background image

HARRY HARRISON

Stalowy Szczur wstępuje do 

cyrku

(Przekład: Robert Pryliński)

background image

Rozdział l

Jestem kompletnie wypluta - powiedziała Angelina. - Walę w tę klawiaturę, aż się 

rozgrzała do czerwoności.

- Ale to bardzo produktywne walenie, skarbie - odpowiedziałem, odrywając się od 

swej własnej klawiatury. Ziewnąłem szeroko i przeciągnąłem się, aż usłyszałem trzaski w 

stawach. - Mniej niż dwie godzinki, a dzięki temu małemu włamaniu do giełdowego systemu 

zarobiliśmy już ponad dwieście tysięcy kredytów. Mógłby ktoś powiedzieć, że to nielegalne... 

Może... Ale za to bardzo zyskowne. Poza tym osobiście wolę na to patrzeć, jak na usługi 

oddawane społeczeństwu - zapewniamy obieg pieniądza  w  gospodarce, zmniejszamy tym 

samym bezrobocie...

- Nie teraz, Jim. Jestem na to zbyt zmęczona.

- Ale na pewno nie na to, co chcę ci teraz zaproponować. Potrzebujemy małej zmiany 

otoczenia. Co byś powiedziała na piknik w lesie Sharwood? Z szampanem...

- Cudowna myśl... Ale zakupy...

- Już zrobione. Cały sprzęt, łącznie z koszykiem, mam już w zamrażarce próżniowej. 

Wszystko   -   od   kawioru   aż   po   jajka   roca.   Musimy   tylko   zapakować   te   smakołyki   do 

poduszkowca i dorzucić wyskokowe napoje. A potem możemy zaczynać zabawę.

Plan wykonaliśmy w stu procentach. Angelina wskoczyła w coś odpowiedniego na tą 

okazję, a ja tymczasem władowałem cały kram do naszego pojazdu, nucąc przy tym wesoło.

Pracowaliśmy   ciężko   i   długo.   Był   już   więc   najwyższy   czas,   aby   uciec   od   tego 

nużącego dnia i zmienić otoczenie. A do tego celu najlepiej nadawał się najbliższy lasek 

-jedno z niewielu zielonych miejsc na tej boleśnie nudnej planecie - Usti nad Labam.

Prawie   cały   tutejszy   krajobraz   stanowiły   ponure,   jakby   z   piekła   rodem,   fabryki 

zarządzane przez komputerową sieć. Szczerze powiem, że oskubanie ich sprawiało mi dużą 

przyjemność.   Użyłem   dość   zaawansowanej   techniki   hakerskiej,   władowałem   mały 

uzupełniający software do systemu operacyjnego pewnego ważnego brokera. Za pomocą tego 

programu mogłem dowolnie opóźniać przepływ informacji. Mając wiadomości wcześniej niż 

inni, mogłem kupować przed wzrostem cen, a potem sprzedawać, gdy ceny szczytowały. 

Bułka z masłem... Prawdę rzekłszy, wyświadczyłem tym ludziom przysługę, bo gdy ta moja 

”operacja”   w   końcu   wyjdzie   na   jaw,   plotki   i   wesołe   śledztwo   prowadzone   przez   policję 

pozwolą wszystkim choć przez moment skupić się na czymś innym niż kursy akcji i sektory 

background image

pamięci   komputerów.   W   pewnym   sensie   Angelina   i   ja   byliśmy   dobroczyńcami 

dostarczającymi porcji rozrywki, niezbędnej przyprawy tej ich nudnej egzystencji. Wcale nie 

za wygórowaną cenę. Ba, wręcz nieznaczną.

Angelina dołączyła wreszcie do mnie i mogliśmy wystartować. Statek wystrzelił w 

górę. Silnik zaryczał pełną mocą, zaświstało nam w uszach... Połączyliśmy z uczuciem swoje 

dłonie, porwani tą chwilą podniebnego pędu.

- Cudownie - westchnęła Angelina.

-   Merda   -   warknąłem   w   odpowiedzi,   ponieważ   na   konsolce   zamigotało   światełko 

wykrywacza policji. Tuż przed nami zawisł w powietrzu wielki krążownik.

Pochyliłem się nad sterami, zdecydowany wydusić ze statku maksimum mocy.

- Proszę, nie - Angelina delikatnie oparła dłoń na moim ramieniu. - Nie psujmy tego 

dnia jakimś szaleńczym pościgiem. Nie moglibyśmy zatrzymać się i uśmiechnąć do nich? To 

znaczy ja się uśmiechnę, ty tylko zapłacisz mandat. Ja ich oczaruję, ty zapłacisz i będzie po 

wszystkim.

Może i Angelina miała rację. Rzeczywiście nie było sensu psuć naszej wyprawy, nim 

właściwie się zaczęła. Westchnąłem dramatycznie i z udawaną niechęcią cofnąłem się od 

sterów.

Prędkość statku spadła.

Krążownik policyjny skierował w naszą stroną dziobowe działka.

Potem wypadki potoczyły się w wariackim tempie.

Pociągnąłem   drążek   na   siebie,   wprowadzając   statek   w   pionową   pętlę.   Policjanci 

chybili, ja nie - ogon krążownika odleciał z hukiem. W tym samym ułamku sekundy już 

kładłem   statek   na   skrzydło,   aby   uniknąć   koszących   serii   ich   bocznego   strzelca.   Mijając 

krążownik,   dostrzegłem,   że   nie   ma   żadnych   okien;   był   pilotowany   przez   automatyczną 

załogę.

- Automatyczny glina - zaharczałem. - Nie musimy przynajmniej ratować rozbitków. 

Na złom z tą kupą żelastwa.

Nastąpiła seria całkiem zwyczajnych zdarzeń w rodzinie di Grizów - sus w górę, a 

potem   gwałtowne   nurkowanie   z   przeciążeniem   co   najmniej   5   G   -   wszystko   po   to,   by 

wymknąć się całemu stadku policyjnych  krążowników, które pojawiły się natychmiast na 

miejscu zdarzenia... Podejrzanie za szybko. Następnie szybki obrót wokół własnej osi, gdy 

wchodziły   mi   już   na   ogon.   Angelina,   która   tymczasem   uaktywniła   systemy   ofensywne   i 

defensywne,  zestrzeliła  co najmniej  trzech  drani. Nic dziwnego! Muszę wam wyznać,  że 

nawet   na   najbardziej   spokojnej   planecie   nie   latam   nigdy   nieuzbrojony.   Mój   sielski 

background image

poduszkowiec był znacznie mniej niewinny, niż mogło się to wydawać na pierwszy rzut oka.

A jednak ta gonitwa zaczynała przybierać paskudny obrót. Napastnicy mieli znaczną 

przewagę i liczebną, i kalibrową.

- I kończy nam się amunicja - dodała Angelina, jakby czytała w moich myślach.

- Zmieniamy lokal - wrzasnąłem, nurkując w stronę zielonego lasu na dole. - Łap 

graty i przygotuj się na twarde lądowanie.

Zakręciłem wariacko nad skalistym grzbietem i pomknąłem w dolinę. Po chwili skryły 

nas konary drzew.

Jeszcze się dobrze nie zatrzymaliśmy, a Angelina już wyrzucała ocalałą broń przez 

otwarte   drzwi.   Kiedy   wyskoczyła   w   ślad   za   sprzętem,   wcisnąłem   przycisk   zamykający 

automatycznie   klapę   wyjściową   z   dwusekundowym   opóźnieniem.   Dałem   sobie   trochę   za 

mało czasu. Przy wyskoku zahaczyłem butem o górną krawędź zatrzaskujących się drzwiczek 

i mój skok zamienił się w nieoczekiwane przetoczenie się po krzakach. Zetknięcie z ziemią 

było tak gwałtownie i twarde, że na moment straciłem oddech.

- Mój ty bohaterze - powiedziała najlepsza z żon, gładząc mnie po policzku i składając 

całusa na czole. - Wynośmy się stąd!

Tak też zrobiliśmy. Złapaliśmy resztę sprzętu i - Angelina z wdziękiem, a ja utykając - 

zaszyliśmy się pomiędzy krzewami.

Za naszymi plecami znów rozgorzała bitwa. Nasz wierny poduszkowiec odgryzał się 

zajadle napastnikom na tyle, na ile stać było jego pozytronową inteligencję. Ale zakończył 

swój żywot w potężnej eksplozji.

- Koniec szampana i kawioru - podsumowała Angelina głosem tak lodowatym, że aż 

mnie ciarki przeszły.

- No cóż, w tym roku nie dam datku na Bal Policjantów - skrzywiłem się w uśmiechu.

Angelina też roześmiała się i uścisnęła moją dłoń.

- Gnajmy - dodałem - zanim zorientują się, że walczyli z automatem.

- To bez sensu - moja żona pokręciła głową. - Tam jest sympatyczne wielkie drzewo. 

Jego   pień   osłoni   nas   nawet   przed   obserwacją   w   podczerwieni.   Jeśli   policjanci   będą 

podejrzewać, że nie było nas na statku, pierwsze, co zrobią, to przeskanują teren.

- Logika bez zarzutu - odparłem, przeglądając  ocalały dobytek. Pistolety,  granaty. 

Wszystkie niezbędne do życia przedmioty. - A gdyby tak dalej pociągnąć twoje logiczne 

rozważania... Dlaczego policja próbowała nas zestrzelić?

- Nie mam bladego pojęcia. Dla tutejszych władz, jesteśmy tylko turystami, którzy od 

czasu do czasu grają na giełdzie. Czasem przegrywając...

background image

- Na ogół jednak wygrywając!

- Co tam masz? - zapytała, gdy wyciągnąłem zza pasa z amunicją srebrny pojemnik.

- Błyskawiczny Koktajl Wesołego Barmana. Kupiłem kilka podczas wyprzedaży. - 

Pociągnąłem za rączkę i do mojej dłoni wyskoczyły dwa kubeczki. Rozległo się syczenie i 

poczułem,   że   puszka   robi   się   wyraźnie   zimniejsza,   na   ściankach   pojawiła   się   wilgoć. 

Wręczyłem Angelinie jeden z kubeczków i napełniłem go pieniącym się płynem. Szare smugi 

na   dnie   pojemników   pod   wpływem   zetknięcia   się   z   cieczą   natychmiast   zamieniły   się   w 

kawałki owoców.

Drugą porcję nalałem sobie i skosztowaliśmy ostrożnie.

- Wcale niezłe - oblizałem wargi.

Myślami jednak byłem przy czymś znacznie poważniejszym

-   Ci   policjanci   mieli   nas   zastrzelić,   nie   zaaresztować.   Zdaje   się,   że   o   czymś   nie 

wiemy?

- Najwyraźniej. Sądzę, że powinniśmy wynieść się z tego lasu i dowiedzieć się czegoś 

o tym tajemniczym ataku.

- Chyba, niestety, nie możemy tak po prostu zadzwonić na policję i spytać, dlaczego 

do nas strzelali?

- Raczej nie. Dlatego pomyślałam o czymś subtelniejszym. Zadzwonimy do naszego 

synka Jamesa i poprosimy, by usiadł przy komputerze i przeanalizował trochę danych. W 

końcu pracuje w biznesie informatycznym, więc powinien wiedzieć, jak zbierać informacje.

- Znakomita myśl. Poprosimy go też, aby przy okazji zabrał nas do domu. To w końcu 

kawałek drogi.

Skończyliśmy drinki i zarzuciłem na ramię moje żelastwo.

Nie słyszeliśmy już nad sobą silników, tylko kojące dalekie głosy ptaków i brzęczenie 

owadów. Ruszyliśmy więc pomiędzy drzewami, wciąż jednak ukrywając się pośród niskich 

krzewów. Oddalaliśmy się od miejsca naszego spotkania z policją nie niepokojeni. Wciąż 

żadnych podejrzanych odgłosów. Uśmiechnąłem się... ale zaraz zmieniłem wyraz twarzy, gdy 

usłyszałem warkot silnika gdzieś z przodu.

- Może to leśniczy? - zasugerowałem nieśmiało.

-   Chciałabym.   Ktokolwiek   to   jest,   zbliża   się   do   nas.   A   jeśli   znów   nas   szukają, 

zaczynam nabierać podejrzeń, że całe to zdarzenie jest czymś znacznie poważniejszym niż 

przypadkową strzelaniną w powietrzu.

- Niestety, muszę się z tobą zgodzić. Nie było najmniejszej nawet próby rozmowy, od 

razu grzmocili.

background image

Jeszcze   nasłuchiwałem   z   ponurą   uwagą   odgłosów   silnika,   gdy   Angelina   już 

odbezpieczała potężnych rozmiarów spluwę.

- Nie zamierzam im niczego ułatwiać.

Też nie miałem takiego zamiaru. Uzbrojony pojazd policyjny stracił gąsienicę, gdy 

tylko   pojawił   się   pomiędzy   drzewami.   Ale   chociaż   musiał   stanąć,   wciąż   walił   do   nas   z 

działka. Podeszliśmy na tyle blisko, by nie mógł ustawić lufy pod niebezpiecznym dla nas 

kątem. Wskoczyłem na wieżyczkę, uchyliłem górną pokrywą i wrzuciłem kilka kapsułek z 

gazem usypiającym. Po dłuższej chwili zaciekawiony zajrzałem do środka.

- Niezwykle interesujące - mruknąłem, gdy dołączyłem znów do Angeliny. - Nikogo 

nie ma w domu. To znaczy,  że podobnie jak w przypadku ścigających  nas krążowników 

pojazd prowadził zdalnie sterowany automat.

- Tylko przez kogo sterowany?

- Przez naszych nowych wrogów, kimkolwiek oni są.

Znów usłyszeliśmy szum silników ponad drzewami. Zanurkowaliśmy między krzaki 

w przeciwnym  kierunku, kryjąc  się głębiej  w las. Co zresztą wcale nie poprawiło naszej 

sytuacji - z przodu też słyszeliśmy odgłosy zbliżających się po ziemi maszyn.

- Wiedzą, gdzie jesteśmy, i mają pojazdy. Nie ma sensu męczyć się ucieczką. Bronimy 

się tutaj i zabieramy ze sobą tyle tych gruchotów, ile zdołamy.

- A ja słyszałam coś o prawach robotyki, coś o niemożności zranienia czy też zabicia 

człowieka.

-   Zdaje   się,   że   zostały   czasowo   zawieszone   albo   były   literacką   fikcją.   Ładuj, 

nadchodzą!

Może czułbym się trochę nieswojo, zabijając prawdziwego policjanta, ale rozwalanie 

na kawałki policyjnych robotów naprawdę sprawiało mi frajdę. Ta bitwa jednak nie była do 

wygrania. Z każdej strony zbliżały się do nas maszyny. Zapasy naszej amunicji kurczyły się, a 

liczba automatycznych policjantów wciąż się zwiększała.

- Ostatni granat - powiedziała Angelina, wysadzając w powietrze wóz opancerzony.

- Ostatni pocisk - odparłem, rozwalając robota. - Miło było cię znać.

- Nonsens, Jim. Ty się nigdy nie poddajesz. Nigdy się nie poddawałeś i nigdy się nie 

poddasz.

- Ty to wiesz, ale oni tego nie wiedzą - wyszedłem na polankę, machając trzymaną w 

dłoni białą chusteczką do nosa. Uniosłem ręce w górę i stanąłem przed kręgiem policyjnych 

robotów.

- Pokój, pax, poddajemy się. OK...?

background image

- Nie OK...? - odparł opancerzony robot. Miał na ramionach dystynkcje sierżanta. W 

jego metalicznym głosie usłyszałem drwiący ton.

Uniósł   lśniący   miotacz   ognia.   Odbiłem   strzał   wiązką   energii   z   broni   ukrytej   w 

wewnętrznej kieszeni spodni.

Czy to miał być koniec? Czy nasze ciała użyźnią glebę nudnej planety leżącej gdzieś 

na zadupiu galaktyki?

Maszyny i roboty otoczyły nas i ruszyły zdecydowanie do ostatniego ataku. Angelina 

stała przy mnie ramię przy ramieniu. Rozważyłem szansę ostatniego wariackiego kontrataku, 

licząc, że zwiążę walką napastników i dam jej chociaż minimalną szansę ucieczki. Napiąłem 

mięśnie, gotów do tego samobójczego skoku, gdy nagle... spomiędzy drzew rozległ się głos.

- Naprawdę jesteście bardzo dobrzy.

Elegancki   mężczyzna,   który   wyszedł   na   polanę,   powiedział   ten   komplement 

łaskawym wielkopańskim tonem. Był  w stroju wieczorowym, jego czarny płaszcz spinała 

diamentowa   brosza.   Niedbale   wymachiwał   ozdobioną   diamentami   trzcinką.   I   chyba   ta 

trzcinka przeważyła - usłyszałem prymitywny ryk uwalniający się jakby poza moją wolą z 

głębi krtani i wystrzeliłem wprost w eleganta naprawdę już ostatni nabój.

Ładunek eksplodował pięknym płomieniem z towarzyszącą temu odpowiednią oprawą 

dźwiękową...   Tyle   że   tuż   przed   celem   został   zatrzymany   energetycznym   ekranem 

emitowanym z laseczki, którą tak beztrosko machał przybysz.

-   Spokojnie,   spokojnie   -   nieznajomy   ziewnął   szeroko,   zakrywając   usta   grzbietem 

dłoni. Machnął laseczką jeszcze raz i prześladujące nas żelastwo wycofało się bezszelestnie w 

głąb lasu, znikając nam z oczu.

- Nie jesteś policjantem - stwierdziła Angelina. - Wszystkim, tylko nie policjantem, 

pani   di   Griz.   To   właśnie   moi   podwładni   państwa   ujęli.   Moi   pracownicy,   mógłbym 

powiedzieć. W bardzo zmniejszonej obecnie liczbie, muszę przyznać.

- Życie jest ciężkie - westchnąłem. - Zwróć się do swej kompanii ubezpieczeniowej. 

Ale pamiętaj - ty zacząłeś.

- A owszem i jestem w dodatku bardzo zadowolony z rezultatu. Słyszałem z wielu 

źródeł, że jesteś najlepszym facetem, a pani oczywiście najlepszą damą - w swej profesji. Nie 

do końca w to wierzyłem. Ale teraz wierzę. To było bardzo imponujące. Na tyle imponujące, 

że zamierzam zaproponować wam mały zaciąg.

- Nie jestem do wynajęcia. Ale z kim mam nieprzyjemność?

- Och, myślę,  że jesteś  do wynajęcia.  Pozwól, że się przedstawię. Imperetrix  von 

Kaiser-Czarski. Ale możecie nazywać mnie Kaizi.

background image

- Do zobaczenia zatem, Kaizi - mruknąłem z sarkazmem, biorąc Angelinę za rękę i 

odwracając się.

- Milion kredytów za każdy dzień. Plus koszty.

- Dwa miliony - odparłem, odwracając się natychmiast z powrotem. Cały mój sarkazm 

szybko wyparował.

- Zgoda. Ale najpierw podpiszemy to.

Z   wnętrza   laski   wysunął   się   kontrakt   sporządzony   na   pozłacanym   pergaminie. 

Wręczył   mi   pismo   bez   słowa.   Angelina   pochyliła   się   nad   moim   ramieniem.   Oboje 

przeczytaliśmy tekst umowy.

- Jakieś problemy? - spytał Kaizi.

- Żadnych - odparłem. - My zaciągamy się na służbę za określoną opłatę, która będzie 

regularnie   każdego   dnia   wpływać   na   moje   konto.   Fajnie.   Ale   co   właściwie   mielibyśmy 

zrobić?

Kaizi westchnął i ponownie dotknął trzcinki, która pod tym dotknięciem zmieniła się 

w wygodny fotel, w którym nie omieszkał się rozsiąść.

- Na początek musicie pojąć dokładnie, kim ja właściwie jestem. Nigdy zapewne o 

mnie nie słyszeliście, bardzo się zresztą staram nie być zbyt znany. Choćby po to, aby nie 

chodziły za mną tłumy ludzi pożądających moich pieniędzy. Bo ja jestem, mówiąc krótko, 

najbogatszym   człowiekiem   w   galaktyce   -   uśmiechnął   się   mimowolnie,   wypowiadając   te 

słowa.   Zapewne   pomyślał   o   tych   wszystkich   bogactwach,   jakie   posiada.   -   Jestem   też 

prawdopodobnie najstarszym człowiekiem. Kiedy ostatni raz starałem się policzyć swój wiek, 

wychodziło mi coś koło czterdziestu tysięcy lat... Mogę się mylić o jakiś tysiąc czy dwa. Mam 

nadzieję,   że   rozumiecie,   że   po   tylu   latach   pamięć   zaczyna   nieco   płatać   figle.   Byłem 

naukowcem...   Tak   mi   się   przynajmniej   zdaje...   A   może   wynająłem   usługi   jakiegoś 

naukowca... Tak czy siak, udało mi się wejść w posiadanie eliksiru młodości. Tego jestem 

pewien. I zatrzymałem go oczywiście dla siebie. Znacznie go też ulepszyłem. No, ile byście 

mi dali lat?

Uniósł   głowę   i   odwrócił   się   wprost   ku   nam.   Żadnych   zmarszczek,   żadnych 

podkrążonych oczu, ani jednego siwego włosa...

- Najwyżej czterdzieści - powiedziała Angelina.

- Stuleci? - Lat.

- Jest pani bardzo uprzejma. Tak więc tysiąclecia sobie mijały, a ja gromadziłem coraz 

więcej pieniędzy i nieruchomości. Mógłbym z łatwością dojść do podobnej fortuny, tak po 

prostu inwestując bezpiecznie pieniądze i czekając na działanie składanej stopy procentowej, 

background image

ale to by było nudne, a nuda jest tym, co zagraża mi najbardziej. Emocje zawsze pozwalały 

mi lepiej znosić brzemię czasu. Tak więc w miarę jak obrastałem w majątek, kupowałem całe 

systemy słoneczne, których jestem teraz szczęśliwym właścicielem. Aby nieco urozmaicić 

moje portfolio, jestem w trakcie realizacji transakcji kupna całej galaktyki spiralnej, nigdy nie 

wiadomo, co się może kiedyś przydać. Zakupiłem też ostatnio kilka czarnych dziur. Chociaż 

chyba się ich pozbędę. Są nudne. Jeśli zobaczysz jedną czarną dziurę, to tak jakbyś zobaczył 

wszystkie.

Wyjął chustkę z kieszeni na piersiach i delikatnie musnął wargi. Jedna z molekuł 

utraciła   atom   -   pomyślałem   z   drwiną.   Widziałem   spojrzenie   Angeliny   i   wiedziałem,   że 

pomyślała coś podobnego.

- Teraz jednak stoję przed pewnym bolesnym problemem, który musi być rozwiązany 

i to właśnie wy mi w tym pomożecie.

-   Trzy   miliony   za   dzień   -   powiedziałem   szybko,   pozbywając   się   już   zupełnie 

podejrzeń.

- Zgoda - ziewnął. - Mój problem polega na tym, że jestem systematycznie okradany. 

Ktoś, lub grupa ktosiów, dobiera się do moich kont. W całej galaktyce. I czyści je do zera. A 

jeśli   jestem   właścicielem   banku,   na   przykład   tak   było   z   Pierwszym   Międzygwiezdnym 

Bankiem Wdów i Sierot, wtedy obrabowywany jest cały bank. A to źle wpływa na wizerunek 

mojej   firmy   u   klientów.   Milionów   klientów   z   bilionami   kredytów   w   kieszeni.   Jak   się 

domyślacie, jest to nieco kłopotliwe dla faceta z moją pozycją. Więc pan, drogi panie di Griz, 

wytęży swoje legendarne zdolności, aby powstrzymać tych złodziei i dowiedzieć się, kto za 

nimi stoi.

Kiedy otwierałem już usta, by coś powiedzieć, uniósł z westchnieniem swą trzcinkę.

-   Tak,   wiem.   Nie   musisz   nic   mówić.   Cztery   miliony   za   dzień   -   w   porządku.   I 

skończmy na tym. Interesy mnie nudzą.

- Będziesz musiał dostarczyć mi kompletnych danych na temat poprzednich kradzieży 

- powiedziałem. - I listę banków, w których masz konta i które są twoją własnością.

- To już się stało. Znajdziecie wszystkie te dane w pamięci swego komputera.

- Jesteś bardzo pewny siebie.

- Jestem.

- I szybko działasz.

- Muszę. A za pieniądze, jakie ci płacę, ty też się postaraj. Chcę wyników na wczoraj. 

Ostatecznie zgodzę się dostać je natychmiast. Podwieźć was gdzieś, abyście od razu mogli 

zabrać się do roboty?

background image

- Chyba powinieneś - powiedziała chłodno Angelina. - Po tym, co zrobiłeś z naszym 

poduszkowcem. I koszykiem piknikowym.

-   Równowartość   waszego   pojazdu   została   już   wpłacona   na   wasze   ściśle   tajne, 

nieznane nikomu konto w Banku di Napoli. A w ramach rekompensaty za szkody moralne 

zapraszam was na kolację do Earthlight Room. Powiecie właścicielce, by obciążyła konto 

Kaiziego, a zjecie, jak nigdy dotąd w życiu nie jedliście.

Czarny   poduszkowy   rolls   opuścił   się   tuż   przed   nami.   Drzwi   otworzyły   się 

bezszelestnie.

- Pani przodem, pani di Griz. Albo jeśli mogę sobie pozwolić, Angelino...

- Ty draniu - odparła moja ukochana, z wdziękiem wchodząc na stopnie. - Za tę forsę, 

jaką płacisz mojemu staremu, możesz mnie nazywać, jak sobie chcesz...

background image

Rozdział 2

Kaizi dotrzymał słowa. Obiecana forsa wpłynęła na moje konto w Banco di Napoli. 

Inna sprawa, że do tej pory byłem pewien, iż nikt nie ma pojęcia o istnieniu tego konta. Kaizi 

wiedział więc co nieco o systemie bankowym i należało o tym pamiętać. Zakonotowałem 

sobie, że w wolnej chwili będę musiał poszukać bezpieczniejszego schowka na forsę, teraz 

gdy Kaizi wie o obecnym.  Należało też pomyśleć  nad nieco bezpieczniejszym  sposobem 

transferowania pieniędzy.  Byłem pewien, że jeśli Kaizi wie, jak dokonać wpłaty na moje 

konto, wie też dokładnie, jak je wyczyścić. Kiedy włączyłem komputer, aż się wzdrygnąłem - 

w pamięci upchnięto tyle informacji o bankach i kontach Kaiziego, że te niezliczone bity i 

pliki   aż  piszczały   w  ścisku.  I  to   wszystko  przesuwało  się  bez   końca  po  ekranie  mojego 

komputera.

- Zdaje się, że będziemy musieli znacznie rozszerzyć pamięć - mruknęła Angelina, 

zaglądając mi przez ramię na ekran.

- Zdaje się, że będziemy w ogóle potrzebowali lepszego komputera. To jest dopiero 

fragment danych, na jakich będziemy pracować. Zaraz, zaraz, czy to nie nasz kochany synek 

James opowiadał o superkomputerach, które projektuje. Słuchałem go wtedy jednym uchem.

- Dziwię się, że w ogóle to pamiętasz, bo jak dla mnie to wtedy po prostu spałeś.

- Och, to była wina tego wspaniałego jedzenia i picia...

- Nie sądzę. Mamrotałeś coś o dziwacznych pomysłach, których nie może przetrawić 

głowa normalnego człowieka.

- Przepraszam gorąco i spalam się ze wstydu. Ale masz właściwie rację. Sam zresztą 

pamiętam   fazę   entuzjazmu   techniką   komputerową,   którą   przechodziłem   we   wczesnej 

młodości... Inna sprawa, że to już dość dawno odeszło w dal. Teraz jedyne, co chcę wiedzieć 

o komputerze, to gdzie znajduje się przycisk, który go uruchamia.

- James poradzi sobie z naszymi problemami technicznymi - Angelina powiedziała to 

z całkowitą pewnością w głosie, na jaką stać tylko matkę mówiącą o zdolnościach swego 

dziecka.

Ale   rzeczywiście   miała   rację.   Tylko   ciężki   trud   Jamesa   i   jego   bliźniaczego   brata 

Bolivara   ocaliły   nas   przed   kompletną   katastrofą   podczas   ostatnich   przygód   w   galaktyce 

równoległej.   Angelina   o   mało   co   nie   trafiła   do   Raju,   no   jeśli   chodzi   o   mnie,   to   w   grę 

wchodziło tylko Piekło. W każdym  razie zajęło nam trochę czasu rozplatanie tego węzła 

background image

czasowo-przestrzennego   i   rozprawienie   się   z   wielokrotną   kopią   faceta,   który   powodował 

kłopoty równocześnie w wielu miejscach naraz. Inna sprawa, że w odróżnieniu od wielu 

naszych   starć   ze   Złymi   tego   świata,   ta   przygoda   ostatecznie   skończyła   się   niezwykle 

pomyślnie.   A   dokładniej   skończyła   się   podwójnym   szczęśliwym   małżeństwem.   Obaj 

bliźniacy zakochali się w tej samej kobiecie - Sybili, czołowej agentce Korpusu Specjalnego. 

A ta, równie inteligentna, jak i piękna, potrafiła pokierować sprawą w sposób, który zmienił 

potencjalną groźną rywalizację w nierozerwalne więzy małżeńskie. Podwójne zresztą, jako 

już rzekłem.

Jednym   z   bardziej   interesujących   efektów   ubocznych   maszyny   teleportacyjnej 

profesora Coypu było dublowanie w jednym z jej portali. Co znaczyło, że jeśli ktoś przezeń 

przeszedł, wracał podwojony. To znaczy, obie te osoby były takie same - nie, były jedną i tą 

samą osobą. Może to trochę trudne do zrozumienia, ale niezwykle przydatne w sytuacji, gdy 

dwóch mężczyzn kocha jedną kobietę, a ona z kolei kocha ich obydwu. Tak więc Sybila 

zupełnie świadomie przeszła przez portal, a powróciły już Sybila i Sybilla. Rzucały zresztą 

monetą, która z nich dostanie to dodatkowe ”l”. Potem czekały nas już tylko dwa huczne 

wesela. I tak Sybila została szczęśliwą żoną Jamesa, Sybilla zaś z radością poślubiła Bolivara. 

Łatwe rozwiązanie raczej trudnego problemu.

- Musimy pogadać z Jamesem - powiedziała Angelina. - i poprosić go o załatwienie tej 

komputerowej sprawy.

- Musimy, to fakt - zgodziłem się i sięgnąłem po telefon. W końcu to nie ślepy traf 

przywiódł nas na tę nudną planetę.

Kiedy   James   przekonał   się,   że   Sybila   podziela   jego   pasję   do   nano-technologii, 

przeprowadzili się właśnie tutaj, aby skorzystać z tutejszych osiągnięć technologicznych. Od 

czasu do czasu otrzymywaliśmy informację o postępach ich badań. Wszystko zdawało się być 

na najlepszej drodze, bo po początkowych wydatkach zaczęli naprawdę robić kasę. Więc też 

wydało  nam   się  całkiem   naturalne,  obrać   Usti   nad  Labam   na  tymczasowe  miejsce   także 

naszych operacji finansowych.

-   To   jest   dość   logiczne   -   stwierdziła   wtedy   Angelina.   -   Zaczniemy   naszą   nową 

działalność, a przy okazji odwiedzimy nowożeńców. Zdaje się, że są tam w obiegu całkiem 

spore fundusze.

-   Jest   też   i   coś   więcej   -   marudziłem,   przeglądając   broszurę   wydaną   przez   biuro 

turystyczne.   -   To   zdaje   się   śmiertelnie   nudna   planeta,   tak   czytając   pomiędzy   wierszami. 

Wiesz, że tam jest zakaz hazardu nawet w centrach turystycznych? Nie ma wprawdzie tu nic 

o prohibicji, ale jestem pewien, że już o niej myślą...

background image

- Jimie di Griz, zaczynasz truć jak stary dziad. Jedziemy po prostu odwiedzić syna i 

synową. I zarobimy kupę szmalu. A jeśli będzie tam tak nudno, jak myślisz, to zaraz potem 

wyniesiemy się, by przepuścić tę forsę na jakiejś znacznie przyjemniejszej planecie.

No i wyjechaliśmy. Na Usti nad Labam nie było zresztą aż tak źle, jak myślałem. Fakt, 

że hazard był nielegalny, ale to oznaczało tylko tyle, że w ukryciu grało się o znacznie wyższe 

stawki i z prawdziwymi graczami. A ja byłem całkiem niezłym iluzjonistą, jeśli chodzi o 

sztuczki z kartami.  W końcu uczyłem  się tego od wczesnego dzieciństwa.  I manipulacje 

karciętami wychodziły mi równie dobrze na scenie, jak i przy pokerze, choć może nie były 

wtedy tak widowiskowe. Kiedy więc znudziły mnie operacje giełdowe, lubiłem sobie trochę 

pograć i zawsze byłem przy tym na plusie.

Angelina z kolei uwielbiała odwiedziny u Jamesa i jego żony. No, ja prawdę rzekłszy, 

też.   To   zawsze   była   doskonała   okazja   do   hucznej   imprezy   w   najlepszych   restauracjach. 

Jakkolwiek jednak nie było tu tragicznie, niemniej wiele w tym świecie pozostawało jeszcze 

dalekie od doskonałości.

Ta planeta musiała powstać przy wybuchu supernowej, ponieważ była wyposażona w 

niezwykle bogate złoża ciężkich metali, co przydawało się do komputerowej technologii, nie 

mówiąc już o wielkich pokładach najczystszego krzemu, wykorzystywanego do produkcji 

samych procesorów. Toteż producenci komputerów ciągnęli tłumnie do tego Krzemowego 

Wąwozu. A za nimi tłoczyli się programiści i wszyscy pozostali, którzy żyli z przemysłu 

komputerowego.

Wpadliśmy więc tu zatem na krótką wizytę. Zostaliśmy jednak dłużej. Dostrzegliśmy 

bowiem, że tutejsza fatalnie zorganizowana giełda jest prawdziwą dojną krową. Może nawet 

siedzieliśmy tu zbyt długo? Przybycie Kaiziego niewątpliwie poprawiło nam humory - niosło 

ze sobą obietnicę rychłego opuszczenia tego mimo wszystko nie najatrakcyjniejszego świata.

-   Zadzwonię   do   Jamesa   i   Sybili   -   stwierdziła   Angelina   i   podała   numer   naszemu 

telefonowi.

- Już łączę - odpowiedziała posłusznie maszyna. A ponieważ sprawnie wykonywała 

swoje zadania, prawie natychmiast usłyszeliśmy głos po drugiej stronie linii.

-   Nanotechtrics,   w   czym   mogę   pomóc?   -   zapytał   usłużny   głos   generowany   przez 

komputer.

- Chcę mówić z szefem - powiedziałem krótko.

- Kogo mam jej zapowiedzieć?

-   Dobra   dziewczyna   -   mruknęła   Angelina,   zawsze   entuzjastycznie   nastawione   do 

równouprawnienia płci.

background image

- Nie jej, jemu... Jamesowi... Mówi ojciec...

- Grrrk - odpowiedział mi komputer, ponieważ właśnie go wyłączono. - Miło mi cię 

słyszeć, tato. To już jakiś czas.

- Za długi. Wciąż harówka i zero wypoczynku. Ale jednak najpierw o interesach. 

Potrzebuję superkomputera do pewnych poszukiwań... Tylko nie takiego wielkości domu i o 

okablowaniu średnicy ramienia.

- Mogę ci zaproponować nasz nanotechtric-68X. Zaraz u ciebie będę.

- Wielkie dzięki - odpowiedziałem i rozłączyłem się.

W tym samym niemalże momencie odezwał się sygnał przy drzwiach.

- Ja otworzę - powiedziała Angelina. - James, jak miło cię widzieć, wejdź proszę - 

usłyszałem znów jej głos.

No cóż, jak mój syn mówi zaraz, to naprawdę znaczy zaraz.

- Kiedy zadzwoniłeś, siedziałem w śmigłowcu i miałem ze sobą 68X. No i od was 

byłem tylko o nieduży skok.

Przyniósł   ze   sobą   podniszczoną   skórzaną   walizkę.   Kiedy   zaczął   się   witać   i 

obcałowywać na powitanie, postawił ją na podłodze. Zerkałem na walizkę podejrzliwie.

- Planujesz jakąś podróż? - zapytałem.

- To właśnie najnowszy nasz pomysł - 68X.

Umieścił walizkę na stole i nacisnął zatrzaski. W górę wysunął się ekran, a w bok 

klawiatura. Przyglądałem się temu z powątpiewaniem. James roześmiał się.

- To jest dopiero pierwszy pracujący prototyp. Tak go zaprojektowano, żeby pasował 

do tej starej walizki. O odjazdowych kształtach i barwach zdążymy jeszcze pomyśleć. Ale za 

to w pracy nic nie przebije 68X - pogłaskał maszynę z uczuciem. - Wykonuje niewiarygodną 

ilość   równoległych   operacji   i   ściąga   dane   wprost   z   infostrad,   a   to   czyni   jego   szybkość 

obliczeniową wprost niemożliwą do wyobrażenia. Mówię tu o rzędzie kilku teraflopów.

Zamrugałem nerwowo powiekami, nic nie rozumiejąc z tego bełkotu.

- Teraflopów? - powtórzyłem niepewnie.

- Jeden teraflop to trylion kalkulacji zmiennych na sekundę. Sam widzisz, że nasz 

noworodek   ma   naprawdę   wielką   głowę.   Pomaga   mu   oczywiście   to,   że   jego   pamięć   jest 

nanobazowa.   Właśnie   my   wynaleźliśmy   i   opatentowaliśmy   technikę   molekularnej 

nanopamięci, w której dane są zapisywane w rzędach ruchomych molekuł. Zaraz pokażę ci, 

jak działa ten system. Masz tu jakąś bazę danych, którą mógłbym skopiować?

Aż za dużą jak dla mnie. Poszukaj w katalogu Kaizi.

Nucąc  pod nosem,  James  połączył  oba komputery i wcisnął  przycisk.  Rozległ się 

background image

cichy trzask i poczułem, jak jeżą mi się włosy na karku. James spojrzał na ekran i uśmiechnął 

się.

- Gotowe - zakomunikował. - Dane zajęły mniej niż jedną setną procentu pamięci 

komputera. A teraz, co z nimi trzeba zrobić?

Opowiedziałem mu o naszym niedawnym spotkaniu w lesie i o problemach Kaiziego. 

Skinął ze zrozumieniem głową. Jego palce sprawnie biegały po klawiaturze. Uśmiechnął się, 

gdy   wspomniałem   o   dziennej   stawce,   i   z   niedowierzaniem   pokręcił   głową,   kiedy 

powiedziałem mu, jak łatwo nowy pracodawca znalazł moje tajne konto.

- Z tym też będzie trzeba coś zrobić. Znajdziemy jakąś lepiej strzeżoną kryjówkę na 

twoje ciężko zapracowane pieniądze.

Przechylił się do tyłu na krześle i splótł z trzaskiem palce, podczas gdy ekran migotał i 

mrugał bez ustanku.

- Uruchomiłem program poszukiwawczy, a raczej wiele równoległych programów w 

sieci neuronowej. Ale do licha,  naprawdę mamy kupę materiału do przejrzenia. Na razie 

włączyłem nas w sieć międzygwiezdną. Właśnie rejestrujemy każdy szczegół, który wydarzył 

się w każdym z miast w momencie kradzieży. Każde najmniejsze nawet zdarzenie przed, w 

trakcie   i   przed   obrabowaniem   konta.   Potem   nałożymy   na   siebie   wszystkie   te   dane. 

Powiedzmy, że dowiemy się, iż pewien statek opuszczał za każdym razem miasto w dzień po 

kradzieży...

- I już ich mamy! Znajdziemy ten statek i mamy złodziei!

- No, tak naprawdę to nie będzie aż takie łatwe. To był tylko taki najprostszy przykład. 

Myślę,   że   w   rzeczywistości   ślad   będzie   dużo   trudniejszy   do   znalezienia.   Ale   najpierw 

zbierzmy   wszystkie   dane,   dopiero   potem   weźmiemy   się   za   analizę.   Pozostawię   na   razie 

program na biegu, bo to zajmie trochę czasu, a tymczasem moglibyśmy oblać twoją nową 

robotę, no i pierwszy prawdziwy test mojego 68X.

Jeszcze   nie   skończył   mówić,   gdy   Angelina   pojawiła   się   z   butelką   i   szkłem. 

Wznieśliśmy toast. W chwilę później przybyła Sybila, co uczyniło imprezę bardziej radosną. 

James mimo popijania nie zapominał jednak o pracy.

- Tato - spytał. - Co ty właściwie wiesz o bankach?

- Że są w nich pieniądze! odpowiedziałem radośnie.

- Mam na myśli coś innego. Co wiesz o obligacjach ze zmiennym oprocentowaniem, 

krótkoterminowych   inwestycjach,   bonach  skarbowych,   bankowych   certyfikatach 

depozytowych?

- Szczęśliwie nic. Liczy się tylko forsa w garści.

background image

- Zgoda. Ale odkąd prowadzimy swój własny interes, zanurzyłem nieco stopy w złotej 

rzece finansów i znalazłem parę bardziej dochodowych rzeczy. Jednak wciąż jestem tylko 

amatorem.   Będziemy   potrzebować   jakiegoś   eksperta   z   głęboką   znajomością   systemu 

finansowego, jeśli mamy mieć choćby najmniejsze szansę na wykrycie naszych złodziei.

-   Myślę,   że   Bolivar   byłby   tu   najodpowiedniejszą   osobą   -   podpowiedziała   Sybila. 

Przysłuchiwał się naszej wymianie zdań, podczas gdy Angelina poszła uzupełnić wyschłe 

źródełko alkoholu.

Uniosłem brwi.

- Ale on jest pomiędzy gwiazdami - przypomniałem. - Wciąż kusi go jego ukochana 

geologia   księżycowa.   A   Sybilla,   jak   rozumiem,   też   dzieli   z   nim   pasję   do   życia   tam   w 

przestrzeni.

- Dzieli, ale jednak na dłuższą metę... Wiesz przecież, że pozostawałyśmy kiedyś w 

bliskim kontakcie i wciąż mogę wyczuwać jej myśli, bo są one bardzo podobne do moich. Nie 

powiedziała   tego   nigdy   w   wielu   słowach,   ale   życie   gdzieś   w   przestrzeni   nie   daje   wiele 

możliwości   dbania   o   fryzurę,   że   nie   wspomnę   już   o   niedostatkach   higienicznych... 

Dyskutowaliśmy   więc   czasem   nad   pewnymi   pomysłami,   które   mogłyby   wymusić   krótki 

odpoczynek   od   radosnego   dryfowania   w   próżni.   Oczywiście   Sybilla,   podobnie   jak   ja, 

interesuje   się   archeologią,   historią   sztuki   i   całkiem   poważnie   również   bankowością.   W 

wolnym czasie po służbie w Korpusie kusiła mnie czasem taka zabawa - trochę inwestycji, 

kupno paru udziałów, wyprzedaż  kilku aktywów.  Tak dla zabawy,  oczywiście.  Ale moje 

konto bankowe zawsze było w dobrym stanie.

A   teraz   zupełnie   nieoczekiwanie   zbiega   się   to   także   z   twoimi   nowymi 

zainteresowaniami bankowymi.

- Zawsze miałem te zainteresowania - przypomniałem synowej.

Roześmiała się.

- No, nieco inne jednak. Przyznaj, że gdyby niektórzy nie tworzyli depozytów, nie 

mógłbyś zajmować się swoją ulubioną działalnością bankową.

- Celne trafienie - przyznałem.

- Może to nawet przypadek, a może po prostu cień przyszłości, ale kiedy ostatnio 

rozmawiałam z Sybillą, wspominała, że trochę tęskni do krótkiej gry na giełdzie. A muszę 

powiedzieć,   że   czasem   taka   spekulacja   giełdowa   rodzi   emocje   nie   mniejsze   niż   podróże 

międzygwiezdne.   Choćby   tylko   chwilami.   Jestem   pewna,   że   Bolivarowi   też   by   się   to 

spodobało, gdyby spróbował. A Sybilla na pewno wspomoże go swoją fachową wiedzą.

- Tylko czy on będzie zadowolony z tej zmiany? - zapytałem z powątpiewaniem.

background image

- Na pewno będzie - odpowiedziały jednocześnie Sybila i Angelina, a ponieważ byłem 

pewien, że Sybilla też się z nimi zgodzi, więc oczywiście Bolivar będzie zadowolony. Przy 

tym stanie - trzy do jednego - nie było nawet szansy, by mógł być niezadowolony.

- Ja to załatwię - mówiła dalej Sybila. - Jest taki oddział banku Cuerpo Especial na 

bardzo przyjemnej planecie, zwanej Elysium. Mało kto wie, że ten bank jest kontrolowany i 

prowadzony   w   całości   przez   Korpus   Specjalny.   Jeśli   się   zgodzicie,   wszyscy   możemy 

strząsnąć z siebie ten pył Usti nad Labam i wyjechać właśnie tam. To byłby prawdziwy zjazd 

rodzinny. Kontynuowalibyśmy poszukiwania w sieci, a ja pomogłabym Bolivarowi i Sybilli 

rozpocząć ich nową karierę.

- Biedak - mruknął James i uniósł szklankę, udając, że nie widzi skierowanego na 

siebie morderczego spojrzenia.

Kiedy połączyliśmy się przez wideofon z Sybillą i Bolivarem, nasz syn faktycznie 

przybierał coraz bardziej ponury wyraz  twarzy,  słysząc o swym  przeznaczeniu. Próbował 

jeszcze wić się na haczyku.

-   Jestem   teraz   krok   od   przełomu   w   badaniach   nad   tektoniką   grawimetryczną   i 

interakcjami fotonowymi.

- Fascynujące - odparła Angelina. - Musisz nam koniecznie o tym opowiedzieć, gdy 

spotkamy się wszyscy na Elysium.

- To nie będzie trwało za długo, a wszystko,  co powinieneś  wiedzieć  o bankach, 

pojmiesz w kilka tygodni - Sybilla próbowała najwyraźniej pocieszyć męża. - Pamiętaj, że 

bank to miejsce, gdzie są pieniądze.

- Fakt - powiedział, rozjaśniwszy się nieco. - Będę potrzebował jeszcze sporo grosza, 

by sfinansować dalsze badania - teraz już szeroko się uśmiechał. - Trochę minęło czasu od 

ostatniego spotkania. Będzie mnóstwo radości.

- I niehydrowane jedzenie - dodała z entuzjazmem Sybilla. - Wyprawimy bal...

I   tak   skończył   się   pierwszy   dzień   mojej   uczciwej   pracy.   Kiedy   obudziłem   się 

nazajutrz,   odkryłem,   że   moja   Angelina   jest   już   od   dawna   na   nogach.   Podróż   została 

zaplanowana, bilety zarezerwowane, torby spakowane, komputer załadowany, a pojazd stał 

przy drzwiach. Upewniłem się tylko, czy wpłynęła dzienna zapłata od Kaiziego. I już byliśmy 

w drodze...

Muszę przyznać, że następne dni okazały się niezwykle miłe. Sybila i Sybilla były tak 

szczęśliwe z powodu swego ponownego połączenia, że niemal wygrzewaliśmy się w cieple 

ich wzajemnych uczuć. Bolivarowi naprawdę spodobała się praca w banku. Został asystentem 

dyrektora   i   odnosił   same   sukcesy,   zdobywając   jednocześnie   nową   wiedzę,   która   miała 

background image

posłużyć naszej wspólnej sprawie. Elysium zaś rzeczywiście było miłą planetą i spędzaliśmy 

tam cudowne chwile. Na równiku, gdzie mieścił  się bank, panował wspaniały klimat, do 

którego   w   mig   się   przyzwyczailiśmy.   Podziwialiśmy   niezliczone   małe   wysepki   otoczone 

ciepłym   morzem,   w   którym   nurkowałem   całymi   godzinami,   przemykając   się   pomiędzy 

różnorodnymi formami morskiego życia. Nabierałem przy tym ponownie, nieco zaniedbanej 

ostatnimi czasy, masy mięśniowej.

Inna sprawa, że uczciwie  też  pracowałem  na swoją codzienną  wypłatę,  to  znaczy 

codziennie regularnie sprawdzałem, czy wpłynęła na moje konto... no i głaskałem komputer, 

który mruczał i migał bez ustanku, wypluwając z siebie nowe dane. Całe poszukiwania i 

obliczenia   zostałyby   zakończone   znacznie   szybciej,   gdyby   nie   trudności   ze   ściągnięciem 

danych z odległych planet.

- Nie przejmuj się tym - pocieszał mnie James. - We wszystkich tych miastach już 

zainstalowałem programy poszukujące. Ciesz się chwilą. Powiadomię cię, jak tylko zadzwoni 

dzwonek.

Dwa razy nie musiał mi tego powtarzać. Nurkowanie było wprawdzie cudowne, ale 

jeszcze więcej radości oferował dziki kontynent położony wokół pomocnego bieguna planety. 

Wysokie, strome góry i bezkresne śnieżne pola. Raj dla narciarzy. Teraz naprawdę czułem, że 

każdy z moich mięśni powrócił do pełni życia.  Cieszyliśmy się z Angeliną każdym dniem 

tych   długich   wakacji.   A   jednak   wciąż   najwięcej   radości   sprawiało   mi   każdego   ranka 

sprawdzanie stanu konta bankowego. A ono rosło w tempie czterech milionów  na dzień. 

Bolivar prawie natychmiast organizował transfer tych pieniędzy, teoretycznie niemożliwą do 

wytropienia drogą, do jakiegoś odległego bezpiecznego banku.

Ale w końcu każde wakacje muszą się skończyć. Odstawiliśmy więc nasze narty i 

złapaliśmy się na pierwszy lot, gdy tylko Bolivar przesłał nam informację, że poszukiwania 

dobiegają końca i mamy już niemal wszystkie potrzebne dane. O poranku zebraliśmy się całą 

rodziną przy śniadaniu.

- To jest właśnie praca, jaką lubię - usadowiłem się wygodnie po posiłku i zapaliłem z 

rozkoszą cygaro.  Właśnie rozżarzył  się jego koniec i ujrzałem przed sobą miły obłoczek 

białego dymu, gdy rozległ się sygnał dźwiękowy komputera.

James zerwał się od stołu.

- Nareszcie wynik. To już długo trwało.

- Trzy tygodnie - wtrąciłem. - Wcale nie tak długo.

- Jak na tę maszynę, bardzo. Wykonał co najmniej parę tysięcy teraflopów obliczeń. 

No to spójrzmy teraz na wyniki.

background image

Usiadł do klawiatury wpisał polecenie. Jęknął z niedowierzaniem, coś jeszcze dopisał, 

a potem z westchnieniem  wcisnął przycisk  drukarki. Ta zaszeleściła  i wyrzuciła  z siebie 

pojedynczą kartkę papieru.

- Odpowiedź - powiedział, machając nią.

- Jaka? - zapytała Angelina.

-   Lekko   zaskakująca.   Spośród   wszystkich   wydarzeń,   wyjazdów   i   przyjazdów, 

przestępstw i kar, wypadków i działań, urodzin i śmierci, wszystkiego tego, co wydarzyło się 

na tych planetach w dniach kradzieży, tylko jedna rzecz jest wspólna.

- No powiedz! - nie wytrzymałem. Wszyscy pozostali także czekali niecierpliwością.

- Powiem. W mieście był cyrk.

- James... Nie kpisz sobie z nas, prawda? - głos Angeliny przybrał zimny ton.

- Ależ nie, mamo. To prawda, prawda i jeszcze raz prawda.

- Za każdym razem ten sam cyrk? - zapytałem.

- Nie. Też tak na początku pomyślałem. To było wiele różnych cyrków.

- Ale miały coś wspólnego? - dopytywałem się dalej.

-   Twoja   chłodna   kalkulacja   jest   bezbłędna,   tato.   Zdaje   się,   że   we   wszystkich 

wykonywano w dniu rabunku ten sam numer cyrkowy.

W   pokoju   panowała   taka   cisza,   że   niemal   zdawało   się,   że   słyszymy   pojedynczy 

dźwięk każdej sylaby padającej z ust Jamesa.

-   Zawsze   był   to   występ   faceta   o   imieniu   Puissanto,   którego   zachwalano   jako 

najsilniejszego człowieka w galaktyce.

- Wiesz, gdzie jest teraz ten gość?

- Nie. Odpoczywa. Ale wiem, gdzie będzie mniej więcej za miesiąc. Na występie w 

cyrku Bolshoi Big Top.

- A gdzie?

- Na jakiejś odległej planecie w zabitej dechami części galaktyki. Planeta nazywa się 

zresztą niezbyt miło - Fetor. A miasto też nosi jakąś taką śmierdzącą nazwę.

- Fetor będzie jednak naszym następnym miejscem postoju - powiedziałem i zgasiłem 

cygaro w popielniczce. - Zacznijcie się pakować - poleciłem, wstając z fotela.

- Cudownie - stwierdziła Angelina. Ton jej głosu przeczył jednak słowom.

- No jasne. Co byśmy tam wszyscy robili? - w zamyśleniu opadłem z powrotem na 

fotel. - Wy więc spokojnie poczekacie, aż ja wprowadzę w życie plan A.

- To znaczy? - Angelina była równie zaciekawiona jak reszta rodziny.

- Wstąpię do cyrku. Z pewnością niewiele byśmy się dowiedzieli, siedząc na widowni. 

background image

W czasie, kiedy będę cyrkowcem, wstrzymujemy resztę działań operacyjnych. James i Sybila, 

czy mnie się zdaje, czy nie tęsknią za wami wasze komputery?

- No tak, tato. Ta planetka była miła, ale czas jednak kończyć wakacje. Skoro ty się 

teraz zabierasz do pracy, chyba czas też i na nas. Ale mimo to będziemy cały czas mieli 

otwarty kanał komunikacyjny. W razie kłopotów natychmiast się przy tobie stawimy.

- Serdeczne dzięki. Bolivar, ciebie też chyba wzywają gwiazdy?

- No jeszcze nie za głośno. Ta robota w banku nawet mi się podoba. Jeszcze trochę się 

pouczę, a potem postaram się zarobić nieco pieniędzy, żeby udowodnić, że nauka nie poszła 

na  marne.   A   zresztą   moja  nowa  wiedza  może   się  jeszcze  przydać  także  i   tobie.   Jeszcze 

zdążymy z Sybillą powrócić do gwiazd.

- No to do dzieła!

background image

Rozdział 3

A jakiż to numer masz zamiar zaprezentować, by zatrudniono cię w cyrku? - spytała 

Angelina. - Akrobacje? - No nie... chociaż oczywiście, gdybym tylko spróbował... - No jasne, 

i to mimo twojego...

- Podeszłego  wieku, chciałaś  powiedzieć?  - uzupełniłem  starczym  i  trzęsącym  się 

głosem. Po czym wyskoczyłem w górę gwałtownym susem i przed lądowaniem pięciokrotnie 

stuknąłem o siebie piętami w powietrzu, co zostało nagrodzone głośnymi oklaskami.

- Ale mimo to myślę, że błysnę czymś mniej męczącym.

Wyciągnąłem z kieszeni pięciokredytową monetę i przesunąłem ją z palca na palec po 

grzbiecie dłoni. - Magia. Zawsze byłem zdolnym amatorem. A jako karciarz czymś nawet 

więcej.

- Karciarz? Myślałam, że to po prostu oznacza umiejętność oszukiwania przy pokerze.

-   Mam   na   myśli   sztuczki,   jakie   iluzjoniści   wyprawiają   z   kartami.   Zaraz   coś   ci 

zademonstruję.

Wziąłem zapieczętowaną jeszcze nową talię kart. Rozerwałem folię, przetasowałem 

karty entuzjastycznie i rozłożyłem na stole koszulkami do góry.

- Wybierz kartę. Jakąkolwiek. Tak. Teraz ją obejrzyj. Zebrałem karty, przetasowałem 

je ponownie i położyłem na stole.

- Włóż swoją kartę z powrotem do talii.

Kiedy   to   zrobiła,   kilkakrotnie   przełożyłem,   przetasowałem   i   znów   rozłożyłem 

wachlarz kart na stole, tym razem obrazkami do góry.

- Czy byłabyś tak uprzejma i wskazała wybraną przez siebie kartę.

Spojrzała na karty, pochyliła się bliżej, i jeszcze raz przyjrzała się uważnie. Potem 

potrząsnęła głową. - Nie ma jej tu.

- Jesteś pewna? - Oczywiście.

- Czy kartą, którą wybrałaś, był król pik?

- Był! Skąd to wiesz u licha?

- Bo widzę tę właśnie kartę wystającą z kieszeni twojej spódnicy.

Sięgnąłem   tam,   wyciągnąłem   kartę   i   wręczyłem   Angelinie.   Aż   westchnęła   ze 

zdumienia.

- To jest moja karta. Ty naprawdę umiesz czarować, a tak długo się z tym przede mną 

background image

kryłeś. A ja sądziłam, że jesteś tylko zwykłym szulerem.

Ukłoniłem się dumny z pochwały.

- Magia musi wyglądać jak magia. Ale tak naprawdę to tylko kwestia ciężkiej pracy. 

Po pierwsze, polega to na wpłynięciu na ciebie, abyś  patrzyła  tam, gdzie ja chcę. Potem 

zmuszam cię...

- Do niczego mnie nie zmuszałeś.

- No, to jest określenie techniczne ...krótko mówiąc, tak tobą kieruję, że wybierasz tę 

właśnie   kartę,   o   którą   mi   chodzi.   Potem   obserwuję   cię   uważnie,   gdy   wsuwasz   kartę   z 

powrotem do talii i lokalizuję ją, wkładając koniuszek małego palca w to miejsce podczas 

składania. Zresztą nie masz szansy tego dostrzec, bo dbam o to, żebyś skupiała wzrok na 

wierzchu   talii.   Potem   szybko   usuwam   kartę   z   talii   i   chowam   ją   w   dłoni   jeszcze   przed 

potasowaniem. No i karta jest w mojej ręce, kiedy rzekomo wyjmuję ją z twojej kieszeni.

- Nic z tego nie udało mi się dostrzec.

- Ani przez moment się nie starałaś. No i w końcu karta znalazła się w twojej kieszeni. 

Magia! I koniec sztuczki. Żeby zostać iluzjonistą w cyrku, będę musiał opanować dużo więcej 

umiejętności niż tylko manipulowanie kartami. Muszę zarzucić mój wygodny status amatora i 

zostać całkiem poważnym profesjonalistą.

- Doskonały pomysł - stwierdziła. - W końcu już w przeszłości zajmowałeś się magią, 

gdy czyściłeś bankowe konta - uśmiechnęła się radośnie i klasnęła w dłonie. - A ja będę twoją 

piękną asystentką! Każda kobieta marzy o karierze na scenie. Pomyśl tylko o tych wszystkich 

cudownych kostiumach, jakie będę na siebie zakładać.

- Właśnie myślę... I sugeruję, że powinnaś się dobrze zastanowić. Trzeba też zebrać 

trochę informacji na temat mojego nowego miejsca pracy.

A to, niestety,  nie było takie proste. Magowie zawsze na przestrzeni wieków byli 

raczej   małomównymi   ludźmi.   Niechętnie   przekazywali   swoje   sekrety,   zazdrośnie   strzegli 

tajemnic.   Mimo   przejrzenia   niemalże   bilionów   bitów   baz   danych,   znalazłem  niewiele 

naprawdę przydatnych informacji. Może trochę karcianych sztuczek i trochę o znikających 

królikach... Byłem przekonany, że Bolshoi Big Top wyśmieje mnie, jeśli pojawię się tylko z 

podobnymi umiejętnościami.

-   Znowu   nic   -   warknąłem   gniewnie,   rozkazując   komputerowi,   by   się   wyłączył.   - 

Chyba jednak skończy się na akrobacjach.

- Nie popadaj w depresję - Angelina nalała mi nieco rozpraszającego wszelkie troski 

napoju procentowego.

Wysączyłem go ochoczo. Byłem wdzięczny mojej żonie za okazywaną mi troskę.

background image

- Masz rację. Nie ma co wpadać w depresję, tylko trzeba zmusić te podstarzałe szare 

komórki do pracy. Gdyby to było takie proste, brodzilibyśmy po kolana w iluzjonistach. Ale 

przecież są takie sztuczki, które można zawsze obejrzeć na przedstawieniu. Często sam się 

temu przyglądałem z zachwytem. Jak oni to robią? Albo raczej, jak się tego nauczyli? Na 

pewno nie z książek albo programów komputerowych, o tym sam już się przekonałem. A 

jednak skądś się nauczyli. Skąd?

- Masz na myśli od kogo?

- No tak właśnie! - podskoczyłem na równe nogi z nagłym zrozumieniem. - Uczą się 

jeden od drugiego. Każdy iluzjonista musi mieć swojego nauczyciela i ucznia. Tak to się 

dzieje.

Sięgnąłem po starą poczciwą walizkę.

- Zbudź się, komputerze! - rozkazałem.

-   Tylko   przemów,   a   usłucham,   mój   panie.   Angelina   uniosła   w   zdziwieniu   swe 

cudowne brwi.

- Uczysz to coś, by było twoim elektronicznym niewolnikiem?

- A dlaczego nie? Jeśli to dobrze wpływa na moje podstarzałe ego...

Ponownie zwróciłem się do walizki.

- Iluzjoniści, dobrzy iluzjoniści, znani w całej galaktyce. Znajdź ich i przygotuj listę.

Wydruk pojawił się, zanim jeszcze skończyłem wypowiadać polecenie. Lista składała 

się z sześciu zaledwie nazwisk. Zaprawdę bardzo ścisły krąg. Następną godzinę spędziłem, 

przygotowując   reklamę   siebie   jako   towaru,   a   dokładnie,   wyliczyłem   liczne   talenty   i 

umiejętności,   które   miały   zakwalifikować   mnie   na  pozycję   ucznia   maga.   Oczywiście   nie 

zapomniałem dodać, że gotów jestem zapłacić sporą sumę za swą edukację. Kiedy oferty 

trafiły do sieci, skończyłem spokojnie drinka i wsłuchałem się z uwagą w odległe burczenie 

swego żołądka.

- Zgadza się, pora na lunch - odpowiedziałem mu. - Pojemy sobie w jakiejś dobrej i 

cholernie drogiej restauracji, a w tym czasie moje zgłoszenie trafi do adresatów. Po powrocie 

dowiemy się, kto będzie moim mentorem.

Podjedliśmy   sobie   zatem   zdrowo   i   kosztownie,   a   kiedy   właśnie   miałem   zapłacić 

rachunek, zjawiła się Sybilla. To musiała  być  Sybilla,  bo jej drugie ja powróciło wraz z 

Jamesem na Usti nad Labam, aby pracować dalej nad projektem informatycznym.

- Masz ochotę zjeść coś albo wypić? - spytałem.

-   Nie,   dziękuję.   No,   może   jakaś   malutka   przekąska   i   odrobina   wina.   Dziękuję   - 

zamoczyła wargi w kieliszku i uśmiechnęła się. - Wpadłam tylko na chwilę, żeby pogadać. 

background image

Bolivar bierze właśnie udział w spotkaniu zarządu naszego nowo utworzonego prywatnego 

banku Credit Dew. Zabawiamy się w pewne poważne inwestycje.

- Inwestycje? Może sam powinienem się tym zainteresować, mając tę górę forsy od 

Kaiziego.

- Tak właśnie mówi Bolivar. I w dodatku nie był pewien, czy to twoje supersekretne 

konto jest naprawdę takie sekretne, więc przeniósł twoje pieniądze bliżej, by je mieć na oku.

- Miło z jego strony.

- Użył ich właśnie jako kapitału założycielskiego nowego banku.

No to już było aż za miłe - pomyślałem - ale ostatecznie wierzyłem, że wie, co robi.

- Jeszcze trochę? - dolałem nieco wina do kieliszków. Wypiliśmy wszyscy troje.

- Ale nie przyszłaś tu chyba, by rozmawiać z nami o banku? - zauważyła Angelina.

- Masz rację. Bolivar zajmuje się robieniem forsy, ja natomiast myślałam o tej nowej 

karierze Jima. Użyłam swych kontaktów w Korpusie Specjalnym, by przyjrzeć się bliżej temu 

cyrkowi.   Sama   też   badałam   nieco   ich   program   i   znalazłam   coś   wielce   interesującego. 

Potworny Spektakl Mistrza GarGoyla. Intergalaktyczne Monstra.

- Nie brzmi zbyt zachęcająco - powiedziała Angelina. - Myślałam, że takie rzeczy są 

nielegalne.

- Też tak myślałam... Dlatego zbadałam nieco zasoby danych Korpusu Specjalnego. 

To jest jak najbardziej legalne... I może okazać się interesujące...

- Interesujące, w jakim sensie? - ostatnia uwaga Sybilli zaintrygowała mnie.

- Obawiam się, że sam będziesz musiał się dowiedzieć. Na razie nie mogę powiedzieć 

więcej. Może tylko to, że zdaniem Korpusu GarGoyl jest godnym zaufania człowiekiem... 

Gdy będę mogła powiedzieć ci coś więcej, niewątpliwie powiem. A tak w ogóle, jak twoje 

studia magiczne?

- Dowiemy się, kiedy dostanę odpowiedzi na moje oferty. Ale czuję, że stoję u progu 

nowej kariery.

-   No   to   powodzenia   -   spojrzała   na   zegarek   i   przetarła   wargi   serwetką.   -   Bolivar 

powinien już wyjść ze spotkania. Muszę lecieć. Pa.

Pomknęła   dalej   jak   huragan,   my   zaś   skończyliśmy   spokojnie   biesiadować   i 

opuściliśmy   z   godnością   restaurację,   udając   się   do   naszego   pokoju.   Z   niecierpliwością 

oczekiwałem odpowiedzi magów. Niestety, nie nadeszła ani jedna. Nie lepiej było następnego 

dnia. Moje listy zdawały się rozpływać w intergalaktycznej przestrzeni. Magia.

W końcu jednak sygnał dźwiękowy komputera oznajmił mi, że odpowiedź nadeszła, 

toteż pośpieszyłem radośnie, by przeczytać dostarczony wydruk.

background image

- Fiegulo! Bastardego! Ekskrementkapo! - zakląłem soczyście, spojrzawszy na kartkę. 

Potem wściekły zgniotłem ją i rzuciłem na podłogę.

-   To   chyba   miało   oznaczać,   że   nie   jesteś   zadowolony   z   odpowiedzi?   -   spytała 

Angelina.

Odpowiedziałem jej w miarę spokojnie, ale zaciskając ze złości zęby.

- Nigdy w życiu nie zostałem tak poniżony, odrzucony, zdeptany, opluty...

- I tak dalej, i tak dalej... No dobrze, więc wydaje się, że magia to w istocie dobrze 

strzeżony sekret. Co zamierzasz dalej?

-   Poczekać   na   następną   odpowiedź   -   odparłem   ponuro,   spacerując   po   pokoju. 

Wiedziałem jednak, że oczekiwanie nie ma sensu. - Żaden ze sławnych magów na pewno 

mnie nie przyjmie.

- To może spróbujesz u tych mniej sławnych?

- To oznacza gorszych. Potrzebuję najlepszych.

- Może najlepsi już nie żyją. Chociaż jeśli byli naprawdę dobrzy, może przyjmą tę 

ofertę zza grobu.

- Bez żartów! To naprawdę poważna sprawa...

Nagle zatrzymałem się gwałtownie, tknięty nagłą myślą.

- Nie są żywi, nie są martwi... na emeryturze!

Walizka  nawet   nie   potrzebowała   wyraźnego   rozkazu   -   natychmiast   pojawił   się 

potrzebny  wydruk.  Tym   razem  kartka   zawierała  tylko  dwa  nazwiska.  Jeden   z  tych  ludzi 

znajdował się teraz o całe lata świetlne stąd, ale adres drugiego z nich z niedowierzaniem 

wskazałem palcem.

- No proszę. Przebywa na emeryturze w Happy Hectares, domu starych aktorów. To 

jest to.

- Wiesz, gdzie jest ten dom starców?

-   Oczywiście.   Tu   na   Elysium.   W   końcu   to   najprzyjemniejsza   planeta   w   kilku 

okolicznych systemach.

- Wezwać jakiś środek transportu.

- Jak najbardziej. Nie mogę już się doczekać spotkania z Wielkim Grissinim. Jeszcze 

tylko przyjrzę się przebiegowi jego kariery.

W   kilka   godzin   później   wkroczyliśmy   na   teren   Happy   Hectares   pod   hakowatym 

sklepieniem   bramy   ozdobionej   świetlistym   napisem   -   Dom   Gwiazd.   Przemierzyliśmy 

następnie  piękne  ogrody,  po których  alejkach  spacerowali  starsi ludzie.  Niektórzy z nich 

odpoczywali na zacienionych ławkach w altankach. Roboty ogrodowe przycinały krzewy i 

background image

kwietniki, roboty kelnerskie krążyły z tackami z herbatą i kanapkami, czasem też z małymi 

chłodnymi szklaneczkami... Angelina dostrzegła moje tęskne spojrzenie i pokręciła karcąco 

głową.

- Za wcześnie na przyjemności Jim. Najpierw znajdźmy naszego magika.

Elegancko odziana i ufryzowana dama w recepcji była wcieloną uprzejmością.

- Wielki Grissini? Oczywiście. Niech spojrzę, gdzie on teraz przebywa.

Pochyliła się nad klawiaturą, ja zaś usilnie próbowałem sobie przypomnieć, gdzie ją 

kiedyś widziałem. Angelina kojarzyła znacznie szybciej.

- Pani musi być Hedy Lastarr. Tak się zachwycałam pani rolą w Planecie namiętności.

-  Jak   to   miło,   że   pani   to   jeszcze   pamięta   -   zagruchała   Hedy,   poprawiając   swoje 

posiwiałe loki. - Tak niewielu ludzi zna te stare sztuki.

- Nie wiedzą nawet, ile tracą. Były o niebo lepsze niż obecne śmieci.

- Trudno się z tym nie zgodzić... O już... Wielki Grissini jest w zachodnim ogrodzie. 

Zaprowadzi was robot, ten w niebieskim kolorze. I proszę nie zapomnijcie, że utrzymujemy 

się z datków.

Wskazała   dyskretnym   ruchem   stojącą   przed   nią   na   blacie   skrzynkę   z   kolorowym 

napisem - ”Pomóż w potrzebie, a znajdziesz się w Niebie” - wykonanym ozdobnymi literami. 

Wsunąłem kilka  banknotów przez  otwór w wieczku, a Hedy pochyliła  w podziękowaniu 

głowę. Potem poszliśmy za robotem w głąb ogrodu.

- To jest ten, którego szukacie - robot wskazał mężczyznę siedzącego pod wielkim 

parasolem.

Wykonawszy swoje zadanie, maszyna odjechała z powrotem w stronę recepcji.

Wielki Grissini nie wyglądał obecnie na zbyt wielkiego. Był bardzo chudy, blady i 

kościsty, z krzywo przyklejonym tupecikiem. Przyglądał się nam podejrzliwie. Pamiętałem 

dobrze, jak zareagowali na moje prośby pozostali magicy i tym razem nie miałem zamiaru 

powtarzać tych samych błędów. Wiedziałem, że charakteryzują się oni raczej zgryźliwymi 

charakterami. Konieczne było właściwe podejście marketingowe. Kiedy jechaliśmy do Happy 

Hectares, miałem czas zagłębić się nieco w biografię tego człowieka, więc teraz mogłem 

zastosować nieco subtelniejsze metody.

- Czy mam zaszczyt rozmawiać z Pasquale Grissinim, znanym jak galaktyka długa i 

szeroka jako Wielki Grissini?

Burknął   w   odpowiedzi   coś,   co   mogło   być   zarówno   potwierdzeniem,   jak   i 

zaprzeczeniem. Mimo to wciąż uśmiechałem się ciepło, przedstawiając Angelinę i siebie.

- Chcecie się czegoś napić? - przerwał mi, zanim skończyłem.

background image

No... tak oczywiście... To miło z pana strony.

Jego następny pomruk, gdy wciskał guzik na znajdującym się przed nim pulpicie, był 

już   nieco   bardziej   entuzjastyczny.   Kiedy   cofnął   palec,   dostrzegłem,   że   na   wciśniętym 

przycisku znajdował się symbol szklanki koktajlowej. Nasze sprawy nie miały się źle.

Pojawił się robot przypominający pękatą szafkę na kółkach. Może z tym wyjątkiem, 

że z przodu miał dwie ręce, a na korpusie osadzoną jakby ludzką głowę.

-   Czym   mogę   służyć?   -   spytała   maszyna.   -   Dzisiaj   polecam   szczególnie   herbatę 

mrożoną Zubenelgenubia - półtorak.

- Dla mnie podwójna - pochylił się ku robotowi Grissini, zdradzając po raz pierwszy 

od naszego spotkania oznaki niejakiego ożywienia.

My   też   zdecydowaliśmy   się   na   specjalność   zakładu.   Wewnątrz   maszyny   coś 

zaszumiało,   a   potem   wyjechała   tacka   z   chłodnymi   napojami...   umieszczonymi   za 

przezroczystą szybą.

-   Razem   dwadzieścia   dwa   kredyty   -   powiedział   beznamiętnie   robot.   -   Wyłącznie 

gotówka. - Otworzył szeroko usta, ukazując otwór na monety w miejscu, gdzie powinien 

znajdować   się   język.   Kątem   oka   spojrzałem   na   Grissiniego,   który   stał   nieporuszony   jak 

marmurowy posąg. Najwyraźniej to była moja kolejka. Zacząłem wrzucać monety, aż rozległ 

się krótki sygnał dźwiękowy i usta robota zamknęły się. Tacka została postawiona przed nami 

na stoliku.

-  I   jeszcze   dobrze   przypieczony   precel   z   morskiej   trawy  -  powiedział   nasz  nowy 

przyjaciel, tym razem niemal się uśmiechając.

Zapłaciłem z przyjemnością. W chwilę później, gdy jął się rozkoszować tą trucizną, ja 

przeszedłem do kadzenia.

-   Mistrzu,   ten   pański   znikający   chłopiec   był   niedoścignionym   arcydziełem. 

Prawdziwy, żywy chłopczyk wspinający się po linie i znikający bez śladu u jej szczytu, na 

oczach całej publiczności!

O tym triku napisano dwie książki! I ich autorzy utrzymują, że wiedzą, jak to zostało 

zrobione.

- A wiedzą?

Nie. Jak dotąd pańska tajemnica wciąż pozostaje tajemnicą. I wciąż ten sekret jest 

żywy w pamięci zadziwionej publiczności sprzed lat.

- A tak, uwielbiali tę sztuczkę - Grissini kiwnął głową, nie przestając siorbać napoju.

-   Ale   sądzę,   że   najbardziej   jednak   publiczność   uwielbiała   pańskiego   znikającego 

świniozwierza...   kiedy   na   ich   oczach   ta   wielka   dzika   bestia   po   prostu   znikała.   Wszyscy 

background image

zakochani w magii wielbiciele przedstawień w całej galaktyce wiele zawdzięczają Wielkiemu 

Grissiniemu. I na pewno też nigdy go nie zapomną.

- Świniozwierz - sapnął, tym razem wreszcie poruszony moimi słowami. - Gdyby 

naprawdę   o   mnie   pamiętali,   nie   siedziałbym   tu   teraz,   zdychając   z   pragnienia   w   upale, 

rozpamiętując samotnie swoje przeszłe życie - przez moment zdawało mi się, że jego oczy 

zwilgotniały.

Opróżnił szklankę gwałtownym ruchem, jakby chciał odegnać ten moment smutku. 

Potem wręczył  mi ją do ponownego napełnienia. Sam zaś znów popadł w odrętwienie, z 

którego wyrwał go dopiero sygnał dźwiękowy zaspokojonego monetami robota.

- Publiczność ma cię gdzieś, gdy staniesz się stary, podobnie zresztą jak producenci. 

Na twoje miejsce czekają już następni, całe ich setki. Odszedłem sam, zanim mnie wyrzucili. 

A   teraz   siedzę   w   tym   wychodku,   czekając   na   śmierć.   Kiedy   podpisywałem   umowę, 

obiecywano   mi   łóżko   i   utrzymanie.   Szkoda   tylko,   że   dokładnie   nie   przeczytałem   tego 

pięknego kontraktu. A wydawało mi się wtedy, że jestem taki cwany. Pozostawiłem tę sprawę 

mojemu adwokatowi, ale nieco za późno dowiedziałem się, że sam miał już wtedy kłopoty ze 

starczą   sklerozą.   Wsadził   mnie   tutaj,   nie   przeglądając   szczegółów   kontraktu.   Nawet   nie 

zauważył, że opiewa tylko na podstawowe rzeczy. Jedzenie, aby przeżyć, łóżko, na którym od 

biedy można się przespać. Za wszystko dodatkowo trzeba płacić. O tym już zapomnieli mu 

powiedzieć, kiedy mnie zapisywał.

Przełknął ostatni łyk, a ja z radością ponownie wcisnąłem ten sam przycisk. Teraz w 

dodatku wcale nie zmuszałem się do uśmiechu  -  był autentyczny. To, co dla Grissiniego z 

pewnością nie było przyjemnym losem, dla mnie stanowiło prawdziwy fart.

-   Zapamiętaj   ten   dzień   -   powiedziałem   do   staruszka   -   bo   to   jest   pierwszy   dzień 

twojego luksusowego życia. Pomyśl o najlepszych posiłkach, jakie możesz sobie wymarzyć, 

o barkach pełnych najlepszych napitków.

- A dlaczego mam o nich myśleć? - zapytał Grissini z nagłą podejrzliwością w głosie, 

choć ta podejrzliwość nie przeszkodziła mu łapczywie pochwycić oferowanej szklaneczki.

- Bo wszystko to może być twoje. Plus dostęp do porządnej medycyny - pozbędziesz 

się na przykład tych zmarszczek. Nie mówiąc już o sławie, jaka znów otoczy ciebie i twoje 

cudowne sztuczki.

- Nic z tego. Na to już za bardzo trzęsą mi się ręce.

-   Nie   będziesz   robił   niczego   na   scenie.   Twój   asystent   będzie   kontynuował   twoją 

cudowną sztukę.

- Nie mam asystenta. Zawsze pracowałem sam.

background image

- Ale już go masz. Mnie. Jesteś zainteresowany?

- Nie. To moja magia. Nie dzielę się nią z nikim.

- Nie chodzi o dzielenie  się, chodzi o kontynuację  - przysunąłem ku Grissiniemu 

następną szklaneczkę. - Nauczę się magii z twoją pomocą i nikomu nie ujawnię tego, czego 

mnie nauczyłeś.

- Nawet mnie - dodała Angelina. - Za wyjątkiem oczywiście tych iluzji, w których 

będzie potrzebna asystentka. To wszystko jest takie podniecające.

Pogłaskała starca po grzbiecie dłoni i otrzymała w zamian jego uśmiech.

- Cudownie byłoby znów pracować. Znów zająć czymś ręce... - zamyślił się, ale zaraz 

zmarszczył brwi. - Nie. Moje sekrety umrą wraz ze mną. Nie przekupisz mnie.

- Wcale nie chcę cię przekupić! - krzyknąłem z oburzeniem, aby ukryć fakt, że to 

właśnie było moim zamiarem. - Twoja magia nie powinna odejść wraz z tobą. Pożądają cię 

tysiące tych, którzy jeszcze się nie narodzili.

To ostatnie było kretyńskie, ale najwyraźniej zaczynała mi uderzać do głowy trucizna, 

którą piliśmy.

- Mój mąż próbował powiedzieć - wtrąciła się Angelina, która zachowała całkowitą 

trzeźwość - że podziwia cię tak bardzo, że chciałby, aby twoja emerytura ubiegała w spokoju i 

szczęściu. A sądzi, że jeśli zaczniesz z nim pracować, to tak właśnie się stanie. Że będzie to 

nie tylko początek kariery dla niego, ale też powrót szczęśliwych lat dla ciebie.

- Hmm... - zamruczał Grissini, a ja wiedziałem już, że wygraliśmy tą bitwę.

Wynajęliśmy   niedaleko   dom.   Każdego   poranka   po   naszego   mistrza   wyjeżdżała 

limuzyna i przywoziła go do nas. Grissini od razu zaczął wyglądać znacznie lepiej. Dobre 

jedzenie,   trochę   wysoko   funkcyjnych   trunków   i   troskliwa   opieka   medyczna   dokonywały 

cudów. Myślę także, że praca wydatnie poprawiła samopoczucie staruszka. Na razie, czekając 

na jakiś zadziwiający i drogi aparat, który zamówił, objaśnił mi podstawowe arkana swej 

sztuki.

- Wprowadzanie w błąd, wprowadzanie w błąd, wprowadzanie w błąd. Pamiętaj o 

tych słowach zawsze. Twoja publiczność pragnie być oszukana. Toteż kiedy oni patrzą tutaj, 

ty pracujesz tam.

”Tutaj”  oznaczało  jego uniesioną  w górę lewą  rękę, w  której  znikąd  pojawiła  się 

moneta; ”tam” zaś - wysoki melonik, z którego właśnie wyciągał za długie uszy białego 

królika. Wyprowadził mnie w pole. Nie zarejestrowałem zupełnie momentu, w którym wyjął 

zwierzaka z torby wiszącej za stołem i zasłaniając tę czynność ciałem, wsunął królika do 

cylindra.

background image

A jednak kiedy pokazał mi tę sztuczkę powoli, wydawała się taka prosta. Grissini 

dostrzegł wyraz mojej twarzy i roześmiał się.

- Oczywiście widowisko dużo traci po wyjaśnieniu. Teraz rozczarowany myślisz - to 

takie proste, prawda? To dlatego magowie nigdy nie ujawniają sekretów. Ukazanie prawdy 

jest jak utrata niewinności. A jednak musisz wierzyć w magię, chociaż znasz tak wiele jej 

sekretów. Więcej nawet - musisz przekazać tę wiarę publiczności. Jeśli to właśnie zrobisz, 

będą cię kochali. W świecie bez magii ty musisz tworzyć magię. Pamiętaj, dajesz szczęście 

publiczności.  A   teraz   spróbuj   tak,   jak  ci   to  pokazałem.   Płynniej.   O,  tak   lepiej  -  chociaż 

niedużo lepiej.

Ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem je i wpuściłem Angelinę.

- Przesyłka. Duża skrzynia z Prospero Electronics.

- Aha! - klasnąwszy w dłonie, zakrzyknął radośnie Grissini. - Już wkrótce 

przywrócimy światu tajemnicę znikającego świniozwierza.

background image

Rozdział 4

Jednym z powodów, dla których wynajęliśmy ten właśnie dom, było to, iż miał on 

olbrzymi salon. Kiedy usunęliśmy z tego pomieszczenia wszystkie meble, zamieniło się ono 

w naszą scenę. Przedzieliliśmy pokój błękitną kurtyną, która opuszczała się i podnosiła za 

naciśnięciem   guzika.   I   teraz   właśnie   Angelina   i   ja,   siedzący   na   krzesłach   przed   sceną, 

stanowiliśmy   rozbawioną   publiczność.   Przyglądaliśmy   się,   jak   robotnicy   pod   kierunkiem 

Grissiniego   montowali   na   scenie   aparaturę   przeznaczoną   do   sztuczki   ze   znikającym 

świniozwierzem.

Wyglądało   to   dość   prosto.   Na   scenie   zamontowano,   tuż   przed   tylną   kurtyną, 

dwuścienną klatkę z metalowych  prętów, tak że całość tworzyła  ostrosłup, którego jedną 

ścianką była tkanina, a dwoma pozostałymi - metalowa siatka. Kiedy robotnicy zainkasowali 

szmal i opuścili dom, Grissini zwrócił się do nas.

- Wszystko gotowe. Teraz potrzebujemy jedynie świniozwierza.

-   To   by   trochę   potrwało   -   odparłem   z   zakłopotaniem.   -   Nie   możemy   użyć   do 

demonstracji innego zwierzaka?

Pomyślał przez chwilę, a potem wskazał na Angelinę.

- Oczywiście najbardziej efektowna jest ta sztuczka z jakimś wielkim i przerażającym 

stworem. Jednakże dla potrzeb demonstracji, ona wystarczy. Chodź do mnie, moja droga.

Grissini poprowadził moją żonę za tylną kurtynę, by mogła wejść zza niej do klatki.

- Musisz stać absolutnie bez ruchu - poinstruował ją. - Cokolwiek będzie się działo, 

nie wolno ci drgnąć. Rozumiesz?

- Całkowicie. Stać bez ruchu jak skała.

-   Tak   jest.   Gdy   wykonywałem   oryginalną   sztuczkę,   świniozwierz   był   przykuty 

łańcuchem i unieruchomiony. A teraz zaczynamy.

Wielki Grissini wycofał się z klatki przez tylną kurtynę, a następnie wyszedł zza niej 

na scenę obok metalowej konstrukcji. Angelina stała nieruchomo z wyciągniętymi do przodu 

dłońmi. Mistrz ukłonił się publiczności. Zaklaskałem z entuzjazmem.

- Panie i panowie - dostojny, uroczysty głos Grissiniego wypełnił całe pomieszczenie. 

- Widzieliście sami, jak wprowadzono tę niebezpieczną bestię... przepraszam, piękną panią... 

do tej oto klatki. Klatki wykonanej z prawdziwej stali, mocnej i trwałej - puknął metalową 

laseczką w pręty, które zadźwięczały przekonującym metalicznym dźwiękiem. - Mogliście 

background image

przyjrzeć się tym łańcuchom i zamkom, które przytrzymują zwierzę w klatce. - No, tu już 

pracowała   jego   wyobraźnia.   -   Nie   ma   ono   żadnej   możliwości   ucieczki   z   tej   klatki   za 

wyjątkiem oczywiście magii. Magii, która was zadziwi i oszołomi. Patrzcie zatem!

Zadudniły niewidzialne bębny, dźwięk tężał i nagle zamilkł po potężnym crescendo. 

W tym samym momencie pomiędzy publiczność a klatkę opadła czarna kurtyna. Pozostała 

tam krócej niż sekundę, a potem rozchyliła się szybko.

- Angelino! - wrzasnąłem głośno.

Angelina   zniknęła.   Klatka   była   pusta.   Zerwałem   się   na   równe   nogi,   gotów   do 

natychmiastowego działania.

- Spokój! - rozkazał Grissini grzmiącym głosem. Opadłem z powrotem na krzesło. To 

przecież tylko iluzja. Więc dlaczego spływa po mnie pot? Naprawdę wielkiego wysiłku woli 

wymagało ode mnie spokojne siedzenie na krześle. Mag ponownie wszedł za tylną kurtynę. 

Po chwili pojawił się z Angeliną na rękach. Teraz już nie mogłem usiedzieć w miejscu. 

Pognałem, by chwycić żonę w ramiona.

- Co się stało? - zapytałem.

- Nie wiem. Po prostu zapadła ciemność. Później pojawił się Grissini i wyprowadził 

mnie tutaj. A co ty widziałeś?

- Nic. To znaczy, na moment opadła kurtyna, a potem cię tam nie było.

- Nie wydaje mi się. Znalazłam się wprawdzie w ciemnościach, ale nie sądzę, abym 

ruszyła się z miejsca. - Odwróciła się do rozbawionego maga. - A tak naprawdę, co się stało?

Ukłonił się Angelinie i zatarł z zadowoleniem dłonie.

-   Z   wielką   przyjemnością   zaraz   wam   to   wyjaśnię,   bo   w   przyszłości   będziecie 

spadkobiercami tej sztuczki - uśmiechając się szeroko Grissini uniósł teatralnym gestem palec 

w górę. - Wszystko to jest robione za pomocą luster.

No, na taką rewelację mogliśmy jedynie zareagować otwarciem ust. A jednak to była 

prawda. Grissini polecił nam stanąć z boku klatki i spoglądać do środka przez metalowe 

pręty.

  - Zaraz  pokażę wam to jeszcze raz, ale tym razem bez czarnej kurtyny.  Patrzcie 

uważnie! Abrakadabra!

Nagle   i   bez   najmniejszego   nawet   dźwięku   przestrzeń   wewnątrz   klatki   stała   się 

lustrem. Parzyliśmy na swe zdziwione oblicza. Mistrz roześmiał się.

- Takie proste, a jednak jakże przekonujące. Lustra ukryte są u góry. Na sygnał nadany 

przeze mnie za pomocą pilota zsuwają się do środka. Publiczności klatka wydaje się pusta, bo 

ludzie   patrzą   na   błękitną   kurtynę   odbijającą   się   w   lustrach.   Kiedy   zaś   oni   się   gapią, 

background image

świniozwierz jest wyprowadzany do tyłu. Pojawia się na scenie, a tymczasem w zamieszaniu 

lustra znikają i klatka tym razem rzeczywiście jest pusta. Proste, ale jakie robi wrażenie, 

prawda?

- Rzuca na kolana.

- W zupełności się zgadzam - powiedział Kaizi, wchodząc do środka przez, z całą 

pewnością, zamknięte drzwi. - Wydałeś sporo moich pieniędzy, Jim, więc rozumiesz chyba 

moją   chęć   zobaczenia,   jak   się   właściwie   sprawujesz?   Czytałem   twoje   codzienne 

sprawozdania   oraz   oczywiście   te   raporty,   które   dostaję   od   moich   agentów...   Czy   jesteś 

pewien, że to cyrk jest powiązany z kradzieżami?

-   Programy   komputerowe   nie   kłamią.   Sprawdziłem   każdą   kradzież   w   każdym   z 

banków.   Sprawdziłem   z   dokładnością   do   pojedynczych   minut   -   wszystkie   wydarzenia, 

wszystkie osoby, każdą zmianę w okolicy.  Czasem zdarzały  się podobne wydarzenia, ale 

biorąc   pod   uwagą   ilość   badanych   i   porównywanych   przypadków,   musiały   to   być   zbiegi 

okoliczności.   Natomiast   jedna   rzecz   powtarzała   się   regularnie   w   trakcie   każdego   z   tych 

rabunków - w miastach, gdy dochodziło do kradzieży, bywały różne cyrki, a siłacz Puissanto 

występował tam za każdym razem.

Dostrzegłem kątem oka, że Grissini przypatruje się tej wymianie zdań z niebotycznym 

zdumieniem.

- Zrobimy przerwę - Angelina  delikatnie  ujęła maga  pod ramię  i wyprowadziła  z 

salonu. - Może zechcesz maestro, zwilżyć sobie trochę gardło?

- To logiczne, co mówisz - Kaizi siadł na krześle i gładził w zamyśleniu futro, które 

miał   na   sobie.   -   Jednak   płacę   ci   olbrzymie   sumy   pieniędzy   i   chciałbym   zobaczyć   jakiś 

bardziej wymierny wynik  twej pracy.  Tak więc, aby zachęcić cię do większego wysiłku, 

zawieszam dzienną wypłatę aż do czasu, gdy nawiążesz kontakt z tym siłaczem.

- Tego nie możesz zrobić!

- Oczywiście, że mogę. Artykuł sześć, paragraf osiemnaście naszego kontraktu.

- Nie pamiętam żadnego paragrafu wspominającego o czymś takim - oczami duszy 

widziałem skrzydlate kredyty odlatujące w nieokreśloną dal.

- Trzeba było dokładniej czytać, co podpisujesz. Masz może kopię kontraktu?

- Nie. Jest w banku.

- Bardzo rozsądnie. Ale tak się składa, że ja mam ze sobą kopię. Może chcesz ją 

przejrzeć?

Wyciągnął kontrakt. Tym razem nie był to ozdobny pergamin, ale zwykły wydruk. 

Przebiegłem po nim szybko wzrokiem.

background image

- Miałem rację - stwierdziłem triumfalnie. W artykule szóstym jest tylko siedemnaście 

paragrafów.

-   W   rzeczy   samej   -   Kaizi   nie   zdawał   się   być   specjalnie   zmieszany   moim 

oświadczeniem. Pochylił się nad kartką i wskazał końcówkę siedemnastego paragrafu. - A jak 

myślisz, co to jest?

Teraz też pochyliłem się uważniej na tekstem.

- Wygląda jak atramentowa plama - zmrużyłem oczy.

- Ja mam inne zdanie - Kaizi sięgnął do kieszeni po brązową tulejkę i podał mi ją. - 

Spójrz przez szkło powiększające.

Spojrzałem.

Wciąż wygląda jak atramentowa plama.

-   To   dlatego,   że   ustawiłeś   czterokrotne   powiększenie.   Spróbuj   ustawić 

czterystukrotne.

Znalazłem  regulator   i   przekręciłem   go.   Spojrzałem   znowu...   i   ujrzałem   paragraf 

osiemnaście. Byłem ugotowany.

- Nie wpadaj w desperację - poradził. - Po prostu pracuj szybciej. - Ta obiecana góra 

złota niech pobudzi cię do działania.

- Pobudza! Zwijam się jak w ukropie. Mój agent nawiązał już kontakt z Bolshoi Big 

Top. Podpisano już wstępny kontrakt. Dołączę do nich na czas, by załapać się na premierę na 

Fetor.

Mówiłem to z pełnym przekonaniem. Po co Kaizi miał wiedzieć, że nie opanowałem 

jeszcze   większości   trików,   i   że   na   tej   sympatycznej   planecie   nie   ma   ani   jednej   farmy 

świniozwierzy.   W   końcu   aż   do   tej   pory   był   bardzo   dobrym   i   hojnym   pracodawcą   i   nie 

należało go zrażać.  Nawet jeśli oznaczało to, nieznaczne doprawdy, mijanie się z prawdą. 

Zresztą,   jeśli   on   mógł   wykręcić   taki   numer   z   zawieszeniem   płatności,   ja   mogłem 

zrelatywizować nieco fakty.

- Mam nadzieję, że naprawdę zdążysz się znaleźć na premierze na Fetor. Dla naszej 

obopólnej korzyści - podsumował Kaizi. - Będę twoim najwierniejszym widzem.

Znikł równie szybko, jak się pojawił, a ja wyruszyłem na poszukiwania Angeliny i 

jednego z tych drinków, o których wspominała.

Siedzieli z Grissinim w ogrodowej altance i gawędzili beztrosko. Dołączyłem do nich 

i dostrzegłem szklankę z chłodnym drinkiem oczekującą też i na mnie.

- Dziękuję - pochłonąłem zawartość szklanki jednym łykiem.

- Zdaje się, że niektórych zaczęło nagle męczyć pragnienie. - Angelina uniosła swoje 

background image

piękne brwi. - Problemy z Kaizim?

- Nie tak od razu problemy. Ale też i nie same przyjemności. Chodzi o te drobne 

opłaty, które uiszcza codziennie. Zgodnie z kontraktem, który zawiera paragraf wyglądający 

na pierwszy rzut oka jak plamka atramentu, może je zawiesić, jeśli zechce. A teraz zechciał. 

Wznowi je znów, gdy znajdę się już w cyrku.

- Plamka atramentu? - upewniła się zdumiona Angelina.

-   No,   tak   to   wygląda   gołym   okiem.   Po   powiększeniu   przybiera   formę   bardzo 

przykrego paragrafu.

- W takim razie to, o czym przed twoim przyjściem dyskutowaliśmy, staje się dość 

istotne. Rozmawialiśmy bowiem o harmonogramie szkoleń. A ten, zdaje się, jest napięty?

- Ze wszystkim na pewno nie zdążymy - Grissini pociągnął tęgiego łyka ze szklanki i 

westchnął w zamyśleniu. - Chwytasz szybko, ale to nie wystarczy.

Opuściłem wzrok, starając się wyglądać skromnie przed moim mistrzem.

-   Umiesz   wystarczająco   wiele   sztuczek   na   przedstawienie,   ale   nie   zdołasz 

zademonstrować znikającego chłopczyka.

- Ale muszę! To twój najsłynniejszy numer. Dlaczego nie możemy go zrobić?

- Po pierwsze dlatego, że nie mamy żadnego ośmioletniego chłopca - powiedziała 

Angelina z chłodną logiką. - Już o tym myślałam. Ciężko znaleźć takiego poszukującego 

pracy małego chłopca. I w dodatku jest to wbrew prawu.

 - Ja miałem szczęście, bo Grissini tworzyli wielką rodzinę. Zawsze znalazł się jakiś 

mały kuzyn. Teraz jednak wszyscy są już dorośli i rozproszyli się po całej galaktyce.

- A nie można obyć się bez chłopca? - zrzędziłem niezadowolony.

-   Co   to,   to   nie!   W   tym   właśnie   jest   cała   moc   tej   iluzji.   Chłopiec   musi   siedzieć 

pomiędzy publicznością. Jest przypadkowym ochotnikiem. Zawsze pozostawiałem ten numer 

na sam koniec przedstawienia, jako numer finałowy. Zaczynałem zawsze zdjęciem melonika, 

z którego wylatywały gołębie i wyskakiwała parka królików. Publiczność oczywiście klaskała 

i  śmiała  się.   Potem  unosiłem  rękę   i  rozlegały  się   głośne  fanfary,  zakończone   grzmotem. 

Publiczność natychmiast cichła. I wtedy do nich przemawiałem: oto nadszedł moment, na 

który wszyscy czekaliście. Czy są na sali jacyś mali chłopcy? W mundurkach szkolnych? 

Zawsze kilku było. Pokażcie się - mówiłem - a oni natychmiast zrywali się z miejsc. Chodźcie 

- wołałem - pierwszy, który tu się zjawi, weźmie udział w następnym cudownym zdarzeniu i 

dostanie za to dwadzieścia kredytów. Podnosił się wrzask i zaczynała walka, by dopaść sceny. 

Ale mój asystent siedział w pierwszym rzędzie i przy przejściu. Też oczywiście brał udział w 

wyścigu.   Po   drodze   wpadał   na   ludzi,   deptał   po   ich   stopach,   upewniając   wszystkich,   że 

background image

naprawdę   jest   żywym   materialnym   chłopcem.   Potem   zostawał   moim   scenicznym 

pomocnikiem, przynosząc na żądanie kosz, który stawiał przede mną. Ja brałem długą linę i 

wrzucałem   ją   do   kosza.   Chłopiec   czekał   cierpliwie,   rozlegała   się   tajemnicza   muzyka. 

Wykonywałem nad koszem magiczne gesty i nagle ukazywał się koniec liny, która powoli, 

wijąc   się   jak   wąż,   unosiła   się   w   górę.   Chłopiec   był   tym   równie   zdumiony   jak   cała 

publiczność. Ponaglałem go gestem i on przechodził za moim plecami do kosza. Muzyka 

stawał   się   coraz   głośniejsza.   Weź   linę   -   wydawałem   mu   polecenie   -   a   on   cofał   się 

przestraszony. Ja wykonywałem magiczny gest, a jego oczy uciekały gdzieś w górę, ciało 

sztywniało  - był  w mojej mocy.  Robił dokładnie to, co mu rozkazałem  Przyzywałem  go 

gestem dłoni i on zbliżał się, chwytał linę i zaczynał się wspinać...

Kiwałem   głową   oczarowany   opowieścią;   ba,   widziałem   oczami   duszy   opisywaną 

scenę, równie nią zahipnotyzowany, co niewidzialna publiczność.

- I wtedy... - Grissini przerwał, podtrzymując dramaturgię - chłopiec dochodził do 

końca liny. Muzyka zamierała w finalnym grzmocie, a ja unosiłem dłoń w górę. Kiedy to 

czyniłem, chłopiec znikał, lina zaś opadała luźno z powrotem do koszyka. Odwracałem go do 

góry dnem i lina oczywiście z niego wypadała. I to był koniec. Ukłony. Kurtyna.

- Cudowne - szepnęła Angelina.

- Jak to się dzieje? - spytałem.

- Ponieważ nie będziecie wykonywać tej sztuczki, nie musicie wiedzieć.

Do zmiany zdania nie skłoniło go żadne z naszych pochlebstw.

-   Nie,   nie   powiem.   Ale   ujawnię   wam   tajemnicę   lewitującej   kobiety.   Dzisiaj 

dostarczono niezbędny sprzęt i zaraz go zainstaluję.

- Czy kupiła pani tę czarną suknię, o której wspominałem? -zwrócił się do Angeliny.

- Tak.

- Wspaniale. Jeśli będzie pani tak miła i założy ją teraz, będziemy mogli zaczynać.

Zostałem więc sam. Grissini przygotowywał przedstawienie, Angelina przebierała się, 

a ja... ja piłem. Musiałem się nieco uspokoić po tych paskudnych machinacjach Kaiziego. 

Naprawdę polubiłem to sprawdzanie stanu konta każdego ranka.

- Podoba ci się? - spytała Angelina.

- Przepiękna!

I taka rzeczywiście była ta suknia - długa do ziemi, czarna i błyszcząca, z cudownie 

wyciętym dekoltem, zwiewnie płynęła w powietrzu za każdym ruchem.

-  Może   być   -  Wielki   Grissini   stanął   w   drzwiach.   -   Zaczynajmy.   Najpierw   muszę 

poinstruować   Angelinę   o   jej   nowej   roli   -   spojrzał   na   zegarek.   -   Jim,   dołączysz   do   nas 

background image

dokładnie za pół godziny.

- Doskonale - odparłem, spoglądając również na zegarek, a potem na butelkę. Może 

jednak była za mała na tak długi czas...

Kiedy w końcu wszedłem na salę i zasiadłem przed sceną, byłem  już w zupełnie 

dobrym humorze. Z tyłu sceny wisiały czarne kurtyny. Scena jednak była pusta, za wyjątkiem 

trzech sporej wielkości sześcianów. Rozległa się muzyka zapowiadająca wejście Grissiniego i 

wkrótce sam maestro pojawił się na scenie. Ukłonił się publiczności, a ja zaklaskałem jak 

oszalały.

- Dziękuję panie i panowie, naprawdę dziękuję. Teraz musicie się przygotować na 

magię, która was zadziwi i poruszy do głębi. Zaczynajmy.

Podszedł   do   sześcianów   i   popukał   w   nie   swóją   różdżką   -   dobre,   twarde   drewno. 

Przesunął następnie ręką wzdłuż różdżki, a ta znikła bez śladu. Mistrz obrócił jeden za drugim 

sześciany, pokazując publiczności, że w są one otwarte z dwóch stron i puste w środku. Na 

zewnątrz czarne, wewnątrz i na krawędziach białe. Różdżka ponownie pojawiła się w ręku 

mistrza, przełożył ją przez każdy z sześcianów.

- Jak widzicie, puste. Po prostu czterościenne konstrukcje, możecie się im dokładnie 

przyjrzeć. A teraz ustawię je o tak...

Różdżka znów znikła. Grissini uniósł jeden z sześcianów i ustawił go pośrodku sceny. 

Dwa pozostałe ułożył po obu stronach, tak że połączone razem tworzyły platformę. Potem 

jeszcze   raz,   jak   zwykle   znikąd,   zjawiła   się   różdżka,   którą   mag,   jakby   dla   potwierdzenia 

poprzednich doświadczeń, ponownie zastukał w twardą powierzchnię, a następnie przełożył 

przez puste wnętrze pojemników.

- A teraz drogie panie i szanowni panowie, mili goście. Proszę powitać gorąco moją 

piękną asystentkę Angelinę, która będzie towarzyszyć mi podczas tego pokazu.

Zaklaskałem tak głośno, jak tylko potrafiłem, ponieważ byłem pewien, że tak właśnie 

cała publiczność zareagowałaby na wejście Angeliny. Powoli, kusząco kołysząc biodrami, 

kroczyła po scenie, uśmiechając się ciepło i pozdrawiając rozentuzjazmowany tłum.

Rozległa się łagodna tajemnicza muzyka, gdy Grissini pochwycił dłoń mojej żony. 

Wystąpili razem do ukłonu. Potem cofnęli się do rzędu pudeł. Powoli i ostrożnie Angelina 

usiadła   na   środkowym   sześcianie.   Uniosła   wdzięcznie   nogi   i   położyła   się   na   wszystkich 

pudłach. Uśmiechnęła się do publiczności, podpierając głowę prawą dłonią. Jej czarna suknia 

opadała   na   białe   krawędzie   sześcianów.   Grissini   tymczasem   wykonywał   nad   jej   ciałem 

sekretne   gesty,   czemu   towarzyszyła   cały   czas   tajemnicza   muzyka.   Potem   pochylił   się   i 

wyciągnął   spod   Angeliny   centralny   sześcian.   Aż   westchnąłem   ze   zdziwieniem,   tak   jak 

background image

westchnęłaby   publiczność.   Asystentka   maga,   czyli   moja   piękna   żona,   wciąż   leżała   bez 

najmniejszego   ruchu,   z   ciałem   nienaturalnie   sztywnym   jak   u   nieboszczyka,   a   przecież 

środkowa część  jej  ciała  nie  była  niczym  podparta.  Potem westchnąłem  jeszcze  głośniej, 

kiedy mistrz  powoli i delikatnie wysunął także podporę spod łokcia i teraz już Angelina 

naprawdę wisiała w powietrzu. Po chwili lewitowała zupełnie, gdy usunięto także trzecią i 

ostatnią   podporę.   Uśmiechnęła   się   i   pomachała   do   mnie   z   tej   zadziwiającej   pozycji, 

korzystając z okazji, że Grissini znów odwrócił się ku widowni. Klaskałem tak mocno, że aż 

rozbolały   mnie   ręce.   Muzyka   zabrzmiała   donośnie,   a   tymczasem   maestro   ujął   wielką 

metalową obręcz. Stuknął nią najpierw z donośnym brzękiem w podłogę, aby udowodnić jej 

materialność,   a   następnie   powoli   przełożył   przez   głowę   kwitującej   poziomo   Angeliny. 

Przesunął obręcz wzdłuż całego jej ciała, dochodząc aż do samych stóp, a nawet trochę poza 

nie, aby pokazać, że kobieta naprawdę wisi w absolutnej próżni. Moje ręce już sztywniały od 

nieustającego aplauzu.

Obręcz   cofnęła   się   wzdłuż   ciała   Angeliny   i   została   odrzucona   z   brzękiem   poza 

kurtynę. Muzyka stała się żywsza i weselsza, gdy mag wsuwał jeden za drugim sześciany pod 

unoszące się w powietrzu ciało. Potem podał Angelinie rękę, pomagając jej wstać i razem 

ukłonili się publiczności. Nie wytrzymałem i wskoczyłem na scenę, by uściskać serdecznie 

żonę.

- Moja magiczna żono! - zawołałem z entuzjazmem. - Bardzo bolały linki?

- Nie było linek. Widziałeś przecież obręcz wędrującą wzdłuż całego mojego ciała.

- Widziałem... I nic nie rozumiem. Prawdziwa magia?

- Powiedzmy raczej - prawdziwa iluzja.

Grissini wyszedł do ogrodu. Magia mogła naprawdę zmęczyć... A może po prostu nie 

chciał być obecny przy ujawnianiu sekretu tego czaru.

-   Wciąż   nie   mam   pojęcia,   jak   to   można   zrobić.   Czy   coś   jest   nie   tak   z   tymi 

sześcianami?

-   Nie.   Są   dokładnie   tym,   na   co   wyglądają   -   prawdziwym   solidnym   drewnem. 

Ustawiono je w szeregu, pamiętasz? Potem było moje wejście...

- Niezapomniane!

- Ale odwracające uwagę. Grissini szedł wzdłuż sceny, by mnie powitać i cała uwaga 

publiczności skupiała się na nas dwojgu. Odwrócenie uwagi. W tej właśnie chwili działała 

magia, nie wtedy, gdy usuwał sześciany.

-   To   jasne!   Większość   sztuczek   iluzjonistów   tak   naprawdę   dzieje   się   przed 

momentem,   w   którym   pokazuje   się   je   widzom.   W   najważniejszy   momencie   publiczność 

background image

patrzyła na was, a nie na sześciany.

Podszedłem ku tyłowi sceny, gdzie tuż przed czarną kurtyną stały drewniane pudła. 

Iluzja   była   naprawdę   dobra   -   dostrzegłem   jej   istotę   nie   wcześniej,   niż   stojąc   o   krok   od 

sześcianów. W powietrzu tuż nad pudłami znajdowała się cieniutka czarna platforma, która 

podtrzymywała ”lewitującą” Angelinę.

- Ale to też jest magia! Przecież ona nie może tak po prostu wisieć w powietrzu!

Popatrzyłem na platformę jeszcze uważniej. Zajrzałem pod nią. Potem przesunąłem po 

niej dłońmi. Natrafiłem na cieniutką metalową strunę sięgającą spoza kurtyny. Niewątpliwie 

była poza nią przymocowana do jakiegoś solidnego obiektu. Zrozumiałem nagle.

- No jasne! Tej platformy tu nie było, kiedy mistrz wędrował wzdłuż sceny i kiedy 

przesuwał te pudła. Pojawiła się dopiero wtedy, kiedy poszedł cię przywitać, a reflektory 

przesunęły się za nim. W ciemnościach, zdalnie sterowana zapewne, wychyliła się ta struna i 

ustawiła   platformę  tuż   nad  sześcianami.   Niewidzialną  dla   publiczności,  bo  jest   tak  samo 

czarna jak sześciany. Ale obręcz... przesunęła się wzdłuż całego twojego ciała, nawet sięgnęła 

nieco poza twoje stopy...

-   I   wróciła   -   przypomniała   Angelina.   -   Ramię   podtrzymujące   biegnie   na   tyle 

wychylone w bok, że obręcz mogła sięgnąć poza moje stopy.

-   Oczywiście!   Ale   musiała   wrócić   tą   samą   drogą,   bo   gdyby   została   przesunięta 

kawałek dalej, natrafiłaby na ramię podtrzymujące. Wspaniały efekt!

Wyszliśmy do Grissiniego, by mu pogratulować. Przyjął to bez wielkiego wzruszenia, 

jako coś oczywistego i należnego. Potem zaś uniósł przypominająco palec w górę.

- Mamy niewiele czasu, a mnóstwo jeszcze do przećwiczenia. I miał oczywiście rację. 

Pozostał mi jeszcze tylko tydzień. Spędziłem go, ciężko pracując. Odstawiłem alkohol, a na 

sen   przeznaczałem   tylko   po   kilka   godzin   na   dobę.   Poza   tym   -   ćwiczenia   i   ćwiczenia. 

Opanowałem   wypuszczanie   ptaków   z   pustej   garści,   wyciąganie   niezliczonej   ilości 

kolorowych flag z pustej tuby. Oczywiście ćwiczyłem też z aparatem do lewitacji, w czym 

Angelina   uczestniczyła   z   wielkim   entuzjazmem.   Opanowałem   tę   sztuczkę   do   perfekcji. 

Nauczyłem   się   nawet   odczytywać   pytania   od   publiczności   przez   przykładanie   złożonych 

kartek do czoła. Byłem naprawdę szczęśliwy, kiedy Grissini zdradził mi ten sekret. Sztuczka 

z kartami od widzów zawsze zadziwiała mnie w cyrku. A była taka prosta. Czytałem imię 

pierwszego   pytającego   i   on   zgłaszał   się   spomiędzy   publiczności.   Po   odpowiedzeniu   na 

pisemne pytanie otwierałem złożoną kartkę i jeszcze raz głośno mówiłem jego imię. Potem 

wyrzucałem papier i brałem następny. Tylko że ten pierwszy człowiek był podstawiony - mój 

pomocnik siedzący pomiędzy publicznością. A kiedy spoglądałem na kartkę, żeby porównać 

background image

to,  co odczytałem   nie  patrząc,   z  tym,   co zawiera   papier,  to  było   nie  jego pytanie,   tylko 

następnego widza. Zapamiętywałem je i odczytywałem, gdy na czole trzymałem już kartkę 

następnego gościa. I tak zawsze byłem o jedno pytanie do przodu. Iluzja! Wprowadzenie w 

błąd!

Pracowity   tydzień   dobiegł   końca.   Nasze   bagaże   były   spakowane,   bilety   kupione. 

Musieliśmy ruszać dalej w drogę, aby zarabiać kolejne pieniądze. Bolesna bowiem stawała 

się konieczność wydawania  własnych  pieniędzy,  do czego byłem  zmuszony,  odkąd Kaizi 

wywinął ten numer z mikroskopijnym paragrafem.

Żegnaliśmy się więc z Wielkim Grissinim, który ponownie popadł w odrętwienie.

- Cóż, miło było znowu zająć czymś ręce - westchnął ciężko.

- Zawsze będę wdzięczny za pomoc. Szkoda, że nasza znajomość musiała skończyć 

się tak szybko - odwróciłem się, aby nie widzieć smutku w jego oczach.

- Dbaj o siebie, mistrzu - powiedziała Angelina. Skrzywił się.

- To już będzie robił Happy Hectares - powiedział z goryczą. Czas było zaatakować, 

jak sobie to zaplanowałem, ale... nie mogłem.

- Mistrzu - powiedziałem - praca z tobą była wielkim przywilejem. Cieszę się też, że 

przyniosła ci chwile szczęścia. Ale te chwile będą trwały dłużej. Obiecuję ci to.

- Co masz na myśli?

- Bank. Co tydzień dostaniesz czek. Pieniędzy wystarczy na lepsze jedzenie, trochę 

napitków i drobne życiowe przyjemności.

Był zszokowany moimi słowami. Jego oczy zwęziły się.

- Gdzie tu jest haczyk? Dlaczego to robisz?

- Bo jest dobrym człowiekiem - odpowiedziała Angelina.

- Nie aż tak dobrym - powiedziałem. - Nie planowałem być aż tak bezinteresownie 

hojny. Ale powiedzmy, że w moim sercu zaszła zmiana.

- Jim, o czym ty u diabła mówisz? - Angelina też była zdumiona.

- Po prostu nie potrafiłem tego zrobić... Miałem zamiar podjąć się dokonywania tych 

wpłat, ale tylko w zamian za tajemnicę znikającego chłopczyka. Ale w końcu codziennie rano 

będę musiał patrzeć w lustro... a szantaż jest jednym z niewielu przestępstw, jakich nigdy nie 

dokonałem. I teraz jestem chyba już za stary, by inaugurować nową działalność. Więc ciesz 

się emeryturą i pomyśl o mnie zawsze wieczorem, kiedy będziesz sączył koktajl.

Gwizdnąłem na nasze bagaże. Pojechały za nami z szumem małych silniczków.

- Trudno mi w to uwierzyć! - zawołał za nami Grissini.

- Uwierz - odparła Angelina. - Chociaż taki twardy z zewnątrz, stary Jim ma naprawdę 

background image

miękkie serce.

- Wiesz, że to mnie zawstydza - pocałowałem ją w policzek. Podeszliśmy do pojazdu, 

który już czekał z otwartymi drzwiami.

- Powiem wam - powiedział nagle Grissini. - To moja decyzja.

- Statek na nas nie zaczeka - przypomniała Angelina.

- To zajmie minutę. Powinniście zacząć coś podejrzewać w chwili, gdy mówiłem, że 

chłopiec na chwilę staje za moimi plecami. Znika wtedy z oczu publiczności. Pamiętacie, co 

opowiadałem o odwracaniu uwagi?

- Więc wtedy coś się stało - zawołałem. - Tylko co? - zastanawiałem się gorączkowo.

- On tam już został. Ukrył się za moją peleryną. To dlatego ten numer zawsze robiłem 

na końcu. Kiedy się kończy, opada kurtyna. A wtedy chłopak biegnie za jedno z jej skrzydeł, 

zanim po chwili kurtyna rozsunie się ponownie, żebym mógł się ukłonić.

- Ale... jeśli on nie wspina się po linie... to kto się wspina?

- Hologram. Podobnie jak nie ma liny wznoszącej się z kosza, tylko jej hologram. 

Dokładnie w tej chwili, kiedy chłopiec staje za mną, włączam projektor holograficzny, który 

tworzy obraz.  Zaczyna  się to  już od tej  pełznącej  w  górę liny.  Pamiętajcie  - prawdziwy 

chłopiec stoi ukryty za moją peleryną. Dosłownie mgnienie oka później hologram chłopca 

wychodzi zza moich pleców i zaczyna się wspinać po równie niematerialnej linie.

- A potem spokojnie znika. Hologram liny opada do koszyka, gdzie spokojnie leży 

prawdziwa lina.

- Kurtyna opada - uzupełniła ze śmiechem Angelina. A tłum szaleje z radości. My 

też, maestro. Jesteś naprawdę wielki, Wielki Grissini.

Mag ukłonił się głęboko. My zaś opuściliśmy go, śmiejąc się wesoło. To naprawdę 

było wspaniałe przedstawienie.

background image

Rozdział 5

Kiedy znaleźliśmy się na pokładzie statku, który miał nas zawieźć na Fetor, szybko 

zapomnieliśmy   o   euforii,   jaką   w   nas   wzbudziła   ostatnia   sztuczka   Wielkiego   Grissiniego. 

Wciąż   mieliśmy   bowiem   jeden   poważny   problem.   Angelina,   wiedząc,   że   się   nim   gryzę, 

starała się zwrócić moją uwagę na przyjemniejsze sprawy. Mnie jednak wciąż błąkała się po 

głowie myśl o świniozwierzu. Jak mogłem pokazać sztuczkę ze zniknięciem świniozwierza, 

jeśli w ogóle nie będę go miał?

-   Co   byś   powiedziała   na   kieliszek   szampana   w   barze,   jeszcze   przed   obiadem?   - 

wychrypiałem z głębi zaschniętego gardła.

Angelina położyła dłoń na moim ramieniu.

- Chętnie, kochanie.

Zanim  jednak zdołaliśmy  opuścić kabinę, rozległ się sygnał  komunikatora  i ekran 

monitora rozjarzył się.

- Z pewnością znów jakieś arcyważne instrukcje korzystania ze sprzętu ratunkowego - 

zauważyłem szyderczo, wykrzywiając się jednocześnie do lustra.

- Tym razem nie zgadłeś - Angelina czytała uważnie wiadomość. - To od Jamesa. 

Znalazł  dla  nas   świniozwierza.  Zaraz   prześle  szczegóły.  Zaaranżował  nam  spotkanie,   jak 

tylko   przejdziemy   przez   kontrolę   celną.   Będzie   na   nas   czekał   facet   o   imieniu   Igor...   Z 

ciężarówką. On wie, gdzie trzeba pojechać. James załącza jeszcze pozdrowienia i życzy nam 

szczęścia. - Moja żona wcisnęła przycisk drukowania i wiadomość została wypluta przez 

drukarkę na kartce papieru. - Ustalił nam cały rozkład zajęć.

-   Oto   nasz   syn!   -   krzyknąłem   z   entuzjazmem.   -   A   teraz   podtrzymuję   propozycję 

wizyty w barze.

Gwiezdny Bar był naprawdę gwiezdny. Sufit tworzyła szklana kopuła, poza którą w 

ciemnej przestrzeni kosmicznej błyszczały nieprzeliczone gwiazdy. Pozornie. Nie sądziłem 

bowiem, aby naprawdę wykonano w statku takie wielkie okno. To była raczej iluzja, chociaż 

dobra.   W   miłej   atmosferze   siorbaliśmy   sobie,   mlaskaliśmy   i   układaliśmy   plan   dalszego 

działania. A dokładniej, przyglądaliśmy się propozycji przedstawionej przez Jamesa.

-   Jeśli   statek   przybędzie   na   czas,   a   wedle   praw   mechaniki   powinno   tak   być, 

wylądujemy na Fetor na dzień przed naszym występem w cyrku. Ta farma świoniozwierzy 

znajduje się jakieś pięćset mil od kosmodromu. Potem jeszcze dwieście do miasta. To będzie 

background image

bardzo na styk.

- Będzie. Ale nie mamy chyba wyboru?

- Zgoda. Zaczniemy więc się tym martwić po wylądowaniu - wsunąłem kartkę Jamesa 

do kieszeni, opróżniłem szklaneczkę i odstawiłem butelkę. - Muszę wykorzystać podróż na 

dalsze ćwiczenia. Nie mogę więcej pić, bo będą mi się trzęsły ręce.

- Ale przed spaniem chyba się napijesz?

- Oczywiście. Nie planuję chłeptać tylko cienkich herbatek.

Dni biegły szybko. Ćwiczyłem bez ustanku, aż moje palce były giętkie jak z gumy. 

Przed naszym wylotem Angelina musiała spędzić sporo czasu na zakupach. Coś niecoś na ten 

temat   wiedziałem,   ale   byłem   zbyt   zajęty   magią,   by   rozeznać   się   w   szczegółach.   Teraz 

ćwiczyłem  właśnie skomplikowaną sztuczkę z kartami, kiedy moja piękna żona wyszła z 

sypialni.

- Podoba ci się?

- Uaa! - zawołałem z zachwytem. Karty posypały się na podłogę.

To, co miała na sobie, było oszołamiającym ciuchem - szkarłatna suknia przylegała do 

ciała ciasno jak druga skóra, odsłaniając zarówno uda, jak i piersi. Ruszyłem natychmiast, by 

objąć żonę, ale pieszczotliwe walnięcie pięścią w szczękę zatrzymało mnie w miejscu.

- Czy nie sądzisz, że jest... no, zbyt śmiała jak na mój wiek.

- Twój wiek to najwłaściwszy wiek - powiedziałem z entuzjazmem. - Jesteś szałowa i 

podniecająca, i każdy facet tam na sali będzie patrzył na ciebie, nie na mnie. Już widzę, jak 

się ślinią.

- A ten szmaragdowy diadem?

- W porządku. Pasuje do tego dziwoląga, który otacza cię w pasie.

- No, nie wiem - obracała się zgrabnie przed lustrem. - Może raczej ta zielona...

- Masz więcej takich strojów?

- Oczywiście.

- Zrób mi przyjemność i pokaż je wszystkie. Pochyliłem się i pozbierałem z podłogi 

karty. Na razie poszły w kąt. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, zapaliłem cygaro, nalałem 

sobie szklaneczkę wina.

Angelina miała przygotowany inny strój na każdy numer. Zielony, pasujący do rudego 

ubarwienia świniozwierza (o ile będziemy mieć to zwierzę!), czarno-czerwony, gdy będzie 

podawać mi karty, całkowicie czarny do pokazu lewitacji...

Na prywatnym pokazie mody miło spędziliśmy czas aż do kolacji.

Reszta   podróży   przebiegała   dość   jednostajnie.   Ja   ćwiczyłem,   Angelina   dobierała 

background image

kostiumy.  Jedliśmy dobrze i spaliśmy dobrze, a jeśli chodzi o picie, to oprócz jednej lub 

dwóch szklaneczek wina do posiłków, w dzień nie brałem alkoholu do ust. Na małe co nieco 

pozwalałem sobie dopiero przed spaniem.

Ponieważ nasz rozkład zajęć po przylocie był mocno napięty, zadbałem o to, abyśmy 

po   wylądowaniu   nie   musieli   tłoczyć   się   wraz   ze   wszystkimi   pasażerami,   tracąc   czas   na 

zbędne formalności. Wymagało to krótkiej, acz treściwej rozmowy z odpowiedzialnym za 

rozładunek oficerem - oślizgłym typem, który stanowczo za często się kłaniał i zbyt mocno 

szczerzył zęby w szerokim uśmiechu, by można było obdarzyć go zaufaniem.

- Czym mogę panu służyć?

-   Chciałem   prosić   o   radę   w   sprawie   bagażu.   Jeśli   spakowalibyśmy   się   w   noc 

poprzedzającą lądowanie, czy mógłbyś przyjacielu już wtedy wziąć bagaż?

- Z największą przyjemnością.

-   A   jeśli   bagaże   będą   gotowe   już   poprzedniej   nocy,   nic   chyba   nie   stanie   na 

przeszkodzie, by zostały wyładowane jako pierwsze? - mówiąc to, wsunąłem mu w dłoń 

pięćdziesiąt kredytów.

- Tak się stanie. Ma pan moje słowo.

- I jeszcze jedna prośba. Do kogo powinienem się zwrócić, aby być pewnym, że ja i 

moja żona jako pierwsi pasażerowie opuścimy ten piękny statek?

- Do mnie, proszę pana. Cały rozładunek podlega mnie.

W jego kieszeni zniknął następny banknot.

-   Ponieważ   sądzę   przyjacielu,   że   często   tu   lądujesz,   może   znasz   jakiś   sposób   na 

usprawnienie kontroli celnej?

- To zabawne, że pan o tym wspomniał, mój kuzyn jest akurat jednym z celników i...

I tak ze znacznie lżejszą kieszenią, ale też spokojniejszy o rozładunek, powróciłem do 

naszej kabiny, aby spakować bagaże.

Dzięki   temu,   niezbyt   może   subtelnemu,   przekupstwu   szybko   opuściliśmy   statek. 

Pierwsi przeszliśmy przez kontrolę celną, a dzięki uprzejmości pewnego celnika nasze bagaże 

nie były otwierane i sprawdzane.

Na lądowisku czekał na nas ponury typ w pogniecionych i przybrudzonych ciuchach, 

który   trzymał   tabliczkę   z   napisem   ”Degrizz”.   Kiwnąłem   więc   ku   niemu.   Zbliżył   się. 

natychmiast.

- Ty Degriz?

- Ja di Griz. Ty kto?

- Ja Igor. Chodź.

background image

Gwizdnąłem   i   bagaż   podążył   za   nami,   my   zaś   pospieszyliśmy   za   naszym 

przewodnikiem. Opuściliśmy terminal i wyszliśmy na zapyloną i zakopconą ulicę. Angelina 

pociągnęła z niechęcią nosem.

- Nie podoba mi się ani to miejsce, ani nasz małomówny przyjaciel.

- Obawiam się, że taka już jest ta planeta. Głównie kopalnie i ciężki przemysł. Czy nie 

zdawało ci się, że w ostatniej wiadomości od Jamesa pobrzmiewała jakaś nuta desperacji.

- Owszem. Zobaczymy, jaki to rodzaj transportu dla nas załatwił. Uggh!

”Uggh” było właściwym określeniem. Czekała na nas wielka, brudna i porysowana 

szafa na czterech kołach, którą przez pomyłkę ktoś nazwał ciężarówką. Kiedyś ta ciężarówka 

była chyba polakierowana na różowo, ale nie można było mieć stuprocentowej pewności. Z 

całą pewnością natomiast wypatrzyłem na jednym z boków tego wehikułu, przykryty warstwą 

brudu, napis: - ”Igor, usługi transportowe, jazda w każde miejsce”.

Miałem nadzieję, że to prawda. Igor otworzył boczny luk i wrzucił tam nasz bagaż, a 

potem   wszedł   na   górę   do   kabiny.   Silnik   ożył,   pokrywając   nas   chmurą   czarnego   dymu. 

Załzawionymi oczami dostrzegłem wychylającą się zza oparów rękę Igora, zapraszającego do 

kabiny. Wspięliśmy się tam w ślad za naszym przewodnikiem i usiedliśmy na porozrywanych 

brudnych siedzeniach.

Próbowaliśmy dojrzeć cokolwiek przez zatłuszczone i wysmarowane okno. Maszyna 

trzęsła się i dygotała, ale jednak potoczyła się naprzód.

-   Wiesz,   gdzie   mamy   jechać?   -   zapytałem,   starając   się   nie   dać   po   sobie   poznać 

narastającego we mnie obrzydzenia, gdy obserwowałem scenerię na zewnątrz.

- Ungh - odpowiedział, a przynajmniej brzmiało to jakoś podobnie.

Jedziemy do Lortby, tak? Do Mięsnej Farmy Świniozwierzy?

Musiałem  odczekać   chwilę,  nim  to  pytanie   znów  spowodowało  reakcję  w  postaci 

jakiegoś pojedynczego potwierdzającego mruknięcia. Potem jednak Igor popisał się całym 

przemówieniem.

- Pobrudzi, płacisz więcej.

Sądzę, że miało to oznaczać - ”jeśli wasze zwierzę zapaskudzi mój wspaniały wehikuł, 

ta  i  tak  już  absurdalnie  wysoka   zapłata  będzie  jeszcze  wyższa”.  Mruknąłem  więc  coś   w 

odpowiedzi i na tym zakończyliśmy naszą wymianę zdań.

Wkrótce fabryki z ich dymiącymi kominami i odrapanymi murami ustąpiły miejsca 

dzikszym   plenerom.   Głównie   bagiennym.   Po   bokach   drogi   znajdowały   się   rowy,   które 

najwyraźniej były traktowane jak śmietnik, bo wypełniały je odpady wszelkich możliwych 

rodzajów. Próbowaliśmy chwilę rozmawiać, ale nawet moja rozmowa z Angeliną wkrótce 

background image

zamarła, tak przybiło nas to, co widzieliśmy za oknem. W kilka godzin albo stuleci później 

skręciliśmy z głównej drogi w błotnistą ścieżkę, u której wylotu znajdowała się tablica z 

nazwą farmy, całkiem niezłym rysunkiem szarżującego świniozwierza i ostrzeżeniem u dołu, 

że nieproszeni goście zostaną zastrzeleni.

Przekonany w ten sposób, iż należy spodziewać się miłego powitania, wysunąłem się 

z kabiny, gdy tylko nasz pojazd zatrzymał się przy zabudowaniach farmy. Przeciągnąłem się i 

ziewnąłem,   a   potem   pomaszerowałem   ku   jedynym   drzwiom   wielkiego   budynku,   który 

zwrócony był w stronę drogi.

Kiedy   otwierałem   drzwi,   zadzwonił   dzwonek   i   siedzący   za   ladą   mężczyzna   o 

podobnie pogodnym obliczu jak Igor, spojrzał na mnie spode łba.

Miałem zamiar powiedzieć ”dzień dobry”, ale zmieniłem zdanie.

- Ugh - mruknąłem. Odughnął uprzejmie.

- Potrza świniozwierza.

- Cały czy w kawałkach.

- Żywynie bity. Cały.

To go zaskoczyło, widziałem jak na jego czole pojawiła się zmarszczka. Naprawdę 

skupił myśli i wreszcie odpowiedział.

- Nie spylam żywych.

- Zacznij od dziś - przesunąłem po ladzie stukredytową monetę, którą natychmiast 

chwycił.

- Takie prawo.

-  Właśnie   się  zmieniło   -  za  pierwszą   monetą  podążyła  druga.   Na  jego  twarzy  na 

moment pojawił się cień uśmiechu. Wstał i ruszył w kierunku drzwi.

Przed budynkiem czekała na nas Angelina. Dostrzegłem wściekłe ogniki w jej oczach.

-   Jeszcze   minuta   z   Igorem   i   musiałabym   go   zabić.   Wręcz   widziałam   pożądanie 

wypełzające   na   jego   twarz.   Szkoda,   że   potrzebujemy   kierowcy...   No,   więc   zamiast   go 

stuknąć, wolałam tu przyjść. Załatwiłeś?

- Mam taką nadzieję! - odparłem z fałszywym  optymizmem.  - Ten drugi wybitny 

mówca   właśnie   prowadzi   nas   do   świniozwierza.   Idziemy   za   nim?   -   na   samą   myśl   o 

ponownym zobaczeniu tych wspaniałych zwierzaków, wróciła mi chęć działania. - Pamiętaj 

zawsze, że te zwierzęta podróżowały z ludźmi przez przestrzeń, służąc zarówno do obrony, 

jak   i   jako   źródło   pożywienia.   Są   naprawdę   wspaniałe   -   krzyżówka   groźnego   iglastego 

jeżozwieża oraz jakże pożytecznej świni. Ups!

Właśnie   weszliśmy   do   budynku   i   nagle   stanęliśmy   oko   w   oko   z   potężnym 

background image

zwierzęciem. Nozdrza Angeliny rozszerzyły się - nie do końca podzielała mój entuzjazm dla 

tych istot. To była sztuka, o jakiej marzyłem. Świniozwierz zjeżył na nasz widok olbrzymie 

czerwone kolce. Jego oczy błyszczały gniewem. Na podłogę kapnęło kilka kropli piany z 

pyska.

- Suuei - powiedziałem miękko - suuei, suuei, dobra świnka.

Sięgnąłem  zdecydowanie   ręką  do  przodu  i   podrapałem  zwierzaka  między  uszami. 

Opuścił natychmiast kolce i wydał z siebie rozkoszne mruknięcie. Świniozwierze same nie 

potrafią dosięgnąć tego miejsca, a uwielbiają być drapane między uszami. Angelina widziała 

już tę sztuczkę wcześniej, ale właściciel farmy wytrzeszczył oczy tak, że miałem wrażenie, iż 

zaraz wypłyną mu na wierzch.

- Uważaj! To zabójca!

- Jestem pewien. Ale tylko dla tych, którzy na to zasługują. Dla normalnych ludzi jest 

lojalnym i opiekuńczym towarzyszem. Dobra świnka - powtórzyłem, podziwiając olbrzymi 

rozmiar zwierzęcia. Żałowałem, ale jednak musiałem je tu zostawić. Knur był imponujący, 

ale niestety znacznie za duży na scenę.

- Potrza mniejszego.

Weszliśmy   głębiej   do   świniarni.   Minęliśmy   zmęczone   samice   z   młodymi, 

obejrzeliśmy   jeszcze   wiele   tych   cudownych   istot,   aż   nagle   przed   jednym   z   boksów 

zatrzymałem się i aż westchnąłem z zachwytu. Stała przede mną jedna z najpiękniejszych 

samic jednoroczniaków, jaką kiedykolwiek widziałem. Małe oczka świeciły bystro i wesoło, 

delikatne kolce były lekko nastroszone. Zatuptała małymi kopytkami, kiedy ją zawołałem i 

zamruczała rozkosznie, gdy podrapałem ją we właściwym miejscu.

Ubiliśmy   interes.   Trochę   kredytów   znowu   zmieniło   właściciela,   a   my   dostaliśmy 

kawałek liny w charakterze smyczy. Nasz nabytek natychmiast zrozumiał, czego od niego 

chcemy i pobiegł z nami do ciężarówki niemal przy nodze.

- Jest cudowna - powiedziałem. - Nazwiemy ją Gloriana.

- A kto to był? - zapytała podejrzliwie Angelina. - Jakaś twoja była przyjaciółka?

-   Ależ   skąd!   To   imię   z   legend,   z   mitologii.   Gloriana,   bogini   farmerów,   często 

przedstawiana z prosiaczkiem na ramieniu...

- Zmyślasz!

- Skąd!

- Gdybym nie znała cię lepiej, Jimie di Griz, pomyślałabym, że jesteś jakimś szalonym 

zoologiem z twoim chorym podziwem dla tych stworów.

- Kiedy byłem małym chłopcem, nie miałem innych przyjaciół poza świniozwierzami.

background image

-  Ale  teraz  jesteś   już  dużym   chłopcem  i   możesz  lepiej   dobierać   sobie  przyjaciół. 

Dojedźmy wreszcie do cyrku.

Opuściłem   tylną   klapę   naszego   wehikułu   i   Gloriana   wmaszerowała   tam   ochoczo. 

Pomiędzy kabiną a paką było niewielkie okienko, mogłem więc obserwować, jak sprawuje się 

podczas jazdy. Była naprawdę bardzo dobrze wychowana i prawie całą drogę spała.

Nie będę więcej opowiadał o naszej podróży do miasta. O niektórych rzeczach lepiej 

jak najszybciej zapomnieć, wyrzucić je także ze wspomnień, niech przepadną gdzieś w kącie. 

W każdym razie duch w nas znacznie upadł i nie poprawiło się to po wjeździe do miasta.

Było już po zmierzchu, gdy dotarliśmy do wielkiego budynku, który był miejscem 

naszego przeznaczenia. Wyładunek poszedł sprawnie, tylko Igorowi udało się upuścić nasze 

bagaże do szamba. Potem jeszcze spojrzał na drepczącą w miejscu Glorianę.

- Kupsko świni na pace. Dwadzieścia kredytów więcej.

Zajrzałem do paki i pokręciłem przecząco głową.

- Nie ma kupska, nie ma szmalu.

Odliczyłem  mu uzgodnioną należność. Przeliczył  ją powoli i schował do kieszeni. 

Potem jednak jego brwi zmarszczyły się w ciężkim wysiłku umysłowym. Coś mu się jednak 

przypomniało.

- Widzę kupsko. Płać.

- Nie widzę kupska, ty nie zobaczysz forsy. - Płać!

Machnął w moim kierunku wielką pięścią i skoczył naprzód.

- Ja to załatwię! - zawołał radośnie Angelina.

Nawet nie zdążyłem  odpowiedzieć, a jej noga już zahaczyła  o stopę Igora. Kiedy 

leciał na ziemię, zdzieliła go jeszcze porządnie pięścią w kark. Zwalił się na ziemię z miłym 

dla ucha łoskotem.

Pozbierał się, mrucząc pod nosem wyzwiska.

Wskazałem mu ciężarówkę.

- Wynoś się! Zanim będzie jeszcze gorzej.

Miałem nawet nadzieję, że spróbuje jeszcze powalczyć. Obraził moją Angelinę, a ja 

nie przyjmuję tego lekko. I nie tylko ja to tak odbierałem. Usłyszałem szelest unoszących się 

kolców i Gloriana pognała do ataku. Igor wrzasnął i chwycił się za nogę, o którą zahaczył 

jeden   z   kolców.   Wciąż   klnąc,   wskoczył   błyskawicznie   do   kabiny.   Ciężarówka   znikła   w 

ciemnościach nocy... Ale i tak miał kieszenie pełne moich kredytów, łobuz.

Stanęliśmy   przed   drzwiami   budynku.   Gloriana   pociągnęła   z   rozkoszą   nosem, 

zanurzając łeb w stojącym obok śmietniku. Ja natomiast wcisnąłem przycisk znajdujący się 

background image

pod tabliczką ”Scena Colosseo - wejście”

Zamek zazgrzytał, drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich nie dogolona twarz.

- Czego tu?

- Czy to jest obecne miejsce występów cyrku Bolshoi Big Top?

- Taa...

- Więc otwórz szerzej te wrota, mój dobry człowieku. Masz zaszczyt rozmawiać nie z 

kim innym, jak z samym Marvellem Wspaniałym.

- Spóźniłeś się.

- Nigdy nie jest za późno, by spotkać się z wierną publicznością, która wkrótce już 

będzie   oczekiwać   każdego   mojego   występu   ze   wstrzymanym   oddechem.   Prowadź   do 

garderoby, przyjacielu.

Wprowadził   nas   w   głąb   Colosseo.   Angelina   szła   obok   mnie,   Gloriana   dreptała 

nieopodal,   a   bagaż   jechał   za   nami.   Moja   nowa   i   wspaniała   kariera   miała   się   wkrótce 

rozpocząć.

- Spóźniłeś się - usłyszałem jeszcze jeden głos. Odwróciłem się w kierunku, skąd 

dochodził.

- Cerber pilnujący drzwi powiedział dokładnie to samo. A ty jesteś...

- Harley Davidson. Kontaktowaliśmy się już.

Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna wszedł do garderoby w ślad za nami. Uścisnęliśmy 

sobie   dłonie.   Z   całą   pewnością   był   prowadzącym   całe   przedstawienie   konferansjerem   - 

szałowo ubrany, od czarnych lśniących butów po jeszcze ciemniejszy kapelusz.

-   Mam   nadzieję,   że   jesteś   naprawdę   tak   dobry,   jak   wynika   z   twoich   referencji   - 

powiedział.

Też miałem taką nadzieję, zwłaszcza iż wszystkie moje referencje były sfałszowane.

- Nawet lepszy! - entuzjazmem starałem się wywrzeć odpowiednie wrażenie.

-   Ostatni   mag,   jakiego   mieliśmy,   rzadko   był   na   tyle   trzeźwy,   aby   brać   udział   w 

przedstawieniu.

- Zapewniam cię, że jestem całkowitym abstynentem. Czy mogę przedstawić moją 

żonę? Angelina.

Jak   przystało   na   prawdziwego   dżentelmena,   ujął   dłoń   Angeliny   i   złożył   na   niej 

pocałunek.

- A to jest Gloriana.

Na   naszą   pupilkę   też   spojrzał   z   zainteresowaniem,   ale   tym   razem   obyło   się   bez 

pocałunku.

background image

-   Lubią   sztuczki   ze   zwierzętami.   Tworzą   atmosferę.   Znasz   może   Wielkiego 

Grissiniego? On też posługiwał się takim zwierzakiem.

- Czy go znam! Jest moim mistrzem. To on nauczył mnie wszystkiego, co umiem.

- Miło mi to słyszeć. To jak znak jakości. Do pierwszego przedstawienia jest jeszcze 

parę godzin. Odpocznij. Wyglądasz na zmęczonego. Obudzą cię tak, byś miał wystarczająco 

dużo czasu na przygotowanie.

- Jest tu w pobliżu jakaś restauracja? - zapytała Angelina. - Ostatnio jedliśmy dość 

dawno temu.

- Żadnej, jaką mógłbym polecić. Ale działa kilka szybkich dostaw na telefon. Niektóre 

potrawy można zjeść...

- Cały czas mnie unikasz, Harley. Musimy pogadać.

Głos mężczyzny, który nagle wkroczył do pokoju, zadudnił jak grzmot przebudzonego 

wulkanu. Przybysz był mojego wzrostu, ale za to co najmniej dwukrotnie szerszy w barach. 

Głowę miał ogoloną na łyso, za to jego twarz zdobiły zakręcone czarne wąsy. Miałem cały 

czas wrażenie, że jego ubranie pęknie w szwach przy następnym ruchu, tak bardzo rozpychały 

je potężne mięśnie o grubości sporego konara. Biceps tego faceta miał większą średnicę niż 

moje   udo.   Rozpoznałem   gościa,   widziałem   przecież   wcześniej   jego   zdjęcia.   To   w   jego 

poszukiwaniu przebyliśmy te wszystkie lata świetlne.

- Cóż za spotkanie! - zawołałem z entuzjazmem. - Ty możesz być tylko tym sławnym 

w   całej   galaktyce   Puissanto!   Naprawdę   miło   cię   ujrzeć.   Jestem   Marvell   Wspaniały   - 

postąpiłem krok naprzód i wyciągnąłem rękę w geście powitania.

Wyciągnął tylko dwa palce, które z trudem objąłem dłonią. Ścisnąłem je mocno, ale 

były równie twarde jak metalowe pręty. Zamrugał małymi czerwonymi oczkami. Widziałem, 

że jego głowa pracuje teraz usilnie.

- Słyszałeś o mnie?

- W najdalszych krańcach galaktyki krążą o tobie różne opowieści.

Po   jego   twarzy   przeniknął   zadowolony   uśmiech,   kiedy   gładko   przełknął   moje 

pochlebstwo.   Potem   jednak   znów   przybrał   gniewny   wyraz   twarzy,   gdy   zwrócił   się   do 

Davidsona.

- Dlaczego strażnicy nie pozwalają mi opuścić budynku?

- Bo jesteś wygnany z miasta, dlatego właśnie. A każdy kredyt, który wydałem na 

łapówki, żeby wyciągnąć cię z aresztu, zostanie potrącony z twojej zapłaty.

- Nie ma tu co robić cały dzień.

- Również w mieście.

background image

- To wcale nie było tak, jak oni mówią.

- Oczywiście, że było! Czy wiesz, ilu świadków musiałem przekupić, aby uwierzono 

w twoje kłamstwa? W dodatku takie historie przytrafiały ci się już wcześniej. I dobrze o tym 

wiesz.

- Wyzwali mnie.

- Ach tak. Wszystkich dwudziestu ośmiu hutników wyzwało cię do walki? Trzech jest 

w szpitalu, a wszyscy byli nieprzytomni, kiedy przyjechała policja.

- Tak się tylko bawiliśmy...

- Ostatni raz. Jeszcze jedno takie zdarzenie i wylatujesz stąd. Będziesz musiał sobie 

znaleźć nowy cyrk.

Harley miał mocne nerwy i spore jaja, stał wprost przed tym potworem i walił prosto z 

mostu. Przez moment już myślałem, że będziemy świadkami morderstwa i destrukcji całej 

garderoby.   Puissanto   zacisnął   pięści,   jego   bicepsy   napięły   się   groźnie,   żyły   pod   skórą 

nabrzmiały   jak   błękitne   węże.   Potem   jednak   wymamrotał   coś   pod   nosem   i   odszedł, 

obróciwszy się na pięcie.

- Często tak? - spytałem, gdy napięcie nieco zelżało.

- Zbyt często. Kiedy skończy mu się ten angaż, nie podpiszę następnego. Mam aż 

nadto kłopotów z hipogryfami - spojrzał ponurym wzrokiem na Glorianę. - Mam nadzieję, że 

chociaż ona jest dobrze ułożona.

Wyszedł. Angelina zamknęła za nim drzwi, a potem opadła na krzesło z głośnym 

westchnieniem ulgi.

- Zgadzam się w zupełności - powiedziałem. Uśmiechnęła się.

- Witamy w show-biznesie.

background image

Rozdział 6

Dzisiejszy   wieczór   naprawdę   zapowiadał   się   gorąco.   Przekonałem   się   o   tym, 

przechodząc   koło   pokoju   ochrony,   który   znajdował   się   niedaleko   garderoby.   Kątem   oka 

dostrzegłem   wówczas   rzędy   ekranów   pokazujących   morze   świateł   u   wejścia   do   cyrku. 

Faktycznie, sporo się tam działo. Lokaje otwierali drzwi i witali wchodzących Dostojnie i 

bogato odziane pary wysiadały z pojazdów wszelkiego rodzaju - latających, toczących się na 

kołach lub gąsienicach, a w jednym przypadku był to nawet jakiś skaczący wehikuł. Zdałem 

sobie sprawę, że pachnie tu naprawdę sporymi  pieniędzmi. Nie wydawało się to aż takie 

dziwne   -   ta   część   Fetor,   którą   widziałem   dotychczas,   to   były   tylko   dolne   warstwy 

przemysłowego  świata  -  górnicy,   hutnicy,  fabryki  i  podobne  obrzydlistwo.   Obrzydlistwo, 

które oznaczało spore dochody dla tych nielicznych szczęśliwców na szczycie. Dobry stary 

kapitalizm z dobrymi  starymi  kapitalistycznymi  krwiopijcami - niewiele dla mas na dole, 

wszystko dla kilku pijawek na górze.

Te głębokie rozważania społeczno-ekonomiczne porzuciłem jednak natychmiast, gdy 

tylko wszedłem do garderoby. Angelina oceniała właśnie swą kreację w wielkim lustrze.

-   Zielony   kostium!   -   zawołałem.   -   Cudowny,   przepiękny,   oszołamiający!   Muszę 

pocałować tę boginię wdzięku!

Powstrzymała mnie uniesiona w górę ręka.

- Później. Już od pół godziny nakładam na siebie ten teatralny makijaż i nie pozwolę 

ci go teraz rozsmarować.

- Ale będę mógł rozsmarować go później?

Za ten niezbyt bystry żart zostałem nagrodzony tylko zmęczonym westchnieniem.

Przyjrzawszy   się   mojej   pięknej   żonie   dostrzegłem,   że   ma   pogłębione   cienie   pod 

oczami, wyżej uniesione brwi o nieco ciemniejszej barwie oraz zaróżowione pudrem policzki.

- Teraz twój makijaż, Jim. Tak, jak ci pokazywałam.

- Już, już - usiadłem przed lustrem i zacząłem pracować nad podkładem.

Kątem oka dostrzegłem odbicie Gloriany, która wierciła się w swoim koszu.

- Sprawiała jakieś kłopoty? - zaniepokoiłem się.

- Wręcz przeciwnie. Zachowywała się bardzo przyzwoicie, dopóki jakiś pijany gość 

nie próbował wtargnąć do garderoby. Była szybsza niż ja. Facet miał nogawki w strzępach w 

ciągu sekundy, ale chyba nawet tego nie zauważył, zwiewając korytarzem. Dostała w nagrodę 

background image

kanapkę z serem i czarnymi truflami oraz miskę mleka. Teraz odpoczywa. A ja założyłam 

zieloną suknię, bo dobrze się komponuje z czerwonymi kolcami Gloriany.

Mieliśmy jeszcze sporo czasu. Nasz występ był ostatnim przed pierwszą przerwą, ale 

nie mogliśmy się powstrzymać przed pójściem na tył sceny i spojrzeniem na salę przez szparę 

w kurtynie. Wszystkie loże i krzesła były zajęte.

Zaraz jednak musieliśmy się cofnąć. Zaczęto ściągać cały ciężki osprzęt Puissanta. To 

jego występ miał otwierać przedstawienie.

- Idźcie do bocznego skrzydła - polecił nam Harley Davidson w chwili, gdy zagrano 

już otwierające fanfary. On sam wysunął się przed kurtynę i usłyszeliśmy powitalne oklaski 

widzów.

- Panie i panowie, a także robotnicy, witamy w Bolshoi Big Top.

To   spowodowało   następną   falę   aplauzu,   szczególnie   na   górnym   balkonie,   gdzie, 

oddzielona   gęstą   siatką   od   reszty   widowni,   zasiadała   biedota.   Konferansjer   odczekał,   aż 

oklaski ucichną.

-   Będziecie   wkrótce   świadkami   najwspanialszych   występów   w   całej   galaktyce. 

Odłóżcie na bok wszelkie troski i cieszcie się wyjątkowym przedstawieniem. Dzisiaj jeszcze 

zadziwi   was   świat   tajemniczej   magii   Marvella   Wspaniałego.   Będziecie   podziwiać 

niewiarygodne  formy życia  podczas  występu  galaktycznych  potworów  Mistrza GarGoyla. 

Przyciągnie wasze oczy kusząco piękna Belissima i jej baletnice.

Teraz rozległy się nie tylko grzmiące oklaski, ale także i donośne gwizdy z górnej 

części widowni.

-   A   na   otwarcie   tego   zapierającego   dech   w   piersiach   przedstawienia   zobaczycie 

człowieka z tytanu, najsilniejszego mężczyznę w naszej galaktyce, a i we wszystkich innych, 

niezapomnianego, niewiarygodnego i niemożliwego do zatrzymania - Puissanto!

Konferansjer cofnął się. Kurtyna  rozchyliła  się szeroko i publiczność mogła przez 

chwilę podziwiać nieruchomego, półnagiego, świecącego od oleju i promieniującego wręcz 

testosteronem siłacza z jego gigantycznymi mięśniami. Ponieważ staliśmy wraz z Angeliną za 

bocznymi skrzydłami kurtyny, z bliska oglądaliśmy występ Puissanta. A zapewniani, że było 

na co popatrzeć.

- Wysokiej klasy stal - powiedział Davidson, gdy siłacz podniósł szeroką na palec, 

metrowej długości sztabę metalową. Trzymając ją za oba końce, ukląkł i oparł o kolano. 

Potem  rozlegały  się  już  tylko   ”ochy”  i  ”achy”  widowni,  gdy bez  najmniejszego   wysiłku 

zwinął   sztabę   w   pierścień   wokół   swego   uda.   To   podobało   się   każdemu,   ale   publiczność 

naprawdę oszalała, gdy Puissanto pochwycił sztabę zębami i przegryzł na pół.

background image

- Teraz   zobaczycie  -  zapowiedział  konferansjer, gdy  aplauz  ucichł  nieco  -  dwóch 

sympatycznych  murarzy,  którzy tu właśnie na scenie zbudują dla nas mur. W tym czasie 

Puissanto będzie dalej państwa zabawiał pokazem swojej siły.

Na dole pośród elit zapanowała cisza, natomiast kamraci murarzy z góry zagrzewali 

ich w pracy dobrymi radami, a nierzadko i niewybrednymi bluzgami. Podczas gdy Puissanto 

demonstrował   drobne   przykłady   swej   siły,   robotnicy   na   scenie   pracowicie   pokrywali 

cementem kolejne warstwy cegieł. Mur rósł. Był już wysokości człowieka, gdy zabrzmiała 

kolejna fanfara i konferansjer znów wystąpił na przód sceny.

- Solidne cegły i beton. Sami widzieliście, jak wznoszono mur. Normalny potężny 

mur, a przynajmniej ten mur będzie taki, gdy stwardnieje beton. Nie mamy jednak czasu na 

czekanie, więc użyjemy maszyny, która wzmacnia ściany stawiane w trudnych warunkach 

naturalnych.

Rozległy   się   kolejne   krzyki   i   westchnienia,   gdy   ścianę   ogarnęły   płomienie   ognia, 

skierowane tam przez operatora zapowiedzianego urządzenia. Przez dłuższą chwilę wodził on 

ogniem w górę i w dół muru.  Następnie pojawili się na scenie dwaj ludzie z potężnymi 

młotami,   którzy   przy   akompaniamencie   chóru   i   orkiestry   kilkakrotnie   zaatakowali   mur. 

Pozostał nienaruszony. Wreszcie faceci z młotami ukłonili się i opuścili scenę. W ich ślady 

poszedł kłaniający się publiczności konferansjer.

Scena   pogrążyła   się   w   ciemności.   Reflektory   oświetlały   jedynie   punktowo   mur   i 

potężną postać siłacza, który podszedł bliżej i uważnie przyjrzał się ścianie. Na widowni 

panowała śmiertelna cisza, gdy atleta popukał w ścianę potężną pięścią i uśmiechnął się. 

Teraz na scenie był tylko człowiek i mur, reszta nie istniała, pogrążona w mroku.

Siłacz odszedł aż na sam brzeg sceny, odwrócił się i pochylił nieco głowę. Rozległy 

się werble, ich dudnienie narastało, przechodząc w donośne crescendo, które kontrastowało z 

całkowitym   milczeniem   publiczności.   Puissanto   pochylił   głowę   jeszcze   bardziej   i   ruszył 

miękkim krokiem. Nabierał szybkości i już w biegu zgiął się w pół. W pełnym pędzie huknął 

łysą głową w sam środek ściany. Ściana zatrzęsła się, pękła i rozpadła na kawałki.

Teraz naprawdę rozpętało się piekło. Atleta starł z głowy cementowo-ceglany pył i 

ukłonił się wiwatującemu tłumowi. Publiczność szalała. Nie przestawała klaskać i wiwatować 

mimo   trzykrotnego  jeszcze  wyjścia   kłaniającego  się  atlety   na  scenę.  Musiał   pokazać   coś 

jeszcze,   zanim   zgodziliby   się   go  wypuścić.   I   pokazał.   Chociaż   tym   razem   była   to  nieco 

nietypowa sztuczka.

-   Puissanto   słyszy   wasze   wiwaty   i   rozumie   wasz   entuzjazm   -   zwrócił   się   do 

publiczności konferansjer. - Dlatego też, aby sprawić wam przyjemność, zdecydował się na 

background image

bis.

Po ukłonieniu się publiczności Puissanto nie wrócił za kurtynę, ale zszedł ze sceny 

pomiędzy ludzi. Uścisnął kilka dłoni, a raczej dał kilku osobom do uściśnięcia dwa palce. 

Uśmiechał się przy tym  szczęśliwy,  zwłaszcza gdy pocałowało go kilka pięknych  kobiet. 

Potem zaś powrócił przed pierwszy szereg krzeseł i ukłonił się ponownie. Kłaniając się, oparł 

dłonie   na   dwóch   stojących   przed   nim   krzesłach.   Bez   wielkiego   wysiłku   wyrwał   je   oba 

równocześnie z miejsc umocowania i uniósł w powietrze wraz ze znajdującymi się na nich 

kobietą i mężczyzną. Tłum wybuchnął wiwatami i zarazem śmiechem z porwanych w górę, 

którzy  kurczowo  uchwycili   się  krzeseł.   Zabrzmiały   znów   fanfary,  a  Puissanto,   trzymając 

wciąż nad głową krzesła, wraz z pasażerami wszedł na scenę i odwrócił się do publiczności.

Zaczął żonglować krzesłami jak parą olbrzymich piłek, chociaż oczywiście podrzucał 

swe przypadkowe ofiary na niewielką wysokość i w pozycji pionowej. Sprawnie też i bez 

najmniejszych trudności chwytał opadających w swe wielkie dłonie. Pięciokrotnie powtórzył 

ten niezwykły pokaz zarówno siły, jak i niezwykłej koordynacji ruchów, a potem bezpiecznie 

postawił oboje widzów wraz z ich krzesłami na ziemi. Dziewczyna pocałowała go, a wtedy 

publiczność całkowicie straciła wszelkie panowanie nad sobą.

- Zapłacisz za te zniszczone krzesła, Puissanto! - Stojący koło mnie Harley Davidson 

krzyczał do siłacza spoza kurtyny, ale pośród zagłuszających wszystko wiwatów tłumu tylko 

ja słyszałem jego słowa. - Potrącę ci z wypłaty.

Techniczni uprzątnęli scenę, siłacz ukłonił się po raz ostatni i zakończył wreszcie swój 

występ.

Kiedy aplauz zaczął wreszcie cichnąć, muzyka zmieniła się zupełnie, pobrzmiewając 

tematami znanymi raczej z marsza żałobnego, którym towarzyszyły rozlegające się od czasu 

do   czasu   wybuchy   obłąkanego   śmiechu   jakiegoś   szaleńca.   Światła   ściemniały   i   zgasły, 

natomiast upiorny śmiech brzmiał coraz głośniej. Na scenę został skierowany pojedynczy 

błękitnawy snop światła, a w jego kręgu stanął przystojny mężczyzna w smokingu, który 

ukłonił się publiczności i odezwał głosem kojarzącym się nieodparcie z siarką i demonami.

- Witam na Potwornym Show Intergalaktycznym GarGoyla.

Cofnął się, a jego miejsce zajął zielonoskóry czteroręki człowiek, który również z 

gracją ukłonił się zebranym. Ubrany był w szkocką kraciastą spódnicę, a przy pasie miał 

skórzaną sakwę. Z niej właśnie wyciągnął małą białą czaszkę i wyrzucił w górę... potem 

następną   i   następną,   aż   fruwała   ich   niezliczona   ilość,   a   on   żonglował   nimi   w 

skomplikowanych układach za pomocą wszystkich swych czterech rąk. Robiło to wrażenie i 

publiczność nie pozostała obojętna. Zwłaszcza że wkrótce czaszki jedna po drugiej zaczęły 

background image

lecieć na widownię, gdzie ludzie stoczyli małą walkę, aby je zdobyć. Czaszki zostały zresztą 

wkrótce zjedzone przez swych nowych właścicieli; okazało się bowiem, że są zrobione z 

cukrowej masy.

-   Dziękuję,   dziękuję,   przyjaciele.   Jestem   tu   dzisiaj   z   wami,   by   podarować   wam 

tchnienie ohydy, drżenie strachu, grymas obrzydzenia. Zebrane z najodleglejszych krańców 

galaktyki, tylko dla was kochających się w horrorze, wszelkie wybryki natury kryjące się 

przed   oczami   zwykłych   ludzi.   Pomyłki   genetyczne,   potworne   mutacje,   o   których   może 

słyszeliście, a może widywaliście w snach. Ale jeśli o nich śniliście panie i panowie, były to 

koszmary senne. Przerażający jeźdźcy nocy - takie jak Człowiek Ślimak!

Kurtyna rozchyliła się gwałtownie, równie gwałtownie zapaliły się wszystkie światła, 

oświetlając   istotę   na   scenie.   Pomiędzy   publicznością   rozległy   się   okrzyki   przestrachu   i 

niedowierzania.   Były   powody.   Istota   humanoidalna   o   poskręcanym,   zwiniętym   ciele   i 

oślizgłej skórze. Częściowo zakryta twardą muszlą, w którą cofnęła się teraz, przestraszona 

hałasem. Potem zaczęła uciekać ze sceny. Pełzła powoli, zostawiając za sobą wyraźny mokry 

tor. Przesuwała się w moim kierunku, widziałem te wielkie przerażone oczy i wzdrygnąłem 

się. Wiedziałem, że nie jest zmutowanym żywym człowiekiem, lecz tylko pseudocielesnym 

robotem,   ale   odetchnąłem   z   ulgą,   gdy   to   coś   skręciło   i   odpełzło   w   innym   kierunku. 

Ktokolwiek jednak zaprojektował i wykonał tę istotę, miał zwichrowany umysł.

Potem   publiczność   powitała   z   większym   zaangażowaniem   dziewczynę-ptaka   z 

kolorowymi   skrzydłami   zamiast   rąk   i   dziobem   w   miejscu   ust.   Zwłaszcza   sprawiło   im 

wyjątkową radość, gdy istota ta uleciała kilka stóp w powietrze.

Było   jeszcze   wiele   podobnych   mutacji.   Widzom   podobał   się   ten   pokaz,   co   wiele 

powiedziało mi o mieszkańcach Fetor. Ja sam czułem już narastające obrzydzenie, a mimo to 

miałem nadzieję, że ten pokaz nigdy się nie skończy. Każda upływająca minuta przybliżała 

mój sceniczny występ. Jak powinienem zwrócić się do tej publiczności? Miałem niestety za 

mało  czasu, żeby przygotować  takie  drobiazgi  i nabrać  scenicznej  rutyny.  Mogłem tylko 

wykorzystać swą magię - prostą i w czystej postaci.

Z trudem i w wielkim zdenerwowaniu obserwowałem występy na scenie, miętosząc 

coraz bardziej nerwowo w rękach rekwizyty. Pojawiła się Angelina, prowadząc Glorianę na 

złotym łańcuchu. Zaniepokoiła się, widząc wyraz mojej twarzy.

- Źle się czujesz? Bardzo pobladłeś.

-   Trema   przed   pierwszym   występem.   Czy   zdajesz   sobie   sprawę,   że   pierwszy   raz 

będziemy pokazywać te sztuczki przed wielką publicznością? Po tych wszystkich głupstwach 

wypisywanych na plakatach?

background image

- No wiesz, to zupełnie jak nie ty. Patrzyłeś bez strachu na wielkie spluwy, małych 

generałów, olbrzymie potwory, groźnych poborców podatkowych. Nigdy się nie zawahałeś. 

Więc teraz też przestań się pocić i weź się w garść. Wypij trochę - wyciągnęła małą flaszkę 

brandy. - i pamiętaj motto.

- Gdy mocna wóda, wszystko się uda - zaintonowaliśmy razem, a ja pociągnąłem 

tęgiego łyka z flaszki.

Byliśmy   zatem   już  gotowi  do wkroczenia   na  scenę.  Czekaliśmy  jeszcze  tylko,  aż 

konferansjer zakończy błyskotliwe wprowadzenie.

- ...skoczył z tysiącmetrowej wieży do małej beczki z wodą i przeżył ten skok! Zakuty 

w kajdany, związany łańcuchami i zamknięty w stalowej szafie, został wrzucony do oceanu i 

po wielogodzinnej walce zdołał się stamtąd wydostać!

Czy ja zwariowałem, pisząc takie rzeczy w reklamówkach? Zgubią mnie teraz moje 

własne kłamstwa.

- ...więc już bez dalszych wstępów - oto mistrz magii, arcymistrz mrocznej sztuki, 

czarnoksiężnik wielkiej mocy, Marvell Wspaniały!

Spokojnie,   tylko   spokój   może   cię   uratować,   Jim   -   przemawiałem   sarn   do   siebie. 

Spokój, spokój. Wyszedłem na środek sceny, ukłoniłem się... i o mało się nie przewróciłem. 

Wprost  naprzeciw  mnie,   w   pierwszym  rzędzie,  siedział   mój   syn  Bolivar  i  bił  brawo  jak 

szalony. Ależ on powinien być o całe lata świetlne stąd!

Zamurowało   mnie.   Na   szczęście   nie   musiałem   nic   mówić.   Odwróciłem   się   i 

wyciągnąłem rękę, zapraszając tym gestem Angelinę. Wkroczyła na scenę z gracją. Tłum 

szalał. Czy tak spodobał im się świniozwierz na złotym łańcuchu, czy nasze wejście?

Trudno   mi   powiedzieć,   jak   przebiegał   ten   występ,   bo   opanowało   mnie   całkowite 

odrętwienie umysłu. Przynajmniej, o ile pamiętam, nie upuściłem niczego. No i słyszałem 

”ochy” we właściwych miejscach, a także śmiech tam, gdzie się go spodziewałem. Angelina 

podawała mi rekwizyty w odpowiednich momentach, krzyczała donośnie, gdy przekrawałem 

ją   na   pół   w   drewnianym   pudle,   zbierała   listy   do   czytania   telepatycznego,   tajemniczo 

lewitowała w powietrzu. A potem nagle zobaczyłem ją przed sobą z Glorianą na łańcuchu i 

zrozumiałem, że nadszedł czas na końcowy numer znikającego świniozwierza.

- Patrzcie i podziwiajcie! - zawołałem. - Piękna i bestia. Żywi i materialni... Jak na 

razie. Teraz proszę o absolutną ciszę. Jeśli cokolwiek pójdzie źle, jedna drobna pomyłka, 

momentalna utrata koncentracji, to rezultat może być katastrofalny. Teraz obie ”panie” wejdą 

do  klatki.  Moja  asystentka  Angelina,   jak  widzicie,   przykuwa   groźnego  świniozwierza  do 

podłogi ciężkimi łańcuchami. Są gotowe. A wy, drodzy widzowie, jesteście gotowi? Tak, 

background image

widzę, że tak. Oto magiczne słowo zaklęcia... Monosodiumglutamate!

Kurtyna   opadła   i   uniosła   się   w   ułamek   sekundy   później,   a   klatka   była   pusta. 

Publiczność   oczywiście   zaryczała   entuzjastycznie.   Po   kobiecie   i   zwierzęciu   nie   było   ani 

śladu. Kurtyna znów opadła, a ja, kłaniając się, wystąpiłem przed publiczność po raz ostatni. 

Bolivar   rzucił   na   scenę   bukiet   kwiatów,   który   uniosłem,   pokazując   jednocześnie   synowi 

niemal niezauważalnym ruchem palca zaplecze sceny. Skinął głową.

Był w garderobie, jeszcze zanim ja tam dotarłem. Kiedy wszedłem, właśnie całował 

na powitanie powietrze koło policzka Angeliny, żeby nie rozmazać jej makijażu. Ukłoniła się 

z wdziękiem, gdy wręczyłem jej bukiet.

- Od Bolivara - powiedziałem.

- Także od Jamesa, Sybili i Sybilli. Obiecałem zadzwonić do nich, jak tylko skończy 

się przedstawienie. Naprawdę było wspaniałe. A to jest ten wasz potężny świniozwierz?

Gloriana chrząknęła potwierdzająco i podstawiła się do drapania.

- Czy można zapytać, co właściwie tutaj robisz?

- Oczywiście pracuję w banku. Odkąd wiedzieliśmy, że wybierasz się na tę planetę, 

James grzebał w swoim komputerze coraz głębiej i zbudował taką bazę danych na temat 

Fetor,   że   nigdy   byś   w   to   nie   uwierzył.   Wiesz,   że   tylko   w   tym   mieście   jest   czterdzieści 

banków?

- Wierzę. Tutaj są pieniądze.

-   Największe   rezerwy   spośród   tutejszych   banków   ma   Bankrott-Geistesabwesed. 

Słyszałeś kiedyś o nim?

- Nie. A powinienem? Język można sobie połamać.

- Pokopaliśmy trochę w danych. Nie było to łatwe, ale w końcu dowiedzieliśmy się, że 

należy on do twojego starego przyjaciela. Imperetriksa von Kaiser-Czarskiego.

- Do Kaiziego?

- Nie inaczej. Podobnie jak Pierwszy Międzygwiezdny Bank Wdów i Sierot, o którym 

ci wspominał. Z jakichś powodów znanych tylko jemu nazwisko właściciela tego pierwszego 

jest tajemnicą. Posłałem do niego wiadomość, że pomagamy ci w śledztwie. I powiedziałem, 

że   bardzo   ułatwiłoby   nam   pracę,   gdybym   został   zatrudniony   w   tutejszym   oddziale   tego 

jawnego Banku Wdów i Sierot. Tak, żebym mógł być na miejscu, gdy coś się zacznie dziać. 

Pomyślałem sobie, że z jego poparciem dostanę tę robotę.

- I zatrudniono cię? - zapytała Angelina, jak zawsze zainteresowana karierą swych 

synów.

-   Niezupełnie.   Tak   mu   się   spodobały   moje   umiejętności,   że   mianował   mnie 

background image

dyrektorem.

- Mój syn dyrektorem banku! - uśmiechnęła się uszczęśliwiona Angelina.

- A więc jeszcze jedno wydarzenie, które będziemy dziś świętować - powiedziałem.

W tym  momencie  zadzwonił  telefon. Bolivar  wyciągnął  z kieszeni aparat, słuchał 

przez chwilę, potem wyłączył.

- Coś ważnego?

Przytaknął ruchem głowy. Zauważyłem, że ma nieco ponurą minę.

-   To   był   kierownik   nocnej   zmiany.   Zdaje   się,   że   dokładnie   kilka   minut   temu 

obrabowano bank.

background image

Rozdział 7

Muszę wracać do banku - Bolivar zdecydowanie ruszył w kierunku drzwi.

-   Idę   z   tobą   -   odparłem,   podskakując   na   jednej   nodze.   Wiadomość   o   rabunku 

zaskoczyła mnie w trakcie zdejmowania scenicznych spodni.

-   Najpierw   obaj   się   uspokójcie   i   rozważcie   przez   chwilę   rzecz   na   chłodno   - 

powiedziała, jak zwykle praktyczna, Angelina. - Obrabowano bank. Policja na pewno już tam 

jest i zabezpiecza miejsce przestępstwa. Nie ma więc potrzeby gnać na złamanie karku.

Bolivar miał już rękę na klamce, ale cofnął ją.

- Niby racja - mruknął. Odwrócił się od drzwi i spokojnie usiadł.

Jak zwykle jesteś światłem mądrości rozjaśniającym mroki ignorancji - wygłosiłem 

pochwalną tyradę pod adresem żony.

Usiadłem i powoli ściągnąłem buty; dzięki temu bez większego trudu udało mi się w 

końcu zdjąć ubranie.

- Kiedy będziemy się przebierać - odwróciłem się do syna - mógłbyś zadzwonić do 

najbliższego   eleganckiego   hotelu   i   zarezerwować  dla   nas   pokój   oraz   zamówić   transport. 

Przyjechaliśmy za późno, aby się tym zająć.

- Już się robi - nasz syn na chwilę przykleił się do telefonu. - Gotowe. Czeka na was 

apartament królewski w Waldorf-Castoria, limuzyna zaraz zostanie podstawiona.

-   Powiadom   ich,   że   będziemy   gotowi   dopiero   za   godzinę.   Przecież   mówiłam,   że 

muszę się przebrać - Angelina wbiegła za parawan. - i upewnij się, że będzie tam jakiś lokal 

pierwszej kategorii dla Gloriany. Jestem pewna, że jest zmęczona po dzisiejszym występie.

Ciche chrapanie dochodzące z kosza świadczyło, że Angelina jak zwykle ma rację. 

Teraz   także   i   do   moich   podekscytowanych   szarych   komórek   zaczynała   powoli   wracać 

inteligencja. Wskazałem skórzaną walizkę.

- Weźmiemy ten superkomputer. Może udzieli nam paru odpowiedzi.

-  I  nie  zapomnijcie   zadzwonić   i  powiedzieć  mi,  co  zaszło  w   banku...  -  poprosiła 

jeszcze Angelina.

- Jak tylko sami będziemy cokolwiek wiedzieć - przesłałem jej całusa i wyszliśmy.

Nocne   przedstawienie   jeszcze   się   nie   skończyło,   toteż   przed   wejściem   kręciło   się 

mnóstwo latających taksówek. Wsiedliśmy do pierwszej z brzegu. Bolivar wydał niezbędne 

polecenia   co   do   celu   naszej   jazdy,   a   następnie   przekręcił   gałkę   jakiegoś   urządzenia 

background image

wbudowanego w ściankę dzielącą nas od kierowcy.

- A co to jest? - zapytałem. Wskazał na napis poniżej.

”Wykrywacz podsłuchu” - odcyfrowałem z niejakim zaskoczeniem.

-   Szpiegostwo   przemysłowe   jest   na   tej   planecie   sporym   biznesem.   Ten   przyrząd 

wykrywa pluskwy wewnątrz kabiny, a także tworzy pole chroniące przed namierzaniem z 

zewnątrz.

- Skąd wiesz, że on sam nie jest zapluskwiony?

- Bo przetestuję go tym - wyciągnął zza pasa jakieś małe urządzenie. Pisnęło cicho i 

rozjaśniło się małym zielonym światełkiem. - Wykrywacz podsłuchu. Bank je przygotowuje i 

codziennie testuje za pomocą...

- Wiem, wiem, za pomocą wykrywacza wykrywacza podsłuchu. I tak dalej, i dalej, aż 

do czubków. Ponieważ oczywiście każdego ranka wykrywacz wykrywacza podsłuchów jest 

też testowany przez...

Dajmy sobie z tym spokój, tato. Lepiej zastanówmy się nad rabunkiem.

Bolivar   pochylił   się   i   wcisnął   kilka   przycisków   na   taksówkowym   wykrywaczu. 

Natychmiast zapaliła się czerwona dioda i odezwał się metaliczny głos.

- Urządzenie podsłuchowe pod poduszką fotela z lewej strony. Bolivar sięgnął we 

wskazane miejsce i wyciągnął kilka drobnych monet.

- Fałszywy alarm? - zapytałem. - Nie sądzę.

Przyjrzał się krytycznie znalezisku, a następnie otworzył okno i wyrzucił monety na 

zewnątrz. Wykrywacz zamruczał jeszcze raz, zapalił zieloną diodę, a następnie wyłączył się.

- Któraś z tych monet musiała być transmiterem.

- Dlaczego ktoś miałby ją tu zostawiać, aby nas szpiegować?

- Nie sądzę, żeby chodziło o nas. Kimkolwiek są podsłuchujący, sądzę że chodziło im 

o kogoś ważnego, kto był na dzisiejszym przedstawieniu. Więc postarali się założyć pluskwy 

w każdej z taksówek.

- Droga impreza.

- Na coś takiego zawsze znajdą się pieniądze. A więc teraz, gdy już mamy zapewnioną 

prywatność,   możemy   wreszcie   się   zastanowić,   co   zrobimy   w   związku   z   tym   rabunkiem. 

Potrzebujemy jakiegoś planu działania.

- Święte słowa - powiedziałem z pełnym przekonaniem, po czym opadłem bezradnie 

na oparcie fotela. - Tylko, że żadnego nie mamy.

-   Mamy.   Pierwszy   raz,   odkąd   zdarzają   się   te   włamania,   jesteśmy   na   miejscu 

przestępstwa.   Zbierzemy   wszystkie   dane,   naprawdę   wszystkie,   wrzucimy   do   naszego 

background image

superkomputera i zobaczymy, co z niego wylezie.

- To do roboty - pogładziłem skórzaną walizeczkę.

Tylko że nie było to takie proste. Wokół banku dostrzegliśmy przede wszystkim dużo 

migających świateł, potem pełno policyjnych uniformów, a wreszcie długą taśmę z napisem: 

”Teren akcji policyjnej, nie przekraczać”. W tym miejscu musieliśmy się zatrzymać. Kiedy 

tylko   wysiedliśmy   na   ulicę,   natychmiast   przypałętał   się   jakiś   pomniejszy   sługa   Prawa   i 

Sprawiedliwości.

- Odjechać. Nie ma przejścia.

- Czekaj - powiedział Bolivar, wyciągając portfel. - Jestem dyrektorem tego banku i 

mam zamiar tam wejść.

Policjant spojrzał na ozdobioną drobnymi klejnotami przepustkę i sięgnął po telefon. 

Jego zwierzchnik był niewiele bardziej otwarty na współpracę, toteż musieliśmy przemierzyć 

cały   łańcuch   podwładnych   i   przełożonych,   nim   wreszcie   dotarliśmy   do   kogoś,   kto   mógł 

podjąć samodzielną decyzją.

- Kim jesteś? - natarł z miejsca na Bolivara.

- Bolivar di Griz, dyrektor banku. A mam przyjemność z...

- Kapitan Kidonda. Wydział Poważnych Przestępstw. Wyciągnięto mnie tu z teatru. 

Cholera, nie lubię, jak ktoś psuje mi w ten sposób wieczór.

- Trudno się z tym nie zgodzić. Ale co ja mam powiedzieć?! Zatrzymaliśmy się przed 

frontową ścianą banku i przez chwilę wpatrywaliśmy się w milczeniu w wielką ziejącą tam 

dziurę. Ktoś inny niż wdowa czy sierota dokonał tu dużego wycofania wkładu.

- Robi wrażenie - podsumował po chwili Bolivar. - Tutaj właśnie stała kasa pancerna.

Policjant przytaknął.

-   Naoczni   świadkowie   mówią,   że   ścianę   przebił   wielki   hak,   który   błyskawicznie 

wyciągnął szafę. Rozległ się tylko huk i już nie było po nim śladu. Wszyscy mający służbę 

policjanci szukają teraz tej maszyny.

- A zniszczenia w samym banku? - spytał Bolivar. - Brak. Nie włączył się też żaden 

alarm... za wyjątkiem zapewne tych w szafie pancernej.

Zadzwonił cicho telefon i kapitan błyskawicznie się do niego przykleił.

- Co? - słuchał przez chwilę, potem przytaknął. - Tak. Tak zróbcie. Technicy też - 

wyłączył się i zwrócił ponownie do nas. - Znaleziono porzuconą szafę pancerną. Pustą. Ile 

tam było w środku?

- Rachunki są w banku. Wejdźmy tam i sprawdźmy.

Bolivar pochylił  się, zaglądając w wylot  identyfikatora tęczówki. Automat  zapikał 

background image

dwukrotnie.   Następnie   mój   syn   przyłożył   dłoń   do   metalowej   płytki   przy   drzwiach.   Ta 

rozjarzyła   się   lekko   i   drzwi   otworzyły   się.   Wkroczyliśmy   do   środka.   Wewnętrzne 

pomieszczenie rozświetlały przyciemnione lampy na suficie, drobne czerwone oczka kamer 

oraz liczne światła uliczne, których blask wpadał przez wielką dziurę w ścianie. Podłoga była 

zarzucona gruzem.

Nasza   obecność   została   wykryta   i   automatycznie   włączyła   się   cicha   muzyka. 

Finansowa muzyka klasyczna  -  przywodząca na myśl rosnące zyski w arpedżio i składane 

stopy procentowe w kontrapunkcie. Przeszliśmy obok masywnych drzwi do skarbca i Bolivar 

pochylił się nad komputerowymi tabelami.

- Przynajmniej nie było kłopotów ze skarbcem. Drzwi są dobrze zabezpieczone. Mają 

zamek czasowy, którego ustawienia nie można zmienić z zewnątrz. Otworzą się dopiero rano, 

gdy zjawią się pracownicy.

Czyżby drzwi skarbca czekały właśnie na te słowa? Ledwo bowiem Bolivar skończył 

mówić, zamigotały kolorowe lampki i olbrzymie koło w ich centrum zaczęło się obracać.

- Dzień dobry, klienci - powiedział skarbiec. Koło zatrzymało się z cichym trzaskiem, 

a ciężkie sztaby zatrzaskowe wysunęły się ze swych kieszeni.

-  Powiedziałeś, że nie można go otworzyć? - kapitan Kidonda nie był zachwycony 

obrotem sprawy.

Zanim Bolivar odpowiedział, masywne wrota uchyliły się i przez znajdującą się za 

nimi opuszczoną kratę mogliśmy dokładnie obejrzeć obecny stan skarbca. Wszystkie skrytki 

depozytowe były otwarte i puste.

Nagle   z   ogłuszającym   rykiem   włączył   się   sygnał   alarmowy   i   zaczęły   oślepiająco 

migotać czerwone światła. Kapitan wrzeszczał coś do telefonu. Zatykając uszy, przyzwał do 

siebie watahę policjantów, która natychmiast z impetem wbiegła do środka.

-   Jedna   drużyna   na   tył   budynku.   Jest   stąd   jakieś   tylne   wyjście?   -   teraz   policjant 

krzyczał do Bolivara.

Ten przytaknął skinieniem głowy.

-   Jest   małe   wejście   dla   pieszych   i   szeroki   wjazd   do   garażu   dla   opancerzonych 

pojazdów.

- Tak właśnie. Budynek ma być otoczony, żeby nawet mysz się nie prześlizgnęła! 

Złodzieje są prawdopodobnie wciąż w banku. Ruszać!

Ruszyli.

Kapitan wezwał drugą drużynę, tym razem objuczoną ciężkim sprzętem.

- Strzelać do wszystkiego, co się rusza! - rozkazał.

background image

- Mam nadzieję, że nie dotyczy to także nas - zauważył Bolivar.

- Prowadź do tylnego wejścia - rozkazał władczo kapitan, ignorując uwagi Bolivara.

Bolivar posłuchał. Poszedłem za nimi, bo byłem ciekaw, co się będzie działo, ale 

jednocześnie starałem się nie zwracać na siebie uwagi. Bolivar prowadził nas przez cały ciąg 

pokojów biurowych i magazynów, aż wreszcie dotarł do celu.

- Te drzwi prowadzą do garażu - powiedział.

- Otwórz zamek i cofnij się.

Wezwał swych ludzi, którzy przyczaili się z bronią gotową do strzału.

- Kiedy pchnę drzwi, wpadacie do środka. Na nic nie czekać, od razu strzelać.

Przytaknęli w milczeniu. Zobaczyłem zacięte wyrazy ich twarzy.

Drzwi otworzyły się z impetem. Policjanci wpadli do środka, waląc w ciemność z 

czego popadnie. Bolivar sięgnął ręką za framugę i zapalił światło. W powietrzu unosił się 

dym. Poza tym pomieszczenie było puste.

- Otwórz zewnętrzne drzwi - rozkazał kapitan.

Bolivar włączył odpowiedni przycisk. Zawarczała maszyna, rozległ się zgrzyt metalu. 

Ciężka płyta opuszczała się pod ziemię. Nasi ludzie czekali w napięciu z bronią gotową do 

strzału.   Na   zewnątrz   też   byli   uzbrojeni   ludzie...   kolejna   grupa   policjantów   ze   spluwami 

wycelowanymi prosto w nas.

-   Nie   strzelać!   -   wrzasnął   Bolivar,   aby   uprzedzić   jakiegoś   zbyt   napalonego 

komandosa. - Jesteśmy po tej samej stronie!

Zdjęli palce z cynglów, zabezpieczyli broń.

-   Możesz   mi   wyjaśnić,   co   właściwie   się   stało?   -   kapitan   Kidonda   zwrócił   się   do 

Bolivara.

- Oczywiście, że nie. Również byłem w teatrze.

- Ale wiesz, co się stało?

- Wiem dokładnie tyle  samo, co ty. Sejf z pieniędzmi  został wyrwany z banku. I 

jakimś cudem, ktoś, osoba lub osoby, wszedł do skarbca i obrabował go.

- Jak?

- A skąd mam wiedzieć?

- Powinieneś wiedzieć, bo odpowiadasz za ten bank - kapitan tracił panowanie nad 

sobą. - Ja zaś zaczynam sądzić, że to właśnie jest robota kogoś z banku. Zaplanowana przez 

kogoś, kto dokładnie wiedział, jak się otwiera skarbiec. Kogoś, kto potem wybrał  się do 

teatru, aby zapewnić sobie alibi.

- Nie potrzebuję żadnego alibi! - przerwał mu ostro Bolivar. - Nie zrobiłem tego. Nie 

background image

mam nic wspólnego z napadem! Wbij to sobie do twego durnego łba!

- To obraza funkcjonariusza na służbie! - zaryczał kapitan. - To jest przestępstwo! 

Natychmiast aresztować tego człowieka! - wrzeszczał.

Jego ponure policyjne przydupasy rzuciły się do nas i schwytały Bolivara.

-  Nie  możesz   tego  zrobić!  -  zawołałem,   ruszając   ku  niemu   i  machając  walizką  z 

komputerem niby jakąś bronią.

Kapitan odwrócił się do mnie natychmiast.

- Nie tylko mogę to zrobić, ale mogę też i ciebie wsadzić do ciupy razem z nim, jeśli 

usłyszę jeszcze jedno słowo!

- Daj spokój, tato. To przecież tylko pomyłka.

-   Twoja   pomyłka   -   powiedział   nie   wróżącym   nic   dobrego   tonem   oficer.   -   Nowy 

dyrektor, z innej planety, że też od razu nie zauważyłem, jakie to podejrzane.

Zawahał się przez moment, wsłuchując się w głos dochodzący z telefonu.

- Tak jest! Komisarz się ze mną zgadza. Otrzymałem rozkaz, by cię przywieźć, A ty - 

wyciągnął w moim kierunku gruby paluch - wynoś się stąd albo będziesz miał duże kłopoty.

Jego   oddech   śmierdział   co   najmniej   trzema   poprzednimi   posiłkami,   a   ton   głosu 

pobrzmiewał nieskrywaną pogardą dla mojej osoby. Zaczynałem czuć do niego antypatię. 

Nieznacznie   przeniosłem   ciężar   ciała...   i   dostrzegłem   spojrzenie   Bolivara.   Szybkie 

mrugnięcie,   którego   znaczenie   rozumiałem.   ”Nie   mieszaj   się   do   tego.   Nie   rób   drakuli. 

Zabieraj się stąd i wymyśl jakiś subtelniejszy sposób rozwiązania problemu”.

Nie trzeba wiele kłapać dziobem - to było wielce wymowne mrugnięcie.

Ukłoniłem się.

- Szanowny panie oficerze - powiedziałem uniżenie. - Proszę mi wybaczyć, straciłem 

na   chwilę   panowanie   nad   sobą,   co   w   obecnej   sytuacji...   Ale   ma   pan   oczywiście   rację. 

Sprawiedliwości musi stać się zadość. Ja wycofam się pokornie do swojej nędznej nory, aby 

przemyśleć raz jeszcze swoje niestosowne zachowanie...

Tak kłaniałem się, skamlałem, pociągałem nosem, wycofując się jednocześnie z całej 

tej sytuacji. Kapitan zawahał się, zapominając zamknąć usta. Przemógł jednak zdumienie i 

chyba zrozumiał, że z niego kpię. Zamierzał w każdym razie wydać jakieś polecenie, gdy 

Bolivar nagłym szarpnięciem wyrwał się jednemu z trzymających go policjantów, a drugiemu 

sprzedał solidnego kopniaka. Powstało miłe zamieszanie okraszane bogato przekleństwami, a 

ja  korzystając   z niego,   wycofałem  się,  nie  czekając  już na  nic  więcej.  Znalazłem   się na 

zewnątrz kordonu i wezwałem taksówkę, która wolno krążyła nad bankiem, najwyraźniej z 

powodu ciekawskiego charakteru kierowcy.

background image

- Przeleć nad nimi - poleciłem. - Włącz licznik i stań tutaj. Czekamy na kogoś.

Oczywiście   posłuchał   z   przyjemnością.   Obaj   mogliśmy   dokładnie   przyjrzeć   się 

ryczącej głośno policyjnej suce, która wkrótce zatrzymała się przed bankiem. Z tym, że ja 

uważniej przypatrywałem się ludziom, którzy do niej wsiadali niż jej samej.

- Za nią - rozkazałem.

- Co to, to nie. Tam jest uzbrojona policja, a to zawsze oznacza kłopoty.

- Tylko jeśli ktoś popełnił przestępstwo. A ja jestem akredytowanym dziennikarzem. 

To jest moja legitymacja - podałem mu złotą monetę pięćdziesięciokredytową, którą przyjął z 

pewnym wahaniem.

- Nno dobrze... Ale nie będę jechał blisko.

Na   szczęście   ruch   nie   był   wielki,   więc   mogliśmy   śledzić   policyjną   furgonetkę   z 

pewnego   oddalenia.   Bez   trudu   więc   dostrzegłem,   że   suka   wjeżdża   w   bramę   jakiegoś 

ciemnego i paskudnego budynku. Kierowca też to zauważył. Natychmiast nacisnął hamulce i 

opadliśmy na ulicę.

- Wynoś się, gazem - ponaglał gorączkowo. Otworzyłem drzwi, ale nagle zmieniłem 

zdanie.

- Co to za budynek?

Jęknął w odpowiedzi i rozglądał się jak zaszczuty zwierz. Wreszcie jednak wydusił z 

siebie jakieś sensowne słowa.

- Tto... jest... rzeźnia.., Kwatera główna Wydziału Przestępstw Gospodarczych. Znana 

także jako Motel Rekinów. Ludzie wchodzą tam, ale już stamtąd nie wychodzą.

Zamknąłem drzwi, ale od wewnątrz, i dorzuciłem jeszcze trochę grosza.

- Ekstra. Będzie z tego dobra historyjka i wydawca będzie zadowolony. Teraz wieź 

mnie do Waldorf-Castorii, gdzie czeka mój szef.

Mówiąc   to,   czułem   jednocześnie   chłodny   pot   spływający   wzdłuż   kręgosłupa.   W 

hotelu   czekała   na   mnie   przecież   Angelina.   Wiedziałem,   jaka   będzie   jej   reakcja.   I   nie 

pomyliłem się.

- Pozwoliłeś im wsadzić do więzienia naszego syna? - zapytała ociekającym trucizną 

głosem i z morderczymi błyskami w oczach.

- Byłem gotów ich załatwić. To Bolivar mi zabronił... To znaczy mrugnął do mnie.

- Przynajmniej ktoś z was myślał. Z całym oddziałem w twoim wieku... I co teraz?

- Wyciągniemy go stamtąd. Chociaż bieg wypadków przybiera zły obrót. Za dużo tu 

zbiegów   okoliczności,   a   ja   nie   wierzę   w   zbiegi   okoliczności.   Wierzę   za   to   w   ludzką 

złośliwość.   Sądzę,   że   nasza   rola   w   tym   wydarzeniu   została   przez   kogoś   zaplanowana. 

background image

Jesteśmy   w   mieście,   w   którym   zdarzył   się   rabunek.   I   jest   to   zupełnie   inny   rabunek   niż 

wszystkie poprzednie. Dotychczas odbywało się to bez hałasu - dopiero rano znajdowano 

pusty bank. Teraz po prostu wyrwano sejf - z hałasem i łoskotem. To się nigdy dotąd nie 

zdarzyło. Potem, kiedy byliśmy wewnątrz, obrobiono skarbiec niemal na naszych oczach. 

Niedobrze. Wydostaniemy teraz Bolivara, ale musimy mieć na ten czas naprawdę dobre alibi.

- Zorganizujesz to?

- Tak. A raczej ty to zrobisz. Zadzwoń na recepcję po napoje i potrawy. Robimy 

imprezę.

Kiedy spełniała moją prośbę, ja zacząłem przeglądać bagaże, upychając niezbędne 

przedmioty   po   kieszeniach.   Turystyczne   radyjko,   wzbogacone   w   funkcje,   jakich   jego 

producent nie mógłby sobie nawet wyobrazić;  aparat fotograficzny,  który robił naprawdę 

dobre   zdjęcia,   z   tym   że   fotografowanie   było   najprostszą   z   rozlicznych   czynności,   jakie 

wykonywał...

Właśnie skończyłem się przebierać w czarne ubranie, gdy usłyszałem dzwonek do 

drzwi. Kiedy wjechał lokaj z jedzeniem, siedziałem już wygodnie rozwalony na kanapce z 

cygarem w dłoni.

- Jedzmy,  pijmy i weselmy się! - zawołałem radośnie, dając mu obfity napiwek i 

otwierając   jakąś   butelkę   z   bąbelkami.   Ale   gdy   tylko   za   lokajem   zamknęły   się   drzwi, 

natychmiast skoczyłem na równe nogi i wyjąłem z kieszeni sieć wspinaczkową.

- Idziemy - powiedziałem. - Ubierz się tylko w coś czarnego.

-   Oczywiście   masz   jakiś   subtelny   plan   uratowania   naszego   chłopca?   -   zapytała 

Angelina, wskakując w luźne spodnie.

-   Niezbyt   subtelny,   bo   mamy   mało   czasu   i   niewiele   wiem   o   miejscu,   gdzie   go 

trzymają. Więc po prostu rozpirzymy wszystko, co stanie nam na drodze.

- To mi się podoba. Idziemy.

Wyszliśmy na balkon. Przerzuciłem sieć przez balustradę, a ona przywarła do ściany 

za   pomocą   nierozerwalnych   wiązań   molekularnych.   Przypiąłem   do   niej   swą   klamrę   i 

zawisłem nad ciemną przepaścią.

-  Chodź   tu   -  powiedziałem   do  Angeliny.   Kiedy  uchwyciła   moją   dłoń,   wcisnąłem 

właściwy   przycisk   i   sieć   zaczęła   tworzyć   płynne,   zasychające   błyskawicznie   pasmo,   po 

którym niby pająk przesuwaliśmy się w pożądanym kierunku.

Ominęliśmy balkon bezpośrednio pod nami, bo w pokoju paliło się światło. Poniżej 

było ciemno, toteż wylądowaliśmy właśnie tam. Ściągnąłem i ukryłem sieć, a potem dwoma 

wprawnymi   ruchami   wytrycha   otworzyłem   balkonowe   drzwi.   Szybki   zjazd   do   piwnicy, 

background image

szczęśliwie   bez   żadnych   świadków,   i   wreszcie   prowadzące   stamtąd   na   zewnątrz   drzwi 

przeciwpożarowe - wprawdzie z szyfrem i alarmem,  ale w końcu wiedziałem co nieco o 

drzwiach.

- Podoba mi się ten niebieski sportowy wóz - powiedziała Angelina.

- Mnie też. Ale teraz potrzebujemy czegoś większego i mniej rzucającego się w oczy. 

O ten.

Czarny i pojemny wozik.

Samochód   otworzył   się   i   zapalił   bez   problemu   pod   czułymi   dotknięciami   moich 

paluszków. I ruszyliśmy w noc.

- Zaparkuję z tyłu budynku. Wejdziemy od frontu. Idziemy szybko, ale na paluszkach. 

Nie zatrzymujemy się ani na chwilę, zabieramy stąd Bolivara i własne tyłki.

- Brzmi  nieźle i może być zabawne. Właśnie zdałam sobie sprawę, że od jakiegoś 

czasu wiedziemy życie emerytów.

- Nie możecie tu wejść - zatrzymał nas strażnik przy drzwiach. Unosił broń, kiedy 

zgniotłem   mu   przed   nosem   małą   kapsułkę   z   gazem   usypiającym.   Osunął   się   bez 

niespodzianek. Stracił także przy okazji pamięć tego wydarzenia, bo dodałem do zestawu 

nieco   narkotyku   wywołującego   amnezję.   Przed   wejściem   do  budynku   nałożyliśmy   maski 

przeciwgazowe.   Była   to   niezwykle   cicha   noc,   a   stała   się   jeszcze   cichsza   po   rozpyleniu 

usypiającego gazu. Na podłogę waliły się pokotem umundurowane  ciała. Podeszliśmy do 

jednego z nich - oficera - chrapiącego przy biurku. Obudził się i zagulgotał coś niezrozumiale, 

gdy zrobiłem mu zastrzyk. Opadł ponownie, gdy wstrzyknąłem następny specyfik.

- Jestem twoim panem - wyszeptałem mu do ucha.

- Tak, panie.

- Będziesz mnie słuchał.

- Tylko wydaj rozkaz, a spełnię go.

- Gdzie jest więzień, którego przywieziono dzisiaj jako zamieszanego w napad na 

bank?

- Pokój przesłuchań numer sześć.

- Zaprowadź nas tam.

Zaprowadził. Potulnie jak baranek. Po drodze minęliśmy jeszcze kilku śpiących na 

podłodze policjantów. Kiedy dotarliśmy do wskazanych drzwi, on także mógł dołączyć do 

swych kumpli utulonych w objęciach Morfeusza. Usłyszeliśmy dochodzący gdzieś z oddali 

sygnał alarmowy.

- Jednak w końcu nas namierzyli - powiedziała Angelina.

background image

- Trochę im to jednak zajęło. Gotowa?

Przytaknęła. Nie widziałem jej ukrytej za maską twarzy, ale jestem pewien, że w tym 

momencie gościł na niej szeroki uśmiech. Błyskawicznym ruchem otworzyła drzwi i cisnęła 

do wewnątrz kapsułę.

Wszyscy   w   środku   byli   nieprzytomni.   Nawet   Bolivar,   który   zwisał   na   czymś 

podobnym   do   koła   tortur.   Na   jego   twarzy   i   rękach   była   krew.   Toteż   kiedy   Angelina 

podchodziła   do   syna,   zupełnie   niechcący   nadepnęła   każdego   z   leżących   na   podłodze 

mężczyzn.

- Dzięki - powiedział po prostu Bolivar po docuceniu. - Cholerni sadyści.

I   oczywiście   znowu   zupełnie   przypadkiem   Angelina   zdeptała   policjantów   także 

wtedy, gdy wychodziliśmy.

Alarm wył teraz głośniej. W tle słyszeliśmy tupot biegnących nóg, jakieś komendy, a 

czasem i odgłos wystrzału. Najwyraźniej wpadli w panikę i strzelali w ciemność. My jednak 

trzymaliśmy się z daleka od tego narastającego hałasu i przemieszczaliśmy się w stronę tylnej 

części budynku. Tam zeszliśmy na parter.

- To powinna być zewnętrzna ściana... - powiedziałem niepewnie.

- Lepiej, żeby to była zewnętrzna ściana - mruknęła Angelina. - Teraz wydostań nas 

stąd.

Nie będąc pewien grubości muru, nie żałowałem ładunków, toteż  nawet stojąc za 

rogiem   korytarza   zostaliśmy   kompletnie   ogłuszeni   eksplozją.   Po   chwili   przebiliśmy   się 

pomiędzy tymi gruzami, przez wielką dziurę, wprost w mrok nocy. Do samochodu nie było 

daleko.   Odjechaliśmy,   nim   ktokolwiek   się   pojawił.   Odstawiliśmy   skradziony   pojazd   na 

miejsce, gdzie był poprzednio zaparkowany, a potem poprzez balkon, powielając na odwrót 

naszą drogę do więzienia, wróciliśmy do pokoju.

-  Bolivar   musi   doprowadzić   się   do   porządku,   a   ja   powinnam   się   przebrać   - 

powiedziała Angelina. - Ty w tym czasie zamów więcej alkoholu na naszą imprezę.

- Teraz to naprawdę będzie impreza - odparłem. - Możemy więc trochę się zabawić, 

zanim zaczniemy się zastanawiać, jaki wykonać następny krok. Mam takie przeczucie, że od 

czasu, gdy przybyliśmy na tę planetę, nasi niewidzialni wrogowie zawsze byli  o krok do 

przodu w stosunku do nas. Trzeba więc zrobić coś, co doprowadziłoby chociaż do remisu.

background image

Rozdział 8

Wylałem   do   zlewu   zawartość   dwóch   butelek   dobrego   napitku   -   co   za   strata. 

Zamówiłem następne; przecież impreza trwała już od jakiegoś czasu i właśnie się rozwijała. 

Doprowadzony do porządku Bolivar kręcił się po pokoju z wykrywaczem w jednym ręku i z 

pieczonym   żeberkiem   świniozwierza   w   drugim   i   sprawdzał   cały   pokój.   Także   Gloriana 

obeszła  wkoło  całe  pomieszczenie,   badając  przyczynę   obecnego  zamieszania.   Westchnęła 

smutno na widok swego upieczonego kuzyna i powróciła do legowiska. Angelina odziana w 

przylegający   ściśle   do   ciała   kostium   w   tygrysie   cętki,   naprawiała   właśnie   szkody,   jakie 

poniosły podczas nocnej eskapady jej paznokcie.

- Wynagrodzę ci tę stratę szklaneczką schłodzonego szampana - zaproponowałem.

- Bardzo chętnie - odpowiedziała i wysączyła podany napój.

Sam nalałem sobie podwójnego Niszczyciela Nerek, a potem powtórzyłem jeszcze raz 

tę kompozycję  z lodem.  Przełknąłem  nieco trunku i rozluźniłem się. Nie mogłem jednak 

pozwolić sobie teraz na pełny relaks.

- Co zrobimy z Bolivarem? - zadałem pytanie, które już od jakiegoś czasu chodziło mi 

po głowie. - Ten pokój nie jest zbyt bezpiecznym miejscem.

- Ani też to miasto i ta planeta - powiedziała ponuro Angelina. - I niepokoi mnie to 

wszystko, bo akcja rozwija się w bardzo paskudny sposób. Zaczynam żałować, że w ogóle 

spotkaliśmy Kaiziego i że daliśmy się zahipnotyzować forsą, którą nam zaoferował.

Miałem   podobne   zdanie,   ale   uznałem,   że   przynajmniej   ja   powinienem   zachować 

chociaż pozory optymizmu.

- Wszystko dobrze się skończy. Zobaczysz, jeszcze będziemy bogaci. Ale najpierw, co 

z Bolivarem?

-   Będzie   dobrze   -   odpowiedział.   Jakby   dla   potwierdzenia   jego   słów   rozległo   się 

pukanie do drzwi. - Ale myślę, że będzie jeszcze lepiej, gdy szybko zmienię pokój.

- Policja na tej zawszonej planecie jest bardzo skuteczna - zgodziłem się z nim. - 

Dlatego zamiast do sypialni, radzę ci wyjść na balkon i powiesić się za balustradką. Czuję 

kłopoty.

Mój   nos   mnie   nie   mylił.   Kiedy   otworzyłem   drzwi,   dostrzegłem   trzech   ponurych 

oprychów.

- To jest prywatne przyjęcie, a wy nie jesteście zaproszeni - powiedziałem krótko i 

background image

zamknąłem drzwi... A raczej zrobiłbym to, gdyby jeden z ”gości” nie zablokował ich nogą.

- Policja  kryminalna  -  błysnął   mi   przed  oczami   ozdobną  plakietką   z  hologramem 

atakującego węża. - Wchodzimy do środka.

- Bez zezwolenia i nakazu rewizji?

- Nie są potrzebne. Nie na Fetor. W imieniu prawa możemy wkroczyć do każdego 

pomieszczenia, które wydaje nam się podejrzane.

- Mamy tu niewielkie przyjęcie. Co w tym takiego podejrzanego?

- Wy - warknął, popychając mnie.

Normalnie już leżałby na ziemi, ale nie chciałem wszczynać awantury. Cofnąłem się z 

udanym przestrachem, a on uśmiechnął się zadowolony.

- Widziano cię dzisiaj po południu w towarzystwie znanego przestępcy.

- To nie jest zbrodnia.

- Ja decyduję, co jest zbrodnią. Zejdź mi z drogi!

Ruszyli zdecydowanie i musiałem się odsunąć albo zostałbym stratowany.

Angelina   spokojnie   sączyła   wino,   zdając   się   nie   zwracać   najmniejszej   uwagi   na 

brutalne wtargnięcie policji.

- Gdzie jest Bolivar di Griz - zapytał ten, z którym rozmawiałem dotąd, napastliwym i 

podejrzliwym tonem. Jego kumple chyba w ogóle nie potrafili mówić.

- Kim ty właściwie jesteś?

- Inspektor Mwavuli. Gdzie on jest? - rozejrzał się po pokoju. - Przeszukać to miejsce.

- Gdzie jest kto? Bolivar? Jest w areszcie, zabrał go tam wasz oficer.

- Tam go nie ma. Uciekł.

- Miło mi to słyszeć. Drinka?

Na Fetor nie było takich nonsensownych odpowiedzi jak ”nie na służbie”. Łyknął całą 

szklaneczkę   i  odstawił   ją  z  rozmachem,   nawet  na mnie   nie  spoglądając.  Jego podwładni 

zakończyli w tym czasie przeszukiwanie apartamentu i zawiadomili elokwentnie swego szefa 

o ich negatywnym wyniku, kręcąc głowami.

- Nie opuszczaj miasta - powiedział na pożegnanie. Wyszli.

- Cudownie - Angelina zamknęła oba zamki w drzwiach, założyła stalowy łańcuch i 

podparła dodatkowo klamkę oparciem krzesła.

Bolivar wrócił z balkonu z palcem przytkniętym do ust. Nie odzywając się, dokładnie 

obszedł pokój ze swoim wykrywaczem podsłuchów i wrócił z całym  naręczem pluskiew. 

Składały się na nie monety, kawałki mydła, gwoździe, a nawet jeden karaluch. Wyrzucił je 

wszystkie przez okno, a potem nalał sobie szklaneczkę czerwonego wina.

background image

- Wstąpisz do cyrku - powiedziała Angelina.

- To zawsze był szczyt moich marzeń, mamo.

- Nie żartuj sobie. Mówię całkiem serio.

- Wiem. Sam nawet myślałem o czymś podobnym. Sęk w tym, że zapewne każdy 

policjant ma moją fotografię i nawet ulice nie są teraz bezpieczne.

-   Dla   młodego   mężczyzny.   Ale   dla   młodej   kobiety   są   bezpieczne...   No,   w   takim 

stopniu, w jakim mogą być na tej paskudnej planecie. Przygotuj się na czasową zmianę płci. 

Już współczuję facetowi, który próbowałby się dobierać do naszej córeczki... Ogól nogi, ja w 

tym czasie przygotuję jakieś ciuchy.

Jeszcze przed świtem nasz syn był w pełni przygotowany do drogi. Angelina nie kryła 

satysfakcji z dobrze wykonanej roboty. - I co o tym myślisz? - spytała.

- Bolivara nigdy nie wyglądała lepiej!

I to była prawda. Był zupełnie odmieniony. Długa spódnica, ładnie zarysowane piersi, 

wspaniałe   włosy   zupełnie   nie   wyglądające   na   perukę,   doskonały   makijaż.   Angelina   była 

mistrzynią charakteryzacji.

- Teraz możesz się przespać parę godzin, ale nie pognieć sukni. Wyjdziesz głównym 

wyjściem. I postaraj się poruszać nieco biodrami, jak będziesz chodził. O tak - poruszyła 

cudownie swoim tyłeczkiem.

Wszyscy, nie tylko Bolivar, zasługiwaliśmy na nieco odpoczynku. Kiedy się nieco 

przespałem,   poczułem   się   znacznie   lepiej.   Jeszcze   korzystniej   zadziałała   tabletka 

pobudzająca. I jak zwykle zacząłem następny dzień od sprawdzenia stanu konta. Oczekiwane 

cztery miliony od Kaiziego nie wpłynęły. Przesłał mi za to wiadomość: ”Nie za dobrze, Jim. 

Postaraj się lepiej”.

Było już dobre południe, kiedy wreszcie wyszliśmy z pokoju. Najpierw Angelina i ja. 

Ja w towarzystwie komputera, a ona w towarzystwie Gloriany. Bolivara opuściła pokój jak 

tylko daliśmy jej sygnał, że korytarz jest pusty. Zaczekała jednak na inną windę, ponieważ 

byliśmy pewni, że będziemy śledzeni.

I byliśmy.

Zignorowaliśmy jednak nasz ogon i spokojnie złapaliśmy taksówkę do cyrku.

- Nie biorę zwierząt - zaoponował kierowca, patrząc podejrzliwie na Glorianę.

- To nie jest zwierzę - powiedziałem, dając mu hojną dopłatę. - To jest nasza córka. 

Rzucono na nią zły czar. Właśnie jedziemy do czarownicy, która obiecała odczynić urok i 

przywrócić jej poprzednią postać.

Zrobił wielkie oczy.  Ale ostatecznie  pieniądze przemawiały do niego lepiej niż ta 

background image

fantastyczna historia, więc Gloriana pojechała z nami. Nie było możliwości przetestowania 

taksówkowego   wykrywacza,   więc   rozmawialiśmy   o   różnych   bzdurach   aż   do   chwili,   gdy 

znaleźliśmy   się   w   garderobie.   Pierwszą   rzeczą,   jaką   tam   zrobiłem,   było   poszukiwanie 

podsłuchu.

- Czysto - odłożyłem wykrywacz.

- Dobrze. Musimy zostawić wiadomość dla Bolivara, aby tu na nas poczekał. A zaraz 

potem pójdziemy porozmawiać z GarGoylem w jego garderobie. Jestem pewna, że udzieli 

nam wszelkiej pomocy.

- A to dlaczego?

- Wkrótce zobaczysz.

Nie   naciskałem.   Rozpoznawałem   ten   ton   głosu.   Zostanę   poinformowany   we 

właściwym  czasie  -  nie   wcześniej.  Gloriana   zakwiczała   cicho,  kiedy  zabieraliśmy   się  do 

wyjścia, a zatuptała za nami uszczęśliwiona, kiedy zdecydowaliśmy się zabrać ją ze sobą. 

Natomiast   gdy   otworzyliśmy   drzwi   do   garderoby   GarGoyla,   aż   zachrząkała   z   wielkiego 

ukontentowania. Zapach, który uderzył nam w nozdrza, kojarzył się jednoznacznie z oborą 

albo ogrodem zoologicznym. Tak samo zresztą śmierdziało podczas przedstawienia na scenie. 

Co prawda był to jedynie sztuczny zapach, miał urealniać pokaz.

Za   biurkiem   siedział   odziany   w   smoking   mężczyzna,   którego   znałem   już   z 

przedstawienia, i pisał coś na kartce. Kiedy weszliśmy, nie uniósł nawet głowy. Czy to był 

GarGoyl? Czy też może ten czteroręki, który zaczynał występ? On także siedział w pokoju, 

ubrany zresztą w tę samą kraciastą spódnicę co na występie. Rozparł się w fotelu naprzeciw 

tego   gościa   w   smokingu   i   rozmawiał   przez   telefon.   Rozejrzałem   się   wokół.   Reszta 

pomieszczenia tonęła w półmroku, chociaż można było dostrzec klatki... wraz z... lokatorami.

I to jakimi! Niektóre z tych stworów już widziałem na scenie. Ale było ich tu znacznie 

więcej. Jakiś dwugłowy drapieżnik, który krążył nerwowo po klatce, warcząc i szczerząc na 

mój   widok   olbrzymie   kły.   Był   też   Pan   Kościotrup   -   rozpoznawałem   go   z   plakatów   - 

drzemiący na kanapce. Facet miał ze dwa metry wzrostu, ale nie był grubszy niż obwód 

mojego ramienia....

- Czego chcecie? - usłyszałem.

Odwróciłem się w kierunku głosu i zobaczyłem, że GarGoyl wciąż pochylony jest nad 

kartką papieru.

- Porozmawiać z panem, panie GarGoyl.

- O czym?

Dopiero teraz zorientowałem się, że to czteroręki ze mną rozmawia.

background image

- Tak ogólnie o tym cyrku... Jak pan znajduje tutejszą pogodę?

Mówiąc to, obszedłem powoli pokój z wykrywaczem podsłuchów. Znalazłem sześć 

pluskiew - pięć standardowych i jedną monetę. Po kolei zmiażdżyłem je pod obcasem. Teraz 

wykrywacz zaświecił zielonym światełkiem.

- Wiele o panu słyszeliśmy - powiedziała Angelina.

- Od Korpusu Specjalnego - dodałem szeptem.

Siedział   wciąż   nieporuszony   i   bez   najmniejszego   śladu   emocji   na   twarz.   Drgnął 

dopiero wtedy, gdy Gloriana usiadła na jego stopach. Potem nagle wspięła się, opierając o 

krzesło i ugryzła go w ramię.

- Wstrętna świnia! - krzyknęła zaskoczona Angelina. - Natychmiast zostaw pana!

Czteroręki spokojnie spojrzał w dół i skinął z uznaniem głową

- Potrafi odróżnić ciało od sztucznej masy. Ma nosa jak każdy świniozwierz.

Sięgnął   górną   parą   swych   rąk   do   szyi   i   zaczął   zdzierać   z   siebie   skórę.   Angelina 

westchnęła  widząc,  jak łatwo skóra oddziela  się od ciała.  Pociągnął  mocniej  i czteroręki 

mężczyzna w kilcie przestał istnieć. Teraz miał dwie ręce.

- Dlaczego wspomnieliście o Korpusie Specjalnym? Spojrzałem pytająco na faceta w 

smokingu, który wciąż pisał niestrudzenie.

- O niego się nie troszczcie - dostrzegł moje spojrzenie. - To pseudocielesny robot. 

Podobnie jak wszystkie te istoty. Publiczność skupia uwagę na nim i nawet nie dostrzega, że 

to ja steruję całym przedstawieniem.

- Odwrócenie uwagi - powiedziałem uszczęśliwiony.

- A jakże. A teraz, proszę, odpowiedzcie na moje pytanie.

- Panie Goyl, mamy powody uważać...

- Mówcie mi Gar.

- Jasne, Gar. Zapewne słyszałeś opowieści o Korpusie Specjalnym, mitycznej grupie, 

która tropi zbrodnie w całej galaktyce, starając się przywrócić w niej sprawiedliwość.

- Jasne. Każdy słyszał o Korpusie Specjalnym, chociaż on oczywiście nie istnieje. Ale 

zadam wam jedno pytanie. Załóżmy, że ta mityczna grupa istniałaby naprawdę i że miałaby 

swe laboratorium. Jaki to, równie mityczny, naukowiec mógłby nim zarządzać?

Jeszcze raz spojrzałem na detektor... zielony.

-   Profesor   Coypu   -   powiedziałem   tak   cicho,   jak   tylko   mogłem.   Gar   westchnął   i 

wyszedł z dolnej części swojego scenicznego kostiumu. Gloriana przestała interesować się 

jego dodatkową parą rąk i położyła się w rogu. Androidalny robot zaś nagle skończył pisać, 

znieruchomiał i zsunął się z krzesła. Gar zajął jego miejsce.

background image

- Otrzymałem  już wiadomość  od Profesora. Bardzo mi  swego czasu pomógł,  gdy 

tworzyłem moją grupę cyrkową... Mniejsza z tym... Prosił, żebym wam udzielił pomocy, jeśli 

się do mnie zwrócicie.

- Jesteś w Korpusie? - spytała Angelina.

- Byłem. Teraz jestem na emeryturze. Pracowałem w laboratorium, w prosektorium. 

Bardzo   nudne   miejsce,   jak   już   zdołacie   się   przyzwyczaić   do   zwłok.   Ale   zdobyłem 

doświadczenie,   które   postanowiłem   wykorzystać   tutaj.   Jak   widzicie,   mam   teraz   znacznie 

bardziej interesującą pracę.

- To przedstawienie?...

- Przykrywka. Tak naprawdę... - nakazał nam gestem, abyśmy się zbliżyli, rozejrzał 

się nerwowo wokół i szepnął tak cicho, że niemal nie wypowiedział żadnego dźwięku -... 

pracuję dla GU.

- GU? - zapytała Angelina. Błyskawicznie zakrył jej usta dłonią.

- Galaktycznej Unii - szepnął. - Musieliście coś słyszeć.

- Mgliście. Organizujecie związki.

- Tak, towarzyszko. Organizujemy je w miejscach, gdzie legalnie nie mogą istnieć.

- Tak jak tu, na Fetor?

-   Zgadza   się,   przyjacielu.   I   nie   znam   planety,   która   potrzebowałaby   związków 

pracowniczych bardziej niż ta.

- Och, mogłaby też mieć wolny rynek, jakąś kontrolę nad poczynaniami policji i jakąś 

regulację zanieczyszczenia - dodałem.

- To idzie w parze. Ale zostawmy to na razie. Wróćmy do was... W czym mogę wam 

pomóc?

- Musimy ukryć naszego syna Bolivara.

- Czy to ten sam Bolivar di Griz, który wyczyścił wczoraj bank i uciekł z więzienia, 

zabijając przy tym wiele kobiet i dzieci?

- Ten sam. Tylko, że nie zabił żadnych kobiet i dzieci ani nie obrabował banku.

- Dobra - podparł brodę i rozejrzał się w zamyśleniu po pokoju. - Myślicie, że będzie 

miał   coś   przeciwko   byciu   Megalitowym   Człowiekiem?   Co   prawda   może   mieć   trochę 

problemów z przyjmowaniem pokarmu... Spójrzcie.

W ciemnościach coś się poruszyło i z cienia wychyliło się szare monstrum. Angelina 

wydała przytłumiony krzyk, a ja też ledwie powstrzymałem podobną reakcję. Okrągła narośl 

na czole stwora niemal zasłaniała oczy, potężne kły nie pozwalały zamknąć ust, a obrazu 

dopełniały jeszcze brudne szpony. Obrzydliwa mutacja humanoidalnej istoty.

background image

Gar uśmiechnął się.

- Dobry, prawda? Jedno z moich najlepszych dzieł. Potwór zaryczał, oczy uciekły mu 

ku górze i zaczął się tarzać po podłodze wstrząsany drgawkami.

- Wasz syn będzie bezpieczny tam w środku.

- Z pewnością - pociągnęła nosem Angelina, - i o ile go znam, będzie miał też przy 

tym przednią zabawę.

- Kiedy tylko się zjawi, skontaktuje się z tobą - powiedziałem. - i dziękujemy.

-   Nie   dziękujcie.   My   z   Korpusu   musimy   sobie   pomagać.   Kiedy   wychodziliśmy, 

zamknąłem naszą garderobę na klucz.

Wciąż była  zamknięta, ale najwyraźniej  nie stanowiło to przeszkody dla Bolivara, 

który - już jako mężczyzna - siedział w środku i wpatrywał się w ekran komputera.

-   Zdaje   się,   że   twoja   charakteryzacja   dobrze   zadziałała   -   zauważyła   Angelina.   - 

Spakuję te ciuchy

Skinął głową, nieobecny duchem, wpisywał bowiem pracowicie jakieś komputerowe 

komendy.

- Interesujące - mruknął. Chrząknąłem pytająco.

- Właśnie zainteresowałem się nieco twoim pracodawcą.

- Kaizim? Znalazłeś coś ciekawego?

- Bardzo ciekawego. On nie istnieje!

- Musi istnieć! Rozmawialiśmy z nim.

- Och, nie mam na myśli formy fizycznej, na pewno z tobą rozmawiał. Mam na myśli 

tę opowieść o Imperetriksie von Kaiser-Czarskim, najbogatszym człowieku w galaktyce. Nie 

ma po takim śladu.

- A te banki w całej galaktyce, które są jego własnością?

- Nie są jego własnością. Należą do różnych korporacji, należących z kolei do innych 

korporacji. Prześledziłem jednak ten łańcuch i dotarłem do osób fizycznych.  Różnych  za 

każdym razem. I żadna z nich nie jest Kaizim. Wygląda, że wszystko, co ci powiedział, jest 

kłamstwem.

Zaczęła mnie boleć głowa. Usiadłem ciężko i zacząłem wyliczać na palcach znane mi 

fakty.

- Po pierwsze, musi być jednak bardzo bogaty, bo inaczej nie płaciłby nam czterech 

milionów za dzień. Nie zapłacił tylko wczoraj. Sprawdzałem. Nie tylko nie wpłynęła zapłata, 

ale jeszcze przysłał mi obraźliwy list...

- Oczywiście, że ci płacił. Przecież musiał cię przekonać, że jest tym, za kogo się 

background image

podaje. Tylko taka wielka suma czyniła jego opowieść prawdopodobną. Pomyśl, jaki byłbyś 

podejrzliwy, gdyby ofiarował ci na przykład sto kredytów dziennie...

- Wcale nie byłbym podejrzliwy, po prostu bym go wykopał za drzwi. Ale trzymajmy 

się faktów. Wiemy także, i to jest po drugie, że wszystkie te banki na różnych planetach 

zostały obrabowane. To są powszechnie dostępne dane.

-   No   tak,   były.   Natomiast   zaczynam   mieć   podejrzenia   co   do   prawdziwości 

dodatkowych danych.

- Jakich?

-   Tych   dotyczących   cyrku,   wystawianych   numerów,   dat   przedstawień   i   tym 

podobnych.

Zacząłem trybić.

- No oczywiście! Kiedy dostajesz się do bazy danych, nie możesz w żaden sposób 

stwierdzić, czy wydarzenia naprawdę zaszły, czy też informacje o nich zostały wprowadzone 

przez zręcznego hakera. Nie dowiesz się tego, bo chodzi o odległą planetę, a przynajmniej nie 

dowiesz się, dopóki nie dogrzebiesz się na miejscu do pierwotnej dokumentacji. Tylko że tego 

oczywiście nie można zrobić na odległość.

- Dokładnie tak sobie myślałem. Dlatego właśnie postanowiłem powęszyć nieco po 

danych na Fetor. Bez dużego sukcesu. Tutaj zastrzeżone są wszystkie dane za wyjątkiem 

rozkładu jazdy. Większość drzwi zamknęła się tuż przed moim nosem.

- Nie lubią tu takich, co węszą.

-   Tego   byłem   pewien,   zanim   zacząłem.   Więc   wprowadzałem   pytania   przez   inne 

systemy. Nie chciałem, aby na tej podstawie znaleziono mój terminal.

Jeszcze nie skończył mówić, gdy rozległo się energiczne walenie do drzwi garderoby.

- Otwierać natychmiast! Macie trzydzieści sekund. Potem wyważymy drzwi!

- Kto tam? - odkrzyknęła Angelina.

- Wydział Przestępstw Komputerowych. Nie próbujcie stawiać oporu. Jesteście winni 

nielegalnego używania komputera i próby włamania się do zastrzeżonych plików!

background image

Rozdział 9

Policja   we   wszelkich   możliwych   formacjach   była   tu   na   Fetor   stanowczo   zbyt 

skuteczna. Rozejrzałem się desperacko wokół. W tym pokoju nie było okien i prowadziły do 

niego   tylko   jedne   drzwi.   Jedynym   schronieniem   był   parawan,   za   którym   zmieniało   się 

kostiumy. No cóż, lepsza taka szansa niż żadna.

- Bolivar, właź tam! - syknąłem.

Wykonał polecenie w mgnieniu oka. Tymczasem w drzwi walnęło coś tak potężnie, 

jakby ktoś starał się je wyważyć.

- Przestańcie walić, już idę! - krzyknąłem.

Angelina także nie próżnowała. Zamknęła walizkę z komputerem i położyła  ją na 

podłodze. Potem przesunęła fotel pod parawan i zasiadła w nim wygodnie. Ja tymczasem 

musiałem jeszcze uspokoić Glorianę, gdyż świniozwierz z nastroszonymi gniewnie kolcami 

rwał się do ataku. Podszedłem wreszcie do drzwi i otworzyłem je szeroko.

- Pukaliście? - zapytałem niewinnie.

Stojący tam facet był  niesamowicie  gruby,  z fałdami  tłuszczu  pod podbródkiem i 

olbrzymim brzuchem. Wyciągnął oskarżycielsko paluch w moim kierunku.

- W tym pomieszczeniu używano nielegalnego komputera.

- Nigdy w życiu.

- Przeszukaj dokładnie pokój, Hafifu - grubas wydał rozkaz. Jego partner, dla odmiany 

niezwykle   chudy,   wtargnął   natychmiast   do   pokoju.   Obejrzał   wszystko   dokładnie   z 

błyszczącymi z emocji oczami, wietrząc nosem jak ogar. Spojrzał nawet pobieżnie na leżącą 

na ziemi walizkę, ale nie uznał jej za godną uwagi.

- Nie widzę tu komputera - powiedział cienkim i drżącym głosem.

- Więc zajrzyj za parawan - burknął ten gruby glina. - Widziałeś przecież odczyt. W 

tym pokoju jest gdzieś ukryty komputer. Nasz detektor się nie myli.

Hafifu posłuchał komendy i zbliżył się do parawanu w jednoznacznych zamiarach. 

Zaraz też wrzasnął i wycofał się gwałtownie, gdy kły rozjuszonego świniozwierza rozorały 

mu nogawki spodni i zdaje się także zahaczyły o łydki. Gloriana dała mi czas na podjęcie 

szybkiej decyzji - ratowanie Bolivara było jednak ważniejsze niż ratowanie komputera.

-  Wracaj!   -   rozkazałem.   -   Tam   jest   tresowany   świniozwierz   bojowy,   który  zabije 

każdego, kto zbliża się zbyt gwałtownie do jego właściciela. Poza tym komputer znajduje się 

background image

tutaj - wbudowany w tę walizkę.

Hafifu okrążył szerokim łukiem swą pogromczynię i chwycił walizkę. Otworzył ją, 

wydobył klawiaturę, włączył i napisał coś szybkimi nerwowymi ruchami.

- Faktycznie, jest to narzędzie zbrodni! - wrzasnął tryumfalnie.

- Jakiej zbrodni? Przeszukiwałem publiczne dane. Czy to jest wbrew prawu?

- Tak! - powiedział grubas z wielkim entuzjazmem. - Jest, ponieważ na Fetor nie ma 

publicznych   danych.   Wszystkie   są   zastrzeżone.   Konfiskuję   ten   sprzęt.   -   Hafifu   wraz   z 

komputerem   był   już   za   drzwiami,   zanim   zdążyłem   w   ogóle   otworzyć   usta.   -   Ponadto 

obciążam   was   grzywną   wysokości   pięciuset   kredytów   za   próbę   nielegalnego   dostępu   do 

zastrzeżonych danych.

- Nie możesz tego zrobić!

- Oczywiście, że mogę. Zgodnie z władzą daną mi przez państwo mogę nakładać kary 

pieniężne na miejscu. Jeśli masz powody uważać, że konfiskata i grzywna są niesłuszne, 

przysługuje ci prawo zażądania postępowania sądowego.

- Tak jest, zażądam.

- To oznacza dwa tysiące kredytów depozytu za salę sądową oraz pięćset kredytów na 

opłacenie pracy sędziego.

Otworzyłem już usta, by protestować dalej, ale szybko je zamknąłem, zdając sobie 

sprawę, że postępuję głupio.

- Przyjmujecie czeki?

-   Tak...   ale   kara   za   wystawienie   czeku   bez   pokrycia   jest   równa   dwukrotności 

pierwotnej sumy.

Gdy ja wypisywałem czek, Angelina nieznacznie poluzowała łańcuch Gloriany. Nie 

miałem   rachunku   w   żadnym   banku   na   Fetor.   Wypisałem   czek   na   pięćset   kredytów 

galaktycznych. Pamiętałem, że tutaj miały kurs równy kredytom Fetor.

Gloriana nagle chrząknęła bojowo i ruszyła do następnego ataku. Grubas skoczył w 

kierunku drzwi, łapiąc po drodze wypisany czek. Zamknąłem za nim.

- Bardzo sprytnie - Bolivar wynurzył się zza parawanu. - Ale będziemy potrzebowali 

nowego komputera.

- Potem być  może  tak - zgodziłem się - ale tu na Fetor są one zdaje się równie 

użyteczne  jak tabliczki  ”nie przeszkadzać”  na drzwiach. Będziemy więc używać  naszych 

własnych mózgów, tak jak to było w modzie na długo przed wynalezieniem elektroniki

- Podobnie jak ręczne pisanie - powiedziała Angelina, biorąc kartkę i pisak z szuflady 

komody. - Zróbmy najpierw listę rzeczy, które wiemy, a potem listę tych, których musimy się 

background image

dowiedzieć.

- Dobra - powiedziałem. Zacząłem wędrówkę wokół pokoju, wytężając swoje szare 

komórki. - Więc, po pierwsze, tajemnica naszego pracodawcy, który jakoby nie istnieje. To 

nie jest w tej chwili zresztą istotne i może poczekać...

-   Aż   do   momentu,   dopóki   będzie   nam   regularnie   płacił   -   dokończyła   jak   zwykle 

praktyczna Angelina.

- Racja. Możemy też zapomnieć o tych wszystkich bankach, które zostały obrabowane 

na innych planetach. Mogą one nie mieć nic wspólnego z obecnym śledztwem, ponieważ 

wszystkie   fakty,   które   ustaliliśmy   na   temat   tamtych   wydarzeń,   prawdopodobnie   zostały 

sfabrykowane.

- Po co? - spytał Bolivar.

- To jest jedno z tych pytań, na które musimy znaleźć odpowiedź. Najprostsza, jaka mi 

się   nasuwa   -   Kaizi   chciał,   abyśmy   przybyli   na   tę   planetę.   Ponoć,   aby   zbadać   sprawę 

rabunków. Ale w to też zaczynam powoli wątpić. Dlaczego robi to, co robi, w tak okrężny 

sposób, też na razie nie jest istotne. Jesteśmy tutaj i wykonujemy swoją robotę.

- Teoretycznie badamy Puissanto - powiedziała Angelina. - Bo to zdaje się on, o ile 

mnie pamięć nie myli, był powodem naszego tu przyjazdu. Może więc powinniśmy przyjrzeć 

się jemu?

- Powinniśmy, tylko że wydarzenia zaczęły się toczyć w wariackim tempie - odparł 

Bolivar. - Co z tym obrabowaniem banku niemal w tym samym momencie, w którym tam 

przyjechaliśmy? I z uznaniem mnie za kryminalistę?

- Myślę, że to jednak był przypadek - potrząsnąłem głową. - Złodzieje nie mogli w 

żaden sposób wiedzieć, że tu będziesz, kiedy planowali skok.

- Zgadzam się - wtrąciła Angelina. - Kaizi włożył wiele wysiłku w ściągnięcie nas na 

Fetor. To, że zjawił się tutaj także Bolivar, z pewnością nie było częścią jego gry.

- Jaka jest więc ta gra? - zapytałem i zaraz sobie odpowiedziałem. - Mamy znaleźć 

złodziei,  którzy obrabowali jego bank lub banki. Aby tego dokonać, musimy  wpierw  się 

dowiedzieć, w jaki sposób bank został obrabowany. Potrzebujemy kogoś wewnątrz, dlatego 

wspaniale się stało, że Bolivar tam pracuje.

- Już nie pracuję.

Kiedy dotarł do mnie sens jego wypowiedzi, zaświtała mi w głowie pewna myśl.

- Ależ pracujesz. Znowu obejmiesz  swoje stanowisko w banku. - Na jakieś  dwie 

sekundy do przybycia policji.

- Nie  aresztują cię, bo będą sądzić, że jesteś swoim bratem bliźniakiem, Jamesem, 

background image

który przyjedzie tu natychmiast, gdy go wezwiemy i zupełnie przypadkiem przywiezie też 

nowy komputer - aż klasnąłem w dłonie z podziwu dla samego siebie i swej pomysłowości.

- I w czym nam to pomoże? - spytała Angelina. - James nie wie nic o bankach.

- Ale Bolivar wie! - odparłem. - Po prostu obejmie swoją starą pozycję. Ponieważ to 

Kaizi jest właścicielem banku, na pewno zdoła zamieszać coś z systemem identyfikacyjnym... 

czytnikami tęczówki oka i tym podobnymi.

- Gratuluję - powiedział Bolivar. - Pomysł jest na tyle wariacki, że może się udać.

- Zgadzam się - uzupełniła Angelina. - Poślę zaraz gwiazdogram do Jamesa, że jego 

obecność tutaj jest konieczna.

Uwolniła   Glorianę,   która   próbowała   ściągnąć   sobie   obrożę   tylną   nogą.   Świnka 

zaszeleściła w podzięce kolcami i potuptała do legowiska. Nagle zupełnie nieoczekiwanie 

stanęła w pół kroku, podniosła głowę, postawiła pionowo uszy i zaczęła unosić kolce...

Położyłem  palec  na ustach,  a potem wskazałem  na drzwi.  Dochodziły spoza  nich 

odgłosy cichego szurania. Bolivar natychmiast dał susa za parawan, Gloriana zaś potruchtała 

do drzwi, chrząkając w swym języku jakieś obelgi. Spod szpary w drzwiach wysunęło się coś 

białego, a ona pochwyciła to w mgnieniu oka.

-   Kartka   papieru,   może   wiadomość   -   powiedziałem.   -   Dobra   świnka,   przynieś 

tatusiowi.

Położyła  się u moich stóp i wypuściła kartką z zębów. - Burking Barneys  Robot, 

potrawy na wynos. Najszybsza i darmowa dostawa - przeczytałem.

-   Brzmi   interesująco   -   Bolivar   wyjrzał   zza   parawanu.   -   Minęło   sporo   czasu   od 

śniadania.

-   Darmowe   piwo   do   zamówienia   powyżej   piętnastu   kredytów.   Wegetariańskie 

orzechburgery, mięsne żyrafoburgery, styropianowe dietoburgery.... mnóstwo dobrego żarcia.

Angelina  złożyła   zamówienie.   Dostawa   była   naprawdę   szybka.   Odgłosy   trąbek 

sygnałowych rozległy się przed naszymi drzwiami, zanim jeszcze zdążyliśmy przygotować i 

wysłać   wiadomość   do   Jamesa   przez   lokalną   stację   komunikacyjną.   Wjechał 

zautomatyzowany kredens, który z powodów jakiejś durnej kampanii marketingowej miał 

kształt   trumny.   Towarzyszył   mu   akompaniament   muzyki   organowej   i   sztuczny   zapach 

antycznych   kadzideł.   Kiedy   wsunąłem   w   odpowiedni   otwór   pięć   kredytów,   zabrzmiał 

dzwonek i wieko trumny uchyliło się. Jedzenie było gorące, a piwo zimne, i tylko ta cholerna 

trumna grała cały czas ponurą muzykę  liturgiczną, dopóki nie wrzuciłem kilku monet do 

otworu z napisem ”napiwek”. Dopiero wtedy jej się pozbyliśmy.

- Dobre - oblizując palce, przypatrywałem się Glorianie, która z namaszczeniem jadła 

background image

bananoburgera.

- Za tłuste - odparła moja rozsądna jak zawsze żona - i bardzo źle wpływa na linię.

Zadzwonił telefon. Odebrała Angelina. Słuchała chwilę, kiwając głową.

- Dziesięć minut - powiedziała i odłożyła słuchawkę.

- To była portiernia. Reporter z Marnego Czasu Fetor chce przeprowadzić wywiad z 

Marvellem Wspaniałym, do ich programu codziennego ”Życie na Gorąco”. Pamiętaj, że my, 

ludzie sceny, żyjemy z naszej publiczności, więc zgodziłam się w twoim imieniu - wstała i 

kiwnęła ręką w stronę Bolivara. - W tej garderobie panuje ostatnio za duży ruch. Chodź, 

zaprowadzę cię do Gara, zanim przyjdzie tu prasa.

Przebrałem się w swój strój sceniczny. Właśnie kończyłem zawiązywać krawat, gdy 

usłyszałem dyskretne pukanie do drzwi. Otworzyłem je i ujrzałem przed sobą imponującej 

wielkości srebrnego robota.

-   Witam   -   powiedział   robot   metalicznym   głosem.   -   Jestem   robreporter   numer 

trzynaście,   reprezentuję   Marny   Czas   Fetor,   przyjazny   kanał   informacyjny,   który   podaje 

zawsze najaktualniejsze informacje. Oto moja karta identyfikacyjna - z otworu w korpusie 

wydobył zieloną kartę, którą błysnął mi szybko przed oczami, i schował z powrotem.

-   Czy   mogę   wejść?   Dziękuję.   -   Zdołałem   na   szczęście   odskoczyć,   bo   inaczej 

przejechałby po mnie. - Trochę tu ciemno. Będziemy potrzebować więcej światła.

Przezroczysta kopuła wieńcząca głowę robota rozjarzyła się jasnym światłem. Z jego 

piersi, wycelowana wprost we mnie, wyjechała kamera, zza pleców zaś rozwinął się talerz 

satelitarnego przekaźnika, który po ustawieniu się we właściwej pozycji zaczął cicho buczeć. 

W chwilę później poniżej kamery pojawił się ekran, w którym  ujrzałem swoją zdumioną 

twarz. Uśmiechnąłem się więc teatralnym uśmiechem, pokazując wszystkie zęby - tak było 

nieco lepiej. Numer trzynaście zaczął mówić.

- Witam wszystkich naszych widzów wiadomości dostarczanych dokładnie w czasie 

wydarzeń i z miejsca wydarzeń, gdziekolwiek by to było. Tu Baridi Baraka, wasz ulubiony 

reporter, tym razem wprost z magicznej sceny i to w rozmowie nie z kim innym jak z samym 

Marvellem Wspaniałym.

Soczewki kamery zawirowały i do mojego obrazu na ekranie dołączył także obraz 

smagłego mężczyzny w zielonym garniturze. Facet najwidoczniej mówił właśnie do mnie. 

Tylko że go tu nie było. To znaczy, nie było go w pokoju ze mną, był na ekranie telewizora. 

A   to   oznaczało,   że   stanowił   generowany   przez   komputer   obraz   reportera.   W   ten   sposób 

oszczędzali sporo pieniędzy.

- A teraz powiedz mi, Marvellu Wspaniały, jak to jest być magiem?

background image

- To nieustająca kupa radości, Baridi, stary przyjacielu. Zawsze i nieustannie coś się 

dzieje, ot choćby...

Machnąłem rękaw powietrzu dla odwrócenia uwagi, a w mojej drugiej ręce znikąd 

pojawił się bukiet czarnych  kwiatów. Trzymałem je wyciągnięte  przed sobą. Reporter na 

ekranie pochylił się, powąchał i uśmiechnął się z przyjemnością.

-   Tak,   proszę   państwa,   prawdziwe   kwiaty.   Pachną   wspaniale,   naprawdę.   Widzę 

Marvellu,  że  jesteś  mistrzem  w  swoim  fachu.  Powiedz   mi   więc,  czy  podoba ci   się twój 

zawód?

- Oczywiście, Baridi brachu, po prostu go uwielbiam. Uwielbiam podróże i uwielbiam 

zabawiać   rozentuzjazmowaną   publiczność.   -   Otworzyły   się   drzwi   i   wkroczyła   Angelina. 

Przywołałem ją szerokim ruchem ręki. - A jeszcze bardziej kocham moją piękną asystentkę 

Angelinę, która nigdy się nie skarży,  gdy każdego wieczora, nie mówiąc już o sobotnich 

porankach, przecinam ją na pół.

- Witaj, Angelino - zawołał nasz niewidzialny rozmówca. - Przywitaj się proszę z 

milionami naszych telewidzów, których do cyrku przyciąga magia, jak również twoja uroda. 

Powiedz   nam,   oczywiście   bez   zdradzania   magicznych   sekretów,   w   jaki   sposób   jesteś 

przecinana na pół.

Angelina uśmiechnęła się wdzięcznie i zaczęła  opowiadać jakieś bzdury, używając 

słów   nie   dłuższych   niż   dwusylabowe,   bo   tylko   takie   zapewne   mogły   zrozumieć   miliony 

widzów   oglądających   program.   W   pewnym   momencie,   mniej   więcej   po   trzydziestu 

sekundach, bo na tyle potrafili skupić uwagę widzowie, nasz generowany przez komputer 

rozmówca przerwał jej wypowiedź, zadając kolejne durne pytanie. I znowu przez następne 

trzydzieści sekund słuchał odpowiedzi, kiwając przy tym głową, jakby rozumiał każde słowo. 

Wreszcie podziękował uprzejmie i zwrócił się do mnie.

-   Powiedz   naszym   widzom,   Marvellu   Wspaniały,   jaki   był   najbardziej   ekscytujący 

moment w twojej ekscytującej karierze?

- O, to proste pytanie. To było podczas przedstawienia na odległej planecie zwanej 

Wirtschaftlich,   głównie   zresztą   rolniczej,   gdzie   wydarzył   się   pewien   niespodziewany 

wypadek podczas transportu świniozwierza niezbędnego do mojego numeru. Wydostał się z 

uszkodzonej   klatki   i   zaatakował   teatralnego   portiera,   prawdopodobnie   sprowokowany 

czerwoną   barwą   jego   uniformu.   Portier   uciekał   do   środka   teatru,   a   zwierzak   za   nim. 

Oczywiście,   natychmiast   wiedziałem,   co   trzeba   zrobić.   Biegłem   naprzeciw   zwierzęcia, 

krzycząc głośno i machając połami płaszcza, który miały czerwone podbicie. Wtedy bestia 

ruszyła wprost na mnie. Dalszy bieg wydarzeń był już przewidywalny. Uniosłem magiczną 

background image

różdżkę   i   na   oczach   całej   przerażonej   publiczności   zrobiłem   moją   słynną   sztuczkę   ze 

znikającym świniozwierzem. Czy uwierzyłbyś, że zwierzak znikł w mgnieniu oka?

- Nie, nie mogę uwierzyć.

-   Ukręciłbym   ci   ten   generowany   przez   komputer   kark,   gdybym   tylko   mógł   go 

dosięgnąć! - wrzasnąłem i moje dłonie zacisnęły się w próżni. Jednak na ekranie wyglądało to 

znacznie lepiej - po prostu radośnie i spontanicznie dusiłem reportera.

- Spokojnie, kochanie, spokojnie - powiedziała łagodnie Angelina, odciągając mnie od 

niedoszłej ofiary.

- Nno, jeśli stawiasz sprawę w ten sposób, to oczywiście ci wierzę... Cha, cha, cha... A 

teraz bardzo proszę, Marvellu i Angelino, zostańcie z nami. Wiem bowiem, że milionom 

naszych widzów możecie przekazać mnóstwo pasjonujących opowieści o magii. Ale teraz 

powiadomiono mnie o niezwykle ważnym wydarzeniu. Dla państwa Petikan Peke, wprost z 

miejsca zaskakującej zbrodni.

Ekran zamigotał i zgasł. Po chwili rozbłysł ponownie, pokazując następnego, zapewne 

generowanego przez komputer, reportera stojącego przed bankiem.

- Tu za moimi plecami - zaczął reporter - znajduje się bank Bankrott-Geistesabwesed. 

Do tej pory doskonale prosperujący. Mimo że ta nazwa jest niemożliwa do wymówienia, teraz 

kiedy   TO   się   wydarzyło,   będziemy   słyszeć   ją   długi   czas   w   wiadomościach.   -   Kamera 

pokazała z szerszego ujęcia wejście do banku, a raczej znajdującą się tam olbrzymią dziurę. 

Rozległy się generowane przez komputer ”ochy” i ”achy”. - Trudno uwierzyć, ale ten rabunek 

wydarzył się dokładnie w środku dnia, właśnie tu, w samym centrum naszego cudownego 

miasta. Proszę sobie wyobrazić absolutny spokój pracujących ludzi, a w następnej chwili... - 

rozległ   się  dźwięk   potężnej  eksplozji,  której  towarzyszył   brzęk  tłuczonego   szkła  -  to   się 

wydarzyło! Nie włamano się do banku, wyłamano się z niego! Najwyraźniej złodzieje dostali 

się do bankowego skarbca poprzedniej nocy. Nie tylko zdołali się tam włamać, ale także 

wprowadzili   do   środka   opancerzone   motocykle!   Mogą   sobie   państwo   wyobrazić   minę 

dyrektora banku, gdy rano otworzył drzwi skarbca. Wruum! Wyjechali stamtąd w pełnym 

pędzie wprost na niego. Jeśli przyjrzycie się bliżej, dostrzeżecie go leżącego na ziemi, właśnie 

jest mu udzielana pomoc medyczna. Przejechali po nim, przez całą główną salę banku oraz 

oszklone drzwi zewnętrzne. I natychmiast zginęli w tłumie. Policja z całego miasta została 

włączona   w   pościg.   Oglądajcie   nas,   wkrótce   dalsze   pasjonujące   szczegóły!   Są   już 

wiadomości.  Tak jest! Policja wpadła na trop przestępców, podjęła pościg. Ale, niestety, 

zdołali uciec do strefy przemysłowej, skacząc nad murem z przygotowanej rampy.

Potem   pokazano   mnóstwo   szybkich   scen   naporu   tłumu,   barykad   policyjnych, 

background image

zamieszania,   alarmów.   Za   chwilę   z   banku   wyszedł   szarowłosy   umundurowany   oficer. 

Reporter podbiegł do niego, nie przestając gadać ani na chwilę.

- Są już kolejne wieści. Na miejscu zbrodni zabezpieczono materiał dowodowy. Może 

on zaprowadzić policję na trop złodziei. Proszę nam powiedzieć kapitanie, co znaleziono?

- Dowód rzeczowy. W skarbcu. Jestem pewien, że będzie to istotna poszlaka.

- Ale co to jest?

- Poszlaka.

- Tak, to już pan powiedział.  - Czyżbym  usłyszał w tonie reportera elektroniczną 

desperację? - Proszę jednak zdradzić milionom naszych widzów, jaką to poszlakę trzyma pan 

teraz w rękach?

To były wielkie łapska i kamera krążyła irytująco wokół nich, starając się sfilmować 

choć fragment tajemniczego przedmiotu.

- Metalowy przedmiot - policjant wreszcie otworzył dłoń. - Jak widzicie, trzymam w 

ręku przedmiot, który wygląda jak figurka zrobiona z jakiegoś metalu. Jest to jakiś gryzoń, 

może mysz?

Kamera najechała tak blisko, że figurka wypełniła cały ekran.

- Kapitan ma rację! Tak, ma rację! To jest metalowy gryzoń, jak mi się wydaje. Za 

duży jednak na mysz, to chyba szczur. Tak, drodzy widzowie, teraz możecie zobaczyć tę 

figurkę w całej okazałości.

I mogliśmy naprawdę ujrzeć ją w całej okazałości.

-   Poprawcie   mnie,   jeśli   się   mylę.   Ale   wydaje   mi   się...   tak,   to   musi...   to   z   całą 

pewnością jest figurka stalowego szczura!

background image

Rozdział 10

Szczęście, że w tym momencie kamera nie była zwrócona na mnie. Jestem pewien, że 

wyglądałem jak ostatni idiota, z wybałuszonymi ślepiami i otwartą paszczą. Co tu się działo? 

Spojrzałem błyskawicznie na Angelinę i dostrzegłem, że jest tak samo zaskoczona jak ja. 

Oprzytomniała pierwsza, poprawiła włosy dłonią i przybrała znudzony wyraz twarzy. Numer 

był niezły - musiałem to przyznać. Któryś z tych rabusiów miał poczucie humoru i nieźle się 

zabawił   moim   kosztem.   Stalowy   Szczur!   Ślad   dla   policji   czy   ostrzeżenie   dla   mnie? 

Tymczasem   raport  z  miejsca   zbrodni   przerwano,   więc   musiałem   odłożyć   na   bok   swoje 

zdumienie i dokończyć wywiad w taki samym jak dotąd beztroskim stylu. Co też oczywiście 

zrobiłem. Ba, zdołałem nawet pokazać kilka sztuczek z kartami, nie gubiąc ich przy tym.

- Tak więc, drodzy widzowie, tym magicznym akcentem kończymy nasze spotkanie z 

magiczną parą. Przypominam o ich dzisiejszym  występie w Colosseo, w samym  centrum 

naszego   pięknego   miasta,   centrum   sztuki   teatralnej,   wydarzeń   sportowych   i   w   ogóle 

najlepszej zabawy.

Światło na głowie robota pociemniało i zgasło. Z piersi wysunęła się metalowa płyta z 

przymocowanym do niej papierem - wręczał mi zapłatę.

- Standardowa forma pokwitowania, proszę o podpis tutaj, inicjały tutaj i tutaj. Teraz 

pani, dziękuję.

Papier znikł z powrotem w klapie na piersi, za to z cichym pstryknięciem otworzył się 

otwór w biodrze. Robot sięgnął tam i wyciągnął dość cienki zwitek banknotów. Podzielił go 

na pół i wręczył jedną część mnie, a drugą Angelinie.

- Sto osiemdziesiąt kredytów dla każdego, standardowa opłata. Do widzenia.

Sam otworzył sobie drzwi i wyszedł. Angelina zamknęła za nim ostrożnie, a potem 

odwróciła się do mnie.

- Jakieś wyjaśnienia?

- Żadnych. Poza tym, że ktoś coś do mnie ma... A ja nie jestem paranoikiem.

- Więc co z tym robimy?

- Ze stalowym szczurem? Nic nie możemy chyba zrobić.

- Możemy opuścić tę odrażającą planetę.

- Nie - powiedziałem z nagłą złością. - On, oni, ona, to coś, ktokolwiek czy cokolwiek 

to jest, nie zdoła się tak po prostu z tego wywinąć. Jeśli teraz wyjedziemy, nigdy się nie 

background image

dowiemy, w jaką grę grają na tej planecie. A poza tym podoba mi się zarabianie czterech 

milionów dziennie.

- Chciwość może przyczynić się do twego upadku - Angelina uniosła brwi.

Rozmyślałem   nad   jej   słowami,   podchodząc   do   barku   i   sięgając   po   butelkę 

Zubanishamali Sour Mash i szklanki, dwie szklanki. Postawiłem jedną z nich na stole, ale 

Angelina potrząsnęła głową.

- Dziękuję, ale nie. Nie wiem, jak możesz wlewać w siebie to świństwo. Dla mnie - 

białe wino.

Otworzyłem i polałem. Stuknęliśmy się szklankami i wypiliśmy jednym duszkiem ich 

zawartość.

- Tu nie chodzi o pieniądze - powiedziałem wreszcie. - Chodzi o moją reputację - albo 

o jej brak. Ktoś kpi sobie z mojego dorobku. Mam zamiar go odnaleźć i uciszyć. Zostałem 

wrobiony, więcej - cała moja rodzina jest wrabiana, a to mi się nie podoba. Tylko kto to robi?

- Kaizi - powiedziała zdecydowanie.

- Jest taka możliwość. Albo ten jego tajemniczy przeciwnik, za którego odnalezienie 

mi płaci. Nie byłby to taki nieznany przypadek, że ktoś zaczyna polować na myśliwego - 

spojrzałem   na   zegarek.  -  Zanim   znów   wydarzy   się   coś   ekscytującego,   mam   zamiar 

kontynuować   śledztwo   z   naszym   jedynym   podejrzanym   Puissanto.   Do   następnego 

przedstawienia zostało mnóstwo czasu.

Żeby nie kusić licha, podszedłem najpierw do drzwi wyjściowych, koło których nasz 

podstarzały portier czytał horrorowaty holokomiks. Właśnie przewrócił stronę i rozległo się 

mrożąc krew w żyłach wycie i demoniczny śmiech.

- Szukam Puissanto - wytrąciłem go z nastroju. - Widziałeś go ostatnio?

- Taa. Wyszedł coś zjeść. Robi to cztery, pięć razy dziennie.

- Masz jakieś pojęcie, kiedy może wrócić?

- Za godzinę. Zazwyczaj posiłek zajmuje mu koło godziny. Raz widziałem go w akcji. 

Niesamowite.

- Wielkie dzięki. W takim razie spróbuję później.

Ale,   ze   zrozumiałych   powodów,   spróbowałem   właśnie   teraz.   Pokój   Puissanto   był 

zamknięty. Zapukałem energicznie, żadnej odpowiedzi. Ponieważ przypomniałem sobie, jak 

przegryzał   zębami   metalową   sztabę,   nie   odważyłem   się   wejść,   dopóki   nie   włączyłem 

elektronicznego   wykrywacza   dźwięku.   Cisza.   Żadnego   ruchu,   żadnego   oddechu. 

Sprawdziłem więc systemy alarmowe. Ponieważ żadnego nie wykryłem, wyjąłem wytrych, 

by wejść najszybciej jak można. Zamknąłem za sobą drzwi i wpatrzyłem się w ciemność.

background image

Wymacałem na ścianie włącznik światła i zmrużyłem oczy oślepiony jego nagłym 

blaskiem.   W   pokoju   znajdował   się   klasyczny   parawan   do   przebierania,   stół,   kanapa   z 

połamanymi sprężynami i trochę innych drobiazgów: kilka sztang, metalowe sztaby, kowadło, 

dwie   baryłki   piwa,   zwisająca   z   sufitu   wielka   wędzona   szynka   świniozwierza   ze   śladami 

potężnych   zębów...  tak   jak  wyobrażalibyście  sobie  pokój   atlety.  Nic   niezwykłego.   Jakieś 

papiery   w   koszu.   Rachunki   z   pralni.   Lwia   skóra   z   dziurami   od   moli.   Marynarka   męska 

gigantycznych rozmiarów. Też nic rzucającego na kolana. Podszedłem do stołu. W szufladach 

żadnych   papierów,   na   stole   książka.   Podniosłem   ją   do   światła,   żeby   zobaczyć   tytuł. 

Galaktyczni łowcy potworów. -  Bezmózga, krwawa fikcja - to też doskonale pasowało do 

poziomu właściciela.

Jeszcze tylko komputer na stole. Włączyłem go. Ekran zamigotał, a potem pociemniał. 

Pojawił się pulsujący czerwony napis: ”Podaj hasło”. Wyłączyłem komputer i spojrzałem na 

typ   -   Eprom-80.   Muszę   pogrzebać   nieco   w   jego   specyfikacjach.   Potem   w   wolnej   chwili 

złamię hasło. Albo poczekam na przyjazd Jamesa - dla mojego syna taka robótka to bułka z 

masłem.

Nagle   usłyszałem   męskie   głosy   dochodzące   zza   drzwi.   Czyżby   wrócił   Puissanto? 

Poczułem nagły przypływ  paniki. Wyobraziłem sobie te żelazne łapska zaciskające się na 

mojej szyi. Gdzie tu można się ukryć? Może za tą olbrzymią baryłką w kącie? Jeśli tylko 

będzie dość miejsca.

Klamka w drzwiach opuściła się. Wyłączyłem światło dosłownie nanosekundę przed 

tym, nim uchyliły się drzwi. Nikt ich jednak nie otworzył do końca.

-   ...   i   obciążę   cię   kosztami   zapasowego   koła   w   miejsce   tego,   które   wyrwałeś   z 

ciężarówki - to był głos Harleya Dayidsona.

- Próbowała przejechać. Puissanto nie zapłaci za głupiego kierowcę. Nie.

- To był wypadek. Widziałeś przecież policyjny raport. Kierowca nawet cię nie tknął.

- Koło tak. Wyrwałem.

- Owszem razem z osią.

- Kiepski wóz. Tani bubel.

- Mimo to pokryjesz koszty.

Kiedy trwała ta intelektualna wymiana zdań, ja na paluszkach przemierzyłem pokój. 

Przez szparę w uchylonych drzwiach wpadało na szczęście wystarczająco światła, abym nie 

narobił niepotrzebnego hałasu. Musiałem nieco przemieścić baryłkę, by się za nią wpakować. 

Jak dla  mnie   wiązało  się  to  z  przeraźliwym   hałasem,  ale   ku mojemu   zdumieniu   nikt  na 

korytarzu zdawał się tego nie słyszeć. Ledwie zdążyłem się usadowić, gdy drzwi otworzyły 

background image

się na całą szerokość i w pokoju zrobiło się jasno. Puissanto trzasnął wściekle drzwiami i 

przeszedł przez pokój, mrucząc jakieś przekleństwa. Podłoga trzeszczała pod jego stopami; 

gdy   usiadł,   jękliwie   zaprotestowało   krzesło.   Chyba   korzystał   z   telefonu,   bo   słyszałem 

wyraźne pikanie, jak podczas wybijania numeru. Puissanto czekał, mamrocząc wciąż pod 

nosem.

- Mów Pako, teraz - ktoś nieznany w końcu odebrał. Puissanto słuchał przez chwilą, 

oddychając ciężko.

- Pako? - powiedział wreszcie. - Czy jest jakaś wytłumaczalna i sensowna przyczyna, 

dla której nie zdołałeś się zjawić na wyznaczonym spotkaniu? Ach, tak. Takie akcje nakręcają 

tylko spiralę przemocy. Odmawiam. I bądź tam za piętnaście minut albo nasza szczególna 

znajomość zakończy się.

Ponownie usłyszałem ciężkie kroki przemierzające pokój. Zgasło światło i zapadła 

głęboka   ciemność.   Jeszcze   tylko   trzaśniecie   drzwiami   i   chrobot   przekręcanego   w   zamku 

klucza.

Odważyłem się na głęboki i drżący wydech i wyczołgałem się zza beczki.

No i miałem do przemyślenia następną tajemniczą sprawę. Nasz tępy atleta w razie 

potrzeby potrafił przemawiać jak normalny facet. Czy to miało jakieś znaczenie? Oczywiście, 

że tak. Przecież  komputer  wskazywał,  że Puissanto był  zawsze obecny w miejscu, gdzie 

obrabowywano bank. Ponieważ zdawało się dotąd, że mózg ma równie twardy jak mięśnie, 

zacząłem   wątpić,   by   można   mu   było   przypisać   takie   skomplikowane   technologiczne 

przestępstwa. Ale okazywało się oto, że wcale nie był tak tępy, za jakiego chciał uchodzić. 

Westchnąłem ciężko. Jakby jeszcze mało było tajemnic.

Odczekałem   dłuższą   chwilę,   zanim   wyszedłem   na   korytarz.   Cały   czas   myślałem 

gorączkowo   o   znaczeniu   ostatniego   odkrycia.   Wpadłem   do   naszej   garderoby.   Angelina 

siedziała przy stole.

- Mam dla ciebie naprawdę interesującą wiadomość - zamknąłem z rozmachem drzwi. 

- Właśnie się dowiedziałem...

Zamilkłem   wpół   słowa...   Nie   byliśmy   sami.   Naprzeciwko   Angeliny   siedział   jakiś 

oficjalny   gość   w   czarnym   mundurze.   Facet   odwrócił   się   i   spojrzał   na   mnie   lodowatym 

wzrokiem. Jego mundur był, jak już powiedziałem, czarny, ozdobiony srebrnymi guzikami i 

interesującymi pagonami z wyszczerzonymi w uśmiechu czaszkami i mieczami.

-   Co   takiego   odkryłeś,   kochanie?   Bardzo   chciałabym   wiedzieć?   -   podchwyciła 

Angelina, dając mi moment na dojście do siebie.

- Na dzisiejszą noc znów wyprzedano  komplet  miejsc, więc premie  pozostają bez 

background image

zmian. A kim jest, jeśli można wiedzieć, twój gość?

Mieczoczasznik przemówił sam, zimnym i okrutnym głosem.

- Jestem kapitan Wezekana z Policyjnego Wydziału Obcokrajowców. Proszę o papiery 

identyfikacyjne.

Wyjąłem je. Na tej planecie było więcej rodzajów policji niż kiedykolwiek zdarzyło 

mi się spotkać. Kapitan uważnie przeglądał moje dokumenty. Jedną ze stron podniósł wyżej 

do światła, spojrzał pod innym kątem...

- Jeśli powie mi pan, o co chodzi, może będę mógł.... - Nie.

No tak, a jakiej błyskotliwej konwersacji można oczekiwać od kogoś, kto nosi taki 

mundur? Cisza przedłużała się, a on uważnie studiował każdy szczegół moich dokumentów. 

Jeśli chciał mnie przestraszyć, udało mu się.

- Kupiłeś karmę dla świniozwierzy? - spytała Angelina.

- Przykro mi, nie było w sklepie.

- Spróbuję później sama. Nie możemy pozwolić naszej śwince umrzeć z głodu.

- Nie. Może dam jej kanapkę.

- Doskonały pomysł, tylko nie z wieprzowiną.

Nasza rozmowa nie kleiła się w obecności tego ponurego typa.

- Zatrzymam te dokumenty - umundurowany włożył moje papiery do kieszeni.

- Nie możesz!

- Oczywiście, że mogę.

- Po co ci one?

- Jesteś podejrzany o bycie obcym kryminalistą.

- Co to, to nie. Na jakiej podstawie?

- Jesteś spoza planety. Przybyłeś niedawno. Jesteś mężczyzną i jesteś w odpowiednim 

wieku. To wystarczy, byś był podejrzany.

- To bardzo szerokie powody do podejrzeń.

- To tylko początek. Mamy sześciuset dwunastu podejrzanych takich jak ty. Powoli 

redukujemy tę grupę. Gdzie byłeś, kiedy nastąpił dzisiejszy napad na bank?

-   Siedziałem   w   miejscu,   w   którym   ty   teraz   siedzisz.   I   przeprowadzano   ze   mną 

wywiad.   Tak   naprawdę,   to   stąd   właśnie   wiem   o   kradzieży.   Wiadomość   o   tym   została 

wtrącona w wywiad.

- Twoje alibi zostanie sprawdzone. Nie wolno ci opuszczać miasta.

- Oczywiście, że nie będę go opuszczał. Występuję tu w cyrku, każdego wieczora. 

Przyglądają mi się i oklaskują mnie tysiące ludzi.

background image

- To alibi także sprawdzę - powiedział zimno.

- To nie jest alibi, tylko prawda - sięgnąłem do kieszeni. - Proszę. Oto bilet na mój 

dzisiejszy występ. Możesz osobiście mnie zobaczyć.

- Osobiście  zobaczę  cię  w  więzieniu  - wziął  bilet,  przedarł  go na  pół i rzucił  na 

podłogę. - Oskarżę cię  o próbę  wręczenia  łapówki oficerowi  policji  - wytarł  ręce,  jakby 

dotknął czegoś paskudnego. Wstał i skierował się w stronę drzwi.

Jeśli zacząłem już czuć jakąś ulgę, to prysła ona natychmiast, gdy umundurowany 

nagle odwrócił się:

- Co wiesz o Stalowym Szczurze?

Zamiast   wrzasnąć   głośno   i   uciekać,   spojrzałem   na   niego   takim   samym   zimnym 

spojrzeniem, jakim on wpatrywał się we mnie.

- O czym ty do licha mówisz?

-   To   jest   obcy   kryminalista   z   pokaźną   kartoteką   kryminalną   na   wielu   różnych 

planetach.

- Nie interesują mnie kryminaliści. Ja jestem uczciwym iluzjonistą, który zarabia na 

życie pracą w cyrku.

Zabębniłem   palcami   o   kolano.   Spokój,   spokój,   żadnych   oznak   zdenerwowania. 

Schowałem dłonie do kieszeni, wyciągnąłem je znowu. Coś upadło na podłogę z metalicznym 

brzękiem. Wszyscy spojrzeliśmy w dół...

To był wytrych, którego ostatnio używałem do sforsowania drzwi Puissanto.

- To jest wytrych! - powiedział triumfalnie kapitan, a jego wzrok uderzył we mnie.

- Oczywiście, że jest - Angelina wsunęła się pomiędzy nas i podniosła wytrych z 

podłogi. Czar prysł.

- Nigdy się bez niego nie ruszam - powiedziałem spokojnie. - Proszę.

Podszedłem do stołu i wziąłem książkę opisującą moją fałszywą karierę. Otworzyłem 

ją i wskazałem odpowiedni fragment.

- Podwodna magiczna  ucieczka.  Widać tu kajdany na moich  dłoniach, łańcuchy i 

obręcze na nogach. I tę metalową klatkę. Mam być  zaraz zanurzony pod wodę. Jeśli nie 

miałbym wytrycha, zaraz bym utonął i koniec pieśni.

Wziąłem   wytrych  i  schowałem  go  na  powrót  do  kieszeni.  Kiedy  się  odwróciłem, 

niemal czułem, jak jego świdrujące spojrzenie wypala dziury w mojej czaszce. Podszedłem 

jednak spokojnie od krzesła i usiadłem. Wciąż się we mnie wpatrywał, aż wreszcie podjął 

decyzję.

- Posiadanie wytrycha jest nielegalne na Fetor. Konfiskuję ten - wyciągnął rękę.

background image

- Tego nie możesz zrobić! - cofnąłem się. - Utonę, jeśli nie będę miał wytrycha w 

podwodnej klatce!

- To mnie nie obchodzi.

Cóż za wspaniały gość. Kiedy jeszcze się wahałem, dobył z kabury olbrzymią spluwę 

i wycelował ją prosto we mnie.

- Drugi raz nie będę powtarzał. Narzekając pod nosem, oddałem mu wytrych.

- Jeszcze wrócę - powiedział umundurowany oprych na pożegnanie i wyszedł.

Angelina   podeszła   do   drzwi,   odczekała   chwilę,   potem   otworzyła   je.   Korytarz   był 

pusty. Wziąłem wykrywacz i przeleciałem po pokoju. Kapitan nie próżnował. Dwie pluskwy 

pod   krzesłem,   na   którym   siedział.   Jeszcze   więcej   pod   obrusem   i   w   koszu   na   śmieci. 

Niszczyłem je zajadle pod podeszwą buta, aż wykrywacz znów zapalił się zielonym światłem.

- Nie podoba mi się to. Czuję się jak w pułapce. Jakby osaczały mnie ze wszystkich 

stron wrogie siły.

- Trochę dramatyzujesz. Ale sprawa jest poważna. Naleję ci drinka.

- Mój aniele. Dużego poproszę. Pomogło. Tak mi się przynajmniej zdawało.

- Lepiej będzie odwołać nasze występy i opuścić planetę - stwierdziła Angelina. - Czy 

to nie ty zawsze mówiłeś, że kto wycofuje się w porę, ma szansę dożyć następnej walki?

- Mówiłem i naprawdę tak uważam. Ale byłem wtedy znacznie młodszy i szybszy. I 

zawsze też szukałem nowego wyzwania. Ale teraz ten stary szczur czuje się jednak trochę 

zardzewiały i otępiały.  Jest jeszcze kilka innych powodów, niektórych  nawet nie potrafię 

wytłumaczyć, dla których nie chcę się z teraz wycofywać.

- Cztery miliony kredytów dziennie. Myślisz czy tak? Niechętnie przytaknąłem.

- Czy nie możemy o tym zapomnieć? Nie ma sensu bycie najbogatszym więźniem w 

galaktyce i to na tej obrzydliwej planecie.

- To, co mówisz, jest słuszne. Ale wstrzymajmy się jeszcze przez chwilę z odwrotem. 

Jak właśnie zaczynałem mówić, zanim dostrzegłem twego nieproszonego gościa, odkryłem 

coś   bardzo   ciekawego   na   temat   naszego,   zdawałoby   się,   tępawego   Puissanto.   On   używa 

słownictwa godnego profesora uniwersytetu, jeśli tylko sądzi, że nikt go nie słyszy. Dlatego 

gdy dzisiaj będzie występował na scenie, a tym samym nie zdoła mi przeszkodzić, zajrzę do 

jego komputera.

Chwyciłem za telefon.

- Zadzwonię do najbliższej informacji po numer do Eprom, a od nich poproszę o 

specyfikację i dokumentację Eprom-80. O ile tylko nie stanowi to tajemnicy państwowej.

Nie stanowiło, ale ten fakt niewiele ułatwił mi sprawę. Fetor było jednak paranoiczną 

background image

planetą. Dostałem numer do Eprom i zadzwoniłem do nich. Potem zaś wysłuchiwałem bez 

końca   nagranych   głosów   i   wystukiwałem   kolejne   podawane   numery   wewnętrzne.   Kiedy 

wreszcie odebrał człowiek, wyprowadził mnie z równowagi jeszcze bardziej niż te wszystkie 

roboty.

- Eprom-80? Numer seryjny?

-   Skąd   mam   wiedzieć?   Maszyny   tutaj   nie   ma,   a   dokumentacja   zaginęła   wraz   z 

numerem.

- Nie wiem...

- Ale ja wiem. Nie możecie po prostu podać ceny i przesłać mi dokumentów? Przecież 

nie są tajne?

- Nie... ale objęte prawami autorskimi.

- Oczywiście, że objęte! I co z tego? Przecież sprzedajecie je wraz z każdą maszyną. 

Podajcie cenę, a ja prześlę pieniądze.

Ciągłe   powtarzanie   słowa   ”pieniądze”   wreszcie   jakoś   poskutkowało.   Przyjął 

zamówienie. Zanim to zrobił, naprawdę już rozbolało mnie ucho. Otworzyłem więc butelkę 

Doktora na Uszy i nalałem sobie dużą szklanicę.

Nigdy więcej takiego dnia!

background image

Rozdział 11

Naprawdę musiałem się bardzo starać podczas wieczornego występu, aby zapanować 

nad emocjami i wyrzucić z głowy wszystkie niespokojne myśli. Udało mi się, ale nie było to 

wcale łatwe. Kiedy jednak publiczność szalała ze szczęścia, pomyślałem, że chyba nie poszło 

mi   aż   tak   źle.   Po   występie   Angelina   pomogła   mi   zmyć   makijaż,   przebraliśmy   się   i 

pojechaliśmy taksówką do hotelu. W pokoju świecił się przycisk wiadomości na telefonie. 

Wcisnąłem klawisz.

- Się macie ludzie, tu James - usłyszeliśmy głos naszego syna. - Mam nadzieję, że z 

wami   wszystko   w   porządku.   Kupiłem   bilety   i   jestem   w   drodze.   Nie   mogłem   załatwić 

bezpośredniego lotu na Fetor, więc nie wiem dokładnie, kiedy do was dolecę. Mój statek na 

Helior odlatuje za kilka minut. Przywiozę ze sobą komputer, nowy i znacznie ulepszony. 

Zawiadomię was później o godzinie przylotu.

- Posiłki w drodze - powiedziałem, sięgając po jakiegoś wysokoprocentowego bełta. 

Powstrzymałem się jednak. Sprawy i tak się już wystarczająco splątały, chyba nie było sensu 

dodawać jeszcze do tego alkoholowej beztroski... Napełniłem więc jedną małą szklaneczkę 

sherry   i   zapaliłem   cygaro.   Gloriana   u   moich   stóp   potrząsnęła   zalotnie   kolcami,   więc 

podrapałem   ją   pomiędzy   uszami.   Miałem   narastające   przeczucie   wypełniającego   się 

przeznaczenia i nie podobało mi się wcale to, co czułem. Angelina musiała dostrzec wyraz 

mojej twarzy, bo usiadła na kanapce obok i ujęła mnie za rękę.

- Wyglądasz bardzo ponuro, kochanie. Powiedz, co ci leży na sercu.

Uścisnąłem jej dłoń bez słowa i skończyłem sherry.

- Wyglądam ponuro, bo tak też się czuję. Cały czas mam przeczucie, że wydarzenia 

całkowicie wymknęły się nam spod kontroli. A ja, jak sama dobrze wiesz, lubię panować nad 

sytuacją i kontrolować przez cały czas to, co się ze mną dzieje. A teraz tak nie jest. Spójrz na 

to   pasmo   niepowodzeń,   odkąd   przybyliśmy   na   tę   przygnębiającą   planetę.   Najpierw   bank 

Kaiziego   został   obrabowany,   a   Bolivara   oskarżono   o   dokonanie   tego.   Wprawdzie 

wyciągnęliśmy   go   z   więzienia,   ale   teraz   musi   się   ukrywać   pomiędzy   potworami,   aż   do 

przybycia  Jamesa. Potem ofiarą padł następny bank, którego sekretnym  właścicielem, jak 

wiemy, jest Kaizi, a na miejscu zbrodni znaleźli figurkę stalowego szczura. Potem przychodzi 

do mnie policja i roztrząsa każdą literkę mojej niemal prawdziwej karty identyfikacyjnej. Tak 

więc rozumiesz, że zaczynam czuć czyjś gorący oddech na plecach. I zadaję sobie pytanie, 

background image

czy to wszystko jest warte czterech milionów kredytów dziennie?

- A co ci mówi przeczucie?

- Mówi mi, żeby stąd wiać. - I zrobisz to?

-   Zgadza   się.   Jest   wiele   innych   sposobów   zarabiania   pieniędzy,   legalnych   i 

nielegalnych. I chyba zaczniemy ich poszukiwać. Nie mam zamiaru zawisnąć dla Kaiziego.

- Pakować rzeczy? Potrząsnąłem przecząco głową.

-   Nie   przed   jutrzejszym   rannym   występem.   Wśród   tego   całego   pośpiechu   i 

zamieszania zdobyliśmy jednak jakąś wiadomość. Puissanto, czyli ten, z którego powodu tu 

przyjechaliśmy, nie jest tym, za kogo chce uchodzić. Muszę więc dowiedzieć się kim lub 

czym jest. Kiedy jutro będzie na scenie, włamię się do jego komputera. Gdy tylko zaspokoję 

ciekawość, opuścimy planetę i zabierzemy ze sobą Bolivara.

- Są jeszcze dwie rzeczy, które mnie martwią. Policja ma twoje dokumenty, a Bolivar 

jest uciekinierem i przestępcą i nie ma w dodatku żadnych legalnych papierów.

- Zapomniałaś, że rozmawiasz z mistrzem fałszerstwa? To żaden problem. Już jutro 

rano będę miał dokumenty dla nas obu. A drugie zmartwienie?

- Czy zostawiamy tutaj Jamesa, by kontynuował sprawę po naszym odjeździe.

- Nigdy w życiu! - nalałem sobie jeszcze sherry i wypiłem duszkiem. - Wedle naszego 

nowego, znacznie przyspieszonego, rozkładu zajęć możemy opuścić tę planetę, zanim on się 

tu   zjawi.   Jeśli   więc   porzucimy   poprzedni   plan,   aby   teoretycznie   obejmował   w   banku 

stanowisko brata, wówczas jego przyjazd na Fetor jest w ogóle niepotrzebny. Zatrzymamy go, 

zanim tu wyląduje. Obawiam się, że ta robota za cztery miliony dziennie zamienia się w 

koszmar. James wspomniał, jak miał się nazywać jego pierwszy przystanek?

- Helior.

- Zostawię mu wiadomość - chwyciłem za telefon - aby tam został, aż do naszego 

przyjazdu. Wystarczająco wiele osób tkwi w tym szambie, żeby mieszać w to także i jego.

- Zgadzam się w zupełności.

Z kosza Gloriany dobiegło rytmiczne pochrapywanie.

- Wiesz co, pójdźmy w ślady naszej kochanej świnki i zdrzemnijmy się. To się nam 

przyda.

Rano zaraz  po śniadaniu  Angelina  wyszła  na miasto  z kieszenią  pełną  forsy,  aby 

znaleźć jakąś nieuczciwą agencję podróżniczą. Ja zaś użyłem jednej z tajemnych nietypowych 

funkcji mojego przenośnego radyjka i wykonałem nowe dokumenty.  Przygotowałem takie 

same, jak te, których użyliśmy przy wjeździe, tak było najprościej, by uniknąć niepotrzebnych 

kłopotów. Właśnie skończyłem, kiedy wróciła Angelina. Już od drzwi machała grubą kopertą.

background image

- Załatwione. Najtrudniejszą częścią zadania było pozbycie się kilku typów, którym za 

bardzo się podobałam. Sześciu śpi sobie teraz grzecznie, ale jeden, obawiam się, znalazł się w 

szpitalu.

- Jestem pewien, że na to zasługiwał.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo masz rację. Nieważne. Dałam nieco forsy kierowcy i 

zawiózł mnie do baru, gdzie jego zdaniem rezyduje lokalna mafia. I tak też było. Ten w 

szpitalu to zresztą ochroniarz lokalnego kapo. Który zresztą na tyle wysoko docenił moją 

akcję, że z miejsca zaproponował mi objęcie tej gwałtownie zwolnionej posady. Miło, gdy 

ktoś cię docenia. Ale ja zapewniłam go, że moim największym marzeniem jest zwiać z tej 

planety. Kiedy uwierzył wreszcie, że nie jestem policyjnym szpiegiem, skontaktował mnie z 

jakąś organizacją, która siedzi ponoć w biznesie transportowym.

- A co transportuje?

- Wolałam nie pytać. Ale w końcu ubiliśmy interes. Tu są trzy bilety na nocny pociąg 

poduszkowy do portu Mtumwa. To miasto przemysłowe słynące ze swego zanieczyszczenia i 

wysokiej śmiertelności.

- Cudownie! A dlaczego odwiedzamy tę letniskową miejscowość?

- Ponieważ w niej właśnie znajduje się towarowy port kosmiczny. A my jesteśmy na 

liście załogi frachtowca ze stalą, który wylatuje następnego dnia.

- To brzmi nieźle. Jakie mamy stanowiska?

- Ja jestem pomocnikiem kucharza. Ty i Bolivar - mechanikami.

- I będziemy musieli naprawdę pracować?

- Tylko do momentu, kiedy wypłacę kapitanowi drugą ratę. Każde z nas spakowało 

tylko po jednej torbie. Reszta rzeczy musiała zostać. Gloriana przyglądała się temu z natężoną 

uwagą. Potem chrząknęła pytająco. Angelina zmarszczyła brwi.

- Bierzemy ją ze sobą? - spytała.

- Kiedy odkryją naszą ucieczkę, para podróżująca ze świniozwierzem będzie... jakby 

to powiedzieć... bardzo rzucać się w oczy.

-   Masz   oczywiście   rację.   Ale   jeśli   ją   tu   zostawimy,   jej   los   jest   boleśnie 

przewidywalny.

To była prawda. Spojrzałem na naszego drogiego zwierzaka i ujrzałem u moich stóp 

dwie półtusze wieprzowe.

- Odłóżmy tę decyzję na później - zaproponowała Angelina. - Nie... nie możemy. 

Wezwijmy obsługę, niech dostarczą wózek do transportu psów. Pojedzie w nim. Nie możemy 

jej tu zostawić.

background image

Do Colosseo przybyliśmy wcześnie. Byłem przebrany w strój sceniczny i stałem za 

bocznym skrzydłem kurtyny, kiedy Puissanto rozpoczął swój występ. Jego pokaz miał trwać 

około trzydziestu minut. Ustawiłem stoper i ruszyłem pędem do garderoby siłacza. Kiedy już 

zamknąłem   się   od   wewnątrz,   wyciągnąłem   z   kieszeni   dokumentację   i   zasiadłem   przed 

komputerem. To był dość tani model z łatwym do sforsowania kodem bezpieczeństwa. Nie 

minęło dziesięć minut, a już byłem w środku. Położyłem stoper na widoku i zanurzyłem się w 

plikach. Arkusze kalkulacyjne i dane finansowe. I to spore sumy, ale nie miałem absolutnie 

pojęcia, co może mieć z tym wspólnego nasz siłacz. Jeszcze dziesięć minut. Cały spływałem 

potem, sięgnąłem jeszcze do jednego katalogu. Czas, czas już wiać... Nagle poczułem na szyi 

podmuch chłodnego powietrza.

Chłodne powietrze!

Obróciłem się błyskawicznie. W drzwiach stał Puissanto. Jego małe oczy błyszczały 

wściekle. Zamknął za sobą drzwi. A więc koszmar stał się prawdą. Zamknięty z potworem w 

jednym pomieszczeniu!

- Zabić! - streścił krótko swoje plany i sięgnął po mnie.

Z   tak   wielką   masą   był   na   szczęście   niezbyt   szybki.   Ale   też   i   pokój   nie   był 

gigantyczny.   W   dodatku   z   pojedynczym   oknem,   w   dodatku   zabezpieczonym   żelaznymi 

sztabami. Skoczyłem w bok, wybiłem się na kanapie i przeskoczyłem z obrotem w powietrzu 

nad   głową   Puissanto.   Nie   zdołał   mnie   sięgnąć.   Dopadłem   do   drzwi   z   wytrychem, 

przekręciłem go...

Olbrzymia jak prehistoryczny bochen chleba dłoń w tym właśnie momencie spadła mi 

na kark i uniosła w powietrze, potrząsając jak starym łachem. Zakrztusiłem się i nie mogłem 

wydusić ani słowa, bo moja tchawica była właśnie miażdżona. Puissanto puścił mnie jednak. 

Postawił   ciężką   stopę   na   mojej   piersi,   aż   jęknąłem.   Przegryzł   na   pół   żelazną   sztabę   - 

przypomniałem sobie - i przebił głową mur.

- Mmogę wwyjaśnić... - wykrztusiłem z trudem. - Mów.

- Nie jestem tym, na kogo wyglądam...

- Policyjny szpieg! - stopa nacisnęła mocniej i oczekiwałem podświadomie na trzask 

pękających żeber.

- Nigdy! Jestem... prywatnym detektywem.

- Kto ci płaci?

Teraz nie był najlepszy czas na wymyślanie kłamstw.

- Bankier. Bardzo bogaty bankier o imieniu Imperetrix von Kaiser-Czarski.

- Kłamiesz!

background image

Nacisk zwiększył się jeszcze bardziej i pociemniało mi w oczach. Gdzieś z daleka 

słyszałem żałosny skrzek - ”nie, nie”. Czy to ja tak jęczałem?

Nagle nacisk zelżał. Olbrzymia dłoń uniosła mnie i cisnęła na fotel. Powoli powrócił 

mi wzrok i dostrzegłem, że potwór siedzi obok mnie. Był spokojny. I mówił do mnie.

-   Nadszedł   czas,   byś   był   nieco   bardziej   prawdomówny   w   swoich   zeznaniach, 

Marvellu,   wcale   zresztą   nie   taki   wspaniały.   Mam   w   tym   pokoju   ukryty   niemożliwy   do 

wykrycia   system   alarmowy,   który   ostrzegł   mnie,   że   ktoś   tu   przebywał   podczas   mojej 

nieobecności.   Dlatego   też   skróciłem   nieco   swój   dzisiejszy   występ,   podejrzewając,   że 

tajemniczy intruz może znowu powrócić.

- Nagle zacząłeś mówić bardziej do rzeczy.

Owszem, ale jeśli nie udzielisz mi właściwych odpowiedzi, nigdy już nie usłyszysz 

innych przemówień. - Atmosfera nieco się jednak rozluźniła. Uśmiechnął się. - Więc skoro 

już się zrozumieliśmy, możesz swobodnie opowiedzieć mi wszystko o twojej tutaj obecności.

Powiedziałem mu. Wszystko. Oprócz oczywiście szczegółów mojej kariery do czasu 

spotkania z Kaizim. Byłem po prostu międzygwiezdnym prywatnym detektywem. Słuchał w 

milczeniu,   postukując   tylko   palcami   o   brzeg   kanapy.   Kiedy   skończyłem,   przez   chwilę 

milczał, jakby rozważał moje słowa. Potem skinął głową.

- Niezwykła opowieść, Jim. Myślę, że tysiące ludzi na moim miejscu nie uwierzyłoby 

w nią zupełnie. Ale ja wierzą. Bo podczas moich poszukiwań na tej planecie, także natrafiłem 

na   pewne   sprawki   związane   z   twoim   pracodawcą.   Tutaj   załatwia   się   sporo   brudnych 

interesów. O ile zdołałem się zorientować, a znam na razie jedynie wierzchołek góry lodowej, 

twój znajomy Kaizi stoi za wieloma z tych ciemnych sprawek. Do takich właśnie odkryć 

doszedłem. Bo widzisz, tak naprawdę to jestem Galaktycznym Inspektorem Podatkowym.

-   Z   policji   podatkowej?   -   zdębiałem.   Tego   nie   spodziewałem   się   nawet   w 

najfantastyczniejszych snach.

- Tak jest. To bardzo potrzebny zawód na tych planetach pełnych oszustów i krętaczy. 

Bez   prawa   i   podatków   mielibyśmy   tutaj   galaktyczną   anarchię.   A   Fetor   jest   miejscem 

zamieszkania kilku najbardziej znanych oszustów podatkowych.

Wciąż nie mogłem w to uwierzyć.

- Poborca... Nikt by się nie domyślił.

- I o to właśnie chodzi. Mam perfekcyjną charakteryzację. Prosty muskularny atleta 

Wiele   też   z   tym   zabawy,   muszę   przyznać.   Naprawdę   męczyło   mnie   wykładanie   na 

uniwersytecie, nudziła mnie też praca w Urzędzie, mimo że byłem dyrektorem departamentu 

Oszustw na Wielką Skalę. Więc kiedy zacząłem dostawać raporty o tym, co się dzieje na 

background image

Fetor,   sam   zgłosiłem   się   na   ochotnika   do   śledztwa   w   terenie.   Zwłaszcza   że   mogłem 

wykorzystać swoje naturalne cechy.

- Naturalne cechy? - chyba czegoś nie rozumiałem.

- No tak. Pewnie słyszałeś o mojej ojczystej planecie, Trantorze?

- Przykro mi... są tysiące zamieszkanych planet.

- Tak... ale tylko jedna ma masę Trantora. Nieco więcej niż trzykrotna, jeśli wyrazić to 

w standardowej grawitacji planetarnej. Co nam daje ciążenie 3G.

- Nic dziwnego, że robisz to, co robisz!

- Na waszych małych światach czuję się lekki jak piórko. Czasem zdaje mi się, że 

unoszę się w powietrzu. Ale to nieważne. Człowiek, którego nazywasz Kaizi, jest bankierem 

o międzygalaktycznej renomie... ale ciążą też na nim spore podejrzenia...

Przerwał, ponieważ rozległo się energiczne pukanie do drzwi.

- Zamknięte. Precz - warknął, wracając do osobowości Puissanto.

- Chcę się skontaktować z Marvellem Wspaniałym - powiedział niewyraźny głos. - 

Czy nie wiesz...

- Nie! Odejdź! - zaryczał.

Natarczywe pukanie rozległo się znowu. Puissanto chwycił mnie za gardło, żebym nie 

mógł mówić, i przytrzymał wyciągniętą przed siebie ręką za drzwiami, które uchylił.

- Upps - powiedział. - Ty kto?

-   Megalitowy   Człowiek   -   powiedział   ochrypły   głos.   -   Chcę   mówić   z   Marvellem 

Wspaniałym.

Zacząłem się wić i wiercić, i zdołałem wydusić kilka słów. - Wpuść... jest OK.

Upadłem, kiedy otworzył dłoń. Megalitowy Człowiek wkroczył do pokoju i dostrzegł, 

jak czołgam się po podłodze.

- W porządku, tato? - zapytał.

Puissanto   zamknął   drzwi   i   przyjrzał   się   najpierw   mnie,   a   potem   Megalitowemu 

Człowiekowi.

- Jeśli to jest twój syn, to masz naprawdę sporo recesywnych genów - powiedział 

wreszcie.

- To  tylko  kostium  -  odparł  Bolivar,  ściągając   głowę Megalitowego   Człowieka.  - 

Pojawił się spory problem. Mama zaniepokoiła się, że Puissanto skrócił występ. Powiedziała, 

żebym przyszedł tutaj do garderoby, ale nie zdążyła mi wyjaśnić po co, bo dopiero wtedy 

zaczęły się prawdziwe kłopoty. Przerwano program, a w teatrze aż roi się od policjantów. 

Trzech jest już w twojej garderobie. Wszystkie wyjścia z teatru zamknięto, oprócz jednego. A 

background image

tym jednym powoli wypuszczają publiczność, sprawdzając każdego po kolei.

- Masz jakiś pomysł, o co im chodzi? spytał Puissanto.

- To nie jest, niestety, sekret - Bolivar patrzył na mnie z nieszczęśliwą miną. - Mają 

twoją fotografię, tato. I pytają każdego, czy kiedykolwiek słyszał o Stalowym Szczurze.

background image

Rozdział 12

Miałem więc słuszne przeczucie, że wrogie moce mnie osaczają. Nie przewidziałem 

jednak,   niestety,   że   są   aż   tak   blisko.   Gorący   oddech   na   plecach   niemal   mnie   parzył. 

Rzeczywistość była nieubłagana. Zawaliłem sprawę. Powinniśmy byli wiać poprzedniej nocy. 

Przez swoją ciekawość, przez chęć zbadania jednej tajemnicy, naraziłem na niepowodzenie 

całą akcję. Nie wspominając już o zdrowiu i pomyślności mojej rodziny. Wziąłem głęboki i, 

co tu kryć, drżący oddech.

- Dobra - powiedziałem głosem bardziej pewnym, niż naprawdę się czułem. - Muszę 

się stąd wydostać. Jakieś sugestie?

- Czy to ty jesteś tym Stalowym Szczurem, którego chcą zgarnąć? - spytał Puissanto.

- Mam tę przyjemność - nie było sensu łgać, zwłaszcza że policja już łączyła moją 

fotografię z tym imieniem

- Twój przydomek z czymś mi się kojarzy. Czy mogłem na niego natrafić w moich 

danych?

- Jakich danych?

- Podatkowych.

-   Niemożliwe.   Moim   mottem   jest   podstawowe   prawo   kapitalizmu   -   kupuj   tanio, 

sprzedawaj drogo i unikaj podatków... Legalnie oczywiście.

- Stalowy Szczur? A jednak to brzmi dziwnie znajomo... Tak! Czy ty przypadkiem nie 

byłeś zamieszany w zniszczenie wielkiej bazy danych dotyczących podatków dochodowych?

- Oszczerstwa! Nie udowodnione! Moja kariera to po prostu naprawianie tego, co jest 

złe na świecie. Taka nowocześniejsza wersja starej legendy o gościu zwanym Robin Hood. 

Moja specjalność to spłaszczanie krzywej dochodów. Możesz to też nazwać redystrybucją. I 

warto jeszcze dodać, że co najmniej kilka razy ocaliłem galaktykę. Co powinno się liczyć.

- Jesteś pewien, że nie zniszczyłeś tych danych podatkowych? Jak wszyscy poborcy 

podatkowi nie odpuszczał tak łatwo.

- Jestem całkowicie pewien - skłamałem. Cóż, są takie sytuacje, gdy prawda staje się 

zbyt kłopotliwa.

Puissanto skubał brodę w zamyśleniu.

- Na razie zapomnimy o tej sprawie z danymi. Jeśli więc nie chodzi o podatki, to 

dlaczego policja tak bardzo chce cię schwytać?

background image

- Oskarżają mnie o te rabunki bankowe. Podczas gdy w rzeczywistości ja też jestem tu 

po to, aby wykryć sprawcę.

- A więc krótko mówiąc, wrabiają cię?

- Dokładnie tak - powiedział Bolivar. - I w dodatku jest to szyte na tyle grubymi 

nićmi, że ja też się w to łapię. Byłem dyrektorem tego pierwszego obrabowanego banku. 

Policja oskarżyła mnie o przygotowanie napadu i aresztowała mnie. Z pomocą przyjaciół 

zdołałem uciec.

- Jeśli obaj jesteście niewinni - Puissanto rozważył wszystko przez chwilę, a potem z 

wahaniem podjął decyzje - to moim obowiązkiem, jako uczciwego obywatela i urzędnika, jest 

pomóc wam w ucieczce. Dokładnie zbadałem zwyczaje panujące w tutejszej policji. Wiem, 

jak   bardzo   jest   skorumpowana.   Kompletnie   kontrolowana   przez   miejscowych   wielkich 

oszustów podatkowych. Dam wam nazwisko i numer telefonu.

Znalazł pisak, który całkowicie znikł w jego olbrzymiej dłoni. Skreślił na kartce kilka 

znaków.

- Pako jest moim pomocnikiem, pomoże wam. Zadzwońcie tam i zidentyfikujcie się 

przez...

Rozległo się gwałtowne walenie do drzwi i krzyki.

- Otwierać! Policja!

- Precz! Śpię!

Puissanto rozejrzał się po pokoju.

- Szybko - szepnął, wskazując na okno. - Tam.

Bolivar   nałożył   głową   Magalitowego   Człowieka   i   pośpieszył   za   atletą,   który   bez 

najmniejszego wysiłku rozgiął metalowe sztaby zabezpieczające okno.

Potem ryknął nagle wprost w moje ucho, co niemal urwało mi głowę.

- Obudzić Puissanto! On zabić!!!

Jeśli   to   zapewnienie   nie   powstrzymało   policji,   miałem   nadzieję,   że   chociaż   nieco 

opóźniło   wtargnięcie   tutejszych   stróżów   prawa.   My   w   tym   czasie   schodziliśmy   na   dół. 

Puissanto odgiął sztaby do pierwotnej pozycji i zamknął okno.

Uciekliśmy.   I   przemokliśmy   w   ciągu   następnych   paru   sekund.   Właściwie   to   ja. 

Bolivar miał szczęście z tym swoim sztucznym ciałem. Po niebie szalały błyskawice, dudniły 

grzmoty, deszcz lał jak z cebra. Co zresztą było dla nas pomyślnym zbiegiem okoliczności, bo 

jako uciekający tworzyliśmy bardzo rzucającą się w oczy parę. Ja w stroju maga z czarnym 

płaszczem   w   księżyce   i   wysokim   cylindrem,   a   Bolivar   jako   obrzydliwy   potwór.   Ciężko 

byłoby zgubić się w tłumie. Na szczęście tych paru ludzi, których mijaliśmy, miało pochylone 

background image

głowy i szukało jakiegoś schronienia przed deszczem. My też się spieszyliśmy, starając się 

zwiększyć maksymalnie nasz dystans wobec ścigających nas policjantów. Skręcając za róg, 

dostrzegłem świetlny szyld restauracji.

- Tam - powiedziałem. - Bezpieczny port podczas burzy.

- Jesteś pewien? ”Truciciel Pete - na wynos i w barze, jeśli się odważysz” - nie brzmi 

zachęcająco.

- Nie przyszliśmy tu jeść. Chcę tylko skorzystać z telefonu. Idziemy.

Może   jednak   Bolivar   miał   rację   -  pomyślałem,   gdy  zamknęły   się   za   nami   drzwi. 

Pomieszczenie   było   przeraźliwie   brudne   i   zawierało   tylko   dwie   odrapane   i   poplamione 

drewniane ławy. Przy jednej z nich, w rogu knajpy, siedział pijak, trzymający w ręku butelkę. 

Wyglądał na zupełnie już nieprzytomnego. Kiedy wciągnąłem woń potraw, aż zakasłałem. 

Poczułem ból w płucach.

- Witajcie głodni nieznajomi w środku nocy. Truciciel Pete da wam jedzenie tak ostre, 

że aż stopy wam się skurczą.

Cudownie.   Truciciel   Pete   był   robotem   o   metalowej   twarzy   ozdobionej   wielkimi 

czarnymi wąsami i odzianym w jakiś ciuch przypominający poplamiony koc, przerzucony 

przez ramię. Miał też na głowie wielki kapelusz z absurdalnie szerokim rondem. Zapewne 

reprezentował jakąś kulturę, która zanikła w mrokach dziejów.

- Co wy gringos chcecie zjeść? Zupę z kolców kaktusa? Chile con serape picante?

Chcemy skorzystać z telefonu.

- Zjecie tutaj, cabrones, to dostaniecie telefon.

Dobrze zaprogramowana maszyna - musiała wyciągnąć od klientów trochę kredytów.

- Niech będzie - powiedziałem - dwa razy to, co mówiłeś i... - spojrzałem na spienione 

kufle namalowane na ścianie - ... dwa piwa.

Teraz   robot   przystąpił   do   akcji.   Pchnął   po   blacie   przed   nami   dwa   kufle,   których 

wierzchem   przelewała   się   piana;   następnie   wypełnił   dwie   miski   jakąś   obrzydliwie 

wyglądającą zieloną masą. Miski także podążyły w ślad za kuflami. Dopiero teraz wydobył 

również mały telefon, który dorzucił do jednej z misek.

-   Trzydzieści   pięć   kredytów,   naprawdę   dobra   cena   -   powiedział.   Bardzo   w   to 

wątpiłem. Kiedy Bolivar płacił,  ja wyciągnąłem telefon z żarcia i zadzwoniłem do Pako. 

Tylko zgarnąłem tę zieloną masą z telefonu, a już poczułem pieczenie palców. Ktoś odebrał.

- Puissanto powiedział, że powinienem zadzwonić pod ten numer.

- Jeśli jesteś Marvell, Puissanto dzwonił do mnie w twojej sprawie.

- Dobra wiadomość.

background image

- Z tego, co on mówił, to raczej zła. Ale powiedział też, żeby cię odebrać. Gdzie 

jesteś?

Opisałem mu miejsce, w którym się znaleźliśmy. Na podstawie moich wskazówek, 

Pako bez trudu trafił do Truciciela Pete.

Bolivar   -   och,   ta   niecierpliwa   młodość   -   popełnił   poważny   błąd,   bo   spróbował 

zamówionej przez nas potrawy. Teraz mój syn leżał na stole, a ja wlewałem mu w gardło cały 

kufel piwa. Piwo parowało. Niemal doprowadziłem go do stanu używalności, gdy do knajpy 

wszedł niepozorny facet o szczurowarym wyglądzie. Miał ostro zakończony nos, a jego małe 

wąsy zdawały się drgać, gdy rozglądał się wokół.

- Ty jesteś Marvell? - czubkiem buta trącił pijaka. Jego żółte szczurze zęby błysnęły 

spod wąsów, gdy to mówił.

- Tutaj - powiedziałem.

Ocenił mnie spojrzeniem z góry na dół. Nagle cofnął się nieco, dostrzegł bowiem 

odrażające przebranie Bolivara.

- Jesteśmy z tego samego cyrku co Puissanto - wyjaśniłem. - Sami starzy przyjaciele. 

Masz jakiś środek transportu?

- Mam kangurowca. Puissanto powiedział, by zabrać was do biura.

- Nie sądziłem, że ma tu biuro. Jesteś tego pewien? Czy to ma coś wspólnego z GIP?

- Cicho! - rozejrzał się wokół, ale ani pijak, ani robot-oberżysta nie zwrócili uwagi na 

moje słowa. - Nikt nie może wiedzieć o tym  śledztwie podatkowym.  Oczywiście, że ma 

biuro. I oczywiście jest ono ukryte, bo nikt nie powinien wiedzieć, kim jest. A jestem jego 

księgowym. Gotowi?

- Tak. Możemy iść.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, podejrzliwie przyjrzałem się jego maszynie. Widziałem 

już taką w dzień, a właściwie w wieczór, naszej cyrkowej premiery. Kabina pasażerska na 

kangurowcu była zawieszona pomiędzy dwoma potężnymi, przypominającymi tłoki, nogami. 

Wspięliśmy się tam po drabince, znajdującej się na jednej z nóg.

- Zapnijcie pasy - polecił Pako. - Mój wehikuł naprawdę ma zryw. Jest używany przez 

geodetów do pracy w trudnym terenie.

Włączył   właśnie   silnik,   kiedy   z   piskiem   hamulców,   niemal   tuż   pod   nami,   stanął 

policyjny wóz. Oświetlił kangurowca potężnym reflektorem. Bolivar i ja skuliliśmy się w 

kabinie, aby nie było nas widać.

- Wyłaź stamtąd! - warknął rozkazująco policjant. - I trzymaj ręce na widoku.

- Nic nie zrobiłem - zaskomlał Pako.

background image

- Natychmiast wyłaź z tej maszyny!

- Zrób to, a będziesz martwy - powiedziałem do Pako najgroźniejszym tonem, na jaki 

mogłem się zdobyć. Przytknąłem mu do pleców kciuk, a on jęknął z przerażeniem. - To jest 

odbezpieczona spluwa. I wystrzeli, jeśli natychmiast nie opuścimy tego miejsca.

Pako nacisnął na gaz.

Jednym   potężnym   susem   kangurowiec   wzbił   się   w   powietrze.   Tłoki   i   sprężyny 

złagodziły impet lądowania i natychmiast nastąpił kolejny olbrzymi sus. Gdy podnosiliśmy 

się do góry,  można było  wytrzymać,  ale przy każdym  lądowaniu boleśnie gryzłem  się w 

język. Brak treningu, po prostu.

Pojazd   policyjny   natychmiast   ożył   i   rzucił   się   w   pogoń   za   nami.   Słychać   było 

ogłuszający ryk syreny. Nasz środek transportu był o wiele wydajniejszy przy dużym ruchu - 

mogliśmy przeskoczyć przez każdą przeszkodę, ustępował jednak wozowi policyjnemu na 

otwartej przestrzeni. Kiedy więc ruch trochę zmalał, policja zaczęła nas doganiać. Skakaliśmy 

właśnie   przez   dzielnicę   przemysłową,   po   obu   stronach   drogi   znajdowały   się   zakłady 

fabryczne. Po następnym skrzyżowaniu zamiast nich wyrosły wysokie płoty. Wskazałem ręką 

jeden z nich.

- Nad nim. Skacz!

- Nie mogę! Zginiemy. Przecież nie wiem, co tam jest!

- Zginiesz na pewno, jeśli mój pistolet wypali! Skacz!!! Wrzeszcząc z przerażenia, 

Pako naparł z całej siły na dźwignię.

Kiedy   lądowaliśmy,   maszyna   pochyliła   się   lekko   na   jednej   z   nóg   -   tak   o 

dziewięćdziesiąt   stopni   -   ale   jednak   zdołała   wyskoczyć   ponownie   w   górę.   I   tym   razem 

wylądowała na płaskiej powierzchni.

- Nie zastrzeliłbyś mnie, prawda? - zapytał mokry od potu Pako.

- Oczywiście, że nie... Zwłaszcza że nie mam pistoletu.

Jeszcze długi czas obrzucał mnie po cichu obelgami. Ważniejsze jednak było to, że nie 

przestawał   prowadzić   pojazdu.   Opuściliśmy   wertepy   i   znów   skakaliśmy   po   drodze,   co 

znacznie skracało tę przyjemną podróż. Pako zdaje się dobrze znał okolicę, bo poruszaliśmy 

się po bocznych drogach i alejkach, aż dojechaliśmy do dzielnicy małych zakładów i punktów 

usługowych.

Zatrzymaliśmy  się  przy  afiszu  ”Udongo  -  usługi  finansowe”.   Tam   Pako  wyłączył 

silnik, a my opuściliśmy kabinę. Nasz przewodnik otworzył drzwi budynku i wprowadził nas 

do środka.

- A gdybyś  miał wtedy pistolet, zastrzeliłbyś  mnie? - zapytał. Najwyraźniej wciąż 

background image

zszokowany, przeżywał tę przygodę, w której niemalże otarł się o śmierć.

- Przykro mi. - Naprawdę było mi przykro. - Myślałem wtedy tylko o jednej rzeczy. 

Bardzo nie chciałem spotkać się z policją.

Spojrzałem przez okno na zaparkowanego na zewnątrz kangurowca, a dokładniej na 

wielką tablicę rejestracyjną znajdującą się na jego tyle.

- Czy można go znaleźć na podstawie numerów?

- Można by... gdyby numery były prawdziwe. Pan Puissanto jest bardzo ostrożny. 

Pojazd został kupiony legalnie, ale tablice są fałszywe. Również ten  budynek wynajmuje 

podstawiona firma.

Rozejrzałem się wokół. Biuro jak każde inne, tyle że dużo w nim było segregatorów i 

komputerów. Bolivar ściągnął zastępczą głowę i również rozejrzał się wokół.

- Masz gdzieś jakiś dystrybutor z zimną wodą? - zainteresował się. Wciąż jeszcze 

paliło go wspomnienie po Pete Trucicielu.

- W drugim pokoju. Tamte drzwi - pokazał Pako. Bolivar wyszedł.

- Chciałbym użyć telefonu.

- Ale będę musiał obciążyć cię za rozmowę.

- Oczywiście, jak tylko sobie życzysz - wyciągnąłem portfel. Żałowałem nieco, że 

właśnie   łamię   jedną   ze   swych   podstawowych   zasad   życiowych   -   żadnych   interesów   z 

księgowymi i urzędnikami podatkowymi. Wystukałem numer. Telefon dzwonił i dzwonił i z 

każdym kolejnym dzwonkiem temperatura mojego ciała opadała o jeden stopień. Dlaczego 

Angeliny nie było w naszej garderobie? W końcu zadzwoniłem do recepcji cyrku.

- Tu Waldorf-Castoria - powiedziałem, mając nadzieję, nierozpoznawalnym głosem. - 

Mam wiadomość dla jednej z moich klientek, pani di Griz...

- Nie ma jej tu.

- A gdzie jest?

-   Nie   mam   pojęcia.   Widziałem   ją   przez   krótką   chwilę,   kiedy   wychodziła   z 

przyjaciółmi. Odjechali wielkim czarnym samochodem.

W trakcie tej rozmowy spoglądałem w okno. Deszcz właśnie przestał padać, toteż 

całkiem   dokładnie   mogłem   przyjrzeć   się   w   świetle   ulicznych   latami   sporemu   czarnemu 

samochodowi,   który   właśnie   zatrzymywał   się   przed   biurem.   Odłożyłem   słuchawkę   i 

odszedłem zaniepokojony od okna.

- Oczekujesz kogoś? - spytałem.

- Tylko Puissanta. Powiedział, że przybędzie tu jak najszybciej, gdy tylko odjedzie 

policja.

background image

Usłyszałem trzaśniecie drzwi samochodu, a potem ktoś zapukał do drzwi biura.

- To nie jest Puissanto. On ma klucze!

-   Czekaj!   Jesteś   tu   sam   -   chwyciłem   leżącą   na   podłodze   głowę   Megalitowego 

Człowieka i wsunąłem się do sąsiedniego pokoju.

- Chwileczkę - zawołał Pako. Słyszałem jak otwierał drzwi. - Niestety zamknięte. Już 

po godzinach.

Przykro mi. Ale mimo to mam zamiar wejść. Ten głos był mi skądś znajomy... ale 

skąd?

- Nie możesz wejść - usłyszałem jęk Pako. - Czy to... prawdziwy pistolet?

- Zapewniam cię, że tak. Mogę?

Jeszcze  jedno jęknięcie. Stanowczo Pako nie  miał  dzisiaj  szczęścia do pistoletów. 

Fałszywych czy prawdziwych.

- Gdzie on jest?

- Jestem sam!

-   Pako,   nie   potrafisz   zbyt   dobrze   kłamać.   Poza   tym   od   jakiegoś   czasu   mam   na 

podsłuchu twój telefon. Wiem, że przywiozłeś tu jednego gościa.

Jednego? Starałem się przypomnieć sobie moją rozmowę telefoniczną z Pako. Czy 

wspominałem wtedy o Bolivarze? Wręczyłem Bolivarowi głowę Megalitowego Człowieka i 

przykładając palec do ust, nakazałem milczenie. Jeśli ten przybysz nie wie o jego obecności, 

ma szansę się wymknąć. Skinął głową ze zrozumieniem. Cofnął się w głąb pokoju, ja zaś 

otworzyłem drzwi.

- Czego chcesz?

Człowiek trzymający w dłoni srebrny, wysadzany perłami pistolet, odwrócił się do 

mnie i uśmiechnął szeroko.

Kaizi! Imperetrix von Kaiser-Czarski. Mój pracodawca.

- Zdaje się, że wpakowałeś się w małe kłopoty, Jim. Ty i twoja rodzina. To zupełnie 

do ciebie niepodobne.

- Po co ta spluwa? - zapytałem, zwłaszcza że cały czas mierzył mi w brzuch.

- Jesteś poszukiwany przez policję. Może to dla mojego własnego bezpieczeństwa.

- Kłamiesz, Kaizi. Zdaje mi się zresztą, że nigdy nie mówiłeś prawdy.

- Czasami, Jim - uśmiechnął się. - Czasami. Ale za to zawsze płaciłem ci na czas.

- Mogę wiedzieć, czemu założyłeś podsłuch w telefonie Pako?

- No, to chyba oczywiste. Jako finansista zawsze lubię wiedzieć, co zamierzają władze 

podatkowe.

background image

Usłyszałem, że ktoś wchodził przez zewnętrzne drzwi. Kaizi uniósł broń.

- Nie rób teraz nic głupiego, Jim. Po prostu odwróć się i wyciągnij przed siebie ręce.

Zrobiłem to. Na moich nadgarstkach zatrzasnęły się kajdanki. A obrzydliwe oblicze, 

w które patrzyłem, było mi znajome.

- Igor!

Rzeczywiście  był   to  kierowca   ciężarówki,  który wiózł   nas   swego  czasu  na  farmę 

świniozwierzy.

- A jakże, Igor - zgodził się Kaizi. Lubię śledzić poczynania moich pracowników. A 

teraz proszę usiądź na krześle. Przygotowałem dla ciebie mały pokaz.

Postawił   na   stole   miniholoprojektor   i   uruchomił   go.   Pośrodku   pokoju   pojawił   się 

obraz.

- Angelina!

A ona zaczęła mówić.

- Jim, jeśli mnie właśnie słuchasz, nie rób w tym momencie niczego głupiego i zbyt 

pochopnego - powiedział obraz i zmalał, gdyż kamera cofnęła się. Za Angelina stał 

zamaskowany mężczyzna i trzymał ją na muszce pistoletu. Teraz też dostrzegłem, że moja 

żona ma związane ręce. Obraz zamigotał i ujrzałem Glorianę. Rzucała się wściekle, ale była 

kompletnie związana i unieruchomiona. Jeszcze jedno przesunięcie kamery i znów pojawiła 

się Angelina. Była również wściekła, ale w odróżnieniu od Gloriany demonstracyjnie 

zachowywała absolutny chłód. Mówiła krótkimi, wyrzucanymi siebie, zdaniami. - Za tym 

stoi Kaizi. Jest pewnie teraz z tobą. To on kazał mi do ciebie mówić. Słuchaj jego rozkazów. 

Rób, co mówi. Jeśli nie, ostrzegał, że natychmiast zabije Glorianę. - Moja żona była naprawdę 

wściekła. Z trudem wydobywała z siebie słowa. - A jeśli to cię nie przekona... Powiedział, że 

wtedy ja będę następna...

background image

Rozdział 13

To była  jedna z tych  sytuacji,  jakich naprawdę nie lubię. W porządku, przyznaję, 

bywałem  w takich  opałach  już w  przeszłości.  Nieważne jednak, ile  razy w życiu  miałeś 

pistolet przystawiony do głowy, nigdy nie stanie się to dla ciebie rutyną.

I   co   najważniejsze,   zazwyczaj   niebezpieczeństwo   groziło   tylko   mnie.   Teraz   zaś 

chodziło o moją rodzinę. Cała nadzieja na odmianę losu opierała się na założeniu, że Kaizi nie 

ma pojęcia, iż w drugim pokoju znajduje się Bolivar. Spojrzałem na Pako - nie zamierzał 

wspomnieć o obecności Bolivara. No cóż, lepsze to niż nic, ale dalej stąpaliśmy po bardzo 

cienkim   lodzie.   Nie   byłem   oczywiście   szczęśliwy   z   takiego   obrotu   sprawy,   ale   utrata 

panowania nad sobą niewiele by pomogła. Tak jest, Jim, kontroluj zachowanie.

- Grozisz kulkami, Kaizi? Ale jedną sprawę postawmy jasno od razu na początku. Jeśli 

mojej żonie spadnie choćby włos z głowy, oznacza to, iż podpisałeś na siebie wyrok śmierci.

-   Nie   jesteś   teraz   w   sytuacji,   która   pozwalałaby   ci   na   jakiekolwiek   stawianie 

warunków!

- To nie są warunki, Kaizi. To jest tylko przedstawienie faktów. Jeśli to nie ja położę 

kres twojej marnej egzystencji, zrobi to ktoś inny. Teraz kiedy już osiągnęliśmy w tej sprawie 

porozumienie, czego właściwie ode mnie chcesz?

Pomyślał chwilę nad tym, co powiedziałem, potem jednak zdecydował się zignorować 

moje słowa. Jego ego było  co najmniej  tak wielkie jak czerwony karzeł. Uśmiechnął  się 

niemal po przyjacielsku.

- Widzisz, jakie to było łatwe!

Schował spluwę do kabury i spojrzał na skulonego Pako. Wyciągnął w jego kierunku 

paluch.

- Ty, jak się domyślam, chcesz jeszcze trochę pożyć? Pako pobladł gwałtownie. Nie 

potrafił wydusić z siebie ani słowa, zdołał jedynie skinąć głową.

-   Dobrze.   Mógłbym   cię   wprawdzie   poprosić,   żebyś   zachował   to,   czego   byłeś 

świadkiem, tylko dla siebie Ale nie mam żadnej pewności, że tak by się stało - Kaizi spojrzał 

na mnie. - Moje szczegółowe studia nad twoją przeszłością przyniosły mi wiedzę, że nader 

często   używasz   gazu   usypiającego   z   domieszką   elementów   wywołujących   amnezję.   Czy 

słusznie przypuszczam, że masz go przy sobie i teraz?

Przytaknąłem skwapliwie.

background image

- Świetnie. Czy byłbyś tak miły, by poczęstować nim Pako?

Spokojnie patrzył, jak księgowy pada nieprzytomny na podłogę. Trącił go nogą, ale 

Pako zareagował tylko głośniejszym chrapnięciem.

- To i dla twojego, i dla mojego bezpieczeństwa. Nikt nie powinien wiedzieć o naszej 

współpracy.   Chcę,   abyś   przejął   nadzór   nad   pewnymi   operacjami   finansowymi   w   moich 

interesach.

- Nic nie wiem o bankowości.

- Mówię o rabowaniu banków, a w tej dziedzinie masz spore doświadczenie. Jak do tej 

pory odpowiedzialnym  za te operacje był  Igor. Ale on nie ma wyobraźni ani zdolności i 

nadaje się tylko do wykonywania rozkazów.

Igor spojrzał na niego spode łba, ale nie zaprotestował.

- Sam musiałem przygotowywać wszystkie plany, a przecież mam jeszcze mnóstwo 

innych zajęć. Więc ty przejmiesz dowodzenie nad drużyną rabunkową. Nad drużyną robotów 

specjalnie zaprojektowanych tylko do wykonywania tego typu pracy.

- To nie będzie działać. Roboty muszą przestrzegać praw robotyki. Nie mogą zranić 

człowieka,   kłamać,   kraść,   popełnić   seksualnego   wykroczenia   lub   zachowywać   się 

niemoralnie...

- Nie nudź, Jim. Ja nie mówię o inteligentnych robotach. Ja mówię o bezmózgich 

maszynach, które zostały dokładnie zaprogramowane. Idź z Igorem. Ma już plany i instrukcje 

dotyczące   waszego   pierwszego   zadania.   Musicie   dokończyć   operację   w   moim   własnym 

banku.

Sytuacja zaczynała się nieco rozjaśniać.

- Obrabowałeś swój własny bank?

-   Oczywiście.   Tym   prostym   sposobem   wyłączam   się   z   listy   podejrzanych   przy 

wszystkich następnych rabunkach.

Teraz naprawdę sporo kawałków układanki trafiało na swoje miejsce.

- A więc pozwól mi zgadnąć, to ty wrobiłeś Bolivara w tę kradzież?

Z uśmiechem przytaknął głową.

- Co spowodowało, że jeszcze bardziej mnie osaczyłeś... A potem to ty wskazałeś 

mnie jako przestępcę i udostępniłeś dane policji! Nie ściągnąłeś mnie na tę planetę, abym 

zastopował napady na banki, ale po coś wręcz przeciwnego!

Skoczyłem  do niego, a on natychmiast  włączył  przycisk  ekranu holograficznego  i 

pojawiła się postać Angeliny. Powstrzymałem się przed zaciśnięciem rąk na jego gardle. Z 

trudem.   Coraz   boleśniej   zacząłem   sobie   zdawać   sprawę,   że   cały   czas   mną   sterowano.   Z 

background image

uśmiechem przytaknął głową, czytając z wyrazu mojej twarzy, że wreszcie to pojąłem.

- Twoja chciwość cię zgubiła. - Przesunął nogą na bok ciało Pako i siadł wygodnie w 

fotelu. - Tak jak sobie zaplanowałem, widziałeś tylko te cztery miliony dziennie. Ten złoty 

miraż przesłonił ci wszystko, zagłuszył wszelkie podejrzenia i wprowadził wprost do mojej 

pułapki. Każdy rozsądny człowiek jeszcze by się z niej starał wydostać, zanim się zatrzasnęła, 

ale   nie   Stalowy   Szczur,   który   zawsze   chadza   własnymi   ścieżkami!   Właśnie   na   to   twoje 

monstrualnie rozdęte ego najbardziej liczyłem. I dlatego tu teraz jesteś. Czy nie mam racji?

W głębi duszy musiałem przyznać, że ma. Chociaż nie podobała mi się ta wzmianka o 

moim monstrualnym ego. Ale nie miałem zamiaru sprawić mu tej satysfakcji i zgodzić się z 

nim. Przyciągnąłem do siebie krzesło i rozsiadłem się na nim wygodnie. Rozluźniłem się. 

Zacząłem też bezmyślnie skubać palcami moją świecącą pelerynę.

- Kaizi, stary złodzieju, a nie przyszło ci do głowy, że teraz to ja mogę przywieść cię 

do upadku?

Potrząsnął głową.

- Nie, to niemożliwe. Teraz jesteś uciekinierem ściganym przez wszystkie możliwe 

wydziały   policji   na   tej   naprawdę   policyjnej   planecie.   Mam   poza   tym   zakładnika,   który 

zapewni mi twoją całkowitą współpracę. W dodatku - uśmiechnął się szeroko i nie odmówił 

sobie przyjemności wbicia jeszcze jednej szpili w moje sflaczałe już teraz ego - dokładnie 

śledziłem wszystkie twoje wielkie operacje finansowe. Czy naprawdę sądziłeś, że możesz 

wyprowadzić   w   pole   faceta,   który   jest   mistrzem   w   praniu   pieniędzy   i   operacjach 

międzybankowych? Jedynym naprawdę oryginalnym posunięciem w tych machinacjach było 

założenie twojego własnego banku, aby w ten sposób ukryć moje pieniądze. Ale to nawet nie 

był twój pomysł, prawda? Bolivar to wymyślił. Z przyjemnością zatrudniłem faceta o tak 

oryginalnych   pomysłach   w   moim   banku.   Z   jeszcze   większą   przyjemnością   wydałem   go 

policji za jego głupie mniemanie, że może mnie wywieść w pole.

- Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym  mówisz - powiedziałem ostro. Chociaż 

niestety wiedziałem bardzo dobrze, o czym mówi. Znów ten drwiący uśmiech. Zacisnąłem 

pięści.   Z   jaką   rozkoszą   ukręciłbym   mu   łeb.   Spokojnie,   Jim.   Rozluźniłem   się   i   oparłem 

wygodnie w krześle. Przecież on właśnie chciał wyprowadzić mnie z równowagi.

-   Te   miliony,   które   ci   zapłaciłem,   ten   złoty   cielec,   który   stał   się   twoim   bogiem. 

Pieniądze wróciły do mnie. I co o tym sądzisz?

- Sądzę, że lepiej będzie, jak zmienimy temat, bo za bardzo się podniecasz i może ci 

pęknąć   jakieś   naczynie   krwionośne.   Rozmawiamy   wyłącznie   o   kłamstwach.   Naprawdę 

doceniam cię za to i tylko za to, że jesteś niezrównanym łgarzem. Im dłużej się nad tym 

background image

zastanawiam, tym bardziej sądzę, że wszystko, cokolwiek mi powiedziałeś, odkąd się znamy, 

jest  kłamstwem.   Chciałeś   mnie   sprowadzić   na  Fetor   wyłącznie   po  to,  abym   służył  ci   za 

przykrywkę w twoich kradzieżach. Abym był jedynym podejrzanym w przestępstwie, które 

jak się domyślam, będzie polegać na serii rabunków bankowych. Z których oczywiście tylko 

ty będziesz czerpał korzyści.

Uśmiechnął się i ukłonił lekko.

- Trzeba mieć trochę wyobraźni, by się wzbogacić w tej konkurencyjnej galaktyce. A 

Fetor   jest   wspaniale   nadającym   się   do   tego   miejscem.   Skorumpowana   policja,   chciwi 

kapitaliści,   nie   istniejące   prawa   podatkowe.   To   jest   właściwie   licencja   na   drukowanie 

pieniędzy.

Teraz już naprawdę z trudem panowałem nad nerwami. Ale jeśli kiedykolwiek był mi 

potrzebny   rozsądek,   to   właśnie   teraz.   Musiał   przecież   w   końcu   nastąpić   koniec   serii 

rabunków. Co wtedy?

- Więc przeprowadzę dla ciebie tę operację. I co dalej? Co będzie po ostatnim skoku?

- A to już zależy tylko od ciebie, mój drogi przyjacielu. Jeśli zostaniesz pochwycony, 

istnieje   duże   prawdopodobieństwo,   że   ujawnisz   naturę   moich   operacji.   Policja   Fetor   jest 

bardzo wprawna w  wyciąganiu  zeznań  od nawet najbardziej  opornych  przesłuchiwanych. 

Prawdopodobnie   nie   uwierzą   ci,   ale   gdyby   jednak   uwierzyli,   mogłoby   to   być   dla   mnie 

kłopotliwe. Dlatego też musisz się bardzo starać, żeby cię nie schwytali. Bardzo starannie 

przeanalizowałem   twoją  przeszłość   kryminalną  -  dlatego  właśnie   wybrałem   ciebie.  Jesteś 

bardzo dobry w wymykaniu się policji. Przypuszczam, że jeśli się przyłożysz, nie zdołają cię 

złapać i uciekniesz z tej planety, kiedy nasz mały kontrakt się skończy. To ci zresztą właśnie 

sugeruję. Pomogę ci nawet dostać się na jakąś odległą planetę i to bezinteresownie, jak już 

wyjaśniałem. Tam też dołączy do ciebie twoja żona. I jestem pewien, że nie będzie cię kusiło, 

by kiedykolwiek powrócić na Fetor.

- A co będę miał z całej tej akcji?

- Czy wolność to mało? - Nagle przestał się uśmiechać i znów miałem do czynienia z 

jego prawdziwą wredną osobowością. - Wolność i odzyskana rodzina. Sądzę, że to będzie 

dobra cena za twoje usługi.

Tak się sprawa przedstawiała i nic tu nie mogłem zrobić. Na razie. Ale naszą rozmowę 

słyszała   jeszcze   jedna   para   uszu.   Ściana   była   cienka,   a   wewnętrzne   drzwi   mało   solidne. 

Bolivar musiał słyszeć każde słowo, naszej rozmowy. Będzie wiedział, że o siebie potrafię 

zadbać, domyśli się też, że to on ma śledzić Kaiziego, aby dowiedzieć się, gdzie jest trzymana 

Angelina. Jeśli ona zostanie uwolniona i umieszczona gdzieś w bezpiecznej kryjówce, całe 

background image

plany Kaiziego nie będą warte funta kłaków. Na razie więc musiałem zyskać na czasie i robić 

to, co mi kazano. I znaleźć jakiś sposób komunikowania się z Bolivarem. Naprawdę nie było 

innej drogi.

- Kiedy zaczynamy? - zapytałem cicho, maskując moje prawdziwe uczucia. Na razie.

- Wspaniale! - Kaizi zachwycony zatarł ręce. - Igor zapewni transport i przekaże ci 

moje rozkazy. - Spojrzał za okno na ciemniejące niebo. - Bank jest zamknięty. Pracownicy 

już wyszli i lokal jest pusty. Pójdziecie do Skarbca Wdów i Sierot i przeniesiecie z powrotem 

to, co zostało ukradzione.

Wyszliśmy. Kaizi wsiadł do swej luksusowej limuzyny. Igor i ja do znanego mi już 

rozpadającego się grata. Wlazłem za nim do kabiny.

- Ta współpraca ze mną już niedługo skończy się dla ciebie śmiercią lub kalectwem 

albo czymś jeszcze gorszym.

Wydał z siebie dźwięk, który był czymś pomiędzy chrząknięciem a śmiechem.

- Zapomnij. Szef trzyma cię na krótkim łańcuchu. Teraz do roboty.

Pojechaliśmy   do   miasta.   Była   godzina   szczytu,   ale   cały   ruch   odbywał   się   w 

przeciwnym kierunku. Nikt nie zwracał uwagi na nasz obrzydliwy wehikuł. Nawet policja 

patrzyła w inną stronę, gdy nadjeżdżaliśmy. Ominęliśmy główne ulice i podjechaliśmy wprost 

pod Pierwszy Międzygwiezdny Bank Wdów i Sierot i stanęliśmy w małej alejce na jego 

tyłach.   To   znaczy   Igor   nacisnął   hamulce   i   jakoś   zdołaliśmy   się   zatrzymać.   Teraz   zaczął 

grzebać w skrytce obok siedzenia i wyciągnął mały magnetofon, który powiesił sobie na szyi. 

Wcisnął przycisk.

- Wyłącz system alarmowy przez położenie dłoni na metalowej płytce obok tylnych 

drzwi banku. Zrób to teraz.

Igor   mruknął   ze   zrozumieniem,   otworzył   drzwi   kabiny   i   wysiadł.   Widziałem,   jak 

dotyka knykciami wspomnianej płytki.

- Otwartą dłonią - polecił głos z odtwarzacza. Czyżbym słyszał niejaką desperację w 

jego tonie?

Uruchomiła się niewidoczna maszyneria i ciężka płyta drzwi powoli zsunęła się w dół 

pod ziemię. Igor wdrapał się z powrotem do ciężarówki i uruchomił hałaśliwy silnik.

- Wjedź do środka - kontynuował automatyczny głos.

Cudownie! Ten kretyn prawdopodobnie nawet nie umie czytać. Wjechaliśmy na teren 

banku, a Igor wciąż zgodnie z instrukcjami zamknął bramę i nakazał mi iść za sobą.

- Uaktywnić roboty - brzmiała następna komenda. Opuściliśmy rampę prowadzącą na 

półpiętro i weszliśmy tam.

background image

W ciemnościach dostrzegłem metaliczne lśnienie wielu małych maszyn. Igor po kolei 

pochylał się nad każdym robotem i włączał go. Zapaliły się zielone lampki, kółka i gąsienice 

poruszyły się lekko, potem zatrzymały. Igor wcisnął przycisk odtwarzacza w oczekiwaniu na 

dalsze polecenia. - Wszyscy i wszystko do banku.

- Weź roboty. - Igor odwrócił się do mnie. - Za mną.

- Chodźcie, chłopaki - powiedziałem.  I nic się nie stało. Wszystkie roboty,  jakich 

kiedykolwiek używałem, były sterowane głosem. Te nie. Pochyliłem się nad pierwszym z 

nich i dostrzegłem małą dźwignię pomiędzy tylnymi kółkami. Kopnąłem dźwignię i maszyna 

pisnęła,   a   następnie   pojechała   do   przodu.   Skopałem   więc   w   podobny   sposób   wszystkie 

roboty, aż zaczęły jeździć w kółko. Potem jednak pojechały grzecznie za mną, gdy zszedłem z 

rampy   i   w   ślad   za   Igorem   ruszyłem   w   głąb   banku.   Zastanawiałem   się,   co   za 

sadomasochistyczny umysł zaprojektował system sterowania tych robotów.

Procesja   podążała   w   ślimaczym   tempie.   Miałem   tylko   nadzieję,   że   zdążymy   stąd 

wyjść przed świtem. Zatrzymując się od czasu do czasu, aby wysłuchać instrukcji, dotarliśmy 

jednak   w   końcu   do   głównych   pomieszczeń.   Alarmy   były   wyłączone,   światła   zapalone, 

wszelkie kraty podniesione. Stanęliśmy wreszcie twarzą w twarz z masywnymi wrotami do 

sejfu.

-   Wprowadź   sześć,   sześć,   sześć,   sześć   razy   -   rozkazał   głos.   Igor   zrobił,   jak   mu 

polecono.   Zamek   zaskoczył,   zapaliła   się   zielona   lampka.   Podczas   kiedy   on   czekał   na 

polecenie   przekręcenia   koła,   ja   je   przekręciłem.   Sztaby   wyskoczyły   z   obejm.   Pchnąłem 

ciężkie drzwi.

Kiedy ostatni raz zaglądałem tu z Bolivarem, miejsce to wyglądało jak prawdziwe 

pobojowisko   -   skrzynki   depozytowe   były   wyrwane   i   leżały   na   podłodze,   puste.   Teraz 

większość z nich znów stała na swoich miejscach, oprócz tych, które zbyt ucierpiały podczas 

tamtego skoku. I co teraz?

- Idź do skrytki trzy dwa pięć i otwórz.

Zrobiłem to pierwszy, nie była zamknięta i bez problemu się wysunęła.

- Uruchom urządzenie.

Skrytka   była   pusta,   jeśli   nie   liczyć   plastikowego   pojemnika   z   guzikiem   pośrodku 

podpisanym ”naciśnij mnie”. Tak też postąpiłem i nagle poczułem, że się zapadam.

Opuszczała się cała podłoga skarbca. Lampy oświetliły całą salę znajdującą się pod 

skarbcem.

Pomieszczenie   załadowane   było   po   brzegi   przezroczystymi   plastikowymi 

pojemnikami wypełnionymi kredytami we wszelkich nominałach, jak również klejnotami i 

background image

dziełami sztuki. Najwyraźniej spoczywała tu cała zawartość skrzynek depozytowych.

- Wspaniale rozegrane - powiedziałem sam do siebie. - Moje najniższe ukłony dla 

Kaiziego,   prawdziwego   geniusza   zbrodni.   Co   zresztą   nie   zmienia   faktu,   że   jest   także 

wyjątkowo wredną świnią.

To był doskonały plan obrabowania swego własnego banku. Wystarczyło wejść do 

skarbca po godzinach pracy i otworzyć to pomieszczenie. Które zresztą zostało z pewnością 

wybudowane   przez   jakichś   wynajętych   murarzy   spoza   planety.   Potem   tylko   trzeba   było 

przenieść na dół te wszystkie skarby i podnieść podłogę. I już mamy wielką kradzież, szok i 

przerażenie   -   no   i   z   pewnością   pisanie   skarg   i   wyciąganie   odszkodowania   od   kompanii 

ubezpieczeniowych. A przecież jeszcze dodatkowo bankier miał te niby skradzione bogactwa.

Kilka kopniaków i roboty znów zabrały się do pracy. Roboty humanoidalne ładowały 

towar   na   roboty   wózkowe,   a   te   odwoziły   transport   za   transportem.   Wraz   z   Igorem 

przyglądałem   się   tylko   całej   tej   krzątaninie,   aż   cała   ukryta   komnata   była   uprzątnięta   do 

czysta, za wyjątkiem kilku plastikowych resztek. Podążyliśmy więc za naszymi pomocnikami 

z   powrotem.   Igor   wysłuchał   instrukcji   zamknięcia   i   zabezpieczenia   skarbca   i   banku. 

Najwyraźniej   brakowało   mu   inteligencji,   żeby   bez   zdalnego   sterowania   powtórzyć   w 

odwrotnej kolejności to, co wykonywał, wchodząc do skarbca.

Była   już   północ   i   czułem   spore   zmęczenie.   Kiedy   jechaliśmy   ciemnymi   ulicami, 

teoretycznie tylko oświetlanymi kilkoma lampami, niemal zasypiałem na siedząco. Wreszcie 

zatrzymaliśmy   się   przed   jakimś   olbrzymim   magazynem.   Igor   musiał   już   tu   kiedyś   być, 

ponieważ   bez   instrukcji   zdołał   uruchomić   automaty   otwierające   wrota   wyjściowe. 

Wjechaliśmy.

- Gdzie będziemy spali? - zapytałem z nadzieją w głosie. - I jedli?

- Rozładunek najpierw.

Pomieszczenie,   w   którym   byliśmy,   miało   grube   ściany   i   starannie   zamknięte 

prowadzące doń wszystkie wejścia. Usiadłem na jakiejś skrzyni i drzemałem, podczas gdy 

roboty   rozładowywały   ciężarówkę   i   układały   skradzione   przedmioty.   Kiedy   skończyły, 

rozjechały się ku niszom z akumulatorami, Igor zaś ziewnął szeroko i powiódł mnie do części 

budynku, którą przy odrobinie dobrej woli można było nazwać mieszkalną. Jeśli ktoś lubił 

mieszkać jak świniozwierz w chlewie.

Igor   wypił   swój   obiad   wprost   z   półlitrowej   flaszki,   wybełkotał   coś   całkowicie 

niezrozumiale, a potem legł na jednym z barłogów i zapadł w sen. Przezwyciężyłem z trudem 

pokusę kopnięcia go w łeb i wybrałem się na zwiedzanie tego pomieszczenia. Był tam stół z 

telefonem,   ale   zignorowałem   go   -   ten   aparat   musiał   być   podłączony   wprost   do   centrum 

background image

kontroli Kaiziego. Sprzęt kuchenny wyglądał tak samo obrzydliwie jak sypialnia, ale jednak 

kuchenka mikrofalowa i lodówka zdawały się działać. Tylko że za wyjątkiem kilku torebek 

mrożoną ośmiornicą i frytkami nie było nic, co by można ugotować. Wrzuciłem zawartość 

jednej z nich do kuchenki i w kilka minut później wyciągnąłem jakąś dymiąca breję, którą 

można było ostatecznie nazwać jedzeniem.

Zmusiłem   się   do   przeżucia   paru   kawałków,   a   potem   znalazłem   sobie   barłóg   jak 

najdalej od chrapiącego Igora.

A więc spać.

Moją ostatnią myślą, przed zamknięciem oczu, była smutna refleksja, że z pewnością 

zdarzało mi się przeżyć milsze dni niż dzisiejszy.

background image

Rozdział 14

Spałem ze dwie godziny, nim włączył się alarm w zegarku. Wibrował cicho na moim 

nadgarstku. Igor wciąż chrapał. Sądziłem, że jeszcze dość długo będzie się oddawał temu 

zajęciu, zważywszy na ilość alkoholu, jaką wypił. Czas był najwyższy, bym zorganizował 

sobie jakiś kanał komunikacyjny, o ile to tylko było możliwe. Opuściłem tę ponurą sypialnię, 

przeszedłem nad ładującymi się robotami i znalazłem małe drzwi, zaraz przy wjeździe do 

garażu. Były oczywiście zamknięte i miały alarm, ale nawet przy moim obecnym zmęczeniu 

łatwo sobie z nimi poradziłem.

Wyjrzałem   na   zewnątrz.   Ulica   była   pusta,   brudna   i   zapuszczona.   Przedmieścia 

biedoty. Wspaniała dzielnica jak na potrzeby Kaiziego. Była za to spora szansa, że o tej porze 

nocy nikogo nie będzie na zewnątrz. Miałem taką nadzieję, bo łatwo, niestety, było mnie 

zapamiętać w moim zniszczonym stroju scenicznym. Deszcz przestał już padać, ale wszystko 

było   obrzydliwie   mokre.   Postawiłem   kołnierz   magicznej   peleryny   i   wyszedłem   w 

poszukiwaniu telefonu.

W   ciągu   najbliższej   półgodziny   znalazłem   dwa   aparaty   -   oba   zniszczone   przez 

wandali. Padałem z nóg, ale jednak musiałem iść dalej. To mogła być jedyna okazja, kiedy 

wykradłem trochę czasu dla siebie. Skontaktowanie się z synem było absolutnie konieczne. 

Szedłem więc niestrudzenie. Byłem jedynym pieszym na ulicy, chociaż od czasu do czasu 

mijał mnie jakiś samochód lub ciężarówka. Jeszcze jeden zniszczony telefon i już miałem 

zrezygnować, gdy nagle dostrzegłem w oddali kolorowy świetlny napis.

Mechatarg!   To   było   właśnie   to,   czego   szukałem.   Całodobowa   kompletnie 

zmechanizowana dzielnica handlowa, w której, poza innymi klientami, trudno było spotkać 

żywego człowieka. Kupujących faktycznie kilku zauważyłem, ale trzymałem się od nich z 

dala. Co zresztą nie było takie trudne, bo oni też zachowali duży dystans jeden od drugiego, 

kiedy ładowali do koszyków żarcie i piwo. Ominąłem ich więc z daleka i zanurzyłem się w 

wewnętrzne   alejki,   o   tej   porze   kompletnie   ciche   i   opustoszałe.   Kiedy   się   zbliżyłem, 

wykrywacze ruchu odkryły moją obecność i wszystkie automaty ożywiły się. Zignorowałem 

jednak ich natarczywe wezwania, żeby kupić buty, meble, dilda, książki, wibratory i pigułki 

odchudzające; wszystkie produkty niezbędne w nowoczesnym społeczeństwie.

- Kup mój garnitur! - krzyknął manekin na wystawie, którego właśnie mijałem.

- Kup mnie.... - wyszeptał kusząco sexbot z głębi różowej pościeli.

background image

- Wygraj na loterii!

-   Upij   się   szybciej   i   bądź   pijany   dłużej!   Tak   właśnie   działa   SkunkDrunk, 

wstrzykiwany alkohol.

- Połączenia natychmiastowe...

To   było   to!   Wystawa   pełna   telefonów   najróżniejszych   kolorów   i   kształtów. 

Przedarłem się przez jazgot wszystkich reklam, aż wreszcie znalazłem przenośny aparat na 

tyle   mały,   że   mieścił   się   w   kieszeni   mojej   koszuli.   Wrzuciłem   monety   do   odpowiedniej 

maszyny, a potem jeszcze sporo banknotów, by od razu wykupić z góry czas połączenia na 

dość długi okres. Ekran kasowy błysnął całą tęczą kolorowych świateł, rozległy się fanfary.

- Dziękujemy dobry człowieku, byłeś cudownym klientem! - powiedział jakiś nagrany 

głos.

Telefon wreszcie wsunął się do mojego koszyka, złapałem go chciwie i wyszedłem. 

Znalazłem   ciemną   bramę,   w   której   mogłem   swobodnie   porozmawiać.   Przeleciałem   przez 

kilka plików informacyjnych, aż wreszcie ustaliłem właściwy numer i wystukałem go.

- Witamy w sławnym na całą galaktykę Colosseo, goszczącym teraz niewiarygodny 

cyrk Bolshoi Big Top. Jeśli chcesz połączyć się z kasą, aby zamówić bilet, wciśnij jeden. Jeśli 

chcesz...

Wciskałem guziki, aż zaczął mnie boleć kciuk. Wreszcie przebiłem się przez cały 

szereg automatów i uzyskałem połączenie z numerem, o który mi chodziło. Telefon dzwonił 

przez dłuższy czas.

- Czy wiesz, która jest teraz godzina? - usłyszałem wreszcie w słuchawce zaspany 

głos.

-   Wiem,   Gar.   Nie   zrobiłbym   tego,   gdyby   nie   wyjątkowa   sytuacja.   Twoja   ciotka 

Matylda jest chora i u progu śmierci. Jeśli chcesz się dowiedzieć szczegółów, zadzwoń pod 

numer, który ci zaraz podam.

Zapanowała chwila ciszy.

- Poczekaj chwilę. Muszę znaleźć pisak.

Dobra   nasza!   GarGoyl   nie   był   już   wprawdzie   w   Korpusie   Specjalnym,   ale   nie 

zapomniał   o   kodzie   Matyldy.   Odpowiedział   właściwie   z   pisakiem.   To   było   zresztą 

prymitywnie proste. Jeśli agent uważał, że telefon jest zapluskwiony, podsłuchiwany lub w 

jakimś inny sposób nie zapewniał bezpieczeństwa, używał po prostu jakiegokolwiek zdania z 

Matyldą w środku. Potem zaś podawał numer kontaktowy, którego cztery ostatnie cyfry były 

podane o jedną za nisko. Jeśli były to na przykład cztery, siedem, zero, dziewięć, odbiorca 

wiadomości   zapisałby   pięć,   osiem,   jeden,   zero.   Proste,   ale   jednocześnie   skuteczne. 

background image

Wyłączyłem się i zacząłem iść w kierunku naszej składnicy.

Gar   musiał   mieć   identyczne   jak   ja   problemy   ze   znalezieniem   nie   uszkodzonego 

automatu telefonicznego, bo byłem już niemal na miejscu, gdy zadzwonił.

- Czy to ty, Marvell?

- Tak. Jestem pewien, że wszystkie telefony w Colosseo są na podsłuchu, pamiętaj o 

tym. Czy Megalitowy Człowiek już wrócił? - Nie. A powinien?

- Nie jestem pewien. Kiedy go opuszczałem, był bezpieczny. Ale znajdowaliśmy się 

wtedy daleko na przedmieściach i nie miał transportu - spojrzałem na zegarek. - Powiedz mu, 

żeby zadzwonił do mnie z bezpiecznego telefonu dokładnie w południe. Jeśli do tego czasu 

nie wróci, powiedz  mu, żeby zadzwonił  o północy.  I ma  to robić regularnie,  dopóki nie 

nawiążemy kontaktu. Rozumiesz mnie?

- Rozumiem - odpowiedział GarGoyl i wyłączył się.

To było na razie wszystko, co mogłem zrobić. Bolivar w przebraniu Megalitowego 

Człowieka mógł mieć spore kłopoty z powrotem do cyrku. Ale wiedziałem, że dopóki nie 

znajdą go, Kaizi albo policja, poradzi sobie. Miałem przynajmniej taką nadzieję.

- Nie. Wiem, że jest bezpieczny i że wróci! - krzyknąłem głośno, żeby podnieść nieco 

swoje morale.

Doczłapałem się z powrotem do naszej sypialni. Igor wciąż chrapał. Narzuciłem koc 

na głowę i starałem się pójść w jego ślady.

Obudziłem się, klnąc na czym świat stoi. Mój tępy kompan właśnie kopał w łóżko. 

Ale poruszał się na tyle szybko, że zdołał uniknąć mojej pięści.

- Mamy rozkazy! Mamy jechać! Na północ, dobrze. Był szef. To dla ciebie. Na północ 

- niemal się uśmiechał.

Nie zadawałem mu pytań. Wkrótce sam się dowiem, dlaczego niby jazda na północ 

jest  dobra.   Podniosłem  podaną   mi  paczkę  i   przeczytałem  napis   -  ”Maskarada”,  i   jeszcze 

”zaskocz swoich przyjaciół” na drugiej stronie.

Otworzyłem paczkę i spojrzałem na znajdującą się tam maskę. Nie był to nikt, kogo 

bym znał i chyba o to w tym wszystkim chodziło. Pseudocielesna maska z instrukcją obsługi. 

Jak ją przyczepić do ciała, jak utrzymywać aktywną, jak karmić. Najwyraźniej żywiła się 

rosołem z kury. Jedna puszka rosołu wraz z lejkiem była załączona do kompletu.

Działała cudownie. Zupełnie inna osoba spoglądała na mnie teraz z pękniętego lustra. 

No, przynajmniej nie musiałem już martwić się o policję. Wystarczało zmartwienie, jakie 

miałem z Kaizim.

Byłem   nieco   głodny.   Kiedy   jednak   zobaczyłem,   jak   Igor   zjada   dwie   oślizgłe 

background image

ośmiornice w potrawce, cały mój apetyt gdzieś znikł. Pomyślałem sobie, już nie pierwszy raz, 

że   lepiej   czułbym   się   w   towarzystwie   mniej   obrzydliwego   kompana.   Na   razie   więc 

darowałem sobie śniadanie.

Wkopaliśmy nasze roboty z powrotem w ich elektroniczne życie i załadowaliśmy je 

na ciężarówkę. Potem Igor dorzucił na pakę jeszcze jedną rzecz, która mnie zainteresowała - 

przenośną ładowarkę akumulatorów. A to oznaczało, że nie wrócimy tu na nocleg. Ciekawe, 

gdzie na północy spędzimy noc.

Włączyliśmy się do porannego ruchu, aż dotarliśmy do wjazdu na komputerostradę. 

To była całkowicie zautomatyzowana trasa, która przejęła kontrolę nad pojazdem, jak tylko 

opuściliśmy   bramkę   wjazdową   po   zapłaceniu   za   wjazd.   Przyspieszyliśmy   na   chwilę,   aż 

znaleźliśmy   się   dokładnie   dziesięć   metrów   za   poprzedzającym   nas   pojazdem.   Dalej   już 

ciężarówka   posuwała   się   z   komputerową   precyzją.   Ponieważ   komputery   przejęły   całe 

prowadzenie pojazdu, Igor zasnął niemal od razu. Ja zaś przyglądałem się przygnębiającemu 

przemysłowemu krajobrazowi za oknem, jak również punktom parkingowo-usługowym na 

trasie. Pojawiały się dokładnie co pół godziny. Wzorowa organizacja.

Było dziesięć minut przed południem, gdy wyłączyłem zdalne sterowanie i zjechałem 

z   głównego   pasa   komputerostrady.   Zawyła   głośno   syrena.   Igor   zerwał   się   przerażony   i 

wyrwał z moich rąk koło kierownicy. Nacisnął hamulce i zatrzymaliśmy się z piskiem opon.

- Próbujesz nas zabić!

- Nie. Chcę się zatrzymać.

- Zatrzymać. Po co?

- Mam potrzebę. Taki mały pokoik.

- Mały pokoik?

- Muszę się odlać, ty tępaku.

- Aaa - najwyraźniej przeprowadzał w myślach test kontroli pęcherza, bo jego twarz 

wyrażała niezwykłe skupienie. - Dobra.

Weszliśmy do środka.

Bez   przerwy   kontrolowałem   czas.   Szybko   opróżniłem   pęcherz   i   zmierzałem   do 

wyjścia z toalety.

- Gdzie idziesz? - zainteresował się Igor.

- Żreć. Spotkamy się przy ciężarówce.

Był bardzo podejrzliwy, ale nie bardzo mógł cokolwiek zrobić. Odczekałem, dopóki 

nie zobaczyłem go zmierzającego na parking. Jeszcze trochę do południa. Wystarczy, żeby 

wziąć   z   automatu   kokain-colę   -   wciąż   jeszcze   byłem   zmęczony   po   nocy   -   oraz   wielką 

background image

kanapkę   z   fasolą.   Usiadłem   w   bufecie   i   zabrałem   się   do   jedzenia,   uważnie   obserwując 

przeszklone drzwi.

Telefon zadzwonił dokładnie w południe.

- Bolivar?

- Nikt inny. - Powiedz... nie, nie teraz!

Nagle w polu widzenia pojawił się Igor, zmierzający w stronę drzwi.

- Daj mi numer i czekaj na telefon o pomocy.

Zamoczyłem palec w coli, pochyliłem się pod stół, i namazałem szybko numer na 

podłodze. Kiedy pojawił się mój kompan, telefon miałem już w kieszeni.

- Czas. Trzeba jechać.

- Tak. Już idę - wstając, zapamiętywałem numer.

Im   dalej   zmierzaliśmy   na   pomoc,   tym   wszystko   wokół   zmieniało   się   na   lepsze. 

Zakłady   przemysłowe,   kopalnie   i   dymiące   fabryki   zaczęły   ustępować   miejsca 

zautomatyzowanym farmom. Miło było zobaczyć nieco zieleni. Potem pojawiły się drzewa, 

coraz   więcej,   aż   droga   w   końcu   naprawdę   przecięła   wielką   połać   dziewiczych   lasów. 

Zanurzyliśmy się w tunel pod znajdującymi się przed nami wzgórzami. Kiedy wynurzyliśmy 

się po drugiej  stronie, ujrzeliśmy  malownicze  wybrzeże  opadające  ku błękitnemu  morzu. 

Zrozumiałem, dlaczego Igor twierdził, że dobrze jest jechać na północ. Pojawiły się pierwsze 

domy,   prawdziwe   dwory  otoczone   ogrodami.   Teraz   nawet   brzeg   szosy  był   udekorowany 

krzewami i kwiatami.

- Tu mieszkają szefowie? spytałem.

Potwierdzające   mruknięcie   w   odpowiedzi.   Cóż,   to   było   bardzo   spolaryzowane 

społeczeństwo - niewiele pośrodku, byłem tego pewien. Zjechaliśmy przy pierwszej bramce i 

wjechaliśmy na teren zautomatyzowanej posiadłości, którą od strony drogi osłaniały drzewa. 

Igor najwyraźniej już tutaj był. Jechał bez wahania pomiędzy rozlicznymi alejkami wprost do 

samotnie stojącego budynku.

Słońce   grzało   mocno.   Jego   promienie   odbijały   się   od   zroszonej   wodą   trawy,   od 

znajdującego się pod wielkim parasolem stolika oraz od siedzącego tam Kaiziego i szklanki 

ze zmrożonym napojem, którą trzymał w dłoni.

- Wyglądasz obrzydliwie - powiedział na mój widok, kiedy wylazłem z ciężarówki. 

Miał rację. Moja nie ogolona twarz zaczynała swędzieć pod sztuczną maską. Moje oczy były 

podkrążone i zaczerwienione jak u królika. A zmoczone przez deszcz moje ozdobne ubranie 

nie było już takie ozdobne.

- W sprawie Angeliny...

background image

-   Nic   ci   nie   powiem   -   warknął   krótko.   Pod   twardą   powierzchownością   kryło   się 

jeszcze  twardsze serce. - Jesteś  moim  pracownikiem i masz  wykonywać  moje  polecenia. 

Trzeba przyspieszyć pewne sprawy. - Położył przede mną kartę płatniczą. - Na czternastej alei 

jest mechatarg. Kup jakieś ubranie, dobre ubranie, sprzęt do golenia, mydło, sam wiesz co. To 

nie jest takie miasto jak tam. Chcę, żebyś wyglądał jak ludzie tutaj, bo inaczej policja się tobą 

zainteresuje. To jest najbogatsze osiedle na tej planecie. Kiedy już kupisz ubranie, zachowuj 

się jak bogaty człowiek. I postaraj się, żeby nikt nie zobaczył cię ubranego jak teraz. Zupełnie 

nie pasujesz do tego miejsca. A policja rutynowo kontroluje każdego, kto tu nie pasuje. Nie 

zapominaj, że oni wciąż cię szukają. A jeśli cię złapią, to pamiętaj, że nie tylko ty będziesz 

miał kłopoty.

Nie bardzo można było z nim dyskutować.

Klomby kwiatowe znikły, gdy wszedłem pomiędzy centra handlowe. Przyjrzałem się 

uważnie tabliczkom i skręciłem w czternastą aleję. Ulicami przemknęło kilka pojazdów, ale 

starałem się, żeby mnie nie dostrzeżono. W mechatargu była tylko jakaś parka kupująca wino. 

Przemknąłem   obok   nich   i   wpadłem   do   działu   z   ubraniami.   Wybrałem   tam   jakąś   lekką 

sportową   marynarkę,   którą   natychmiast   założyłem   na   grzbiet.   Już   miałem   wyrzucić   mój 

poprzedni   strój,   ale   przemyślałem   to   w   ostatniej   chwili.   To   byłby   wspaniały   prezent   dla 

poszukującej  mnie  policji. Dokończyłem  zakupy i ze wszystkim  wróciłem  do rezydencji. 

Okazało się, że gdy ja wydawałem pieniądze, ciężarówka odjechała, a wraz z nią na szczęście 

także Igor. Chciałem coś powiedzieć, ale Kaizi uciszył mnie gestem dłoni.

-   Najpierw   się   umyj,   bo   czuję   się   w   twoim   towarzystwie   równie   źle,   jak   w 

towarzystwie Igora.

Wyjątkowo się z nim zgadzałem.

- Tam - wskazał pomieszczenia biurowe nieopodal.

”Chafuka   -   doradztwo   inwestycyjne”   -   głosił   napis   na   drzwiach.   Jeszcze   jedno 

przedsiębiorstwo Kaiziego?

Na  zapleczu  biura   było  małe  studio   mieszkalne  z   pojedynczym  łóżkiem.   Zdjąłem 

twarz.   Wziąłem   relaksujący   gorący   prysznic,   a   potem   pobudzający   zimny.   Umyłem   się 

dokładnie.   Ogoliłem   się   i   przebrałem   w   sportowe   ciuchy.   Poczułem   się   znacznie   lepiej. 

Otarłem też kurz z mojej nowej twarzy i założyłem ją ponownie. Po drodze minąłem mały 

dobrze wyposażony barek, który mocno mnie kusił. Nie opierałem się długo. Już z kolorową 

szklaneczką w ręku udałem się na poszukiwanie mojego pracodawcy i znalazłem go tam, 

gdzie był poprzednio - przy stole. Zmierzył mnie wzrokiem i skinął aprobująco głową.

- Jeszcze jakieś banki, które mam obrabować? - zapytałem cierpko.

background image

- Nie. Coś znacznie większego. Co wiesz o elektrowniach atomowych?

- W ogóle niewiele wiem o elektryczności. Włączam przycisk na ścianie i pojawia się 

światło.

Rzucił na stół jakieś plany techniczne.

- Weź na razie to. Wkrótce będę miał dla ciebie dalsze materiały.  Ta sprawa jest 

jeszcze we wczesnym stadium planowania. Porozmawiamy o tym później. Teraz jest jednak 

bardziej   pilna   robótka.   Nie   pojedynczy   bank,   ale   źródło   zaopatrzenia   dla   wielu   banków. 

Porwiesz opancerzoną i uzbrojoną ciężarówkę, która rozwozi gotówkę do wszystkich banków 

w mieście.  Masz  dwa  dni na przygotowanie  szczegółowego  planu.  Za trzy dni przypada 

kolejna dystrybucja...

- A jaki dokładnie jest twój plan?

Uśmiechnął się, ale był to uśmiech zupełnie pozbawiony ciepła.

- Powiedziałem ci przecież, żebyś sam przygotował plan. Nie mam absolutnie pojęcia, 

jak można tego dokonać. Ty jesteś ekspertem, więc się tym zajmij. - Wyciągnął z kieszeni 

projektor i położył go na stole. - Tu są szczegóły trasy i czasy poszczególnych dostaw, dane o 

pojeździe, kierowcach. Jednym  słowem - wszystko, co może być  potrzebne. Ja osobiście 

sądzę, że jest to niemożliwe do wykonania. Choć od dawna mam te informacje, nigdy nie 

zdołałem  opracować  sensownego  planu  rabunku.  Bardzo  interesuje  mnie   twój   pomysł   na 

rozwiązanie tego problemu.

- A jeśli nie znajdę sposobu?

Dotknął   ręką   małego   przedmiotu,   który   znajdował   się   na   jego   nadgarstku.   Był 

podobny do zegarka, czarny ze srebrnym przyciskiem w centrum.

- Wystarczy, abym dwukrotnie dotknął tego urządzenia i nigdy już więcej nie ujrzysz 

swojej   żony.   Nie   będziesz   nawet   wiedział,   czy   żyje,   czy   jest   martwa,   przesłana   na   inną 

planetę, gdzieś uwięziona... po prostu nigdy się nie dowiesz. Ona zniknie. Więc lepiej się 

wysil. Ja mam trochę innych zajęć i wrócę dopiero jutro. Możesz spać tam w studiu.

- Tam jest tylko jedno łóżko. Mam je dzielić z Igorem? - Ta myśl wydała mi się 

wyjątkowo odpychająca.

- Nie. On śpi w ciężarówce. Tak woli.

- Ja też tak wolę.

Skończył   drinka,   odłożył   szklankę   i   zaczął   się   zbierać   do   odjazdu.   Odwrócił   się 

jeszcze.

- I nie zrób czegoś, czego ty albo twoja żona będziecie żałować.

Dopiłem spokojnie drinka, pewien, że wyraz mojej twarzy nie zmienił się ani o jotę. 

background image

Zwłaszcza że miałem na sobie drugą twarz. Tyle tylko, że od tej chwili byłem przekonany, że 

nie   tylko   muszę   uwolnić   Angelinę,   ale   także   zdobyć   ten   niby-zegarek   Kaiziego.   Z 

nadgarstkiem lub bez. Ponadto postanowiłem sobie, że wyrzucę go z biznesu, zrujnuję do 

ostatniego kredytu, zdepczę. To sobie przysiągłem solennie.

-   Głodna...   -   powiedział   cicho   jakiś   głos.   Dosłownie   na   granicy   słyszalności. 

Rozejrzałem się wokół, ale nie dostrzegłem nikogo. Jeszcze raz usłyszałem ten głos i nagle 

zrozumiałem,   skąd   pochodzi.   Zanim   zrobię   cokolwiek,   muszę   najpierw   nakarmić   swoją 

twarz. Dosłownie. Wrzuciłem ją do zlewu w łazience i wziąłem lejek. Potem otworzyłem 

puszkę z rosołem z kury.

Kiedy zakończyłem tę robotę, mogłem spokojnie usiąść do pracy nad planem rabunku.

- Bułka z masłem - stwierdziłem, sięgając po projektor.

W   godzinę   później   zaczynałem   przekonywać   się   o   pochopności   tego   twierdzenia. 

Ciężarówka była opancerzona, uzbrojona, zapieczętowana i odporna na gaz. Z połączeniem 

ze wszystkimi policyjnym pojazdami, które wzywała automatycznie, gdy tylko włączył się 

lub został wyłączony jeden z jej rozlicznych systemów alarmowych. Kierowca i dwóch ludzi 

z eskorty także byli uzbrojeni po zęby. Ba, ten wehikuł był nawet odporny na promieniowanie 

radioaktywne, w razie gdyby ktoś chciał mu dowalić głowicą atomową.

Kaizi się zmył.  Zostałem sam.  Wróci rano i będzie oczekiwał jakiejś odpowiedzi. 

Zachodziło słońce. Robiło się późno. A ja czułem się jak ostatni głąb. Jeszcze raz przejrzałem 

wszystkie dane. Ten skok był niemożliwy.

-   To   niemożliwe!   -   wrzasnąłem   z   desperacją   i   pognałem   do   baru   po   następnego 

Siluriana Slivovitza. - Nawet z pomocą magii nie można się tam dostać.

Minęło kilka sekund, zanim się zorientowałem, że wlałem już do szklanki całą butelkę 

i  że  alkohol  właśnie  przelewa   się wierzchem,  spływa   po moim   ręku i  wsiąka  w  dywan. 

Odłożyłem i butelkę, i szklankę. Ponieważ nagle zaczął mi w głowie majaczyć jakiś bardzo, 

bardzo niejasny pomysł.

Nie pistolety, bomby, rakiety, przemoc. Magia!

background image

Rozdział 15

Och, maestro, wspaniały Wielki Grissini, błogosławione twoje imię. Niech emerytura 

upływa ci w spokoju i tonie w dobrym alkoholu. To ty nauczyłeś mnie sztuczek. Przekazałeś 

mi też coś znacznie cenniejszego - nauczyłeś mnie patrzyć na świat okiem maga. Pokazałeś 

mi, jak stawiać rzeczywistość na głowie. Jak kwestionować to, co powszechnie przyjęte. Jak 

zwodzić   i   oszukiwać   zmysły.   Czy   uzbrojona,   opancerzona   ciężarówka   może   zniknąć?   A 

dlaczego nie? Rozmiar nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli można zrobić coś takiego ze 

świniozwierzem, dlaczego nie z ciężarówką? Iluzja wspiera i wzbogaca rzeczywistość. Jeśli 

poprawnie zaaranżowana,  magia  jest wielce  przekonująca,  ponieważ  to publiczność  sama 

oszukuje swoje zmysły.

Przemierzyłem całe biuro w poszukiwaniu papieru. Kiedy znalazłem kartkę, zacząłem 

szkicować   plan   mistyfikacji,   która   miała   przyćmić   wszelkie   iluzje.   Kilka   godzin   później 

miałem już gotowe niemal wszystko... tylko że padałem już na twarz i spałem na siedząco 

przy biurku. Dość! Wiedziałem dokładnie, co trzeba zrobić. Główne założenia planu były 

jasno sprecyzowane. Nad szczegółami mogłem popracować rano, po dobrym i zdrowym śnie. 

Nastawiłem alarm w zegarku, doczołgałem się do łóżka i zapadłem w głęboki sen.

Śnił mi się wielki owad, który usiadł mi na ręce i brzęczał groźnie. Potem otworzył 

potężną paszczę i zabrzęczał jeszcze głośniej...

Obudziłem się. Ziewnąłem szeroko i wyłączyłem alarm. Za dziesięć minut północ. 

Chlapnąłem trochę zimnej wody na twarz i szybko się ubrałem. Wyskoczyłem na ulicę, by 

znaleźć się z dala od wszelkich budynków. Na tej planecie jest zbyt wiele wykrywaczy i 

podsłuchów, by ryzykować. Wiedziałem, że mój pracodawca z powodzeniem używał takiego 

sprzętu.  Ten dom także  z pewnością był  nim naszpikowany.  Stanąłem na środku drogi i 

wystukałem numer, który podał mi Bolivar.

Telefon zadzwonił ze dwadzieścia razy i w końcu się poddałem.

- Nie martw się, Jim - pocieszałem sam siebie. - Coś się tam stało ważnego i nie mógł 

czekać na telefon. To twardy chłopak, poradzi sobie. Trzeba spróbować znów za dwanaście 

godzin.

Po tej nieudanej próbie kontaktu nie mogłem już jednak zasnąć mimo zmęczenia.

Więc   do   rana,   zanim   przyjechał   Kaizi,   dopracowałem   wszystkie   szczegóły. 

Wykonałem   projekt   potrzebnej   konstrukcji,   jak   również   listą   niezbędnych   materiałów. 

background image

Wyłożyłem przed nim swoje notatki.

-   Tu   jest   lista   wszystkiego,   czego   będę   potrzebował,   żeby   zastawić   pułapkę.   Im 

szybciej to dostanę, tym szybciej ty będziesz miał tę ciężarówkę.

Przejrzał kartki, przybierając coraz bardziej zakłopotaną minę.

- Co to wszystko ma znaczyć? Siedemset pięćdziesiąt metrów kwadratowych ekranu 

antymikrofalowego. Cztery multimegawa-towe projektory holograficzne, lekka ciężarówka, 

dykta, sproszkowane aluminium, opiłki żelaza.... Co masz zamiar zrobić z tym wszystkim?

- Napad stulecia. Załatwisz mi to, czy będziemy teraz dyskutować? Ale w takim razie 

nie zdążymy na czas. Zastanów się.

Czułem,   jak   jego   oczy   wiercą   mi   dwie   dziury   w   czaszce.   Spokojnie   obcinałem 

paznokcie u rąk, potem strzepnąłem skrawki z koszuli. Pierwsze rozdanie wygrałem.

- Jeśli próbujesz grać ze mną w jakieś gierki di Griz...

- Zapewniam cię, że nie. Zdobądź dla mnie te materiały, a ja zdobędę dla ciebie forsę. 

I   jeszcze   jedno   ważne   pytanie.   Czy   ta   część   planety,   to   miasto...   Jak   wy   je   właściwie 

nazywacie?

- Słoneczne Miasto nad Morzem.

- Ślicznie. Czy to miasto i otaczająca je okolica są pod obserwacją satelitarną?

-   Cała   ta   planeta   jest   pod   satelitarną   obserwacją.   Cokolwiek   zrobisz,   będzie 

dostrzeżone. Każdy moment namierzony i zarejestrowany.

- Dobrze. To mi właśnie pasuje. Chcę, żeby dobrze się przyjrzeli temu, co ich zdaniem 

się stanie. To odwróci ich  uwagę. Zanim odkryją,  co się stało naprawdę, my już dawno 

opuścimy miejsce przestępstwa. Gdzie jest Igor?

 - Śpi w ciężarówce.

-   Obudź   go.   Poślij   go   z   powrotem.   Niech   zakupi   wszystko,   czego   potrzebuję   i 

przywiezie tutaj. Nie muszę chyba przypominać o dokonaniu zakupów w różnych miejscach, 

żeby   żaden   sprzedawca   nie   nabrał   podejrzeń?   Ciężarówkę   kupię   tutaj.   Nie   bój   się,   nie 

doprowadzę tu nikogo.

Po jeszcze jednym świdrującym czaszkę spojrzeniu wziął telefon i wezwał Igora.

 - Zaraz tu będzie. Zanim przyjdzie, masz trochę czasu, aby wyjaśnić mi, co właściwie 

planujesz.

Już się robi - odparłem ochoczo, rozkładając przed nim diagram. - Jak każda magia, 

jest to niezwykle proste, jeśli ktoś ci wytłumaczy, jak działa.

- Tak, wierzę, że twój plan może się powieść - Kaizi uśmiechał się szeroko, kiedy Igor 

do nas podszedł.

background image

- Wiesz, to się musi udać, Jim. - Nagle jego uśmiech znikł. - Zbyt wiele masz do 

stracenia, aby pozwolić sobie na błędy.

Nie   skomentowałem   tego.   Szkoda   strzępić   języka   na   te   nie   kończące   się   groźby. 

Poczekałem, aż Igor wyjdzie, a potem wlałem sobie pierwszego tego dnia drinka.

- Trochę za wcześnie na upijanie się - zauważył Kaizi.

- Może. Ale to nie będzie ostatni. Mam zamiar miło spędzić ten dzień, bo naprawdę 

ciężka   praca   zacznie   się   dopiero   wtedy,   gdy   Igor   wróci   ze   sprzętem   z   Fetondlle.   Co   z 

ciężarówką?

- Tu na miejscu są dealerzy. Użyj tej karty, którą ci dałem. Jeśli będą problemy z 

natychmiastową  dostawą,  zapłać  gotówką. -Podał  mi  gruby plik  banknotów.  -  Skończysz 

drinka po powrocie. Mam lepsze rzeczy do roboty, niż przyglądać się, jak wlewasz w siebie 

to świństwo.

Kaizi podrzucił mnie do centrum tuż obok dealera maszyn jeżdżących i latających. 

Patrzyłem,   jak   odjeżdża.   Miałem   jeszcze   pół   godziny  do   umówionego   czasu   rozmowy  z 

Bolivarem. W pobliżu była restauracja, pusta o tej porze. Usiadłem na patio i zamówiłem 

drinka. O dwunastej wystukałem numer. Telefon odpowiedział po drugim dzwonku.

- Bolivar!

Rozległ się szum i trzaski, a potem usłyszałem głos syna.

-   Teraz   mnie   tu   nie   ma.   Ale   wszystko   jest   w   porządku.   Przez   telefon   nie   chcę 

wchodzić w szczegóły. Zadzwoń ponownie o tej samej porze za dwa dni. Na razie.

Coś się działo, a ja nie miałem pojęcia co... Nie było więc sensu się przejmować. 

Trzeba wyrzucić zbędne myśli z głowy i skoncentrować się na robocie, która mnie czekała. 

Skończyłem drinka i wmaszerowałem do dealera.

To naprawdę była bogata część Fetor. Zamiast robota pracował tu prawdziwy, żywy 

człowiek.

- Dzień dobry panu. Mam na imię Jumanne i jestem do pańskiej dyspozycji. Mieliśmy 

właśnie   dostawę   helikopterów   osobistych,   dwuosobowych.   Wspaniały   pojazd   dla   pana   i 

pańskiej   ukochanej.   Zakupiony   egzemplarz   może   mieć   na   burcie   pańskie   imię 

wygrawerowane złotymi literami, bez żadnych dodatkowych opłat...

- Ehmm... - powiedziałem, co wywołało u niego prawdziwy entuzjazm.

- Wspaniały wybór! Oczywiście może pan zażyczyć sobie, aby było to imię pańskiej 

ukochanej, a nie pańskie. Również bez żadnych dodatkowych opłat. Jej lub jego imię będzie 

przywodziło na myśl miłe wspomnienia z każdego waszego lotu...

- Szukam lekkiej ciężarówki. Natychmiast zmienił płytę.

background image

- Dalekobieżna, pokryte koszty utrzymania, w pełni resorowana, gwarancja na cały 

czas pracy, w sprzedaży tylko dzisiaj. Nasz model Meyster-Shyster jest dokładnie tym, czego 

pan potrzebuje...

- W jakich są kolorach?

Karta Kaiziego wystarczyła. Podobnie jak prawo jazdy jednego z jego pracowników, 

które było zarejestrowane w komputerze centralnym. Nie było żadnych dodatkowych pytań. 

Moje ciuchy, pieniądze, napiwki, w ogóle prezencja, w tym otoczeniu młodych i bogatych, 

były  paszportem  otwierającym  wszystkie  wejścia.  Wyjechałem  ciężarówką   na  skąpaną  w 

słońcu ulicę.

Następnych   kilka   godzin   spędziłem,   jeżdżąc   bez   specjalnego   celu   po   centrum   i 

przedmieściach miasta, które naprawdę zasługiwało na swoją nazwę. Domy przypominały 

prawdziwe pałace, a baseny osiągały rozmiary jezior. Kobiety kręcące się wokół luksusowych 

sklepów były zadbane i odstrojone ponad wszelkie pojęcie. Kiedy pozdrowiłem skinieniem 

głowy policjanta kierującego ruchem ulicznym, odpowiedział mi energicznym salutem. Ten 

skąpany   w   słońcu   raj   stanowił   jaskrawy   kontrast   z   ponurymi   i   brudnymi   ulicami 

przemysłowego Fetorsville. To było tak, jakby całe życie i pieniądze planety skupiły się w 

tym jednym mieście, a odpłynęły z pozostałych... Co w pewnym sensie było prawdą. Teraz 

naprawdę   rozumiałem,   jak   potwornie   ciężką   i   trudną   robotę   wykonywali   tu   galaktyczni 

pracownicy fiskalni czy działacze związkowi. Jadąc tędy, naprawdę żałowałem, że nie mogę 

być po ich stronie. Że zamiast planowania przestępstw, nie mogę pomagać im tropić tych 

wszystkich brudnych spraw i zwalczać tych plutokratycznych finansowych baronów. Jim di 

Griz - wojownik ludu. Nie taki jednak scenariusz napisało życie.

To, co robiłem tymczasem, było czymś więcej niż tylko zwiedzaniem miasta. Nie od 

razu,   ale   drobnymi   fragmentami,   zdołałem   przejechać   całą   trasę,   jaką   będzie   jechała 

ciężarówka z pieniędzmi. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem. Miałem to z głowy.

- Gratulacje, Jim - powiedziałem sam do siebie. - Jesteś naprawdę najlepszy. Ktoś 

mocno   się   przyłożył,   gdy   cię   tworzył.   Ten   napadzik   zapiszą   w   annałach   przestępstw 

doskonałych.

Potem jednak zachmurzyłem się. Zdałem sobie sprawę, że nie tylko moje wysiłki nie 

przyniosą mi żadnych korzyści, mimo że przecież ryzykuję w najlepszym razie spędzeniem 

reszty   życia   w   jakiejś   ponurej   więziennej   norze,   ale   jeszcze,   że   dokonuję   tego   napadu 

szantażowany. Nawet jeśli wszystko pójdzie dobrze i tak wciąż będę tkwił w tym samym 

szambie. W samym środku tarczy strzeleckiej. I ta sprawa z Angeliną...

Takie zamartwianie się powoduje tylko wrzody żołądka. Po powrocie z rozpoznania 

background image

miejsca akcji nalałem sobie wyjątkowo dużego drinka, wyciągnąłem się wygodnie na łóżku i 

przeglądałem   przez   chwilę   kilka   sportowych   kanałów   w   telepuszce.   Trafiłem   na   pokazy 

trykieta czy krykieta - nie byłem pewien z powodu akcentu spikera - jakiś ponoć niedawno 

wskrzeszony sport z dawnych wieków, który jak dla mnie powinien sobie dalej spoczywać w 

spokoju. Jacyś faceci w białych uniformach biegali za piłeczką z kijkami. Zasnąłem w ciągu 

kilku minut.

Z przyjemnej drzemki obudził mnie hałas silnika na zewnątrz. Ta nie kończąca się gra 

wciąż trwała i z prawdziwą przyjemnością położyłem jej kres, wciskając odpowiedni guzik 

pilota. Było już po zmroku i Igor właśnie wrócił z zakupami. Mieliśmy do napadu jeszcze 

całe dwa dni. Ziewnąłem i przeciągnąłem się. To będzie długa noc.

A potem był nawet jeszcze dłuższy dzień. Pochłaniałem środki pobudzające jeden za 

drugim, chociaż wiedziałem, że mój system pokarmowy jeszcze wystawi mi za to rachunek. 

Igor nie mógł mi już w niczym pomóc, więc dałem mu wolne. Najchętniej w ogóle zamiast 

niego użyłbym robota. Nie tylko lepiej wykonywał pracę, ale zdawał się mieć także o wiele 

bystrzejszy umysł.

Ledwo już patrzyłem na oczy i chwiałem się na nogach, gdy po południu drugiego 

dnia ponownie zjawił się Kaizi.

- Jutro jest dzień R - powiedział.

- R jak rabunek? Nie martw  się tym.  Sprzęt jest gotów i jeszcze dziś po zmroku 

podrzucę go na miejsce. - A ciężarówka?

- Też gotowa.

- Chcę ją zobaczyć.

Wyszliśmy do garażu i zawołałem, żeby Igor wyłączył światło, zanim tam wejdziemy. 

Nie chciałem, aby jakiś przypadkowy przechodzień zobaczył, co tam się dzieje. Zamknąłem 

drzwi za sobą, zanim włączyliśmy ponownie światło. Igor pracowicie malował dyktę srebrną 

farbą.

- Wspaniała, prawda? - powiedziałem dumny ze swej konstrukcji.

- Nie wprowadziłaby w błąd nawet trzyletniego dziecka - burknął Kaizi.

-   Zacznij   trochę,   myśleć   Kaizi!   -   Byłem   zmęczony,   więc   łatwo   wybuchnąłem 

gniewem. - Ona nie ma nikogo wprowadzać w błąd za wyjątkiem kamery w kosmosie. Farba 

jest taka sama jak na ciężarówce bankowej. Taka sama jest też wielkość i taki sam kształt. 

Cień,   jaki   rzuca,   będzie   identyczny   jak   cień   ciężarówki.   Jeśli   obaj   będziecie   dokładnie 

wykonywać moje precyzyjne instrukcje, skok się powiedzie.

- Nie podoba mi  się kierowanie  tym.  - Igor przyłączył  się do wątpliwości swego 

background image

pracodawcy. - Z tym całym bum-materiałem.

- Zamknij się - odpowiedziałem uprzejmie. - Wykonuj rozkazy i nie staraj się myśleć. 

W twoim przypadku to strata czasu. - Spojrzałem na zegarek i uspokoiłem się nieco. - Masz 

godzinę, by skończyć malowanie. Potem musisz pomalować swoją ciężarówkę i ma to być 

zrobione dokładnie tak, jak mówiłem. Od tego zależy powodzenie naszego planu. A teraz do 

roboty!

Sam   wmieszałem   do   farby   katalizator   czasowy.   Gdyby   to   nie   zostało   zrobione 

prawidłowo, cała operacja wzięłaby w łeb, a my skończylibyśmy w ciupie.

Kaizi   tymczasem   wyszedł,   był   przeciwny   bowiem   wszelkiej   pracy   wykonywanej 

osobiście. Innej niż robienie pieniędzy, oczywiście. Zapamiętał moje instrukcje, gdzie i kiedy 

ma się pojawić. I zdołał powtórzyć to słowo w słowo bez żadnego wysiłku. Potem mogłem 

odpocząć kilka godzin, czekając na późne godziny nocy, aby dostarczyć sprzęt na miejsce. Z 

całą   przyjemnością   obudziłem   wtedy   kopniakiem   Igora   i   wypchnąłem   go   jeszcze 

nieprzytomnie zaspanego do naszej makiety ciężarówki. Ja prowadziłem nasz minikonwój, 

siedząc za kierownicą jego wozu.

Kiedy   wróciliśmy,   już   świtało.   Zaczynał  się   dzień   R.  Był   to   także   dzień   T   -  jak 

telefon.  Zadzwoniłem  w południe,  ale  odsłuchałem  tylko  tej  samej  nagranej  wiadomości. 

Wprawdzie   byłem   zaniepokojony,   ale   wiedziałem   też,   że   wydarzenia   dzisiejszego   dnia 

wkrótce wypędzą  z mojego umysłu  wszelkie niewczesne obawy.  Kaizi wyszedł  z biura i 

spojrzał   na   mnie   dokładnie   w   momencie,   gdy   chowałem   telefon   do   kieszeni.   Czy   to 

dostrzegł? Atak był najlepszą obroną.

- Powinieneś być już w tym cudownym miasteczku, a nie tutaj.

- Nie ma pośpiechu. I nie chciałem, by ktoś widział, że spędzam za dużo czasu w 

miejscu napadu. Ludzie mogliby to zapamiętać. Instalacje gotowe?

- Wszystko gotowe. Wyruszamy za dziesięć minut.

- Nie zrób błędu. Wiesz, jaka będzie kara. Powiedziawszy to, odszedł. Jego szczęście. 

Naprawdę   byłem   zmęczony   i   mogłem   stracić   kontrolę   nad   sobą.   Moje   palce   mogłyby   z 

własnej inwencji zacisnąć się na jego tchawicy. Kopnąłem kilka robotów, potem wezwałem 

Igora i poczułem się trochę lepiej.

Pojechaliśmy żółtą teraz ciężarówką na miejsce operacji. Zostawiliśmy samochód pod 

osłoną drzew. Potem poprowadziłem Igora z powrotem wzdłuż drogi - aż do punktu, gdzie 

namalowałem na trasie czerwony X. Wskazałem ten znak.

- Stań tam. Nie ruszaj się. - Spojrzałem na zegarek. - Za kilka minut na grzbiecie tego 

wzgórza pojawi się opancerzona ciężarówka. Tak jest, użyj lornetki, patrz wzdłuż strzałki 

background image

narysowanej na trawie. Dobrze. A co masz zrobić, gdy zobaczysz ciężarówkę?

- Wcisnąć przycisk! - wcisnął go, tak jak się spodziewałem. Oczywiście dzięki mojej 

domyślności nic się nie stało, bo nie podłączyłem jeszcze obwodu.

- Nic się nie stało - powiedział zdziwiony.

- Nic też nie miało się stać, bo nie ma tam jeszcze ciężarówki. - Miałem rację. Był 

bardziej bezmózgi niż te roboty. - Stój, czekaj, patrz, zobacz, naciśnij, uciekaj.

Pośpieszyłem na swoją pozycję. Sprawdziłem całą instalację. Jeszcze raz spojrzałem 

na zegarek. Jeśli ciężarówka przyjedzie punktualnie - a Kaizi zapewniał, że zawsze tak było - 

powinna pojawić się w polu widzenia za dwie minuty. Zaryzykowałem i zamknąłem obwód, 

którego włącznik miał w rękach Igor. I uniosłem oczy ku niebu w niemej modlitwie, żeby nie 

spaprał tego prostego zadania.

Rzeczywistość   nieco   się   zmieniła,   gdy   zaczęły   pracować   holoprojektory. 

Odskoczyłem na bok, gdyż  moja ręka zdawał się tkwić w pniu drzewa. Zabrałem rękę z 

obrazu i podziwiałem swoje dzieło. Przepiękne. Usłyszałem odgłos szybkich kroków. A więc 

Igor   zapamiętał   także   drugą   z   instrukcji.   Po   wciśnięciu   przycisku   -   wiać.   Wiać   do   tej 

fałszywej   pancernej   ciężarówki   ukrytej   opodal.   Prawdziwą   widziałem   już   pomiędzy 

drzewami. Zbliżała się do łagodnego zakrętu. Jednego z wielu zakrętów tej drogi, wijącej się 

pomiędzy ogrodowymi posesjami. Drogi, którą ta ciężarówka przemierzała już tyle razy...

Ale   czy   kierowca   mógłby   pamiętać   dokładnie   każdy   zakręt?   Liczyłem,   prawdę 

mówiąc,   na   to,   że   większość   ludzi   jeździ   znanymi   sobie   drogami   na   autopilocie.   Teraz 

właśnie samochód brał zakręt. Normalnie zakole powinno być trochę dłuższe, a potem trzeba 

odbić w prawo. Ale teraz... Teraz holoprojektory pokazywał drogę nieco inaczej. Skręcała ona 

w lewo. Tam właśnie miał wjechać.

A może kierowca się połapie i wciśnie wcześniej hamulce? Moje serce biło głośno. 

Słyszałem   odgłos   silnika   narastający  coraz  bardziej.   Wjechał.  Pojawił  się  tuż   obok  mnie 

radośnie zmierzając wprost w pułapkę. Dopiero teraz nacisnął hamulce. Przejechał jeszcze 

kawałek poślizgiem.  Tak powinien zareagować  każdy kierowca. Dopiero co jechał  drogą 

pomiędzy szpalerem drzew, aż tu nagle przed maską wyrosła mu skała. Nie było czasu na 

myślenie. O działaniu decydował instynkt i rutyna.

Wcisnąłem   trzymany   w   ręku   aktywator   i   równocześnie   zdarzyły   się   dwie   rzeczy. 

Holoprojektory   zmieniły   obraz   -   droga   biegła   znów   tak,   jak   w   rzeczywistości.   Gdyby 

ktokolwiek teraz jechał, zobaczyłby tylko drzewa po obu stronach trasy. Inna sprawa, że było 

tam kilka dodatkowych drzew wmieszanych pomiędzy prawdziwe, które maskowały naszą 

ciężarówkę i wóz, który był naszym celem.

background image

W tym samym zaś momencie, kiedy holoprojektory zmieniały obraz, z konarów drzew 

opadł zawieszony ekran i zatrzasnął się w wyznaczonej pozycji. Pozostałe ścianki odpornej na 

wszelkie promieniowanie klatki już tam były,  a ten ostatni bok zamknął tylko wehikuł w 

pudle. Ukrytym  przed ludzkimi  oczami  przez  holoprojektory,  jak już wspomniałem.  Gdy 

klatka się zamknęła, pod ciężarówką wybuchła bomba. Aż zadrżałem, gdy przeszła przeze 

mnie   fala   magnetyczna,  która  z  całą  pewnością   oddziaływała  na   moją   hemoglobinę.  Ale 

uderzenie magnetyczne, nawet tak silne, nie mogło zaszkodzić człowiekowi. Cóż się za to 

działo ze wszelkimi elektrycznymi  albo elektronicznymi  obwodami! Te iskrzenia, spięcia, 

topienie się, blokady. Silnik przestał działać. Podobnie martwe musiały być wszelkie systemy 

elektroniczne i komunikacyjne w ciężarówce. Na pewno też wywaliło światło i zablokowały 

się wszelkie otwierane elektrycznie  drzwi. Trzej  mężczyźni  w środku tkwili uwięzieni  w 

zupełnych ciemnościach. Nawet jeśli próbowali nadawać jakąś wiadomość, zanim wybuchła 

bomba, ekran klatki wychwyciłby ją.

Ci trzej w środku na pewno byli przerażeni, ale nie na długo. Trzeba więc działać. 

Rozległy się trzy wybuchy z ruchomych wyrzutni zakopanych w ziemi i trzy pociski przebiły 

się do wnętrza ciężarówki. Niosły ze sobą usypiający gaz, a nie śmierć i zniszczenie.

Nałożyłem na twarz maskę przeciwgazową z przyciemnianymi okularami. Włączyłem 

oślepiający płomień termicznego lancetu i zacząłem wycinać okrąg w dnie ciężarówki. Nie 

zapominałem jednak o nasłuchiwaniu, co się dzieje wokół, i uśmiechnąłem się na dźwięk 

oddalającego się coraz bardziej silnika naszej fałszywej ciężarówki.

W   przestrzeni,   o   tysiące   mil   nad   naszymi   głowami,   nigdy   nie   zasypiające   oko 

obserwacyjnego satelity rejestrowało przecież zachodzące na dole wydarzenia. Widziało więc 

uzbrojoną   ciężarówkę   zjeżdżającą   ze   wzgórza   pomiędzy   drzewa.   Teraz   też   ją   zobaczy, 

spokojnie   spomiędzy   drzew   wyjeżdżającą   i   jadącą   wprost   ku   najbliższemu   bankowi.   Do 

którego, niestety, nigdy nie dotrze.

Odskoczyłem,   ponieważ   płonący   metalowy   dysk   opadł   na   ziemię.   Aby   mieć 

stuprocentową pewność, że nikt nie będzie mi przeszkadzał, wrzuciłem do ciężarówki jeszcze 

kilka   ładunków   z   gazem   usypiającym.   Zdjąłem   maskę   z   przyciemnianymi   okularami   i 

wetknąłem   tylko   do   nosa   przeciwgazowe   filtry,   a   potem   wspiąłem   się   do   środka   wozu. 

Odwróciłem   się   błyskawicznie,   słysząc   dziwny   dźwięk...   W   blasku   latarki   dostrzegłem 

chrapiącego policjanta. Spał, ale poza tym był w nienaruszonym stanie, podobnie jak dwaj 

pozostali. Użyłem diamentu, by wyciąć zamek z tylnych drzwi i otworzyłem je kopniakiem 

na   oścież.   Do   środka   wpadło   świeże   powietrze   i   miłe   odgłosy   ptasiego   śpiewu. 

Wyciągnąwszy z trudem pierwszą z wypełnionych pieniędzmi skrzyń, zrzuciłem ją na ziemię. 

background image

To była najtrudniejsza część zadania i została wykonana pomyślnie... Tylko czy aby Igor nie 

zawalił swojej, znacznie prostszej, roli? Miał tylko pojechać fałszywą ciężarówką poprzez 

wzgórza do najbliższej wioski. Ale nie do banku; nie, nie. Miał skręcić na miejsce wyładunku 

towarów   przy  najbliższym   hipermarkecie,   gdzie   o   tej   porze   było   pusto.   Zrób   to,   Igorze. 

Zaparkuj! Otwórz drzwi. Włącz  aktywator.  Nie  biegnij! Masz  aż dwadzieścia sekund, to 

więcej czasu, niż potrzeba na stworzenie wszechświata. Przejdź na drugą stronę hipermarketu, 

do samochodu, w którym czeka Kaizi...

Oczami   duszy   widziałem   ten   piękny   wybuch,   którego   blask   przyćmił   słońce. 

Aluminium i żelazo plus wysoka temperatura. Sięgająca antyku recepta na najgorętszy z ogni. 

Płomień, który pochłaniał wszystko, co spotkał na drodze, i topił metale, których nie mógł 

spopielić. Ogień, który pożre całą fałszywą ciężarówkę, pozostawiając tylko trochę białego 

pyłu. Niech go potem analizują, jeśli chcą. Po takim wybuchu i pożarze nie było możliwości 

zidentyfikowania czegokolwiek.

Wyrzucałem   z   auta   ostatnią   skrzynię,   kiedy   usłyszałem   samochód   hamujący 

energicznie. Ktoś obcy? Nie, to musiał być Kaizi. Trzasnęły drzwi i usłyszałem zbliżające się 

ciężkie kroki. Silnik przestał grać.

- Zacznij to wnosić do naszej ciężarówki - powiedziałem do Igora. - To ostatni etap 

napadu wszech czasów.

background image

Rozdział 16

A zatem, stało się. Szczęśliwy koniec. Ale czy na pewno? Czy nie zrobiłem żadnego 

błędu?   Czy   przewidziałem   wszystko?   Czy   opracowałem   każdy   szczegół?   Uzbrojona 

ciężarówka   została   wprowadzona   w   błąd   przez   hologramy   i   zjechała   z   drogi.   Tak. 

Zahamowała elegancko w miejscu otoczonym ekranami tak, jak zaplanowałem. Ostatni ekran 

spadł w momencie, gdy jeszcze hamowała - nie mieli więc czasu, by wezwać pomoc przez 

radio, nawet  gdyby  zdążyli  o tym  pomyśleć.  Kiedy ciężarówka  się  zatrzymała,  oberwała 

ładunkiem   magnetycznym,   który   wykasował   całą   elektrykę.   Potem   rakiety   z   gazem 

usypiającym.   Załoga   została   obezwładniona,   ale   nikt   nie   był   nawet   ranny,   co   do   tego 

upewniłem się osobiście. Kiedy to wszystko się działo, fałszywa ciężarówka już pędziła po 

drodze.   Jej   obraz   mógł   być   spokojnie   rejestrowany   przez   kamery   z   satelity.   Dojechała 

następnie przed odległy dom towarowy i tam spektakularnie spłonęła. Igor zdołał dotrzeć 

bezpiecznie do samochodu Kaiziego, bo inaczej byłby kupką popiołu, zamiast wraz ze mną 

wrzucać na nasz wóz skrzynki z pieniędzmi.

Co teraz robiły służby bezpieczeństwa? Miałem nadzieję, że krążyły wokół miejsca 

wypadku. Miałem nadzieję, że służby przeciwpożarowe usiłują zgasić płonący wrak. Wkrótce 

policja będzie starała się badać tę masą stopionego metalu. Miejmy nadzieję, że jacyś naoczni 

świadkowie   zidentyfikują   płonące   resztki   jako   byłą   opancerzoną   ciężarówkę.   Potem 

zamieszanie,   telefony.   Tak,   transport   pieniędzy   opuścił   ostatni   bank.   Nie,   nie   dotarł   do 

następnego banku. I następne telefony. Zdjęcia satelitarne posłane do analiz. Coraz wyższe 

władze włączają się w dochodzenie. I coraz więcej tym samym marnuje się czasu.

Cała rzecz poszła dokładnie tak, jak zaplanowałem. Igor właśnie kończył  ładować 

ostatnie skrzynie. Czas było wracać.

Wracać!   W   mojej   głowie   zaświeciły   jasno   kolejne   punkty   planu.   Sięgnąłem   do 

woreczków wiszących u mojego pasa.

Dwie   rzeczy.  Po   pierwsze,   wspiąłem   się   ponownie   do   opancerzonej   ciężarówki   i 

pozostawiłem kapsułkę czasową pod językiem każdego ze strażników. Miała rozpuścić się za 

cztery godziny i uwolnić ze swego wnętrza antidotum na gaz usypiający. Nie chciałem mieć 

kogoś na sumieniu. Kiedy ochraniarze się obudzą, to - jeżeli do tego czasu jeszcze nie zostaną 

znalezieni - podniosą alarm. Ja potrzebowałem na ucieczkę  tylko  godzinę, więc w żaden 

sposób nie mogli mi zaszkodzić.

Te kapsułki to była pierwsza rzecz do zrobienia.

background image

Drugą nie byłem specjalnie zachwycony.

Wyciągnąłem figurkę szczura z najlepszej nierdzewnej stali. Przez moment ważyłem 

ją w ręku, a potem rzuciłem na podłogę ciężarówki. Zakląłem szpetnie. Kaizi ostrzegł mnie, 

co się stanie, jeśli figurka nie zostanie znaleziona na miejscu przestępstwa.

Zeskoczyłem  z wysiłkiem  na ziemię,  a potem z trudem wdrapałem się do kabiny 

gruchota, którym jeździł Igor. Tym razem wóz miał przynajmniej nową żółtą barwę. Igor 

właśnie zamykał z tyłu pakę.

-   Jazda   -   warknąłem,   gdy   do   mnie   dołączył.   -   Do   komputerostrady,   a   potem   do 

Fetorsville.   Jeśli   zasnę,   przed   tunelem   nie   waż   się   mnie   budzić   pod   groźbą   gwałtownej 

śmierci.

Zanim dojechaliśmy do wjazdu na komputerostradę, zdążyłem się nieco zdrzemnąć. 

Potem   przeciągając   się,   wróciłem   na   chwilę   do   życia   i   wyciągnąłem   aktywator   reakcji 

katalitycznej. Wylot tunelu biegnącego pod wzgórzami majaczył już niedaleko przed nami. 

Gdy do niego wjechaliśmy, wcisnąłem przycisk.

Fala radiowa o długości dokładnie 46,8 metra zaczęła właśnie wędrówkę do molekuł 

katalizatora, będącego składnikiem tej ślicznej żółtej farby, która czyniła naszą ciężarówkę 

tak dobrze widoczną z daleka. Reakcja zredukowała przylepność farby do zera i ta miała 

odpaść, zamieniając się w piękną chmurę żółtego pyłu, co oznaczało, że nasza ciężarówka 

znów przyjmie ohydny brudnoróżowy kolor. Pusta opancerzona ciężarówka zostanie w końcu 

znaleziona. Zdjęcia satelitarne pokażą żółty wóz uciekający z miejsca przestępstwa. Potem 

będą śledzić jego drogę aż do bramy wjazdowej na płatną komputerostradę,  tylko  że on 

zniknie   bez   śladu   w   tunelu.   Zbrodnia   doskonała.   Z   tą   myślą   w   głowie   osunąłem   się   z 

powrotem na oparcie fotela i zasnąłem tym razem na dobre. Kiedy przybyliśmy w końcu do 

znajomego już magazynu w naszym uroczym mieście przemysłowym, obudziłem się tylko po 

to, aby zanurzyć moją nową twarz w wodzie i dać jej się napić. Potem sam też się napiłem. I 

natychmiast   rzuciłem   się   na   swoje   legowisko.   Kiedy   ponownie   zasypiałem,   po   moich 

wargach jednak błąkał się uśmiech - to naprawdę była kradzież doskonała.

- Kradzież stulecia! Tak ją nazywają!

Otworzyłem zaspane oczy i ujrzałem znienawidzoną postać Kaiziego, który stał tuż 

nade mną, a w rękach trzymał wydruk z kanału informacyjnego. Rzucił go na moją pierś. 

Leniwie mu się przyjrzałem.

Na samej górze znajdowało się zdjęcie jakiegoś tłustego oficjela trzymającego w dłoni 

figurkę stalowego szczura. Nagłówki artykułów były nieco histeryczne.

ZBRODNICZY SZCZUR UDERZA W SAMO SERCE

background image

SYSTEMU FINANSOWEGO!

PRZEPADŁY MILIONY!

PANIKA NA RYNKACH KAPITAŁOWYCH!

ROSNĄ STAWKI UBEZPIECZENIOWE!

No i powinny. Miałem nadzieję, że wszyscy ci baronowie poczuli zimny dreszcz. To 

nie mój problem. Przeleciałem także pobieżnie resztę nagłówków. Na samym dole znalazłem 

jeszcze, niemal niewidoczny, tytuł: ”Robotnicy sprzeciwiają się lokautowi

1

 w hucie”.

Zdaje   się,   że   GarGoyl   poczynił   jakieś   postępy   w   organizacji   związków   w   czasie 

wolnym  od występów  z potworami.  Ta refleksja natychmiast  przywiodła  drugą myśl  - o 

Bolivarze, który wciąż tkwił w cyrku jako Megalitowy Człowiek. Co z kolei spowodowało 

natychmiastowe   spojrzenie   na   zegarek.   Musiałem   ponownie   zadzwonić   w   południe. 

Wyrzuciłem   zmięte   kartki   i   z   niejakim   wysiłkiem   wstałem   z   betów.   Cały   ten   ruch   w 

najmniejszym   stopniu   zresztą   nie   wpłynął   na   Igora,   który   wciąż   chrapał   w   swoim   rogu 

pomieszczenia.

- Wyglądasz okropnie - powiedział Kaizi.

- Czuję się jeszcze gorzej.

- Jeśli ktoś zobaczy cię tutaj na ulicy w tym ubraniu sportowym, będziesz natychmiast 

podejrzany.

- To co mam założyć?

- Weź to - podał mi ciemnozielony kombinezon roboczy. - Kup sobie jakieś ciuchy 

robotnika. I ciężkie buty. Potem wróć tutaj i czekaj. Wkrótce będę miał dla ciebie kolejne 

zadanie. I oddaj mi kartę.

- Co? - W głowie wciąż mi wirowało. Żadnych więcej pobudzaczy przez jakiś czas.

- Kartę płatniczą, którą płaciłeś za ciężarówkę. Nie chcę, żebyś  tutaj płacił nią za 

jakieś zakupy. - Podał mi zwitek banknotów. - Od tej pory posługuj się gotówką.

- Ale gdzie iść? Nie wiem nic o tym mieście. - Niedaleko stąd jest mechatarg.

- Podwieziesz mnie tam?

Przyjrzał mi się z lekkim obrzydzeniem.

- Niechętnie. Radź sobie sam. Po wyjściu skręć w prawo. Tylko nie siedź tam za 

długo.

- Taa, taaa... zaraz, czy drzwi nie są zamknięte?

- Oczywiście. Od zewnątrz. Igor wpuści cię z powrotem.

Ściągnąłem z grzbietu mój nieco już sfatygowany strój sportowy, ukrywając w dłoni 

1 lokaut - zwolnienie grupowe

background image

telefon. Potem wsunąłem go w kieszeń tego proletariackiego ubranka, w które się przebrałem. 

Umyłem się, najlepiej jak mogłem, w tej zimnej i śmierdzącej nieco wodzie. Wysuszyłem 

moją drugą twarz i nakarmiłem ją resztą rosołu z puszki. Pomyślałem, że koniecznie muszę 

odnowić zapas rosołu z kury.

Kombinezon,   który   miałem   na   sobie,   był   mocno   znoszony,   ale   czysty.   Kiedy 

przygotowałem   się   do   wyjścia,   Kaiziego   już   nie   było.   Nie   było   też   śladu   po   jego 

samochodzie.

Teraz na ulicy panował nieco większy ruch, niż kiedy poprzednio wędrowałem tędy w 

nocy. Wszyscy jednak szli spiesznie przed siebie, bo też i niby po co mieli się zatrzymywać w 

tej   ohydnej   okolicy...   Na   kolejnym   skrzyżowaniu,   do   którego   doszedłem,   kilku   pieszych 

czekało na zmianę sygnalizacji świetlnej. Kiedy znalazłem się pomiędzy nimi, jakiś młody 

mężczyzna odwrócił się do mnie i wsunął mi w rękę kawałek papieru. Reklama? Jakiś uliczny 

kramarz? Spojrzałem na kartkę.

”Nic nie mów” - głosił napis, później jeszcze - ”odwróć”

Zrobiłem to. Tekst na drugiej stronie był dość intrygujący.

”Daj mi swój telefon”.

Czy to był napad uliczny? Teraz dużo uważniej przyjrzałem się facetowi, który podał 

mi kartkę. Był dobrze ubrany. Smagła skóra, ciemna broda i wąsy... I błękitne oczy, które 

doskonale znałem...

- Bolivar? - zapytałem samym ruchem warg.

Przytaknął   i   wyciągnął   rękę.   Podałem   mu   telefon   i   przyglądałem   się   z   niejakim 

zainteresowaniem, jak przykleja do niego taśmę samoprzylepną. Światła zmieniły się i stojące 

przed nami samochody ruszyły do dalszej jazdy. Bolivar przykleił telefon do tyłu najbliższego 

z   nich.   Spokojnie   patrzyliśmy,   jak   znikają   nam   z   oczu.   Już   otwierałem   usta,   gdy   znów 

zobaczyłem przed oczami kartkę z napisem - ”nic nie mów”. Ruchem dłoni nakazał, abym 

poszedł za nim w boczną alejkę. Tam wyciągnął z kieszeni wykrywacz i dokładnie mnie 

przeskanował. Wyjął z mojej kieszeni pięciokredytową monetę, potem odciął jeden z guzików 

mej   bluzy.   Oba   przedmioty   ostrożnie   włożył   do   małego   pojemnika   ekranującego   fale 

elektromagnetyczne. Odezwał się dopiero wtedy, gdy go dokładnie zamknął.

Cześć, tato - powiedział po prostu. - Na początku nie byłem pewien, czy to ty. Fajna 

nowa twarz. Ale poznałem cię po sposobie chodzenia. Naprawdę miło znów cię widzieć.

- Ja też się cieszę!

- Kiedy dzwoniłeś ostatni raz, złapałem sygnał podsłuchu w twoim aparacie. Dlatego 

ponownie puściłem tę nagraną wiadomość.

background image

- Kaizi! Obawiałem się, że mógł zauważyć mój telefon.

- Na pewno zauważył. Ponieważ wiedziałem, jak cię namierzyć, śledziłem cię cały 

czas aż do tego miejsca. Dziś od rana przyglądam się waszemu magazynowi. Ale napad był 

klasa.

-   Dziękuję,   wiem.   Tyle   że   zupełnie   nie   przyniósł   mi   zysku,   jak   pewnie   się 

zorientowałeś. Jestem tylko pracownikiem Kaiziego i to on zgarnia cały zysk. Są jakieś wieści 

o mamie? - starałem się, by mój głos zabrzmiał spokojnie.

- Żadnych. Ale wciąż się staram. Teraz, kiedy jest tu James, możemy zdwoić wysiłki.

- James! Miałeś go zatrzymać.

-   Ciężko   go   zatrzymać.  Ale   jest   dobrze   zamaskowany.   Przyjechał   tu   jako   agent 

inwestycyjny Banco Cuerpo Especial.

-   Czyli   przybudówki   Korpusu   Specjalnego!   Tutaj.   -   Dotarliśmy   już   w   rejon 

mechatargu i dopiero teraz poczułem, jak bardzo jestem głodny i spragniony. - Najpierw jeść! 

-   dodałem,   wskazując   jakiegoś   fast   fooda.   Bolivar   nie   dotrzymał   mi   towarzystwa   w 

pałaszowaniu   niedźwiedzioburgera   ze   smażonymi   konikami   polnymi,   co   zdawało   mi   się 

najmniej  trującą pozycją z dostępnych  w menu. Ale dodał do mojego zamówienia jakieś 

niebieskawe piwo.

- James przywiózł także dokumenty i charakteryzację dla mnie. - Zamoczył wargi w 

winie, a potem mówił dalej. - Jestem teraz jego asystentem. Na razie więc opuściłem ten 

potworny show. Chociaż był całkiem zabawny... Nie bardzo tylko mogłem umawiać się na 

randki z dziewczętami. Inna sprawa, że jako żonaty mężczyzna i tak tego nie robię... Aha, 

przekopaliśmy tutaj sporo danych, za pomocą nieco lepszego sprzętu Korpusu Specjalnego i 

wiemy dużo więcej o twoim pracodawcy.

- Czy on naprawdę jest najbogatszym człowiekiem w galaktyce? - zapytałem, pracując 

z wysiłkiem szczęką, a potem wydłubując nóżkę konika polnego spomiędzy przednich zębów.

- Gdzie tam, daleko mu. Wprawdzie trochę trwało prześledzenie stanu jego majątku, 

ale wiemy teraz, że nawet nie jest właścicielem większości tych  banków, do których  się 

przyznaje.

- Spryciarz.  Założę się, że one były tylko  przynętą, aby zwabić mnie  do cyrku. - 

Zamówiłem jeszcze dwa piwa. Musiałem przytopić nieco te koniki polne, które teraz skakały 

w moim żołądku.

- Te dane z cyrkiem to też była lipa. Wynająłem prywatnych detektywów na trzech 

różnych planetach, którzy bezpośrednio sprawdzili miejscowe bazy danych. Dane dotyczące 

cyrku pochodziły od hakera, co zresztą na miejscu łatwo było stwierdzić.

background image

- Ale nie poszukując z innej planety. Dlaczego Kaizi zadał sobie cały ten trud?

Bolivar wysiorbał do końca piwo i zmarszczył brwi.

-   Chciał   cię   mieć   na   tej   właśnie   planecie.   Dlaczego,   nie   jesteśmy   jeszcze   pewni. 

Pierwszy pomysł - chce dokonać jeszcze kilku przestępstw i potrzeba mu kogoś, kto to za 

niego zrobi. Ponadto bardzo się też starał, abyś podjął pracę w Bolshoi Big Top. Sądzimy, że 

widział cię tam w roli szpiega. Sporo występów w tym  cyrku jest tylko przykrywką  dla 

działalności   różnych   intergalakrycznych   organizacji.   Może   chciał   z   twoją   pomocą   je 

rozpracować.

Mój   mózg   wciąż   huczał   z   nadmiaru   wrażeń,   podobnie   zresztą   jak   mój   żołądek. 

Niedaleko był Bar Zardzewiałego Robota. Wskazałem go.

- Przeniesiemy imprezę tam. Muszę napić się czegoś, co zabije tego niedźwiedzia i 

utopi wreszcie te świerszcze.

- Witam, witam - powiedział zardzewiały głos, gdy pchnąłem drzwi do baru. - To 

znaczy witam, jeśli macie powyżej osiemnastu lat.

- Mam powyżej  osiemnastu lat - odparłem. - Chociaż  teraz mam  w głowie mózg 

pięciolatka.   To   jest   jednak   strasznie   przygnębiające,   jak   łatwo   wpadłem   pod   kontrolę 

Kaiziego. Muszę się niestety z tobą zgodzić. Cała ta bajka - banki, rabunki, przelewy - służyła 

tylko   temu,   aby   ściągnąć   mnie   na   tę   obrzydliwą   planetę,   a   potem   szantażem   zmusić   do 

wykonywania za niego brudnej roboty.

Bolivar skinął potwierdzająco głową. Był tak samo przygnębiony jak ja. Zasiedliśmy 

przy barze.

- Zardzewiały Robot pozdrawia panów. Czym mogę służyć? Mam każdy napój od Ale 

do Zygodactyl-pee.

Zardzewiały robot był naprawdę zardzewiały - antyczna, nitowana jeszcze, maszyna.

Spojrzałem po butelkach na półce.

- Coś, co dobrze zrobi na żołądek - powiedziałem.

- Gorzka miętowka - zadecydował, sięgając rozciągłą ręką ku gorej półce. Ciemny 

płyn zaczął parować w zetknięciu ze szkłem.

Wypiłem i beknąłem potężnie jak smok. Pomogło na żołądek, ale wciąż byłem w 

depresji.

-   Jestem   teraz   stalowym   niewolnikiem   w   rękach   tego   kryminalisty,   władcy 

marionetek.

- Trochę przesadzone, ale coś w tym jest. Aha, jeden fakt dotyczący naszego władcy 

marionetek   wydaje   się   dosyć   interesujący.   Chociaż   Kazi   jest   zamieszany   w   jakieś 

background image

międzyplanetarne holdingi, większość jego interesów znajduje się tu, na Fetor, I skupia je 

przede  wszystkim   Pierwszy Międzygwiezdny  Bank Wdów   i  Sierot.  Który  zresztą  dobrze 

znasz. Myślę, że zostałem dyrektorem tego Banku przede wszystkim dlatego, by mógł mieć 

mnie na oku, a potem oczywiście wrobić w ten napad.

- Też mam swój udział w napadzie, ponieważ pomagałem po nim posprzątać. Ten 

niby ukradziony łup był cały czas pod podłogą skarbca.

- A jeśli dodać do tego fakt, że on kontroluje też dość duże biuro maklerskie...

Słyszałem słowa, ale kompletnie nie rozumiałem ich znaczenia. Miętowa Gorzka mnie 

dopadła. Wyrzygałem ją na podłogę.

- Powiedz to jeszcze raz wystękałem po chwili z nieco jaśniejszą głową.

-   Mamy   tu   zdaje   się   do   czynienia   z   całym   łańcuchem   powiązań   finansowych   i 

przestępczych. Najpierw okrada własny bank. Kiedy kompania ubezpieczeniowa mu płaci, 

już podwoił pieniądze. Potem okrada następny bank, a odpowiedzialność spada na ciebie. 

Dalej szantażem zmusza cię do współpracy i napadu na konwój z pieniędzmi. Które potem 

przepuści przez własny bank, aby dokonać inwestycji i zarobić następne pieniądze.

-   Brawa   dla   niego   -   zaniosłem   się   dziwacznym   chichotem.   Bolivar   uniósł   brwi   i 

przyjrzał mi się zaniepokojony.

- Chodź, usiądziemy gdzieś wygodniej, bo zaraz spadniesz z tego stołka barowego.

-   Dobra   -   powiedziałem   zgodnie,   spadając   ze   stołka.   Pozbierałem   się   ciężko.   - 

Przepraszam.   Przez   kilka   dni,   kiedy   przygotowywałem   ten   skok,   byłem   na   środkach 

pobudzających. One chyba niezbyt dobrze komponują się z tymi obrzydliwymi napitkami. 

Lepiej już wrócę. Jak mam się z tobą skontaktować?

Wyciągnął z kieszeni małe, apetycznie wyglądające zielone karteczki i na jednej z 

nich napisał numer.

- Dzwoń o każdej porze. Albo ja, albo James odbierzemy. Tylko najpierw sprawdź 

podsłuch.

Zapamiętałem   numer,   a   potem   zjadłem   karteczkę.   Miała   smak   mięty   i   na   pewno 

pomogła mi na żołądek. Na koniec musiałem jeszcze poruszyć starannie unikaną kwestię.

- I szukaj wciąż matki. Pamiętaj, że najważniejsza rzecz to dowiedzieć się, gdzie jest 

więziona.

Twarz Bolivara spochmurniała.

- Wiem. Jak dotąd bez skutku. Zarówno jego bank, jak i biuro maklerskie zostały 

wykluczone.   Żadnych   ukrytych   pomieszczeń,   oprócz   tego   pod   skarbcem,   o   którym 

wspomniałeś. Mała szansa, by mama tam była, ale postaram się sprawdzić to jakimś sprzętem 

background image

wykrywającym.

- Zrób to.

-  Odkryliśmy także, że Kaizi ma mieszkanko tutaj w mieście. Włamałem się tam. 

Zwykły włam rabunkowy - ukradłem mu telewizor. A przy okazji, nim zaczął działać system 

alarmowy, obejrzałem dokładnie to miejsce. Przypatrywaliśmy się uważnie ruchom Kaiziego 

i tutaj, w Fetorsville, już nie znajdujemy żadnych podejrzanych miejsc. A jak w Słonecznym 

Mieście nad Morzem?

- Może. Ma tam biuro i garaż, ale nie widziałem żadnych ukrytych pomieszczeń.

- Daj mi adres. Przeszukam to dokładniej.

- Dobrze.

Napisałem adres w jego zielonym notesie. Wciąż byłem przygnębiony. Nie mieliśmy 

już   o   czym   gadać.   Wziąłem   z   powrotem   urządzenia   podsłuchowe,   które   Bolivar   u   mnie 

wykrył,   i   wsadziłem   je   do   kieszeni.   Tak   więc,   już   w   milczeniu   pomachaliśmy   sobie   na 

pożegnanie.

background image

            

Rozdział 17

Kupiłem jeszcze na mechatargu jakieś nie rzucające się w oczy ubranie kilka czystych 

prześcieradeł i koców. Jeśli już byłem skazany na dzielenie z Igorem tej ponurej nory, miałem 

zamiar zapewnić sobie przynajmniej  jako taki komfort.  Mój żołądek miał  się teraz nieco 

lepiej, chociaż wciąż padałem z nóg. Kupiłem jeszcze kilka puszek rosołu z kury dla mojej 

drugiej twarzy oraz kilka puszek piwa dla siebie.

Kiedy wreszcie dotarłem do magazynu, nogi niemal właziły mi w tyłek. Ponieważ nie 

zaufano  mi  na tyle,  abym  został  zaszczycony kluczem,  waliłem  gwałtownie  w drzwi,  aż 

usłyszałem niechętny głos mojego kompana.

- Igor śpi - warknął.

- Nic nowego, mózg Igora zawsze śpi - odwarknąłem w odpowiedzi.

To przez to zmęczenie. Normalnie wiedziałem, że nie ma sensu wdawać się z nim w 

pyskówki i szukać przy okazji niepotrzebnych  kłopotów. Nie nabijałbym  się też z kogoś 

upośledzonego.   Ale   wtedy   nie   bardzo   myślałem.   Warknął   coś   niezrozumiałego.   A   kiedy 

wszedłem i przechodziłem obok niego, walnął mnie w łeb pięścią.

To nie było uderzenie, które miało zabić, czy choćby pozbawić przytomności. To był 

po prostu głos w dyskusji człowieka sfrustrowanego tym, że nie potrafi wyrazić słowami tego, 

co   chciałby   przekazać.   Poleciałem   jednak   na   podłogę,   a   moje   zakupy   rozsypały   się   na 

wszystkie strony. Jednocześnie nagle wybuchły we mnie tłumione wściekłość i frustracja, 

nagromadzone w ciągu ostatnich dni. Wyuczone odruchy wzięły górę nad rozsądkiem. Igor 

stał   teraz   nade   mną.   Jeden   kopniak   w   kolano   i   sprowadziłem   go   do   poziomu.   Kiedy 

przelatywał   obok   mojego   łokcia,   wpakowałem   mu   go   w   splot   słoneczny,   pozbawiając 

oddechu. Wyłączyłem go już z walki i powinienem na tym poprzestać. Mój gniew był jednak 

na tyle silny, że omal nie doszło do tragedii.

Zupełnie   bez   udziału   świadomości   lewą   ręką   opasałem   szyję   Igora,   podczas   gdy 

prawą zacisnąłem na nadgarstku lewej, by docisnąć dźwignię. Zabójczy chwyt. Stały nacisk 

miażdży tchawicę i przerywa  przepływ  krwi w tętnicy szyjnej. Najpierw następuje utrata 

przytomności, a potem śmierć. A gdyby chciało się skończyć sprawę jeszcze szybciej, nagła 

zmiana   miejsca   nacisku   może   złamać   kręgosłup   i   wtedy   śmierć   następuje   w   sposób 

natychmiastowy.

Czerwona   płachta   gniewu   przysłaniająca   mi   wzrok,   znikła   w   ostatniej   chwili.   O 

milimetry od swej twarzy dostrzegłem wybałuszone oczy Igora i jego wywalony język. Był 

background image

na skraju raju czy raczej piekła.

Wielkim   wysiłkiem   woli   zmusiłem   się   do   rozluźnienia   uchwytu.   Cisnąłem 

przeciwnika na ziemię i wstałem, oddychając ciężko. Igor miał wciąż zamknięte oczy, ale 

przynajmniej łowił już powietrze. Odczekałem, aż otworzy oczy, a potem trąciłem go lekko 

czubkiem buta między żebra, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Przystawiłem mu do oczu 

swoje niemal stykające się ze sobą kciuk i palec wskazujący.

- Tak blisko byłeś śmierci. Jeśli dotkniesz mnie jeszcze raz, przebędziesz całą drogę.

Potknąłem się, zbierając porozrzucane zakupy. Byłem zmęczony już poprzednio, teraz 

ten nagły skok adrenaliny wykończył mnie dodatkowo. Kiedy więc rzuciłem wszystkie puszki 

na łóżko, z największym wysiłkiem powstrzymałem się, aby nie paść tam w ślad za nimi. Nie 

było jednak zbyt mądrze zasnąć teraz, gdy Igor niedługo dojdzie do siebie. Kto wie, może w 

jego powolnych synapsach ukształtowałaby się myśl o zemście.

Nakarmiłem twarz, a potem rozejrzałem się wokół.

Po   raz   pierwszy   wybrałem   się   na   zwiedzanie   położonej   głębiej   części   składu. 

Przedarłam   się   przez   warstwę   kurzu   i   śmieci   i   dotarłem   do   tylnych   drzwi   częściowo 

przywalonych pustymi metalowymi bębnami. Odtoczyłem je na bok i znalazłem opancerzony 

motocykl.

Na   pewno   ten,   który   został   użyty   w   drugim   napadzie.   Odsunąłem   także   i   jego   i 

odsłoniłem drzwi. Kryła się za nimi mała kanciapa kiepsko oświetlona odrobiną promieni 

słonecznych   wpadających   przez   małe,   brudne   i   pokryte   pajęczynami   okienko.   Mimo 

wszystko   pokój   stanowił   dla   mnie   pewną   atrakcję.   Przesunąłem   znajdujące   się   pośrodku 

sfatygowane biurko pod ścianę i poszedłem po swe posłanie. Igora nigdzie nie widziałem, ale 

też, prawdę mówiąc, nie tęskniłem za nim. Przytarganie betów do tego bocznego pokoju do 

końca wyczerpało moje siły. Zdawało mi się, iż trwało to całymi godzinami. Drzwi do mojej 

nowej   sypialni   otwierały   się   do   środka   i   nie   miały,   niestety,   zamka.   Nie   widziałem   też 

niczego, czym mógłbym podeprzeć klamkę. Oparłem się o nie ciężko i rozejrzałem się wokół. 

Biurko. Było wystarczająco ciężkie, aby choć na chwilę powstrzymać kogoś, kto chciałby tu 

wtargnąć. A to dałoby mi czas, aby się obudzić i przygotować. Kiedy przepchnąłem biurko do 

drzwi, byłem już wykończony. Rzuciłem się bez czucia na bety. Nie miałem nawet siły, by je 

rozłożyć.

Kiedy się obudziłem, promienie słoneczne wpadały przez okno, wprost na moją twarz. 

W  gardle   zaschło   mi  zupełnie,   wargi  był  spierzchnięte.  Przypomniałem  sobie  o  piwie   w 

samochłodzących  się puszkach. Otworzyłem  natychmiast  jedną  z nich.  Piwo zabulgotało, 

łącząc   się   z   chłodzącą   chemią.   Na   zewnętrznych   ściankach   puszki   pojawiły   się   kropelki 

background image

wilgoci. Pochłonąłem lodowatą ciecz i poczułem się znacznie lepiej. Otworzyłem następną 

puszkę,   ale   upiłem   z   niej   tylko   ze   dwa   łyki,   gdy   znów   dopadła   mnie   fala   zmęczenia. 

Zapadłem w sen.

Był on na tyle głęboki, że walenie w drzwi nie zrobiło na mnie wrażenia. Udało mi się 

zgrabnie   wkomponować   te   hałasy   w   jakiś   złożony   majak   senny.   Dopiero   odgłosy 

przesuwającego się biurka zbudziły mnie w mgnieniu oka.

-   Przestań!   -   wrzasnąłem   Zerwałem   się   i   wtedy   przypomniałem   sobie   boleśnie   o 

metalowym pręcie sterczącym nad moją głową. Ale odgłos szurania ucichł.

- Szef cię chce.

- Powiedz, że już idę... - wychrypiałem.

Poczułem   się   nieco   lepiej,   podstawiwszy   łeb   pod   bieżącą   wodę.   Wytarłem   się, 

założyłem twarz i wyszedłem na spotkanie mojego władcy.

Ocenił natychmiast mój fatalny stan, ale nie skomentował tego. Nieco za to wykrzywił 

wargi, gdy zbliżył  się do stołu, na którym  walały się resztki śniadania  Igora. Zgarnął  to 

wszystko na podłogę.

- Igor, sprzątnij ten chlew!

Usiadł na fotelu i czekał w milczeniu, aż mamroczący coś pod nosem Igor pozgarnia 

wszystkie resztki w jeden z kątów pomieszczenia. Zawsze to trochę lepiej wyglądało. Potem 

nasz uroczy kompan polazł na swój barłóg i włączył minitelepudło. Kaizi skinął na mnie. 

Usiadłem obok niego, ale ustawiłem krzesło tak, by nie tracić zupełnie z oczu Igora. 

- Co wiesz o obligacjach?

- Czy to ma coś wspólnego z ubikacją?

- Stroisz sobie żarty, czy jesteś takim samym imbecylem jak Igor? Obligacjach nie 

ubikacjach. To papiery dłużne.

- Ach tak. Nie wiedziałem...

Tak naprawdę, to wiedziałem o obligacjach co nieco, ale ponieważ Kaizi, zdaje się, 

przygotował wykład, nie chciałem psuć mu przyjemności moją znajomością tematu.

- Obligacje, w których jesteś takim dyletantem, to certyfikaty własności określonej 

części długu publicznego rządu albo przedsiębiorstw, na przykład linii lotniczych czy innych 

korporacji. Ich właścicielami są indywidualni pożyczkodawcy. Zazwyczaj opłatą za pożyczkę 

jest określona stopa oprocentowania. Większość obligacji jest zarejestrowana na określonych 

właścicieli i jeśli w wyniku operacji kupna i sprzedaży tych właścicieli zmieniają, to również 

się to rejestruje. Są jednak tak zwane obligacje na okaziciela, które nie podlegają rejestracji. 

Mogą być łatwo zbywane i są równie płynną formą pieniądza jak gotówka Rozumiesz, o 

background image

czym mówię?

- Kawałek papieru, który jest wart sporo szmalu, wszystko jedno kto ma go w łapie.

- No... ogólnie mówiąc - tak.

- I założę się, że wiesz, gdzie znajduje się duża ilość tych ubi... obligacji i chcesz, 

żebym je dla ciebie ukradł?

- Prosto z mostu, ale zgadza się.

- Dobrze. Ale zanim omówimy tą sprawę, udzielisz mi wiadomości o Angelinie.

-   Czuje   się   dobrze   i   przesyła   ci   całuski   -   uśmiech   Kaiziego   był   wyjątkowo 

odpychający.

- Nie traktuj mnie z góry z łaski swojej, draniu. Chcę mieć dowody, a nie twoje słowo, 

które mam w głębokim poważaniu.

Rozejrzałem się wokół i mój wzrok padł na leżący na podłodze wydruk informacyjny. 

Ten, z którego swego czasu wyczytałem nagłówki dotyczące naszego napadu. Podniosłem go, 

otarłem nieco z kurzu i podałem Kaiziemu.

- Przywieź mi nagranie wideo, na którym wręczasz te papiery mojej żonie. Niech 

przeczyta wiadomości, a potem pokaże je do kamery. Ma też powiedzieć coś, co przekona 

mnie do jej tożsamości. Powiedz to Angelinie. Na pewno coś wymyśli.

Przygryzł w zamyśleniu wargę, a potem potrząsnął głową.

- To będzie trudne i zabierze zbyt dużo czasu. Odmawiam.

- Radzę tak zrobić. Bo nie mam zamiaru wykonać dla ciebie ani jednego więcej skoku, 

jeśli nie zobaczę jej żywej.

Znowu się zamyślił, ale chyba uznał, że mówię serio. Naprawdę nie miałem zamiaru 

mu pomagać, bez zdobycia pewności, co do losu Angeliny.

- Dobrze. Zrobię to. Ale w tym czasie musisz dokładnie przestudiować plany pewnego 

budynku   i  opanować   rozkład  pomieszczeń  tak,   abyś   mógł  się  kręcić   tam  z   zamkniętymi 

oczami.

Czemu nie? I tak nie miałem na razie nic ciekawszego do roboty.

- Dobrze. Pokaż, co tam masz.

Wyjął z walizki komputer i położył go na stole pomiędzy nami.

- Wstawiłem do tego budynku, już bardzo dawno temu, swojego kreta, który wykonał 

dla mnie te fotografie.

Wstukał komendę i wyrósł przed nami hologram jakiejś olbrzymiej białej struktury. 

Potężne   kolumny   podtrzymywały   gigantyczną   bramę.   Ku   głównemu   wejściu   wiodły 

olbrzymich   rozmiarów   schody,   a   gdy   kamera   zbliżyła   się,   mogłem   odczytać   wyryty   w 

background image

marmurze napis: ”Centralny Depozyt Planetarny”.

Niech zgadnę - powiedziałem. - Gdzieś w tym mauzoleum pieniądza jest pokój lub 

pokoje wypełnione tymi ubikacjami na okaziciela?

- Zgadza się - odparł Kaizi bez cienia uśmiechu.

- Wejście główne - zakomunikował komputer głębokim męskim głosem.

- W czasie, kiedy mnie nie będzie, zwiedzisz dokładnie ten budynek. Możesz po nim 

wędrować w rzeczywistości wirtualnej, więc przyjrzyj się wszystkiemu uważnie. Otwórz i 

zamknij wszystkie drzwi, zapamiętaj każdy szczegół. Kiedy wrócę, będę oczekiwał pełnej 

znajomości rozkładu pomieszczeń. Jak to opanujesz, powiem ci, co jest do zrobienia.

Zastanowiłem się nad jego słowami. Potem przytaknąłem.

- Dobra. I tak się nigdzie nie wybieram.

Zbierał się już do odejścia, gdy zatrzymałem go jeszcze na chwilę.

- Czy Igor też będzie brał udział w następnej robocie?

- Tak mi się wydaje. Tak. Sądzę, że będzie potrzebny.

- Więc musisz go nieco postraszyć. Uderzył mnie... A ja uderzyłem jego. Dość mocno. 

Przekonaj go, że jeśli spróbuje jeszcze raz, będzie martwy.

- Igor! - krzyknął nasz władca.

Mój uroczy towarzysz uniósł oczy znad ekranu. Niechętnie podszedł do nas.

- Zdaje się, że ty i Jim mieliście tu małą różnicę zdań.

- Nie lubię go.

- Ja też nie. Ale musimy pracować razem. Będziesz na niego uważał i strzegł go. Bo 

jeśli cokolwiek mu się przytrafi, to samo stanie się z tobą. A jeśli będziesz próbował zwiać, na 

pewno cię znajdę. Pamiętasz ostami raz?

Igor wyglądał   w  tym   momencie  nieszczególnie,   uciekał   ze  spojrzeniem,   nerwowo 

miętosił nogawki spodni.

- Pamiętam...

- To dobrze. Więc nie będę musiał ukarać ciebie po raz drugi... Kaizi, zanim wyszedł, 

zwrócił się jeszcze do mnie.

- Jesteś bezpieczny.  Masz jeden dzień. Kiedy wrócę, chcę zobaczyć, że znasz ten 

budynek jak własną kieszeń.

- Będę... Jeśli tylko przywieziesz mi film. I jeszcze coś. Chcę klucz do zewnętrznych 

drzwi. Nie mogę jeść tego, co je ta świnia.

Podjął   szybką   decyzję   i   rzucił   klucze   na   stół.   Wyszedł,   a   ja   zasiadłem   przed 

komputerem.

background image

Byłem   naprawdę   zainteresowany   budynkiem   Depozytu.   Czemu   nie?   Wystarczyło 

tylko wyobrazić sobie forsę, która tam się mieściła. Kiedy obszedłem główne pomieszczenia i 

dość  dobrze  już orientowałem   się w  ich   rozkładzie,   zacząłem  przyglądać  się  co  bardziej 

interesującym   skarbcom.   Banknoty,   świeżo   tłoczone   monety.   Całe   ich   stosy   i   piramidy. 

Naprawdę bardzo sympatyczny widok.

Po   kilku   godzinach   wiedziałem   już   wszystko,   czego   było   trzeba,   aby 

usatysfakcjonować mojego pracodawcę. Ziewnąłem i przeciągnąłem się. Czas na piwko. Albo 

na   jedzonko.   A   może   i   na   oba   naraz.   No   i   miałem   mnóstwo   czasu,   by   porozmawiać   z 

bliźniakami.

Igor spojrzał na mnie, gdy zbliżałem się do drzwi, ale prawie natychmiast ponownie 

wlepił oczy w ekran. Właściwie było mi go nawet żal. Jednak przechodząc obok, starałem się 

nie patrzeć na to, co oglądał. Wystarczały te wrzaski i jęki, które słyszałem, aby zniechęcić 

się do dyskutowania z nim o sztuce.

Zapuściłem   się   nieco   głębiej   w   uliczki   mechatargu,   aż   znalazłem   wyższej   klasy 

restaurację, gdzie szefem kelnerów był nawet człowiek... albo perfekcyjnie wykonany robot.

- Dzień dobry panu. Obiad zaraz będzie podany. Dzisiaj polecamy stek. Genetycznie 

odtworzony stek z prawdziwego jurajskiego brontozaura. Przepyszny, przysmażony zgodnie z 

życzeniem. Standardowa porcja to jeden kilogram, ale dla naprawdę głodnego gościa możemy 

przyrządzić porcję dowolnego rozmiaru. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści kilo...

Uniosłem dłoń, prawie tracąc ochotę na jedzenie...

Ale kuchnia była dobra, obsługa sprawna, a napitki smaczne i zimne. W znacznie 

lepszym humorze udałem się do sklepu z telefonami, który zwiedzałem już wcześniej. Tym 

razem   wybrałem   najtańszy   model   i   znalazłem   cichą   alejkę,   by   spokojnie   porozmawiać. 

Najpierw oczywiście pozbyłem się trzymanych w kieszeni pluskiew. Położyłem je na ziemi i 

odszedłem nieco dalej.

-   Tato!   Dobrze   znów   cię   słyszeć.   Widzieliśmy,   jak   Kaizi   opuszczał   magazyn. 

Straciliśmy go z oczu na komputerostradzie.

- Jechał na północ?

- Tak jest.

- Tak przypuszczałem.

Opisałem   moje   żądanie,   dotyczące   uzyskania   przekonujących   dowodów   na   temat 

dobrego stanu Angeliny. Opowiedziałem również o planach kolejnego przestępstwa.

-   Przypuszczam,   że   może   jechać   do   Słonecznego   Miasta.   Na   pewno   ma   tam 

rezydencję.  Kiedy  powiedział,  że   zrobienie   tego   filmu   zajmie  za   wiele   czasu,  byłem   już 

background image

pewien, że nie trzyma matki w tym mieście.

- Więc co robimy?

- To, co robiliście do tej pory. Jedźcie za nim i miejcie go na oku. Ale ostrożnie, tak, 

żeby się nie zorientował i nie nabrał podejrzeń.

- Zrobimy nawet coś lepszego. Ja będę miał na oku Kaiziego. A James zgodnie ze 

swoimi   umiejętnościami   informatycznymi   skontroluje   nieco   bazy   danych   Słonecznego 

Miasta. Spróbujemy ustalić, gdzie znajdują się nieruchomości Kaiziego.

-   Świetnie.   Zadzwonię   jutro,   gdy   będę   wiedział   coś   więcej   na   temat   naszego 

następnego skoku.

Wyrzuciłem   telefon   do   kosza   i   pozbierałem   troskliwie   swoje   prywatne   pluskwy. 

Włożyłem je na powrót do kieszeni.

Od razu po tej rozmowie z chłopcami poprawił mi się humor. Dobry nastrój psuła mi 

jedynie myśl o Angelinie wciąż znajdującej się w niebezpieczeństwie. Byłem też znacznie 

wzmocniony na ciele przez sporą ilość zwierzęcego białka, jakie spożyłem. Z drugiej strony, 

czy miałem już wracać do tej ciemnej nory i spędzać czas w obecności Igora? W tak piękny i 

słoneczny dzień? Dostrzegłem kątem oka bar. To jest to. Kilka piwek nie zaszkodzi.

Dostrzegłem   przy   wejściu   maszynę   z   papierowymi   gazetami.   Wielka   rzadkość   w 

naszym   informatycznym   społeczeństwie.   Próbowałem   wyobrazić   sobie   kogoś   na   tyle 

biednego, by nie stać go było na komputer z kanałami informacyjnymi, i jakoś nie bardzo mi 

się   to   udawało.   Ale   jednak   musieli   tacy   istnieć   na   Fetor,   bo   po   wrzuceniu   monety   do 

maszyny, trzymałem w ręku niezbity tego dowód.

Przejrzałem pobieżnie nagłówki, sącząc piwo. Jeszcze więcej histerii z powodu moich 

dotychczasowych wyczynów, wraz z zupełnie zmyśloną biografią Stalowego Szczura. Byłem 

według nich odpowiedzialny za niemal każde poważne wykroczenie przeciwko prawu, jakie 

zdarzyło   się   w   galaktyce   w   ciągu   ostatnich   czterdziestu   lat.   Na   wewnętrznych   stronach 

znalazłem inną ciekawostkę - ”Strajk za siedem dni” - widomy znak ciężkiej pracy GarGoyla. 

A także i Puissanto - ”Skandal podatkowy niszczy prominentnego bankiera”. Niestety, nie 

było to o Kaizim. Skoro już czytałem o bankach, zajrzałem też na strony finansowe.

WIELKOŚĆ WKŁADÓW BANKOWYCH OSIĄGA NOWE DNO.

STOPA KREDYTOWA FETOR DRŻY. GWAŁTOWNY WZROST SPRZEDAŻY 

OBLIGACJI MUNICYPALNYCH.

Ziewnąłem. Byłem szczęśliwy, że to James jest bankierem, a nie ja. To jednak 

cholernie nudna lektura, te kolumny ekonomiczne. Przeszedłem do strony z krzyżówkami i 

sięgnąłem po pisak.

background image

            

Rozdział 18

To było niemal jak dzień urlopu - coś, czego nie doświadczyłem od czasu naszego 

zakończonego   katastrofą   pikniku,   kiedy   to   przeklęty   Kaizi   pojawił   się   w   naszym   życiu. 

Wprawdzie nie mogłem zrelaksować się zupełnie - mojej Angelinie wciąż groziło przecież 

niebezpieczeństwo - ale przynajmniej mogłem próbować.

Siedziałem nad gazetą tak długo, jak tylko mogłem. Wreszcie wyczytałem wszystkie 

literki i niechętnie powlokłem się w stronę magazynu. Zabrałem komputer Kaiziego do mojej 

celki.   Jeszcze   kilka   razy   przemierzyłem   wszystkie   wirtualne   korytarze   i   pokoje,   aby 

przećwiczyć pamięć. Potem znalazłem telewizyjną funkcję komputera i odkryłem, że mam 

stąd dostęp do ponad tysiąca programów. Tysiąca bzdurnych, ogłupiających programów. Ktoś 

kiedyś już powiedział, że na świecie jest więcej śmieciarzy niż profesorów uniwersytetu. A 

nie trzeba było geniusza, by stwierdzić, dla której z tych grup robi się większość programów. 

Było za to dużo audycji dla Igora. W końcu jednak, za dodatkową opłatą - konto Kaiziego 

wytrzyma   ten   wydatek   -   uzyskałem   dostęp   do   kanału   historycznego.   Zdobyłem   sporo 

informacji o zasiedlaniu planet i zbrodniach popełnianych na miejscowych formach życia. 

Przyglądałem się temu bez współczucia. Wiedziałem, że w galaktyce pozostało jeszcze wiele 

form życia, którym sam z chęcią zgotowałbym podobny los.

Kaizi przyjechał następnego dnia późnym rankiem z małą walizeczką.

- Nastąpiła mała zmiana planu...

- Z pewnością - przerwałem mu. - Ale nie będziemy o tym rozmawiać, dopóki nie 

zobaczę twojej produkcji filmowej. Dawaj.

Wyciągnął kartę magnetyczną  i wsunął ją do komputera. Ekran rozjarzył  się, a ja 

uśmiechnąłem się szeroko i rozluźniłem, dopiero w tym momencie. Zdałem sobie sprawę, jak 

bardzo byłem dotychczas spięty.

-  Cześć, Jim - powiedziała Angelina. - Jak widzisz, czuję się dobrze, podobnie jak 

Gloriana.  -  Usłyszałem   odgłos  cichego   chrząknięcia,   którym   świniozwierz  zareagował   na 

swoje imię. - Chociaż wydaje mi się, że z braku ruchu przybrałam nieco na wadze.

- Wyglądasz wspaniale! - krzyknąłem.

- Tu są nagłówki, które chciałeś zobaczyć. O największym napadzie stulecia - tak to 

nazywają. Nie będę ci jednak gratulować, ponieważ jak się domyślam, cały zysk przypadnie 

tej   obrzydliwej   kreaturze,   która   stoi   teraz   przede   mną   i   trzyma   kamerę.   Wróć   z   tym 

obiektywem!   -   Krzyknęła,   gdy   obraz   na   chwilę   pociemniał.   Pojawiła   się   znowu.   - 

background image

Przepraszam   za   przerwę.   Ale   musiałam   przekonać   pewną   osobę,   że   pierwsza   część   tego 

przedstawienia w dobie obecnych cudów technicznych z łatwością mogła być spreparowana. 

To natomiast, co nie może być spreparowane, to wspomnienia, które mamy tylko ty i ja. Więc 

cofnij się myślami wiele lat wstecz, jak również wiele lat świetlnych stąd, do miejsca i czasu, 

gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Zawsze noszę na szyi medalion. Pamiętasz, co w nim 

wtedy było?

Jak mógłbym kiedykolwiek zapomnieć. Fotografia, na którą spojrzałem tylko przez 

ułamek sekundy, nim ją zniszczyła. Fotografia z jej, można by to tak nazwać, poprzedniego 

życia. Nie była wtedy piękna... Nie była nawet przeciętna. Zresztą z tego właśnie powodu 

Angelina trafiła do przestępczego świata. Aby zebrać wielką sumę na niezbędne operacje 

plastyczne.  Nigdy od tamtej  pory nie rozmawialiśmy  o tym  zdjęciu. Fakt, że teraz  sama 

wspomniała fotografię, musiał być jakąś wskazówką. Nie miałem jednak pojęcia, o co mogło 

chodzić mojej żonie.

- Tam była moja fotografia. Uważaj na siebie, kochanie. Potem obraz zgasł.

- Dobra, bierzmy się do pracy - powiedziałem.

- Jak już wspomniałem, nastąpiła zmiana strategii. Obligacje czekały sobie cierpliwie 

przez   długi   czas   w   skarbcu,   więc   nic   im   się   nie   stanie,   jak   poczekają   dłużej.   Najpierw 

wypełnisz inne zadanie...

- Czekaj chwilę. Kiedy to się właściwie skończy? Jak wiele przewidujesz dla mnie 

zadań, zanim nasza, jakże miła, współpraca dobiegnie końca?

Kaizi podrapał się po podbródku.

- To jest właściwe pytanie. Nie mogę pozwolić, aby upadł w tobie duch, jeśli będziesz 

sądził, że twoja praca i więzienie twojej żony będą trwać w nieskończoność. Moje interesy 

naprawdę już wkrótce dobiegną końca. Jeśli tylko wypełnisz dokładnie rozkazy, gwarantuję 

ci, że kradzież obligacji będzie twoim ostatnim zadaniem. Potem odjedziesz wolny.  Tak, 

właściwie to nawet będę na to nalegał. - Sam?

- Oczywiście, że nie. Opuścisz tę planetę wraz z żoną, na tym samym statku.

Nie wierzyłem w ani jedno jego słowo, ale na razie nie miałem żadnej alternatywy. 

Więc trzeba było tańczyć, jak mi grał.

- Dobrze. Więc co teraz?

-   Energia   atomowa   i   generatory   elektryczności.   To   właśnie   utrzymuje   przy   życiu 

nasze techniczne społeczeństwo. Co o tym wiesz?

- Nic. Mam tyle wiedzy, czy może wiary, że jak wcisnę przycisk, zapali się światło.

- Spójrz na to. - Otworzył walizeczkę i wyciągnął zestaw szkiców technicznych i map. 

background image

- To jest generator atomowy na wyspie Sikuzote. O, tutaj widzisz go na mapie. Znajduje się 

niedaleko południowego wybrzeża, oddzielony od kontynentu kanałem. Pojedziesz tam...

- Jak?

- Pociągiem. Jest tam bezpośrednie połączenie z tutejszej stacji centralnej. Będziesz 

miał nowe dokumenty, zgodne z twoją nową twarzą. Pojedziesz jako turysta. Południowe 

wybrzeże  słynie  z kamienistych  plaż  i innych  prostych  rozrywek.  Jak również  kasyna  w 

Swartzlegen. Robotnicy bardzo lubią jeździć tam na wypoczynek.

- Nie jeżdżą na północ, do Słonecznego Miasta?

- Nie. Nie są tam mile widziani. - Miał obojętny wyraz twarzy, ale w jego głosie 

słyszałem wyraźny ton wyższości. - Ponieważ na południu dużo pada, plaże nie są za bardzo 

uczęszczane. Zorganizowano za to wiele rozrywek, którym można się oddawać we wnętrzu 

budynków. A jedną z tych atrakcji jest wycieczka z przewodnikiem po elektrowni atomowej. 

Dość popularna i w dodatku darmowa. Pójdziesz na tę wycieczkę.

- Słuchaj, Kaizi. Mógłbyś mi choć w przybliżeniu wyjaśnić, o co chodzi? Przecież tam 

chyba nie ma nic, co by warto ukraść?

Pomyślał przez chwilę.

- Masz rację. W twoim zadaniu nie będzie tym razem żadnych aspektów finansowych. 

Tym zajmę się ja. Ty natomiast przeprowadzisz mały sabotaż przemysłowy.

- Jaki? Mam wysadzić albo stopić reaktor atomowy?

- Tak. Dokładnie coś takiego mam na myśli.

- Co to, to nie! - Zerwałem się na równe nogi i nerwowo przemierzyłem cały pokój. - 

To nie jest moja specjalność. I nie mam zamiaru potem świecić w ciemnościach.

Niespecjalnie się przejął moją reakcją.

- Zamknij się. Siadaj. I popatrz na to.

Rozłożył plany poszczególnych poziomów reaktora. Z bardzo zresztą nieatrakcyjnymi 

podpisami,   np.   ”odpady   radioaktywne”,   ”komora   prętów   chłodzących”,   ”pomieszczenie 

reaktora”.

- Jedyne, co musisz zrobić, to powstrzymać dostawy energii elektrycznej.

- Na jak długo?

- Najmniej kilka tygodni. Najlepiej miesięcy. Ten generator dostarcza energii prawie 

jednej trzeciej Fetor. Jego uszkodzenie wywoła więc poważne reperkusje finansowe.

Zaczynałem rozumieć, o co mu chodzi.

-   I   znowu   pieniądze,   co   Kaizi?   Zdaje   się,   że   ostatnio   gospodarka   Fetor   w   ogóle 

przeżywa ciężkie chwile, jeśli wierzyć pismakom. Rabunki bankowe, napady na konwoje z 

background image

pieniędzmi, rozruchy wśród klasy pracującej. A teraz jeszcze kryzys energetyczny. Jeśliby 

ktoś przewidział, co się stanie, mógłby zakupić wiele akcji konwencjonalnych elektrowni. Ta 

osoba sporo na tym zarobiła. Nie sądzisz?

-   Sądzę   di   Griz,   że   zaczynasz   rozmyślać   o   rzeczach,   które   ciebie   nie   powinny 

interesować. Zajmij się tym, co umiesz robić najlepiej. A finanse i zyski zostaw mnie. Jak 

zamierzasz unieruchomić elektrownię?

- Nie mam najmniejszego pojęcia. - Uniosłem plany do światła, ale w głowie nie 

rodziła   się   żadna   myśl.   Wyłączenie   reaktora   na   pewno   by   załatwiło   sprawę.   Ale   to   jest 

ostateczna opcja. To by oznaczało penetrację zastrzeżonych pomieszczeń, kłopoty z alarmami 

i   strażnikami.   I   wreszcie   jak   to   zrobić?   Nie   mam   wystarczającej   wiedzy   technicznej. 

Odłożyłem  plany.  - Myślę,  że  powinienem  pojechać jako turysta  i obejrzeć wszystko  na 

miejscu.   Potem   się   z   tobą   skontaktuję.   Nie   wiem,   jak   mogę   tam   na   wybrzeżu   zakupić 

niezbędne materiały. Czy będziesz mógł mi je posłać ciężarówką?

- Za długo i za wolno. Pociąg jest lepszym pomysłem. Prowadzą takie usługi.

Pomyślał jeszcze chwilę, a potem wyciągnął ze swej walizki plastikowy cylinder.

- Co to jest?

-   Playtexx.   Całkowicie   ekranowany,   nie   do   wykrycia.   Podał   mi   cylinder,   który 

wziąłem z pewnym wahaniem. To był najpotężniejszy ze znanych materiałów wybuchowych. 

Wiedziałem, że taki istnieje, ale nigdy dotąd nie zetknąłem się z nim osobiście. Zazwyczaj 

zresztą nie robię zbyt dużo hałasu.

- Jak to jest stabilne? - zapytałem.

- Jak bryła mokrej gliny. Możesz nawet do tego strzelać albo na tym skakać - nie 

wybuchnie. Tu jest jedyna rzecz, która to odpali. - Podał mi dysk czasowy ze sterczącym z 

niego   ostro   zakończonym   szpikulcem.   -   Ustawisz   zegar.   A   potem   przebijesz   plastikowy 

cylinder. No i opuścisz oczywiście to miejsce. A teraz zapakuj wszystko do torby razem z 

jakimiś ciuchami. Wyjeżdżasz natychmiast. Oczekuję raportu najpóźniej jutro.

Otworzyłem  usta, żeby zaprotestować,  ale od razu je zamknąłem.  Wiedziałem,  że 

protesty nie mają sensu. Wakacje w sympatycznym Swartzlegen zapowiadały się miło. Kaizi 

osobiście podwiózł mnie na stację. Dał mi nowy zwitek banknotów i telefon. I dołączył całą 

serię poleceń, których w ogóle nie słuchałem. Wiedziałem, co należy zrobić. Coś bardzo 

niebezpiecznego, może śmiertelnie niebezpiecznego... Ale za to na słonecznym południu.

Padać zaczęło, jak tylko pociąg dojechał do południowych równin. Krajobraz stawał 

się   coraz   bardziej   przygnębiający.   Wokół   piętrzyły   się   czarne   skały,   pomiędzy   jeszcze 

czarniejszymi skałami, i pod najczarniejszymi ze wszystkiego chmurami. Ale chyba tylko na 

background image

mnie oddziaływało to tak depresyjnie. Poza mną wszyscy upijali się na wyścigi. Mężczyźni 

przynajmniej. Kobiet w ogóle było bardzo niewiele, a jeszcze mniej dzieci. Na końcu każdego 

wagonu   znajdował   się   bar   i   robił   naprawdę   niezły   obrót.   Widać   urlopy   rodzinne   nie 

rozpowszechniły się na tej planecie. Wyjazd był ucieczką dla chłopaków, ucieczką od pracy i 

domu. Dodatkowo mieli okazję wydać parę kredytów na proste rozrywki, zanim znów wrócą 

do rozkoszy przemysłowego życia.

Kilka godzin później dotarliśmy do tego robotniczego raju.

Stacja   końcowa   Swartzlegen   wychodziła   prosto   w   morze.   Wielopoziomowa 

promenada   biegła   stąd   w   obu   kierunkach   wzdłuż   wybrzeża,   aż   dokąd   mogłem   sięgnąć 

wzrokiem.   Przechyliłem   się   przez   barierkę   i   mimo   deszczu   przyglądałem   się   falom 

wdzierającym się głęboko na pokryte czarnymi kamieniami nabrzeże. Każda z nich, cofając 

się,   zabierała   kamyki   ze   sobą   i   stukot   tych   kamieni   brzmiał   harmonijnie   jak   odległe 

podwodne   grzmoty.   Prawdziwe   grzmoty   usłyszałem   wkrótce   z   góry.   Czarne   niebo 

rozświetliły   ognie   błyskawic.   Huknęły   pioruny.   W   blasku   siekących   w   morze   błyskawic 

ujrzałem przez chwilę odległy brzeg, a na nim zarysy zabudowań. Wyspa Sikuzote i generator 

atomowy. Odwróciłem się plecami do morza i przyjrzałem się budynkom po drugiej stronie 

promenady. Domy rozrywki, bary, restauracje, bary, małe hoteliki, bary, elektronika, bary, 

sklepy z pamiątkami, bary, telefony, bary. Trzeba było zgrać się z tym miejscem, a więc... W 

pociągu nic nie piłem. Czas więc było nadrobić zaległości. Trzeba wejść do najbliższego baru 

i zamówić piwko. Najpierw jednak, nim zamoczę w alkoholu usta, powinienem zadzwonić do 

Bolivara. Przede wszystkim jednak odwiedziłem sklep elektroniczny i zakupiłem wykrywacz 

podsłuchu. Włączyłem go i przeleciałem wzdłuż swego ciała. Piszczał właściwie non stop, jak 

gra   komputerowa.   Kaizi   chyba   naprawdę   mi   nie   ufał.   Zacząłem   więc   zbierać   wszystkie 

monety,   guziki,   dyski,   nawet   końcówkę   sznurowadła   w   moich   nowych   butach,   no   i 

oczywiście telefon, który mi dał. Zaczynała mnie męczyć ta ciągła konieczność utrzymywania 

napiętej uwagi. Podszedłem do balustrady i wyrzuciłem cały ten śmietnik do wody. Dopiero 

potem   kupiłem   nowy   telefon.   Wsadziłem   go   do   torby   i   wreszcie   mogłem   wstąpić   do 

najbliższego baru. Tam zamówiłem piwo i znalazłem pusty stolik. Co zresztą nie było takie 

trudne, bo knajpa w ogóle była pusta. Wyciągnąłem telefon i wybiłem numer. Bolivar odebrał 

po trzecim sygnale.

- Dobrze, że się odezwałeś. Jak dotąd poszukiwania chałupy Kaiziego w Słonecznym 

Mieście są bezskuteczne, ale James wciąż nad rym pracuje. Co z tobą?

-   Jestem   w   podróży.   Wykonuję   właśnie   nowe   zadanie.   -   Opowiedziałem   mu   o 

planowanym sabotażu i o mojej głównej roli w tym scenariuszu.

background image

- Brzmi to dość niebezpiecznie. Może będziesz potrzebował pomocy?

- Chyba nie, ale dziękuję. Jeśli nie będę mógł tego zrobić sam, prawdopodobnie w 

ogóle jest to niemożliwe. Lepiej zapisz mój numer i dzwoń, jeśli coś się zmieni na korzyść.

- Dobra, zapisałem. Trzymaj się.

Trzymać  się. Doceniałem jego życzenie, ale niewiele mogłem zrobić. Wyłączyłem 

telefon. Zmieniłem ustawienie sygnału z dzwonka na wibracje. Dopiłem resztę piwa, wziąłem 

torbę i podszedłem do baru.

- Prawdziwie deszczowy dzień dzisiaj - zagadałem do barmana. Polerował właśnie 

szklanki i przyglądał się pracy robotów kelnerów.

- Każdy jest deszczowy. - Facet miał mimo wszystko poczucie humoru.

- Nie za dużo gości.

- Nie ta pora dnia. Będą po zmroku.

- Słyszałem, że są stąd wycieczki do elektrowni?

- Do Volt City? Nie ma tam co oglądać. Ale przynajmniej jest sucho.

Odłożył wypolerowaną na glanc szklankę i sięgnął po następną. Wskazał palcem na 

okno.

- Tam na dole. Obok pomostu. Wycieczki co pół godziny przez cały dzień. Promem.

- Wspaniale - powiedziałem z udawanym entuzjazmem.

- Lepiej zostań tutaj. Zjedz coś i wypij. A zresztą, jak chcesz.

- Mogę zostawić tu torbę?

- Dziesięć kredytów - powiedział.

Podałem mu ją, wyjąwszy wcześniej telefon.

- Nie zamykamy całą dobę. - Schował torbę za kontuarem.

Podniesiony   nieco   na   duchu   tak   miłym   przyjęciem,   wyszedłem   znów   na   deszcz. 

Czyżby przestawał padać... Trudno było powiedzieć, wiatr niósł też bryzgi od strony morza. 

Przy   pomoście   kołysał   się   wściekle   na   falach   mały   prom   o   wdzięcznej   nazwie   -   Panna 

Kilowatt. Nie wzbudzał specjalnie zaufania, ale przynajmniej przestało padać, chociaż wiatr 

nie ustawał.

- Witamy na pokładzie Panny Kilowatt u startu wielkiej wyprawy. - Powitała mnie 

bardzo znudzona dziewczyna w elektrycznym niebieskim uniformie. Wręczyła mi broszurę 

reklamową.   -   Odbijamy   za   dziesięć   minut   i   będzie   to   początek   najbardziej   pasjonującej 

podróży w pańskim życiu. - Mówiła to takim tonem, jakby zapowiadała raczej moją ostatnią 

podróż.

Poszedłem na dziób i usiadłem na mokrej ławie. I tak byłem cały przemoczony, więc 

background image

nie robiło mi to specjalnej różnicy. Przejrzałem szybko broszurkę, a potem wsadziłem ją pod 

tyłek. To też zresztą niewiele zmieniło - wciąż było mokro. W kilka minut później kotły 

Panny Kilowatt ożyły i prom odbił powoli od nadbrzeża. Teraz, gdy nie padało, nieco lepiej 

mogłem się przyjrzeć naszemu celowi. Niemal płaska wysepka, o której skalisty brzeg biły 

białe grzywacze. Kilka białych budynków przylegających do jednego większego. Z całej tej 

struktury wyrastał wysoki komin, który wypuszczał wąskie pasemko dymu. Bez wątpienia 

roznosząc odpady radioaktywne po okolicy. Z najbardziej od nas oddalonej części zabudowań 

wyłaziły grube czarne zwoje kabla, które tworzyły masywne wieże transformatorów. Dalej 

przewody biegły nad kanałem ku znajdującej się na skalistym wybrzeżu olbrzymiej wieży 

trakcyjnej.   Kolejne   takie   kolumny   stały   dalej   w   głębi   lądu.   To   dzięki   nim   odbywał   się 

transport   tych   wszystkich   dżuli   i   amperów   do   miejskich   kompleksów   przemysłowych. 

Inspirujące.

Kanał nie był przyjemny do przeprawy, ale na szczęście podróż trwała krótko. Z ulgą 

włączyłem się w tłum spieszący ku wyjściu. Szedłem wraz ze wszystkimi wzdłuż nadbrzeża 

ku   kompleksowi   budynków.   Stanęliśmy   przed   szeroką   bramą   rozświetlaną   co   moment 

błyskami   światła   we   wszystkich   kolorach   tęczy.   Obrazu   dopełniała   nastrojowa   ponura 

muzyka.

- Witamy - powiedział głos automatu. - Witamy na wielkiej trasie elektrycznej. Nasi 

przewodnicy, czekający za tą bramą, już wkrótce wytłumaczą wam, w jaki sposób generator 

atomowy czyni nasz świat znacznie przyjemniejszym.

Musieliśmy   przejść   w   pojedynczym   szeregu   przez   wąskie   przejście.   Stał   w   nim 

strażnik w uniformie z czymś w rodzaju licznika, który zbliżał do każdego z wchodzących. 

Nie, nie każdego. Mała dziewczynka i jej matka zostały pominięte, a więc w grę wchodzili 

tylko mężczyźni. Zwróciłem dokładniejszą uwagę na jego pracę, kiedy podszedłem bliżej. 

Zbliżył do mnie swój przyrząd i spojrzał na wyświetlone na nim cyferki.

- Numer pięćdziesiąt - powiedział głośno i uśmiechnął się do mnie. - To jest twój 

szczęśliwy dzień i wygrałeś wartościową nagrodę wartą dwieście kredytów. Proszę wejdź do 

tego pokoju. Tam czeka na ciebie nagroda.

Wręczył mi złoty dysk z wyrytym na nim symbolem błyskawicy. I wskazał palcem 

drzwi   z   takim   samym   symbolem.   Nie   podobało   mi   się   to   oddzielenie   od   tłumu,   ale   nie 

odważyłem się zaprotestować. Potulnie wziąłem dysk i poszedłem za nim przez wskazane 

drzwi. Zatrzasnął je po naszym przejściu z nie wróżącym nic dobrego łoskotem.

- Na dzisiaj to ostatni, Geuka - powiedział do innego strażnika. Ten z kolei otworzył 

kratę   naprzeciwko.   Poprzez   jej   pręty   zobaczyłem   pomieszczenie   z   kilkoma   wyraźnie 

background image

przygnębionymi facetami siedzącymi na krzesłach.

- O co chodzi? - zaprotestowałem. - Nie idę tam.

Kiedy   to   mówiłem,   poczułem   coś,   co   mogło   być   lufą   pistoletu   przystawioną   do 

pleców. Geuka powoli odpinał od paska elektryczną pałkę.

- Do środka - powiedział spokojnie. - Ty i ci pozostali dżentelmeni zgłosiliście się na 

ochotnika   na   godzinną   zaledwie   pracę   na   nocnej   zmianie.   Za   którą   dostaniecie   dwieście 

kredytów.

- Pracę? Jaką pracę?

Czy powinienem wyrwać mu pistolet?

Jeden z uwięzionych mężczyzn stał przy kracie, trzymając się prętów. Przysłuchiwał 

się uważnie słowom strażnika.

-   Prostą   pracę,   sam   zobaczysz   -   powiedział   stojący   za   moimi   plecami   strażnik. 

Odsunął się nieco dalej i teraz już nie mogłem go dosięgnąć, a on wciąż mierzył do mnie z 

pistoletu.

Facet trzymający się kraty wybuchnął śmiechem, od którego po plecach przeszły mi 

ciarki.

-   Tak,   tak,   wierz   w   każde   jego   słowo.   Ta   prosta   praca   to   uprzątanie   odpadów 

radioaktywnych. Przez tę godzinę dostaniesz dawkę promieniowania, która zwaliłaby z nóg 

słonia.

background image

Rozdział 19

Zamknij   się   ty   tam   albo   będziesz   miał   duże   kłopoty   -   powiedział   strażnik, 

wymachując elektryczną pałką.

- A mogą być większe kłopoty, od dostania śmiertelnej dawki atomowej? - roześmiał 

się mężczyzna za kratą.

Szarpnął z wściekłością za pręty, ale klatka była solidna. Niemniej skupił na sobie 

uwagę strażników. Odwróciłem głowę bardzo nieznacznie, tak aby widzieć stojącego za mną 

strażnika samym kącikiem oka. Teraz również pozostali zamknięci za kratą faceci zaczęli 

wrzeszczeć. Pistolet był gotów do strzału, ale dostrzegłem, że trzymający go strażnik spojrzał 

z wahaniem na swego kompana. Błyskawicznie uderzyłem go w nadgarstek krawędzią dłoni. 

Zawył   z   bólu,   upuścił   pistolet   na   ziemię.   Pochylił   się   natychmiast   w   ślad   za   nim,   a   ja 

kontynuowałem obrót, więc moja druga dłoń stuknęła strażnika elegancko  w kark. Teraz 

dokonałem pełnego  obrotu i dopadłem drzwi, którymi  tu weszliśmy.  Chwyciłem  klamkę, 

szarpnąłem drzwi do siebie, wyskoczyłem i zatrzasnąłem je za sobą z hukiem. Wszystko to 

zajęło mi najwyżej trzy sekundy. Korytarz zewnętrzny był niemal pusty, ponieważ wycieczka 

już  go opuszczała.  Ostatni  wycieczkowicze  majaczyli  gdzieś  z  przodu.  Żaden  z  nich  nie 

patrzył   w   moim   kierunku.   Szybkim   marszem,   ale   nie   biegnąc,   ruszyłem   ku   wyjściu   z 

budynku.  Tam  na zewnątrz  było  bezpieczeństwo,  pomost  i prom.  Nie. To nie  był  dobry 

pomysł. Za chwilę z pomieszczenia za mną wylecą uzbrojeni i wściekli strażnicy. I będą biec 

ku   wyjściu.   Musiałem   zagrać   niekonwencjonalnie.   Zawróciłem   błyskawicznie   i   biegiem 

dołączyłem   do   reszty   wycieczki,   która   już   opuszczała   korytarz.   Gdybym   wyszedł   na 

zewnątrz, dopadliby mnie. Nie zdołałbym uciec na prom, jeszcze głupsze było ukrywanie się 

gdzieś   na   wyspie.   To   była   jedyna   opcja.   Upłynie   trochę   czasu,   nim   się   połapią,   że   nie 

uciekłem z budynku, ale wszedłem dalej do środka. Przesuwałem się więc wraz z innymi 

zwiedzającymi. Korytarz rozszerzył się w obszerne pomieszczenie. Światła pociemniały, za to 

ściana   przed   nami   rozjarzyła   się   jasnym   blaskiem.   Przewodniczka   rozpoczęła   nudny 

monolog.

Pierwszą tego fascynującego pokazu będzie demonstracja, w jaki sposób generator 

atomowy wpływa na życie przeciętnej rodziny, dostarczając energię elektryczną po najniższej 

możliwej cenie. Jak czystym i jak bardzo opłacalnym jest źródłem energii... I tak truła dalej, 

podczas gdy wycieczka gapiła się z otwartymi ustami na wyświetlane modele. Spojrzałem 

background image

przez   ramię   do   tyłu   i   przepchnąłem   się   nieco   pomiędzy   wycieczkowiczami,   tak   aby   od 

korytarza oddzielali mnie jeszcze inni ludzie. Ktoś biegał po zewnętrznym holu. Słyszałem 

krzyki. Kilka głów odwróciło się w tamtym kierunku, ja zaś korzystając z zainteresowania 

wycieczkowiczów, wepchnąłem  się  jeszcze   głębiej.  Po przeciwnej   stronie  znajdowały  się 

drzwi, którymi mieliśmy przejść w następnym etapie. Powoli się tam przesuwałem. Głowę 

miałem zwróconą w bok, jakbym przyglądał się wyświetlanym cudom, ale jednocześnie nie 

zapominałem też uważnie zerkać do tyłu. Dotarłem do następnego korytarza. Nikt nie patrzył 

w moim kierunku, a tłum zasłaniał mnie przed ewentualnymi strażnikami z zewnętrznego 

holu. Odwróciłem się więc i wolnym krokiem oddaliłem się za zakręt.

- A teraz myśl szybko, Jim - mruczałem sam do siebie. Korytarz, w którym teraz się 

znajdowałem, był pusty. Tylko jak długo taki pozostanie? Każdy, kogo tu spotkam, będzie 

pracownikiem i zorientuje się od razu, że ja nie powinienem tu przebywać. Jeśli zostanę 

zauważony, zatrzymany, odnaleziony - to będzie koniec mojej małej ucieczki.

Nie   widziałem   żadnych   drzwi.   Tylko   wnęki   w   obu   ścianach   z   wystrojem 

przedstawiającym potęgę energii atomowej. Wielkie maszyny, imponujące budynki, wirujące 

elektrony. Przebiegłem tym szpalerem. Korytarz kończył się schodami prowadzącymi w górę 

i   ginącymi   gdzieś   w   mroku.   Czy  powinienem   tam   się   pchać?   A   może   schować   się   pod 

schodami? Głupie - szybko by mnie znaleźli. Trzeba było pchać się naprzód. Wbiegłem po 

schodach tak szybko, jak tylko potrafiłem. Dalej przed sobą dostrzegłem drzwi z dyskretną 

tabliczką   -   ”wyłącznie   obsługa”.   Wycieczka   wciąż   jeszcze   tkwiła   w   pierwszym 

pomieszczeniu. Nikt mnie dotąd nie zauważył. Postanowiłem mianować się obsługą. Szybki 

ruch wytrycha i drzwi stanęły przede mną otworem. Spoglądałem w ciemność. Zawahałem 

się.

- ... a teraz jeśli pójdziemy tędy...

Wsunąłem   się   do   środka   i   zamknąłem   za   sobą   drzwi.   Usłyszałem,   że   zaskoczył 

zatrzask. Wypuściłem z płuc powietrze; zorientowałem się, że dotąd wstrzymywałem oddech.

Przez moment poczułem się bezpieczny. Do tej pory byłem jak uciekające na oślep 

ścigane zwierzę, które działa instynktownie. Teraz zyskałem parę chwil na zastanowienie.

-   No   dobrze,   Jim   -   powiedziałem   sam   do   siebie   ochrypłym   szeptem.   Poczułem 

zdecydowany   przypływ   ducha.   Teraz   trzeba   było   także   zmusić   do   pracy   szare   komórki. 

Starałem się wyobrazić sobie, co może dziać się na zewnątrz. Nie włączono żadnego alarmu, 

więc   wszystko   wskazywało   na   to,   że   ma   to   być   cichy   pościg.   Po   pierwszej   panice 

najwyraźniej sprawę przejął ktoś inteligentny. Nie chcieli niepokoić tych turystów, którzy nie 

zostali   zwerbowani   do   pracy   przy   odpadach.   Ktoś   musiał   się   zorientować,   że   przede 

background image

wszystkim trzeba zatrzymać prom, wtedy nie będę mógł opuścić wyspy. Więc w pierwszym 

rzędzie na pewno zrobili właśnie to. Potem zaczęli mnie szukać, ale nie znaleźli, więc ktoś na 

pewno przypomniał sobie o wycieczce. Zlustrowanie wycieczki musiało zająć nieco czasu, 

ponieważ   jedyną   osobą,   która   mogła   mnie   poznać,   był   powalony   przeze   mnie   strażnik. 

Musieli go ściągnąć i posłać pomiędzy turystów. Ale wśród zwiedzających mnie nie znajdą, 

więc poszukiwania rozszerzą się na całą wyspę. I co gorsza, zbadane zostanie także wnętrze 

tego budynku. Co dalej?

Odejdź od drzwi, idioto. Każdy, kto tu wejdzie, zauważy cię od razu. To była racja. 

Moje oczy tymczasem przyzwyczaiły się do półmroku. Rozejrzałem się wokół. Dochodziło tu 

nieco światła poprzez rząd małych otworów o dziwnych kształtach. Nagle zorientowałem się, 

że znajduję się po drugiej stronie tych pokazowych wnęk, które mijałem, biegnąc korytarzem, 

a to pomieszczenie było prawdopodobnie używane do zmiany wystroju. Przeszedłem powoli 

w kierunku równoległym do tamtego korytarza, ale natrafiłem na ślepą ścianę. Może w drugą 

stronę? Lepiej, żeby tam było jakieś wyjście. Inaczej jedyne drzwi to te, którymi tu wszedłem, 

a wtedy znajdą mnie natychmiast w tym pomieszczeniu. Znów natrafiłem na ścianę... Ale w 

tej ścianie były na szczęście drzwi. Uchyliłem je minimalnie i zajrzałem do środka przez 

szparę. Znajdowała się za nimi olbrzymia i dobrze oświetlona hala. Z mnóstwem kręcących 

się po niej ludzi. To musiał być jakiś zakład, czułem nawet wyraźny zapach farby. Stały tam 

rusztowania, widziałem kable i półki. Usłyszałem odległe bicie dzwonu.

- Co jest? - rozległ się głos jakiegoś człowieka, zaledwie kilka centymetrów od mojej 

głowy.

Zamarłem, zacisnąwszy kurczowo dłoń na krawędzi drzwi. Facet stał przy ścianie 

obok i nie mogłem go dotąd zauważyć. Teraz pojawił się niemal w samych drzwiach, prawie 

mnie dotykając, ale nie patrzył w moim kierunku.

- To jakiś alarm - odpowiedział inny. - Chcą, aby wszyscy opuścili budynek.

- Następny z serii idiotycznych próbnych alarmów przeciwpożarowych? Nigdy nie 

zdążymy   przygotować   tej   wystawy   na   rocznicę   otwarcia,   jeśli   cały   czas   będą   nam 

przeszkadzać.

Dostrzegł uchylone drzwi, sięgnął ku nim i zatrzasnął je z hukiem. Cofnął się, wciąż 

narzekając głośno. Nie zobaczył mnie!

Odczekałem   spokojnie   dłuższy   moment,   który   uznałem   za   bezpieczny...   A   potem 

odczekałem jeszcze trochę. Ponownie, równie ostrożnie jak wcześniej, uchyliłem drzwi. Hala 

była pusta i cicha. Powoli, nasłuchując, wszedłem do niej. Doszły mnie jakieś odległe głosy, 

potem trzaśniecie drzwiami. I znowu cisza. Nie wiedziałem, niestety, ile mam czasu, zanim 

background image

wrócą.   Musiałem   natychmiast   opracować   plan   ucieczki   albo   znaleźć   dobrą   kryjówkę. 

Cokolwiek.

Panorama,   którą   budowali,   była   naturalnych   rozmiarów.   Miała   przedstawiać 

laboratorium lub coś w tym rodzaju - olbrzymie maszyny ze splątanymi kablami. Jakiś goły 

jeszcze manekin siedział za biurkiem. Inne manekiny stały pod ścianą już częściowo odziane. 

Z tyłu stała też ubrana na biało figura z aparatem tlenowym na twarzy. Na jej stroju znajdował 

się czerwony symbol ostrzegający przed napromieniowaniem. Napromieniowanie? Cofnąłem 

się odruchowo.

- Nie bądź idiotą - skarciłem się w myślach. - To jest nieprawdziwe, tak jak wszystko 

tutaj. Przecież nie umieszczaliby źródła promieniowania na wystawie. To wszystko bajer.

Wszedłem   na   zaplecze   głównej   hali   i   znalazłem   rozliczne   półki,   kubełki   z   farbą, 

części modeli i narzędzia. Mnóstwo miejsc, w których można się ukryć. Mnóstwo miejsc, 

które na pewno będą przeszukane. Nie tędy droga. Czy na pewno? Myśl. Myśl jak magik. 

Wszystko polega na wprowadzaniu w błąd. Ludzie zawsze komplikują proste sprawy, szukają 

zawiłych rozwiązań. Nigdy nie dostrzegają tego, co najbardziej oczywiste. A to, co oczywiste, 

miałem   wprost   przed   oczami.   Uniosłem   aparat   tlenowy   i   spojrzałem   w   błękitne   oczy 

manekina.

- Jesteś zwolniony - oświadczyłem.

Dokładnie zapamiętałem jego pozę, a potem rozebrałem go. Przeniosłem następnie 

pod ścianę, ku całej grupce podobnych mu gości, leżących w bezładnym stosie. Było ich 

siedmiu. Pokombinowałem trochę z ustawieniem i ósmego ukryłem na samym dnie, a stos 

niemal nie zmienił wyglądu. Dostrzegłem, że manekiny pokrywał kurz. Była więc nadzieja, 

że nieczęsto ktoś zwraca na nie uwagę. Więc być może dodatkowy manekin nie zostanie 

odkryty.   Założyłem   biały   fartuch   i   pochyliłem   się   nad   stołem   tak,   jak   to   robił   oryginał. 

Nałożyłem aparat tlenowy i zacząłem się natychmiast dusić. Zdjąłem aparat i dostrzegłem, że 

wszystkie otwory wylotowe były zamknięte. Otworzyłem je i spróbowałem znów. Znacznie 

lepiej, choć i tak można było zdechnąć. Zdjąłem aparat i położyłem na stole przed sobą. 

Potem   próbowałem   znaleźć  miejsce,   w   którym  mógłbym   stanąć,   nie   ruszając   się,   ale 

jednocześnie z jako taką możliwością wytrzymania nieruchomej pozy. Kiedy już wiedziałem, 

jak to zrobić, usiadłem spokojnie na krześle i czekałem.

Ostrzeżony zostałem wystarczająco wyraźnie - trzaskające drzwi i podniesione głosy. 

Kiedy pracownicy nadeszli, stałem już nieruchomo nad stołem i patrzyłem  na nich przez 

zakurzoną maskę.

- Gdzie jesteśmy według tego planu? - zapytał zbliżający się ku mnie strażnik. Ten 

background image

sam, którego powaliłem. W ręku trzymał sporą i wielokrotnie składaną płachtę mapy.

-   Dokładnie   tutaj  -  powiedział   jeden   z   techników.   -   Na   prawo   od   centralnego 

korytarza.

Mojemu strażnikowi towarzyszyło jeszcze z pół tuzina innych mężczyzn.

- Są stąd jakieś drzwi?

- Jedne. Prowadzą do pomieszczenia roboczego za wystawami.

- Najpierw sprawdzimy tam.

Tak też zrobili. Dobrze, że się stamtąd wyniosłem. Kiedy wrócili, zaczęli metodycznie 

przeszukiwać resztę hali. Dokładnie przyjrzeli wszystkie składy, szafy i wnęki. Kiedy wracali, 

jeden za drugim przechodzili obok mnie. A ja stałem bez ruchu, tylko kręgosłup już mi pękał 

z wysiłku.

Usłyszałem pociągnięcie nosem i ostatni pojawił się strażnik.

- A tam, co tak zakurzone?

- Pracujemy tutaj. W tamten kąt nie chodzimy. Robi ci to jakąś różnicę?

- Niezdrowo - strażnik wytarł nos grzbietem dłoni. Prawdziwy dżentelmen. - A może 

tu się schował - kopnął stos manekinów.

- Przestań!  Zniszczysz   coś, to  będziesz   miał  kłopoty!  Mężczyzna  odepchnął   nogę 

strażnika i wyprostował kończynę lalki, którą tamten uszkodził.

Czy dostrzegł, że jest tam o jedną figurę za dużo? Na pewno musieli słyszeć walenie 

mojego serca. Krew tętniła mi w uszach.

- A może jest tutaj - powiedział strażnik. Wskazywał na mnie palcem. Pozostali też na 

mnie spojrzeli, a ja patrzyłem na nich i zastanawiałem się, co powinienem zrobić, jeśli mnie 

odkryją.

-   Sam   go   wykonałem   -   pochwalił   się   jeden   z   techników.   -   Czy   nie   możemy 

przyspieszyć tych poszukiwań? Będziemy pracować po godzinach, jeśli się nie pospieszymy.

- Dobra, dobra - powiedział strażnik. - Pokaż tę mapę. Nie mogłem powstrzymać 

drżenia, gdy wreszcie rozluźniłem napięte mięśnie po wyjściu poszukiwaczy. Chociaż wcale 

nie było mi gorąco, byłem cały mokry od potu. Przysunąłem sobie krzesło i opadłem na nie 

ciężko.

- Jim - skarciłem sam siebie. - Robisz się za stary na takie rzeczy.

Odłożyłem aparat tlenowy na ławę, ale biały fartuch postanowiłem zatrzymać. W razie 

czego byłem gotów znów udawać manekina. Tylko że na razie nikt więcej się nie pojawił. 

Może skończyły się godziny pracy. A może wszyscy zostali włączeni w poszukiwania? Więc 

co teraz? Na razie oszukałem moich prześladowców, ale wciąż byłem uwięziony na wyspie. 

background image

Teraz na pewno przeszukują każdorazowo prom. Gdybym tylko mógł się do niego dostać po 

zmroku i gdzieś tam ukryć. Wtedy może wydostałbym się stąd. Mała szansa... Za mała, żeby 

na nią liczyć. Wiedzieli doskonale, że jest to jedyna droga ucieczki z wyspy i na pewno będą 

drobiazgowi   przy   kontroli.   Więc   co?   Odpowiedź   była   prosta   -   potrzebowałem   pomocy. 

Chociaż   byłem   szczurem,   który   chadzał   samotnie,   dobrze   wiedziałem,   kiedy   sytuacja 

dojrzewała do tego, aby poprosić o wsparcie. Czy powinienem zostać w rym pomieszczeniu? 

Światła   pozostawały  włączone,   ale   widziałem   przez   okna   w   suficie   hali,   że   na   zewnątrz 

zapadał już zmrok. Do rana byłem tu zapewne bezpieczny, podobnie jak w każdym innym 

pomieszczeniu. A do wschodu słońca można wymyślić wiele rzeczy.

Wyciągnąłem telefon i wystukałem numer.

- Bolivar - powiedziałem, kiedy mój syn odebrał. - Chciałbym, abyś był tak miły i 

wyświadczył mi pewną przysługę.

background image

Rozdział 20

Poszukiwania mamy wciąż trwają - zakomunikował Bolivar na samym początku. Ku 

mojemu  przyjemnemu   zaskoczeniu  wcale  się  nie   śmiał,   kiedy  mu   powiedziałem,   gdzie   i 

dlaczego  jestem.  Słuchał  w milczeniu,  gdy wyjaśniałem  ze szczegółami  całe wydarzenie. 

Potem zadał kilka konkretnych pytań.

- Będzie dobrze - powiedział w końcu.

- Cieszę się, że tak uważasz, ale z tego miejsca wygląda to raczej ponuro.

-   Po   nocy   przychodzi   dzień.   Zapytam   Jamesa,   może   jego   nowy   komputer   coś 

wymyśli. Sam też mam kilka pomysłów.

- Z tego też się cieszę, bo to o kilka więcej niż mam ja.

- Na razie tam siedź. Nie daj się złapać. Zadzwonię. Spróbuj odpocząć.

Odpocząć! Uwięziony na planie makiety, wewnątrz elektrowni atomowej, na wyspie, 

z której nie ma ucieczki! A jednak to nie był zły pomysł. Zebrałem trochę porozrzucanych 

ciuchów w eleganckie gniazdo za jedną z szafek, gdzie nie zostałbym od razu dostrzeżony, 

gdyby   ktoś   wpadł   przypadkiem.   Przez   jakiś   czas   leżałem   spięty,   oczekując   na   odgłos 

zbliżających się kroków. Potem jednak musiałem zasnąć, bo następną rzeczą, jaką pamiętam, 

były wibracje telefonu, które mnie obudziły.

- Mamy już ogólny zarys  planu,  ale  potrzebujemy jeszcze  kilku szczegółów.  Czy 

strażnicy są w mundurach?

- Niebieskich ze złotymi guzikami.

- Czy mają też dystynkcje? Próbowałem sobie przypomnieć.

- Nie. Tylko identyfikatory.

Bolivar   zadał   mi   jeszcze   kilka   innych   pytań,   a   potem   życzył   dobrej   nocy. 

Podziękowałem mu. Tym razem byłem zbyt zmęczony, aby o cokolwiek się martwić.

Kiedy otworzyłem oczy, rozwidniało się. Tylko deszczowe chmury znów zasnuwały 

całe   niebo.  Nie   byłem   w  formie.  Obolały,   z  zaropiałymi   oczami,  przygnębiony.  Zdjąłem 

drugą twarz, a potem pogładziłem się po własnej nieogolonej twarzy. Usłyszałem słaby głos. 

Rozejrzałem się wokół, ale pomieszczenie było puste. Potem znów usłyszałem ten sam głos. 

Przystawiłem do ucha dopiero co zdjętą twarz.

- Zupa z kury... - powiedziała żałośnie,

- Dostaniesz jeść, jak ja dostanę jeść, ani chwili wcześniej. Ale dam ci wody. Sam 

background image

zresztą też jej potrzebuję.

Z tyłu pomieszczenia znalazłem duży zlew, w którym moczyły się poplamione farbą 

pędzle. Pochlapałem wodą obie moje twarze, potem napiłem się nieco. Wreszcie za pomocą 

małego lejka, napoiłem moją drugą twarz.

Telefon znów zawibrował w mojej kieszeni. Odebrałem.

- W porządku? - zapytał Bolivar.

- Zmęczony i wykończony, ale wciąż wolny.

- Postaraj się utrzymać jeszcze trochę ten stan. Dowiedziałem się, że na wyspie są 

nocni strażnicy i tylko oni spędzają tam noc. Reszta załogi dojeżdża promem. Przyjadę na 

wyspę pierwszym promem, jaki będzie dziś rano.

- Mam nadzieją, że wiesz, co robisz?

-   Wiem.   Jestem   oficerem   Wydziału   Zdrowia   i   Bezpieczeństwa   Pracy,   a   ty   jesteś 

jednym z naszych agentów.

- Tak? Nigdy nie słyszałem o takim wydziale.

- Nikt nie słyszał. James go stworzył i wprowadził do rządowego banku danych. Na 

Fetor jest tyle wydziałów policji, że nikt nie zauważy jednego więcej. Jak się spotkamy?

- Jeśli mnie zobaczą, złapią mnie natychmiast.

- Nie, jeśli będziesz ze mną.

Pomyślałem przez chwilę.

- Wejdź wraz z innymi przez główne wejście - powiedziałem. - Potem skręć w lewo, 

przejdź przez duży pokój i następny korytarz. Dojdziesz do schodów, ale nie wchodź na górę, 

tylko do mnie zadzwoń. Wyjdę do ciebie.

- Dobra. Wyłączam się.

Nałożyłem twarz z powrotem, ignorując jej słabe błagania o rosół z kury, i wróciłem 

do głównej hali konstrukcyjnej. Nie mogłem ponownie kryć się w tym miejscu tak, jak udało 

mi się to zeszłej nocy, w każdym razie nie za długo. Nałożyłem więc znów na manekina jego 

ciuchy i aparat tlenowy, i ustawiłem go w poprzedniej pozycji. Potem wycofałem się przez te 

same drzwi, którymi tu wszedłem, na zaplecze wystaw. Schowałem się w samym rogu tego 

pomieszczenia, gdzie na pewno nie zostałbym odnaleziony, chyba żeby wszczęto następną 

rundę szczegółowych  poszukiwań. Usiadłem,  opierając się  o ścianę. Spokojnie czekałem. 

Chyba nawet zdołałem się zdrzemnąć.

Obudziły mnie wibracje telefonu.

- Gdzie jesteś?

- Przy schodach, o których wspominałeś.

background image

- Czekaj tam, zaraz będę.

Poczułem wielką ulgę. Nie wiedziałem, co dokładnie zaplanował Bolivar, ale byłem 

pewien, że wyciągnie mnie z tego szamba, w które wpadłem po uszy. Otworzyłem drzwi i 

zobaczyłem mojego syna w bardzo ładnym oficjalnym mundurze. Obok niego stało dwóch 

strażników, którzy przedtem próbowali mnie schwytać, jak również sporo gości w białych 

kitlach. Odruchowo chciałem się cofnąć, ale Bolivar postąpił krok naprzód i objął mnie.

Znakomita robota, inspektorze Kidogo. Departament jest z pana dumny.

Potrząsnął moją ręką, a ja poczułem w dłoni jakiś metalowy przedmiot.

- Proszę mi powiedzieć inspektorze, czy rozpoznaje pan tu kogoś?

- Oczywiście, że tak. Tych dwóch ludzi.

Zamiast mnie łapać, obaj strażnicy trzęśli się ze strachu.

- Czy to prawda, że przemocą próbowali nakłonić pana do spełnienia ich żądań?

Skinąłem głową potwierdzająco.

- Dobrze. Więc ostatnie pytanie. Do czego próbowali pana nakłonić?

- Chcieli, abym wbrew mojej woli pracował z materiałami radioaktywnymi.

- Ach tak! - wrzasnął Bolivar i wyciągnął oskarżycielsko palec ku grupie mężczyzn 

stojących za plecami strażników, którzy zresztą byli teraz równie jak strażnicy przerażeni. - 

Proszę pokazać tym ludziom pański identyfikator inspektorze.

Sięgnąłem  do  kieszeni  i   wyciągnąłem,  wciąż  trzymaną   w  dłoni,  policyjną   blachę. 

Bardzo   oficjalnie   wyglądała   z   tym   złoto-błękitnym   napisem   ”Wydział   Zdrowia   i 

Bezpieczeństwa Pracy”. Patrzyli na nią jak na jadowitego węża i trzęśli się ze strachu. Bolivar 

wystukał numer telefonu. Kiedy mówił, w korytarzu panowała martwa cisza.

- Tak, panie generale, mamy dowody. Straż na wyspie łatwo ominąć, tak jak się pan 

obawiał. Inspektor Kidogo zmylił  ich bez problemu. Wszedł do pomieszczenia reaktora i 

sfotografował wszystko. I jest coś jeszcze, sir. Potwierdziły się plotki o tym, że naukowcy 

używają   przymusowych   robotników   do   sprzątania   materiałów   radioaktywnych.   Nie   będą 

mogli dłużej ukrywać tego przestępstwa. Oczywiście, że mamy dowód, sir. Tak, sir, dziękuję. 

Wszystkich aresztować? Oczywiście. I tak nie mają gdzie uciec.

Wyłączył się i spojrzał srogo na strażników.

- Helikoptery Wydziału Bezpieczeństwa są już w drodze. Jeśli spróbujecie opuścić ten 

budynek, zostaniecie zastrzeleni natychmiast. Sprzątnijcie swoje biurka, bo żaden z was już 

się tu nigdy nie pojawi.

Odwrócili   się   i   odeszli   ledwie   powłócząc   nogami.   Ich   kariery   legły   w   ruinie. 

Oczekiwało   ich   tylko   więzienie.   To   był   bardzo   przyjemny   widok.   Kiedy   ostatni   z   tych 

background image

zdechlaków wreszcie znikł nam z oczu, poszliśmy wraz z Bolivarem ku wyjściu, a potem 

przespacerowaliśmy się spokojnie na prom.

- Gratuluję - powiedziałem. - Rozegrałeś to perfekcyjnie.

-   Podziękujesz   potem   Jamesowi.   To   był   jego   pomysł   i   on   wrzucił   wszystko   do 

komputerowych baz danych. Ale od strony psychologicznej to było świetne posunięcie, bo 

oni doskonale wiedzieli, że łamią sporo paragrafów. Teraz zaś, kiedy czekają na wyrok, my 

spokojnie   ich   opuścimy.   Sądzę   poza   tym,   że   naprawdę   zadzwonię   potem   do   władz   z 

odpowiednim raportem. Są naprawdę kryminalistami i zasługują na karę. Ale na razie jedyny 

helikopter w okolicy to ten, którym tu przyleciałem, więc będą dość długo czekać. Zresztą my 

właśnie nim odlecimy, tak szybko, jak to możliwe.

- Nie możemy - opadłem ciężko na wolną ławkę na nadbrzeżu, gdzie czekaliśmy na 

prom.   -   Wciąż   muszę   zrobić   tę   demolkę   dla   Kaiziego.   A   to   nie   będzie   możliwe,   kiedy 

wsadziliśmy kij w mrowisko i wszyscy czekają teraz na policję.

- O to się nie martw. Zrobimy to jeszcze przed wyjazdem. Aż otworzyłem usta ze 

zdumienia i potrząsnąłem z niedowierzaniem głową, sądząc, iż się przesłyszałem.

- Co, co?

- Po prostu trzeba połączyć przyjemne z pożytecznym. Powiedziałeś, że Kaizi dał ci 

materiał wybuchowy. Przypuszczam, że masz go w jakimś bezpiecznym miejscu?

- W barze. Na wybrzeżu.

- Dobrze. Kiedy tu leciałem, myślałem o tym, a kiedy lądowałem, przekonałem się, 

jak łatwo jest to zrobić.

- Łatwo? Przepraszam w takim razie, bo to oznacza, że ja już naprawdę nie nadaję się 

do tej roboty. Cóż więc takiego zobaczyłeś przy lądowaniu?

Uśmiechnął się szeroko i wskazał palcem na niebo. Spojrzałem tam i na mojej twarzy 

zagościł   jeszcze   szerszy   uśmiech.   Tak,   to   była   odpowiedź.   Wielkie   trakcje   i   przewody, 

którymi prąd elektryczny opuszczał wyspę.

- Tym kanałem pływa tylko prom. Ta trakcja stoi na samym skraju skalistego urwiska. 

Ani obok niej, ani pod nią nie ma żadnych dróg czy budynków. Jeśli się ją zepchnie, to i ona, 

i kable, wpadną do morza, nie czyniąc nikomu najmniejszej szkody.

- A do wody spadnie z takim hukiem, że jego echo będzie słyszalne nawet na giełdzie. 

Zgasną wszystkie światła, a pociągi zatrzymają się na trasie. Dobrze, że my będziemy lecieć.

Kiedy   znaleźliśmy   się   na   brzegu,   natychmiast   skierowaliśmy   się   wprost   do   baru. 

Odebrałem   swoją   torbę,   a   przy  okazji   pokrzepiliśmy   się   piwem   i  niedźwiedzioburgerem. 

Zakupiłem   też   rosół   dla   mojej   twarzy,   aby   nie   odpadła   z   głodu.   Potem   wynajęliśmy 

background image

samochód. Poza miastem ruch był  niewielki. Odczekaliśmy,  aż na szosie będzie zupełnie 

pusto, i skręciliśmy w drogę służbową wiodącą do wielkiej trakcji. Zaparkowaliśmy niedaleko 

za wielkimi skałami i resztę drogi odbyliśmy już na piechotę.

Spojrzałem w górę na masywną metalową konstrukcję. Pokręciłem głową.

- Muszę, niestety, przyznać, że nie wiem nic na temat sabotażu.

Bolivar ostrożnie wziął ode mnie materiał wybuchowy.

- Nigdy nie słyszałem, żebyś  mówił coś takiego. Całe życie sądziłem, że potrafisz 

wszystko.

- No cóż, prawie wszystko.

- Pirotechnika to jedna z pierwszych rzeczy, których musiałem się nauczyć w mojej 

robocie geologa planetarnego. Ale ten wybuch będzie całkiem spektakularny.

Podstawę wieży otaczała siatka z drutu kolczastego. No, to było coś, na czym dobrze 

się znałem - włamałem się przez bramę, gdy Bolivar oceniał konstrukcję.

- Widzisz, jakie potężne są te cztery nogi, które osadzają ją w skale. Wyglądają na nie 

do   ruszenia.   Dalej   w   górze   zwężają   się   i   zbliżają   do   siebie,   aż   łączą   się   w   pojedynczą 

platformę, która stanowi podstawę dla tych wszystkich kabli i transformatorów.

Odchyliłem głowę, patrząc w górę coraz wyżej i wyżej... aż niemal przewróciłem się 

do tyłu.

- Cholernie wysoka wieża.

- Prawda? To będzie równie miłe jak wspinaczka  wysokogórska. Musisz na mnie 

trochę poczekać.

Materiał wybuchowy wsadził do torby, którą przerzucił przez ramię. I ruszył przed 

siebie, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.

A właściwie co miałem mu powiedzieć? Żeby uważał? Życzyć powodzenia?

Był   dobrym   i   doświadczonym   wspinaczem.   Ja   już   dawno   zatrzymałbym   się   dla 

złapania oddechu. On zaś sunął wciąż w górę w jednostajnym tempie. Dotarł do miejsca 

łączenia się czterech ramion. To chyba tu? Ale nie, kontynuował wspinaczkę, aż znalazł się 

przy samym zamocowaniu przewodów w ich olbrzymich izolatorach. Tam się zatrzymał. Był 

teraz tylko małym ciemnym punktem na tle srebrnej konstrukcji.

Zdawał się tam tkwić bez ruchu przez okropnie długi czas. Sam nie wiem, ile to 

naprawdę trwało, nim zaczął schodzić, ale w moim subiektywnym odczuciu - całe wieki. 

Potem zaś obserwowałem, jak w równym tempie schodzi na dół. Zeskoczył z kilku ostatnich 

metrów i wytarł spocone dłonie.

- Bułka z masłem - uśmiechnął się. - Wybuchnie za dwie godziny.

background image

- Będziemy mieli miejsca w pierwszym rzędzie podczas tego show.

- A i owszem.

Zwróciliśmy pożyczony samochód. Potem wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do małego 

automatycznego baru, gdzie nieco naoliwiłem swój żołądek. Bolivar zamówił tylko wodę 

mineralną, a potem spojrzał na zegarek.

-   Jak   tylko   to   łykniesz,   tato,   musimy   odlatywać.   Lecieliśmy   nad   czarną   plażą   ze 

słońcem za plecami. Na dole wszystko kąpało się w deszczu. Nasz helikopter przeleciał nisko 

nad grubymi kablami i skręcił leniwie tuż za nimi.

- Prom przy wybrzeżu - powiedziałem. - Poniżej nikogo nie ma. Na drodze też brak 

ruchu.

- Już czas - powiedział Bolivar.

W dole pod nami pojawiła się kula ognia, która zaraz potem zmieniła się w kłęby 

czarnego dymu. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Potem helikopter podskoczył, kiedy 

dotarła do nas fala dźwiękowa.

- Teraz - mruknął Bolivar.

I stało się. Szczyt wieży pochylił się i powoli z wdziękiem opadł ku morzu. Wielkie 

gniazda izolujące  pękły,  olbrzymie  kable skręciły się i splątały.  Wszystko  opadło w dół. 

Widziałem   wyładowanie   błyskawicy,   gdy  pęknięte   kable   zetknęły  się   z   wodą.  Po   chwili 

przywaliła   je   olbrzymia   stalowa   konstrukcja,   która   runęła   całą   swą   gigantyczną   masą, 

powodując wielką falę, która przelała się wściekle przez oba brzegi kanału.

- Mam nadzieję, że to da do myślenia tym  kryminalistom na wyspie - powiedział 

Bolivar z ogromną satysfakcją. - Zazwyczaj nie popieram takich rzeczy. Ale ktoś, kto zmusza 

turystów do sprzątania odpadów radioaktywnych, nie zasługuje na nic lepszego.

Trudno było się z nim nie zgodzić.

background image

Rozdział 21

Zanim pożegnaliśmy się na lądowisku, jeszcze raz zadzwoniliśmy do Jamesa. Wciąż 

żadnych   pocieszających   wiadomości.   Wciąż   brak   sukcesów   w   namierzaniu   rezydencji 

Kaiziego.   Łatwiej   było   włamać   się   do   plików   rządowych,   niż   przedostać   się   przez 

zabezpieczenia bazy danych tego luksusowego miasta.

Kiedy Bolivar już poszedł, wziąłem bagaż i udałem się w męczącą podróż do miasta. 

Nie miałem jednak siły, by iść za daleko, toteż kiedy dostrzegłem pierwszy sklep z trunkami 

(i ławką na zewnątrz dla osób spragnionych procentów), stwierdziłem, że oto nadszedł kres 

mej podróży. Usiadłem plecami do słońca i sącząc spokojnie zimne piwo, zadzwoniłem do 

Kaiziego.

- Całkiem niezłą zrobiłem robótkę, muszę się pochwalić.

- Gdzie jesteś?

Powiedziałem mu, a potem wyłączyłem się. Akurat skończyłem piwko, gdy podjechał 

po   mnie   samochodem.   Otworzyły   się   drzwi   i   wsiadłem   do   środka.   Rzuciłem   na   tylne 

siedzenie   moje   fałszywe   dokumenty,   które   dał   mi   jeszcze   przed   wyjazdem.   Podobnie 

potraktowałem moją sztuczną twarz, która jeszcze po raz ostatni zdołała wyszeptać: ”zupa z 

kury”.

- Sporo osób widziało mnie w Swartzlegen. Ponadto używałem tych dokumentów i tej 

twarzy  przy  wynajmowaniu  helikoptera,  ponieważ   sądziłem,  że   pociąg   nie  będzie  dzisiaj 

kursował. Podobało ci się to, co zrobiłem?

- Podobałoby mi się jeszcze bardziej, gdybyś nie uznał za stosowne przerwać wszelką 

komunikację.

- Jeśli chodzi ci o te wszystkie podsłuchy, które mi założyłeś, to faktycznie pozbyłem 

się ich. Bardzo cenię swoją prywatność.

Dzisiaj jeszcze przejdziesz się po obligacje.

- Żądnych podziękowań? Ani dnia urlopu? Nawet nie klepniesz mnie po plecach?

- Nie bądź męczący di Griz. To będzie twoje ostatnie zadanie, tak jak obiecałem. 

Myślałem, że się ucieszysz. Nasza znajomość już wkrótce się skończy.

Oczywiście cieszyłbym się, gdyby naprawdę się skończyła. Ale nie wierzyłem w ani 

jedno jego słowo.

Kiedy weszliśmy do magazynu, przeszedł od razu do rzeczy.

background image

Igor, przynieś mi takie duże pudło z samochodu. A potem możesz odejść.

Igor przytargał żądany przedmiot, położył go na stół i odszedł zgodnie z życzeniem. 

Kaizi zaś wyjął z pudła fotografie i podał mi je.

- Ten facet nazywa się Iba Ibada, znany także jako Iba-Pechowiec, ze zrozumiałych 

chyba powodów.

To fakt - ze zrozumiałych. Facet był średniego wzrostu i budowy. Nie wyglądałby 

wcale źle, gdyby nie olbrzymia poszarpana blizna biegnąca od jego czoła, przez złamany nos 

i   cały   lewy   policzek.   Była   paskudnie   zszyta,   przy   brzegach   podeszła   ropą,   a   pomiędzy 

krzywymi szwami widać było żywe mięso.

- Wypadek przy pracy - powiedział Kaizi. - Maszyna go przejechała. Był zszyty na 

miejscu przez początkującego lekarza zakładowego, który jak widzisz miał stosunkowo małe 

doświadczenie. Potem zaś Ibę wyrzucono z pracy za to, że wziął sobie wolne na resztę tego 

dnia.   Był   mi   bardzo   wdzięczny,   kiedy   załatwiłem   mu   pracę   sprzątacza   w   Depozycie 

Centralnym. Zresztą jako dodatek do pensji płacę mu spore sumy, aby mógł oddawać się 

swoim rozpustnym żądzom. On zaś docenia to i czasem wyświadcza mi pewne przysługi. 

Dziś w nocy zajmiesz jego miejsce.

- Nikt się nie połapie?

-   Nie.   Zaplanowałem   to   już   w   najdrobniejszych   szczegółach.   I   tak   właśnie   było. 

Sztuczna blizna, którą ze sobą przyniósł, nie różniła się od oryginału. Była wodoodporna i w 

ogóle   mogła   być   usunięta   tylko   za   pomocą   specjalnego   rozpuszczalnika.   Również   moje 

policzki zostały sztucznie wypchane, abym bardziej upodobnił się do człowieka z fotografii. 

Workowate   ubranie   robocze   wystarczało,   by   zamaskować   drobne   różnice   figury.   Całości 

dopełniły ciężkie buciory.

- A jakieś papiery - zapytałem, krzywiąc się z obrzydzenia na widok mojego odbicia w 

lustrze. Kaizi pochylił się nad małą walizeczką. - Szkło kontaktowe do prawego oka. Nie 

zgub. Jest bardzo drogie i nie mam zapasowego. Nosi wzór jego tęczówki. I cztery komplety 

rękawiczek plastikowych z liniami papilarnymi. To powinno wystarczyć, bo tylko dwa razy 

będziesz w budynku. Najpierw, by przyjrzeć się pomieszczeniom i systemom alarmowym, 

szczególnie   tym   w   skarbcu,   gdzie   trzymane   są   obligacje,   abyś   mógł   dobrze   zaplanować 

kradzież.   A   potem   następnej   nocy,   kiedy   jej   dokonasz.   Mam   także   specjalny   zestaw   do 

wykrywania pułapek. I on także jest drogi. I tylko jeden. Wiesz, jak posługiwać się czymś 

takim?

Wziąłem go, otworzyłem i pociągnąłem nosem.

- Robiłem lepsze, zanim jeszcze nauczyłem się golić. A dlaczego sądzisz, że właśnie 

background image

drugiej nocy będę mógł dokonać tej kradzieży?

- Musisz. Po prostu nie będzie kolejnej szansy. Kupiłem już dla Iby bilet za sporą 

sumę i dzisiaj jeszcze opuści planetę. Aha, i nie zapominaj, że jesteś człowiekiem przeklętym 

przez los, więc tak się zachowuj.

A że faktycznie byłem przeklęty przez los - to pewnik.

-   Spójrz   -   Kaizi   przerwał   moje   rozmyślania,   podając   mi   kartę   magnetyczną. 

Wsadziłem ją do komputera.

- To jest Iba podczas swojej nocnej pracy.  Możesz zobaczyć, jaką idzie trasą, jak 

czyści poszczególne rzeczy. Jak widzisz, nie jest zbyt szybkim pracownikiem. Zrobisz więc 

jego robotę i będziesz wciąż jeszcze miał dużo czasu, aby skończyć swoją.

- Jak się tam dostanę?

- Igor podwiezie cię niemal na samo miejsce. Również cię odbierze, gdy skończy się 

twoja zmiana. Masz jeszcze jakieś pytania, nim wyjdę?

- Żadnego, które przychodziłoby mi na myśl w tej chwili.

- Potem nie będzie okazji. Nie zobaczymy się już przed twoim powrotem.

Jeśli jest na świecie coś bardziej nudnego niż zamiatanie podłóg i czyszczenie maszyn, 

to jest to tylko przyglądanie się, jak robi to ktoś inny. Włączając w to także długie stanie bez 

ruchu,   wycieranie   nosa   w   dwa   palce   i   pierdzenie,   bo   tak   naprawdę   większość   pracy 

wykonywały roboty. Trochę więcej było ubawu, gdy puściłem ten film na przyspieszonych 

obrotach,   ale   nawet   to   już   wkrótce   mnie   znudziło.   Zapamiętałem   wszystko,   co   mi   było 

potrzebne. Potem, ponieważ wyjść miałem dopiero przed północą, spokojnie zdrzemnąłem się 

na kanapce.

- Czas iść - obudził mnie radosny wrzask mojego szofera.

Wyszliśmy na ciemną i pustą ulicę. Szkło kontaktowe drażniło mi oko i z trudem 

tylko opierałem się pokusie tarcia go. Założyłem też rękawiczki. W kieszeni czułem ciężar 

wykrywacza. Igor zatrzymał ciężarówkę i wskazał przed siebie.

- Za rogiem.

A więc do roboty. Po schodach budynku wchodziło już kilku innych pracowników w 

niebieskich   uniformach.   Zignorowałem   ich   dokładnie   tak,   jak   Iba   na   moim   filmie 

instruktażowym.

- Jak tam twoja dziewczyna? - krzyknął jeden z nich, co spowodowało radosny rechot 

wśród tych gigantów intelektu. A ja odpowiedziałem dokładnie tak, jak Iba na filmie.

- Spieprzać.

To były  zresztą  w  ogóle jedyne  słowa, jakie mówił  na filmie.  Za to dość często. 

background image

Znudzony strażnik otworzył zewnętrzną bramę. Wkroczyłem do środka wolniej niż inni, aby 

wejść tam ostatni.

Gdyby moja charakteryzacja zawiodła, wolałem mieć możliwość opuszczenia  tego 

miejsca   jak   najszybciej.   Kiedy   szedłem   ku   czytnikowi   tęczówki,   mrugnąłem,   gdyż   szkło 

kontaktowe znów podrażniło moje oko. Wtedy szkło oczywiście obsunęło się z właściwej 

pozycji. Zakląłem, zwolniłem jeszcze bardziej i starałem się poprawić jego ustawienie. W tym 

czasie ostatni z robotników przed mną minął już czytnik.

- Pośpiesz się, zdechlaku - powiedział uprzejmie strażnik. - Nie mamy całej nocy.

Tak zachęcony, przycisnąłem mocno szkło i mając nadzieję, że jest we właściwymi 

miejscu, pochyliłem się i spojrzałem w otwór czytnika. Zobaczyłem jasny błysk światła i 

podświadomie wstrzymałem oddech, oczekując na syrenę alarmową.

A   jednak   zapaliło   się   zielone   światełko.   Podszedłem   więc   powoli   ku   kolejnym 

zamkniętym drzwiom i położyłem dłoń na płytce w ścianie znajdującej się koło nich.

Drzwi otworzyły się bez problemu, a ja wszedłem do środka. Pozostali pracownicy 

nocnej zmiany rozpełzli się już po cichym budynku. Pchnąłem drzwi prowadzące na schody 

dla   personelu   i   zszedłem   dwa   poziomy.   Kiedy   zajrzałem   do   pokoju   akumulatorowego, 

zapaliło się światło, oświetlając cichy szereg stojących pod ścianą robotów.

- Spieprzać - powiedziałem, jak to zawsze czynił mój pierwowzór. Tuż przy drzwiach 

wisiała   pałka   elektryczna,   naładowana   w   pełni.   Odłączyłem   ją   i   dźgnąłem   najbliższego 

robota.

- Spieprzać.

Poszła   wielka   iskra   wprost   ku   jego   płycie   rozrządowej,   która   zamknęła   obwód   i 

przywołała   robota   do   elektronicznego   życia.   Sam   już   odłączył   kabel   łączący   go   z 

akumulatorem, który schował do pojemnika. Potem odwrócił się i wyjechał z pokoju, a ja 

tańczyłem   wśród   pozostałych   robotów,   w   tym   elektrycznym   akcie   tworzenia   życia,   aż 

wszystkie znalazły się za drzwiami.

Ruszyliśmy   w   trasę   pokój   za   pokojem.   Odgłosy   wypróżnianych   koszy,   brzęk 

czyszczonych popielniczek, szelest zmiatanej i polerowanej podłogi. Od czasu do czasu jakiś 

robot   zastygał   w   dziwacznej   pozie   z   trzymanym   w   ręku   koszem   na   skutek   małego 

zawieszenia lub wyczerpania energii, ale przesłanie mu kolejnej iskry we właściwe miejsce, 

zawsze pobudzało go do ruchu. Wyobraziłem sobie wykonywanie takiej pracy przez  resztę 

życia   i   zadrżałem.   Sprzątałem   dopiero   nieco   ponad   godzinę   i   już   wyprowadzała   mnie   z 

równowagi   bezmyślność   tego   zajęcia.   Miałem   tego   dość.   Poganianie   robotów   pałką   i 

przekleństwa. Wciąż ta sama monotonia. Wreszcie dotarliśmy na poziom skarbców.

background image

- Wszyscy stop. Dziesięć minut przerwy.

Nie zwróciły na mnie uwagi, więc zakląłem znowu. Jaki to był ten właściwy rozkaz?

- Stop, stop, stop, stop.

Za   czwartym   powtórzeniem   stanęły.   Oparłem   pałkę   o   ścianę   i   odszedłem   w   głąb 

mrocznego  korytarza.  Liczyłem  drzwi, przypominając  sobie drogę, którą przeszedłem już 

wielokrotnie w rzeczywistości wirtualnej. Tutaj.

Zewnętrzne drzwi miały bardzo nieskomplikowany zamek bez alarmu - otworzyłem je 

z   łatwością.   Ale   wewnętrzna   metalowa   krata   sprawiła   mi   już   nieco   trudności   przy 

sforsowaniu. Na szczęście  systemy  alarmowe  były  prawdziwymi  antykami.  Nadawały się 

bardziej do muzeum techniki niż jako systemy zabezpieczające w skarbcu.

Najpierw zamek elektroniczny połączony z systemem alarmowym. W tym antycznym 

mechanizmie teoretycznie było kilka milionów kombinacji kodu, co zajęłoby całe godziny 

przy używaniu standardowego komputera. Tylko że moja maszynka złamała  kod w czasie 

krótszym niż trzy minuty. Wbiłem odpowiednie numery i otworzyłem kratę. Teraz alarmy we 

framudze - te nie stanowiły problemu. Rozpracowywałem systemy tego typu już wiele razy. 

Kiedy jednak włożyłem  szkła infrawizyjne,  przekonałem się, że cały pokój przecięty jest 

niewidzialną siecią krzyżujących się promieni. Przecięcie jednego z nich oznaczało aktywację 

alarmu.   A   jednak   wystarczyło   ustawić   generator   laserowy   o   odpowiedniej   częstotliwości 

naprzeciw  soczewek odbierających  i już wędrowałem po całym  pokoju, ile chciałem,  nie 

przerywając obwodu.

No   i   tyle.   Mogłem   spokojnie   zabrać   wszystkie   obligacje   nawet   teraz.   Naładować 

roboty i wynieść to wszystko. Tylko gdzie? I jeszcze ważniejsze - jak wydostać je z budynku?

- Spieprzać - powiedziałem tym razem z pewnym uczuciem. Pobudziłem znów do 

życia roboty.

Teraz miałem dość czasu do końca zmiany, aby pomyśleć nad sposobem wyjścia.

Czas  ciągnął  się  przeraźliwie  powoli.  Dosłownie  wlókł się jak anemiczny  ślimak. 

Roboty zamiatały, ścierały, szorowały i iskrzyły się, aż wreszcie nadeszła przerwa w połowie 

czasu pracy. Wyłączyłem całą tę hordę i rozejrzałem się za jakimś wygodnym miejscem do 

spożycia posiłku. Biuro jakiegoś wysokiego urzędnika doskonale nadawało się do tego celu. 

Usiadłem   na   skórzanym   fotelu   przy   szerokim   połyskującym   biurku   i   wyjrzałem   przez 

kryształowe okno na rozjaśnione niezliczonymi światłami budynki na zewnątrz. Starałem się 

nie delektować za bardzo tym, co jadłem. Z jakichś, perwersyjnych chyba, powodów Iba 

rozsmakował się w marynowanych i wędzonych ogonach świniozwierzy i zawsze przynosił 

ze sobą do pracy kontenerek z tym przysmakiem. Grając jego rolę, musiałem jeść to samo. 

background image

Przeżuwałem   więc   z   trudem,   wyciągając   liczne   kolce,   których   potem   używałem   jako 

wykałaczki dla wydobycia spomiędzy zębów kawałków suszonej skóry. Ale nawet podczas 

tych tortur zadawanych ciału, mój umysł wciąż pracował na pełnych obrotach. Analizował, 

planował, przygotowywał schematy.

Skończyłem   jeść,   wrzuciłem   resztki   żarcia   do   spalarki   na   śmiecie,   która   szybko 

zmieniła je w promieniowanie energii, i wstałem gotów do opuszczenia biura.

Potem   jednak   usiadłem   ponownie,   bowiem   na   samej   powierzchni   mojej   kory 

mózgowej pojawił się ślad jakiegoś pomysłu.

Tak.  Można  tak  to zrobić.   Nie  będzie  co  prawda  łatwo.  Wiązało  się  z  tym   kilka 

ryzykownych   czynników.   Byłem   zapewne   jedyną   osobą   w   całej   galaktyce   -   pomyślałem 

skromnie - która mogłaby wymyślić coś takiego. A co dopiero wprowadzić ten pomysł w 

życie.

I   cała   akcja   nie   przyniesie   mi   ani   kredyta.   Musi   być,   cholera,   jakiś   sposób,   aby 

wyrwać się z łap Kaiziego!

background image

Rozdział 22

Kiedy opuściłem budynek, na wschodzie niebo jaśniało już pierwszym  brzaskiem. 

Poczłapałem do umówionego miejsca, gdzie czekał na mnie Igor. Wróciliśmy do naszego 

magazynu w całkowitym milczeniu. Samochód Kaiziego już czekał na zewnątrz, a drzwi były 

otwarte. Wyszedł nam naprzeciw i zatrzymał ciężarówkę gestem dłoni. Zmęczony zszedłem 

na dół.

- Igor - rozkazał. - Lodówka pusta. Idź kup piwo.

- Nie ma szmalu.

- Tu szmal. Idź.

Myślę, że raczej chodziło mu o to, byśmy byli sami, niż o napicie się piwa.

- Jak poszło? - zapytał, gdy tylko zamknęły się za nami drzwi.

- Bułka z masłem. Mogę dostać się do skarbca i wynieść te obligacje w ciągu góra 

dziesięciu minut. I większość tego czasu stracę na ich wynoszenie.

- Doskonale.

- Prawda? Ale jednak jest jeden problem, który rzuca drobny cień na cały ten plan.

- Problem? Co masz na myśli?

Wyglądał na zaniepokojonego. Muszę przyznać, że sprawiło mi to przyjemność.

- Chociaż mogę wynieść obligacje ze skarbca, nie ma możliwości wyniesienia ich z 

budynku jeszcze tej samej nocy.

- Nie rozumiem, o czym mówisz? - powiedział to bardzo powoli, przez zaciśnięte 

zęby.

- To jest naprawdę tak proste, że nawet Igor by to pojął. Obligacje z pokoju - tak, z 

budynku - nie.

Poczerwieniał z gniewu. Może w tym momencie nie powinienem drażnić go kpinami? 

Pośpieszyłem więc załagodzić nieco sprawę.

- Można tego dokonać. Wyniosę obligacje ze skarbca, i w końcu także i z budynku, 

zapewniam cię. Tyle że zajmie to nieco więcej czasu. Będziesz jednak je miał, nie martw się. 

Tyle   że   nie   tego   ranka   po   kradzieży.   Przeszedłem   się   dokładnie   po   wszystkich 

pomieszczeniach   i   sprawdziłem   wszystkie   wejścia.   I   wszystkie   są   zamknięte   także   od 

zewnątrz. Musiałbym więc mieć pomocnika na zewnątrz, który by je otworzył. I ciężarówkę, 

która zabrałaby łup.

background image

- To mogłoby się dać załatwić...

- Ale z wielkim trudem. Bramy zewnętrzne dla pojazdów są także zamknięte w nocy. 

Nie  ma   nocnego  ruchu wokół.  Ciężarówka  zbyt  rzucałaby  się  w  oczy.  Ryzyko   jest  zbyt 

wielkie. Ale jest inny sposób i mogę wykonać to sam. I naprawdę radzę ci skorzystać z tego 

pomysłu,   który   zresztą   zawdzięczam   tobie.   To   jest   pewna   odmiana   tego,   co   zrobiłeś, 

okradając swój własny bank. Zdaje się, że masz talent, jeśli chodzi o te rzeczy.

Uspokoił się nieco. Żaden egoista nie pozna się na fałszywym pochlebstwie.

- Gdybym nie miał talentu, nie byłbym najbogatszym człowiekiem w galaktyce. Mów 

dalej.

- Postaraj się dobrze zrozumieć. Zanim opróżnię skarbiec, pójdę do magazynu numer 

osiem zero trzy. Tam są trzymane ryzy papieru. Ponieważ, jak wiesz, mamy do czynienia z 

biurokratami, a oni kochają papier, więc możesz sobie wyobrazić, jak wielki jest to pokój. 

Pójdę na tył tych stosów, które nie będą dotykane jeszcze przez najbliższe miesiące, jeśli nie 

lata, i usunę sporo ryz, tak aby objętościowo odpowiadało to skradzionym obligacjom.

- Po co?

- Daj mi skończyć. Po wyniesieniu obligacji zostawię ten papier na środku skarbca. I 

zostawię tam też bombkę termiczną - uwielbiam te zabawki - z opóźnionym zapłonem. Na 

obrzeżach pokoju rozsypią także - dotknięcie geniuszu, jeśli można tak powiedzieć - kilka 

nadpalonych i zetlałych obligacji. Tak jakby podmuch wybuchu je tam wyniósł...

- Daj teraz mnie dokończyć! - wykrzyknął entuzjastycznie Kaizi. - Przeniesiesz resztę 

skradzionych obligacji do magazynu. Tam zagrzebiesz je z tyłu pokoju, w pustym miejscu po 

tym papierze, który zabrałeś. Opuścisz budynek o właściwym czasie nad ranem. A bombka 

wybuchnie już po twoim wyjściu. Zostawisz skarbiec zamknięty?

Oczywiście.

- A więc będzie to tajemnica. Czy był to samozapłon? Kto je poukładał na środku 

pokoju? Co się właściwie stało? Jak to możliwe, by zamknięty był skarbiec? Potem śledztwo i 

domysły.   A   kradzieży   nikt   nie   będzie   podejrzewać.   A   już   zwłaszcza,   że   złodziej   mógł 

zostawić obligacje w budynku.

-  Dodam  jeszcze  kilka  szczegółów  do  twoich,  jakże  prawdziwych  przewidywań   - 

znów pochlebstwo.

Skinął głową skoncentrowany.

- Zamówienia na papier przychodzą z różnych departamentów do centralnego biura 

zamówień. Które z kolei posyła dostawcę. Ten wykonuje zamówienia raz w tygodniu.

Pochylił się, z natężoną uwagą chłonąc każde moje słowo.

background image

- Następna dostawa będzie za trzy dni. Kierowca, któremu towarzyszy jeden strażnik, 

zjawia się w magazynie. Tyle że następnym razem, to ja będę kierowcą. A strażnik tym razem 

zaśnie w magazynie na służbie. Obligacje zostaną załadowane do samochodu dostawczego, a 

strażnik pozostanie tam, gdzie zdarzyło mu się usnąć. I wyjazd z budynku. Następna zbrodnia 

stulecia.

Kaizi  westchnął,  oparł  się o krzesło,  i przez  moment  z uśmiechem  kontemplował 

zbrodnię doskonałą.

Kiedy wrócił Igor, Kaizi chwycił jedno z piw, otworzył je i pociągnął tęgiego łyka. A 

potem spojrzał na mnie z zadumą.

- Dasz radę zrobić coś takiego?

- Tak. Ale będę potrzebował paru rzeczy.

- Daj mi listę. Dostaniesz wszystko, zanim wyjdziesz dziś wieczorem.

- Dobra. A teraz idę na miasto coś zjeść. Potem wrócę się wyspać.

Nie próbował mnie zatrzymywać. Wiedział, że dopóki Angelina jest jego więźniem, 

ma nade mną całkowitą władzę.

Powoli szedłem ulicą pomiędzy śpieszącymi do pracy niewolnikami. Zanurzyłem się 

w   znane   uliczki   mechatargu.   Jeśli   ktoś   mnie   śledził,   należało   go   zgubić.   Wszedłem   do 

pierwszego dużego budynku po drodze, wjechałem windą na górę, potem schodami na dół i 

na zewnątrz przez tylne drzwi. Zawsze skuteczna metoda, jeśli nie jesteś pewien, czy ktoś za 

tobą podąża. Dopiero wtedy kupiłem tani telefon.

Od czasu  ostatniego  przeglądu  Kaizi  miał  całą  noc,  by założyć  mnóstwo  nowych 

aparatów podsłuchowych...

- Kelner, chodź tutaj  - powiedziałem  głośno, gdy tylko  Bolivar  odebrał telefon.  - 

Niech sobie przypomnę, co jadłem, kiedy ostami raz tu byłem... Aha, niedźwiedzioburgera i 

trochę piwa.

Wyłączyłem się i wyrzuciłem telefon do najbliższego śmietnika. Miałem nadzieję, że 

Bolivar pojmie, że boję się podsłuchu i że chcę, aby przyszedł do tej restauracji, w której 

ostatnio jedliśmy. Sądziłem wprawdzie, że nikt mnie już nie śledzi, ale też z równą niemal 

pewnością wiedziałem, że jestem podsłuchiwany.

Szedłem szybko, nie zatrzymując się długo w żadnym miejscu, na wypadek gdyby 

oprócz   podsłuchiwania,   także   mnie   namierzano.   Kiedy   trzeci   raz   przechodziłem   koło 

umówionej   restauracji,   dostrzegłem   Bolivara   siedzącego   przy   stoliku   w   rogu.   Zrobiłem 

szerokie koło, a potem tak szybko, jak mogłem, wszedłem do restauracji. Stanąłem za nim, a 

kiedy się odwrócił, pokazałem mu przygotowaną kartkę.

background image

”Sprawdź podsłuchy”.

Co natychmiast zrobił, po krótkim tylko szoku, kiedy ujrzał moją twarz. Przeciągnął 

wykrywaczem   wzdłuż   mojego   ciała.   Trzy   monety   jak   zwykle,   ale   także   jedna   z   moich 

metalowych spinek - Kaizi robił się coraz sprytniejszy. Oderwałem ją i wręczyłem Bolivarowi 

wraz z monetami. Wyciągnął ekranowany pojemnik i wrzucił tam cały ten sprzęt. Zatrzasnął.

-   Teraz  nie   będą   przewodzić   -   powiedział.   -   Ledwie   cię   poznałem.   Świetna 

charakteryzacja. Mam też dobrą wiadomość. Bolivar znalazł dom Kaiziego.

- To ty nie jesteś Bolivar?

James, tato. Nigdy się nie nauczysz.

- Czy ona tam jest?

- Nie wiemy. Ale to duża posesja i jest tam robot pierwszej klasy.

Pierwsza klasa. Inteligentny i bardzo drogi. Trzeba będzie bardzo uważać, gdybyśmy 

mieli z nim do czynienia.

- Kiedy ty i Bolivar zażywaliście wypoczynku w Swartzlegen, ja w końcu włamałem 

się do baz Słonecznego Miasta. Musiałem to zrobić dosłownie.

Jak to dosłownie?

-   Ich   programy   antywłamaniowe   są   na   tyle   dobre,   że   nie   można   było   wejść,   nie 

zostawiając śladu swojej bytności. Więc pewnej nocy po prostu się włamałem i zabrałem parę 

droższych i małych urządzeń dla pozoru. Ale też zamontowałem co nieco wewnątrz głównego 

serwera. Więc są teraz szeroko otwarci. Bolivar przygląda się właśnie danym dotyczącym 

szczegółów konstrukcyjnych domu. Plany załączone do podania o zgodę na budowę są dość 

szczegółowe i wystarczą na nasze potrzeby.

- A ja miałem długą noc - powiedziałem, zaglądając do menu i wybierając dla nas obu 

jakieś napoje pobudzające. - Opowiem ci.

- Uuaa - skomentował, kiedy skończyłem. Wziął przy tym zbyt duży łyk napoju i 

zakrztusił się. Walnąłem go w plecy. Pomogło.

- To jest najambitniejszy napad, o jakim słyszałem - wydyszał wreszcie.

- Dzięki. Jestem dumny z tego pomysłu. Ale obawiam się, że byłem nieco nieuczciwy 

wobec mego pracodawcy.

- To znaczy...

Dostawa papieru będzie za dwa dni, nie za trzy... Natychmiast pojął znaczenie moich 

słów. I uśmiechnął się szeroko.

- Chcesz wyciągnąć te papiery i zostawić je sobie!

- Dokładnie. Ale zanim zacznę rozważać coś takiego, muszę być absolutnie pewien, że 

background image

twoja matka jest bezpieczna. Mam też dla ciebie jeszcze jedno zadanie. To, co mam na sobie, 

to   nie   jest   przypadkowa   charakteryzacja.   Mam   wyglądać   jak   jeden   z   pracowników 

Centralnego Depozytu o imieniu Iba. I martwię się nieco o niego. Kaizi powiedział mi, że on 

wczoraj opuścił planetę ze sporą gotówką w kieszeni...

- A ty myślisz, że to nie w stylu Kaiziego?

-   Dokładnie.   Sprawdź,   kto   wczoraj   opuścił   planetę.   I   przyjrzyj   się   też   ostatnim 

wiadomościom.

- Dobra jest. Będzie jakiś sposób, by ci przekazać raport?

- Wątpię. Myślę, że lepiej, byśmy trzymali się z dala od siebie. Jeśli Kaizi nabierze 

jakichś   podejrzeń,   że   się  spotykamy,   będziemy   mieli   bardzo   duży  kłopot.   Zadzwonię   do 

ciebie jutro wcześnie rano. Po tej operacji z obligacjami.

- Uważaj na siebie - powiedział. Wyglądał na zaniepokojonego.

- Zawsze uważam - odparłem, starając się włożyć w moje słowa więcej entuzjazmu, 

niż naprawdę go odczuwałem. Też byłem tym wszystkim zestresowany.

Podał mi pojemnik, a ja wyciągnąłem z niego podsłuchy i wsadziłem je do kieszeni. 

Pożegnaliśmy się bez słowa.

Wróciłem do magazynu, aby trochę odpocząć. Tak przynajmniej sądziłem...

Igor się nie naprzykrzał - spojrzał na mnie spode łba, gdy się pojawiłem, i wrócił do 

swoich zajęć. Ale Kaizi miał inne pomysły.

- Nie podobają mi się te twoje samotne wędrówki po mieście.

- A w czym ci to może szkodzić?

- Nie ufam ci, di Griz. Jesteś zbyt sprytny. - Wskazał pudła leżące na stole. - Tam są 

rzeczy, które zamawiałeś na dzisiejszą operację.

- Dobrze.

Sięgnął do swojej torby i wyciągnął pistolet.

- Chciałbym także, abyś usiadł tu spokojnie, a Igor założy ci kajdanki.

Niewiele   mogłem   na   to   poradzić.   Z   tym   dryblasem   z   tyłu   dałbym   sobie   radę   w 

mgnieniu oka, ale wymierzony we mnie pistolet...

Kajdanki szczęknęły nieprzyjemnie. A żeby było jeszcze milej, drugą parę zapiął mi 

na kostkach. Teraz odłożył pistolet i uśmiechnął się.

- Spróbuj się przespać - poradził. - Czeka cię długa noc.

Obaj   przyglądali   się   bez   słowa,   jak   z   trudem   dźwignąłem   się   na   nogi   i   skokami 

dotarłem do swego legowiska, na które zwaliłem się ciężko. Potem jeszcze musiałem mocno 

się wysilić, aby obrócić się na plecy Spojrzałem na kajdanki i już wiedziałem, czemu Kaizi 

background image

się uśmiechał. Nie mogłem tu użyć wytrycha. Zamki były umieszczone tak głęboko, że nie 

dałbym   rady   wewnątrz   przekręcić   wytrycha,   nawet   gdybym   zdołał   go   tam   wsadzić. 

Spróbowałem. Nie można było tego zrobić.

Byłem na tyle zmęczony, że zasnąłem mimo tej niewygodnej pozycji. Ocknąłem się 

na   moment,   słysząc   głosy,   ale   znowu   zapadłem   w   sen.   Obudził   mnie   dopiero   gorący   i 

smrodliwy oddech Igora na mojej twarzy. Był pochylony i męczył się ze skomplikowanym 

zamknięciem   kajdanek.   Już   miałem   zamiar   go   udusić,   kiedy   dostrzegłem   stojącego   w 

drzwiach Kaiziego z wycelowanym we mnie pistoletem.

- Przyprowadź go tutaj. Będziesz lepiej widział przy świetle. Igor chwycił mnie za 

nogi i ściągnął z łóżka. Zdołałem się przekręcić na tyle, że wylądowałem na ramieniu, a nie 

na   głowie.   Pociągnął   mnie,   obijającego   się   i   klnącego,   do   sąsiedniego   pomieszczenia. 

Posadził mnie na podłodze i dopiero wtedy rozpiął obie pary kajdanek.

- Czy tak się traktuje lojalnego pracownika? - zapytałem.  Wstałem i usiadłem  na 

krześle.

- Teraz Igor zawiezie cię do pracy. Pojadę zaraz za wami. Będę także trzymał się w 

pobliżu, kiedy rano stamtąd wyjdziesz. Jeśli nabiorę najmniejszych podejrzeń, że nie robiłeś 

tego, co mi opisałeś, możesz być pewien, że nigdy nie zobaczysz żony.

Wolałem  mu  nie odpowiadać. Wziął  moje  milczenie  za poddanie  się. Spojrzał  na 

zegarek.

- Już czas. Weź torbę zjedzeniem. Wszystko, czego potrzebujesz, jest tam w środku, 

pod tym odrażającym żarciem.

I znów podróż na ten sam róg ulicy. Znów ten sam spacer po schodach. Jedyną różnicą 

była ciągła obecność w pobliżu czarnego samochodu, który stał teraz naprzeciw budynku po 

drugiej stronie ulicy.

Dlatego byłem szczęśliwy, że zostawiam go za sobą.

Moje szkło kontaktowe było tym razem na miejscu. Dłoń bez problemu otworzyła 

drzwi i wszedłem do środka.

- Hej, ty Iba. Mówię do ciebie.

- Spieprzać - powiedziałem ponuro, nie patrząc na swego rozmówcę. Co zrobiłem do 

cholery nie tak?

- Podejdź tu. Mam coś dla ciebie.

Musiałem podejść i spojrzeć na niego... i na gazetę, którą mi podawał.

-   Jakiś   facet   dał   mi   to   dla   ciebie.   I   dał   jeszcze   pięć   kredytów,   uwierzysz?   Nic 

specjalnego, nawet spojrzałem, tylko dzisiejsza gazeta. Omal jej nie wywaliłem - rzucił gazetę 

background image

na podłogę i odszedł.

Gazeta? Kto? Na pewno nie Kaizi. To mógł być tylko James. Ale po co?

Teraz nie mogłem jej przeglądać. Drugi strażnik już przyglądał mi się podejrzliwie.

-   Spieprzać   -   powiedziałem,   ruszając   naprzód.   Zwinąłem   jednak   papier   i   dopiero 

potem poszedłem ku moim robotom.

Dopiero kiedy znów je wskrzesiłem, spojrzałem na niezwykłą przesyłkę. Przejrzałem 

ją szybko. Nie. Nie mam teraz czasu na czytanie... ale zaraz... Na ostatniej stronie była wzięta 

w kółeczko wiadomość. Tuż obok reklamy kompletu do reperacji Zrób-To-Sam. Zerknąłem 

zaintrygowany.

”Samobójca utonął w jeziorze w parku centralnym”.

Nagle poczułem chłód. Szybko przejrzałem krótką notatkę.

”Nieznany... podarte ubranie... woda w płucach... niezidentyfikowany...” - i ostatnia 

linijka - ”... paskudna blizna na twarzy...”

Nie miało sensu sprawdzanie listy pasażerów. Ibiemu uciekło połączenie. Zbyt wiele 

słyszał o biznesie Kaiziego.

Wiedziałem więc już dokładnie, jaki grozi mi koniec.

background image

Rozdział 23

Po raz pierwszy cieszyłem się, że moja praca nie wymaga angażowania mózgu. Całą 

bowiem jego pojemność zajmowały teraz krążące wściekle myśli nad drogą ucieczki... Ale 

nie   wpadłem   na   żaden   pomysł.   Mogłem   ukraść   obligacje   -   to   było   w   tym   wszystkim 

najłatwiejsze.   Po   wykonaniu   tego   zadania   zostanę   jednak   ponownie   skuty.   I   spędzę 

prawdopodobnie   w   tym   stanie   następne   dwa   dni,   aż   do   rzekomej   dostawy.   Chociaż 

oczywiście dostawa odbędzie się dzień wcześniej... czy powinienem się do tego przyznać? 

Jeśli tak zrobię, zostanę zmuszony do przyniesienia tych obligacji. A wkrótce po tym dołączę 

do Iby w jeziorze. Jeśli nie spotka mnie coś jeszcze gorszego.

Roboty   kręciły   się   po   wyznaczonych   trasach   i   niemal   nie   byłem   świadom   ich 

obecności. Tylko jeśli któryś z nich stanął rozładowany, przypominałem sobie na chwilę o 

obowiązkach   i   ładowałem   go   ponownie.   Potem   zaś   znów   głowiłem   się   nad   tym 

nierozwiązywalnym splotem zależności i zdarzeń.

Dość! Kręciłem się w kółko i gdyby tak miało trwać dalej, mój mózg wkrótce także 

wyładuje się jak te roboty. Nadszedł czas, by coś zrobić. Czas na rabunek.

Za wyjątkiem jednego, którego potrzebowałem, wyłączyłem wszystkie roboty, aby nie 

rozłaziły   się   po   budynku.   Tym,   którego   wziąłem   ze   sobą,   był   największy   z   robotów   na 

kółkach.   Poszliśmy   do   magazynu   z   papierem.   Prowadzące   tam   drzwi   nie   były   nawet 

zamknięte.   Stanąłem   w   tym   mauzoleum   biurokracji,   oświetlanym   tylko   małymi   nocnym 

lampkami w suficie. Ryzy papieru i koperty zalegały tu w piramidach sięgających niemal tych 

lamp.   Zapuściliśmy   się   głębiej   w   tę   olbrzymią   salę.   Wszystko   było   zakurzone   i   pokryte 

pajęczynami.   Ostatnie   stosy   papierów,   tuż   przy   ścianie   -   wyschłe   i   pożółkłe   -   będą   się 

doskonale palić. Załadowałem nimi robota do pełna, od czasu do czasu kichając gromko. 

Kiedy wreszcie zakończyłem pracę i kichnąłem po raz ostatni, opuściłem z ulgą ten śmietnik. 

Mój pomocnik toczył się przy nodze.

Potem   grzecznie   czekał   z   metaliczną   cierpliwością,   podczas   gdy   ja   okradałem 

skarbiec.   Uwinąłem   się   z   zamkiem   elektrycznym   drzwi,   zneutralizowałem   alarmy   we 

framugach...

Teraz nadeszła najbardziej śliska część operacji. Należało ustawić generator promieni 

laserowych naprzeciw soczewek odbiorczych, nie przecinając przy tym żadnego z promieni. 

Powoli przesunąłem się do przodu, ustawiłem przyrząd pod właściwym kątem. Czułem pot 

background image

kapiący z mojej twarz. Teraz!

Nie odezwał się alarm.

Potem pozostała mi już tylko robota fizyczna, którą musiałem, niestety, zrobić sam. 

Ustawiłem stos papierów na środku pokoju, rozrzucając go nieco po namyśle, aby lepiej się 

palił. Załadowałem następnie na robota wszystkie skradzione obligacje.

Dyszałem ciężko. Jeszcze tylko jedno. Wziąłem garść tych papierów, wartych jakiś 

milion kredytów - co za marnotrawstwo - i wyniosłem je na korytarz z dala od wykrywaczy 

ognia. Tam jeden za drugim nadpalałem zapalniczką. Pozwalałem im się nieco potlić, a potem 

gasiłem. Kiedy wszystkie już były odpowiednio podsmażone, zaniosłem je z powrotem do 

skarbca i porozkładałem odpowiednio. Została mi do wykonania naprawdę ostatnia rzecz - 

nastawienie zapalnika czasowego i podłożenie bomby termicznej. Bomba miała wybuchnąć 

mniej więcej godzinę po moim wyjściu z budynku, a kilka minut przed przybyciem dziennej 

zmiany. Dzisiaj będą mieli po prostu znacznie bardziej urozmaicony dzień, niż przypuszczają.

Potem zrobiłem sobie przerwę. Ochłonąłem nieco, rozprostowałem palce. Dopiero po 

takiej  dłuższej chwili  i z anielską  wprost cierpliwością,  wycofałem  generator ze skarbca. 

Powolutku... powolutku... - Zrobione! Reszta to już była dziecinada - ustawienie z powrotem 

zamka i systemów alarmowych.

Wróciłem   następnie   do   magazynu,   gdzie   dokładnie   ukryłem   obligacje   pomiędzy 

papierami. Przykryłem jej jakimiś pożółkłymi stronami. Gotowe. Będą tu zupełnie bezpieczne 

aż do czasu, kiedy po nie przyjdę, albo - bardzo depresyjna myśl - pozostaną tutaj na zawsze, 

jeśli zrobię jakiś błąd.

Następne godziny mocno się dłużyły. Starałem się nie myśleć o bombie termicznej - ... 

a jeśli wybuchnie wcześniej, niż powinna... - starałem się więc nie myśleć o niemyśleniu o 

niej.   Wreszcie   ostatnia   popielniczka   i   śmietnik.   Jeszcze   tylko   do   składu.   Moi   metalowi 

pomocnicy legli tam bez ruchu i mieli teraz beztrosko pożywiać się prądem. Ja zaś zmyłem z 

dłoni ślady spalenizny i kiedy zmiana skończyła się, wyszedłem wraz z innymi.

Kiedy opuściłem budynek, byłem już mocno spięty. Jeśli nie nastawiłem prawidłowo 

zapalnika, będę musiał zaraz szybko wiać. Czułem ciężar w żołądku, dopóki nie znalazłem się 

bezpiecznie na ulicy. Wolnym krokiem podszedłem na umówiony róg. Nie było tam jednak 

ciężarówki.

Czy coś poszło źle? Zanim zdążyłem nawet skończyć  tę myśl, zatrzymał  się obok 

mnie samochód Kaiziego.

- Wsiadaj - powiedział.

- Gdzie Igor?

background image

- To nie twoja sprawa - odparł, gdy już ruszyliśmy. - Wszystko zgodnie z planem?

- Tak.

Uśmiechnął   się   i   oblizał   wargi.   Jedną   ręką   prowadził,   drugą   podał   mi   notatnik   z 

dołączonym doń pisakiem.

-   Zapisz   tam   wszystkie   szczegóły   na   temat   magazynu,   gdzie   są   obligacje,   nazwę 

kompanii transportowej i imię kierowcy...

- Nie sądzę, że powinienem to zrobić.

- Nie graj ze mną, di Griz. Wiesz bardzo dobrze, dlaczego podasz mi te informacje.

- Wiem. Ale najpierw moja żona. O niej chcę pomówić najpierw. Co się z nią stanie, 

kiedy dostaniesz te obligacje?

- Oczywiście dołączy do ciebie.

W grobie - uzupełniłem w myślach.

- A jakie mam na to gwarancje? - Moje słowo.

- To trochę za mało. Za dużo dotąd kłamałeś, Kaizi. Obrzucił mnie szybkim zimnym 

spojrzeniem, ale nie odpowiedział.

-   Dogadajmy   się.   Dam   ci   obligacje,   ale   najpierw   ty   ją   uwolnisz.   Przez   chwilę 

prowadził w milczeniu. Potem pokręcił przecząco głową.

- Nie mogę tego zrobić.

- Więc ja nie mogę ci podać informacji, których będziesz potrzebował, aby dostać te 

obligacje.

Nie padło już ani jedno słowo.

Drzwi garażu przy magazynie otworzyły się przed samochodem, a potem zatrzasnęły, 

gdy wjechaliśmy do środka. Igora i jego ciężarówki wciąż nie było. Kaizi wyszedł pierwszy, 

otworzył tylne drzwi i sięgnął tam.

- Spójrz na to - powiedział.

Spojrzałem...   i   desperacko   próbowałem   jeszcze   uskoczyć.   Był   szybszy.   Dwa 

metalowe pręciki elektrycznego ogłuszacza dotknęły mojego ciała. Fala bólu targnęła mną 

gwałtownie,  mięśnie  zacisnęły się spazmatycznie.  Upadłem bezwładnie  na ziemię.  Byłem 

świadomy, ale nie mogłem się poruszyć. Kaizi przeciągnął mnie przez cały ten wieloletni 

kurz i śmieci na podłodze i rzucił na moje legowisko. Wciąż nie mogłem się ruszyć. Założył 

mi na ręce kajdanki, a drugą parą przypiął moją nogę do metalowego zakończenia kanapki. 

Odrętwienie zaczęło powoli ustępować dopiero, gdy już przeciągnął łóżko, wraz ze mną, pod 

ścianę. Wyszedł do sąsiedniego pokoju i wrócił z następnymi kajdankami. Wiedziałem, co 

chce   zrobić,   toteż   przekręciłem   się   rozpaczliwie,   by   kopnąć   go   wolną   nogą.   Odskoczył, 

background image

uchwycił ją i wykręcił boleśnie, a potem przykuł do metalowej rury biegnącej przy ścianie. 

Oddychał   ciężko,   a   jego   twarz   wykrzywiała   wściekłość.   Gdzieś   znikł   multimilioner   o 

wyszukanych manierach. Raz za razem walił pięścią w moją twarz. Przestał dopiero, gdy 

boleśnie uderzył kostkami dłoni o moją twardą szczękę.

- Nikt nie będzie mi się sprzeciwiał, nikt - roztarł dłonią uszkodzoną pięść. - Ty, 

zwykły przestępca, chcesz mi dyktować warunki? - na jego twarz powrócił okrutny uśmiech. 

Uspokoił   oddech.   Bolesny   kopniak,   który   wylądował   na   moich   żebrach,   nie   był   już 

wymierzony w gniewie. Kopnął mnie całkiem na zimno, aby podkreślić swoje słowa.

- Jesteś bezradny. Mogę zrobić z tobą wszystko, co zechcę. I mam zamiar zostawić cię 

tu   teraz   na   parę   dni   bez   jedzenia   i   picia.   Jestem   pewien,   że   kiedy   wrócę,   zechcesz   mi 

powiedzieć, jak mam wyciągnąć te obligacje. A jeśli mi powiesz, może zostawię cię przy 

życiu.

Taki był prawdziwy Kaizi bez maski.

- Tak jak zostawiłeś Ibę? W jeziorze w parku? - krzyknąłem za nim, gdy wychodził. 

Odwrócił się wściekły. Niepotrzebnie pozwoliłem ponieść się gniewowi. Zorientowałem się, 

że właśnie podpisałem na siebie wyrok śmierci.

- Leżysz już w grobie - powiedział. Potem wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. 

Usłyszałem silnik samochodu i skrzypienie otwieranych drzwi garażu. Potem zapadła cisza 

zostałem sam.

- Jim, musisz jednak nauczyć się trzymać język za zębami - powiedziałem na głos. 

Uwaga  słuszna,  ale  nieco  spóźniona.  Trzeba  było   pomyśleć  wcześniej.  A  jak  teraz   mam 

wydostać się z tego kanału?

Nie będzie łatwo. Zdałem sobie z tego sprawę po wielu próbach wyswobodzenia się z 

kajdanek, kiedy zyskałem tylko krwawe pręgi na nadgarstkach. Mogłem sięgnąć do kajdanek 

na nogach i poruszać zamkiem szyfrowym, ale nigdy nie zdołałbym znaleźć kodu przez takie 

przypadkowe   przesuwanie.   Rura   też   mocno   tkwiła   w   ścianie.   Leżałem,   dysząc   ciężko   z 

wysiłku. Tej nocy jednak zasnąłem, mimo swojej paskudnej sytuacji.

Obudziło mnie jakieś niejasne przeczucie czyjejś obecności. Jak długo spałem? Wedle 

światła za oknem wciąż był dzień. Bolała mnie cała twarz, jak również żebra. Usłyszałem 

dochodzące   zza   drzwi   ciche   szuranie.   Odwróciłem   się,   na   ile   mogłem,   i   obserwowałem 

klamkę. Powoli opadała.

Kaizi? Igor? Na pewno nic dobrego. W tej chwili czułem się tak paskudnie, jak nigdy 

dotąd w życiu. Drzwi otworzyły się powoli i pojawiła się w nich ciemna figura. Już miałem 

wrzasnąć,   gdy  powstrzymałem   się   w   ostatniej   chwili.   Poczekałem   spokojnie,   aż   skończy 

background image

przeszukiwać   pokój   wykrywaczem   podsłuchów   i   umieści   znaleziska   w   ekranowanym 

pojemniku. Dopiero potem rozdarłem gębę.

- Bolivar!

- Nie, James. Bolivar wciąż przegląda plany budynku.

- Zabierz mnie stąd!

Pomacał kajdanki i pokręcił głową.

- Łatwiej powiedzieć, niż zrobić.

- Jesteś samochodem? - Tak.

- Przynieś narzędzia. Pilniki, młotek.

- Jasne.

Pilniki padły przy próbie odcięcia kajdanek przykuwających mnie do rury. Ale na 

szczęście sama rura, jak i poręcz łóżka nie były aż tak twarde i James rozbił je młotkiem. 

Pomógł mi wstać.

- Nie wyglądasz za dobrze, tato - powiedział. - Pal licho tę fałszywą bliznę, ale gębę 

masz obitą naprawdę, no i te kajdany...

Potrząsnął z zatroskaniem głową.

-   Przynieś   apteczkę   z   samochodu.   A   potem   jedziemy   do   sklepu   i   po   porządne 

narzędzia do piłowania. Gwarantuję ci, że zaraz poczuję się lepiej. - Wylazłem z pokoju, 

dzwoniąc kajdanami jak galernik. - I dzięki za pomoc w porę.

- Pomyślałem, że coś się mogło stać. Nie dzwoniłeś bardzo długo. Więc postanowiłem 

zbadać to miejsce. Ten dryblas, który prowadził ciężarówkę, pojechał do Słonecznego Miasta. 

Śledziłem go do momentu, kiedy skręcił w tamtym kierunku na komputerostradę.

- A Kaizi?

- Chyba jest w banku. Przynajmniej jego samochód stoi na zewnątrz. Sprawdziłem to, 

zanim tu przyszedłem. Pomyślałem więc, że chociaż sprawdzę, co tu się dzieje.

Działo się sporo... Zadzwonił telefon. Odebrał.

- Już jedziemy. Obaj - powiedział i wyłączył się. - Bolivar zakończył pracę. Chce nas 

widzieć natychmiast.

- Czy jest tu w mieście wypożyczalnia helikopterów?

- Jest. Ale najpierw narzędzia... Dopiero potem słoneczne przedmieścia.

Zatrzymał się przed sklepem z narzędziami i znikł w nim na dłuższą chwilę. Pojawił 

się   z   dekompozerem   wiązań   molekularnych.   Rzucił   mi   go   i   wskoczył   do   samochodu. 

Włączyłem maszynkę i skierowałem ją na kajdanki. Cienkie pole energii niszczyło wiązania 

atomowe   metalu,   który   powoli   tracił   cząsteczki.   Zanim   dojechaliśmy   do   lądowiska 

background image

helikopterów,  zdążyłem  już nawet  wetrzeć  krem w  poranione  nadgarstki.  Miałem  zamiar 

wyrzucić   dekompozer   wraz   z   resztkami   kajdanek,   ale   zmieniłem   zdanie   i   schowałem 

urządzenie do kieszeni.

Licencja   pilota   gwiezdnego,   połączona   ze   sporą   gotówką,   potrafi   zdziałać   cuda. 

Helikopter wkrótce był nasz. Wskoczyłem do niego szybko.

- Rozmawiałem z Bolivarem - opowiadał James, gdy wystartowaliśmy ostro w górę. - 

Ciężarówka Igora jest na zewnątrz domu. Chciał tam wejść, ale powiedziałem mu, żeby na 

nas zaczekał.

Skinąłem głową.

- Trzech to zawsze lepiej niż jeden. Czy to jest maksymalna prędkość tego gruchota?

-   Na   pełnej   mocy.   Powiedziałem   mu,   żeby   znalazł   jakieś   sensowne   miejsce   do 

lądowania.

Lecieliśmy szybko, ale wciąż miałem wrażenie, że za wolno. W mojej głowie myśli 

wirowały równie prędko jak śmigło nad naszymi głowami. Po co Igor pojechał do domu? 

Może   to   właśnie   Angelina   była   powodem   jego   podróży?   Nie   skrzywdzi   jej   raczej   bez 

rozkazów Kaiziego. Ale jakie były rozkazy szefa? W głowie mi się kręciło, a żołądek dawał 

znać o sobie gwałtownymi skurczami. Bolał mnie też bok. Pogrzebałem głębiej w apteczce i 

znalazłem medyczną brandy.

- Ja nie, prowadzę - powiedział James. - Ale tobie chyba się przyda.

- Chyba tak. - Alkohol piekł moje poranione wargi, ale bardzo korzystnie wpłynął na 

żołądek. Czy byłem już za stary na takie rzeczy?  Tak się z pewnością czułem. Naprawdę 

uważałem w tym momencie, że najlepsze lata mam już za sobą.

- Zbliżamy się. Widzę miejsce lądowania - James mówił do telefonu. - Bolivar, czy to 

ty machasz? Dobrze. Siadam.

Wskoczyliśmy do samochodu, jeszcze nim śmigło helikoptera przestało się kręcić. 

Bolivar   spojrzał   na   moją   twarz   i   wszystkie   bandaże,   ale   nie   komentował.   Ruszyliśmy   z 

piskiem opon.

- Opowiadaj w skrócie - poleciłem.

- Ciężarówka jest obok domu. O ile wiem, w domu jest tylko Igor i robot. Plany 

budynku są na siedzeniu koło ciebie.

Duży,   bardzo   duży.   Zawierał   co   najmniej   dziesięć,   nie,   dwanaście   pomieszczeń. 

Zamknięta bryła, nie licząc werandy na jednej ze ścian. Wedle rzutu bocznego był zbudowany 

na płytach betonowych i nie miał podziemi. Popatrzyłem na to podejrzliwie i wskazałem 

palcem na planie.

background image

- Wszystkie pokoje mają okna - powiedziałem.

- Jak większość pokoi - odparł Bolivar.

- Na moje żądanie Kaizi zrobił film, aby udowodnić mi, że Angelina jest bezpieczna. I 

pokój, w którym przebywała, był oświetlony wyłącznie sztucznym światłem. Nie miał okien.

- Może film nakręcono w nocy?

- Nie. Kaizi wyjechał rano. Wrócił przed zmrokiem. Bolivar spojrzał na plany.

-   Jeśli   jakiś   pokój   będzie   miał   zakryte   okna,   trzeba   go   sprawdzić   na   początku. 

Przyjrzymy się temu z zewnątrz.

- A jeśli wszystko jest odsłonięte? - I nagle sam sobie odpowiedziałem. - Pamiętacie 

bank? Jak Kaizi ukrył te niby skradzione pieniądze?

- Oczywiście - odparł Bolivar. - Sekretny pokój poniżej. Jeśli mógł go zbudować w 

banku   pośrodku   miasta,   tym   bardziej   mógł   to   zrobić   tutaj,   w   prywatnym   domu   na 

przedmieściach.

James zahamował i wskazał przed siebie.

- Budynek jest za rogiem. Zasłaniają go drzewa.

background image

Rozdział 24

Wyszliśmy   z   samochodu   i   James   właśnie   go   zamykał,   gdy   usłyszeliśmy   dźwięk 

uruchamianego silnika ciężkiego bez wątpienia pojazdu.

- To ciężarówka  Igora - stwierdził  James.  -  Była  zaparkowana przed domem.  Co 

robimy? Pozwalamy mu jechać i śledzimy go?

- Nie - zdecydowałem szybko - zatrzymujemy go. Istnieje duża szansa, że Angelina 

jest albo w ciężarówce, albo w domu. Tak czy siak, Igor może coś wiedzieć.

- To może być bardzo niebezpieczne... - zaczął Bolivar z wahaniem.

- Taka jest moja decyzja - uciąłem.

Słyszałem zbliżającą się ciężarówkę, która skręciła już na drogę. Stanąłem na środku i 

uniosłem rękę.

Tak się martwiłem o Angelinę, że zapomniałem, jak wyglądam. No bo w końcu nie 

byłem   sobą.   Miałem   ohydnie   zniekształconą   twarz   Iby,   upiększoną   dodatkowo   świeżymi 

opuchliznami.   I   takiego   właśnie   zobaczył   mnie   Igor.   Efekt   był   dość   dramatyczny. 

Zobaczyłem przez szybę, jak na jego twarzy pojawia się przerażenie. Potem pochylił się nad 

kierownicą i poprowadził ciężarówkę wprost na mnie. Uskoczyłem gwałtownie i przeturlałem 

się po chodniku tuż obok chłopców.

- Zatrzymajcie go! - krzyknąłem. Skrzywiłem się, czując, że na mojej twarzy pojawiły 

się kolejne zadrapania.

Maszyna, nad którą Igor najwyraźniej utracił panowanie, pognała wprost przed siebie, 

ścinając zakręt, i wylądowała na młodych drzewkach, które rosły przy drodze. Cienkie pnie 

zgięły się i  popękały,  ale  wytrzymały  uderzenie.  Nie były  oczywiście  tak  silne jak stare 

drzewa, ale ciężarówka też nie była znów taka pancerna. Koła kręciły się jeszcze przez jakiś 

czas,   ale   powgniatany   wóz   zakleszczył   się   na   dobre,   a   silnik   wydał   w   końcu   ostatnie 

spazmatyczne warknięcie i zamarł.

James   dopadł   pierwszy   kabiny   szofera   i   otworzył   drzwi.   Bezwładne   ciało   Igora 

wysunęło się ze środka i byłby upadł wprost na głowę, gdyby James nie zdołał go pochwycić 

i złagodzić upadku. Ja też wszedłem do środka. Angeliny tam nie było. Nie było jej też z tyłu 

w pace - upewniłem się, zaglądając przez okienko z szoferki.

-   Połóż   go   na   plecach,   przesuń   język,   żeby   nie   blokował   dróg   oddechowych   - 

komenderował Bolivar. - Tak dobrze. Puls?

background image

- Bardzo słaby, szybki i nieregularny.

- Atak serca? - spytałem.

James przytaknął i rozejrzał się. Wokół znajdowało się kilka domów, ale były na tyle 

oddalone od drogi, że prawdopodobnie tylko my widzieliśmy wypadek.

- Wygląda kiepsko - stwierdziłem. Nigdy specjalnie nie lubiłem Igora. Ale przecież 

nie mogliśmy tak po prostu pozwolić mu umrzeć. James powiedział to, zanim ja zdążyłem 

otworzyć usta.

-  Nie chcę żeby, przez nas umarł. Lepiej wezwijmy ambulans - sięgnął po telefon.

- Dobrze - odparłem. - Potem albo jedź z nim do szpitala, albo chociaż za nimi. W tym 

czasie my z Bolivarem sprawdzimy dom. Jeśli nic nie znajdziemy, ty i tak będziesz z Igorem, 

kiedy odzyska przytomność. Może uda ci się zadać mu wtedy parę istotnych pytań.

James rozmawiał przez chwilę przez telefon, potem wyłączył się.

- Są w drodze. Sądzę, że pozwolą mi z nim jechać. Powiem, że jestem krewnym. Będę 

was informował na bieżąco, co się dzieje.

- Przemyślmy  to - podsumował Bolivar. - Lepiej  chyba, jeśli my zadzwonimy do 

ciebie. Jeśli wykombinujemy coś z włamaniem, głupio byłoby gdyby właśnie w trakcie akcji 

rozległ się dzwonek telefonu. Albo gdy będziemy węszyć wokół budynku.

- Może masz rację. Idźcie do domu i zadzwońcie do mnie, gdy coś znajdziecie.

Kiedy wkroczyliśmy w zagajniczek otaczający dom, słyszałem już odgłos odległych 

syren.   Osłona   drzewek   bardzo   się   przydała.   Przemknęliśmy   bez   trudu   na   tył   budynku. 

Mogliśmy po drodze dokładnie obejrzeć wnętrze przez rozliczne okna - żadne z nich nie było 

zasłonięte. Prawie całkowicie oszklona weranda też nie kryła tajemnic.

- Zobaczę jeszcze tamto skrzydło - powiedział Bolivar. - Poczekaj tu na mnie, tato.

Nim   zdołałem   odpowiedzieć,   już   go   nie   było.   Okrążał   wielki   basen.   Pozostałem 

pomiędzy krzewami, obserwując dom. Żadnego ruchu. A może by tak sprawdzić ten duży 

garaż na zapleczu? Zamknięty. No, to mnie nie zatrzymało. W środku jednak stał tylko jakiś 

antyczny gruchot na sflaczałych oponach. Podłoga garażu była betonowa, mocno poplamiona 

olejem. Postukałem w nią, ale wydawała się dość solidna. Nie tędy droga. Wycofałem się, a 

po kilku minutach powrócił Bolivar, kręcąc niechętnie głową.

- Nie ma tam żadnego zasłoniętego okna. Myślę, że słuszna jest twoja teoria o jakiejś 

ukrytej piwnicy. Wchodzimy do środka?

- Najpierw zadzwoń do Jamesa. Powinni już dojechać do szpitala. A nawet jeśli nie, to 

w ambulansie już ocenili na pewno stan pacjenta. Będziemy wiedzieć, czego się trzymać.

Bolivar włączył zewnętrzny głośnik i wystukał numer.

background image

- Tu wuj Tom. Martwimy się?

- Macie powody, Tom. Igor miał bardzo rozległy zawał. Ostra niewydolność zastawki 

tylnej.   Poważna   sprawa.   Poważne   ograniczenie   wydolności   prawej   komory.   Jest   na 

podtrzymywaniu  sztucznym  i mówią tu o bypassach, jak tylko  dotrzemy do szpitala. Jak 

dom?

- Ładny dom i ładny widok z każdego okna. Zaraz obejrzymy go w środku.

- Musimy pozostać w kontakcie.

- Tak, zgoda.

- Biedny Igor - powiedziałem. - Wiem, że nie wyglądam najlepiej, ale chyba nie aż tak 

źle, by wpędzić kogoś do grobu?

- Chyba że miał nieczyste sumienie, jeśli chodzi o prawdziwego Ibę?

-   Racja.   To   paskudna   sprawa.   Jeśli   Igor   był   zamieszany   w   morderstwo,   zapewne 

sądził, że widzi ducha, że jego ofiara powstała z grobu. A teraz... jakieś pomysły?

- Może zadzwonimy do drzwi? Jeśli nikogo nie będzie, wejdziemy.

- Dobry pomysł,  synku.  Tak właśnie zrobimy.  Na zewnątrz nie mamy już nic do 

roboty.

Wewnątrz usłyszeliśmy jednak jakieś hałasy. Z framugi drzwi wysunęła się kamera. 

Stanąłem z boku poza jej polem widzenia. Dzisiejszego dnia spowodowałem już jeden zawał 

- wystarczy. Usłyszałem otwieranie drzwi.

- Czym mogą służyć? - głos był ciepły, a pytanie zadane bardzo kulturalnym tonem.

-   Chciałbym   zobaczyć   się   z   Imperetriksem   von   Kaiser-Czarskim   -   odpowiedział 

równie uprzejmie Bolivar.

- Bardzo żałuję, ale mój pan przebywa obecnie poza domem. Czy zostawi pan jakąś 

wiadomość?

- Ja zostawię - powiedziałem, wychodząc zza framugi.

To był naprawdę ładny robot. Wyższy ode mnie i zrobiony z dobrej polerowanej stali. 

Odziany w białe szaty. Jego gałki oczne były pięknymi dużymi diamentami. Obejrzał mnie 

dokładnie z góry na dół i z dołu do góry.

- Czy mogę zapytać więc, jaką wiadomość chce pan zostawić?

- Jest bardzo prosta. Odsuń się. Wchodzimy do domu - postąpiłem krok naprzód, ale 

zostałem zdecydowanie zatrzymany w miejscu przez stalową rękę w białej rękawiczce.

-   Mam   ścisłe   polecenia,   aby   sprzeciwić   się   czemuś   takiemu.   Proszę   opuścić   to 

miejsce.

- Nie opuszczę, a ty nie możesz mnie zatrzymać. Postąpiłem zdecydowanie naprzód i 

background image

robot puścił moje ramię.

Za to jego metalowa pięść huknęła mnie porządnie w szczękę prawym prostym.

- Prawa robotyki! - zawołałem, rozcierając bolącą szczękę. - Robot nie może zranić 

istoty ludzkiej.

- Ale ty nie jesteś istotą ludzką. Jesteś zamaskowaną obcą formą życia - stwierdziła 

maszyna.

Bolivar tymczasem włożył stopę pomiędzy framugę a drzwi, aby nie można było ich 

zamknąć. Robot nastąpił silnie na jego nogę. A następnie, kiedy Bolivar odskoczył, trzasnął 

drzwiami.

- Jaauu! - wrzasnął mój syn, skacząc na jednej nodze.

- Dobrze powiedziane - zgodziłem się, cały czas rozcierając szczękę. - Mnie ten robot 

też się chyba nie podoba.

Wyjąłem z kieszeni dekompozer wiązań molekularnych. Włączyłem go i wyciąłem 

eleganckie   kółko   wokół   zamka,   które   wypadło   zgodnie   z   oczekiwaniami.   Weszliśmy   do 

środka. Robot, który już odchodził, popatrzył w naszą stronę.

- Wejście jest zabronione. Spowodowaliście zniszczenie. Będę musiał wezwać policję.

- My jesteśmy policją - wrzasnąłem. - Poruczniku, proszę pokazać mu swoją odznakę.

Bolivar błysnął przepiękną fałszywą odznaką, którą od czasu przygody w elektrowni 

zawsze nosił przy sobie.

- Mieliśmy doniesienia, że w tym domu mieszka niebezpieczny robot. Bierzemy cię ze 

sobą.

- Nie wolno mi opuszczać tego miejsca. A wy musicie natychmiast wyjść.

- Prawo jest ważniejsze od twoich poleceń. Uderzyłeś mnie, a wiesz, że to zbrodnia 

uderzyć istotę ludzką. Jesteś aresztowany.

- Znam prawo. Ale ty nie jesteś istotą ludzką.

- Przecież widzisz, że jestem! Tak jak widzisz, że ty zostałeś skonstruowany, a to 

znaczy, że musiał też być konstruktor. Zostałeś stworzony przez ludzi i widzisz, że ja jestem 

człowiekiem. Jestem więc członkiem rasy ludzkiej, która cię stworzyła. A przecież zawsze 

należy   słuchać   poleceń   stwórcy   -   wyjaśniałem,   nie   będąc   pewien,   czy   trafiają   do   niego 

argumenty teologiczne.

- Wiem, że nie jesteś człowiekiem. Mój pan poinstruował mnie, że wszyscy ludzie na 

tej planecie są fałszywi. Są obcymi w przebraniu. Powiedział mi też, którzy nieliczni ludzie są 

prawdziwi. A was wśród nich nie ma. Więc musicie opuścić to miejsce. Jeśli nie, ostrzegam, 

że mam rozkaz niszczenia opornych obcych form życia.

background image

Ruszyłem   naprzód,   a   Bolivar   poszedł   w   moje   ślady.   Rozeszliśmy   się   jednak   w 

przeciwnych kierunkach, stając w takiej samej odległości od robota. Ten zawahał się - krótkie 

spięcie w procesie decyzyjnym. Nie wiedział, kogo chwytać pierwszego.

- Musicie wyjść. Wstęp zakazany dla fałszywych ludzi. Śmierć nastąpi bardzo szybko.

Stanąłem za jego plecami, co nie było najszczęśliwszym wyjściem, bo uruchomiło 

algorytm decyzyjny.

- Obaj  musicie   wyjść  -  obrócił  się  i  złapał   mnie.   - Obcy  nie  mogą  wchodzić  do 

mieszkania. Ty wszedłeś najdalej, więc zostaniesz wyrzucony pierwszy albo uszkodzę twój 

mechanizm.

Najwyraźniej   wszystko   pasowało   do   jego   żelaznej   logiki,   bo   trzymał   mnie   w 

stalowym uścisku już bez żadnych dalszych wahań.

- Ja wszedłem najdalej. - Bolivar przebiegł koło nas. - Najpierw musisz wyrzucić 

mnie.

- Ci, którzy weszli najdalej, muszą być wyrzuceni pierwsi - powiedziała maszyna. 

Puścił moje ramię i przytrzymał Bolivara.

- Ja wszedłem dalej, to mnie musisz wyrzucić - krzycząc, pobiegłem w przeciwnym 

kierunku.

Robot trzymał Bolivara, ale jego głowa obróciła się w moją stronę.

- Najdalej! - powtórzyłem.

Rozległ   się   dziwny   zgrzyt   i   miałem   nadzieję,   że   to   spięcie   w   jego   obwodach 

logicznych. Podszedł jednak do mnie, nie puszczając ręki Bolivara i ciągnąc go za sobą.

- Hej - wrzasnął Bolivar, starając się wyrwać z uścisku. Robot zaś chwycił teraz i 

mnie. A zatem koniec dyskusji. Wyjąłem więc dekompozer wiązań molekularnych i uniosłem 

go w jego kierunku.

- Wiesz, co to jest? - zapytałem, machając urządzeniem przed diamentowymi oczętami 

maszyny.

- Wiem.

-   Więc   przypomnij   sobie   resztę   praw   robotyki.   Musisz   zapobiegać   zniszczeniu 

własnego mechanizmu. Natychmiast nas puść albo stracisz ręce. A w dzisiejszych czasach 

bezrękiemu robotowi ciężko znaleźć pracę.

Znów rozległ się ten dziwny dźwięk i stalowoszary gość puścił nas. Stanął bez ruchu, 

a z jego głowy wydobyło się pasemko dymu.

- Dobra robota, tato. Wiesz, jak radzić sobie z dyskutantami, przynajmniej jeśli są 

robotami. Teraz zobaczmy, co my tu znajdziemy.

background image

Niewiele znaleźliśmy.  Przeszukaliśmy pokoje jeden za drugim, ale wszystkie były 

puste. Bolivar przejrzał też szafy, podczas gdy ja obejrzałem jeszcze werandę. Nic.

- Nie ma też niczego, co by wyglądało na wejście do podziemi, nawet w tej piwniczce 

z winem.

- Robot pewnie by wiedział.

- Wiedziałby, ale zdaje się, że spowodowałem u niego spięcie.

Potupałem w podłogę. Też nic podejrzanego.

-   Jest   jedno   miejsce,   którego   nie   sprawdziliśmy   -   mruknął   Bolivar.   -   Nisza   obok 

basenu, z filtrem i ogrzewaczem wody.

Byłem tam, jeszcze zanim skończył mówić. Ale to miejsce również było puste, jeśli 

nie liczyć sprzętu do czyszczenia basenu. I podłoga pod nim, też nie była podejrzana.

- To musi być w domu - zadecydowałem. - Jestem pewien, że coś nam umknęło. 

Obejrzymy całą podłogę, milimetr po milimetrze.

Tak też zrobiliśmy. Pokój za pokojem. Odsunęliśmy każdy mebel, zajrzeliśmy pod 

każdy dywan, przesunęliśmy nawet lodówkę. Wciąż nic.

-   Ostatni   pokój   -   powiedział   Bolivar   z   troską   w   głosie,   zaglądając   do   środka.   - 

Sypialnia.

Najpierw zbadaliśmy łazienkę przylegającą do sypialni. Wszystkie urządzenia były 

porządnie   przymocowane   do   podłogi   i   ścian.   Podłoga   sypialni   wykonana   z   drewnianych 

klepek, które ciasno do siebie przylegały.... Też nic, niestety.

Łóżko znajdowało się na środku pokoju. Usiadłem na nim ciężko. Zmęczenie i wiek 

dawały mi się jednak we znaki. Oparłem głowę w dłoniach. Byłem bardzo znużony.

Zaraz, zaraz... a to co?

Co miało oznaczać to ciche szurnięcie jednej z nóg łóżka?

- Aha! - z tym okrzykiem wylądowałem na kolanach przy podejrzanej nodze.

- Tato, stało się coś?

- Stało, stało. Słyszysz to szuranie przy nodze? Tak jakby łóżko przesuwało się w 

poziomie. O tak - pchnąłem silnie.

Nic się nie stało...

Na początku.

Potem   usłyszałem   metaliczne   szczeknięcie   i   opór   ustąpił.   Upadłem   na   twarz   do 

przodu, kiedy łóżko nagle przesunęło się wraz z fragmentem klepek. Pod nim, tuż przed 

moim nosem, był sterczący z ziemi uchwyt. Sięgnęliśmy po niego w tym samym momencie, 

ale Bolivar jako młodszy był szybszy. Uchwycił i mocno pociągnął.

background image

Klapa bardzo gruba jak drzwi bankowego sejfu była dobrze zbalansowana od dołu, 

więc   uniosła   się   lekko.   Ze   środka   wypadł   strumień   światła.   Siedząca   tam   Angelina 

uśmiechnęła się do nas. - Cóż za miłe spotkanie - powitała nas słodko.

background image

Rozdział 25

Schodzimy!   -   krzyknąłem   radośnie.   -   Bardzo   proszę.   Chętniej   wprawdzie 

dołączyłabym   do  was  tam  na   górze,  ale   jestem  nieco   skrępowana.   Widzicie   gdzieś  jakiś 

przycisk albo gałkę.

- Tak, jest tutaj. Przycisk wbudowany w brzeg włazu.

-   Wciśnijcie   go  -  powiedziała   Angelina   i   odsunęła   się   na   bok.   Nacisnąłem 

zdecydowanie. Rozległo się coś w rodzaju odgłosu warkotu silnika i zmiany biegów, a potem 

cała   część   podłogi   zjechała   powoli   na   dół,   do   znajdującego   się   tam   pomieszczenia. 

Wskoczyłem na ruchomą platformę niemal natychmiast, jeszcze szybciej zeskoczyłem, gdy 

zbliżyła się do dolnego poziomu i pędem pokonałem ostatnie metry. Uchwyciłem w ramiona 

moją ukochaną żonę.

- Ja... też się... bardzo cię... szę... i to mimo że... tak wyglądam... ale chciałabym... 

chciałabym też... oddychać...

- Przepraszam - rozluźniłem mój miażdżący żebra uścisk i uniosłem ją w górę na 

rękach. - Dobrze się czujesz?

- Już tak. Ale co z Glorianą?

Poszedłem   za   jej   spojrzeniem.   W   rogu   pokoju   leżał   sztywny   i   nieruchomy 

świniozwierz.

- Zagazował ją. Igor - powiedziała z przejęciem Angelina. - Czy ona... żyje?

Glorianą miała zamknięte oczy i szeroko otwarty pysk. Pochyliłem się nad leżącym 

ciałem i próbowałem odgarnąć kolce.

Jednak w żaden sposób nie mogłem przedostać się pomiędzy nimi na tyle, aby wyczuć 

bicie serca.

- Nie potrafię powiedzieć - przyznałem się do porażki. Angelina przejrzała szybkimi 

ruchami swą torebkę i podała mi kosmetyczkę.

- Spróbuj tym.

Wziąłem   kosmetyczkę   z   jej   rąk,   nieco   zdezorientowany.   Dopiero   po   otworzeniu, 

pojąłem, co mam robić.

-   Oczywiście   -   mruknąłem,   wyjmując   leżące   na   wierzchu   lusterko.   Ponownie 

pochyliłem się nad nieruchomym ciałem świniozwierza i przytknąłem lusterko do nozdrzy.

-   Nic...   Nie!   Czekaj!   Jest   lekka   mgła   -   wciąż   żyje!   Bolivar   był   już   na   dole   i 

background image

przeszukiwał kieszenie swojego ubrania.

- Jeśli Igor użył gazu, to był to prawdopodobnie gaz usypiający. Nie sądzę, aby Kaizi 

ufał mu na tyle, by dać mu jakąś prawdziwą truciznę. Weź antidotum.

Spryskałem sprayem oba nozdrza naszego ukochanego świniozwierza. Przez chwilę 

nie było efektu. Ale nagle powieki Gloriany zadrgały. Otworzyła oczy. Kwiknęła cichutko i 

próbowała wstać na nogi. Podrapałem ją za uchem i świat nagle stał się weselszy.

Angelina pocałowała Bolivara w policzek.

- Miło znów was obu widzieć. Naprawdę nieźle się czuję. Ale myślę, że poczułabym 

się jeszcze lepiej, gdybyście mnie od tego uwolnili.

Zadźwięczała długim cienkim łańcuchem, który przykuty był z jednej strony do jej 

nadgarstka, a z drugiej do grubego metalowego ucha sterczącego z podłogi.

- Przepraszam! Nie zauważyłem! - dekompozer molekularny szybko się z tym uwinął.

- To był pomysł Igora. Zjechał tu na dół, a wtedy Gloriana go zaatakowała. Nieźle jej 

szło, dopóki nie wjechał z powrotem na górę poza jej zasięg. Kiedy wrócił, miał ze sobą 

pojemnik z gazem. Załatwił ją, a potem zagroził mi, że i mnie spotka to samo, jeśli nie założę 

sobie tych łańcuszków. To zresztą po to, abym nie mogła sięgnąć ściany, nad którą trochę 

wcześniej pracowałam.

Wskazała głęboką rysę w ścianie. Zauważyłem fragment grubego izolowanego kabla.

- Próbowałam się do niego dostać i spowodować jakieś spięcie. Jeśli zjawiłaby się tu 

ekipa elektryków, może poszukując przyczyny awarii, znaleźliby też mnie.

Dopiero teraz ochłonąłem na tyle, by spokojnie rozejrzeć się po jej celi więziennej. W 

suficie dostrzegłem małą otoczoną pancernym szkłem lampkę.

- Włączona cały czas - powiedziała Angelina, podążając za moim wzrokiem. - Co 

nieco utrudnia spanie.

Łóżko,   pojedynczy   zlew,   toaleta   bez   pokrywy.   Automat   z   syntetycznym   żarciem. 

Spartańskie   warunki.  Mój   gniew  na  Kaiziego  wzmagał   się.  I  tym  razem   był   to  zupełnie 

chłodny i wykalkulowany gniew. Zapłaci za to, i to zapłaci sporo. Bynajmniej nie pieniędzmi.

-   Chodźmy   stąd   -   powiedziała   Angelina,   pakując   z   powrotem   swoją   torebkę   i 

odwracając się w stronę platformy. - Z rozkoszą napiłabym się jakiegoś dobrego drinka i 

zjadła coś porządnego. Miałam tu tylko tę maszynę z dehydrowanymi syntetykami. Absolutne 

dno. Wstydziłam się, gdy musiałam karmić tym naszą słodką Glorianę.

Gloriana chrząknęła potwierdzająco, słysząc swoje imię. Zresztą w ogóle liczba słów, 

które poznawała, rosła z dnia na dzień.

Opuściliśmy wreszcie ten podziemny bunkier.

background image

-   Światło   słońca   -   powiedziała   Angelina.   -   Jak   cudownie.   Teraz   musicie   mi 

opowiedzieć, co się działo na szerokim świecie, kiedy ja siedziałam w tej zapomnianej przez 

wszystkich norze.

Bolivar  odbył   już   rozmowę   przez   telefon,   więc   kiedy   wyszliśmy   z   domu,   James 

właśnie pojechał samochodem.  Jeszcze jedno radosne powitanie i wynieśliśmy się z tego 

miejsca. W czasie gdy ja wprowadzałem Angelinę w obecną sytuację, James podwiózł nas do 

jakiegoś  leżącego  na uboczu centrum  handlowego. Zaparkował na tyle  daleko  od innych 

wozów, aby moja twarz nie wystraszyła dzieci, i pokopytkował po jakieś żarcie na wynos. 

Niestety, najbliższy okazał się MacAlpo...

Ale   to   chyba   nie   zrobiło   specjalnego   wrażenia   na   naszych   byłych   więźniach,   bo 

Angelina pochłonęła Podwójnego Dobermana w równie błyskawicznym tempie, co Gloriana 

podwójne smażone ziemniaki.

- No i to właściwie wszystko - doszedłem do końca mojej opowieści. - Obligacje leżą 

sobie w ukryciu aż do czasu, kiedy się po nie pofatyguję. Myślę, że Kaizi nawet jeszcze nie 

wie, że się uwolniłem. Teraz kiedy oboje wyrwaliśmy się  z  jego szponów, musimy bardzo 

dokładnie opracować plan następnych posunięć.

-   Zgoda   -   przytaknęła.   -   Pod   warunkiem   że   będzie   on   przewidywał   urwanie   jaj 

zarówno Kaiziemu, jak i jego uroczemu pomocnikowi.

- Igor jest w szpitalu, w tym samym, z którego właśnie wrócił James. Zobaczył moją 

twarz   i   dostał   ataku   serca.   Jeśli   miał   cokolwiek   wspólnego   z   morderstwem   Iby,   łatwo 

zrozumiesz, dlaczego tak się stało - nawiedził go duch ofiary. Jak on się właściwie czuje?

James wzruszył ramionami.

- Jechał na stół, kiedy wyjeżdżałem. Doktor powiedział, że jest młody i silny, więc ma 

szansę. Ale przez jakiś czas, sądzę, nie będziemy musieli się nim przejmować. A na razie 

spójrzcie tutaj - zdobyłem te gazety w szpitalu. Tajemniczy ogień - to z pierwszej strony. No i 

wciąż trwa śledztwo w sprawie sabotażu w Swartzlegen.

Przeczytaliśmy   uważnie   artykuły,   podczas   gdy   James   skoczył   po   następną   porcję 

jedzenia. W końcu mieliśmy nieco zaległości na tym polu.

Kiedy wreszcie się najedliśmy, przeszliśmy do rozważań o przyszłości.

- Mam jedną istotną sugestię - powiedział James, oblizując ręce po jamnikoburgerze i 

starając się przy tym nie szczekać. - Po pierwsze, tato. Nawet jeśli twoja fałszywa blizna 

zejdzie   z   twarzy,   i   tak   nie   będzie   to   wyglądać   najlepiej.   Twoja   buźka   już   przybiera 

interesujący sinoniebieski kolor. Po drugie, mama też nie spędzała ostatnio najmilszych dni, 

siedząc w tej celi. Sugeruję więc, abyście oboje wrócili sobie spokojnie na tę wakacyjną 

background image

planetę Elysium i pozwolili mnie i Bolivarowi dokończyć dzieła.

- Popieram - Bolivar uniósł na chwilę głowę znad gazety, ale zaraz ponownie zatopił 

się w lekturze.

- To naprawdę miło z waszej strony - odparła Angelina. - Ale sama mam tu parę spraw 

do załatwienia.

- Ja też. Na przykład podjęcie z banku tych obligacji.

- Nie - powiedziała stanowczo Angelina. - Nie jesteśmy brokerami, a ryzyko jest zbyt 

duże.   Jestem   przekonana,   że   tę   sprawę   powinniśmy   sobie   darować.   Miałam   na   myśli 

storpedowanie planów Kaiziego.

Zauważyłem, że Bolivar nie włącza się do naszej wymiany zdań. Najwyraźniej znalazł 

coś bardzo interesującego w tych papierzyskach. Już miałem go o to zapytać, gdy nagle zmiął 

gazetę w kulkę.

- Mam! - podrzucił w górę i wykrzyknął z entuzjazmem. To oczywiście powstrzymało 

na chwilę naszą dyskusję...

- Wiem, o co właściwie chodzi Kaiziemu i jaki jest prawdziwy cel jego machinacji.

Teraz już słuchaliśmy go z uwagą.

-   Moja   krótka,   choć   wielce   interesująca,   kariera   bankiera   osiągnęła   właśnie   swój 

szczyt. Zanim więc wrócę do geologii lunarnej, trzeba wykorzystać to, czego się nauczyłem. 

Te kawałki układanki zaczynają  do siebie pasować. Aby dobrze zrozumieć, o co chodzi, 

musimy wrócić do samego początku, kiedy to Kaizi złożył Stalowemu Szczurowi propozycję 

nie do odrzucenia.

- Mogłem ją odrzucić, gdybym tylko zechciał. Angelina uniosła z powątpiewaniem 

swe przepiękne brwi.

- Tak? Odrzuciłbyś cztery miliony kredytów dziennie?

- No, musisz przyznać, że ta oferta miała jednak pewne plusy.

-   Kaizi   wiedział   dokładnie,   co   robi   -   jest   manipulatorem   pierwszej   wody.   A   taki 

zawsze   rozegra   sprawę   w   ten   sposób,   że   frajerzy,   którymi   kieruje,   sądzą,   iż   to   oni 

samodzielnie   podejmują   decyzje.   Najpierw   pieniądze,   potem   podsunięte   dane,   które 

skierowały podejrzenia na Bolshoi Big Top i na siłacza Puissanto.

Skinąłem głową, krzywiąc się niechętnie.

-   Fakt,   to   była   niezła   robota.   Sądziliśmy,   że   do   wszystkiego   doszliśmy   sami,   że 

odkrywamy rzeczy, o których Kaizi nie ma pojęcia. Sądziliśmy, że to my wpadliśmy na trop 

prowadzący do cyrku. Podczas gdy w rzeczywistości to Kaizi nas tam wiódł za nos. Zrobił tę 

robotę oczywiście dość pobieżnie i szczegółowe badania na miejscu ujawniłyby to. Ale zanim 

background image

to odkryliśmy, byliśmy już zapuszkowani na tej planecie i właśnie zsuwaliśmy się po równi 

pochyłej. Ale dlaczego akurat ja? Co on mógł mieć przeciwko mnie, nam, naszej rodzinie?

- Nic. Ale byłeś mu potrzebny, aby jego plany zakończyły się sukcesem. I tu znowu 

wracamy do momentu, kiedy odkrył, że Bolshoi Big Top przyjeżdża na Fetor. Biznesmeni na 

tej planecie są raczej prowincjonalni. Zadowalają się robieniem tu niewielkich interesów w 

skali lokalnej, a potem konsumpcją zysków w luksusowych warunkach. Ale nie Kaizi. On 

naprawdę prowadzi interesy w skali galaktycznej i wie, co się dzieje poza tą prowincjonalną 

planetką. I sądzę, że kiedy miał tu przyjechać ten cyrk, miał jakieś spore udziały w bankach 

albo korporacjach na innych planetach.

- Międzygwiezdne interesy? Inne planety? - zapytałem. W dalszym ciągu nie mogłem 

zrozumieć, gdzie niby te kawałki układanki pasują do siebie.

-   Wiedział,   że   ten   cyrk   jest   tylko   przykrywką   dla   federalnego   śledztwa.   Jestem 

pewien, że miał już z nim do czynienia na jakiejś innej planecie. Wiedział więc, że Puissanto 

jest inspektorem podatkowym. Wiedział, że GarGoyl organizuje Unię Galaktyczną. Ja zaś 

przyjrzałem   się   temu   cyrkowi   jeszcze   bliżej   i   dowiedziałem   się,   że   akrobatka   Belissima 

pracuje dla Policji Federalnej. Kaizi wiedział więc, że nadejdą złe czasy dla tych, którzy 

unikali podatków, łamali prawodawstwo socjalne, ukrywali zyski, oszukiwali, inwestowali, 

zdobywając  zastrzeżone  informacje...  Krótko mówiąc,  dla wszystkich  prowadzących  lewe 

interesy i podwójne księgi handlowe. Zbliżały się kłopoty, a on miał zamiar zarobić na tym, 

że wiedział o tym wcześniej. Po pierwsze, musiał znacznie pogorszyć sytuację ekonomiczną. 

I w tym właśnie miejscu potrzebował Stalowego Szczura. Miałeś się znaleźć w tym miejscu, 

aby zostać oskarżonym o przestępstwa, które Kaizi popełnił osobiście...

-   A   potem   zostałem   zmuszony   do   popełnienia   kilku   przestępstw   osobiście.   Znów 

perfekcyjna manipulacja - uzupełniłem gorzko. - Ale - podrapałem się po głowie -.. .wciąż nie 

rozumiem,  jakie mu to ma przynieść korzyści. Fakt, zarobił na tym  obrobieniu własnego 

banku. Ale cała reszta...

- Tylko spójrzcie na kolumny finansowe - powiedział Bolivar, rozprostowując zmiętą 

gazetę. - Spójrzcie na nagłówki. ”Akcje spadają. Strajki związkowe są kontynuowane”... Albo 

to:   ”Inwestorzy   obawiają   się   gwałtownego   spadku   ceny   obligacji   rządowych”   i   jeszcze 

”Rynek derywatów szczytuje”, a najważniejszy jest ten: ”Z obawy przed paniką związaną z 

wycofywaniem wkładów bank zamknięty na długi weekend”. I jest to bank Kaiziego. Tym 

posunięciem nasz bankier wzmaga panikę i masowe wycofywanie wkładów, a nie zapobiega 

temu.

- Słyszałem kiedyś o takich panikach - przyznałem - Ale...

background image

- Ale już się nie zdarzają ze względu na interbankową kontrolę rynku finansowego. 

Tylko że na tej planecie tego nie ma. Pamiętaj, że banki nie trzymają wszystkich swych 

aktywów w gotówce. Zazwyczaj tylko ustalony procent. Reszta jest na zewnątrz w formie 

kredytów, aby przynosić zysk w postaci stopy procentowej. Więc jeśli nagle ludzie poczują 

się  zaniepokojeni  i  zaczną   masowo   wycofywać   depozyty,  bank   nie  będzie  miał   dla  nich 

wszystkich pieniędzy. Jeśli to potrwa dłużej, bank musi upaść.

- Ale co Kaizi może zyskać, jeśli doprowadzi do upadku swój bank? - wciąż nic nie 

rozumiałem.

- Nie doprowadzi. Sądzę, że ściągnął całą potrzebną mu gotówkę z innych holdingów. 

Ale taka panika rozprzestrzenia się jak zaraza. Na inne banki też ruszą depozytariusze i one 

nie wywiną się z tego. W następnej kolejności zaniepokoi się giełda. Inwestorzy zaczną się 

zachowywać histerycznie. I to wszystko skończy się w jeden nieunikniony sposób. Przeczytaj 

to - podał mi gazetę, wskazując jeden z nagłówków.

- Osłabiony kredyt Fetor osiąga nowe dno. Ale względem czego?

- Kredytu Galaktycznego. Kiedy przyjechaliśmy na planetę, kredyty miały kurs jeden 

do jednego. Teraz po całym tym zamieszaniu kredyt Fetor spadł o siedemnaście punktów. A 

to oznacza, że możesz kupić sto lokalnych kredytów za osiemdziesiąt trzy Galaktyczne.

Światełko w mojej głowie wreszcie zabłysło.

- Teraz wyjaśniłeś mi coś, na co wcześniej w ogóle nie zwracałem uwagi. Nie chodzi 

o banki. On ma też firmę brokerską!

-  Słyszę tu różne uczone słowa - włączyła się Angelina - ale w dalszym ciągu nie 

wiem, czym wy, finansowi geniusze, się podniecacie?

- To jest tak proste, że aż podejrzanie proste - odparł James. - Wiedział, że wkrótce 

sytuacja ekonomiczna się pogorszy, więc pchnął ją zdecydowanie jeszcze bardziej w dół. I to 

kilka razy. Najpierw były napady na banki, potem przerwa w dopływie elektryczności. Teraz 

się wyprzedaje i odkupi kredyty Fetor po niższej cenie.

- On gra  na zniżkę  kursu! - wykrzyknęliśmy  równocześnie  jak zsynchronizowane 

roboty. - Stawia na szali cały swój majątek, licząc na dalszy spadek kursu kredytu Fetor. Jeśli 

tak się stanie, być może spowoduje zapaść ekonomiczną, ale sam zarobi miliardy!

- Dokładnie tak - powiedział nasz finansowy geniusz Bolivar, zacierając z uśmiechem 

ręce. - A skoro już poznaliśmy zasady tej gry,  ograjmy Kaiziego. Oskubiemy do czysta. 

Uderzymy tam, gdzie najbardziej go zaboli.

- Czyli w portfel - powiedziała Angelina. - Ale w czasie, gdy wy będziecie bić go tam, 

ja   nie   mam   zamiaru   zapomnieć   o   osobistych   urazach   -   dotknęła   ręką   bandaży   na   mojej 

background image

pokiereszowanej gębie - i uderzę go w inne miejsce, o którym już wspominałam. Dlatego 

zajmijcie się chłopcy stanem jego konta, a ja zajmę się nim samym.

Kiedy wracaliśmy na lotnisko, w samochodzie panował zupełnie nowy duch. Wesoła 

atmosfera towarzyszyła nam także podczas lotu helikopterem do Fetorville. Nawet Gloriana 

zdawała się dobrze bawić podczas pierwszego w jej życiu lotu.

Jednak  po   chwili   zastanowienia,   gdy  pozostali   wciąż   snuli   na  głos   radosne   plany 

zemsty,   ja   zacząłem   wpadać   w   coraz   większą   depresję.   Chłopcy   nie   zauważyli   mojego 

nagłego zamilknięcia, ale Angelina tak. Zaniepokoiła się.

- Chcesz jakiś środek przeciwbólowy? - zapytała z troską.

- Nie - odpowiedziałem, chociaż przydałby się, taki w płynie, dla zwalczenia depresji. 

Przyszła mi bowiem do głowy całkiem niewesoła, więcej - odpychająca myśl.

- Bolivar? - Odwrócił się do mnie. - Jak wiele czasu potrzebujesz na zastawienie tej 

pułapki finansowej na Kaiziego?

- Dzień, góra dwa. A czemu pytasz?

- Bo to, niestety, znaczy, że muszę powrócić do mojego więzienia w magazynie. Jeśli 

Kaizi zobaczy, że zwiałem, i że mogę go teraz przyszpilić za morderstwo i rabunki, prawie na 

pewno zwinie manatki i wyniesie się stąd.

Zapadła cisza.

- Nie pozwolę ci na to - odezwała się w końcu Angelina.

- Obawiam się, że musisz. Ale to nie będzie aż takie niebezpieczne. Zanim tam pójdę, 

napiję   się   i   zjem   coś.   Potem   tylko   założę   kajdanki   i   poczekam   na   odwiedziny   mojego 

pryncypała.   Myślę   nawet,   że   sprawi   mi   to   przyjemność.   Manipulowanie   wielkim 

manipulatorem. Jeśli dobrze to rozegramy,  nie będzie miał pojęcia, że ktoś robi mu koło 

pióra.

background image

Rozdział 26

Zanim udaliśmy się do magazynu, Bolivar zadzwonił do Kaiziego. Jego sekretarka 

powiedziała nam jednak, że jest zbyt zajęty, aby podejść do telefonu. Założę się, że był! Nie 

co dzień w końcu doprowadza się do ruiny gospodarkę planety.

Na lotnisku helikopterów w Fetorville znaleźliśmy mały przytulny bar. Usiedliśmy 

przy stoliku i złożyliśmy zamówienia. W tym czasie Bolivar poszedł załatwić formalności 

związane ze zwrotem helikoptera. Ściśle bezalkoholowe napitki od MacAlpo zostawiły w 

moich ustach nieprzyjemny posmak. Toteż musiałem go szybko zmyć podwójnym Rotguttem 

z  lodem.   Angelina,   co  było  dość  rzadkie,  przyłączyła  się   do  mnie.  Dopiero   w  następnej 

kolejce przerzuciła się na swoje ulubione białe wino.

- Teraz potrzebujemy planu i listy zakupów - powiedziałem  i wcisnąłem przycisk 

zamawiający następnego drinka. James rozłożył na stole swój minikomputer i pisał pod moje 

dyktando.

- Zestaw do charakteryzacji, aby przywrócić mojej gębie poprzedni wygląd po zdjęciu 

bandaży.   Nowe   kajdanki...   i   jeszcze   nowa   rura   i   łóżko,   aby   zastąpić   te,   które   zniszczył 

Bolivar.

- I jedno z tych miniaturowych urządzeń podsłuchowych - dodała Angelina. - Abyśmy 

mogli słyszeć, co się u ciebie dzieje, kiedy pojawi się Kaizi. James, chciałabym, by ty i twoja 

karta kredytowa poszli ze mną na małe zakupy. Muszę kupić sobie komplet nowych ciuchów.

- Będziemy potrzebowali kupę szmalu, żeby móc inwestować na rynku - powiedział 

Bolivar, dosiadając się do stolika. - Dam sobie radę w tych operacjach walutowych, tylko jeśli 

będę miał spore fundusze.

- Tutaj musi wejść Banco Cuerpo Especial - uznałem. - Ponieważ jest bezpośrednio 

zarządzany   przez   Korpus   Specjalny,   więc   jeśli   będziecie   mieli   jakiekolwiek   kłopoty   z 

wyciśnięciem z niego kredytów, zwróćcie się o autoryzację do Inskippa. Możecie powołać się 

na mnie.

Bolivar wziął taksówkę do banku, a James opuścił nas z listą zakupów w kieszeni. My 

zaś   z   Angelina   zostaliśmy   w   ciepłym   i   bezpiecznym   barku,   czekając   na   jego   powrót. 

Zamówiłem następnego drinka.

- Kiedy już przepuścimy Kaiziego przez pralnię, należy nam się długi wypoczynek w 

jakimś słonecznym miejscu.

background image

-   Też   o   tym   marzę...   na   początek.   Ale   planowałam   też   w   znacznie  dłuższej 

perspektywie.

- To znaczy?

-   To   znaczy,   że   uważam,   że   w   naszym   wieku   powinniśmy   pomyśleć   o   nieco 

spokojniejszym trybie życia.

- Co? Opuścić show-biznes?

- Tak. Show-biznes i w ogóle wszystkie te lewe interesy, w których tkwimy od tylu 

już lat. Powieszę na ścianie spluwę, jeśli ty odłożysz też wytrychy.

Roześmiałem się... a potem zrozumiałem, że jest śmiertelnie poważna. Zastanowiłem 

się nad przyszłością w bujanym fotelu... lepsze niż wózek inwalidzki.

- Ale czy to nie będzie... hmm, nieco nudne?

- Nonsens. Będziemy podróżować. Jest wiele planet, na których jeszcze nie byliśmy, 

wiele potraw, których nie próbowaliśmy...

- Wiele drinków, których nie piliśmy!

- No widzisz, zaczynasz rozumieć - uśmiechnęła się szczęśliwa. - Ja się nie skarżę, 

Jim. Wiesz, że to nie w moim stylu. Ale siedząc w tym lochu, miałam sporo czasu, żeby 

pomyśleć   o  przyszłości.  O   tym   chociażby,   że  nie  chciałabym,  aby coś  takiego  znów  się 

powtórzyło.

- Kiedy leżałem przykuty do łóżka, czekając na śmierć z głodu i pragnienia, snułem 

podobne rozważania.

-   No   właśnie,   to   mam   na   myśli.   Nigdy   nie   powinniśmy   już   dać   się   tak   wrobić. 

Przemyśl to.

- Przemyślę. Obiecuję. Jak tylko zakończymy sprawy z Kaizim.

- Oczywiście. To musimy skończyć. A potem odejść, nie oglądając się za siebie.

W   drzwiach   pojawił   się   James.   Wezwał   nas   gestem.   Głoriana   obudziła   się   i 

przeciągnęła.  Poszliśmy ku niemu  z Angeliną,  trzymając  się za ręce...  Jednak bardzo  mi 

brakowało tego poczucia bliskości.

Muszę przyznać, że kiedy zbliżyliśmy się do magazynu, czułem nieco niechęci na 

myśl o tym, co miało nastąpić. Czekaliśmy na zewnątrz, zanim James omiótł dokładnie całe 

pomieszczenie   i   przyniósł   wszystkie   pluskwy   w   ekranowanym   pojemniku.   Nie   mogę 

powiedzieć,   abym   szalał  z  entuzjazmu,   gdy na  moich  nadgarstkach  znów  zatrzasnęły  się 

kajdanki.   Angelina   też   nie   była   szczęśliwa,   gdy   przystąpiła   do   charakteryzacji   mojej 

stłuczonej gęby. Kiedy skończyła, wyglądałem jednak znacznie gorzej. Przyglądała się przez 

moment swemu dziełu. Potem zmarszczyła brwi.

background image

- James, zmieniłam zdanie, jeśli chodzi o te zakupy. Złapię taksówkę do tego hotelu, 

w którym jesteście z Bolivarem. Wezmę długą kąpiel i odpocznę. Wykąpię też Glorianę - jej 

również się to należy. Chcę natomiast, żebyś ty został tu na wszelki wypadek w pobliżu. 

Zapomnimy o całej zemście, pieniądzach i wszystkich planach, jeśli to ma narazić ojca na 

jakieś niebezpieczeństwo. Rozumiesz?

- Jasno i wyraźnie. Zostanę w pobliżu z odbiornikiem tej pluskwy przyklejonym do 

ucha, ale nieco dalej od magazynu. Będziemy w kontakcie dzięki temu - pokazał mi coś, co 

wyglądało   jak   ziarnko   ryżu.   -   Trzeba   włożyć   do   ucha   i   jest   praktyczne   niewidoczne. 

Połączenie w obie strony, niezła robótka.

Podał mi przyrząd, który zaraz zainstalowałem.

Angelina dokonała cudu roboty charakteryzatorskiej, doprowadzając moją twarz do 

opłakanego   stanu.   Kiedy  trzeba   było   się   zbierać,   James   ponownie   porozkładał   wszystkie 

urządzenia podsłuchowe Kaiziego. Angelina gestem przekazała mi pocałunek i wyszli.

Nie wiem, czy uderzył mnie gwałtowny atak depresji, czy też podziałały wszystkie 

wypite drinki, ale zasnąłem w kilka sekund.

Po nieokreślonym czasie dość odrażających snów, obudził mnie jakiś głos szepczący 

do mego ucha. Zdaje się, że tam był ulokowany komunikator?

- Wygląda na to, że samochód Kaiziego zbliża się do magazynu.

Tak. To był głos Jamesa.

- Która jest godzina? - nie mówiłem zbyt  głośno. Szeptałem te słowa, niemal nie 

otwierając ust. Mimo to James słyszał mnie dobrze.

- Prawie świt. Na pewno potem pojedzie na cały dzień do banku.

- I wiemy dlaczego. Pozostań na nasłuchu.

- Dobra.

W razie niebezpieczeństwa mogłem teraz otworzyć kajdanki, ale miałem nadzieję, że 

nie   będzie   takiej   potrzeby.   Jeśli   uda  mi   się   to   dobrze   rozegrać   jeszcze   przez   jakiś   czas, 

załatwimy Kaiziego jego własną bronią. Usłyszałem otwieranie i zamykanie zewnętrznych 

drzwi. A potem kroki i stukot klamki, kiedy otworzyły się drzwi do mojej celi. Odwróciłem 

głowę.

Spragniony, Jim? - spytał Kaizi. On też miał czerwone i podkrążone oczy. Dniami i 

nocami   pracował   teraz   nad   swym   planem.   Ale   mimo   to   zostało   mu   dość   energii   na   te 

sadystyczne zabawy. Nie odpowiedziałem, ale postarałem się wydać z siebie suchy kaszel.

- I co, dostarczysz mi te obligacje? -Wody...

- Oczywiście.

background image

Powrócił z kubkiem. Wyciągnął go w moim kierunku... a potem wylał zawartość na 

podłogę.

Teraz grałem już pełną gębą, ciężko dysząc i jęcząc. Sprawiało mu to frajdę.

- Obligacje?

- Dosta... nę... je... - wyrzuciłem z siebie ledwie dysząc. Dostałem w nagrodę pół 

kubka tej śmierdzącej wody. Tyle, by utrzymać mnie przy życiu. Spojrzał na mnie zimno.

- Nie wierzę ci - powiedział. - Jim di Griz nie poddaje się tak łatwo. Przez kilka 

najbliższych dni będę zajęty. Sądzę więc, że aby zdobyć obligacje, poczekamy na następną 

dostawę papieru.

Opadłem na łóżko ciężko dysząc, co wywołało uśmiech na jego twarzy.

- Może podam ci jeszcze trochę wody, ale ani odrobiny jedzenia. Chcę żebyś osłabł, 

ale   musisz   jeszcze   pożyć.   Myślę,   że   za   jakiś   tydzień   będziesz   już   grzeczny.   Jeśli   nie, 

poczekamy kolejny tydzień. A ja dostarczę ci kilka interesujących filmów z twoją żoną w roli 

głównej.

Zadrżałem całkiem przekonująco.

- Nawet ty pękniesz, Jim, gwarantuję ci.

- Zgnij w piekle - zdołałem wykrztusić, kiedy już wychodził.

Musiałem sprawić mu sporo sadystycznej przyjemności swoim stanem. On sprawił mi 

nie mniejszą radość. Zebrałem ponownie wszystkie te pluskwy rozsiane wokół i chciałem 

wsadzić je do ekranowanego pojemnika. Po namyśle jednak rozsiałem je z powrotem. Stałby 

się bardzo podejrzliwy, gdyby nagle przestały nadawać.

- Chodź i zabierz mnie James - powiedziałem prawie niesłyszalnym szeptem, w sam 

przekaźnik. - Scena jest przygotowana do ostatniego aktu.

James otworzył drzwi do pokoju hotelowego tak cicho, jak tylko mógł, ale Angelina 

już   nie   spała.   Siedziała   na   kanapce,   bardzo   ponętna   w   męskim   szlafroku   kąpielowym. 

Wyglądała przez okno na zadymiony wschód słońca w przemysłowym mieście.

- Tam na stole jest gorąca kawa.

- Cudownie! - łyknąłem duszkiem dwie filiżanki, a potem przesunąłem dzbanek do 

Jamesa. - Kaizi był i poszedł. Ma sadystyczny zamiar pozostawienia mnie w tym magazynie, 

aż skruszeję. Zanim znowu znajdzie czas, by o mnie pomyśleć, przekona się, że ma znacznie 

więcej problemów, niż sądził. - Podrapałem się w policzek, ponieważ moja fałszywa blizna 

zaczynała  lekko się luzować. - Zmyję  tę charakteryzację  i chyba  też tę bliznę, o ile pod 

spodem   ocalał   jakiś   kawałek   mojej   prawdziwej   skóry.   Czy   ktoś   byłby   tak   uprzejmy   i 

zadzwonił po wielkie śniadanie?

background image

Gloriana wykąpana i wysuszona chrapała sobie radośnie w swym koszu. Nie obudziła 

się nawet, gdy doprowadzałem do porządku swoją twarz, i brałem odświeżający prysznic. 

Kiedy wyszedłem z łazienki w szlafroku, stół był już zastawiony.

- Pszn - powiedziałem z pełnymi ustami.

- Najpierw przełknij, potem mów - poradziła mi Angelina. Przełknąłem i złapałem 

oddech, a potem westchnąłem z satysfakcją.

- Brakuje mi teraz tylko cygara.

- Znam wszystkie twoje nałogi - powiedział James, podając mi małe pudełko.

-   I   chyba   dobrze   je   zaspokoiliśmy   -   dodała   Angelina.   To   prawda.   Mogłem   być 

szczęśliwy, że mam taką żonę i takich synów, nie wspominając już o synowych.

- Gra na chodzie?

- Na szybkim chodzie. Powiedziałbym nawet, że galopuje ku linii mety. Kredyt Fetor 

po dzisiejszym otwarciu spadł poniżej historycznego dna. Wszyscy są w panice, za wyjątkiem 

nas i Kaiziego. Kiedy skończy się dzisiejszy dzień, będzie najbogatszym człowiekiem na tej 

planecie.

- Tak sądzi - powiedziała Angelina. - A co potem?

- Nad tym już pracuje Bolivar - spojrzał na zegarek. - Zanim kurtyna opadnie, mamy 

jeszcze kilka godzin czasu. Zostawię was chyba tutaj.

- Tak. Z tym że będę potrzebował nowych ciuchów - powiedziałem, drapiąc się po 

swędzącej pozostałości po bliźnie.

-   Ja   się   tym   zajmę   -   odparła   Angelina,   wstając.   -   Pamiętaj,   że   policja   poszukuje 

człowieka z twoją obecną twarzą. Zrobię przy okazji zakupy dla siebie. James, pójdziesz ze 

mną?

- Przykro mi. Chętnie pomógłbym ci wydać trochę pieniędzy, ale mam coś pilnego do 

zrobienia. Wzywają mnie problemy z komputerem w banku. Ale otworzyłem ci bezlimitowe 

konto w sklepie Sharrodsa.

- To powinno wystarczyć - spojrzała na mnie ostro. - Nie pij i nie pal za dużo, kiedy 

mnie tu nie będzie.

- Nigdy w życiu. Co najwyżej jedno cygaro i łyczek wina. Potem wszyscy wypijemy 

słodki likier za sukces.

- To mi się podoba - podsumował James, wychodząc.

Właściwie   dobrze,   że   zostałem   sam.   Byłem   zmęczony   i   obolały   w   bardzo   wielu 

miejscach. Ale szczęśliwy. I byłem pewien, że Angelina, która szalała teraz w supermarkecie, 

podzielała to ostatnie uczucie. Chłopcy chyba też, zajmując się tym, co lubią, a przy okazji 

background image

oskubując wszystkich tych pazernych kapitalistów, i osaczając niczego nie podejrzewającego 

Kaiziego. Włączyłem jakąś kojącą nerwy muzyczkę, a potem poszukałem w barku jeszcze 

bardziej kojącej nerwy butelki.

Pomyślałem o zbliżających się wakacjach i o tych leniwych słonecznych dniach, i 

absolutnym minimum wysiłku... No, może tylko tyle, żeby zgłodnieć na obiad.

Pytanie  tylko,  jak długo  to  wytrzymam,   zanim  wścieknę  się  z  nudów?  Naprawdę 

miałem nieco bardziej skomplikowaną osobowość. No, moglibyśmy za to pochodzić częściej 

do teatru, do opery... Chyba nie... Wzdrygnąłem się na myśl o świdrującej mózg sopranowej 

arii jakiejś rozhisteryzowanej baby. Czy nie będzie mnie korciło, aby wrócić do poprzedniego 

życia? Może zacznę wymykać się po kryjomu w nocy z wytrychem, aby otworzyć jakiś mały 

domowy   sejf?   Przerwałem   w   tym   momencie   rozmyślania,   bo   zaczęło   je   zakłócać   czyjeś 

głośne chrapanie. Moje. Otrząsnąłem się i nalałem sobie kolejnego drinka. Postanowiłem na 

razie nie wracać do marzeń o przyszłości. Poczekaj Jim, aż skończysz obecną robotę.

Angelina   wróciła   koło   południa,   dowodząc   całym   szwadronem   robotów 

transportowych.   Zakupy   zostały   złożone   na   wielki   stos   pośrodku   pokoju,   a   roboty 

odprawione. Wkrótce też cały pokój zaśmiecały puste opakowania. Angelina pokazywała mi 

z dumą swe zakupy. Nie tylko świetne ciuchy, które kupiła dla siebie, ale też luźne sportowe 

ubranka dla mnie.

Przebraliśmy się i czekaliśmy niecierpliwie, aż otworzą się wreszcie drzwi do naszego 

pokoju i wróci James.

Nareszcie.

- Jak idzie? - zapytałem go.

- Wszystko zgodnie z planem - odpowiedział stojący w drzwiach Kaizi. W ręku 

trzymał wielką, wymierzoną w nas, spluwę.

background image

Rozdział 27

Takie   rzeczy  zdarzały   mi   się   na   tyle   często,   że   moje   ciało   niemal   bez   udziału 

świadomości wykonywało pewną sekwencję ruchów. I dobrze, bo mój mózg nie zdążyłby w 

tak   krótkim   czasie   przeanalizować   tej   nowej,   niezbyt   szczęśliwej   sytuacji,   w   jakiej   się 

znaleźliśmy. Zazwyczaj zestaw czynności był dość prosty: skok za sofę, wyskok szczupakiem 

do łazienki, wytrącenie pistoletu, rzut w napastnika lampą, okrzyk - uważaj za plecami! No 

jednym słowem, normalne reakcje. Ale chociaż moje mięśnie napięły się błyskawicznie do 

akcji,   mój   świadomy   umysł   zdołał   je   jednak   powstrzymać   w   ostatniej   chwili.   Zrobiłem 

głęboki wydech i opadłem spokojnie z powrotem na krzesło...

Bo on nie mierzył w ogóle we mnie. O tak, na mnie patrzył z tym swoim zimnym 

uśmiechem,   ale   pistolet   był   wymierzony   w   Angelinę.   Zabił   już   wcześniej   człowieka. 

Wiedziałem więc, że nie zawaha się, by zabić znowu.

- Bardzo rozsądnie - powiedział. - To byłaby okropna strata, ale z pewnością do niej 

strzelę,   jeśli   będziesz   wykonywać   jakieś   podejrzane   ruchy.   Za   pierwszym   strzałem   tylko 

nieco zepsuję jej urodę, ale za drugim, jeśli to cię nie powstrzyma, strzelę, aby zabić. A teraz 

wstańcie oboje i idźcie na kanapę. O tak. Proszę. Bardzo ładnie.

Angelina usiadła sztywno z rękami zaciśniętymi na torebce, ja zaś opadłem obojętnie 

z rękami w kieszeniach, w których szukałem czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za broń. 

Ale były to, niestety, nowe spodnie, więc wszystko, co znalazłem, to tylko kawałek papieru z 

napisem ”pakowane przez Moshi Laini”.

Kaizi   postąpił   krok   naprzód   i   zamknął   za   sobą   drzwi.   Ani   jego   wzrok,   ani   lufa 

pistoletu nawet na moment nie przestały w nas przy tym mierzyć. Wciąż czujnie i powoli 

podszedł do fotela i usiadł w nim.

- Co zrobiliście z Igorem? Nie skontaktował się ze mną o umówionej porze.

A więc nic nie wiedział. Należało grać na czas. Im dłużej będę z nim gadał, tym 

więcej mam czasu na wymyślenie jakiegoś sposobu wyjścia z tego impasu.

- Nawet go nie dotknęliśmy. O ile mi wiadomo, wciąż jest w Słonecznym Mieście - 

właściwie powiedziałem prawdę. Ale nie uwierzył mi jednak.

- Bez tych gierek, di Griz. On tam pojechał, bo twoja żona sprawiała pewne kłopoty. I 

nie zameldował się z powrotem. Potrafię okaleczyć równie umiejętnie, jak zabić. - Pistolet 

wypalił stłumionym przez tłumik pyknięciem i kula wybiła dużą dziurę w wałku kanapy, na 

background image

którym Angelina opierała łokieć. - To było ostatnie ostrzeżenie. Mów!

Powiedziałem więc i to szybko.

-   Byłem   tam   i   widziałem,   jak   opuszcza   dom.   Pamiętaj,   że   wciąż   byłem 

ucharakteryzowany na Ibę. Zobaczył mnie, zareagował zbyt panicznie i rozbił się ciężarówką. 

Pewnie   dlatego,   że   miał   coś   wspólnego   ze   zniknięciem   prawdziwego   Iby.   -   Kaizi   nie 

zareagował na tę sugestię. - Myślę, że moje nagłe pojawienie się, było dla niego szokiem. 

Więc dostał dość rozległego zawału serca.

- Zabiliście go! - uniósł broń.

- Nie! Wciąż żyje. Był operowany. Ma bypassy i jest na intensywnej terapii. Zadzwoń 

do szpitala, jeśli mi nie wierzysz.

Nie wierzył. Ale jednak zadzwonił. Co było zresztą wielce interesujące.

-   Tak,   przyjęty   dzisiaj.   Dobrze   się   czuje?   Aha.   Ja?   Jestem   jego   bratem.   Proszę 

zapewnić mu jak najlepszą opiekę i przesłać mi rachunek.

- Bratem? - zapytałem, kiedy się wyłączył.

- Tak. Nasza matka była technikiem przy rentgenie. I coś stało się z jej genami na 

skutek napromieniowania podczas małej awarii. Z takich zmutowanych genów może powstać 

geniusz... albo Igor.

- Czy nie powinieneś być teraz w banku i zarabiać pieniędzy? - zapytała Angelina. - 

Zamiast odgrywać tu gangstera...

- Jeśli sądzicie, że nie wiem nic o waszych machinacjach w Banco Cuerpo Especial, to 

jesteście   w   błędzie.   Jeśli   nawet   coś   udało   wam   się   zdziałać,   to   tylko   mi   pomogliście. 

Będziecie bezpieczni tak długo, jak długo słuchacie moich poleceń.

- A potem po prostu nas zabijesz - uzupełniła Angelina. Skinął głową.

-   Tak,   to   możliwe.   Ale   tak   długo,   jak   jesteście   żywi,   możecie   mieć   nadzieję,   że 

unikniecie tego losu. A teraz dajcie mi się zastanowić, jak należałoby to rozegrać. Tworzycie 

kochającą się parę. Ale ty, Angelino, jako kobieta, jesteś, mam nadzieję, bardziej uczuciowa. 

Więc będziesz kierować się emocjami. Dlatego też irracjonalnie wierzysz, że jednak możesz 

wydostać się z tej opresji. Zadzwoń do swego syna Jamesa i przekaż mu moje instrukcje. 

Użyjesz tego telefonu, ponieważ nie może być podsłuchany.

Wyciągnął aparat z kieszeni i rzucił go na kanapę. Angelina zignorowała to.

- Dlaczego miałabym to zrobić?

W   odpowiedzi   padł   strzał.   Poczułem   przenikliwy   ból   w   ramieniu.   Zacisnąłem 

odruchowo dłoń na ranie i patrzyłem jak krew wypływa spomiędzy moich palców.

- Telefon - powiedział.

background image

Wystukała numer, nie patrząc na mnie ani przez moment. Była spokojna i skupiona, 

chociaż przeraźliwie blada.

- James di Griz. Tak, wiem, że ma spotkanie. Powiedz mu, że dzwoni matka i że to 

jest bardzo pilne. Oczywiście, że masz mu przerwać. Co znaczy zabronił? Młoda damo, jeśli 

natychmiast nie wezwiesz go do telefonu, pójdę tam osobiście i wydrapię ci oczy.

Czekała. W ciszy i spokoju. Nigdy dotąd nie zwracała się do nikogo w ten sposób. 

Więc chociaż na zewnątrz była jak lód, wiedziałem, że w środku w niej się gotuje.

- Tak, James bardzo ważne...

- Powiedz mu, że ma zrobić następujący transfer funduszy do mojego banku...

- Mam dla ciebie pewne instrukcje. Jest tutaj Kaizi z bardzo dużą spluwą i mam 

powody przypuszczać, że nie zawaha się jej użyć. Chce, abyś dokonał pewnego transferu...

Dalej wypadki potoczyły się bardzo szybko. Rozległa się pojedyncza głośna eksplozja 

wystrzału i w drzwiach wyjściowych pojawiła się wielka dziura. Kaizi zeskoczył z fotela, 

przez moment tracąc nas z celownika. Ja skoczyłem ku niemu gwałtownym susem. Angelina 

rzuciła torebką, mierząc w pistolet.

Raz jednak Kaizi zdążył strzelić, ale już ułamek sekundy później trzymałem go za 

nadgarstek swoją zakrwawioną ręką. Pistolet strzelał raz za razem, ale w sufit, z którego 

zaczęły odpadać kawały tynku. Potem Kaizi wrzasnął z bólu, kiedy wysoki obcas Angeliny 

przyszpilił do podłogi jego rękę. Obudzona tym zamieszaniem Gloriana rzuciła się z kłami na 

nogę bandziora. Dalsze wrzaski Kaiziego zostały przytłumione, gdy na jego szyi zacisnęły się 

ręce Jamesa. Pistolet wysunął się z bezwładnych palców bandyty.

Upłynął zaledwie ułamek sekundy od pierwszego strzału i pojawienia się Jamesa w 

drzwiach   wyjściowych   do   momentu,   kiedy   siedział   na   naszym   wrogu   i   przyduszał   go 

skutecznie do podłogi.

Walka była wygrana. Gloriana uznała smak nogi Kaiziego za ohydny,  bo wypluła 

jakieś kawałki jego skóry i zaczęła wycierać ryjek o dywan. Angelina tymczasem stanowczo 

odprowadziła mnie na sofę i przycisnęła umiejętnie palcem krwawiącą tętnicę. W drugiej ręce 

miała telefon i mówiła do słuchawki całkowicie spokojnym tonem głosu.

- Już w porządku, Bolivar. James jest z nami i poradził sobie z Kaizim. Zadzwonię za 

kilka minut.

- Skąd wiedziałeś? - zapytałem Jamesa.

-   Transmiter   w   twoim   uchu.   Wciąż   pracuje.   Byłem   tu   już   w   kilka   sekund   po 

usłyszeniu jego głosu. Ale czekałem na stosowny moment. Zaskoczenie jest zawsze dobrą 

bronią.

background image

- To fakt - przyznała Angelina. - A teraz zejdź już z tego nieprzytomnego śmiecia, na 

którym siedzisz, i podaj mi prześcieradło z łóżka.

-   No   właśnie   -   powiedziałem.   Zabrzmiało   to   raczej   słabo.   Angelina   delikatnie 

pogładziła mnie po twarzy wolną ręką. - Nie martw się, zaraz wszystko będzie dobrze.

Miała   rację.   James   podarł   prześcieradło   na   paski,   a   Angelina   zrobiła   mi   opaskę 

uciskową, która powstrzymała krwawienie.

- Pomogę ci przejść do sypialni zaofiarował się James. - Zaraz tu może być trochę 

tłoczno.

- Nie potrzebuję żadnej pomocy - powiedziałem wstając i bezwładnie zawisłem na 

jego wyciągniętej w porę ręce. Powoli poszliśmy do sypialni, a Gloriana podreptała za nami. 

Łóżko było miękkie... A rana zaczynała właśnie pulsować potwornym bólem.

-   Potrzebujesz   jakiegoś   antybiotyku   i   środka   przeciwbólowego   -   zadecydowała 

Angelina.

- Środek przeciwbólowy jest w barku. Wolę taki, niż truć się prochami.

Z salonu dobiegły podniesione głosy. Wyszła szybko, zamykając za sobą drzwi. Po 

chwili jednak wróciła, niosąc upragnioną butelkę i szklane naczynie.

- Nie za dużo - powiedziała.

- Skąd - odparłem, opróżniając pierwszą szklankę. - Co tam się dzieje?

- Sporo zamieszania. Pojawiła się ochrona i James nakazał, aby wezwali policję oraz 

doktora. Powiedział, że Kaizi się tu włamał i próbował nas obrabować. No i że cała ta krew to 

z jego poszarpanej nogi. - Miałem na ten temat nieco inne zdanie. - Ludzie mieszkający nad 

nami podnieśli alarm, kiedy pocisk Kaiziego przebił podłogę. Szczęśliwie nikogo nie zranił. 

Była  tu też straż ogniowa, ale tych odprawiliśmy.  Jak przyjdzie doktor, wezmę od niego 

lepszy środek przeciwbólowy. Bądź tak miły i powiedz Bolivarowi, co się dzieje.

- Dobrze, zrobi się - kilka łyków i już byłem w stanie mówić przez telefon. Bolivar 

zdawał się zaniepokojony.

- Nie martw się. Mieliśmy uzbrojonego gościa, ale już nie jest uzbrojony, i nie jest już 

gościem. James go załatwił.

- Kto to był?

- Uwierzysz, że Kaizi? Śledził nas w jakiś sposób.

- To niemożliwe. Mamy agenta w banku. Kaizi jest tam od wczoraj i nie wychodził 

ani przez moment.

- Ale... - zapomniałem języka w gębie. Na szczęście Bolivar myślał logicznie.

- Musi być dwóch Kaizich! To by wyjaśniało wiele rzeczy. Mogą być bliźniakami, jak 

background image

Bolivar   i   ja.   Muszę   kończyć,   wracam   do   niszczenia   tutejszej   gospodarki.   Bądźcie   w 

kontakcie.

Nadeszła Angelina i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi, ucinając tym samym gwar 

jeszcze większej niż poprzednio liczby głosów.

-   Policja,   ubezpieczenie,   doktor...   przekupiłam   go,   żeby   to   dostać...   i   jeszcze 

Puissanto.

- Kaizi wciąż jest w banku, mimo że leży teraz tam obok na podłodze.

- Podnieś rękę - władowała mi płynny antybiotyk na ranę.

- Bolivar sądzi, że jest dwóch Kaizich.

- Bardzo możliwe. To by wyjaśniało, w jaki sposób wsadził mnie do celi, a w tym 

samym czasie negocjował z tobą. Zawsze sądziłam, że w nim jest coś podejrzanego.

- Podejrzanego? Że jest ich dwóch? Nigdy mi nie powiedziałaś.

-   To   tylko   kobieca   intuicja.   Chciałam   się   upewnić.   -   Ponownie   zacisnęła   bandaż 

elastyczny wokół rany, a potem w jej ręku pojawiła się strzykawka. Wstrzyknęła mi środek 

przeciwbólowy i nagle wszystko  stało się takie odległe, zamglone  i spokojne. Nawet nie 

zdobyłem   się   na   protest,   gdy   zabrała   mi   butelkę.   Leżałem   zrelaksowany,   kiedy   powoli 

spośród mgły wynurzyła się potężna sylwetka Puissanto.

- Wpakowałeś się w niewielkie kłopoty - powiedział. Patrzył na bandaż i krew na 

moim ubraniu.

- Lekka rana. Powinieneś zobaczyć tego drugiego.

- Widziałem. Dobra robota. Ale jego kariera i tak już zmierzała do końca. Jego i jego 

brata.

- Bliźniacy?

-  Nie.   Ten   tutaj   jest   starszy.   Ale   zrobili   lekkie   poprawki   plastyczne,   aby   być 

identyczni. Pomaga im to w międzygwiezdnych oszustwach. Poszukujemy ich za unikanie 

płacenia podatków już długi czas. Cieszę się, że wreszcie ich wykurzyłeś.

- Co się z nimi stanie?

-   Sporo   rzeczy.   Mój   departament   w   urzędzie   podatkowym   współpracował   z 

niektórymi  tutejszymi  władzami  podatkowymi  i policjantami.  Ich najmłodszy brat,  ten w 

szpitalu, już został oskarżony o współudział w morderstwie człowieka o imieniu Iba. Ale 

temu grozi tylko leczenie psychiatryczne. Za to ten ranny w pokoju odpowie za morderstwo. 

Na Fetor nie ma kary śmierci, ale dożywocie to tutaj prawdziwe dożywocie, a więzienie nie 

należy do przyjemnych.

- A trzeci wolny?

background image

- Trzeci będzie siedział za rabowanie banków, istotne będą tu zeznania Igora. Za samo 

to pokibluje sporo latek. A jak wreszcie odsiedzi swoje, przekażą go nam i wtedy jeszcze 

odpowie za oszustwa podatkowe.

- Nieźle - powiedziałem, gdy odwracał się już do wyjścia. - Zdaje się, że dobrzy faceci 

znów wygrali. Ale co będzie z najbardziej poszukiwanym tu kryminalistą, o którym pisały 

wszystkie gazety? Z superzłodziejem Stalowym Szczurem?

Odwrócił się ponownie do mnie.

- Uczciwi policjanci, a jest ich tu, niestety,  bardzo mało, uważają, że został w to 

wszystko wrobiony przez Kaiziego. Mimo to chcieliby go przesłuchać i znaleźliby pewnie 

jakieś zarzuty. Ale, niestety, podobno opuścił już planetę i jest poza ich jurysdykcją. - Sięgnął 

do   kieszeni   i   wyciągnął   małą   paczuszkę.   -   Poza   tym...   Nigdy   nie   mieli   zbyt   mocnych 

dowodów - rzucił ją na łóżko i wyszedł.

Sięgnąłem  po  paczuszkę  i   rozwinąłem   ją.  Dwie  małe   metalowe  figurki  szczurów. 

Westchnąłem. A potem zapadłem w sen, zacisnąwszy kurczowo stalowe szczury w dłoni.

background image

Rozdział 28

Potem na jakiś czas urwał mi się film i musiano mi opowiedzieć, co się wydarzyło. 

Mieszanka   prochów,   alkoholu,   zmęczenia   i   stresu   zrobiła   swoje,   jak   możecie   sobie 

wyobrazić. Musieliśmy jednak opuścić bezpiecznie hotel, ponieważ świadomość odzyskałem 

już w szpitalu, odpoczywając po zabiegu.

- Obyło się bez żadnych kłopotów - zapewniła mnie Angelina. Siedziała na brzegu 

łóżka i trzymała mnie za rękę. Była pierwszą osobą, jaką zobaczyłem po otwarciu oczu. I 

wierzcie mi, był to bardzo przyjemny widok.

- Kłopotów? - zaszemrałem cicho.

- Mówię o operacji twojego ramienia. Miałeś paskudnie przebity mięsień. Lekarze 

wsadzili  ci nowy mięsień  wyhodowany szybko w laboratorium  z twojej własnej tkanki i 

pokryli to nową skórą tego samego pochodzenia. Chyba już nie powinno nawet boleć.

- Nie boli - przyświadczyłem, napinając biceps. Gloriana położyła pysk na łóżku i 

zachrząkała przymilnie.

Podrapałem ją za uchem.

-   Cóż,   cuda   nowoczesnej   medycyny   -   rozejrzałem   się   wokół.   -   Gdzie   właściwie 

jestem?

- Na oddziale medycznym Banco Cuerpo Especial. Jest przykrywką Korpusu, ale ma 

też status ambasady. I tak się składa, że działa tu też ten szpital. Jesteśmy zupełnie bezpieczni. 

A już wkrótce przyleci statek Korpusu.

- My?

- Jest też Bolivar. Policja Fetor wciąż poszukuje go w związku z ucieczką z więzienia. 

Ale nie szukają zbyt pilnie, bo i tak w ręce wpadły im znacznie grubsze ryby. Wkrótce zjawi 

się James.  Kończy właśnie przeprowadzać ostatnie  transfery w tym  finansowym  chaosie. 

Mówi, że mamy spore zyski, głównie Korpus, ale jest też coś i dla nas osobiście. Należy nam 

się po tym, co przeżyliśmy.

- A jak ty się czujesz?

- Doskonale. To ty przecież dostałeś kulkę.

- Ale to ty musiałaś tu siedzieć i przyglądać się temu wszystkiemu. - Próbowałem 

usiąść na łóżku. Udało się. - Chyba wstanę.

- Jasne. Ubranie masz na krześle.

background image

Na początku trochę kręciło mi się w głowie, ale z każdym krokiem było coraz lepiej. 

Angelina   poprowadziła   mnie   przez   hol   do   czegoś   w   rodzaju   barku,   z   atrakcyjnie 

wyglądającymi automatami do drinków i potraw, stojącymi rzędem przy ścianie. Siedział tam 

już Bolivar. Sączył piwo.

- Słyszałem już, że twoje gierki finansowe opłaciły się.

- A jakże. Nieźle zarobiliśmy, a planeta nie zbankrutowała, jak to planował Kaizi. 

Niezależnie od zarobków na rynku kapitałowym, z przyjemnością cię zawiadamiam, że ty też 

dobrze na tym wyszedłeś.

- Ja? Kaizi powiedział, że wyczyścił moje konto z tych wszystkich pieniędzy, które 

tam wpłacił.

-   Tak   zrobił.   Wiedziałem   od   samego   początku,   że   to   się   stanie.   Nie   bardzo   też 

potrafiłem mu przeszkodzić. Ale kiedy pieniądze były transferowane, zauważyłem, że opłata 

bankowa stanowi ponad pięć procent sumy. A to była bardzo duża suma. I te pieniądze są 

bezpiecznie zakopane.

- Zakopane? Mam wrażenie, że coś mi umknęło.

- To bardzo proste. Ten procent transferu, który uszczknęliśmy, został wyprowadzony 

jako gotówka. Tak jest nie do wykrycia. Kupiliśmy za nie mikrochipy nanopamięci od firmy 

Jamesa. Te procesory mają taką pamięć, że jeden z nich, wielkości twojego paznokcia, jest 

wart setki tysięcy kredytów. Zakopałem je w ogródku pod różami.

- Ja chyba nigdy...

-   Oczekuję   z   niecierpliwością   zerwania   kilku   tych   róż   -   powiedziała   jak   zawsze 

praktyczna Angelina.

Byliśmy rozradowani jak dzieci, a uczucie to tylko przybrało na sile, gdy zjawił się 

James.

-   Zrobione!   -   zawołał   już   z   daleka.   -   Operacja   Fetor   zakończona   pomyślnie   dla 

wszystkich zainteresowanych.

- Nie dla wszystkich, mam nadzieję - powiedziałem. - Czy Kaizi, Kaizi-2 i Igor siedzą 

już w ciupie?

- Tutaj sprawiedliwość działa szybko. Zwłaszcza jeśli ktoś próbuje zrujnować całą 

planetę.   Nasza   ponura   parka   została   osadzona   w   miejscu,   gdzie   długo   nie   zobaczy 

słonecznego światła, ale za to co dzień będzie oglądać dużo rygli i krat. Najmłodszy brat 

odzyskuje   zdrowie   i   śpiewa   jak   ptaszek.   Padł   ofiarą   psychicznego,   jeśli   nie   fizycznego, 

przymusu   ze   strony   starszych   braci.   Zostanie   poddany   leczeniu   psychiatrycznemu   i 

resocjalizacji. Teraz kiedy zdaje się uwierzył, że bracia już mu nie zagrażają, po raz pierwszy 

background image

czuje się szczęśliwy.

- Dobrze. Bo czułem się nieco winny za ten jego atak serca - odparłem. - Chociaż w 

sumie   nie   powinienem.   -   Oblizałem   spierzchnięte   wargi.   -   Jeśli   Angelina   jest   tak   samo 

spragniona jak ja, z pewnością chętnie by się czegoś napiła.

- Już się robi. Rozumiem, że jedno wino i jedno piwo? - zapytał Bolivar, podchodząc 

do baru.

Skinąłem aprobująco głową. James dołączył do niego i nalał piwa także dla siebie.

Wszyscy wznieśliśmy szkło w górę.

- Jakiś toast? - zapytała Angelina.

Zapadła cisza. Chrząknąłem i wszyscy spojrzeli na mnie.

- Oczywiście. I to prosty. Za rodzinę! I za nieobecne żony, które wkrótce dołączą do 

swych mężów. A potem za długie i szczęśliwe życie dla każdego z nas.

Wypiliśmy za to.

- I za całoroczne wakacje dla mamy i dla mnie - dodałem.

- Nie wierzę - stwierdził krótko James.

- Ani ja - dodał Bolivar.

- Ale to prawda - przyznała Angelina. - Odbyliśmy na ten temat długą rozmowę. 

Żadnej   pracy   i   dużo   zabawy.   Wszelkie   telefony   od   Inskippa   pozostają   bez   odpowiedzi. 

Korpus sam potrafi o siebie zadbać. Będziemy żyli z oszczędności i nie kiwniemy już palcem 

w żadnej, uczciwej czy nieuczciwej robocie.

Chłopcy zdębieli. Pierwszy oprzytomniał James. - A... a po roku?

-  Zaczniemy  kolejny  identyczny  rok  -  odpowiedziała   Angelina.   I  uśmiechnęła  się 

słodko.

Spojrzeli pytająco na mnie, a ja potwierdziłem jej słowa skinieniem głowy.

- Słuchajcie, ocaliłem  już kilka razy świat. Byłem  prezydentem,  podróżowałem w 

czasie, pokonałem obcą rasę, obrabowałem niezliczone banki. Nadszedł, jak sądzę, czas, by 

spocząć na laurach. - Pomyślałem chwilę. - Jest oczywiście pewna rzecz, którą mógłbym 

jeszcze zrobić...

- Nie! - przerwała mi rozgniewana Angelina.

- Nie zrozum mnie źle. Nie myślę o przestępstwach. Spiszę wspomnienia. Oczywiście 

i tak mi nikt nie uwierzy...

- Więc wydaj je jako fikcję!

- Jasne. Doskonały pomysł. Mam nawet tytuł. Pierwszy tom nazwę Stalowy Szczur... 

po nim napiszę kolejne.

background image

Bolivar zamyślił się głęboko.

- Wiesz co, tato, zawsze miałem pewne marzenie. Oczywiście poza moimi badaniami 

geologicznymi. I przyda mi się tutaj w dodatku moja nowa wiedza związana z bankowością... 

Krótko   mówiąc,   zawsze   skrycie   marzyłem,   żeby   zostać   wydawcą.   Mogę   zacząć   z   twoją 

książką?

- Oczywiście. Przygotuj kontrakt i zadbaj o to, abym miał wielu czytelników.

- Umowa stoi.

Zaczął od razu wpisywać warunki kontraktu w swój minikomputer. James zebrał puste 

szklanki i poszedł znów je napełnić. Angelina ujęła moją dłoń.

- Naprawdę serio myślisz o emeryturze, Jim?

-  Naprawdę.  Jeśli  wcześniej  miałem   jakieś   wątpliwości,   to  ostatnie  zamieszanie  z 

Kaizim je rozwiało. Jest wiele światów. Musimy wszystkie je obejrzeć.

- To są najpiękniejsze słowa, jakie kiedykolwiek w życiu słyszałam.

Sięgnęła do torebki i wyciągnęła małe zawiniątko, podając mi je. - Znalazłam to w 

twojej dłoni, gdy straciłeś przytomność. Chcesz zatrzymać?

Spojrzałem i pokręciłem głową.

- A na co mi teraz te figurki?

- Więc ja je zatrzymam - powiedziała. - Zamknę w pudełku. Jeśli jednak będę kiedyś 

w depresji, w złym humorze albo będę się czymś martwiła, zerknę na nie. I przypomnę sobie 

te szalone lata.

Spojrzała z uśmiechem na całą naszą rodzinę, a potem pochyliła się i podrapała za 

uchem Glorianę.

- I pomyślę o tym, jakimi niewiarygodnymi jesteśmy szczęściarzami, że zawsze z tych 

szalonych eskapad i przygód wychodziliśmy cało.

Za to też wypiliśmy.

I za spokój.