background image

 

Gabriel Garcia Marquez 

 Na fałszywych papierach   

w Chile 

La aventura de Miguel Littin clandestino en Chile

 

 

PrzełoŜyła  Agnieszka Murarz  

z posłowiem Roberta Mroziewicza 

Wydanie polskie: 2003 

Wydanie oryginalne: 1986 

background image

 

2

Wst

ę

Na  początku  1985  roku  Miguel  Littin,  chilijski  reŜyser  figurujący  na  liście 

pięciu  tysięcy  wygnańców  pozbawionych  prawa  powrotu  do  kraju,  przebywał  w 
Chile przez sześć tygodni w warunkach absolutnej konspiracji, rejestrując na liczącej 
ponad siedem tysięcy metrów taśmie filmowej tamtejszą rzeczywistość po dwunastu 
latach rządów junty wojskowej. Z ucharakteryzowaną twarzą, poruszający się inaczej 
niŜ  zwykle  i  ubrany  w  kompletnie  odmiennym  stylu,  zaopatrzony  w  fałszywe 
dokumenty, osłaniany i wspomagany przez demokratyczne organizacje działające w 
podziemiu,  Littin  kierował  pracą  trzech  europejskich  ekip  filmowych  przybyłych 
najzupełniej legalnie w tym samym co on czasie i kręcących materiał wzdłuŜ i w głąb 
Chile,  włącznie  z  wnętrzem  pałacu  La  Moneda,  a  nadto  sześciu  ekip  miejscowych, 
złoŜonych  z  młodych  ludzi  działających  w  konspiracji.  W  efekcie  powstał 
czterogodzinny film dla telewizji i dwugodzinna wersja kinowa, która właśnie teraz 
wchodzi na ekrany na całym świecie. 

Kiedy jakieś pół roku temu w Madrycie Miguel Littin opowiedział mi, czego i 

jak  udało  mu  się  dokonać,  stwierdziłem,  Ŝe  sama  historia  powstania  jego  filmu 
stanowi  materiał  na  film  i  jeŜeli  nikt  tego  nie  zarejestruje,  to  wszystko  pójdzie  w 
niepamięć.  ReŜyser  zgodził  się  wobec  tego  na  męczący,  trwający  niemal  tydzień 
wywiad;  nagrany  materiał  liczy  osiemnaście  godzin.  W  ten  oto  sposób  udało  się 
odtworzyć wyczyn Littina ze szczegółami, nie wyłączając implikacji zawodowych i 
politycznych. Przedstawiam zwięzły zapis tej rozmowy w dziesięciu odcinkach. 

Niektóre  nazwiska  i  okoliczności  zostały  zmienione,  Ŝeby  nie  ujawniać 

toŜsamości ludzi mieszkających nadal w Chile. Postanowiłem teŜ zachować narrację 
w pierwszej osobie, tak by brzmiała jak relacja samego Littina, starając się zachować 
jej  osobisty  ton  —  czasami  wręcz  poufały  i  nie  wdawać  się  w  banalne 
udramatyzowania i odniesienia historyczne. 

Ostateczny  szlif  tekstu  jest,  oczywiście,  mój,  nie  sposób  bowiem  porzucić 

własny  pisarski  styl,  zwłaszcza  gdy  historię  na  sześćsetstronicową  powieść  trzeba 
zawrzeć  w  stu  pięćdziesięciu.  Starałem  się  jednak  zachować  chilijskie  wyraŜenia  i 
zwroty  językowe  pierwotnej  relacji,  a  takŜe  oddać  wiernie  sposób  rozumowania 
narratora, który nie do końca podzielam. 

Biorąc  pod  uwagę  rodzaj  materiału  oraz  okoliczności,  w  jakich  został 

zebrany, Miguel Littin: w Chile na fałszywych papierach moŜna by uznać za typowy 
reportaŜ.  Ale  to  coś  więcej:  nie  wolne  od  emocji  odtworzenie  działań,  które  w 
ostatecznym rachunku przyniosły duŜo więcej wzruszeń i osobistego zaangaŜowania, 

background image

 

3

niŜ to zakładał pierwotny, w pełni zresztą zrealizowany projekt nakręcenia filmu bez 
względu  na  zagroŜenie  czyhające  w  kraju  rządzonym  przez  juntę.  Sam  Littin 
stwierdził w pewnym momencie: To nie Ŝadne bohaterstwo z mojej strony, po prostu 
udało  mi  si
ę  raz  w  Ŝyciu  zrobić  coś  naprawdę  przyzwoitego.  To  prawda  i  na  tym 
polega ogromna wartość jego czynu. 

background image

 

4

Na fałszywych papierach w Chile 

 

Samolot  linii  Ladeco  rejs  numer  115,  lecący  z  Asunción,  stolicy  Paragwaju, 

podchodził właśnie do lądowania na lotnisku w Santiago de Chile z ponadgodzinnym 
opóźnieniem. Z prawej strony, w oślepiającym świetle księŜyca rysowała się niczym 
stalowy  cypel  sięgająca  niemal  siedmiu  tysięcy  metrów  sylwetka  Aconcagua. 
Samolot  zgrabnie,  acz  niepewnie  przechylił  się  na  lewe  skrzydło,  w  chwilę  później 
wyrównał  połoŜenie,  czemu  towarzyszyło  ponure  trzeszczenie  metalu,  po  czym 
niespodziewanie w trzech kangurzych susach siadł kołami na pasie. Ja, Miguel Littin, 
syn  Hernana  i  Cristiny,  reŜyser  filmowy,  jeden  z  pięciu  tysięcy  Chilijczyków 
pozbawionych prawa powrotu do ojczyzny, po dwunastu latach wygnania znalazłem 
się  oto  ponownie  we  własnym  kraju,  tyle  Ŝe  pozbawiony  własnej  skóry:  fałszywa 
była  moja  toŜsamość,  paszport,  nawet  Ŝona.  Moja  twarz  i  sylwetka  zostały  tak 
odmienione  przez  charakteryzację  i  ubranie,  Ŝe  kilka  tygodni  później  miała  nie 
rozpoznać mnie nawet własna matka. 

Zaledwie  parę  osób  zostało  wtajemniczonych,  a  jedna  z  nich  leciała  ze  mną 

tym  samym  rejsem:  Elena,  działaczka  chilijskiego  ruchu  oporu,  młoda  i  szalenie 
atrakcyjna,  której  organizacja  powierzyła  zadanie  utrzymywania  łączności  z 
podziemiem,  nawiązywania  kontaktów,  oceniania  warunków  działania,  umawiania 
spotkań  i  czuwania  nad  naszym  bezpieczeństwem.  W  przypadku  gdyby  policja 
wpadła  na  mój  trop,  gdybym  zniknął  bądź  przez  ponad  dwadzieścia  cztery  godziny 
nie nawiązał umówionego przedtem kontaktu, miała ujawnić, Ŝe przebywam w Chile, 
po  to,  by  sprawa  nabrała  rozgłosu  w  całym  świecie.  Choć  nasze  dokumenty  nie 
wskazywały, Ŝe coś nas moŜe łączyć, lecieliśmy razem z Madrytu przez pół świata, 
przesiadając  się  na  siedmiu  lotniskach,  jak  stare  dobre  małŜeństwo.  W  tej  ostatniej 
podróŜy, trwającej półtorej godziny, postanowiliśmy zająć miejsca daleko od siebie i 
wysiąść,  jakbyśmy  się  nie  znali.  Ja  miałem  pierwszy  przejść  przez  kontrolę 
paszportową, a ona po mnie, aby w razie jakichś kłopotów natychmiast zawiadomić 
kogo  trzeba.  Gdyby  wszystko  poszło  dobrze,  mieliśmy  wyjść  z  lotniska  i  znów 
udawać parę kochających się małŜonków. 

Cel,  jaki  sobie  obraliśmy,  w  teorii  był  łatwy  do  osiągnięcia,  w  praktyce 

natomiast  wiązał  się  z  olbrzymim  ryzykiem:  mieliśmy  po  kryjomu  nakręcić 
dokument  rejestrujący  rzeczywistość  chilijską  po  dwunastu  latach  rządów  junty 

background image

 

5

wojskowej. Od lat marzyłem, Ŝe zrealizuję ten pomysł, który od dawna chodził mi po 
głowie, poniewaŜ obraz kraju, przesłonięty tęsknotą, zaczynał mi się juŜ zacierać w 
pamięci, a dla reŜysera najpewniejszym sposobem odzyskania utraconej ojczyzny jest 
ponownie  sfilmować  ją  „od  środka”.  Pragnienie  to  nasiliło  się,  kiedy  chilijski  rząd 
przystąpił  do  publikowania  list  z  nazwiskami  emigrantów,  którym  zezwolono  na 
powrót  i  na  Ŝadnej  z  nich  nie  znalazłem  swojego,  a  czarna  rozpacz  ogarnęła  mnie, 
gdy  pojawiła  się  lista  z  nazwiskami  pięciu  tysięcy  emigrantów  bez  prawa  powrotu: 
byłem  jednym  z  nich.  Natomiast  cały  projekt  przybrał  konkretną  formę  zupełnie 
przypadkowo i to wtedy, gdy się tego w ogóle nie spodziewałem, po dwóch latach od 
chwili, gdy zupełnie straciłem nadzieję na jego realizację. 

Było  to  jesienią  1984  roku  w  baskijskim  mieście  San  Sebastian. 

Zamieszkałem tam pół roku wcześniej z Ely i trójką naszych dzieci, Ŝeby spokojnie 
kręcić film fabularny, z którego, jak to nieraz bywało w tajnej historii kina, producent 
wycofał się zaledwie na tydzień przed rozpoczęciem zdjęć. Zostałem na lodzie. Za to 
w  trakcie  festiwalu  filmowego,  przy  kolacji  w  gronie  przyjaciół  w  uczęszczanym 
lokalu, powróciłem do moich dawnych marzeń. Wysłuchano mnie i nawet omówiono 
projekt z niejakim zaciekawieniem, nie tyle z uwagi na ewidentny aspekt polityczny 
sprawy, ile ze względu na rysującą się moŜliwość zakpienia sobie z wszechwładnego 
Pinocheta.  Tyle  Ŝe  nikt  nie  sądził,  iŜ  kryje  się  w  tym  coś  więcej  niŜ  najczystsze 
rojenia  snute  przez  wygnańca.  A  jednak,  gdy  o  świcie  wracaliśmy  do  domu 
uśpionymi uliczkami starego miasta, włoski producent Luciano Balducci, który przy 
stole  prawie  się  nie  odzywał,  ujął  mnie  pod  ramię  i  zatrzymał jak  gdyby  nigdy  nic, 
czekając, aŜ grupa nas minie. 

— Człowiek, jakiego ci trzeba — powiedział — czeka na ciebie w ParyŜu. 
Tak  było.  Człowiek,  którego  potrzebowałem,  piastował  wysokie  stanowisko 

w  wewnątrzchilijskim  ruchu  oporu,  a  jego  projekt  róŜnił  się  od  mojego  zaledwie  w 
nielicznych szczegółach formalnych. Jedyna, za to blisko czterogodzinna rozmowa w 
międzynarodowym  klimacie  La  Coupole,  w  asyście  entuzjastycznie  nastawionego 
Balducciego wystarczyła, by urzeczywistnić te fantastyczne, niestworzone marzenia, 
jakie  snułem  w  najdrobniejszych  szczegółach  w  kapryśne,  bezsenne  noce  na 
wygnaniu. 

Pierwszym krokiem miało być przerzucenie do Chile trzech ekip filmowych: 

włoskiej,  francuskiej  i  jakiejś  trzeciej  europejskiej,  dysponującej  holenderskimi 
papierami.  Wszystkie  miały  działać  legalnie,  zaopatrzone  w  oficjalne  pozwolenie 
władz na kręcenie filmu i otoczone zwyczajową pomocą ze strony swoich ambasad. 
Ekipa  włoska,  najlepiej  pod  kierunkiem  jakiejś  dziennikarki,  miałaby  za  zadanie 

background image

 

6

kręcić  dokument  poświęcony  losom  włoskiej  emigracji  w  Chile,  ze  specjalnym 
naciskiem  na  twórczość  Joaquina  Toesca,  architekta,  który  zbudował  pałac  La 
Moneda. Ekipa francuska miałaby uzyskać zgodę na kręcenie filmu dokumentalnego 
o  wydźwięku  ekologicznym  na  temat  chilijskiej  geografii.  Trzecia  ekipa  miałaby 
zbierać  materiał  dokumentujący  skutki  ostatniego  trzęsienia  ziemi.  śadna  z  tych 
trzech ekip nie miała wiedzieć nic o pozostałych dwóch — ani tego, o co naprawdę 
chodzi, ani kto nimi z ukrycia kieruje. Wyjątkiem mieli być ich szefowie, z załoŜenia 
zawodowcy znani w środowisku, dobrze zorientowani w świecie polityki i świadomi 
ryzyka.  Najtrudniejszym  zadaniem  było  znalezienie  takich  ludzi,  ale  błyskawiczne 
podróŜe  do  trzech  europejskich  krajów  przyniosły  rozwiązanie  problemu.  W  noc 
mojego  przyjazdu  wszystkie  trzy  ekipy,  z  kontraktami  bez  zarzutu  i  oficjalnie 
akredytowane, przebywały juŜ w Chile, czekając na instrukcje. 

 

Koszmarne zadanie: zmiana osobowości 

 

Tak naprawdę najtrudniejszą dla mnie sprawą było przeistoczenie się w kogoś 

zupełnie  innego.  Zmiana  osobowości  wymaga  ciągłej  walki  z  samym  sobą,  bo  w 
człowieku  kłócą  się  dwa  uczucia:  determinacja,  by  zmienić  skórę  i  pragnienie 
pozostania  we  własnej.  Najtrudniej  przyszło  mi  nawet  nie  tyle  przeistoczyć  się  w 
kogoś innego, tylko pokonać własny, nieświadomy opór wobec koniecznych zmian w 
wyglądzie  i  w  zachowaniu.  Musiałem  przestać  być  kimś,  kim  zawsze  byłem,  i 
zmienić  się  w  innego  człowieka,  zupełnie  ode  mnie  róŜnego,  takiego,  który  nie 
wzbudzi najmniejszych podejrzeń tajnej policji, która swego czasu zmusiła mnie do 
opuszczenia  kraju,  w  faceta,  którego  nie  poznają  nawet  najbliŜsi  przyjaciele.  Po 
niemal  trzech  tygodniach  dwóch  psychologów  i  filmowa  charakteryzatorka,  pod 
kierunkiem  specjalisty  od  tajnych  misji  specjalnych,  sprowadzonego  specjalnie  z 
Chile,  dokonali  cudu,  pokonując  mój  upór  i  instynktowną  determinację,  by  nadal 
pozostawać sobą. 

Na  pierwszy  ogień  poszła  broda.  Nie  chodziło  po  prostu  o  to,  by  ją  zgolić, 

tylko  Ŝebym  wyzwolił  się  z  osobowości,  jaką  właśnie  dzięki  niej  zyskałem. 
Zapuściłem ją we wczesnej młodości, kiedy miałem rozpocząć pracę nad pierwszym 
filmem, i potem wiele razy goliłem, ale nigdy nie przystępowałem bez niej do zdjęć. 
Stanowiła ona jakby nieodłączną cechę mojej reŜyserskiej osobowości. Moi wujowie 
takŜe nosili brody, co dodatkowo zwiększało mój sentyment. Kiedy wiele lat temu w 
Meksyku na jakiś czas ją zgoliłem, nie mogłem przyzwyczaić do mojej nowej twarzy 

background image

 

7

ani  przyjaciół,  ani  rodziny,  ani  tym  bardziej  siebie  samego.  Wszyscy  odnosili 
wraŜenie, Ŝe widzą kogoś obcego, a ja z uporem nie dopuszczałem do tego, by broda 
odrosła,  sądząc,  Ŝe  dzięki  temu  wyglądam  młodziej.  Z  błędu  wyprowadziła  mnie 
dopiero moja córka Catalina: 

— MoŜe i młodziej wyglądasz — powiedziała — ale brzydziej. 
W rezultacie ponowne zgolenie brody przed podróŜą do Chile nie okazało się 

bynajmniej  kwestią  mydła  i  brzytwy;  był  to  cały,  głęboki  proces  odchodzenia  od 
własnej osobowości. Przystrzygano mi brodę stopniowo, przypatrywano się starannie 
zmianom  na  kaŜdym  etapie  i  oceniano  efekty,  jakie  kolejne  zmiany  jej  kształtu 
wywierały  na  moim  wyglądzie  i  charakterze.  W  końcu  brody  nie  było.  Dopiero  po 
wielu dniach odwaŜyłem się w ogóle spojrzeć w lustro. 

Potem  przyszła  kolej  na  fryzurę.  Mam  włosy  intensywnie  czarne,  po  matce 

Greczynce i ojcu Palestyńczyku, który w genach przekazał mi równieŜ skłonność do 
przedwczesnego  łysienia.  Pierwszym  krokiem  było  przefarbowanie  ich  na  jasny 
kasztan.  Następnie  wypróbowywano  na  mnie  niezliczone  fryzury,  aŜ  wreszcie 
uznano, Ŝe najlepiej nie walczyć z naturą i zamiast ukrywać łysinę, jak zamierzano na 
początku, podkreślono ją. Mało, Ŝe zaczesano mi włosy do tyłu, to jeszcze usunięto 
zbędne resztki pęsetą... 

Trudno uwierzyć, Ŝe dzięki pewnym drobnym zabiegom mogą się tak bardzo 

zmienić  rysy  twarzy.  Moje  oblicze  niczym  księŜyc  w  pełni,  nawet  mimo  znacznie 
mniejszej  niŜ  teraz  tuszy,  zrobiło  się  prawie  Ŝe  owalne  tylko  dzięki  odpowiedniej 
depilacji końcówek brwi. Co ciekawe, zyskałem przez to w rysach akcenty bardziej 
wschodnie  niŜ  te,  jakie  mam  od  urodzenia,  co  zresztą  lepiej  pasuje  do  mojego 
pochodzenia. Ostatnim zabiegiem był dobór soczewek kontaktowych: przez pierwsze 
dni  potwornie  bolała  mnie  od  nich  głowa,  ale  zmieniły  one  zarówno  kształt  moich 
oczu, jak teŜ ich wyraz. 

Z  sylwetką  było  mniej  kłopotów,  choć  wymagało  to  ode  mnie  większego 

wysiłku  umysłowego.  O  ile  zmiana  twarzy  to  w  gruncie  rzeczy  kwestia 
charakteryzacji,  o  tyle  figura  wymagała  specjalnego  treningu  psychologicznego  i  o 
wiele  wyŜszej  koncentracji.  To  sylwetka  musiała  pokornie  przyjąć  zmianę  mego 
statusu.  Zamiast  bowiem  dŜinsów  i  skórzanych  kurtek,  które  dotychczas  nosiłem, 
musiałem przyzwyczaić się do garniturów z angielskiej wełny dobrych europejskich 
firm,  do  szytych  na  miarę  koszul,  zamszowych  butów  i  ręcznie  malowanych  w 
kwiaty włoskich krawatów. Zamiast typowego dla mnie akcentu chilijskiego chłopa, 
zamiast  szybkich,  agresywnych  wypowiedzi,  musiałem  nauczyć  się  mówić  jak 
zamoŜny  Urugwajczyk,  ta  bowiem  narodowość  najlepiej  pasowała  do  mojej  nowej 

background image

 

8

toŜsamości.  Musiałem  teŜ  nauczyć  się  śmiać  w  sposób  mniej  charakterystyczny, 
nauczyć się chodzić wolno i gestykulować przy rozmowie, Ŝeby to brzmiało bardziej 
przekonująco.  Słowem:  z  biednego,  niepokornego  reŜysera,  jakim  dotąd  byłem, 
musiałem przeistoczyć się w kogoś, kim najmniej chciałbym być: w zadowolonego z 
siebie burŜuja. W mumię, wedle chilijskiego określenia. 

Równocześnie  uczyłem  się  wspólnego  Ŝycia  z  Eleną  w  rezydencji  w  XVI 

dzielnicy ParyŜa, poddawszy się po raz pierwszy rygorom narzuconym z góry przez 
kogoś,  kim  przecieŜ  nie  byłem,  oraz  diecie  dobrej  chyba  dla  Ŝebraka,  niezbędnej 
jednak, bym stracił dziesięć kilo z osiemdziesięciu. Nie był to mój dom i w Ŝadnym 
szczególe  nie  przypominał  mojego,  ale  jako  mój  własny  miałem  go  zapamiętać, 
chodziło  bowiem  o  to,  by  utrwaliły  się  nam  obojgu  szczegóły  pozwalające  uniknąć 
ewentualnych  sprzeczności.  To  jedno  z  najdziwniejszych  doświadczeń,  jakie 
przeŜyłem, bo szybko zdałem sobie sprawę, Ŝe Elena jest sympatyczna i taka teŜ by 
zapewne  była  prywatnie,  ale  nigdy  nie  mógłbym  z  nią  mieszkać.  Została  wybrana 
przez  grono  specjalistów  ze  względu  na  kwalifikacje  zawodowe  i  polityczne,  a  ja 
miałem  tylko  iść  obraną  przez  nią  drogą,  nie  mając  nawet  minimum  marginesu  na 
własną  inspirację.  Później,  juŜ  po  wszystkim,  miałem  zdać  sobie  sprawę,  Ŝe  nie 
byłem  wobec  Eleny  sprawiedliwy,  moŜe  dlatego,  Ŝe  w  jakiś  nieświadomy  sposób 
identyfikowałem ją ze światem mojego drugiego ja, przed wejściem w który tak się 
broniłem, mimo Ŝe był to warunek Ŝycia lub śmierci. Teraz, kiedy wracam pamięcią 
do tego dziwnego doświadczenia, zastanawiam się, czy w tej przygodzie nie staliśmy 
się  na  koniec  małŜeństwem  doskonałym:  ledwie  się  znosiliśmy  pod  wspólnym 
dachem. 

Elena  nie  miała  kłopotów  ze  zmianą  toŜsamości.  Jest  Chilijką,  choć  nie 

mieszka w Chile na stałe od piętnastu lat z górą, nigdy jednak nie musiała emigrować 
i  nie  poszukuje  jej  Ŝadna  policja  świata.  Pasowała  idealnie.  Uczestniczyła  w  wielu 
powaŜnych  misjach  politycznych  w  róŜnych  krajach,  a  pomysł  nakręcenia  po 
kryjomu materiału filmowego w jej własnym chyba ją zafascynował. O wiele trudniej 
było  ze  mną,  bo  narodowość,  jaka  wydawała  się  najsensowniejsza  z  przyczyn 
taktycznych,  zobowiązywała  mnie  do  przyswojenia  sobie  cech  charakteru  zupełnie 
róŜnych  od  mojego  i  do  wymyślenia  sobie  całej  przeszłości  w  kraju,  którego 
kompletnie  nie  znam.  Mimo  wszystko  jeszcze  przed  czasem  nauczyłem  się 
odruchowo  odwracać  głowę,  słysząc  swoje  fałszywe  imię,  i  umiałem  odpowiedzieć 
na  najdziwaczniejsze  pytania  dotyczące  Montevideo,  począwszy  od  numerów 
autobusów,  jakie  dowiozą  mnie  do  domu,  skończywszy  na  czasach  szkolnych  i 
kolegach  z  klasy  sprzed  dwudziestu  lat  w  XI  Liceum  przy  Avenida  Italia,  dwie 

background image

 

9

przecznice  od  apteki  i  o  przecznicę  od  ostatnio  postawionego  supermarketu. 
Powinienem  był  tylko  uwaŜać  na  śmiech,  bo  mój  jest  tak  charakterystyczny,  Ŝe 
zdradziłby  mnie  mimo  wszelkiej  charakteryzacji.  Człowiek  odpowiedzialny  za 
zmianę  mojej  toŜsamości  ostrzegł  mnie  wręcz,  najdramatyczniej  jak  umiał:  „Jeśli 
tylko zaczniesz się śmiać, zginiesz”. Pozostało uznać, Ŝe kamienna twarz, niezdolna 
do uśmiechu, nie powinna dziwić u rekina światowej finansjery. 

Jednak  moŜliwość  realizacji  naszych  planów  stanęła  nagle  pod  znakiem 

zapytania, bo mniej więcej wtedy w Chile kolejny raz ogłoszono stan wyjątkowy. W 
ten  sposób  zareagował  rząd,  osłabiony  spektakularną  klęską  gospodarczego 
eksperymentu  szkoły  chicagowskiej,  na  połączoną  akcję  opozycji,  zjednoczonej  po 
raz  pierwszy  we  wspólnym  froncie.  W  maju  1983  roku  doszło  do  pierwszych 
protestów  ulicznych,  które  mimo  represji  i  tłumienia  ich  w  okrutny  sposób 
powtarzały się potem przez cały rok, przy Ŝarliwym poparciu młodzieŜy, zwłaszcza 
dziewcząt. 

Ugrupowania  opozycyjne,  te  legalne  i  te  nielegalne,  do  których  przyłączyły 

się  po  raz  pierwszy  postępowe warstwy społeczeństwa, ogłosiły jednodniowy strajk 
generalny. Była to demonstracja siły i determinacji społecznej, która zaskoczyła rząd 
i  przyspieszyła  wprowadzenie  stanu  wyjątkowego.  Zdesperowany  Pinochet 
skomentował to zdaniem, które odbiło się w świecie szerokim echem: 

— Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie powtórzyć jedenasty września. 
Bez  wątpienia  owa  sytuacja  sprzyjała  tematyce  takiego  filmu  jak  nasz, 

mającego  wydobyć  na  światło  dzienne  najmniej  widoczne  aspekty  wewnętrznego 
Ŝ

ycia  kraju,  zarazem  jednak  groziły  nam  o  wiele  bardziej  szczegółowe  kontrole 

policyjne  i  brutalniejsze  represje,  a  czas  pracy  z  kamerą  ograniczała  godzina 
policyjna.  W końcu  jednak  chilijski  ruch  oporu,  rozwaŜywszy  wszystkie  argumenty 
za  i  przeciw,  uznał,  Ŝe  moŜna  zaczynać  działać  zgodnie  z  moim  planem. 
Rozwinęliśmy  więc  Ŝagle  przy  spokojnym  morzu  i  sprzyjającym  wietrze  w 
zaplanowanym dniu. 

 

Długachny ośli ogon dla Pinocheta 

 

Pierwsza cięŜka próba nastąpiła na madryckim lotnisku w dniu wyjazdu. 
Od ponad miesiąca nie widziałem Ely ani dzieci: Pochi, Miguelita i Cataliny. 

Nie  miałem  z  nimi  Ŝadnego  kontaktu,  a  wśród  osób  odpowiedzialnych  za  moje 
bezpieczeństwo  panowało  przekonanie,  Ŝe  powinienem  wyjechać,  nie  informując  o 

background image

 

10

tym rodziny, by przypadkiem poŜegnanie czegoś nie zepsuło. Co więcej, na początku 
uwaŜano,  Ŝe  dla  większego  spokoju  wszystkich  lepiej,  by  moi  bliscy  nie  znali 
prawdy, szybko jednak zdaliśmy sobie sprawę, Ŝe to nie ma sensu. Przeciwnie: nikt 
nie mógł lepiej niŜ Ely zabezpieczać nam tyłów. PodróŜując wciąŜ między Madrytem 
a ParyŜem i ParyŜem a Rzymem, bywając w Buenos Aires była najodpowiedniejszą 
osobą do kontrolowania odbioru i wywoływania materiału, który miałem nadsyłać z 
Chile, a nawet do zdobywania dodatkowych funduszy — gdyby zaszła taka potrzeba. 
I tak właśnie się to odbywało. 

Natomiast  moja  córka  Catalina  juŜ  w  pierwotnym  stadium  przygotowań 

zorientowała  się,  Ŝe  w  mojej  sypialni  rośnie  oto  stos  nowej  garderoby,  kompletnie 
innej niŜ ta, jaką dotąd nosiłem, nie pasującej do mojego stylu bycia. Tak wielka była 
jej  konsternacja  i  tak olbrzymia ciekawość, Ŝe przyparty do ściany wyjawiłem całej 
mojej  czwórce  powzięty  plan.  Wywołało  to  niekłamaną  radość  i  zrodziło  pewne 
poczucie  uczestnictwa  we  wspólnym  projekcie,  jak  gdyby  dzieci  weszły  nagle  w 
akcję  jednego  z  tych  filmów,  jakie  wymyślaliśmy  sobie  zwykle  we  czworo  dla 
zabawy.  Mimo to jednak, gdy ujrzały na lotnisku świętoszkowatego Urugwajczyka, 
który niewiele miał wspólnego ze mną, zarówno one jak i ja uświadomiliśmy sobie, 
Ŝ

e  ten  film  staje  się  dramatem,  jaki  przeŜywamy  naprawdę,  dramatem  powaŜnym  i 

niebezpiecznym,  w  którym  uczestniczymy  wszyscy.  Odezwały  się  niemal 
równocześnie: 

— NajwaŜniejsze, Ŝebyś przyczepił Pinochetowi długachny ośli ogon. 
Jak  w  dziecięcej  zabawie,  kiedy  dzieciak  z  zawiązanymi  oczami  musi 

przyczepić kartonowemu osłu ogon dokładnie we właściwym miejscu. 

— Zrobione! 
I obliczywszy, ile metrów taśmy mam nakręcić, dodałem: 
— Będzie to ogon długości siedmiu tysięcy metrów. 
Tydzień później Elena i ja lądowaliśmy w Santiago de Chile. PodróŜ — takŜe 

z  przyczyn  technicznych  —  stanowiła  peregrynację  bez  wcześniej  ustalonej  trasy 
przez siedem miast europejskich, dzięki czemu powoli oswajałem się ze swoją nową 
toŜsamością, podkreśloną niebudzącym podejrzeń paszportem. Był to w samej rzeczy 
autentyczny  paszport  urugwajski,  zawierający  najprawdziwsze  dane  prawowitego 
właściciela,  który  przekazał  go  nam  w  geście  politycznej  solidarności,  z  pełną 
ś

wiadomością,  Ŝe  ktoś  się  nim  posłuŜy,  by  legalnie  przekroczyć  granice  Chile. 

Zmieniona została jedynie fotografia posiadacza: wklejono tam moją, zrobioną juŜ po 
zmianie  osobowości.  Moje  rzeczy  teŜ  przygotowano  w  zgodzie  z  inicjałami 
właściciela paszportu: monogram na koszulach i na neseserze, nagłówek wizytówek, 

background image

 

11

papier  listowy.  Po  wielu  godzinach  ćwiczeń  nauczyłem  się  bezbłędnie  podrabiać 
podpis.  Jedyną  rzeczą,  jakiej  z  powodu  braku  czasu  nie  zdołaliśmy  rozwiązać,  była 
kwestia kart kredytowych, co mogło mieć niebezpieczne konsekwencje, bo przecieŜ 
niepojęte, by człowiek taki jak ten, za którego się podawałem, kupował sobie kolejne 
bilety lotnicze, płacąc Ŝywą gotówką. 

Mimo  niebywałej  niezgodności  charakterów,  co  w  Ŝyciu  prawdziwym 

dawałoby  nam  powody  do  rozwodu,  po  dwóch  dniach  Elena  i  ja  nauczyliśmy  się 
zachowywać  niczym  małŜeństwo  potrafiące  przetrwać  wszelkie,  nawet  najgorsze 
domowe  katastrofy.  KaŜde  z  nas  znało  fałszywy  Ŝyciorys  partnera,  fałszywą 
przeszłość  tudzieŜ  fałszywe  mieszczańskie  upodobania  i  nie  sądzę,  byśmy  mogli 
popełnić  jakiś  powaŜny  błąd  w  przypadku  intensywnego  śledztwa.  Nasza  historia 
była bez zarzutu. Staliśmy na czele duŜej agencji reklamowej z siedzibą w ParyŜu i 
wraz  z  ekipą  filmową  jechaliśmy  nakręcić  promocyjny  film  o  nowych  perfumach, 
jakie w przyszłym roku pojawią się na rynku europejskim. Wybraliśmy Chile, bo to 
jeden  z  niewielu  krajów,  gdzie  w  kaŜdej  chwili  moŜna  znaleźć  pejzaŜe  i  klimaty 
typowe dla wszystkich czterech pór roku — od rozgrzanych plaŜ po wieczne śniegi. 
Elena  nosiła  z  godną  pozazdroszczenia  swobodą  swoje  kosztowne  europejskie 
sukienki,  jak  gdyby  nie  była  tą  samą  kobietą,  jaką  przedstawiono  mi  w  ParyŜu: 
uczennicą  w  spódniczce  w  szkocką  kratę,  w  mokasynach,  z  rozpuszczonymi 
włosami.  Ja  zresztą  takŜe  czułem  się  równie  swobodnie  w  nowej  skórze  speca  od 
reklamy,  póki  nie  ujrzałem  własnego  odbicia  w  szybie  wystawowej  na  madryckim 
lotnisku:  ciemny  garnitur,  sztywny  kołnierzyk  i  krawat,  słowem:  rekin  finansjery, 
którego  wygląd  przyprawił  mnie  o  mdłości.  „Koszmar  —  pomyślałem  —  gdybym 
nie był sobą, mógłbym być na przykład kimś takim”. W tym czasie jedyną rzeczą tak 
naprawdę  moją  był  podniszczony  egzemplarz  PodróŜy  do  źródeł  czasu,  wspaniałej 
powieści  Alejo  Carpentiera,  która  spoczywała  w  moim  neseserze,  jak  przy  kaŜdej 
podróŜy  nieodmiennie  od  lat  piętnastu,  stanowiąc  remedium  na  niekontrolowany 
strach  przed  lataniem.  Natomiast  musiałem  przejść  przez  cały  szereg  kontroli 
paszportowych  na  rozmaitych  lotniskach  tego  świata,  zanim  nauczyłem  się 
powstrzymywać nerwowy lęk przed okazaniem cudzego przecieŜ paszportu. 

Pierwszą  próbę  przeszedłem  w  Genewie  i  mimo  Ŝe  wszystko  przebiegło  jak 

najzwyczajniej,  wiem,  Ŝe  nie  zapomnę  tego  do  końca  Ŝycia,  poniewaŜ  urzędnik 
imigracyjny przejrzał mój paszport bardzo dokładnie, niemalŜe strona po stronie, a na 
koniec spojrzał mi prosto w twarz, Ŝeby porównać zdjęcie z oryginałem. Popatrzyłem 
mu  w  oczy,  wstrzymując  oddech,  mimo  Ŝe  przecieŜ  zdjęcie  było  w  tym  paszporcie 
jedyną  moją  rzeczą  własną.  Po  tej  drastycznej  kuracji  nigdy  juŜ  nie  doświadczyłem 

background image

 

12

podobnych  mdłości  i  równie  przyspieszonego  bicia  serca,  aŜ  do  chwili,  gdy 
otworzono drzwi samolotu na lotnisku w Santiago de Chile i w śmiertelnej ciszy po 
upływie  dwunastu  lat  poczułem  powiew  lodowatego  powietrza  z  andyjskich 
grzbietów.  Na  frontonie  budynku  widniał  gigantyczny  napis  wypisany  niebieskimi 
literami:  „Pokój  i  porządek  gwarancją  postępu  Chile”.  Spojrzałem  na  zegarek: 
pozostało niespełna trzydzieści minut do godziny policyjnej. 

background image

 

13

Pierwszy zawód: okazałość Santiago 

 

Kiedy funkcjonariusz straŜy granicznej otworzył mój paszport, ogarnęło mnie 

dziwne przeczucie, Ŝe gdy tylko podniesie wzrok i spojrzy mi prosto w oczy, odkryje 
cały  kamuflaŜ.  Na  lotnisku  znajdowały  się  trzy  stanowiska  kontroli  paszportów, 
wszystkie  obsługiwane  przez  ludzi  w  cywilu,  i  skierowałem  się  tam,  gdzie  szło  to 
najsprawniej, bo funkcjonariusz był chyba najmłodszy. Elena stanęła w innej kolejce, 
jakbyśmy się  nie  znali,  gdyby bowiem  jedno  z  nas  napotkało jakieś kłopoty, drugie 
miało  opuścić  lotnisko  i  powiadomić  o  tym,  co  się  stało.  Do  niczego  jednak  nie 
doszło,  bo  teŜ  było  oczywiste,  Ŝe  straŜ  graniczna  spieszy  się  tak  samo  jak 
pasaŜerowie,  Ŝeby  tylko  zdąŜyć  przed  godziną  policyjną:  ledwie  rzucali  okiem  na 
dokumenty. Ten, który sprawdzał mój paszport, nie zerknął nawet na wizy, wiedząc, 
Ŝ

e  sąsiedzi  z  Urugwaju  ich  nie  potrzebują.  Przystawił  pieczątkę  wjazdową  na 

pierwszej  pustej  stronie,  jaką  znalazł,  i  oddał  paszport,  spoglądając  mi  twarz  z 
mroŜącą krew w Ŝyłach uwagą. 

— Dziękuję — powiedziałem pewnie. 
— Miłego pobytu — odparł z promiennym uśmiechem. 
Walizki  zaczęły  właśnie  wjeŜdŜać  na  taśmociąg  z  szybkością,  jaka 

zdumiałaby  na  kaŜdym  lotnisku,  bo  widocznie  celnicy  teŜ  chcieli  zdąŜyć  do  domu 
przed  godziną  policyjną.  Zdjąłem  swoją,  potem  Eleny  —  ustaliliśmy  bowiem,  Ŝe  ja 
wyjdę pierwszy z bagaŜami, aby nie tracić czasu — i poniosłem obie ku stanowisku 
kontroli  celnej.  Z  powodu  bliskości  godziny  policyjnej  celnik  spieszył  się  tak  samo 
jak  pasaŜerowie  i  zamiast  sprawdzać  bagaŜe  poganiał  nas  do  wyjścia.  Nie  starałem 
się nawet umieścić swoich na ławie słuŜącej do kontroli, usłyszałem tylko pytanie: 

— PodróŜuje pan sam? 
Odparłem,  Ŝe  tak.  Celnik  spojrzał  przelotnie  na  moje  dwie  walizki  i 

rozkazującym  tonem  rzucił:  „Pan  przechodzi”.  Natomiast  jakaś  jego  przełoŜona, 
której  dotąd  nie  zauwaŜyłem  —  taki  klasyczny  cerber,  w  mundurze,  blondynka  o 
męskim  typie  urody  —  poleciła  mu  krótko:  „Sprawdź  go”.  Uświadomiłem  sobie 
nagle, Ŝe nie będę umiał wyjaśnić, po co mi walizka z damską garderobą. Byłem przy 
tym  przekonany,  Ŝe  skoro  przełoŜona  właśnie  mnie  wyłapała  spośród  setki 
pasaŜerów,  to  chyba  nie  z  powodu  walizek.  Celnik  przeglądał  moje  ubrania,  a  ona 
wzięła  ode  mnie  paszport  i  starannie  go  studiowała.  Przypomniałem  sobie,  Ŝe  mam 

background image

 

14

cukierek, jaki dostałem przed startem, rozwinąłem go i włoŜyłem do ust, wiedząc, ze 
padną  jakieś  pytania,  a  ja  czuję  się  niezbyt  pewnie,  ukrywając  własną,  chilijską 
toŜsamość pod wątpliwym, urugwajskim akcentem. Najpierw zapytał celnik: 

— Zamierza pan zostać u nas dłuŜej? 
— Dość długo — odparłem. 
Z  cukierkiem  w  ustach  sam  siebie  ledwie  zrozumiałem,  ale  jemu  to  nie 

przeszkadzało,  poprosił  natomiast  o  otwarcie  drugiej  walizki.  Zamknięta  była  na 
kluczyk.  Nie  wiedząc,  co  robić,  gorączkowo  wypatrywałem  Eleny,  póki  nie 
dojrzałem  jej  spokojnie  stojącej  w  kolejce  do  kontroli  paszportowej,  kompletnie 
nieświadomej  dramatu,  jaki  rozgrywał  się  dosłownie  tuŜ  obok.  Po  raz  pierwszy 
zdałem  sobie  sprawę,  jak  bardzo  jej  potrzebuję,  nie  tylko  w  tej  chwili,  ale  podczas 
całej  naszej  podróŜy.  JuŜ  miałem  oznajmić,  Ŝe  to  ona  jest  właścicielką  walizki,  nie 
zastanawiając  się  nawet  nad  konsekwencjami  mojej  bezmyślnej  decyzji,  kiedy 
celniczka  oddała  mi  paszport  i  zajęła  się  następnym  bagaŜem.  Wówczas  ponownie 
rozejrzałem się za Eleną, ale nigdzie jej nie było. 

Powstała jakaś sytuacja magiczna, której nie umieliśmy sobie wyjaśnić: Elena 

stała  się  niewidzialna.  Potem  wyjaśniła  mi,  Ŝe widziała, jak ustawiam się w kolejce 
do cła, taszcząc jej walizkę, i nawet przeszło jej przez myśl, Ŝe to lekkomyślność, ale 
kiedy  zobaczyła  mnie  ponownie,  juŜ  po  kontroli,  uspokoiła  się.  Przeszedłem  przez 
niemal  pusty  hall,  pół  kroku  za  bagaŜowym,  który  przy  wyjściu  wziął  ode  mnie 
walizki i postawił je na wózku, i po raz pierwszy uświadomiłem sobie, Ŝe wróciłem. 

Nigdzie nie widać było oznak zmilitaryzowania, jakich się spodziewałem, ani 

teŜ najmniejszego śladu nędzy. Faktem jest, Ŝe nie znajdowaliśmy się na ogromnym i 
ponurym  lotnisku  Los  Cerrillos,  gdzie  pewnej  deszczowej  październikowej  nocy 
dziesięć  lat  temu  rozpoczynało  się  moje  wygnanie,  w  koszmarnym  poczuciu,  jakie 
niesie  świadomość  konieczności  natychmiastowej  ucieczki,  tylko  na  nowoczesnym 
lotnisku Pudahuel, gdzie byłem tylko raz, i to na krótko przed zamachem stanu. Ale 
bynajmniej  nie  były  to  jakieś  moje  subiektywne  wraŜenia.  Po  prostu  nigdzie  nie 
dostrzegałem oznak, Ŝe znajduję się w państwie, gdzie panuje stan wyjątkowy, a tego 
właśnie  się  spodziewałem.  Czyściutkie  lotnisko  było  rzęsiście  oświetlone,  pełne 
kolorowych  reklam  i  sklepów  —  duŜych  i  dobrze  zaopatrzonych  w  towary 
importowane  —  i  w  zasięgu  oka  nie  znalazłem  nawet  policjanta,  który  by  łaskawie 
udzielił informacji roztargnionemu pasaŜerowi. Taksówki czekające na postoju to nie 
wysłuŜone  wozy  sprzed  lat,  tylko  najnowsze  modele  japońskie,  jednakowe  i  o 
nienagannym wyglądzie. 

Nie  był  to  jednak  właściwy  moment  na  przedwczesne  refleksje:  nigdzie  nie 

background image

 

15

widziałem Eleny, bagaŜe leŜały juŜ w taksówce, a wskazówki zegarka z nieubłaganą 
szybkością przesuwały się ku godzinie policyjnej. Nie bardzo wiedziałem, co robić. 
Zgodnie  z  przyjętymi  przez  nas  zasadami,  gdyby  jedno  gdzieś  się  zawieruszyło, 
drugie miało postępować według planu i tylko zostawić wiadomość pod umówionym 
— na wypadek sytuacji nieprzewidzianej — numerem telefonu. Trudno jednak było 
mi  zdecydować,  Ŝe  pojadę  sam,  tym  bardziej  Ŝe  nie  ustaliliśmy  wcześniej,  w  jakim 
hotelu  się  zatrzymamy.  Na  formularzu  wjazdowym  wpisałem  El  Conquistador, 
wiedząc,  Ŝe  tam  właśnie  zwykli  zatrzymywać  się  biznesmeni,  byłby  więc  on  zatem 
najodpowiedniejszy  dla  naszej  fałszywej  toŜsamości.  Tam  zresztą  ulokowała  się 
ekipa włoskiej telewizji, obawiałem się jednak, Ŝe Elena tego nie wie. 

Miałem właśnie przeprosić taksówkarza za zwłokę, trzęsąc się z niepokoju i 

chłodu,  kiedy  ujrzałem  Elenę  biegnącą  ku  mnie.  Za  nią  pędził  jakiś  cywil, 
wymachując  ciemnym  prochowcem.  Zamarłem,  przygotowany  na  najgorsze,  ale 
męŜczyzna,  dogoniwszy  Elenę,  po  prostu  wręczył  jej  prochowiec,  który  zostawiła 
przy  stanowisku  kontroli  celnej.  Jej  spóźnienie  miało  swoje  powody:  celniczka 
zwróciła  na  nią  uwagę,  bo  podróŜowała  bez  bagaŜu,  sprawdzono  zatem  dokładnie 
wszystko,  co  miała  w  podręcznym  neseserze,  począwszy  od  dokumentów 
toŜsamości, kończąc na przyborach toaletowych. 

Nie wpadło im przecieŜ na myśl, Ŝe maleńki japoński odbiornik radiowy, jaki 

ma  przy  sobie,  jest  naszą  bronią,  bo  na  ściśle  określonej  częstotliwości  umoŜliwia 
nam kontakt z ruchem oporu wewnątrz kraju. Chyba w końcu to ja niepokoiłem się 
bardziej,  bo  wedle  moich  wyliczeń  jej  spóźnienie  trwało  dobre  pół  godziny,  a  ona, 
juŜ  w  taksówce,  udowodniła  mi,  Ŝe  nie  było  jej  zaledwie  przez  sześć  minut. 
Najbardziej uspokoił mnie taksówkarz, zauwaŜając, Ŝe do godziny policyjnej brakuje 
nie, jak sądziłem, dwudziestu minut, lecz godziny i dwudziestu minut. Mój zegarek 
wskazywał  po  prostu  czas  w  Rio  de  Janeiro.  W  rzeczywistości  była  dopiero  za 
dwadzieścia jedenasta w nocy — nocy mroźnej i gęstniejącej. 

 

To po to przyjechałem? 

 

W miarę zbliŜania się do miasta, zamiast spodziewanego wzruszenia i radości 

z  powrotu,  odczuwałem  coraz  większą  niepewność.  Na  dawne  lotnisko  w  Los 
Cerrillos  jechało  się  starą  drogą  przez  dzielnice  przemysłowe  i  slumsy  dotknięte 
najbardziej  krwawymi  represjami  w  okresie  zamachu  stanu;  teraz  na  nowe  lotnisko 
międzynarodowe  pędzi  się  doskonale  oświetloną  autostradą,  jak  w  najbardziej 

background image

 

16

rozwiniętych  państwach  świata.  Kiepski  to  początek  dla  kogoś,  kto  jak  ja  nie  tylko 
był  przekonany  o  okrucieństwie  rządzącej  junty,  ale  takŜe  potrzebował  oznak  jej 
klęski  widocznych  na  ulicy,  w  codziennym  Ŝyciu  mieszkańców  i  w  ludzkich 
zachowaniach, miał to sfilmować i zademonstrować światu. Z kaŜdym metrem moje 
pierwotne przygnębienie zmieniało się w najszczersze rozczarowanie. Elena wyznała 
mi później, Ŝe ona równieŜ, mimo iŜ dopiero od niedawna bywa regularnie w Chile, 
odczuwa podobne zakłopotanie. 

Istniały  ku  temu  powody.  Santiago,  wbrew  temu,  co  opowiadano  na 

emigracji, wyglądało olśniewająco, budynki o wyjątkowym znaczeniu podświetlono, 
a  na  ulicach  panował  ład  i  spokój.  StróŜe  porządku  mniej  rzucali  się  w  oczy  niŜ  w 
ParyŜu  czy  Nowym  Jorku.  Nieskończenie  długa  Aleja  Bernarda  O’Higginsa 
rozpościerała  się  przed  nami  niczym  struga  światła,  poczynając  od  zabytkowego 
Dworca  Centralnego,  autorstwa  tegoŜ  Gustave’a  Eiffela,  który  jest  twórcą  słynnej 
paryskiej  wieŜy.  Nawet  kurewki  spacerujące  po  nocy  po  przeciwległym  chodniku 
wyglądały mniej nędznie i nie tak smętnie jak dawnymi czasy. I nagle, tuŜ przy mnie 
wyrósł  niczym  niepoŜądana  zjawa  pałac  La  Moneda.  Kiedy  go  widziałem  po  raz 
ostatni,  stanowił  stos  spopielałych  zgliszcz.  Teraz,  odbudowany  i  ponownie  oddany 
do uŜytku, w głębi ogrodu w stylu francuskim sprawiał wraŜenie baśniowej siedziby. 

Mijaliśmy kolejno najwaŜniejsze symbole miasta: Club Union, gdzie zbierały 

się najstarsze mumie, Ŝeby tradycyjnie manipulować sznurkami polityki; uniwersytet 
z ciemnymi oknami, kościół pod wezwaniem Świętego Franciszka, imponującą bryłę 
pałacu  mieszczącego  Bibliotekę  Narodową,  domy  towarowe  Paris.  Siedząca  obok 
mnie  Elena  omawiała  z  szoferem  istotną  kwestię:  przekonywała  go,  by  jednak 
zawiózł  nas  do  El  Conquistador,  on  bowiem  namawiał  nas  na  inny  hotel,  zapewne 
ten, w którym dostawał napiwek za przywiezienie gości. Zachowywała się z duŜym 
taktem,  nie  czyniąc  i  nie  mówiąc  nic,  czym  mogłaby  go  urazić  bądź  zwrócić  jego 
uwagę  —  wielu  taksówkarzy  w  Santiago  jest  na  usługach  policji.  Sam  byłem  zbyt 
oszołomiony, by się w to wtrącać. 

W  miarę  zbliŜania  się  do  centrum  przestałem  się  przyglądać  i  podziwiać 

materialną  okazałość  miasta,  czym  dyktatorski  rząd  usiłował  przesłonić  swoje 
krwawe  oblicze  naznaczone  śmiercią  czterdziestu  tysięcy  ludzi,  zaginięciem  dwóch 
tysięcy i usunięciem z kraju miliona. Zacząłem natomiast przypatrywać się ludziom, 
idącym  z  dziwnym  pośpiechem,  co  zapewne  wiązało  się  z  bliskością  godziny 
policyjnej.  Ale  nie  tylko  to  mnie  poruszyło:  na  obliczach  smaganych  mroźnym 
wiatrem  malował  się  ich  stan  ducha.  Nikt  się  nie  odzywał.  Nikt  nie  spoglądał  w 
konkretnym  kierunku,  nikt  się  nie  uśmiechał,  nikt  najdrobniejszym  gestem  czy 

background image

 

17

wyrazem  twarzy  nie  zdradzał,  co  czuje,  otulony  ciemnym  płaszczem,  jak  gdyby 
kaŜdy  z  nich  znajdował  się  sam  w  obcym  mieście.  Były  to  twarze  puste  i  zupełnie 
pozbawione  wyrazu.  Nawet  bez  cienia  lęku.  To  wtedy  mój  stan  ducha  uległ  nagłej 
zmianie i podkusiło mnie, by wysiąść z taksówki z samej chęci wtopienia się w ten 
tłum.  Elena  nie  skąpiła  mi  mnóstwa  ostrzeŜeń,  słusznych  skądinąd,  nie  tak  jednak 
ostrych jak by chciała, z obawy, Ŝe szofer usłyszy. Pokusa jednak była tak silna, Ŝe 
niemal  mnie  sparaliŜowała.  Kazałem  kierowcy  zatrzymać  się  i  wysiadłem, 
zatrzaskując drzwi. 

Nie uszedłem więcej niŜ dwieście metrów, lekcewaŜąc zbliŜającą się godzinę 

policyjną,  ale  juŜ  pierwsze  sto  wystarczyło,  bym  pojął,  jak  odŜyło  moje  miasto. 
Ulicami Estado i Huérfanos dotarłem do wydzielonej strefy przeznaczonej tylko dla 
pieszych,  zamkniętej  dla  ruchu  samochodowego,  i  oto  miałem  przed  sobą  ulice 
Florida  de Buenos  Aires  i  Via Condotti  de Roma, place  Beaubourg  de  Paris  i  Zona 
Rosa de la Ciudad de México. Był to kolejny rewelacyjny pomysł władz, ale mimo 
ławek  kuszących,  by  przysiąść  i  pogadać,  mimo  migocących  świateł  i  donic  z 
zadbanymi  kwiatami  to  właśnie  tutaj  uwidaczniały  się  pewne  ciemne  aspekty 
rzeczywistości.  Nieliczni  ludzie  stojący  na  rogach  i  zajęci  rozmową  mówili  bardzo 
cicho,  tak  by  ich  słów  nie  pochwyciło  niepoŜądane  ucho  —  jedno  z  tysięcy  na 
usługach władzy; wszędzie rzucali się w oczy sprzedawcy wszelkiej tandety i dzieci 
Ŝ

ebrzące  o  jałmuŜnę.  Ale  najbardziej  przykuli  moją  uwagę  kaznodzieje  próbujący 

sprzedać sposób na wieczne szczęście kaŜdemu, kto tylko zechciałby ich wysłuchać. 
Skręciwszy  za  róg,  natknąłem  się  nagle  na  pierwszego  karabiniera,  jakiego 
zobaczyłem po przylocie. Z niezmąconym spokojem przechadzał się po chodniku w 
tę  i  z  powrotem;  paru  jego  kolegów  siedziało  w  budce  straŜniczej  na  rogu  ulicy 
Huérfanos. Poczułem suchość w ustach i drŜenie kolan i ogarnęła mnie wściekłość na 
samą  myśl,  Ŝe  ilekroć  natknę  się  na  karabiniera,  będzie  podobnie.  Jednak  szybko 
zauwaŜyłem, Ŝe oni równieŜ są spięci i z niepokojem przypatrują się przechodniom; 
ś

wiadomość, Ŝe oni boją się bardziej, pocieszyła mnie. Trudno zresztą im się dziwić. 

Kilka  dni  po  moim  wyjeździe  z  Chile  ludzie  z  ruchu  oporu  wysadzili  w  powietrze 
właśnie tę budkę straŜniczą.

 

 

W sidłach nostalgii 

 

Odnajdywałem  klucze  do  przeszłości.  Tu  stał  pamiętny  dla  mnie  budynek, 

gdzie  dawnej  mieściła  się  Telewizja  i  Departament  Sztuk  Audiowizualnych,  w 

background image

 

18

którym  rozpoczynałem  filmową  karierę.  Tam  Szkoła  Teatralna,  do  której  mając  lat 
siedemnaście, przyjechałem z prowincjonalnego miasteczka na egzamin wstępny, jak 
się okazało decydujący dla całego mego dalszego Ŝycia. 

Tam  właśnie  organizowaliśmy  polityczne  zebrania  Unidad  Popular  — 

Jedności  Ludowej  —  i  tam  przeŜyłem  najtrudniejsze  i  najwaŜniejsze  dla  mnie  lata. 
Wszedłem  do  budynku  kina  City,  gdzie  oglądałem  po  raz  pierwszy  te  arcydzieła 
filmowe,  które  do  dzisiaj  podtrzymują  we  mnie  wiarę  we  własne  powołanie,  wśród 
nich  niezapomniana:  Hiroszima,  moja  miłość.  Nagle  minął  mnie  ktoś  nucąc  znaną 
piosenkę  Pablo  Milanesa:  Yo  pisaré  las  calles  nuevamente  de  lo  quo  fue  Santiago 
ensangrentado
.  Było  to  coś  tak  nieprawdopodobnego,  Ŝe  chyba  kaŜdy  na  moim 
miejscu  poczułby  dławienie  w  gardle.  Do  głębi  poruszony  zapomniałem  o  godzinie 
policyjnej, o fałszywej toŜsamości, o konspiracyjnym pobycie i na chwilę stałem się 
na  powrót  sobą  i  tylko  sobą,  we  własnym  odzyskanym  mieście,  i  z  trudem 
powstrzymałem  irracjonalny  odruch,  by  się  przedstawić,  wykrzykując  na  cały  głos 
prawdziwe  imię,  i  zmierzyć  się  z  kimkolwiek  w  imię  prawa  do  Ŝycia  we  własnym 
domu. 

Wszedłem  do  hotelu  z  wilgotnymi  oczami  dosłownie  w  ostatniej  sekundzie 

przed  godziną  policyjną;  portier  musiał  otworzyć  mi  drzwi,  które  zdąŜył  juŜ 
zamknąć.  Elena  zarejestrowała  nas  oboje  w  recepcji  i  teraz,  w  pokoju,  ustawiała 
antenę  przenośnego  odbiornika  radiowego.  Wyglądała  na  opanowaną,  ale  na  mój 
widok wybuchnęła gniewem jak typowa Ŝona. Nie była w stanie pojąć, Ŝe świadom 
ryzyka  samotnie  włóczyłem  się  po  ulicach,  póki  nie  wybiła  godzina  policyjna. 
Wyszedłem,  trzaskając  drzwiami,  i  ruszyłem  na  poszukiwania  włoskiej  ekipy 
rezydującej w tym samym hotelu. 

Zapukałem  do  pokoju  306,  dwa  piętra  niŜej,  szykując  się  do  recytowania 

długiej  litanii  haseł  i  odzewów,  których  uczyliśmy  się  na  pamięć  wraz  z  szefową 
ekipy  dwa  miesiące  temu  w  Rzymie.  Zaspany  głos  —  ciepły  głos  Grazii,  który 
rozpoznałbym bez Ŝadnego hasła — zapytał zza drzwi: 

— Kto tam? 
— Gabriel. 
— Kto jeszcze? 
— I archanioły. 
— Święty Jerzy i święty Michał? 
Jej  głos,  zamiast  uspokajać  się,  kiedy  słysząc  właściwe  odpowiedzi, 

upewniała się, Ŝe to rzeczywiście ja, drŜał coraz silniej. Dziwne, bo przecieŜ po tylu 
naszych długich rozmowach we Włoszech ona równieŜ musiała rozpoznać mój głos, 

background image

 

19

a  mimo  to  przedłuŜała  wymianę  haseł  i  odpowiedzi  —  nie  wystarczyło  nawet 
potwierdzenie, Ŝe archanioły to istotnie święty Jerzy i święty Michał. 

— Sarco — powiedziała. 
Było to nazwisko bohatera filmu, który miałem nakręcić w San Sebastian — 

PodróŜ przez cztery pory roku — w odpowiedzi dorzuciłem więc jego imię: 

— Nicolas. 
Mimo  tylu  dowodów  Grazia,  dziennikarka  zaprawiona  w  trudnych  misjach, 

nadal nie była usatysfakcjonowana. 

— Ile metrów taśmy? — spytała. 
Zrozumiałem, Ŝe zamierza ciągnąć zabawę w hasła i odzewy aŜ do końca, do 

którego było jeszcze daleko, i zacząłem się obawiać, Ŝe tę podejrzaną wymianę zdań 
mogą posłyszeć lokatorzy sąsiednich pokoi. 

— Odpieprz się i otwórz — powiedziałem. 
Ale  Grazia  z  uporem,  który  w  ciągu  następnych  dni  miał  się  coraz  silniej 

ujawniać,  nie  otworzyła,  póki  nie  wyczerpaliśmy  listy  haseł.  „Niech  was  szlag  trafi 
— zakląłem, mając na myśli nie tylko Elenę, ale teŜ Ely — wszystkie baby są takie 
same”, i chcąc nie chcąc odpowiadałem na pytania z kwestionariusza z poczuciem, Ŝe 
ulegam  jak  krótko  trzymany  mąŜ,  czego  najbardziej  w  Ŝyciu  nienawidzę.  Kiedy 
wreszcie  dobrnęliśmy  do  końca,  Grazia  —  tak  samo  młodzieńcza  i  czarująca  jak 
wówczas, gdy ją poznałem w Rzymie — osobiście i bez wahania otworzyła mi drzwi, 
spojrzała  na  mnie,  jakby  ujrzała  ducha,  i  zatrzasnęła  je  z  powrotem,  przeraŜona. 
Potem  miała  mi  powiedzieć:  „Patrzyłam  na  ciebie  jak  na  kogoś,  kogo  widziałam 
wcześniej,  ale  nie  miałam  pojęcia,  kto  to  jest”.  Całkiem  zrozumiałe.  We  Włoszech 
poznała przecieŜ Miguela Littina zaniedbanego jak zawsze, z brodą, bez okularów i 
odzianego  byle  jak,  a  tu  dobija  się  do  niej  łysiejący,  wygolony  facet  o  oczach 
krótkowidza i w garniturze w sam raz dla urzędnika banku. 

— Nie bój się, otwieraj — uspokajałem — to naprawdę ja, Miguel. 
Otaksowała mnie dokładnie wzrokiem i wpuściła, ale nadal patrzyła na mnie 

z  pewną  rezerwą.  Zanim  się  ze  mną  przywitała,  nastawiła  radio  na  cały  regulator, 
Ŝ

eby  przypadkiem  naszej  rozmowy  nie  podsłuchał  ktoś  z  sąsiedniego  pokoju,  albo 

nie wyłapały ukryte mikrofony. Była jednak spokojna. Przyleciała tydzień wcześniej 
wraz  z  trzyosobową  ekipą;  mieli  juŜ  akredytację  i  dokumenty  uprawniające  do 
kręcenia filmu, a to dzięki sprawności personelu włoskiej ambasady, której urzędnicy 
nie mieli oczywiście pojęcia, jaki jest prawdziwy cel naszej pracy. Co więcej: ekipa 
zdołała  juŜ  nakręcić  materiał  przedstawiający  czołowe  osobistości  władz,  bo  parę 
wieczorów  wcześniej  pojawiły  się  one  na  galowym  przedstawieniu  Madame 

background image

 

20

Butterfly,  jakie  odbyło  się  staraniem  włoskiej  ambasady  w  Teatrze  Miejskim. 
Zaproszony  był  sam  generał  Pinochet,  ale  w  ostatniej  chwili  zawiadomił,  Ŝe  nie 
przybędzie. Skądinąd obecność włoskiej ekipy filmowej na tym przedstawieniu miała 
dla  nas  istotne  znaczenie,  dzięki  temu  bowiem  została  oficjalnie  zaanonsowana  w 
Santiago  jej  obecność;  przez  następne  dni  widok  filmowców  na  ulicach  nie  budził 
niczyich podejrzeń. Pozwolenie na nakręcenie materiału wewnątrz pałacu La Moneda 
było w trakcie załatwiania, a ludzie, którzy się o nie starali, otrzymali zapewnienie, 
Ŝ

e nie wystąpią Ŝadne trudności. 

Wiadomość  ta  wprawiła  mnie  w  taki  entuzjazm,  Ŝe  chciałem  zabrać  się  do 

pracy natychmiast. Gdyby nie godzina policyjna poprosiłbym Grazie, Ŝeby zbudziła 
pozostałych  członków  ekipy:  poszlibyśmy  upamiętnić  moją  pierwszą  noc  po 
powrocie  do  kraju.  Zgodnie  z  naszymi  wstępnymi  planami  mieliśmy  zacząć  kręcić 
tuŜ  po  moim  przylocie,  uznaliśmy  jednak,  Ŝe  lepiej,  by  członkowie  ekipy  nie 
dowiedzieli się przedwcześnie o konkretnych projektach i pracowali w przekonaniu, 
Ŝ

e  to  Grazia  nimi  kieruje.  Z  kolei  ona  nie  miała  się  nigdy  dowiedzieć,  Ŝe  przy  tym 

samym  filmie  pracują  jeszcze  dwie  inne  ekipy.  ZdąŜyliśmy  omówić  wiele 
szczegółów,  popijając  grappę,  mocną  jak  ogień  włoską  wódkę,  którą  Grazia  nosi 
zawsze  przy  sobie  niczym  talizman,  kiedy  zadzwonił  telefon.  Poderwaliśmy  się 
równocześnie, Grazia chwyciła słuchawkę, chwilę trzymała ją przy uchu i odłoŜyła. 
Recepcja prosiła o ściszenie radia, bo gość z sąsiedniego pokoju zadzwonił do nich 
ze skargą.

 

 

Pamiętam tę złowrogą ciszę 

 

Jak  na  jeden  dzień  —  emocji  było  zbyt  wiele.  Kiedy  wróciłem  do  siebie, 

zastałem  Elenę  pogrąŜoną  w  spokojnym  śnie,  ale  na  moim  stoliku  paliła  się  nocna 
lampka. Rozebrałem się po cichu, gotów zasnąć jak Bóg przykazał, ale okazało się to 
niemoŜliwe. Gdy tylko wyciągnąłem się na łóŜku, zdałem sobie sprawę z panującej 
wokół  złowrogiej  ciszy  spowodowanej  godziną  policyjną.  Nie  umiem  wyobrazić 
sobie  drugiej  podobnej  ciszy  na  świecie.  Zdawała  się  trwać  bez  końca  i  dosłownie 
czułem jej przytłaczający cięŜar uciskający mi piersi. Z rozległego, ciemnego miasta 
nie  dochodził  najlŜejszy  hałas.  Nie  docierał  do  mnie  ani  szum  wody  w  kanalizacji, 
ani oddech Eleny, ani nawet najlŜejsze odgłosy mego własnego organizmu. 

Wstałem  pełen  obaw  i  wyjrzałem  przez  okno,  usiłując  odetchnąć  świeŜym 

powietrzem ulicy; próbowałem dojrzeć to miasto wyludnione, lecz prawdziwe i nigdy 

background image

 

21

jeszcze  —  od  dnia,  gdy  tu  przybyłem  po  raz  pierwszy  w  niespokojnych  latach 
młodości — nie widziałem go tak opustoszałym i smutnym. Okno znajdowało się na 
piątym  piętrze  i  wychodziło  na  ślepy  zaułek  z  wysokimi  osmalonymi  murami,  nad 
którymi  przez  popielatoszarą  mgłę  przebijał  ledwie  skrawek  nieba.  Nie  czułem,  Ŝe 
jestem  na  własnej  ziemi,  nie  czułem  nawet,  Ŝe  to  wszystko  dzieje  się  naprawdę, 
czułem  się  jak  osaczony  zbieg  z  któregoś  ze  starych,  mroŜących  krew  w  Ŝyłach 
filmów Marcela Carne. 

Dwanaście lat wcześniej, o siódmej rano, jakiś sierŜant na czele patrolu posłał 

serię  w  moją  stronę,  tuŜ  nad  głową,  i  rozkazał  mi  dołączyć  do  grupy  więźniów 
pędzonych  w  kierunku  siedziby  Chile  Films, gdzie  pracowałem.  Całe  miasto  drŜało 
od  bombardowań,  strzałów  karabinowych  i  wycia  przelatujących  samolotów 
wojskowych.  SierŜant,  który  mnie  zatrzymał,  szedł  jak  ślepy  i  zacząłem  się 
zastanawiać,  co  się  właściwie  dzieje.  „My  jesteśmy  neutralni”  —  odezwał  się.  Ale 
nie dowiedziałem się, czemu to mówi ani do kogo odnosi się ta liczba mnoga. Gdy w 
pewnej chwili znaleźliśmy się sam na sam, zapytał: 

— To pan zrobił Szakala z Nahualtorot
Przytaknąłem,  a  on  jakby  nagle  zapomniał  o  wszystkim:  o  strzałach, 

bombardowaniach  i  bombach  zapalających  lecących  na  pałac  prezydencki,  bo 
poprosił mnie, Ŝeby mu opowiedzieć, jak to się robi, Ŝe fałszywym trupom na filmach 
cieknie  krew.  Wyjaśniłem,  słuchał  jak  urzeczony.  Ale  natychmiast potem wrócił do 
rzeczywistości. 

— Nie gapić się za siebie — wrzasnął — bo wam łby porozwalam! 
Mogłoby  się  zdawać,  Ŝe  to  tylko  pogróŜki,  gdyby  nie  fakt,  Ŝe  parę  minut 

wcześniej widzieliśmy na ulicy pierwsze trupy, rannego, który na chodniku umierał z 
upływu krwi, pozbawiony jakiejkolwiek pomocy, i grupy cywilów, okładające kijami 
zwolenników  prezydenta  Salvadora  Allende.  Widzieliśmy  więźniów  stojących 
plecami do muru i oddział Ŝołnierzy symulujących egzekucję. A ci, co nas eskortują, 
pytają, co się dzieje, i powtarzają z uporem: „My jesteśmy neutralni”. Zamęt, hałas i 
chaos przyprawiały o szaleństwo. 

Siedzibę  Chile  Films  otaczał  kordon  Ŝołnierzy  uzbrojonych  w  karabiny  na 

trójnogach wycelowane w kierunku głównego wejścia. Wyszedł do nas jakiś portier 
w czarnym berecie, z odznaką Partii Socjalistycznej. 

— A! — wrzasnął na mój widok — ten młody człowiek to pan Littin, to on 

odpowiada za wszystko, co się tu wyrabia. 

SierŜant silnym ciosem powalił go na ziemię. 
— Idź pan do diabła! — ryknął. — Gnojek zasrany.  

background image

 

22

Portier próbował wstać i przeraŜony, na czworakach, pytał: 
— Napije się pan kawki, panie Littin? FiliŜankę kawki?  
SierŜant  poprosił,  Ŝebym  wziął  telefon  i  sprawdził,  co  się  tam  dzieje. 

Usiłowałem  się  do  kogoś  dodzwonić,  ale  bez  skutku.  Co  chwilę  właził  jakiś  oficer, 
wydawał  jakiś  rozkaz,  po  czym  następny  rozkazywał  coś  wręcz  przeciwnego:  a  to 
Ŝ

ebyśmy  sobie  zapalili,  a  to  Ŝebyśmy  nie  palili,  a to Ŝebyśmy usiedli, a to Ŝebyśmy 

wstali. Po upływie pół godziny wszedł młody Ŝołnierz i karabinem wskazał na mnie. 

— Pan posłucha, sierŜancie — odezwał się — tam stoi jakaś blondynka i pyta 

o tego pana. 

To mogła być tylko Ely. SierŜant poszedł z nią porozmawiać. 
ś

ołnierze tymczasem opowiadali nam, Ŝe o świcie wyciągnięto ich z łóŜek, Ŝe 

nie jedli śniadania, Ŝe mają rozkaz nic od nikogo nie przyjmować, Ŝe jest im zimno i 
Ŝ

e są głodni. Jedyne, co mogliśmy dla nich zrobić, to zostawić im nasze papierosy. 

Wtedy  to  wrócił  sierŜant  z  jakimś  porucznikiem,  który  zaczął  pytać  nas  o 

nazwiska przed przewiezieniem na stadion. Kiedy przyszła kolej na mnie, sierŜant nie 
dał mi czasu na odpowiedź. 

—  Ten,  panie  poruczniku  —  odezwał  się  do  oficera  —  nie  ma  z  tym  nic 

wspólnego, przyjechał tu złoŜyć skargę, bo sąsiedzi rozwalili mu kijami samochód. 

Porucznik spojrzał na mnie ze zdumieniem. 
—  Składać  skargi  w  takiej  chwili?  —  wykrzyknął.  —  Nie  wstyd  panu?! 

Znikaj pan stąd, ale migiem! 

Wybiegłem,  przekonany,  Ŝe  zaraz  dostanę  kulę  w  plecy  pod  odwiecznym 

pretekstem próby ucieczki. Nic takiego jednak nie zaszło. Ely, której jeden z kolegów 
powiedział, Ŝe zastrzelono mnie przed siedzibą Chile Films, przyszła zabrać zwłoki. 
W wielu domach wzdłuŜ ulicy powiewały flagi — ustalony znak rozpoznawczy dla 
wojska, Ŝe tu mają zwolenników. Na nas zdąŜyła juŜ donieść sąsiadka, znająca nasze 
kontakty z rządem, poinformowana o moim zaangaŜowaniu w kampanię prezydencką 
Salvadora Allende i zorientowana w spotkaniach, jakie odbywały się u nas w domu, 
kiedy  pucz  stawał  się  coraz  bardziej  nieuchronny.  W  tej  sytuacji  nie  wróciliśmy  do 
domu,  tylko  przez  miesiąc  przenosiliśmy  się  z  kryjówki  do  kryjówki,  z  trójką 
naszych  dzieci  i  tobołkiem  rzeczy  najbardziej  niezbędnych,  wymykając  się  śmierci 
depcącej nam po piętach, aŜ w końcu obława wokół nas zacieśniła się tak bardzo, Ŝe 
zapędziła nas w tunel wiodący na wygnanie. 

background image

 

23

Ci, co pozostali, teŜ są wygnańcami 

 

O ósmej rano poprosiłem Elenę, by zadzwoniła pod pewien tylko mnie znany 

numer  i  zapytała  o  człowieka,  którego  wolę  tu  nazywać  fałszywym  imieniem: 
powiedzmy  Franz.  Telefon  odebrał  on  sam,  a  Elena  bez  zbędnych  wyjaśnień 
przekazała  w  imieniu  Gabriela,  Ŝeby  przyszedł  do  pokoju  numer  501  w  hotelu  El 
Conquistador.  Zjawił  się,  nim  upłynęło  pół  godziny.  Elena  była  juŜ  gotowa  do 
wyjścia, ja natomiast leŜałem jeszcze w łóŜku i kiedy usłyszałem pukanie do drzwi, 
przykryłem  się  prześcieradłem  po  czubek  głowy.  Tak  naprawdę  Franz  nie  miał 
pojęcia, z kim się zobaczy, ustaliliśmy bowiem, Ŝe kaŜdy, kto do niego zadzwoni w 
imieniu Gabriela, będzie moim wysłannikiem. W ostatnich dniach dzwoniło do niego 
trzech Gabrieli — szefów ekip filmowych, z Grazią włącznie, nie podejrzewał więc 
nawet, Ŝe tym kolejnym Gabrielem okaŜę się ja sam. 

Byliśmy  przyjaciółmi  jeszcze  sprzed  czasów  Unidad  Popular;  pracowaliśmy 

razem  przy  moich  pierwszych  filmach,  spotykaliśmy  się  na  wielu  festiwalach 
filmowych,  a  po  raz  ostatni  widzieliśmy  się  w  ubiegłym  roku  w  Meksyku. 
Odsłoniłem twarz, ale i tak mnie nie rozpoznał, póki nie wybuchnąłem śmiechem, bo 
to dopiero jest mój znak rozpoznawczy. Pozwoliło mi to nabrać większego zaufania 
do mojego nowego wyglądu. 

Franza  zwerbowałem  pod  koniec  ubiegłego  roku.  Miał  za  zadanie  odbierać 

wszystkie  wstępne  instrukcje  —  kaŜdą  oddzielnie  —  i  przekazywać  je 
poszczególnym ekipom, a takŜe pozałatwiać wiele istotnych spraw, które miały nam 
ułatwić  pracę,  niezaleŜnie  od  działań  Eleny.  śyciorys  miał  czysty:  Chilijczyk,  po 
zamachu  stanu  z  własnej  woli  na  emigracji  w  Caracas,  choć  nie  było  przeciwko 
niemu  Ŝadnych  zarzutów,  i  od  tamtej  pory  uczestnik  niezliczonych  tajnych  misji  w 
Chile,  gdzie  poruszał  się  z  absolutną  swobodą,  całkowicie  i  wzorowo  kryty.  Jego 
popularność w filmowym światku umacniana wdziękiem osobistym, jego wyobraźnia 
i  odwaga  sprawiały,  Ŝe  stawał  się  dla  nas  idealnym  partnerem  w  całym 
przedsięwzięciu.  I  nie  pomyliłem  się.  Ustaliliśmy,  Ŝe  przyjedzie  do  Chile  lądem  z 
Peru,  tydzień  wcześniej,  Ŝeby  po  kolei  przyjąć  trzy  ekipy  i  skoordynować  ich 
działania; ekipy te juŜ pracowały. 

Ekipa francuska znajdowała się na północy kraju, kręcąc materiał na obszarze 

od  Arica  do  Valparaiso,  zgodnie  ze  szczegółowym  planem,  który  opracowaliśmy  z 

background image

 

24

szefem  ekipy  kilka  miesięcy  wcześniej  w  ParyŜu.  Ekipa  holenderska  pracowała  na 
południu, a włoska w Santiago pod moim osobistym nadzorem, przygotowana teŜ na 
to, by w razie jakiegokolwiek nieprzewidzianego wydarzenia natychmiast znaleźć się 
na  miejscu.  Wszystkie  trzy  otrzymały  polecenie,  by  wypytywać  ludzi  o  Salvadora 
Allende, ilekroć nadarzy się ku temu sprzyjająca okazja, nie naraŜając się jednak na 
ryzyko  i  starając  się  nie  wzbudzać  podejrzeń;  sądziliśmy,  Ŝe  prezydent  męczennik 
stanowi  najlepszy  punkt  odniesienia,  pozwalający  określić  postawę  kaŜdego 
Chilijczyka wobec teraźniejszej sytuacji kraju i jego przyszłości. 

Franz znał dokładnie program kaŜdej ekipy. Dysponował takŜe spisem hoteli, 

w  których  miały  one  się  zatrzymywać,  mógł  zatem  porozumiewać  się  z  nimi  w 
dowolnej  chwili,  co  mnie  z  kolei  umoŜliwiało  przekazywanie  osobistych  instrukcji 
przez  telefon.  Dla  większego  bezpieczeństwa  Franz  występował  w  roli  mojego 
szofera, prowadząc wynajęte samochody, które mieliśmy zmieniać co trzy-cztery dni 
w  róŜnych  agencjach.  W  czasie  mojego  pobytu  w  Chile  rzadko  mieliśmy  się 
rozstawać. 

 

Trzy ofiary obciąŜają generała 

 

Zaczęliśmy  pracę  o  dziewiątej  rano.  Plaza  de  Armas,  o  parę  przecznic  od 

naszego  hotelu,  zalana  bladym  letnim  słońcem  tej  południowej  jesieni, 
prześwitującym  przez  rozłoŜyste  korony  drzew,  w  rzeczywistości  była  bardziej 
wzruszająca niŜ to, co zachowało się w moich wspomnieniach. Wiecznie zdobiące ją 
kwiaty, co tydzień zmieniane, wydały mi się świeŜsze i piękniejsze niŜ kiedykolwiek. 
Ekipa  włoska  zaczęła  filmować  juŜ  godzinę  wcześniej  typowe  poranne  Ŝycie  na 
placu:  emerytów  siedzących  na  drewnianych  ławkach,  czytających  gazetę, 
staruszków karmiących gołębie, sprzedawców tandety, fotografów wyposaŜonych w 
anachroniczne  aparaty  z  czarnym  rękawem,  rysowników  tworzących  karykatury  w 
trzy  minuty,  czyścibutów  podejrzewanych  o  to,  Ŝe  są  informatorami  junty,  dzieci  z 
kolorowymi balonikami przy wózkach z lodami, ludzi wychodzących z katedry. Na 
skraju  placu  zebrała  się  jak  zwykle  grupka  artystów  w  oczekiwaniu,  Ŝe  ktoś  ich 
zatrudni przy jakiejś nieprzewidzianej imprezie. Byli tam znani muzycy, iluzjoniści i 
clowny  bawiące  dzieci  oraz  transwestyci  ekstrawagancko  odziani  i  wymalowani, 
których  prawdziwą  płeć  nie  sposób  odgadnąć.  W  przeciwieństwie  do  poprzedniego 
wieczora  w  ten  cudowny  poranek  krąŜyły  po  placu  patrole  policji-karabinierów, 
gorliwych  i  dobrze  uzbrojonych.  Z  furgonetek  wyposaŜonych  w  duŜej  mocy  sprzęt 

background image

 

25

muzyczny dochodziły dźwięki modnych piosenek puszczonych na cały regulator. 

Później odkryłem, Ŝe tylko ten, co dopiero przyjechał, ulega złudzeniu, Ŝe na 

ulicach  jest  mało  policji.  W  kaŜdej  chwili  moŜe  się  pojawić  specjalna  grupa 
interwencyjna  rezydująca  na  głównych  stacjach  metra,  jak  równieŜ  samochody 
wyposaŜone  w  armatki  wodne  czekające  na  bocznych  ulicach,  gotowe  brutalnie 
stłumić w zarodku wszelki odruch protestu — do czego zresztą dochodzi codziennie. 
Najpilniej strzeŜona jest właśnie Plaza de Armas, newralgiczny punkt Santiago, gdzie 
znajduje  się  siedziba  Wikariatu  Solidarności,  potęŜnego  bastionu  oporu  przeciwko 
dyktaturze, działającego pod auspicjami kardynała Silvy Henriqueza, cieszącego się 
poparciem  nie  tylko  katolików,  ale  wszystkich  ludzi  walczących  o  przywrócenie  w 
Chile  demokracji.  Dzięki  temu  Wikariat  zdobył  sobie  autorytet,  któremu  trudno  się 
przeciwstawiać,  a  obszerny,  zalany  słońcem  dziedziniec  kolonialnego  pałacu  bez 
względu  na  porę  wygląda  jak  targowisko.  To  tutaj  znajdują  schronienie  i  opiekę 
ludzie  prześladowani  bez  względu  na  przekonania  i  tu  wypracowano  sposoby 
niesienia pomocy potrzebującym, ze stuprocentową pewnością, Ŝe dotrze ona, gdzie 
powinna,  przede  wszystkim  do  więźniów  politycznych  i  ich  rodzin.  Tu  równieŜ 
docierają informacje o torturach i tu obmyśla się działania na rzecz zaginionych oraz 
akcje mające powstrzymać nieprawości. 

Na kilka miesięcy przed moim nielegalnym przybyciem do Chile rząd rzucił 

Wikariatowi  krwawe  wyzwanie,  które  z  kolei  obróciło  się  przeciwko  dyktaturze  i 
zagroziło  jej  stabilności.  OtóŜ  pod  koniec  lutego  1985  roku  aresztowano  trzech 
działaczy  opozycji  i  potraktowano  w  sposób  tak  bestialski,  Ŝe  nie  ulegało 
wątpliwości, na czyj rozkaz. Socjologa Jose Manuela Paradę, pracownika Wikariatu, 
zatrzymano na oczach trojga jego małych dzieci, przed szkołą, do której uczęszczały. 
Policja wstrzymała ruch w promieniu trzech przecznic, a nad całą dzielnicą krąŜyły 
wojskowe helikoptery. Dwóch pozostałych zatrzymano w róŜnych punktach miasta w 
odstępie kilku godzin. Jednym z nich był Manuel Guerrero, szef Asociación Gremial 
de  Educación  de  Chile,  drugim  —  Santiago  Nattino,  grafik  cieszący  się  duŜym 
uznaniem  w  środowisku,  w  którym dotychczas  nie  wiedziano, Ŝe jest on  aktywnym 
działaczem  podziemia.  Nim  naród  otrząsnął  się  z  osłupienia,  2  marca  1985  roku  na 
rzadko  uczęszczanej  drodze  w  pobliŜu  międzynarodowego  lotniska  w  Santiago 
znaleziono  trzy  ciała,  zmasakrowane  i  ze  śladami  wyjątkowego  okrucieństwa. 
Generał  Cesar  Mendoza  Duran,  dowódca  sił  policyjnych  i  członek  rządzącej  junty 
złoŜył  prasie  oświadczenie,  Ŝe  owa  potrójna  zbrodnia  jest  wynikiem  partyjnych 
porachunków  w  gronie  komunistów,  działających  z  rozkazu  Moskwy.  Wobec  tak 
niebywałego  wyjaśnienia  ludzie  nagle  pozbyli  się  lęku,  a  generał  Mendoza  Duran, 

background image

 

26

uznany  przez  opinię  publiczną  za  prowodyra  zbrodni,  musiał  odejść  z  rządu.  To 
mniej  więcej  wtedy  czyjeś  nieznane  ręce  zamazały  na  tabliczce  Calle  del  Puente, 
nazwę  jednej  z  czterech  ulic  wychodzących  z  Plaza  de  Armas,  i  na  jej  miejscu 
wpisały imię nowego patrona, Jose Manuela Parady; tak się ją zwie obecnie. 

 

„Ma pan szczęście, Ŝe jest Urugwajczykiem” 

 

Gniew wywołany tamtą brutalną zbrodnią wisiał jeszcze w powietrzu owego 

ranka,  gdy  przyszliśmy  z  Franzem  na  Plaza  de  Armos,  niczym  dwaj  zwykli 
przechodnie.  ZauwaŜyłem,  Ŝe  ekipa  włoska  znajduje  się  dokładnie  tam,  gdzie 
ustaliliśmy  z  Grazią  poprzedniego  wieczoru,  i  Ŝe  nasze  przybycie  nie  uszło  uwagi 
szefowej.  Póki  jeszcze  nie  wydawała  Ŝadnych  poleceń  kamerzyście,  Franz  stanął  z 
boku, a ja sam zacząłem dawać reŜyserskie wskazówki, zgodnie z tym, co wcześniej 
ustaliłem z szefami wszystkich trzech ekip. Najpierw przespacerowałem się po placu, 
a  przystając  tu  i  ówdzie,  wskazywałem  Grazii,  kiedy  i  w  którą  stronę  powinna  być 
ustawiona  kamera,  gdy  będę  spacer  powtarzał.  Na  razie  ani  ona,  ani  ja  nie 
musieliśmy  szukać  dowodów  na  to,  jak  bezwzględnie  panujący  reŜim  terroryzuje 
ulicę. Tego ranka chodziło nam jedynie o uchwycenie nastroju panującego w zwykły 
dzień, a przede wszystkim o zachowania ludzi, którzy, jak zauwaŜyłem poprzedniego 
wieczoru,  byli  chyba  mniej  rozmowni  niŜ  dawniej.  Poruszali  się  z  większym 
pośpiechem,  niemal  nie  zwracając  uwagi  na  to,  co  dzieje  się  obok,  a  ci,  którzy  w 
ogóle  rozmawiali,  zachowywali  ostroŜność  i  unikali  podkreślania  słów  gestami  jak 
kiedyś,  co  mi  utkwiło  w  pamięci  i  co  wciąŜ  się  widywało  u  Chilijczyków  na 
emigracji.  Przechadzałem  się  tak  wśród  grupek  ludzi  z  prościutkim,  miniaturowym 
magnetofonem w kieszeni koszuli, chcąc pochwycić strzępy rozmów, bynajmniej nie 
po to, by sobie zapełnić pierwszy dzień, ale Ŝeby je potem wykorzystać w filmie. 

Wskazawszy  ekipie  główne  punkty  do  filmowania,  przysiadłem  na  ławce 

obok  jakiejś  opalającej  się  pani,  chcąc  spisać  na  gorąco  spostrzeŜenia; pomalowane 
na  zielono,  drewniane  deski  całe  były  pokryte  wyrytymi  noŜem  napisami,  dziełem 
kilku  pokoleń  zakochanych.  PoniewaŜ  ciągle  zapominam  notatnika,  pisałem  na 
odwrocie  pudełek  po  gitane’ach,  znanych  francuskich  papierosach,  których  spory 
zapas  przywiozłem  z  ParyŜa.  Robiłem  tak  przez  cały  czas  pracy  nad  tym  filmem  i 
choć  nie  dlatego  zachowałem  puste  pudełka,  te  notatki  były  moim  dziennikiem 
podróŜy i posłuŜyły mi do odtworzenia szczegółów wyprawy w tej ksiąŜce. 

Notując  coś  pilnie  na  Plaza  de  Armas  tamtego  poranka,  zauwaŜyłem,  Ŝe 

background image

 

27

siedząca  tuŜ  obok  kobieta  obserwuje  mnie  kątem  oka.  Była  w  słusznym  wieku, 
ubrana w sposób nieco staroświecki, typowy dla klasy średniej, w futerku i w mocno 
znoszonym kapeluszu. Nie bardzo wiedziałem, co tu robi samotna i milcząca, bo ani 
nie  patrzyła  w  Ŝadnym  konkretnym  kierunku,  ani  nie  reagowała  na  gołębie 
przelatujące nad naszymi głowami czy dziobiące nam czubki butów. Gdyby mi sama 
nie  wyjaśniła,  nigdy  bym  się  nie  domyślił,  Ŝe  po  prostu  zmarzła  na  mszy  i  wyszła 
ogrzać  się  przez  chwilę  na  słońcu  przed  jazdą  metrem.  Udając,  Ŝe  czytam  gazetę, 
patrzyłem,  jak  taksuje  mnie  wzrokiem  od  stóp  do  głów,  bez  wątpienia  dlatego,  Ŝe 
moja  garderoba  róŜniła  się  znacznie  od  tej,  jaką  noszą  poranni  przechodnie. 
Uśmiechnąłem  się,  a  wtedy  zapytała,  skąd  jestem.  Niedostrzegalnym  ruchem 
włączyłem magnetofon, naciskając przycisk przez kieszeń koszuli. 

— Z Urugwaju — odparłem 
— Ach! — westchnęła — moŜna wam pozazdrościć szczęśliwego losu. 
Miała  na  myśli  ponowne  wprowadzenie  w  Urugwaju  systemu  wyborczego  i 

mówiła  o  tym  z  czułą  nostalgią  za  własną  przeszłością.  Udawałem  roztargnienie, 
chcąc, by powiedziała coś więcej, nie udało mi się jednak wyciągnąć z niej Ŝadnych 
zwierzeń na tematy osobiste. Ale opowiadała bez zahamowań o braku podstawowych 
wolności  obywatelskich  w  Chile  i  o  dramatycznie  rosnącym  bezrobociu.  W  pewnej 
chwili  wskazała  na  ławki  pełne  bezrobotnych  clownów,  muzyków,  transwestytów, 
których z kaŜdą chwilą przybywało. 

—  Niech  pan  spojrzy  na  tych  ludzi  —  powiedziała  —  całymi  dniami  tu 

siedzą, czekając na pomoc, bo są bez pracy. W naszym kraju panuje głód. 

Pozwoliłem  jej  mówić.  Potem  zaś,  obliczywszy,  Ŝe  minęło  pół  godziny  od 

pierwszego  spaceru,  ruszyłem  na  kolejny  obchód  placu.  Wówczas  Grazia  kazała 
operatorowi  kręcić,  nie  najeŜdŜając  jednak  na  mnie,  a  sama  pilnowała,  by  nasza 
robota nie została zauwaŜona przez stróŜów porządku. Problem był zresztą dokładnie 
odwrotny:  to  ja  nie  mogłem  oderwać  wzroku  od  karabinierów,  jako  Ŝe  budzili  we 
mnie fascynację, której trudno się oprzeć. 

Choć w Chile zawsze było mnóstwo sprzedawców ulicznych, nie pamiętam, 

bym  kiedykolwiek  widział  ich  tylu  co  teraz.  Trudno  wyobrazić  sobie  centrum 
handlowe  bez  ich  milczących  szeregów.  Handlują  kaŜdym  towarem,  a  ich  liczba  i 
widoczne  między  nimi  róŜnice  statusu  ujawniają  z  całą  mocą  rozmiar  dramatu 
społecznego.  Obok  zwolnionego  lekarza,  zuboŜałego  inŜyniera  czy  kobiety  o 
wyglądzie markizy, którzy oferują za psi grosz swoją garderobę z lepszych czasów, 
stoją pozbawione ojców dzieci, podsuwające skradzione przedmioty, i proste kobiety 
starające  się  sprzedać  chleb  domowego  wypieku.  Większość  z  tych  niegdyś 

background image

 

28

zawodowo czynnych ludzi, popadłszy w niełaskę losu, zrezygnowała ze wszystkiego 
— prócz godności. Przy swoich tandetnych stoiskach nadal wyglądają jak kiedyś we 
własnych,  eleganckich  biurach.  Kierowca  taksówki,  dawniej  świetnie  prosperujący 
handlowiec  w  branŜy  tekstylnej,  zrobił  mi  taki  turystyczny,  wielogodzinny  objazd 
przez pół miasta, a na koniec odmówił przyjęcia zapłaty. 

Kamerzysta filmował plac z panującą na nim atmosferą, a ja znów krąŜyłem 

między ludźmi, starając się uchwycić strzępy rozmów, które miały mi potem słuŜyć 
za komentarz do obrazów i uwaŜając, Ŝeby niechcący nie narazić nikogo, kto później 
mógłby  zostać  rozpoznany  na  ekranie.  Grazia  z  przeciwległego  końca  placu 
obserwowała mnie z uwagą, ja zaś ją. Trzymała się moich instrukcji, by zaczynać od 
planów wysokich pięter budynków, a następnie schodzić ku partiom coraz niŜszym, 
przenosząc  kamerę  na  poszczególne  strony  placu,  na  sam  koniec  zaś  sfilmować 
karabinierów.  Chcieliśmy  uchwycić  napięcie  na  ich  twarzach,  widoczne  coraz 
bardziej  w  miarę,  jak  plac  zapełniał  się  ludźmi,  im  bliŜej  południa.  Szybko  jednak 
zorientowali  się,  Ŝe  kamera  wycelowana  jest  wprost  na  nich  i  zaŜądali  od  Grazii 
zezwolenia  na  ujęcia  na  ulicy.  Widziałem,  jak  je  wyjęła,  a  policjant  natychmiast 
odetchnął z ulgą, i spokojnie kontynuowałem spacer. Dopiero później dowiedziałem 
się, Ŝe karabinier poprosił Grazie, Ŝeby ich nie filmować, ale zamilkł, gdy odparła, Ŝe 
zezwolenie nie wymienia Ŝadnych wyjątków, a jako cudzoziemka — Włoszka — nie 
moŜe przyjmować Ŝadnych warunków bez uprzedniej konsultacji. Zaciekawiło mnie 
to,  bo  znaczyło,  Ŝe  sam  fakt,  iŜ  jesteśmy  ekipą  europejską,  dawał  nam  w  Chile 
niejakie przywileje. Tak jak się zresztą spodziewaliśmy.

 

 

Ci, co pozostają, teŜ są wygnańcami 

 

Karabinierzy stali się moją swoistą obsesją. Wielokrotnie przechodziłem obok 

nich,  szukając  okazji,  by  zamienić  z  nimi  parę  słów.  W  pewnej  chwili,  wiedziony 
jakimś nieodpartym odruchem, podszedłem do patrolu i zadałem kilka pytań na temat 
kolonialnego  budynku  Ratusza,  zniszczonego  przez  trzęsienie  ziemi  w  marcu 
ubiegłego  roku,  który  właśnie  odbudowywano.  Ten,  który  udzielał  mi  odpowiedzi, 
nie patrzył w ogóle na mnie, bo nie spuszczał wzroku z tego, co się dzieje na placu. 
Jego kolega zachowywał się identycznie, ale jednak od czasu do czasu zerkał na mnie 
z  rosnącą  niecierpliwością,  bo  chyba  zaczynał  rozumieć  celową  niedorzeczność 
moich pytań. W końcu odwrócił się do mnie i marszcząc groźnie brwi, rozkazał: 

— Proszę odejść! 

background image

 

29

Ale  obawy,  jakie  dotąd  we  mnie  wzbudzali,  juŜ  minęły,  zacząłem  nawet 

odczuwać  swoistą  satysfakcję.  Zamiast  wykonać  polecenie,  zacząłem  ich  pouczać, 
jak  powinna  się  zachowywać  policja  wobec  pokojowo  nastawionego  cudzoziemca, 
który  pragnie  jedynie  wyrazić  zaciekawienie  jakimś  obiektem.  Nie  zdawałem  sobie 
sprawy, Ŝe mój fałszywie brzmiący urugwajski akcent nie podoła tak trudnej próbie, 
póki policjant, widocznie znudzony moim obywatelskim wywodem, nie kazał mi się 
wylegitymować. 

Chyba w Ŝadnej innej chwili w trakcie wyprawy nie ogarnął mnie taki strach 

jak wtedy. Przeleciało mi przez myśl kolejno: starać się zyskać na czasie, opierać się, 
a  nawet  rzucić  do  ucieczki,  choć  wiadomo,  Ŝe  złapaliby  mnie  natychmiast. 
Pomyślałem  o  Elenie,  Bóg  wie  gdzie  będącej  o  tej  porze,  i  jedyną  nikłą  szansę 
ocalenia  widziałem  w  tym,  Ŝe  cała  scena  została  nakręcona,  istnieje  zatem  koronny 
dowód  na  to,  Ŝe  mnie  zatrzymano  i  Ŝe  to  pójdzie  w  świat.  Oprócz  tego  gdzieś  w 
pobliŜu  krąŜył  Franz,  a  znając  go,  mogłem  być  pewny,  Ŝe  nie  traci  mnie  z  oczu. 
Oczywiście  najprościej  było  wyciągnąć  paszport,  przetestowany  na  tylu  lotniskach, 
ale  obawiałem  się  rewizji,  jako  Ŝe  właśnie  wtedy  uświadomiłem  sobie  śmiertelne 
niebezpieczeństwo,  jakie  nade  mną  zawisło:  w  tym  samym  portfelu,  gdzie  nosiłem 
paszport, miałem teŜ swój autentyczny chilijski dowód osobisty, schowany tam przez 
roztargnienie oraz kartę kredytową na prawdziwe nazwisko. Nie pozostawało mi nic 
innego, jak zaryzykować, i wyciągnąłem paszport. Karabinier, sam niezbyt pewny, co 
ma  właściwie  zrobić,  rzucił  okiem  na  zdjęcie  i  zwrócił  mi  dokument,  pytając  nieco 
mniej szorstko: 

— Co pan właściwie chce wiedzieć o tym budynku? — zapytał 
Odetchnąłem pełną piersią. 
— Właściwie nic. śartowałem. 
Ten incydent uleczył mnie na cały czas wyprawy z niepokoju, jaki budzili we 

mnie  karabinierzy.  Od  tej  pory  patrzyłem  na  nich  równie  zwyczajnie,  jak  kaŜdy 
prawowity Chilijczyk, nawet ten, co tkwi po uszy w konspiracji, a takich jest wcale 
niemało. Dwa czy trzy razy musiałem nawet prosić ich o drobną pomoc i nigdy nie 
odmawiali.  Między  innymi —  o poprowadzenie  mnie  wozem patrolowym ni mniej, 
ni  więcej  tylko  na  lotnisko,  Ŝebym  złapał  samolot  odlatujący  dosłownie  na  minuty 
przedtem, nim policja ostatecznie wpadła na trop mojej bytności w Chile. Dla Eleny 
było niepojęte, Ŝe ktoś moŜe prowokować policję tylko po to, by rozładować własne 
napięcie, i nasze zawodowe stosunki, tu i ówdzie juŜ solidnie nadweręŜone, zaczęły 
się psuć. 

Na  szczęście  zdąŜyłem  się  pokajać  za  nieostroŜność,  zanim  ona  czy 

background image

 

30

ktokolwiek inny zwrócił mi uwagę. Gdy tylko karabinier oddał mi paszport, posłałem 
Grazii umówiony sygnał, Ŝe ujęcie skończone. Franz obserwujący z boku całą scenę 
z niepokojem równym mojemu, ruszył ku mnie, ale dałem mu znak, Ŝeby przyszedł 
do hotelu po obiedzie. Chciałem być sam. 

Usiadłem na ławce, Ŝeby przejrzeć gazetę, ale tylko przebiegałem wzrokiem 

linijki,  nie  czytając,  targany  w  to  świetliste  jesienne  przedpołudnie  emocjami  tak 
silnymi,  Ŝe  na  niczym  nie  mogłem  się  skupić.  W  pewnej  chwili  gdzieś  w  pobliŜu 
zegar wybił dwunastą, poderwały się spłoszone gołębie, a katedralne kuranty wygrały 
nuty  najbardziej  wzruszającej  pieśni  Violety  Parra:  Gracias  a  la  vida.  To  juŜ  było 
ponad  moje  siły.  Myślałem  o  Violecie,  myślałem  o  jej  głodnych  dniach  i 
bezdomnych  nocach  w  ParyŜu,  myślałem  o  jej  niebywałej  godności  i  o  tym,  Ŝe 
zawsze jakiś system odrzucał ją, nie potrafiąc zrozumieć jej utworów i kpiąc sobie z 
jej  buntu.  Musiał  zginąć  posiekany  kulami  i  okryty  chwałą  prezydent,  musiało 
cierpieć  Chile  najkrwawsze  męczarnie  w  dziejach,  a  sama  Violeta  Parra  —  targnąć 
się  na  Ŝycie,  Ŝeby  jej  własna  ojczyzna  odkryła  w  jej  pieśniach  głęboko  ludzkie 
prawdy i piękno jej głosu. Nawet karabinierzy słuchali jej ze wzruszeniem, choć nie 
wiedzieli,  kim  była,  co  myślała  i  czemu  śpiewała,  zamiast  płakać,  nie  mieli  teŜ 
najmniejszego pojęcia, jak wielką czułaby do nich nienawiść, gdyby mogła być tutaj i 
przeŜywać cud owej wspaniałej jesieni. 

Gnany  pragnieniem,  by  odzyskać  choć  cokolwiek  z  przeszłości, 

powędrowałem  samotnie  do  restauracyjki  w  bogatszej  części  miasta,  gdzie 
bywaliśmy  z  Ely  w  czasach  narzeczeństwa.  Miejsce  było  niby  to  samo  —  stoliki 
nadal  stały  na  zewnątrz,  pod  topolami,  a  wokół  bujnie  rosły  dzikie  kwiaty,  ale 
wyglądało,  jakby  Ŝycie  przestało  tu  istnieć.  W  pobliŜu  nie  było  nikogo.  Musiałem 
sam poszukać obsługi i dopiero po blisko godzinie przyniesiono mi pieczone mięso. 
Właśnie je kończyłem, kiedy weszła para, której nie widziałem od czasów, gdy oni i 
my  byliśmy  stałymi  klientami.  Ernesto,  lepiej  znany  jako Neto,  i  Elvira.  Prowadzili 
ponury  sklepik  o  kilka  przecznic  dalej  ze  świętymi  obrazkami  i  medalikami, 
relikwiarzami  i  róŜańcami  oraz  akcesoriami  Ŝałobnymi.  Sami  charakterem  nie 
pasowali  do  asortymentu  swojego  sklepu,  z  natury  bowiem  byli  weseli  i  skorzy  do 
Ŝ

artów, i czasami w soboty przy dobrej pogodzie zostawaliśmy w knajpce do późna, 

popijając wino i grając w karty. Gdy zobaczyłem, Ŝe wchodzą, jak zawsze trzymając 
się za ręce, zdumiała mnie nie tyle ich wierność wobec dawnego miejsca spotkań, bez 
względu  na  zachodzące  na  świecie  zmiany,  ile  to,  jak  bardzo  oboje  posunęli  się  w 
latach. Zachowali się w mojej pamięci nie jako konwencjonalne małŜeństwo, raczej 
jako para późnych narzeczonych, pełnych energii i entuzjazmu; teraz było to dwoje 

background image

 

31

tęgich,  przygnębionych  starych  ludzi.  Poczułem  się,  jakbym  nagle  ujrzał  w  lustrze 
własną starość. Gdyby i oni mnie poznali, zapewne patrzyliby na mnie z podobnym 
zdumieniem,  chronił  mnie  jednak  kostium  urugwajskiego  finansisty.  Siedzieli  przy 
stoliku  obok  i  głośno  rozmawiali,  ale  juŜ  bez  tej  Ŝywiołowości  co  przed  laty,  i  od 
czasu  do  czasu  popatrywali  na  mnie,  nie  podejrzewając  zapewne,  Ŝe  kiedyś 
bywaliśmy  szczęśliwi,  siedząc  przy  jednym  stoliku.  Dopiero  wtedy  uświadomiłem 
sobie, jak długie i wyniszczające były lata wygnania. Nie tylko dla nas — dla tych, 
którym udało się wyjechać, jak dotąd sądziłem, ale równieŜ dla nich — tych, którzy 
pozostali.

 

background image

 

32

Pięć charakterystycznych miejsc w Santiago 

 

Kręciliśmy  materiał  w  Santiago  jeszcze  przez  pięć  dni  —  wystarczająco 

długo,  by  wypróbować  funkcjonowanie  naszego  systemu  —  a  w  tym  czasie 
utrzymywałem  telefoniczny  kontakt  z  ekipą  francuską  na  północy  i  holenderską  na 
południu.  Z  kolei  kontakty  Eleny  okazały  się  nader  uŜyteczne  i  stopniowo  mogłem 
umawiać się na spotkania, na jakich nam zaleŜało: z działaczami podziemia, tudzieŜ 
osobistościami Ŝycia politycznego, działającymi w sposób legalny. 

Stopniowo  teŜ  zrozumiałem  konieczność  przestrzegania  wymogów  swojej 

fałszywej  toŜsamości.  Stanowiło  to  dla  mnie  nie  lada  wysiłek,  zwaŜywszy,  ilu 
krewnych  i  przyjaciół,  o  rodzicach  nie  wspominając,  pragnąłbym  odwiedzić  i  ile 
chwil  z  młodości  —  wskrzesić.  Ale  to  był  świat  zakazany,  przynajmniej  w  okresie 
pracy  nad  filmem,  zdusiłem  więc  w  sobie  te  pragnienia  i  z  rezygnacją  wszedłem  w 
dziwaczną  rolę  wygnańca  we  własnym  kraju,  co  jest  najbardziej  gorzkim  rodzajem 
wygnania. 

Choć rzadko chodziłem po ulicach bez ochrony, zawsze czułem się samotny. 

Gdziekolwiek  się  udawałem,  moi  opiekunowie  z  ruchu  oporu  śledzili  mnie  czujnie, 
ale tak, Ŝe ich nigdy nie widziałem. Tylko wtedy, gdy przeprowadzałem wywiady z 
osobami  godnymi  całkowitego  zaufania,  których  nie  zamierzałem  naraŜać  nawet 
wobec  ich  własnych  przyjaciół,  prosiłem  zawczasu  o  wycofanie  ochrony.  Później, 
gdy  Elena  przestała  mi  pomagać  w  pracy,  miałem  juŜ  dość  wprawy,  by  działać 
samemu i jakoś poradziłem sobie bez większych problemów. Film został nakręcony 
zgodnie  z  planem  i  nikt  z  moich  współpracowników  nie  ucierpiał  z  powodu  jakiejś 
nieostroŜności czy błędu z mojej strony. Mimo to jedna z osób odpowiedzialnych za 
całą  operację,  w  przypływie  dobrego  humoru,  kiedy  byliśmy  juŜ  daleko  od  Chile, 
powiedziała mi: 

—  Nigdy,  jak  świat  światem,  nie  pogwałcono  tyle  razy,  i  to  w  sposób  tak 

ryzykowny, tylu zasad bezpieczeństwa. 

Najistotniejsze  było  w  kaŜdym  razie  to,  Ŝe  w  ciągu  niecałego  tygodnia 

zrealizowaliśmy cały plan ujęć w Santiago. Był on bardzo elastyczny i pozwalał na 
wszelkiego  rodzaju  zmiany  juŜ  na  miejscu,  a  rzeczywistość  dowiodła,  Ŝe  to  jedyny 
sposób działania w tym zaskakującym mieście, które w kaŜdej chwili przynosiło nam 
jakieś niespodzianki i prowokowało do najbardziej nieprawdopodobnych pomysłów. 

background image

 

33

Tymczasem  zdąŜyliśmy  juŜ  trzykrotnie  zmienić  hotel.  El  Conquistador  był 

wygodny  i  praktyczny,  ale  i  najbardziej  byliśmy  w  nim  naraŜeni  na  inwigilację,  i 
mieliśmy powody przypuszczać, Ŝe naleŜał do najbaczniej obserwowanych. Zapewne 
podobnie  jest  w  przypadku  wszystkich  hoteli  pięciogwiazdkowych,  gdzie  wciąŜ 
zatrzymują się cudzoziemcy, z załoŜenia podejrzani dla większości słuŜb dyktatury. 
Z  kolei  w  hotelach  drugiej  kategorii,  gdzie  kontrola  wejść  i  wyjść  jest  ściślejsza, 
zapewne bardziej zwracalibyśmy uwagę. Najpewniejsze zatem było zmieniać lokum 
co dwa-trzy dni, nie zwracając uwagi na liczbę gwiazdek, za to pilnie uwaŜając, by 
po raz drugi nie trafić do tego samego hotelu. CóŜ, jestem przesądny i wierzę, Ŝe coś 
złego  mnie  spotka,  gdy  ponownie  znajdę  się  tam,  gdzie  juŜ  raz  uniknąłem 
niebezpieczeństwa.  To  przekonanie  umocniło  się  we  mnie  11  września  1973  roku, 
gdy  lotnictwo  bombardowało  La  Monedę  i  sytuacja  w  mieście  stawała  się  coraz 
bardziej  niepewna.  Zdołałem  bez  problemu wydostać  się  z biura  Chile  Films,  gdzie 
się  schroniłem,  chcąc  wraz  z  zaufanymi  ludźmi  próbować  dalej  walczyć  z 
zamachowcami, następnie własnym wozem podwiozłem aŜ do Parque Forestal grupę 
przyjaciół mających powaŜne powody do obaw o własne Ŝycie, po czym popełniłem 
ten błąd, Ŝe wróciłem. Uratowałem się, jak wspomniałem wcześniej, cudem. 

Jako  dodatkowy  środek  ostroŜności  przy  zmianie  hoteli,  mniej  więcej  po 

trzeciej  przeprowadzce,  wprowadziliśmy  z  Eleną  zasadę,  by  brać  oddzielne  pokoje. 
Pilnowaliśmy  regularnego  zmieniania  toŜsamości:  raz  wpisywaliśmy  się  jako  szef 
firmy  i  sekretarka,  kiedy  indziej  —  jako  dwoje  zupełnie  obcych  sobie  ludzi.  To 
stopniowe rozdzielanie się odpowiadało zresztą idealnie stanowi naszych stosunków: 
przy  pracy  porozumiewaliśmy  się  idealnie,  w  sprawach  osobistych  —  z  coraz 
większym trudem. 

Muszę  zaznaczyć,  Ŝe  przy  ogromnej  liczbie  hoteli,  w  jakich  mieszkaliśmy, 

tylko  w  dwóch  mieliśmy  niejakie  powody  do  niepokoju.  Pierwszym  z  nich  był 
Sheraton.  Jeszcze  tego  samego  wieczoru,  gdy  się  tam  zameldowaliśmy,  nagłe  na 
nocnym  stoliku  zadzwonił  telefon  i  to  dokładnie  wtedy,  gdy  udało  mi  się  zasnąć. 
Elena  poszła  na  jakieś  konspiracyjne  spotkanie,  które  przedłuŜyło  się  ponad 
zaplanowany  czas  i  musiała  zostać  na  noc  w  lokalu,  gdzie  zastała  ją  godzina 
policyjna;  coś  takiego  zdarzyło  się  nie  pierwszy  raz.  Odebrałem  półprzytomny,  nie 
bardzo  sobie  uświadamiając,  gdzie  właściwie  się  znajduję,  a  co  gorsza,  nie  bardzo 
pamiętając, kim w tej chwili jestem. Jakaś Chilijka pytała o mnie, wymieniając moje 
fałszywe nazwisko. JuŜ miałem odpowiedzieć, Ŝe nie znam nikogo takiego, gdy nagle 
otrzeźwiałem,  uświadomiwszy  sobie,  Ŝe  to  mnie  ktoś  poszukuje:  pod  takim 
nazwiskiem, o takiej porze i w tym właśnie hotelu. 

background image

 

34

Była to hotelowa telefonistka, łącząca do mnie rozmowę międzynarodową. W 

jednej  chwili  zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe  nikt  poza  Franzem  i  Eleną  nie  wie,  gdzie 
mieszkamy,  a  niemoŜliwe,  by  to  którekolwiek  z  nich  dzwoniło  do  mnie  w  taki 
sposób:  bladym  świtem,  pozorując  rozmowę  międzynarodową.  Chyba  Ŝe  to  sprawa 
Ŝ

ycia  i  śmierci.  Poprosiłem  o  przełączenie  rozmowy.  Jakaś  kobieta  mówiąca  po 

angielsku  tonem  poufałym,  jakbyśmy  się  dobrze  znali,  zarzuciła  mnie 
niezrozumiałym potokiem słów, szafując róŜnymi darling, sweetheart, honey, a kiedy 
wreszcie  zdołałem  przerwać ten  monolog,  by  dać  jej  do  zrozumienia,  Ŝe  nie  mówię 
po  angielsku,  odłoŜyła  słuchawkę,  rzucając  czułe  shit.  Na  nic  się  zdały  próby 
ustalenia  z  telefonistką,  o  co  chodziło;  dowiedziałem  się  jedynie,  Ŝe  w  hotelu 
przebywa jeszcze dwóch gości noszących nazwiska podobne do tego, jakie figuruje 
w moim fałszywym paszporcie. Nie mogłem zmruŜyć oka i gdy tylko o siódmej rano 
wróciła Elena, przenieśliśmy się do innego hotelu. 

Drugim okazał się stary hotel Carrera, z okien którego rozciąga się widok na 

cały  kompleks  pałacu  La  Moneda.  Tam  dopiero  moŜna  się  było  najeść  strachu.  W 
kilka dni po tym, jak się stamtąd wyprowadziliśmy, jakaś bardzo młoda para, udająca 
małŜonków w podróŜy poślubnej, zajęła sąsiedni pokój i ustawiła na trójnogu, takim 
jaki  mają  uliczni  fotografowie,  bazookę  wyposaŜoną  w  system  opóźnionego 
działania,  wymierzoną  prosto  w  prezydencki  pałac,  w  gabinet  samego  Pinocheta. 
Sam pomysł i mechanizm akcji były doskonałe, a Pinochet rzeczywiście przebywał w 
gabinecie o wyznaczonej porze. Niestety nogi stojaka rozjechały się przy wystrzale i 
pocisk wybuchł w hotelowym pokoju.

 

 

Pięć wybranych miejsc 

 

W  piątek,  w  drugim  tygodniu  naszego  pobytu  w  Chile,  postanowiliśmy  z 

Franzem  ruszyć  następnego  dnia  rano  samochodem  na  prowincję.  Najpierw  do 
Concepción.  W  Santiago  mieliśmy  jeszcze  przeprowadzić  kilka  wywiadów  z 
działaczami  opozycji  i  z  przywódcami  ruchu  oporu  i  zdjęcia  we  wnętrzach  La 
Monedy.  To  pierwsze  wymagało  skomplikowanych  przygotowań i Elena pracowała 
nad tym z godną podziwu skutecznością. Pozwolenie na sfilmowanie wnętrz pałacu 
juŜ  uzyskaliśmy,  ale  potrzebny  dokument  mieliśmy  otrzymać  dopiero  w  następnym 
tygodniu.  Pozostawało  nam  dość  czasu  na  zebranie  materiału  na  prowincji.  W  tej 
sytuacji  poleciłem  Francuzom  wracać  do  Santiago,  kiedy  tylko  skończą  pracę  na 
północy, a Holendrom — zgodnie z planem kręcić na południu aŜ do Puerto Montt i 

background image

 

35

tam oczekiwać dalszych instrukcji. Sam miałem nadal pracować z Włochami. 

Zgodnie  z  harmonogramem  w  piątek  mieliśmy  jeszcze  w  planach  ujęcia  ze 

mną  w  roli  głównej  na  ulicach  Santiago,  po  to,  by  róŜne  tajne  słuŜby  nie  mogły 
potem  zaprzeczać  mojego  autorstwa  filmu  kręconego  ewidentnie  w  samym  Chile. 
Wybraliśmy  pięć  charakterystycznych  miejsc  w  Santiago:  otoczenie  pałacu  La 
Moneda,  Parque  Forestal,  mosty  nad  Mapocho,  Wzgórze  Świętego  Krzysztofa  i 
kościół  Świętego  Franciszka.  Grazia  juŜ  na  kilka  dni  wcześniej  miała  rozplanować, 
gdzie  i  jak  ustawić  nas  i  kamery,  by  nie  tracić  ani  chwili  na  miejscu,  ustaliliśmy 
bowiem,  Ŝe  na  kaŜdy  obiekt  przeznaczamy  zaledwie  dwie  godziny,  a  więc  dziesięć 
godzin  na  wszystko.  Ja  miałem  przyjeŜdŜać  na  miejsce  w  kwadrans  po  przybyciu 
ekipy, z nikim nie zamieniając słowa, wtapiać się po prostu w klimat danego miejsca, 
i tylko gestami przekazywać pewne uwagi, omówione wcześniej z Grazia. 

Pałac  La  Moneda  zajmuje  cały  kwartał;  jedna  z  dwóch  głównych  fasad 

wychodzi  na  Plac  Bulnes,  przy  Alameda,  i  w  tej  części  znajduje  się  Ministerstwo 
Spraw Zagranicznych, druga na Plaza de la Constitución i w tej mieści się Kancelaria 
Prezydenta.  Po  zbombardowaniu  pałacu  przez  lotnictwo  jedenastego  września, 
zrujnowany  gabinet  prezydenta  opustoszał.  Rząd  przeniósł  się  do  dawnych 
pomieszczeń  UNCTAD,  Komitetu  ONZ  do  Spraw  Rozwoju  i  Handlu,  w 
dwudziestopiętrowym  budynku,  który  junta  wojskowa,  Ŝądna  uprawomocnienia 
władzy, ochrzciła imieniem wybitnego działacza liberałów, Diego Portalesa. Tam teŜ 
jeszcze dziesięć lat temu znajdowała się siedziba rządu, aŜ do zakończenia Ŝmudnych 
prac  nad  odbudową  La  Monedy,  obejmujących  takŜe  wybudowanie  dodatkowego 
członu:  prawdziwej  podziemnej  twierdzy  z  opancerzonymi  celami,  tajnymi 
przejściami,  drogami  ucieczki  i  wyjściami  ewakuacyjnymi  na  oficjalny  parking 
istniejący  juŜ  od  dawna  pod  chodnikiem.  Mimo  to  w  Santiago  mówi  się,  Ŝe 
formalistyczne zapędy Pinocheta osłabły, gdy mu doniesiono, Ŝe i tak nie przepasze 
się szarfą O’Higginsa — symbolem legalnej władzy w Chile — ta bowiem spłonęła 
podczas  bombardowania  pałacu.  Przy  jakiejś  okazji  któryś  z  dworaków  usiłował 
sprzedać  bajkę,  jakoby  szarfa  ocalała  wyniesiona  z  płomieni  przez  pierwszych 
oficerów, którzy wkroczyli do La Monedy, ale było to tak naciągane, Ŝe niemoŜliwe, 
by ktoś w to w ogóle uwierzył. 

Nieco  przed  dziewiątą  rano  ekipa  włoska  zrobiła  ujęcie  fasady  pałacu  od 

strony Alamedy, tej na wprost pomnika Ojca Ojczyzny, Bernardo O’Higginsa, przed 
którym  płonie  obecnie  propanowy  wieczny  ogień,  „Płomień  wolności”.  Następnie 
Włosi  przenieśli  się,  by  zrobić  ujęcia  drugiej  fasady,  przy  której  lepiej  widać 
karabinierów  naleŜących  do  elity  pałacowej  gwardii  —  najsmuklejszych  i 

background image

 

36

najprzystojniejszych — którzy dwa razy dziennie celebrują zmianę warty, wprawdzie 
bez  asysty  tłumu  ciekawskich  z  całego  świata,  ale  za  to  z  równą  pychą  i  dumą,  co 
gwardziści  sprzed  pałacu  Buckingham.  Od  tej  strony  pałac  jest  silniej  strzeŜony, 
kiedy  więc  karabinierzy  ujrzeli  rozstawiających  sprzęt  Włochów,  natychmiast 
zaŜądali  pisemnego  zezwolenia,  które  zresztą  ci  okazali  juŜ  wcześniej  od  strony 
Alamedy. Był to stały element pracy: gdy tylko pojawiała się jakaś kamera, obojętnie 
w  jakim  miejscu  Santiago,  wynurzał  się  skądś  takŜe  karabinier,  Ŝądając  okazania 
pozwolenia na piśmie. 

Właśnie  w  takiej  chwili  nadszedłem.  Operator  Ugo,  sympatyczny,  rezolutny 

chłopak,  zadowolony  niczym  Japończyk  z  nadarzającej  mu  się  okazji  włączenia 
kamery,  załatwił  sprawę,  pokazując  jedną  ręką  swój  identyfikator,  drugą  filmując 
tegoŜ  karabiniera  tak,  Ŝe  ten  nawet  nie  zauwaŜył.  Franz  zostawił  mnie  cztery 
przecznice  wcześniej  i  miał  mnie  odebrać  cztery  przecznice  dalej,  piętnaście  minut 
później.  Był  chłodny,  mglisty  ranek,  typowy  dla  naszych  przedwczesnych  jesieni,  i 
drŜałem z zimna mimo ciepłego płaszcza. Szybko przeszedłem te cztery przecznice, 
Ŝ

eby tylko znaleźć się w cieple, wśród spieszącego się tłumu, poszedłem nawet dwie 

przecznice  dalej,  chcąc  dać  ekipie  czas  spokojnie  się  wylegitymować.  Kiedy 
wracałem  na  plac,  bez  najmniejszych  problemów  nakręcono  mój  spacer  przed  La 
Monedą. Po piętnastu minutach ekipa zebrała sprzęt i ruszyła w kierunku kolejnego 
celu.  Złapałem  samochód  Franza  na  ulicy  Riquelme,  na  wprost  stacji  metra  Los 
Heroes i ruszyliśmy pełnym gazem. 

Parque Forestal zajął nam mniej czasu niŜ przewidywaliśmy, bo widząc go po 

latach  zrozumiałem,  Ŝe  moje  odczucia  są  czysto  subiektywne.  Jest  to  naprawdę 
miejsce piękne i bardzo dla Santiago charakterystyczne, szczególnie w taki spokojny 
dzień  przy  wietrze  niosącym  Ŝółte  liście.  Ale  ciągnęły  mnie  tam  nostalgiczne 
wspomnienia.  Tu  znajdowała  się  siedziba  Akademii  Sztuk  Pięknych,  na  stopniach 
której  zaprezentowałem  pierwszy  spektakl  i  to  tuŜ  po  przyjeździe  z  rodzinnego 
miasteczka. 

Później,  kiedy  byłem  juŜ  nieźle  prosperującym  reŜyserem,  musiałem  niemal 

codziennie  przechodzić  przez  ten  park  w  drodze  powrotnej  do  domu  i  światło 
prześwitujące  przez  listowie  o  zmierzchu  utkwiło  mi  na  zawsze  w  pamięci  wraz  ze 
wspomnieniami  z  pracy  nad  pierwszymi  filmami.  Niewiele  więcej  miałem  do 
powiedzenia.  Wystarczyło  kilka  ujęć  mojego  krótkiego  spaceru  wśród  drzew 
odartych z liści przy pierwszych ulewach, po czym wróciłem na rynek, gdzie czekał 
Franz. 

Dzień  był  nadal  chłodny  i  przejrzyście  jasny,  i  po  raz  pierwszy  od  mego 

background image

 

37

przyjazdu  widać  było  góry.  Santiago  leŜy  przecieŜ  w  kotlinie  otoczonej  górami, 
których  kontury  prześwitują  przez  opary  smogu.  O  jedenastej  na  Calle  del  Estado 
były  jak  zwykle  tłumy  ludzi,  rozpoczynały  się  takŜe  pierwsze  seanse  w  kinach.  W 
Rexie  wyświetlali  Amadeusza  Milosa  Formana,  film,  który  pragnąłem  za  wszelką 
cenę obejrzeć i ledwo się powstrzymałem, Ŝeby nie wejść do kina.

 

 

Twarzą w twarz z własną teściową

 

Przez  ostatnie  dni,  nadzorując  kręcenie  filmu,  widywałem  na  ulicach  wiele 

znajomych  twarzy,  polityków,  dziennikarzy,  ludzi  kultury.  Nie  pamiętam,  Ŝeby 
ktokolwiek  z  nich  zwrócił  na  mnie  uwagę,  i  to  dodawało  mi  pewności  siebie.  A 
jednak w tamten piątek zdarzyło się coś, co prędzej czy później stać się musiało. Na 
wprost mnie szła w moim kierunku dystyngowana kobieta w kremowej garsonce, bez 
płaszcza,  jakby  to  było  lato;  poznałem  ją  dopiero  wówczas,  gdy  znalazła  się  w 
odległości  dwóch-trzech  metrów  ode  mnie.  Leo,  moja  teściowa.  Widzieliśmy  się 
zaledwie  pół  roku  wcześniej  w  Hiszpanii  i  w  dodatku  znała  mnie  tak  dobrze,  Ŝe 
wprost niemoŜliwe, by miała mnie nie rozpoznać z tak bliska. JuŜ chciałem zawrócić, 
gdy  przypomniałem  sobie  ostrzeŜenie,  abym  unikał  tego  właśnie  naturalnego 
odruchu, wielu bowiem ludzi z fałszywą toŜsamością, których nikt nie rozpoznawał 
en  face,  zdradzało  się  wyglądem  „od  tyłu”.  Miałem  dość  zaufania  do  teściowej,  by 
nie  wpadać  w  panikę,  gdyby  mnie  tu  nakryła,  problem  jednak  w  tym,  Ŝe  nie  była 
sama.  Szła  pod  rękę  ze  swoją  siostrą,  ciocią  Miną,  która  takŜe  mnie  znała,  i 
rozmawiała  z  nią  półgłosem,  niemal  szeptem.  Tym  teŜ  bym  się  nie  przejmował  w 
innych okolicznościach, obawiałem się jednak, Ŝe obie panie mogą okazać zbyt duŜe 
zaskoczenie. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby z radości zaczęły krzyczeć na środku 
ulicy: „Miguel, synku, przyjechałeś, to istny cud!”, czy coś w tym stylu. Z kolei dla 
nich  samych  niebezpieczna  była  wiedza,  Ŝe  oto  przebywam  w  Chile  na  fałszywych 
papierach. 

PoniewaŜ  jednak  absolutnie  nic  nie  mogłem  zrobić,  postanowiłem  iść  dalej 

przed siebie, wpatrując się w teściową z największą uwagą, na jaką mnie było stać, 
Ŝ

eby  natychmiast  dać  jej  sygnał,  gdyby  mnie  rozpoznała.  Ale  ona  ledwie  podniosła 

wzrok,  mijając  mnie,  napotkała  moje  przeraŜone,  wbite  w  nią  spojrzenie,  i  nie 
przerywając  rozmowy  z  ciocią  Miną,  przeszła,  nie  spojrzawszy  na  mnie  nawet,  i  to 
tak  blisko,  Ŝe  poczułem  zapach  jej  perfum,  ujrzałem  jej  cudowne  słodkie  oczy  i 
usłyszałem wyraźnie, jak mówi: „Dzieci sprawiają więcej kłopotów, gdy dorosną”. I 

background image

 

38

obie poszły dalej. 

Gdy  niedawno  opowiedziałem jej o tym przez telefon, dzwoniąc z Madrytu, 

wprawiłem  ją  w  osłupienie:  w  ogóle  nie  odnotowała  takiego  faktu  w  pamięci.  A  ja 
przez  chwilę  nie  mogłem  dojść  do  siebie.  Pod  wraŜeniem  tego  spotkania  szukałem 
jakiegoś miejsca, Ŝeby spokojnie pomyśleć, aŜ wreszcie zaszyłem się w małym kinie, 
gdzie szło właśnie Słodkie Ŝycie Felliniego, włoski film, ocierający się o pornografię. 
Wysiedziałem  jakieś  dziesięć  minut,  patrząc,  jak  smukli  chłopcy  i  przepiękne 
rozradowane kobiety skaczą do morza w cudownie słoneczny dzień w jakimś rajskim 
zakątku.  Nawet  nie  próbowałem  się  skoncentrować.  Po  prostu  ciemności  pozwoliły 
mi  się  uspokoić  i  dopiero  wówczas  zrozumiałem,  jak  bardzo  rutynowe  i  przyjemne 
były  poprzednie  dni.  O  jedenastej  piętnaście  Franz  zabrał  mnie  z  rogu  Estado  i 
Alamedy i zawiózł w kolejne miejsce, gdzie mieliśmy kręcić: mosty nad Mapocho. 

Rzeka Mapocho przecina miasto ocembrowanym korytem, a jej brzegi spinają 

cudowne  mosty,  których  wspaniałe  stalowe  konstrukcje  przeŜyły  juŜ  niejedno 
trzęsienie ziemi. W porze suchej — a taka właśnie panowała — płynie dnem koryta 
zaledwie  cienka  warstewka  płynnego  błota,  z  trudem  przesuwając  się  wśród 
nędznych  lepianek.  W  porze  deszczowej  rzeka  występuje  z  koryta  zasilana  wodami 
spływających  z  gór  potoków,  i  lepianki,  niczym  łódeczki  niesione  prądem,  pływają 
po istnym morzu błota. W okresie tuŜ po zamachu rzeka Mapocho zyskała światowy 
rozgłos, jako Ŝe jej wody niosły zwłoki z widocznymi śladami tortur, a działo się to 
zwykle  po  nocnych  nalotach  wojskowych  patroli  na  dzielnice  nędzy:  słynne 
poblaciones Santiago. W ostatnich natomiast latach przez cały rok rozgrywają się nad 
Mapocho  dramatyczne  sceny  innego  rodzaju:  hordy  wygłodniałych  ludzi  wespół  z 
psami i sępami wyrywają sobie resztki jedzenia, wyrzucane do rzeki z uczęszczanych 
targowisk.  To  odwrotna  strona  medalu  chilijskiego  cudu,  osiągniętego  pod 
patronatem junty wojskowej i pod oświeconymi auspicjami szkoły chicagowskiej. 

Do chwili objęcia władzy przez rząd prezydenta Salvadora Allende Chile było 

krajem mało Ŝe skromnym, to jeszcze takim, gdzie konserwatywne mieszczaństwo z 
dumą  obnosiło  swe  surowe  obyczaje  niemal  jak  cnotę  narodową.  JeŜeli  junta 
wojskowa  zdołała  stworzyć  niesamowite  pozory  natychmiastowego  powszechnego 
dobrobytu  to  tylko  dzięki  reprywatyzacji  tego,  co  znacjonalizował  Allende,  i 
wyprzedaŜy  kraju  prywatnym  przedsiębiorcom  i  ponadnarodowym  korporacjom.  W 
rezultacie  w  sklepach  zapanował  szał  artykułów  luksusowych,  równie  wspaniałych, 
co nieprzydatnych, a na ulicach — szał robót publicznych, których widoczne efekty 
miały dodatkowo wzmagać iluzję spektakularnej prosperity. 

W  przeciągu  zaledwie  pięciu  lat  zaimportowano  więcej  towarów  niŜ  przez 

background image

 

39

minione lat dwieście, a umoŜliwiły to dolarowe kredyty, na które mógł dać gwarancje 
Bank Narodowy dzięki sumom uzyskanym z reprywatyzacji. Partnerskie stosunki ze 
Stanami Zjednoczonymi i z międzynarodowymi organizacjami walutowymi dokonały 
reszty.  JednakŜe  rzeczywistość  dała  o  sobie  brutalnie  znać  w  chwili  spłaty  długu: 
sześć-siedem lat urojeń legło w gruzach w ciągu roku. ZadłuŜenie zagraniczne Chile, 
wynoszące  w  ostatnim  roku  prezydentury  Allende  cztery  miliardy  dolarów,  wynosi 
obecnie  dwadzieścia  trzy  miliardy.  Wystarczy  przejść  się  po  rojnych  targowiskach 
nad  Mapocho,  by  zobaczyć,  jakie  są  koszty  społeczne  tych  przepuszczonych 
dziewiętnastu  miliardów  dolarów.  Cud  sterowany  przez  armię  znacznie  wzbogacił 
nielicznych bogaczy, powaŜnie zaś zuboŜył pozostałych Chilijczyków.

 

 

Most, który widział wszystko 

 

Na  tym  targowisku  Ŝycia  i  śmierci  most  Recoleta  nad  Mapocho  jest 

obojętnym kochankiem: słuŜy albo jarmarkom, albo pochówkom. W dzień kondukty 
pogrzebowe  muszą  torować  sobie  drogę  wśród  tłumu.  Nocą,  kiedy  nie  ma  godziny 
policyjnej,  jest  to  obowiązkowy  szlak  do  klubów  tanga,  melancholijnych  przytulisk 
na ponurych przedmieściach, gdzie mistrzami tańca są grabarze. Ale wtedy, w piątek, 
po  tylu  latach  niewidzenia  tych  świętych  miejsc,  najbardziej  przykuła  moją  uwagę 
olbrzymia  liczba  zakochanych  młodych  par,  objętych  wpół,  spacerujących  po 
nadrzecznych bulwarach, całujących się pośród budek pełnych wspaniałych kwiatów 
dla spoczywających w sąsiedztwie zmarłych, par kochających się powoli, obojętnych 
wobec  nieubłaganego  upływu  czasu,  lekcewaŜących  ten  czas,  który  bezlitośnie 
przepływa  między  mostami.  Tylko  w  ParyŜu,  i  to  wiele  lat  temu,  widziałem  tyle 
miłości  na  ulicach,  Santiago  natomiast  pozostało  mi  w  pamięci  jako  miasto,  gdzie 
raczej nie ujawnia się uczuć. Teraz, mając przed oczami to śmiałe widowisko, jakie z 
czasem  skończyło  się  w  ParyŜu  i  w  ogóle,  jak  sądziłem,  znikło  z  tego  świata, 
przypomniałem sobie nagłe coś, co kiedyś usłyszałem w Madrycie: „Miłość rozkwita 
w czasach zarazy”. 

Na  wiele  lat  przed  powstaniem  Unidad  Popular,  Chilijczycy  w  ciemnych 

ubraniach,  z  nieodłącznymi  parasolami,  Chilijki  spragnione  wieści  i  nowinek  z 
Europy,  a  nawet  chilijskie  niemowlęta  ulegli  nowej  modzie  przyniesionej  wraz  z 
Beatlesami. Nowa tendencja, unisex, zmierzała ku ujednoliceniu obu płci. MęŜczyźni 
zapuszczali  włosy,  a  kobiety  —  ścinały  na  zapałkę.  Spodnie  dopasowane  na 
biodrach,  z  dzwonowatymi  nogawkami  rozpowszechniły  się  w  modzie  męskiej  i 

background image

 

40

damskiej.  PołoŜył  temu  kres  obłudny  fanatyzm  junty.  Całe  to  pokolenie  ponownie 
ś

cięło  włosy,  w  obawie,  by  patrol  wojskowy  nie  skrócił  czupryny  bagnetem,  co  się 

często zdarzało w pierwszych dniach po zamachu. 

Ale  aŜ  do  owego  piątku  na  mostach  nad  Mapocho  nie  zdawałem  sobie 

sprawy,  Ŝe  młodzieŜ  zmieniła  się  ponownie.  Miasto  opanowali  rówieśnicy  moich 
dzieci. Ci, którzy mieli po dziesięć lat, gdy ja opuszczałem Chile, i nie bardzo umieli 
w  pełni  ocenić  rozmiar  klęski,  jaką  ponieśliśmy,  a  teraz  dobiegają  dwudziestki. 
Przekonaliśmy się potem wielokrotnie, Ŝe ta młodzieŜ, która publicznie okazuje sobie 
uczucia,  potrafi  oprzeć  się  nieustannym,  uwodzicielskim  pokusom.  To  ci  młodzi 
ludzie  narzucają  innym  swoje  gusta,  swój  styl  bycia,  swoje  oryginalne  pojmowanie 
miłości,  sztuki,  polityki  —  otoczeni  zewsząd  starczym  oburzeniem  skostniałego 
reŜimu.  Nie  powstrzymują  ich  Ŝadne  represje.  Muzyka,  którą  słychać  wszędzie,  nie 
wyłączając  opancerzonych  wozów  karabinierów,  którzy  nie  mają  pojęcia,  czego 
słuchają,  to  piosenki  Kubańczyków:  Silvio  Rodrigueza  i  Pabla  Milanesa.  Te  dzieci, 
które za rządów Salvadora Allende chodziły do podstawówki, są obecnie działaczami 
ruchu oporu. Było to dla mnie coś odkrywczego, ale zarazem niepokojącego, i po raz 
pierwszy zacząłem się zastanawiać, czy ten mój zbiór nostalgicznych wspomnień na 
coś się w ogóle przyda. 

Ale  wątpliwości  zrodziły  we  mnie  nowe  pomysły.  I  tylko  dlatego,  Ŝe 

chciałem  zrealizować  cały  plan  działania,  odbyłem  szybki  spacer  po  Wzgórzu 
Ś

więtego  Krzysztofa,  a  następnie  wszedłem  do  kościoła  Świętego  Franciszka, 

którego  kamienne  mury  przybrały  o  zachodzie  barwę  złota.  Potem  poprosiłem 
Franza,  Ŝeby  zabrał  z  hotelu  moją  torbę  podróŜną  i  czekał  na  mnie  trzy  godziny 
później przed wyjściem z kina Rex, gdzie chciałem obejrzeć Amadeusza. Poprosiłem 
go równieŜ, by przekazał Elenie, Ŝe na jakieś trzy dni znikniemy. Tylko tyle. Było to 
wbrew  ustalonym  zasadom,  bo  Elena  powinna  była  znać  w  kaŜdej  chwili  moje 
aktualne  miejsce  pobytu,  ale  trudno.  Nic  nikomu  nie  mówiąc,  dopóki  to  moŜliwe, 
zamierzaliśmy  z  Franzem  jechać  do  Concepción  pociągiem  odchodzącym  o 
jedenastej w nocy.

 

background image

 

41

Samospalenie przed katedrą 

 

Pomysł ten przyszedł nam do głowy niespodziewanie, aczkolwiek miał pewne 

racjonalne  uzasadnienie.  UwaŜałem  pociąg  za  najbezpieczniejszy  środek  lokomocji, 
jakim  moŜna  poruszać  się  po  Chile,  bo  nie  jest  się  naraŜonym  na  kontrole  jak  na 
lotniskach  czy  drogach.  Poza  tym  dzięki  temu  przynajmniej  jakoś  wykorzystywało 
się noc, w mieście kompletnie zmarnowaną przez godzinę policyjną. Franz nie był do 
tego  pomysłu  specjalnie  przekonany,  wiedział  bowiem,  Ŝe  pociągi  są  jednocześnie 
ś

rodkiem  lokomocji  najlepiej  strzeŜonym.  Mimo  to  utrzymywałem,  Ŝe  właśnie 

dlatego  —  najbezpieczniejszym.  śadnemu  policjantowi  nie  wpadnie  przecieŜ  do 
głowy,  Ŝe  jakiś  konspirator  wsiądzie  do  strzeŜonego  pociągu.  Franz  uwaŜał,  Ŝe 
przeciwnie: policja świetnie wie, iŜ konspiratorzy podróŜują pociągami, przekonani, 
Ŝ

e najbezpieczniej tam, gdzie najbardziej pilnują. UwaŜał poza tym, Ŝe przedstawiciel 

powaŜnej  agencji  reklamowej,  prowadzący  na  szeroką  skalę  interesy  w  Europie, 
przywykł  moŜe  do  wygodnych  pociągów  europejskich,  ale  nie  do  nędznych 
wagonów jeŜdŜących po chilijskiej prowincji. Przekonał go wreszcie argument, Ŝe lot 
do Concepción nie jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli chcemy zdąŜyć na umówione 
spotkania,  i  zrealizować  cały  plan  pracy,  bo  nigdy  nie  wiadomo,  czy  mgła  nie 
uniemoŜliwi  lądowania.  A  tak  naprawdę,  to  mówiąc  między  nami,  po  prostu 
absolutnie wolałem pociąg ze względu na paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem. 

I  tak  o  jedenastej  w  nocy  wsiedliśmy  do  pociągu  na  Dworcu  Centralnym, 

którego  Ŝelazna  konstrukcja  odznacza  się  tą  samą  niepojętą  pięknością  co  wieŜa 
Eiffela,  i  ulokowaliśmy  się  w  czystym  i  wygodnym  przedziale  wagonu  sypialnego. 
Umierałem  z  głodu,  bo  od  śniadania  nie  miałem  nic  w  ustach  poza  dwoma 
czekoladowymi  batonikami  kupionymi  w  kinie,  które  zjadłem  gdy  młody  Mozart 
popisywał  się  serią  akrobatycznych  podskoków  przed  obliczem  austriackiego 
cesarza.  Konduktor  poinformował  nas,  Ŝe  moŜemy  coś  zjeść  wyłącznie  w  wagonie 
restauracyjnym, a Ŝe z naszego nie da się do niego przejść, bo takie są przepisy, radzi 
udać  się  tam,  zanim  pociąg  ruszy,  najeść  się  i  wrócić  do  naszego  przedziału  po 
godzinie, podczas postoju pociągu w Rancagua. Tak teŜ uczyniliśmy, i to biegiem, bo 
właśnie  oznajmiono  godzinę  policyjną  i  konduktorzy  poganiali  nas  okrzykami: 
„Panowie  prędzej,  prędzej,  łamiemy  przepisy!”.  Jedynie  stróŜów  porządku  w 
Rancagua  —  zaspanych  i  konających  z  zimna  —  guzik  obchodziło,  Ŝe  w  sposób 
nieunikniony i powszechnie akceptowany narusza się prawa stanu wojennego. 

background image

 

42

Była  to  skuta  lodem  pusta  stacja  skryta  w  baśniowej  mgle.  Nigdzie  Ŝywego 

ducha.  Zupełnie  jak  w  filmach  wojennych  pokazujących  transporty  do  obozów 
zagłady.  Niespodziewanie,  kiedy  konduktorzy  poganiali  nas,  Ŝebyśmy  szybciej 
wsiadali,  z  wagonu  restauracyjnego  pędem  wybiegł  kelner  w  klasycznej  białej 
marynarce, dzierŜąc w ręku talerz z górą ryŜu i sadzonym jajem pośrodku. Przebiegł 
pięćdziesiąt metrów z niebywałą prędkością, utrzymując jakimś cudem talerz, i podał 
go  przez  okno  ostatniego  wagonu  komuś,  kto  pewnie  sowicie  za  to  zapłacił;  zanim 
dobrnęliśmy  do  naszego  przedziału,  kelner  zdąŜył  juŜ  wrócić  do  wagonu 
restauracyjnego. 

Przejechaliśmy  te  prawie  pięćset  kilometrów  dzielących  Santiago  od 

Concepción  w  niemal  całkowitej  ciszy,  jak  gdyby  godzina  policyjna  obowiązywała 
nie  tylko  pasaŜerów  tego  somnambulicznego  pociągu,  ale  wręcz  wszystkie  Ŝywe 
istoty.  Od  czasu  do  czasu  wychylałem  się  przez  okno,  ale  we  mgle  udawało  mi  się 
dojrzeć  jedynie  puste  stacyjki,  puste  pola,  pustą  bezkresną  noc  w  jakiejś  bezludnej 
krainie.  Jedynym  dowodem  ludzkiej  obecności  na  tej  ziemi  były  niekończące  się 
Ogrodzenia z drutu kolczastego, ciągnące się wzdłuŜ torów — a za nimi pustka: ani 
ludzi, ani kwiatów, ani zwierząt, nic. Przypomniałem sobie Nerudę: Wszędzie chleb, 
ry
Ŝ albo jabłka; a w Chile druty, druty, druty. O siódmej rano, kiedy zabrakło juŜ i 
ziemi, i drutu, dojechaliśmy do Concepción. 

Ustalając  nasze  dalsze  poczynania,  postanowiliśmy  w  pierwszej  kolejności 

zgolić  zarost.  Nie  przypuszczałem,  Ŝe  będą  z  tym  jakieś  problemy.  Wprawdzie 
chętnie  skorzystałbym  z  pretekstu,  Ŝeby  ponownie  zapuścić  brodę,  ale  dla  kaŜdego 
policjanta  wyglądaliśmy  na  parę  zbiegów,  w  dodatku  w  mieście,  które  w 
ś

wiadomości  kaŜdego  Chilijczyka  jest  widownią  powaŜnych  rozruchów  na  tle 

społecznym. To tu właśnie w latach siedemdziesiątych zrodził się ruch studencki, to 
tu  Salvador  Allende  znalazł  decydujące  poparcie  w  wyborach,  to  tu  wreszcie 
prezydent Gabriel Gonzalez Videla w 1946 roku zastosował krwawe represje, krótko 
przed wybudowaniem obozu koncentracyjnego w Pisagua, gdzie w sztuce zadawania 
ś

mierci  i  zaprowadzania  terroru  ćwiczył  się  młody  oficer  nazwiskiem  Augusto 

Pinochet.

 

 

Na placu Sebastiana Acevedo zawsze leŜą kwiaty 

 

Z  taksówki,  którą  przez  opary  gęstej  lodowatej  mgły  przebijaliśmy  się  do 

centrum  miasta,  mogliśmy  dojrzeć  samotny  krzyŜ  stojący  w  atrium  katedry  i 

background image

 

43

wiązanki wciąŜ świeŜych kwiatów składane przez nieznane ręce. Sebastian Acevedo, 
skromny  górnik  z  kopalni  węgla  kamiennego,  parę  lat  temu  tu  właśnie  dokonał 
samospalenia, po bezskutecznych staraniach, by dotrzeć do kogoś, kto wyciągnąłby z 
łap  CNI  —  Central  Nacional  de  Información  czyli  Krajowej  Centrali  Informacyjnej 
—  jego  dwudziestodwuletniego  syna  i  dwudziestoletnią  córkę,  aresztowanych  i 
torturowanych za nielegalne posiadanie broni. 

Sebastian  Acevedo  nie  prosił,  lecz  przestrzegał.  Arcybiskup  był  akurat  w 

podróŜy, rozmawiał więc z kapłanami z arcybiskupstwa, rozmawiał z dziennikarzami 
poczytnych  gazet,  rozmawiał  z  przywódcami  partii  politycznych,  rozmawiał  z 
najpowaŜniejszymi przemysłowcami i handlowcami, rozmawiał z kaŜdym, kto tylko 
chciał go wysłuchać, nawet z przedstawicielami rządu, i wszystkim mówił to samo: 
jeŜeli  nie  zrobicie  nic,  Ŝeby  przestano  torturować  moje  dzieci,  obleję  się  benzyną  i 
podpalę w atrium katedry. Jedni mu nie uwierzyli, drudzy nie wiedzieli, co robić. W 
zapowiedzianym  dniu  Sebastiśn  Acevedo  przyszedł  przed  katedrę,  wylał  na  siebie 
zawartość  kanistra  z  benzyną  i  ostrzegł  zgromadzony  tłum,  Ŝe  jeśli  ktoś  przekroczy 
Ŝ

ółtą linię, podpali się. Nie pomogły błagania, rozkazy, ani groźby. Usiłując zapobiec 

dramatowi,  jeden  z  karabinierów  przestąpił  Ŝółtą  linię,  a  wtedy  Sebastian  Acevedo 
stał  się  Ŝywą  pochodnią.  śył  jeszcze  przez  siedem  godzin,  przytomny,  nie  czując 
bólu.  Czynem  swym  wywołał  tak  potęŜne  poruszenie,  Ŝe  policja  poczuła  się 
zmuszona zezwolić, aby córka Sebastiana Acevedo odwiedziła ojca w szpitalu przed 
ś

miercią. Lekarze woleli, by nie oglądała go w tak potwornym stanie, pozwolili więc 

jedynie  na  rozmowę.  „Skąd  mam  wiedzieć,  Ŝe  to  naprawdę  ty,  Candelario?”  — 
zapytał  Sebastian  Acevedo,  słysząc  głos  córki.  Przypomniała  mu  wówczas 
pieszczotliwe  przezwisko  z  dzieciństwa.  Udało  się  wydostać  rodzeństwo  z  izby 
tortur,  czego  domagał  się  i  za  co  oddał  Ŝycie  ojciec  męczennik.  Oboje  przeszli  do 
dyspozycji  cywilnego  wymiaru  sprawiedliwości.  Ale  od  tamtej  pory  mieszkańcy 
Concepción nazywają po cichu atrium katedry placem Sebastiana Acevedo.

 

 

Jak cięŜko jest przystrzyc zarost w Concepción! 

 

Zbyt duŜe to ryzyko pojawić się w tej historycznej twierdzy o siódmej rano, w 

eleganckim garniturze, ale z nieogoloną brodą. Wiadomo przecieŜ, Ŝe przedstawiciel 
agencji  reklamowej  nosi  w  neseserze  prócz  miniaturowego  magnetofonu  —  do 
notowania pomysłów — elektryczną maszynkę do golenia, umoŜliwiającą dokonanie 
koniecznych zabiegów toaletowych w samolocie, w pociągu czy w samochodzie — 

background image

 

44

przed przybyciem na spotkanie. Na największe jednak ryzyko w Concepción naraŜał 
się  człowiek,  szukając  cyrulika  w  sobotę  o  siódmej  rano.  Najpierw  spróbowałem  w 
jedynym zakładzie fryzjerskim otwartym o tej porze, w pobliŜu Plaza de Armas. Nad 
wejściem  wisiał  szyld:  Unisex.  Jakaś  mniej  więcej  dwudziestoletnia  pannica 
zamiatała  podłogę,  ale  tak  niemrawo,  jakby  wciąŜ  jeszcze  spała,  a  chłopak  w  jej 
wieku porządkował toaletowe utensylia. 

— Chcę się ogolić — powiedziałem. 
— Nie — młody człowiek pokręcił głową — u nas tego nie robimy. 
— Gdzie więc mam pójść? 
— Niech pan pójdzie prosto dalej. Jest kilka salonów fryzjerskich. 
Doszedłem  do  następnej  przecznicy,  tej,  gdzie  wcześniej  skręcił  Franz,  aby 

wynająć  samochód.  Nagle  zobaczyłem,  Ŝe  legitymuje  go  dwóch  karabinierów.  Ode 
mnie  takŜe  zaŜądali  dokumentów,  ale  nie  było  problemów,  przeciwnie.  Franz  zajął 
się  wynajmowaniem  auta,  a  jeden  z  karabinierów  zaprowadził  mnie  do  drugiego 
zakładu  fryzjerskiego  o  dwie  przecznice  dalej,  otwierającego  właśnie  podwoje,  i 
poŜegnał się, salutując. 

Nad  wejściem  równieŜ  wisiał  szyld:  Unisex.  Podobnie  jak  w  pierwszym 

zakładzie było tu dwoje ludzi: mniej więcej trzydziestopięcioletni męŜczyzna i sporo 
młodsza kobieta. MęŜczyzna zapytał, czego sobie Ŝyczę. Odpowiedziałem tak samo: 
„Chcę się ogolić”. Oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni. 

—  Nie,  proszę  pana;  nie  świadczymy  u  nas  takich  usług  —  powiedział 

męŜczyzna. 

— Tu jest zakład unisex — dodała dziewczyna. 
—  Zgoda  —  rzekłem  —  unisex,  nie  unisex,  moglibyście  jednak  człowieka 

ogolić. 

— Niestety, proszę pana — odparł męŜczyzna — nie u nas. 
I oboje odwrócili się do mnie tyłem. Wyszedłem i ruszyłem przez wyludnione 

ulice,  w  gęstniejącej  mgle.  Zdumiewała  mnie  nie  tyle  nawet  olbrzymia  jak  na 
Concepción  liczba  zakładów  fryzjerskich  „unisex”,  ile  panujące  w  nich  wszystkich 
obyczaje:  w  Ŝadnym  nikt  nie  chciał  mnie  ogolić.  Straciłem  orientację  we  mgle  i 
dopiero jakiś napotkany chłopaczek wskazał mi właściwą drogę. 

— Szuka pan czegoś, proszę pana? 
—  Tak  —  odparłem  —  zakładu  fryzjerskiego,  ale  nie  unisex.  Takiego 

„fryzjera męskiego”, jak dawniej. 

Malec  zaprowadził  mnie  do  tradycyjnego  zakładu,  z  biało-czerwoną  spiralą 

nad wejściem i obrotowymi krzesełkami z czasów mojej młodości. W środku dwóch 

background image

 

45

staruszków  w  brudnych  fartuchach  obsługiwało  jedynego  klienta.  Jeden  strzygł  mu 
włosy,  drugi  szczoteczką  zmiatał  z  twarzy  i  ramion  spadające  kosmyki.  Pachniało 
spirytusem,  miętą  i  pomadą  —  taką  staroświecką  apteką  —  i  dopiero  wtedy 
uświadomiłem  sobie,  Ŝe  tego  właśnie  zapachu  brakowało  mi  w  poprzednio 
odwiedzonych salonach. Zapachu mego dzieciństwa. 

— Chciałbym się ogolić — odezwałem się. 
Wszyscy  trzej,  włącznie  z  klientem,  popatrzyli  na mnie zdumieni.  Staruszek 

ze  szczoteczką  zadał  mi  w  końcu  pytanie,  jakie  zapewne  cisnęło  się  na  usta 
wszystkim trzem: 

— Skąd pan jest? 
— Z Chile — odparłem bez zastanowienia i natychmiast sprostowałem — ale 

jestem Urugwajczykiem. 

Nie zauwaŜyli, Ŝe sprostowanie było gorsze aniŜeli sama pomyłka, tylko jęli 

mi wyjaśniać, Ŝe w Chile nie uŜywa się juŜ zwrotu „ogolić się”, jak przed laty, tylko 
„przystrzyc  zarost”.  Pewnie  dlatego  w  salonach  fryzjerskich  prowadzonych  przez 
młodych  „unisexów”  nikt  nie  rozumiał  mojego  nieco  archaicznego  języka  starego 
Chilijczyka. Staruszkowie natomiast wyraźnie oŜywili się wizytą klienta, który gada 
jak  za  dawnych  dobrych  lat;  ten  który  był  fryzjerem,  juŜ  wolny,  usadził  mnie  na 
krzesełku,  starym  sposobem  zawiązał  mi  wokół  szyi  serwetę  i  wyjął  zardzewiałą 
brzytwę. Miał co najmniej siedemdziesiąt lat, i to chyba nienajlepiej przeŜytych, był 
wysoki i wiotki, siwiuteńki i sam z co najmniej trzydniowym zarostem. 

— śyczy sobie szanowny pan wodę ciepłą czy zimną? — zapytał. 
Ledwie utrzymywał brzytwę w drŜącej ręce. 
— Ciepłą, naturalnie — odparłem. 
— A to niestety, proszę pana, niemoŜliwe. Coś nam nawaliło i ciepłej wody 

nie mamy: słuŜę czyściutką, chłodniusieńką. 

Nie  pozostawało  mi  zatem  nic  innego,  jak  wrócić  do  pierwszego  salonu 

unisex, i kiedy oświadczyłem, Ŝe przyszedłem przystrzyc zarost — a nie ogolić się — 
zostałem obsłuŜony natychmiast, pod warunkiem jednak, Ŝe pozwolę takŜe przyciąć 
sobie  włosy.  Gdy  tylko  wyraziłem  zgodę,  ci  sami  młodzi  ludzie,  przedtem  tak 
niechętni, przystąpili do długiej profesjonalnej ceremonii. Dziewczyna zawiązała mi 
wokół szyi ręcznik, umyła mi włosy zimną wodą — bo ciepłej teŜ tu nie było — po 
czym spytała, czy chcę szampon numer trzy, numer cztery czy numer pięć i czy ma 
mi  nałoŜyć  specjalną  odŜywkę  przeciwko  wypadaniu  włosów.  Odpowiadałem  co 
bądź, aŜ nagle, wycierając mi twarz, dziewczyna znieruchomiała i odezwała się sama 
do  siebie:  „Dziwne!”.  Zaniepokojony  otworzyłem  oczy:  „Co?”  —  zapytałem. 

background image

 

46

Wyglądała na bardziej zaskoczoną niŜ ja. 

—  Pan  ma  wydepilowane  brwi!  —  powiedziała.  Niezadowolony,  Ŝe  to 

odkryła,  pozwoliłem  sobie  na  najbardziej  brutalny  Ŝart,  na  jaki  mnie  było  stać: 
popatrzyłem na nią zgnębiony i zapytałem: 

— CzyŜby jakieś uprzedzenia wobec mniejszości seksualnych? 
Zaczerwieniła się aŜ po nasadę włosów i pokręciła przecząco głową. Teraz z 

kolei zajął się mną chłopak i mimo dokładnych wskazówek i uwag przyciął mi włosy 
zbyt krótko i uczesał inaczej niŜ chciałem, zmieniając mnie w ten sposób z powrotem 
w Miguela Littina. Była w tym pewna logika, bo przecieŜ stylista z ParyŜa specjalnie 
zmieniał mój naturalny układ włosów, a ten młody fryzjer z Concepción pozwolił im 
tylko  wrócić  do  pierwotnej  fryzury.  Nie  przejąłem  się,  w  końcu  bez  większych 
trudności mogłem sam się przeczesać na sposób właściwy dla mojego drugiego ja, co 
teŜ uczyniłem. Przyznać muszę, Ŝe sporo mnie to kosztowało, bo robiłem coś wbrew 
własnym  pragnieniom,  by  na  powrót  stać  się  sobą  w  tym  dalekim,  spowitym  mgłą 
mieście,  gdzie  w  Ŝadnym  wypadku  nikt  by  mnie  nie  rozpoznał.  Po  zakończeniu 
strzyŜenia dziewczyna poprowadziła mnie na zaplecze i dyskretnie, jakby chodziło o 
jakąś niedozwoloną czynność, wyjęła maszynkę do golenia, włączyła ją do kontaktu 
na wprost lustra i podała mi ją, Ŝebym się sam ogolił. Bez potrzeby uŜywania ciepłej 
wody, na szczęście.

 

 

Miłosny raj obok piekła 

 

Franzowi  udało  się  wypoŜyczyć  auto.  Zjedliśmy  śniadanie  w  barze,  pijąc 

zimną kawę, bo ciepłej wody, okazuje się, nigdzie nie było, i ruszyliśmy w kierunku 
kopalni  węgla  kamiennego  w  Lota  y  Schwager,  mijając  potęŜny  most  nad  Bio-Bio, 
rzeką najbardziej w Chile zasobną w wodę. Leniwie płynąca i szara jak metal ledwie 
była  widoczna  we  mgle.  W  ubiegłym  stuleciu  chilijski  pisarz  Baldomero  Lilio 
dokładnie opisał kopalnie i Ŝycie górników; jego kronikarski zapis do dziś nie stracił 
na  aktualności.  Przypomina  to  wszystko  Walię  sprzed  stu  lat:  i  ta  mgła  przesycona 
sadzą, i warunki pracy, niewiele róŜniące się od tych, jakie panowały przed rewolucją 
przemysłową. 

Po drodze natknęliśmy się na trzy kontrole policyjne. Najtrudniejsza, zgodnie 

z naszymi przewidywaniami, była pierwsza. Zarzuciliśmy karabinierów gradem słów, 
wyjaśniając, po co jedziemy do Lota y Schwager. Sam byłem zdumiony płynnością 
własnej  wypowiedzi.  Wyjaśniałem,  Ŝe  jedziemy  obejrzeć  park,  jeden  z 

background image

 

47

najpiękniejszych  w  Ameryce,  słynący  z  ogromnych,  prastarych  araukarii  i 
osobliwych  posągów,  wśród  których  przechadzają  się  rzadkie  gatunki  pawi  i 
czarnoszyje  łabędzie.  Mamy  zrobić  film  reklamowy  na  ogólnoświatową  promocję 
nowych  perfum  —  Araukarii  —  nazwanych  tak  właśnie  dla  upamiętnienia  tego 
cudownego zakątka. 

Nie  ma  w  Chile  policjanta,  który  nie  ugiąłby  się  wobec  tak wyczerpujących 

wyjaśnień,  pełnych  w  dodatku  przesadnych  pochwał  pod  adresem  ich  kraju. 
PoŜegnali się z nami, i chyba nawet uprzedzili o nas następny posterunek kontrolny, 
bo  tam  juŜ  nie  chcieli  od  nas  dokumentów,  sprawdzono  tylko  nasze  torby  i 
samochód.  Zainteresowanie  wzbudziła  wyłącznie  kamera  —  super-ósemka  —  bo 
choć  to  sprzęt  nieprofesjonalny,  to  na  filmowanie  kopalni  trzeba  mieć  pozwolenie. 
Wyjaśniliśmy, Ŝe jedziemy tylko w góry, do parku z posągami i łabędziami, w końcu 
wysunąłem ostatni argument, zaiste godny arystokraty: 

— Biedacy nas nie interesują. 
Grzebiąc  bez  większego  zainteresowania  w  naszych  rzeczach,  jeden  z 

karabinierów, nie patrząc na mnie, powiedział: 

— Tu kaŜdy jest biedakiem. 
Zadowolił  ich  widać  wynik  inspekcji,  bo  kiedy  pół  godziny  później, 

minąwszy  wąski,  urwisty  grzbiet  górski,  dojechaliśmy  do  trzeciego  posterunku,  nie 
czekały  nas  Ŝadne  formalności  i  mogliśmy  ruszyć  bezpośrednio  do  parku.  Słynny 
hodowca  win,  Matias  Cousińo,  kazał  stworzyć ten naprawdę niebywały zakątek dla 
ukochanej  kobiety.  Aby  sprawić  jej  przyjemność,  sprowadził  tam  bajeczne  okazy 
drzew  z  całego  Chile,  najrzadsze  zwierzęta  i  posągi  jakichś  niezwykłych  bóstw, 
symbolizujących  róŜne  stany  ducha:  radość,  smutek,  tęsknotę,  miłość.  W  głębi  stoi 
baśniowy pałac, z którego tarasów rozciąga się widok na Pacyfik aŜ po drugi kraniec 
ś

wiata. 

Spędziliśmy  tam  całe  przedpołudnie  kręcąc  naszą  superósemką  te  miejsca, 

które  ekipa  miała  filmować  później,  po  uzyskaniu formalnego  zezwolenia.  JuŜ  przy 
pierwszych ujęciach zbliŜył się do nas straŜnik, informując, Ŝe nawet zdjęć robić tu 
nie  wolno.  Powtórzyliśmy  bajeczkę  o  filmie  reklamowym  mającym  pójść  w  cały 
ś

wiat, ale on trzymał się rozkazów. Ofiarował się za to, Ŝe zaprowadzi nas na dół, do 

kopalni, gdzie będziemy mogli poprosić o zezwolenie jego przełoŜonych. 

—  Nie  będziemy  juŜ  teraz  dłuŜej  kręcić  —  zaznaczyłem  —  jak  pan  nie 

wierzy, niech pan idzie z nami. 

Przystał bez oporów i raz jeszcze obeszliśmy park w jego towarzystwie. Był 

młody,  a  z  jego  twarzy  bił  smutek.  Franz  podtrzymywał  oŜywioną  rozmowę,  bo  ja 

background image

 

48

wolałem nie odzywać się częściej, niŜ trzeba moim kiepskim urugwajskim akcentem. 
W  pewnej  chwili  straŜnik  miał  ochotę  zapalić,  daliśmy  mu  więc  wszystkie  nasze 
papierosy. Wówczas opuścił nas, a wtedy zabraliśmy się do kręcenia wszystkiego, co 
uznaliśmy za konieczne. Nie tylko w parku, takŜe otoczenie kopalni. 

Ustaliliśmy  istotne  dla  mnie  szczegóły:  ustawienia,  obiektywy,  odległości, 

ujęcia olbrzymiej przestrzeni parku i nędznego otoczenia kopalni, a następnie osady, 
gdzie mieszkają razem górnicy i rybacy. Niewiarygodne to, lecz prawdziwe.

 

 

Bar, gdzie mewy zlatują się na noc 

 

Kiedy  zeszliśmy  na  brzeg,  minęło  juŜ  południe  i,  jak  co  dzień,  łodzie 

wyruszały na pobliską wyspę Santa Maria, pokonując straszne, niebezpieczne morze 
najeŜone  potęŜnymi,  czarnymi  falami.  Siedziały  w  nich  całe  rodziny,  objuczone 
wszelkim dobytkiem i zapasami Ŝywności. Kopalnie węgla kamiennego znajdują się 
w głębokich tunelach, które wrzynają się w głąb oceanu; tysiące górników pracują w 
nich  przez  całe  dnie,  w  tragicznych  warunkach.  Na  zewnątrz,  przy  wejściach  do 
tuneli  setki  męŜczyzn  i  kobiet  z  dziećmi  ryją  w  ziemi  jak  krety,  wydzierając 
dosłownie  pazurami  kopalniane  odpadki.  Na  górze,  w  parku,  powietrze  jest 
przeczyste  i  świeŜe,  a  drzewa  dostarczają  tlenu.  Na  dole  oddycha  się  oparami 
przesyconymi  pyłem  węglowym,  co  wywołuje  ból  w  drogach  oddechowych  i 
doprowadza  do  osadzania  się  pyłu  w  oskrzelach.  Morze  widziane  z  góry  jest 
niewyobraŜalnie piękne. Na dole — mętne i huczące. 

To tutaj Salvador Allende miał polityczną twierdzę i emocjonalne oparcie. W 

1958 roku tu właśnie odbył się tak zwany marsz węglowy, kiedy górnicy milczącym, 
zwartym,  czarnym  tłumem  przekroczyli  most  na  Bio-Bio  i  zarzucili  Concepción 
sztandarami  i  transparentami,  gotowi  walczyć  o  swoje  do  upadłego.  Marsz 
spowodował kryzys rządowy. Wydarzenie to pokazał w filmie Banderas del pueblo 
—  „Sztandary  ludu”  —  Chilijczyk,  Sergio  Bravo:  to  jeden  z  najbardziej 
poruszających dokumentów w całej chilijskiej twórczości filmowej. Allende był tam 
wówczas i chyba właśnie wtedy zdał sobie sprawę z poparcia tych ludzi. Będąc juŜ 
prezydentem,  w  jedną  z  pierwszych  podróŜy  wyruszył  właśnie  tu,  do  górników 
zebranych na placu w Lota, by osobiście z nimi porozmawiać. 

Towarzyszyłem  mu  w  tej  podróŜy.  Zastanowiło  mnie,  Ŝe  człowiek  jego 

pokroju, niesłychanie dumny ze swej młodzieńczej Ŝywotności mimo sześćdziesiątki 
na  karku,  odezwał  się  w  ów  dzień  słowami,  które  naprawdę  płynęły  z  głębi  serca: 

background image

 

49

„Młodość  przeminęła,  jestem  juŜ  właściwie  starcem”.  Górnicy  —  niziutcy, 
wyniszczeni, zamknięci w sobie, przez całe lata zwodzeni obietnicami bez pokrycia, 
rozmawiali  z  nim  bez  zahamowań,  a  z  czasem  okazali  się  najpotęŜniejszym 
bastionem jego zwycięstwa. Jedną z pierwszych decyzji, jakie podjął, stojąc na czele 
rządu,  była  nacjonalizacja  kopalni  —  tak  jak  obiecał  owego  popołudnia  w  Lota  y 
Schwager.  Z  kolei  jedną  z  pierwszych  decyzji  Pinocheta  była  ich  reprywatyzacja; 
najpierw  kopalni,  a  potem  całej  reszty:  cmentarzy,  pociągów,  portów,  nawet  firm 
wywoŜących śmieci. 

Z gotowym materiałem, o czwartej po południu, nie niepokojeni przez Ŝadne 

patrole  wojskowe  czy  cywilne,  ruszyliśmy  w  drogę  powrotną  do  Concepción  przez 
Talcahuano.  Trzeba  było  jechać  uwaŜnie,  bo  brzegiem  szosy,  we  mgle,  tłumy 
górników wracały do domu, ciągnąc wózki z kawałkami węgla wydartymi spod stert 
kopalnianych  odpadów.  Niscy,  podobni  zjawom  męŜczyźni  i  drobne,  silne  kobiety 
obarczone  ogromnymi worami węgla, niczym jakieś koszmarne widziadła wyłaniali 
się nagle spośród mgły, znalazłszy się w zasięgu świateł auta. 

Talcahuano,  siedziba  oficerskiej  szkoły  morskiej,  to  główny  port  wojskowy 

Chile  i  najwaŜniejsza  stocznia.  Głośno  o  nim  było  przez  pierwsze  dni  po  zamachu 
stanu, bo temu miastu przypadła wątpliwa sława słuŜenia za punkt zbiorczy dla tych 
wszystkich  więźniów  politycznych,  którzy  mieli  być  przewiezieni  w  piekło  wyspy 
Dawson. Na ulicach wśród obdartych górników widać młodych kadetów w bielutkich 
mundurach.  CięŜko  tu  oddychać  powietrzem  skaŜonym  koszmarnymi  wyziewami  z 
fabryk mączki rybnej, sadzami ze stoczni i wonią morskiej zgnilizny. 

Wbrew  naszym  obawom  wojsko  nie  kontrolowało  przechodniów.  W 

większości  domów  panowały  ciemności,  a  nieliczne  oświetlone  okna  sprawiały 
wraŜenie,  jak  gdyby  w  pokoju  paliły  się  świeczki,  jak  za  dawnych  czasów.  Nie 
mieliśmy w ustach nic prócz zimnej porannej kawy, więc nagle napotkana oświetlona 
restauracja  wydała  nam  się  iście  baśniowym  zjawiskiem.  Tym  bardziej  gdy 
ujrzeliśmy  w niej  stada  mew,  wpadających  przez  taras  od  strony oceanu. Nigdy nie 
widziałem  tak  wielu  ptaków  naraz  i  nigdy  nie  miałem  okazji  przyglądać  się,  jak 
nadlatują  z  ciemności,  krąŜą  nad  głowami  spokojnie  siedzących  gości,  latają  jak 
ś

lepe,  jak  odurzone,  wpadając  na  ściany  niczym  okręt  dokonujący  abordaŜu.  Była 

pora  kolacji,  ale  my  jedliśmy  śniadanie,  składające  się  z  odwiecznych  chilijskich 
owoców morza, które smakują oceanem głębokim i chłodnym. A potem wróciliśmy 
do Concepción i niemal w biegu złapaliśmy pociąg do Santiago, poniewaŜ biuro, w 
którym  wynajęliśmy  samochód,  było  zamknięte  i  przez  blisko  cztery  godziny 
szukaliśmy kogoś, komu moŜna by auto oddać.

 

background image

 

50

Allende i Neruda będą Ŝyć wiecznie 

 

Poblaciones,  olbrzymie  dzielnice  nędzy  na  obrzeŜach  największych  miast 

chilijskich,  stanowią  w  pewnym  sensie  terytoria  wyzwolone  —  jak  casbah  w 
miastach  arabskich  —  a  ich  mieszkańcy  zahartowani  w  biedzie  rozwinęli 
zdumiewającą  kulturę  labiryntu.  Policja  i  wojsko  wolą  nie  ryzykować  bez  potrzeby 
zagłębiania  się  w  plątaninę  budowli  pozlepianych  jak  plaster  miodu,  gdzie  zniknąć 
bez  śladu  moŜe  nawet  słoń  i  gdzie  napotkaliby  specyficzny,  właściwy  tylko  temu 
miejscu, rodzaj oporu, na który nie da się odpowiedzieć typowymi środkami represji. 
Uwarunkowania dziejowe za rządów demokratycznych przekształciły poblaciones w 
aktywne ośrodki wyborcze. Skądinąd kaŜdy rząd przyprawiały one o odwieczny ból 
głowy.  Właśnie  poblaciones  pozwoliły  nam  pokazać,  w  języku  filmu 
dokumentalnego,  jaka  jest  postawa  mas  wobec  dyktatorskich  poczynań  junty  i  do 
jakiego stopnia pamięć o Salvadorze Allende nadal się utrzymuje. 

Pierwszą  dla  nas  niespodzianką  było  to,  Ŝe  znane  nazwiska  przywódców 

emigracyjnych  niewiele  mówią  młodemu  pokoleniu,  które  obecnie  trzyma  juntę  w 
szachu.  To  dla  nich  postacie  legendarne,  niewiele  mające  wspólnego  z  dniem 
dzisiejszym.  Zakrawa  to  na  sprzeczność,  ale  to  największy  paradoks  junty.  W 
początkowym  okresie  rządów  generał  Pinochet  oznajmił,  Ŝe  ma  zamiar  sprawować 
władzę,  póki  w  pamięci  nowych  pokoleń  nie  zatrą  się  ostatnie  ślady  po  systemie 
demokratycznym. Chyba jednak nigdy nie przypuszczał, Ŝe jego własny rząd padnie 
ofiarą  tych  eksterminacyjnych  zapędów.  Niedawno,  zdesperowany  agresywnością 
młodych  ludzi,  obrzucających  na  ulicach  kamieniami  oddziały  szybkiego 
reagowania,  strzelających  z  prawdziwej  broni,  zaangaŜowanych  w  konspirację  i 
działalność  polityczną  zmierzającą  do  przywrócenia  systemu,  którego  większość  z 
nich  w  ogóle  nie  znała,  wyprowadzony  z  równowagi  generał  Pinochet  miał 
wykrzyknąć, Ŝe najwyraźniej nie mają oni najmniejszego pojęcia, czym była chilijska 
demokracja. 

Nazwisko  Salvadora  Allende  podtrzymuje  historyczną  ciągłość,  a  kult  jego 

osoby osiąga w poblaciones wymiary mityczne. Te odsunięte na margines dzielnice 
interesowały  nas  głównie  dlatego,  Ŝe  pozwalały  poznać  warunki,  w  jakich  Ŝyją 
mieszkańcy,  ich  wiedzę  o  poczynaniach  junty,  ich  nowatorskie  sposoby  walki. 
Wszędzie  odpowiadano  nam  spontanicznie  i  szczerze,  zawsze  wyciągając  jakieś 

background image

 

51

wspomnienie  o  Allende.  Opinie  uzyskane  od  róŜnych  ludzi  doskonale  ze  sobą 
współbrzmiały:  „Zawsze  głosowałem  na  niego,  nigdy  na  innych”.  Proste:  Allende 
tyle  razy  w  Ŝyciu  kandydował  na  prezydenta,  Ŝe  zanim  został  ostatecznie  wybrany, 
mawiał,  iŜ  na  jego  grobie  znajdzie  się  napis:  „Tu  spoczywa  Salvador  Allende, 
przyszły  prezydent  Chile”.  Czterokrotnie  startował  w  wyborach,  zanim  je  wreszcie 
wygrał,  ale  wcześniej  był  posłem  i  senatorem  przez  kolejne  kadencje.  W  swojej 
długiej  karierze  parlamentarnej  kandydował  z  niemal  kaŜdej  prowincji,  jak  Chile 
długie  i  wąskie,  od  granicy  z  Peru  po  Patagonię,  i  nie  tylko  znał  niemal  kaŜdy 
centymetr  kwadratowy  kraju,  znał  jego  mieszkańców,  mozaikę  kultur,  problemy  i 
marzenia  ludzi,  ale  teŜ  sam  był  osobą  znaną  kaŜdemu.  W  przeciwieństwie  do 
większości polityków, którzy pojawiali się wyłącznie na łamach prasy, w radiu i na 
ekranie  telewizora,  Allende  bywał  u  ludzi  w  domach,  nawiązując  z  nimi 
bezpośrednie,  przyjazne  kontakty,  zupełnie  jak  lekarz  pierwszego  kontaktu,  którym 
zresztą był. Znajomość natury ludzkiej w połączeniu z iście zwierzęcym instynktem 
politycznym  budziły  sprzeczne,  wręcz  niepojęte  uczucia.  Był  juŜ  prezydentem,  gdy 
podczas  manifestacji  przedefilował  przed  nim  jakiś  człowiek  niosąc  transparent  z 
napisem  o  niebywałej  treści:  „To  rząd  gówniany,  ale  mój”.  Allende  wstał,  zaczął 
klaskać, a potem podszedł do tego człowieka z wyciągniętą ręką. 

W czasie długiej podróŜy po kraju nie znaleźliśmy piędzi ziemi, gdzie by nie 

było śladów po Allende. Zawsze trafił się ktoś, komu podał rękę albo zgodził się być 
ojcem chrzestnym jego syna, ktoś, kogo wyleczył z uporczywego kaszlu naparem z 
liści  rosnących  w  ogródku,  ktoś,  dla  kogo  znalazł  radę,  albo  z  kim  wygrał  partię 
szachów.  Wszystko,  czego  dotknął,  stawało  się  relikwią.  Gdzieś,  gdzie  w  ogóle 
byśmy  się  tego  nie  spodziewali,  pokazywano  nam  krzesło  w  lepszym  stanie  niŜ 
pozostałe, bo: „Tu kiedyś siedział”. Albo jakiś rękodzielniczy drobiazg: „Upominek 
od  niego”.  Pewna  dziewiętnastoletnia  dziewczyna,  mająca  juŜ  jedno  dziecko  i  teraz 
będąca  ponownie  w  ciąŜy,  powiedziała:  „Ciągle  uczę  mojego  synka,  kim  był 
prezydent,  chociaŜ  go  prawie  nie  znałam,  bo  miałam  ledwie  dziewięć  lat,  gdy  go 
zabrakło”.  Zapytana,  co  pamięta,  odparła:  „Byłam  z  ojcem  i  widziałam,  Ŝe 
rozmawiają na balkonie powiewając białą chustką”. W pewnym domu, gdzie wisiał 
obraz  Matki  Boskiej  z  Karmelu,  zapytaliśmy  gospodynię,  czy  była  zwolenniczką 
Allende. „Nie byłam — odrzekła — jestem”, po czym zdjęła ze ściany obraz Matki 
Boskiej, odsłaniając portret prezydenta. 

Za  rządów  Unidad  Popular  na  uczęszczanych  targowiskach  sprzedawano 

niewielkie  popiersia  prezydenta.  Obecnie  w  poblaciones  otacza  się  je  czcią,  stawia 
przed  nimi  kwiaty  i  lampki  wotywne.  Pamiętają  i  mówią  o  nim  wszyscy:  starcy, 

background image

 

52

którzy  czterokrotnie  oddawali  na  niego  głosy,  ci  nieco  młodsi,  którzy  głosowali 
trzykrotnie,  ci,  którzy  go  wybrali,  a  w  końcu dzieci,  znające  go  tylko  z opowiadań. 
Wiele zapytanych kobiet odpowiada tak samo: „To jedyny prezydent, który mówił o 
prawach kobiet”. Rzecz charakterystyczna: prawie nigdy nie pada nazwisko, mówią 
po prostu „prezydent”. Tak jakby sprawował tę funkcję nadal, jak gdyby był jedynym 
prezydentem  w  historii,  jakby  czekały,  Ŝe  wróci.  JednakŜe  najbardziej,  lepiej  niŜ 
wizerunek,  zachowały  się  w  pamięci  ludzi  z  poblaciones  jego  poglądy  społeczne: 
„Mało nas obchodzi dom, czy jedzenie, niech zwrócą nam godność” — usłyszałem. 
A dokładniej: „Chcemy tylko tego, czego nas pozbawiono: głosu i prawa głosu”.

 

 

Będą Ŝyć wiecznie 

 

Kult  Allende  jest  o  wiele  bardziej  wyczuwalny  w  Valparaiso,  gwarnym 

mieście  portowym,  gdzie  się  urodził,  dorastał  i  ukształtował  jako  polityk.  To  tu,  w 
domu  szewca  anarchisty  przeczytał  pierwsze  ksiąŜki  i  tu  zaraził  się  na  zawsze 
zmuszającą  do  myślenia  pasją  do  szachów.  Dziadek,  Ramón  Allende  był 
załoŜycielem  pierwszej  laickiej  szkoły,  jaka  w  ogóle  powstała  w  Chile,  a  takŜe 
pierwszej  loŜy  masońskiej,  w  której  sam  Salvador  Allende  doszedł  do  najwyŜszego 
stopnia  Wielkiego  Mistrza.  Pierwsze  pamiętne  wystąpienie  miało  miejsce  w  trakcie 
„dwunastu dni socjalizmu” legendarnego Marmaduque’a Grove’a, którego brat oŜenił 
się z siostrą Allende. 

Niepojęte,  Ŝe  junta  kazała  pochować  Allende  w  Valparaiso,  gdzie  i  tak,  bez 

najmniejszej  wątpliwości,  pragnął  spoczywać.  Przywieziono  jego  zwłoki  po  cichu, 
bez  Ŝadnych  ceremonii  w  nocy  11  września  1973  roku  prymitywnym  śmigłowcem 
naleŜącym  do  Wojsk  Powietrznych,  przez  którego  szczeliny  przenikał  mroźny, 
południowy  wicher.  Towarzyszyły  prezydentowi  jedynie  Ŝona  Hortensia  Busi  i 
siostra  Laura.  Dawny  członek  słuŜb  wywiadowczych  junty  wojskowej,  który 
wkroczył  wraz  z  pierwszymi  zdobywcami  do  pałacu  La  Moneda,  oświadczył 
amerykańskiemu  dziennikarzowi  Thomasowi  Hauserowi,  Ŝe  widział  zwłoki 
prezydenta  „z rozwaloną głową i resztkami mózgu rozpryśniętymi na podłodze i na 
ś

cianach”.  Pewnie  dlatego,  gdy  wdowa  poprosiła,  by  pokazano  jej  twarz  męŜa  w 

trumnie,  Ŝołnierze  odmówili  i  mogła  zobaczyć  jedynie  ciało  owinięte  w 
prześcieradło.  Pochowano  go  na  cmentarzu  Świętej  Agnieszki,  w  rodzinnym 
grobowcu  Marmaduque’a  Grove’a,  a  jedyną  wiązankę  kwiatów  złoŜyła  Ŝona, 
mówiąc:  „Tu  spoczywa  Salvador  Allende,  prezydent  Chile”.  Sądzono,  Ŝe  w  ten 

background image

 

53

sposób  znajdzie  się  poza  zasięgiem  publicznego  uwielbienia,  ale  okazało  się,  Ŝe  to 
niemoŜliwe.  Grób  jest  wciąŜ  celem  nieustannych  pielgrzymek,  a  niewidzialne  ręce 
składają tam ciągle świeŜe kwiaty. Usiłując temu zapobiec, rząd rozpuścił pogłoskę, 
Ŝ

e zwłoki gdzieś przeniesiono, mimo to kwiaty leŜą nadal. 

Druga  kultowa  postać  młodego  pokolenia  to  Pablo  Neruda.  Uwielbienie  dla 

niego jest szczególnie widoczne w Isla Negra, gdzie stoi jego dom. Mimo nazwy ta 
legendarna  mieścina  nie  jest  Ŝadną  wyspą,  tym  bardziej  czarną;  to  rybacka  osada 
leŜąca w odległości czterdziestu kilometrów na południe od Valparaiso przy drodze 
na  San  Antonio,  ze  ścieŜkami  z  Ŝółtego  piasku,  wśród  niebotycznych  sosen,  nad 
zielonym  gniewnym  morzem  o  potęŜnych  falach.  Pablo  Neruda  miał  tu  dom,  do 
którego  pielgrzymują  dziś  zakochani  z  całego  świata.  Pojechaliśmy  tam  z  Franzem, 
Ŝ

eby  jeszcze  przed  przybyciem  ekipy  francuskiej,  kończącej  zdjęcia  w  porcie  w 

Valparaiso,  ustalić  kolejność  ujęć.  DyŜurujący  karabinier  pokazał  nam,  gdzie  był 
most, gdzie gospoda, gdzie pozostałe miejsca, uwiecznione przez poetę w wierszach, 
ostrzegając jednak, Ŝe zwiedzanie samego domu jest zabronione. 

— MoŜna go oglądać z zewnątrz — dodał 
Czekając nieopodal gospody na ekipę włoską, odkrywaliśmy, w jakim stopniu 

poeta  był  duszą  Isla  Negra.  Póki  tam  mieszkał,  ściągały  do  miasteczka  tłumy 
młodych ludzi z całego świata, mając za jedyny przewodnik tom dwudziestu wierszy 
o  miłości.  Chcieli  jedynie  popatrzeć  na  niego  przez  chwilę,  a  gdyby  się  dało  — 
poprosić o autograf, ale na ogół wystarczało im znaleźć się w tym miejscu. Gospoda 
była  wówczas gwarnym  i  wesołym  przybytkiem  rozrywki, gdzie Neruda wpadał od 
czasu do czasu okryty jakimś kolorowym ponczem, w andyjskiej czapeczce, potęŜny 
i dostojny jak jakiś papieŜ. Przychodził zadzwonić, bo własnego telefonu pozbył się 
dla większego spokoju, albo ugodzić się z właścicielką, doñą Eleną, co do kolacji dla 
grona przyjaciół, którą wydaje wieczorem. Oznacza to, Ŝe kuchnia gospody musiała 
być  szczególnie  wyszukana,  bo  Neruda  słynął  jako  ekspert  od  przysmaków  tego 
ś

wiata  i  znał  się  na  gotowaniu  jak  zawodowy  kucharz.  Odznaczał  się  tak 

wyrafinowanym  smakiem,  Ŝe  przywiązywał  wagę  do  najdrobniejszych  szczegółów 
dotyczących  nakrycia  stołu  i  potrafił  zmieniać  obrus,  zastawę  i  sztućce  dotąd,  aŜ 
idealnie pasowały do potraw, jakie miały być podane. Dwanaście lat po jego śmierci 
wszystko  opustoszało.  Doña  Elena  wyjechała  do  Santiago,  przytłoczona  troskami, 
jakie  wywołuje  tęsknota,  i  gospoda chyli się ku upadkowi. Pozostaje tu jednak ślad 
po  wielkiej  poezji:  od  czasu  ostatniego  trzęsienia  ziemi  w  Isla  Negra  występują 
nieustannie wstrząsy sejsmiczne, regularnie co dziesięć-piętnaście minut codziennie i 
co noc.

 

background image

 

54

 

Ziemia drŜy nieustannie w Isla Negra 

 

Znaleźliśmy dom Nerudy stojący w cieniu strzegących go sosen, otoczony z 

czterech stron prawie metrowej wysokości płotem, którym poeta odgrodził od świata 
swoje  Ŝycie  prywatne.  Teraz  ze  sztachet  wyrastają  juŜ  gałązki.  Napis  ostrzega,  Ŝe 
dom  został  opieczętowany  przez  policję  i  Ŝe  zabrania  się  wchodzić  i  fotografować. 
Karabinier,  który  co  jakiś  czas  robił  obchód,  wyraził  się  jeszcze  dosadniej:  „Tu 
wszystko  jest  zabronione”.  PoniewaŜ  to  wiedzieliśmy  jeszcze  przed  przyjazdem, 
włoski operator przywiózł potęŜny, rzucający się w oczy sprzęt, po to, by to na nim 
skupiła się uwaga karabinierów, a przenośną, lekką, niewielką kamerę dobrze ukrył. 
Poza  tym  grupa  jechała  trzema  samochodami,  Ŝeby  nie  wieźć  całego  nakręconego 
materiału do Santiago jednym autem: w przypadku aresztowania stracilibyśmy tylko 
posiadaną  taśmę.  Gdyby  nas  zatrzymano,  tamci  mieli  udawać,  Ŝe  mnie  nie  znają, 
Franz i ja zaś mieliśmy udawać dwójkę niewinnych turystów. 

Drzwi domu Nerudy były zamknięte od wewnątrz, okna przysłonięte białymi 

zasłonkami,  a  na  maszcie  przy  wejściu  nie  powiewała  flaga,  bo  tę  za  Ŝycia  poety 
wciągano tylko wówczas, gdy przebywał w Isla Negra. Na tle tego przygnębiającego 
obrazu  opuszczenia  przyciągał  uwagę  wspaniały  ogród,  pielęgnowany  przez  czyjeś 
niewidzialne ręce. Po przewrocie wojskowym Ŝona Nerudy, Matilde, która zmarła na 
krótko  przed  naszą  wizytą,  wywiozła  meble,  wywiozła  ksiąŜki,  wywiozła  kolekcje 
wszystkich  przedmiotów  boskich  i  ludzkich,  jakie  poeta  zebrał  przez  całe  tułacze 
Ŝ

ycie.  Bo  nie  prostotą,  a  raczej  wielce  wyszukanym  stylem  wyróŜniały  się  domy 

Nerudy  w  róŜnych  częściach  świata.  Pasja,  z  jaką  chwytał  naturę,  nie  tylko  w 
mistrzowskich  wersach,  kazała  mu  kolekcjonować  prastare  muszle,  maszkarony  z 
dziobów statków, dziwaczne okazy motyli, egzotyczne puchary i kielichy. W jednej z 
siedzib  gość  natykał  się  nagle  na  wypchanego  konia,  stojącego  jak  Ŝywy  pośrodku 
gabinetu. Poza tym jedną z jego wielkich twórczych obsesji, choć nie tak znaną jak 
poezja,  było  wprowadzanie  zmian  wedle  własnych  upodobań  w  układzie  samych 
budynków. Niektóre zostały przebudowane w sposób tak oryginalny, Ŝe aby przejść z 
salonu  do  jadalni  naleŜało  obejść  wokół  całe  patio,  a  poeta  miał  zawczasu 
przygotowane  parasole,  Ŝeby  w  porze  deszczowej  goście  mogli  spokojnie  jeść,  nie 
naraŜając  się  na  przeziębienie.  Nikt  nie  śmiał  się  głośniej  i  nie  był  bardziej 
zachwycony tymi pomysłami niŜ on sam. Jego wenezuelscy przyjaciele, którzy łączą 
zły  gust  z  pechem,  ostrzegali  go,  Ŝe  niektóre  okazy  z  tych  kolekcji  są  „fatalne”. 

background image

 

55

Inaczej mówiąc, ściągają nieszczęście. Śmiejąc się z tego, mawiał, Ŝe poezja stanowi 
antidotum  na  wszelkie  uroki,  i  udowadniał  to  wytrwale,  gromadząc  egzemplarze 
naprawdę straszliwe. 

Zasadniczo  Neruda  rezydował  w  Santiago,  przy  Calle  del  Marqués  de  la 

Plata,  i  tam  teŜ  zmarł  na  ostrą  białaczkę  kilka  dni  po  przewrocie  wojskowym 
dodatkowo  zgnębiony  obrotem  spraw.  Dom  został  splądrowany  przez  wiedzione 
Ŝą

dzą  odwetu  oddziały  wojska,  w  ogrodzie  zapłonęły  stosy  ksiąŜek.  Będąc 

ambasadorem rządu Unidad Popular w ParyŜu, za pieniądze z Nagrody Nobla Neruda 
zakupił w Normandii starą stajnię zamkową, którą przebudował na dom mieszkalny 
ze  stawem  z  nenufarami  kwitnącymi  na  róŜowo.  Wysokie  stropy  przypominały 
kościelne  sklepienia,  a  światło  wpadające  przez  witraŜe  zalewało  promiennymi 
barwami  poetę,  przyjmującego  gości  w  łoŜu,  w  pełnej  gali,  w  pozie  godnej  zaiste 
papieŜa. Cieszył się tą siedzibą zaledwie rok. 

JednakŜe  to  dom  w  Isla  Negra  czytelnicy  Nerudy  najczęściej  wiąŜą  z  jego 

wierszami.  Nawet  po  śmierci  poety,  mimo  opuszczenia,  w  jakim  się  znajduje,  dom 
ten  nadal  jest  celem  pielgrzymek  nowego  pokolenia  zakochanych,  którzy  za  Ŝycia 
Nerudy  nie  mieli  więcej  jak  po  osiem  lat.  PrzyjeŜdŜają  z  całego  świata,  malują 
serduszka  z  inicjałami  i  piszą  miłosne  wyznania  na  płocie  broniącym  dostępu  do 
domu.  Większość  to  wariacje  na  ten  sam  temat:  Juan  i  Rosa  wyznają  sobie  miłość 
słowami  Pabla
;  Dzięki  ci,  Pablo,  Ŝe  pokazałeś  nam  miłość;  Chcemy  kochać  tak 
mocno  jak ty
. Ale pojawiają się teŜ napisy innej treści, czego karabinierzy nie są w 
stanie zakazać, ani zmazać: Miłość nigdy nie ginie, panowie generałowie; Allende i 
Neruda  nadal  
Ŝyją;  Chwila  ciemności  nas  nie  oślepi.  Znajdują  się  one  nawet  w 
miejscach  najtrudniej  dostępnych,  a  cały  płot  sprawia  wraŜenie,  jakby  z  braku 
miejsca jedne napisy nakładały się na drugie. Przy odrobinie cierpliwości moŜna by 
tu odtworzyć całe poematy Nerudy, układając w strofy luźne wersy, które zakochani 
pisali  z  pamięci  na  sztachetach.  JednakŜe  najbardziej  zadziwiające  było  to,  Ŝe 
podczas  naszej  wizyty  co  dziesięć-piętnaście  minut  teksty  na  płocie  zdawały  się 
nabierać Ŝycia przy wstrząsach, jakie akurat w tym czasie targały ziemią. Płot niemal 
podskakiwał,  drewno  trzeszczało  w  zawiasach,  szkło  i  metal  dźwięczały  jak  na 
miotanej falą szalupie i miało się wraŜenie, Ŝe dosłownie cały świat drŜy wstrząsany 
potęŜną dawką miłości zasianej w ogrodzie przy domu. 

Kiedy  przystąpiliśmy  do  pracy,  wszystkie  nasze  zabiegi  okazały  się 

zbyteczne. Nikt nie odebrał kamer, nikt nie zakazał nam wejścia — karabinierzy po 
prostu  poszli  sobie  na  obiad.  Sfilmowaliśmy  wszystko,  duŜo  więcej,  niŜ 
planowaliśmy, Ugo bowiem był tak zachwycony podziemnymi wstrząsami morza, Ŝe 

background image

 

56

po pas wchodził w wodę, brnąc w fale rozbijające się z jakimś pierwotnym rykiem o 
skały.  Ryzykował  Ŝyciem,  bo  nawet  bez  wstrząsów  sejsmicznych  nieujarzmione 
morze mogło go rzucić na podwodne skały, nikt jednak nie zdołał go powstrzymać. 
Kręcił bez wytchnienia, nie bacząc na cel ani kierunek. KaŜdy, kto choć trochę zna 
się na tych sprawach, wie doskonale, Ŝe nic nie powstrzyma ani nie ujarzmi operatora 
w transie.

 

 

„Grazia wstąpiła do nieba” 

 

Tak jak ustaliliśmy, kaŜdą nakręconą taśmę natychmiast ekspediowaliśmy do 

Santiago,  skąd  Grazia  miała  wywieźć  całość  do  Włoch  jeszcze  najbliŜszego 
wieczoru.  Data  jej  podróŜy  nie  została  wybrana  przypadkiem.  Mniej  więcej  od 
tygodnia szukaliśmy sposobu, jak pozbyć się z Chile całego nakręconego dotychczas 
materiału,  nie  mogliśmy  jednak  ustalić  konspiracyjnych  szlaków  przerzutu 
przewidzianych  w  naszych  pierwotnych  planach.  I  właśnie  wtedy  usłyszeliśmy,  Ŝe 
oto  prosto  z  Rzymu  przybywa  nowy  chilijski  kardynał,  jego  eminencja  Francisco 
Fresno; ma on zastąpić kardynała Silvę Henriqueza, który skończywszy sześćdziesiąt 
pięć lat, odchodzi na emeryturę. Twórca i załoŜyciel Wikariatu Solidarności zaskarbił 
sobie  wdzięczność  mieszkańców  Santiago,  a  klerowi  zaszczepił  wolę  walki,  co 
spędzało sen z oczu władzom. 

Nie  bez  powodu.  W  najuboŜszych  dzielnicach  nędzy  są  bowiem  księŜa 

pracujący  jako  drwale,  murarze,  najzwyklejsi  rzemieślnicy  ręka  w  rękę  z  prostymi 
ludźmi; wielu z nich padło ofiarą policji w ulicznych manifestacjach. Nie tyle więc z 
uprzejmości  wobec  nowego  kardynała  —  którego  przekonania  polityczne 
pozostawały  póki  co  nieznane  —  ile  z  radości,  jaką  wywoływało  u  władz  odejście 
kardynała Silvy Henriqueza, rząd zawiesił na kilka dni restrykcje stanu wojennego i 
wzywał we wszystkich środkach przekazu, by nowego kardynała powitać w sposób 
absolutnie wyjątkowy. Ale równocześnie, tak na wszelki wypadek, generał Pinochet 
wraz z rodziną i całym dworem młodych, nikomu nie znanych ministrów udał się w 
dwutygodniową  podróŜ  na  północ  kraju,  bez  wątpienia  po  to,  by  ani  on,  ani  nikt  z 
jego  orszaku  nie  czuł  się  zobligowany  do  uczestnictwa  w  ceremonii  powitalnej, 
której  przebieg  trudno  było  przewidzieć.  W  całym  mieście,  zdezorientowanym 
sprzecznymi decyzjami władz, znalazło się ledwie dwa tysiące ludzi, którzy przyszli 
na Plaza de Armas, gdzie spokojnie zmieściłoby się — jak zresztą oczekiwano — co 
najmniej sześć tysięcy. 

background image

 

57

W  kaŜdym  razie  łatwo  było  przewidzieć,  Ŝe  tego  popołudnia  niepewność 

władz  to  rzecz  najbardziej  sprzyjająca  wypchnięciu  z  Chile  pierwszej  partii  taśm. 
Jeszcze tej samej nocy dotarł do nas, do Valparaiso, zaszyfrowany meldunek: Grazia 
wst
ąpiła do nieba. Bo tak było w istocie: przyjechała na lotnisko otoczone kordonem 
wojska  jak  nigdy,  ale  teŜ  jak  nigdy  pełne  bałaganu  i  napięcia,  i  nie  kto  inny  jak 
funkcjonariusze  policji  pomogli  jej  odprawić  bagaŜe,  Ŝeby  tylko  szybko  weszła  na 
pokład tego samego samolotu, którym właśnie przyleciał kardynał. 

background image

 

58

Stało się: policja na tropie 

 

Ów weekend, gdy kręciłem materiał w Concepción i Valparaiso, nie dając o 

sobie  znaku  Ŝycia,  Elena  spędziła  cała  w  nerwach.  Zobowiązana  informować 
natychmiast  o  kaŜdym  moim  zniknięciu,  odczekała  dłuŜej  niŜ  naleŜało,  świadoma 
widać, jaki ze mnie niepoprawny miłośnik improwizacji. Czekała całą noc z soboty 
na  niedzielę.  Rano,  widząc,  Ŝe  mnie  nie  ma,  próbowała  bezskutecznie  nawiązać 
kontakt  z  ludźmi,  którzy  mogli  coś  o  mnie  wiedzieć.  Wyznaczyła  sobie  ostateczny 
termin  na  godzinę  dwunastą  w  południe  w  poniedziałek,  później  miała  przekazać 
dramatyczną wiadomość; na szczęście rano ujrzała mnie w drzwiach hotelu z twarzą 
nieogoloną i noszącą wyraźne ślady niewyspania. Uczestniczyła w niejednej waŜnej i 
ryzykownej misji i przysięgała mi, Ŝe nigdy nie przeŜyła tylu męczarni, co przy mnie 
—  fałszywym,  niepokornym  małŜonku.  Tyle  Ŝe  tym  razem  miała  dodatkowe, 
uzasadnione  powody.  W  efekcie  bowiem  licznych,  trudnych  do  opowiedzenia 
zabiegów, serii spotkań i drobiazgowych ustaleń zdołała umówić mnie tego właśnie 
dnia na godzinę jedenastą rano na spotkanie z przywódcami Frente Patriótico Manuel 
Rodriguez — Patriotycznego Frontu imienia Manuela Rodrigueza. 

Było to z całą pewnością spotkanie najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne 

ze  wszystkich  zaplanowanych,  a  zarazem  najistotniejsze.  Frente  Patriótico  Manuel 
Rodriguez tworzą niemal wyłącznie ludzie naleŜący do pokolenia, które jeszcze nie 
ukończyło podstawówki, gdy Pinochet zagarnął władzę. Front zadeklarował się jako 
zwolennik  jedności  wszystkich  sektorów  opozycji  na  rzecz  obalenia  dyktatury  i 
przywrócenia  demokracji,  która  pozwoli  narodowi  chilijskiemu  stanowić  w  pełni 
samorządnie o własnym losie. Jego nazwa nawiązuje do postaci wielce zasłuŜonej dla 
chilijskiej  niepodległości  zdobytej  w  1810  roku;  Manuel  Rodriguez  zdawał  się 
dysponować  nadnaturalną  siłą,  by  przechytrzyć  wszelkie  posterunki,  zarówno 
wewnętrzne,  jak  i  zewnętrzne,  i  utrzymał  stały  kontakt  między  wojskami 
wyzwoleńczymi  w  Mendozie,  po  stronie  argentyńskiej,  a  konspiracyjnymi  siłami 
oporu w kraju, działającymi nadal po klęsce patriotów i ponownym przejęciu władzy 
przez  rojalistów.  Wiele  elementów  ówczesnej  sytuacji  wykazuje  bardzo  wyraźne 
podobieństwa z obecną sytuacją w Chile. 

Wywiad z przywódcami Frente Patriótico Manuel Rodriguez to wyróŜnienie, 

o jakim marzy kaŜdy dobry dziennikarz. Nie mogłem stanowić wyjątku. Udało mi się 

background image

 

59

dotrzeć  na  umówione  miejsce  dosłownie  w  ostatniej  chwili,  a  przedtem  poustawiać 
członków ekipy w rozmaitych umówionych miejscach. Przybyłem sam na przystanek 
autobusowy  przy  ulicy  Providencia  z  ustalonym  znakiem:  aktualnym  numerem  „El 
Mercurio” i egzemplarzem czasopisma „¿Que pasa?”. Miałem jedynie czekać, aŜ ktoś 
podejdzie  do  mnie  i  zapyta:  ”Jedzie  pan  na  plaŜę?”.  Miałem  na  to  odpowiedzieć: 
„Nie,  wybieram  się  do  zoo”.  Hasło  brzmiało  absurdalnie,  bo  nikomu  nie  wpadłoby 
przecieŜ  do  głowy  jechać  na  plaŜę  jesienią,  ale  dwaj  łącznicy  Frente  Patriótico 
powiedzieli mi później, nie bez słuszności, Ŝe właśnie przez tę absurdalność odpadała 
moŜliwość,  by  ktoś  uŜył  takiego  zdania  przez  pomyłkę  bądź  przez  przypadek.  Po 
dziesięciu minutach, kiedy czułem juŜ, Ŝe moja obecność zbytnio rzuca się w oczy w 
miejscu  tak  uczęszczanym,  ujrzałem  młodego  człowieka  średniego  wzrostu,  bardzo 
szczupłego,  utykającego  na  lewą  nogę  i  w  berecie,  który  juŜ  z  daleka  pozwalał 
rozpoznać w nim konspiratora. Podszedł do mnie, nie siląc się na Ŝadne udawanie, a 
ja ruszyłem ku niemu, jeszcze zanim przekazaliśmy sobie hasło i odzew. 

—  Nie  mogłeś  się  przebrać  jakoś  inaczej?  —  zapytałem  ubawiony  — 

wyglądasz tak, Ŝe nawet ja się domyśliłem, kim jesteś. 

Spojrzał na mnie raczej speszony niŜ zaskoczony. 
— Bardzo się rzucam w oczy? 
— Na milę — potwierdziłem 
Chłopak  miał  poczucie  humoru  i  nie  pozował  na  konspiratora,  co  od 

pierwszej  chwili  pozwoliło  złagodzić  napięcie.  Gdy  tylko  do  mnie  podszedł, 
zatrzymała  się  przy  nas  furgonetka  z  nazwą  jakiejś  piekarni;  wsiadłem  do  niej  i 
usadowiłem  się  na  miejscu  obok  kierowcy.  KrąŜyliśmy  sporo  po  centrum  miasta, 
zbierając z najróŜniejszych miejsc członków włoskiej ekipy. Później zostawiono nas 
w  pięciu  róŜnych  punktach,  potem  znów  rozwoŜono  róŜnymi  samochodami,  a  na 
koniec  ponownie  zebrano  w  kolejnej  furgonetce,  gdzie  leŜały  juŜ  kamery,  światła  i 
sprzęt nagłaśniający. Czułem się tak, jakbym grał w filmie szpiegowskim. Łącznik w 
berecie o twarzy konspiratora zniknął przy którejś kolejnej rundzie i nigdy więcej go 
nie  widziałem.  Zamiast  niego  pojawił  się  kierowca  obdarzony  swoistym  poczuciem 
humoru  i  niebywale  zasadniczy.  Usadowiłem  się  obok  niego,  reszta  ekipy 
rozmieściła się z tyłu, w części przeznaczonej na towar. 

—  Zrobimy  sobie  przejaŜdŜkę  —  powiedział  —  poczujecie  zapaszek 

chilijskiego morza. 

Nastawił radio na cały regulator i zaczął krąŜyć po mieście, aŜ sam straciłem 

orientację, gdzie jesteśmy. To mu jednak nie wystarczyło: kazał nam zamknąć oczy, 
uŜywając  chilijskiego  wyraŜenia,  które  juŜ  ulotniło  mi  się  z  pamięci:  „Dobra, 

background image

 

60

dzieciaki:  a  teraz  kimać”.  Widząc,  Ŝe  nie  reagujemy,  powtórzył  w  sposób  bardziej 
zrozumiały: 

— No prędzej, pozamykać oczka i nie otwierać, póki nie powiem, bo jak nie, 

to koniec bajki. 

Dodał,  Ŝe  przy  tego  typu  operacjach  posługiwano  się  zawsze  specjalnym 

rodzajem  ślepych  okularów,  które  z  daleka  wyglądają  jak  zwykłe  okulary 
przeciwsłoneczne,  ale  nic  przez  nie  widać.  Niestety,  zapomniał  je  zabrać.  Włosi 
siedzący z tyłu nie rozumieli jego chilijskiej gwary i musiałem słuŜyć za tłumacza. 

— Prześpijcie się — poleciłem. 
Z ich min wynikało, Ŝe nadal niczego nie rozumieją. 
— Przespać się? 
— Słyszycie, co mówię: kładźcie się, zamknijcie oczy i nie otwierajcie, póki 

nie powiem.

 

 

O dziesięć boler dalej 

 

Pozwijali  się  w  kłębki  na  podłodze  furgonetki,  a  ja  starałem  się  rozpoznać 

okolice, przez które przejeŜdŜaliśmy. Niestety kierowca oznajmił mi bez ogródek: 

— Pana to teŜ dotyczy, kolego, kimamy, i to juŜ! 
Oparłem więc głowę o wezgłowie siedzenia, zamknąłem oczy i zatopiłem się 

w  bolerach,  które  nieustannie  płynęły  z  radia.  Bolera  wiecznie  Ŝywe:  Raul  Chu 
Moreno,  Lucho  Gatica,  Hugo  Romani,  Leo  Marini.  Czas  płynął,  pokolenia 
odchodziły, a bolero królowało niepokonane w sercach Chilijczyków, bardziej niŜ w 
jakimkolwiek  innym  kraju. Furgonetka  co  pewien  czas  przystawała,  dochodziły  nas 
jakieś  niezrozumiale  szepty,  a  potem  głos  naszego  kierowcy:  „To  na  razie”. 
Prawdopodobnie  kontaktował  się  z  innymi  działaczami  Frente  Patriótico,  którzy 
czekali  nań  w  określonych  miejscach  i  przekazywali  mu  informacje  co  do  dalszej 
drogi.  Raz  spróbowałem  otworzyć  oczy,  myśląc,  Ŝe  tego  nie  zauwaŜy,  ale  wtedy 
odkryłem,  Ŝe  ustawił  lusterko  wsteczne  w  taki  sposób,  Ŝe  mógł  prowadzić,  bądź 
rozmawiać z łącznikami, nie spuszczając z nas wzroku. 

—  Bez  takich  numerków!  —  ostrzegł  w  pewnej  chwili.  —  Jak  mi  ktoś 

otworzy oczy, zawracamy do domciu i cześć pieśni. 

Zamknąłem więc oczy ponownie i zacząłem wtórować radiu: Que te quiero, 

sabras  que  te  quiero.  Włosi  leŜący  w  tyle  na  podłodze  podchwycili  melodię. 
Kierowca rozpromienił się. 

background image

 

61

—  Tak  jest,  dzieciaki,  pośpiewajcie  sobie,  dobrze  wam  to  idzie.  Jesteście  w 

dobrych rękach. 

Przed  opuszczeniem  Chile  miałem  takie  swoje  miejsca  w  Santiago,  które 

rozpoznawałem  z  zamkniętymi  oczami:  rzeźnie  po  odorze  zestarzałej  krwi,  osiedle 
San Miguel po zapachu oleju silnikowego i urządzeń kolejowych. W Meksyku, gdzie 
przez wiele lat mieszkałem, zawsze rozpoznawałem wylot na Cuernavacę, bo unosił 
się  tam  charakterystyczny  dym  z  papierni,  a  dym  z  rafinerii  oznaczał  dzielnicę 
Azcapotzalco.  Tamtego  przedpołudnia  w  Santiago  nie  czułem  Ŝadnego  znanego 
zapachu, mimo Ŝe szukałem takowego z czystej ciekawości, kiedy sobie śpiewaliśmy. 
Byliśmy przy dziesiątym bolerze, kiedy furgonetka stanęła. 

—  Nie  otwierać  oczek  —  szybko  zaznaczył  nasz  kierowca  —  wysiądziemy 

grzeczniutko, trzymając się za rączki, Ŝeby nikt nie potłukł sobie tyłeczka. 

Tak  teŜ  uczyniliśmy,  a  następnie  ruszyliśmy  pod  górę  i  znowu  w  dół 

piaszczystą ścieŜką, stromą i zacienioną. Na koniec pogrąŜyliśmy się w ciemnościach 
mniej  chłodnych,  za  to  przesyconych wonią  świeŜych ryb  i  przez chwilę  myślałem, 
Ŝ

e  dojechaliśmy  nad  morze,  do  Valparaiso.  Ale  podróŜ  trwała  zbyt  krotko.  Kiedy 

kierowca  pozwolił  nam  wreszcie  otworzyć  oczy,  znajdowaliśmy  się  w  piątkę  w 
wąskim  pomieszczeniu  o  czystych  ścianach,  z  tanimi,  ale  dobrze  utrzymanymi 
meblami.  Na  wprost  mnie  stał  młody,  dobrze  ubrany  człowiek  ze  sztucznymi, 
przyklejonymi naprędce wąsami. Parsknąłem śmiechem. 

—  Przyklej  je  porządnie  —  powiedziałem  —  bo  nikt  nie  uwierzy,  Ŝe  są 

prawdziwe. 

TeŜ się roześmiał i odkleił wąsy. 
— Spieszyłem się — wyjaśnił. 
W  ten  sposób  przełamaliśmy  lody  i,  Ŝartując,  przeszliśmy  do  sąsiedniego 

pomieszczenia,  gdzie  leŜał,  drzemiąc  widocznie,  młody  człowiek  z  obandaŜowaną 
głową. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, Ŝe znajdujemy się w konspiracyjnym szpitalu, 
nieźle  zresztą  wyposaŜonym,  a  ranny  to  Fernando  Larenas  Seguel,  najbardziej 
poszukiwany człowiek w Chile. 

Miał  dwadzieścia  jeden  lat  i  był  najbardziej  aktywnym  działaczem  Frente 

Patriótico  Manuel  Rodriguez.  Dwa  tygodnie  temu,  kiedy  wracał  samochodem  do 
domu w Santiago o pierwszej w nocy, sam i nieuzbrojony, otoczyło go nagle czterech 
ludzi  w  cywilu  z  wojskowymi  karabinami.  Nie  padł  Ŝaden  rozkaz,  Ŝadne  pytanie; 
jeden z nich strzelił przez szybę, a kula przebiła lewe przedramię i zraniła Larenasa w 
głowę.  Czterdzieści  osiem  godzin  późnej  czterech  bojowników  Frente  Patriótico 
dostało się do Kliniki Matki Boskiej ŚnieŜnej, gdzie ranny w stanie śpiączki leŜał pod 

background image

 

62

straŜą  policji,  i  choć  doszło  do  wymiany  ognia,  zdołali  go  wynieść  i  przewieźć  do 
jednego  z  czterech  zakonspirowanych  szpitali  ruchu.  W  dniu  naszego  spotkania  z 
wolna odzyskiwał juŜ zdrowie i czuł się na tyle dobrze, by odpowiadać na zadawane 
pytania. 

Kilka  dni  później  zostaliśmy  przyjęci  przez  najwyŜsze  władze  Frente 

Patriótico, przy zachowaniu identycznych jak wcześniej, dosłownie z kina wziętych, 
ś

rodków  ostroŜności,  z  jedną  istotną  róŜnicą:  zamiast  w  zakonspirowanym  szpitalu 

spotkaliśmy  się  w  radosnym  i  ciepłym  domu  ludzi  naleŜących  do  klasy  średniej,  z 
ogromną  kolekcją  płyt  wielkich  mistrzów  i  wspaniałą  biblioteką  pełną  juŜ 
przeczytanych  ksiąŜek;  rzecz  rzadka  nawet  w  dobrych  czytelniach.  Nasi  rozmówcy 
mieli  wystąpić  z  zasłoniętymi  twarzami,  uznaliśmy  jednak,  Ŝe  lepiej  z  tego 
zrezygnować,  ograniczając  się  do  pewnych  zabiegów  technicznych:  odpowiedniego 
ustawienia świateł i sposobu kadrowania. W efekcie, co widać na filmie, są bardziej 
przekonujący, a w dodatku więcej w nich człowieczeństwa, a mniej okrucieństwa niŜ 
przy tradycyjnie prowadzonych wywiadach z działaczami podziemia. 

Po  serii  najróŜniejszych  spotkań  z  osobistościami  Ŝycia  publicznego  — 

zarówno  tymi,  którzy  działają  oficjalnie,  jak  i  tymi,  którzy  pozostają  w  pełnej 
konspiracji  —  doszliśmy  z  Eleną  do  wniosku,  Ŝe  powinna  ona  wrócić  do  swych 
normalnych zadań w Europie, gdzie od jakiegoś czasu stale mieszka. Jej działalność 
polityczna  jest  zbyt  waŜna,  by  tutaj,  bez  koniecznej  potrzeby  naraŜała  się  na 
niebezpieczeństwo, a mnie nabyte dotąd doświadczenia pozwalają juŜ bez jej pomocy 
dokończyć pozostałe wątki filmu, łatwiejsze w realizacji. Po dziś dzień nie spotkałem 
Eleny, a wtedy, gdy patrzyłem, jak idzie w kierunku stacji metra, ponownie ubrana w 
spódniczkę  w  szkocką  kratę  i  mokasyny,  jak  uczennica,  uświadomiłem  sobie,  Ŝe 
będzie mi jej brak bardziej niŜ bym sądził, po tylu dniach fikcyjnego związku i tylu 
wspólnych przejściach. 

W  przewidywaniu,  Ŝe  zagraniczne  ekipy  będą  kiedyś  musiały  wyjechać  z 

Chile albo, co gorsza, otrzymają zakaz dalszego kręcenia, zwróciłem się do jednego z 
oddziałów podziemnego ruchu oporu o pomoc w zebraniu ekipy młodych filmowców 
naleŜących do ich organizacji. Był to dobry pomysł. Zespół ten wykonał powierzone 
mu zadanie równie szybko i z równie świetnym rezultatem co pozostałe, a przy tym 
okazywał  niezwykły  entuzjazm  do  tego,  co  robi;  zapewniono  nas,  Ŝe  są  to  ludzie 
godni całkowitego zaufania i doskonale potrafią sobie poradzić w przypadku ryzyka. 
Pod koniec, kiedy zagraniczne ekipy juŜ mi nie wystarczały i potrzebowałem więcej 
ludzi  do  nakręcenia  scen  w  poblaciones,  ten  właśnie  pierwszy  zespół  podjął  się 
zadania  stworzenia  kilku  kolejnych,  a  te  —  następnych;  w  rezultacie  w  ostatnim 

background image

 

63

tygodniu mojego pobytu pracowało dla mnie równolegle w róŜnych miejscach sześć 
ekip  chilijskich.  Pomogły  mi  one  ponadto  lepiej  i  rozsądniej  ocenić  stopień 
zdeterminowania  i  skuteczność  działania  młodego  pokolenia,  ludzi  zdecydowanych 
bez pośpiechu i bez rozgłosu uwolnić Chile od katastrofalnych rządów wojska. Mimo 
młodego  wieku  mają  oni  więcej  niŜ  jedną  wizję  przyszłości,  a  za  sobą  —  lata 
anonimowej  działalności  i  cichych  zwycięstw,  czym  się  nie  chwalą,  skrywając  to 
gdzieś w głębi serca. 

 

Coś zaczyna się dziać wokół nas 

 

Kiedy  nagrywaliśmy  wywiady  z  kierownictwem  Frente  Patriótico  Manuel 

Rodrlguez, ekipa francuska, w pełni wykonawszy ustalony plan pracy, przyjechała do 
Santiago.  Było  to  konieczne,  bo  północ  Chile  to  historyczny  region  narodzin 
pierwszych  partii  politycznych.  Tam  o  wiele  bardziej  szanuje  się  ciągłość 
ideologiczną  i  polityczną,  począwszy  od  Luisa  Emilia  Recabarrena,  załoŜyciela 
pierwszej  partii  robotniczej  na  początku  dwudziestego  wieku,  aŜ  po  Salvadora 
Allende.  To  tutaj  leŜy  jedna  z  najbogatszych  w  świecie  kopalni  miedzi, 
zmodernizowana  przez  Anglików  w  wieku  dziewiętnastym,  w  epoce  rewolucji 
przemysłowej. Stąd wywodzi się chilijska klasa robotnicza, jak równieŜ chilijski ruch 
społeczny,  z  całą  pewnością  najpowaŜniejszy  w  całej  Ameryce  Łacińskiej. 
NajwaŜniejszym,  ale  zarazem  najbardziej  ryzykownym  posunięciem  Allende  jako 
prezydenta  była  nacjonalizacja  kopalni  miedzi.  Jednym  z  pierwszych  posunięć 
Pinocheta było zwrócenie ich dawnym właścicielom. 

Sprawozdanie  robocze  Jean-Claude’a,  szefa  ekipy  francuskiej,  było 

niezwykle szczegółowe i obszerne. Musiałem wyobrazić sobie wszystko na ekranie, 
Ŝ

eby potem nie zepsuć całego filmu, bo przecieŜ nie mogłem zobaczyć ujęć, póki nie 

znajdę  się  z  powrotem  w  Madrycie,  po  zakończeniu  zdjęć,  a  wtedy  będzie  juŜ  za 
późno na jakiekolwiek poprawki. Po części ze względów bezpieczeństwa, ale przede 
wszystkim  z  uwagi  na  przyjemność  przebywania  w  Chile,  nie  spotkaliśmy  się  w 
jakimś  konkretnym  miejscu,  tylko  spacerowaliśmy  po  mieście  któregoś  kolejnego 
ranka  tej  przełomowej  jesieni.  Chodziliśmy  po  centrum,  jeździliśmy  mniej 
uczęszczanymi  autobusami,  piliśmy  kawę  w  miejscach  najbardziej  widocznych, 
jedliśmy  owoce  morza  popijając  piwem,  a  z  nastaniem  wieczoru  znajdowaliśmy  się 
tak daleko od hotelu, Ŝe postanowiliśmy wrócić metrem. 

Nie  znałem  metra,  bo  zbudowano  je  juŜ  za  rządów  junty  wojskowej,  choć 

background image

 

64

budowę  rozpoczynał  jeszcze  rząd  Freia,  a  kontynuował  Allende.  Zdumiała  mnie 
panująca  tam  czystość,  zaskoczyło  znakomite  funkcjonowanie,  a  takŜe  łatwość,  z 
jaką  moi  rodacy  przyzwyczaili  się  do  tego  podziemnego  środka  transportu.  Tego 
ś

wiata dotychczas nie odkryłem, brakowało nam bowiem przekonującego argumentu, 

by  ubiegać  się  o  zezwolenie  na  zdjęcia  w  metrze.  To,  Ŝe  zbudowali  je  Francuzi, 
podsunęło  nam  myśl,  Ŝe  ekipa  Jean-Claude’a  moŜe  tu  właściwie  zrobić  kilka  ujęć. 
Rozmawiając  właśnie  na  ten  temat,  doszliśmy  do  stacji  Pedro  Valdivia  i  oto  na 
schodach  odniosłem  nagle  niepokojące  wraŜenie,  Ŝe  ktoś  nas  obserwuje.  Tak  było 
istotnie: policjant w cywilu wpatrywał się w nas tak intensywnie, Ŝe jego spojrzenie i 
moje skrzyŜowały się nagle. 

W owym czasie potrafiłem juŜ rozpoznać w tłumie policjanta w cywilu. Choć 

sami  uwaŜają,  Ŝe  chodzą  ubrani  z  wiejska,  nie  sposób  ich  nie  rozpoznać  w  tych 
niemodnych granatowych marynarkach trzy czwarte, z włosami ogolonymi niemal do 
skóry jak u rekrutów. Ale pierwsze, co ich zdradza to sposób, w jaki patrzą. 

Chilijczycy  nikomu  się  nie  przypatrują:  idą  ulicą  czy  jadą  autobusem  ze 

spuszczonym  wzrokiem.  Gdy  więc  dostrzegłem  korpulentnego  jegomościa,  który 
nadal  gapił  się  na  mnie,  choć  widział,  Ŝe  to  zauwaŜyłem,  zidentyfikowałem  go 
natychmiast jako policjanta w cywilu. Stał, trzymając ręce w kieszeniach marynarki z 
grubego  sukna,  z  papierosem  przylepionym  do  warg,  mruŜąc  lewe  oko  z  powodu 
dymu  —  Ŝałosna  imitacja  detektywów  z  filmów  kryminalnych.  Nie  wiem,  czemu 
wydało  mi  się,  Ŝe  to  Guatón  Romo,  tajny  agent  junty,  który  udając  Ŝarliwego 
lewicowca  zdołał  przeniknąć  w  szeregi  opozycji,  po  czym  wydał  wielu  działaczy 
podziemia, których następnie zgładzono. 

Przyznaję, Ŝe popełniłem powaŜny błąd, wpatrując się w niego, ale w sposób 

nieunikniony zadziałał tu nieświadomy impuls, a nie świadomy akt woli. Wiedziony 
tą samą instynktowną siłą spojrzałem najpierw w lewo, potem w prawo i zobaczyłem 
jeszcze  dwóch.  „Rozmawiajmy  obojętnie  o  czym  —  poleciłem  cicho  Jean-
Claude’owi  —  mów  coś  do  mnie,  ale  bez  Ŝadnych  ruchów,  nie  rozglądaj  się,  nie 
odwracaj”. Zrozumiał i szliśmy dalej jak dwa niewiniątka, aŜ z powrotem wyszliśmy 
na  powierzchnię.  Był  wieczór,  ale  znacznie  cieplejszy  i  jaśniejszy  niŜ  w  dni 
poprzednie  i  tłumy  ludzi  wracały  Alamedą  do  domu.  Odsunąłem  się  od  Jean-
Claude’a. 

— Znikaj — mruknąłem — jakoś cię później znajdę. 
Ruszył  biegiem  w  prawo,  a  ja  w  lewo  i  szybko  wmieszałem  się  w  tłum. 

Złapałem  taksówkę,  która  zatrzymała  się  tuŜ  przy  mnie  dosłownie  w  wymarzonej 
chwili, jak gdyby przysłała ją tutaj moja własna matka, i wsiadając, dojrzałem trzech 

background image

 

65

zdezorientowanych facetów, którzy wybiegli z metra i nie wiedzieli, za kim biec, za 
Jean-Claude’em czy za mną, a potem tłum ich wchłonął. 

Cztery przecznice dalej wysiadłem, złapałem taksówkę jadącą w przeciwnym 

kierunku,  później  kolejną,  i  następną,  aŜ  wreszcie  uznałem,  Ŝe  chyba  juŜ  mnie  nie 
ś

cigają. Nie rozumiem jedynie i w ogóle nie potrafię pojąć, po co mieli nas śledzić. 

Wysiadłem  przy  pierwszym  lepszym  kinie  i  wszedłem,  nie  patrząc  nawet,  co  grają, 
przekonany,  jak  zawsze  —  to  takie  najczystsze  zboczenie  zawodowe  —  Ŝe  nigdzie 
nie ma lepszych i bezpieczniejszych warunków do myślenia. 

 

Jak się panu widzą moje okrągłości? 

 

W kinie szedł spektakl kombinowany: trochę filmu, trochę przedstawienia na 

Ŝ

ywo. Nie zdąŜyłem jeszcze usiąść, kiedy film się skończył, zapalono część świateł i 

konferansjer  zaczął  rozwlekle  zachwalać  spektakl.  Byłem  wciąŜ  pod  tak  wielkim 
wraŜeniem tego, co się stało, Ŝe wciąŜ spoglądałem na drzwi, czy przypadkiem tu za 
mną  nie  trafią.  Ludzie  siedzący  obok  takŜe  zaczęli  popatrywać  na  drzwi,  z  równie 
wielkim zaciekawieniem, co jest w końcu typowe: wystarczy na ulicy nagle spojrzeć 
w  niebo  i  zaraz  cały  tłum  przystaje  i  teŜ  podnosi  głowy,  starając  się  wypatrzyć  to 
samo. Ale tam istniały chyba jakieś dodatkowe przyczyny. W ogóle wszystko w tym 
przybytku  X  muzy  było  przedziwne.  Dekoracja,  światła,  połączenie  ekranu  i 
striptease’u,  a  przede  wszystkim  publiczność  —  sami  faceci  i  to  w  dodatku  o 
wyglądzie  zbiegów  naprawdę  nie  wiadomo  skąd.  KaŜdy  policjant,  słusznie  czy 
niesłusznie, uznałby to zgromadzenie za wysoce podejrzane. 

WraŜenie  zakazanego  spektaklu  dodatkowo  wzmacniali  wykonawcy, 

zwłaszcza  sam  konferansjer,  który  zapowiadając  dziewczyny  wychodzące  na  scenę, 
opisywał  je  niczym  jakieś  smakowite  potrawy.  Zbierały  się  wokół  niego,  bardziej 
nagie niŜ w chwili narodzin, bo ich wymalowane ciała miały podkreślać nieistniejące 
walory.  Po  wstępnym  przemarszu  pozostała  na  scenie  brunetka  monumentalnych  o 
monumentalnych  okrągłościach,  która  kiwała  się  i  ruszała  ustami,  udając,  Ŝe  to  ona 
ś

piewa  piosenkę  Rocio  Jurado  nastawioną  z  płyty  na  cały  regulator.  Minęło  juŜ 

dostatecznie  duŜo  czasu,  bym  mógł  zaryzykować  opuszczenie  lokalu,  gdy  naraz 
zeszła  ze  sceny,  ciągnąc  za  sobą  węŜowe  sploty  sznura  od  mikrofonu,  i  zaczęła 
zadawać  widzom  pytania  z  bezwstydnym  wdziękiem.  Czekałem  na  sprzyjający 
moment,  Ŝeby  wreszcie  wyjść,  kiedy  nagle  poczułem  światła  reflektora  skierowane 
wprost na mnie i usłyszałem wulgarny głos fałszywej Rocio: 

background image

 

66

— A moŜe pan, pan z taką elegancką łysinką. 
To oczywiście nie za siebie, ale za moje drugie ja, za tego kogoś, w którego 

skórę niestety się wcielałem, musiałem odpowiadać. Panienka podeszła z tym swoim 
mikrofonem tak blisko mnie, Ŝe poczułem zapach cebuli w jej oddechu i zapytała: 

— Jak się szanowny pan zapatruje na moje biodra? 
— No cóŜ — rzuciłem do mikrofonu — niczego sobie.  
Odwróciła  się  do  mnie  tyłem  i  zaczęła  ruszać  pośladkami,  ocierając  się 

niemal o moją twarz. 

— A moje okrągłości, szanowny panie? Jak się panu widzą? 
— Muszę przyznać, Ŝe absolutnie wspaniałe. 
Po  kaŜdej  mojej  odpowiedzi  w  głośnikach  rozlegał  się  nagrany  gromki 

ś

miech  —  jak  w  infantylnych  amerykańskich  komedyjkach  w  telewizji.  Sztuczka 

była konieczna, bo na sali nikt się nie śmiał, za to kaŜdy starał się jak najmniej rzucać 
w oczy. Panienka podeszła jeszcze bliŜej mnie i zaczęła się wyginać tuŜ przy mojej 
twarzy, demonstrując z kolei prawdziwy pieprzyk na pośladku, czarny i włochaty jak 
pająk. 

— Podoba się szanownemu panu mój pieprzyk? 
Po  kaŜdym  pytaniu  podsuwała  mi  do  ust  mikrofon,  Ŝeby  wszyscy  słyszeli 

moją odpowiedź. 

— Pewnie — odparłem — jest pani wspaniała w kaŜdym calu. 
—  A  co  byśmy  robili,  gdybym  panu  zaproponowała  noc  we  dwoje?  Proszę 

nam dokładnie opisać. 

— No cóŜ, nie bardzo wiem; pewnie byśmy się kochali do białego rana. 
Pytaniom  nie  było  końca.  W  dodatku  zdesperowany  zapomniałem  o  moim 

urugwajskim akcencie i dopiero w ostatniej chwili zdołałem skorygować błąd. Wtedy 
zapytała,  skąd  jestem,  nieudolnie  przedrzeźniając  mój  nieokreślony  akcent,  a 
usłyszawszy odpowiedź, wykrzyknęła: 

— Urugwajczycy są wspaniali w łóŜku! Pan nie? 
Nie pozostało mi nic innego niŜ okazać, Ŝe mnie to juŜ nudzi. 
— Wie pani co, chyba wystarczy. 
Zrozumiała, Ŝe na mnie nie ma co liczyć, i rozejrzała się za innym rozmówcą. 

Gdy  tylko  uznałem,  Ŝe  moje  wyjście  nie  będzie  zbyt  ostentacyjne,  pospiesznie 
opuściłem  kino i pieszo udałem się do hotelu, targany narastającym niepokojem, Ŝe 
wszystko, co się tego wieczoru wydarzyło, absolutnie nie było dziełem przypadku. 

background image

 

67

Uwaga: Mamy generała, który gotów mówić 

 

Poza kontaktami Eleny zbudowałem sobie własny, uboczny świat pracy, a to 

dzięki  przyjaciołom  sprzed  lat,  którzy  najpierw  pomogli  mi  przy  utworzeniu 
chilijskich  ekip  filmowych,  a  potem  przy  wyprawach  do  poblaciones.  Pierwszą 
osobą,  którą  odszukałem  po  powrocie  z  Concepción,  była  Eloisa  —  piękna, 
elegancka  kobieta,  obecnie  Ŝona  jakiegoś  znanego  przemysłowca.  Skontaktowała 
mnie  ona  ze  swoją  teściową,  wdową  po  siedemdziesiątce,  odwaŜną  i  sprytną,  która 
walczyła z samotnością, oglądając namiętnie telewizyjne seriale i marząc skrycie, by 
naprawdę przeŜyć coś niezwykłego i niebezpiecznego. 

Eloisa i ja prowadziliśmy wspólnie działalność polityczną na uniwersytecie, a 

nasza  przyjaźń  skonsolidowała  się  w  czasie  ostatniej  kampanii  prezydenckiej 
Salvadora Allende, przy której oboje pracowaliśmy w dziale propagandy. W kilka dni 
po  przylocie  dowiedziałem  się  przypadkiem,  Ŝe  teraz  jest  ona  gwiazdą  w  jakiejś 
agencji public relations i nie mogłem oprzeć się pokusie, by do niej zadzwonić, nie 
przedstawiając  się  na  razie,  i  sprawdzić,  czy  to  rzeczywiście  ona.  Spokojny 
zdecydowany  głos  w  słuchawce  mógł  istotnie  naleŜeć  do  niej,  ale  coś  mi  nie 
pasowało  w  dykcji.  Jeszcze  tego  samego  wieczoru  zasiadłem  samotnie  w  kawiarni 
przy  ulicy  Huerfano,  skąd  mogłem  obserwować  wejście  do  biura,  gdzie  pracuje,  i 
zobaczyłem,  Ŝe  to  naprawdę  ona.  Mało  Ŝe  wcale  nie  było  po  niej  widać  upływu 
dwunastu  lat  od  czasu,  gdy  widzieliśmy  się  ostatnio,  to  wyglądała  piękniej  i 
wytworniej 

niŜ 

kiedykolwiek 

przedtem. 

ZauwaŜyłem 

teŜ, 

Ŝ

nie 

ma 

umundurowanego  szofera,  jak  moŜna  by  się  spodziewać  po  Ŝonie  wpływowego 
burŜuja,  ale  sama  prowadzi  lśniące  srebrzyste  BMW  635.  Wówczas  postanowiłem 
przesłać jej pocztą kartkę zawierającą jedno tylko zdanie: „Przyjechał Antonio i chce 
się  z  tobą  zobaczyć”.  Pod  tym  fałszywym  imieniem  znała  mnie  z  uniwersyteckiej 
działalności politycznej i miałem nadzieję, Ŝe jeszcze pamięta. 

Nie  myliłem  się.  Następnego  dnia,  punktualnie  o  pierwszej,  srebrny  rekin 

przejechał  na  pełnym  gazie koło  agencji  Renault,  na  rogu  Apoquindo.  Wskoczyłem 
do środka, zatrzasnąłem drzwi, a ona zamarła i dopiero mój śmiech przekonał ją, Ŝe 
to naprawdę ja. 

— Zwariowałeś! — wykrztusiła. 
— Z całą pewnością — odparłem. 

background image

 

68

Pojechaliśmy na obiad do knajpki, gdzie byłem tylko raz, pierwszego dnia po 

przyjeździe,  ale  zastaliśmy  drzwi  zamknięte  i  zabite  deskami,  a  wisząca  na  nich 
kartka  oznajmiała  niczym  epitafium:  „Zamknięte  na  zawsze”.  Poszliśmy  więc  do 
znanej mi francuskiej restauracji w pobliŜu. Nie pamiętam nazwy, ale jest wygodna, z 
dobrą  obsługą,  a  znajduje  się  naprzeciwko  najbardziej  znanego  i  najelegantszego 
motelu w mieście. Eloisę bawiło rozpoznawanie, do kogo naleŜą samochody tych, co 
przyjeŜdŜali  na  godziny  miłości  w  czasie,  gdy  jedliśmy,  a  ja  nie  mogłem  się  dość 
nadziwić jej dojrzałemu, wspaniałemu poczuciu humoru. 

Od  razu  przeszedłem  do  rzeczy.  Powiedziałem  jej  bez  ogródek,  jakie  są 

przyczyny  mojego  nielegalnego  pobytu,  i  poprosiłem  o  pomoc  w  nawiązaniu 
kontaktów  w  miarę  nie  ryzykownych  dla  kobiety  z  jej  pozycją,  chronionej 
przywilejami klasy, do jakiej naleŜy. Nie miałem wtedy jeszcze planu, jak kręcić w 
poblaciones przy braku politycznych ojców chrzestnych, i sądziłem, Ŝe moŜe to ona 
pomoŜe  mi  odnaleźć  wspólnych  przyjaciół  z  okresu  Unidad  Popular,  których 
straciłem z oczu w konspiracyjnej zawierusze. 

Nie  tylko  z  entuzjazmem  przyjęła  propozycję,  ale  przez  trzy  kolejne  noce 

towarzyszyła  mi  w  tajnych  spotkaniach  w  tych  dzielnicach  miasta,  gdzie  było 
stosunkowo najmniej niebezpiecznie pojawić się samochodem takim jak jej. 

—  Nikt  chyba  nie  uwierzy,  Ŝe  BWW  635  moŜe  naleŜeć  do  przeciwnika 

legalnej władzy — twierdziła zachwycona. 

To  dzięki  temu  nie  aresztowano  mnie  pewnej  nocy,  kiedy  w  czasie 

konspiracyjnego  spotkania  zostaliśmy  zaskoczeni  przez  jedno  z  tych  częstych 
wyłączeń  prądu.  Ruch  oporu  nierzadko  uciekał  się  wówczas  do  tej  metody,  zresztą 
nasi  rozmówcy  uprzedzili  nas  o  akcji.  Najpierw  dopływ  prądu  miał  być  odcięty  na 
czterdzieści  minut,  potem  na  godzinę,  a  w  końcu  na  jakieś  dwa-trzy  dni  i  to 
dosłownie  w  całym  Santiago.  Spotkanie  przewidziane  było  na  dosyć  wczesną  porę, 
jako  Ŝe  policja  przy  kaŜdej  takiej  kolejnej  akcji  wpadała  w  stan  histerycznego, 
podwyŜszonego  napięcia  i  zatrzymanych  na  ulicy  ludzi  traktowała  z  całą 
bezwzględnością  i  okrucieństwem,  a  potem  zaczynała  się  godzina  policyjna.  W 
ostatniej  jednak  chwili  coś  nam  wszystkim  wypadło  i  nawet  nie  zdąŜyliśmy  wyjść 
poza wstępne ustalenia, kiedy światło zgasło po raz pierwszy. 

Ludzie  odpowiedzialni  za  nasze  spotkanie  postanowili,  Ŝe  Eloisa  i  ja 

wyjdziemy  pierwsi,  kiedy  tylko  znów  włączą  prąd,  a  reszta  opuści  lokal  potem, 
pojedynczo.  Tak  teŜ  zrobiliśmy.  Gdy  tylko  zabłysło  światło,  ruszyliśmy 
niewybrukowaną  drogą,  wiodącą  zboczem  wzgórza.  Nagle  na  którymś  zakręcie 
wjechaliśmy  prosto  w  karawanę  suk  CNI,  które  utworzyły  coś  w  rodzaju  tunelu 

background image

 

69

wzdłuŜ drogi. Ubrani po cywilnemu agenci uzbrojeni byli w karabiny. Eloisa chciała 
zahamować, ale nie pozwoliłem jej na to. 

— PrzecieŜ trzeba stanąć — protestowała. 
— Jedź — powtórzyłem — nie denerwuj się, gadaj, śmiej się i nie zatrzymuj 

tak długo, póki ci nie kaŜą. Papiery mam w porządku. 

Mówiąc  to,  odruchowo  pomacałem  kieszeń  i  głos  zamarł  mi  w  gardle:  nie 

miałem przy sobie portfela z dokumentami. I właśnie wtedy jeden z agentów stanął 
na  środku  drogi,  podnosząc  rękę,  i  Eloisa  musiała  się  zatrzymać.  Oświetlił  nam 
obojgu twarze latarką, omiótł snopem światła wnętrze wozu i bez słowa kazał jechać 
dalej.  Eloisa  miała  rację:  nie  sposób  uwierzyć,  Ŝe  pasaŜerowie  takiego  wozu  mogą 
mieć coś wspólnego z podziemiem.

 

 

Babunia ze spadochronem 

 

Mniej  więcej  w  tym  samym  czasie  miałem  poznać  teściową  Eloisy,  którą 

oboje,  od  pierwszej  wizyty,  postanowiliśmy  nazywać  Clemencia  Isaura: 
przypadkowy  zbieg  tych  samych  skojarzeń,  których  nigdy  do  końca  nie 
rozszyfrowaliśmy.  Wpadliśmy  bez  zapowiedzi  do  jej  pysznie  urządzonej  rezydencji 
w  eleganckim  barrio  alto  pod  numerem  727,  o  piątej  po  południu,  i  zastaliśmy  ją 
zadowoloną  jak  zawsze,  przy  filiŜance  herbaty  z  angielskimi  herbatnikami,  przed 
telewizorem, którego ekran dosłownie spływał krwią, a serie wystrzałów grzmiały w 
całym  salonie.  Miała  na  sobie  kostium  dobrej  firmy,  kapelusz  i  rękawiczki,  bo 
zawsze pija popołudniową herbatę ubrana jak na przyjęcie urodzinowe, nawet będąc 
sama.  Te  obyczaje  rodem  z  angielskiej  powieści  nie  do  końca  jednak  musiały 
odpowiadać jej naturze, bo juŜ jako męŜatka i matka została pilotem szybowcowym 
w Kanadzie i zaliczyła niemałą liczbę skoków ze spadochronem. 

Kiedy  zorientowała  się,  Ŝe  potrzebujemy  jej  do  jakichś  konspiracyjnych 

spraw,  szalenie  waŜnych  i  wielce  niebezpiecznych,  powiedziała  jedynie:  „Świetnie, 
bo  Ŝycie  tutaj  stało  się  tak  nudne,  Ŝe  człowiek  tylko  ubiera  się  i  maluje,  Ŝeby 
wyglądać  elegancko,  i  stara  się  nie  wiadomo  po  co”.  Ale  konkretna  propozycja: 
pomoc w odnalezieniu pięciu osób w trudno dostępnych dzielnicach miasta mocno ją 
rozczarowała. 

— śeby chociaŜ chodziło o podłoŜenie bomb! — Ŝałowała. 
Nie  chciałem  szukać  owych  pięciu  ludzi  zwyczajowo  przyjętymi 

konspiracyjnymi kanałami. Wszyscy oni pracowali kiedyś ze mną w Unidad Popular. 

background image

 

70

ś

aden nie musiał emigrować. Pierwszym był ten, który w dniu zamachu powiadomił 

Ely, Ŝe mają mnie rozstrzelać przed siedzibą Chile Films. Drugi siedział rok w obozie 
koncentracyjnym, a potem wrócił do Santiago i prowadził pozornie normalne Ŝycie, 
po uszy zaangaŜowany w konspirację. Trzeci z nich przez pewien czas przebywał w 
Meksyku,  gdzie  nawiązał kontakty z chilijskimi emigrantami, a potem na legalnych 
papierach  wrócił,  by  w  kraju  pracować  dla  podziemia.  Czwarty  był  moim 
współpracownikiem  w  szkole  teatralnej,  a  potem  w  kinie  i  telewizji;  teraz  stał  się 
aktywnym przywódcą robotniczym. Piąty przez dwa lata przebywał we Włoszech, a 
obecnie  pracuje  jako  kierowca  tirów,  dzięki  czemu  wykonuje  świetną  robotę,  gdy 
trzeba skoordynować działania. Wszyscy oni pozmieniali adresy, pracę i toŜsamość, i 
nie  miałem  pojęcia,  gdzie  ich  szukać.  W  podobny  sposób  Ŝyje  ponad  tysiąc 
Chilijczyków:  działają  w  strukturach  podziemnych  pod  innymi  nazwiskami  niŜ  te, 
jakie  nosili  do  roku  1973.  Zadaniem  Clemencii  Isaury  było  znalezienie  początku 
nitki, aby dotrzeć po niej do kłębka. 

Poza wszystkim wszelkie znajomości, jakie mogła przy tym nawiązać, byłyby 

dla nas niezwykle cenne, bo dzięki temu moglibyśmy ustalić najpierw, w jakim stanie 
ducha znajdują się moi starzy przyjaciele przed wyjawieniem im, Ŝe jestem w Chile i 
potrzebuję  ich  pomocy.  Nie  wiem  dokładnie,  jak  udało  się  starszej  pani  wykonać 
zadanie. Prawie nie mieliśmy czasu, by spokojnie pogadać przed moim wyjazdem, a 
sam teŜ nie zadawałem jej zbyt wielu szczegółowych pytań, bo nie myślałem jeszcze 
wówczas, Ŝe kiedyś przyda mi się to do ksiąŜki. Pamiętam tylko, Ŝe powiedziała mi, 
iŜ  nigdy  nie  widziała  w  telewizji  filmu  mocniej  trzymającego  w  napięciu  niŜ  to,  co 
sama przeŜyła. 

Wiem,  Ŝe  musiała  dreptać  całymi  dniami  po  peryferyjnych  dzielnicach,  tu 

zapytać,  ówdzie  sprawdzić,  mając  za  punkt  wyjścia  jakieś  szczątkowe  informacje, 
które cudem wydobyłem z zakamarków swojej pamięci. Uprzedzałem, Ŝeby włoŜyła 
na siebie coś, co pozwoli jej bez problemu zgubić się w nędznie odzianym tłumie, ale 
nie posłuchała mnie. Na wyboiste wertepy nędznych przedmieść Santiago poszła jak 
na  herbatę  z  angielskimi  ciasteczkami.  JakieŜ  musiało  być  zdumienie  ludzi, 
zaskoczonych  nagle  przez  dystyngowaną  starszą  panią,  wypytującą  z  podejrzaną 
ciekawością o jakiś mało znany adres. Ale jej nieodparty urok osobisty i zwyczajne 
ludzkie ciepło szybko budziły zaufanie. Po tygodniu udało jej się zlokalizować trzech 
moich zagubionych towarzyszy i wydała dla nich w swojej rezydencji pod numerem 
727  kolację  tak  uroczystą  i  tak  pod  kaŜdym  względem  wyszukaną,  jak  gdyby 
chodziło  o  jakieś  galowe  przyjęcie.  Dzięki  temu  udało  się  stworzyć  pierwszą  ekipę 
chilijską i nawiązać kontakty niezbędne do tego, by w ogóle móc nakręcić sceny w 

background image

 

71

poblaciones.  Z  kolei  niezapomnianą  bohaterką  następnego  etapu  negocjacji  była 
cudowna,  drobna,  skromna,  niepozorna  kobieta:  to  dzięki  jej  cichej  pracowitości  i 
zmysłowi  organizacyjnemu  udało  się  uniknąć  wszelkich  potknięć  przy  zdjęciach  w 
dzielnicach  nędzy.  Nazwaliśmy  ją  „niezmordowaną  mróweczką”.  To  imię,  jedyne 
zresztą, pod jakim ją znaliśmy, w pełni oddawało jej charakter, a zarazem stanowiło 
wyraz uznania dla jej odwagi.

 

 

Długo poszukiwany General Electric 

 

Clemencia  Isaura  działała,  a  ja  przy  pomocy  Eloisy  wykorzystywałem 

godziny  wolne  od  zdjęć  dla  nawiązania  kontaktów  na  wysokim  szczeblu.  Pewnego 
wieczoru czekaliśmy w luksusowej restauracji na łącznika, który, nawiasem mówiąc, 
w  ogóle  nie  przyszedł,  gdy  na  salę  wkroczyło  dwóch  generałów  opancerzonych 
orderami. Eloisa pomachała im z daleka ręką w sposób tak poufały, Ŝe ogarnęły mnie 
najczarniejsze przeczucia. Jeden z nich podszedł do naszego stolika i przez dobrych 
kilka  chwil  stał,  prowadząc  z  Eloisą  towarzyską  pogawędkę,  mnie  nie  zaszczycając 
nawet  przelotnym  spojrzeniem.  Nie  potrafiłem  ustalić  jego  stopnia,  bo  nigdy  nie 
nauczyłem się rozróŜniać między gwiazdkami generałów a gwiazdkami hoteli. Kiedy 
wreszcie  sobie  poszedł,  ściszyła  głos  i  po  raz  pierwszy  zaczęła  mi  opowiadać  o 
zaŜyłych stosunkach  z  pewnymi  wysokiego  stopnia  wojskowymi, u których bywa z 
racji pracy. 

W  jej  opinii  Pinochet  utrzymuje  się  przy  władzy  tak  długo,  dzięki  temu,  Ŝe 

odesłał  na  emeryturę  oficerów  naleŜących  do  jego  pokolenia.  Obecnie  jest  on 
najwyŜszym  dowódcą  nowej  kadry  oficerskiej  złoŜonej  z  ludzi,  którzy  zawsze  byli 
duŜo  niŜsi  od  niego  stopniem,  nie  są  jego  przyjaciółmi,  właściwie  słabo  go  znają  i 
większość jest mu posłuszna i to bezwzględnie. Zarazem jest to jego słaby punkt, bo 
wielu nowych oficerów uwaŜa, Ŝe to nie oni ponoszą odpowiedzialność za zabójstwo 
prezydenta Allende, za barbarzyński czas krwawych represji i wszelkie naduŜycia. Są 
przekonani,  Ŝe  mają  czyste  ręce,  i  dlatego  czują  się  powołani,  by  dyskutować  z 
cywilami  o  bezbolesnym  powrocie  do  demokracji.  Widząc  zaskoczenie  na  mojej 
twarzy  Eloisą  oznajmiła,  Ŝe  przynajmniej  jeden  generał,  jakiego  zna,  gotów  jest 
ujawnić publicznie głęboki rozdźwięk rysujący się w armii. 

— AŜ się pali, Ŝeby mówić — zakończyła. 
Informacja  ta  była  dla  mnie  rewelacją.  MoŜliwość  wprowadzenia  do  filmu 

takiego  spektakularnego  oświadczenia  zmieniała  całkowicie  plany  na  następne  dni. 

background image

 

72

Gorzej, Ŝe Eloisa nie mogła naraŜać się na ryzyko nawiązania pierwszego kontaktu, 
zresztą  nie  miała  na  to  czasu,  bo  dwa  dni  później  wyjeŜdŜała  z  męŜem  na  trzy 
miesiące do Europy. 

Ale  kilka  dni  później  wezwała  mnie  pilnie  do  siebie  Clemencia  Isaura  i 

powierzyła mi hasła, które ktoś jej przekazał na prośbę Eloisy, dotyczące kontaktu z 
niezadowolonym  generałem,  którego  juŜ  ochrzciliśmy  pseudonimem  General 
Electric.  Wręczyła  mi  teŜ  malutką  elektroniczną  szachownicę  do  samotnego 
rozgrywania partii szachów, którą mam nosić przy sobie, począwszy od następnego 
dnia, chodząc do kościoła Świętego Franciszka na piątą po południu. 

Nie  pamiętam  od  jak  dawna  nie  przestąpiłem  progu  kościoła.  Najbardziej 

zwróciło  moją  uwagę  to,  Ŝe  było  tam  wiele  kobiet  i  niemało  męŜczyzn,  a  kaŜdy  z 
obecnych  był  czymś  zajęty:  czytał  ksiąŜkę  czy  gazetę,  stawiał  pasjanse,  robił  na 
drutach albo grał w wilki i owce. Dopiero wtedy zrozumiałem, czemu Eloisa wysłała 
mnie tam z elektroniczną szachownicą, co w pierwszej chwili wydało mi się czymś 
absolutnie wbrew zasadzie, by nie zwracać na siebie uwagi — zwłaszcza w kościele. 
Ludzie,  tak  jak  zaobserwowałem  pierwszego  wieczoru  po  przyjeździe,  siedzieli 
milczący,  małomówni  w  półmroku  zapadającego  zmierzchu.  Właściwie  tacy 
naprawdę  byli  Chilijczycy  przed  nastaniem  rządów  Unidad  Popular.  Do  wielkiej 
zmiany  doprowadziło  wykrystalizowanie  się  kandydatury  Salvadora  Allende  i 
pojawienie  się  pewnej  szansy  na  zwycięstwo  w  wyborach.  Jego  wygrana  zmieniła 
nas w jednej chwili w inny kraj: zaczęliśmy śpiewać na ulicy, pisaliśmy na murach, 
pojawiły  się  uliczne  spektakle  teatralne  i  seanse  kinowe;  tłumy  uczestniczyły  w 
manifestacjach, a ludzie jawnie okazywali rozpierającą ich radość. 

Czekałem  przez  dwa  kolejne  dni,  grając  w  szachy  ze  swoim  drugim, 

urugwajskim ja, aŜ w pewnej chwili usłyszałem za sobą kobiecy szept. Siedziałem, a 
kobieta klęczała na stopniu za mną, tak Ŝe szeptała mi niemalŜe wprost do ucha. 

— Proszę się nie odwracać i nic nie mówić — mówiła cicho jak na spowiedzi 

— niech pan zapamięta numer telefonu oraz hasło i odzew, które podam, i niech pan 
wyjdzie z kościoła nie wcześniej niŜ piętnaście minut po mnie. 

Dopiero  kiedy  się  podniosła  i  ruszyła  w  kierunku  głównego  ołtarza,  zdałem 

sobie  sprawę,  Ŝe  to  zakonnica  —  młoda  i  bardzo  piękna.  Jedyne,  co  musiałem 
zapamiętać,  to  hasło  i  odzew,  bo  numer  telefonu  zanotowałem  sobie  pionkami  na 
szachownicy.  Pewnie  tą  drogą  miałem  dotrzeć  do  naszego  General  Electric.  Chyba 
jednak karty rozdano juŜ inaczej. Przez kolejne dni z rosnącym niepokojem uparcie 
dzwoniłem pod podany numer i zawsze otrzymywałem tę samą odpowiedź: „Proszę 
zadzwonić jutro”. 

background image

 

73

 

Jak tu zrozumieć policję

 

W chwili najmniej spodziewanej Jean-Claude przyniósł niemiłe, zaskakujące 

wieści. Według informacji France Presse podanej w ParyŜu, a nadanej z Santiago w 
ubiegłym  tygodniu,  trzej  członkowie  włoskiej  ekipy  filmowej  pracującej  w Chile  w 
niejasnych  okolicznościach  zostali  zatrzymani  przez  policję,  kiedy  kręcili  bez 
zezwolenia w poblacion La Legua. 

Franz uwaŜał, Ŝe to koniec, ja starałem się zachować spokój. Jean-Claude nie 

wiedział o istnieniu innych, prócz własnej, pracujących ze mną ekip, a z kolei tamte 
nie  miały  pojęcia  o  Francuzach.  Alarmująca  była  sama  sytuacja  w  jakiej  do  tego 
doszło:  jeŜeli  został  aresztowany  ktoś  pracujący  w  podobnych  warunkach  co  Jean-
Claude, to i on sam naraŜa się na ryzyko zatrzymania. Starałem się go uspokoić. 

— Nie przejmuj się, to nie ma nic wspólnego z nami — mówiłem. 
Gdy tylko zostałem sam, natychmiast udałem się na poszukiwanie Włochów. 

Zastałem ich całych i zdrowych tam, gdzie być powinni. Grazia wróciła juŜ z Europy 
i ponownie dołączyła do ekipy. Ugo potwierdził, Ŝe wiadomość podano równieŜ we 
Włoszech, choć agencja włoska informację zdementowała. Najgorsze, Ŝe ta fałszywa 
wiadomość dotyczyła ich, wymienionych z nazwiska, i Ŝe rozeszła się z szybkością 
błyskawicy.  Nic  dziwnego.  Santiago,  w  szponach  dyktatury,  to  istny  rój  plotek. 
Rodzą się, powielają i giną w niewiarygodnym tempie, kilkakrotnie w przeciągu tego 
samego  dnia,  ale  tkwi  w  nich  zawsze  jakiś  ułamek  prawdy.  Wiadomość  o  losach 
włoskiej  ekipy  nie  stanowiła  wyjątku.  Tyle  o  tym  mówiono poprzedniego  wieczoru 
podczas  przyjęcia  we  włoskiej  ambasadzie,  Ŝe  kiedy  członkowie  ekipy  weszli  do 
salonu, powitał ich ni mniej, ni więcej tylko sam szef DINACO — Dirección General 
de  Comunicaciones,  czyli  Generalnej  Dyrekcji  ds.  Informacji  —  który  głośno,  tak, 
Ŝ

eby go wszyscy słyszeli, oznajmił: 

— Widzicie państwo? Oto nasi trzej więźniowie. 
Grazia, jeszcze zanim poznała treść podanej informacji, miała wraŜenie, Ŝe są 

ś

ledzeni. Co więcej, po powrocie z przyjęcia w ambasadzie do hotelu stwierdziła, Ŝe 

ktoś  musiał  grzebać  w  walizkach  i  dokumentach  pozostawionych  w  pokojach,  choć 
niczego  nie  brakowało.  Mogło  to  być  złudzenie  wywołane  zdenerwowaniem,  ale 
mogła być równieŜ ostrzegawcza rewizja. W kaŜdym bądź razie istniały powody, by 
przypuszczać, Ŝe coś się wokół nich rzeczywiście dzieje. 

Tej  nocy  nie  spałem;  pisałem  list  do  prezesa  Sądu  NajwyŜszego,  w  którym 

background image

 

74

ujawniałem  kulisy  mego  konspiracyjnego  pobytu;  chciałem  mieć  gotowy  tekst  na 
wypadek  aresztowania.  Pomysł  nie  wpadł  mi  do  głowy  nagle:  zrodził  się  wskutek 
długich  przemyśleń,  cisnących  mi  się  coraz  częściej  do  głowy,  w  miarę  jak  policja 
coraz bardziej deptała nam po piętach. Początkowo miało to być jedno dramatyczne 
zdanie, taki list rozbitka wciśnięty w butelkę i rzucony w morze, ale kiedy zasiadłem 
do pisania, uświadomiłem sobie, Ŝe jednak powinienem uzasadnić swoje działania z 
politycznego  i  z  czysto  ludzkiego  punktu  widzenia:  w  pewnym  sensie  jestem 
wyrazicielem  uczuć  setek  Chilijczyków,  którzy  podobnie  jak  ja  walczą  z  chorobą 
spowodowaną  wygnaniem  z  własnego  kraju.  Zaczynałem  ten  list  wiele  razy  i 
niezadowolony  darłem  kolejne  kartki,  zamknięty  w  ciemnym  hotelowym  pokoju  — 
lokum  wygnańca  na  własnej  ziemi.  Kiedy  skończyłem,  dzwony  na  kościelnych 
wieŜach  właśnie  dzwoniły  na  poranną  mszę,  przerywając  martwą  ciszę  godziny 
policyjnej,  a  pierwsze  oznaki  świtu  z  trudem  przebijały  się  przez  mgły  tej 
niezapomnianej jesieni. 

background image

 

75

Nawet własna matka mnie nie poznaje 

 

Istniały  naprawdę  wystarczające  powody  do  obaw,  Ŝe  policja  wie  o  moim 

pobycie w Chile i ma dokładne informacje, co robię. Przebywaliśmy w Santiago juŜ 
ponad  miesiąc,  ekipy  pojawiały  się  w  miejscach  publicznych  częściej,  niŜ  naleŜało, 
nawiązaliśmy kontakty z rozmaitymi ludźmi i wiele osób wiedziało, Ŝe w istocie to ja 
kręcę film. Przyzwyczaiłem się tak bardzo do swojej nowej toŜsamości, Ŝe zdarzało 
mi się zapominać o urugwajskim akcencie i, prawdę mówiąc, nie przestrzegałem juŜ 
bezwzględnych reguł konspiracji. 

Z początku wszystkie spotkania odbywaliśmy w samochodach; zmienialiśmy 

je  co  kilka  przecznic  i  jeździliśmy  po  całym  mieście  bez  określonego  celu.  Metoda 
okazała  się  jednak  skomplikowana,  bo  czasem  naraŜaliśmy  się  na  ryzyko  duŜo 
większe  niŜ  to,  którego  staraliśmy  się  unikać.  Oto  na  przykład  pewnego  wieczoru 
wysiadłem  z  samochodu  na  rogu  Providencia  i  Los  Leones,  skąd  w  ciągu  pięciu 
minut  miał  mnie  zabrać  niebieski  renault  12  z  plakietką  Ligi  Ochrony  Przyrody  na 
przedniej szybie. I rzeczywiście: punktualnie podjechał renault 12, tak niebieściutki i 
błyszczący,  Ŝe  nawet  nie  spojrzałem,  czy  ma  jakieś  znaki  szczególne,  tylko 
wpakowałem się na tylne siedzenie i usadowiłem obok kobiety w dojrzałym wieku, 
ale  wciąŜ  pięknej,  pachnącej  jakimiś  prowokującymi  perfumami,  całej  skąpanej  w 
biŜuterii i w futrze z róŜowych norek, które musiało kosztować dwa albo i trzy razy 
więcej  niŜ  samochód.  Typowy,  choć  rzadko  spotykany  okaz  z  najlepszych  dzielnic 
Santiago.  Na  mój  widok  zamarła  z  ustami  otwartymi  z  przeraŜenia,  choć  od  razu 
zacząłem ją uspokajać, podając hasło. 

— Gdzie o tej porze mógłbym kupić parasol?  
Szofer w uniformie odwrócił się w moim kierunku i zagroził: 
— Proszę wysiąść albo wołam policję. 
Jedno spojrzenie wystarczyło, bym sobie uświadomił, Ŝe na przedniej szybie 

nie  ma  plakietki,  i  poczułem,  Ŝe  się  ośmieszyłem.  „Przepraszam,  pomyliłem 
samochód” — wyjaśniłem. Ale i kobieta odzyskała juŜ rezon. Chwyciła mnie za rękę, 
nie pozwalając wysiąść, a szofera udobruchała, pytając słodko brzmiącym sopranem: 

— Czy domy towarowe Paris będą o tej porze otwarte? 
Szofer był zdania, Ŝe tak, uparła się zatem, Ŝe mnie tam podrzuci po parasol. 

Była nie tylko piękna, ale pełna wdzięku i ciepła, i przychodziła człowiekowi chęć, 

background image

 

76

by choć na jedną noc zapomnieć o represjach, polityce i sztuce, i zostać z nią w tym 
wnętrzu  dosłownie  przesyconym  jej  istotą.  Wysadziła  mnie  przed  wejściem  do 
domów  towarowych  Paris,  przepraszając,  Ŝe  nie  moŜe  dotrzymać  mi  towarzystwa 
przy wyborze parasola, bo juŜ jest o pół godziny spóźniona, a musi jeszcze odebrać 
męŜa, z którym później idą na koncert światowej sławy pianisty — nazwisko uleciało 
mi z pamięci. 

To  było  zwykłe,  codzienne  ryzyko.  Z  czasem  nauczyliśmy  się  wymyślać 

krótsze  hasła  rozpoznawcze  na  konspiracyjne  spotkania.  Zaprzyjaźnialiśmy  się  z 
łącznikami od pierwszej chwili i nie przechodziliśmy bezpośrednio do sprawy, tylko 
wdawaliśmy  się  w  rozmowy  na  temat  sytuacji  politycznej,  ostatnich  nowości 
kinowych i literackich, plotkowaliśmy o wspólnych przyjaciołach, których pragnąłem 
odwiedzić,  mimo  ostrzeŜeń,  bym  nie  ulegał  takim  pokusom.  Pewien  łącznik,  moŜe 
chcąc  uniknąć  wszelkich  podejrzeń,  przyszedł  na  spotkanie  z  synkiem,  a  ten 
podniecony  zapytał:  „To  ty  kręcisz  film  o  Supermanie?”.  Dzięki  temu  zaczynałem 
pojmować, Ŝe moŜna mieszkać w Chile i nadal się ukrywać; setki emigrantów, którzy 
po  kryjomu  wrócili,  prowadzą  codzienne  Ŝycie,  wolni  od  tego  napięcia,  jakie  ja 
odczuwałem  na  samym  początku.  Gdyby  nie  zaangaŜowanie  w  pracę  nad  filmem  i 
zobowiązania  zaciągnięte  nie  tylko  przecieŜ  wobec  własnego  kraju  i  przyjaciół,  ale 
teŜ  wobec  siebie  samego,  porzuciłbym  zawód  i  środowisko  i  pozostał  w  Santiago, 
powróciwszy do własnej twarzy. 

Ale  wobec  podejrzeń,  Ŝe  policja  depce  nam  po  piętach,  resztki  rozsądku 

kazały mi działać inaczej. Pozostawało nam ciągle sfilmowanie wnętrz La Monedy, 
ale  uzyskanie  stosownego  pozwolenia  z  niejasnych  powodów  wciąŜ  się  opóźniało; 
mieliśmy  jeszcze  przed  sobą  nakręcenie  materiału  w  Puerto  Montt  i  w  Dolinie 
Ś

rodkowochilijskiej,  a  nadto  liczyliśmy  na  wywiad  z  naszym  General  Electric,  o 

czym  wcześniej  nawet  nie  marzyliśmy.  Do  Doliny  Środkowochilijskiej  chciałem 
jechać  sam,  bo  stamtąd  pochodzę  i  tam  upłynęła  mi  młodość.  Moja  matka  mieszka 
tam nadal w ubogiej wiosce Palmilla, ostrzegano mnie jednak wyraźnie, bym nawet 
nie  próbował  się  z  nią  zobaczyć,  bo  to  wbrew  podstawowym  regułom 
bezpieczeństwa. 

Pierwsze, co zrobiłem, to przeorganizowałem pracę zagranicznych ekip, tak, 

by mogły jak najszybciej i przy minimum ryzyka wykonać powierzone im zadanie i 
natychmiast  wracać  do  Europy.  Tylko  Włosi  mieli  pozostać  w  Santiago  i 
towarzyszyć  nam  przy zdjęciach we wnętrzu La Monedy. Ekipa francuska powinna 
powrócić  do  ParyŜa  tuŜ  po  nakręceniu  „marszu  głodowego”,  zapowiadanego  na 
najbliŜsze dni. 

background image

 

77

Holendrzy  oczekiwali  mnie  w  Puerto  Montt,  gdzie  mieliśmy  wspólnie 

sfilmować  okolice  bieguna  południowego,  a  następnie  przejechać  z  Chile  do 
Argentyny  przez  przejście  graniczne  w  Bariloche.  W  chwili  wyjazdu  wszystkich 
trzech  ekip  powinniśmy  mieć  juŜ  jakieś  osiemdziesiąt  procent  filmu,  cały  zaś 
nakręcony  materiał  winien  znajdować  się  w  dobrych  rękach  i  być  fachowo 
opracowywany  w  Madrycie.  Ely  wykonała  swoje  zadanie  tak  doskonale,  Ŝe  kiedy 
przyjechałem do Hiszpanii, film był właściwie gotowy do montaŜu.

 

 

„Littin przybył, nakręcił i wyjechał” 

 

Wobec  niepewnej  sytuacji  panującej  w  owych  dniach  najsensowniejszym 

wyjściem  był  upozorowany  wyjazd  Franza  i  mój  z  kraju,  a  następnie  powrót  przy 
zachowaniu  maksimum  ostroŜności.  PodróŜ  do  Puerto  Montt  stwarzała  nam 
wspaniałe  moŜliwości,  bo  moŜna  tam  dojechać  równie  łatwo  przez  Argentynę,  co 
przez  Chile.  I  tak  było.  Poprosiłem  ekipę  holenderską,  Ŝeby  czekała  na  mnie  na 
miejscu, umówiłem jedną z ekip chilijskich trzy dni później w dolinie Colchagua, w 
centralnym rejonie kraju, a ja z Franzem polecieliśmy do Buenos Aires. Kilka godzin 
wcześniej zadzwoniłem do redakcji „Analisis”, na razie się nie przedstawiając, a po 
przybyciu  udzieliłem  dziennikarce  Patricii  Collier  długiego  wywiadu  na  temat 
mojego  konspiracyjnego  pobytu  w  Santiago.  Dwa  dni  po  moim  wyjeździe 
czasopismo  opublikowało  wywiad,  a  na  okładce  zamieściło  moje  zdjęcie.  Tytuł 
artykułu Ŝartobliwie nawiązywał do Cezara: „Littin przybył, nakręcił i wyjechał”. 

Dla zachowania wszelkich pozorów Clemencia Isaura zawiozła mnie i Franza 

na lotnisko Pudahuel, osobiście prowadząc wóz, i poŜegnała wśród łez i pocałunków 
niczym  w  najlepszym  przedstawieniu.  Opuściliśmy  więc  Santiago  w  sposób 
widowiskowy,  pod  czujnym  nadzorem  konspiratorów  odpowiedzialnych  za  nasze 
bezpieczeństwo,  którzy  mieli  natychmiast  alarmować,  gdyby nas  aresztowano.  Cały 
ten spektakl pozwolił nam przede wszystkim ustalić, czy nie figurujemy w kartotece 
na  lotnisku,  a  takŜe  znaleźć  się  na  liście  wyjeŜdŜających,  Ŝeby  w  razie  jakiegoś 
późniejszego śledztwa policja uznała, Ŝe istotnie opuściliśmy terytorium Chile. 

W  Buenos Aires  wylegitymowałem  się  autentycznym  paszportem, nie  chcąc 

popełniać  wykroczenia  w  przyjaźnie  nastawionym  kraju.  Jednak  podając  go 
urzędnikowi słuŜb granicznych, zdałem sobie sprawę, Ŝe nie pomyślałem o jednym: 
na  fotografii  w  moim  autentycznym  dokumencie  toŜsamości,  zrobionej  na  długo 
przed zmianą skóry, mało przypominałem siebie w obecnej roli. Z trudem dałoby się 

background image

 

78

mnie  rozpoznać  przy  powiększonej  łysinie,  wydepilowanych  brwiach  i  szkłach 
kontaktowych.  Na  dodatek  swego  czasu  ostrzegano  mnie,  Ŝe  równie  trudno  wcielić 
się w cudzą osobowość, co potem wrócić do własnej, tyle Ŝe kiedy najbardziej miało 
mi się to przydać, kompletnie o tym zapomniałem. Na szczęście urzędnik w Buenos 
Aires nawet na mnie nie spojrzał, ja i on zaś doświadczyłem dramatycznego uczucia, 
co znaczy nie móc być sobą nawet wówczas, gdy naprawdę się jest. 

W  Buenos  Aires  Franz  powinien  był  ustalić  telefonicznie  z  Ely  wszystkie 

pozostałe  szczegóły  pracy,  trzymając  się  ściśle  moich  instrukcji,  a  takŜe  odebrać 
pieniądze,  które  przekazała  nam  z  Madrytu  na  pokrycie  ostatnich  wydatków. 
Rozstaliśmy się więc w Buenos, aby ponownie spotkać się w Santiago. Ja poleciałem 
do  Mendozy,  by  pozostając  wciąŜ  na  terytorium  Argentyny,  zrobić  kilka  ujęć 
chilijskich  łańcuchów  górskich.  Było  to  bardzo  proste,  bo  z  Mendozy  jedzie  się  do 
Chile  przez  tunel  strzeŜony  niezbyt  rygorystycznie.  Przeszedłem  tunelem  pieszo, 
wyposaŜony  jedynie  w  lekką  kamerę  z  szesnastomilimetrową  taśmą,  nakręciłem,  co 
chciałem, i wyjechałem wozem chilijskiej policji, którego kierowca ulitował się nad 
biednym urugwajskim dziennikarzem, który nie ma jak wrócić do Argentyny. 

Z  Mendozy  udałem  się  do  Bariloche,  miejscowości  granicznej,  leŜącej 

bardziej  na  południe.  Stara,  wysłuŜona  łódź  przepełniona  argentyńskimi, 
urugwajskimi  i  brazylijskimi  turystami  oraz  powracającymi  do  kraju  Chilijczykami 
zawiozła  nas  do  granicy.  Zewsząd  otaczał  podróŜnych  niesamowity  krajobraz 
polarny, z urwistymi lodowymi ścianami i wzburzonym morzem. Ostatni odcinek do 
Puerto  Montt  przebyłem  przewoŜącym  szklaną  stłuczkę  promem,  po  którym  szalał 
mroźny  wicher,  wyjąc  jak  stado  wilków,  i  nie  było  gdzie  się  schronić  przed 
potwornym  mrozem;  nie  było  teŜ  nic  do  picia  ani  do  jedzenia:  ani  kawy,  ani  wina, 
dosłownie  nic.  Ale  moje  kalkulacje  okazały  się  trafne.  Lotniskowa  policja 
odnotowała mój wyjazd z Chile i nikomu nie wpadłoby do głowy, Ŝe oto następnego 
dnia z powrotem przekraczam granicę w zapadłym punkcie o tysiące kilometrów od 
Santiago. 

Na  krótko  przed  przybiciem  do  posterunku  kontroli  granicznej  ktoś  z  załogi 

łodzi zebrał wszystkie paszporty — tak około trzystu, ale nawet na nie nie spojrzano i 
nie  ostemplowane  pospiesznie  nam  zwrócono.  Wszystkie  poza  chilijskimi,  bo 
nazwiska  ich  posiadaczy  były  sprawdzane  według  długiej  listy  emigrantów  bez 
prawa  powrotu,  wiszącej  na  ścianie  na  wysokości  oczu  funkcjonariuszy  słuŜb 
granicznych.  Dla  pozostałych  pasaŜerów  przekraczanie  granicy  odbywało  się  bez 
problemu.  Dla  mnie  takŜe,  przynajmniej  dopóki  dwaj  oficerowie,  w  których  nie 
rozpoznałem  chilijskich  karabinierów  z  powodu  ich  polarnych  kombinezonów,  nie 

background image

 

79

kazali mi otworzyć walizki. 

Spodziewałem  się  rutynowej  rewizji,  ale  nie  przejmowałem się  tym, pewny, 

Ŝ

e  nie  mam  przy sobie nic, co by nie pasowało do mojej fałszywej toŜsamości. Ale 

gdy  otworzyłem  walizkę,  wysypały  się  z  niej  i  spadły  na  ziemię  puste  paczki  po 
gitane’ach, w większości upstrzone moimi zapiskami. 

Przywiozłem  do  Chile  pokaźny  zapas  gitane’ów,  mający  mi  wystarczyć  na 

dwa  miesiące,  a  nie  odwaŜyłem  się  powyrzucać  pudełek  —  duŜych,  z  twardego 
kartonu i powszechnie w Chile znanych — z obawy, Ŝe w ten sposób zostawię policji 
ewidentny  ślad.  Kolejno  opróŜniane  paczki  chowałem  po  kieszeniach,  później 
upychałem  gdzie  się  da,  pilnując  zwłaszcza  tych,  na  których  coś  zanotowałem. 
Bywało,  Ŝe  niczym  sprawny  iluzjonista  chowałem  puste  pudełka  po  kieszeniach 
garderoby  wiszącej  w  szafie,  pod  materacem,  w  torbach  podróŜnych,  czekając,  aŜ 
znajdę jakiś pewny sposób na pozbycie się ich. Taki odwieczny problem więźniów, 
którzy drąŜą tunel mający im umoŜliwić ucieczkę i nie wiedzą, gdzie ukryć ziemię. 

Ilekroć przy zmianie hotelu pakowałem walizki, zastanawiałem się, co zrobić 

z  tą  masą  pustych  pudełek.  Nie  widziałem  lepszego  rozwiązania,  niŜ  upychać  je  w 
walizce i wozić ze sobą, bo gdyby ktoś przyłapał mnie na tym, jak je niszczę, mógłby 
to uznać za czynność niebywale podejrzaną. Zamierzałem wywalić je w Argentynie, 
ale tam wszystko działo się tak szybko, Ŝe nawet nie miałem czasu otworzyć walizki. 
AŜ do chwili, gdy musiałem to uczynić na południowej granicy i przeraŜony ujrzałem 
zdumienie  i  nieufność  karabinierów,  gdy  rzuciłem  się  zbierać  z  podłogi  rozsypane 
paczki. 

— To puste pudełka — wyjaśniałem. 
Rzecz jasna, nikt mi nie uwierzył. Młodszy z oficerów zajął się pozostałymi 

pasaŜerami, a starszy otwierał paczkę po paczce, oglądał kaŜdą na wszystkie strony i 
próbował odczytać niektóre z zapisków. Doznałem nagłego olśnienia. 

— To urywki wierszy, jakie mi czasami przychodzą do głowy. 
Bez  słowa  grzebał  w  nich  nadal,  a  na  koniec  spojrzał  na  mnie,  chcąc 

widocznie  sprawdzić,  czy  wyraz  mojej  twarzy  zdradzi  mu  moŜe  nieodgadnioną 
tajemnicę pustych pudełek. 

— MoŜe pan je sobie wziąć — dodałem. 
— A na co mi one? — usłyszałem w odpowiedzi. 
Pomógł  mi  nawet  poupychać  pudełka  z  powrotem  w  walizce  i  przeszedł  do 

następnego  pasaŜera.  Ze  zdenerwowania  nie  wpadłem  nawet  na  pomysł,  Ŝeby  na 
oczach  karabinierów  wyrzucić  je  do  śmieci,  tylko  taszczyłem  ze  sobą  nadal  aŜ  do 
końca wyprawy. Po powrocie do Madrytu nie pozwoliłem Ely ich zniszczyć. Czułem 

background image

 

80

się  z  nimi  tak  bardzo związany, Ŝe uznałem,  iŜ  muszę je  zachować  do końca  Ŝycia, 
niczym  relikwie,  na  pamiątkę  niebezpiecznych  dni,  które  dane  mi  było  przeŜyć,  a 
które pamięć nostalgicznie przechowuje w swoich zakamarkach. 

 

„Pan sobie zrobi zdjęcie z przyszłością kraju” 

 

W  Puerto  Montt  czekała  na  mnie  ekipa  holenderska.  Potrzebne  mi  były 

zdjęcia właśnie stamtąd, nie tylko dla nieopisanego piękna krajobrazu, ale ze względu 
na  znaczenie  tego  regionu  w  naszych  najnowszych  dziejach.  Był  on  areną 
nieustannych  walk.  Za  rządów  Eduardo  Freia  miały  tam  miejsce  represje  tak 
niesłychanie brutalne, Ŝe ostatnie postępowe odłamy społeczeństwa odwróciły się od 
rządu. Lewica demokratyczna uświadomiła zaś sobie, Ŝe przyszłość nie tylko jej, ale 
całego  kraju  tkwi  w  jedności.  Tak  wyglądają  początki  szybkiego  i 
niepowstrzymanego procesu zmian, zakończonego wyborem Salvadora Allende. 

Po zakończeniu zdjęć w Puerto Montt i tym samym sfinalizowaniu programu 

działań  na  południu  kraju  ekipa  holenderska  opuściła  Chile,  udając  się  przez 
Bariloche  do  Buenos  Aires.  Wywieźli  ze  sobą  pokaźną  ilość  gotowego  materiału  i 
przekazali to Ely w Madrycie. Ja natomiast pojechałem nocnym pociągiem do Talca. 
Podczas  tej  podróŜy  nie  zdarzyło  się  nic  godnego  zapamiętania,  poza  jednym: 
pieczonego  kurczaka  musiałem  odesłać  w  stanie  nienaruszonym  do  kuchni,  bo  nie 
udało mi się przebić jego twardej jak kamień skóry. W Talca wynająłem samochód i 
pojechałem do San Fernando, miasteczka leŜącego w samym sercu doliny Colchagua. 

Na Plaza de Armas kaŜde dosłownie miejsce, drzewo, kamień w murze cofały 

mnie  w  odległe  czasy  dzieciństwa.  Nade  wszystko  sędziwy  budynek  szkoły,  gdzie 
stawiałem  pierwsze  litery.  Przysiadłem  na  ławce,  by  zrobić  parę  zdjęć,  które 
chciałem  później  wykorzystać  w  filmie.  Plac  zaczął  zwolna  rozbrzmiewać  gwarem 
dzieciaków idących do szkoły. Niektóre pozowały mi do zdjęć, inne starały się choć 
zamachać  przed  obiektywem  ręką,  a  jakaś  dziewczynka  wykonała  kilka  tanecznych 
kroków  w  sposób  tak  profesjonalny,  Ŝe  poprosiłem  ją  o  powtórzenie  na  bardziej 
odpowiednim tle; po chwili przysiadło się do mnie kilkoro z nich, namawiając: 

— Pan sobie zrobi zdjęcie z przyszłością kraju. 
Zdumiało  mnie  to  zdanie,  bo  stanowiło  odpowiedź  na  inne,  które 

zanotowałem  na  jednym  z  licznych  pudełek  po  gitane’ach:  „Mogę  stwierdzić,  Ŝe 
raczej  niemoŜliwe,  by  ktoś  w  Chile  nie  miał  jakiejś  wizji  przyszłości.  Zwłaszcza 
dzieci naleŜące do pokolenia, które przecieŜ nie znało innego kraju, a ma juŜ własne 

background image

 

81

zdanie o czekającym je losie”. 

Ustaliliśmy, Ŝe spotkamy się z ekipą chilijską o wpół do dwunastej na moście 

Maquis. Przyjechałem punktualnie, prawą stroną, i zauwaŜyłem kamery rozstawione 
po  stronie  przeciwnej.  Było  czyste,  jasne  przedpołudnie,  w  powietrzu  unosił  się 
zapach świeŜych liści tymianku, a ja czułem się bezpieczny, i mniej niŜ kiedykolwiek 
wygnany z rodzinnej ziemi, bo zdjąłem krawat i angielski garnitur mojego drugiego 
ja,  i  w  dŜinsach  i  kurtce  stałem się na powrót sobą. Wyraźny dwudniowy zarost po 
powrotnej podróŜy z Buenos Aires, którego miałem przyjemność nie golić, stanowił 
dodatkowy element odzyskiwanej toŜsamości. 

Kiedy zauwaŜyłem, Ŝe operator dostrzegł mnie przez obiektyw, wysiadłem z 

samochodu,  powolutku  przeszedłem  przez  most,  Ŝeby  dać  ekipie  dość  czasu  na 
zdjęcia  i  dopiero  później  przywitałem  się  ze  wszystkimi  po  kolei,  zbudowany  ich 
entuzjazmem i przedwczesną dojrzałością. Wszyscy byli nieprawdopodobnie młodzi: 
piętnaście,  siedemnaście,  dziewiętnaście  lat.  Ricarda,  który  mając  lat  dwadzieścia 
jeden,  był  najstarszy  i  kierował  ekipą,  pozostali  przezywali  „Stary”.  Nic  nie  dodało 
mi w owych dniach więcej otuchy niŜ świadomość, Ŝe takich oto mam wspólników. 

TamŜe,  na  balustradzie  mostu,  nakreśliliśmy  cały  plan  dotyczący 

poszczególnych  ujęć  i  natychmiast  przystąpiliśmy  do  pracy.  Muszę  przyznać,  Ŝe 
owego dnia miałem nieco inne preferencje, niŜ nasze pierwotne załoŜenia: podąŜałem 
ś

ladem  wspomnień  z  dzieciństwa.  Dlatego  zacząłem  od  ujęć  samego  mostu,  mostu 

moich  tęsknot,  z  którego  kiedyś,  gdy  miałem  dwanaście  lat,  rozochocone  kuzynki 
zepchnęły  mnie  do  wody,  chcąc  mnie  w  ten  sposób  zmusić,  Ŝebym  nauczył  się 
pływać. 

Ale  z  upływem  czasu  pierwotny  cel  ponownie  zaczął  brać  górę.  Dolina  San 

Fernando to rozległy rejon rolniczy; tu za rządów Unidad Popular ludność traktowana 
przedtem  jak  chłopi  pańszczyźniani  po  raz  pierwszy  stała  się  pełnoprawnymi 
obywatelami.  Kiedyś  była  to  twierdza  feudalnej  oligarchii,  decydującej  o  wynikach 
wyborów  dzięki  wymuszonym  głosom  poddanych.  Za  rządów  chrześcijańskich 
demokratów Eduardo Freia tam właśnie doszło do pierwszego naprawdę powaŜnego 
chłopskiego  strajku,  wspieranego  przez  samego  Salvadora  Allende.  On  to,  juŜ  na 
czele  rządu,  pozbawił  właścicieli  ziemskich  niebywałych  przywilejów,  a  chłopów 
zorganizował w aktywne, solidarne wspólnoty. Obecnie jako symbol cofnięcia się w 
czasie stoi w Dolinie Środkowochilijskiej letnia rezydencja Pinocheta. 

Nie  mogłem  stamtąd  odjechać,  nie  nakręciwszy  pomnika  Nicolasa  Palacio, 

autora La raza chilena, niezwykłej ksiąŜki, w której pada stwierdzenie, Ŝe prawdziwi 
Chilijczycy,  ci  sprzed  wielkich  emigracji  —  baskijskiej,  włoskiej,  arabskiej, 

background image

 

82

francuskiej i niemieckiej — wywodzą się bezpośrednio ze staroŜytnej Grecji i dlatego 
los  naznaczył  ich,  a  zarazem  wyznaczył,  by  pełnili  przywódczą  rolę  w  Ameryce 
Łacińskiej,  wskazując  drogę  ku  prawdzie  i  zbawieniu  świata.  W  tej  okolicy  się 
urodziłem i przez cały okres dzieciństwa z okien szkoły widywałem ten pomnik stale, 
o róŜnych porach dnia, tyle Ŝe nikt nie umiał mi nigdy wytłumaczyć, kim właściwie 
jest ten, komu go wzniesiono. Pinochet — największy admirator Nicolasa Palacio — 
wydostał  go  teraz  z  czyśćca  historii,  stawiając  mu  drugi  pomnik  w  samym  sercu 
Santiago. 

Zakończyliśmy  dzień  zdjęciowy  o  zmierzchu,  w  samą  porę,  by  pokonać  sto 

czterdzieści  kilometrów  i  dotrzeć  do  Santiago  przed  godziną policyjną.  Członkowie 
ekipy poza Ricardem po kolei odjeŜdŜali. Ricardo siadł za kierownicą i ruszyliśmy w 
długi  spacer  nad  morze,  Ŝeby  wybrać  miejsca  do  zdjęć  na  następny  dzień.  Byliśmy 
tak pochłonięci pracą, Ŝe przejechaliśmy nie niepokojeni cztery posterunki kontrolne. 
Jednak juŜ mijając pierwszy, uznałem za stosowne zdjąć nieformalne ciuchy Miguela 
Littina,  reŜysera  filmowego,  i  przedzierzgnąć  się  na  powrót  w  urugwajskiego  speca 
od reklamy. Nie zauwaŜyliśmy nawet, kiedy zrobiła się dwunasta w nocy. Zdaliśmy 
sobie  z  tego  sprawę  nagle  —  trzydzieści  minut  po  godzinie  policyjnej  —  i  ogarnął 
nas  pewien  niepokój.  Poradziłem  więc  Ricardowi  zjechać  z  szosy  i  wjechaliśmy  w 
wiejską drogę, którą rozpoznałem natychmiast, jakbym jechał nią wczoraj, poleciłem 
mu  skręcić  w  lewo,  przejechać  przez  most,  a  potem  skręcić  w  prawo  w  ledwie 
widoczny  zaułek,  skąd  z  ciemności  dochodziły  głosy  przebudzonych  zwierząt, 
następnie  kazałem  mu  zgasić  światła  i  jechać  dalej  niewyasfaltowaną  dróŜką,  pełną 
ostrych  zakrętów  i  stromych  zjazdów.  U  kresu  tego  labiryntu  przejechaliśmy  przez 
uśpioną  wioskę,  gdzie  pobudzone  psy  wyrwały  ze  snu  wszelkie  zwierzaki  po 
podwórkach, i na drugim jej końcu stanęliśmy przed domem mojej matki. 

Ricardo  nie  uwierzył  i  nie  wierzy  dotąd,  Ŝe  nie  był  to  mój  ustalony  z  góry 

plan. Przysięgam, Ŝe nie był. Po prostu, gdy dotarło do mnie, Ŝe jedziemy po nocy, po 
zapadnięciu godziny policyjnej, myślałem tylko o tym, gdzie moŜemy się ukryć aŜ do 
ś

witu,  jako  Ŝe  w  drodze do Santiago mieliśmy jeszcze przed sobą cztery posterunki 

karabinierów.  Dopiero,  gdy  zjechaliśmy  z  szosy,  rozpoznałem  wiejską  drogę  z 
mojego  dzieciństwa,  wycie  psów  po  drugiej  stronie  mostu,  zapach  popiołu  z 
pogaszonych palenisk — i nie mogłem powstrzymać w sobie bezmyślnego odruchu, 
by zrobić niespodziankę mojej matce.

 

 

 

background image

 

83

„Jesteś pewnie kolegą moich dzieci” 

 

Palmilla,  wioska  licząca  około  czterystu  mieszkańców,  pozostaje  wciąŜ  taka 

sama  jak  za  czasów  mego  dzieciństwa.  Mój  dziadek  ze  strony  ojca,  Palestyńczyk 
rodem  z  Beith  Sagur,  i  dziadek  ze  strony  matki,  Grek  Cristos  Cucumides,  przybyli 
jako jedni z pierwszych z falą emigrantów, którzy osiedlali się w początkach stulecia 
w  pobliŜu  stacji  kolejowych.  Palmilla  była  w  owych  czasach  waŜnym  punktem 
komunikacyjnym,  poniewaŜ  tam  kończyła  się  linia  kolejowa,  która  dziś  łączy 
Santiago z wybrzeŜem. To tu właśnie przesiadali się pasaŜerowie i tu wyładowywano 
towary  przywiezione  morzem  bądź  przeznaczone  do  załadunku  w  porcie,  dzięki 
czemu  kwitł  handel,  przynosząc  wiosce  chwilową  prosperity.  Później,  po 
przedłuŜeniu  linii  kolejowej  aŜ  na  wybrzeŜe,  stacja  nadal  była  obowiązkowym 
przystankiem,  bo  tam  dolewano  wody  do  parowozów,  co  trwało  zaledwie  dziesięć 
minut,  ale  często  przedłuŜało  się  i  na  cały  dzień,  a  pociągi  przejeŜdŜały  koło  domu 
Matilde,  mojej  arabskiej  babci,  gwizdem  anonsując  przybycie.  Sama  jednak  wioska 
nigdy  nie  była  czymś  więcej  niŜ  jest  obecnie:  luźnym  skupiskiem  domów  wzdłuŜ 
jednej  długiej  ulicy  i  przy  bocznej  drodze,  gdzie  stoi  ich  juŜ  mniej.  Nieco  niŜej 
znajduje  się  La  Galera,  miejsce  znane,  bo  kaŜda  rodzina  produkuje  tu  wspaniałe 
wina, jakimi raczy się przybysza, aby zawyrokował, które najlepsze. La Galera stała 
się z czasem rajem pijaków z całego dosłownie kraju. 

Matilde przywiozła do Palmilli pierwsze czasopisma ilustrowane, do których 

zawsze  miała  wielką  słabość,  a  sad  leŜący  naprzeciw  wynajmowała  przejezdnym 
cyrkom, wędrownym teatrzykom i kuglarzom. To równieŜ tam wyświetlano nieliczne 
filmy,  które  od  czasu  do  czasu  ktoś  przywoził  do  tej  zapadłej  dziury  i  tam  właśnie 
objawiło się moje powołanie, po tym jak w wieku pięciu lat obejrzałem mój pierwszy 
w Ŝyciu film, siedząc u babci na kolanach. Była to Genowefa z Brabancji i wraŜenie, 
jakie utkwiło mi w pamięci, to głównie przestrach, bo przecieŜ musiało minąć sporo 
lat,  nim  zrozumiałem,  skąd  się  biorą  galopujące  konie  i  takie  olbrzymie  twarze  na 
prześcieradle rozwieszonym między dwoma drzewami. 

Dom,  do  którego  przyjechaliśmy  owej  nocy  z  Ricardem,  naleŜał  do  mego 

greckiego  dziadka.  Teraz  mieszka  w  nim  moja  matka,  Cristina  Cucumides,  a  ja 
przeŜyłem  w  nim  całe  dzieciństwo.  Zbudowano  go  w  roku  1900  i  do  tej  pory 
zachowuje on tradycyjny styl chilijskiego budownictwa wiejskiego: długie korytarze, 
ciemne  sienie,  labirynt  pokoi,  olbrzymie  kuchnie,  a  w  pobliŜu  —  stajnia  i  zagroda. 
Miejsce, w którym stoi, nosi nazwę Los Naranjos i niekiedy naprawdę unosi się tam 
w  powietrzu  zapach  kwaśnych  pomarańczy;  koło  domu  rośnie  krzak  bugenwilli  i 

background image

 

84

mnóstwo wspaniałych kwiatów. 

Byłem tak straszliwie podniecony faktem, iŜ tu dotarłem, Ŝe wyskoczyłem z 

auta,  zanim  zahamowaliśmy.  Wszedłem  w  puste  korytarze,  przeszedłem  przez 
mroczną  sień,  ale  na  spotkanie  wyszedł  mi  jedynie  durny,  łaszący  się  do  nóg  pies; 
szedłem dalej, nie napotykając Ŝadnych śladów ludzkiej bytności. Z kaŜdym krokiem 
napływały wspomnienia: jakaś popołudniowa godzina, jakiś zapomniany zapach. Na 
końcu  długiego  korytarza  pchnąłem  drzwi  do  salonu  oświetlonego  jedynie  bladym 
ś

wiatłem i tam ujrzałem matkę. 

Był to przedziwny widok. Salon jest olbrzymi, wysoko sklepiony, o gładkich 

ś

cianach,  ale  nie  ma  w  nim  Ŝadnych  mebli  prócz  dwóch foteli:  na  jednym  siedziała 

matka, odwrócona plecami do drzwi, z brasero obok na podłodze, na drugim jej brat, 
wujek  Pablo.  Oboje  milczeli,  wpatrzeni  w  jeden  punkt  z  wyrazem  dobrodusznej 
obojętności  na  twarzach,  zupełnie  jakby  oglądali  telewizję,  choć  naprawdę  mieli 
przed  oczami  jedynie  pustą  ścianę.  Ruszyłem  do  nich,  starając  się  stąpać  głośno,  a 
widząc, Ŝe się nie odwracają, odezwałem się: 

— CóŜ, u licha, nikt się nawet nie przywita?  
Na to moja matka wstała. 
— Jesteś pewnie kolegą moich dzieci — powiedziała. — Witaj. 
Wujek Pablo nie widział mnie, odkąd opuściłem Chile dwanaście lat temu, i 

nawet się nie ruszył z fotela. Z matką widziałem się we wrześniu ubiegłego roku w 
Madrycie,  ale  nawet  gdy  wstała,  Ŝeby  się  ze  mną  przywitać,  nadal  mnie  nie 
poznawała. Chwyciłem ją za ramiona i potrząsnąłem mocno, starając się wyrwać ją z 
otępienia. 

—  Przypatrz  mi  się  dobrze,  Cristino  —  powiedziałem,  patrząc  jej  prosto  w 

oczy — to ja. 

Spojrzała  na  mnie  nieco  innym  wzrokiem,  ale  nadal  nie  była  w  stanie  mnie 

rozpoznać. 

— Nie — odezwała się — nie wiem, kim jesteś. 
—  Jak  to!  Nie  poznajesz  mnie?!  —  wykrzyknąłem,  parskając  śmiechem.  — 

PrzecieŜ to ja, Miguel, twój syn! 

Przyjrzała mi się ponownie, po czym śmiertelnie pobladła. 
— BoŜe — powiedziała — zaraz zemdleję. 
Musiałem ją podtrzymać, Ŝeby nie upadła, bo wujek Pablo był równie mocno 

poruszony. 

— Ostatnie, co spodziewałbym się ujrzeć — odezwał się wreszcie. — Teraz 

mogę juŜ spokojnie umrzeć. 

background image

 

85

Rzuciłem  się  go  przywitać.  Z  białą  głową,  owinięty  w  pled,  wyglądał  jak 

staruszek,  choć  naprawdę  starszy  jest  ode  mnie  zaledwie  o  pięć  lat.  OŜenił  się,  a 
potem rozstał z Ŝoną i zamieszkał u mojej matki. Zawsze był wielkim samotnikiem i 
od dziecka wydawał się stary. 

—  Nie  pieprz,  wujku  —  rzekłem.  —  Nie  rób  mi  numerów  i  nie  waŜ  się 

umierać właśnie teraz. Przynieś lepiej butelkę wina, to oblejemy mój przyjazd. 

Matka  przerwała  nam,  jak  zawsze,  obwieszczając  coś  absolutnie 

niebywałego: 

— Mam przygotowany mastul. 
Nie  uwierzyłem,  póki  nie  zajrzałem  do  kuchni.  Bo  i  było  się  czemu  dziwić. 

Mastul Grecy robią wyłącznie przy wyjątkowych okazjach, gdyŜ jego przygotowanie 
wymaga sporo zachodu. To potrawka z jagnięcia z grochem i kulkami z kaszy, trochę 
podobna  do  arabskiego  kuskusu;  ten  mastul  matka  zrobiła  po  raz  pierwszy  w  tym 
roku, bez Ŝadnego powodu. Najczystsze przeczucie. 

Ricardo zjadł z nami kolację, a potem poszedł spać, bo z pewnością chciał nas 

zostawić  samych.  Nieco  później  takŜe  wuj  udał  się  na  spoczynek,  a  ja  i  matka 
rozmawialiśmy  do  białego  rana.  Zawsze  mieliśmy  sobie  duŜo  do  powiedzenia, 
właściwie jak przyjaciele, bo w sumie nie ma między nami tak duŜej róŜnicy wieku. 
Wyszła za mąŜ za mego ojca mając lat szesnaście i urodziła mnie w rok później, tak 
więc pamiętam ją doskonale jako dwudziestoletnią dziewczynę, śliczną i czułą, która 
bawiła się ze mną jakbym nie był jej synem, tylko jeszcze jedną szmacianą lalką. 

Promieniała  radością  z  powodu  naszego  spotkania,  nieco  jednak  zaskoczona 

moim  nowym  wyglądem,  jako  Ŝe  zawsze  akceptowała  mój  niedbały  styl. 
„Przypominasz księdza” — oznajmiła. Nie ujawniałem jej powodów tej zmiany, ani 
dlaczego i jak przyjechałem do Chile; sądziła, Ŝe jestem legalnie. Wolałem trzymać 
ją  z  dala  od  całej  wyprawy,  bo  nie  chciałem  jej  niepokoić,  a  przede  wszystkim  — 
wciągać w to wszystko. 

TuŜ przed świtem wzięła mnie za rękę i oświetlając sobie drogę płomieniem 

ś

wiecy tkwiącej w  lichtarzu,  zupełnie  jak  u  Dickensa,  powiodła  mnie  na  podwórze, 

nie  mówiąc  po  co.  Tam  czekała  mnie  największa  w  czasie  całej  wyprawy 
niespodzianka.  W  głębi  podwórza  znajdowało  się  studio,  przeniesione  z  mojego 
domu  w  Santiago,  pozostawionego,  gdy  musiałem  uciekać  za  granicę.  Wszystko 
wyglądało tak jak wówczas i wszystko było na swoim miejscu. 

Po  ostatniej  rewizji  przeprowadzonej  przez  wojsko,  kiedy  wraz  z  Ely  i 

dzieciakami  musieliśmy  uciekać  do  Meksyku,  matka  wynajęła  zaprzyjaźnionego 
architekta,  a  ten  rozebrał  studio  deska  po  desce  i  odtworzył  je  w  identycznym 

background image

 

86

kształcie w starym rodowym domu w Palmilli. Wewnątrz wszystko było tak, jakbym 
nigdy nie wyjechał. Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie je zostawiłem, tak samo 
nieuporządkowane  leŜały  moje  papiery  gromadzone  przez  całe  Ŝycie,  młodzieńcze 
sztuki  teatralne,  projekty  scenariuszy,  plany  poszczególnych  scen.  W  powietrzu 
unosił  się  ten  sam  zapach,  studio  miało  ten  sam  koloryt  i  pomyślałem  w  pewnej 
chwili, Ŝe jest ta sama data i godzina co wtedy, gdy byłem tu po raz ostatni. Zalała 
mnie fala wzruszenia, choć wówczas nie potrafiłem ustalić, czy moja matka podjęła 
się  tej  dokładnej  rekonstrukcji  po  to,  bym  nie  tęsknił  za  dawnym  domem,  jeŜeli 
kiedykolwiek  powrócę,  czy  po  to,  by  lepiej  mnie  pamiętać,  gdybym  zmarł  na 
wygnaniu.

 

background image

 

87

Szczęśliwe zakończenie dzięki pomocy policji 

 

Tym  razem  powrót  do  Santiago  oznaczał  ponowne  znalezienie  się  w 

warunkach podwyŜszonego ryzyka i ciągłego niepokoju. Coraz wyraźniej czuliśmy, 
Ŝ

e  policja  jest  na  naszym  tropie.  „Marsz  głodowy”  spacyfikowano  z  wyjątkową 

brutalnością, polała się krew i były ofiary, policja pobiła kilku członków naszej ekipy 
i  zniszczyła  jedną  kamerę.  Osoby,  z  którymi  kontaktowaliśmy  się  przy  pracy, 
przypuszczały, Ŝe nikt nie uwierzył w nasz rzekomy wyjazd, a Clemencia Isaura była 
wręcz przekonana, Ŝe wkroczyliśmy niczym święci młodziankowie do jaskini lwów. 
Wszelkie  próby  nawiązania  kontaktu  z  generałem  o  dysydenckich  nastrojach 
kończyły  się  stale  tym  samym:  „Proszę  zadzwonić  jutro”.  Tak  się  mniej  więcej 
przedstawiała  sytuacja,  kiedy  ekipa  włoska  otrzymała  wiadomość,  Ŝe  przyszło 
nareszcie  zezwolenie  na  zdjęcia  wnętrz  pałacu  La  Moneda,  od  następnego  dnia  od 
godziny jedenastej rano. 

Trudno było nie przypuszczać, Ŝe to śmiertelna pułapka. Byłem zdecydowany 

zaryzykować,  ale  zbyt  wielka  ciąŜyła  na  mnie  odpowiedzialność  za  wydanie 
Włochom  polecenia,  by  wkroczyli  na  prezydenckie  komnaty,  skoro  sam  nie 
wiedziałem,  czy  nie  pcham  ich  w  zasadzkę.  Oni  jednak  postanowili  sami  podjąć  to 
ryzyko  przy  pełnej  świadomości  groŜącego  im  niebezpieczeństwa.  Z  kolei  ekipa 
francuska nie miała po co przebywać dłuŜej w Santiago. Spotkałem się więc z nimi i 
zasugerowałem wylot  z Chile pierwszym  samolotem;  przy okazji mieli wywieźć do 
Madrytu  wszystek  pozostały  nakręcony  materiał.  Odlecieli  jeszcze  tego  samego 
wieczoru,  w  porze,  kiedy  Włosi  pod  moim  kierunkiem  jeszcze  filmowali  siedzibę 
generała Pinocheta. 

Przed  udaniem  się  do  La  Moneda  wręczyłem  Franzowi  list  do  prezesa  Sądu 

NajwyŜszego,  który  od  kilku  dni  nosiłem przy  sobie, nie  mogąc się zdecydować na 
wysłanie  go  pocztą,  i  poprosiłem,  by  natychmiast  przekazał  go  osobiście,  co  teŜ 
uczynił.  Podałem  mu  równieŜ  numery  telefonów,  jakie  pozostawiła  mi  Elena  na 
wypadek powaŜniejszego zagroŜenia. Za kwadrans jedenasta Franz wysadził mnie na 
rogu  Providencia,  gdzie  czekała  w  komplecie  ekipa  włoska  i  razem  ruszyliśmy  do 
pałacu  La  Moneda.  Cały  paradoks  tkwił  w  tym,  Ŝe  zrezygnowałem  z  przebrania 
urugwajskiego  speca  od  reklamy  i  załoŜyłem  dŜinsy  i  kurtkę  podbitą  króliczym 
futrem.  Podjąłem  tę  decyzję  dosłownie  w  ostatniej  chwili,  wiedząc,  Ŝe  dokładnie 

background image

 

88

sprawdzono Grazie jako dziennikarkę, Ugo jako operatora i Guida jako dźwiękowca, 
za  to  ich  asystentów  nawet  nie  wylegitymowano,  mimo  Ŝe  wszystkie  nazwiska 
figurowały  w  podaniu  o  zezwolenie.  I  to  mi  rozwiązało  problem:  wkroczyłem  do 
pałacu prezydenckiego jako asystent oświetleniowca, taszcząc kable i reflektory. 

Przez  nikogo  nie  niepokojeni,  w  znakomitych  warunkach  technicznych 

kręciliśmy  przez  całe  dwa  dni  pod  okiem  trzech  młodych,  niezwykle  uprzejmych 
oficerów, którzy kolejno sprawowali nad nami pieczę. 

Wypytywaliśmy o wszelkie szczegóły dotyczące odbudowy pałacu, a Grazia 

przygotowała się doskonale z Toeski i architektury włoskiej w Chile, aŜeby nikt nie 
miał  wątpliwości,  Ŝe  wyłącznie  to  stanowi  temat  kręconego  filmu.  Ale  i  oficerowie 
byli  świetnie  przygotowani.  Opowiadali  z  duŜą  pewnością  siebie  o  historii  i 
znaczeniu  kaŜdego  pomieszczenia  w  pałacu,  informując  nas  takŜe,  jakich  zmian 
dokonano  przy  odbudowie  w  stosunku  do  pierwotnego  układu.  Dokonywali  jednak 
wyjątkowych  manewrów  słownych,  stosowali  wszelkie  uniki  i  uciekali  się  do 
rozmaitych  wykrętów,  byle  tylko  nie  mówić  o  jedenastym  września  1973  roku. 
Muszę  przyznać,  Ŝe  odbudowy  dokonano  ściśle  według  pierwotnych  planów 
architektonicznych. Zamurowano jedne drzwi, wybito inne, zwalono ściany, inaczej 
ustawiono  ścianki  działowe  i  zamknięto  dostęp  od  strony  Morande,  słuŜący  za 
wejście  reprezentacyjne  dla  prezydenckich gości  oficjalnych.  Zmian  było tak  wiele, 
Ŝ

e ktoś, kto znał poprzedni układ pałacu, miałby kłopoty z orientacją w nowym. 

Asystujący  nam  oficerowie znaleźli się w trudnej sytuacji, gdy poprosiliśmy 

ich o pokazanie nam Aktu Niepodległości, który przez całe lata eksponowany był w 
Sali Posiedzeń Rady Ministrów i — jak doskonale wiedzieliśmy — uległ zniszczeniu 
podczas  bombardowania.  Tego  nam  jednak  oficerowie  nie  powiedzieli,  za  to 
obiecywali  załatwić  specjalne  zezwolenie  na  sfilmowanie  dokumentu  nieco  później 
— i to „później” słyszeliśmy nieustannie, aŜ do zakończenia zdjęć. Nie potrafili nam 
takŜe  wyjaśnić,  gdzie  znajduje  się  biurko  Diego  Portalesa  oraz  inne  przedmioty 
osobiste przekazane przez poprzednich prezydentów Republiki z przeznaczeniem na 
niewielkie muzeum; wszystko to pochłonął ogień. 

Zapewne  i  popiersia  kolejnych  prezydentów,  począwszy  od  O’Higginsa, 

spotkał ten sam los, choć krąŜy wersja, Ŝe junta usunęła je po prostu z galerii, gdzie 
stały,  Ŝeby  nie  musieć  ustawiać  tam  popiersia  Salvadora  Allende.  Po  obejrzeniu 
całego  kompleksu  pałacowego  odnosi  się  wraŜenie,  Ŝe  wprowadzono  tak  głębokie 
zmiany  jedynie  po  to,  by  zmieść  z  powierzchni  ziemi  ostatnie  ślady  urzędowania 
poprzedniego prezydenta. 

Drugiego  dnia  pracy  w  La  Moneda  mniej  więcej  o  jedenastej zauwaŜyliśmy 

background image

 

89

nagle  niezwykłe  poruszenie  i  usłyszeliśmy  pospieszny  stukot  wojskowych  butów 
oraz chrzęst Ŝelastwa. Asystujący nam oficer zmienił nagle ton, kategorycznie kazał 
nam pogasić światła i wyłączyć kamery. Dwie eskorty cywilów ostentacyjnie stanęły 
przy nas, gotowe wkroczyć do akcji, gdybyśmy próbowali kręcić nadal. Nie mieliśmy 
pojęcia,  co  się  dzieje,  póki  nie  ujrzeliśmy  generała  Augusto  Pinocheta  we  własnej 
osobie:  umundurowany  i  nabzdyczony  zmierzał  w  kierunku  własnego  gabinetu  w 
towarzystwie wojskowego adiutanta i dwóch cywilów. Trwało to tak krótką chwilę, 
Ŝ

e  nie  starczyło  nam  czasu  dosłownie  na  nic,  ale  przeszedł  tak  blisko,  nie 

spojrzawszy nawet na nas, Ŝe usłyszeliśmy wyraźnie, jak mówi: 

— Kobietom nie moŜna wierzyć, nawet gdy mówią prawdę. 
Ugo skamieniał, z palcem zastygłym na guziku kamery, jak gdyby patrzył na 

kroczący przed nim los. „Gdyby ktoś chciał go wtedy zabić — oświadczył później — 
nie miałby z tym najmniejszych problemów”. Choć mieliśmy jeszcze do dyspozycji 
trzy godziny, nikt z nas nie czuł się na siłach pracować dalej.

 

 

Wariat w restauracji 

 

Natychmiast po zakończeniu zdjęć w La Moneda włoska ekipa wyjechała bez 

Ŝ

adnych  trudności,  wywoŜąc  pozostały  materiał:  pełne  trzydzieści  dwa  tysiące 

dwieście metrów naświetlonej taśmy. Ostatecznie film, po półrocznej nad nim pracy 
w Madrycie, skrócony został do czterogodzinnej wersji telewizyjnej i dwugodzinnej 
kinowej. 

Choć  oficjalny  program  pobytu  został  właściwie  wyczerpany,  pozostaliśmy 

jeszcze  z  Franzem  w  Chile  przez  cztery  dni  w  nadziei,  Ŝe  uda  nam  się  nawiązać 
kontakt z naszym General Electric. Przez dwa dni co sześć godzin chodziłem do tej 
samej  kawiarni,  zgodnie  z  poleceniem  otrzymanym  przez  telefon.  Siadałem  i 
spokojnie  czekałem,  czytając  po  raz  kolejny  PodróŜ  do  źródeł  czasu,  talizman 
chroniący  mnie  przed  ryzykiem  podróŜowania  samolotami.  Długo  oczekiwany 
kontakt,  anielskiej  urody  dwudziestolatka  w  uniformie  wytwornej  szkoły  La 
Maisonette
 przyszła dopiero na przedostatnie wyznaczone spotkanie i przekazała mi 
instrukcje  na  etap  następny:  znana  restauracja  Chez  Henri,  w  Portales,  gdzie 
powinienem czekać tego samego wieczoru, od szóstej, trzymając w ręku egzemplarz 
„El Mercurio” i czasopismo z komiksami. 

Przybyłem nieco spóźniony, bo taksówka utknęła w korku z powodu ulicznej 

manifestacji  zorganizowanej  przez  nowo  powstały  ruch  pokojowego  oporu 

background image

 

90

przeciwko  dyktaturze,  utworzony  po  samospaleniu  Sebastiana  Acevedo  w 
Concepción. Policja starała się rozpędzić tłum za pomocą armatek wodnych, a ponad 
dwustu przemoczonych do kości manifestantów stało nieporuszenie, śpiewając pieśni 
o  miłości.  WciąŜ  pod  wraŜeniem  tak  specyficznej  formy  protestu  zasiadłem  przy 
barze,  by  przejrzeć  „El  Mercurio”,  wedle  instrukcji  łączniczki,  czekając,  aŜ  ktoś 
podejdzie  i  zapyta:  „Zawsze  pan  czyta  komentarze  redakcyjne?”.  Miałem  na  to 
odpowiedzieć,  Ŝe  zawsze,  usłyszeć  z  kolei  pytanie:  „Dlaczego?”.  I  odpowiedzieć: 
„Bo  sporo  tam  wiadomości  gospodarczych,  interesujących  dla  mnie  z  zawodowego 
punktu  widzenia”.  Następnie  miałem  wyjść  z  restauracji  i  wsiąść  do  czekającego 
przed wejściem auta. 

ZdąŜyłem juŜ trzy razy przeczytać komentarze redakcyjne od deski do deski, 

kiedy  ktoś  minął  mnie,  trącając  łokciem  w  nerki.  Pomyślałem:  „To  ten”,  i 
rozejrzałem  się.  Człowiek  mniej  więcej  trzydziestoletni,  o  szerokich  barach  i 
powolnych ruchach, szedł w kierunku toalety. Uznałem, Ŝe moŜe chciał mi dać znak, 
Ŝ

ebym poszedł za nim, ale nie ruszyłem się, bo mimo wszystko nie usłyszałem hasła. 

Obserwowałem toaletę, póki nie wyszedł; przechodząc koło mnie, ponownie klepnął 
mnie  w  plecy.  Odwróciłem  się  i  ujrzałem  jego  twarz:  nos  jak  kalafior,  pełne  jak  u 
kupidyna usta, pęknięte łuki brwiowe. 

— Cześć — odezwał się — jak ci poszło? 
— Całkiem dobrze — odparłem — doskonale.  
Usiadł na stołku obok i zaczął poufałą rozmowę. 
— Przypominasz mnie sobie? 
— Pewnie, chłopie — odparłem tym samym tonem — jakŜeby inaczej. 
Czas leciał, a ja bez przerwy ostentacyjnie wpatrywałem się w gazetę, chcąc 

mu w ten sposób przypomnieć o haśle. Nic z tego. Siedział obok i gapił się na mnie. 

— No dobra — odezwał się — nie postawisz mi kawy? 
— Jasne, chłopie, z przyjemnością. 
Zamówiłem u barmana dwie kawy, ale ten postawił na kontuarze tylko jedną. 
— Prosiłem o dwie — przypomniałem — drugą dla tego pana. 
— Oczywiście — zapewnił barman — za chwileczkę podam. 
— Czemu nie juŜ? 
— JuŜ robię, za chwileczkę podaję. 
Ale  nie  podawał.  Najdziwniejsze,  Ŝe  mojemu  rozmówcy  wcale  to  nie 

przeszkadzało, za to cała ta nienaturalna sytuacja wzmagała moje zdenerwowanie. W 
końcu połoŜył mi rękę na ramieniu i odezwał się. 

— Nie przypomina mnie pan sobie, prawda? 

background image

 

91

Wtedy postanowiłem natychmiast wyjść. 
—  Rzeczywiście,  proszę  pana  —  odparłem  —  szczerze  mówiąc,  nie 

pamiętam. 

Wyjął  z  portfela  pomięty,  poŜółkły  wycinek  z  gazety  i  podsunął  mi  go  pod 

oczy. 

— To ja — wyjaśnił. 
Dopiero  wtedy  go  rozpoznałem.  Były  mistrz  w  boksie,  doskonale  znany 

całemu  miastu,  bardziej  z  powodu  choroby  umysłowej  niŜ  ze  swych  dawnych 
sukcesów.  Zdecydowany  wyjść,  nim  znajdę  się  w  centrum  uwagi,  poprosiłem  o 
rachunek. 

— A moja kawa? — usłyszałem. 
— Niech ją pan sobie wypije gdzie indziej. Mogę panu dać pieniądze. 
— Co znaczy: da mi pan pieniądze — krzyczał oburzony — myśli pan, Ŝe jak 

mnie znokautowali, to upadłem poniŜej własnej godności? Pan sobie ze mnie jaj nie 
robi! 

Darł  się  tak,  Ŝe spojrzenia  wszystkich  gości  skierowały  się  na  nas.  Niewiele 

myśląc chwyciłem jego potęŜną łapę boksera i ścisnąłem ją ręką urodzonego drwala, 
jaką na szczęście odziedziczyłem po matce. 

— Siedź pan spokojnie, zrozumiano? — syknąłem, patrząc mu prosto w oczy 

— ani słowa więcej! 

Poskutkowało,  bo  zamilkł  równie  szybko,  jak  wpadł  we  wściekłość. 

Pospiesznie zapłaciłem, wyszedłem w lodowatą noc i pierwszą taksówką pojechałem 
do  hotelu.  W  recepcji  czekała  na  mnie  pilna  wiadomość  od  Franza:  Przeniosłem 
twoje  rzeczy  do  727.  Wystarczyło.  Mianem  727  określaliśmy  obaj  dom  Clemencii 
Isaury,  a  fakt,  Ŝe  Franz  przeniósł  tam  moje  walizki,  opuszczając  pospiesznie  hotel, 
był wystarczającą wskazówką, Ŝe sytuacja stała się naprawde powaŜna. Wybiegłem i 
zmieniając  po  drodze  taksówki  i  kierunek  jazdy,  ilekroć  uznałem  to  za  konieczne, 
pojechałem  do  starszej  pani.  Zastałem  ją  w  niezmiennie  dobrym  nastroju,  przed 
ekranem telewizora, oglądającą film Hitchcocka.

 

 

„Albo wyjeŜdŜasz, albo musisz się ukryć” 

 

Wiadomość,  jaką  Franz  zostawił  mi  u  niej,  wykluczała  jakiekolwiek 

wątpliwości.  Po  południu  dwóch  agentów  w  cywilu  pytało  o  nas  w  hotelu. 
Wynotowali  sobie  nasze  dane  z  rejestru  gości  hotelowych.  Portier  poinformował  o 

background image

 

92

tym  Franza,  na  co  ten  udał,  Ŝe  niewiele  go  to  obchodzi,  w  końcu  to  rutynowa 
czynność  przy  stanie  wyjątkowym.  Spokojnie  zapłacił  za  pokoje,  poprosił  portiera, 
Ŝ

eby  przywołał  mu  taksówkę,  kurs  na  lotnisko  międzynarodowe  i  poŜegnał  się, 

ś

ciskając mu rękę i wręczając suty napiwek. Ten jednak nie dał się tak łatwo zwieść. 

„Mogę  panu  załatwić  hotel,  gdzie  pana  nigdy  nie  znajdą”  —  zapewniał.  Franz, 
naturalnie, uznał, Ŝe lepiej udawać głupiego. 

U Clemencii Isaury czekał na mnie przygotowany pokój z posłanym łóŜkiem, 

a pani domu dała słuŜącej i szoferowi wychodne, Ŝeby nie musieć uwaŜać ciągle na 
ciekawskie  uszy  za  ścianą  ani  ciekawskie  oczy  w  lustrach.  Czekając  na  mnie, 
przygotowała wystawną kolację ze świecami, winami najlepszych marek i sonatami 
Brahmsa  —  swego  ulubionego  kompozytora.  Kolacja  przedłuŜała  się  do  późnych 
godzin  nocnych,  a  pani  domu  snuła  wynurzenia  na  temat  swoich  frustracji.  Nie 
poddaje się myśli, Ŝe całe Ŝycie spędziła na wychowywaniu dzieci, by te i tak weszły 
w świat mumii, na grze w kanastę z zamoŜnymi idiotkami, a wreszcie na dzierganiu 
wełnianych skarpet przy łzawych telenowelach. Przy swoich siedemdziesięciu dwóch 
latach odkrywa, Ŝe jej prawdziwym powołaniem zawsze była walka z bronią w ręku, 
konspiracja i śmiałe szaleńcze czyny. 

— Zamiast w łóŜku z przegniłymi nerkami — mówiła — wolałabym umierać 

naszpikowana ołowiem w ulicznym starciu z glinami. 

Franz  przyjechał  następnego  ranka, wynajętym samochodem, innym niŜ ten, 

który  mieliśmy  poprzednio.  Przynosił  kategoryczne  ostrzeŜenie,  otrzymane  z  trzech 
róŜnych  źródeł:  „Albo  wyjeŜdŜasz,  albo  musisz  się  ukryć”.  To  ostatnie  oznaczało 
zejść  do  podziemia,  zaprzestając  dotychczasowej  roboty.  Rzecz  nie  do  pomyślenia. 
Franz  podzielał  moje  zdanie,  wobec  tego  zdobył  dwa  dosłownie  ostatnie  bilety  na 
samolot odlatujący tego samego dnia do Montevideo. 

Weszliśmy  w  końcową  fazę  naszych  działań.  Poprzedniego  wieczoru  Franz 

rozwiązał  pierwszą  ekipę  chilijską,  polecając  jej  z  kolei  rozwiązać  pozostałe,  i 
powierzył  kurierowi  z  ruchu  oporu  trzy  ostatnie  pudła  z  nagranymi  taśmami,  kaŜąc 
mu  wyekspediować  je  z  kraju  jak  najszybciej.  Wszystko  poszło  tak  sprawnie,  Ŝe 
kiedy  w  pięć  dni  później  dotarliśmy  do Madrytu, Ely  juŜ  je  miała.  Przyniosła  je  do 
domu  urocza  młoda  zakonnica,  wyglądająca  jak  święta  Teresa  od  Dzieciątka  Jezus. 
Nie  chciała  zostać  na  obiedzie,  jako  Ŝe  miała  przed  sobą  jeszcze  trzy  tajne  misje 
przed  powrotem  do  Chile  tego  samego  wieczoru.  Niedawno  przez  zupełnie 
niewiarygodny przypadek odkryłem, Ŝe to ta sama zakonnica, która pojawiła się jako 
łączniczka w kościele Świętego Franciszka w Santiago. 

Nie  chciałem  wyjeŜdŜać,  póki  rysowała  się  jeszcze  jakakolwiek  moŜliwość 

background image

 

93

wywiadu  z  naszym  General  Electric.  Kontakt  w  restauracji  znów  się  urwał,  ale 
podczas śniadania u Clemencii Isaury zadzwoniłem raz jeszcze i ten sam co zawsze 
kobiecy głos poprosił, bym zadzwonił ponownie za dwie godziny, a wtedy otrzymam 
ostateczną odpowiedź: tak czy nie. Podjąłem decyzję: jeŜeli na minutę przed odlotem 
uda  mi  się  nawiązać  kontakt  z  generałem,  zostaję  w  Santiago,  bez  względu  na 
ryzyko. JeŜeli nie — lecę do Montevideo. Uznałem przeprowadzenie tego wywiadu 
za  punkt  honoru  i  serce  mi  się  kroiło  na  samą  myśl,  Ŝe  nie  zwieńczy  on  naszych 
sześciu tygodni sukcesów i poraŜek w Chile. 

Druga rozmowa przyniosła ten sam efekt: kolejny telefon za dwie godziny. A 

zatem jeszcze dwie moŜliwości przed odlotem samolotu. Clemencia Isaura nalegała, 
byśmy wzięli ogromny rewolwer naleŜący do jej męŜa, który ten zawsze trzymał pod 
poduszką  w  obawie  przed  złodziejami,  ale  jakoś  udało  nam  się  ją  przekonać,  Ŝe  to 
zbyteczne.  PoŜegnała  się  z  nami  tonąc  we  łzach,  ale  nie  sądzę,  Ŝe  z  powodu 
prawdziwych  uczuć,  jakimi  nas  darzyła,  tylko  z  rozpaczy,  Ŝe  oto  znika  moŜliwość 
przeŜycia kolejnych emocji. Nawiasem mówiąc, pozostawiłem u niej moje drugie ja. 
Wyjąłem niezbędne rzeczy osobiste, wrzuciłem je do niewielkiej torby podręcznej i 
pozostawiłem  Clemencii  Isaurze  walizkę  na  kółkach  pełną  angielskich  garniturów, 
jedwabnych  koszul  z  nie  moimi  monogramami,  ręcznie  malowanych  włoskich 
krawatów  i  wszelkich  luksusowych  przyborów  toaletowych  niezbędnych 
człowiekowi,  jakiego  najbardziej  w  Ŝyciu  nie  cierpiałem.  Jedyne,  co  mi  po  nim 
zostało, to rzeczy, jakie miałem na sobie, a i te celowo pozostawiłem trzy dni później 
w hotelu w Rio de Janeiro. 

Przez  następne  dwie  godziny  kupowaliśmy  typowe  chilijskie  suweniry  dla 

dzieci  i  przyjaciół  na  emigracji.  Z  kawiarni  w  pobliŜu  Plaza  de  Armas 
zatelefonowałem  po  raz  trzeci  i  otrzymałem  identyczną  odpowiedź:  zadzwonić  za 
dwie godziny. Ale tym razem nie usłyszałem w słuchawce głosu kobiety: odezwał się 
męŜczyzna,  który znał hasła  i  odzewy  i  uprzedził,  Ŝe  jeśli  za następnym razem nikt 
nie  odbierze  telefonu,  kolejny  kontakt  będzie  moŜliwy  dopiero  za  dwa  tygodnie. 
Ruszyliśmy więc na lotnisko i juŜ stamtąd mieliśmy zadzwonić po raz ostatni. 

Ruch  utrudniały  roboty  prowadzone  na  kilku  odcinkach  drogi.  Nie  działała 

sygnalizacja,  a  objazdy  były  skomplikowane  i  częste.  Franz  i  ja  wiedzieliśmy 
doskonale  jak  dojechać  na  stare lotnisko  w  Los  Cerrillos,  ale  nie  znaliśmy drogi  na 
nowe,  w  Pudahuel,  i  sami  nie  wiedząc  kiedy,  zabłądziliśmy  w  gęstej  zabudowie 
przemysłowej  dzielnicy.  KrąŜyliśmy,  szukając  jakiejkolwiek  drogi  wyjazdowej,  i 
kiedy  właśnie  uświadomiliśmy  sobie,  Ŝe  jedziemy  w  kierunku  przeciwnym,  wyrósł 
przed nami patrol karabinierów. 

background image

 

94

Wysiadłem z wozu, zdecydowany ich zatrzymać. Franz dosłownie zasypał ich 

gradem  słów,  nie  dając  im  szansy  choćby  na  cień  podejrzenia.  Na  poczekaniu 
wymyślił  bajkę  o  niebywałym  kontrakcie,  jaki  mamy  podpisać  z  Ministerstwem 
Transportu  na  wybudowanie  w  Chile  sieci  satelitarnej  kontroli  ruchu  drogowego,  a 
następnie opisał, co się stanie, jeŜeli cały projekt upadnie przez to, Ŝe za pół godziny 
nie  złapiemy  samolotu  do  Montevideo.  Na  koniec  wszyscy  tak  się  pogubiliśmy, 
usiłując ustalić, którędy jechać, by znaleźć się na autostradzie wiodącej na lotnisko, 
Ŝ

e karabinierzy wskoczyli do wozu i kazali nam jechać za sobą. 

 

Dwóch gapowiczów w poszukiwaniu autora 

 

W taki oto sposób dojechaliśmy na lotnisko: poprzedzani przez policyjny wóz 

na sygnale, pędzący z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę. Franz pobiegł do 
stoiska Hertza oddać wynajęty samochód. Ja — do telefonu. Po raz czwarty tego dnia 
dzwoniłem  pod  ten  sam  numer,  ale  teraz  telefon  był  zajęty.  Spróbowałem  jeszcze 
dwukrotnie,  za  trzecim  razem  się  udało,  ale  traciłem  tylko  cenny  czas,  bo  kobieta, 
która  odebrała,  nie  znała  hasła  i  obraŜona  odłoŜyła  słuchawkę.  Zadzwoniłem 
ponownie  i  usłyszałem  w  słuchawce  ten  sam  męski  głos,  co  poprzednio  spokojny  i 
miękki,  ale  nie  dający  mi  Ŝadnej  nadziei.  Tak  jak  uprzedzał  —  nie  ma  szans  przed 
upływem  dwóch  tygodni.  Kiedy  odłoŜyłem  słuchawkę,  wściekły  i  zniechęcony,  do 
odlotu samolotu pozostawało zaledwie pół godziny. 

Ustaliliśmy z Franzem, Ŝe ja ruszę do odprawy, a on w tym czasie rozliczy się 

z Hertzem i w razie gdybym został aresztowany przy przekraczaniu granicy, jeszcze 
zdąŜy uciec i zaalarmować Sąd NajwyŜszy. W ostatniej jednak chwili postanowiłem 
zaczekać na niego przy kontroli paszportów. Grzebał się dłuŜej, niŜ naleŜało, a ja w 
miarę upływu czasu coraz bardziej rzucałem się w oczy objuczony dwiema torbami 
podróŜnymi,  urzędniczym  neseserem  i  na  dodatek  paczkami  z  prezentami.  Kobiecy 
głos,  który  wydał  mi  się  podenerwowany,  wzywał  przez  megafon  do  odprawy 
ostatnich  pasaŜerów  odlatujących  do  Montevideo.  Spanikowany  podałem  torbę 
Franza i jego bilet bagaŜowemu, mówiąc: 

—  Niech  pan  zaniesie  to  do  stoiska  Hertza  i  powie  temu  panu,  co  płaci,  Ŝe 

albo natychmiast przychodzi, albo lecę bez niego. 

— Pan się pofatyguje sam — odparł na to — będzie prościej. 
Podszedłem więc do przedstawicielki Lan-Chile obecnej przy odprawie. 
— Zaczekajcie państwo jeszcze chwilę — prosiłem — muszę znaleźć kolegę, 

background image

 

95

który płaci za samochód. 

— Zostało tylko piętnaście minut — uprzedziła stewardesa. 
Pognałem do stoiska, zapominając o wszelkich pozorach. Ze zdenerwowania 

zatraciłem  leniwy  spokój  mojego  drugiego  ja  i  stałem  się  na  powrót  tym  samym 
impulsywnym  reŜyserem,  którym  zawsze  byłem.  Długie  godziny  przygotowań, 
szczegółowych ustaleń, drobiazgowych prób poszły w diabły w jednej chwili. Franz 
stał spokojnie, sprzeczając się z przedstawicielem Hertza o jakieś kwestie dotyczące 
wysokości opłaty i róŜnic kursowych. 

— Co u licha! — krzyknąłem. — Płać, ile chcą, czekam w samolocie. Mamy 

pięć minut! 

Wiele  wysiłku  kosztowało  mnie,  Ŝeby  się  uspokoić  i  ruszyć  do  kontroli 

paszportowej.  Urzędnik  przekartkował  mój  paszport,  a  potem  spojrzał  mi  prosto  w 
oczy.  Ja  zrobiłem  to  samo,  popatrzył  więc  jeszcze  na  fotografię,  potem  znowu  na 
mnie, a ja odwzajemniłem mu spojrzenie. 

— Do Montevideo? — zapytał. 
— Do domciu na kolacyjkę — potwierdziłem.  
Spojrzał na elektroniczny zegar na ścianie i oświadczył: 
— Do Montevideo juŜ odleciał. 
Przekonywałem  go,  Ŝe  nie,  aŜ  wreszcie  przedstawicielka  Lan-Chile 

potwierdziła, Ŝe tylko na nas czekają, Ŝeby zakończyć odprawę. Zostały dwie minuty. 

Podstemplował mój paszport i zwrócił mi go z uśmiechem. 
— Miłego lotu. 
Jeszcze  nie  przeszedłem  ostatecznie  przez  kontrolę,  kiedy  usłyszałem,  Ŝe 

wzywają  mnie  przez  megafon,  wymieniając  głośno  i  wyraźnie  moje  fałszywe 
nazwisko. Pomyślałem, Ŝe to koniec, i próbowałem uświadomić sobie, Ŝe oto coś, co 
dotychczas  mogło  się  przydarzyć  wyłącznie  komuś  innemu,  teraz  nieodwołalnie 
przytrafia  się  mnie;  sama  ta  myśl  właściwie  przyniosła  mi  niejaką  ulgę.  Ale  to  był 
tylko Franz, bo zabrałem wraz z innymi papierami jego kartę pokładową. Musiałem 
po  raz  kolejny  biec  do  wyjścia,  prosić  oficera,  który  podstemplował  mi  paszport, 
Ŝ

eby mnie na chwilę przepuścił, i ponownie przejść przez kontrolę, ciągnąc za sobą 

Franza. 

Weszliśmy  na  pokład  jako  ostatni,  z  takim  pośpiechem,  Ŝe  nawet  nie 

uświadomiłem  sobie,  Ŝe  powtarzam  krok  po  kroku  te  same  czynności,  co  przed 
dwunastu  laty,  kiedy  po  prostu  siłą  wpakowano  mnie  do  samolotu  do  Meksyku. 
Zajęliśmy ostatnie wolne miejsca. I wówczas doznałem najsprzeczniejszych w czasie 
całej  wyprawy  emocji.  Czułem,  jak  ogarnia  mnie  bezbrzeŜny  smutek,  wściekłość, 

background image

 

96

nieznośny ból wygnania, ale zarazem doznałem niebywałej ulgi, Ŝe wszyscy, którzy 
towarzyszyli mi w tej wyprawie są cali i zdrowi. Nieoczekiwana informacja podana 
przez stewardesę przywróciła mi poczucie rzeczywistości. 

— Prosimy wszystkich pasaŜerów o wyjęcie biletów i trzymanie ich w ręku. 

Mamy kontrolę. 

Dwaj  funkcjonariusze  w  cywilu,  równie  dobrze  przedstawiciele  linii 

lotniczych,  co  jakichś  tajnych  słuŜb,  byli  juŜ  we  wnętrzu  maszyny.  Latałem  duŜo  i 
wiem,  Ŝe  nie  naleŜy  do  rzadkości  sprawdzanie  przez  załogę  kart  pokładowych 
pasaŜerów  nawet  w  ostatniej  chwili,  gdy  coś  się  nie  zgadza.  Ale  po  raz  pierwszy 
spotkałem  się  z  kontrolą  biletów.  MoŜna  się  było  spodziewać  najgorszego.  Pełen 
złych  przeczuć  szukałem  pomocy  w  cudownie  zielonych  oczach  stewardesy 
roznoszącej cukierki. 

— To coś absolutnie niebywałego, proszę pani — odezwałem się. 
— Ach, proszę pana, cóŜ zrobić? Nie mamy na to Ŝadnego wpływu. 
Franz, Ŝartując, jak zwykle w chwilach napięcia, zapytał ją, czy spędza noc w 

Montevideo,  na  co  takim  samym  tonem  zaproponowała,  by  zapytał  o  to  jej  męŜa, 
drugiego pilota. A ja nie mogłem ani minuty dłuŜej znosić cięŜaru ukrywania się pod 
inną  postacią.  Poczułem,  Ŝe  muszę  wstać  i  wykrzyczeć  tym  dwóm  prosto  w  twarz: 
„Wynoście  się  w  diabły,  to  ja,  Miguel  Littin,  syn  Cristiny  i  Hernana,  reŜyser 
filmowy, i ani wy, ani nikt inny nie ma prawa zabraniać mi przebywania we własnym 
kraju  we  własnej  osobie  i  z  własną  twarzą”.  Ale  gdy  przyszła  moja  kolej, 
ograniczyłem się do zademonstrowania biletu najbardziej teatralnym gestem, na jaki 
mnie było stać, schowany pod pancerzem ochronnym mojego drugiego ja. Nawet na 
mnie nie spojrzeli, rzucili okiem na bilet i zwrócili mi go. 

Pięć  minut  później,  przelatując  nad  śniegami  Andów  przybierającymi  o 

zmierzchu róŜowawe barwy, uświadomiłem sobie, Ŝe te ostatnie sześć tygodni, to nie 
Ŝ

adne bohaterstwo z mojej strony, jak mi się wydawało na początku, ale coś znacznie 

waŜniejszego: po prostu udało mi się raz w Ŝyciu zrobić coś naprawdę przyzwoitego. 
Spojrzałem na zegarek: o tej porze Pinochet wychodzi z gabinetu otoczony orszakiem 
dworaków;  powoli,  dostojnie  kroczy  przez  pustą  galerię,  a  następnie  schodzi  na 
pierwsze  piętro  po  pysznych,  wyłoŜonych  dywanem  schodach,  ciągnąc  za  sobą  ośli 
ogon  długości  trzydziestu  dwóch  tysięcy  metrów,  który  mu  przyczepiliśmy. 
Pomyślałem o Elenie z nieopisaną wdzięcznością.  

Podając  nam  powitalne  koktajle,  stewardesa  o  szmaragdowych  oczach 

niepytana wyjaśniła: 

— Myśleli, Ŝe mamy na pokładzie pasaŜera na gapę.  

background image

 

97

Obaj unieśliśmy kieliszki w geście uznania. 
— Dwóch — oznajmiłem. — Pani zdrowie! 

background image

 

98

Posłowie 

 

We  wstępie  Gabriel  Garcia  Marquez  stwierdza,  Ŝe  jego  tekst  „to  typowy 

reportaŜ”.  Tę  uwagę  muszą  ocenić  czytelnicy.  Pisze  równieŜ,  Ŝe  „unikał  odniesień 
historycznych”. Tak rzeczywiście jest, co sprawia, Ŝe dla polskiego czytelnika tekst 
moŜe  być  w  wielu  miejscach  niejasny.  Przypomnijmy  zatem,  co  działo  się  w  Chile 
podczas trwającej trzy lata prezydentury Salvadora Allende. 

4  września  1970  roku  odbyły  się  w  Chile  wybory  prezydenckie,  w  których 

kandydaci  trzech  głównych  nurtów  politycznych  w  tym  kraju  otrzymali  bardzo 
zbliŜone liczby głosów. Reprezentant rządzącej chrześcijańskiej demokracji i faworyt 
ustępującego prezydenta Eduardo Freia uplasował się na trzecim miejscu, uzyskując 
27,8% głosów (822 tyś.), konserwatysta Jorge Alessandrii 35% (1031 tyś.), natomiast 
socjalista  Salvador  Allende  36,2%  (1070  tyś.  głosów).  Allende  był  jednym  z 
głównych twórców koalicji lewicowej o nazwie Jedność Ludowa (Unidad Popular), 
w której główne role odgrywały partie socjalistyczna i komunistyczna. Miał wówczas 
62 lata i na scenie politycznej Chile był postacią dobrze znaną. Wcześniej piastował 
juŜ  stanowiska  ministerialne,  był  parlamentarzystą,  masonem  wysokiego  stopnia, 
miłośnikiem dobrego wina i dobrej kompanii. 

Lubił  mawiać,  Ŝe  Chile  potrzebuje  rewolucji  nie  w  kolorze  krwi,  tylko 

dobrego  wina.  Ale  przede  wszystkim  był  wytrawnym  i  zdecydowanym  politykiem, 
postulującym  głębokie  lewicowe  reformy  w  Ŝyciu  polityczno-społecznym  i  w 
gospodarce. 

To  właśnie  owe  projekty  sprawiły,  Ŝe  przeciwnicy  Allende,  którzy  w  sumie 

zdobyli  większość  głosów,  usiłowali  nie  dopuścić  do  objęcia  przez  niego 
prezydentury. Pojawiła się propozycja nowych, przyspieszonych wyborów. WaŜnym 
elementem  była  postawa  armii,  której  dowódca  naczelny,  generał  Rene  Schnaider, 
zadeklarował bezwarunkowe poszanowanie sił zbrojnych dla konstytucji i legalnych 
władz państwa. Nota bene chilijska tradycja demokracji była — najgłębiej zapewne 
w  całej  Ameryce  Łacińskiej  —  zakorzeniona i przestrzegana.  22  października  1970 
roku  generał  Schnaider  zginął  w  zamachu,  a  jego  stanowisko  objął  generał  Carlos 
Prats.  W  Chile  uwaŜano  powszechnie,  Ŝe  zamach  miał  stanowić  hasło  do  podjęcia 
próby  prawicowego  przewrotu,  który  uniemoŜliwiłby  Allendemu  objęcie  urzędu. 
Jednak  rozmowy  polityczne  z  chadecją  doprowadziły  do  zawarcia  kompromisu,  w 
którego wyniku Kongres Narodowy na wspólnym posiedzeniu Izby Deputowanych i 
Senatu  zatwierdził  wybór  Allendego  na  prezydenta.  4  listopada  przeniósł  się  on  do 

background image

 

99

pałacu  La  Moneda,  usytuowanego  w  centrum  Santiago  de  Chile  i  stanowiącego 
siedzibę prezydencką. 

W  tydzień  później  ogłoszona  zostaje  amnestia  dla  więźniów  politycznych. 

Dotyczy  głównie  radykalnej  lewicy  i  komunistów.  14  listopada  rząd  Jedności 
Ludowej  przywraca  —  zerwane  poprzednio  —  stosunki  dyplomatyczne  z  Kubą  i 
zapowiada  nawiązanie  ich  z  Chinami,  NRD,  Wietnamem  Północnym  i  Koreą 
Północną. Od grudnia zaczyna się wywłaszczanie wielkich majątków prywatnych na 
mocy ustawy o reformie rolnej, nacjonalizacja złóŜ węgla. Trwają przygotowania do 
nacjonalizacji miedzi, głównego bogactwa kopalnego Chile, a takŜe saletry. 

Napięcie  polityczne  w  Chile  w  pierwszych  miesiącach  rządów  Allendego 

sięgało  zenitu.  MnoŜyły  się  pogłoski  o  przygotowaniach  do  zamachu  stanu,  a 
podziały  w  społeczeństwie  na  tle  stosunku  do  przeprowadzanych  i  zapowiadanych 
reform  stały  się  niezwykle  ostre.  Ich  miarą  był  wynik  wyborów  samorządowych  w 
maju 1971 roku. Jedność Ludowa uzyskała 49,5%, a opozycja 47,5% głosów. Gdy 10 
listopada z dwudziestopięciodniową wizytą oficjalną przybył do Chile, Fidel Castro, 
składał  ją  w  kraju  głęboko  rozdartym,  który  witał  go  manifestacjami  podziwu  z 
jednej i najgłębszej niechęci z drugiej stronny. Jesienią 1971 roku zaczęły się zresztą 
w Chile pierwsze powaŜne kłopoty z zaopatrzeniem i w Ŝyciu codziennym. W trakcie 
wizyty  odbyła  się  pierwsza  wielka  demonstracja  uliczna  kobiet,  która  przeszła  do 
historii pod nazwą „marszu z pustymi garnkami”. 

Przez  cały  1972  rok  Allede  i  rząd  kontynuowali  reformy,  którym  opozycja 

zarzucała,  Ŝe  zmierzają  w  kierunku  przekształcenia  Chile  na  wzór  kubański  oraz 
innych  krajów  tzw.  bloku  państw  socjalistycznych,  natomiast  radykalna  lewica 
krytykowała  „opieszałość”  rządu  we  wprowadzaniu  politycznych  i  gospodarczych 
rozwiązań „państwa proletariatu”. Strajki, na przykład kupców lub transportowców, 
demonstracje  uliczne,  starcia  stawały  się  niemal  codziennym  elementem  pejzaŜu 
społeczno-politycznego Chile. 

31 października do  dymisji  podał  się cały  rząd,  a  3  listopada  powstał  nowy, 

do którego weszło trzech generałów. Naczelny dowódca armii, generał Carlos Prats, 
objął  stanowisko  ministra  spraw  wewnętrznych.  Ze  strony  Allendego  była  to 
desperacka  próba  wyjścia  poza  klasę  polityczną  i  zneutralizowania  rosnącej 
aktywności armii, w której przewaŜały juŜ nastroje zdecydowanie opozycyjne. 

W wyborach parlamentarnych, które odbyły się 4 marca 1973 roku, Jedność 

Ludowa uzyskała 43% głosów, wobec 55% oddanych na zjednoczoną opozycję. Od 
tego  momentu  zarówno  opozycja  chilijska,  jak  teŜ  opinia  międzynarodowa  zaczęły 
wieszczyć, Ŝe Allende nie dotrwa na stanowisku do końca kadencji. 29 czerwca miała 

background image

 

100

miejsce nieudana próba wojskowego zamachu stanu. Akcja zmierzająca do zdobycia 
pałacu prezydenckiego zakończyła się fiaskiem, ale Kongres Narodowy w większości 
antyprezydencki  odmówił  przyznania  Allendemu  Ŝądanych  przez  niego  specjalnych 
pełnomocnictw dla opanowania sytuacji. 

Opozycja,  której  filarem  byli  chrześcijańscy  demokraci,  zbyt  była  jednak 

przywiązana do demokratycznych i parlamentarnych tradycji Chile, by godzić się na 
nieunikniony — tak uwaŜano — wojskowy zamach stanu. Podjęła więc z Allendem 
rozmowy  polityczne,  w  których  głównym  tematem  była  próba  zapobieŜenia 
ostatecznemu rozłamowi między władzą ustawodawczą — w wyniku wyborów Izba 
Deputowanych  i  Senat  zdominowane  zostały  przez  opozycję  —  a  władzą 
wykonawczą, reprezentowaną przez prezydenta. Rozmowy zakończyły się fiaskiem. 
24  sierpnia  Allende  zgodził  się  na  dymisję  naczelnego  dowódcy,  generała  Pratsa. 
Wymusili ją na prezydencie inni generałowie, poniewaŜ Prats bardzo zdecydowanie 
przeciwstawiał  się  wszelkim  próbom  wojskowego  przewrotu.  Naczelnym  dowódcą 
został  generał  Augusto  Pinochet.  Po  objęciu  urzędu  to  właśnie  on  dał  armii  zielone 
ś

wiatło do natychmiastowego przygotowania wojskowego zamachu stanu. 

11  września  1973  roku  armia  ruszyła.  Pałac  La  Moneda  został 

zbombardowany  i  zdobyty.  Prezydent  Salvador  Allende  zginął.  Junta,  której 
przewodził  generał  Pinochet,  wprowadziła  stan  wyjątkowy  w  całym  kraju,  ogłosiła 
zawieszenie  konstytucji,  rozwiązanie  parlamentu,  delegalizację  wszystkich  partii 
politycznych  wchodzących  w  skład  Unidad  Popular,  zawieszenie  pozostałych, 
łącznie  z  chrześcijańską  demokracją.  Rozwiązano  wszystkie  inne  organizacje  i 
związki  zawodowe.  Zakazano  wydawania  prasy,  a  radio  poddano  najściślejszej 
cenzurze  wojskowej.  Rozpoczęły  się  równieŜ  masowe  represje  wobec  działaczy  i 
sympatyków  Jedności  Ludowej.  Dziesiątki  tysięcy  ludzi  aresztowano,  internowano 
lub  zmuszono  do  emigracji.  Egzekucje  i  tortury  wobec  opornych  stały  się 
codziennością.  23  września  zmarł  internowany  laureat  nagrody  Nobla  poeta  Pablo 
Neruda. 

Opinia  międzynarodowa  —  nawet  ta,  która  bardzo  krytycznie  przyjmowała 

politykę  Jedności  Ludowej  i  zarzucała  Allendemu  chęć  uczynienia  z  Chile  drugiej 
Kuby — zaskoczona była zasięgiem i głębokością represji zastosowanych przez juntę 
wobec  chilijskiego  społeczeństwa.  Do  dzisiaj  dokładna  liczba  ofiar,  trwającej  do 
1989 roku dyktatury wojskowej, nie jest znana. ReŜim Pinocheta przyznawał się do 
około  800  ofiar  śmiertelnych,  około  6000  aresztowanych  i  8000-9000  uchodźców 
politycznych.  NiezaleŜne  szacunki  były  znacznie  wyŜsze,  podając  liczbę  ofiar 
ś

miertelnych w granicach 5000 osób. Tajne słuŜby Pinocheta w latach późniejszych 

background image

 

101

dokonywały  zamachów  politycznych  równieŜ  na  osobistości  przebywające  na 
wygnaniu.  W  Buenos  Aires  zamordowano  generała  Carlosa  Pratsa  i  jego  Ŝonę. 
Najbardziej znany jest zamach bombowy na byłego wiceprezydenta i ministra spraw 
zagranicznych Orlando Leteliera, dokonany w 1976 roku w Waszyngtonie. Sprawcy 
zostali osądzeni i skazani dopiero dwadzieścia lat później. 

Dzisiejszy stan wiedzy o latach rządów Salvadora Allende pozwala uznać, Ŝe 

ani  on,  ani  —  poza  skrajną  lewicą  —  większość  Jedności  Ludowej  nie  dąŜyli  do 
uczynienia  z  Chile  „drugiej  Kuby”.  Nie  było  planów  odrzucenia  demokratycznej 
tradycji,  rezygnacji  z  procedur  wyborczych  czy  wprowadzenia  „komunistycznej 
dyktatury”. Reformy polityczno-gospodarcze państwa były potrzebne i miały uczynić 
z Chile nowoczesny kraj, rozwijający się zgodnie z wymogami ostatniej ćwierci XX 
wieku.  Nie  oznacza  to  rzecz  jasna,  Ŝe  Jedność  Ludowa  nie  popełniła  powaŜnych 
błędów.  Procesy  nacjonalizacji  były  źle  przygotowane  i  przeprowadzane  zbyt 
pospiesznie,  często  z  ominięciem  obowiązującego  ustawodawstwa.  Model 
gospodarki  mieszanej  państwowo-społeczno-prywatnej  nie  przemawiał  do  znacznej 
części społeczeństwa; nawet do tych przedstawicieli politycznego centrum i prawicy, 
którzy skądinąd byli zdecydowanymi zwolennikami modernizacji państwa. Szukanie 
sojuszników  na  Kubie  czy  w  ZSRR  w  ówczesnej  sytuacji  międzynarodowej  było 
postępowaniem  wręcz  naiwnym,  szczególnie  gdy  większość  państw  Ameryki 
Południowej  znajdowała  się  w  tym  czasie  we  władzy  wojskowych  (Argentyna, 
Boliwia, Brazylia, Ekwador, Paragwaj, Peru i Urugwaj). 

W kontekście szesnastu lat funkcjonowania reŜimu generała Pinocheta mówi 

się  o  tak  zwanym  modelu  chilijskim.  To  często  powtarzana  klisza,  choć  w  istocie 
jedni  myślą  o  poŜytkach  płynących  z  dyktatury  dla  przyspieszenia  rozwoju 
ekonomicznego, a inni o sposobie pokojowego przejścia od dyktatury do demokracji. 
Faktem jest, Ŝe Pinochet zdecydowanie oddzielił gospodarkę od polityki. Pod władzą 
junty  miały  miejsce  fundamentalne  zmiany  ekonomiczne  przeprowadzone  przez 
zespół fachowców wybranych i wspieranych przez reŜim wojskowy. Jednak przewrót 
odbył  się  pod  hasłem  przywrócenia  porządku  polityczno-społecznego,  a  nie  reform. 
Nastąpiły  one  niejako  przy  okazji.  Wojsko  mogło  je  przeprowadzić,  bo  było 
„autonomiczne”. Nie musiało i nie chciało liczyć się z waŜnymi interesami róŜnych 
grup  społecznych  i  dawnych  elit,  łącznie  z  potęŜną  chrześcijańską  demokracją.  Za 
Allendego wielcy właściciele ziemscy zostali wywłaszczeni na rzecz reformy rolnej. 
Znacjonalizowano  system  bankowy,  wydobycie  i  przetwórstwo  głównego  artykułu 
eksportowego, czyli miedzi. Znaczna część bazy przemysłowej stała się bezpośrednią 
własnością lub była kontrolowana przez państwo. Polityka gospodarcza Pinocheta nie 

background image

 

102

zmierzała  do  przywrócenia  status  quo,  zdecydowanie  chciał  on  pozostawić  i 
wzmocnić 

impulsy 

modernizacyjne. 

Nie 

zreprywatyzowano 

całości 

znacjonalizowanego  potencjału  przemysłowego  ani  całości  sektora  bankowego. 
Tylko  1/3  ziemi  odebranej  wielkim  właścicielom  została  im  zwrócona.  DąŜeniem 
reŜimu  było  bowiem  stworzenie  kapitalistycznego  produktywnego  rolnictwa  i  silnej 
klasy średniej. Tym róŜnił się reŜim chilijski od większości innych autorytarnych lub 
dyktatorskich rządów na świecie w drugiej połowie XX wieku, które nie robiły nic w 
celu  modernizacji  ekonomicznej  swych  krajów,  choć  moŜliwości  i  warunki  były 
podobne do chilijskich. 

Sukces  ekonomiczny  pozwolił  Pinochetowi  w  połowie  lat  osiemdziesiątych 

na  rozluźnienie  dyktatury.  Wątpliwe  jednak,  czy  powrót  do  demokracji  był  jego 
bezpośrednim rezultatem. Wojsko nie miało bowiem zamiaru rezygnować z władzy. 
Jeszcze  w  październiku  1988  roku  junta  zaproponowała  referendum,  mające 
przedłuŜyć  prezydenturę  Pinocheta  o  kolejne  osiem  lat.  56%  Chilijczyków 
odpowiedziało — nie. To był triumf tradycji demokratycznej niezaleŜnie od dobrego 
stanu  gospodarki  państwa.  Zmieniła  się  teŜ  sytuacja  międzynarodowa.  Gdy  pod 
koniec  1989  roku  w  Chile  konstytuował  się  nowy  rząd  tworzony  przez  opozycyjną 
wobec  junty  Koalicję  Demokratyczną,  w  całej  Ameryce  Łacińskiej  nie  było  juŜ  ani 
jednej  wojskowej  dyktatury.  W  Europie  Środkowej  zaś  upadał  system 
komunistyczny.  Nota  bene  w  Chile  od  wielu  lat  stworzony  przez  Kościół  katolicki 
wikariat, pisanej z duŜej litery i na czerwono „Solidarności” (Solidaridad), był ostoją 
opozycji wobec dyktatury. 

W  „New  York  Times”  pod  koniec  1973  roku  ukazał  się  artykuł  o  Chile,  w 

którym  czytamy:”...  Nie  był  to  jeden  z  licznych  puczów  wojskowych  tak 
charakterystycznych  dla  Ameryki  Łacińskiej.  Nie  moŜna  go  porównać  do  tego,  co 
miało  miejsce  w  1966  roku  w  Argentynie  czy  w  1964  roku  w  Brazylii,  a  raczej  do 
przewrotów w Iraku czy Indonezji. Był to bezlitosny ruch, który zdruzgotał instytucje 
narodowe  z  siłą  o  wiele  bardziej  niszczącą,  niŜ  to  kiedykolwiek  wydarzyło  się  w 
nowoczesnej historii Ameryki Łacińskiej”

*

 

8  lipca  2002  roku  Sąd  NajwyŜszy  Chile  uznał,  Ŝe  generał  Augusto  Pinochet 

jest zbyt chory i zniedołęŜniały, by odpowiadać za przestępstwa popełnione w czasie 
sprawowania władzy. 

Robert Mroziewicz 

                                                 

*

Cyt za Raulem Silvą: Śmierć pewnej demokracji.