background image

Tytuł oryginału 

DEEP STING

Opracowanie graficzne Studio Graficzne FOTOTYPE

Redaktor MIRELLA REMUSZKO

Redaktor techniczny ELŻBIETA STEFAŃSKA

Copyright© 1991 by Carles D.Taylor

background image

For the edtion

Copyright © 1993 by Wydawnictwo M izar Sp. z o.o.

Published in cooperation with

Wydawnictwo Amber SP. z o.o.

ISBN 83-7082-206-1

Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

Warszawa  1993. Wydanie I

Skład: Zakład FOTOTYPE w Milanówku

Druk: Łódzka Drukarnia Dziełowa

Moim synom 

Jackowi i Benowi

background image

Prolog

„Whisky   na   skałkach”.   To   wydarzyło   się   tak   dawno.   Przed 

dziesięcioma laty? A może jeszcze dawniej? Wtedy, gdy mieszkała w 

Anglii? Czy żyli jeszcze Ken i Cory?

-   „Whisky   na   skałkach”   -   mruknęła   cicho   Corinne,   czytając 

informację prasową sprzed laty.

background image

Na jej twarzy pojawił się przelotny uśmiech.

Typowe dla Amerykanów - pomyślała. - Amerykański dziennikarz 

nie   napisałby   nawet   małej   notatki,   nie   wymyśliwszy   uprzednio 

czegoś, co przyciągnie uwagę czytelnika.

My, Brytyjczycy, nie uznajemy czegoś takiego. „Skałki” to amery-

kańskie określenie kostek lodu, a jedynie dzikusy wrzucają lód do 

dobrej whisky. Nazywają to „whisky na skałkach”.

Rosjanie nie mają poczucia humoru, ale sens tego określenia nie 

jest im obcy i musieli uznać, że tytuł został wymyślony po to, by ich 

dotknąć i obrazić.

Świat   zapewne   niewiele   obeszła   informacja   o   tym,   że   radziecki 

okręt   podwodny   klasy   „Whisky”   wpadł   na   skały   w   pobliżu 

szwedzkiej   bazy   Karlskrona.   Prasa   różnych   krajów   zamieściła 

zapewne   na   ten   temat   tylko   suche,   zwięzłe   informacje,   bez 

przyciągających   uwagę   tytułów.   Jedynie   Amerykanie   wymyślili 

„Whisky na skałkach”.

Corinne małymi łyczkami popijała swoją whisky i czytała informa-

cję o uwięzionych pod Karlskroną Rosjanach - popełniali jeden błąd 

za drugim.

Ten   złoty   płyn,   który   sączyła,   był   niewątpliwie   darem   bogów. 

Poruszyła szklaneczką i usłyszała brzęk kostek lodu.

Nabierasz   barbarzyńskich   nawyków,   panienko   -   pomyślała. 

Przyszło   jej   do   głowy,   że   teraz,   choć   jest   Kanadyjką,   musi 

zachowywać   się   jak   Jankesi.   Whisky   z   lodem   dłużej   zachowuje 

aromat. I nie wypija się

jej dwoma łykami, lecz rozkłada się przyjemność na dłużej. Stąd te 

„skałki” lodu.

background image

Jak, u diabła, dowiedzieli się, że lubię whisky? - pomyślała, ale 

natychmiast odpowiedziała sobie sama: KGB wie wszystko.

To   właśnie   oni   wyposażyli   spiżarnię   tego   domku   na   maleńkiej 

wyspie, nie zapominając nawet o whisky. Corinne znajdowała się o 

jakieś   sto   kilometrów   na   południe   od   Vancouveru,   gdzie   miała 

niewielkie, ale przyjemne mieszkanko. Wysepka należała do Stanów 

Zjednoczonych i ona, Corinne, musiała się nauczyć zachowywać tak 

jak Jankesi.

Odłożyła przeczytaną kartkę na stolik, z dala od szklanki ocieka-

jącej wilgocią, jaka zwykle pokrywa naczynia wypełnione lodem. W 

powietrzu   również   czuło   się   wilgoć,   o   wiele   większą   niż   w 

Vancouverze.

Tekst zatytułowany „Whisky na skałkach” znalazła w bibliotece w 

Vancouverze.   Mówiąc,   że   artykuł   będzie   jej   potrzebny   do   jakichś 

zajęć na uniwersytecie, zrobiła sobie kopię. Teraz mogła raz jeszcze 

przeczytać to doniesienie o bezmyślności Rosjan, którzy wygłupili 

się u wybrzeży Szwecji. Po powrocie z biblioteki spakowała do małej 

walizeczki   tylko   kilka   osobistych   rzeczy.   Sąsiedzi   nie   powinni   się 

zorientować,   że   nie   będzie   jej   przez   jakiś   czas.   Potem   promem 

przepłynęła zatokę Departure i autobusem pojechała na południe, 

do   Victorii.   Tu   przenocowała.   Następnego   dnia   odbyła   kolejną 

podróż promem, tym razem  do Seattle w USA. Przesiadła  się na 

autobus   i   jadąc   na   północ,   dotarła   do   Anacortes,   gdzie   prze-

nocowała,   by   następnego   dnia   dopłynąć   na   jedną   z   wysepek   ar-

chipelagu San Juan. Wykupiła bilet powrotny, żeby nie wzbudzać 

żadnych podejrzeń.

Lektura   artykułu   nie   przyniosła   niczego   nowego.   Związek 

background image

Radziecki   od   dawna   robił   wszystko,   żeby   w   razie   potrzeby   móc 

zneutralizować   jednostki   marynarki   wojennej   krajów 

skandynawskich. Do operacji używano okrętów podwodnych klasy 

„Whisky”   i   miniaturowych   łodzi   podwodnych,   a   także 

płetwonurków,   którzy   sporządzali   dokładne   mapy   wybrzeża 

zaznaczając na nich linie i punkty komunikacyjne, budynki rządowe 

i inne obiekty.

Tak naprawdę nigdy nie wyrzekli się myśli o wojnie, pomyślała.

Dawno temu, gdy jeszcze studiowała na Oxfordzie, jej przyjaciele z 

ruchu   lewicowego   zastanawiali   się   nad   tymi   problemami.   Żeby 

przeżyć, trzeba być zawsze gotowym do odparcia ataku, i nikt lepiej 

niż Rosjanie tego nie rozumiał.

To prawda, obecny okres nazywano epoką jawności i przebudowy.

Redukowano arsenały atomowe i zawierano porozumienia. Panował 

pokój, rozwijała się współpraca międzynarodowa, a stosunki między 

Moskwą   i   Waszyngtonem   nigdy   nie   były   tak   dobre,   jak   właśnie 

teraz.   Nie   zaprzestano   jednak   działalności   wywiadowczej.   Było 

oczywiste,   że   kiedy   likwiduje   się   część   uzbrojenia,   trzeba 

rozbudować wywiad. Rosjanie wiedzą, że należy być przygotowanym 

na każdą ewentualność. Zwłaszcza że druga strona nadal dysponuje 

ogromną siłą ofensywną, której może użyć w każdej chwili.

Wyglądało na to, że Kreml znów zamierzał użyć swoich miniatu-

rowych łodzi podwodnych do jakiejś operacji. Tym razem, po raz 

pierwszy zaangażowano i ją. Właśnie dlatego znalazła się tutaj, na 

jednej z wysepek San Juan, na północ od Seattle. Jej zadaniem było 

obsługiwanie   stacji   radiowej,   która   może   okazać   się   przydatna   w 

toku   operacji.   Czy   istotnie   zostanie   wykorzystana,   jeszcze   nie 

background image

wiedziała.   Mówiono   jej   jedynie   to,   co   uważano   za   stosowne   i 

konieczne.

Jej łącznik wspomniał mimochodem, że po incydencie u wybrzeży 

Szwecji programem wykorzystania okrętów podwodnych w akcjach 

wywiadowczych zajmuje się człowiek, z którym może się zetknąć w 

czasie   tej   operacji.   Corinne   nie   musiała   się   zbytnio   wysilać,   by 

zrozumieć, że szwedzka afera nie tylko zdekonspirowała działania 

miniaturowych   łodzi   podwodnych,   ale   uświadomiła   ludziom   z 

Kremla słabe punkty dotychczasowego programu. Łącznik dodał, że 

człowiek, któremu być może będzie musiała udzielić pomocy, miał 

opinię wręcz genialnego stratega, umiejącego przewidzieć najbliższe 

wydarzenia, a co najważniejsze przekonać do swoich racji ludzi, od 

których   zależała   strategia.   A   wobec   przemian   w   stosunkach 

radziecko-amerykańskich,   wobec   taktyki   Gorbaczowa   i   Jelcyna,   a 

wreszcie wobec wydarzeń z sierpnia 1991 roku wszelkie działania kół 

militarnych Moskwy były niezwykle utrudnione.

Szczęśliwie ów łącznik nie miał zbyt wygórowanego mniemania o 

jej inteligencji. Podzielił się z nią swymi spostrzeżeniami, gdyż chciał 

jej   zaimponować   i   dać   do   zrozumienia,   że   być   może   miała   do 

czynienia z kimś ogromnie ważnym. Wiedział, że życie agenta za-

instalowanego w Vancouverze jest monotonne, i sugerował, że teraz 

może się to zmienić. Z całą pewnością nie chodziło mu o ujawnienie 

jakichkolwiek   szczegółów   operacji   czy   zdradzenie   tożsamości 

człowieka, o którym mówił.

Trzeba spłacić zaciągnięty dług, pomyślała. Wiedziała, że nie da 

się   tego   uniknąć.   Sama   się   niegdyś   na   taką   współpracę   zgodziła. 

Anglia, uniwersytet, śmierć męża i córki - to wszystko było już takie 

background image

odległe...

A oni pokryli koszty jej przeniesienia się do Kanady, zorganizowali 

dokumenty, pomogli jej odnaleźć się w nowym świecie, zapewnili 

wcale wygodną egzystencję.

Zaczęła życie od nowa, a teraz przyszedł czas, żeby za to zapłacić. 

Wzruszyła ramionami...

ROZDZIAŁ I

Pożegnanie z Leningradem

Jak długo cię nie będzie?

- Długo. Może w ogóle nie wrócę - powiedział od niechcenia.

- Pytam   poważnie.   -   Od   kilku   lat,   kiedy   wyjeżdżał,   jego 

wyjaśnienia   były   coraz   bardziej   oschłe   i  enigmatyczne.   -  Musimy 

przecież wiedzieć, kiedy wracasz.

Mikołaj Koniew popatrzył uważnie na żonę, sprawdzając, czy nie 

zaczyna płakać. Ich dzieci dorastały. Wkrótce skończą szkołę średnią 

i   będą   zdawać   egzaminy   na   uczelnię.   Gala   zdawała   się   tego   nie 

dostrzegać. Było to typowe dla kobiety, która nie chce pogodzić się z 

upływem czasu ani ze zmianami, jakie zaszły w nich i ich dzieciach.

Zaczął się denerwować. Zdradzał to jego głos, gdy odpowiedział:

- Nie   mam   pojęcia.   Niczego   jeszcze   nie   ustalono.   Będziemy 

pracować   w   rejonie   Siewierodwińska,   a   gdy   zakończymy 

przygotowania... Nie wiem, co będzie dalej.

- Nie wracasz tutaj?

- Nie.   -   Po   chwili   milczenia   dodał:   -   A   w   ogóle,   jakie   to   ma 

znaczenie?

background image

- Mikołaju, jestem twoją  żoną  -  zaprotestowała. -  Mamy  od  lat 

wspólny  dom,  dwoje  dzieci,  które  będą   się   o  ciebie   dopytywały  i 

które   chcą   wiedzieć,   co   się   z   nami   dzieje.   Muszę   im   coś   od-

powiedzieć.

- Nie ma się nad czym zastanawiać. Jestem marynarzem.

Stanęła przy oknie i patrzyła na przepływający pod domem kanał. 

Woda niosła płatki kwiatów jabłoni. Odwróciła głowę mówiąc:

- Taki z ciebie żeglarz, jak ze mnie Katarzyna Wielka.

Wiedziała,   że   ma   rację.     Orientowała   się,   na   czym   polega   jego 

praca. Jeszcze przed kilkoma laty, kiedy byli sobie bliscy, opowiadał 

jej, co robi.

Zajmował   się   okrętami   podwodnymi   i   miał   opinię   genialnego 

stratega. Czytała niektóre z jego opracowań, zanim przekazał je do 

dowództwa   marynarki.   Był   autorem   „doktryny   Koniewa”,   która 

zakładała   działania   utrudniające   Amerykanom   dokonanie   ataku 

rakietowego na ZSRR. Chodziło o takie umocnienie bezpieczeństwa 

kraju, które by nie wprowadzało napięć do stosunków radziecko-

amerykańskich   i   nie   kolidowało   z   taktyką   Gorbaczowa   i   Jelcyna. 

Doktryna została rozbudowana, stawała się bardziej konkretna, ale 

on już od lat o niczym nie informował żony. Wiedziała jednak, że 

pracuje teraz dla wywiadu marynarki i że właśnie opracował plan 

wykorzystania dla celów wywiadowczych miniaturowych łodzi pod-

wodnych. To było przyczyną przeniesienia ich do Leningradu.

Potem przeszedł trening w specnazie - w oddziałach komandosów 

marynarki. Sam się tego domagał. Wtedy też zaczął się zmieniać - 

stał się ostry, nawet okrutny wobec niej i dzieci.

- Nie   mogę   ci   ujawnić   żadnych   szczegółów.   -   Koniew   wzruszył 

background image

ramionami.

- A co, może obawiasz się, że zatelefonuję do ambasady amery-

kańskiej i poinformuję ich o zadaniach, jakie masz wykonać? .

- Nie mów głupstw. - Stała się ogromnie irytująca. Czy tak jest ze 

wszystkimi kobietami, kiedy zaczynają się starzeć? Utyła, posiwiała. 

Czyżby tego nie dostrzegała? - Gdyby Amerykanie chcieli, wyciąg-

nęliby od ciebie wszelkie informacje. Lepiej więc, żebyś wiedziała 

jak najmniej.

- Co by mi zrobili? Torturowali?

Na   pewno   nie   próbowaliby   cię   uwieść   -   pomyślał,   a   głośno 

powiedział:

- Być może.

Patrzyła mu teraz prosto w oczy.

- Trudno określić to nasze rozstanie jako przyjazne - rzekła.

Przypomniały jej się czasy, kiedy przed rozłąką cały dzień spędzali 

w  łóżku,  kiedy  na   godzinę  przed  odpłynięciem  okrętu  wpadał  na 

chwilę   do   domu,   żeby   raz   jeszcze   się   z   nią   pokochać.   A   teraz... 

Wczoraj wieczorem wrócił do domu pijany i zasnął w fotelu.

Wstał z krzesła, wziął ze stolika czapkę i włożył ją, sprawdzając 

przed lustrem, czy dobrze wygląda. Potem przerzucił sobie płaszcz 

przez ramię. Co miała na myśli, mówiąc o przyjaznym rozstaniu?

- Tak będzie lepiej - mruknął. Gdyby zachowywała się mądrzej, 

ich życie wyglądałoby inaczej. W łóżku była jeszcze niezła. – Kiedy 

wrócę, wszystko się zmieni - dodał. - Jeśli w ogóle wrócę.

W jej oczach pojawiły się łzy.

- Mikołaju, nie mów tak, proszę. Wrócisz, wrócisz  na  pewno.  - 

Podbiegła   i   przytuliła   się   do   niego,   zarzuciła   mu   ręce   na   szyję   i 

background image

zaczęła

gorąco całować, muskając językiem jego zimne wargi.

Przytulił ją na moment, ale nie oddał namiętnego pocałunku. Nie 

znosił łez. Zawsze go drażniły. Odsunął ją od siebie, wyjął chustkę i 

wytarł usta umazane szminką.

- Żegnaj   i   pozdrów   dzieci.   -   Otworzył   drzwi,   a   wychodząc   nie 

zmusił się nawet do uśmiechu. Usłyszał za sobą stuknięcie i zgrzyt 

przekręcanego w zamku klucza.

Zamknąwszy   drzwi   Gala   również   otarła   usta,   poirytowana 

własnym wybuchem. Ten skurwysyn na pewno nie jest tego wart, 

pomyślała.

Pożegnanie z Siewierodwińskiem

Koniew ostrożnie przewrócił się na bok i wstał z łóżka. Nie miał 

najmniejszej ochoty obudzić Anny, która cicho chrapała  z twarzą 

wtuloną   w   poduszkę.   Myślał   o   swoim   śnie   i  nie   chciał,   by   Anna 

rozpraszała jego uwagę. Nie interesował się nią zbytnio. Po prostu 

dawała mu możliwość wyładowania się i odprężenia, co mężczyźnie 

w jego sytuacji było ogromnie potrzebne.

Kiedy mu nie przeszkadzano, potrafił „programować” własne sny. 

Może nie były to sny we właściwym tego słowa znaczeniu. Raczej 

projekcja   marzeń.   Mógł   odtwarzać   ich   poszczególne   fragmenty   i 

kontrolować   to,   o   czym   myślał   i   na   co   patrzył.   Miał   również 

świadomość,   gdzie   się   znajduje   i   co   się   wokół   niego   dzieje. 

Najczęściej takie senne marzenia nawiedzały go wczesnym rankiem, 

kiedy granica między snem a jawą zaciera się niemal zupełnie.

background image

Teraz w sennych marzeniach znajdował się na Bałtyku. Płynął, a 

raczej   leciał   wśród   szaroniebieskich   przestworzy   w   swojej 

miniaturowej łodzi podwodnej, która zachowywała się jak samolot. 

Był   to   pojazd   wyjątkowy.   Wytwór   jego   wyobraźni,   wiedzy   i 

najnowocześniejszej   technologii.   Mógł   pozostawać   w   zanurzeniu 

nawet tydzień, a przygotowanie go do operacji trwało zaledwie kilka 

godzin. Pojazd z trzyosobową załogą mógł przeniknąć do każdego 

portu,   zebrać   potrzebne   informacje   wywiadowcze,   rozłożyć   miny, 

przewieźć płetwonurków - słowem, wykonać każde zadanie cicho i z 

ogromną precyzją.

Przed   laty   ówczesny   dowódca   Marynarki   Radzieckiej   admirał 

Siergiej   Gorszkow   zlecił   młodemu   obiecującemu   oficerowi, 

Mikołajowi   Koniewowi,   opracowanie   programu   szpiegowsko-

dywersyjnych akcji

okrętów   podwodnych.   Dotychczasowe   działania   były   prowadzone 

nieudolnie,   co   z   szokującą   brutalnością   ujawniła   kompromitacja 

okrętu   podwodnego   klasy   „Whisky”   pod   Karlskroną.   Gorszkow 

intuicyjnie   wyczuł,   że   taki   człowiek   jak   Koniew   potrafi   dokonać 

przełomu,   zaplanować   coś   nowego.   Używane   dotąd   okręty 

podwodne,   napędzane   silnikami   diesla,   były   zbyt   stare,   zbyt 

powolne, i zbyt głośne.

Młody   oficer   umiał   wyczarować   w   swojej   wyobraźni   nową 

generację miniaturowych łodzi podwodnych, zdolnych do długiego 

przebywania pod wodą i do prowadzenia przez kilka dni operacji bez 

wsparcia ze strony wielkich okrętów podwodnych spełniających rolę 

baz. Zauważył jednak, że marynarze obawiali się zaprojektowanych 

przez   niego   małych   pojazdów   podwodnych.   I   zrozumiał   to,   co 

background image

uchodziło   uwagi   starszych   oficerów:   że   nowy   sprzęt   musi   być 

obsługiwany przez nowe pokolenie marynarzy o innych niż dotąd 

kwalifikacjach,   że   operować   mini-łodziami   będą   mogli   jedynie 

komandosi specjalnie przygotowani do pracy pod wodą. Rozpoczęto 

więc   szkolenie.   Wybrano   grupę   najlepszych,   najtwardszych   i 

najinteligentniejszych. Koniew również przeszedł taki trening, żeby 

lepiej   rozumieć   mentalność   i   potrzeby   komandosów.   Po 

przeszkoleniu ogólnym przyszła kolej na zgłębianie tajników obsługi 

miniaturowych łodzi podwodnych. Przygotowano kilka zgranych i 

doświadczonych załóg.

...Anna chrapała i postękiwała przez sen. Uznał, że będzie mógł 

wstać nie budząc kochanki. A może lepiej od razu się jej pozbyć? Od 

tygodnia zaspokajała jego potrzeby i w zasadzie wszystko byłoby w 

porządku, gdyby nie pewne podejrzenia...

Siewierodwińsk leży na końcu świata. Niegdyś była to po prostu 

ostatnia stacja kolejowa za kołem polarnym. Wiosną miasto otaczał 

ocean błota nie do przebycia. Krótkie lato przechodziło szybko w 

jesień,   która   niosła   ze   sobą   ciemności   i   pierwsze   lodowate 

podmuchy. Siewierodwińsk miał też swoje zalety: leżał na uboczu, 

poza zasięgiem obserwacji amerykańskich satelitów szpiegowskich i 

był  doskonałym  miejscem,  by  dokonać   ostatnich  przygotowań   na 

„Gorkim” do oczekującej ich operacji. Wywiad ustalił wprawdzie, że 

Amerykanie   zmienili   kurs   jednego   ze   swoich   satelitów   tak,   żeby 

mógł wykonywać zdjęcia portu i wpływających oraz wypływających 

okrętów,  ale  nikt  się  tym  specjalnie  nie  przejął. Niebo  zakrywała 

ustawicznie   gruba   warstwa   chmur,   uniemożliwiająca   wykonanie 

zdjęć „Gorkiego” i najnowocześniejszych urządzeń elektronicznych, 

background image

jakie   znajdowały   się   na   tym   okręcie   podwodnym.   Żeby   się 

czegokolwiek dowiedzieć, trzeba by mieć agenta na miejscu.

Wstając   ostrożnie   z   tapczanu   Koniew   przypomniał   sobie 

człowieka,

który kilka dni temu zwrócił jego uwagę. Był ubrany jak robotnik ze 

stoczni i nie rozstawał się z torbą z narzędziami. Po raz pierwszy 

zauważył   go,   kiedy   któregoś   wieczoru   szedł   z   Anną   do   kina. 

Dostrzegł go ponownie, gdy wychodzili po filmie. Potem spotkał go 

jeszcze   kilka   razy   i   nabrał   pewności,   że   jest   śledzony.   Czego   ów 

człowiek mógł od niego chcieć? Było oczywiste, że interesowano się 

„Gorkim”.   Zapewne   Amerykanie   zauważyli,   że   okręt   wypłynął   z 

Leningradu   i   zawinął   do   Siewierodwińska.   Koniew   spojrzał   na 

śpiącą Annę. Czyżby ta kurwa...? Marzenia senne pierzchły.

Cicho podszedł do okna i lekko uchyliwszy zasłonę znieruchomiał. 

Wyjrzał na ulicę. Nie musiał długo czekać. W jego polu widzenia po 

drugiej stronie ulicy pojawił się mężczyzna. Nie patrzył w kierunku 

domu   i   okna,   ale   Koniew   nie   mógł   się   mylić.   Widział   już   tego 

człowieka.

Nadal tkwił przy oknie, starając się nie poruszyć zasłony. Czekał 

około   piętnastu   minut.   Mężczyzna   znowu   się   pojawił.   Szedł   z 

przeciwnej strony ulicy nie patrząc na ich dom. Koniew nie miał już 

wątpliwości.   Tamci   musieli   coś   wiedzieć   o   bliskim   terminie 

wypłynięcia „Gorkiego”. Czegoś się domyślali i węszyli. Teraz, kiedy 

Związek   Radziecki   był   krajem   otwartym,   mieli   tu   łatwy   dostęp   i 

trudno się było przed nimi ustrzec. A Anna... Popatrzył na śpiącą i 

uśmiechnął się z wyrazem okrucieństwa.

Przed południem już nie spotkał tego człowieka. Nie widział go w 

background image

porcie  ani   na   nabrzeżach.   Około  południa   pomyślał,   że   warto   by 

sprawdzić   Annę.   Przez   nikogo   niezauważony   wszedł   do   domu   i 

stanął   pod   drzwiami   pokoju.   Nasłuchiwał.   Było   tak,   jak   się 

spodziewał.   Usłyszał   męski   głos.   Stał   i   czekał.   Nie   miał   zamiaru 

spłoszyć tamtych. Na kursie specnazu nauczono go cierpliwości.

Usłyszał kroki zbliżające się do drzwi. Głos mężczyzny był teraz 

wyraźniejszy, dochodziło do niego każde słowo.

- Będziesz zamożną kobietą, jeśli się dowiesz, dokąd wypływają. 

Zresztą, chyba ci zależy na własnym bezpieczeństwie.

W głosie mówiącego wyraźnie wyczuwało się groźbę.

- Postaram się - usłyszał cichy głos Anny. - Zrobię, co będę mogła. 

Dla ciebie i dla mojego dziecka.

Koniew   zacisnął   usta.   Nie   powiedziała   mu,   że   ma   dziecko.   To 

dlatego   miała   nieco   obwisły   brzuch.   Czy   nie   można   już   wierzyć 

żadnej kobiecie?

- Wiesz, jak się ze mną skontaktować - mówił mężczyzna.

- Wiem i zrobię to, jak tylko czegoś się dowiem.

Koniew   ukrył   się   za   załomem   muru.   Drzwi   się   otwarły. 

Nieproszony

gość   zrobił   krok   w   kierunku   korytarza.   Koniew   poznał   go 

natychmiast.   Mężczyzna   w   pierwszej   chwili   nie   zauważył   go   i 

skierował się w stronę schodów.

Ostrze błyskawicznie przecięło mu gardło i tchawicę - nie darmo 

Koniew  ćwiczył  uderzenia   nożem   przez   wiele  tygodni.   Lewą   ręką 

przytrzymał osuwające się ciało, które konwulsyjnie drgało. Pchnął 

nogą przymknięte już drzwi i wciągnął dogorywającego szpiega do 

środka.   Wszystko   to   trwało   nie   więcej   niż   trzydzieści   sekund   i 

background image

odbyło się w całkowitej ciszy.

- Zamknij drzwi i nikogo nie wpuszczaj - syknął do Anny.

- Co robisz...? - Zdrętwiała z przerażenia, ale posłusznie wykonała 

polecenie.

Posadził   zamordowanego   w   fotelu   przy   stole.   Anna   stała   na 

środku   pokoju   i,   przerażona,   patrzyła   na   to   wszystko   szeroko 

otwartymi oczami. Była tak zaszokowana, że nie poruszyła się, kiedy 

podszedł do niej, lewą ręką chwycił za włosy i odchylił jej głowę do 

tyłu. Trzymanym w prawej ręce nożem zadał taki sam cios, jakim 

przed chwilą uśmiercił mężczyznę. I tym razem wszystko odbyło się 

bezgłośnie, bez żadnej  szarpaniny. Jej ciało nawet nie drgało. Po 

prostu obwisła i byłaby upadła, gdyby nadal nie trzymał jej za włosy.

Pociągnął ją teraz do stołu i posadził w drugim fotelu. Gdyby nie 

dziwacznie   przekręcone   głowy,  mogłoby   się   wydawać,   że  siedzą   i 

rozmawiają ze sobą.

Doskonałe pożegnanie z lądem - pomyślał. - A jej i tak miałem już 

powyżej uszu.

„Gorki”   odpłynął   wczesnym   rankiem.   Natychmiast,   gdy   minął 

falochron, zanurzył się w szarej wodzie oceanu.

Rozkładając   rzeczy   w   swojej   maleńkiej   kajucie,   Koniew 

zastanawiał się, kim naprawdę był mężczyzna, którego zabił, i co 

mógł wiedzieć o misji „Gorkiego”. Ale jeśli nawet coś wywąchał, to i 

tak nie miał już czasu, żeby to komukolwiek przekazać. Wypłynęli na 

tydzień przed planowanym terminem, żeby nie ryzykować, że gdzieś 

tam   w   głębinach   będzie   czekał   na   nich   jakiś   amerykański   okręt 

podwodny.

background image

Pożegnanie z Pietropawłowskiem

Patrzył   na   wspaniałe   ciało   Alix,   ale   ciągle   zerkał   na   jej   twarz. 

Wiedział, że na zawsze zapamięta te szare oczy, w których kryło się 

zaciekawienie.       Kiedy   się   kochali,   otworzył   oczy   i   stwierdził,   że 

wpatrywała

się w niego. I  tak było stale, gdy się pieścili i kochali. Zapytana, 

dlaczego tak mu się przygląda, odpowiedziała z całym spokojem, że 

właśnie wtedy widzi prawdziwego Mikołaja Koniewa. Dostrzega to, 

co się ukrywa pod maską zdecydowanego na wszystko oficera.

Miał świadomość, że nigdy dotąd nie spotkał takiej kobiety, i co 

więcej, nigdy już nie spotka.

- Proszę,   zostań   ze   mną.   -   Czyżby   to   był   jego   głos?   Czy   to 

naprawdę   on,   Mikołaj   Koniew,   prosił,   wręcz   błagał   kobietę,   żeby 

jeszcze kilka godzin pozostała z nim w łóżku?

Alix nie mieszkała w Pietropawłowsku. Była modelką i aktorką z 

Moskwy, gdzie zwrócił na nią uwagę admirał Aleksandrów. Spotkali 

się gdzieś na jakimś przyjęciu, admirał był nią oczarowany.

Gdyby Aleksandrów nie opuścił Moskwy, zostałaby po prostu jego 

kochanką,   ale   admirała   mianowano   dowódcą   bazy   okrętów 

podwodnych w Pietropawłowsku nad Pacyfikiem, a to był właśnie 

ostatni   port,   w   którym   zatrzymał   się   „Gorki”   przed   rejsem   przez 

Morze Arktyczne. Alix, gość admirała, miała niebawem powrócić do 

Moskwy,   gdzie   był   jej   świat,   gdyż,   jak   mówiła,   nadmiernie   już 

przedłużyła   swój   pobyt   w   tym   tak   odległym   od   stolicy   miejscu. 

Admirał  oczywiście   nie  wiedział,  że   zrobiła   to  nie  dla   niego,  lecz 

dlatego,   że   miał   się   tu   zjawić   Koniew.   Zajmowała   eleganckie 

background image

mieszkanie   niedaleko   bazy.   Admirał   mógł   ją   odwiedzać   bez 

zwracania uwagi rodzin mieszkających tu oficerów.

Tego   właśnie   wieczora   odbywało   się   przyjęcie   pożegnalne   dla 

oficerów z załogi odpływającego za kilka godzin „Gorkiego” i admirał 

wypił   o   kilka   kieliszków   wódki   za   dużo.   Żona,   acz   niechętnie, 

musiała zabrać go do domu przed końcem przyjęcia. Przy stole jej 

sąsiadem był kapitan pierwszej rangi, Koniew. Oczarował ją. Nigdy 

chyba nie spotkała mężczyzny, który budziłby w niej tyle uczuć i tyle 

pożądania.   Oczywiście   była   od   niego   starsza,   ale   jakie   to   miało 

znaczenie. Odnosił się do niej tak, jakby przy stole nie było nikogo 

innego. Żałowała, że nie mogła zostać dłużej. Jedyna korzyść, że mąż 

nie pójdzie już do tej swojej lafiryndy.

Położyła   się   do   łóżka,   ale   ciągle   jeszcze   marzyła   o   Koniewie. 

Wyobrażała sobie, że zaraz tu przy niej będzie, że ją obejmie i będą 

się   kochać.   Był   wspaniałym   mężczyzną.   Trudno   się   dziwić,   że 

kobiety tak się za nim oglądały.

W   tym   samym   czasie   Koniew,   obiekt   marzeń   admirałowej, 

odgarnął czarne włosy Alix z jej kształtnych piersi, pocałował ją i 

czekał na

odpowiedź. Milczała, koncern języka zwilżając wargi. Nie domyślał 

się, że była jego prośbą zaskoczona.

- Zostaniesz jeszcze u mnie?

Byli w jego pokoju hotelowym. Nawet Koniew nie zdobyłby się na 

to, żeby uwieść kochankę admirała w wynajmowanym przez niego 

mieszkaniu.

Patrzyła na Mikołaja z zaciekawieniem. Po raz pierwszy spotkali 

się przed dwoma laty w Leningradzie. Potem wiele o nim słyszała. 

background image

Był   mężczyzną   ogromnie   pociągającym   i   coraz   bardziej   ją 

interesował.

- Zostanę, jeśli powiesz mi uczciwie, dlaczego o to prosisz?

- Ponieważ to jest nasze ostatnie spotkanie. - Patrzył jej prosto w 

oczy i nie miała wątpliwości, że mówi poważnie.

- Dlaczego?

- Gdyż najprawdopodobniej za kilka tygodni umrę - odpowiedział 

spokojnie,   a   jednocześnie   z  takim   lekceważeniem,  jakby   mówił   o 

czymś całkiem naturalnym i błahym, a nie o własnej śmierci.

- Zostanę - wyszeptała, z trudem powstrzymując łzy. Wiedziała, że 

nienawidził takich reakcji u kobiet.

Następnego ranka stojąc przy oknie w swoim mieszkaniu patrzyła, 

jak „Gorki” wypływał z bazy w Pietropawłowsku. Widziała, jak zaraz 

po wyjściu z portu kiosk okrętu zanurza się w sinych falach. Poczuła, 

że łzy spływają jej po twarzy, i bezwiednie wyszeptała:

- Żegnaj, Mikołaju.

ROZDZIAŁ II

Harry Coffin, zanim podjął jakąś decyzję, lubił rozważyć wszystkie 

za   i   przeciw.   Oczywiście   jeśli   pozwalał   na   to   czas.   Ponieważ 

najczęściej   czasu   brakowało,   zazwyczaj   musiał   decydować,   nim 

wszystko przemyślał do końca. Tak też było w sprawie delfinów.

Sytuacja   polityczna   wprawdzie   radykalnie   się   zmieniła,   ale 

wojskowi oceniali ją nieco inaczej niż politycy. Byli zdania, że nadal 

istniało niebezpieczeństwo podjęcia przez wywiad radziecki próby 

penetracji bazy łodzi podwodnych klasy „Trident” w Bangor w stanie 

background image

Waszyngton.   Największej   i   najważniejszej   tego   rodzaju   bazy   na 

wybrzeżach Pacyfiku. Tym razem sygnały w tej sprawie nadeszły z 

centrali   CIA   na   Langley.   Żadnych   szczegółów,   żadnych   nazwisk. 

Ktoś, z kim Coffin utrzymywał stały kontakt, poinformował jedynie, 

że w mieście Siewierodwińsk, w którym znajdowała się radziecka 

baza okrętów podwodnych, w tym okrętów pełniących rolę baz dla 

mini-łodzi   podwodnych,   został   zamordowany   doskonale 

zakonspirowany agent CIA. Niczego więcej nie wiedziano. Zdjęcia 

satelitarne potwierdziły jedynie, że jeden okręt baza zniknął z portu 

w   Siewierodwińsku.   Sugerowano   więc   zaostrzenie   rygorów 

bezpieczeństwa w bazie w Bangor.

Coffin   naprawdę  przejął  się  tym,   że   CIA   w   oficjalnym  raporcie 

potwierdziła   niemożność   zweryfikowania   swoich   obaw.   To   go 

przekonało   o   konieczności   zastosowania   jakichś   dodatkowych 

zabezpieczeń.

Harry   Coffin   był   dowódcą   zespołu   tridentów   stacjonujących   w 

Bangor, wysoko cenionym admirałem, choć nie miał ani postawy, 

ani   psychiki   admirała.   Niewysoki,   szczupły,   bez   jednego   siwego 

włosa, w letnim białym mundurze marynarki wyglądał jak młodszy 

oficer. Co ważniejsze, myślał i zachowywał się wcale nie jak admirał.

Cóż więc począć z tymi delfinami? Oglądał je ze swoimi dziećmi 

jedynie w akwarium.  Sprawiały wrażenie inteligentnych i bystrych

zwierząt i z łatwością podbijały serca młodych widzów. To jednak za 

mało, by podjąć poważną decyzję.

Do propozycji odniósł się więc z rezerwą. Muszą mnie przekonać, 

skonstatował. Dopiero wtedy zdecyduję.

Ludzie z zespołu, którzy przybyli do Bangor, wcale nie przypomi-

background image

nali żołnierzy. Dowódca zameldował się w bazie po cywilnemu, z 

wartowni zatelefonowano więc do admirała Coffina z zapytaniem, 

czy oczekuje takiego osobnika. Trzej pozostali członkowie zespołu 

przypłynęli   jednostką,   która   wyglądała   jak   kuter   rybacki. 

Zatrzymano ich zresztą, zanim wpłynęli do bazy, jako że nikt nie 

uprzedził o ich przybyciu.

Ów   kuter   miał   pomieszczenie,   teraz   wypełnione   wodą,   które 

przypominało basen na złowione ryby.

Admirał Coffin uznał, że jeśli dowództwo zezwala komandosom na 

zachowanie nieregulaminowego stylu bycia, on nie będzie się w to 

mieszał. To nie jego sprawa.

Dowódca   grupy   zameldował   się   admirałowi   i   wręczył   mu 

przydział.   Z   dokumentu   Coffin   dowiedział   się,   że   ma   przed   sobą 

komandora   Rynga.   Komandor   natomiast   poinformował   go,   że 

mieszkańcy basenu zamontowanego na kutrze zostali wypuszczeni 

przed wpłynięciem do kanału Hood, żeby mogli znaleźć dla siebie w 

głębinach   świeże   pożywienie.   Ryng   dodał,   że   cały   jego   zespół, 

zarówno   zwierzęta,   jak   i   ludzie,   pracuje   o   wiele   lepiej,   kiedy   ma 

pełne żołądki. Admirał zareagował przytomnie zapraszając załogę do 

kantyny.

W czasie obiadu mógł stwierdzić, że ma do czynienia z ludźmi, 

którzy lubią swoją pracę i są zakochani w delfinach. Traktowali je 

tak, jak traktuje się ulubione psy, mówili o nich z miłością i znali 

dokładnie ich indywidualne cechy.

Dowódca zespołu, doskonale zbudowany komandor Ryng, był w 

wieku   admirała.   Wyraz   jego   twarzy   zdradzał   człowieka   o   silnym 

charakterze. Pozostali komandosi byli nieco młodsi. Wszyscy mili, 

background image

otwarci   i   weseli.   Admirał   nie   miał   wątpliwości,   że   polubi   tych 

chłopców.

Po obiedzie pojechali do portu i na nabrzeże. Bernie Ryng zmrużył 

oczy, przez chwilę patrzył na rozciągającą się przed nimi taflę wody, 

wreszcie zwrócił się do Tima Sullivana:

-   Uderz   w   gong   obiadowy,   niech   admirał   zobaczy   pozostałych 

członków zespołu.

Sullivan przyklęknął na kolano i jedną rękę, w której coś trzymał, 

włożył do wody. W chwilę potem w odległości jakichś stu metrów od 

nich na gładkiej tafli wody pojawił się wir, a sekundę później z wody 

wynurzyła się płetwa delfina. Zwierzę zmierzało w ich kierunku i gdy

podpłynęło   do   nabrzeża,   z   wody   wyłoniło   się   ciało   w   kształcie 

torpedy,   które   natychmiast   zniknęło   w   głębinie,   by   wkrótce 

wypłynąć tuż przed trzema mężczyznami. Nos delfina miał kształt 

butelki. Otwarty pysk ukazywał rząd ostrych zębów, które jednak nie 

wyglądały groźnie - wydawało się, że delfin uśmiecha się do ludzi. 

Wysokie czoło łagodnie przechodziło w opływowy kształt grzbietu. 

Osadzone po obu stronach głowy oczy z zaciekawieniem patrzyły na 

ludzi.

- Mam wrażenie, jakby mi się przyglądał.

- Bo   on   naprawdę   przygląda   się   panu,   admirale   -   wyjaśnił 

Sullivan.

- Delfiny mają bardzo ruchliwe oczy. Zawsze można się zorien-

tować, kiedy patrzą na nas - dodał Ryng. - Ten nazywa się Bull. 

Proszę się z nim przywitać.

Admirał Harry Coffin od dwudziestu pięciu lat służył na okrętach 

podwodnych   i   spotkał  się   z   wszelkimi  stworami   morskimi,   nigdy 

background image

jednak nie przyszło mu do głowy, że można się witać z delfinem. 

Niepewnym głosem powiedział:

- Hallo, Bull.

Delfin jeszcze szerzej otworzył pysk, jakby uśmiechał się całą gębą, 

podpłynął bliżej i pomachał płetwą.

- Bardzo   mi   przykro,   że   nie   potrafi   mówić,   ale   jest   wyraźnie 

zadowolony ze spotkania. - Ryng wziął na siebie rolę tłumacza. - 

Oczywiście możemy się z nim komunikować. Pokaż admirałowi, jak 

- zwrócił się do Sullivana.

Sullivan   wyjął   rękę   z   wody   i   wstał.   W   dłoni   trzymał   mały, 

błyszczący metalowy przedmiot.

- To   rodzaj   zabawki,   jako   dziecko   miał   pan   zapewne   taką   - 

wyjaśnił.   -  Nazywamy   to   świerszczykiem.   Gdy   naciśnie   się   górną 

część, wydaje dźwięk przypominający nieco ćwierkanie świerszcza.

- Kiedy byłem chłopcem, używaliśmy tego w nocnych podchodach 

-   wtrącił   Ryng.   -   To   ćwierkanie   pozwalało   odróżnić   swoich   od 

„wrogów”. Podobnie porozumiewają się między sobą delfiny, z tym 

że wydają bardzo wiele tonów: trzaski, świergotanie, gwizdy. Tim, 

zawołaj inne.

Sullivan   znów   przyklęknął   i   włożył   rękę   ze   świerszczykiem   do 

wody.   Nie   było   słychać   żadnego   dźwięku,   ale   po   kilkunastu 

sekundach na wodzie ukazały się jeszcze dwie płetwy.

- To Ernie i Chester, towarzysze Bulla - wyjaśnił Ryng.

Tim Sullivan, zanim się wyprostował, poklepał Bulla.

Admirał   nie   usłyszał,   gdy   nadeszli   dwaj   pozostali   członkowie 

zespołu

komandosów.   Tymczasem   Chester   i   Ernie   płynęły   do   nabrzeża   i 

background image

wychyliły łby z wody.

Obaj   komandosi,   którzy   do   nich   dołączyli   -   Danny   West   i   Len 

Todd - mieli na sobie kombinezony płetwonurków.

-   Czas   na   ćwiczenia   -   powiedział   Todd   i   wskoczył   do   wody. 

Podpłynął do jednego z delfinów i objął go rękami.

Tak, to mili chłopcy, pomyślał Harry Coffin.

Corinne   Foxe   cofnęła   się   o   kilka   kroków   i   patrzyła   na   swoje 

odbicie. Kwadratowe lustro stało na blacie drewnianego biureczka. 

Miało   niewielkie   rozmiary,   ale   można   było   zobaczyć   w   nim   całą 

sylwetkę.

Patrzyła na siebie krytycznie. Jak na kobietę dobiegającą czter-

dziestki  figurę ma  nie najgorszą, pomyślała. Ciemne blond włosy 

opadały   jej   na   ramiona.   Zielone   oczy   zachowały   blask   młodości. 

Skóra   na   twarzy   była   ciągle   gładka.   Wokół   oczu   nie   dostrzegła 

żadnych zmarszczek. Niewielka fałda tłuszczu na brzuchu nie była 

niczym   kompromitującym.   Nogi   proste,   muskularne   i   kształtne. 

Piersi   nieco   może   za   wielkie,   ale   jędrne.   Wszystko   byłoby   w 

porządku,   gdyby   jeszcze   istniał   mężczyzna,   dla   którego   warto   by 

było starać się tak dobrze wyglądać, przyszło jej do głowy.

Na razie nie miała nic do roboty i należało wykorzystać okazję, by 

się opalić. W stanie Waszyngton nie było to łatwe, a wyspy San Juan 

trudno porównywać z Hawajami. Taki piękny, słoneczny jesienny 

dzień jak dzisiejszy należał tu do rzadkości i trzeba go było przyjąć 

jako dar matki natury.

Wysepka była  jedną  z mniejszych w archipelagu. Od sąsiedniej 

wyspy, od strony północnej oddzielał ją kanał szerokości niespełna 

background image

tysiąca metrów. Dziś wyraźnie było widać tamtejsze drogi i pojazdy 

poruszające   się   po   nich.   Tutaj   panował   spokój   i   cisza.   Przez   jej 

wysepkę przebiegały jedynie dwie drogi utwardzane i kilka ścieżek 

dla pieszych. Prócz Corinne Foxe na wschodnim wybrzeżu w letnich 

domkach   mieszkało   kilku   rybaków,   którzy   przebywali   tu   tylko   w 

sezonie połowu ryb.

Spośród   kilkunastu   wysp   i   wysepek,   wchodzących   w   skład   ar-

chipelagu,   KGB   wybrało   właśnie   tę,   i   to   z   powodów,   których 

dokładnie   nie   znała.   Pomyśleli   o   wszystkim   i   doskonale 

zorganizowali tę placówkę.

Dom,   w   którym   zamieszkała,   wyposażyli   znakomicie.   Nie   do-

prowadzono tu wprawdzie elektryczności, ale lodówka była na gaz,

a pompę wodną i sprzęt radiowy zasilał mały generator. W łazience 

zaś   zainstalowano   prysznic   i   podgrzewacz   wody.   W   spiżarni   nie 

brakowało   niczego.   Nie   miała   telewizora,   ale   za   to   doskonałe 

przenośne radio. Nie zapomniano również o zapasie baterii.

Corinne   wyszła   na   taras.   Domek   stał   wystarczająco   daleko   od 

brzegu, żeby nie można go było dostrzec z przepływających łodzi. 

Zasłaniały go drzewa i krzewy. Przed domem stał drewniany stół i 

meble   ogrodowe.   Na   niewielkim   trawniku   leżał   nadmuchiwany 

materac. Rozciągnęła się na nim z przyjemnością i przymknęła oczy. 

Upały   minęły,   ale,   jak   na   wczesną   jesień,   było   bardzo   ciepło.   W 

powietrzu unosił się zapach jakichś ziół. Jedyne dźwięki, jakie do 

niej   docierały,   to   sygnał   boi   kołyszącej   się   na   falach   odpływu   i 

wrzask   przelatujących   nad   wyspą   mew.   Zdawało   się   mało 

prawdopodobne, żeby ktoś zajrzał do tej pustelni.

Usiadła i zdjęła obie części kostiumu kąpielowego.

background image

Trzeba się przyzwoicie opalić - pomyślała. - Jedyna okazja i na 

pewno nikt nie będzie podglądał z krzaków. A gdyby nawet...

Ułożyła się wygodnie na brzuchu i rozkoszowała ciepłem promieni 

słonecznych.

To jest dopiero życie. Gdyby jeszcze znalazł się mężczyzna, który 

się o mnie zatroszczy - myśli leniwie snuły się jej po głowie.

Był taki mężczyzna. Przed trzynastu laty. Ken kochał ją, jak tylko 

mężczyzna potrafi kochać. A ona odwzajemniała tę miłość.

Było też dziecko, śliczne i kochane. Cory. Gdy się urodziła, Ken 

uparł   się,   żeby   ją   nazwać   Corinne,   gdyż   uważał,   że   jest   to 

najpiękniejsze kobiece imię na świecie. Wkrótce jednak zaczęli ją 

nazywać Cory. Zakochany Ken nie mógł znieść dwóch Corinne w 

domu.

Ken   Foxe   był   wysokim,   przystojnym   mężczyzną,   miał   czarną 

brodę, czarne, przeważnie zmierzwione włosy i ciemne błyszczące 

oczy, hipnotyzujące tych, z którymi rozmawiał. Przyjaciele śmiejąc 

się mówili, że wygląda jak amerykański drwal. Oczywiście nie miał 

w   sobie   nic   z   drwala.   Był   typowym   chłopcem   z   miasta,   z 

londyńskiego   robotniczego   przedmieścia.   Wyrastał   w   rodzinie 

działaczy socjalistycznych, a kiedy kończył studia w Oxfordzie, był 

zdeklarowanym komunistą.

Corinne   pochodziła   z   rodziny   górniczej,   mieszkającej   pod 

Coventry, w Midland - najuboższym z angielskich hrabstw. W szkole 

była   najzdolniejszym   dzieckiem;   już   wtedy   uważała,   że   należy 

zmienić   świat,   który   wydawał   się   jej   zły   i   niesprawiedliwy.   Była 

przekonana, że jedyną możliwością, by dokonać jakichś zmian, jest 

zdobycie wykształcenia, i to właśnie zaprowadziło ją do Oxfordu.

background image

Świat, w jakim się znalazła, różnił się zdecydowanie od tego, jaki 

do tej pory znała. Tu, w Oxfordzie zbierała się śmietanka towarzyska 

angielskiej   młodzieży.   Tu   też   spotykali   się   najlepsi,   najbardziej 

ofiarni działacze ruchu lewicowego, a Ken Foxe był jednym z nich.

Ken, tak jak Corinne, uważał, że należy zmienić stosunki społecz-

ne   i   przywrócić   sprawiedliwość.   Ci,   którzy   ich   otaczali,   mieli 

podobne   poglądy.   Byli   to   inteligentni,   wygadani,   energiczni 

idealiści,   marzący,   jak   Corinne   i   Ken,   o   przeprowadzeniu 

radykalnych reform społecznych.

Nikt dotąd nie powiedział Corinne, że jest piękna, gdyż wszyscy 

wokół   niej   byli   zbyt   zajęci,   zbyt   zapracowani   lub   przygnębieni. 

Usłyszała to po raz pierwszy właśnie od Kena. On ją ukształtował, on 

zaszczepił jej swoje poglądy, a wreszcie się w niej zakochał.

Przewróciła się na plecy i przez chwilę obserwowała płynące po 

niebie chmury. Słońce i gumowy materac sprawiły, że zaczęła się 

pocić, a wspomnienia o Kenie trochę ją podnieciły.

Oczywiście minęło już wiele lat, w ciągu których nie tyle dojrzała, 

co stała się twarda. Nie marzyła o spotkaniu nowego Kena, tak jak 

nie mogło być drugiej Cory. Jednak dobrze byłoby mieć kogoś, kto 

kocha,   troszczy  się,   tęskni.   Nie  zastąpiłby  jej   Kena,   ale  chciałaby 

kogoś mieć.

Lata spędzone w Oxfordzie były wspaniałe. Przywykli do siebie. 

Miłość   dodawała   im   sił   i   pozwoliła   przetrwać   przykre   chwile 

inwigilacji   i   aresztowań.  Sprawiała,   że   nie  zauważali,  iż  domy,  w 

których   mieszkali,   były   zimne,   brudne,   nie   martwili   się,   kiedy 

wyłączano im światło, a gospodarze upominali się o niezapłacone 

komorne.

background image

Corinne,   choć   była   w   ciąży,   nadal   uczęszczała   na   zajęcia.   Nie 

posłuchała Kena i nie rzuciła studiów.

Nie wstydziła się swojej ciąży, która była ukoronowaniem praw-

dziwej miłości. Corinne nie widziała w niej nic zdrożnego.

Potem przyszła na świat Cory i szybko okazało się, że jest uroczym 

dzieckiem. Była rzeczywiście darem niebios.

Gdy Cory miała rok, Corinne postanowiła pojechać do Coventry 

przedstawić   rodzicom   ich   wnuczkę.   Nie   urzeczywistniła   tego 

zamiaru, gdyż Ken uparł się, żeby pojechać do Londynu na jakąś 

demonstrację.   Jego   płomienne   przemówienie   wzburzyło   tłum. 

Przybyła policja. Ken, z Cory na rękach, wzywał zebranych, by nie 

ustępowali.

Nadjechały   wozy   strażackie.   Z   całą   pewnością   nikt   nie   chciał 

wyrządzić   krzywdy   człowiekowi   z   dzieckiem   na   ręku.   Strumień 

wody,   skierowany   być   może   całkiem   przypadkowo   w   ich   stronę, 

odrzucił

Kena do tyłu, prosto pod koła drugiego samochodu straży pożarnej. 

Kierowca nie zdążył zahamować.

Corinne, przerażona, próbowała przedrzeć się przez rozdzielający 

ich tłum. Gdy się wreszcie przecisnęła, było po wszystkim. Strażacy 

usiłowali ratować mężczyznę i dziecko. Zjawił się ambulans. Z tych 

straszliwych   dni   zapamiętała   właściwie   tylko   to,   że   jej   bliscy 

odmówili udziału w pogrzebie Kena i Cory. Corinne i Ken nie mieli 

ślubu, rodzina uważała dziecko za bękarta. Corinne zmieniła potem 

nazwisko   na   Foxe   i   nigdy   już   nie   wróciła   do   domu.   Nawet   z 

rodzicami nie utrzymywała kontaktu.

Od   dnia   pogrzebu   nigdy   nie   płakała.   Przysięgła   sobie,   że   w   jej 

background image

życiu nie pojawi się nikt, po kim mogłaby płakać.

Wiatr   niemal   ustał,   było   gorąco.   Przesunęła   ręką   po   piersiach, 

potem   dłoń   powędrowała   w   dół.   Miała   wrażenie,   że   słońce 

naładowuje ją swoją energią. Przypominało jej Kena. Jego delikatne 

ręce   też   przesuwały   się   po   jej   ciele.   Tyle   już   lat   minęło,   a   nie 

zapomniała   tego   dotyku.   Tak,   chciałaby,   żeby   jakiś   mężczyzna 

wkroczył w jej życie.

Uświadomiła sobie, że gdyby nadal leżała na słońcu, zagłębiając 

się we wspomnienia, zaczęłaby w środku płonąć. Cudownie było tak 

leżeć   nago   w  słońcu  w   śliczny,  ciepły   jesienny   dzień,   z   niechęcią 

wstała. Włożyła kostium i weszła do domu, żeby napić się czegoś 

zimnego.

Zaczęła myśleć o czymś zupełnie innym. Po co ją tu skierowano? 

Czyżby jej mocodawcy z Moskwy myśleli o podobnej operacji jak ta 

nieudana sprzed lat u wybrzeży Szwecji? Czy mają zamiar użyć ; 

miniaturowych   łodzi   podwodnych?   Sytuacja   polityczna   przez   ten 

czas   zmieniła   się   radykalnie,   ale   nadal   Moskwa   i   Waszyngton 

pozostawały potęgami militarnymi, które wobec siebie czuły respekt 

i nie dowierzały sobie. Nieufni byli zwłaszcza wojskowi. Obie strony 

mogły się przecież z łatwością zniszczyć, a przyjazne oświadczenia 

polityków niewiele w tym względzie zmieniały. Może nawet pewne 

sprawy jeszcze bardziej komplikowały?

Kim jest człowiek, któremu ewentualnie miała udzielić pomocy? 

Popuściła wodze fantazji. Widziała wysokiego, dobrze zbudowanego 

mężczyznę w mundurze marynarki. Nie potrafiła jednak wyobrazić 

sobie jego twarzy.

Wyszła na trawnik przed domem i usiadła na jednym z plecionych 

background image

foteli.   Starała   się   odgadnąć   cel   misji,   do   jakiej   ją   skierowano,   i 

wyobrazić sobie człowieka, któremu miała pomagać.

Nad  jej  głową   krążyła   mewa,  która  wreszcie  usiadła  na  ziemi  i 

usiłowała   dobrać   się   do   leżącej   obok   fotela   tubki   z   kremem   do 

opalania.

Ptak wyrwał ją z zadumy. Drgnęła, niemal wystraszona powrotem 

do  rzeczywistości.   Mewa   wrzasnęła   i   poderwała   się   do  lotu.  Była 

znowu sama, wśród absolutnej ciszy, i zapewne dlatego poczuła się 

nagle ogromnie samotna, i zapragnęła, żeby ktoś stanął obok niej. 

Może mógłby to być ten człowiek, dla którego ją tu przysłano?

Od   lat   Mikołaj   Koniew   chciał   zobaczyć   Amerykę,   teraz   zaś   nie 

mógł   zaspokoić   swojej   ciekawości.   Tatoosh   -   nazwa   malutkiej 

wysepki   u   północnych   wybrzeży   stanu   Waszyngton   brzmiała 

fascynująco.   Jednak   nie   wolno   było   podnosić   peryskopu   tylko 

dlatego,   że   miał   ochotę   zobaczyć   wysepkę   należącą   do   Stanów 

Zjednoczonych.

Okręt podwodny „Gorki” bez pośpiechu przepłynął Pacyfik. Zajęło 

mu to dwa tygodnie. Pietropawłowsk opuścili w dzień pochmurny, 

żeby nie zarejestrowały ich amerykańskie satelity. Po wyjściu z bazy 

zanurzyli się i od tego czasu płynęli pod wodą. Dwukrotnie natknęli 

się   na   amerykańskie   okręty   podwodne.   Pierwszy   czatował   w 

odległości kilkudziesięciu kilometrów od bazy i o jego obecności byli 

uprzedzeni. Na drugi wpadli całkiem niespodziewanie, zbliżając się 

do   Wysp   Aleuckich.   Pierwszy   odciągnęły   inne   okręty   radzieckie. 

Drugi w porę wykryły przyrządy „Gorkiego” i zmieniono kurs płynąc 

na   południe.   W   obu   wypadkach   „Gorki”   prześlizgnął   się 

background image

niezauważony.

Mianowanie Koniewa dowódcą „Gorkiego” przyjęto w marynarce 

ze zdumieniem. Od kilku lat nie pływał i miał opinię eksperta do 

spraw   strategii.   Decyzje   Moskwy   były   jednak   niepodważalne. 

Koniew i nikt inny. W dowództwie ufano mu bez zastrzeżeń, to on 

był   autorem   całego   planu,   on   zaprojektował   mini-łodzie,   on 

wyszkolił ich załogi i tylko on mógł osiągnąć cel, który sam nakreślił. 

Cel ten znany był jedynie trzem ludziom z najwyższego dowództwa, 

a plan operacji przygotowany przez Koniewa leżał w bezpiecznym 

sejfie w jednym z gabinetów na Kremlu.

Podwodny   rejs   przebiegał   bez   zakłóceń,   choć   załoga   była   już 

zmęczona   Koniewem,   jego   niecierpliwością   i   nietolerancją. 

Monotonna podróż sprawiła, że stał się jeszcze bardziej drażliwy.

Teraz,  kiedy nawigator  ogłosił,  że  zbliżają  się  do Tatoosh, miał 

ochotę dać rozkaz wynurzenia się i jako pierwszy wyjść przez właz 

na pomost kiosku.

Oczywiście nie zrobił tego. Kazał jednak zatrzymać okręt i prze-

prowadzić   zwiad   za   pomocą   pasywnych   sonarów.   Wypuszczono 

sonary   umieszczone   na   miniaturowych   szperaczach   podwodnych 

napędzanych

bezgłośnymi   silnikami   elektrycznymi.   Szperacze   zaprogramowane 

były na przeszukanie dna morskiego, na którym Amerykanie mogli 

umieścić   podwodne  stacje  sonarów.   Wywiad  radziecki  już  dawno 

stwierdził,   że   wejście   do   cieśniny   Juan   de   Fuca,   a   więc   droga 

prowadząca do bazy tridentów, było doskonale strzeżone. Szperacze 

spenetrowały   cały   rejon   w   ciągu   sześćdziesięciu   minut.   Na 

podstawie   uzyskanych   meldunków   wytyczono   bezpieczny   kurs 

background image

wejścia do cieśniny.

Już od dwóch dni, licząc się z obecnością automatycznych stacji 

podsłuchowo-namiarowych,   „Gorki”   płynął   ze   zmniejszoną 

szybkością,   a   zajęcia   załogi   ograniczono   do   minimum,   nakazując 

zachowanie   bezwzględnej   ciszy.   Okręt   skradał   się   w   kierunku 

wybrzeży   jak   kot.   Cichy   szmer   silników   elektrycznych   z 

powodzeniem ginął wśród rozlicznych odgłosów oceanu.

Teraz, kiedy nanieśli na mapę automatyczne stacje amerykańskich 

sonarów, jak duch przemykali nad dnem morskim, z każdą minutą 

zbliżając   się   do   leżącej   o   jakieś   sto   pięćdziesiąt   kilometrów   na 

wschód zatoki Puget.

Wchodząc   coraz   głębiej   w   cieśninę   Juan   de   Fuca,   „Gorki” 

pozostawił za sobą cały sznureczek min akustycznych z dodatkowym 

mechanizmem   umożliwiającym   uaktywnianie   zapalnika   sygnałem 

radiowym.   W   razie   potrzeby,   gdyby   na   przykład   „Gorki”   uciekał 

przed pościgiem, zdetonowane utworzyłyby jak gdyby wał ochronny 

pomiędzy nim a goniącymi. Jeśliby ten manewr okazał się zbędny, 

miny pozostaną na dnie i mogą zostać użyte do zamknięcia dostępu 

do   bazy.   Byłoby   to   konieczne,   gdyby   nie   udało   się   osiągnąć   z 

Waszyngtonem   porozumienia   dotyczącego   likwidacji   broni 

strategicznej umieszczonej na podwodnych wyrzutniach, a więc w 

praktyce   porozumienia   o   likwidacji   tridentów.   Rozmowy   na   ten 

temat   prowadzono   od   kilku   lat,   lecz   mimo   dobrych   stosunków 

amerykańsko-radzieckich Stany Zjednoczone w tej właśnie sprawie 

pozostawały niewzruszone. W Waszyngtonie uważano, że tridenty 

stanowią   tarczę   ochronną   dla   Ameryki,   są   atutem,   którego   nie 

wolno się pozbywać, mimo ogromnych przemian politycznych i w 

background image

Związku Radzieckim, i na świecie.

Niemal wszyscy, którzy w Moskwie i w Leningradzie wiedzieli o 

misji „Gorkiego”, byli przekonani, że głównym celem operacji jest 

uzyskanie   możliwości   zamknięcia   dostępu   do   bazy   tridentów. 

Jedynie   Mikołaj   Koniew   i   trzech   ludzi   urzędujących   na   Kremlu 

znało  prawdziwy cel  przedsięwzięcia.  Tylko  oni  rozumieli, że  aby 

zabezpieczyć   się   przed   potężną   bronią   pozostającą   w   rękach 

Amerykanów,   nie   wystarczą   im   nawet   najnowocześniejsze   miny. 

Koniew   w   swoim   raporcie   wykazał   wyraźnie,   że   konieczna   jest 

neutralizacja głównego centrum

amerykańskiego systemu broni strategicznych. Ci, którzy znali ten 

cel. milczeli. Nawet w rozmowach między sobą nie przyznawali się 

do tego, że cała operacja to w gruncie rzeczy akt desperacji. Była 

sprzeczna   z   wszelkimi   porozumieniami   i   ustaleniami,   jakie 

osiągnięto od czasu, kiedy w Moskwie zaczęła ostatecznie zwyciężać 

idea pieriestrojki i rzeczywistego otwarcia na Zachód. Ci z Kremla, 

którzy znali prawdę, wiedzieli, że pomysł operacji zrodził się z nadal 

żywej, głębokiej nieufności Rosjan do Zachodu, a w szczególności do 

absolutnie   górującej   nad   światem   potęgi   militarnej   Stanów   Zjed-

noczonych.

Taki był powód, istotny powód, że zgodzono się na tę operację, a 

jej   wykonanie   powierzono   jedynemu   człowiekowi,   który   mógł   się 

tego podjąć - Mikołajowi Koniewowi.

ROZDZIAŁ III

Kiedy   Danny   West   pływał   z   delfinami,   miał   poczucie   pełnego 

background image

bezpieczeństwa.   Nie   potrafił   powiedzieć,   jak   zyskał   pewność,   że 

może polegać na swoich podwodnych towarzyszach, ale wiedział, że 

jego koledzy komandosi również doświadczali tego samego uczucia.

Być może brało się to stąd, że pracując w wodzie znajdowali się w 

obcym im środowisku, podczas gdy delfiny były u siebie. W dodatku, 

kiedy przekonywały się, że mogą ufać swoim trenerom, zaczynały 

ich traktować tak, jakby byli przedstawicielami tego samego co one 

gatunku.   To   była   szczególna   cecha   tych   całkiem   wyjątkowych 

zwierząt.   Akceptowały   owe   dziwaczne,   dwunożne   stwory   dopiero 

wtedy,   kiedy   te   odpowiadały   jakimś   szczególnym,   nieznanym 

ludziom   kryteriom.   Czyżby   uważały,   że   człowiek   jest   nieporadną 

kopią   delfina,   może   nie   głupszą   od   niego,   lecz   upośledzoną 

fizycznie? Czy tak właśnie patrzyły na Westa jego delfiny? A może 

zdumiewało   je,   że   na   jakiś   czas   potrafi   się   dostosować   do   ich 

środowiska, podczas gdy one nie mogły żyć tak jak on poza wodą? 

Najprawdopodobniej   jednak   nie   zawracały   sobie   głowy   takimi 

sprawami.   Były   zwierzętami   żyjącymi   na   pograniczu   dwóch 

żywiołów,   wody   i   powietrza.   Komandos   mógł   oczywiście 

zaadaptować się do pracy w wodzie jedynie w jakimś ograniczonym 

zakresie. Delfin stawał się jego niezastąpionym pomocnikiem.

West   myślał   o   tym   wszystkim   płynąc   wolno   za   Bullem,   który 

rozradowany sunął przed nim zygzakiem. Poruszał się z wdziękiem i 

z szybkością, która była dla człowieka nieosiągalna.

Po wykonaniu kolejnego wirażu Bull znieruchomiał i obejrzał się, 

jak   pies,   który   sprawdza,   czy   pan   idzie   za   nim.   Potem   łukiem 

podpłynął do trenera, ustawił się przed nim i machnięciem płetwy 

ogonowej zawirował wodę tak, że jej prąd wcisnął Westowi maskę w 

background image

twarz.

Delfiny miały dla ludzi wiele cierpliwości. Większość z nich była 

bardzo przyjacielska, a niektóre w swojej sympatii tak naiwne, że 

Stawały się wręcz niebezpieczne. Chodziło im nie tylko o zdobycie 

nagrody - mrożonej ryby. Ogromną radość sprawiał im sam proces 

nauki i  ćwiczenia.  Miały  wrodzoną   zdolność   dostosowania  się  do 

człowieka   i   jego   słabości   i   potrafiły   nauczyć   się   pomagać   temu 

ułomnemu stworowi.

Danny West spojrzał na świecącą tarczę zegarka i stwierdził, że 

tym  kursem  ma   płynąć   jeszcze   przez   minutę.   Oczywiście  Bullowi 

było   najzupełniej   obojętne,   jakim   kursem   płynęli   i   jak   długo. 

Zmiana kursu była jednak elementem ćwiczeń. Komandos musiał 

zawsze   dokładnie   wiedzieć,   gdzie   się   znajduje,   by   móc   ustalić 

położenie   obiektu,   którego   poszukiwał.   Tym   razem   miało   to 

szczególne   znaczenie,   gdyż   od   wyników   ćwiczenia   zależało,   czy 

admirał Coffin zaakceptuje współpracę z ich zespołem i powierzy im 

część zadań związanych z zabezpieczeniem bazy tridentów. Delfin 

musiał   więc   przez   cały   czas   towarzyszyć   swojemu   instruktorowi 

niezależnie od tego, co działo się wokół nich.

West zatrzymał się. Znał mniej więcej położenie celu, ale nie miał 

pojęcia, jak daleko się od niego znajduje. Bull instynktownie wyczuł, 

że zaczęła się najważniejsza część ćwiczenia, i opływał teraz Westa 

wkoło.   Ciałem   komandosa   wstrząsały   wiry   wywołane   ruchami 

płetwy   ogonowej   jego   towarzysza.   West   wyciągnął   zza   pasa 

urządzenie zwane świerszczykiem i dał Bullowi sygnał, że kończy się 

zabawa. Delfin zatrzymał się przed nim, wyraźnie podekscytowany 

oczekującym go zadaniem.

background image

Teraz   z   przypiętej   do   pasa   torby   komandos   wyjął   przedmiot 

przypominający   kształtem   niewielką   sztangę,   jaką   ćwiczą 

ciężarowcy.   Rączka   wyłożona   była   jakimś   wodoodpornym 

materiałem,   gdyż   delfiny   nie   znoszą   brać   do   pyska   metalowych 

przedmiotów. Delfin ledwie dostrzegalnie poruszył płetwą ogonową 

i   podpłynął   do   Westa.   Wziął   w   pysk   ów   przedmiot.   West   dał 

świerszczykiem kolejny sygnał i Bull natychmiast zniknął w ciemnej, 

mało przejrzystej wodzie morskiej.

Delfiny posługują się organami działającymi na tej samej zasadzie 

co sonary. Wysyłając cały zespół dźwięków przypominających piski i 

klekotania, potrafią dokładnie zlokalizować poszukiwany przedmiot 

i określić jego kształt.

West płynął powoli w kierunku, gdzie zniknął Bull. Wiedział, że 

zwierzę za chwilę powróci. I rzeczywiście poczuł ruch wody, gdy z 

lewej   strony   nadpłynął   Bull.   Nie   miał   już   w   pysku   urządzenia,   z 

którym odpłynął.

Danny wyjął teraz z torby radiolokator i włączył go. Jednocześnie

włączył   się   miniaturowy   nadajnik   w   urządzeniu,   które   Bull   za 

pomocą magnesów przytwierdził do poszukiwanego celu.

Strzałka aparatu Danny'ego drgnęła, wskazując, w jakim kierunku 

ma szukać. Całe ćwiczenie było dla delfina dziecinnie łatwe, może 

nawet   nazbyt   łatwe.   Bull   miał   spenetrować   dość   rozległy   teren. 

Doskonale   wiedział,   czego   szuka,   i   był   pewny,   że   z   łatwością 

zdobędzie nagrodę i pochwałę.

Delfin, podniecony, pływał teraz wokół Danny'ego, koziołkując w 

wodzie i wykonując różne skomplikowane figury. W porównaniu z 

nim West płynął bardzo wolno. Schodzili coraz głębiej, a widoczność 

background image

ograniczona była najwyżej do trzech metrów. Bull zanurkował do 

dna,   wrócił,   okrążył   trenera   i   znowu   zanurkował.   Najwyraźniej 

zachęcał człowieka, by ten podążał za nim. Aparat również wskazy-

wał, że płyną w dobrym kierunku i zbliżają się do jakiegoś metalo-

wego   obiektu.   Bull   dziwił   się   zapewne,   dlaczego   jego   towarzysz 

płynie   tak   wolno   i   niepewnie,   jakby   to   wszystko   nie   było   tak 

dziecinnie łatwe.

Wreszcie   Danny   zobaczył   „cel”.   Był   to   kadłub   starej   torpedy, 

obecnie   wypełniony   cementem.   Na   metalowej   pokrywie   kadłuba 

widniało   umieszczone   tu   przez   Bulla   urządzenie.   Delfin   po   raz 

kolejny   bezbłędnie   wykonał   to,   co   do   niego   należało.   Swoim 

sonarem przebadał okolicę, co zajęło mu niewielki ułamek czasu, 

jakiego potrzebowałby człowiek posługujący się skomplikowanymi 

urządzeniami. Na dnie walało się wiele rupieci z metalu - kadłuby 

zatopionych kutrów, jakiś złom, delfin jednak bezbłędnie wyszukał 

metalowy   obiekt   w   kształcie   cygara.   Taki,   jaki   potrzebny   był 

treserowi, taki jakiego nauczono go poszukiwać.

West   zasygnalizował   delfinowi,   że   jest   z   niego   zadowolony   - 

znaczyło   to,   że   po   powrocie   przy   nabrzeżu   oczekuje   go   nagroda, 

następnie   uwolnił   boję   sygnałową,   która   poszybowała   w   górę.   Z 

chwilą zetknięcia się z powietrzem nad powierzchnią wody ukaże się 

gęsty,   zielony   dym.   Danny   usłyszał   głuche   dudnienie   silnika   i 

zdecydował   się   wracać.   Gdy   wypłynął,   na   moment   oślepiło   go 

światło dnia. Kuter był tuż obok. Zza burty wychylał się admirał. 

West   usłyszał   wyraźnie,   jak   odwracając   się   do   stojącego   obok 

komandora Rynga powiedział:

- Czas o połowę krótszy niż przewiduje instrukcja. Wcale nieźle.

background image

West   podniósł   na   czoło   maskę   nurka   i   uprzedzając   dowódcę, 

zauważył:

- Gdyby Bull potrafił mówić, powiedziałby, że to było dziecinnie 

łatwe.

Po drabince, po której miał za chwilę wejść na pokład kutra, do 

wody

schodził,   ubrany   w   skafander,   jego   kolega   Len   Todd,   aby   podjąć 

ćwiczenia ze swoim podopiecznym.

- Cel jest bezpośrednio pod nami, Lenny - rzucił West i zaczął się 

wspinać.

Todd z cichym pluśnięciem zanurkował i natychmiast zniknął pod 

powierzchnią wody. Towarzyszący Westowi delfin z wyraźnym zain-

teresowaniem przyglądał się tej zmianie warty. Admirał znowu nie 

mógł się oprzeć wrażeniu, że zwierzę się uśmiecha.

- Czy one sypiają? - zapytał przez ramię stojącego za nim Rynga.

- Oczywiście - odpowiedział Ryng. - Potrzebują odpoczynku tak 

jak my, choć są od nas o wiele bardziej wytrzymałe. Oczywiście w 

wodzie   są   znacznie   szybsze   od   człowieka   i   dysponują   własnym, 

znakomitym   sonarem,   dzięki   któremu   poruszają   się   bez   trudu   w 

ciemności.   Jeśli   zdecydujemy   się   wykorzystać   je,,   bezpieczeństwo 

pańskiej bazy ogromnie wzrośnie. Spenetrują każdy centymetr dna 

bez względu na widoczność i pogodę. Obcy, który tu wtargnie, nie 

będzie miał pojęcia, że został przez nie wykryty.

- Właściwie   mogłyby  chyba   pracować   same,   bez   opieki  koman-

dosów - uśmiechnął się Coffin.

- Są jak dzieci i trzeba nimi kierować - brzmiała odpowiedź. - Tim 

background image

Sullivan,   ten,   który   właśnie   pomaga   Westowi   w   zdejmowaniu 

skafandra, napisał książkę o delfinach strażnikach. Zawarł w niej 

wyniki wieloletnich  obserwacji  tych zwierząt.  Najlepsze  z nich  są 

właśnie z nami. Znajdą na dnie wszystko, czego szukamy, czy leży to 

nieruchomo, czy płynie. Są cierpliwe, wytrwałe, a dla obcego płet-

wonurka mogą być nawet groźne.

Komandosi przygotowywali się do dalszych prób, ale admirał już 

się zdecydował.

- Komandorze - zwrócił się do Rynga - czy wie pan, przed czym 

macie nas tu ochraniać?

- Niezbyt dokładnie - odpowiedział Ryng. - Dotarły do mnie jakieś 

pogłoski o miniaturowych łodziach podwodnych, o płetwonurkach, 

ale nic konkretnego.

- Doskonale, a więc wie pan dokładnie tyle samo co ja.

Harry Coffin był zadowolony, że Bernie Ryng wcale nie przejął się 

tym, iż sytuacja była, najogólniej mówiąc, niezbyt jasna. Tego się 

zresztą   spodziewał.   Już   kilkakrotnie   zetknął   się   z   absolwentami 

Szkoły   Podmorskich   Komandosów   i   wiedział,   że   są   to   ludzie 

ogromnej   odwagi,   którzy   z   radością   podejmowali   się   zadań 

najcięższych i rozwiązywania problemów trudnych do wyjaśnienia, 

nowych,   zaskakujących,   ludzie   zaprawieni   do   działania   w   obliczu 

śmiertelnego zagrożenia.

- Kiedy już zdecyduje się pan na włączenie nas do akcji, pozwoli 

pan,   admirale,   że   opracuję   nasz   własny   plan   wykonania 

powierzonych   nam   zadań   -   Ryng   wolał   od   razu   zapewnić   sobie 

maksimum samodzielności.

- Oczywiście.   Decyzję   podjąłem,   a   teraz,   już   tylko   dla   własnej 

background image

przyjemności, chciałbym zobaczyć, jak pracują pozostałe zwierzęta.

Do  kutra   podpłynęły   właśnie   trzy   delfiny,   wystawiły  głowy   nad 

powierzchnię i z ciekawością przyglądały się ludziom przy burcie. I 

znowu Coffin miał wrażenie, że się do niego uśmiechały.

W  rejonie wejścia do cieśniny Juan de Fuca od wschodu, jakieś 

pięć mil na północny wschód od latarni morskiej New Dungeness, 

dno   schodzi   do   głębokości   stu   pięćdziesięciu   metrów.   Miejsce   to 

znajduje   się   w   pobliżu   wejścia   do   cieśniny   Admiralty,   gdzie 

przebiega   trasa   prowadząca   do  zatoki  Sound, a   więc   i  do kanału 

Hood, przy którym jest położona baza tridentów. Mikołaj Koniew 

wybrał   je   na   kryjówkę   „Gorkiego”.   Gdy   spoczęli   na   dnie,   kazał 

rozpocząć   przygotowania   do   uruchomienia   dwu   miniaturowych 

łodzi podwodnych, polecił też wyładować i złożyć na dnie pewien 

zapas min. Gdyby „Gorki” został zmuszony do ucieczki, obie łodzie 

miałyby do dyspozycji dodatkową osłonę.

Dowódcami   łodzi   byli   Leon   Donskoj   i   Andriej   Tarancew. 

Podobnie jak Koniew, przeszli kurs obsługi mini-łodzi podwodnych i 

kurs   komandosów.   Teraz,   w   mesie,   Koniew   obserwował   obu 

oficerów, którzy siedzieli po drugiej stronie stołu i popijali herbatę. 

Zapewne   zastanawiają   się,   jakie   mają   szanse   przeżycia,   myślał. 

Muszą się nad tym głowić. On wie o wiele więcej od nich, a też nie 

jest wolny od takich myśli. Gdyby znali całą prawdę... Koniew miał 

teraz twarz bez wyrazu i niczego nie można było z niej wyczytać, 

choć zastanawiał się właśnie nad tym, że dla dobra operacji trzeba 

będzie zapewne poświęcić Tarancewa. A Donskoj? I jego powrót jest 

wątpliwy...

background image

- Rozumiecie:   kontakt   z   „Gorkim”   i   z   naszą   placówką   lądową 

można   nawiązać   jedynie   o   określonej   porze   i   tylko   w   wypadku 

rzeczywistej potrzeby.

Obaj oficerowie skinęli głowami i mruknęli zdawkowo: „Tak jest”. 

Nie musiał tłumaczyć, na czym polegają ich zadania. Omawiali już 

przedtem plan operacji w tej wersji, jaką mógł im ujawnić.

- Pamiętajcie,   nie   wolno   nam   lekceważyć   Amerykanów.   Nie 

można wykluczyć, że ich wywiad zdobył już pewne informacje na 

temat   „Gorkiego”.   Moskwa   jest   teraz   dla   ich   agentów   właściwie 

miastem   otwartym...   -   Koniew   nie   wspomniał   oczywiście   o 

człowieku, którego zabił w

Siewierodwińsku. Dodał po chwili: - Nie sądzę jednak, żeby mogli 

na coś wpaść. - Nie chciał denerwować obu oficerów. Nigdy nie miał 

pewności, czy ludzie, którymi dowodzi, będą gotowi do wykonania 

zadania z pełnym poświęceniem. Donskoj i Tarancew, podobnie jak 

on,   byli   komandosami   i   oczywiście   powinni   być   gotowi   do 

poniesienia każdej ofiary.

Jak   wszyscy   komandosi,   zostali   wyselekcjonowani   bardzo 

starannie.   Oprócz   kwalifikacji   fizycznych   i   intelektualnych   mieli 

opinię zagorzałych patriotów, gotowych na wszystko dla umocnienia 

pozycji   swego   kraju,   który   przechodził   właśnie   przez   tak   ciężkie 

próby   i   skomplikowane   zawirowania   historii.   Poddano   ich 

trudnemu, bezwzględnemu treningowi. Wykazali się umiejętnością 

radzenia sobie w najcięższych sytuacjach.

Byli dumni, że zostali komandosami i, jak ich koledzy, wierzyli 

ślepo, że można jedynie zwyciężyć albo zginąć. Innego wyjścia nie 

było.

background image

Donskoj   i   Tarancew   reprezentowali   idealny   typ   rosyjskiego 

komandosa,   a   ponadto   dysponowali   znakomitym   sprzętem.   Ich 

mini-łodzie w niczym nie przypominały starych pojazdów, które w 

latach  osiemdziesiątych   pełzały   po   dnie   Bałtyku.  Obecnie   były   to 

elektroniczne  cacka,  ciche,   szybkie,   zwrotne,   trudne   do   wykrycia, 

które mogły przez cały tydzień operować poza okrętem bazą, a w 

dwanaście godzin po powrocie były gotowe do kolejnego zadania.

Załoga każdej mini-łodzi składała się z trzech osób. Poza dowódcą, 

który  był  jednocześnie  sternikiem,  znajdował  się  tam  mechanik   i 

ekspert   od   uzbrojenia.   Wszyscy   byli   świetnymi   płetwonurkami   i 

każdy mógł w razie potrzeby zastąpić kolegę. Powierzono im misję 

wywiadowczą   o   dużym   stopniu   trudności,   gdyż   wykrycie   ich 

obecności mogło uniemożliwić wykonanie głównego zadania. Z tego 

też   powodu   musieli   działać   przede   wszystkim   defensywnie,   w 

każdym razie tak długo, jak tylko to było możliwe.

Oczywiście ani Dońskiemu, ani Tarancewowi pouczenia Koniewa 

nie   były   potrzebne.   Byli   profesjonalistami.   Koniew   wiedział 

doskonale, że lepszych nie mógłby znaleźć.

- Wiem,   przed   jak   trudnym   stajecie   zadaniem,   i   wiem,   że   je 

wykonacie - mruknął Koniew i zamilkł. Czuł zakłopotanie. Nie znosił 

tego   rodzaju   sytuacji   i   przemówień.   Takie   uczucia   jak   sympatia, 

zrozumienie,   przyjaźń   były   mu   obce.   Wiedział,   czym   jest   rozkaz, 

który należało bezwzględnie wykonać.

Znał tych ludzi i cenił. Marynarkę boleśnie dotknie ich strata.

- Czekam   na   wasz   powrót   -   powiedział   skrępowany,   że   wyraża 

jakieś uczucia, na które w ich profesji absolutnie nie było miejsca.

Mini-łodzie   projektu   Koniewa   stanowiły   wprawdzie   nową 

background image

generację   pojazdów   podwodnych,   nie   zapewniały   jednak   załodze 

takich wygód, jak na okręcie pełniącym rolę bazy.

Warunki   życia   i   pracy   na   dysponującym   napędem   atomowym 

„Gorkim” wydawały się bez mała komfortowe. Pomieszczenia załogi, 

choć mniejsze niż na zwykłych okrętach, były znacznie wygodniejsze 

od tych, jakie mieli ludzie pływający na okrętach podwodnych epoki 

diesla. Oficerowie zajmowali własne niewielkie, ale wygodne kajuty. 

Każdy z marynarzy, przebywający we wspólnych pomieszczeniach, 

miał   własną   koję   i   szafkę.   Ubikacje   i   łazienki   pozwalały   na 

zachowanie   osobistej   higieny.   Dzięki   świetnej   aparaturze   do 

regeneracji atmosfery oddychano czystym, bezwonnym powietrzem. 

Czas przebywania na morzu ograniczała jedynie zasobność spiżarni.

Oczywiście   warunków   takich   nie   miały   załogi   mini-łodzi,   gdzie 

przede wszystkim było bardzo niewiele miejsca.

Hangar   mini-łodzi   znajdował   się   w   kadłubie   „Gorkiego”,   pod 

górnym pokładem. W czasie rejsu można tam było wchodzić, tak jak 

do   wszystkich   innych   pomieszczeń   okrętu.   Hangar   odcinano 

dopiero   w   chwili   uwalniania   mini-łodzi.   Oba   pojazdy   nie   miały 

nazwy.  Określano  je  nazwiskami  dowódców  -  a   więc   „Donskoj”   i 

„Tarancew”.   Koniew   nadzorował   operację   ze   stanowiska 

dowodzenia. Siedział sam w niewielkiej kabinie i przysłuchiwał się 

wymianie   zdań   pomiędzy   dowódcami   mini-łodzi   a   technikami 

„Gorkiego”. Czuł ogarniające go podniecenie. To, co się teraz działo, 

było nagrodą za lata jego wysiłków. Zaczynał zbierać owoce swojej 

pracy.

Wypełnianie   hangaru   wodą   było   operacją   skomplikowaną.   Od-

bywało się bardzo powoli, żeby nie wywoływać hałasu. Trzeba było 

background image

zachować stabilność i utrzymać pozycję „Gorkiego”, którego masa 

powiększała   się   o   masę   wody   wpompowywanej   do   hangaru. 

Należało uzbroić się w cierpliwość. Koniew wiedział doskonale, że 

nie powinien przeszkadzać technikom i że nie wolno mu niczego 

przyspieszać.

Siedział w swojej kabinie dowódcy, słuchał głosów w słuchawkach 

i czekał. Niemal bezwiednie spojrzał w małe lusterko na biureczku. 

Zobaczył twarz mężczyzny w średnim wieku, którego czarne włosy 

tu   i   ówdzie   były   przyprószone   siwizną.   Miał   bystre   zielone   oczy, 

odziedziczone po matce Estonce, i wystające kości policzkowe swego 

ojca Ormianina. Szyta na miarę bluza munduru leżała bezbłędnie na 

doskonałej   figurze   wysportowanego   i   dbającego   o   sylwetkę 

mężczyzny.

Hangar   wypełniał   się   wodą   morską   bardzo   wolno.   Wreszcie 

pompowanie ustało. Ciśnienie na zewnątrz i w hangarze wyrównało 

się, otwarto zewnętrzne pokrywy hangaru, co oglądane na ekranie

telewizyjnym przypominało rozchylanie się pąków kwiatowych. Tu, 

w głębinie, było już dość ciemno i obraz na ekranie wydawał się jakiś 

surrealistyczny.

Mini-łodzie ustawione były w hangarze jedna za drugą i przypo-

minały Koniewowi myśliwce przygotowujące się do startu z pokładu 

lotniskowca.   Oczywiście   sam   start   w   tym   przypadku   wyglądał 

zupełnie   inaczej.   Nie   było   ryku   silników,   gwałtownego   skoku   do 

przodu. Tu wszystko odbywało się wolno i w całkowitej ciszy.

Klamry   podtrzymujące   „Dońskiego”   rozwarły   się,   a   kablowe 

połączenie   telefoniczne   rozłączono.   Lżejsza   od   okrętu   bazy   mini-

łódź zaczęła się powoli unosić w górę i dopiero kiedy znalazł się już 

background image

całkowicie na zewnątrz, „Donskoj” włączył elektryczny silnik i bez-

szelestnie przesunął się w bok.

Koniew   jeszcze   przez   chwilę   widział   zarys   pojazdu,   który 

rozpływał się w szarym, mglistym otoczeniu.

Koniew   wyprostował   się.   Teraz   już   wszystko   zależało   od   tych, 

których szkolił.

Corinne,   zafascynowana,   przyglądała   się   cieniom   tańczącym   na 

ścianie. Rzucała je stojąca na stole świeca, której płomień kołysał się 

w   takt   słabych   podmuchów   jesiennej   bryzy   wpadającej   przez 

otwarte òkno. Cienie poruszały się na przeciwległej do okna ścianie, 

przybierając kształty, jakie podsuwała jej wyobraźnia.

Przypomniała sobie lata dziecięce, kiedy ojciec zabawiał ją pusz-

czaniem cieni na ścianie. Była to jedna z nielicznych rzeczy, jakie 

robił   doskonale.   Jeśli   nie   zasiedział   się   w   barze,   gasił   światło 

elektryczne, stawiał na stole zapaloną świecę, układał ręce w dziwne 

kształty, a na ścianie pojawiały się różne figury wyobrażające psy, 

koty,   króliki.   Ona   i   jej   siostra   były   oczarowane.   Ich   dziecięca 

fantazja potrafiła dostrzegać na ścianie wszystko.

Co zobaczyła teraz? Przez chwilę wydawało się jej, że widzi długie, 

sterczące   uszy   królika,   które   zmieniły   się   w   peryskop   łodzi 

podwodnej.   Pies   przeobraził   się   w   wilka   z   otwartą   paszczą. 

Kaczuszka wyciągająca szyję - w karabin.

Podkręciła   płomień   gazowego   oświetlenia.   Po   raz   kolejny 

stwierdziła, że KGB pomyślało o wszystkim, nawet o plastykowym 

obrusie   na   stół.   Zauważyła,   że   w   lodówce   znajdowały   się   dwa 

pojemniki   z   winem,   niezbyt   szlachetnym,   ale   nadającym   się   do 

background image

codziennych posiłków.

Gdy przed kilku laty, zaopatrzona w nowe, doskonale podrobione 

dokumenty,   przeniosła   się   do   Vancouveru   i   rozpoczęła   wygodne 

życie,

zaczęła przywiązywać wagę do jedzenia. Poprzednio, w Oxfordzie, 

było   jej   to   obojętne.   Teraz   wiele   się   zmieniło.   KGB   opłacało 

wszystko. Miała odgrywać rolę kobiety niezbyt zamożnej, lecz takiej, 

którą stać na wygodne, w miarę dostatnie życie, jakie prowadzili bez 

mała wszyscy dokoła. Nie powinna wyróżniać się ani nadmiernym 

bogactwem, ani ubóstwem. Miała wtopić się w tło. Wiedziała, że w 

nowej   sytuacji   politycznej   działalność   szpiegowska   była   sprawą 

szczególnie delikatną. Związek Radziecki i Stany Zjednoczone stały 

się   właściwie   sojusznikami,   a   stosunki   z   Kanadą   były   niemal 

przyjacielskie.  Powiedziano  jej   jednak,  a nie wątpiła, iż mówiono 

prawdę, że CIA rozbudowała swoją sieć na terenie republik, które 

weszły w skład nowego ZSRR, a przeorganizowane KGB wcale nie 

pozostało   w   tyle   i   zaczynało   właśnie   rozmieszczanie   swojej   sieci 

agentów na kontynencie amerykańskim. I ona właśnie była jednym 

z ogniw tej sieci.

Nowe   życie   w   gruncie   rzeczy   odpowiadało   jej.   Spotkała   kilku 

mężczyzn,   którzy   się   jej   podobali,   lecz   ci,   którzy   nią   kierowali, 

podsunęli   kilku   innych   i   polecili   jej   widywać   się   z   nimi. 

Zrezygnowała   więc   z   prywatnych   znajomości,   trudnych   do 

pogodzenia z kontaktami „służbowymi”. Mężczyźni, z którymi teraz 

się spotykała, byli z reguły żonaci. Mieli dla niej czas przeważnie 

wczesnym wieczorem. Niekiedy zapraszali ją na jakieś wycieczki, na 

weekendy. Nie potrafiła ocenić wartości informacji, jakie mogła tą 

background image

drogą   uzyskać.   Powiedziano   jej   jednak,   żeby   się   nad   tym   nie 

zastanawiała.   Każda   wiadomość,   każdy   szczegół   mógł   być   cenny. 

Przekazywała więc te informacje nie troszcząc się o ich przydatność. 

Jej mocodawcy wydawali się być zadowoleni.

Znowu popatrzyła na cienie tańczące na ścianie. Tym razem nie 

dostrzegła w nich nic ciekawego.

Nie   obawiała   się   samotności   i   nie   odczuwała   jej.   Była   skryta   i 

wiedziała,   że   KGB   tę   cechę   charakteru   uważa   za   szczególnie 

przydatną. Bardzo ceniono zwłaszcza to, że nie przywiązywała się do 

żadnego z podsuwanych jej „klientów”. Utrzymujący z nią kontakt 

mężczyzna,   którego   znała   pod   imieniem   Robert,   wyraźnie   jej   to 

powiedział.   Tak   więc   obie   strony   były   w   zasadzie   z   siebie 

zadowolone.

Zgasiła   stojącą   na   stole   świecę.   Cienie   na   ścianie   natychmiast 

zniknęły. Przymknęła powieki i znowu oczyma wyobraźni zobaczyła 

peryskop łodzi podwodnej.

Nagle   ocknęła   się   i   jakby   ze   zdziwieniem,   stwierdziła,   że   jest 

całkiem sama. Spojrzała na fosforyzującą tarczę zegarka. Podniosła 

się od stołu, podeszła do szafki, na której stał odbiornik radiowy. 

Włączyła   go   i   nastawiła   na   podaną   jej   długość   fal.   O   tej   porze 

powinna była słuchać, choć nie miała pojęcia czego.

ROZDZIAŁ IV

To był start!

Nie dla Koniewa, nie dla „Gorkiego”.

Jego   osobisty   start   do   wielkiej   operacji.   On,   Donskoj,   zaczynał 

background image

działać.

Start odbył się w całkowitej ciszy, z ogromną precyzją, tak jak tego 

oczekiwano.

Na   zewnątrz   Donskoj   okazywał   spokój,   opanowanie,   jednak   w 

gruncie   rzeczy   odczuwał   ogromne   podniecenie.   Podniecenie   i 

fizyczną rozkosz. Podobnych wrażeń muszą doznawać narkomani po 

zażyciu porcji narkotyku. Nie potrafiłby tego stanu określić słowami. 

O swoich uczuciach nigdy zresztą nikomu nie mówił, z obawy, by to 

nie zdyskredytowało go w oczach zwierzchników jako zawodowca. 

Coś podobnego zdarzało się w okresie intensywnego szkolenia.

Teraz jednak nie było to już szkolenie. Znajdował się na terenie 

przeciwnika i był niewidzialny. Oczywiście mogli go odkryć, jeżeli 

nie zachowa środków ostrożności.

Wszystko zależało od niego, od jego decyzji. Zarówno powodzenie 

operacji, jak i ich życie. Nie kontrolował go już nikt, ani Koniew, ani 

admirał, ani  żadna  z  urzędujących na Kremlu osób.  Zwłaszcza  ci 

ostatni musieli sobie życzyć, aby nie dał się złapać, żeby nie został 

zauważony. Poczuł przypływ sił i pewności siebie.

Odbył pełne szkolenie komandosów. Zaczął je mając osiemnaście 

lat.   Był   już   wtedy   bardzo   silny   i   bez   trudności   wytrzymywał 

brutalne, nieraz wręcz mordercze treningi. Zwrócił na siebie uwagę 

przełożonych, kiedy musiano odstawić do szpitala sierżanta, który 

zaatakował go w czasie treningu. Właśnie wtedy otrzymał pierwszy 

awans   i   skierowanie   do   komandosów   marynarki   wojennej.   Spe-

cjalizował   się   w   podwodnym   minowaniu   i   usuwaniu   ładunków 

ustawionych przez 

wroga. Równocześnie przechodził kurs wywiadu, uczył się, jak się 

background image

dostać z morza na teren wroga. Wprawdzie mówiono im, że nowy 

Związek   Radziecki   nie   ma   wrogów,   ale   dodawano,   że   trzeba   być 

zawsze w gotowości, przy czym wyżsi oficerowie nie ukrywali obaw 

przed   stale   rosnącą   potęgą   militarną   Stanów   Zjednoczonych. 

Donskoj i jego koledzy podzielali te obawy, a choć nie prowadzono, 

jak niegdyś, antyamerykańskiej propagandy nienawiści, dojrzewali 

w przekonaniu, że prędzej czy później może dojść do konfrontacji 

pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem. To właśnie uzasadniało jego 

obecność na tych wodach, co zresztą uważał za całkiem naturalne i 

w pełni zgodne z interesami swego kraju.

Przebycie drogi, dzielącej go od kryjówki „Gorkiego” do wejścia do 

kanału Hood, nie było trudne. Nad nimi, na powierzchni, odbywał 

się ustawiczny ruch statków handlowych wpływających i wypływają-

cych z zatoki Puget. Wokół było tyle hałasu, że wykrycie mini-łodzi 

„Donskoj”   było   rzeczą   niemożliwą,   nawet   gdyby   nie   zachowywali 

szczególnej   ostrożności.   Przestrzeń   od   cieśniny   Juan   de   Fuca   do 

kanału   Hood,   a   więc   tak   zwaną   cieśninę   Admiralty,   mini-łódź 

przebyła w kilka godzin. W pięć godzin po opuszczeniu okrętu bazy 

Donskoj   zatrzymał   swój   pojazd   u   wejścia   do   kanału   całkowicie 

pewny, że nikt i nic nie odnotowało jego obecności w tym miejscu.

Mini-łódź sprawowała się znakomicie. System nawigacji opierał 

się na pokładowych komputerach, do których wprowadzono dane o 

pozycji okrętu bazy. Rejestrowały one automatycznie manewry jego 

łodzi. Uwzględniały działanie prądów podwodnych, radarowe zapisy 

głębokości   dna   i   kształtu   wybrzeża.   Otrzymane   w   wyniku   tego 

dokładne   dane   nanoszone   były   automatycznie   na   mapę   rejonu 

zatoki Puget.

background image

Mimo tych ułatwień Donskoj prowadził łódź ogromnie ostrożnie. 

Starał się przemykać kilka metrów ponad dnem, unikać korytarzy, 

którymi   płynęły   statki   handlowe.   A   ruch   nad   ich   głowami   był 

ogromny,   znacznie   większy   niż   ten,   z   jakim   mieli   do   czynienia 

podczas szkolenia. Ustawiczny szum śrub przepływających nad nimi 

statków   był   denerwujący.   Mieli   uczucie,   jakby   znajdowali   się   na 

ruchliwej autostradzie.

Płynęli zdani całkowicie na przyrządy, gdyż widoczność pod wodą 

zredukowana była niemal do zera. Wody zatoki zanieczyściły prze-

pływające   tędy   ciągle   statki   i   ścieki   z   nadbrzeżnych   osiedli. 

Doskonały   system   nawigacji   pozwolił   jednak   na   precyzyjne 

trzymanie   się   kursu   i   osiągnięcie   wyznaczonego   punktu.   Było   to 

niewielkie zagłębienie dna w odległości około pięciuset metrów od 

mostu   zwodzonego,   łączącego   wschodnie   i   zachodnie   wybrzeża   u 

wejścia do kanału Hood.

Tu Donskoj zatrzymał swój pojazd. Nie chciał posuwać się dalej 

bez dokładnego zbadania okolicy. Na mapie, jaką dysponował, filary 

mostu   nie   były   zaznaczone.   Dołączona   do   mapy   notatka 

informowała natomiast, że na dnie leżą jakieś kable i że można się tu 

było spodziewać sieci zamykających dostęp dla łodzi podwodnych.

Wypuszczono więc hydrauliczne płozy i mini-łódź miękko, cicho 

usiadła na dnie.

Kolarow, rosły, opanowany mężczyzna, zakładał skafander płet-

wonurka. Ubierając się słuchał instrukcji dowódcy. Po raz pierwszy 

znalazł   się   na   wodach   przeciwnika,   ale   tak   jak   jego   koledzy 

komandosi   przeszedł   doskonałe   przeszkolenie   i   nie   wątpił,   że 

wykona zlecone mu zadania.

background image

Śluza mogła pomieścić dwie osoby. Zgodnie z instrukcją Koniewa 

jeden z członków załogi musiał zawsze pozostawać w łodzi. W razie 

nieprzewidzianych   wydarzeń   mógł   powrócić   do   bazy.   Łatwiej 

bowiem wyszkolić załogę, niż zbudować nową mini-łódź podwodną 

tej klasy.

Kolarow wrócił po dwóch godzinach. Załoga wspólnie opracowała 

kurs, jakim zamierzała płynąć. Zgodnie z wyraźnymi instrukcjami 

Koniewa najtrudniejsze decyzje mieli podejmować wspólnie i razem 

je realizować.

Uruchomili silnik elektryczny i łódź niemal bezszelestnie wpłynęła 

do   kanału.   Przepłynęli   pod   mostem   i   rozpoczęli   rekonesans   obu 

wybrzeży,   wschodniego   i   zachodniego.   Mieli   rozkaz   dokładnego 

zapoznania   się   z  otoczeniem,   zanim  wybiorą   miejsca   na   ułożenie 

min.

Urządzenie,   jakiego   komandosi   używali   do   poruszania   się   pod 

wodą,   nazywane   czasami   podwodnym   skuterem,   było   doskonałe. 

Opływowa   konstrukcja   umożliwiała   uzyskiwanie   dość   dużych 

prędkości   i   osiągnięcie   wyznaczonego   celu   przy   maksymalnej 

oszczędności sił.

Drogę do ujścia kanału Hood Tim Sullivan przebył na pokładzie 

łodzi   patrolowej.   Współpracujący   z   nim   delfin   Ernie   płynął   obok 

kutra,   niekiedy   znikał   na   chwilę,   żeby  pożywić   się   rybami   z  wód 

kanału.   Od   czasu   do   czasu   Ernie   okrążał   łódź,   jakby   chciał   się 

upewnić, czy jest do czegoś potrzebny. Oczywiście zawsze zbliżał się 

przywoływany   sygnałami   dźwiękowymi   wysyłanymi   przez   Tima, 

który starał się trzymać zwierzę w pobliżu łodzi.

background image

Kanał Hood jest naturalną cieśniną długości około stu trzydziestu 

kilometrów. Miasto Bangor, gdzie znajduje się baza tridentów, leży 

na jej wschodnim brzegu. Cieśnina ma od około trzech do czterech 

kilometrów szerokości i stanowi idealne wejście do bazy tridentów. 

Szlak

wodny   jest   jednak   wystarczająco   duży,   żeby   mogła   się   tu   ukryć 

miniaturowa   łódź  podwodna   lub   płetwonurek.  Zapewnienie  bazie 

pełnego bezpieczeństwa nie jest zatem zadaniem łatwym. I dlatego 

właśnie Harry Coffin, po ostrzeżeniu CIA, zdecydował się na zaan-

gażowanie   do   patrolowania   wód   kanału   zespołu   komandosów 

Berniego Rynga wspieranego przez tresowane delfiny.

CIA   nie   kryła,   że   jej   informacje   są   niepełne.   Nie   było   jednak 

wątpliwości   co   do   tego,   że   tridenty   z   nowoczesnymi   pociskami 

rakietowymi   D-5   mogły   być   celem   operacji   podjętej   przez   jakiś 

radziecki atomowy okręt podwodny.

W odległości niespełna pięciu kilometrów od mostu zwodzonego 

Sullivan opuścił kuter. Ernie natychmiast zarejestrował cichą pracę 

silnika podwodnego skutera. Był to dla niego sygnał, że rozpoczyna 

się wspólna zabawa. Wykonał wokół Tima kilka okrążeń i parę razy 

wyskoczył   z   wody,   by   natychmiast   powrócić   do   swojego   trenera. 

Okazywał w ten sposób zadowolenie.

System bezpieczeństwa bazy tridentów został bardzo wzmocniony. 

W   powietrzu   i   na   wodzie   stale   krążyły   patrole.   Z   satelitów 

wykonywano co kilka godzin zdjęcia całego rejonu i sprawdzano, czy 

nie   pojawiło   się   tu   coś   niepokojącego.   Rozmieszczone   na   dnie 

hydrofony rejestrowały każdy sygnał akustyczny, który był następnie 

analizowany przez komputery. Oficer dyżurny w centrali zostałby 

background image

natychmiast   powiadomiony   o   pojawieniu   się   jakiegoś   nowego 

podejrzanego   dźwięku.   Oczywiście   przy   dużym   ruchu   w   kanale 

silniejsze dźwięki mogły zagłuszać słabsze.

System   zabezpieczeń   wydawał   się   doskonały,   ale   Coffin   był 

przekonany,   że  może   znaleźć   się  ktoś   wystarczająco   pomysłowy  i 

inteligentny,   żeby   obmyślić   sposób   na   ominięcie   zastawionych 

pułapek. Od dawna już posługiwano się podwodnymi hydrofonami i 

nie stanowiło to żadnej tajemnicy. Sieci przeciwko łodziom podwod-

nym to wynalazek sprzed pół wieku. Ich wykrycie nie przedstawiało 

obecnie większych trudności. Należało ustawicznie wprowadzać coś 

nowego i właśnie dlatego admirał zdecydował się na zespół Rynga i 

jego zwierzęta.

Z   początku   komandosi   pracowali   na   przemian   z   Bullem, 

Chesterem   i   z   Ernie'em.   Ryng   założył   bowiem,   że   delfiny   muszą 

reagować   na   komendy   wszystkich   członków   zespołu.   Ludzie   i 

zwierzęta zżyli się z sobą, rozumieli się coraz lepiej, stali się sobie 

bliscy. Okazało się jednak, że każdy z nich podświadomie wybierał 

jedno   zwierzę,   co   odpowiadało   również   mentalności   delfinów.   W 

wyniku tego doboru każdy trener miał „swojego” delfina i pary te 

stały się właściwie nierozłączne.

Komandosi byli zdumieni tym, ile ludzkich cech przejawiają delfiny.

Jako pierwszy do ich zespołu trafił Ernie. Rybacy z rejonu San 

Diego opowiadali o młodym delfinie, samcu, który zbliżał się do ich 

łodzi zwłaszcza wtedy, kiedy zabierali na przejażdżkę dzieci. Delfin 

pląsał   wokół   łodzi   i   zachowywał   się   tak,   jakby  był   wyszkolony   w 

cyrku. Najwyraźniej bawiło go to, że dzieci go podziwiają.

Niespodziewanie delfin ten stał się sławny. Pewnego razu z kutra 

background image

wypadła   pięcioletnia   dziewczynka.   Umiała   pływać,   natychmiast 

rzucono   jej   koło   ratunkowe,   ale   szok   i   zimna   woda   sprawiły,   że 

zaczęła tonąć. Tego ranka nie widziano przyjaznego delfina, ale gdy 

dziecko   wpadło   do   wody,   niemal   natychmiast   pojawił   się   obok 

niego. Podtrzymywał je i wypychał na powierzchnię, kiedy fale je 

zatapiały. Gdy spuszczono łódź ratunkową, delfin złapał za koniec 

liny i podał ją dziecku.

A kiedy łódź powracała w kierunku kutra, towarzyszył jej delfin. 

Wyciągnięta   z   wody   dziewczynka   szybko   przyszła   do   siebie   i 

wyciągnęła rączkę do płynącego obok łodzi zwierzęcia. Delfin jeszcze 

wyżej uniósł głowę nad wodą i otworzył pysk, jakby się uśmiechał. 

Dziewczynka dotknęła go, co zdawało się sprawiać mu przyjemność. 

Potem położył łeb na burcie łodzi, z zadowoleniem poruszał płetwą 

ogonową i dopiero po chwili dał nurka w głębinę.

Nazajutrz zdjęcia delfina ratownika ukazały się w całej prasie.

W kilka dni po opisanym wydarzeniu Bernie Ryng i Tim Sullivan 

przybyli do San Diego. Wypłynęli na łodzi patrolowej w rejon, gdzie 

spotykano   delfina,   i   w   skafandrach   płetwonurków   wskoczyli   do 

wody. Młody delfin pokazał się niemal natychmiast i najwyraźniej 

doszedł do wniosku, że zapowiada się dobra zabawa. Bernie i Tim 

wyprawy takie powtarzali przez trzy dni z rzędu - w ostatnim dniu 

delfin przypłynął aż do nabrzeża portu i już został z nimi.

W podobny sposób w ciągu następnych kilku tygodni pozyskali 

jeszcze   dwa.   Żadnego   z   delfinów   nie   łapano   siłą.   Wszystkie 

zwierzęta,   z   którymi   pracowali,   przystały   do   nich   dobrowolnie. 

Szybko nawiązywała się między nimi nić porozumienia i przyjaźni. 

Ponieważ   trudno   pracować   ze   zwierzętami,   które   są   anonimowe, 

background image

trzy delfiny otrzymały imiona: Ernie, Chester i Bull. Były całkiem 

niepodobne do siebie, różniły się też cechami charakteru.

Ernie   był   przywiązany   do   swoich   trenerów,   ale   nieufny   wobec 

innych ludzi. Miał naturę władczą i potrafił być niecierpliwy. Kiedy 

jakieś ćwiczenia nie wychodziły mu, w sposób gwałtowny okazywał 

niezadowolenie. Na przewodnika wybrał sobie Tima Sullivana i tak 

naprawdę dobrze się czuł jedynie w jego towarzystwie.

Najspokojniejszy z całej trójki był Chester. Uczył się nieco wolniej 

od   innych,   ale   kiedy   już   sobie   coś   przyswoił,   to   na   trwałe.   Był 

niezwykle   skrupulatny.   Nigdy   nie   popełniał   błędów   i   nic   nie 

potrafiło go oderwać od wykonywanego zadania.

Bull był najweselszy, najbardziej skory do zabawy. Czasami rzucał 

nagle   wszystko,   żeby   puścić   się   w   pogoń   za   ławicą   ryb. 

Równocześnie   uczył   się   najszybciej   i   kiedy   miał   na   to   ochotę, 

wykonywał polecenia dokładniej niż pozostałe zwierzęta.

Tim Sullivan i Ernie rozumieli się tak doskonale, jak tylko mogą 

się rozumieć człowiek i zwierzę. Wspierali się wzajemnie i pomagali 

sobie. Kiedyś Ernie wykonując zadanie zaplątał się w sieci. Zaczął 

się   szamotać,   ale   to   tylko   wyczerpało   jego   siły   i   zwiększyło 

zapotrzebowanie   na   tlen.   Na   szczęście   Tim   był   w   pobliżu. 

Sygnalizując swoją obecność metalowym świerszczykiem, starał się 

uspokoić zwierzę. Kiedy objął zaplątanego w sieci przyjaciela, Ernie 

uspokoił się, co pozwoliło Timowi uwolnić go z pułapki. W chwilę 

później obaj byli już na powierzchni.

Minęło kilka tygodni. Zespół Rynga ćwiczył z grupą komandosów 

walkę podwodną. Delfiny pływały w pobliżu i uganiały się za rybami. 

Jeden z komandosów wykonywał właśnie pozorowany atak na Tima 

background image

Sullivana,   gdy   niespodziewanie   pojawił   się   Ernie.   Wyłonił   się   z 

mętnej wody i jak taran uderzył mężczyznę, który, jak sądził delfin, 

atakował jego przyjaciela i trenera. Taki atak może być dla człowieka 

śmiertelny. Tim zdołał uspokoić delfina; razem odpłynęli na bok. W 

tym czasie płetwonurkowie wciągnęli rannego kolegę do łodzi.

Teraz dwaj przyjaciele rozpoczynali podwodny patrol u wejścia do 

kanału Hood.

Mimo sprzeciwów Kolarowa i Tiszkina Donskoj wyznaczył siebie 

do   ustawienia   trzeciej   miny.   Służba   na   miniaturowej   łodzi 

podwodnej   jest   ogromnie   wyczerpująca   i   Donskoj   doszedł   do 

wniosku,   że   nawet   on   osiągnął   granicę   wytrzymałości.   Najgorsza 

była bezczynność, kiedy inni wykonywali zadania. Wiedział, że musi 

coś robić.

Miniaturowy pojazd z każdą upływającą godziną wydawał mu się 

coraz ciaśniejszy, coraz mniejszy. Pierwszego dnia nie czuł tego. W 

miarę upływu czasu uczucie to stawało się coraz dotkliwsze. Odnosił 

wrażenie, jakby zaczęło działać jakieś nowe, nieodkryte prawo fizyki: 

ich   łódź   była   coraz   mniejsza.   Tak   jakby   jakaś   olbrzymia, 

niewidzialna ręka zgniatała ją ze wszystkich stron.

Potem   prześladował   go   dziwny   obcy   zapach.   Komputer 

potwierdzał, że wszystko jest w porządku, a on czuł swąd spalenizny. 

Na jego polecenie Kolarow i Tiszkin dwu- czy trzykrotnie sprawdzali 

urządzenia,   które   obsługiwali,   ale   nie   znajdowali   niczego 

niepokojącego. Nie było żadnych zwarć, nic się nie przegrzewało.

No i ta stale zmniejszająca się łódź.

Nie przyznając się do swoich odczuć, Donskoj doszedł do przeko-

background image

nania, że cierpli na klaustrofobię. Nic poważnego. Zdarzało się to 

również członkom załogi okrętu bazy, zwłaszcza podczas dłuższego 

pobytu pod wodą.

Tak   więc   Donskoj   wyznaczył   siebie   na   kolejną   turę   ustawiania 

min, pewny, że poczuje się lepiej w czasie pracy pod wodą. Już same 

przygotowania do wyjścia sprawiały mu przyjemność. Sprawdzając 

wraz   z   Kolarowem   poszczególne   czynności   według   listy,   zakładał 

skafander,   podłączał   butle   z   tlenem,   wreszcie   wszedł   do   śluzy. 

Pomieszczenie   powoli   wypełniało   się   morską   wodą,   wyrównano 

ciśnienie   i   otwarto   właz.   Kiedy   znalazł   się   na   zewnątrz,   poczuł 

ogromną ulgę.

Ich   zadanie   sprowadzało   się   do   ułożenia   trzech   min   w 

strategicznych   punktach,   w   miejscu,   gdzie   kanał   się   zwężał   i 

przechodził pod mostem. Tridenty musiały zawsze płynąć jednym 

torem, wzdłuż zachodniego wybrzeża, i tu było najodpowiedniejsze 

miejsce na położenie min.

Woda   była   zimna,   ale   pracował   już   w   znacznie   trudniejszych 

warunkach.   Przypomniał   sobie   pewną   operację   zimą,   w   rejonie 

Przylądka   Północnego   w   Norwegii.   Woda   była   wręcz   lodowata. 

Dostał wtedy tak silnych dreszczy, że z trudem dopłynął do pod-

wodnej bazy.

I   tu   było   zimno,   ale   nie   tak   jak   tam,   w   Norwegii.   Zapewne   z 

przyjemnością   powróci   do   ciepłego   wnętrza   łodzi,   ale   na   razie   z 

radością poruszał się w mętnej, nieprzepuszczającej światła wodzie.

Zamierzona   operacja   była   właściwie   dziecinnie   łatwa.   Do 

ustawionej   już   przez   kolegów   miny   miał   wmontować   detonator 

akustyczny,   uaktywniany   zdalnie   za   pomocą   fal   radiowych   o 

background image

specjalnie wybranej częstotliwości.

Przed wyruszeniem w tę podróż powiedziano im, że to politycy 

zadecydują o tym, czy i kiedy miny będą odpalone. Dodano, że tylko 

w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa nowego Związku Radziec-

kiego,   który   przecież   utrzymywał   ze   Stanami   Zjednoczonymi 

poprawne, jeśli nie przyjacielskie stosunki, ta ewentualność może 

wchodzić w grę. Miny były więc formą zabezpieczenia się na wszelki 

wypadek,   jako   że,  mimo   przyjaźni,   Stany   nie   zrezygnowały   z 

pewnych   środków   i   rodzajów   broni,   które   w   każdej   chwili   mogły 

zostać użyte przeciwko radzieckim

bazom   i   miastom.   Takie   wyjaśnienie   wydawało   się   całkiem 

przekonujące, a załogi mini-łodzi podwodnych nie orientowały się, 

że nie mówiono im prawdy. Nie wiedziały, że miny były jedynie nie-

szkodliwymi atrapami, a operacja, jaką właśnie wykonywały, miała 

charakter pułapki czy też przynęty. Koniew, który znał całą prawdę, 

nie   zamierzał   jej   ujawniać   załodze.   Nie   powiedział,   że   po   zrea-

lizowaniu jego planu miny te nie będą potrzebne, gdyż tridenty i tak 

nie popłyną kanałem Hood.

Mina leżała na głębokości sześćdziesięciu metrów. Płynący tu prąd 

zamulił ją nieco i Donskoj musiał oczyścić  jej korpus za pomocą 

strumienia   sprężonego   powietrza   z   pojemniczka   zawieszonego   u 

pasa.   Bańki   powietrza   i   drobinki   mułu   uniemożliwiły   na   chwilę 

widoczność.   Donskoj   odczekał,   aż   muł   opadnie   na   dno,   po   czym 

wziął   się   do   pracy.   Pracował   powoli,   systematycznie,   z 

przyjemnością. Po wielu godzinach zamknięcia w ciasnej przestrzeni 

- wypoczywał.

background image

Ernie krążył wokół Tima Sullivana z szybkością torpedy. Trzymał 

się   blisko   niego,   tak   że   prąd   wypieranej   przez   delfina   wody 

ustawicznie   wypychał   komandosa   ku   górze.   Czasami   przesuwając 

się z wdziękiem obok swojego instruktora i przyjaciela, delfin ocierał 

się o niego delikatnie. Był to ich sposób porozumiewania się. Ernie 

sygnalizował, że jest gotów do pracy.

Z umocowanej do pasa torby Tim wyjął nadajnik lokalizacyjny w 

kształcie   sztangi.   Ernie   schwycił   go   pyskiem,   machnął   płetwą 

ogonową i zniknął w morzu. Komandos ruszył za nim. Nie spieszył 

się jednak, i tak przy swoim przyjacielu nie miałby najmniejszych 

szans.

W   chwilę   potem   delfin   powrócił   bez   lokalizatora.   Był   wyraźnie 

podniecony.

Sullivan   włączył   swój   odbiornik.   Sygnały   były   bardzo   słabe. 

Zastanawiał się, do czego mógł być przytwierdzony aparat nadający 

je. Czyżby Harry Coffin miał rację? Wyjął jeszcze jeden aparat. Ernie 

złapał go natychmiast i zniknął.

Donskoj   powracał   do   swojej   mini-łodzi.   Płynął   powoli, 

rozkoszując   się   ostatnimi   minutami   swobody.   W   pewnym 

momencie   kątem   oka   odnotował,   że   coś   przemknęło   koło   niego. 

Poczuł prąd wody. Całkiem instynktownie skurczył się, przyciskając 

kolana   do   piersi,   i   to   uratowało   go   przed   uderzeniem   delfina. 

Widział kiedyś ludzi poranionych  przez te zwierzęta i wiedział, jak 

potrafią być groźne. Nos delfina uderzył

w podkurczone nogi mężczyzny, nie czyniąc mu większej krzywdy, 

odrzucając go jedynie w kierunku mulistego dna.

background image

Instynktownie wyczuwał, że zwierzę było tresowane, a to znaczyło, 

że   zaatakuje   ponownie.   Wyciągnął   długi   nóż,   jeszcze   mocniej 

podciągnął nogi do góry i wysunął nóż ostrzem do przodu.

Delfin zaatakował powtórnie. Z przodu. Donskoj nie miał chwili 

do namysłu i reagował zupełnie odruchowo. Ustawił ostrze noża tak, 

że atakujące zwierzę dosłownie nadziało się na nie. Siła uderzenia 

odepchnęła go do tyłu. Maska zakrywająca twarz przekrzywiła się 

zasłaniając  oczy. Poczuł w ustach smak słonej  morskiej  wody. W 

prawej ręce czuł tak ostry ból, jakby mu ją wyrywano. Ogarnął go 

strach... Strach przed wodą, przed delfinem, ale przede wszystkim 

strach przed śmiercią.

Nie   puszczał   jednak   noża.   Delfin   rzucał   się   i   szamotał,   ale   nie 

odpływał. Byli złączeni w śmiertelnym zwarciu. Obaj jakby przyrośli 

do   dwu   końców   noża   -   delfin   do   ostrza,   człowiek   do   rękojeści. 

Donskoj   wiedział,   że   jego   życie   zależy   od   tego,   czy   utrzyma   tę 

rękojeść. Jeśli delfin zdoła się wyrwać, on musi zginąć.

Nic   nie   widząc,   szarpany   we   wszystkie   strony,   półprzytomny, 

ściskał nóż i starał się wbić go głębiej w miękkie, oślizgłe ciało. W 

czasie tej szamotaniny maska na twarzy jeszcze raz się przekręciła - 

znów widział. Zauważył, że nóż tkwi w brzuchu zwierzęcia. Wciskał 

go głębiej i głębiej, starał się przecinać wnętrzności delfina. Oślepiła 

go krew zwierzęcia. Woda wokół zabarwiła się na czerwono.

Nie miał pojęcia, ile czasu trwała ta walka, ale czuł, że zwierzę 

wyraźnie słabnie. Wreszcie znieruchomiało.

Wyciągnął nóż z brzucha zwierzęcia. Poprawił maskę na twarzy. 

Wiedział,   że   jeśli   szybko   nie   powróci   do   łodzi,   znajdzie   się   w 

kłopotach. Nie miał pewności, czy jego ekwipunek nurka nie został 

background image

uszkodzony. Dostrzegł jeszcze, że martwe ciało delfina unosi płynący 

ponad   dnem   prąd   wodny.   Skierował   się   do   łodzi.   Płynąc   poczuł 

ogarniającą go radość i podniecenie. Lata treningów nie poszły na 

marne. Mogli kontynuować swą misję.

Ernie nie wracał. Instynkt mówił Sullivanowi, że coś się musiało 

wydarzyć. Tylko co? Ernie był zbyt zdyscyplinowanym zwierzęciem, 

żeby mógł nie wykonać zleconego sobie zadania - o tym nie mogło 

być   mowy.   Kiedy   przypłynął   do   Tima,   był   podniecony.   Musiał 

zobaczyć coś niezwykłego. Coś się wydarzyło, tylko co? Sullivan, dla 

którego   to   zwierzę   było   kimś   bliskim,   jakby   członkiem   rodziny, 

zaczął się o nie martwić.

Płynął   w   ciemnej,   nieprzejrzystej   wodzie   i   metalowym   świersz-

czykiem   wzywał   przyjaciela.   Nie   było   odpowiedzi.   Poruszał   się 

ostrożnie,   niepewny,   na   co   może   się   natknąć.   Może   delfin 

potrzebował   jego   pomocy?   Włączył   lokalizator   i   popłynął   w 

kierunku   sygnałów.   Po   chwili   znalazł   porzucony   przez   Ernie'ego 

czujnik. Leżał na dnie, w mule. Drugi czujnik milczał. Tim jeszcze 

przez jakiś czas krążył wkoło, ale poszukiwania w mętnej wodzie nie 

miały większego sensu. Zresztą kończył mu się zapas tlenu. Nie miał 

wyboru. Musiał wracać.

Następnego dnia rano rybacy z Cypla Termination znaleźli mart-

wego   delfina.   Powiadomiony   o   tym   Tim   udał   się   do   ich   bazy   i 

uważnie obejrzał ciało częściowo już obgryzione przez ryby. Rana w 

brzuchu   była   wyraźnie   widoczna.   Potrafił   wyobrazić   sobie   walkę, 

jaką przed śmiercią stoczył jego przyjaciel. Jak straszliwie cierpiał, 

nim woda dostała się do jego płuc, nim stracił świadomość. Miał 

background image

nadzieję, że zabił go szok, zanim ból stał się nie do wytrzymania.

W kilka godzin później dwaj pozostali komandosi w towarzystwie 

Bulla i Chestera zaczęli patrolować rejon wejścia do kanału. Mimo 

wysiłków nie potrafili ustalić przyczyny śmierci Ernie'ego.

Harry   Coffin   zarządził   dodatkowe   środki   ostrożności   i   zakazał 

tridentom wpływać do kanału Hood.

ROZDZIAŁ V

Obudziła   się   gwałtownie.   „Przez   okno   wpadało   przytłumione 

światło pochmurnego poranka.

Chmury wisiały nisko nad ziemią i dlatego ptaki milczały. A tak 

liczyła, że ją obudzą.

Leniwe ptaki - pomyślała. Było już dziesięć po szóstej, a o szóstej 

powinna  nawiązać kontakt. Nie stało  się  jednak  nic  złego. Tamci 

wiedzieli, że gdyby coś się wydarzyło, odezwałaby się punktualnie.

Mimo wczorajszego zmęczenia spała bardzo nędznie. Zwierzęta-

cienie, które wieczorem tańczyły na ścianie, odwiedziły ją we śnie. 

Królik o uszach przypominających peryskopy zmienił się we śnie w 

jakieś olbrzymie stworzenie. Byli gdzieś w lesie, gdyż słyszała szum 

liści. Potem znowu znalazła się w domku, a zwierzęta pozłaziły z 

drzew i zaglądały przez okna. Wkrótce zjawiły się w pokoju, czuła 

ich cuchnące oddechy. Nie rzucały się na nią, patrzyły tylko pustymi, 

przekrwionymi oczami.

Budziła   się   kilka   razy,   wstawała,   chodziła   po   pokoju.   Wypiła 

kieliszek   wina.   Zrobiła   sobie   kawy.   Nawet   spacerując   miała 

wrażenie, że czuje odór jakichś zwierząt.

background image

Nie   bała   się,   była   jednak   zła   na   siebie.   Czyżby   zaczynała   jej 

doskwierać samotność?

Dlaczego prześladowały ją myśli o tym tajemniczym Rosjaninie z 

łodzi   podwodnej?   Dlaczego   chciała   go   spotkać?   Tymi,   którzy   nią 

kierowali, nie interesowała się specjalnie. Byli wobec niej grzeczni, 

nawet   jakby   nieco   onieśmieleni.   Mężczyźni   obawiają   się   kobiet, 

które  potrafią   wykorzystać   swoją   kobiecość   dla   uzyskania   jakichś 

korzyści.  A ona  to   właśnie robiła.  Praca,  którą   wykonywała  (jeśli 

można   to   było   nazwać  pracą),   podobała   się   jej   coraz   bardziej. 

Mężczyźni, z którymi się spotykała, zajmowali wysokie stanowiska i 

byli na ogół ludźmi interesującymi.

Pociągała   ją   ich  inteligencja,   choć   trzeba   przyznać,   niektórzy   i  w 

łóżku byli całkiem dobrymi partnerami. Nie rozważała moralnych 

aspektów   tego,   co   robi.   Od   mężczyzn   nigdy   nie   przyjmowała 

pieniędzy. Podniecało ją to, że musiała być zawsze bardziej czujna, 

bardziej   domyślna   i   inteligentniejsza   niż   jej   partnerzy.   Jej 

mocodawcy byli z niej zadowoleni i często dawali temu wyraz.

Pobyt na wyspie był miłą odmianą w jej nieco monotonnym życiu. 

Tu już była naprawdę sama. Jej jedyny obowiązek to meldowanie się 

przez radio o szóstej rano. Była to bardzo prosta operacja, kilka słów 

kodu, sygnał, że żyje i czuwa.

Wykonała ten obowiązek. Nie zadano jej żadnego pytania.

Zaczęła   przygotowywać   sobie   śniadanie.   Ken   zawsze   mówił,   że 

kiedy ciało słabe, należy „wrzucić coś porządnego na ruszt”, choć 

sam   nigdy   nie   przywiązywał   do   tego   wagi   i   zazwyczaj   nie   miał 

pojęcia, co je. Interesowała go ilość, a nie jakość.

Ken...

background image

Myślała   o   nim   teraz.   Prawie   nigdy   się   jej   nie   śnił.   Należał   do 

przeszłości, a ten marynarz, na którego tu czekała, do przyszłości. 

Uświadomiła sobie, że lata zatarły w jej pamięci twarz Kena. Już nie 

widziała go tak wyraźnie jak niegdyś. Oczywiście nie potrafiła sobie 

wyobrazić twarzy mężczyzny, którego tu oczekiwała, i może właśnie 

dlatego podświadomie obdarzyła go pewnymi cechami Kena.

Jajka i tosty były doskonałe. Kawa pochodziła z Nowego Orleanu; 

ten   gatunek   lubiła   najbardziej.   W   lodówce   znalazła   śmietankę. 

Dbano o nią.

Ken miał rację - śniadanie przywróciło jej dobre samopoczucie. 

Wstała od stołu i przeciągnęła się. Poczuła potrzebę ruchu. Potem 

pozmywa   naczynia.   Dobrze   zrobi   jej   kąpiel   w   zimnej   wodzie. 

Narzuciła   płaszcz   kąpielowy   i   boso   wybiegła   na   dwór.   Idąc 

opadającą do plaży ścieżką omijała kolczaste krzaki. Nisko nad wodą 

leżała   mgła,   ale   spoza   niej   widoczna   już   była   wyspa   po   drugiej 

stronie kanału. We mgle płynął jakiś kuter. Słyszała wyraźnie warkot 

silnika.

Zrzuciła płaszcz, powiesiła go na gałęzi drzewa, a sama weszła do 

wody.   Była   zimniejsza,   niż   Corinne   się   spodziewała,   a   śliskie 

kamienie na dnie utrudniały chodzenie. Zanurzyła się jednak i dała 

nurka.   Po   kąpieli   czuła   się   odświeżona   i   silna.   Było   jednak   zbyt 

zimno, żeby pływać. Kilka silnych ruchów ramion i wyskoczyła na 

brzeg. Owinęła się płaszczem i pobiegła do domu, pod prysznic. Ken 

zrobiłby zapewne to samo.

Wytarła się dokładnie, ubrała i wyszła przed dom. Słońce zaczynało 

przeświecać   przez   rozstępujące   się   chmury.   Poczuła   ostry   zapach 

jałowca.

background image

Usiadła na leżaku. Pogrążyła się we wspomnieniach. Zobaczyła Kena 

i Cory w ich małym pokoiku w Anglii.

Uszczypnęła   się   w   rękę,   żeby   powrócić   do   rzeczywistości.   Nie 

można ustawicznie myśleć o tym, co minęło.

Przypomniała sobie swoją pierwszą pracę po śmierci tych dwojga. 

Była   urzędniczką   w   jakimś   magazynie   i   siedziała   w   zimnym 

wilgotnym pokoiku. Nie rzuciła jednak studiów i ukończyła je. W 

tym właśnie okresie poprzysięgła sobie, że nie będzie więcej żyć w 

nędzy, jaką musiała cierpieć razem z Kenem i Cory.

Wówczas to grono przyjaciół, jej i Kena, zaczęło się wykruszać. 

Jedni - przede wszystkim jego przyjaciele - odsunęli się od niej. Inni 

zmienili   uczelnie.   Jeszcze   inni   gdzieś   się   zapodziali.   Byli   i   tacy, 

którzy wyparli się swoich poglądów i dystansowali się od rewolu-

cjonistów.

Nie było to przyjemne, ale nauczyło ją samodzielności. Zaczynała 

doceniać   sytuację,   kiedy   ma   się   wystarczająco   dużo   pieniędzy   na 

względnie przyzwoite życie, na ubranie, na kupno książek. Oddając 

hołd   przekonaniom   Kena   chodziła   czasami   na   zebrania   partii 

komunistycznej, ale były one nudne i w niczym nie przypominały 

spotkań organizowanych przez niego. Nie wiedziała, że zauważono 

ją   i   zaczęto   obserwować.   Ci,   którzy   to   robili,   byli   do   tej   pracy 

specjalnie przygotowani. Szybko zorientowali się, że zebrania jej się 

nie podobają i dlatego pokazuje się na nich coraz rzadziej. Późniejsi 

współpracownicy   nie   kryli   przed   nią,   że   spotkania   te   traktowali 

jedynie   jako   okazję   do   poznania   ludzi,   którzy   mogli   im   być 

potrzebni.

Obserwowali   ją   przez   całe   lata,   zanim   zdecydowali   się   na 

background image

rozmowy, a i te prowadzone były początkowo przez ludzi niskiego 

szczebla.   Ile   trwał   ten   okres   wstępny?   Pięć,   może   sześć   lat.   Już 

wtedy jednak pomogli jej w znalezieniu lepiej płatnej pracy.

Pamiętała doskonale ów deszczowy dzień, kiedy po raz pierwszy 

zobaczyła tego przystojnego, eleganckiego mężczyznę. Spotkali się w 

pociągu jadącym z Londynu do Brighton. Nie miała pojęcia, że ma 

do czynienia z jedną z ważniejszych figur KGB w Anglii. Właściwie 

nigdy   nie   poznała   całej   prawdy   o   nim.   Wszyscy   oni   potrafili 

doskonale się maskować i świetnie odgrywać narzucone im role.

Nie znała jego prawdziwego imienia i nazwiska. Przedstawił się jej 

jako   David   i   wyglądał   raczej   na   Amerykanina   niż   Rosjanina. 

Zamówił   kieliszek   wytrawnego   martini   i   poprosił   kelnera   o 

przyniesienie większej ilości lodu. Gdy podano mu stek, odesłał go 

do   kuchni   jako   zanadto   wysmażony.   Czy   naprawdę   miał   tego 

rodzaju   gusta,   czy   też   zachowywał   się   tak,   bo   chciał   uchodzić   za 

Amerykanina?

David był człowiekiem niezwykle uprzejmym. Rozmowa o niczym, 

potem   świetny   obiad   z   doskonale   dobranym   winem   i   znowu 

rozmowa o niczym. Gdy dochodzili do deseru, wiedział już o niej 

wszystko, co chciał wiedzieć, a ona o nim jedynie to, że naprawdę 

nie   nazywał   się   David.   Powiedziała   mu   o   tym   przy   kawie. 

Uśmiechnął się i stwierdził, że jest bardzo domyślna, co powinno 

ułatwić   im   współpracę.   Zamówił   koniak.   Właśnie   wtedy 

zaproponował,   żeby   poszli   do   łóżka.   Zrobił   to   zresztą   bardzo 

delikatnie i dowcipnie, a kiedy odrzuciła propozycję, był wyraźnie 

zadowolony.

Poszli do łóżka później i na jej warunkach. Spotkali się w hotelu, 

background image

gdyż stanowczo nie chciała robić tego w jego mieszkaniu. To wtedy 

zdecydowała się ostatecznie na współpracę. David, który zdążył ją 

poznać, był przekonany, że zwerbował doskonałego agenta. Utracił 

wprawdzie kochankę, ale KGB zyskało świetnego współpracownika.

Już przed wieloma miesiącami Koniew zdecydował, że dowódcą 

drugiej   miniaturowej   łodzi   podwodnej   będzie   Tarancew.   Z   tych, 

którzy byli brani pod uwagę, był najinteligentniejszy. Podobnie jak 

Donskoj miał twardy charakter i był sprawny fizycznie.

Kiedy   został   odpowiednio   przeszkolony,   wraz   z   innymi 

przerzucono   go   do   tajnego   ośrodka   na   wysepce   Kotlin   pod 

Leningradem.   Tu   pod   kierunkiem   Koniewa   zaczęli   ćwiczyć   na 

symulatorach.   Szkolenie   miało   charakter   skomplikowanych   gier 

komputerowych:   rozwiązywali   najbardziej   zawiłe   zadania,   które 

mogły   stanąć   przed   załogami   mini-łodzi   podwodnych   w   czasie 

różnych   operacji.   Tarancew   wykazał   szczególny   talent   jako   pilot 

podwodnego   pojazdu.   Najtrudniejsze   problemy   rozwiązywał 

bezbłędnie i szybciej od innych.

I   to   zadecydowało   o   wyborze   na   dowódcę   łodzi.   Otrzymał 

polecenie dokładnego zapoznania się z topografią zatoki Puget.

Koniew uznał, że Donskoj i Tarancew są najwłaściwszymi ludźmi 

do planowej przez niego operacji. Temu ostatniemu wyznaczył przy 

tym   zadanie,   które   powinno   udowodnić,   że   trudne   do   wykrycia 

mini-łodzie   są   w   stanie   operować   pod   wodą   na   najbardziej 

ruchliwych szlakach handlowych świata.

Obie   łodzie   mogły   jednocześnie   opuścić   okręt   bazę.   Podczas 

ćwiczeń przeprowadzano tego rodzaju manewr. Koniew postanowił 

background image

jednak, że w praktyce będzie inaczej. Mini-łodzie nie wykonywały 

zadań   ofensywnych,   a   operacja   z   udziałem   dwóch   łodzi   byłaby 

łatwiejsza do wykrycia niż z udziałem jednej. Zdecydowano zatem, 

że   każda   z   nich   ma   odrębną   misję.   Płynęły   więc   oddzielnie   i 

wykonywały odmienne rozkazy.

Andriej   Tarancew   opuścił   bazę   „Gorki”   w   godzinę   po   łodzi 

Dońskiego. Był całkiem innym człowiekiem niż jego kolega. Czarny, 

szczupły, o bladej twarzy, pozbawionej jakichś cech szczególnych. 

Podobnie   jak   Donskoj   przeszedł   szkolenie   komandosa,   ale   jemu 

zabijanie   nigdy   nie   sprawiało   przyjemności.   By   małomówny   i 

zamknięty w sobie.

Po   opuszczeniu   bazy   wziął   kurs   na   południe   przez   cieśninę 

Admiralty,   początkowo   płynął   drogą,   jaką   przed   nim   przebył 

Donskoj.   Był   zadowolony,   nawet   szczęśliwy.   Płynął   powoli   i 

ostrożnie,   opierając   się   jedynie   na   wskazaniach   przyrządów,   ale 

zawsze dokładnie wiedział, gdzie się znajduje i jaki manewr musi 

wykonać. Świadomość, że przeciwnik nie może go tak łatwo wykryć, 

sprawiała mu satysfakcję. Niemal bezszelestnie, jak cień, przesuwał 

się wśród mętnych wód zatoki.

Tak jak Donskoj dopłynął do wejścia do kanału Hood, ale tu wziął 

kurs prosto na południe i wszedł do zatoki Puget. Trzymał się jej 

zachodniego wybrzeża. Płynąc tym kursem osiągnął rejon Seattle. 

Ani on, ani Koniew nie byli w stanie przewidzieć, z kim może się tu 

spotkać.

Niszczyciel   „Kinkaid”   wypłynął   wąskim   kanałem   zza   Cypla 

Orchard   i   wziął   kurs   na   Seattle,   którego   wysokie,   jasne   budynki 

background image

odbijały   promienie   porannego   słońca,   tak   że   miasto   leżące   po 

drugiej stronie zatoki Puget wydawało się o wiele bliżej, niż było w 

rzeczywistości.   Po   sześciu   miesiącach   remontu   w   stoczni   w 

Bremerton był to pierwszy próbny rejs i dla okrętu, i dla kapitana 

Hala   Davisa,   który   objął   dowództwo,   kiedy   okręt   stał   w   doku. 

Pierwszy raz czuł pod nogami drżący i kołyszący się pokład. Pokład 

jego okrętu!

Po wyjściu z kanału okręt skierował się prosto na północ. Ruch w 

zatoce   był   jak   zawsze   ogromny.   Słychać   było   syreny   statków 

handlowych   i   promów   zagłuszane   czasami   przez   krzyk   krążących 

nad okrętem mew.

Pasażerowie mijanego właśnie promu z zaciekawieniem patrzyli 

na niszczyciel z pełnym uzbrojeniem na pokładzie, który błyszczał 

świeżą   farbą.   W   środku,   ukryta   przed   wzrokiem   ciekawskich, 

pracowała   załoga   i   ekipa   pracowników   stoczni,   przeprowadzając 

dziesiątki   prób   z   elektronicznym   sprzętem   i   wszelkiego   rodzaju 

urządzeniami   i   mechanizmami,   w   jakie   okręt   został   w   czasie 

remontu wyposażony.

Rejs miał trwać cały dzień. Davis wiedział, że spędzi go na mostku 

kapitańskim. Zamierzali przepłynąć zatokę Puget i wyjść na cieśninę 

Juan de Fuca, by na otwartych wodach dokonać dalszych prób z 

silnikami, urządzeniami nawigacyjnymi i z bronią.

Mijali Seattle. Na wysokości przedmieścia Davis polecił zwiększyć

szybkość. Przyrządy umieszczone na mostku przekazywały dziesiątki 

informacji o działaniu mechanizmów, urządzeń, silników. Wszystko 

funkcjonowało   normalnie,   żadnych   zakłóceń   czy   odchyleń   od 

normy. W pewnym momencie nad głośnikiem łączącym mostek z 

background image

sonarem zapaliło się światło i rozległ się czyjś głos:

- Mostek, tu sonar. Mamy kontakt... kierunek: trzy, trzy, zero... 

odległość jakieś pięć tysięcy pięćset metrów... zbliża się.

Dziwne - pomyślał kapitan i odruchowo popatrzył w kierunku, o 

którym meldowano. Zobaczył jedynie odległe białe domy przedmieś-

cia miasta.

- Sonar -  oficer  dyżurny na  mostku, Jack Kirby, pochylił się w 

stronę   mikrofonu   -   namierzyłeś   najprawdopodobniej   jakiś   kuter 

rybacki powracający do portu.

- Wykluczone, mostek. To nie kuter. Kutry też mamy, ale o nich 

nie melduję.

Hal Davis podniósł się ze swego miejsca i nacisnął guzik łączący 

jego mikrofon z sonarem.

- Bosmanie, a nie odczytujecie przypadkiem odbicia od dna? Tam, 

jak wynika z mapy, znajduje się kilka skalistych fałd.

- Wiem, kapitanie. To nie skały. Wygląda na łódź podwodną, choć 

nie mam pewności. To coś małego. Z podobnymi sygnałami jeszcze 

nigdy się nie spotkałem.

- Bosmanie   -   Davis   uśmiechnął   się   wyrozumiale   -   tu   łodziom 

podwodnym nie wolno płynąć pod powierzchnią. Może w stoczni 

założyli wam taki program, żeby was kontrolować.

- Niemożliwe, kapitanie. Proszę mi wierzyć. To cel. Identyfikuję to 

jako łódź podwodną na kursie dokładnie przeciwnym do naszego. 

Wkrótce nas minie.

- Proszę mi podać jej położenie - polecił Davis i stojącemu za nim 

oficerowi pochylonemu nad stołem zarzuconym mapami rozkazał: - 

Proszę to nanieść na mapę.

background image

Sam cofnął się w głąb kabiny i stanął za stołem, żeby przypatrzeć 

się mapie.

- Dwa, dziewięć, zero, dwa tysiące - padło z głośnika.

Davis   wzrokiem   odszukał   to   miejsce   na   mapie.   Leżało 

naprzeciwko   latarni   morskiej   na   Cyplu   Apple   Cove,   w   samym 

środku korytarza, którym odbywał się ruch handlowy i pasażerski. 

Nie mogło tam być żadnego kutra rybackiego.

- Sonar, czy cel jest nieruchomy? - rzucił do mikrofonu.

- Przesuwa się na południe. Miniemy go w odległości około tysiąca 

pięciuset metrów. Doradzam atak.

Davis   nie   ukrywał   zdumienia.   Atakować?   W   pasie   ruchu   na 

wodach zatoki Puget? Bez zapasów bojowej amunicji?

Spojrzał przez okno. Mijał ich właśnie kuter rybacki udający się na 

łowiska. Nieco dalej widział dwa statki towarowe i kilka prywatnych 

jachtów. Za nimi kilka barek. Co się, do diabła, działo?

- Ster na lewą burtę! - rozkazał i dodał zwracając się do Jacka 

Kirby: - Przekonajmy się, z czym mamy do czynienia.

To było niesamowite. Tarancew nie miał pojęcia, dlaczego na tych 

ruchliwych   wodach   operuje   jakiś   sonar,   i   to   tak   potężny.   Nikt 

przecież nie mógł się go tu spodziewać. W pierwszej chwili poczuł 

przerażenie. Ten nieustający, rytmicznie powtarzający się dźwięk - 

ping...   ping...   ping   -   wypełniał   wnętrze   miniaturowej   łodzi   i 

szokował.   Było   to   tak,   jakby   ktoś   znajdując   się   w   pustym 

pomieszczeniu   niespodziewanie   poczuł   na   ramieniu   dotyk   czyjejś 

ręki. Równie przerażeni byli Tupolew i Osipenko.

- Co   się   dzieje,   do   diabła?   -   zapytał   jeden   z   nich   nieco 

background image

histerycznym tonem.

A przecież nie byli tchórzami i niejednokrotnie znajdowali się w 

opałach. Jednakże ten potężny dźwięk wypełniał całą łódź i szarpał 

nerwy.

PING!

Zdawało   się,   że   ściany   łodzi   drżą.   Nie   mieli   wątpliwości,   że   to 

sonar. Znali ten dźwięk doskonale. Nigdy jednak nie oczekiwali, że 

zetkną się z nim w takiej właśnie sytuacji. Czyżby ktoś wiedział o ich 

obecności? Stosunki pomiędzy Moskwą i Waszyngtonem były teraz 

takie dziwne.

- Nie zwracajcie na to uwagi... - Tarancew zamilkł, rozumiejąc, że 

mówi głupstwa. - W każdym razie nie ma się czym przejmować. Nie 

złapią nas. Pewnie ktoś sprawdza swoją aparaturę.

Nacisnął   guzik,   wydając   komputerowi   polecenie   zlokalizowania 

źródła dźwięku.

- Nie zatrzymamy się? - zapytał Tupolew.

PING!

- Na razie nie. Pewnie sądzą, że namierzyli jakiś wrak albo że to 

odbicia od dna. Nie mają powodów, by cokolwiek podejrzewać. - 

Tarancew starał się, żeby jego głos brzmiał pewnie i spokojnie, choć 

nie był ani pewny siebie, ani spokojny.

PING!

Skąd   w   tym   właśnie   miejscu   sonar   o   tak   znacznej   mocy? 

Komputer

bez   trudności   zlokalizował   go   i   ustalił   jego   kurs,   przeciwny   do 

kierunku, w jakim oni się poruszali. Nic na razie nie wskazywało, 

żeby kurs ten ulegał zmianie. Najprawdopodobniej było to zupełnie 

background image

przypadkowe spotkanie.

- Jakie tu mamy dno? - zapytał Tarancew swojego zastępcę.

- Muł - brzmiała odpowiedź Tupolewa. - Bliżej brzegu dno jest 

pofalowane. Silne prądy przypływowe i odpływowe.

- Na razie pozostajemy na kursie, chyba że... - Czerwone światełko 

na   tablicy   rozdzielczej   zasygnalizowało   nowe   odczyty   komputera. 

Sonar zmienił kurs.

- Skręca w naszym kierunku - zameldował Tupolew. - Zaczyna się 

zbliżać.

Tarancew poruszył kołem sterowym. Poczuli lekki przechył i ich 

łódź skierowała się w stronę brzegu.

- Kiedy wpłyniemy na płytsze wody, zgubią nas. Będą odbierać 

wyłącznie odbicia od dna.

Wypuścili   hydraulicznie   płozy   i   po   chwili   usiedli   w   niewielkim 

wgłębieniu   na   dnie,   powodując   podniesienie   się   kłębów   mułu. 

Wyłączyli wszystkie urządzenia, których praca mogłaby zdradzić ich 

obecność.   Siedzieli   w   milczeniu   i   czekali.   Poczuli   się   bardziej 

bezpieczni. Okręt czy statek, jaki ich namierzył, nie mógł ryzykować 

wejścia  na  płytkie  wody.  Zapewne  kapitan  tamtego  statku  będzie 

próbował  ich  zlokalizować.  Wiedzieli jednak,  że  teraz byli  nie  do 

wykrycia.

Hal Davis uważnie studiował mapę wybrzeża. Zbliżali się do niego 

coraz bardziej, woda była coraz płytsza.

- Co nowego bosmanie? - zapytał przez mikrofon.

- Odbicia od dna, kapitanie. Na ekranie sama kasza. Poza tym nic.

- Jeśli zaraz czegoś nie znajdziecie, zmieniamy kurs. Dla waszej 

background image

przyjemności nie zamierzam wsadzić „Kinkaida” na skały.

- Szukamy - padła odpowiedź.

Davis ustawił teraz swój okręt równolegle do wybrzeża i płynął 

niemal   na   linii,   której   nie   mógł   już   przekroczyć,   jeśli   nie   chciał 

ryzykować wejścia na mieliznę. Zmniejszył szybkość, wreszcie kazał 

zatrzymać silniki.

- Co   tam   mamy?   -   zapytał   wreszcie   niecierpliwie.   -   Nasze 

dowództwo pomyśli zapewne, że zwariowałem.

- Że zwariowaliśmy obaj, kapitanie. Teraz zresztą nic nie mamy. 

Zniknęli. Wszystko jednak jest nagrane na taśmie i jeśli uznają, że 

zwariowaliśmy, to znajdą się z nami w jednej łodzi.

- Bierzcie tę taśmę i chodźcie tu, na mostek. Przygotujemy raport 

dla admirała. Zapewne przyślą po taśmę helikopter.

Znowu   włączyli   wszystkie   urządzenia,   a   komputer   powiadomił 

ich, że sonar przesuwa się w kierunku północnym. Podnieśli się z 

dna i w chwilę potem ruszyli. Płynęli w całkowitym milczeniu, po 

jakimś czasie usłyszeli, choć o wiele słabsze niż poprzednio, dźwięki 

sonaru, który oddalał się na północ.

- Czy sądzisz, że po prostu zapomną o nas? - zapytał Tupolew.

- Wykluczone. Płynęli w naszym kierunku i usiłowali nas zloka-

lizować.   Będą   nas   szukać,   jak   nie   ci   sami,   to   inni,   których 

zaalarmują. Gdy zapadnie noc, musimy powiadomić Koniewa. Być 

może zmieni program operacji.

Tarancew   zadecydował,   że   dopłyną   do   brzegów   wysepki 

Bainbridge i usiądą na płyciźnie. Tam panował zapewne mniejszy 

ruch,   a   na   brzegu   nie   było   dróg.   Na   wyspie   znajdował   się   jakiś 

background image

indiański   rezerwat.   W   nocy   podpłyną   pod   powierzchnię,   żeby 

wystawić antenę. Nikt nie powinien tego zauważyć.

ROZDZIAŁ VI

Ryng ogarnął wzrokiem pokój i zdumiał się w duchu. Patrzcie no, 

patrzcie... Tak wcześnie rano, a przygnało tu tyle szarż. Najbardziej 

śmieszył go wymuskany i sztywny adiutant admirała. Ciekawe, czy 

nosi   w   teczce   papier   toaletowy,   żeby   w   razie   potrzeby   podcierać 

szefa.   Wśród   komandosów   nie   spotykało   się   takich   nadętych, 

oślizłych fagasów.

Harry Coffin, jak na admirała, był całkiem równym facetem. Z nim 

można   było   konie   kraść.   Po   co   jednak   zwołano   tych   wszystkich 

oficjeli. Najlepszą, właściwie jedyną drogą do uporania się z tym, co 

działo  się  w zatoce  Puget,  było  udawanie,  że  w  ogóle  nic  się  nie 

dzieje. Jeśli był tam ktoś, to musi uwierzyć, że nie został odkryty, że 

może spokojnie działać, i wtedy dopiero się go dopadnie. Musi to 

trochę potrwać, ale skutek będzie gwarantowany. Po co więc zbierać 

tych facetów z orderami? Oni jedynie przeszkadzają.

Bernie   Ryng   był   zdecydowanym   zwolennikiem   działania 

szybkiego,   ale   spokojnego.   Nie   można   rozgłaszać,   że   w   operacji 

biorą udział komandosi. Trzeba wszystko zaplanować, ale plan w 

każdej chwili może ulec zmianie, w zależności od okoliczności. Tylko 

tak pozbawia się przeciwnika szans.

Bernie   Ryng   czuł  się   trochę   nieswojo.   Zazwyczaj   to   właśnie   on 

planował   operacje   i   zawsze   wolał   być   w   ofensywie.   Operacje 

obronna czy ochronna były dla niego czymś nowym.

background image

Siedział   w   milczeniu   i   przysłuchiwał   się   dyskusji.   Jakiś 

wiceadmirał   z   Waszyngtonu   proponował   dokładne   przeszukanie 

całej zatoki Puget przy użyciu kilkunastu niszczycieli i fregat, którym 

towarzyszyłyby łodzie podwodne i helikoptery.

Ryng milczał, ale w duchu pomyślał sobie, że jeśli przeciwnik jest 

choć w połowie tak sprytny, jak na to wygląda, to zanim zacznie się 

jakakolwiek operacja, albo się wycofa, albo ukryje i nic nie osiągną.

Przeciwnicy popełnili na razie jeden błąd - zabili Ernie'ego, choć 

zrobili   to   najprawdopodobniej   w   obronie   własnej.   Oznaczało   to 

jednak,   że   był   tam   płetwonurek.   Ryng   pomyślał,   że   postąpiłby 

zapewne tak samo, z tym że zatroszczyłby się o ukrycie ciała delfina. 

Zresztą   nie   wiadomo,   jakie   okoliczności   towarzyszyły   temu,   co 

wydarzyło się tam w głębinach. Być może i on nie mógłby ukryć 

delfina.

A to spotkanie z łodzią podwodną... czysty przypadek. Tamci nie 

mogli przewidzieć, że jakiś okręt będzie tu sprawdzał swój sonar. A 

Bernie nie miał najmniejszej wątpliwości, że była to łódź podwodna. 

Musieli wiedzieć, że są namierzani, i natychmiast zniknęli. Co, do 

diabła, mogła robić łódź podwodna w rejonie Seattle? Miniaturowa 

łódź podwodna.

Jeśli   usiłowali   się   ukryć,   to   mogli   to   być   tylko   Rosjanie. 

Wprawdzie oba kraje były teraz w zasadzie sojusznikami, ale jedna i 

druga strona była nadal bardzo podejrzliwa. Ostatecznie ani oni, ani 

Rosjanie   nie   wyrzekli   się   broni   atomowej.   Rosyjskim   dowódcom 

tridenty musiały spędzać sen z powiek.

Przypomniał   sobie   przebieg   wczorajszej   odprawy   u   Harry'ego 

Coffina.   CIA   wiedziała,   że   Rosjanie   mieli   miniaturowe   łodzie 

background image

podwodne, wręcz idealne do szpiegowania i podmorskiej dywersji. 

Utrzymywali   to   w   największej   tajemnicy,   co   bardzo   niepokoiło 

Waszyngton.   Dlatego   CIA   starała   się   zdobyć   jak   najwięcej 

informacji.   Polityczna   przyjaźń   wcale   nie   osłabiała   działań   CIA   z 

naszej,   a   KGB   z   ich  strony.   I  CIA  natrafiła   na   jakieś   sygnały,   że 

podwodny   okręt   baza   z   miniaturowymi   łodziami   pojawił   się   w 

porcie nad Pacyfikiem. Potem gdzieś zniknął.

Należało więc przypuszczać, że „Kinkaid” natrafił na jeden z tych 

mini-pojazdów. Waszyngton kanałem dyplomatycznym zapyta o to 

Moskwę   i   na   pewno   dostanie   stanowcze   zaprzeczenie.   Prawdę 

muszą wykryć oni, komandosi i marynarze. Jeśli to była miniatura, 

a nie mogło być inaczej, to okręt baza też znajduje się gdzieś w tym 

rejonie.   Musi   wspierać   załogę   miniatury.   W   jej   wnętrzu   można 

przebywać najwyżej przez kilka dni.

Co, u diabła, robiła łódź w tym właśnie miejscu, w rejonie Seattle 

czy   Bremerton?   Sama   zatoka   Puget   nie   mogłaby   interesować 

Rosjan. Tam nie było  przecież tridentów, które znajdowały się w 

bazie w Bangor.

Wiceadmirał nie przestawał mówić. Roztaczał czarną wizję znisz-

czeń,   jakich   można   by   dokonać   w   Bremerton,   gdzie   mieściła   się 

stocznia   i   jakaś   filia   zakładów   Boeinga,   przy   czym   przewidywał 

użycie torped, rakiet średniego zasięgu i różnych innych rodzajów 

broni, które mu przychodziły na myśl.

Boże,   co   też   ten   facet   wygaduje!   Brakuje   tylko   inwazji   dzikich 

królików, pomyślał Ryng.

Poczuł  na  ramieniu  dotknięcie  czyjejś   ręki.  Odwrócił  głowę.   Za 

nim siedział skulony Harry Coffin, który dał mu znak głową, żeby 

background image

wyjść. Gdy znaleźli się za drzwiami, Ryng, nie czekając, co powie 

admirał, rzucił:

- Admirale, sądzę, że powinniśmy się zatroszczyć o  bezpieczeń-

stwo pańskiej bazy. Ci tutaj odciągają naszą uwagę od tego, co jest 

rzeczywiście ważne.

Coffin przytaknął skinieniem głowy. Nie miał wątpliwości co do 

tego, że Związek Radziecki obawiał się tridentów. Wielokrotnie, przy 

różnego rodzaju okazjach, Moskwa stawiała sprawę rezygnacji obu 

stron   z   tego   rodzaju   broni,   uważając,   że   w   obecnym   stanie 

stosunków   między   obu   supermocarstwami   okręty   podwodne 

dysponujące   strategiczną   bronią   jądrową   nie   są   potrzebne. 

Waszyngton jednak nie myślał o pozbyciu się broni, która dawała 

mu   możliwość   druzgocącego   uderzenia   w   każdym   miejscu   globu. 

Rosjanie ze swej strony, a zwłaszcza rosyjscy wojskowi, nie ukrywali, 

że jak długo istnieć będą tridenty, tak długo Rosja nie może się czuć 

w pełni bezpiecznie. Niektórzy ludzie z Pentagonu, o czym Coffin 

doskonale wiedział, od dawna  przepowiadali,  że Moskwa  poczyni 

jakieś kroki, żeby w razie konieczności móc zatrzymać tridenty w 

bazie, nie dopuścić do ich wyjścia w morze. W każdym razie należało 

liczyć się z tego rodzaju operacją radziecką i być przygotowanym do 

jej   udaremnienia.   Tak   przynajmniej   powinien   był   rozumować 

rozsądny   i   przewidujący   dowódca.   Właśnie   dlatego   Coffin 

zaangażował grupę komandosów z delfinami.

- To są mądrzy faceci - mówił Bernie Ryng. - Gdyby nie zostali 

zmuszeni do zabicia delfina, gubilibyśmy się teraz w domysłach, tak 

jak ci tam, na sali. Dla mnie jest oczywiste, że tamtych nie interesuje 

Bremerton,   jak   przypuszczają   pańscy   goście,   a   zwłaszcza   ten 

background image

wiceadmirał z Waszyngtonu. Interesują ich jedynie tridenty.

- I   mnie   się   tak   wydaje   -   przytaknął   Coffin.   -   Musisz   jednak 

pamiętać, że ci, którzy tam radzą, od dawna nie mieli do czynienia z 

prawdziwymi operacjami na  morzu. Teraz  się  muszą   wymądrzać, 

żeby uzasadnić swoje pobory i rangi.

- Mogę   się   założyć   o   każdą   sumę,   że   płetwonurek,   który   zabił 

Ernie'ego, dostał się na te wody łodzią podwodną. Mini-łodzią. Nie 

przypłynął tu przecież kajakiem, nie przyszedł też na piechotę.

- Czy sądzisz, że taką właśnie łódź wykrył sonar „Kinkaida”?

- Wszystko na to wskazuje. Nie koncentrowałbym się jednak na 

tym. Musimy myśleć przede wszystkim o bazie tridentów.

- Zgadzam   się.   Nie   będziemy   się   przejmowali   gadaniem   tych 

facetów. - Ruchem głowy wskazał na drzwi sali konferencyjnej.

- Ten wiceadmirał może nam jedynie przeszkadzać. Nie mógłby 

pan   skontaktować   się   z   którymś   z   jego   przełożonych,   aby   go 

uspokoili?

- Nie martw się o wiceadmirała, Bernie, i zostaw go mnie. Powiem 

ci, co zrobimy. - Harry Coffin gotów był zrobić wszystko, co w jego 

mocy, żeby osłaniać swoją bazę, i to miało być głównym i jedynym 

zadaniem komandosów.

W  nocy,   na   kilka   godzin   przed   tym,   nim   rozpoczęła   się   owa 

konferencja,   Mikołaj   Koniew   wysłuchał   radiowego   meldunku 

Tarancewa.   Połączenie   przebiegało   w   ściśle   określonym   czasie   i 

zgodnie   z   wytycznymi.   Tarancew   podał   swoje   położenie,   a   oficer 

siedzący   obok   dowódcy   odnotował   ten   punkt   na   mapie.   Koniew 

popatrzył na mapę i jeśli się nawet zdziwił, nie dał tego poznać po 

background image

sobie. Wiedział, że dowódca mini-łodzi zaraz wyjaśni, dlaczego skrył 

się u wybrzeży niewielkiej wysepki Bainbridge, na płytkich wodach, 

na których nie było żadnego ruchu.

Połączenie   mogło   uchodzić   za   całkowicie   bezpieczne. 

Porozumiewali   się   na   falach   krótkich   w   zakresie   rzadko 

wykorzystywanym, a ponadto głos był elektronicznie kodowany przy 

nadawaniu i elektronicznie rozkodowywany przy odbiorze.

Tarancew   zameldował,   że   zostali   namierzeni   przez   sonar   z 

jakiegoś amerykańskiego okrętu, który nawet próbował ich ścigać.

Koniew zastanawiał się. Tarancew miał odciągnąć uwagę Amery-

kanów od kanału Hood, a nawet zasugerować im, że celem operacji 

może być Bremerton. Zbyt szybko jednak wykryto obecność łodzi. 

On sam nie był jeszcze dostatecznie przygotowany do wykonania 

zadania. Na razie miał zbyt mało danych, żeby podjąć jakąś decyzję. 

Polecił   więc   Tarancewowi   pozostać   w   ukryciu   i   zgłosić   się   za 

dwadzieścia cztery godziny. Sam postanowił połączyć się z placówką 

na brzegu.

Meldunki od Dońskiego nie nadchodziły, co znaczyło, że u niego 

wszystko było w porządku.

Dokładnie o godzinie 0.01 Koniew przeszedł na inną długość fali.

- Stacja   Vancouver.   Tu   Drwal   dziewięć.   Odbiór   -   mówił   do 

mikrofonu.

Odczekał trzy minuty i powtórzył wezwanie.

W minutę później w głośniku odezwał się kobiecy głos:

- Drwal dziewięć, tu stacja Vancouver. Mam nadzieję, że luki masz 

już pełne i wracasz do domu. Co masz do przekazania?

Kobieta? Poczuł dziwną przyjemność słuchając tego głosu. Od ilu 

background image

tygodni nie rozmawiał z kobietą?

Otrzymał odpowiedź, jakiej oczekiwał. Nie bał się podsłuchu, gdyż 

tak mógł rozmawiać każdy.

- Mój   numer   dwa   miał   przypadkowe   spotkanie.   Chciałbym 

wiedzieć,   jaka   była   na   to   reakcja.   Przekaż   przy   następnym 

połączeniu.

Usłyszał spokojną odpowiedź:

- Rozumiesz, że natychmiast nie mogę tego załatwić. Przykro mi, 

ale to musi potrwać.

Wyczuwał w tym głosie sympatię i chęć niesienia pomocy. Starał 

się wyobrazić sobie tę kobietę, ale nie potrafił.

- Poczekam - odpowiedział. - Koniec.

Połączenie było bardzo krótkie, tak jak ich tego uczono. Zamknął 

oczy. Kobieta, z którą rozmawiał, musiała być młoda i atrakcyjna. 

Pierwsza, jaką słyszał od wielu tygodni. Zdumiał się, że zrobiło to na 

nim takie wrażenie. Właściwie najsmutniejsze w tym spotkaniu w 

eterze było to, że najprawdopodobniej nigdy się nie spotkają twarzą 

w twarz.

Po   zakończeniu   rozmów   radiowych   znowu   się   zanurzyli.   Pozo-

stawali   w   tym   samym   rejonie,   a   więc   u   wschodniego   wejścia   do 

cieśniny Juan de Fuca, nieco na północ od miejscowości i półwyspu 

Dungeness, gdzie rozdzielili się z obiema miniaturkami. Płynęli z 

minimalną   szybkością   po   bokach   trójkąta.   Nad   nimi   przechodził 

główny   szlak   statków   handlowych.   Koniew   wybrał   to   miejsce   z 

całym rozmysłem. Zlokalizowanie ich właśnie tu było bardzo mało 

prawdopodobne.

background image

Jakże   trudno   było   wyobrazić   sobie   człowieka   na   podstawie 

brzmienia jego głosu. Musiała przyznać, że głos się jej podobał. W 

nocy śniła, że rozmawia z rosyjskim oficerem. Wyglądał dokładnie 

tak, jak ludzie z Zachodu wyobrażają sobie Rosjan: wysoki blondyn z 

lekko   wystającymi   kośćmi   policzkowymi   i   jasnoniebieskimi   bły-

szczącymi oczami.

Zbudziła   się   bardzo   wcześnie.   Na   dworze   była   gęsta   mgła,   w 

pokoju   panował   szary   półmrok.   Wsunęła   nogi   w   ciepłe   pantofle, 

narzuciła szlafrok i pomaszerowała do kuchni. Tu napiła się soku z 

grejpfruta i nastawiła wodę na kawę.

Popijając   ją   zastanawiała   się   nad   swoją   sytuacją.   Wiedziała,   że 

uczestniczy w jakiejś wielkiej, poważnej operacji, o wiele większej, 

niż   początkowo   przypuszczała.   Co   mówił   ten   głos?   Jakieś 

przypadkowe spotkanie jego numeru dwa? O co tu mogło chodzić? 

Czyżby były dwie

łodzie podwodne i jedna z nich została zlokalizowana? Gdzie oni się 

ukrywają? W Kanadzie nie ma niczego, co usprawiedliwiałoby jakieś 

operacje. Tak, to na pewno Amerykanie wpadli na ich ślad.

Wyszła   przed   dom   i   spojrzała   w   niebo.   Mgła   opadała,   tak   jak 

wczoraj,  ukazując   czyste   niebo.   Zapowiadał   się   kolejny  słoneczny 

dzień.   Niewidoczne   jeszcze   ciągle   mewy   darły   się   wniebogłosy. 

Niecierpliwiły się czekając, aż mgła opadnie. Dopiero wtedy będą 

mogły zjeść śniadanie.

Gdy   wskazówki   zegara   osiągnęły   szóstą,   nastawiła   radio   na 

umówioną   długość   fal   i   przez   kilka   minut   czekała.   Czerwone 

światełko na skali informowało, że ktoś włączył się na tej długości. 

Nadali swój szyfr identyfikacyjny, po czym Corinne przekazała to, co 

background image

miała do przekazania. Ku swemu zaskoczeniu natychmiast uzyskała 

odpowiedź.

- Znam sprawę...

Czyżby to był głos Roberta? - starała się zidentyfikować rozmówcę, 

ale nie była pewna.

- Poinformuj, że to zwykły przypadek. Próba urządzeń. Zapewnij, 

powtarzam, zapewnij, że to przypadek.

Chwila   przerwy.   Być   może   jej   rozmówca   otrzymywał   od   kogoś 

jakieś wyjaśnienia, albo też czytał tekst z notatek. Potem znowu ten 

sam głos:

- Niemniej jednak sprawę trzeba potraktować poważnie. Oni też ją 

tak traktują... - Znowu chwila przerwy w transmisji i ponownie głos 

mężczyzny:   -   Będą   poszukiwali.   Nie   wolno   dopuścić   do   zlokali-

zowania   obiektu.   Powtarzam...   nie   wolno   dopuścić.   Raczej   się 

wycofać.   Ujawnienie   w   ogóle   nie   wchodzi   w   grę.   To   rozkaz. 

Powtarzam... rozkaz. Tamten ma się teraz łączyć z tobą zawsze o 

północy i pozo  stawać na nasłuchu przez godzinę. Gdybyśmy coś 

mieli, włączymy się w tym czasie.

Miała ochotę zapytać, dlaczego sami nie połączą się bezpośrednio 

z   tą   łodzią   podwodną,   jeśli   to   w   ogóle   była   łódź,   ale   się 

powstrzymała. I tak nie wyjaśniono by jej tego. Zresztą połączenia 

musiały być jak najkrótsze. Wprawdzie prowadzono je na rzadko 

używanych częstotliwościach fal, ale wytłumaczono jej, że nie wolno 

dopuścić do zlokalizowania ani nadawcy, ani odbiorcy.

- Czy masz coś jeszcze do przekazania? - usłyszała.

- Nie.

- Kolejny kontakt w nocy po twojej rozmowie z tamtym. Koniec.

background image

Światełko na skali odbiornika zgasło.  Rozmówcy wyłączyli się.

Oparta wygodnie o poręcz fotela rozmyślała. Była przekonana, że 

wplątała się w coś bardzo niebezpiecznego. Bardziej niż wszystko, co

robiła w Vancouverze. Czuła się odpowiedzialna za tego nieznanego 

jej   człowieka,   który   zapewne   ukrywał   się   gdzieś   niedaleko   w 

głębinach   morza.   Ta   mieszanka   zagrożenia   i   odpowiedzialności 

sprawiła jej swoistą przyjemność.

Teraz musi czekać do północy. Dlaczego temu z morza wolno się z 

nią łączyć tylko raz na dobę, i to właśnie o północy? Czy nie powinno 

się   go   szybciej   ostrzec   przed   niebezpieczeństwem?   Zaczynali   go 

szukać.

Gdy   słońce   podniosło   się   wyżej   i   zaczęło   przygrzewać,   wzięła 

książkę i wyszła przed dom. Nie było upalnie, ale w słońcu wystar-

czająco   ciepło,   żeby   się   opalać   bez   niczego.   Wysmarowała   ciało 

olejkiem   i   ułożyła   się   na   materacu.   Pomyślała,   że   następny 

mężczyzna, z którym pójdzie do łóżka, zobaczy ją całą opaloną. Czy 

mógłby to być ten rosyjski oficer, który gdzieś tam w morzu czekał 

na jej ostrzeżenie?

Minęła co najmniej godzina, gdy się zorientowała, że machinalnie 

przewraca   kartki   książki,   nie   mając   pojęcia,   co   czyta.   Jej   myśli 

opanowały   jakieś   fantazje   i   marzenia   o   mężczyźnie,   którego   nie 

znała, a tylko raz słyszała jego glos. Poczuła podniecenie.

ROZDZIAŁ VII

Okręt podwodny o napędzie atomowym „Seahorse” pozostawał w 

służbie od dwudziestu lat i wykonał w tym czasie wiele trudnych 

background image

operacji w najróżniejszych rejonach świata. Zadanie, jakie otrzymał 

obecnie, wydawało się jednak dziwne. Rozkaz brzmiał: Patrolować 

cieśninę   pomiędzy   Port   Angeles   na   półwyspie   Olympic,   w   stanie 

Waszyngton, a kanadyjskim portem Victoria na wyspie Vancouver.

„Seahorse” był jedynym okrętem podwodnym tej klasy, w bazie w 

Bremerton, i on też jako pierwszy, i na razie jedyny, otrzymał rozkaz 

patrolowania. W dwadzieścia cztery godziny później miał do niego 

dołączyć   drugi   okręt   tej   samej   klasy.   Wtedy   przez   cieśninę   nie 

przepłynie niezauważona nawet większa ryba.

Kapitan natychmiast zorientował się, że patrolowanie wcale nie 

będzie łatwe. Urządzenia elektroniczne rejestrowały całą kakofonię 

dźwięków oraz ich echa. Związane to było z bardzo ożywionym w 

tym   miejscu   ruchem   statków   handlowych,   kutrów   rybackich   i 

prywatnych jachtów.

Gdy wypłynęli na  głębokie wody, wzięli kurs na zachód. Oficer 

nawigacyjny wykreślił linie kursu, którym miał się odbywać patrol. 

Wcześnie   rano   samolot   patrolowy   za   pomocą   detektora 

magnetycznego   wykrył   jakieś   słabe   sygnały   na   północ   od   latarni 

morskiej   w   New   Dungeness.   Ponieważ   nie   było   w   tym   rejonie 

żadnych zatopionych wraków, „Seahorse” zamierzał zacząć patrol od 

skontrolowania   tego   kwadratu.   Gdyby   odkryto   jakąś   łódź 

podwodną, rozkaz brzmiał: Atakować!

Kapitan   „Seahorse'a”   wiedział   o   tym,   że   sonar   niszczyciela   i 

„Kinkaid”   wykrył   wczoraj   obiekt,   który   identyfikowano   jako   nie-

przyjacielską,   zapewne   rosyjską,   łódź   podwodną, 

najprawdopodobniej miniaturę. Wynikałoby z tego, że gdzieś w tym 

rejonie znajduje się okręt podwodny

background image

spełniający rolę bazy. Istniała szansa spotkania albo mini-łodzi, albo 

okrętu bazy. Oba spotkania mogły być niebezpieczne. Na pytanie, 

czy nie są to przypadkiem wymyślone w Pentagonie i uzgodnione z 

Kremlem   i   z   Białym   Domem   manewry   amerykańsko-radzieckie, 

kapitan otrzymał zdecydowaną odpowiedź: nie. Miał więc atakować, 

ale mimo takich rozkazów w głębi ducha był przekonany, że rzecz 

jest gdzieś wysoko uzgodniona, co najprawdopodobniej wyjdzie na 

jaw, kiedy nawiąże kontakt z przeciwnikiem.

Z drugiej strony cieśniny, a więc u wyjścia na Pacyfik, podobne 

zadania   patrolowe   podejmował   drugi   atomowy   okręt   podwodny. 

Gdyby intruz został zlokalizowany, miał mu odciąć drogę ucieczki. 

Znalazłby się wtedy w kleszczach między dwoma okrętami podwod-

nymi, atakowany jednocześnie z góry przez lotnictwo.

Taka koncepcja operacji wydawała się logiczna, ale planowanie w 

gabinetach strategów i dowodzenie zanurzonym okrętem podwod-

nym   to   dwie   różne   sprawy,   zwłaszcza   jeśli   zadanie   ma   być 

wykonywane na tak ruchliwych wodach, że na ekranach radaru i 

sonaru   uzyskiwano   całą   plątaninę   linii   niemożliwych   do 

zidentyfikowania.

Kapitan „Seahorse'a” miał do tego wszystkiego stosunek bardzo 

sceptyczny. Okręty radzieckie nie miały żadnych powodów, żeby się 

wkradać do cieśniny. Było to zbyt niebezpieczne, po prostu głupie i 

całkiem sprzeczne z aktualnymi stosunkami supermocarstw. Praw-

dopodobnie   jakiś   statek   rzucił   potajemnie   do   morza   pojemniki   z 

odpadami toksycznymi i właśnie te pojemniki zostały wykryte przez 

samolot. Stąd cały alarm i polecenie odszukania igły w stogu siana.

Okręt płynął ustalonym kursem. Obsługa sonaru już pracowała, 

background image

wykorzystując   dodatkowo   sygnały   rejestrowane   przez   hydrofony 

rozmieszczone   na   dnie   cieśniny.   Odbierano   dziesiątki   takich 

sygnałów   i   każdy   starano   się   zidentyfikować,   co   nawet   dla 

doskonałych   fachowców   „Seahorse'a”,   dysponujących 

najnowocześniejszym   sprzętem,   było   zadaniem   wyjątkowo 

żmudnym i jak dotąd bezowocnym.

Naturalnym   środowiskiem   okrętu   podwodnego   jest   głębokie, 

otwarte morze. Tam, w głębinach, okręt taki porusza się najpewniej. 

A kiedy dwa okręty podwodne polowały na siebie, zawsze starały się 

unikać ruchliwych szlaków. Obie strony zachowywały się w takich 

wypadkach   jak   rewolwerowcy,   z   których   każdy   chciałby 

niepostrzeżenie   podejść   przeciwnika   i   pierwszy   oddać   strzał.   Tu 

sytuacja   była   inna.   I   polowanie   na   tych   wodach   było   ogromnie 

utrudnione.

„Seahorse” wpłynął w wyznaczony kwadrat i podjął poszukiwania. 

Jego kapitan wiedział doskonale, że jeśli znajduje się tu jakiś okręt 

podwodny   przeciwnika,   on   sam   nie   zdradzi   swojej   obecności,   a 

zlokalizowanie   go   nie   będzie   łatwe.   Złościła   go   myśl,   że   przecież 

mogą   to   być   manewry   potajemnie   uzgodnione   między   Wa-

szyngtonem a Moskwą i że w manewrach tych właśnie on może się 

okazać gorszy.

- Kapitanie!

Koniew rozpoznał głos podoficera obsługującego stację sonaru i 

odwrócił głowę.

- Namierzyłem chyba okręt podwodny.

- Sądzisz? - Oczy Koniewa zwęziły się lekko.

background image

- Mamy   tak   wiele   sygnałów...   Ruch   ogromny...   Cała   kakofonia 

dźwięków... - Podoficer rozłożył ręce, dając do zrozumienia, że są 

wobec nich bezradni. - Wyłapaliśmy jeden dźwięk, który sugeruje, 

że   coś   płynie   pod   wodą.   Próbujemy   go   wyizolować,   ale   na   razie 

zanika. Może się mylę, ale wygląda to na okręt podwodny.

Koniew milczał. Wiedział, że w ich sytuacji lepiej było się mylić, 

niż dać się zaskoczyć. Przez myśl przemknęły mu strzępy rozkazów, 

jakie otrzymał przed wypłynięciem - unikać wszelkich kontaktów... 

nie   atakować,   chyba   że   zagrożony   jest   główny   cel   misji...   jeśli 

zostaniesz zmuszony do ataku, cel musi być natychmiast zniszczony, 

a ty wycofujesz się, żeby uniknąć dalszych spotkań. Z całą pewnością 

nie   była   to   jedna   z   jego   mini-łodzi.   Ich   położenie   znał   dość 

dokładnie.   Ani   inna   radziecka   łódź   podwodna.   To   mogli   być 

wyłącznie Amerykanie.

- Dobry   jesteś   -   pochwalił   obsługującego   sonar   podoficera,   a 

stojącemu   za   nim   swojemu   zastępcy   rozkazał:   -   Zachować   ciszę, 

przygotować wyrzutnię torped!

Wolał   być   przygotowany   na   każdą   ewentualność,   również   do 

natychmiastowego   zniszczenia   poszukującego   go   okrętu 

podwodnego, jeśli tamci rzeczywiście go szukali. W jego sytuacji nie 

było czasu na zabawę w kotka i myszkę.

Załoga „Gorkiego” była zgranym, doskonale wyszkolonym zespo-

łem. Polecenia kapitana wykonywano szybko i bezszmerowo. Ludzie 

mieli   zaufanie   do   dowódcy   i   wierzyli,   że   wyciągnie   ich   z   każdej 

opresji.

Tym razem załoga nie znała jednak i nie mogła znać rzeczywistego 

celu operacji i Koniew doskonale o tym wiedział. W ich armii, i tej 

background image

dawnej,   komunistycznej,   i   obecnej,   narodowej,   wśród   dowódców 

dominowało   przekonanie,   że   im   mniej   żołnierz   wie   na   temat 

wykonywanej operacji, tym mniej się boi i denerwuje. W takim też 

duchu nadal szkolono żołnierzy. Koniew nie był zwolennikiem tej 

teorii, ale niewiele mógł zrobić. Nie mógł ujawnić rzeczywistego celu 

operacji.

Płynęli   nadal   bardzo   wolno   i   bardzo   cicho.   Mieli   znaczną 

przewagę nad przeciwnikiem, przede wszystkim dlatego, że już go 

wykryli,   a   sami   najprawdopodobniej   pozostawali   niezauważeni. 

Przeciwnik   tymczasem   zaczął   schodzić   nieco   głębiej,   o   czym 

świadczyły łatwe do zidentyfikowania odgłosy.

- Posuwa się w kierunku północno-zachodnim z szybkością około 

dziesięciu węzłów - raportował sierżant.

Kurs ten oznaczał, że tamci płyną niemal prosto na „Gorkiego”. 

Czyżby to był czysty przypadek?

- Ustal jego dokładny kurs - polecił Koniew.

- Kurs:   dwa,   dziewięć,   zero.   Szybkość:   trzynaście   węzłów   - 

zameldowano.

A w chwilę potem uzupełnienie:

- Płyną stałym kursem. Nie manewrują.

Koniew   gorączkowo   rozważał   sytuację.   Gdyby   tamci   już   go 

usłyszeli,   wykonaliby   pewne   manewry,   żeby   dokładniej 

zidentyfikować cel. Gdyby teraz zaczął się wycofywać, natychmiast 

by go usłyszeli. Załoga „Gorkiego” zachowywała się dotąd bardzo 

cicho i można było przyjąć, że nie zostali wykryci. A jeśli się mylił? 

Wydawało się, że ma jeszcze szansę, iż go nie wykryją albo po prostu 

zgubią.

background image

- Utrzymujemy stały kurs i niezmienioną szybkość - powiedział

cicho.   Nie   mógł   podjąć   innej   decyzji.   Obsłudze   wyrzutni   torped 

rozkazał, by była gotowa do oddania strzału. To na wypadek, gdyby 

tamten   okręt   nie   zmienił   kursu.   Jeśli   nie   będzie   innego   wyjścia, 

musiał być pewny, że „Gorki” wystrzeli pierwszy.

Kapitan   „Seahorse'a”   był   sfrustrowany.   Ze   wszystkich   stron 

otaczały ich jakieś źródła dźwięków. Znajdowali się właśnie w kwad-

racie,   w   którym   samolot   zwiadowczy   wykrył   źródło   fal 

magnetycznych. Niczego jednak nie namierzyli. Jeśli nawet coś tu 

było, to doskonale ukryte.

Ponieważ poszukiwania nie dawały rezultatu, kapitan kazał zato-

czyć koło, by mogli przeszukać dokładniej cały kwadrat. Czas wlókł 

się   ogromnie   wolno,   nic   się   nie   działo.   Kapitan   wszedł   do 

pomieszczenia sonaru i zza pleców operatorów patrzył na ekrany. 

Wychwytywali każdy dźwięk i usiłowali go przeanalizować, szukając 

czegoś, co mogłoby się wydawać podejrzane.

Zakreślili pełne koło - i nic. Kapitan wszedł do sterowni i wydał 

polecenie   powrotu   do   poprzedniego   kursu.   W   miejscu 

odnotowanym przez samolot nie znaleźli niczego podejrzanego.

- Zakreślili koło i chyba biorą poprzedni kurs, kapitanie.

Koniew   skinął   głową.   Tamci   najwyraźniej   czegoś   szukali.   Teraz 

znowu płyną prosto na nich. Czy domyślili się? Czy byli gotowi do 

ataku?

Sonar podawał odległość celu po przebyciu przez okręt każdych 

dwustu   metrów,   meldując   zmniejszanie   się   odległości   pomiędzy 

nimi. Tamci znajdowali się w idealnej pozycji, żeby oddać do nich 

background image

strzał.

Torpedy,   jakimi  dysponował  Koniew,   rozwijały  dużą   szybkość   i 

miały   automatyczny   celownik   nakierowany   na   źródło   dźwięków, 

jakie   wydawały   obracające   się   śruby.   Przeciwnik   nie   miał 

najmniejszych   szans   ucieczki.   Zachowanie   się   Amerykanów 

wskazywało natomiast na to, że poszukują właśnie ich i że się do 

nich zbliżają.

Szef zmiany sonaru na „Seahorse” wreszcie wychwycił podejrzane 

źródło dźwięku. Było bardzo słabe, zanikające, ale całkiem wyraźne.

- Kapitanie,   jakiś   obiekt   przed   nami!     Coś,   co   wyprodukował 

człowiek.

- Zbadać! - padło polecenie.

PING!

Wiązka   dźwięków   poleciała   przez   głębiny   w   kierunku   niezbyt 

odległego celu.

PING!

- Odkryli   nas,   ale   nie   wiedzą,   co   to   -   stwierdził   ze   spokojem 

Koniew. Nie miał już wątpliwości, że atak będzie konieczny.

Wewnątrz   okrętu   panowała   kompletna   cisza.   Wszyscy   stali   na 

swoich miejscach gotowi do wykonania rozkazów dowódcy.

- Przygotować torpedę...

Sierżant sonaru monotonnym, pozbawionym cienia emocji głosem 

podawał położenie przeciwnika. Kiedy ten znalazł się na najdogod-

niejszej dla „Gorkiego” pozycji, Koniew wydał rozkaz. Poczuli lekki 

wstrząs, gdy torpeda została wystrzelona z wyrzutni.

background image

- Torpeda wystrzelona w naszym kierunku! - w głosie człowieka z 

obsługi sonaru zabrzmiały tony histerii.

Nadsłuchujący   nie   mieli   najmniejszej   wątpliwości.   Słyszeli 

wyraźnie płynącą torpedę.

- Cała naprzód! - krzyknął kapitan „Seahorse'a” i kazał skierować

okręt ostro w głębinę. Podłoga pod nogami załogi pochylała się w 

stronę dziobu.

- Ile do dna?

- Około osiemdziesięciu metrów.

To   zbyt   mało,   żeby   wykonać   manewr,   który   pozwoliłby   na 

zgubienie torpedy. Gdyby byli na otwartym oceanie, sytuacja byłaby 

całkiem   inna.   Kapitan   wiedział,   że   torpeda   jest   szybsza   od   jego 

okrętu. Mogli próbować manewrowania, żeby opóźnić trafienie, ale 

uciec się nie da. I znowu przemknęła mu przez głowę myśl, że to 

przecież ćwiczenia i że najwyraźniej je przegrają, ale nic im się nie 

stanie.   Przecież   radzieccy   marynarze   byli   przyjaciółmi.   Tak   w 

każdym razie zapewniało dowództwo i polityczni przywódcy kraju.

- Wypuścić  makiety! - rozkazał. Chodziło o fałszywe cele, które 

mogły odwrócić od nich uwagę torpedy.

„Seahorse”   gwałtownie   zmienił   kurs   i   znalazł   się   w   odległości 

piętnastu   metrów   od   mulistego   dnia.   Niżej   już   zejść   nie   mogli. 

Ponownie   wypuścili   makiety.   Torpeda   była   coraz   bliżej.   Goniła 

okręt,   jakby   przyciągana   magnesem,   nie   zwracając   uwagi   na 

wypuszczone   makiety.   Po   prostu   urządzenie   naprowadzające   w 

dziobie torpedy kierowało pocisk na źródło dźwięków.

Nastąpiło uderzenie. W rufę okrętu. W niespełna sekundę potem - 

wybuch. Strumienie wody pod ogromnym ciśnieniem wdarły się do 

background image

maszynowni.

„Seahorse”   przestał  posuwać  się  do  przodu.  Tony wody  zaczęły 

ściągać go w dół, do dna. Wprawdzie sygnały komputerowe odizolo-

wały dziób okrętu od zmiażdżonej rufy, ale opadanie nie ustawało. 

W   chwilę   potem   zgasło   światło   na   pokładzie   i   w   tym   samym 

momencie   „Seahorse”   uderzył   w   dno,   podnosząc   fontannę   mułu. 

Okręt zamienił się w stalową trumnę, która spoczęła sto pięćdziesiąt 

metrów pod powierzchnią oceanu.

Mikołaj Koniew słyszał wyraźnie huk pękających przegród i wyob-

raził sobie przerażenie tamtych ludzi, którzy w ostatniej sekundzie 

życia zrozumieli, że przegrali z kretesem. Potem jeszcze jeden huk, 

wywołany zapewne zetknięciem się kadłuba statku z dnem, i cisza.

Istniało   prawdopodobieństwo,   że   odgłosy   te   zarejestrowały 

również   statki   przepływające   w   okolicy.   Zapewne   wkrótce   na 

powierzchnię   wody   wypłynie   olej   i   szczątki   rozbitego   okrętu, 

wskazując miejsce, gdzie doszło do podwodnej tragedii. Wydarzenie 

musiały też odnotować hydrofony porozmieszczane na dnie cieśniny. 

Rozkazy, zgodnie

z którymi działał, były jasne: nie mógł pozostać w tym miejscu. Cel 

zniszczono i nie był już niebezpieczny. W ciągu kilku najbliższych 

godzin rejon ten zaroi się od poszukujących go samolotów i okrętów. 

Skierował więc „Gorkiego” na południe. Płynęli w kierunku Cypla 

Dungeness,   gdzie   dno   morskie   opadało   stromo   do   głębokości 

jakichś   stu  metrów.   Mogli  się  tam  ukryć   pozostając   jednocześnie 

blisko brzegu. Cypel był prawie niezamieszkany, a więc w nocy będą 

mogli bez obawy podpłynąć pod powierzchnię i wysunąć antenę.

background image

Koniew   zamknął   się   w   swojej   kajucie   i   położył   na   koi.   Leżał   z 

przymkniętymi oczami i zastanawiał się. Czy spotkanie, z jakiego 

wyszedł   na   razie   zwycięsko,   to   przypadek,   czy   też   skutek   jakichś 

przecieków   na   Kremlu?   W   Moskwie   sytuacja   skomplikowała   się. 

Wszędzie kręcili się Amerykanie i naprawdę trudno było powiedzieć, 

kto i w jakim zakresie z nimi współpracował. A może popełniono 

jakieś błędy podczas operacji? Mimo wszystko jednak spotkanie to 

było chyba czystym zbiegiem okoliczności.  Amerykanie mogli coś 

podejrzewać,  ale   na   pewno   nie   mieli   pojęcia,   o  co  tak   naprawdę 

chodzi.

Szybko   się   zorientują,   że   stracili   okręt   podwodny.   Zastosują 

drastyczne   środki,   by   zabezpieczyć   bazę   tridentów.   Doszedł   do 

wniosku,   że   trzeba   skierować   ich   uwagę   w   innym   kierunku.   Cel 

operacji  musi  zostać  osiągnięty,  i  to  jest  ważniejsze  niż  wszystko 

inne,   niż   życie   jego   podkomendnych.   Zatopienie   amerykańskiej 

łodzi   podwodnej   zmienia   sytuację.   Trzeba   wydać   Tarancewowi 

odpowiednie   dyspozycje.   A   Donskoj...   wierny,   oddany   i   zawsze 

twardy Donskoj... on też nie może o niczym wiedzieć.

Admirał Harry Coffin przeciągnął się, a zrobił to po raz trzeci w 

ciągu   ostatnich   trzydziestu   minut.   Ryng   zdawał   sobie   sprawę,   że 

Coffin próbuje w ten sposób odprężyć się i zmniejszyć napięcie, jakie 

każdy z nich odczuwał. Już od ponad godziny wiedzieli o tragedii 

„Seahorse'a”. Nie mieli najmniejszej wątpliwości, że nie był to po 

prostu wypadek. Samoloty patrolowe odkryły już plamy ropy i jakieś 

pływające szczątki w rejonie, gdzie się wydarzyła katastrofa. Wrak 

leżał   na   głębokości   stu   pięćdziesięciu   metrów,   z   pewnością 

background image

całkowicie zniszczony.

Przypuszczali,   że   tragedię   spowodowała   torpeda   lub   mina. 

Wybuch   nastąpił   najprawdopodobniej   w   tylnej   części   okrętu,   a 

zatem   należało   się   domyślać,   że   była   to   torpeda   akustyczna, 

namierzająca źródło dźwięku, a więc śrubę. Wszystko to jednak były 

tylko domysły. Kto i z

jakich   powodów   mógł   zatopić   amerykańską   łódź   podwodną   w 

okresie   pokoju?   Stosunki   z   Moskwą   zdawały   się   wykluczać   tego 

rodzaju akcję. Czyżby jakaś prowokacja szalonych dowódców woj-

skowych? Odpowiedzi na to i wiele innych pytań leżały jednak poza 

zasięgiem ich możliwości.

Bernie Ryng czuł się tak samo zagubiony jak Coffin. Czyżby to 

naprawdę zrobili Rosjanie? Niemal na pewno ich łodzie podwodne 

znajdowały   się   w   tym   rejonie.   Nikt   inny   by   się   tu   przecież   nie 

pojawił, co jednak niczego jeszcze nie wyjaśniało. A w ogóle dlaczego 

się   tu   znaleźli?   Co   chcieli   osiągnąć,   jeśli   zdecydowali   się   na   tak 

szaleńczy  krok   jak   zatopienie   „Seahorse'a?   A   może   jednak   był   to 

tragiczny wypadek?

- Jestem   przekonany,   admirale,   że   ich   rzeczywistym   celem   jest 

baza   tridentów.   -   Bernie   przerwał   przeciągające   się   ciężkie 

milczenie.

- Masz całkowitą rację, choć nie wszyscy zarówno u nas, jak i w 

Waszyngtonie podzielają tę opinię.

Ryng   nie   odpowiedział.   Zastanawiał   się   nad   tym,   kto   mógł 

dowodzić   tą   operacją.   Ktoś,   kto   nie   cofał   się   przed   niczym   - 

odpowiedział sam sobie. - Kto nie zastanawiał się nad reperkusjami 

międzynarodowymi i nad stanem stosunków Waszyngton - Moskwa. 

background image

A zatem rosyjski komandos, doskonały ekspert wojskowy nie inte-

resujący się polityką, á w każdym razie podporządkowujący politykę 

celom wojskowym.

- Komandos - mruknął półgłosem.

- Co powiedziałeś?

- Tu   musi   być   komandos,   admirale.   Czuję   to.   „Seahorse” 

przypadkiem stanął na jego drodze do celu. Uznał, że nie ma innego 

wyjścia, więc zatopił go.

- Obawiał się, że zagrożony jest jego plan?

- Zapewne  tak.  Jestem  gotów  założyć   się  o  każdą   sumę,  że  ich 

ostatecznym celem jest pańska baza. Na razie gdzieś się ukryją, ale 

jeszcze o nich usłyszymy.

- I   ja   tak   myślę.   Mam   poufne   wiadomości   z   Waszyngtonu,   że 

cywile   z  Białego   Domu  chcą   wnieść   sprawę   na   forum  Rady  Bez-

pieczeństwa   ONZ,   choć   jeszcze   nie   mamy   żadnych   dowodów.   W 

Pentagonie natomiast rozległy się już głosy o konieczności podjęcia 

działań   represyjnych.   Gdyby   udowodniono,   że   to   naprawdę 

Rosjanie, rzecz może się stać poważna.

- O to bym się na razie nie martwił. Pozostawmy politykę innym, a 

my zajmijmy się tridentami.

Coffin skinął głową, że się zgadza.

- Musimy wzmocnić ochronę. Jak myślisz, Bernie, jakie mogą być 

ich kolejne posunięcia?

- Tego   nie   da   się   przewidzieć.   Jedno   jest   pewne,   że   pozostaną 

gdzieś tu w pobliżu.

- Dam ci do dyspozycji wszystko, co zechcesz.

- Sądzę, admirale, że trzeba zachować ostrożność. Żadnej demon-

background image

stracji sił. Oni pewnie na to czekają. Utrzymajmy normalne patrole 

w kanale. My natomiast zwiększymy aktywność pod wodą. Ściągnę 

jeszcze paru moich ludzi. Jeśli coś ma się wydarzyć, to wydarzy się w 

ciągu kilku najbliższych dni.

Coffin uniósł brwi, jego twarz wyrażała sceptycyzm.

- Jak na faceta, który wie tyle samo co ja, jesteś ogromnie pewny 

siebie.

- Być może, ale proszę pamiętać, że oni kierują się takimi samymi 

zasadami jak my. Mnie łatwiej wczuć się w psychikę komandosa niż 

panu.

Andriej Tarancew prawie nigdy się nie uśmiechał i w ogóle nie 

okazywał żadnych emocji. Tym razem jego twarz była pochmurna. 

Rozkazy, jakie właśnie otrzymał przez radio, były tak sprzeczne z 

jego   oczekiwaniami,   że   nie   potrafił   ukryć   zaskoczenia.   Tupolew   i 

Osipenko również byli zaszokowani i z pewną ulgą stwierdzili, że ich 

dowódca podzielał te uczucia.

W   milczeniu   wysłuchali   płynących   z   głośnika,   nieco   zniekształ-

conych  słów  Koniewa,  po   czym  zdumieni  i  zaskoczeni,  wymienili 

między sobą spojrzenia.

Tarancew był tak oszołomiony, że zapomniał potwierdzić przyjęcie 

rozkazu. Natychmiast usłyszał zniecierpliwiony głos:

- Co z odbiorem?

- Potwierdzam odbiór. - Tarancew odpowiedział automatycznie, 

ale natychmiast dodał: - Proszę o powtórzenie poleceń.

- Natychmiast wziąć kurs na południe cieśniną Puget i dojść do 

kanału prowadzącego do Bremerton. Trzymać się możliwie blisko 

background image

brzegu,   żeby   uniknąć   wykrycia.   Macie   dziesięć   mil   do   przebycia, 

dobrze przed świtem powinniście być na miejscu. Jeśli wejście do 

kanału nie jest strzeżone, wchodzicie i podpływacie pod stocznię. 

Tam   u   wejścia   wschodniego   stawiacie   dwie   miny.   Po   wykonaniu 

zadania   wracacie   na   obecną   pozycję   i   jutro   o   tej   samej   porze 

nawiązujecie kontakt. Skończyłem.

Rozkaz   był   jasny   i   całkiem   jednoznaczny.   Dotychczasowy   plan 

został   zmieniony.   Musieli   wykonać   nowe   zadanie   i   od   tego 

uzależniony był ich powrót do bazy.

- Czy zrozumiano? - padło jeszcze z głośnika.

- Sugerowałbym   raczej   postawienie   min   w   najwęższym   miejscu 

kanału   w   rejonie   Cypla   Glover.   Tam   jest   jeszcze   wystarczająco 

głęboko   na   wykonywanie   manewrów.   Odbiór.   -   Odwrócił   głowę, 

żeby sprawdzić reakcje Tupolewa i Osipenki. Obaj z aprobatą skinęli 

głowami.

- Nie.   Wykonać   zgodnie   z   poleceniem.   Gdyby   okazało   się   to 

konieczne, użyć płetwonurków. Czy zrozumiano?

Tarancew zrozumiał, że rozkaz nie ulegnie zmianie. Popatrzył na 

kolegów. Ich twarze były bez wyrazu. Jasne, że zdawali sobie sprawę 

z tego, co mógł dla nich oznaczać.

- Zrozumiano. Koniec - powiedział całkiem automatycznie.

A więc wszystko uległo zmianie i wygląda na to, że się ich z jakichś 

powodów poświęca. Tarancew nie miał złudzeń, że rozkazu nie da 

się wykonać bez strat. Z całą świadomością i z zimną krwią wysyłano 

ich   na   śmierć.   Amerykanie   musieli   zastosować   szczególne   środki 

bezpieczeństwa, a oni nie mogli korzystać z przewagi, jaką w innych 

warunkach dawały im podwodne mini-pojazdy.

background image

Według   pierwotnego   planu   mieli   stworzyć   zaplecze   dla   załogi 

„Dońskiego”. A teraz polecono im wykonać operację minowania na 

płyciźnie w całkiem innym rejonie. To równało się samobójstwu.

Jaki był cel tej operacji? Przecież jakiś musiał być. Zawsze z myślą 

o czymś wysyła się ludzi na śmierć. Tarancew chciał znać ten cel, 

chciał wiedzieć, dlaczego ma umierać.

- Przygotować   się.   Odpływamy!   -   wydał   rozkaz   nie   patrząc   już

na swoich towarzyszy.

Równie zdumiony był Leon Donskoj, gdy w nocy nawiązał kontakt 

z „Gorkim” i otrzymał rozkaz powrotu. Jeszcze nie musiał przecież 

wracać. Mieli dość paliwa, wystarczający zapas powietrza i min, żeby 

nadal wykonywać swoje zadania. Rozkaz jednak był jednoznaczny:

- Wracać do bazy.

ROZDZIAŁ VIII

Pływanie w towarzystwie delfina stanowiło dla Danny'ego Westa 

ekscytujące przeżycie. Każda wyprawa stawała się wielką przygodą.

Tym razem stopień trudności był ogromny. Ciemna noc, a pod 

wodą   zupełnie   czarno.   Widoczność   równa   zeru.   Utrudniona 

orientacja i uczucie, jakby się zawisło w czarnej próżni. Kiedy Danny 

pozostawał sam, zdany był wyłącznie na świecącą tarczę kompasu. 

Co   chwila   metalowym   świerszczykiem   przywoływał   swego 

przyjaciela.

Bull zjawiał się natychmiast. West zapalał latarkę i w kręgu światła 

widział rozradowany, uśmiechnięty pysk towarzysza, który nie po-

trzebował   światła.   Był   w   swoim   żywiole,   a   naturalny   sonar 

background image

doskonale zastępował mu wzrok.

Delfin   nie   potrafił   tylko   mówić   i   nie   mógł   zaraportować,   co 

odnalazł   w   głębinach.   Stanowili   więc   zgrany   i   uzupełniający   się 

zespół. Byli uzależnieni nawzajem od siebie.

Bull i Danny wyruszyli na patrol w środku nocy, gdyż Harry Coffin 

przekonał dowództwo, że głównym celem operacji przeciwnika był 

prawdopodobnie kanał Hood i baza tridentów. Wszystko zdawało 

się wskazywać na to, że ktoś usiłował zablokować wyjście tridentów 

z ich bazy. Taki punkt widzenia przyjęto też w Pentagonie. Przystali 

nań politycy z Białego Domu i zgodzili się przez kilkanaście najbliż-

szych   godzin   nie   rozpoczynać   żadnej   akcji   protestacyjnej.   Zatem 

Ryng i jego komandosi nie tylko mieli strzec bazy, ale też znaleźć 

dowody na to, że baza ta jest w niebezpieczeństwie.

Bull i Danny podjęli poszukiwania nieco na północ od wejścia z 

kanału do bazy. Płynąc za delfinem Danny na wodoodpornej mapie 

zaznaczał szlak, jaki przemierzali. Delfin co chwila nurkował w głąb, 

żeby sprawdzić, co wykrył na dnie. Za każdym razem jednak był to 

jakiś złom.

Dopływali do granic penetrowanego kwadratu, gdy Bull z kolejnej 

wyprawy na dno powrócił wyraźnie podekscytowany. Otwierał pysk, 

domagając się, by jego przewodnik dał mu „zabawkę”, jaką w takich 

wypadkach stosowali.

West był już zmęczony, zapas powietrza prawie się wyczerpał. Dał 

jednak   Bullowi   lokalizator   i   kierując   się   wskazaniami   przyrządu 

popłynął   w   kierunku,   gdzie   ten   go   umieścił.   Delfin   krążył   wokół 

jakiegoś   obiektu   pokrytego   mułem,   który   wyglądał   jak   pokrywa 

metalowej beczki.

background image

Danny   potarł   ręką   powierzchnię   odkrytego   przedmiotu   i 

stwierdził,   że   wykonany   był   z   czystego,   błyszczącego   metalu, 

nietkniętego przez korozję. Doszedł do przekonania, że ma przed 

sobą obudowę jakiejś podłużnej tuby i nagle zrozumiał, co znaleźli. 

Była to mina akustyczna znanego mu typu, produkcji radzieckiej. A 

więc   mają   dowód.   Mają   to,   na   czym   admirałowi   Coffinowi   tak 

bardzo zależało.

Wiedział, że czujniki zapalnika zaprogramowano na dźwięki śrub 

tridenta,   które   powodowały   uruchomienie   silnika   -   mina,   jak 

torpeda, mogła podążyć w kierunku źródła dźwięku. W głowicy było 

wystarczająco dużo ładunku wybuchowego, żeby zniszczyć trident.

West   poklepał   delfina.   Zaznaczył   na   mapie   punkt,   w   jakim   się 

znajdowali, i wypuścił w kierunku powierzchni pojemnik z zieloną 

rakietą. Był to sygnał dla wspierającej go grupy, gdzie mają zacząć 

poszukiwania.

Przypadek sprawił, że tę właśnie rakietę dostrzegł Leon Donskoj. 

Przed powrotem raz jeszcze podniósł peryskop, żeby rzucić okiem 

na   powierzchnię   kanału   Hood.   Właśnie   wtedy   na   południowej 

stronie ciemnego nieba, w niewielkiej odległości od nich, pojawił się 

świetlisty zielony łuk. Było to tak nieoczekiwane, że się w pierwszej 

chwili   przeraził.   Nie   działo   się   jednak   nic   nadzwyczajnego. 

Zaznaczył na mapie punkt, w którym rozbłysła rakieta. Zdarzyło się 

to bardzo blisko Vinland, a więc w rejonie, gdzie umieścił jedną z 

min. Czyżby zwykły przypadek? Nie był jednak skłonny wierzyć w 

przypadki i uznał, że coś jest nie w porządku. Przypomniał sobie 

delfina, który go zaatakował. Delfiny w tych wodach były rzadkością. 

Wprawdzie nie dostrzegli żadnych śladów zaangażowania człowieka 

background image

w   tamten   dramatyczny   incydent,   niemniej   jednak...   Czy   dobrze 

zrobił nie składając o tym meldunku radiowego?

Za   kilka   godzin   spotkają   się   z   „Gorkim”.   Donskoj   postanowił 

wracać jak najszybciej, żeby poinformować dowódcę o wszystkich 

tych   niepokojących   spostrzeżeniach.   Wykorzystując   ciemności   i 

mały ruch na morzu mogli płynąć stosunkowo szybko.

Corinne domyślała się, że operacja, w jakiej przyszło jej uczest-

niczyć, nie odbywała się zgodnie z planem. Musiało wydarzyć się coś 

złego,   coś,   czego   nie   przewidziano.   Ci,   którzy   utrzymywali   z   nią 

kontakt, zachowywali się nerwowo.

Złamano zasady bezpieczeństwa łącząc się z nią o nieoczekiwanej 

porze. Zadawała sobie pytanie, dlaczego w ogóle wybrano właśnie ją 

i tę wysepkę? Dlaczego nie nawiązywano bezpośrednich kontaktów? 

I nie znajdowała na nie odpowiedzi.

Wczoraj   w   południe,   kiedy   wygrzewała   się   na   słońcu   przed 

domem, zaalarmował ją jakiś glos. Przestraszyła się. Ta część wyspy 

była   przecież   całkiem  bezludna.   Po  jej   drugiej   stronie   stało   kilka 

rybackich   baraków   i   niewielki   żeński   klasztor   -   zakonnice 

obsługiwały jedyny sklep, urząd pocztowy i port rybacki, do którego 

przybijały   również   promy.   Dopiero   po   chwili   zrozumiała,   że   głos 

wydobywał się z głośnika.

Przekazano jej komunikat o ruchu okrętów marynarki amerykań-

skiej na okolicznych wodach z poleceniem, żeby nocą przesłała go 

dalej. Dlaczego połączyli się w środku dnia? Czy nie narażano jej? 

Amerykanie mogli podsłuchać tę rozmowę, choć zapewniano ją, że 

łączność jest całkowicie bezpieczna.

background image

Wydarzenia, w których w jakiś sposób uczestniczyła, rozgrywały 

się czterdzieści osiem kilometrów na południe od wyspy i należało 

wątpić, by szukano czegoś właśnie tu.

Samotny pobyt zaczynał być nużący i Corinne postanowiła rozej-

rzeć się po okolicy. W domku znalazła mapę wysp archipelagu San 

Juan.   Jej   wysepka   miała   jakieś   sześć   i   pół   kilometra   długości,   a 

odległość pomiędzy północnym i południowym wybrzeżem wynosiła 

około   pięciu   kilometrów.   Postanowiła   zacząć   zwiedzanie   od 

najbliższej okolicy i pomaszerowała wschodnim wybrzeżem.

Gdy przedzierała się wąską ścieżką wśród krzewów rosnących nad 

brzegiem niewielkiej zatoczki, zobaczyła łódź rybacką. Była bardzo 

blisko brzegu. Dostrzegła ją w chwili, kiedy już nie mogła się cofnąć 

bez budzenia podejrzeń.

W   łodzi   była   tylko   jedna   osoba   -   mężczyzna.   On   również   ją 

dostrzegł, gdyż gwizdnął.

Stanęła, ręką przysłoniła oczy, by nie oślepiało jej słońce, i obser-

wowała go. Rybak podprowadził łódź pod sam brzeg. Znajdował się 

od niej nie dalej niż o dwadzieścia metrów.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

- Dziękuję, tak - odpowiedziała.

- Czy   nie   zgubiła   się   pani   przypadkiem?   -   pytając   rybak   rzucił 

niewielką kotwicę, po czym usiadł na ławeczce koło steru.

- Ależ nie.

Wiatr przesunął łódź jeszcze bliżej brzegu, tak że nieznajomego 

dzieliło   od   Corinne   nie   więcej   niż   dziesięć   metrów.   Na   burcie 

zauważyła jej nazwę: „Dream Girl”. Rybak zapalił papierosa.

- A więc nie zgubiła się pani i nie mogę pani udzielić pomocy. - Był 

background image

chyba wysokim mężczyzną, miał miłą, opaloną twarz i blond włosy. 

Oczy   przyjazne   i   stale   lekko   uśmiechnięte.   Corinne   znała   się   na 

mężczyznach   i   była   przekonana,   że   ten   przygodny   rozmówca   nie 

stanowi dla niej żadnego zagrożenia.

Ponieważ milczała, odezwał się znowu:

- Od lat wpływam do tej zatoczki i nigdy nikogo tu nie spotkałem. 

Wystraszyła mnie pani.

- A co ja mam powiedzieć? - zaśmiała się.

- Mnie pani nie mogła się przestraszyć. Mnie się nikt nie boi.

- A   czego   pan   tutaj   szuka?   -   w   jej   głosie   zabrzmiała   nuta 

podejrzliwości.

- Właściwie niczego. A pani?

- Też niczego. Spacerowałam.

- Nigdy nie słyszałem, żeby tu ktokolwiek spacerował. Tu nikt nie 

mieszka.

Uśmiechnęła się.

- I ja nie spodziewałam się, że kogoś spotkam - odpowiedziała.

- Tak, ale to moja okolica. Zawijam do zatoczki Cooka od dawna.

- Nie wiedziałam, że to zatoczka Cooka.

- To ja ją tak nazwałem. Nazywam się Jimmy Cook - zaśmiał się.

Zauważyła, że ma bardzo miły uśmiech. - I pani musi mieć jakieś 

imię.

- Corinne - odpowiedziała z pewnym wahaniem.

- Ładne imię - uznał. - Co pani robi w mojej zatoczce? Nie wtykam 

nosa   w   cudze   sprawy.   Nie   musi   pani   odpowiadać.   Martwię   się 

jedynie,   czy   nie   planuje   pani   wybudowania   tutaj   jakiejś   kolonii 

mieszkaniowej. Musiałbym sobie szukać innej samotni.

background image

- Oczywiście, że nie planuję niczego takiego. Zajmuję się ptakami. 

Obserwuję... zbieram materiały do pracy.

- Aha! Naukowiec! - Klasnął w dłonie zadowolony. - Nigdy kogoś 

takiego tutaj nie spotkałem. Jakie ptaki panią interesują?

Zastanawiała   się,   czy   nie  wyczuwa   w   jego   głosie   kpiny,   ale   był 

chyba całkiem poważny.

- Ptaki morskie. Poszukuję również  gniazd orłów. Tu jest wiele 

ptaków, panie Cook. Gdyby pan znał nowe gatunki tutejszych mew...

- Panie Cook? - Miał minę obrażonego. - Nie jestem staruszkiem, 

żeby tak się do mnie zwracać. Po prostu Jimmy. Wszyscy tak do 

mnie mówią. To najprostsze.

- Oczywiście, że najprostsze - zaśmiała się. - Jest pan rybakiem?

- Przeważnie, ale jak się znudzę, zawijam do tej zatoczki i czytam 

książki. Tak było w każdym razie do dzisiaj. Teraz, kiedy dotarły tu 

kobiety, nie wiem, jak będzie.

- A jak pan myśli, co ja czuję? Miałam być sama z ptakami. Teraz 

pan może mi je wystraszyć.

- Żartuje pani. Od kiedy łódź rybacka przeszkadza ptakom?

Ten wesoły mężczyzna zaczynał się jej podobać. Skinęła głową i z 

pewnym wahaniem w głosie powiedziała:

- No   dobrze,   Jimmy,   wygrałeś   tę   rundę.   Wierzę,   że   nie 

przeszkadzasz moim ptakom.

Nieoczekiwanie   rybak   rozgadał   się   na   temat   ornitologii. 

Opowiadał   o   gnieżdżących   się   tu   mewach,   nurkach,   nawet   o 

pojawiających   się   w   lecie   pelikanach.   Wiedział   na   ich   temat 

zdumiewająco wiele. Nagle zatrzymał się w połowie zdania.

- Przecież ty znasz ten temat o wiele lepiej niż ja. Nie mówiłem 

background image

głupstw?

- Wręcz przeciwnie. Powiedziałeś wiele ciekawych rzeczy.

- Bardzo dziękuję. Czasami potrafię być gadułą.

- Muszę już iść. Zostawiam do twojej dyspozycji całą zatokę.

- Miło mi było z tobą pogadać. Tu bardzo rzadko można z kimś 

porozmawiać... - i Jimmy rozgadał się ponownie, opowiadając, jak 

zrezygnował   na   jakiś   czas   z   łowienia   ryb   i   wziął   się   do   nauki,   a 

potem powrócił na swoją łódź.

Nie miała wątpliwości, że był to jeden z najbardziej szczerych i 

otwartych   mężczyzn,   jakiego   kiedykolwiek   spotkała.   Rozmawiali 

niespełna   godzinę,   a   czuła   się   tak,   jakby   wymieniła   poglądy   ze 

starym przyjacielem.

- I porzucisz swoją łódź, żeby ukończyć studia? - zapytała.

- Nigdy. Nie potrafiłbym żyć  bez niej, bez tej  zatoki, teraz tym 

ważniejszej, że ciebie tu zobaczyłem.

Musiał dostrzec na jej twarzy jakiś cień, gdyż zapytał:

- Niepokoi   cię   to   spotkanie?   Zapewniam,   że   jestem   najbardziej 

nieszkodliwym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałaś. Długo 

tu pozostaniesz?

- Już  się   wynoszę   i   będziesz   miał  swoje   ustronie   wyłącznie   dla 

siebie.

- Wcale się nie musisz spieszyć. Bardzo miło rozmawia się z tobą.

Naprawdę. - Położył rękę na sercu, jakby przysięgał, że jest całkiem 

szczery.

- Czasami łowienie staje się nieznośnie nudne, tak jak dzisiaj. Czy 

zobaczę cię jeszcze?

- Być może pokażę się tu za kilka dni. Obserwacje zabierają mi 

background image

masę czasu, potem notatki i pisanie.

- Rozumiem - westchnął głęboko. - Chciałbym, abyś zachowała o 

mnie dobre wspomnienia; co byś powiedziała o całkiem świeżym 

krabie na obiad? Lubisz kraby?

Spiżarnię   i   lodówkę   miała   pełne,   ale   oferta   była   nie   do 

pogardzenia.

- Oczywiście, że lubię - odpowiedziała.

- Doskonale. Nigdy jeszcze nie miałaś świeższego kraba.

Ukląkł i na chwilę zniknął za burtą, a kiedy się podniósł, trzymał w 

ręce wielkiego żywego kraba. Podniósł go do  góry i powiedział:

- To dla ciebie, na obiad.

- Woda jednak jest zbyt zimna, żebym chciała popłynąć po ten 

obiad.

- I dla mnie za zimna, ale coś wymyślimy.

Jimmy   wsunął   kraba   do   plastykowej   torby,   torbę   położył   na 

podłodze   małej   gumowej   tratwy   umocowanej   do   łodzi.   Odwiązał 

tratwę i pchnął mocno w kierunku brzegu. Popłynęła, ale po chwili 

ugrzęzła na jakichś kamieniach o kilka metrów przed Corinne.

- Przepraszam.  Skały  podwodne  -  usprawiedliwiał  się   Jimmy.  - 

Spróbuję jeszcze raz.

- Nie, daj spokój - powstrzymała go. Zdjęła pantofle i weszła do 

płytkiej   wody.   -   Wchodzę   przecież   do   wody   szukając   gniazd   na 

skałach. - Wzięła z tratwy torebkę z krabem i cofnęła się do brzegu. - 

Teraz mi się wydaje, że sama trochę zapracowałam na swój obiad.

- Ty chyba nie jesteś tutejsza? - przerwał jej pytaniem.

- Dlaczego tak myślisz? - Widziała w jego oczach zaciekawienie.

- Twój akcent. Niby kanadyjski, a jednak jakiś inny.

background image

- Jesteś bardzo bystry. Sądzę, że mogłam nabrać obcego akcentu. 

Wiele podróżowałam, obracam się czasami w towarzystwie ludzi nie 

stąd.   -   Wiedziała,   że   nigdy   w   pełni   nie   wyzbyła   się   brytyjskiego 

akcentu, choć usilnie starała się przyswoić sobie akcent kanadyjski.

- A   więc   odchodzisz!   -   ni   to   stwierdził,   ni   zapytał   z   wyraźnym 

smutkiem w głosie.

- Tak,   ale   jestem   wdzięczna   za   tak   wspaniały   dar.   Raz   jeszcze 

dziękuję,   panie   Cook.   -   Lepiej   zachować   dystans   i   w   ogóle 

zapomnieć, że są tak mili ludzie na świecie, pomyślała.

- Bardzo proszę, ale jeśli pani chce być tak oficjalna, to przypo-

minam, że nie znam pani nazwiska...

- McCarthy - skłamała gładko. 

- ...pani   McCarthy.   Gdybym   tu   zawinął   jutro,   spotkam   panią? 

Zawahała się. Nie wolno było niczego obiecywać.

- Nie wiem... Nie jestem pewna.

- W   każdym   razie,   jeśli   dopisze   pogoda,   „Dream   Girl”   i   ja 

zjawiamy się tu jutro o tej samej porze. Zapewne będziemy też mieli 

jakiś nowy przysmak na obiad.

Znowu się zawahała.

- Nie potrafię powiedzieć...

Jimmy tymczasem wyciągnął kotwicę i zapuścił silnik kutra.

- Do   zobaczenia,   do   jutra!   -   krzyknął   i   odwrócił   łódź   dziobem

w kierunku wyjścia z zatoczki.

Pomachała   mu   ręką   i   pomyślała,   że   niewielu   jest   tak   miłych   i 

otwartych   ludzi   na   świecie.   Uznała   iż   na   pewno   nie   powinna 

pokazywać się tu jutro...

background image

Mikołaj Koniew najwyraźniej był poruszony. W zamyśleniu przy-

gryzał   dolną   wargę   i   patrzył   w   podłogę,   jakby   tam   mógł   znaleźć 

odpowiedź na dręczące go pytanie. Wreszcie podszedł do stołu, na 

którym rozłożone były mapy.

- Nie   oczekiwałem,   że   dojdzie   do   tego   tak   szybko   –   mruknął 

wreszcie do stojącego po drugiej stronie stołu Dońskiego, pochylił 

się nad mapą i wpatrywał się w miejsce zaznaczone przed chwilą 

przez dowódcę mini-łodzi. Punkt ten znajdował się po wschodniej 

stronie   kanału   Hood   koło   miejscowości   Vinland.   Tu   Donskoj 

umieścił jedną z min i tu w nocy strzeliła zielona rakieta.

Meldunkiem   o  zielonej   rakiecie  przejął   się  o   wiele   bardziej   niż 

wiadomością o ataku delfina.

Donskoj również pochylił się nad mapą i powiedział:

- To tu, jestem tego absolutnie pewny.

Koniew   zmarszczył   nos   i   cofnął   się   o   krok.   Od   Dońskiego   po 

prostu   śmierdziało.   Urządzenia   sanitarne   w   miniaturowych 

pojazdach były dość prymitywne, a odór niemytego ciała ludzkiego 

był nie do zniesienia.

Donskoj zauważył reakcję swojego dowódcy i w głębi ducha był 

zadowolony.   Uznawał   geniusz   tego   człowieka,   ale   nie   znosił   jego 

arogancji. Nie miał też zamiaru się cofać.

Dowódca   „Gorkiego”   zastanawiał   się   tymczasem   nad 

otrzymanymi   informacjami.   Niewątpliwie   były   prawdziwe,   ale 

człowiek przemęczony, po kilkudziesięciu godzinach spędzonych w 

zamkniętym miniaturowym pomieszczeniu nie był w stanie dokonać 

trzeźwej oceny sytuacji. Możliwe, że Amerykanie odnaleźli minę, ale 

background image

mogły też być całkiem inne powody wystrzelenia tej rakiety.

- W   każdym   razie   realizacja   planu   może   się   skomplikować   - 

powiedział   raczej   do   siebie   niż   do   słuchającego   go   oficera   i   już 

głośniej dodał: - Wyglądasz na zmęczonego.

- Jestem nieco wyczerpany.

- Wyśpisz się, kiedy zakończymy całą operację.

- Rozkaz!   -   Donskoj   zrobił   wysiłek,   żeby   w   jego   głosie   brzmiał 

entuzjazm.   -   Nie   jestem   jednak   pewien,   czy   będę   pracował 

precyzyjnie. Mogę popełniać błędy...

- Nie martw się o to, Leonie - rzekł Koniew z odcieniem wyższości. 

-   Tym   razem   popłynę   z   tobą   i   będę   wszystko   kontrolował. 

Wypoczniesz potem. Potrzebuję jednak twojej pomocy. Na jakiś czas 

opuszczę pojazd, wtedy ty przejmiesz nad nim kontrolę.

Donskoj oparł się o stół, podniósł głowę i czując narastający gniew 

powiedział:

- Oczywiście, kapitanie. - Czy to, co usłyszał, oznaczało, że tamten 

zdejmuje   go   ze   stanowiska   dowódcy   mini-łodzi?   Starał   się   nie 

okazywać   swoich   uczuć   i   zapytał:   -   Czy   mogę   znać   cel   naszej 

wyprawy, żeby przygotować się na wszelką ewentualność?

- Nie   musisz   się   do   niczego   przygotowywać   -   usłyszał.   -   Nie 

przejmuję twoich obowiązków dowódcy, będę jedynie nadzorował tę 

konkretną operację. Kiedy mnie nie będzie, ty odpowiadasz za łódź.

Donskoj był niezadowolony. Nie lubił wypraw, których celu nie 

znał:   Niezależnie   od   tego,   co   powiedział   Koniew,   czuł,   że   jego 

pozycja dowódcy mini-łodzi została zagrożona. Zamiast jednak dać 

wyraz swoim wątpliwościom, zapytał:

- Czy mogę przed wyjazdem wziąć prysznic?

background image

- Oczywiście. - Jeśli nawet Koniew dosłyszał sarkazm w pytaniu 

podkomendnego, udał, że tego nie zauważa.

Przed   udaniem   się   do   mini-łodzi   Koniew   zarządził   odprawę 

oficerów   „Gorkiego”.   Kiedy   zebrali   się   w   pomieszczeniu 

kapitańskim, zwrócił się do swojego zastępcy:

- Kapitanie   Waskij,   być   może   w   czasie   mojej   nieobecności 

przeciwnik   będzie   chciał   was   zlokalizować.   Upoważniam   pana 

zarówno   do   dokonania   manewru   wycofania   się,   jak   i   do   ataku. 

Decyzja zależeć

będzie od okoliczności. Proszę nie brać pod uwagę ani względów 

bezpieczeństwa   obu   mini-łodzi,   ani   mojego   bezpieczeństwa. 

Zwłaszcza mojego. Sam się o nie zatroszczę. - Powiódł wzrokiem po 

zebranych oficerach i kontynuował: - W żadnym razie „Gorki” nie 

może   wpaść   w   ręce   Amerykanów.   Nie   wolno   dać   im   żadnego 

dowodu naszej obecności tutaj. Mogą się domyślać, ale nie mogą być 

pewni.   Takie   mamy   instrukcje.   Gdyby   nie   było   innego   wyjścia, 

uruchomi pan mechanizmy samozniszczenia. Rozumiecie, co mam 

na myśli i co to znaczy?

- Oczywiście,   kapitanie   -   odpowiedział   Waskij   nieco   ochrypłym 

głosem. Obecni na odprawie oficerowie zachowali powagę i spokój. 

W grę musiało wchodzić coś niesłychanie ważnego, skoro dowódca 

gotów był dla osiągnięcia celu poświęcić zarówno mini-łodzie, jak i 

„Gorkiego”.

Jeśli byli zaskoczeni, nie dali tego po sobie poznać. Nie padło też 

ani jedno pytanie o powód, dla którego Koniew zamierzał opuścić 

okręt bazę.

background image

- To   może   być   właśnie   to,   Bernie.   -   Harry   Coffin   odłożył 

słuchawkę   telefonu.   -   Nasz   samolot   patrolowy   P-3   wykrył   jakieś 

źródło   odbicia   fal   magnetycznych   w   pobliżu   Cypla   Dungeness. 

Obiekt porusza się bardzo powoli, ale niewątpliwie coś tam musi 

być.

- Jak daleko od wraka „Seahorse'a”?

- Blisko brzegu, w kierunku południowym. - Pokazał palcem na 

mapie. - Zapewne gdzieś w tej okolicy.

- W pobliżu wejścia do kanału Hood. To może być miniaturowa 

łódź podwodna, ale może też być okręt baza. Albo i jedno, i drugie.

- Wysyłam   okręt   podwodny   „Honolulu”,   żeby   spenetrował   ten 

rejon.

- Kto tam jest kapitanem?

- Dan Ward. Mniej więcej od roku.

- Znam go, to świetny dowódca. On wie...?

- Wie. Poinformowaliśmy go o losie „Seahorse'a”. Będzie uważał i 

jemu już się to nie przydarzy.

- Historia lubi się powtarzać. Unikniemy ryzyka, jeśli da mi pan 

kilka godzin czasu.

- Co masz na myśli?

- Wyślę tam Lena Todda z Chesterem. Za piętnaście minut mogą 

wyruszyć na łodzi patrolowej. W wodzie będą za niecałą godzinę.

- Godzina to bardzo wiele i nie mamy żadnej gwarancji...

- Oczywiście,   że   nie   mamy   -   Ryng   przerwał   admirałowi.   - 

Jednakże widział pan nasze delfiny w pracy. Jeśli tam jest jakaś łódź 

podwodna,   Chester   ją   znajdzie   i   będziemy   mogli   naprowadzić 

„Honolulu” prosto na cel bez najmniejszego ryzyka.

background image

- Daję   wam   dwie   godziny.   Sto   dwadzieścia   minut,   nie   więcej. 

Potem do akcji wkracza „Honolulu”.

- Doskonale.   Umowa   stoi.   -   Ryng   wyjął   z   kieszeni   niewielką 

latarkę,   podszedł   do   okna   i   nadał   sygnał   świetlny   w   kierunku 

nabrzeża. - Są już w drodze - oznajmił.

Coffin również podszedł do okna, patrzył przez chwilę, westchnął i 

powiedział:

- Przewidywałeś, że się złamię?

- Byłem tego pewien. Pan wie, że to najlepszy sposób wykrycia...

- Chciałbym, żebyś miał rację.

- I   jeszcze   jedno,   admirale.   Nawet   jeśli   odnajdziemy   ten   okręt 

podwodny, nie będzie to wcale oznaczało, że mamy już wszystkich. 

Zapewne będą gdzieś jeszcze mini-łodzie, a jeśli odnaleźliśmy jedną 

minę, muszą być i inne. Niech pan na razie trzyma tridenty w bazie.

W   tym   czasie   saperzy   zaczęli   rozmontowywać   minę   znalezioną 

przez Danny'ego  Westa.  Zazwyczaj  tego  rodzaju praca  zajmowała 

wiele   czasu.   Teraz   jednak   nie   można   było   pozwolić   sobie   na 

opieszałość.   Wywieziono   minę   w   niezamieszkany   rejon   leśny   i 

przystąpiono do działania. Szczęśliwie technicy zaraz na początku 

natrafili   na   elektroniczny   mechanizm   uaktywniający   akustyczny 

zapalnik.   Stwierdzono,   że   jest   to   mechanizm   zdalnie   sterowany, 

uruchamiany   za   pośrednictwem   fal   radiowych.   Nie   było 

wątpliwości,   urządzenie   miało   służyć   do   zatapiania   okrętów 

podwodnych,   gdyby   gdzieś   daleko   zapadły   tego   rodzaju   decyzje. 

Jeśli, jak przypuszczano, były to miny radzieckie, to mogły być użyte 

jedynie po podjęciu decyzji politycznych w Moskwie. Ustawienie ich 

było dowodem, że Moskwa nie ufała Waszyngtonowi.

background image

Tak to w każdym razie zinterpretował Coffin, gdy mu telefonicznie 

przekazano wyniki ekspertyzy technicznej. Ryng jeszcze nie zdążył 

wyjść z jego gabinetu, gdy admirał poinformował go o meldunku, po 

czym dodał:

- Pentagon   i   nasi   politycy   nie   będą   chcieli   w   to   uwierzyć.   Oni 

natychmiast podnieśliby krzyk, protesty, uciekliby się do gróźb. My 

zaś musimy mieć nieco czasu, żeby się zorientować, o co w ogóle w 

tym wszystkim chodzi.

Ryng zgodził się z nim.

- Moi   chłopcy   potrzebują   jeszcze   około   dwunastu   godzin   na 

przeszukanie   całego   kanału.   Nie   wierzę,   żeby  postawili  tam   kilka 

min i po prostu się wycofali. Na pewno planują coś jeszcze.

Znowu   zadzwonił   telefon.   Admirał   odebrał   go   i   przez   chwilę 

słuchał w milczeniu.

- No   i   wykrakałeś   -   powiedział   po   chwili.   –   Hydrofony 

rozmieszczone   u   wejścia   do   Bremerton   zarejestrowały   jakieś 

podejrzane dźwięki. Właśnie próbują ustalić ich źródło.

ROZDZIAŁ IX

Tarancew   nie   bał   się,   kiedy   przeciskali   się   płyciznami,   często 

podnosząc   peryskop   dla   sprawdzenia   położenia.   Był   tylko 

podniecony. Wiedział, że to ostatnia jego misja, ale nie odczuwał 

strachu przed niewątpliwie zbliżającą się śmiercią.

Wzbierał   w   nim   natomiast   narastający   gniew.   Był   wściekły,   że 

miał   poświęcić   życie   własne   i   kolegów   w   imię   czegoś,   czego   nie 

potrafił   zrozumieć.   Rozkaz,   jaki   otrzymali,   wydawał   się 

background image

bezsensowny,   ale   chyba   musiał   mieć   jakieś   uzasadnienie?   Tylko 

jakie?

Był   przekonany,   że   Tupolew   i   Osipenko   również   nie   odczuwali 

strachu.   Chociaż,   podobnie   jak   on,   pewnie   woleliby   znać   cel 

operacji. Do tego zresztą przyzwyczajano ich przez lata treningu.

Tarancew ostrożnie podniósł peryskop i sprawdził położenie. Cel 

leżał o jakieś trzy mile przed nimi. Było tak płytko, że kiosk łodzi 

znajdował się tuż pod powierzchnią. Nagle Tarancewa oślepiła biała 

rakieta.   Hydrofony   musiały   odnotować   ich   obecność.   Czy   to 

możliwe, że już ich szukają?

- Tu i jesiotr nie mógłby się przecisnąć niezauważony - mruknął, 

nie wiadomo czy do siebie, czy do kolegów. - Ile wody pod kilem?

- Dziesięć metrów, ale to się stale zmienia - zameldował Osipenko. 

- Jeśli mapa jest dokładna, to wkrótce wejdziemy w rejon, gdzie przy 

odpływie nie będziemy się mogli zanurzyć.

- Silnik   stop!   -   wydał   polecenie   Tarancew   i   uśmiechnął   się   do 

kolegów, aby ich podnieść na duchu. - Miejsce dobre jak każde inne. 

Zatrzymamy się tu i przygotujemy miny.

- Kto je  postawi?  -  zapytał Tupolew, wiedząc, że  to on  właśnie 

powinien wykonać tę pracę. Wprawdzie wszyscy byli w tym zakresie 

odpowiednio   przeszkoleni,   ale   w   zespole   on   wykonywał   zadania 

płetwonurka.

Tarancew   nie   odpowiedział.   Był   zajęty   lustrowaniem   okolicy. 

Uznał,   że   zbliżenie   się   do   portu   na   mniejszą   odległość   nie   jest 

możliwe, i polecił wypuścić płozy. Usiedli na dnie.

- Wszystko mi jedno, kto to zrobi - odpowiedział Osipenko.

- To należy do mnie. To mój obowiązek - stwierdził Tupolew.

background image

Tarancew opuścił peryskop i znowu uśmiechnął się do kolegów.

Nigdy   dotąd   nie   widzieli,   żeby   uzewnętrzniał   swoje   uczucia. 

Zdumienie ich wzrosło, gdy usłyszeli:

- Znaleźliśmy się w niezwykłej sytuacji, nie uważacie?

Zmieszali   się.   W   służbie   i   na   dodatek   w   czasie   operacji   nie 

prowadziło się takich rozmów.

- Czy któryś z was ma pomysł na to, w jaki sposób wydostaniemy 

się stąd, kiedy już postawimy miny? - Tarancew ciągle się uśmie-

chał. - Chętnie was wysłucham, gdyż według mnie nasze szanse na 

wycofanie się są równe zeru.

- Przede   wszystkim   trudno   będzie   je   postawić.   -   Tupolew   jako 

ekspert   wiedział,   że   miny,   którymi   dysponowali,   zostały 

przystosowane do stawiania na większych głębokościach. - Tu jest 

piekielnie płytko. - Rozłożył ręce w geście bezradności. - W dodatku 

nie mogę zrozumieć celu naszej misji. Mieliśmy...

- Mieliśmy, ale już nie mamy - przerwał mu Tarancew. - Wykrył 

nas   ten   amerykański   niszczyciel   i   być   może   wydarzyło   się   coś 

jeszcze, o czym nie mamy pojęcia. - Wzruszył ramionami. - Stało się. 

Ale musimy przynajmniej wyrównać rachunki.

- Z kim? - nie zrozumiał Osipenko.

- Oczywiście  z Amerykanami. Chcą  nas przecież  zniszczyć  i  nie 

możemy   pozwolić,   żeby   zrobili   to   bezkarnie.   Muszą   zapłacić 

możliwie wysoką cenę.

Tupolew domyślił się, o czym mówi dowódca, i uśmiechnął się.

- Masz   rację.   I   ja   tak   myślę.   Tanio   się   nie   sprzedamy.   Muszą 

zapłacić za naszą skórę.

- No więc masz jakiś pomysł?

background image

- To co niby mamy robić? - w głosie Osipenki nie było entuzjazmu.

- To   oczywiste,   że   nie   uda   nam   się   postawić   min,   założyć 

zapalników na głowice, wrócić do łodzi i uciec - mówił Tarancew 

spokojnie. - Możemy jednak... zmienić nasz mini-pojazd w jedną 

wielką bombę. - Patrzył teraz prosto w oczy Tupolewa. - Znasz te 

miny o wiele lepiej niż ja. Są tak skonstruowane, że na dźwięk śruby 

okrętowej odpalają głowicę, która dogania okręt i niszczy go. Czy 

można ominąć fazę pościgu i po prostu w odpowiednim momencie 

spowodować wybuch głowicy?

- Wszystko można zrobić, tyle że nie jestem pewien, czy możemy 

zaprogramować   wybuch   na   z   góry   określony   czas.   Ta   broń   nie 

została skonstruowana z myślą o tego rodzaju działaniu.

- Możemy   jednak   próbować?   -   nalegał   Tarancew   i   znów   się 

uśmiechnął.

- Chyba nawet warto.

- No   więc   dobrze.   Przeobrazimy   się   w   kamikadze,   z   tym   że 

Japończycy   uderzali   samolotami,   a   my   to   samo   zrobimy   naszą 

łodzią. - Tarancew uważał, że aby uratować honor komandosów i 

wykonać rozkaz kapitana Koniewa, w tej sytuacji nie mają innego 

wyjścia. - Na razie jeszcze nas nie odnaleźli. Zostaniemy tu, w tym 

miejscu i przygotujemy miny.

Zaczęli dyskutować nad technicznym rozwiązaniem swego planu i 

tak się zagłębili w szczegóły, że zapomnieli o strachu i zagrożeniu. 

Zastanawiali   się,   jak   przekształcić   swój   pojazd   w   wielką   torpedę. 

Tupolew   wprowadził   na   ekran   monitora   schemat   głowicy   miny, 

wspólnie projektowali, jak naprędce dokonać w niej przeróbek.

Największym problemem było wprowadzenie takich zmian, żeby 

background image

głowice   wybuchały   w   określonym   czasie.   Każda   eksplodująca 

głowica   spowoduje   automatycznie   wybuch   pozostałych, 

znajdujących   się   w   luku   pojazdu.   Osipenko   zasugerował,   żeby 

decydujący   atak   nastąpił   tuż   pod   powierzchnią,   aby   ponad   wodą 

wystawał szczyt kiosku. Ułatwi to sternikowi naprowadzenie łodzi 

na cel. Zdecydowali też, że sternikiem będzie Osipenko. Tarancew i 

Tupolew   mieli   się   zająć   spowodowaniem   wybuchu,   musieli   więc 

wyjść z pojazdu.

Obaj nałożyli skafandry płetwonurków. Przed opuszczeniem łodzi 

podali sobie ręce. Nie było żadnych  wzruszających pożegnań, nie 

mieli nawet na nie czasu.

Gdy   znaleźli   się   na   zewnątrz,   włączyli   przewody   łączności 

telefonicznej w gniazdka sieci pojazdu i mogli się porozumiewać z 

siedzącym za sterami Osipenką. Pracowali szybko i sprawnie, choć 

obaj czuli narastające podniecenie.

Nie dało się użyć zapalników, w jakie wyposażone były głowice, 

gdyż   na   tak   niewielkiej   głębokości   mogłyby   spowodować 

natychmiastowy   wybuch.   Tupolew   wymyślił   jednak   co   innego. 

Głowice   można   było   w   dowolnym   momencie   odpalić   ręcznie. 

Ponieważ przebywając pod wodą niczego nie widzieli, odpowiedni 

sygnał   musiał   w   najbardziej   stosownym   momencie   przekazać   im 

Osipenko.

Jego pierwszy meldunek brzmiał:

- Do głównego nabrzeża stoczni zostało jeszcze jakieś trzy kilometry.

Robi się coraz płyciej. Szybkość pięć węzłów. Powoli ją zwiększam, 

żeby nie mogli łatwo trafić, kiedy nas zobaczą.

Łódź   płynęła   w   zanurzeniu,   a   nad   powierzchnią   sunął   jedynie 

background image

szczyt kiosku. Wystawał z wody na kilka zaledwie centymetrów.

- Nie zwiększaj szybkości. Już czujemy tu prąd wody. Gdyby nas 

zniosło, wszystko na nic - rozległ się w słuchawkach głos Tarancewa.

- To samo u mnie - dorzucił Tupolew.

Obaj, wczepieni w otwarte luki, płynęli na głębokości około trzech 

metrów pod powierzchnią.

W pewnym momencie Osipenko usłyszał jakieś suche klaśnięcie i 

gdy się zorientował, co to było, krzyknął do mikrofonu:

- Zobaczyli nas i strzelili w naszym kierunku, ale to był jedynie 

wystrzał z karabinu. Zapalili reflektory. Oślepiają mnie... Coś nad-

pływa... nie widzę jeszcze co. Kolejne strzały. Muszę przyspieszyć!

- Jeszcze nie! - krzyknął Tarancew. - Ile nam pozostało?

- Jakieś dwa i pół kilometra. Nadpłynęły nowe kutry czy ścigacze! 

-   w   jego   głosie   wyczuwało   się   wyraźnie   strach.   -   Musimy 

przyspieszyć.

- Dawaj! Jakoś się utrzymamy.

Kolejna eksplozja w pobliżu kiosku. Na tyle głośna, że usłyszeli ją 

płetwonurkowie.

- Strzelają z działek - informował Osipenko. - Muszę zmienić kurs, 

żeby ominąć...

- Rób, co trzeba.

Osipenko przekręcił koło sterowe w prawo, by wyminąć ścigacz, 

który najwyraźniej chciał ich staranować.

- Ledwo mogę się utrzymać - krzyczał Tupolew.

- Ja   też,   ale   rób   wszystko,   żeby   dopłynąć,   Osipenko.   Zakładam 

detonator - powiedział Tarancew.

- Trafili w kiosk! - niemal histerycznie krzyknął Osipenko. Krew 

background image

zaczęła mu zalewać oczy, prawie nie widział. - Jestem ranny. Nie 

widzę...

- Nie mogę założyć detonatora...! - ryknął Tupolew.

- Ja założyłem. Trzymajcie...

Zdania tego już nigdy nie dokończył. Ludzie płynący na ścigaczach 

i   kutrach   portowych,   które   otaczały   podwodny   pojazd,   zobaczyli 

nagle   słup   wody   wyrzucanej   przez   potężną   eksplozję.   Płynące 

najbliżej miejsca eksplozji motorówki zostały uniesione w górę. W 

powietrzu fruwały jakieś metalowe odłamki, części rozerwanej na 

kawałki łodzi podwodnej.

Amerykanie nie ponieśli żadnych strat. Nabrzeże stoczni pozostało

nietknięte. Wybuch nastąpił daleko. Płetwonurkowie, którzy natych-

miast   zaczęli   przeszukiwać   okolicę,   nie   znaleźli   niczego.   Pojazd 

przeciwnika   został   rozerwany   na   strzępy.   Nie   mogło   być   nawet 

mowy o szybkim zidentyfikowaniu napastnika...

Corinne wyszła przed dom i usiadła na stopniach. Łuna zachodu 

szybko przechodziła w czerń nocnego nieba obsypanego gwiazdami. 

Zrobiło   się   natychmiast   chłodno,   a   nad   morzem   zaczęła   opadać 

mgła.   Poczuła   zimno,   przebiegały   ją   dreszcze   i   wycofała   się   do 

domu.

Radio włączyło się koło północy. Usłyszała czyjś spokojny i rzeczo-

wy głos. Był to ktoś nowy. Nieznajomy poinformował ją, że zapewne 

nie będą już potrzebowali jej pomocy, ale musi jeszcze dyżurować 

przy swoim odbiorniku. Czuła coś w rodzaju rozczarowania. Musiała 

jeszcze   czekać   co   najmniej   sześć   godzin,   żeby   tę   informację 

przekazać na ląd.

background image

Miał   uczucie,   że   pływa   nie   w   morzu,   lecz   w   atramencie.   W 

czarnym, zimnym atramencie. Len Tood przypomniał sobie, że taki 

atrament był w jego szkolnym kałamarzu.

Chester natomiast czuł się znakomicie. Dla niego dzień czy noc - 

cóż to za różnica. Dzięki swemu sonarowi widział doskonale. A teraz 

czekała   go   świetna   zabawa   w   towarzystwie   przewodnika.   Mieli 

poszukiwać w morzu wielkich, twardych obiektów.

Delfin uwielbiał tę zabawę, zawsze kończącą się nagrodą. Czekał 

na moment, w którym wokół zapanuje cisza, i wtedy wydawał serię 

dźwięków niesłyszalnych dla ucha człowieka. Kiedy powracały jako 

odbicie,   analizował   je.   Na   razie   nie   znajdował   niczego   godnego 

uwagi.

Nurkował, wywijał koziołki nad samym dnem, wracał na powierz-

chnię. Nabierał powietrza, zanurzał się i znowu czekał na ciszę.

Zabawa trwała już kilkanaście minut, gdy nagle... Tak, chyba coś 

znalazł.   Wydał   nową   serię   dźwięków   i   pochwycił   ich   odbicie.   W 

ciemności, niezbyt daleko, znajdował się jakiś wielki i bardzo twardy 

obiekt. Coś, czego należało szukać.

Chester dokładnie zlokalizował go. Podpłynął do przewodnika i 

delikatnym   poszturchiwaniem   poprosił   o   lokalizator,   po   czym 

zniknął   w   czarnej   głębinie.   Len   nie   mógł   zobaczyć,   jak   delfin 

podpłynął do wielkiego, obłego celu i ostrożnie umieścił lokalizator 

na jego metalowej powierzchni. Dokładnie tak, jak go nauczono. Nie 

wydając najmniejszego dźwięku. W chwilę potem był znowu obok 

przewodnika,   radosnymi   ruchami   dając   mu   do   zrozumienia,   że 

wykonał zadanie.

Len Tood wypłynął na powierzchnię. Cieśnina Juan de Fuca była 

background image

tej nocy wzburzona, z trudem utrzymywał nadajnik i antenę ponad 

falami.   Znajdujący   się   w   pobliżu   okręt   podwodny   natychmiast 

odebrał   sygnały.   W   chwilę   potem   przez   peryskop   dostrzeżono 

zieloną rakietę odpaloną przez Tooda.

- Jakiś obiekt przed dziobem, na razie niezidentyfikowany - głos 

płynący   z   głośnika   zdradzał   podniecenie.   -   Złapaliśmy   również 

podejrzane dźwięki przypominające cichy szum silników.

Dowódca   „Honolulu”   Dan   Ward   spojrzał   na   swego   pierwszego 

oficera.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   w   przybrzeżnych   wodach 

cieśniny coś  się  kryło przed  nimi,  ale  jeszcze  nie  byli pewni,  czy 

odnaleźli okręt podwodny, który zatopił „Seahorse'a”. Zachowywali 

maksymalną ostrożność - mieli do czynienia z mordercą gotowym 

na wszystko. Nie mógł to być amerykański okręt podwodny, gdyż 

poza nimi żadnego innego nie było w tym rejonie.

To, co odkryli, poruszało się bardzo powoli i ostrożnie.

Ward   wiedział,   że   nie   wolno   mu   ryzykować   i   gdy   tylko 

zlokalizowali   podejrzany   obiekt,   polecił   przygotować   torpedy   do 

odpalenia.

W miarę upływu czasu Ward nabierał pewności, że ma przed sobą 

obcy okręt podwodny, przeciwnik jeszcze nie wie, że został wykryty, 

i nie domyśla się, że „Honolulu” jest na jego tropie. Rozkaz, jaki 

otrzymał, był całkiem jednoznaczny - zatopić. Nie powtórzy się już 

scenariusz, którego ofiarą padł „Seahorse”.

- Zwiększa szybkość. Przecina nasz kurs. Przemieszcza się w głęb-

sze wody.

W chwilę potem przez głośnik dało się słyszeć meldunek: torpedy 

background image

gotowe.

Ward   wydał   rozkaz.   Otwarto   klapy   osłonowe   aparatów   tor-

pedowych. Dźwięk ten mogły wyłowić aparaty podsłuchowe prze-

ciwnika.

- Aparaty gotowe! - raportował zastępca dowódcy.

- Odpalić torpedę! - Ward wiedział, że za chwilę weźmie odwet za 

kolegów z „Seahorse'a”.

- Ster   lewo   na   burt!   Zwiększyć   szybkość!   -   Waskij   reagował 

automatycznie. - Ile wody pod kilem? - rzucił do marynarza przy 

sondzie.

- Dwa, zero metrów.

Z sonaru zawiadomiono:

- Wyodrębniliśmy   dźwięk   przypominający   otwieranie   klap   apa-

ratów torpedowych.

Jak to się stało, że tamci podeszli tak blisko, a oni nie potrafili ich 

wykryć?   Waskij   czuł   spływający   po   plecach   strumyk   potu.   W 

żołądku miał jakąś dziwną pustkę. Podłoga pod nogami pochyliła 

się.   Okręt,   reagując   na   ster,   dokonywał   ostrego   skrętu   w   prawo. 

Otworzyli osłonę, to znaczy, że teraz wyślą torpedę w ich kierunku!

- Trzy, zero metra pod kilem.

Wchodzili   na   nieco   głębszą   wodę.   Waskij   wiedział,   że   tylko 

głęboka woda może ich uratować.

- Podaj kurs w kierunku najbliższej głębi! - rzucił ostro w stronę 

dyżurnego przy mapach. - Szybko, nie musi być dokładny.

- Tu... - dyżurny zawahał się. - Tu jest najgłębiej. Na północ i na 

zachód płycizny.

background image

Waskij natychmiast zrozumiał, o co chodzi. Ścigający ich okręt był 

na   wschód   od   nich,   a   po   stronie   południowej   rozciągało   się 

wybrzeże.

- Zlokalizowaliśmy torpedę! - usłyszeli meldunek z głośnika.

Uciekać!...   uciekać!...   uciekać!   -   Waskij   miał   wrażenie,   że   ktoś 

szepce   mu   do   ucha   to   słowo.   Trzeba   zniknąć,   gdzieś   się   skryć, 

usunąć się stąd.

Nie mógł zejść głębiej, ale mógł uciekać.

- Melduj o każdej zmianie głębokości - polecił dyżurującemu przy 

sondzie.

„Gorki”   kluczył   jak   zając   uciekający   przed   naganką.   Sonar   bez 

przerwy podawał meldunki o położeniu torpedy. Dla tych, którzy 

znajdowali się w centrum dowodzenia, torpeda pozostawała czymś 

bliżej nieokreślonym. Dla obsługi sonaru była jednak namacalnym, 

realnym, coraz bliższym zagrożeniem. Z uciekającym okrętem łączył 

ją strumień dźwięków.

Waskij   kazał   wypuścić   makiety,   których   dźwięk   imitował   szum 

śruby. Chodziło o zmylenie mechanizmów akustycznych torpedy. W 

chwilę   później   wydał   rozkaz  wystrzelenia   torpedy,  a   zaraz  potem 

drugiej. Żadna z torped nie została właściwie zaprogramowana, ale 

mogły  one  odstraszyć,  a   przynajmniej   przystopować   pościg,  a   im 

ułatwić   próbę   wymknięcia   się   ścigającej   ich   torpedzie.   Nie   mieli 

złudzeń: czujniki pocisku przeciwnika zlokalizowały ich dokładnie, a 

komputer   naprowadzał   torpedę   wprost   na   nich,   wykonując   takie 

same manewry jak oni.

- Usiłują zagłuszyć i zmylić torpedę. Zmykają jak ścigany zając - 

background image

meldowano z sonaru.

Dan Ward bez trudu wyobraził sobie, co działo się przed dziobem 

ich okrętu. Oczyma wyobraźni widział obcą łódź podwodną, która 

stara   się   umknąć   ścigającej   ją   torpedzie,   i   wiedział,   że   żadne 

manewry, żadne wybiegi nie uratują już przeciwnika. Kim właściwie 

był ten przeciwnik? Rosjanie? Ale czego mogliby tu szukać? Czyżby 

nawrót zimnej wojny? Ward nie interesował się polityką, ale wolałby 

wiedzieć, o co właściwie chodzi.

Zameldowano, że druga torpeda jest gotowa do odpalenia.

- Wykonali ostry skręt w prawo! - usłyszał meldunek z sonaru.

Czyżby zmienili kurs o 180 stopni?

- Torpeda gotowa do odpalenia - powtórzono meldunek.

- Wystrzelili dwie torpedy w naszym kierunku! - znowu meldował 

sonar.

Strzelali do nich. On na ich miejscu zrobiłby dokładnie to samo. 

Tylko spokojnie. Nie mogli dobrze wymierzyć, zaprogramować. Te 

torpedy są bezsilne. To ze strony tamtych odruch desperacji.

- Odpalić! - Ward wydał rozkaz cicho, spokojnie, beznamiętnie.

Torpeda poszła. Odczuli wstrząs na całym okręcie.

Kiedy druga torpeda ruszyła w kierunku wyznaczonego celu, Ward 

rozkazał   wykonać   ostry   skręt.   Był   to   manewr   odejścia   od   torped 

przeciwnika. Pod nim rozciągały się obszary głębokiej wody, gdzie 

bez trudu mogli się skryć przed nimi.

Meldunki nadchodzące z sonaru zaczynały brzmieć histerycznie, 

Waskij odczuwał strach. Gdyby znajdowali się na głębszej wodzie... 

Torpedy amerykańskie były coraz bliżej, nie udawało się ich zgubić 

background image

żadnym manewrem. Nie zmyliły ich zagłuszacze, a instrumenty z 

ogromną precyzją odnotowywały każdy manewr ściganego. Waskij 

rozkazał wykonać gwałtowny skręt. Gdyby chociaż udało się uciekać 

wystarczająco długo! Torpedom może wreszcie zabraknąć paliwa.

-   Podawaj   na   bieżąco   odległość...   -   nie   dokończył.   Straszliwy 

wybuch w środkowej części okrętu wstrząsnął „Gorkim” i rzucił go 

ku   powierzchni   wody.   W   centrum   dowodzenia   zapanowały 

ciemności.   Krzyki   i   jęki   ludzi   mieszały   się   z   jakimiś   trzaskami   i 

zgrzytami Ludźmi ciskało, jakby byli kukiełkami.

Waskij   leżał   w   kącie   kabiny   przyciśnięty   do   podłogi   czyimś 

bezwładnym ciałem. Wydawało mu się, że jest sparaliżowany, że nie 

ma sił, aby odsunąć przygniatający go ciężar.

- Włączyć oświetlenie awaryjne... - nie słyszał swoich słów i nie 

miał świadomości, czy dokończył zdanie.

W maszynowni okrętu nastąpił wybuch. „Gorki” stanął w pozycji 

pionowej dziobem do góry. W tak dziwacznie ustawiony okręt trafiła 

druga torpeda.

Dan   Ward   nie   mógł   uwierzyć,   że   teraz,   w   okresie   kiedy   pokój 

wydawał się czymś całkiem pewnym i nienaruszalnym, wszystko to 

jest rzeczywistością. Sonar zameldował o wybuchu pierwszej, a w 

chwilę potem drugiej torpedy, ale i bez tego meldunku wybuch był 

słyszalny   całkiem   wyraźnie.   Obie   torpedy   wystrzelone   przez 

przeciwnika zgubiły cel.

Zrobili, co do nich należało. Wykonali operację, do której przygo-

towywali   się   od   lat,   nie   mając   żadnej   pewności,   że   kiedykolwiek 

zrobią użytek ze swoich umiejętności. Odnieśli zwycięstwo.

background image

I nagle Dan pojął, że nie było to zwycięstwo pełne. Istniało coś, 

czego nie rozumieli i o czym nie wiedzieli.

Wypłynęli   na   powierzchnię   i   kapitan   Ward   złożył   admirałowi 

Coffinowi pierwszy radiowy meldunek o przebiegu walki.

ROZDZIAŁ X

Stop! - syknął Koniew.

Dopływali   w   rejon   Bangor,   kierując   się   nawigacyjnymi 

wyliczeniami Dońskiego.

- Silnik   stop!   -  odpowiedział  posłusznie  Tiszkin.  Donskoj   nigdy 

nie wymagał potwierdzania poleceń, ale tym razem płynął z nimi 

służbista   znany   z   przestrzegania   żelaznej   dyscypliny.   Tiszkin   był 

zmęczony i czuł, że wyczerpuje się jego cierpliwość. Teraz czekało go 

zajęcie,   którego   nie   lubił.   Miał   utrzymywać   stałą   pozycję 

unieruchomionej łodzi.

- Zaznacz   na   mapie,   gdzie   się   znajdujemy,   uwzględnij   ruch 

powodowany przez lokalny prąd - polecił Koniew Dońskiemu.

- Możemy   ustalić   pozycję   jedynie   w   przybliżeniu.   Tu   prąd   jest 

zmienny   i   zależy   od   przypływu.   -   Donskoj   starał   się   mówić   jak 

najspokojniej, choć i on czuł narastające rozdrażnienie.

- Czy   nie   usiądziemy   na   dnie?   -   zapytał   Tiszkin,   który   przy 

wyłączonych silnikach usiłował utrzymać łódź w jednej pozycji.

- Nie   -   odpowiedział   Koniew.   -   Muszę   wyjrzeć   przez   peryskop. 

Podejdź pod powierzchnię. - Pochylił się i przez ramię Dońskiego 

sprawdził położenie na mapie.

- Jesteśmy na głębokości peryskopowej - meldował Tiszkin.

background image

Koniew   ostrożnie   podniósł   peryskop   i   zatoczył   nim   koło.   Nie 

zauważył niczego podejrzanego. Całkowita cisza. Znowu sprawdził 

położenie łodzi i porównał je z punktem zaznaczonym na mapie. 

Zgadzało   się.   Był   spokojny,   a   przecież   czekało   go 

najniebezpieczniejsze w jego życiu zadanie...

Opuścił peryskop, raz jeszcze spojrzał na mapę i zwrócił się do 

Tiszkina:

- Trzymaj   pozycję.   Za   jakieś   trzydzieści   minut   wychodzę   na 

zewnątrz.

Nakładając   skafander   płetwonurka   Koniew   przekazywał   obu 

członkom   załogi   instrukcje   na   czas   swojej   nieobecności.   Nie 

powiedział   ani   słowa   na   temat   zadania,   jakie   miał   wykonać. 

Poinformował ich jedynie, że potrwa to około pięciu godzin. Jeśli po 

tym czasie go nie będzie, mają się zanurzyć i wracać do „Gorkiego”. 

Okręt baza, jak wiedzieli, miał czekać na powrót mini-łodzi tylko 

przez   dwadzieścia   cztery   godziny.   Po   upływie   tego   terminu,   bez 

względu   na   to,   czy   miniatury   powrócą,   czy   nie,   miał   wypłynąć   z 

cieśniny Juan de Fuca i wrócić do Pietropawłowska.

Poza   suchymi   instrukcjami   żadnych   pożegnań,   żadnego 

rozczulania   się,   żadnych   słów   pocieszenia.   Byli   komandosami   i 

robili to, co do nich należy. To wszystko.

Operacja opuszczenia łodzi odbyła się spokojnie i Koniew w ciągu 

kilku   minut   znalazł   się   na   zewnątrz,   w   zimnej,   czarnej   wodzie. 

Zupełnie sam. Był panem własnego losu i wszystko, co miało się 

wydarzyć, zależało wyłącznie od niego. Wierzył w siebie, we własne 

siły.

Służąc w marynarce nauczył się pracy w zespole, ale tak naprawdę 

background image

satysfakcję   sprawiało   mu   wszystko,   co   wykonywał   bez   niczyjej 

pomocy czy asysty. Właśnie to, co robił teraz.

Powierzono   mu   misję,   o   której   wiedziało   jedynie   trzech   ludzi 

urzędujących   na   Kremlu.   Inni   nigdy   by   się   na   nią   nie   zgodzili. 

Zwłaszcza   dyplomaci i  politycy. Ci  krzyczeliby o  konieczności za-

chowania przyjaznych stosunków z Waszyngtonem.

Uruchomił   bezgłośnie   pracujący   silnik   podwodnego   skutera   i 

ruszył.  Po jakichś pięciu minutach zdał sobie sprawę, że woda jest 

bardzo   zimna.   Przypomniał   sobie   Bałtyk,   gdzie   przeprowadzał 

przygotowania i ćwiczenia. Wolał wodę zimną. Trzymała człowieka 

w napięciu, zmuszała do zachowania czujności. Sprawdził czas na 

zegarku. Płynął dokładnie pięć minut. Jeszcze dziesięć sekund tym 

samym kursem. Spojrzał na kompas i zmienił kurs. Utrzymywał go 

przez następne dziesięć minut.

Można było płynąć prosto, ale to nie byłoby rozsądne. Z ogromną 

precyzją wyznaczył kurs, który dawał najwięcej szans, że znajdzie się 

na brzegu niezauważony.

Cały czas zachowywał czujność. Doświadczenia Dońskiego, który 

natknął się na delfina, a potem widział zieloną rakietę, świadczyły o 

tym, że na tych wodach można spotkać amerykańskich płetwonur-

ków. Wprawdzie jego ludzie usiłowali odwrócić ich uwagę w innym 

kierunku, ale czy to się udało - nie wiadomo. Lepiej być przygoto-

wanym na najgorsze, to zawsze zwiększało szanse uniknięcia niebez-

pieczeństwa.

Na wybrzeżu, do którego dopływał, nie było piaszczystych plaż. 

Brzeg   wznosił   się   stromo   do   góry,   był   kamienisty,   miejscami 

porastały   go   krzaki.   Całymi   godzinami   studiował   zdjęcia   tego 

background image

wybrzeża   i   wybrał   miejsce,   które   patrolom   krążącym   na   brzegu 

musiało   się   wydawać   najmniej   prawdopodobne   do   ewentualnego 

forsowania od strony wody, a które jednak można było pokonać.

Cały rejon był pilnie strzeżony. Tu znajdowała się jedna z najgroź-

niejszych amerykańskich broni strategicznych - osławione tridenty. 

Oczywiście   nigdy   nie   ma   ochrony   idealnej   i   do   takiego   wniosku 

doszedł Mikołaj Koniew, studiując przez wiele tygodni fantastycznie 

dokładne zdjęcia wykonane przez satelitę. Znał ten rejon na pamięć, 

tak jakby był tu wielokrotnie, co zresztą w pewnym sensie nie było 

dalekie   od   prawdy   -   pod   odpowiednią   osłoną,   żeby   obiektu   nie 

wykryły satelity, wybudowano na wybrzeżu Bałtyku dokładny model 

rejonu   Bangor.   Obiekt   kilka   razy   modyfikowano,   wprowadzając 

nowe szczegóły, o których donosiły radzieckie satelity. Tam właśnie 

Koniew przeprowadzał ćwiczenia. Teraz jednak miał przed sobą nie 

makietę, lecz oryginał.

Spojrzał na zegarek. Jeszcze trzydzieści sekund do zmiany kursu 

Trzeba jednak wyjść na powierzchnię, żeby sprawdzić położenie.

Ostrożnie  i  cicho  wysunął  głowę  nad  wodę. Oczy  zakrywały  mi 

okulary  ochronne,   będące   jednocześnie  noktowizorem  najnowszej 

generacji. Zobaczył dokładnie to, czego się spodziewał. Na wprosi 

przed nim, w odległości jakichś trzystu metrów, błyskało czerwone 

światło   na   dachu   Arsenału   Broni   Strategicznych.   Budynek 

przypominał wielki hangar lotniczy. Koniew oglądał go wielokrotnie 

na   zdjęciach   wykonanych   pod   różnymi   kątami   i   w   różnym 

oświetleniu.

Wszystko na razie odbywało się zgodnie z planem.

Znowu   się   zanurzył.   Teraz   kierując   się   wskazaniami   kompasu 

background image

płynął do wybranego na brzegu miejsca.

Jeszcze   tylko   dwieście   metrów.   Poczuł,   że   serce   bije   mu   nieco 

szybciej. Był na miejscu!

Zmniejszył   szybkość   skutera   i   jeszcze   raz   wysunął   głowę   nad 

powierzchnię wody. Hangar miał teraz po lewej stronie, po prawej 

-nabrzeże.   Obraz   przekazywany   mu   przez   mini-noktowizor   był 

całkiem wyraźny. Na nabrzeżu nie było nikogo. Było puste. Żadnych 

patroli, żadnych psów. Na końcu nabrzeża dojrzał budkę strażnika. 

Z   rekonesansów   satelitarnych   wiedział,   że   znajdujący   się   tam 

strażnik   nie   byt   w   stanie   go   dostrzec.   Znał   na   pamięć   wszystkie 

punkty, w których należało się spodziewać straży.

Ciągle   jeszcze   rozglądał   się,   chcąc   stwierdzić,   czy   nic   się   nie 

zmieniło

od   czasu,   gdy   oglądał   ostatnie   zdjęcia   satelitarne.   Niczego   nie 

dostrzegał.

Włączył   silnik,   schował   się   pod   wodę   i   przebył   jeszcze   około 

siedemdziesięciu pięciu metrów. Ostatni odcinek płynął z wyłączo-

nym silnikiem. Miniaturowym detektorem sprawdził, czy na brzegu 

nie ma jakichś źródeł magnetycznych zaburzeń, a więc większych 

przedmiotów   metalowych.   Nie   znalazł   niczego.   Nie   wychodząc   z 

wody   zatopił   skuter,   a   przymocowaną   do   niego   linę   uwiązał   do 

jednego z nadbrzeżnych głazów. Wyszedł na brzeg i zdjął te elemen-

ty   stroju   płetwonurka,   które   nie   były   mu   potrzebne   na   lądzie. 

Wszystko   wsadził   do   gumowego   worka   i   również   zatopił   przy 

brzegu.

Teraz   jeszcze   raz   sprawdził,   czy   nic   w   okolicy   nie   powoduje 

zakłóceń magnetycznych. Doszedł do linii nadbrzeżnych krzaków. 

background image

Tu   z   wodoszczelnego   woreczka   wyjął   pistolet   i   nałożył   na   lufę 

specjalny tłumik. Sprawdził magazynek. Pistolet wsunął do kabury 

pod prawym ramieniem. Przy lewej nodze, na wysokości łydki, miał 

w pochwie krótki nóż. A za pasem przy prawym biodrze niewielkie 

urządzenie   składające   się   z   dwóch   rączek   połączonych   niezbyt 

długim, mocnym plastykowym sznurem.

Najbardziej   mordercza   broń,   jaką   dysponował,   jego   ręce,   nie 

wymagały żadnych przygotowań. Mikołaj Koniew nigdy jeszcze nie 

użył pistoletu i wyobrażał sobie, że musiałaby to być ostateczność. 

Najchętniej zabijał i unieszkodliwiał własnymi rękami. Były szybkie, 

zręczne, niezawodne, ciche w działaniu.

Po   zakończeniu   przygotowań   stał   i   nadsłuchiwał.   Zbadał   całe 

otoczenie   poprzez   swój   noktowizor,   ale   nie   dostrzegał   niczego 

niepokojącego.   Czuł   przyjemne   podniecenie.   Znajdował   się   na 

amerykańskiej   ziemi   i   w   tak   szczególnym   miejscu   jak   baza 

tridentów.   Rzucił   okiem   na   kompas,   właściwie   bez   potrzeby. 

Wiedział   dokładnie,   gdzie   jest   i   ile   musi   wykonać   kroków,   żeby 

osiągnąć cel.

Bernie   Ryng   oderwał   wzrok   od   człowieka   ze   słuchawkami   na 

uszach   i   przeniósł   spojrzenie   na   Harry'ego   Coffina.   Admirał   nie 

kryjąc   niecierpliwości   przyglądał   się   głównemu   specjaliście   od 

sonarów, który z zamkniętymi oczami przesłuchiwał taśmę. Przed 

niespełna   godziną   dostarczył   ją   helikopter.   Przesyłkę   wręczył 

pilotowi zastępca dowódcy okrętu podwodnego „Honolulu”.

- No więc? - Coffin pochylił się nad przesłuchującym. - Co to jest? 

- zamilkł widząc, że Ryng potrząsa głową.

background image

- On przecież nie słyszy pana. - Dowódca zespołu komandosów 

uśmiechnął się. - Niech pan popatrzy.

Twarz   przesłuchującego   taśmę   była   skupiona,   oczy   zamknięte. 

Całkowicie skoncentrował się na dźwiękach docierających do niego 

poprzez słuchawki. Czasami wyciągał rękę i operując przyciskami 

cofał taśmę i puszczał ją od nowa.

- Musieli na coś wpaść - niecierpliwie skomentował Coffin, kiedy 

przesłuchujący po raz kolejny cofnął taśmę w tym samym miejscu.

Ryng, równie niecierpliwy jak admirał, uśmiechnął się.

- Trzeba mu dać nieco czasu. Proszę spojrzeć, on aż się spocił z 

przejęcia.

I rzeczywiście, łysa głowa specjalisty pokryła się kropelkami potu. 

Coffin zrezygnował z poganiania, usiadł w fotelu i czekał w nadziei, 

że uzyska odpowiedź na dręczące go pytania.

Wreszcie   przesłuchujący   otworzył   oczy   i   spojrzał   w   twarz 

admirała. Odsunął z uszu słuchawki i powiedział:

- To   wielka   jednostka.   Nie   mam   wątpliwości,   od   chwili   kiedy 

zaczęli   przyspieszać.   Te   małe   radzieckie   łodzie,   z   jakimi 

eksperymentują Rosjanie, mają niewielkie silniki i pracują o wiele 

ciszej. - Przez moment w zamyśleniu patrzył na nieruchomą w tej 

chwili taśmę. - Mamy do czynienia z okrętami radzieckimi, chociaż 

nowej generacji. Silniki są o wiele potężniejsze niż te, które znaliśmy 

do tej pory.

- Jesteś pewien, że takiego silnika nie słyszałeś?

- Nie.   Może   pan   to   sprawdzić   porównując   z   nagraniami,   jakie 

mamy w bibliotece. Komputer po porównaniu powie panu to samo 

co ja.

background image

- Czy te wszystkie dźwięki z tła nie zniekształcają odbioru?

- Oczywiście,   ale   to   i   tak   nie   zmienia   mojej   diagnozy.   Odgłosu 

takiego silnika nie zanotowaliśmy i nie ma wątpliwości, że to silniki 

dużej jednostki.

Coffin popatrzył znów na Rynga.

- Co ty na to?

- Baza. Oczywiście okręt baza dla mikrusów.

- Dla takiej mini-łodzi, jaką unieszkodliwiliśmy koło Bremerton?

Ryng przytaknął i dodał:

- Musi być jeszcze jedna. Sądzę, że ich baza dysponuje dwiema 

takimi   jednostkami.   Nie   mogli   przecież   operować   jedną   raz   w 

kanale, a raz koło Bremerton.

- To gdzie może być ta druga? - Wydawało się, że admirał sam 

sobie zadaje to pytanie.

- Może w rejonie, w którym dopadliśmy tamtych, a może gdzieś w 

kanale.

- Jak ją odnaleźć?

- Przesuniemy tam Chestera i Bulla. Pracując z Lenem i z Dan-

nym są niezawodne. Wypoczną potem wszyscy razem.

Donskoj był pogrążony w zadumie, gdy nagle coś niemile zgrzyt-

nęło, zawadziwszy o powłokę zewnętrzną ich pojazdu. Spojrzał na 

sondę i zmartwiał. Byli tuż nad dnem. Zatrzymał wzrok na szybko-

ściomierzu. Stali niemal w miejscu i łódź po prostu opadała na dno. 

Zaczepili teraz o coś, co wystawało z mułu.

- Uważaj na szybkość - warknął z wściekłością, ale nie otrzymał 

odpowiedzi.

background image

- Do diabła, niemal utknęliśmy, co robisz? - odwrócił się i dopiero 

teraz zauważył, że Tiszkin śpi. Głowa opadła mu na ramię, usta miał 

otwarte, ręce bezwładnie zwisały z fotela.

- Zbudź się, człowieku! - syknął wściekły.

Tiszkin coś wymamrotał, ale się nie zbudził. Musiał być bardzo 

zmęczony.

Donskoj   ruszył  kołem   sterowym,  próbując   skierować   pojazd  na 

głębszą wodę, ale przy prawie całkowitym braku szybkości łódź nie 

zareagowała.

Rozpiął pasy fotela i skierował się w stronę śpiącego. Już pochylił 

się nad nim i chciał nadać silnikom pełne obroty, gdy uzmysłowił 

sobie, że czułe hydrofony rozmieszczone w tym rejonie zarejestrują 

odgłosy zbyt gwałtownie poruszonej łodzi. To mogłoby zdradzić ich 

obecność i zniweczyć wyniki operacji zaplanowanej przez Koniewa. 

Lepiej, żeby manewr wykonał specjalista. Uniósł rękę, by uderzyć 

śpiącego   po  głowie,  gdy  z  zewnątrz  rozległ  się  nowy  zgrzyt.   Tym 

razem o wiele głośniejszy i trwający dłużej. Łódź przechyliła się dość 

gwałtownie na prawą burtę, lecz po chwili odzyskała równowagę.

Zaczął   szarpać   śpiącego   za   ramię.   Sam   nie   był   w   stanie 

kontrolować łodzi. Postępek Tiszkina był karygodny.

- Ty skurwysynu, pójdziesz pod sąd! - mamrotał, z wściekłością 

potrząsając kolegą.

Tiszkin   otworzył   oczy   i   zamrugał   nimi   nieprzytomnie.   Widząc 

pochylonego nad sobą Dońskiego, zrozumiał, co się stało. Spojrzał 

na szybkościomierz i mruknął:

- Płyniemy za wolno.

- Teraz to mówisz, ty sukinsynu? Teraz... Zwiększ szybkość. Mało 

background image

brakowało, żebyś nas zabił.

Tiszkin wykonał polecenie, wskazówka szybkościomierza drgnęła.

- Widzisz, coś narobił! - warczał Donskoj.

- Zmieniliśmy   kurs.   Trzeba   wrócić   na   dawny   -   przerwał   mu 

Tiszkin.

Donskoj powrócił na swój fotel.

- Ty śmierdzący gówniarzu! To przez ciebie. Musiałem skierować 

łódź na głębszą wodę, bo już ryliśmy dno.

- Przepraszam - powiedział cicho Tiszkin. - Nie miałem pojęcia, że 

śpię.

- Jeszcze raz coś podobnego zrobisz, a zastrzelę. Mówię poważnie 

i wiesz o tym. - Nie przypominał sobie, żeby słyszał o komandosie, 

który zasnął w czasie wykonywania poważnej operacji.

Przez chwilę milczeli i naprowadzali pojazd na poprzedni kurs. 

Tiszkin był wyraźnie speszony i zawstydzony. Uruchomił komputer i 

sprawdzał kurs, po czym przekazał dowódcy dane. Wreszcie powie-

dział:

- Bardzo mi przykro. Po powrocie poniosę wszelkie konsekwencje 

tego, co się wydarzyło.

- Nic nie poniesiesz, a gdybyś jeszcze raz... sam cię zastrzelę.

Koniew   ostrożnie   ruszył   przed   siebie.   Posuwał   się   cicho,   nad-

słuchiwał.   Nagle   poczuł   smród   padliny.   Musiała   być   gdzieś   w 

pobliżu. Zapewne ciało jakiegoś zwierzęcia, może psa. Uprzytomnił 

sobie,   że   okolicę   patrolują   wartownicy   z   psami,   które   mogły   go 

wykryć o wiele łatwiej niż ludzie.

Zrobił jeszcze kilka kroków. Wchodził w świerkowy lasek. Były to 

background image

stare,   rzadko   rosnące   drzewa   i   nie   dawały   dobrej   osłony.   Ciągle 

uważnie nadsłuchiwał, gotów na każdy podejrzany dźwięk skryć się 

w cieniu.

Przed sobą widział zarys nabrzeża, na którym pracował dźwig. Na 

dźwigu   paliły   się   czerwone   światełka.   Na   lewo,   równolegle   do 

brzegu,   biegła   betonowa   szosa.   Wiedział,   że   na   nabrzeżu 

rozstawione są warty i patrole z psami. Lekki wietrzyk wiał jednak w 

kierunku   wody   i   psy   mogłyby   go   poczuć   jedynie   z   niewielkiej 

odległości.

Zrobił   czterdzieści   pięć   kroków,   dokładnie   tyle,   ile   wypadło   z 

obliczenia w czasie ćwiczeń. Na wprost przed nim rozpościerał się 

dok   remontowy.   W   doku   znajdował   się   trident   i   poruszające   się 

dźwigi.   Pracowała   nocna   zmiana.   Miał   nadzieję,   że   tak   właśnie 

będzie. Ruch i odgłosy pracy ułatwią mu wykonanie misji.

Teraz czekała go najtrudniejsza część operacji. Miał przeskoczyć 

przez   szosę   i   podejść   do   wzgórza,   na   którym   znajdowało   się 

Centrum   Łączności.   Zatrzymał   się   na   skraju   szosy   i   przypomniał 

sobie, ile kroków będzie musiał zrobić, żeby pokonać ten odcinek 

terenu.

Wokoło   nadal   było   cicho,   jedynie   od   strony   doku   dobiegały 

odgłosy   pracy.   Schylony,   podsunął   się   na   skraj   betonu   i   patrzył. 

Wszystko było dokładnie takie, jak na zdjęciach satelitarnych. Ten 

fragment szosy leżał całkowicie w cieniu.

Zebrał siły i, skulony, puścił się pędem. W chwilę potem był w 

krzakach po drugiej stronie szosy. Zamarł i nadsłuchiwał. Cisza...

Teraz zacznie się wspinać po zboczu wzgórza. Zdjęcia satelitarne 

wykonane nocą wykryły w tym rejonie obiekty promieniujące ciepło. 

background image

Przypuszczano,   że   były   to   psy.   Bał   się   ich.   Były   szybkie,   silne, 

niełatwo je zabić.

Nagle dobiegło go jakieś sapnięcie. Był przekonany, że odgłos ten 

wydaje nie człowiek, lecz zwierzę. Zamarł w bezruchu. Zdawało mu 

się, że na chwilę jego serce przestało bić.

ROZDZIAŁ XI

W trakcie każdej nocnej operacji Bernie Ryng czuł się bezpieczny i 

spokojny. To było wspaniałe. Wprawdzie na tej głębokości, na jakiej 

się   właśnie   znajdował,   nawet   w   dzień   było   ciemno,   ale   już   od 

pierwszych dni pracy płetwonurka czuł się w ciemności bezpieczny. 

W tych czarnych wodach był niewykrywalny, niewidzialny. To, że 

sam nie mógł zobaczyć wroga, wcale mu nie przeszkadzało. Wzrok 

zastępowały mu delfiny i przyrządy.

Teraz   też,   ukryty   w   ciemnych   głębinach   kanału   Hood,   czuł   się 

dobrze.   Podwodny   skuter   holował   go   w   kierunku   przeciwległego 

brzegu.

Prawie przed godziną rozmawiał z Lenem Toodem, który właśnie 

powrócił z udanej operacji przeciwko podwodnej bazie radzieckiej i 

po   tej   rozmowie   uznał,   że   teraz   kolej   na   niego.   Len   był   bardzo 

zmęczony i musiał odpocząć przynajmniej przez kilka godzin.

Nie można było tego powiedzieć o delfinach, które nie męczyły się 

harcami   w   swoim   naturalnym   środowisku.   Chester   był   gotów   do 

kolejnej wyprawy.

Ryng i jego podkomendni, Danny West i Tim Sullivan, pracowali 

teraz w trójkę, a wspierały ich dwa delfiny. Mieli przeszukać kanał 

background image

Hood na północ od bazy w Bangor aż do cieśniny Admiralty. Plan 

operacji   opracowali   pospiesznie   już   na   nabrzeżu.   Powierzono   im 

zadanie niezwykle pilne i niebezpieczne - na chwilę przed rozpo-

częciem akcji jeden z hydrofonów umieszczonych na dnie kanału 

zarejestrował jakiś podejrzany szmer. Wyglądało na to, że ma on coś 

wspólnego z działalnością człowieka, a przecież w tamtym rejonie 

nie było wtedy żadnych kutrów, jachtów czy statków. Ryng był więc 

niemal  pewny,   że   to   miniaturowa   łódź   podwodna,   której   właśnie 

poszukiwali.

Do przepłynięcia szerokiego kanału komandosi wykorzystali pod-

wodne skutery, ale delfiny były i tak o wiele szybsze. Zwierzętami 

kierowali West i Sullivan i co chwila przywoływali je metalowymi 

świerszczykami.   Gdy   znajdowali   się   już   w   pobliżu   przeciwległego 

brzegu,   delfiny   otrzymały   urządzenia   sygnalizacyjne,   które   miały 

przytwierdzić do odnalezionych obiektów.

Ryng   do   pasa   miał   przyczepiony   pojemniczek   z   materiałem 

wybuchowym.   Płynął   nieco   z   tyłu   za   kolegami   i   co   pewien   czas 

wychylał się na powierzchnię, by przez radio podać pozycję, w jakiej 

się znajdowali, oraz przyjąć meldunki o nowych dźwiękach zarejest-

rowanych przez hydro fony.

W   ustalonym   punkcie,   niemal   naprzeciwko   wejścia   do   bazy, 

rozpoczęli poszukiwania.

Początkowo bez rezultatu.

Skierowali   się   bardziej   na   północ.   Delfiny   szukały   przed   nimi, 

powracały do instruktorów mniej więcej co dwie minuty.

Nic, żadnych rezultatów.

Na polecenie Rynga zawężono obszar poszukiwań. I nagle Chester 

background image

powrócił bez lokalizatora w pysku.

- Co   to,   do   diabła...?   -   Tiszkin   zareagował   nerwowo   na   jakiś 

dźwięk   z   zewnątrz.   Dźwięk   nie   był   głośny,   ale   w   obecnych 

warunkach...

Donskoj   sprawdzał   zegary.   Nie   wykazywały   niczego 

niepokojącego.   Od   dna   dzieliło   ich   dwanaście   metrów.   Monitor 

komputera wyświetlał pozycję łodzi. Tu nic nie mogło im zagrażać. 

Cóż to więc mogło być?

Spojrzał na Tiszkina i mruknął:

- Nie możesz być cicho? Nie dość było wygłupów?

Tamten rozłożył bezradnie ręce.

- Niczego nie zrobiłem. To chyba coś z zewnątrz.

Donskoj bezradnie popatrzył w iluminator, choć wiedział, że i tak 

niczego nie zobaczy. Nie było wątpliwości, dźwięk pochodził z ze-

wnątrz.   A   ponieważ   nic   innego   nie   przychodziło   mu   do   głowy, 

zapytał:

- Czyżby Koniew? - Wiedział, że to mało prawdopodobne.

Dowódca zapowiadał powrót dopiero po kilku godzinach.

Tiszkin zaprzeczył ruchem głowy.

- To niemożliwe - odpowiedział cicho. - To nie był sygnał. Tam 

musi coś być.

Było jednak cicho i nic się nie działo.

Donskoj   czuł   narastający   niepokój,   niepewność,   może   nawet 

strach.

Tiszkin odwrócił głowę i Donskoj zobaczył zmęczenie w oczach 

kolegi.

background image

- Amerykanie posługują się delfinami. Ten, który cię zaatakował, 

był chyba tresowany. - I po chwili milczenia dodał: - Kapitan nie 

pozostawił   nam   instrukcji,   co   mamy   robić,   gdyby   odkryto   naszą 

obecność.

Donskoj   nie  odpowiadał.  Zastanawiał  się.  Uwaga   kolegi   była   w 

pełni   uzasadniona.   Gdyby   do   czegoś   takiego   doszło,   decyzje 

należałyby wyłącznie do niego. Dopóki nie ma Koniewa, nie wolno 

im opuszczać kanału. Musieliby podjąć jakieś kroki obronne.

Poruszył kołem sterowym. Łódź zareagowała dość opornie.

- Zwiększ  nieznacznie   szybkość.  Tylko   trochę,  żeby  można   było 

manewrować.

Tiszkin wykonał polecenie i zapytał:

- Co robisz?

- Całą   operację   przeprowadzamy   na   północ   od   amerykańskiej 

bazy. Jeśli domyślają się naszej obecności, tam nas będą szukali. 

Może   więc   popłynąć   na   południe,   tam   gdzie   byliśmy   przedtem? 

Niezbyt daleko. Tyle, żeby nie dać się odnaleźć. Nie wolno dopuścić 

do tego, żeby nas odkryli.

Tiszkin   wzruszył   ramionami.   Nie   miał   innego   pomysłu. 

Ostatecznie propozycja kolegi była równie dobra jak każda inna.

Donskoj wziął nowy kurs - na południe. Prowadził on prosto na 

Rynga, który właśnie przygotowywał niewielkie ładunki wybuchowe, 

by dać je delfinom.

Głos,   który   dotarł   do   Koniewa,   wydał   mu   się   świdrującym 

piskiem, choć w rzeczywistości był to jedynie cichy szept.

- Co się dzieje, mały? Wyczułeś coś? Coś ci się nie podoba?

background image

Koniew odczuł nagłą potrzebę oddania moczu. Zawsze był dumny 

z tego, że w pełni panuje nad swoim ciałem, a teraz miał wrażenie, 

że zaraz zwyczajnie zleje się w spodnie. Skutek tego będzie taki, że 

zapach   natychmiast   zdradzi   psu   jego   obecność.   Przeżył   trwający 

ułamek sekundy moment paniki.

- No to, mały, spuszczę cię ze smyczy i możesz sobie pogonić za 

tym, co cię tak niepokoi. - Mówiący był tak blisko, że Koniew słyszał 

każde słowo wypowiadane przecież niezbyt głośno.

- Siedź   spokojnie,   nie   mogę   odpiąć.   -   Ten   sam   głos,   nieco 

głośniejszy i bardziej nerwowy.

W   ciemności,   nie   dalej   niż   pięć   metrów   od   niego,   strażnik 

spuszczał   właśnie   ze   smyczy   psa,   gdyż   ten   coś   najwyraźniej 

zwietrzył. Jak zachowa się pies? Nie słyszał warczenia. Jakie sygnały 

zwierzę przekazało

człowiekowi? Czy strażnik mógł już podejrzewać, że w cieniu kryje 

się intruz?

- Ño już, wreszcie - ten sam głos - ale jeśli to skunks, nic mu nie 

rób.

A   więc   strażnik   sądził,   że   pies   wyczuł   jakieś   zwierzę.   Ucisk   w 

okolicy pęcherza nagle minął. Koniew przestał się bać.

Bezszelestnie wyjął z kabury pistolet i odruchowo sprawdził, czy 

tłumik tkwi na lufie. Walka z psem przy użyciu noża nie wchodziła w 

grę. Najcichszy skowyt oznaczałby koniec całej operacji.

Trzymał w ręku pistolet typu „Glock 19”, produkcji austriackiej, 

wykonany   z   plastyku   twardszego   od   stali.   Wraz   z   magazynkiem 

mieszczącym piętnaście naboi pistolet nie ważył nawet kilograma. 

Tłumik   wyprodukowano   w   warsztatach   KGB.   Była   to   broń 

background image

najwyższej klasy, niezawodna.

Strzał musiał być celny. Kula musi dosięgnąć mózgu psa, tak by 

zwierzę nie zdążyło wydać głosu.

Patrzył z napięciem w ciemność, ale niczego nie widział. Niczego 

też nie słyszał. Żadnego szmeru. Dosłownie nic.

Wstrzymał   oddech   i   nadal   nadsłuchiwał.   Jakiś   trzask   suchej 

gałązki.   Spojrzał   w   prawo,   ale   nie   wykonał   najmniejszego   ruchu. 

Pies go jeszcze nie odkrył, a każdy ruch byłby dla niego sygnałem.

Ponownie   trzask.  Zapewne   pod  nogami  strażnika.   Psa   nie  było 

słychać. Czyżby warował i nadsłuchiwał?

Ręka   zacisnęła   się   na   kolbie   pistoletu.   Starał   się   jak   najciszej 

wciągnąć powietrze do płuc.

Znowu jakiś dźwięk. Szmer suchych liści przydepniętych miękką 

łapą   psa.   Zwrócił   broń   w   tym   kierunku.   Jeszcze   przez   ułamek 

sekundy nic nie widział i nagle...

Jest...! Pies właśnie skoczył. Oczy zwierzęcia zaświeciły jak dwie 

latarki. I to wystarczyło. Całkiem odruchowo strzelił pomiędzy te 

światełka. Poczuł na twarzy gorący oddech zwierzęcia. Usłyszał cichy 

trzask broni, choć wydawało mu się, że słyszy huk eksplozji.

Żadnego innego dźwięku. Ciało psa przekręciło się w powietrzu i 

ciemna masa zwaliła się tuż u jego nóg.

Strażnik usłyszał odgłos upadku, bo odezwał się:

- Co tam znalazłeś, mały? Co tam masz?

W głosie słychać było zaniepokojenie. Zbliżał się.

- Paco, do nogi! - zawołał i gwizdnął ostro.

Pies nie reagował na komendę i nie powrócił na gwizdek. Koniew 

wiedział, że strażnik jest zaniepokojony i wyobraził sobie, że tamten 

background image

położył rękę na kolbie broni.

Nie poruszył się nawet. Tkwił w tym samym miejscu, w pozycji, z 

której przed chwilą strzelał do psa. Lufę skierował w miejsce, skąd 

dochodził głos. Był przekonany, że za chwilę zobaczy w ciemności 

białą plamę ludzkiej twarzy. I rzeczywiście...

- Paco, chodź tu! - i znowu gwizdnięcie.

BANG.

Ciało   wartownika   poleciało   do   tyłu.   Koniew   zdążył   do   niego 

doskoczyć, zanim nogi odmówiły tamtemu posłuszeństwa, i osłabił 

impet upadku ciała na ziemię.

Wyprostował   się   z   bronią   gotową   do   strzału.   Nie   mógł   sobie 

pozwolić nawet na moment dekoncentracji. Nadsłuchiwał. Żadnych 

dźwięków. Nic nie świadczyło o obecności innego strażnika lub psa.

Ruszył do przodu i po dwudziestu krokach znalazł się na skraju 

lasu. Przed nim, na wzgórzu, widniała sylwetka budynku, który był 

celem jego operacji. Wiedział, że teraz, w nocy nie ma w nim nikogo. 

Uważano, że budynek jest całkowicie bezpieczny. Nigdy jeszcze na 

terenie Stanów Zjednoczonych nie było prób włamania do takiego 

obiektu, a system zabezpieczeń uchodził za najbardziej nowoczesny.

Ten system zabezpieczenia budynku rozpracowali w KGB bardzo 

drobiazgowo. Posłużyli się zarówno doskonałymi zdjęciami wykona-

nymi   przez   satelity,   jak   też   informacjami   zebranymi   w   wyniku 

operacji wywiadowczych. Na podstawie tego materiału wybudowano 

dokładną kopię budynku i zamontowano niemal identyczny system 

zabezpieczeń. Ustalono też, że system od wielu miesięcy nie uległ 

zmianie.

Teraz   czekało   Koniewa   zadanie   stosunkowo   łatwe.   Ćwiczył   je 

background image

przez kilka miesięcy i był pewny, że osiągnie cel. Cicho wbiegł po 

stopniach, których liczbę doskonale znał.       ,

Jeśli uda mu się to przedsięwzięcie, Amerykanie będą przekonani, 

że mieli do czynienia z jeszcze jednym m niewypałem radzieckiego 

wywiadu,   który   próbując   zablokować   minami   wejście   do   bazy 

tridentów,   stracił   mini-łódź   podwodną   i   niczego   nie   osiągnął. 

Właściwie szkoda, że trzeba było poświęcić tak wspaniałych ludzi, 

ale   to   była   część   planu.   To   uwiarygodni   całe   wydarzenie   i 

Amerykanie uznają, że strona radziecka poniosła kolejne fiasko.

Być może będą jakieś protesty dyplomatyczne, ale niezbyt groźne, 

i dobrym stosunkom na linii Waszyngton-Moskwa nic nie zagraża. 

Ostatecznie nic nie ulegnie zmianie. Amerykanie nadal będą dys-

ponować tak potężną bronią, jaką są tridenty. Jedynie on i jeszcze 

trzech   ludzi   z   radzieckiego   kierownictwa   będzie   wiedziało,   że 

tridenty znalazły się pod radziecką kontrolą. I niezależnie od tego, ilu 

amerykańskich agentów znajduje się w Moskwie, ilu ludzi uda im się 

przekupić,

tej tajemnicy nigdy nie odkryją. Była to droga operacja, kosztowała 

życie   kilku   ludzi,   ogrom   wysiłków   i   środków,   ale   opłaci   się,   jeśli 

tridenty przestaną zagrażać radzieckim bazom i miastom.

Skoncentrował się na tym, co miał teraz zrobić. Musiał wyłączyć 

system alarmowy i otworzyć skomplikowane zamki. Wykonał cały 

szereg   czynności,   które   dziesiątki   razy   przećwiczył   w   tajnej   bazie 

KGB w Rosji. Amerykański system był doskonały, ale sposób, który 

opracowali, by go unieszkodliwić, jeszcze lepszy. Był tak pomyślany, 

żeby nie tylko nie wywoływać alarmu, ale utrzymać normalną pracę 

urządzeń przekazujących do centrali sygnały o tym, że nic się tu nie 

background image

dzieje, podczas gdy nikogo nie ma w budynku. W laboratoriach KGB 

i marynarki wszystko opracowano w najdrobniejszych szczegółach.

Kiedy znalazł się w środku, zamknął drzwi do końca, zostawiając 

sobie drogę odwrotu. Z obserwacji satelitarnych wiedział, że w nocy 

nikt tych drzwi nie sprawdza. Robiono to za pośrednictwem kamer 

telewizyjnych,   które   teraz   przekazywały   do   centralnej   wartowni 

fałszywy obraz.

Był   dosłownie   o   kilka   metrów   od   celu   -   od   kodu   anulującego 

rozkaz   odpalenia   pocisków   rakietowych   typu   „Trident”.   Kod   był 

kombinacją kilku cyfr i liter. Gdyby Amerykanie chcieli użyć swoich 

rakiet, odpowiednie centrum w Związku Radzieckim będzie w stanie 

opóźnić operację na tyle, aby Rosjanie mogli uderzyć pierwsi.

Cała   operacja   Koniewa   pomyślana   więc   była   jako   posunięcie 

czysto   defensywne.   Jeśli   nic   nie   nastąpi,   jeśli   stosunki 

amerykańsko-rosyjskie będą nadal przyjazne, Amerykanie nigdy się 

o niczym nie dowiedzą. Również w Moskwie o wykradzionym kodzie 

wiedzieć   będzie   jedynie   Koniew   i   trzech   jego   szefów   lub   ludzie, 

którzy kiedyś zajmą ich miejsce.

Operacja   była   wprost   niewyobrażalnie   korzystnym   posunięciem 

dla umocnienia bezpieczeństwa Związku Radzieckiego. Wykonana 

czysto   i   bez   komplikacja.   ,nie   rzutowała   na   stan   stosunków 

pomiędzy   Waszyngtonem   i   Moskwą,   a   otwierała   możliwość 

powstrzymania   ataku   każdego   z   trzech   rodzajów   amerykańskiej 

broni strategicznej, a więc słynnej triady, w skład której wchodziły 

tridenty,   pociski   rakietowe   umieszczane   na   stałych   wyrzutniach 

lądowych   i   bombowce   dalekiego   zasięgu.   Wywiad   radziecki 

przypuszczał   bowiem,   że   tym   samym   kodem   opóźniano   lub 

background image

odwoływano atak każdego z tych rodzajów broni.

Podszedł do pancernego sejfu i ustawił odpowiednią kombinację 

cyfr,   którą   KGB   zdobyło   w   jakiś   nieznany   Koniewowi   sposób   i 

gwarantowało,   że   jest   to   kod   właściwy   i   aktualny.   Mimo   to 

wystukując szyfr

Koniew wstrzymał oddech. Kombinacja cyfr mogła ulec zmianie, do 

sejfu mógł być podłączony jakiś nowy alarm. Nawet najdrobniejsza 

zmiana przekreśliłaby cały jego plan.

Znowu odczuł napięcie, nawet strach, choć jego ręce pracowały jak 

zawsze precyzyjnie, bez drżenia.

Kombinacji nie zmieniono i stalowe drzwi bez kłopotu otworzyły 

się bezszelestnie.

Wiedział dokładnie, czego szuka i gdzie to leży. I te informacje 

dostarczyło KGB, a wnętrze sejfu było zgodne z opisem, którego się 

nauczył na pamięć.

Na  blacie najbliższego  stołu położył  książkę  w sztywnej  czarnej 

okładce i przewracając kartkę po kartce z każdej robił dwa zdjęcia. 

Operacja ta zajęła mu nie więcej niż piętnaście minut, dokładnie tyle 

czasu, ile na to przewidział. Położył książkę na miejsce i starannie 

zamknął   sejf.   Wychodząc   z   budynku   zdjął   zabezpieczenia,   które 

sprawiły, że system alarmowy nie zadziałał. Raz jeszcze spojrzał na 

drzwi. Wszystko było tak, jak przed jego wejściem. Wokół budynku 

też   nic   się   nie   zmieniło.   Było   cicho,   spokojnie,   żadnych 

niepokojących sygnałów.

Szybko doszedł do skraju lasu. Tu zatrzymał się i spojrzał na blado 

fosforyzującą   tarczę   zegarka.   Operacja   zajęła   mu   20   minut. 

Dokładnie tyle, ile w czasie ćwiczeń na makiecie. Nie pozostawił za 

background image

sobą   żadnych   śladów   -   z   jednym   wyjątkiem,   jakim   były   zwłoki 

strażnika i jego psa. Odnajdą ciała i oczywiście rozpoczną śledztwo. 

Zdarzały   się   tu   jednak   wypadki   zabicia   kogoś   z   powodów   wcale 

niezwiązanych z bezpieczeństwem bazy. Porachunki i spory zdarzają 

się wszędzie, a nie było żadnych śladów i dowodów na to, że do bazy 

wślizgnął się rosyjski agent.

Koniew   był   pewien,   że   pracę   wykonał   fachowo.   Bezszelestnie 

posuwał się teraz w kierunku nadbrzeża.

Tiszkin zdawał sobie sprawę z tego, że Donskoj przygląda mu się 

podejrzliwie. To spojrzenie bardzo mu przeszkadzało. Wiedział, że 

utracił zaufanie kolegi.

Był   na   siebie   wściekły.   Zachował   się   głupio.   Po   raz   pierwszy 

przytrafiło mu się coś podobnego.

Jak długo już nie spał? Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt 

godzin? A może dłużej?

Zazwyczaj poczucie niebezpieczeństwa trzymało go w napięciu. Tu 

jednak było całkiem inaczej. Nic się nie działo, po prostu czekali na

Koniewa,   dryfując   w   ciemnej   wodzie.   Bezczynność   go   zmogła. 

Walczył   z   sobą,   żeby   nie   zasnąć,   i   nagle   obudziło   go   szarpanie 

Dońskiego. Wiedział doskonale, że gdyby nie to, że do obsługi łodzi 

konieczna   była   praca   dwóch   ludzi,   tamten   by   go   zastrzelił.   A   co 

będzie po powrocie? Mogą go rozstrzelać.

- Bardzo mi przykro - powiedział odwracając głowę do Dońskiego. 

-   To,   co   zrobiłem,   jest   niewybaczalne.   Po   powrocie   zamelduję   o 

wszystkim.

Za   wszelką   cenę   chciał   usłyszeć,   że   tamten   mu   przebacza   i   o 

background image

niczym nie powie Koniewowi. Chciał zachować twarz.

- Nie zawracaj mi głowy takim gównem - warknął Donskoj. - Na to 

przyjdzie czas potem. - Wcale nie miał zamiaru uspokajać kolegi, 

który naraził na szwank ich życie i całą operację. - Zajmuj się tym, co 

do ciebie należy.

Cały   czas   płynęli   na   południe.   Donskoj   zamierzał   powrócić   na 

wyznaczone   miejsce   dopiero   na   trzydzieści   minut   przed 

umówionym terminem.

Tiszkin nie mógł się uspokoić. Podjął próbę załagodzenia sprawy, 

lecz nic z tego nie wyszło. Czuł się obrażony i skrzywdzony. Potrak-

towano   go   jak   rekruta   skierowanego   do   mycia   klozetów.   A   miał 

przecież opinię doskonałego komandosa.

- Nie   widzę   powodów,   dla   których   nie   moglibyśmy   sprawy 

przedyskutować - podjął znowu. - Jeśli masz coś przeciwko mnie, 

powiedz.

Donskoj, który właśnie określał ich pozycję za pomocą komputera, 

przerwał zniecierpliwiony:

- Teraz nie mamy czasu na dyskusje. Nakładaj słuchawki aparatu

podsłuchowego. Coś mi się tu nie podoba.

Tiszkin wziął słuchawki do ręki nie zakładając ich i zapytał:

- Co masz zamiar powiedzieć kapitanowi?

- To moja sprawa, teraz...

- Nie tylko twoja. Nie jestem popychlem.

- Gówno. Jeśli będziemy mieli szczęście, a ty będziesz robił, co 

każę, być może nie damy się złapać. Nakładaj te słuchawki.

- Tu przecież nikogo nie ma i...

Były to ostatnie słowa Tiszkina. Wybuch, który nastąpił, wyrwał 

background image

dziurę w bocznej ścianie łodzi. Do kabiny natychmiast wdarła się 

woda,   doszło   do   krótkich   spięć   w   aparaturze   elektronicznej. 

Przestrzeń niezalaną wodą wypełnił siny dym. Donskoj i Tiszkin nie 

mieli   już   jednak   świadomości   tego,   co   się   dzieje.   W   momencie 

wybuchu obaj zostali zabici przez metalowe odłamki, jakie zasypały 

kabinę.

Koniew   stał   nad   brzegiem   basenu   i   rozglądał   się.   Wszystko 

wyglądało dokładnie tak, jak w chwili kiedy tu dopływał. Z suchego 

doku   dobiegały   odgłosy   pracy,   na   dźwigach   i   dachach   budynków 

paliły się czerwone światła, po nabrzeżu, na molo krążyły patrole. 

Panował normalny spokój, żadnych objawów alarmu.

Zaczął   nakładać   skafander,   sprawdzając,   czy   wszystko   ma   przy 

sobie, czy czegoś nie zapomniał lub nie zgubił. Gdy się z tym uporał, 

przyciągnął linką podwodny skuter. Pracował szybko, cicho i bardzo 

pewnie.

Po chwili zanurzył się, uruchomił pracujący bezszmerowo silnik. 

Miał   teraz   przebyć   drogę   w   odwrotnym   kierunku.   Gdy   zegarek 

upewnił go, że znajduje się dość daleko poza falochronem, ostrożnie 

wysunął   głowę   nad   wodę   i   przyjrzał   się   znajomemu   widokowi. 

Żadnych zmian.

Kiedy tak płynął w całkowitych ciemnościach, czuł, jak opuszcza 

go napięcie, które towarzyszyło mu w ostatnich godzinach.

A   więc   udało   się!   Dokonał   tego,   co   jeszcze   przed   godziną 

wydawało   się   możliwe   jedynie   w   teorii.   Posiadał   klucz   do 

powstrzymania   nuklearnego   ataku   Amerykanów,   gdyby   miało   do 

niego kiedykolwiek dojść.

background image

Niemal   odruchowo   sprawdzał   godzinę   na   zegarku   i   kierunek 

kursu   na   kompasie.   W   dokładnie   określonym   czasie   wykonywał 

zwroty.   Miał   świadomość,   że   prawie   dziewięćdziesiąt   procent 

zadania   jest   już   za   nim,   ale   na   radość   było   jeszcze   za   wcześnie. 

Najmniejszy   błąd   czy   chwila   nieuwagi   mogły   zniweczyć 

dotychczasowe wysiłki.

Był   w   połowie   kanału   Hood,   gdy   usłyszał   wybuch.   Nie   miał 

wątpliwości,   że   wybuch   nastąpił   pod   wodą.   Nie   potrafił   jednak 

określić   jego   przyczyny.   Podobnego   dźwięku   nigdy   jeszcze   nie 

słyszał.

Poczuł   strach.   Czyżby   instynkt   ostrzegał   go   przed   czymś?   Na 

wszelki wypadek zszedł nieco głębiej i skierował się na północ, w 

rejon, w którym miał się spotkać z mini-łodzią.

Nagle usłyszał szum silników kutrów. Szum narastał. Płynęli  w 

jego   kierunku,   i   to   od   strony   bazy.   Instynkt,   który   go   nigdy   nie 

zawodził, podpowiadał mu, że stało się coś niedobrego.

Zmienił kierunek i zamiast na spotkanie z Dońskim, skierował się 

do brzegu. Zwiększył nawet szybkość. Odgłosy silnika jego skutera 

były   z   powodzeniem   zagłuszane   przez   diesle   nadpływających 

kutrów.

Dno zaczynało się podnosić. Podpłynął pod powierzchnię i ostroż-

nie wysunął głowę. Na środku kanału zobaczył dwa kutry marynarki 

wojennej.   Ich   reflektory   szukały   czegoś   na   wodzie.   To   nie   były 

ćwiczenia.

Raz   jeszcze   zatopił   skuter   i   przymocował   go   liną   do   jakiegoś 

kamienia, a sam wyszedł na brzeg i schował się za leżącym tu pniem 

świerka.

background image

Kutry   kręciły   się   po   wodzie,   najwyraźniej   czegoś   poszukując, 

wreszcie któryś zatrzymał światła reflektorów na jednym miejscu. 

Zbliżyły się teraz do siebie i oświetlały ten punkt. Na schodzących do 

wody drabinkach pojawiły się jakieś postacie. Płetwonurkowie.

Zrozumiał teraz wszystko. Kutry szukały czegoś w pobliżu miejsca, 

w   którym   miał   się   spotkać   z   łodzią.   A   więc   znał   już   przyczynę 

podwodnego   wybuchu.   Nie   było   już   łodzi,   którą   mógł   wracać   do 

„Gorkiego”.   Donskoj   i   Tiszkin   zapewne   nie   żyli.   Płetwonurkowie 

mieli zbadać zatopiony wrak.

Raz jeszcze instynkt go nie zawiódł.

W tej sytuacji nie wolno mu było wracać do wody. Tamci odkryją 

wkrótce zwłoki strażnika i rozpocznie się poszukiwanie na wielką 

skalę. Zwłaszcza w rejonie, w którym zatopiono mini-łódź.

Był znowu spokojny i opanowany. Musiał coś postanowić. Czy ma 

płynąć   na   północ,   w   kierunku   „Gorkiego”?   Gdyby   podjął   taką 

decyzję, wykrycie go było bardzo prawdopodobne. Chociażby przez 

delfiny.

Zaczął   od   tego,   że   zatopił   na   dobre   skuter   i   część   sprzętu 

płetwonurka.   Wrócił   na   brzeg   i   sprawdził   mapę.   Okolica   była 

pokryta   lasem   i   rzadko   zabudowana.   Kilka   letnich   obozowisk   i 

nieliczne domy. Być może dzięki nim znajdzie jakieś rozwiązanie.

Był   teraz   zupełnie   sam   i   mógł   polegać   wyłącznie   na   sobie. 

Właściwie   taka   sytuacja   bardzo   mu   odpowiadała.   Stawał   przed 

kolejnym, niebywale trudnym wyzwaniem.

ROZDZIAŁ XII

background image

Przez   gęstwinę   świerków   nie   przedzierał   się   nawet   najsłabszy 

promień porannej zorzy. Jeszcze przez dłuższy czas zwłoki człowieka 

i   psa   będą   leżały   w   całkowitej   ciemności.   Patrzący   na   te   ciała 

przestępowali   z   nogi   na   nogę,   jakby   w   obliczu   śmierci   poczuli 

przejmujący chłód.  Światła  latarek   prześlizgiwały się  po  zabitych, 

budząc   tańczące   cienie,   które   poruszały   się   razem   ze   źródłem 

światła.

- Żadnych   śladów   walki,   Bernie.   -   Admirał   Coffin   przesunął 

światło latarki z trupa człowieka na psa. - On również zginął nagle.

- Strażnik nie zdążył użyć broni? - Ryng, którego przyprowadził 

dowódca   straży,   kapitan   piechoty   morskiej,   ciągle   jeszcze   był 

zadyszany po szybkim marszu pod górę.

- Być   może   miał   taki   zamiar.   Wyjął   rewolwer...   Gdyby   strzelał, 

strzał usłyszeliby inni strażnicy - wyjaśnił kapitan.

- A radio?

- Wisi u pasa. Nie zdążył go nawet dotknąć. Nie użył przycisku 

„alarm”,   co   jest   obowiązkiem   strażnika,   jeśli   zauważy   coś   podej-

rzanego.

Ryng oświetlił ciało psa i przykląkł nad nim. Dokładnie obejrzał 

głowę zwierzęcia i ranę postrzałową.

- Duży kaliber. Nikt nie słyszał strzału, więc niewątpliwie użyto 

tłumika. Idealne trafienie. Nie mogę zrozumieć, dlaczego strażnik 

dał się zaskoczyć. Przecież słyszał, że pies atakuje.

- Psy są szkolone, by atakować bezgłośnie - powiedział kapitan. - 

Chodzi o to, żeby pies mógł zaskoczyć i obezwładnić intruza.

- Zapewne   strażnik   powiedział   coś   do   psa   i   to   zdradziło   ich 

obecność   -   snuł   domysły   Ryng.   -   Oczywiście   nie   mógł   się   tu 

background image

spodziewać obecności profesjonalisty, jakim był jego morderca.

- Profesjonalisty? - zdumiał się kapitan.

- Kiedy po raz ostatni mieliście kontakt ze strażnikiem? - zapytał 

Ryng.

- Przed dwiema godzinami - brzmiała odpowiedź.

- Tylko   profesjonalista,   i   to   najwyższej   klasy,   mógł   to   zrobić. 

Idealnie cicho, bez zwrócenia czyjejkolwiek uwagi. Śmierć nastąpiła 

natychmiast.   Strażnik   nie  miał  czasu  na  włączenie   alarmu  radio-

wego. Proszę przyjrzeć się psu. Został zabity, kiedy zaatakował. Jaki 

precyzyjny strzał! A strażnik? Strzał w pierś powinien był odrzucić 

go do tyłu, a tymczasem jego ciało leży w miejscu, z którego padł 

strzał.   Atakujący   po   prostu   złapał   je,   oddał   dodatkowo   strzał   w 

głowę   i   złożył   zwłoki   na   ziemi.   Przyjrzyjcie   się   im.   Najwyraźniej 

zostały   położone.   Właśnie   dlatego   rewolwer   strażnika   znalazł   się 

pod nim. Czy to nie świadczy o profesjonalizmie?

Ryng   zauważył,   że   dowódca   straży   przygląda   mu   się   ze 

zdumieniem.

- Tak jest. Chyba tak. - To była jedyna uwaga, na jaką się zdobył.

- Jak   mnie   poinformowano,   w   poprzednich   latach   mieliście   do 

czynienia   z   zabójstwami   -   kontynuował   Ryng   -   ale   to   było   coś 

całkiem innego. Wtedy była to robota amatorów, którymi zajmowała 

się   potem   policja.   A   tu   mamy   do   czynienia   z   wysokiej   klasy 

zawodowcem.

Admirał zwrócił się do kapitana:

- Zarządzam w bazie stan alarmowy. Ci, którzy już są na terenie, 

nie   mogą   go   opuszczać.   Nie   wpuszczać   cywilów.   Sporządzić   listę 

osób,   które   były   w   bazie   w   nocy.   Na   wszystkie   pytania   udzielać 

background image

jednej odpowiedzi: że to ćwiczenia.

- Tak jest, panie admirale! - Kapitan raz jeszcze spojrzał na ciała i 

odszedł.

- Czy sądzisz, Bernie, że ten człowiek dostał się tu na pokładzie 

miniaturowej łodzi podwodnej? - zapytał admirał.

- Tak myślę.

- Czy udało mu się odpłynąć?

- Wątpię. Nie miał na to dość czasu. Nie zdążył. Choć oni czekali 

właśnie na niego. Tak mi się w każdym razie wydaje.

- Może coś się wyjaśni, kiedy podniesiemy wrak łodzi.

- Nie mamy na to czasu. - Ryng rozejrzał się wkoło, ale las był zbyt 

gęsty, żeby mógł cokolwiek zobaczyć. - Gdzie właściwie jesteśmy? To 

znaczy, blisko czego... jakich obiektów? Czego on tu szukał?

- Trudno odgadnąć. Większość biur i dowództwa znajduje się w

budynkach przy  nabrzeżu  Delta. Tu  w  pobliżu są   koszary, klub   i 

Centrum Łączności. Nie mam pojęcia, co było jego celem.

- Co jest w tym Centrum Łączności?

- Ściśle   tajne   dokumenty   i   niezwykle   ważna   aparatura.   Nawet 

tobie nie mogę powiedzieć, co. Tam jednak nikt się nie dostanie. 

Każda   próba   sforsowania   drzwi   uruchamia   cały   system   alarmów, 

kamery telewizyjne, zapala światła. Sądzę...

- Admirale,   nikt   nie   przypuszczał,   że   ten   człowiek   dotrze   do 

miejsca,   w   którym   stoimy,   a   jednak   dotarł.   Po   zabiciu   strażnika 

mógł się wycofać. Nie możemy jednak tego zakładać. Należy raczej 

sądzić,   że   zdobył   to,   co   było   celem   jego   wyprawy,   to   dla   czego 

pokonał dziesiątki trudności i przeszkód. Systemy bezpieczeństwa i 

alarmy dla prawdziwego fachowca nie stanowią przeszkody nie do 

background image

pokonania. Powinniśmy przyjąć, że osiągnął swój cel i ma w rękach 

coś,   co   posiada   zasadnicze   znaczenie   dla   bezpieczeństwa   całego 

systemu „Trident”.

- Powiedz,   czego   ci   potrzeba,   żeby   prowadzić   poszukiwania. 

Dostaniesz wszystko.

- Nie sądzę, żeby ukrywał się w wodach kanału. Niemniej jednak 

należy   uruchomić   wszystkie   patrole   marynarki,   jakimi   dys-

ponujemy. Moi chłopcy popłyną z nimi i poinstruują, jak prowadzić 

poszukiwania. Jeśli jeszcze jest tam jakiś płetwonurek albo mini-

łódź   podwodna,   znajdziemy   ich.   Potrzebny   mi   helikopter. 

Spenetrujemy   okolicę.   Może   się   gdzieś   przekrada.   Zechce   się 

zapewne przedostać do okrętu bazy.

- Damy ci wszystko, o co prosisz. Otrzymasz też oddział piechoty 

morskiej do przeczesania okolicy.

- Dziękuję, admirale, ale jeśli ma się z kimś takim do czynienia, 

trzeba   prowadzić   grę   na   tych   samych   co   on   zasadach:   jeden   na 

jednego.

Corinne otworzyła oczy i natychmiast zorientowała się, że obudził 

ją syk lampy gazowej. Musiała spać przez dobrych kilka godzin.

Wstała i przeciągnęła się. Panował poranny chłód, powietrze było 

wilgotne.   Słyszała   już   pierwsze   głosy   budzących   się   ptaków.   Za-

stanawiała   się,   czy   nie   wykąpać   się   w   morzu,   ale   na   razie 

zrezygnowała z tego zamiaru. Może później, kiedy zrobi się cieplej.

Popatrzyła   na   aparat   radiowy.   Milczał   przez   całą   noc.   Czyżby 

przestało im zależeć na człowieku, który zapewne wymagał pomocy i 

czekał

background image

na informacje? Poczuła, że ten ktoś zaczyna ją interesować. Chciała 

mu pomóc, choć nie wiedziała, kim jest i nawet nie potrafiła go sobie 

wyobrazić.

Zanim   zrobiło   się   jasno,   znalazł   się   w   gęstym   lesie   na   zboczu 

wzgórza, dość daleko od brzegu. Poczuł zapach dymu, jaki wydziela 

płonące drewno. Ogień zapowiadał obecność ludzi, a ich obecność - 

możliwość zaspokojenia głodu i zdobycia ubrania. Ruszył w tamtą 

stronę.

Dym   snuł   się   po   ziemi,   jakby   przygniatany   przez   wilgotne 

powietrze.   Idąc   w   kierunku,   skąd   dolatywał   dym,   znalazł   się   na 

skraju   lasu.   Pośrodku   niewielkiej   polany   stał   nieduży   drewniany 

budynek. Dochodził  do niego jeden  przewód elektryczny. Drutów 

telefonicznych nie zauważył.

Koniew okrążył dom. Obok wejścia stał jakiś stary samochód z 

łysymi oponami, z karoserią o odpryskującym lakierze. Właściciel 

najwyraźniej nie dbał o swój pojazd. Koniew raz jeszcze obszedł dom 

naokoło. Na drodze nie zauważył świeżych śladów stóp ani śladów 

opon samochodowych. Nikt tu dziś nie przyjeżdżał i nikt stąd nie 

odjeżdżał. W zasięgu wzroku nie było też innych budynków. Miesz-

kaniec czy mieszkańcy musieli być samotnikami.

Ostrożnie   podszedł   do   domu   i   zajrzał   przez   okno.   W   pokoju 

znajdował się starszy mężczyzna. Wydawało się, że jest sam. Koniew 

podkradł   się   do   drzwi   i   nadstawił   ucha.   Cisza.   Nie   słychać   było 

odgłosów rozmowy. Nie świadczyło to oczywiście o tym, że w domu 

jest   tylko   jeden   człowiek,   ale   Koniew   musiał   zaryzykować.   Wyjął 

pistolet i wtargnął do środka.

background image

Krzątający   się   po   pokoju   mężczyzna   zatrzymał   się,   spojrzał   na 

pistolet, ale nie wyrzekł ani słowa.

- Siadaj   -   zakomenderował   Koniew,   wskazując   lufą   jedno   z 

krzeseł.

Mężczyzna w milczeniu wykonał polecenie.

Koniew nie opuszczając  pistoletu  przeszukał przyległe pomiesz-

czenie. Nie było tam nikogo.

- Jesteś sam? - zapytał wreszcie.

- Widzisz chyba - odpowiedział starzec ze złością.

- Jest telefon?

Tamten zaprzeczył ruchem głowy.

Na   elektrycznej   maszynce   skwierczał   bekon,  Koniew  poczuł   też 

zapach kawy.

- Zrób śniadanie - polecił.

Starzec uniósł się z krzesła, ale natychmiast usiadł z powrotem.

- Nie będę gotował dla kogoś, kto mierzy do mnie z pistoletu w 

plecy.

Koniew włożył pistolet do otwartej kabury.

- Teraz lepiej? - zapytał. - Jeśli będziesz wypełniać moje polecenia, 

nie   spotka   cię   żadna   krzywda.   Gdybyś   jednak   zaczął   coś 

kombinować, pamiętaj, że jestem bardzo szybki.

Starzec wstał i kierując się w stronę kuchenki, mruknął:

- Jestem za stary na jakieś sztuczki. Czy mogę zrobić śniadanie 

również   i   dla   siebie?   -   Popatrzył   na   gościa   zimnymi   oczami,   w 

których nie było cienia strachu.

- Oczywiście. - W pokoju panowało miłe ciepło. Koniew chętnie by 

wypoczął, nawet się zdrzemnął, ale o tym nie mogło być mowy. - 

background image

Potrzebuję jakiegoś ubrania - powiedział.

Starzec przyjrzał mu się krytycznie.

- Wcale w to nie wątpię.

- Lepiej by było dla ciebie, żebyś zapomniał, jak wyglądam.

- Jeśli  od   tego   zależy   moje   życie,   to   chętnie   zapomnę.   Tam  na 

łóżku leżą czyste rzeczy. Będą dobre dla ciebie.

Mieszkaniec domu był nieco wyższy i tęższy od Koniewa, ale jego 

rzeczy od biedy pasowały na komandosa.

Siedli   do   śniadania.   Gospodarz   podał   smażony   bekon,   jajka   i 

dżem,   jakiego   Koniew   nigdy   nie   próbował.   Jedli   w   milczeniu. 

Starzec   od   czasu   do   czasu   rzucał   twarde   spojrzenie   na 

nieproszonego gościa.

Pierwszy odezwał się Koniew:

- Nie bój się. Jeśli mi pomożesz, nic ci nie zrobię. - Nie potrafił 

sobie   wytłumaczyć,   dlaczego   nie   zamierzał   zabić   tego   człowieka. 

Może zaimponowały mu jego odwaga i spokój. Zawsze cenił te cechy 

- u siebie i u innych.

- Nie   jestem   przyzwyczajony,   by   grożono   mi   pistoletem.   To 

wytrąca mnie z równowagi.

Koniew wzruszył ramionami i po chwili milczenia zapytał:

- Czy samochód jest na chodzie?

Stary mężczyzna przytaknął skinieniem głowy, ale dodał:

- Ma mało benzyny w baku.

- Jak daleko zajadę?

- Tam jest z pięć galonów.

- Na ile to starczy?

Tamten wzruszył ramionami.

background image

- Na jakieś siedemdziesiąt pięć mil - powiedział. - Dokąd chcesz 

jechać?

- Wszystko jedno. Masz jakąś kurtkę?

- Tam, na haku.

Koniew   spośród   kilku   kurtek   wybrał   jedną,   na   głowę   wsadził 

sportową czapeczkę z nazwą jakiegoś klubu.

- Kluczyki.

- Na gwoździu przy drzwiach.

Koniew wziął je i włożył w kieszeń. Starzec uważnie śledził jego 

ruchy.

- Muszę cię przywiązać do krzesła, żebyś się z kimś zbyt szybko nie 

skontaktował. - Na jednej z półek znalazł sznur. - Po jakimś czasie 

sam się zapewne uwolnisz, ale ja już będę daleko.

- Dlaczego to wszystko robisz?

- Dlaczego pozwalam ci żyć? O to pytasz?

- Tak.  Byłem  przekonany,  że  mnie  zabijesz  -  mówił to  z  całym 

spokojem.

- Nakarmiłeś mnie, dałeś mi  ubranie  i  samochód.  Nie  będziesz 

mógł szybko nikogo zaalarmować. Masz po prostu szczęście. Muszę 

tylko zgasić ten ogień na kominku, żeby dym nie ściągnął tu kogoś.

Skrępował właściciela domu i przywiązał go do krzesła. Zalał ogień 

wodą i wtedy o czymś sobie przypomniał.

- Potrzebuję pieniędzy.

- Nie jestem zbyt zasobny. Mam kilka patyków.

Co to są „patyki”? - zastanawiał się Koniew. Wzruszył ramionami i 

mruknął:

- Zapomnij o tym.

background image

Kiwnął głową i wyszedł, ciągle dziwiąc się sobie, że nie zabił tego 

człowieka.

Silnik zaskoczył natychmiast, ale zgasł, ledwie samochód ruszył z 

miejsca. Próbował go zapalić raz jeszcze. Udało się. Podgrzał motor, 

przejechał   kilka   metrów   i   stanął.   Wyjął   mapę   okolicy,   którą 

przywiózł z sobą, zwykłą mapę samochodową. Musiał znajdować się 

bardzo blisko lokalnej szosy, którą mógł dojechać do Dungeness. 

Niewielkie   cyferki   wydrukowane   na   mapie   określały   odległości. 

Policzył; do miasta było mniej niż pięćdziesiąt mil. Chyba dojedzie.

Przedtem jednak postanowił skontaktować się z „Gorkim”. Oba-

wiał   się,   że   baterie   w   jego   radiu   już   się   wyczerpują.   Na   zakup 

nowych nie miał pieniędzy, a poza tym nie wiedział, gdzie mógłby je 

kupić.

Dojechał   do   asfaltowej   wąskiej   drogi.   Wiła   się   przez   bezludną 

leśną okolicę. Czasami widział w oddali samotnie stojące domy, ale 

ani razu nie minął innego samochodu.

Dotarł do jakiegoś wzgórza. Na jego szczycie rozsiadł się dość duży 

drewniany dom z wielką anteną na dachu. Nie miał pojęcia, co to za 

antena. Podjął jednak decyzję - zjechał z szosy.

Boczna droga była wyasfaltowana jedynie do pierwszego zakrętu. 

Dalej   przechodziła   w   zwykłą   drogę   polną,   błotnistą,   z   głębokimi 

koleinami. Stary wóz zawadzał podwoziem o kamienie, co zmusiło 

Koniewa do powolnej jazdy. Minął kilka ostrych zakrętów, zanim 

wjechał na podwórze z tyłu domu. Rosło tam jedno drzewo, pod 

którym   stała   zaparkowana   mała   ciężarówka   dostawcza.   Teraz 

dopiero spostrzegł, że antena była umieszczona nie na dachu, lecz 

na   wysokim   betonowym   słupie   obok   domu.   Do   słupa 

background image

przytwierdzono   jakiś   ręcznie   wykonany   napis   składający   się   z 

szeregu liter i cyfr, które nic mu nie mówiły.

Koniew   zaparkował,   wysiadł   z   samochodu   i   obszedł   domostwo 

dookoła.   W   zasięgu   wzroku   nie   dojrzał   innych   domów.   Był 

zdumiony swoim wewnętrznym luzem. Zazwyczaj w czasie operacji 

przejawiał agresję, tym razem jakiś wewnętrzny głos doradzał mu 

zachowanie spokoju i ostrożności. Wiedział, że musi uciec stąd wraz 

z bezcennymi materiałami. Był ścigany przez wrogów, którzy, gdyby 

tylko nadarzyła się odpowiednia okazja, zastrzeliliby go bez chwili 

namysłu.

Poprawił pistolet, tak żeby móc go użyć w razie potrzeby, i ruszył 

w stronę domu, zastanawiając się, czy jest obserwowany przez okno. 

Wiedział, że wielu Amerykanów miało broń. Kto wie, może teraz 

mierzono do niego? Był przecież łatwym, widocznym celem.

Dom i otaczający go ogród były wyraźnie zapuszczone. Trawa od 

dawna   niestrzyżona,   a   w   ogródku   chwasty   zarosły   jakieś   kwiatki 

wyciągające łodygi w kierunku słońca. Drewniane gonty na dachu 

porastał mech, a ściany aż prosiły się o farbę.

Drzwi były niezamknięte, zasłaniała  je podarta  firanka. Koniew 

był pewien, że go zauważono. Stary silnik jego samochodu pracował 

tak   głośno,   że   obudziłby   nawet   umarłego.   Położył  rękę   na   kolbie 

pistoletu i wszedł do środka. Z małego korytarzyka prowadziły do 

pokoju oszklone do połowy drzwi. Popatrzył przez szybę. Przy stole, 

tyłem do niego, siedział jakiś mężczyzna. Był jedynie w bieliźnie. 

Dopiero po chwili Koniew zrozumiał, dlaczego tamten nie usłyszał 

nadjeżdżającego samochodu. Miał na uszach słuchawki i zajęty był 

obsługą stojącej na stole aparatury radiowej.

background image

Wyciągnął   pistolet   i   wolno   wszedł   do   pokoju.   Mężczyzna   w 

bieliźnie

ciągle jeszcze nie wiedział, że ma gościa. Koniew usłyszał fragment 

rozmowy, jaką tamten prowadził za pośrednictwem radia.

- Doskonale, Dzwoneczku.  Prognoza  pogody  na  najbliższe  dwa-

dzieścia cztery godziny jest dobra. Słonecznie. Front atmosferyczny 

nadejdzie dopiero jutro wieczorem. Ty jednak wrócisz do tego czasu.

Z głośnika dało się słyszeć:

- Odebrałem. Dziękuję. Będę przed zapadnięciem zmroku. Coś ci 

przywiozę na obiad. Uważaj na siebie. OK.

- Czekam   -   odpowiedział   gospodarz   do   mikrofonu.   -   Do 

zobaczenia, Dzwoneczku. Koniec.

Wyłączył aparaturę i wygodnie rozparł się w fotelu. Koniew był już 

przy nim. Przytknął mu lufę do karku i powiedział cicho:

- Nie   ruszaj   się.   -   Położył   rękę   na   jego   ramieniu   i   poczuł,   że 

mężczyzna   zaczął   się   trząść.   -   Powiem,   kiedy   będziesz   się   mógł 

obejrzeć. Czy nadajnik wyłączony?

- Tak - odparł głosem wyraźnie drżącym i ochrypłym.

- Wstań powoli i odwróć się.

Siedzący powoli, ostrożnie odwrócił fotel i z trudnością zaczął się 

podnosić. Trząsł się cały. Miał kilkudniowy zarost i czuć  było od 

niego alkohol. Ubrany był w wymiętą, nieświeżą koszulę i w ogóle 

wyglądał niechlujnie. Nie był groźny. Pewnie z przerażenia zmoczył 

się w kalesony.

Koniew cofnął się o dwa kroki i nie opuszczając lufy, rozejrzał się 

po   pokoju.   Było   tu   brudno   i   nieporządnie.   Wszędzie   walały   się 

nieumyte talerze i naczynia kuchenne. Na ścianie wisiała fotografia 

background image

jakiegoś   mężczyzny   z   kobietą.   Mężczyzną   był   zapewne   ten   stary 

brudas, tyle że w lepszych dla niego czasach.

- Gdzie ta kobieta?

- Ona...   ona   umarła   przed   sześcioma   miesiącami   -   chrypiał 

przerażony gospodarz.

Obok   tamtej   fotografii   wisiała   jeszcze   jedna,   przedstawiająca 

młodą parę.

- A oni? - Koniew końcem lufy wskazał zdjęcie.

- Wyprowadzili się... Wyjechali do Seattle.

- Jesteś tu sam?

Mężczyzna potwierdził kiwnięciem głowy i palcami wytarł zasmar-

kany nos.

- Chodź, obejdziemy dom.

Tamten stał trzęsąc się, wyraźnie ogłupiały z przerażenia.

- Ruszaj się!

- Przysięgam, że tu nie ma nikogo.

- No, szybciej!

W   całym   domu   panował   ten   sam   nieporządek   i   wszędzie 

śmierdziało stęchlizną. Nikogo jednak nie było.

- Co jest tam, na dole? - Koniew wskazał na schody prowadzące z 

korytarza w dół.

- Piwnica i skład. - Mężczyzna mówił z trudem i ciężko oddychał, 

jakby szlochał.

- Schodzimy.

Gospodarz zapalił światło, zeszli do niewielkiej, brudnej piwnicy. 

Pachniało tu pleśnią, moczem i zgniłymi jabłkami.

- Podejdź do ściany i odwróć się.

background image

Mężczyzna   słaniał   się   na   nogach   i   żeby   nie   upaść,   musiał   się 

oprzeć o ścianę. Kiedy się odwrócił, Koniew zobaczył, że łzy ciekną 

mu   po   twarzy.   Ręce   miał   przyciśnięte   do   piersi.   Musiał   utracić 

kontrolę   nad  naturalnymi   czynnościami   fizjologicznymi,   bo   nagle 

rozszedł się okropny smród.

Koniew podniósł pistolet i wystrzelił dwa razy, mierząc w głowę, a 

potem, nie sprawdzając celności strzałów, odwrócił się i ruszył w 

kierunku schodów. Nienawidził tchórzy. Wychodząc z piwnicy zgasił 

za sobą światło.

Wrócił   do   pokoju   i   usiadł   przy   stole,   na   którym   stała   krót-

kofalówka. Włączył ją i usłyszał znajomy szum. Przyglądał się. Był to 

aparat starego typu, prosty w obsłudze. Długość fal ustawiało się za 

pomocą   pokrętła.   Niewielki   mikrofon   włączało   się   zwykłym 

przyciskiem.

W innej sytuacji nigdy by się nie zdecydował na próbę połączenia z 

„Gorkim” o tej porze i za pomocą tego sprzętu. Teraz jednak nie miał 

wyboru. Musiał skontaktować się ze swoim okrętem.

Nastawił   aparat   na   odpowiednią   długość   fal   i   zaczął   wzywać 

„Gorkiego”.   Wzywał   kilkakrotnie,   ale   bez   skutku.   Spojrzał   na 

zegarek.   Uzgodnili,   że   w   czasie   jego   nieobecności,   na   pięć   minut 

przed   każdą   okrągłą   godziną   okręt   podpływać   będzie   pod 

powierzchnię, żeby wysunąć antenę. Właśnie dochodziła dziesiąta i 

tamci powinni go byli usłyszeć.

Jeszcze   przez   dwie   minuty   powtarzał   wezwanie,   o   dziesiątej 

wyłączył stację. Z wściekłości rąbnął pięścią w stół.

Uspokój się. Trzymaj nerwy na wodzy - skarcił sam siebie.

Wstał od stołu i podszedł do okna. Wychodziło na kanał i na bazę 

background image

tridentów. Postanowił, że za godzinę jeszcze raz spróbuje. Jeśli się 

nie uda, wywoła stację na lądzie, tę kobietę, z którą rozmawiał.

Dopiero   po   chwili   zdał   sobie   sprawę   z   tego,   co   dzieje   się   na 

wodach   kanału.   Kręciło   się   tam   kilka   łodzi   patrolowych,   które 

najwyraźniej czegoś szukały. Pośrodku, mniej więcej w miejscu, w 

którym  miał  się  spotkać  z  łodzią   ,,Donskoj”,  stała  wielka  barka   i 

jakaś   jednostka   z   żurawiem.   Nie   było   wątpliwości,   co   tam   robią. 

Wyciągano z głębi zatopioną mini-łódź.

Gdy   usłyszała   głos   z   radia,   omal   nie   upuściła   talerza.   Właśnie 

zmywała po śniadaniu. Szybko wytarła ręce i podbiegła do aparatu. 

Rozpoznała   głos   jednego   ze   swoich   łączników   z   Vancouveru. 

Dlaczego   rozmawiali   z   nią   o   tak   dziwnej   porze?   Łamali   wszelkie 

zasady bezpieczeństwa, jakie sami uprzednio ustalili.

Informacja   była   krótka   i   jednoznaczna.   Operacja   zostaje   prze-

rwana. To ich ostatnie połączenie. Być może będzie jeszcze potrzeb-

na,   ale   nie   mają   pewności.   Ma   słuchać   jeszcze   na   poprzedniej 

długości fal. Nie należy się już z nimi łączyć. Niedługo ktoś zabierze 

ją z tego domu.

Radio zamilkło.

Automatycznie wykonała polecenie i przestroiła radio na długość 

fal, na jakich łączono się z nią z okrętu, najprawdopodobniej z łodzi 

podwodnej,   po   czym   powróciła   do   kuchni,   do   mycia   naczyń.   Co 

oznaczało   stwierdzenie,   że   „operacja   została   przerwana”?   Może 

okręt podwodny odpłynął, a może go wykryto? Może ludzie zginęli? 

Kazano   jej   jednak   być   na   nasłuchu.   A   zatem   ktoś   musiał   tam 

pozostać.

background image

Miała już tego wszystkiego dość i chciała wracać do swojego domu 

w Vancouverze.

Na dworze było nadal pięknie i słonecznie. Pomyślała, że prze-

chadzka   po   plaży   powinna   ją   uspokoić.   Wróciła   do   pokoju   i 

podkręciła   odbiornik   tak,   by   sprzed   domu   mogła   usłyszeć   głos. 

Znowu wyszła na zewnątrz. Usiadła na leżaku i wsłuchiwała się w 

otaczające   ją   głosy.   Słyszała   krzyk   mew,   od   morza   dochodziły 

odgłosy   silników   przepływających   w   pobliżu   łodzi,   w   lesie   coś 

szeleściło. Nie miała pojęcia, jak długo tak siedziała, gdy doleciał ją 

jakiś głos z domu. Zerwała się na równe nogi i pędem wpadła do 

pokoju. Słyszała wyraźnie głos dochodzący z radia.

- Stacja Vancouver. Tu Drwal. Czy mnie słyszysz?

Siła   głosu   była   tak   mocno   podkręcona,   że   słowa   były   niemal 

niezrozumiałe. Miała uczucie, że serce wyskoczy jej z piersi. Ściszyła 

odbiornik i powiedziała do mikrofonu:

- Tu stacja Vancouver. Tu stacja... - miała trudności ze złapaniem

oddechu.   Czekała,   ale   nie   było   odpowiedzi.   Co   się   stało?   Nagle 

zrozumiała, że przez omyłkę wyłączyła aparat. Zmartwiała. Jak to się 

mogło stać?

Radio   znowu   się   włączyło   i   znów   ten   sam   głos   z   wyraźnie 

słowiańskim akcentem mówił:

- Stacja Vancouver. Czy mnie słyszysz?

- Drwal, tu stacja Vancouver. Odbiór.

- Stacja   Vancouver.   Mam   pełny   ładunek,   ale   nie   mogę   się 

skontaktować ze statkiem. Czy masz coś dla mnie?

Żył i  potrzebował jej   pomocy!  A więc   po  to  umieścili ją  na  tej 

samotnej wyspie! Myśli goniły jedna drugą. Czego potrzebował? Co 

background image

mogła dla niego zrobić?

- Drwal,   wiem   jedynie,   że   operacja   została   przerwana.   Powie-

dziano   mi,   że   możesz   się   jeszcze   odezwać   i   niedługo   mnie   stąd 

zabiorą.

Czy mogę ci pomóc?

Ponieważ   nie   było   odpowiedzi,   powtórzyła   ostatnie   zdanie.   Po 

chwili z tamtej strony padło pytanie, które nie powinno było być w 

ogóle zadane:

- Vancouver, gdzie jesteś?

Zawahała się. Tyle razy powtarzano jej, że w żadnym wypadku nie 

wolno jej zdradzić miejsca pobytu. Tej informacji nie wolno było 

podawać  absolutnie nikomu. Nikt jednak  nie przewidział sytuacji 

takiej jak ta. Drwal był zapewne sam, zagubiony. Pochyliła się do 

przodu i nie zastanawiając się dłużej, powiedziała:

- Drwal. Wyspy San Juan.

Kolejna   chwila   przerwy   i   ponownie   ten   sam   głos   z   wyraźnym, 

miłym dla ucha akcentem:

- Muszę się z tobą spotkać. Nie wiem jeszcze, jak się tam dostanę. 

Odezwę się za sześć godzin. Będę wtedy bliżej. Skończone.

Zapadła   cisza.   Tamten   się   wyłączył.   Spojrzała   na   zegarek.   Było 

dziesięć po dziesiątej. A więc odezwie się około czwartej. Gdzie był i 

w jaki sposób chciał się tu dostać?

Koniew wyłączył radiostację i wyciągnął się wygodnie na krześle. 

Czuł coś w rodzaju smutku, może współczucia. A więc i „Gorkiego” 

zapewne już nie było. Zaplanowana przez niego operacja oparta na 

wykorzystaniu „Gorkiego” i mini-łodzi podwodnych załamała się. Z 

background image

powodu   głupoty   jego   ludzi,   ale   też   i   czujności   Amerykanów. 

Wszystko się załamało z jednym wyjątkiem: on żył i miał przy sobie 

bezcenne materiały.

Poczuł suchość w ustach. Wstał i poszedł do kuchni, by napić się 

wody. Wszystkie szklanki stojące obok zlewu były brudne. Otworzył 

kredens i znalazł to, czego mu najbardziej brakowało - baterie. Były 

takie, jakich potrzebował do swojego aparatu. Wyciągnął z kieszeni 

radio, wymienił baterie, a zużyte schował do kieszeni.

Powrócił   do   pokoju,   rozłożył   na   stole   mapę   i   zaczął   się 

zastanawiać, jak dotrzeć do stacji Vancouver.

ROZDZIAŁ XIII

Dochodziło południe. Bernie Ryng stojąc na wzgórzu patrzył na 

kanał   Hood   i   bazę   tridentów.   Zastanawiał   się,   czy   ten   amator 

krótkofalowiec   wiedział,   co   znajdowało   się   po   drugiej   stronie 

kanału. Jeśli tak, to być może w ostatnich sekundach życia domyślił 

się, co było powodem jego śmierci. Sądząc z pozycji ciała i z dwóch 

dziur   w   głowie   odbyła   się   tu   właściwie   egzekucja.   Mógł   sobie 

wyobrazić przerażenie tego człowieka prowadzonego do piwnicy i 

stawianego pod ścianą.

Odwrócił się i ruszył w stronę domu, gdzie pokazał się helikopter, 

taki sam huye, jakim tu przylecieli. Maszyna zatoczyła koło i usiadła 

obok ich helikoptera. Z kabiny wyskoczył Harry Coffin - nie czekał 

nawet, żeby zatrzymał się wirnik. Za nim wysiadł jakiś starszy pan z 

brodą.

- Bernie - admirał starał się przekrzyczeć szum silnika. - To pan 

background image

Warner. Może wiele powiedzieć na temat faceta, którego szukamy.

- Spotkał się z nim? - w głosie Rynga zabrzmiało zdumienie. A 

więc   jednak   nasz   Rosjanin   popełnił   fatalny   błąd.   Pozostawił 

świadka.

- Nie tylko spotkał. Jadł z nim śniadanie.

- Ma   pan   niebywałe   szczęście,   że   pan   żyje,   panie   Warner.   Ten 

facet, który tu mieszkał, nie należał do szczęśliwców.

Ryng zastanawiał się, dlaczego człowiek, którego ścigał, jednego 

zabił,   a   drugiego   puścił   nie   wyrządzając   mu   krzywdy.   Błąd, 

zmęczenie, niepewność? Może jakiś rys słabości w jego charakterze? 

Jeśli popełnił jeden błąd, popełni następne.

Mężczyzna, który przyleciał z admirałem, zmienił się na twarzy.

- Chce   pan   powiedzieć,   że   ten   stary   wariat   od   krótkofalówek, 

Lewis, nie żyje?

- Niestety - potwierdził Ryng. - Może nie poczęstował gościa, tak 

jak pan, śniadaniem. - I zwracając się do admirała, zapytał: - Jak 

pan odnalazł tego świadka?

- Jeden z twoich ludzi, chyba Danny West, z barki pracującej na 

kanale   zauważył   dom   tego   pana   i   pomyślał,   że   tamten   nie 

spotkawszy   łodzi   mógł   wyjść   na   brzeg,   by   szukać   drogi   ucieczki. 

Zasugerował  przez radio,  żeby zajrzeć do tego domu. Wysłaliśmy 

naszych ludzi, a ci znaleźli związanego pana Warnera.

- Panie Warner - Ryng zwrócił się do nowo przybyłego - pozwoli 

się pan zaprosić do bazy, gdzie będziemy mogli usiąść i w spokoju 

wysłuchać   pańskiej   opowieści   o   człowieku,   który   pana   odwiedził. 

Sądzę, że powinniśmy się spieszyć, gdyż zapewne wkrótce zjawi się 

tu   szeryf,   a   byłoby   nieszczęściem,   gdyby   zebrane   przez   niego 

background image

informacje przedostały się do prasy.

Warner   uważnie   wpatrywał   się   w   twarz   mówiącego,   a   gdy   ten 

skończył, wzruszył ramionami.

- Nie wydaje mi się, żebym miał możliwość wyboru, tak jak nie 

miałem rano, w czasie tej niezapowiedzianej wizyty.

- Zapewniam pana, że u nas będzie się pan czuł o wiele lepiej niż 

na przesłuchaniu u szeryfa.

Warner spojrzał na admirała.

- Służyłem w marynarce - powiedział - choć doszedłem jedynie do 

stopnia   starszego   marynarza.   Jeśli   pan   mnie   zapewni,   że   z   tym 

facetem można rozmawiać szczerze, uwierzę panu.

- Gwarantuję,   że   można.   Zresztą   i   ja   wkrótce   do   was   dołączę. 

Chciałbym tylko zaczekać na szeryfa.

- Jeśli wolno mi coś zasugerować, admirale - wtrącił Ryng - to 

proszę powiedzieć szeryfowi, że jesteśmy tutaj jedynie dlatego, iż 

zaniepokoiła   nas   jakaś   podejrzana   transmisja   radiowa.   Posta-

nowiliśmy   sprawdzić,   skąd   pochodzi,   i   natrafiliśmy   na   trupa.   To 

wszystko.   Niczego   nie   wiemy   i   niczego   nie   jesteśmy   w   stanie 

wytłumaczyć.

W chwilę potem Ryng wydobył ze swojego rozmówcy wszystko, na 

czym mu zależało. Miał rysopis tamtego człowieka, numer samo-

chodu, jakim uciekał, a przede wszystkim nieco informacji o jego 

sposobie zachowania  się. Na tej podstawie stworzył sobie portret 

psychologiczny.   Wszystkie   te   dane   przekazano   faksem   do 

Waszyngtonu i niemal natychmiast otrzymano odpowiedź. Człowiek 

ten został bez trudu zidentyfikowany.

Ryng z zainteresowaniem przeczytał to, czym wywiad dysponował 

background image

na temat Koniewa. Dowiedział się, jakie skończył szkoły i uczelnie, 

jaki

był jego przydział w marynarce, jakie stosunki i układy rodzinne. 

Najbardziej jednak interesujące było to, że ostatnie informacje po-

chodziły sprzed jakichś sześciu lat. Potem się urwały. Na podstawie 

specjalnych umów Waszyngton i Moskwa wymieniły informacje na 

temat swoich oficerów, ale oczywiste było, że niektóre z nich bloko-

wano. Robiła to i jedna, i druga  strona. Zawsze kryły się za tym 

jakieś szczególne powody i tak też musiało być w tym wypadku.

Rynga bardzo zainteresowały spostrzeżenia Warnera, który twier-

dził, że Rosjanin był niezwykle uprzejmy, bardzo opanowany, czujny 

i chyba doskonale wiedział, czego chce.

W godzinę po spotkaniu z Warnerem z zimną krwią zabił innego 

człowieka. Ryng pojął, że ma do czynienia z przeciwnikiem, którego 

działań niepodobna przewidzieć. Podejmował decyzje w zależności 

od sytuacji, a powody tych decyzji nie zawsze były zrozumiałe.

Miała   przed   sobą   kilka   godzin   oczekiwania   i   dla   rozładowania 

napięcia   musiała   je   czymś   wypełnić.   Uznała,   że   najlepiej   będzie 

zaaplikować sobie kąpiel w zimnej morskiej wodzie.

Dzień   był   słoneczny,   a   temperatura   powietrza   nieco   powyżej 

dwudziestu   stopni.   Szybko   spakowała   torbę.   Wrzuciła   do   niej 

ręcznik,   kanapki   z   serem   i   pojemnik   z   ochłodzonym   winem 

stołowym.   Wyszła,   jak   zawsze   nie   zamykając   drzwi,   i   wędrowała 

nieznaną jej ścieżką w kierunku zachodniego cypla wysepki. Ścieżka 

musiała   być   dawno   nieużywana,   gdyż   zarosła   i   stała   się   prawie 

niewidoczna.

background image

Las żył. Widziała wiewiórki przeskakujące z drzewa na drzewo. 

Kilka   razy   spotkała   króliki.   Stawały   na   tylnych   łapkach   i 

przypatrywały się jej uważnie czarnymi oczkami. Kiedy podchodziła 

bliżej,   oglądały   się   i   uciekały   leniwie.   Musiała   być   stale   blisko 

brzegu,   gdyż   ustawicznie   słyszała   krzyki   polujących   mew.   Po 

niespełna   godzinie   marszu   wyszła   na   niewielką   polankę.   Kiedyś 

zapewne   był   tu   domek,   z   którego   pozostały   jedynie   fundamenty. 

Polankę porastała wysoka trawa. Zauważyła jakiś ruch po drugiej 

stronie,   pod   lasem.   Popatrzyła   tam   i   dostrzegła   parę   młodych 

sarenek. Podniosły głowy i obserwowały intruza. Stały nieruchomo - 

ona   i   sarenki   -   przyglądając   się   sobie   nawzajem   z   wyraźną 

ciekawością.

Uznała,   że   nie   należy   przeszkadzać   tym   ślicznym   zwierzętom   i 

powoli   wycofała   się.   Ścieżka   skręcała   teraz   w   prawo   i   po   chwili 

doprowadziła   ją   do   plaży.   Znalazła   się   nad   brzegiem   malutkiej, 

uroczej zatoczki.

Zdjęła sandały i weszła do wody.   Była zdumiewająco ciepła.

Piaszczyste   dno   opadało   bardzo   łagodnie   i   promienie   słońca 

nagrzały wodę na płyciźnie. Znakomite miejsce do kąpieli.

Wróciła na brzeg, położyła torbę na piasku i rozebrała się. Nie było 

tu oczywiście nikogo i mogła się wykąpać bez kostiumu. Poczuła na 

skórze przyjemny powiew ciepłego wiatru.

Weszła znów do wody. Jakieś trzydzieści metrów od brzegu dno 

zaczęło gwałtownie opadać. Zanurzyła się.

Nabrała   powietrza   w  płuca   i dała   nurka.  Im  głębiej,  tym woda 

stawała się zimniejsza. Popłynęła w kierunku kanału oddzielającego 

jej wysepkę od wyspy sąsiedniej. Spojrzała w stronę swojej wyspy i 

background image

zobaczyła, że w jej kierunku płynie jakiś kuter rybacki. Dopiero teraz 

usłyszała dudnienie silnika i w tejże chwili uświadomiła sobie, że 

jest całkiem naga. Zaczęła płynąć do brzegu.

Kuter   kierował   się   wyraźnie   w   jej   stronę.   W   chwilę   potem 

usłyszała za sobą głos:

- Hej, Corinne, to ja, kapitan Cook.

Ustało   dudnienie   wyłączonego   najwidoczniej   silnika.   Odwróciła 

głowę. Jimmy, uśmiechnięty, stał przy burcie.

- Nie   przypuszczałam,   że   się   tu   spotkamy,   i  nie  mam   na   sobie 

kostiumu.

- Rozumiem   -   nie   przestawał   się   uśmiechać.   -   Jesteś   pierwszą 

syreną, jaką udało mi się tu zobaczyć.

Starając się nie wysuwać zbyt wysoko ponad wodę, powiedziała:

- Gdybyś był dżentelmenem, tobyś się odwrócił, pozwolił mi wyjść 

z wody i włożyć kostium.

- Oczywiście,   że   jestem   dżentelmenem,   ale   nie   mam   zamiaru 

odpływać. Wreszcie udało mi się odnaleźć ciebie. Nie pamiętasz, że 

obiecywałaś mi kolejne spotkanie? Kręciłem się tu w pobliżu, ale 

nigdzie cię nie widziałem.

- Przepraszam, zapomniałam.

- No to miałem dziś szczęście - uśmiechał się przyjaźnie.

- Nie widzę w tym nic śmiesznego. Marznę w wodzie.

- Chodź na pokład. Mam tu ręczniki.

- Dziękuję. Moje rzeczy są na brzegu.

- No to płyń do nich. Rzucić ci ręcznik?

- Nie, dziękuję. Mam własny.

- Doskonale, płyń do brzegu, a ja tymczasem rzucę tu kotwicę.

background image

Podczas gdy Jimmy Cook zajął się zakotwiczeniem kutra, Corinne 

dopłynęła do brzegu, wytarła się i ubrała. Gdy dotarł do plaży w 

małej gumowej łódce, była już całkiem gotowa na spotkanie.

- Niestety, tym razem nie mam nic na obiad - usprawiedliwiał się.

- Nie szkodzi. Dziś ja zapraszam. Mam kanapki z serem i białe 

wino.

Pomyślała, że rozmowa z tym miłym chłopcem będzie najlepszym 

sposobem spędzenia czasu. Jeszcze przed godziną była w głębokiej 

depresji, a teraz czuła się jak nastolatka, która spotkała przystojnego 

nieznajomego i usiłuje go skokietować.

- Z chęcią przyjmę zaproszenie pod warunkiem, że odpowiesz na

moje pytanie.

Poczuła rodzący się niepokój, ale nie dała tego po sobie poznać i 

powiedziała:

- Pytaj.

- Poprzednio mówiłaś mi, że prowadzisz badania nad ptakami, a 

nie masz przy sobie żadnych notatek.  Zawsze wyobrażałem sobie 

uczonych jako ludzi starszych, w okularach i z notatkami. Ty nie 

wyglądasz wcale na badacza. - Nagle jakby się przestraszył tego, co 

powiedział, bo zamachał ręką: - Nie miałem zamiaru cię urazić. Po 

prostu jestem ciekawy.

Poczuła, że się czerwieni.

- Robię   notatki   po   powrocie   do   domu.   W   ciągu   dnia   wszystko 

mam  zapisane  tutaj.  -  Wskazującym  palcem  uderzyła   w  owiniętą 

ręcznikiem głowę.

- Nie gniewaj się - zaczął się usprawiedliwiać. - Jestem naprawdę 

uradowany,   że   cię   spotkałem.   Rybołówstwo   to   zajęcie   dla 

background image

samotników, a ja nie zawsze tęsknię za samotnością.

Rozścielił prześcieradło kąpielowe na trawie i ucinając dyskusję, 

powiedział:

- Przepraszam.

Corinne   rozłożyła   kanapki,   a   Jimmy   do   papierowych   kubków, 

które przyniósł z łodzi, nalał wina. Tak pokierowała rozmową, żeby 

koncentrowała   się   na   osobie   gościa.   Miała   w   tym   wiele 

doświadczenia i wiedziała, że mężczyźni zawsze lubią opowiadać o 

sobie, a Jimmy był chłopcem niezwykle szczerym i otwartym. Tak 

jak poprzednim razem, rozgadał się na dobre.

W pewnym momencie przerwała mu w połowie zdania pytając:

- Która   godzina?   -   i   zaczęła   pośpiesznie   szukać   zegarka,   który 

przed kąpielą włożyła do torby.

- Wpół do trzeciej - odpowiedział zdziwiony. - Coś się stało?

- Oczywiście, że nic. - Nadal grzebała w swojej torbie.

- Na pewno w niczym nie mogę być pomocny?

- W niczym. Dlaczego pytasz?

Wzruszył ramionami.

- Nie  rozumiem,  dlaczego  ktoś,  kto  obserwuje  ptaki  i prowadzi 

badania, żyje z zegarkiem w ręku. Nie masz tu żadnych spotkań, nie 

masz telefonu, nigdzie nie wyjeżdżasz. To najlepsza strona życia na 

tej wyspie. Czas się tu nie liczy, nieprawdaż? - Dotknął jej ręki.

- Tak - przyznała, ale nie patrzyła mu w oczy. - Koło mojego domu 

- powiedziała - jest gniazdo orła, który rano odleciał i sądzę, że teraz 

powinien wrócić...

- Nigdy nie widziałem orła, który by się kierował zegarkiem.

background image

- Ja też nie - zaśmiała się. - Muszę jednak studiować ich życie o 

różnych porach dnia.

- Rozumiem. - Cofnął rękę, a w tonie jego głosu było niedowie-

rzanie.

- Czy można cię odwieźć moim kutrem? Zobaczysz, jak przyjem-

nie pływa się nim po morzu.

- Nie, dziękuję, raczej się przejdę. - Natychmiast jednak zmieniła 

zdanie. - Zresztą, mogę popłynąć.

- Doskonale. - Pogłaskał ją po ręce. - Jest jakaś szansa, że spodoba 

ci się i dasz się potem zaprosić na dłuższą przejażdżkę.

Przyjrzała   mu   się   uważnie   i   pomyślała,   że   chętnie   by   na   to 

przystała. Ale wiedziała, że nigdy do tego nie dojdzie. A szkoda...

Był to króciutki rejs. Jimmy musiał jednak odpłynąć kawałek od 

brzegu,   przy   którym   znajdowały   się   skały   podwodne.   Corinne 

dowios-łowała   do   brzegu   w   pontonie,   który   Jimmy   przyciągnął 

potem do kutra.

Gdy była już na brzegu, zawołał:

- Co zjadłabyś jutro na obiad?

- Bardzo ci dziękuję, Jimmy. Nie rób sobie kłopotu.

- A co myślisz o dobrej rybie?

- Przykro mi, ale jutro mnie tu nie będzie. Mam coś do zrobienia 

po drugiej stronie wyspy.

- Doskonale, zawiozę cię tam kutrem.

- Nie, Jimmy... i tak już niedługo tutaj zostanę.

- W każdym razie będę cię szukał. - Uśmiechnął się i pomachał 

ręką.

background image

- Nie sądzę, żebyś mnie znalazł.

- Tego nikt nie może przewidzieć.

Stała jeszcze chwilę odprowadzając wzrokiem odpływający kuter i 

poczuła coś w rodzaju żalu. Szkoda, że nie spotkała tego chłopca w 

innym miejscu i w innym czasie. Nagle przypomniała sobie, po co 

wracała, odwróciła się i pobiegła do domu.

Stał na skraju plaży i patrzył w stronę zatoki Dungeness, która 

przechodziła   w   zatokę   Sequim.   Gdzieś   na   tych   wodach   miał   się 

spotkać   z   „Gorkim”.   Nie   znał   jeszcze   faktów,   ale   zaczynał   się 

domyślać,  że  „Gorkiego”   już nie  ma.  Na   świecie  panował  spokój, 

kwitła   przyjaźń   radziecko-amerykańska,   a   Rosjanie   i   Amerykanie 

wzajemnie   zatapiali  swoje   okręty   podwodne.   Było   teraz   jeden   do 

jednego. Czyżby...? Materiały, jakie miał przy sobie, decydowały o 

tym, że to Rosjanie byli stroną zwycięską. Jeśli uda mu się wyplątać 

z pułapki, w jakiej się znalazł... Jeśli się uda, w gruncie rzeczy świat 

będzie   bezpieczniejszy.   Nie   tylko   Rosja.   Politycy   od   lat   mówią   o 

potrzebie rozbrojenia, ale są zbyt wielkimi oportunistami. Realizacja 

jego planu to rzeczywisty krok w kierunku rozbrojenia.

Gdzieś   na   horyzoncie   widział   kilka   amerykańskich   okrętów   i 

barek.   Przypuszczał,   że   przeszukiwano   głębiny.   To   tam   zapewne 

doszło do podwodnej tragedii. Dopiero teraz dotarło do niego, jaką 

poniósł stratę.

Dojechał tu starym samochodem zabranym człowiekowi, któremu 

darował życie. Przyszedł czas, by pozbyć się tego wozu. Ci, którzy 

zorganizowali   pogoń,   zapewne   odnajdą   tamtego   człowieka   i 

background image

dowiedzą się, jakim ucieka samochodem.

Odwrócił   głowę   i   po   drugiej   stronie   drogi   zobaczył   restaurację 

„Krab Morski”.

Jadąc   tutaj   i   rozważając,   jak   postępować   dalej,   doszedł   do 

wniosku, że najbezpieczniejszym sposobem dostania się do dziew-

czyny, z którą się kontaktował przez radio, będzie zdobycie kutra. 

Dalsze poruszanie się samochodem nie wchodziło w grę. Drogi na 

pewno   zostaną   zablokowane.   Korzystanie   z   publicznych   środków 

transportu   nie   wydawało   mu   się   rozsądne.   Dysponowali   już   jego 

rysopisem.   Tak,   popełnił   błąd   nie   zabijając   tego   faceta,   który   go 

poczęstował śniadaniem.

Ukrył   stary   samochód   za   kępą   nadbrzeżnych   krzaków,   a   sam 

wyszedł   na   szosę.   Już   drugi   samochód   zatrzymał   się   na   widok 

wyciągniętej ręki piechura. Tym razem mała ciężarówka załadowana 

koszykami do połowu krabów. Kierowca był zapewne rybakiem, a to 

znaczyło, że uzyska od niego potrzebne informacje.

Starszy   mężczyzna   za   kierownicą   okazał   się   gadatliwym   i   sym-

patycznym człowiekiem. Obcy akcent pasażera nie wydawał mu się 

podejrzany.   Prawie   co   drugi   turysta   czy   wędrowiec   był   obecnie 

cudzoziemcem.  Odpowiadając   na   pytania  poinformował  Koniewa, 

że   w   okolicy   jest   mnóstwo   łodzi,   kutrów   rybackich   i   prywatnych 

jachtów.   Najbliższym   portem   dla   takiej   pływającej   drobnicy   był 

John Wayne Port 

nad zatoką Sequim. Można tam było dojechać za pół godziny.

Właściciel   ciężarówki   nie   mógł   jechać   tak   daleko,   bo   w   domu 

czekał na niego obiad, ale chętnie dokładnie wyjaśnił pasażerowi, 

jak tam dotrzeć.

background image

Koniew wyjął trzymany pod kurtką pistolet dopiero wtedy, kiedy 

zobaczył błotnistą drogę odchodzącą w prawo od szosy. Przerażony 

widokiem wycelowanej w niego broni kierowca zjechał, gdzie mu 

kazano. Gdy odjechali z pół kilometra po błotnistym trakcie, Koniew 

kazał zatrzymać ciężarówkę i jednym strzałem zabił kierowcę. Ciało 

ukrył w pobliskim rowie zarosłym krzakami. Zanim je odnajdą, on 

będzie już daleko.

Zawrócił   ciężarówkę   i   pojechał   w   kierunku   wskazanym   przez 

człowieka, który od kilku minut nie żył.

Dojazd   do   bocznej   drogi   odchodzącej   w   stronę   portu   zajął   mu 

niecałe   dwadzieścia   minut.   Zjechał   w   tę   drogę   i   w   chwilę   potem 

zatrzymał wóz na wielkim parkingu, na którym stało już kilkanaście 

samochodów. Tu zostawił ciężarówkę i ruszył w kierunku nabrzeża.

Jego przewidywania się sprawdziły. Było tu pełno jachtów moto-

rowych różnej wielkości. Przechadzał się wzdłuż molo z rękami w 

kieszeniach, nie zwracając niczyjej uwagi. Szukał takiego jachtu, na 

pokładzie   którego   znajdowałby   się   jeden   człowiek.   Oczywiście 

musiał to być jacht przygotowany do wypłynięcia z portu.

Wpadła   mu  w  oko   jednostka   o   nazwie  „Sea   Chase”.   Stała   przy 

końcu   molo,   na   pokładzie   samotny   mężczyzna   właśnie   zaznaczał 

kurs   na   rozłożonej   mapie.   Silnik   jachtu   już   pracował   i   Koniew 

zorientował   się,   że   był   dużej   mocy   i   mógł   osiągnąć   dość   dużą 

szybkość.

Podszedł do jachtu, zbliżył się do burty, odchrząknął i powiedział:

- Ładny dziś mamy dzień.

Mężczyzna   na   pokładzie   spojrzał   nieco   zdziwiony.   Koniew 

wiedział, że z jego akcentu zorientował się natychmiast, iż ma do 

background image

czynienia z cudzoziemcem. W Ameryce jednak ludzie nie obawiali 

się   cudzoziemców   i   nie   dziwili   się   ich   obecności.   Zagadnięty 

odpowiedział uśmiechem.

- Tak,   ładny.   Żona   wyjechała   na   zakupy   do   Port   Townsend 

wydawać   nasze   pieniądze,   a   więc   mam   okazję   nieco   połowić   i 

spokojnie wypić puszkę piwa.

- A dokąd pan płynie?

- Donikąd.  Ot   tak,  przed  siebie.   Podobno   do   cieśniny  wpłynęła 

ławica   halibutów.   Może   się   coś   złapie.   -   Przyjrzał   się   uważnie 

stojącemu   na   molo   rozmówcy   i   zapytał:   -   Pan   chyba   nie   jest 

rybakiem? Pan w ogóle nie jest stąd.

- Tak - zgodził się Koniew.

- A   tu   bywają   znakomite   połowy.   Przepraszam,   może   kiedyś 

porozmawiamy. Teraz muszę już płynąć.

Właściciel jachtu zdjął cumę rufową i już miał zamiar zeskoczyć z 

pokładu, żeby zdjąć cumę dziobową, gdy Koniew go uprzedził.

- Podam panu.

- Niech się pan nie trudzi.

- Chętnie pomogę.

Zdjął   cumę   ze   słupka   i   rozejrzał   się,   czy   nikt   nie   patrzy   w   ich 

stronę. W pobliżu nie było nikogo. Położył rękę na burcie i podał 

tamtemu cumę.

- Niepotrzebnie się pan...

Nie dokończył. Koniew zręcznie wskoczył na pokład i wcisnął lufę 

pistoletu w jego brzuch.

- Nie   rób   głupstw.   Trzymam  palec   na   cynglu  i  w  każdej   chwili 

mogę strzelić. Nie miej najmniejszych złudzeń.

background image

Mężczyzna przybladł, twarz wykrzywił mu grymas strachu.

- Doskonale. Zachowuj się normalnie. Nic ci się nie stanie, jeśli 

będziesz mnie słuchał i podrzucisz, gdzie ci powiem. Gdybyś spotkał 

znajomych, witaj ich całkiem normalnie. Rozumiesz?

Skinienie głową.

- Nie patrz na mnie jak idiota, lecz zajmij się łodzią. Odbijamy.

Wypłynęli z portu. Nikt na nich nie zwracał uwagi. Przepłynęli 

zatokę Sequim i skierowali się na północ.

Koniew pozbył się właściciela jachtu, gdy byli już daleko od lądu. 

Zabił   go   jednym   strzałem.   Do   ciała   przywiązał   ciężką   kotwicę   i 

wyrzucił je za burtę.

ROZDZIAŁ XIV

Głos wypełniał cały pokój, był tak mocny, że skuliła się ze strachu. 

Podświadomie rozglądała się za źródłem tego głosu, choć wiedziała, 

że dobiegał z radia. Zerwała się, podbiegła do aparatu i ściszyła go.

- Tu stacja Vancouver. Słucham.

- Nasza   transmisja   musi   być   bardzo   krótka.   Żadnych   zbędnych 

słów. Przełączam się na inny nadajnik. Koniec.

W pokoju zapanowała cisza.

Koniew   wyłączył   krótkofalówkę   zamontowaną   na   jachcie.   Była 

zbyt silna, miała zbyt daleki zasięg i zbyt łatwo było podsłuchać ich 

rozmowę,  choć  łączyli się  na  długości  fali  na  ogół  w tym  rejonie 

nieużywanej, zwłaszcza na morzu.

Sięgnął po swoje małe przenośne radio i włączył się na tej samej 

długości.

background image

- Czy mnie słyszysz?

- Tak.

Doskonale.   Dostosowała   się   do   jego   polecenia.   Ani   jednego 

zbędnego słowa.

- Dysponuję łodzią. Masz mapę rejonu?

- Tak, przed sobą.

- Znajduję się dziesięć kilometrów na południe od wyspy Lopez. 

Powiedz,   jak   mam   płynąć   przez   najbliższą   godzinę.   Później   się 

połączę.

Chwila milczenia, potem głos kobiety podał instrukcję:

- Płyń prosto na północ przez Kanał Środkowy do Turn Rock.

- Łączę się za godzinę. Koniec.

Kanał Środkowy, jak odczytał z mapy, oddzielał dwie najbardziej 

wysunięte na południe wysepki archipelagu San Juan: San Juan i 

Lopez.

Do   Turn   Rock   było   stąd   około   dwunastu   kilometrów.   Kiedy   tam 

dopłynie, skontaktuje się ponownie ze stacją Vancouver. Zauważył 

również, że będzie się znajdował niedaleko Friday Harbor, jedynego 

miasteczka   na   San   Juan.   Ich   kolejny   kontakt   radiowy   musi   być 

bardzo   krótki.   Zawsze   istniała   możliwość,   że   ktoś   przypadkowo 

włączy się na tę samą długość fal i podsłucha rozmowę. Na razie im 

się udało, ale szczęście nie musi im stale sprzyjać.

Południowe wejście do kanału było wąską cieśniną. Kiedy przez 

nią   przepływał,   mijający   go   jacht   zwolnił,   a   stojący   przy   sterze 

mężczyzna krzyknął w jego stronę:

- Jak połowy?

- Nic, wyłącznie spacer! - odkrzyknął niepewny, czy posłużył się 

background image

odpowiednim wyrażeniem.

- Szkoda   takiego   dnia.   Bierze   znakomicie!   -   usłyszał   w   od-

powiedzi.

Czyżby rozpoznał jacht? - przemknęło mu przez głowę. - A może 

zna właściciela? - i mimo woli położył rękę na kolbie ukrytego pod 

kurtką pistoletu.

- Jedynie przejażdżka - rzucił w kierunku nieznajomego. - Żona 

pojechała na zakupy do... - jakież, do diabła, miasto wymienił zabity 

właściciel jachtu? - do Port Angeles.

- Dziwne   miejsce   na   zakupy   -   odpowiedział   nieznajomy,   ale 

dzielący ich dystans zaczął wzrastać. Mikołaj jeszcze przez chwilę 

patrzył za oddalającym się jachtem i wzruszył ramionami.

Koniew   pochylił   się   nad   mapą.   Czyżby   wymienił   niewłaściwą 

nazwę?   Powiódł   wzrokiem   wzdłuż   wybrzeża   półwyspu   Olympic   i 

znalazł. Oczywiście, chodziło o Port  Townsend. Kolejny błąd. Był 

wściekły na siebie. Musi się teraz pozbyć jachtu, którym płynął.

Było   już   późne   popołudnie,   gdy   na   parking   przy   John   Wayne 

zajechał   nieoznakowany   samochód   marynarki   z   kierowcą   w 

cywilnym ubraniu. Po cywilnemu był również siedzący na tylnym 

siedzeniu Bernie Ryng. Samochód zaparkował koło stojącego tu już 

wozu   miejscowego   szeryfa.   Bernie   wysiadając   zauważył,   że   w 

samochodzie policyjnym siedzi starsza kobieta. Jej siwe włosy były 

w nieładzie. Kobieta głośno szlochała.

Policjant oglądał zaparkowany obok niewielki samochód dostaw-

czy. Zobaczywszy wysiadającego Rynga, zapytał:

- Pan jest tym facetem z marynarki, na którego czekamy?

background image

Ryng potwierdził skinieniem głowy i zadał pytanie:

- Pani jest żoną kierowcy tej ciężarówki?

- Tak.   To   ona   nas   powiadomiła.   Rozmawiała   z   mężem,   kiedy 

wyjeżdżał z Dungeness. Wracał do domu na obiad. Ponieważ się nie 

zjawiał, zaczęła się denerwować i zadzwoniła do mnie. Za pośrednic-

twem   radia   poprosiłem   moich   chłopców   na   patrolach,   żeby 

powiedzieli Charlie'emu, gdyby go gdzieś spotkali, że żona czeka.

- Był   rybakiem?   -   Ryng   zauważył   koszyki   na   kraby   złożone   w 

skrzyni ciężarówki. - Po co jechał do portu?

Bernie Ryng nie był detektywem, ale kiedy dostali informację o 

zaginięciu kierowcy i porzuconej ciężarówce, uznał, że sprawa jest 

zbyt poważna, aby ją zlekceważyć. Otrzymał zezwolenie admirała i 

natychmiast pojechał.

- Był   rybakiem,   ale   już   na   emeryturze   -   wyjaśnił   policjant.   - 

Zresztą   jego   kuter   stoi   przy   zatoce   Discovry.   Charlie   był   bardzo 

dokładny i punktualny. Dlatego właśnie żona się wystraszyła.

- Czy znalazł pan już jakichś świadków?

- Nikt go nie widział. Był tu bardzo znaną postacią. Wszyscy go 

lubili.

Ryng ze współczuciem spojrzał na starą kobietę w wozie szeryfa.

- Radzę panu wezwać ludzi i zlecić im przeszukanie wszystkich 

bocznych dróg między tym miejscem a Dungeness. Mam przeczucie, 

że gdzieś tam go odnajdziecie.

- Martwego?

- Obawiam się, że tak.

Szeryf uważnie przyjrzał się Ryngowi.

- Wiem, że jest pan z wojska, i moi szefowie kazali panu pomóc. 

background image

Nie wiem jednak, czego pan tu właściwie szuka.

- Jestem   Winslow   z   żandarmerii   -   skłamał   gładko   Ryng.   - 

Bylibyśmy   bardzo   wdzięczni,   gdyby   pan   na   razie   nie   nadawał 

sprawie rozgłosu. To nic poważnego, ale facet, którego ścigamy, jest 

niebezpieczny.   Nie   możemy   dopuścić   do   tego,   żeby   wymknął   się 

naszym  ludziom.  Nie  chcemy,  by się  zorientował, że  jesteśmy  na 

jego tropie. Nie trzeba też robić paniki.

- Słusznie,   ale   jeśli   coś   się   stało   Charlie'emu,   nie   uda   się   nam 

zachować tajemnicy.

- Jeśli pan nie chce, żeby podobnych wypadków było więcej, radzę 

milczeć.   -   Ryng   powiedział   to   wręcz  ostro.   -  Teraz   potrzebna   mi 

informacja, jakie jachty i łodzie wypłynęły stąd w dniu dzisiejszym.

- Czy sądzi pan, że ten człowiek mógł porwać jacht?

- Tak myślę i uważam, że mamy bardzo niewiele czasu. Potrzebuję 

tych   informacji   jak   najszybciej.   -   Odwrócił   się   i   z   samochodu, 

którym

przyjechał,   wyciągnął   przenośną   stację   nadawczą.   Włączył   ją   i 

powiedział do mikrofonu: - Ryng dwa, tu Ryng jeden, słyszysz mnie?

Z głośnika doszedł wyraźny głos Lena Todda:

- Tu Ryng dwa, jesteś w John Wayne Port? Odbiór.

- Tak, i sądzę, że wkrótce będziemy mieli kolejnego trupa. Poproś 

admirała, by zlecił lotniczą penetrację tego rejonu. Niech też wyślą 

kutry patrolowe. Zwracać szczególną uwagę na wszystko, co może 

przypominać   ciało   topielca.   Spisać   nazwy   wszystkich   kutrów   i 

jachtów   w   rejonie.   Szeryf   obiecał   nam   pomoc   w   ustaleniu   nazw 

jednostek, które wyszły z portu. Odbiór.

- Bernie,   tu   Coffin.   Czy   możesz   swobodnie   rozmawiać?   - 

background image

nieoczekiwanie włączył się admirał.

- Mniej więcej. Słucham.

- Będziemy   w   John   Wayne   Port   za   jakieś   trzydzieści   minut. 

Dostaniesz też do dyspozycji jednego seafoxa.

- Jestem wdzięczny, ale wolałbym mieć jakąś cywilną jednostkę. - 

Seafox   był   bardzo   szybką   łodzią   patrolową   wyciągającą   ponad 

trzydzieści   węzłów,   ale   jej   silniki   słyszało   się   z   odległości   kilku 

kilometrów. - Jest tu ze mną miejscowy szeryf, który obiecał pomoc. 

- Skinął głową w kierunku szeryfa, który przysłuchiwał się z uwagą 

prowadzonej   przez   radio   rozmowie.   -   Powinien   pan   z   nim 

porozmawiać,   jak   się   pan   tu   pokaże.   Proszę   przysłać   helikopter, 

który przywiózłby mi jakąś broń.

- Co konkretnie?

- Mam   tylko   rewolwer.   Potrzebny   mi   szybkostrzelny   pistolet 

maszynowy. Przydałby się też dobry nóż. - Przerwał i zwrócił się do 

szeryfa: - Szeryfie, czy mógłby pan możliwie szybko zebrać informa-

cje, o jakie prosiłem? - w jego głosie brzmiało zniecierpliwienie.

- Tak jest! - odpowiedział szeryf całkiem jak żołnierz reagujący na 

polecenie dowódcy.

- Admirale - Bernie znowu mówił do mikrofonu. - Jestem pewien, 

że człowiek, którego szukamy, ukradł jacht. Nie wiem, dokąd płynie, 

ale   prawdopodobnie   jest   tu   gdzieś   miejsce,   gdzie   może   się 

spodziewać   pomocy.   Będę   się   starał   iść   jego   tropem.   Sam.   Jeśli 

będzie nas wielu, na pewno nas wykiwa.

Gdy znowu się odezwał, słońce schowało się już za linię lasu  i 

musiała w domu zapalić światło. Trasę, jaką powinien był przebyć, 

background image

znała z mapy na pamięć.

Bez żadnych wstępów, bez podania hasła powiedział:

- Jestem   w   ustalonym   punkcie.   Ruch   duży.   Jak   płynę   dalej?   - 

wydało jej się, że jego obcy akcent stał się silniejszy. Zresztą odbiór 

był znacznie lepszy. Istotnie musiał być gdzieś niedaleko.

- Skręcisz   w   prawo   i   przepłyniesz   między   dwiema   wyspami.   - 

Wiedziała, że nie wolno jej wymienić żadnej nazwy. - Około ośmiu 

kilometrów będziesz płynął kursem dziesięć stopni i znajdziesz się w 

szerokim kanale za wyspami... - Czy zrozumiał jej instrukcje?

Najwidoczniej zrozumiał, gdyż przerwał:

- Wystarczy. Odezwę się za czterdzieści pięć minut.

Umilkł. Było oczywiste, że chwytał w lot jej wskazówki i że dotąd 

udawało mu się pokonywać przeszkody. Już nie wątpiła, że spotka 

się z nim wieczorem. Ile czasu upłynęło od ich pierwszej rozmowy? 

Siedem, osiem godzin?

Około szóstej wieczorem helikopter doprowadził łódź patrolową 

do podejrzanego obiektu na powierzchni morza, znajdującego się w 

odległości   mniej   więcej   trzydziestu   dwu   kilometrów   na   północny 

wschód   od   zatoki   Sequim.   Był   to   trup   mężczyzny   owinięty 

kawałkami postrzępionej liny. Helikopter odstraszył pływające koło 

niego rekiny, które zdążyły już urwać jedno ramię i obie nogi. Już 

przy wstępnych oględzinach ustalono przyczynę śmierci. Pośrodku 

czoła   nieboszczyka   znaleziono   wlot   kuli,   która   przeszyła   mózg   i 

wyszła z tyłu czaszki, odłupując kawałek kości.

Gdy Bernie Ryng dotarł na miejsce, w którym odnaleziono zwłoki, 

było jeszcze jasno. Ryng przypłynął na pokładzie jachtu „Voyager”, 

background image

prywatnej, szybkiej i luksusowej łodzi wyposażonej w najnowocześ-

niejszą   aparaturę   elektroniczną.   Właściciel   jachtu   wypożyczył   go 

marynarce na prośbę admirała Coffina.

Ciało znajdowało się w wodzie przez kilka zaledwie godzin i można 

było dokonać wstępnej identyfikacji. Sądząc z opisu, był to jeden z 

właścicieli łodzi, które przed południem wypłynęły z John Wayne 

Port. Ryng ustalił drogą radiową, że w grę wchodzą jachty „Morning 

Sun”   i   „Sea   Chase”.   Biorąc   pod   uwagę   miejsce,   w   którym 

odnaleziono zwłoki, uznano, że morderca i złodziej jachtu kieruje się 

ku wyspie San Juan.

Zanim Ryng wypłynął z John Wayne Port, admirał Coffin wręczył 

mu szarą papierową teczkę.

- To dalsze informacje na temat Koniewa. Nie ma tego wiele, ale 

wywiad   nie   zdołał   wykopać   nic   więcej.   Facet   najwyraźniej   unika 

obiektywów, bo nie mają jego zdjęcia.

Ryng przerzucił zawartość teczki.

- Same stare informacje. Całkiem jakby umarł przed kilkoma laty.

- Przeczytaj uwagi końcowe, one wiele wyjaśniają. Jest jednym z 

twórców programu miniaturowych łodzi podwodnych. Wydaje się, 

że zajmuje bardzo ważne stanowisko. Nie rozumiem, dlaczego tak 

wysoko   postawiony   facet   wykonuje   tego   rodzaju   niebezpieczne 

operacje na obcym terenie.

Ryng przeczytał końcowe zdania raportu.

- On jest również komandosem. To wyjaśnia wszystko.

- Odgadłeś to już wcześniej. Jednak to dlaczego wysyłają kogoś z 

tak wysokiego szczebla, jest nadal zagadką.

- Chcieli osiągnąć jakiś ogromnie ważny cel i posłali oczywiście 

background image

najlepszego, najbardziej sprawdzonego. - Popatrzył na admirała. - 

Jestem pewien, że mają bardzo niewielu takich ludzi jak Koniew. 

Teraz udowadnia nam to, że jest dobry.

- I sądzisz, że dobrze robisz ścigając go w pojedynkę?

- Wiem, że inaczej nigdy go nie dostaniemy.

Siostra Mary Catherine zamknęła znajdujący się na wschodnim 

cyplu   wyspy   sklep,   w   którym   zaopatrywali   się   rybacy.   Było   już 

wprawdzie   po   sezonie   i   klientów   zaglądało   niewielu,   niemniej 

jednak sklep otwierano każdego dnia z wyjątkiem niedziel. Przed 

udaniem się do domu siostra wyszła na molo miniaturowego portu. 

Był piękny jesienny dzień, chyba jeden z ostatnich pogodnych dni w 

tym sezonie, i siostra Mary Catherine postanowiła chwalę odpocząć. 

Na końcu molo stało kilka wygodnych foteli. Usiadła w jednym z 

nich. Wzięła wiszącą tu na użytek gości lornetkę i przypatrywała się 

ruchowi w zatoce. Po pewnym czasie lornetka opadła jej na kolana i 

siostra Mary Catherine zdrzemnęła się.

„Sea Chase” płynęła przez cieśninę pomiędzy dwiema wysepkami. 

Choć na otwartych wodach było jeszcze całkiem jasno, tu w cieśninie 

zapadał już zmrok. Koniew zaczynał utwierdzać się w przekonaniu, 

że   uda   mu   się   przed   zmierzchem   dotrzeć   do   dziewczyny,   która 

mogła go uratować i pomóc w wydostaniu się z tarapatów.

Nadszedł czas nawiązania łączności. Powiedział do mikrofonu:

- Jestem w kolejnym punkcie. 

Odezwała się natychmiast.

- Skręcasz w lewo i mijasz dwie...

- Bez nazw... - przerwał jej ostro.

background image

Chwila ciszy.

- Nie  miałam  zamiaru  wymieniać  nazw  -  odpowiedziała  równie 

ostro.   -   Mijasz   dwie   wyspy.   Płyniesz   dalej   około   dziesięciu 

kilometrów.

- Wystarczy.

Tym razem była wyraźnie zniecierpliwiona.

- Nie. Słuchaj. Noc szybko zapada. Po lewej zobaczysz na plaży 

światło. Wtedy znowu mnie wywołasz.

- Zgoda.

Wyłączył radio.

Płynął teraz między dwiema wyspami. Ta po prawej była większa i 

górzysta, po lewej mniejsza i płaska. Przez lornetkę widział ładne 

domki   ukryte   wśród   drzew.   Wieczór   jednak   rzeczywiście   zapadał 

szybko i wkrótce domy i drzewa utonęły w mroku. Sądził, że po obu 

stronach ujrzy mnóstwo świateł, ale z lewej było całkiem ciemno, a 

po   prawej   od   czasu   do   czasu   migały   światła   w   oknach   mijanych 

zabudowań. Po lewej stronie dostrzegł drewniane molo, takie jakie 

przed zapadnięciem zmroku miał po prawej. Przypomniał sobie, że 

na molo siedziała kobieta, która zdawała się patrzeć przez lornetkę 

w jego  stronę.  Zapamiętał  ją, bo  była   jakoś  dziwacznie  ubrana, i 

dopiero   po   jakimś   czasie   uświadomił   sobie,   że   mogła   to   być 

zakonnica.

Koniew   zwolnił   i   rozglądając   się   za   latarnią,   której   szukał, 

zorientował się, że nie zapalił na jachcie świateł pozycyjnych. Tylko 

gdzie   się   je   zapalało?   Na   prawo   od   koła   sterowego   było   wiele 

wyłączników. Przekręcił pierwszy - zapaliły się światła w kabinie. 

Spróbował kolejne i wreszcie natrafił na właściwe.

background image

Znowu   przypomniał   sobie   zakonnicę.   Patrzyła   na   niego   przez 

lornetkę. Potem gdzieś znikła. Czyżby się czegoś wystraszyła? Może 

czegoś się domyślała?

Zwolnił.  Płynął  przecież  na  całkiem  nieznanych  sobie  wodach i 

mógł spowodować wypadek. Uważnie obserwował mijane brzegi i 

całkiem   zapomniał   o   zakonnicy.   Myślał   natomiast   o   dziewczynie, 

którą   znał  jedynie   z  głosu   przez  radio.   Jak   wyglądała?   Ile   mogła 

mieć lat? Chyba nie była taka młoda, ale on zawsze lubił kobiety 

nieco od siebie starsze.

Siostra Mary Catherine nie wiedziała, co ją właściwie obudziło. 

Wyprostowała się w fotelu i zerwałaby się na równe nogi, gdyby nie 

to,  że  wtedy  leżąca   na   jej   kolanach  lornetka   spadłaby  na  ziemię. 

Może doleciał do niej jakiś dźwięk, a może po prostu poczuła chłód.

Kiedy   otworzyła   oczy,   jacht   przystosowany   do   połowu   mijał 

cieśninę. Musiał mieć potężny silnik, bo głuche basowe dudnienie 

niosło się nad wodą. Zdumiało ją, że go nie znała. Dotąd wydawało 

jej się, że zna wszystkie jachty i kutry w okolicy. Przepływający przez 

cieśninę dawali siostrom sygnały świetlne i machali do nich rękami. 

Wszyscy   znali   i   szanowali   siostrzyczki   prowadzące   sklep,   stację 

benzynową i port dla promów. Ktoś miejscowy, nawet gdyby ona go 

nie poznała, nie przepłynąłby tak obojętnie obok ich siedziby.

Przypatrywała   się   płynącej   łodzi   przez   lornetkę   i   natychmiast 

zauważyła,   że   coś   jest   nie   w   porządku.   W   pierwszej   chwili   nie 

potrafiła uświadomić sobie, co ją zaniepokoiło, i dopiero w sekundę 

potem zrozumiała. Jacht nie miał zapalonych świateł pozycyjnych. 

Dlaczego? Nikt przy zdrowych zmysłach nie przepływałby przecież 

background image

tym   wąskim   kanałem   bez   świateł,   tym   bardziej   że   zaczynał   już 

zapadać mrok.

Wszystko   to   podekscytowało   siostrę   Mary   Catherine.   Wstała   i 

poszła   na   koniec   molo.   Przez   lornetkę   usiłowała   odczytać   nazwę 

łodzi wypisaną na rufie. W pewnym momencie fala podniosła rufę i 

zakonnica odczytała napis: „Sea Chase”.

Za   kołem   sterowym   stał   samotny   żeglarz.   I   on   patrzył   w   jej 

kierunku przez lornetkę. Sama nie wiedziała, dlaczego przestraszyła 

się   i   cofnęła   kilka   kroków,   by   ukryć   się   w   cieniu   słupów 

podpierających drewniany pomost.

Corinne czuła ogarniające ją podniecenie, którego źródło nie było 

dla   niej   w   pełni   jasne.   Po   ostatniej   rozmowie   radiowej   wzięła 

prysznic i wyszczotkowała włosy, które następnie związała w koński 

ogon.  Otworzyła   perfumy  i  już  miała   się  nimi  skropić,   gdy  zdała 

sobie „sprawę, jak absurdalnie się zachowuje. Nie bawiła przecież 

gości w barze nocnym w Vancouverze. Miała się spotkać z rosyjskim 

marynarzem, człowiekiem, który zapewne cudem uszedł śmierci, a 

teraz uciekał. Ten człowiek będzie brudny, przemęczony, głodny i 

zapewne nie zainteresuje się ani Corinne, ani jej wyglądem.

ROZDZIAŁ XV

Trzeba przepłynąć około dziesięciu kilometrów...

Gdy znajdował się mniej więcej na dziesiątym kilometrze, zapadła 

noc. Niebo roziskrzyło się gwiazdami.

Teraz   po   lewej   stronie   powinien   zobaczyć   latarnię.   Brzeg   był 

jednak całkiem czarny. Raz zauważył światełko, ale wyglądało to na 

background image

oświetlone okno domu. Był jednak całkiem spokojny - ta kobieta 

czeka gdzieś tam w ciemności na niego.

I nagle zobaczył światło.

Włączył radiostację i rzucił do mikrofonu:

- Widzę światło.

- Zatrzymaj   się   tam,   gdzie   jesteś,   i   w   trzydzieści   sekund   po 

wyłączeniu   się   dwukrotnie   zgaś   światło.   Ja   dam   znak   latarką,   że 

widzę.

- A potem?

- Potem czekaj - odpowiedziała niemal ze złością.

Ogarnął go gniew. Co to za szmata? Jak ona śmie tak się do niego 

odzywać? Zaraz potem przyszła refleksja: myśli i jest ostrożna, a to 

jest gwarancją bezpieczeństwa.

Wykonał jej instrukcje, a w chwilę potem na brzegu zakołysał się 

świetlisty punkcik. Natychmiast też usłyszał jej głos w odbiorniku.

- W porządku. Czekam na ciebie.

- Jak mam się tam dostać?

- Masz jakiś pływak, najlepiej gumowy? 

Nie zrozumiał.

- Co masz na myśli?

- Tratwę,   łódkę   gumową,   materac,   coś   takiego.   Tu   nie   ma 

przystani, a pod wodą są kamienie. Jachtem nie dopłyniesz.

- Mam gumową tratwę, a jacht i tak muszę zatopić. Szukają go.

- W czym mogę ci pomóc?

- Świeć latarką, żebym wiedział, gdzie przybić. Czy jest tam ktoś 

poza tobą?

- Nie.

background image

- Doskonale. - Koniew wyłączył radio. I tak rozmawiali już zbyt 

długo.

Odwiązał   tratwę   umocowaną   na   dachu   kabiny   jachtu,   znalazł 

wiosło, położył je na tratwę. Rzucił tam też torbę z czystą bielizną i 

ubraniem,  jakie znalazł w kabinie. Po zrobieniu tego wszystkiego 

przestudiował mapę. Przed nim, od strony prawej burty, znajdowały 

się skały, tak w każdym razie odczytał mapę. Nie był pewien, czy są 

daleko. Znowu zwolnił i gdy poczuł, że jedna z burt zaczyna się o coś 

ocierać,   stanął.   Wychylił   się.   Spod   gładkiej   powierzchni   wody 

wystawały   ostre   krawędzie   głazów.   Były   wręcz   idealne   dla 

osiągnięcia   celu,   jaki   sobie   wyznaczył.   Włączył   wsteczne   obroty 

śruby i przez jakiś czas płynął do tyłu. Oddalił się od skał na tyle, 

żeby   rozpędzić   jacht.   Ruszył.   Właściwie   powinien   był   się   położyć 

płasko na pokładzie, ale uznał, że wystarczy, iż usiądzie w fotelu za 

sterem i oprze się o koło sterowe.

Jacht rozpędził się. Potężny silnik wył na dużych obrotach. Jeszcze 

nie   osiągnął   pełnej   szybkości,   gdy   łódź   wpadła   na   skały.   Koniew 

poczuł   silny   wstrząs,   rzuciło   go   do   przodu.   Zdołał   się   jednak 

utrzymać w fotelu.

Włączył wsteczne obroty. Podwodne wzniesienia przez chwilę nie 

puszczały jachtu, ale drżący z wysiłku silnik zwyciężył i łódź zaczęła 

się cofać. Słychać było zgrzyt kadłuba ocierającego się o nie. Jacht 

przechylił się na jedną stronę, grożąc, że się przewróci. Odpłynęli 

jednak  od  skał.  Znowu  znajdował  się  na  głębinie.  Koniew  słyszał 

teraz szum wody wlewającej się do kabiny. Jacht zaczął się zanurzać, 

nie tracąc stateczności. Gdy woda dosięgła dolnego pokładu, Koniew 

spuścił tratwę, wskoczył na nią i oddalił się kilkoma silnymi ruchami 

background image

wiosła.

Słyszał teraz głośne bulgotanie wewnątrz tonącego jachtu. Gdyby 

ktoś znajdował się w tej okolicy, musiałby ten dźwięk usłyszeć. Nie 

było jednak nikogo. „Sea Chase” zaczęła się zanurzać coraz szybciej, 

wreszcie znikła. Jeszcze przez jakiś czas z głębi wylatywały wielkie 

bańki powietrza.

Zawrócił tratwę i zaczął spokojnie wiosłować. Nie mógł odnaleźć 

światła latarki, wreszcie dostrzegł je. Przeświecało przez liście drzew 

czy krzewów. Płynął teraz prosto na światło.

Corinne   siedziała   na   pniu   zwalonego   drzewa.   Światło   ręcznej 

latarki skierowała w bok, żeby nie oślepić nadpływającego.

Wystraszyła się odgłosów wydawanych przez zatapianą łódź.

Wiedziała, że jej gość chce zatopić jacht, ale nie przyszło jej do 

głowy, że rozbije go o skały. Czy wyszedł cało z tego karambolu? Czy 

nie   leży   nieprzytomny   na   pokładzie   tonącego   jachtu?   Czy   nie 

potrzeba   mu  pomocy?   Odsunęła   od   siebie  te   myśli  uznając   je  za 

głupie. Nie miała do czynienia z nowicjuszem.

Wreszcie   zauważyła   zbliżającą   się   do  brzegu  tratwę.  Mężczyzna 

wiosłował spokojnie i pewnie. A więc za chwilę go pozna...

- Po   lewej   skały,   uważaj!   -   krzyknęła,   kierując   w   tamtą   stronę 

stożek światła.

Zręcznie ominął przeszkodę i podpłynął pod sam brzeg.

- Czy są tu jeszcze jakieś przeszkody? - zapytał.

- Nie, możesz płynąć.

Jego głos - mocny, zdecydowany i przyjemny - brzmiał zupełnie 

inaczej   niż   przez   radio.   Mówił   wyraźnie   z   obcym   akcentem,   ale 

background image

płynnie. Wstała z pnia i podeszła na skraj plaży.

- Wiosłuj w tym kierunku. Tu wyjdziesz na ląd nie mocząc nóg.

- Wreszcie będę mógł cię zobaczyć. Jestem ciebie bardzo ciekaw.

Mówił   tak   spokojnie,   jakby   to   było   spotkanie   dwojga   wyciecz-

kowiczów, a nie osób zaangażowanych w grę, w której stawką jest 

życie.

- I ja chciałam cię zobaczyć.

Tratwa dobiła do plaży. Corinne na moment oświetliła latarką jego 

twarz. Zaraz jednak ją opuściła.

- Przepraszam - bąknęła - Chciałam...

- Daj spokój! - Wstał. - Nogi mi ścierpły na tej tratwie. Podaj mi 

rękę.

Przez chwilę czuła jego dłoń w swojej.

- Nazywam się Mikołaj Koniew i chciałem ci podziękować.

- Ja jestem Corinne Foxe - przedstawiła się. - Chodź za mną. - 

Skierowała światło latarki na ziemię. - Zaraz za plażą zaczyna się 

ścieżka,   która   nas   doprowadzi   do   domu.   Przygotowałam   coś   do 

zjedzenia.

- Czy masz prysznic? Chciałbym zmienić bieliznę.

Zaśmiała się.

- Nie   planowano   naszego   spotkania.   Prysznic   mam,   ale   nie 

przypuszczam, żeby któraś z moich rzeczy mogła pasować na ciebie. 

Jesteś troszkę większy ode mnie.

- Mam własne rzeczy na zmianę - odpowiedział. - No, może nie 

własne i niezbyt starannie dobrane, ale w każdym razie w moim 

rozmiarze.

background image

Był   już   zmrok,   kiedy   Bernie   Ryng   postanowił   zawinąć   do 

przystani   we   Friday   Harbour   na   wyspie   San   Juan.   Właściwie 

prowadziłby   nadal   poszukiwania,   ale   siły   odmówiły   mu 

posłuszeństwa i czuł, że musi się przespać. Zresztą poruszanie się po 

omacku, w bezksiężycową noc, nie miało sensu. Był przekonany, że 

Koniew   również   gdzieś   się   zatrzymał.   Tylko   gdzie?   Spojrzał   na 

zegarek   i   uświadomił   sobie,   że   admirał   Coffin   czeka   na   jego 

meldunek.

Zatelefonował z aparatu na molo.

- Muszę   wypocząć   przez   kilka   godzin.   Nie   ma   się   co   kręcić   w 

ciemności. I tak nie mam pojęcia, gdzie szukać.

Ustalono jedynie, że poszukują jachtu „Sea Chase”, który należał 

do nieżyjącego już Johna Lawlera. To jego ciało wyłowiono z morza.

- A co planujesz na jutro? - pytał Coffin.

- Wypływam o czwartej trzydzieści. Wtedy zaczyna świtać.

- Przed   twoim   wypłynięciem   skontaktujemy   się   telefonicznie. 

Życzę szczęścia, Bernie. Tobie i sobie.

Corinne nie potrafiła ukryć uśmiechu, kiedy Koniew pokazał się w 

kuchni. Ubranie, w jakie się przebrał, musiało należeć do kogoś o 

wiele grubszego.

Natychmiast domyślił się, co ją rozśmieszyło. Spojrzał na siebie i 

powiedział swobodnym tonem:

- Gdybyśmy   razem   robili   zakupy,   zapewne   wybralibyśmy   coś 

lepszego i w innym stylu.

Zdumiała się. Powiedział coś takiego, choć znali się dopiero od 

kilkunastu minut. On tymczasem ciągnął:

background image

- Może   jeszcze   będziemy   mieli   taką   okazję.   -   Spojrzał   na   jej 

spodnie, uśmiechnął się i ocenił: - Nie najgorsze, ale wolałbym cię w 

spódniczce. Lubię też zapach perfum, jakich używasz.

Kiedy Koniew brał prysznic, poszła do sypialni i poperfumowała 

się   dyskretnie   za   uszami.   Popatrzyła   nawet   na   swoje   odbicie   w 

lustrze, wzruszyła ramionami i pomyślała: po co ja to robię? Nie 

umiała odpowiedzieć sobie na to pytanie. Teraz, kiedy zauważył, że 

użyła perfum, potrafiła jedynie mruknąć pod nosem:

- Dziękuję.

- Znalazłem maszynkę do golenia i skorzystałem z niej - pogładził 

się po policzku.

- Wyglądasz teraz o wiele lepiej.

- Brakuje mi tylko wody kolońskiej. W domu mam cały zestaw 

różnych zapachów. Lubisz zapach męskiej wody kolońskiej?

Uśmiechnęła się i nic nie odpowiedziała.

- Co gotujesz? - zainteresował się.

- Abalone.

- Co to takiego? - nie zrozumiał.

- To   lokalna   nazwa   morskich   mięczaków.   Przepraszam.   Nie 

możesz jej znać.

Skinął głową.

- Jestem po raz pierwszy na tym kontynencie.

- Abalone to coś w rodzaju wielkiej ostrygi. Łowi się je tylko na 

tych wodach. Są bardzo smaczne.

- Sama złowiłaś?

- Ależ   skąd.   Dał   mi   je   dziś   w   południe   pewien   tutejszy   rybak. 

Nawet wydobył je ze skorupy.

background image

Zobaczyła ze zdumieniem, że nagle zmienił się na twarzy. Jego 

ręka nieoczekiwanie silnie ścisnęła jej ramię.

- Chcesz powiedzieć, że przychodzi tu ktoś obcy?

- Jakiś młody rybak spotkał mnie przypadkowo. Sądzi, że jestem 

ornitologiem i obserwuję ptaki. Stara się być bardzo miły i pojawia 

się jedynie około południa.

- Przepraszam - zreflektował się. - Jestem bardzo zmęczony i stąd 

te reakcje. Jak często się tu zjawia?

- Był dopiero dwa razy, wczoraj i dziś.

- Czy zapowiedział się na jutro?

- Wspominał, że będzie w okolicy.

- Czym pływa?

- Kutrem rybackim. Nic szczególnego. Dlaczego pytasz?

- Po prostu zastanawiam się. Będziemy potrzebowali jakiejś łodzi, 

żeby się stąd wydostać.

Zauważyła, że mówił „my”, a więc planował dalszą ucieczkę razem 

z nią. Ostatecznie po to ją tu przysłano, żeby mu pomagała.

Zaczęła go podświadomie porównywać z własnymi o nim wyob-

rażeniami. Był tak wysoki, jak przypuszczała, i miał czarne włosy, ale 

z   siwymi   pasmami.   Brakowało   mu   wąsów   i   wydawał   się   nieco 

starszy, niż myślała. Miał też bardziej wystające kości policzkowe i 

nie był tak przystojny, jak w jej wyobraźni. Był jednak niewątpliwie 

fascynującym mężczyzną.

- Jednym   z   niewielu   luksusów,   o   jakie   prosiłam,   było   wino.   - 

Mówiąc to nakładała na talerze przygotowaną potrawę. - Czy byłbyś 

łaskaw...

Wziął od niej talerze i postawił na stole, podczas gdy ona zajęła się 

background image

nalewaniem wina. Gdy już siedzieli, powiedział:

- Pozwól, że wzniosę toast. Za mojego anioła stróża. Za kobietę, 

która ocaliła mi życie.

- Daj spokój, nic takiego nie zrobiłam.

- Właśnie, że zrobiłaś. Tobie zawdzięczam życie. Gdybyś na mnie 

tu nie czekała, nie mam pojęcia, co by się ze mną stało. Jeśli nadal 

pozostaniesz moją szczęśliwą gwiazdą, wkrótce stąd znikniemy.

Odnotowała, że znów powiedział „my”.

Uniosła szklankę, ale pomyślała, że wcale nie chce stąd znikać.

Popatrzyła mu prosto w oczy. Było w nich coś urzekającego, coś 

niemal  hipnotyzującego.  I  przyszło  jej  do głowy,  że gdyby  chciał, 

poszłaby za nim wszędzie.

Siostra   Mary   Catherine   usiadła   na   łóżku   mokra   od   potu.   Była 

przerażona. Śniło się jej, że człowiek, który patrzył na nią z pokładu 

jachtu, wyciągnął rękę, by ją chwycić, a ona nie mogła uciec.

- Siostro, proszę się obudzić... Siostro, to tylko zły sen. - Otworzyła 

oczy i zorientowała się, że nad nią stoi siostra Mary Margaret.

Rozejrzała   się  dokoła.  Była  w  swoim  własnym  pokoju.  Całkiem 

bezpieczna.

- Tak, to zły sen - przyznała. - Obudziłam cię?

- Nie, to telefon.

- A któż to nas niepokoi o tej porze?

- Dzwonią   z   kontynentu,   z   biura   szeryfa.   Szukają   kogoś,   kto 

podobno kręci się w naszej okolicy, a ja przypomniałam sobie, co 

mówiłaś o tym jachcie, który płynął bez zapalonych świateł. Chcą z 

tobą zamienić kilka słów.

background image

- Czy myślisz, że ten człowiek...

- Nie wiem. Czekają na ciebie przy telefonie.

Telefon stał w jadalni. Siostra Mary Catherine narzuciła szlafrok i 

poszła tam. Odpowiadając na zadawane jej pytania opowiedziała o 

jachcie,   o   człowieku,   który   wzbudził   jej   podejrzenia,   choć   nie 

potrafiła   ich   uzasadnić.   Przypomniała   sobie   nazwę   jachtu   -   „Sea 

Chase”.   Wreszcie   zapytała,   dlaczego   szukają   tego   człowieka. 

Usłyszała, że pomagają jedynie ludziom z marynarki i niczego nie 

wiedzą.

Mikołaj Koniew najlepiej funkcjonował w sytuacjach niebezpiecz-

nych,   nawet   wtedy   gdy   był   zmęczony.   Wówczas   był   najbardziej 

czujny,   skupiony   i   zdolny   do   największego   wysiłku.   Nie   miał 

najmniejszych

wątpliwości, że go ścigają. Ktoś, zapewne nie gorszy od niego, idzie 

jego tropem. Musi więc pozostawiać za sobą jak najmniej śladów. 

Nie mógł sobie darować, że nie zabił tamtego starego człowieka. Na 

pewno trafili już na ślad, ale wyprzedza ich i ma dość czasu, żeby 

zniknąć. Obawiał się tylko, że tropi go ktoś, kto tak jak on ma ów 

szczególny instynkt komandosa.

Zastanawiając   się   nad   swoją   sytuacją   doszedł   do   wniosku,   że 

najkorzystniej będzie uciec do Kanady, do jakiegoś miasta, takiego 

choćby   jak   Vancouver.   Tam   skontaktuje   się   z   radzieckim 

konsulatem. Mógł to zrobić przez telefon. Istniał pewien szczególny 

szyfr, którym mógłby zasygnalizować, że ich człowiek znajduje się w 

niebezpieczeństwie   i   wymaga   natychmiastowej   pomocy.   Konsulat 

zaraz powiadomi Moskwę, a odpowiedni ludzie na Kremlu będą już 

background image

wiedzieli,   o  kogo   chodzi,  i   zrobią   wszystko,   co   w  ich   mocy,   żeby 

wyciągnąć go z opałów.

Na razie jednak znajdował się na maleńkiej wysepce należącej do 

Stanów   Zjednoczonych.   Ktoś   inny   w   jego   sytuacji   byłby 

sparaliżowany   strachem.   On   natomiast   z   przyjemnością   popijał 

wino,   zadowolony,   że   los   zetknął   go   z   tak   sympatyczną   i   ładną 

kobietą.   Pociągała   go,   było   w   niej   coś,   co   mu   zaimponowało,   a 

podziwiał w życiu bardzo niewiele kobiet.

W czasie kolacji rozmawiali, on wypytywał o Vancouver i lokalne 

zwyczaje,   a   przy   okazji   starał   się   wysondować,   czego   zdołała   się 

dowiedzieć o jego akcji. Coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, 

że obecność  Corinne gwarantuje mu bezpieczeństwo, tylko dzięki 

niej   może   się   wydostać   z   matni.   Obiecał   sobie   w   duchu,   że   nie 

podejmie   żadnych   prób   wykorzystania   jej   jako   kobiety,   chyba   że 

sama zrobiłaby w tym kierunku jakiś krok. Po cichu liczył na to. 

Czuli się dobrze razem, byli sobą wzajemnie zainteresowani, widział, 

że ją zafascynował.

- Gdy   zbliżałem   się   do   tej   wyspy,   na   wschodnim   przylądku 

zobaczyłem jakąś kobietę w dziwacznym czarnym stroju. Siedziała 

na molo. Czy dużo ludzi tu mieszka?

- Nie o tej porze roku i nie w tej części wyspy. Gdzie ją spotkałeś?

- Jakieś cztery kilometry stąd.

- Pewnie w porcie promów prowadzonym przez siostry zakonne.

- Tak, to chyba była zakonnica. Patrzyła na mnie przez lornetkę. 

Dużo ich tu jest? Myślę o zakonnicach.

- Nie   mam   pojęcia.   -   Nie   rozumiała,   dlaczego   interesuje   się 

zakonnicami, które nie stanowiły żadnego zagrożenia.

background image

- Czy mają telefon?

- Nie wiem. Dlaczego o nie wypytujesz?

Wzruszył ramionami.

- Nie   wszystko   potrafię   ci   wytłumaczyć   i   nie   na   każde   pytanie 

mogę   odpowiedzieć.   Po   prostu   nie   chcę   pozostawiać   za   sobą 

żadnych śladów. Nawet w pamięci zakonnic - zaśmiał się.

Całkiem bezwiednie położyła rękę na jego dłoni. Kiedy się spo-

strzegła, cofnęła rękę i sięgnęła po szklankę z winem.

- Nie powinnam być ciekawa - zawstydziła się.

- Nie masz powodów, żeby się peszyć, Corinne - dopiero po raz 

drugi   użył   jej   imienia.   -   Nie   potrafię   wyrazić,   jak   ci   jestem 

wdzięczny.  -  Delikatnie  pogłaskał ją  po  ręce.  -  Mam  nadzieję,  że 

jeszcze kiedyś zrozumiesz, że to więcej niż zwykła wdzięczność za 

uratowanie życia.

Po kolacji Koniew zaproponował, że zmyje talerze, czego nigdy by 

nie   zrobił   w   domu.   Zresztą   nie   zrobiłby   tego   również   w   innych 

sytuacjach.   Zaprotestowała,  twierdząc,  że  musi   być   wykończony  i 

powinien odpocząć.

- Tak, powinienem się już położyć - potaknął - ale przedtem chcę 

ci wytłumaczyć, co mam zamiar zrobić i w czym potrzebuję twojej 

pomocy. Bez ciebie nie poradzę sobie. Pomożesz mi?

Wiedziała, że zrobi wszystko, czego zażąda. Czuła, iż rzeczywiście 

wiele zależało od niej. Tych, którzy powinni byli mu pomagać, nie 

było. Głośno powiedziała:

- Czego ode mnie oczekujesz?

- Przede wszystkim mój angielski jest słaby. Musisz mi pomóc.

- Mówisz całkiem płynnie.

background image

- Z bardzo wyraźnym obcym akcentem i są słowa, których w ogóle 

nie rozumiem.

- W Ameryce nikt nie zwraca uwagi na obcy akcent. Tu tysiące 

ludzi mówi z różnymi akcentami.

- Oni jednak szukają człowieka mówiącego z akcentem rosyjskim. 

Nie znam okolicy i nie znam zwyczajów. Musisz mnie pilotować.

Wytarła   naczynia   i   powiesiła   ścierkę.   Tak,   musi   go   prowadzić. 

Sama   myśl   o   tym   podniecała   ją.   Wiedziała,   że   zaczyna   się 

najbardziej   ekscytująca   i   najbardziej   niebezpieczna   przygoda   jej 

życia.

- Nie mam pojęcia o nawigacji i nie znam się na łodziach.

- Nie   musisz.   Wiesz   jednak,   jak   się   tu   poruszać.   Jesteś   moim 

aniołem stróżem.

- Daj spokój. Czuję się zawstydzona. - Usiadła na kanapie. - Dokąd 

chcesz się dostać?

- Do   Vancouveru.   Tam   jest   nasz   konsulat.   To   niestety   daleka 

podróż, a oni zapewne domyślają się, że tam właśnie chciałbym się 

znaleźć.   Musimy   więc   dotrzeć   do   jakiegoś   innego   miejsca   w 

Kanadzie. Możliwie bliskiego.

- Wszystko jedno jakiego?

- Właśnie   ty   musisz   mi   w   tym   pomóc.   Muszę   jak   najszybciej 

opuścić terytorium Stanów Zjednoczonych i znaleźć się w Kanadzie. 

Potem jakoś przedostaniemy się do Vancouveru.

- Może do Victorii? Potem moglibyśmy pojechać na północ. Tam 

nikt nie będzie cię szukał. Stamtąd zatelefonowałbyś do konsulatu. 

To będzie dla nas najbezpieczniejsze.

Zastanawiała się, dlaczego użyła słowa „my”.

background image

- A więc jedziesz ze mną?

- Tego nie powiedziałam - zajęła pozycję obronną.

- Twoje oczy mówią „tak” - uśmiechnął się.

- Chciałabym ci pomóc...

- A więc wszystko omówiliśmy. - Spojrzał na kanapę i zapytał: - 

Rozkłada się?

- Nie mam pojęcia, nigdy nie sprawdzałam. - Podniosła poduszkę i 

przyjrzała się kanapie. - Oczywiście.

- Prześpię się tu. Czułbym się nieswojo, gdybyś miała mi odstąpić 

swoje łóżko.

- Ależ...   -   nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Nie   proponowała,   że 

odstąpi swoje łóżko.

- Nie dyskutujmy - przerwał - musimy się wyspać. Jutro czeka nas 

niełatwy   dzień.   Ratowanie   mojego   życia   nie   będzie   prostym 

zadaniem.

Nie podjęła tego tematu. Zresztą odpowiadało jej, że zdecydował 

za nią. Przynajmniej nie musiała się zastanawiać, czy ma z nim iść 

do łóżka.

ROZDZIAŁ XVI

Bernie Ryng obudził się bez trudu, ale zanim otworzył oczy, wziął 

głęboki wdech, by zorientować się, jaka jest pogoda. W nocy tem-

peratura spadła, pojawiła się gęsta mgła. Powietrze było wilgotne i 

przepojone   wyziewami   z   portowego   wysypiska   śmieci   i   kutrów. 

Słońce pokaże się nie wcześniej niż za godzinę i przez tę godzinę w 

porcie będzie jeszcze spokojnie. Jeśli chciał wypłynąć przed innymi, 

background image

należało się śpieszyć.

Wziął   gorący   prysznic,   co   zawsze   stawiało   go   na   nogi,   w 

kapitanacie   portu   zjadł   przygotowane   dla   niego   śniadanie, 

składające   się   z   kawy   i   ciastka.   Zaraz   potem   zatelefonował   do 

admirała Coffina.

- Ten   jacht   „Sea   Chase”,   którego   poszukujesz   -   informował   go 

admirał   -   jest   prawie   siedmiometrowej   długości   i   ma   doskonały, 

potężny   silnik.   Płynie   z   szybkością   osiemnastu   węzłów,   a   przy 

spokojnym morzu osiąga dwadzieścia. I najważniejsze - widziano go 

wczoraj wieczorem.

Coffin opowiedział mu o meldunku złożonym przez siostrę Mary 

Catherine. Siostra znała wszystkie jachty w tym rejonie i przeczytała 

nazwę przepływającej łodzi.

Ryng przyjrzał się mapie, po czym powiedział do słuchawki:

- Popłynę w kierunku północnym i zbadam zachodnie wybrzeże 

wyspy.

- Czy domyślasz się, gdzie on mógł się ukryć?

- Nie mam pojęcia, admirale, ale wiem, że mamy do czynienia z 

człowiekiem,   który   może   zrobić   coś,   czego   się   nie   spodziewamy. 

Sądzę, że ma tu kogoś, kto mu pomaga. Bo inaczej dlaczegóż by 

uciekał w kierunku tego archipelagu i wpływał w tak wąski kanał, 

kiedy   się   już   ściemniło.   Sądzę   również,   że   stąd   będzie   się   chciał 

przedostać do Vancouveru. Tam jest radziecki konsulat. Na razie tu 

należy skoncentrować

nasze poszukiwania. Radzę przysłać jednostki Straży Wybrzeża. Ja 

popłynę do klasztoru, chcę porozmawiać z tą zakonnicą.

- Jaką macie pogodę?

background image

- Pewnie taką jak wy. Zapowiada się słoneczny dzień.

I rzeczywiście, kiedy wrócił na jacht, słońce zaczynało rozpraszać 

mgłę. Wypłynął natychmiast i około siódmej był już przy zachodnim 

cyplu   wyspy.   Kiedy   znalazł   się   w   wąskim   kanale,   zmniejszył 

szybkość i płynąc lustrował oba brzegi. Od czasu do czasu dostrzegał 

domki ukryte wśród drzew. Potem zobaczył nadpływający prom o 

nazwie „Nisqually”.

Był sfrustrowany. Jeśli nie natrafi na „Sea Chase” - a na razie nie 

zanosiło się na to - poszukiwania okażą się bezowocne.

Otworzyła   oczy.   Było   całkiem   jasno.   Spojrzała   na   zegarek. 

Zaspała.

Kiedy wieczorem wślizgnęła się do łóżka, nie wiedziała, jak minie 

ta noc. Czuła, że wybór należy do niej. Czy powinna była wstać i 

położyć się obok  Koniewa?  Wyraźnie miała  na to ochotę, ale nie 

chciała się do tego przyznać nawet przed sobą.

A gdyby on przyszedł do niej? Pewnie by mu uległa. Dawniej to jej 

ulegali   mężczyźni.   Ten   jednak   był   inny.   Silny,   zdecydowany   i 

wiedziała, że będzie mu posłuszna.

Noc jednak minęła spokojnie, bez żadnych wydarzeń.

Zerwała się z łóżka, założyła szlafrok i wyszła do pokoju jadalnego. 

Był   pusty.   Koc   na   kanapie   był   odrzucony,   ubranie   jej   gościa 

zniknęło. Czyżby ulotnił się, zostawiając ją tutaj?

Wyszła na ganek. Ślad na pokrytej poranną rosą trawie prowadził 

do   wybrzeża.   Poszła   tym   tropem   i   prawie   natychmiast   zobaczyła 

Koniewa. Stał ukryty wśród drzew i przez lornetkę patrzył na zatokę.

Szła cicho. Gdy była pięć metrów od niego, trzasnęła jakaś gałąź. 

background image

Koniew odwrócił się błyskawicznie. W ręku trzymał wycelowany w 

nią pistolet.

Gdy stwierdził, że to ona, położył palec na ustach, a broń schował 

za pas.

Przeraził   ją   wyraz   jego   oczu.   Były   to   pozbawione   lęku   oczy 

polującego drapieżnika. Dopiero po chwili na jego twarzy ukazał się 

uśmiech, ale oczy nadal pozostawały zimne.

Czuła, że drży. Miała świadomość, że otarła się o śmierć. Równo-

cześnie jednak wiedziała, że chętnie rzuciłaby się w jego ramiona. 

Potrzebowała jego pomocy, ochrony, akceptacji. Patrzył jej prosto w 

oczy,

a spojrzenie to zdawało się ją hipnotyzować. Wyciągnął do niej rękę.

- Wystraszyłaś mnie - przerwał milczenie. - Mogłem wyrządzić ci 

krzywdę. - Mówił tak, jakby żałował tego, co się stało. - A nigdy nie 

wyrządziłem krzywdy komuś, na kim mi tak bardzo zależy.

Był spokojny i opanowany.

- Chodź i spójrz na ten kuter - poprosił. - Widziałaś go tu kiedyś?

Wzięła lornetkę trzęsącymi się jeszcze ciągle rękami. Przyciągnął 

ją delikatnie do siebie i położył dłoń na jej ramieniu.

- Naprawdę bardzo mi przykro, że cię przestraszyłem. - Delikatnie 

głaskał ją po karku. - Uspokój się i popatrz. - Wskazał ręką na jacht 

czy też kuter rybacki powoli płynący wąską cieśniną.

Pod wpływem jego dotknięcia uspokoiła się. Obserwowała przez 

lornetkę   biały   jacht   powoli   płynący   w   kierunku   wschodnim.   Za 

kołem   sterowym   stał   samotny   mężczyzna.   Półgłosem   przeczytała 

nazwę na burcie:

- „Voyager”.

background image

- Czy on może widzieć twój dom?

- Jestem   pewna,   że   nie.   Rybak,   o   którym   ci   opowiadałam,   był 

zdumiony, że jest tu jakiś dom.

- Doskonale. - Ręka Koniewa masowała delikatnie jej kark. - Czy 

wiesz,  że   kiedy  cię  zobaczyłem,   poczułem  dreszcz  emocji?   -  Jego 

dłoń zjechała nieco niżej, pieściła teraz plecy Corinne. - Czy już się 

uspokoiłaś?

Głos był tak miękki, tak czuły, że z trudem zapanowała nad chęcią 

odwrócenia   się   i   przytulenia   do   mężczyzny.   Jeszcze   przez   chwilę 

patrzyła   przez   lornetkę.   Kiedy   się   odwróciła,   pochylił   się   i   lekko 

pocałował   ją   w   policzek.   Wziął   od   niej   lornetkę   i   zajął   się 

lustrowaniem zatoki.

Spojrzała   na   zegarek.   Wyszła   z   domu   przed   niespełna   trzema 

minutami, a to, co się w ciągu tych trzech minut wydarzyło, mogła 

uznać za najstraszliwsze, a zarazem najwspanialsze doświadczenie w 

życiu. Była pewna, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak Koniew. 

O   takich   ludziach   czyta   się   w   książkach,   ale   w   życiu   się   ich   nie 

spotyka.

Bernie Ryng wpłynął do przystani, przy której zacumował prom, i 

ustawił   swój   jacht   tuż   obok   jego   burty.   Kapitan   promu   stał   na 

mostku i ruchem dłoni odpowiedział na pozdrowienie Rynga.

- Dzień dobry! - krzyknął Bernie w kierunku kapitana. – Dziś rano 

była gęsta mgła.

- To prawda, ale to dla nas nie ma znaczenia.

- Chciałbym zapytać, czy przypadkiem nie napotkał pan jachtu o 

nazwie „Sea Chase”?

background image

- To i pan go szuka? Faceci ze Straży Wybrzeża wypytywali o to 

samo.

- A więc nie widział pan?

- Nie. Jak zobaczę, zawiadomię przez radio.

- Dziękuję, kapitanie. Czy wie pan, gdzie mam szukać zakonnic, 

które opiekują się jedną z przystani promu?

- Po drugiej stronie cieśniny. Szuka pan siostry Mary Catherine?

- Tak.

- To dobra kobieta. Pewnie znajdzie ją pan w sklepie, który tam 

prowadzą.

Siostrę   Mary   Catherine   znalazł   na   molo.   Była   zdenerwowana, 

nawet  przestraszona. Po rozmowie  telefonicznej  z biurem  szeryfa 

nie zmrużyła już oka. Była przekonana, że coś się musi wydarzyć i że 

w każdej chwili na wyspie może się pojawić ktoś obcy.

Niewiele nowego potrafiła powiedzieć Ryngowi. Zresztą była tak 

roztrzęsiona,   że   zapomniała   nawet   to,   o   czym   pamiętała   jeszcze 

wczoraj.

Ryng starał się ją uspokoić. Zapewniał, że nie ma najmniejszych 

podstaw do niepokoju. Gdy odpływał, nie miał pewności, czy mu się 

to udało. Skierował się teraz na zachód. Starał się wczuć w położenie 

człowieka, którego tropem podążał, i zastanawiał się, co by zrobił na 

jego miejscu.

Koniew   usłyszał   nadlatujący   helikopter,   kiedy   maszyna   była 

jeszcze o wiele mil od nich. Domyślił się, że helikopter leci nisko, 

zapewne tuż nad wodą wzdłuż cieśniny. Corinne twierdziła, że nigdy 

nie słyszała tu helikoptera.

background image

Sprawdził,  czy  przed  domem nie zostawili niczego,  co  mogłoby 

zwrócić uwagę pilota.

- Jeszcze jeden - powiedział.

- Co jeszcze jeden? - nie zrozumiała.

- Jeszcze   jeden   helikopter.   Szukają   nas...   Raczej   mnie.   Nie 

możemy tu zostać zbyt długo.

- A co powinniśmy zrobić?

- Gdzie ten twój przyjaciel rybak?

- Zazwyczaj   pokazuje   się   koło   południa.   Obiecał,   że   przywiezie 

ryby i wino.

- To bardzo ładnie z jego strony. Z jakiej to okazji? - W głosie

Koniewa   wyraźnie   wyczuwała   ironię   i   pomyślała,   że   musi   to   być 

objaw zazdrości.

- Wczoraj poczęstowałam go kanapkami, a on obiecał przywieźć

dziś lunch.

- Powinniśmy   być   mu   wdzięczni.   Potrzebny   nam   będzie   jego 

kuter.

Dostrzegł na twarzy Corinne wyraz obawy.

- Nic mu się nie stanie. Zabijam jedynie wrogów. - Pochylił się i 

pocałował ją w czoło, jakby była dzieckiem. - Obiecuję, że twojemu 

przyjacielowi włos z głowy nie spadnie. Co najwyżej go zwiążę, żeby 

nie wszczął alarmu.

Nie   potrafiła   jeszcze   dokładnie   sprecyzować   swoich   uczuć, 

wiedziała jednak, że nie będzie w stanie długo ich ukrywać. Podeszła 

do Koniewa i oparła czoło na jego piersi.

- Rozumiem, że nie powinien ci przeszkodzić w ucieczce, ale to

bardzo miły i niewinny chłopak. Musisz go oszczędzić.

background image

Koniew   zdawał   sobie   sprawę,   co   czuła   i   przeżywała   jego 

towarzyszka.   Działał   przecież   z   premedytacją   i   jak   zawsze   w 

stosunkach z kobietami osiągał to, co zamierzał. Wiedział, że ona 

nawet   się   nie   zorientuje,   kiedy   będzie   całkowicie   od   niego 

uzależniona, w pełni mu podporządkowana. Nie wątpił, że do tego 

dojdzie. Zawsze tak było.

- Po raz pierwszy mam ochotę powrócić do domu z kobietą, którą 

spotkałem. - Pocałował ją lekko w usta i cofnął się o krok.

- Nie masz żony?

- Nie, nie mam, gdyż nigdy nie spotkałem kobiety takiej jak ty.

Już   chciała   go   pocałować,   gdy   zauważyła,   że   przekrzywił   lekko 

głowę i nadsłuchuje.

- Co znowu? - zapytała.

- Kuter...

- Może to „Voyager”... ten, który widzieliśmy.

- Nie, to jakiś inny silnik.

Zdumiała   ją   przemiana,   jaka   w   nim   zaszła.   Przed   chwilą   był 

miękki, uroczy, szarmancki, teraz ostry, czujny, gotowy do ataku. 

Nadsłuchiwał wstrzymując oddech.

- Słyszałaś? - wyszeptał. Skinęła głową.

- Chodź, zobaczymy.

Wziął lornetkę i ruszyli w kierunku brzegu. Stanęli ukryci między 

drzewami. Koniew lustrował powierzchnię zatoki.

- Kuter rybacki. Jeden człowiek na pokładzie. Popatrz.

Przejęła lornetkę i natychmiast przekonała się, że to „Dream Girl” 

z Jimmym Cookiem za kołem sterowym.

- To Jimmy, o którym ci opowiadałam.

background image

- Znakomicie. Trudno wymarzyć sobie lepszą  okazję.  Wracajmy 

do domu. Nie może nas zobaczyć.

- Co chcesz, żebym zrobiła?

- Nic. Poczekamy. Niech nasz przyjaciel sam się tu zjawi.

Oczekiwanie dłużyło się jej bez końca. Dźwięk silnika stawał się 

coraz bliższy. W jakimś momencie zrobiło się cicho.

- Pewnie stanął przy brzegu - domyślił się Koniew. Dwukrotnie 

zawyła syrena kutra i od strony wody dobiegł ich głos:

- Hej, tam na brzegu! Twój dostawca spyży nadjechał!

- Co znaczy: spyży? - nie zrozumiał Koniew.

- To żart. Sygnalizuje, że przywiózł lunch.

- Corinne McCarthy! Czyżbym się spóźnił?

- Co mam odpowiedzieć?

- Wyjdź do niego i koniecznie ściągnij go do domu. Tam ja się nim 

zajmę.

- Nic mu nie zrobisz? Obiecałeś...

W twarzy Koniewa nie drgnął żaden mięsień.

- Jeśli będzie posłuszny, włos mu z głowy nie spadnie.

- Corinne,   jesteś   tam?!   -   głos   wołającego   był   lekko 

zniecierpliwiony.

- Już idę! - krzyknęła od drzwi. - Nie usłyszałam, jak wołałeś.

Wyszła zza drzew i zobaczyła Jimmy'ego. Stał na pokładzie kutra z 

flaszką wina w ręku.

- Wino też przywiozłem. Czy wejdziesz na pokład i popłyniemy 

gdzieś razem?

- Nie. Dzisiaj jest dzień mojej domowej pracy. Zejdź na ląd, zjemy 

lunch na tarasie.

background image

Jimmy popatrzył na zegarek.

- Dla   mnie   to   trochę   za   wcześnie.   Nie   ma   jeszcze   dziesiątej. 

Sprawdzę rozstawione pułapki na kraby i wrócę koło południa.

Corinne przestraszyła się, że plan Koniewa może się nie udać.

- To przynajmniej przynieś wino i co tam jeszcze masz, włożymy

wszystko do lodówki.

- Czy przypuszczasz, że Jimmy Cook to idiota? Przywiozłem lód.

Trzeba wymyślić coś innego - przeleciało jej przez głowę.

- Jimmy. Nie dasz mi chyba dłużej czekać. Nie zmrużyłam w nocy 

oka czekając na ciebie, a teraz ty... Dla ciebie postanowiłam dziś 

nigdzie nie wychodzić. Żaden dżentelmen w takiej sytuacji nie może 

kobiecie odmówić.

- Oczywiście...   -   zająknął   się.   -   Nie   zdawałem   sobie   sprawy,   że 

wywieram na kobietach aż takie wrażenie.

- No widzisz. Nie masz wyjścia. Musisz zejść na brzeg.

- Już się robi.

Ściągnął ponton z daszka kabiny, zrzucił go na wodę i ostrożnie 

umieścił   w   nim   wino   i   wiadro   z   lodem,   w   którym   tkwił   jakiś 

pakuneczek,   zapewne   obiecane   ryby.   Potem   sam   się   ulokował   i 

powiosłował w kierunku brzegu.

Gdy dopłynął, Corinne powiedziała:

- Chodź ze mną.

Minęli ścieżkę wśród drzew i krzaków, Jimmy wszedł za Corinne 

na taras, a następnie do pokoju. Był uśmiechnięty, pełen radosnego 

oczekiwania. I nagle poczuł się jak człowiek niespodziewanie oblany 

zimną wodą. Zobaczył mężczyznę, który mierzył do niego z pistoletu. 

Za tym mężczyzną stała Corinne.

background image

- Bardzo mi przykro, panie Cook, że wprowadzono pana w błąd, 

ale to wyłącznie dla pańskiego dobra - mężczyzna mówił poprawną 

angielszczyzną   z   bardzo   jednak   wyraźnym   obcym   akcentem.   - 

Corinne

zamartwiała się o pańskie bezpieczeństwo i musiałem ją zapewnić, 

że

nic się panu nie stanie. Oczywiście pod warunkiem, że będzie się 

pan

mądrze zachowywał.

Jimmy patrzył na Koniewa, potem przeniósł wzrok na Corinne i 

znowu   na   Koniewa.   Nie   mógł   wydusić   z   siebie   słowa.   Człowiek, 

który celował do niego, miał twarz bez wyrazu, ale jego oczy mówiły, 

że jest gotów zastrzelić go bez chwili wahania.

- Uczyni pan roztropnie kładąc ręce na głowę - powiedział Koniew 

i Jimmy w milczeniu wykonał polecenie.

- Corinne, sprawdź, proszę, co ma w kieszeniach.

Podeszła   do   niego   z   tyłu   i   wyjęła   mu   z   kieszeni   portfel,   nieco 

drobnych monet, grzebień, chustkę, składany scyzoryk i pilnik do 

paznokci.

- Połóż to wszystko na stole, z wyjątkiem noża – polecił Koniew. - 

Nie można pozostawić niczego, co mogłoby mu ułatwić ucieczkę.

Koniew kazał młodemu rybakowi usiąść na krześle ustawionym na 

środku   pokoju,   a   Corinne,   kierując   się   wskazówkami   Koniewa, 

związała   mu   ręce.   Rosjanin   sam   sprawdził   więzy   i   jeszcze   je 

wzmocnił.   Następnie   schował   broń   do   kieszeni   i   przywiązał   nogi 

Cooka do krzesła.

Gdy operacja została zakończona, Koniew usiadł obok związanego 

background image

i zadał mu szereg pytań. Dowiedział się, że bak paliwa na kutrze jest 

pełny, silnik przeszedł niedawno przegląd, instalacja elektryczna w 

porządku i nigdzie nie iskrzy, zasięg kutra stosunkowo duży, a w 

kabinie znajduje się karabin i paczka amunicji.

- Jestem pewien, młodzieńcze, że po jakimś czasie uwolnisz się

z tych pęt.

Spakowali rzeczy osobiste Corinne, zniszczyli radio i wszystko, co 

mogłoby naprowadzić kogoś na ich ślad.

Gdy znaleźli się na pokładzie kutra, Koniew dokładnie obejrzał ich 

nowy pojazd i dopiero wtedy uruchomił silnik.

- Doskonała   łódź.   Idealna   dla   naszych   celów.   Gdyby   nas   za-

trzymano, jesteśmy małżeństwem, które wypłynęło na przejażdżkę. - 

Mówiąc to zaczął szukać czegoś w szafce z mapami stojącej w budce 

sternika. Pokiwał głową i dodał: - Nie mogę znaleźć dokumentów 

kutra. Zapewne zostały w portfelu. Zaczekaj tutaj, wrócę na chwilę 

do   domu.   Zachowuj   się   jak   najbardziej   swobodnie,   jak   turystka. 

Jeśliby ktoś przepływał obok, pomachaj ręką.

W   rzeczywistości   karta   rejestracyjna   znajdowała   się   w   szafce. 

Koniew znalazł ją i schował do kieszeni. W chwilę potem wbiegł do 

domu, wpadł do kuchni i wyjął z szuflady kredensu ostry nóż. Wrócił 

do pokoju.

Zauważył, że oczy rybaka zrobiły się okrągłe z przerażenia.

- Nie bój się, Jimmy - powiedział łagodnie.

- Przecież Corinne mówiła... - jego głos łamał się ze strachu. Z 

wyrazu twarzy Koniewa odczytywał swój los.

- Corinne   uważa,   że   jesteś   zbyt   mocno   związany   i   nigdy   nie 

zdołasz   się   uwolnić.   Obiecałem   jej,   że   rozluźnię   ci   te   sznury. 

background image

Będziesz miał łatwiejsze zadanie.

Zaszedł Jimmy'ego od tyłu, zdecydowanym ruchem złapał go za 

włosy, odciągnął głowę i przeciął mu gardło. Zrobił to tak szybko, 

zręcznie i z taką wprawą, że zdążył cofnąć ręce, zanim krew trysnęła 

z   rozciętych   arterii.   Wiedział,   że   Corinne   nie   potrafiłaby   tego 

zrozumieć. Obiecał jednak sobie, że już nigdy nie powtórzy błędu, 

jakim było pozostawienie przy życiu starego człowieka, u którego 

jadł wczoraj śniadanie. W jego świecie litość nie miała racji bytu.

Wracając na jacht był w doskonałym humorze.

- Ten twój rybak to bardzo miły chłopak - powiedział do Corinne 

wskakując na pokład. - Oszczędził mi czasu i sam powiedział, gdzie 

są dokumenty kutra. Poluzowałem mu za to więzy, żeby mógł się 

potem jakoś z nich uwolnić.

Corinne   usiadła   na   ławeczce   obok   budki   sterowej   i   wystawiła 

twarz do słońca. Była zadowolona, że Koniew zachował się wobec 

Jimmy'ego   w   ten   właśnie   sposób.   Udowodnił,   że   choć   jest 

mężczyzną silnym i zdecydowanym, ludzkie uczucia nie są mu obce.

Płynęli na wschód, gdyż od zachodu słyszeli helikoptery i uznali, 

że tam właśnie koncentruje się uwaga poszukujących. Koniew był 

przekonany, że obława ustaliła już nazwę jachtu, którym poprzednio 

płynął. Wiedział, że również „Dream Girl” pozostanie niezauważona 

niezbyt   długo.   Mógł   się   nią   posługiwać   przez   kilka,   najwyżej 

kilkanaście godzin.

Pomyślał,   że   najmądrzej   będzie   płynąć   cieśniną   Rosario   na 

wschód, następnie przepłynąć cieśninę Juan de Fuca i wylądować w 

Victorii. Należało się liczyć z tym, że w czasie podróży trzeba będzie 

zmienić łódź przynajmniej jeszcze raz.

background image

Siostra Mary Catherine pracowała od rana w sklepie przy posezo-

nowej inwentaryzacji towarów. Lubiła tę pracę.

W tym jednak dniu nie mogła się skupić. Ustawicznie się myliła, 

ciągle coś się gdzieś zapodziewało, nie zgadzały się ilości i sumy. 

Poczuła, że duszno jej w tym małym pomieszczeniu, i postanowiła 

na   chwilę   wyjść   na   słońce.   Zdjęła   swój   gruby   habit,   dobry   w 

chłodnym   wnętrzu,   ale   zbyteczny   na   słońcu.   Pod   habitem   miała 

najzwyklejsze   dżinsy   i   sweter.   Tu,   na   tej   prawie   pozbawionej 

mieszkańców   wysepce,   mogła   sobie   pozwolić   na   taki   swobodny 

strój.   Na   głowę   włożyła   marynarską   czapeczkę,   wzięła   lornetkę   i 

wyszła   ze   sklepu.   Skierowała   się   na   pobliskie   molo  przystani   dla 

promu.   Postanowiła   przez   jakiś   czas   oddawać   się   swojemu 

ulubionemu zajęciu - obserwowaniu przez lornetkę ruchu na kanale.

Właśnie   przepływał   obok   prom   „Illahee”.   Na   pomoście   stał 

kapitan, stary przyjaciel sióstr. Pomachała do niego ręką. Kapitan 

odpowiedział w podobny sposób i odwrócił się do sternika. Wydał 

jakieś polecenie i w chwilę potem syrena promu zawyła trzykrotnie. 

Statek pozdrawiał siostrę. Sprawiło jej to przyjemność i polepszyło 

humor.

Ruch   w   cieśninie   był   niewielki.   Jesień   nadchodziła   szybko. 

Wakacje się skończyły, a rybacy łowili teraz kraby po drugiej stronie 

archipelagu.

Przez następną godzinę siostra zauważyła tylko trzy przepływające 

obok kutry. Zaczęła już myśleć o powrocie do sklepu, ale zobaczyła 

znajomą sylwetkę „Dream Girl” Jimmy'ego Cooka. Zapewne płynął 

na połów krabów. Nie był sam. Towarzyszyła mu jakaś kobieta.

Siostra   Mary   Catherine   lubiła   Jimmy'ego   i   uważała,   że   już 

background image

najwyższy czas, żeby znalazł sobie żonę.

Poszła na koniec molo, żeby lepiej przyjrzeć się pasażerce kutra. 

Inne   siostry   też   zapewne   będą   chciały   wiedzieć,   kto   towarzyszy! 

Jimmy'emu   w   połowach.   Kuter   był   coraz   bliżej   i   siostra   Mary 

Catherine

mogła stwierdzić, że pasażerką była bardzo ładna dziewczyna, której 

nie znała. Przyszło jej do głowy, że Jimmy może zechce zawinąć do 

przystani i przedstawić swą towarzyszkę. Żeby go do tego zachęcić, 

pomachała do niego ręką. Nie odpowiedział jednak.

Zdziwiona,  pomachała   jeszcze  raz.  Przecież  musieli  ją   dostrzec. 

Dlaczego nie odpowiadają? Jimmy powiedział coś do dziewczyny, 

która wstała i znikła w kabinie.

„Dream Girl” była od niej nie dalej niż o sześćdziesiąt metrów, gdy 

siostra Mary Catherine stwierdziła, że  człowiek  stojący za  sterem 

kutra   to   nie   Jimmy.   Był   to   ktoś   obcy.   Ten   ktoś   patrzył   na   nią 

uważnie. Miała wrażenie, że już gdzieś widziała tę twarz.

Poczuła nagle strach. Serce podeszło jej do gardła. Odwróciła się i 

pobiegła   w   stronę   placyku   wysadzanego   drzewami,   jakby   pod-

świadomie uznając, że drzewa będą najlepszym schronieniem. Nagle 

poczuła uderzenie w lewe ramię. Coś, jakaś nieznana siła pchnęła ją 

do przodu tak, że upadła. Poczuła jeszcze kolejne uderzenie i zaraz 

potem   straszliwy   ból   po   lewej   stronie.   Coraz   słabsza,   usiłowała 

pełznąć przed siebie. W ostatnim przebłysku świadomości napisała 

palcem na miękkiej ziemi: „Dream...” Tym, którzy ją znajdą, chciała 

zasygnalizować,   kto   wdarł   się   w   jej   spokojny   świat,   ale   siły   ją 

opuściły...

background image

- Możesz   już   wyjść   na   pokład!   Niebezpieczeństwo   minęło!   - 

krzyknął Koniew.

Wysunęła głowę z drzwi kabiny. Z jej twarzy z łatwością można 

było wyczytać przestrach.

- Wszystko   w   porządku   -   uspokajał   ją,   chowając   karabin   pod 

szafkę z mapami.

- Ten tam miał karabin i zaczął do nas strzelać - powiedział. - Nie 

był   jednak   tak   dobrym   strzelcem   jak   ja.   Chyba   rozumiesz,   że 

zostałem do tego zmuszony? - Patrzył na nią jakby zatroskany.

Podeszła do niego, a on objął ją.

- Nie   potrafiłabym   zrobić   czegoś   podobnego,   ale   rozumiem   - 

wyszeptała. Była zdumiona, że przyznawała mu rację i nie żałowała 

tego kogoś na brzegu. Mikołaj uciekał i liczyło się jedynie to, co mu 

w tej ucieczce mogło pomóc. Musieli razem walczyć, by przetrwać.

Koniew zwiększył szybkość kutra. Był przekonany, że osoba, która 

do nich machała, znała Jimmy'ego Cooka. Nie mógł pozwolić, żeby, 

jeśli   żyje,   złożyła   meldunek.   Musieli   się   stąd   oddalić   jak 

najspieszniej.

Ryng   odebrał   meldunek   jednego   z   helikopterów,   które 

dokonywały rekonesansu nad wyspami. Pilot meldował:

- Jesteśmy nad jakąś przystanią. Wygląda na przystań dla promu. 

Ktoś leży na placyku przed przystanią twarzą w błocie. Nie ma gdzie 

lądować.

- Tu Ryng - odpowiedział. - Podaj dokładne położenie. Płynę w 

tamtym kierunku.

W   piętnaście   minut   potem   był   na   miejscu.   Z   pozycji   zwłok 

background image

wywnioskował, że siostra została zastrzelona, kiedy uciekała z molo. 

Strzelano od strony wody. Nie było wątpliwości, kto pociągnął za 

spust.

W   chwilę   później   zauważył   wypisane   palcem   na   ziemi   słowo 

„Dream”.   Wiedział,   że   zamordowana   w   ostatniej   chwili   zrobiła 

bohaterski wysiłek, by  przekazać  nazwę jachtu, którym  płynął  jej 

morderca.

ROZDZIAŁ XVII

Wczesnym popołudniem admirał Coffin miał już listę jachtów i 

kutrów   z   całego   rejonu,   w   których   nazwie   występowało   słowo 

„Dream”. Lista liczyła ponad trzydzieści pozycji. Poszczególne biura 

szeryfów zaczęły ustalać miejsce pobytu tych jednostek.

W godzinę po zidentyfikowaniu przez Rynga ciała siostry Mary 

Catherine   jeden   z   helikopterów   zlokalizował   wrak   zatopionego 

jachtu.  W ciągu  kolejnej godziny przyleciał Len Todd i w  trakcie 

podwodnego rekonesansu stwierdził, że była to „Sea Chase”.

- Musi   się   orientować,   że   cieśnina   jest   przez   nas   zamknięta,   i 

uznał, że jedyna droga ucieczki prowadzi do Vancouveru. Nie ma 

innego wyjścia, admirale. - Rozmowa odbywała się przez radio. - 

Tam   jest   radziecki   konsulat,   gdzie   udzielą   mu   pomocy.   Jestem 

pewien, że ucieka teraz na wschód i skręci na południe.

- Dlaczego na południe? - zdumiał się Coffin. - To nie miałoby 

sensu. Vancouver jest przecież na północy.

- Gdyby zamierzał płynąć na północ, musiałby wybrać drogę przez 

cieśninę  Rosario.  Inne  cieśniny i  kanały są   zbyt  wąskie  i  wie,  że 

background image

zostaną   przez   nas   zamknięte.   Wybierze   z   całą   pewnością   inny 

wariant. Taki, jakiego nie możemy się spodziewać czy przewidzieć. 

Nie   zapominajmy,   że   mamy   do   czynienia   z   profesjonalistą.   Ja   w 

każdym razie płynę na południe.

Coffin,   siedzący   w   swoim   gabinecie   w   Bangor,   patrzył   na   taką 

samą mapę jak ta, która leżała przed Ryngiem na jachcie „Voyager”.

- Jesteś pewny, że odgadujesz jego plan?

Ryng   wyobraził   sobie,   jak   admirał   z   powątpiewaniem   potrząsa 

głową.

- Niczego nie można być pewnym, ale to wydaje mi się najbardziej

logiczne. Będzie się kierował tam, gdzie nie powinniśmy go szukać

i gdzie będzie mógł najłatwiej zniknąć.

- Dlaczego stanęliśmy? - zapytała Corinne.

- Amerykanie   szukają   nas.   Kogoś,   kto   ucieka.   Musimy   się 

zachowywać tak, żeby nie wzbudzić podejrzeń.

„Dream   Girl”   przed   godziną   przepłynęła   przesmyk   Thatcher   i 

znajdowała   się   w   cieśninie   Rosario,   o   kilka   mil   na   południowy 

wschód od wyspy Lopez. Byli na otwartych wodach i kuter spokojnie 

kołysał   się   na   falach.   Koniew   przebrał   się   w   rzeczy   Jimmy'ego 

Cooka.

- Musimy   zachowywać   się   jak   ludzie,   którym   się   nie   spieszy   - 

wyjaśniał. - Do zachodu słońca będziemy łowić ryby.

- A potem?

- Przepłyniemy cieśninę i dotrzemy do Victorii.

- Nie znoszę łowienia ryb - mruknęła.

- I ja nie łowię. Chodzi wyłącznie o to, żeby nie zainteresowali się 

background image

nami ci ze Straży Wybrzeża. Powinniśmy się zachowywać jak mąż z 

żoną, których trzeba zostawić samych.

Corinne zachichotała. Rozbawiła ją nieporadna składnia Koniewa.

- Być może tak pomyślą, jeśli nie zaczną z tobą rozmawiać. Zbyt 

łatwo cię rozpoznać jako cudzoziemca.

- A   sądziłem,   że   mam   idealną   wymowę.   -   Wyraz   jego   oczu 

świadczył,   że   żartuje,   zresztą   natychmiast   dodał:   -   Wszelkie 

rozmowy pozostawiam tobie.

- Dobrze, że tak łatwo dałeś się przekonać. No, a na razie możemy 

powkładać wędki w uchwyty. Nie mamy przynęty, a więc nie ma 

mowy o złowieniu czegokolwiek.

Rozmawiali   i   żartowali,   zarzucając   wędki,   a   kiedy   się   z   tym 

uporali, Corinne zapytała:

- Nie jesteś głodny? Przygotuję trochę łososia na obiad.

- Może   nie   teraz   -   sprzeciwił   się.   -   Musimy   być   gotowi,   żeby 

odpłynąć w każdej chwili. Przygotuj raczej kilka kanapek, zrobimy 

sobie przyjęcie na pokładzie.

- Piknik?

- Można to i tak nazwać.

Pozostał  na   górze,   a   ona   poszła   do  kabiny  przygotować   coś  na 

przekąskę. Potem rozłożyła na pokładzie koc i porozstawiała na nim 

kubki i talerze.

Następna godzina minęła całkiem spokojnie. Siedzieli w ciepłych 

promieniach   słońca   i   rozmawiali.   Corinne   zauważyła,   że   unikał 

wszelkich tematów, które mogłyby się wiązać z jego osobą, o niej 

natomiast chciał się dowiedzieć możliwie jak najwięcej.

W pewnym momencie Koniew wstał i zaczął nadsłuchiwać. Wresz-

background image

cie szepnął:

- Helikopter,

Nie słyszała jeszcze niczego. Wokoło było cicho, spokojnie, wręcz 

sielankowo. W pewnej  odległości mijały ich jakieś statki. Koniew 

jednak nadal nadsłuchiwał.

- Rano   widzieliśmy   już   kilka   helikopterów   i   wcale   cię   to   nie 

dziwiło.

- Szukali mnie w rejonie wyspy. Jeśli tu przylecieli, to znaczy, że 

rozszerzyli krąg poszukiwań.

- Jesteś przekonany, że szukają właśnie nas?

- Nie   wiem,   ale   nie   można   tego   wykluczyć.   Lepiej   być   na   to 

przygotowanym.

Koniew przez lornetkę badał horyzont, a Corinne położyła się na 

kocu twarzą do nieba i patrzyła na latające nad nimi mewy.

- Muszą coś wiedzieć - mruknął jakby do siebie.

- Co masz na myśli? - Uniosła się na łokciach.

- Helikopter leci niemal nad samą wodą i sprawdza kutry. Okrąża 

każdy z nich. To mi się nie podoba.

- Nie powinniśmy odpłynąć?

- Nie. Zapewne mają nas już na swoim radarze. Gdybyśmy ruszyli, 

natychmiast zainteresowaliby się dlaczego.

- Sprawdzają każdą łódź?

- Nie mam pewności.

- Dlaczego to robią?

- Nie wiem. Kiedy nadlecą...

Corinne nalała jeszcze wina do kubków. Zastanawiała się przy tym 

nad   zmiennością   swego   towarzysza.   Potrafił   być   miły,   miękki, 

background image

troskliwy, a w chwilę potem stawał się czujny, ostry, zimny. Jaki był 

naprawdę?

- Lecą w naszym kierunku! - wykrzyknął. Popatrzył teraz na nią z 

dziwnym uśmiechem. - Rozbieraj się! - Zabrzmiało to jak rozkaz.

- Dlaczego? - była zdumiona.

- Nie zadawaj pytań. - Zaczął szybko rozpinać koszulę. - Zrzucaj 

ciuchy. Będziemy się kochać.

Była tak zdumiona, że nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie było 

wątpliwości: mówił całkiem poważnie.

- Czy zawsze tak postępujesz z kobietami?

Podniósł w górę brwi i nie odpowiedział.

- Chciałam   wiedzieć,   czy   zawsze   jesteś   tak   romantyczny?   - 

nalegała.

Ściągnął już koszulę i rozpinał spodnie.

- Nie   -   odpowiedział   wreszcie   -   ale   też   nie   bywałem   w   takich 

sytuacjach jak dzisiaj.

Zaczęła   się   powoli   rozbierać.   Wygięła   plecy   i   odpięła   stanik. 

Patrzył   na   nią   z   coraz   wyraźniejszym   zainteresowaniem.   Gdy   już 

pozbyła się stanika, zauważył:

- Widzę, że opalałaś się jak nudystka.

Skinęła głową bez słowa.

Ściągnął   skarpetki   i   zdjął   spodnie   i   w   tym   momencie   Corinne 

zaczęła się histerycznie śmiać.

- O co chodzi? - Patrzył na nią zły i speszony. - Śmiejesz się ze 

mnie?

Siedziała na kocu z opuszczonymi już spodniami i śmiała się tak, 

że nie miała siły, by się dalej rozbierać. Wreszcie ręką wskazała na 

background image

jego majtki.

- Wspaniałe... znakomite... Nigdy czegoś podobnego nie widzia-

łam... - dosłownie pękała ze śmiechu.

Koniew   spojrzał   na   swoje   majtki,   które   znalazł   wśród   rzeczy 

pozostawionych w kabinie przez Jimmy'ego Cooka. Nigdy jeszcze 

żadna kobieta nie śmiała się z niego w ten sposób i w takiej sytuacji. 

Wreszcie   zrozumiał,   o   co   chodzi,   i   też   wybuchnął   śmiechem.   Na 

czarnych majtkach widniały rajskie ptaki.

- Sam   widzisz.   -   Podniosła   się.   -   To   są   chyba   rajskie   ptaki. 

Niebywałe! - Stała przed nim całkiem naga i śmiała się. – Zdejmuj 

je! - Teraz Corinne go ponaglała. - Jeśli zobaczą cię w nich twoi 

przyjaciele z helikoptera, z całą pewnością zaczną strzelać.

Koniew ściągnął spodenki. Czuł się nieswojo, a najbardziej peszyło 

go to, że ona zachowywała się tak naturalnie i tak swobodnie.

- No, chodź do mnie, Mikołaju. Chcesz przecież, żeby tamci, kiedy 

nadlecą, zobaczyli, jak się kochamy, a nie jak stoimy i oglądamy się 

nawzajem.

Położyła się i zaprosiła go ruchem ręki.

- To wcale nie będzie takie trudne.

- Nigdy tak nie myślałem.

Teraz i ona słyszała wyraźny warkot helikoptera. Leżąc na plecach 

odwróciła   głowę   w   kierunku   nadlatującej   maszyny.   Wyraźnie 

widziała sylwetki dwóch pilotów w kabinie.

- Co   robią?   -   zapytał   szeptem   Koniew,   odwrócony   plecami   do 

nieba.

- Podziwiają twój męski styl. Jesteś wspaniały. Nie oglądaj się. Nie 

pozwól, żeby pomyśleli, że nas wystraszyli.

background image

- Nic z tego, komandorze. - Szef zespołu pilotów helikopterów z 

bazy   na   wyspie   Whidby   rozmawiał   przez   radio   z   Bernie'em 

Ryngiem. - Przeszukaliśmy cały rejon na południe od Belle Rock aż 

po wyspę Smith. Używaliśmy też radaru. Żaden większy obiekt nie 

mógł   pozostać   niezauważony.   Czegośmy   się   napatrzyli,   to   nasze. 

Natknęliśmy się na parę, która się właśnie kochała na pokładzie. 

Nawet nam nie pomachali.

Ryngowi jakby jakieś światełko zapaliło się w głowie. Kochająca 

się   para,   nawet   niespeszona,   nieprzestraszona?   Czy   to   nie   był 

przypadkiem Koniew?

- Jak blisko podlecieliście do tej pary? - zapytał.

- Na tyle blisko, że odczytaliśmy nazwę kutra. „Dream Girl”.

Oczywiście! „Dream Girl”!

- Czy nie zapamiętałeś, jak  ci ludzie wyglądali? Nie dostrzegłeś 

jakiegoś szczegółu?

- Pan jest łaskaw żartować, komandorze - oburzył się pilot.

- Wcale nie żartuję. Proszę mi podać możliwie dokładną lokaliza-

cję kutra i proszę natychmiast wysłać tam jeden z waszych helikop-

terów.

- Zapada zmrok. Ciężko będzie cokolwiek odnaleźć.

- Ruszcie swoje dupy, ale już! Ja natychmiast płynę w tym samym 

kierunku. Moja łódź nosi nazwę „Voyager”.

Ryng był pewny, że ci, którzy zjawią się pierwsi we wskazanym 

punkcie, nie zastaną tam już Koniewa. Nawet gdyby odnaleźli kuter.

Chwila   rozkoszy   trwała   najwyżej   kilkanaście   sekund.   Koniew 

prawie natychmiast podniósł się, przysłonił ręką oczy i patrzył w 

background image

kierunku, w którym zniknął helikopter.

Irytowało ją takie zachowanie.

- Wydawało mi się, że było ci nieźle - rzuciła z przekąsem.

- Oczywiście   -   stwierdził   lakonicznie   i   nadal   uważnie   nad-

słuchiwał. - Odleciał - powiedział wreszcie. - Udało się.

- Tak.   To   był   doskonały   pomysł   -   zauważyła   zimno.   - 

Wypłoszyliśmy ich.

- Nie rozumiem - brzmiało to nieco defensywnie i widać było, że 

rzeczywiście nie rozumiał.

Wzruszyła   ramionami.   Stali   naprzeciwko   siebie   na   pokładzie 

nadal całkiem nadzy.

- Wiesz,   dlaczego   to   zrobiliśmy.   Nie   było   to   jednak   udawane. 

Dobrze mi było z tobą. To chciałaś usłyszeć?

- Może. Zresztą i mnie z tobą było dobrze. Mam jednak nadzieję, 

że   jeśli   się   to   jeszcze   kiedyś   zdarzy,   będziemy   mieli   nieco   więcej 

czasu dla siebie i przedtem, i potem. Rozumiesz, co mam na myśli?

- Oczywiście! - odpowiedział, jednak myślami był całkiem gdzie 

indziej. Zaczął znowu obserwować horyzont.

- Robi się chłodno. Nie czujesz? - zapytała.

- Musimy się ubrać. I szybko znaleźć jakiś inny kuter czy jacht - 

dodał.

Wstała i zasłoniła się rękami czując chłód.

- Opuść   na   chwilę   ręce,   proszę   -   głos   miał   znowu   miękki   i 

serdeczny.

Spełniła tę prośbę.

- Jesteś piękna. Naprawdę.

Uśmiechnęła się i nic nie powiedziała. Pomyślała jednak, że nie 

background image

potrafi go zrozumieć. Bywał uroczy, a w chwilę później zmieniał się 

w człowieka zimnego, bezwzględnego.

- No, a teraz już naprawdę szybko się ubierajmy. Mamy bardzo 

wiele do zrobienia.

- Mówiłeś coś o konieczności zmiany łodzi.

- Na pewno zanotowali nazwę kutra. Sprawdzą i znowu zaczną nas 

szukać.   -   Już   miał   zamiar   wciągnąć   swoje   spodenki,   ale   się 

zatrzymał.   -   Obiecaj,   że   nie   będziesz   się   ze   mnie   śmiała,   kiedy 

zdejmuję majtki.

Corinne była już prawie ubrana.

- Nie mogę niczego obiecać. Wszystko zależy od sytuacji.

- Będę więcej uwagi zwracał na swoją bieliznę. Nie lubię, jak się ze 

mnie śmieją. Nigdy nie lubiłem - mówił niby poważnie, ale w oczach 

miał figlarne iskierki.

- Postaram się pamiętać o tym. - Podeszła do niego, wspięła się na 

palce i pocałowała go w policzek. - Musisz jednak wiedzieć, że nie 

śmiałam się z ciebie, lecz z całej tej dziwacznej sytuacji.

Koniew wzruszył ramionami i zmienił temat:

- Jeśli chcemy w nocy dotrzeć do Victorii, musimy znaleźć inną 

łódź.   Sposób,   w   jaki   ją   zdobędę,   może   być   dla   ciebie   niemiłym 

doświadczeniem. Nie możemy jednak pozwolić, żeby nas schwytano.

- Rozumiem - powiedziała, ale poczuła skurcz serca. Zdała sobie 

sprawę, że właśnie w tym momencie całkowicie podporządkowuje 

się   Koniewowi,   że   przekracza   jakąś   niewidzialną   granicę,   spoza 

której nie ma powrotu. Jeśli on przeżyje, przeżyje i ona, ale będzie 

musiała zacząć całkiem nowe życie.

Koniew   lustrował   otoczenie   przez   lornetkę   i   po   chwili,   w 

background image

odległości

około   kilometra,   dostrzegł   łódź   rybacką,   bardzo   podobną   do   ich 

kutra.   Płynęła   w   stronę   najbliższej   wyspy   i   wkrótce   znalazła   się 

kilkaset metrów od nich. Zaczęli energicznie wymachiwać rękami, a 

Koniew kilka razy włączył syrenę pokładową. Tamci zwrócili na nich 

uwagę, gdyż zmienili kurs i podpłynęli bliżej.

Przy burcie stała młoda, zgrabna dziewczyna, która zapytała:

- Potrzebujecie pomocy?

- Zabrakło nam paliwa - odpowiedziała Corinne. - Właściwie nie 

zabrakło,   lecz   nie   dochodzi   do   silnika.   Mąż   nie   może   naprawić 

uszkodzenia, bo ktoś nam skradł narzędzia. Czy możecie pożyczyć?

Młody   mężczyzna   stojący   za   kołem   sterowym   włączył   się   do 

dyskusji:

- Nam zabrakło paliwa. Zrobimy wymianę?

- Podpływajcie. My mamy spory zapas. Przygotuję jakieś kanapki. 

Zgoda? - zachęcała Corinne.

Łódź   rozpoczęła   manewr   podpływania.   Nosiła   nazwę 

„Remember”.   Podpłynęli   pod   burtę   „Dream   Girl”   i   cumami 

przywiązali obie łodzie do siebie.

Dopiero teraz Koniew odezwał się po raz pierwszy:

- Dokąd płyniecie?

- Wracamy do La Conner przez cieśninę Deception.

- Chodźcie teraz do nas - mówiąc to Koniew wyciągnął pistolet i 

wycelował w mężczyznę. - Skacz pierwszy - jego głos był twardy, 

rozkazujący. - Pospiesz się, jeśli masz zamiar jeszcze pożyć.

- Czego   chcecie?   -   Mężczyzna   przełożył   nogę   przez   burtę   i   z 

ociąganiem zaczął przechodzić na kuter Koniewa.

background image

- Szybciej! - Koniew skierował teraz lufę w stronę kobiety. - Jeśli 

zaraz nie znajdziesz się na tym pokładzie, ona zginie.

- Zostaw ją. - Mężczyzna pośpiesznie przeszedł na ich kuter.

- Siadaj na pokładzie. Ręce załóż na głowę! - rozkazał Koniew. - 

Teraz ty przełaź. - Ściszywszy głos polecił Corinne: - Zabierz nasze 

rzeczy i idź na tamtą łódź.

- Bierz   łódź,   bierz  wszystko,   ale   nas  zostaw   w   spokoju  -  prosił 

mężczyzna.

- Zamknij się - warknął Koniew.

Kobieta, która przeszła już na kuter napastników, zaczęła płakać. 

Początkowo   cicho,   potem   coraz   bardziej   histerycznie.   Upadła   na 

pokład.

- Czy mogę jej pomóc? - spytał mężczyzna.

Koniew znowu celował w niego.

- Siedź na miejscu.

Corinne,   która   właśnie   przechodziła   na   pokład   „Remember”, 

stanęła niespodziewanie po stronie tamtych.

- Pozwól, żeby jej pomógł. Nie są dla nas niebezpieczni.

Jeszcze   nie   skończyła   mówić   i   już   pożałowała,   że   w   ogóle 

otworzyła usta. Popatrzył na nią tak rozwścieczony, że serce prze-

stało jej bić z przerażenia. Obawiała się, że na jej oczach zastrzeli 

tamtych.

On jednak rzucił w jej kierunku:

- Pospiesz się - po czym zwrócił się do siedzących na pokładzie 

kutra: - A wy złaźcie do kabiny. - Popędzał ich ruchem lufy. - Jeśli 

będziecie posłuszni, nic się wam nie stanie.

Corinne   widziała,   jak   mężczyzna   niezdarnie   podniósł   kobietę   i 

background image

zaniósł   do   kabiny   kutra.   Odwróciła   głowę.   Nie   chciała   być 

świadkiem dalszego ciągu wydarzeń.

Gdy usłyszała histeryczny krzyk kobiety, domyśliła się, że pierwszy 

strzał dosięgną! mężczyznę. Kolejny wystrzał i zapadła cisza. Nagle 

zrobiło się jej niedobrze, przechyliła się przez burtę i zwymiotowała.

Na pokładzie pojawił się Koniew. Twarz miał taką, jakby w ogóle 

nic się nie wydarzyło. Powiedział:

- Zwolnij cumy. Wrócę za chwilę, płyniemy do Victorii.

Wziął   bańkę   z   benzyną,   przeszedł   na   pokład   „Dream   Girl”   i 

porozlewał benzynę wokół budki oraz na tyle łodzi.

- Nie mogą odczytać nazwy kutra. Byłoby dobrze, gdyby uznali, że 

to nasze trupy.

Nie odzywała się. Rzucił na nią okiem.

- Musisz przyjąć do wiadomości, że w tej profesji nigdy nie wolno 

pozostawiać za sobą kogoś, kto może cię zidentyfikować. Gdyby na 

naszym   miejscu   znajdowali   się   Amerykanie,   zlikwidowaliby 

wszystkich, którzy się z nimi zetknęli.

Nadal zachowywała milczenie. Przeszedł teraz na łódź i zapytał:

- Czy wiesz, jak uruchomić silnik?

- Myślę, że wiem. - Stanęła za kołem sterowym. - Kluczyki są w 

stacyjce.

- Zapalaj.

Przekręciła kluczyk i silnik ożył.

- Gdy dam ci sygnał, ruszysz możliwie jak najszybciej.

Zwolnił   ostatnią   linę,   jaka   przytrzymywała   obie  łodzie.   Stał  teraz 

okrakiem - jedną nogą na jednym, drugą na drugim kutrze. Zapalił 

zapałkę   i   rzucił   ją   w   kierunku   kabiny   „Dream   Girl”.   Szybko 

background image

przeskoczył   na   „Remember”.   Corinne,   nie   czekając   na   polecenie, 

dodała gazu. Łódź ruszyła do przodu.

Zobaczyła błysk i poczuła falę ciepła. Właściwie nie było wybuchu, 

jedynie syk wysoko wznoszących się płomieni. Niemal natychmiast 

objęły   cały   kuter.   Wybuch   rozległ   się   po   kilkunastu   sekundach, 

kiedy byli w bezpiecznej odległości.

„Remember”   szybko   oddalał   się   od   płonącej   łodzi,   a   w   chwilę 

potem znikł w tumanach unoszącej się nad wodą mgły.

Ryng   zauważył   płomienie   i   dym   prawie   na   linii   horyzontu   i 

natychmiast domyślił się, co było tego powodem. W chwilę potem 

otrzymał meldunek z helikoptera, który już znajdował się na miejscu 

katastrofy.   Nie   stwierdzono,   czy  ktoś   się   uratował,   a   do   płonącej 

łodzi jeszcze nie można się było zbliżyć.

Dopłynął wkrótce do miejsca wypadku i okrążył kilka razy objęty 

płomieniem kadłub. Zidentyfikowanie łodzi było niemożliwe, choć 

zewnętrznie odpowiadała opisom „Dream Girl”.

- Zaczyna   się   wyraźnie   zanurzać   -   meldowano   z   helikoptera. 

Wcale się nie zdziwię, jeśli zaraz zatonie - informował pilot.

- Czy nie udało się odczytać jej nazwy? - zapytał Ryng przez radio 

pilota helikoptera.

- Nie - brzmiała odpowiedź. - Cała łódź była w płomieniach. Teraz 

nieco przygasły, ale było o wiele gorzej.

- Spróbuję wejść na pokład - powiedział Ryng.

- Stanowczo   odradzam.   W   każdej   chwili   może   zatonąć   - 

przestrzegał pilot.

- Nie   widzę   nikogo   w   wodzie,   ani   żadnej   tratwy,   żadnego   koła 

background image

ratunkowego. Wy coś widzicie? - zapytał pilota.

- Niczego. Wygląda na to, że ludzie zostali w kabinie.

Ryng podprowadził swój jacht pod burtę ciągle jeszcze płonącego 

wraka.

- Przechodzę. Gdybym potrzebował pomocy, liczę na was.

Kiedy   stanął   na   pokładzie   łodzi,   poczuł   pod   stopami   rozgrzane 

deski. Zrobił ostrożnie kilka kroków. Otaczały go kłęby dymu. Czuł 

jakiś dławiący smród. Posuwał się w kierunku wypalonego otworu 

wejścia do kabiny, z której wydobywał się dym, para i właśnie ten 

obezwładniający   fetor.   Dobiegł   go   jakiś   dźwięk.   Rozpoznał   go 

dopiero   po   chwili.   Było   to   bulgotanie   wody   wdzierającej   się   do 

wnętrza kadłuba. Wiedział, że nie może pozostawać tu zbyt długo.

Zrobił jeszcze dwa, trzy kroki i znalazł się nad wejściem do kabiny.

Zapalił latarkę i w głąb wypalonej przestrzeni rzucił snop światła. 

Bardzo trudno było cokolwiek rozróżnić. Bulgotanie stało się jeszcze 

głośniejsze i wypalony wrak wyraźnie przechylił się. Mógł zatonąć 

lada chwila.

Zaczął się ostrożnie wycofywać. Zobaczył zresztą to, na czym mu 

zależało. W kabinie były dwa trupy. Nie potrafił ustalić, czy były to 

zwłoki mężczyzny i kobiety, wiedział jednak, że zginęły dwie osoby. 

Trupy były skurczone, wysuszone i przypominały z daleka mumie. 

Można było przypuszczać, że Koniew zmarł w płomieniach. Drugie 

ciało mogło należeć do jego niezidentyfikowanej towarzyszki.

Gdy   przeskakiwał   na   swój   jacht,   przyszło   mu   do   głowy,   że 

wyciągnął   dokładnie   taki   wniosek,   jaki   Koniew   starałby   się   mu 

podsunąć. Czy rzeczywiście miał prawo w to uwierzyć?

Stał   już   na   pokładzie   swojego   jachtu   i   patrzył:   dymiący   wrak 

background image

uniósł dziób ku górze i zaczął się zanurzać. Rozległ się głośny syk i w 

niebo buchnęły kłęby pary. Jeszcze jeden wybuch i wrak zniknął pod 

powierzchnią morza.

Wszedł   do   sterówki,   wziął   mikrofon   i   zwrócił   się   do   pilota 

helikoptera, który wisiał niemal dokładnie nad nim.

- Zapytaj swojego operatora, czy jego radar zarejestrował w oko-

licy inne łodzie.

- Kilka łodzi zauważyło płomienie i ruszyło na ratunek. Zgodnie z 

poleceniem   nie   dopuściliśmy   nikogo   w   pobliże,   tłumacząc,   że   to 

manewry.

- A czy jakieś łodzie w tym samym czasie odpływały?

Chwila ciszy w słuchawkach, po czym głos pilota:

- Operator   mówi,   że   jedna   lub   dwie   łodzie.   Płynęły   na   zachód. 

Zgubiliśmy je po kilku minutach.

A więc na zachód. Ryng skierował w tę stronę „Voyagera” i zaczął 

studiować mapę.

ROZDZIAŁ XVIII

Koniew obliczył, że do portu w Victorii jest około sześćdziesięciu 

kilometrów. Uważał, że powinni tam przybyć po północy - zostało 

im zatem sporo czasu. „Remember” miał amerykańską rejestrację, a 

wpływali na wody kanadyjskie. Koniew wolał nie spotkać celników i 

urzędników imigracyjnych.

Rozważał możliwość zawinięcia do jakiegoś małego portu, ale to 

było   jeszcze   bardziej   niebezpieczne.   W   małych   miasteczkach 

wszyscy   się   znali   i   znali   swoje   jachty   czy   kutry.   Pojawienie   się 

background image

obcego   zawsze   budziło   sensację.   Pozostawienie   kutra   u   brzegu, 

gdzieś   na   dzikiej   plaży,   w   ogóle   nie   wchodziło   w   grę.   Cały   rejon 

znajdował się zapewne pod kontrolą satelitów, które natychmiast 

zarejestrowałyby porzuconą łódź.

Corinne siedziała przy kole sterowym i nie odzywała się. Jej twarz 

oświetlona przez światło padające od zegarów była spięta. Koniew 

zaczął mówić ściszonym, miękkim głosem. Obiecywał, że kiedy już 

wszystko   będą   mieli   za   sobą,   kiedy   się   stąd   wydostaną,   Corinne 

dowie się, jaki był cel jego misji. Wtedy zrozumie jej wagę i to, że 

warto było poświęcić życie - swoje i innych, żeby ten cel osiągnąć. 

Wcale   nie   chodzi   o   jego   życie   czy   nawet   o   nią.   Celem   jest   coś 

znacznie ważniejszego. Coś, z czego, bez przesady, korzystać będzie 

cały świat. Słuchała go uważnie i wierzyła w każde jego słowo.

Koniew   przeszukał   wnętrze   łodzi   i   znalazł   puszkę   białej   farby. 

Znalazł   też   pędzel  i   zamalował  nazwę   na   rufie.   Miało   to   opóźnić 

identyfikację „Remember”, a w efekcie pościg.

- Kiedy powinniśmy wpłynąć do portu? - zapytała.

- Możliwie najpóźniej. W każdym razie po północy. Im mniej ludzi 

będzie   w   porcie,   tym   lepiej.   -   Spojrzał   na   nią.   -   Byłaś   kiedyś   w 

Victorii?

- Chyba w lutym - odparła. - Martwy sezon. Ciągle padało i było 

niewielu turystów.

- Nie   idzie   mi   o   pogodę   -   w   jego   głosie   zabrzmiało   zniecierp-

liwienie. - Chcę się zorientować, kiedy najbezpieczniej wyjść na ląd. 

Kiedy jest tam najmniejszy ruch, najmniej ludzi.

- To bardzo ciche i spokojne miasto. Bardzo brytyjskie. Po północy 

na ulicy spotyka się jedynie sprzątaczy i śmieciarzy.

background image

- A co możesz powiedzieć o porcie?

- Sądzę, że mogłabym narysować jego plan.

- Dobrze. Ja przejmę ster, a ty rysuj.

Okazało się, że Corinne pamięta port zaskakująco dokładnie i w 

dodatku to, co zapamiętała, potrafi narysować.

Wpływało się od strony cieśniny Juan de Fuca. Miasto leżało na 

prawo od portu. W głąb portu prowadził kanał - najpierw mijało się 

nabrzeża dla statków pasażerskich i promów. Potem były baseny: 

przeładunkowy i sportowy, dla prywatnych jachtów. Na nabrzeżu 

stoi wielki budynek wyglądający na biurowiec.

- Sądzę, że mieści się tu Straż Wybrzeża - wyjaśniła Corinne. - 

Budynek otacza wysokie ogrodzenie z siatki.

- Co jest dalej?

- Basen rybacki. Jest tu też targ rybny. Nabrzeży musi być kilka 

lub   kilkanaście.   Stoją   przy   nich,   stłoczone   ciasno,   wszelkiego 

rodzaju   kutry   rybackie,   od   całkiem   małych   po   wielkie, 

dalekomorskie.

Corinne,   która   kilkakrotnie   przechadzała   się   po   porcie, 

opowiadała, jak wyglądają pozostałe baseny, ale Koniew już jej nie 

słuchał.   Wiedział,   gdzie   ma   szukać   schronienia   -   oczywiście   w 

basenie rybackim.

„Remember”   ciągle   jeszcze   płynął   na   zwolnionych   obrotach. 

Wkrótce po zachodzie słońca niebo pokryły chmury, wiatr przybrał 

na sile. Fale były coraz wyższe, ale przy niewielkiej szybkości jeszcze 

tego nie odczuwali.

- Mamy nowy raport meteorologiczny, Bernie - informował przez 

background image

radio admirał. - Przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny pełne 

zachmurzenie i deszcz. Nasze satelity stają się bezużyteczne. Jeśli 

Koniew   wyjdzie   na   brzeg,   nie   zauważą   pozostawionej   łodzi.   Ty 

zresztą   i   tak   twierdzisz,   że   on   zawinie   gdzieś   do   portu,   żeby   się 

zgubić w tłumie.

- Jedno   jest   pewne:   że   nie   popłynie   w   kierunku   Stanów   Zjed-

noczonych.   Ponieważ   psuje   się   pogoda,   będzie   chciał   możliwie 

szybko wydostać się na brzeg. Jeśli umie myśleć logicznie, wybierze 

Victorię.

Musimy zaryzykować i założyć, że płynie właśnie tam. Czy facet na 

łodzi   z   amerykańską   rejestracją   może   wpłynąć   do   kanadyjskiego 

portu niezauważony przez Straż Wybrzeża?

- Po dwunastej urząd na granicy jest zamknięty. Żeby o tej porze 

coś załatwić, trzeba najpierw zatelefonować pod specjalny numer.

- Czy   może   pan   spowodować,   żeby   dziś   w   nocy   pracownicy 

pozostali w biurze dłużej? Niech im pan powie, że uzbrojony po zęby 

zboczeniec seksualny około północy będzie próbował wśliznąć się do 

miasta.   Oczywiście   niech   nie   wystawiają   straży   w   widocznych 

miejscach. On jest bardzo spostrzegawczy. Ludzie w cywilu, ukryci. 

Zresztą nie sądzę, żeby zamierzał przedostać się do miasta w nocy. 

On niczego nie zrobi pochopnie.

- Spróbuje nawiązać kontakt z Vancouverem?

- Zapewne   -   zgodził   się   Ryng   -   ale   chyba   go   na   tym   nie 

przyłapiemy.   Będzie   to,   jak   sądzę,   całkiem   niewinna   rozmowa 

telefoniczna   z   jakimś   słowem-szyfrem,   którego   my   możemy   nie 

zauważyć, ale które tych w Vancouverze postawi w stan alarmu. Na 

razie jednak nie martwmy się o to. Trzeba coś zrobić, żeby możliwie 

background image

jak najdłużej zatrzymać Koniewa w rejonie portu. Jeśli zniknie, nie 

mam pojęcia, gdzie moglibyśmy go szukać.

- Zrobię,   co   będę   mógł   -   zapewnił   admirał.   -   Znam   jednego   z 

dowódców   wojskowych   w   rejonie   Victorii,   który   ma   wobec   mnie 

pewne   zobowiązania.   Pomoże   nam  w  zmobilizowaniu   właściwego 

oddziału, i to w sposób niezwracający uwagi.

- Doskonale. Zamelduję się, kiedy wpłynę do portu w Victorii.

- Staraj się znaleźć w porcie możliwie szybko, Bernie - ostrzegał 

jeszcze   admirał.   -   Sztormy   w   tych   okolicach   bywają   gwałtowne. 

Kiedy   już   tam   będziesz,   przekażę   ci,   z   kim   i   jak   masz   się 

skontaktować.

Zaczął  padać   deszcz.  Wiał  porywisty  wiatr,  a   coraz  wyższe  fale 

zaczęły   miotać   „Remember”.   Corinne,   która   nigdy   nie   lubiła 

morskich podróży, poczuła się bardzo źle.

Koniew jednak pewną ręką prowadził maleńką łódź. Ciągle jeszcze 

płynęli   wolno.   W   strugach   deszczu   i   w   ciemnościach   byli 

niewidoczni.

W   takich   też   warunkach   wpływali   do   portu.   Minęli   nabrzeże 

pasażerskie,   potem   basen   z   prywatnymi   jachtami   i   jeszcze   jakieś 

nabrzeża. Było zbyt ciemno, żeby widzieć przycumowane do nich 

statki. Koniew był pewien, że także ich z tych statków nikt nie mógł 

zauważyć.

- Zaraz wpłyniemy do basenu rybackiego - szeptała Corinne, jakby 

obawiała się, że ktoś może ją usłyszeć.

-   Podpłyniemy   pod   nabrzeże.   Muszę   wybrać   miejsce,   gdzie   się 

wepchniemy - również szeptem odpowiedział Mikołaj.

background image

Na   końcu molo  w  basenie  rybackim świeciło  się  światło,  ale  w 

gęstym   deszczu   niczego   nie   było   widać.   Czuli   tylko   zapach   ropy, 

farby,   ryb   i   suszących   się   sieci.   Podpłynęli   pod   samo   nabrzeże   i 

posuwali   się   równolegle   do   niego.   W   ciemności   widzieli   zarysy 

statków   rybackich   różnych   typów.   Łodzie   i   kutry   stały   ściśnięte 

burta   przy   burcie.   Koniew   nabierał   pewności,   że   jest   to   idealne 

miejsce dla ukrycia ich łodzi.

- Tu   -   szepnął.   Pomiędzy   przycumowanymi   kutrami   dostrzegł 

niewielką   szparę,   w   którą,   choć   z   pewnym   trudem,   mógł   się 

wepchnąć   „Remember”.   Ukryty   między   kutrami   byłby   trudny   do 

zauważenia.

Należało   wykonać   manewr,   który   miał   ich   wprowadzić   w 

szczelinę.   Cofnął   kuter,   odwrócił   dziobem   w   kierunku   nabrzeża   i 

powoli zaczął się wciskać między zacumowane łodzie. Usłyszeli lekki 

zgrzyt - ocierali się o burty sąsiadów.

- Co się tu dzieje, u licha! - nieoczekiwanie w ciszę nocy wtargnął 

jakiś głos. Krzyczał ktoś, stojący na pokładzie sąsiedniego kutra. Ze 

sposobu, w jaki człowiek ten wymawiał poszczególne słowa, można 

było wnioskować, że jest pijany.

Koniew zgasił silnik i szepnął:

- Zostań przy sterze. Ja to załatwię.

- Co tu robicie! - krzyknął pijak. - Obce jachty nie mają tu wstępu. 

Spieprzajcie stąd, i to już!

- O co chodzi? - Koniew podszedł do burty. Widział tylko sylwetkę 

mężczyzny,   ale   zauważył,   że   tamten   schylił   się   i   podniósł   coś   z 

pokładu. Wydawało mu się, że był to ołowiany ciężarek używany do 

zbalansowania sieci w wodzie.

background image

- To   basen   dla   zawodowych   rybaków.   Gdzie   się   pchasz,   gów-

niarzu! - bełkotał pijany. - W dodatku wgniatasz bok naszej łodzi. 

Jeśli się nie wyniesiesz, rozwalę ci twój pieprzony łeb.

- Uspokój się. - Koniew był grzeczny i opanowany. - Chcemy się 

schować przed sztormem. Rano odpływamy - mówiąc to ostrożnie 

przełożył nogę przez burtę i postawił ją na pokładzie kutra.

- Zjeżdżaj!  Dosyć   tego   gadania!  -  Pijak   podniósł  rękę,   w  której 

trzymał ciężarek.

- Czy nie moglibyśmy porozmawiać? - Koniew był już na kutrze.

- Ostrzegałem cię! - wrzasnął  pijak  i machnął  ręką, by  uderzyć 

Koniewa,   ale   popchnięty   przez   niego   poleciał   do   tyłu.   Koniew 

natychmiast przygwoździł go do pokładu i kilka razy uderzył jego 

głową  o deski pokładowe.    Wreszcie wyrwał  mu z ręki metalowy 

ciężarek i z

  całej   siły   trzasnął   go   w   okolicy   ucha.   Usłyszał   chrzęst   pękającej 

czaszki. Zapanowała cisza. Pochylił się nad leżącym, który już nie 

oddychał. Dociągnął trupa do burty i ostrożnie, bez plusku, spuścił 

go   do   wody.   Dostrzegł   jakiś   długi   kij   na   pokładzie   i   tym   kijem 

popchnął ciało ku środkowi basenu.

W chwilę potem był na „Remember” przy Corinne.

Zapuścił   silnik   i   wepchnął   łódź   nieco   głębiej   pomiędzy   kutry 

rybackie. Potem przycumował ją do sąsiednich łodzi i do nabrzeża. 

Wreszcie usiadł i mruknął:

- Jestem zmęczony.

- Musimy się kilka godzin przespać.

- Nie tutaj - powiedział stanowczo. - Ktoś może zacząć szukać tego 

pijaka. Nikt nie może nas zobaczyć.

background image

- To co zamierzasz zrobić? - była zaniepokojona.

- Znajdziemy   jakiś   jacht,   na   którym   się   ukryjemy.   Przedtem 

jednak muszę przyjrzeć się okolicy. Zanim ruszymy dalej, muszę się 

upewnić, że nikt nas nie zauważył.

- Jachty stoją w ostatnim basenie. - Pokazała kierunek ręką. - Czy 

mam iść z tobą?

- Nie   teraz.   Przygotuj   rzeczy   do   zabrania.   Łatwiej   mi   będzie 

poruszać się samemu. Gdybym nie wrócił w ciągu godziny, musisz 

stąd zniknąć. Nikt o tobie nie wie i nigdy nie będzie wiedział.

- Nie mów tak - zaprotestowała. Wydawało się jej, że jest z tym 

człowiekiem związana od lat, choć znali się zaledwie kilkadziesiąt 

godzin. - Teraz nie potrafiłabym już być sama. - Miała świadomość 

tego, że mówi prawdę.

Zatrzymał się na chwilę i popatrzył na nią. Szukał odpowiednich 

słów, wreszcie powiedział cicho:

- Chcę, abyś wiedziała, że i ja nie chciałbym cię utracić.

I niemal natychmiast zniknął w ciemnościach.

Zbliżając się do portu, Bernie Ryng wywołał przez radio admirała 

Coffina.

- Miał pan całkowitą rację co do pogody. Trudno uwierzyć, że po 

tak pięknym dniu może tak paskudnie padać.

- No   widzisz,   nawet   pogoda   jest   przeciwko   nam   -   w   głosie 

admirała wyczuwało się znużenie.

- Jestem zmęczony - powiedział Ryng. - Najchętniej położyłbym 

się do łóżka i zasnął, by zapomnieć o wszystkim.

- No, dla odmiany nieco optymizmu - admirał starał się, żeby jego

background image

głos brzmiał nieco weselej. - Mój kanadyjski przyjaciel wyraził zgodę 

na pełną współpracę. Jeśli Koniew jest rzeczywiście w rejonie portu 

Victoria, nie może pozostać niezauważony. Obiecano mi, że operacja 

zostanie   przeprowadzona   z   ogromną   ostrożnością,   tak   żeby   nie 

zwracała niczyjej uwagi.

„Voyager”   minął   w   tym   czasie   nabrzeże   statków   pasażerskich   i 

zbliżał   się   do   przystani   Straży   Wybrzeża.   Gęste   strugi   deszczu 

utrudniały widoczność.

- Czy udało się zidentyfikować tę łódź? - zapytał Bernie.

- Tak.   Należała   do   młodego   człowieka,   którego   znaleziono   z 

poderżniętym gardłem. Kuter nosił nazwę „Dream Girl”.

- To   właśnie   chciała   nam   przekazać   biedna   siostra   Mary   Ca-

therine.

- Płetwonurkowie wyłowili resztki spalonych ciał, a lekarz sądowy 

z Seattle ustalił, że jedno to zwłoki kobiety, drugie - mężczyzny. Jeśli 

to ciało Koniewa, to i tak go nie zidentyfikujemy. O dziewczynie nie 

wiemy w ogóle nic.

- Tak, a zanim cokolwiek się wyjaśni, Koniew będzie już daleko - 

wtrącił Ryng.

- Co   zamierzasz,   jeśli   nie   natrafisz   na   jego   ślad   w   Victorii?   - 

zapytał admirał.

- Popłynę do Vancouveru. Na razie kieruję ślę wyłącznie intuicją i 

w każdej chwili mogę stracić wszelki ślad.

- Co mógłbym dla ciebie zrobić?

- Absolutnie nic. Obejrzę sobie teraz port i będę szukał miejsca, w 

którym najprawdopodobniej mógłby się zaszyć Koniew. Zacznę od 

basenu   rybackiego.   Proszę   nie   zapomnieć   o   przekazaniu   mojego 

background image

zdjęcia Kanadyjczykom, żeby przez pomyłkę nie ścigali mnie.

Koniew lubił ciemności. Czuł się w nich najlepiej. Zdawało mu się, 

że jest niewidzialny.

Corinne   usiłowała   patrzeć   za   nim,   kiedy   zszedł   z   łodzi,   ale 

natychmiast rozpłynął się w mroku. Zrezygnowała z wypatrywania, 

zeszła   do   kabiny   i   usiadła   w   głębokim,   miękkim   fotelu.   Niemal 

natychmiast zasnęła.

Tymczasem   Koniew   poruszał   się   jak   kot.   Zatrzymywał   się   tam, 

gdzie   mrok   był   największy,   obserwował   teren   i   kilkoma   cichymi 

susami osiągał miejsce, które wypatrzył. Jak dziki kot wychwytywał 

każdy podejrzany dźwięk, każdy najmniejszy ruch.

Minął zamknięty o tej porze bar szybkiej obsługi. Stała tu budka

telefoniczna. Miał ochotę skorzystać z niej. Powinien zatelefonować 

do konsulatu, ale uświadomił sobie, że o tej godzinie przywołanie 

odpowiedniego urzędnika trwałoby zbyt długo.

Wkrótce   dotarł   do   nabrzeża,   gdzie   cumowały   barki   mieszkalne 

różnego   rodzaju.   Luksusowe,   eleganckie,   przypominające   małe 

stateczki pasażerskie, na których wybudowano kabiny mieszkalne i 

zwykłe niewielkie barki.

Posuwał  się  powoli  wzdłuż nabrzeża, zastanawiając  się,  którą   z 

łodzi wybrać. Omijał nowe, bardziej luksusowe jachty. Zapewne ich 

mieszkańcami byli ludzie młodzi, z nimi rozprawa byłaby oczywiście 

trudniejsza.

Przy końcu nabrzeża stała dość duża łódź mieszkalna, jeszcze w 

dobrym   stanie,   ale   wyraźnie   starszego   typu,   nieco   zapuszczona   i 

odrapana.   Właściciele   nie   należeli   zapewne   do   ludzi   zamożnych. 

background image

Przy   wejściu   widniał   napis:   „Uwaga   -   złe   psy!”   Koniew 

niespodziewanie uświadomił sobie, że nie znosi psów, a te zapewne 

odwzajemniały mu niechęć. Już kilkakrotnie pies go zaatakował. Ale 

napis był stary i wypłowiały. Jeśli żył tu jeszcze jakiś pies, również 

musiał być stary i nie należało się go bać.

Ostrożnie, cicho wszedł na pokład i nadsłuchiwał. Cisza. Podszedł 

do okna kabiny mieszkalnej. W świetle latarni z nabrzeża zobaczył 

wnętrze małej, czystej kuchni. Nadal cisza.

Podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Drzwi bez szmeru ustąpiły.

Znajdował się w niewielkim ciemnym przedpokoju. Zrobił kilka 

kroków i nogą potrącił leżącą na ziemi jakąś pustą puszkę. Potoczyła 

się z niemiłym grzechotem. Zamarł. Nadal jednak panowała cisza. 

Jeśli nawet był tu pies, to musiał być stary i głuchy.

Otworzył   kolejne   drzwi   i   poczuł   falę   gorąca.   Ci,   którzy   tu 

mieszkali, najwidoczniej lubili ciepło.

W powietrzu unosił się zapach jakiegoś jedzenia, czegoś z czosn-

kiem. To uświadomiło mu, że jest głodny. Corinne też musiała być 

głodna.

Stał nieruchomo i nadsłuchiwał. Oczy przyzwyczaiły się do ciem-

ności   i   w   półmroku   rozpraszanym   wątłym   odblaskiem   lamp   z 

nabrzeża   zobaczył   pokój   pełen   staroświeckich   mebli.   Po   drugiej 

stronie pokoju drzwi prowadziły w głąb pomieszczenia. Z pistoletem 

w ręku podszedł do nich i lekko pchnął. Znajdował się niewątpliwie 

w sypialni. Słyszał spokojny oddech dwóch śpiących osób. Dobiegało 

go jeszcze czyjeś chrapanie, ale nie potrafił określić czyje. W każdym 

razie chyba nie człowieka.

Namacał na ścianie kontakt. Pokój zalało światło. Zmrużył oczy.

background image

W   łóżku   leżały   dwie   osoby.   Stary   mężczyzna   i   równie   stara 

kobieta. Koło łóżka spał biały terier, niewątpliwie staruszek.

Kobieta   usiadła   z   wysiłkiem   i   z   otwartymi   ustami   patrzyła   na 

Koniewa.

- Jeśli   którekolwiek   z   was   krzyknie,   zginie   natychmiast   - 

powiedział cicho.

Pies usiadł, skierował w jego kierunku głowę i potrząsnął nią.

- Trzymaj psa - zwrócił się Koniew do kobiety.

Ta  posłusznie złapała  teriera  za obrożę, a mężczyzna, który też 

zdążył usiąść na łóżku, powiedział:

- To bardzo stary pies. Nie słyszy i nie widzi. Nic mu nie rób. To 

wszystko, co mamy.

Oczy Koniewa oswoiły się ze światłem i już nie musiał ich mrużyć.

- Wychodźcie z łóżka! - rozkazał.

- Zlituj się. Nie rób nam nic złego - jękliwie prosiła kobieta. Jej 

ręce   i   głowa   trzęsły   się   i   dopiero   teraz   mógł   ocenić,   że   są   oboje 

bardzo starzy, całkowicie bezbronni i niegroźni.

- Pospieszcie   się.   Nałóżcie   jakieś   płaszcze.   Jak   długo   tu   miesz-

kacie?

- Około roku - odpowiedział mężczyzna.

- A rodzina?

- Mieszkają   w   Stanach.   Czego   od   nas   chcesz?   Jesteśmy   bardzo 

biedni.

- Chcę się tu na kilka godzin zatrzymać.

- Zostań. Nikomu nie powiemy, tylko nic nam nie rób.

- Kto mieszka na łodziach obok?

- Jacyś młodzi ludzie. Nikogo nie znamy. Jesteśmy dla  nich za 

background image

starzy. Nic nikomu nie zrobiliśmy. Zostaw nas w spokoju, proszę - 

błagała kobieta.

- Niczego nie musicie się obawiać. Jeśli będziecie posłuszni, nic 

się wam nie stanie. I psu też nic. - Przyszło mu do głowy, że pies 

może   się   przydać.   Corinne   weźmie   go   ze   sobą,   kiedy   wyjdzie   na 

miasto. Nikt nie zwróci uwagi na kobietę wyprowadzającą psa na 

spacer.

- Czy jest tu coś w rodzaju komórki? Jakiś składzik na rzeczy?

- Po drugiej stronie kuchni.

- Czy pies nie szczeka, jak zostaje sam?

- Nie, jest już za stary.

- Jak go dotknę, nie ugryzie?

- Oczywiście,   że   nie   -   głos   kobiety   tak   się   trząsł,   że  słowa   były 

prawie niezrozumiałe.

Koniew pogłaskał psa, który w ogóle na to nie zareagował.

- Idziemy do tego składziku. Wszyscy - polecił.

Przeszli   przez   pokój,   wkroczyli   do   kuchni.   Mężczyzna   otworzył 

drzwi   na   pokład.   Wskazał   na   jakąś   nadbudówkę   na   pokładzie 

naprzeciwko wyjścia z kuchni.

- To tam, ale strasznie pada, a my jesteśmy chorzy. Zaziębimy się, 

a to dla nas śmierć.

- Jeśli mnie nie posłuchacie, umrzecie szybciej. - Trącił starego 

mężczyznę lufą pistoletu. - Wychodzić!

Kobieta prosiła o coś piskliwym, drżącym głosem. Koniew zaczął 

się niecierpliwić. Tamci nakładali płaszcze, które wzięli idąc przez 

korytarzyk. Jedno pomagało drugiemu. Wreszcie wyszli na pokład. 

background image

Mężczyzna otworzył drzwi do składziku i zawahał się.

- Nie ma tam światła? - zapytał Koniew.

Mężczyzna sięgnął ręką za drzwi i zapalił żarówkę, która oświetliła 

wejście na wąskie schody prowadzące w dół, do wnętrza łodzi.

- Ty pierwszy. - Koniew lufą wskazał na mężczyznę.

Stary człowiek zaczął powoli schodzić, przytrzymując się rękami 

ścian.   Gdy   był   na   trzecim   czy   czwartym   stopniu,   potknął   się   i 

poleciał   do   przodu.   Upadł   na   metalową   podłogę   pod   schodami   i 

usiłował podnieść głowę. Miał zakrwawioną twarz.

Kobieta zdumiewająco szybko zbiegła po schodach i przykucnęła 

przy mężu. Podtrzymywała jego głowę i zwróciła się do Koniewa:

- On umrze, jeśli nas tu zostawisz.

Koniew wycelował w nią i zobaczył, że zamknęła oczy.

- Popatrz na mnie! - rozkazał.

Posłuchała.

- Jeśli nie będziecie się zachowywali cicho, wrócę i zastrzelę was

oboje. Siedźcie cicho - to wasza jedyna szansa. Za kilka godzin ktoś

was stąd uwolni.

Zgasił światło i zamknął drzwi od składziku. Rozejrzał się i znów 

nadsłuchiwał. Słyszał jedynie szum wiatru i szelest deszczu. Żadnych 

odgłosów ludzkiej krzątaniny.

Wrócił do kuchni, potem wszedł do pokoju. Pies nadal leżał koło 

łóżka.   W   pokoju   było   ciepło   i   przytulnie.   Pomyślał,   że   Corinne 

będzie się tu podobać.

ROZDZIAŁ XIX

background image

Naciągnięcie   na   oczy   daszka   sportowej   czapki   i   podniesienie 

kołnierza   kurtki   niewiele   pomogło.   Bernie   Ryng,   zziębnięty   i 

przemoczony   do   suchej   nitki,   krążył   po   nabrzeżach   basenu 

rybackiego. Wiał zimny wiatr, przed którym nie znajdował żadnej 

osłony. Równie zimny deszcz zacinał w oczy. Słowem była to ohydna 

noc i Ryng czuł się coraz bardziej zmęczony.

Poszukiwania   były   bardzo   utrudnione   z   powodu   słabego 

oświetlenia nabrzeży. Zlokalizowanie jachtu Koniewa przed świtem 

najprawdopodobniej   nie   będzie   możliwe.   Ryng   był   jednak 

przekonany, że jeśli Koniew w ogóle zawinął do portu, to jego łódź 

musiała się znajdować właśnie tu.

Wokół było całkiem pusto. Ryng minął bar szybkiej obsługi i nagle 

poczuł, że jest po prostu głodny. Nie miał jednak czasu myśleć o 

tym. Nawykłe już do ciemności oczy zauważyły jakiś ruch. Uskoczył 

w bok, pod ścianę baru, gdzie było najciemniej, i patrzył. Był pewny, 

że nabrzeżem przemknęła jakaś postać. Stał i patrzył. Było cicho i 

port wyglądał jak wymarły. Czyżby mu się przywidziało? Może w ten 

sposób dawało o sobie znać zmęczenie? Ostrożnie, nie wychodząc z 

cienia,  przesunął  się  do  przodu.   Jeśli   tam,  w   ciemności,   ktoś   się 

przyczaił, zapewne poruszy się.

Nie dostrzegł jednak nic i poszedł w dół nabrzeża.

Koniew   wstrzymał   oddech.   Jeszcze   przed   sekundą   był   tak 

zadowolony, że zaraz znajdą się w ciepłym łóżku, iż stał się mniej 

czujny. I nagle... Niemal w ostatnim momencie zauważył, że ktoś 

idzie   w   jego   kierunku.   Skulił   się   i   dał   nura   w   głęboki   cień.   Był 

wściekły   na   siebie.   Jego   nieuwaga   mogła   doprowadzić   do 

background image

nieszczęścia!

Przy   jednym   z   kutrów   stały   puste   beczki   po   paliwie.   Koniew, 

skulony,   ukrył   się   za   nimi.   Jeśli   go   tu   szukano,   jeśli   zauważono, 

zaraz może zacząć się obława. Wstrzymał oddech i czekał.

Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby dał się teraz złapać. Tyle już 

osiągnął...   Koniew   starał   się   oddychać   jak   najciszej,   choć   wiatr 

zagłuszał wszelkie odgłosy.

Ktoś   szedł   nabrzeżem,   minął   go.   Nawet   jeśli   go   wcześniej 

zauważył,   uznał   to   pewnie   za   przywidzenie.   Koniew   miał 

świadomość, że nie może sobie pozwolić na to, by wyjść na nabrzeże, 

i zgięty wpół przesuwał się drewnianym pomostem wzdłuż rzędu 

przycumowanych tu kutrów. Postanowił, że i Corinne poprowadzi tą 

drogą. Nie powtórzy popełnionego przed chwilą błędu.

Ryng   zdał   sobie   sprawę,   że   musi   wypocząć.   Musi   się   przespać 

kilka   godzin.   Gdyby   był   wypoczęty,   nie   zgubiłby   tego   cienia   na 

nabrzeżu.

Przy barze szybkiej obsługi zobaczył telefon. To mu uświadomiło, 

że   Koniew   może   skorzystać   z   jakiegoś   telefonu.   Bo   nie   było 

wątpliwości, że musiał mieć tu kogoś, kto mu pomaga.

Ryng wszedł do budki i nakręcił numer admirała.

- Admirale, wiem, że mnóstwo ludzi przeklnie pana za budzenie 

ich   po   nocy,   ale   sprawa   jest   pilna.   Trzeba   natychmiast   założyć 

podsłuch   na   wszystkie   publiczne   telefony   w   rejonie   basenu 

rybackiego. Jeśli Koniew nie skorzystał jeszcze z telefonu, zapewne 

wkrótce   to   zrobi.   Musimy   wiedzieć   możliwie   jak   najszybciej,   z 

którego aparatu dzwoni i z kim się łączy.

background image

Admirał   poinformował   Rynga,   że   władze   kanadyjskie   pilnują 

całego   rejonu   portu.   Wszystkie   wypływające   kutry   i   jachty   będą 

dokładnie   kontrolowane.   Zgodzono   się   również   na   przybycie   do 

Victorii amerykańskich komandosów.

Po tej rozmowie Ryng wrócił na „Voyagera”, by się przespać ze 

trzy godziny. Zamierzał wstać przed wschodem słońca.

Koniew obudził się. Miał wrażenie, że ktoś trzyma go za prawe 

ramię. Trzyma tak mocno, że aż ręka mu ścierpła. Ten ktoś krył się 

w ciemności i przyciskał go do łóżka.

Instynktownie   potoczył   się   na   prawo   i,   spadając   na   podłogę, 

chwycił  pistolet  leżący  na   szafce   koło   łóżka.  Przekoziołkował  pod 

ścianę, wymierzył... i w tym momencie usłyszał krzyk Corinne.

- Nie...! Nie strzelaj...! To ja!

Opuścił głowę i potarł czoło.

- W porządku... przepraszam. - Dopiero teraz uświadomił sobie,że 

to Corinne, która spała przytulona do niego, uciskała jego ramię.

Corinne   zapaliła   lampkę   nocną,   usiadła   na   łóżku   i   patrząc   na 

Mikołaja szeroko otwartymi oczami, powiedziała:

- Czy sądziłeś, że mam zamiar cię zabić?

Patrzył   na   nią   bez   słowa.   Włosy   opadały   jej   na   ramiona.   Była 

całkiem naga i bardzo piękna. Czuł, że znowu jej pragnie.

- To pewnie zmęczenie i napięcie. Przepraszam. 

W oczach Corinne pojawiły się iskierki ironii.

- Wyglądasz przezabawnie - powiedziała.

Zdał sobie sprawę z tego, że i on był całkiem nagi. Siedział w kucki 

pod ścianą z pistoletem w dłoni.

background image

- Wracaj do łóżka. 

Położył się przy niej, przytulił.

- Jest mi naprawdę przykro... - mruknął raz jeszcze.

Tym razem obudził go ryk silnika samolotu. Otworzył oczy i leżał 

bez   ruchu.   Dopiero   po   chwili   uświadomił   sobie,   gdzie   jest.   Skąd 

jednak ten samolot? Silnik pracował gdzieś bardzo blisko.

Wstał   i   nie   ubierając   się   podszedł   do   okna.   Ostrożnie   odsunął 

zasłonę. Nadal padało, choć nie tak bardzo jak w nocy. Niebo było 

zachmurzone. Na jednym z budynków portowych zegar wskazywał 

szóstą trzydzieści.

Wyszedł do kuchni, gdyż coraz głośniejszy ryk silnika zdawał się 

dolatywać z tamtej strony. Okno wychodziło na basen, na środku 

którego zobaczył hydroplan. Właśnie zaczynał się rozpędzać, spod 

jego   pływaków   tryskały   bryzgi   wody.   W   chwilę   potem   maszyna 

zniknęła z pola widzenia.

Wrócił do sypialni, Corinne siedziała na łóżku z szeroko otwartymi 

oczami.

- Co to było?

- Hydroplan. Zapewne jakieś lokalne linie. Wystraszyłaś się?

- Tak. Kiedy się obudziłam, a ciebie nie było.

- O to nie musisz się martwić. Bez ciebie nie ruszę się ani na krok.

Corinne   przeciągnęła   się   i   położyła.   Patrząc   na   niego   zapytała 

cicho:

- Przyjdziesz jeszcze do mnie?

- Nie teraz - uśmiechnął się. - Idę pod prysznic.

Wokół panował spokój. Przypuszczał, że stali mieszkańcy barki, 

zamknięci teraz w składziku pod pokładem, nie mieli tu przyjaciół. 

background image

Zdecydował, że Corinne wyjdzie po zakupy z psem. Gdyby ją ktoś o 

coś pytał, powie, że staruszkowie pojechali do Seattle, do syna, a 

ona, ich siostrzenica, przyjechała, by opiekować się psem i barką.

Kiedy   Corinne   była   już   gotowa   do   wyjścia,   powiedział:   -   Tu 

niedaleko   zobaczysz   bar   szybkiej   obsługi.   Jest   tam   telefon. 

Wyprowadzając psa przy okazji zatelefonujesz do radzieckiego kon-

sulatu w Vancouverze. Kiedy po tamtej stronie podniosą słuchawkę, 

poprosisz   radcę   politycznego.   Jak   się   odezwie,   powiesz:   „wasz 

człowiek gotowy jest do przetransportowania w dniu jutrzejszym”. 

Ten   radca   nie   zna   żadnych   szczegółów.   O   nic   nie   będzie   pytał. 

Powinien ci jedynie powiedzieć, kiedy znowu masz zatelefonować.

Obudził go dobiegający z radia głos Coffina:

- Do diabła, Bernie, wiem, że tam jesteś! Obudź się!

Spojrzał na zegarek. Siódma trzydzieści! Spał pięć godzin, o dwie 

godziny dłużej, niż zamierzał. Zerwał się i włączył nadajnik.

- Zaspałem, przepraszam. Słucham.

- Twój   Koniew   jest   w   okolicy.   Zarejestrowaliśmy   przed   chwilą 

rozmowę. Kobieta mówiąca z lekkim brytyjskim akcentem telefono-

wała   do   konsulatu   radzieckiego   w   Vancouverze.   Jakieś   dziesięć 

minut temu. Przekazała im informację.

Coffin odczytał treść tej informacji, zanotowanej na leżącej przed 

nim kartce.

- A więc ma przy sobie kobietę. Skąd dzwoniono?

- Bardzo blisko miejsca, w którym się znajdujesz. Z telefonu przy 

barze szybkiej obsługi koło basenu rybackiego.

- Tak. Jestem pewien, że widziałem go wczoraj w nocy. To był z 

background image

całą pewnością ten. Cholera! - powtórzył to kilkakrotnie.

- Widziałeś Koniewa? - nie zrozumiał Coffin.

- Prawdopodobnie   byłem   zbyt   zmęczony   i   myślałem,   że   mi   się 

przywidziało. Moi chłopcy już przylecieli?

- Len   Todd   jest   w   dowództwie   Straży   Wybrzeża.   Pozostali   z 

delfinami przed portem. Port w praktyce zablokowany.

- Muszę   znaleźć   jego   łódź.   Wiem   też,   że   jest   ich   dwoje.   Jeśli 

szczęście mi dopisze...

- Możesz mieć tylu kanadyjskich żołnierzy, ilu tylko zechcesz.

- Jeszcze nie. Może uda się go złapać bez strzelaniny i nowych 

trupów. - Powiedział admirałowi, że będzie miał przy sobie włączony 

odbiornik  i władze kanadyjskie zawsze  mogą  ustalić  miejsce  jego 

pobytu.

Wyłączył się i wyszedł na molo. Przed sobą miał ogromny basen 

rybacki, a w nim setki kutrów.

W   dwie   godziny   potem   odnalazł   jacht   wciśnięty   między   kutry. 

Wypisana na rufie nazwa została zamalowana. W pobliżu stało kilku 

rybaków.   Dziwili   się,   co   ta   łódź   tu   robi,   i  szukali   pijaczka,   który 

zazwyczaj spał na stojącym obok kutrze i gdzieś się zapodział.

Ryng przeszukał łódź i nie znalazł niczego, co pomogłoby w ziden-

tyfikowaniu   właścicieli.   Już   samo   to   sugerowało,   że   miał   do 

czynienia z Koniewem. Koniew był zbyt sprytny, żeby pozostawiać 

po sobie jakieś ślady.

Nie   mógł   jednak   być   daleko.   Ryng   miał   nad   nim   przewagę: 

wiedział, że pomaga mu jakaś kobieta, a tamten nie domyślał się, że 

zmobilizowane   siły   kanadyjskie   pilnowały   całego   rejonu 

przylegającego do portu.

background image

Leżeli spleceni w uścisku. Delikatnie gładził jej włosy.

- Dżentelmeni   po   wszystkim   nie   ściskają   tak   partnerek   w   nie-

skończoność - powiedziała z lekkim szyderstwem w głosie.

- Może   jeszcze   nie   jest   po   wszystkim   i   zapewne   nie   jestem 

dżentelmenem - odparł.

- Tak, jesteś inny od mężczyzn, jakich znałam - stwierdziła.

- Wiem o tym - powiedział nadspodziewanie poważnie.

- Zaczynam   się   do   tego   przyzwyczajać.   Czuję   się   na   dodatek 

odpowiedzialna za ciebie. Związał nas los.

Odsunął się od niej. Mówił poważnie, bez uśmiechu:

- Masz rację. Związał nas los. Straciłem moje okręty, kolegów, ale 

wypełniłem misję i znalazłem ciebie. Czy pozostaniesz ze mną, jeśli 

oczywiście przeżyjemy?

- Tak.

- A więc umowa stoi. Jeśli umieramy, to razem. Jeśli przeżyjemy, 

też pozostaniemy razem.

Zaczęła dzielić się swymi wrażeniami ze spaceru z psem.

Najpierw zatelefonowała. Potem psiak, który wiedział, dokąd chce 

iść,   zaprowadził   ją   na   skwerek   po   drugiej   stronie   parkingu.   Gdy 

czekała,   żeby   się   załatwił,   zauważyła   samochód.   Stał   przy 

krawężniku. W środku siedziało dwóch młodych mężczyzn bardzo 

podobnie   ubranych.   Jeden   z   nich   rozmawiał   z   kimś   przez   małe 

przenośne   radio.   Przeszła   koło   samochodu.   Na   tylnym   siedzeniu 

leżały berety i kamizelki, jakich robotnicy używają w czasie chłodu.

Szła z psem i natknęła się na drugi samochód, w nim również było 

dwóch   młodych   ludzi   podobnie   ubranych.   Wróciła   do   domu   jak 

najszybciej, ciągnąc psa za sobą.

background image

Gdy   opowiedziała   o   wszystkim   Koniewowi,   widać   było,   że   się 

przejął. Dotąd wychodził zwycięsko z wszelkich tarapatów głównie 

dlatego, że instynkt ostrzegał go przed niebezpieczeństwem. Teraz 

też   wiedział,   że   dłużej   nie   powinni   tu   pozostawać.   Kontakt 

telefoniczny z Vancouverem mogą nawiązać z innego miejsca.

Wszystko  już  obmyślił.  Corinne,  której   nikt   nie   znał,  wynajmie 

samochód.   Zajedzie   na   pobliski   parking.   On   będzie   już   czekał. 

Ubrany w ciuchy starego człowieka, z laską, prowadząc na smyczy 

psa pokuśtyka do samochodu. Nikt nie powinien zwrócić na nich 

uwagi. Pojadą na północ, skąd odchodzi prom do Vancouveru. Tam 

pozostawią samochód i odpłyną.

- Coś mi się nie podoba - powiedziała nagle Corinne, która spoza 

lekko uchylonej firanki wyglądała przez okno. - Ktoś chodzi od łodzi 

do   łodzi.   Zupełnie   jak   sprzedawca,   ale   czy   tu   też   chodzą 

domokrążcy? Po porcie?

Koniew   podszedł   do   okna.   Przez   chwilę   przyglądał   się 

człowiekowi, który szedł od barki do barki i przy każdej przez chwilę 

o czymś rozmawiał. Nie wyglądał na sprzedawcę. Coś go ostrzegało, 

że człowiek ten mógł być niebezpieczny.

- Wyjdź na pokład z psem i staraj się, żeby mężczyzna nie wszedł

na barkę. Powiedz mu to, co mówiłaś innym: że opiekujesz się psem

pod   nieobecność   właścicieli.   Amerykanie   nie   wiedzą,   że   jesteś   ze 

mną, i nie będą niczego podejrzewali.

Corinne   niemal   siłą   wyciągnęła   psa   na   pokład   i   udawała,   że 

sprząta, a  tak naprawdę czekała na tamtego człowieka. Po chwili 

pojawił się przy mostku prowadzącym z nabrzeża na barkę.

- Dzień dobry - powiedział wesoło. - Jestem z wydziału socjalnego 

background image

z magistratu. - Wskazał na psiaka i zapytał: - Gryzie?

- Tak. - Przypatrywała się przybyszowi z ciekawością. Wcale nie 

przypominał   urzędnika   i   mówił   z   amerykańskim   akcentem.   Jego 

oczy były bez wyrazu, zupełnie jak oczy Koniewa. Człowiek ten nie 

budził jej zaufania.

- Chciałbym   zadać   kilka   pytań.   Przygotowujemy   ankietę.   Czy 

mogę wejść na pokład?

- Nie, pies może pana ugryźć. Ja wyjdę na molo.

- Sądzę,   że   to   raczej   pani   nie   lubi   gości.   -   Ryng   starał   się 

zachowywać możliwie najuprzejmiej.

- To   nie   moja   barka,   lecz   wuja.   Niewiele   mogę   panu   pomóc. 

Opiekuję się jedynie psem. Wuj i ciotka pojechali do Seattle do syna.

- Rozumiem, ale czy nie mogłaby pani odpowiedzieć za nich na 

kilka pytań?

- Mogę spróbować.

Ryng zadał kilka nic nieznaczących pytań i zanotował odpowiedzi. 

W pewnej chwili zapytał:

- Pani nie jest Kanadyjką?

- Oczywiście, że jestem.

- Ma pani brytyjski akcent.

- Myślałam, że go już utraciłam. Jestem obywatelką kanadyjską i 

mieszkam w Vancouverze. Czy to ma związek z pańskimi pytaniami?

- Oczywiście, że nie - uśmiechnął się. Mógłby się założyć, że gdyby 

porównali   nagranie   podsłuchu   telefonicznego   z   jej   głosem, 

okazałoby się, że to ta sama osoba. - Po prostu prywatnie interesuję 

się akcentami.

Była teraz pewna, że ten człowiek nie jest urzędnikiem magistratu. 

background image

Czegoś szukał.

- Jestem   zajęta   pisaniem   listu.   Jeśli   pan   zechce   dowiedzieć   się 

czegoś jeszcze, proszę wpaść, jak wujek tu będzie. - Odwróciła się i 

weszła   na   barkę.   Leżący   na   pokładzie   pies   wstał   niepewnie   i 

skierował się do drzwi kabiny.

- Niech pani uważa na psa! Wygląda bardzo groźnie! - zawołał w 

jej kierunku Ryng.

Skinęła głową, lecz nie potrafiła się uśmiechnąć. Otworzyła drzwi i 

weszła do środka. Zdążyła jeszcze zauważyć, że mężczyzna z zainte-

resowaniem przyglądał się wszystkiemu, co można było zobaczyć na 

barce.

Koniew siedział na łóżku.

- Widziałem go. Czego chciał? - zapytał.

- Twierdzi,   że   jest   urzędnikiem   z   magistratu.   Wymyślał   jakieś 

pytania.

Koniew pokręcił głową. Twarz miał zimną i zaciętą.

- Przykro mi, ale muszę zburzyć naszą sielankę. Coś mi się w tym

człowieku nie podobało. Wróci tu, choć nie wiem, kiedy. Musimy 

wypłynąć na którymś z tych rybackich kutrów, i to możliwie szybko.

Wstał, podszedł do niej, położył jej ręce na ramionach i powiedział 

prawie szeptem:

- Jesteś   nadzwyczajna.   Nigdy   nie   spotkałem   takiej   dziewczyny.

W odpowiedzi przytuliła się do niego.

ROZDZIAŁ XX

Corinne szła wzdłuż nabrzeża. Spacerowała powoli, jakby nic jej 

background image

nie interesowało. Psiak pracowicie i z wysiłkiem dreptał koło niej.

Miała   zmylić   tych,   którzy   mogli   ich   ewentualnie   obserwować   i 

poinformować   konsulat,   że   muszą   zmienić   plan.   Pies   co   chwila 

stawał i obwąchiwał interesujące go miejsca, potem przysiadał. Z 

wielką przyjemnością szarpnęłaby silnie za smycz, ale zdawała sobie 

sprawę,   że   siostrzenica   nigdy   by   w   ten   sposób   nie   potraktowała 

ukochanego psa wujostwa.  Tym bardziej że  wszyscy wokół chyba 

znali starego teriera.

Bar szybkiej obsługi wypełniał tłum ludzi popijających poranną 

kawę. Słońce przedzierało się przez rzedniejące chmury i zaczynało 

osuszać kałuże na jezdni. Budka telefoniczna była zajęta i Corinne 

musiała poczekać. Ktoś zapytał ją o właścicieli psa. Odpowiedziała, 

że wyjechali do Seattle, co nie wzbudziło żadnych podejrzeń.

Jeszcze chwilę pospacerowała, wreszcie przywiązała psa do latarni 

i ruszyła w kierunku budki telefonicznej.

Koniew stwierdził, że do barki, od strony basenu, przycumowana 

była   łódź   wiosłowa,   teraz,   po   ulewie,   pełna   wody.   Zszedł   po 

zwisającym z burty krótkim trapie. Jedną ręką trzymał się sznurów, 

drugą   wybierał   wodę   posługując   się   znalezioną   pustą   puszką   po 

konserwach. Wydawało mu się, że praca posuwa się bardzo powoli, 

a wody wcale nie ubywa.

Kiedy uznał, że może bezpiecznie wejść do łodzi, zajął miejsce na 

ławeczce.   Leżące   na   podłodze   wiosła   włożył   w   dulki   i   zaczął 

wiosłować. Trzymał się możliwie najbliżej burty barek, by go nikt 

nie   zobaczył   od   strony   nabrzeża.   Wkrótce   posuwał   się   wzdłuż 

nabrzeża z kutrami

background image

rybackimi. Niektóre miejsca były już puste. Sztorm minął i rybacy 

spieszyli   na   morze   po   zarobek.   Większość   kutrów   stała   jednak 

jeszcze przy nabrzeżu i Koniew miał w czym wybierać.

Wpadł mu w oczy niewielki kuter przygotowany do wypłynięcia. 

Silnik łodzi już pracował. Na rufie białymi literami wypisana była 

nazwa: „Sangria”. Po pokładzie krzątało się dwóch mężczyzn. Obser-

wował ich przez chwilę. Wydawało się, że na kutrze nie było nikogo 

więcej, a łodzie stojące obok były puste.

Dwoma uderzeniami wioseł podpłynął pod rufę.

- Dzień dobry. Wypływacie?

- Na to wygląda, no nie? - Człowiek z pokładu nawet nie spojrzał w 

jego stronę.

- Straciłem mój kuter. Nie potrzebujecie człowieka do pomocy? - 

Jeszcze raz rozejrzał się dookoła. Nikogo w najbliższym sąsiedztwie.

- Jest nas dwóch. Wystarczy. Zresztą nie znam ciebie. - Rybak po 

raz pierwszy zaczął mu się przyglądać.

- Jeśli się zgodzisz, będę pracował bez zapłaty.

- Tu nie ma miejsca na trzeciego. Wypływamy. Zabieraj to swoje 

małe gówno. Nie chciałbym go potrącić.

Koniew był już przy burcie kutra.

- Połóż ręce na burcie. Widzisz to? - Potrząsnął pistoletem. - Na 

lufie   mam   tłumik.   Nawet   twój   kolega   nie   usłyszy,   jak   umrzesz. 

Rozumiesz?

Rybak słuchał z otwartymi ustami. Jego oczy zdradzały, że jest w 

szoku.   Ręce   zacisnął   na   metalowej   poręczy   burty   tak   silnie,   że 

zbielały.

- Jeśli krzykniesz, zastrzelę cię natychmiast. - Koniew wstał, złapał 

background image

się   jedną   ręką   za   barierkę   kutra   i   zręcznie   jak   kot   wskoczył   na 

pokład.

- Zawołaj kolegę - polecił.

- Mario!   -   krzyknął   tamten   ochrypłym   głosem.   -   Mario!   - 

powtórzył i machnął ręką.

Jego kolega wytarł ręce i ruszył w ich kierunku.

- A ty jak się nazywasz? - zapytał Koniew.

- Paul.

- Mario   -   zwrócił   się   teraz   do   rybaka   -   Paul   zgodził   się,   bym 

popłynął dzisiaj z wami.

- Jak to z nami? - Na twarzy tamtego pojawił się wyraz zdumienia 

i   oburzenia.   Zwrócił   się   do   kolegi,   chcąc   mu   coś   powiedzieć,   ale 

Koniew nie dopuścił do tego:

- Mario, posłuchaj, proszę. Popatrz, co mam w ręce.

Mario dopiero teraz zauważył broń i jego oczy zrobiły się okrągłe 

jak spodki.

- Wyjaśniałem już Paulowi, że to, co widzisz na lufie, to tłumik. 

Jeśli nie wykonacie moich poleceń, obaj natychmiast zginiecie i nikt 

nie usłyszy wystrzału. Zrozumieliście?

Potwierdzili skinieniem głów.

- Który z was zazwyczaj prowadzi kuter?

- Obaj, na zmianę.

- Doskonale. Ty, Mario, zdejmiesz cumy, a Paul wycofa kuter  i 

powoli popłynie wzdłuż nabrzeża. Weźmiemy jeszcze kogoś.

- Tu jest płytko...

- Jeśli wejdziesz na mieliznę, jesteś trupem. Jasne?

Rybak potwierdził skinieniem głowy, że rozumie.

background image

- Dopłyniesz do miejsca, gdzie kończy się rząd kutrów, a zaczynają 

barki   mieszkalne.   Tam   podpłyniesz   pod   samo   nabrzeże. 

Zrozumieliście dokładnie?

Ponowne skinienie głową.

- Ruszamy.

Corinne   miała   już   wejść   do   budki   telefonicznej,   ale   ktoś   ją 

uprzedził.

- Czekam   tu   tak   długo.   Może   mnie   pan   przepuści.   Mam   pilną 

rozmowę. Bardzo krótką.

Mężczyzna,   który   był   już   w   budce,   przyjrzał   się   jej   z 

zaciekawieniem, potem machnął ręką i ustąpił miejsca.

- Dziękuję - mruknęła wchodząc do środka.

Zasłoniła   sobą   telefon,   aby   nikt   nie   mógł   odczytać   numeru,   z 

którym się łączy, wrzuciła do automatu monetę i wystukała numer 

konsulatu   w   Vancouverze.   Jak   poprzednim   razem,   powtórzyła 

formułkę przywołania odpowiedniego człowieka, dodając, że sprawa 

jest bardzo pilna.

W chwilę potem w słuchawce odezwał się męski głos:

- Słucham.

- Nie   może   zrobić   tego,   o   czym   była   poprzednio   mowa. 

Odpływamy na łodzi. Nie mamy innej możliwości.

- Poczekaj.

Słyszała jakieś szepty, po czym ten sam głos powiedział:

- Płynąć   na   zachód   Juan   de   Fuca...   możliwie   szybko...   zwracać 

uwagę na helikopter... powiedz, że próbujemy... powinien wiedzieć, 

co zrobić. Zrozumiałaś?

background image

- Tak. - Odwiesiła słuchawkę i wyszła z budki.

To, co zobaczyła, sprawiło, że przygryzła wargę. Obok siedzącego 

pod słupem psa przykucnął Ryng i skrobał psiaka za uchem.

- Cześć - powiedział, jakby ucieszony ze spotkania. - Zaatakował 

mnie.   -   Jego   jasnoniebieskie   oczy   uparcie   patrzyły   jej   prosto   w 

twarz.

Nie odpowiedziała, tylko odwiązała smycz od słupa.

- Dzwoniła pani do wuja?

- Do przyjaciółki. Wpadnie na obiad. Siedzenie z psem jest bardzo 

nudne. Chodź - powiedziała do teriera.

Pies spojrzał na nią jakby zdziwiony i leniwie, ociągając się, wstał. 

Ryng słuchał uważnie, jak mówiła, i ponownie doszedł do wniosku, 

że wychwytuje u niej brytyjski akcent.

Corinne odwróciła się tymczasem i ruszyła w kierunku nabrzeża. 

Była pewna, że towarzyszy jej spojrzenie tego Amerykanina. Miała 

ogromną   ochotę   obejrzeć   się,   ale   się   powstrzymała.   To   byłoby 

głupie.

Psiak  wlókł się  powoli.  Ustawicznie przystawał,  siusiał,  coś  ob-

wąchiwał.   Nie   chciała   go   zmuszać   do   pośpiechu,   by   nie   zwrócić 

czyjejś uwagi.

Gdy zbliżała się do nabrzeża, do przystani dobijał kuter. Zdziwiła 

się. W tym miejscu nie było żadnych rybackich kutrów. Zobaczyła 

jednak, że ktoś macha do niej z pokładu. Mikołaj! Ciągnąc za sobą 

psa   przyspieszyła   kroku.   Wreszcie   wzięła   go   na   ręce   i   tak 

pomaszerowała   w   kierunku   kutra.   Gdyby   się   nie   bała,   zaczęłaby 

biec. Zastanawiała się, czy ten Amerykanin nadal ją obserwuje.

Paul i Mario bez słowa patrzyli na wsiadającą na kuter kobietę. 

background image

Czuli się tak, jakby człowiek z pistoletem ani na chwilę nie spuszczał 

z   nich   oczu   i   ustawicznie   mierzył   do   nich,   choć   broń   miał   teraz 

schowaną pod kurtką.

- Płyniemy!   -   zakomenderował.   -   Wypływamy   z   portu   i   prze-

cinamy kanał.

- Dokąd mamy płynąć? - zapytał Mario.

- Potem   powiem.   -   I   szeptem   zwrócił   się   do   Corinne:   - 

Dodzwoniłaś się?

- Tak. Odpowiedź była jakaś dziwna - mówiła również szeptem. - 

Płynąć na zachód Juan de Fuca. Jak rozumiem, w kierunku oceanu. 

Potem mówił coś na temat helikoptera i dodał, że ty wiesz, co należy 

robić.

- Nie,  nie mam pojęcia, o  czym mówił. - Zastanawiał  się  przez 

chwilę. - Może z jakiegoś okrętu... - zaczął się domyślać. - Chyba 

jednak nie. Nie na wodach terytorialnych...

- Ten człowiek mówił, że będą próbować, a ty wiesz, co robić. - 

Rozłożyła ręce. - To wszystko.

„Sangria” odbiła od molo, przecięła basen i płynęła w kierunku 

wyjścia z portu.

- Powiem wam, co zrobimy - mówił tak głośno, żeby Paul i Mario 

mogli usłyszeć. - Ja zejdę do kabiny, ale drzwi pozostaną otwarte. 

Cały   czas   na   was   patrzę.   Mario,   pracuj   na   pokładzie.   Rób   to,   co 

zawsze   robisz.   Pamiętaj   jednak,   jeśli   znikniesz   z   mojego   pola 

widzenia, wyjdę z kabiny i zabiję. Rozumiecie?

Skinęli głowami na znak, że rozumieją doskonale.

- Ona też pozostanie na pokładzie i gdyby coś było nie w porząd-

background image

ku,   natychmiast   mnie   zawoła.   Nawet   gdyby   to   był   ostatni   dzień 

mojego życia, to obiecuję wam, że wy zginiecie przede mną. Jeśli 

jednak   będziecie   posłuszni,   jeszcze   dziś   wieczorem   będziecie   się 

mogli z tej przygody pośmiać w barze. To chyba przyjemniej, niż być 

konsumowanym przez ryby?

Paul i Mario zgodzili się z tą opinią.

„Sangria” minęła tymczasem budynek Straży Wybrzeża, wypłynęła 

z portu i skierowała się w stronę cieśniny Juan de Fuca. Paul stał 

przy kole sterowym, trzymał je tak kurczowo, jakby się bał, że zaraz 

upadnie. Mario niby coś robił na pokładzie, ale jemu także ręce się 

trzęsły,   nie   był   w   stanie   utrzymać   nawet   kawałka   liny.   Corinne 

usiadła   na   krześle   wystawionym   z   kabiny   przez   Koniewa   i 

wygrzewała się na słońcu. Pies leżał na jej kolanach. Było spokojnie i 

cicho.

Bernie Ryng pijąc kawę w barze szybkiej obsługi zastanawiał się. 

Wszystko,   co   dotyczyło   tej   kobiety,   wydawało   się   bardzo 

prawdopodobne - wujostwo, którzy wyjechali do Seattle, opieka nad 

psem, zaproszenie koleżanki na obiad.

Dopił kawę i skierował się na nabrzeże, przy którym przycumował 

„Voyagera”.   Idąc   rozmyślał.   Jeśli   ta   dziewczyna   udawała   i   coś 

ukrywała,   to   robiła   to   doskonale.   Zbiła   go   z   tropu   i   zmusiła   do 

defensywy. Nie powinien był się tak biernie zachowywać. Sytuacja 

wymagała działania zdecydowanego i szybkiego. Ten Koniew musiał 

zdobyć coś niezwykle cennego, coś, co miało ogromne znaczenie dla 

Stanów Zjednoczonych. Nie może zatem pozwolić sobie na żaden 

błąd.   Nawet   jeśli   się   myli   co   do   tej   dziewczyny,   to   najwyżej   ją 

background image

przeprosi. Musi się jednak upewnić, czy mówiła prawdę.

Przez radio poinformował Kanadyjczyków, co zamierza zrobić, i 

poprosił o dyskretne wsparcie.

Powrócił   na   nabrzeże,   przy   którym   były   przycumowane   barki 

mieszkalne, i podszedł do tej, która go szczególnie interesowała. Nie 

różniła się od innych, może jedynie tym, że była czysto utrzymana. 

Od   razu   było   wiadomo,   że   mieszkają   tu   ludzie   starsi,   zapewne 

emeryci.

Firanki   w   oknach   były   zaciągnięte.   Stanął   przy   burcie   i   nad-

słuchiwał.   Żadnego   dźwięku,   żadnego   znaku   życia.   Wszedł   na 

mostek i stanął na pokładzie.

- Czy jest tam kto?! - zawołał, ale nie było odpowiedzi. Wsadził 

rękę do kieszeni i położył na kolbie rewolweru.

- Czy mogę z panią porozmawiać?! - Znowu brak odpowiedzi. Jeśli 

byli na barce, musieli go usłyszeć.  Wyciągnął z kieszeni rewolwer.

Podszedł do okna i zapukał. Cisza. Zajrzał do środka i przez szparę 

pomiędzy   framugą   a   zasłoną   zauważył,   że   z   tamtej   strony   jest 

kuchnia. Znowu nadsłuchiwał.

Był   spięty.   Wolałby,   żeby   wszystko   odbywało   się   na   otwartej 

przestrzeni. Tu było o wiele niebezpieczniej.

Pchnął drzwi i uskoczył w bok. Wysunął potem głowę i krzyknął 

do wnętrza:

- Barka   jest   otoczona   przez   policję!   Każda   próba   oporu   może 

skończyć się waszą śmiercią!

Wstrzymał oddech i znowu nadsłuchiwał. Cisza.

Ostrożnie wślizgnął się do środka.  Wydawało się, że nie ma tu 

nikogo. Minął kuchnię i zaczaił się przy następnych drzwiach. Po 

background image

chwili   nadsłuchiwania   pchnął   gwałtownie   drzwi   i   wylądował   na 

podłodze   kolejnego   pomieszczenia.   Na   brzuchu,   z   pistoletem 

gotowym do strzału. Był w sypialni. Pustej. Jeszcze jeden pokój, też 

pusty. Wyglądało na to, że na barce nie ma nikogo. Koniew, jeśli tu 

był, uciekł.

Wybiegł na nabrzeże i przez radio powiadomił Kanadyjczyków o 

sytuacji. Zastanawiał się. Z ową kobietą rozmawiał przed niespełna 

półgodziną. Teraz zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. Co się mogło 

stać? Czyżby Koniew przez nią nawiązał z kimś kontakt i otworzył 

sobie   drogę   ucieczki?   Dopiero   w   tej   chwili   zdał   sobie  sprawę,   że 

powinien był sprawdzić u Coffina, czy nie złapali czegoś z podsłuchu 

telefonicznego.

Pobiegł do budki telefonicznej przy barze szybkiej obsługi i w kilka 

sekund później uzyskał połączenie z admirałem.

- Dobrze, że dzwonisz, Bernie. Wywoływałem cię przez radio, ale 

bezskutecznie.  Przed  niespełna  godziną   zarejestrowaliśmy kolejny 

telefon do konsulatu w Vancouverze. Moi raportowali, że rozmowa

była   bardzo   krótka   i   trudno   z   niej   coś   wywnioskować.   Kobieta 

mówiła   coś   o   łodzi.   Kazali   jej   płynąć   cieśniną   na   zachód.   Potem 

wspomnieli   o   jakimś   helikopterze.   Od   kilku   dni   namierzamy   w 

rejonie wejścia do cieśniny radziecki niszczyciel.

- Czy mogą tam być i helikoptery?

- Oczywiście. Najnowsza generacja niszczycieli ma kilka helikop-

terów przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych.

- Czy na tym okręcie są helikoptery?

- Są.

- Admirale, przypuszczam, że tak bardzo zależy im na uratowaniu 

background image

Koniewa,   że   będą   gotowi   na   wiele.   Przypuszczam,   że   wysłali 

niszczyciel jako swego rodzaju zabezpieczenie, które właśnie teraz 

okazuje się niezbędne.

- A jak Koniew może się tam dostać? - zapytał admirał.

- Ma jedyną szansę. Może wypłynąć jakimś kutrem rybackim. Ja 

w każdym razie na jego miejscu tak właśnie bym zrobił. Natychmiast 

musimy zmobilizować Straż Wybrzeża.

- Oczywiście. Zatrzymają każdy kuter rybacki.

Co się dzieje? - zapytał Koniew widząc, że Paul podniósł do oczu 

lornetkę i przygląda się czemuś przed dziobem kutra.

- Straż Wybrzeża.

Koniew podniósł lufę rewolweru - była teraz wymierzona w głowę 

rybaka - i zapytał:

- Daleko?

- Jakiś kilometr. - Mario podszedł do Paula i przejął lornetkę.

- Oddaj to jej - warknął Koniew. - Corinne, popatrz, co oni tam 

robią.

Wzięła lornetkę i przez kilka chwil patrzyła uważnie.

- Zatrzymują kutry rybackie - powiedziała wreszcie. - Jakby coś 

sprawdzali, czegoś szukali.

- Czy wchodzą na pokład?

- Nie   na   każdy.   Nie   widzę.   -   Po   chwili   dodała:   -   Na   niektóre 

wchodzą. Weszli na jakiś jacht. Większość kutrów rybackich płynie 

dalej.

Koniew   usiadł   na   stopniach   kabiny,   żeby   być   możliwie   blisko 

background image

pokładu   i   jednocześnie,   żeby   go   nie   widziano   z   zewnątrz.   Nie 

opuszczał   lufy   rewolweru.   Paul   i   Mario   starali   się   omijać   go 

wzrokiem.

- Jesteście przekonani, że to właśnie mnie szukają, i myślicie, że

zaraz was uwolnią od mojego towarzystwa.

Nie odpowiedzieli. Mario udawał, że jest zajęty obserwowaniem 

przelatujących nad nimi mew.

- Macie rację, jeśli uważacie, że oni dysponują większą siłą ognia.

Choćbym   jednak   miał   w   pistolecie   tylko   dwie   kule,   utkwią   w 

waszych

mózgach. Nie macie szans, chyba że zachowacie się rozsądnie, tak 

jak

dotąd. Musicie wybierać: albo skłamiecie i popłyniecie dalej żywi, 

albo

będziecie próbowali mnie zdemaskować - i wtedy koniec z wami. 

No, co zrobicie?

Mario trząsł się jak osika, Paul miał twarz bladą i zaciętą.

- Decydujcie, chcecie żyć, czy wybieracie śmierć? Paul odpowie za 

was obu. No, szybko!

Paul przełknął ślinę.

- Nic nie powiemy - wychrypiał. - Nie zastrzelisz nas?

- Obiecuję, a ja zawsze dotrzymuję słowa - powiedział to z całą 

powagą. - Corinne, ty też chodź do kabiny. Lepiej, żeby ciebie nie 

widzieli.

Koniew zauważył, że pies pozostał na pokładzie i wyciągnął się na 

słońcu.

- Mario, opiekuj się psem. Możesz nawet wziąć go na kolana, to 

background image

robi dobre wrażenie. Jak daleko jest Straż Wybrzeża?

- Jakieś pięćset metrów.

- Mario, weź tego psa na kolana. To dobry pomysł. - Corinne była 

już   w   kabinie.   Koniew   skulił   się   na   schodkach   przy   pokładzie.   - 

Mario, stanowisz doskonały cel. Nie mógłbym chybić. Pamiętaj o 

tym.

Paul zmniejszył obroty silnika; poczuli, jak kuter zwalnia. Koniew 

słyszał teraz silniki innych kutrów. Dobiegł go jakiś głos pytający 

przez megafon:

- „Sunset Patriot”, dokąd płyniesz?

- Do   Race   Rocks   -   odpowiedział   zniecierpliwiony   głos.   -   O   co 

chodzi?

- Nie   zauważyłeś   kutra   lub   łodzi   wypływającej   z   Victorii,   która 

zwróciłaby twoją uwagę? Takiej na przykład, której dotąd nigdy nie 

widziałeś?

- Znam wszystkie kutry w porcie i ty też znasz - odpowiedział ten 

sam głos. - Wypływali jedynie rybacy. Kogo szukacie?

- Straż   Wybrzeża   podejrzewa,   że   ktoś   szmugluje   nielegalnych 

emigrantów. Płyń dalej. Dobrych połowów.

- Nie wchodzili na kuter? - zapytał szeptem Koniew.

- Nie   -   odpowiedział   Paul.   -   Teraz   podpływają   do   nas.   Znowu 

rozległ się głos z megafonu:

- „Sangria”, zmniejsz szybkość. Podpływamy.

Koniew słyszał wyraźnie silnik zbliżającego się kutra straży.

- Gdzie dziś łowisz, Paul? - zapytano przez megafon.

- Płyniemy w kierunku Swiftsure Bank. Być może będziemy łowili 

background image

przez kilka dni. Wszystko zależy od rezultatów.

- Słyszałeś, o co pytałem tamten kuter? Czy nie zauważyłeś czegoś 

szczególnego?

Pytanie przerwało nagle głośne szczekanie. Pies siedzący do tej 

chwili spokojnie na kolanach Mario ożywił się, zeskoczył na pokład i 

zaczął   ujadać.   Mario   schylił   się   i   złapał   psa   za   obrożę.   W   tym 

momencie popatrzył z trwogą w kierunku otwartych drzwi kabiny.

Pies, przytrzymywany przez rybaka, siedział teraz na pokładzie, 

jeszcze kilka razy szczeknął, po czym ułożył się na deskach.

Od   strony   kutra   straży   dobiegł   śmiech,   po   czym   głos   przez 

megafon:

- Wystraszyłeś   nas   tym   psem,   Mario.   Możecie   płynąć.   Dobrych 

połowów.

Kiedy odpłynęli, Koniew ostrożnie wystawił głowę z kabiny.

- No,   niewiele   brakowało,   Mario.   Zacząłem   się   już   obawiać,   że 

jedynie psu uda się przeżyć. Dobrze to rozegrałeś.

W godzinę potem, płynąca z maksymalną prędkością, „Sangria” 

minęła   Race   Rocks   i   skręciła   w   cieśninę   Juan   de   Fuca.   Koniew 

polecił Paulowi trzymać się możliwie blisko brzegu kanadyjskiego. 

W razie niepowodzenia wolał mieć szanse przedostania się na ląd.

Silnik „Voyagera” szwankował i Bernie Ryng z trudnością pod-

prowadził jacht pod burtę kutra Straży Wybrzeża USA. Dany West 

rzucił mu cumę.

- Jak idą poszukiwania? - zapytał Ryng kolegę.

- Pod   wodą   nic   nie   znajdujemy.   Ani   śladu   jakiejkolwiek   łodzi 

podwodnej. Patrole straży również niczego nie wykryły. Spotykały 

background image

jedynie kutry rybackie wypływające na łowiska.

- Nic   nie   zwróciło   waszej   uwagi?   -   naciskał   Ryng,   który   czuł 

narastającą   frustrację.   Koniew   okazał   się   niezwykle   sprytnym 

przeciwnikiem, a oni działali niemrawo.

- Zapytaj   lepiej   facetów   ze   straży.   My   szukaliśmy   pod   wodą. 

Kanadyjczycy  przepytywali  rybaków.  Może  będą   mogli  coś więcej 

powiedzieć.

Ryng   poprosił   kapitana   kutra,   żeby   podpłynął   do   jednostki 

kanadyjskiej,   ale   Kanadyjczycy   nie   mieli   nic   szczególnego   do 

zakomunikowania.

- W ogóle nie bardzo wiem, co my tutaj robimy - mówił oficer 

Straży   Wybrzeża.   -   Od   rybaków   nie   dowiedzieliśmy   się   niczego. 

Jedyne wydarzenie godne odnotowania to to, że na jednym z kutrów 

obszczekał nas pies. - Kanadyjczyk zaśmiał się z własnego dowcipu.

- Złośliwy?

- Ale gdzie tam! Staruszek, któremu wydawało się, że jest psem 

obronnym.

- Nie było na tym kutrze kobiety? - zapytał Ryng.

- Nie, tylko dwóch rybaków, których zresztą dobrze znamy.

- Czy może mi pan opisać tego psa?

Kanadyjczyk   popatrzył   na   pytającego   ze   zdumieniem,   wzruszył 

ramionami i spełnił prośbę Amerykanina.

- Jak się nazywał kuter i w jakim popłynął kierunku?

Kanadyjczyk zajrzał w swoje notatki.

- „Sangria”.   Płynął   na   kilkudniowy   połów   w   rejonie   Swiftsure 

Bank. Zapewniam pana, że na pokładzie byli tylko dwaj miejscowi 

rybacy.

background image

Ryng już jednak nie słuchał. Zwrócił się do kapitana amerykań-

skiego kutra i zapytał:

- Jaką szybkość pan osiąga?

- Teoretycznie dwadzieścia dwa węzły, ale to już stara jednostka. 

Nie sądzę, żeby przekroczyła dwadzieścia.

- Jaką broń mamy na pokładzie?

- Kilka karabinów.

- Tamci mają nad nami godzinę przewagi. Płyniemy za nimi.

- Nasz   samolot   patrolowy   obserwuje   ich   od   kilku   godzin   - 

informował   przez   radio   admirał   Coffin.   -   Rosyjski   niszczyciel 

znajduje   się   na   wodach   międzynarodowych,   a   startujące   z   jego 

pokładu helikoptery przeprowadzają jakieś ćwiczenia. Nie możemy 

im tego zabronić, ale Waszyngton pytał Moskwę, o co chodzi. Jak 

rozumiem, odpowiedzi były uspokajające.

- Jestem   przekonany,   że   Koniew   płynie   na   pokładzie   kutra 

rybackiego „Sangria” i że jego kurs prowadzi prosto na niszczyciel. 

To   nie   może   być   przypadek.   Czym   możemy   dysponować   w 

powietrzu?

- Nie mamy wielkiego wyboru. Coś się jednak znajdzie.

- Rozumiem. Czy nasze samoloty mogą zlokalizować „Sangrię”?

- Możemy   natychmiast   skierować   tam   samoloty   dotychczas 

obserwujące rosyjski okręt.

- Zróbmy to. Czy możemy też wysłać tam helikoptery?

- Tak, wyślemy helikopter Straży Wybrzeża z Port Angeles.

-   Niech   się   ustawi   nad   tym   kutrem   rybackim.   Wtedy   samolot 

patrolowy   będzie   mógł   wrócić   do   obserwacji   rosyjskiego 

background image

niszczyciela.

Niewielki   kuter   patrolowy   drżał   z   wysiłku,   na   najwyższych 

obrotach płynąc przez cieśninę. Na podstawie mapy Ryng obliczył, 

że   powinni   dopędzić   ścigany   kuter   rybacki   trzydzieści   mil   przed 

miejscem,   w   którym   cieśnina   przechodziła   w   otwarty   ocean. 

Oczywiście dla radzieckich helikopterów ta odległość nie stanowiła 

problemu,   jeśli   rzeczywiście   miały   przejąć   uciekiniera.   Ryng   był 

przekonany, że Rosjanie zechcą ryzykować i naruszą amerykańskie 

wody terytorialne, żeby ratować swego człowieka i to, co wiózł ze 

sobą.

- Musimy płynąć szybciej - warknął Koniew do Paula.

- To maksymalna szybkość tego kutra.

Koniew badał horyzont i niebo przez lornetkę. A jednak wiedzieli 

już, czym ucieka. Czyżby ktoś ich zauważył, kiedy wypływali z portu? 

A może ci ze Straży Wybrzeża czegoś się domyślili? Krążący nad 

nimi amerykański samolot patrolowy był najlepszym dowodem, że 

namierzyli ich. Pilot podawał położenie kutra. Nie miało już żadnego 

znaczenia to, jak wpadli na ich trop. Czy zapowiadany helikopter 

zdąży ich wyratować, zanim pojawią się Amerykanie?

- Co się dzieje? - Poczuł na ramieniu dotknięcie Corinne.

- Obserwuje nas amerykański samolot i niewątpliwie przekazuje 

naszą pozycję tym, którzy nas ścigają. Wkrótce zapewne pokażą się 

tu helikoptery, a potem uzbrojone kutry. Wtedy... - Zwrócił głowę w 

kierunku Paula i polecił: - Płyń jak najbliżej brzegu.

- Dlaczego? - zapytała.

- Na   ekranach   radarowych   trudniej   będzie   nas   wykryć.   Może 

background image

nawet nas zgubią. Nie boisz się? - zapytał cicho.

- Nie. Sama się dziwię, ale od czasu, kiedy jestem z tobą, nie boję 

się.

- I ja czuję podobnie - powiedział. Zdumiał się, że mówi prawdę. 

Podniósł   lornetkę   do   oczu.   -   Tak,   za   nami   płynie   coś   bardzo 

szybkiego. Widzę bryzgi wody.

Corinne zauważyła, że Mario wpatruje się w jakiś punkt na niebie. 

Trąciła Koniewa i wskazała mu ten kierunek.

Skierował   lornetkę   w   tamtą   stronę.   Zbliżał   się   do   nich,   lecący 

nisko nad wodą, helikopter amerykańskiej Straży Wybrzeża.

- Musicie mieć rakiety. Gdzie są? - zapytał Maria.

- W kabinie.

- Powiedz pani, gdzie je znaleźć.

Corinne wróciła po chwili, niosąc karton z rakietami i rakietnicę.

- Jeśli   nasze   helikoptery   są   gdzieś   w   pobliżu,   to   rakiety   zasyg-

nalizują   im   naszą   obecność.   Amerykanom   zaś   możemy   zgotować 

niemiłą niespodziankę.

- Bernie, dwa radzieckie helikoptery znalazły się w naszej prze-

strzeni   powietrznej.   Podążają   w   kierunku   cieśniny   -   informował 

Coffin  przez radio. - Lecą  nad samą  wodą i trudno je śledzić  na 

radarze.

A   więc   mamy   finał   -   pomyślał   Ryng.   Nie   odrywał   oczu   od 

horyzontu. Przez lornetkę widział już kuter, który gonili.

- Proszę przekazać naszemu helikopterowi: niech sprawdzi nazwę

kutra i melduje, co się tam dzieje na pokładzie - poprosił kapitana.

Koniew uważnie przyglądał się nadlatującemu helikopterowi.

background image

- Nie   bój   się,   nie   wyląduje   na   naszym   pokładzie   -   powiedział 

półgłosem   do   Corinne.   -   Tu   nie   ma   na   to   miejsca.   Chcę,   żeby 

zawisnął   nad   nami.   -   Przed   chwilą   objaśnił   Corinne,   jak   działa 

rakietnica.

- A ty - zwrócił się do stojącego za sterem Paula, który oglądał się 

nerwowo na nadlatującą maszynę - nie odwracaj się. Trzymaj kurs. 

Jeśli zrobisz jakieś głupstwo, natychmiast zastrzelę.

Helikopter, wisząc nad samą wodą, zbliżał się do kutra od strony 

rufy.   Maszyna   zwolniła,   dostosowała   szybkość   lotu   do   szybkości 

kutra. Dokładnie widzieli pilota i obserwatora.

Corinne wymierzyła rakietnicę i strzeliła. Czerwona rakieta przele-

ciała o kilkanaście metrów przed dziobem helikoptera.

- Jeszcze raz! Celuj dokładniej! - krzyknął.

Druga rakieta poszybowała tuż przed oszkloną kabiną maszyny i 

pilot musiał zrobić unik, żeby ominąć świetlną kulę.

W   tym   momencie   Koniew,   trzymając   oburącz   pistolet,   zaczął 

strzelać. Jedna z kul uderzyła w plastykową szybę przed pilotem, 

pojawiło   się   na   niej   pęknięcie   w   kształcie   pajęczyny.   Helikopter 

ustawił się teraz bokiem do kutra i przez chwilę nic nie osłaniało 

pilota, gdyż boczne drzwi maszyny były odsunięte. Druga lub trzecia 

kula dosięgła go. Pilota odrzuciło do tyłu. Oderwał ręce od steru i w 

chwilę   potem   zawisł   bezwładnie   na   pasach.   Siedzący   obok 

obserwator usiłował chwycić ster.

Maszyna obróciła się i helikopter bokiem począł się ześlizgiwać w 

dół.   Przeleciał   nad   kutrem   niemal   zawadzając   o   antenę   łodzi   i 

uderzył w wodę. Jeszcze przez chwilę łopatki wirnika biły po falach. 

Biała piana bryzgała na wszystkie strony, potem nastąpił wybuch, 

background image

jakieś kawałki metalu przeleciały obok Mikołaja i Corinne i nagle 

helikopter zniknął, jakby połknięty przez spienioną wodę cieśniny.

Ryng słyszał meldunek pilota samolotu patrolowego:

- Te radzieckie helikoptery lecą tuż nad wodą, tak że ogromnie 

trudno prowadzić je na radarze.

- Jak są daleko od „Sangrii”? - rzucił Ryng w kierunku mikrofonu. 

- Jakieś dziesięć mil. Dolecą tam przed tobą.

- Wydaje   się,   że   straciliśmy   jeden   helikopter.   Zniknął   nagle   z 

ekranów, nie odzywa się. Nie znamy przyczyny.

Koniew obserwował samolot patrolowy. Krążył wysoko nad nimi, 

potem   lotem   nurkującym   zszedł   nisko   nad   wodę.   Nagle   zobaczył 

helikoptery. Nadlatywały od strony lądu i trudno je było zauważyć, 

gdyż ich sylwetki zlewały się z tłem, jakie stanowiły góry.

- Wystrzel rakietę! Wystrzel natychmiast! - krzyknął.

Helikoptery musiały dostrzec samolot patrolowy, gdyż zeszły nad 

powierzchnię wody i stały się niewidoczne na tle lądu.

Samolot patrolowy również obniżył lot. Odnosiło się wrażenie, że 

zaraz zacznie muskać fale. Tuż za samolotem znowu pojawiły się 

sylwetki helikopterów.

Corinne   stwierdziła   z   niepokojem,   że   ścigający   ich   kuter 

marynarki jest coraz bliżej.

- Są o wiele szybsi od nas - powiedziała.

- Tak,   teraz   o   wszystkim   zadecyduje   czas   -   odparł   Koniew. 

Obserwował przez lornetkę nadpływający kuter. Na pokładzie stało 

dwóch ludzi. Trzymali w rękach karabiny i mierzyli w ich stronę. W 

chwilę potem usłyszeli świst kuli.

background image

- Zejdź do kabiny. Tu robi się niebezpiecznie.

Kule zaczęły świstać wkoło. Niektóre uderzyły w nadbudowę kutra 

wyrywając z niej kawałki drewna. Jedna trafiła w szybę osłaniającą 

sterówkę. Jakiś rykoszet zniszczył urządzenia nawigacyjne.

Koniew był bezradny. Tamci byli jeszcze za daleko i strzelanie z 

pistoletu nie miało sensu.

- Płyń zygzakiem! - krzyknął w stronę Paula.

Paul   stał   przy   kole   sterowym   przerażony   i   oszołomiony.   Nagle 

puścił ster, złapał się za głowę i upadł na kolana, a potem płasko na 

brzuch. Z jego głowy płynęła krew.

Kuter   zboczył   z   kursu   i   skierował   się   ku   brzegowi.   Koniew 

podskoczył do koła sterowego i wprowadził kuter na poprzedni kurs.

- Mario, do steru! - krzyknął. 

Mario stał na dziobie, był w szoku.

- Mario! - krzyknął znowu i skierował na niego lufę pistoletu. Nie 

było jednak żadnej reakcji.

Koniew dwukrotnie pociągnął za cyngiel. Mario, uderzony w pierś, 

cofnął się o krok i nagle poleciał przez burtę nie wydając głosu.

Koniew prowadził kuter zygzakiem - kule mijały ich teraz z daleka.

Kilka   kilometrów   przed   sobą   widzieli   dwa   nisko   lecące 

helikoptery. Z przeciwnej strony, na tej samej wysokości, nadlatywał 

samolot patrolowy. Koniew odniósł wrażenie, że pilot samolotu jest 

gotów doprowadzić do zderzenia z helikopterami. Oznaczałoby to 

przekreślenie   jego   ostatniej   szansy   na   wydostanie   się   z   matni. 

Patrzył z zapartym tchem. Oba helikoptery zwolniły i w ostatniej 

chwili   jakby   się   rozstąpiły,   przepuszczając   między   sobą 

amerykańską maszynę. Manewr ten jednak nie obył się bez ofiar. 

background image

Helikopter lecący od strony lądu wymijając samolot zboczył z kursu 

i   z   impetem   uderzył   w   zbocze   wzgórza.   Koniew   zobaczył   błysk 

eksplozji i słup czarnego dymu, a po chwili usłyszał huk.

- Corinne, pomóż mi! - zawołał.

- Co mam robić?

- Trzymaj   koło   sterowe   i   tak   jak   ja   prowadź   kuter   zygzakiem. 

Musiał mieć wolne ręce, żeby załadować pistolet.

Po   raz   pierwszy   od   opuszczenia   Związku   Radzieckiego   Koniew 

poczuł strach. A może gniew? Jego plan, przygotowywany z takim 

wysiłkiem przez tyle lat, walił się. Chciał zapewnić swojemu krajowi 

bezpieczeństwo.   Miał   unieszkodliwić   potężną   broń,   której 

Amerykanie nie chcieli się wyrzec, mimo że zimna wojna nikomu już 

nie zagrażała. Wyśledzono go. Jego przeciwnikiem musiał być ktoś 

bardzo podobny do niego.

Tak   bardzo   chciałby   uratować   tę   kobietę   i   błonę   z   bezcennymi 

danymi.

Danny West i Bernie Ryng oddali kilka strzałów do nadlatującego 

helikoptera. Z pokładu maszyny odpowiedziano ogniem z broni

maszynowej, co zmusiło ich kuter do zmiany kursu dla uniknięcia 

pocisków.

Helikopter skręcił i przeleciał nad nimi. Kolejna wymiana ognia 

żadnej ze stron nie przyniosła szkody, a jej jedynym wynikiem było 

to, że West i Ryng oddalili się od kutra rybackiego, który ścigali.

Helikopter   znowu   wszedł   w   wiraż   i   znalazł   się   nad   kutrem 

„Sangria”.   Ryng   oddał   kilka   strzałów   w   kierunku   wiszącego   nad 

kutrem   helikoptera,   ale   zorientował   się,   że   nie   miało   to   sensu. 

Odległość była zbyt wielka.

background image

- Zatrzymaj   silnik...   zatrzymaj   silnik!   -   Koniew   starał   się 

przekrzyczeć szum wirników wiszącego nad nimi helikoptera.

Corinne wykonała polecenie i kuter zwolnił, a po chwili stanął.

- Połóż się na pokładzie i czekaj! Ciebie zabiorą pierwszą! 

Tak,   ona   musi   być   pierwsza,   ale   musi   zabrać   materiały, 

przemknęło   mu   przez   głowę.   Misja   musi   być   wykonana.   To   jest 

najważniejsze. Cenniejsze niż życie.

- Co...   -   coś   mówiła,   może   o   coś   pytała,   ale   jej   słowa   porywał 

gwałtowny prąd powietrza.

Wskazał linę, którą zaczęto spuszczać z helikoptera. Na jej końcu 

znajdowały się specjalne szelki, w których wciągano na pokład.

- Ty pierwsza. Pomogę ci się w to ubrać! - krzyknął jej do ucha.

Pociski znowu uderzyły w kabinę kutra. Koniew padł na pokład, 

pociągając   za   sobą   Corinne.   Spojrzał   w   górę.   W   drzwiach 

helikoptera ukazał się człowiek w kombinezonie. W rękach trzymał 

pistolet maszynowy i puścił serię w kierunku atakującej łodzi.

Lina z szelkami opadła na pokład. Koniew złapał ją i gorączkowo 

zaczął zapinać szelki na Corinne.

Kolejna   salwa   z   kutra.   Helikopter   usiłował   osłonić   ich   ogniem. 

Koniew zakończył zakładanie szelek Corinne.

- Trzymaj się! - krzyknął i ręką dał znak człowiekowi stojącemu w 

drzwiach kabiny helikoptera.

Lina napięła się i Corinne zawisła w powietrzu. Powoli, bardzo 

powoli unosiła się w górę.

Koniew   kątem   oka   zauważył,   że   mężczyzna   na   kutrze   Straży 

Wybrzeża podnosi automatyczny karabin i mierzy w Corinne.

background image

Ten skurwysyn ją zabije, przemknęło mu przez głowę. Zabierze mi 

ją. Zaczął  strzelać  w kierunku tamtego. Spojrzał w górę: Corinne 

była w połowie drogi, mężczyzna z kutra ciągle strzelał. Wydawało 

mu się,

że po kolejnym strzale głowa dziewczyny opadła bezsilnie na piersi, 

a ciało zwisło bezwładnie.

Przeniósł wzrok  na kuter i mężczyznę na  pokładzie. Wymierzył 

dokładnie i zaczął strzelać, aż opróżnił cały magazynek.

Ryng   był   pewien,   że   osobę   wciąganą   na   helikopter   trafił   co 

najmniej kilkakrotnie. Dopiero po chwili zorientował się, że zabił 

kobietę, i wtedy też odgadł, iż strzelający do  niego mężczyzna  to 

Koniew.

Poczuł uderzenie w lewe ramię. Upadł, ale natychmiast poderwał 

się, zdumiony, że nie czuje bólu.

Ciało kobiety  wciągnięto do helikoptera  i  znowu  zrzucono  linę. 

Czyżby jeszcze raz udało się temu człowiekowi uciec?

Mocował się ze swoim karabinem, co było tym trudniejsze, że nie 

władał lewą ręką. Zauważył, że stojący za kołem sterowym kapitan 

kutra jest również ranny. Twarz miał zalaną krwią.

Jeszcze chwila i zaczną Koniewa wciągać do helikoptera, a on nie 

był w stanie strzelać.

Ryng   wyciągnął   zdrową   rękę   i   wskazując   nią   rybacki   kuter, 

krzyknął do kapitana:

- Staranuj go!

Tamten skinął głową, rzucił coś do mikrofonu i skierował dziób 

swojego kutra w sam środek burty „Sangrii”.

background image

Koniew   gorączkowo   zakładał   szelki,   na   których   miał   zostać 

wciągnięty   do   helikoptera.   Podniósł   na   chwilę   głowę   i  zobaczył... 

Amerykański kuter płynął wprost na niego. Zderzenie było nieunik-

nione. Odruchowo podniósł pistolet i zaczął strzelać do stojącego na 

pokładzie tamtego kutra mężczyzny. Rozpierała go wściekłość. Nie 

zdawał sobie sprawy z tego, że już dawno wystrzelił ostatnią kulę i że 

broń jest nienabita. Wiedział, że wszystko skończone.

Siła   uderzenia   była   ogromna.   Odrzuciła   go   do   tyłu,   ale   w   tym 

momencie   lina   poderwała   go   do   góry.   Zaczął   się   unosić, 

pozostawiając pokład pod sobą. Zdumiewająco wyraźnie widział, jak 

oba   kutry  sczepiły  się.  Usłyszał  jeszcze  wybuch  i  zdążył  zobaczyć 

płomienie, które unosiły się do góry i objęły go. Poczuł straszliwy 

ból.

Gdyby   zachował   przytomność,   poczułby,   że   spada.   Helikopter 

ogarnięty płomieniami wybuchu zakołysał się gwałtownie i tracąc 

stateczność runął do wody.

- Co   się   tam   dzieje?!   Czy   ktoś   przeżył?!   -   Coffin   krzyczał   do 

mikrofonu   i   niecierpliwie   czekał   na   odpowiedź   pilota   samolotu 

patrolowego.

- Widzimy jedynie płomienie - brzmiała odpowiedź. - Helikopter 

spadł i natychmiast zatonął. Oba kutry w płomieniach.

- Czy macie sprzęt ratunkowy?

- Nie widzimy nikogo, komu trzeba by zrzucić sprzęt... Chwilkę... 

Coś się tam w wodzie rusza...

Admirał usłyszał głos drugiego pilota, który informował, że zrzuca 

tratwę ratunkową.

background image

- Widzimy   jednego...   -   meldował   podniecony   pilot.   -   Płynie... 

macha   do   nas  ręką...   coś   jest   koło   niego...   to   pies!   -  I   po   chwili 

kolejny meldunek: - Podpływają powoli do tratwy.

Ryng uchwycił się krawędzi gumowej tratwy. Puścił ją jednak i 

podsadził   psa.   Wrzucił   go   na   tratwę.   Władał   tylko   jedną   ręką, 

dlatego ruchy miał niezdarne.

Znowu przytrzymał się tratwy. Udało mu się przerzucić do środka 

nogę. Potem wciągnął się na gumowy pokład i wyczerpany upadł na 

dno. Pies podniósł się niepewnie, otrząsnął się, podszedł do niego i 

zaczął go lizać po policzku. Ryng usłyszał szum silnika. Tuż nad nim 

przeleciał   samolot   patrolowy.   Nie   miał   jednak   siły,   żeby   mu 

pomachać.   Nie   czuł   bólu.   Był   cały   zdrętwiały.   Nagle   wszystko 

wokoło zaczęło się dziwnie zacierać. Stracił świadomość.

Nie   widział,   jak   nadleciał   helikopter   marynarki   wojennej,   z 

którego po spuszczonej linie zjechali do wody Tim Sullivan i Lenny 

Todd.   Obaj   komandosi   w   kilkanaście   sekund   znaleźli   się   przy 

tratwie swojego dowódcy.

Spis treści

Prolog     

7

Rozdział I    

11

Rozdział II      

19

Rozdział III    

29

Rozdział IV    

38

Rozdział V      

48

Rozdział VI     

57

background image

Rozdział VII      

64

Rozdział VIII     

74

Rozdział IX    

85

Rozdział X      

94

Rozdział XI    

102

Rozdział XII      

112

Rozdział XIII    

124

Rozdział XIV    

133

Rozdział XV      

141

Rozdział XVI     

150

Rozdział XVII      

161

Rozdział XVIII    

171

Rozdział XIX    

180

Rozdział XX      

187