background image

Josie Metcalfe 

Cudowny lek 

background image

6 JOSIE METCALFE 

uśmiechem twarz Rose, zamiast tego jednak zoba­

czyła w drzwiach wysokiego, chudego, bladego męż­

czyznę. To raczej nie wygląd powalił Rose na kolana, 

pomyślała. 

- Pani z recepcji nie mogła mnie osobiście wpro­

wadzić. Musi uporać się z O'Gormanami - oznajmił 

ochrypłym głosem, zamykając za sobą drzwi. 

Kat chciała poprosić, by zostawił je otwarte. Po­

wietrze dziwnie zgęstniało w jego obecności. 

- Proszę usiąść, panie... - Wskazała mężczyźnie 

krzesło i z przerażeniem stwierdziła, że zapomniała, 

jak się nazywa. 

- Benjamin Ross - podpowiedział. I patrząc jej 

prosto w oczy, dodał: - Ale przeważnie mówią do 

mnie Ben. 

Co za zielone oczy, pomyślała zachwycona. Ich 

kolor był wręcz nieziemski, mimo że przesłaniały je 

gęste czarne rzęsy. Gdy podniósł wzrok, zorientowa­

ła się, że właściwie się na niego gapi. 

- Więc... Doktorze Ross... panie Ben... - zająk­

nęła się, zbierając gorączkowo myśli. 

- Po prostu Ben. Będzie prościej - powiedział ci­

cho, lecz nerwowe stukanie ręką w teczkę z dokumen­

tami zdradzało, że jego spokój jest tylko pozorny. 

- Ben - powtórzyła, zauważając, jak dziwnie brzmi 

to zdrobnienie w jej ustach na tak wczesnym etapie 

znajomości. - Co pan wie o sytuacji w Ditchling? 

- Jeśli pyta pani o to, czy przyszedłem tu z ogło­

szenia, to przyznam, że nie. Tak naprawdę to nie 

szukam pracy - stwierdził otwarcie. - Słyszałem, że 

potrzebuje pani kogoś do pomocy. Tak powiedział mi 

przyjaciel... pani męża? - skończył pytającym tonem. 

background image

CUDOWNY LEK 7 

- Możliwe - odrzekła cicho, odpędzając bolesne 

wspomnienia. - Richard zmarł rok temu na białacz­

kę, trzy tygodnie po zdiagnozowaniu. 

Zaskoczył ją ból, który dojrzała w jego oczach. 

- Zakładam, że również pracowaliście razem. -

Jego głos był jeszcze bardziej ochrypły niż przedtem. 

- Od tamtej pory próbowała pani radzić sobie sama? 

Próbowałam i przegrywałam. Ponura odpowiedź 

narzuciła się sama, lecz Kat starała się ją zignorować. 

- Z pomocą jednego niedoszłego aroganckiego 

współpracownika i kolejnych osób sporadycznie za­

trudnianych na zastępstwa za mnie. - Widząc jego 

zdziwioną minę, wyjaśniła: - Mój niedoszły współ­

pracownik był świeżo upieczonym internistą po prak­

tykach w dużym mieście. Brakowało mu podstawo­

wego doświadczenia, ale myślał, że to on zacznie 

dowodzić, tylko dlatego że jest mężczyzną. 

Ben skrzywił się, na co Kat chciała odpowiedzieć 

uśmiechem. 

- Od śmierci męża mam trudności w znalezie­

niu ludzi chętnych do pracy w czasie, który u mnie 

jest nieobsadzony. Zazwyczaj narzekają, że takie go­

dziny albo za bardzo niszczą ich życie rodzinne, 

jeśli mają rodziny, albo ich życie towarzyskie, jeśli są 

wolni. 

- A co z lekarzami na zastępstwa? - dopytywał 

się Ben. 

- Są drodzy - odpowiedziała krótko. - Czasami 

po prostu nie mam wyjścia, ale... 

Wzruszyła ramionami, przypominając sobie o ko­

nieczności robienia dobrej miny do złej gry. Jeśli spra­

wy nadal będą się tak toczyć, miną miesiące, zanim 

background image

8 JOSIE METCALFE 

uda jej się wziąć sobie parę dni urlopu. A Ben do tej 

pory nie wykazywał większego zainteresowania. 

- Więc - zaczęła energicznie, przypomniawszy 

sobie, że to ona ma zadawać pytania. - Dlaczego 

zdecydował się pan przenieść do West Country? Ma 

pan rodzinę w okolicy? Czy dopiero zamierza pan się 

tu z kimś przeprowadzić? 

- Nie mam rodziny - odparł szorstko, ucinając 

temat. - I jestem tu po raz pierwszy. 

Straciła zapał, gdy zdała sobie sprawę, że Ben naj­

pewniej nie chce zostać tu na długo. 

Co może zaoferować Ditchling samotnemu męż­

czyźnie? W końcu w tym zaścianku nie ma wielu 

okazji, by spotkać przyszłą żonę. Niemniej, nie ro­

biąc sobie zbytnich nadziei, próbowała szukać jas­

nych stron sytuacji. Gdyby go przekonała, żeby zo­

stał na jakiś czas, mogłaby odetchnąć z ulgą i zacząć 

szukać kogoś na stałe. 

Zebrała się na odwagę. 

- Jeśli zaakceptuję pańskie podanie, jak długo 

chciałby pan tu zostać? - zapytała, trzymając kciuki. 

Nawet miesiąc by pomógł. Nie liczyła na dużo 

więcej. 

- Może dwa tygodnie - odparł. 

Kat z trudem powstrzymała głośne westchnienie. 

Dla dwóch tygodni nie opłaca się nawet przedzierać 

przez całą papierkową robotę. 

- Po tym czasie zdecydowalibyśmy, czy dobrze 

nam się współpracuje - dodał spokojnie. - Jeśli nie, 

wyjadę. 

- A jeśli tak? - Wstrzymała oddech w oczekiwa­

niu na odpowiedź. 

background image

CUDOWNY LEK 9 

- Gdyby współpraca nam wychodziła, zostanę 

z pewnością na trzy miesiące, może nawet sześć -

powiedział. - Zazwyczaj nie zatrzymuję się w jed­

nym miejscu na dłużej. 

Ugryzła się w język, by nie zapytać dlaczego, ale 

wyraz jego twarzy sugerował, aby nie zadawać oso­

bistych pytań. Nie chciała już na wstępie odstraszyć 

go zbytnim wścibstwem. Jeśli się zgodzi, będzie 

przecież miała wiele czasu, by go lepiej poznać. 

Na jej biurku zadzwonił telefon. 

- Przepraszam. - Uśmiechnęła się z zakłopota­

niem. - Tak, Rose? 

- Josh i Sam są tutaj - rzekła matczynym głosem 

recepcjonistka. - Wrócili ze szkoły autobusem. Sam 

chyba zapomniał stroju sportowego na popołudniowe 

zajęcia. 

Kat spojrzała na zegarek i westchnęła. Chłopcy 

mieli zostać dziś dłużej w szkole, by ona mogła 

przeprowadzić rozmowę z doktorem... z Benem. 

Tymczasem, skoro wrócili do domu po stroje spor­

towe, ona teraz musi zawieźć ich z powrotem. 

- Bardzo mi przykro - powiedziała, wyłączając 

komputer i zrzucając wszystko z blatu do górnej 

szuflady. - Zapominalskie dzieci potrafią pokrzyżo­

wać wszystkie plany. 

- Dzieci pani czy Rose? - Ben wstał razem z nią. 

Ten przejaw staromodnej uprzejmości wprawił ją 

w lekkie zakłopotanie. 

- Zdecydowanie moje - mruknęła i wyciągnęła 

torebkę z dolnej szuflady biurka. 

- Kim jest ten pan? - zapytał Josh z lekceważe­

niem, na jakie może sobie pozwolić jedynie jedenas-

background image

10 JOSIE METCALFE 

tolatek. Obaj chłopcy bez pukania zjawili się w gabi­

necie. 

- Joshua, bądź grzeczny - Kat zwróciła uwagę 

synowi. 

Jej serce ściskało się na myśl o tym, co przechodził 

starszy syn po stracie ojca. Niestety, mylili się ci, 

którzy mówili, że z czasem będzie łatwiej. Josh zno­

sił to wszystko coraz gorzej. 

- Dobrze. Kto to? - powtórzył nieprzyjemnym 

tonem. 

Chłopiec najwyraźniej zdawał sobie sprawę z te­

go, że Ben nie jest zwykłym pacjentem. Na szczęś­

cie nie mógł wiedzieć, jak działa na matkę obec­

ność tego" spokojnego mężczyzny stojącego za jej 

plecami. 

- To są moi synowie, Josh i Sam - oznajmiła, 

z trudem panując nad sobą. Byłoby to zdecydowa­

nie łatwiejsze zadanie, gdyby w ciągu ostatniego 

roku mogła sobie pozwolić na więcej niż pięć go­

dzin snu na dobę. - A ten pan przyszedł tutaj na 

rozmowę. 

- Na rozmowę o pracy? - upewnił się Sam. Wcze­

śniej był radosnym i beztroskim ośmiolatkiem, teraz 

jednak dopytywał się o wszystko. - Więc jest pan 

doktorem, tak jak tata? 

- Tak - odparł Ben ze szczerym uśmiechem, któ­

ry Kat zauważyła. - Wasza mama chce mieć więcej 

czasu dla was, więc ktoś musi przejąć część jej obo­

wiązków. 

Josh skrzywił się jeszcze bardziej na wzmiankę 

o tacie. Kat wiedziała, że syn nie ma najmniejszej 

ochoty dawać Benowi kredytu zaufania. Zanim zdą-

background image

CUDOWNY LEK 11 

żyła nabrać powietrza w płuca i się odezwać, Josh spy­

tał zaczepnie: 

- Ale nie chciałby pan tu mieszkać, prawda? 

W okolicy nie ma nic ciekawego. Mógłby pan pra­

cować w szpitalu. 

- Mógłbym - odrzekł Ben z namysłem. - Kiedyś 

już to robiłem, ale... szukam czegoś nowego. 

Kat zauważyła zmianę tonu przy ostatnim słowie, 

ale przecież nie może o to teraz zapytać, nie w obec­

ności wrogo nastawionego do lekarza syna. 

- Tak czy inaczej - kontynuował Ben, przelotnie 

spoglądając na Kat - wasza mama i ja zgodziliśmy 

się, że na razie zostanę tu przez dwa tygodnie, żeby 

mogła odpocząć i nadrobić zaległości. 

Kat aż zamrugała powiekami, ale ugryzła się w ję­

zyk. Nie przypominała sobie, żeby już zaoferowała 

mu pracę. Najwyraźniej Ben doskonałe wyczuł jej 

sytuację. 

- Mamo, spóźnimy się, jeśli natychmiast nie wyj­

dziemy! - przerwał Sam. 

- Sam... - powiedziała ostrzegawczym tonem. 

Wiedziała, że chłopiec musiał teraz żyć zgodnie 

z ustalonym planem, ale to nie powód, żeby tolero­

wać jego opryskliwość. 

- Przepraszam. - Sam spuścił głowę. - Przepra­

szam, że przerywam, ale... - Przestępował z nogi na 

nogę. 

- Już dobrze - powiedziała, dając synowi klucz 

do drzwi wejściowych. - Idź do domu po strój. Spot­

kamy się w samochodzie. Tylko nie... biegnij. 

Aż podskoczyła, słysząc, jak w pędzie trzasnął za 

sobą drzwiami. 

background image

12 JOSIE METCALFE 

- Nie chce pan przemyśleć swojej decyzji? -. 

zwróciła się do Bena. - Będzie pan mieszkał u nas, 

a to mogą być bardzo hałaśliwe dwa tygodnie. 

Te słowa zrobiły na nim dużo większe wrażenie 

niż wszystko, co powiedziała do tej pory. 

- Mieszkał u was? - powtórzył zaskoczony. 

- Tak, tu, na miejscu - przypomniała. - Gabinet 

jest po prostu dobudówką do naszego domu. Nad 

nami, na piętrze, będzie pański apartament... No, 

apartament to zdecydowanie za dużo powiedziane -

mówiła dalej, unikając jego wzroku. Myślała o tym, 

że będzie mieszkał, spał, kąpał się, po prostu żył 

tuż nad jej głową. - Sypialnia jest połączona z ła­

zienką, drugi pokój ma w kącie małą kuchenkę. Ale 

z przyjemnością zobaczymy pana przy naszym sto­

le. Poprzedni lokatorzy czasami gościli u nas na 

kolacjach - dodała obojętnie, natychmiast gdy za­

uważyła jego niepokój. 

Żeby tylko nie zmienił teraz zdania, pomyślała. 

I, jak zorientowała się po chwili, nie chodziło jej 

wyłącznie o gabinet. Coś jej podpowiadało, że ten 

mężczyzna został zraniony, a ona poczuła, że ma 

ochotę go uleczyć. 

- Mam zamknąć, kiedy uporam się ze wszystkim, 

czy wolisz, żebym poczekała, aż wrócisz? - wtrąciła 

Rose, zanim Kat zaczęła się śmiać ze swoich niedo­

rzecznych myśli. 

- Możesz iść do domu, jak skończysz z doku­

mentami - odrzekła Kat z uśmiechem, po czym 

zwróciła się do Bena: - Jutro rano mam tylko jedną 

wizytę, wiec znajdę czas, żeby wyjaśnić panu, jak 

wszystko funkcjonuje w najlepszym, to znaczy w je-

background image

CUDOWNY LEK 13 

dynym gabinecie internistycznym w Ditchling. - Od­

wróciła się do recepcjonistki. - Były jakieś problemy 

z O'Gormanami? 

- Żadnych! - Rose zrobiła srogą minę. - Postra­

szyłam ich tylko, że usiądę na nich, jeśli nie będą się 

odpowiednio zachowywać. 

Kat nie mogła się powstrzymać od śmiechu. Od­

porna na każdą dietę figura recepcjonistki mogłaby 

przerazić najbardziej niesfornych nastolatków. Na­

wet gdyby byli w dużej grupie. 

- Lepiej już pójdę. Sam nie lubi czekać. - Kat 

pożegnała Rose ruchem ręki. Aż nazbyt dobrze 

zdawała sobie sprawę, że kroczy za nią jej nabur­

muszony syn Josh, który spoglądał gniewnie na 

Bena. 

Westchnęła ciężko. Miała nadzieję, że nie popeł­

niła właśnie poważnego błędu. Zatrudnienie Bena 

ma jej ułatwić życie, a nie zestresować ją jeszcze 

bardziej. 

- Powinnam wrócić w ciągu piętnastu minut -

obiecała, otwierając pilotem centralny zamek. - Gdy­

by pan mógł poczekać, dałabym panu klucze i po 

powrocie wszystko pokazała. Chyba że woli pan ode­

brać je od Rose, i rozgości się pan sam. 

- Poczekam - odparł z przekonaniem. - Pewnie 

nasuną mi się pytania, na które tylko pani będzie 

umiała odpowiedzieć. 

- Dobrze. - Skinęła głową i wsiadła do samo­

chodu. 

Jeśli Sam nie pojawi się za chwilkę, zrobi z siebie 

kompletną idiotkę, paplając tak bez przerwy. Zapa­

liła silnik, zerknęła w tylne lusterko, by sprawdzić, 

background image

14 JOSIE METCALFE 

czy Josh zapiął pasy, wrzuciła wsteczny, po czym 

ruszyła. 

Zanim Josh zdążył krzyknąć, kątem oka zauważy­

ła jakiś ruch i usłyszała odgłos uderzenia. 

- O mój Boże! O mój Boże! - zawołała. 

Zaciągnęła hamulec i otworzyła drzwi. 

- Sam! - Wyskoczyła z samochodu i pobiegła na 

tył auta. 

- Przepraszam, mamusiu... Zapomniałem! - Młod­

szy syn z łkaniem wpadł jej w ramiona. 

- Sam! - Odetchnęła z ulgą, widząc, że jest cały. 

Kolana ugięły się pod nią, aż kucnęła. 

- Zapomniałem, że mam nie wbiegać za tył samo­

chodu, tylko przechodzić z przodu, żebyś mnie wi­

działa - mówił szybko. - To wszystko moja wina. 

- Będziesz pamiętał następnym razem - uspoka­

jała go, ocierając łzy z jego dziecięcych jeszcze poli­

czków. Już niedługo dojrzeje i... Aż wzdrygnęła się 

na myśl o tym, że z powodu tego ułamka sekundy 

nieuwagi bieg wypadków mógłby się drastycznie 

zmienić. - Przynajmniej nic ci nie jest... 

- Ale on jest ranny! - rzekł Sam, szlochając. -I to 

przeze mnie! 

- On? - Kat szybko podniosła wzrok. - Kto? 

- Myślę, że chodzi mu o mnie - powiedział głos 

zza tylnego zderzaka. 

W tym momencie nogi odmówiły jej posłuszeństwa. 

- Ben? - Ruszyła na kolanach w stronę, skąd 

dobiegał głos. Po chwili stwierdziła, że spod samo­

chodu wystaje jedynie tułów. - O Chryste! Ben! 

Jesteś ranny? Co za durne pytanie! Nie leżałbyś tutaj, 

gdybyś nie był. Co ci jest? 

background image

CUDOWNY LEK 15 

Ze zdenerwowania zapomniała, że oficjalnie jesz­

cze nie przeszli na „ty". 

W okamgnieniu usiadła przy jego głowie, prze­

czesując włosy w poszukiwaniu krwawień, guzów, 

lub, nie daj Boże, pęknięć czaszki. I mimo niesprzy­

jających okoliczności zauważyła delikatną siwiznę 

na jego skroniach. 

- Gdzie cię uderzyłam? - Badała teraz jego kark. 

Zwróciła uwagę na silne mięśnie, choć powinna 

się skupić na sprawdzaniu kręgów. - Co cię boli? 

Głowa? 

- Noga - syknął. - Kiedy zorientowałem się, że 

go uderzysz, chciałem go odepchnąć, ale... - Pokręcił 

głową na przekór jej próbom, by ją unieruchomić. 

- Udało mi się nie uderzyć potylicą o ziemię. 

- A noga? Złamana? - Dłonie jej drżały, gdy 

badała jego ramiona. Nie chciała sprawdzać stanu 

reszty kręgosłupa, gdy polowa ciała Bena tkwiła 

uwięziona pod samochodem. Potrzebuje kogoś do 

pomocy, by go przenieść. 

- Być może. A jeśli nie, to z pewnością jest to 

najgorsze zwichnięcie, jakie... Au! - Każde napięcie 

mięśni wywoływało nieznośny ból. Ze względu na 

Sama Ben powstrzymał się od przekleństw. 

- To moja wina, mamo. - Chłopiec znów zaczął 

płakać. - Byłem za samochodem i ten pan... Czy on 

umrze? - zapytał z nutą histerii w głosie. 

Kat zdała sobie sprawę, że dla dziecka, które rok 

wcześniej straciło ojca, musi to być traumatyczne 

doświadczenie. 

- Jestem zbyt złośliwy, żeby umrzeć - odpowie­

dział szybko Ben, a Sam spojrzał na niego zaskoczony. 

background image

16 JOSIE METCALFE 

Ben zaś, udając rozdrażnionego, dodał: -I będę bar­

dzo zły, jeśli poleżę tak choć minutę dłużej. 

- Kat! Mój Boże! - Za nimi rozległ się krzyk 

Rose. - Mam zadzwonić po karetkę? 

- Żadnej karetki! - zaprotestował Ben. 

- Ale... - Kat próbowała oponować. Było oczy­

wiste, że Ben potrzebuje pomocy specjalisty. 

Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, podniósł 

się na łokciach i powoli wysuwał spod samochodu. 

- To nic poważnego. Nie trzeba wzywać karetki 

- powtórzył. - Podjedź do przodu, będziesz mogła 

wtedy usztywnić mi nogi. Przyniesie pani bandaże, 

Rose? 

Uśmiechnął się lekko do recepcjonistki. Już wcześ­

niej był blady, ale teraz wyglądał wręcz przerażająco. 

Jego skóra była ziemista, błyszczała jak wosk. Mięś­

nie szczęki napinały się, gdy zaciskał zęby, by prze­

sunąć się choć kawałeczek. 

- Podwieziesz mnie do szpitala, Kat? - zapytał. 

Oczywiście, że go podwiezie, jeśli jest tak uparty, 

żeby nie jechać karetką. Poza tym to jej wina, że Ben 

leży teraz ze złamaną nogą. Przecież gdyby nie roz­

myślała o tym, jak niemal podstępem zdobył pracę, 

byłaby bardziej skupiona na prowadzeniu. 

- Jasne, że podwiozę - burknęła. - Tylko nie 

ruszaj się, aż odjadę. Możesz zrobić sobie w ten 

sposób jeszcze większą krzywdę. - Wsiadając do 

samochodu, zauważyła, że synowie przyglądają się 

rannemu mężczyźnie. 

Na twarzy Sama przerażenie mieszało się z po­

czuciem winy. Josh skrywał swoje uczucia pod mas­

ką niewzruszonej rezygnacji, jaką przybrał po śmier-

background image

CUDOWNY LEK 17 

ci ojca, ale Kat była prawie pewna, że w głębi duszy 

podziwia spokój Bena. 

- Sam, do samochodu! - zawołała szybko. - Sia­

daj z przodu i zapnij pasy. Josh, poczekasz przy 

Benie? Będę potrzebowała twojej pomocy, żeby go 

wsadzić do samochodu. Mogę na ciebie liczyć? 

Po raz pierwszy od roku maska spokoju zniknęła 

z twarzy chłopca. Lęk w jego oczach szybko zastąpiła 

duma, że matka poprosiła go o pomoc, i wyraz deter­

minacji, że na pewno jej nie zawiedzie. 

- Nie ma problemu - powiedział z nonszalancją 

właściwą nastolatkom. - I jeśli potrzebujesz czegoś 

do usztywnienia nogi, to przy ogrodzeniu, tam gdzie 

tydzień temu było naprawiane, leżą jakieś deszczułki. 

Sam może je przynieść. 

- To dobry pomysł. - Skinęła głową, uśmiechając 

się do nich obu. 

Przyszło jej do głowy, że może przez cały ten czas 

wszystko robiła źle? Starała się otoczyć synów jak 

najlepszą opieką, osłonić ich, nie pozwalała im na 

zastanawianie się nad tym, co zmieniło się w ich 

życiu. Może powinna była czymś ich zająć? 

Życie emocjonalne dzieci jest jak pole minowe. Nie 

mogła wcześniej przećwiczyć, jak ma im pomagać po 

stracie ojca. Musiała uczyć się tego z dnia na dzień. 

Wysiadła z samochodu i zerknęła na Bena. Po­

czuła, że robi jej się słabo. Nigdzie nie zauważyła 

śladów krwi - starannie uprasowane spodnie Bena 

były prawie nietknięte - ale noga była nienaturalnie 

wygięta... Złamanie tuż pod kolanem, to oczywiste. 

- Proszę. - Rose przybiegła z kilkoma ręcznikami 

i bandażami wciśniętymi pod pachę, w ręku trzymała 

background image

18 JOSIE METCALFE 

butlę z tlenem. - Podłączyłam maskę, więc musisz 

tylko przekręcić gałkę, żeby uregulować przepływ. 

- Głupi jaś? - Twarz Bena rozjaśniła się nieco na 

tę myśl, mimo że jego oczy były pełne bólu. 

- Niestety, nie - odparła Kat. - Do tego potrzebna 

jest karetka. Ale ból powinien nieco ustąpić, jak tylko 

unieruchomię nogę. Chcesz coś przeciwbólowego? 

- Nie, dziękuję. - Wzdrygnął się. - Lubię mieć 

wszystko pod kontrolą. 

- No cóż, przykro mi, ale teraz ja dowodzę. Mu­

sisz leżeć spokojnie - oświadczyła. - Josh - zwróciła 

się do syna - włóż Benowi moją kurtkę pod głowę, 

żeby było mu wygodnie. I niech się nie rusza, dob­

rze? Siądź na nim, jeśli będzie trzeba. 

Zanim przeniosła wzrok na dół, by zająć się usztyw­

nianiem nogi, zauważyła długo nieobecną psotną ra­

dość na twarzy syna. Szkoda, że okoliczności są mało 

zabawne. 

- Proszę. - Ben wręczył jej otwarty scyzoryk 

przyczepiony do kluczy. - Przyda ci się do rozcięcia 

spodni. 

- Nie podoba mi się pomysł niszczenia takiego 

materiału - mruknęła, tnąc starannie uprasowaną no­

gawkę. 

- Będzie mniej bolało niż zdejmowanie. - Z ci­

chym jękiem oparł głowę na kurtce, którą Josh mu 

podłożył. 

Kat szybko sprawdziła prawidłowość odruchów. 

- Możesz poruszać palcami? - zapytała. 

Nic nie wskazywało na uszkodzenie nerwów, ale 

jeśli boli go mięsień łydki, to trzeba zadzwonić po 

karetkę. 

background image

CUDOWNY LEK 19 

- Łydka mnie nie boli - uprzedził jej pytanie. 

Oboje pomyśleli o tych samych komplikacjach.  - N a 

początku noga była wygięta pod strasznym kątem. 

Pewnie kiedy się wygrzebywałem spod samochodu, 

jakoś ją rozprostowałem i to zapobiegło zaburzeniom 

krążenia. 

- Tej metody na przyszłość bym nie polecała 

- powiedziała surowo. Przyłożyła do nogi przynie­

sioną przez Sama wąską deskę. Potem umieściła ręcz­

nik między kostkami obu nóg i z pomocą Rose kilko­

ma szybkimi ruchami związała wszystko bandażami. 

Usztywnienie nogi przy samym złamaniu było 

znacznie trudniejsze i zdecydowanie bardziej boles­

ne. Gdy wreszcie zrobiła, co się dało, przyszła kolej 

na umieszczenie Bena w samochodzie. 

- Sam, otwórz tylne drzwi. - Nie miała pojęcia, 

jak go podniesie, nie wspominając o posadzeniu na 

tylnym siedzeniu. Ben ma na oko ze dwa metry 

wzrostu i mimo że najpewniej pozostało w nim jesz­

cze trochę siły, by mógł się z jej pomocą przemieścić, 

to i tak czeka ją duży wysiłek. 

Wzięła głęboki oddech. 

- Dobrze by było, gdybyś postarał się trochę u-

nieść - rzekła szybko, by ukryć strach. - Jeśli będzie 

bardzo boleć, poradzę sobie sama. 

Cichy jęk sugerował, że Ben musiał odczuwać 

ogromny ból, ale zacisnął zęby i podniósł się prawie 

całkiem samodzielnie. 

- Odetchnij - poradziła mu, zastanawiając się, co 

dalej. 

Ale on, gdy tylko usiadł prosto, uniósł się na rę­

kach i przesunął o kilkanaście centymetrów. 

background image

20 JOSIE METCALFE 

- Co ty wyprawiasz? - zapytała z wyrzutem. 

- Przesuwam się w kierunku drzwi - odparł zmę­

czonym głosem. - Nie podniesiesz mnie, nie dasz 

rady. Nie mamy wyjścia. 

Pomysł ten nie przypadł jej do gustu, ale lepszego 

nie miała. Pobieżne badanie pozwoliło jej stwierdzić, 

że poza złamaniem nogi urazów nie ma. Chyba że 

kręgosłup... 

Wzdrygnęła się na myśl o ewentualnych konsek­

wencjach. 

- Gdybyś pozwolił mi zadzwonić po karetkę - za­

częła, ale Ben już był przy samochodzie. 

Siedział plecami do otwartych drzwi. 

- Teraz potrzebuję odrobinę pomocy - rzekł pół­

głosem. 

- Bądź już cicho - mruknęła, stając nad jego 

nogami. - Co mam zrobić? 

- Spróbujemy na dwa razy - wyjaśnił, ocierając 

pot z czoła. - Przytrzymuj mi nogi. Ja się podciągnę 

na próg, a potem na siedzenie. 

- Powiedz, jeśli zrobię coś nie tak - powiedziała. 

- N i e chcę zadawać ci jeszcze więcej... 

- Jakoś to przeżyję - przerwał jej, spoglądając 

znacząco w stronę dzieciaków słuchających ich każ­

dego słowa. 

Spojrzała na niego surowo. 

- Gotowa? - zapytał. 

Kat uklękła, szybko wsuwając ręce pod jego nogi. 

Oparł dłonie na progu i uniósł się. Był cięższy, niż 

się spodziewała. Ale wszystko poszło tak, jakby już 

to kiedyś przećwiczyli. Po chwili pierwszy etap mieli 

za sobą. 

background image

CUDOWNY LEK 21 

- I jeszcze raz - powiedział, chwytając framugę 

nad głową. Jego głos był zimny, twarz niemal zziele-

niała z bólu. - Teraz! 

Sekundę później Ben siedział już na krawędzi tyl­

nej kanapy. Kat pomogła mu przesunąć się w głąb 

samochodu. Wreszcie oparł się o drugie drzwi. 

Odchylił głowę i pozwolił sobie na kilka głębokich 

oddechów. 

- Może Josh usiadłby ze mną z tyłu? - zasugero­

wał po namyśle. - Mógłbym oprzeć na nim nogi. 

Byłoby mi wygodniej. 

- Oczywiście - odparł ochoczo Josh. - Do szpita­

la nie jest daleko, jakieś dwadzieścia minut. 

Kat zamknęła za starszym synem drzwi. Spraw­

dziła, czy Sam jest dobrze przypięty, i usiadła za 

kierownicą. 

- Mam poczekać, aż będziesz z powrotem? - za­

pytała Rose, wyraźnie przejęta sytuacją. 

- Nie trzeba, już zrobiłaś swoje - uspokoiła ją 

Kat. - Upewnij się tylko, że w nocy telefony zostaną 

przekierowane do domu. 

- Zadzwoń do mnie, jak wrócisz ze szpitala - za­

wołała recepcjonistka. - Nie zasnę, dopóki nie do­

wiem się, że wszystko jest w porządku. 

- Jeśli będę przed dziesiątą, to na pewno zadzwo­

nię - powiedziała. - Ale sama wiesz, ile to może 

potrwać. Zanim zrobią te wszystkie prześwietlenia, 

sprawdzą, czy konieczny jest zabieg, czy wystarczy 

gips, i tak dalej... 

- Biedak - westchnęła cicho Rose, spoglądając 

z troską na rannego mężczyznę. - Wszystko przez to, 

że chciał uratować Sama. 

background image

22 JOSIE METCALFE 

- Co? - Kat nie była pewna, co Rose ma na myśli. 

Sam mówił, że wbiegł za samochód, ale... 

- Myślałam, że zauważyłaś - rzekła zaskoczona 

recepcjonistka. - Widziałam przez okno. Ben rzucił 

się, żeby odepchnąć chłopca, ale sam już nie zdążył 

uciec. To bohater, Kat. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

To bohater. Słowa te dźwięczały w głowie Bena, 

gdy czekał na założenie gipsu. 

- Gdyby tylko oni o tym wiedzieli - wymamrotał. 

- Przepraszam, mówił pan coś? - spytała nerwo­

wo pielęgniarka, odrywając gwałtownie dłonie od 

jego nogi. 

- Nie. To ja przepraszam - odparł z szerokim 

uśmiechem. - Jestem bardzo wdzięczny, że przyjęła 

mnie pani bez kolejki. 

Zdawał sobie sprawę, że Kat i jej synowie czekają 

na niego w poczekalni. Zaproponował wcześniej, by 

odwiozła Josha i Sama na zajęcia sportowe, lecz 

chłopcy stanowczo odmówili. Uznali też, że będą się 

zwracać do Bena po imieniu, skoro mają za sobą 

wspólny wypadek. 

Ben pragnął opuścić szpital jak najszybciej. Każda 

kolejna minuta w tym miejscu męczyła go coraz 

bardziej. Z trudem znosił przerażający zapach środ­

ków odkażających i umierania. 

- Gdzie mam się zgłosić po kule? - zapytał, zda­

jąc sobie sprawę, że nikt o nich jeszcze nie wspo­

mniał. 

- Proszę się tym dziś nie martwić - powiedziała 

kobieta. - Zajmie się tym fizykoterapeuta. Jutro 

rano sprawdzimy, czy możemy założyć panu lżejszy 

background image

24 JOSIE METCALFE 

opatrunek. A kule pan dostanie, zanim pana wypisze­

my. Na razie wózek inwalidzki powinien wystarczyć. 

Zostanie pan na noc na obserwację. 

Ben poczuł, jak krew się w nim gotuje. 

- Nie zostanę tu na noc! - warknął. - W pocze­

kalni czeka na mnie dyplomowana lekarka. Ona za­

bierze mnie do domu i będzie miała na oku przez 

całą noc. Potrzebuję tych kul dzisiaj. 

- Ale... 

- Wyjdę stąd dzisiaj, z kulami lub bez - powtó­

rzył twardo, patrząc jej prosto w oczy. 

- Zrobię, co w mojej mocy - odrzekła pielęgniar­

ka ugodowym tonem. 

Udało się. Ben leniwie przyglądał się, jak kobieta 

z wprawą układała ciężką tkaninę dookoła nogi. Miał 

szczęście, że to tylko zwykłe złamanie kości pisz­

czelowej. Ciekawe, jak by się czuł, gdyby to Kat 

zakładała mu opatrunek? Jej smukłe dłonie wprawnie 

wyrównywałyby gips przy kostce i przy pachwinie, 

głaskałyby... 

O nie, to zły pomysł! Nie miewał już takich myśli 

od czasu... Nie miał odwagi dokończyć tej myśli. Od 

trzech łat był to zakazany owoc. Nie myślał o kobie­

tach. Żadnych. Nawet tych delikatnych, o smukłej 

figurze, szarych oczach i wielkim poczuciu odpowie­

dzialności. 

- To wszystko - powiedziała szybko pielęgniar­

ka, myjąc ręce. - Proszę poczekać chwilkę, zobaczę, 

co da się zrobić w sprawie tych kul. Gips jeszcze 

nie stwardniał, więc proszę nie ruszać nogą. Lekarz 

zaraz pana wypisze - dodała, opuszczając pokój 

z wyraźną ulgą. 

background image

CUDOWNY LEK 

25 

- Z wypisem lub bez, i tak stąd wychodzę - mruk­

nął buntowniczo. Jedynie strach przed powtarzaniem 

całego zabiegu usztywniania powstrzymywał go 

przed natychmiastowym zeskoczeniem ze stołu. 

Nie chciał przychodzić tu jutro po raz kolejny, 

choć wiedział, dlaczego ta wizyta będzie konieczna. 

Gdy opuchlizna zejdzie z nogi, cały ten opatrunek 

przestanie spełniać swoją rolę. 

Po chwili - która Benowi wydawała się wieczno­

ścią - pielęgniarka wkroczyła do pokoju z parą wy­

służonych aluminiowych kul w jednej ręce i dobrze 

mu znaną zieloną tkaniną w drugiej. 

- Proszę to założyć. - Podała mu spodnie od far­

tucha chirurgicznego. - Pańskie spodnie raczej nie 

zmieszczą się na gips. 

- Moje spodnie są w strzępach w koszu na śmieci 

- powiedział oschle. - Dziękuję bardzo. - Szybkim 

ruchem rozłożył zielony strój, ale zauważył, że ma 

poważny problem. Nie starczało mu rąk, by go 

włożyć. 

- Mam zawołać żonę? - zapytała pielęgniarka. -

Przez najbliższe kilka tygodni ona będzie się tym 

zajmować. 

- To nie żona - odparł gwałtownie, czując przy­

pływ bólu. - To moja nowa szefowa. - sprostował 

i z gorzkim uśmiechem wskazał na nogę. - Ale 

przez to złamanie pewnie straciłem pracę, zanim 

ją zacząłem. 

Zaskoczony spostrzegł, że myśl ta wywołała 

w nim uczucie rozczarowania. 

- Nie będzie pan tego wiedział, dopóki się pan nie 

zapyta. A do tego radziłabym się ubrać - powiedziała, 

background image

26 JOSIE METCALFE 

biorąc do ręki zielone spodnie. - Będzie panu łatwiej, 

jeśli zacznie pan od usztywnionej nogi. 

Pomogła Benowi włożyć spodnie, po czym zało­

żyła mu but na zdrową nogę. 

- Proszę potrzymać - powiedziała, wręczając mu 

drugi. - Przez najbliższy czas nie będzie pan z niego 

korzystał. 

Opuściła pokój, a po chwili wróciła z krzepkim 

mężczyzną pchającym wózek inwalidzki. 

- To nie jest potrzebne, mam kule - zaprotes­

tował. Nie chciał być od nikogo zależny. 

- Przyda się, proszę mi wierzyć - odparła. - Przy­

najmniej do czasu, aż się pan nauczy chodzić o ku­

lach. Podkładka pod nogę zabezpieczy też gips, za­

nim stwardnieje. 

Niechętnie przyznał jej rację. Wiedział, że zacho­

wuje się równie kapryśnie jak chłopaki Kat. Ale to są 

dzieci, on tymczasem jest rozsądnym, dorosłym męż­

czyzną, który powinien panować nad sobą. 

Przeniesienie ze stołu na wózek wyszło niezręcz­

nie. Benowi nie odpowiadał brak kontroli nad włas­

nym ciałem, lecz będzie musiał się do tego przy­

zwyczaić. 

Westchnął głośno. Wyładowywał swoje frustracje 

na biednej pielęgniarce, mimo że w niczym nie zawi­

niła. 

- Przepraszam, że tak marudziłem. - Spojrzał na 

nią za skruchą. 

- Proszę się nie przejmować - odrzekła protek­

cjonalnym tonem. Przez chwilę myślał, że poklepie 

go po ramieniu. - Liczymy się z takim zachowaniem 

pacjenta. 

background image

CUDOWNY LEK 27 

- Proszę uważać, bo odwołam przeprosiny - za­

groził. 

- Już za późno — odrzekła zadowolona z siebie. 

Jest dobrą pielęgniarką, myślał Ben, gdy prowa­

dzono go korytarzem do wyjścia. Miał nadzieję, że to 

ona zajmie się jutro jego opatrunkiem. 

- Mamo! Już jest! - zawołał dziecięcy głos. - Jaki 

ogromniasty gips! 

Czekali na niego. Sam, którego, jak wcześniej, 

roznosiła energia, patrzył na Bena szeroko otwartymi 

oczami. Josh z wyraźnym wysiłkiem ukrywał zdu­

mienie na widok wielkiego opatrunku. A Kat... Słod­

ka Kat, delikatna i wrażliwa, stała, ściskając w dłoni 

klucze. Jej szare oczy spoglądały na Bena uważnie. 

- Słyszałam, że uparłeś się, żeby cię dziś wypisa­

li - zaczęła, zerknąwszy na nogę i pokaźną ilość 

środków przeciwbólowych niesionych przez pielęg­

niarkę. 

- Nie znoszę szpitali - mruknął do młodszego 

chłopca, na co ten zachichotał. - Ale nie opowiadaj 

o tym nikomu - dodał poufnym tonem. - Lekarze nie 

powinni mówić takich rzeczy. 

- W takim razie chodźmy stąd, zanim ktoś to 

usłyszy - zasugerowała Kat. 

Uśmiech wreszcie zastąpił wyraz poczucia winy 

na jej zmęczonej twarzy. Biedaczka, ma już wystar­

czająco dużo na głowie. Nie potrzebuje kolejnego 

problemu, jakim jest mężczyzna ze złamaną nogą. 

Ale coś mówiło Benowi, że powinien wrócić z nią 

i jej rodziną do domu, choć nie potrafił powiedzieć, 

czy to będzie dobre dla niego, czy dla nich wszyst­

kich. 

background image

28 JOSIE METCALFE 

- Możesz siedzieć przy mnie z tyłu, Josh? Ale 

moja noga jest teraz dużo cięższa - ostrzegł. 

- To tylko jedna noga. Jak jechaliśmy do szpita­

la, trzymałem dwie, więc teraz nie powinno być za 

ciężko - odparł Josh. - Mogę cię popchać do samo­

chodu? 

- Ja chcę go popchać! - zaprotestował Sam. -

Ty będziesz trzymał jego nogę przez całą drogę do 

domu. 

- Samochód jest daleko, wszyscy poprowadzimy 

wózek! - Kat zainterweniowała, zanim kłótnia za­

częła się na dobre. 

- A może pójdziesz po samochód i podjedziesz 

pod wejście? - zasugerował Ben. Nie chciał, by ta 

ledwo trzymająca się na nogach kobieta przemęczała 

się jeszcze bardziej. - Sam i Josh mogą zostać ze 

mną... Zajmą się mną - dodał szybko, by nie zranić 

chłopców. 

Spojrzała na synów w poszukiwaniu odpowiedzi, 

zanim odrzekła: 

- Jeśli możecie poczekać, będę za chwilę. 

- Nie spiesz się - powiedział. - My pomyślimy, 

skąd wziąć jakąś kolację na wynos. Umieram z gło­

du. Josh i Sam chyba też. -I gdy już był przekonany, 

że Kat zaprotestuje, dodał: - Nie czuję się na siłach 

dziś gotować. A chłopcy pójdą późno spać, jeśli będą 

musieli czekać, aż im coś przyrządzisz. 

- Brzmi to rozsądnie - odparła obojętnie, lecz 

Ben dostrzegł w jej oczach błysk mówiący, że nie da 

sobą manipulować, niezależnie od tego, jak bardzo 

jego pomoc miałaby ułatwić jej życie. 

Jak bardzo jest jej potrzebna choćby drobna po-

background image

CUDOWNY LEK 

29 

moc, Ben zauważył dopiero przy kolacji, gdy jadł 

z chłopcami pizzę przy kuchennym stole. W tym cza­

sie Kat zdążyła włożyć pranie do pralki, zrobić śnia­

danie dla synów do szkoły i -jak się okazało później 

- przygotować dla niego pokój na parterze. 

- Nie dasz rady wchodzić i schodzić po schodach 

z gipsem, więc przygotowałam ci spanie tutaj... Jeśli 

ci to nie przeszkadza, oczywiście. Pomyślałam, że 

tak będzie bezpieczniej, aż się przyzwyczaisz do cho­

dzenia o kulach - powiedziała, kiedy dzieci szykowa­

ły się do snu. 

Instynktownie chciał zaoponować. Nie odpowia­

dał mu pomysł dzielenia niewielkiej przestrzeni z nią 

i jej dziećmi, zwłaszcza gdy ona oddaje mu swój 

pokój. 

Kiedy szukał odpowiednich słów, by odmówić, 

ona chwyciła za wózek, w którym siedział, i wy­

pchnęła go na korytarz. 

- Tam są schody - wskazała na wijące się spiral­

nie stopnie, nie do pokonania dla kogoś z usztyw­

nioną nogą - a tu jest pokój z łazienką. 

Okazał się znacznie większy, niż Ben się spodzie­

wał. Z każdą chwilą czuł coraz bardziej, że narusza 

jej prywatną przestrzeń. 

Pokój był utrzymany w spokojnych kolorach z de­

likatnymi akcentami zieleni, bez zbędnych kwiecis­

tych wzorów. Ale pachniał jak Kat. Nie pomagał też 

widok świeżo pościelonego łóżka, w którym spała 

ostatniej nocy. O tym też nie powinien myśleć. 

- Poprzedni lekarz, który tutaj mieszkał, zrobił 

tu łazienkę, po tym jak jego żona miała wylew 

- wyjaśniła, wprowadzając go do środka. - Kabina 

background image

30 

JOSIE METCALFE 

prysznicowa jest spora i ma rozkładane siedzenie. 

Kawałek plastikowej torby owiniętej wokół uda po­

winien zabezpieczyć opatrunek. 

Ben westchnął cicho i dał za wygraną. 

- Nie chcę wyrzucać cię z twojego miejsca - rzekł 

niepewnym głosem. Zastanawiał się, czy będzie 

mógł zasnąć w łóżku Kat. - Zostanę tu tylko przez 

kilka dni, aż przyzwyczaję się do kul. 

- Nie ma pośpiechu - odparła. - Mogę spać na 

górze, to nie problem. 

Zostawiła go samego, wracając po chwili z jego 

rzeczami przyniesionymi ze szpitala. Położyła je na 

nocnym stoliku, a kule oparła o łóżko, po czym zno­

wu opuściła pokój. 

Po krótkim czasie zauważył, jak wynosi jego wa­

lizki z samochodu. 

- Nie musiałaś tego robić. - Opiekuńczy męż­

czyzna buntował się w nim, gdy widział drobną Kat 

targającą jego, ciężki bagaż. 

Drwiącym spojrzeniem dała mu do zrozumienia, 

że w tym stanie on na pewno nie dałby sobie z ni­

czym rady. 

- Nie ma sensu wnosić wszystkiego, skoro i tak 

długo tu nie zostanę - rzekł, kiedy wchodziła z ostat­

nią torbą. - Przecież będziesz potrzebowała pokoju 

dla nowego pracownika. 

- Ale ty jesteś nowym pracownikiem - zauważy­

ła, wyraźnie zaskoczona. - Przeze mnie masz nogę 

w gipsie i moim obowiązkiem jest zająć się tobą. 

Przynajmniej do czasu, aż twój stan się poprawi. 

Tego właśnie nie chciał najbardziej: być dla niej 

kolejnym ciężarem. Ale drugie wyjście - wyjechać 

background image

CUDOWNY LEK 31 

z Ditchling i nigdy nie poznać tej dzielnej kobiety -

też jest nie do pomyślenia. 

- Nie mogę być dla ciebie tylko brzemieniem -

zaprotestował. - Przecież szukasz kogoś do pomocy 

dlatego, że nie masz ani minuty wytchnienia. A leka­

rzom, którzy wzięliby za ciebie zastępstwo, musisz 

płacić bajońskie sumy. 

- Mamo! Posłuchasz, jak czytam? - Sam nagle 

przerwał ich cichą konwersację. 

- Już idę! - zawołała. - Umyłeś zęby? 

Zatrzymała się w drzwiach. 

- Porozmawiamy o tym, kiedy ułożę dzieci do 

snu. Coś wymyślimy. 

Gdy zmarszczyła brwi, Ben poczuł nagłą chęć, by 

wygładzić je delikatnym pocałunkiem. 

- Dość! -warknął do siebie, kiedy był pewien, że 

Kat go nie słyszy. - Nie potrzeba ci więcej kom­

plikacji, zwłaszcza związanych z dziećmi. I nieważ­

ne, jak pociągająca jest ich mama. Ona nawet nie 

zdaje sobie sprawy, jak... 

Zgubił wątek, myśląc o jej delikatnym zapachu 

wypełniającym pokój. To jakieś powikłania po wy­

padku? Prochy pomieszały mu w głowie? 

Jedynym wyjściem jest pracować tak ciężko, by 

nie mieć siły myśleć. 

- Czas się rozpakować - zdecydował. Złapał wó­

zek za koła i z trudem go obrócił. 

Że podjąć decyzję to jedno, a wykonać ją to dru­

gie, przekonał się niedługo potem. Nie mógł położyć 

na łóżku nawet najmniejszej walizki, by cokolwiek 

ze środka wyjąć. 

Uderzył pięścią w poręcz znienawidzonego wózka 

background image

32 JOSIE METCALFE 

i wymamrotał kilka przekleństw. Nagle poczuł, że 

ktoś go obserwuje. Spojrzał przez ramię i zobaczył za 

sobą Josha. 

- Przepraszam za brzydkie słowa - powiedział bez­

barwnym tonem, wyrzucając sobie, że nie dal dziec­

ku najlepszego przykładu. 

Na twarzy chłopca na chwilę zagościło zdziwie­

nie, jakby nie spodziewał się przeprosin, ale po chwi­

li znowu pojawiła się naburmuszona mina. 

- To pokój mojego taty... i mojej mamy - oświad­

czył. Ben rozumiał, że narusza ważną dla Josha prze­

strzeń. - Moja mama jest wdową, ale dalej kocha ta­

tę - dodał ze złością. 

Ben zastanawiał się, czy jego zachowanie jest aż 

tak czytelne? Czy aż tak bardzo się zapomniał, że 

nawet jedenastolatek coś zauważył? 

- To dobrze. - Kiwnął głową. - Tak powinno być 

w udanym małżeństwie. 

A co ty możesz o tym wiedzieć, skomentował 

cichy głos w głowie Bena, nie potrafiłeś nawet... 

- To dlaczego będziesz tu spał? - zapytał stanow­

czo Josh. - To jest teraz jej pokój. Ty miałeś miesz­

kać na górze. 

- Mieszkałbym, gdyby nie to. - Ben zastukał 

w gips owinięty zielonym materiałem. - Na razie 

nie jestem w stanie wejść na górę. Ale za kilka 

dni... 

Wzruszył ramionami. Miał nadzieję, że zrobił to 

wystarczająco nonszalancko, by zmylić chłopca. Raz 

jeszcze chwycił walizkę, próbując wrzucić ją na łóż­

ko. Zamiast tego omal nie wywrócił wózka. 

Tym razem ugryzł się w język. Zobaczył, jak obe-

background image

CUDOWNY LEK 

33 

cną do tej pory wrogość na twarzy Josha zastępuje 

wyraz współczucia. 

- Może ci pomóc? - zaproponował chłopiec nie­

spodziewanie. 

Ben zamrugał powiekami. Niestety, chyba musi 

mu odmówić. 

- Obawiam się, że to jest za ciężkie dla ciebie. 

Zapakowałem bardzo dużo książek - pośpiesznie 

dodał, by Josh nie odebrał jego słów jako lekcewa­

żenia. 

- To zróbmy to razem. - Wszedł odważniej do 

pokoju. 

Ben nie mógł powiedzieć „nie" po raz drugi. 

Chciał być z chłopcami w jak najlepszych stosun­

kach. Sam był dla Kat wystarczającym ciężarem, 

a zła atmosfera w domu mogłaby być kroplą, która 

przepełni czarę. 

- Spróbujmy - zgodził się i cofnął nieco wózek, 

by zrobić miejsce dla Josha. - Masz pomysł, jak to 

zrobić? 

Kilka sekund później walizka leżała na łóżku. 

- To było bezbolesne - stwierdził. 

Josh zaśmiał się, gdy Ben otworzył bagaż. Ben 

spojrzał na swoje skotłowane rzeczy i też się zaśmiał. 

- Moje walizki wyglądają tak samo - wyznał chło­

piec. - Mama często mnie wyręcza w pakowaniu, bo 

nigdy nie mogę zmieścić wszystkiego. 

- Chyba tylko kobiety potrafią spakować się od­

powiednio - odrzekł Ben. Z trudem stłumił śmiech, 

widząc zamyśloną minę chłopca. 

- Pewnie tak. - Josh pokiwał głową po krótkiej 

pauzie. - Lubią, kiedy wszystko jest poukładane i na 

background image

34 JOSIE METCALFE 

miejscu. Brudne ubrania trzeba wrzucać do kosza, 

należy ścielić łóżko, sprzątać zabawki. - Westchnął 

ciężko. 

- Moja mama kazała mi robić to samo. - Ben 

starał się podtrzymać kontakt. 

Wyjął kosmetyczkę, położył ją na kolanach i za­

czął kierować się w stronę łazienki. 

- Ja to zaniosę - zaproponował Josh. - Położę 

koło umywalki. 

Spojrzeli po sobie rozbawieni. 

- Tylko bez bałaganiarstwa - dodali zgodnym 

tonem. 

Godzinę później Ben opadł na posłanie komplet­

nie wyczerpany. Nigdy by się nie spodziewał, ile 

wysiłku kosztuje rozebranie się i umycie z uszty­

wnioną nogą. Dobrze, że nie próbował dziś chodzić 

o kulach. Pewnie przewróciłby się i coś jeszcze 

sobie złamał. 

Mimo że fizycznie był zmęczony, cały czas roz­

ważał konsekwencje swojej czasowej niepełnospra­

wności. Nie będzie mógł prowadzić samochodu, to 

pewne. Nie mógł nawet sobie wyobrazić, jak daleko 

musiałby odsunąć fotel kierowcy, by zmieścić nogę 

z gipsem i sięgnąć do kierownicy. 

Jeśli nie może odwiedzać pacjentów, czego Kat 

oczekuje od swojego współpracownika, to, by mieć 

czyste sumienie, powinien odejść i dać jej szansę 

zatrudnienia kogoś innego. 

Tylko że... 

- Tylko że nie chcę wyjeżdżać - przyznał nie­

chętnie. 

Westchnął głęboko. Przez trzy lata przestrzegał 

background image

CUDOWNY LEK 35 

swego postanowienia, by się nie angażować. Ale 

wystarczyło kilka godzin z Kat i jej rodziną... 

W tej trójce jest coś, co powoduje, że nie kwapił 

się, by zostawić ich samych w ich zmaganiach. Miał 

nie lada problem. Pragnął zostać, przynajmniej do 

czasu, aż znajdzie się ktoś odpowiedni, by go za­

stąpić, ale w jego obecnym stanie będzie im jedynie 

przeszkadzał. 

Kat podjęła decyzję, gdy jej pracowity wieczór 

dobiegał końca. 

Zajęcie się Benem, przynajmniej do czasu, aż wy-

dobrzeje na tyle, by móc samodzielnie się poruszać, 

jest teraz jej obowiązkiem i należy go o tym zapew­

nić. Gdyby to ona była w podobnej sytuacji, chciała­

by wiedzieć, na czym stoi. Lub siedzi, pomyślała, 

uśmiechając się do siebie. 

- Ben... - Zapukała delikatnie do drzwi pokoju, 

który był jej schronieniem od czasu śmierci Richarda. 

- Wejdź - zaprosił ją ochrypłym głosem. 

Omal nie upuściła kubka z gorącą czekoladą, gdy 

zobaczyła go na swym łóżku. Był rozebrany do pasa. 

- Prze... Przepraszam. Nie weszłabym, gdybym 

wiedziała, że jesteś... Chciałam tylko... 

Co się z nią dzieje, na miłość boską? Półnagiego 

mężczyznę w tej pościeli widywała kiedyś przecież 

każdego wieczoru. Ale nigdy nie był tak dobrze zbu­

dowany, odezwał się przeklęty glos w jej głowie. 

- Mówiłeś chłopcom, że lubisz czekoladę - po­

wiedziała, wbijając wzrok w białe naczynie. - Pomy­

ślałam też, że musimy porozmawiać. 

- Wejdź i zamknij drzwi - odparł. Musiał zauwa-

background image

36 JOSIE METCALFE 

żyć zaskoczenie na jej twarzy, gdyż dodał szybko: -

Żebyśmy nie obudzili Sama i Josha. 

Kat poczuła, że się czerwieni. Nawet jeśli Ben 

szuka jakiegoś stałego punktu zaczepienia, z pewnoś­

cią nie interesuje go wyczerpana matka dwóch chłop­

ców, tłumaczyła sobie. 

- Myślałam... O tobie i twojej pracy - zaczęła 

niepewnie. - Oczywiście możesz tu zostać, aż bę­

dziesz w stanie wrócić do domu o własnych siłach, 

ale... 

- Zanim skończysz, chciałbym cię prosić o coś, 

Kat - przerwał jej w pół słowa. - Ja nie mam na razie 

dokąd wracać. 

- Słucham? - spytała zaskoczona. 

- Naprawdę. - Uśmiech przykrywał zmęczenie 

na jego twarzy. - Swój dom wystawiłem na sprzedaż 

już dawno, ale nikt nie chciał go kupić. Kiedy nie­

spodziewanie znalazł się nabywca, niewiele myśla­

łem i szybko się go pozbyłem. Kilka dni temu prze­

niosłem swoje rzeczy do przechowalni, potem usły­

szałem o pracy tutaj. - Popatrzył jej w oczy. - Jeśli 

mnie wyrzucisz, nie będę miał gdzie pójść... - do­

kończył. 

- Ale... praca - powiedziała bezradnie. 

Niejasne przeczucie, że próbował nią w jakiś spo­

sób manipulować, znikło z chwilą, gdy zdała sobie 

sprawę, że być może mimo wszystko Ben nie wy­

jedzie. 

- Tak, praca. - Zamilkł na chwilę, przyglądając 

się jej spod przymkniętych powiek. -Zastanawiałem 

się... Wiem, że dopiero za kilka dni będę pewnie 

poruszał się o kulach, ale jak już nabiorę wprawy, bez 

background image

CUDOWNY LEK 37 

problemu dojdę do gabinetu. I gdybyś mogła zająć się 

wizytami domowymi, to byłbym nadal przydatny. 

Nie potrafiła mu odmówić. Wcale zresztą tego nie 

chciała. Potrzebuje jego pomocy. I to przez nią Ben 

jest ranny, więc powinna się nim zająć. Byłoby to 

doskonałe wytłumaczenie, gdyby nie fakt, że w Benie 

było coś pociągającego, co wywoływało zapomniane 

uczucia, które, wierzyła w to jeszcze niedawno, umar­

ły w niej na zawsze. 

- Myślenie o nim w ten sposób mija się z celem 

- wyszeptała, gdy wreszcie wspięła się po kręconych 

schodach i wśliznęła się do łóżka, w którym miał 

spać Ben. - On nie zagrzewa nigdzie miejsca. Nie 

mogłabym się z nim związać, nawet jeśli w jego 

obecności moje hormony szaleją. 

Chłopcy by tego nie zrozumieli. Byli zdruzgotani 

po śmierci Richarda. Bóg wie, jakie konsekwencje 

miałby dla nich jej romans z mężczyzną, który opuś­

ciłby ją i ich po wygaśnięciu umowy. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Kiedy doktor Leeman skończy dyżur? - zapytał 

męski głos w momencie, gdy Ben wychodził ze swo­

jego pokoju. 

- Witam pana, panie Sadowski - zawołała radoś­

nie Rose. - Był pan umówiony na wizytę? 

- Nie tym razem - odparł. 

Ton jego głosu sprawił, że Benowi zjeżyły się 

włosy na karku. Odłożył karty pacjentów na miejsce, 

chwycił za kulę i udał się do recepcji. 

- Doktor Leeman, ktoś do pani - powiedziała 

przez telefon Rose, kiedy Ben zbliżał się do jej biur­

ka. - To pan Sadowski z apteki - dodała. Wysłuchała, 

co Kat miała do powiedzenia, potem odrzekła: -

Przekażę. - Odłożyła słuchawkę. - Będzie tu za kilka 

minut - zwróciła się do gościa. - Może zechciałby 

pan usiąść? 

Ben dokuśtykał do recepcjonistki, zazdroszcząc 

wszystkim łatwości, z jaką się poruszali. On uszty­

wnienie nosił od tygodnia i miał go już serdecznie 

dość. Przynajmniej dzień po wypadku ciężki gips 

zamieniono mu na lekki opatrunek z włókna szkla­

nego. 

- Dokumenty zostawiłem na biurku - rzekł cicho 

do Rose. - Przepraszam, że dodaję pani roboty, ale 

nie mam jak ich wziąć przez te przeklęte kule. 

background image

CUDOWNY LEK 39 

- Proszę się nie martwić, doktorze Ross - odparła 

z ciepłym uśmiechem. 

Gdy byli sami w gabinecie, wszyscy zwracali się 

do siebie po imieniu, jedynie przy pacjentach starali 

się zachowywać formalności. 

- Zdjął pan z doktor Leeman tyle ciężaru, że 

z przyjemnością będę panu usługiwać cały dzień. 

- Proszę nie mówić takich rzeczy - zażartował. 

Bardzo polubił tę mocno stojącą na ziemi kobietę nie 

tylko za to, w jaki sposób dbała o Kat i chłopców. -

Jeszcze zacznę to wykorzystywać. 

Wydawało mu się, że czekający niecierpliwie męż­

czyzna wymamrotał coś w stylu „Jakbyś już tego nie 

robił", lecz śmiech Rose zagłuszył jego słowa. 

W tym momencie Kat weszła do recepcji z kartami 

chorób. Gdy Ben zauważył, jakim wzrokiem spoglą­

da na nią rzekomy pacjent, obudziło się w nim pewne 

podejrzenie. 

- Witam pana - odezwała się uprzejmie, kiedy go 

poznała. 

- Mam na imię Greg - powiedział. Było oczywis­

te, że nie chciał, by to spotkanie odbywało się przy 

świadkach. 

Lecz Ben ani myślał wychodzić. 

- Rose mówiła mi, że nie przyszedłeś na wizytę? 

- zapytała Kat zmienionym tonem. 

- Nie. Ja przyszedłem... zapytać, czy zastanowi­

łaś się już nad zaproszeniem. 

- Zaproszeniem? - Kat zrobiła wielkie oczy, na 

co Ben z trudem powstrzymał się od śmiechu. 

Ona naprawdę nie ma pojęcia, o czym pan Sadow­

ski mówi, co oznacza, że najpewniej nie jest nim 

background image

40 JOSIE METCALFE 

zainteresowana. Ale dlaczego miałoby to mieć dla 

Bena jakiekolwiek znaczenie? Będzie musiał się nad 

tym zastanowić. 

Na razie rozkoszował się widokiem spoconego 

mężczyzny, który marnie udawał bywalca. Gołym 

okiem było widać, że to nie partia dla Kat. 

- Hm, na przyjęcie z kolacją i tańcami. W tę sobotę. 

Pan Sadowski oddychał szybko i nierówno. Kat 

niczego nie zauważała. Ben z przyjemnością oglądał 

tę scenę. 

- Ach! Panie... Greg, przepraszam, ale nie mogę, 

w sobotę mam dyżur - powiedziała. 

Gość zerknął na jej współpracownika. Ben, prze­

czuwając, na co się zanosi, oparł się o biurko Rose 

i demonstracyjnie skrzyżował nogi, eksponując tę 

złamaną. 

- Niech twój nowy pracownik... - zaczął pan Sa­

dowski, lecz za późno zauważył swój błąd. 

- Przykro mi, ale teraz nie dam rady wsiąść za 

kierownicę, żeby wziąć na siebie wizyty domowe 

- odparł Ben zadowolony. Wiedział, że kładzie kres 

planom mężczyzny. - A nawet gdybym mógł poje­

chać, to kto zająłby się Joshem i Samem, kiedy ich 

mama byłaby z panem na bankiecie? Są za mali, żeby 

zostawić ich samych. 

- Ale... - Mężczyzna nie dawał za wygraną. 

- Przykro mi... Greg - przerwała mu Kat. - To 

miło, że pomyślałeś o mnie, ale, jak pewnie zauważy­

łeś, mam teraz trochę na głowie. Może innym razem. 

Greg nie był zadowolony z tego zapewnienia. Za­

uważył też, że Ben ogląda całe to zdarzenie z satys­

fakcją. 

background image

CUDOWNY LEK 41 

- Doktor Leeman? - Recepcjonistka przerwała 

krępującą ciszę. - Pamięta pani o odebraniu chłop­

ców z zajęć sportowych? 

- Dzisiaj? - Lekarka odwróciła się do Rose. -

Ach, tak. Dziękuję za przypomnienie. - Porozumie­

wawcze spojrzenie Rose powstrzymało ją od zwróce­

nia uwagi na to, że synowie zajęcia sportowe mieli 

wczoraj. - Lepiej już pójdę, bo się spóźnię. - Spoj­

rzała na aptekarza - Przepraszam, muszę iść, ale 

jeszcze raz dziękuję za zaproszenie - powiedziała jak 

dobrze wychowana dziewczynka i szybko wyszła. 

- Ja się zajmę kolacją - rzucił Ben od niechcenia. 

Wyprostował się na kulach, głupio zadowolony z fak­

tu, że przewyższa aptekarza o pół głowy. - Chłopcy 

lubią, jak jest gotowa wcześniej, bo jeszcze mają czas 

na odrobienie lekcji przed snem. - Miał nadzieję, że 

to zabrzmiało wystarczająco rodzinnie. 

Przez ramię zauważył, jak Rose próbuje powstrzy­

mać się od śmiechu. 

- Muszę pochować te dokumenty - rzekła szyb­

ko. - Dobranoc, doktorze. Proszę też pożegnać ode 

mnie doktor Leeman. 

- Oczywiście, Rose. - odparł. 

Niespiesznie udał się do domu, starając się przy 

tym, by zawiedziony aptekarz to zauważył. 

- Rose, zawołaj, proszę, panią Couling. 

Kat odłożyła słuchawkę, gdy tylko usłyszała od­

powiedź, a potem ciężko westchnęła. Dziwiło ją, 

że nadal czuje się zawstydzona sytuacją sprzed kil­

ku dni. 

Nigdy nie była zbyt towarzyska, nawet w szkole 

background image

42 JOS1E METCALFE 

średniej, bo zajmowała ją głównie nauka. Miała cel -

chciała zostać lekarzem. Rzadko umawiała się na 

randki, i to też tylko do momentu, aż na szkoleniu 

poznała Richarda. 

W ogóle niczego nie zauważałam, pomyślała. Za­

czerwieniła się, kiedy przypomniała sobie, jak pa­

trzyła przez okno na odchodzącego niespodziewane­

go gościa, po czym przypomniała sobie twarz głupio 

śmiejącego się Bena. 

Do tamtej chwili nie zdawała sobie sprawy, że 

aptekarz był nią zainteresowany. Być może fakt, że 

od śmierci Richarda minął już ponad rok, przypo­

mniał jej o osobliwej rozmowie. Farmaceuta ni stąd, 

ni zowąd powiedział jej wtedy, że jest mężczyzną, 

który ceni tradycję. Patrząc na to z dzisiejszej per­

spektywy, pomyślała, że pewnie chciał jej przez to 

powiedzieć, że czeka, aż, wedle staroświeckiego 

zwyczaju, minie rok żałoby, po którym będzie mógł 

zacząć się z nią umawiać. 

Ben szybko zrozumiał, co się stało, i był tym 

bardzo rozbawiony, lecz czy musiał się tak ostenta­

cyjnie śmiać? Na szczęście nie powiedział panu... 

Gregowi Sadowskiemu wprost, że jest obiektem kpin. 

Pukanie do drzwi przyjęła z ulgą. 

- Proszę wejść, pani Couling - rzekła z uśmie­

chem. - W czym mogę pomóc? 

- Cóż, mam problemy ze wzrokiem. Kiedy po­

szłam do okulisty na wizytę kontrolną, powiedział, że 

to katarakta, ale nie należy się tym jeszcze przej­

mować, że jest za wcześnie na zabieg. 

- Lecz pani się martwi? - To było dla Kat oczy­

wiste. 

background image

CUDOWNY LEK 43 

- Jestem osiemdziesięciojednoletnią wdową i po 

okolicy mogę się poruszać tylko samochodem. Mój 

wzrok jest na tyle kiepski, że widzę litery na kartce 

tylko jednym okiem i boję się, że w końcu nie będę 

mogła prowadzić, jeśli okulista będzie odkładał wpi­

sanie mnie na listę oczekujących na zabieg. 

Kat doskonale rozumiała, że wdowieństwo może 

wywołać poczucie osamotnienia. Ona przynajmniej 

jest zdrowa i silna i ma dwóch wspaniałych synów. 

Ruth Couling też jak na swój wiek jest żwawa i spra­

wna, lecz jeśli nie będzie mogła prowadzić, nie bę­

dzie mogła też oglądać - dosłownie - swych wnu­

ków. 

- Więc chciałaby pani skierowanie do kogoś na 

dodatkowe konsultacje, najlepiej chirurga, który bę­

dzie zabieg przeprowadzał? - spytała Kat. 

- Szczerze mówiąc, nie widzę powodu, żeby opó­

źniać to wszystko - odpowiedziała trzeźwo starusz­

ka. - Mam już osiemdziesiąt jeden lat. Powiedziano 

mi, że wszczepione soczewki posłużą mi przez lata, 

czemu więc nie mogę ich mieć teraz, kiedy zrobię 

z nich największy użytek? 

Gdy pani Couling wyszła, Kat powróciła w myś­

lach do poprzedniego wątku. Dziwne, że spektakl, 

jaki Ben sobie parę dni temu urządził kosztem jej 

i aptekarza, nie zmienił w żaden sposób ich stosun­

ków ani w gabinecie, ani w domu. I spędzali ze sobą 

dużo więcej czasu, niż się tego spodziewała, kiedy 

oferowała mu mieszkanie. 

Gdy tylko zmienili mu opatrunek z gipsowego na 

lżejszy i zaczął wprawnie poruszać się o kulach, 

natychmiast przystąpił do pracy. Z dniem, gdy usiadł 

background image

44 JOSIE METCALFE 

za biurkiem Richarda, ilość pacjentów niemal się 

podwoiła. 

- Nie mam pojęcia, skąd oni się wszyscy biorą -

skomentowała zirytowana Rose. Sprawdzały z Kat, 

czy po południu będą w stanie przyjąć kogoś jeszcze. 

- Ben miał ułatwić ci życie. 

- Ależ ułatwił je - odparła szybko Kat. - Odkąd tu 

jest, nie muszę płacić paserskich stawek lekarzowi, 

który by przejął wizyty domowe w nocy. Przy okazji 

nie muszę się przejmować chłopcami. 

- Zdecydowanie przekonał ich do siebie - rzekła 

Rose z uśmiechem i znacząco uniosła brwi. - Chyba 

zdajesz sobie sprawę, że mogłaś skończyć zdecydo­

wanie gorzej. 

- Rose! - Kat poczuła, że się czerwieni. - Wiesz 

dobrze, że Ben jest tu tylko na jakiś czas. Dziś jest 

ostatni dzień okresu próbnego. Może mi powiedzieć, 

że mu się tu nie podoba, i wyjechać. 

- Równie dobrze może zostać na całe sześć mie­

sięcy, albo i nie wyjechać w ogóle - rzekła poważnie 

recepcjonistka. - Ma bystre oczy, które bardzo często 

spoglądają w twoim kierunku. 

Pewnie, by zobaczyć kolejny popis towarzyskiej 

nieporadności, odparła w myślach nieżyczliwie. 

- Obie zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jest to 

prawdopodobne - odpowiedziała głośno. - Ben nig­

dzie nie zatrzymuje się na dłużej. Jest włóczęgą, 

a chłopcy potrzebują czegoś więcej. 

- Czy to oznacza, że nie może im pomóc w mię­

dzyczasie? - spytała Rose. - Wiem, że przekonanie 

Josha to twardy orzech do zgryzienia. Był na tyle 

duży, że zrozumiał, przez co przechodził jego tata, 

background image

CUDOWNY LEK 45 

i zbudował sobie ten mur dla ochrony. Ale Sam... -

Uśmiechnęła się. - Przecież różnicę widać gołym 

okiem. 

Rose ma rację. 

W ciągu dwóch tygodni, odkąd Ben z nimi zamie­

szkał, młodszy chłopiec stał się z powrotem beztros­

kim dzieckiem. Coraz częściej słyszała jego zaraź­

liwy chichot, kiedy Ben starał się go nauczyć grać 

w piłkę nożną. O kulach. 

A Josh... Rose miała rację, gdy mówiła, że po 

śmierci Richarda zamknął się w sobie. Do czasu 

odzyskania jako takiej równowagi nie będzie w stanie 

prawidłowo się rozwijać. 

Mimo wszystko jego stopnie poprawiły się w eks­

presowym tempie. Nie była pewna, jak to się stało. 

Może zaczęło się od jednego pytania, które chłopiec 

zadał Benowi. Teraz wieczorami równie często moż­

na było go zobaczyć przy Joshu, przed telewizorem 

czy nad niekończącą się papierkową robotą. 

Czasami nawet zostawał na dole, by obejrzeć z nią 

jakiś program lub film, tak jakby czekał do ostatniej 

chwili ze wspinaniem się na piętro. 

Nie jest niezadowolony, przyznała Kat w krótkiej 

przerwie między wizytami. Jego niezadowolenie by­

ło natomiast oczywiste, gdy musiała jechać do pac­

jentów po godzinach. 

- Połowa z tych wypraw jest niepotrzebna - war­

knął pewnego razu, gdy wróciła od pacjenta „umiera­

jącego na zapalenie wyrostka robaczkowego", które­

mu wystarczyło podać coś na przeczyszczenie, by 

chwilę potem ruszyć do kogoś, komu skończyły się 

środki przeciwbólowe. 

background image

46 JOSIE METCALFE 

- Być może. - Wzruszyła wtedy z rezygnacją 

ramionami. - Ale wiesz dobrze, że musimy jechać na 

wszelki wypadek, gdyby miało się okazać, że to. fak­

tycznie wyrostek albo i gorzej. 

- Nigdy sobie nie odpuszczamy. - Dał wówczas 

za wygraną. - Ale nie rozumiem, dlaczego ludziom, 

którzy marnują nasz czas, uchodzi to na sucho. Mam 

ochotę pociągnąć ich do odpowiedzialności finan­

sowej, bo pewnego dnia przez taki bezsensowny te­

lefon nie dotrzemy do chorego, który naprawdę po­

trzebuje pomocy, a wtedy konsekwencje mogą być 

katastrofalne. 

Z zamyślenia wyrwał ją pacjent umówiony na 

wizytę. 

- Przepraszam, że się spóźniłem - rzekł pan Al-

darini, kiedy tylko z gracją usadowił się w fotelu na 

przeciwko Kat. Jego melodyjny włoski akcent był tak 

silny jak w dzień, gdy opuścił swój rodzinny kraj. 

- Co mogę dzisiaj dla pana zrobić? - Od roku 

starała się go namówić na operację biodra, lecz je­

go śmiertelny strach przed szpitalami niweczył jej 

wysiłki. 

- Dottoressa, proszę dać mi skierowanie do szpi­

tala - oświadczył z rezygnacją. - Wiem, że najpew­

niej tam umrę, ale... - Pokręcił głową. - W innym 

wypadku umrę z bólu, więc muszę zaryzykować. 

Kat nie wierzyła własnym uszom. Była przekona­

na, że uparty Włoch będzie się opierał do końca ży­

cia. Jedynym problemem jest kolejka na operację. 

Chyba że... 

Chwyciła za słuchawkę. 

- Rose, znajdź mi, proszę, numer do nowego 

background image

CUDOWNY LEK 47 

ortopedy... Był artykuł w gazecie... - Bezskutecznie 

szukała w pamięci nazwiska lekarza. 

- Doktor Khan - podpowiedziała Rose. - Proszę 

chwilkę poczekać. 

Po niecałej minucie na biurku Kat zadzwonił te­

lefon. 

- Doktor Leeman, mam na linii sekretarkę dok­

tora Khana. 

Kat stłumiła śmiech. Czy niesamowita prędkość, 

z jaką recepcjonistka załatwiła wszystko, oznacza, że 

ona też się bała, że pan Aldarini zmieni zdanie, jeśli 

formalności nie będą załatwione jak najszybciej? 

- Dzień dobry, jestem Kat Leeman z Ditchling 

i mam tu pacjenta w kiepskim stanie - rzekła. - Trze­

ba mu szybko zoperować biodro, lecz do tej pory 

bronił się przed zabiegiem. 

- Rozumiem, że zmienił zdanie - zaśmiała się ko­

bieta na drugim końcu linii. 

Pewnie nie po raz pierwszy słyszała tę historię, 

zwłaszcza kiedy serwisy informacyjne były pełne 

wiadomości o infekcjach w szpitalach i błędach le­

karskich. 

- Zastanawiałam się, czy istnieje możliwość, aby 

dostał się na zabieg jakoś szybciej? - spytała Kat. -

Z mojej strony zapewnię wszystkie potrzebne zdjęcia 

rentgenowskie, ale myślałam... Czy dałoby się go 

operować, gdyby ktoś nagle zrezygnował? 

- Chce pani, żeby wziąć tego pana, gdyby z jakie­

goś powodu inny pacjent zrezygnował i operacja nie 

mogła się odbyć? 

- Właśnie! - odparła zadowolona, usłyszawszy 

przyjazną reakcję sekretarki. 

background image

48 JOSIE METCALFE 

- Proszę chwilę poczekać - rzekła szybko kobieta 

i zasłoniła ręką mikrofon. - Doktor Leeman? - Ode­

zwała się po chwili. - Doktor Khan mówi, że zawsze 

warto mieć kogoś, kto chciałby zająć wolne miejsce. 

Niech pacjent przyjdzie jutro rano ze skierowaniem. 

Być może będzie musiał poczekać, aż doktor Khan 

wciśnie go między innych pacjentów na pierwszą 

wizytę. Czy jest to do zaakceptowania? 

Kat przekazała wiadomość panu Aldariniemu. By­

ła zaskoczona błyskawiczną reakcją, chyba nie mniej 

niż jej pacjent. 

- Jest pani pewna, że to prawdziwy chirurg? -

spytał nieufnie. - Mój sąsiad musiał czekać miesiąca­

mi na pierwszą wizytę. Na operację dostał się dopiero 

po roku. 

- Tak, proszę pana, jestem pewna - zaśmiała się 

Kat. - Ten lekarz jest tu nowy, więc pewnie ma 

więcej wolnych miejsc na liście niż lekarz pana zna­

jomego. Mam powiedzieć, że zjawi się pan u niego 

jutro z rana? 

- Si, dottoressa - rzekł przejęty i jednocześnie 

przestraszony, że sprawy posuwają się tak szybko. 

- Pójdę, ale będę musiał najpierw porozmawiać 

z nim o infekcjach w szpitalu i o tym, ilu jego pa­

cjentów umarło. 

- Wszystko słyszę - powiedział kobiecy głos 

w słuchawce. - Ten pacjent chyba chce, żebyśmy 

byli bardzo uważni. 

- Co do tego nie ma wątpliwości - zgodziła się 

Kat. - Czy potrzebują państwo wszystkich informacji 

teraz, czy mogę przekazać je przez pacjenta? Goto­

we! - Uśmiechnęła się kilka minut później. - Wszyst-

background image

CUDOWNY LEK 49 

ko jest załatwione, z wyjątkiem pańskiego dojazdu. 

Zamówi pan taksówkę, czy... 

- To żaden problem - przerwał jej lekceważąco. 

Kwestia transportu wydawała się niczym w porów­

naniu z podekscytowaniem jutrzejszą wizytą. - Mój 

sąsiad zaoferował się, że mnie powiezie. Wie pani, 

jego biodro było w tak złym stanie, że przed operacją 

nie mógł nawet prowadzić. Teraz jeździ tu i tam, 

odwiedza przyjaciół. - Włoch żywo gestykulował. 

- Powiedział, że przy okazji mojej wizyty odwiedzi 

śliczną pielęgniarkę, która się nim opiekowała. 

Wylewne podziękowania ze strony starego Wło­

cha skończyły się dopiero za drzwiami recepcji. Jego 

biodro było w fatalnym stanie, gdy rok temu Kat po 

raz pierwszy zasugerowała operację. Ale przez ten 

czas, gdy uparcie odmawiał zgody na zabieg, proces 

chorobowy się pogłębiał. Kat miała nadzieję, że nie 

doszło do takiego pogorszenia stanu zdrowia, że ope­

racja nie mogłaby się odbyć. 

- Twój ostatni pacjent zachowywał się, jakbyś 

umiała zdziałać cuda - skomentował Ben, gdy prze­

lotnie spotkali się w korytarzu. 

- Nic z tych rzeczy. - Postanowiła sprawdzić, czy 

jest w stanie go zaskoczyć. - Pan Aldarini odrzucał 

pomysł pójścia do szpitala na operację biodra. 

W końcu ból stał się tak nieznośny, że zdecydował 

się przełamać strach. Poprosił mnie, żebym dała mu 

skierowanie do chirurga ortopedy. 

- Nie rozumiem. - Ben zmarszczył czoło. - Wy­

glądał na tak zadowolonego, bo nie wie, kiedy będzie 

miał zabieg? - spytał. 

- Wprost przeciwnie, był tak wesoły, bo wie, 

background image

50 JOSIE METCALFE 

kiedy ma wizytę. - Zamilkła na chwilę. - A ma tę 

wizytę jutro. 

- Słucham? - zawołał z niedowierzaniem, na któ­

re czekała. To był balsam dla jej duszy. - To niemoż­

liwe. 

- Możliwe, jeśli zna się odpowiednich ludzi. 

- Chuchnęła na paznokcie i potarła nimi o mary­

narkę. 

- Mów! - zażądał, podążając za nią do recepcji. 

— Zdradź ten sekret. 

- Sekret? Jaki sekret? - zapytała Rose, przeno­

sząc wzrok z Kat na Bena. - Chyba że to coś osobis­

tego... 

Pomysł, że łączy ich jakaś osobista tajemnica, 

sprawił, że Kat poczuła przeskakujące między nimi 

iskry. 

- Nie jest to nic aż tak interesującego - odparł 

Ben, na co Kat odetchnęła z ulgą. Przynajmniej on 

nie zapomniał języka w gębie. - Próbowałem tylko 

namówić ją, żeby powiedziała mi, jak umówiła swo­

jego pacjenta na wizytę u ortopedy na jutro, ale ona 

nie chce pisnąć choćby słówka. Myślisz, że powinie­

nem ją przekupić? 

- Możesz przekupić mnie - zaproponowała od­

ważnie recepcjonistka. - Duże pudełko czekoladek 

i wyjawię ci wszystko, co chcesz wiedzieć. 

- Dasz się przekonać? Widzę, że mamy coś wspól­

nego - zawołał z zadowoleniem. - Zapraszam do 

mojego biura, może dojdziemy do porozumienia. 

- Nie waż się, Rose! - Kat włączyła się do licyta­

cji. - Dam dwa pudełka, jeśli nic nie powiesz. 

- Proszę, proszę. Szefowa ostro pogrywa. - Ben 

background image

CUDOWNY LEK 51 

zmrużył oczy i uważnie przyglądał się obu kobietom. 

- A gdybym dorzucił jeszcze butelkę szampana? 

- Dwie butelki. - Przebiła go natychmiast, zdu­

miona, ile frajdy daje takie dziecinne przekomarzanie 

się. 

- I kolacja w twojej ulubionej restauracji - dodał 

zrezygnowany. Wiedział, że nie wygra. 

- Dla dwojga - powiedziała Kat. 

- Kuszące - rzekła recepcjonistka. - Ale mam 

lepszy pomysł, Ben. Daj szampana i czekoladki Kat 

i zaproś ją na kolację. Pewnie się wygada. 

- Rose! - Kat poczuła, że traci głos. Wizja wspól­

nej kolacji kusiła ją bardziej, niż powinna, mimo że 

Ben żartował sobie z jej braku wyczucia towarzys­

kiego. Długo mu tego nie zapomni. 

- Więc, szefowo, co pani na to? - Ben przeszył 

Kat wzrokiem, aż ją przeszedł dreszcz. - Jeśli skuszę 

cię pysznościami, wyznasz mi tajemnicę? 

- W żadnym razie nie mogłabym... pójść z tobą na 

kolację - wyjąkała. Niespodziewana uraza w jego 

spojrzeniu dała jej do zrozumienia, że nie była deli­

katna. - Nie możemy wyjść razem... Gabinet... Ja 

mam dyżur, ty zajmujesz się chłopcami... 

- Ten problem łatwo da się rozwiązać, Kat - wtrą­

ciła szybko Rose. - Ja z przyjemnością posiedzę 

z Joshem i Samem. Potraktuję to jako wprawkę przed 

przyjazdem wnuków. Poza tym macie lepszy telewi­

zor i więcej programów. - Zwróciła się do milczącego 

Bena. -Wiesz już, do jakiej restauracji ją zabierzesz? 

- Ale nie możesz... Chciałam powiedzieć... Tylko 

dlatego... - Jej głos zamarł, gdy zobaczyła, jak Ben 

twierdząco kiwa głową. 

background image

52 JOSIE METCALFE 

-

 Jeśli nie chcesz być widziana z kaleką, zawsze 

możemy to nazwać spotkaniem służbowym - zasuge­

rował przebiegle. - To oczywiście znaczyłoby, że 

wykręciłbym się od płacenia i wszystko poszłoby na 

twoje konto. 

- O nie! - zawołała. Wiedziała, co Ben o niej myśli, 

więc nie grozi jej większa kompromitacja. - Jeśli 

chcesz poznać moje sekrety, musisz za to zapłacić. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kat przycisnęła rozedrgane dłonie do brzucha, że­

by stłumić zdenerwowanie. Na próżno. 

- Co ja, na Boga, wyprawiam? - syknęła gniew­

nie do siebie. Dobrze wiedziała, że któryś z jej synów 

może w każdej chwili zajrzeć do pokoju. 

Prawdopodobnie nie pamiętali, jak przygotowy­

wała się do wyjścia wieczorami, więc przyglądali się 

jej z mieszanką fascynacji i rozbawienia. 

- Malujesz sobie oczy! -wykrzyknął zaskoczony 

Sam. 

Przez ostatnie lata przemycie twarzy i uczesanie 

włosów starczało jej, by przygotować się do dni peł­

nych zajęć. 

Richard zawsze mówił, że nie podobają mu się 

kobiety z ostrym makijażem, wybrała więc najłat­

wiejsze rozwiązanie i przestała malować się w ogóle. 

Nie zależało jej też na uwadze mężczyzn - miała 

wspaniałego męża. I jeśli nawet namiętność, która 

wybuchła między nimi podczas miesiąca miodowe­

go, z czasem przygasła, pozostały jej gorące wspo­

mnienia. 

Przez ten czas wyszła z wprawy w przygotowywa­

niu się do wyjścia z wyjątkiem sytuacji, w których 

towarzyszyła synom. Nie była pewna, czy przypad­

kiem po raz kolejny nie wystawia się na pośmiewisko. 

background image

54 JOSIE METCALFE 

Odsunęła się od lustra i krytycznie rzuciła okiem 

na swoje odbicie. 

Cóż, z butami nie może wiele zrobić, jedynie te 

jeszcze się nie rozpadły. Podobnie sprawa ma się 

z prostą czarną sukienką, chociaż ta jeszcze nie wy­

szła kompletnie z mody. Teraz dopiero Kat zobaczy­

ła, jak bardzo schudła od śmierci Richarda. Miała 

nadzieję, że teraz, skoro nie pracuje już całymi dnia­

mi, odzyska kobiece kształty. 

Nie wiedziała jednak, czy nie przekroczyła subtel­

nej granicy oddzielającej elegancję od kiczu. 

- Rose! - zawołała przez niedomknięte drzwi sy­

pialni. 

Potrzebowała rady, zanim straci cierpliwość 

i przebierze się w jeden ze swoich garniturów. Nie 

była pewna, czy zdołała przekrzyczeć rozpoczyna­

jący się właśnie film, na który z niecierpliwością 

czekali i jej synowi i recepcjonistka, więc zawołała 

jeszcze raz: 

- Rose, masz chwilkę, zanim zaczniecie? 

Usłyszała odgłos zbliżających się kroków, po 

czym drzwi uchyliły się nieco bardziej. 

- Rose, powiedz, co o tym myślisz? Szczerze 

- poprosiła. Nerwowo przeczesała włosy palcami, 

szybko wygładziła sukienkę na bokach. - W porząd­

ku, czy wyglądam jak stara baba udająca młódkę? 

Rozpostarła ramiona, by obrócić się i pokazać koń­

cowy efekt swych wysiłków recepcjonistce, a tym­

czasem w drzwiach zobaczyła Bena. 

Jego zielone oczy, teraz przypominające kolorem 

tajemniczy las, starały się uchwycić każdy detal. Bły­

szczały, gdy jego wzrok spoczął na jej twarzy. 

background image

CUDOWNY LEK 55 

- Wyglądasz... niesamowicie - zauważył. 

- Czy już jest gotowa do wyjścia? - spytał Sam. 

- Pani Fazackerly nie pozwoliła nam zacząć filmu, 

dopóki nie wyjdziecie. 

- W takim razie lepiej chodźmy. - Ben uśmiech­

nął się do przejętego chłopca. - Masz coś na 

wierzch? W samochodzie będzie ciepło, ale po dro­

dze może cię trochę przewiać. - Spojrzał Kat prosto 

w oczy. 

- Hm, mam szal paszminowy - odparła, sięgając 

po delikatną fiołkową tkaninę przewieszoną przez 

oparcie krzesła. Jej kolor współgrał z cieniem do 

powiek, który rozjaśniał jej szare oczy. 

Spragniony wzrok Bena odebrał jej głos. 

- Pozwól, że ja to zrobię. 

Oparł kule o toaletkę i wziął szal. Kat zadrżała, 

gdy musnął palcami skórę na jej karku. 

Czy kiedykolwiek reagowała w ten sposób na do­

tyk Richarda? - zastanawiała się, widząc, jak silne 

dłonie Bena zaciskają się na kulach. Z trudem przy­

pominała sobie, jak wyglądał jej mąż, gdy Ben stał 

tak blisko. 

Zmusiła się, by spojrzeć na fotografię przy jej 

łóżku. Zapragnęła wrócić pamięcią do ich wesela, 

kiedy Richard się śmiał i kiedy pili wino za wspólne 

szczęście. 

- Mamo... - Zniecierpliwiony Sam stanął w pro­

gu. 

- Tylko bądźcie mili dla pani Fazackerly. - Zrobi­

ła groźną minę, by wiedział, że matka nie żartuje. 

- Jasne, że będziemy - odparł Sam, wskakując na 

kanapę. - Będziemy zbyt zajęci oglądaniem piratów, 

background image

56 JOSIE METCALFE 

prawda? - zwrócił się do Rose siedzącej między nim 

a Joshem. 

Recepcjonistka aż promieniała na widok Kat i Be­

na razem. Na myśl o przyszłych komentarzach Kat 

westchnęła z rezygnacją. 

- Dawaj, start. Już wychodzą - popędzał brata 

Sam. 

Josh milczał, ale Kat poznawała po jego poważ­

nych oczach, takich samych jak Richarda, że się 

czymś martwi, że coś przeżywa. 

- W porządku, Josh? - Zacisnęła dłonie na toreb­

ce, widząc, że jej starszego syna dręczy ból. Nie 

powinna była się zgodzić na tę kolację, jeśli to ma go 

zranić. 

Nagle na twarzy chłopca pojawił się lekki 

uśmiech. Na ten widok kamień spadł jej z serca. 

- Ładnie wyglądasz, mamo - rzekł cicho, do złu­

dzenia przypominając swego ojca. 

- Dziękuję, skarbie. Teraz słuchajcie: nie wróci­

my późno, macie nasze numery... 

- Oj, daj spokój - wtrąciła Rose. - Wychowałam 

dwójkę dzieci i nie jestem aż tak zniedolężniała, żeby 

nie pamiętać, jak to się robi. Nic się nie stanie, a wy 

będziecie mieli miły wieczór. A teraz sio! Mamy film 

do obejrzenia. 

Ben był bardzo zdenerwowany, gdy prowadził Kat 

do samochodu. Wcześniej podczas potajemnych prób 

zorientował się, że z niewielkim trudem zdoła usiąść 

na miejscu pasażera, jeśli odsunie fotel całkiem do 

tyłu. Wtedy jednak nie brał pod uwagę tego, że jedy­

ne, o czym będzie w stanie myśleć, to Kat i fala 

background image

CUDOWNY LEK 57 

uczuć, która go zalała, gdy ich spojrzenia się spot­

kały. 

Zobaczył ją stojącą przed lustrem, w czarnej su­

kience subtelnie podkreślającej jej smukłą figurę. 

Odwróciła się i zamiast Rose ujrzała jego. Jej duże 

oczy zabłyszczały, oddech przyspieszył. Wiedział, że 

jest nim zauroczona. 

W lustrze za nią odbijało się łóżko, w którym spał 

przez pierwszy tydzień swojego pobytu. Z trudem 

znosił odurzający zapach jej perfum, bo przywodził 

mu na myśl jej delikatne ciało i... 

- I nic więcej - warknął do siebie, zadowolony, że 

dźwięk silnika zagłuszył jego słowa. 

- Mówiłeś coś? - zapytała. 

- Nie - wymamrotał. 

Rumienił się jak nastolatek, gdy starał się skupić 

uwagę na czymkolwiek i opanować gwałtowną reak­

cję swojego ciała na bliskość Kat. 

Rozluźnił się dopiero, gdy zajęli miejsca przy sto­

liku. Mógł rozkoszować się wybornym jedzeniem 

i interesującą rozmową z kobietą, która zrobiła na 

nim wrażenie urodą i rozsądkiem. 

Kat opowiadała mu o Joshu, o tym, jak zamknął 

się w sobie po śmierci ojca, lub o Samie i jego 

chorobliwej wręcz potrzebie ładu w życiu. 

- Chociaż ostatnio obaj się trochę rozluźnili - rze­

kła w zamyśleniu. - Może to ty masz na nich taki 

wpływ - dodała, patrząc mu w oczy. - To pewnie 

moja wina, że tak ciężko wszystko przechodzą. Chy­

ba nie miałam dla nich dosyć czasu... Nie rozmawia­

łam z nimi - stwierdziła posępnie. - Ale gabinet... 

- Potrząsnęła głową. - A ty? - zmieniła temat. 

background image

58 JOSIE METCALFE 

-Mieszkamy razem... Oj, to nie zabrzmiało najlepiej, 

prawda? 

Przy stoliku siedziała zupełnie inna Kat. 

- Co powinnam była powiedzieć? - ciągnęła za­

czepnie. - To, że mieszkamy pod jednym dachem od 

dwóch tygodni, a ja nie wiem o tobie prawie nic. 

Nie chciał odpowiadać na to pytanie. Ból wspo­

mnień nie pozwalał mu na zaspokojenie jej próżnej 

ciekawości. 

- Może najpierw podejmiemy decyzję co do mo­

jej pracy. 

- Twojej pracy? - Na jej twarzy pojawił się gry­

mas niepokoju. - To znaczy, że chcesz wyjechać? 

- Nie to chciałem powiedzieć. - Uśmiechnął się. 

Być może Kat boi się utraty współpracownika po raz 

kolejny, lecz Ben łechtał swą próżność, mając na­

dzieję, że zależy jej właśnie na nim. - Umówiliśmy 

się na dwutygodniowy okres próbny, żeby ocenić, jak 

się dogadujemy. 

- I? 

- Z chęcią zostanę na trzy miesiące, z możliwoś­

cią przedłużenia o kolejne trzy - zaproponował mimo 

złego przeczucia. 

Zdecydowanie za bardzo zbliżył się do małej ro­

dziny Leemanów, lecz sumienie nie pozwalało mu 

zostawić Kat z tym ogromem odpowiedzialności, 

przynajmniej do czasu, aż znajdzie kogoś na jego 

miejsce. 

Odetchnęła z ulgą. 

Jest silna, pomyślał Ben, ale też delikatna, wraż­

liwa. 

Ma rację co do zmian, jakie zaszły w chłopcach. 

background image

CUDOWNY LEK 59 

Sam śmiał się coraz częściej, coraz rzadziej przywią­

zywał wagę do ładu w swoim otoczeniu. 

Josh natomiast to trudniejszy orzech do zgryzie­

nia. Jego upór i dąsy mogą być spowodowane zbli­

żającym się okresem dojrzewania, ale Ben podej­

rzewał, że ma to związek ze śmiercią Richarda. Jeśli 

będzie miał szczęście, zdobędzie jakoś jego zau­

fanie. 

- Dobrze, ale muszę ci coś powiedzieć - rzekła 

nagle Kat. 

Przez moment wydawało mu się, że czyta w jego 

myślach, lecz po chwili przypomniał sobie, że roz­

mawiają o pracy. 

- Masz jakieś zastrzeżenia? - Ogarnął go nie­

pokój. 

- Jeśli bez tego ograniczającego cię gipsu okażesz 

się jeszcze lepszym internistą, zastrzegam sobie pra­

wo do tego, żeby przynajmniej spróbować przekonać 

cię, żebyś został na stałe. 

Zaśmiał się z trudem i odparł, że wszystko jest 

możliwe, ale zdawał sobie sprawę, że nie ma na to 

szans. Jeśli nadal będzie się przenosił z miejsca na 

miejsce, jest mało prawdopodobne, by angażował się 

w życie innych. W rezultacie jest też mało praw­

dopodobne, by ktoś odkrył, kim jest naprawdę i - co 

jest bardziej kompromitujące - co zrobił. 

Gdy dojechali do domu i pod czujnym okiem Kat 

wysiadał z samochodu, przypomniał sobie, że wiele 

lat temu w podobnych okolicznościach próbował 

skraść innej kobiecie pierwszy pocałunek. 

- Więc - odezwał się, by skupić na czymś niepo­

słuszne myśli - powiesz mi wreszcie, jak udało ci się 

background image

60 JOSIE METCALFE 

wcisnąć pana Aldariniego na sam początek kolej­

ki? - spytał zaczepnie. - Obiecałaś lekarzowi, że 

nazwiesz swoje następne dziecko jego imieniem? 

Przeklął w duchu swój niewyparzony język, gdy 

zobaczył cień smutku na jej twarzy. Czy Kat chciała 

mieć większą rodzinę? Może córkę, która odziedzi­

czyłaby po niej piękne szare oczy i troskliwe serce? 

- Nic takiego - odparła cicho. - To w sumie 

żadna tajemnica. Zwróciłam się do odpowiedniej 

osoby w odpowiednim czasie. Na ortopedii jest nowy 

lekarz. Stara się usprawnić jakoś działanie tego od­

działu, który jego zdaniem jest fatalnie zorganizowa­

ny. Stara gwardia ma mu to za złe, więc wojna trwa. 

- A w międzyczasie? - Oparł się o framugę. 

- Zadzwoniłam do jego sekretarki i powiedzia­

łam, że mój pacjent jest w złym stanie. On zapropo­

nował, że wciśnie go jutro z rana, by zrobić prze­

świetlenia, badania krwi i tak dalej. Powiedziałam 

też, że pan Aldarini chętnie wejdzie na miejsce pac­

jenta, który z jakiegoś powodu nie mógłby być opero­

wany. 

- Nikt nie spodziewa się, że najzwyklejszy katar 

uniemożliwi wykonanie zabiegu - zgodził się Ben, 

przypomniawszy sobie podobne sytuacje. - Czym 

poważniejsza operacja, tym jest ważniejsze, by pac­

jent był jak najzdrowszy. 

Światło padające przez szybę w drzwiach rozjaś­

niało jej skórę, podkreślało drobny nos i kształtny 

podbródek, oczy pozostawiając w cieniu. I mimo że, 

Ben robił wszystko, by odciągnąć myśli od warg Kat, 

to pragnienie, by nie zważając na nic, ją pocałować, 

przepełniało go całego. 

background image

CUDOWNY LEK 61 

Z wysiłkiem odwrócił wzrok. 

- Uważaj na próg - przypomniała mu prozai­

cznie. 

Weszła do ciepłego korytarza i nastrój prysnął. 

No cóż, wobec przełożonej należy zachować się 

odpowiednio, bo można stracić pracę, ostrzegł się 

w duchu, wściekły, że pomysł przekroczenia granicy 

w ogóle zaświtał mu w głowie. 

Co takiego jest w tej Kat, że lód wokół jego 

serca zaczął topnieć? Jest wdową, matką dwóch 

chłopców, i cała trójka ma problemy z dojściem do 

siebie po stracie męża i ojca. Z pewnością on, Ben, 

nie jest kimś, kto może im pomóc, nie ze swoją 

przeszłością. Ledwie zauważył, gdy Lorraine zaczę­

ła narzekać na przewlekłe bóle głowy, tłumaczył 

to stresem w pracy. Gdyby tylko był bardziej opie­

kuńczy... 

- Dobranoc, Ben - zawołała Kat w drodze do 

salonu. - Odwiozę Rose do domu i wszystko poza­

mykam. 

Zajrzał do pokoju chłopców, by sprawdzić, czy 

zasnęli. Josh nie spal, ewidentnie czekając na powrót 

mamy. 

- W porządku? - spytał Ben. 

Josh odpowiedział mu kiwnięciem głowy. 

- A jak  f i l m ? 

Krótki uśmiech sugerował, że film podobał się 

chłopcu, choć Ben widział, że coś nie daje mu spoko­

ju. Nagle zorientował się, co było źródłem niepewno­

ści Josha, i naprędce szukał słów, by rozwiać jego 

wątpliwości. 

- Pewnie twoja mama powie ci, że zjedliśmy miłą 

background image

62 JOSIE METCALFE 

kolację, mimo że rozmawialiśmy o sprawach zawo­

dowych. 

Niestety, nie mógł trzymać kciuków i kul jedno­

cześnie, ale przynajmniej to sobie wyobrażał, w na­

dziei, że chłopiec mu uwierzy. 

- O sprawach zawodowych? - Josh zmarszczył 

czoło. 

- Tak, o pracy - odparł. - Gdy idziesz na kolację 

z szefem, cały czas musisz robić dobre wrażenie. 

Ben niemal widział, jak napięcie powoli schodzi 

z drobnych ramion dziecka. W końcu Josh ułożył się 

wygodniej na poduszce. 

- Gdybym ja był na kolacji w restauracji, to nie 

rozmawiałbym o sprawach zawodowych... - Ziewnął 

głośno. - Tylko jadł. 

Ben odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Kat. 

- Dziękuję - wyszeptała. - Nie myślałam, że on 

może się martwić... - Pokręciła głową, nie mogąc 

znaleźć słów. - Idealizują Richarda, mimo że nie 

miał dla nich czasu. Nawet żeby pograć w piłkę. 

- Już jest dobrze - odrzekł cicho i uczynił krok do 

tyłu, by Kat mogła zajrzeć do dzieci. 

Gdy odwracał się w stronę schodów, ujrzał zło­

wróżbnie zamyśloną Rose zbierającą się do wyjś­

cia. 

Następnego ranka przy śniadaniu Kat nie mogła 

spojrzeć Benowi w oczy. 

Jak zwykle, rozmowa przy stole była radosna. 

Chłopcy byli wyraźnie zadowoleni, że Ben jadał 

śniadanie wspólnie z nimi, mimo że przeprowadził 

się na górę. 

background image

CUDOWNY LEK 

63 

Do dziś Kat cieszyła jego obecność, czuła, że jego 

męski głos wypełnia pewien brak. Ale w tym mo­

mencie... 

W tym momencie myślała jedynie o tym, że po­

przedniego wieczoru nie potrafiła oderwać od niego 

wzroku, zapatrzona w każdy jego ruch, zasłuchana 

w każde słowo. 

Gdy stali przy drzwiach, była przekonana, że Ben 

chciał zakończyć ten wieczór tak, jak to zazwyczaj 

dzieje się między mężczyzną i kobietą. Pocałunkiem. 

Potem odwrócił wzrok i spojrzał na drzwi w taki 

sposób, jakby pragnął jedynie dostać się do środka, 

uciec od niej. 

Poranek nie był lepszy. Ben całą uwagę skupiał na 

Joshu i Samie. Faktycznie, im prędzej chłopcy wyjdą 

do szkoły, tym lepiej. Kiedy siądzie za biurkiem 

w gabinecie, odzyska kontrolę i... 

Jej myśli łudząco przypominały reakcję Sama na 

stratę ojca. Co u licha się dzieje? - pomyślała. Pora­

dziła sobie ze śmiercią Richarda. To było konieczne, 

by utrzymać gabinet i chłopców. 

Chciała, by Ben ją pocałował, lecz dlaczego ma 

z tego powodu takie wyrzuty sumienia? 

- Mam straszny mętlik w głowie! -jęknęła, zała­

mując ręce. Na szczęście pokaźny plik kart pacjen­

tów cierpliwie na nią czekał. - On mi się podoba, ale 

czuję się winna... 

Zwłaszcza że przedtem nikt jej tak fizycznie nie 

pociągał, nawet Richard. 

- Powierzam mu swoich pacjentów, moich sy­

nów, ale na miłość boską, nie wiem nawet, czy on 

przypadkiem nie jest żonaty! -zawołała. Spostrzegła, 

background image

64 JOSIE METCALFE 

że nie nosi obrączki, lecz wielu lekarzy tego nie robi. 

- Nie odpowiada na pytania, zupełnie jakby miał coś 

do ukrycia. 

Chciała, by te słowa zabrzmiały jak oskarżenie 

o mroczną przeszłość, lecz z jego oczu dawno wy­

czytała, że coś na zawsze odebrało mu przyjemność, 

jaką można czerpać z pracy i bliskich kontaktów 

z ludźmi. 

Zastanowiła się, dlaczego od czasu śmierci męża 

trzymała cały świat na dystans. 

- Ja jestem tak samo winna - przyznała. 

Dopiero przyjazd Bena obudził w niej hormony 

i przypomniał, że nadal jest kobietą. 

- Dzień dobry, Melissa - powiedziała do wcho­

dzącej dziewczyny. - Usiądź, zaczekamy na twoją 

babcię. 

W Ditchling wszyscy wiedzieli, że dziadkowie 

opiekują się wnuczką od czasu, gdy podczas burzy 

zginęli jej rodzice. 

- Ona nie wie, że tu jestem. Część nauczycieli 

pojechała na szkolenie, więc mamy dzień wolny. 

Tylko że ja nie powiedziałam o tym babci, ona myśli, 

że jestem szkole. - Podniosła przestraszony wzrok. 

- Czy to problem? Mam dopiero dwanaście lat. No, 

prawie. 

- Cóż... - Kat znalazła się w trudnym położeniu, 

ale biedne dziecko wyraźnie chciało porozmawiać. 

Postanowiła, że tym razem odstąpi nieco od zasad. 

- Nie mogę cię zbadać bez zgody odpowiedzialne­

go za ciebie dorosłego. Ale możemy pogadać, jeśli 

chcesz. 

- Tak. - Melissa pochyliła głowę i włosy w kolo-

background image

CUDOWNY LEK 

65 

rze toffi znów zakryły jej twarz. - Nie mam z kim 

porozmawiać na dziewczęce tematy... 

Kat uśmiechnęła się zachęcająco. Melissa była 

zbyt młoda, by dopytywać się o antykoncepcję, lecz 

z pewnością lepsze to niż niechciana ciąża lub groźne 

choroby. 

- I nie możesz pogadać z koleżankami albo z nau­

czycielkami? 

- Nie! - odparła przerażona. - W tym roku po­

szłam do dużej szkoły, więc nie znam dobrze nikogo. 

- I nie chcesz, żeby ktoś coś wygadał? 

- Właśnie! - rzekła wyraźnie ucieszona. 

- To o czym chcesz porozmawiać? O chłopa­

kach? Okresach? Całowaniu? Tamponach? - spyta­

ła Kat. 

- Nic z tych rzeczy... Bardzo się wstydzę. - Dzie­

wczynka miała problem z przełamaniem strachu, 

ale Kat cierpliwie czekała. - Boję się, że coś jest nie 

tak - wypaliła niespodziewanie. Jej policzki były 

czerwone ze wstydu. - Jestem wilgotna... tam na 

dole... Ciągle! 

Kat uśmiechnęła się z ulgą, zadowolona, że spra­

wa nie jest skomplikowana. 

- Ależ to jest naturalne - powiedziała i dodała: 

- Myślę, że uczucie suchości byłoby bardzo nieprzy­

jemne. 

Kilka krótkich pytań pozwoliło jej wyeliminować 

możliwość infekcji i w ciągu paru minut rozwiała 

całkiem wątpliwości dziewczynki. 

- Dziękuję bardzo. - Melissa zeskoczyła z krzesła. 

- W szkole masz pielęgniarkę, z którą możesz 

pogadać na takie tematy - rzekła Kat. - Ale jeśli 

background image

66 JOSIE METCALFE 

wolisz, kontaktuj się ze mną, kiedy coś cię będzie 

martwić. 

- Dziękuję, pani doktor. - Melissa przez chwilę 

milczała, a potem zapytała: - Czy ludzie naprawdę 

przychodzą do pani i pytają o całowanie? 

Kat roześmiała się i pożegnała się z Melisą. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Przez cały dzień Kat udawało się unikać Bena. 

Chciała też trzymać się od niego z dala w domu. 

W wyobraźni widziała siebie, jak nadrabia wszel­

kie zaległości domowe, na przykład rozprawia się 

ze stosem ubrań do uprasowania, i wyjeżdża co chwi­

la do pacjentów, kiedy z tylnego ogrodu doszły ją 

krzyki. 

Widok, jaki zobaczyła, zaskoczył ją kompletnie. 

Poważny mężczyzna, którego dwa tygodnie temu 

przyjmowała do pracy, leżał na trawniku, a chłopcy 

siedzieli na nim. Cała trójka była umorusana błotem 

po niedawnym deszczu. 

Kat nigdy nie widziała, by Josh i Sam byli tak 

szczęśliwi jak w chwili, gdy uczepieni Bena, po­

wstrzymywali go od złapania piłki. 

- Hej! Co ty tam robisz? - zawołał Ben, gdy 

zobaczył ją przy rogu domu. - Chodź i mi pomóż! 

- No! Dołącz się, mamo! - krzyknął Sam. 

- W ciuchach biurowych? Nie sądzę - zaśmiała 

się Kat. - Myślę, że nie byłabym bezpieczna przy 

takiej ilości testosteronu. Będę sędzią. 

W kuchni zadzwonił tajmer. 

- Koniec meczu - ogłosił Ben, spoglądając na 

Kat. - Kto wygrał, pani sędzio? 

- To zależy, czy liczymy gole, czy ilość błota na 

background image

68 JOSIE METCALFE 

ubraniu - odparła sucho, gdy chłopcy wstali i wresz­

cie mogła ocenić rozmiar zniszczeń. - Nie widziałam 

żadnego gola, więc... Ben, gdzie twoje kule? - zapy­

tała, kiedy mężczyzna niezgrabnie próbował się pod­

nieść. 

- Jedna jest oparta o dom, a druga jest gdzieś 

tutaj... - W końcu wydostał spod siebie brudną 

kulę. 

- Dobrze, chłopcy... Biegnijcie do domu, rozbie­

rzcie się w korytarzu i zostawcie ubrania przy pralce, 

a potem szybko do łazienki. Musicie się cali umyć, 

zanim zaczniemy kolację, więc pospieszcie się! 

- Dobra! - Sam ruszył sprintem w kierunku 

drzwi. 

- Mamo... - Josh spojrzał na Kat o wiele za powa­

żnie jak na jedenastolatka. - Nie jesteś zła na Bena, 

prawda? To nasza wina, że jest cały w błocie. Chciał 

nam tylko coś pokazać, ale potem... 

- Nie, Josh, nie jestem zła, bo wiem, kto ponosi 

odpowiedzialność za ten bałagan. Ja, bo zachęcałam 

was do gry w piłkę. Już uciekaj. I uważaj, żeby Sam 

nie zalał znowu całej łazienki. 

Zobaczyła szeroki uśmiech na twarzy syna, gdy 

ten pognał za młodszym bratem. Przynajmniej jeden 

problem z głowy. Teraz kolej na sporo większy, po­

myślała, biorąc do ręki drugą kulę. 

- Nie powinieneś tak szaleć, Ben - rzekła cicho. 

Przeszła przez błotnistą kałużę, która kiedyś była 

trawnikiem. - Mogłeś naprawdę uszkodzić sobie 

nogę. 

- Mógłbym, gdybym naprawdę siłował się z nimi 

albo kopał piłkę - próbował ją uspokoić. 

background image

CUDOWNY LEK 

69 

Kat wyciągnęła do niego rękę, by pomóc mu pod­

nieść się z ziemi. Ben spojrzał na jej czystą dłoń, 

potem na swoją. 

- Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? 

- Daj spokój. Złap mnie i podeprzyj się kulą. 

Uderzyłeś się, kiedy upadłeś? - zapytała. 

Ben uniósł się zaskakująco zwinnie mimo niewy­

godnego gipsu. 

- Tak naprawdę wcale nie upadłem - wyjaśnił 

spokojnie. - Przeturlałem się kilka razy, ku uciesze 

dzieciaków. Nie spodziewałem się tylko, że trawa 

będzie taka śliska. 

- System odwadniający działa kiepsko z tej stro­

ny domu, więc robi się bagno. To jedna z wielu 

rzeczy, których jeszcze nie zrobiliśmy. Chciałam po­

wiedzieć: nie zrobiłam. 

W tym momencie duch Richarda stanął między 

nimi. 

- Opowiedz mi o swoim mężu. 

Ta prośba Kat nie zdziwiła. 

- O Richardzie? - Grała na zwłokę. Zastanawiała 

się, co właściwie Ben chce wiedzieć. 

- Przypuszczam, że nie było ich wielu - zauważył 

prowokacyjnie. 

Ostrożnie pokuśtykał przez kałużę i usiadł na zni­

szczonej drewnianej ławce. Wyraźnie czekał na jej 

opowieść. 

- Cóż, poznaliśmy się na studiach. - Uśmiechnęła 

się do wspomnień. - Pobraliśmy się miesiąc po tym, 

jak zdobyłam dyplom. Sam i Josh byli już na świecie, 

kiedy przeprowadziliśmy się do Ditchling. Doktor 

Fraser chciał iść na emeryturę. Jego żona była po 

background image

70 JOSIE METCALFE 

wylewie. Przez kilka lat męczył się, żeby utrzymać 

gabinet. Pragnął tylko przeprowadzić się do Hisz­

panii, żeby Nora mogła pływać i wylegiwać się na 

słońcu. 

Popatrzyła na zachmurzone niebo i skrzywiła się 

nieznacznie. 

- Ciężko mi sobie wyobrazić czemu - rzekł Ben 

z kamienną twarzą. - W jakim stanie był wtedy 

gabinet? 

- Fatalnym - przyznała bez ogródek. - Doktor 

Fraser musiał zajmować się żoną. Ludzie przenosili 

się do innych gabinetów, bo nie wiedzieli, czy zo­

staną przyjęci. 

- Cóż, teraz z pewnością gabinet prosperuje zna­

komicie. Jak to zrobiliście? 

Nagle Kat zdała sobie sprawę z przyjemności, jaką 

czerpała z rozmowy z Benem, mimo że grzebali w jej 

wspomnieniach. Cieszyło ją, że może pogadać 

z kimś, kto nie jest pacjentem lub dzieckiem pro­

szącym o pomoc w pracy domowej. 

- Zaryzykowaliśmy i utopiliśmy pieniądze, któ­

rych nie mieliśmy, w odnowienie frontu, poszerzenie 

wjazdu i zrobienie parkingu. Sami odremontowaliś­

my wnętrze. - Te wspomnienia ją wykańczały. - Nie 

mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby stracić ostat­

nich pacjentów, przyjmowaliśmy ich cały czas, ale 

zdecydowaliśmy, że musimy zrobić wielkie otwar­

cie. - Zaśmiała się. - Nikt nie zwrócił na to uwagi. 

Liczba pacjentów prawie się nie zmieniła. Richard 

był zrozpaczony. Aż tu nagle, jedna za drugą, przy­

szły epidemia grypy, po niej grypa żołądkowa, po 

niej mnóstwo zachorowań na ospę w kilku szkołach 

background image

CUDOWNY LEK 71 

w okolicy. Mieliśmy ręce pełne roboty, więcej pa­

cjentów, więcej pieniędzy i wreszcie przestało nam 

grozić bankructwo. 

Osiągnęli wszystko, o czym marzyli. Gdyby tylko 

dane im było cieszyć się tym. 

- I wtedy ni stąd, ni zowąd Richard zachorował. 

Cały czas spędzałam z mężem, tak jak doktor Fraser 

z Norą. Historia się powtórzyła. Gdy został zdiag-

nozowany, białaczka była już bardzo zaawansowana. 

Musieliśmy zastosować bardzo wyniszczającą che­

mioterapię. Leki sprawiły, że... 

Pokręciła głową. Oczy jej i Bena na chwilę się 

spotkały. To krótkie spojrzenie i wielkie współczu­

cie, jakie zobaczyła na jego twarzy, niemal sprawiło, 

że straciła nad sobą wypracowaną przez ostatni rok 

kontrolę. 

- Richard nie miał szans - powiedziała na głos to, 

co powtarzała w myślach od śmierci męża. - Poza 

wszystkim, był kompletnie wyczerpany pracą - ciąg­

nęła. 

Tym razem ból wspomnień był zaskakująco łagod­

ny. Może faktycznie czas leczy rany? A może po­

czuła ciche wsparcie, jakie płynęło od milczącego 

Bena? A może jednak w końcu była gotowa przyznać 

to, co tłumiła w sobie, coś, co złościło ją tak, że nie 

mogła sobie z tym poradzić. 

Podniosła głowę i spojrzała w oczy Bena. 

- Chłopcy i ja potrzebowaliśmy Richarda, ale je­

go to nie obchodziło. Gdy usłyszał diagnozę, po pros­

tu się poddał. 

Chwilę potem zorientowała się, że Ben nie patrzy 

na nią, tylko jakby przez nią. Popełniła poważny 

background image

72 JOSIE METCALFE 

błąd, otwierając się przed kimś, kto nie jest zaintere­

sowany jej żałosnymi... 

- Czasami to jedyny sposób, żeby sobie z tym 

poradzić - rzekł zmienionym głosem. 

- Słucham? - Była tak zawstydzona, że zrobiła 

z siebie widowisko, że nie zrozumiała jego odpo­

wiedzi. 

- Chodzi mi o to, że kiedy pacjenci słyszą taką 

diagnozę... Zwłaszcza jeśli chodzi o raka... Albo wal­

czą do końca, albo rezygnują z walki, zanim ją po­

dejmą. 

- No właśnie. Widziałam obydwie reakcje wiele 

razy, a Richard zawsze walczył... Tak jak w przypad­

ku tego gabinetu. Nie wierzyłam, że on tak zwyczaj­

nie... 

- Czasem... - Ben urwał, z trudem ubierając myśli 

w słowa. - Sądzę, że czasem oni wiedzą, że to bitwa, 

w której nie mogą wygrać. 

- Ale... - Zaczęła, lecz zamilkła. 

Jego oczy wydawały się mętnieć pod ciężarem 

przemyśleń. Nagle Kat zauważyła, że przez Bena 

przemawia doświadczenie. To dotyczy go osobiście. 

Chciała spytać, czy stracił w ten sposób żonę, ale 

Ben zaczął mówić wcześniej: 

- To jest tak, jakby... celowo się poddawali, bo 

chcą, żeby jak najszybciej było po wszystkim... Jakby 

wiedzieli, że walka tylko to opóźni, a nie zapobiegnie 

temu. Fałszywa nadzieja jedynie pogorszy całą spra­

wę, więc dla dobra ludzi, których i tak zostawią... 

odpuszczają. 

Zaskoczona tą prostą odpowiedzią, Kat nie mogła 

zrozumieć, czemu sama na nią nie wpadła. 

background image

CUDOWNY LEK 73 

- Nie patrzyłam na to w ten sposób - powiedziała 

ze spokojem. - To by było w stylu Richarda. Wie­

dział przecież, ile wysiłku kosztowało nas doprowa­

dzenie gabinetu do dobrego stanu po tym, jak doktor 

Fraser zaniedbał go z powodu choroby żony. 

- Mamo! - Przez otwarte okno dobiegł ich dzie­

cięcy głos. - Sam zużywa cały szampon! 

Kat uśmiechnęła się szeroko, sentymentalny na­

strój prysnął. Żałowała, że nie zdążyła zapytać Bena, 

kogo miał na myśli, gdy mówił o... 

- I zmoczył wszystkie ręczniki! - dodał Josh obu­

rzonym tonem. 

- No tak, i znów muszę być sędzią - westchnęła. 

Wstała i wyciągnęła dłoń, by pomóc Benowi. 

- Mam bardzo brudne ręce. - Pokazał jej wnętrze 

dłoni. 

- Nic mi się nie stanie. Wystarczy umyć - odrzek­

ła z uśmiechem. 

Ujęła go za ręce i odchyliła się, by utrzymać rów­

nowagę. Mocno pociągnęła i chwilę potem jej nos był 

przyciśnięty do zabłoconej podkoszulki Bena. 

Nie cofnął się, zapewne dlatego, że nie miał gdzie. 

Ona nie mogła się ruszyć, sparaliżowana reakcją 

wszystkich zmysłów na jego bliskość. Chciała otrze­

pać jego T-shirt z błota, dotknąć palcami jego ciała, 

gdy usłyszała głuche uderzenie i krzyk starszego 

syna. 

- Mamo! Sam się przewrócił! Leci mu krew! 

Nie zauważyła nawet, jak szybko znalazła się w ła­

zience. Sam siedział na podłodze w kałuży drogiej 

oliwki do kąpieli, która wyciekała ze stłuczonej butel­

ki. Z rany na ręce płynęła krew. • 

background image

74 JOSIE METCALFE 

- Powinienem był go złapać - rzekł blady jak 

ściana Josh. - Stał na krawędzi wanny, żeby przej­

rzeć się w lustrze, i upadł. 

I strącił ostatni prezent, jaki dał jej Richard, dodała 

w myślach Kat, ale nie to było teraz najważniejsze. 

- Nie ruszajcie się - nakazała. - Na podłodze jest 

szkło, a wy jesteście na bosaka. 

- Zajmę się Joshem. - Ben stał tuż za nimi. - Ty 

sprawdź, co Sam sobie zrobił. 

Przez kilka sekund próbowała zebrać myśli. 

W tym czasie Ben podniósł Josha jedną ręką i wziął 

dwa ręczniki. Jeden rozłożył na dywanie w jej sypia­

lni i usadził na nim chłopca, drugim dokładnie go 

okrył. 

Kat całą swą uwagę skupiła na Samie kulącym się 

na podłodze. Matczyne uczucia zakłócały koncen­

trację zawodowej lekarki, nie była pewna, od czego 

zacząć. 

- Weźmiesz go pod prysznic, żeby zmyć z niego 

tę maź, czy chcesz, żebym ja to zrobił? - spytał Ben, 

ale pod wpływem jego pewnego głosu opanowała się. 

- Dam radę. - Natychmiast zabrała się do roboty. 

- Skaleczyłeś się gdzieś indziej? Boli cię coś? - Deli­

katnie spłukiwała z syna oliwkę. Do tej pory zauwa­

żyła jedynie rozcięcie na ręce. 

- Tylko głowa mnie boli - wymamrotał chłopiec. 

- Uderzyłeś się? - Natychmiast zaczęła przecze­

sywać włosy w poszukiwaniu guzów, rozcięć lub 

wgnieceń. 

- Nie, chyba nie - odparł krótko, jakby mówienie 

sprawiało mu trudność. 

- Stracił przytomność? - wtrącił Ben przez drzwi. 

background image

CUDOWNY LEK 75 

- Nie - odpowiedział Josh, stając w progu. - Sam 

nie zemdlał, tylko wyglądał... jakby był gdzie indziej. 

- Świetnie, Josh, dobra obserwacja - pochwalił 

Ben, a Kat pomyślała, że ona powinna to zrobić. 

Josh jest jej synem i powinna wiedzieć, że po­

trzebuje wsparcia po takim wypadku. Bardzo się mar­

twił, zupełnie jak... 

To niespodziewane odkrycie było niemal oślepiają­

ce w swej oczywistości. Po śmierci taty Josh uznał, że 

to on musi się zająć nią i bratem. Dlaczego nie zauwa­

żyła, że to nie jedynie zbliżający się okres dorastania 

spowodował, że chłopiec zamknął się w sobie? 

- Siadaj, Josh - rzekł Ben. 

Mimo że jego głos był opanowany, coś w jego 

tonie zwróciło uwagę Kat. 

Chłopak dygotał i zbladł jeszcze bardziej, mimo że 

Sam nie wyglądał na ciężko rannego. 

- No już - dodał Ben. 

Chwycił Josha, gdy ten tracił równowagę. 

- To tylko szok? - spytała Kat półgłosem, by nie 

przestraszyć Sama. 

- Szok i rozcięcie na stopie - potwierdził Ben. -

Musiał stanąć na szkle, gdy pomagał bratu. 

- Bardzo źle? - Kat nie wiedziała, którym synem 

powinna się zająć najpierw. 

- Trzeba zszyć. Będzie bolało, ale to nic poważ­

nego. Jak Sam? 

- Też nie najgorzej - odparła z ulgą. 

Zakręciła wodę i sięgnęła po ręczniki. Jeden poda­

ła Benowi, by okrył Josha, drugi owinęła wokół rany 

Sama, po czym wzięli chłopców na ręce, by przenieść 

ich do kuchni. 

background image

76 

JOSIE METCALFE 

- Masz wszystko do założenia szwów w domu, 

czy mam coś przynieść z gabinetu? - spytał Ben. 

- Nie pamiętam - przyznała. 

Wsparcie, jakie dawała jej obecność drugiej doro­

słej osoby, bardzo jej pomagało. Czuła złość na Ri­

charda za to, że nie ma go przy niej w trudnej chwili, 

ale starała się skupić na tym, co się działo. Sam i Josh 

potrzebują jej, Ben jest chętny do pomocy. Wszystko 

inne to strata energii. 

- Nie robią sobie krzywdy zbyt często - wyjaś­

niła. - Zazwyczaj wystarczy przemyć, posmarować 

środkami odkażającymi i nałożyć opatrunek. Siedź 

spokojnie, kochanie. - Kat posadziła Sama na ku­

chennym blacie obok zlewu. - Cały czas kręci ci się 

w głowie? 

- Nie. Tylko mnie boli. 

Spokojnie, to są proste skaleczenia, z którymi so­

bie poradzi, powtarzała w myślach. Sięgnęła do szaf­

ki po apteczkę. Nie przypominała sobie, żeby kiedy­

kolwiek z niej korzystała. 

Rzut oka na zawartość apteczki pozwolił jej oce­

nić, że miała większość rzeczy potrzebnych do opa­

trzenia chłopców. 

- Czego nam brakuje? - spytał Ben. 

- Mam wszystko, trzeba tylko przynieść igłę i nić 

chirurgiczną - rzekła przestraszona. 

Ciężko znosiła świadomość, że będzie musiała za­

dać ból swoim dzieciom. 

- Pójdę po nie - zaproponował. - Tylko nie za­

czynaj beze mnie - dodał, wychodząc. 

- Teraz uważaj, Sam - zwróciła się do syna, czu­

jąc brak uspokajającej obecności Bena. - Muszę jesz-

background image

CUDOWNY LEK 77 

cze raz przemyć twoje skaleczenie. Ale żeby nie 

bolało, muszę dać ci odpowiednie lekarstwo, dobrze? 

- Ale nie będę po nim chory, tak jak tata był chory 

po swoich lekach? 

Z trudem przełknęła ślinę, słysząc słowa syna. 

- Nie, skarbie. To zupełnie inne lekarstwa. - Przy­

tuliła go mocno. Zacisnęła zęby, by opanować nerwy 

i powstrzymać napływające łzy. 

- Obiecujesz? - Spojrzał na nią oczami swego 

ojca. 

- Obiecuję. 

Na ułamek sekundy spuściła powieki i modliła się, 

by zapomnieć, że będzie zszywała rozcięcie własne­

mu dziecku. 

Wzięła drżącą ręką strzykawkę, lecz nie mogła 

skupić wzroku na igle. 

- Mogę? - spytał Ben. 

Nie usłyszała nawet, kiedy wrócił. Gdy zobaczyła 

jego dłoń wyciągniętą po strzykawkę, ulga zbiła ją 

nieomal z nóg. 

- Jasne, oczywiście. 

Ben założył jednorazowe rękawiczki. 

- Powiedz mi, Sam, po co wspinałeś się na kra­

wędź wanny? 

- Chciałem się przejrzeć w dużym lustrze - od­

parł, najwyraźniej nieświadom faktu, że właśnie 

wstrzykiwano mu środki znieczulające. - Jest dla 

mnie za wysoko. 

Poczucie winy ścisnęło serce Kat. Wiele razy 

obiecywała chłopcom, że powiesi niżej drugie lustro. 

Gdyby w końcu się do tego zabrała, nie miałaby teraz, 

dwóch rannych synów. 

background image

78 JOSIE METCALFE 

- Co robisz? - spytał Josh. 

Siedział z rozciętą stopą opartą o krzesło naprze­

ciw niego, co skutecznie uniemożliwiało mu zoba­

czenie, co działo się z bratem. 

- Zakładam Samowi szwy, żeby skaleczenie się 

szybciej goiło - wyjaśnił Ben. - Tobie też takie 

założę. 

- Mama miała to robić. - Chłopiec był zanie­

pokojony. 

- Nie tym razem, stary - odrzekł lekkim tonem. 

- Twoja mama nigdy nie widziała, jak szyję, więc 

chyba to jest najlepszy moment, żeby się przekonała, 

jak składam ludzi z powrotem w jeden kawałek. 

Kat z podziwem patrzyła, jak Ben potrafi pod­

trzymywać konwersację, by uspokoić chłopców, cze­

kając, aż środki znieczulające zaczną w końcu dzia­

łać. Nie przerwał, nawet gdy przepłukiwał ranę ani 

kiedy zakładał szwy, najrówniejsze i najporządniej-

sze, jakie Kat widziała. 

- Dobra, stary, już po wszystkim - ogłosił. Wy­

prostował się i zdjął rękawiczki, jakby ten gest był 

jego drugą naturą. - Twoja mama zrobi ci zaraz opa­

trunek, żebyś nie wrzucił tam okruszków kolacji. 

Teraz już z górki. 

- Bolało? - zapytał Josh. Wiedział, że przyszła 

jego kolej. 

- Tylko w środku, w głowie - odrzekł Sam ze 

łzami w oczach. - Chciałbym, żeby to też dało się 

wyleczyć. 

. - Ale ręka cię nie boli? - dociekał Josh. Przy­

glądał się, jak Kat sadza teraz jego brata wygodnie 

w fotelu. 

background image

CUDOWNY LEK 79 

- Gdzie tam! - powiedział Sam. - Jest spoko, 

serio. 

- Gotów, Josh? - wtrącił Ben z uśmiechem. 

Chłopiec gryzł wargi ze zdenerwowania, ale przy­

taknął. 

- Czytałeś książki taty, nie? - ciągnął rozmowę 

Ben. 

Posadził Josha obok zlewu, tak że nogi zwisały mu 

z blatu. 

- Próbowałem. Starałem się ich nie ubrudzić. 

- Spojrzał przepraszająco na mamę. -Niektóre miały 

coś napisane dużymi literami. 

- To prawda! - zaśmiał się Ben. - Czasami mają 

paskudne ilustracje z krwią i bebechami. 

- No! - skrzywił się Josh. - Moja ulubiona to taka 

o pierwszej pomocy, bo jest o rzeczach, których 

uczyłem się w szkole... Co zrobić, kiedy ktoś ma 

epicośtam. 

- Atak epilepsji? - podpowiedział Ben. Wpraw­

nie naciągnął rękawiczki i sięgnął po nową strzy­

kawkę. 

- Właśnie! - potwierdził Josh na tyle zaintereso­

wany rozmową, że tylko cicho syknął, gdy igła prze­

biła skórę stopy. - Jedna osoba u mnie w klasie jest na 

to chora. Ale bierze lekarstwa, więc nie ma ataków. 

Ben oparł się o blat. Musiał chwilę odczekać. 

- Co jeszcze mówili wam o pierwszej pomocy? 

- Mówili o DOK-u i pozycji bezpiecznej - rzekł 

Josh i pewnie kontynuował - czyli drogi oddechowe, 

oddech i krążenie, trzeba je sprawdzić. A potem ko­

goś na przykład po wypadku trzeba ułożyć w pozycji 

bezpiecznej, żeby wszystko było w porządku, kiedy 

background image

80 JOSIE METCALFE 

przyjedzie karetka. Ale nie musiałem tego robić z Sa­

mem, bo on nie zemdlał. Poza tym nie mogłem po­

dejść do niego, bo dookoła było pełno szkła. 

W tym czasie Ben zdążył poinstruować Kat, jak 

ma ułożyć stopę Josha, by mógł sprawdzić, czy nie 

zostały w niej drobinki szkła. 

Następnie przyszedł czas na szycie, które w wyko­

naniu Bena było prawdziwym arcydziełem. 

- Dobrze, chłopcy. Nie moczcie tych bandaży 

przez kilka najbliższych dni - poinstruował w końcu 

Ben. -I powiedzcie mamie lub mnie, jeśli będzie was 

bardzo boleć, to sprawdzimy, czy wszystko w po­

rządku. 

- Jakby wdało się zakażenie - rzucił Josh tonem 

znawcy. 

- Właśnie - przytaknął Ben z uśmiechem, który 

kompletnie rozwiał obraz posępnego mężczyzny, 

którego Kat poznała kilkanaście dni temu. - Napraw­

dę dużo wiesz, młody Leemanie. Czyżbyś chciał zo­

stać lekarzem? 

- Jak mój tata - odrzekł Josh z powagą. 

- A szczepiłeś się przeciwko tężcowi? - spytał 

Ben. 

- Nie wiem - odparł chłopiec niepewnie. - Ma­

mo, byłem szczepiony? 

- Wszystko jest w porządku. Nie dostaniesz 

szczękościsku... Choć to pewnie jedyny sposób, żeby 

zawitało tu trochę spokoju - odrzekła. 

Kat spojrzała na Sama. Była zaskoczona, że jesz­

cze nie stanął na nogi. Znieczulenie powinno złago­

dzić ból, ale chłopiec cały czas siedział na krześle 

szczelnie okryty kocem. 

background image

CUDOWNY LEK 81 

- Sam - zaczęła łagodnie - chcesz włożyć piżamę 

przed kolacją? 

Wyciągnęła rękę, by pogładzić go po włosach, ale 

odtrącił ją zirytowany. 

- Nie dotykaj, to boli. 

- Co boli, kochanie? Ręka? 

- Głowa. - Uchylił się przed jej dłonią, gdy pró­

bowała pogłaskać go po czole. - Mamo... - Zanim 

skończył, osunął się nieprzytomny na podłogę. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- To najpewniej tylko reakcja na skaleczenie 

i zszywanie - uspokajał Ben. - Oboje zbadaliśmy 

jego czaszkę, ale nie znaleźliśmy żadnych guzów ani 

wgłębień, nie było też oznak wstrząsu mózgu. 

Minęła godzina, zanim wreszcie Ben odciągnął 

Kat od łóżka Sama. 

- Wiem - przyznała - ale... 

- Ale jest twoim dzieckiem i nie możesz ścierpieć 

świadomości, że coś mu się stało i chcesz go pil­

nować, na wypadek, gdyby coś gorszego miało mu 

się przydarzyć - dokończył za nią, na co musiała 

odpowiedzieć uśmiechem. 

- Racja - potaknęła. - Wygląda już dużo lepiej. 

- Spójrz na jasne strony tego wydarzenia. Jest 

weekend, do poniedziałku będzie zdrów jak ryba. 

Bardzo będzie go korciło, żeby opowiedzieć w szkole 

o tym, co go spotkało. 

- I wyolbrzymi całe zdarzenie jak szalony - wes­

tchnęła. - Pewnie będę musiała wszystko wyjaśnić 

podczas następnego spotkania z wychowawczynią, 

żeby nie było żadnych nieporozumień. Ale w między­

czasie znajdę jakiegoś pana złotą rączkę, który wre­

szcie powiesi to lustro na miejscu. 

- A masz już lustro? 

- Najbardziej irytujące jest to, że kupiliśmy je 

background image

CUDOWNY LEK 

83 

dwa lata temu, ale Richard nie miał czasu się tym 

zająć. A po jego śmierci... 

- Ledwo znajdowałaś czas, żeby odetchnąć, nie 

mówiąc już o realizacji projektów z serii „Zrób to 

sam". Spójrz na siebie choć trochę przychylniejszym 

okiem. - Mówił do niej niemal jak do dziecka. - Miałaś 

za dużo piłek w powietrzu, a mimo to, wbrew zdrowe­

mu rozsądkowi, starałaś się żonglować tak, żeby wszy­

stkie utrzymać w górze. Jeśli to jedyna, którą upuściłaś, 

czego skutkiem jest kilka szwów, to myślę, że jesteś 

niesamowita i świetnie dajesz sobie radę. 

Niespodziewana pochwała ze strony Bena popra­

wiła jej nastrój. Zaczerwieniła się jak nastolatka. 

Nie przypominała sobie, kiedy po raz ostatni się 

czerwieniła w obecności takiego człowieka jak on. Ben 

jest uosobieniem ideału, wysoki i przystojny, a w razie 

konieczności, potrafi zaopiekować się także dziećmi. 

- Czy zostało jeszcze trochę chili con carne? -

spytał, wyrywając ją z zamyślenia. 

- Sporo - odparła zadowolona ze zmiany tematu. 

- Sam przecież dostał jajecznicę na kolację... 

- Co niezbyt mu odpowiadało - wtrącił z uśmie­

chem. 

- Josh też nie był bardzo głodny - dodała. 

- Mam wrażenie, że uważał, że całe zajście to 

jego wina - zasugerował Ben, nakładając sobie chili 

na talerz. 

- Jakby to on był w stanie jakoś temu zapobiec -

zgodziła się. - Ale wypadki mają to do siebie, że 

zdarzają się przypadkiem. Ten ostatni nie jest niczyją 

winą... może tylko moją, że nie powiesiłam tego 

głupiego lustra wcześniej. 

background image

84 JOSIE METCALFE 

- Masz jakieś narzędzia? - spytał Ben od nie­

chcenia. Usiadł przy stole i zaczął jeść. - Wiertarkę? 

Śrubokręt? Jeśli tak, to mógłbym to szybko załatwić. 

- Ale nie mogę cię o to prosić - powiedziała 

głosem przepełnionym poczuciem winy. I tak robi 

dla niej wiele. 

- Nie prosiłaś. Ja sam zaproponowałem - odparł. 

- Jeśli jutro rano wszystko przygotujesz, zrobię to po 

porannym dyżurze. Chłopcy mogą mi pomóc, jeśli 

będą chcieli. 

W takiej sytuacji nie mogła mu odmówić. Sam 

i Josh uwielbiali pomagać Richardowi, gdy kosił tra­

wnik albo mył samochód, choć nie mieli po temu 

wielu okazji. 

- Pod warunkiem, że masz dużo cierpliwości. Oni 

zdecydowanie nadużywają słowa „dlaczego". Będę 

ci bardzo wdzięczna. Pewnie zauważyłeś, że brakuje 

im towarzystwa mężczyzny. 

- Nie mają żadnych dziadków ani wujków? 

- Richard i ja byliśmy jedynakami. Jego rodzice 

zmarli, zanim się poznaliśmy, a moi przeprowadzili 

się na Cypr, kiedy artretyzm zaczął dawać się im we 

znaki. Tata tam stacjonował, gdy służył w armii. 

Pokochał i miejsce, i ludzi, więc gdy miał okazję 

wrócić, to... 

- Przeprowadzka dobrze im zrobiła? 

- Pod względem zdrowotnym tak. Dała im nowe 

życie. Pływają codziennie, często chodzą na spacery, 

mają sporo przyjaciół i bogate życie towarzyskie. 

Ciężko zastać ich w domu. 

Nie chciała się do tego przyznać, ale miała im za 

złe, że nie pomyśleli dwa razy, czy nie przenieść się 

background image

CUDOWNY LEK 85 

gdzieś bliżej, żeby pomóc jej z dziećmi. Czuła się 

przez to zmuszona do zapewniania ich, że świetnie 

daje sobie radę. 

- Ale? 

- Musi być jakieś ale, prawda? - zaśmiała się. 

- Zawsze, kiedy z nimi rozmawiam, narzekają, że 

tęsknią za chłopcami i nie widzą, jak dorastają. Mieli 

nadzieję, że kiedy wreszcie postawimy przychodnię 

na nogi, będziemy mogli tam regularnie przyjeżdżać, 

na wakacje i tak dalej. Ale na razie nie było na to 

czasu ani pieniędzy. 

Dźwięk telefonu przerwał jej wypowiedź. 

- Gabinet w Ditch... 

- Pani doktor, proszę, niech pani przyjedzie. Boli 

go ręka i klatka piersiowa. Mówi, że ma problemy 

z oddychaniem. Boję się, że ma zawał! -przerwał jej 

w pół słowa gorączkowy głos. 

- Dzwoniła pani po karetkę? - zapytała Kat, 

w biegu chwytając kurtkę i torebkę. 

- Oni się nie nadają - szlochała kobieta. - To 

tylko ratownicy, a on potrzebuje lekarza. On... 

- Jak on się nazywa i gdzie państwo mieszkają? 

- Kat przerwała histeryczną wypowiedź kobiety. 

- Frank Leitner. Przy sklepie monopolowym. 

Proszę, tylko niech pani się pospieszy! On siedzi pod 

ścianą i... 

- Proszę zadzwonić po pogotowie! -poleciła Kat. 

- Natychmiast! 

Odłożyła telefon i przepchnęła drugą dłoń przez 

rękaw kurtki. Krótkie spojrzenie ze strony Bena po­

wiedziało jej, że słyszał połowę rozmowy i wiedział, 

co ją czeka. 

background image

86 JOSIE METCALFE 

- Czuję się cholernie bezużyteczny! - warknął. 

- Nieprawda! - odparła. - Zajmujesz się chłopca­

mi. Tak czy inaczej, niedługo zdejmą ci gips. Wtedy 

przyjdzie czas na rewanż, więc się nie przyzwycza­

jaj. Wrócę najszybciej, jak będę mogła. 

- Nie spiesz się. - Nie wyglądał już na przybitego 

całą sytuacją. - Ja się w tym czasie zrelaksuję. 

Kat odpowiedziała mu uśmiechem, który zniknął, 

gdy w drodze do samochodu przypomniała sobie sło­

wa kobiety. 

- On siedzi pod ścianą - powtórzyła, zapalając 

silnik. Spodziewała się najgorszego. - Dlaczego na­

tychmiast nie zadzwoniła po karetkę? Byliby już na 

miejscu... 

Szybko zaparkowała przed sklepem, upewniając 

się jedynie, że zostawiła dosyć miejsca dla karetki. 

- Jeśli po nią w ogóle zadzwoniła - burknęła do 

siebie Kat. 

Dzwonek zadźwięczał nad jej głową, gdy szarp­

nęła za drzwi, ale nawet nie pomyślała o zamknięciu 

ich, gdy zobaczyła mężczyznę leżącego na końcu 

długiego korytarza. 

- Pan Leitner? - Podbiegła do chorego. 

- Ułożyłam go w odpowiedniej pozycji - oznaj­

miła z dumą kobieta klęcząca obok mężczyzny. -

Uczyli nas tego na kursie pierwszej pomocy. 

- Zadzwoniła pani po karetkę? - spytała Kat, ku­

cając przy niej. Jedną rękę przyłożyła do czoła chore­

go, a drugą do szyi, łudząc się, że wyczuje choćby 

najdelikatniejsze tętno. 

Nic. 

background image

CUDOWNY LEK 87 

- Starałam się zbadać jego puls w nadgarstku, ale 

nie dałam rady - tłumaczyła się kobieta. 

Przekazanie odpowiedzialności za mężczyznę 

w ręce lekarki wyraźnie jej ulżyło. 

- Czy powiedział coś pani? 

- Tylko że boli go klatka piersiowa i ręka, i że nie 

może oddychać. Miał taki dziwny kolor skóry... 

- Kiedy to było? - Kat przerwała kobiecie, wyj­

mując z torebki stetoskop. 

- Około dwudziestu minut temu, ale od czasu, 

kiedy go tak usadziłam, nic nie mówi. O mój Boże! 

- krzyknęła kobieta na widok rozdzieranej koszuli. 

- To jest jedna z jego najlepszych koszul. Nie będzie 

zachwycony... 

- Cii! - ucięła Kat bez ceregieli. 

Przyłożyła stetoskop do klatki piersiowej mężczyz­

ny, lecz usłyszała ciszę. Niestety, nie była ona przery­

wana uderzeniami serca. 

- Cholera! - mruknęła pod nosem. 

Czy warto kilkakrotnie uderzyć w pierś mężczyz­

ny, by wyglądało, że próbuje go reanimować, czy 

powinna od razu powiedzieć kobiecie, że ułożenie go 

w odpowiedniej pozycji niczemu nie służyło, skoro 

przestał oddychać? 

- Co z nim będzie? - zapytała kobieta. - Zrobiłam 

wszystko jak należy, prawda? 

- Tak - odparła Kat - ale niestety, jego serce 

przestało bić i nie oddycha, więc... 

- Ale to się da przywrócić tym defibrylato-coś tam 

- rzekła kobieta podejrzanie radosnym tonem. - Wi­

działam to w telewizji. Pacjent wygląda na nieżywe­

go, a po chwili rozmawia, jakby nic się nie stało... 

background image

88 JOSIE METCALFE 

Kat powoli pokręciła głową, na co głos kobiety 

przycichł, a twarz się wykrzywiła w grymasie roz­

paczy. 

- Nie żyje? - Tak naprawdę to nie było pytanie. 

Delikatnie pogładziła blade policzki mężczyzny. -

Bałam się, że nie żyje, ale musiałam coś zrobić, żeby 

mu pomóc. 

Natychmiastowy telefon po karetkę dalby mu mi­

nimalne szanse, pomyślała sfrustrowana Kat, ale te­

raz było już za późno na cokolwiek. 

Odgłos parkującej karetki wyrwał obydwie z za­

myślenia. 

- Pomogę pani. - Kat podniosła starszą kobietę 

z podłogi. - Powiemy ratownikom, co się stało. 

- Zawsze żartował, że był najlepszym szefem, 

jakiego miałam. Bo był jedynym szefem, jakiego 

miałam - załkała. - Zaczęłam tu pracować tuż po 

szkole, byłam tu niemal od zawsze. Pracownica... 

Żona... Wspólniczka... 

Wdowa, dokończyła Kat w duchu. Doskonale pa­

miętała podobny moment w swoim życiu. 

- Witam, doktor Leeman. Powiedziano nam, że 

potrzebuje pani... - Ratownik wbiegł do środka, lecz 

szybko zamilkł. 

Kat pokręciła głową. 

- Mogą panowie zrobić pani Leitner herbatę? -

zapytała. 

- Oczywiście - odrzekł szybko. - Proszę mi poka­

zać, gdzie pani wszystko trzyma. - Ratownik objął 

płaczącą kobietę. 

Minęła godzina, zanim uporali się z niezbędnymi 

formalnościami, a ciało zostało zabrane do kostnicy 

background image

CUDOWNY LEK 89 

w miejscowym szpitalu. Zmarły wcześniej nie miał 
zawału, co oznaczało, że konieczna będzie sekcja 
zwłok. 

W końcu przyjechała siostra Pam Leitner, więc 

Kat mogła pojechać do domu. 

Z niewiadomych powodów od razu pomyślała 

o przystojnym brunecie siedzącym w jej salonie, 

opierającym złamaną nogę o taboret. I dlaczego mia­

ła nadzieję, że będzie na nią czekał, zamiast pójść 

spać? W końcu jest już jedenasta. 

- Kat? 

Ben wetknął głowę do jej gabinetu, gdy odpowie­

działa na jego pukanie. Pokaźny plik kart i dokumen­

tów wydawał się nawet większy niż w momencie, 

gdy się zabrała za robotę papierkową. 

- Zatrudnimy kogoś do wypełniania tych formu­

larzy, jak tylko będzie nas na to stać! - warknęła, ze 

złości gotowa rwać włosy z głowy. - Po południu 

miałam iść na mecz Sama... - Zorientowała się, że 

Ben najpewniej nie przyszedł wysłuchiwać jej narze­

kań. - O to chodzi? Mam już wychodzić? 

- Nie. Dzwonili ze szkoły. 

Kat zmarszczyła czoło. Nie była pewna, czy nie 

zignorowała tego telefonu. 

- Byłem w recepcji i go odebrałem, Rose uma­

wiała w tym czasie wizytę - wyjaśnił. - To była 

wychowawczyni Sama. Mówiła, że kilkakrotnie po­

czuł się dziś bardzo źle. Teraz też nie jest dobrze. 

- Kilkakrotnie? - zawołała. - Czemu nie zadzwo­

nili za pierwszym razem? Natychmiast bym po niego 

przyjechała. 

background image

90 JOSIE METCALFE 

- Właśnie dlatego. - Ironia w jego głosie była 

oczywista. - Widocznie Sam prosił ich, żeby nie 

dzwonili, bo nie zagrałby w meczu. 

- A ma dar przekonywania. 

Odłożyła długopis na wysoką jak Mount Everest 

stertę papierów. 

- Chcesz, żebym po niego pojechał? - Z uśmie­

chem zerknął na swoją stopę. - Mniejszy opatrunek 

i automatyczna skrzynia biegów: znów jestem kiero­

wcą! Odbyłem już wszystkie wizyty domowe. Albo, 

co jest lepszym pomysłem, pojedziemy we dwójkę. 

Jeśli to fałszywy alarm, oboje zobaczymy, jak Samo­

wi idzie na boisku. 

- Skoro tak stawiasz sprawę, to nie mogę odmó­

wić. Ale może weźmy dwa samochody, na wszelki 

wypadek, jakby ktoś zadzwonił? 

- Dobry pomysł - przyznał. - Jeśli będziesz musia­

ła zabrać Sama do domu, wtedy ja poczekam na Josha. 

Kat zgodziła się, choć wiedziała, że ten plan nie 

przypadnie jej starszemu synowi do gustu. 

Odkąd Benowi zmieniono opatrunek, chłopiec 

znów patrzył na mężczyznę nieprzychylnie, jakby 

nagle stał się jakimś zagrożeniem, mimo że chciał 

jedynie pomóc w pracach domowych lub udzielić 

kilku rad, kiedy w ogrodzie grali w piłkę. 

Kat natomiast podnosiła na duchu świadomość, że 

Sam bez trudu zaakceptował obecność Bena w ich 

życiu i że z powrotem roznosi go dziecięca energia. 

Od chwili upadku w łazience kilka tygodni temu 

Sama parę razy bardzo bolała głowa, ale mimo to 

w domu często pobrzmiewał jego zaraźliwy chichot 

i głupie dowcipy. 

background image

CUDOWNY LEK 91 

' Teraz j ednak, gdy leżał skulony na kozetce w gabi­

necie szkolnym, nie przypominał tego rozbrykanego 

chłopca. 

- Sam - wyszeptała Kat, kiedy go zobaczyła. Szyb­

ko podbiegła i kucnęła przy jego boku. - Co ci jest, 

kochanie? 

- Moja głowa, mamusiu... -jęknął żałośnie. 

- Uderzyłeś się na boisku? Przewróciłeś się? -

Zaczęła delikatnie przeczesywać włosy syna w po­

szukiwaniu urazów, lecz Sam sapnął i słabo odtrącił 

jej rękę. Wyraźnie miał problemy z koordynacją 

ruchów. 

- Nie, nie... Nie dotykaj... - wyjąkał niewyraźnie, 

jakby ledwie się obudził. - Bardzo boli. 

Coś niemożliwego przemknęło jej przez myśl, 

kompletnie nierealnego. Nie ma żadnego ryzyka, by 

coś tak strasznego przytrafiło się jej synkowi... 

I wtedy spotkała spojrzenie Bena, w głębi którego 

rozpoznała to samo złe przeczucie. Jej serce ścisnęły 

rozpacz i przerażenie. 

- Musi jak najszybciej iść na badania - powie­

dział Ben, potwierdzając jej straszne podejrzenie. 

Głos w jej wnętrzu głośno protestował, ale błys­

kawicznie go stłumiła. To nie jest pora ani miejsce na 

histerię, lecz sugestia, że jej synowi grozi coś bardzo 

poważnego, jest nie do zniesienia. Zbyt mało czasu 

upłynęło od śmierci Richarda... 

- Żeby tylko... się upewnić. - Drżała, lecz gdy 

Ben spuścił wzrok, opanował ją paniczny strach. 

On myśli, że to nie jest zwykły ból głowy. On 

wie, że jest to coś poważnego, co nie minie ot, tak 

sobie. 

background image

92 JOSIE METCALFE 

- Ben, nie mogę myśleć... - przyznała, przerażo­

na tonem własnego głosu. 

Musi być silna. Dla Sama. Odchrząknęła, przełknę­

ła ślinę, wzięła głęboki oddech i zaczęła od początku. 

- Nie wiem, do kogo powinniśmy się udać. Znasz 

kogoś? Kogoś dobrego? Najlepszego! 

Na chwilę jego kamienna twarz zmieniła wyraz 

i Kat dostrzegła rozpacz w jego oczach, ale po chwili 

znów odzyskał nad sobą kontrolę. 

- Najpierw trzeba go zawieźć do szpitala, zrobić 

podstawowe badania - odrzekł ze spokojem. - Będę 

miał trochę czasu, żeby się zastanowić, skontaktować 

z kimś... - Pokiwał gwałtownie głową. - Oczywiście, 

wszystko zależy od tego, co jest przyczyną tego bólu 

głowy. 

- Oczywiście - powtórzyła i wzięła syna na ręce. 

- Ale kiedy dowiemy się... czy to coś... 

Zauważyła, że jej ukochany mały synek ostatnio 

niesamowicie urósł i zastanowiła się, jak długo jesz­

cze będzie go wstanie udźwignąć. Pomyślała też, ile 

razy zdąży go przytulić, jeśli przyczyna problemu 

zagraża jego życiu. 

- Pomogę ci kogoś znaleźć - zapewnił ją Ben. -

Kogoś, kto dla Sama byłby najlepszy. 

Droga do szpitala była dla niej koszmarem, mimo 

że to Ben zajął się załatwianiem wszystkiego. 

Usadził ją na tylnym siedzeniu, zwolnił Josha 

z lekcji i wziął od Rose telefon do lekarza, który 

zastąpił ich w gabinecie. 

- Przepraszam, Josh, jeśli napędziliśmy ci stra­

cha, wyrywając cię z lekcji -powiedział Ben- ale nie 

mieliśmy pojęcia, jak długo zostaniemy w szpitalu, 

background image

CUDOWNY LEK 93 

a nie chcieliśmy, żebyś czekał na nas w szkole i nie 

wiedział, co się dzieje. 

- Co jest Samowi? - zapytał chłopiec. 

Nie był przyzwyczajony do jazdy na przednim 

siedzeniu. Mówił głosem przypominającym bardziej 

ośmiolatka niż jedenastolatka, choć bardzo starał się 

zachowywać dojrzale. 

- Czy to ma jakiś związek z tym upadkiem w ła­

zience? 

Zanim Kat zdążyła zapewnić go, że to nie była 

jego wina, Ben wyjaśnił: 

- Być może choroba Sama wywołała ten upadek 

- odrzekł Ben spokojnym tonem, za który Kat była 

mu bardzo wdzięczna. 

- Ale co mu jest? 

Nagle delikatne ciało, które Kat tuliła do siebie, 

opanowały drgawki. 

- Ben, on ma konwulsje! - krzyknęła Kat. Starała 

się przytrzymać Sama tak, by się o nic nie uderzył. -

Zatrzymaj samochód. 

- To nic nie da - odparł szorstko. Wskazówka 

szybkościomierza zaczęła się gwałtownie przesuwać. 

-Nie mamy przy sobie nic, żeby mu pomóc, a jesteś­

my niedaleko szpitala. Utrzymasz go, czy chcesz 

usiąść za kierownicą? 

- Nie dam rady prowadzić - przyznała bezbar­

wnym tonem i zacisnęła zęby, by nie zawyć z prze­

rażenia. 

To nie jest jej śliczny synek, ten chłopiec rzuca się 

i kopie! Wygląda, jakby był opętany przez złego 

ducha. A ona całym swoim jestestwem chciała, by 

demony sobie poszły. 

background image

94 JOSIE METCALFE 

W tylnej szybie zaczęło pulsować niebieskie świa­

tło, rozległ się dźwięk syreny policyjnej. 

- Nie! -jęknęła Kat, przestraszona stratą choćby 

jednej sekundy na tłumaczenie, dlaczego jadą z taką 

szybkością. 

- Josh, moja torba leży przy twoich nogach - po­

wiedział szybko Ben. 

Radiowóz zrównał się z nimi i policjant siedzący 

na fotelu pasażera gestem wskazał, by zjechali na 

pobocze. 

- Otwórz ją, wyjmij z niej kartę „Lekarz na we­

zwaniu" i podaj mi ją. . 

Kat była zbyt zajęta trzymaniem Sama, by wi­

dzieć, co działo się z przodu, lecz gdy usłyszała, jak 

Ben chwali Josha, wiedziała, że chłopiec poradził 

sobie z zadaniem wyjątkowo szybko. 

Potężny silnik radiowozu zawył i policjanci, naj­

wyraźniej zorientowawszy się, gdzie Ben tak się 

spieszy, zaczęli eskortować ich w stronę szpitala. 

- O kurczę! - odezwał się Josh podekscytowanym 

głosem. - Jedziemy sto czterdzieści na godzinę! 

Nadal jest dzieckiem, mimo wszystkich obowiąz­

ków dorosłych, jakie wziął na siebie od czasu śmierci 

Richarda, pomyślała z ulgą Kat. 

W końcu zatrzymali się przed izbą przyjęć. Polic­

janci musieli ostrzec szpital, że się zbliżają, gdyż 

automatyczne drzwi czekały na nich otwarte, a per­

sonel z ostrego dyżuru w pośpiechu wypychał na 

podjazd wózek. 

- Czy z Samem wszystko w porządku? - zapytał 

Josh, gdy Kat przekazywała nieprzytomnego syna 

Benowi, a on układał go na wózku. 

background image

CUDOWNY LEK 95 

- Mam nadzieję, skarbie - odparła. 

Bała się obiecywać, że wszystko będzie dobrze. 

Od zeszłego roku Josh wiedział, że czasami takich 

obietnic nie można dotrzymać. Nie chciała robić mu 

nadziei, skoro nie wiedziała, w jak poważnym stanie 

jest Sam. 

- Wszystkiego dowiemy się po badaniach. 

Zanim zdążyła wysiąść z samochodu, sanitariusze 

znikali już w środku. Ben kuśtykał przy wózku i opi­

sywał ze szczegółami nie tylko dzisiejszy epizod, ale 

też wypadek w łazience. 

Najwyraźniej łączył te dwa zdarzenia, ale czy to 

znaczy, że od czasu upadku w toalecie stan Sama cały 

czas się pogarszał? 

- On nie... nie umrze, prawda? - wyszeptał Josh 

i wtulił się w matkę przestraszony. 

- Josh... - szepnęła i zatrzymała się przy ścianie. 

Część jej rwała się, by być przy Samie, lecz jej 

drugi syn też jej potrzebował. Przecież może zaufać 

Benowi, że dobrze zajmie się jej dzieckiem. 

Gdy uświadomiła to sobie, że Benowi naprawdę 

ufa, odzyskała odwagę, by zrobić to, co musi. 

Wzięła zimne ręce Josha w dłonie, przykucnęła 

i spojrzała mu w oczy. 

- Szczerze mówiąc, nie wiem jeszcze, co będzie 

z Samem, bo nie mam pojęcia, co mu dolega. 

Ostatkiem sil powstrzymywała się od płaczu. Pier­

wsza łza przerwałaby tamę i zaczęłaby się powódź, 

której nie potrafiłaby opanować. 

- Nie powinniśmy pójść z Samem? - Josh pa­

trzył to na nią, to na korytarz, w którym zniknął 

jego brat. 

background image

96 JOSIE METCALFE 

- Możemy mieć z tym problem. Zazwyczaj nie 

wpuszczają rodziny, kiedy robią... 

- Nawet jeśli rodzina to lekarze? - Chłopiec był 

wyraźnie oburzony. - Benowi też każą wyjść i Sam 

zostanie tam bez nikogo? 

Kat nawet nie przemknęło przez myśl, by Ben 

zostawił jej syna samego, wśród obcych ludzi, niewa­

żne jak dobrych specjalistów. Będzie się domagał, by 

powiedzieli mu dokładnie, co robią, dlaczego, i da jej 

znać najszybciej... 

- Tam! - krzyknął Josh i pobiegł do wysokiego 

mężczyzny, który właśnie wychodził zza zakrętu ko­

rytarza. - Gdzie jest Sam? Co się z nim dzieje? Czy 

tobie też kazali wyjść i czekać? - Josh wstrzymał 

oddech, gdy przyszła kolej, by zapytać się o najgor­

sze. - Czy on... Czy on nie żyje? 

- Nie, Josh. - Ben położył chłopcu rękę na ramie­

niu, zanim spojrzał Kat w oczy. - Obudził się i chce 

się widzieć z mamą. 

Przez moment Kat poczuła wielką ulgę, lecz cień 

kryjący się za uśmiechem Bena powiedział jej, że 

wiadomości są złe. Na tyle złe, że nie chciał przeka­

zywać ich przy Joshu. 

- To zdecydowanie powód do radości - rzekła 

pogodnie. - Ben, masz jakieś drobne? Może Josh 

mógłby kupić sobie coś do picia, a ty w tym czasie 

pokażesz mi, gdzie Sam leży. 

W lot zrozumiał jej aluzję i dał chłopcu pieniądze 

w kwocie wystarczającej także na zakup batonika. 

- Mów! - rozkazała, gdy tylko jej syn zniknął. 

Udręczone spojrzenie Bena nie wróżyło nic dobrego. 

- Jak bardzo jest źle? 

background image

CUDOWNY LEK 97 

- Szukają miejsca na neuroradiologii i przeniosą 

go tam tak szybko, jak to możliwe. Jeśli nie dziś, to 

jutro. 

- Neuroradiologii? - powtórzyła drętwym głosem. 

- Jak myślisz, co mu jest? Wylew? Guz? Nowotwór? 

- Ostatnie słowo wypowiedziała szeptem. Oczami 

wyobraźni widziała, jak nieprzepuszczalny dla pro­

mieni rentgenowskich barwnik jest wpuszczany do 

krwiobiegu syna, by wskazać to coś, co go zabija. 

- Kat. - Chwycił jej dłonie, ale ich siła i ciepło 

nie wystarczyły, by ją uspokoić. - Wygląda na to, 

że to jakiś guz... Kat, ten guz zaczął uciskać nerw 

wzrokowy. 

- Nerw wzrokowy? - Była tak otępiała, że dopie­

ro po chwili dotarł do niej sens tych słów. Niemal 

skamieniała ze strachu. - Sam traci wzrok? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Mamo? Czemu nie pozwalają mi mieć włączo­

nego światła? 

Na to żałosne pytanie serce Kat omal nie pękło, 

lecz nie mogła zdradzić synowi swej rozpaczy. Była 

wdzięczna Benowi, że ją ostrzegł, lecz to i tak nie 

złagodziło całkowicie szoku, jakiego doznała na wi­

dok Sama. 

Chłopiec mówił coraz niewyraźniej, lecz nie mog­

ła ocenić, czy to przez leki, które mu podawano, czy 

przez to, co działo się w jego czaszce. 

- To dlatego, że boli cię głowa, słoneczko - wy­

myśliła na poczekaniu. - Mają nadzieję, że dzięki 

temu ci przejdzie. 

- Czy będę mógł oglądać telewizję? - zapytał prze­

rażony. - Albo czytać Harry'ego Pottera? 

- Ale, Sam, przecież nie lubisz oglądać telewizji, 

jak cię bardzo boli głowa - zaczęła rozsądnie, lecz 

zrezygnowała, gdy zobaczyła, jak jego usta wyginają 

się w podkówkę. - Jeśli nie będzie tak źle, ja ci 

poczytam Harry'ego. 

Wstrzymała oddech. Syn był dumny z siebie, gdy 

zaczął sam czytać. Bała się, że znowu poczuje się 

traktowany jak małe dziecko. 

- A będziesz udawać wszystkie głosy, tak jak 

robiłaś, kiedy Josh się uczył czytać? 

background image

CUDOWNY LEK 99 

.- A czy można inaczej czytać Harry'ego Pottera? 

- zażartowała. 

Ścisnęła jego dłoń, choć miała ochotę porwać go 

w ramiona i osłonić przed całym światem. 

Sam był bardzo blady. Zastanawiała się, jak moc­

ne środki przeciwbólowe mu podano. 

- Doktor Leeman? - dobiegł ją głos od strony 

drzwi. Odwróciła się. 

Gestem ręki przywoływał ją młody lekarz. 

- Za minutę wrócę - obiecała Samowi i delikatnie 

pocałowała go w czoło. 

Młodemu mężczyźnie brakowało jeszcze do­

świadczenia - wyraz jego twarzy zdradzał, że wieści, 

jakie ma do przekazania, nie są dobre. 

- Postaraj się zasnąć, kochanie. Kiedy wrócę, prze­

czytam ci cały rozdział. 

Serce jej się krajało. Nie może stracić Sama. Jest 

dla niej tak ważny... Odziedziczył najlepsze cechy 

z obojga rodziców, którzy zasłużyli na długie, szczęś­

liwe życie. Nie... 

- Dobrze - odparł chłopiec sennym głosem. - Do 

zobaczenia za chwilę. 

Kat po cichu wyszła z pokoju, choć wiedziała, że 

środki przeciwbólowe przestaną działać dopiero za 

kilka godzin. 

- Neuroradiolog chciałby z panią porozmawiać -

rzekł mężczyzna, jakby ogłaszał audiencję u jakiegoś 

bóstwa. - Ma wyniki badań. 

Kat ledwo słyszała jego przepełniony szacunkiem 

do lekarza głos. 

- Jon Fox-Croft - przedstawił się neuroradiolog 

i zaprosił ją gestem do swojego gabinetu. 

background image

1 0 0 JOSIE METCALFE 

Wskazał jej drogę do kilku stojących koło biurka 

krzeseł i poczekał, aż usiądzie, zanim sam zajął miej­

sce obok niej. 

- Pani Leeman... Czy mogę się zwracać do pani 

Katriono? - spytał delikatnie. 

- Kat - poprawiła go. Po chwili zorientowała się, 

że przerażona i zniecierpliwiona, odezwała się dość 

nieprzyjemnym głosem. - Zaczęłam używać tego 

zdrobnienia, kiedy tylko nauczyłam się mówić, i nie 

reagowałam na nic innego. Moi rodzice przestali 

mnie przekonywać do zmiany zdania dopiero, gdy 

poszłam do szkoły. 

- Szkoda, Katriona to piękne imię - rzekł lekarz 

z uśmiechem, który wcale jej nie uspokoił. Na szczę­

ście szybko zdał sobie sprawę, że uprzejmości nie 

poprawią jej nastroju. - Chce pani, żebym przeszedł 

od razu do rzeczy? 

- Proszę - potwierdziła. - Wyczytałam z... -

Wskazała ruchem ręki w stronę drzwi i młodego 

lekarza, który ją tu przyprowadził, a którego imie­

nia sobie nie przypominała. - Wyczytałam z jego 

twarzy, że nie ma pan dobrych wiadomości. Czy 

to... rak? 

- Szczerze mówiąc, jeszcze nie wiemy - odparł 

bez owijania w bawełnę. - Pani jest lekarzem, więc 

sytuacja jest nieco inna niż zazwyczaj. Może po pros­

tu pokażę pani wyniki rezonansu magnetycznego 

i zaczniemy od początku. 

Wstał, przeszedł na drugą stronę gabinetu i włą­

czył światło pod zdjęciami. Kat ruszyła za nim. 

Na widok zdjęć zakręciło się jej w głowie. 

- Oj, Kat, proszę uważać. - W ostatniej chwili 

background image

CUDOWNY LEK 101 

złapał ją za łokieć. - Chce pani usiąść jeszcze na 

minutę? 

- Nie... - Wzięła głęboki oddech i wyprostowała 

się. - Dam radę... 

- Proszę się oprzeć o róg biurka - zaproponował, 

przesuwając stertę papierów na drugi koniec blatu. -

Dobrze widać? 

Potwierdziła mruknięciem i przesuwała wzrok 

z planszy na planszę w poszukiwaniu tego czegoś, co 

zagraża życiu jej syna. 

- Tutaj. - Lekarz zakreślił kształt narośli na móz­

gu. - A tu widać ucisk na nerw wzrokowy. Sam ucisk 

czegoś tak dużego rozrastającego się w jego czaszce 

wystarczy, żeby miał bóle głowy, ale to umiejscowie­

nie guza ma najgorsze konsekwencje dla wzroku 

Sama. Nie muszę pani mówić, że nerw wzrokowy 

może łatwo zostać uszkodzony trwale, jeśli czegoś 

nie zrobimy. 

- A więc to jest nowotwór? - spytała z rozpaczą. 

- Mówiłem już, że nie wiemy na razie i nie bę­

dziemy wiedzieć, dopóki nie pobierzemy odrobiny 

tej tkanki do badania. To może być niezłośliwe. 

Ale on w to nie wierzy, pomyślała Kat, gdy do­

słyszała specyficzną nutę w jego głosie. 

- Kiedy zrobicie mu biopsję? 

Będzie musiała przeżyć ten horror. Jeśli trzeba, 

scena po scenie, klatka P° klatce. 

- Kontaktowałem się z moim kolegą neurochirur­

giem - ciągnął lekarz. - Specjalizuje się w guzach 

u dzieci. Zrobił parę niezwykłych rzeczy, których 

tylko kilka osób na świecie próbowało dokonać. 

- I...? - Nadzieja w niej rosła, choć starała się nic 

background image

1 0 2 JOSIE METCALFE 

sobie nie obiecywać. - Gdzie mam zabrać Sama? Jak 

długo będę musiała czekać? Jakie są szanse, że ten 

lekarz będzie w stanie zrobić cokolwiek dla mojego 

syna? Że będzie chciał zrobić coś dla niego? 

- Już widział te zdjęcia - odparł ku zaskoczeniu 

Kat. 

- I co myśli? - zapytała szybko. - Może coś zro­

bić? Cokolwiek? 

- Zgodziliśmy się, że trzeba operować jak naj­

szybciej i wyciąć przynajmniej tyle... tego guzka, 

żeby powstrzymać bóle głowy i ochronić nerw wzro­

kowy. To da nam trochę czasu, aby zdecydować, jak 

zabierzemy się za resztę. 

- Jak szybko on będzie wiedział, z czym ma do 

czynienia i co robić... - Kat urwała zdanie, gdy zo­

rientowała się, że nadmiar emocji zamienia jej słowa 

w bezsensowny bełkot. Miała zbyt wiele pytań i nie 

mogła zebrać myśli. 

- Zrobimy biopsję, kiedy Sam będzie w sali ope­

racyjnej - wyjaśnił neuroradiolog. - Tam też zostanie 

podjęta decyzja, ile tego guza wytniemy. Koniec 

końców będziemy próbowali usunąć tyle, żeby nie 

uszkodzić otaczających tkanek, zwłaszcza że nerw 

wzrokowy jest tuż obok. Wtedy, jeśli się okaże, że to 

jest nowotwór złośliwy, będziemy musieli się zasta­

nowić nad naświetleniami lub chemioterapią, albo 

obiema tymi rzeczami naraz. 

- Więc nawet jeśli wyrażę zgodę, to i tak dowiem 

się, co będzie z Samem, dopiero po operacji. Czy 

zostanie ślepy na zawsze, czy... - Aż wzdrygnęła się 

na myśl o ryzyku, jakie niesie ze sobą taka operacja. 

Ale jaki ma wybór, skoro guz spowodował już 

background image

CUDOWNY LEK 103 

takie spustoszenie? Trzeba podjąć trudną decyzję: 

czy nie zgodzić się na operację ze strachu przed 

możliwymi uszkodzeniami dokonanymi podczas 

próby wycięcia narośli, czy ryzykować i pozwolić 

neurochirurgowi operować, by ochronić syna przed 

niemal nieuniknioną śmiercią? 

- Ufa mu pan? - zapytała słabym głosem. - Gdy­

by Sam był pańskim dzieckiem, zaufałby pan temu 

neurochirurgowi? 

Jej szacunek dla Jona Fox-Crofta urósł, gdy za­

uważyła, że nie spieszy się z zapewnieniami, ale 

zastanawia się nad odpowiedzią. 

- Gdyby moje dziecko było na miejscu Sama, 

wtedy tak, zgodziłbym się na operację. Doktor Ros-

siter nie operował od jakiegoś czasu, lecz to fenome­

nalny chirurg, odważny, utalentowany, i co najważ­

niejsze, troskliwy. Powierzyłbym mu życie mojego 

dziecka. 

Kat widziała gdzieś nazwisko tego lekarza, naj­

pewniej w jakimś magazynie, których sterty piętrzyły 

się u niej w gabinecie. Ale w końcu cała medycyna 

sprowadza się do zaufania. Jej pacjenci ufają, że ona 

zrobi, co będzie mogła, by prawidłowo zdiagnozo-

wać ich choroby. 

- Jeśli się zgodzę, to jak długo będziemy musieli 

czekać na operację? - zapytała. 

Pragnęła, by Ben był przy niej, gdy miała podjąć 

tak trudną decyzję. Była to dla niej najcięższa chwila 

od momentu, kiedy została samotną matką. 

- Musimy ją przeprowadzić jak najszybciej - od­

rzekł posępnym tonem. - Takie rzeczy zazwyczaj 

rosną dość powoli. Początkowe symptomy są trudne 

background image

1 0 4 JOSIE METCALFE 

do rozpoznania, toteż zwykle mijają miesiące lub 

nawet lata, zanim coś nas zaniepokoi. W przypadku 

Sama... 

- To była kwestia tygodni, może miesiąca - do­

kończyła za niego. 

To mogłoby oznaczać, że mają do czynienia z a-

gresywnym guzem lub nawet przerzutami. 

- Proszę mu powiedzieć... - Kat oddychała tak 

szybko, że groziła jej hiperwentylacja. 

Przerażenie ją ogarniało na myśl o tym, że może 

popełnić błąd. Czy Sam będzie miał do niej żal o to, 

że przedłużyła jego cierpienia o parę nędznych mie­

sięcy? Czy operacja to jedyna możliwość, by urato­

wać jego życie? 

- Proszę powiedzieć doktorowi Rossiterowi, żeby 

operował jak najszybciej. 

- Pomogę ci - powiedział Ben cichym głosem, 

gdy zobaczył ją przygarbioną. 

Wyciągnął rękę i zaskoczony zauważył, że napra­

wdę pragnie dotknąć dzielnej Kat. 

Na dół zszedł tylko po mleko, które zostawił w lo­

dówce, by nie przeszkadzać jej, gdyby chciał wypić 

coś na sen. Kat siedziała po ciemku w kuchni, pełna 

niepokoju o Sama. 

- I tak za dużo robisz, Ben - odparła. - Poradzę 

sobie. 

Ale jej głos mówił coś innego. Wyglądała niepo­

równanie gorzej niż tego dnia, którego się poznali. 

Przez rok próbowała uporać się ze wszystkim sa­

ma. Choroba syna była kroplą, która przepełniła cza­

rę, ale nadal nie chciała... Czego? Oprzeć się na nim? 

background image

CUDOWNY LEK 105 

Wyśmiał tę myśl. Odkąd to on oczekuje, że ktoś 

się na nim oprze? Zawsze był nieobecny, nawet dla 

tych, którzy dużo dla niego znaczyli. Znają się z Kat 

tylko kilka tygodni, on w dodatku umyślnie robi 

wszystko, by utrzymać ją jak najdalej od siebie. Jak 

ma wobec tego oczekiwać, że mu zaufa? Lorraine nie 

potrafiła. A Laura... 

Pokręcił głową. Wiedział, że to problemy, których 

jeszcze nie rozwiązał. Marzył, że pewnego dnia obu­

dzi się, a wszystko to okaże się jedynie koszmarnym 

snem. 

- Kto zajmie się Samem i Joshem, kiedy ty się 

załamiesz? - spytał stanowczo, pamiętając, że starszy 

chłopiec śpi za ścianą. 

Biedak zasnął dopiero wtedy, gdy Ben zgodził się 

odpowiedzieć na jego pytania. 

- Nie mogę pytać o to mamy - wyjaśnił wtedy. -

Bardzo martwi się o Sama, nie chcę, żeby się przej­

mowała także mną. 

Więc Ben wytłumaczył Joshowi, na czym pole­

gają badania młodszego brata, i na ilustracji w jed­

nej z książek Richarda pokazał, gdzie znajduje się 

nerw wzrokowy. Powiedział też, że wyjaśni mu 

wszystko, co będzie się działo w ciągu najbliższych 

kilku dni. Dopiero tą obietnicą skłonił chłopca do 

zaśnięcia. 

- Kat, proszę, bądź rozsądna. 

Oparł się pokusie położenia dłoni na jej ramio­

nach, jedynie kciukami zataczał kręgi na jej karku. 

Miał nadzieję, że to ją odpręży. Inaczej nie zaśnie, 

nawet gdyby się położyła. 

- Potrzebujesz kogoś na zastępstwa - ciągnął. 

background image

106 JOSIE METCALFE 

Starał się zapomnieć, że jego palce od jej gładkiej 

skóry oddziela jedynie cienka warstwa materiału. 

- Ale koszty... - zaczęła. 

- Jakie znaczenie mają koszty, skoro dzięki temu 

zyskasz czas dla chłopaków. Oni i tak stracili już 

bardzo dużo. Nie utrudniaj tego ani sobie, ani im. 

- Ale... 

Po raz kolejny mocniej zacisnął dłonie na jej 

ramionach. Dotąd Kat robiła wrażenie silnej, ale 

teraz... Teraz jest kompletnie rozbita. A on chciał 

ją przytulić i... 

Nie! - usłyszał ostrzegawczy głos. Nigdy więcej. 

Już raz przechodził przez podobne piekło i to niemal 

go zniszczyło. Zniszczyło coś istotnego, i nigdy się 

z tego nie pozbierał. 

Poza tym to nie chodzi o niego. Chodzi o Kat i jej 

synów. Josha, tego poważnego Josha, który robił 

wszystko, by być panem domu w wieku lat jedenastu, 

oraz Sama, wesołego, kochanego ośmiolatka, które­

go życie zawisło teraz na włosku i zależy od trudnej 

operacji... 

- Pomyśl logicznie - powiedział cicho, umyślnie 

zajmując jej uwagę czymś innym. Nie chciał myśleć 

o zabiegu aż do ostatniej chwili. - Sam potrzebuje 

twojej obecności. Josh też bez ciebie sobie nie pora­

dzi. A z gabinetem i pacjentami na głowie... Nie 

jesteś supermanem w spódnicy. Jeśli się załamiesz, 

może to się zdarzyć w chwili, kiedy wszyscy będą cię 

potrzebowali najbardziej. Ustalimy grafik wizyt - za­

sugerował. - Rose obiecała, że zostanie z Joshem, 

kiedy będziesz w szpitalu. I są jeszcze przyjaciele 

Josha. 

background image

CUDOWNY LEK 107 

- Przyjaciele? - spytała ochrypłym z wycieńcze­

nia głosem. 

- Jego najlepsi koledzy zaproponowali mu, że mo­

że u nich nocować. 

- Ale... 

- Grzecznie im powiedział, że być może skorzys­

ta z tego zaproszenia, ale na razie nie wie, jak długo 

jego brat będzie w szpitalu, i spytał, czy może dać im 

znać później. 

- Szczerze mówiąc, czuję się jak chomik w kółku 

do biegania: pędzę jak oszalała, a cały czas stoję 

w miejscu - przyznała i spojrzała mu prosto w oczy. -

Dziękuję, że mnie zatrzymałeś. Masz rację, potrzebu­

jemy kogoś na zastępstwa. Unikałam tego, bo trudno 

jest znaleźć kogoś, na kim można by polegać, kto 

faktycznie zdejmie ze mnie trochę pracy, a nie jej 

dołoży. 

- Kogoś takiego jak ja? - zażartował. 

W tej chwili pragnął jedynie pochylić się i ucało­

wać bladoróżowe usta Kat. Nie były szczególnie pełne 

i najpewniej od rana nie widziały szminki, lecz aż 

wstrzymał oddech, gdy przeszył go dreszcz pożądania. 

I wtedy poczucie winy uderzyło go z silą huraga­

nu. Czy naprawdę mógłby tak łatwo i tak szybko 

przejść do porządku dziennego nad stratą Lorraine? 

Czy para pięknych szarych oczu i pełen wdzięczności 

uśmiech wystarczą, by zabić poczucie winy? Był 

przecież pewien, że nie odzyska równowagi po tam­

tych wydarzeniach. 

- Więc... - Grał na zwłokę, próbując przypo­

mnieć sobie, o czym mówili, zanim stracił kontrolę 

nad emocjami. 

background image

1 0 8 JOSIE METCALFE 

Zdjął dłonie z jej ramion i cofnął się o krok w na­

dziei, że ten niewielki dystans pozwoli mu znów być 

sobą. 

- Zrób listę godzin, które chcesz spędzać z Samem 

w szpitalu i z Joshem w domu. My się dostosujemy 

- zaproponował. - A kiedy ja naniosę godziny, które 

chcę mieć wolne, dowiemy się, jakiego rodzaju za­

stępstw będziemy potrzebowali. Dobrze? 

- Sądzę, że tak, ale to jest chyba zły sposób na 

prowadzenie gabinetu - odparła wyraźnie zatroska­

na. - Jak to się odbije na pacjentach? 

- Myślałem, żeby wywiesić kartkę z informacją 

w poczekalni - odrzekł. - Jeśli wyjaśnimy, że Sam 

jest w szpitalu i że z tego powodu przyjmujesz tylko 

w określonych godzinach, pacjenci będą bardziej wy­

rozumiali, jeśli wszystko nie będzie szło... 

- Tak sprawnie jak zazwyczaj? - podpowiedziała 

z drwiącym uśmiechem. - To by oznaczało, że każdy, 

komu zależy jedynie na jakimś lekarzu, szedłby do 

tego, kto jest akurat wolny. 

- A ci, którzy chcieliby koniecznie widzieć się 

z tobą, wiedzieliby, że muszą odrobinę dłużej po­

czekać - dokończył. - Co ty na to? 

Tak długo milcząco wpatrywała się w niego, że 

zrobiło mu się gorąco. 

- Myślę, że nigdy nie będę w stanie podziękować 

ci za to, że przyjąłeś tę pracę - powiedziała wreszcie. 

- Naprawdę nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. 

Ostatnimi dniami Ben wygląda, jakby go coś drę­

czyło, pomyślała Kat, gdy siadała przy łóżku Sama. 

Kilkakrotnie zauważyła, jak wpatrywał się tępo 

background image

CUDOWNY LEK 109 

w dal. Miała wtedy wrażenie, że złe przeczucia rzu­

cają cień na jego oczy, zmieniając ich kolor na ciem­

nozielony. 

Ostatnio spędzał mnóstwo czasu z Samem i z Jo-

shem, podtrzymywał ich na duchu, co zdecydowanie 

ułatwiało jej życie. Potem całymi wieczorami sie­

dział przy niej i przekonywał, by nie traciła nadziei. 

Na szczęście - albo niestety - nie zorientował 

się, że Kat najbardziej pragnęła czułego uścisku. Nie 

chodziło o nic zmysłowego choć byłby to cudow­

ny sposób na rozładowanie gromadzących się w niej 

napięć i skutecznie zadziałałoby jako środek nasen­

ny - ale o zwykły czuły uścisk... Niemal się roz­

płakała. 

Kiedy ostatni raz ktoś ją przytulił? Nie jak mamę 

- Sam nadal kleił się do niej, Josh też, choć zwracał 

już uwagę na to, gdzie są, zanim ją objął. Ona po­

trzebowała jednak poczuć wokół siebie ramiona męż­

czyzny, który by się naprawdę o nią troszczył. 

- Płonne nadzieje - mruknęła do siebie. - Obu­

dziłeś się, słoneczko? - spytała, gdy Sam uniósł rękę. 

- Mamusiu, moja głowa... -jęknął. Jego rączka 

zawisła nad głową, chroniąc ją przed dotykiem. 

Kat szybko spojrzała na zegarek. Niedługo powi­

nien dostać kolejną dawkę środków znieczulających. 

Ale fakt, że mimo regularnego przyjmowania le­

karstw przeciwbólowych tak często boli go głowa, 

oznacza, że ucisk guza jest coraz silniejszy. 

Przeraziła się, gdy zdała sobie z tego sprawę. 

Czyżby guz rósł coraz szybciej? A jeśli tak, to jakie 

są szanse, że nie jest złośliwy? Zgodnie z jej wiedzą, 

nowotwory łagodne rosną dość powoli. Z drugiej 

background image

1 1 0 JOSIE METCALFE 

strony, nie miała czasu na przeglądnie specjalistycz­

nych książek z dziedziny onkologii. To, co znalazła 

w Internecie, jest wystarczająco straszne. 

- Kiedy będzie operacja? - spytał błagalnym to­

nem Sam. 

To niesprawiedliwe, że jej syn musi przez to prze­

chodzić. Życie wystarczająco go doświadczyło, gdy 

stracił ojca. 

- Jutro rano, kochanie - odparła. - Jesteś pierw­

szy w kolejce. Ja i Josh będziemy tu czekali. 

- Josh może w tym czasie posłuchać Harry'ego -

zaproponował Sam. 

Kat jednak dopiero po kilku sekundach zrozumia­

ła, co mówił, gdyż środki znieczulające powodowały 

zaburzenia mowy. 

- Posłuchać Harry'ego?-powtórzyła. Sam prze­

cież wie, że nikt już nie musi czytać jego bratu. 

- Ben przyniósł... Żebym mógł posłuchać... kiedy 

nikogo nie ma... - wymamrotał i wskazał ręką na 

szafkę przy łóżku. 

Kat podniosła pudełko leżące na komódce. W środ­

ku była dźwiękowa wersja książki o Harrym Potte­

rze, tej samej, którą czytała Samowi. 

- Dobra jest? - Z wysiłkiem opanowała wzrusze­

nie. Nie przypuszczała, że Ben, mężczyzna, który nie 

ma dzieci, będzie tak troskliwy, 

- Tak, ale nie udają w niej głosów tak dobrze jak 

ty - odrzekł. - Ty to robisz najlepiej. 

- Cześć, Josh! Jesteś! - powiedział Sam, czując 

delikatny uścisk brata, podczas gdy czekał na prze­

wiezienie do sali operacyjnej. 

background image

CUDOWNY LEK  1 1 1 

Kat zauważyła, że wyglądał bardzo blado. 

- Ben mówił, że porozmawiał ze szpitalem, że­

bym mógł tu być zamiast taty - wyjaśnił Josh z dumą. 

- Ale kazali nam umyć ręce, żeby nie przenieść na 

ciebie żadnych zarazków. 

Kat cieszyła się, że czystość i higiena są w otocze­

niu Sama ważne. Jego chirurg najwyraźniej się tego 

domagał. 

- Czy Ben tu jest? - Ton głosu Sama powiedział 

Kat, że syn podziwia jej współpracownika. Być może 

nawet kocha... 

- Obiecał, że na pewno przyjdzie, zanim poje­

dziesz na operację, żeby zamienić z tobą słowo - od­

rzekł Josh. 

Najwyraźniej niechęć, którą dawniej żywił wobec 

ich współlokatora, już minęła. 

- To dobrze. Chciałem mu podziękować. Za Har-

ry'ego. 

- Puk, puk! - Od strony drzwi dobiegł ich męski 

głos, a po chwili zobaczyli doktora Jona Fox-Crofta. 

- Czy to kryjówka Sama Leemana? 

- To ja. - Podbródek chłopca zaczął drżeć. - Ma­

mo? - Po omacku zaczął szukać dłonią Kat. 

- Jestem, Sam - rzekła, dodając mu otuchy. - Bę­

dę przy tobie aż do ostatnich chwil, gdy zaśniesz. 

- Mamo, boję się - szepnął. 

Opaska na oczach przesłaniała mu uwijający się 

przy nim personel medyczny. 

Kat całą sobą pragnęła zastąpić go w tej chorobie 

i niebezpiecznej operacji. 

- Dobrze. Myślę, że możemy jechać - ogłosił po­

stawny mężczyzna, po czym zwrócił się do Josha. 

background image

112 JOSIE METCALFE 

- Młody człowieku, powierzam ci ważne zadanie. 

Składam w twoje ręce Harry'ego Pottera. Pilnuj go 

i strzeż do czasu, aż wrócimy. - Pochylił się nad 

Joshem i szepnął mu na ucho: - Możesz posłuchać, 

jeśli chcesz. To jeden z przywilejów wynikających 

z tego zadania. - Wyprostował się. - Więc, Joshua, 

czy akceptujesz to zadanie? 

- Tak jest! Przyjmuję! - odrzekł poważnie Josh, 

po czym usiadł na najbliższym krześle, otworzył 

pudełko i z uśmiechem zabrał się za przeglądanie 

płyt CD. 

- Wrócę tu za kilka minut, Josh - powiedziała 

Kat, zadowolona, że sztuczka neuroradiologa uwol­

niła jej syna od napięcia, jakie przed operacją udzie­

lało się wszystkim. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Cześć, Sam. Obiecałem, że przyjdę, żeby poroz­

mawiać z tobą przed operacją. 

Kat usłyszała słowa Bena zza drzwi, które właśnie 

przed nią zamknięto. 

Sam przez całą drogę do sali operacyjnej martwił 

się, że Ben nie będzie wiedział, gdzie go znaleźć. Kat 

też obawiała się, że coś uniemożliwi Benowi speł­

nienie obietnicy. Ale na dźwięk jego głosu ulżyło jej 

podwójnie, gdyż okazało się, że można na nim pole­

gać w każdej sytuacji. 

Jakaś szalona część jej jestestwa chciała poczekać 

tu na niego, by mogli razem wrócić do pokoju Sama. 

Ale tam czeka Josh i mimo że bardzo pragnęła towa­

rzystwa dorosłego mężczyzny, jej obowiązkiem jako 

matki jest iść do syna. 

Ben i tak przecież nie może zostać z Samem długo, 

skoro wybitny neurochirurg czeka na rozpoczęcie 

operacji. Spodziewała się, że wkrótce dołączy do niej 

i do Josha. 

Tymczasem Ben nie zjawił się, dopóki operacja 

się nie skończyła, a później Jon Fox-Croft nie powie­

dział, że wszystko poszło dobrze. 

Kat była zawiedziona, że nie dane jej było po­

dziękować doktorowi Rossiterowi osobiście, ale roz­

sądek podpowiadał jej, że to jest człowiek bardzo 

background image

114 JOSIE METCALFE 

zajęty, którego czas jest rezerwowany przede wszyst­

kim dla chorych. Może będzie miała szanse wyrazić 

swą wdzięczność, gdy przyjdzie moment na badania 

syna po operacji. 

Ale to wszystko nastąpiło później. W tej chwili 

Ben wchodził do pokoju Sama, blady jak ściana. 

- Ben! - zawołała Kat. - Co się stało? - Jej 

rozczarowanie, że nie podtrzymywał jej i Josha na 

duchu podczas trwania operacji, natychmiast zastąpił 

paniczny strach. - Czy chodzi o Sama? Coś się stało? 

Powiedzieli nam, że wszystko jest dobrze. 

- Nic się nie stało, Kat - rzekł uspokajającym to­

nem. Niestety, grymas, który miał być uśmiechem, 

Kat zinterpretowała po swojemu. - My... Oni właśnie 

dostali wyniki biopsji i okazało się, że guz jest łagod­

ny. Miał też wyraźnie zaznaczone granice, więc łat­

wo było oddzielić go od tkanki mózgu. W każdym 

bądź razie - pospieszył się, gdy zauważył, że chciała 

spytać, skąd on to wie - przychodzę ci powiedzieć, że 

Sam leży na intensywnej terapii, więc możesz go 

odwiedzić. Niestety, nie udało mi się ich przekonać, 

żeby wpuścili również Josha, więc my, mężczyźni, 

poczekamy tutaj razem. 

Kat z trudem powstrzymała drżenie, gdy okazało 

się, że wyrok śmierci został odroczony. 

- Ale... 

Spodziewała się, że Joshowi nie pozwolą jeszcze 

zobaczyć brata, i go na to przygotowała. I napraw­

dę była wdzięczna, że Ben chciał dotrzymać chłop­

cu towarzystwa, zwłaszcza że wiedziała, iż Josh 

zasypie go pytaniami, których nie chciał zadać jej. 

Nie zmieniało to jednak faktu, że pragnęła, by Ben 

background image

CUDOWNY LEK 115 

poszedł z nią, by z nią był, kiedy będzie oglądać 

swojego ukochanego synka podłączonego do tego 

całego sprzętu i ogarnie ją poczucie kompletnej bez­

radności. 

Stanęła przed drzwiami. 

- Wszystko poszło dobrze - powtórzył. Pewność 

w jego głosie wyrwała ją z chwilowego paraliżu. 

- Niedługo wrócę - oznajmiła. 

Dopiero po chwili zorientowała się, że te słowa 

były bardziej skierowane do Bena niż do Josha. 

Minęło kilka godzin, zanim Kat uspokoiła się na 

tyle, że Benowi wreszcie udało się ją namówić, by 

spędziła noc w domu. Ale nawet wtedy, kiedy Josh 

padł wyczerpany na łóżko, a ona posprzątała już całe 

mieszkanie, poziom adrenaliny we krwi nie pozwalał 

jej spokojnie usiąść ani tym bardziej zasnąć. 

- Jeśli brakuje ci czegoś do roboty, to możesz 

poukładać moje rzeczy - zażartował Ben, stając 

w drzwiach. 

Tak ucieszył ją widok Bena, że nie od razu zauwa­

żyła, jak bardzo jest wykończony. 

- Przepraszam - rzekła, czując ogarniające ją po­

czucie winy. - Nie możesz przeze mnie spać? 

- Nie, nic takiego - odparł. - Tak naprawdę to też 

nie mogę zasnąć - dodał po chwili. 

Zrobiła parę kroków w jego kierunku i dopiero 

wtedy zorientowała się, że trapi go coś jeszcze. 

- Ben...? 

Chciała mu pomóc, ale problem tkwił w tym, że 

nie wiedziała, od czego powinna zacząć. Ben zawsze 

unikał rozmów na swój temat. 

 skan i przerobenie anula43

background image

1 1 6 JOSIE METCALFE 

Spojrzał na nią. Bijąca od niego rozpacz niemal 

złamała jej serce. 

- Wejdziesz do mnie na chwilę, Kat? - spytał 

gwałtownie, jakby właśnie podjął ważną decyzję. To 

nie było zaproszenie do uporządkowania jego pokoju. 

Pokój wyglądał już inaczej niż tego dnia, w któ­

rym się tu wprowadził. Nie był już częścią jej domu, 

lecz królestwem Bena. Na oparciu krzesła wisiały 

dwie pary znoszonych dżinsów, biurko było zarzuco­

ne książkami, a w jego rogu stał przenośny komputer. 

Obok malutkiego zlewu stal kubek po kawie, a łóżko 

było rozgrzebane. 

Kat nie zatrzymała na nim wzroku, bo zorientowa­

ła się, że gdy wyobraża sobie leżącego w pościeli 

Bena, jej myśli podążają w niepożądanym kierunku. 

Zresztą on i tak zmierzał w drugi koniec pokoju. 

Przez moment tulił jakiś przedmiot, który podniósł 

z biurka. 

- To jest... To była Lorraine -powiedział, drżący­

mi rękoma wręczając jej fotografię. 

Kat wzięła ją do ręki i poczuła gwałtowne ukłucie 

zazdrości. Na zdjęciu piękna kobieta uśmiechała się 

do młodego Bena. On wpatrywał się w nią z uwiel­

bieniem, które mówiło, że był dla niej gotów przeno­

sić góry. 

- Była moją żoną. Zmarła na raka mózgu, gliob­

lastoma multiforme -

 rzekł szorstkim tonem. 

- Ben! - szepnęła 

Dopiero teraz zrozumiała, co musiał przeżywać, 

gdy dowiedzieli się, że Sam ma guza mózgu. Nic 

dziwnego, że nie dołączył do nich podczas operacji. 

- To moja wina, że nie żyje - oznajmił. 

background image

CUDOWNY LEK 117 

Wszystkie frazesy, które się mówi na pocieszenie, 

uwięzły jej w gardle. 

- Nie wierzę - odparła bez zastanowienia i bez 

cienia wątpliwości. - Powiedz, jak... Czemu... 

- Umarła, bo byłem tak cholernie zajęty swoimi 

pacjentami, że nie zauważyłem tego, co się działo 

pod moim nosem. A potem było już za późno - rzekł 

tonem wskazującym na to, że się potępia. 

Domyślała się, że rozmawiał o tym z niewieloma 

osobami, a może nawet z nikim. I tak jak ona, zapra-

cowywał się, by tylko nie myśleć o tym, co się stało. 

Objawy choroby Richarda były na tyle słabe, a jej 

postęp tak gwałtowny, że kiedy powiedziała rodzi­

com o jego białaczce, było za późno. 

Oczywiście przyjechali na pogrzeb, ale Kat stwo­

rzyła sobie tak realistyczną, opartą na żalu i poczuciu 

winy maskę, że uwierzyli jej, gdy powiedziała, że nie 

ma nic przeciwko temu, by wrócili na Cypr. 

I od tego momentu nie miała czasu, by wziąć 

głębszy oddech. 

- Kiedy miała bóle głowy, sugerowałem proszki 

- ciągnął Ben. - Kiedy miała zawroty głowy, zrzuca­

łem to na jej dietę. Zawsze była na diecie, mimo że 

nie musiała chudnąć ani grama. - Pokręcił głową 

i uśmiechnął się do wspomnień. - I nagle nastąpił 

kryzys. Zapadła w śpiączkę, zanim wróciłem do do­

mu. Nie zdążyłem jej powiedzieć... 

Niespodziewanie Ben, ten silny Ben wyciągnął 

ręce, by objąć swą towarzyszkę. Po jego policzkach 

płynęły łzy, z gardła wydobył się szloch. Kat przytu­

liła go i usiadła z nim na krawędzi łóżka. 

Pomyślała, że z Samem mogło być podobnie. 

background image

118 JOSIE METCALFE 

Szybkość, z jaką guz się rozwijał, sugerowała, że 

mieli do czynienia z bardzo agresywnym nowotwo­

rem. Gdy usłyszała, że jest łagodny, poczuła, że do­

stała najpiękniejszy prezent w życiu. 

I też zaczęła płakać. Z radości, że diagnoza Sama 

okazała się o niebo lepsza, niż miała odwagę przypu­

szczać. Ze smutku za zmarłym mężem, którego nie 

miała czasu odpowiednio pożegnać. I ze współczucia 

dla Bena. 

- Przepraszam. - Wtulił się w nią mocniej. - Nie 

powinienem... 

- Cicho - przerwała mu drżącym głosem. - Nie 

masz za co przepraszać. 

- Ale powinienem był coś zauważyć, powinie­

nem był wiedzieć, że dzieje się coś złego. 

- To by nic nie zmieniło. - Przytuliła policzek do 

jego policzka. - Wiesz równie dobrze jak ja, czym 

jest glioblastoma multiforme. Nawet gdybyś odkrył 

to wystarczająco wcześnie, chemioterapia i naświet­

lania tylko odsunęłyby nieuniknione w czasie. - Fakt, 

że taki scenariusz przewidywała w przypadku Sama, 

czynił rozmowę jeszcze bardziej przejmującą. 

- Ale... - powiedział Ben, zdecydowany spierać 

się dalej, lecz Kat tylko mocniej go przytuliła i deli­

katnie pogłaskała jego głowę. 

Potem odsunęła się i spojrzała mu w oczy. Połowę 

twarzy Bena skrywał cień, woń szpitalnych środków 

czystości mieszała się z jego zapachem. 

- Pogrążanie się w wyrzutach sumienia nic nie da 

- powiedziała cicho, przekonana o słuszności swoich 

słów. - Żyć z poczuciem winy można dopóty, dopóki 

to uczucie nie zaczyna cię zżerać od środka. Zwłasz-

background image

CUDOWNY LEK 119 

cza kiedy zdrowy rozsądek mówi, że nie zmienisz 

tego, co się stało. 

Patrzył na nią uważnie. Jej słowa płynęły z do­

świadczenia, przechodziła podobną traumę rok temu. 

Jej słowa były dla niego ważne. 

Długo milczał. 

- Kat... - Przyłożył czoło do jej czoła. - Dlaczego 

nie poznałem cię wcześniej? - Odchylił lekko głowę 

i delikatnie pocałował kącik jej ust. 

Otworzyła szerzej oczy, gdy poczuła, jak prze­

skoczyły między nimi iskry. Czy jej wzrok zdradza, 

jak bardzo jest przerażona? Czy jej twarz wyraża 

mieszankę zdziwienia i oszałamiającego pragnienia, 

taką samą, jaką widziała na jego twarzy? 

Bez względu na to, co zobaczył, znów ją pocało­

wał. Jego usta zatrzymały się na tyle długo, by wy­

czuć rozpalające się pożądanie. Ale dopiero trzecie 

spotkanie ich warg było objawieniem. 

To nie był pocałunek, do jakich przyzwyczaił ją 

Richard, delikatny i rozważny. Ten był gorący, spra­

gniony, zaborczy. Ogarnęła ją fala podniecenia. Po­

całunki przestały jej wystarczać. 

Z nieznanym sobie wcześniej temperamentem Kat 

zaczęła się mocować z suwakami i guzikami. Nigdy 

dotąd się tak nie czuła, nawet podczas pierwszych 

nocy małżeństwa z Richardem. Zdawało jej się, że 

rozkosz zaraz ją rozerwie na milion maleńkich kawa­

łeczków. 

Gdy stała przed Benem otoczona jedynie złotym 

światłem lampki nocnej i przypomniała sobie, że jej 

ciało nosi ślady dwóch ciąż, na krótką chwilę straci­

ła pewność siebie. Ale wtedy jego dłonie mocno ją 

background image

120 

JOSIE METCALFE 

chwyciły i radość przesłoniła wszystko. Palce Bena 

błądziły po zakamarkach jej ciała. Potem objął ją, 

uniósł i powoli się z nią połączył, trzymając ją na 

rękach. Wpadli w wir namiętności. 

Wciąż było ciemno, kiedy zdrowy rozsądek Kat 

ponownie dał o sobie znać. 

Była zachwycona, gdy ich głowy leżały na jedynej 

poduszce, jaka została na łóżku. 

Delikatne światło nadal się paliło i choć wiedziała, 

że powinna pozbierać swe ubrania i zejść na dół, po­

zwoliła sobie na krótkie spojrzenie na śpiącego Bena. 

Jego twarz wyglądała teraz inaczej, młodziej, usta 

wyginały się w delikatnym uśmiechu. Czyżby śniło 

mu się coś przyjemnego? O nich? Chciała mieć od­

wagę obudzić go i zapytać. A potem... wcale nie 

musiałaby go długo kusić. Wtedy by musiał pociąg­

nąć ją na łóżko i... 

Pokręciła głową z rezygnacją, gdy jego usta wy­

krzywił grymas lęku, i po raz kolejny zdała sobie 

sprawę, że musi lepiej poznać tego zamkniętego 

w sobie mężczyznę. 

Gdy schodziła na dół, starała się ustalić, co do tej 

pory wie o Benie. 

Przede wszystkim jest świetnym internistą. Ma też 

anielską cierpliwość do chłopców i ich kaprysów. 

- No i rzecz oczywista- powiedziała, sięgając po 

koszulę nocną, której nie potrzebowała w jego łóżku 

- wspaniale się kocha. - Poczuła wypieki na policz­

kach na wspomnienie drugiego razu, gdy wreszcie 

dotarli do łóżka i Ben pozwolił jej przejąć kontrolę 

nad sytuacją. 

background image

CUDOWNY LEK 121 

Znienacka uderzyły ją wyrzuty sumienia, że nigdy 

nie czuła się tak z Richardem, mimo że kochała go na 

tyle, by wyjść za niego i mieć z nim dzieci. 

Ale przecież ona i Ben świetnie rozumieli się, 

zanim odkryli, jak bardzo pasują do siebie w łóżku. 

Istniała między nimi tajemnicza nić porozumienia, 

gdy przychodził do niej i chłopców na kolacje, grał 

z nimi w piłkę, a gdy zrobiła pranie, on przenosił 

ubrania do suszarki. 

Nigdy z nikim coś takiego jej się nie przytrafiło. 

Czyżby wynikało to z faktu, że oboje stracili kogoś 

bliskiego? 

Nie rozumiała jedynie, dlaczego wcześniej Ben 

nie wspomniał o śmierci żony. W ciągu tych kilku 

tygodni, gdy ona mówiła o śmierci Richarda, mógł 

coś napomknąć. 

Pamiętała, jak był zamknięty w sobie, gdy przy­

szedł na rozmowę w sprawie pracy. Co się więc 

zmieniło? Czy była to pierwsza kropla, po której 

ruszy powódź? Pierwszy krok w długim procesie 

leczenia ran? A może coś więcej? Czy jego uczucia 

do niej rosną tak szybko, że... 

- Uspokój się! - powiedziała do siebie, przestra­

szona swoimi fantazjami. Przecież podczas tych ty­

godni Ben ani razu nie dał jej do tych marzeń po­

wodu. 

Czy wyczerpanie emocjonalne wystarczy, by je­

den pocałunek zmienił się w wybuch takiej namięt­

ności? Czy rano Ben będzie żałował tego, że stracił 

kontrolę, czy może przeciwnie, będzie to początek 

nowej relacji, która... 

- Dość! - warknęła. - Idź spać. 

background image

122 

JOSIE METCALFE 

Te pytania nie mają sensu. Zauważyła, że jej emo­

cje są dużo silniejsze, niż myślała, lecz mimo spędzo­

nych w niezwykłym uniesieniu godzin naprawdę nie 

miała pojęcia, co Ben czuje. 

- Dowiem się jutro rano - wyszeptała z mieszani­

ną podniecenia i strachu. Nigdy nie miała do czynie­

nia z sytuacją „poranka po", więc nie miała pojęcia, 

jak powinna się zachować i co mówić. 

Ale wystarczy, że spojrzy mu w oczy, by dowie­

dzieć się wszystkiego. Tego nauczyła ją ta noc. 

- Na miłość boską! - Nie mogła wziąć się 

w garść. Zanim pójdzie do Sama do szpitala, musi 

zrobić w domu mnóstwo rzeczy. 

Znajomy dźwięk zamykanych drzwi sprawił, że 

usiadła na łóżku wyprostowana. Wytężyła słuch. By­

ła ciekawa, kto o tak wczesnej porze wychodzi z do­

mu. Czy to Josh nie może spać i... 

Warkot zapalnego silnika samochodu Bena za­

brzmiał w ciszy bardzo głośno. Podeszła do okna, ale 

zobaczyła jedynie tylne światła auta wyjeżdżającego 

na ulicę. 

- Dokąd on pojechał? - To nie może być wizyta 

domowa, bo na czas pobytu Sama w szpitalu załatwili 

zastępstwa. Tak czy inaczej telefon stał przy jej łóżku 

i była pewna, że nie dzwonił. Dokąd Ben się udał? 

Chyba że... 

Nagle oblał ją zimny pot. Z głośno bijącym sercem 

przebiegła przez korytarz i wbiegła na piętro. 

Zarumieniła się na widok bałaganu, jakiego naro­

bili, lecz zmusiła się, by zlustrować pokój. 

- Wszystko jest na miejscu - stwierdziła z ulgą. 

Wiedziała, że nie wyjechałby bez zdjęcia Lorraine. 

background image

CUDOWNY LEK 123 

Powoli zeszła na dół. 

Dlaczego wsiadł do samochodu? Nie mógł spać 

i żeby nie obudzić jej ani Josha, udał się na prze­

jażdżkę? 

- Obojętne, gdzie pojechał, to nie jest moja spra­

wa. Muszę się przespać i nabrać sił, jeśli jutro mam 

sobie ze wszystkim poradzić. 

Będzie potrzebowała także sił, jeśli po operacji 

Sam zacznie dostawać leki w zmniejszonych daw­

kach, tak jak planowali. Wtedy dopiero się okaże, na 

ile zabieg faktycznie był udany. 

- Co ja, do licha, zrobiłem? O czym myślałem? -

spytał Ben na głos. Odpowiedziało mu rytmiczne 

pikanie sprzętu monitorującego oddech i puls Sama. 

Westchnął głęboko. Oparł łokcie o kolana i skrył 

twarz w dłoniach. To jest sedno problemu. On nie 

myślał! Pozwolił, by na moment emocje przejęły 

nad nim kontrolę, i po chwili łkał jak dzieciak w ra­

mionach Kat. 

A potem? Cóż, nie miał nic na swoją obronę. 

Najzwyczajniej zdradził Lorraine, choć Kat, ta słod­

ka, wspaniałomyślna Kat, zdawała się cieszyć każdą 

minutą ich bliskości. 

Poczucie winy z powodu tej nocy było przygniata­

jące, ale szczerze przyznawał, że żadna kobieta nie 

zadziałała na niego tak mocno i tak szybko. Nawet 

Lorraine. 

Wystarczyło, że Kat podczas snu delikatnie ocie­

rała się o niego, a on znów czuł przypływ pożądania... 

Praca jednego z monitorów uległa zakłóceniu, Ben 

zaś automatycznie podniósł wzrok, by sprawdzić, co 

background image

124 

JOSIE METCALFE 

się stało. Potem zerknął na chłopca i uznał, że wszyst­

ko jest w porządku. 

W sercu skarcił się za kolejną utratę kontroli nad 

sobą. Myślenie o kochaniu się z matką Sama, gdy 

chłopiec leży przed nim nieprzytomny, wydawało 

mu się niestosowne. Ale gdyby musiał wybierać mię­

dzy siedzeniem tutaj, przy nim, i walką z niepokor­

nymi myślami a wracaniem do domu, by błagać Kat 

o choćby jeden uścisk... 

- Cześć, Sam - zaczął cicho. - Jak się masz? 

Lepiej? 

Ujął go za rękę. Zauważył, że powoli traci dziecię­

cą pulchność i staje się chłopięcą dłonią, pokrytą 

zadrapaniami po ostatniej zabawie w ogrodzie. 

- Mam nadzieję, że pomyślałeś o naszym projek­

cie - ciągnął. Wiedział, że nie może fantazjować 

o Kat, jeśli jego umysł ma znów poprawnie funk­

cjonować. - Tym, o którym rozmawialiśmy przed 

operacją. Oglądałem to drzewo, o którym mówiłeś, to 

w rogu ogrodu. I sądzę, że będzie idealne na domek. 

Uśmiech pojawił się na twarzy Bena, gdy przypo­

mniał sobie minę anestezjologa, kiedy pierwszy raz 

poruszył ten temat. Musiał zająć czymś myśli Sama, 

odwrócić jego uwagę od zbliżającej się operacji, ale 

nie spodziewał się, że chłopiec tak się zapali, że będzie 

niemal gotów wyskoczyć z wózka i zaczynać budowę. 

Teraz zastanawiał się, czy to był dobry pomysł. 

Czy nie czeka go wielkie rozczarowanie? Czy będzie 

w ogóle w stanie wspiąć się na drzewo? Jakie szkody 

w jego mózgu poczynił zabieg? 

Westchnął głęboko. Natychmiast puścił rękę Sa­

ma, gdy zobaczył, że jego dłonie drżą. 

background image

CUDOWNY LEK  1 2 5 

- Boże drogi - szepnął zszokowany. 

Czemu nie zauważył wcześniej, jak wiele ten chło­

piec dla niego znaczy? A Kat? Ją też kocha? Czy to 

dlatego stracił kontrolę i wszelkie zahamowania? 

Nie! Nie może zakochać się w Kat! Kochał Lor­

raine. Zawsze miał kochać Lorraine, do końca życia... 

- Co się stało, proszę pana? - Zaniepokojona pie­

lęgniarka znienacka pojawiła się obok niego. 

- Stało? - powtórzył zaskoczony. 

- Z Samem. - Gestem wskazała na śpiące dziec­

ko. - Patrzył pan na niego, jakby... 

- Nie! - przerwał pospiesznie. Miał nadzieję, że 

nie widziała jego miny, gdy przypominał sobie ostat­

nią noc z Kat... - Chyba wszystko jest dobrze. 

Zobaczył zegar nad ramieniem kobiety i nagle 

zorientował się, że za chwilę zaczyna się jego dyżur. 

- Czas na mnie - powiedział szybko. - Wrócę 

później, gdy będą już wyniki badań. 

Wtedy podejmą decyzję, czy zmniejszyć Samowi 

dawki leków usypiających... i dowiedzą się, czy ope­

racja się powiodła. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- Czy jest już mój pierwszy pacjent? - zapytał 

Ben, wchodząc do recepcji. 

Na dźwięk jego głosu serce Kat przyspieszyło. Szyb­

ko odwróciła się w drugą stronę, by ani on, ani Rose 

nie zauważyli, jak jej policzki czerwienieją. 

- I tak, i nie - odparła recepcjonistka. - Wpisałam 

państwa K. na twoją listę, ale oni mówią, że chcą 

zobaczyć się z doktor Leeman. 

- Państwo Ka? - Zmarszczył czoło i wyciągnął 

rękę po karty pacjentów. - To nazwisko nic mi nie 

mówi. 

Kat nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

- Każdy nazywa ich państwem K, bo nie dość 

że ich nazwisko brzmi Kennedy, to jeszcze ich imio­

na to... 

- Kenneth, Kerry, Keith, Kieran i Kelvin! - wyre­

cytowała za nią rodzina, o której była mowa. 

- Nie jesteśmy spóźnieni? - zapytała Kerry Ken­

nedy. - To nasza zmora. Od kiedy chłopcy przyszli 

na świat, zawsze wszędzie się spóźniamy - wyjaś­

niła. 

- Nie tym razem - upewniła ją Kat i spojrzała na 

Bena. - Ja ich dziś przyjmę. 

- Nie mamy nic przeciwko panu, doktorze - rzekł 

Kenneth - ale doktor Leeman znamy już od dawna 

background image

CUDOWNY LEK 

127 

i to ona powiedziała nam, że potrzebujemy zabiegu 

zapłodnienia in vitro, żeby mieć dzieci. 

- Trojaczki! - zauważył Ben z mieszaniną zdzi­

wienia, że są aż tak podobni, i przerażenia koniecz­

nością użerania się codziennie z małymi, wiecznie 

biegającymi dziećmi. 

- Są trochę jak londyńskie autobusy. Czekaliśmy 

na nie całe wieki, a jak się już zjawiły, to całą chmarą 

- zażartował Kenneth. - Przez pięć lat prób straciliś­

my nadzieję. Potem doktor Leeman zasugerowała ba­

dania i zaproponowano nam in vitro. 

- Z pewnością wygraliście los na loterii - stwier­

dził Ben. - Większości ludzi się nie udaje. 

- Pocieszamy się, że najtrudniejszą część wycho­

wywania będziemy przechodzić tylko raz - dodała 

Kerry. 

- Więc kogo dziś badam? - wtrąciła się Kat. 

- Większość z nas. - Kenneth prowadził swoje 

stadko w kierunku jej pokoju.  - N a początku chłopcy. 

Potem Kerry chciałaby z panią pogadać w cztery 

oczy. 

- Dobrze. Więc, chłopcy, co wam jest? - zwróciła 

się do stojących w rzędzie maluchów. 

- Mamy kropki! - ogłosił jeden. 

Kat nigdy nie mogła się połapać, który jak ma na 

imię. 

- No, dużo kropek - zaseplenił drugi. 

- Proszę popatrzeć! - Trzeci podciągnął bluzę 

i pokazał brzuch cały w krostach. 

- Dużo - zgodziła się Kat. 

Podeszła bliżej, by dokładniej się przyjrzeć, ale 

nic miała cienia wątpliwości. 

background image

1 2 8 JOSIE METCALFE 

- To ospa. Coraz więcej dzieci na nią zapada. 

- Oczywiście nie mogą wychodzić z domu, ale 

czy muszą leżeć w łóżku? - spytała zrezygnowana 

Kerry. 

- Nie, chyba że poczują się bardzo źle lub wzroś­

nie im temperatura - odparła Kat. - Wiele dzieci 

przechodzi ospę dość łagodnie, zwłaszcza takie silne 

i wysportowane maluchy jak wasze. Jedynym prob­

lemem jest powstrzymać ich, żeby się nie drapali 

- wyjaśniła. — Inaczej może dojść do zakażenia 

i w efekcie do powikłań. W recepcji proszę poprosić 

o ulotkę dotyczącą ospy. Tam znajdą państwo infor­

macje, kiedy można chłopców posłać do przedszkola 

i co stosować, żeby złagodzić swędzenie. 

- Wielkie dzięki - odrzekł Kenneth, lecz wyglą­

dał na wystraszonego wizją trójki chorych dzieci 

w domu. - Teraz Kerry chciałaby z panią poroz­

mawiać. Dobra, brygado - zwrócił się do synów -

marsz do drzwi, tylko nie biec! 

- Mógłby równie dobrze nic nie mówić - zauwa­

żyła Kerry, gdy w korytarzu ucichł tupot maleńkich 

stóp. 

- Co mogę dla pani zrobić? - zaczęła Kat. - Nie 

jest pani chora na ospę, prawda? - Uśmiechnęła się 

do pacjentki, ale pod biurkiem trzymała kciuki. Ospa 

u dorosłych jest poważną, czasem nawet śmiertelną 

chorobą. 

- Nie! Przechodziłam ją w dzieciństwie. Zostało 

mi kilka blizn jako dowód. - Wskazała na nadgarstek. 

- Jestem ostatnio jakaś nie w sosie i nie wiem, czy nie 

złapałam jakiegoś pasożyta w pęcherzu i żołądku. 

Gdy Kat dokładnie wypytała Kerry o objawy, 

background image

CUDOWNY LEK 129 

przychodziła jej do głowy tylko jedna - lecz niewyo­

brażalna - diagnoza. Co prawda dziwniejsze rzeczy 

się zdarzały, pomyślała, gdy wysłała kobietę po prób­

kę moczu. 

Wynik testu był jednoznaczny, ale tak nieoczeki­

wany, że Kat powtórzyła go, zanim zwróciła się do 

Kerry: 

- Nie wiem, czy to będzie dobra wiadomość, czy 

zła, ale jest pani... w ciąży. 

- W ciąży? - krzyknęła zaskoczona Kerry i ze 

zdumienia zapomniała zamknąć usta. - Ale to niemo­

żliwe! Sama pani wie, jak trudno... Nawet in vitro... 

Kat chwyciła za słuchawkę. 

- Rose, czy Ben już jest wolny? 

- Będzie za chwilę - odparła recepcjonistka. - Ma 

przyjść do twojego pokoju? 

- Nie. Powiedz, żeby zaopiekował się potrójnym 

kłopotem państwa Kennedych i poproś ich tatę, żeby 

przyszedł do mnie. 

Zastanawiała się, jak Ben wybrnie z tego zadania. 

Z Samem i Joshem radził sobie znakomicie, ale oni 

nie są tak nieznośni jak synowie Kennetha i Kerry. 

Po niecałej minucie pan domu zjawił się w pokoju. 

- Jakiś problem, pani doktor? - Zmarszczył czoło 

ze zmartwienia i przytulił żonę. 

- To nie jest tak naprawdę problem. 

- Mówi, że jestem w ciąży - powiedziała Kerry 

drżącym głosem. - Zrobiła test dwukrotnie, za każ­

dym razem... 

- Jasny gwint! - Pod mężczyzną nogi się ugięły. 

Przepraszam za te słowa. Tylko proszę mi nie 

mówić, że to znów trojaczki! 

background image

1 3 0 JOSIE METCALFE 

Po kilku minutach państwo Kennedy opuścili ga­

binet. Kat podążała za nimi, gnana ciekawością, jak 

Ben poradził sobie z powierzonym mu zadaniem. 

Zamiast widoku dewastacji jak po przejściu hura­

ganu, ujrzała trzech małych rozrabiaków siedzących 

grzecznie i słuchających w pełnym zauroczeniu Bena 

czytającego bajkę o upartym koźle. 

Następnym razem Kat zobaczyła Bena, gdy mijali 

się w wejściu do gabinetu. 

- Ben! - Przytuliła go mocno, łzy szczęścia po­

płynęły jej po policzkach. - Dzwonili ze szpitala. 

Sam się obudził. Chodź! 

Spodziewała się, że podąży za nią, lecz on stał, 

jakby wrósł w ziemię. 

- Odwiedzę go później - odparł ponuro. - Mam 

coś... Kat, nie mogę... Muszę z tobą porozmawiać. Im 

szybciej, tym lepiej. 

Miała złe przeczucia. Chwilę wcześniej niemal fru­

wała z radości, a teraz strach ją sparaliżował. 

- Nie możemy porozmawiać w drodze do szpita­

la? - zaproponowała. - Chcę złapać doktora Ros-

sitera i podziękować mu za to, co zrobił dla Sama. 

- Ja... On... - Ben pokręcił głową. - Kat, wiem, że 

to jest fatalny moment, żeby ci to mówić, ale... 

Nie patrzył jej w oczy. Czy naprawdę aż tak żałuje 

tamtej nocy, że... 

- Wyjeżdżasz! - Oblał ją zimny pot. - Nie mo­

żesz! Nie teraz, kiedy cię potrzebuję, kiedy wszyscy 

cię tak bardzo potrzebujemy! Co z gabinetem? Co 

z twoimi pacjentami? Nie poradzę sobie sama! 

- Rozmawiałem rano z Simonem. Powiedział, że 

background image

CUDOWNY LEK 131 

chętnie zająłby moje miejsce po wygaśnięciu kon­

traktu - oznajmił z przekonaniem. 

Szybkie spojrzenie na twarz Bena powiedziało jej, 

że nic nie zmieni jego decyzji. 

Gdyby nie zrobiła... Gdyby oni nie zrobili... 

Obserwowała, jak od tamtej nocy stawał się coraz 

bardziej niedostępny. 

- Muszę cię prosić o przysługę - ciągnął, a ona 

niemal wybuchnęła śmiechem, słysząc niestosow­

ność tego życzenia. - Mogę zostawić u ciebie swoje 

rzeczy do czasu, aż będę wiedział, dokąd pojadę? 

- Och Ben... - Łzy napłynęły jej do oczu i zmieni­

ły obraz Bena w ciemną, rozmazaną plamę. 

- Kat? Jeszcze tu jesteś? - usłyszała głos Rose. -

Chciałaś złapać tego chirurga. 

- Już jadę. - Miała nadzieję, że recepcjonistka 

nie usłyszała, jak tłumione emocje zniekształciły jej 

głos. 

- Nie musisz się przejmować tym lekarzem, Kat -

rzucił Ben, gdy wreszcie ruszyła w stronę samocho­

du. - A Sam wyzdrowieje, zobaczysz! 

Zajęła miejsce w samochodzie i odprowadziła 

go wzrokiem do drzwi gabinetu. Jak powie o tym 

synom? Josh przestał żywić do Bena negatywne 

uczucia, stał się na powrót beztroskim jedenastolat­

kiem. Sam od razu polubił Bena i najpewniej spo­

dziewał się, że jego idol zobaczy, jak wychodzi ze 

szpitala. 

Z trudem opanowała łzy i zapaliła silnik. Dziś 

miała się dowiedzieć, jak poszła operacja. Nie może 

sobie pozwolić na chwile słabości, nie w tym mo­

mencie. 

background image

132 JOSIE METCALFE 

- Cześć, mamo! -wychrypiał Sam, kiedy tylko ją 

zauważył. 

- Witaj, słoneczko. Jak się czujesz? - Objęła go 

i niemal się rozpłakała. 

- Kiedy przyjdzie Ben? - zapytał chłopiec, a gdy 

zbyt długo nie otrzymywał odpowiedzi, ciągnął: -

Wiesz, że on był tam, na operacji? Wiesz, że wsadzał 

mi do nosa te rurki i inne takie? Chcę go zapytać, jak 

to wyglądało. 

Kat pamiętała głos Bena dochodzący zza drzwi, 

gdy kazano jej wrócić do pokoju Sama. Zawsze bę­

dzie mu wdzięczna za to, że nie zawiódł jej syna. 

- Pewnie nie będzie mógł ci opowiedzieć do­

kładnie o tym zabiegu, bo go tam nie było - zauwa­

żyła. 

Stwierdziła, że na razie Sam jest w bardzo dobrym 

stanie. Czekała tylko, aż ktoś powie jej, jakie są 

prognozy. 

- On tam był! - upierał się chłopiec. - Rozmawia­

liśmy o domku na drzewie. We dwóch narysujemy 

plany, ale pewnie pozwolimy Joshowi z nami go 

budować. 

- To dobrze. 

Sam w końcu poddał się środkom nasennym i za­

mknął powieki. Kat w tym czasie zastanawiała się, 

jak spełni marzenie syna o domku na drzewie, gdy 

Bena już nie będzie. Nie miała też pojęcia, jak mu 

powie, że wyjechał. Lecz z pewnością na to jeszcze 

jest za wcześnie. 

Recepcja zaczynała się wypełniać pacjentami, gdy 

Kat wróciła ze szpitala. 

background image

CUDOWNY LEK 133 

- Świetnie, że już jesteś - powiedziała Rose, wrę­

czając jej słuchawkę. - To pani K. 

- Tu doktor Leeman. W czym mogę pani pomóc? 

- Proszę wznieść toast, pani doktor. - Kat domyś­

liła się, że Kerry śmieje się szeroko. - Godzinę temu 

zrobiono mi badania. 

- I? - zapytała Kat. 

- To bliźniaki! - zawołała. - Nie wiem, jakim 

cudem to się stało. Mój mąż siedzi teraz i w kółko 

powtarza: „Na szczęście to nie trojaczki". 

- Przynajmniej ma czas, żeby się oswoić z tą 

myślą. 

- I zbudować kolejną sypialnię - dodała Kerry. 

Kat rzuciła okiem na zegarek i kiedy usłyszała, że 

na razie ciąża rozwija się normalnie, skończyła roz­

mowę, gdyż przed drzwiami stal pierwszy pacjent. 

Chciała jeszcze przed dyżurem zamienić słowo 

z Benem, ale nie miała już na to czasu. 

- Dlaczego, kiedy chcę skończyć o czasie, wszyst­

ko sprzysięga się przeciwko mnie? - wymamrotała. 

Wyłączyła komputer i sięgnęła po torebkę. Od­

nosząc koszyk z kartami pacjentów do recepcji, usły­

szała głos Josha. 

- Cześć, mamusiu! Idziemy do domu? 

- Cześć, Josh. Co tu robisz? 

- Ben poprosił mnie, żebym przyszedł - odparł 

beztrosko chłopiec. - Powiedział, że musi gdzieś 

pojechać i że wie, że nie lubisz, jak z Samem zo­

stajemy sami w domu. 

- Ben wyjechał? - zapytała spanikowana. 

Po chwili skarciła się w myślach za swą głupotę. 

background image

1 3 4 JOSIE METCALFE 

Ostatnim razem, gdy wbiegła do pokoju Bena, 

wszystko było na miejscu. Tym razem będzie ina­

czej. 

- Powiedział, że ci o tym mówił - kontynuował 

chłopiec, nieświadomy sensu swoich słów. Zarzucił 

plecak na ramię i przytrzymał jej drzwi. - Wiesz, 

kiedy wróci? Chciałem mu się pochwalić klasówką 

z biologii. Nic nie rozumiałem, dopóki on mi nie 

wytłumaczył. Byłem najlepszy w klasie! 

Kat z trudem znalazła odpowiednie słowa, by po­

gratulować synowi. 

Emocje nakazywały jej pobiec na górę i przekonać 

się, czy Ben wyjechał na zawsze, ale najpierw musi 

nakarmić syna, sprawdzić jego pracę domową, a po­

tem zawieźć go do brata do szpitala. 

I nie ma po co iść do jego pokoju. Dom był bardzo 

pusty, co mogło znaczyć tylko jedno: Ben wyniósł się 

na dobre. 

Ukryła twarz w dłoniach. Jak ma się skupić na 

pacjentach, gdy bez przerwy będzie się zastanawiać, 

w którym momencie popełniła błąd. Nie miała poję­

cia, czym go od siebie odstręczyła. 

- Myślałam, że był szczęśliwy, spędzając czas 

z nami - mruknęła. Serce jej pękało, kiedy przypomi­

nała sobie, jak dobrze pasował do jej rodziny. Wy­

glądał na radosnego. Do tamtej nocy. 

To dlatego wyjechał? Uświadomił sobie, że nie 

mógłby żyć pod jednym dachem z kobietą, przez 

którą zdradził pamięć żony? 

Jeśli jest pierwszą osobą, przed którą się otworzył, 

to nawet nie zaczął przepracowywać tej straty. Jego 

background image

CUDOWNY LEK 135 

wyrzuty sumienia musiały skończyć się oskarżenia­

mi wobec niej. 

Dość naiwnie dostrzegła promyk nadziei w fakcie, 

że większość rzeczy Bena dalej była w pokoju. Leża­

ły w walizkach i czekały, być może, na wynajętą 

firmę transportową. 

Musi się w sobie zebrać. Epidemia ospy szalała 

w najlepsze, telefony zaniepokojonych rodziców się 

urywały. Jeśli chce pogodzić pracę w gabinecie i od­

wiedziny u Sama w szpitalu... 

Na jej biurku telefon zadzwonił po raz kolejny, 

przerywając zaklęte koło myśli. 

- Doktor Leeman, doktor Khan chciałby poroz­

mawiać z panią w wolnej chwili - powiedziała 

Rose. 

- Doktor Khan? Ach tak. Ten ortopeda, do które­

go odesłałam pana Aldariniego. Przełącz go, proszę. 

- Doktor Khan czeka w recepcji - odrzekła Rose 

lekko podekscytowana. 

- W takim razie już wychodzę - odparła Kat 

z uśmiechem, który szybko zniknął, gdy przypomnia­

ła sobie, że wygląda jak siedem nieszczęść. - Pomo­

cy! -jęknęła. Szybko sięgnęła po szczotkę do wło­

sów i pomadkę. 

Po niecałych dwóch minutach pojawiła się na ko­

rytarzu. 

- Witam, doktorze. - Uśmiechnęła się, wchodząc 

do recepcji. 

Elegancko ubrany mężczyzna odłożył jedną z za­

bawek dla małych pacjentów i wyprostował się. 

Był młodszy, niż się spodziewała. Miał czarne, 

głęboko osadzone oczy i ciemnozłotą karnację. 

background image

1 3 6 JOSIE METCALFE 

- Jeśli to pani nie obrazi, proszę mówić do mnie 

Razak - rzekł miękkim głosem. 

- Ja mam na imię Kat. Proszę usiąść. Mogę za­

proponować panu kawę? - Musieli przejść przez tego 

typu formalności 

- Nie, dziękuję. Przejeżdżałem obok i postanowi­

łem wstąpić. Nie chcę zabierać pani dużo czasu -

rzekł otwarcie. - Rose już mi powiedziała, jak bardzo 

jest pani zajęta pacjentami i synem w szpitalu. Cieszę 

się, że wszystko poszło dobrze. 

- Ja również - odparła szczerze. - To cudowne, 

że każdy dzień przynosi poprawę. Naprawdę obawia­

łam się najgorszego. 

- Cóż, moi pacjenci nie są zazwyczaj w tak cięż­

kiej sytuacji - przyznał. - Zazwyczaj chodzi o złago­

dzenie bólu, jak w przypadku pana Aldariniego. 

- Zastanawiałam się, czy to dlatego pan tu zawi­

tał. Czy coś się stało? 

- Absolutnie nic - uspokoił ją z rozbrajającym 

uśmiechem. - Pan Aldarini jest tylko jednym z powo­

dów, dla których tu jestem. Dochodzi do siebie po 

zabiegu, choć zdecydowanie za długo odwlekał ope­

rację. Przede wszystkim chciałem powiedzieć, że od­

kąd pracujemy w parach, udaje nam się przeprowa­

dzić dużo więcej operacji niż wcześniej, ale ja zo­

stanę tu jeszcze tylko kilka miesięcy. Potem wracam 

do mojego kraju, by otworzyć nowy oddział. Muszę 

więc nabrać jak najwięcej doświadczenia. Gdyby 

miała pani osoby w sytuacji podobnej do stanu pana 

Aldariniego, to proszę kierować je bezpośrednio do 

mnie. 

Kat zamrugała ze zdziwienia powiekami. Zazwy-

background image

CUDOWNY LEK 137 

czaj nie miała wpływu na to, do jakiego lekarza 

trafiają jej pacjenci. 

- Co na to pańscy przełożeni? - spytała. 

W końcu, gdy Razak wyjedzie, ona będzie musiała 

się dogadać ze starą gwardią oddziału ortopedycz­

nego. 

- To nie problem - odparł. - Oni nadal pracują po 

staremu i ich listy oczekujących ciągną się kilomet­

rami. 

Kat podziękowała doktorowi Khanowi za propo­

zycję. Nie wiedziała, kiedy znajdzie czas, by przej­

rzeć karty pacjentów w poszukiwaniu tych, którzy 

mogliby skorzystać z oferty ortopedy, choć zdawała 

sobie sprawę, że musi to zrobić. Dla dobra tych, 

którzy cierpią. 

- To bardzo przystojny mężczyzna - powiedziała 

Rose, gdy Razak zamknął za sobą drzwi. -I myślę, że 

mu się spodobałaś. 

- Sprawiał wrażenie miłego - zgodziła się Kat. -

Ale słyszałaś, że za kilka miesięcy wraca do ojczyz­

ny. Więc nie nastawiaj się za bardzo, chyba że chcesz, 

żebym z nim wyjechała - zażartowała Kat. 

To kolejny mężczyzna, który najpierw by ją 

uwiódł, a potem zostawił. 

Gestem pokazała odbierającej kolejny telefon 

Rose, że wychodzi. Jeśli chce mieć siły na wizytę 

u Sama, musi coś zjeść. Gdy przekręcała klucz, by 

zamknąć drzwi, usłyszała, że dzwoni jej prywatna 

linia. Z głupią nadzieją, że usłyszy głos Bena, ot­

worzyła drzwi i pobiegła do telefonu. 

- Jest tam mój tata? - usłyszała zapłakany głos 

dziewczynki. 

background image

1 3 8 JOSIE METCALFE 

- To chyba pomyłka - odrzekła delikatnie. - Wiesz, 

z jakim numerem chciałaś się połączyć? 

- Pani to doktor Leeman, prawda? - zaszlochała 

dziewczynka. - Tata dał mi ten numer. 

- Jestem doktor Leeman, ale... 

- To mój tata u pani pracuje - dziewczynka wpad­

ła jej w słowo. - Opowiadał, że mieszka u pani, że 

nazywa się pani Kat... I ma dwóch synów, Josha 

i Sama, i... staram się z nim skontaktować, ale nie 

mogę! 

Kat przez moment tępo wpatrywała się w słuchaw­

kę, a po chwili olśniło ją, że rozmawiała z córką 

Bena. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Dziecko dalej szlochało, a ona cały czas trawiła 

pierwszą informację. Minęło dużo czasu, zanim Ben 

opowiedział jej o swojej żonie, ale o córce nie napo­

mknął ani słowem. 

- Starałam się z nim skontaktować i powiedzieć 

mu, że mam ospę, ale on nie odbiera telefonu... I pie­

lęgniarka szkolna powiedziała, że mogę wracać do 

domu, ale nie wiem, gdzie on jest. I on dal mi ten 

numer i... 

Więc obie nie wiemy, gdzie Ben się podział, po­

myślała Kat. Miała jednak ważniejszy problem do 

rozwiązania, a była nim zrozpaczona dziewczynka. 

- Spokojnie, kochanie - powiedziała. - Weź głę­

boki oddech i powiedz, jak masz na imię. 

- L-Laura-jęknęła dziewczynka. 

- L-Laura - powtórzyła Kat, imitując jąkanie się 

dziewczynki, na co ta zareagowała chichotem. - Masz 

pod ręką kogoś, z kim mogłabym porozmawiać i do­

wiedzieć się... 

- Pielęgniarka jest ze mną - przerwała jej Laura. 

- Korzystam z jej telefonu. 

Jej głos zamarł, a w słuchawce odezwała się doros­

ła kobieta. 

- Doktor Leeman? Nazywam się Joan Coriffis, 

jestem pielęgniarką w szkole Świętego Bernarda. 

background image

1 4 0 JOSIE METCALFE 

Czy może pani skontaktować się z tatą Laury i prze­

kazać mu, że powinien odebrać córkę? Muszę prosić 

o to rodziców mieszkających najbliżej szkoły, żeby 

móc dbać o dzieci tych, którzy są za granicą. Sama 

mam dużą rodzinę, ale zajmowanie się dziesiątkami 

dzieci może przyprawić o ból głowy. 

Kat słyszała o szkole imienia Świętego Bernarda 

- prestiżowa, z internatem, niedaleko stąd. Pewnie 

dlatego Ben wybrał pracę w Ditchling. 

No i mogła się domyślać, jak osamotniona czuła 

się dziewczynka, pozbawiona kontaktu z ojcem. Szyb­

ko przemyślała sprawę. 

- Nie jestem w stanie skontaktować się teraz z oj­

cem Laury. A czy ja mogłabym odebrać małą? 

Nastąpiła długa, nieco krępująca cisza, absolutnie 

zrozumiała w takiej sytuacji. Nagle Kat usłyszała 

głos w tle informujący pielęgniarkę, że ma dwóch 

następnych pacjentów, i najwyraźniej w tym momen­

cie decyzja została podjęta. 

- Jeśli będzie miała pani przy sobie dowód oso­

bisty i coś, co potwierdzi, że ojciec Laury faktycznie 

u pani pracuje - odrzekła w pośpiechu. - Proszę 

przynieść to do gabinetu lekarskiego, w sekretariacie 

wskażą pani drogę. A teraz przepraszam najmocniej, 

ale muszę kończyć... Do zobaczenia, doktor... 

Pielęgniarka odłożyła słuchawkę zanim zdążyła 

sobie przypomnieć nazwisko Kat, lecz trudno ją było 

za to winić. 

Kat nie wyobrażała sobie pracy z dziesiątkami 

dzieci. Wystarczyło, że do jej gabinetu przychodziły 

pojedynczo lub dwójkami... Trójkami w wypadku 

synów państwa K. 

background image

CUDOWNY LEK 

141 

Reszta popołudnia upłynęła jej w natłoku zajęć. 

Sprawdziła, czy wirus ospy nie jest groźny dla Sama, 

który właśnie przyjmował kortykosteroidy. Jej oba­

wy okazały się nieuzasadnione, skoro jej syn miał już 

tę chorobę za sobą. 

W łóżku Bena zmieniła pościel. Poprosiła Rose, 

by w razie, gdyby wróciła później, zaopiekowała się 

Joshem. Jakimś cudem wygospodarowała jeszcze go­

dzinę, by odwiedzić Sama. Chłopiec miał już dość 

siedzenia w jednym miejscu, znudziły mu się nawet 

gry komputerowe, więc rozpoczął walkę o powrót do 

domu. 

- Jakbym nie miała wystarczająco dużo na głowie 

- mruknęła do siebie Kat, gdy przemierzała korytarze 

renomowanej szkoły. - Chyba zwariowałam! 

Lecz gdy przed gabinetem ujrzała małą sierotkę 

spoglądającą w jej kierunku pięknymi, zielonymi 

oczami Bena, uznała, że postępuje słusznie. 

- Czy ty jesteś Kat? - spytała nieśmiało dziew­

czynka. Miała najwyżej jedenaście lat, ale już było 

widać, że niedługo będzie tak piękna jak jej matka. 

- To jest doktor Leeman - poprawiła Laurę pielę­

gniarka, gdy sprawdziła dowód tożsamości Kat. 

- Ale możesz mówić do mnie po imieniu -powie­

działa Kat. Gorączkowe wypieki i szklane oczy Lau­

ry sugerowały, że czym szybciej dziewczynka trafi 

do łóżka, tym lepiej. - Czy ktoś przygotował jej 

kosmetyczkę i trochę ubrań? Powinnyśmy wyjechać 

jak najszybciej. 

- Spakowałam się sama - wtrąciła nieśmiało Lau­

ra. - Chciałam zabrać ulubione książki i ubrania. 

- Świetny pomysł. - Kat uśmiechnęła się do niej, 

background image

142 JOSIE METCALFE 

a potem przeniosła wzrok na Joan Coriffis. - Widzę, 

że ułatwię pani sytuację, zabierając Laurę. 

Jej słowa niemal utonęły we wrzawie dziecięcych 

krzyków i pospiesznych nawoływań. 

- Oczywiście, dziękuję bardzo. -Niemal siłą wcis­

nęła w dłoń Kat jej dowód. -I niech doktor Rossiter 

powiadomi nas, kiedy Laura wydobrzeje na tyle, aby 

wrócić do szkoły. 

Kat mrugnęła, gdy usłyszała takie samo nazwisko 

jak to, które nosił nieuchwytny chirurg, powstrzyma­

ła się jednak od poprawienia pielęgniarki. Jeśli z taką 

łatwością myli nazwiska dzieci, to epidemia ospy 

faktycznie ją wykańcza. 

Cóż, przynajmniej Laura nie będzie jednym 

z dziesiątków dzieci wymagających opieki. Kat po­

stanowiła, że zajmie się nią z taką samą troską i mi­

łością, z jaką jej mama, Lorraine, opiekowałaby się 

córką. 

Ironią losu był fakt, że Kat próbowała przekonać 

Richarda do kolejnego dziecka, gdy stwierdzono 

u niego białaczkę. Powinna uważać, by nie traktować 

małej jako substytutu córki, której nie miała, a której 

tak bardzo pragnęła. Teraz musi wymyślić, jak pogo­

dzić pracę, opiekę nad chorym dzieckiem i odwiedzi­

ny u Sama w szpitalu. 

Ale gdy przyszło do realizacji skomplikowanego 

planu, wszystko poszło gładko. Fakt, że akurat nad­

szedł weekend, ułatwił sytuację, a poza tym Josh 

w ogóle nie przejawiał wrogości wobec Laury. Powo­

dem tego była najpewniej wdzięczność, jaką okazy­

wała dziewczynka, gdy chłopiec cokolwiek dla niej 

robił. Laura szybko wracała do zdrowia, tak że po 

background image

CUDOWNY LEK 143 

dwóch dniach spędzała większość czasu na dole z ro­

dziną Leemanów. 

Najważniejsze jednak było to, że stan Sama po­

prawiał się dużo szybciej, niż ktokolwiek się spodzie­

wał. Chłopiec coraz lepiej widział, a bóle głowy 

minęły bezpowrotnie. 

- Wygląda na to, że operacja zakończyła się cał­

kowitym sukcesem - powiedział Jon Fox-Croft i wrę­

czył jej wyniki ostatnich badań. - Sam miał wielkie 

szczęście, że operował go ktoś taki jak Ben Rossiter. 

Kat zdawała sobie sprawę, że jej syn nie jest jesz­

cze kompletnie zdrów. Regularne badania kontrolne 

są koniecznością, zawsze istnieje możliwość nawro­

tu, ale póki co... 

Jedynego powodu do zmartwienia dostarczał jej 

Ben, który nawet nie zadzwonił, by zapytać, jak 

się miewa chłopiec. Była pewna, że troszczy się 

o nich na tyle, że nawiąże jakiś kontakt. Ale, skoro 

Laura z nimi mieszka, miała gwarancję, że zobaczy 

Bena, gdy ten przyjedzie odebrać córkę. Wtedy spró­

buje się dowiedzieć, dlaczego nie wspomniał o niej 

ani słowem. 

Z pewnością się jej nie wstydził. Jest przecież 

uroczą dziewczynką, bystrą i inteligentną, świetnie 

radzącą sobie w szkole, mimo że internat ewidentnie 

jej nie odpowiada. 

- Sam i Josh mają szczęście - powiedziała Laura 

w sobotę wieczorem, gdy Kat kazała chłopcom 

sprzątnąć po kolacji ze stołu. - Chciałabym mieszkać 

z tatą i chodzić do normalnej szkoły, jak kiedyś. 

- Spojrzała na Kat, jakby sprawdzała jej reakcję. 

- Wiem, że to zabrzmi głupio, jeśli powiem, że czuję 

background image

1 4 4 JOSIE METCALFE 

się samotna, kiedy dookoła jest tylu ludzi, ale tęsknię 

za nim. 

To była kolejna rzecz, którą Kat zamierzała po­

wiedzieć Benowi, gdy wreszcie się pojawi. Jego cór­

ka potrzebuje go jako ojca na co dzień, a nie w cha­

rakterze sporadycznego gościa. 

Nastał niedzielny wieczór, gdy Kat uznała, że ko­

niecznie musi zrobić pranie, bo inaczej Josh pójdzie 

do szkoły w brudnych dżinsach, a Sam i Laura przez 

cały dzień będą paradować w piżamach. 

- Lauro, kochanie, daj mi ubrania, które chcesz 

mieć na jutro czyste, to wrzucę je do pralki. Ty też, 

Josh. Tylko dopilnuj, żeby wszystkie skarpetki trafiły 

do kosza. I nie zostaw nic pod łóżkiem. 

- Ale Laura miała zagrać ze mną na komputerze 

- skrzywił się Josh. 

Kat tylko się ucieszyła, że- chłopiec znów zacho­

wuje się jak normalne dziecko. Czy z powrotem za­

mknie się w sobie, gdy usłyszy, że Ben wraca tylko 

po to, by odebrać córkę i wziąć swoje rzeczy? 

- Chodź, Josh, ścigamy się! - Laura wyzwała go 

na pojedynek i popędziła w kierunku schodów. 

- Przepraszam cię, Lorraine - wyszeptał Ben, klę­

cząc przy kamieniu nagrobnym. Powoli zapadał 

zmierzch. Pierwsze łzy paliły go jak ogień i zarazem 

szczypały jak lód. - Przepraszam za tyle błędów, tyle 

głupich decyzji. - Drżącym palcem nakreślił jej imię 

na zimnej płycie. 

Kamień był taki świeży i nowy, wykute litery tak 

wyraźne, jakby wyryto je wczoraj. 

- Wiem, że nie mogłem powstrzymać tej choro-

background image

CUDOWNY LEK 145 

by, która cię zabiła, ale gdybym wcześniej cokolwiek 

zauważył... - Pokręcił ze smutkiem głową. 

Lorraine zapadła niespodziewanie w śpiączkę, a to 

pozbawiło go możliwości pożegnania jej. Nie mógł 

jej powiedzieć, jak bardzo ją kocha, i że ta miłość 

przetrwa. 

To dzięki Kat i jej synom zdał sobie sprawę, że 

zamykanie się w sobie robi wszystkim więcej krzyw­

dy niż pożytku. Na samo wspomnienie, że to jego 

wiedza umożliwiła odpowiednie zdiagnozowanie sy­

na Kat i zapewniła mu właściwe leczenie, oblewał go 

zimny pot. 

- A ile innych osób czeka jeszcze na pomoc? -

szepnął. Po raz pierwszy zwątpił w słuszność ścieżki, 

jaką obrał po śmierci żony. Czy popełnił straszny 

błąd, rezygnując ze specjalizacji, która tak go kiedyś 

pochłonęła, że nie zauważył choroby Lorraine? 

Przynajmniej nie zawiódł Sama. Było za wcześnie 

na wyciąganie pochopnych wniosków dotyczących 

przyszłości chłopca, ale wszystko wskazuje na to, że 

Sam miał wielkie szczęście. Wszystkie niebezpiecz­

ne symptomy ustąpiły po usunięciu guza. Teraz po­

zostaje mieć nadzieję, że nie będzie nawrotów. 

A ile jest jeszcze dzieci, których rodzice liczą na 

podobne szczęście? 

- Co powinienem zrobić, kochanie? - zapytał 

drżącym głosem, ale w głębi serca wiedział, że podjął 

już decyzję. 

Ołowiana kula przygnębiających uczuć powoli sta­

czała się z jego piersi i umożliwiała mu coraz głębsze 

oddychanie, a fala ciepła przetoczyła się przez jego 

ciało, gdy przed oczami jego wyobraźni stanęła Kat. 

background image

1 4 6 JOSIE METCALFE 

- Nigdy cię nie zapomnę, Lorraine - powiedział 

nieco pewniejszym głosem, kiedy zrozumiał, co po­

winien uczynić. - A ty... polubiłabyś Kat. Jest podob­

na do ciebie: pracowita, cierpliwa, czuła. Jej synowie 

pokochaliby cię tak mocno jak Laura. 

Do obrazka w myślach dołączył też swoją córkę 

i po raz pierwszy odważył się ujrzeć w swojej wizji 

możliwy do zrealizowania scenariusz. 

- Ale byłem głupi! - zawołał. 

Co go, u licha, opętało, gdy postanowił, że krótko­

terminowe kontrakty na stanowisku internisty mu wy­

starczą? Jego cenne umiejętności polegają na czymś 

innym. Nadszedł czas, by przestał wreszcie je marno­

wać. Zbyt wiele dzieci go potrzebuje. 

Pogładził opuszkami palców płatki czerwonej ró­

ży, którą ułożył pod kamienną płytą. Jego ręka już nie 

drżała, była spokojna, opanowana. Tak opanowana, 

jak powinna być dłoń najlepszego neurochirurga. 

- Na mnie już czas - powiedział zdecydowanym 

głosem. - Nigdy cię nie zapomnę, ale muszę zoba­

czyć Kat i wyjaśnić jej... powiedzieć jej, że... 

Że co? 

Czy wreszcie zaczął coś rozumieć? 

- Tak. Mniej więcej to. - Po raz ostatni zerknął na 

grób kobiety, dla której zawsze będzie miejsce w jego 

sercu, i udał się w kierunku samochodu. 

Kiedy pomyślał, że wraca do Kat, zaczął biec. 

Ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewał, był widok 

córki otwierającej przed nim drzwi. 

- Tato! - pisnęła Laura i natychmiast rzuciła mu 

się na szyję. - Wróciłeś! 

background image

CUDOWNY LEK 147 

- I niemal ogłuchłem - zażartował i mocno przy­

tulił do siebie dziewczynkę. 

Kiedy ona tak bardzo urosła? Jakim cudem 

umknęło to jego uwadze? Czy naprawdę dotąd ist­

niały dla niego wyrzuty sumienia? I co Laura robi 

w domu Leemanów? 

- Mam ospę! - obwieściła, jakby bladoróżowe 

kropki po kremie nie mówiły same za siebie, ale 

nawet chorobowe krosty nie mogły przesłonić jej 

rozkwitającej urody. - Kiedy nie odbierałeś telefonu, 

porozmawiałam z mamą Sama i Josha i ona poroz­

mawiała z pielęgniarką i pojechała po mnie. 

- To wszystko wyjaśnia - rzekł z uśmiechem, nad 

głową córki widząc Kat. 

- O, tato, mam dla ciebie list od pani Coriffis. 

Położyłam go... -Wyrwała się z jego objęć i podeszła 

do stolika w korytarzu. 

Leżał na nim cały asortyment przeróżnych przed­

miotów: torebka Kat, zawsze w pogotowiu w razie 

ewentualnego telefonu od pacjenta, kluczyki do sa­

mochodu, niewielka sterta różnej korespondencji, tej, 

która właśnie przyszła, i tej jeszcze nie wysłanej. 

Laura podniosła jedną z kopert i podeszła do ojca. 

- Popatrz, tatusiu - rzekła za śmiechem. -Napisa­

li „pan Rossiter" zamiast „doktor". Chyba zapom­

nieli, że jesteś neurochirurgiem. 

Kat otworzyła szeroko oczy, mimowolnie rozchy­

lając usta. Niemal było słychać, jak trawi tę infor­

mację. 

Dopiero po chwili odzyskała oddech. 

Ben nazywa się Rossiter? Jest tym słynnym neu­

rochirurgiem? Czy wobec tego cokolwiek, co jej 

background image

148 

JOSIE METCALFE 

mówił, było prawdą? Na miłość boską, przecież na­

wet nie zna jego imienia! Nie miała też pojęcia, czy 

ten człowiek w ogóle ma uprawnienia, by pracować 

jako internista, czy może ona zatrudniła kogoś, kto 

się nie nadaje do tej pracy? 

Zalała ją fala wściekłości. Ale kiedy już miała 

wybuchnąć, Ben popatrzył jej w oczy i z proszącą 

miną pokręcił głową. Całym sobą błagał, by poczeka­

ła, aż wszystko jej wyjaśni. Nie chciał, by dzieci były 

świadkami ich dyskusji. 

- Cześć, Ben! - zawołał wesoło Sam, niespodzie­

wanie przerywając pełną napięcia ciszę. - Opowiada­

łem mamie, że rozmawiałeś ze mną w sali operacyj­

nej o domku na drzewie. Zaczniemy jutro? 

- To zajęcie na weekend, Sam- odparł Ben. Cały 

czas zerkał na Kat, niemal bał się spojrzeć w inną 

stronę. - W ciągu tygodnia musimy pracować, ale 

jeszcze nie przedyskutowałem tego z twoją mamą... 

- Zawahał się, uważnie dobierając słowa. - Musimy 

się upewnić, że zaakceptuje nasz projekt, a nie mamy 

go nawet jeszcze na papierze. 

-

 Teraz go narysuję - zaproponował chłopiec. 

- Nie dziś, kochanie - powiedziała stanowczo 

Kat. - Już czas iść do łóżka. 

To była prosta konwersacja, rutynowe nakłanianie 

dzieci do ułożenia się do snu. Rozmowa, która ma 

nastąpić później, będzie dużo trudniejsza. Kat nie 

wiedziała, czy kiedykolwiek się po niej pozbiera. 

Wreszcie Ben utulił Laurę do snu i zszedł na dół. 

Próbowała usiąść w fotelu w salonie, ale napięcie, 

jakie się w niej skumulowało, nie dawało jej spokoju. 

background image

CUDOWNY LEK 149 

Potem poszła do kuchni, ale dopóki suszarka nie skoń­

czyła cyklu, nie miała tam nic do zrobienia. 

- Czy jest szansa na filiżankę kawy? - spytał Ben. 

Ben? Gdy przypomniała sobie, że nie wie, czy to 

jego prawdziwe imię, niemal straciła nad sobą kont­

rolę. 

- Nie miałem nic w ustach od czasu śniadania 

w hotelu, niedaleko cmentarza, gdzie leży Lorraine. 

Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu głęboko 

w oczy. Coś się w nim zmieniło od czasu, kiedy go 

ostatnio widziała. Był zmęczony podróżą, ale po raz 

pierwszy, odkąd się poznali, nie widziała na jego 

przystojnej twarzy tego przygnębiającego smutku. 

Więcej też było w nim energii. 

- Nic nie jadłeś? - powiedziała, idąc w stronę 

kuchni. 

Nie potrafiła zapanować nad swoim instynktem 

opiekuńczym. Włożyła porcję mrożonej lasagne do 

mikrofalówki i przygotowała dwa kubki. Kawa bez-

kofeinowa to dobry pomysł przy jej skołatanych ner­

wach. 

Stała przez chwilę, oplatając palcami parujący ku­

bek, i tępo wpatrywała się w obracający się talerz 

kuchenki mikrofalowej. W końcu nerwy jej puściły. 

- Nie wytrzymam dłużej! - Uderzyła kubkiem 

w blat. Kawa chlusnęła na ścianę i podłogę. - Jak 

mogłeś tak po prostu wyjechać? - zawołała. - Jak 

mogłeś tak najzwyczajniej w świecie odejść? 

- Bo jestem głupi - odparł szczerze i uśmiechnął 

się z zakłopotaniem. - To samo powiedziałem dziś 

Lorraine, kiedy... -Urwał, gdy zorientował się, że Kat 

go nie rozumie. - To tam pojechałem. Zrozumiałem, 

background image

1 5 0 JOSIE METCALFE 

że musiałem parę spraw przemyśleć, pogodzić się 

z demonami z przeszłości, podjąć kilka decyzji doty­

czących przyszłości. 

- I to wszystko? - spytała ze złością. - A może też 

powinieneś kogoś przeprosić, wyjaśnić mnóstwo 

kłamstw! - Patrzyła mu prosto w oczy. - Zacznij 

może od tego, jak się nazywasz! Benjamin Ross czy 

Benjamin Rossiter? 

- I tak, i tak - odparł wymijająco - bo jak już 

wyrobisz sobie markę, nie możesz robić niczego in­

nego. Wszyscy myślą, że zostałaś wyrzucona za nie­

dopatrzenia lub... Kat, dasz mi opowiedzieć wszystko 

od początku? Może wtedy mnie zrozumiesz. 

- Ale zastrzegam sobie prawo do stawiania pytań. 

- Zgoda. 

Milczał przez chwilę, jakby się zastanawiał, od 

czego zacząć. 

- Może rozpocznij od faktu, że twoja żona umar­

ła, a ty oddałeś córkę do szkoły z internatem - pod­

powiedziała. - Swoją drogą, będziesz miał niezłą 

przeprawę, jeśli zechcesz ją namówić, żeby tam wró­

ciła. Bardzo za tobą tęskniła i czuła się samotna. 

Chce chodzić do normalnej szkoły z Samem i Joshem 

i wracać na noc do domu. 

- Też bym tego chciał. Strasznie mi jej brakowało 

- przyznał. - Ale kiedy przyjmowałem te krótkoter­

minowe kontrakty, ona potrzebowała spokoju i stabi­

lizacji. Nie mogłem jej cały czas ciągać za sobą. 

- Więc ciągle się przeprowadzałeś? I dlaczego 

w ogóle postanowiłeś zostać internistą? - zapytała, 

przeszywając go wzrokiem. 

- Miałem wyrzuty sumienia - odrzekł bez ogró-

background image

CUDOWNY LEK 151 

dek. - Miałem potworne wyrzuty sumienia z powodu 

tego, że nie zdołałem wyleczyć mojej żony, że musia­

łem się poddać. - Uniósł ramiona w obronnym geś­

cie. -Myślałem nawet, żeby całkowicie rzucić medy­

cynę, ale nie mogłem się na to zdobyć. Zawsze prag­

nąłem się tym zajmować. - Widząc, że Kat go nie 

rozumie, dodał: - Miałem wrażenie, że w ten sposób 

skrzywdzę mniej osób. Gdybym miał jakiekolwiek 

wątpliwości w kwestii diagnozy, miałbym do kogo 

się zwrócić o radę. 

- Ale... 

- Kiedy jest się neurochirurgiem, sprawa wygląda 

inaczej - przerwał jej. - Tak, dysponujesz całym 

zespołem bardzo doświadczonych asystentów i po­

mocników, w sali operacyjnej masz całą tę wymyśl­

ną technologię, ale w momencie podejmowania de­

cyzji, czy należy zrezygnować, czy usunąć jeszcze 

odrobinę guza, by dać pacjentowi większe szanse na 

przeżycie, cała odpowiedzialność spada na jedną 

osobę. W takich momentach ryzykujesz, że ktoś stra­

ci wzrok, koordynację ruchów, osobowość! Nagle 

uznałem, że nie mogę już tego robić. Nie ufałem 

sobie. 

- Ale zoperowałeś Sama - powiedziała przez ści­

śnięte gardło, zdziwiona, że słowa przez nie przeszły. 

Nigdy nie podejrzewała, że neurochirurgia może być 

tak stresująca. 

- Nie mogłem go nie operować - rzekł wprost. 

- Miałem prawie pewność, co powoduje u niego te 

bóle głowy, ale gdy już postawiono diagnozę, nie 

potrafiłem go przekazać w czyjeś inne ręce, skoro 

miał się nim zająć najlepszy chirurg. 

background image

1 5 2 JOSIE METCALFE 

- Jaki jesteś skromny! - zakpiła i natychmiast się 

uśmiechnęła, widząc, jak Ben się czerwieni, zawsty­

dzony brzmieniem własnych słów. - Wiem, co miałeś 

na myśli. Sprawdziłam twoje nazwisko w Internecie. 

Chciałam ci podziękować za to, co zrobiłeś dla Sama. 

- Naprawdę nie ma za co. - Pokręcił głową. -

Cieszę się, że wszystko poszło dobrze, mimo że dłu­

go nie operowałem. Obawiałem się, że narażam Sa­

ma... Ale kiedy już stałem nad nim, czułem się tak, 

jakbym nie miał żadnej przerwy. Wróciła koncentra­

cja, konieczna do odpowiedniego oddzielenia raka od 

zdrowej tkanki. Szósty zmysł, który podpowiada, czy 

zatrzymać się, czy posunąć odrobinę dalej... 

- I odkryłeś, że ci tego brakowało. 

To nie było pytanie. Kat już wszystko zrozumiała. 

- Potrzebowałeś czasu, żeby przekonać się, że 

pomysł rzucenia neurochirurgii był kompletnie chy­

biony i mimo niesłusznych wyrzutów sumienia z po­

wodu śmierci Lorraine, robiłeś błąd, zmuszając się do 

pozostania internistą. 

- Właśnie tak - odpowiedział. - Zdałem sobie 

sprawę, że chcę, muszę wrócić do operowania. I masz 

rację, to było swego rodzaju wyzwanie. Ale nie żału­

ję tego, bo inaczej nigdy bym nie poznał ciebie ani 

twoich synów. Bez was pewnie dochodziłbym do 

siebie latami. Pokazaliście mi, co jest w życiu naj­

ważniejsze. - Wzruszył ramionami. - I zobaczyłem, 

że jest jeszcze wielu takich Samów, a neurochirur­

gów zawsze brakuje. 

- Zwłaszcza tych pierwszorzędnych - zażarto­

wała. 

Pomyślała, że tym razem straciła go na dobre. Ben 

background image

CUDOWNY LEK  1 5 3 

zabierze Laurę do domu, a jego stary szpital powita 

go z otwartymi rękami. A w tym czasie ona... 

- Dostałem propozycję pracy w tutejszym szpita­

lu - oznajmił. 

Zapadła głucha cisza. 

- Jon Fox-Croft, ten neuroradiolog, który był czę­

ścią zespołu... 

- I który przedstawił mi wyniki badań, żebym nie 

mogła cię zobaczyć. - Kolejna część układanki zna­

lazła swoje miejsce. 

- Mówiłem mu przed operacją, że nie jestem pe­

wien, czy chcę wrócić do zawodu, ale w sali opera­

cyjnej przekonałem się, że... bez tego nie mogę żyć. 

Jon to zauważył. Powiedział, że chcą tu zrobić cent­

rum neurochirurgii, gdzie przyjeżdżaliby pacjenci 

z całego kraju. 

- Przyjmiesz tę pracę? - Wstrzymała oddech w o-

czekiwaniu na odpowiedź. 

Jeśli tak, on i Laura będą całkiem niedaleko. Ale 

czy ona to wytrzyma, skoro pragnie więcej? 

- Pod jednym warunkiem. - Podszedł do niej blis­

ko. - Kocham cię, Kat. Chcę wiedzieć, czy spaliłem 

za sobą wszystkie mosty. A może w przyszłości prze­

baczysz mi i mnie pokochasz? I zgodzisz się być 

drugą mamą dla Laury. 

- Kocham Laurę - przyznała z łatwością. Roz­

nosiła ją radość na myśl o tym, że wszystko, o czym 

marzyła, jest w zasięgu ręki. - Zawsze mi brakowało 

córki, a Laura jest dobra i miła, mimo że przez ospę 

czuje się dosyć marnie. 

- A ojca Laury też kochasz? - spytał z cieniem 

niepewności w swych zielonych oczach. 

background image

154 

JOSIE METCALFE 

Czy ich wspólne dziecko odziedziczy ten kolor, 

tak jak Laura? Sama świadomość, że mogłaby nosić 

w sobie jego dziecko, wystarczała, by rozpłynęła się 

z radości, a wizja łączącej ich przyjemności... 

- Oczywiście, że cię kocham - odparła cicho. -

I nie ma dla mnie znaczenia, jak się nazywasz czy co 

robisz, skoro kochasz mnie i możemy być rodziną. 

- Och, Kat! - Uniósł ją i radośnie obrócił się kilka 

razy wokół własnej osi, a potem ją pocałował, by nie 

pozostawić żadnych wątpliwości co do swych uczuć. 

- Wyjdź za mnie jak najszybciej - poprosił, gdy 

w końcu zdołali oderwać się od siebie. - Mając w do­

mu trzy przyzwoitki, nie możemy ryzykować spania 

razem, a każda kolejna noc bez ciebie będzie dla 

mnie męczarnią. 

- Zgadzam się - powiedziała. Wsunęła palce w je­

go włosy i przyciągnęła go do siebie. Jej usta drżały 

ze zniecierpliwienia. - Ale w międzyczasie... 

KONIEC