background image

The Light and The Dark 

by

 

AngstGoddess003

 

Tłumaczenie: ZuzZa 
Beta:               mylover 
 
 
 

 

Sen nie jest ucieczką. Moje zdradliwe myśli szeptały, kiedy wpatrywałam się w swoje 

zamknięte  powieki.  Ciemność,  z  ostrymi  przebłyskami  kolorów,  wystawała  spod  powiek, 
pośród nisefornych fajerwerków tańczących naprzeciw moich tęczówek.  

To  było  prawdopodobnie  kłamstwo.  Nawet  jeśli  nie  było  kłamstwem,  nie  miało  to 

znaczenia.  To  była  dla  mnie  ucieczka  i  te  rzadkie  godziny,  którymi  zostałem  obdarzony, 
poprzez  błogą  pustkę,  którą  to  wytworzyło.  Odrętwienie.  Nie  było  to  wiele  w  kontekście 
całego dnia, ale dobre i to. 

Potrzebowałam więcej tego. Godzin, a najlepiej dni, jeśli jest to możliwe. 
Nieustanne ćwierkanie rozradowanej, błękitnej sójki zakłóciło mój niespokojny sen o 

szóstej  trzydzieści  tego  poranka.  Było  dla  mnie  za  wcześnie,  by  zebrać  w  sobie  energię 
niezbędną do przegonienia bezmyślnej żywej istoty, z jego miejsca na drzewie za rozmazaną 
szybą, więc sięgnęłam po omacku ręką i wzięłam zmięta poduszkę, przykładając ją do uszu z  
ochrypłym jękiem.  

Poduszka  śmierdziała  pleśnią  i  zwietrzałym  alkoholem.  Wepchnęłam  nos  głębiej  i 

wciągnęłam  ten  zapach  z  zawziętym…  namaszczeniem.  Pleśń  była  gorsząca,  ale  zapach 
ambrozyjskiego alkoholu był bardziej niż nieznośny. 

    To  była  ucieczka.  Nawet  nie  byłam  wystarczająca  głupia,  żeby  temu  zaprzeczyć. 

Chociaż  zaprzeczenie  nie  było  czymś,  na  co  zasłużyłam  ani  czego  szukałam.  Prawda  mojej 
Ciemności zakażała mnie codziennie, skradając się w głąb mojego bytu i ciągnąc mnie w dół. 
Przestałam walczyć z tym dawno temu: wybierając odrętwienie alkoholem i spanie. Czekając. 

 Ale teraz, ponownie się obudziłam. Sama w moim zaniedbanym łóżku ze znajomym 

smrodem  mojego  istnienia  i  dźwiękami  życia  za  oknem  mojego  mieszkania.  Drwiącymi. 
Mocniej  przycisnęłam  poduszkę  do  twarzy,  zbierając  siły,  z  zaciśniętą  pięścią  na 
chropowatym materiale. Wiedziałam, że wspomnienia napadną na mnie, ponieważ było tak 
każdego ranka, kiedy się budziłam. Otrzeźwiona.  

Przyszły  szybko,  ostrymi  blaskami,  kiedy  zacisnęłam  oczy  i  mocniej  przyłożyłam 

poduszkę do twarzy, na tyle ile moja siła mi pozwoliła. 

background image

Lukrecja  i  Mięta.  Sztruks  i  aksamit.  Kwiaty  Dali  i  lwia  paszcza

1

Znowu  wymiotowałam.  Skręcając  się  przy  poplamionym,  porcelanowym  sedesie, 

wymiotując niczym w ciemną muszlę. Suche wymioty. Nie kwasy żołądkowe. Nie jedzenie. 
Nie alkohol. Nic.  

.  Wypłowiały  brąz  i 

jedwabiste włosy. Ciche brzęki metalu. Brudne białe płótno i emocjonalne szepty. Pobrudzone 
błotem ręce. Zielone oczy. 

Byłam pusta. 
Nie patrzyłam w lustro, kiedy wstałam. Nigdy tego nie robiłam. Nigdy nie mogłam. Za 

to włożyłam duży brązowy trencz, który spełniał rolę bariery przez krótki czas, gdy będę go 
potrzebować.

 

Nie było powodu, żeby sie ubierać. Nigdy nie byłam rozebrana. 

Bolała  mnie  głowa,  pulsując  świstem  w  moich  uszach,  kiedy  potknęłam  się  w 

ciemnym  korytarzu  mieszkania.  Smród  był  wszędzie.  Wilgotny  zapach  wypełnił  wnętrze 
czymś, co mogło być jedynie opisem śmierci. Całe to miejsce śmierdziało tym. Wsiąknął w 
ściany  ze  złuszczona  powierzchnią,  w  szorstki  materiał  dywanu,  który  prowadził  do 
nieużywanego pokoju dziennego. 

Oczywiście, że był nieużyteczny. To znaczy do mieszkania, nieprawdaż?.  
Gdy  moja  blada  dłoń  nacisnęła  na  klamkę  i  otworzyłam  powoli  drzwi,  syknęłam, 

odwracając  twarz  od  jaskrawego  światła  porannego  nieba.  Zmrużyłam  oczy,  powoli 
obracając twarz w stronę słońca, by się przyzwyczaić.  

 Było  ciepło  na  zewnątrz  i  poczułam  zdecydowanie  znajomy  zapach  w  powietrzu, 

kiedy szłam po chodniku z opuszczoną głową. Te dwa fakty były jedyną wskazówką dla mnie 
co  do  bieżącej  pory  roku.  Lato  w  Chicago.  Nie  pamiętałam  daty,  ponieważ  nigdy  jej  nie 
śledziłam. Czas był nieprzyjazny i coraz bardziej bezsensowny.  

Szybko  doszłam  do  sklepu  na  rogu  Siedemdziesiątej  Piątej  i  Lexington,  a  znajoma 

codzienna  droga  przywitała  mnie  bez  wyrazu,  kiedy  wpatrywałam  się  w  dół.  Kilka  osób 
przemierzało  ulice,  kiedy  przechodziłam:  niektórzy  czekali  na  taksówki,  a  inni  mijali  mnie 
bezinteresownie. 

Czteroosobowa rodzina wysiadła z taksówki, kiedy zbliżyłam się do znajomego sklepu, 

zatrzymując w powietrzu rękę nad metalową rączką. Najpierw pojawiła się kobieta, a za nią 
mała  dziewczynka.  Były  podobne,  obie  mały  rude  włosy  i  niebieskie  oczy.  Matka  i  córka 
trzymały się za ręce, odsuwając się na bok, kiedy kolejna dwójka wyszła. Mężczyzna, ojciec 
jak  przypuszczałam,  z  komicznie  przesuniętą  linią  włosów  i  w  odrażająco  żółtej  koszuli  na 
guziki, której kolor był podobny do tygodniowych wymiocin.  

Ten człowiek wyglądał na rozwścieczonego, trzymał za nadgarstek małego chłopca i 

pomagał mu. 

- Co ci mówiłem o byciu niegrzecznym? – mężczyzna zapytał gniewnie chłopca. 
Chłopiec  tylko  podniósł  na  niego  wzrok  z  raczej  znudzonym  wyrazem,  czym  tylko 

bardziej zirytował swojego ojca. Ten młody chłopiec nie mógł mieć więcej niż osiem lat. Jego 
włosy miały kolor włosów ojca. Ciemny blond, który układał się w bezwładną fryzurę na jego 
głowie. Jeśli jego geny byłyby jakąś wskazówką, lepiej niech się nimi cieszy dopóki może.  

                                                           

1

 Lwia paszcza (Antirrhinum majus) - jednoroczna roślina 

background image

To miało być pytanie retoryczne. Nawet chłopiec to wiedział, wzruszając ramionami 

nieprzekonująco i odwrócił się do swojej matki. Nie wydawali się szczęśliwi. Matka wyglądała 
na  przemęczoną  i  kiedy  mężczyzna  zapłacił  taryfiarzowi,  pochwyciła  nadgarstek  chłopca, 
wciągając go do sklepu z cichymi, złymi sykami. Chłopiec wydawał się nie troszczyć o to, co 
powiedział jego ojciec. 

Był prawie jak… 
Papier i masa. Łzy ze śmiechu i zaciekłe łaskotki. Pióra i złote błyski. Kroki i chichoty. 

Mruczenie i ciepłe palce. Miękkie i słodkie. Brązowe włosy. Zielone oczy.  

Zacisnęłam  boleśnie  dłoń  wokół  metalowej  rączki,  otworzyłam  drzwi,  powodując 

brzęczenie dzwonka, który oświadczał pracownikom w środku moje przybycie, obijając się o 
duże drzwi.  

To  było  niepotrzebne  w  moim  wypadku.  Wiedzieli,  kiedy  spodziewać  się  mnie 

każdego  ranka.  Byłam  tak  samo  punktualna,  jak  niezawodna  była  błękitna  sójka  za  moją 
mroczną  szybą  okienną.  Wybrałam  swoją  truciznę  z  półki,  standardowa  butelka, 
prawdopodobnie jedna na pięć godzin. Zastanawiałam się, czy kupić jedną ekstra, wpatrując 
się tęsknie w półkę. Wizja rodziny mogła na pewno uczynić ten dzień gorszym niż wczorajszy.  

Wzięłam dwie. Płacąc po cichu, kiedy starsza kobieta za ladą spojrzała na mnie katem 

oka  i  wydała  mi  resztę.  Nigdy  nie  rozmawiałyśmy  i  udawałam,  że  nie  widzę  litości  w  jej 
oczach, kiedy odwróciłam się do wyjścia ze sklepu z moimi skarbami. Jej litość była czymś, na 
co  nie zasługiwałam  i  czego  nie  szukałam.  Litość  i  zaprzeczenie  były  dziwnie  podobne pod 
tym względem. 

Wróciłam  do  domu,  nie  patrząc  na  drogę,  moje  wspomnienia  tradycyjnej  ścieżki, 

ostre i wyraźne, odwrotnie do mojego zmęczonego ciała. Drzwi nie były zamknięte na klucz i 
łatwo sie otwierały, ale moja ręka się trzęsła, kiedy popchnęłam je do otwarcia. Zadrżałam, 
gdy ponownie spotkałam się ze smrodem mojej rzeczywistości. 

Podeszłam do łóżka, było takie spokojne i czekało na mój powrót. Brudny materac i 

pogniecione  prześcieradła  kusiły  codzienną  rutyną,  kiedy  zdejmowałam  z  siebie  okrycie    i 
opadłam na piszczącą maskotkę na środku pokoju. 

Błękitna sójka odleciała już dawno. Zawsze robiła to, zanim wracałam. 
Drżącymi  rękami  wyjęłam  z  brązowej  torby  moją  pociechę.  Oblizałam  wargi  w 

oczekiwaniu, usuwając zakrętkę z minimalną ilością siły do tego potrzebną. 

Było  ciepłe,  kiedy  spłynęło  w  moim  gardle.  Gorzkie  w  najsłodszy  sposób,  gdy 

odchyliłam  do  tyłu  głowę  i  połykałam  tak  dużo  tego,  ile  mogłam  bez  oddychania.  To  było 
wstrętne i podłe, zupełnie tak samo jak ja. Pasowaliśmy do siebie, kiedy spowodowało to u 
mnie zmniejszenie zdrętwienia. 

Zabrało mi to więcej czasu, by upoić się i odprężyć na twardym materacu, ale było 

warto. Był to czas, w którym mogłam sobie przypomnieć wszystko. Bez mojego zaproszenia, 
wizja rodziny na ulicy powróciła do mnie.  

Doprowadzało mnie to do szału.  
Ponieważ  nikt  z  nich  nie  wyglądał  na  szczęśliwego  i  żadne  z  nich  nie  uświadamiało 

sobie  tego  co  oczywiste.  Widziałam  to  samo  każdego  dnia,  kiedy  szłam  na  róg 

background image

Siedemdziesiątej  Piątej  i  Lexington.  Matki  i  ojcowie,  którzy  nigdy  nie  mieli  czasu,  aby 
doceniać  ich  błogosławieństwa.  Sprzeczali  się,  walczyli  oraz  byli  niewierni  w  ciemnych 
zaułkach  i  na  tylnych  siedzeniach  samochodów,  bez  oznak  wyrzutów  sumienia,  gdy 
sprawiało, że przez to rozpadały się ich rodziny. 

Raz miałam szansę. Z dziarskim człowiekiem i dziarskimi uśmiechami, które przerwały 

moje  obawy  i  wyniosły  mnie  ponad  nieistotne  różnice,  które  najbardziej  nas  rozdzielały. 
Ideałem każdej kobiety było wzięcie ślubu przed osiemnastym rokiem życia i mieć dziecko w 
wieku  dwudziestu  trzech  lat.  Ale  to  był  Ed  i  ja,  ponieważ  wiedzieliśmy  od  pierwszego 
spojrzenia na przyjęciu w Cleveland, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Spleceni i nierozłączni 
od pierwszej sekundy, pierwszego tygodnia, pierwszego roku i szczęśliwi jeszcze długo.  

Czasami jeśli znieczulę się wystarczająco, by stracić funkcje motoryczne, mogę wyczuć 

jego  zapach  unoszący  sie  w  stęchłym  powietrzu,  zniszczonego  czynszowego  mieszkania. 
Pachniało to jak dom.  

Pachniało jak zniszczenie. Jak koniec mojej woli do życia, ponieważ to odeszło i nigdy 

tego nie poczuję. Pijana i całkowicie nie przydatna.  

Mieliśmy plany, nadzieje i sny. Chatka w lesie na zachód od miasta, gdzie mogliśmy 

uciec. Wakacje we Francji i spacery po molo nad rzeką, kiedy słonce zachodziło za paryskimi 
chmurami.  Śmiałam  się  i  rzucałam  w  jego  ramiona,  kiedy  o  tym  wspominał.  Ed  był 
zdesperowanym romantykiem. Romansował ze mną beznadziejnie. Owijał mnie sobie wokół 
palca, z jednym błyskiem jego dziarskiego uśmiechu i dotknięciem jego delikatnych warg. 

Był  wszystkim.  Ciężkość  trzymała  mnie  na  podłodze  naszego  domu,  kiedy  pracował 

cały  dzień.  Czekałam  niecierpliwie,  czasami  przegrywając  bitwę  z  moją  wolą  i  podając  mu 
lunch  jako  spontaniczną  niespodziankę.  Kochał  to  oczywiście,  zawsze  witając  mnie  z 
otwartymi ramionami, kiedy wskakiwałam w nie z podnieceniem. Rozłąka nigdy nie była dla 
nas łatwa, więc nawet jedna godzina lunchu na ławce w parku, z nim obok mnie wystarczała, 
by sprawić, że chciałam, aby ten moment trwał wiecznie. 

Dał  mi  życie  i  oświetlił  Światłem  próżnię  Ciemności,  w  której  byłam,  gdy  nie 

wiedziałam  o  jego  istnieniu.  Wciąż  jasno  mogę  sobie  przypomnieć  dzień,  w  którym 
dowiedzieliśmy  się,  że  jestem  w  ciąży.  Nasze  rodziny  i  przyjaciele  byli  wstrząśnięci, 
insynuując,  że  jesteśmy  za  młodzi  albo  zbyt  obiecujący,  by  w  ogóle  rozważać  taką  myśl.  
Śmialiśmy się i spędziliśmy wieczór w dwójkę. Jego duża, ciepła dłoń leżała na moim nagim, 
wciąż  jeszcze  płaskim  brzuchu,  a  głowę  oparł  na  mojej  klatce  piersiowej.  Był  absolutnie 
zachwycony. 

Przebierałam palcami w jego ciemnych włosach, kiedy leżeliśmy w łóżku tej nocy. 
- Co wolisz? – zapytałam o płeć dziecka.  
Jego  ciało  zadrżało  pod  wpływem  cichego  śmiechu,  kiedy  patrzył  się  w  dół,  gdzie 

nasze stopy były splecione jak nasze serca. 

- To jest nieważne – odpowiedział z uśmiechem.  
Nie  miało  to  dla  niego  znaczenia.  Dziewczynka  czy  chłopiec,  dziecko  byłoby 

wytworem  naszej  miłości  i  oddania.  Idealny  byt,  ze  wzoru,  który  nasze  serca  stworzyły  na 
długo zanim zakiełkował i zaczął rosnąć w moim brzuchu.  

background image

To  było  najszczęśliwsze  dziewięć  miesięcy  nieszczęścia,  jakie  kiedykolwiek  miałam 

nadzieje przeżyć.  

Byłam tą osobą, która wybrała jego imię. Edward Senior nalegał, że to staromodne i 

nie  cierpiał  myśli  o  przykrościach  jakie  musiałoby  znieść  nasze  dziecko,  mając  tak 
tradycjonalne imię, jak to było w przypadku jego samego. Ale na tym stanęło. Wyglądał dla 
mnie  jak  Edward.  W  połowie  jak  Ed    i  w  połowie  jak  ja  oraz  inkarnacja  bezkresnego 
stworzenia. 

Edward był doskonałością.  
Był  Światłem  takim,  jakie  Ed  zapalił  w  mojej  duszy.  Promieniował  życiem  i 

niewinnością, z jego błyszczącymi zielonymi oczami i burzą brązowych włosów. Wszystko, co 
miał do zrobienia to uśmiech, a ja i Ed już byliśmy skłonni dać mu wszystko, czego chciał. Nie, 
żeby  kiedykolwiek  korzystał  z  tego.  Nawet  jako  małe  dziecko  pokazał  niewiarygodną  ilość 
opieki i uczciwości.  

Taka była prawda o moim Edwardzie. Miał wielkie serce. Był bystry, dowcipny i mógł 

pójść  gdziekolwiek  na  tym  świecie,  ze  swoim  niewiarygodnym  darem  inteligencji  i 
współczucia. To był Ed i powtarzałam to wielokrotnie. 

Każda matka miała takie zdanie o swoim dziecku, ale ze mną i Edwardem było inaczej. 

Byliśmy bliżsi sobie niż inni, spleceni razem nocami, kiedy kołysałam go z miłości i nuciłam 
mu tę samą starą kołysankę, którą moja matka mi nuciła, gdy byłam małym dzieckiem.  

Dawaliśmy mu tylko to, co najlepsze. Najlepszą edukację, najlepsze ubrania, najlepsze 

lekcje  muzyki,  najlepsze…  wszystko.  Ponieważ  zasługiwał  na  to.  I  ofiarowywanie  mu  tych 
rzeczy czyniło nas szczęśliwymi i zadowolonymi. Szczęśliwa rodzina. 

Więc w ta wietrzną majową noc, kiedy dostałam telefon o pożarze w domu, mój świat 

się załamał.  

Chciałam krzyczeć, stojąc przed palącymi się ruinami naszego szczęśliwego domu. Ale 

żadne dźwięki nie uszły z moich ust i tylko osunęłam się na kolana na ciemnym żwirze drogi. 
Paliły się światła syren, a ludzie biegali po naszym trawniku. Ale jedyne, co mogłam zrobić to 
patrzeć, kiedy wszystko, co kochałam spalało się i leciało w górę do ciemnego nieba.  

To była nasza rocznica.  
Chciałam  płakać,  ale  byłabym  tego  nieświadoma,  gdyby  łzom  udało  się  wydostać 

poprzez moje szeroko otwarte, udręczone przerażeniem oczy. Ciemność, którą żal przyniósł 
do  mojej  duszy  zagrażała  pociągnięciem  mnie  w  dół  i  przytrzymaniem.  Poruszyłam  się  na 
twardej ziemi i patrzyłam, jak moja szczęśliwa rodzina stoi w płomieniach.  

I  wtedy  go  zobaczyłam.  Wysoki  strażak  w  usmolonym  żółtym  stroju  z  dzieckiem  w 

ramionach.  Nie  dziecko.  Moje  Światło.  Mój  Edward.  Przeżył  pożar,  który  szalał  ze 
wściekłością przede mną.  

To było w tym momencie, kiedy zobaczyłam jego bose, czarne stopy machające na tle 

płonącego  domu,  który  wiedziałam,  że  muszę  zepchnąć  na  bok.  Jakkolwiek  niemożliwe 
mogło się to wydawać, musiałam ukryć żal przez wzgląd na niego. Musiałam wstać i podejść 
do noszy, na których położyli jego ciało. 

background image

  Był  ledwie  świadomy, kiedy  leżał  w  swojej przypalonej  piżamie. Została  spalona  w 

miejscu  jego  brzucha  i  klatki  piersiowej,  a  widok  przypalonego  ciała,  które  się  roztapiało  i 
pokryło pęcherzami jego miękką niewinną skórę, sprawił, że miałam silne odruchy wymiotne, 
stojąc obok zaparkowanego ambulansu.  

Ludzie  mówili  do  mnie,  a  ja  próbowałam  odzyskać  kontrolę  nad  swoimi  funkcjami 

życiowymi  i  podejść  bliżej,  ale nie  słyszałam  ich.  Jedyną  rzeczą  widoczną  dla  mnie były  łzy 
Edwarda na jego usmolonej twarzy i jego przypalone brązowe loki, kiedy władowywali go na 
tył ambulansu. 

Przyłączyłam się do niego. I nie dlatego, że powiedziano mi to lub mnie zaproszono, i 

nawet nie dlatego, że musiałam wiedzieć, czy z nim wszystko dobrze, chociaż ten instynkt na 
pewno był w moim umyśle. Pojechałam z nim, by nucić mu do snu, kiedy podawali mu środki 
uspokajające.  Głaskałam  jego  ziemiste  włosy  i  nie  patrzyłam  na  udzielających  mu  pomocy 
sanitariuszy, kiedy usypiał przez lek.  

Gdy  pracowali  nad  jego  łóżkiem  za  zamkniętymi  drzwiami  gabinetu  i  przystąpili  do 

oceny  stanu  zdrowia  rannych,  administracja  przekazała  mi  historię  pożaru  i  losów  mojego 
męża.  Powiedzieli  mi  najbardziej  makabryczne  szczegóły  w  związku  z  jego  śmiercią. 
Szczegóły, które mogłyby siedzieć we mnie i dręczyć wspomnieniami przez następne lata. 

Edward  był  w  szpitalu  jedynie  przez  dwie  noce  i  naprawdę  chciałabym  móc 

powiedzieć, że opieka nad nim była wystarczająca, by zająć mój umysł i trzymać z dala od 
nieodpartego żalu z powodu straty męża. Ale to wciąż tam było. Walczyłam, by to przemóc z 
każdym gramem kontroli, którą miałam, kiedy doglądałam moje Światło, ale to wciąż było we 
mnie i zagrażało, że ściągnie mnie w dół w Ciemność mojej rozpaczy.  

Mój  Edward  niezwykle  przez  to  cierpiał.  To  znaczy,  opiekowałam  się  nim  i 

opatrywałam  jego  rany,  jakkolwiek  fizyczne  lub  psychiczne  mogły  one  być.  Ale  moje  rany 
sprawiały ból nam obojgu i nie nadawałam się do niczego za każdym razem, kiedy Ciemność 
skradała się do mojego umysłu i wpatrywałam się w jego matowe, zielone oczy.  

Nie  zabrało  mi  dużo  czasu  uświadomienie  sobie,  że  ten  żal  był  nieunikniony.  To 

osłabiało  moją  duszę  nieskończenie;  ciągnąc  mnie  w  dół  i  zmieniając  mnie  w  połamaną 
skorupę. To krwawiłoby i mogło zakazić to, co było ukochane, kiedy zrobiłoby wszystko, by 
mnie podnieść. To zniszczyłoby ich każdy moment, kiedy pozostawałam na dole.  

Edward  dorastałby  przyglądając  się,  jak  cierpię  i  także  on  mógłby  cierpieć.  Mógłby 

spędzić  swoje  dzieciństwo  opiekując  się  swoją  rozbitą  matką  i  patrząc,  jakim  wrakiem 
człowieka była. To rozbiłoby go i przygasiło tę iskrę, którą tak kochałam. 

I absolutnie odmówiłam Ciemności owładnąć moje Światło. Był zbyt wyjątkowy i zbyt 

czysty, by pozwolić tak bluźnierczej rzeczy go profanować.  

To  było  na  pogrzebie,  kiedy  poukładałam  każdą  rzecz  w  swoim  umyśle.  Pochyliłam 

głowę  nad  trumną  mojego  męża  i  przyrzekłam,  że  zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  by 
zapewnić  Edwardowi  najlepszą  szansę  na  szczęśliwą  przyszłość.  Jedynym  sposobem,  by 
dotrzymać  obietnicy,  było  poświęcenie.  Wysłać  go  do  kogoś  lepszego.  Do  kogoś,  kto  nie 
mógłby go zatruć. 

background image

Tej nocy spaliśmy w dużym domu wiejskim rodziców Eda. Nie nuciłam Edwardowi do 

snu,  tak  jak  zazwyczaj  robiłam  i  zszedł  na  dół,  prawdopodobnie  szukając  mnie,  kiedy 
siedziałam  przy  stole  kuchennym  i  topiłam  żal  w  zwietrzałej  wódce  z  nigdy  nieużywanego 
barku w domu Masenów.  

Było  torturą  odmawiać  tego  mojemu  dziecku  w  tę  ostatnią  noc.  Trzymać  go  w 

ramionach, nucąc mu i patrzeć, jak usypia spokojnie. Ale wiedziałam, że kiedy wejdę na górę, 
by  trzymać  go  w  ramionach,  nie  mogłabym  już  go  puścić.  Więc  pozostałam  na  miejscu  i 
powiedziałam  mu,  bez  patrzenia  mu  w  oczy,  że  żal,  który  mógłby  zobaczyć  i  Ciemność 
przebiłaby i sforsowała moje Światło.  

Gdy słowa wyszły z moich ust, patrzyłam w dół na szklankę, uświadamiając sobie, że 

będzie potrzebował przez to pocieszenia. Mógł nie zrozumieć logiki i poświęcenia, które mną 
kierowały i mógłby być przez to urażony. Rozgniewało mnie to, że nie mogę być tą osobą, 
która uśmierzy jego ból. To przygasło z czasem. I modliłam się do jakiegokolwiek Boga o to, 
by nowa rodzina dała mu szczęśliwy dom, którego ja już dłużej nie mogłam mu zapewnić.  

  Ustaliłam  wszystko, zanim Masenowie  mogli  się  czegoś  domyśleć.  Chcieliby  go  dla 

siebie, ale to nie był wystarczająco dobre. Wciąż wiedziałabym, gdzie jest i ciągnęłoby mnie, 
aby go zobaczyć, kiedy nie umiałabym się temu sprzeciwić. I przede wszystkim, walczyli ze 
swoją Ciemnością po stracie swoje dziecka. Nie było to wystarczająco dobre dla niego.  

Kiedy został zabrany przez pracowników pracujących nad tą sprawą, opuściłam dom 

Masenów  bez  słowa.  Nie  mogłabym  znieść  oskarżenia  w  ich  oczach.  Wyjechałam  z  kraju 
moim samochodem, sama. 

Pozwalałam  rozgardiaszowi  miasta  ukryć  siebie,  kiedy  podróżowałam  z  jednego 

nędznego pokoju motelowego do drugiego. Zawsze z jedną rzeczą, która wprawiała mnie w 
odrętwienie,  pozwalające  stawić  czoło  Ciemności  i  ładowałam to  w  siebie  w  całości.  Piłam 
każdego dnia.  

Rozmyślałam  nad  samobójstwem  przez  wiele  samotnych  nocy,  kiedy  leżałam  w 

niewygodnym  łóżku.  Pragnienie  tego  było  czasami  przytłaczające.  Po  prostu  go  zobaczyć, 
choć raz jeszcze. 

Nie  wiedziałam,  czy  mogę  siebie  uważać  za  głęboko  wierzącą  kobietę.  Ale  moja 

rodzina  wychowała  mnie  w  pewnych  przekonaniach  i  morałach,  do  których  wiernie  się 
stosowałam.  Nie  byłam  pewna,  czy  jest  niebo  albo  czy  byłabym  wpuszczona  do  takiego 
miejsca.  Ale  Ed  i  ja  byliśmy  dwiema  częściami  całości  i  wiedziałam  w  głębi  serca, że  pójdę 
tam, gdzie on. Czekał na mnie gdzieś tam i byłam gotowa, by go spotkać.  

Kilka rzeczy mnie powstrzymywało. Przeważnie strach. Strach, że nie zrobiłabym tego 

jak  trzeba  i  skończę  ranna  w  jakimś  podrzędnym  szpitalu,  w  gorszej  części  miasta.  Była  to 
także obawa, że przez taki grzech wyrzucono by mnie z nieba. Nie byłam głęboko wierząca, 
ale nie podejmowałam żadnego ryzyka, gdy w grę wchodził Ed. 

Więc piłam każdego dnia do odrętwienia i otępienia, i jeśli Bóg zgłębił moje zamiary i 

czyny,  mógłby  pomyśleć,  że  to  i  tak  jest  samobójstwem.  Oczywiście,  chociaż  wiedziałam 
lepiej, nie mogłam znaleźć siły, by nie zgodzić się z tym, kiedy opróżniałam butelkę i witałam 
Ciemność. 

background image

To  było  wtedy,  kiedy  Ciemność  konsumowała  mnie  po  kawałku,  jak  pozwoliłam 

swoim myślom nieść się do mojego Światła. Zastanawiałam się, gdzie jest Edward i co robi. 
Czy para, która się nim opiekuje była dla niego dobra. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek 
polubi sport, gdy dorośnie, albo czy wciąż brał lekcje grania na pianinie.  

Przede wszystkim zastanawiałam się, czy jest szczęśliwy. Modliłam się o to, marzyłam 

o tym, błagając o to Ciemność zawzięcie.

 

Pozwalałam sobie na iluzję jego dziennej rutyny i 

zwyczajów.  Wyobrażałam    sobie,  że  gdzieś  właśnie  w  tym  momencie  uśmiecha  się  i  to 
zawsze  sprawiało,  że  zasypiałam,  w  chwili  kiedy  Ciemność  pogrążała  mnie  przez  to  tak 
spokojnie.    

 Oczywiście,  nie  mogłam  wiedzieć  tego  naprawdę.  Nie  mogę  doliczyć,  ile  razy 

chciałam  go  odszukać.  Przekonywałam  się,  że  spojrzałabym  tylko  na  jego  twarz,  albo 
usłyszała jego głos. Tylko jedno spojrzenie na to, jak wyrósł, albo jakie cechy Eda się u niego 
pojawiły. Będzie zdecydowanie pewny siebie, jeśli nie więcej. 

Dotrzymywałam  swojej  obietnicy  przez  lata  i  nigdy  nie  zboczyłam  ze  ścieżki,  którą 

Ciemność  nieuchronnie  wymuszała  i  wskazywała  codziennie.  Nie  mogłam  zrobić  czegoś 
takiego i nie mogłam popełnić takiej zdrady. 

Mój Edward miałby w tę noc siedemnaście lat. Nigdy nie śledziłam czasu albo dat, ale 

tego  zawsze  byłam  pewna,  uświadamiając  sobie  sprawę,  jak  zmężniał.  I  kiedy  leżałam  w 
łóżku ze zbliżającą się Ciemnością, ciągnącą mnie w dół w swoją nicość, wyobrażałam sobie, 
że był szczęśliwy i promienny jak srebrny księżyc, który delikatnie rozświetlał łuszczące się 
ściany mojego zamkniętego i wilgotnego zapomnienia.   

Mój  sen  powitał  mnie  z  tą  samą  wspaniałą  wizją,  która  wystarczająco  wykroczyła 

poza Ciemność, by pozwolić mi na mały uśmiech, kiedy pusta butelka wysunęła się z mojej 
ręki i uderzyła w brudny dywan z cichym, głuchym odgłosem.  

Ponieważ gdzieś tam na świecie, moje Światło świeciło wśród migoczących gwiazd na 

majowym niebie.  

 


Document Outline