa-
żamy, że boski Imperator posiada swój tajemny plan, my zaś musimy utrzy-
mać jedność mocarstwa do chwili, w której śmiertelnicy poznają szczegóły 
tego planu. Tropimy wewnętrzne rozłamy i zatargi i eliminujemy je sukce-
sywnie, jednakże wielką ironią okazuje się fakt, że właśnie nasza formacja 
nader często ulega podziałom na różne frakcje zwalczające się wzajemnie, 
nie tylko politycznymi metodami.
     Jesteśmy sprężystym kręgosłupem Imperium, jego przeciwciałami, zwal-
czającymi choroby, szaleństwo, obrażenia, infekcje.
      Nie sądzę, by istniała służba bardziej odpowiedzialna od tej, nie sądzę, 
bym mógł być w życiu kimś innym niż inkwizytorem.
     Zatem wiecie już o mnie sporo. Gregor Eisenhorn, inkwizytor, purytanin, 
Amalathianin, wiek czterdzieści dwa lata, pełnoprawny inkwizytor  od lat 
osiemnastu. Jestem wysoki, dobrze zbudowany w ramionach, wytrzymały, 
inteligentny. Opowiedziałem już o swojej samokontroli i silnej woli, pozna-
liście również mą biegłość w posługiwaniu się orężem. 
         Cóż jeszcze mogę rzec ? Czy jestem gładko ogolony ? Rzecz jasna ! 
Mam ciemne oczy i gęste czarne włosy. Te akurat cechy niewiele znaczą.
     Zbliżcie się, a opowiem wam, jak zabiłem Eyclone.

3

background image

Rozdział II

Przebudzenie śniących.

Gniew Betancore.

Objaśnienia Aemosa.

     Przemykałem  wśród półmroku grobowca starając się czynić jak najmniej 
hałasu.   Przerażający   dźwięk   narastał   w  chłodnych   korytarzach   grobowca 
hibernacyjnego Dwa-Dwanaście. Pięści i stopy uderzające szaleńczo w po-
krywy kapsuł kriogenicznych. Zduszone zawodzenie. Chrapliwe pomruki.
         Śniący w grobowcu ludzie powracali do życia, ich osłabione śpiączką 
hibernacyjną ciała tkwiły uwięzione w ciasnych klatkach komór. Tym razem 
ich przebudzenia nie oczekiwała straż honorowa, nie było lekarzy gotowych 
zaaplikować  arystokratycznym   organizmom   płyny  odżywcze  czy dożylne 
stymulatory.
          Dzięki   zbrodniczym   machinacjom   Eyclone   dwanaście   tysięcy   stu 
czterdziestu  dwóch  członków   elity władz  Hubrisu  zostało  wyrwanych  ze 
śpiączki w środku okresu mroźnego Uśpienia, bez odpowiedniego nadzoru i 
opieki medycznej.
         Zdawałem  sobie   sprawę  z  losu,   jaki  czekał  tych  ludzi  w przeciągu 
najbliższych minut.
           Próbowałem przypomnieć sobie błyskawicznie wszystkie informacje 
przygotowane   przez   mojego   savanta.   W   grobowcu   znajdował   się   pokój 
kontrolny,   z  którego   mógłbym   przynajmniej   odblokować   zamki   komór   i 
uwolnić tych nieszczęśników. Tylko jaki miało to sens ? Bez wsparcia ekip 
medycznych ludzie ci i tak skazani zostali na śmierć.
     A czas zmarnowany na poszukiwanie pokoju kontrolnego dawał Eyclone 
szansę ucieczki.
     Posługując się Glossią poinformowałem Betancore o zaistniałej sytuacji i 
kazałem mu zaalarmować Strażników. Odpowiedział mi po krótkiej chwili. 
Zespoły ratunkowe były już w drodze.
     Dlaczego ? To pytanie wciąż nie dawało mi spokoju. Dlaczego Eyclone 
usiłował zrobić coś takiego ?
        Masowy mord nie był czymś niezwykłym dla czciciela Chaosu, ale w 
tym przypadku wyczuwałem jakiś ukryty motyw, dalece wykraczający poza 
śmierć skazanych.
     Myślałem o tym przemierzając korytarz w zachodnim skrzydle budowli. 
Dzikie odgłosy stukania dobiegały z wszystkich stron, a z odpływów kapsuł 
wyciekały kaskady wody zmieszanej z płynami organicznymi.
         Usłyszałem wystrzał. Z lasera. Wiązka energii przecięła powietrze na 
odległość dłoni ode mnie i trafiła prosto w pokrywę jednej z komór krioge-
nicznych.   Desperacki   łomot   dobiegający  z  wnętrza  tej   kapsuły   umilkł,   a 
tryskająca z odpływu woda przybrała natychmiast różową barwę.
     Wypaliłem ze Scipio w głąb szerokiego mrocznego korytarza.
     Odpowiedziały mi dalsze dwa wystrzały z broni laserowej.
     Chowając się za masywną kamienną kolumnę opróżniłem pociągnięcia-
mi   spustu   resztę   magazynka,   posyłając   pociski   na   całą   długość   ciemnej 
galerii. Łuski spadały z metalicznym szczękiem na posadzkę. Nozdrza pełne 
miałem gorącego zapachu kordytu.
     Wcisnąłem się głębiej pod osłonę wymieniając magazynek na pełny.
     W powietrzu syknęło jeszcze kilka laserowych wiązek.
 - Eisenhorn ? Czy to ty ?
     Eyclone. Od razu poznałem ten wysoki głos. Nie odpowiedziałem.
  - Jesteś martwy, dobrze o tym wiesz, Gregor. Martwy jak wszyscy pozo-
stali. Martwy, martwy, martwy. Wyjdź stamtąd i pozwól szybko to zakoń-
czyć.
     Był dobry, muszę to przyznać. Moje nogi poruszyły się kierowane men-
talnym impulsem, gotowe przemieścić ciało na odkrytą przestrzeń korytarza. 
Eyclone zasłynął w tuzinie systemów swym psionicznym talentem i mesme-
ryczną   aurą   głosu.   Jakże   inaczej   mógłby   zmusić   do   posłuszeństwa   tych 
pozbawionych wszelkich uczuć i emocji przybocznych ?
     Ja jednak posiadałem podobne zdolności. I ustawicznie je ćwiczyłem.
     Bywają chwile, kiedy trzeba ubiec się do mentalnych sztuczek, by wywa-
bić przeciwnika z kryjówki. Bywają takie chwile, kiedy psionicznej mocy 
trzeba użyć niby pistoletu przystawionego do ciała ofiary. 
     Przyszedł taki czas. Skoncentrowałem się i uspokoiłem umysł.
 - Pokażcie się pierwsi !
      Eyclone nie uległ, ale też wcale tego nie oczekiwałem. Podobnie jak ja 
miał za sobą lata ćwiczeń w kontrolowaniu umysłu. W przeciwieństwie do 
dwójki swoich przybocznych.
      Pierwszy z nich wszedł na środek galerii, z hałasem ciskając pod nogi 
laser. Scipio wyrwał mu wielką dziurę w czole i przeszedł na wylot przez 
czaszkę tworząc w powietrzu groteskową różową mgiełkę. Drugi ochroniarz 
zakołysał się chwiejnie, pojął swój błąd i zaczął strzelać.

     Jedna z wiązek przepaliła rękaw mojego kombinezonu. Pociągnąłem za 
spust pistoletu i Scipio podskoczył z hukiem w mojej dłoni.
     Pocisk trafił w twarz człowieka poniżej nosa roztrzaskując górną szczę-
kę, zmienił tor lotu i wyszedł  bokiem czaszki. Trup runął bezwładnie na 
posadzkę, wciąż kurczowo zaciskając palce na spuście broni. Laserowy ka-
rabin strzelał raz za razem penetrując wiązkami energii pobliskie kapsuły. 
Mętna   woda,   płyny   ustrojowe   i   kawałki   ceramitu   pryskały   na   wszystkie 
strony, a niektóre ze zdławionych krzyków przybrały znienacka na sile.
         Ponad krzykami  pochwyciłem uchem dźwięk pośpiesznych  kroków. 
Eyclone uciekał.
         Ruszyłem w ślad za nim,  długimi  mrocznymi  korytarzami  i salami, 
mijając jedną kriogeniczną kryptę za drugą.
     Przerażające skowyty, grzechot pięści o plastik... wciąż nie potrafię tego 
zapomnieć,   niech   mnie   Imperator   wspomoże.   Tysiące   ogarniętych   grozą 
dusz budzących się po to, by stanąć twarzą w twarz z mękami powolnej 
śmierci. 
     Przeklęty Eyclone. Przeklęty po trzykroć.
     Wpadając do trzeciej galerii dostrzegłem go w końcu, biegnącego drugą 
galeryjką równolegle do mnie. On również mnie dostrzegł. Przekręcił się w 
biegu i strzelił.
         Uskoczyłem za jeden z filarów i wiązki laserowego pistoletu minęły 
mnie tnąc nieszkodliwie powietrze. 
      Pochwyciłem wzrokiem zaledwie krótki obraz: niskiego, krępego męż-
czyznę ubranego w brązowy ogrzewany kombinezon, z przystrzyżoną bród-
ką i oczach płonących szaleństwem.
     Odpowiedziałem strzałem, ale Eyclone już nie było. Uciekł.
          Pobiegłem   do  najbliższego   skrzyżowania   korytarza,  dostrzegłem   na 
chwilę jego sylwetkę i wypaliłem w jej kierunku. Spudłowałem.
         Przy wejściu do następnej galerii przystanąłem na moment ostrożnie. 
Odczekałem chwilę, zdjąłem i odrzuciłem wierzchni płaszcz. W grobowcu 
robiło się ciepło i duszno.
     Kiedy upłynęła kolejna minuta, a ja wciąż nie dostrzegałem śladu niebez-
pieczeństwa, ruszyłem w głąb galerii z gotową do strzału bronią. Zdołałem 
przejść zaledwie dziesięć kroków, gdy Eyclone wychynął z półmroku kry-
jówki i zaczął do mnie strzelać.
     Umarłbym tej nocy, gdyby nie niezwykły zbieg okoliczności.
     W momencie, gdy Eyclone naciskał spust, kilka kapsuł nie wytrzymało 
w   końcu   naporu   miotających   się   w   środku   rezydentów   i   wyjący,   nadzy 
ludzie   wpadli   na   środek   galerii   drapiąc   powietrze   rozwartymi   szeroko 
palcami, wymiotując, próbując coś dostrzec przez zaklejającą oczy warstwę 
śluzu. Eyclone  zastrzelił  na miejscu trzech z nich, czwartego  śmiertelnie 
zranił. Gdyby nie ta nieoczekiwana żywa tarcza, to mnie spotkałby ten los.
     Pośpieszny stukot butów na posadzce. Znów uciekał.
     Ruszyłem biegiem w głąb pomieszczenia przeskakując nad ciałami tych 
nieszczęśników, którzy nieświadomie uratowali mi życie. Ranna rezydentka, 
naga kobieta w średnim wieku leżąca w zabarwionej krwią kałuży wody, 
chwyciła  mnie  rozpaczliwie   za  nogawkę  błagając  o  pomoc.   Wystrzelona 
przez Eyclone wiązka lasera przepaliła na wylot jej korpus.
         Ogarnęła mnie rozterka.  Coup de grace  oszczędziłby tej kobiecie mę-
czarni, ale nie mogłem tego dla niej zrobić. Po swym nieuniknionym prze-
budzeniu reszta arystokracji Hubrisu bez wątpienia zażąda szczegółowego 
śledztwa, a wątpię, by ktoś zrozumiał wtedy kwestię strzału litości. Mógł-
bym latami tkwić na tej planecie uwikłany w postępowania sądowe i pro-
cesy apelacyjne. 
     Wyszarpnąłem ubranie z jej uścisku i pobiegłem dalej.
     Sądzicie, że jestem słaby ? A może nienawidzicie mnie za zdecydowanie, 
z   jakim   przedkładam   obowiązki   inkwizytora   ponad   potrzeby  umierającej 
ofiary ?
     Jeśli słabość mi zarzucacie, jestem gotów to zaakceptować. Wciąż zdarza 
mi się myśleć o tej kobiecie i wciąż boli mnie świadomość, że zostawiłem ją 
samą w chwili śmierci. Lecz jeśli żywicie do mnie nienawiść, mówi to o 
was wiele... nie rozumiecie przesłania Inkwizycji. Nie posiadacie żelaznej 
woli.
      Mogłem ją zabić i oszczędzić sobie późniejszej zgryzoty, ale taki gest 
współczucia być może oznaczałby zarazem fiasko mojej misji. A ja zawsze 
muszę myśleć o tysiącach... być może nawet milionach potencjalnych ofiar 
skazanych na dalece gorszą zagładę wskutek mojej błędnej decyzji.
     Czy to arogancja ?
     Być może, lecz wówczas przyjąć należy, że to właśnie arogancja jest naj-
większą cnotą Inkwizycji. Potrafiłem bez zmrużenia oka zignorować męki 
jednej osoby, aby za ich cenę uratować setki czy tysiące...
         Ludzkość musi cierpieć, by zdołała przetrwać. To proste. Zapytajcie 
Aemosa, on wam to wytłumaczy.
      Mimo to wciąż śnię czasami o tej kobiecie i jej krwi barwiącej gładkie 
płyty   bazaltowej   posadzki.   Jeśli   potraficie,   okażcie   mi   chociaż   odrobinę 
zrozumienia.
     

4

background image

     Przemierzałem biegiem rozległe komnaty grobowca, ale po następnych 
dwóch galeriach musiałem zwolnić. Setki rezydentów zdołały wydostać się 
z komór kriogenicznych i korytarze pełne były cierpiących ludzi. Starałem 
się omijać ich tak szybko jak to tylko było możliwe, wymykając się wycią-
ganym w moją stronę rękom, przeskakując nad ciałami podrygującymi kon-
wulsyjnie na podłodze. Zgiełk przerażonych głosów i jęków bólu niemal 
odbierał mi rozum. W powietrzu unosił się gęsty, duszny odór rozkładu i 
odchodów. Kilkakrotnie musiałem wyszarpywać się z ludzkiego uścisku.
         Pomimo tego przerażającego tłoku mój pościg w groteskowy sposób 
został ułatwiony. Co kilka metrów kolejny człowiek leżał martwy lub umie-
rający, ugodzony strzałami uciekających morderców.
         Na końcu korytarza odnalazłem małe metalowe drzwi prowadzące do 
wnętrza klatki schodowej pnącej się w górę grobowca. Były otwarte. Che-
miczne   lampy   wiszące   na   ścianach   oświetlały   schody.   Gdzieś   z   góry 
dobiegły mnie odgłosy strzałów, toteż zacząłem wspinać się pośpiesznie z 
wysoko podniesioną lufą pistoletu, kontrolując każde półpiętro w sposób, 
jakiego nauczyła mnie Vibben.
         Dotarłem do miejsca, gdzie na ścianie wisiała tablica informująca o 
wejściu na poziom ósmy. Słyszałem teraz łoskot pracujących machin. Przez 
kolejne drzwi dla służb technicznych dostałem się do korytarzyka wiodą-
cego na szereg galeryjek. W bocznej ścianie dostrzegłem właz z szarego 
adamandytu, pokryty stylizowanymi  literami informującymi o wejściu do 
hali generatora kriogenicznego. Zza źle domkniętego włazu buchały kłęby 
dymu.
         Komnata kriogeneratora była ogromna, jej wysoko sklepiona kopuła 
wyrastała  ponad   piramidalną  bryłę  grobowca   Dwa-Dwanaście.  Pracujące 
wewnątrz   maszyny   sprawiały   wrażenie   niebywale   starożytnych.   Zapiski 
zgromadzone   w   notesie   elektronicznym,   otrzymane   od   dowódcy   grupy 
Strażników   w  śnieżnym   ślizgaczu   mówiły,   że  pierwotnie   kriogeneratory 
były   integralną   częścią   gigantycznych   statków   kolonizacyjnych   prze-
noszących na Hubris pierwszych osadników. Po lądowaniu zostały wycięte 
i   przetransportowane   na   powierzchnię   świata,   a   następnie   obudowane 
monumentalnymi kamiennymi grobowcami. Bractwo technomagów wywo-
dzących się z rodzin inżynierów pracujących na statkach kolonizacyjnych 
przez tysiące lat dbało o poprawne funkcjonowanie i naprawy urządzeń.
     Ten generator miał sześćdziesiąt metrów wysokości, wykonano go z że-
laza i brązu i pokryto matowoczerwoną farbą. Z korpusu machiny wyrastały 
liczne rury i przewody biegnące do znikających w suficie kominów. Gorące 
powietrze wibrowało w rytm pracującej maszynerii, wszędzie unosiły się 
kłęby dymu i pary. Poczułem krople potu cieknące po mym czole i grzbie-
cie zaraz po wejściu do pomieszczenia.
     Rozejrzałem się pośpiesznie i wykryłem wzrokiem skrzynkę kontrolną o 
zerwanych plombach. Z wyłamanych zamków wciąż zwisały liczące kilka-
set lat święte pieczęcie technomagów. Zajrzałem do środka i dostrzegłem 
rzędy baterii zasilające szereg tłustych od brudnego oleju przekładni. Do 
niektórych  baterii podłączone  były  metalowe  żabki  łączące je kablami  z 
małym, nowiutkim ceramitowym modułem wciśniętym do wnętrza kontrol-
nej skrzynki. Mały runiczny panel błyskał na bocznej ściance modułu kolo-
rowymi diodami.
         W ten sposób ludzie Eyclone przełączyli  tryb pracy kriogeneratora. 
Podejrzewałem, że akcja taka wymagała od jej organizatorów przekupienia 
któregoś z lokalnych technomagów lub sprowadzenia eksperta spoza tego 
świata. Bez względu na przedsięwziętą metodę, spiskowcy zainwestowali w 
operację budzące respekt zasoby techniczne i finansowe.
     Przeszedłem przez pomieszczenie i wspiąłem się po metalowej drabince 
na biegnącą wzdłuż jednej ze ścian platformę. Znajdował się tam dziwny 
przedmiot: obły pojemnik mierzący w najdłuższym miejscu prawie półtora 
metra. Stał na czterech nóżkach w postaci szponiastych metalowych łap, a 
po jego bokach widniały uchwyty służące do przenoszenia całego przed-
miotu z miejsca na miejsce. Pokrywa pojemnika była otwarta, wychodziły 
spod niej dziesiątki kabli i przewodów wijących się po podłodze w stronę 
innej otwartej skrzynki kontrolnej kriogeneratora.
     Zajrzałem do środka pojemnika, ale nie potrafiłem pojąć przeznaczenia 
tego obiektu. Widziałem układy scalone, okablowanie i szereg nieznanych 
mi instrumentów elektronicznych. W samym środku pojemnika znajdowało 
się wolne miejsce, ewidentnie przeznaczone na komponent wielkości zaciś-
niętej ludzkiej pięści. Luźne kable i wtyczki leżały na dnie pojemnika cze-
kając na podłączenie do brakującego elementu. Byłem pewien, że kluczowa 
część tego urządzenia nie została jeszcze do niego włożona.
         Mój komunikator pisnął krótko. Zgłosił się Betancore. Ledwie rozu-
miałem jego słowa pośród huku pracującego generatora.
  -   Aegis,   niebiosa,   potrójna   siódemka,   korona   z   gwiazdami.   Niesławny 
anioł, bezimienny, do Ciernia na osiem. Wzór ?
     Zamyśliłem się na chwilę. Nie zamierzałem dać Eyclone żadnej szansy.
 - Cierń, wzór sokoła.
 - Potwierdzam wzór sokoła – odparł z mściwym zadowoleniem.

         Pół sekundy po zerwaniu połączenia z Betancore pochwyciłem kątem 
oka jakieś poruszenie: jeden z ludzi Eyclone przecisnął się przez główny 
właz pomieszczenia ze starego typu laserowym pistoletem w ręce.
      Jego pierwszy strzał – jaskrawa krecha światła – urwał z metalicznym 
szczękiem jeden z zaczepów mocujących drabinkę. Drugi i trzeci przeleciały 
nad moją głową, gdy padałem na platformę, zrykoszetowały od obudowy 
kriogeneratora.
      Odpowiedziałem ogniem leżąc na brzuchu, ale miałem bardzo kiepską 
pozycję. Padły dwa następne strzały, jeden wypalił dziurę w podłodze plat-
formy tuż przy moim ciele. Strzelec był już niemal przy podstawie drabiny.
      Drugi napastnik wpadł do pomieszczenia krzycząc coś do swego towa-
rzysza. W rękach trzymał ciężki  karabin automatyczny.  Dostrzegł mnie i 
zaczął podnosić broń w górę. Tym razem moja pozycja okazała się wystar-
czająco dobra. Powaliłem go dwoma pociskami wbitymi głęboko w górną 
część klatki piersiowej. 
     Pierwszy morderca był już prawie pode mną. Wypalił z pistoletu i wyr-
wał dziurę tuż przy mojej prawej stopie. Nie miałem chwili do stracenia. 
Przetoczyłem się pod barierką na skraju platformy i spadłem prosto na prze-
ciwnika. Grzmotnęliśmy z łomotem w podłogę komnaty, mój Scipio wypadł 
z ręki i poleciał gdzieś stromym łukiem, chociaż z całych sił próbowałem go 
utrzymać w dłoni. Napastnik wykrzykiwał mi  w twarz potok bezsensow-
nych słów zaciskając ręce na kołnierzu kombinezonu. Jedną dłonią ściska-
łem go za gardło, drugą próbowałem złamać nadgarstek uzbrojonej w pisto-
let ręki. Morderca pociągnął dwa razy za spust, posyłając wiązki  energii 
wysoko ku sufitowi.
 - Dość ! – rozkazałem wysyłając mentalny impuls, który wwiercił mu się w 
umysł – Rzuć broń !
         Wykonał powolnie polecenie, jakby niezmiernie nim zdumiony. Psio-
niczne sztuczki często oszałamiają padających ich ofiarą ludzi. Gdy tylko 
odrzucił broń, uderzyłem go pięścią w głowę pozbawiając przytomności.
     Kiedy na kolanach szukałem swojego Scipio, w komunikatorze ponow-
nie zgłosił się Betancore.
 - Aegis, wzór sokoła, niesławny anioł odprawiony.
 - Cierń potwierdza odbiór. Powrót do wzorca zasadniczego.
     Pobiegłem w kierunku wyjścia z komnaty kriogeneratora.

*  *  *  *  *

     Eyclone wydostał się schodami na górny poziom budowli, na lądowisko 
wbudowane w stromą ścianę grobowca Dwa-Dwanaście. Na zewnątrz wiał 
potwornie   silny  lodowaty  wicher.  Eyclone   i  ośmiu   ludzi  z jego  ochrony 
czekało na platformie na orbitalny prom mający zabrać ich ze Świątynnego 
Miasta. Żaden nie podejrzewał, że ostatnia deska ratunku spiskowców pło-
nęła teraz w głębokim kraterze jakieś osiem kilometrów na północ od gro-
bowca, zestrzelona przez Betancore. 
         Ciemny kształt, który pośród ryku silników korekcyjnych wychynął z 
ciemności nocy nad platformą, nie był oczekiwanym promem orbitalnym. 
Był to mój wahadłowiec. Czterysta pięćdziesiąt ton pancernej blachy o dłu-
gości osiemdziesięciu metrów, od ostrego nosa po podwójne stateczniki na 
ogonie.   Unosił   się   w   powietrzu   z   opuszczonym   podwoziem,   iluminując 
okolicę poświatą błękitnych płomieni buchających z wylotów silników. Ba-
teria  reflektorów   zamontowana   pod   kabiną  pilota  zapłonęła   oślepiającym 
blaskiem kąpiąc w białym świetle kultystów.
     Działając w ślepej panice, niektórzy z nich otworzyli ogień.
         Betancore nie potrzebował poważniejszej prowokacji. Rozwścieczony 
śmiercią Vibben człowiek pałał żądzą odwetu.
         Wieżyczki strzeleckie na trójkątnych skrzydłach wahadłowca obróciły 
się i zasypały platformę lawiną ognistej stali. W powietrze tryskały kawałki 
odłupanego od lądowiska  ceramitu.  Ciała pochwyconych  pociskami  ludzi 
zmieniały się w krwistą miazgę. 
     Eyclone, bystrzejszy od swoich podwładnych, opuścił platformę w chwili 
pojawienia się wahadłowca. Biegł do drzwi wyjściowych.
     Tam właśnie wpadł prosto na mnie.
         Otworzył szeroko usta z zaskoczenia i natychmiast to wykorzystałem 
wpychając mu  w nie lufę pistoletu. Widziałem, że chciał powiedzieć coś 
ważnego. Nie dbałem o to. Wcisnąłem lufę jeszcze głębokiej, aż metalowa 
osłona   spustu   złamała   jeden   z  zębów  mordercy.   Eyclone   grzebał   rękami 
przy pasie próbując coś wyciągnąć.
     Pociągnąłem za spust.
         Pocisk przebił na wylot czaszkę heretyka, przemknął ponad platformą 
lądowiska i zrykoszetował pośród deszczu iskier od opancerzonego kadłuba 
wahadłowca, tuż poniżej okna kokpitu.
 - Przepraszam – powiedziałem do komunikatora.
 - Przeprosiny przyjęte – odparł Betancore.

*  *  *  *  *

5

background image

     - Bardzo niepokojące – oświadczył Aemos. Było to jego ulubione sfor-
mułowanie. Kucał na podłodze zaglądając do metalowego cylindra stoją-
cego na platformie w komorze kriogeneratora. Co chwila wkładał do środka 
rękę, by czegoś dotknąć lub pochylał się, by uważniej obejrzeć intrygujący 
go element. Mechaniczne szkła korekcyjne tkwiące na jego haczykowatym 
nosie wydawały cichy pomruk płynnie poprawiając ostrość obrazu.
      Stałem za Aemosem patrząc mu przez ramię w pełnym wyczekiwania 
milczeniu. Przesunąłem wzrokiem po łysej czaszce starca. Jego skóra była 
pomarszczona i cienka, tylko  w obrębie potylicy bielał jeszcze niewielki 
wianuszek siwych włosów.
     Uber Aemos był moim savantem i najstarszym współpracownikiem za-
razem. Przeszedł pod moje rozkazy pierwszego miesiąca mojej regularnej 
pracy   w   Inkwizycji,   oddelegowany   przez   inkwizytora   Hapshanta,   który 
umierał w tym czasie na raka mózgu. Aemos miał dwieście siedemdziesiąt 
osiem lat terrańskich i przede mną służył swą pomocą trzem innym inkwi-
zytorom. Żył tak długo tylko dzięki cybernetycznym modyfikacjom układu 
pokarmowego,  krwionośnego i moczowego  oraz wzmocnienia nanoidami 
struktury kostnej bioder i lewej nogi.
     W służbie Hapshanta został postrzelony z broni automatycznej. Operując 
go medycy natrafili na niezwykle zaawansowaną i wcześniej niezauważoną 
chorobę wirusową żołądka. Gdyby savant nie został ranny, zmarłby w prze-
ciągu  kilku  tygodni.  Dzięki  ranie postrzałowej  zatrucie zostało odkryte  i 
wyleczone, a poddane rekonwalescencji ciało wyposażono w ceramitowe i 
stalowe substytuty naturalnych organów. 
         Aemos nazywał całe to wydarzenie „szczęśliwym wejściem na linię 
ognia” i nigdy nie rozstawał się z noszonym na łańcuszku pociskiem, który 
niemal odebrał mu życie, a przy tym nieoczekiwanie je uratował.
 - Aemos ?
     Podniósł się i wyprostował z cichym jękiem serwomotorów cybernetycz-
nej   kończyny,   zmiatając   ciemnozielonym   płaszczem   kurz   z  powierzchni 
platformy. Wielkie okulary na teleskopowych uchwytach zasłaniały więk-
szą   część   jego   starej   twarzy.   Wiekowy   savant   przypominał   mi   czasami 
kuriozalnego insekta z wyłupiastymi oczami i kanciastymi, kompozytowy-
mi fragmentami szczęk. 
 - Dekoder nieznanego przeznaczenia. Zaawansowany technologicznie pro-
cesor. Zbliżony konstrukcją do sterowanych mentalnie jednostek kontrol-
nych,   używanych   czasem   przez   nawiedzonych   techkapłanów   Adeptus 
Mechanicus w celu łączenia ludzkich umysłów z cyfrową matrycą Boskiej 
Maszyny.
 - Widziałeś już kiedyś coś takiego ? – zapytałem cofając się machinalnie o 
kilka kroków od cylindra.
 - Raz, w trakcie pewnej podróży. Bardzo pobieżnie. Nie oczekuje się ode 
mnie posiadania wiedzy specjalistycznej. Jestem pewien, że Adeptus Me-
chanicus będą  niezwykle   zainteresowani  tym  urządzeniem.  Może  to  być 
konstrukcja oparta na nielegalnych technologiach albo pochodząca z kra-
dzieży z zastrzeżonego źródła. Tak czy inaczej, pewnie będą zachwyceni.
 - Tak czy inaczej, nigdy się o tym nie dowiedzą. Ten przedmiot należy do 
Inkwizycji.
 - Jak sobie życzysz – zgodził się dobrodusznie Aemos.
           Widziałem wyraz zainteresowania na twarzy savanta, zapisującego 
swoje uwagi i wnioski w małym notesie elektronicznym przymocowanym 
do   przedramienia.   W   wieku   czterdziestu   lat   Aemos   padł   ofiarą   memo-
wirusa,   który   znacznie   przekształcił   jego   komórki   nerwowe,   zmuszając 
mózg   do   ustawicznego   zbierania   informacji   –   wszelkiego   rodzaju 
informacji – kiedy tylko nadarzała się ku temu stosowna okazja. Starzec 
patologicznie pożądał wiedzy, stał się od niej niemal uzależniony. Cecha ta 
czyniła  z Aemosa  nieco irytującego,  łatwo zbaczającego  z tematu  towa-
rzysza   rozmów,   ale   zarazem   i   wybornego   savanta,   docenionego   przez 
czterech inkwizytorów.
 - Nitowane stalowe cylindry – wymamrotał oglądając wiszące pod sufitem 
komory wymienniki ciepła – Czy to ma za zadanie wzmocnić odporność 
konstrukcji na wysoką temperaturę czy też może to rezultat zastosowanej 
linii technologicznej ? Poza tym, jaki jest zakres dopuszczalnych tempera-
tur, jeżeli...
 - Aemos, proszę.
 - Hmm ? – spojrzał na mnie jakby sobie przypomniał o mej obecności.
 - Pojemnik ?
 - Oczywiście. Proszę o wybaczenie. Zaawansowany technologicznie proce-
sor... czy już o nim wspominałem ?
 - Tak. Przetwarzający co ? Informacje ?
 - Tak pomyślałem w pierwszej chwili, potem jednak przyszła mi na myśl 
opcja mentalnego przekaźnika. Po dokładnych oględzinach zwątpiłem także 
w taką możliwość. 
     Wskazałem palcem wnętrze pojemnika.
 - Czego tu brakuje ?
 - Och, więc ty też na to zwróciłeś uwagę ? To bardzo niepokojące. Wciąż 

nie

nie jestem całkowicie pewien, ale jest to coś kanciastego, o niestandardo-
wym kształcie, z własnym źródłem zasilania.
 - Jesteś tego pewien ?
 - Zobacz, w środku nie ma wolnego okablowania doprowadzającego zasila-
nie, są za to przekaźniki transferujące energię na zewnątrz. I jest coś dziw-
nego w tych wtyczkach. Niestandardowe. Cały ten przedmiot jest jakiś nie-
standardowy.
 - Konstrukcja obcego pochodzenia ?
 - Nie, to ludzki produkt... po prostu niestandardowy, ręcznie wykonany.
  - W jakim celu ? – zapytał Betancore wspinając się po drabince w naszą 
stronę.   Wyglądał   na   posępnego,   niesforne   czarne   włosy   okalały   zaciętą 
ciemnoskórą twarz, którą zazwyczaj rozjaśniał zawadiacki uśmieszek.
  - Muszę przeprowadzić bardziej szczegółowe  badania, Midasie – odparł 
Aemos.
     Betancore podszedł do mnie. Był tego samego wzrostu co ja, ale szczup-
lejszy.   Jego   buty,   spodnie   i   tunikę   wykonano   z   delikatnej   czarnej   skóry 
obramowanej czerwonymi wszywkami materiału – stary glaviański mundur 
pilota-łowcy.   Na   ramiona   narzucił   noszoną   często   kurtkę   z   jedwabnym 
szamerunkiem.
      Okryte lekkimi rękawiczkami ze skóry blleka dłonie pilota tańczyły w 
powietrzu   niebezpiecznie   blisko   kolb   dwóch   przytroczonych   do   bioder 
pistoletów igłowych.
 - Dużo czasu zmarnowałeś, żeby się tu dostać – zauważyłem.
 - Kazano mi zabrać wahadłowiec na główne lądowisko w Mieście Świątyn-
nym. Platforma była potrzebna dla pojazdów ekip ratunkowych. Dostałem 
się tu na piechotę. Potem znalazłem Lores.
 - Zginęła dzielną śmiercią, Betancore.
 - Być może. Czy coś takiego w ogóle jest możliwe ?
     Nie odpowiedziałem. Rozumiałem dobrze bezmiar jego depresji. Kochał 
się w Lores Vibben od dobrego roku, a przynajmniej pewien był, że ją ko-
cha. Świadom byłem faktu, że przez jakiś czas będę z nim miał więcej kło-
potów niż pożytku.
 - Gdzie jest ten obcoświatowiec ? Ten Eisenhorn ?
         Stanowcze pytanie dobiegło z głębi pomieszczenia. Spojrzałem przez 
barierkę w kierunku podłogi. Jakiś mężczyzna wszedł do środka komory w 
asyście czterech Strażników dźwigających wysoko swe ceremonialne latar-
nie. Był wysoki, bladoskóry, o szarych włosach i aroganckiej aparycji. Miał 
na sobie bogato zdobiony ogrzewany kombinezon koloru czystej żółci. Nie 
wiedziałem, któż to taki, ale instynktownie wyczułem kłopoty.
     Aemos i Betancore również przyglądali się przybyłemu.
 - Masz pojęcie, co to za człowiek ? – zapytałem Aemosa.
  - Cóż, jak zapewne widzisz, ma on na sobie żółte szaty, co podobnie jak 
latarnie Strażników symbolizuje powrót słońca, a wraz z nim ciepła i życia. 
Fakt ten zdradza jego przynależność do wysokiej rangą grupy dostojników 
Strażniczego Komitetu Uśpienia.
 - Tego sam bym się domyślił – burknąłem.
 - Dobrze. Nazywa się Nissemay Carpel i pełni tu funkcję Wielkiego Straż-
nika, więc taką właśnie formułą powinieneś się do niego zwracać. Urodził 
się na Hubrisie, w Vital 235, pięćdziesiąt lat terrańskich temu, jako syn...
 - Wystarczy ! Jego drzewo genealogiczne mnie nie interesuje.
     Podszedłem do drabinki i spojrzałem z góry na przybyłych.
 - Ja jestem Eisenhorn.
     Podniósł głowę mierząc mnie wzrokiem, z trudem powstrzymując rozsa-
dzającą go wyraźnie wściekłość.
 - Aresztować tego człowieka ! – rozkazał swoim przybocznym.

6

background image

Rozdział III

Nissemay Carpel.

Światełko w bezkresnej ciemności.

Pontius.

     Posłałem Betancore ostrzegawcze spojrzenie, po czym z kamienną miną 
zszedłem po drabince i zbliżyłem się do Carpela. Strażnicy otoczyli mnie, 
ale zachowywali niewielki dystans.
 - Wielki Strażniku – ukłoniłem się nieznacznie.
      Dostojnik zmierzył mnie ostrym zimnym spojrzeniem i oblizał szybko 
kąciki ust.
 - Zostaniesz zatrzymany do czasu...
  - Nie – przerwałem mu zdecydowanie – Jestem inkwizytorem Boskiego 
Imperatora ludzkiego mocarstwa, Ordo Xenos. Będę współuczestniczył w 
każdym   postępowaniu   wyjaśniającym,   jakie   tutejsze   władze   uznają   za 
słuszne i wskazane, udzielając wszelkiej pomocy i ujawniając niezbędne 
informacje, ale nikt mnie nie ma prawa zatrzymać. Czy to zrozumiałe ?
 - In... inkwizytor ?
 - Czy to zrozumiałe ? – powtórzyłem pytanie. Nie zamierzałem ubiegać się 
do swej mentalnej mocy, przynajmniej jeszcze nie teraz. Zrobiłbym to bez 
wahania, gdyby zaszła taka konieczność, ale chciałem nakłonić tego czło-
wieka do wysłuchania mnie bez ubiegania się do mesmerycznych sztuczek. 
     Jakby zmiękł na moment. Jak pierwotnie założyłem, znaczna część jego 
wściekłości spowodowana była szokiem na wieść o tragedii, która spotkała 
tak wielu notabli powierzonych jego opiece. Desperacko szukał kogoś, ko-
mu mógłby przyczepić akt oskarżenia. Świadomość konfrontacji z człon-
kiem budzącej największy lęk imperialnej instytucji natychmiast powściąg-
nęła jego gniewne plany.
 - Tysiące ofiar – zaczął lekko drżącym głosem – Ta zbrodnicza desekracja, 
szlachetnie urodzeni Hubrisu... wymordowani przez... przez...
  - Przez seryjnego  zabójcę, czciciela Ciemności,  człowieka, który dzięki 
mej interwencji leży teraz pod plastikową płachtą na platformie lądowiska. 
Opłakuję szczerze tragiczny cios, jaki zadano dzisiejszej nocy społeczności 
Hubrisu Wielki Strażniku, i wiele oddałbym za to, by móc temu zapobiec. 
Lecz jeśli nie dostałbym się tutaj na czas, nie podniósł alarmu... czy zdajesz 
sobie sprawę ze skali dramatu, jaki rozegrał by się tu wówczas ?
     Przerwałem na chwilę, by moje słowa zapadły mu w pamięć.
 - Nie tylko ten grobowiec, lecz wszystkie pozostałe... któż może wiedzieć, 
jak ogromnego mordu zamierzał dopuścić się Eyclone ? Kto wie, jaki plan 
zamierzał zrealizować ?
 - Eyclone, recydywista ?
 - On tego dokonał, Wielki Strażniku.
 - Musisz zaznajomić mnie z przebiegiem całej tej sprawy.
 - Pozwól mi przygotować pełny raport i dostarczyć go do twego biura. Bez 
wątpienia   będziesz   chciał   zadać   mi   wiele   pytań.   Za   kilka   godzin   wyślę 
prośbę o udzielenie oficjalnej audiencji. Sądzę, iż w chwili obecnej zbyt 
wiele innych obowiązków wymaga twej niezwłocznej interwencji.
         Ruszyliśmy  w kierunku  wyjścia. Betancore  przedstawił  młodszemu 
stopniem Strażnikowi wykaz obiektów znajdujących się w wyłącznej dys-
pozycji naszego zespołu. Lista obejmowała zagadkowy pojemnik oraz ciała 
Eyclone i jego pomocników. Żadne zwłoki nie mogły być przeszukiwane 
ani poddawane sekcji bez mojego uprzedniego zezwolenia. Najemnik, któ-
rego pozbawiłem przytomności w komorze kriogeneratora, jedyny ocalały z 
bandy spiskowców, miał pozostać w izolatce do chwili przesłuchania prze-
ze mnie lub moich towarzyszy. Betancore kilkakrotnie upewnił się, że wy-
dane Strażnikom polecenia zostały poprawnie zrozumiane.
     Zabraliśmy ze sobą Vibben. Ponieważ Aemos był zbyt osłabiony, razem 
z Betancore podniosłem okryte białą płachtą ciało spoczywające nierucho-
mo na dolnym poziomie budowli.
     Wyszliśmy z grobowca Dwa-Dwanaście przez główne wejście, prosto w 
ciemność lodowatej nocy, niosąc Vibben w dół schodów do czekającego na 
nas śnieżnego ślizgacza. Mijaliśmy setki ciał składanych przez grupy Straż-
ników wprost na zamarzniętej ziemi.

*  *  *  *  *

     Ze względu na powagę sytuacji mój zespół udał się do akcji na Hubrisie 
wprost z orbity. Ponieważ obecnie wydawało się, że pozostaniemy na tym 
świecie przynajmniej przez tydzień, a może i dłużej, jeśli Carpel uzna taki 
pobyt  za niezbędny.  Kiedy jechaliśmy ślizgaczem z powrotem do głów-
nego lądowiska Świątynnego Miasta, Aemos za pomocą radia przygotowy-
wał nam kwatery.
         W trakcie hubrisjańskiego Uśpienia, kiedy dziewięćdziesiąt dziewięć 

aaani

procent populacji świata drzemie pogrążone w głębokiej hibernacji, jedno 
miejsce na mroźnej planecie wciąż pozostaje oazą aktywnego życia. Straż-
nicy i technomagowie  chronią się przed długą, lodowatą nocą w mieście 
zwanym Słonecznym Domem.

*  *  *  *  *

     Pięćdziesiąt kilometrów od poznaczonych grobowcami Równin Uśpienia 
pośród zimowej nocy majaczy ciemnoszara kopuła Słonecznego Domu. Jest 
to schronienie dla pięćdziesięciu dziewięciu tysięcy ludzi, niewielkie miasto 
w porównaniu  z monumentalnymi  pustymi  metropoliami  drzemiącymi  za 
linią horyzontu w oczekiwaniu na nadejście pory letniej i powrót śpiących 
mieszkańców. 
         Patrzyłem z kokpitu wahadłowca na kopułę Domu, ledwie widoczną 
wśród tumanów szalejącej śnieżycy. Małe czerwone lampy sygnalizacyjne 
błyskały na powierzchni kopuły oraz wznoszących się ponad nią antenach.
     Betancore leciał w milczeniu, skoncentrowany i skupiony. Zdjął z dłoni 
skórzane rękawiczki, by glaviańskie obwody neuralne wbudowane w nad-
garstki i czubki jego palców stykały się bezpośrednio z przekaźnikami im-
pulsów na drążku sterowniczym. 
         Aemos siedział w tylnej kabinie, studiując sterty dokumentów. Dwaj 
samodzielni wielozadaniowi serwitorzy oczekiwali na rozkazy w ładowni. 
Mieliśmy na pokładzie pięć takich mechanoidów. Dwa z nich były pozba-
wionymi  kończyn  stacjonarnymi  tworami  obsługującymi  wieżyczki  strze-
leckie. Ostatni, wysoce wyspecjalizowany model zwany przez nas Uclidem, 
nigdy nie opuszczał swego stanowiska w sekcji napędowej.
     Lowink, mój astropata, drzemał w swojej kabinie, podłączony do szere-
gu instrumentów komunikacyjnych, gotowy do natychmiastowego nadania 
dowolnej wiadomości.
     Okryta prześcieradłem Vibben spoczywała na podłodze swej kajuty.
     Betancore obniżył wysokość kierując wahadłowiec w stronę Słonecznego 
Domu. Po wymianie radiowych komunikatów między pilotem i lokalnym 
centrum kontroli lotów w kopule otworzył się wielki właz wlotowy. Z jego 
głębi wystrzeliła oślepiająco jaskrawa poświata. Betancore opuścił na szyby 
kokpitu pokrywy antyoślepiaczy i wleciał do środka.
     Wewnętrzna powierzchnia kopuły pokryta była lustrami. Zasilana plaz-
mową energią gigantyczna bateria energetyczna płonęła tuż pod sklepieniem 
kopuły zalewając jaskrawym blaskiem widoczne w dole miasto. Budowle 
sprawiały wrażenie wykonanych ze szkła.
      Wylądowaliśmy na wielkiej metalowej platformie liczącej blisko dwa-
dzieścia hektarów, górującej ponad miastem. Jej powierzchnia lśniła równie 
oślepiająco jak lustrzane ściany kopuły. Masywni jednozadaniowi serwito-
rzy przeciągnęli wahadłowiec do jednego z wydzielonych miejsc postojo-
wych, gdzie inne modele mechanoidów przygotowywały już pompy paliwo-
we i narzędzia diagnostyczne. Betancore nie cierpiał, gdy ktoś obcy dotykał 
jego statku, toteż wydał Modo i Nilquitowi, naszym niezależnym serwito-
rom, polecenie samodzielnego wykonania drobnych napraw i odprawienia 
miejscowych pomocników. Słyszałem jak obaj zaczęli krążyć wzdłuż kadłu-
ba   z   warczeniem   serwomotorów   i   sykiem   hydraulicznych   siłowników, 
wymieniając dziesiątki wierszy kodu maszynowego między sobą i pracują-
cym w sekcji napędowej Uclidem.
     Aemos zaproponował wynajęcie mieszkań w mieście, ale odrzuciłem ten 
pomysł. Platforma startowa w zupełności mi wystarczała dla celów noclegu. 
Wahadłowiec   był   dostatecznie   duży,   by   zapewnić   wypoczynek   całemu 
zespołowi. Zdarzało nam się spędzać na jego pokładzie całe tygodnie czy 
nawet miesiące.
      Zszedłem do malutkiej kabiny Lowinka znajdującej się tuż pod kokpi-
tem, obudziłem go stanowczo. Nie znaliśmy się jeszcze zbyt dobrze: mój 
poprzedni  astropata  zmarł  sześć  tygodni   temu   próbując złamać  zaszyfro-
waną kodem Chaosu wiadomość.
     Lowink był młodym człowiekiem o niezdrowego koloru skórze opinają-
cej ciasno kościstą sylwetkę. Jego ciało zaczynało zdradzać pierwsze efekty 
mentalnego wyniszczenia. Chromowane gniazda interfejsów błyszczały na 
gładko ogolonej czaszce, pokrywały niczym ślady po ospie przedramiona. 
Kiedy podszedł do drzwi, część podpiętych kabli powlokła się za nim po 
podłodze. Każdy z przewodów oznaczony był niewielką plakietką i biegł do 
kompleksowego   komunikatora   zajmującego   jedną   ze   ścian   kabiny.   Cały 
pokój   obiegały   tysiące   wijących   się   niczym   węże   kabli,   ale   Lowink 
instynktownie rozpoznawał przeznaczenie każdego z nich i potrafił podłą-
czyć się do potrzebnego mu w danej chwili urządzenia w przeciągu kilku se-
kund. W pomieszczeniu unosił się wszechobecny zapach ludzkiego potu i 
korzennych trociczek.
 - Mistrzu – powiedział. Jego usta były wąską różową linią w bladej twarzy, 
a jedno oko mrużył nieświadomie w sposób nadający mu pozory pewnego 
siebie człowieka, choć w rzeczywistości był nieśmiały.
 - Bądź tak uprzejmy i wyślij wiadomość dla Regal Akwitane.

7

background image

       Regal był statkiem Wolnej Floty wynajętym przez nas w celu przewie-
zienia wahadłowca na Hubris. Kupiecka jednostka czekała teraz na orbicie, 
gotowa do wykonania następnego skoku w Osnowę.
 - Przekaż mistrzowi kupieckiemu Golkwinowi moje wyrazy szacunku i po-
informuj go, ze zostajemy tu dłużej. Może podjąć dalszą podróż, nie ma ta-
kiej   potrzeby,   byśmy   marnotrawili   jego   czas.   Pobędziemy   tutaj   tydzień, 
może dłużej. Podziękuj mu za współpracę i przekaż nadzieję, że być może 
spotkamy się jeszcze w przyszłości.
     Lowink skinął głową.
 - Wyślę to natychmiast.
  - Potem będę miał dla ciebie następne zadanie. Skontaktuj się z główną 
Enklawą Astropathicusu na Hubrisie i zażądaj udostępnienia pełnego wyka-
zu wszystkich zarejestrowanych transmisji transorbitalnych z okresu ostat-
nich sześciu tygodni. Również komunikatów nadanych przez nielicencjono-
wane źródła. Wyciągnij wszystko, co tylko zdołasz. Nie zaszkodzić chyba 
wspomnieć, że o informacje te ubiega się imperialny inkwizytor. Wątpię, by 
miejscowi astropaci chcieli się narazić na zarzut ukrywania przed pracowni-
kiem Inkwizycji istotnych danych.
     Ukłonił się ponownie.
 - Czy będziesz sobie życzył seansu mentalnego, mistrzu ?
 - Teraz nie, ale być może w niedługiej przyszłości. Poinformuję cię o tym z 
odpowiednim wyprzedzeniem.
 - Czy to wszystko, mistrzu ?
 - Tak, Lowink – odwróciłem się w kierunku wyjścia.
  - Mistrzu... – urwał na moment – Czy to prawda, że kobieta Vibben nie 
żyje ?
 - Tak, Lowink.
 - Ach. Zauważyłem, że zrobiło się cicho – zamknął drzwi.
     Jego komentarz nie zawierał w sobie cienia złośliwości. Wiedziałem, co 
miał na myśli, chociaż moje własne zdolności mentalne przy nim sprawiały 
wręcz dziecinne wrażenie. Lores Vibben posiadała talent psioniczny i kiedy 
przebywała   w   naszym   towarzystwie,   wyczuwaliśmy   delikatny   subtelny 
szum w aurze otoczenia, generowany przez jej młody żywiołowy umysł.

*  *  *  *  *

         Odnalazłem Betancore na zewnątrz statku. Stał w cieniu jednego ze 
skrzydeł wahadłowca, gapiąc się pod nogi  i paląc skręta z liści lho. Nie 
popierałem nigdy korzystania z narkotyków, ale nic nie powiedziałem na 
ten widok. W ciągu ostatnich lat Midas oczyścił swój organizm z toksyn. 
Kiedy spotkałem go po raz pierwszy,  był  pozornie  beznadziejnym  przy-
padkiem uzależnienia od obscury.
 - Cholernie jasne miejsce – wymamrotał mrużąc oczy.
 - Typowa reakcja. Mają do przeżycia jedenaście miesięcy ciągłej nocy, dla-
tego   oświetlają   to   miejsce   w   sposób   przekraczający   wszelkie   zdrowo-
rozsądkowe normy.
 - Mają tu podział doby na cykl dzienny i nocny ?
 - Nie sądzę.
 - Nic dziwnego, że sprawiają wrażenie pomyleńców. Ekstremalne światło, 
ekstremalna   ciemność,   ekstremalne   zmiany   otoczenia   zewnętrznego.   Ich 
zegar biologiczny musi ulegać ciągłemu przestrojeniu.
     Pokiwałem głową. Przebywając na zewnątrz zaczynałem ulegać depresji 
na myśl o tym, że atramentowa noc nie ma końca. Teraz podobne uczucie 
wzbudzała we mnie świadomość niekończącego się dnia pod lustrzaną ko-
pułą. W swoim raporcie Aemos wspomniał, że świat ten został nazwany 
przez   kolonistów   Hubrisem   po   trwającej   siedemdziesiąt   lat   terrańskich 
podróży, która zakończyła się odkryciem błędów w zapisach sond rozpoz-
nawczych. Pozbawiony regularnej orbity wokół swego słońca świat trwał w 
cyklicznym   stanie   przejściowym   pomiędzy   upalnym   sezonem   letnim   i 
okresem   wielomiesięcznej   zimowej   nocy.   Pomimo   tych   ekstremalnych 
anomalii   osadnicy   postanowili   wylądować   na   Hubrisie,   wykorzystując 
metody kriogeniczne w sposób,  który po upływie  wielu lat stał się inte-
gralną częścią ich kultury. W mojej prywatnej opinii popełnili błąd.
     Nie przybyłem tu jednak w celu krytykowania lokalnej kultury.
 - Zauważyłeś coś ciekawego ? – zapytałem Betancore.
     Machnął ze zniechęceniem ręką.
 - Nie mają teraz zbyt wielu gości. Handel praktycznie zamarł, kiedy cały 
świat pogrążył się we śnie.
 - Dlatego właśnie Eyclone uznał tę planetę za bezbronną.
 - Tak. Większość statków na platformie należy do miejscowych. Z części 
korzystają Strażnicy, reszta dokuje tu na czas Uśpienia. Oprócz nas naliczy-
łem jeszcze trzy inne obce jednostki. Dwa kupieckie klipry i jeden prywat-
ny ścigacz.
 - Popytaj trochę wokół. Spróbuj dowiedzieć się, do kogo należą i czego ten 
ktoś tutaj szuka.
 - Jasne.

 - Prom Eyclone, ten, który zestrzeliłeś. Mógł lecieć stąd ?
     Pilot wciągnął w płuca dawkę narkotycznego dymu i potrząsnął głową.
 - Albo z orbity albo z prywatnej lokalizacji. Lowink przechwycił wysyłane 
przez załogę komunikaty przeznaczone dla Eyclone.
 - Przejrzę je niedługo. Lecz jeśli przyleciał z orbity ? Eyclone wciąż jesz-- 
Nie martw się o to, już sprawdziłem. Jeśli ktoś był na orbicie, dawno znik-
nął nawet się nie żegnając.
 - Dużo bym dał za wiedzę o tym jak ten sukinsyn się tutaj dostał i jak stąd 
zamierzał uciec.
  -   Dowiem   się   tego   –   odparł   Betancore   ciskając   niedopałek   pod   nogi. 
Zgniótł go obcasem buta. Wiedziałem, że mówi ze śmiertelną powagą.
 - Co z Vibben ? – zapytał.
 - Czy wiesz, jakie były jej ostatnie życzenia ? Nigdy mi nic na ten temat nie 
mówiła. Czy chciała, by jej ciało odesłać na Tornish w celu pochówku ?
 - Zrobiłbyś to ?
 - Gdyby tego chciała. A chciała ?
 - Nie mam pojęcia, Eisenhorn. Mnie też nigdy o tym nie wspomniała.
  - Trzeba będzie przejrzeć jej prywatne rzeczy, być może zostawiła jakiś 
testament lub pośmiertne instrukcje. Zrobisz to ?
 - Chętnie – odparł.

*  *  *  *  *

       Byłem zmęczony. Spędziłem godzinę w towarzystwie Aemosa w jego 
zawalonym   książkami   i   holograficznymi   dyskami   pokoju,   przygotowując 
raport dla Carpela. Umieściłem w nim wszystkie podstawowe informacje, 
starannie usuwając z treści rzeczy,  o których  nie powinien  był  wiedzieć. 
Kazałem Aemosowi przejrzeć lokalne kodeksy prawa, by przygotować się 
na ewentualne formalne zarzuty Carpela. Niespecjalnie się martwiłem taką 
możliwością,   bo   też   i   byłem   całkowicie   nietykalny   dla   przedstawicieli 
lokalnego wymiaru sprawiedliwości, ale chciałem uzyskać pewność. Ama-
lathianie dumni są z tego, że pracują wewnątrz imperialnych struktur spo-
łecznych,  nie obok  nich. Lub  ponad, jak to miewają w zwyczaju czynić 
monodominanci. Chciałem mieć Carpela i innych wysokich rangą dostoj-
ników Hubrisu po swojej stronie w trakcie tego śledztwa.
     Kiedy ukończyłem raport, udałem się do swego pokoju. Przystanąłem na 
chwilę pod drzwiami kabiny Vibben, wszedłem do środka i delikatnie wło-
żyłem Scipio w jej skrzyżowane na piersiach dłonie. Zasłoniłem całunem 
nieruchome ciało. Broń  należała do niej, spełniła swe zadanie. Zasłużyła 
sobie na to, by spocząć na wieczność wraz z tą kobietą.

*  *  *  *  *

         Po raz pierwszy od sześciu lat nie śnił mi się Eyclone. Śniłem o bez-
kresnej ciemności i odległym światełku, które uparcie nie chciało zgasnąć. 
Wyczuwałem  coś   mrocznego  w  tym  świetle.  Nonsensowne   stwierdzenie, 
zdaję sobie z tego sprawę, jednakże tylko w ten sposób potrafię wyrazić swe 
wrażenie.   Podejrzewałem,   że   jest   ono   zwiastunem   jakiejś   nieznanej   mi 
prawdy,  niosącej złowieszcze przesłanie. Dostrzegałem rozbłyski przywo-
dzące   na   myśl   błyskawice,   tańczące   na   obrzeżach   mojej   świadomości. 
Ujrzałem   przystojnego   mężczyznę   o   pozbawionych   wyrazu   oczach,   nie 
pustych   jak   oczy   pomocników   Eyclone,   tylko   dziwnie   odległych,   jakby 
spoglądających na mnie z kosmicznie odległego miejsca. 
     Mężczyzna uśmiechał się do mnie.
     Wtedy nie miałem jeszcze najmniejszego pojęcia, kim on jest.

*  *  *  *  *

         Udałem się do Carpela następnego dnia w południe. W Słonecznym 
Domu  co prawda wiecznie panowało południe,  jednak tym  razem był  to 
chronometryczny  środek dnia. Do tego czasu Lowink,  Aegis i Betancore 
przynieśli mi nowe informacje.
     Ogoliłem się i ubrałem na czarno. Wyjątkiem w moim stroju była tylko 
brązowa kurtka z łuskowatej skóry. Na szyi powiesiłem łańcuszek z inkwi-
zytorską rozetą. Nie zamierzałem pozwalać Carpelowi na żadne polityczne 
gierki.
         W towarzystwie Aemosa zjechałem z platformy startowej na poziom 
mieszkalny Domu, korzystając w tym celu z windy pasażerskiej. Na dole 
czekali już na nas odziani w jaskrawożółte szaty Strażnicy. Pomimo jaskra-
wego światła kąpiącego w białym blasku całe miasto wciąż dzierżyli zapa-
lone latarnie. Nasze postacie rzucały krótkie cienie na płyty chodnika, który 
pokonaliśmy w drodze do podstawionej limuzyny. Była to potężna bestia o 
chromowanych zderzakach i otwartej kabinie, przystrojona chorągiewkami 
w barwach hubrisjańskiej arystokracji. Za umieszczonym na środku wozu 
fotelem kierowcy znajdowały się cztery rzędy obitych skórą siedzeń. 
     Przemierzaliśmy ulice miasta tocząc się szybko na ośmiu szerokich opo-

aa

8

background image

nach limuzyny.  Bulwary były szerokie  i co tu dużo ukrywać  – jaskrawo 
oświetlone. Po obu stronach jezdni pokryte warstwą szkła frontony budyn-
ków wznosiły się wysoko w górę ku płonącej na sztucznym niebie plazmo-
wej   baterii,   przywodząc   na   myśl   kwiaty   wysuwające   się   w   kierunku 
słonecznego światła. Rozmieszczone co trzydzieści metrów uliczne latarnie 
paliły się jasnym blaskiem.
         Ruch uliczny nie należał do szczególnie natężonych, a na chodnikach 
kręciło się zaledwie kilka tysięcy mieszkańców. Zauważyłem, że wielu z 
nich nosi żółte jedwabne szarfy. Girlandy żółtych kwiatów zwisały z każdej 
ulicznej latarni.
 - Kwiaty ? – zapytałem.
 - Z hydroponicznych farm w habitacie siódmym – wyjaśnił jeden ze Straż-
ników.
 - Co symbolizują ?
 - Żałobę.
 - Podobnie jak szarfy – wyszeptał mi do ucha Aemos – Wydarzenia ostat-
niej nocy to wielka tragedia dla tego świata. Żółć jest ich świętym kolorem. 
Wydaje mi się, że lokalna religia opiera się na kulcie solarnym.
 - Imperator utożsamiany ze słońcem ?
 - Coś w tym rodzaju. Tutaj rzecz jasna przybrało to ekstremalny poziom, z 
wiadomych przyczyn.
     Siedziba Strażników mieściła się w centrum miasta. Była to szklana wie-
życa   ornamentowana   płaskorzeźbami   prezentującymi   tarczę   słoneczną   z 
wkomponowanym w nią emblematem dwugłowego orła. Tuż obok wzno-
siła się kaplica Eklezjarchii i kilka budynków należących do imperialnego 
Administratum. Zdziwiłem się na widok ich czarnych, wykonanych z ka-
mienia ścian, całkowicie pozbawionych okien. Najwyraźniej pracujący tu 
przedstawiciele mocarstwa podobnie jak ja mieli kłopoty z przystosowa-
niem się do ustawicznego blasku sztucznego słońca.
      Po przejściu pod szklanym portykiem weszliśmy do głównej sali gma-
chu. Pomieszczenie pełne było ludzi. Większość z nich nosiła żółte unifor-
my Strażników, część szaty lokalnych dygnitarzy i techmagosów, była też 
spora   grupa   urzędników   i   serwitorów.   Sala   przypominała   rozmiarami 
imperialną   kaplicę,   jej   dach   wykonano   ze   złotego   szkła   osadzonego   na 
ramie   z   czarnego   metalu.   Złocista   poświata   przenikała   do   wnętrza   auli. 
Szliśmy   po   szerokim   czarnym   dywanie   z   wyhaftowanymi   emblematami 
słonecznej tarczy.
  - Inkwizytor Eisenhorn ! – zaanonsował mnie jeden z członków eskorty 
posługując się w tym celu małym megafonem. W sali zapadła cisza i oczy 
wszystkich zebranych skupiły się na mojej postaci. Wielki Strażnik Carpel 
spoczywał   na   antygrawitacyjnym   tronie   ozdobionym   wstęgami   pergami-
nów. Jaskrawo świecąca lampa jarzyła się na wysięgniku ponad jego głową. 
Ruchomy mebel ruszył w mym kierunku poprzez rozstępujący się tłum.
 - Wielki Strażniku – ukłoniłem się kurtuazyjnie.
 - Wszyscy umarli – poinformował mnie natychmiast – Dwanaście tysięcy 
sto czterdzieści dwie ofiary. Grobowiec Dwa-Dwanaście jest wymarły. Nikt 
nie przeżył szoku wyjścia z hibernacji.
 - Pragnę przekazać swe szczere kondolencje, Wielki Strażniku.
      Sala eksplodowała wrzawą rozwścieczonych głosów, krzyczących coś, 
gwiżdżących, pohukujących gniewnie.
 - Kondolencje ? Twoje przeklęte kondolencje ?! – Carpel wrzasnął ponad 
zgiełkiem tłumu – Znacząca część naszej arystokratycznej kasty umiera jed-
nej nocy, a ty próbujesz nas uspokoić kondolencjami ?!
 - To wszystko, co mogę ofiarować, Wielki Strażniku – czułem jak Aemos 
drży nerwowo u mojego boku, notując w swoim podręcznym notesie infor-
macje o wyglądzie zebranych, lokalnej modzie, sposobie wysławiania się... 
wszystkim co mogło odwrócić jego uwagę od nieuniknionej konfrontacji.
 - To nie wystarczy ! – warknął młody człowiek stojący przy mnie. Należał 
bez wątpienia do młodszej części tutejszej szlachty. Jego skóra miała dziw-
nie blady, wilgotny wygląd, a kiedy ruszył w mym kierunku, Strażnicy po-
chwycili go ratując przed upadkiem.
 - Kim jesteś, panie ? – zapytałem.
 - Vernall Maypell, dziedzic kantonu Dallowen ! – jeżeli oczekiwał, że na 
dźwięk tego tytułu padnę na kolana, srodze się rozczarował.
 - Ze względu na powagę tego tragicznego wydarzenia obudziliśmy ze stanu 
uśpienia część naszych możnowładców – oświadczył Carpel – Brat czci-
godnego Maypella i jego dwie żony zmarły w Grobowcu Dwa-Dwanaście.
     Zatem blada skóra była symptomem zapaści pohibernacyjnej. Dostrzeg-
łem   w   tłumie   około   pięćdziesięciu   osób   zdradzających   podobne   objawy 
wyczerpania. Odwróciłem się w stronę Maypella.
 - Wasza godność, raz jeszcze pragnę przekazać kondolencje.
     Maypell omal nie pękł rozerwany atakiem wściekłości.
  - Twoja arogancja budzi mój wstręt, obcoświatowcu ! Sprowadziłeś tego 
potwora na nasz świat,  walczyłeś z nim w naszym  najdroższym  sanktu-
arium, w prywatnej wojnie wyniszczyłeś chlubę społeczeństwa Hubrisu, a 
teraz zamierzasz...

 

- Milcz ! – użyłem mocy. Nie dbałem o konsekwencje tego czynu. May-

pell  zamarł  w bezruchu  z  otwartymi  ustami,  reszta sali  pogrążyła   się w 
głębokiej ciszy – Przybyłem tu, by was ocalić i pokrzyżować plany Eyclo-
ne. Gdyby nie wysiłki moje i moich towarzyszy, ten zbrodniarz mógł otwo-
rzyć więcej hibernacyjnych  grobowców. Nie złamałem żadnych waszych 
praw.   Przez   cały   czas   kierowałem   się   lokalnymi   procedurami.   Co   ma 
oznaczać zarzut, jakobym sprowadził tego potwora tutaj ?
  - Poczyniliśmy pewne rozpoznanie – oświadczyła starsza kobieta. Podob-
nie  jak  Maypell   zdradzała  objawy  choroby   pohibernacyjnej. Siedziała na 
fotelu dźwiganym przez czterech serwitorów 
 - Jakie rozpoznanie ?
 - Ten długi zatarg z mordercą Eyclone. Ile to już czasu, pięć lat ?
 - Sześć, pani.
 - Zatem sześć. Zapędziłeś go tutaj. Zaszczułeś. Sprowadziłeś na Hubris tak 
jak to zarzucił czcigodny Maypell.
 - W jaki sposób ?
 - Nie zarejestrowaliśmy w granicach systemu obecności żadnego statku od 
dwudziestu dni, żadnego z wyjątkiem twego, inkwizytorze Eisenhorn – wy-
jaśnił Carpel rozkładając na kolanach jakieś dokumenty – Regal Akwitane
Ten statek musiał przywieźć go tutaj tak samo jak ciebie, byście na naszym 
świecie mogli dokończyć swą prywatną wojnę. Na naszych trupach. Czy 
wybrałeś Hubris ze względu na jego oddalenie od reszty okolicznych ko-
lonii ? Czy okazał się idealny do wyrównania wieloletnich porachunków ze 
względu na wygodną dla takich poczynań niekończącą się noc ?
     Poczułem rosnący gniew i z trudem go pohamowałem.
 - Aemos ?
     Savant stał za mną mrucząc nieustannie pod nosem.
 - I co oznaczają te wtopione w szkło wstęgi ? Czy te tafle są opancerzone ? 
Wsporniki i filary przypominają stylem okres wczesnego gothicu, ale...
 - Aemos ! Raport !
     Otrząsnął się i podał mi wyjęty z torby elektroniczny notes.
  - Przeczytaj to, Carpel. Przeczytaj to bardzo dokładnie – podałem notes 
dostojnikowi, po czym cofnąłem raptownie rękę, zanim zdążył go zabrać z 
mej dłoni – A może lepiej odczytam go na głos całej zebranej tu widowni ? 
Może to odpowiedni moment, by wyjaśnić, jak w ostatniej chwili zdobyłem 
wieści o podróży Eyclone na Hubris ? Uzyskałem te informacje wyłącznie 
dzięki złamaniu szyfrowanego przekazu mentalnego nadanego przez Eyclo-
ne dwa miesiące temu. Przekazu, który zabił mojego astropatę w trakcie 
próby rozszyfrowania jego zawartości !
 - Inkwizytorze, ja... – zaczął Carpel.
     Podniosłem notes wysoko w górę, by wszyscy mogli dostrzec pulsujące 
na jego  ekranie linijki  tekstu,   po czym  za  pomocą  przycisków   zacząłem 
przewijać zawartość prezentowanego raportu.
 - A co powiecie o tym ? To dowody dokumentujące fakt, iż Eyclone plano-
wał zbrodnię na Hubrisie od ponad roku ! A tutaj znajdują się informacje 
zgromadzone  przez mój  zespół ostatniej  nocy.  Niezidentyfikowany  statek 
kosmiczny   wszedł  na  orbitę  planety,   po  czym  ją  opuścił,   trzy dni   temu. 
Przywiózł tutaj Eyclone i jego kult, a wasze służby monitoringu planetarne-
go i Strażnicy nawet go nie zauważyli ! A może lepiej postudiować zapis 
transmisji astropatycznych zarejestrowanych przez waszą Enklawę i zigno-
rowanych pomimo ich nieznanego źródła ? - cisnąłem notes w ręce Carpela. 
Setki zszokowanych oczu gapiły się na mnie w milczeniu.
 - Wystawiliście się niczym na tacy, a on to wykorzystał. Nie próbujcie mnie 
o nic oskarżać z wyjątkiem zarzutu spóźnienia się na miejsce zbrodni. Raz 
jeszcze pozostaje mi zapewnić wszystkich zabranych, że szczerze ubolewam 
nad tragedią, która miała tu miejsce.
 - A jeśli następnym razem znów poważycie się na konfrontację z imperial-
nym inkwizytorem – dodałem – postarajcie się okazać nieco więcej szacun-
ku.   Potrafię   wiele  zrozumieć   i   wybaczyć,   ponieważ   wiem,   że  większość 
złych słów powodowana jest waszym gniewem i szokiem, niemniej jednak 
moja cierpliwość nie jest nieograniczona... lecz nie moje kompetencje.
     Odwróciłem się w stronę Carpela.
 - Czy teraz, Wielki Strażniku, możemy porozmawiać ? Prywatnie, tak jak o 
to uprzednio zabiegałem.

*  *  *  *  *

         Udaliśmy się w ślad za latającym tronem Carpela do jego gabinetu, 
pozostawiając za sobą szepczący ze wzburzeniem i grozą tłum. Tylko jeden 
członek świty dygnitarza podążył za nami, wysoki jasnowłosy mężczyzna w 
ciemnobrązowym mundurze, którego nie potrafiłem rozpoznać. Ochroniarz, 
uznałem w końcu. 
     Carpel opuścił tron na dywan i przywołał ruchem dłoni panel kontrolny, 
wysuwający się na żądanie z pobliskiej szklanej ściany. Nacisnął kilka przy-
cisków i część lamp w pomieszczeniu litościwie przygasła. Tym gestem dał 
mi do zrozumienia, że zostanę potraktowany z właściwą powagą.

9

background image

     Machnął ręką zapraszając mnie do zajęcia miejsca na pobliskim krześle. 
Aemos przystanął w półmroku za moimi plecami. Mężczyzna w brązowym 
mundurze zajął miejsce przy oknie obserwując nas bez słowa.
 - Co nastąpi teraz ? – zapytał Carpel.
 - Oczekuję waszej całkowitej współpracy na czas śledztwa jakie zamierzam 
tu przeprowadzić.
 - Sprawa jest przecież zamknięta – powiedział mężczyzna w mundurze.
     Nie odrywałem wzroku od oczu Carpela.
 - Oczekuję dobrej woli w naszej kooperacji. Eyclone może nie żyć, ale on 
był tylko czubkiem długiego ostrza, nadal niezwykle niebezpiecznego.
 - O czym pan mówi ? – parsknął mundurowy.
        Wciąż nie poświęciłem mu nawet krótkiego spojrzenia. Przewiercając 
wzrokiem Carpela oświadczyłem:
 - Jeżeli on odezwie się ponownie bez uprzedniego przedstawienia swej toż-
samości, wyrzucę go za okno. I nie zamierzam okna wcześniej otwierać.
 - To oficer śledczy Fischig, Adeptus Arbites. Poprosiłem o jego obecność 
w trakcie naszej rozmowy.
     Przyjrzałem się uważnie człowiekowi w brązowym uniformie. Był silnie 
zbudowanym mężczyzną z siateczką różowych szram szpecących okolice 
mlecznobiałego oka. Ze względu na zdrową skórę i jasne włosy w pierwszej 
chwili uznałem go za młodzieńca, teraz jednak spostrzegłem swój błąd. Był 
w co najmniej tym samym wieku co ja.
 - Oficerze śledczy – wstałem i skłoniłem się lekko.
 - Inkwizytorze – odpowiedział tym samym gestem – Moje pytanie pozosta-
je aktualne.
     Usiadłem z powrotem na krześle.
 - Murdin Eyclone był realizatorem operacyjnym. Niezwykle błyskotliwym, 
oddanym  sprawie człowiekiem, jednym  z najniebezpieczniejszych w mej 
karierze.   Upolowanie   takiej   zdobyczy   w   większości   przypadków   potrafi 
unicestwić jej diabelskie plany. Jak mniemam, podobne wnioski potrafi pan 
sformułować na podstawie własnych doświadczeń.
 - Nazwał go pan realizatorem operacyjnym.
  - Tutaj tkwiło źródło największego zagrożenia ze strony tego człowieka. 
Wierzył, że najlepiej przysłuży się swym bluźnierczym władcom oferując 
pomoc i usługi tajemnym sektom i kultom potrzebującym wsparcia. Nigdy 
nie poczynił  żadnych specyficznych  paktów i aktów oddania wybranej z 
Czterech   Potęg.   Poświęcał   się   wyłącznie   realizacji   planów   stworzonych 
przez   innych.   Jego   operacja  na   Hubrisie   jest   elementem   zaawansowanej 
akcji będącej pomysłem innych ludzi. Zginął, a jego plany zostały pokrzy-
żowane i za to powinniśmy być wdzięczni losowi. Moja misja jednak tutaj 
się nie kończy. Muszę po nici kończącej się na Eyclone, jego ludziach i 
wszelkich skrawkach informacji pozostawionych przez niego na Hubrisie 
dotrzeć do okrytych tajemnicą zleceniodawców tej zbrodni.
 - W tym celu żądasz pełnej współpracy władz Hubrisu ? – zapytał Carpel.
  - Władz, mieszkańców, lokalnych autorytetów, ciebie samego... To misja 
najwyższej wagi. Czy chcesz odmówić pomocy ?
 - Nie, sir, nie zamierzam ! – zastrzegł się pośpiesznie dygnitarz.
 - Doskonale.
      Carpel podał mi masywną odznakę w postaci złotej tarczy słonecznej. 
Była ciężka i stara, osadzona w oprawce z wyprawionej czarnej skóry.
 - Ta legitymacja zapewni ci wszelką pomoc, jakiej zażądasz. Posiadasz me 
pełnomocnictwa. Wypełnij swe obowiązki gruntownie i szybko. W zamian 
żądam dwóch przysług.
 - Jakich ?
 - Chcę wglądu we wszystkie uzyskane podczas śledztwa materiały. I wy-
razisz zgodę na to, by oficer śledczy towarzyszył twemu zespołowi.
 - Pracuję własnym trybem...
 - Fischig potrafi otwierać drzwi i rozwiązywać języki, których nie pokona 
nawet rządowa odznaka. Potraktuj go jako lokalnego przewodnika.
     A także twoje oczy i uszy, dodałem w myślach. Zdawałem sobie jednak 
sprawę z ogromnej presji politycznej, pod jaką znajdował się Carpel, presji 
wywieranej na nim przez żądnych pomsty arystokratów.
 - Będę zaszczycony wsparciem z jego strony.
 - Gdzie najpierw ? – zapytał Fischig prosto z mostu, z drapieżnym gryma-
sem  na twarzy.  Ależ  oni   pożądają krwi,   pomyślałem.  Chcieli  dopaść za 
wszelką cenę winowajców zbrodni lub przynajmniej partycypować w suk-
cesach mojego zespołu, by móc rzucić coś czekającemu niecierpliwie na 
wyniki establishmentowi. Wiedzieli, że za kilka miesięcy reszta obudzonej 
ze stanu wielomiesięcznej  śpiączki  społeczności  rozliczy ich z postępów 
śledztwa. Nie znalazłem powodów, dla których miałbym ich za to potępiać.
 - Wpierw prosektorium – odparłem.

*  *  *  *  *

         Eyclone sprawiał wrażenie śpiącego. Jego głowa została owinięta w 
niemal komicznie wyglądający plastikowy worek zakrywający śmiertelną 
aa

ranę. Rysy twarzy były spokojne, szpecił ją jedynie niewielki siniak przy 
ustach.
      Leżał na kamiennym postumencie w lodowatych podziemiach Arbites 
Prosektorium. Jego towarzysze spoczywali wokół, na podobnych numero-
wanych postumentach. Byli to ci zabici, którzy nie odnieśli zbyt znaczących 
obrażeń. Złożone pod jedną ze ścian plastikowe worki zawierające brejo-
watą substancję skrywały w swych wnętrzach szczątki morderców rozerwa-
nych na platformie startowej ogniem broni pokładowej wahadłowca.
     Prosektorium rozświetlała zimna błękitna poświata jarzeniowych lamp, a 
pokryte   warstwą   szronu   wentylatory   tłoczyły   do   wnętrza   sali   mroźne 
powietrze wprost zza kopuły Słonecznego Domu. Przed zejściem do tych 
podziemi Fischig zaopatrzył nas wszystkich w ogrzewane kombinezony.
     Zaskoczyła mnie widoczna dbałość o odpowiednie zabezpieczenie zwłok 
oraz   fakt,   że   nikt   ich   nie   dotknął,   zgodnie   z   moim   nakazem.   Pomimo 
pozornej   prostoty   tego  zalecenia  już nieraz  w przeszłości  wchodziłem  w 
zatargi   z  niecierpliwymi   chirurgami   żądnymi   natychmiastowego   przepro-
wadzenia sekcji.
         Głównym intendentem prosektorium okazała się niska kobieta około 
sześćdziesiątki o nazwisku Tutrone. Na starym i znoszonym ogrzewanym 
kombinezonie nosiła czerwony plastikowy fartuch. W jednym jej oczodole 
błyszczał   metalicznie   optyczny   implant,   w   grzbiet   prawej   dłoni   miała 
wbudowany zestaw lśniących zimno ostrzy i miniaturową piłę tarczową. 
  - Zrobiłam wszystko zgodnie z pańskimi instrukcjami – oświadczyła pro-
wadząc   nas   w   dół   spiralnych   schodów   –   Muszę   zastrzec,   że   jest   to 
niezgodne z naszymi procedurami. Przepisy nakazują wykonanie badań po-
śmiertnych w jak najszybszym terminie, przynajmniej obdukcji zewnętrznej.
 - Dziękuję za wyrozumiałość, intendentko. Nie zajmę ci wiele czasu, potem 
będziesz mogła dopełnić protokołu.
      Założyłem chirurgiczne rękawice i zacząłem krążyć wokół blisko dwu-
dziestu ciał dyktując uwagi i komentarze chodzącemu za mną Aemosowi. W 
rzeczy   samej   oględziny   zmarłych   niewiele   przyniosły   efektów.   Na   pod-
stawie   budowy   ciała   oraz   pigmentu   zidentyfikowałem   kilku   z   nich   jako 
obcoświatowców, ale żaden ze złożonych w kostnicy trupów nie miał doku-
mentów ani podskórnych identyfikatorów. Nawet ich ubrania były czyste – 
ktoś   rozmyślnie   spruł   wszystkie   metki   i   naszywki.   Mógłbym   co   prawda 
wszcząć osobne badania mające na podstawie składu chemicznego materiału 
zidentyfikować producenta odzieży, ale oznaczałoby to gigantyczne marno-
trawstwo środków i czasu.
      Na dwóch ciałach znalazłem świeże blizny zdradzające niedawne usu-
nięcie wszczepionych pod skórę ofiar identyfikatorów. Znakowanie takie nie 
leżało w zwyczaju lokalnej społeczności, toteż uznałem, że obaj mężczyźni 
pochodzą spoza Hubrisu. Ale skąd ? Setki imperialnych światów powszech-
nie stosowały  tego rodzaju identyfikatory,  a ich noszenie było normalnie 
akceptowanym standardem. Ja sam posiadałem taki wszczep przez kilka lat 
dzieciństwa, przed przybyciem Czarnej Arki, która zmieniła me życie.
     Jedno z ciał miało na ramionach ślady po poparzeniu, niezbyt głębokie, 
ale rozległe.
  - Ktoś użył palnika termicznego w celu usunięcia gangsterskich tatuaży – 
oświadczył Aemos.
     Miał rację. Śledztwo nadal tkwiło w martwym punkcie.
      Spojrzałem na Eyclone – obiekt, w którym pokładałem największe na-
dzieje. Z pomocą Tutrone rozebrałem denata do naga odkładając na bok roz-
cięte ubranie, równie anonimowe jak ubiory jego współpracowników. Prze-
wróciliśmy ciało na bok szukając... szukając czegokolwiek.
 - Tutaj ! – powiedział Fischig pochylając się do przodu. Wskazał niewielki 
tatuaż powyżej lewego pośladka.
-   Serafin   z   Laoacusu.   Stary   symbol   Chaosu.   Eyclone   zrobił   ten   tatuaż 
dwadzieścia lat temu dla uczczenia swych byłych zleceniodawców.  Stary 
kult, stara sprawa. Nie ma związku z naszym dochodzeniem.
     Fischig spojrzał na mnie podejrzliwie.
 - Znasz tak dobrze tajemnice jego ciała ?
 - Posiadam odpowiednie źródła informacji – odparłem. Nie chciałem wda-
wać się w bolesne wyjaśnienia. Eamanda, jedna z moich pierwszych współ-
pracownic, genialna, piękna, wytrwała. To ona zdobyła dla mnie tę wiedzę. 
Od pięciu lat przebywała w azylu dla obłąkanych. W ostatnim przesłanym 
mi  raporcie  znajdowała   się informacja, że  pomimo   ścisłej  opieki   zdołała 
własnoręcznie odgryźć i skonsumować swoje palce.
  - Znakował się ? – zapytał Fischig – Pracując dla każdego nowego kultu 
tatuował sobie na skórze symbol lojalności wobec zleceniodawcy ?
     Oficer mógł mieć rację. Dlaczego sam o tym nie pomyślałem ? Zaczęliś-
my   drobiazgowo   badać   ciało   znajdując   przynajmniej   sześć   wypalonych 
blizn świadczących o usunięciu starych tatuaży. Za lewym uchem odkry-
liśmy pasek srebra wszyty pod skórę w formie Buboe Chaotica. 
 - To ? – zapytała Tutrone odgarniając chirurgicznym ostrzem włosy denata, 
by nie zasłaniały wszywki.
 - Stare, podobnie jak reszta.

10

background image

     Cofnąłem się kilka kroków od postumentu i zacząłem analizować gorącz-
kowo  przebieg niedawnych wydarzeń. Kiedy zabijałem Eyclone, ten pró-
bował   coś   zdjąć   z   pasa,   a   przynajmniej   takie   wrażenie   sprawiał   swymi 
chaotycznymi ruchami.
 - Jego rzeczy osobiste ?
     Leżały na blacie metalowego stolika obok postumentu. Laserowy pisto-
let,   miniaturowy   komunikator,   wykładana   macicą   perłową   skrzyneczka 
zawierająca   sześć   tub   obscury   i   zapalniczkę,   karta   kredytowa,   zapasowe 
baterie do broni, plastikowy klucz. Oraz pas z czterema kieszonkami.
     Zacząłem opróżniać je po kolei: trochę lokalnych monet, malutki lasero-
wy nożyk, trzy paski wysokokalorycznej pasty do żucia, stalowy obcinacz 
do paznokci, płynna obscura w strzykawce, mały notes elektroniczny. Po 
którą z tych rzeczy mógł sięgać w obliczu nieuniknionej śmierci ? Nóż ? 
Zbyt mały i nieporęczny przeciwko napastnikowi wpychającemu lufę swej 
broni do gardła ofiary. Niemniej, Eyclone działał w desperacji.
     Ale dlaczego nie sięgnął wówczas po tkwiący w kaburze pistolet ?
     Może notes ? Podniosłem go i włączyłem, ale urządzenie zażądało poda-
nia   kodu   dostępu.   Notes   mógł   skrywać   w   swym   wnętrzu   najrozmaitsze 
mroczne sekrety, jednakże raczej nie po niego wyciągnąłby rękę człowiek 
znajdujący się na krawędzi śmierci.
  - Ślady nakłuć wzdłuż ramion – Tutrone kontynuowała oględziny zwłok. 
Nakłucia   nie   wzbudziły   mego   zaskoczenia   zważywszy   na   zasoby   narko-
tyków odkryte w kieszeniach denata.
 - Żadnych pierścieni ? Bransolet ? Kolczyków ?
 - Nie.
         Wyjąłem  plastikowy  worek z szuflady biurka i wsypałem  do niego 
wszystkie osobiste przedmioty Eyclone. 
 - Zamierzasz to zabrać inkwizytorze ? – zapytała Tutrone podnosząc wzrok 
znad trupa.
 - Oczywiście.
 - Musiałeś go bardzo nienawidzić, prawda ? – odezwał się nagle Fischig.
 - Co ?
     Stał oparty o postument, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. 
 - Był zdany na twoją łaskę i wiedziałeś doskonale, że w jego umyśle kryje 
się mnóstwo tajemnic, a mimo to rozwaliłeś mu czaszkę. Nie mam zastrze-
żeń moralnych w kwestii usankcjonowanego zabijania, ale wiem doskonale, 
czym jest marnotrawstwo ołowiu. Czy to efekt wściekłości ?
 - Jestem inkwizytorem. Nie kieruję się w działaniu wściekłością.
 - Czym zatem ?
     Jego cyniczny ton zaczynał mi działać na nerwy.
  -   Nie   masz   najmniejszego   pojęcia   o   tym,   jak   niebezpieczny   był   ten 
człowiek. Nie zamierzałem dać mu żadnej szansy.
 - Jak dla mnie, nie wygląda na specjalnie groźnego – odparł Fischig mie-
rząc wzrokiem trupa.
  -   Mam   coś   !   –   oświadczyła   Tutrone.   Podeszliśmy   do   niej   pośpiesznie. 
Pracowała lewą ręką, dzierżącą kilka ostrzy i próbników, jej cybernetyczne 
palce poruszały się w sposób przywodzący na myśl złożone z wielu stawów 
odnogi insekta.
  -   Palec   wskazujący   lewej   dłoni.   Jest   nienaturalnie   ciężki   i   sztywny   – 
podświetliła palec niewielkim skanerem.
 - Ceramitowy paznokieć. Sztuczny. Wszczep.
 - Co jest w środku ?
-   Nie   wiem.   Zakłócony   odczyt.   Może   jest...   o,   tutaj   jest...   miniaturowy 
zatrzask otwierający. Potrzebuję czegoś do jego podważenia.
        Zmieniła ustawienia swej cyberdłoni i wysunęła z zasobnika podłużne 
metalowe narzędzie. Narzędzie przypominające...
     ...obcinacz do paznokci.
 - Cofnąć się ! Cofnąć się ! – wrzasnąłem.
     Zbyt późno. Tutrone nacisnęła zatrzask. Fałszywy paznokieć odskoczył 
do tyłu i coś wypadło z pustej komory wewnątrz sztucznego palca. Srebrny 
robak przypominający dżdżownicę śmignął w powietrzu niczym zerwany 
naszyjnik.
 - Gdzie to poleciało ?!
  - Nie wiem – krzyknąłem wpychając ręką za siebie Aemosa i Tutrone – 
Fischig, widzisz to ?
 - Gdzieś tutaj – odpowiedział wyszarpując z kabury matowoczarny automa-
tyczny pistolet. 
     Sięgnąłem do własnej kabury i wtedy sobie przypomniałem, że oddałem 
broń ciału Vibben. Chwyciłem leżący na stoliku chirurgiczny nóż.
     Robak wślizgnął się z powrotem w obszar podłogi rozświetlony poświatą 
lamp. Mierzył teraz dobry metr długości, a jego korpus miał kilka centy-
metrów grubości. Nie miałem pojęcia, jakiego rodzaju plugawa technologia 
odpowiadała   za   tak   szybko   rozrost   stwora.   Ciało   robaka   składało   się   z 
segmentowanego metalu, a pozbawiona oczu głowa była w zasadzie wielką 
paszczą najeżoną ostrymi jak brzytwa kłami.
     Tutrone krzyknęła, kiedy to coś rzuciło się w naszą stronę. Przycisnąłem 

a

ją do posadzki i metaliczna smuga  przeleciała nad naszymi  głowami  tra-
fiając prosto w ciało innego denata leżące na pobliskim postumencie. Roz-
legł się przerażający odgłos mlaskania i trzasku kości, po czym robal znik-
nął pod skórą zabitego.
         Martwe ciało trzęsło się konwulsyjnie i miotało, ponad postumentem 
wyrosła mgiełka rozdartej tkanki i drobin zakrzepłej krwi. Robak przegryzł 
się przez zwłoki i spadł na posadzkę po drugiej stronie postumentu. Sekundę 
później Fischig otworzył ogień i kilkoma pociskami strącił zmasakrowanego 
trupa na podłogę. Robaka dawno już tam nie było.
- Mechanizm aktywowany przez dotknięcie – wymruczał Aemos – Bardzo 
dyskretny, prawdopodobnie produkt obcej rasy. Broń strażnicza z wbudo-
wanym systemem zwiększania masy działającym w kontakcie z powietrzem 
lub po ręcznej aktywacji, polująca w oparciu o rejestrator dźwięku...
 - Więc zamknij się ! – rozkazałem. Wepchnąłem savanta i Tutrone do rogu 
pomieszczania, po czym ruszyłem wraz z Fischigiem wzdłuż postumentów, 
rozglądając się uważnie wokół.
         Robak pojawił się znowu. Niemal mnie dopadł, zanim zdążyłem po-
chwycić wzrokiem srebrzysty błysk metalu. W ułamku sekundy pojąłem, że 
właśnie taką śmierć gotował mi Eyclone. Tego stwora zamierzał uwolnić ze 
schowka na lądowisku Grobowca Dwa-Dwanaście.
     To mój gniew pozbawił go wtedy ostatniej szansy przeżycia. Pchnąłem 
przed siebie ręką i ostrze noża trafiło prosto w rozwartą paszczękę robaka. 
Impet zderzenia ze stworem zwalił mnie z nóg. Dwumetrowa już bestia z 
ciężkiego metalu miotała się szaleńczo na końcu mego noża niczym żywy 
bicz.
     Nad głową gwizdnęły mi pociski. Fischig próbował trafić robaka z pisto-
letu.
 - Zabijesz mnie ! – wrzasnąłem.
 - Trzymaj to ! 
     Z przerażającym metalicznym chrzęstem robak zaczął rozgryzać ostrze i 
rękojeść noża przysuwając się w kierunku mojej dłoni.
     Tutrone wyrosła nade mną, wspólnymi siłami powlekliśmy wijącego się 
stwora w stronę pustego postumentu. Włączyła tarczową piłę wbudowaną w 
jej cyberdłoń i przeciągnęła wirującym ostrzem po lśniącym karku robaka. 
     Odcięty odwłok wciąż rzucał się spazmatycznie. Intendentka chwyciła go 
i   wrzuciła   z   odrazą   do   pełnego   kwasu   zbiornika,   odpowiedzialnego   za 
usuwanie   organicznych   śmieci.   Sycząca   głowa   stwora   cały   czas   gryząca 
resztki noża powędrowała do kadzi w ślad za resztą bestii.
          Staliśmy   w   czwórkę   przy  zbiorniku   obserwując   rozpuszczający  się 
srebrzysty metal.
     Spojrzałem kątem oka na Tutrone i Fischiga.
  - Już wiem,  kogo  z was nie chciałbym  mieć  za przeciwnika  – wymru-
czałem.
     Intendentka roześmiała się cicho. Fischig nic nie powiedział.

*  *  *  *  *

     - Co to było ? – zapytał mnie Aemos, kiedy wiozący nas ślizgacz mknął 
ulicami w kierunku komendy Adeptus Arbites.
 - Więcej potrafiłbyś wydedukować niż usłyszeć ode mnie – odparłem – Bez 
wątpienia dar wręczony Eyclone przez jego władców.
 - Jacy władcy tworzą takie rzeczy ?
 - Potężni, Aemosie. Ci najgorsi.

*  *  *  *  *

     Nasza wizyta w spartańskich biurach Arbites nie trwała długo. Na moje 
żądanie   Fischig   wezwał   do   gabinetu   Magosa   Palestemesa,   najwyższego 
przełożonego techmagów zajmujących się kriogeniką. 
     Magos rzucił okiem na pojemnik ustawiony w centrum pokoju.
 - Nie mam pojęcia, co to takiego – oświadczył.
 - Dziękuję, to wszystko – podziękowałem mu szybko i odwróciłem się do 
Fischiga – Proszę natychmiast odesłać ten obiekt na pokład mojego statku.
 - To jest kluczowy dowód... – zaczął protestować.
 - Dla kogo pracujesz, Fischig ?
 - Dla Imperatora.
 - Im szybciej zaczniesz go z mną utożsamiać, tym mniej błędów popełnisz. 
Wykonaj polecenie.

*  *  *  *  *

      Hadam Bonz czekał na nas w pokoju przesłuchań. Został rozebrany do 
naga, ale Fischig zapewnił mnie, że w jego ubraniu nie znaleziono żadnych 
istotnych przedmiotów.
     Bonz był najemnikiem obezwładnionym przez mnie w komorze krioge-
neratora, jedynym członkiem zespołu Eyclone, który przeżył dramatyczną 

aa

11

background image

noc. Jego twarz opuchła po moim ciosie. Pilnującym go funkcjonariuszom 
podał jedynie swe personalia.
        Wszedłem do celi wraz z Fischigiem i Aemosem. Pomieszczenie było 
niewielkie, o kamiennych ścianach. Przerażony Bonz siedział przykuty kaj-
dankami do metalowego krzesła.
     Miał wszelkie powody ku temu, by czuć przerażenie.
 - Opowiedz mi o Murdinie Eyclone – zażądałem.
 - O kim ? – mentalne więzy Eyclone przestały już działać, w oczach więź-
nia ponownie  pojawiły   się  ślady emocji.  Wyglądał  na zmieszanego,   naj-
wyraźniej nie rozumiał pytania.
 - Zatem opowiedz mi o ostatniej rzeczy, którą pamiętasz.
 - Byłem na Thracian Primaris. To mój dom. Jestem ładowaczem w dokach. 
Szedłem do knajpy z przyjacielem. To wszystko, co pamiętam.
 - Przyjacielem ?
 - Nadzorcą dokerów Wynem Eddonem. Byliśmy chyba trochę pijani.
 - Czy Eddon wspominał ci o Eyclone ?
 - Nie. Posłuchaj, gdzie ja jestem ? Te skurwiele nie chcą mi nic powiedzieć. 
O co mnie oskarżacie ?     Uśmiechnąłem się złowieszczo.
 - Na początek o zamach na moje życie.
 - A kim ty jesteś ?
 - Imperialnym inkwizytorem.
     W ułamku chwili bez reszty stracił nad sobą panowanie. Krzyczał, pła-
kał, błagał o litość, zasypywał nas potokiem całkowicie bezużytecznych in-
formacji. 
     Od początku pewien byłem, że nic z niego nie wyciągniemy. Ogłupiony 
mesmerycznie niewolnik, wybrany ze względu na swoje przymioty fizycz-
ne,   nic   nie   pamiętający.   Mimo   to   przez   dwie   godziny   kontynuowaliśmy 
przesłuchanie. Fischig powoli  opuszczał dźwignię  wentylatora  tłoczącego 
do celi mroźne powietrze z zewnątrz Słonecznego Domu. Ukryci w ogrze-
wanych kombinezonach, powtarzaliśmy raz za razem te same pytania.
     Kiedy ciało Bonza przymarzło do metalowego stołka, wiedziałem już, że 
dalsze wypytywanie nie ma sensu.
  - Ogrzejcie go i dobrze nakarmcie – polecił Fischig swym  podwładnym 
wychodząc z celi – Wyrok śmierci zostanie wykonany o świcie.
     Nie zapytałem, czy termin ten jest związany z cyklem dziennym w har-
monogramie  Arbites czy też egzekucja miała się odbyć  dopiero za sześć 
miesięcy, o świcie pierwszego dnia Odwilży.
     Było mi to obojętne.

*  *  *  *  *

     Fischig pozostawił nas samych sobie, toteż wspólnie z Aemosem zjadłem 
obiad w małym bistro położonym niemal dokładnie pod wiszącą u szczytu 
kopuły   plazmową   baterią.   Jedzenie   było   pozbawione   smaku,   ponieważ 
pochodziło   z   odmrożonych   racji   żywnościowych,   ale   przynajmniej   było 
gorące.   Małe   fontanny   tworzyły   migotliwe   ściany   wokół   lokalu,   dzięki 
czemu   promienie   sztucznego   słońca   tworzyły   w   jego   wnętrzu   plątaninę 
tęczowych   pasm   powietrza.   W   tym   żałobnym   dniu   nikt   oprócz   nas   nie 
posilał się w pustym bistro.
     Aemos miał dobry humor. Gadał bez przerwy analizując na głos wszelkie 
potencjalne   możliwości   rozwoju   śledztwa.   Oprócz   irytującego   charakteru 
savant  posiadał też genialny umysł.  Konsumował  rybę  z ryżem studiując 
jednocześnie ekran włączonego notesu.
  -   Przyjrzyjmy   się   długościom   transmisji   Eyclone   namierzonych   przez 
Lowinka, nadanych z Hubrisa i tutaj przyjętych.
 - Wszystkie są zakodowane. Lowink nie złamał jeszcze szyfru.
- Tak, tak, ale popatrz na czas ich nadawania. Ta dla przykładu... osiem 
sekund... to ze statku na orbicie... czas jej nadania pokrywa się idealnie z 
przewidywanym  okresem pobytu na orbicie tajemniczego statku  Eyclone. 
Ale tutaj... w czasie walk ostatniej nocy. Transmisja trwająca dwanaście i 
pół minuty. Musi pochodzić z innego systemu.
      Nabiłem na widelec podłużny kawałek mięsa i podniosłem jedzenie do 
ust.   Nigdy   wcześniej   nie   poświęcałem   uwagi   szczegółom   związanym   z 
astropatycznymi transmisjami.
 - Dwanaście i pół, jesteś pewien ?
 - Lowink to potwierdził.
 - Co zatem daje nam znajomość czasu transmisji ?
     Aemos uśmiechnął się widząc rosnące zadowolenie na mej twarzy.
  -   Trzy   światy.   Wszystkie   położone   między   jedenastoma,   a   piętnastoma 
minutami transferu astropatycznego na Hubris. Thracian Primaris, Kobalt II 
i Gudrun.
         Thracian   Primaris   nie   budziło   mego   zaskoczenia.   W   tym   miejscu 
podjęliśmy   trop   Eyclone,   stamtąd   przylecieliśmy   na   Hubris.   Tam   też, 
zgodnie   z   zeznaniami   Bonza,   zbrodniarz   zwerbował   przynajmniej   część 
swych pomocników.
  - Kobalt się nie liczy, już sprawdziłem. To mała imperialna stacja moni-

aaaa

toringu. Ale Gudrun...
 - Pierwszoliniowy świat kupiecki. Stara kultura, stare rody...
- Stare trucizny – dokończył z uśmiechem Aemos. Otarłem rękawem usta. 
- Czy możemy uzyskać większą pewność ? - Czy możemy uzyskać większą 
pewność ?
 - Lowink nad tym pracuje. Kiedy już złamiemy szyfr, będziemy wiedzieli.
 - Gudrun – wymruczałem do siebie samego.
       Tkwiący w mym uchu komunikator pisnął cichutko. Zgłosił się Betan-
core.
 - Słyszeliście kiedyś o czymś zwącym się Pontius ?
 - Nie. Dlaczego pytasz ?
 - Ja też nie słyszałem, ale Lowink odczytał część starych transmisji. Kilka 
tygodni   przed  przylotem   Eyclone   ktoś   nadał   wiadomości   z  identycznego 
źródła do lokacji w Słonecznym Domu. Ich treść w zasadzie ogranicza się 
do  informacji  o planowanym   przesłaniu  Pontiusa.  Mnóstwo  niejasności  i 
niedomówień w tekście. 
- Znasz tę lokację ?
- A jak myślisz, po co nas zatrudniasz ? Promenada Odwilży 12011, pod 
zachodnią częścią kopuły. Dzielnica dla zamożniejszej grupy społeczeństwa. 
Arystokratyczna enklawa.
 - Jakieś nazwiska ?
 - Nie, byli bardzo ostrożni w tej kwestii.
 - Już ruszamy.
       Wstaliśmy pośpiesznie od stołu. W wejściu tkwił nieruchomo Fischig. 
Miał na sobie kamizelkę przeciwodłamkową, opancerzony karapaks i ciężki 
hełm Arbites z przysłaniającą twarz przyłbicą. Muszę przyznać, że swym 
wyglądem robił należne wrażenie.
 - Wybiera się pan gdzieś beze mnie, inkwizytorze ?
 - Mówiąc szczerze, właśnie zamierzałem cię poszukać. Zabierz nas na Pro-
menadę Odwilży.

12

background image

Rozdział IV

Szaleńcza podróż przez Słoneczny Dom.

Promenada Odwilży 12011.

Przesłuchanie Saemona Crotesa.

          Najzamożniejsi   Hubryci   posiadają   zimowe   pałace   na   zachodnich 
krańcach Słonecznego Domu. Oficer śledczy Fischig wyjaśnił nam, że w ten 
sposób celebrują zarówno światłość jak i mrok. W wystających poza kopułę 
ścianach  jaskrawo  oświetlonych   domów   znajdują  się  chronione   przesuw-
nymi   płytami   okna,   pozwalające   kontemplować   pogrążony   w   ciemności 
długiej nocy krajobraz planety. Aemos zasugerował mi, że zwyczaj ten bez 
wątpienia posiada religijne korzenie.
      Fischig wyłączył pokładowy system nawigacyjny ślizgacza i zwiększył 
pułap lotu śmigając ponad ulicznymi korkami. Ciężki antygrawitacyjny po-
jazd mknął między szklanymi wieżycami budynków kierując się na zachód.
     Jestem pewien, że oficer umyślnie prowadził w tak karkołomny sposób.
     Przypięty pasami do tylnego fotela Aemos zamknął oczy i mamrotał coś 
płaczliwie   pod   nosem.   Siedziałem   z  przodu,   w  kokpicie,   obok   Fischiga. 
Kątem oka dostrzegałem drapieżny uśmieszek na jego ustach, ledwie wi-
doczny spod dolnej krawędzi przyłbicy hełmu. 
     Ślizgacz był standardowym imperialnym modelem w barwach matowego 
brązu, zdobiły go emblematy w postaci solarnej tarczy oraz insygnia Arbites 
i numer ewidencyjny na ogonie. Solidnie opancerzony pojazd poruszał się 
niezgrabnie i opornie, antygrawitacyjny napęd z trudem utrzymywał go w 
powietrzu. Przed moim fotelem wisiał na obrotowym zaczepie ciężki bolter. 
Rozglądając się wokół dostrzegłem rząd automatycznych strzelb tkwiących 
w stojaku za tylnymi fotelami.
  - Daj mi jedną z nich ! – krzyknąłem ponad świstem powietrza i rykiem 
motorów.
 - Co ?
 - Potrzebuję broni !
        Fischig skinął głową i wstukał kod na małym panelu wbudowanym w 
szczyt drążka sterowego. Przeźroczysta płyta chroniąca stojak przez dostę-
pem ze strony niepożądanych osób rozsunęła się natychmiast. 
 - Weź sobie jedną !
     Aemos podał mi strzelbę. Zacząłem ładować do komory naboje. 

*  *  *  *  *

      Promenada Odwilży wyrosła przed nami znienacka – konstrukcja tara-
sów i luksusowych apartamentów o ścianach ze szkła oraz ceramitu, wbudo-
wana bezpośrednio w krzywiznę kopuły. Lecieliśmy teraz nisko nad pięk-
nymi ogrodami, podmuch powietrza kołysał wierzchołkami palm i ozdob-
nych krzewów.
         Fischig pociągnął za jedną z dźwigni i rotory ślizgacza zmieniły tryb 
pracy opuszczając pojazd na szeroką platformę  parkingową,  jakieś osiem 
pięter nad poziomem miasta. 
     Wyskoczył z kokpitu sprawdzając swoją strzelbę. Ruszyłem za nim.
 - Zostań w środku – poleciłem Aemosowi. Nie potrzebował dalszej zachęty.
 - Jaki adres ? – zapytał Fischig.
 - 12011.
     Pobiegliśmy wzdłuż platformy przeskakując kwietniki i niskie barierki. 
     Budynek 12011 miał przeszklony fronton, do środka prowadziły wielkie 
drzwi wykonane z lustrzanych płyt. Fischig podniósł ostrzegawczo dłoń i 
wyjął z kieszonki na pasie monetę. Cisnął ją w powietrze ponad chodnik 
prowadzący do drzwi. W ułamku sekund dziewięć wystrzelonych z różnych 
miejsc wiązek lasera rozbiło monetę na atomy.
     Fischig włączył swój komunikator.
 - Oficer śledczy Fischig do centrum kontroli Arbites, odbiór.
 - Słucham, oficerze śledczy.
  -   Podłączcie   się   do   centralki   domu   12011   na   Promenadzie   Odwilży   i 
zgaście automatyczne systemy obronne. W trybie natychmiastowym.
     Chwila ciszy.
 - Autoryzacja potwierdzona.
     Fischig zrobił krok do przodu. Złapałem go za ramię, po czym rzuciłem 
w stronę drzwi własnym pieniążkiem.
     Moneta odbiła się dwa razy od bazaltowego tarasu i znieruchomiała.
 - Wolałem się upewnić – wyjaśniłem.
         Podkradliśmy się z obu stron lustrzanych drzwi. Fischig spróbował je 
pchnąć, ale nawet nie drgnęły. Cofnął się kilka kroków do tyłu, najwyraźniej 
zdecydowany rozbić je strzałami z broni palnej.
 - To armapleks – syknąłem stukając knykciami w powierzchnię lustrzanej 
płyty – Nie bądź głupcem.

     Sięgnąłem po noszony przy sobie worek z drobiazgami Eyclone i zaczą-
łem   grzebać   w   nim   szukając   laserowego   nożyka.   Natrafiłem   palcami   na 
plastikowy klucz.
     Szanse niewielkie, lecz cóż szkodzi spróbować – jak mawiał mój mentor, 
inkwizytor Hapshant.
     Wsunąłem klucz do zamka i drzwi pojechały w górę przesuwając się na 
metalowych szynach.
     Zastygliśmy w bezruchu. Z głębi budynku dobiegał zapach egzotycznych 
aromatów i dźwięki symfonicznej muzyki.
 - Adeptus Arbites ! Przedstawcie swoją tożsamość ! – krzyknął Fischig, a 
wbudowany w jego hełm wzmacniacz spotęgował wezwanie.
     Mieszkańcy domu niemal natychmiast na nie odpowiedzieli. 
         Serie z broni automatycznej zerwały jedną z prowadnic drzwiowych, 
rozwaliły kilka donic z kwiatami stojących na tarasie i ścięły maszt sygna-
lizacyjny na platformie lądowiska.
 - Zróbmy to po waszemu ! – wrzasnął Fischig i padł na brzuch strzelając w 
otwór wejściowy do budynku ze swej strzelby. Huk śrutowego automatu był 
ogłuszający.
         Wdrapałem się po rynnie na balkon na drugim piętrze, przewieszona 
przez ramię strzelba obijała mi się o plecy. W dole słyszałem wściekłą kano-
nadę.
     Wpadłem przez zakryte draperią drzwi balkonowe do sypialni.
      W pokoju było gorąco i ciemno, wszędzie królował kolor czerwieni. Z 
ukrytych głośników płynęła łagodna muzyka. Pościel na łóżku leżała w nie-
ładzie. W jednym rogu, na kredensie, stał przenośny komunikator. Podesz-
łem do niego studiując panel kontrolny.  Echo wystrzałów Fischiga i jego 
przeciwników dobiegało z dolnego piętra niczym dźwięk odległej burzy.
         Dziewczyna wybiegła z bocznego pomieszczenia, prawdopodobnie ła-
zienki, krzyknęła ze strachu na mój  widok. Była naga, toteż natychmiast 
sięgnęła po leżące w zasięgu jej ręki prześcieradło.
     Wymierzyłem w nią lufę strzelby.
 - Ilu was jest ?
     Zakrztusiła się i potrząsnęła głową.
 - Inkwizycja – wysyczałem – Ilu was jest ?
     Zaczęła chlipać i kręcić ponownie głową.
 - Zostań tutaj. Wejdź pod łóżko, jeżeli możesz.
     W sąsiednim pomieszczeniu usłyszałem jakieś hałasy. Ktoś wołał głośno 
czyjeś imię.
 - Nie odpowiadaj – rozkazałem płaczącej dziewczynie.
     Podkradłem się ostrożnie do niedomkniętych drzwi łazienki. Sączyło się 
zza nich światło i kłęby wodnej pary, powietrze przesycał zapach olejków 
do kąpieli. Wołanie ucichło.
     Był przezorny, muszę mi to przyznać. Nie rzucił się bezmyślnie do przo-
du strzelając do wszystkiego, co się rusza.
      Stojąc obok framugi pchnąłem lekko lufą strzelby drzwi. Niemal zaraz 
pięć kul przebiło z hukiem drewnianą płytę.
     Padłem na kolana i posłałem trzy pociski w szczelinę między drzwiami i 
framugą.
 - Inkwizycja ! Rzuć broń !
     Dwie kolejne kule przedziurawiły powierzchnię drzwi.
         Odtoczyłem się od wejścia do łazienki i stanąłem na ugiętych nogach 
mierząc w drzwi ze strzelby.
 - Wyjdź stamtąd ! – zawołałem używając mentalnego nacisku.
         Wielki wytatuowany nagi mężczyzna wytoczył się z łazienki. Połowa 
jego twarzy była ogolona, drugą połowę pokrywała biała warstwa kremu. W 
jednej ręce wciąż ściskał automatyczny pistolet Tronsvasse HP.
 - Rzuć broń na podłogę – poleciłem.
     Zawahał się jakby moja moc nie zdołała nim do końca zawładnąć. Żelaz-
na wola godna uznania, pomyślałem. Nie mogłem zaryzykować.
     Lufa pistoletu zaczynała się już podnosić w moją stronę, gdy wypaliłem 
mu prosto w częściowo ogoloną twarz posyłając drgające ciało z powrotem 
do łazienki.
     Dziewczyna wciąż klęczała naga za skrajem łóżka, drżąc konwulsyjnie. 
Zaskoczył mnie nieco fakt, że nie wyskoczyła z kryjówki na dźwięk mego 
mentalnego rozkazu. Obróciłem się na pięcie w jej kierunku.
 - Jak się nazywasz ?
 - Lise B.
 - Pełna tożsamość ! – warknąłem. Nie koncentrowałem na niej uwagi, ale 
czułem coś dziwnego w tej kobiecie. W jej aurze. W jej tonie.
 - Alizebeth Bequin ! Dziewczyna do towarzystwa ! Pracuję w Słonecznym 
Domu od czterech Uśpień !
 - Co tutaj robisz ?
 - Zapłacili z góry ! Chcieli się zabawić ! Och, bogowie... – głos jej się zała-
mał, usiadła na łóżku.

- Ubierz się. Zostań tutaj. Będę chciał z tobą porozmawiać.

     Podszedłem do drzwi wyjściowych pokoju i spojrzałem za próg. W dole 

a

13

background image

wiodących   na   parter   schodów   migały   płomienie   wylotowe   broni.   Ponad 
kanonadą górowały ludzkie krzyki.
     Widząc w progu moją sylwetkę ktoś zaczął biec w górę schodów.
 - Wylk ! Wylk ! Znaleźli nas ! Zna... – na moment przed zdemaskowaniem 
mej   prawdziwej   tożsamości   powaliłem   oszołomionego   człowieka   kolbą 
broni. Spadł z piętra niczym worek kamieni.
     Dwa pociski wbiły się w ścianę pokoju tuż przy futrynie. Cofnąłem się z 
powrotem do wnętrza łazienki ściskając kurczowo strzelbę. 
     Kolejne pociski przebiły ścianę nad łóżkiem. Bequin krzyknęła przeraź-
liwie i wślizgnęła się za mebel. Odpowiedziałem ogniem wyrywając dwie 
wielkie dziury w drzwiach wejściowych.
     Dwaj mężczyźni wpadli do sypialni, zdeterminowani i ogarnięci szaleń-
stwem bitewnej gorączki. Ubrani byli w lekkie stroje. Jeden trzymał lasero-
wy pistolet, drugi automatyczny karabin.
     Zabiłem posiadacza lasera jednym śrutowym ładunkiem, który cisnął je-
go ciało na ścianę sypialni. Facet z karabinem zaczął strzelać ogniem ciąg-
łym, szatkując kulami pościel łóżka. Rzuciłem się na podłogę pośród desz-
czu podartego materiału, rozbitych luster i rozłupanych kawałków drewna.
     Tocząc się po podłodze desperacko szukałem osłony.
     Mój niedoszły zabójca przewrócił się twarzą do przodu, prosto na łóżko. 
Dziewczyna wyciągnęła z podstawy jego karku ostrze długiego noża.
 - Uratowałam ci życie – oświadczyła – To stawia mnie w lepszym świetle, 
prawda ?

*  *  *  *  *

     Kazałem jej pozostać w sypialni i z przestraszonego wyrazu twarzy po-
jąłem, że zastosuje się bez sprzeciwu do otrzymanego polecenia.
     Wszedłem na szczyt schodów. Piętro niżej panowała cisza. 
 - Fischig ? – rzuciłem do komunikatora.
 - Zejdź – odparł krótko.
     Kręte schody prowadziły w dół do rozległego pomieszczenia. W powiet-
rzu wciąż unosiły się kłęby gęstego dymu, uciekające na zewnątrz przez 
uchylone lustrzane drzwi wyjściowe. Sztuczne światło dzienne Słonecznego 
Domu sączyło się przez drzwi w przeciwnym kierunku, tworząc w zady-
mionym pokoju migotliwą siateczkę promieni. Przeciwną ścianę sali stano-
wiła segmentowana pokrywa będąca bez wątpienia przesuwaną kurtyną. Jej 
uruchomienie odsłoniłoby widoczną za pancernymi oknami zimową pano-
ramę Hubrisu.
     Dziesiątki pocisków zdemolowały całkowicie ekskluzywny wystrój po-
mieszczenia.  W różnych   miejscach  podłogi  leżało  nieruchomo  pięć  ciał. 
Fischig sadowił właśnie szóstego mężczyznę na wysokim fotelu z poręcza-
mi. Więzień, postrzelony w prawe ramię, krzyczał z bólu i jęczał. Fischig 
przykuł go do mebla.
 - Co na górze ? – zapytał nie podnosząc wzroku.
 - Czysto – odparłem obchodząc pomieszczenie, oglądając zwłoki i porzu-
cone w nieładzie przedmioty.
 - Znam niektórych z nich – oświadczył śledczy – Tych dwóch przy oknie. 
Miejscowi, laboranci niskiego stopnia. Ciążyła na nich długa lista zarzutów 
kryminalnych.
 - Wynajęte mięśniaki.
 - Ulubiona taktyka twojego Eyclone. Reszta pochodzi spoza świata.
 - Znalazłeś ich dokumenty ?
 - Nie, to tylko przeczucie. Żaden z nich nie ma identyfikatorów i papierów.
 - Co z tym ? – podszedłem do skutego więźnia. Mężczyzna kaszlał i jęczał, 
przewracał oczami. O ile nie korzystał z podnoszących siłę narkotyków lub 
ukrytych wszczepów bojowym,  nie można go było zaliczyć do kategorii 
najemnych mięśni. Był starszy wiekiem, chudy, o pomarszczonej twarzy.
  - Nie zabiłbyś kogoś takiego z miejsca, prawda ? – zapytałem Fischiga. 
Oficer uśmiechnął się lekko zadowolony z mojego spostrzeżenia.
 - Ja... ja mam prawa ! – wyrzucił z siebie więzień.
 - Znajdujesz się w mocy Inkwizycji – pouczyłem go zimnym tonem - Nie 
posiadasz żadnych praw.
     Umilkł przestraszony.
 - Obcoświatowiec – zauważył Fischig. Podniosłem pytająco brew.
 - Akcent – dodał.
      Sam nigdy bym tego nie zauważył. Oto jeden z powodów, dla których 
staram się zawsze zatrudniać na czas śledztw miejscowych, nawet takich 
potencjalnych mącicieli jak oficer śledczy Fischig. Moja praca wiąże się z 
podróżami na różne światy, to zaś oznacza kontakty z różnymi kulturami. 
Nieznaczne różnice dialektów czy slangów wciąż uchodzą mej uwadze, ale 
Fischig wyłapał to od razu. I prawdopodobnie miał rację. Jeśli to był przy-
wódca grupy, jeden z poruczników Eyclone, bez wątpienia musiał pocho-
dzić z innego świata.
 - Jak się nazywasz ? – zapytałem.
 - Nie będę odpowiadał.

- Więc nie będziemy opatrywać twojej rany.
     Potrząsnął głową. Rana była poważna i wyraźnie cierpiał z jej powodu, 
ale stawiał opór. Zyskałem pewność,  że człowiek ten musiał  przewodzić 
rozbitej grupie spiskowców. Nie drżał już i nie jęczał. Bez wątpienia wpra-
wił się w mentalny trans łagodzący ból, pewnie wyuczony przez Eyclone.
  - Psioniczne sztuczki niewiele ci pomogą – oświadczyłem – Jestem w tej 
kwestii znacznie lepszy od ciebie.
 - Pieprz się.
     Spojrzałem z ukosa na Fischiga.
 - Odsuń się nieco – słysząc polecenie zrobił kilka kroków do tyłu.
 - Powiedz mi, jak się nazywasz – zażądałem używając mocy. Człowiek na 
fotelu drgnął spazmatycznie.
 - Saemon Crotes – wysapał.
 - Godwyn Fischig – wyrzucił z siebie oficer śledczy. Zaczerwienił się sły-
sząc własne słowa i odszedł pośpiesznie w odległy kąt pokoju.
  - Dobrze, Saemonie Crotesie, skąd pochodzisz ? – zapytałem ponownie, 
tym razem nie ubiegając się już do mentalnego nacisku. Z doświadczenia 
wiedziałem, że wolę ofiary zmiękcza dostatecznie mocno pierwszy cios.
 - Thracian Primaris.
 - Co tutaj robiłeś ?
 - Jestem przedstawicielem handlowym Gildii Kupieckiej Sinesias.
         Nazwa ta nie była mi obca. Gildia Sinesias należała do największych 
organizacji kupieckich w sektorze, posiadała placówki na ponad setce impe-
rialnych światów i spore wpływy wśród lokalnej arystokracji. Do niej też 
należał, zgodnie z informacjami udzielonymi mi rano przez Betancore, jeden 
z kupieckich kliprów parkujących w Słonecznym Domu.
 - Jaka misja sprowadziła cię na Hubris ?
 - Standardowe zadanie. Przedstawicielstwo handlowe.
 - W czasie Uśpienia ?
 - Handel nigdy nie zamiera całkowicie. Długoterminowe kontrakty zawarte 
z władzami tego świata wymagają regularnych osobistych wizyt.
 - Czy w razie takiej konieczności Gildia potwierdzi twe zeznania ?
 - Oczywiście.
     Zacząłem okrążać fotel więźnia.
 - Co sprowadziło cię tutaj, do tych prywatnych apartamentów ?
 - Zostałem zaproszony.
 - Przez kogo ?
 - Nambera Wylka, miejscowego kupca. Zaprosił mnie na uroczystość pół-
metka Uśpienia. 
 - Mieszkanie jest zarejestrowane na Nambera Wylka – dodał Fischig – To 
rzeczywiście tutejszy kupiec. Ma czystą kartotekę.
 - Co z Eyclone ? – zapytałem Crotesa spoglądając mu w oczy. Dostrzegłem 
w nich błysk strachu.
 - Z kim ?
  - Z Murdinem Eyclone. Twoim prawdziwym zleceniodawcą. Nie każ mi 
powtarzać tego pytania.
  - Nie znam żadnego Eyclone ! – w jego zaprzeczeniu nie wychwyciłem 
fałszu. Lecz mógł nie znać Eyclone pod jego prawdziwymi personaliami.
     Przyniosłem sobie drugie krzesło i usiadłem naprzeciw więźnia.
 - W twojej opowieści pełno jest nieścisłości. Zostałeś znaleziony w towa-
rzystwie  spiskowców powiązanych z planetarną konspiracją, obciążonych 
zarzutem masowego ludobójstwa. Możemy kontynuować to przesłuchanie w 
znacznie  mniej  komfortowych  warunkach,  możesz  też  jednak  zyskać  mą 
przychylność dzięki uczciwej kooperacji.
 - Ja... nie wiem, co... co powiedzieć...
 - Cokolwiek wiesz. Na początek może coś o Pontiusie ?
     Na twarzy więźnia pojawił się dziwny grymas. Poruszył szczęką próbu-
jąc coś powiedzieć. Zadrżał. Rozległ się miękki trzask i głowa Crotesa opad-
ła bezwładnie na jego pierś.
 - Tronie Światła ! – wrzasnął zszokowany Fischig.
  - Cholera – dodałem podnosząc za brodę głowę kupca. Nie żył. Eyclone 
asekurował  się pozostawiając w ciałach swych współpracowników ukryte 
pułapki, aktywowane mentalnie przez nieświadomą zagrożenia ofiarę. Sło-
wo „Pontius” bez wątpienia było takim właśnie aktywatorem.
 - Samobójstwo. Zaprogramowane psionicznie.
 - Więc niczego się nie dowiedzieliśmy ?
 - Nie wiemy ? Czyżbyś nie słuchał ? Na początek wiemy, że Pontius to ich 
najczujniej strzeżony sekret. 
 - To powiedz mi coś o nim.
     Właśnie zamierzałem zwieść go wykrętną odpowiedzią, gdy ceramitowa 
kurtyna   chroniąca   pokój   przed   upiornym   mrozem   Hubrisu   wyleciała   w 
powietrze. Ukryte ładunki eksplodowały równocześnie i szczątki pokrywy 
wyleciały w mrok zimowej nocy. Siła wybuchu rzuciła nami o podłogę.
         Milisekundę później roztrzaskane drobiny pancernego szkła wpadły z 
powrotem   do   pokoju   niesione   potwornym   pędem   śnieżycy   szalejącej   na 
zewnątrz – bilion malutkich i ostrych jak brzytwa igiełek.

14

background image

Rozdział V

Odkryty trop.

Glawowie z Gudrun.

Nieoczekiwane towarzystwo.

      Ogłuszony wybuchem, zdążyłem złapać Fischiga za ramię i pchnąć go 
na taras przed budynkiem. Przetoczyliśmy się w ostatniej chwili pod opa-
dającymi z góry awaryjnymi drzwiami, osadzonymi w szynach wewnątrz 
ściany. Leżeliśmy na plecach, dyszący ciężko i na wpół oślepieni, a gorące 
światło sztucznego słońca ogrzewało nasze przenicowane lodowatym doty-
kiem zimy ciała.
     We wszystkich rezydencjach wzdłuż Promenady wyły syreny i klaksony 
alarmowe. Jednostki Arbites były już w drodze do dzielnicy.
     Pozbieraliśmy się z tarasu. Nasze ubrania oraz nadzwyczajny łut szczęś-
cia   ochroniły   nas   przed   najgorszymi   efektami   szklanej   burzy,   ale   i   tak 
miałem głębokie rozcięcie na lewym policzku wymagające zszycia, Fischig 
zaś krwawił z rany na udzie przebitym podłużnym fragmentem szkła. Reszta 
obrażeń okazała się na szczęście powierzchowna.
 - Ładunek z opóźnionym zapłonem ? – zapytał oficer śledczy.
  -   Detonatory   zostały   uruchomione   tym   samym   spazmem,   który   zabił 
Crotesa.
     Fischig rozejrzał się wokół i podniósł z tarasu jedną ze swoich rękawic. 
Widziałem,   że   myślał   intensywnie.   Jego   twarz   przybrała   barwę   popiołu, 
zapewne z powodu szoku. Uznałem, że powoli zaczyna do tego człowieka 
docierać  świadomość   ogromnych   możliwości   naszych   przeciwników.   Już 
potworna   zbrodnia   w   Grobowcu   Dwa-Dwanaście   pozwalała   oszacować 
skalę działania tej przestępczej grupy, ale Fischig najwyraźniej nie zwrócił 
na to wcześniej należnej uwagi. Teraz wreszcie zrozumiał, że przyszło nam 
zmierzyć się z ludźmi fanatycznie oddanymi zbrodniczej ideologii, zdecy-
dowanych walczyć aż do śmierci. Pojął też, jak brutalnie ludzie ci potrafią 
działać,   by   zatrzeć   swoje   ślady,   nie   cofając   się   przed   użyciem   broni 
mentalnych oraz psionicznie programowanych pułapek. Metody te mówiły 
wiele o zasobach spiskowców oraz ich efektywności.
     Zespoły bojowe Arbites weszły do budynku i zabezpieczyły go w czasie, 
gdy   medyczni   serwitorzy   opatrywali   nasze   obrażenia.   Funkcjonariusze 
wypro-wadzili   na   taras   przemarzniętą   do   szpiku   kości   Bequin.   Owinięta 
była szczelnie w ścienne narzuty, a jej twarz przybrała niebieskawej barwy z 
wyziębienia. Po okazaniu swej  odznaki  poleciłem odwieźć ją do aresztu. 
Drżąc spazmatycznie nie zdołała wykrztusić ani słowa.
          Wróciliśmy   z   Fischigiem   do   rezydencji   po   uprzednim   założeniu 
ogrzewanych   kombinezonów.   Pracujący   przy   rozbitym   oknie   inżynierzy 
oszacowali,   że  naprawa   pokrywy   potrwa   jeszcze   dwie   do  trzech  godzin. 
Opuściliśmy  oświetlony jaskrawo taras przechodząc przez trzy przenośne 
śluzy do mrocznego wnętrza budynku. Tylna ściana pokoju znikła, dzięki 
czemu mogliśmy spojrzeć prosto w czystą mroźną noc Hubrisu, z rzadka 
rozjaśnianą   światełkami   rozstawionych   wokół   Słonecznego   Domu   lamp 
ostrzegawczych. Kolejny raz zostałem wystawiony na chłód Uśpienia, moim 
ciałem wstrząsnęły niekontrolowane dreszcze.
      Pomieszczenie, w którym przesłuchiwałem Crotesa, było zdemolowaną 
ruderą   pełną   płatków   sadzy   i   błyszczących   jak   klejnoty   drobin   szkła. 
Warstwa szronu pokrywała meble i twarze martwych  ludzi. Rozpryśnięta 
krew  pochodząca  z  poszatkowanych   szklaną  chmurą   zwłok   zakrzepła   na 
kształt malutkich rubinów.
         Omiataliśmy ciemność mglistymi  snopami światła latarek. Wątpiłem, 
byśmy znaleźli cokolwiek ciekawego. Wszystkie istotne dokumenty i nagra-
nia bez wątpienia zostały skasowane przez ten sam impuls, który wysadził w 
powietrze ścianę i zabił Crotesa. Wszystko wskazywało też na to, że ludzie 
ci   przenosili   ważniejsze   informacje   w   podświadomości,   zakodowane   w 
sposób  zarezerwowany zazwyczaj dla wyższych  rangą pracowników  kor-
pusu dyplomatycznego, Administratum i elit organizacji kupieckich.
     Ta hipoteza zwróciła mą uwagę na pracodawcę Crotesa – Gildię Sinesias.

*  *  *  *  *

       - To bardzo popularne imię w tym podsektorze – oświadczył Aemos, 
pracujący w komfortowym półmroku na pokładzie wahadłowca nad hasłem 
„Pontius” – Zlokalizowałem pół miliona mieszkańców używających go w 
charakterze pierwszego  imienia,  dwieście tysięcy w charakterze drugiego 
imienia oraz jakieś czterdzieści czy pięćdziesiąt tysięcy odmian dialektycz-
nych.
         Podał mi notes. Machnąłem przecząco głową i zacząłem studiować w 
lusterku swą twarz, oszpeconą rzędem metalowych klamer łączących roz-
cięty policzek.

 - Co z nazwami własnymi ?
 - Mam jakieś dziewięć tysięcy pozycji wiążących się z tym określeniem – 
westchnął   savant   i   zaczął   czytać   z   notesu   –   Akademia   Szkolna   Pontius 
Swellwin,   Biuro   Translacji   Pontius   Praxitelles,   Pośrednictwo   Finansowe 
Pontius Gyvant Ropus, Szpital im. Pontiusa Spiegela...
  - Wystarczy – usiadłem przy komputerze i zacząłem segregować wykaz 
nazw w grupy tematyczne. Pulsujące znaki runiczne przemieszczały się po 
powierzchni ekranu. Przesuwałem spojrzeniem po tekście trzymając wciś-
nięty klawisz przewijania. 
 - Pontius Glaw – powiedziałem. 
     Aemos zamrugał i spojrzał na mnie pytająco. Na jego twarzy pojawił się 
ślad uśmiechu.
 - Nie ma go na mojej liście – oświadczył.
 - Ponieważ nie żyje ?
 - Ponieważ nie żyje.
     Savant spojrzał ponad moim ramieniem na ekran urządzenia.
 - Nie zaprzeczę, że jest w tym założeniu pewien sens.
         Rzeczywiście, był to ten rodzaj braku logiki, który skrywał w sobie 
ziarno prawdy. Przypadek postrzegany instynktownie przez inkwizytora po 
wielu latach doświadczeń i ciężkiej pracy.
         Ród Glawów należał do starej arystokracji, błękitnokrwistej dynastii 
posiadającej   ogromne  wpływy   w  tym  podsektorem  od  blisko  tysiąca  lat. 
Siedziba rodu oraz jej najważniejsze przedstawicielstwa znajdowały się na 
Gudrun – świecie, który już zwrócił naszą uwagę w trakcie tego śledztwa. 
Wpisałem  kilka   komend   na  klawiaturze  komputera. Tak, Dom  Glaw był 
głównym udziałowcem i inwestorem w Gildii Kupieckiej Sinesias.
 - Pontius Glaw – mruknąłem pod nosem do siebie samego.
     Pontius Glaw nie żył od ponad dwustu lat. Siódmy syn Oberona Glawa, 
jednego z patriarchów rodu, padł ofiarą wielodzietności swej rodziny. Jako 
najmłodszy   potomek   głowy   rodu   nie   zdołał   osiągnąć   znaczącej   w   nim 
pozycji. Jego starszy brat, również noszący imię Oberon, został następcą 
patriarchy, drugi przejął kontrolę nad działalnością kupiecką rodziny, trzeci 
komendę nad pałacową  milicją, dwaj inni zawarli małżeństwa polityczne 
zapewniając sobie wysokie stanowiska w Administratum... 
     Studiując w latach młodości biografię Pontiusa Glawa poznałem go jako 
dyletanta marnotrawiącego swe życie, energię, charyzmę oraz błyskotliwy, 
doskonale   wyedukowany   umysł   na  pościg   za  ulotnymi   przyjemnościami. 
Utopił w grach hazardowych znaczącą część swej fortuny, by szybko od-
budować ją poprzez inwestycje w handel niewolnikami i walki gladiatorów. 
W biografii tego człowieka nieustannie czaił się ślad brutalnej bezwzględ-
ności.
         W wieku czterdziestu lat, wyniszczony życiem na wysokich obrotach, 
Pontius Glaw zwrócił swą uwagę na sprawy, którymi nie powinien był się 
interesować. Autorzy jego biografii podejrzewali, że odpowiedzialnym za to 
czynnikiem musiało być jakieś wydarzenie losowe: kontakt z artefaktem lub 
dokumentami   przypadkowo   przekazanymi   w   jego   ręce   czy   też   zaintere-
sowanie   specyficznymi   wierzeniami   któregoś   z   bardziej   barbarzyńskich 
gladiatorów. Instynkt podpowiadał mi, że żądza zakazanej wiedzy od dawna 
trawiła duszę Glawa czekając tylko  na okazję do ujawnienia się w całej 
okazałości.   W   którym   momencie   życia   jego   apetyt   na   licencjonowaną 
ezoteryczną   pornografię   przemienił   się   w   pragnienie   zgłębienia   wierzy 
heretyckiej i bluźnierczej ?
          Pontius   Glaw   stał   się   wyznawcą   Chaosu,   dewotą   najgorszego, 
najbardziej   odrażającego   rodzaju.   Zgromadził   wokół   siebie   grupę 
wyznawców i w ciągu piętnastu lat dopuścił się szeregu potwornych aktów 
zbrodni.   Został   zabity   wraz   z   całym   swym   bractwem   na   Lamsarrote, 
podczas   operacji   Inkwizycji   prowadzonej   przez   samego   Absaloma 
Angevina. Dom Glaw aktywnie uczestniczył w tej pacyfikacji desperacko 
próbując odciąć się od heretyckiej przeszłości jednego ze swych członków. 
Prawdopodobnie tylko to uratowało tę dumną rodzinę przed zagładą.
     Potwór, notoryczny potwór. W dodatku martwy, czego nie omieszkał mi 
natychmiast wytknąć Aemos. Martwy od ponad dwóch wieków.
          Ale   jego   imię   oraz   kilka   innych   nie   budzących   wątpliwości   i 
powiązanych ze sobą faktów nie pozwalało mi zignorować tego nierealnego 
tropu.

*  *  *  *  *

     Poszedłem do kokpitu wahadłowca i usiadłem na fotelu obok Betancore.
 - Będziemy potrzebowali środka transportu. Na Gudrun.
 - Załatwię to. Daj mi dzień albo dwa.
 - Zrób to tak szybko, jak to tylko możliwe.

*  *  *  *  *

15

background image

         Wysłałem  pismo do Wielkiego  Strażnika Carpela informujące go w 
ogólnikowy sposób o postępach śledztwa oraz moim rychłym wyjeździe na 
Gudrun.  Studiowałem właśnie dokumentację pochodzącą ze sprawy inkwi-
zytora Angevina, kiedy dwaj funkcjonariusze Arbites zgodnie z poleceniem 
wysłanym   wcześniej   do   aresztu   przyprowadzili   na   platformę   startową 
Bequin.
        Stała skuta kajdankami w przedziale desantowym statku, najwyraźniej 
czując   się   niepewnie   w   półmroku   pomieszczenia.   Miała   na   sobie   przy-
legającą do ciała suknię oraz lekki płaszcz i mimo widocznego zmęczenia 
nie sposób było zignorować jej fizycznej urody. Doskonale zbudowana, o 
pełnych ustach, błyszczących oczach i długich czarnych włosach. Ponownie 
pochwyciłem   zmysłami   coś   dziwnego   w   aurze   otaczającej   tę   kobietę. 
Chociaż bez wątpienia była niezwykle atrakcyjna, sprawiała nieświadomie 
wręcz odpychające wrażenie. Wiedziałem,  że to kuriozalne, ale podejrze-
wałem już przyczynę takich odczuć z mojej strony.
     Poderwała głowę widząc jak wchodzę do ładowni, na jej twarzy rysowała 
się mieszanina strachu i niepewności.
 - Pomogłam ci ! – wyrzuciła z siebie pośpieszne oświadczenie.
 - Owszem. Chociaż wcale cię o pomoc nie prosiłem ani też jej nie potrze-
bowałem.
         Przełknęła ślinę. Poczułem nagłą ochotę na podniesienie głosu, wypę-
dzenie   jej   z   pokładu,   pozbycie   się   tej   kobiety   raz   na   zawsze   ze   swego 
otoczenia.
 - Arbites mówią, że oskarżą mnie o morderstwo i konspirację.
 - Arbites desperacko szukają kozła ofiarnego. Zostałaś nieszczęśliwie wplą-
tana w ten incydent, chociaż podejrzewam, że nie ma w tym twojej winy...
  - Oczywiście, że nie ma ! – parsknęła – Ta sprawa mnie zniszczyła, całe 
moje życie tutaj ! I to właśnie wtedy, kiedy wszystko w końcu zaczęło się 
układać.
 - Miałaś ciężkie życie ?
     Zmierzyła mnie spojrzeniem kwestionującym otwarcie mą inteligencję. 
 - Jestem dziwką, obiektem seksualnym, najniższą z najniższych istot na tym 
świecie... jak sądzisz, czy miałam ciężkie życie ?
         Zrobiłem krok do przodu i zdjąłem jej kajdanki. Roztarła zdrętwiałe 
dłonie patrząc na mnie pytająco.
 - Usiądź – poleciłem stanowczo korzystając z mentalnego nacisku.
         Spojrzała na mnie ponownie, jakby zastanawiając się nad przyczyną 
lekkiego tonu rozbawienia w mym głosie, po czym usiadła na skórzanym 
siedzeniu wmontowanym w ścianę ładowni.
  - Mogę   oddalić  stawiane ci zarzuty –  oświadczyłem  – Posiadam  odpo-
wiednią władzę. Mówiąc szczerze, tylko dzięki mojej protekcji nie zostałaś 
jeszcze formalnie oskarżona ani poddana przesłuchaniu.
 - Skąd ta protekcja ?
 - Jak sądzę, jesteś przekonana, że mam wobec ciebie zobowiązanie ?
 - Moje przekonania i tak nie mają znaczenia – odparła buntowniczym to-
nem  szacując mnie   ponownie   wzrokiem.  Poczułem rosnące zaintrygowa-
nie. Cały czas prowadziłem konwersację z kobietą piękną i budzącą pożą-
danie każdego normalnego mężczyzny, a mimo to... mimo to wciąż miałem 
ochotę wykrzyczeć się na nią i przepędzić precz. Coś ustawicznie budziło 
mą irracjonalną niechęć do tej osoby.
 - Nawet jeśli oczyścisz mnie z zarzutów, i tak będę tu spalona. Zaszczują 
mnie. To koniec mojej pracy tutaj, muszę się stąd zabierać – wlepiła wzrok 
w podłogę ładowni i wymruczała jakieś przekleństwo – Akurat teraz, gdy 
wszystko zaczynało się układać...
 - Skąd pochodzisz ? Nie z Hubrisu ?
 - Z tej żałosnej dziury ?
 - Skąd zatem ?
 - Przyleciałam tu z Thracian Primaris cztery lata temu.
 - Urodziłaś się na Thracian ?
     Zaprzeczyła ruchem głowy.
 - Na Bonaventure.
     Ten świat znajdował się pół sektora dalej. 
 - Jak dostałaś się z Bonaventure na Thracian ?
  - Różnymi sposobami. Tędy i tamtędy. Dużo podróżowałam. Nigdzie nie 
zostawałam na dłużej.
 - Bo życie wszędzie się komplikowało ?
      Parsknęła ponownie.
  - To prawda. Tutaj i tak mieszkałam dłużej, niż gdziekolwiek indziej. I 
wszystko się spieprzyło.
 - Wstań – syknąłem znienacka ponownie używając mocy.
     Spojrzała na mnie i wzruszyła ramionami.
 - Mógłbyś się zdecydować – powiedziała podnosząc się z siedzenia.
-   Muszę   zadać   ci   kilka   pytań   związanych   z   ludźmi,   którzy   opłacili   twe 
usługi na Promenadzie Odwilży 12011.
 - Tak też sądziłam.
- Jeśli okażesz się pomocna, być może dobijemy interesu.

  - Jakiego interesu ?
 - Zabiorę cię na Gudrun i dam szansę na rozpoczęcie nowego życia. Albo 
mogę ci zaoferować zatrudnienie, jeżeli taka opcja cię interesuje.
         Uśmiechnęła się lekko, po raz pierwszy w trakcie naszej znajomości. 
Uśmiech   ten   uczynił   ją   jeszcze   piękniejszą,   ale   w   żadnym   stopniu   nie 
zmniejszył mojej niechęci do niej.
 - Zatrudnienie ? Ty chcesz mnie zatrudnić ? Inkwizytor ?
 - Owszem. Sądzę, że możesz mi zaoferować pewne usługi.
     Zrobiła dwa płynne kroki do przodu i oparła dłonie o moją pierś.
  -   Rozumiem   –   powiedziała   –   Nawet   duzi   źli   inkwizytorzy   mają   swoje 
potrzeby. To miłe.
  - Źle zrozumiałaś me intencje – odparłem odsuwając ją tak delikatnie jak 
tylko  zdołałem. Kontakt  fizyczny z tą kobietą tylko spotęgował  wrażenie 
irytacji – Usługi, które mam na myśli, są dla ciebie czymś nowym, nie mają 
nic wspólnego z twoją dotychczasową pracą. Jesteś nadal zainteresowana ?
     Przechyliła nieznacznie głową zastanawiając się w milczeniu.
  -  Naprawdę   jesteś   dziwnym   człowiekiem.   Wszyscy   inkwizytorzy   są   do 
ciebie podobni ?
 - Nie.

*  *  *  *  *

     Wezwałem serwitora Modo i poleciłem mu zaopiekować się Bequin, po 
czym zostawiłem ją w ładowni. Betancore stał w półmroku korytarza za fra-
mugą drzwi, obserwując zmrużonymi oczami kobietę.
 - Jest niezła – mruknął do mnie jakby sądził, że sam tego nie zauważyłem.
 - Tak szybko zapomniałeś o Vibben ?
     Zesztywniał raptownie, sposępniał.
 - To cios poniżej pasa, Eisenhorn. Pozwoliłem sobie na zwykły komentarz.
 - Twoja sympatia do niej zmaleje, kiedy się bliżej poznacie. Jest Nietknięta.
 - Naprawdę ?
 - Naprawdę. Psionicznie pusta. To naturalny talent i nie znam jeszcze jego 
granic. Zrobiłem wszystkie badania możliwe w takich polowych warunkach.
 - Jaka szkoda – westchnął Betancore spoglądając ponownie na Bequin.
  - Może być dla nas użyteczna. Jeżeli przejdzie odpowiednie testy, jestem 
zdecydowany ją zatrudnić.
     Glavianin skinął głową. Nietknięci pojawiali się niezwykle rzadko i nie 
istniała praktycznie żadna możliwość inicjowania tej nienaturalnej zdolności 
sztucznymi metodami. Osobnicy tacy posiadali negatywne odbicie w Osno-
wie, dzięki czemu stawali się całkowicie odporni na moce psioniczne, to zaś 
czyniło z nich wyborną broń na mentatów. Efektem ubocznym psionicznej 
czystości   umysłu   było   nieprzyjemne   wrażenie   generowane   nieświadomie 
przez Nietkniętych – wrażenie irracjonalnego strachu i niechęci budzone we 
wszystkich mających z nimi bezpośredni kontakt osobach.
     Nic dziwnego, że w jej życiu brakowało przyjaźni i ludzkiego ciepła.
- Coś nowego ? – zapytałem Betancore.
 - Nawiązałem kontakt z szybkim statkiem kupieckim Essene. Jego kapitan 
nazywa   się   Tobius   Maxilla.   Specjalista   od   niewielkich   dostaw   towarów 
luksusowych.   Wejdzie   na   orbitę   za   dwa   dni,   ma   tutaj   wyładować   partię 
drogich win z Hesperusa. Potem leci na Gudrun. Za stosowną opłatą zrobi w 
ładowni miejsce dla naszego wahadłowca.
 - Dobra robota. Kiedy dotrzemy na Gudrun ?
 - Za dwa tygodnie.

*  *  *  *  *

     Poświęciłem następną godzinę na skrupulatne przesłuchanie Bequin. Tak 
jak sądziłem, nie wiedziała praktycznie nic o swych klientach. Zakwatero-
waliśmy ją w małym magazynku obok kabiny Betancore. Była to niewielka 
klitka, a Nilquit musiał wpierw usunąć z niej stertę skrzynek z zapasami, 
dziewczyna sprawiała jednak wrażenie zadowolonej. Kiedy zapytałem ją, 
czy chce pójść do Słonecznego Domu po jakieś rzeczy osobiste, pokręciła 
przecząco głową.

*  *  *  *  *

      Analizowałem z Aemosem kolejną stertę dokumentów, gdy pojawił się 
Fischig. Miał na sobie służbowy brązowy mundur, a na ramionach dźwigał 
dwie ciężkie walizki. Cisnął je na platformę z demonstracyjnym hałasem, po 
czym wszedł na pokład.
 - Czemu zawdzięczam tę nagłą wizytę, oficerze śledczy ? – zapytałem.
     Podał mi pismo zwieńczone nagłówkową pieczęcią Carpela.
  -   Wielki   Strażnik   udziela   pozwolenia   na   odlot   w   celu   kontynuowania 
dochodzenia. W związku z powyższym...
     Przeczytałem pismo do końca i westchnąłem.
 - Lecę z wami – dokończył Fischig.

16

background image

Rozdział VI

Mentalny seans.

Sen.

Lądowanie na Essene.

     Wysłałem formalne podziękowania za współpracę do Wielkiego Strażni-
ka Carpela. Był to czysto kurtuazyjny gest, ale wolałem go okazać. Carpel 
mógł mi przysporzyć mnóstwo proceduralnych kłopotów, gdybym opono-
wał przeciwko towarzystwu jego oficera śledczego.  Rzecz jasna mogłem 
Fischiga ze sobą nie zabierać. Właściwie mogłem zrobić wszystko, co tylko 
mi  się żywnie  podobało,  niemniej  jednak Carpel potrafiłby opóźnić mój 
odlot, a poza tym nie wiedziałem, czy nie będę jeszcze w przyszłości po-
trzebował pomocy jego oraz hubrisjańskich władz, jeśli prowadzone śledzt-
wo miałoby skończyć się formalnym procesem.
     Carpel wiedział też, że wybieram się na Gurdun i bez wątpienia posłałby 
tam Fischiga jako przedstawiciela Adeptus Arbites, by ten działał na własną 
rękę   w   przypadku   mojej   odmowy   współpracy.   Po   dłuższym   namyśle 
uznałem, że wolę mieć oficera śledczego cały czas na oku.

*  *  *  *  *

     Po południu dnia naszego odlotu poprosiłem Lowinka o przygotowanie 
mentalnego seansu. Wątpiłem, byśmy odkryli jakiekolwiek dodatkowe in-
formacje, ale chciałem dokładnie sprawdzić każdą ewentualność.
     Jak zwykle wykorzystaliśmy w tym celu moją kabinę. Drzwi zostały za-
ryglowane, a stojący na korytarzu Betancore otrzymał zakaz wpuszczania 
do środka kogokolwiek bez mojego uprzedniego pozwolenia. Usiadłem w 
fotelu z wysokimi  oparciami  na łokcie i przez kwadrans odprężałem się 
próbując wprawić umysł  w stan leniwego transu. Była to stara technika, 
jedna   z  pierwszych   poznanych   przeze   mnie   w  czasie,  gdy   przełożeni   w 
Inkwizycji odkryli mój psioniczny talent. Na przykrytym obrusem stoliku 
stojącymi między nami Lowink rozłożył dowody kluczowe śledztwa: parę 
osobistych przedmiotów Eyclone, kilka rzeczy zabranych z Promenady Od-
wilży 12011 i z Grobowca Dwa-Dwanaście. Był tam też tajemniczy pojem-
nik znaleziony w komorze kriogeneratora.
     Gdy Lowink uznał, że jestem już gotów do seansu, otworzył swój umysł 
na Osnowę i zaczął filtrować przepływ jej mentalny energii swymi wysoce 
rozwiniętymi psionicznymi zmysłami. Ten moment w seansie zawsze był 
dla mnie szokiem,  toteż zadrżałem silnie. Temperatura w kabinie spadła 
raptownie, a wiszące na jednej ze ścian okrągłe lustro zatrzeszczało głośno. 
Lowink mruczał coś przewracając oczami, jego ciało dygotało nieznacznie.
     Zamknąłem oczy, ale wciąż widziałem swój pokój. Była to wizualizacja 
mojego otoczenia stanowiąca odbicie materialnego wymiaru  w Osnowie. 
Wszystko   skąpane   było   w   bladoniebieskim   świetle,   a   solidna   struktura 
przedmiotów stała się przeźroczysta. Kształt kabiny zmieniał się troszeczkę, 
falował.
     Przyjrzałem się przedmiotom leżącym na stoliku. Lowink wzmocnił ich 
psychometryczne   właściwości   otwierając   mój   umysł   na   zapis   sygnatur   i 
rezonansów tych rzeczy istniejący w Osnowie.
         Większość była pusta, czysta, pozbawiona rezonansu. Niektóre posia-
dały wokół siebie nikłą aurę, pozostałość po kontaktach z ludzkimi rękami i 
ludzkimi umysłami.  Radiokomunikator  Eyclone mruczał cichutko wyrzu-
cając z siebie niezrozumiałe echa dawnych transmisji, ale nie stanowił dla 
mnie żadnej wartości. 
        Pistolet heretyka użądlił mnie niczym skorpion, kiedy go dotknąłem i 
obaj z Lowinkiem westchnęliśmy głośno. Poczułem nagły kontakt z aurą 
śmierci. Postanowiłem nie dotykać więcej tej broni.
     Elektroniczny notes, wciąż jeszcze niedostępny dla próbującego złamać 
jego kody dostępu Aemosa, wydawał się wręcz ociekać aurą przywodzącą 
na myśl gęsty żel. Stopień skondensowania tego mentalnego echa był tak 
wysoki, że niemal całkowicie uniemożliwiał odczyt zawartości urządzenia. 
Poczułem  rosnącą  frustrację.  Lowink   wzmocnił  moje  zmysły  i   w końcu 
zdołałem wyłapać jedno słowo, szepnięcie niemalże – daesumnor.
         Ostatnim przeznaczonym do skanowania przedmiotem był pojemnik. 
Rezonował jaskrawo mentalną aurą. Kontakt z nim musieliśmy z koniecz-
ności ograniczyć do minimum, tak bowiem silną energię Osnowy emitował.
     Wstępne badanie wykazało trzy poziomy psychometrycznej aktywności 
przedmiotu. Pierwszy był ostry i twardy, przywodził na myśl metal. Lowink 
uznał, że to pozostałość po intelekcie lub intelektach odpowiedzialnych za 
stworzenie pojemnika. Bez wątpienia genialna, ale i złowieszcza aura.
        Pod nią – zimniejszy, mniejszy, gęściejszy – unosił się mentalny ślad 
przypominający  pozbawione   światła  serce  umierającej  gwiazdy,   wiodący 
do centrum obwodów elektronicznych tkwiących w pojemniku.

     Wokół tych aur trzepotały niczym mgliste ptaki echa agonii ofiar z Gro-
bowca   Dwa-Dwanaście.   Ich   rozpaczliwe   psioniczne   zawodzenie   burzyło 
naszą koncentrację i szybko wyczerpywało energię życiową. Dusze zmar-
łych w kapsułach hibernacyjnych ludzi odcisnęły swe piętno na przedmio-
cie odpowiedzialnym za ich cierpienie i śmierć.
      Właśnie mieliśmy wycofać się i zakończyć seans, gdy drugi ślad – ten 
odległy,   zimny,   gęsty   –   zaczął   przebijać   się   ku   powierzchni.   Wpierw 
poczułem zaintrygowanie, zaraz potem zdumienie jego szybkością i mocą. 
Wypełnił mój umysł lepką, odrażającą żądzą głodu.
     Głodu, łaknienia, apetytu...
      Wznosił się z głębi pojemnika, zawodząc i pulsując: mroczna jaźń roz-
dzierająca stojące jej na drodze inne psioniczne aury. Czułem jej ukryte zło, 
czułem potrzebę konsumpcji doznań...
      Lowink zerwał połączenie. Rozparł się w fotelu dysząc ciężko, na jego 
skórze pojawiły się drobne krwawe stygmaty, ślad zbyt silnego obciążenia 
mentalnego.
     Ja też czułem się źle. Miałem wrażenie, że mój mózg zamarzł skuty lo-
dem znacznie zimniejszym od hubrisjańskiego Uśpienia. Po długiej chwili 
myśli zaczęły znów płynąć w swobodny sposób, niczym woda powstała z 
topiącego się wewnątrz rury lodu.
       Wstałem i nalałem sobie kieliszek amasecu. Po chwili namysłu napeł-
niłem drugi dla Lowinka. Żaden z nas nigdy nie czuł się dobrze po seansie 
mentalnym, ale tym razem było znacznie gorzej niż zazwyczaj.
 - To było niebezpieczne – wysapał w końcu Lowink – Bardzo niebezpiecz-
ne. W tym pojemniku...
 - Poczułem to.
  - Ale cały ten seans był jakiś dziwny, mistrzu. Jakby rozpraszany przez 
jakiś... jakiś czynnik...
     Westchnąłem. Znałem dobrze źródło jego niepokoju.
  - To akurat mogę wytłumaczyć. Dziewczyna, którą zabraliśmy na pokład 
jest Nietknięta.
     Lowink zadygotał wstrząśnięty.
 - Trzymajcie ją z dala ode mnie !

*  *  *  *  *

     Przekazałem słowo daesumnor Aemosowi, ponownie przymierzającemu 
się   do  próby  złamania   kodów   zabezpieczających   elektroniczny  notes,   po 
czym udałem się do swej kabiny na spoczynek. Lowink zniknął w swojej 
klitce pod kokpitem wahadłowca. Wątpiłem, by przez dłuższą chwilę był mi 
do czegokolwiek przydatny.
         Pozbierałem ze stolika  ułożone na nim przedmioty,  zapakowałem w 
woreczki i schowałem do ściennego sejfu – wszystkie z wyjątkiem pojem-
nika, który był zbyt duży. Trzymaliśmy go w tylnej ładowni, oplecionego 
łańcuchami biegnącymi do zaczepów mocujących. Kiedy podniosłem ciężki 
przedmiot   z   zamiarem   odniesienia   go   do   ładowni,   poczułem   dreszcz   na 
wspomnienie jego diabelskiej aury. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że tym 
seansem obudziliśmy ze snu jakiś intelekt. Uznałem swój niepokój za wy-
bryk przemęczonego umysłu, ale pojemnik odniosłem dopiero po założeniu 
pary grubych roboczych rękawic.
     Betancore dołączył do mnie w drodze powrotnej z tylnej ładowni. Prze-
szukał kabinę Vibben, ale nie znalazł żadnego testamentu. Ponieważ potrze-
bowaliśmy tego pomieszczenia dla Fischiga, przenieśliśmy jej przedmioty 
osobiste i ubrania do małego magazynku w przedziale desantowym. Ciało 
dziewczyny  zdołaliśmy  przemieścić  we dwójkę do pokoiku  medycznego. 
Wychodząc z kabiny starannie zamknąłem jej drzwi.
 - Co zamierzasz zrobić z ciałem ? – zapytał Betancore – Nie mamy czasu na 
odprawienie pochówku.
  - Powiedziała mi  kiedyś,  że wybrała  nasze towarzystwo,  by zobaczyć  z 
bliska gwiazdy. Tam pozwolimy jej spocząć.

*  *  *  *  *

     Położyłem się w kabinie, skrajnie wyczerpany silnymi przeżyciami. Kie-
dy sen w końcu przyszedł, okazał się zimny i odstręczający. Atramentowo-
czarne chmury przemykały po nieznanym mi niebie, rozpalając je strobo-
skopowym  blaskiem elektrycznych  wyładowań.  Ciemne  drzewa  i jeszcze 
ciemniejsze mury wznosiły się w półmroku na obrzeżach mojej percepcji. 
Czułem obcy intelekt, głód obudzony w pojemniku, czający się w ślepym 
punkcie, którego moje oko nie potrafiło dojrzeć. 
     Padlinożerne ptaki spadły rozkrzyczaną chmarą z nieba i przeleciały nad 
mą głową zabierając ze sobą wszystkie kolory. Świat skąpany był teraz w 
odcieniach   szarości,   wyjątek   stanowił   jedynie   malutki   czerwony   punkcik 
iskrzący się w bezbarwnej ziemi przede mną.
     Z każdym krokiem w jego stronę cofał się dalej. Zacząłem biec. Przecząc 
logice snu punkt uciekał jeszcze szybciej.

17

background image

      Stanąłem w końcu dysząc ciężko. Czerwony punkt zniknął. Poczułem 
znów głód, tym razem jednak krył się on we mnie, szarpał wnętrznościami, 
ściskał gardło. Pędzące nad moją głową chmury zatrzymały się w miejscu, 
nawet błyskawice zastygły niczym na zatrzymanym filmie oświetlając cały 
świat białym blaskiem. 
     Jakiś głos wypowiedział moje imię. Myślałem, że to Vibben, ale gdy od-
wróciłem się za siebie, nie spostrzegłem niczego prócz rozwiewającej się 
niczym dym sugestii czyjejś obecności. 
      Ocknąłem się. Rzut oka na zegar powiedział mi, że spałem tylko kilka 
godzin. Bolało mnie gardło, czułem pragnienie. Wypiłem dwie karafki wo-
dy i ponownie położyłem się na łóżku. Bolała mnie głowa, a myśli wiro-
wały szaleńczo. Nie zdołałem już zasnąć ponownie.

*  *  *  *  *

         Pokładowy komunikator odezwał się cztery godziny później. Był to 
Betancore.
 - Essene właśnie weszła na orbitę – oświadczył – Możemy startować, kiedy 
tylko sobie zażyczysz.

*  *  *  *  *

     Essene tkwiła na orbicie stacjonarnej Hubrisu niczym czarna bryła zasła-
niająca światło gwiazd. 
          Opuściliśmy   Słoneczny   Dom   wpadając   prosto   w   monumentalną 
śnieżycę. Wahadłowiec trząsł się dziko, gdy Betancore walczył ze sterami 
wyprowadzając go  ponad  poziom  śnieżnej  burzy.   Wkrótce  ujrzeliśmy   w 
dole  zarys  białego  żywiołu,   przywodzącego  swą  tytaniczną siłą  na  myśl 
centryfugę.
 - Tam – powiedział Betancore wskazując dłonią za przednie szyby kokpitu. 
Dostrzegł cel naszej podróży z dziewięćdziesięciu kilometrów, wciąż jesz-
cze lecąc w górnych warstwach atmosfery Hubrisu.
         Potrzebowałem na to dłuższej chwili. W końcu ujrzałem pas czerni 
zakrywający perłową panoramę kosmosu. Po dalszej minucie pas ten nabrał 
wyraźniejszych kształtów. Jeszcze sześćdziesiąt sekund i zdołałem pochwy-
cić wzrokiem migoczące w oddali światełka ostrzegawcze. Zaczął wypeł-
niać okna niczym kolosalna wieża wyrwana z ziemi i ciśnięta w kosmos, 
unosząca się bezgłośnie w lodowatej próżni.
 - Piękny – mruknął Betancore, zawsze żywiący sentyment do takich wido-
ków.   Jego   nagie   palce   biegały   po   pokładowych   panelach   programując 
wektor   lotu.   Wahadłowiec   i   masywny   statek   automatycznie   wymieniały 
między sobą pakiety cyfrowych danych. Na ekranach monitorów przesuwa-
ły się kolumny znaków.
 - Ciężki kliper, klasyczny model Isolde, ze stoczni orbitalnych Ur-Haven 
lub Tancreda. Majestatyczny... – oświadczył cicho Aemos  zapisując swe 
spostrzeżenia w notesie.
         Oceniłem długość  Essene  na jakieś trzy kilometry, zaś jej przekrój w 
najszerszym   miejscu   wynosił   co   najmniej   siedemset   metrów.   Jej   dziób 
przypominał podłużną wieżę katedry o gotyckich kształtach. Za tym przy-
wodzącym   na   myśl   ostrze   nosem   statku   znajdował   się  kanciasty  kadłub 
pokryty rdzawoczerwonymi płytami poszycia i poznaczony pasami metalu 
tworzącymi ramy. Mniejsze wieżyczki wyrastały po bokach kadłuba. Stu-
metrowej długości maszty wznosiły się na wierzchniej części statku, inne 
zaś – mniejsze – po jego bokach i na spodzie. Na wszystkich  paliły się 
lampy ostrzegawcze. Tylna część kolosa składała się z czterech osmalonych 
ogromnym żarem wylotów plazmowych turbin, dostatecznie wielkich, by w 
każdym z nich przepadł bez śladu na raz cały tuzin wahadłowców takich jak 
mój.
     Betancore zaczął lecieć wzdłuż burty frachtowca. Odnieśliśmy wrażenie, 
że to kolos, a nie my zmienia swą pozycję obracając się ospale na bok. 
     Świetlny punkt oddzielił się od kadłuba Essene i zaczął lecieć przed na-
mi. Emitował na przemian czerwone i zielone błyski. Był to automat napro-
wadzający.
     Betancore ścigał zwinnie dronę stosując się do jej wizualnych instrukcji. 
Przelecieliśmy między dwoma masywnymi masztami i zatrzymaliśmy się w 
końcu   nad   wielkim   włazem   pomalowanym   w   żółto-czarne   pasy.   Był   to 
jeden z sześciu włazów tkwiących w dolej części kadłuba statku, ale tylko 
ten jeden był otwarty. Z wnętrza ładowni sączyło się ostre światło.
     Wymieniając kilka zwięzłych komentarzy z pracującym w maszynowni 
Uclidem Betancore poderwał wahadłowiec w górę za pomocą silniczków 
korekcyjnych,  zmierzając  prosto   w czeluść  włazu.  Patrzyłem  w  niemym 
napięciu, jak odsunięte na bok klapy włazu, grube na dwa metry i w wielu 
miejscach odarte do żywego metalu, przesuwają się przerażająco blisko burt 
wahadłowca.
     Mój stateczek zadrżał silnie i usłyszałem kilka donośnych metalicznych 
trzasków dobiegających  z zewnątrz wahadłowca. Szmaragdowa  poświata 

ska

skąpała wnętrze kokpitu.  Wyjrzałem przez okno próbując dostrzec coś w 
zielonkawym blasku, ale pochwyciłem wzrokiem zaledwie zarys przedmio-
tów przypominających suwnice załadunkowe i metalowe palety.
         Kolejny wstrząs. Betancore przesunął w dół kilka dźwigni  i dźwięk 
pracujących serwomechanizmów zaczął zniżać swój ton, aż umilkł całko-
wicie. Pilot wstał z fotela i zaczął wciągać na dłonie rękawiczki.
     Uśmiechnął się do mnie.
 - Nie musisz robić takiej zmartwionej miny – powiedział z politowaniem.

*  *  *  *  *

     Mówiąc szczerze, nie cierpię rzeczy, nad którymi nie sprawuję kontroli. 
Chociaż posiadam podstawowe umiejętności w dziedzinie pilotażu i potrafię 
poprowadzić maszynę stratosferyczną, nie uważam się za pilota, zwłaszcza 
takiego, który mógłby się równać z Midasem Betancore. Dlatego właśnie go 
zatrudniałem i dlatego skomplikowane procedury dokowania zawsze spra-
wiały wrażenie dziecinnie prostych. Czasami jednak wyraz mej twarzy zdra-
dzał nieuniknione napięcie demaskując strach, który odczuwałem w chwili, 
gdy stawałem się od kogoś całkowicie zależny.
      Byłem naprawdę zmęczony. Co gorsza, wiedziałem, że w najbliższym 
czasie i tak nie zdołam zasnąć, pomijając już fakt, iż czekały na mnie pilne 
sprawy do załatwienia. 
       Aemos, Bequin i Lowink mieli pozostać na pokładzie wahadłowca do 
odwołania. Zaraz po zamknięciu zewnętrznych wrót ładowni i wtłoczeniu 
do jej wnętrza czystego powietrza otworzyłem właz wahadłowca wychodząc 
na zewnątrz w towarzystwie Fischiga i Betancore.
     Przestronna ładownia robiła wrażenie i musiałem sobie przypomnieć, że 
to zaledwie jedna z sześciu. Powierzchnie ścian i podłoga  były matowo-
czarne,  a wiszące  pod   sufitem   sodowe  lampy  dostarczały wielkiemu  po-
mieszczeniu   pomarańczowej   iluminacji.   Wszędzie   wokół   dostrzegałem 
kształty   ładowarek,   wózków   transportowych   i   jednozadaniowych   serwi-
torów, tkwiące w bezruchu z wyłączonym zasilaniem. Na podłodze ponie-
wierały się resztki zużytych opakowań zbiorczych. Wahadłowiec tkwił tuż 
za zasuniętym włazem, pochwycony siecią wysięgników i hydraulicznych 
przewodów.
         Zeszliśmy w dół rampy stukając głośno butami. Powietrze w ładowni 
było lodowate, wciąż jeszcze zmrożone dotykiem kosmicznej pustki.
         Betancore miał na sobie kombinezon glaviańskiego pilota i kolorową 
kurtkę. Sprawiał wrażenie niezmiernie czymś rozweselonego. Fischig wbił 
się w swój brązowy mundur, do piersi przypiął odznakę w postaci złotej 
tarczy słonecznej.
         Ja włożyłem sweter i spodnie z szarej wełny, czarne skórzane buty i 
rękawice oraz długi granatowy płaszcz z wysokim kołnierzem. Z pokłado-
wej zbrojowni wyjąłem automatyczny pistolet, spoczywający teraz dyskret-
nie w kaburze pod lewą pachą. Pudełko z inkwizytorską rozetą schowałem 
do   wewnętrznej   kieszeni   płaszcza.   W   przeciwieństwie   do   Fischiga   nie 
odczuwałem potrzeby afiszowania się ze swą władzą.
         W ścianie ładowni  zaszczękał metalicznie właz i zalało nas światło 
wlewające się do hali z wewnętrznego korytarza. Jakaś postać wyszła nam 
na spotkanie.
 - Witam na pokładzie Essene, inkwizytorze – powiedział Tobius Maxilla.

18

background image

Rozdział VII

Spotkanie z kapitanem Essene.

Pożegnanie.

Kontrola.

         Maxilla  był  doświadczonym  kosmicznym  kupcem,  przemierzającym 
szlaki handlowe między Thracian Primaris i Grand Banks od dobrych pięć-
dziesięciu   lat.   Z   jego   opowieści   wynikało,   że   początkowo   zajmował   się 
frachtem masówki, zaś specjalizację w towarach luksusowych wybrał do-
piero   wtedy,   gdy   duże   kartele   kupieckie   zaczęły  dominować   na  rynkach 
całego sektora.
 - Essene to szybki statek, kosmiczny ekspres. Opłaca mi się latanie z nie-
wielkimi partiami drogich rzeczy, nawet jeśli nie mam zapełnionych ładow-
ni.
 - Przemierzasz regularnie te okolice ?
 - Przez ostatnie kilka dekad. W zależności od sezonu. Sameter, Hesperus, 
Thracian, Gudrun, czasami też Messina. Kiedy Uśpienie na Hubrisie dobieg-
nie końca, będę miał tutaj znacznie więcej roboty. 
         Siedzieliśmy w ociekającej  przepychem bawialni kapitana, sącząc z 
wielkich kryształowych kieliszków wyborny amasec. Maxilla bez wątpienia 
chełpił się swą zamożnością, ale jego zachowanie mieściło się w granicach 
dobrego smaku, posiadał bowiem statek i reputację, z której mógł być szcze-
rze dumny.
 - Więc znasz dobrze te trasy ? – podjął pytanie Fischig.
     Maxilla uśmiechnął się. Był krępym mężczyzną o bliżej nieokreślonym 
wieku, ubranym w ciemnoczerwony garnitur z ekstrawaganckim czarnym 
krawatem.   Jego   uśmiech   odsłonił   zęby   pokryte   perłową   macicą.   Osten-
tacyjny wygląd był zjawiskiem powszechnym wśród kosmicznych kupców, 
stanowił integralny element ich subkultury. Zapomnij o genealogii rodu i 
szlacheckiej  krwi,  powiedział  mi   kiedyś  jeden z nich, nowa  arystokracja 
Imperium   wyraża   swą   potęgę   w   przebiegach   statków   i   ich   technicznej 
kondycji.   To   kapitanowie   Wolnej   Floty   zaczynali   kłaść   podwaliny   pod 
prawdziwą arystokrację dzisiejszego mocarstwa.
         Tak przynajmniej uważał Maxilla. Jego twarz była biała od pudru, na 
policzku nosił kolczyk z przepięknym szafirem. Ciężkie pierścienie zastu-
kały w szkło kieliszka, kiedy podnosił naczynie.
 - Tak, oficerze śledczy, znam je dobrze.
  -   Nie   sądzę,   byśmy   musieli   z   marszu   przesłuchiwać   kapitana   Maxillę, 
Fischig   –   powiedziałem   spokojnym   tonem.   Betancore   parsknął,   Maxilla 
zachichotał. Fischig skupił uwagę na swym amasecu.
         Serwitor o torsie w postaci figury zdobiącej w starożytnych czasach 
dzioby morskich statków, pięknej kobiety o włosach z wijących się węży, 
przemieszczał   się   wzdłuż   drogocennego   selgiońskiego   stołu   oferując 
gościom przekąski. Wziąłem z tacy jedną z nich świadom faktu, że wymaga 
tego grzeczność. Był  to wyśmienity  filecik z ryby ketel, doprawdy prze-
pyszny. Betancore bez cienia skrupułów skonsumował całą ich stertę.
  - Jesteś Glavianinem ? – zapytał pilota Maxilla. Obaj mężczyźni natych-
miast pogrążyli się w dyskusji na temat glaviańskich technik pilotażu. Stra-
ciłem szybko zainteresowanie tematem rozmowy i zacząłem kontemplować 
bawialną.   Pomiędzy   zdobiącymi   ściany   bezcennymi   obrazami   olejnymi 
szkoły   sameterskiej   i   marmurowymi   cokolikami   z   popiersiami   znanych 
postaci mocarstwa wisiały świetlne kompozycje Jokaero, antyczne bronie 
białe oraz wykonane ze szkła ceremonialne zbroje vitriańskie. Pomyślałem, 
że zawartość tej sali wzbudziłaby dziką radość Aemosa. Podróż miała trwać 
tydzień   z  okładem.   Byłem   pewien,   że  stary  savant   wykorzysta   pierwszą 
okazję, by się dostać do bawialni.
 - Znasz Gudrun ? – zapytał mnie Maxilla. Pokręciłem przecząco głową.
 - To będzie moja pierwsza wizyta. Pracuję w tym podsektorze dopiero od 
roku.
  - Piękne miejsce, chociaż może ci się wydać nieco zbyt ożywione. Trwa 
tam  właśnie   miesięczny  festiwal   celebrujący  fundację   nowego   regimentu 
Gwardii. Jeśli znajdziesz chwilę czasu, polecam szczerze wizytę w Impe-
rialnej Akademii Sztuk Pięknych oraz muzeach Gildii w Dorsay.
 - Obawiam się, że będę zajęty.
     Wzruszył ramionami.
 - Zawsze staram się znaleźć trochę czasu na rozrywki nie związane z moją 
pracą, ale zdaję sobie sprawę z faktu, że twoje obowiązki znacząco przera-
stają moje.
         Próbowałem w duchu oszacować tego człowieka, ale na razie moje 
wysiłki spełzały na niczym. Zgodził się przyjąć nas na pokład i to za drobną 
część kwoty, jaką mógł spokojnie zażądać. Wielu kapitanów Wolnej Floty 
stawiało opór wobec żądań inkwizytora,  czasami  nawet tych formalnych. 
Czy Maxilli zależało na utrzymywaniu pozytywnych stosunków z Ordo czy 

też był po prostu uczciwym i dobrodusznym człowiekiem ?

też był po prostu uczciwym i dobrodusznym człowiekiem ?
     A może próbował coś ukryć ?
      Dałem sobie spokój z tymi jałowymi rozmyślaniami, które nie wnosiły 
nic istotnego do mojej sprawy. Istniała też prosta i wysoce prawdopodobna 
możliwość, że kapitan wyświadczał mi grzeczność licząc na jej odwzajem-
nienie w przyszłości w formie nieznanego mi jeszcze profitu.
     Jeśli tak właśnie kalkulował, nie mógł się bardziej pomylić.

*  *  *  *  *

     Essene opuściła orbitę Hubrisu w godzinach wieczornych, bez przeszkód 
weszła w Osnowę i rozpoczęła tranzyt na Gudrun. Maxilla zapewnił nam 
wszystkich wygodne kwatery w swoich apartamentach, ale większość czasu 
spędzaliśmy na pokładzie wahadłowca, pracując intensywnie. Betancore i 
towarzyszący mu serwitorzy kontrolowali  stan techniczny statku.  Lowink 
spał. Wraz z Aemosem i Fischigiem przebijałem się przez sterty materiałów 
analizując ich zawartość pod kątem naszego śledztwa. Wciąż jeszcze ukry-
wałem przez Fischigiem skąpą wiedzę na temat Pontiusa, ale nie wątpiłem, 
że już wkrótce oficer sam wpadnie na trop wiodący do rodziny Glawów. 
     Bequin sama organizowała sobie czas. Znalazła komplet czystych ubrań 
roboczych w magazynku i widywałem ją przesiadującą w różnych miejscach 
statku,   pogrążoną   w  lekturze   książek   wypożyczonych   z  mojej   prywatnej 
biblioteczki – głównie poezji oraz kilku dzieł historycznych i filozoficznych. 
Byłem wdzięczny losowi za jej zainteresowania. Dzięki książkom trzymała 
się z daleka ode mnie.

*  *  *  *  *

         Trzeciego dnia tranzytu spotkałem się ponownie z Maxillą. Spacero-
waliśmy   wspólnie   po   górnym   pokładzie   gościnnym.   Kapitan   sprawiał 
wrażenie niezmiernie zadowolonego z możliwości zaprezentowania swoich 
zbiorów   muzealnych,   opowiadając   barwne   historie   ich   pochodzenia.   Od 
czasu do czasu dostrzegałem pracującego w korytarzach statku serwitora, 
ale   jak   dotąd   nie   natrafiłem   jeszcze   na   żadnego   żywego   członka   załogi 
Essene.
 - Twój przyjaciel Fischig... nie jest zbyt subtelnym człowiekiem – wtrącił 
jakby od niechcenia Maxilla.
  - Nie jest moim przyjacielem. I faktycznie, nie jest zbyt subtelny. Znów 
próbował cię przesłuchiwać ?
  - Spotkałem go wczoraj na przednim pokładzie. Pytał mnie o człowieka 
zwanego Eyclone, pokazywał nawet zdjęcie.
 - Co mu odpowiedziałeś ?
     Błysnął perłowymi zębami w przekornym uśmiechu.
 - I kto tu teraz przesłuchuje ?
 - Wybacz mi zawodową natrętność.
     Machnął upierścienioną dłonią. 
  - Zapomnij  o tym  ! Pytaj  o cokolwiek ! Zadaj otwarcie pytania, by nie 
szkodziły przyjacielskiej atmosferze.
 - Doskonale. Co mu powiedziałeś ?
 - Że nie znam tego człowieka.
     Skinąłem głową.
 - Dziękuję ci za otwartość.
 - Okłamałem go.
     Odwróciłem się w stronę kapitana patrząc na niego badawczo. Wciąż się 
uśmiechał. W ułamku sekundy pojąłem, że być może wpadliśmy bezmyślnie 
w pułapkę i pożałowałem tego, iż nie zabrałem ze sobą broni.
  - Nie martw się. Okłamałem go, bo to arogancki dupek. Tobie powiem 
prawdę. Nigdy nie chciałbym narazić się imperialnej Inkwizycji.
 - To bardzo rozsądne podejście z twojej strony.
     Maxilla usiadł na jednym ze stojących pod ścianą eleganckich krzeseł i 
wygładził fałdy swego płaszcza.
- Dwa miesiące temu byłem na Thracian Primaris. Toczyły się rozmowy na 
temat ładunków, miałem kilka umówionych spotkań. Zwykła codzienność 
kupca. Wtedy pojawił się ten Eyclone. Rzecz jasna nie przedstawił się takim 
nazwiskiem. Wybacz, inkwizytorze, ale nie pamiętam już personaliów, jakie 
mi podał. To na pewno ten człowiek. Miał ze sobą grupę innych ludzi. Jeden 
z nich, niejaki Crotes, był przedstawicielem handlowym  Gildii. Próbował 
mnie przekonać, że twój człowiek posiada autoryzację Gildii Sinesias, ale 
zorientowałem,   że   wciska   mi   kit,   chociaż   jego   papiery   wyglądały   na 
autentyczne.
- Czego chciał ?
  - Pustego kursu na Gudrun, podjęcia tam przesyłki i dostarczenia jej na 
Hubris.
 - Jakiej przesyłki ?
 - Tak daleko w negocjacjach nie doszliśmy. Spławiłem go, bo propozycja 
nie była zbyt atrakcyjna. Dawał sporą zapłatę, ale ja mogłem w tym samym 

a

19

background image

czasie zarobić dziesięć razy tyle na swojej robocie.
 - Nie zdobyłeś żadnego nazwiska kontaktowego na Gudrun ?
 - Drogi inkwizytorze, ja jestem kupcem, a nie detektywem. 
 - Wiesz, kto w końcu przyjął te zlecenie ?
 - Wiem, kto go nie przyjął – wyprostował się na krześle – Rozmawiałem na 
ten temat z innymi  kapitanami Wolnej Floty.  Kilku z nas popędziło tego 
Eyclone z pustymi rękami, większość z tego samego powodu.
 - Jakiego ?
 - Zlecenie śmierdziało kłopotami.

*  *  *  *  *

     Piątego dnia podróży moje sny najwyraźniej powróciły do normalności. 
Przesadnej wręcz normalności, bo ponownie pierwszą rolę zaczął w nich 
grać Eyclone. Nawiedzał mnie w nocnych majakach grożąc i wyzywając. 
Nie   pamiętałem   żadnych   szczegółów   jego   wypowiedzi,   jedynie   mgliste 
wspomnienie wykrzywionej złością twarzy każdego poranka.
         Czasami zastanawiałem się, czy aby na pewno to jego uśmiechniętą 
złośliwie twarz widziałem w snach czy też należała ona do kogoś innego.

*  *  *  *  *

     O świcie ósmego dnia tranzytu Essene wyskoczyła z Osnowy wchodząc 
w wymiar materialny na obrzeżach systemu Gudrun. Maxilla poinformował 
mnie,   że   wszystkie   systemy   statku   pracują   na   optymalnym   poziomie. 
Ustaliłem   z   nim   wcześniej,   że   opuścimy   podprzestrzeń   przed   granicami 
systemu, w miejscu rzadko uczęszczanym przez lokalne jednostki handlowe. 
Zgodził się bez zastrzeżeń. Obiecałem, że przerwa w podróży nie potrwa 
długo.
 - Kim ona była ? – zapytała Bequin obserwując przez okno widokowe jasny 
kształt   ciała   Vibben,   opatulony   szczelnie   w   białą   folię   i   obracający   się 
powoli w kosmicznej pustce. 
 - Przyjaciółką. Towarzyszką – odparłem.
 - Tak właśnie chciała odejść ? 
 - Nie sądzę, by w ogóle chciała odchodzić – powiedziałem. Przy sąsiednim 
oknie   stali   w   milczeniu   Aemos   i   Betancore.   Twarz   savanta   była   bezna-
miętną maską, pilot natomiast nie skrywał żalu i smutku.
          Lowink   nie   uczestniczył   w   tej   przykrej   uroczystości,   podobnie   jak 
Fischig.   Lecz   kiedy   odwróciłem   się   patrząc   za   siebie,   ujrzałem   Maxillę 
stojącego z respektem w końcu korytarza. Kupiec miał na sobie  żałobny 
płaszcz z czarnego jedwabiu i pozbawiony ozdób skromny surdut. Podszedł 
bliżej widząc moje spojrzenie.
 - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Moje wyrazy współczucia.
         Podziękowałem mu skinięciem głowy.  Nie musiał okazywać takiego 
gestu,   chociaż  nagle  wydała  mi   się  dziwnie   właściwa   obecność  kapitana 
statku w trakcie pogrzebu. 
 - Nie jestem pewien, czy dopełniłem formalnych obowiązków pochówku, 
Maxilla – oświadczyłem – chociaż uważam, że właśnie tego sobie życzyła. 
Odmówiłem Imperialne Credo i Litanię za Zmarłych.
 - Zatem zrobiłeś wszystko zgodnie ze zwyczajem. Jeśli można... ?
     Przywołał ruchem ręki jednego z pozłacanych serwitorów. Na trzymanej 
przez sługę tacy znajdowała się duża karafa i komplet kieliszków.
- Istnieje zwyczaj żegnania zmarłych toastem.
     Wzięliśmy wszyscy kieliszki.
 - Za Lores Vibben – powiedziałem.

*  *  *  *  *

      Po minucie ciszy wszyscy powoli rozeszli się do swoich obowiązków. 
Poprosiłem Maxillę, by rozpoczął podchodzenie do orbity Gudrun. Kapitan 
oszacował czas tej operacji na dwie godziny.
         Wracając na pokład wahadłowca wdałem się w rozmowę z Bequin. 
Wciąż   miała   na   sobie   stary   kombinezon   roboczy   wyciągnięty   z  naszego 
magazynu,   ale   ubiór   ten   wydawał   się   raczej   dodawać   jej   uroku,   a   nie 
szpecić.
 - Prawie dotarliśmy na miejsce – powiedziała.
 - Owszem.
 - Jakiego rodzaju usługi będę ci musiała wyświadczyć ?
      Nie wyjaśniłem jej do tej pory prawdziwego charakteru jej osobowości 
ani też nie zdradziłem przyczyn angażu. Przyznaję, że miałem na to sporo 
czasu w trakcie podróży, ale podświadomie starałem się odciągnąć nieunik-
nioną rozmowę. Kontemplowałem wraz z Aemosem dzieła sztuki Maxilli, 
grywałem   w   szachy   z   Betancore.   Sądziłem,   że   zdołam   wyzbyć   się   nie-
naturalnej niechęci do dziewczyny  poprzez zwykłe  ograniczanie wzajem-
nych kontaktów.
     Zabrałem ją na pokład spacerowy i zacząłem tłumaczyć. 

         Nie wiedziałem, jakiej właściwie reakcji powinienem się spodziewać. 
Kiedy wyraźnie załamała się pod ciężarem okrutnej prawdy, poczułem tylko 
narastającą irytację. Wiedziałem doskonale, że to jej aura powoduje takie 
odczucia, toteż walczyłem ze złymi emocjami starając się znaleźć dla tej 
kobiety chociaż cząstkę sympatii, na jaką bez wątpienia zasługiwała.
     Siedziała z płaczem na krześle ustawionym pod jednym z olejnych obra-
zów Maxilli: myśliwską sceną z życia arystokratów. Poprzez jej szloch wy-
rywało się od czasu do czasu zdławione przekleństwo albo słowa żalu do 
samej siebie.
     Wiedziałem, że to nie charakter pracy w moim zespole tak negatywnie na 
nią wpłynął. Chodziło jej po prostu o fundamentalną prawdę, o świadomość, 
że  nie  jest...   normalna.   Pozbawione   przyjaźni,   pozbawione   miłości   życie 
pełne kopniaków i porażek nagle znalazło wyjaśnienie, a wyjaśnieniem tym 
okazała się jej własna natura. Sądzę, że w przeszłości zawsze podchodziła 
do swego losu ze stoickim przekonaniem, iż to cały wszechświat uwziął się 
na nią. Teraz pozbawiłem ją tej kruchej tarczy nieświadomości.
      Przekląłem sam siebie w głębi duszy za źle przemyślaną formę wyjaś-
nień. Nie sądziłem, że prostymi słowami obedrę ją z resztek estymy i poczu-
cia własnej wartości. Teraz zrozumiała, że jej wszystkie wysiłki, jej uparte 
poszukiwanie miejsca w życiu, spokoju, miłości i szacunku skazane były z 
góry na porażkę.
         Próbowałem odwrócić jej uwagę od tego przykrego faktu omawiając 
szczegóły pracy, jaką dla niej przewidziałem. Nie okazała większego zainte-
resowania. W końcu wziąłem drugie krzesło, postawiłem obok niej i usiad-
łem z ciężkim sercem, patrząc w milczeniu jak próbuje poukładać sobie w 
głowie wszystkie fakty.
         Wciąż tak siedziałem, gdy odezwał się mój przenośmy komunikator. 
Maxilla.
 - Czy mógłbym prosić na mostek, inkwizytorze ? Potrzebuję twojej pomo-
cy.

*  *  *  *  *

         Mostek  Essene  okazał się przestronną salą o podłodze z czerwono-
czarnych marmurowych płyt. Srebrni serwitorzy,  bogato ornamentowani i 
zdobieni, stali przy konsoletach rozmieszczonych w całym pomieszczeniu, 
podłączeni do nich za pomocą sieci przewodów. Powietrze było chłodne i 
rześkie, a dominującym dźwiękiem okazał się pomruk pracujących instru-
mentów pokładowych. 
         Maxilla,  wciąż  jeszcze  ubrany  w  żałobny   strój,  siedział   w wielkim 
skórzanym fotelu na obrotowym postumencie w centrum mostku. Ruchome 
wysięgniki wbudowane w oparcie fotela przysuwały w zasięg rąk kapitana 
szereg ekranów kontrolnych i panelów sterujących, ale uwaga mężczyzny 
skupiona była na panoramicznym oknie widokowym zastępującym przednią 
ścianę pomieszczenia. 
         Przeszedłem przez salę. Każdy mijany serwitor nosił maskę ze złota, 
odlaną w formie perfekcyjnie odtworzonej ludzkiej twarzy o klasycznej uro-
dzie.
 - Inkwizytorze – ukłonił się Maxilla wstając z fotela.
 - Cała twoja załoga składa się z serwitorów – zauważyłem ze zdziwieniem.
 - Tak – odparł – Są bardziej niezawodni od ludzi.
         Powstrzymałem się od komentarza. Interakcja Maxilli z  Essene  nie-
zmiennie przywodziła mi na myśl więzi łączące członków Adeptus Mecha-
nicus z ich Boską Maszyną. Właśnie ustawiczne przebywanie w otoczeniu 
urządzeń mechanicznych odpowiadało za przekonanie tych ludzi o wysokiej 
zawodności i słabościach układów organicznych.
          Podążyłem   za   wzrokiem   kapitana   spoglądając   za   pancerną   szybę 
panoramicznego okna. Dostrzegłem lśniącą sferę Gudrun, otuloną śmietan-
kową   powłoką   chmur,   spod   których   wyzierały   zielone   połacie   wielkich 
puszcz. Chmary czarnych punktów zapełniały przestrzeń pomiędzy Essene i 
planetą.   Zrozumiałem,   że   patrzę   na   zgrupowania   kosmicznych   statków. 
Masywne kolosy tkwiące na wysokiej orbicie, konwoje kupieckich frach-
towców, mrowie mniejszych jednostek przemieszczających się na wyzna-
czone do parkowania pozycje pod nadzorem załóg orbitalnych holowników. 
Nieczęsto miałem okazję widywać w jednym miejscu tak ogromną armadę 
kosmicznej floty handlowej.
- Mamy jakiś problem ? – zapytałem.
      Spojrzał na mnie z ukosa, w jego oczach dostrzegłem na chwilę błysk 
wahania.
 - Wykonałem standardowe podejście do wewnętrznej strefy systemu i wy-
brałem odpowiedni  korytarz lotu.  Kontrola lotów Gudrun wyznaczyła mi 
pozycję   na   wysokiej   orbicie.   Wszystkie   dokumenty   statku   są   poprawne, 
opłaciłem w terminie należne cła. Mimo to właśnie otrzymałem wiadomość, 
że zostanę poddany kontroli.
 - Czy to coś niezwykłego ?
 - Ostatni raz sugerowano kontrolę mojego statku jakieś dziesięć lat temu.

20

background image

 - Uzasadnienie ?
 - Twierdzą, że to względy bezpieczeństwa. Wspominałem ci, że na dole od-
bywa się planetarny festiwal. Na orbicie dokuje spora część Floty Scarus. 
Sądzę, że wojskowi przesadni podeszli do swoich obowiązków.
 - Prosiłeś o moją obecność.
  - Prom z grupą kontrolerów jest już w drodze. Uznałem,  że ich wizyta 
łatwiej przebiegnie, jeżeli zostaną powitani przez kapitana statku i towarzy-
szącego mu inkwizytora.
 - Nie mogę pociągać za żadne sznurki, Maxilla.
     Zaśmiał się bez cienia wesołości w głosie i spojrzał mi prosto w oczy.
  -   Oczywiście,   że   możesz.   Ale   nie   o   to   mi   chodzi.   Pomyślałem,   że   w 
obecności inkwizytora okażą Essene trochę więcej szacunku. Nie chcę, żeby 
banda  kontrolerów   bezmyślnie  rozwalała  mi   w trakcie  przeszukania   cały 
statek.
      Zamyśliłem się na moment. Słowa kapitana niemile kojarzyły mi się z 
potencjalną przysługą, jakiej mógł ode mnie żądać za współpracę. Zaszko-
dziłoby to bez wątpienia mojej opinii na jego temat.
 - Zgadzam się towarzyszyć ci w trakcie tej inspekcji w celu dopilnowania 
formalnych kwestii, o ile możesz mnie zapewnić o swej niewinności.
 - Inkwizytorze Eisenhorn, ja...
  - Powstrzymaj się z komentarzami do czasu kontroli, Maxilla. Poprosiłeś 
mnie o pomoc. Jeśli odkryję, że zrobiłem to w celu ochronienia jakiegoś 
ciemnego   interesu   albo   nielegalnego   ładunku,   będziesz   miał   na   głowie 
znacznie poważniejszy problem od imperialnej marynarki kosmicznej.
      Na jego twarzy pojawił się grymas bezbrzeżnego rozczarowania. Albo 
był naprawdę wyśmienitym aktorem albo ciężko go uraziłem.
 - Nie mam nic do ukrycia – wycedził przez zęby – Polubiłem cię i miałem 
nadzieję, że w trakcie tej podróży staliśmy się... jeśli nie przyjaciółmi, to 
przynajmniej   dobrymi   znajomymi.   Okazałem   ci   gościnność   i   szczerze 
odpowiadałem na wszystkie pytania. Bardzo mi przykro z powodu twoich 
podejrzeń.
 - Podejrzliwość jest moją drugą naturą, Maxilla. Jeśli cię źle oceniłem, po-
proszę o wybaczenie.
 - Nie mam nic do ukrycia – powtórzył sam do siebie, gdy opuszczaliśmy 
wspólnie mostek.

*  *  *  *  *

     Prom marynarki, matowoszary stateczek o kanciastym kadłubie, zrównał 
pozycję   z  Essene  i   zacumował   przy   jej   przedniej   prawoburtowej   śluzie. 
Czekałem na gości w pomieszczeniu za komorą ciśnieniową, stojąc w towa-
rzystwie Maxilli, Fischiga oraz dwóch wykonanych niemal całkowicie ze 
złota i srebra serwitorów.
      Poprosiłem Fischiga o przyjście uznając, że skoro widok imperialnego 
inkwizytora ma pomóc zaliczyć szybko inspekcję, obecność oficera Arbites 
na pewno w tym nie zaszkodzi. Betancore otrzymał rozkaz ukrycia się wraz 
z resztą zespołu w wahadłowcu.
      Drzwi komory ciśnieniowej otworzyły się z sykiem, buchnęły zza nich 
kłęby pary. Z wnętrza wyszedł tuzin masywnych postaci. Wszyscy kontro-
lerzy mieli na sobie szaroczarne pancerze osobiste oddziałów bezpieczeń-
stwa marynarki, z insygniami jednostki oraz symbolem Zgrupowania Floty 
Scarus na napierśnikach i pozłacanych epoletach. Wszyscy skrywali twarze 
pod   kompozytowymi   hełmami   o   opuszczonych   wizjerach   i   włączonych 
filtrach powietrza. W rękach trzymali  automatyczne  karabinki  o krótkich 
lufach. 
     Dowódca grupy ruszył przodem, podwładni podążyli w ślad za nim. Nie 
utrzymywali ścisłego szyku. Rutyna, pomyślałem, rozprzężenie dyscypliny 
rzadko   spotykane   w   osławionych   oddziałach   bezpieczeństwa   marynarki. 
Kontrolerzy najwyraźniej byli zmęczeni i chcieli jak najszybciej wykonać 
niewdzięczny obowiązek. 
 - Tobius Maxilla ? – warknął dowódca grupy. Jego głos był zniekształcony 
przez filtr hełmu i niewielki wzmacniacz.
 - Ja jestem Maxilla – oświadczył kapitan Essene robiąc krok do przodu.
  -   Zostałeś   poinformowany   o   obowiązku   poddania   się   kontroli.   Proszę 
udostępnić listę pasażerów i manifesty towarowe. Oczekuję pełnej współ-
pracy.
      Maxilla machnął ręką i jeden z serwitorów podszedł bliżej podając do-
wódcy kontrolerów elektroniczny notes ze stosownymi informacjami.
     Wojskowy nawet nie raczył zerknąć na ekran urządzenia.
  - Czy przed rozpoczęciem kontroli  chcesz dobrowolnie zgłosić fakt nie-
dopełnienia jakiegoś przepisu importowego ? Taki gest dobrej woli może 
wpłynąć na poziom urzędowych restrykcji w przypadku wykrycia kontra-
bandy.
     Przysłuchiwałem się w milczeniu tej rozmowie. W pomieszczeniu znaj-
dowało się dwunastu żołnierzy. Jakoś nie potrafiłem uwierzyć, że naprawdę 
zamierzali   tak   mizernymi   siłami   przeszukać   statek   rozmiarów  Essene

aaaaaa

      Gdzie mieli serwitorów, moduły skanujące, łamacze zamków, zestawy 
uniwersalnych kluczy, detektory ciepła ?
         Nie byli w stanie określić mojego statusu ze względu na anonimowy 
strój, ale dlaczego zignorowali stojącego w służbowym  mundurze oficera 
Arbites ?
     Mój mikrokomunikator był włączony. Nic nie powiedziałem, ale dyskret-
nie   nacisnąłem   trzy   razy   przycisk   nadawania.   Betancore   znał   doskonale 
niewerbalną część Glossii.
  - Wciąż nie przedstawiłeś swej tożsamości – powiedziałem do dowódcy 
grupy kontrolnej.
     Wojskowy spojrzał w moim kierunku. Ujrzałem odbicie własnej twarzy 
na gładkiej przyłbicy jego hełmu.
 - Słucham ?
 - Nie przedstawiłeś swej tożsamości i nie pokazałeś nakazu inspekcji. Taki 
jest wymóg procedury kontrolnej.
  - Jesteśmy oddziałem bezpieczeństwa... – odparł gniewnym tonem robiąc 
krok w moją stronę.
 - Możesz być kimkolwiek – przerwałem mu wyjmując inkwizytorską rozetę 
 - Jestem Gregor Eisenhorn, imperialny inkwizytor. Dopełnimy wszystkich 
procedur tej kontroli albo nie przeprowadzimy jej wcale.
 - Ty jesteś Eisenhorn ? – zapytał.
         Żadnego zaskoczenia w głosie, żadnego zdziwienia. W moim umyśle 
zapłonęła jaskrawa lampka alarmowa.
     Nie zdążyłem krzyknąć. Lufy broni kontrolerów poderwały się w górę.

21

background image

Rozdział VIII

Tuzin morderców.

Prokurator.

Kupcy zbożowi z Hesperusa.

         Maxilla krzyknął zdumiony. Sekundę później dowódca kontrolerów i 
dwaj stojący po jego bokach żołnierze pociągnęli za spusty.
      Automatyczne karabinki używane przez oddziały służb bezpieczeństwa 
zaprojektowano z myślą o walce na pokładach kosmicznych statków oraz w 
środowisku o zerowej grawitacji. Posiadały znikomy odrzut, a ich pociski 
osiągały niewielką prędkość wylotową gwarantującą pozostawienie kadłuba 
okrętu w nienaruszonym stanie w przypadku bezpośredniego trafienia.
     Wciąż jednak były w stanie przestrzelić na wylot ludzkie ciało.
     Rzuciłem się w bok, kiedy pierwsze pociski uderzyły śpiewnie w ścianę 
gdzieś po lewej krzesząc rykoszetem iskry. W ułamku sekundy pomieszcze-
nie ogarnął istny chaos. Strzelali już wszyscy żołnierze oddziału bezpieczeń-
stwa, niektórzy krótkimi seriami. W rozświetlanym błyskami płomieni wy-
lotowych korytarzu unosił się ostry zapach kordytu. 
     Jeden z serwitorów Maxilli został pozbawiony głowy, a następnie wręcz 
rozerwany na drobne kawałki. Drugi próbował zasłonić kapitana, ale kule 
podziurawiły   jego   tors   i   uszkodziły   sekcję   gąsienicową   stanowiącą   jego 
środek transportu.
     Dwa pociski otarły się o mnie rozrywając ubranie, ale zdołałem dosko-
czyć do drzwi za mymi plecami. Wyszarpnąłem z kabury pistolet.
     Fischig trzymał w wyciągniętych do przodu rękach swój pistolet, strzela-
jąc cofał się w moim kierunku. Zdołał powalić kilkoma kulami jednego z 
zabójców, ale zaraz potem został trafiony w brzuch. Impet wystrzelonych z 
bliska pocisków uniósł go w powietrze i cisnął w kąt korytarza. Oficer upadł 
na podłogę i znieruchomiał.
     Maxilla z wściekłym rykiem poderwał w górę upierścienioną dłoń. Stru-
mień   oślepiającego   światła   wystrzelił   z   noszonego   na   środkowym   palcu 
sygnetu i znajdujący się najbliżej kapitana żołnierz dosłownie eksplodował, 
a jego klatka piersiowa zmieniła się w osmaloną ruinę. Gdy dymiący ludzki 
wrak runął na podłogę,  stojący za nim towarzysz  przeciągnął po Maxilli 
długą serią. Wielokrotnie trafiony kulami kapitan wpadł przez roztrzaskane 
szklane drzwi do małego magazynku po prawej stronie korytarza.
     Mordercy zwrócili się w moim kierunku. Pociągnąłem za spust i pocisk 
przedziurawił  przyłbicę hełmu najbliższego z nich. Martwy zamachowiec 
upadł na twarz.
         Mały automatyczny pistolet, zaprojektowany z myślą o łatwym jego 
ukryciu, miał w magazynku zaledwie cztery pociski, dochodził do tego za-
pasowy magazynek schowany w kieszeni mojej kurtki. Zostało siedem kul, 
a morderców było dziewięciu.
      Na szczęście pistolet miał odpowiedni kaliber, by do zabicia człowieka 
wystarczył   jeden   pocisk.   Tkwiące   w   magazynku   naboje   miały   rozmiary 
mojego palca. Broń huknęła ponownie i kolejny żołnierz przewrócił się na 
podłogę bryzgając krwią.
     Uciekałem w głąb następnej sekcji korytarza, trzymając się blisko ściany. 
Pomieszczenie było szerokie, oświetlały je jedynie rzędy małych lamp na 
środkach ścian. Tłoczący się przy drzwiach komory żołnierze puścili za mną 
kilka pojedynczych strzałów. Odpowiedziałem kulą, ale chybiłem. Dłuższa 
seria trafiła w skrzynkę rozdzielczą obok mojej głowy, kąpiąc urządzenie w 
deszczu wyładowań elektrycznych. Część lamp przygasła. Ukryłem się w 
cieniu i poczułem, że plecami napieram na jakiś rygiel.
     Odwróciłem się, otworzyłem właz i wskoczyłem do środka ścigany gra-
dem pocisków kontrolerów.
     Po drugiej stronie włazu znajdował się niewielki tunel inspekcyjny pro-
wadzący do maszynerii odpowiedzialnej za poprawne funkcjonowanie ko-
mory  ciśnieniowej. Podłogę  stanowiły  perforowane  płyty,  a blisko  siebie 
położone ściany wręcz uginały się od ogromu okablowania. Na końcu tune-
lu dostrzegłem metalową drabinkę, wiodącą w dół pod podłogę lub w górę, 
do paneli sterujących pracą dekompresorów. 
      Nie miałem czasu na wspinaczkę. Pierwszy żołnierz już przepychał się 
przez właz próbując jednocześnie wycelować we mnie karabin. Strzeliłem 
poprzez korytarzyk przebijając kulą jego napierśnik, po czym skoczyłem w 
dół drabinki.
     Wylądowałem pięć metrów niżej na małej czworokątnej platformie. Na 
dole było ciemno, paliło się tylko kilka czerwonych lamp pomocniczych. 
Pamiętałem, że hełmy żołnierzy mają opcję elektronicznego wzmocnienia 
obrazu.
     Wślizgnąłem się pomiędzy tłoki i przekładnie sterujące jednym z burto-
wych   zaczepów   dokujących,   zgięty   wpół   i   skurczony.   Z   wywietrzników 
buchały kłęby pary, na posadzce czerniały plamy tłustego oleju skapującego 

z wielkich łańcuchów napędowych. Powietrzem wstrząsał regularny łomot 
pracujących nieprzerwanie ciężkich kompresorów i regulatorów tlenu.
     Skryłem się w jednym z zakamarków. Na kolbie pistoletu płonęły czer-
wienią cztery malutkie ikonki. Wyrzuciłem pusty magazynek i włożyłem do 
broni nowy. Ikony zmieniły swój kolor na zielony.
      Od strony drabinki dobiegł jakiś hałas. Dwa ciemne kształty schodziły 
nią w dół zasłaniając sączące się z góry światło.
     Ich hełmy miały też wbudowane skanery termiczne – pojąłem to w chwi-
li, gdy zabójcy dotarli na platformę i zaczęli z miejsca strzelać w kierunku 
mojej   kryjówki.   Schowałem   się   za   opasłym   dźwigarem,   ale   jedna   z   kul 
ześlizgnęła się po mokrym od oleju metalu i trafiła mnie powierzchownie w 
ramię, dostatecznie mocno, bym się przewrócił. Uderzyłem twarzą w meta-
lową siatkę pokrywającą dno pomieszczenia, a impet tego zderzenia rozer-
wał nie zagojoną jeszcze ranę na policzku. 
         Więcej pocisków zaświstało mi nad głową. Jakiś rykoszet wbił się w 
podeszwę mojego buta, inny trafił mnie w rękę odrzucając ją w bok, prosto 
na metalową ścianę.
         Impet tego uderzenia wytrącił mi z dłoni pistolet. Broń odbiła się ze 
szczękiem od podłogi i wylądowała poza moim zasięgiem. Cztery zielone 
ikony sygnalizujące pełny magazynek jarzyły się kusząco w półmroku.
     Na dole było teraz przynajmniej trzech napastników, przeciskających się 
wąskim   przejściem   między   maszynerią,   strzelających   krótkimi   seriami   w 
moją   stronę.   Wgramoliłem   się   na   czworakach   za   masywny   serwomotor 
obsługujący   jeden   z   zewnętrznych   manipulatorów   dokujących.   Wszędzie 
wokół kule żołnierzy krzesały z metalicznym jękiem snopy iskier.
     Pomyślałem o wykorzystaniu mocy, ale w obecnym położeniu nie mog-
łem sobie pozwolić na żadne bardziej zaawansowane sztuczki mentalne.
         Za wielkim serwomotorem znalazłem osłonę pod równie masywnymi 
amortyzatorami   mającymi   za   zadanie   złagodzić   impet   uderzenia   kadłuba 
innego   statku   podczas   procedury  cumowania   do   śluzy.   Zielona   poświata 
otaczała mały panel kontrolny widniejący między amortyzatorami. Urządze-
nie obudowane było plastikową pokrywą przypominającą publiczne panele 
informacyjne. Dokładniejszy rzut okiem powiedział mi, że mam przed sobą 
terminal testujący i resetujący status wysięgników dokujących. Nacisnąłem 
na próbę kilka przycisków, ale na ekranie urządzenia zapalił się tylko komu-
nikat Terminal zablokowany. Automatyczne bezpieczniki odcięły dostęp do 
urządzenia ze względu na obecność po drugiej stronie kadłuba promu mary-
narki, przycumowanego do prawoburtowej śluzy.
     Usłyszałem za plecami głośne szuranie. Pierwszy żołnierz przeciskał się 
już wzdłuż serwomotoru próbując dotrzeć do stanowiących moją kryjówkę 
amortyzatorów. 
     Wyjąłem z kieszonki inkwizytorską rozetę. Była to nie tylko moja odzna-
ka służbowa, ale i praktyczne narzędzie. Naciśnięciem kciuka wysunąłem z 
niej miniaturowy łamacz kodów i wsunąłem jego czubek do czytnika kart 
panelu. Ekran zgasł. Rozeta miała poziom autoryzacji magenta. Modliłem 
się w myślach, by Maxilla nie wprowadził na całym statku prywatnych ko-
dów dostępu.
     Ekran rozbłysnął ponownie. Wstukałem na klawiaturze polecenie zrese-
towania parametrów cumowniczych.
  - Procedura resetu w trybie aktywnym – na ekraniku zapłonęła zielonymi 
literkami odpowiedź. Uderzyłem palcem wskazującym w ostatni klawisz.
          Pośród   przeraźliwego   huku   i  zgrzytu   metalu   mechanizmy   dokujące 
zaczęły powracać na swoje miejsca. Zadudniły amortyzatory. Gdzieś w gó-
rze buchnęła z sykiem para. Usłyszałem dźwięk alarmowych klaksonów.
      Najbliższy żołnierz zdążył tylko wrzasnąć agonalnie, gdy ważący dzie-
sięć ton serwomechanizm przycisnął go do ściany i zmiażdżył od pasa w 
dół. Gdzieś z oddali, od strony śluzy, dobiegła mnie seria stłumionych wy-
buchów i zgrzyt dartego metalu. Ledwie je słyszałem ponad rykiem pracują-
cej maszynerii.
      Kiedy syk i pisk serwomotorów ucichł, a kłęby pary się rozwiały, wy-
pełzłem ze swojej kryjówki pod amortyzatorami. Cała struktura pomieszcze-
nia   uległa   zmianie   po   przemieszczeniu   urządzeń   dokujących   na   pozycje 
wyjściowe. Dwaj żołnierze służb bezpieczeństwa zginęli zmiażdżeni cięża-
rem   wysięgników,   trzeciego   żywcem   ugotował   strumień   niewiarygodnie 
rozgrzanej pary tryskającej ze ściennego wywietrznika.
      Podniosłem leżący na posadzce karabinek zamachowca i pobiegłem w 
kierunku drabinki.

*  *  *  *  *

         Zgodnie z moimi obliczeniami brakowało jeszcze czterech żołnierzy. 
Przebiegłem przez tunel inspekcyjny i dotarłem z powrotem do korytarza 
prowadzącego   do   komory   ciśnieniowej.   Na   ścianach   paliły   się   światła 
ostrzegawcze, słyszałem też cichy dźwięk syren alarmowych. Jakaś postać 
wyrosła w półmroku opodal mnie. Odwróciłem się w jej kierunku. Betan-
core. Pilot zdawał się patrzeć przeze mnie, w podniesionej ręce trzymał je-

den

22

background image

den ze swoich eleganckich igłowych pistoletów. Pociągnął za spust.
      Smukły pocisk przeciął powietrze tuż obok mojego echa. Żołnierz od-
działów bezpieczeństwa marynarki zatoczył się chwiejnie wypadając z kry-
jówki na końcu korytarza. Pistolet Midasa syknął ponownie. Pod rannym 
mordercą ugięły się nogi, runął z łoskotem na posadzkę.
 - Ruszyłem natychmiast po otrzymaniu rozkazu – oświadczył Betancore.
 - Ilu zdjąłeś ?
 - Razem z tym czterech.
 - Więc to chyba wszyscy, ale nie trać czujności – uśmiechnąłem się do się-
bie samego. Zwracać Midasowi uwagę na zachowanie czujności...
 - Wyglądasz okropnie – odparł – Co się tu do cholery stało ?
     Krew ściekała mi po policzku płynąc swobodnie z rozdartej rany, poru-
szałem się chwiejnie z powodu bólu wywołanego rykoszetami, a moje ubra-
nie było wręcz przesiąknięte olejem i smarem. 
 - To nie była inspekcja. Szukali mnie.
 - Służby bezpieczeństwa marynarki ?
 - Wątpię. Tym ludziom wyraźnie brakowało odpowiedniej dyscypliny, nie 
znali też procedur kontrolnych.
 - Ale mieli odznaki, broń... prom marynarki, na Imperatora !
 - To właśnie najbardziej mnie martwi.

*  *  *  *  *

          Wróciliśmy   z   powrotem   do   pokoju   przylegającego   do   komory 
ciśnieniowej. Rezerwowy właz zabezpieczył uszkodzenia kadłuba w miejs-
cu,   gdzie   odczepiona   dzięki   ręcznemu   zwolnieniu   zaczepów   jednostka 
marynarki   zderzyła   się   z  Essene.   Wyglądając   przez   jeden   z   bulajów 
dostrzegłem   szary   kadłub   promu   unoszący   się   tuż   przy   frachtowcu.   Z 
Essene  łączył   go   wciąż   jakiś   ocalały   pogięty   manipulator,   ale   kadłub 
stateczku był wyraźnie zgruchotany. Pokładowa komora ciśnieniowa promu 
została  wyrwana   podczas  procedury  rozdzielenia   statków   i   miałem   moż-
liwość spojrzenia przez wielką wyrwę do środka ładowni pasażerskiej stat-
ku. Jeśli załoga zdołała przeżyć wypadek, mogła się schronić jedynie w sto-
sunkowo   nienaruszonym   kokpicie,   a   tam   nie   stanowiła   dla   nas   żadnego 
zagrożenia. Błyszczące metalicznie szczątki, kawałki zaczepów dokujących 
i strzępy kabli unosiły się w próżni opodal bulaju.
         Przyklęknąłem obok Fischiga. Wciąż żył. Służbowy uniform Arbites 
pokryty   był   warstwą   wzmocnionego   ceramitu,   ale   wystrzelone   z   bliska 
pociski miały dostatecznie wysoką prędkość wylotową, by impetem trafie-
nia spowodować obrażenia wewnętrzne ofiary. Fischig był nieprzytomny, z 
kącika jego ust ciekła strużka krwi.
     Betancore znalazł Maxillę w magazynku przeznaczonym do składowania 
skafandrów próżniowych.  Kapitan doczołgał  się po podłodze do jednej z 
szafek, oparł się o nią plecami. Od klatki piersiowej w dół jego drogie ubra-
nie było rozdarte na strzępy. Nie miał nóg.
     Ale od klatki piersiowej w dół kapitan nie był człowiekiem.
 - Tak więc... poznałeś w końcu nagie fakty, inkwizytorze... – spróbował się 
uśmiechnąć. Pojąłem, że ogromnie cierpi albo znajduje się w stanie cięż-
kiego szoku. W celu pełnej kontroli nad mechaniczną połową swego ciała 
musiał bez wątpienia korzystać z podłączonych do mózgu neuralnych prze-
kaźników.
 - Jak mogę ci pomóc, Tobiusie ?
     Pokręcił przecząco głową.
 - Wezwałem już serwitorów. Szybko postawią mnie na nogi.
      W głowie kłębiły mi się dziesiątki pytań. Czy ta cybernetyczna rekon-
strukcja dolnej części ciała była rezultatem obrażeń, choroby,  podeszłego 
wieku ? A może, jak podejrzewałem, poddał się jej dobrowolnie i na własne 
życzenie  ? Zatrzymałem   te  pytania   dla  siebie.  To była   prywatna  sprawa 
kapitana i nie miała ona nic wspólnego z moim dochodzeniem.
  -   Potrzebuję   dostępu   do   twojego   komunikatora   astropatycznego.   Muszę 
skontaktować się z Dowództwem Floty i zamknąć tę sprawę. Napadli nas lu-
dzie nie mający nic wspólnego z oddziałami bezpieczeństwa marynarki.
-   Przekazałem   na   mostek   instrukcje   nakazujące   udostępnić   ci   wszystko, 
czego   zażądasz.   Dobrze   byłoby   wyciągnąć   zapis   transmisji   nakazującej 
poddanie się inspekcji, jest zapisana w pamięci pokładowego dziennika lotu.
         To powinno pomóc. Nie sądziłem, by dowódcy Zgrupowania Scarus 
próbowali kwestionować jakiekolwiek moje działania.

*  *  *  *  *

      W ciągu pół godziny znalazłem się na mostku  Essene i dzięki pomocy 
serwitorów astropatycznych zgłosiłem incydent oficerom dyżurnym mary-
narki. Chwilę później rozmawiałem już drogą radiową z asystentami admi-
rała Lorpala Spatiana, którzy nakazali  Essene  pozostać na zajmowanej po-
zycji i oczekiwać przybycia oddziału bezpieczeństwa pod komendą przed-
stawiciela wojskowej prokuratury.

         Pomysł  biernego oczekiwania  na następny wyładowany  żołnierzami 
prom niespecjalnie przypadł mi do gustu.

*  *  *  *  *

     - Dezerterzy, sir – oświadczył dwie godziny później prokurator Olm Ma-
dorthene. Był to wysoki mężczyzna o poznaczonych siwizną włosach i sta-
rym cybernetycznym wszczepie poniżej lewego ucha. Miał na sobie śnież-
nobiałą kurtkę z wysokim kołnierzem, czarne spodnie, czarne skórzane buty 
oficerskie oraz ciemnoczerwone rękawiczki. Na uniformie dostrzegłem in-
sygnia Wydziału Dyscyplinarnego Floty.
     Madorthene był dla mnie niezwykle uprzejmy od chwili wejścia na po-
kład frachtowca, salutując z respektem na powitanie i trzymając pod pachą 
swą   obramowaną   złotem   białą   czapkę.   Towarzyszący   mu   żołnierze   byli 
ubrani i wyekwipowani identycznie jak moi niedoszli zabójcy, ale od razu 
dostrzegłem ich zdyscyplinowanie i chłodny profesjonalizm.
 - Dezerterzy ?
     Madorthene miał niewyraźną minę. Najwidoczniej świadomość konwer-
sacji z inkwizytorem nie sprawiała mu przyjemności.
  - Z gwardyjskiego zaciągu. Jak pan zapewne wie, na Gudrun trwa mobi-
lizacja nowego regimentu. Na rozkaz naszego Lorda Militanta do służby po-
wołano siedemset pięćdziesiąt tysięcy mężczyzn. Pięćdziesiąty regiment IG 
Gudrun. Zważywszy na rozmiary pobory oraz fakt, iż jest to jubileuszowy 
zaciąg,   władze   ogłosiły   globalny   festiwal   połączony   z   ceremonialnymi 
uroczystościami wojskowymi.
 - Ci ludzie zdezerterowali z Gwardii ?
      Madorthene odciągnął mnie delikatnie na bok robiąc przejście dla żoł-
nierzy służb bezpieczeństwa wynoszących z korytarzy ciała zabitych zama-
chowców.   Pod   nadzorem   Betancore   zwłoki   morderców   składane   były   w 
pomieszczeniu przylegającym do komory ciśnieniowej.
  - Mieliśmy pewne kłopoty – oświadczył ściszonym głosem prokurator – 
Zaciąg miał pierwotnie objąć pół miliona rekrutów, ale Lord Militant pod-
wyższył  tę liczbę tydzień przed rozpoczęciem poboru w związku z przy-
gotowaniami   do krucjaty  w  podsektorze  Ophidian. Nie spotkało   się to  z 
aprobatą miejscowych. Mówiąc między nami, wszystkie te festiwale zorga-
nizowano raczej po to, by odwrócić uwagę lokalnej społeczności od całej 
sprawy.  Odnotowaliśmy   zamieszki  w  koszarach  i  przypadki  dezercji.  Na 
dole wciąż jest sporo roboty.
  - Potrafię to sobie wyobrazić. Więc jesteś pewien, że ci ludzi byli dezer-
terami z Gwardii ?
     Skinął głową i podał mi elektroniczny notes. Na wyświetlaczu urządzenia 
widniała lista dwunastu nazwisk wraz z odnośnikami do plików zawierają-
cych życiorysy i zdjęcia. 
  - Zbiegli z koszar 74 na zewnątrz murów miejskich Dorsay, skradli mun-
dury i sprzęt w arsenale kosmoportu, po czym weszli na pokład promu orbi-
talnego. Nikt nie próbował zatrzymać oddziału służb bezpieczeństwa mary-
narki.
 - Nikogo nie zdziwił ich brak znajomości procedur i kodów startowych ?
 - Urządzenia pokładowe promu zostały wcześniej zaprogramowane w celu 
wyprowadzenia jednostki  na wysoką  orbitę, w strefę stacjonowania floty. 
Dezerterzy musieli to odkryć po uprowadzeniu promu. Nieszczęśliwy zbieg 
okoliczności. Bez wątpienia szukali cywilnego statku, takiego jak ten.
 - Regularni rekruci ? Żołnierze piechoty ?
 - Tak.
 - Kto pilotował prom ?
 - Przywódca grupy – prokurator zajrzał do notesu – Niejaki Jonno Lingaart, 
wykwalifikowany pilot orbitalny. Latał wcześniej na holownikach. Jak już 
wspomniałem,  cała ta sprawa to wyjątkowo  nieszczęśliwy  zbieg okolicz-
ności.
     Nie zamierzałem tak łatwo odpuścić. Madorthene nie kłamał, tego byłem 
pewien,  jednakże  przedstawione  przez  niego  informacje pełne  były   luk i 
nieścisłości.
 - Co z żądaniem poddania się inspekcji ?
 - Wysłano je z pokładu promu. Absolutnie nieautoryzowany rozkaz. Zamie-
rzali wejść na wasz pokład i przejąć statek. Przypuszczamy, że rozkaz nada-
no poprzez radiokomunikator promu.
 - Nie – zaprzeczyłem. Oficer cofnął się o krok słysząc narastający w mym 
głosie gniew.
 - Sir ?
- Sprawdziłem zapisy w komputerze komunikacyjnym Essene. Nic nie mó-
wiły o źródle nadania żądania, ale ujawniły fakt, że nadesłano je astropa-
tycznie, nie drogą radiową. Na pokładzie promu nie było astropaty.
 - To...
  - Posłużono się tym samym przekaźnikiem astropatycznym, który wyzna-
czył Essene pozycję na wysokiej orbicie. Zapisy sprawiają wrażenie auten-
tycznych. Poza tym ci ludzie mnie szukali. Mnie, prokuratorze. Chcieli mnie 

zabić. Znali moje nazwisko.

23

background image

zabić. Znali moje nazwisko.
      Madorthene pobladł zauważalnie. Najwyraźniej nie wiedział, co odpo-
wiedzieć.
     Oderwałem od niego spojrzenie, zacząłem lustrować wzrokiem korytarz.
 - Nie wiem, kim byli ci ludzie, być może rzeczywiście to wojskowi dezer-
terzy. Ktoś jednak tak nimi pokierował, by dotarli do mnie, ktoś ubezpieczał 
ich, zapewnił ekwipunek i środek transportu oraz autoryzował misję promu. 
Ktoś służący w marynarce lub mający dostęp do jej mechanizmów kontroli. 
Inne wytłumaczenie nie istnieje.
 - Pan mówi... o konspiracji.
 - Takie pojęcie nie jest mi obce, Madorthene. Nie są mi również obce za-
machy na moje życie. Posiadam wrogów i oczekuję takich działań z ich 
strony. Ten incydent udowodnił mi, że moi wrogowie posiadają znacznie 
większe wpływy, niż myślałem.
 - Sir, ja...
 - Jaki jest twój status służbowy, prokuratorze ?
  -   Poziom   pierwszy,   stopień   autoryzacji   magenta.   Ekwiwalent   dowódcy 
eskadry marynarki. Odpowiadam bezpośrednio przed Lordem Prokuratorem 
Humboltem – wiedziałem o tym wcześniej, bo przyjrzałem się naszywkom 
na uniformie oficera, chciałem jednak usłyszeć to z jego ust.
 - Oczywiście. Twój przełożony nie powierzyłby tak delikatnej misji młod-
szemu rangą oficerowi. Nie chciałby też okazać mi braku szacunku. Sądzę, 
że ta sprawa nadal okryta jest najgłębszą tajemnicą ?
 - Tak, sir ! Lord Prokurator docenił jej... delikatność. Poza tym obowiązuje 
obecnie  rozporządzenie  Lorda  Militanta   nakładające  cenzurę  na  wszelkie 
tego rodzaju informacje w celu uniknięcia pogłębiania niepokojów społecz-
nych na Gudrun. Szczegóły zamachu znam tylko ja i mój oddział oraz Lord 
Prokurator i jego doradcy.
 - Niech tak zatem pozostanie. Chcę, by moi wrogowie tak długo jak to tylko 
możliwe uważali, iż zamach zakończył się ich sukcesem. Czy mogę liczyć 
na pańską kooperację, prokuratorze ?
 - Oczywiście, inkwizytorze.
 - Zabierze pan zaszyfrowaną wiadomość dla swojego przełożonego. Będzie 
ona   zawierać   informacje   o   podłożu   całej   sprawy   oraz   moje   żądania   i 
sugestie. Podam panu również utajniony kanał radiowy, za pomocą którego 
będzie   pan   przekazywał   mi   wszelkie   nowe   wiadomości   w   tej   sprawie. 
Wszystkie   wiadomości,   Madorthene,   również   te,   które   pan   uzna   za   bez-
wartościowe.
     Skinął gorliwie głową. Nie musiałem już dodawać, że w przypadku zła-
mania tajemnicy spadnę na kark jemu, Lordowi Prokuratorowi i wszystkim 
jego doradcom niczym upiór Rogala Dorna. Madorthene miał dość oleju w 
głowie, by samemu się tego domyślić.

*  *  *  *  *

     Kiedy prokurator i jego oddział bezpieczeństwa odlecieli z Essene, pod-
szedłem do czekającego w milczeniu Betancore.
 - Co teraz zrobimy ? – zapytał.
 - Jakie to uczucie być martwym, Midasie ? – odparłem.

*  *  *  *  *

      Opuściliśmy Essene o północy, na pokładzie mojego wahadłowca. Fis-
chig, wyrwany w końcu ze śpiączki, pozostał na statku Maxilli, w doskonale 
wyposażonym   laboratorium   medycznym,   wciąż   dochodząc   do   siebie   po 
bolesnej konfrontacji z mordercami.
         Maxilla zgodził się pozostać na orbicie Gudrun do odwołania. Poczy-
niłem już starania, by zrefundowano mu wszystkie straty poniesione z tytułu 
tego przestoju. Podejrzewałem,  że mogę  znaleźć się niedługo w sytuacji, 
gdy niezbędny będzie mi  szybki  kosmiczny statek, poza tym  nagły odlot 
Essene podważyłby wiarygodność naszej śmierci z rąk dezerterów.
     Rozmawiałem z Maxillą na mostku klipra. Siedział na swym wielkim fo-
telu popijając amasec, podczas gdy serwitorzy rekonstruowali pieczołowi-
cie jego cybernetyczne ciało. 
 - Przykro mi, że zostałeś w tę sprawę tak mocno wplątany, Tobiusie.
 - A mnie nie – odparł – To najbardziej emocjonująca przygoda od wielu lat.
 - Pozostaniesz tutaj do czasu, kiedy się ponownie skontaktujemy ?
  -   Doskonale   płacisz,   inkwizytorze   –   roześmiał   się   –   Mówiąc   szczerze, 
cieszę się, że mogę ci pomóc. Poza tym Fischig potrzebuje lepszej pomocy 
medycznej niż ta, którą może zapewnić ta twoja izolatka na wahadłowcu, a 
możesz być pewny, ze nie odlecę, dopóki nie zabierzesz go z mojego pok-
ładu.

*  *  *  *  *

     Opuszczałem mostek głęboko poruszony zachowaniem kapitana. Mogło 
istnieć wiele motywów tłumaczących jego gorliwą pomoc – strach przed 
Inkwizycją mógł być bez wątpienia jednym z nich – niemniej jednak podej-
rzewałem,   iż   głównym   czynnikiem   takiego   postępowania   było   powtórne 
odkrycie  przez Maxillę przyjemności  czerpanej  z kontaktów  międzyludz-
kich. Wyczuwałem to w jego chęci do rozmów, chwalenia się muzealnymi 
zbiorami, w skorej pomocy, w sympatii...
     Zbyt długo przebywał w towarzystwie samych maszyn.

*  *  *  *  *

     Przed opuszczeniem ładowni Essene Betancore przeprogramował sygna-
lizatory   identyfikacyjne   wahadłowca.   W   pamięci   urządzeń   przechowy-
waliśmy  kilka  odmiennych  tożsamości  jednostki.  W ciągu ostatnich  mie-
sięcy i podczas akcji na Hubrisie używałem oficjalnego identyfikatora Ink-
wizycji, ponieważ nie istniała żadna potrzeba utajnienia prawdziwej natury 
statku.
          Teraz   staliśmy   się   delegacją   kupiecką   z   Sameteru,   zajmującą   się 
genetycznie   modyfikowanymi   nasionami   roślin   uprawnych.   Mieliśmy 
nadzieję zainteresować możnowładców Gudrun sprzedażą nowego rodzaju 
ziaren,   pozbawionych   skaz   genetycznych   i   nie   posiadających   wysokich 
wymagań w pielęgnacji – co było szczególnie istotne w sytuacji, gdy pobór 
do Gwardii znacząco uszczuplił siłę roboczą tego świata.
          Betancore   połączył   się   z   kontrolą   lotu   Gudrun,   przedstawił   naszą 
fałszywą   tożsamość   i   poprosił   o   pozwolenie   na   lądowanie   w   północnej 
stolicy planety, Dorsay. Otrzymaliśmy natychmiast dostęp do stosownego 
korytarza   powietrznego.   Kolejny   żądny   zysków   kupiec   w   ogarniętej 
karnawałowym nastrojem metropolii.

*  *  *  *  *

         Wahadłowiec przeleciał obok tkwiących na wysokiej orbicie okrętów 
Zgrupowania   Floty   Scarus:   rzędów   opasłych   statków   transportowych; 
masywnych   niszczycieli   o   podłużnych   taranach   na   dziobach   i   wielkich 
emblematach   Imperialnego   Orła   na   burtach;   ogromnych   pancerników   o 
najeżonych  bateriami  artyleryjskimi  kadłubach;  smukłych  szybkich  fregat 
przywodzących na myśl osy; eskadr patrolujących system myśliwców.
      Obszar niskiej orbity był wręcz zapchany latającymi tam i z powrotem 
wahadłowcami   pasażerskimi,   promami   zaopatrzeniowymi,   holownikami, 
małymi   statkami   handlowymi   i   platformami   naprawczymi.   Po   prawej 
stronie dostrzegłem gromadę kupieckich frachtowców, statków kurierskich i 
gigantycznych jednostek Gildii. Tam właśnie miała pierwotnie zająć pozycję 
Essene.
         Liczne boje świetlne sygnalizujące wolne i zajęte miejsca na orbicie 
tworzyły istną barwną konstelację zakrywającą mieszkańcom Gudrun blask 
prawdziwych gwiazd.
          Betancore   przemknął   poprzez   ten   kosmiczny   tłok,   wprowadził 
wahadłowiec w oślepiająco jasną jonosferę planety i zanurzył  się pośród 
opalizujących   chmur.   Dostrzegłem   wysuwające   się   zza   krawędzi   globu 
słońce, wieszczące stolicy nadejście nowego świtu. Lecieliśmy w kierunku 
Dorsay, gdzie rozpoczynał się właśnie kolejny dzień planetarnego święta.

24

background image

Rozdział IX

Dorsay.

Kupieckie rozgrywki.

Pościg za Tanokbrey.

          Dorsay bynajmniej nie budziło się ze snu. Metropolia ostatnimi czasy 
wcale nie spała. Wielkie głośniki radiowe na starych ulicach, alejkach i nad 
kanałami rzecznymi wylewały z siebie niekończący się strumień pochwal-
nych hymnów, a bogato zdobione sztandary i wstęgi łopotały na każdym 
skrawku stołecznych budowli.
         Przeczytałem skrócony raport Aemosa na temat tej planety. Gudrun, 
stolica podsektora Helican w sektorze Scarus, Segmentum Obscurus. Ludz-
ka społeczność istniała tu od trzech i pół tysiąca lat pod feudalnymi rządami 
arystokratycznej  kasty możnych  Domów obejmujących  swymi  wpływami 
trzy tuziny innych imperialnych światów w podsektorze Helican. Thracian 
Primaris,   ten   skażony   przemysłowo   moloch,   mógł   być   uważany   za   naj-
gęściej   zaludniony  i   posiadający największy  potencjał   produkcyjny   świat 
regionu, ale to Gudrun było sercem administracyjnym i kulturalnym pod-
sektora. Bogactwo lokalnych możnowładców przyćmiewało nawet wpływy 
komercyjnych magnatów Thracian Primaris.
     Widziana z pokładu wahadłowca, stolica lśniła bielą. Dorsay wzniesiono 
na   morskim   wybrzeżu,   w   pełnej   wysp   delcie   wielkiej   rzeki   Drunner.   Z 
okienek statku widzieliśmy mrowie żagli łopoczących w pobliskiej lagunie. 
Poza granicami  śnieżnobiałych budowli  metropolii  wznosiły się na zielo-
nych   wzgórzach  niedawno  zbudowane  tymczasowe   koszary dla rekrutów 
gwardyjskiego zaciągu.
     Betancore wylądował na Polach Giova, głównym porcie Dorsay. Lądo-
wisko  zbudowano  na  wielkiej   wyspie  leżącej   pośrodku   laguny.  Mniejsze 
jednostki   takie   jak   mój   wahadłowiec   były   po   lądowaniu   opuszczane   na 
wielkich   platformach   w   głąb   hangarów   wykutych   w   trzewiach   skalistej 
wyspy.
         Lowink pozostał na pokładzie statku. Midas, Bequin, Aemos i ja sam 
szybko   poczyniliśmy   przygotowania   do   wizyty   w   mieście.   Założyliśmy 
wszyscy proste, gwarantujące anonimowość stroje: ciemnoniebieskie szaty 
dla Aemosa, czarne kombinezony oraz czarne płaszcze dla mnie i Midasa, 
długą błękitną suknię z krepy dla Alizebeth Bequin. Betancore z pewnymi 
oporami otworzył szafki Vibben, by Bequin wybrała sobie coś z ubrań na-
szej towarzyszki.
      Nie sprawiała wrażenia specjalnie przejętej faktem, iż wkłada na siebie 
rzeczy martwej kobiety.
      Przystrojona łopoczącymi na porannym wietrzyku czerwonymi propor-
cami przystań pełna była tłoczących się w oczekiwaniu na taksówkę pasa-
żerów. Wmieszaliśmy się w tłum kupców, dygnitarzy wszelkiej maści i ma-
rynarzy korzystających z przepustek. Uliczni grajkowie i kuglarze zabawiali 
zgromadzonych na brzegu laguny turystów.
         Po dłuższej chwili wynajęliśmy jedną z antygrawitacyjnych taksówek 
kursujących między lądowiskiem i miastem. Była to podłużna jednostka w 
kształcie grotu, o barwie wściekłego fioletu. Pozbawiona zamkniętej kabiny, 
zapewniała wygodne fotele dla sześciu pasażerów. Sternik siedział wysoko 
w tyle, nad bulwiastą obudową antygrawitacyjnego generatora. Taksówka 
ruszyła poprzez lagunę, unosząc się w powietrzu jakieś dwa metry ponad 
migotliwą taflą wody.
     Dorsay rosło przed naszymi oczami. Dopiero z poziomu ziemi mogliśmy 
docenić majestat tego miasta. Zbudowane na wyrastających z wody bazalto-
wych podporach budynki wykonano ze starannie wypolerowanych kamien-
nych  bloków.  Ich niskie  dachy pokryte  były  lśniącymi  mosiężnymi  płyt-
kami. Wyrzeźbione w kamieniu gargulce szczerzyły zęby na rogu każdego 
domu lub czepiały się rynien. Na wyższych piętrach znajdowały się obszer-
ne balkony zabezpieczone barierkami z pozłacanego metalu. Większość tych 
balkonów miała własne zadaszenie. Łukowate kamienne mosty i metalowe 
klatki   schodowe   łączyły   znajdujące   się   po   obu   stronach   kanałów   domy. 
Wzdłuż kanałów biegły na wysokości poziomu wody kamienne podesty sta-
nowiące przystań dla tradycyjnych łodzi.
     Wokół było pełno łodzi. Stolica wręcz tętniła życiem, ruchem i feerią ko-
lorów. Kiedy już dotarliśmy w obręb metropolii, prędkość naszej taksówki 
znacznie zmalała ze względu na obecność innych antygrawitacyjnych pojaz-
dów, wodnych autobusów, prywatnych motorówek i zwykłych łodzi wiosło-
wych.
     Nad naszymi głowami w ulicznych korytarzach powietrznych przemyka-
ły   antygrawitacyjne   ślizgacze   i   konwencjonalne   maszyny   atmosferyczne. 
Wszędzie powiewały wielkie  sztandary Floty Scarus i gudrunickich regi-
mentów Gwardii, w szczególności zaś Pięćdziesiątego.
     Aemos mruczał do siebie pod nosem, zapisując w notesie wszelkie infor-

macje o otoczeniu, trawiony nienaturalną żądzą gromadzenia wiedzy. 
     Klawiatura wysłużonego notesu prawie zaczynała dymić.
     Midas Betancore siedział czujny i ostrożny na przednim fotelu taksówki. 
Szczegóły rejestrowane przez jego bystry umysł miały znacznie praktycz-
niejsze zastosowanie od danych gromadzonych w notesie starego savanta. 
     Bequin siedziała na ostatnim fotelu w tyle kabiny, roześmiana i szczęśli-
wa. Morska bryza rozwiewała jej długie włosy. Wątpiłem, by kiedykolwiek 
zdołała dotrzeć tu na własną rękę. Gudrun było sercem podsektora, wielkim 
błyszczącym światem, o którym zawsze marzyła, lecz który pozostawał po-
za zasięgiem jej rąk. 
         Pozwoliłem jej cieszyć się chwilą. Czas ciężkiej pracy miał nadejść 
później.

*  *  *  *  *

     Wynajęliśmy pokoje w dzielnicy Dorsay Regency. Uznałem, że sytuacja 
wymaga założenia bazy operacyjnej na stałym lądzie. Betancore wywiercił 
otworki   w   futrynach   drzwi   poszczególnych   pokojów   i   naszpikował   je 
mikro-ładunkami   błyskowymi.   Drzwi   zewnętrze   zostały   podłączone   do 
systemu   monitoringu   pasywnego.   Domowi   serwitorzy   otrzymali 
rygorystyczny   zakaz   odwiedzania   wynajętych   mieszkań   w   trakcie   naszej 
nieobecności.
 

*  *  *  *  *

     Stałem na wielkim balkonie, w cieniu rzucanym przez wykonane z pur-
purowego   materiału   zadaszenie.   Słuchałem   Marszu   Adeptów   rozbrzmie-
wającego w licznych rozwieszonych na całej długości ulicy głośnikach.
         Kanał wodny poniżej balkonu tętnił życiem. Dostrzegłem przeciążony 
skif   pełny   pijanych   gwardzistów   w   nowiutkich   złotoczerwonych   unifor-
mach. Rekruci z Pięćdziesiątego Regimentu Strzelców Gudrunickich darli 
się niczym opętani i skakali po pokładzie łodzi ryzykując wpadnięcie do ka-
nału i pójście na dno. Świętowali ostatnie godziny pobytu na swym macie-
rzystym świecie. Za kilka dni mieli znaleźć się na pokładach wojskowych 
liniowców w drodze do nieznanego jeszcze piekła strefy frontowej w innym 
podsektorze. 
          Jeden  z  nich   wypadł   za  balustradę   i  plusnął   w  wodę   kanału.   Pod-
chmieleni kamraci wciągnęli go z powrotem na pokład i pośród głośnego 
śmiechu skąpali w strumieniach lanego z butelek alkoholu. 
     Aemos dołączył do mnie niosąc w ręce holograficzny mapnik.
  - Gildia Kupiecka Sinesias – powiedział – Siedziba znajduje się pięć ulic 
dalej.

*  *  *  *  *

     Gildia Sinesias posiadała jedne z najbardziej ekskluzywnych budynków 
w komercjalnym dystrykcie Dorsay. Odcinek Wielkiego Kanału przebiegał 
pod wykonanymi  z kolorowego szkła portykami  głównego gmachu, toteż 
odwiedzający   Gildię   ludzie   interesu   wpływali   do   niej   swymi   skifami 
cumując w eleganckiej rozległej przystani sąsiadującej z wyłożoną drogimi 
dywanami salą recepcyjną. 
         Wysiedliśmy z wynajętej łodzi wchodząc w tłum interesantów i gości 
Gildii: wysokich szczupłych kupców z Messiny noszących tradycyjne sutan-
ny, handlarzy z Sameteru w szerokich kapeluszach oraz bankierów z thra-
ciańskich metropolii. 
         Opuszczając pokład łodzi podałem rękę Bequin. Dygnęła wdzięcznie 
dziękując za kurtuazyjny gest. Nie ustalałem wcześniej żadnych szczegółów 
naszej   maskarady,   arystokratyczne   zachowanie   było   jej   spontaniczną 
improwizacją. Chociaż wciąż czułem do niej irracjonalną niechęć, uczucie 
to słabło w porównaniu z rosnącym dla tej kobiety uznaniem. Perfekcyjnie 
wczuła się w swą rolę.
  - Państwa tożsamość i cel wizyty ? – zapytał uprzejmie szambelan Gildii 
Sinesias podchodząc bliżej. Człowiek ten odziany był w niezwykle eleganc-
kie złote szaty. Krótkimi ruchami dłoni wydawał polecenia krążącym wokół 
pomocnikom.  W miejscu uszu mężczyzny dostrzegłem cybernetyczne im-
planty.   W  jednej   ręce   szambelan   trzymał   staroświeckie   pióro,   w   drugiej 
notatnik.
  -  Nazywam   się  Farchaval,   kupiec   z  Hesperusa.   To  jest   pani   Farchaval. 
Przybyliśmy tutaj z propozycją zawarcia kontraktów handlowych w dzie-
dzinie płodów rolnych. Słyszałem, że Gildia Sinesias może zapewnić nam 
stosowne usługi brokerskie.
 - Czy posiada pan już pracownika kontaktowego Gildii, sir ?
 - Oczywiście. Mój konsultant to Saemon Crotes.
 - Crotes ? – szambelan umilkł na chwilę.
 - Och, Gregor, jestem taka zmęczona – oświadczyła znienacka Bequin – To 
wszystko trwa za długo i jest okropnie nudne. Chcę znowu popływać po 
kanałach.   Dlaczego   nie   możemy   wrócić   do   tych   miłych   panów   z   Gildii 

25

background image

Mensurae ?
 - Chwileczkę, kochanie – odparłem zachwycony jej improwizacją.
 - Czy państwo... odwiedzili już inną Gildię ? – zapytał szybko szambelan.
 - Oni byli dla nas tacy mili. Poczęstowali mnie nawet soliańską herbatą – 
uśmiechnęła się słodko Bequin.
 - Pozwolą państwo za mną – oświadczył jeszcze szybciej szambelan – Sae-
mon Crotes to jeden z naszych najlepszych agentów handlowych. Natych-
miast zaaranżuję dla państwa stosowną audiencję. W międzyczasie proszę 
odprężyć się w tamtym pokoju. Zaraz przyślę państwu soliańską herbatę.
 - I nafaryjskie biszkopty ? – zasugerowała niewinnie Bequin.
 - Ależ oczywiście, madam.
     Wprowadził nas do eleganckiej poczekalni i zamknął za sobą podwójne 
drzwi. Bequin spojrzała na mnie z ukosa i zachichotała. Przyznaję, że sam 
też nie mogłem powstrzymać śmiechu.
 - Co w ciebie wstąpiło ? – zapytałem cicho.
  -   Powiedziałeś,   że   jesteśmy   bogatymi   kupcami   oczekującymi   od   życia 
wszystkiego, co najlepsze. Ja tylko zarabiam na moją pensję.
 - Oby tak dalej.
         Rozejrzałem się po poczekalni. Piękne drogocenne firany przysłaniały 
przestronne,   blisko   dziesięciometrowej   wysokości   okna   wychodzące   na 
Wielki Kanał. Okna wykonano z dźwiękoszczelnego materiału. Na ścianach 
wisiały   obrazy   autorstwa   sameterskich   mistrzów,   które   wywołałyby   atak 
pożądania kapitana Maxilli.
      Chromowany serwitor wszedł do pokoju niosąc tacę pełną przekąsek i 
słodyczy.  Postawił ją delikatnie na marmurowym blacie wielkiego stołu i 
opuścił bez słowa poczekalnię.
 - Soliańska herbata ! – pisnęła Bequin podnosząc porcelanowy czajniczek – 
I nafaryjskie biszkopty ! – dodała z uroczym uśmiechem chrupiąc pierwszy 
z łakoci.
         Wziąłem z jej rąk przeznaczoną dla mnie filiżankę herbaty i stanąłem 
przy   ekskluzywnym   kominku   sącząc   drogi   napój   w   pozie   zblazowanego 
bogacza.
      Przedstawiciel Gildii wpadł do poczekalni chwilę później. Był to niski 
człowieczek o kędzierzawych  włosach  i przesadnej  ilości  biżuterii. Nosił 
powłóczyste długie szaty cechowe. Na jego czole widniał dumnie tatuaż w 
postaci emblematu Gildii Sinesias. 
     Był to, jak wskazywał rodzaj tatuażu, miejscowy broker.
     Nazywał się Macheles.
  - Sir Farchaval ! Madam !  Gdybym wiedział wcześniej o państwa przy-
byciu, odwołałbym mniej ważne spotkania. Proszę wybaczyć mi to spóźnie-
nie !
  -  Wybaczam   –   odparłem   dobrodusznie   –   Obawiam   się   jednak,   że   pani 
Farchaval niebawem straci swą cierpliwość.
     Bequin ziewnęła dyskretnie.
 - Och, to niedobrze ! To bardzo niedobrze ! – Macheles klasnął w dłonie 
przywołując czekających za drzwiami serwitorów.
 - Spełnijcie wszelkie życzenia tej pani – polecił im broker.
 - Hmm... vorderskie liście ? – zastanowiła się głośno Bequin.
 - Natychmiast ! – wyrzucił z siebie Macheles.
 - I taca trufli birri ? Moczonych w winie ?
     Jęknąłem bezgłośnie.
  -  Natychmiast   !   Natychmiast   !   –  zapewnił   Macheles  i   wypchnął   wręcz 
serwitorów za drzwi.
     Podszedłem do stołu i odłożyłem swoją filiżankę.
  - Będę szczery,  sir. Reprezentuję kartel producentów zbóż z Hesperusa, 
bardzo wpływowy kartel.
     Podałem pośrednikowi mały holograficzny projektor. Była to rzecz jasna 
fałszywka, spreparowana przez Betancore i Aemosa w oparciu o rozległą 
wiedzę savanta o Hesperusie, uzupełnioną dodatkowo uwagami latającego 
tam czasem Maxilli.
         Macheles sprawiał wrażenie onieśmielonego moim trójwymiarowym 
identyfikatorem.
 - O jakiej... wielkości kartelu rozmawiamy, sir ?
- Cały zachodni kontynent.
 - Co chciałby pan zaoferować ?
     Wyjąłem z kieszeni niewielką probówkę.
  -   Zmodyfikowane   genetycznie   ziarno   niezwykle   łatwe   w  uprawie   i   nie 
posiadające wysokich wymagań klimatycznych. Idealne dla waszych produ-
centów żywności w sytuacji skurczonego rynku pracy. To prawdziwe cudo.
     Serwitorzy opuścili poczekalnię pozostawiając w rękach Bequin przynie-
sione smakołyki.
- Inne Gildie bardzo zabiegają o ten produkt, panie – oświadczyła podnosząc 
do ust truflę – Wierzę, że Gildia Sinesias nie przegapi takiej okazji.
     Macheles zabrał z mojej dłoni probówkę i obejrzał ją uważnie.
- Czy to jest produkt stworzony w oparciu o technologię obcych ? – zapytał 
zniżając nieco głos.

- Czy to stanowi jakiś problem ? – odpowiedziałem pytaniem.
 - Nie, sir. Inkwizycja jest oczywiście bardzo wrażliwa na tym punkcie, ale 
właśnie dlatego specjalizujemy się w takich dyskretnych formach pośred-
nictwa. Cała siedziba Gildii jest zabezpieczona przed podsłuchem.
 - Bardzo mnie to cieszy. Zatem stworzone w oparciu o technologię obcych 
ziarno będzie można sprzedać bez większych trudności ?
 - Żadnych kłopotów. Mamy wielu potencjalnych nabywców tego produktu, 
zwłaszcza kilku zagorzałych wielbicieli nowinek pochodzących spoza na-
szej cywilizacji. 
 - Świetnie – skłamałem – Nie ukrywam, że chcę osiągnąć na tej transakcji 
maksymalne   zyski.   Saemon  sugerował  mi   zwrócenie  się  z  propozycją  w 
pierwszej kolejności do Domu Glaw.
 - Saemon ?
 - Saemon Crotes. Przedstawiciel Gildii Sinesias, którego spotkałem na Hes-
perusie.
 - Doskonale. Życzy pan sobie, bym zaaranżował spotkanie między panem i 
rodem Glaw ?
 - Czyż nie to właśnie przed momentem sugerowałem ? – zapytałem z wy-
niosłym politowaniem.

*  *  *  *  *

     Opuściliśmy siedzibę Gildii Sinesias dwadzieścia minut później. Bequin 
wciąż oblizywała usta z pozostałości po truflach. 
         Natychmiast po wypłynięciu z części Kanału biegnącej pod siedzibą 
Gildii odezwał się mój komunikator. 
 - Eisenhorn.
     Szukał mnie Lowink.
  -   Właśnie   otrzymałem   wiadomość   od   Tobiusa   Maxilli.   Przekazać   ją   w 
pełnej formie ?
 - Tylko streszczenie.
 - Kapitan twierdzi, że statek, który przewiózł Eyclone z Gudrun na Hubrisa 
cumuje na orbicie parkingowej. Kapitan poczynił odpowiednie rozpoznanie. 
To   frachtowiec   Wolnej   Floty  Scaveleur.   Jego   właściciel,   niejaki   Effries 
Tanokbrey, jest już w stolicy.
 - Połącz się z Maxillą i podziękuj mu za informacje – poleciłem.
     Tak oto poznałem w końcu nazwę tajemniczego statku Eyclone.

*  *  *  *  *

      Jedliśmy właśnie lunch w tawernie opodal Mostu Carnodonów, gdy w 
pobliżu pojawiła się sonda komunikacyjna wysłana przez Machelesa do sir 
Farchavala. 
     Sonda, niewielka metalowa sfera wielkości owocu cytrusowego, wpadła 
na taras lokalu i zaczęła unosić się na wysokości głów klientów, przelatując 
od stolika do stolika. Kiedy mnie znalazła, zawisła w powietrzu, pisnęła i 
wyświetliła   holograficzną  wiadomość.   Poniżej   emblematu   Gildii   Sinesias 
ujrzałem   formalne   zaproszenie   na   spotkanie   w   siedzibie   Domu   Glaw 
popołudniu   następnego   dnia.   Mieliśmy   udać   się   na   godzinę   czwartą   do 
centrali Gildii, gdzie oczekiwał nas Macheles i przygotowany przez niego 
środek transportu.
         Sonda  powtarzała wyświetlanie wiadomości,  dopóki  nie machnąłem 
przed jej projektorem dłonią i nie podałem krótkiej odpowiedzi, nagranej 
natychmiast przez rejestrator dźwięku. Odleciała szybko unosząc mój prze-
kaz.
 - Jak to nas znalazło ? – zapytała Bequin.
 - Feromony – wyjaśnił Aemos – System ochrony Gildii Sinesias przeska-
nował was w trakcie wizyty i pobrał próbki wzorców zapachowych. Zapro-
gramowana odpowiednio sonda latała tak długo po okolicy, aż namierzyła 
odpowiedni rodzaj feromonów. 
     Urządzenia tego rodzaju były bardzo popularne na rozwiniętych techno-
logicznie światach. Podsunęło mi to pewien pomysł.
 - Więc twierdzisz, że pracownicy Gildii bez skrupułów pośredniczą w obro-
cie produktami  obcych ? – zapytał Betancore podnosząc do ust kieliszek 
wina.
     Skinąłem twierdząco głową.
 - W chwili obecnej koncentrujemy się na Domu Glaw i tej sprawie podpo-
rządkowujemy wszystkie działania, ale nie zamierzam zapomnieć tego, co 
robi   Gildia   Sinesias.   Kiedy   już   skończymy   swoją   robotę,   weźmiemy   się 
bardzo skrupulatnie do kontroli jej działalności.
     Bequin kontemplowała wzrokiem piękny ornamentowany most przerzu-
cony nad Drunnerem.
 - Co to za stwory ? – zapytała. Kamienne płaskorzeźby pokrywały wszyst-
kie filary mostu prezentując sylwetki wielkich czteronożnych drapieżników 
o potężnie umięśnionych cielskach, długich ogonach i podłużnych pyskach 
najeżonych garniturem kłów.

26

background image

- Carnodony – odparł ponownie Aemos, zadowolony z możliwości popisa-
nia się swą ogromną wiedzą – Heraldyczne zwierzę Gudrun. Występują w 
wielu miejscowych herbach i insygniach rodowych, symbolizując potęgę i 
władzę. Obecnie bardzo rzadkie, niemal całkowicie wytępione. Sądzę, że 
kilka dzikich osobników żyje jeszcze gdzieś w tundrze na dalekiej północy.
  -   Mamy   resztę   dnia   przed   sobą   –   urwałem   tę   jałową   rozmowę   –   Wy-
korzystajmy ją dobrze. Poszukajmy kapitana Tanokbrey.
     Betancore zmarszczył czoło i chyba zamierzał uświadomić mi, jak trudne 
będzie  to   przedsięwzięcie.  Nie  dałem   mu   dojść  do   słowa   przedstawiając 
swój pomysł.

*  *  *  *  *

      W niewielkim biurze nad Kanałem Ooskin opłaciliśmy sondę komuni-
kacyjną.   Przygotowałem   krótką   zwięzłą   wiadomość   dla   kapitana  Scave-
leura
,   zapytując   o   możliwość   wynajęcia   jego   statku   w   celu   kursu   poza 
granice systemu. Obsługujący mnie urzędnik przyjął treść przekazu i pie-
niądze bez zbędnych pytań, zaprogramował jedno z trzydziestu leżących na 
półce za jego plecami urządzeń. Po podłączeniu sondy do rejestru wzorców 
zapachowych mężczyzna wyszukał zapis feromonów pobrany od Tanokbrey 
w stołecznym urzędzie imigracyjnym.
          Zaprogramowane   urządzenie  uniosło  się  w  powietrze,  zapiszczało  i 
popędziło w swoją drogę. Czekający na ulicy Betancore odpalił silnik wy-
najętego   antygrawitacyjnego   ślizgacza   i   pomknął   śladem   sondy.   Istniała 
spora   szansa   na   zlokalizowanie   kapitana  Scaveleura.   Był   w   końcu   czło-
wiekiem interesu szukającym całe życie źródeł zarobku.
         Leciałem w towarzystwie Aemosa i Bequin na pokładzie powietrznej 
taksówki,   utrzymując   stały   kontakt   radiowy   z   Betancore.   Na   kanałach 
panował   większy   ruch   niż   zazwyczaj,   a   miejscowe   jednostki   Arbites   i 
oddziały służb bezpieczeństwa marynarki krążyły po całym mieście. Póź-
nym popołudniem przez stolicę miała przepłynąć wielka ceremonialna ka-
walkada,   czyniono   ostatnie   do   niej   przygotowania.   Grupy   widzów   już 
zbierały   się   na   mostach   i   balkonach.   Wszędzie   powiewały   sztandary 
girlandy kwiatów.
         Betancore czekał na nas w Tersegold,  dzielnicy słynącej z licznych 
pubów i restauracji. Wysiadłem z taksówki każąc pozostać w środku Aemo-
sowi i Bequin. 
  - Jest w środku – powiedział pilot wskazując dłonią drzwi do jednego z 
lokalów – Zajrzałem tam. Piąty stolik po lewej. Tanokbrey to wysoki męż-
czyzna w czerwonej kurtce. Ma ze sobą dwóch ochroniarzy.
 - Zostań tutaj, bądź czujny – poleciłem.
      Tawerna była ciemna i zatłoczona. Na niskim suficie pulsowały różno-
kolorowe   lampy,   z   głośników   sączyła   się   muzyka.   Powietrze   przesycała 
woń ludzkiego potu, dymu, alkoholu i obscury.
     Moja sonda niemal zderzyła się ze mną w drzwiach wejściowych lokalu. 
Zatrzymała się w miejscu   wyświetlając odpowiedź, po czym odleciała do 
biura. Kapitan Scaveleura nie był zainteresowany wynajęciem statku.
         Przepychając się przez tłum zlokalizowałem go wzrokiem. Tanokbrey 
miał na sobie czerwoną kurtkę z drogiego materiału, a długie czarne włosy 
związał w warkocz ozdobiony kolorowymi  wstążkami. Jego posępna nie-
przyjazna twarz nie budziła sympatii.  Pił alkohol  w towarzystwie dwóch 
równie ponurych marynarzy noszących czarne skórzane kaftany.
 - Kapitan Tanokbrey ?
     Spojrzał na mnie powoli, ale nic nie powiedział. Jego kompani gapili się 
na mnie wrogo.
 - Możemy porozmawiać w cztery oczy ? – zasugerowałem.
 - Możesz się odpieprzyć ?
     Nie zrażony odpowiedzią usiadłem przy stoliku. Marynarze zesztywnieli 
zaskoczeni moim zachowaniem. Tanokbrey osadził ich w miejscu ledwie 
zauważalnym ruchem głowy.
 - Zacznijmy od łatwego pytania – zaproponowałem.
 - Zacznij od szybkiego wyjścia z tego lokalu – odparł. Mierzył mnie teraz 
wyjątkowo niemiłym spojrzeniem. Nie przerywając kontaktu wzrokowego z 
jego oczami dostrzegłem prawą dłoń kapitana wsuwającą się dyskretnie pod 
kurtkę.
 - Wyglądasz na spiętego. Dlaczego ?
     Brak odpowiedzi. Marynarze robili się coraz bardziej nerwowi.
 - Masz coś do ukrycia ?
- Chciałbym się czegoś napić. Bez natrętów. Spadaj stąd.
 - Bardzo niegrzecznie. No dobrze, skoro ci dżentelmeni nie chcą nas opuś-
cić, wyłożę sprawę otwarcie. Mam nadzieję, że cię to przesadnie nie zmart-
wi.
 - Kim ty u diabła jesteś ?
     Teraz to ja nie odpowiedziałem. Cały czas patrzyłem mu prosto w oczy.
  -   Twoje   podejście   na   wysoką   orbitę   naruszyło   procedury   kontrolne   – 
oświadczyłem w końcu.

- To kłamstwo !
     Oczywiście, że było to kłamstwo, podobnie jak moje następne słowa. Nie 
miało to znaczenia. Chciałem wybadać odporność tego człowieka na stres.
  - Twoje dokumenty pokładowe są niekompletne. Kontrola lotów Gudrun 
chce   objąć  Scaveleura  dozorem   do   chwili   wyjaśnienia   wszystkich   nie-
ścisłości.
 - Ty kłamliwy skurwielu...
  - To nie byle jaka sprawa. Wykonałeś lot na Hubris, którego nigdzie nie 
odnotowano, nie przedłożyłeś odpowiedniego protokołu stanu ładowni. Jak 
kontrola lotów ma rozliczyć procedury importowe ?
      Poszedłbym w zakład, że włosy na głowie kapitana zjeżyły się zauwa-
żalnie.
 - Po co byłeś na Hubrisie ?
 - Nie byłem. Kto tak twierdzi ?
 - Sam sobie wybierz. Saemon Crotes. Namber Wylk.
 - Nie znam ich. Chyba znalazłeś niewłaściwego człowieka, sukinsynu. Od-
pierdol się !
 - Zatem Murdin Eyclone. Co z nim ? Czy to nie on cię wynajął ?
     To pytanie przeważyło w końcu szalę. Nieznaczny ruch głowy kapitana.
     Marynarz siedzący obok mnie zerwał się z krzesła, krótka pałka wstrzą-
sowa wypadła z jego rękawa wślizgując się prosto w otwartą dłoń.
 - Połóż to – rozkazałem nie używając ani jednego słowa.
     Pałka zaiskrzyła się spadając na blat stołu.
     Sekundę później trzymałem ją już w ręce. Wyrżnąłem właściciela pałki 
w twarz powalając go na podłogę, po czym natychmiast wymierzyłem cios 
w głowę drugiego marynarza, tuż nad lewym uchem. Przewrócił się razem z 
krzesłem i znieruchomiał pozbawiony przytomności.
     Usiadłem z powrotem z pałką w ręce, patrząc uważnie na kapitana. Jego 
twarz była szara niczym popiół, rozszerzone oczy błyszczały paniką.
 - Eyclone. Opowiedz mi o nim.
         Wsunięta pod  kurtkę  ręka renegata poruszyła  się, toteż natychmiast 
dźgnąłem go w ramię czubkiem pałki. Niestety, dopiero wtedy zorientowa-
łem się, że Tanokbrey nosi pod kurtką kamizelkę ochronną. 
     Syknął z bólu pod wpływem uderzenia, ale i tak wyciągnął spod ubrania 
niewielki laserowy pistolet z krótką lufą. 
     Kopnąłem od spodu blat stołu rzucając meblem prosto w kapitana. Zas-
koczony nie wycelował dobrze i jego strzał poszedł w bok, trafiając między 
łopatki  stojącego opodal gościa. Martwy mężczyzna runął na twarz prze-
wracając inny stolik.
         W tawernie wybuchł chaos. Strzał i agonalny krzyk ofiary wywołał 
panikę reszty klientów.
     Nie traciłem czasu. Tanokbrey strzelił ponownie zza przewróconego na 
bok stołu, ale ja już wpychałem się między miotanych przerażeniem ludzi.
     Kapitan zerwał się z klęczek i rzucił w stronę wyjścia, kopiąc i okładając 
pięściami stojących mu na drodze klientów. Dostrzegłem znajdującego się 
przy drzwiach Betancore, ale ogarnięty paniką tłum uniemożliwił pilotowi 
przechwycenie uciekającego zabójcy.
  - Uciekać ! – wrzasnąłem dziko i tłum niczym  na zawołanie  wystrzelił 
przez otwarte szeroko drzwi tawerny. Wydostałem się na zewnątrz.
     Tanokbrey uciekał wzdłuż nabrzeża biegnąc w stronę znajdującej się na 
jego końcu małej przystani. Odwrócił się, strzelił w moim kierunku. Ludzie 
na nabrzeżu zaczęli krzyczeć, szukać desperacko kryjówki. Ktoś został przy-
padkiem zepchnięty do kanału.
     Tanokbrey skoczył z nabrzeża na pokład wodnej taksówki. Zastrzelił bez 
chwili namysłu protestującego głośno kierowcę, wyrzucił za burtę jego ciało 
i  usiadł  za sterami.  Łódź pomknęła  kanałem nabierając z każdą sekundą 
szybkości. 
          Antygrawitacyjny   motor   Betancore   stał   na   tarasie   tuż   obok   mnie. 
Uruchomiłem go i rzuciłem się w pościg.
 - Zaczekaj ! Zaczekaj ! – dobiegł mnie krzyk Betancore.
     Nie miałem czasu.

*  *  *  *  *

       Dzika jazda kapitana Scaveleura wprowadziła zamęt na całej długości 
kanału. Taranował i spychał na boki inne pojazdy zmuszając je do ustąpie-
nia mu drogi. Złote dekoracje na czarnych burtach taksówki były pogięte i 
nadłamane  od   licznych   kolizji.  Ludzie  na  brzegach  kanału  i  na  łodziach 
złorzeczyli i rzucali za zbiegiem odpadkami. W miejscu, gdzie kanał krzy-
żował się z inną odnogą rzecznej sieci, Tanokbrey przyśpieszył gwałtownie. 
Nadpływająca z drugiej strony szybka łódź kurierska skręciła w ostatniej 
chwili w bok unikając zderzenia i wpadła na nabrzeże rozdzierając kadłub 
od dzioba po rufę. Jej sternik wywinął salto w powietrzu i plusnął w wodę. 
     Śmigałem motorem poprzez chaos wywołany przejściem taksówki zbie-
ga. Chciałem zwiększyć wysokość i znaleźć się na pułapie o niższym praw-
dopodobieństwie   kolizji,   ale   motor   posiadał   wbudowany   ogranicznik   nie 

pozwalający maszynie lecieć wyżej niż trzy metry

27

background image

pozwalający maszynie lecieć wyżej niż trzy metry nad powierzchnią ziemi. 
Nie miałem czasu na lokalizowanie ogranicznika ani próby jego wyłączenia. 
Miotałem się szaleńczo pomiędzy skifami, wodnymi  autobusami i innymi 
antygrawitacyjnymi skuterami.
         Gdzieś z przodu dobiegły mnie przytłumione dźwięki wojskowej or-
kiestry.
     Tanokbrey wystrzelił prosto na wody Wielkiego Kanału, mknąc w stronę 
płynącej leniwie popołudniowej parady. Rzędy wojskowych barek eskorto-
wanych przez antygrawitacyjne ślizgacze sunęły ospale na całej szerokości 
kanału. Na ich pokładach tłoczyli się rekruci i oficerowie Gwardii, wojs-
kowe orkiestry i zaproszeni na paradę dostojnicy. Na masztach powiewały 
sztandary kompanii, imperialne orły i gudrunickie carnodony. Jedna z barek 
przewoziła   wielką   pozłacaną   podobiznę   carnodona   obwieszoną   śpiewają-
cymi coś gwardzistami. Girlandy kwiatów zdobiły lufy tysięcy laserowych 
karabinów. Nabrzeża i mosty Wielkiego Kanału były zapchane wiwatują-
cymi tłumami gapiów.
      Taksówka zbiega uderzyła z rozpędu w burtę jednej z barek. Na głowę 
kapitana posypały się przekleństwa rozgniewanych żołnierzy. Łódź obróciła 
się w miejscu. Tłum zaczął ciskać w intruza ogryzkami i kamieniami.
        Odpowiadając pasażerom barki równie barwnymi wyzwiskami Tanok-
brey naparł na jej rufę dziobem taksówki próbując przepchnąć się na drugą 
stronę kanału. Byłem już blisko zbiega, klucząc maszyną w tak sposób, by 
uniknąć niezadowolenia tłumu.  Syreny i gwizdki paradnych łodzi ścigały 
mieszającego szyk świątecznej parady natręta. Jakiś gwardzista skoczył z 
pokładu mijanej barki na taksówkę, ale Tanokbrey strącił go kopniakiem do 
wody,  zanim  waleczny  rekrut  zdołał  znaleźć uchwyt  dla  rąk.  To  jeszcze 
bardziej rozjuszyło widzów. Ryk oburzonego tłumu wręcz ogłuszał. Gwar-
dziści tłoczyli się przy burtach swych barek krzycząc i gwiżdżąc przeraźli-
wie.
     Tanokbrey skręcił w bok chcąc wyjść poza zasięg wysuwanych ku niemu 
bosaków i najechał na tratwę wiozącą orkiestrę kompanii. Część muzyków 
poprzewracała się upuszczając instrumenty, a grany przez nich hymn Impe-
rium zmienił się w dziką kakofonię. 
     Rozwścieczeni żołnierze płynący mniejszą łodzią motorową rzucili się w 
pościg za szaleńcem grasującym na wodach kanału. Kilku z nich stanęło na 
ugiętych nogach szykując się do abordażu taksówki. Widząc nowe niebez-
pieczeństwo Tanokbrey sięgnął po pistolet.
      To był jego ostatni błąd. Wyhamowałem delikatnie i posadziłem motor 
na krańcu nabrzeża. Dalszy pościg nie miał już sensu.
     Tanokbrey oddał dwa chaotyczne strzały w kierunku swych prześladow-
ców.   Sekundę   później   z   pokładu   pobliskiej   barki   wypaliło   równocześnie 
dwadzieścia nowiutkich laserów, dziurawiąc niczym sito ciało zbiega i jego 
łódź.   Silnik   taksówki   eksplodował   z   hukiem   sypiąc   na   wszystkie   strony 
kawałkami kadłuba, kłęby dymu wykwitły ponad łopoczącymi na wietrze 
sztandarami Gwardii.
         Młodzi rekruci z Pięćdziesiątego Regimentu Strzelców Gudrunickich 
zaliczyli pierwsze w swej militarnej karierze zwycięstwo.

Rozdział X

Konflikt jurysdykcji.

Dom Glaw.

Mroczne sekrety.

     Próbowałem bezskutecznie zasnąć, chociaż było już po północy. Bequin i 
Aemos kilka godzin temu udali się do swoich pokojów. Refleksy księżyco-
wego światła rzucane przez kołyszące się fale pobliskiego kanału tańczyły 
na suficie sypialni.
  - Aegis do Ciernia – ożył znienacka tkwiący w mym uchu mikrokomuni-
kator. Szeptał Betancore.
 - Cierń.
 - Spektrum, ekspansywne, spirala winorośli.
     Nim jeszcze dokończył frazę, wciągałem już spodnie i buty. Na nagi tors 
narzuciłem   pośpiesznie   kurtkę.   Wślizgnąłem   się   do   biegnącego   wzdłuż 
pokojów sypialnych korytarza z wyjętym z pokrowca mieczem w dłoni.
     Światła w całym domu były zgaszone, ale i tutaj docierał blask księżyca 
potęgowany odbiciami wodnych refleksów.
     Betancore stał na końcu przedpokoju, w obu dłoniach ściskał swoje igło-
we pistolety. Wskazał ruchem głowy wejściowe drzwi.
         Byli dobrzy i bardzo cisi, ale zdołaliśmy dostrzec cień ich postaci w 
szczelinach między drzwiami i futryną. Lekkie drgnięcie klamki powiedzia-
ło mi, że ktoś manipuluje przy zamku. Cofnęliśmy się z Betancore pod ścia-
nę po obu stronach drzwi, zamknęliśmy oczy i zakryli uszy. Każda próba 
sforsowania drzwi skazana była na odpalenie ładunków ogłuszających, a my 
nie chcieliśmy zostać przypadkowo oślepieni ani ogłuszeni.
     Drzwi uchyliły się lekko. Żaden mikroładunek nie wybuchł. Nasi nocni 
goście   zdołali   zneutralizować   wszystkie   założone   systemy   obrony.   Byli 
znacznie lepsi, niż początkowo sądziłem.
          Wąski   teleskopowy   przewód   wsunął   się   przez   szparę   w   drzwiach. 
Optyczny  sensor   na  jego  końcu  zaczął się  powoli  obracać  oglądając  po-
mieszczenie. Machnąłem palcami na Betancore i ująłem za przewód ręką, 
po czym szarpnąłem silnie. W tym samym momencie włączyłem swój ener-
getyczny miecz.
     Jakaś postać uderzyła w drzwi pociągnięta szarpnięciem za szpiegowski 
instrument, wpadła do przedpokoju. Skoczyłem w stronę intruza próbując 
zbić go z nóg, ale mimo swego zaskoczenia zareagował z niezwykłą trzeź-
wością umysłu kopiąc i klnąc jednocześnie. Był to wysoki, dobrze zbudo-
wany mężczyzna w dopasowanym do ciała czarnym kombinezonie.
      Zwarliśmy się siłując, kopiąc i gryząc. Nieproszony gość trzymał mnie 
kurczowo za nadgarstek dzierżącej miecz ręki.
     Uderzyłem go kantem dłoni prosto w gardło.
     Upadł na podłogę charcząc konwulsyjnie. Wyprostowałem się i...
 - Odłóż natychmiast broń – powiedział silny męski głos.
     Niska zakapturzona postać stała w drzwiach przedpokoju. Betancore pró-
bował wymierzyć w nią pistolety, ale ręce same mu opadły.
     Drugi intruz posługiwał się mocą. Zdołałem zablokować jego mentalny 
impuls, ale dla Midasa okazał się on zbyt silny. Pistolety wypadły ze zdręt-
wiałych dłoni pilota i wylądowały na dywanie.
 - Teraz ty – powiedział mężczyzna w kapturze patrząc w moją stronę – Wy-
łącz zasilanie miecza.
         Rzadko miewałem wcześniej okazję spotkać się z tak silną techniką 
manipulacji   mentalnej.   Odbiegała   znacznie   od   moich   własnych   metod. 
Człowiek w kapturze dysponował niezwykłym talentem. Z trudem odpycha-
łem psioniczne sondy próbujące wniknąć w mój umysł.
  - Opierasz się ? – zapytał intruz. W mojej głowie eksplodowała jaskrawa 
gwiazda mentalnej energii. Pojąłem w ułamku chwili, że nie stanowię dla 
tego człowieka równorzędnego przeciwnika.  Miałem do czynienia  z doś-
wiadczonym, potężnym i dobrze wyszkolonym umysłem.
     Druga wiązka energii wzmocniła pierwszą. Mężczyzna, którego powali-
łem ciosem w gardło był już na nogach. Drugi mentat. Jeszcze silniejszy od 
poprzedniego, ale nie posiadający nad swoim talentem tak doskonałej kont-
roli jak jego towarzysz. Krzyknąłem z bólu, ale zdołałem odeprzeć z trudem 
jego atak. 
         Fale psionicznej energii trzaskały okiennicami i wprawiały w drżenie 
meble. Gdzieś trzasnęło rozbijane szkło, Betancore upadł na podłogę jęcząc 
cicho. Zakapturzona postać postąpiła krok do przodu i dźgnęła mnie ponow-
nie mentalnym  ostrzem.  Upadłem  na kolana, z nosa  pociekła  mi  strużka 
krwi. Myślałem, że głowa zaraz mi pęknie, ale nawet na chwilę nie rozluźni-
łem zaciśniętych na rękojeści miecza palców.
     Znienacka ostry ból minął bez śladu. Obudzeni hałasem, Bequin i Aemos 
wpadli do przedpokoju. Bequin wrzasnęła przeraźliwie. Jej mentalna pustka 
pojawiła się raptownie w samym środku psionicznej konfrontacji dosłownie 

Betancore pozbierał swoje pistolety i zapalił światło.

28

background image

wsysając przenikającą powietrze energię.
         Zakapturzony napastnik krzyknął zaskoczony.  Skoczyłem do przodu, 
chwyciłem intruza za ubranie i cisnąłem o ścianę. Jego ciało sprawiało wra-
żenie kruchego, ale okazało się dziwnie ciężkie jak na osobę tej postury.
     Betancore pozbierał swoje pistolety i zapalił światło.
      Mężczyzna siłujący się ze mną przy drzwiach okazał się młodym czło-
wiekiem o byczym karku i gładko ogolonej czaszce. Leżał pod jednym z 
okien ledwie przytomny. Miał na sobie czarny skórzany kombinezon z kil-
koma pasami narzędziowymi. Bequin szybko wyjęła z jego kabury pod pa-
chą ukryty tam pistolet.
     Drugi napastnik, człowiek w kapturze, wstał powoli z podłogi, bolesnymi 
ruchami prostując kończyny. Ubrany był w długie ciemne szaty, jego dłonie 
skrywały rękawiczki z czarnej satyny. Zdjął z głowy kaptur.
         Był stary, niewiarygodnie wręcz wiekowy,  jego twarz zmarszczkami 
przywodziła na myśl rodzynek. Odsłonięte w wycięciu szaty gardło zdra-
dzało swym kanciastym kształtem obecność podskórnych wszczepów, bez 
wątpienia   chroniących   cały   korpus   mężczyzny.   W   głębokich   oczodołach 
płonęły pełne lodowate furii źrenice.
 - Popełniłeś błąd – oświadczył z wysiłkiem starzec – Fatalny błąd, możesz 
tego być pewien. 
         Wyjął z kieszeni niewielki amulet i wyciągnął go w moją stronę. Nie 
sposób było nie rozpoznać widniejącego na nim emblematu.
 - Jestem inkwizytor Commodus Voke.
     Uśmiechnąłem się uprzejmie.
 - Witaj w moich progach, bracie.

*  *  *  *  *

         Commodus Voke przez dłuższą chwilę studiował moją rozetę, potem 
zaczął kontemplować w milczeniu ściany pomieszczenia. Czułem wyraźnie 
kotłującą się w jego umyśle wściekłość.
  - Wynikł zatem... konflikt jurysdykcji – wykrztusił w końcu poprawiając 
swe szaty. Jego asystent stał w kącie pokoju łypiąc na mnie nieprzyjaźnie 
wzrokiem.
  - Rozpatrzmy go – zaproponowałem – Wyjaśnij  mi,  dlaczego w środku 
nocy napadłeś na mój apartament.
- Przyleciałem na Gudrun osiem miesięcy temu. Skomplikowane śledztwo, 
bardzo złożona i wielowątkowa sprawa. Moją uwagę zwrócił pewien kapi-
tan Wolnej Floty, niejaki Effries Tanokbrey. Zacząłem zaciskać wokół nie-
go sieć, gdy ten nagle wpadł w panikę i dał się zabić. Proste rozpoznanie 
ujawniło,  że w incydent  zamieszany był  w jakiś sposób  kupiec zbożowy 
Farchaval.
 - Farchaval to moja przykrywka na Gudrun.
 - Posługujesz się fałszywą tożsamością ? – zapytał z wyniosłą odrazą Voke.
 - Każdy z nas posiada własne metody, inkwizytorze – odparłem.
     Nigdy wcześniej nie miałem okazji poznać osobiście wielkiego Commo-
dusa Voke, ale doskonale znana mi była jego reputacja. Niewzruszony pury-
tanin, który spełniałby wszystkie wymogi  stawiane twardogłowym  mono-
dominantom, gdyby nie jego ogromne uzdolnienia w dziedzinie mocy men-
talnych. Wierzyłem skrycie, że za przekonaniami tego człowieka musiała 
kryć się nuta filozofii thoriańskiej. Służył w randze nowicjusza pod komen-
dą legendarnego Absaloma  Angevina trzysta lat temu i odegrał  znaczącą 
rolę we wszystkich późniejszych znanych powszechnie operacjach Inkwi-
zycji na obszarze całego sektora. Jego metody były proste i przejrzyste. Po-
tępiał pracę operacyjną w ukryciu, posługiwanie się fałszywą tożsamością i 
dezinformację. Zawsze posługiwał się autorytetem naszej instytucji i stra-
chem przez nią wzbudzanym, otrzymując wszystko, czego zażądał i udając 
się tam, gdzie sobie zażyczył.
      W mojej prywatnej opinii metoda terroryzowania społeczeństwa zamy-
kała równie wiele drzwi jak otwierała, toteż wcale nie zdziwił mnie fakt, że 
Voke pracował na Gudrun całe osiem miesięcy.
     Spojrzał na mnie jakbym był insektem, którego omal nie nadepnął.
  - Odczuwam niesmak widząc inkwizytorów stosujących sztuczki radyka-
łów. W ich głębi czai się herezja, Eisenhorn.
     Zdenerwował mnie nieco. Jak już wcześniej wspominałem, bardzo sobie 
cenię purytańskie dogmaty,  ale staram się działać elastycznie, by szybko 
rozwiązywać   problemy.   A   Voke   określał   mnie   mianem   radykała   !   Pod 
wpływem jego spojrzenia poczułem się nagle niczym skrajnie niebezpieczny 
Horusjanin.
     Spróbowałem zignorować niemiłe myśli.
 - Musimy wymienić między sobą informacje, inkwizytorze. Jestem pewien, 
że twoje śledztwo jest w jakiś sposób związane z Domem Glaw.
     Voke nawet nie mrugnął okiem, ale wyczułem, że jego asystent zesztyw-
niał słysząc moje oświadczenie.
- Nasza praca faktycznie się ze sobą zazębia – ciągnąłem dalej – Ja również 
jestem zainteresowany rodem Glawów.

      Krótko i zwięźle opowiedziałem o wydarzeniach na Hubrisie, Eyclone 
oraz powiązaniach tej zbrodni z Gudrun i Domem Glaw opartych na pod-
stawie   informacji   o   tajemniczym   Pontiusie.   Cała   ta  historia   wyraźnie  go 
zaintrygowała.
 - Pontius to tylko imię, Eisenhorn. Sam Pontius Glaw dawno już nie żyje. 
Uczestniczyłem wraz z czcigodnym Angevinem w pacyfikacji jego bractwa. 
Na własne oczy widziałem trupa.
 - A mimo to też zwróciłeś uwagę na Glawów.
     Oddychał chwilę głęboko zbierając myśli.
  -  Po unicestwieniu   Pontiusa   Glawa  jego  ród  poczynił  ogromne   starania 
mające na celu odżegnanie się od tej herezji. Lecz Angevin, niech spoczywa 
w   pokoju   jego   nieśmiertelna   dusza,   zawsze   podejrzewał,   że   skażenie 
wniknęło głębiej w arystokratyczny ród i reszta rodziny nie jest bynajmniej 
wolna   od   moralnej   korupcji.   To   bardzo   stary   ród   i   bardzo   wpływowy. 
Niezwykle trudno zgłębić jego tajemnice. Ale teraz, po blisko dwustu latach, 
ponownie wzbudził moje zainteresowanie. Piętnaście miesięcy temu, pod-
czas likwidacji komórki Chaosu na Sader VII, odkryłem powiązania tamtej-
szych agentów oraz kilku innych pomniejszych zakazanych kultów z pewną 
tajemną organizacją nadrzędną, sprzysiężeniem o ogromnych  wpływach  i 
władzy działającym na wielu oddalonych od siebie światach. Pewne dowody 
jednoznacznie wskazywały na Gudrun. Fakt, że na Gudrun znajduje się się-
dziba rodu Glawów budził rzecz jasna uzasadnione podejrzenia.
 - Nareszcie jakiś postęp – oświadczyłem siadając na krześle i wciągając na 
tors   podkoszulek   przyniesiony   mi   w  międzyczasie   przez   Bequin.   Aemos 
napełnił amasecem sześć kieliszków. Voke przyjął jeden z nich, usiadł obok 
mnie i delektował się z przyjemnością trunkiem.
     Jego asystent odmówił poczęstunku i nadal tkwił w kącie pokoju.
 - Siadaj, Heldane – powiedział Voke – Mamy tutaj sprawy do omówienia.
     Asystent zabrał kieliszek i krzesło i usiadł w swoim kącie.
 - Polowałem na grupę spiskowców kierowanych przez bardzo skutecznego 
agenta terenowego – powiedziałem – Grupę zaangażowaną w wyjątkowo 
zbrodniczy   plan.   Zgromadzone   w   trakcie   śledztwa   dowody   wskazują   na 
Gudrun i Glawów. Ty ze swojej strony odkryłeś to samo w trakcie likwi-
dacji innej komórki...
 - W zasadzie trzech innych – poprawił mnie.
 - Zatem trzech. Dostrzegłeś istnienie znacznie większej organizacji. Widzę 
teraz jasno, że natrafiliśmy na te samo ukryte zło, tylko podeszliśmy do nie-
go z dwóch różnych stron.
     Voke oblizał usta wąskim językiem i pokiwał twierdząco głową.
 - Od chwili przybycia na Gudrun rozpracowałem i zlikwidowałem dwie tu-
tejsze  agentury kultu.  Jestem  pewien  istnienia  dziewięciu  innych,  w tym 
trzech w samej stolicy. Prowadziłem staranną obserwację ich działalności. 
Od  miesięcy członkowie   agentur trwali  w  gorączkowym  oczekiwaniu   do 
jakiegoś wielkiego wydarzenia. Potem znienacka ich zachowanie całkowicie 
się   zmieniło.   Zakres   dat   pozwala   powiązać   tę   zmianę   z   wydarzeniami 
zaszłymi na Hubrisie.
  - Eyclone  zaangażował  w operację ogromne  środki  logistyczne, poprze-
dzone starannymi  przygotowaniami.  I nagle, za pięć dwunasta, cały plan 
wziął w łeb. Albo coś nie wypaliło albo nastąpiła zmiana rozkazów. Chociaż 
zdołałem  dostać  się na Hubris  i zlikwidować   Eyclone,  tak  naprawdę  nie 
zrealizował on swego zadania tylko dlatego, że nie dostarczono mu Pon-
tiusa. Jak przyjął twoje postępowanie wyjaśniające Dom Glaw ?
  - Odwiedziłem ich dwukrotnie w przeciągu ostatnich trzech miesięcy. Za 
każdym razem poczynili wszelkie wysiłki, by odpowiedzieć na wszystkie 
moje   pytania.   Pozwolili   skontrolować   siedzibę   i   przejrzeć   rodowe   archi-
wum. Nic nie znalazłem.
  - Być może dlatego, że świadomi byli od początku konfrontacji z inkwi-
zytorem. Jutro sir Farchaval ma spotkanie handlowe z członkami rodu Glaw 
w ich siedzibie.
     Wydął w zadumie usta.
  - Inkwizycja ma obowiązek stać ramię w ramię przeciwko wrogom ludz-
kości. W duchu kooperacji wstrzymam swe działania, by zobaczyć, jakie 
efekty przyniesie twoja wątpliwa taktyka. Jak mniemam, mizerne.
 - W duchu kooperacji, Voke, obiecuję przekazać ci wszelkie zdobyte infor-
macje.
 - Zrobisz dla mnie coś więcej. Glawowie znają mnie, lecz nie moich współ-
pracowników. Heldane uda się z tobą.
 - Nie jestem do tego pomysłu przekonany.
 - Nalegam. Nie pozwolę zniszczyć efektów mojej długiej pracy przez po-
rywcze działania kogoś takiego jak ty. Żądam obecności w twoim zespole 
mojego obserwatora albo nie wyrażę zgody na współpracę.
         Zaszachował mnie i doskonale o tym wiedział. Odmowa współpracy 
utwierdziłaby  w  jego  oczach  opinię  o  moim   radykalizmie,  a nie miałem 
najmniejszej   ochoty   na   konfrontację   z   inkwizytorem   tak   wpływowym   i 
szanowanym jak Commodus Voke.
- Dobrze, ale niech robi dokładnie to, co mu rozkażę.

29

background image

     Opuściliśmy Dorsay o czwartej po południu. Ponownie ubrałem siebie i 
Bequin na modę bogatych, ale nie ostentacyjnie chełpiących się zamożnoś-
cią kupców. Towarzyszyli nam Aemos, Betancore i Heldane. Ku memu za-
dowoleniu asystent Voke prezentował się wiarygodnie w cywilnym ubraniu. 
Razem z Midasem pozował na naszą osobistą ochronę, podczas gdy Aemos 
grał rolę biologa-genetyka.
     Macheles oraz czterech innych bogato wystrojonych pośredników Gildii 
Kupieckiej Sinesias oczekiwało na nas w siedzibie instytucji. Mała szybka 
aerodyna już grzała silniki.
     Pojazd, lśniąca strzała z emblematami Gildii na burtach, poderwał się z 
platformy startowej na dachu głównego budynku i wzbił w powietrze. Ma-
cheles  poinformował  nas,  że  lot  potrwa  dwie   godziny.   Broker   krążył   po 
luksusowej   kabinie   pasażerskiej   aerodyny   roznosząc   poczęstunek.   Przed-
stawił też pokrótce porządek wizyty:  formalny bankiet z udziałem przed-
stawicieli Domu Glaw dzisiejszego wieczoru, nocleg i wycieczka po posiad-
łości możnowładców następnego poranka. Potem, jeśli obie strony byłyby 
wciąż zainteresowane, rozpoczęcie negocjacji.
         Polecieliśmy na zachód, w głąb lądu, pozostawiając za sobą kapryśną 
nadmorską pogodę. Pod samolotem przemykały łagodne zielone wzgórza, 
rozległe pola i połacie lasów. Gdzieś z boku połyskiwała srebrna wstęga 
Drunneru. Gdzieniegdzie dostrzegałem małe wioski lub pojedyncze farmy, 
raz przelecieliśmy nad niewielkim miasteczkiem z lśniącą w promieniach 
słońca   kopułą   świątyni   Eklezjarchii.   W  trakcie   podróży  widziałem   przez 
chwilę tylko jeden inny samolot.
     Na zachodnim horyzoncie pojawił się pas wyższych wzniesień. Nadcią-
gający zmierzch zasnuwał z wolna przestworza. Przestrzeń pod nami spra-
wiała teraz wrażenie bardziej odludnej, dzikie, widziałem sporo gęstych la-
sów i głębokich wąwozów.  Macheles poinformował  mnie, że lecimy nad 
posiadłościami rodu Glaw.
     Kilka minut później ujrzeliśmy siedzibę arystokratycznej rodziny. Trzy-
piętrowy masywny budynek wzniesiony w stylu neogotyckim górował nad 
głęboką doliną obserwując ją setką wielkich okien. Polerowane kamienne 
bloki lśniły w promieniach zachodzącego słońca. Budowla posiadała dwa 
boczne skrzydła, bez wątpienia wzniesione w późniejszym okresie. Jedno 
skrzydło sąsiadowało ze stajniami oraz ciągiem pomieszczeń gospodarczych 
zbudowanych na skraju pobliskiego lasu. Uznałem, że to część posiadłości 
zamieszkiwana przez służbę. Drugie skrzydło znajdowało się na wysokim 
uskoku skalnym. Uwagę zwracał jego kopulasty dach złocony słonecznym 
blaskiem.   Cała   posiadłość   była   rzeczywiście   rozległa   i   musiała   stanowić 
prawdziwy labirynt. W ściany tego domu można by bez trudu wpędzić spo-
łeczność zamieszkującą niewielkie miasteczko.
     Aerodyna wylądowała na wyłożonym kamiennymi płytami lądowisku na 
tyłach   posiadłości.   Na   skraju   placu   parkingowego   dostrzegłem   trzy   inne 
maszyny pionowego startu, schowane w doskonale wyposażonych hanga-
rach.
        Wysiedliśmy z samolotu na płytę lądowiska. Robiło się ciemno, koły-
szący konarami drzew wiatr niósł ze sobą pierwsze krople deszczu. Ciężkie 
mroczne chmury nadciągały znad wysokich wzgórz.
     Słudzy w ciemnozielonych liberiach podbiegli pośpiesznie niosąc wielkie 
rozpięte   parasole,   towarzyszyła   im   grupa   umundurowanych   strażników 
gwardii pałacowej rodu. Zdecydowani i pewni siebie, noszący długie szma-
ragdowe płaszcze oraz grzebieniaste hełmy ze srebra żołnierze zrobili na 
mnie wrażenie doświadczonych weteranów.
     Słudzy odprowadzili nas do atrium o podłodze wyłożonej szachownicą z 
czarnobiałego   marmuru.   Tuzin   wielkich   kryształowych   kandelabrów   roz-
świetlał łagodnym blaskiem rozległe pomieszczenie. Przy drzwiach wejścio-
wych stali kolejni strażnicy. Milicja Glawów była rzeczywiście liczną for-
macją. 
 - Witamy w Domu Glaw – powiedział kobiecy głos.
      Zadbana elegancka kobieta wysokiego rodu podeszła do nas nieśpiesz-
nym krokiem. Jej ozdobiona lekkim makijażem twarz miała dumne arysto-
kratyczne rysy. Ubrana była w długą do podłogi czarną suknię szamerowaną 
srebrem, we włosy wpięła siateczkę ozdobioną perłami.
     Macheles i jego towarzysze skłonili się głęboko okazując swój szacunek. 
Nasza piątka powitała panią domu bardziej konwencjonalnymi gestami.
  - Pani   Fabrina  Glaw –  oświadczył  z  emfazą  Macheles.  Kobieta   stanęła 
przed nami, grupa ubranych w zielone liberie służących tłoczyła się za jej 
plecami.
 - Moja pani – ukłoniłem się raz jeszcze.
 - Sir Farchaval. Bardzo się cieszę, że mogę pana poznać.

*  *  *  *  *

         Zaoferowała nam szybkie zwiedzenie głównego budynku posiadłości. 
Rzadko   oglądałem   taki   splendor   i   przepych   poza   murami   największych 
imperialnych instytucji, przepych mogący wprawić w zakłopotanie Maxillę. 

     W wycieczce towarzyszyły nam pochodzące z drogiej hodowli psy łow-
cze.   Fabrina   Glaw   zwracała   uwagę   gości   na   zdobiące   ściany   rezydencji 
obrazy,   w   większości   olejne,   chociaż   ujrzałem   kilka   hologramów   oraz 
fotografii mentalnych. Cała czcigodna rodzina... stryjowie, dziadkowie, ku-
zyni. Vernal Glaw w polowym mundurze pałacowej gwardii. Orchese Glaw 
odwiedzająca królewski  dwór  Sameteru. Lutine  i Gyves  Glaw, bracia na 
polowaniu. Wielki Oberon we własnej osobie, w stroju imperialnego guber-
natora, z jedną ręką wspartym na wielkim globusie przedstawiającym Gud-
run.
     Przedstawiciele Gildii Sinesias wyrażali głośno swoje uznanie i zachwyt. 
Sama Fabrina sprawiała raczej wrażenie ogarniętej rutyną przewodniczki. 
Pełniła rolę wysoko urodzonej hostessy. Jakby na to nie spojrzeć, byliśmy 
tylko zamożnymi kupcami zbożowymi. Spełniała swój obowiązek. Bez wąt-
pienia nużący obowiązek.
          Kątem   oka   widziałem  notującego   coś   bezustannie  Aemosa.   Ja   sam 
również czyniłem liczne spostrzeżenia, głównie na temat architektury rezy-
dencji. W jednym z długich korytarzy podłoga wyłożona była wyprawio-
nymi  skórami  carnodonów. Wielkie futra zwieńczone były wypreparowa-
nymi   łbami   pełnymi   ostrych   kłów.   Nawet   w   tak   żałosnym   położeniu   te 
zwierzęta wciąż budziły strach i respekt.
  -  Polujemy  na nie od   czasu do  czasu,  ale  niewiele  już ich  pozostało   – 
powiedziała   Fabrina   dostrzegając   moje   zainteresowanie   skórami   –   Znak 
starych czasów, dawno minionych. Życie miało wtedy nieco bardziej feudal-
ny charakter. Teraz Dom Glaw patrzy wyłącznie w przyszłość.

*  *  *  *  *

     Bankiet wyprawiono w ogromnej sali jadalnej. Przy posiłku towarzyszył 
nam Urisel Glaw, dowódca pałacowej gwardii oraz jego starszy brat Obe-
ron, głowa rodu. Jak się okazało, kolacji tej nie urządzono wyłącznie z myś-
lą o nas. Przy stole pojawił się również pochodzący spoza Gudrun daleki 
kuzyn Glawów i jego świta, zamożny kapitan Wolnej Floty Gorgone Locke 
oraz kilka innych kupieckich delegacji.
         Nie byłem tym faktem zaskoczony. Wizyta handlarzy zbożem, nawet 
tych anonsowanych przez Gildię Sinesias, nie wymagała wydania formal-
nego bankietu. Domyślałem się od początku, że mieliśmy uczestniczyć w 
większej imprezie. Bez wątpienia fakt ten miał nas onieśmielić i zaskoczyć 
swym zaszczytnym charakterem.
      Poszedłem na bankiet z Aemosem i Bequin. Ponieważ do sali jadalnej 
nie mieli wstępu członkowie służby, Betancore i Heldane pozostali w udo-
stępnionych nam pokojach, gdzie podano im osobny posiłek. 
      W sali znajdowało się pięć długich stołów, wręcz uginających się pod 
ciężarem pieczonego mięsa, owoców i niezliczonych rzeszy cukierniczych 
wypieków.   Kelnerzy  krążyli   po   całym   pomieszczeniu   roznosząc   drinki   i 
zbierając opróżnione naczynia. Żołnierze w ceremonialnych mundurach z 
brokatu i srebrnych hełmach prężyli się dumnie w rogach sali.
     Siedzieliśmy przy trzecim stole wraz z członkami kupieckiej delegacji z 
Gallinate, dużej metropolii na południowym kontynencie Gudrun. Nasz sta-
tus liczących się gości podkreślała obecność przy stole pani Fabriny, kapi-
tana pałacowej gwardii Terronce oraz niezmiernie gadatliwego osobnika o 
nazwisku Kowitz, przedstawiciela ds. kontaktów handlowych Domu Glaw. 
     Lord Oberon i jego brat Urisel usiedli przy pierwszym stole dotrzymując 
towarzystwa swemu dalekiemu kuzynowi, kapitanowi Locke oraz starszemu 
wiekiem kapłanowi Eklezjarchii zwanemu Dazzo. Kowitz ochoczo wyjaśnił 
mi, że Dazzo jest przełożonym placówki misjonarskiej Kościoła na leżącym 
na pograniczu podsektora świecie Damask. Działalność tej misji sponsoro-
wana była przez ród Glawów.
     Mówiąc szczerze, nie mogłem nawet na moment uwolnić się od potoku 
wypowiedzi Kowitza. Kiedy kelnerzy napełniali ponownie jego kieliszek, 
wskazał mi  i przedstawił pozostałych  uczestniczących w bankiecie gości. 
Dom Glaw inwestował w przedsięwzięcia na niemal wszystkich światach 
podsektora Helican i bankiety te rodzaju wyprawiano stosunkowo regularnie 
w celu pogłębiania kontaktów handlowych oraz smarowania w zakamuflo-
wany sposób trybików kręcącej się ustawicznie maszynki do robienia pie-
niędzy.
         W końcu zdołałem rzucić Kowitza w objęcia jedynego mogącego mu 
sprostać gadatliwością człowieka – Aemosa. Obaj niemal natychmiast po-
grążyli   się   w   niezmiernie   skomplikowanej   dyskusji   na   temat   niuansów 
równowagi finansowej podsektora.
         Nie spuszczałem wzroku z pierwszego stołu. Urisel Glaw, otyły męż-
czyzna w kapiącym  złotem  uniformie,  rozmawiał  ustawicznie z Gorgone 
Locke. Przyjrzałem się uważniej bratu głowy rodu. Było coś w tym czło-
wieku, co niezmiennie przypominało mi portrety przedstawiające jego nie-
sławnego  przodka,  przy  czym   nie  miałem  bynajmniej   na  myśli  szerokiej 
pulchnej   twarzy  i   przetłuszczających   się   kędzierzawych   włosów.   Pił   bez 
umiaru alkohol i śmiał się z żartów Locke wydając z siebie niskie wilgotne 

Dazzo.

30

background image

dźwięki. Jego tłuste palce nieustannie ciągnęły za wysoki kołnierz uniformu 
próbując poluzować nieco uciskający szyję materiał. 
     Lord Oberon był wyższym, szczuplejszym mężczyzną o dumnych twar-
dych rysach twarzy. Zachowywał się powściągliwie i dumnie, w niczym nie 
przypominając   swą   pozą   beztroskiego   brata.   Spędzał   wieczór   na   cichej 
rozmowie ze swym kuzynem, pompatycznym głupcem o donośnym chicho-
cie   i   przesadnie   akcentowanych   manierach,   ale   zauważyłem,   że   większą 
uwagę poświęcał nielicznym wymianom zdań z cichym klerykiem Dazzo.
         Nie omieszkałem też przyjrzeć się uważnie kapitanowi Wolnej Floty. 
Gorgone   Locke   był   prawdziwym   olbrzymem   o   głęboko   zapadniętych 
oczach. Miał długie rude włosy spięte w koński ogon, a jego dolną szczękę 
zdobiły liczne srebrne kolczyki. Zastanawiał mnie będący w posiadaniu tego 
człowiek statek oraz jego przeszłość i reputacja. Należało skontaktować się 
w tej sprawie z Maxillą.
     Bankiet trwał do północy. Krótko potem rozeszliśmy się do swoich poko-
jów na spoczynek.
         Glawowie udostępnili nam kilka pomieszczeń w zachodnim skrzydle 
rezydencji. Na zewnątrz murów wielkiego  domostwa  szalał wiatr, świsz-
czący jękliwie na szczytach skalistych wzgórz i w gardzieli doliny leżącej 
poniżej  budowli.  Krople deszczu bębniły w dach, a drewniane okiennice 
huśtały się na zawiasach.
     W apartamencie zastaliśmy siedzącego samotnie Heldane. Studiował ja-
kieś rozłożone na blacie stolika dokumenty. Podniósł głowę słysząc otwie-
rane drzwi wejściowe.
 - I jak ? – zapytałem.
     Podczas gdy my bawiliśmy się na bankiecie, Heldane i Betancore prze-
prowadzili   rozpoznanie   zachodniego   skrzydła   rezydencji.   Asystent   Voke 
pokazał   mi   wyniki   swej   pracy.   Większość   pomieszczeń   w   tej   części 
domostwa była naszpikowana aparaturą podsłuchową oraz wysoce zaawan-
sowanym systemem alarmowym, na korytarzach pracowało też kilka senso-
rów optycznych. Heldane zabezpieczył nasze pokoje za pomocą miniaturo-
wych ekranów fal radiowych, uniemożliwiających podsłuchanie prowadzo-
nych wewnątrz rozmów.
  -  Analiza   porównawcza   –   oświadczył   wskazując   dłonią   dwie   leżące   na 
blacie stoły mapy – Zielony kolor oznacza pomieszczenia, do których mój 
mistrz miał dostęp w trakcie swych wizyt. Czerwonym  kolorem oznaczy-
liśmy strefy zbadane dziś wieczorem.
      Pochyliłem się nad mapami. Voke zdołał otworzyć wiele drzwi, ale od 
razu dostrzegłem puste obszary rezydencji pominięte przez niego z jednego 
prostego powodu: stary inkwizytor nie miał pojęcia o ich istnieniu.
 - To podziemia ? – zapytałem.
 - Bez wątpienia ciąg pomieszczeń zbudowanych pod powierzchnią ziemi – 
potwierdził Heldane. Miał miękki, chorobliwie słaby głos, który wydawał 
się sączyć przez wąskie usta mężczyzny – Przylega do składów win.
     Draperie zakrywające okno pokoju rozsunęły się bezszelestnie. Przemo-
czony deszczem Betancore zeskoczył z parapetu, zdjął rękawice i buty do 
wspinaczki oraz skórzaną uprząż.
 - Co znalazłeś ?
 - Dach jeży się od czujników alarmowych. Nie próbowałem tam wchodzić, 
nawet nie skanowałem niczego pasywnie. We wschodnim skrzydle są po-
mieszczenia, których inkwizytor Voke nie oglądał. Sieć podziemnych kory-
tarzy  łączy  je  z  zachodnim   skrzydłem.   Tunele   biegną   pod   płytami   dzie-
dzińca. 
         Poświęciłem kilka minut na zapoznanie się ze szczegółami, po czym 
udałem się do swego pokoju zmienić ubranie.
         Założyłem pochłaniający ciepło matowoczarny kombinezon z dużym 
kapturem, później cienkie rękawiczki. Obwinąłem ciało uprzężą do wspi-
naczki i powkładałem do licznych kieszonek niezbędne drobiazgi: składaną 
lunetę, pęk uniwersalnych kluczy, sprężynowy nóż, dwa zwoje monokrysta-
licznego   drutu,   laserowy   palnik,   dwa   zestawy   zagłuszające   i   niewielki 
skaner.   Poprawiłem   tkwiący   w   uchu   mikrokomunikator,   schowałem   do 
przewieszonej  przez pierś kabury automatyczny  pistolet,  umieściłem dwa 
zapasowe   magazynki   w   uchwycie   na   pasie   i   pieczołowicie   ukryłem   w 
wewnętrznej kieszeni kombinezonu inkwizytorską rozetę.
      Zadanie, którego zamierzałem się podjąć groziło dekonspiracją. Rozeta 
mogła okazać się w takim przypadku moją najważniejszą kartą przetargową. 
         Wróciłem do pokoju gościnnego i podniosłem z podłogi rękawice do 
wspinaczki oraz buty zdjęte przez Betancore. 
  -   Jeżeli   nie   wrócę   w   ciągu   godziny,   możecie   zacząć   się   martwić   – 
powiedziałem członkom zespołu.

*  *  *  *  *

     Na zewnątrz panowały ciemność, deszcz i wichura. 
     Ściana domostwa była zniszczona upływem czasu i mokra, gdzieniegdzie 
porośnięta mchem i bluszczem. Musiałem uważnie kontrolować każdy swój 

ociekających wodą kamiennych blokach. 

ruch, by zyskać pewność, że kolczaste buty nie ześlizgną się na ociekają-
cych wodą kamiennych blokach. 
     Przesuwałem się wzdłuż ściany skrzydła aż do kamiennej półeczki przy 
rynnie. Włączyłem klepnięciem dłoni niewielki komputerek przymocowany 
do lewego przedramienia i na malutkim ekraniku pojawił się trójwymiarowy 
model rezydencji. Wbudowany w urządzenie lokalizator cały czas wyświet-
lał moje położenie i centrował odpowiednio wyświetlany obraz.
     Ponad szumem ulewy pochwyciłem dźwięk żwiru zgrzytającego pod bu-
tami, dwa piętra niżej. Przywarłem do ściany gasząc jednocześnie komputer, 
by poblask jego ekranu nie zdradził mej pozycji.
      Dwaj mężczyźni należący do pałacowej gwardii przeszli wolno wzdłuż 
ściany, ich zziębnięte ciała spowijały szczelnie przeciwdeszczowe płaszcze. 
Sylwetki  strażników rysowały  się wyraźnie na tle blasku  padającego zza 
okien wielkiego domu. Obaj przystanęli pod niewielkim gzymsem dającym 
osłonę przed deszczem. Kątem oka pochwyciłem błysk zapalniczki. Nawet 
przesycone wilgocią powietrze nie zdołało zagłuszyć słodkawego zapachu 
obscury.
         Palili używkę  niemal dokładnie pode mną, toteż nie mogłem  nawet 
drgnąć w obawie przed zdradzeniem swej obecności. Czekałem. Czułem jak 
sztywnieją mi  palce, zarówno pod  wpływem  chłodu  jak też niewygodnej 
pozycji i ciężaru ciała, jaki na nich spoczywał. 
      Ulewa przybrała na sile, wiatr szarpał czubkami czarnych drzew maja-
czących  opodal  rezydencji.  Ledwie  słyszałem przyciszoną  rozmowę  war-
towników, krótki śmiech.
      Nie mogłem dłużej czekać. Czas uciekał bezlitośnie, podobnie jak siła 
mych kończyn.
     Skoncentrowałem się, oczyściłem myśli i sięgnąłem w dół mocą.
      Bez trudu odnalazłem dwa ciepłe umysły zawieszone w zimnej pustce 
poniżej. Były zamglone i podatne na manipulację, wyraźnie osłabione dzia-
łaniem   narkotyku.   Natrafiłem   na   umysły   opornie   akceptujące   konkretny 
nacisk mentalny, ale bardzo wrażliwe na paranoję.
     Delikatnie pogrzebałem w głowach obu strażników.
      W ciągu kilku sekund wyskoczyli spod gzymsu, parskając i sycząc ni-
czym koty. Okazując sobie wyraźną wrogość pobiegli w przeciwne strony 
dziedzińca.
     Odetchnąłem z ulgą i zacząłem opuszczać się w dół ściany wykorzystu-
jąc w formie oparcia metalową rynnę i framugę jednego z okien. Kiedy już 
znalazłem się na dziedzińcu, wślizgnąłem się w cień rzucany przez bryłę 
zachodniego skrzydła rezydencji. Drobiazgowe rozpoznanie terenu przepro-
wadzone przez Betancore ujawniło obecność laserowych czujników alarmo-
wych przy drzwiach wejściowych do domu oraz wokół trawników i fontan-
ny zdobiącej fronton rezydencji. Chociaż nie dostrzegałem ich gołym okiem, 
zostały zaznaczone na elektronicznej mapie, toteż ostrożnie przekroczyłem 
każdy z nim z wyjątkiem ostatniego. Ten emitował promień na wysokości 
mojej klatki piersiowej, dlatego pokonałem go na kuckach.
     Celem mojej wyprawy były hangary na obrzeżu płyty lądowiska, na ty-
łach   rezydencji.   Ręczne   skanery   zlokalizowały   podziemną   strukturę   pod 
powierzchnią hangarów, pozwalając wysnuć wniosek,  iż tamtędy właśnie 
wiedzie jedno z sekretnych przejść do ukrytej części siedziby Glawów. Be-
tancore znalazł kilka innych tajemnych przejść, ale znajdowały się one w 
prywatnych   częściach   rezydencji   lub   pomieszczeniach   służby   takich   jak 
chłodnia czy rzeźnia, gdzie zbyt wiele kręciło się świadków mogących na 
mój widok podnieść alarm.
     Wrota hangarów były zatrzaśnięte, w środku panowały ciemności. Wdra-
pałem się na płaski dach najbliższego budynku i podkradłem do lufcika, któ-
ry pełnił zarazem rolę wywietrznika. Za pomocą ostrza noża podważyłem 
klapę lufcika i otworzyłem go ostrożnie. Droga do środka stała otworem.
      Opuściłem się w głąb wywietrznika, nogami w dół. Patrząc pod siebie 
dostrzegłem w półmroku dach zaparkowanego wewnątrz hangaru samolotu. 
Krótki skok i wylądowałem na klęczkach na metalowym kadłubie maszyny.
         Zeskoczyłem po skrzydle z samolotu i zacząłem myszkować za jego 
ogonem. Niewielkie drzwi prowadziły do pomieszczenia naprawczego, za 
nim zaś znajdował się magazyn części zamiennych. Kompozytowa podłoga 
hangaru pokryta była plamami oleju, toteż poruszałem się ostrożnie i czuj-
nie, omijając też wszelkie stojaki i zwoje łańcuchów.
     Zerknąłem na ekranik komputera lokalizacyjnego. Wejście do podziemi 
znajdowało się w tylnej ścianie magazynu części zapasowych. 
     Pierwszym problemem okazały się właśnie drzwi – wykonane z wzmoc-
nionego ceramitu, wyposażone w system alarmowy i niewielki panel z kla-
wiaturą umożliwiającą wprowadzenie kodu dostępu.
     Westchnąłem, chociaż spodziewałem się takich przeszkód. Postanowiłem 
przykleić do powierzchni drzwi zagłuszacz, by ekranować wszelkie sygnały 
alarmowe wysyłane z hangaru do centrali rezydencji. Potem w ruch miał 
pójść ręczny skaner i oprogramowanie do łamania elektronicznych kodów. 
Dziesięć minut  pracy  przy wyjątkowym   łucie  szczęścia.  Całe  godziny  w 
przypadku jego braku.

31

background image

     Zdjąłem rękawice, by móc swobodniej manipulować narzędziami i wtedy 
uderzyła mnie pewna myśl. Mój mentor, wielki Hapshant, nie posiadał natu-
ralnego talentu mentalnego. Monodominanta z krwi i kości, potrafił jednak 
posłużyć się niezwykłym instynktem. Nauczył i mnie kierowania się głosem 
umysłu. Szczerze wierzył, że to sam Imperator stał za tymi przeczuciami.
     Wystukałem na klawiaturze słowo daesumnor. Zamek szczęknął i drzwi 
otworzyły się z cichym jękiem serwomotorów.

*  *  *  *  *

     Czysta, ogrzewana i dobrze wentylowana klatka schodowa, zdecydowa-
nie nowsza od głównej części domostwa, zaprowadziła mnie do kompleksu 
podziemi. Co trzy metry na ścianach korytarza płonęły silne lampy. Posłu-
gując się lokalizatorem i własną oceną uznałem, że znajdowałem się jakieś 
dziesięć metrów poniżej poziomu dziedzińca, pod wschodnim skrzydłem re-
zydencji. Zdjąłem kaptur, by nie ograniczał mi zasięgu słuchu.
       Daesumnor otworzył kolejne drzwi. Przedostałem się przez nie do dłu-
giego korytarza z rzędem włazów na jednej ze ścian. Ujrzawszy otwarty 
właz podkradłem się do niego bliżej. Usłyszałem ludzkie głosy, w nozdrza 
pochwyciłem specyficzny zapach dymu.
     Przystanąłem tuż za włazem tak, bym mógł wyjrzeć zza jego krawędzi.
 - ...za dwa tygodnie – powiedział czyjś męski głos.
 - Mówiłeś to miesiąc temu ! – parsknął z irytacją inny mężczyzna – O co 
chodzi, chcesz podwoić swoje profity ?
      Pokój pełnił chyba rolę biblioteki lub pracowni. Księgi i elektroniczne 
notesy stały w idealnym porządku na szklanych szafach biegnących wzdłuż 
ścian. Delikatne światło rzucane przez kilka wiszących pod sufitem lamp 
odbijało się od szklanych  pokryw  zasłaniających dostęp do księgozbioru. 
Widziałem już kiedyś takie zabezpieczenia w kilku imperialnych bibliote-
kach, mające za zadanie chronić szczególnie cenne i wartościowe dzieła.
      Podłoga pokoju wyłożona była dywanami. Zaglądając w jego głąb doj-
rzałem   czterech   mężczyzn   siedzących   przy   niskim   stole   na   krzesłach   o 
rzeźbionych oparciach. Jeden z nich zajął miejsce plecami do mnie, ale po 
charakterystycznej sylwetce od razu rozpoznałem Urisela Glawa. Na wprost 
dowódcy pałacowej gwardii siedział kapitan Wolnej Floty Gorgone Locke. 
Dwóch pozostałych uczestników rozmowy nie znałem, ale przypominałem 
sobie ich twarze zauważone na wieczornym bankiecie. Wszyscy trzymali w 
rękach kieliszki z likierem, a jeden z obcych mi mężczyzn palił wodną fajkę 
wypełnioną obscurą. Na blacie stołu leżały liczne przedmioty, niektóre za-
winięty w materiał, inne odkryte. Przypominały mi kamienne tablice, jakieś 
nieznane starożytne relikty.
 - Cały czas próbuję ci wytłumaczyć przyczyny opóźnienia, Glaw – oświad-
czył Locke – To zbyt odmienna od nas kultura, byśmy mogli pochopnie za-
łatwić sprawę.
 - Za to ci płacimy – sarknął Urisel i pochylił do przodu, jego palce biegały 
po powierzchni jednej z tablic – Nie będziemy dłużej tolerować opóźnień. 
Zbyt wiele zainwestowaliśmy w to przedsięwzięcie. Czasu, pieniędzy, zaso-
bów rzeczowych. Zostaliśmy zmuszeni do wstrzymania lub zaprzestania in-
nych inwestycji, wielu z nich niezwykle dla rodu ważnych.
  - Nie będziesz rozczarowany, mój panie – skłonił się mężczyzna z fajką. 
Miał na sobie prosty czarny strój, który kontrastował z jego ogoloną do go-
łej skóry czaszką i wodnistymi niebieskimi oczami – Natura tych tablic mó-
wi sama za siebie. Saruthi poważnie traktują nasz pakt.
      Urisel wstał z krzesła rozpoczynając dłuższą wypowiedź. Cofnąłem się 
od włazu i ruszyłem w głąb korytarza. Słowo kodowe wydobyte z notesu 
Eyclone otworzyło drzwi na końcu pomieszczenia. 
     Znalazłem się w okrągłej komnacie. Po prawej i po lewej stronie miałem 
zamknięte włazy prowadzące do nieznanych mi lokalizacji. Na wprost znaj-
dował się portyk strzeżony tarczą włączonego pola siłowego.
     Skoczyłem za ścianę obok przejścia, gdy ktoś znajdujący się w jego głębi 
wyłączył  pole od środka. Mężczyzna przekroczył próg i odwrócił się, by 
ponownie uruchomić barierę. Kowitz.
     Chwyciłem go od tyłu, jedną dłoń zaciskając na gardle, drugą zaś wykrę-
cająć jego prawą rękę. Charczał i wierzgał zaskoczony. Szarpnąłem mocno 
całym ciałem i wyrżnąłem głową Kowitza w ścianę.
     Upadł bezwładnie na podłogę. Chwyciłem go za kołnierz i wciągnąłem 
do pomieszczenia za portykiem. Mały panel kontrolny wiszący na ścianie 
obok przejścia pozwolił ponownie uruchomić pole siłowe.
     Komnata była podłużna, o niskim sklepieniu. Powietrze wewnątrz miało 
dziwnie suchy posmak, świadczący o wielokrotnym filtrowaniu. Pojąłem, że 
trafiłem do jakiegoś rodzaju kaplicy, o podłodze wyłożonej ciemnymi ka-
miennymi płytami. Nawa wiodła ku znajdującemu się w głębi pomieszcze-
nia ołtarzowi. Nigdzie nie dostrzegałem żadnych krzeseł ani ławek, żadnych 
innych mebli. Z wtopionych w sufit lamp padało lekko przydymione świat-
ło. Pozostawiłem Kowitza na podłodze i ruszyłem w stronę ołtarza chcąc 
przyjrzeć się mu dokładniej.

     Ołtarz miał blisko dwa metry wysokości i sprawiał wrażenie wykutego z 
pojedynczego   bloku   obsydianu.   Szklisty   kamień   wydawał   się   pulsować 
własną   poświatą.   Na   rzeźbionej   półeczce   dostrzegłem   bogato   wysadzaną 
klejnotami skrzynkę ofiarną, długą i szeroką na jakieś trzydzieści centymet-
rów. Podważyłem ostrożnie wieczko ostrzem noża.
     Na wyściółce z welwetowego materiału spoczywała zadziwiająca sfera. 
Wyglądała niczym źle oszlifowany kawał kwarcu wielkości zaciśniętej ludz-
kiej pięści. Oplatała ją siateczka pozłacanych drutów i przewodów zakoń-
czonych wtyczkami. 
     Odwróciłem się na pięcie słysząc za plecami jakiś dźwięk.
         Kowitz stał przy tarczy pola siłowego. Krew ciekła z jego rozciętego 
czoła, w ręku dzierżył jednak pewnie wymierzony we mnie laserowy pisto-
let. Był bardzo blady, wściekły, zdezorientowany.
 - Cofnij się od Pontiusa, skurwysynu – wycedził przez zęby.

32

background image

Rozdział XI

Rewelacje.

Arystokratyczne rozrywki.

Pacyfikacja obiektu 505.

     Nie mogłem pozwolić na ujęcie w tym miejscu. Zebrałem w ułamku se-
kundy wszystkie psioniczne rezerwy i nie poruszając się w miejscu uderzy-
łem z całej siły Kowitza prosto między oczy.
     Wiązka mentalnej energii o takim stopniu koncentracji, zwłaszcza emito-
wana na tak niewielkim dystansie, powinna była powalić go niczym bezpo-
średnie trafienie młotem wstrząsowym. Kowitz nawet nie mrugnął.
 - Nie każ mi powtarzać – podniósł lufę broni wyżej, w moją twarz.
     Pokój musiał być mentalnie ekranowany. Albo ekranowany albo coś wy-
sysało psioniczną energię wprost z powietrza.
 - To tragiczne nieporozumienie, Kowitz – powiedziałem – Wybrałem się na 
spacer i zabłądziłem.
     Nie sposób było wymyślić bardziej idiotyczną i naiwną bajeczkę, ale nie 
dbałem o logikę tej wypowiedzi. Chciałem tylko zająć jego umysł, zmusić 
go do rozmowy.
 - Nie sądzę – wysyczał. Macał po ścianie za swymi plecami, szukając des-
peracko panelu kontrolnego. Musiał tam znajdować się przycisk alarmowy.
     Czekałem. Byłem pewien, że lada sekundę odwróci się lekko w tył chcąc 
wzrokiem wyszukać wiszącą na ścianie klawiaturę.
     Kiedy dostrzegłem ten oczekiwany gest, rzuciłem się do przodu i w bok, 
wyszarpując z kabury swój pistolet.
     Krzyknął i pociągnął za spust, ale strzelił zbyt wysoko. Wiązka energii z 
sykiem nadtopiła jedną ze ścian kaplicy.
     Z przyklęku posłałem dwa pociski. Oba trafiły Kowitza w szyję tuż poni-
żej brody, cisnęły trupem w pole siłowe. 
     Ciało odbiło się od bariery pośród snopu iskier, runęło na podłogę prosto 
na twarz. Dostrzegłem rozlewającą się po posadzce kałużę krwi.
         Doskoczyłem do panelu kontrolnego.  Na jego powierzchni migotała 
bursztynowa lampka. Sukinsyn zdążył coś nacisnąć. Uderzyłem palcami w 
przycisk dezaktywujący pole siłowe. 
     Nic.
     Wstukałem na klawiaturze słowo daesumnor.
     Nic.
     Pojąłem, że znalazłem się w głębokich tarapatach.
     Tuż przed śmiercią Kowitz zdołał nacisnąć przycisk alarmowy, a system 
zabezpieczający kaplicę odciął  osobom  w niej  przebywającym  dostęp  do 
ter-minalu. Wpadłem w pułapkę.
      Za migotliwą tarczą pola siłowego dostrzegłem Urisela Glawa i człon-
ków pałacowej gwardii, gestykulujących z ożywieniem i krzyczących coś do 
siebie.
         Cofnąłem się od przejścia i podniosłem upuszczony pistolet Kowitza. 
Kiedy bariera zostanie wyłączona z zewnątrz, użyję obu broni po to, by roz-
prawić się z każdym głupcem próbującym wejść do środka kaplicy.
     Wtedy właśnie coś mrocznego i potwornie potężnego wdarło się od tyłu 
do mego umysłu. Pochłonęła mnie ciemność nieświadomości.

*  *  *  *  *

     Jakaś twarz obserwowała mnie, kiedy odzyskiwałem przytomność. Przy-
stojna twarz o pustych oczach. Mężczyzna poruszył ustami zamierzając coś 
powiedzieć. Wtedy jego obraz rozmył mi się w oczach i odpłynął w nicość. 
Pojąłem, że to tylko sen. Obudziłem się powracając do świata, który wyda-
wał się składać wyłącznie z fizycznego cierpienia.

*  *  *  *  *

     - Dosyć tego. Nie zabij go – powiedział czyjś głos. Ktoś inny zaśmiał się 
i fala potwornego bólu zapłonęła w moich skroniach, płucach i wnętrznoś-
ciach.
 - Dosyć, powiedziałem ! Locke !
     Zdławione, pełne rozczarowania przekleństwo. Porażający ból zelżał, ale 
nadal ogromnie cierpiałem. 
     Leżałem z rozkrzyżowanymi rękami na drewnianej konstrukcji w postaci 
teownika, przytrzymywany w miejscu przez masywne obręcze zatrzaśnięte 
na nadgarstkach i kostkach. Zdjęto ze mnie cały ekwipunek: uprząż, kaptur, 
mikrokomunikator – wszystko z wyjątkiem spodni i butów. Czułem na po-
liczkach, ustach, brodzie i w gardle grudki, które mogły być wyłącznie za-
krzepłą krwią. Strużka świeżej krwi ciekła mi z nosa. 
     Otworzyłem oczy. Ktoś potrząsał mi przed twarzą moją rozetą.

 - Poznajesz to, Eisenhorn ?
     Splunąłem pełną krwi flegmą.
 - Sądziłeś, że wślizgniesz się tutaj, a potem wyjmiesz tę odznakę i zmusisz 
nas wszystkich do padnięcia ze strachu na kolana ?
     Urisel Glaw cofnął sprzed mego nosa rozetę i spojrzał na mnie z góry.
  - Ta sztuczka nie zadziała w Domu Glaw. My nie boimy się ludzi twego 
pokroju, inkwizytorze.
 - Zatem... jesteście wyjątkowymi głupcami – odparłem.
     Przyłożył mi z otwartej dłoni z taką siłą, że omal nie pękła mi potylica 
uderzająca pod impetem tego ciosu w więzienny teownik.
 - Myślisz, że twoi przyjaciele zjawią się, by ci pomóc ? Wyłapaliśmy ich 
wszystkich. Siedzą już w kazamatach.
 - Potraktuj swą sytuację poważnie – wykrztusiłem – Inni też wiedzą, że tu 
jestem. Naprawdę nie powinieneś zadzierać z przedstawicielem Inkwizycji, 
nawet jeśli ten zdany jest całkowicie na twoją łaskę.
     Glaw zakołysał się lekko na nogach, skrzyżował na piersi ręce.
 - Bez obaw, nie lekceważę imperialnej Inkwizycji. Niemniej również się jej 
nie boję. A teraz, jeśli pozwolisz... są pewne pytania, na które musisz nam 
udzielić odpowiedzi.
     Odsunął się, cofnął w bok. Ujrzałem kamienne sklepienie pomieszczenia, 
drzwi o podwójnym zamku w jednej ze ścian, prowadzące do nich schodki. 
Przy ostatnim schodku stali lord Oberon Glaw i mężczyzna z fajką, obser-
wując mnie w milczeniu. Kapitan Gorgone Locke siedział wyprostowany na 
brudnym drewnianym krześle opodal teownika. W prawej ręce trzymał jakiś 
dziwny instrument przypominający rękawicę z segmentowanego metalu o 
pięciu palcach zakończonych różnej długości i różnego kształtu igłami.
 - Mylisz się, Glaw. To ty powinieneś udzielać odpowiedzi.
     Urisel Glaw skinął głową w stronę kapitana. Locke wstał z krzesła i pod-
szedł do mnie poruszając ukrytymi w rękawicy palcami.
  - To jest strousiński  wypalacz neuralny.  Nasz przyjaciel, pan Locke,  to 
prawdziwy mistrz w posługiwaniu się tym narzędziem perswazji. Chętnie 
przyjęliśmy jego propozycję poprowadzenia tego przesłuchania.
     Locke złapał mnie nagą dłonią za gardło, wykręcił głowę. Jego rękawica 
znikła   z   mojego   pola   widzenia.   Sekundę   później   bolesny   spazm   targnął 
moim sercem i płucami. Zacząłem się dusić.
 - Osobnicy tak doskonale wyedukowani jak ty wiedzą wszystko o krytycz-
nych punktach ludzkiego ciała – powiedział tonem luźnej konwersacji Loc-
ke – Podobnie jak strousii. Lecz oni znają nie tylko sposób nacisku na te 
punkty, oni potrafią je dosłownie wypalić. Poświęciłem rok życia na studia 
pod   kierunkiem   jednego   z   ich   świętych   mistrzów   tortur.   Ten   chwyt   dla 
przykładu, ten pozbawiający cię powietrza. Paraliżuje układ oddechowy i 
zakłóca pracę serca.
     Ledwie słyszałem jego słowa. Krew tętniła mi w uszach, a przed oczami 
wirowała feeria kolorów.
     Cofnął rękawicę. Ból ustał natychmiast.
 - W taki właśnie sposób mogę zatrzymać twoje serce, uszkodzić mózg, oś-
lepić. Bądź rozsądny.
      Pomimo cierpienia skrzywiłem usta w grymasie uśmiechu i powiedzia-
łem mu, co myślę o jego matce.
     Rękawica uderzyła mnie w twarz, igły wbiły się w policzki. Na moment 
ponownie straciłem przytomność.
  - ...nie zabiłem go ! – usłyszałem syknięcie Locke, kiedy odzyskiwałem 
świadomość. Tępy ból zdawał się emanować z każdej komórki nerwowej na 
skórze twarzy.
  - Popatrzcie na niego ! Popatrzcie na niego ! I gdzie jest teraz ten twój 
arogancki uśmieszek, skurwielu ?
     Nie odpowiedziałem.
     Locke pochylił się nade mną tak nisko, że niemal stykaliśmy się czołami. 
Jego oczy były wszystkim, co widziałem.
  - Rzeźba igłami – wysyczał. Czułem na twarzy jego ciepły,  przesycony 
odorem obscury oddech – Troszeczkę poszatkowałem twoją gębę. Już nigdy 
więcej się nie uśmiechniesz.
     Wpierw chciałem mu odpowiedzieć, że nie widzę nic śmiesznego w jego 
położeniu, ale porzuciłem ten zamiar. Poderwałem głowę w górę i wgryzłem 
się w jego twarz.
     Locke wrzeszczał szarpiąc się konwulsyjnie. Na mój kark i potylicę spadł 
grad wściekłych ciosów. Czułem smagnięcia rozpuszczonych rudych wło-
sów. W końcu zdołał się ode mnie oderwać. Splunąłem oczyszczając pełne 
krwi  usta. Na podłodze wylądował też spory kawałek odgryzionej dolnej 
wargi kapitana.
     Sadysta zacisnął nagą dłoń na broczącej krwią ranie. Cofnął się ogarnięty 
ślepą furią, a potem runął na mnie. Kopnął mnie w brzuch i biodro, przy-
łożył z pięści w szczękę z tak siłą, iż omal nie skręcił mi karku. Poczułem 
igły wbite w lewą stronę klatki piersiowej i potworny ból ponownie zapłonął 
w umęczonym  ciele. Locke wykrzykiwał mi w twarz jakieś wulgaryzmy. 
Ponownie straciłem przytomność.

33

background image

     Kiedy ją odzyskałem, Urisel właśnie wlókł kapitana do tyłu, odciągając 
go od teownika.
 - Chcę go żywego ! – krzyczał Urisel.
  - Zobacz, co mi zrobił ! – parsknął Locke ocierając dłońmi zakrwawioną 
brodę.
 - Nie zachowałeś dostatecznej ostrożności – oświadczył lord Oberon pod-
chodząc  w   moją   stronę.   Stanął   przy  teowniku,   spojrzał  na  mnie   z  góry. 
Ujrzałem wyraźnie jego dumną, władczą twarz o starannie wypielęgnowanej 
bródce.
 - Jedną nogą stoi w grobie – warknął Oberon – Powiedziałem wam, głupcy, 
że potrzebne mi są jego odpowiedzi.
 - Sam zapytaj – zaproponowałem chrapliwie.
     Lord Oberon uniósł brwi namyślając się przez chwilę.
 - Co sprowadziło cię do mojego domu, inkwizytorze ?
 - Pontius – zaryzykowałem, bo chociaż nie robiłem sobie zbyt wielkich na-
dziei, zawsze istniała pewna szansa, że również w umysłach tych ludzi znaj-
dowała się zaprogramowana sekwencja samobójcza podobna do tej ukrytej 
w   mózgu   Saemona   Crotesa,   aktywowana   na   dźwięk   słowa   kluczowego. 
Zgodnie z moimi przeczuciami nic się nie stało.
 - Przyleciałeś z Hubrisu ?
 - Zlikwidowałem tam Eyclone i jego siatkę.
 - I tak odwołaliśmy tamtą operację – Oberon cofnął się o krok.
  - Czym  jest Pontius ? – zapytałem walcząc z rozwichrzonymi  myślami. 
Wszystko mnie bolało.
 - Jeśli tego nie wiesz, nie licz na moje wyjaśnienia – mruknął Oberon Glaw.
     Lord spojrzał na Urisela, Locke i człowieka z fajką.
 - Nie sądzę, by on wiedział cokolwiek o naszej sprawie, ale muszę mieć w 
tej kwestii pewność. Możesz załatwić to w profesjonalny sposób, Locke ?
     Kapitan skinął twierdząco głową i zbliżył się ponownie poruszając zło-
wieszczo ukrytymi w rękawicy palcami. Wbił jedną z igieł w moją czaszkę 
tuż za uchem. Poczułem odrętwienie, straciłem niemal  całkowicie możli-
wość koncentracji.
 - Igła wskazująca penetruje teraz twój ośrodek prawdomówności – wyjaśnił 
Locke   –   Nie   zdołasz   teraz   skłamać,   nie   dasz   rady.   Co   wiesz   o   naszym 
prawdziwym przedsięwzięciu ?
 - Nic – wymamrotałem.
     Poruszył igłą i czaszkę przeszyła mi fala bolesnych dreszczy.
 - Jak się nazywasz ?
 - Gregor Eisenhorn.
 - Gdzie się urodziłeś ?
 - Świat DeKere.
 - Inicjacja seksualna ?
 - Miałem szesnaście lat. Dziewczyna z akademii...
 - Twoje najczarniejsze lęki ?
 - Człowiek z pustymi oczami !
         Wyrzucałem z siebie szczere odpowiedzi niczym pozbawiona własnej 
woli marionetka, jednakże ostatnia z nich zadziwiła nawet mnie samego.
     Locke bynajmniej nie skończył. Pokręcił trochę igłą i wbił mi pozostałe 
w kark paraliżując kończyny.
- Co wiesz o naszym prawdziwym przedsięwzięciu ?
 - Nic.
     Wbrew sobie samemu zacząłem płakać z bólu.

*  *  *  *  *

     Gorgone Locke torturował mnie przez cztery godziny, wciąż powtarzając 
w kółko swe pytania. A przynajmniej o czterech godzinach wiedziałem... nie 
mam pojęcia jak często traciłem wtedy przytomność.

*  *  *  *  *

          Ocknąłem   się   ponownie   czując   pod   plecami   chłód   kompozytowej 
posadzki. Kąsający ból i skrajne wyczerpanie paliły żywym ogniem każdą 
komórkę mego ciała. Ledwie zdołałem się poruszyć. Jeszcze nigdy w swym 
życiu nie stanąłem przed tak ogromną dawką cierpienia. Jeszcze nigdy nie 
znalazłem się tak blisko śmierci.
 - Leż spokojnie, Gregorze... jesteś z przyjaciółmi – ten głos. Aemos.
      Otworzyłem oczy. Uber Aemos, mój zaufany savant, patrzył na mnie z 
góry z taką troską na twarzy, iż nawet cybernetyczne wszczepy nie zdołały 
jej zatrzeć. Był posiniaczony, a jego eleganckie szaty wisiały w strzępach.
 - Leż spokojnie, stary druhu – pouczył mnie ponownie.
 - Znasz mnie przecież, Aemosie – odparłem i z bolesnym wysiłkiem usiad-
łem na podłodze. Omal nie podołałem temu wysiłkowi.  Niektóre mięśnie 
odmawiały posłuszeństwa, kręciło mi się w głowie i miałem ochotę wymio-
tować.
     Potoczyłem wokół błędnym wzrokiem.

         Siedziałem na podłodze okrągłej metalowej celi. Po jednej jej stronie 
znajdował się niewielki właz, po drugiej sporych rozmiarów wrota. Aemos 
klęczał tuż przy mnie, obok kucała Alizebeth Bequin, w podartej i brudnej 
sukni, patrząca na mnie z budzącym wzruszenie niepokojem. Kawałek dalej 
stał ze skrzyżowanymi na piersi rękami Heldane, a za nim chował się Ma-
cheles i czterej inni przedstawiciele Gildii Sinesias pośredniczący w spot-
kaniu z Glawami. Wszyscy mieli blade jak papier twarze i podkrążone, za-
puchnięte od łez oczy. Nigdzie nie widziałem Betancore.
     Aemos pochwycił moje pytające spojrzenie.
 - Niematerialny Aegis, odejście – wyjaśnił posługując się Glossią.
      Betancore w sobie tylko znany sposób zdołał umknąć prześladowcom. 
Wreszcie dobra wiadomość.
     Podniosłem się na nogi, po części dzięki swej determinacji, po części zaś 
pomocy Aemosa i Bequin. Wciąż pozostawałem rozebrany do pasa. Cały 
tors i głowę miałem pokryte zakrzepłą krwią, spod której wyzierały dzie-
siątki malutkich nakłuć. Gorgone Locke bardzo się nade mną natrudził.
     Gorgone Locke drogo mi za to zapłaci.
 - Co już wiecie ? – zapytałem, gdy mój wywołany nagłym wysiłkiem od-
dech nieco się uspokoił.
 - Jesteśmy trupami – odparł krótko Heldane – Nic dziwnego, że mój mistrz 
pozostawia takie metody działania wyłącznie radykalnym samobójcom. Ża-
łuję, że zgodziłem się towarzyszyć wam w tej misji.
  - Dziękuję ci za dobre słowo,  Heldane. Czy jest tutaj ktoś,  kto  mógłby 
udzielić mi bardziej konkretnych informacji ?
     Aemos uśmiechnął się pod nosem.
 - Jesteśmy w celi więziennej w zachodnim skrzydle, niemal na samym koń-
cu tej części rezydencji, przy lesie. Wpadli do naszych kwater trzy godziny 
po twoim wyjściu, z bronią w rękach. Zapamiętałem dokładnie trasę, którą 
nas poprowadzono i porównałem ją w pamięci z mapą Midasa, toteż jestem 
pewny trafności naszej lokalizacji.
 - Co oni ci zrobili ? – zapytała Bequin przecierając rany na mej piersi ka-
wałkiem materiału oderwanego od jej sukni.
     Pojąłem, dlaczego jej ubranie było w tak opłakanym stanie. Podczas gdy 
leżałem w celi nieprzytomny, ona opatrywała moje rany. Sterta poklejonych 
krwią skrawków sukni leżąca opodal dobitnie świadczyła o zasadności tej 
hipotezy.
  - Przyszli  godzinę  temu  i wrzucili cię do środka.  Nikt  nic nie mówił  – 
oświadczył Heldane.
 - Czy pan jest naprawdę inkwizytorem, sir Farchaval ? – zapytał zalęknio-
nym głosem Macheles.
 - Tak, jestem. Nazywam się Eisenhorn.
     Macheles zaczął chlipać, w jego ślad poszli pozostali brokerzy.
 - Zatem jesteśmy zgubieni. Przywiodłeś nas na śmierć !
         Poczułem ukłucie współczucia dla tych ludzi. Gildia Sinesias była na 
wskroś przeżarta korupcją, ale tych pięciu pośredników znalazło się w pu-
łapce bez wyjścia tylko z mojej winy.
 - Zamknijcie się ! – warknął Heldane.
     Asystent Voke podszedł bliżej i wyjął coś z kieszeni swego ubrania. Nie-
wielką czerwoną kapsułkę.
 - Co to jest ?
 - Admylladox, dziesięciogramowa dawka. Wyglądasz na człowieka, który 
tego potrzebuje.
 - Nie używam narkotyków.
     Wepchnął kapsułkę do mojej dłoni.
-  Admylladox   uśmierza  ból  i  oczyszcza  umysł.  Nie  obchodzi   mnie   twój 
stosunek do narkotyków, masz to mieć w krwioobiegu, kiedy wrota zostaną 
otwarte.
     Spojrzałem kątem oka na masywną bramę.
 - Dlaczego ?
 - Nigdy ci się nie zdarzyło wystąpić na arenie ?

*  *  *  *  *

         Dom Glaw wyciągnął ze mnie wszystkie potrzebne renegatom infor-
macje. Teraz chcieli mojej śmierci. Mojej i mych towarzyszy.
     To zaś oznaczało zabawę.
       Wrota otworzyły się ze szczękiem o porze, która na zewnątrz musiała 
być świtem. Zalała nas jaskrawa poświata jarzeniowych lamp.
     Żołnierze Domu Glaw wpadli do celi przez mniejsze wejście i wypędzili 
nas za bramę posługując się wprawnie tarczami wstrząsowymi i neuralnymi 
biczami.

*  *  *  *  *

     Znaleźliśmy się na rozległej odkrytej przestrzeni, wciąż jeszcze oślepieni 
nagłym światłem. Wrota celi zatrzasnęły się za nami z głośnym hukiem.

34

background image

     Mrużąc oczy rozejrzałem się wokół. Ujrzałem ogromny amfiteatr, przy-
kryty od góry wielką kopułą, bez wątpienia owym złotym dachem zwracają-
cym na siebie uwagę podczas lądowania w posiadłości Glawów. Dno areny 
tworzyła porośnięta trawą ziemia, a bluszcz i mech zdobiły zielonym ko-
biercem jej wysokie na dobre dziesięć metrów kamienne ściany. 
      W górze, na rzędach ławek, siedziała niecierpliwiąca się już widownia. 
Dostrzegłem Urisela Glawa, lorda Oberona, Locke, panią Fabrinę, kapłana 
Dazzo, człowieka z fajką. Terronce, kapitan gwardii pałacowej, który towa-
rzyszył mi w trakcie bankietu, dowodził honorową wartą złożoną z czter-
dziestu żołnierzy. Wszyscy mieli na sobie zielone pancerze osobiste, grze-
bieniaste srebrne hełmy, przez ramiona przewiesili karabinki automatyczne. 
Ponad dwustu członków rodu Glaw, służących, najemników i gości two-
rzyło resztę publiczności. Bawili się przez całą noc czekając na nadejście 
świtu, a buzujący w ich żyłach alkohol i inne nieznane mi używki przeist-
oczyły tych ludzi w krwiożercze hieny pożądające widoku śmierci.
         Ignorując pomruk tłumu rozejrzałem się uważniej po arenie. W kilku 
miejscach rosły  zagajniki  drzew, w kilku  innych  piętrzyły  się bryły  skał 
przydające  budowli  wrażenie  dzikiego   odludzia.  Opodal   bramy   leżała  na 
ziemi sterta przerdzewiałych broni. Macheles i jego towarzysze kręcili się 
już przy niej przebierając wśród krótkich mieczy i dzid.
     Dołączyłem do nich podnosząc długi sztylet i dziwnie zakrzywioną kosę 
o zębatej krawędzi ostrza. Zważyłem obie bronie w dłoniach.
         Heldane wybrał dla siebie sztylet i topór na długim trzonku, Bequin 
okrągłą tarczę i nóż. Aemos zadrżał tylko lękliwie, broni nawet nie dotknął.
     Krzyki i gwizdy publiczności górowały od dłuższej chwili ponad areną, 
znienacka jednak przeszły w burzę urwanych westchnień, po czym umilkły 
całkowicie.
      Carnodon mierzył sześć metrów od pyska po chłoszczący ziemię ogon. 
Dziewięćset kilo mięśni, żył, futra i kłów. 
      Wypadł zza kępy drzew ciągnąc za sobą długi masywny łańcuch przy-
mocowany do tkwiącej na szyi obroży. Skoczył i wylądował na Machelesie.
     Macheles, pośrednik Gildii Sinesias, krzyczał przeraźliwie kiedy drapież-
nik pożerał go żywcem. Wył i wrzeszczał znacznie dłużej niż wydawało się 
to fizycznie możliwe zważywszy na ogromne kawały jego ciała odrywane 
przez carnodona. Bez wątpienia przyczyną tego była moja chora wyobraź-
nia, bo odniosłem wyrażenie, że ten potworny krzyk umilkł dopiero wtedy, 
gdy z Machelesa pozostała już tylko zakrwawiona klatka piersiowa tarmo-
szona przez drapieżnika na zbryzganej organicznymi płynami trawie.
         Pozostali brokerzy wrzasnęli jednym głosem i rzucili się do ucieczki. 
Jeden zemdlał.
 - Jesteśmy trupami – powtórzył Heldane ujmując mocniej broń.
     Połknąłem otrzymaną od niego kapsułkę. Wcale nie poczułem się lepiej.
Z rozwartą paszczą carnodon ruszył w stronę pozostałych pośredników, jego 
ciągnięty po kamieniach łańcuch dźwięczał metalicznie.
     Bequin krzyknęła przeraźliwie.
     Drugi carnodon wypadł z kryjówki, w której czaił się dotąd niepostrze-
żenie.   Zauważyłem,   że   był   nieco   większy   od   swego   pobratymca.   Runął 
prosto na mnie.
         Rzuciłem się w prawo i pazury drapieżnika zryły ziemię w miejscu, 
gdzie jeszcze ułamek sekundy temu stałem. Jego łańcuch świsnął mi nad 
głową. Oba carnodony wydawały z siebie niskie basowe pomruki, od któ-
rych wręcz wibrowało powietrze. 
     Większa bestia zawróciła w miejscu i skoczyła ponownie w moją stronę. 
Korzystając z odwróconej uwagi drapieżnika Heldane rzucił się na niego z 
boku tnąc toporem po masywnych żebrach. Carnodon zasyczał przerażająco 
i uderzył intruza łapą. Asystent Commodusa Voke wyleciał w powietrze, 
wywinął salto i runął na arenę niczym worek kamieni. Na jego torsie lśniły 
czerwienią   głębokie   ślady   po   pazurach   zwierzęcia.   Uskoczyłem   do   tyłu, 
pomiędzy kilka drzew.
         Pierwszy carnodon dopadł innego pośrednika, przygniótł go do ziemi 
swym cielskiem. Impet uderzenia pozbawił nieszczęśnika przytomności, to-
też tym razem darciu na strzępy ludzkiego ciała nie towarzyszyły żadne ago-
nalne krzyki. 
      Drapieżniki były wygłodzone, widać to było wyraźnie po ich wystają-
cych   żebrach.   Pierwszy   pozytywny   czynnik...   zabiwszy   wybraną   ofiarę 
carnodony zainteresowała przede wszystkim konsumpcja pożywienia. Dłu-
gie łańcuchy przymocowane do obroży oraz metalowych pali wbitych w zie-
mię opodal  legowisk  obu  bestii pozwalały im poruszać się swobodnie  w 
obrębie całej areny, uniemożliwiały natomiast przedostanie się za pomocą 
skoku na górny poziom amfiteatru.
     Uderzając na boki ogonem większy carnodon okrążył arenę obserwując 
zmrużonymi   ślepiami   potencjalne   ofiary.   Bequin   wepchnęła   się   wraz   z 
Aemosem do zagłębienia w ścianie areny i wystawiła przed siebie tarczę 
próbując   w   ten   sposób   zapewnić   sobie   i   savantovi   kruchą   ochronę,   ale 
motłoch siedzący na widowni ciskał w nich butelkami i kawałkami jedzenia. 
Publiczność chciała rozrywki. Publiczność chciała ludzkiej krwi.

         Carnodon przyśpieszył, z jego pyska buchnęły kłęby pary, spomiędzy 
kłów ściekała ślina. Pędził prosto na Bequin i Aemosa. Wiedziałem, że już 
samo uderzenie tego cielska zmiażdży ich oboje na śmierć. Wyskoczyłem 
spomiędzy drzew zamierzając przeciąć drogę drapieżnika. Tłum podniósł 
pełną ekscytacji wrzawę.
      Bestia musiała dostrzec mnie kątem oka, bo zwolniła i zaczęła obracać 
się w mym kierunku. Zamachnąłem się kosą, a długie ostrze ze zgrzytem 
ześlizgnęło się po porośniętym grubym futrem boku zwierzęcia żłobiąc w 
nim   czerwoną   szramę.   Carnodon   wyrzucił   do   przodu   łeb,   zatrzasnął 
przedwcześnie   paszczę.   Odskoczyłem   uderzając   z   desperacją   obiema   rę-
kami, łudząc się nadzieją, że poharatam mu pysk. Skoczył na mnie z wib-
rującym rykiem.
          Przewróciłem  się na plecy  unikając zderzenia z łbem  drapieżnika  i 
nieuchronnego połamania żeber. Potwór stanął nade mną i spuścił łeb w dół 
z zamiarem odgryzienia mojej głowy. Świadom beznadziejnego położenia, 
zamknąłem oczy i machnąłem bronią starając się ugodzić bardziej wrażliwą 
na ciosy dolną część cielska potwora. 
     Przygniatający mnie ciężar znikł raptownie. Zawodząc chrapliwie carno-
don odskoczył w bok. Nie miałem już w ręce sztyletu.
       Dostrzegłem rękojeść broni sterczącą spod dolnej szczęki drapieżnika. 
Ostrze przebiło się na wylot przez skórę i jęzor carnodona, utkwiło w jego 
górnej części paszczy, gdy próbował ją zacisnąć. Machał i drapał łapami 
próbując usunąć bolesną zadrę, rzucał na boki łbem niczym  koń usiłując 
przepędzić natrętną muchę. 
     Zerwałem się na równe nogi. Krwawiłem z licznych zadrapań na piersi. 
Heldane pojawił się znienacka w moim polu widzenia, jego podarty płaszcz 
łopotał za biegnącym mężczyzną. Ciął z całej siły w grzbiet zajętego sobą 
carnodona naruszając jego kręgosłup. Wielki zwierz runął w konwulsyjnych 
spazmach,   tarzając   się   po   ziemi   i   rozdrapując   ją   pazurami.   Heldane 
zamachnął się ponownie toporem i rozpłatał łeb drapieżnika.
      Tłum na widowni oszalał, na nasze głowy posypał się deszcz prowizo-
rycznych pocisków. Heldane spojrzał w moją stronę z grymasem morder-
czego tryumfu na ustach.
         Wtedy drugi carnodon runął na niego od tyłu i rozpłaszczył na dnie 
areny.
     Bestia zdążyła wypatroszyć pozostałych pośredników Gildii z wyjątkiem 
nieszczęśnika,  który zemdlał i  wciąż leżał przy bramie  celi zignorowany 
przez wielkiego drapieżnika.  Przywaliła  bezbronnego  Heldane do ziemi  i 
zaczęła rozdzierać go pazurami. Na moich oczach carnodon zerwał wielki 
kawał skóry z czaszki mężczyzny i rozharatał mu plecy.
     Z chrapliwym krzykiem gniewu rzuciłem się w stronę potwora, wbiłem 
mu koniec kosy w ciało tuż za uchem i szarpnąłem bronią. Udało mi się na 
chwilę odciągnąć wielki łeb od ciała Heldane, ale w tym samym momencie 
w głowę ugodziła mnie rzucona z widowni butelka. Wstrząs oszołomił mnie 
na kilka sekund, wypuściłem z rąk kosę. 
         Zwierzę uskoczyło w bok pozostawiając na ziemi zakrwawione ciało 
Heldane. Kopnąłem z całej siły w jedną z tylnych łap.
  - Eisenhorn ! – krzyknęła Bequin obiegając carnodona z drugiej strony. 
Cisnęła   ponad   grzbietem   potwora   swoim   nożem.   Pochwyciłem   broń   w 
powietrzu. Zaniepokojony krzykiem dziewczyny drapieżnik odwrócił się w 
jej stronę i uderzył łapą. Zakrzywione pazury rozwaliły drewnianą tarczę w 
drzazgi, a impet ciosu powalił Bequin na ziemię. 
     Łapiąc garściami za zmierzwione futro wskoczyłem na grzbiet carnodona 
i zacząłem dźgać go desperacko po karku. Ostrze noża z trudem przebijało 
grubą skórę.
      Drapieżnik skakał i miotał głową próbując mnie zrzucić. Pochwyciłem 
kosę wiszącą wciąż za jego uchem i wbiłem ją z rozmachem pod obrożę. 
       Carnodon wpadł w istny szał, rzucając się na krawędzi zasięgu swego 
łańcucha. Wbiłem ostrze noża w zaczep łączący łańcuch z obrożą, wepch-
nąłem głębiej, w ciało zwierzęcia, po czym szarpnąłem z całej siły.
     Oczko pękło. Łańcuch został przerwany.
     Carnodon przebiegł jeszcze kilka metrów, odbił się od ziemi i skoczył. 
     Bez trudu pokonał wysoką ścianę lądując pośród zdjętego grozą tłumu na 
widowni. Wciąż wisiałem na jego grzbiecie, gdy skakał, uczepiony despe-
racko uchwytu kosy. Kiedy drapieżnik spadł na rzędy foteli, śmignąłem w 
powietrzu lądując pomiędzy uciekającymi widzami.
         Bestia przeistoczyła się w prawdziwego berserkera. Parła przez tłum 
wyrzucając w powietrze oderwane kończyny i rozprute torsy, rozbryzgiwała 
wokół krew. Pandemonium ludzkich wrzasków wstrząsnęło wielką halą.
         Pozbierałem się z podłogi  potrącany przez ogarniętych paniką ludzi. 
Ponad ich zdławionymi przerażeniem krzykami górowała kanonada z broni 
automatycznej. Stojący w wyższych  rzędach amfiteatru żołnierze gwardii 
pałacowej  strzelali krótkimi  seriami do szalejącego wśród widzów carno-
dona podczas gdy kapitan Terronce ubezpieczał ewakuację znaczniejszych 
rangą obserwatorów widowiska. Kule zbierały krwawe żniwo wśród pub-
liczności.

35

background image

         Skacząc po fotelach pokonałem kilka rzędów siedzeń, odrzuciłem na 
boki dwóch blokujących mi przejście mężczyzn w liberiach służby domo-
wej.   Tuż   nade   mną   dwaj   żołnierze   strzelali   do   carnodona,   nieświadomi 
mojej obecności. 
      Wypaliłem umysł jednego z nich wiązką mentalnej energii podsyconej 
dziką   furią   i   wściekłością,   wyszarpnąłem   z   zaciśniętych   kurczowo 
martwych   dłoni   broń.   Nim   drugi   żołnierz   zdążył   się   odwrócić, 
przeciągnąłem po nim krótką serią. Potoczył się w dół widowni, uderzył w 
barierkę okalającą arenę i spadł pod nią na dno wybiegu.
          Poderwałem   głowę   patrząc   w   kierunku   miejsc   zajmowanych   przez 
dygnitarzy. Lord Glaw, Locke i człowiek z fajką znikli bez śladu, a kilku 
żołnierzy   wlokło   właśnie   w   stronę   wyjścia   panią   Fabrinę   i   milkliwego 
kapłana. Urisel Glaw wciąż znajdował się na swoim miejscu, wykrzykując 
zwięzłe rozkazy swym podwładnym. Zauważył mnie.
 - Nie licz na łaskę Inkwizycji ! – wrzasnąłem, chociaż wątpiłem, by zdołał 
mnie usłyszeć.
      Mierzył mnie przez kilka sekund wzrokiem, po czym wykrzyczał kilka 
następnych rozkazów i powrócił do obserwacji poczynań carnodona. Zwie-
rzę szalało w sektorze przeznaczonym dla służby, patrosząc właśnie jednego 
z pochwyconych łapami żołnierzy. Futro poznaczone było krwią cieknącą z 
licznych ran postrzałowych.
        Urisel chwycił myśliwski karabin podany mu przez jednego z pomoc-
ników. Przyłożył broń do ramienia, wycelował pieczołowicie i pociągnął za 
spust.
     Karabin wypalił z hukiem i masywny drapieżnik runął na pysk. W jego 
piersi ziała wielka wyrwa. Upadające cielsko zmiażdżyło nogi innego żoł-
nierza pałacowej straży.
         Tłum wciąż uciekał, ale jego wrzawa opadła dostatecznie, bym zdołał 
pochwycić   uchem   dźwięk   dzwoniących   gdzieś   w   oddali   klaksonów. 
Elektrycznych klaksonów alarmowych. W głębi rozległego domostwa odpo-
wiedziały niemal natychmiast inne syreny. Urisel opuścił broń i przywołał 
gestem dłoni jednego z podwładnych, najwyraźniej polecając mu wyjaśnić 
przyczynę  alarmu  włączonego  na terenie całej  rezydencji. Ci  członkowie 
publiczności,   którzy   nie   wpadli   w   skrajne   przerażenie   podczas   rzezi   po-
czynionej przez carnodona, rozglądali się teraz z niepokojem wokół.
     Dźwięk klaksonów przestał mnie interesować. Urisel ponownie przyłożył 
broń do ramienia i tym razem to ja znajdowałem się na jego celowniku.
     Rzuciłem się płasko między siedzenia i kilka foteli za mną eksplodowało 
z donośnym trzaskiem.
     Wyjrzałem ostrożnie z kryjówki. Urisel przeładowywał karabin, Terron-
ce wraz z kilkoma żołnierzami zbiegał w moim kierunku. 
     Widząc moją głowę kapitan strzelił, ale chybił. Odpowiedziałem serią z 
automatu, pociski oderwały mu pół czaszki wraz z przepysznym grzebie-
niastym hełmem. 
     Urisel był gotowy do następnego strzału. Lufa jego broni wytropiła mnie 
pośród umykającej tłuszczy.
         Usłyszałem gdzieś w górze charakterystyczny syk wystrzałów. Trzej 
żołnierze przy krawędzi widowni upadli na podłogę, zaś Urisel Glaw cofał 
się   chaotycznie   do   tyłu   strzelając   ku   kopule   dachu.   Pozostali   żołnierze 
dołączyli do niego ścigając ogniem z karabinków nowego intruza.
      Obejrzałem się przez ramię i z miejsca go spostrzegłem. Midas Betan-
core  klęczał  na  niskim  zadaszeniu  biegnącym  ponad   fotelami  po  drugiej 
stronie areny. Trzymane w obu dłoniach igłowe pistolety zasypały gradem 
śmiercionośnych pocisków widownię. Członkowie  domowej  służby i żoł-
nierze   ochrony   przewracali   się   szpikowani   metalowymi   igłami,   jeden   ze 
strażników   spadł   na   arenę.   Część   próbujących   opuścić   strefę   ostrzału 
widzów zaczęła tratować się wzajemnie. Barierka biegnąca wzdłuż areny 
pękła pod naciskiem ciał i kilkanaście osób runęło dziesięć metrów w dół. 
Jakiś   kuchcik   wisiał   przez   chwilę   na   przekrzywionym   pręcie   machając 
nogami, ale fragment balustrady wyślizgnął mu się w końcu z rąk.
         Żołnierze zlokalizowali pozycję Midasa i zaczęli ostrzeliwać zaciekle 
zadaszenie, na którym się chował. Eleganckie dachówki rozlatywały się na 
kawałki,   ale   glaviański   pilot   biegł   już   ku   krawędzi   terakotowej   osłony. 
Wsunął oba pistolety do kabur, chwycił dłońmi za brzeg daszku i wykonał 
perfekcyjny   wymyk,   dzięki   któremu   znalazł   się   w   ułamku   sekundy   na 
fotelach widowni.
     Żołnierze nadal ścigali go kulami, kosząc bezlitośnie tych nieszczęsnych 
widzów, którzy mieli pecha znaleźć się pomiędzy Midasem i jego niedosz-
łymi zabójcami. 
     Podbiegłem do balustrady.
  - Schowajcie się ! Schowajcie się ! – krzyknąłem do widocznych w dole 
Aemosa i Bequin. Oboje próbowali przeciągnąć bezwładne ciało Heldane 
pod ścianę areny. Doskoczyłem do trupa żołnierza i zerwałem z jego pasa 
parę zapasowych magazynków.
     Jakieś kule gwizdnęły mi koło głowy, ale większość ludzi ochrony polo-
wała na chowającego się po drugiej stronie areny Midasa. Ukryłem się za 

rze

rzędem foteli, wystawiłem ponad oparcia lufę automatu i zacząłem strzelać 
krótkimi   seriami   do   stojących   powyżej   żołnierzy.   Szybko   odpowiedzieli 
gradem   kul   demolując   otoczenie   mej   kryjówki,   ale   to   dla   odmiany 
pozwoliło działać Midasowi.
         Klaksony alarmowe wciąż zawodziły,  teraz jednak dołączył  do nich 
dźwięk licznych wystrzałów i głuchych stłumionych eksplozji. 
          Widownia   była   już   praktycznie   pusta,   dostrzegałem   tylko   garstkę 
żołnierzy ochrony uwikłaną się w wymianę ognia z Midasem. Dźwięki za-
ciekłej konfrontacji na zewnątrz rezydencji nasilały się coraz bardziej.
          Dotarłem   do   loży   zajmowanej   przez   głowy   rodu.   Glawów   i   ich 
honorowych gości już dawno nie było. Karabin myśliwski Urisela leżał na 
podłodze, na fotelu obok dostrzegłem ślady krwi. Przynajmniej jedna igła 
Midasa zdołała ugodzić cel.
         Przebiegłem wzdłuż loży do drzwi prowadzących na niewielką klatkę 
schodową, przewieszony przez ramię automat oparłem kolbą o biodro. W 
progu leżały zwłoki dwóch służących stratowanych w ciżbie przez uciekają-
cy tłum. 
     Urisel Glaw nie zdołał uciec daleko, musiała mu bardzo doskwierać rana 
postrzałowa. Usłyszał moje kroki, bo odwrócił się i strzelił kilka razy z ma-
łego pistoletu. Potem zniknął w półmroku niskiego tunelu odchodzącego w 
bok od dna klatki schodowej.
         Wślizgnąłem się do kamiennego  tunelu z gotową  do strzału bronią. 
Przejście  po  lewej  stronie  wyglądało  na  drzwi  wiodące  do  podziemnego 
kompleksu więziennego przylegającego do areny. Po prawej stronie dostrze-
głem właz strzegący schodów prowadzących do głównej części domostwa.
     Odsunąłem przymknięty właz lufą automatu.
         Urisel wypadł zza drzwi więzienia wrzeszcząc dziko, uderzył mnie z 
rozpędu w plecy.
     Wyrżnąłem twarzą w framugę włazu, szarpnięty karabin wystrzelił trzy-
krotnie w mojej dłoni. 
     Nie próbując się odwracać wyrzuciłem do tyłu dłonie, zacisnąłem je na 
uniformie Urisela i przerzuciłem go przez plecy wprost na ścianę korytarza. 
Krzyknął głośno z bólu.
         Ogłuszyłem go lewym sierpowym i zaraz dołożyłem z prawej pięści 
wybijając kilka zębów. Mimo widocznego cierpienia objął mnie niedźwie-
dzim uściskiem i szamotaliśmy się tak obaj do chwili, gdy podciąłem go 
zdradliwym kopniakiem uderzając jednocześnie w brzuch.
     Te ciosy najwyraźniej pozbawiły go ochoty do dalszej konfrontacji. Za-
cisnąłem dłonie na gardle renegata i uderzyłem kilkakrotnie jego głową o 
kamienną ścianę. 
 - Nie będzie dla ciebie przebaczenia, grzeszniku – naplułem mu w twarz – 
ani dla twojego zdradzieckiego rodu ! Wykorzystaj resztkę życia dobrze i 
gadaj wszystko szczerze albo Inkwizycja nauczy cię takiego cierpienia, przy 
którym Gorgone Locke kojarzy się z miłosnymi pieszczotami.
 - Ty... – wycharczał przez ślinę, krew i kawałki wybitych zębów – ty nie 
jesteś   nawet   w  stanie   wyobrazić   sobie   skali   zniszczeń,   jakie   Dom   Glaw 
wyrządzi Imperium. Jesteśmy dla was zbyt potężni. Zrzucimy ze Złotego 
Tronu   tego   strawionego   zgnilizną   Imperatora,   każemy   mu   żywić   się 
ekskrementami. Lojalistyczne światy będą płonąć przed Oberonem i Pon-
tiusem ! Niechaj będzie pochwalona Boska Ciemność Slaanesha...
      Zazwyczaj nie przykładałem dużej wagi do heretyckich bełkotów, jed-
nakże te bluźnierstwa omal nie przyprawiły mnie o wymioty. Pozbawiłem 
Urisela przytomności jednym wściekłym ciosem pięści, po czym zacząłem 
szukać jakiegoś sznurka w celu skrępowania jego kończyn.
     Wysoko ponad tunelem rezydencja Glawów wibrowała i drżała niczym 
otwarta strefa frontowa.

*  *  *  *  *

     Na końcu tunelu pojawił się Midas Betancore. Podszedł bliżej patrząc jak 
przywiązuję Urisela Glawa do biegnącej wzdłuż ściany rury jego własnym 
paskiem   od   spodni.   Schował   do   kabur   pistolety   i   stanął   przy   mnie. 
Usłyszałem jak podaje do komunikatora naszą pozycję. W głośniku urządze-
nia zatrzeszczała krótka odpowiedź
 - Co się dzieje ? – zapytałem.
 - Rutynowa operacja Zgrupowania Floty Scarus – odparł.

*  *  *  *  *

     Midasa nie było w oddanych do naszej dyspozycji pokojach, gdy ludzie 
Glawów  przyszli   uwięzić  Aemosa,   Bequin  i  Heldane.  Od chwili   mojego 
wyjścia minęły dwie godziny i zaniepokojony pilot postanowił mnie poszu-
kać. Żołnierze ochrony przetrząsnęli całą budowlę próbując wytropić Gla-
vianina, Midas należał jednak do ludzi, których nie sposób znaleźć, jeśli oni 
sami sobie tego nie życzyli. Wymknął się obławie, przekradł do centrum 
radiowego rezydencji i wysłał krótki zaszyfrowany raport prosto do czeka-

aa

36

background image

jącego w Dorsay Commodusa Voke.
     Voke zaczął działać natychmiast, w charakterystyczny dla siebie sposób. 
Ród   Glawów   uwięził   i   przytrzymywał   przedstawiciela   Inkwizycji   oraz 
członków jego zespołu. Stary łotr nie potrzebował żadnych innych pretek-
stów do pacyfikacji arystokratycznej rodziny.
     Lista kategorycznych żądań i zaleceń przeszła przez ręce admirała Spa-
tiana wprost do samego Lorda Militanta. Naczelny dowódca podsektora w 
ciągu trzydziestu  minut  przydzielił  pod wyłączną komendę Voke elitarny 
oddział komandosów marynarki kosmicznej.
      Jako inkwizytor posiadałem prawo do żądania tego rodzaju pomocy od 
instytucji   imperialnych,   nawet   samego  Lorda  Militanta,   kilkakrotnie  sko-
rzystałem nawet z tego przywileju, niemniej jednak wciąż zadziwiał mnie 
szacunek i strach, jakie w ludziach o tak wysokiej pozycji społecznej budził 
stary inkwizytor.
     Takiego rodzaju działanie było charakterystyczne dla Commodusa Voke, 
lubiącego   rozwiązywać   swe   problemy   twardymi   metodami.   Potrzebował 
drobnego pretekstu, by runąć na Dom Glaw niczym inkarnacja samego Ma-
chariusa, a ja mu ten pretekst dałem.
     A przynajmniej moje uwięzienie. W pewnym stopniu przekonany byłem, 
że skala  działań  podjętych   przez Voke  rozmyślnie  miała  podkreślić  jego 
status Alfa w kręgach Inkwizycji.
     Nie dbałem o to ani trochę. Więcej, wręcz się z tego cieszyłem. Rzeźnia 
w amfiteatrze mogła pozwolić nam podjąć ucieczkę, ale bez nagłego sztur-
mu lojalistów nigdy nie uszlibyśmy z życiem poza rezydencję Glawów.
         Operacja nosiła miano „Pacyfikacji 505”. Numer 505 oznaczał topo-
graficzną   sygnaturę   siedziby   Glawów.   Członkowie   służb   bezpieczeństwa 
marynarki nadlecieli tuż przed świtem w czterech czarnych, ciężko opan-
cerzonych ślizgaczach, mknących tuż nad powierzchnią ziemi w celu unik-
nięcia wykrycia przez system wczesnego ostrzegania rezydencji.
     Ślizgacze ukrywały się za pobliskim lasem do wschodu słońca. W czasie, 
gdy   my   rozmawialiśmy   w   celi,   grupa   komandosów   dotarła   pieszo   do 
zewnętrznego ogrodzenia posiadłości  i wyłączyła za pomocą  elektronicz-
nych łamaczy czujniki alarmowe. Ponieważ oddział znalazł się w ten sposób 
w   zasięgu   przenośnego   komunikatora   Betancore,   pilot   mógł   przekazać 
szykującym   się   do   ataku   komandosom   istotne   informacje   na   temat   roz-
mieszczenia miejscowego garnizonu.
     Mniej więcej w tym samym czasie, gdy pierwszy carnodon wypadał ze 
swej kryjówki,  statki  desantowe obleciały tuż przy ziemi  las i nabierając 
szybkości pomknęły gardzielą doliny wprost na rezydencję Glawów. Lekka 
fregata   klasy   Intruder  Defence   of   Stalinvast,   skierowana   przez   admirała 
Spatiana na orbitę geostacjonarną ponad punktem 505, unicestwiła precy-
zyjną salwą ze swych laserowych baterii znajdujące się za domostwem han-
gary. 
         Dwa statki desantowe odpaliły granaty dymne oraz ładunki przeciw-
piechotne tuż przed lądowaniem na dziedzińcu rezydencji. Z okien wiel-
kiego   domu   wyleciały   wszystkie   szyby.   Czterdziestu   noszących   czarne 
pancerze osobiste profesjonalistów wdarło się do rezydencji przez główne 
wejście. Opór stawiło im około siedemdziesięciu przerażonych śmiertelnie 
mieszkańców.
      Dwa pozostałe ślizgacze okrążyły dom i usiadły na lądowisku, oświet-
lonym stojącymi w ogniu hangarami. W przeciągu trzech następnych minut 
w korytarzach i apartamentach siedziby Domu Glaw rozpętała się zaciekła 
walka. Wszędzie wyły przeraźliwie syreny alarmowe.
          Dom   Glaw   utrzymywał   prywatny   garnizon   liczący  ponad   czterystu 
najemnych żołnierzy, do tego należało doliczyć dziewięćset osób personelu 
pomocniczego   zdolnych   posługiwać   się   bronią.   Wszyscy   najemnicy   byli 
doświadczonymi weteranami, noszącymi zielone pancerze osobiste, wypo-
sażonymi   w   karabinki   automatyczne,   ciężką   broń   maszynową   i   granaty. 
Była   to   w   pewnym   sensie   prawdziwa   armia.   Znałem   niejednego   oficera 
Imperialnej Gwardii, który takimi siłami zajmował miasta... ba, zdobywał 
nawet całe planety ! Najemnicy mieli też tę przewagę, że walczyli na swoim 
terytorium. Znali doskonale wszystkie silne i słabe punkty rozległej rezy-
dencji.
         Oddział bezpieczeństwa marynarki rozniósł ich na strzępy. Elita jed-
nostek specjalnych Zgrupowania Scarus, uzbrojona w matowoczarne ciężkie 
lasery i żelazną dyscyplinę, pokój po pokoju oczyszczała wielki dom.
         W kilku miejscach obrońcy stawili zaciekły opór. Komandosi stracili 
trzech   ludzi   w   labiryncie   pomieszczeń   kuchennych,   gdzie   przeciwnicy 
strzelali do siebie praktycznie z przystawienia. Samobójcza szarża dwóch 
żołnierzy   Domu   Glaw   obwieszonych   pasami   ładunków   wybuchowych 
unicestwiła dalszych czterech komandosów i zrównała z ziemią dwadzieścia 
metrów krańca wschodniego skrzydła.
     Dwadzieścia dwie minuty po rozpoczęciu ataku nie żyło już ponad trzy-
stu najemników. 
     Wielu domowników i gości rodu Glaw uciekło w lasy i doliny za rezy-
dencją. Tylko garstka zdołała zbiec, resztę zatrzymał zacieśniający się coraz 

bardziej kordon Imperialnej Gwardii.

bardziej kordon Imperialnej Gwardii. Blisko trzydziestu uciekinierów zosta-
ło w trakcie tej łapanki zastrzelonych. Kordon tworzyło dwa tysiące rekru-
tów   z   świeżo   powołanego   do   służby   regimentu   strzelców   gudrunickich, 
wyciągniętych tuż przed świtem ze swych koszar i wysłanych w głąb konty-
nentu z niespodziewaną misją specjalną.
      Krwawy opór stawiany przez straż pałacową Glawów miał w zamyśle 
oficerów kupić cenny czas głowom rodu. Kuzyn lorda Oberona został wraz 
ze swoją świtą otoczony na tyłach rezydencji. Gwardziści wezwali grupę do 
poddania się, po czym zmasakrowali ją widząc, że renegaci próbują sięgnąć 
po broń. Delegaci organizacji kupieckich biorący udział w bankiecie pozwo-
lili się aresztować nie stawiając oporu. 
     Z ukrytych w lesie na tyłach rezydencji tajnych hangarów wystartowało 
kilka  wahadłowców.  Jeden  został  zestrzelony  zaraz  po  starcie  przez  żoł-
nierza   uzbrojonego   w   naramienną   wyrzutnię   rakiet,   dwa   inne   zdołały 
umknąć pięć kilometrów w dół doliny, nim czuwający w górze oficerowie 
bojowi  Defence   of   Stalinvast  rozbili   je   na   atomy   celnymi   strzałami   z 
laserowych baterii.
          Czwarta   maszyna,   wyjątkowo   szybki   i   ciężko   opancerzony   model, 
zdołała wyjść z zasięgu broni pacyfikatorów i pomknęła na zachód konty-
nentu. Z pokładu  Defence of Stalinvast  wystartowały trzy myśliwce, które 
po dłuższym pościgu dopadły uciekinierów nad otwartym morzem. Wahad-
łowiec został zestrzelony. Dopiero tygodnie żmudnych akcji poszukiwaw-
czych mogłyby przynieść nam informacje o tym, kto znajdował się na pok-
ładzie poszczególnych maszyn. Stawiałem na lorda Oberona, panią Fabrinę, 
Gorgone  Locke,  Dazzo i bezimiennego  człowieka z fajką. Żadnej  z tych 
osób nie było wśród więźniów spędzonych na dziedziniec rezydencji przez 
uczestniczących w akcji komandosów i gwardzistów.
         Dziewięćdziesiąt minut po rozpoczęciu „Pacyfikacji 505” dowodzący 
operacją major Joam Joakells z oddziału służb bezpieczeństwa marynarki 
ogłosił wykonanie zadania.
     Dopiero wtedy przyleciał prom wiozący Commodusa Voke.

37

background image

Rozdział XII

W ruinach wielkiego domu.

Pogłoski i plotki.

Rewolta.

     Dochodziło południe, ale nocna ulewa wciąż nie chciała przejść, zmieniła 
się tylko w uciążliwą mżawkę dogaszającą pożary w kilku częściach się-
dziby Glawów. Na szczycie wzgórza stały przerażające czarne ruiny, z wy-
bitymi oknami, dziurawym dachem, licznymi wyrwami w kamiennych ścia-
nach, przez które sączyły się kłęby siwego dymu.
     Siedziałem na lądowisku za rezydencją, oparty plecami o gąsienicę gwar-
dyjskiego transportera, pociągając co chwilę z buteleczki pełnej amasecu. 
Potwornie bolała mnie głowa. Potrzebowałem pomocy medycznej, środków 
znieczulających, ciepłego jedzenia, kąpieli, czystych ubrań...
     Przede wszystkim potrzebowałem snu.
         Przez lądowisko maszerowała kolumna żołnierzy Gwardii, ich ciężkie 
buty   stukały   na   mokrych   kamiennych   płytach.   W  powietrzu   ustawicznie 
krzyżowały się krótkie rzeczowe rozkazy. Co kilka minut niebo nad moją 
głową przecinał z hukiem silników jeden z patrolujących okolicę myśliw-
ców.
         Kręciło mi się w głowie. Próbowałem uporządkować myśli, ale wciąż 
przyłapywałem  się  na  przysypianiu.   W  majakach  widziałem człowieka  o 
pustych oczach, chociaż nie dostrzegałem żadnego związku pomiędzy nim i 
niedawnymi wydarzeniami. W pewnym momencie moja rozgorączkowana 
wyobraźnia dostrzegła go na skraju dziedzińca, w otwartych drzwiach jakie-
goś magazynku. Zamrugałem i zniknął bez śladu.
     Wciąż pokrywała mnie gruba warstwa krwi, potu i brudu. Ból fizyczny i 
niewiarygodne   zmęczenie   utrudniały   najmniejszy   nawet   ruch.   Kapral   z 
oddziału komandosów marynarki przyniósł mi znalezione w jednym z apar-
tamentów bagaże, toteż wciągnąłem na siebie koszulę i swój czarny płaszcz. 
Żołnierz odzyskał również moją inkwizytorską rozetę. Siedziałem otępiały 
ściskając ją oburącz w dłoniach niczym leczniczy amulet.
     Podekscytowani żołnierze z Pięćdziesiątego Regimentu Gwardii Gudrun 
eskortowali idących do punktu zbiorczego mieszkańców rezydencji. Więź-
niowie   trzymali   ręce   złożone   za   głowami,   niektórzy   z   nich   płakali   bez-
głośnie.
     Ktoś usiadł na chłodnych kamieniach obok mnie, wyciągnął się opierając 
plecy o burtę transportera.
 - To była ciężka noc – zauważył Midas.
     Podałem mu bez słowa butelkę. Upił z niej duży łyk.
 - Gdzie Aemos ? Dziewczyna ?
 - Savant buszuje gdzieś w pobliżu, widziałem go robiącego jakieś notatki. 
Alizebeth znikła mi z oczu po wyciągnięciu jej z areny.
     Pokiwałem z ulgą głową.
  - Jesteś ledwie żywy,  Gregorze. Pozwól wezwać statek i odwieźć się do 
Dorsay.
 - Jeszcze nie skończyliśmy – odparłem.
     Prokurator Madorthene zasalutował podchodząc do nas. Nie miał na so-
bie paradnego oficerskiego munduru. W czarnym niczym węgiel pancerzu 
osobistym   służb   bezpieczeństwa   marynarki   sprawiał   wrażenie   znacznie 
większego i masywniejszego niż w rzeczywistości. 
 - Dokonujemy właśnie oględzin zwłok – poinformował nas uprzejmie.
 - Oberon Glaw ?
 - Ani śladu.
 - Gorgone Locke ? Kleryk Dazzo ?
     Potrząsnął przecząco głową.
     Zaoferowałem mu butelkę. Ku memu zaskoczeniu wziął ją, usiadł obok 
nas i napił się z westchnieniem..
 - Prawdopodobnie znajdowali się w statkach, które zestrzeliliśmy – oświad-
czył   –   Ale   muszę   wam   coś   powiedzieć   w   tajemnicy.   Przed   strąceniem 
dwóch maszyn lecących w głąb doliny skanery  Defence of Stalinvast  nie 
wykryły na ich pokładach śladu żywych istot.
 - Pozoratory – powiedział Midas.
  - Myślę, że Glavianin ma rację – mruknął prokurator, ale zaraz wzruszył 
ramionami – Z drugiej strony, odpowiednio gruby pancerz potrafi ekrano-
wać emisję cieplną ludzkich ciał. Nigdy się nie dowiemy, jak było napraw-
dę.
 - Dowiemy się, Madorthene – obiecałem mu.
     Pociągnął jeszcze jeden łyk z butelki, oddał mi ją i wstał poprawiając za-
pięcia pancerza.
 - Cieszę się, że służby bezpieczeństwa marynarki mogły pomóc, inkwizy-
torze Eisenhorn. Mam nadzieję, że odbudowaliśmy  w ten sposób  pańską 
wiarę w flotę kosmiczną.

     Spojrzałem w górę na jego twarz dziękując skinięciem głowy.
 - Jestem mile zaskoczony, że wziął pan osobiście udział w tej operacji – od-
powiedziałem równie formalnie.
 - Żartujesz ? Po tym, co stało się na Essene, admirał urwałby mi łeb, gdy-
bym czegoś tu nie dopilnował !
         Poszedł w swoją stronę. Polubiłem go. Uczciwy człowiek próbujący 
wykonywać swe obowiązki w strefie krzyżujących się interesów politycz-
nych Dowództwa Floty i Inkwizycji. W późniejszych latach miałem obda-
rzyć szacunkiem również błyskotliwy umysł i ogromną dyskrecję tego czło-
wieka.
     Krucha zakapturzona sylwetka przecięła lądowisko zmierzając powoli w 
moją stronę. 
  -   I   czyje   metody   okazały   się   praktyczniejsze   ?  –   zapytał   z   sarkazmem 
Commodus Voke.
 - Pewnie i tak zaraz mi powiesz – odparłem podnosząc się z ziemi.

*  *  *  *  *

       Voke sprowadził ze sobą blisko pięćdziesięciu asystentów w czarnych 
roboczych   kombinezonach,  wielu  z nich wyposażonych  w  cybernetyczne 
wszczepy.   Rozbierali   rezydencję   deska   po   desce   i   kamień   po   kamieniu, 
gromadząc wszelkie ślady potencjalnie cennych dowodów. Skrzynki pełne 
dokumentów, książek, elektronicznych notesów, artefaktów i obrazów były 
odnoszone do czekającego na dziedzińcu promu. 
         Nie miałem ochoty na jałowe protesty, ból i zmęczenie odbierały mi 
ochotę do jakiejkolwiek konfrontacji. Niech Voke wykorzysta swój zespół i 
jego zasoby do rozwikłania zagadek ukrytych w zgromadzonych materia-
łach.
  - Wiele dokumentów zostało skasowanych lub spalonych – oświadczył z 
ponurą miną Klysis, savant Voke, towarzyszący nam w trakcie wędrówki 
przez zrujnowany osmalony dom – Znaczna część tych, które przejęliśmy, 
została wcześniej zaszyfrowana.
         Zeszliśmy  do  podziemi.   Zaprowadziłem   Commodusa  do  chronionej 
polem siłowym kaplicy, w której zostałem złapany w pułapkę. Krew Ko-
witza  wciąż znaczyła  brunatnymi  plamami  podłogę.  Artefakt  przechowy-
wany w ofiarnej skrzynce zniknął. 
 - Mówił o nim jako o Pontiusie – wyjaśniłem staremu inkwizytorowi. Men-
talne ekrany chroniące kaplicę już nie działały, toteż logika podpowiadała 
mi, że za ich istnienie odpowiadał właśnie ów tajemniczy Pontius. Podobnie 
jak za nagły psioniczny atak, który pozbawił mnie w tej komnacie przy-
tomności.
         Oparłem się o ścianę kaplicy i dokładnie wyłożyłem Voke wszystkie 
sformułowane w myślach wnioski.
 - Misja Eyclone na Hubrisie, ściśle powiązana z Pontiusem, miała dla nich 
ogromne  znaczenie, ale Oberon Glaw poinformował mnie bardzo ogólni-
kowo, że została przerwana... odwołana ze względu na znacznie ważniejszą 
sprawę. Określał ją mianem „prawdziwej sprawy”.
 - To tłumaczy, dlaczego Eyclone został porzucony na Hubrisie – mruknął 
Voke – Po wielomiesięcznych przygotowaniach Glawowie zawiedli go nie 
dostarczając na miejsce Pontiusa.
 - Owszem. Dazzo i Locke bez wątpienia są głęboko związani z „prawdziwą 
sprawą”. Musimy zgromadzić więcej informacji na temat tych ludzi. Jestem 
pewien, że wszystko to powiązane jest w jakiś sposób z obcymi. Glawowie 
wspominali o saruthi.
 - To rasa obcych mieszkająca poza granicami podsektora – powiedział Kly-
sis   –  Niewiele   wiadomo  na  ich  temat,  a  wszelkie   kontakty   są  zakazane. 
Inkwizycja   miała   swego   czasu   rozpatrzyć   kilka   wniosków   postępowań 
śledczych w tej kwestii, ale nie posiadamy żadnych map terytorium zajmo-
wanego przez saruthi, a przy tym zawsze pojawiała się jakaś sprawa wyma-
gająca pilniejszej interwencji.
 - Ale renegat pokroju kapitana Locke mógł nawiązać z nimi kontakt ?
     Klysis i Voke pokiwali zgodnie głowami.
 - Sprawa wymaga dokładniejszego zbadania – powiedział Voke – Ordo Xe-
nos musi się jak najszybciej zająć tematem saruthi. Niemniej jednak nasze 
postępowanie wyjaśniające na Gudrun zostało zamknięte.
 - Czym chcesz to uzasadnić ? – zapytałem z chrapliwym sarkazmem.
     Voke zmierzył mnie lodowatym wzrokiem.
  - Dom Glaw został zniszczony, jego przywódcy i współdziałający z nimi 
konspiratorzy nie żyją. Wraz z nimi zagładzie uległy istotne dla spiskowców 
artefakty. Nie mogą nam już w żaden sposób zagrozić.
     Nie zamierzałem wdawać się w męczącą dyskusję. Voke był całkowicie 
pewien swych argumentów.
     Uważałem, że się myli.

*  *  *  *  *

38

background image

         Mylił się. Pierwszy namacalny dowód zdobyłem dziesięć dni później. 
Powróciłem w międzyczasie do Dorsay, gdzie spędziłem kilka dni pod opie-
ką   personelu   Imperialnego   Szpitala   przy   Wielkim   Kanale.   Większość 
obrażeń okazała się powierzchowna. Niestety, Locke pozostawił mi głębsze 
pamiątki. Mój układ nerwowy odniósł szereg poważnych uszkodzeń, wiele z 
nich o charakterze nieodwracalnym. Specjaliści z Officio Medicalis mary-
narki   przeprowadzili   szereg   zabiegów   chirurgicznych   próbując   zregene-
rować   połączenia   nerwowe   w   kręgosłupie,   gardle   i   czaszce.   Wszyli   mi 
ponad   sześćdziesiąt   sztucznych   włókien   nerwowych,   ale   i   tak   straciłem 
częściowo zmysł smaku i zakres postrzeganej palety barw, szwankowała też 
szybkość   reakcji   lewych   kończyn.   Nie   zdołali   też   pomóc   mojej   twarzy. 
Końcówki  nerwowe  sterujące mięśniami  uległy całkowitemu  zniszczeniu. 
Złowieszcza obietnica Locke okazała się prawdą. Już nigdy nie miałem się 
uśmiechnąć, nigdy nie okazać żadnego emocjonalnego grymasu. Moja twarz 
przeistoczyła się w beznamiętną maskę.
         Aemos odwiedzał mnie każdego dnia, znosząc coraz więcej książek i 
notatników do prywatnego pokoju przydzielonego mi w szpitalu. Nawiązał 
bliskie stosunki z savantami Voke – Klysis był bowiem jednym z siedem-
nastu analityków pracujących dla starego inkwizytora – i cały czas posiadał 
dostęp do gromadzonych przez nich danych. Próbowaliśmy skonsolidować 
dane związane z sojusznikami Glawów, ale było ich żałośnie mało i nawet 
harujący ciężko pluton savantów Voke nie potrafił wyciągnąć nic więcej. 
Locke okazał się tajemniczą, w pewnych kręgach wręcz mistyczną postacią, 
znaną w całym podsektorze Helican, a jednocześnie niezwykle anonimową. 
Nie mieliśmy żadnych informacji o jego biografii, przebiegu kariery, współ-
pracownikach, nie znaliśmy nawet nazwy jego statku. Podobnym przypad-
kiem okazał się Dazzo.
     Kościelny dostojnik nie figurował w żadnych rejestrach Eklezjarchii, ale 
przypomniałem sobie, co Kowitz powiedział mi w trakcie bankietu. Dazzo 
był rzekomo przełożonym zakonu misjonarskiego działającego dzięki fun-
duszom Glawów na Damasku. Damask okazał się rzeczywiście istniejącym 
światem, planetą pograniczną leżącą na samym krańcu podsektora Helican, 
jednym   z   setki   miejsc   pozbawionych   praktycznej   wartości   i   niezmiernie 
rzadko   przez   kogokolwiek   odwiedzanych.   W   kwestii   astrogeograficznej, 
Damask   położony   był   zaledwie   kilka   miesięcy   lotu   w  wymiarze   rzeczy-
wistym od terytorium tajemniczych saruthi.
      W trakcie jednej z wizyt Aemosa pojawił się również Lowink. Czułem 
się już dostatecznie silny, by poddać się zabiegowi mentalnego skanowania. 
Astropata wyciągnął z mojego umysłu podobiznę człowieka z fajką, umiesz-
czoną   psychometrycznie   na   przygotowanej   uprzednio   płytce.   Uzyskany 
obraz był odrobinę rozmyty, ale wciąż czytelny, toteż poleciłem skopiować 
go natychmiast i rozesłać do mogących nam pomóc instytucji. Nigdzie nie 
uzyskaliśmy pozytywnej identyfikacji.
      W identyczny sposób Lowink sporządził mentalną fotografię Pontiusa. 
Artefakt ten zdumiał wszystkich z wyjątkiem Aemosa. Mój savant stwier-
dził bez większego namysłu, że pod względem rozmiarów i kształtu przed-
miot pasuje idealnie do pojemnika Eyclone zdobytego przez nas w Grobow-
cu Dwa-Dwanaście. Zyskaliśmy pewność, że na ten właśnie artefakt czekał 
Eyclone przygotowując masowe ludobójstwo na Hubrisie.
  - Urisel Glaw mówił o Pontiusie w sposób sugerujący, jakoby ten wciąż 
jeszcze żył – powiedziałem Aemosowi – W kaplicy, gdzie spoczywał Pon-
tius, powaliło mnie coś o niezwykle silnym potencjale mentalnym. Czy on 
może w pewnym pokrętnym tego słowa znaczeniu wciąż żyć ? Może jakaś 
jego cząstka, może fragment duchowej esencji, pochwycony i zamknięty w 
tym przedmiocie ?
     Aemos pokiwał twierdząco głową.
  - Nie jest poza zasięgiem imperialnej technologii  podtrzymanie  świado-
mości śmiertelnika po odniesieniu krytycznych obrażeń czy nawet fizycznej 
śmierci. Ale świadomość  faktu, że ta niezwykle  zaawansowana i pieczo-
łowicie strzeżona technologia mogła znaleźć się w rękach nawet tak wpły-
wowego rodu jak Dom Glaw...
  -   Wspominałeś,   że   kojarzy   cię   się   to   w   pewien   sposób   z   tajemnicami 
Adeptus Mechanicus.
 - Tak – przyznał – To bardzo niepokojące. Czy ta masowa zbrodnia na Hu-
brisie miała za zadanie zgromadzić ludzką esencję wewnątrz pojemnika ? W 
formie syfonu mogącego zapewnić Pontiusowi masywny ładunek energii ?

*  *  *  *  *

      Trzeciego poranka odwiedził mnie również Fischig. Jego własne obra-
żenia zostały już wyleczone i biedny oficer śledczy nie potrafił ukryć swego 
rozczarowania na wieść o przygodzie, jaka ominęła do w rezydencji Gla-
wów. Przyniósł ze sobą niezwykle cenny elektroniczny notes zawierający 
zbiór wersetów autorstwa Jurisa Sathascine, osobistego konfesora jednego z 
generałów Machariusa. Prezent pochodził od Maxilli.
     Opóźniony incydentem z Domem Glaw pobór do Gwardii został wzno-

w--iony. 

wiony. Rekrutów przerzucono na pokłady czekających na orbicie okrętów 
marynarki,   odprawiono   finałowe   ceremonie   kończące   procedurę   werbun-
kową. Lord Militant niecierpliwił się już pragnąc jak najszybciej rozpocząć 
ekspedycję pacyfikacyjnym w sprawiającym kłopoty podsektorze Ophidian 
i nie ukrywał swego przekonania, iż przeznaczył dostatecznie wiele czasu i 
zasobów na rozwiązanie niewielkiego lokalnego problemu.
     Dziesiątego dnia mej rekonwalescencji w Dorsay cała sprawa w niczym 
nie przypominała już lokalnego problemu. Dzięki komunikacji astropatycz-
nej   na   bieżąco   otrzymywaliśmy   informacje   napływające   z   całego   pod-
sektora:   seria   zamachów   bombowych   na   Thracian   Primaris,   porwanie   i 
wysadzenie   w   powietrze   pasażerskiego   liniowca   lecącego   na   Hesperus, 
wyniszczenie za pomocą wirusowych trucizn całej metropolii na Messinie.
     Dziesiątego dnia wieczorem czarne niebo nad stolicą rozświetlił upiorny 
blask.  Ultima Victrix, kolos  klasy Ironclad o wadze czterystu tysięcy ton 
znajdujący się na orbicie parkingowej  Gudrun eksplodował  z nieznanych 
przyczyn. Gigantyczny wybuch uszkodził krytycznie cztery inne dokujące w 
pobliżu jednostki.
         Godzinę później okazało się, że sytuacja jeszcze uległa pogorszeniu. 
Chociaż nawet wywiad marynarki nie potrafił określić szczegółów całego 
zajścia, podejrzewano, że wybuch  Ultima Victrix  został omyłkowo zinter-
pretowany   przez   załogi   części   okrętów   jako   nagły   atak   nieznanej   floty. 
Skrzydło   fregat   dowodzone   przez   kapitana   Estruma   rozpoczęło   manewr 
przechwytujący, w odpowiedzi na który kilka stacjonujących w innej części 
systemu niszczycieli odpowiedziało ogniem identyfikując fregaty jako okrę-
ty napastników.  Przez dwadzieścia siedem przerażających  minut  Zgrupo-
wanie   Floty   Scarus   prowadziło   wojnę   z   fantomami   i   sobą   wzajemnie. 
Zniszczeniu uległo sześć okrętów marynarki. Pół godziny później kapitan 
Estrum uznał, że jego wyimaginowany nieprzyjaciel jest zbyt silny i odsko-
czył   w   Osnowę.   Admirał   Spatian   posłał   w   ślad   za   nim   eskadrę   ośmiu 
ciężkich   krążowników.   Reszta   jednostek   marynarki   próbowała   opanować 
szalejący na orbicie chaos. 
         Dowiedziałem się z pewnego źródła, że Lord  Militant  wpadł w tak 
potworny   atak   apopleksji,   iż   jego   osobiści   medycy   zostali   zmuszeni   do 
zaaplikowania dygnitarzowi silnej dawki środków usypiających.

*  *  *  *  *

     - To się po prostu nie mogło wydarzyć – powiedział Betancore. Siedzie-
liśmy w moim prywatnym pokoju, przy wielkim oknie, kontemplując wie-
czorną   panoramę   stolicy.   Na   nieboskłonie   migotały   rozbłyski   eksplozji, 
jakaś  jaskrawa  kula   ognia   spadała  niczym   meteor  w  kierunku  horyzontu 
ciągnąc za sobą warkocz płomieni. 
  -   Imperialna   marynarka   kosmiczna   to   jedna   z   najbardziej   zdyscyplino-
wanych formacji wojskowych we wszechświecie. Coś takiego po prostu nie 
miało prawa się wydarzyć.
  - Podobnie jak zwykli dezerterzy nie mieli prawa wejść bez problemu w 
posiadanie broni i mundurów służ bezpieczeństwa oraz pojazdu orbitalnego. 
Nie dodam też, że nie powinni byli znać nazwy statku, na którego pokładzie 
przebywaliśmy. Nasz ukryty wróg pociąga za bardzo liczne sznurki. Voke 
wspominał o istnieniu jakiegoś kultu nadrzędnego, sprawującego sekretną 
kontrolę nad rzeszą mniejszych agentur i sekt. Uważał, że na szczycie tej 
piramidy   stał   ród   Glawów.   Obawiam   się,   że   nie   miał   racji.   W   obecnej 
rozgrywce może uczestniczyć jeszcze potężniejszy gracz.

*  *  *  *  *

       Urisel Glaw był przetrzymywany w podziemiach imperialnej bazyliki. 
Od   chwili   pojmania   przeszedł   wiele   godzin   wyrafinowanych   tortur.   Nie 
powiedział ani słowa.
     Poleciałem do bazyliki dziesiątego dnia przed północą. Voke i jego ofice-
rowie śledczy cały czas pracowali nad więźniem. Wyczuwałem ich rosnącą 
frustrację i niepokój podsycany ostatnimi wydarzeniami.
     Trzymali go w miejscu, do którego pasowało wyłącznie określenie lochu, 
wykutego w skale dziewięćdziesiąt metrów poniżej bazyliki. Wszyscy inni 
ludzie pochwyceni w trakcie pacyfikacji rezydencji Glawów również zna-
leźli się w tych podziemiach. W celu zapewnienia płynności procedur śled-
czych   Voke   zapędził   do   przesłuchań   więźniów   wszystkich   miejscowych 
funkcjonariuszy Adeptus Arbites oraz żołnierzy miejscowego garnizonu  i 
pracowników   Ministorum.   Pomocnicy   starego   inkwizytora   pracowali  pod 
ścisłym nadzorem członków jego przybocznej świty.
     Na lądowisku przy bazylice przywitał mnie wysoki szarowłosy mężczyz-
na w długim płaszczu, ubezpieczany przez dwóch uzbrojonych serwitorów. 
Poznałem go od razu. Inkwizytor Titus Endor był moim rówieśnikiem i ra-
zem studiowaliśmy pod opieką Hapshanta.
 - Dobrze się czujesz, Gregorze ? – zapytał ściskając mą dłoń.
- Wystarczająco dobrze, by wrócić do pracy.  Nie spodziewałem się tutaj 

twej obecności, Titusie.

39

background image

twej obecności, Titusie.
 - Sprawozdanie Voke wzbudziło niepokój naszej centrali. Lord Inkwizytor 
Rorken   ogłosił   konieczność   całkowitego   wyjaśnienia   tej   sprawy.   Brak 
postępów Commodusa w przesłuchaniu Urisela Glawa rozczarował mistrza. 
Zostałem   tu  skierowany   w charakterze  asysty.  I  nie  tylko   ja.  Jest   tu  też 
Schongard, a Molitor już leci.
     Westchnąłem. Endor był Amalathianinem z krwi i kości, toteż mogłem z 
nim bezkonfliktowo współpracować, chociaż już uważałem, że w śledztwo 
zaangażowanych jest zbyt wielu inkwizytorów. Schongard miał opinię twar-
dego   monodominanty,   w  mojej   opinii   czasami   wręcz   szkodliwego,   nato-
miast Konrad Molitor był radykałem tego rodzaju, który nie budził we mnie 
najmniejszej chęci zawarcia bliższej znajomości.
 - To bardzo nietypowe – stwierdziłem.
  - Chodzi o wspólny mianownik tej sprawy – odparł Endor – Informacje 
uzyskane przez ciebie i Voke okazały się fragmentami większej układanki, 
będącej  w międzyczasie tematem innych postępowań  śledczych. Dwa ty-
godnie temu spaliłem heretyka na Mariamie, a w jego dokumentach zna-
lazłem   dowody   mogące   powiązać   działalność   tego   człowieka   z   Domem 
Glaw. Schongard ścigał odbiorców bluźnierczych ksiąg, które w jego mnie-
maniu dostawały się do podsektora na pokładach statków kupieckich Gildii 
Sinesias. A Molitor... cóż, nie wiem, co takiego on wytropił, ale bez wąt-
pienia jest to również związane z naszą wspólną sprawą.
 - Czasami... – odwróciłem głowę w stronę Titusa – Czasami odnoszę wra-
żenie, że naszym stylem pracy wciąż sobie wzajemnie szkodzimy. Tajem-
nica wyszła na jaw i spójrz tylko ! Wszyscy trzymaliśmy w rękach skrawki 
tej sprawy. Przecież mogliśmy zlikwidować tę konspirację miesiąc temu czy 
nawet dwa, gdybyśmy tylko wymieniali między sobą informacje.
     Endor zaśmiał się szczerze.
 - Kwestionujesz uświęcone metody działania Inkwizycji, Gregorze ? Meto-
dy ustanowione tysiące lat temu jako obowiązujący dogmat ? I podważasz 
zasadność technik stosowanych przez swych braci-inkwizytorów ?
      Wiedziałem, że żartuje, ale dla mnie kwestia ta wciąż pozostawała po-
ważna.
 - Krytykuję tylko system, w którym nawet my sami sobie nie ufamy.
     W asyście milczących strażników zaczęliśmy schodzić w głąb kazamat. 
 - Co z Glawem ?
 - Wciąż milczy – odparł Endor – Przetrzymał męki, które złamałyby każ-
dego innego człowieka, a przynajmniej skłoniłyby go do błagania o szybką 
śmierć. Mógłbym przysiąc, że jest wręcz w dobrym humorze. Jego arogan-
cja sugeruje, jakoby był dogłębnie przekonany o tym, że nadal będzie żył.
 - I ma rację. Nigdy nie podpiszemy wyroku śmierci mając świadomość, że 
jego umysł wciąż skrywa niezbędne nam informacje.
     Ludzie Commodusa Voke pracowali nad Glawem w cuchnącej krwią celi 
o pomalowanych na czerwono ścianach. Urisel był żywym wrakiem, pod-
trzymywanym przy życiu wyłącznie dzięki ogromnemu doświadczeniu me-
dycznemu jego oprawców.
         Wydobycie informacji z umysłu heretyka jest jednym z największych 
wyzwań dla inkwizytora i ja sam w tym celu nie odrzuciłbym żadnej znanej 
mi   metody,   ale   ten   przypadek   był   beznadziejny.   Moim   zdaniem   tortur 
fizycznych można było zaprzestać już kilka dni temu. Pierwszy rzut oka na 
więźnia powiedział mi, że Glaw nic nam nie zdradzi.
      Osobiście skazałbym go na całkowitą izolację od zewnętrznego świata, 
zamknął samego na cztery spusty w tej celi. Pomimo potwornego cierpienia 
Urisel dostrzegał naszą desperację i to właśnie dawało mu wolę przetrwania. 
Cisza i samotność złamałyby go dużo szybciej.
     Inkwizytor Schongard cofnął się od stołu, na którym rozciągnięto Glawa 
i zdjął chirurgiczne rękawiczki.  Był  rozrośniętym  w barach mężczyzną o 
rzadkich  brązowych  włosach i masce z czarnego metalu wszczepionej  w 
twarz. Nikt nie wiedział, czy maska ta zakrywała jakieś przerażające okale-
czenia czy też pełniła wyłącznie rolę narzędzia zastraszenia. Ciemne, prze-
krwione, gorzejące niezdrową gorączką oczy śledziły nas zza wyciętych w 
masce wąskich szczelin.
 - Bracia – wyszeptał. Jego zdławiony, chrapliwy głos nigdy nie podnosił się 
ponad poziom szeptu – Opór stawiany przez tego człowieka jest dla mnie 
czymś niespotykanym. Voke i ja uważamy, że ktoś dokonał monumentalnej 
manipulacji w umyśle tego człowieka zakładając mu potężną blokadę. Uży-
liśmy już sond psionicznych, ale wszystkie zawiodły.
  - Być może powinniśmy poprosić Astropathicus o przydzielenie nam do 
pomocy jednego z ich psioników klasy alfa ? – zaproponował stojący z boku 
Voke.
  - Nie sądzę, czy przyczyna  milczenia tkwiła  w psionicznej blokadzie – 
oświadczyłem – Widzicie przecież stan jego zdrowia. Gdybyśmy mieli do 
czynienia z blokadą, Glaw wyłby teraz jak zwierzę prosząc nas o cios łaski, 
świadomy faktu, że fizycznie nie może zdradzić nam przechowywanych w 
swym umyśle tajemnic.
- Nonsens – wyszeptał Schongard – Żaden ludzki umysł nie jest w stanie 

przetrzymać dobrowolnie takich zabiegów.

przetrzymać dobrowolnie takich zabiegów.
 - Czasami powątpiewam w wiedzę moich braci na temat ludzkiej natury – 
odparłem z lekkim sarkazmem w głosie – Ten człowiek to wcielony diabeł. 
Ten człowiek to dumny arystokrata. On spojrzał w ciemność, której tak się 
obawiamy   i   dostrzegł   ukrytą   w   niej   potęgę.   Usłyszane   tam   obietnice 
wystarczą, by do końca strzegł sekretów swych współspiskowców. 
         Podszedłem do stołu i spojrzałem w pozbawione powiek oczy Glawa. 
Krew pociekła z jego obdartych ze skóry warg, gdy się do mnie uśmiechnął.
 - Przepowiadał zniszczenie całych światów, unicestwienie bilionów żywych 
istot. Wręcz pławił się w tej wizji. Sekret Glawów posiada tak ogromne zna-
czenie, że te dręczące go tortury nic dla niego nie znaczą. Prawda, Uriselu ?
     Wycharczał coś niezrozumiale.
 - To próżna fatyga – powiedziałem odwracając się z niesmakiem od okale-
czonego potwornie renegata – Będzie milczał jak zaklęty, bo wie, że nagro-
da jest tego warta.
 - A cóż to takiego może być ? – parsknął z dezaprobatą Voke.
  - Eisenhorn może mieć rację – poparł mnie Endor – Glaw nic nam nie 
powie, bo wierzy, że dochowanie tajemnicy zostanie mu wynagrodzone po 
tysiąckroć.
     Maska Schongarda przechyliła się w geście powątpiewania.
  -   Stoję   po   stronie   brata   Voke.   Jaka   nagroda   może   być   warta   świętych 
katuszy zadawanych przez najlepszych mistrzów skalpela Inkwizycji ?
      Nie odpowiedziałem. Nie znałem na to pytanie pełnej odpowiedzi, ale 
potrafiłem sobie wyobrazić skalę tej nagrody.
     I myśl ta mroziła mi serce żelaznymi cęgami.

*  *  *  *  *

         Jeśli wierzyłem jeszcze choć trochę w to, że nasza akcja nadwerężyła 
potencjał Domu Glaw, w ciągu następnego tygodnia wyzbyłem się resztek 
wątpliwości. Kampania terroru wybuchła na wszystkich światach podsek-
tora: zamachy bombowe, rozpylanie toksyn, sabotaż psioniczny. Odnosiłem 
wrażenie,   że   wszystkie   sekretne   agendy   zła   ukryte   starannie   wewnątrz 
imperialnego   społeczeństwa   znienacka   ujawniły   się   pomimo   ryzyka   de-
konspiracji, wykonując rozkazy nieznanej mi siły. Lord Glaw i jego współ-
pracownicy musieli umknąć z pułapki na Gudrun albo też stanowili tylko 
część większej grupy spiskowców sprawującej niepodzielną władzę nad kul-
tami Chaosu szerzącymi destrukcję na blisko trzydziestu imperialnych świa-
tach.
 - Istnieje jeszcze jedno wyjaśnienie – powiedział Titus Endor, gdy uczestni-
czyliśmy w imperialnej mszy odprawianej w stołecznej katedrze – Pomimo 
swych ogromnych wpływów i władzy Glawowie nie stali wcale na szczycie 
tej sekretnej organizacji. Być może ktoś jeszcze znajdował się ponad nimi ?
Zastanawiałem się wcześniej nad taką możliwością, ale miałem okazję oso-
biście poznać ród Glawów.  To nie byli  ludzie, którzy zwykli  kłaniać się 
innemu panu. Przynajmniej ludzkiemu panu.
         Niepokoje dotarły również na Gudrun. Seria zamachów bombowych 
sparaliżowała życie w jednym z miast południa, a duża rolnicza osada na za-
chodzie uległa całkowitej zagładzie po zatruciu neutralną toksyną jej ujęć 
wody   pitnej.   Zgrupowanie   Floty   Scarus   wciąż   podnosiło   się   z   nóg   po 
zadanym sobie samemu ciosie. Misja admirała Spatiana mająca za zadanie 
przywrócić pod rozkazy Dowództwa rozproszone elementy floty spełzła na 
niczym. Eskadra kapitana Estruma przepadła bez śladu. Wymieniłem kilka 
wiadomości z prokuratorem Madorthene i dowiedziałem się, że nikt w Do-
wództwie Floty nie brał już pod uwagę innej przyczyny zniszczenia Ultima 
Victrix
 oprócz sabotażu. Wpływy naszego nieprzyjaciela sięgały samej ma-
rynarki.
     Wtedy dwie wielkie metropolie na Thracian Primaris zbuntowały się w 
akcie otwartej rewolty. Tysiące ogarniętych zesłanym przez Chaos szaleń-
stwem robotników wyległo na ulice podpalając, grabiąc i mordując. Here-
tycy w biały dzień obnosili się z emblematami swych bluźnierczych patro-
nów.
         Lord Militant całkowicie zarzucił plany krucjaty w podsektorze Ophi-
dian. Flota Scarus opuściła wysoką orbitę Gudrun zmierzając z maksymalną 
prędkością w stronę Thracian Primaris. 
     Lecz to dopiero był początek. Otwarta rewolta pogrążyła w ogniu stolicę 
Sameteru, a dzień później wojna domowa wybuchła na Hesperusie. W obu 
przypadkach prowodyrami buntu okazali się agenci Chaosu.
     Ten straszny, szokujący swą brutalnością okres w historii Imperium zna-
ny jest pod nazwą Schizmy Helicańskiej. Trwał osiem miesięcy, w trakcie 
których miliony ludzi zginęło w regularnej wojnie toczonej na trzech wiel-
kich światach podsektora, przy czym nie wspominam tu o ofiarach setek 
mniejszych incydentów i zamieszek na innych planetach, w tym również 
Gudrun. Lord Militant miał wreszcie swą wytęsknioną świętą krucjatę, cho-
ciaż wątpię, aby budził jego entuzjazm fakt, iż przyszło mu pacyfikować 
mieszkańców własnego podsektora.

40

background image

     Władze Helicanu, również i moi bracia-inkwizytorzy, zostały skrajnie za-
skoczone  skalą przerażających  wydarzeń, wręcz sparaliżowane w stopniu 
powodującym   zaniechanie   jakichkolwiek   skoordynowanych   działań.   Nie-
przyjaciel ludzkości często działa w sposób otwarty i okrutny, ale ten ciąg 
nagłych   wydarzeń   zdawał   się   całkowicie   przeczyć   jakiejkolwiek   logice. 
Dlaczego po setkach lat drobiazgowego, niezwykle starannego infiltrowania 
naszych struktur społecznych przez tajemne sekty wszyscy ich agenci jedno-
cześnie wychynęli z ukrycia ściągając na siebie nieuchronnie sprawiedliwą 
zemstę aparatu militarnego Imperium ?
     Podejrzewałem, iż odpowiedzią na to pytanie była „prawdziwa sprawa”. 
Nieomal pogodny opór stawiany katom przez Urisela Glawa tylko mnie w 
tym przekonaniu upewniał. Nieprzyjaciel skupił swą uwagę na czymś tak 
dla niego niezwykle ważnym, że gotów był poświęcić bez wahania wszyst-
kie sekretne agentury w obrębie podsektora, byle tylko odwrócić od swoich 
poczynań uwagę Imperium.
     W obliczu tej prawdy uznałem, że lepiej pozwolić na strawienie ogniem 
wojny domowej kilku imperialnych światów, niżeli dopuścić, by spiskowcy 
dopięli swego tajemniczego celu.
     Dlatego właśnie poleciałem na Damask.

Rozdział XIII

Damask.

North Qualm.

Sanctum.

     Pod rdzawym pustym niebem kołysały się na wietrze kuliste drzewa.
     Wyglądały niczym groteskowe stada bulwiastych zwierząt wędrownych 
przemierzających   omiatane   wichrem   pustkowia   z   dziwacznym   stukotem 
przywodzącym na myśl dźwięk końskich kopyt.
     A jednak były to drzewa: włochate globy z celulozy wypełnione lżejszym 
od powietrza gazem powstałym wskutek zachodzących wewnątrz bulw che-
micznych procesów. Dryfowały na wietrze ciągnąc za sobą długie warkocze 
poplątanych korzeni. Tu i ówdzie zderzeniu dwóch kul towarzyszył głośny 
syk ulatniającego się gazu.
      Wdrapałem się na szczyt niewielkiego płaskowyżu porośniętego żółta-
wym   mchem   i   kępkami   trawy.   Kilka   niewielkich   kulistych   drzew   prze-
taczało się nad skalistą powierzchnią wzniesienia. W jego centrum wznosił 
się samotny pylon – obelisk mający upamiętnić miejsce lądowania pierwszej 
grupy imperialnych kolonistów. Upływ czasu starł bezpowrotnie wszystkie 
inskrypcje wyrzeźbione niegdyś na pomniku. Stojąc przy pylonie zacząłem 
obracać się w miejscu obserwując okolicę. Ciemne pasmo wzgórz na zacho-
dzie, pełna kulistych drzew rzeczna kotlina na północy, bezmiar ciernistych 
zarośli na wschodzie – opodal miejsca lądowania wahadłowca – oraz zwień-
czone   płomieniami   kratery   wulkanów   daleko   na   południu,   zasnuwające 
przestworza chmurami gorącego popiołu. Stada małych ptaków krążyły nad 
ruchomymi lasami szukając legowiska na czas zbliżającej się nocy. Zza linii 
horyzontu wychynęła już owalna tarcza bladego księżyca.
 - Eisenhorn – w komunikatorze odezwał się Midas.
     Zszedłem z płaskowyżu sznurując swój kaftan. Robiło się zimno. Midas i 
Fischig czekali przy ślizgaczu, wyciągniętym dwie godziny temu z ładowni 
wahadłowca i poddanym następnie dokładnej kontroli. Był to stary nieuz-
brojony model, którego nie używaliśmy od dobrych trzech lat.
     Midas zatrzasnął pokrywę sekcji napędowej.
 - Widzę, że zmusiłeś go do posłuszeństwa – zauważyłem.
     Betancore wzruszył ramionami.
 - To dobra maszyna. Kazałem Uclidowi wprowadzić kilka innowacji. Nie 
znajdziesz tu nawet kawałka zbędnego okablowania.
     Fischig nie okazał śladu zachwytu nad mechanicznym cudem Midasa.
      Nieczęsto korzystałem z tego pojazdu, bo na większości odwiedzanych 
światów wolałem posługiwać się lokalnymi środkami transportu. Nie sądzi-
łem, że Damask okaże się taki... bezludny.
     Imperialne rejestry mówiły o co najmniej pięciu osadach na tej planecie, 
ale skanowanie orbitalne nie wykazało śladu żadnej z nich. Nie otrzymaliś-
my też odpowiedzi na wysyłane komunikaty radiowe i astropatyczne. Czy 
społeczność zamieszkująca Damask wymarła wskutek jakiegoś nieszczęścia 
w przeciągu pięciu lat od ostatniej wizyty imperialnych archiwistów ?
         Wylądowaliśmy na brzegu szerokiej rzeki. Towarzyszyli nam Aemos, 
Bequin i Lowink. Statek został natychmiast zakamuflowany siatkami mas-
kującymi. Midas wybrał na miejsce lądowania lokalizację położoną w pobli-
żu kilku osad, ale dostatecznie odległą, by żaden niepożądany świadek nie 
dostrzegł wahadłowca. Tobius Maxilla oczekiwał na wysokiej orbicie plane-
ty na wyniki naszej wyprawy.
     Midas odpalił kapryśne silniki ślizgacza i szybko zaczęliśmy oddalać się 
od ukrytego wahadłowca, zmierzając w kierunku najbliższej figurującej na 
mapach osady kolonistów. 
      Jechaliśmy przez równinę porośniętą niskimi drzewkami o bulwiastych 
pniach wypełnionych gazem, sprawiających wrażenie ledwie trzymających 
się ziemi rachitycznymi korzeniami. Miejscowe ptaki, przywodzące na myśl 
nietoperze  istoty  o  skórzastych  skrzydłach,   uwijały  się  wśród  ich  gałęzi. 
Większe stwory latające, płaszczki o długich ogonach, unosiły się leniwie 
wysoko w górze dryfując dzięki licznym prądom powietrznym. Okolica była 
dzika i nieprzyjazna, a powietrze ciężkie i nieprzyjemne, toteż co jakiś czas 
sięgaliśmy po respiratory.
       Trzymaliśmy się przez dobre dwadzieścia kilometrów brzegu płynącej 
ospale rzeki, po czym odbiliśmy w bok, na skaliste bezdroża porośnięte ma-
łymi krzewami, połaciami żółtawego mchu i porostami targanymi wiatrem. 
Brzydka tarcza księżyca zaczęła piąć się w górę nieboskłonu, chociaż wciąż 
jeszcze nie zapadł zmierzch.
     Midas musiał zmniejszyć nieco prędkość w miejscu, gdzie wpadliśmy na 
stado   lokalnych   roślinożerców,   przerażonych   dźwiękiem   pracujących   sil-
ników. Były to porośnięte szarą sierścią olbrzymy o wysokich grzbietach, 
trąbiastych pyskach i długich nogach zakończonych płaskimi stopami. Nogi 
te sprawiały wrażenie zbyt słabych i długich, by zdołały utrzymać ciężar 

cia-

41

background image

ciała całego zwierzęcia, ale podejrzewałem, że podobnie jak w przypadku 
lokalnych roślin wewnątrz korpusów zwierząt znajdowały się skórzaste pę-
cherze wypełnione lżejszym od powietrza gazem.
      Stwory parskały głośno umykając w cierniste krzewy. Silniki ślizgacza 
zgasły, pojazd opadł na ziemię. Midas zmełł w ustach przekleństwo, wysiadł 
i zaczął grzebać pod podniesioną pokrywą  sekcji napędowej. Dopiero po 
kilku minutach urządzenie powróciło do życia. Korzystając z chwili przerwy 
postanowiliśmy   z   Fischigiem   rozprostować   nieco   nogi.   Oficer   śledczy 
wspiął się na sporych rozmiarów głaz i usiadł na nim przykładając do ust 
respirator.   Patrzył   w   górę   na   zachodnią   część   przestworzy,   naznaczoną 
ognistymi smugami spadających meteorów. 
     Przechadzałem się pośród ciernistych zarośli obserwując małe ptaki lata-
jące z piskiem między gałęziami drzewek. Wiatr zmienił swój kierunek i 
stada ruchomych kolistych  drzew przetaczały się obok zarośli ciągnąc za 
sobą z hałasem długie korzenie. 
         Przelecieliśmy dalsze dziesięć kilometrów zatrzymując się w rozległej 
rzecznej dolinie, gdzie ziemia sprawiała wrażenie żyźniejszej od gleby spot-
kanej na równinach. Roślinność była tu gęściejsza i bardziej urozmaicona: 
bulwiaste krzewy o żywych kolorach, bagienne lilie, wysokie trawy, trzciny 
i dużo polnych kwiatów. Chmary malutkich insektów uwijały się nad wodą, 
a większe, osom podobne owady polowały na nie tnąc powietrze niczym 
błyszczące sztylety. 
 - Tam – powiedział Fischig mrużąc czujne oczy. 
     Zatrzymaliśmy ślizgacz i wysiedliśmy. Błotnista przecinka opodal nasze-
go pojazdu okazała się zapuszczonym polem uprawnym. Zardzewiałe wraki 
dwóch rolniczych maszyn wciąż wystawały spod grubej warstwy błota.
         Kilkanaście metrów dalej znalazłem spory kamień graniczny. Na jego 
powierzchni widniał wyrzeźbiony w niskim gothicu napis „Gillan Acre”.
     Minęliśmy osadę nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Midas zawrócił 
ślizgacz.   Po   kolonii   nie   zostało   nic   prócz   kilku   całkowicie   porośniętych 
mchem  i   bluszczem  ścian.  Według   rejestrów  pięć  lat  temu   mieszkało  tu 
ośmiuset osadników. Skanowanie okolicy wykazało obecność zagrzebanych 
w ziemi metalowych śmieci i elementów zniszczonych maszyn.
     Fischig odkrył drewniany znacznik stojący na północnym krańcu osady. 
Słup porośnięty był grubą warstwą mchu, ale z miejsca rozpoznałem w jego 
kształcie jeden z odrażających totemów Chaosu.
 - Oznakowanie terenu ? Ostrzeżenie ? – zastanawiał się głośno Fischig.
 - Spal to natychmiast – rozkazałem.
     Komunikator pisnął cicho. Zgłosił się Maxilla.
 - Przeszukałem powierzchnię kontynentu zgodnie z twoimi wskazówkami, 
inkwizytorze, sekcja po sekcji. Skład atmosfery nieco utrudnia pracę instru-
mentów, ale jakoś sobie poradziłem. Właśnie skończyłem badać aktywny 
tektonicznie obszar na południe od waszej strefy lądowania. Jestem pewien, 
że mam stamtąd odczyty struktur mieszkalnych i pracujących maszyn.
     Kapitan przesłał zmodyfikowaną w oparciu o odczyty mapę do pamięci 
pokładowego systemu nawigacyjnego ślizgacza. Jakieś siedemdziesiąt kilo-
metrów od naszej bieżącej pozycji, mniej więcej tyle samo, ile dzieliło nas 
od kolejnej zaznaczonej na mapie osady kolonistów.
 - To spory kawałek drogi, a robi się ciemno – zauważył Midas.
 - Wracaj do wahadłowca. Pojedziemy na południe jutro rano.

*  *  *  *  *

      W nocy, kiedy wszyscy spaliśmy głęboko, ktoś lub coś zbliżyło się do 
wahadłowca uruchamiając rozstawione na zewnątrz czujniki alarmowe. Wy-
biegliśmy na zewnątrz z gotową do użycia bronią, ale poszukiwania intru-
zów nie przyniosły rezultatu. Nigdzie nie było też lasu wędrujących drzew.

*  *  *  *  *

     O świcie pojechaliśmy na południe. Wulkaniczny masyw rósł przed na-
szym pojazdem, jego okolone płaszczem dymu szczyty wznosiły się coraz 
wyżej ku niebu. Wszędzie rosły gęste skupiska kolczastych zarośli. Było też 
bardzo gorąco, wręcz parno. Nad powierzchnią okolicznych jeziorek unosiły 
się kłęby śmierdzącej metalicznie pary. Uznałem, że woda w tych zbiorni-
kach musi być podgrzewana gazem uciekającym spod wulkanów skalnymi 
kominami wentylacyjnymi. Po trzydziestu minutach jazdy przez tę okolicę 
wszyscy ociekaliśmy potem i cały czas korzystaliśmy z respiratorów.
     Za grzbietem jednego z większych masywów górskich pokładowy skaner 
ślizgacza wykrył ślady jakiejś aktywności. Wysiedliśmy z maszyny ruszając 
w stronę szczytu grzbietu. Na samej górze padliśmy na brzuch przykładając 
do oczu lornety.
     W cieniu wielkiej góry przycupnęła duża osada... w większości złożona z 
kamiennych   i   drewnianych   budynków,   wyraźnie   zniszczonych   upływem 
czasu, dostrzegłem też jednak kilka nowych modułowych habitatów z cera-
mitu. W dole pracowało sporo ciężkich maszyn, głównie generatorów prądu.

     Wielkie siatkowe parasole rozpięte nad budynkami chroniły ulice osady 
przed wulkanicznym popiołem. Zauważyłem trzy antygrawitacyjne ślizga-
cze i dwa ciężkie ośmiokołowe transportery zaparkowane opodal nowszych 
budowli. Jacyś ludzie kręcili się w ich pobliżu, ale znajdowali się zbyt dale-
ko, bym zdołał rozpoznać bliższe szczegóły.
 - Ostatnia wizyta komisji kontrolnej nie odnotowała śladu aktywności wul-
kanicznej w tej okolicy – przypomniał mi Midas cytując fragment przygoto-
wanego przez Aemosa raportu.
 - Popatrz tam – odparłem wskazując fragment osady położony bezpośred-
nio na zboczu góry – Stare budynki osady są częściowo przysypane popio-
łem. Zbudowano je przed pierwszymi erupcjami.
     Midas włączył elektroniczny mapnik i zaczął studiować jego indeks.
 - North Qualm – oświadczył – Jedna z kolonii osadników, miasteczko gór-
nicze.
     Obserwowaliśmy osadę przez dalsze piętnaście, dwadzieścia minut, dos-
tatecznie długo, by poczuć w pewnym momencie zauważalne drganie grun-
tu. Nad jednym z pobliskich szczytów wykwitła ognista korona. W osadzie 
zaczęły wyć klaksony alarmowe, ale szybko ucichły. Deszcz płatków po-
piołu spadł na ochronne parasole niczym czarny śnieg.
 - Dlaczego pracują w tym miejscu mimo ryzyka wylewu lawy ? – wymru-
czał do siebie samego Fischig.
 - Przyjrzyjmy się bliżej – zaproponowałem.
     Po przykryciu gałęziami ślizgacza ruszyliśmy w dół porośniętej krzewa-
mi doliny. Wśród kolczastych zarośli rosły liczne grzyby i chociaż bardzo 
staraliśmy się zachować dyskrecję, co rusz deptaliśmy butami wielkie pur-
chawki. 
     Ja miałem na sobie czarny płaszcz, Fischig swój brązowy pancerz oso-
bisty i przytroczony do pasa hełm, Midas zwyczajowe ubranie, chociaż ko-
lorowy  kaftan zamienił  na ciemnoniebieską  kamizelkę.  Wszyscy  wtapia-
liśmy się w półmrok roślinności.
     Wciąż nie byłem do końca pewien motywów towarzyszącego nam Fis-
chiga. Po incydencie na Gudrun pełnomocnictwa udzielone mu przez Wiel-
kiego Strażnika Carpela utraciły ważność, ale oficer śledczy uparcie odma-
wiał powrotu na Hubris. Najwyraźniej podzielał mą opinię, że sprawie da-
leko jeszcze było do końca.
     Przebrnęliśmy przez płytki, wypełniony gorącą wodą strumień dociera-
jąć w pobliże północnej granicy osady. Z tego miejsca słychać już było łos-
kot pracujących generatorów i górniczych świdrów. Strażnicy w panterkach 
i nałożonych na nie kompozytowych pancerzach osobistych krążyli wzdłuż 
usypanego z ziemi wału odgradzającego osadę od porastających dolinę za-
rośli. Na długich łańcuchach trzymali wielkie ogary, istne bestie o płowych 
grzywach  i spienionych  pyskach.  Wszyscy  mieli  przy sobie  nowoczesne 
laserowe karabiny o kompaktowych obudowach. Ich twarze zasłaniały cięż-
kie czarne respiratory. Grupy ubrudzonych robotników, wielu z nich roze-
branych do pasa, trudziły się czyszczeniem z warstwy popiołu ochronnych 
parasoli.
      Midas wskazał mi dłonią te peryferia osady, które zabezpieczone były 
czujnikami zbliżeniowymi i minami przeciwpiechotnymi. Wszystkie syste-
my  defensywne   okazały  się wyłączone.   Nieustanne wstrząsy  tektoniczne 
czyniły tego rodzaju zabezpieczenia całkowicie bezużytecznymi. 
       Coś innego zwróciło mą uwagę, gdy zbliżaliśmy się do doliny i teraz 
zyskałem już w tej kwestii niewzruszoną pewność. Całą górską depresję 
okrywała szczelnie psioniczna tarcza. 
      Wyjąłem z pokrowca lornetę i zacząłem przepatrywać okolicę. Więcej 
strażników - dużo więcej - i dziesiątki robotników odpoczywających przy 
wejściu do szczególnie okazałego habitatu. Kilku nadzorców krążyło wśród 
siedzących na ziemi ludzi prowadząc zwięzłą konwersację i zapisując coś w 
swoich elektronicznych notatnikach. Ośmiu robotników wyszło z habitatu 
dźwigając podobne do noszy konstrukcje o wysokich ściankach obwiąza-
nych szeroką taśmą pakunkową. Przesunąłem pokrętła lornetę chcąc lepiej 
przyjrzeć się twarzom nadzorców. Nie rozpoznałem żadnego z nich. Byli to 
posępni ludzie w szarych kombinezonach i płaszczach.
     Coś pojawiło się znienacka w moim polu widzenia. Zanim zdążyłem za-
reagować i zmienić skalę powiększenia, zauważony obiekt zniknął pomię-
dzy budynkami. Zdołałem pochwycić wzrokiem jedynie jaskrawy, niemal 
tęczowy błysk metalu i powiewający na wietrze równie barwny płaszcz.
 - Co to do diabła było ? – wysyczałem.
     Midas odłożył swoją lornetkę i spojrzał na mnie z grymasem strachu na 
twarzy. Fischig również miał niepewną minę.
 - Olbrzym, rogaty olbrzym z lśniącego metalu – powiedział Midas – Wy-
szedł z tego habitatu po lewej i przeszedł prosto do składu, z którego wyno-
sili paczki robotnicy. Na Imperatora, ależ on był wielki !
 - Prawdziwy potwór – zgodził się z pilotem Fischig.
         Kratery wulkanów zaryczały znów przeciągle i kolejna fala popiołu 
spadła na osadę. Cofnęliśmy się głębiej pomiędzy krzewy, ponieważ war-
townicy wyraźnie zwiększyli swą aktywność.

42

background image

 - Cierń, zgłoś się – zatrzeszczał mój komunikator.
 - To nie jest dobry czas na rozmowy – syknąłem.
     Na linii był Maxilla. Nim się rozłączył, powiedział jeszcze jedno słowo.
 - Sanctum.
     Pochodzące z Glossii słowo kodowe Sanctum przekazałem Maxilli krót-
ko przed opuszczeniem pokładu Essene. Chciałem, by przebywał na niskiej 
orbicie planety zapewniając nam wsparcie w postaci swoich pokładowych 
systemów śledzących, ale kazałem mu umykać w poszukiwaniu kryjówki 
natychmiast po wykryciu jakiejkolwiek obecności innych statków wewnątrz 
systemu Damask. Komunikat Sanctum oznaczał, że Maxilla wykrył wycho-
dzący z Osnowy obiekt lub obiekty i wycofał się na bezpieczną pozycję za 
lokalnym słońcem. 
     To zaś oznaczało, że byliśmy teraz zdani wyłącznie na siebie.
     Midas pociągnął mnie za rękaw i wskazał dłonią w dół doliny. Olbrzym 
pojawił się ponownie. Stał teraz w wejściu do wielkiego habitatu. Miał po-
nad dwa metry wzrostu. Otaczał go płaszcz sprawiający wrażenie wykona-
nego z jedwabiu i warstwy dymu zarazem, a bogato ornamentowana zbroja i 
rogaty  hełm pokryte  były  szokującą oczy mieszaniną błyszczącego złota, 
jadowitej   żółci,   głębokiej   purpury  oraz  jasnej   krwistej   czerwieni.   Okryty 
starożytnym pancerzem siłowym, potwór stał w miejscu niczym nieruchomy 
relikt sprzed dziesięciu tysięcy lat. Już sam rzut okiem na tę postać budził 
grozę i głęboki dreszcz lęku, którego nawet ja nie potrafiłem powstrzymać
      Kosmiczny Marine, pochodzący ze skorumpowanych i przeklętych Le-
gionów Astartes.
     Marine Chaosu.

Rozdział XIV

Opowieść o represjach.

Przewodnik.

Powrót do ognistych gór.

    - Nie próżnowaliśmy – oświadczyła z tajemniczym uśmieszkiem Bequin, 
kiedy wróciliśmy do wahadłowca. Dochodziło południe. W basenie rzeki 
unosiło się mrowie kolistych drzew przygnanych do wody silnym wiatrem. 
Unosiły się nad powierzchnią rzeki muskając jej fale końcami korzeni.
     Bequin miała na sobie roboczy kombinezon i przewieszony przez ramię 
respirator, w ręce trzymała automatyczny pistolet. W czasie, gdy Midas i 
Fischig  przykrywali   siatką   maskującą  ślizgacz, dziewczyna  zaprowadziła 
mnie do przedziału pasażerskiego wahadłowca, gdzie na jednym z foteli 
siedział skuty kajdankami niski mężczyzna. Miał zmierzwione włosy, a je-
go obszarpane ubranie wręcz lepiło się od brudu. Mierzył mnie rozgorącz-
kowanym niespokojnym wzrokiem.
 - Było ich trzech, może czterech – powiedziała Bequin – Przyszli nas obej-
rzeć korzystając z osłony tych latających drzewek. Reszta uciekła, ale tego 
złapałam.
 - Jak ? – zapytałem.
     Odpowiedziała mi urażonym spojrzeniem dając do zrozumienia, bym nie 
traktował jej w protekcjonalny sposób.
 - Nasi nocni goście ? – zastanowiłem się na głos. Bequin wzruszyła ramio-
nami. Podszedłem do więźnia chcąc go przepytać.
 - Jak się nazywasz ?
 - Nie chce mówić – poinformowała Bequin. Kazałem jej cofnąć się na ko-
niec ładowni.
 - Imię i nazwisko ? – zapytałem ponownie.
     Więzień milczał. Patrzyłem na niego przez chwilę relaksując umysł, po 
czym wwierciłem mu w głowę mentalną sondę.
 - Tymas Rhizor – wymamrotał.
         Dobrze. Jeszcze jedno delikatne ukłucie mentalnej mocy.  Wyraźnie 
postrzegałem strach i zdenerwowanie mężczyzny.
 - Z Gillan Jego Acre, błogosławionej ziemi.
     Przeszedłem na zwykłą mowę, tym razem nie używając już mentalnego 
przymusu.
 - Gillan Acre ? 
 - Seythee Gillan Jego Acre.
 - Gillan Acre ?
     Skinął głową.
 - To dialekt protogotycki – powiedział zbliżający się do mnie Aemos – Na 
Damasku ludzie pojawili się dobre pięćset lat temu, a przez długi okres cza-
su świat ten pozostawał w stanie izolacji. Społeczność niezbyt tu prospero-
wała, ale używany przez nią język owszem. Powstała jego lokalna odmiana.
 - Zatem ten człowiek jest miejscowym osadnikiem ?
       Aemos skinął twierdząco głową. Więzień obserwował na przemian to 
mnie, to savanta, najwyraźniej próbując zrozumieć sens naszej rozmowy.
 - Urodziłeś się tutaj, na Damasku ?
     Zesztywniał przestraszony.
 - Urodzony tutaj ?
 - Te, Gillan Jego Acre. Nit je błogosławiona ziemia na pracę.
      Spojrzałem z westchnieniem na Aemosa. To mogło się ciągnąć w nie-
skończoność. 
 - Mogę tłumaczyć – odparł savant – Zadawaj pytania.
 - Spytaj go, co stało się z Gillan Acre.
 - Prejame, 
     Opowieść tego człowieka była tragicznie prosta, przedstawiona słowami 
niewykształconego kolonisty trudzącego się całe życie pracą na nieurodzaj-
nej roli. Farmerskie rodziny, które jak sądzę wywodziły się z klanów rodo-
wych pierwszych osadników, uprawiały ziemię na Damasku od początku 
istnienia imperialnej kolonii. Lokalna społeczność liczyła pięć osad farmer-
skich oraz dwa miasteczka górnicze zapewniające reszcie osadników do-
pływ surowców mineralnych i paliw w zamian za żywność. Byli to oddani 
wierze ludzie, trudzący się w pocie na ziemi uważanej za błogosławieństwo 
samego Imperatora. Nieco ponad cztery lata temu, po wizycie ostatniej ko-
misji kontrolnej, populacja Damasku liczyła dziewięć tysięcy kolonistów.
     Wtedy przybyli misjonarze. Rhizor twierdził, że miało to miejsce trzy la-
ta temu. Kosmiczny statek przywiózł na Damask niewielką grupę kapłanów 
z Messiny. Klerycy postawili sobie za zadanie umacnianie wiary lokalnych 
obywateli.   Było   ich   około   trzydziestu.   Rhizor   pamiętał   jedno   nazwisko: 
Dazzo. Określał kleryka mianem Wielkiego Kapłana Dazzo. Na pokładzie 
statku przybyli  też inni obcoświatowcy,  nie misjonarze jak Dazzo i jego 
bracia, tylko  ich świeccy współpracownicy.  Z przedstawionego mi  opisu 

wy-

43

background image

wywnioskowałem,  że byli to inżynierowie górniczy i metalurdzy.  Uwaga 
przybyszów koncentrowała się na górskich masywach w pobliżu miasteczka 
North Qualm. Po upływie roku aktywność obcych wzrosła. Kolejne statki 
przylatywały   i   odlatywały.   Silni   fizycznie   mężczyźni   byli   werbowani   do 
prac w górach, często wręcz przemocą odrywano ich od zajęć na farmach. 
Kapłani nie reagowali na te brutalne przypadki łamania prawa. W miarę jak 
populacja osad topniała, popadały one w coraz większą nędzę. Zaraza, praw-
dopodobnie   przywleczona   przez   obcoświatowców,   zabiła   wielu   miejsco-
wych. Potem wzrosła znienacka aktywność wulkaniczna regionu. Wszyscy 
pozostali farmerzy zostali spędzeni do górskiego miasteczka i zmuszeni do 
niewolniczej   pracy  w   kopalniach.   Obcy  zwiększyli   tempo   działań,   jakby 
nagle niezwykle zaczęło im się śpieszyć. Rhizor i jego towarzysze harowali 
do chwili, w której padali z nóg ze zmęczenia. Jakiś czas potem udało im się 
uciec na pustkowia, gdzie żyli niczym zwierzęta.
      Zatem Dazzo i jego misjonarze przybyli na Damask, zniewolili lokalną 
społeczność i prowadzili obecnie intensywne prace wydobywcze w rejonie 
North Qualm. Podejrzewałem, iż to właśnie ich działalność spowodowała 
wzrost aktywności tektonicznej w górach.
      Sięgnąłem ponownie w głąb umysłu jeńca. Zadygotał czując dotyk ob-
cych myśli. Pokazałem mu portret Dazzo. Pokiwał gorliwie głową potwier-
dzająć tożsamość kapłana Eklezjarchii. Potem Locke – kolejna znana mu 
twarz. Tego akurat renegata Rhizor darzył głęboką i nieskrywaną nienawiś-
cią. Locke był dowódcą oddziałów łapaczy niewolników, a jego okrucień-
stwo doskonale wryło się w pamięć zbiega. Pokazałem mu twarze Uridela i 
Oberona Glawów, ale obaj magnaci okazali się dla niego obcy. Na samym 
końcu przesłałem wizualizację człowieka z fajką.
 - Malahite – oświadczył natychmiast Rhizor. Miłośnik obscury o wodnis-
tych niebieskich oczach nazywał się Girolamo Malahite. Był głównym kie-
rownikiem zespołów inżynierskich pracujących w górach.
     W trakcie tej konwersacji dołączył do nas Fischig. Oficer Arbites zapytał 
o drewniany znacznik, który spaliliśmy w Gillan Acre. Rhizor skrzywił usta 
w grymasie gniewu. Słupy takie znakowały masowe groby, w których obco-
światowcy grzebali wszystkich niepokornych osadników. 
     Midas poprosił mnie do kokpitu. Wychodząc z ładowni kazałem Aemo-
sowi nakarmić Rhizora i wypytać go o inne istotne szczegóły.

*  *  *  *  *

        Midas siedział na skórzanym fotelu pilota, na kolanach trzymał zwoje 
papierowej taśmy wysuwające się z niewielkiej drukarki na pulpicie sterow-
niczym. 
 - Nic dziwnego, że Maxilla się ukrył – oświadczył na mój widok – Popatrz.
      Wydruk okazał się transkrypcją komunikatów radiowych i astropatycz-
nych emitowanych przez znajdujące się na orbicie statki. Midas przesuwał 
szybko palcem wskazującym po kolumnach wyrazów i cyfr.
  - Zlokalizowałem dwanaście okrętów,  być może jest ich więcej. Trudno 
określić precyzyjnie liczbę jednostek. Dla przykładu, ten zapis może ozna-
czać transmisję pomiędzy dwoma statkami albo też emitowany w eter ko-
munikat w formie pętli.
 - Kodowanie ?
 - Ciekawa sprawa. Wszystkie komunikaty mają standardowy format impe-
rialny. Używają kodu tekstowego marynarki.
 - To raczej powszechna praktyka.
    Pokręcił głową.
  - Spójrz tutaj. Emisja komunikatów kontrolnych oraz odpowiedzi na nie 
sugeruje, że okręt flagowy kolejno sprawdzał stan każdej jednostki wcho-
dzącej w skład flotylli. Typowa procedura imperialna. To wojskowi... jedni 
z naszych.
 - Sojusznicza flota ?
 - Albo i nie. Popatrz na identyfikator okrętu flagowego. W nagłówku komu-
nikatu przewija się wielokrotnie pewne nazwisko. Estrum.
 - Zaginiony kapitan.
 - Zaginiony kapitan... być może wcale nie zaginiony. Być może... zbunto-
wany. Cały ten incydent na orbicie Gudrun, ta szaleńcza wymiana ognia z 
nieistniejącym   przeciwnikiem,   rzekoma   panika   nabiera   teraz   sensu.   Być 
może miało to posłużyć ułatwieniu ucieczki Estruma i lojalnych wobec nie-
go jednostek.
 - Ale wciąż posługuje się standardowymi kodami imperialnej marynarki.
  - Jeżeli w spisku  uczestniczą tylko  wtajemniczeni oficerowie, będzie za 
wszelką cenę starał się ukryć prawdę przed resztą załogi.

*  *  *  *  *

     Godzinę później wielki statek transportowy w eskorcie myśliwców opuś-
cił orbitę Damasku i wylądował w North Qualm. Skrzydło myśliwców za-
toczyło dwa kręgi nad górskim miasteczkiem, po czym powróciło na pokład

macierzystego okrętu na orbicie. Kiedy przelatywały w pobliżu naszej kry-
jówki, słyszeliśmy wyraźnie głuchy ryk ich włączonych dopalaczy, przeta-
czający się przez okoliczne wzgórza i wąwozy. Midas przezornie wyłączył 
wszystkie elektroniczne systemy wahadłowca, by pokładowe skanery myś-
liwców nie zdołały przez przypadek namierzyć naszego pojazdu.

*  *  *  *  *

     Aemos rozmawiał z Rhizorem przez resztę popołudnia. Osadnik rozluź-
nił się zauważalnie po solidnym posiłku i sprawiał wrażenie znacznie chęt-
niejszego do współpracy. Kiedy słońce zaczęło znikać za linią horyzontu, 
Aemos przyszedł do mnie z pewną propozycją.
 - Jeżeli chcesz tam wrócić, ten człowiek może okazać się przydatny.
 - Mów dalej.
  - Zna kopalnie i miejscowy układ jaskiń. Pracował tam przez długi czas. 
Rozmawiałem z nim na ten temat  i jest absolutnie pewien, że może cię 
przeprowadzić przez ciąg podziemnych tuneli, który łączy się z kopalniany-
mi chodnikami.

*  *  *  *  *

     Wyruszyliśmy po zapadnięciu zmroku na pokładzie ślizgacza. Prowadził 
Fischig, korzystający z braku reflektorów z pokładowego skanera. Zakaz 
używania świateł zwolnił nieco nasze tempo podróży, ale zarazem czynił ją 
bardziej dyskretną. Siedziałem z przodu obok Fischiga, tylne fotele zajęli 
Rhizor i Bequin. Przed wyjazdem wybuchła zażarta dysputa na temat tego, 
kto powinien wziąć udział w wyprawie, ale ostatecznie sam o tym zadecy-
dowałem. Ślizgacz mieścił tylko cztery osoby, a chociaż Midas był dosko-
nałym żołnierzem – w mej prywatnej opinii lepszym nawet od oficera śled-
czego -  wolałem raczej, by czekał na moje rozkazy w kokpicie wahadłow-
ca. Poza tym zamierzałem skorzystać z unikalnych zdolności Bequin.
     Podróż faktycznie bardzo się dłużyła i w okolice North Qualm dotarliś-
my dopiero po północy. Na czarnym niebie kłębiły się chmury zasłaniające 
blask   księżyca   i   jedynym   światłem   iluminującym   nocny   krajobraz   była 
poświata unosząca się nad kraterami wulkanów. Powietrze wypełniały gęste 
wyziewy ziemnego gazu i obłoczki dymu.
     Schowaliśmy ślizgacz w niewielkim jarze oznakowanym następnie serią 
znaczników, po czym ruszyliśmy na zachód, w stronę obrzeży pasma „og-
nistych gór” - nazywanych tak przez Rhizora. Nocne stworzenia uwijały się 
z piskiem i trzepotem skrzydeł w ciemnościach. Gdzieś w oddali jakiś więk-
szy zwierz zawył przeciągle. Przeciskając się ostrożnie wśród ciernistych 
zarośli dostrzegaliśmy wyraźnie poświatę lamp i reflektorów unoszącą się 
nad całą doliną. Kratery wulkanów wciąż mruczały basowym tonem.
     Rhizor stracił nieco czasu na szukanie sobie tylko znanego miejsca: zbio-
rowiska   małych   jeziorek   wypełnionych   gorącą   wodą   o   metalicznym   za-
pachu.  Powierzchnia  wody  burzyła  się  z  sykiem   i  drgała,  latały  nad  nią 
chmary małych insektów zwabionych ciepłym powietrzem. Rhizor wszedł 
ostrożnie do największego z tych zbiorników i przebrnął w stronę masyw-
nego głazu opierającego się o strome zbocze góry. Popękaną skałę pokry-
wała gruba warstwa żółtawych porostów. Za głazem, pod zasłoną z pnączy i 
bluszczu, znajdowała się czarna czeluść podziemnego tunelu. Ze słów prze-
wodnika wywnioskowałem, iż właśnie tędy wydostał się z kopalni ucieka-
jąc przed nadzorcami niewolników.
     Przed wejściem w głąb tunelu sprawdziliśmy starannie broń i ekwipunek. 
Otworzyłem   wcześniej   zbrojownię   na   wahadłowcu   pozwalając   członkom 
zespołu dobrać sprzęt wedle własnego uznania. Ja zabrałem swój energe-
tyczny miecz, do kabury pod płaszczem schowałem automatyczny pistolet, a 
przez plecy przewiesiłem laserowy karabin z przymocowaną do lufy latarką. 
Resztę   ekwipunku   schowałem   do   plecaka.   Bequin   zabrała   swój   mały 
automat, nóż o długim płaskim ostrzu oraz latarkę. Fischigowie dałem wy-
służony, ale starannie zakonserwowany karabin maszynowy, który niezmier-
nie go ucieszył swym kalibrem. Oficer miał przy pasie służbowy pistolet, a 
do plecaka wepchnął zapasowe bębny z pociskami do broni ciężkiej. Rhizor 
odmówił przyjęcia jakiegokolwiek uzbrojenia dając nam do zrozumienia, że 
opuści   nasze   towarzystwo   natychmiast   po   doprowadzeniu   we   wskazane 
miejsce.
     Rozmiary tunelu zmusiły nas do marszu gęsiego. Szedłem na czele gru-
py, tuż za mną Rhizor i Bequin. Fischig ubezpieczał tyły. W skalnym przejś-
ciu panował nieznośny upał, a drapiące w gardle wyziewy gazu wymuszały 
natychmiastowe   założenie   respiratorów.   Rhizor   nie   miał   na   ustach   filtra, 
okręcił wokół dolnej części twarzy kawał płaszcza. Z takiej właśnie ochrony 
korzystali niewolnicy zmuszeni do pracy w kopalni.
      Tunel skręcał ustawicznie w obie strony, w pewnym momencie zaczął 
też wznosić się ku górze. W kilku miejscach okazał się tak stromy, że mu-
sieliśmy wspinać się skalnymi kominami, dwukrotnie zaś niezwykle wąskie 
ściany zmusiły nas do zdjęcia plecaków i pociągnięcia ich za sobą. 

44

background image

        Po godzinie nużącej wędrówki poczułem pierwsze objawy psionicznej 
zasłony wiszącej nad North Qualm. Zmierzając w jej głąb nasłuchiwałem 
śladów alarmu, ale nic takiego nie dotarło do mych uszu. Chociaż jeszcze o 
tym nie wiedziała, Bequin pracowała już nieświadomie na naszą korzyść 
tworząc w przestrzeni ślepy punkt kryjący mentalne ślady całej grupy. Cały 
czas pilnowałem,  by nikt  z pozostałych  członków nie oddalił  się od  niej 
zbytnio.
         Wulkaniczne korytarze pełne były lokalnych form życia przystosowa-
nych   do   egzystencji   w   ekstremalnie   wysokiej   temperaturze.   Widziałem 
ślepe ropuchopodobne drapieżniki, wielkie lśniące chrząszcze, ważki-albi-
nosy i pająki sprawiające wrażenie wykonanych ze złota. Tłusta biaława gą-
sienica rozmiarów mojej ręki przepełzła w pewnej chwili po ścianie znikając 
za jednym z większych kamieni.
     Co kilka minut ziemia dygotała zauważalnie. Kawałki skał i drobiny ku-
rzu sypały się z sufitu na nasze głowy, a gorące opary gazów parzyły skórę.
     Tunel poszerzył się przechodząc w obrobiony ludzkimi rękami korytarz. 
Wykonane z twardego drewna stemple podpierały sufit, a co szósty z nich 
miał przybitą tabliczkę z numerem porządkowym. Rhizor próbował wyjaś-
nić   naszą   lokalizację.   Używał   zarówno   słów   jak   i   gestów   i   z   jego 
wypowiedzi bez trudu pojąłem, iż byliśmy w części kopalni opuszczonej po 
krótkim   okresie   eksploatacji.   Przewodnik   mówił   coś   jeszcze,   ale   sensu 
pozostałej wypowiedzi nie zdołałem zrozumieć. Pokazał ręką jeden ze śle-
pych bocznych korytarzyków. Poświeciłem tam latarką wyłuskując z ciem-
ności zawalony gruzem przodek. Bequin przyklękła i oczyściła dno kory-
tarza   rękami,   odsłaniając   niezwykle   stare   z   wyglądu   płytki   wykonane   z 
matowego metalicznego surowca, którego nie potrafiłem rozpoznać. Płytki 
przylegały   do   siebie   perfekcyjnie   pomimo   faktu,   że   wszystkie   były 
wielościanami  o  nieregularnych  kształtach.  Zadziwiała  mnie  ich wyraźna 
asymetria, lecz nie mogłem zaprzeczyć, że idealnie pokrywały całą posadz-
kę. Tworzony przez nie wzór był nietypowy i dziwaczny, budzący nieprzy-
jemne odczucia.
      Na samym przedzie korytarzyka snop światła latarki omiótł widniejące 
na ścianach skalne ryty. Nie byłem ekspertem w dziedzinie mineralogii, ale 
użyty do tego celu materiał – blady twardy kamień o połyskujących dro-
binach miki – nie sprawiał wrażenia lokalnego surowca. Wszędzie dostrze-
gałem   ślady   po   świdrach   górniczych   i   palnikach   użytych   do   wycięcia 
dużych fragmentów płaskorzeźb.
 - To jest bardzo stare – powiedział Fischig przeciągając dłonią po kamien-
nej ścianie – ale uszkodzenia wyglądają na świeże.
 - Grobowcowe koła – odezwała się nagle Alizebeth Bequin. 
     Spojrzałem na nią pytająco.
  - Na Bonaventure znajdują się starożytne budowle, daleko w zachodnim 
paśmie   gór.   Nie   wznieśli   ich   ludzie.   Mają   kształt   okręgów   wykutych   w 
skale. Chodziłam tam czasami będąc dzieckiem. Kiedyś też były udekoro-
wane, ale za moich czasów wszystkie ściany zostały już dawno odarte przez 
kogoś. Przypominają mi to coś tutaj.
  - Wielu   przestępców  w  Imperium  para  się  grabieżą  obiektów  archeolo-
gicznych – zauważył Fischig – Jeśli znalezisko klasyfikuje się do kategorii 
wytworów obcej cywilizacji, jego cena wydatnie wzrasta.
      Pamiętałem rozmowę Glawa i jego współpracowników o archeologicz-
nych   odkryciach.   Jeśli   byliśmy   właśnie   w   takim   miejscu,   bez   wątpienia 
ściśle powiązanym z tajemniczymi saruthi, tłumaczyło ono gorączkowe pra-
ce prowadzone bez skrupułów w tak niebezpiecznym i aktywnym tektonicz-
nie rejonie. 
         Co takiego tu wydobywali ? Jaką to miało dla nich wartość ? Jaką 
wartość miało dla saruthi ?
     Wycofaliśmy się do głównego korytarza, ruszyliśmy w jego głąb mijając 
trzy dalsze boczne tunele. W każdym z nich można było dostrzec pozosta-
łości po skalnych płaskorzeźbach, wszystkie też zostały obrabowane w po-
dobny do pierwszego sposób. W ścianę na końcu korytarza wprawiona była 
metalowa   drabinka,   wiodąca   do   czarnego   otworu   innego   tunelu   dziesięć 
metrów w górze.
      Po wspięciu się na wyższy poziom usłyszałem odległy warkot pracują-
cych świdrów. Powietrze w korytarzu nie było już tak zasnute wyziewami 
gazu jak w opuszczonej części kopalni, toteż mogliśmy bez przeszkód zdjąć 
respiratory.   Chłodny   przeciąg,   bez   wątpienia   pochodzący   z   powierzchni, 
zapewniał stałą cyrkulację powietrza w tunelu. Poruszając się z niezwykłą 
ostrożności przekradliśmy się do wielkiej jaskini będącej kiedyś podziem-
nym zbiornikiem lawy. Jej strome ściany sprawiały wrażenie lanego szkła. 
Dopełzłem na czworakach do końca tunelu i wyjrzałem ostrożnie. Grupy 
mężczyzn i kobiet, bez wątpienia pobratymców Rhizora, pracowały w pocie 
czoła wzdłuż ścian jaskini. Strzegł ich co najmniej tuzin strażników w czar-
nych   pancerzach   osobistych.   Jeden   z   wartowników   spacerował   leniwie 
wzdłuż pieczary poganiając niewolników ciosami elektrycznego bata.
     Zmrużyłem oczy próbując odkryć sens pracy robotników. Dwaj damas-
kańscy niewolnicy kruszyli za pomocą świdrów warstwę stopionej skały od-

sł--a-niając

słaniając pasy ukrytych pod nią starożytnych płaskorzeźb. Inni górnicy, w 
większości kobiety, oczyszczały te artefakty z mniejszych kawałków skał za 
pomocą pilników, dłut i pędzli.
         Cofnęliśmy się w głąb tunelu słysząc raptowne okrzyki  dobiegające 
gdzieś z głębi pieczary. W górze pojawiły się światła latarek i grupa ludzi 
zaczęła  schodzić  na  dno   jaskini   skalnym   ustępem   biegnącym   wzdłuż   jej 
ściany i prowadzącym do widocznego pod sufitem korytarza. Trzech człon-
ków   grupy   było   strażnikami,   dwóch   nadzorcami   w   szarych   płaszczach. 
Towarzyszyli   im   Gorgone   Locke   i   ściskający   w   zębach   fajkę   Girolamo 
Malahite .
      A więc moje podejrzenia okazały się słuszne ! Najważniejsi spiskowcy 
Domu Glaw uszli z Gudrun z życiem. Bez wątpienia istotną w tej ucieczce 
rolę odegrała eskadra kapitana marynarki Estruma.
      Locke miał na sobie skórzany kombinezon z metalowymi wszywkami. 
Na twarzy wciąż nosił ślady po moim ugryzieniu. Z jego miny wywniosko-
wałem, iż nie był w najlepszym humorze.
         Malahite ubrany był w czerń, podobnie jak w trakcie naszego wcześ-
niejszego spotkania. Stanął na dnie pieczary i naradzał się przez dłuższą 
chwilę z nadzorcami i dowódcą strażników, studiując jednocześnie zawar-
tość elektronicznego notesu. Kiedy skończył  rozmowę, podszedł do frag-
mentu skalnych rytów. Niewolnicy pośpiesznie usuwali się z jego drogi.
         Wymienił kilka słów z współpracownikami i dowódca strażników na-
tychmiast udał się gdzieś na bok, po powrócić z trzymaną w rękach łańcu-
chową piłą. Za potężnym urządzeniem ciągnęła się plątanina kabli biegnąca 
do stojącego pod jedną ze ścian generatora prądu. Wystające z obudowy 
aparatu przewody i rury z zimną wodą biegły w górę ściany i po suficie w 
kierunku górnego korytarza. 
     Włączona piła zawyła przeciągle, strumień wody ze zraszacza obmył jej 
łańcuch. Dowódca straży ostrożnie przytknął czubek ostrza do ściany i za-
czął ją nacinać. W ciągu kilku sekund odłupał w ten sposób spory fragment 
płaskorzeźb. Z miejsca, w którym klęczałem, mogłem stwierdzić jedynie, że 
skalne ryty zostały wykonane na osobnych blokach z czarnego kamienia, a 
strażnik   odcinał   je   kawałek   po   kawałku   pozostawiając   jedynie   spodnią, 
jasną warstwę skały. Oddzielił od ściany dwa dalsze fragmenty i podał je 
Malahite, który po dokładnym  przestudiowaniu  płaskorzeźb polecił zapa-
kować je do skrzynki opasanej taśmami pakunkowymi i metalowymi klam-
rami. Wycięte kawałki skał do złudzenia przypominały stare kamienne tab-
lice, które miałem sposobność zobaczyć w podziemnej bibliotece siedziby 
Glawów.
         Usłyszałem głośny trzask. Dowódca straży odcinał kolejny fragment 
rytów, kiedy ten pękł i rozsypał się na kawałki. Mężczyzna cisnął na ziemię 
piłę  i  zaczął  gorączkowo  zgarniać  szczątki   tablicy.  Reszta  grupy  zaczęła 
kląć i pokrzykiwać gniewnie. Locke ruszył w kierunku strażnika.
     Kopnął mężczyznę w bok i przewrócił go na ziemię. Posypały się dalsze 
kopniaki, wymierzone w różne części ciała zasłaniającej desperacko głowę 
ofiary. Słyszałem wyraźnie zdławione strachem prośby o litość. Malahite 
zbierał kawałki pękniętej tablicy.
 - Powiedziałem ci, żebyś był ostrożny, skurwysynu ! – wrzeszczał z furią 
Locke.
 - Da się naprawić – oświadczył uspokajającym tonem Malahite – Posklejam 
to w całość.
         Rudowłosy kapitan nie zwracał uwagi na słowa towarzysza. Kopnął 
strażnika raz jeszcze, potem chwycił go za kombinezon, postawił na nogi i 
pchnął na ścianę. Zaklął w plugawy sposób i przestraszony winowajca raz 
jeszcze zaczął przepraszać za nieostrożność.
         Locke odwrócił  się od zakrwawionego strażnika, podniósł leżącą na 
ziemi   piłę, włączył  ją  i błyskawicznym   ruchem zaczął  rozczłonkowywać 
nieostrożnego podwładnego. 
     Był to potworny widok. Agonalne wrzaski mordowanego człowieka od-
bijały się echem od sufitu jaskini. Niewolnicy krzyczeli w grozie i chowali 
się po kątach, reszta strażników odwróciła głowy nie potrafiąc ukryć odrazy 
i   lęku.   Locke   wyszczerzył   w   maniakalnym   uśmiechu   zęby.   Cały   jego 
kombinezon zbryzgany był krwią.
         Kiedy skończył, cisnął dymiącą piłę pod nogi najbliższego strażnika i 
wskazał urządzenie dłonią.
 - Zrób to lepiej – wycharczał.
      Ociągając się i wahając wyznaczony do pracy najemnik podniósł piłę i 
zaczął odcinać kolejny fragment płaskorzeźby.

*  *  *  *  *

         Locke, Malahite i ich współpracownicy opuścili jaskinię po dalszych 
dziesięciu minutach prac, zabierając ze sobą dźwigane przez pracujących 
dotąd w pieczarze niewolników skrzynie z kamiennymi  tablicami. Odcze-
kaliśmy jeszcze kilka minut, po czym ruszyliśmy w ślad za nimi. 
     Gdzieś z przodu dostrzegłem światło dzienne, rozproszone i słabe. Tunel 

piął si

45

background image

piął się w górę wychodząc na powierzchnię wewnątrz budowli, która na-
tychmiast skojarzyła mi się z wielkim modułowym habitatem zauważonym 
podczas   rekonesansu.   Robotnicy   odpoczywali   pod   ścianami   hali   jedząc 
pośpiesznie posiłek, strażnicy i nadzorcy wymieniali jakieś uwagi. Narzę-
dzia   górnicze   zostały   złożone   w   niewielkiej,   kiepsko   oświetlonej   przy-
budówce.   Fischig   odkrył   niewielkie   drzwiczki   w   ścianie   habitatu   tuż   za 
składzikiem i wyłamał dyskretnie ich zamek. Nasza czwórka wyślizgnęła się 
w ten sposób z hali na tyły miasteczka bez konieczności wychodzenia głów-
nym wejściem. 
     Znaleźliśmy się na krańcu North Qualm, praktycznie na stromym stoku 
wulkanu, u którego podstawy wzniesiono osadę. Wszędzie wokół widziałem 
stare,  rozlatujące   się  budynki,   z  nieba   sypały   się   płatki   popiołu   i   sadzy. 
Starałem się trzymać tuż przy ścianach domów, uchodząc z pola widzenia 
każdej podchodzącej w pobliże osoby. 
         Za dzielnicą pustych  mieszkalnych  domów znaleźliśmy oczyszczoną 
przestrzeń chronioną przed opadami popiołu dzięki wzniesionym na wyso-
kich wspornikach płytom z siatki. Pod prowizorycznym zadaszeniem stały 
dwa pojazdy: duży statek transportowy z emblematami marynarki kosmicz-
nej oraz mniejszy, zdecydowanie starszy prom. Na kadłubie promu widniała 
gruba warstwa brudu i sadzy. 
     Ludzie kręcili się z ożywieniem przy opuszczonych rampach załadunko-
wych obu statków. Strażnicy i robotnicy wnosili na pokład transportowca 
marynarki skrzynie z kamiennymi tablicami Locke i Malahite stali opodal, 
rozmawiając   o   czymś   z   trzema   mężczyznami   w   oficerskich   mundurach 
floty.  Jeden z nich, wysoki  człowiek o wysuniętej nieznacznie szczęcie i 
okrągłych oczach, nosił na rękawach naszywki kapitańskie. Nasz zaginiony 
renegat   Estrum.   Kątem   oka   dostrzegłem   kleryka   Dazzo  wychodzącego   z 
sąsiedniego budynku i zmierzającego w stronę dyskutantów. Starszy wie-
kiem kapłan ujął w obie dłonie fałdy swej bogato ornamentowanej  sukni 
podnosząc ją w górę, aby nie ubrudziła się popiołem. 
     Znienacka przez lądowisko przetoczyły się jakieś krzyki. Gniewny ludzki 
głos mieszał się z głębszym, bardziej dzikim pomrukiem, na dźwięk którego 
zjeżyły mi się włosy.
     Lord Oberon Glaw, ubrany w pancerz osobisty i długi płaszcz, wyszedł z 
tego   samego   budynku,   który   przed   momentem   opuścił   Dazzo.   Sekundę 
później przez drzwi wypadła w ślad za nim potężna postać Marine Chaosu, 
pokrzykująca z furią i klnąca. 
         Glaw odwrócił się na pięcie i wywrzeszczał coś prosto w twarz ol-
brzyma. Pomimo swej masywnej postury przywódca Domu Glaw wydawał 
się   karłem   stojąc   tak   przed   żywym   opancerzonym   bluźnierstwem.   Zdra-
dziecki   Marine   zdjął   swój   hełm:   jego   twarz   okazała   się   białą,   pokrytą 
warstwą   pudru   maską   nienawiści.   Drobinki   złotego   proszku   i   pasy 
purpurowej   farby   okalały   zapadnięte   oczy,   a   wąskie   bezkrwiste   wargi 
rozszerzyły   się   ukazując   wyłożone   macicą   perłową   zęby.   W   niewielkim 
stopniu przypominające ludzkie oblicze rysy twarzy zdawały się wtapiać w 
czaszkę   tworzoną   w   większości   przez   fragmenty   pozłacanego   metalu. 
Potwór roztaczał wokół siebie przerażającą mieszaninę subtelnych perfum i 
moralnej   zgnilizny.   Nie   potrafiłem   sobie   wyobrazić   ogromu   odwagi   lub 
szaleństwa pozwalającego zwykłemu śmiertelnikowi poważyć się na kon-
frontację słowną z tym gigantem.
     Wiatr nie wiał w naszą stronę, toteż słyszałem tylko rozmazane echo wy-
powiedzi obu antagonistów, nie potrafiąc wychwycić poszczególnych słów. 
Dazzo i Malahite stanęli pośpiesznie u boków Glawa, strażnicy i niewolnicy 
pierzchli natomiast za granice lądowiska. 
     Kierunek wiatru zmienił się nieco.
  - ...nie lekceważ mnie dłużej, śmiertelniku ! – usłyszałem nagle basowy 
głos Marine.
  - Będziesz mi okazywał szacunek, Mandragore ! Szacunek, słyszysz ?! – 
wrzasnął Oberon Glaw głosem donośnym, lecz dziwnie kruchym i słabym w 
porównaniu z barytonem Marine.
     Astartes powiedział coś, ale zrozumiałem tylko końcówkę jego słów:
 - ...zabić was wszystkich i dokończyć to samemu ! Moi władcy czekają, a 
oni oczekują perfekcyjnego wykonania tego zadania ! Marnujecie ich czas, 
żałosne szczury !
  - Jesteś zobowiązany warunkami paktu ! Będziesz trzymał się ściśle na-
szych ustaleń !
     Pojąłem znienacka, że ujrzany widok niemal mnie zahipnotyzował. Pat-
rząc na monstrualną postać   i nie mogąc oderwać od niej oczu z powodu 
aury czystej grozy zbyt długo obserwowałem obsceniczne runy zdobiące na-
kolanniki pancerza i jego napierśnik. Wpadłem w rodzaj transu, przykuty do 
miejsca widokiem kołyszących się nieznacznie złotych łańcuchów oplatają-
cych ciasno jaskrawą zbroję, wprawionych w ceramit klejnotów, zwiewnego 
i   migotliwego   płaszcza   oraz   wyrzeźbionych   w   pancernych   płytach   słów, 
obcych i niezrozumiałych, poruszających się ledwie zauważalnie, kuszących 
tajemnicami   starszymi   od   czasu...   odwiecznymi   sekretami...   subtelnymi 
kłamstwami.

     Z trudem zmusiłem się do oderwania wzroku od Mandragore. W emble-
matach i ikonach Chaosu kryło się szaleństwo czyhające na każdego zbyt 
długo wpatrującego się w nie nieszczęśnika.
     Mandragore zawył z dziką furią i podniósł masywną pancerną rękawicę 
najeżoną zardzewiałymi kolcami, zamierzając zmiażdżyć nią lorda Glawa.
      Cios nie został zadany. Zadrżałem czując rozchodzącą się w powietrzu 
falę mentalnej energii.
         Mandragore cofnął się o krok.  Dazzo postępował  w jego kierunku. 
Znacznie mniejszy od Oberona i Locke, kapłan sprawiał wrażenie jeszcze 
bardziej kruchego w obliczu Marine niż jego towarzysze, ale z każdym kro-
kiem starca opancerzony olbrzym cofał się dalej na skraj lądowiska.
     Kapłan nie wypowiedział ani jednego słowa, ale doskonale słyszałem w 
myślach  jego  głos.  Wrażenie obcej  ingerencji w mój  umysł  oraz dźwięk 
słów Dazzo przyprawiał mnie o wymioty.
 - Mandragore, synu Fulgrima, czcicielu Slaanesha, bohaterze Dzieci Impe-
ratora,   zabójco   żywych,   profanatorze   umarłych,   strażniku   tajemnic.   Twa 
obecność tutaj  jest dla nas zaszczytem i cieszymy się z paktu  zawartego 
między nami i twym bractwem... lecz nigdy więcej nie będziesz próbował 
skrzywdzić nas ponownie. Nigdy więcej nie podnoś na nas ręki. Nigdy.
     Dazzo okazał się najpotężniejszym psionikiem, jakiego kiedykolwiek w 
życiu miałem sposobność poznać. Siłą swego umysłu spacyfikował i zmusił 
do odwrotu jednego z najbardziej diabolicznych agentów zła, Kosmicznego 
Marine służącego Chaosowi.
     Mandragore odwrócił się i odszedł z lądowiska. Dopiero teraz dostrzeg-
łem bladość na twarzy Oberona Glawa. Wyniosły arystokrata zachwiał się 
na ugiętych nogach, gdy opuściła go wzmocniona desperacją odwaga. Wielu 
obecnych   na   placu   robotników   płakało   z   przerażenia   i   szoku,   a   dwóch 
strażników otwarcie wymiotowało.
     Trzęsąc się niczym w delirium spojrzałem na swych towarzyszy. Fischig 
był blady jak ściana, zaciskał kurczowo oczy. Rhizor zwinął się w kłębek na 
błotnistej ziemi, przyciskając grzbiet do ściany budynku.
     Nigdzie nie było Bequin.

46

background image

Rozdział XV

W samym środku obozu wroga.

Nierówna walka.

Odlot.

         Miałem zaledwie sekundy na przyjęcie do wiadomości jednej myśli – 
gdziekolwiek była teraz Bequin, my znajdowaliśmy się poza zasięgiem jej 
ochronnej  aury.   Usłyszałem  krzyk,  pełne zaskoczenia ostrzeżenie starego 
kapłana Eklezjarchii, które niemal natychmiast utonęło pośród ryku urucho-
mionych syren alarmowych.
     Przebywający na lądowisku strażnicy zaczęli biec w naszą stronę. Za ich 
plecami dostrzegłem Dazzo, wskazującego palcem dokładne miejsce ukry-
cia mojej grupy. Locke wyszarpnął z kabury laserowy pistolet. Ponad krzy-
kami ludzi niosło się ujadanie cygnidów.
 - Fischig ! – wrzasnąłem – Fischig ! Rusz się albo jesteśmy trupami !
     Zamrugał nieprzytomnie, wciąż pobladły, zaczął gapić się na mnie pus-
tym wzrokiem.
     Wymierzyłem mu siarczysty policzek.
 - Rusz się, oficerze !
     Pierwsi strażnicy dobiegali już do ruin stanowiących nasze schronienie, 
jeden z nich wyważył kopniakiem zabite deskami drzwi. Ujrzałem napiętą 
twarz  widoczną  pod   brudną,  częściowo  opuszczoną  przyłbicą  hełmu.  On 
również mnie dostrzegł, bo zaczął podnosić broń.
     Omiotłem futrynę drzwi i stojącego w nich człowieka serią z laserowego 
karabinu. Rozłupane kamienie i kawałki drewna latały w powietrzu niczym 
grad.
         Wiązki laserowej energii wpadły do pomieszczenia przez szczeliny w 
rozsypującej się ścianie frontowej i uderzyły z trzaskiem w mur za moimi 
plecami.
         Karabin maszynowy Fischiga ożył w końcu. Hubrisjański oficer prze-
ciągnął długą serią po niszczejących zabudowaniach z lewej strony naszej 
kryjówki.  Strumień pocisków świetlnych  rozdarł ciała dwóch nadbiegają-
cych z tamtej strony strażników. 
         Kolejni napastnicy próbowali zajść mnie od prawej. Wystawiłem lufę 
karabinu  przez dziurę w ścianie i zastrzeliłem  w przeciągu  kilku  sekund 
trzech z nich.
         Nie zdejmując palca ze spustu Fischig cofał się w głąb zniszczonego 
budynku. 
 - Szybciej ! – krzyknął. Doskoczyłem do jego ramienia i razem omietliśmy 
raz jeszcze krawędź lądowiska, obracając w perzynę gradem kul i energe-
tycznych wiązek ściany budynków, sterty desek i stare meble, rozpryskując 
na wszystkie strony kamień, drewno i ludzką tkankę. Całkowicie owładnięty 
ślepą paniką Rhizor leżał na ziemi niczym worek kartofli. Chwyciłem go za 
obszarpany kołnierz i zacząłem ciągnąć za sobą. Walczył i rzucał się jak 
dziki kot najwyraźniej mnie nie rozpoznając. 
     Jakaś postać wpadła do budynku przez wybite okno, zza którego obser-
wowaliśmy zajście na lądowisku. Locke. Renegat przetoczył się przez ramię 
lądując na zmurszałej podłodze, ściskany w jego dłoni pistolet rzygnął stru-
gami światła.
     Jedna wiązka przepaliła mi rękaw, trzy następne trafiły Rhizora między 
łopatki. Przewodnik wyprężył się i runął na mnie, zbijając ciężarem swego 
ciała z nóg. 
     Fischig dostrzegł Locke i nie przerywając ognia obrócił lufę karabinu w 
stronę maniakalnego kapitana. Mechanizm spustowy ciężkiej broni wydawał 
z siebie ogłuszający metaliczny terkot.
          Fragment   ściany  tuż   przy  Locke   został   dosłownie   zdezintegrowany 
pociskami dużego kalibru. Kapitan wrzasnął przeciągle i rzucił się szczu-
pakiem w otwór wejściowy wiodący do innego pokoju budynku. Skacząc 
desperacko   w powietrzu  zdołał   tak  wykręcić   swe  ciało,   by  z tej  pozycji 
oddać jeszcze jeden strzał. Fischig jęknął z bólu czując jak silna wiązka 
energii nadtapia jego pancerz osobisty.
  - Eisenhorn   !  Ty pieprzony  bękarcie  !  –  wrzeszczał   zza osłony   Locke. 
Wydostałem   się  spod   zwłok   Rhizora,   szczerze   poruszony   nagłą   śmiercią 
człowieka,   którego   zmuszono   do   zapłacenia   najwyższej   ceny   za   pomoc 
udzieloną inkwizytorowi. Jeszcze jedna zbrodnia ciążąca na Gorgone Locke.
     Przeklinając pod nosem nazwisko kapitana zerwałem z pasa odłamkowy 
granat, odbezpieczyłem go i cisnąłem w kierunku kryjówki mordercy. Zaraz 
potem razem z Fischigiem pobiegliśmy przez pełne dymu pomieszczenie w 
kierunku tylnego wyjścia.
      Wybuch granatu wstrząsnął budynkiem. Miałem nadzieję, że eksplozja 
rozerwała przeklętego sadystę na strzępy.
     Kaszląc i spluwając pod nogi Fischig wskoczył do wykopu obiegającego 
zniszczoną dzielnicę North Qualm i skupisko nowszych budowli. Podąży-

łem w jego 

łem w jego ślady. Boki wykopu chroniły pochylone nad nim kompozytowe 
płyty zwieńczone siatką zatrzymującą opady popiołu.
     Laserowe wiązki liznęły kilka płyt tuż przy nas, usłyszałem podekscyto-
wane   krzyki.   Jakieś   dwadzieścia   metrów   za   nami   strażnicy   wskakiwali 
pośpiesznie do wykopu, szczekające wściekle cygnidy szarpały smycze. 
     Fischig przemienił wykop w istną strefę śmierci opróżniając całkowicie 
drugi bęben z amunicją. Ludzie i czworonożne drapieżniki przeistoczyli się 
w krwawą bezkształtną masę. Rzuciliśmy się w przeciwnym kierunku. Bieg-
nący Fischig klął pod nosem próbując wymienić bęben na nowy. 
     Strażnicy strzelali do nas chaotycznie z mijanych budynków i bocznych 
ulic, ale wiązki ich laserów wzbijały tylko obłoczki ziemi.
     Wykop kończył się wyjściem na niewielki placyk, gdzie parkował ciężki 
ośmiokołowy   transporter.   Wymieniliśmy   strzały   z   pilnującymi   pojazdu 
strażnikami zabijając na miejscu trzech, ale czwarty przed śmiercią zdążył 
spuścić z łańcucha trzy trzymane przez siebie cygnidy.  Wyjąc i charcząc 
bestie pomknęły w naszą stronę. Przestrzeliłem jednej z nich łeb, ale pozo-
stałe dwie wyszły z mojego pola widzenia znikają za transporterem. Wielki 
pojazd zakołysał  się na resorach, gdy jeden z drapieżników wskoczył  na 
jego maskę i runął na nas z góry.  W ostatniej  chwili zdążyłem go zabić 
strzałem w głowę, muskularne cielsko grzmotnęło z hukiem w ziemię tuż 
przy moich nogach. Drugi cygnid wystrzelił spod transportera, jego jasne 
futro było ubrudzone od smaru. Jednym susem dopadł Fischiga i przewrócił 
go szarpiąc zębami za opancerzone przedramię. 
      Wyszarpnąłem z pokrowca energetyczny miecz i przeciągnąłem trzesz-
czącym ostrzem po zwierzęciu, rozcinając je na dwie połowy.
     Nieprzyjacielskie pociski zagrzechotały o burtę transportera.
  - Wstawaj ! – krzyknąłem zwlekając z leżącego Fischiga truchło drapież-
nika.
     Ruszyłem sprintem do znajdującego się na końcu placyku modułowego 
magazynu i wyłamałem z zawiasów jego drzwi.
         Był to skład sprzętu, zawalony wymiennymi wiertłami do górniczych 
świdrów, zwojami kabli, akumulatorami i całą masą nieznanych mi bliżej 
przedmiotów.  Przepychaliśmy   się  ostrożnie   między  paletami   skrzynek.   Z 
zewnątrz dobiegał mnie krzyk ludzi i tupot zbliżających się butów. 
         Przystanąłem na moment zmieniając baterię w karabinie i włączając 
mikrokomunikator.
 - Cierń życzy sobie aegisa, gwałtowne bestie w dole.
 - Aegis, powstaje, kolory przestrzeni – padła natychmiast odpowiedź.
 - Ścieżka delphus – rozkazałem – Wzór kości słoniowej !
 - Wzór potwierdzony. Za sześć. Aegis, powstaje.
      Jacyś strażnicy wbiegli do magazynu, ale czuwający opodal drzwi Fis-
chig przeciągnął po nich serią. Impet pocisków wyrzucił zakrwawione trupy 
na zewnątrz wraz z fragmentami rozwalonej ściany. Rozglądając się wokół 
spostrzegłem paletę czarnych skrzynek stojącą w jednym z kątów. Nakle-
jone na ich boki nalepki były stare i wyblakłe, toteż zerwałem wieko jednej 
ze skrzynek chcąc upewnić się co do ich zawartości.
  -  Przygotuj   się  do   gonitwy   –   ostrzegłem   Fischiga   odbezpieczając  drugi 
granat. 
 - Och, kurwa ! – jęknął oficer śledczy odgadując moje zamiary. Nim poło-
żyłem granat na palecie, zdążył już dotrzeć do drzwi.
         Wypadliśmy na placyk strzelając w biegu, całkowicie zaskakując tym 
manewrem naradzających się gorączkowo strażników. Większość z nich na-
leżała   do   kopalnianego   nadzoru   i   nosiła   brzydkie   czarne   pancerze,   ale 
dostrzegłem też kombinezony trzech żołnierzy służb bezpieczeństwa mary-
narki, bez wątpienia członków kontyngentu kapitana Estruma. 
      Strzelaliśmy obaj z biodra. Zapalnik granatu miał dziesięciosekundowe 
opóźnienie. Fakt, iż wpadliśmy znienacka w sam środek grupy strażników 
działał na naszą korzyść, bo żaden z nich nie miał czystego pola strzału. 
     Skoczyliśmy za niski rozsypujący się mur odgradzający od ulicy gmach 
dawnego centrum handlowego North Qualm. 
     Granat eksplodował, a wraz z nim wyleciały w powietrze skrzynki pełne 
górniczych ładunków wybuchowych. 
     Fala uderzeniowa przewróciła każdy mur w promieniu trzydziestu met-
rów. Siła wybuchu dźwignęła cały habitat na dobre dwadzieścia metrów w 
górę, po czym rozrzuciła na okoliczne dachy deszcz ognistych szczątków.
      Kawałki blach, drewna i kamieni posypały się gradem na nasze głowy. 
Przez  ułamek  chwili  zapanowała   przeraźliwa  wręcz  cisza,  rozdarta  zaraz 
rykiem klaksonów alarmowych, wrzaskami rannych i krzykami szukających 
nas strażników. Wszędzie unosiły się kłęby gęstego dymu. Biegliśmy przed 
siebie oddychając ciężko w założonych na twarze respiratorach.
     Poczułem ukłucie bólu w głowie. Głębokie, natrętne, palące swym doty-
kiem. Dazzo poszukiwał nas za pomocą swego potężnego umysłu.
     Popędziliśmy przez dym wąską uliczką rozdzielającą dwa rzędy moduło-
wych habitatów. W mijanych budynkach fala uderzeniowa wybuchu wybiła 
wszystkie szyby.
     Ból stawał się coraz silniejszy, bardziej intensywny.

47

background image

     Eisenhorn. Nie możesz się ukryć. Pokaż się.
     Jęknąłem cicho czując rozżarzone igły wbijające się w umysł, raptownie 
jednak ból zelżał, a potem ustał całkowicie.
 - Fischig ! Tutaj !
     Chwyciłem go za ramię i wepchnąłem do starego kamiennego budynku, 
pełniącego kiedyś  chyba  rolę miejskiej  łaźni. Bequin kuliła  się w kącie, 
śmiertelnie przerażona, zapłakana. Widok Dziecka Imperatora wprawił ją w 
stan ślepej paniki. Podobnie jak ja popełniła błąd wpatrując się zbyt długo 
w runiczne znaki na bluźnierczym pancerzu heretyka, ona jednak nie wie-
działa, kiedy powinna przestać patrzeć. 
     Nie potrafiła wykrztusić słowa, chyba nas nawet nie rozpoznawała, ale 
mimo to znaleźliśmy się już pod jej ochronną aurą i mentalny talent Dazzo 
okazał się znienacka dla kapłana bezużyteczny.
 - Co teraz ? – zapytał Fischig – Oni myślą bardzo szybko.
  - Midas już leci. Musimy przedostać się z powrotem na lądowisko.  To 
jedyny dostatecznie rozległy obszar, gdzie może siąść wahadłowiec.
     Fischig popatrzył na mnie jakbym był szaleńcem.
 - On chce tutaj przylecieć ? Rozwalą go ! A jeśli nawet zdołamy dostać się 
na   pokład,   przecież   tamci   mają   myśliwce   przechwytujące   !   Zrzucą   je   z 
orbity jak tylko podkręci silniki !
 - Nie twierdzę, że będzie łatwo – odparłem.
     Chwytając Bequin pod ramiona wyprowadziliśmy ją na zewnątrz łaźni. 
Miasteczko wciąż okryte było gęstą kurtyną dymu, ponad dachy budynków 
wystrzeliwały żarłoczne płomienie. Jakieś głosy wykrzykiwały rozkazy, cy-
gnidy ujadały głośno. Słyszałem też jakiś głębszy, pełen gniewu ryk. Nie 
opuszczało mnie dziwne przeczucie, że jego źródłem był Marine Chaosu.
 - Cierń życzy sobie aegisa, lądowisko – powiedziałem do komunikatora.
 - Aegis, lądowisko za trzy, niebiosa spadają.
     A więc już siedzieli mu na ogonie. Flota wysłała do akcji myśliwce.
     Puściliśmy się przed siebie biegiem. Wiatr powoli rozwiewał dym.
     Jakaś grupa strażników przecięła nam drogę blokując ulicę. Cofnęliśmy 
się w bok, ale druga ulica również okazała się strzeżona.
 - Przez budynki – zaproponował Fischig.
     Znajdowaliśmy się właśnie na tyłach najnowszego modułowego habitatu 
zbudowanego przez bluźnierczą misję Dazzo. Co prawda w ścianie nie było 
drzwi, ale zdołaliśmy się wdrapać na niski pochyły dach, wciągnąć na niego 
Bequin i przejść do środka budowli przez niewielki świetlik.
      Pokój był wykwintnie i bogato urządzony, przypominał swym wyglą-
dem prywatny gabinet któregoś z najwyższych rangą nadzorców. Na pół-
kach stały liczne książki, zwoje pergaminów i robocze grafiki. Kilka du-
żych podróżnych waliz leżało na stercie w kącie, przykrytych długim płasz-
czem. Jeden z pasażerów przybyłych statkiem marynarki wniósł do środka 
swe bagaże, ale nie zdążył się jeszcze rozpakować.
 - Chodź tutaj – syknął Fischig wyglądająć za drzwi prowadzące z gabinetu 
do dalszej części habitatu.
  - Poczekaj – odparłem. Rozciąłem energetycznym ostrzem zamek pierw-
szej z góry walizy i otworzyłem ją pośpiesznie. Ubrania, notesy i książki, 
podłużne pudło z bogato ornamentowanym karabinem myśliwskim o wy-
grawerowanym na lufie imieniu Oberon. Jakieś bezużyteczne dla mnie dro-
biazgi.
 - Chodź tutaj – powtórzył desperacko Fischig.
 - Aegis, lądowisko za dwa – zatrzeszczał komunikator.
 - Eisenhorn ? Co ty tam robisz ? – syknął Fischig.
 - To są bagaże Glawów – wyjaśniłem grzebiąc w walizie.
 - I co z tego ? Czego tam szukasz ?
 - Nie mam pojęcia – wyznałem szczerze otwierając drugą walizkę. Jeszcze 
więcej ubrań, jakieś niemiłe dla oka religijne ikony.
     Fischig ścisnął mnie za ramię.
 - Z całym szacunkiem, inkwizytorze, uważam, że to wybitnie nie pora na 
kopanie w cudzych bagażach !
 - Musimy stąd uciekać, musimy stąd szybko uciekać – mamrotała pod no-
sem Bequin, jej rozszerzone lękiem oczy mrugały nerwowo.
 - Tutaj musi coś być... jakiś haczyk, punkt zaczepienia... coś, co okaże się 
dla nas użyteczne, kiedy stąd odlecimy...
 - Najpierw musimy stąd odlecieć !
 - Tak ! – rzuciłem w jego kierunku lodowate spojrzenie – Tak, uciekniemy. 
A kiedy to zrobimy, będziemy chcieli dalej kontynuować dochodzenie w 
sprawie Glawów, prawda ?
     Przewrócił tylko oczami w grymasie gniewu i rozpazy.
 - Proszę... proszę... – mamrotała Bequin.
 - Aegis, lądowisko za jeden.
     Trzecia walizka. Pudło chirurgicznych instrumentów z nierdzewnej stali, 
o których przeznaczeniu wolałem nawet nie myśleć. Zestaw do gry w kości. 
Ubrania, jeszcze więcej tych przeklętych ubrań.
     I coś jeszcze, solidnie w nie owinięte.
     Pochwyciłem znalezisko.

 - Szczęśliwy ? – zapytał sarkastycznym tonem Fischig.
     Uśmiechnąłbym się szeroko, gdyby nie przeszkodziła mi w tym pamiątka 
po rękawicy neuralnej Locke.
- Ruszamy ! – rozkazałem.
     Za krótkim korytarzem znajdował się obszerny przedpokój. Na podłodze 
stało tam jeszcze więcej walizek, podobnie jak skrzynek owiniętych taśmą 
pakunkową.
 - Nawet o tym nie myśl – warknął Fischig widząc wzrok, z jakim ogarną-
łem sterty bagażu.
 - Aegis, na miejscu ! – słowa dobiegające z komunikatora utonęły w nag-
łym huku przelatującego tuż nad budynkiem wahadłowca. Usłyszałem kano-
nadę z broni małokalibrowej, syknięcia laserowych karabinów.
     Przebiegliśmy przez przedpokój. Otworzyłem drzwi zewnętrzne, wiodące 
prosto na lądowisko. Ludzkie postacie miotały się po placu, w większości 
strażnicy kopalniani i żołnierze służb bezpieczeństwa marynarki, zadzierają-
cy w górę głowy i strzelający do wiszącego nad nimi wahadłowca. Na dru-
gim końcu lądowiska, przy opuszczonej rampie załadunkowej promu, stał 
Malahite. Dostrzegł nas i wykrzyczał coś do żołnierzy. Odwrócili się, zaczę-
li strzelać w kierunku habitatu.
     I wtedy ujrzałem Mandragore, tuż po prawej stronie placu, pędzącego w 
naszą stronę ze złowieszczym rykiem.
 - Z powrotem ! Do środka ! – wrzasnąłem i wepchnąłem towarzyszy swym 
ciałem za próg habitatu. 
      Zewnętrzna ściana budynku nie stanowiła żadnej przeszkody dla bestii 
Chaosu, masywne metalowe drzwi również. Okryte ceramitem pięści wyr-
wały futrynę, darły na strzępy pancerne płyty. 
     Bequin zaczęła piszczeć przeraźliwie.
      Dziecko Imperatora wpadło przez dziurę do przedpokoju, jego perłowe 
zęby szczerzyły się w zwierzęcym grymasie. Ściskany w ręce Marine bolter 
miał nieprawdopodobne rozmiary.
 - Ani kroku dalej ! – krzyknąłem i wyciągnąłem przed siebie prawą rękę, by 
intruz mógł dostrzeć trzymany w niej odbezpieczony granat.
     Mandragore zaśmiał się chrapliwie, z mściwym zadowoleniem w głosie.
  - Nie żartuję – dodałem i kopnąłem leżącą przy moich nogach skrzynkę. 
Była wyładowana kamiennymi tablicami wyciętymi w kopalni.
  -   Jednosekundowy   zapalnik.   Zrobisz   jeszcze   krok   i   wszystko   wyleci   w 
powietrze.
     Zawahał się. Przez rozbitą ścianę do przedpokoju wpadł lord Glaw, towa-
rzyszyło mu kilku strażników. 
 - Cofnij się, zrób, co ci każe ! – krzyknął Glaw.
     Warcząc jak pies Mandragore opuścił powoli swój bolter.
 - Cofnij się, Glaw ! Cofnij się i zabierz ich ze sobą !
 - Nie możesz się łudzić nadzieją ucieczki, inkwizytorze – odparł Glaw.
 - Wynoś się !
      Lord machnął dłonią i wycofał się na zewnątrz budynku ubezpieczany 
przez strażników. Mandragore poszedł niechętnie w ich ślady, pomrukując z 
ledwie tłumioną furią. 
 - Łap skrzynkę – powiedziałem do Fischiga. Przewiesił przez plecy broń i 
wykonał bez sprzeciwu moje polecenie.
         Wyszliśmy w zadymiony brzask poranka. Dźwigaliśmy we dwójkę z 
Fischigiem skrzynkę pełną płyt, dłoń ściskającą odbezpieczony granat trzy-
małem nad naszym bagażem w taki sposób, by wszyscy mogli ją widzieć. 
Bequin następowała nam na pięty.
     W głębi lądowiska Glaw wydawał pośpieszne polecenia swym ludziom. 
Miał przy sobie ponad czterdziestu uzbrojonych mężczyzn: strażników, żoł-
nierzy marynarki, nadzorców. Dostrzegłem wśród nich Dazzo, Malahite i 
kapitana Estruma. Mandragore stał dużo bliżej od reszty przeciwników. Ga-
pił się na nas nienawistnie. Jego barwny płaszcz kołysał się na wietrze, pan-
cerz siłowy lśnił niczym różnokolorowy klejnot. Cały czas warczał z głębi 
masywnego gardła.
  - Midas – przysunąłem do ust mikrokomunikator – Usiądź na lądowisku, 
otwórz rampę.
  - Zrozumiałem – odparł – Bądź świadom faktu, że lecą tu trzy myśliwce 
marynarki. Przybycie za trzy.
     Wahadłowiec zawisł nad placem, rzucił na lądowisko głęboki cień, jego 
silniki korekcyjne wzbiły wielkie chmury kurzu i popiołu. Kiedy osiadł na 
hydraulicznych wysięgnikach, rampa załadunkowa pod kokpitem opadła z 
przeciągłym jękiem serwomotorów.
         Krótkimi krokami obeszliśmy wahadłowiec tak, by rampa i przedział 
transportowy znalazł się za naszymi  plecami.  Zgromadzeni na lądowisku 
spiskowcy obserwowali nas w milczeniu z podniesioną bronią.
 - Chyba mamy patową sytuację, inkwizytorze – oświadczył w końcu Glaw.
 - Każ ludziom opuścić broń, nawet tym, których z tego miejsca nie widzę. 
Nawet nie myśl o tym, żeby próbować mnie zatrzymać. Midas... wyceluj 
działka na skrzydłach we mnie i oficera śledczego. Jeśli cokolwiek się nam 
stanie, strzelaj bez wahania.

48

background image

 - Potwierdzam.
     Ciężkie działka automatyczne w wieżyczkach na skrzydłach wahadłow-
ca obróciły lufy w naszym kierunku.
 - Spróbujecie do nas strzelić, a skrzynia zostanie zniszczona.
 - Broń w dół ! – krzyknął Glaw, a jego podkomendni opuścili lufy.
 - Teraz odwołaj te myśliwce. Każ im wracać prosto na pokład statku-matki.
 - Ja...
 - Natychmiast !
     Glaw spojrzał wymownie na kapitana Estruma, ten zaś zaczął coś mówić 
do zawieszonego przy ustach mikrokomunikatora.
 - Myśliwce zmieniają kurs – poinformował mnie Midas – Zawracają.
 - Bardzo dobrze – pochwaliłem lorda.
 - Co teraz ? – zapytał Glaw.
     No właśnie. Przez chwilę mieliśmy nad nimi przewagę: nie mogli do nas 
strzelać ani próbować pojmać, a Bequin ekranowała  Dazzo i wszystkich 
innych psioników, którzy mogli się kryć w tłumie na lądowisku.
 - Może jedna albo dwie odpowiedzi – zaproponowałem.
 - Eisenhorn ! – parsknął z niedowierzaniem Fischig.
 - Odpowiedzi ? – Glaw roześmiał się głośno. Kilku żołnierzy dołączyło do 
niego,   Mandragore   tylko   skrzywił   w  uśmiechu   wargi.   Dazzo  i   Malahite 
mieli kamienne twarze.
  - To obiekty archeologiczne, wydobyte z miejsca zamieszkanego kiedyś 
przez saruthi – oświadczyłem podnosząc ze skrzynki jedną z antycznych, 
niesymetrycznych tablic – Bez wątpienia mają dla was ogromną wartość, bo 
równie ogromną  wartość  wydają się mieć dla saruthi. Pytanie  brzmi:  co 
chcesz wytargować od nich w zamian za wykopane tu artefakty ?
 - Nie zamierzam ci nic powiedzieć – odparł Glaw – Nie zamierzam nawet 
potwierdzać bądź negować twych hipotez.
     Wzruszyłem ramionami.
 - Zawsze trzeba próbować.
 - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Co teraz ?
 - Odlatujemy – odparłem – Nie niepokojeni.
  - No to odlatujcie – uśmiechnął się ponownie – Połóżcie skrzynkę tam, 
gdzie stoicie i lećcie sobie.
  - Ta skrzynia to jednyna rzecz, która powstrzymuje cię przed rozstrzela-
niem nas na strzępy. Leci z nami jako asekuracja.
 - Nie ! – zaprotestował głośno Dazzo przepychając się do przodu – To nie-
możliwe ! Stracimy ją na zawsze ! – kapłan spojrzał na Glawa – Ten czło-
wiek to nasz zaprzysięgły nieprzyjaciel. Nigdy nie odzyskamy tych arte-
faktów. Nawet jeśli zagwarantujemy mu bezpieczny odlot, nie będzie hono-
rował porozumienia i nie odda tablic.
 - Oczywiście – przyznałem mu rację – Podobnie jak wy nie uhonorujecie 
żadnego porozumienia ze mną. Chociaż przykro mi to mówić, nie ma mowy 
o jakichkolwiek opartych na słowie honoru umowach pomiędzy nami. Dla-
tego właśnie zabieram ze sobą skrzynię. Nie posiadam żadnego innego za-
bezpieczenia.
 - Nie jesteśmy tu po to, by ci zapewniać bezpieczeństwo, żałosny śmiertel-
niku – powiedział złowieszczym tonem Mandragore – Tylko śmierć. Lub 
cierpienie i śmierć, jeśli ci się nie poszczęści.
 - Nie powinieneś pozwalać mu wtrącać się do negocjacji – pouczyłem Gla-
wa kątem oka obserwując czujnie Mandragore – Odlatujemy stąd razem ze 
skrzynią, w przeciwnym razie jesteśmy martwi.
 - Nie – odparł Glaw i wyjął spod płaszcza pistolet – Padłeś ofiarą własnej 
logiki, inkwizytorze. Jeśli i tak mamy utracić te artefakty na zawsze, wolę, 
by stało się to tutaj, razem z twoją śmiercią. Jeśli spróbujesz uciekać razem 
ze skrzynią, każę cię rozstrzelać bez względu na konsekwencje. Postaw ją 
na ziemi, a dam ci dziesięć sekund na wejsćie na pokład.
     Instynktownie wiedziałem, że Oberon nie blefuje. Z pewnością nie po-
szedłby na dalsze ustępstwa. I nie był głupcem, wiedział doskonale, że ni-
gdy nie zwróciłbym mu skrzyni. Dziesięć sekund. Jeśli spróbowalibyśmy 
wejść na pokład ze skrzynią, groziło nam natychmiastowe ostrzelanie. Jeśli 
położylibyśmy ją na ziemi, też ryzykowaliśmy śmiercią od kul, ale być mo-
że wtedy celowaliby bardziej ostrożnie, bojąc się trafić w tablice. A działka 
wahadłowca wciąż celowały tam, gdzie sobie zażyczyłem.
 - Cofajcie się w kierunku rampy – wyszeptałem do Bequin i Fischiga – Na 
mój rozkaz rzucisz skrzynkę na ziemię.
 - Jesteś tego pewien ?
 - Rób to, co ci każę. Midas ?
 - Silniki gotowe, działka gotowe.
 - Teraz !
      Skrzynka upadła z trzaskiem na płytę lądowiska, silniki statku ryknęły 
ogłuszająco. Nie czekali nawet dziesięciu sekund. Wpadliśmy na rampę, a 
ta zaczęła się zamykać, gdy wahadłowiec podrywał się z ziemi. W kadłub 
uderzały dziesiątki pocisków. Zaterkotały działka wahadłowca.
     Statek piął się ostro w górę, toteż mieliśmy kłopoty z utrzymaniem rów-
nowagi. Fischig krzyknął krótko i potoczył się w tył ładowni wypadając do 

po-łow

połowy  za wciąż jeszcze niedomkniętą  klapę rampy.  Pochwyciłem go za 
ramiona i wciągnąłem z powrotem do środka, zanim krawędź klapy zdążyła 
odciąć mu nogi.
     Zdołaliśmy uciec. Wiedziałem to po kącie, pod jakim przechylony był te-
raz wahadłowiec oraz ryku włączonych dopalaczy. Czerwone lampy alarmo-
we paliły się ostrzegawczo sygnalizując uszkodzenia.
 - Zapnij się ! – krzyknąłem do Aemosa próbującego przyjść nam z pomocą.
 - Fischig, zapnij w fotelu Bequin ! Ty zrób to samo !
     Oficer pociągnął przerażoną dziewczynę do najbliższego fotela. Oderwa-
łem od nich wzrok i pobiegłem w kierunku kokpitu. Midas walczył ze stera-
mi ciągnąc maszynę w górę. Przez okna dostrzegłem przemykającą w dole 
panoramę Damasku. Usiadłem w fotelu za pilotem.
 - Jak blisko są ?
 - Myśliwce zawróciły, idą kursem zbliżeniowym. Mają nad nami przewagę 
wysokości.
 - Jak blisko ?
 - Sześć minut do przechwycenia. Cholera...
 - Co ?
         Wskazał palcem ekran radaru. Na trójwymiarowej mapie pojawiły się 
duże punkty, poruszające się w ślad za mniejszymi jaskrawymi punkcikami. 
  - Flota też ruszyła. I wystrzelili dwa następne skrzydła myśliwców. Nie 
chcą nas stąd wypuścić, prawda ?
 - Z tą wiedzą, którą zdobyliśmy ?
 - Nie pozwolą nam stąd uciec z życiem ?
 - Midas, doskonale wiesz, jak brzmi odpowiedź na twoje pytanie.
      Wyszczerzył zęby widoczne dzięki swej śnieżnobiałej barwie nawet w 
półmroku kokpitu.
 - Zatem czeka nas nieco zabawy – powiedział. Jego nagie dłonie biegały po 
instrumentach pokładowych korygując nasz kurs.
 - Jakieś pomysły ?
 - Kilka możliwości. Pozwól mi skontrolować dane.
 - Jakie ?
 - Zaufaj mi, Gregor. Jeśli mamy z tego wyjść żywi, muszę bardzo się starać. 
Siedź cicho z tyłu i pozwól mi zająć się przeliczaniem ich wektorów.
 - Mamy uszkodzenia od ognia naziemnego – zauważyłem. Ogarnęło mnie 
nagłe zniechęcenie i brak nadziei na wyjście z opresji. 
 - Drobne, tylko drobne – odparł roztargnionym tonem – Serwitorzy już je 
zabezpieczyli.
      Zmienił drastycznie nasz kurs. Patrząc ponad jego ramieniem na radar 
dostrzegłem,   że   wahadłowiec   zaczyna   przemieszczać   się   prostopadle   do 
ścigajacych nas okrętów marynarki, drastycznie zmniejszając potrzebny im 
do przechwycenia czas.
 - Co robisz ?
 - Kalkuluję nasze szanse. To taka mała gra.
         Błyszczący glob Damasku cofał się teraz na ekranie radaru ukazując 
prędkość, z jaką wchodziliśmy ponad niską orbitę planety.
 - Widzisz ? – zapytał Midas. Na ekranie pojawił się następny punkt.
  - Klasyczna formacja imperialnej marynarki. Zawsze zostawiają statek po 
drugiej stronie planety. Gdybyśmy dalej lecieli starym kursem, wpadlibyś-
my prosto w jego pole ostrzału.
     W kosmicznej pustce za kokpitem pojawiły się jaskrawe rozbłyski świat-
ła. Okręt strażniczy, fregata średniej klasy, strzelał do nas z wszystkich luf 
próbując jednocześnie wejść na kurs zbliżeniowy z wahadłowcem.
 - Wystrzeliwuje myśliwce. Przechwycenie za dwa. Reszta pościgu, kontakt 
za cztery.
     Sytuacja była beznadziejna.
     Spojrzałem na wyświetlacz rozdzielnika energii. Wszystkie diody płonę-
ły czerwonym blaskiem.
 - Midas...
 - Zrelaksuj się. Nareszcie jest.
 - Co jest ?
     Za kokpitem pojawił się znienacka mały księżyc. Tyle, że teraz wcale nie 
wyglądał na niewielki. Przeraziłem się, że uderzymy w niego z rozpędu.
     Zmełłem w ustach przekleństwo.
 - Odpręż się, do cholery ! – mruknął pocieszająco Midas – Przechwycenie 
za jeden.
      Pomknęliśmy w kierunku jałowej, naznaczonej kraterami tarczy szaro-
zielonego księżyca, dopalacze wahadłowca rzygały ogniem. System skano-
wania pasywnego zaczął piszczeć ostrzegawczo – sześć myśliwców prze-
chwytujących prowadzonych przez elitę pilotów Zgrupowania Scarus mknę-
ło w ślad za nami.

49

background image

Rozdział XVI

Pojedynek w kosmicznej pustce.

Kryjówka Betancore.

Nowy trop.

      Księżyc nazywał się Obol. Był to najmniejszy i najbardziej od planety 
oddalony z czternastu naturalnych satelitów Damasku. Naznaczona krate-
rami po uderzeniach meteorów bryła składała się z niklu, cynku i selenu, jej 
średnica wynosiła jakieś sześćset kilometrów. Nie posiadała atmosfery, a jej 
postrzępiona, pełna ostrych wzniesień powierzchnia lśniła zielonkawą po-
światą w promieniach odległego słońca.
     Próbowałem uspokoić roztrzęsiony umysł i zwolnić tętno za pomocą sta-
rych mentalnych sztuczek, których nauczył mnie Hapshant. 
     Skupiłem wzrok na ekranie wyświetlającym informacje o Obolu – nikiel, 
cynk, selenium, najmniejszy z czternastu – nie po to, by uzyskać jakieś no-
we informacje, tylko w celu zajęcia czymś myśli, zasłonienia ich małymi 
fetyszami w postaci niezbyt istotnych szczegółów.
     Zerknąłem ponad krawędzią ekranu. Ogromny krater, dostatecznie roz-
legły, by się w nim zmieściło całe Dorsay wraz z laguną, ział czernią swej 
czeluści tuż przed kokpitem wahadłowca.
 - Trzymajcie się – uprzedził nas Midas.
     Jakiś kilometr nad powierzchnią księżyca wykonał w końcu zaplanowa-
ny wcześniej manewr. W chwili tej znajdowaliśmy się już w polu oddziały-
wania grawitacji Obola, lecieliśmy też z pełną prędkością. W takiej sytuacji 
nie   było   nawet   mowy   o   konwencjonalnym   lądowaniu   czy   też   zwykłym 
zwrocie. 
         Lecz Midas od najmłodszych lat ćwiczył w powietrznych akademiach 
Glavii. Dzięki sprzężonymi z umysłem receptorom w pokrytych siateczką 
przewodów dłoniach doskonale wyczuwał niuanse lotu, przepływu energii i 
manewrowania,   bijąc   o   głowę   większość   profesjonalnych   pilotów   Impe-
rium. Miał wcześniej wielokrotnie okazję testować możliwości wahadłowca 
niemalże do granic jego wytrzymałości i świetnie zdawał sobie sprawę z 
tego, co maszyna ta może, a czego zrobić nie zdoła.
     Najbardziej martwiło mnie to, co zdaniem Midasa zrobić mogła.
     Wyłączył główny napęd i odpalił jednocześnie wszystkie prawoburtowe 
silniczki korekcyjne. Wahadłowiec zaczął wirować w próżni niczym bąk. 
Siła odśrodkowa tego ruchu wcisnęła mnie w fotel, krajobraz Obola kręcił 
się opętańczo przed oczami.
     Obrotowy upadek sprawiał wrażenie całkowicie niekontrolowanego, ale 
był to w istocie perfekcyjnie wykonany manewr. Midas błyskawicznie prze-
łączał   silniki   korekcyjne   regulując   szybkość   opadania.   Ciężka   maszyna 
zmierzała w kierunku dna krateru niczym liść. Dziewięćdziesiąt metrów od 
powierzchni   księżycowego   gruntu   wahadłowiec   przestał   wirować.   Midas 
uruchomił ponownie główny napęd i ziemia wystrzeliła nam spod skrzydeł. 
Statek pomknął lekkim łukiem w górę, by prześlizgnąć się tuż nad krawę-
dzią krateru.
     Spoglądając na wyświetlacz taktyczny zauważyłem, że myśliwce zwięk-
szyły dzielący nas dystans do sześciu minut. Żaden z pilotów nie zamierzał 
powtarzać manewru Midasa, wybierając bardziej konwencjonalny zwrot o 
szerokim kącie.
      Midas mknął nad powierzchnią księżyca rzucając wahadłowiec pomię-
dzy   poszarpane   skalne   turnie,   przecinając   głębokie   wąwozy,   w   których 
nigdy nie odciśnięto śladu ludzkiego buta. W pewnym momencie przelecie-
liśmy wąską szczeliną między dwiema masywnymi skalnymi iglicami.
 - Rozdzielają się – powiedział Betancore skręcając w prawo.
          Faktycznie,   cztery   myśliwce   leciały   za   nami   zmniejszając   szybko 
dystans, dwa pozostałe zawróciły i zaczęły się oddalać w przeciwną stronę.
- Kontakt ?
  - Natrafimy na nich z przodu za osiem minut – Midas uśmiechnął się do 
mnie przez ramię.
     Skręcił gwałtownie w lewo nurkując ku dnu podłużnej doliny, którą ska-
ner topograficzny zaledwie iluminował na swym wyświetlaczu. Zwolnił rap-
townie prędkość posługując się silnikami korekcyjnymi i zawisł nad błysz-
czącym zielenią i ciemną żółcią dnem doliny. 
 - Co robisz ?
 - Czekaj... czekaj...
     Wyświetlacz taktyczny poinformował mnie, że cztery myśliwce właśnie 
przemknęły nad doliną.
  - Przy locie na tak niskim pułapie zajmie im chwilę przyjęcie do wiado-
mości faktu, że nas już z przodu nie ma.
 - Co teraz ?
         Pchnął przepustnice do końca. Wahadłowiec wystrzelił z wznieconej 
podmuchem silnika chmury księżycowego pyłu.

 - Mysz stała się kotem.
     W ciągu sekundy wyświetlacz skanera bojowego pokrył się czerwonymi 
krzyżami   celowniczymi.   Przed   nosem   wahadłowca,   pośród   strzelistych 
szczytów   skał   przemykających   z   ogromną   prędkością   tuż   pod   brzuchem 
statku, dostrzegłem jaskrawy płomień dopalaczy.
  -   Żegnamy   pana   –   powiedział   Midas   naciskając   spust   skrzydłowych 
działek. 
     Blask dopalaczy przeistoczył się w oślepiającą kulę ognia i gazu.
      Zostałem boleśnie wciśnięty w fotel, kiedy wahadłowiec wpadł między 
ściany kolejnego wąwozu. Jakiś kilometr z przodu pochwyciłem wzrokiem 
następny wybuch, rozbłysk wirujących w próżni kawałków metalu.
 - Pana też.
     Kontrolki sygnalizujące pracę automatycznych ładowników płonęły czer-
wonym kolorem. Komory amunicyjne działek były prawie puste. Ostatnia 
seria sięgnęła celu, gdzieś z przodu pojawił się błysk ognia, który przeszedł 
w znacznie bardziej spektakularną eksplozję po uderzeniu myśliwca w ścia-
nę doliny.
     Coś oślepiająco jasnego przemknęło tuż obok naszej prawej burty. Wa-
hadłowiec zadygotał z metalicznym jękiem, zaczął wyć alarm. 
 - Sprytny chłopiec, było blisko – oświadczył Midas ciągnąc do siebie drą-
żek sterowniczy z zamiarem przeskoczenia nad pobliskim skalnym klifem.
     Jeden z pilotów uszedł z pułapki, zawrócił i teraz próbował wejść nam na 
ogon. 
 - Gdzie on jest ? Gdzie on jest ? – mruczał pod nosem Midas.
     Mieliśmy po swojej stronie przeważającą siłę ognia – siłę ognia i Midasa. 
Piloci marynarki latali na Lightningach: małych, szybkich i bardzo zwrot-
nych maszynach ważących czterokrotnie mniej od wahadłowca. Mój pry-
watny  stateczek   został   zbudowany   z  myślą   o   konwencjonalnym   zastoso-
waniu transportowym, ale szereg innowacji w postaci przerobionego napę-
du, pokładowych systemów uzbrojenia i zdolności zawisu w miejscu czynił 
z niego świetną maszynę do walki w warunkach takich jak te. 
     Coś uderzyło z hukiem w kadłub i wahadłowiec zaczął spadać przechy-
lony  w bok.   Midas zaklął  i  rzucił  maszynę   w  prawo.  Tuż obok   kokpitu 
śmig-nęła   srebrna   strzała.   Imperialny   myśliwiec.   Betancore   przywrócił 
poprzedni wektor i pomknął w ślad za przeciwnikiem, lecąc wśród ostrych 
stromych turni wyłącznie na podstawie wskazań instrumentów.
     Skaner bojowy namierzył emisję cieplną silnika Lightninga. Midas nacis-
nął spust działek.
     Chybił.
      Pilot myśliwca rzucił maszynę w górę, wykonał przewrót przez plecy. 
Midas strzelił ponownie. Znów chybił.
      Lightning pędził teraz wprost na nas. Widziałem wyraźnie ścieg pocis-
ków świetlnych biegnący w stronę wahadłowca.
     Lot kursem kolizyjnym, w głębokim wąwozie.
     Brak miejsca na manewry. Brak miejsca na błąd.
 - Żegnaj – powiedział Midas naciskając spust.
      Eksplozja rozświetliła półmrok wąwozu, jej fala uderzeniowa zatrzęsła 
naszą maszyną.
 - Masz już dosyć ? – zapytał mnie Midas.
     Nie odpowiedziałem, zbyt byłem zajęty kurczowym ściskaniem poręczy 
fotela.
 - Ja tak – dodał – Czas przejść do fazy drugiej. Po prawej kręci się następny 
myśliwiec, a ci dwaj lecący po ciemnej stronie księżyca pojawią się tutaj za 
dziewięćdziesiąt sekund. Pora na małe przedstawienie. Uclid ?
     Główny serwitor wymruczał potwierdzenie.
     Traciliśmy gwałtownie wysokość. Rzut okiem na jedną z zewnętrznych 
kamer powiedział mi, że ciągniemy za sobą długi warkocz ulatniającego się 
gazu.
 - Uszkodzenie ? – zapytałem.
 - Symulowane – odparł pilot.
     Dno mrocznego kanionu było coraz bliżej.
 - Odpadki, Uclid – powiedział szybko Midas.
     Usłyszałem stuknięcie i stłumiony huk. Wahadłowiec zadygotał. Coś za 
naszym ogonem rozbłysło. 
 - Co to było ?
 - Dwie tony śmieci, złomu i nadmiarowych zapasów. Oraz wszystkie gra-
naty znalezione w twojej zbrojowni.
         Midas zwolnił jeszcze bardziej i skręcił w czeluść pieczary ziejącą w 
zboczu kanionu.   Ściany  i  sklepienie jaskini  wydawały   się wręcz muskać 
kadłub statku.
     Sześćset metrów w głębi pieczary Betancore skręcił lekko w lewo. Ref-
lektory wyłoniły z ciemności skalistą niszę. Jeszcze sto metrów i wahadło-
wiec osiadł na dnie niszy wzbijając hydraulicznymi  łapami chmury pyłu. 
Midas wyłączył silniki, światła i wszystkie systemy energetyczne wahad-
łowca z wyjątkiem filtrów powietrza.
 - Nikt nawet nie mruczy – powiedział kładąc palec na ustach.

50

background image

         Wyczekiwanie, trwające całe sześćdziesiąt sześć godzin, nie było ani 
miłe ani ciekawe. Odziani w ogrzewane kombinezony siedzieliśmy cicho w 
ciemnościach   podczas   gdy   heretycka   flota   przeczesywała   powierzchnię 
Obola i  jego najbliższą przestrzeń kosmiczną. W ciągu  pierwszych  dzie-
sięciu godzin nasze pasywne skanery ośmiokrotnie odnotowały ruch pojaz-
dów mechanicznych w głębi kanionu skrywającego miejsce rzekomej krak-
sy. Napięcie stawało się wręcz nie do zniesienia.
     Nie sposób było przewidzieć jak uparci okażą się spiskowcy i jak cierp-
liwi. Midas sugerował, że najpewniej zastosują taką samą sztuczkę jak my, 
zaszywając się gdzieś w kryjówce i czekając na ruch ofiary lub wysłany z 
jej pokładu sygnał.
     Po czterdziestu godzinach Lowink zyskał pewność, że usłyszał astropa-
tyczne komunikaty wieszczące odlot floty, chwilę zaś później wyczuł zawi-
rowania powłoki oddzielającej Osnowę od wymiaru materialnego. Lecz ja 
wciąż   byłem   nieufny.   Czekałem   na   jeden   jedyny   znak   mogący   nakłonić 
mnie do opuszczenia kryjówki.
     Nadszedł dokładnie po sześćdziesięciu sześciu godzinach. Astropatyczny 
przekaz zakodowany w Glossii.
     Nunc dimittis.

*  *  *  *  *

     Wznieśliśmy się z ciemności Obola ku zimnemu światłu gwiazd. Każda 
osoba na pokładzie wahadłowca, również ja sam, mówiła nagle zbyt głośno 
i zbyt dużo, pławiąc się w blasku zapalonych lamp i cieple systemów grzew-
czych. Lodowate, milczące wyczekiwanie przywodziło na myśl grobowiec.
        Essene zbliżała się wolno i majestatycznie w naszym kierunku. Kiedy 
heretycka   flota   opuściła   system,   Maxilla   wyleciał   z   kryjówki   po   drugiej 
stronie słońca i wysłał długo oczekiwany sygnał.

*  *  *  *  *

         Natychmiast  po  zadokowaniu   udałem  się na mostek,   gdzie  Maxilla 
powitał mnie niczym dawno nie widzianego brata.
 - Czy wszyscy są cali i zdrowi ? – zapytał z troską.
 - Wszyscy w jednym kawałku, chociaż mało brakowałem – odparłem.
 - Przykro mi, że musiałem cię opuścić, ale sam widziałeś rozmiary tej ar-
mady. 
     Skinąłem twierdząco głową.
 - Mam nadzieję, że powiesz mi, gdzie polecieli.
 - Oczywiście.
     Astronawigatorzy Maxilli nie próżnowali. Ich przełożony opuścił boczne 
pomieszczenie   mostku   podążając   w   naszą   stronę   po   czerwono-czarnej 
marmurowej podłodze. Podobnie jak cała reszta załogi był w przeważającej 
mierze mechanoidem. Jego organiczne, ludzkie elementy – zapewne tylko 
mózg i kilka innych kluczowych organów – spoczywały w srebrnym kor-
pusie odlanym na kształt gryfona. Unosił się nad podłogą dzięki niewiel-
kiemu napędowi antygrawitacyjnemu. 
      Zatrzymał się przed fotelem kapitana i wyświetlił z projektora umiesz-
czonego w dziobie gryfona holograficzną gwiezdną mapę. Mapa ta była bar-
dzo złożona i praktycznie nieczytelna dla oczu laika, ale ja zdołałem poczy-
nić kilka istotnych spostrzeżeń. 
 - Astronawigatorzy przeanalizowali ścieżkę zaburzeń Osnowy wytwarzaną 
przez flotę i dokonali stosownych wyliczeń. Heretycy opuszczają podsektor 
Helican, opuszczają w ogóle imperialne terytorium. Lecą do zakazanej stre-
fy, którą według niepotwierdzonych informacji zamieszkują saruthi.
  - Tego się spodziewałem.  Lecz to spory obszar, ponad tuzin systemów. 
Potrzebuję dokładniejszych danych.
 - Tutaj – powiedział Maxilla wskazując ukrytym w rękawiczce palcem je-
den z jaskrawych punktów na trójwymiarowej mapie – System oznaczony 
kodem KCX-1288. Po przyjęciu optymalnych  założeń znajduje się jakieś 
trzydzieści tygodni lotu od naszej bieżącej pozycji.
 - Jaki jest margines błędu dla tych wyliczeń ?
 - Nie większy niż zero koma sześć. Fala powstała w Osnowie jest bardzo 
czytelna. Mogą rzecz jasna przerwać tranzyt w pewnym momencie, wysko-
czyć z Immaterium i zmienić kierunek podróży, ale będziemy ich cały czas 
obserwować. 
 - Oczywiście spodziewają się pościgu – dodał po chwili milczenia – Nawet 
jeśli   uwierzyli   w   twą   śmierć,   wiedzą   dobrze,   że   na   Damask   musiał   cię 
przywieźć jakiś większy statek. Ten, którego nie potrafili odnaleźć.
     Sam też o tym myślałem. Glaw i jego współspiskowcy z pewnością ocze-
kiwali pościgu, a przynajmniej faktu, że ktoś przekaże informacje o ich kie-
runku podróży odpowiednim instytucjom. Z pewnością mieli działać teraz 
bardzo ostrożnie i czujnie, asekurując się na każdym kroku militarną siłą.
     Lowink okupował już na moje polecenie centralę komunikacyjną Essene 
przygotowując szczegółowy raport dla siedziby Inkwizycji na Gudrun.

 - Co wiesz na temat saruthi i ich terytorium ? – zapytałem Maxillę.
 - Nic – odparł – Nigdy tam nie podróżowałem.
     Pomyślałem, że to dziwnie zwięzła odpowiedź w ustach tak zwykle ga-
datliwego człowieka.
 - Zatem – odezwał się po chwili ciszy – czy oprócz wiedzy o celu podróży 
heretyków mamy w rękawie jakieś inne atuty ? 
  - Mamy – odparłem i wydobyłem z kieszeni kamizelki przedmiot, który 
spoczywał   w   niej   od   chwili   wyjęcia   z   walizki   Glawa   w   North   Qualm. 
Maxilla spojrzał na prezentowaną mu rzecz z ostrożną ciekawością.
 - Oto Pontius – oświadczyłem.

*  *  *  *  *

      Skorzystaliśmy z dużej pustej ładowni w trzewiach Essene. Serwitorzy 
Maxilli przygotowali oświetlenie, przynieśli też niewielki generator prądu. 
Moi właśni serwitorzy – Modo i Nilquit – dostarczyli do ładowni metalowy 
pojemnik z Hubrisu i ustawili go ostrożnie na zimnej podłodze.
         Stałem z rękami włożonymi  do kieszeni zapiętego po szyję płaszcza, 
obserwując w milczeniu Aemosa podpinającego przy pomocy Nilquita kable 
pojemnika. Spojrzałem kątem oka na Bequin. Stała przy Fischigu, zawinięta 
w grubą czerwoną suknię z szarym kołnierzem. Na jej twarzy malował się 
grymas zimnej determinacji. Wcześniej traktowała otaczające ją wydarzenia 
jak zabawę, niewinną grę, nawet po dramatycznych zajściach na Gudrun. 
Damask ją zmienił. Potwór Mandragore. Teraz świadoma już była faktu, że 
to nie jest gra. Zobaczyła rzeczy, których większość – przeważająca więk-
szość – mieszkańców Imperium nigdy na oczy ujrzeć nie miała. Ci oby-
watele mocarstwa spędzają swe życie na bezpiecznych światach z dala od 
koszmarów wojen, a bluźnierstwa czające się w dalekich otchłaniach kos-
mosu są co najwyżej elementem ich legend i baśni.
     Lecz ona już wiedziała. Być może skrzywiło to w jakiś sposób jej psy-
chikę. Być może nie chciała już dłużej towarzyszyć mi w tej desperackiej 
misji. Być może czyniła sobie teraz nieme wyrzuty, że tak ochoczo przystała 
na moją propozycję współpracy.
     Nie pytałem jej o to, wiedziałem, że sama opowie mi o swych uczuciach, 
kiedy uzna to za stosowne. Byliśmy na wystarczającym etapie zażyłości, by 
mogła sobie na to pozwolić.
  - Eisenhorn ? – Aemos wyciągnął w moim kierunku otwartą dłoń. Poło-
żyłem na niej Pontiusa. Unosząc go z niemal  nabożną ostrożność savant 
włożył bryłę do wnętrza pojemnika. 
         Kazałem wszystkim opuścić ładownię, nawet serwitorom. Pozostali w 
niej tylko Bequin i Aemos. Fischig wyszedł ostatni, starannie ryglując za 
sobą drzwi.
     Aemos spojrzał na mnie pytająco, toteż skinąłem z przyzwoleniem gło-
wą. Podłączył ostatni przewód i cofnął się od pojemnika tak szybko, jak tyl-
ko pozwalały mu na to stare nogi.
      W pierwszej chwili nic się nie wydarzyło. Malutkie diody błyskały na 
boku pojemnika – pojemnika Eyclone – biegnące wokół niego druty rozja-
rzyły się nieznacznie. 
          Wtedy  poczułem  nagłą  zmianę ciśnienia. Bequin  spojrzała na mnie 
marszcząc   czoło,   również   świadoma   zachodzących   w   powietrzu   zmian. 
Metalowe   ściany  ładowni   pokryły   się   cieniutką   warstwą   wilgoci.   Krople 
wody kapały z sufitu z cichym pluskiem. 
         Usłyszałem delikatny trzask przypominający chrzęst rozsypującej się 
wśród płomieni kartki papieru. Dźwięk nasilał się. Na korpusie pojemnika 
pojawił się szron, warstewka lodu pokryła podłogę wokół niego, rozpełzła 
się po całej ładowni, na ściany, zaraz potem na sufit. W ciągu dziesięciu 
sekund rozległe pomieszczenie zostało skute lodową skorupą. Nasze odde-
chy przemieniały się w kłęby pary, a kryształki lodu wisiały w kącikach 
oczu.
 - Pontiusie Glaw – powiedziałem.
      W ładowni zapanowała cisza, ale po dłuższej chwili z głośniczków na 
bokach pojemnika wydobyła się seria stłumionych zwierzęcych warknięć i 
charkotów. 
 - Glaw – powtórzyłem.
 - Dlaczego... – odparł mechaniczny głos.
     Bequin zesztywniała.
 - Dlaczego mnie budzisz ?
 - Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie, Glaw ?
 - Obietnice... obietnice... – odpowiedział bezcielesny głos przybliżając się i 
oddalając, jakby  ustawicznie  przesuwał   się  obok  mikrofonu   – Gdzie  jest 
Urisel ?
 - Jakie obietnice ci złożono, Glaw ?
 - Życie... – wymamrotał głos – Gdzie jest Urisel ? – w jego tonie pojawił 
się cień niecierpliwości i gniewu – Gdzie on jest ?
     Zacząłem formułować w myślach kolejne pytanie, lecz wtedy znienacka 
po kryształowej powierzchni Pontiusa przebiegła z głośnym trzaskiem fala 

aa

51

background image

elektrycznych   wyładowań.   Artefakt   uderzył   swą   jaźnią,   swym   potężnym 
mentalnym potencjałem. Gdyby Bequin nam w tej chwili nie towarzyszyła, 
bylibyśmy z Aemosem martwi w ciągu ułamka sekundy.
 - Cierpliwości, cierpliwości – powiedziałem robiąc krok w kierunku pojem-
nika – Jestem Eisenhorn, imperialny inkwizytor. Jestem moim więźniem i 
cieszysz się z tymczasowego przywrócenia świadomości tylko i wyłącznie 
dzięki mej dobrej woli. Odpowiesz na kilka moich pytań.
 - Na nic... nie... odpowiem...
     Wzruszyłem ramionami.
  - Aemosie, rozłącz to plugastwo i przygotuj do natychmiastowej dezinte-
gracji !
  - Czekaj ! Czekaj  ! – w mechanicznym głosie  brzmiała  dziwnie ludzka 
błagalna nuta.
     Uklęknąłem tuż przed pojemnikiem.
 - Wiem, że twój intelekt został zabezpieczony w tym artefakcie, Pontiusie 
Glaw. Wiem, że czekasz od dwustu lat uwięziony w bezcielesnym stanie, 
trawiony   desperacką   żądzą   powrotu   do   życia   zwykłego   śmiertelnika.   To 
właśnie obiecała ci twoja rodzina, prawda ?
 - Urisel obiecał... twierdził, że to możliwe... poczynił odpowiednie przygo-
towania...
 - Mord na arystokracji Hubrisu miał przesłać esencję życiową ofiar poprzez 
ten   pojemnik   do   twej   jaźni.   By   dostarczyć   ci   mocy   niezbędnej   do   zre-
konstruowania własnego ciała.
 - To właśnie obiecał – zajęczał mechaniczny głos.
  - Twoja rodzina cię porzuciła, Pontiusie. Zrezygnowała z hubrisjańskiego 
projektu w ostatniej chwili przedkładając ponad niego inne plany. Wszyscy 
oni znajdują się teraz w więzieniu Inkwizycji.
 - Nieeeee... – słowo przeszło w przeciągły syk, który po sekundzie umilkł 
całkowicie – Oni nie...
 - Z pewnością nie zrobiliby tego... gdyby nie pojawiła się okoliczność tak 
istotna, tak ogromnie dla nich ważna, że nie mieli innego wyboru. Wiesz, co 
ich do tego skłoniło, prawda ?
     Cisza.
 - Co mogło być dla nich ważniejsze od ciebie, Pontiusie Glaw ?
     Cisza.
 - Pontiusie ?
 - Nie złapaliście ich.
 - Kogo ?
  - Moich  krewnych.   Moich   potomków...   Gdyby   znajdowali   się  w twych 
rękach, nie zadawałbyś takich pytań. Oni są wolni, a ty zdesperowany.
 - Mijasz się z prawdą. Wiesz przecież jak to jest... tyle wzajemnie wyklu-
czających   się  kłamstw,   tyle  kolidujących   ze sobą   zeznań. Twoja  żałosna 
rodzina   próbuje   wykupić   sobie   życie   obciążając   siebie   nawzajem.   Przy-
szedłem do ciebie po prawdę.
 - Nic z tego. Przemyślna sztuczka, ale w nią nie uwierzę.
 - Wiesz, że to prawda, Pontiusie.
 - Nie.
  - Wiesz, co nimi powodowało. Przychodzili do ciebie od czasu do czasu, 
budzili z tej pozbawionej snów śpiączki przekazując okruszki  informacji. 
Najczęściej pod siedzibą rodu Glaw, w tej kaplicy, którą wybudowali dla 
ciebie. Widziałem cię tam. To ty pozbawiłeś mnie świadomości.
 - I zrobię to ponownie – zagroził głos, a iskierki zaczęły skakać po złotej 
siateczce oplatającej kryształ kwarcu.
 - Wiesz, dlaczego to zrobili. Na pewno ci o tym mówili.
 - Nie.
     Sięgnąłem dłonią do wnętrza pojemnika i zacisnąłem palce wokół pęku 
kabli.
 - Kłamiesz – powiedziałem wyrywając ich wtyczki z kontaktu.
     Z głośniczków wydarł się krótki żałosny jęk, który zaraz umilkł. Świateł-
ka na bokach pojemnika zgasły. Temperatura powietrza w ładowni zaczęła 
się podnosić do normalnego poziomu, lód szybko topniał.
 - Niezbyt wiele się dowiedzieliśmy – zauważyła markotnie Bequin.
 - To dopiero początek – odparłem – Mamy przed sobą trzydzieści tygodni.

Rozdział XVII

Dysputy.

Spekulacje na temat symetrii.

Zdrada.

     Każdego dnia udawałem się do ładowni, gdzie w towarzystwie Aemosa i 
Bequin powtarzałem całą procedurę od nowa. Przez kilka pierwszych dni 
Pontius ignorował całkowicie moje pytanie. Po tygodniu odezwał się wyzy-
wając nas plugawymi słowami i grożąc. Co kilka wizyt próbował mental-
nego ataku, za każdym razem rozbijającego się o psioniczną pustkę genero-
waną przez Bequin.
         W czasie tym  Essene  sunęła poprzez Osnowę w kierunku odległego 
skupiska gwiazd.

*  *  *  *  *

      W czwartym tygodniu zmieniłem taktykę i wdałem się z Pontiusem w 
luźne dyskusje na każdy temat, jaki tylko przyszedł mi do głowy, ani razu 
nie   zadając   nawet   jednego   pytania   związanego   w   jakikolwiek   sposób   z 
„prawdziwą sprawą”. Początkowo  wzbraniał się przed rozmową, ale cały 
czas starałem się okazywać mu swą uprzejmość i cierpliwość. W końcu lody 
zostały przełamane i rozpoczęły się długie dysputy o astronawigacji, koś-
cielnej muzyce, architekturze, kosmicznej demografii, starożytnym  uzbro-
jeniu, drogich trunkach...
     Pontius nie potrafił się przed tym obronić. Wieloletnia izolacja sprawiała, 
że wręcz dyszał żądzą poznawania nowych  wieści, odczuwania namacal-
nego   kontaktu   z   rzeczywistym   światem.   Pragnął   znów   widzieć,   czuć   i 
smakować jak normalny człowiek. Po dwóch tygodniach nie potrzebował 
już najmniejszych zachęt do rozmowy. Nie byłem bynajmniej jego przyja-
cielem i wciąż żywił w stosunku do mnie w pełni uzasadnioną nieufność, 
chętnie korzystając też z okazji do wytknięcia mi  ignorancji w pewnych 
dziedzinach, niemniej jednak szczerze cieszyły go nasze spotkania. Kiedy 
pewnego   dnia   rozmyślnie   opuściłem   jedną   rozmowę,   sprawiał   nazajutrz 
wrażenie   niezmiernie   rozczarowanego,   jakby   uraził   go   do   żywego   tym 
zachowaniem.
     Ja sam miałem okazję w pełni uświadomić sobie, jak niebezpieczną istotą 
był  Pontius  Glaw.  Jego  umysł  był  genialny:  błyskotliwy,  zdecydowany  i 
niewiarygodnie   wręcz   bogaty   w  wiedzę.  Rozmowa   z  tym   człowiekiem   i 
możliwość   uczenia   się   od   niego   sprawiała   mi   prawdziwą   przyjemność. 
Boleśnie świadom byłem faktu, że tak wspaniały intelekt został skradziony 
ludzkości przez Chaos. Nawet najwięksi spośród nas, najbardziej wykształ-
ceni, światli i rozsądni nie byli bezpieczni przed skazą Osnowy.

*  *  *  *  *

     Pewnego dnia dziesiątego tygodnia tranzytu wszedłem do ładowni wraz z 
Aemosem i Bequin budząc Pontiusa ze snu. Lecz tego razu coś nie dawało 
mi spokoju.
  - Co to takiego ? – zapytałem. Odniosłem wrażenie, że pojemnik nie stoi 
dokładnie w tym samym miejscu, w którym widziałem go ostatnio – Byłeś 
tutaj wcześniej, Aemosie ? Żadnych standardowych testów ?
 - Nie – zapewnił mnie savant. Ładownia była zamykana na klucz po każdej 
naszej wizycie.
 - Przewrażliwiona wyobraźnia – uznałem i machnąłem ręką.

*  *  *  *  *

          Nasze   dysputy   wciąż   trwały,   za   każdym   razem   ciągnąc   się   ponad 
godzinę. Często rozmawialiśmy  o imperialnej  polityce  i etyce, kwestiach 
doskonale Pontiusowi znanych. Nigdy ani razu nie okazał poglądów mogą-
cych   zakrawać   na   heretyckie,   jakby   obawiał   się,   że   taka   demonstracja 
przekonań   zerwie   naszą   cienką   nić   niepisanego   porozumienia.   Czasami 
wręcz   stwarzałem   mu   za   pomocą   subtelnych   konwersacyjnych   sztuczek 
możliwość   krytycznej   wypowiedzi   na   temat   instytucji   Złotego   Tronu   i 
rządów   Wielkiej   Rady   Terry.   Opierał   się   temu   kuszeniu,   chociaż   kilka-
krotnie wyczułem w jego sposobie prowadzenia rozmowy pragnienie wy-
krzyczenia   swego   sprzeciwu   i   kontrowersyjnych   poglądów.   Ale   jego 
potrzeba zachowania aktywności i kontaktu przeważyła. Nie zamierzał ryzy-
kować zerwania naszej znajomości.
         Glaw potrafił recytować z pamięci wybrane fragmenty imperialnych 
dzieł naukowych,  filozoficznych,  poezji, literatury sakralnej. Jego wiedza 
akademicka przerastała nawet zasoby umysłowe Aemosa. Chociaż w nie-
zwykle zręczny sposób unikał heretyckich kontekstów wypowiedzi, nigdy 

utrzymywał konwersację na poziomie neutralnej

52

background image

też   nie   okazał   w   otwarty   sposób   lojalności   wobec   Złotego   Tronu.   Stale 
utrzymywał konwersację na poziomie neutralnej wymiany zdań. Nie próbo-
wał udawać posłusznego woli Terry obywatela, prawdopodobnie ze wzglę-
du na żywiony do mnie szacunek. Nie chciał obrażać mej inteligencji pros-
tymi kłamstwami.
         Znacznie częściej rozprawialiśmy o historii. Również w tej dziedzinie 
wyróżniał się ogromną wiedzą, lecz teraz w tonie rozmowy wyczuwałem 
jakiś ukryty głód informacji. Nigdy nie pytał wprost, lecz domyślałem się, 
że chciałby wiedzieć jak najwięcej o wydarzeniach, które miały miejsce w 
czasie dwustu dwunastu lat jego śpiączki. Reszta rodziny najwyraźniej prze-
kazywała mu jedynie skąpe strzępki wiedzy na ten temat. Ze zręcznością 
doświadczonego dyplomaty wyciągał ze mnie pożądane informacje, czasami 
udzielane mu wręcz bez zawoalowanych ponagleń. Zdecydowałem wcześ-
niej, że nie będę mu przekazywał żadnych wieści mówiących o porażkach i 
stratach Imperium, toteż w mych opowieściach ludzkie mocarstwo silniejsze 
i zdrowsze niż kiedykolwiek.
     Nawet ta wygładzona wersja historii wyraźnie go satysfakcjonowała. Na-
reszcie odzyskał bezcenny kontakt z otaczającą go galaktyką.

*  *  *  *  *

     Resztę czasu poświęcaliśmy na intensywne przygotowania do następnego 
etapu misji. Codziennie odbywały się ćwiczenia w walce wręcz i strzelaniu. 
Fischig objął osobistym nadzorem Bequin wpajając jej podstawowe techniki 
samoobrony,  wykorzystujące w pełni świetną kondycję fizyczną i refleks 
dziewczyny.   Ja  podnosiłem   ciężary  w  naprędce  urządzonej  siłowni   i  co-
dziennie biegałem pokładami statku na dystans kilkunastu tysięcy metrów. 
Powoli windowałem swe ciało na szczyt fizycznej sprawności.
     Pracowałem również nad umysłem, przeprowadzając szereg rygorystycz-
nych zabiegów i medytacji, niektórych z wsparciem Lowinka.
     Aemos pomagał mi w analizie zgromadzonych materiałów. Poszukiwa-
liśmy intensywnie wszelkich informacji związanych z saruthi, lecz niewiele 
uzyskaliśmy. Znany był przybliżony zasięg ich terytorium i na tym wiedza 
imperialnych badaczy praktycznie się zamykała. Oficjalnych raportów zwią-
zanych z tymi obcymi sporządzono w przeciągu ostatnich dwóch tysięcy lat 
zaledwie garść, ale zastanawiałem się często, ile o nich wiedzieli członko-
wie Wolnej Floty zapuszczający się poza granice Imperium. Ludzie tacy jak 
Gorgone Locke.
         Wiedzieliśmy z całkowitą pewnością, że saruthi są starą cywilizacją, 
zagadkową,  pasywną, leżącą poza obszarem naszych wpływów.  Byli  bez 
wątpienia rozwinięci technologicznie i pomysłowi.  Nie mieliśmy ani jed-
nego raportu mogącego przekazać cokolwiek na temat ich kultury, wierzeń, 
języka... nawet ich prezencji zewnętrznej. 
 - Możemy przynajmniej teoretycznie założyć, że posiadają pewne religijne 
wartości – powiedział Aemos – Lub też niezwykle cenią relikty swej przesz-
łości z innych symbolicznych bądź sakralnych względów. Nasi wrogowie 
wydobywali kamienne artefakty na Damasku tylko i wyłącznie ze względu 
na ich wartość dla saruthi.
 - Święte relikwie ? Ikony ?
     Savant wzruszył ramionami.
  - Albo duchy przodków... albo po prostu zwykła chęć zrekonstruowania 
znalezisk o charakterze historycznym związanych z ich daleką przeszłością.
 - Wiadomo już, że ich terytorium było kiedyś znacznie większe. Sięgało aż 
po   Damask,   nawet   jeśli   był   to   tylko   wysunięty   posterunek   graniczny   – 
oświadczył Lowink.
          Siedzieliśmy   razem   przy   stole   w   jednym   z   apartamentów   Maxilli. 
Wypolerowany blat mebla wręcz uginał się pod ciężarem otwartych ksiąg, 
zwojów, elektronicznych notesów i luźnych kartek. 
  - I Bonaventure – dodałem – Grobowcowe koła. Bequin wspomniała, że 
wykopaliska   w   North   Qualm   przypominały   miejsca   z   jej   świata   macie-
rzystego.
  - Być może – odezwał się Aemos – Nie jestem ekspertem w dziedzinie 
archeologii.  Koliste  korytarze na Bonaventure zostały sklasyfikowane we 
wszystkich znanych mi publikacjach jako dzieło obcej cywilizacji nieznane-
go pochodzenia. Stanowią tylko jeden spośród setek niezidentyfikowanych 
reliktów obcych ras znalezionych w podsektorze Helican. Mogą być śladem 
po cywilizacji saruthi... albo resztkami pozostałości po jakiejkolwiek innej 
rasie, która przemierzała tę część galaktyki tysiące lat przed naszą ekspansją 
w kosmosie.
     Odłożyłem trzymany w dłoni notes i sięgnąłem po leżący na środku stołu 
przedmiot, zawinięty dokładnie w grube sukno. Była to pojedyncza kamien-
na tablica z Damasku, jedyna jaką zdołaliśmy stamtąd wydostać. Wyjąłem 
ją ze skrzynki podczas negocjacji na lądowisku i wciąż ściskałem w ręce 
skacząc na podnoszącą się rampę wahadłowca. Podobnie jak płaskorzeźby 
odkryte w kopalni, wykonana była z twardego bladego kamienia błyszczą-
cego drobinami  miki.  Wszyscy uznaliśmy  zgodnie, że nie był  to kamień 

miały różną długość i odmienne od siebie kąty. 

występujący w naturalnej formie na Damasku. Tablica miała kształt wielo-
kąta o nieregularnych bokach, szczególnie wydłużonych u obu podstaw. Jej 
rewers ukazywał schematyczny symbol  pięcioramiennej gwiazdy. Ryt ten 
również był nieregularny, ponieważ ramiona gwiazdy miały różną długość i 
odmienne od siebie kąty. 
 - Bardzo niepokojące – oświadczył Aemos oglądając znalezisko setny raz z 
rzędu – Symetria, w każdym względzie przynajmniej bazowa symetria, jest 
wartością stałą w całej znanej nam galaktyce. Wszystkie gatunki, nawet tak 
odrażające ich odmiany jak tyranidy, przestrzegają w stopniu ogólnym zasad 
symetrii.
 - Coś tu jest nie tak z kątami – zgodził się Lowink marszcząc chorobliwie 
blade, poznaczone otworami interfejsu neuralnego czoło. Wiedział, co takie-
go miał na myśli. Patrząc na tablicę odnosiło się wrażenie, że kąty ramion 
gwiazdy tworzyły więcej niż trzysta sześćdziesiąt stopni, chociaż rzecz jasna 
było to niewyobrażalne.

*  *  *  *  *

     - Kto tutaj był ? – zapytałem zaraz na początku następnego spotkania z 
Pontiusem.   Rozejrzałem   się   po   skutej   lodem   ładowni.   Bequin   wzruszyła 
ramionami nie przestając rozcierać zziębniętych dłoni. Aemos wyglądał na 
szczerze zmieszanego.
 - Pojemnik został przesunięty. Zaledwie odrobinę. Kto tutaj był ? 
 - Nikt – odparł swym bezbarwnym głosem Pontius.
 - Nie do ciebie kierowałem pytanie, Pontiusie. Wątpię, byś mi na nie szcze-
rze odpowiedział.
 - Ależ Gregorze, ranisz mnie takim stwierdzeniem – odparł grzecznie.
 - Jesteś pewien, że to nie jakieś abstrakcyjne urojenie ? – zapytał niepewnie 
Aemos – Mówiłeś już wcześniej...
  -   Być   może   –   przerwałem   mu   zimno   –   Po   prostu   czuję,   że   coś   się... 
zmieniło.

*  *  *  *  *

         Większość kolacji zjadłem w towarzystwie  Maxilli, czasami  wraz z 
resztą zespołu, czasami we dwóch. Pewnego wieczoru w ciągu dwudzies-
tego piątego tygodnia tranzytu siedziałem z Maxillą w jadalni obserwując 
rozstawiających deser serwitorów.
 - Tobiusie – powiedziałem znienacka – Opowiedz mi o saruthi.
      Patrzył przez chwilę na mnie, potem odłożył na stół trzymany w dłoni 
srebrny widelec.
 - Co takiego miałbym ci powiedzieć ?
 - Dlaczego oświadczyłeś, że nic o nich nie wiesz, gdy tylko wspomniałem o 
podróży na ich terytorium ?
  -   Ponieważ   taka   wiedza   jest   zakazana.   Ponieważ   piastujesz   stanowisko 
inkwizytora i twym obowiązkiem jest dbałość o to, by takie zakazy były 
przestrzegane. 
     Podniosłem do ust wypełniony do połowy kieliszek wina, upiłem z niego 
nieco trunku.
 - Pomagałeś mi do tej pory bardzo lojalnie i wytrwale, Tobiusie. Na począt-
ku skrycie kwestionowałem twą dobrą wolę doszukując się w niej ukrytych 
motywów, za co wciąż szczerze żałuję. Przekonałem się, że jesteś oddanym 
dobru Imperium człowiekiem. Tym bardziej troska mnie fakt, że zdecydo-
wałeś się zataić przede mną jakieś informacje.
     Maxilla otarł usta rogiem eleganckiej chusteczki.
 - Wierz mi, Gregorze, mnie to bynajmniej nie troska. Mnie to prześladuje. 
Taki kryzys konsekwencji.
 - Czas o tym porozmawiać – napełniłem obydwa kieliszki winem ze stoją-
cej obok talerzy karafki – Imperialna wiedza o saruthi jest niezwykle skąpa 
i, jak słusznie zauważyłeś, zakazana. Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, 
że kupcy Wolnej Floty mają obszerniejsze informacje o światach leżących 
poza terytorium Imperium i zamieszkujących je obcych. Nie jesteś kupiec-
kim renegatem,  ale należysz do elity swej grupy społecznej. Nie potrafię 
bezkrytycznie przyjąć do wiadomości stwierdzenia, jakobyś nigdy nie sły-
szał niczego na temat saruthi.
     Westchnął ciężko.
  -   Będąc   młodym   chłopakiem,   jakieś   dziewięćdziesiąt   lat   temu,   brałem 
udział  w  wyprawie   na  terytorium  saruthi.  Pełniłem   wtedy  funkcję  młod-
szego marynarza na frachtowcu Wolnej Floty  Promethean. Jego właścicie-
lem był Vaden Awl, dawno już pewnie nieżyjący. Wtedy jednak był praw-
dziwym  kapitanem armady handlowej. Uważał,  że zdoła  zawrzeć z tymi 
obcymi korzystne traktaty albo nawet obedrzeć ich z wartościowych towa-
rów w zamian za śmieci i złom. 
 - Udało mu się ?
 - Nie. Pamiętaj, byłem wtedy młodszym marynarzem. Nigdy nie opuściłem 
wnętrza statku ani nie postawiłem nogi na żadnym z odwiedzonych przez 

nudnej i długiej podróży spędzonej pod

53

background image

nas   światów.   Moje   własne   wspomnienia   dotyczą   wyłącznie   koszmarnie 
nudnej i długiej podróży spędzonej pod pokładem. Starsi rangą marynarze 
milczeli jak zaklęci. Ze strzępków rozmów wywnioskowałem, że odnale-
zienie saruthi zajęło im bardzo dużo czasu, a tamci okazali na nasze przyby-
cie przygotowani. Trzeci oficer, człowiek dość dobrze mi znany, zdradził mi 
w tajemnicy, że saruthi wycieńczali sztuczkami wysłanników Awla, ukry-
wając się przed nimi i dręcząc ich ustawicznie.
 - W jaki sposób dręcząc ?
  -  Ich   światy   były   dziwne,   nieprzyjazne,   rozpraszające   swym   wyglądem 
koncentrację. Trzeci oficer mówił o dziwnych kątach.
 - Kątach ?
     Maxilla roześmiał się krótko zakłopotany, wzruszył ramionami.
 - Jakby coś wypaczonego i złego deformowało ich wymiary. Powróciliśmy 
do   domu   po   roku   z   pustymi   rękami.   Wielu   członków   załogi   opuściło 
Prometheana  natychmiast   po   powrocie,   pewnie   z   powodu   oświadczenia 
Awla, wtedy już człowieka bardzo chorego i po części szalonego, w którym 
zarzekał   się,   że   znowu   spróbuje   dobić   targu   z   saruthi.   Ja   też   się   wtedy 
zwolniłem, ale tylko dlatego, że nie zniósłbym kolejnego roku spędzonego 
pod pokładem.
 - Co stało się z Awlem ?
  - Poleciał tam znowu.  Przynajmniej  tak podejrzewam.  Kilka  lat później 
jego statek został przechwycony w Paśmie Borealis przez eldarskich rene-
gatów. To wszystko, co o nim wiem. Być może rozumiesz już teraz, dlacze-
go tak niechętnie traktowałem propozycję wymiany informacji... Okazały 
się bezużyteczne, a przy tym odkryły pewne ciemne sprawki z czasów mej 
młodości.
     Pokiwałem głową.
 - Nigdy więcej nie ukrywaj przede mną czegoś takiego.
 - Nie zamierzam.
 - I gdybyś sobie cokolwiek jeszcze przypomniał...
 - Natychmiast cię poinformuję.
 - Tobiusie – urwałem na moment zbierając myśli – Powiedziałeś, że podróż 
Prometheana była długa i bezowocna, a jego marynarze odczuwali cierpie-
nia w kontaktach z saruthi. Czy nie żywisz żadnych oporów przed powrotem 
w tamte miejsca ?
 - Oczywiście – uśmiechnął się niepewnie – Lecz jestem zobowiązany słu-
żyć ci pomocą i nie zamierzam kwestionować poleceń inkwizytora. Ponadto 
jestem w pewnym stopniu zaciekawiony.
 - Czym ?
 - Chciałbym zobaczyć tych saruthi na własne oczy.

*  *  *  *  *

     Powinienem wspomnieć też o swoich snach. 
     Nie prześladowały mnie zbytnio w trakcie tranzytu, ale pojawiały się od 
czasu do czasu, w kilkudniowych odstępach. Rzadko zdarzało mi się śnić 
wyłącznie o człowieku o pustych oczach, ale ustawicznie pojawiał się on 
gdzieś na krańcu mej świadomości, niejako obserwując inne me sny i nigdy 
nic nie mówiąc. 
     Otaczające go rozbłyski światła zbliżały się ku mnie z każdym kolejnym 
snem.

*  *  *  *  *

         O świcie trzeciego dnia dwudziestego dziewiątego tygodnia tranzytu 
wstałem cicho i opuściłem skrycie swe kwatery zmierzając do ładowni, w 
której trzymaliśmy Pontiusa. Według pokładowego chronometru brakowało 
jeszcze dobrych czterech godzin do rozpoczęcia naszej codziennej rozmo-
wy.
         Wspiąłem się po drabince do tunelu serwisowego przebiegającego po 
suficie ładowni i czołgałem się nim ostrożnie tak długo, aż natrafiłem na 
zakratowane okienko pozwalające mi zajrzeć do środka pomieszczenia. 
     Na kracie lśniły sople lodu.
     W dole jakaś postać klęczała przy pojemniku, szczelnie owinięta w grube 
szaty, z niewielką lampą w dłoni. Główne oświetlenie ładowni było wyłą-
czone.
      Pontius nie spał. Już widok lodu mi to uświadomił, ale patrząc z góry 
dostrzegałem   też   iskierki   energii   skaczące   po   pozłacanych   obwodach 
metalowego więzienia Glawa i słyszałem wyraźnie jego ściszony mecha-
niczny głos. 
  -   Opowiedz   mi   o   Wojnach   Granicznych,   tych   wspominanych   ostatnio. 
Straty Imperium były ciężkie, tak ? 
 - Ja mówię ci dużo, a ty niewiele – odparła znajomym głosem zakapturzona 
postać – To wbrew naszym ustaleniom. Mogę ci pomóc tylko wtedy, kiedy 
ty  mi   pomożesz.  Informacje,  Pontiusie.  Jeśli   mam   działać  w  charakterze 
twego   emisariusza,   musisz   okazać   mi   gest   zaufania.   Jak   mam   skomuni-

kować cię z twymi  sojusznikami,  jeśli nie mam najmniejszego pojęcia o 

kować  cię z twymi  sojusznikami,  jeśli nie mam najmniejszego pojęcia o 
„prawdziwej sprawie” ?
     Znów przeciągająca się chwila milczenia.
 - O co tutaj chodzi ? – naciskała postać w kapturze – Co jest stawką w tej 
grze, co tak ogromnie sobie cenicie ?
     Znów cisza.
 - Odejdź, zanim cię odkryją. Eisenhorn robi się podejrzliwy.
  - Powiedz mi,  Pontiusie. Już prawie dotarliśmy na miejsce, to zaledwie 
jeszcze kilka dni lotu. Powiedz mi, bo inaczej moja pomoc okaże się bez-
użyteczna.
 - Zatem... powiem ci prawdę. Chodzi o Necroteuch. Tego właśnie szukamy, 
Alizebeth.

54

background image

Rozdział XVIII

KCX-1288 – w blasku ginącej gwiazdy.

Prosto w Ranę.

Uczucie niepokoju.

      Pierwszego dnia trzydziestego pierwszego dnia tranzytu, niemal równe 
dwadzieścia cztery godziny po terminie określonym przez Maxillę, Essene 
wdarła się w materialny wymiar głęboko w systemie KCX-1288. Niemal na-
tychmiast znaleźliśmy się w ogromnym niebezpieczeństwie. 
         Miejscowa gwiazda okazała się wielką opasłą kulą ognia, pulsującą 
gwałtownie i plującą falami radiacji przez ostatnie kilka milionów lat swego 
życia. Płonęła złowieszczym różowym ogniem przebijającym spod cienkiej 
warstwy zastygających skał, przywodzącej na myśl brudny osad skuwający 
powierzchnię gasnącej gwiazdy. Ogniste sztormy szalały na jej bezmiarach, 
a słoneczne rozbłyski miotały w głąb systemu smugi gazów. Powłoka wy-
ziewów unosiła się w odległości blisko roku świetlnego od słońca. 
      Od momentu wyjścia z Osnowy klaksony alarmowe  Essene nie milkły 
nawet   na   sekundę.   Poziom   rejestrowanego   przez   ekrany   promienia   był 
potworny, a cały statek trząsł się nieustannie pod wpływem uderzeń kos-
micznych śmieci. System pełen był skalnych brył, chmur gazu i rozlicznych 
lokalnych anomalii, również magnetycznych. Pola siłowe frachtowca praco-
wały na pełnej mocy, a mimo to statek już odnosił pierwsze uszkodzenia.
     Maxilla nic nie mówił, ale jego czoło przecinały głębokie zmarszczki. Z 
ogromnym napięciem prowadził Essene przez śmiertelnie niebezpieczny ob-
szar.
 - Rozpada się – wyszeptał z nabożnym respektem Aemos patrząc na głów-
ny ekran informacyjny oraz pojawiające się u jego spodu ciągi cyfrowych 
danych – Cały ten system się rozpada.
 - Jakieś ślady naszych uciekinierów ? – zapytałem Maxillę.
 - Musimy znajdować się tuż za nimi, nie mogą być dalej jak pół dnia lotu. 
Te przeklęte zakłócenia. Poczek...
 - Co ?
     Powiedział coś, czego nie dosłyszałem w ryku syren alarmowych.
 - Powiedz jeszcze raz !
     Maxilla wyłaczył klaksony. Drgania i wstrząsy statku wciąż trwały, teraz 
jednak słyszałem też jęk poddawanego silnym naprężeniom kadłuba Essene
Kapitan   wskazał   dłonią   wyświetlacz   monitora   wiszący   ponad   pulpitem 
kontrolnym.
  -  Wciąż   odczytuję   ślad   ich   jednostek,   ale   w   tych   warunkach   naprawdę 
trudno   precyzyjnie   określić   ich   lokalizację.   Tutaj...   –   uderzył   palcem   w 
punkt na powierzchni ekranu – To bez wątpienia fala wywołana przejściem 
okrętu, tylko jak wytłumaczysz taki odczyt ?
     Pokręciłem bezradnie głową. Nie byłem marynarzem, nie znałem się na 
pracy takich instrumentów.
 - Rozdzielili się – oświadczył Midas spoglądając na monitor ponad naszymi 
ramionami – Większa grupa wycofała się na bezpieczny dystans, prawdo-
podobnie poza granice systemu, mniejsza wciąż leci w jego głąb. Pięć, góra 
sześć okrętów.
 - Też tak zinterpretowałem odczyty – przytaknął Maxilla – Podział zgrupo-
wania. Podejrzewam, iż nie chcieli wysyłać do systemu swych największych 
jednostek.
  - Już wiem, dlaczego – wymamrotała Bequin ogarniając przestraszonym 
wzrokiem piekło widniejące na ekranach monitorów mostka.
  - Zapomnij o tych, którzy się wycofali. Leć za mniejszą grupą – rozka-
załem.
 - Doradzałbym... – zaczął Maxilla.
 - Zrób to ! – uciąłem jego komentarz.
          Z   pomocą   astronawigacyjnych   serwitorów   zdefiniował   nowy   kurs 
Essene i podążył śladem małej floty w głąb piekielnego systemu.
 - Tam ! Tam, patrzcie ! – krzyknął znienacka kapitan powiększając obraz 
widoczny na jednym z ekranów. Chociaż ciemny kształt był odległy, roz-
poznaliśmy w nim przełamany wpół wrak imperialnego krążownika, dry-
fujący ospale w próżni.
  -   Bez   wątpienia   jeden   z   okrętów   Estruma.   Zbombardowany   deszczem 
meteorytów. Musieli wejść w niego zaraz po wskoczeniu do systemu.
     Essene zatrzęsła się ponownie.
 - Co z nami ? – zapytałem.
          Maxilla   naradzał   się   przez   chwilę   z   Betancore.   Statek   zadygotał 
ponownie, tym razem bardzo silnie, główne oświetlenie przygasło na kilka 
sekund.
 - Potrzebujemy schronienia – oświadczył posępnie Maxilla.
     Częściowo oślepione i pełne sprzecznych odczytów skanery Essene zdo-
łały   zlokalizować   piętnaście   wchodzących   w   skład   systemu   planet   oraz 

Mentalny kilwater uciekinierów kierował się prosto w stronę

miliony   planetoid,   złożonych   w   równym   stopniu   ze   skały   i   kul   gazu. 
Mental-ny   kilwater   uciekinierów   kierował   się   prosto   w   stronę   trzeciej 
planety   syste-mu,   największej   spośród   wszystkich   lokalnych   ciał 
niebieskich.   Był   to   od-stręczający,   rdzawoczerwony   świat   poznaczony 
głębokimi szramami i nie posiadający już niemal wcale atmosfery. Całą jego 
północną   hemisferę   pokrywały   liczne   kratery   będące   pozostałościami   po 
upadających   meteo-rach,   niektóre   z   nich   tak   duże,   iż   swym   uderzeniem 
rozerwały skorupę skal-ną na głębokość pozwalającą dojrzeć purpurowy żar 
płynnego jądra globu. Na naszych oczach grad kosmicznych skał spadał na 
powierzchnię   planety   ciągnąc   za   sobą   ogniste   warkocze,   unicestwiając 
widoczne w dole konty-nenty.
         Kliper podążał w głąb ogarniętego piekielnym kataklizmem systemu, 
mijając martwe, wpół rozłupane księżyce. Wielki jęzor ognia smagnął burtę 
statku wprawiając go w dziki taniec. Bryły skał i lodu zapłonęły nieziem-
skim blaskiem uderzając w nasze tarcze siłowe.
 - To szaleństwo ! - krzyknął Fischig – Ich tu już nie ma ! To pewna śmierć !
     Maxilla popatrzył na mnie z niemą nadzieją w oczach, łudząc się widocz-
nie, że poprę oficera śledczego i nakażę zmianę kursu Essene.
 - Jesteś pewien poprawności odczytu ich kursu ?
     Kapitan przebiegł palcami po klawiaturze panelu kontrolnego, przełknął 
ślinę i przytaknął.
  - Zabierz nas w dół, postaraj się ukryć za linią horyzontu planety. Chcę 
widzieć ich ciała przed odlotem.

*  *  *  *  *

      Lot w kierunku powierzchni planety trwał dwadzieścia minut. Żadna z 
nich nie była przyjemna, każda zaś dłużyła się straszliwie. Chciałem wy-
korzystać   ten  czas  na  potwierdzenie  za  pomocą  Lowinka   lub  któregoś  z 
astropatów   Maxilli   potencjalnej   obecności   w   obrzeżach   systemu   zgrupo-
wania  floty  z Gudrun, wezwanej   przeze  mnie  w  to miejsce instrukcjami 
nadanymi trzydzieści tygodni temu.
      Skanowanie astropatyczne okazało się niemożliwe, potworne anomalie 
kosmiczne zachodzące w obrębie systemu  całkowicie ekranowały zmysły 
mentatów. Pozwoliłem sobie na bluźniercze przekleństwo.
     Opadaliśmy w dół w stronę ciemnej strony planety. Ogromne płomienie 
tańczyły w półmroku liżąc krawędzie wielkich kraterów, w oceanicznych 
basenach   szalały   morza   płynnego   amoniaku.   Nawet   tutaj,   odgrodzeni   od 
miotanego agonalnymi konwulsjami słońca masą martwej planety, z trudem 
utrzymywaliśmy wyznaczony kurs. W ułamku sekundy pochwyciłem wzro-
kiem mijany wrak następnego okrętu Estruma, następną metalową ruinę. 
     Martwy świat. Martwy system. 
 - Nasi wrogowie musieli popełnić błąd – oświadczył Aemos trzymając się 
kurczowo jednego z pulpitów – Saruthi z pewnością tu nie ma. Jeśli nawet 
zamieszkiwali kiedyś ten system, dawno temu się stąd wynieśli.
 - A mimo to heretycka flota kierowała się tutaj z ogromną determinacją – 
zauważyłem chłodno.
     Essene zeszła już na pułap normalnie niedostępny dla statków kosmicz-
nych.  Nad skalistą  skorupą globu  unosiły  się resztki  jałowej  atmosfery i 
olbrzymi kliper sunął teraz na wysokości dziesięciu kilometrów nad planetą. 
Wszędzie wokół śmigały drobiny kosmicznego śmiecia.
 - Co to takiego ? – zapytałem.
     Maxilla wyostrzył obraz przekazywany przez ekrany kamer. W powierz-
chni   planety   ziała   gigantyczna   rana   długa   na   blisko   tysiąc   kilometrów. 
Szczelina sprawiała wrażenie rysy wydartej w skale jakimś gargantuicznym 
uderzeniem i zagłębiającej się ukośnie w trzewia planety.
 - Sensory nie potrafią zinterpretować odczytów. Czy to może być pozosta-
łość po spadającym meteorze ?
 - Być może, choć musiałby spadać pod bardzo niskim kątem – powiedział 
Aemos.
 - Polecieli dalej czy wlecieli do środka ? – zapytałem.
 - Do środka ? – wykrztusił zdumiony Maxilla.
 - Tak ! Czy mogli wlecieć do środka ?
     Aemos przechylił się nad jednym z serwitorów i zaczął stukać w klawia-
turę najbliższego z pokładowych instrumentów. 
 - Mentalny kilwater urywa się w tym miejscu. Albo heretycka flota została 
w tej lokalizacji całkowicie unicestwiona albo faktycznie zapuściła się w 
głąb szczeliny. 
     Spojrzałem na Maxillę. Kadłub Essene zatrzeszczał jękliwie, zadygotał. 
Światła na mostku przygasły po raz drugi.
 - To statek kosmiczny – powiedział pozornie spokojnym głosem kapitan – 
Nie jest przystosowany do lotów nad ciałami planetarnymi.
 - Wiem o tym – odparłem – Ale ich okręty również. Nieprzyjaciel posiada 
znacznie więcej informacji od nas... i poleciał tam.
     Kręcąc z rezygnacją głową Maxilla skierował swój kliper prosto w cze-
luść gigantycznej wyrwy.

55

background image

     Zdaniem instrumentów pokładowych mroczna szczelina była bezdenna, 
uznałem jednak te odczyty za całkowicie pozbawione sensu. W ciemności 
gdzieś w dole  dostrzec można  było  ciemnoczerwoną  poświatę.  Potworne 
wstrząsy ustały, ale kadłub statku wciąż trzeszczał niepokojący protestując 
przeciwko grawitacyjnym naprężeniom. 
     Odnieśliśmy znienacka wrażenie, że przemieszczamy się wzdłuż jakiejś 
struktury, zaraz potem drugiej, trzeciej. Ekrany zarejestrowały obraz czwar-
tej, nim minęliśmy ją z rozpędu. Była to owalna arkada o średnicy dobrych 
osiemdziesięciu   kilometrów.   Za   nią,   w   głębi   szczeliny,   znajdowały   się 
kolejne. Kiedy przelatywaliśmy przez nie, odniosłem wrażenie podróżowa-
nia w cielsku monstrualnego wieloryba. 
 - Mają kształt wielokątów – zauważył Aemos.
 - I są nieregularne – dodałem.
     Żadna z arkad nie była identyczna, chociaż wszystkie zachowywały cha-
rakterystyczną formę i brak symetrii – kształt natychmiast powiązany przez 
nas z saruthi.
 - To nie mogą być bramy naturalnego pochodzenia – stwierdził Maxilla. 
     Kliper wciąż leciał. Minęliśmy pierwszy tuzin skalnych obręczy, potem 
drugi. 
 - Światło z przodu – zameldował jeden z serwitorów.
     Zza oktagonalnych kręgów połyskiwała ciemnozielona poświata.
 - Lecimy dalej ? – zapytał Maxilla.
     Potwierdziłem kiwnięciem głowy.
 - Wyślij na powierzchnię sondę naprowadzającą – rozkazałem.
         Chwilę później kamera monitorująca rufę klipra pochwyciła  ciemny 
kształt sondy sygnalizacyjnej mknący w górę szczeliny. Światła pozycyjne 
urządzenia migały jeszcze przez chwili w ciemności, zanim znikły w oddali.
     Przelecieliśmy przez ostatnią obręcz. Kolejny silny wstrząs.
     Wpadliśmy prosto w światło - gęste, bladozielone światło.
     Miejsce, w którym się znaleźliśmy nie miało widocznego sklepienia ani 
ścian, chociaż krzycząca desperacko logika  przypominała ustawicznie, że 
przebywamy we wnętrzu planety. Dostrzegałem jedynie zieloną poświatę i 
dywan chmur rozciągniętych pod kliprem.
          Wszelkie   turbulencje   natychmiast   ustały.   Statek   sprawiał   wrażenie 
zastygłego w idealnym bezruchu.

*  *  *  *  *

     Atmosfera w tym zadziwiającym miejscu była rzadka i toksyczna, pełna 
wyziewów amoniaku. Żadna z obecnych na pokładzie klipra osób nie potra-
fiła określić w logiczny sposób źródła wszechobecnej poświaty ani zaska-
kującego   bezruchu   wiszącej   w   powietrzu  Essene.   Zakłopotany   Maxilla 
zauważył  raz jeszcze, że jego jednostka  nie jest przystosowana  do lotów 
atmosferycznych i uzyskanie takiej stabilności  dryfu jest praktycznie nie-
możliwe w zaistniałych warunkach ze względu na silne interferencje pola 
grawitacyjnego planety. 
     Kontrola systemów pokładowych Essene wykazała, że statek szczęśliwie 
przetrwał szaleńczą podróż przez umierający system KCX-1288. Pomimo 
licznych drobnych uszkodzeń zadanym bombardowaniem meteorytów tylko 
dwa systemy nie funkcjonowały poprawnie. Sensory były ślepe, a ich od-
czytom brakowało sensu. Wszystkie pokładowe chronometry z wyjątkiem 
dwóch stały w miejscu, te dwa zaś cofały się w czasie.
     Betancore i Maxilla przestudiowali niedokładne i pełne przekłamań od-
czyty  sensorów i doszli  wspólnie do wniosku,  jakoby  znajdował  się pod 
nami  jakiś  ląd, ukryty   za dywanem  chmur.   Wstępne  szacunki  pozwalały 
określić wysokość pułapu Essene na sześć kilometrów, chociaż brak precy-
zyjnych danych nie gwarantował poprawności tego założenia.
          Nigdzie   nie   dostrzegaliśmy   śladu   heretyków,   lecz   przy  tak   silnych 
zakłóceniach pracy sensorów ich flota mogła wisieć w powietrzu chociażby 
tuż pod nami, poniżej nieprzejrzystej warstwy chmur.

*  *  *  *  *

     Opuściliśmy pokład klipra za pomocą wahadłowca. Cały zespół założył 
próżniowe skafandry wypożyczone z magazynku Maxilli. Razem z Lowin-
kiem, Fischigiem i Aemosem siedziałem w przedziale pasażerskim próbując 
poprawnie założyć wszystkie elementy niewygodnego skafandra. 
     Bequin siedziała w kokpicie razem z Betancore, obserwując nasz lot ku 
mlecznej warstwie chmur. Oboje mieli na sobie takie same kombinezony jak 
reszta zespołu, a dziewczyna upinała właśnie długie włosy, by nie przeszka-
dzały jej w założeniu hełmu. 
 - Udanych łowów, inkwizytorze – w głośniku odezwał się pozostający na 
mostku Essene Maxilla.
 - On będzie tam na dole, prawda ? – zapytała Bequin, a ja z miejsca poją-
łem, kogo ma na myśli. Mandragore.
 - Pewnie tak. On... i cała reszta.

 - Cóż, słyszałeś słowa Pontiusa – odparła.
     Jak mógłbym ich nie pamiętać ? Necroteuch. Nikt nie mógł usłyszeć tej 
nazwy i zaraz jej zapomnieć. Moja towarzyszka poświęciła długie tygodnie 
na wkupienie się w łaski bezcielesnego więźnia, umiejętne odegranie przed 
nim roli wyrachowanej zdrajczyni. Nie byłem do końca przekonany, że jej 
zadanie może  zakończyć   się sukcesem,   ale  włożyła  w  tę  misję  ogromną 
cierpliwość i sporą dawkę pierwszorzędnego aktorstwa. Wiedziałem, że wy-
syłanie jej w pojedynkę  na spotkania z Pontiusem jest ryzykowne.  Prze-
konała mnie, że podoła zadaniu i nie zawiodłem się.
     Necroteuch. Jeśli Pontius Glaw się nie mylił, waga naszej misji znacznie 
wzrastała.   Ileż   czasu   poświęciłem   wcześniej   na   jałowe   rozważania   nad 
motywami ryzykownych działań naszych wrogów, próbując bezskutecznie 
odgadnąć   stojącą   za   tym   spiskiem   siłę   napędową.   Teraz   miałem   już 
odpowiedź. Legendy mówiły, że ostatnia znana kopia tego plugawego dzieła 
została zniszczona tysiące lat temu. Mity jednak kłamały. W zamierzchłej 
przeszłości jakimś nieznanym nam sposobem kopia Necroteuchu przeszła w 
ręce   saruthi.   A   teraz   obcy   zamierzali   sprzedać   ją   heretyckiemu   rodowi 
Glawów.

*  *  *  *  *

         Kiedy wahadłowiec przebił się przez chmury, ujrzałem w dole piasz-
czysty ląd graniczący z bezkresnym zbiornikiem cieczy, który musiał być 
podziemnym morzem. Fale pieniły się na linii brzegowej sięgającej w mych 
szacunkach dobrych stu kilometrów długości. Cały krajobraz skąpany był w 
bladozielonej   poświacie   sączącej   się   z   góry   przez   mglisty   filtr   chmur. 
Podświadomie  wyczuwałem  w  tym   widoku   jakąś  dziwną  miękkość,   roz-
mycie obrazu. Widziana z góry kraina zdawała się nie mieć krańców. Nawet 
morze było jakieś dziwaczne. Patrząc na nie przypomniałem sobie plażę w 
Tralito, na Caelunie II, gdzie odbywałem kiedyś rekonwalescencję po obra-
żeniach odniesionych w starym śledztwie. Niekończące się mile piaszczys-
tych wydm, falujące łagodnie morze, gęste nasycone światłem powietrze.
 - Jak to jest duże ? – zapytałem Midasa.
 - Co ?
 - To... miejsce.
     Wskazał dłonią pokładowe instrumenty.
 - Nie sposób powiedzieć. Sto kilometrów, dwieście... trzysta... tysiąc.
 - Musisz mieć jakieś odczyty.
         Spojrzał na mnie przez ramię, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, 
który zmroził mi krew w żyłach.
 - Sensory mówią, że jest bezkresne. To rzecz jasna nie jest możliwe, toteż 
uważam, że instrumenty sfiksowały. Już im nie ufam.
 - Więc jak lecisz ?
 - Na oko, na instynkt, dzięki schowanemu w nogawce fetyszowi... wybierz 
sobie taką opcję, która najbardziej cię uspokoi.
     Przez blisko dziesięć minut opadaliśmy łagodnym łukiem w stronę plaży 
przecinając przestrzeń ponad ogromną zatoką. Pośród anonimowego krajo-
brazu zaczęły się wyłaniać pierwsze szczegóły otoczenia.
     Rząd wielokątnych obręczy wystawał z powierzchni piasku kilkaset met-
rów od linii brzegu, biegnąc prostopadle do wybrzeża. Każda brama miała 
dobre   pięćdziesiąt   metrów   średnicy   i   we   wszystkim   oprócz   skali   przy-
pominała do złudzenia obręcze wypełniające wnętrze szczeliny, którą dosta-
liśmy się do tego miejsca. Rząd budowli ciągnął się w dal i znikał pośród 
zielonkawej mgły zasnuwającej horyzont. 
 - Lądujemy.

*  *  *  *  *

     Posadziliśmy wahadłowiec na piaszczystej wydmie jakieś pięćset metrów 
od   plaży.   Po  starannym   założeniu   hełmów   wszyscy   wyszli   na   zewnątrz. 
Zielona poświata była znacznie silniejsza niż pierwotnie sądziłem, w błąd 
wprowadziły mnie bowiem przyciemniane szyby w kokpicie statku. Wszys-
cy opuściliśmy pośpiesznie przyłbice antyoślepiaczy.
         Nienawidzę skafandrów próżniowych. Nienawidzę tego uczucia uwię-
zienia, skrępowania, braku swobody ruchów, dźwięku własnego oddechu w 
uszach, sporadycznego trzasku komunikatora. Kombinezon ograniczał zna-
cząco zasięg słuchu, docierał do mnie praktycznie tylko chrzęst deptanego 
piasku. 
      Ruszyliśmy rzędem w stronę plaży. Wszyscy prócz Aemosa mieli przy 
sobie broń.
      Zbiornik faktycznie wyglądał na morze. Zielona woda pieniła się bijąc 
falami w plażę.
 - Płynny amoniak – oświadczył Aemos głosem zniekształconym przez ra-
diokomunikator.
     Odnosiłem wrażenie czegoś dziwnego w oglądanym właśnie pejzażu.
 - Widzisz to ? – zapytał savant.

56

background image

 - Co ? 
 - Fale biegną od strony brzegu.
     Rozszerzyłem ze zdumienia oczy. Faktycznie. Było to tak oczywiste, że z 
miejsca   przegapiłem   to   niezwykłe   zjawisko.   Gęsta   ciecz   nie   uderzała   w 
plażę, ona zdawała się wyłaniać z piasku pośród rozbryzgów białej piany i 
biec falami w głąb bezkresnego morza.
     Było to przerażające, niespotykane, nieakceptowalne. Moja pewność sie-
bie zachwiała się nagle w posadach. Miałem ochotę zedrzeć z siebie budzą-
cy klaustrofobię skafander i wykrzyczeć w niebo sprzeciw. I pewnie bym to 
zrobił, gdyby nie czerwona lampka paląca się na miniaturowym czytniku 
zawartości powietrza przymocowanym do lewego rękawa skafandra. 
      Co takiego opowiedział mi kiedyś Maxilla ? Że saruthi dręczyli człon-
ków załogi Prometheana ? Nie sądziłem, by ten nienaturalny ruch morza był 
dziełem obcych, jakże bowiem mogli dokonać takiej rzeczy – domyślałem 
się   jednak   ogromu   niepokoju   i   dezorientacji   budzonej   tym   widokiem   w 
umysłach przestraszonych ludzi. 
         Fischig i Betancore dotarli do pierwszej bramy. Patrząc w ich stronę 
objąłem po raz pierwszy wyobraźnią monumentalne rozmiary budowli. Obaj 
mężczyźni wyglądali na jej niesymetrycznym tle jak karły. Kolejna brama 
znajdowała   się   jakieś   trzysta   metrów   za   pierwszą,   wszystkie   pozostałe 
dzielił między sobą zbliżony dystans. Z miejsca, w którym stałem mogłem 
stwierdzić, że każda brama była na swój sposób unikalna pod względem 
długości  boków   i stopnia  rozwarcia  kątów  tworzących  obręcz,  wszystkie 
jednak miały identyczne rozmiary i proporcje.
     Bequin klęczała na plaży rozgarniając rękawicami piasek. Wiedziona ko-
biecą intuicją odkryła najbardziej frapującą niespodziankę.
         Kilka centymetrów pod powierzchnią piasku znajdowała się warstwa 
płytek. Ściśle przylegających do siebie płytek o nieregularnych kształtach, 
identycznych   jak   te   widziane   przez   nas   w   North   Qualm.   Również   tutaj 
anonimowy  budowniczy ułożył  je w niezrozumiały dla ludzkiego umysłu 
sposób pomimo niesymetrycznych kształtów. 
         Im więcej płytek dziewczyna odkopywała, tym bardziej gorączkowo 
grzebała w piasku.
  -   Przestań   –   powiedziałem   –   Dla   naszego   własnego   dobra   nie   próbuj 
sprawdzać, czy cała plaża jest wyłożona płytami.
 - Czy to wszystko... czy to może być sztucznym tworem ? – zapytała.
 - Wykluczone – odparł Aemos – Prawdopodobnie płytki i bramy są pozo-
stałością po jakiejś starej budowli, dawno temu porzuconej, później pewnie 
wielokrotnie zalewanej i przysypanej piaskiem z powodu... z powodu...
     W głosie savanta nie było śladu przekonania.
     Podszedłem do Fischiga i Betancore, stanąłem przy nich zadzierając gło-
wę i mierząc wzrokiem bramę. Obręcz wykonano z tego samego niezna-
nego nam metalu, który mieliśmy okazję zobaczyć na Damasku.
 - Co teraz zrobimy ? – zapytał Fischig.
 - Nie lubię oczywistych stwierdzeń – powiedział Aemos – ale ostatnim ra-
zem podróż przez takie obręcze doprowadziła Essene do tej przystani. Czy 
możemy przyjąć założenie, iż tutaj budowle te spełniają taką samą rolę ?
     Wkroczyłem w cień rzucany przez masywną metalową konstukcję.
 - Chodźcie – powiedziałem.

*  *  *  *  *

         Maszerowaliśmy  przez czas, który  wstępnie  oszacowałem  na jakieś 
dwadzieścia   minut.   Przypuszczalnie.   Wszystkie   przenośne   chronometry 
stały w miejscu. Po kilku pierwszych minutach marszu pochwyciłem słu-
chem odległy, powtarzający się dźwięk: rytmiczny, balansujący na krawędzi 
ludzkiego zmysłu słuchu huk przywodzący na myśl echo grzmotu, dobie-
gający gdzieś znad morza. Takie przynajmniej odnosiłem wrażenie. Dźwięk 
powtarzał   się   co   minutę.   Dzieliły   go   długie   odstępy   ciszy   i   za   każdym 
razem, gdy nabieraliśmy już przekonania, że usłyszeliśmy go ostatni raz, 
dobiegał nas ponownie. Wyczuwaliśmy go podświadomie nawet po wyłą-
czeniu zewnętrznych mikrofonów.
 - Słyszysz to ? – otworzyłem kanał komunikacyjny do Maxilli.
     W głośniku rozległa się seria suchych trzasków, nie padła jednak natych-
miastowa odpowiedź. Kiedy już na dobre zaniepokoiłem się tym  milcze-
niem, wzmacniacz eksplodował dźwiękiem. Usłyszałem głos Maxilli.
  - ...jak każesz, Gregorze, ale to nie będzie łatwe. Powtórz ponownie... co 
takiego mówiłeś o Fischigu ?
  - Maxilla ! Zgłoś się ! – wrzasnąłem, lecz mój krzyk zlał się w jedno z 
głosem wciąż mówiącego kapitana. On wcale mi nie odpowiadał, odbiera-
łem jedynie radiowy przekaz. Poczułem lodowaty dreszcz strachu.
     Komunikator wypełniły statyczne trzaski.
 - Powiedz Alizebeth, że się z nią zgadzam ! Ha !
     Połączenie zostało zerwane. 
     Spojrzałem na towarzyszy. Ich ledwie widoczne pod brązowymi przyłbi-
cami twarze były blade i przestraszone.

 - Co... co to takiego było ? – wymamrotałem zdezorientowany.
  - Echo ? – wyszeptał Aemos – Jakiś fragment radiowej transmisji odbity 
wskutek magnetycznych anomalii i...
 - Nigdy nie prowadziliśmy takiej rozmowy !
         Kolejny stłumiony grzmot przetoczył się ponad piaszczystym wybrze-
żem.

*  *  *  *  *

     Po czasie, który w myślach oszacowałem właśnie na dwadzieścia minut, 
cała grupa przeszła pod ostatnią w ciągu konstrukcji bramą. Zatrzymaliśmy 
się   niepewni   dalszych   działań.   Kraina   zaczynała   zmieniać   swój   wygląd, 
pustynia przechodziła z wolna w pagórki i niskie wzgórza. Wokół zrobiło 
się   mroczniej,   bardziej   odstręczająco.   Szmaragdowa   poświata   osłabła,   a 
ciemnozielone światło zlewało się z pasem czerni wiszącym nad położo-
nymi w głębi krajobrazu górami.
 - Ale... było ich więcej w rzędzie ! – zawołał nagle Fischig – Więcej bram !
     Miał rację. Cały ciąg obręczy zniknął bez śladu, kiedy przeszliśmy przez 
ostatnią.   Cofnąłem   się  pośpiesznie   w  tył   mając   nadzieję,   że  po   przekro-
czeniu niewidzialnej teraz bramy wszystkie metalowe budowle pojawią się 
ponownie   przed   naszymi   oczami.   Nic   takiego   się   nie   stało.   Rytmiczny 
grzmot nie ustawał.
      Ruszyliśmy w stronę wzgórz. W komunikatorach przybrały na sile sta-
tyczne trzaski i piski zakłóceń.
  - Transmisje – oświadczył Lowink kręcąc przez chwilę podziałką swego 
urządzenia – Nie mogę namierzyć czystego pasma, ale i tak są kodowane. 
Szyfr wojskowy. Sygnały wychodzące i przychodzące.
     Nasi uciekinierzy.
 - Patrzcie ! – syknął Betancore oglądając się przez ramię za siebie. Ponad 
plażą,   tuż   pod   chmurami,   wisiały   nieruchomo   w   powietrzu   trzy   ciemne 
kształty.  Dwie imperialne  fregaty i stary frachtowiec  o niestandardowym 
wyglądzie. 
 - Jak mogliśmy ich przeoczyć podchodząc do lądowania ?
 - Nie wiem, Midasie. Niczego już nie jestem pewien.
      Odwracając się w stronę reszty zespołu dostrzegłem Aemosa odpinają-
cego zaczepy hełmu.
 - Aemos !
  - Uspokój  się – powiedział savant odkrywając swą starczą łysą czaszkę. 
Wystawiając   na   zewnątrz   obramowaną   wysokim   kołnierzem   skafandra 
głowę analityk przypominał mi żółwia wyciągającego pomarszczony nos ze 
skorupy.  Podniósł  swą lewą rękę i pokazał mi  czytnik  składu  atmosfery. 
Świeciła na nim zielona lampka.
 - Perfekcyjne dla ludzi powietrze – powiedział – Trochę zimne i sterylne, 
ale poza tym perfekcyjne.
     Wszyscy odpięliśmy zatrzaski własnych hełmów zdejmując je pośpiesz-
nie z głów. Chłodne powietrze szczypało nieco skórę, ale nie zważałem na 
to szczęśliwy z powodu odzyskania większego pola widzenia. W powietrzu 
nie sposób było wychwycić żadnego specyficznego zapachu, nawet odoru 
amoniaku.
     Pomogliśmy sobie nawzajem zamocować hełmy na uchwytach przycze-
pionych do ramion. Dźwięk grzmotu był teraz cichszy i bardziej stłumiony – 
najwyraźniej ciasna przestrzeń wewnątrz hełmów wzmacniała go poprzez 
rezonans.   Słyszeliśmy   wzajemnie   swe   kroki   i   oddechy,   szum   oceanu. 
Wciągnąłem w nozdrza zapach perfum Bequin. Podziałał na mnie w bardzo 
odprężający sposób.
     Poprowadziłem grupę w głąb krainy wspinając się ostrożnie na pierwsze 
stoki wzgórz. Teraz, uwolniony już od niewygodnego hełmu, pojąłem, że 
czas   naszego   marszu   przez   wydmy   nie   był   uzależniony   wyłącznie   od 
nieporęcznych skafandrów. Z trudem potrafiłem określić jakikolwiek mie-
rzony okiem dystans. Wciąż czułem się zdezorientowany i niespokojny. To 
miejsce miało w sobie dziwaczną odpychającą aurę.

*  *  *  *  *

     Wpadliśmy na nich znienacka, jedynym ostrzeżeniem był nagły wybuch 
aktywności komunikatorów. Wszystkie odbiorniki zaczęły pracować jedno-
cześnie.
 - Biegiem ! Szybciej ! Segment drugi !
 - Gdzie jesteście ? Gdzie jesteście ?
 - Ubezpieczenie lewej flanki ! To jest rozkaz ! Ubezpieczyć lewą flankę !
 - Są za mną ! Są za mną i...
     Przenikliwy radiowy szum.
     Z przodu, na stromych zboczach górskiego pasma, pojawili się zbiegają-
cy w dół wzniesienia żołnierze. Imperialni gwardziści w złotoczerwonych 
pancerzach osobistych. Gudruniccy strzelcy.
  - Kryć się ! – poleciłem i wszyscy padliśmy na brzuchy chowając się za 

grzbietem jednego z pagórków. Szczęknęła odbezpieczana broń.

57

background image

grzbietem jednego z pagórków. Szczęknęła odbezpieczana broń.
     Żołnierzy było sześćdziesięciu, może nieco więcej. Biegli w chaotyczny 
sposób, pozbawiony jakiegokolwiek porządku. Uciekali. Jakiś oficer w ich 
szeregach wymachiwał rękami i wołał coś głośno, ale był otwarcie ignoro-
wany. Wielu gubiło po drodze hełmy i karabiny, potykało się i przewracało 
na kamieniach. 
      Chwilę później na szczycie pasma pojawili się ich prześladowcy. Trzy 
czarne opancerzone ślizgacze w barwach oddziałów bezpieczeństwa mary-
narki wystrzeliły zza wzniesienia, a w ślad za nimi pojawiło się trzydziestu 
komandosów w charakterystycznych czarnych pancerzach osobistych. Szli 
w zdyscyplinowanej formacji, beznamiętnie strzelając z ciężkich laserów w 
plecy uciekających żołnierzy. Ślizgacze zanurkowały lekko otwierając ogień 
z   pokładowych   karabinów   maszynowych.   W   powietrzu   rozprysły   się 
kawałki skał i rozdarta pociskami ludzka tkanka. Sekundę później wszystkie 
trzy   maszyny   przeleciały   nad   naszymi   głowami   tak   nisko,   że   mógłbym 
chyba sięgnąć ich brzuchów wyciągniętą dłonią. Pomknęły w stronę morza 
nabierając wysokości i zawracając w celu wykonania kolejnego podejścia.
     Niektórzy Gudrunici odpowiedzieli ogniem i jeden z komandosów upadł 
na plecy znikając za grzbietem wzgórza. Lecz w rozpaczliwie stawianym 
oporze nie było żadnej koordynacji działań.
 - Co za piekło ! Dalej się chowamy ? – wysyczała przez zęby Bequin.
 - Lada moment do nas dojdą – zauważył Fischig otwierając zamek swego 
karabinu i poprawiając amunicyjną taśmę.
     Rozgrywające się na mych oczach sceny były przerażające, a ja sam od 
czasu   incydentu   na  Essene  żywiłem   głęboki   uraz   do   noszących   czarne 
ubiory komandosów.
     Wciąż się wahałem...
     Wyjąłem z kabury swój ciężki automat i podałem go Aemosowi. Potem 
odczepiłem   od   plecaka   przytroczony   do   niego   laserowy   karabin.   Bequin 
trzymała już w rękach dwa swoje pistolety. Lowink miał drugi karabin, a 
Midas glaviański sztucer igłowy.
  -   Uważajcie   na   gwardzistów   –   poleciłem   –   Zrób,   co   w   twoich   siłach, 
Aemos. Midas, ślizgacze się do nas zbliżają.
         Poczołgaliśmy się kawałek do przodu i zaczęliśmy strzelać. Karabin 
maszynowy   Fischiga   przestębnował   grzbiet   zajętego   przez   komandosów 
wzgórza, po czym ściął ciężkimi  pociskami trzech z nich. Broń Lowinka 
zaczęła  trzaskać  rytmicznie,  dołączył  do  niej  huk  wystrzałów  z  pistoletu 
Aemosa.
      Bequin wyczyniała istne cuda. Na ćwiczenia z bronią palną poświęciła 
spory wycinek trzydziestotygodniowej podróży, a Betancore nie szczędził 
wysiłków doskonaląc jej strzeleckie umiejętności. Trzymając w każdej dłoni 
laserowy   pistolet   wykrzyczała   jakiś   niezrozumiały   okrzyk   bitewny   i 
wypaliła z obu luf zabijając na miejscu dwóch zaskoczonych komandosów.
         Żołnierze oddziałów bezpieczeństwa przerwali swój morderczy marsz 
pojmując,   że   sytuacja   uległa   znienacka   poważnej   zmianie.   Rozproszeni 
Gudrunici przypadli na chwilę do ziemi, część z nich poszła w ślady oficera 
i zaczęła razić strzałami ze swej broni grzbiet wzgórza. Na to właśnie w głę-
bi ducha liczyłem. Moja grupa nie mogła samotnie stawić czoła tak dużemu 
oddziałowi komandosów. Od początku zakładałem, że nasza nieoczekiwana 
interwencja podniesie morale gwardzistów.
     Wciąż jednak spora ich część kontynuowała paniczną ucieczkę.
     Wściekła wymiana ognia rozpaliła światłem przestrzeń pomiędzy grzbie-
tem wzgórza zajętego przez żołnierzy służb bezpieczeństwa,  a jego pod-
stawą,  u   której   leżeli   na   brzuchach  gudruniccy  gwardziści.   Lowink,   Fis-
chig,   Aemos   i   Bequin   poderwali   się   na   nogi   i   zaczęli   biec   w   kierunku 
żołnierzy Gwardii strzelając w ruchu z bioder. 
     Ślizgacze spadły na pole walki siejąc na wszystkie strony strumieniami 
pocisków.
     Betancore przypadł na jedno kolano, przyłożył do ramienia swój sztucer i 
pociągnął za spust. Rzadko spotykana  broń  o długiej  inkrustowanej  lufie 
wydała z siebie przeciągły szczęk. Seria nabojów o wybuchowych szpicach 
przebiła spód jednego z nadlatujących ślizgaczy. Ciężka maszyna eksplodo-
wała w powietrzu.
     Płonące metalowe szczątki posypały się gradem na skaliste pagórki.
     Pochwyciłem w celownik drugi ślizgacz. Maszyna weszła w ciasny skręt 
zawracając w kieunku naszych pozycji, toteż jej pilot musiał zredukować 
prędkość pojazdu. Wystrzeliwane z mojej broni wiązki energii mijały cel w 
locie lub gasły nieszkodliwie na jego opancerzonym kadłubie. Podwieszone 
pod kabiną pilota działko zaczęło pluć ogniem wyrywając w ziemi  ścieg 
obłoczków pędzących prosto na mnie. W tym samym momencie przestrze-
liłem hełm pilota pośrodku przyłbicy.
     Nie przerywając ognia ślizgacz załamał gwałtownie lot i uderzył w zie-
mię jakieś pięćdziesiąt metrów za moimi plecami. Odbił się od skał z hu-
kiem dartego metalu, poleciał łukiem w niebo i runął prosto w przybrzeżne 
fale, wzbijając w górę fontannę szmaragdowej cieczy.
     Trzeci ślizgacz przemknął nad zagłębieniem terenu uśmiercając ogniem z 

bro

broni pokładowej sześciu próbujących przed nim uciec gwardzistów. Midas 
nie odrywał swego sztucera od ramienia. Strzelił raz w chwili, gdy pojazd 
śmigał nad naszymi głowami, ale chybił. Wypalił ponownie, tym razem tra-
fiając gdzieś w okolice sekcji napędowej ślizgacza.
     Maszyna poleciała prosto przed siebie. Nad plażę. Nad morze. Nie mia-
łem pojęcia, co właściwie ugodził  pocisk Midasa: pilota czy może układ 
sterowniczy. Ślizgacz odleciał w stronę stykającego się z morzem widno-
kręgu i po chwili zniknął z naszych oczu.
      Parliśmy w górę wzniesienia, mając po obu stronach Gudrunitów. Żoł-
nierze byli brudni i obdarci, żaden z nich nie miał więcej niż dwadzieścia 
pięć lat. Widząc zarówno nas jak i efekty naszej kanonady gwardziści zaczę-
li krzyczeć radośnie, być może uważając, iż jesteśmy częścią większej grupy 
ratunkowej.
      U szczytu wzniesienia walczyło zaciekle kilku ostatnich komandosów. 
Fischig rzucił się w górę stoku strzelając ogniem ciągłym, tuż za nim biegł 
tuzin żołnierzy żądnych rozprawy ze swymi niedawnymi dręczycielami.
      Walka trwała jeszcze dwie minuty. Fischig stracił dwóch nowych pod-
opiecznych, ale nie pozwolił ujść z życiem żadnemu członkowi służb bez-
pieczeństwa   marynarki.   Wymiar   sprawiedliwości   pozbawił   naszą   armię 
wyśmienitego oficera liniowego, przyznałem w myślach z uznaniem.
      Odszukałem gudrunickiego oficera pośród siadających wprost na ziemi 
gwardzistów. Wszyscy byli śmiertelnie wyczerpani. Niektórzy płakali, ża-
den zaś nie próbował ukrywać lęku. Kłęby dymu wciąż unosiły się na po-
bojowisku tkwiąc w miejscu z powodu całkowicie bezwietrznej pogody.
     Dowódca grupy, mężczyzna w randze sierżanta, nie był wcale starszy od 
reszty żołnierzy. Próbował najwyraźniej zapuścić brodę, ale na razie efekty 
tego zabiegu były mizerne. Zasalutował mi, zanim jeszcze zdążyłem wyjąć 
swoją odznakę. Widząc ją runął na kolana.
 - Wstań natychmiast.
     Usłuchał bez wahania.
 - Inkwizytor Eisenhorn. Kim jesteś ?
 - Sierżant Enil Jeruss, drugi batalion, Pięćdziesiąty gudrunickich strzelców. 
Sir, czy flota jest już tutaj ? Czy nas odnaleźli ?
     Uniosłem dłoń przerywając potok jego pytań.
 - Zapoznaj mnie z przebiegiem wydarzeń, szybko i zwięźle.
 - Nie chcieliśmy brać w tym udziału. Zaokrętowano nas na fregatę Exalted i 
kazano czekać na odlot z systemu. Kiedy opuściliśmy wysoką orbitę Gud-
run, kapitan poinformował wszystkich, że planeta została zajęta przez nie-
przyjaciela i musimy natychmiast zmienić lokację.
 - Kapitan ?
 - Kapitan Estrum, sir.
 - Co było potem ?
 - Trzydzieści tygodni w tranzycie do tego miejsca. W momencie przylotu 
do tego systemu podejrzewaliśmy już, że coś jest nie tak. Zaczęły się protes-
ty i żądania wyjaśnienia całej sytuacji. Dowództwo uznało nasze wystąpie-
nia za bunt, kilkanaście osób zostało rozstrzelanych. Mieliśmy wykonać roz-
kazy albo zginąć.
 - Niewielki wybór.
     Potrząsnął z goryczą głową.
 - Owszem, sir. Dlatego właśnie próbowałem wyciągnąć stąd swoich ludzi. 
Uciekliśmy krótko po dotarciu na miejsce, kiedy tamci byli zajęci. Poszli za 
nami jak na polowanie. 
 - Gdzie was zaprowadzono ?
     Wskazał ręką za siebie, w głąb wzgórz.
 - W ciemność – powiedział.
 - Opowiedz mi, co tam widziałeś – poleciłem.

58

background image

Rozdział XIX

Raport Jerussa.
Na płaskowyżu.

Prawdziwa sprawa.

      - Nie wiem nawet, na jakim jesteśmy świecie – powiedział sierżant Je-
russ – Nic nie chcieli nam powiedzieć. Ale lot tutaj był ciężki, za to mogę 
ręczyć.
 - O ile mi wiadomo, system ten nie ma żadnej oficjalnej nazwy. Mów dalej.
 - Wysłano nas z pokładu fregaty na plażę w charakterze eskorty dla grupy 
dowódców ekspedycji. 
 - Jak silnej eskorty ?
 - Ponad stu żołnierzy oddziałów bezpieczeństwa marynarki i jakieś trzy set-
ki gwardzistów.
 - Pojazdy ?
  - Ślizgacze antygrawitacyjne  i dwa ciężkie  transportery opancerzone  do 
przewozu ładunku i osób kierujących całą akcją.
 - Co o nich wiesz ?
  - Na temat ładunku nic – wzruszył ramionami – W skład grupy wchodzą 
kapitan Estrum i lord Glaw, bardzo znany dostojnik z mojej macierzystej 
planety.
 - Znam go. Kto jeszcze ?
 - Jacyś obcy ludzie: gwiezdny kupiec, kapłan Eklezjarchii oraz wielki prze-
rażający wojownik, którego pozostali cały czas starali się trzymać z dala od 
naszych żołnierzy.
     Mandragore, nie miałem w tym względzie żadnych złudzeń. Oraz Dazzo 
i Locke. Rdzeń grupy spiskowców.
 - Co było potem ?
     Jeruss wskazał dłonią mroczne stoki wyższych partii wzgórz.
 - Udaliśmy się w głąb tej krainy. Na mój rozum dowódcy doskonale wie-
dzieli, gdzie mają się kierować. Otoczenie zmieniało się w trakcie podróży, 
robiło się cieplej i ciemniej. I trudno było oszacować drogę, jakby...
 - Jakby ?
 - Nie potrafiliśmy określić pokonanego dystansu. Czasami poruszaliśmy się 
tak wolno jakby droga wiodła przez roztopiony wosk, czasami musieliśmy 
siłą zwalniać krok. Niektórzy ludzie wpadali w panikę. Znaleźliśmy poly-
gony, takie same jak te na plaży.
     Mianem polygonów określił bez wątpienia niesymetryczne bramy.
 - Były ich tam całe rzędy, ciągnące się w głąb gór. Wszystkie tak dziwacz-
ne w swej budowie, że głowa bolała od samego na nie patrzenia. Odnosiłem 
wrażenie, że zmieniają swe kształty w trakcie upływu czasu.
 - Co rozumiesz pod pojęciem „dziwaczne” ?
  - Sir, nie uczęszczałem do szkoły oficerskiej, ale jestem wykształconym 
człowiekiem i znam podstawowe zasady geometrii. Suma kątów w bramach 
się nie zgadzała, ale przecież wszystkie tam stały, prawda ? 
     Zdjęty zimnym lękiem wspomniałem słowa Maxilli mówiące o dziwnych 
kątach oraz oglądaną wielokrotnie kamienną tablicę wywiezioną z Damas-
ku.
  - Poszliśmy wzdłuż takiego traktu, przechodząc od czasu do czasu przez 
polygony. Kapłan Eklezjarchii i wolny kupiec zdawali się znać drogę. Był z 
nimi jeszcze jeden człowiek, przypominający inżyniera.
 - Szczupła budowa ciała ? Niebieskie oczy ?
 - Tak.
  - Nazywa się Malahite. Czy ten człowiek brał udział w wytyczaniu trasy 
waszej podróży ?
 - Owszem, pozostali kilkakrotnie coś z nim konsultowali. W końcu dotarliś-
my do płaskowyżu. Wielka wyżyna, szeroka, obramowana ostrymi zbocza-
mi gór... sztuczna. Cały płaskowyż okazał się wyłożony metalowymi płyt-
kami, które... – spróbował gestami rąk nakreślić w powietrzu ich kształt, ale 
zaraz poddał się z dreszczem niepokoju i zmieszania.
 - Dalsze polygony przeczące prawom matematyki ?
     Sierżant roześmiał się krótko, nerwowo.
 - Tak. Płaskowyż jest naprawdę rozległy. Czekaliśmy tam przez długi czas, 
żołnierze na obrzeżach, przywódcy i pojazdy pośrodku. 
 - Co potem ?
 - Czekaliśmy tam chyba całe godziny, chociaż nie sposób tego potwierdzić, 
bo wszystkie chronometry się zawiesiły.  Potem zaczęła się kłótnia.  Lord 
Glaw posprzeczał się z pozostałymi cywilami. Uznałem to za szansę, kaza-
łem przygotować  się ludziom.  Było nas prawie dziewięćdziesięciu, goto-
wych przy najbliższej sposobności dać nogę. Wszyscy pozostali gapili się na 
kłótnię. Wielki wojownik... zmiłuj się, boski Imperatorze... on zaczął krzy-
czeć na resztę grupy. Myślę, że to właśnie jego głos przełamał nasze waha-
nie. Odskakiwaliśmy po dwóch, trzech jednocześnie, z tylnych szeregów, w 

dół

płaskowyżu i dalej przed siebie, drogą powrotną na plażę. 
 - A oni odkryli waszą ucieczkę.
 - W końcu tak. I ruszyli za nami, na polowanie. Resztę już pan zna.
     Odczekałem kilka chwil dając sierżantowi czas na otrząśnięcie się z przy-
krych wspomnień, potem zwołałem gwardzistów nakazując im podejść bli-
żej. Przy życiu pozostało około trzydziestu sprawnych fizycznie strzelców, 
dalszych kilku było rannych. Wszyscy sprawiali wrażenie śmiertelnie prze-
rażonych. Aemos natychmiast zajął się opatrywaniem rannych.
     Chrząknąłem znacząco i przemówiłem do obserwującej mnie w milcze-
niu publiki.
 - Sprzeciwiając się swym oficerom i przywódcom okazaliście lojalność wo-
bec Imperatora. Ludzie odpowiedzialni  za wasz pobyt  w tym  miejscu są 
heretykami, a ich misja ma charakter kryminalny. Przybyłem tutaj, by ich 
powstrzymać. Nie mogę zagwarantować bezpieczeństwa nikomu, kto zde-
cyduje się mi pomóc, ale potraktuję każdą taką inicjatywę jako gest poświę-
cenia dla Złotego Tronu. Imperator potrzebuje waszej pomocy, tutaj, teraz. 
Jeśli prawdziwe były przysięgi lojalności składane przez was dniu zaciągu 
do Gwardii, nie będziecie się wahali przed podjęciem właściwej decyzji. Nie 
istnieje ważniejsza bitwa, w której moglibyście poświęcić swe życia.
         Dzikie przestraszone twarze patrzyły na mnie rozszerzonymi oczami. 
Przez grupę przebiegł zdławiony pomruk aprobaty, ale świadom byłem fak-
tu, że stoję przed niedoświadczonymi młodymi ludźmi, rzuconymi znienac-
ka i wbrew swej woli w otchłań szaleństwa.
 - Umocnijcie się w duchu i wiedzcie, że Imperator jest z wami. Nie prze-
sadzę, jeśli powiem, że przyszłość leży w naszych rękach.
         Kolejny pomruk aprobaty. Ci ludzie nie byli tchórzami, potrzebowali 
jedynie zachęty i celu, dla którego gotowi byliby przelać krew.
         Szepnąłem przez ramię do Fischiga. Oficer śledczy postąpił krok do 
przodu i czystym głosem zaczął śpiewać Imperialne Credo oraz Psalm Po-
słuszeństwa, pieśni doskonale znane każdemu dziecku w Imperium. Gud-
runici podjęli ochoczo słowa. Ten prosty zabieg najwyraźniej silnie wzmoc-
nił morale gwardzistów. 
     Dudniący dźwięk wciąż przebiegał ponad plażą.
      Z pomocą Betancore pozbierałem broń i ekwipunek zabitych. Zgroma-
dziliśmy dostatecznie dużo broni, by każdy członek oddziału miał zwykły 
lub ciężki laser. Zdołałem także złożyć z różnych części ubiorów trzy komp-
letne i nienaruszone pancerze osobiste służb bezpieczeństwa marynarki. 
         Zdjąłem swój niewygodny skafander próżniowy i założyłem w jego 
miejsce lśniący czarny pancerz. Midas próbował zrobić to samo, ale okazał 
się zbyt szczupły, by wiarygodnie wyglądać w tym stroju. Wszyscy koman-
dosi byli rosłymi mężczyznami.
      Wbiliśmy w pancerz Fischiga, a nie chcąc zmarnować trzeciego komp-
letu wybrałem spośród Gudrunitów mocno zbudowanego kaprala o nazwis-
ku Twane.
  - Jaki jest gudrunicki kanał dowodzenia ? – zapytałem Jerussa ustawiając 
parametry pracy komunikatora wbudowanego w hełm.
 - Beta phi beta.
 - Spośród gwardzistów znajdujących się na płaskowyżu, ilu może stanąć po 
naszej stronie ?
  - Wszyscy Gudrunici, tak mi się przynajmniej wydaje. Z całą pewnością 
jednostka sierżanta Creddona.
 - Twoim zadaniem będzie przeciągnięcie ich do nas po rozpoczęciu akcji. 
Dam ci w odpowiednim czasie sygnał.
     Skinął potakująco głową.
         Zostawiliśmy rannych zatroszczywszy się uprzednio o względną ich 
wygodę, po czym cała grupa ruszyła w głąb mrocznych gór.

*  *  *  *  *

         Zgodnie z zapowiedzią Jerussa wkrótce zrobiło się gorąco i ciemno. 
Obcisły czarny pancerz komandosów miał wbudowany system chłodzenia, 
ale   niewiele   to   pomagało.   Dokuczała   nam   także   nienaturalna   aura   tego 
miejsca. Dziwnie się podróżowało musząc w niektórych miejscach przyśpie-
szać niemal do biegu, aby utrzymać zwykłe marszowe tempo. 
         Dotarliśmy do pierwszej bramy. Jeruss objął prowadzenie, chociaż na 
dobrą sprawę mogliśmy pójść przodem sami, bo w rdzawej ziemi głęboko 
odcisnęły się koleiny ciężkich pojazdów i ślady ludzkich butów. 
      Droga wiodła przez skupisko stromych wzgórz, ponurych i nieprzyjaz-
nych. W zasięgu naszego wzroku biegło wiele rzędów bram, niektóre z nich 
wyraźnie niszczały i rozsypywały się powoli. Szybko straciłem orientację w 
terenie.   Często   odnosiłem   wrażenie,   że   przechodząc   przez   jedną   obręcz 
wychodziliśmy w zupełnie innym rzędzie bram. Ślady konwoju były wy-
raźne i czytelne, ale zdawały się kluczyć w miejscu w chaotyczny sposób. 
Same bramy też budziły niepokój obserwatorów, gdyż zgodnie ze słowami 
Jerussa przeczyły swym kształtem prawom geometrii.
  - Myślę – powiedział do mnie cicho idący z boku Aemos – że ten brak 

symetrii

59

background image

symetrii występuje w każdej dziedzinie i każdym wymiarze.
 - Co masz na myśli ?
  - W trzech widzialnych  wymiarach oraz w czwartym:  czasie. Wszystko 
ulega zniekształceniu. Być może jest to jakiś efekt uboczny, być może roz-
myślnie zaprojektowana forma psychicznego dręczenia ludzi, a może... nie 
wiem. To dlatego wszystko tutaj jest takie dziwne i nie dające się zaakcep-
tować przez ludzki umysł.

*  *  *  *  *

         Dotarliśmy w końcu do miejsca, które Jeruss nazywał płaskowyżem. 
Była to idealnie gładka górska wyżyna mająca blisko kilometr długości i 
szerokości, pieczołowicie wyłożona niesymetrycznymi metalowymi płytka-
mi   drwiącymi  niemo  z  ludzkich  praw matematycznych.   Wszędzie wokół 
wystrzeliwały w niebo ostre szczyty i brązowe grzbiety przeskoków. Niebo 
było ciemne i mógłbym przysiąc, że dostrzegałem na nim blask gwiazd.
         Po naszej stronie płaskowyżu kilkuset żołnierzy siedziało na ziemi w 
luźny półokręgu, czekając na coś nerwowo. Wyczuwałem doskonale napię-
cie tych ludzi. Ponad połowę tłumu tworzyli Gudrunici, reszta składała się z 
komandosów marynarki. Mniejsze grupy wojskowych stały w zdyscyplino-
wanych   szeregach   nieco   bliżej   środka   płaskowyżu,   ubezpieczając   dwa 
ciężkie transportery kołowe i dwa puste zaparkowane na ziemi ślizgacze. Na 
płytkach wznosiła się piramida złożona z wyładowanych skrzynek pełnych 
kamiennych tablic.
     Po przeciwnej stronie płaskowyżu rząd bram biegł w ciemność górskich 
wąwozów.
     Ukryliśmy się wśród skał oczekując dalszego rozwoju sytuacji.

*  *  *  *  *

     Po dłuższym okresie wyczekiwania na drugim krańcu wyżyny dostrzeg-
łem jakiś ruch. Jakieś postacie wyszły przez bramę. Nawet z tej odległości 
rozpoznałem bez trudu charakterystyczne sylwetki  Dazzo i Malahite oraz 
czterech towarzyszących im żołnierzy służb bezpieczeństwa. Wszyscy szli 
żwawym krokiem machając rękami w stronę transporterów. Wszędzie wo-
kół wojskowi podrywali się na nogi z pełnym niepokoju ożywieniem.
     W bramie pojawiły się inne kształty. W pierwszej chwili nie można było 
o nich nic konkretnego powiedzieć: szare, połyskliwe kształty w niczym nie 
przypominające ludzkiej postaci i poruszające się w pozornie niemożliwy do 
skopiowania sposób.
     Odpiąłem od pasa swą lornetę, starannie ustawiłem pokrętła.
     I po raz pierwszy w życiu ujrzałem saruthi.
     Było ich dziewięć, a przynajmniej tyle zliczyłem. Przywiodły mi na myśl 
pająki, ale takie porównanie na dłuższą metę było zbyt ogólnikowe i nie-
wystarczające. Z ich opasłych szarych cielsk wyrastało pięć kończyn o tak 
rozmieszczonych stawach, że główne kolana tych istot znajdowały się po-
wyżej   korpusu.   Nie   dostrzegałem   żadnej   symetrii   w   kształcie   nóg,   ani 
sposobie poruszania się obcych. Stawiane przez nich kroki sprawiały wra-
żenie całkowicie  chaotycznych  i pozbawionych  sensu, od  samego  na nie 
patrzenia zaczynała boleć głowa. Każda kończyna wspierała się na wyko-
nanym   z  lśniącego   srebra   długim   szpicu   trzymanym   przez  palce   saruthi, 
dzięki czemu stwory unosiły się dodatkowy metr ponad powierzchnią ziemi. 
Metalowe   końcówki   szpiców   uderzały   z   głośnym   trzaskiem   w   płytki, 
słyszanym  przeze mnie   pomimo  dzielącego  nas  dystansu.  Głowy   obcych 
były obłe, wznosiły się na mięsistych giętkich szyjach. Podłużne czaszki nie 
posiadały żadnych gałek ocznych ani jam gębowych, chociaż dostrzegałem 
w   kilku   miejscach   okolone   wibrysami   otwory,   prawdopodobnie   nozdrza. 
Rozmieszczenie tych otworów było równie niesymetryczne jak w przypadku 
innych kształtów obcych, a same głowy wyrastały na skraju korpusu, nie zaś 
pośrodku.
     Były to odrażające, brzydkie potwory. Każda kreatura dwukrotnie prze-
wyższała wzrostem człowieka: masywna bryła błyszczącego szarego mięsa.
         Krzyki i westchnienia szoku przebiegły falą przez zgromadzonych na 
płaskowyżu żołnierzy. Kilkunastu z nich nie wytrzymało tego potwornego 
widoku – odwrócili się i uciekli w góry, drąc z głowy włosy i zawodząc sza-
leńczo.
     Dziewięć saruthi z klekotem nóg wydostało się spod bramy i ruszyło na 
środek wyżyny,  tworząc półokrąg przed Dazzo i Malahite. Oberon Glaw, 
Gorgone Locke, Estrum i Mandragore wysiedli z transporterów podchodząc 
pośpiesznie do swych towarzyszy.
     Muszę wyznać szczerze, że byłem w tym momencie równie przerażony, 
co  moi   współpracownicy.   Ujrzałem   na   własne   oczy  bluźnierstwo   wobec 
praw   natury,   co   jako   purytaninem   mocno   mną   wstrząsnęło.   Lecz   teraz 
muszę przyznać obiektywnie, że saruthi byli też budzącymi respekt stwora-
mi, niemalże na swój sposób majestatycznymi.
     Moje przerażenie zrodziło się w zdezorientowanej nienaturalnym otocze- 

aa

niem świadomości. Podobnie jak w przypadku badanego przez nas podziem-
nego świata, sami obcy byli tak odmienni, że ludzki umysł nie potrafił się z 
ich kształtami pogodzić. Każda wygięta kończyna, każda obła głowa skry-
wała w sobie jakąś chorą aurę. Nigdy dotąd nie wiedziałem, jak istotny na 
mnie wpływ miało poczucie symetrii i jak destruktywnie wpływał na moją 
psychikę jej rażący brak. To były potwornie zdeformowane istoty,  całko-
wicie pozbawione jakiegokolwiek śladu gracji, czy chociaż jednego elemen-
tu mogącego  zaspokoić  estetyczne zmysły człowieka. Ciała obcych  samą 
swą formą zdawały się przeczyć logice.
       Strach zdjął mnie do szpiku kości. Potoczyłem wzrokiem po twarzach 
towarzyszy i ujrzałem lęk w ich oczach – lęk, niedowierzanie, wstręt.
         Aemos uratował moje życie i zdrowy rozum. On i tylko on jeden stał 
niczym urzeczony wpatrując się w saruthi z charakterystycznym uśmiesz-
kiem zdradzającym naukową ekscytację.
 - Bardzo niepokojące – wymamrotał.
     Ta krótka uwaga sprawiła, że parsknąłem zdławionym śmiechem. Powró-
ciła   raptownie   moja   pewność   siebie,   a   z  nią   również   trzeźwość   umysłu. 
Przywołałem do siebie Fischiga i Twane, po czym upewniłem się, że Be-
quin, Midas i Jeruss panują nad resztą gwardzistów. Jeruss i Twane wy-
glądali na ludzi wymagających solidnej dawki alkoholu. Bequin była goto-
wa,   w   rękach   ściskała   swe   pistolety.   Widok   Mandragore   rozpalił   w   jej 
oczach dziką gorączkę.
  - Czekaj na mój sygnał – poleciłem Midasowi. Do Fischiga szepnąłem – 
Uważaj na naszego przyjaciela – i wskazałem ramieniem Twane.
       Wyszliśmy w trójkę zza kamieni idąc w kierunku środka płaskowyżu. 
Wszyscy żołnierze byli już na nogach, rozmawiając między sobą, przeklina-
jąc i modląc się trwożliwie. Oficerowie służb bezpieczeństwa krążyli wśród 
gwardzistów pilnując ich szyków, ale i oni sami najwyraźniej nie czuli się 
pewnie. 
     Wtopiliśmy się w nerwowy tłum. Gudrunici skwapliwie ustępowali nam 
drogi, nie chcąc najwyraźniej zadzierać z trzema dręczycielami w znienawi-
dzonych czarnych pancerzach. Przedostaliśmy się w ten sposób niemal do 
samego przodu zgromadzenia. 
 - O czymś takim nikt mi nie wspominał – wycedził przez zęby stojący obok 
mnie komandos gapiąc się nieprzerwanie na odległych o dwieście metrów 
saruthi.
 - Spręż się ! – sarknąłem. Spojrzał na mnie spod przyciemnianego wizjera 
hełmu.
 - Nie powinno tak być.
 - Poczekamy, co będzie dalej – odparłem gładząc wymownie palcami obu-
dowę ciężkiego lasera – Jeśli Estrum i jego kamraci wciągnęli nas w jakąś 
pułapkę,   przekonają   się,   że   służby   bezpieczeństwa   Zgrupowania   Scarus 
potrafią się o siebie zatroszczyć.
     Skinął z aprobatą głową i sprawdził raz jeszcze swą broń.
     Razem z Fischigiem i Twane postąpiłem jeszcze bardziej do przodu. Nikt 
nie zwrócił na ten ruch uwagi, co więcej – wielu żołnierzy poszło w nasze 
ślady   chcąc   znaleźć   się   bliżej   znamiennej   sceny   na   środku   płaskowyżu. 
Byliśmy już przy transporterach.
      Oberon Glaw stał wyprostowany, długi płaszcz spływał z jego wysoko 
wzniesionych   ramion.   Pozdrawiał   saruthi   słowami,   których   nie   mogłem 
dosłyszeć. Przemowa trwała dłuższą chwilę. 
      W pewnym momencie możnowładca odwrócił się w końcu bokiem do 
nas i wskazał dłonią stertę skrzyń. Wtedy usłyszałem jego głos.
 - ...i w dobrej wierze przynieśliśmy ze sobą artefakty, w myśl uprzednich 
ustaleń.
      Locke odłączył się od grupy negocjatorów i ruszył biegiem w naszym 
kierunku.
  - Pomóżcie mi  – warknął do stojących przy transporterze komandosów. 
Skoczyłem do przodu, w ślad za mną Fischig. W ułamku chwili staliśmy się 
częścią tuzina komandosów niosących pierwsze zdjęte ze sterty skrzynki. 
Szedłem   dwa   kroki   za   Locke,   moje   okryte   czarnymi   rękawicami   dłonie 
ściskały klamrę tuż obok masywnych pięści renegata. 
      Położyliśmy skrzynki w wyznaczonym miejscu cofając się następnie o 
kilka kroków. Locke pozostał przy ładunku zdejmując jedną z pokryw. Jakiś 
saruthi podszedł bliżej.
     Mogłem teraz przyjrzeć mu się z bliska. Nie wyszło to obcemu na dobre. 
Szara skóra pokryta była licznymi porami, a wibrysy na łbie poruszały się 
nieznacznie i zwijały. Dostrzegłem, że każda noga zakończona była narzą-
dem   do   złudzenia   przypominającym   groteskowo   zdeformowaną   ludzką 
dłoń, zaciskającą palce na kratownicy u podstawy srebrnego szpicu. 
         Saruthi odłożył na płytki dwa ze swoich szpiców i sięgnął do skrzyni 
ruchliwymi palcami. Grzebał w niej przez chwilę, po czym cofnął kończyny. 
Dłonie miał puste. Głowa obcego zakołysała się dziwacznie na długiej szyi. 
Podniósł  obie wolne kończyny  w górę składając je nad głową  w sposób 
przypominający ludzki gest zwycięstwa. 
     Długie giętkie palce o licznych stawach – nie pamiętam już teraz, ile tych 

palców b

60

background image

palców było i czy obie dłonie były identycznej wielkości – zakleszczyły się 
między sobą tworząc w powietrzu formując jakiś kształt. Podobiznę. Ludzką 
twarz. Oczy, nos, otwarte usta. Perfekcyjna twarz, niemożliwa do skopiowa-
nia w ten sposób, przerażająca.
         Szara twarz zdawała się obserwować nas przez chwilę, potem jej usta 
zaczęły się poruszać.
 - Wasze zobowiązania zostały dotrzymane, ludzie.
      Przez tłum żołnierzy przebiegła fala zduszonych okrzyków grozy. Głos 
był głuchy i beznamiętny, ale składające się na usta palce odtwarzały pracę 
mięśni ludzkiej twarzy z niezwykłą precyzją.
 - Czy dobijemy paktu ? – zapytał Oberon Glaw.
     Dłonie rozłączyły się, twarz znikła. Kreatura podniosła z ziemi swe szpi-
ce i z klekotem podążyła do reszty pobratymców. Wszystkie saruthi cofnęły 
się na boki tworząc przejście wiodące do bramy.
         Kolejne stwory weszły na płaskowyż. Saruthi podobne do osobników 
negocjujących z heretykami prowadziły grupę innych istot. Były to cztery 
stworzenia,   budową   ciała  przypominające   szarych   saruthi,   jednakże  te   w 
dziwny sposób kojarzyły się z kalectwem i chorobą. Ich gąbczasta skóra 
była biała, pokryta licznymi naroślami i plamami przywodzącymi na myśl 
zarazę. Zamiast srebrnych szpiców stąpały na ciężkich metalowych podko-
wach, a ich cielska łączyły pasma drutów jednoznacznie kojarzących się z 
kajdanami. Brzydkie, odpychające stwory – bez wątpienia niewolnicy sarut-
hi – zawodziły jękliwie w trakcie marszu  Negocjatorzy obcych nie omiesz-
kali dźgnąć niewolników kilkakrotnie swymi szpicami, gdy ci mijali ich w 
drodze do grupy spiskowców.
         Na grzbietach czterech idących bok w bok bestii spoczywała wielka 
trapezoidalna skrzynia z czarnego metalu, pokryta nieregularnie rozmiesz-
czonymi wybrzuszeniami. Niewolnicy zatrzymali się na środku płaskowyżu 
i opadli brzuchami na ziemię.
      Dazzo i Malahite podeszli do tragarzy, towarzyszył im jeden z saruthi. 
Obcy odłożył szpic i sięgnął zdeformowaną dłonią w stronę skrzyni nacis-
kając niczym nie wyróżniające się od reszty wybrzuszenie.
     Skrzynia otworzyła się rozsuwając na boki swą wierzchnią część niczym 
wielki kanciasty kwiat rozkładający płatki pod dotykiem słonecznych pro-
mieni. W myślach oczekiwałem rozbłysku jaskrawej poświaty albo jakiegoś 
równie spektakularnego pokazu mocy.
      Nic takiego się nie wydarzyło. Malahite postąpił krok do przodu stając 
pomiędzy   dwoma   spoczywającymi   na   opasłych   brzuchach   niewolnikami, 
wyciągnął rękę. Dazzo szarpnął go za rękaw ze zdławionym przekleństwem, 
pociągnął do tyłu i przewrócił na ziemię mentalnym klapsem.
      Czując nagły przepływ psionicznej energii obcy zaklekotali szpicami o 
płytki poruszając się z nerwowym ożywieniem.
      Dazzo sięgnął ostrożnie rękami do skrzyni. Wyjął ze środka niewielką 
księgę,   rozmiarami   przypominającą   magazynek   do   boltowego   pistoletu   i 
ścisnął ją z nabożnym podziwem w trzęsących się dłoniach.
         Księga. Niewiarygodnie stara księga oprawiona w skórę, osadzona w 
ramie z czarnego żelaza saruthi i zamknięta na masywny zatrzask.
 - Kapłanie ? – ponaglił starca Glaw – Potrzebujemy potwierdzenia.
     Dazzo odpiął zatrzask i spojrzał na pierwszą pożółkłą stronnicę. 
 - Prawdziwa sprawa zwieńczona została sukcesem – wymamrotał i upadł na 
kolana.
     Necroteuch. Spiskowcy posiedli Necroteuch.
     Teraz albo nigdy, pomyślałem.

Rozdział XX

Zamieszanie – mój ukryty sojusznik.

Gniew Mandragore.

Twarzą w twarz z Oberonem.

     - Patrzcie ! Atakują ! – wrzasnąłem na całe gardło i rzuciłem się na plecy 
dwóch stojących przede mną żołnierzy służb bezpieczeństwa. Kiedy wszys-
cy trzej przewracaliśmy się na ziemię, pociągnąłem dla lepszego efektu za 
spust lasera strzelając na oślep w powietrze. 
         Nerwy ludzi zgromadzonych na płaskowyżu były napięte niczym po-
stronki. Jestem pewien, że saruthi za pomocą swych urządzeń i sztucznie 
stworzonego nienaturalnego otoczenia rozmyślnie potęgowali napięcie, być 
może   chcąc   w   ten   sposób   uzyskać   psychologiczną   przewagę   w   nego-
cjacjach. Jeśli się nie myliłem w swych podejrzeniach, plan saruthi spełnił 
się w znacznie większym stopniu, niż oni sami zapewne tego oczekiwali. 
Gudrunici i żołnierze służb bezpieczeństwa znajdowali się w stanie skraj-
nego  zdenerwowania   i niepokoju,   dręczeni ustawicznie  koszmarami  pod-
ziemnej krainy i ujrzanych obrazów. Ostrzegawczy krzyk i kilka strzałów w 
zupełności wystarczyło, by rozpętać dzikie piekło. 
          Wszędzie wokół   ciszę rozdarły ludzkie  okrzyki  i  kanonada  z  broni 
palnej. Podejrzewając zdradziecki akt agresji wobec swych wysoko urodzo-
nych przywódców, wojskowi wciąż lojalni wobec Glawa i Estruma rzucili 
się do przodu strzelając z karabinów prosto w cielska saruthi. Część koman-
dosów wpadła w całkowitą  panikę  i otworzyła  ogień na oślep  do swych 
własnych szeregów. Gudrunici znajdujący się na skraju płaskowyżu zaczęli 
polować na dotychczasowych dręczycieli, ostrzelali też oba transportery.
     Pośród znajdujących się w tyle grupy gwardzistów dostrzegłem Bequin i 
Midasa, prowadzących mój oddział do ataku z błyskającą ognikami wystrza-
łów bronią w rękach.
     W przeciągu sekund cały płaskowyż pogrążył się w przerażającej kako-
fonii ludzkich wrzasków i huku broni palnej.
         Na częstotliwości radiowej Gwardii usłyszałem głos sierżanta Jerussa 
nakazującego Gudrunitom walkę z żołnierzami oddziałów bezpieczeństwa. 
Kanał komunikacyjny oddziałów specjalnych pełen był desperackich rozka-
zów i potwierdzeń, wściekłych wrzasków gniewu i bólu. Rozpoznałem w tle 
krzyczącego coś Oberona Glawa i górujący ponad innymi głosami chrap-
liwy pomruk Mandragore. 
 - Fischig ! Twane ! Siejcie chaos ! Nie wystawiajcie się na strzał !
     Obaj mężczyźni skoczyli w rozszalały tłum. Rzeź na płaskowyżu wymk-
nęła się spod wszelkiej kontroli. Gwardziści walczyli z komandosami i sobą 
nawzajem, strzelając na oślep i wrzeszcząc coś dziko. 
     Zastrzeliłem próbującego ominąć mnie żołnierza służb bezpieczeństwa, a 
sekundę potem jego towarzysza, gapiącego się na ten akt agresji z jawnym 
niedowierzaniem. Za padającymi na ziemię trupami dostrzegłem pośród kłę-
bów dymu patrzącego w moją stronę kapitana Estruma. Jego oczy wydawały 
się wychodzić z orbit. 
 - Co ty robisz, żołnierzu ?! – wrzasnął, a jego wydatne jabłko Adama pod-
skakiwało nerwowo w górę i w dół.
 - Wypełniam uświęcone obowiązki Inkwizycji – wycedziłem przez zęby i 
wypaliłem mu z lasera prosto w środek czoła.
     Saruthi wpadli w stan ogromnego ożywienia. Nie miałem najmniejszego 
pojęcia, jakiego właściwie rodzaju emocje odczuwały te istoty i czy bynaj-
mniej były do jakichkolwiek emocji zdolne. W pierwszych chwilach walk 
uznałem, że obcych ogarnęło przerażenie i zaskoczenie pospołu. Ostrzał z 
ciężkich laserów prowadzony przez komandosów przekonanych o złej woli 
obcych przestębnował cielska dwóch saruthi. Jeden z nich został dosłownie 
rozerwany wiązkami energii i runął na metalowe płytki ochlapując je brud-
noszarą  posoką.  Drugi   obcy  stracił  jedną  z  kończyn.   Zaczął  wlec  się  na 
pozostałych nogach w stronę bramy.
     Ponad tumult czyniony przez broń i krzyczących ludzi wzbiło się upiorne 
zawodzenie   reszty   saruthi.   Nie   byłem   w   stanie   określić   charakteru   tego 
dźwięku – być może było to ostrzeżenie, może wrzask przerażenia, a może 
sygnał do odwrotu. Obcy stukali szaleńczo szpicami, wierzgając na wszyst-
kie strony w chaotyczny sposób, ich przeraźliwe wycie zdominowało cały 
płaskowyż.
     Dwaj saruthi popędzili znienacka do przodu, w stronę śmiertelnie przera-
żonych żołnierzy eskorty spiskowców. Niebieskie wyładowania elektryczne 
zaczęły z trzaskiem oplatać obłe łby stworów, po czym wystrzeliły w kie-
runku agresorów. Dwaj komandosi dosłownie wyparowali, ich płyny orga-
niczne i tkanka znikły pośród swądu spalenizny. 
         Pochwyciłem kątem oka Mandragore. Bluźnierczy gigant zdążył  już 
zabić jednego komandosa w próbie powstrzymania bezsensownego konflik-
tu, ale teraz, po włączeniu się do walki samych saruthi, żaden z obecnych na 

płaskowy 

61

background image

płaskowyżu  ludzi nie zamierzał już myśleć o opuszczeniu broni.  Wiązka 
niebieskich   wyładowań   rozcięła   naramiennik   pancerza   siłowego   Marine. 
Mandragore wpadł w przerażający szał i runął na saruthi dzierżąc w rękach 
potężny łańcuchowy topór.
     Miałem nadzieję, że go zabiją.
         Przeskoczyłem przez stertę splątanych ze sobą ciał i znalazłem się po 
drugiej stronie transportera. Dazzo wciąż klęczał przy białych niewolnikach 
obcych, pogrążony w obezwładniającym transie. Heretycka księga spoczy-
wała w jego zaciśniętych dłoniach.
     Popędziłem w kierunku kapłana.
        Fischig wyrósł znienacka przy mym boku. Zgubił gdzieś hełm, a jego 
czarny pancerz ociekał krwią.
  - Twane ! – wrzasnął przez ramię i spośród walczącego tłumu wychynął 
potężny Gudrunita, strzelający w biegu z opartego o biodro lasera. Między 
zmagającymi się ze zwierzęcą zaciekłością ludźmi zaczęły wybuchać pierw-
sze granaty, w powietrzu latały rozłupane metalowe płytki i kawałki ciał. 
Jeden z ciężkich transporterów stanął w ogniu.
         Nasza trójka znajdowała się w tym momencie najbliżej „prawdziwej 
sprawy”, lecz jakiś saruthi również rzucił się w stronę Dazzo, rozpychając 
cielskiem niewolników i dźgając ich srebrnymi szpicami.
     Zadany z marszu cios muskularnej kończyny powalił na ziemię starego 
kapłana. Księga wypadła mu z rąk i pojechała po gładkich płytkach. 
         Gramolący się z czworaków Malahite wrzasnął głośno, wypadł spo-
między łap wciąż leżących na brzuchach niewolników i popędził w stronę 
porzuconej księgi. Saruthi wykonał zwrot w miejscu najwyraźniej zamie-
rzając przechwycić mijającego go człowieka, ale w tym samym momencie 
Fischig i Twane zabili obcego strzałami z ciężkich laserów. Cuchnące szare 
płyny organiczne rozlały się po błyszczącej powierzchni płaskowyżu.
     Inny saruthi spowił głowę płaszczem elektrycznych wyładowań i uderzył 
nimi zabójców swego pobratymca. Twane zatańczył konwulsyjnie niczym 
szarpana za sznurki marionetka i eksplodował, dosłownie wywracając orga-
nizm na lewą stronę. Znajdujący się u jego boku Fischig poleciał w powiet-
rze bezwładnie, jego pancerz osobisty został rozerwany na strzępy.
     Nie mogłem mu teraz pomóc. Ściskając kurczowo księgę Malahite pędził 
co sił przez płaskowyż w stronę jego krańca, coraz dalej od piekła brato-
bójczej walki. Przyłożyłem broń do ramienia i odstrzeliłem mu lewą nogę 
tuż poniżej kolana. Runął na twarz niczym worek kamieni. Kiedy do niego 
dobiegłem, czołgał się z desperackim wysiłkiem po spryskanych krwią płyt-
kach próbując dosięgnąć rozwartymi palcami upuszczoną księgę.
  - Zostaw to ! – warknąłem celując w niego z trzymanego w jednej ręce 
lasera i zdejmując jednocześnie hełm. Ujrzał moją twarz i zaklął z rozpaczą. 
Uklęknąłem i podniosłem z ziemi niewielki tomik. Nawet przez opancerzo-
ne   rękawice   natychmiast   poczułem   bijący   od   księgi   żar.   Przez   sekundę, 
długą mesmeryczną sekundę, klęczałem w całkowitym bezruchu. Pojąłem 
znienacka, dlaczego Dazzo tkwił w tej samej pozycji tak długo po ujęciu w 
swe   dłonie   Necroteuchu.   Zawartość   księgi,   bezcenna   starożytna   wiedza, 
żyła w jakiś niepojęty sposób, pulsowała wyczuwalnie, wzywała mnie.
     Wzywała mnie po imieniu.
     Księga znała mnie. Przemawiała w mym umyśle zachęcając do otwarcia i 
zgłębienia   fascynujących   tajemnic.   Nawet   nie   pomyślałem   o   sprzeciwie 
wobec tak kuszącej propozycji. Obrazy ukazane mi przez księgę były tak 
cudowne, subtelne, piękne... natura gwiazd i planet, a za nimi mechanizmy 
samej rzeczywistości, zadziwiający i perfekcyjny w swej złożoności feno-
men naturalnej i odwiecznej siły, jaką my ludzie w swej ignorancji i błęd-
nym zacietrzewieniu nazwaliśmy Chaosem.
     Odciągnąłem na bok metalowe zatrzaski zamykające stronnice księgi.
     Znienacka w mym umyśle pojawiła się brutalna mentalna aura, łamiąca 
swą siłą pajęczą moc  Necroteuchu. Zacząłem się odwracać na klęczkach 
próbując   spojrzeć   znad   na   wpół   otwartej   księgi.   Ten   półobrót   ledwie 
wystarczył, by uratować mi życie.
      Runąłem na ziemię powalony monumentalnym ciosem w ramię. Kiedy 
upadałem, zakazany tom wypadł mi ze zdrętwiałem dłoni.
     Płytki wokół pokryły się cieniutką warstwą świeżej krwi.
     Mojej krwi.
         Przetoczyłem się niezgrabnie w bok widząc kolejny cios napastnika. 
Wyjące ostrze łańcuchowego topora minęło mnie o grubość włosa i rozłu-
pało płytki sypiąc na wszystkie strony drobinami metalu i iskrami. 
     Mandragore, prawdziwie bękarcie Dziecko Imperatora.
     Zacząłem się czołgać na plecach, zdjęty ślepą paniką. Cuchnący odorem 
Chaosu wojownik był tuż nade mną, jego barwny pancerz spływał ludzką 
krwią i posoką obcych. Mój niezdecydowany obrót w pierwszej sekundzie 
konfrontacji zmylił Marine, ale i tak tylna część pancerza osobistego została 
rozpruta,   a   lewy   naramiennik   po   prostu   odpadł   od   reszty   kombinezonu. 
Ząbki topora wgryzły się głęboko w me ramię, do samej kości. Krew bucha-
ła spod pancerza wartką strugą. Ślizgałem się nieporadnie na wilgotnych 
płytkach.

     Uderzyłem go w akcie rozpaczy mentalną wiązką. Atak ten nie stanowił 
większego zagrożenia dla tak przerażającego również pod względem men-
talnym  przeciwnika,  ale wystarczył,  by  i  kolejny cios  zmienił   trajektorię 
opadania.
         Upuszczony laser leżał poza zasięgiem mych rąk, a zresztą i tak nie 
wierzyłem, bym za pomocą tej broni zdołał przepalić ceramitowy pancerz 
heretyka.  Potworna twarz Marine, napięta na kościach upudrowana skóra 
okalająca   wyszczerzone   w   zwierzęcym   grymasie   zęby,   przyciągała   mój 
wzrok w magnetyczny sposób.
     Lewa ręka zdrętwiała mi i do niczego już się nie nadawała. Zerwałem się 
na nogi ściągając z pasa swój miecz.
     Urządzenie to było piękną bezcenną bronią, bardzo starą. Nie miało ma-
terialnego ostrza jak obecnie produkowane, znacznie gorsze egzemplarze. 
Długa na dwadzieścia centymetrów rękojeść, bogato ornamentowana i po-
srebrzana, skrywała w sobie generator energii wytwarzający metrowej dłu-
gości  snop  skondensowanego   światła.   Provost  z  Inxu  osobiście  pobłogo-
sławił tę broń dla mnie słowami „i niechaj strzeże ona zawsze naszego brata 
Eisenhorna przed pomiotem ciemności”.
     Modliłem się w duchu, by udzielone wówczas błogosławieństwo nie oka-
zało się tylko czczą formułką.
     Włączyłem ostrze i odbiłem nim kolejny zamach masywnego topora. Z 
miejsca, w którym zderzyły się nasze bronie trysnęła chmura iskier i kawał-
ki wyłamanych metalowych ząbków. Potworna siła Marine niemal wyrwała 
mi miecz z dłoni. Cofnąłem się kilka kroków uchodząc przed następnym 
uderzeniem. Kręciło mi się w głowie i nie wiedziałem, czy to efekt upływu 
krwi czy też nie chcące ustąpić działanie przeklętej księgi.
     Mandragore pogrążył się w dzikiej furii. Będąc zwykłym śmiertelnikiem 
najwyraźniej zbyt długo stawiałem mu opór nie pozwalając się zabić.
         Miałem przerażającą pewność, że nasza konfrontacja nie potrwa już 
długo.
         Skoczył w moim kierunku. Sparowałem uderzenie topora, ale Marine 
płynnie obrócił broń w rękach i wyrżnął mnie końcem metalowego styliska 
prosto w klatkę piersiową. Oderwałem się od ziemi i grzmotnąłem w nią 
ponownie dobre kilka metrów dalej. 
         Upadłem wprost na swe zranione ramię. Ból całkowicie mnie sparali-
żował na kilka sekund. Czas ten w zupełności heretykowi wystarczył.
     Pokonał dzielący nas dystans dwoma krokami i podniósł topór do decy-
dującego ciosu. Z gardła wyrwał mu się pomruk tryumfu. Widząc leżącą 
opodal księgę kopnąłem ją piętą. Necroteuch przejechał po śliskich płytkach 
i oparł się o czubek pancernego buta Marine.
  - Nie zapominaj, po co tutaj przybyłeś, zdrajco ! – wyrzuciłem z siebie 
zdyszane słowa.
     Mandragore – syn Fulgrima, czciciel Slaanesha, bohater Dzieci Impera-
tora, zabójca żywych, profanator umarłych, strażnik tajemnic – wstrzymał 
swą opadającą broń. Nie odrywając ode mnie bezlitosnych oczu schylił się z 
chrapliwym śmiechem sięgając po księgę.
 - Jesteś godnym respektu przeciwnikiem, inkwizytorze, jak na... na...
      Jego palce zacisnęły się na Necroteuchu i mała księga wręcz znikła w 
ogromnej pancernej pięści. Głos Marine zamilkł, zwycięski grymas spełzł z 
jego odrażającej twarzy. Wściekłość ustąpiła, żądza krwi wygasła. Bitewna 
gorączka płonąca w przekrwionych oczach przepadła bez śladu.
          Necroteuch   płynął   żyłami   heretyka,   przesycał   każdą  jego  komórkę, 
absorbował całkowicie wypaczoną jaźń pozbawiając Marine kontaktu z ota-
czającym go światem.
         Kołysząc się chwiejnie na nogach ścisnąłem mocniej rękojeść broni i 
ściąłem Mandragore głowę.
     Nim jeszcze czaszka zdołała spaść na ziemię, zapłonęła znienacka jaskra-
wym  ogniem.  Kula   płomieni  toczyła  się  po  płytkach   podskakując  wśród 
snopów iskier do chwili, w której pozostała po niej zaledwie garstka popio-
łów. 
      Ukryte w pancerzu siłowym ciało pozostało w wyprostowanej pozycji, 
niczym   bezgłowy   posąg   płonący   od   środka.   Długie   jęzory  zielonkawych 
płomieni   wystrzeliwały   znad   kołnierza   zbroi,   w   powietrze   buchał   gęsty 
czarny dym. Barwne szaty szybko zajęły się ogniem i wkrótce cała metalo-
wa sylweta paliła się jaskrawym blaskiem.
     W ostatniej chwili odciąłem ostrzem miecza ściskającą wciąż Necroteuch 
rękę Mandragore, ratując księgę przed spopieleniem. Odniosłem wrażenie, 
że starożytne dzieło ponownie wzywa mnie, bym je podniósł, bym powrócił 
niezwłocznie do zgłębiania ukrytej w nim wiedzy.
      Tak pasjonującej wiedzy. Zamarłem w bezruchu rozdarty sprzecznymi 
myślami, dręczony poczuciem obowiązku. Księga powinna zostać zniszczo-
na, ale serce mnie bolało na samą myśl o unicestwieniu zawartych w niej 
informacji. Czy Inkwizycja, a wraz z nią całe Imperium, nie powinny sko-
rzystać z takiej wiedzy ? Czy miałem w ogóle prawo podnieść rękę na tak 
bezcenny artefakt ?
         Purytańska część mej duszy nie miała żadnych wątpliwości. Ale inna 

cennych informacji...

62

background image

cząstka jaźni gorączkowo sprzeciwiała się takiemu występkowi. Wiedza po-
zostaje tylko wiedzą, nieprawdaż ? Zło wynika jedynie z nieprawidłowego 
jej użycia. A ta księga zawierała tak ogromne pokłady cennych informacji...
         Być może po przeczytaniu jednej lub dwóch stron nabrałbym więcej 
pewności co do jej dalszego losu...
      Potrząsnąłem rozpaczliwie głową próbując odepchnąć od siebie zwod-
nicze podszepty. Ponownie usłyszałem gwar bitewnego pola. Spojrzałem w 
stronę   środka   płaskowyżu,   ponad   wciąż   płonącym   trupem   Mandragore   i 
leżącym  bezwładnie   ciałem  Malahite.  Walka   toczyła   się  jeszcze  tylko  w 
kilku miejscach, a wielka metalowa wyżyna zasłana była zwłokami i szcząt-
kami ekwipunku. Oba transportery płonęły. Saruthi przepadli gdzieś zabie-
rając również truchła zabitych pobratymców. Przeczesując wzrokiem pobo-
jowisko uznałem,  że Gudrunici zdołali zdobyć  przewagę nad żołnierzami 
służb bezpieczeństwa dzięki swej liczebności. Zaledwie kilku żyjących ko-
mandosów wciąż jeszcze próbowało stawiać opór, ale ich los był przesą-
dzony. Nigdzie nie dostrzegałem swych współpracowników. 
         W podartym ubraniu i z zakrwawioną twarzą, Oberon Glaw zmierzał 
pośpiesznie   w   moim   kierunku.   W   opuszczonej   wzdłuż   uda   prawej   dłoni 
trzymał laserowy pistolet. 
 - Rzuć to, Glaw. Wszystko skończone.
  -  Dla   ciebie   z  całą   pewnością   –   odpowiedział   i   podniósł   broń   w   moją 
stronę. Zbiornik paliwa w jednym z palących się transporterów eksplodował 
z głośnym  hukiem  rozrywając opancerzony  pojazd na strzępy.  Metalowe 
szczątki   maszyny   świsnęły   na   wszystkie   strony   niczym   miniaturowe   po-
ciski. Fragment  stalowego  sworznia ugodził  Glawa w potylicę i wbił  się 
głęboko w jego mózg. Dumny arystokrata runął bezwładnie na ziemię.
      Podniosłem z płytek kawał dymiącej blachy i wsunąłem ją pod Necro-
teuch nie chcąc ponownie dotykać tej bluźnierczej rzeczy rękami. Zaniosłem 
ją do ciała Mandragore i niczym po pochylni spuściłem z blachy w otwór 
kołnierza,  prosto   w zielone  płomienie.  Znikła  w  ognistym   piekle  wypeł-
niającym napierśnik zbroi heretyka.
     Płomienie zmieniły kolor na czerwień, potem sczerniały, ale jeszcze bar-
dziej rozgorzały. Wewnątrz pancerza siłowego coś pozbawionego narządu 
mowy wyło potępieńczo.

*  *  *  *  *

     Odskoczyłem od ceramitowego stosu pogrzebowego. Malahite ocknął się 
w międzyczasie.
 - Locke, proszę ! Proszę ! – wołał przeraźliwie żałosnym głosem.
         Kilkadziesiąt metrów dalej jeden z zaparkowanych na ziemi ślizgaczy 
marynarki  poderwał się w powietrze. Gorgone  Locke  siedział  za sterami 
ma-szyny,   miejsce   obok   niego   zajmował   Dazzo.   Pojazd   przyśpieszył 
raptownie   i   zniknął   ponad   poszarpanymi   szczytami   wzgórz,   zmierzając 
prosto w kierunku morskiej plaży.

*  *  *  *  *

     Midas, Bequin, Aemos i Lowink przeżyli masakrę na płaskowyżu, cho-
ciaż   wszyscy   odnieśli   powierzchowne   obrażenia.   Wciąż   żyło   też   ponad 
dwudziestu gudrunickich gwardzistów, wśród nich sierżant Jeruss.
      Aemos chciał zająć się moją raną, ale już wcześniej opatrzyłem ją pro-
wizorycznie zatrzymując krwotok. Nie zamierzałem tracić ani chwili.
 - Myślę, że trzeba stąd szybko uciekać – powiedziałem.
      Fischig leżał na pośpiesznie zbudowanych noszach. Broń saruthi, która 
unicestwiła kaprala Twane, pozbawiła oficera śledczego jednej ręki i poło-
wy twarzy. Całe szczęście, że był nieprzytomny. Dwóch Gudrunitów pod-
niosło szybko nosze.
 - Przykro mi to mówić, ale jego też zabieramy – oświadczyłem Midasowi i 
Jerussowi pokazując im wciąż leżącego na ziemi Malahite.
 - Jesteś pewien ? – skrzywił się Betancore.
 - Inkwizycja musi dokładnie wysondować jego umysł.

*  *  *  *  *

     Nasza wykrwawiona, zmęczona grupa opuściła pośpiesznie górski region 
i popędziła w kierunku  plaży. Odległy dudniący dźwięk stawał się coraz 
głośniejszy, a nieboskłon nad naszymi głowami wyraźnie ciemniał.
 - Mam takie niejasne przeczucie – wyznał konspiracyjnym tonem Aemos – 
że całe to miejsce niebawem przestanie istnieć.
 - Nie chcę tutaj być, kiedy to się stanie – wyznałem szczerze.
     Wpadając na plażę zauważyliśmy, że obie fregaty marynarki i towarzy-
szący  im   frachtowiec   znikły.   Zerwał   się   silny   wiatr,   przesycony   odorem 
amoniaku. Posiadając stosunkowo nienaruszone skafandry Midas i Lowink 
pobiegli w stronę morza po nasz wahadłowiec. 
     Moje radio zatrzeszczało znienacka. Usłyszałem głos Maxilli.

 - Eisenhorn ?! Na litość boską, jesteś tam ?! Jesteś tam ? Minęły mnie właś-
nie trzy statki, lecą w stronę wyjścia ! Warunki bardzo się pogarszają ! Nie 
zdołam długo utrzymać obecnej pozycji ! Odpowiedz ! Błagam cię, odpo-
wiedz !
 - Maxilla, tu Eisenhorn ! Czy mnie słyszysz ? Musisz tu podlecieć i przejąć 
na pokład wahadłowiec. Mamy rannych... Fischiga i innych. Cały ten świat 
za chwilę się rozsypie. Powtarzam, musisz przemieścić  Essene  wprost nad 
plażę ! 
     Chwila statycznych trzasków, potem odpowiedź.
 - Jak każesz, Gregorze, chociaż to nie będzie łatwe. Powtórz, co mówiłeś o 
Fischigu ?
 - Jest ciężko ranny ! Przyleć po nas, Maxilla !
 - I pośpiesz się ! – wrzasnęła ponad moim uchem Bequin – Chcę się stąd 
natychmiast wydostać !
     Znów szum radiowych zakłóceń.
 - Powiedz Alizebeth, że się z nią zgadzam. Ha !
         Echa, wymiary i lokacje zaczęły powracać na swe pierwotne miejsca. 
Uczucie dziwnie niepokojącej aury ustąpiło. Pomyślałem z gorzką ironią, że 
w niczym nie poprawiło to naszej sytuacji.

63

background image

Rozdział XXI

Zgromadzenie braci.

Rozważania lorda Rorkena.

Przesłuchanie Malahite.

         Dwa dni później, na pokładzie dryfującej w granicach zdradzieckiego 
systemu   KCX-1288  Essene,   nawiązaliśmy   kontakt   z   imperialną   armadą 
kosmiczną lecącą do nas z Gudrun. 
      Zdołaliśmy uciec ze sztucznie stworzonego świata w przeciągu dwóch 
godzin. Jak słusznie zauważył Aemos, całe to miejsce zdawało się rozpły-
wać chwilami pod naszymi stopami, jakby bezkres szmaragdowego morza, 
plaża i pasma wzgórz były tylko niestabilną iluzją zbudowaną przez saruthi 
w   charakterze   pokoju   przyjęć   dla   ludzkich   „gości”.   Kiedy   wahadłowiec 
mknął w górę ku czekającemu kliprowi, tajemnicza łuna oświetlająca cały 
podziemny   świat   zaczęła   przygasać,   a   ciśnienie   powietrze   gwałtownie 
wzrosło. Byliśmy miotani silnymi prądami powietrznymi, a naturalne pole 
grawitacyjne   planety   zaczynało   ściągać   wahadłowiec   z   kursu.   Ogromna 
iluzyjna pieczara zaczęła tracić swą formę. Kiedy Maxilla z zawrotną pręd-
kością prowadził Essene przez rzędy obręczy w szczelinie wiodącej na po-
wierzchnię planety, po plaży i wzgórzach pozostały już tylko gęste opary 
amoniaku i wyziewy arszeniku. Nasze chronometry ponownie zaczęły pra-
cować w prawidłowy sposób.
          Pozostawiliśmy   umierającą   planetę   za   sobą,   przebijając   się   przez 
kosmiczne anomalie wypełniające granice systemu. Czterdzieści minut po 
wyjściu na powierzchnię globu rufowe sensory klipra nie zdołały już namie-
rzyć żadnego śladu po szczelinie. Nie wiedziałem, czy się po prostu zawa-
liła, czy też nigdy jej tam w rzeczywistości nie było.
     W jaki sposób przybyli do tego miejsca saruthi i jak je opuścili, nie mia-
łem   najmniejszego   pojęcia.   Aemos   nie   potrafił   mi   pomóc.   Instrumenty 
pokładowe  klipra nie zlokalizowały  żadnych  innych  jednostek  w obrębie 
systemu   ani   też   żadnych   widocznych   punktów   na   powierzchni   planety 
mogących posłużyć za wyjście awaryjne dla obcych.
 - Czy oni żyli wewnątrz tego globu ? – zapytałem Aemosa, kiedy staliśmy 
razem na platformie widokowej w tylnej części frachtowca, obserwując zni-
kający w tyle system przez przyciemnione szyby z pancernego szkła.
  - Nie  sądzę.  Ich  technologia  dalece  przewyższa  moje  zdolności  pojmo-
wania, ale myślę, że przybyli na płaskowyż poprzez bramy wiodące do inne-
go świata. W tym systemie przygotowali tylko miejsce spotkania.
     Koncepcja taka po prostu nie mieściła mi się w głowie. Aemos zasuge-
rował właśnie możliwość dokonywania międzysystemowej teleportacji !
      Skanowanie Osnowy na obrzeżach systemu KCX-1288 przyniosło nam 
niewiele wieści. Opierając się na szumach Osnowy Maxilla wydedukował, 
że trzy okręty,  bez wątpienia jednostki  dowodzone przez Locke i Dazzo, 
dołączyły do reszty oczekującej w pobliży flotylli i odskoczyły wspólnie w 
Immaterium.
     Czujniki skanujące Osnowę potwierdziły również zbliżającą się obecność 
imperialnej   grupy   bojowej,   odległej   o   zaledwie   dwa   dni   tranzytu.   Prze-
szliśmy w swobodny dryf opatrując rany i czekając cierpliwie na gości.

*  *  *  *  *

      Trzydzieści tygodni wcześniej, opuszczając orbitę Damasku, wysłałem 
na Gudrun za pośrednictwem Lowinka astropatyczną wiadomość zawierają-
cą   prośbę   o   wsparcie.   Umieściłem   w   tym   przekazie   wszystkie   istotne 
informacje będące w mym posiadaniu oraz szereg wniosków i uwag, które 
w   moim   mniemaniu   mogły   się   przydać   odbiorcom   wiadomości.   Miałem 
skrytą nadzieję, że Lord Militant wesprze mnie wojskową ekspedycją. Nie 
sformułowałem swego wniosku w postaci kategorycznego żądania, jakby to 
bez wątpienia uczynił na mym miejscu Commodus Voke. Ufałem, że powa-
ga astropatycznego przekazu wystarczy.

*  *  *  *  *

         Jedenaście okrętów wyszło z Osnowy zachowując pierwotnie przyjęty 
szyk bojowy. Wpierw sześć idących w szerokiej linii fregat, wokół których 
natychmiast po wejściu do wymiaru materialnego pojawiły się eskadry myś-
liwców. Za jednostkami eskorty leciały pancerniki  Vulpecula  i  Saint Scyt-
hus
, za nimi zaś złowieszcza trójka czarnych krążowników w barwach Ink-
wizycji. Nie była to zatem wojskowa ekspedycja. Miałem przed sobą ude-
rzeniową armadę swej macierzystej organizacji.
     Nawiązaliśmy łączność radiową i po wymianie stosownych identyfikato-
rów   złożona   z   Thunderhawków   straż   honorowa   odprowadziła   kliper   w 
szeregi floty. Promy pasażerskie zabrały z pokładu Essene rannych, w tym 

wciąż  

wciąż nieprzytomnego Fischiga i więźnia Malahite, przewożąc ich do szpi-
talnego kompleksu na Saint Scythus. Godzinę później, po otrzymaniu weź-
wania sygnowanego  przez admirała Spatiana, ja sam również poleciałem 
promem na pancernik. Oczekiwano moich wyjaśnień.

*  *  *  *  *

         Lewą rękę miałem obandażowaną i umieszczoną na metalowym tem-
blaku, założyłem jednak oficjalny czarny ubiór i skórzaną kamizelkę. Swoją 
inkwizytorską rozetę przypiąłem do materiału pod szyją. Towarzyszył  mi 
Aemos, ubrany w ceremonialne zielone szaty.
      W przestronnym hangarze Saint Scythus oczekiwał na mnie prokurator 
Olm   Madorthene   i   obstawa   złożona   z   doborowych   żołnierzy   oddziałów 
specjalnych floty. Modarthene miał na sobie galowy śnieżnobiały uniform, a 
niebieskie   pancerze   osobiste   szturmowców   błyszczały   złotym   szamerun-
kiem i galowymi baretkami.
      Madorthene powitał mnie formalnym salutem i wspólnie ruszyliśmy w 
stronę windy mającej przewieźć całą grupę na pokład dowódczy pancernika. 
 - Co z rewoltą ? – zapytałem.
  - Wszystko  pod kontrolą, inkwizytorze. Lord Militant ogłosił publicznie 
stłumienie Schizmy Helicańskiej, chociaż gdzieniegdzie na Thracian toczą 
się jeszcze ostatnie walki. 
 - Straty.
  - Akceptowalne. Głównie wśród ludności cywilnej i zaplecza produkcyj-
nego, choć niektóre jednostki floty i Gwardii dostały porządne lanie. Zdrada 
lorda Glawa drogo kosztowała Imperium.
  - Zdrada lorda Glawa kosztowała go życie. Jego ciało gnije teraz na bez-
imiennym świecie w systemie za naszymi plecami.
     Prokurator skinął głową.
 - Twój mistrz będzie zadowolony.
 - Mój mistrz ?

*  *  *  *  *

       Lord inkwizytor Phlebas Alessandro Rorken siedział na marmurowym 
tronie w przypominającej kaplicę sali audiencyjnej położonej dwa pokłady 
za mostkiem  Saint Scythus. Spotkałem go tylko dwukrotnie w przeszłości, 
dlatego czułem się bardzo nieswojo mając przed sobą perspektywę tak waż-
nego spotkania. Mój przełożony miał na sobie czarne ubranie z narzuconym 
na ramiona prostym karmazynowym płaszczem oraz skórzane rękawiczki. 
Nie nosił żadnej biżuterii prócz złotego sygnetu stanowiącego symbol jego 
pozycji. Ten skromny, pozbawiony wyrafinowania strój tylko przydawał mu 
autorytetu. Głowę miał gładko ogoloną, jedyny zarost stanowiła starannie 
przystrzyżona bródka. Głęboko osadzone oczy błyszczały mądrością i inteli-
gencją.
     Wokół tronu stała świta lorda. Dziesięciu nowicjuszy w randze śledczego 
i niższej dzierżyło dumnie proporce, błogosławione miotacze ognia, skrzyn-
ki wypełnione zwojami pergaminów, lśniące chłodną stalą narzędzia tortur 
wyłożone   na   przykrytych   satyną   tacach   oraz   otwarte   religijne   śpiewniki. 
Przy   obu   poręczach   tronu   czuwali   czterej   osobiści   strażnicy   mistrza,   w 
czerwonych  płaszczach i z dwuręcznymi  mieczami trzymanymi  na sztorc 
przed twarzami. Ich pancerze osobiste były dziełem sztuki płatnerskiej, a 
wizjery pełnotwarzowych hełmów odlano na podobieństwo twarzy czterech 
świętych apostołów: Oliosa, Jerido, Manezzera i Kadmona. Podobizny były 
na   swój   sposób   naiwne   i   sprawiały   wrażenie   żywcem   skopiowanych   ze 
starożytnych  ilustrowanych  kronik.  Gromada  savantów stała w milczeniu 
opodal,   a   zgraja   małych   serwitorów   wykonanych   w   formie   trzyletnich 
cherubinków ze złotymi skrzydłami i złośliwymi twarzyczkami gargulców 
uwijała się z cichą wrzawą w powietrzu, mamrocząc coś i pokrzykując.
 - Podejdź bliżej, Eisenhorn – powiedział dostojnym władczym tonem Ror-
ken, a jego głos dotarł do każdego krańca wielkiej sali – Podejdźcie tutaj 
wszyscy.
     Po tych słowach z bocznych naw przylegających do ścian sali audiencyj-
nej wyłonili  się ludzie. Każdy z nich niósł w ręce krzesło.  Rozpoznałem 
admirała Spatiana, wiekowego olbrzyma w śnieżnobiałym mundurze, oto-
czonego gromadą starszych rangą oficerów marynarki. Pozostali obecni byli 
pracownikami Inkwizycji. Titus Endor nadszedł w towarzystwie zgarbionej 
zakapturzonej   savantki.   Skinął   mi   przyjaźnie   głową,   kiedy   go   mijałem. 
Commodus Voke, zmęczony życiem i zauważalnie kuśtykający, spoczął na 
swoim krześle z pomocą wysokiego mężczyzny w czerni. Głowa asystenta 
była   niemal   całkowicie   łysa,   tylko   gdzieniegdzie   wieńczyły   ją   kępki 
włosów.   Skórę   czaszki   i   szyi   pokrywa   siateczka   purpurowych   blizn   po 
obrażeniach i zabiegach chirurgicznych. Heldane. Spotkanie z carnodonem 
nie wpłynęło  pozytywnie  na urok osobisty  tego  człowieka.  Podobnie  jak 
Endor, Voke również mi się ukłonił, ale w jego geście nie wyczytałem nic 
prócz lodowatej uprzejmości. 

64

background image

      Był też inkwizytor Schongard, w swej czarnej metalowej masce zasła-
niającej całą twarz prócz oczu. Usiadł na swym krześle, a miejsce po jego 
bokach   zajęły   natychmiast   dwie   młode,   świetnie   zbudowane   kobiety,   z 
wyglądu sądząc zapewne wyznawczynie jakiegoś kultu śmierci. Były nie-
mal całkowicie nagie, jeśli nie liczyć imponujących tatuaży, narzuconych na 
głowy kapturów i skórzanej uprzęży z zawieszonymi na niej ostrzami.
         Po drugiej stronie Schongarda usiadł Konrad Molitor, ultraradykalny 
członek tego ugrupowania politycznego w Inkwizycji, którego nie darzyłem 
najmniejszą sympatią. Molitor był atletycznie zbudowanym mężczyzną w 
wykonanym   na   miarę   żółtoczarnym   pancerzu   osobistym   ze   srebrnym 
szamerunkiem. Jego ciemne włosy były krótko przycięte i starannie ufryzo-
wane. Przypominał mi swym wyglądem starożytnego mnicha-wojownika z 
czasów Pierwszej Krucjaty. Tuż za nim stało trzech akolitów w szczelnie za-
piętych płaszczach i założonych na głowy kapturach. Jeden trzymał w rę-
kach ornamentowany miecz energetyczny Molitora, drugi srebrny kielich na 
paterze, trzeci zaś dzierżył skrzyneczkę modlitewną i dymiące kadzidełko. 
Żółte tęczówki Molitora śledziły pilnie każdy mój ruch.
      Ostatni swe miejsce po prawicy lorda Rorkena zajął gigant w czarnym 
pancerzu siłowym – Kosmiczny Marine z zakonu Straży Śmierci, formacji 
zakonnej służącej bezpośrednio Ordo Xenos. Straż Śmierci jest zbrojnym 
ramieniem naszej organizacji, jednym z zakonów stworzonych specjalnie w 
tym   celu,   okrytych   głęboką   tajemnicą   nawet   wśród   braterskich   formacji 
Adeptus Astartes. Widząc me nadejście zakonnik zdjął swój hełm i położył 
go na opancerzonym udzie. Miał grubo ciosaną bladą twarz i krótko przy-
cięte włosy. Wąskie usta zaciśnięte były w pojedynczą krechę.
     Serwitorzy przynieśli mi wolne krzesło, toteż usiadłem bez słowa przed 
moim mistrzem. Aemos stanął obok.
 - Zapoznaliśmy się z twoim przekazem, bracie Eisenhornie. Niezwykła to 
opowieść, wręcz niesamowita – lord Rorken przeciągnął znacząco ostatnie 
słowa – Ścigałeś flotyllę heretyków aż do tego zapomnianego przez Impe-
ratora systemu, pewien, że Glawowie zaplanowali tutaj transakcję wymien-
ną z obcą rasą. Przedmiotem tejże transakcji wedle twych słów miał być 
przedmiot, którego sama natura stanowiła niezwykłe zagrożenie dla naszego 
bezpieczeństwa i moralnego ładu.
 - Taki właśnie przekaz sporządziłem, bracie lordzie.
 - Znana jest nam twa uczciwość i szczerość wypowiedzi, bracie. Nikt nie 
waży się zakwestionować tych słów. W końcu, czyż nie zjawiliśmy się tutaj 
w... niespotykanie licznym gronie ?
      Rorken powiódł dłonią po sali. Odpowiedziały mu krótkie śmiechy, w 
większości wymuszone. Śmiali się Voke i Molitor.
 - Cóż to zatem był za przedmiot ?
 - Obcy weszli w posiadanie pojedynczego egzemplarza zakazanego dzieła, 
które nam znane jest jako Necroteuch.
     Reakcja zgromadzenia była natychmiastowa. Wszędzie wokół podniosły 
się ludzkie okrzyki, pełne zaskoczenia, niedowierzania, jawnego zaprzecze-
nia. Słyszałem jak Voke, Molitor i Schongard domagają się głośno bardziej 
szczegółowych wyjaśnień. Asystenci, nowicjusze i akolici znajdujący się w 
sali szeptali między sobą trwożliwie albo wręcz krzyczeli z gorączkowym 
podnieceniem. Cherubinki wrzasnęły przerażone gwarem ludzi i trzepocząc 
skrzydełkami   schowały   się   za   tronem   mistrza   Rorkena.   Sam   lord   w 
zamyśleniu   mierzył   mnie   wzrokiem,   w   którym   dostrzegałem   wahanie   i 
zwątpienie. Nawet posępny Marine odwrócił swą głowę w bok patrząc pyta-
jąco na mistrza.
     Lord Rorken uniósł dłoń i zgiełk natychmiast umilkł.
 - Czy to potwierdzone informacje, bracie Eisenhornie ?
  - Tak, sir. Widziałem tę księgę na własne oczy i poczułem jej diabelską 
aurę. To był Necroteuch. W oparciu o posiadane informacje wywnioskowa-
łem, że obcy znani jako saruthi weszli w posiadanie tego dzieła tysiące lat 
temu.   Po  nawiązaniu   kontaktów   z   spiskowcami   pod   wodzą   lorda   Glawa 
postanowili wymienić rzeczoną księgę na pewne artefakty będące dziedzict-
wem kultury ich cywilizacji.
 - Niemożliwe ! – uniósł się Commodus Voke – Necroteuch to mit, w dodat-
ku bardzo mało znany ! Ci obcy musieli sfabrykować falsyfikat nie istnieją-
cego dzieła, by wprowadzić w błąd naiwnych heretyków !
 - Widziałem tę księgę na własne oczy i poczułem jej diabelską aurę. To był 
Necroteuch – powtórzyłem raz jeszcze odwracając się w stronę Voke. 
     Admirał Spatian spojrzał na lorda Rorkena.
 - Ta rzecz, ta księga... czy rzeczywiście jest tak wartościowa, by heretycy 
dla niej tylko postanowili pogrążyć w globalnej wojnie domowej cały pod-
sektor, jeśli miałoby to w jakiś sposób  odwrócić uwagę od ich przedsię-
wzięcia ?
 - Ona jest bezcenna ! – wrzasnął Molitor – Absolutnie bezcenna ! Jeśli le-
gendy zawierają w sobie choć szczątkową prawdę, jej zawartość przekracza 
nasze zdolności pojmowania i całą dotychczas zgromadzoną wiedzę. Here-
tycy bez wahania spaliliby całe światy i poświęcili wszystkie swe zasoby, 
żeby tylko zyskać wpływy mogące ułatwić jej zdobycie.

  - Od samego początku było oczywiste  – oświadczył  spokojnym  głosem 
Endor – że stawka tej gry jest niezwykle wysoka. Również jestem wstrząś-
nięty wieściami   brata  Gregora,   ale  bynajmniej   nie  czuję się  zaskoczony. 
Tylko   artefakt   tak  potężny  jak  Necroteuch  może  w pełni  usprawiedliwić 
wprawienie w ruch krwawej machiny Schizmy.
 - Ale to Necroteuch ! Coś takiego ! – Schongard wciąż nie umiał się pogo-
dzić z usłyszaną prawdą.
  - Czy operacja heretyków zakończyła się sukcesem, inkwizytorze Eisen-
hornie ? – zapytał znienacka Marine patrząc mi prosto w oczy.
  -  Nie,  bracie-kapitanie,  nie  powiodła  się.  Było   to  desperackie   przedsię-
wzięcie, ale moja grupa zdołała zakłócić przebieg spotkania z saruthi. Obcy 
zostali   odpędzeni,   a   większość   heretyckich   negocjatorów   zginęła,   wśród 
nich sam lord Glaw i towarzyszące mu bluźniercze Dziecko Imperatora.
 - Czytałem o tym Mandragore w twoim raporcie – skinął głową Marine – 
To właśnie jego obecność w szeregach heretyków zaważyła w podjęciu de-
cyzji o naszym udziale w tej operacji.
 - Dzieci Imperatora, niechaj Terra przeklnie ich dusze, bez wątpienia pożą-
dały tej księgi dla siebie. Legion wysłał Mandragore, by ten asystował Gla-
wom w trakcie całego przedsięwzięcia. Wierzę, że obecność tej istoty wśród 
naszych wrogów jedynie umacnia wiarygodność wszystkich moich podej-
rzeń.
     Dostojny Marine skinął głową.
 - I twierdzisz, że Mandragore już nie żyje ?
 - Osobiście go zabiłem.
     Zakonnik Straży Śmierci wyprostował się zaskoczony i uniósł nieznacz-
nie brwi.
 - Czy jacyś heretycy zdołali ujść sprawiedliwości ? – zapytał Schongard.
  - Dwaj kluczowi dla sprawy konspiratorzy, bracie. Kapitan Wolnej Floty 
Gorgone  Locke, który moim  zdaniem jest odpowiedzialny za nawiązanie 
pierwszych kontaktów z saruthi, oraz kapłan Eklezjarchii Dazzo, duchowy 
przewodnik całej grupy. Uciekli z pola walki, dołączyli do reszty oczekują-
cych ich floty i opuścili ten system.
 - W jakim kierunku ? – zapytał Spatian.
 - Wciąż to ustalamy, admirale.
 - I jak wiele mają okrętów ? Ten sukinsyn Estrum zabrał ze sobą piętnaście 
jednostek !
  -   Stracił   przynajmniej   dwie   fregaty   w   tym   systemie.   W   skład   armady 
wchodzi teraz statek handlowy należący bez wątpienia do Locke.
 - Czy nasi wrogowie zostali pokonani i rzucili się do desperackiej ucieczki, 
czy też wciąż posiadają jakiś określony cel działania ? – odezwał się lord 
Rorken.
  - Muszę dokonać bardziej szczegółowych badań przed udzieleniem odpo-
wiedzi na to pytanie, mistrzu.
     Spatian wstał ze swego miejsca.
 - Bez względu na motywy heretyków lub ich brak, nie można pozwolić im 
uciec.   Muszą   zostać   wytropieni   i   unicestwieni.   Proszę   o   pozwolenie   na 
zmianę rozkazów i podjęcie pościgu.
 - Udzielam pozwolenia, admirale.
     Wtedy ze swego miejsca podniósł się Molitor.
  -  Jak  dotąd  nikt   jeszcze  nie  zadał  naszemu  bohaterskiemu  bratu   Eisen-
hornowi najważniejszego pytania – oświadczył z wyczuwalnym sarkazmem 
- Co stało się z Necroteuchem ?
     Odwróciłem się w jego stronę.
 - Uczyniłem to, co na mym miejscu zrobiłby każdy z nas, bracie. Spaliłem 
go.

*  *  *  *  *

     Dopiero teraz rozpętało się prawdziwe pandemonium. Molitor skoczył na 
równe   nogi   wyzywając   mnie   i   oskarżając   o   akt   bluźnierczego   święto-
kradztwa.   Schongard   natychmiast   do   niego   dołączył   wykrzykując   swym 
szeleszczącym głosem ostre zarzuty pod moim adresem. Endor i Voke pod-
nieśli  głos  próbując zakrzyczeć obu  krytykantów.  Członkowie  świt  przy-
bocznych szumieli niczym rozdrażniony rój pszczół. Tylko kapitan Straży 
Śmierci i ja sam pozostaliśmy w bezruchu na swych miejscach.
     Lord Rorken wstał z tronu.
  - Dosyć ! – spojrzał w stronę rozgorączkowanego Molitora – Przedstaw 
swoje obiekcje, bracie Molitorze, szybko i zwięźle.
     Inkwizytor skłonił się lekko i oblizał spierzchnięte usta wodząc po całej 
sali rozbieganym wzrokiem.
  - Eisenhorn musi ponieść konsekwencje tak jawnego aktu wandalizmu ! 
Necroteuch mógł być dziełem zakazanym i bluźnierczym, ale my jesteśmy 
członkami Inkwizycji, mistrzu ! Jakim prawem tak po prostu mógł go znisz-
czyć ?! Taki artefakt należało poddać starannym egzorcyzmom, a następnie 
przekazać w ręce najzdolniejszych i najbardziej zaufanych savantów. Znisz-
czenie tego dzieła odarło nas z niezwykle cennej wiedzy, wręcz okradło z 

niej Imperium !

65

background image

niej Imperium ! Dzięki studiom na Necroteuchem mogliśmy zgłębić sekrety 
natury   Nieprzyjaciela.   Pomyślcie   tylko,   jakie   mogliśmy   uzyskać   w   ten 
sposób korzyści ! Eisenhorn okrył hańbą Inkwizycję !
 - Bracie Schongardzie ?
 - Mój panie, zgadzam się z przedmówcą. Eisenhorn postąpił w desperacki i 
nieprzemyślany   sposób.   Odpowiednio   wykorzystany,   Necroteuch   mógł 
przeistoczyć się w bezcenne narzędzie walki z Nieprzyjacielem. Z całego 
serca   pochwalam   wysiłki   poczynione   przez   brata   Eisenhorna   w   celu 
zniszczenia spiskowców, ale tak bezmyślne unicestwienia źródła starożytnej 
wiedzy budzi we mnie zdecydowane potępienie.
 - Bracie Voke ? Jak... – zaczął lord Rorken, ale przerwałem mu wpół słowa.
 - Czy to rozprawa sądowa, mistrzu ? Czy zostałem formalnie oskarżony ?
 - Nie, bracie, to nie sąd. Lecz konsekwencje twych poczynań muszą zostać 
poddane analizie i ocenie. Bracie Voke ?
     Voke podniósł się z krzesła.
  - Eisenhorn postąpił słusznie. Necroteuch to bluźnierstwo. Aktem herezji 
byłoby pozwolenie na jego dalszą egzystencję !
 - Bracie Endorze ?
     Titus nie wstał z miejsca, zamiast tego odwrócił się na krześle i zmierzył 
wzrokiem Konrada Molitora.
  - Gregor Eisenhorn ma moje całkowite poparcie. Słuchając tego wylewu 
żalów, Molitorze, zastanawiam się, jakiego właściwie człowieka jest ta wy-
powiedź. Radykała bez wątpienia. Ale czy inkwizytora ? Szczerze zaczynam 
w to wątpić.
     Molitor ponownie skoczył na równe nogi pałając dzikim gniewem.
 - Ty chamie ! Ty prymitywny zacofany chamie ! Jak śmiesz ?!
 - Ano śmiem, jak zapewne widzisz – odparł Endor krzyżując ręce na pier-
siach – A ty, Schongard, ty wcale nie jesteś lepszy. Wstyd mi za ciebie. Ja-
kie tajemnice chcielibyście zgłebić czytając tę księgę ? Jedynie te mówiące, 
w jaki sposób skorumpować ludzki umysł i wpędzić go w szaleństwo. Nec-
roteuch został wciągnięty na indeks ksiąg zakazanych jeszcze przed założe-
niem   naszej   organizacji.   Nie   musimy   znać   jego   zawartości,   by 
zaakceptować   zakaz   lektury.   Wystarczy   w   zupełności   świadomość,   iż 
powinniśmy tę bez-cenną wiedzę zniszczyć bez wahania natychmiast po jej 
zdobyciu.   Powiedz-cie   mi   bracia,   czy   naprawdę   musicie   się   osobiście 
zarazić Gorączką Uhlrena, by pojąć jej śmiercionośny charakter ?
      Lord Rorken uśmiechnął się nieznacznie słysząc tę uwagę i spojrzał na 
Kosmicznego Marine.
 - Bracie-kapitanie Cynewolfie ?
     Kapitan wzruszył nieznacznie ramionami.
  - Dowodzę zespołami specjalnymi mającymi likwidować obcych, mutan-
tów i heretyków, mój panie. Kwestie moralne świata nauki i wiedzy pozo-
stawiam savantom. Lecz dla celów tego zgromadzenia gotów jestem stwier-
dzić, że bez względu na wartość tej księgi spaliłbym ją natychmiast bez se-
kundy namysłu.
      Zapadła długa chwila przerwy. Czasami byłem zadowolony z faktu, że 
nikt nie wie, kiedy się uśmiecham.
     Lord Rorken usiadł z powrotem na tronie.
  - Uwagi   moich   braci   zostały  odnotowane.  Osobiście   popieram  postępo-
wanie Eisenhorna. Zważywszy na ekstremalny charakter wydarzeń dokonał 
najsłuszniejszego w danej chwili wyboru.
 - Dziękuję, mistrzu.
  - Odpocznijmy teraz i przemyślmy całą sprawę w prywatności. Za cztery 
godziny oczekuję propozycji dalszego postępowania.

*  *  *  *  *

         - Co teraz ? – zapytał Titus Endor. Siedzieliśmy w jego kwaterze na 
pokładzie Saint Scythusa. Kobiecy serwitor przyniósł nam tacę z kieliszkami 
i dwiema karafkami wybornego amasecu. 
 - Niedobitki muszą zostać zniszczone – odparłem – Dazzo i reszta heretyc-
kiej floty. Zostali pozbawieni zdobyczy i uciekają teraz przed siebie. Mogą 
tak uciekać całymi latami, lecz mają do swej dyspozycji silne zgrupowanie 
marynarki i dość złej woli, by bez skrupułów wykorzystać jego potencjał 
militarny. Poprę pomysł kontynuowania pościgu do chwili całkowitej elimi-
nacji wroga, by zakończyć tę sprawę raz na zawsze.
     Aemos wszedł do pokoju, ukłonił się z respektem Endorowi i podał mi 
elektroniczny notes.
  - Astronawigatorzy  admirała  zakończyli  rekonstrukcję skoku  heretyków. 
Ich obliczenia pokrywają się z wynikami nadesłanymi właśnie przez kapita-
na Maxillę.
     Przesunąłem spojrzeniem po ekranie urządzenia.
 - Masz mapę, Titusie ?
     Przytaknął głową i włączył klawiaturę wbudowanego w szklany wierzch 
stołu   terminala.   Powierzchnia   blatu   rozbłysła   delikatną   poświatą.   Endor 
wprowadził do pamięci maszyny obliczeniowej dane z mojego notesu.

 - Zatem... nie uciekają w imperialną przestrzeń kosmiczną. To akurat mnie 
nie dziwi.  Ale też nie w stronę  znajdujących  się poza naszą jurysdykcją 
przestrzeni strefy Halo. 
 - Ich kurs prowadzi tutaj: 56-Izar. Dziesięć tygodni tranzytu przez Osnowę.
 - Na terytorium saruthi.
 - W sam środek terytorium saruthi.

*  *  *  *  *

     Lord inkwizytor Rorken potrząsnął z powagą głową.
 - Faktycznie, bracie, finał tej sprawy może być dla nas bardziej odległy, niż 
pochopnie założyliśmy.
 - Nie mogą liczyć na przyjazne potraktowanie przez saruthi ani łudzić się 
nadzieją, że znajdą w tamtym rejonie bezpieczną kryjówkę. Porozumienie 
zawarte pomiędzy spiskowcami Domu Glaw i obcymi było bardzo kruche i 
niepewne, a użycie przemocy całkowicie je pogrzebało. Dazzo musi mieć 
inne powody, by się tam udać.
     Lord Rorken przemierzał swój pokój kiwając głową i bawiąc się machi-
nalnie złotym sygnetem. Stado cherubinków siedziało w milczeniu na opar-
ciach licznych foteli i baldachimie wielkiego łoża, a ich brzydkie twarzyczki 
przechylały się z boku na bok obserwując mnie pilnie. Stałem nieruchomo 
czekając na odpowiedź mistrza.
 - Moja wyobraźnia wyprawia dzikie harce, Eisenhorn – oświadczył w koń-
cu lord.
  - Zamierzam jak najszybciej przesłuchać archeologa Malahite. Jestem pe-
wien,   że   człowiek   ten   może   nam   zapewnić   wiele   cennych   informacji   i 
jestem też pewien, że brakuje mu tak żelaznej siły woli jak miało to miejsce 
w przypadku jego pana, Urisela Glawa.
     Rorken klasnął w okryte rękawiczkami dłonie podejmując decyzję. Prze-
straszone cherubinki wzbiły się z łopotem skrzydełek w powietrze szukając 
schronienia gdzieś w zakamarkach wysokiego sufitu. 
  - Natychmiast przyjmiemy kurs na 56-Izar – powiedział mistrz ignorując 
popiskiwania   swych   pokojowych   serwitorów   –   Przynieś   mi   wieści   nie-
zwłocznie po zakończeniu przesłuchania.

*  *  *  *  *

     Służby bezpieczeństwa marynarki przetrzymywały Girolamo Malahite w 
zamkniętym skrzydle pokładowego kompleksu medycznego Saint Scythusa
Lekarze opatrzyli starannie ranę więźnia, ale nikt nie pofatygował się w celu 
zainstalowania   mu   cybernetycznej   protezy.   Zamierzałem   jak   najszybciej 
dobrać się do informacji ukrytych w umyśle tego człowieka.
     Przechodząc przez oświetlony zimnymi lampami pokład szpitalny wstą-
piłem na chwilę do Fischiga. Wciąż był nieprzytomny, ale opiekujący się 
nim pielęgniarz poinformował mnie o stabilnym stanie pacjenta. Hubrisjań-
ski oficer leżał na plastikowym łóżku rehabilitacyjnym, podpięty przewo-
dami i rurami do warczących cicho systemów podtrzymywania życia, jego 
zmasakrowane ciało nikło pod grubą warstwą bandaży, pasów ściągających 
i metalowych klamer.
       Wyszedłem z izolatki i udałem się zimnym korytarzem do posterunku 
strażniczego,   gdzie   po   okazaniu   identyfikatora   uzyskałem   pozwolenie   na 
wejście do skrzydła więziennego. Znajdowałem się właśnie na drugim punk-
cie kontrolnym, tuż przed pogrążonym w mroku korytarzem z ciągiem cel 
po obu stronach, gdy w jednej z nich rozległ się przerażający ludzki skowyt.
     Rozepchnąłem strażników i rzuciłem się w stronę metalowych drzwi celi. 
Wartownicy deptali mi po piętach.
  - Otwórz to ! – wrzasnąłem i jeden z wojskowych natychmiast zerwał z 
pasa pęk elektronicznych kluczy – Otwórz natychmiast, człowieku !
     Obrotowy zamek strzegący drzwi szczęknął głośno i przekręcił się otwie-
rając je szeroko. Konrad Molitor i trzej jego zakapturzeni akolici odwrócili 
się w stronę wyjścia, wyraźnie rozwścieczeni niespodziewanym najściem. 
Na   ich   okrytych   chirurgicznymi   rękawicami   dłoniach   pienił   się   obficie 
różowy płyn.
     Girolamo Malahite jęczał cicho zwisając z podwieszonej na łańcuchach 
do sufitu kratownicy. Był nagi, a niemal każdy centymetr jego skóry został 
żywcem zdarty z ciała.

*  *  *  *  *

         - Wezwać chirurgów ! Powiadomić lorda Rorkena ! Natychmiast ! – 
krzyknąłem na strażników – Jak zamierzasz wyjaśnić to, co zrobiłeś ? – za-
pytałem Molitora.
     Sądzę, że najchętniej zignorowałby moje pytanie, a trójka jego asysten-
tów sprawiała wrażenie gotowych do usunięcia mnie siłą z celi.
     Lecz lufa mojego pistoletu opierała się o skórę Molitora niemal idealnie 
pomiędzy jego brwiami, toteż żaden z akolitów nie uczynił najmniejszego 

wrogiego gestu.

66

background image

wrogiego gestu.
 - Przystąpiłem do przesłuchania więźnia... – zaczął.
 - Malahite jest moim więźniem !
 - Znajduje się we władzy Inkwizycji, bracie Eisenhornie...
 - On jest moim więźniem, Molitor. Prawa Inkwizycji upoważniają w pierw-
szej kolejności właśnie mnie do jego przesłuchania !
      Molitor próbował się cofnąć o krok, ale postąpiłem w ślad za nim nie 
odrywając lufy od skroni inkwizytora. Widziałem wyraźnie gorejącą w jego 
oczach  furię   wywołaną   tak  niespotykanym   potraktowaniem,   lecz  trzymał 
emocje na wodzy wiedząc, że nie lepiej mnie nie prowokować.
  - Ja... byłem zatroskany stanem twego zdrowia, bracie – zaczął pozornie 
spokojnym głosem – twymi obrażeniami, zmęczeniem. Malahite musiał być 
poddany natychmiastowemu  przesłuchaniu i uznałem,  że mogę  ci pomóc 
odpowiednio przygotowując...
 - Przygotowując go ?! Ty go prawie zabiłeś ! Nie wierzę w twoje bajeczki, 
Molitor. Jeśli naprawdę chciałbyś mi pomóc, poprosiłbyś wpierw o pozwo-
lenie. Ale ty chciałeś zagarnąć jego sekrety dla siebie !
 - To kłamstwo ! – wyrzucił z siebie.
     Przesunąłem palcem bezpiecznik pistoletu. W ciasnych ścianach celi me-
taliczne szczęknięcie nabrało znacznie bardziej złowieszczego wymiaru. 
 - Doprawdy ? Zatem powiedz mi, czego się do tej pory dowiedziałeś.
     Zawahał się na moment.
 - Więzień okazał się odporny na środki przymusu bezpośredniego. Niewiele 
odkryliśmy.
         Na korytarzu  załomotały  ciężkie  buty.  Strażnicy powrócili  w towa-
rzystwie dwóch ubranych na zielono chirurgów floty oraz czterech sanita-
riuszy.
 - Tronie Terry ! – krzyknął zdławionym głosem jeden z lekarzy widząc wi-
szące na kratownicy ludzkie ciało.
 - Zrób, co możesz, doktorze. Ustabilizuj go.
     Medycy rzucili się do pracy, żądając podniesionymi głosami natychmia-
stowego dostarczenia odpowiednich instrumentów, bandaży i środków anty-
septycznych. Malahite zacharczał konwulsyjnie.
 - Grożenie imperialnemu inkwizytorowi za pomocą broni jest ciężkim prze-
stępstwem  – oświadczył  jeden z zakapturzonych  akolitów  robiąc krok  w 
moim kierunku.
 - Lord Rorken będzie niezadowolony – powiedział drugi.
 - Odłóż broń, a nasz mistrz będzie współpracował – dodał trzeci.
 - Każ im zamknąć gęby – poleciłem Molitorowi.
 - Proszę, inkwizytorze Eisenhornie – odezwał się ponownie trzeci akolita. 
Jego spokojny wyważony głos płynął spod zakrywającego całą twarz kap-
tura – To jest tragiczne nieporozumienie. Poczynimy odpowiednie reparacje. 
Odłóż broń.
         Głos akolity był pełen pewności siebie i zdawał się kryć sporą nutę 
autorytaryzmu. Lecz człowiek ten zachowywał  się tak samo, jak na jego 
miejscu postąpiłby Midas lub Aemos, gdybym to ja znalazł się jakimś cu-
dem na miejscu Molitora.
 - Zabierz swoich asystentów i wynoś się stąd. Dokończymy rozmowę, gdy 
wysłucha mnie lord Rorken.
     Cała czwórka opuściła pośpiesznie celę. Włożyłem pistolet do kabury.
     Jeden z lekarzy podszedł do mnie kręcąc przecząco głową.
 - Ten człowiek nie żyje, sir.

*  *  *  *  *

      Na żądanie lorda Rorkena najstarszy rangą kapłan Eklezjarchii służący 
na   pancerniku   bezzwłocznie   oddał   do   naszej   dyspozycji   wielką   kaplicę 
poło-żoną na śródokręciu. Sądzę, iż pokładowi klerycy wpadli w prawdziwy 
pop-łoch będąc świadkami gniewu mojego mistrza.
     Mieliśmy niewiele czasu, by naprawić poczynione wskutek tragicznego 
incydentu szkody, pomimo złożenia przez lekarzy żałosnych szczątków Ma-
lahite w polu czasowym.
         Lord Rorken gorąco pragnął osobiście przeprowadzić cały zabieg, ale 
wiedział doskonale, że mocą prawa jest zobowiązany ustąpić mi pierwszeń-
stwa. Zajmując moje miejsce poparłby w niezamierzony sposób arogancki 
wybryk Molitora, a tego nie mógł zrobić nawet mimo swej dalece wyższej 
rangi.
         Powiedziałem Rorkenowi,  że przyjmuję zadanie i dodałem,  iż moja 
rozległa wiedza na temat całego zdarzenia sprawia, iż jestem do tego celu 
najlepszym kandydatem.

*  *  *  *  *

      Zebraliśmy się w kaplicy. Była to rozległa sala wsparta na ornamento-
wanych filarach i podłodze wyłożonej kolorowymi  mozaikami. Witraże z 
przyciemnionego szkła podświetlone były nieziemskim blaskiem kotłującej 

tęczą kolorów

się za pancernymi  oknami  Osnowy,  a ich wielobarwne szkła mieniły  się 
tęczą kolorów przedstawiając największe trymfy Imperatora. Posadzki sali 
drżały lekko w rytm pracujących w głębi  Saint Scythusa  potężnych sekcji 
napędowych.
     Rzędy ławek i foteli ciągnące się po obu stronach nawy wypełnione były 
przedstawicielami Eklezjarchii i świty inkwizytorów. Wszyscy moi bracia 
byli już na miejscu, również Molitor – wiedziałem, że nic nie zdołałoby go 
powstrzymać przed uczestnicztwem w tym zabiegu. 
         Ruszyłem wraz z Lowinkiem  w głąb nawy,  gdzie na marmurowym 
podwyższeniu   spoczywał   w   osłonie   pola   czasowego   martwy   Malahite. 
Blisko trzydziestu astropatów, ściągniętych z pokładów reszty okrętów flo-
tylli lub zespołów innych inkwizytorów, stało za podwyższeniem. Zakap-
turzeni, zdeformowani, niektórzy poruszali się na mechanicznych gąsieni-
cowych implantach lub byli przenoszeni w lektykach przez serwitorów. Z 
cichym ożywieniem dyskutowali pomiędzy sobą. Lowink wstąpił pomiędzy 
nich chcąc wyjaśnić pewne szczegóły całego przedsięwzięcia. Wyczuwałem 
jego   dumę   i   podniecenie   wynikłe   z   faktu,   iż   nagle   zyskał   władzę   nad 
astropatami, którzy w normalnych okolicznościach dalece przewyższali go 
rangą. Lowink nie posiadał dostatecznego doświadczenia, by przeprowadzić 
cały zabieg w pojedynkę: jego umiejętności pozwalały jedynie na najprost-
sze rytuały psychometrii. Niemniej jednak udział w mojej misji i ogromna 
wiedza na jej temat predysponowały go do roli koordynatora ceremonii.
      Spojrzałem na Malahite, obdartego ze skóry i żałośnie patetycznego w 
migotliwym kokonie pola czasowego. W groteskowy sposób przywodził mi 
na myśl  samego  Boga-Imperatora, spoczywającego  na wieczność w polu 
czasowym Złotego Tronu, chronionego po wsze czasy przed śmiercią, która 
wyciągnęła po niego swe szpony w czasie Herezji Horusa.
     Lowink skinął mi głową. Astropatyczny chór był gotowy.
         Rozejrzałem się wokół i pochwyciłem wzrokiem twarz Endora. Titus 
zajął miejsce niedaleko za Molitorem, ponieważ obiecał mi wcześniej, że 
będzie pilnował każdego ruchu zdradzieckiego radykała. Schongard siedział 
niemal   z   tyłu   nawy,   demonstracyjnie   odcinając   się   od   wybryku   swego 
towarzysza.
     Ujrzałem brata-kapitana Cynewolfa i dwóch jego podwładnych zajmują-
cych miejsce opodal ołtarza. Wszyscy mieli na sobie pełne pancerze siłowe, 
w rękach trzymali stormboltery. Wiedziałem, że nie przybyli do kaplicy w 
charakterze straży honorowej. Ich zadaniem byo zapewnienie zgromadzo-
nym bezpieczeństwa.
 - Rozpocznij, bracie – powiedział lord Rorken prostując się na swym tronie.
         Chór zaczął rozdzierać delikatną powłokę Osnowy swym astropatycz-
nym śpiewem. Psioniczny chłód omiótł całą kaplicę i niektórzy obecnie w 
sali ludzie pozwolili sobie na zdławione szepty, cześciowo wywołane stra-
chem, częściowo zaś wymuszone mentalną wibracją.
      Commodus Voku podniósł się ze swego fotela przy pomocy Heldane i 
podszedł do mnie chwiejnym krokiem. Chcąc zrewanżować się mistrzowi za 
zaszczyt poprowadzenia seansu wyraziłem zgodę na współuczestnictwo w 
zabiegu starszego i bardziej doświadczonego inkwizytora. Zdawałem sobie 
doskonale sprawę z niebezpieczeństwa całego przedsięwzięcia. Dwa umysły 
były lepsze niż jeden, a ja zdążyłem już docenić mentalny potencjał starego 
łotra wcześniej.
 - Wyłączyć pole czasowe – powiedziałem. Pomruk astropatycznego chóru 
przybrał na sile. Kiedy kokon ochronnego pola rozmył się w powietrzu, ra-
zem z Voke wyciągnęliśmy przed siebie nagie dłonie dotykając przerażają-
cej zmasakrowanej twarzy Malahite.

*  *  *  *  *

     Kurtyna Osnowy rozstąpiła się raptownie. Odniosłem wrażenie, że patrzę 
w dół słupa gęstej mlecznobiałej mgły, kotłującej się wokół mnie szaleńczo. 
W   uszach   słyszałem   upiorny   wrzask  Immaterium  i   skowyt   miliardów 
uwięzionych w Osnowie dusz.
     Niebieskie światło rozdarte wstęgami wyładowań elektrycznych. Dźwięk 
przypominający grzmot trzęsienia ziemi przemieszany z eterycznym  śpie-
wem   dawno   nieistniejących   świątyń.   Zapach   drzewnego   dymu,   kadzideł, 
słonej wody, krwi...
         Kosmiczna pustka tak niewiarygodnie rozległa, że mój umysł  wręcz 
odmówił akceptacji tego faktu. Obraz zniknął w ułamku sekundy i być może 
tylko dzięki temu nie postradałem zmysłów.
      Kolejna przesłona. Krwawoczerwone rozbłyski. Zderzające się ze sobą 
galaktyki, stojące w kosmicznym ogniu. Dusze przywodzące na myśl kome-
ty, przecinające płomienistymi wstęgami Immaterium. Głosy bogom podob-
nych bestii wzywające śmiertelników z odległych zakątków Osnowy.
     Atramentowa ciemność. Kolejne wrażenie dobiegającej zewsząd pieśni.
     Gwiezdne konstelacje pławiące się w słabym blasku powstających dopie-
ro młodych słońc.
     Wszechświat u swych narodzin. Lodowata pustka nicości.

67

background image

 - Gregor ?
     Rozglądając się wokół dostrzegłem Commodusa Voke. Nie poznałem w 
pierwszej chwili jego głosu, wydawał się zbyt niski, jakby rozmyty w dzi-
waczny sposób. Staliśmy na zboczu wysokiego wzgórza, skąpani w promie-
niach dwóch jaskrawych słońc prażących niemiłosienie z nieba. Pasma gór 
ciągnęły się aż po horyzont niczym stworzone przez naturę fortece.
     Ruszyliśmy w dół zbocza w stronę dobiegającego nas mechanicznego ha-
łasu. Przestarzały monozadaniowy serwitor o ociekających smarem siłowni-
kach wgryzał się w skałę machając rytmicznie kończynami w postaci szpad-
li. Z wiszącego na jego tylnej obudowie bojlera buchały kłęby dymu i pary, 
a poruszone  kamienie były  transportowane  po niewielkim  taśmociągu  na 
znajdującą się opodal hałdę.
     Ominęliśmy serwitora oraz wyciętą w zboczu niszę, gdzie mniejsze ma-
szyny górnicze starannie czyściły i polerowały wybrane fragmenty skał i 
odkładały je na drewniane palety.
          Malahite   stał   nieruchomo   obserwując   pracę   serwitorów.   Był   teraz 
znacznie młodszy,  niemal  chłopięcy,  szczupły i ogorzały od  słonecznych 
promieni. Miał na sobie szorty i luźną bluzę, a jego skórę pokrywała cienka 
warstwa skalnego pyłu.
 - Domyślałem się, że przyjdziecie – powiedział.
 - Czy będziesz współpracował ? – zapytałem.
 - Nie mam zbyt wiele czasu na rozmowy – odparł schodząc w dół zbocza, 
by przyjrzeć się efektom pracy serwitorów – Zostało dużo pracy do skoń-
czenia. Nie wykopaliśmy wszystkiego, a za tydzień przyjdą już deszcze.
     Wiedział, kim jesteśmy, a mimo to nie potrafił oderwać się myślami od 
otaczającej go iluzji wspomnień.
 - Na rozmowę czasu nam wystarczy.
     Malahite wyprostował się i spojrzał w moim kierunku.
 - Sądzę, że masz rację. Wiecie, gdzie się znajdujemy ?
 - Nie.
     Zamyślił się na moment.
  -   Świat   pograniczny.   Całkowicie   zapomniałem   jego   prawdziwą   nazwę. 
Tutaj właśnie spędziłem najszczęśliwsze chwile mego życia. Tutaj wszystko 
się zaczęło. Moje pierwsze wielkie odkrycie, znalezisko, które sprawiło, że 
stałem się znanym ksenoarcheologiem. 
  - My jednak chcielibyśmy  porozmawiać o późniejszych wydarzeniach – 
zastrzegł Voke.
      Malahite pokiwał głową, zdjął z czoła opaskę i wytarł nią spocone po-
liczki.
 - Lecz to tutaj wszystko się zaczęło. Będzę chwalony za te odkrycia, feto-
wany w wysokich kręgach władzy. Zaproszony do współpracy przez bogaty 
i czcigodny Dom Glaw. Urisel Glaw zaproponuje mi posadę i lukratywne 
stypendium w zamian za prowadzenie prac wykopaliskowych dla jego rodu.
 - I dokąd ostatecznie cię to zaprowadzi ? – spytałem retorycznie – Powiedz 
nam o saruthi.
     Zmarszczył czoło i odwrócił w bok twarz.
 - A dlaczego miałbym coś powiedzieć ? Co możecie mi w zamian zaofero-
wać ? Nic ! To wyście mnie zniszczyli !
 - Mamy swoje sposoby, Malahite. Możemy złagodzić pewne konsekwencje. 
Pamiętaj, że Dom Glaw skazał cię na potworny los. 
     Spojrzał na mnie z błyskiem zainteresowania w oku.
 - Możesz mnie uratować ? Nawet teraz ?
 - Tak.
      Zamilkł na chwilę i wskazał palcem jeden z pracujących taśmociągów. 
Pas transmisyjny pełen był strzaskanych oktagonalnych płytek, do złudzenia 
przypominających te z Damasku.
 - Mieli niegdyś własne mocarstwo, wiedzieliście o tym ? – powiedział prze-
bierając rękami pośród wyrzucanych na hałdę odpadów i pokazując niektóre 
ze szczątków. Na powierzchni płytek nic nie widniało, były czyste – Cała 
jego historia jest tutaj, zapisana w formie piktogramów. Nasze oczy tego nie 
widzą. Saruthi nie posiadają narządów wzroku ani mowy. Zapach i dotyk to 
dwa ich podstawowe zmysły. Potrafią odczytywać umysłem kształty otocze-
nia, również przepływy energii mentalnej. Potrafią zakrzywiać kąty czaso-
przestrzeni.
 - W jaki sposób ?
     Wzruszył ramionami.
  - Zasługa Necroteuchu. On ich przeistoczył. Mocarstwo saruthi było nie-
wielkie,  około  czterdziestu  światów,  i  bardzo stare w chwili,  gdy księga 
weszła w posiadanie obcych. Przynieśli ją ze sobą ludzie uciekający z Terry 
przed   prześladowaniami   religijnymi,   w   czasach   powstawania   Imperium. 
Dzięki opartym na smaku i dotyku zmysłom saruthi zdołali wyczytać z księ-
gi znacznie więcej od ludzkiego oka. Od momentu pierwszego dotknięcia jej 
stronnic Necroteuch ogarnął kulturę obych niczym huraganowy pożar, jak 
wirus wiedzy, transformując i wypaczając saruthi, dając im dostęp do nie-
wyobrażalnej   potęgi.   Księga   doprowadziła   do   wybuchu   wojny,   domowej 
wojny, która rozbiła mocarstwo i unicestwiła większość jego światów. Po-

zo-s

zostały jedynie nieliczne resztki, skupione na odległym fragmencie niegdyś 
dalece większego terytorium.
 - Zostali skorumpowani... jako gatunek ? – zapytał Voke.
     Malahite pokiwał głową.
 - Nie było dla nich ratunku, inkwizytorze. To dokładnie taka rasa obcych, 
przed którą uczycie nas strachu i wrogości. W przeszłosći prowadziłem ba-
dania nad kilkoma cywilizacjami innych ras i stwierdziłem, że większość z 
nich zupełnie nie zasługiwała na nienawiść, jaką Inkwizycja i Kościół pałają 
do wszystkiego, co nie mieści się w standardowym ludzkim wzorcu. Jesteś-
cie zaślepionymi głupcami, gotowymi zabić każdą żywą istotę, która nazbyt 
się od was różni. Lecz w tym przypadku macie rację. Zaraza Necroteuchu 
zawładnęła saruthi.  Nie myślcie  o nich jak o rasie obcych,  ponieważ od 
dawna są pomiotem Chaosu.
     Zadrżał lekko jakby go omiótł zimny wiatr, chociaż promienie obu słońc 
wciąż paliły nas niemiłosiernie.
 - Jakimi dysponują zasobami, jaki mają potencjał militarny ?
 - Nie mam pojęcia – odparł i zadrżał ponownie – Porzucili technologię lo-
tów kosmicznych w zamierzchłej przeszłości, bo już jej nie potrzebowali. 
Jak wspominałem, Necroteuch wypaczył ich zmysły. Zyskali zdolność ma-
nipulowania czasem i przestrzenią, wykorzystując ją do podróżowania na 
dalekie dystanse. Przemieszczali się w ten sposób z jednego świata na drugi. 
Dopracowali do perfekcji umiejętność tworzenia konstruktów zawieszonych 
w   czterech  wymiarach,   sztucznych   rzeczywistości   istniejących   jedynie   w 
określonych przedziałach czasu. 
 - Takich jak miejsce negocjacji ?
 - Tak. KCX-1288 było niegdyś światem należącym do ich mocarstwa. Wy-
brali go na miejsce spotkania ze względu na fakt, iż położony jest z dala od 
ich zamieszkanych planet. Zbudowali tam tetraświat specjalnie dla nas.
 - Tetraświat ?
 - Wybaczcie. Sam stworzyłem ten termin. Wierzyłem, że któregoś dnia trafi 
on do imperialnej literatury fachowej. Sztuczne stworzone, czterowymiaro-
we otoczenie. W tym konkretnym przypadku wyposażone w mikroklimat 
skonstruowany pod kątem ludzkiej rasy. Byliśmy ich gośćmi.
 - W jaki sposób doszło do aranżacji całej tej wymiany ?
  -  Locke,   kupiec   Wolnej   Floty.   Od   lat  był   pracownikiem   kontraktowym 
Domu Glaw. Najemnik włóczący się wśród gwiazd za pieniądze pochodzące 
ze szkatuły Glawów. Zapuścił się na terytorium saruthi i w końcu zdołał z 
nimi nawiązać kontakt. Potem odkrył istnienie Necroteuchu i uznał, że prze-
miot ten może mieć dla jego panów ogromną wartość.
 - I obcy zgodzili się zawrzeć układ ? – robiłem się coraz bardziej niecierpli-
wy. Bezcenny czas uciekał.
     Archeolog zadrżał wyraźnie.
 - Jest zimno – zauważył – Nieprawdaż ? Robi się coraz zimniej. 
 - Zgodzili się zawrzeć układ ? Dalej, Malahite, mów. Nie będziemy ci mog-
li pomóc, jeśli nie przestaniesz opóźniać rozmowy.
 - Tak... tak, zgodzili się. W zamian zażądali artefaktów o charakterze kultu-
rowym znajdujących się na światach, którę opuścili dawno temu i do któ-
rych nie posiadali obecnie dostępu.
 - Czy Necroteuch nie posiadał dla nich wartości ?
 - Pozostawał w ich umysłach, w ich duszach, wpleciony w kod genetycz-
ny.Sama księga miała niewielkie znaczenie.
  - Zostałeś wynajęty do poszukiwań i wydobycia materiałów, które miały 
posłużyć Glawom za towar wymienny w trakcie negocjacji ?
 - Oczywiście. Obiecano mi wiele, wiecie...
     Jego głos załamał się, ucichł. Daleko nad górami nieboskłon zaczął ciem-
nieć. Rosnący z każdą chwilą wiatr chłostał skałę wokół naszych stóp, ma-
lutkie kamyki toczyły się z grzechotem pod jego naporem.
 - Sezon deszczowy ? – mruknął Malahite – Zbyt wcześnie.
 - Skoncentruj się, człowieku, albo zaprzepaścisz swój los ! Necroteuch jest 
zniszczony, transakcja zerwana, Dom Glaw leży w gruzach. Dlaczego więć 
Locke i Dazzo prowadzą swą flotę prosto na terytorium saruthi ?
 - Co to ? – zapytał ostrym tonem przerywając mi stanowczym gestem dłoni. 
Rzeczywiście zrobiło się zimniej, a gęste chmury zasłaniały coraz bardziej 
blask słonecznych promieni. W oddali pochwyciłem jakiś dziwny nieznany 
mi dźwięk.
 - Co zamierzają zrobić ? – powtórzył moje pytanie Voke.
      Malahite popatrzył na nas wzrokiem sugerującym politowanie dla bez-
brzeżnej ignoracji jego rozmówców.
  - Naprawić szkody, jakie poczyniliście. Wielcy i potężni Glawowie mają 
swych własnych panów, na których sznurkach tańczą. Panów nie puszczają-
cych płazem niepowodzenia. Muszą okiełznać ich gniew po utracie Necro-
teuchu.
     Spojrzałem z ukosa na Voke.
 - Masz na myśli Dzieci Imperatora ? – zapytałem Malahite.
 - Oczywiście ! Glawowie nie mogliby dokonać tego wszystkiego sami, po-
mimo faktycznej potęgi i wpływów. Zawarli pakt z heretyckim Legionem, 

by

68

background image

by uzyskać protekcję i wsparcie, w zamian zaś obiecali podzielić się z Mari-
nes Chaosu wiedzą zgromadzoną w Necroteuchu. A ponieważ księga została 
zniszczona, Dzieci Imperatora będą bardzo niezadowolone.
 - W jaki zatem sposób heretycy zamierają obłaskawić swych protektorów i 
uzyskać ich przebaczenie ? – zapytał Voke. Podobnie jak ja, stary inkwi-
zytor również był zaniepokojony ciemniejącą barwą nieba i nasilającym się 
wiatrem.
 - Przez zdobycie innego Necroteuchu – powiedziałem z nagłym przebłys-
kiem intuicji, który zmroził mi krew w żyłach.
     Ksenoarcheolog klasnął w dłonie i uśmiechnął się szeroko.
 - Nareszcie ktoś użył mózgu ! A już zamierzałem spisać was obu na straty. 
Brawo.
 - Istnieje inna kopia ? – wyszeptał z niedowierzaniem Voke.
  - Saruthi bez większego żalu przehandlowali ludzką wersję Necroteuchu, 
ponieważ kiedyś sporządzili swą własną – odpowiedziałem i na to pytanie 
towarzysza, przeklinając w myślach swą krótkowzroczność. Przecież to było 
tak oczywiste !
 - I znów trafny wniosek ! To prawda, posiadają swoją wersję księgi – przy-
znał Malahite i uśmiechnął się ponownie, chociaż teraz drżał już nieustannie 
z zimna i obejmował się rękami próbując ogrzać tors – Jest to rzecz jasna 
transkrypcja obcych, zapisana w ich... powiedzmy, języku, skoro nie istnieje 
bardziej adekwatny tego słowa odpowiednik. Bez względu na formę zapisu 
zawartość kopii pozostaje identyczna z pierwowzorem. Dazzo i jego władcy 
będą mieli swój Necroteuch pomimo wszystkich szkód, jakie im wyrządzi-
liście.
        Mroczne niebo przecięła jaskrawa błyskawica, a huragan ciskał w nas 
wielkimi bryłami skał.
 - Czas na powrót ! – krzyknął do mnie Voke.
 - Faktycznie – skomentował Malahite – A teraz wasza oferta. Odpowiada-
łem wam szczerze i w pełni. Czy jesteście ludźmi honoru ?
 - Nie możemy cię uratować przed śmiercią, Malahite – odparł Voke – Lecz 
bluźniercze istoty, z którymi związali twój los Glawowie przybywają, aby 
pożreć twą duszę. Możemy okazać miłosierdzie i przyjąć twą spowiedź oraz 
akt skruchy, zanim będzie za późno.
     Malahite wyszczerzył zęby w posępnym uśmiechu. Miotane wiatrem ka-
wałki kamieni uderzały go w twarz.
 - Do diabła z twoją ofertą, Commodusie Voke. I do diabła z wami !
 - Ruszaj, Voke ! – krzyknąłem rozpaczliwie. Malahite rozmyślnie trzymał 
nas w tym miejscu, z premedytacją przeciągająć rozmowę. Wiedział dosko-
nale, że nie możemy mu zaoferować nic prócz szybkiej śmierci. Ta łaska go 
nie interesowała. Był żądny zemsty. To właśnie była cena jego szczerości. 
Chciał posiąść pewność, że nadal będziemy w tym miejscu, kiedy nadejdzie 
jego koniec, że umrzemy wraz z nim.
     Kamienista pustynia za plecami ksenoarcheologa eksplodowała z hukiem 
rozrzucając na wszystkie strony skalne bryły. W niebo wystrzelił słup krwi, 
szeroki na dobre pięćset metrów i kilkanaście kilometrów wysoki. Wyglądał 
niczym monstrualne drzewo o gałęziach z gnijącego mięsa, ścięgien, żył i 
milionów żarłocznych oczu patrzących z powierzchni błyszczącej chorobli-
wie kolumny.
     Dziwaczne macki z kości i tkanki sięgnęły po Malahite, pochwyciły go i 
rozerwały na strzępy.
      Był to akt całkowitego unicestwienia, najbardziej przerażający spośród 
wszystkich podobnych obrazów, jakie miałem okazję widzieć na swe oczy 
w przeszłości. Lecz on wciąż się uśmiechał, gdy przestawał istnieć.

Rozdział XXII

W paszczy Osnowy.

Dekret pacyfikacyjny.

56-Izar.

     Mentalna manifestacja wspomnień o świecie pogranicznym rozmyła się i 
znikła bez śladu niczym roztrzaskane w drobny mak lustro. Lecz górująca 
ponad nami demoniczna forma pozostała czerniejąc złowieszczo w mroku 
Osnowy.
      Poczułem jak Voke próbuje uderzyć tę plugawą jaźń wiązką mentalnej 
energii, ale był to daremny gest rozpaczy, przypominający wysiłki człowie-
ka próbującego dmuchaniem powstrzymać tornado. 
 - Cofaj się ! – wrzasnąłem ledwie słysząc swój własny głos.
     Ujrzałem Commodusa zapadającego się w nicość tuż u mego boku, wy-
ciągającego z błagalną desperacją dłonie. Wykrzyczałem jego imię ponow-
nie, podałem mu rękę. Zawołał coś, czego nie zdołałem usłyszeć.
     W moich uszach eksplodowała znienacka kakofonia ludzkich krzyków i 
huk kanonady z broni palnej.

*  *  *  *  *

      Runąłem boleśnie na mozaikę pokrywającą podłogi kaplicy, zbryzgany 
krwią i ektoplazmą, walczący rozpaczliwie o każdy oddech. Serce waliło mi 
niczym kowalski młot.
     Odzyskałem całkowicie czystość słuchu i panujący wokół harmider nie-
malże mnie ogłuszył.
     Przetoczyłem się na plecy i usiadłem na podłodze.
     Kaplica pogrążona była w ślepej panice. Klerycy i nowicjusze, akolici i 
asystenci, wszyscy pospołu uciekali w przerażeniu tratująć się wzajemnie i 
przewracając ławki. Lord Rorken stał wyprostowany z bladą jak śnieg twa-
rzą, a jego przyboczni gwardziści zasłonili swego mistrza ciałami kreśląc w 
powietrzu mieczami mistrzowsko wyprowadzone ósemki.
     Voke leżał tuż przy mnie, nieprzytomny. On również był pokryty cuch-
nącą posoką i śluzem.
     Nie potrafiłem odzyskać równowagi, kręciło mi się w głowie. Wstrząś-
nięty konwulsjami zacząłem wymiotować krwią. Byłem przerażony. Skazi-
ło mnie dotknięcie Osnowy.  Znalazłem się zbyt blisko zakazanego i zbyt 
długo tam przebywałem.
     Astropaci cofali się chaotycznie od podwyższenia, charcząc i miotając się 
w drgawkach. Niektórzy z nich już nie żyli, leżeli nieruchomo na posadzce. 
W momencie, gdy spojrzałem w ich stronę, dwaj wybuchnęli znienacka od 
środka niczym przekłute balony wypełnione krwią. Pomiędzy zdeformowa-
nymi postaciami przeskakiwały łuki diabolicznej energii, wypalając mózgi, 
topiąc żywą tkankę i kości, zmieniając w parę organiczne płyny.
      Ciało Malahite znikło. W jego miejscu na podwyższeniu kucał wyjący 
skrzekliwie stwór składający się na pozór z dymu i zepsutej tkanki. Astropa-
ci utrzymali połączenie z jaźnią Malahite dostatecznie długo, by umożliwić 
nam powrót, potem je zerwali. Lecz oprócz nas do rzeczywistego wymiaru 
przybyło coś jeszcze.
     Istota ta nie miała określonej formy, chociaż jej zmienny kształt sugero-
wał różnorodne  pochodzenie. Przywodziła  na myśl  chmurę na niebie lub 
cień na ścianie, potrafiący w przeciągu chwili wielokrotnie zmienić swój za-
rys. Na tle mglistego kształtu lśniły kły i słaby poblask odległych gwiazd.
         Pierwszy z przybocznych strażników lorda Rorkena był już przy pod-
wyższeniu, tnąc z rozpędu swoim mieczem. Ostra jak brzytwa klinga, ozdo-
biona sakralnymi runami i wielokrotnie pobłogosławiona, przeszła na wylot 
poprzez eteryczną mgłę nie czyniąc jej większej szkody.
         W odpowiedzi na ten atak w kierunku człowieka wystrzeliła kościana 
narośl o zakrzywionym końcu, do złudzenia przypominająca kosę z biegną-
cymi wzdłuż ostrza ludzkimi zębami. Kosisko przecięło ostrze błogosławio-
nego miecza i klatkę piersiową jego właściciela, przepoławiając swą ofiarę.
     Potoczyłem wokół głową szukając broni, jakiejkolwiek broni.
     Strzelanina przybrała na sile.
     Prowadząc ogień ciągły ze stormbolterów, trzej Marines Straży Śmierci 
biegli w kierunku podwyższenia. Ich czarne pancerze siłowe pokrywała gru-
ba warstwa szronu. Dzięki wbudowanym w zbroję wzmacniaczom zdołałem 
pochwycić słuchem głos Cynewolfa, wydającego braciom zwięzłe taktyczne 
komendy.
     Stormboltery ziały ogniem i stalą do momentu, w którym pod naporem 
ich pocisków diaboliczny stwór cofnął się w tył pozostawiając po sobie pas 
śluzu. Spadł z podwyższenia prosto na pierzchających na wszystkie strony 
astropatów, miażdżąc swym ciężarem żywych i umarłych pospołu.
     Brat-kapitan Cynewolf wysforował się przed dwóch towarzyszy, biegnąc 

z

69

background image

szybciej niż uważałem za możliwe dla tak ciężko opancerzonej postaci. Cis-
kając za siebie pusty stormbolter wyjął z pokrowca łańcuchowy miecz i za-
czął nim rąbać mackowatą istotę, zapędzając ją z powrotem na środek kap-
licy. Strzępy nieludzkiej tkanki sypały się z bestii niczym drewniane wióry.
     Lord Rorken minął mnie w biegu, w rękach ściskał ceremonialny posreb-
rzany miotacz ognia wyrwany jednemu z asystentów. Akolita pędził w ślad 
za mistrzem, desperacko podtrzymując złote zbiorniki z paliwem. 
     Głos Rorkena wybił się ponad pandemonium szalejące w kaplicy.
 - Nieczysty duchu Immaterium, odejdź stąd niezwłocznie, albowiem Bóg-
Imperator,   dzięki   mu   za   jego   niezliczone   błogosławieństwa,   czuwa   nade 
mną i nie ulęknę się cienia Osnowy...
     Jaskrawy strumień ognia wystrzelił z broni mistrza i skąpał w piekielnym 
żarze diaboliczną istotę. Rorken nie zdejmował palca ze spustu wykrzykując 
jednocześnie na całe gardło wersety odpędzenia demonów.
      Endor pomógł mi wstać i razem dołączyliśmy swe głosy do inkantacji 
mistrza.
     Każdą komórką ciała wyczuwałem silne drżenie przenikające cały okręt.
     Nic nie pozostało po bestii Osnowy prócz kupki popiołu i poczynionego 
przez nią zniszczenia.

*  *  *  *  *

     W formie kary za występek będący powodem dramatycznych wydarzeń 
w kaplicy, Konrad Molitor został obarczony obowiązkiem oczyszczenia i 
powtórnej   konsekracji   świątyni.   Praca   ta,   pieczołowicie   doglądana   przez 
kapłanów Eklezjarchii i techadeptów Omnissiaha, zajęła mu pierwsze sześć 
tygodni naszego tranzytu na 56-Izar. Molitor podszedł do swego zadania w 
poważny sposób. Pracował ubrany w zgrzebną szatę pokutną, a jego akolici 
w przerwach wielokrotnie poddawali swego przełożonego rytuałom mental-
nego samoumartwiania.
     Prywatnie uważałem, że wywinął się tanim kosztem.

*  *  *  *  *

     Spędziłem miesiąc w jednym z apartamentów na wizytowym pokładzie 
pancernika,   dochodząc   do   siebie   po   fizjologicznym   wstrząsie   w   kaplicy. 
Psychiczne efekty tego seansu miały mnie dręczyć jeszcze przez wiele lat. 
Do  dnia  dzisiejszego  śnię  czasami   o  gejzerze  krwi  pełnym  łypiących  na 
mnie oczu, strzelającym wysoko  w niebo. Takiej wizji się nie zapomina. 
Powiada się, że czas rozmywa wspomnienia, ale nie w tym przypadku. Myś-
lę nawet, że puścić coś takiego w niepamięć byłoby karygodnym błędem. 
Byłby to gest odrzucenia oczywistej prawdy, akt negacji mogący kiedyś w 
przewrotny sposób doprowadzić mnie do utraty zdrowych zmysłów.
     Leżałem w łóżku cały miesiąc, przyjmując regularnie zastrzyki i tabletki. 
Często odwiedzali mnie medycy marynarki i wysocy rangą członkowie świ-
ty lorda Rorkena. Kontrolowali skrupulatnie mój organizm, mój umysł, tem-
po  rekonwalescencji.  Wiedziałem   dobrze,  czego   szukali.   Piętna   Osnowy. 
Byłem  pewien, że seans nie zdołał mnie skazić, lecz oni  rzecz jasna nie 
mogli bezkrytycznie przyjąć do wiadomości moich zapewnień i na nich po-
przestać. Znaleźliśmy się, ja i Voke, zbyt blisko krawędzi. Zaledwie kilka 
sekund dłużej...
         Aemos nie opuszczał mnie nawet na chwilę, znosząc do apartamentu 
książki i hologramy o charakterze rozrywkowym. Czasami czytał mi na głos 
jakieś opowieści, wybrane fragmenty kazań kościelnych czy dzieł historycz-
nych. Czasami puszczał muzykę na wysłużonym odtwarzaczu dźwiękowym. 
Zostałem w ten sposób zmuszony do wysłuchania sporej części repertuaru 
Daminiasa   Bartelmewa,  symfonii  Hansa  Solveiga   i  psalmów  kleryckiego 
chóru   Ongres.   Kiedy   savant   przeszedł   do   wariancji   na   bazie   operetek 
Guinglasa, zdołałem w końcu ubłagać go, aby zaprzestał dalszych muzycz-
nych eksperymentów. Niezrażony mą surową opinią na temat jego gustów 
włączył  Requiem Machariańskie   i  zaczął  parodiować   dyrygenta   orkiestry 
symfonicznej pląsając po pokoju na swych cybernetycznych nogach w spo-
sób tak komiczny, że wręcz popłakałem się ze śmiechu.
  - Dobrze usłyszeć twój śmiech, Gregorze – oświadczył strzepując kurz z 
następnej zakładanej na urządzenie płyty.
     Zamierzałem mu odpowiedzieć, ale w tej samej chwili ryk trąb wieszczą-
cych bitewny hymn w wykonaniu mordiańskiego chóru wojskowego niemal 
powalił mnie na poduszki.

*  *  *  *  *

     Często odwiedzał mnie Midas. Grywaliśmy w regicide, czasami korzys-
tał też ze swej glaviańskiej liry. Te prywatne koncerty szczególnie sobie ce-
niłem, ponieważ wiedziałem, że pilot woził ze sobą instrument już w cza-
sach, gdy się poznaliśmy, a nigdy wcześniej pomimo mych nalegań na nim 
nie zagrał. Okazał się prawdziwym wirtuozem liry, jego delikatne giętkie 

pac

palce pokryte neuralnymi czytnikami przesuwały się po strunach instrumen-
tu równie precyzyjnie jak po konsoli pokładowej wahadłowca.
      Podczas swej trzeciej wizyty, po odegraniu kilku glaviańskich melodii, 
oparł lirę o nogę swego krzesła wyraźnie zasępiony.
 - Lowink nie żyje – oświadczył cicho.
      Przymknąłem oczy i skinąłem powoli głową. Spodziewałem się takich 
wieści.
 - Aemos nie chciał tego powiedzieć w trosce o twoje samopoczucie, ale ja 
uważam, że powinieneś wiedzieć.
 - Odszedł szybką śmiercią ?
 - Ciało przeżyło seans, ale mózg uległ całkowitej lobotomii. Zmarł tydzień 
później. Po prostu zgasł.
 - Dziękuję, Midasie. Dobrze, że mi o tym powiedziałeś. Zagraj mi coś jesz-
cze, jeśli możesz...

*  *  *  *  *

     Chociaż może to się wydać dziwne, najwięcej przyjemności sprawiały mi 
wizyty  Bequin.  Wpadała  znienacka  rozpoczynając  pośpieszną  krzątaninę: 
poprawiała mi pościel, uzupełniała zapas trunków w zasięgu ręki, porząd-
kowała fiolki z lekarstwami. Potem siadała i czytywała mi głośno rozmaite 
lektury, w większości opracowania pozostawione przez Aemosa uważają-
cego czas rekonwalescencji za znakomitą  okazję do podniesienia mojego 
poziomu wiedzy. Czytała znacznie lepiej od savanta, z przyjemniejszą dla 
ucha ekspresją w głosie. Cytowała Sebastiana Thora w tak charakterystycz-
ny sposób, że ze śmiechu rozbolał mnie brzuch. Podczas lektury komentarza 
Kerloffa do Herezji Horusa jej personifikacja Imperatora brzmiała w sposób 
wręcz heretycki.
      Nauczyłem ją grać w regicide. Przegrała kilka pierwszych partii, zapa-
miętując fragmenty kompleksowych zasad budowy planszy, ruchów i stra-
tegii. Jak oświadczyła, gra miała dla niej zbyt taktyczny charakter, nie za-
wierała zaś w sobie specyficznego ducha hazardu. Zaczęliśmy zatem grać na 
pieniądze.   Błyskawicznie   przyswoiła   sobie   reguły   i   zaczęła   wygrywać   – 
praktycznie każdą partię.
     Kiedy Midas przyszedł do mnie z kolejną wizytą, zapytał z ponurą miną:
 - Nie uczyłeś przypadkiem tej dziewczyny grać ?

*  *  *  *  *

     Pod koniec trzeciego tygodnia pobytu w łóżku Bequin zapowiedziała mi 
wizytę nieoczekiwanego gościa.
     Zmasakrowana część twarzy Godwyna Fischiga została zrekonstruowana 
za pomocą sztucznych mięśni i metalowych implantów, a następnie pokryta 
cieniutką warstwą elastycznego białego ceramitu. Urwaną rękę zastąpiono 
cybernetyczną kończyną, nowoczesną i silną. Oficer miał na sobie prostą 
czarną bluzę i spodnie.
     Usiadł przy moim łóżku życząc mi udanego powrotu do zdrowia.
 - Twoja odwaga nigdy nie zostanie zapomniana, Godwynie – powiedziałem 
otwarcie – Kiedy ta sprawa dobiegnie końca, będziesz mógł powrócić na 
Hubris, by podjąć swą pracę, ja jednak z ogromną przyjemnością przyjmę 
cię w szeregi mego zespołu, jeśli tylko wyrazisz taką wolę.
 - Nissmay Carpel może iść do diabła – odparł – Wielki Strażnik na pewno 
będzie   mnie   listownie   wzywał,   ale   wiem   już,   gdzie   jest   moje   miejsce. 
Znalazłem sens życia. Zostanę z tobą.
      Fischig siedział ze mną do późna tego wieczoru. Dużo rozmawialiśmy, 
często żartując, potem pograłem z nim w regicide pod czujnym okiem do-
glądającej mnie Bequin. Na początku kłopoty Fischiga w posługiwaniu się 
cybernetyczną ręką były powodem rozlicznych żartobliwych uwag. Kiedy 
już pokonał mnie trzy razy pod rząd, wyznał z rozbrajającą szczerością, że 
Bequin ćwiczyła z nim grę od dobrych kilkunastu dniu.

*  *  *  *  *

         Odwiedził mnie jeszcze jeden gość, dwa dni przed wyjściem z łóżka. 
Szykowałem się już wtedy do intensywnej pracy. Heldane wtoczył do poko-
ju wózek medyczny z podwieszoną do oparcia kroplówką.
     Voke wyglądał bardzo źle i bez wątpienia tak też się czuł. Potrafił mówić 
wyłącznie przez podłączony do krtani wzmacniacz. Widząc go w tym stanie 
byłem przekonany, że czeka go zaledwie kilka miesięcy życia.
 - Uratowałeś mnie, Eisenhorn – wycharczał z wysiłkiem przez wiszący na 
szyi aparat.
 - Nie, to astropaci pozwolili przeżyć nam obu – poprawiłem go.
     Voke pokręcił pomarszczoną starczą głową.
 - Nie... zagubiłem się w krainie przeklętych, a ty mnie z niej wyciągnąłeś. 
Twój głos. Usłyszałem jak krzyczysz me nazwisko i to wystarczyło. Bez tej 
pomocy, bez tego krzyku... przepadłbym w Osnowie.

70

background image

     Wzruszyłem ramionami. Cóż mogłem odpowiedzieć ?
  -  Nie   jesteśmy   podobni,   Gregorze   Eisenhornie   –   mówił   dalej   mozolnie 
Commodus   –   Nasze   koncepcje  pracy  różnią   się   w   zasadniczym   stopniu. 
Lecz twa odwaga i poświęcenie budzą szczery szacunek. Dowiodłeś w mych 
oczach swej wartości. Odmienne metody, odmienne sposoby: czyż nie takie 
są   właśnie   założenia   naszych   inkwizytorskich   praw   ?   Umrę   w   spokoju, 
zapewne już niebawem, wiedząc, że zostają wśród nas ludzie tacy jak ty.
     Poczułem wzruszenie z powodu tak ogromnego zaszczytu. Bez względu 
na moją opinię o modus operandi Commodusa Voke wiedziałem doskonale, 
że kierowały nami te same intencje.
      Słabym ruchem dłoni polecił Heldane podejść bliżej mego łóżka. Oka-
leczona głowa młodego asystenta nie wyglądała wcale lepiej od czasu na-
szego ostatniego spotkania.
 - Chciałbym, abyś zaufał Heldane. Spośród wszystkich moich uczniów, on 
okazał się najzdolniejszy. Zamierzam w najbliższym czasie zaopiniować go 
do rangi wyższego śledczego, a następnie pełnoprawnego inkwizytora. Gdy-
bym zmarł przed tym czasem, proszę cię, byś zrobił to za mnie. Nie wątpię, 
że Inkwizycja wiele zyska przyjmując w swe szeregi takiego człowieka.
      Złożyłem stosowną obietnicę, co najwyraźniej ucieszyło zazwyczaj po-
nurego   Heldane.   Nie   pałałem   do   tego   człowieka   zbytnią   sympatią,   ale 
wykazał się męstwem i siłą ducha w obliczu straszliwej śmierci, a ja sam nie 
posiadałem żadnych podstaw do negowania jego lojalności i zaangażowania 
w naszą pracę.
     Voke ujął mą rękę w swe suche szponiaste dłonie i ścisnął ją mocno.
 - Dziękuję ci, bracie.

*  *  *  *  *

        Jak się później okazało, Commodus Voke przeżył dalsze sto trzy lata. 
Ten  stary  złośliwy   łotr   okazał  się   niemalże   nieśmiertelny.   Kiedy  Golesh 
Constantine Pheppos Heldane został ostatecznie wyniesiony do rangi pełno-
prawnego inkwizytora, stało się to tylko i wyłącznie dzięki zabiegom Voke.
     Grzechy ojców, jak powiadają.

*  *  *  *  *

      Trening operacyjny rozpoczął się na trzy tygodnie przed przylotem na 
56-Izar.   Początkowo   admirał   Spatian   zamierzał   przeprowadzić   proste   w 
założeniach bombardowanie z orbity, niszczące wszelkie ślady życia na po-
wierzchni planety. Lord Rorken i oficerowie Straży Śmierci stwierdzili jed-
nak, że desant planetarny jest nieunikniony. Odnalezienie i zniszczenie nie-
ludzkiej wersji Necroteuchu stało się priorytetem, gdyż bez potwierdzenia 
faktu destrukcji księgi nigdy nie zyskalibyśmy pewności co do jej losu. Do-
piero po pomyślnym zaliczeniu tego etapu operacji można było nałożyć na 
saruthi najwyższą formę imperialnych sankcji.
          Wszystkie   zgromadzone   przez   moich   towarzyszy   i   gudrunickich 
gwardzistów informacje na temat tetraświatów obcych – przewrotnym zbie-
giem okoliczności zaaprobowaliśmy powszechnie termin wymyślony przez 
Malahite   –  zostały  skrupulatnie   przeanalizowane   podczas   serii   spotkań   z 
taktykami marynarki i Brytnothem, bratem-kronikarzem Straży Śmierci.
     Skompilowane zbiory danych zostały następnie wprowadzone do pamię-
ci pokładowych maszyn liczących pancernika, gdzie w oparciu o ich zawar-
tość taktycy sporządzili szereg alternatywnych symulacji przedstawiających 
przebieg lądowania. Jak na mój gust, symulacje te przykładały zbyt niską 
wagę   do   problemu   charakterystycznej   aury   tetraświatów,   doświadczonej 
przez nas namacalnie na płaskowyżu.
      Brytnoth osobiście uczestniczył we wszystkich spotkaniach, zazwyczaj 
wraz z prokuratorem Olmem Madorthene. Gładko ogolony olbrzym, zawsze 
okryty swym pancerzem siłowym, okazał się zaskakująco kulturalny i miły, 
zwracając się do mnie z szacunkiem i uważnie słuchając wszystkich wypo-
wiedzi. Próbowałem machinalnie usprawiedliwiać się za braki we wspom-
nieniach,   prawdopodobnie   spowodowane   wstrząsem   mentalnym   podczas 
pamiętnego seansu.
         Pozbawiony luksusu przybocznego skryby, Brytnoth osobiście sporzą-
dzał zapiski z naszych rozmów. Byłem zadziwiony niezwykłą delikatnością, 
z jaką kronikarz operował niknącym w ogromnej pięści świetlnym piórem 
starannie kreśląc w notesie litery.
      Spotkania, często trwające wiele godzin, odbywały się w moim aparta-
mencie. Bequin regularnie uzupełniała nasze zapasy gorącej kawy i herbaty, 
toteż uśmiechałem się w duchu na myśl o tym, że Brytnoth musiał sobie 
znacząco nadwerężyć najmniejszy palec prawej dłoni podczas operowania 
porcelanową filiżanką. Ucieleśnienie wojennego rzemiosła i potęga fizyczna 
ukryta pod uprzejmym zachowaniem starannie powstrzymywały się przed 
ruchami mogącymi  zniszczyć naczynie. Marine wsuwał swój najmniejszy 
palec w uszko filiżanki, podnosił ją bez wysiłku i upijał niewielkie łyczki 
napoju.

     Dodać w tym momencie muszę, iż rozmiary i kształt tego palca nieustan-
nie kojarzyły mi się z policyjną latarką.
 - Cały czas próbuję jednak określić stopień wpływu otoczenia stworzonego 
przez saruthi na optymalną efektywność naszych żołnierzy, bracie inkwizy-
torze.
  - To bardzo znaczący stopień, bracie-kronikarzu – upiłem odrobinę olice-
tańskiej herbaty z posrebrzanego kubka – Moi towarzysze byli zdezoriento-
wani  i zagubieni przestrzennie przez cały czas operacji na KCX-1288, a 
gudruniccy strzelcy zdołali się z nami spotkać tylko dlatego, że ich psychika 
nie wytrzymała presji otoczenia i zmusiła tych ludzi do ucieczki. To bardzo 
dziwna aura wypaczająca zmysły. Niektórzy taktycy przyjmują założenie, iż 
efekt ten został wygenerowany specjalnie w celu negatywnego wpływu na 
morale  ludzi,  ale  zdrajca  Malahite  rzucił  na  to  zagadnienie  nieco  więcej 
światła. Aura jest efektem ubocznym powstającym w środowisku prefero-
wanym   przez   saruthi.   Musimy   spodziewać   się,   iż   zjawisko   tego   rodzaju 
będzie czymś powszechnym na ich światach macierzystych.
     Brytnoth pokiwał głową i zapisał coś w notesie.
  -   Jestem   przekonany,   że   doświadczenie   polowe   i   wyposażenie   zakonu 
stanowić będą odpowiednią przeciwwagę dla nienaturalnego wpływu oto-
czenia – oświadczył Madorthene – Osobiście bardziej martwię się o Gwar-
dię. To ona będzie tworzyć rdzeń naszej operacji.
  - Wszyscy żołnierze mieli już okazję zapoznać się z wstępnymi  symula-
cjami przebiegu desantu – zauważył Brytnoth.
 - Z całym szacunkiem, ja też obejrzałem te symulacje i muszę stwierdzić, iż 
w niewielkim stopniu uwzględniają one efekt uboczny, o którym właśnie 
dyskutujemy – popatrzyłem ponad stołem na twarz Marine. Jego ostre rysy 
twarzy były bardzo blade: często widywany kolor skóry u osób przez więk-
szość   czasu   skrywających   głowę   w  bojowym   hełmie.   Głęboko   osadzone 
oczy odpowiedziały mi ciekawym spojrzeniem. Jakie wojny i jakie zwycię-
stwa miały okazję ujrzeć te oczy, pomyślałem znienacka. I jakie porażki ?
 - Co sugerujesz ? – zapytał Brytnoth.
  - Zmodyfikowany trening – odparłem przedstawiając pomysł, nad którym 
myślałem intensywnie od dłuższego czasu – Olm wie, że nie jestem wojs-
kowym,   bracie-kronikarzu,   lecz   widzę   to   tak:   musimy   zmusić   ludzi   do 
ćwiczeń   w   warunkach   braku   równowagi   psychicznej.   Oślepiać   ich,   dez-
orientować, odcinać od  siebie wzajemnie. Zmieniać poziom  grawitacji w 
salach treningowych. Przesuwać środek ciężkości noszonych plecaków w tył 
lub w boki, na zmiany. Bez ostrzeżenia przestawiać natężenie oświetlenia. 
Manipulować temperaturą i ciśnieniem powietrza, w górę i w dół. Muszą 
przez   to   przejść,   nauczyć   się   biegać   w   tych   warunkach,   kryć,   strzelać   i 
wymieniać magazynki, w precyzyjny i błyskawiczny sposób. Muszą pow-
tórzyć wszystkie wyuczone już procedury bojowe po uprzedniej korekcie 
ich podstawowych założeń. Kiedy wylądują na 56-Izar, powinni martwić się 
już tylko samą walką. Za całą resztę odpowie instynktowne zachowanie.
     Madorthene uśmiechnął się z zadowoleniem.
 - Jednostki lądowe oddane do naszej dyspozycji składają się w przeważają-
cej mierze z doborowych oddziałów specjalnych marynarki oraz elitarnej 
lekkiej piechoty Mirepoixu, zaprawionych w bojach gwardzistów w niczym 
nie   przypominających   Gudrunitów,   których   musiałeś   niańczyć   ostatnim 
razem, Gregorze. Podniesiemy im poprzeczkę i zagramy na ambicji, a dopną 
swego. Mają za sobą spore doświadczenie i prawdziwe jaja.
  - Nie przeceniaj ich przypadkiem – przestrzegłem towarzysza – A propos 
tych   Gudrunitów,   o  których   wspomniałeś:   sierżanta   Jerussa  i   jego   ludzi. 
Chcę ich w swojej obstawie podczas lądowania.
 - Gregor ! Możemy ci wystawić świetny zespół ludzi z Mirepoixu...
 - Chcę Gudrunitów.
 - Dlaczego ? – zapytał Brytnoth.
 - Ponieważ mimo swych ewidentnych braków w doświadczeniu polowym 
mieli już okazję ujrzeć tetraświat. To właśnie są ludzie, których chcę mieć 
tam na dole u swego boku.
     Brytnoth i Madorthene wymienili między sobą spojrzenia, po czym pro-
kurator wzruszył z rezygnacją ramionami.
 - Będzie jak sobie życzysz.
  - I pamiętajcie raz jeszcze, nie opierajcie swego zaufania w dotychczaso-
wym doświadczeniu waszych żołnierzy.
 - Nie będziemy – chrząknął prokurator krzywiąc się w pozornie wściekłym 
grymasie twarzy – Oficerowie porządkowi wezmą swe regimenty do takiego 
galopu, że wszyscy bardzo szybko zapragną znaleźć się w prawdziwej stre-
fie frontowej.
 - Mówię poważnie – skarciłem go – Każdy człowiek lądujący na 56-Izar, 
nawet członek czcigodnego zakonu Straży Śmierci, musi być przygotowany 
na utratę swych zmysłów, zdolności oceny i pewności siebie. Każdy z nich 
jest narażony na silne uderzenie, którego nigdy wcześniej nie miał okazji 
doświadczyć.  Nie interesuje mnie fakt, że zmęczeni treningiem żołnierze 
zapomną imiona swych matek albo będą machinalnie sikać w spodnie: oni 
muszą  umieć utrzymać  i zreformować  wymagany  w danej  sytuacji szyk, 

strze

71

background image

strzelać i przeładowywać broń, przyjmować do wiadomości i wykonywać w 
ułamku chwili każdy rozkaz.
 - Otwarcie postawiona sprawa – skomentował moją ostrą wypowiedź Bryt-
noth – Lecz będę musiał nieco złagodzić jej wymowę, zanim przekażę twe 
słowa moim braciom.
 - Nie dbam o to, co im powiesz – uśmiechnąłem się nieznacznie – dopóki 
nie zdradzisz personaliów autora tego pomysłu.
 - Nie lękaj się, zapewnię ci anonimowość – uśmiechnął się sam Marine. Po-
myślałem, że to prawdziwy cud. Byłem chyba jednym z bardzo nielicznych 
śmiertelników zdolnych wywołać uśmiech na ustach brata-kronikarza Adep-
tus Astartes. Więcej nawet, jednym z nielicznych ludzi mogących na własne 
oczy ujrzeć śmiejącego się pogodnie Astartes.
     Brytnoth odłożył na bok swój notes i pióro, po czym spojrzał na mnie z 
błyskiem zainteresowania w oczach.
 - Mandragore – powiedział.
 - Bękarcie Dziecko Imperatora ? Co z nim ?
 - Powiedziano mi, że własnoręcznie go zabiłeś. W walce jeden na jednego. 
To niezwykłe dokonanie jak na śmiertelnika twego pokroju... i nie poczytaj 
sobie tej uwagi za obrazę.
 - Nie dopatrzyłem się w nim żadnej obrazy.
 - W jaki sposób tego dokonałeś ? – zapytał wprost.
      Opowiedziałem mu. W krótkich rzeczowych słowach. Na twarzy Bryt-
notha nie pojawił się ślad głębszych emocji, za to Madorthene chłonął chci-
wie każde moje słowo.
 - Brat-kapitan Cynewolf będzie zafascynowany – oświadczył Marine, kiedy 
już skończyłem mówić – Obiecałem, że wypytam cię o szczegóły tego wy-
darzenia. Sam wprost umierał z ciekawości, ale nie wypadało mu spytać cię 
o to wprost.
     Teraz już nie wytrzymałem i roześmiałem się głośno.

*  *  *  *  *

     Przygotowywaliśmy się intensywnie do nieuniknionej wojny. Tym razem 
mieliśmy stawić czoła bardzo nietypowej kampanii, toczonej nie na dwóch, 
lecz trzech frontach jednocześnie. Obserwowałem uważnie sesje treningowe 
czująć rosnące zadowolenie z efektów ćwiczeń gwardzistów. Miałem też raz 
okazję przyjrzeć się pozorowanej akcji zespołu Straży Śmierci prowadzone-
go przez brata-kapitana Cynewolfa, budzącej swymi rezultatami prawdziwy 
respekt i szacunek.
     Byliśmy gotowi. Na tyle, na ile tylko mogliśmy się zdobyć.

*  *  *  *  *

     Dziewiątego dnia tranzytu lord inkwizytor Rorken i admirał Spatian wy-
stosowali wspólną deklarację, oficjalnie popartą przez Eklezjarchię. Był to 
mandat pacyfikacyjny 56-Izar, dokument prawnie zezwalający na militarną 
operację. Teraz nie było już odwrotu. Flota mknęła przez Osnowę w kierun-
ku terytorium obcych, gotowa dokonać inwazji na świat saruthi i zniszczyć 
go całkowicie w razie takiej konieczności.

*  *  *  *  *

     W czasie długich tygodni rekonwalescencji niewiele śniłem. Lecz ostat-
niej nocy przed naszym  przybyciem  do systemu  56-Izar przystojny  męż-
czyzna o pustych oczach nawiedził mnie ponownie.
      Mówił coś do mnie, ale nie słyszałem jego słów ani też nie potrafiłem 
pojąć kierujących nim intencji. Prowadził mnie przez rozległe sale jakiegoś 
zrujnowanego pałacu, po czym zniknął bez śladu pozostawiając mnie nagie-
go i samotnego wśród zniszczonych pustych ścian budowli.
      Saruthi też byli w tym śnie. Przemykali poprzez zrujnowany pałac bez 
najmniejszego trudu, wyszukując dzięki swym zmysłom przejścia i ścieżki, 
których ja dostrzec nie potrafiłem. Wypustki na ich obłych łbach zaczęły się 
poruszać, gdy zwietrzyły mój zapach. Wokół czaszek zatańczyły płomienie 
elektrycznych wyładowań...

*  *  *  *  *

         Ocknąłem się zlany potem, bardziej leżący na podłodze niż w łóżku. 
Wszędzie wokół walały się zrzucone po omacku fiolki z lekarstwami.
     Stojący na stoliku komunikator piszczał nieprzerwanie.
 - Inkwizytor Eisenhorn, słucham ?
 - Przykro mi, że cię budzę – odezwał się Madorthene – ale pewnie chciałeś 
to wiedzieć. Flota wyszła z Osnowy dwadzieścia sześć minut temu. Jesteś-
my na orbicie inwazyjnej 56-Izar.

Rozdział XXIII

Inwazja na inwazję.

Szalone kąty.

W ogrodach saruthi.

     Wojna w systemie już trwała.
     56-Izar unosił się w przestrzeni niczym perła, mlecznobiała i połyskują-
ca. Jaskrawe rozbłyski podświetlały od spodu ogromne połacie chmur zale-
gających w górnych warstwach atmosfery planety. Heretycka flota wyszła z 
Osnowy dwa dni przed nami i z marszu rozpoczęła atak na 56-Izar.
      Wciąż myślałem o tej armadzie jak o flocie Estruma, lecz teraz to była 
już flotylla kapitana Locke, byłem tego całkowicie pewien.
     Trzynaście kosmicznych okrętów blokowało 56-Izar w niestandardowej, 
ale bardzo efektywnej formacji. Fale bombowców, myśliwców przechwy-
tujących i statków desantowych spadały ku powierzchni świata, a jego nie-
biosa rozpalały snopy białego światła tryskającego z pokładowych baterii 
okrętów.
     Heretycy namierzyli nasze zgrupowanie natychmiast po wyjśćiu floty z 
Osnowy. Ich jednostki wartownicze, ciężkie niszczyciele Nebuchadnezzar i 
Fournier, przeszły błyskawicznie na kurs zbliżeniowy chcąc osłonić resztę 
zbuntowanej armady. Admirał Spatian wycofał swe jednostki z orbity globu 
i rzucił do przodu fregaty  Defence of Stalinvast,  Emperor’s Hammer  oraz 
Will of Iron, by zajęły się intruzami.
     Przed idące z dużą prędkością fregaty wysforowały się szwadrony impe-
rialnych   myśliwców,  a pancernik  Vulpecula  wyszedł  z lojalistycznej   for-
macji zamierzając związać walką heretycki okręt flagowy, ciężki krążownik 
Leoncour.
     Emperor’s Hammer i Will of Iron osaczyły z obu stron, a następnie cel-
nymi trafieniami wysadziły w powietrze Nebuchadnezzara. Oślepiająca eks-
plozja rozpaliła mroczną pustkę kosmosu.  Defence of Stalinvast i Fournier 
weszły w bardziej wyważoną wymianę ognia, po czym zderzyły się ze sobą. 
Na pokłady obu jednostek runęły oddziały abordażowe złożone ze zwykłych 
marynarzy oraz komandosów ze służb bezpieczeństwa.
      Zwarte ze sobą burta w burtę okręty obracały się powoli w przestrzeni 
jakby splecione w braterskim uścisku.
     Oficerowie lecącej kursem zbliżeniowym Vulpeculi źle oszacowali wek-
tor lotu przeciwnika i pierwsza salwa Leoncoura zakończyła się penetracją 
tarcz   pancernika.   Trzy   bezpośrednie   trafienia   wstrząsnęły   gigantycznym 
okrętem. Rozsypując wokół szczątki poszycia pancernik zaczął obracać się 
w miejscu, po czym wypalił z całej pokładowej artylerii. Flagowa jednostka 
heretyków   znikła   pośród   kuli   ognia.   Bombardowany   strumieniami   stali 
Leoncour przełamał się wpół i eksplodował niczym gasnące słońce.
     Odpalając w uprzednio zdefiniowanej kolejnośći silniki korekcyjne Vul-
pecula
 obróciła się jeszcze bardziej w miejscu i zaczęła razić ogniem cięż-
kiej artylerii wiszące na orbicie inwazyjnej okręty nieprzyjaciela. Dopiero 
wtedy admirał Spatian rzucił do przodu resztę swej floty, sformowanej w 
trzy kliny, z których środkowy i największy zarazem tworzył majestatyczny 
Saint Scythus
     Dystans dzielący nas od planety malał z każdą minutą. Orbita 56-Izar ro-
iła się od rakiet i laserowych wiązek. Teraz rozpoczęła się mordercza walka 
niewielkich i bardzo szybkich maszyn szturmowych.  Chmary myśliwców 
przechwytujących   i  lekkich   bombowców   obu   flot   zderzyły   się   ze  sobą   i 
zmieszały niczym dwa stada insektów. Malutkie ogniki śmigały w pustce 
kosmosu z zawrotną prędkością, zbyt szybkie i liczne, by gołe ludzkie oko 
zdołało ogarnąć je wzrokiem i pojąć coś z tego chaosu. Nawet taktyczne 
wyświetlacze na mostkach okrętów nie ułatwiały tego zadania, ich ekrany 
płonęły tysiącami punkcików mieszających się ze sobą, znikających i poja-
wiających się ponownie po krótkiej chwili.
     Heretycy zapełnili strefę buforową za swym zgrupowaniem gęstymi po-
lami minowymi i idąca w przodzie armady fregata Emperor’s Hammer od-
niosła ciężkie uszkodzenia od ich wybuchów. Okaleczony krytycznie okręt 
został zmuszony do pośpiesznego odskoku w Osnowę. Heretyckie myśliwce 
opadły go niczym stado padlinożerców dręczących konającą bestię.
      Fregata Will of Iron minęła Emperor’s Hammer i przystąpiła do czysz-
czenia pól minowych za pomocą specjalistycznych sensorów. Skanowane na 
odpowiedniej częstotliwości radiowej miny zaczęły detonować całymi set-
kami rozświetlając przestrzeń jaskrawą poświatą.
     Spatian zamierzał wyciąć w szeroko rozciągniętej formacji nieprzyjaciela 
lukę i przepchnąć przez nią wybrane okręty tak daleko, by zdołały wejść na 
niską orbitę 56-Izar. Po dotarciu na uprzednio wyznaczone pozycje jednost-
ki te mogłbyby przystąpić do zrzutu planetarnego swych oddziałów sztur-
mowych, a jednocześnie potrafiłyby ubezpieczyć je w tej niebezpiecznej dla 
lekko opancerzonych promów fazie ogniem pokładowej artylerii.

72

background image

       Saint Scythus jako pierwszy zajął swoją pozycję. Jego laserowe baterie 
obróciły w płonący wrak heretycki krążownik  Scutum  i zmusiły do despe-
rackiej ucieczki fregatę Glory of Algol.
     Setki statków desantowych sypnęły się niczym grad z kadłuba pancerni-
ka, dwóch fregat i czarnego okrętu Inkwizycji sunącego w ślad za jednost-
kami marynarki. Większość tych stateczków stanowiły szare promy zrzuto-
we Imperialnej Gwardii spadające pomiędzy chmury 56-Izar niczym deszcz 
meteorów. Lecz mknęły też pomiędzy nimi matowoczarne kapsuły desan-
towe i promy zakonu Straży Śmierci.
     Rozpoczęła się kontrinwazja.

*  *  *  *  *

     W pierwszej godzinie wojny zdołaliśmy zrzucić na powierzchnię planety 
dwie trzecie kontyngentu mirepoixańskiej Gwardii złożonego ze stu dwu-
dziestu   tysięcy   żołnierzy,   niemal   połowę   brygad   zmotoryzowanych   oraz 
wszystkich sześćdziesięciu Marines Straży Śmierci.
     Wstępne skanowanie 56-Izar wykazało, że jest to rozległy i niezbyt dla 
ludzi przyjazny świat skryty pod gęstą zasłoną chmur. Ogromne równinne 
kontynenty pozbawione jakiejkolwiek organicznej powłoki  przecięte były 
pasami krystalicznych masywów górskich. Otaczały je oceany chemicznych 
cieczy. Jedynym śladem rozumnego życia na tej planecie – jedynym śladem 
jakiegokolwiek  życia – był  pas budowli  przywodzących na myśl  wielkie 
miasta, ciągnący się wzdłuż równika globu. Natura i stopień złożoności tych 
struktur były niemal nieczytelne dla orbitalnych sensorów. Heretycy skupili 
swą   uwagę   na   trzech   największych   skupiskach   budowli,   toteż   admirał 
Spatian właśnie te miasta wybrał za cel desantu, przyjmując słuszne zało-
żenie, iż nasi wrogowie nie zamierzali tracić czasu na wikłanie się w zbędne 
działania militarne.
     Straty były ciężkie. Podejście do planety okazało się strefą śmierci pełną 
nieprzyjacielskich myśliwców przechwytujących, mikromin i ognia artylerii 
przeciwlotniczej. Wszystko to składało się na czysto ludzką wojnę. Nigdzie 
nie dostrzegaliśmy nawet śladu uczestnictwa w niej saruthi.
     Za rdzeniem gwardyjskiego korpusu do akcji weszły zespoły Inkwizycji: 
pięć   grup   szturmowych   wyznaczonych   do   uderzenia   poprzez   wyłomy 
poczynione atakiem wojskowych i wykonania głównego zadania operacji – 
schwytania lub eliminacji konspiratorów oraz zniszczenia wszelkich odnale-
zionych kopii Necroteuchu. Otrzymałem komendę nad jedną z tych grup, 
pozostałymi   dowodzili   Endor,   Schongard,   Molitor   i   sam   mistrz   Rorken. 
Voke był zbyt słaby, aby uczestniczyć w inwazji, dlatego jego asystent Hel-
dane został przydzielony do zespołu Endora.
         Mój oddział, Zespół Drugi, składał się z dwudziestu strzelców gudru-
nickich, Bequin, Midasa i Marine Straży Śmierci o imieniu Guilar. Każdy 
inkwizytor   otrzymał   w   charakterze   asysty   jednego   żołnierza   zakonnego 
Astartes. Fischig upierał się przy udziale w desancie, ale z ciężkim sercem 
uznałem, że nie powrócił jeszcze dostatecznie do zdrowia. Pozostał na pan-
cerniku wraz z Aemosem, który nawet według skrajnie liberalnych standar-
dów nie mógł się zaliczać do kasty militarnej.
     Nasz środek transportu, szary prom zrzutowy Imperialnej Gwardii, opuś-
cił pokład  Saint Scythusa  zaraz za jednostką Zespołu Pierwszego lecącą w 
osobistym opancerzonym wahadłowcu lorda Rorkena. Prom opadał szybko 
w dół podskakując szaleńczo, pasy foteli wrzynały nam się w ciała.
         Ludzie Jerussa śpiewali w trakcie lotu. Ich standardowe gudrunickie 
mundury zostały uzupełnione o elementy ciężkich pancerzy osobistych wy-
ciągnięte z magazynów marynarki. Na rękawach, tuż obok emblematu Pięć-
dziesiątego Regimentu Gudrun, wszyscy naszyli sobie małe odznaki Inkwi-
zycji.   Tryskali   dobrym   humorem,   niecierpliwością   i   brawurową   determi-
nacją. Wierzyłem skrycie, że źródłem tak wysokiego morale był prosty fakt 
wybrania właśnie ich do roli mej obstawy, gest ukazujący pokładane w nich 
zaufanie. Żartowali, śmiali się i śpiewali imperialne psalmy niczym praw-
dziwi   weterani.   Doświadczenia   zdobywane   od   chwili   poboru   w   Dorsay 
szybko okazały się dla tych ludzi efektywnym chrztem bojowym.
     Bequin również uległa znaczącej zmianie od chwili, kiedy pierwszy raz 
spotkałem ją na Hubrisie. Twarda, trzeźwo myśląca kobieta zastąpiła roz-
trzepaną i płochą prostytutkę ze Słonecznego Domu. Odnosiłem wrażenie, 
że   dziewczyna   odnalazła   w   końcu   swe   powołanie,   ponieważ   oddała   się 
nowemu życiu z ogromnym zaangażowaniem i powagą. Jej postawa budziła 
mój   szacunek.   Wielu   ludzi   odpowiada   na   wezwanie   Imperatora,   wielu 
jednak  marnotrawi   talent  i  boskie  łaski.   Wbrew  wszelkim  oczekiwaniom 
Alizebeth Bequin dowiodła swej wartości. Sądzę, że mogę w miarę precy-
zyjnie określić moment tej transformacji – płaskowyż na KCX-1288. Widok 
płonącego ciała Mandragore okazał się dla niej swoistego rodzaju egzor-
cyzmem, raz na zawsze pozbawiając ją ukrytych lęków.
         Ubrana w dobrze dopasowany czarny pancerz osobisty i długi czarny 
płaszcz, siedziała na fotelu tuż obok mnie, skrupulatnie sprawdzając swój 
laserowy karabin. Oficer śledczy doskonale ją wyszkolił. Ukryte w ręka-

aaaa zcz

wiczkach palce poruszały się z niezwykłą zwinnością zdradzającą zawodo-
wy profesjonalizm. Tylko futrzany kołnierz płaszcza nawiązywał w luźny 
sposób do beztroskiego umalowanego dziewczęcia, jakie znałem kiedyś.
      Midas siedział po mojej drugiej stronie. Był wyjątkowo głośnym pasa-
żerem. Wiedziałem, że chętnie zamieniłby się natychmiast z pilotem mary-
narki   i   zajął   jego   miejsce   w   kokpicie   promu.   Miał   na   sobie   tradycyjną 
kolorową kurtkę, chociaż brat Guilar nie omieszkał jej natychmiast skryty-
kować jako uniform „niestosowny w warunkach polowych”. Do kabur na 
biodrach włożył igłowe pistolety, a między kolanami ściskał oparty kolbą o 
podłogę długi glaviański karabin.
      Ja sam na czas akcji założyłem brązowy pancerz osobisty i zwykle no-
szony płaszcz, co stanowiło akceptowalny kompromis pomiędzy protekcją, 
a mobilnością. Na wysokości piersi przypiąłem swą odznakę. Brat-kronikarz 
Brytnoth   przysłał   mi   w  formie   zaszczytnego   podarunku   boltowy   pistolet 
przeznaczony do osobistego użytku. Była to piękna, ręcznie wykonana broń 
w obudowie z matowozielonej stali. Jeden magazynek w kształcie półksię-
życa włożyłem do pistoletu, pozostałe osiem powiesiłem na pasie.
     Po ośmiu minutach szaleńczej jazdy prom wyrównał lot i wibracje wy-
raźnie ustały. Siedzący tuż przy włazie brat Guilar nakreślił w powietrzu 
znak Orła i założył na głowę hełm.
 - Dwadzieścia sekund – oświadczył przez interkom pilot.

*  *  *  *  *

          Zeszliśmy   poniżej   pułapu   chmur,   prosto   w   piekło   ogromnej   strefy 
wojennej, pędząc z włączonymi do pełna dopalaczami w kierunku jednej ze 
zlokalizowanych uprzednio z orbity struktur. Kompleks otoczony był pierś-
cieniem   zbiorników   cieczy   przypominających   kolosalne   jeziora   albo 
rezerwuary,   a  ich   zawartość   płonęła   tworząc   ściany  ognia   strzelające   na 
tysiące   metrów   w   niebo.   Czarny   jak   smoła   dym   buchał   z   rozszalałych 
ognisk zasnuwając przestworza gęstą kurtyną oparów całkowicie blokują-
cych   dostęp   słonecznych   promieni.   Za   jedyne   oświetlenie   służyła   nam 
potworna łuna podświetlana dodatkowo przez eksplozje pocisków i płomie-
nie wylotowe broni.
     Prom zadygotał konwulsyjnie szarpnięty w górę odpalonymi w ostatniej 
chwili silnikami hamującymi. Zmiana ciążenia omal nie pozrywała nam pa-
sów bezpieczeństwa. Guilar uderzył pięścią w panel kontrolny wiszący na 
ścianie obok włazu i rampa desantowa opadła z metalicznym szczękiem. Do 
środka przedziału wdarło się ciepłe powietrze i gryzący dym.
     Wyskoczyliśmy prosto na błyszczący wilgocią pas białego błota, mlasz-
czącego miękko pod ciężkimi butami. Błotna równina leżała pomiędzy dwo-
ma zbiornikami płonącej cieczy i z miejsca poczuliśmy na twarzach upiorny 
żar bijący od strony obu rezerwuarów. Języki ognia odbijały się w mokrej 
powierzchni błota.
         W grząskiej ziemi poniewierały się dogasające szczątki zestrzelonego 
promu zrzutowego oraz kilkanaście zwęglonych trupów w mundurach żoł-
nierzy  Mirepoix.   Czarne   niebo   ponad   naszymi   głowami   przecinała   paję-
czyna   salw   z   ciężkiej   broni   laserowej.   Jakieś   tysiąc   metrów   z   przodu 
dostrzegłem   znajome   kształty   nieregularnych   obręczy,   nazywanych   przez 
techkapłanów marynarki tetrabramami. Niektóre z nich zostały zniszczone 
lub poważnie uszkodzone we wstępnej fazie desantu. Za bramami w niebo 
wzbijały się perłowobiałe mury wielkiej budowli, celu naszej operacji. Z tej 
odległości struktura przypominała gigantyczną morską muszlę, naznaczoną 
tysiącami malutkich śladów po trafieniach z broni palnej i energetycznej.
     Ruszyliśmy w ślad za Guilarem. Powietrze przesycone było odorem pali-
wa   i  jeszcze  jednym   silnym   zapachem,  którego   nie  potrafiłem  zidentyfi-
kować.
  - Tu Zespół  Drugi,  udane lądowanie  w strefie siedem – zameldowałem 
przez komunikator.
 - Rozumiem, Dwójka. Zespoły Pierwszy i Czwarty potwierdziły lądowanie 
w wyznaczonych strefach.
     Zatem grupy Rorkena i Molitora były już na ziemi. Brakowało wieści od 
Endora i Schongarda.
         Kiedy przebiegliśmy obok pierwszej linii tetrabram, Guilar zwolnił i 
zaczął potrząsać ukrytą pod hełmem głową. Ja sam również czułem rosnącą 
wokół aurę, charakterystyczną dla środowiska zamieszkałego przez saruthi. 
Odniosłem wrażenie, że efekt mentalnego ogłupienia został jeszcze bardziej 
spotęgowany przez uszkodzone elementy budowli. Tetrabramy odpowiadały 
za   tworzenie   i   podtrzymywanie   tetraświatów,   a   teraz   jakiś   fragment   ich 
nieludzkich funkcji uległ niekontrolowanemu nawet przez obcych wypacze-
niu.
     Gudrunici również padli ofiarą aury, ale nie wpłynęło to zbyt negatywnie 
na ich morale.
  - Obejmij prowadzenie ! – zawołałem do Jerussa. Guilar natychmiast na 
mnie spojrzał.
  - Potrzebujesz chwili  czasu, aby przywyknąć do tych  warunków,  bracie 

Guilll

73

background image

Guilarze. Nie próbuj się sprzeczać.
     Jeruss ruszył przodem wraz z trójką wybranych gwardzistów. Nawet oni 
mieli   zauważalne   problemy   przebiegając   obok   przechylonych   rozbitych 
bram. Przechylali się na boki jakby upojeni alkoholem. Zakrzywienie kątów 
czasoprzestrzeni było w tym miejscu ekstremalnie silne.
     Za naszymi plecami ryknęły silniki promu zrzutowego. Pojazd oderwał 
się od warstwy błota i zaczął zwiększać wysokość, rampa desantowa i wysu-
wane podwozie znikały pod brzuchem maszyny. Prom wzniósł się na jakieś 
sześćdziesiąt metrów i wtedy trafił go rakietowy pocisk. Statek przemienił 
się w jaskrawą kulę ognia. Płonący kokpit oderwał się od reszty kadłuba i 
stromym łukiem spadł prosto w fale piekielnego jeziora, metalowe resztki 
przedziału desantowego posypały się z nieba niczym upiorny deszcz.
     Na Boga-Imperatora, przecież jeszcze przed momentem byliśmy w środ-
ku !
     Biegnąc chwiejnym truchtem dotarliśmy do budowli saruthi. Jej rozmiary 
przywodziły na myśl imperialną metropolię przemysłową, osławione „mro-
wisko”,   a   spora   część   budynków   musiała   znajdować   się   głęboko   pod 
poziomem błotnej równiny. Próbowałem ogarnąć wzrokiem jej kształt, ale 
nie był to dobry pomysł i szybko z niego zrezygnowałem nie chcąc ryzy-
kować   całkowitej   dezorientacji.   Była   to   monumentalna   bryła   o   idealnie 
gładkich murach i pozornie perfekcyjnych kątach, ale ludzkie oko nie potra-
fiło do końca objąć całości wzrokiem. Krawędzie budowli biegły w sposób 
budzący naturalny sprzeciw człowieka i wywoływały dziwaczne optyczne 
złudzenia w miejscach, gdzie przecinały się lub stykały ze sobą. 
         Dobiegliśmy do podstawy monumentu. Nigdzie nie dostrzegłem śladu 
wrót ani drzwi, a ci lojaliści, którzy byli tu przed nami bezskutecznie próbo-
wali wysadzić masywne mury za pomocą ładunków wybuchowych – świad-
czyły o tym czarne plamy na powierzchni lustrzanych ścian. 
     Kazałem towarzyszom cofnąć się od muru i ruszyć w stronę rzędu bram. 
Te najbliżej stojące wciąż były nienaruszone.
      Jak podejrzewałem, natychmiast po przejściu ostatniej z tetrabram zna-
leźliśmy   się   wewnątrz   budowli,   jakby   niewidzialna   siła   przepchnęła   nas 
przez perłowe ściany.
         Półmrok wnętrza rozjaśniała słaba poświata płynąca z nieznanego mi 
źródła, przy czym odnosiłem wrażenie, że emitują ją same ściany. Było go-
rąco, a tajemniczy zapach jeszcze przybrał na sile. Podłoga, krystaliczna i 
gładka, falowała pod nogami i płynnie przechodziła w pion w miejscu zet-
knięcia ze ścianami.
     Biegliśmy ostrożnie do przodu, z gotową do strzału bronią. Prowadzący 
nas korytarz – przy czym nazwa ta z trudem oddaje charakter przemierzanej 
właśnie struktury – przypominał kształtem wielką spiralę, podobną do musz-
li lub kanałów ludzkiego ucha. Nie mam pojęcia, jak długi był ten dziwacz-
ny korytarz, ale czułem, że stale biegliśmy w górę.
         Rozszerzając się raptownie korytarz wprowadził nas do gigantycznej, 
niemal sferycznej komnaty, której rozmiarów ani rzeczywistych kształtów 
nie sposób było określić. Przypominała ozdobny ogród czy nawet farmę. 
Posrebrzane pomosty, biegnące w powietrzu bez widocznych podpórek nik-
ły pomiędzy owalnymi zbiornikami cieczy stanowiącej pożywkę dla wiel-
kich wielobarwnych kwiatów i bulwiastych narośli. Bujna rośłinność krze-
wiła   się   wszędzie   wokół,   ociekając   wilgocią.   Ponad   zbiornikami   wisiały 
zielone brody pnączy i lian. Stada małych insektów latały pomiędzy rozło-
żystymi  liściami, kielichami dziwacznych kwiatów i powierzchnią cieczy. 
Jeden z nich przysiadł na moim rękawie. Strzepnąłem go z wstrętem do-
strzegając pięć odnóży, trzy skrzydła i całkowity brak symetrii w budowie.
         Ruszyliśmy jednym ze srebrnych pomostów. W jego połowie natrafi-
liśmy na tetrabramę. Po jej przejściu natychmiast znaleźliśmy się innym sfe-
rycznym   ogrodzie,   wypełnionym   podobną   egzotyczną   roślinnością.   Naj-
większe rosnące w tutejszych zbiornikach okazy flory obcych – gigantyczne 
żółte paprotniki zwieńczone pomarańczonymi kwiatami – wznosiły się na 
dobre osiemdziesiat metrów w górę.
     Guilar wykrzyczał ostrzeżenie, jego stormbolter zaczął terkotać rytmicz-
nie. Pociski rozrywały łodygi monumentalnych roślin, darły na strzępy wiel-
kie liście i pnącza. 
      Odpowiedział mu silny ogień z broni laserowej i automatycznej. Prze-
biegając pomiędzy bujną roślinnością sztucznej dżungli, heretyccy żołnierze 
kierowali się w stronę naszego pomostu.
     

Rozdział XXIV

Zespół Drugi wchodzi do akcji.

Bezszelestna rewolucja.

Tryumf Dazzo.

     Nadbiegali srebrnymi pomostami, strzelając z opartych o biodra karabi-
nów. Mężczyźni w ubrudzonych mundurach gudrunickich strzelców i czar-
nych pancerzach osobistych służb bezpieczeństwa marynarki. Dwaj gwar-
dziści z mojego   zespołu   zostali  śmiertelnie  ugodzeni  pociskami,   runęli  z 
pomostu   wprost   do   wodnych   zbiorników   znikając   z  pluskiem   w   oleistej 
czarnej toni. Lecz większość strzałów nieprzyjaciela poszła na boki i w górę 
szaleńczą trajektorią lotu.
         Zespół  Drugi  odpowiedział ogniem,  zaszczękały gwardyjskie  lasery. 
Przepchnąłem się na sam przód grupy podnosząc w górę boltowy pistolet. 
Na srebrnym pomoście niewiele było miejsca do manewrowania i niemal 
żadnej osłony przed pociskami wroga.
     Mój pierwszy strzał poszedł tak dalece w bok, iż w pierwszej chwili po-
myślałem o fatalnym skalibrowaniu broni. Lecz wtedy wspomniałem wypa-
czoną naturę światów saruthi i odłożyłem ogromną poprawkę. Dwa dalsze 
strzały i dwa trupy. Bequin i Midas natychmiast podchwycili ten trik, w ich 
ślady poszli ludzie Jerussa.
     Guilar dla odmiany robił mnóstwo hałasu rozdzierając ogród na strzępy 
wybuchową amunicją. Widziałem wyraźnie jak źle na niego wpływa atmo-
sfera tego miejsca i jak silnie dezorientuje ona zmysły zakonnika.
     Był to przełomowy moment w mym życiu. Wrażenie nabożnego podziwu 
odczuwane  za każdym  razem,   gdy   miałem   okazję  ujrzeć  jednego  z  tych 
bogom podobnych wojowników, odczuwane niezmiennie od pewnego dnia 
przed trzydziestu laty, kiedy widziałem Białe Blizny zajmujące Almanadae, 
nagle zachwiało się w posadach i osłabło. Pomimo całej swej potęgi fizycz-
nej, odwagi, nadludzkiego wigoru i zaawansowanej technologicznie broni 
Marine nie zdołał osiągnąć nic, podczas gdy Yeltun, najmłodszy z Gudru-
nitów Jerussa, zastrzelił już trzech heretyków.
     Czy był to rezultat zawziętej arogancji ? Czy też może nadmiernej wiary 
w swe umiejętności ?
 - Guilarze ! Bracie Guilarze ! Odłóż odpowiednią poprawkę !
     Pochwyciłem słuchem zduszone przekleństwo Marine. Opancerzony gi-
gant ruszył w głąb pomostu uparcie masakrując pociskami drzewa i krzewy 
saruthi.
  - Dlaczego ten sukinkot nie słucha ? – zapytał Midas przykładając do ra-
mienia swój glaviański karabin. Pociągnął za spust i sto metrów dalej he-
retycki żołnierz stracił rozerwaną mikrowybuchem głowę.
 - Ścieśnić szyki ! – rozkazałem – Jeruss, wysadź ich !
     Sierżant i trzej jego podwładni zerwali z pasów granaty, zaczęli je ciskać 
przed siebie i na boki. Detonacje wyrzucały w powietrze kolumny czarnej 
wody i szczątki połamanych roślin. Otoczyła nas wilgotna mgiełka.
     W dźwięku broni nieprzyjaciela pojawiła się nowa nuta, ponad trzaskiem 
laserów niósł się teraz huk boltera.
         Spojrzałem w głąb pomostu w tej samej chwili, gdy brat Guilar prze-
chylił  się do tyłu  pod wpływem wybuchających na jego napierśniku  bol-
towych pocisków. Krzyknął głucho, bardziej z bezsilnej furii niż bólu, runął 
z pomostu prosto do jednego ze zbiorników i zniknął pod wzburzoną taflą 
wody.
     Rozpychając na boki heretyckich żołnierzy zabójca Marine parł prosto w 
naszym kierunku.
 - Nie ! – krzyknęła Bequin – Na Złoty Tron, nie !
     Następne Dziecko Imperatora: brat, jeśli nie bliźniak, odrażającego Man-
dragore.   Jego   mesmeryczny   płaszcz   powiewał   za   opancerzonymi   ramio-
nami, a podkute żelazem buty wstrząsały pomostem. Ryczał niczym rozju-
szony byk. Bolter huknął ponownie i stojący tuż przy mnie gwardzista eks-
plodował od środka rozsadzony wybuchowym pociskiem.
     Dzieci Imperatora, mroczni sponsorzy całego tego przedsięwzięcia, prze-
bywali na 56-Izar nadzorując osobiście przebieg misji. Czy przybyli tu nie-
proszeni po śmierci Mandragore ? Czy też Dazzo i Locke zwrócili się do 
nich z prośbą o pomoc ?
      Zacząłem strzelać ze swego pistoletu dołączając do rozpaczliwej kano-
nady,  jaką powitali nieoczekiwanego intruza śmiertelnie przerażeni gwar-
dziści. Groza ogarniająca ludzi Zespołu Drugiego sprawiła, że większość z 
nich zapomniała o niedawnym treningu i w ślepej panice strzelała wprost 
przed siebie pudłując haniebnie. Marine Chaosu nawet nie zwrócił uwagi na 
te kilka wiązek laserów, które osmaliły mu napierśnik pancerza.
 - Zespół Drugi ! Mówi Zespół Drugi ! Są tutaj Dzieci Imperatora ! – wrzas-
nąłem do komunikatora. Wiedziałem, że zaraz umrę. Imperatywem stało się 
nagle powiadomienie o całym tym zajściu dowództwa floty.

74

background image

     Czarny kształt wystrzelił spod powierzchni mętnej wody rozpryskując na 
wszystkie strony kropelki cieczy. Brat Guilar chwycił chaotyckiego Marine 
za nogi i ściągnął z pomostu do zbiornika. Pod pieniącą się wściekle wodą 
coś wystrzeliło kilkakrotnie, zapewne bolter, jedna ze ścian zbiornika eks-
plodowała z hukiem. Mętna woda rozlała się po dnie komnaty, a jej szybko 
opadający poziom odsłonił dwóch zmagających się ze sobą olbrzymów, ob-
lepionych mułem, siłujących się i wymieniających nadludzkie ciosy pośród 
śliskich korzeni.
        Okryte ceramitem pięści uderzały z trzaskiem w pancerne napierśniki, 
kawałki oddartego kompozytu pryskały na wszystkie strony. Kolczaste ręka-
wice Marine Chaosu wyryły głębokie szramy na wizjerach hełmu Guilara. 
Lojalista   naparł   na   przeciwnika,   ale   poślizgnął   się   na   jednym   z  korzeni. 
Obaj runęli na dno zbiornika. Heretycki legionista wzmocnił swój chwyt i 
wbił   jeden   z   kolców   w   zaczep   na   kołnierzu   pancerza   siłowego   Guilara. 
Strażnik Śmierci wyprężył się raptownie, a wtedy uderzenie lewym sierpo-
wym zerwało mu hełm z głowy.
     Marine Chaosu usiadł na oszołomionym przeciwniku i zaczął mu miaż-
dżyć masywnymi pięściami gardło.
        Rozległ się huk wystrzału, półmrok rozjaśnił silny płomień wylotowy. 
Legionista przewrócił się na plecy ze zniszczoną twarzą, jego rozerwana 
czaszka  zajęła  się  natychmiast   gorejącym  wewnątrz  ciała  diabelskim  og-
niem. 
     Guilar wstał chwiejnie ze stormbolterem w dłoni, krew krzepła szybko na 
jego twarzy i szyi.
         Było to niezwykłe  zwycięstwo.  Jeruss i jego ludzie krzyczeli przez 
chwilę tryumfalnie i donośnie gwizdali, potem rzucili się w pościg za tracą-
cymi  raptownie   wigor   heretykami.  Buntownicy  zawrócili  pierzchając  po-
między gęstą roślinność ogrodu.
     Wciąż ociekając wodą, Guilar podciągnął się na barierce pomostu i stanął 
niepewnie na jego srebrzystej podłodze. Spojrzał na mnie z góry.
 - Bracie Guilarze, cieszę się, że jesteś znów z nami – powiedziałem z ulgą.

*  *  *  *  *

         Pokonaliśmy ogrody saruthi nie niepokojeni już więcej przez wroga. 
Martwe ciała heretyków, pływające w zbiornikach odżywki albo leżące na 
pomostach,   nosiły   na   sobie   ślady  ceremonialnych   samookaleczeń.   Piętna 
Chaosu, raczej wypalone w skórze za pomocą aury zła niż samego rozża-
rzonego żelaza, wieńczyły w bluźnierczy sposób ich czoła. Admirał Spatian 
żywił   nadzieję,  że część  sił   heretyków,   zwłaszcza  żołnierzy gudrunickiej 
Gwardii, da się przeciągnąć w trakcie desantu na stronę lojalistów. Podobnie 
jak sierżant Jeruss i jego podwładni, ludzie ci byli jedynie bezwolnymi pion-
kami wplątanymi w całą sprawę wskutek zdrady Estruma, toteż taktycy ma-
rynarki opracowali kilka scenariuszy odzwierciedlających sytuację, gdy zna-
cząca część heretyckich wojsk odwracała się przeciwko Dazzo i Locke.
      Nadzieje te okazały się płonne. Umysły lojalnych obywateli Imperium 
zostały skażone i wytrawione trucizną Chaosu. Konspiratorzy zapewnili so-
bie całkowite posłuszeństwo swych sług.

*  *  *  *  *

         Skakaliśmy przez tetrabramy, docierając poprzez sześć kolejnych sfe-
rycznych   ogrodów   do   plątaniny   kamiennych   korytarzy   i   asymetrycznych 
sal, których przeznaczenia nie potrafiłem określić. Dwukrotnie napotkaliś-
my  na słaby opór  grupek heretyków,  którzy po krótkiej  wymianie  ognia 
wycofali się w głąb zdeformowanego architektonicznie kompleksu. Znacz-
nie częściej docierały do nas odgłosy zaciekłej walki, niemalże toczącej się 
wokół nas, lecz ani razu nie dostrzegliśmy najmniejszego jej śladu.
     Kontakt z dowództwem floty był fragmentaryczny. Zespół Pierwszy lor-
da Rorkena uwikłał się w walki gdzieś w obrębie kompleksu, nie było żad-
nych wieści od Molitora. Zespół Czwarty, ekipa Schongarda, przepadł bez 
śladu w jednym z tetraświatów, a do koordynatorów operacji na orbicie do-
cierały jedynie szczątkowe wezwania jego członków proszące o udzielenie 
wsparcia, przeplatane maniakalnymi komunikatami mówiącymi o „niemoż-
liwych kątach” i „spiralach szaleństwa”. 
     Titus Endor nie dawał znaku życia.
      Na powierzchni 56-Izar wciąż trwała regularna wojna lądowa. Oficero-
wie   jednostek   Mirepoixu   meldowali   o   zajęciu   pozycji   wokół   wszystkich 
trzech wyznaczonych do przechwycenia struktur architektonicznych. Wedle 
słów zdumionych gwardzistów jedno z miast obcych zaczęło implodować 
powoli,  jakby ostrzał z zewnątrz poczynił  w jego kluczowych  mechaniz-
mach nieodwracalne szkody.
     W sali z lustrzanego kamienia, która wydawała się nie mieć sufitu, natra-
filiśmy na pierwszych saruthi. Byli martwi. Jakiś tuzin obcych leżał na pod-
łodze z okaleczonymi cielskami i wyrwanymi z dłoni szpicami. Za następną 
bramą znajdował się spiralny hall, w którym odkryłem dalszą setkę saruthi. 

A

Pomiędzy   zwłokami   monstrów   krążyło   kilkanaście   białych   stworów   nie-
wolników,   spotkanych   wcześniej   na   płaskowyżu   tragarzy   Necroteuchu. 
Uznałem, że zerwały one w jakiś sposób swe pęta, gdyż łańcuchy krępujące 
ich kończyny zwisały teraz luźno ku ziemi. Niektórzy niewolnicy podnieśli 
z posadzki srebrne szpice swych panów i metodycznymi powolnymi rucha-
mi dźgali korpusy szarych pobratymców.
     Zastanawiałem się później niejeden raz, czy te żałosne białe istoty były 
odrębną rasą zniewoloną przez saruthi czy też należały do zdegenerowanego 
odłamu gatunku służącego bezwzględnym krewniakom. Nasza inwazja naj-
wyraźniej stworzyła  im okazję do zerwania kajdan i zwrócenia się prze-
ciwko dręczycielom. Taka właśnie była kara spotykająca prędzej czy póź-
niej każdą społeczność preferującą niewolnictwo.
     Niewolnicy nie stanowili dla nas żadnego zagrożenia i chyba nawet nie 
zauważali obecności ludzkich istot w swym pobliżu. Z bezszelestną deter-
minacją masakrowali ciała saruthi.
     W innej komnacie, owalnej sali o podłodze wyłożonej niesymetrycznymi 
płytkami i bardzo wysokiej temperaturze powietrza, żywi saruthi kręcili się 
chaotycznie całymi setkami. Niektóre stwory zgubiły swe szpice i człapały 
nieporadnie na samych nogach, inne leżały pokotem na posadzce trzęsąc się 
konwulsyjnie.   Charakterystyczny   zapach   piżma   był   tutaj   silniejszy   niż 
gdziekolwiek. Na moich oczach poprzez inną bramę do komnaty wpadły 
białe istoty służebne, które powolnymi owadzimi ruchami zaczęły mordo-
wać saruthi. Szarzy obcy nie stawiali żadnego oporu. 
     Obraz ten powtarzał się w wielu innych salach i korytarzach. Saruthi le-
żeli  martwi  albo  włóczyli   się  bez  sensu  w  kółko,  a  pozbawieni   nadzoru 
niewolnicy wyszukiwali ich za pomocą dotyku i bezlitośnie zakłuwali ode-
branymi szpicami.
      Często rozmyślałem też nad znaczeniem tych ujrzanych obrazów. Czy 
saruthi poddali się z rezygnacją losowi wiedząc o swej rychłej zagładzie, 
czy   też   wpłynęły   na   ich   postawę   jakieś   nieznane   mi   czynniki   ?   Nawet 
techkapłani i ksenobiolodzy nigdy nie zdołali odpowiedzieć na to pytanie. Z 
biegiem czasu stało się ono jeszcze jednym potwierdzeniem całkowicie dla 
nas obcej natury tej  zagadkowej  rasy:  abstrakcyjnej, nieprzewidywalnej i 
niepojętej dla umysłu zwykłego człowieka.

*  *  *  *  *

     Kiedy znaleźliśmy kleryka Dazzo, był już niemal po drugiej stronie linii 
życia i śmierci.
     Na tetraświecie, w którym leżało jego ciało, musiała się rozegrać iście ty-
taniczna bitwa.  Tysiące zwłok  pokrywały wyłożoną  płytkami  ziemię,  za-
równo żołnierzy Mirepoixu jak i heretyków. Dostrzegłem wśród trupów dwa 
kształty  w  pancerzach siłowych   Dzieci  Imperatora  i  trzy  Straży  Śmierci. 
Tetraświat, największy chyba spośród dotąd przeze mnie widzianych, sięgał 
daleko poza granice postrzegania ludzkich zmysłów, a zakrwawione sterty 
ciał ciągnęły się tysiącami aż po horyzont.
     Dazzo leżał u podstawy asymetrycznego kamiennego bloku wznoszącego 
się na metalowych płytkach, jego ciało krwawiło z licznych ran postrzało-
wych. Heldane siedział tuż obok, oparty plecami o kamień, pilnujący here-
tyckiego przywódcę z pistoletem w dłoni. Jego tors pokrywała skorupa za-
krzepniętej krwi, a oddech rwał się spazmatycznie.
     Rozpoznał nas, gdy przechodziliśmy przez bramę, opuścił broń.
 - Co tutaj się stało, Heldane ?
 - Bitwa – wysapał – Dotarliśmy tu, kiedy już trwała. Gdy inkwizytor Endor 
zauważył tego zdrajcę, rzucił się poprzez rzeź w stronę obelisku. Wszystko, 
co działo się potem to tylko mgliste wspomnienia...
 - Gdzie jest teraz Endor ? – zapytałem rozglądając się wokół z rozpaczliwą 
nadzieją, iż nigdzie nie dojrzę ciała swego przyjaciela.
 - Pobiegł... pobiegł za Locke.
 - Którędy ?
     Wskazał dłonią tetrabramę wznoszącą się z boku, pośród zwałów zwłok.
 - Czy Locke ma Necroteuch ? Necroteuch saruthi ?
 - Nie – odparł Heldane – ale ma czytnik.
 - Co takiego ?
 - Dazzo wyjął go w jakiś sposób z tej rzeczy – Heldane klepnął dłonią ka-
mienny bok, na którym się wspierał – Czytnik językowy. Narzędzie transla-
cyjne. Bez niego saruthiańska wersja księgi jest dla nas niezrozumiała.
 - Jak na Imperator on to zrobił ? – zapytał Guilar.
  - Swoim umysłem – wyjaśnił Heldane – Nie czujesz tej aury mentalnego 
swądu ?
     Ja czułem. Powietrze przesycała silna psioniczna woń niemal całkowicie 
wypalonej  jaźni. Stojący na płytkach obelisk był bez wątpienia kolejnym 
wytworem tajemniczej technologii saruthi, być może odpowiednikiem impe-
rialnej maszyny liczącej, a może czymś  więcej, może nawet żywą istotą. 
Dazzo, człowiek o niewiarygodnie rozwiniętym talencie psionicznym, zdo-
łał   zidentyfikować   naturę   kamiennego   bloku   i   zmusić   go   pod   wpływem 

men- praw

75

background image

mentalnego   ataku   do   odsłonięcia   ukrytych   sekretów.   Niezwykły   sukces, 
prawdziwe zwycięstwo ludzkiego umysłu.
 - Polyhedron – powiedział Heldane – Nieregularnego kształtu, mały, wyko-
nany z perłowego surowca. Wyskoczył z bloku wprost w jego ręce, jakby 
się nagle zmaterializował. Dostrzegłem to wycinając sobie drogę do obe-
lisku. Lecz ten wysiłek zniszczył draniowi umysł. Endor go dopadł, a on na-
wet nie miał siły się bronić.
 - Skąd wiesz, że ta rzecz była... translatorem ? – zapytała Bequin.
 - Przeczytałem w jego gasnącym umyśle. Jak już wspomniałem, przestał się 
bronić. Możecie sprawdzić sami.
     Podszedłem do Dazzo i uklęknąłem przy starym człowieku. Urywany od-
dech omiatał popękane skrwawione usta. Wprowadziłem do jego jaźni men-
talną sondę odpychając na boki patetyczne resztki psychicznych barier. Od-
nalezione informacje potwierdzały słowa Heldane. Dzięki nadludzkiej sile 
woli Dazzo wyrwał translator z więzów saruthiańskiej technologii i poznał 
jednocześnie lokalizację samego Necroteuchu. Umierając przekazał czytnik 
i stosowną wiedzę kapitanowi Locke, by ten dokończył dzieła spiskowców.
  - Gregor ! – syknął Midas. Odwróciłem się w miejscu. Daleko na hory-
zoncie sztucznego świata pojawiły się sylwetki nadbiegających heretyckich 
żołnierzy. Najbliżsi z nich zaczynali już strzelać w naszą stronę.
     Guilar i Gudrunici odpowiedzieli ogniem, zajmując pozycje za zwałami 
ludzkich trupów.
 - Bracie Guilarze, musisz powstrzymać tych zdrajców w miejscu.
 - Co zamierzasz zrobić, inkwizytorze ? – zapytał wkładając do stormboltera 
nowy magazynek.
 - Idę za Locke i Endorem, zrobić to, co okaże się konieczne.

Rozdział XXV

Necroteuch obcych.

Gra końcowa.

Człowiek o pustych oczach.

     Pozostawiliśmy za sobą narastającą z każdą chwilą kanonadę i popędzi-
liśmy prosto w obręcz tetrabramy. Bequin, Midas i ja biegliśmy co sił po-
przez dezorientujące zmysł równowagi spirale i aule niszczonej metropolii 
saruthi. 
     W trakcie tego szaleńczego biegu złożyłem drogą radiową obszerny ra-
port   adresowany   do   dowództwa   floty,   ale   nie   otrzymałem   żadnej   odpo-
wiedzi czy też tylko potwierdzenia, że mój przekaz został odebrany czytel-
nie. Później próbowałem złapać przez radio Titusa Endora, ale jego komuni-
kator milczał jak zaklęty.
     Przemierzana przez nas część kompleksu okazała się prawdziwym czte-
rowymiarowym labiryntem, ale ja miałem już w głowie mentalną mapę wy-
ciągniętą przez Dazzo z kamiennego bloku, przedstawiającą najkrótszą dro-
gę do miejsca przechowywania Necroteuchu. 
     Według moich szacunków – które nie należą z wiadomych względów do 
zbyt wiarygodnych – zbliżaliśmy się szybko do serca struktury. Serca nie w 
sensie fizycznym czy geograficznym, tylko tej części metropolii, wokół któ-
rej kąty czasoprzestrzeni były najbardziej wypaczone i zdeformowane. 
      Mijaliśmy spore gromady saruthi, biegające po korytarzach z metalicz-
nym  szczękiem uderzających w płytki  szpiców. Obcy sprawiali  wrażenie 
całkowicie oderwanych od rzeczywistości. Zapach piżma przesycał ciepłe, 
oświetlone słabą poświatą tunele i owalne sale. 
     Gdzieś z przodu dobiegły mnie ludzkie krzyki i huk wystrzałów.
 - Titus ? Titus ! Tu Eisenhorn ! Słyszysz mnie ?!
     Komunikator ożył natychmiast.
 - Gregor ! Na litość Imperatora, potrzebuję...
     Przekaz został urwany. Kanonada znacznie się nasiliła.
     Skoczyliśmy w kolejną bramę i niemal natychmiast zostaliśmy zmuszeni 
do  szukania  osłony  przed tnącymi   powietrze wiązkami   energii.   Komnata 
była duża, ale zdecydowanie różniła się od tych widzianych do tej pory. Po-
grążona w półmroku, nie posiadała charakterystycznej poświaty padającej ze 
ścian saruthiańskich budowli. Lustrzany gładki materiał służący za budulec 
w całej metropolii tutaj był szary i matowy, jakby obumarły. 
      Następny kamienny blok, podobny do tego służącego Heldane za opar-
cie, tylko znacznie większy, stał na popielatej podłodze. Po jego powierz-
chni ściekała oleista zielonkawa substancja zbierająca się w kałużę u pod-
stawy obelisku.  W kamieniu ktoś  wyciął  niesymetryczną półeczkę, mniej 
więcej  na wysokości  głowy  człowieka przeciętnego wzrostu.  Stał na niej 
niebieski oktahedron rozświetlony płonącym w jego wnętrzu nieziemskim 
ogniem.
      Necroteuch obcych. Krótka konsultacja mapy Dazzo potwierdziła moje 
podejrzenia.
         Komnata cuchnęła odorem prastarego zła, owym  charakterystycznym 
zapachem piżma, który tutaj okazał się tak silny, że z miejsca zebrało mi się 
na wymioty. Na ścianach i rozfalowanym nierównym suficie znajdowały się 
dziwaczne odrażające narośle z metalu, kości i żywej tkanki, przypominają-
ce bluźnierczą grzybnię. Ostre haki na pordzewiałych łańcuchach zwisały z 
tych niby-grzybów. Nie było to dzieło rąk saruthi, lecz manifestacja czys-
tego Chaosu, wykreowana przez potęgę Necroteuchu ukrytego od tysięcy lat 
w tym zagubionym pośród czasu i przestrzeni sanktuarium.
          Mniejsze   bloki   kamieni,   o   nieregularnych   kształtach   i   wysokości, 
stercza-ły z podłogi w różnych miejscach pomieszczenia. To pomiędzy nimi 
toczyła się usłyszana wcześniej strzelanina. Wszyscy troje zeszliśmy z tła 
migotli-wej tetrabramy chowając się za najbliższym z kamieni. Laserowe 
wiązki uderzały z sykiem w bryły odłupując z nich skrawki surowca.
 - Titus !
 - Gregor ! – inkwizytor był jakiś dwadzieścia metrów przed nami, w jednej 
trzeciej drogi do Necroteuchu. Kucając za jednym z bloków strzelał z lase-
rowego pistoletu do wyprzedzających go w wyścigu po artefakt postaci.
         Ujrzałem kapitana Locke w asyście ośmiu lub dziewięciu heretyckich 
żołnierzy.
     Przesunąłem głowę na boki, wpierw na Bequin, potem na Midasa.
 - Strzelać wedle uznania – poleciłem. Wypaliliśmy z wszystkich luf chcąc 
osłonić Endora ogniem i przynajmniej jeden heretyk zginął w efekcie tej 
salwy.  Kiedy reszta zdrajców rozpierzchła się w poszukiwaniu  kryjówki, 
Endor skoczył na równe nogi i zaczął biec do przodu. Krecha laserowego 
światła uderzyła w niego z trzaskiem i cisnęła ciałem o kamienną posadzkę.
         Rzuciłem się w jego kierunku,  strzelając raz za razem z ściskanego 
oburącz   boltowego   pistoletu.   Mikroeksplozje   pocisków   odrywały   kawały 

bezpośrednim trafieniem. Dotarłem do Endora.

76

background image

gruzu od bloków skrywających heretyków,  jeden z nich runął rozerwany 
bezpośrednim trafieniem. Dotarłem do Endora.
        Został postrzelony w klatkę piersiową. Rana okazałaby się śmiertelna, 
gdyby nie moja błyskawiczna reakcja. Wciągnąłem go za osłonę i czekałem 
na przekradającą się do mnie Bequin.
  -   Ucisk,   tutaj   !   –   rozkazałem.   Dłonie   miałem   mokre   od   krwi   starego 
przyjaciela. Dziewczyna wykonała polecenie bez zbędnych uwag.
      Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z narastającego grzmotu dobiegają-
cego   gdzieś   spoza   komnaty.   Posadzka   drżała   coraz   silniej   pod   nogami. 
Fragment sufitu pokrył się znienacka pajęczyną pęknięć, po czym runął w 
dół pośród deszczu odłamków. Do środka sali napłynęło chłodne światło z 
zewnątrz. W ciągu kilku następnych sekund sufit zarwał się w jeszcze trzech 
innych miejscach i wtedy już wyraźnie usłyszałem ryk skoncentrowanego 
bombardowania.
 - Midas !
     Dobiegał już do mnie po mej lewej stronie, zarzucając na plecy glaviań-
ski karabin i wyjmując z kabur znacznie praktyczniejsze w bieżącej sytuacji 
pistolety. Mordercze metalowe strzałki z sykiem cięły powietrze. Podłoga 
wciąż się trzęsła. Oberwał się kolejny kawał sufitu.
     Pozostawiając Endora z Bequin zacząłem skakać od filaru do filaru kuląc 
się  w odpowiedzi   na  ścigające  mnie  pociski.   Ustawiłem  komunikator  na 
uprzednio uzgodnionej z Midasem częstotliwości.
 - Cierń do Aegisa, potrzebny tajfun lewostronny.
 - Aegis potwierdza, tajfun za trzy.
     Policzyłem w myślach do trzech i skoczyłem do przodu. W tym samym 
momencie Midas cisnął w lewo granat odłamkowy i zaczął strzelać jedno-
cześnie z obu pistoletów. 
     Pojawił się jaskrawy rozbłysk i huk eksplozji przytłumił na chwilę jedno-
stajny grzmot bombardowania na zewnątrz kompleksu. Jakiś heretycki żoł-
nierz śmignął w powietrzu z szeroko rozrzuconymi rękami, uderzył z całej 
siły w kamienny bok i zsunął się po nim z pogruchotanymi kośćmi. 
      „Tajfun” Midasa pozwolił mi zbliżyć się na jakieś dziesięć metrów do 
pozycji zajmowanej przez Locke. Straciłem sadystycznego kapitana z oczu, 
nigdzie  nie  potrafiłem  go  dojrzeć.  Ściskając  mocniej   rękojeść  boltowego 
pistoletu ująłem w drugą dłoń energetyczny miecz i szybkim ruchem okrą-
żyłem skrywający mnie częściowo filar.
     Locke i jeden z jego ludzi postanowili w tym samym momencie zrobić 
identyczny   manewr   z   drugiej   strony.   Wyskakując   zza   osłony   stanęliśmy 
twarzą w twarz pomiędzy dwoma filarami. Pistolet podskoczył z hukiem w 
mojej ręce, ale pocisk tylko otarł się o błyskawicznie uskakującego w bok 
Locke   i   urwał   lewą   rękę   jego   kompanowi.   Zanim   wrzeszczący   z   bólu 
heretyk zdążył upaść na posadzkę komnaty, laserowa wiązka przepaliła mi 
na wylot prawe ramię. Długi sztylet błysnął w lewej dłoni kapitana. Zde-
rzyliśmy się ze sobą. Próbowałem przeciągnąć po jego grzbiecie ostrzem 
miecza, lecz zahaczyło o coś w tyle. Oberwałem rękojeścią sztyletu w twarz 
i upadłem oszołomiony na plecy. Z tryumfalnym uśmiechem, którego ja już 
nigdy nie zdołam skopiować, Locke opuścił w moim kierunku lufę pistoletu 
zamierzając przestrzelić mi czaszkę.
      Wyrzeźbiony przez obcych z nieznanego mi rodzaju skały dwutonowy 
filar, przecięty na wysokości  ludzkiego  pasa ostrzem mojego energetycz-
nego miecza, zwalił się z chrzęstem na kapitana Wolnej Floty przygniatając 
go w ułamku sekundy do podłogi.

*  *  *  *  *

     Wstałem z trudem na nogi.
      Gorgone Locke wciąż jeszcze żył. Jego brzuch i nogi były zmiażdżone 
potwornym ciężarem kamiennego bloku, ręce połamane. Spojrzał na mnie 
zamglonym, pełnym niedowierzania i cierpienia wzrokiem.
 - Gorgone Locke, w oczach Świętej Inkwizycji zostajesz po trzykroć przek-
lęty za swe działania, przekonania i przynależność – oświadczyłem rozpo-
czynając katechizm piętnowania.
 - N-nie... – wyszeptał chrapliwie.
         Kiedy skończyłem recytować stosowną litanię, wyciąłem mu na czole 
czubkiem miecza piętno heretyka. Umarł w trakcie tego zabiegu wskutek 
odniesionych obrażeń wewnętrznych.
     Zdemolowana komnata wciąż dygotała. Zardzewiałe haki kołysały się ze 
szczękiem na łańcuchach. Pył i bryły gruzu spadały z dziur w dachu. Sięg-
nąłem ręką w dół i wymacałem w kieszeni zakrwawionej kurtki Locke per-
łowy polyhedron. Translator. Schowałem go do jednej ze swych kieszonek i 
spojrzałem w stronę nadchodzącego Midasa.
 - Ostatnie z jego szczurów już uciekły – powiedział pilot chowając pistolety 
do kabur. Spojrzał w dół na martwego kapitana.
 - Więc tak kończą wszyscy heretycy, co ?
     Podniosłem rękę, by zdjąć Necroteuch obcych z jego półki i w tej pozycji 
dosłownie   skamieniałem,   niezdolny   do   wykonania   jakiegokolwiek   ruchu. 

Aaa

     Niewyobrażalnie silna moc mentalna spetryfikowała moje ciało.
 - Tak właśnie kończą wszyscy heretycy – powiedział czyjś głos – Odwróć 
go tak, by mógł mnie zobaczyć.
     Wbrew swej woli wykonałem obrót w miejscu, z ręką wciąż wyciągniętą 
w geście chwytania. Ujrzałem kątem oka Midasa, również sparaliżowanego. 
Na jego smagłej ciemnej twarzy zastygł grymas zaskoczenia.
      Konrad Molitor, mój brat-inkwizytor, stał przede mną z uśmiechem na 
ustach. Trzej zakapturzeni słudzy niemal następowali mu na pięty.
  - Cóż za brawura, Gregorze. Cóż za poświęcenie. Byłem  pewien, że to 
właśnie ty odnajdziesz naszą zdobycz.
         Próbowałem odpowiedzieć, ale nie potrafiłem poruszyć ustami. Ślina 
ciekła mi  pomiędzy zaciśniętymi  zębami.  Molitor  spojrzał na jednego ze 
swych towarzyszy.
 - Pozwól mu mówić – polecił.
      Psioniczny ucisk nieznacznie zelżał, chociaż formułowanie słów wciąż 
było ogromnym wysiłkiem.
 - C-co ty r-robisz, Molitorze ? 
  - Zabezpieczam bezcenny Necroteuch, cóż innego miałbym zrobić ? Na-
prawdę nie możemy pozwolić na to, byś zniszczył jeszcze jedną jego kopię.
 - M-my ?
 - Jest wiele osób uważających, że ludzkość zyska znacznie więcej na prze-
studiowaniu zawartości tego dzieła, a nie jego zniszczeniu. Przybyłem tutaj, 
by zabezpieczyć interesy tych osób.
 - R-rorken nigdy n-nie pozwoli... p-pójdziesz za to na s-stos...
 - Mój czcigodny mistrz Rorken nigdy niczego się nie dowie. Czujesz jak to 
miejsce drży ? Widzisz sypiący się sufit ? Dziesięć minut temu wysłałem do 
dowództwa   floty   komunikat   mówiący   o   wykonaniu   głównego   zadania. 
Podałem też kod aktywujący Sanction Extremis. Nasi przyjaciele na orbicie 
są pewni, że Necroteuch został bezpiecznie zneutralizowany. Nasze wojska 
się   wycofują   w   trybie   natychmiastowym.   Baterie   pokładowe   floty   już 
rozpoczęły   destrukcję   miast   obcych.   Nikt   się   nie   dowie,   że   Necroteuch 
został   stąd   wyniesiony.   Żaden   dowód   rzeczowy   nie   przetrwa   bombardo-
wania. Żaden dowód... ani żaden niewygodny świadek.
     Nie spuszczał ze mnie swych żółtych oczu.
 - Jaka szkoda, że przyszło ci oddać życie w czasie szturmu na 56-Izar. Two-
je imię będzie otaczane powszechnym szacunkiem, osobiście tego dopilnuję, 
zapewniam cię.
 - Ty s-skurwielu... – walczyłem z pętającymi mój umysł okowami, ale była 
to walka skazana na porażkę. Wiedziałem, że to nie Molitor mnie paraliżuje, 
tylko jeden z akolitów, a może nawet wszyscy trzej wspólnie.
 - Zabierz to – polecił jednemu z towarzyszy radykał wskazując ręką stojący 
wciąż na półce Necroteuch – Trzeba się stąd wynosić.
     Przed chwilą jeszcze stosunkowo odległe, bombardowanie coraz bardziej 
przybierało na sile. Zakapturzona postać podeszła do obelisku i zdjęła z pół-
ki niebieski oktahedron. Podnosząc artefakt eleganckimi palcami o długich 
paznokciach akolita przyjrzał mu się uważnie jakby coś studiował, po czym 
odwrócił się w stronę Molitora.
 - Jest bezużyteczny.
 - Co ?
 - Nie sposób go odczytać. Został zakodowany całkowicie niezrozumiałym 
szyfrem w języku saruthi.
     Molitor zesztywniał.
 - Nie ! Niemożliwe ! Złam kod !
 - Zrobiłbym to, gdybym potrafił. To wykracza poza moje możliwości.
 - Musi być jakiś sposób translacji !
      Zakapturzony mężczyzna trzymający Necroteuch spojrzał w moim kie-
runku.
 - On ma dekoder. Jedyny dekoder. Próbował o nim nie myśleć, ale widzę 
go w jego jaźni. Sprawdź w kieszonce kurtki.
     Uśmiech powrócił na usta Molitora. Podszedł do mnie podnosząc dłoń. 
 - Uparty do samego końca, cały Gregor. Ty cholerny draniu !
     Laserowa wiązka urwała mu dłoń na wysokości nadgarstka.
     Okaleczony inkwizytor wrzasnął z bólu i odskoczył w tył. Z kikuta jego 
ręki unosił się dym.
     Bequin wychynęła z półmroku za moimi plecami, z zaciętą miną i kara-
binem przyłożonym do ramienia. Jego lufa mierzyła w serce Molitora.
  - Zabić ich ! Zabić ich ! – krzyknął  histerycznie radykał. Poczułem jak 
mentalny ucisk rośnie raptownie, by zmiażdżyć moją psychikę raz na zaw-
sze. I ustał całkowicie. Bequin znalazła się tuż przy mnie, byłem wolny. 
Akolita trzymający Necroteuch cofnął się o krok do tyłu ze zdumieniem.
      Pobladły z bólu i zdenerwowania Molitor spostrzegł, że jego mentalna 
broń zawiodła. 
 - Albaara ! T’harth ! – krzyknął.
     Słowa kodowe. Słowa-bezpieczniki. Para towarzyszy pozostających do-
tąd za jego plecami skoczyła do przodu, ich płaszcze sfrunęły na ziemię ro-
zerwane błyskawicznymi ruchami.

77

background image

      Arkobiczownicy. Heretycy przeprogramowani mentalnie i wzmocnieni 
cybernetycznymi   wszczepami   w   celu   stworzenia   bezlitosnych   zabójców. 
Słowa-bezpieczniki wyrwały ich z otępiającego transu i wprawiły z miejsca 
w stan bezgranicznego amoku.
     Pod podartymi płaszczami skrywały się zdeformowane zgarbione istoty o 
chrobliwie bladej skórze połyskującej zimnym blaskiem stalowych wszcze-
pów i wbitych prosto w ciało pobłogosławionych nitów. Zamiast dłoni mieli 
pęki elektrobiczy. Bezmyślne wytrzeszczone oczy jarzyły się dzikim szałem 
pod dolnymi  krawędziami  hełmów pacyfikatorskich,  przymocowanych  na 
stałe do czaszek obu morderców grubymi gwoździami. 
     Wszyscy troje wystrzeliliśmy do nich jednocześnie, zasypując obie bestie 
gradem pocisków. Zwykli śmiertelnicy padliby trupem na miejscu, zabójcy 
jednak nawet nie zwolnili kroku. W ich żyłach płonęły chemiczne dopalacze 
wytwarzane przez podskórne zasobniki z adrenaliną, buzowały bojowe nar-
kotyki pompowane w krwioobieg z zawieszonych na plecach zbiorników. 
Nawet nie czuli przyjmowanych na siebie obrażeń.
      Jeden znalazł się już na wyciągnięcie ręki ode mnie, kiedy nieustanny 
potok boltowych pocisków powstrzymał w końcu jego bieg. Jedna z wybu-
chowych głowic rozerwała opancerzony dozownik narkotyków wiszący na 
jego ramieniu. Arkobiczownik runął na posadzkę komnaty odarty znienacka 
z litościwej tarczy znieczulaczy bólu, pogrążony w przeraźliwej agonii.
         Drugi zignorował całkowicie ukłucia zbyt dla niego delikatnych igieł 
wystrzeliwanych przez pistolety Midasa. Skoczyliśmy w przeciwne strony, 
desperacko umykając z jego drogi. Machając na prawo i lewo biczami skrę-
cił w kierunku pilota. Glavianin tylko dzięki swej wrodzonej zwinności zdo-
łał pierzchnąć przed rozszalałym potworem, nurkując za jeden z filarów.
     Midas wiedział, że pozostały mu tylko ułamki sekund. Ruszałem wraz z 
Bequin w jego kierunku, ale w zasadzie oboje nic nie mogliśmy już zrobić.
     Zerwał z piersi załadowany granatami bandolier, wyciągnął płynnym ru-
chem jedną z zawleczek i stanął między filarami. W ostatniej chwili przy-
siadł na piętach i rozpalone końcówki elektrobiczy śmignęły nad jego głową 
żłobiąc głębokie bruzdy w kamiennych blokach. 
         Midas skoczył do przodu, odbił się od podłogi i zarzucił bandolier na 
głowę arkobiczownika. Tym samym akrobatycznym susem rzucił się ponad 
ramieniem niskiego zabójcy w naszym kierunku. 
     Detonacja granatów dosłownie rozczłonkowała napastnika. Pochwycony 
falą uderzeniową wybuchu Midas poleciał w powietrze i stromym łukiem 
grzmotnął w stertę gruzu nieruchomiejąc pośród szczątków zarwanego su-
fitu.
 - Eisenhorn ! Eisenhorn ! – wrzeszczał Molitor szukając mnie wśród mroku 
i kłębów dymu wraz ze swoim pomocnikiem. W jego głosie walczyły ze so-
bą wściekłość i ból.
 - Trzymaj się tuż przy mnie – poleciłem Bequin, gdy cofaliśmy się w głąb 
komnaty – Ten psionik nie zdoła mnie dopaść, dopóki mnie chronisz.
     Połowa trzymającego się jeszcze dachu i spory fragment ściany wyleciał 
znienacka w powietrzu. Do wnętrza sali wdarła się kula pomarańczowego 
ognia.
     Ogłuszeni i poparzeni, musieliśmy podtrzymać się wzajemnie. Komnata 
została   otwarta   bezpośrednim   trafieniem   i   do   jej   środka   sączył   się   snop 
zimnego białego światła, gęsto przetykanego kłębami dymu. 
 - Za mną ! – pobiegliśmy chwiejnie w stronę rozbitej ściany i zaczęliśmy 
wspinać się po jej resztkach chwytając rozwartymi palcami bryły kamienia i 
innego materiału użytego przez saruthi do stworzenia zewnętrznej powłoki. 
Lustrzany perłowy surowiec był nadtopiony i pokryty bąblami, przypominał 
w dotyk spaloną skórę lub plastyk.
     Wspinaliśmy się ku światłu.

*  *  *  *  *

     Znaleźliśmy się wysoko na falistym dachu kompleksu saruthi. Było zim-
no, a wiatr szalejący na lśniącym białym dachu niósł ze sobą odór dymu, 
spalenizny i chemikaliów. 
        Dach położony był bardzo wysoko. Perłowe ściany ogromnej budowli 
wyginały się w nieregularny sposób ku jego podstawie, a ich powierzchnia 
przypominała krystalicznie czysty lód. Bequin poślizgnęła się i tylko mój 
chwyt za jej ramię nie pozwolił dziewczynie zsunąć się po pochyłym dachu 
w kierunku zaokrąglonej krawędzi i dalej w dół, prosto ku ziemi.
         Z białego dachu, wystrzeliwującego wysoko w obce niebo, mogliśmy 
obserwować   wielkie   jeziora   płomieni   i   chmury   dymu   gnane   wiatrem   na 
tysiące kilometrów w głąb kontynentu. Widzieliśmy chmary statków desan-
towych  mknących  desperacko w górę ku czekającym  na orbicie okrętom 
transportowym. Na płaskich równinach z białego błota setki imperialnych 
żołnierzy pędziły w kierunku czekających promów, ciskając za siebie heł-
my, plecaki, a nawet osobistą broń, by nie obciążała ich ona w szaleńczym 
wyścigu po życie. Czołgi i transportery opancerzone brnęły przez grząską 
ziemię wtaczając się z pełną prędkością na opuszczone rampy ciężkich sta-

ttt

kich promów. Artyleryjskie pociski i krechy laserów punktowały przestrzeń 
wokół kompleksu znacząc miejsca, gdzie zaskoczeni odwrotem gwardzis-
tów heretycy przechodzili do kontrataku. 
         Snopy jaskrawego światła przecinały chmury równając z ziemią całą 
okolicę. Wypełniając co do joty polecenia Molitora admirał Spatian prowa-
dził całkowitą annihilację objętej bombardowaniem strefy. Cała piątka ink-
wizytorów oraz brat-kapitan Cynewolf i wybrani oficerowie marynarki dos-
tali przed misją pakiet kodów pozwalających zainicjować takie piekło. Moli-
tor przypieczętował nasz los. Raz rozpoczęte, Sanction Extremis nie mogło 
już zostać powstrzymane, nawet gdyby mój komunikator pracował popraw-
nie, a nie trzeszczał zakłócany elektrmagnetycznymi impulsami towarzyszą-
cymi każdej orbitalnej salwie. Zgodnie z opracowanym wcześniej planem 
Spatian systematycznie niszczył całą strefę metropolii  obcych tak szybko 
jak to tylko było możliwe, nawet kosztem swych wycofujących się wciąż 
jed-nostek naziemnych.
     Inne miasto saruthi, jakieś dwadzieścia kilometrów od nas, przestało ist-
nieć. Jego kształt przypominał gigantyczne owalne jajo, popękane i podziu-
rawione lancami światła. Snopy laserowej energii przestębnowały je aż do 
fundamentów. Fale myśliwców bombardujących spadały całymi szwadrona-
mi z niebios zrzucając niesione pod skrzydłami ładunki. Samosterujące po-
ciski  rakietowe,   smukłe  i  szybkie   niczym  podniebne  rekiny,   przebiły  się 
przez   warstwę   chmur   pędząc   ku   ziemi   w   swym   pierwszym   i   ostatnim 
zarazem locie. 
      Metropolia zadygotała i wyleciała w powietrze. Upiorny blask rozpalił 
hemisferę planety. Kolumna białego dymu utworzyła na niebie gigantyczny 
grzyb wysoki na jakieś piętnaście kilometrów.
     Widok był niezwykły, wręcz oszałamiający. Oboje z Bequin patrzyliśmy 
na tę apokalipsę z otwartymi  ustami. Kilka sekund później ta sama scena 
powtórzyła się czterdzieści kilometrów za naszymi plecami i kolejna metro-
polia obcych przestała istnieć.
     Struktura, na której opływowym dachu właśnie staliśmy miała bez wąt-
pienia lada moment podzielić los bliźniaczych miast. Pewnie już teraz koor-
dynaty celu były wprowadzane do pamięci serwitorów artyleryjskich.
     Pobiegliśmy wzdłuż zdradliwej krawędzi dachu szukając drogi ucieczki. 
Na tle zadymionego nieba płonęły silniki korekcyjne promów zrzutowych 
pędzących z pełną prędkością w stronę tłumów żołnierzy Mirepoixu, wyma-
chujących rozpaczliwie rękami na błotnistych polach. Byłem zaskoczony tak 
bezprzykładną odwagą pilotów marynarki.  Admirał Spatian nie zamierzał 
czekać z bombardowaniem do chwili  ewakuacji wszystkich gwardzistów. 
Piloci ryzykowali najwyższą stawkę siadając z rozpędu na równinach, by 
podjąć na pokład tylu żołnierzy Gwardii, ilu tylko mogli pomieścić.
 - Gregor ! – krzyknęła mi do ucha Bequin.
      Obejrzałem się przez ramię. Z szerokiej wyrwy w lśniącym dachu wy-
dostali się z trudem Molitor i jego zakapturzony akolita. Ślizgając się nie-
zgrabnie zaczęli biec w naszą stronę.
     Laserowa wiązka gwizdnęła mi koło ucha, dotknęła perłowej powierzch-
ni dachu i wyżłobiła w niej osmaloną bruzdę.
 - Translator, ty sukinsynu ! Dawaj translator ! – wrzeszczał Molitor.
     Posłałem mu w odpowiedzi cały magazynek pistoletu.
         Pierwszy wybuchowy pocisk minął postać radykalnego inkwizytora i 
rozerwał się na łukowatym  fragmencie dachu rozrzucając wokół  kawałki 
kamienia. Pozostałe trafiły. Mikroeksplozje rozdarły lewe udo zdrajcy, jego 
brzuch i gardło.
     Konrad Molitor zadygotał konwulsyjnie bryzgając krwią, przewrócił się 
na plecy. Okaleczone ciało ześlizgnęło się po pochyłym dachu i wypadło za 
jego zaokrągloną krawędź pozostawiając po sobie szeroką smugę krwi.
       Akolita wciąż biegł w mym kierunku, nie bacząc na strzały. Zrzucił z 
siebie długi płaszcz.
     Pod spodem nie miał żadnego innego ubrania. Był nagi, wysoki, świetnie 
umięśniony. Jego skórę pokrywała cieniutka warstwa złotej farby. Twarz o 
przystojnych męskich rysach przyciągała wzrok dwoma niewielkimi rogami 
wyrastającymi ze skroni akolity.
     Miał puste, pozbawione źrenic i tęczówek oczy.
     Moje sny przybrały materialną postać.
     Groza ścisnęła mi serce żelaznymi kleszczami.
     

78

background image

Rozdział XXVI

Cherubael.

Na krawędzi zagłady.

Exterminatus.

       Człowiek o pustych oczach – używam wciąż słowa człowiek, chociaż 
wtedy wiedziałem już, iż to demon ukryty w ludzkim ciele – podszedł do 
mnie po śliskim błyszczącym dachu. Pulsujący wewnętrznym światłem ok-
tahedron z bluźnierczym przekładem Necroteuchu na jezyk obcych spoczy-
wał w jednej z eleganckich, niemalże kobiecych dłoni.
 - Poproszę o translator, Gregorze.
 - Czym jesteś ?
 - Nie jest to najlepszy moment na zawieranie znajomości – demon wskazał 
dłonią snopy laserowego światła punktujące błotne pola tuż przy budowli.
 - Spraw mi tę przyjemność – upierałem się przy swoim.
 - Dobrze. Jestem Cherubael. A teraz czytnik. Zegar tyka.
 - Zegar zawsze tyka – odparłem – Kto cię stworzył ?
 - Stworzył mnie ? – mężczyzna o pustych oczach powtórzył moje pytanie i 
uśmiechnął się zagadkowo.
 - Jesteś... spętanym demonem. Istotą służebną. Powiedz mi, kto cię stwo-
rzył i kto przysłał Molitora i ciebie po Necroteuch... a może wtedy dam ci 
ten translator.
     Zaśmiał się i oblizał usta długim rozwidlonym językiem.
 - Pozwól, że przedstawię całą sprawę jasno, Gregorze. Oddasz mi natych-
miast translator. Albo zrobisz to dobrowolnie albo będę go musiał odebrać 
sam. A wtedy połamię ci każdą kość w ciele. I przerżnę tę dziwkę za tobą. 
Jej też połamię przy tym wszystkie kości. Potem zawlokę was oboje do sali 
pod tym dachem, powieszę na hakach i będę patroszył czekając, aż bombar-
dowanie unicestwi cakowicie to miejsce.
     Urwał na chwilę.
 - Czas na twój wybór.
 - Często pojawiałeś się w moich snach. Dlaczego ?
 - Posiadasz talent, Gregorze. A czas nie jest tym, za co postrzegają go lu-
dzie. Sekunda pobytu w Osnowie z miejsca by ci to uświadomiła. Zresztą 
sekunda   w   czterowymiarowych   konstruktach   saruthi   również   wystarczy. 
Twoje sny były koszmarami wspomnień, które dopiero mają się pojawić.
 - Kto cię stworzył ? – zapytałem raz jeszcze. Nie spodziewałem się już w 
zasadzie odpowiedzi, daltego zaskoczyły mnie jego słowa. 
 - Święta Inkwizycja mnie stworzyła, Gregorze. Stworzył mnie jeden z two-
ich braci. A teraz proszę po raz ostatni...
     Demon obrócił się w miejscu słysząc za sobą podniesione ludzkie głosy. 
Brat-kapitan Cynewolf wspinał się na dach po szczątkach zniszczonej ścia-
ny, towarzyszyli mu Midas i jeszcze jeden Marine Straży Śmierci niosący na 
rękach bezwładne ciało Titusa Endora.
     Cynewolf podniósł swój stormbolter i posłał serię w stronę mężczyzny o 
pustych oczach.
     Cherubael uniósł dłoń i z nieprawdopodobną szybkością wyłapał palcami 
nadlatujące w jego kierunku pociski.
 - Wracaj do domu, bękarci synu Astartes ! – krzyknął demon – Nie masz tu 
czego szukać !
         Diaboliczna istota podeszla jeszcze bliżej. Widziałem teraz dokładnie 
malutkie łuki  wyładowań  energetycznych  skaczące po jej skórze, czułem 
odór rozkładu.
     Oko w oko z bestią piekieł.
     Wyciągnął do przodu odwróconą w geście żądania dłoń, jego zwieńczo-
ne długimi paznokciami palce przypominały mi szpony.
 - Dobry pomysł, by się zabezpieczyć przede mną nietkniętą – spojrzał na 
Bequin – W jaki sposób ją zdobyłeś ?
 - Przeznaczenie, podobnie jak czas, nie jest funkcją liniową, Cherubaelu. Z 
pewnością wiesz sporo na ten temat. Znalazłem Bequin w taki sam sposób, 
w jaki twoje senne koszmary znalazły mnie.
     Demon pokiwał głową.
 - Lubię cię, Gregorze Eisenhornie. Jesteś tak bardzo stanowczy i zdetermi-
nowany... jak na człowieka. Życzyłbym sobie, byśmy mogli siąść razem do 
stołu i porozmawiać o życiu... Lecz nie mamy czasu ! – zmienił raptownie 
ton – Daj mi translator !
     Wyjąłem z kieszonki czytnik. Demon uśmiechnął się jeszcze szerzej.
     Upuściłem artefakt na śliski dach i opuściłem na niego but, zanim zdążył 
potoczyć się w stronę krawędzi. Naciskiem podeszwy obróciłem perłowy 
translator w proch.
     Demon cofnął się o krok patrząc na krystaliczny pył.
     Podniósł po chwili wzrok mierząc mnie pustymi oczami.
  - Jesteś bardzo upartym człowiekiem, Gregorze. Zabiłbym cię z ogromną 

aaa

przyjemnością w odpowiednim czasie, lecz ty przecież tak naprawdę już nie 
żyjesz. Za dwieście czterdzieści sekund orbitalne bombardowanie zmieście 
ten kompleks z powierzchni ziemi. Łap !
     Rzucił mi saruthiański Necroteuch. Złapałem świecący kryształ w ręce.
 - Zwyciężyłeś. Zabierz nagrodę ze sobą... do piekła.
     Zaczął biec w stronę krawędzi dachu, po czym odbił się od jego powierz-
chni i skoczył przed siebie z szeroko rozłożonymi rękami. Zawisł na ułamek 
sekundy w bezruchu, a potem poleciał w dół. Zdążył wykonać w tym locie 
jeden perfekcyjny obrót, zanim pochłonęły go płomienie pobliskiego jezio-
ra chemikaliów.
     Objąłem Bequin. Cynewolf, Midas i Marine niosący Endora podeszli do 
nas   pośpiesznie.   Titus,   skurczony   w   opancerzonych   ramionach   Strażnka 
Śmierci, wyglądał na martwego. Modliłem się w myślach, by tak właśnie 
było, bo dzięki temu los pozwoliłby uniknąć memu przyjacielowi cierpień, 
które lada sekunda miały stać się naszym udziałem.
  - Cierń i Aegis, ponad i... dobrze, ponad, na Imperatora ! Do diabła z tą 
cholerną Glossią ! Ruszcie tyłki !
     Mój wahadłowiec wystrzelił zza krawędzi obłego dachu i zawisł w chy-
botliwej pozycji. Rampa przedziału desantowego była już opuszczona. Za 
pancernymi szybami kokpitu dostrzegłem walczącego ze sterami Fischiga. 
Krzyczał coś do mnie. Na tylnym fotelu siedział Aemos.

*  *  *  *  *

      Patrzyłem z mostku  Saint Scythusa jak umiera 56-Izar. Opuszczaliśmy 
właśnie orbitę skazanego na zagładę świata. Gigantyczny pożary spowiły 
płomieniami kontynenty planety. Sanction Extremis. Exterminatus.
     Po bombach termicznych spadły ładunki wirusowe. Po starannie dobra-
nych i błyskawicznie działających plagach cały glob skąpała pożoga nukle-
arnego ataku. 
          Kiedy   wychodziliśmy   za   granice   systemu,   planeta   była   już   tylko 
całkowi-cie wyjałowioną z życia bryłą stopionych skał. Nigdy już więcej nie 
nawią-zano kontaktu z saruthi.
     A diaboliczne złowieszcze światło Necroteuchu zgasło raz na zawsze.

79

background image

Epilog

Na Pamophrey.

 
     Odpoczęliśmy na Pamophrey.
     Czterdzieści tygodni tranzytu przez Osnowę stępiło tryumfalne nastroje. 
Armada marynarki rozdzieliła się po wejściu na orbitę Thracian Primary i 
tam też po raz ostatni miałem okazję widzieć się z sierżantem Jerussem. 
Pomachał mi na pożegnanie ręką w zadymionym gwarnym barze na jednej 
z ulic planetarnej stolicy.
     Wynająłem willę na Pamophrey. Midas przesypiał większość dni, noce 
poświęcając na gry w regicide z Fischigiem i Aemosem. Bequin kapała swe 
ciało   na   przemian   w   słonecznych   promieniach   i   szmaragdowych   falach 
ciepłego oceanu.
      Ja sam siadywałem na piaszczystych wydmach mierząc w zamyśleniu 
wzrokiem plażę niczym bóg zagubiony w trakcie procesu tworzenia nowe-
go świata.
        Czekało nas mnóstwo pracy. Należało sporządzić raporty, przeprowa-
dzić przesłuchania i wizje lokalne. Lord Rorken zwołał posiedzenie wyż-
szych organów Inkwizycji, a Wielka Rada Terry oczekiwała z niecierpli-
wością   na   końcowe   wyniki   dochodzenia.   Miesiące   papierkowej   roboty, 
spotkań i narad. Tożsamość osoby stojącej za Molitorem i demonem wciąż 
pozostawała tajemnicą i chociaż lord Rorken równie gorąco jak ja pragnął 
rozwiązania tej zagadki, wątpiłem w jej szybkie rozwikłanie. Odpowiedź na 
najważniejsze pytanie całymi latami mogła pozostawać ukryta pod trybami 
biurokratycznymi Inkwizycji, pogrążonej w głębokiej stagnacji.
      Nie zamierzałem na to pozwolić. Gdy tylko obowiązki przestaną mnie 
naciskać, podejmę trop przełożonego Cherubaela. Usankcjonowana władza 
ludzkości   nad   wszechświatem   stanęła   na   chwilę   pod   znakiem   zapytania 
wskutek działalności tego człowieka.
      Nie zamierzałem też nigdy zapomnieć o saruthi. Stali się oni dla mnie 
wzorcową lekcją tego, jak cała niezwykle zaawansowana kultura może być 
skonsumowana przez drapieżną moc Osnowy.

*  *  *  *  *

     Morskie ptaki unosiły się ponad rozkołysanymi falami, woda uderzała w 
piasek plaży z głośnym sykiem.
     Mężczyzna o pustych oczach wciąż pojawiał się w mych snach.
         Wspomnienia przeszłości czy zapowiedź tego, co miało mnie jeszcze 
spotkać ?
     Pozostawało mi tylko czekać, by sprawdzić to samemu.

KONIEC

80

background image

 

81


Document Outline