background image

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY 

 
 
 

Nuda Pierścieni

background image

Ten Pierścień niezrównany elfy wykonały 

I rodzone matki zań by dziś sprzedały.  
Władca cieni, śmiertelnych i wszelkiego stwora  
Ten ścichapęk siłą daje, lecz zmienia w potwora.  
Moc potężną kryje w sobie ów jeden, Jedyny.  
I pozwala niezwykle dokonywać czyny.  
Rozbity czy popsuty, naprawić się nie da.  
Znaleziony odesłać (za pobraniem) do Sorheda.

 

 
Słysząc  takie  kiepskie  wiersze  i  mając  na  głowie  upierdliwego  Czarodzieja 

wystawiającego  mu  walizki  na  próg,  co  ma  robić  biedny  chochlik,  pomyślał  Frito.  Nie  ma 
innego wyjścia - musi ruszyć w drogę, na spotkanie takich niewiarygodnych niebezpieczeństw, 
jak  kiepskie  bary  szybkiej  obsługi,  nurkujące  i  zasypujące  go  pociskami  rozpryskowymi 
pelikany,  a  wszystko  po  to,  żeby  pozbyć  się  pierścienia,  za  który  szanujący  się  właściciel 
lombardu nie dałby złamanego grosza. No dobrze, im prędzej wyruszy, tym szybciej skończy tę 
misję - chyba że ktoś najpierw skończy z nim... 

 -  Czy  podoba  ci  się  to,  co  widzisz...?  -  pytała  zmysłowa  elfka,  prowokacyjnie 

rozchylając poły szaty i odsłaniając ukryte pod nią, krągłe wdzięki. Fritowi zaschło w gardle, a 
w głowie zakręciło się od żądzy i piwska. 

Elfka  zrzuciła  cieniutki  peniuar  i  nie  wstydząc  się  swojej  nagości,  podeszła  do 

zafascynowanego  chochlika.  Cudownie  kształtną  dłonią  dotknęła  owłosionych  palców  jego 
stóp, a on bezradnie patrzył, jak podkurczają się pod wpływem dzikiej namiętności. 

 - Pozwól, a uczynię cię szczęśliwym - szepnęła ochryple, gmerając przy zapinkach jego 

kamizelki, ze śmiechem odpinając mu miecz. - Pieść mnie, och, pieść mnie! - błagała. 

Ręka  Frita,  jakby  obdarzona  własną  wolą,  wyciągnęła  się  i  przesunęła  po  delikatnej 

wypukłości  elfiej  piersi,  podczas  gdy  druga  powoli  objęła  wąską,  idealną  talię  dziewki, 
przyciskając ją do jego potężnej piersi. 

 -  Paluchy,  uwielbiam  owłosione  paluchy  -  jęczała,  pociągając  go  na  przetykany 

srebrem  dywan.  Maleńkie,  różowe  paluszki  jej  stóp  pieściły  gęste  futro  na  jego  śródstopiu, 
podczas gdy nos Frita szukał ciepła cudownego, elfiego pępuszka. 

 - Przecież ja jestem taki mały i włochaty, a ty... ty jesteś taka piękna  - chlipał Frito, 

niezgrabnie wyplątując się z szelek. 

Elfka nie odpowiedziała, tylko westchnęła ciężko i mocniej przycisnęła go do swego 

gibkiego ciała. 

 - Najpierw musisz coś dla mnie zrobić - szepnęła mu do porośniętego kudłami ucha. 
 - Wszystko, co zechcesz - załkał Frito, wiedziony nieodpartą potrzebą. - Wszystko! 
Zamknęła oczy, a potem otwarła je, unosząc w górę. 
 -  Pierścień  -  powiedziała.  -  Muszę  mieć  twój  Pierścień.  Całe  ciało  Frita  napięło  się 

boleśnie. 

 - O nie - zawołał. - Nie to! Wszystko... tylko nie to! 
 - Muszę go mieć - rzekła, czule i zarazem gwałtownie. - Muszę mieć Pierścień! 
Oczy Frita zamgliły się od łez i udręki. 
 - Nie mogę! - rzeki. - Nie wolno mi! 
Jednak wiedział, że stracił wolę walki. Dłoń elfowej panny powoli sunęła w kierunku 

łańcuszka  przy  kieszonce  jego  kamizelki,  coraz  bliżej  Pierścienia,  którego  Frito  strzegł  tak 
wiernie... 

background image

PRZEDMOWA 
 
 
Chociaż  nie  możemy  z  pełnym  przekonaniem  stwierdzić,  jak  to  robi  profesor  T.,  że 

“historia  ta  rosła  w  trakcie  opowiadania",  przyznajemy,  iż  niniejsza  historia  (a  raczej 
konieczność zdobycia paru groszy) rosła wprost proporcjonalnie do złowieszczego kurczenia 
się naszych kont bankowych w Harvard Trust w Cambridge, Massachusetts. Ten ubytek wagi 
naszych i tak już chudych portfeli sam w sobie nie był powodem do alarmu (czy też “larum", 
jak by ładnie ujął to profesor T.), w przeciwieństwie do gróźb i szturchańców, jakie zbieraliśmy 
od naszych wierzycieli. Przemyślawszy to dobrze, schroniliśmy się w czytelni naszego klubu, 
aby pomedytować nad zmiennymi kolejami losu. 

Jesień  zastała  nas  -  dręczonych  przez  odleżyny  i  znacznie  chudszych  -  w  naszych 

skórzanych  fotelach.  Nadal  nie  mieliśmy  nawet  sztucznej  kości,  którą  moglibyśmy  rzucić 
wilczemu stadu ziejącemu przed frontowymi drzwiami. Właśnie wtedy w nasze drżące ręce 
wpadł  zaczytany  egzemplarz  dziewiętnastego  wydania  Władcy  Pierścieni  poczciwego 
profesora  Tolkiena.  Z  symbolami  dolara  w  niewinnych  oczach,  szybko  ustaliliśmy,  że  ta 
książka wciąż sprzedaje się, jak dobrze wiecie co. Uzbrojeni po zęby w słowniki oraz odbitki 
międzynarodowych  praw  dotyczących  paszkwilantów,  zamknęliśmy  się  w  sali  do  gry  w 
squasha, zabierając ze sobą taką ilość czipsów i Dr. Peppera, którą udławiłby się koń. (Prawdę 
mówiąc, napisanie tego rzeczywiście wymagało udławienia małego konia, ale to już całkiem 
inna historia.) 

Wiosna zastała nas z popsutymi zębami i kilkoma funtami papieru pokrytego kleksami 

oraz  nieczytelnymi  gryzmołami.  Ponownie  przeczytawszy  całość,  stwierdziliśmy,  że  to 
zadziwiająco celna satyra na lingwistyczne i mitologiczne elementy utworów Tolkiena, pełna 
żarcików  z  jego  sposobu  wykorzystania  staro  -  skandynawskich  sag  i  fonemu  spółgłosek 
szczelinowych. Jednak pobieżna lektura odpowiedzi od potencjalnych wydawców przekonała 
nas,  że  większą  korzyść  przyniosłoby  nam  spalenie  rękopisu  na  bibliotecznym  kominku. 
Następnego dnia, udręczeni potwornym kacem i utratą prawie wszystkich włosów na głowach 
(ale  to  jeszcze  inna  opowieść),  zasiedliśmy  z  ekstra  mocnymi,  wysoko  wydajnymi  Smith 
Coronami w zębach i spłodziliśmy ustęp, który teraz czytacie przed drugim śniadaniem. (A w 
tych stronach śniadamy diablo wcześnie, koleś.) Rezultatem, jak zaraz sami się przekonacie, 
jest książka tak czytelna jak równanie liniowe, o wartości  literackiej zbliżonej  do autografu 
złożonego na siedziszczu Szymona Słupnika. 

“Co do ukrytego znaczenia czy «przesłania»" - jak pisał profesor T. w swoim wstępie, 

ten  tekst  nie  zawiera  nic  prócz  tego,  czego  sami  się  w  nim  doszukacie.  (Wskazówka:  Co, 
według P.T. Barnuma, “rodzi się co minutę?) Mamy nadzieję, że dzięki tej książce czytelnik nie 
tylko  pogłębi  znajomość  problemu  piractwa  literackiego,  ale  także  samego  siebie. 
(Wskazówka:  Czego  brakuje  w  tym  słynnym  cytacie?  “_____to_____".  Macie  trzy  minuty, 
Uwaga, gotowi, start!) 

Nuda  Pierścieni  została wydana jako parodia. To bardzo ważne. Chodzi  o satyrę na 

temat  innej  książki,  a  nie  zwyczajne  naśladownictwo.  Dlatego  z  całym  naciskiem 
przypominamy,  że  to  nie  jest  prawdziwa  tolkienistyka!  Jeśli  zatem  masz  zamiar  nabyć  ten 
tomik,  myśląc,  że  to  coś  o  Władcy  Pierścieni,  to  lepiej  od  razu  odłóż  go  na  tę  stertę 
przecenionych książek, z której go wyciągnąłeś'. Och, ale skoro doczytałeś do tego miejsca, to 
oznacza, że... że już kupiłeś... orany... ojej... (Dolicz jeszcze jedną, Jocko. “Brzęk!") 

I  wreszcie,  mamy  nadzieję,  że  ci  z  was,  którzy  czytali  pamiętną  trylogię  profesora 

Tolkiena, nie poczują się urażeni naszym pomysłem. Mówiąc całkiem poważnie, uważamy, iż 
możliwość  pożartowania  sobie  z  tak  znaczącego,  prawdziwego  arcydzieła  geniuszu  i 
wyobraźni jest w istocie zaszczytem. W końcu, taka jest najważniejsza rola książki  - bawić 
czytelnika  -  a  w  tym  przypadku  i  bawić,  i  rozśmieszać.  I  nie  martw  się  zbytnio,  jeśli  nie 

background image

uśmiejesz się z tego, co przeczytasz, bo jeśli nadstawisz twoje różowe uszka, gdzieś daleko, 
daleko usłyszysz radosny brzęk srebrzystych dzwoneczków... 

To my, frajerze. Brzęk! 

background image

PROLOG - DOTYCZĄCY CHOCHLIKÓW 
 
 

Głównym  zadaniem  tej  książki  jest  zarobienie  pieniędzy  i  z  niej  czytelnik  może 

dowiedzieć się wiele o charakterach i talentach literackich autorów. Jednak o chochlikach nie 
dowie się prawie nic, ponieważ każdy, kto ma choć szczyptę rozumu w głowie, natychmiast 
przyzna, że takie stworzenia istnieją wyłącznie w umysłach dzieci, które spędziły dzieciństwo 
w  wiklinowych  koszykach  i  wyrosły  na  bandziorów,  złodziei  psów  lub  agentów  ubez-
pieczeniowych. Mimo wszystko, sądząc po wysokości nakładów interesujących książek prof. 
Tolkiena,  jest  to  dość  liczna  grupa,  łatwa  do  rozróżnienia  po  wypalonych  w  kieszeniach 
dziurach,  które  mogły  powstać  jedynie  w  wyniku  samozapłonu  grubych  warstw  ciasno 
zwiniętych  banknotów.  Dla  takich  czytelników  zebraliśmy  tu  kilka  płaskich  dowcipów  o 
chochlikach, otrzymanych w wyniku długotrwałego skakania po ułożonych w stos książkach 
prof. Tolkiena. Również dla nich zamieszczamy krótkie streszczenie wcześniejszych przygód 
Dildo Buggera, które nazwał Podróże z popaprańcami w poszukiwaniu Śródziemia Dolnego, 
lecz rozsądnie zatytułowane przez wydawcę Dolina trolli. 

Chochliki  to  denerwujący  i  niezbyt  atrakcyjny  lud,  którego  liczebność  drastycznie 

zmalała od czasu ogromnego wzrostu zapotrzebowania na bajki. Ociężałe i ponure, a nawet 
tępawe, wolą wieść spokojny, sielski żywot. Nie znoszą urządzeń bardziej skomplikowanych 
od garoty, pałki czy lugiera i zawsze obawiały się “Wielkoludów" albo “Wielgusów", jak nas 
nazywają. Teraz z zasady unikają nas, oprócz rzadkich okazji, kiedy zbierają się w stuosobową 
bandę, żeby wykończyć samotnego farmera lub myśliwego. Są małe, mniejsze od krasnoludów, 
które  uważają  je  za  karzełki,  płochliwe  i  tajemnicze,  często  wspominając  o  “chochelce 
kłopotów". Rzadko przekraczają trzy stopy wzrostu, lecz bez trudu potrafią poradzić sobie ze 
stworzeniami o połowę mniejszymi od siebie, jeśli szybciej wyciągną broń. Co do chochlików 
z Bagna, o które  głównie nam  chodzi,  są to stworzenia o niezwykle pospolitym wyglądzie, 
ubrane  w  nowiuteńkie  szare  garnitury  z  wąskimi  klapami,  alpejskie  kapelusiki  i  skórzane 
krawaty. Nie noszą butów i poruszają się na dwóch potężnych, włochatych narządach zwanych 
stopami tylko ze względu na ich lokalizację na końcu nóg. Ich pryszczate oblicza mają złośliwy 
wyraz  świadczący  o  głębokim  zamiłowaniu  do  anonimowych,  obscenicznych  rozmów 
telefonicznych,  a  kiedy  uśmiechają  się,  ich  długie  na  stopę  jęzory  poruszają  się  w  sposób 
budzący zazdrość smoków z Komodo. Mają długie, zwinne palce, jakie zazwyczaj  wyobra-
żamy sobie zaciśnięte na szyi jakiegoś futrzastego zwierzątka lub gmerające w cudzej kieszeni 
i z niezwykłą zręcznością wytwarzają rozmaite skomplikowane rzeczy, takie jak spreparowane 
kości do gry lub ładunki wybuchowe. Uwielbiają dobrze zjeść i wypić, grać w głuchy telefon z 
głupimi czworonogami i opowiadać kiepskie dowcipy o krasnoludach. Wydają nudne przyjęcia 
i  niewiele  pieniędzy  na  prezenty,  ciesząc  się  takim  samym  szacunkiem  i  popularnością  jak 
zdechła wydra. 

Nie  ulega  wątpliwości,  że  chochliki  to  nasi  krewni,  jedno  z  ogniw  łańcucha 

ewolucyjnego wiodącego od wiewiórek przez wilkołaki do Włochów, jednak nie sposób ustalić 
stopnia  owego  pokrewieństwa.  Wywodzi  się  ono  z  Dawnych  Dobrych  Czasów,  gdy  naszą 
planetę zamieszkiwały przeróżne niezwykłe stworzenia, które dziś można zobaczyć dopiero po 
wypiciu kwaterki Jasia Wędrowniczka. Tylko u elfów zachowały się kroniki tamtych czasów, 
przeważnie  pełne  elfich  dyrdymałów,  odrażających  obrazków  nagich  trolli  oraz  ohydnych 
opisów  orgii  urządzanych  przez  orki.  Jednak  chochliki  najwidoczniej  żyły  w  Śródziemiu 
Dolnym na długo przed czasami Frita i Dilda, zanim - jak bardzo stare salami nagle objawiające 
swoje istnienie - stały się problemem dla rządów Małych i Głupich. 

Wszystko  to  działo  się  w  Trzeciej  Erze  Śródziemia  Dolnego  -  inaczej  zwaną  Epoką 

Kamienia  Lizanego  -  i  krainy  z  owych  czasów  już  dawno  pochłonęło  morze,  a  ich 
mieszkańców szklane słoje gabinetu osobliwości pana Ripleya. Chochliki współczesne Fritowi 

background image

od dawna nie posiadały żadnych danych na ten temat, częściowo w wyniku analfabetyzmu i 
niedorozwoju umysłowego stawiających je na poziomie młodego dorsza, a po części z powodu 
zamiłowania  do  badań  genealogicznych,  które  kazało  im  niechętnym  okiem  patrzeć  na 
wątpliwe  początki  pracowicie  fałszowanej  historii  rodu.  Mimo  to  bełkotliwa  mowa  i 
upodobanie  do  keczupu  świadczyły,  że  kiedyś  musiały  należeć  do  kultury  Zachodu.  Ich 
legendy  i  stare  pieśni,  opiewające  głównie  nimfo  -  manię  elfek  i  smoczą  ruję,  często 
wspominały o terenach nad rzeką Rycyną, między Lasem Dykty a Górami Papier - Mache. W 
wielkich bibliotekach Twodoru znajdują się materiały potwierdzające tę tezę, na przykład stare 
artykuły w “Detektywie" i tym podobne. Nie wiadomo, dlaczego podjęli ryzykowną wyprawę 
do Aleodoru, jednak ich pieśni głoszą, że na ich ziemię padł cień, w wyniku czego przestały 
rosnąć ziemniaki. 

Przed  przekroczeniem  Gór  Papier  -  Mache  chochliki  podzieliły  się  na  trzy  odrębne 

plemiona: Platfusów, Stolców i Wybredków. Platfusy, jak dotąd najliczniejsze, były smagłe, 
niskie, o rozbieganych oczkach; miały bardzo szerokie dłonie i stopy. Żyły w górach, gdzie 
mogły  łowić  króliki  i  małe  kozy,  a  zarabiały  na  życie,  wynajmując  się  jako  obstawa 
miejscowych  krasnoludów.  Stolce  były  większe  i  ładniejsze  od  Platfusów,  zamieszkiwały 
cuchnącą  krainę  wzdłuż  biegu  i  przy  ujściu  rzeki  Rycyny,  hodując  urazę  i  wólce,  które 
sprzedawały przepływającym. Miały długie, lśniące, czarne włosy i uwielbiały noże. Często 
zadawały się z ludźmi, wyręczając ich w sprzątaniu. Najmniej liczne były Wybredki, wyższe i 
chudsze  od  innych  chochlików,  żyjące  w  lasach,  gdzie  świetnie  prosperowały,  handlując 
galanterią skórzaną, sandałami i wyrobami rękodzielniczymi. Czasem wynajmowały się jako 
dekoratorzy  wnętrz  elfich  domostw,  jednak  przez  większość  czasu  śpiewały  ponure  ludowe 
piosenki i molestowały wiewiórki. 

Przekroczywszy  góry,  chochliki  niezwłocznie  przeszły  na  osiadły  tryb  życia. 

Poskracały  sobie  nazwiska  i  wcisnęły  się  do  wszystkich  ziemiańskich  klubów,  odrzucając 
dawną mowę i zwyczaje jak odbezpieczony granat. Jednoczesna dziwna migracja na wschód 
ludzi oraz elfów z Aleodoru pozwala na dość dokładne określenie daty przybycia chochlików. 
W tymże roku, 1623 roku Trzeciej Ery, bracia Brasso i Drano przeprawili się przez Rzekę Żółci 
ze  znacznymi  siłami  chochlików,  przebranych  za  pospolitych  rabusiów  grobów  i  pod 
żeberkiem  pozbawili  części  władzy  samego  Króla  (Arglebargle'a  IV  albo  któregoś  innego.) 
Mimo jego słabych protestów postawili poborców myta na drogach i mostach, przepędzili jego 
posłańców i wysłali doń sugestywne listy z pogróżkami. Krótko mówiąc, osiedli na dobre. 

Tak  rozpoczęła  się  historia  Bagna,  a  chochliki,  mając  na  względzie  przepisy  o 

przedawnieniu, od chwili przebycia Rzeki Żółci zmieniły kalendarz. Były bardzo zadowolone z 
nowej ojczyzny i znów zniknęły z kart historii człowieka, co przyjęto z powszechnym żalem 
porównywalnym  z  uczuciem  wywołanym  nagłym  zdechnięciem  wściekłego  psa.  Na 
wszystkich  mapach  Bagno  oznaczano  czerwonymi  wykrzyknikami  i  podróżowali  przez  nie 
wyłącznie zbłąkani wędrowcy lub kompletni wariaci. Nie licząc tych rzadkich gości, chochliki 
pozostawiono  samym  sobie  aż  do  czasów  Frita  i  Dilda.  Kiedy  żeberko  miało  swego  Króla, 
chochliki  nominalnie  pozostawały  jego  poddanymi  i  aż  do  ostatniej  bitwy  z  Ruderykiem  z 
Boraksu posyłały do boju swoich strzelców wyborowych, chociaż brak danych na temat tego, 
po  której  stawały  stronie.  Północne  Królestwo  upadło  i  chochliki  powróciły  do  swego 
ustabilizowanego,  prostego  życia,  jedząc  i  pijąc,  śpiewając  i  tańcząc,  płacąc  czekami  bez 
pokrycia. 

Mimo  wszystko  dostatnie  życie  w  Bagnie  zasadniczo  nie  zmieniło  przeciętnego 

chochlika, który nadal był równie trudny do zabicia jak karaluch i równie miły w obcowaniu jak 
zagnany  w  kąt  szczur.  Chociaż  atakowały  tylko  z  zimną  krwią  i  zabijały  wyłącznie  dla 
pieniędzy,  chochliki  pozostawały  mistrzami  ciosów  poniżej  pasa  i  podstępów.  Były 
wyśmienitymi  strzelcami  znakomicie  posługującymi  się  wszelkiego  rodzaju  orężem  i  każde 
małe,  powolne  i  głupie  stworzenie,  które  odwróciło  się  do  nich  plecami,  narażało  się  na 

background image

stratowanie. 

Początkowo wszystkie chochliki mieszkały w norach, co bynajmniej nie jest niczym 

dziwnym  u  stworzeń  będących  za  pan  brat  ze  szczurami.  W  czasach  Dilda  przeważnie 
zamieszkiwały na powierzchni ziemi na sposób elfów i ludzi, jednak zachowywały tradycyjny 
charakter  swoich  domostw,  które  niczym  nie  różniły  się  od  siedzib  gatunków  masowo 
zasiedlających  pod  koniec  lata  ściany  starych  budynków.  Ich  chatki  zawsze  były  owalne, 
zbudowane  z  mokrej  słomy,  błota,  kawałków  darni  oraz  innych  resztek,  często  pobielonych 
przez  przelatujące  gołębie.  W  wyniku  tego  większość  chochlikowych  miast  wyglądała  tak, 
jakby powstała na skutek gwałtownych i przykrych zaburzeń żołądkowych jakiegoś wielkiego i 
niechlujnego stworzenia - na przykład smoka. 

W  całym  Bagnie  był  co  najmniej  tuzin  tych  przedziwnych  osad,  połączonych  siecią 

dróg,  urzędów  pocztowych  i  systemem  rządów,  który  nawet  kolonia  małży  uznałaby  za 
prymitywny. Samo Bagno dzieliło się pensami, półpensami i miedziakami z głową Indianina, 
którymi zarządzał burmistrz wybierany co roku w prima aprilis przy urnach wyborczych. W 
pełnieniu obowiązków pomagały mu liczne siły policji, która nie robiła nic prócz wymuszania 
zeznań, głównie od wiewiórek. Oprócz tych kilku namiastek instytucji państwowych w Bagnie 
nie istniał jakikolwiek rząd. Chochliki przeważnie były zajęte produkowaniem i spożywaniem 
żywności oraz alkoholu. Przez resztę czasu wymiotowały. 

background image

O znalezieniu Pierścienia 
 

Jak już powiedziano w poprzednim tomie tych opowieści, Dolinie Trolli, Dildo Bugger 

wyruszył  pewnego  dnia  z  bandą  stukniętych  krasnoludów  i  skompromitowanym 
różokrzyżowcem  imieniem  Goodgulf,  aby  odebrać  smokowi  stertę  krótkoterminowych 
obligacji  samorządowych  oraz  wartościowych  asygnat  kasowych.  Wyprawa  została 
uwieńczona sukcesem i smok, przedwojenny bazyliszek śmierdzący jak autobus, został wzięty 
od  tyłu  podczas  odcinania  kuponów.  Mimo  wszystko  chociaż  podczas  owej  wyprawy 
dokonano wielu bezsensownych i idiotycznych czynów, ta historia obchodziłaby nas jeszcze 
mniej - o ile to możliwe - gdyby nie drobne oszustwo, jakie w jej trakcie popełnił Dildo, żeby 
dostać  swoją  dolę.  W  Górach  Mączystych  wędrowcy  zostali  napadnięci  przez  zgraję 
rozszalałych norek, a spiesząc na pomoc walczącym krasnoludom, Dildo najwyraźniej stracił 
poczucie  kierunku  i  znalazł  się  w  dość  odległej  części  jaskini.  Stanąwszy  przed  wylotem 
tunelu,  wiodącego  stromo  w  dół,  Dildo  w  wyniku  chwilowego  nawrotu  zadawnionego 
niedomagania ucha wewnętrznego pobiegł nim na pomoc - jak sądził - swoim przyjaciołom. 
Przebiegłszy spory  dystans i  nie znajdując nic prócz tunelu, doszedł  do wniosku, że musiał 
gdzieś zmylić drogę, kiedy nagle korytarz doprowadził go do rozległej pieczary. 

Kiedy  oczy  Dilda  przywykły  do  bladej  poświaty,  stwierdził,  że  grotę  wypełniało 

szerokie,  nerkowatego  kształtu  jezioro,  w  którym  paskudnie  wyglądający  błazen  zwany 
Goddam  hałaśliwie  pluskał  się  na  starym,  gumowym  koniku  morskim.  Żywił  się  surowymi 
rybami i sporadycznymi przybyszami takimi jak Dildo, którego wizytę przyjął z entuzjazmem 
równym temu, jaki wzbudziłoby w nim nagłe przybycie ciężarówki z wyrobami McDonalda. 
Jednak tak jak każdy potomek chochlikowego rodu, Goddam wolał zachować ostrożność przy 
atakowaniu istot mających ponad pięć cali wzrostu i ważących więcej niż dziesięć funtów, tak 
więc wyzwał Dilda na turniej zagadek, żeby zyskać na czasie. Dildo, który w wyniku nagłego 
ataku  amnezji  zapomniał,  że  przed  jaskinią  właśnie  przerabiają  krasnali  na  rąbankę,  przyjął 
wyzwanie. 

Zadawali sobie niezliczone zagadki, takie jak kto grał Cisco Kida i co to jest Krypton. 

W końcu Dildo wygrał ten turniej. Ponaglany, żeby zadał kolejną zagadkę, zawołał, zaciskając 
dłoń  na  rękojeści  tęponosej  trzydziestki  ósemki: “Co  mam  w  kieszeni?" Na  to  Goddam  nie 
zdołał odpowiedzieć i z rosnącym zniecierpliwieniem popłynął do Dilda, skamląc: “Pokaż mi, 
pokaż". Dildo  spełnił jego prośbę, wyciągając pistolet i  opróżniając magazynek  w kierunku 
Goddama.  Mrok  utrudniał  celowanie,  więc  zdoła  tylko  przedziurawić  gumowego  konika. 
Goddam, który nie umiał pływać, szamotał się w wodzie, wyciągając rękę do Dilda i błagając o 
pomoc.  Dildo  zauważył  niezwykły  pierścień  na  jego  palcu  i  natychmiast  ściągnął  klejnot. 
Wykończyłby Goddama od razu lecz nie zrobił tego, w przypływie żalu. Żałuję, że skończyły 
mi się naboje, pomyślał i wrócił tunelem, ścigany wściekłymi wrzaskami Goddama. 

To dziwne, ale Dildo nigdy o tym nie opowiadał, twierdząc że wyjął Pierścień z nozdrzy 

jakiejś  świni lub  z automatu do  gry  - nie  pamięta skąd.  Goodgulf, z natury  podejrzliwy, za 
pomocą jednego ze swych magicznych wywarów (zapewne pentotalu sodu.) w końcu zdołał 
wydobyć  prawdę  z  chochlika  i  bardzo  przejął  się  tym,  że  Dildo,  będąc  zręcznym  i 
zamiłowanym łgarzem,  nie wymyślił bardziej wiarygodnej historyjki. Właśnie wtedy, mniej 
więcej  pięćdziesiąt  lat  wcześniej  nim  rozpoczyna  się  nasza  opowieść,  Goodgulf  zaczął 
domyślać się, jak ważny jest Pierścień. I jak zwykle, kompletnie się mylił. 

background image

NUDA PIERŚCIENI 

 
 
 

TO MOJE PRZYJĘCIE I OLEJĘ, KOGO ZECHCĘ 
 
 

Kiedy pan Dildo Bugger z Bug Endu niechętnie oznajmił, że zamierza wydać przyjęcie 

dla  wszystkich  chochlików  w  tej  część  Bagna,  w  Chochlikowie  natychmiast  zawrzało  -  we 
wszystkich brudnych lepiankach rozległy się okrzyki: “Wspaniale!" i “O rany, żarcie!" Śliniąc 
się na samą myśl, tracąc zmysły z łakomstwa kilku odbiorców zaproszeń pożarło małe, pięknie 
zdobione kartoniki zaproszeń. Jednak po początkowym ataku euforii chochliki powróciły do 
swych codziennych zajęć, znów - jak to mają w zwyczaju - zapadając w błogą drzemkę. 

Mimo  wszystko  ta  podniecająca  wieść  rozeszła  się  wśród  ocienionych  matami  bud, 

świeżych  dostaw  zdumionych  osłów  wielkich  beczek  pienistego  jak  mydliny  piwska, 
sztucznych  ogni  ton  naci  ziemniaczanej  i  gigantycznych  stert  starych  strucli.  Dc  miasta 
sprowadzono całe wozy ze snopami świeżo ściętej parząwki  - popularnego i bardzo silnego 
środka wymiotnego. Wieść o fecie dotarła nawet nad Rzekę Żółci i mieszkańcy tych odległych 
okolic zaczęli ściągać do miasta jak pijawki, wabione obietnicą darmowej uczty, przy której 
minóg jawił się nędzną przekąską. 

Nikt  w  całym  Bagnie  nie  miał  pojemniejszego  brzucha  od  zaślinionego  i 

zdziecinniałego starego plotkarza, Hafa Gangree. Haf przez całe życie skrupulatnie pełnił swe 
urzędnicze obowiązki i dzięki sporym zyskom z szantażu już dawno przeszedł na emeryturę. 

Tego wieczoru Wargacz, jak go nazywano, siedział w “Podbitym Oku" - podejrzanej 

norze często zamykanej przez burmistrza Fastbucka z powodu nieobyczajnego zachowania się 
zatrudnionych  tu  piersiastych  kelnerek,  które  podobno  potrafiły  wyrolować  trolla,  zanim 
zdążyłbyś powiedzieć “Rumpelstilzchen". Jak zwykle towarzyszyło mu paru moczymordów, 
włącznie z jego synem, Spamem Gangree, który właśnie świętował wyrok w zawieszeniu za 
czyn nierządny dokonany na nieletnim smoku płci żeńskiej. 

 -  Cała  ta  sprawa  bardzo  dziwnie  pachnie  -  rzekł  Wargacz,  wdychając  żrące  opary 

swojej fajki. - Mówią o tym, że pan Bugger nagle wyprawia wielką bibę, podczas gdy przez 
długie lata nie poczęstował sąsiadów nawet kawałkiem sera. 

Słuchacze w milczeniu pokiwali głowami, ponieważ właśnie tak stały sprawy. Nawet 

przed “dziwnym zniknięciem" Dilda, jego nory w Bug Endzie pilnowały groźne wilkołaki i nikt 
nie pamiętał, aby kiedykolwiek dał choć pensa na Doroczną Wentę Chochlikowa Na Rzecz 
Bezdomnych  Duchów.  Fakt,  że  nikt  inny  też  nie  dał,  w  niczym  nie  tłumaczył  słynnego 
skąpstwa Dilda. Trzymał się na uboczu, oddany tylko swojemu siostrzeńcowi i manii układania 
pornograficznych puzzli. 

 - A ten jego chłopak, Frito - dodał ślepawy Nat Clubfoot - jest zupełnie stuknięty. 
Stary Poop z Backwater przytaknął, razem z innymi. Bo któż nie widział młodego Frita 

błądzącego  bez  celu  po  krętych  uliczkach  Chochlikowa,  niosącego  bukiecik  kwiatków  i 
mamroczącego  coś  o  “prawdzie  i  pięknie"  albo  plotącego  takie  głupoty  jak  "Cogito  ergo 
chochlikum"? 

 -  To  dziwak,  naprawdę  -  rzekł  Wargacz  -  i  wcale  nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  w  tej 

gadaninie o jego krasnoludzich sympatiach tkwiła szczypta prawdy. 

Zebrani  przyjęli  to  stwierdzenie  zaambarasowanym  milczeniem,  szczególnie  młody 

Spam, który nigdy nie wierzył w nie potwierdzone pogłoski o tym, że Buggersi to “krasnoludy 
w  przebraniu".  Jak  przypominał  Spam,  prawdziwe  krasnoludy  są  niższe  i  cuchną  znacznie 

background image

gorzej od chochlików. 

 - Często powiadają - zaśmiał się Wargacz, machając prawą nogą - że pewien facet tylko 

pożyczył sobie nazwisko Bugger! 

 -  Właśnie  -  pisnął  Clotty  Peristalt.  -  Jeśli  ten  Frito  nie  jest  owocem  mieszanego 

związku, to ja nie odróżniam śniadania od podwieczorku! 

Wszyscy  biesiadnicy  ryknęli  śmiechem,  przypominając  sobie  matkę  Frita,  a  siostrę 

Dilda,  która  lekkomyślnie  związała  się  z  kimś  po  niewłaściwej  stronie  Rzeki  Żółci  (kimś 
znanym  jako  mieszaniec,  tzn.  pół  chochlik,  pół  opos).  Kilku  słuchaczy  podchwyciło  temat, 
przypominając  szereg  wulgarnych  (wulgarnych  dla  wszystkich  oprócz  chochlików, 
oczywiście) i dość prostackich żartów na koszt Buggersów. 

 -  Ponadto  -  rzekł  Wargacz  -  Dildo  zawsze  postępował..  tajemniczo,  jeśli  wiecie,  co 

mam na myśli. 

 -  Niektórzy  powiadają,  że  zachowuje  się  tak,  jakby  miał  o  do  ukrycia,  tak  mówią  - 

powiedział  jakiś  obcy  głos  z  ciemnego  kąta.  Ten  głos  należał  do  mężczyzny  nie  znanego 
chochlikom spod “Podbitego Oka", przybysza nie zauważonego przez nich ze względu na jego 
pospolity  czarny  hełm,  czarną  kolczugę,  czarną  maczugę,  czarny  sztylet  oraz  zupełnie 
zwyczajne oczy, gorejącej jak dwa węgle. 

 - Ci, którzy tak mówią, mogą mieć rację - przyznał Wargacz, mruganiem uprzedzając 

słuchaczy o zbliżającej się poincie. - Jednak ci, którzy mówią inaczej, też mogą się mylić. 

Kiedy ucichła salwa śmiechu wywołana tym typowym dla Gangree wicem, mało kto 

spostrzegł, że nieznajomy zniknął pozostawiając za sobą tylko dziwną woń stajni. 

 - Jednak - upierał się Spam - to będzie przednia zabawa. 
I wszyscy przyznali mu rację, ponieważ chochlik niczego nie lubi bardziej niż okazji 

opchania się do obrzydzenia. 

Była chłodna, wczesna jesień, zapowiadająca doroczną zmianę chochlikowych deserów 

- z całych melonów na całe dynie. Jednak młodsze chochliki, które jeszcze nie były zbyt opasłe, 
aby  powlec  swoje  niezgrabne  cielska  uliczkami  miasta,  ujrzały  zapowiedź  nadchodzących 
uroczystości: sztuczne ognie! 

Kiedy zbliżał się dzień uczty, wozy ciągnione przez kozły pociągowe przetoczyły się 

przez  bramę  Chochlikowa,  wyładowane  pudłami  i  skrzyniami  opatrzonymi  runicznym 
krzyżykiem Czarodzieja Goodgulfa oraz rozmaitymi nazwami elfich firm. 

Skrzynie  wyładowano  i  otwarto  pod  drzwiami  Dilda,  a  tłum  chochlików  machał 

przysłowiowymi  ogonami,  podziwiając  ich  cudowną  zawartość.  Były  tam  pęki  rur 
zamocowanych na trójnogach do wystrzeliwania ogromnych rzymskich ogni; grube, opatrzone 
lotkami rakiety z dodatkowymi guzikami na przedzie, ważące setki funtów; ruchomy cylinder z 
szeregiem komór zaopatrzony w korbkę do obracania; a także wielkie petardy przypominające 
dzieciom  zielone  ananasy  z  przymocowanym  kółeczkiem.  Na  każdej  skrzynce  widniały 
wymalowane  zieloną  farbą  elfie  runy  głoszące,  iż  te  zabawki  zostały  wyprodukowane  w 
baśniowej wytwórni najwidoczniej noszącej nazwę “Nadwyżki woskowe". 

Dildo  z  szerokim  uśmiechem  pilnował  rozładunku  i  rozgonił  młódź  jednym 

morderczym machnięciem nogi zaopatrzonej w dobrze naostrzony pazur. 

 - Wynocha, zmiatać, won!  -  zawołał  wesoło  za umykającymi. Potem roześmiał  się i 

wrócił do swojej nory, żeby porozmawiać z gościem. 

 -  To  będzie  pokaz  ogni  sztucznych,  jakiego  nie  zapomną  -  zachichotał  podstarzały 

chochlik do Goodgulfa, który z wyraźnym niesmakiem pykał cygaro, siedząc w fotelu będącym 
typowym  okazem  nowoczesnego  elfiego  bezguścia.  Podłoga  wokół  nich  była  zasłana 
czteroliterowymi fragmentami układanki. 

 - Obawiam się, że musisz zmienić swoje plany względem nich - stwierdził Czarodziej, 

rozplątując kłąb splątanych kłaków swej długiej, brudnoszarej brody. - Nie możesz uciekać się 
do masowych mordów przy załatwianiu drobnych porachunków z mieszkańcami miasteczka. 

background image

Dildo uważnie przyglądał się staremu przyjacielowi. Czarodziej miał na sobie znoszoną 

szatę  czarnoksiężnika,  która  już  dawno  wyszła  z  mody,  z  ponadrywanymi  gwiazdami  i 
cekinami zwisającymi z wystrzępionego rąbka. Na głowie nosił pomiętą, stożkowatą czapkę, 
niechlujnie  pobazgroloną  fosforyzującymi  w  mroku,  kabalistycznymi  znakami,  wzorami 
chemicznymi oraz wyblakłymi graffiti krasnoludów, a w zartretyzowanej dłoni o ogryzionych 
paznokciach  dzierżył  krzywy,  stoczony  przez  korniki  kostur,  który  służył  mu  jako 
“czarodziejska" różdżka i drapak do pleców. W tej chwili Goodgulf używał go w tym drugim 
celu,  jednocześnie  wpatrując  się  w  palce  swoich  nóg  wystające  z  tego,  co  niegdyś  było 
czarnymi trampkami na grubej podeszwie. 

 - Wyglądasz na trochę steranego, Gulfie - zachichotał Dildo. - Krach na czarodziejskim 

rynku, no nie? 

Goodgulf wyraźnie wzdrygnął się, słysząc swój szkolny przydomek, ale z godnością 

wygładził fałdy szat. 

 - To nie moja wina, że niedowiarki drwią z mojej mocy - rzekł. - Jeszcze rozdziawią 

gęby na widok moich czarów! 

Nagle machnął kosturem i komnata pogrążyła się w mroku. W ciemności Dildo ujrzał, 

że szaty Goodgulfa jarzą się jasną poświatą. W jakiś tajemniczy sposób na piersi czarodzieja 
pojawiły się dziwne znaki, tworzące napis w elfim języku: “Pocałujesz mnie po ciemku, mała?" 

Równie nagle światło ponownie rozjaśniło przytulną norę i napis na piersi czarodzieja 

zgasł. Dildo podniósł oczy do góry i wzruszył ramionami. 

 - Daj spokój, Gulfie - powiedział. - Takie numery wyszły z mody razem z koszulami w 

kwiatki.  Nic  dziwnego,  że  musisz  dorabiać  karcianymi  sztuczkami  w  salkach  parafialnych 
różnych pipidówek. 

Goodgulf nie przejął się sarkazmem przyjaciela. 
 -  Nie  drwij  z  mocy  przekraczających  twoje  zdolności  pojmowania,  bezczelny 

włochaczu - rzekł, a w jego dłoni nagle pojawiło się pięć asów. - Widzisz skuteczność moich 
czarów! 

 - Widzę tylko, że w końcu naprawiłeś tę sprężynę w rękawie  - zachichotał chochlik, 

nalewając staremu kumplowi kufel piwa. 

 - Może więc dasz spokój tym swoim hokus - pokus i powiesz mi, czemu zaszczyciłeś 

mnie swoją obecnością? I apetytem. 

Zanim  odpowiedział,  Czarodziej  odczekał  chwilę,  usiłując  zmierzyć  Dilda  ponurym 

spojrzeniem oczu, które ostatnio zdradzały tendencję do lekkiego zezowania. 

 - Czas porozmawiać o Pierścieniu - rzekł. 
 - Pierścieniu, pierścieniu... Jakim pierścieniu? 
 - Wiesz aż za dobrze, o jakim Pierścieniu - odparł Goodgulf. - O Pierścieniu w twojej 

kieszeni, Bugger. 

 - Och, o tym Pierścieniu - rzekł Dildo, udając niewinnego. 
 -  Myślałem,  że  mówisz  o  tym  pierścionku,  który  zostawiłeś  w  mojej  wannie  po 

ostatniej sesji z gumową kaczką. 

 -  Nie  czas  na  żarty  -  powiedział  Goodgulf  -  gdyż  Zło  kroczy  po  ziemi,  a 

niebezpieczeństwo czai się wszędzie. 

 - Ale... - zaczął Dildo. 
 - Dziwne rzeczy dzieją się na Wschodzie... 
 - Ale... 
 - Zguba nadciąga z Zachodu... 
 - Ale... 
 - Lis wpadł do kurnika... 
 - Ale... 
 - ... mucha do śmietany... 

background image

Dildo gwałtownie zacisnął dłoń na ustach Czarodzieja. 
 - Chcesz powiedzieć... chcesz powiedzieć...  - szepnął  - że możemy znaleźć w koszu 

zgniłe jabłko? 

 - Mmhmm! - potwierdził zakneblowany mag.  
Najgorsze obawy Dilda stały się prawdą. Po przyjęciu, pomyślał, trzeba będzie podjąć 

kilka poważnych decyzji. 

 
 
Chociaż  rozesłano  tylko  dwieście  zaproszeń,  Frito  Bugger  nie  powinien  być 

zaskoczony, widząc kilkakrotnie więcej gości zasiadających przy ogromnych, podobnych do 
koryt stołach pod wielkimi baldachimami rozstawionymi na łące Buggera. Szeroko otworzył 
młode oczy na widok długich rzędów gęb żarłocznie szarpiących i ogryzających pieczyste, nie 
zważających  na  nic.  W  pomrukującym  i  czkającym  tłumie  otaczającym  biesiadne  stoły  nie 
dostrzegł wielu znajomych twarzy, lecz mało której nie zakrywała maska zaschniętego tłuszczu 
i  sosu.  Dopiero  wtedy  młody  chochlik  pojął  prawdziwość  ulubionego  przysłowia  Dilda: 
“Trzeba wiele, żeby zamknąć usta chochlikowi". 

Mimo wszystko to wspaniałe przyjęcie, stwierdził Frito, uchylając się przed niedbale 

rzuconym,  ogryzionym  udźcem.  Wykopano  wielkie  jamy  w  ziemi  na  przyjęcie  stert 
przypalonego mięsiwa, które goście wrzucali w swe dobrze umięśnione gardziele, a wuj Dildo 
wymyślił  sprytny  system  rur  z  grawitacyjnym  obiegiem,  aby  doprowadzić  galony  mocnego 
piwska  do  ich  bezdennych  brzuchów.  Frito  w  ponurym  milczeniu  obserwował  swoich 
ziomków, którzy ciamkając, opychali się chrupkami ziemniaczanymi oraz napychali kieszenie 
kubraków i sakiewki kawałkami tłustego miecha “na później". Od czasu do czasu zbyt łakomy 
biesiadnik padał nieprzytomny na ziemię, ku wielkiej uciesze towarzyszy, którzy, korzystając z 
okazji,  obsypywali  go  resztkami.  A  właściwie  resztkami,  których  nie  chowali  sobie  “na 
później". 

Wszędzie  wokół  Frita  rozchodził  się  donośny  zgrzyt  chochlikowych  zębów,  ciężkie 

chochlikowe  posapywania  i  jękliwe  granie  chochlikowych  brzuchów.  Chrzęst  i  chrupanie 
niemal  zagłuszyły  hymn  Bagna,  który  z  mniejszym  lub  większym  powodzeniem  usiłowała 
odegrać wynajęta orkiestra. 

 

Myśmy chochliki włochaty lud  
Lubimy jeść dużo, a nawet w bród.  
Wszyscy jak bracia się kochamy  
I bardzo rzadko się pożeramy.
 
Wciąż głodni i wiecznie spragnieni,  
Choć brzuch pęka z przejedzenia.  
Pożre wszystko do ostatnich okruchów,  
Nasza banda strasznych obżartuchów.
 
 
Refren: żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć.
 
 
Dalej, chochliki, zasiądźmy do stołu,  
A każdy z nas połknąć może wołu.  
Zatem jedzmy, od wieczora po rano.  

background image

(I znów, byle tylko podano). 
Cokolwiek na stole nasz wróg!  
Jedz pókiś nie wyciągnął nóg!  
Wciąż weseli, nie dorastamy,  
Śpiewamy, gramy i rzygamy!
 
 
Refren: żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć, żreć.

 

 
Frito przeszedł wzdłuż rzędów stołów, mając nadzieję znaleźć przysadzistą, znajomą 

postać Spama. “Żreć, żreć, żreć..." - mamrotał pod nosem, lecz te słowa wydały mu się dziwne. 
Dlaczego był taki samotny wśród rozbawionego tłumu, dlaczego zawsze czuł się jak intruz w 
swojej własnej wiosce? Frito spojrzał na falangi miarowo poruszających się siekaczy i długich 
na  stopę,  rozdwojonych  jęzorów  wywieszonych  z  setek  ust,  różowych  i  wilgotnych  w 
popołudniowym słońcu. 

W  tym  momencie  dostrzegł  jakieś  poruszenie  u  szczytu  stołu,  gdzie  powinien  był 

zasiadać  jako  honorowy  gość.  Wuj  Dildo  stał  na  ławie  i  gestem  uciszał  zebranych,  chcąc 
wygłosić poobiednią przemowę. Po burzy szyderczych okrzyków i ogłuszeniu paru najbardziej 
niesfornych  gości,  wszystkie  kudłate,  sterczące  uszy  i  szkliste  oczka  skierowały  się  na 
gospodarza, łowiąc jego słowa. 

“Moi bracia - chochliki - rzekł - moi bracia z rodów Poops i Peristalts, Barrelgutts i 

Hangbellies,  Needlepoints,  Liverflaps  i  Nosethingers".  (Nosefingers!  -  poprawił  go 
rozsierdzony pijak, który, zgodnie ze zwyczajem swego rodu, wepchnął sobie w nozdrze palec 
aż do czwartego stawu). 

“Mam  nadzieję,  że  wszyscy  napchaliście  sobie  brzuchy  aż  do  obrzydzenia".  To 

tradycyjne  pozdrowienie  przyjęto  zwyczajową  salwą  pierdnięć  i  czknięć,  świadczących  o 
zadowoleniu z poczęstunku. 

“Jak wam wiadomo, przez większość życia mieszkałem w Chochlikowie i wyrobiłem 

sobie  zdanie  o  wszystkich  jego  mieszkańcach.  Teraz,  zanim  was  opuszczę  na  zawsze,  chcę 
pokazać wam, co o was myślę". Tłum zawył radośnie w przekonaniu, że oto nadszedł czas, gdy 
Dildo rozdzieli oczekiwane prezenty. Jednak to, co nastąpiło, zaskoczyło nawet Frita, który z 
niemym podziwem spojrzał na swego wuja. Dildo odwrócił się i opuścił spodnie. 

Wybuchło  potworne  zamieszanie,  które  lepiej  pozostawmy  wyobraźni  czytelnika, 

choćby  nie  wiedzieć  jak  ubogiej.  Jednak  Dildo,  dawszy  wcześniej  umówiony  znak  do 
odpalenia  sztucznych  ogni,  umknął  rozwścieczonym  mieszkańcom  miasteczka.  Nagle 
potwornie huknęło i błysnęło. Rycząc z przerażenia, żądne zemsty chochliki padły na ziemię 
wśród ogłuszającego łoskotu i rozbłysków. Gdy wszystko ucichło, co odważniejsi członkowie 
karnej  ekspedycji  podnieśli  głowy  i  spojrzeli  na  mały  pagórek,  na  którym  stał  stolik 
gospodarza. Nie było go tam. Tak samo jak Dilda. 

 - Szkoda, że nie widzieliście, jakie mieli miny - śmiał się Dildo, mówiąc do Goodgulfa 

i Frita. Bezpiecznie ukryty w swojej norze, stary chochlik pokładał się ze śmiechu. - Biegali jak 
wystraszone króliki! 

 - Króliki czy chochliki, mówię ci, że powinieneś uważać - rzekł Goodgulf. - Mogłeś 

kogoś zranić. 

 - Nie, nie - odparł Dildo. - Wszystkie odłamki poleciały w innym kierunku. A w ten 

sposób pokazałem im, co o nich myślę, zanim na dobre opuszczę to miasteczko. 

Dildo  wstał  i  ostatni  raz  sprawdził  swoje  kufry,  starannie  zaadresowane  “Riv'n'dell, 

Estrogen". 

 - Robi się gorąco i trzeba było jakoś poruszyć tych obżartych tępaków. 

background image

 - Gorąco? - zapytał Frito. 
 - Tak - odparł Goodgulf. - Zło kroczy po... 
 -  Nie  teraz  -  przerwał  mu  niecierpliwie  Dildo.  -  Powiedz  mu  tylko  to,  co  mi 

powiedziałeś. 

 -  Twój  nieuprzejmy  wuj  mówi  o  tym  -  zaczął  Czarodziej  -  że  dostrzegłem  wiele 

znaków na niebie i ziemi źle wróżących wszystkim, w Bagnie i wszędzie. 

 - Znaków? - spytał Frito. 
 -  Zaprawdę  i  zaiste  -  odparł  ponuro  Goodgulf.  -  W  minionym  roku  widziałem 

przedziwne i zatrważające zjawiska. Pola obsiane pszenicą rodziły trawę i grzyby, i nawet w 
małych ogródkach nie przyjmowały się karczochy. Był upalny dzień w grudniu i niebieskie 
migdały.  Wydrukowano  kalendarze  z  miesiącem  złożonym  z  samych  niedziel,  a  dwaj 
sprzedawcy  polis  otrzymali  za  życia  Order  Podwiązki.  Rozstąpiła  się  ziemia,  ukazując 
wnętrzności kozła powiązane marynarskimi węzłami. Słońce pociemniało, a z niebios padały 
rozmokłe czipsy ziemniaczane. 

 - I cóż zapowiadają te znaki? - jęknął przerażony Frito. 
 - Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami Goodgulf - ale to świetny tekst. Jednak to nie 

wszystko. Moi szpiedzy mówi o czarnych zastępach zbierających się na Wschodzie, w martwe 
krainie Fordoru. Hordy paskudnych norek i trolli rosną w siłę a czerwonookie cienie codziennie 
podkradają się aż do granic Bagna. Niebawem na tej ziemi zapanuje terror pod straszliwymi 
rządami Sorheda. 

 - Sorhed! - wykrzyknął Frito. - Przecież Sorheda już nie ma. 
 - Nie wierz we wszystko, co usłyszysz od heroldów - rzekł ponuro Dildo. - Uważano, 

że  Sorhed  został  zniszczony  na  zawsze  w  bitwie  o  Brylopad,  jednak  najwidoczniej  to  było 
zwykłe chciejstwo. Tymczasem on oraz jego Dziewięciu Niezguli wymknęli się z pola bitwy, 
sprytnie udając trupę cygańskich  akrobatów. Uciekłszy przez Ngaio  Marsh, przedarli się na 
przedmieścia  Fordoru,  gdzie  ceny  nieruchomości  natychmiast  spadły  jak  sok  cierpiący  na 
paraliż. Od tej pory cały czas odbudowywali swą potęgę. 

 - Jego Czarny Karbunkuł Zagłady urósł i niebawem gotów zalać całe Śródziemie Dolne 

strugami swego plugastwa. Jeśli mamy przetrwać, ten wrzód trzeba przeciąć, zanim Sorhed 
zacznie naciskać. 

 - Tylko jak to zrobić? - rzekł Frito. 
 -  Musimy  trzymać  go  z  daleka  od  tego,  co  oznacza  dlań  pewne  zwycięstwo  -  rzekł 

Goodgulf. - Musimy trzymać go z dala od Wielkiego Pierścienia! 

 -  A  co  to  za  Pierścień?  -  spytał  Frito,  ukradkiem  rozglądając  się  za  najbliższym 

wyjściem z nory. 

 - Przestań rozglądać się za najbliższym  wyjściem,  to  ci  powiem  - zgromił  Goodgulf 

przestraszonego  chochlika.  -  Wiele  wieków  temu,  kiedy  chochliki  jeszcze  walczyły  z 
wiewiórkami o orzechy laskowe, w Krainie Elfów wykonano Pierścienie Władzy. Stworzone 
według tajemnego przepisu znanego obecnie tylko producentom pasty do zębów, te legendarne 
Pierścienie dawały ich posiadaczom cudowną moc. Było ich dwadzieścia: sześć do władania 
ziemią, pięć dla panowania nad morzami, trzy dla królowania w powietrzu i dwa zapobiegające 
nieświeżemu  oddechowi.  Mając  te  Pierścienie,  dawni  mieszkańcy  tych  ziem,  zarówno 
śmiertelnicy, jak elfy, żyli w pokoju i szczęściu. 

 - Przecież to dopiero szesnaście - zauważył Frito. - A co z pozostałymi czterema? 
 - Zwrócono je do producenta z powodu wad fabrycznych - zaśmiał się Dildo. - Często 

powodowały zwarcia na deszczu i właściciel zostawał bez palca. 

 -  Oprócz  Wielkiego  Pierścienia  -  ciągnął  Goodgulf  -  który  rządzi  wszystkimi 

pozostałymi, dlatego jest teraz tak usilnie poszukiwany przez Sorheda. Jego moc i uroda są 
legendarne, a właściciela obdarza ponoć niezwykłymi przymiotami. Powiadają, że dzięki mocy 
tego  klejnotu  posiadacz  może  dokonywać  wspaniałych  czynów,  panować  nad  wszystkimi 

background image

stworzeniami,  pokonywać  niezwyciężone  armie,  rozmawiać  z  rybami  i  drobiem,  giąć  stal 
gołymi rękami, jednym susem wskakiwać na wysokie mury, zyskiwać przyjaciół i wpływ na 
ludzi, załatwiać mandaty za nieprzepisowe parkowanie... 

 - I zostać królową balu - dokończył Dildo. - Cokolwiek zechce! 
 - Tak więc wszyscy chcą mieć ten Wielki Pierścień - mruknął Frito. 
 - Chcą, żeby spadła na nich klątwa! - zawołał Goodgulf, gwałtownie machając laską. - 

Ponieważ równie pewna jest moc Pierścienia, jak jego władza nad posiadaczem! Właściciel 
powoli zmienia się i nigdy na lepsze. Robi się nieufny i zazdrosny o swą potęgę, a jego serce 
zmienia się w kamień. Zbytnio wielbi swą siłę i dostaje wrzodów żołądka. Staje się ociężały i 
drażliwy, podatny na neurozy, migreny, bóle kręgosłupa i częste przeziębienia. Niebawem nikt 
nie zaprasza go na przyjęcia. 

 - Straszliwa jest moc tego Wielkiego Pierścienia - rzek Frito. 
 -  I  straszliwe  brzemię  tego,  kto  go  posiadł  -  dodał  Goodgulf.  -  Ponieważ  jakiś 

nieszczęśnik musi odnieść klejnot tam gdzie nie dosięgnie go Sorhed, narażając się na wiele 
niebezpieczeństw i niemal pewną zgubę. Ktoś musi zanieść ten Pierścień do Otchłani Fordoru, 
pod  samym  nosem  strasznego  Sorheda;  ktoś  na  pozór  nieodpowiedni  do  tego  zadania,  kto 
nieprędko zostanie wykryty. 

Frito wzdrygnął się, współczując temu nieszczęśnikowi. 
 - A więc posiadaczem Pierścienia powinien być kompletny tuman - rzekł z nerwowym 

uśmiechem. 

Goodgulf zerknął na Dilda, który skinął głową i niedbale rzucił Fritowi mały, lśniący 

przedmiot. To był pierścień. 

 - Gratuluję - rzekł ponuro Dildo. - Właśnie wygrałeś główną nagrodę. 

background image

II 
TROJE TO ZABAWA, CZWORO SAME NUDY 
 

 
 - Na twoim miejscu - rzekł Goodgulf - niezwłocznie ruszyłbym w drogę. 
Frito spojrzał nań nieobecnym wejrzeniem znad herbaty z rzepy. 
 - Nie widzę problemu, Goodgulf. Możesz być na moim miejscu. Nie pamiętam, żebym 

zgłosił się na ochotnika do tęgo interesu z Pierścieniem. 

 - Nie czas na jałowe swary - stwierdził Czarodziej, wyciągając królika z pogniecionego 

kapelusza. - Dildo wyruszył kilka dni temu i czeka na ciebie w Riv'n'dell, co i ja zrobię. Tam o 
losie Pierścienia zadecydują wszyscy mieszkańcy Śródziemia Dolnego. 

Frito  udawał  zajętego  swoją  filiżanką  herbaty,  gdy  Spam  wszedł  do  pokoju  i  zaczął 

sprzątać norę, pakując przedmioty należące do Dilda. 

 -  Hej,  panie  Frito  -  wychrypiał,  odsuwając  z  czoła  tłuste  kędziory.  -  Chcę  tylko 

spakować  resztę  rzeczy  pańskiego  wuja,  który  tak  tajemniczo  zniknął  bez  śladu.  Dziwna 
sprawa, no nie? 

Widząc,  że  nie  otrzyma  żadnego  wyjaśnienia,  wierny  sługa  powlókł  się  do  sypialni 

Dilda.  Goodgulf,  pospiesznie  złapawszy  królika,  który  hałaśliwie  zwymiotował  na  dywan, 
znów podjął rozmowę. 

 - Jesteś pewny, że można mu ufać?  
Frito uśmiechnął się. 
 - Oczywiście. Spam jest moim prawdziwym przyjacielem jeszcze z poprawczaka. 
 - I nic nie wie o Pierścieniu? 
 - Nic - odparł Frito. - Jestem tego pewny.  
Goodgulf z powątpiewaniem spojrzał na zamknięte drzwi sypialni. 
 - Nadal go masz, prawda? 
Frito skinął głową i pociągnął za łańcuszek ze spinaczy, którym przymocował klejnot 

do wystrzępionej koszulki do krykieta. 

 - A więc bądź ostrożny - ostrzegł Goodgulf - gdyż ma on przedziwne właściwości. 
 -  Może  na  przykład  napchać  mi  kieszenie?  -  zapytał  młody  chochlik,  obracając 

Pierścień w grubych palcach. Popatrzył na klejnot z obawą, jak często czynił to w ciągu kilku 
minionych dni. Był zrobiony z jasnego metalu, pokrytego dziwnymi wzorkami i napisami. Na 
wewnętrznej powierzchni wyryto coś w nie znanym Fritowi języku. 

 - Nie rozumiem tych słów - rzekł Frito. 
 -  No  pewnie  -  odparł  Goodgulf.  -  To  mowa  elfów,  język  Fordoru.  W  swobodnym 

przekładzie napis głosi: 

Ten Pierścień niezrównany elfy wykonały  
I rodzone matki zań by dziś sprzedały.  
Władca cieni, śmiertelnych i wszelkiego stwora  
Ten ścichapęk siłę daje, lecz zmienia w potwora.  
Moc potężną kryje w sobie ów jeden, Jedyny.  
I pozwala niezwykłe dokonywać czyny.  
Rozbity czy popsuty, naprawić się nie da.  
Znaleziony odesłać (za pobraniem) do Sorheda.
 
 -  Shakestoorem  to  autor  nie  był  -  stwierdził  Frito,  pośpiesznie  chowając  Pierścień  z 

powrotem do kieszeni. 

 - Jednak przekazał wyraźne ostrzeżenie - przypomniał Goodgulf. - Nawet teraz słudzy 

Sorheda węszą za granicą w poszukiwaniu tego Pierścienia i nie minie wiele czasu, a wywęszą 
go tutaj. Czas ruszać do Riv'n'dell. 

Stary mag wstał, podszedł do drzwi sypialni i otworzył ją nagłym szarpnięciem. Spam 

background image

rąbnął  nadstawionym  uchem  o  podłogę,  grzechocząc  kieszeniami  pełnymi  najlepszych, 
platerowanych mithrilem sztućców Dilda. 

 - A oto twój wierny towarzysz. 
Gdy  Goodgulf  wszedł  do  sypialni,  Spam  -  gorączkowo  usiłując  ukryć  wystające  z 

kieszeni sztućce - uśmiechnął się głupkowato do Frita, przybierając tępy wyraz twarzy, który 
Frito tak polubił 

Ignorując Spama, Frito lękliwie zawołał za Czarodziejem: 
 - Przecież... przecież... muszę się przygotować! Moje bagaże... 
 -  Bez  obawy  -  odparł  Goodgulf,  podając  mu  dwie  walizki!  -  Zająłem  się  tym  i 

spakowałem je za ciebie. 

 
 
Noc  była  jasna  jak  klejnot  elfów,  roziskrzona  gwiazdkami,  gdy  Frito  zebrał  swoją 

kompanię  na  pastwisku  za  miastem.  Oprócz  Spama  byli  to  dwaj  bliźniacy  -  Moxie  i  Pepsi 
Dangleberry, obaj bardzo hałaśliwi i zupełnie bezużyteczni. Właśnie wesoło harcowali na łące. 
Frito przywołał ich do porządku, zastanawiając się, dlaczego Goodgulf ściągnął mu na kark 
tych  dwóch  zadowolonych  z  siebie  idiotów,  którym  nikt  w  mieście  nie  powierzyłby  nawet 
spalonej zapałki. 

 - Chodźmy, chodźmy! - zawołał Moxie. 
 -  Tak,  chodźmy  chodźmy  -  dodał  Pepsi,  zrobił  jeden  krok  i  runął  jak  długi, 

rozkwaszając sobie nos. 

 - Fatalnie! - zaśmiał się Moxie. 
 - Gorzej niż fatalnie! - jęknął Pepsi. 
Frito uniósł oczy ku niebu. Zapowiadała się długa podróż. 
Z trudem pozbierawszy swoich kompanów, Frito dokonał inspekcji ich ekwipunku. Tak 

jak się obawiał, zapomnieli o jego poleceniach i zabrali mnóstwo sałatki ziemniaczanej. Nato-
miast Spam napchał plecak kiepskimi romansidłami i sztućcami Dilda. 

W końcu ruszyli, zgodnie z instrukcjami Goodgulfa, oznakowanym na żółto Krętym 

Szlakiem  Wewnątrzstanowym  ku  Whee.  Mieli  przed  sobą  najdłuższy  odcinek  drogi  do 
Riv'n'dell.  Czarodziej  kazał  im  podróżować  niepostrzeżenie  nocą  poboczem  szlaku, 
nadstawiając  uszu,  mając  szeroko  otwarte  oczy  i  czyste  nosy.  Na  skutek  niedawnego 
niefortunnego upadku Pepsi z trudem spełniał to ostatnie zalecenie. 

Przez jakiś czas wędrowali w milczeniu, zajęci czynnością, która u chochlików uchodzi 

za myślenie. Jednak Frito był mocno zaniepokojony czekającą ich, długą drogą. Podczas gdy 
jego  towarzysze  wesoło  kroczyli  naprzód,  żartobliwie  kopiąc  się  i  podstawiając  sobie  nogi, 
jemu  serce  zamierało  z  obawy.  Wspominając  szczęśliwsze  czasy,  zamruczał  pod  nosem,  a 
potem zanucił prastarą pieśń krasnoludów, której nauczył się, siedząc na kolanach wujka Dilda, 
pieśń, której autor żył na długo przed początkiem Śródziemia Dolnego. Brzmiała tak: 

 

Hej - ho, hej - ho, 
Do pracy by się szło, 
Hej - ho, hej - ho, hej - ho, hej - ho, Hej - ho, hej - ho...

 

 
 - Dobre! Dobre! - pisnął Moxie. 
 - Tak, dobre! Szczególnie to “hej - ho" - dodał Pepsi. 
 - A jaki tytuł ma ta piosenka? - spytał Spam, który nie zna wielu pieśni (a przynajmniej 

wielu przyzwoitych pieśni). 

 - Nazywam ją “Hej - ho" - rzekł Frito. 
Jednak  wcale  nie  poprawiła  mu  humoru.  Wkrótce  zaczęli  padać  i  wszyscy  się 

background image

przeziębili. 

Niebo na zachodzie zmieniło barwę z czarnej  na perłowoszarą  gdy  cztery  chochliki, 

zmęczone  i  zasmarkane,  przerwały  marsz  i  zatrzymały  się  na  popas  w  kępie  wierzb,  wiele 
kroków od nie osłoniętego Szlaku. Strudzeni wędrowcy wyciągnęli się na ziemi pod okapem 
gałęzi,  po  czym  spożyli  lekki  posiłek  złożony  z  krasnoludowego  chleba,  warzonego  przez 
chochliki piwa oraz sznycli cielęcych. Potem, cicho pojękując z przeżarcia, wszyscy zapadli w 
sen, śniąc swoje chochlikowe sny, przeważnie związane sznyclami cielęcymi. 

Frito obudził się nagle. Już zapadał mrok i mdlące ściskanie w żołądku sprawiło,  że 

chochlik z przerażeniem spojrzał spomiędzy gałęzi na Szlak. Poprzez liście dojrzał w oddali 
jakiś ciemny ogromny kształt. To coś poruszało się powoli i ostrożnie Szlakiem wyglądając jak 
wysoki, czarny jeździec na ogromnym i brzuchatym wierzchowcu. Stojąc na tle zachodzącego 
słońca,  Frito  wstrzymał  oddech,  gdy  złowroga  postać  wpatrywała  się  w  okolic  czerwonymi 
ślepiami.  W  pewnej  chwili  te  gorejące  węgle  spojrzały  prosto  na  Frita,  ale  zamrugały 
krótkowzrocznie i przesunęły się dalej. Ogromny rumak, który zdumionym oczom Frita jawił 
się  jako  wielka,  niezwykle  przekarmiona  świnia  wielkości  chałupy,  chrząkał  i  obwąchiwał 
mokrą ziemię, łowiąc ich zapach. Pozostałe chochliki obudziły się i zamarły ze zgrozy. Na ich 
oczach tropiciel spiął rumaka, pierdnął donośnie i smrodliwie, po czym odjechał. Nie zauważył 
ich. 

Chochliki  zaczekały,  aż  pochrząkiwanie  bestii  zupełnie  ucichnie  w  oddali,  zanim 

podjęły rozmowę. Frito odwrócił się do swoich towarzyszy, którzy pochowali się w jukach, 
szepcząc: 

 - Wszystko w porządku. Odjechał.  
Spam niepewnie wyjrzał z worka. 
 -  A  niech  mnie,  jeśli  nie  zgłupiałem  ze  strachu.  -  Zaśmiał  się  słabo.  -  To  było  takie 

dziwne i niepokojące! 

 - Dziwne i niepokojące! - potwierdził chór głosów z innych sakw. 
 - A jeszcze bardziej niepokojące jest to, że za każdym razem, gdy otworzę dziób, słyszę 

echo! 

Spam kopnął oba worki, które odpowiedziały jękami, lecz najwidoczniej nie zamierzały 

wypluć swojej zawartości. 

 - Zrzęda z niego - rzekł pierwszy. 
 - Zrzęda i złośliwiec - przytaknął drugi. 
 - Zastanawiam się - powiedział Frito - kim i czym był ten straszliwy jeździec. 
Spam spuścił oczy i z zakłopotaniem potarł podbródek. 
 - Podejrzewam, że to jeden z tych, przed którymi Wargacz kazał mi pana przestrzec, 

panie Frito. 

Frito spojrzał na niego pytająco. 
 -  Noo  -  rzekł  Spam,  odgarniając  lok  i  przepraszająco  liżąc  nogi  Frita  -  teraz 

przypominam sobie, że tuż przed tym, zanim ruszyliśmy w drogę, stary powiedział mi tak: “I 
nie  zapomnij  ostrzec  pana  Frita,  że  pytał  o  niego  jakiś  śmierdzący  obcy  z  czerwonymi 
ślepiami". “Obcy?" - zapytałem. “Tak, a kiedy nie puściłem pary, on nastroszył się, zasyczał i 
podkręcił czarnego wąsa. «Przekleństwo» - warknął ten paskudny stwór - «kolejna porażka!* A 
potem  machnął  swoją  pałą,  wskoczył  na  świnię  i  pogalopował  na  niej  przez  Bag  Eye, 
wrzeszcząc  coś  jakby  «Dalej,  Śluzaku!»".  “Bardzo  dziwne"  -  mówię.  Chyba  powinienem 
powiedzieć panu o tym trochę wcześniej, panie Frito. 

 - No cóż - mruknął Frito - teraz nie ma czasu, żeby się tym martwić. Nie jestem pewien, 

ale  wcale  nie  zdziwiłbym  się  gdyby  istniało  jakieś  powiązanie  między  tamtym  obcym,  a 
naszym okropnym tropicielem. 

Frito zmarszczył brwi, ale jak zwykle zapomniał je przyfastrygować. 
 -  W  każdym  razie  -  stwierdził  -  nie  możemy  już  bezpiecznie  podążać  Szlakiem  do 

background image

Whee. Musimy pójść na skróty przez Evilyn Wood. 

 - Evilyn Wood? - powtórzył chór z worków. 
 - Panie Frito - powiedział Spam - powiadają, że to miejsce jest... nawiedzone! 
 - Może i jest - odparł spokojnie Frito - ale jeśli zostaniemy tutaj, na pewno skończymy 

w sosnowych garniturkach. 

Frito i Spam pospiesznie wykopali bliźniaków z worków i wszyscy razem zmietli resztę 

sznycli,  obficie  zasypując  okolicę  -  okruchami.  Kiedy  skończyli,  ruszyli  dalej,  przy  czym 
bluźniąc wydawali cieniutkie pi - pi w nie całkiem próżnej nadziei, że w ciemnościach zostaną 
wzięci za wędrowne karaluchy. Podążali na zachód, sprytnie wykorzystując każdą okazję, żeby 
runąć  na  ziemię,  wyciągając  nogi,  aby  do  wschodu  słońca  znaleźć  się  w  bezpiecznej  leśnej 
gęstwinie. Frito obliczył, że w ciągu dwóch dni przebyli dwie staje - nieźle jak na chochliki, 
lecz wciąż zbyt, mało. Musieliby szybkim marszem przejść przez las, żeby nazajutrz znaleźć się 
w Whee. 

Maszerowali w milczeniu, przerywanym tylko cichym pojękiwaniem Pepsi. Ten głupi 

pokurcz  znów rozkwasił sobie nochal pomyślał  Frito  -  a Moxie  zaczyna  kaprysić. Jednak w 
miarę jak noc mijała i wstawał świt, równina zaczęła przechodzić we wzniesienia, wgłębienia i 
garby gąbczastej, miękkiej ziemi o barwie cielęcego móżdżku. Gąszcz wokół potykających się 
wędrowców,  zastąpiły  pojedyncze  drzewka,  a  potem  ogromne,  nieprzyjemnie  wyglądające 
drzewa, przygięte i poskręcane przez wiatr, mróz oraz artretyzm. Niebawem ich cień połknął 
blask poranka i nowy mrok przykrył wędrowców, jak sterta mokrych ręczników. 

Przed  wieloma  laty  był  to  wesoły,  miły  las  dobrze  wyrośniętych  sosen  błotnych, 

zasmarkanych  smreków  i  związanych  wiązów,  miejsce  schadzek  zbijających  bąki  kretów  i 
wściekłych wiewiórek. Jednak teraz drzewa pochyliły się ze starości, trapione przez myszate 
mszaki oraz rozmaite roztocza, tak że Nattily Wood stał się dziwaczną puszczą Evilyn. 

 - Do rana powinniśmy być we Whee - rzekł Frito, kiedy przystanęli, aby podjeść trochę 

sałatki  ziemniaczanej.  Jednak  złowrogi  szelest  w  gałęziach  drzew  nad  głowami  grupki 
wędrowców  ostrzegał,  aby  nie  biesiadowali  zbyt  długo.  Pospiesznie  ruszyli  dalej,  ostrożnie 
unikając  gradu  odchodów,  jakimi  co  chwilę  obsypywali  ich  niewidzialni  i  rozwścieczeni 
mieszkańcy koron drzew. 

Po kilku godzinach takiego szamba, chochliki padły wyczerpane na ziemię. Ta kraina 

była zupełnie nie znana Fritowi, który już dawno zgubił drogę. 

 -  Do  tej  pory  powinniśmy  już  wyjść  z  lasu  -  powiedział  zaniepokojony.  -  Chyba 

zabłądziliśmy. 

Spam z przygnębieniem spojrzał na ostre jak rapier szpony swoich palców u nóg, ale 

zaraz rozpromienił się. 

 - Może to i prawda, panie Frito - rzekł. - Jednak niech się pan nie martwi. Ktoś był tu 

zaledwie kilka godzin temu, sądząc po wyglądzie tego obozowiska. I tak samo jak my, jadł 
sałatkę! 

Frito  uważnie  zbadał  ślady.  To  prawda,  ktoś  był  tutaj  przed  kilkoma  godzinami  i 

spożywał typowy posiłek chochlików. 

 -  Może  pójdziemy  tym  śladem  i  wydostaniemy  się  stąd.  Chociaż  bardzo  zmęczeni, 

ruszyli w dalszą drogę. 

Szli  i  szli,  daremnie  nawołując  nieznajomych,  których  ślady  co  rusz  znajdowali  na 

trawie: kawałek cielęcego sznycla, kiepskie romansidło, jeden ze sztućców Dilda (Co za zbieg 
okoliczności,  Pomyślał  Frito).  Jednak  nigdzie  nie  dostrzegli  chochlików.  Napotkali  sporego 
królika  z  tanim  kieszonkowym  zegarkiem,  ściganego  przez  jakąś  stukniętą  dziewczynkę, 
jeszcze  jedno  dziecko  napastowane  przez  trzy  rozjuszone  niedźwiedzie  grizzly  (“Lepiej  nie 
mieszajmy  się  do  tego"  -  rzekł  rozsądnie  Frito)  oraz  opuszczoną  i  upstrzoną  przez  muchy 
chatkę  z  piernika  z  napisem  “Do  wynajęcia"  na  drzwiach  z  marcepanu.  I  wciąż  żadnych 
drogowskazów. 

background image

Półżywi  ze  zmęczenia,  w  końcu  runęli  na  ziemię.  W  ponurym  lesie  było  już  późne 

popołudnie, a więc najwyższy czas na drzemkę. Jakby pod wpływem nasennego naparu, cała 
czwórka  zwinęła  się  w  kosmate  kłębuszki  i  zapadła  w  sen  pod  osłoną  konarów  ogromnej, 
trzęsącej się osiki. 

Z początku Spam nie zdawał sobie sprawy z tego, że już nie śpi. Czuł jak coś delikatnie 

i ostrożnie ciągnie go za ubranie, lecz uznał, że to miły sen o gadzich przyjemnościach, jakich 
niedawno  zaznał  w  Bagnie.  Jednak  teraz  był  pewny,  że  usłyszał  odgłos  cichego  ssania  i 
rozdzieranej  odzieży.  Wytrzeszczył  oczy  i  ujrzą  że  leży  całkiem  goły,  z  rękami  i  nogami 
związanymi  przez  mięsiste  korzenie  drzewa.  Wrzeszcząc  ile  sił  w  płucach,  głupiec  zbudził 
swych towarzyszy, tak samo związanych i rozebranych do naga przez wijącą się roślinę, która 
teraz szeleściła lubieżnie. Dziwne drzewo podśpiewywało sobie, ściskając ich coraz mocniej. 
Na  oczach  patrzących  na  to  z  odrazą  chochlików  opuściło  gałęzią  z  pomarańczowymi, 
wargowymi  kwiatami  na  końcach.  Wydatne  pąki  opadły  niżej  z  obrzydliwym  cmokaniem  i 
mlaskaniem, przywierając do unieruchomionych nieszczęśników. Zamknięte w tych ohydnych 
objęciach, chochliki miały wkrótce zostać zacałowane na śmierć. Zbierając resztki sił, zaczęły 
wzywać pomocy! 

 - Ratunku, ratunku! - wołały. 
Jednak nikt nie odpowiadał. Pełne pomarańczowe kwiaty opadały na ciała bezradnych 

chochlików, wijąc się i pojękując z żądzy. Nabrzmiałe płatki przywarły do wydętego brzucha 
Spama i zaczęły ssać chciwie; chochlik czuł, jak jego ciało zostaje wessane do wnętrza kwiatu. 
Potem Spam ze zgrozą zobaczył, ja płatki puściły go z donośnym plaśnięciem, pozostawiając 
ciemny, brzydki znak w miejscu, gdzie były przyssane. Spam, nie mogąc uwolnić ani siebie, 
ani swoich towarzyszy, patrzył, jak ciężko dyszące płatki szykują się do ostatniego, zabójczego 
pocałunku. 

Jednak kiedy długa, czerwona łodyga opadła, by rozpocząć swe obrzydliwe praktyki, 

Spamowi wydało się, że słyszy urywek wesołej piosenki. Dźwięk rozlegał się gdzieś niedaleko 
i był coraz głośniejszy! Ochrypły, ospały głos śpiewał słowa, które Spam z trudem rozróżniał: 

 

W żyłę wal! Trawkę pal! Zagryź meskaliną! 
Wdychaj hasz! Łykaj crash! Popraw metadryną! 
Nie ma odlotu bez kompotu! Jam jest Tim Benzedryno!

 

 
Chociaż oszaleli ze strachu, wszyscy słuchali coraz głośniejszej piosenki brzmiącej tak, 

jakby śpiewał ją ktoś śmiertelnie chory na świnkę: 

 

Prychać, wzdychać! Padzie przez leśne dąbrowy,  
Aż rozwścieczony mieszczanin wieszać cię gotowy!  
Wrzeszczeć jak opętany, ryczeć jak ranny tur!  
Chodźcie za mną, a wnet na łby wasze padnie mór!  
Wyżej niż niebieskie ptaki lecą, gdzie chmur przystań.  
Otworzymy sklep z marychą, w którym każdy skorzysta!  
Ludzi - kwiatów przybywa, w paciorkach i włosach długich,  
Którzy zapyziałemu światu ostatnie oddadzą posługi.  
Za Miłość, Pokój, Braterstwo toast dzisiaj wznosimy  
A kiedy nas przyciśnie, to znów w tango ruszymy!

 

Nagle przez listowie przedarła się jaskrawo odziana postać, otulona płaszczem długich 

background image

włosów o konsystencji dobrze przeżutej tureckiej chałwy. Przypominała człowieka, jednak nie 
za  bardzo;  miała  sześć  stóp  wzrostu,  lecz  nie  ważyła  więcej  niż  trzydzieści  pięć  funtów,  z 
brudem włącznie. Stojący z rękami opuszczonymi prawie do ziemi śpiewak był pomalowany 
we wszystkie barwy tęczy, od schizofrenicznej czerwieni po psychopatyczny błękit. Na chudej 
szyi miał zawieszony tuzin rozmaitych amuletów, wśród których poczesne miejsce zajmował 
wisiorek  z  runicznym  napisem  “Kelvinator".  Wśród  tłustych  kudłów  błyskało  dwoje 
wyłażących  z  orbit  oczu,  tak  nabiegłych  krwią,  że  przypominały  raczej  dwie  kulki  bardzo 
chudego boczku. 

 -  Oooo,  żeż...!  -  powiedział  stwór,  szybko  oceniwszy  sytuację.  Potem,  na  pół 

doskoczywszy, a na pół podtoczywszy się do zabójczego drzewa, przysiadł na chuderlawych 
piętach i zerknął na pień bezbarwnymi, podobnymi do spodków źrenicami, wreszcie wydał z 
siebie szereg dźwięków, które Fritowi wydały się serią głuchych kaszlnięć: 

 

O rozchyl się, gąszczu! I wypuść to stadko  
Puszystych kotów, któreś splątał gładko!  
Chociaż po odlocie otumaniony,  
Nie jestem jeszcze zupełnie szalony!  
Zatem skończ te karesy i puszczaj ofiary,  
Niech zwycięży rozum i obyczaj stary!  
Te kotki są miłymi gośćmi w naszym lesie,  
A więc puszczaj je zaraz, ty wstrętny obwiesiu!
 

 
Co mówiąc, wychudłe stworzenie ułożyło cienkie palce w literę “V" i rzuciło elfowe 

zaklęcie: 

 

Tim, Tim, Benzedryna!!  
Haszysz! Gorzała! Gazolina!  
Puść! Puść! Zrób to dla Tima!  
Raz, dwa, trzy i liście tataraku,  
Rozchyl gałęzie, liściasty tępaku!

 

 
Wysokie drzewo zadrżało i pęta jak zwoje wczorajszego makaronu opadły z ofiar, które 

z radosnymi okrzykami zerwały się na równe nogi. Patrzyli zafascynowani, jak wielki zielony 
napastnik łka jak dziecko i ssie własne słupki ze złości. Chochliki pozbierały swoje odzienie i 
Frito odetchnął z ulgą, stwierdziwszy, że Pierścień nadal jest bezpiecznie przypięty do surduta. 

 -  Och,  dziękujemy  -  zapiszczały  chórem,  machając  ogonami  -  dziękujemy, 

dziękujemy! 

Jednak ich wybawca nie odpowiedział. Jakby nie zdając sobie sprawy z ich obecności, 

zesztywniał i wykrztusił “Gr - gr - gr", raz po raz otwierając i zamykając powieki - jak wielkie 
parasole. Ugiął i wyprostował kolana, potem znów je ugiął i jak sterta splątanego włosia runął 
na porośniętą mchem ziemię. Toczył pianę z ust i wrzeszczał: “Och Boże, zabierzcie ich ode 
mnie! Są zieloni i jest ich tu pełno! Ach! Och! OBożeOBożeOBożeOBoże - OBożeOBoże!" 
Histerycznie walił się rękami po głowie i całym ciele. 

Frito  zamrugał  oczami  ze  zdziwienia  i  złapał  za  Pierścień,  ale  nie  użył  go.  Spam, 

pochylając się nad leżącym nieszczęśnikiem, uśmiechnął się i podał mu rękę. 

 - Najmocniej przepraszam - zaczął - czy mógłbyś powiedzieć nam jak... 

background image

 - O nie, nie, nie! Spójrzcie na nich! Są wszędzie! Trzymajcie ich ode mnie z daleka! 
 - Kogo trzymać z daleka? - spytał uprzejmie Moxie. 
 - Ich! - wrzasnął udręczony nieznajomy, wskazując na swoją głowę. Potem zerwał się 

na chuderlawe nogi i pobiegł w kierunku najbliższego hikorowego drzewa. Pędząc ile sił w 
nogach, z opuszczoną głową, na oczach zdumionych chochlików walnął bykiem w pień i runął 
na ziemię. Frito napełnił swój kapelusz czystą wodą z pobliskiej strugi i podbiegł do niego, ale 
ofiara postawiła oczy w słup i wydała kolejny przeraźliwy okrzyk. 

 - Nie, nie, tylko nie woda! 
Wystraszony Frito odskoczył, a chudzielec z trudem podniósł się na czworaki. 
 - Mimo tu serdeczne dzięki - rzekł. - Odlot zawsze tak na mnie działa. 
Wyciągając  brudną  rękę,  dziwnie  mówiący  nieznajomy  uśmiechnął  się  bezzębnym 

uśmiechem. 

 - Tim Benzedryna, do waszych uzług. 
Frito i pozostali przedstawili się po kolei, raz po raz rzucając niespokojne spojrzenia w 

kierunku zabójczego drzewa, które nadal nadstawiało swoje słupki. 

 - Ojej, ni mrtwci si nim - zabulgotał Tim. - Jst obrżony: Wy koty jsteści tu nowe? 
Frito ostrożnie wyjawił mu, że podążają do Whee, ale zabłądzili. 
 - Czy mógłbyś pokazać nam drogę? 
 - Ojej, pywni - zaśmiał się Tim - to pryste. Jydnk pyrw chydźmy do mni, pyznyci moje 

stare. Nzywa si Hashberry. 

Chochliki  zgodziły  się,  bo  skończyły  im  się  zapasy  sałatki  ziemniaczanej. 

Pozbierawszy  tobołki,  poszły  za  przedziwnie  zygzakującym  Benzedryną,  który  od  czasu  do 
czasu  przystawał,  żeby  pogawędzić  z  jakimś  ładnym  kamieniem  lub  pniem,  pozwalając  się 
dogonić. Gdy tak krążyli  bez celu  między  groźnie wyglądającymi drzewami, z gardła Tima 
Benzedryny wydobywały się chrypliwe, wesołe dźwięki: 

 

O cudowna jak omamy ćpuna! Zapruta kolejnym odlotem!  
O  nabuzowana  panno  z  mózgiem  zżartym  kompotem,  jaki  ode 

mnie dostajesz! 

O tępa blondynko, od ptaków i żuków wielkości turkawek!  
O chuderlawa poczwaro z kieszeniami pełnymi strzykawek!  
O zmierzwionych kudłach!  
O oczach ślepych na wszystko!  
O nigdy nie kąpiąca się i nie goląca nóg hipisko!  
O niezdolna na czymkolwiek skupić dłużej uwagi!  
O Hashberry, by cię,  kochać, potrzeba odwagi!

 

 
Kilka chwil później wyszli na polankę na szczycie niewielkiego pagórka. Na niej stał 

prymitywny barak w kształcie kalosza, z niewielkim kominem, z którego wydobywał się gęsty, 
paskudnie wyglądający, zielony dym. 

 - Ojej - pisnął Tim - jest w domu! 
Prowadzeni przez Tima wędrowcy podeszli do niepozornej chatki. W jedynym jej oknie 

na poddaszu migotało białe światło. Gdy przeszli przez próg i bróg niedopałków, połamanych 
fajek oraz zużytych baterii, Tim zawołał: 

 

Przyszło czterech, co chcą poszaleć sobie deczko,  

background image

A wiać czas najwyższy podzielić się fajeczką.

 

 
Z zadymionego wnętrza nadleciało w odpowiedzi: 
 

Zatem zacznij i niech każdy sztachnie się jak trzeba,  
Aby zaraz ryknąć śmiechem i ulecieć do nieba.

 

 
Wśród fosforyzujących tapet i stroboskopowych lamp Frito z początku dostrzegł tylko 

coś, co wyglądało jak sterta brudnych szmat. Jednak ten stos odezwał się ponownie: 

 

Chodźcie więc i wszyscy pociągnijcie dym z fajki,  
Zmieńcie swe mózgi w ser i poznajcie świat bajki!

 

 
Nagle,  gdy  chochliki  wytrzeszczały  załzawione  oczy,  stosik  łachów  poruszył  się  i 

usiadł, okazując się niezwykle chudą kobietą o podkrążonych oczach. Patrzyła na nich przez 
chwilę,  zamruczała:  “Ale  numer"  i  z  brzękiem  paciorków  runęła  na  twarz,  zapadając  w 
katatoniczny stupor. 

 - Nie mrtwcie się Hash - rzekł Tim. - Wtorek to jej dzień na crash. 
Nieco  oszołomione  kwaśnymi  wyziewami  i  migotaniem  lamp,  chochliki  zasiadły  ze 

skrzyżowanymi  nogami  na  brudnym  materacu  i  uprzejmie  poprosiły  o  coś  do  zjedzenia, 
ponieważ przebyły długą drogę i były gotowe połknąć konia z kopytami. 

 - Do zjedzenia? - Tim zachichotał, przetrząsając ręcznie zrobioną, skórzaną sakwę. - 

Czkajci, a zyraz cuś wym znyjdę Nich spyjrze... och, ojej! Ni wiedzyłym, że jiszczy to mymy!  

 Niezgrabnie  wytrząsnął  zawartość  sakwy  i  zgarnął  je  na  nią  równą  kupkę.  Były  to 

chyba najbardziej podejrzane grzyby, jakie Spam kiedykolwiek widział, co - dość nieuprzejmie 
- powiedział na głos: 

 -  To  chyba  najbardziej  podejrzanie  wyglądające  grzyby  jakie  widziałem  w  życiu  - 

stwierdził. 

Niewiele było rzeczy w Śródziemiu Dolnym, których Spam kiedyś nie skosztował, a 

mimo to przeżył, tak więc zaczął jeść ciamkając i opychając się bezwstydnie. Grzyby miały 
dziwni kolor i zapach, ale całkiem przyjemny smak, chociaż nieco spleśniały. Później podano 
chochlikom  okrągłe  ciasteczka  z  wytłoczonymi  na  nich  literkami.  (“Rozpuszczyją  się  w 
mózgu, ni w renkach" - zachichotał Tim.) 

Napchane  do  masy  krytycznej,  zadowolone  chochliki  rozsiadły  się  wygodnie,  gdy 

Hashberry zagrała im na czymś, co wyglądało jak ciężarna deska do prasowania. Zaspokoiwszy 
głód,  Spam  był  szczególnie  zadowolony,  kiedy  Tim  zaproponował  mu  szczyptę  “własnej 
spycjylnej miszanki" do fajeczki. Dziwny aromat, pomyślał Spam, ale miły. 

 - Czykyjci około pył gydziny - rzekł Tim. - Myci ochote na rap? 
 - Rap? - powtórzył Spam. 
 - No wici, takie... gadani ustami - odparł Tim, zapalając swoje nargile z przerobionej 

wirówki do mleka, pełnej tarcz i pokręteł. - Jesteści tu, bo łaś przypylyło? 

 -  W  pewnym  sensie  -  odparł  rozsądnie  Frito.  -  Dostaliśmy  ten  Pierścień  Władzy  i... 

och! 

Frito za późno ugryzł się w język; teraz nie mógł już tego cofnąć. 
 - Fajowo! - rzekł Tim. - Pokażci!  
Frito niechętnie podał mu Pierścień. 
 - Tandeta - stwierdził gospodarz, odrzucając mu klejnot. - Nywet tyn złom, co wciskym 

krasnalom ji lypszy. 

 - Sprzedajesz pierścionki? - spytał Moxie. 

background image

 -  Jasne  -  odparł  Tim.  -  W  sezyni  turstycznym  mym  tu  sklyp  z  amuletymy  i 

pamiontkymy. Daji mi kasę na zimywe miesiyncy, kapujisz? 

 -  Może  nie  będzie  komu  odwiedzać  tego  lasu  -  stwierdził  spokojnie  Frito  -  jeśli  nie 

pokrzyżujemy planów Sorheda. Przyłączysz się do nas? 

Tim potrząsnął włosami. 
 -  Ni  kuś  mni,  człowieku.  Jistym  świdomym  obdżektyrym...  ni  chcy  żydnyj  wyjny. 

Przybyłym  ty,  żeby  uniknyć  poboru,  rozumisz?  Jeśli  jakiś  kot  chcy  mi  cyś  zybryć,  mówię 
“Fajowo" i daji mu kwiaty y paciorky. “Myłość" - mówię mu. “Nigdy wincy wyjny" - mówię. 
A zryszty, i tak mym kategorie “C". 

 - Bez jaj! - warknął cicho Spam do Moxie. 
 - Ni, ja mym jaja - rzekł Tim, pukając się w skroń. - Tylko tu pusto! 
Frito  uśmiechnął  się  dyplomatycznie,  ale  nagle  okropnie  rozbolał  go  brzuch.  Zaczął 

wywracać oczami i poczuł pustkę w głowie. To pewnie atak domowego duszka, pomyślał, gdy 
w uszach zaczęło mu dzwonić jak w krasnoludziej kasie sklepowej. Język mu napuchł, a ogon 
zaczął wibrować. Obrócił się do Spama, chcąc zapytać, czy i on czuje się tak samo. 

 - Argle - bargle morble łuusz? - powiedział. 
Co jednak nie miało żadnego znaczenia, ujrzał bowiem, iż Spamowi nagle wpadło do 

głowy, aby zmienić się w dużego, różowego smoka w trzyczęściowym garniturze i słomkowym 
kapeluszu. 

 - Co mówiłeś, panie Frito? - spytał ten stuknięty jaszczur głosem Spama. 
 - Ffluger fribble golorowy fruble - odparł sennie Frito, myśląc, że to dziwny pomysł, 

nosić taki kapelusz późną jesienią. 

Zerknąwszy na bliźniaków, Frito spostrzegł, że obaj zmienili się w pasiaste podstawki 

do filiżanek, szybko toczące się w dal. 

 - Nie czuję się zbyt dobrze - powiedziała jedna. 
 - Czuję się okropnie - sprecyzowała druga. 
Tim,  teraz  w  postaci  dość  ładnej  sześciostopowej  marchewki,  ryknął  głośnym 

śmiechem i zmienił się w skręcony taksometr parkingowy. Frito, oszołomiony ogromną falą 
płatków owsianych, zalewających mu mózg, nie zauważał kałuży śliny zbierającej mu się na 
podołku. Coś bezgłośnie wybuchło mu między uszami, i z przerażeniem zobaczył, że pokój 
rozciąga się i kurczy jaki plastelina w ogniu. Uszy zaczęły mu rosnąć, a ramiona zmieniły się w 
rakietki  do badmintona.  W podłodze powstały dziury, z których  wylewało  się zębate masło 
orzechowe.  Tuzin  pasiastych  karaluchów  tańczył  rock  and  rolla  w  jego  brzuchu.  Ser 
szwajcarski dwukrotnie zawinął z nim walca po pokoju i odpadł mu nos. Frito otworzył usta, 
żeby  coś  powiedzieć,  ale  wyleciało  z  nich  stado

 

latających  dżdżownic.  Jego  pęcherzyk 

żółciowy  zaśpiewał  arię  i  zatańczył  w  parze  z  wyrostkiem  robaczkowym.  Zaczął  tracić 
przytomność, ale zanim stracił ją zupełnie, usłyszał jak sześciostopowa gofrownica chichocze: 
“Jeźli czujesz to tyryz, to zyczykj na odlot!" 

background image

III 
NIESTRAWNY  POSIŁEK  W  ZAJEŹDZIE  Z  DYBRYM 

JEDZONKIEM 

 

 
Złocisty blask późnego poranka już ogrzewał trawy, kiedy Frito w końcu zbudził się, z 

głową pękającą z bólu, czując w ustach smak dna ptasiej klatki. Rozejrzawszy się wokół, czując 
każe kosteczkę, zobaczył, że wraz z trzema pozostałymi towarzyszami leży na samym skraju 
lasu, a przed nimi biegnie czteropasmowy trakt prowadzący prosto do Whee! Nigdzie nie było 
śladu  Tima  Benzedryny.  Frito  pomyślał,  że  wydarzenia  minionej  nocy  zapewne  były 
koszmarnym snem chochlika, który opchał się po uszy zepsutą sałatką ziemniaczaną. Wtem 
jego  wzrok  padł  na  papierową  torebkę  stojącą  obok  jego  plecaka  i  przyczepioną  do  niej 
karteczkę. Frito ze zdumieniem przeczytał: 

Drygi Frydku! 
Szkyda, że pydłeś tak szybky zeszły nocyy. Ominyły ci nprywdy fyjny podróże. 
Mym nydzieji, ży tyn pirściń dziyła jak trza. 
Pokuj s Tobom, Timm 
PS.  Myci  myły  zypysik  prochuf,  co  ji  wym  zostawuji.  Mysze  kyńczyć,  bo  zara  mym 

odododlot obożeobożeo - bożeobożeeeeee 

Frito zajrzał do brudnej papierowej torebki i znalazł sporą ilość kolorowych cukierków, 

bardzo podobnych do tych, jakie jedli minionej nocy. Dziwne, pomyślał, ale mogą się przydać. 
Kto wie?  I tak, po  godzinie cucenia towarzyszy, prowadzona przez niego grupka ruszyła w 
kierunku Whee, z ożywieniem omawiając wydarzenia ubiegłego wieczoru. 

Whee  była  główną  wioską  Wheelandu,  małego  i  błotnistego  obszaru  zamieszkanego 

głównie  przez  zadzierające  nosa  krety  i  lud  marzący  o  tym,  żeby  mieszkać  gdzie  indziej. 
Cieszyła  się  przelotną  popularnością,  kiedy  -  w  wyniku  nagłego  ataku  czkawki  geodety  - 
czteropasmowy Kręty Szlak Wewnątrzstanowy omyłkowo przeprowadzono przez sam środek 
tego  nędznego  sioła.  Potem,  przez  jakiś  czas,  tutejsza  populacja  żyła  dostatnio  dzięki 
nielegalnemu  wystawianiu  mandatów  za  przekroczenie  szybkości  lub  nieprzepisowe 
parkowanie  oraz  sporadycznym,  bezczelnym  porwaniom.  Niewielki  ruch  turystyczny  z 
pobliskiego  Bagna  doprowadził  do  powstania  tanich  jadłodajni,  paskudnych  straganów  z 
pamiątkami  i  fabryczki  zabytkowych  znaków  granicznych.  Jednak  narastające  kłopoty  ze 
Wschodem gwałtownie zakończyły ten handel. Ze wschodnich krain zaczął napływać strumyk 
uchodźców mających niewiele dobytku i jeszcze mniej rozumu. Nie tracąc takiej okazji, ludzie 
i chochliki z Whee zgodnie współpracowali przy sprzedaży kiepsko władającym ich językiem 
emigrantom takich rzeczy, jak krótsze nazwiska i udziały w wytwórniach perpetuum mobile. 
Ponadto zasilali swoje kiesy, wciskając czarnorynkowe wizy do Bagna tym nieszczęśnikom, 
którzy nie orientowali się w przepisach. 

Mieszkańcy  Whee  byli  przygarbieni,  przysadziści,  szerokostopi  i  ociężali.  Mając 

głębokie  oczodoły  i  skłonność  do  skrzywień  kręgosłupa,  często  bywali  brani  za 
neandertalczyków  -  powszechny  błąd,  który  z  czasem  znienawidzili.  Niezbyt  skłonni  do 
gniewu  i  czegokolwiek  innego,  żyli  w  pokoju  z  sąsiadami  chochlikami,  których  bardzo 
podbudowywał fakt istnienia stworzeń stojących na niższym szczeblu drabiny ewolucji. 

Te dwa ludy utrzymywały się teraz z przemytu nielegalnych emigrantów i z zasiłków - 

powszechnie rosnących tu owoców w kształcie ludzkiej trzustki i równie apetycznych. 

Wioska Whee składała się z około sześciu tuzinów niewielkich domków, w większości 

zbudowanych  z  pergaminu  i  korków  od  butelek.  Stały  nierównym  kręgiem,  otoczone  fosą, 
której smród ze stu kroków powaliłby smoka. 

Zatykając nosy, wędrowcy przeszli po skrzypiącym moście zwodzonym i przeczytali 

napis na bramie: 

background image

WITAMY W MALOWNICZEJ, HISTORYCZNEJ WHEE!  
LICZBA MIESZKAŃCÓW 1004328 961 WCIĄŻ ROŚNIE! 
Dwaj zaspani strażnicy obudzili się tylko po to, żeby uwolnili protestującego Spama od 

reszty sztućców. Frito oddał połowy magicznych pastylek Tima, które wartownicy schrupali z 
apetytem. 

Chochliki umknęły, zanim tabletki zaczęły działać i - zgodnie z instrukcjami Goodgulfa 

- skierowały się do pomarańczowo - zielonego neonu migoczącego w środku miasta. Znalazły 
tam kiepski zajazd z chromu i pleksiglasu, reklamowany mrugającym neonowym odyńcem, 
pożeranym przez ociekający śliną pysk. Poniżej widniała nazwa zajazdu - “Dybre Jedzonko & 
Spanko".  Przeszedłszy  przez  obrotowe  drzwi,  wędrowcy  podeszli  do  recepcjonisty,  którego 
identyfikator głosił: “Cześć! Jestem HoJo Hominigritts!" Podobnie jak reszta personelu, nosił 
świński kostium z fałszywymi uszkami, ogonem i pyskiem z papier - mache. 

 - Czołem! - zabulgotał drawlem gruby chomik. - Chcecie pokój? 
 - Tak - rzekł Frito, zerkając porozumiewawczo na towarzyszy. - Przybyliśmy do miasta 

na krótki urlop, prawda, chłopcy? 

 - Urlop - rzekł Moxie, mrugając do Frita. 
 - Króciutki urlopik - dodał Pepsi, kiwając głową jak idiota. 
 - Zechcecie tu podpisać? - powiedział urzędnik przez świńską maskę.  
Frito wziął gęsie pióro przymocowane łańcuchem do pulpitu i wpisał nazwiska: ALIAS 

TAJNIAK, IWAN MAM - SEKRET, JOHN NIEZNANY oraz TOM PSEUDONIM. 

 - Ma pan jakieś worki czy torby, panie... eee... Tajniak? 
 - Tylko pod oczami - mruknął Frito, kierując się do jadalni. 
 - Hej - zachichotał recepcjonista - możecie sobie obejrzeć nasz pierścień murów! 
 - Świetnie - odparł Frito, pospiesznie odchodząc. 
 - Bawcie się dobrze - zawołał za nimi urzędnik. - I nie dajcie sobie wcisnąć jakiegoś 

tandetnego pierścienia! 

Kiedy już nie mógł ich usłyszeć, Frito z niepokojem zapytał Spama: 
 - Chyba nie sądzisz, że on coś wie - szepnął. - Jak uważasz? 
 - Nie, panie Frito - odparł Spam, masując sobie żołądek. 
 - Zjedzmy coś wreszcie! 
Wszyscy czterej weszli do jadalni i siedli przy stoliku w pobliżu ciepłego propanowego 

kominka,  nieustannie  opiekającego  dużego  cementowego  wieprza  na  zmechanizowanym 
obrotowym  rożnie.  Łagodne  dźwięki  fatalnego  muzaka  rozbrzmiewały  w  zatłoczonym 
pomieszczeniu,  gdy  wygłodniałe chomiki  studiował  kartę  w kształcie proszczącej  się świni. 
Podczas gdy Frito zastał nawiał się nad “Kwik - kwikburgerem Wujka Piggy" opiekanym w 
czystym oleju lnianym, Spam wytrzeszczał gały na skąpo odziane “prosiaczki" zatrudnione tu 
jako kelnerki - piersiaste dziewki z fałszywymi ogonkami, uszkami i ryjami. 

Jedna z nich przytruchtała do stolika przyjąć zamówienie, a Spam pożądliwie spojrzał 

na jej świńskie oczka, przekrzywiona blond perukę i owłosione nogi. 

 - Chcecie co zamówić, łazęgi? - spytała świnka, z trudem utrzymując równowagę na 

wysokich obcasach. 

 -  Proszę  dwa  kwik  -  kwikbiurgery  i  dwa  specjalne  łupu-cup  -  odparł  z  szacunkiem 

Frito. 

 - A co z pierścieniem, ee, chciałam powiedzieć z czymś do picia? 
 - Chętnie, proszę cztery orka - cole. 
 - Kapuję. 
Gdy kelnerka odmaszerowała, z trudem krocząc w przyciasnych butach na wysokich 

obcasach i potykając się o długą, czarna pochwę miecza, Frito uważnie zmierzył okiem gości, 
sprawdzająca  czy  nie  ma  wśród  nich  kogoś  podejrzanego.  Kilku  chochlików,  para 
ciemnoskórych facetów, pijany troll leżący przy barze. Jak zwykle. 

background image

Uspokojony, Frito pozwolił towarzyszom wmieszać się w tłum przestrzegając, żeby nie 

gadali o “wiecie czym".  

Kelnerka wróciła z zamówionymi kwikburgerami, gdy Spam sprzedawał kiepskie żarty 

parze koboldów w kącie sali, a bliźniacy odstawiali kilku groźnie wyglądającym gremlinom 
swoją ulubioną pantomimę. Kaleka i jego córki, będącą pewnym hitem w Bagnie. Gdy coraz 
liczniejszy  tłum  ryczał  ze  śmiechu  na  widok  ich  obscenicznych  gestów,  Frito  w  zadumie 
pałaszował  pozbawionego  smaku  kwikburgera,  zastanawiając  się,  jaki  los  czeka  Wielki 
Pierścień, kiedy dotrą do Riv'n'dell i Goodgulfa. 

Nagle trzonowce Frita natrafiły na jakiś mały, twardy przedmiot w kwikburgerze. Klnąc 

pod  nosem,  Frito  włożył  palce  do  ust  i  wydobył  z  nich  maleńki  metalowy  cylinder. 
Odkręciwszy wieczko, wyjął jeszcze mniejszy pasek mikrofilmu, na którym widniały słowa: 
“Strzeż się! Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Czeka cię długa podróż. Wkrótce spotkasz 
wysokiego bruneta. Ważysz dokładnie pięćdziesiąt dziewięć funtów". 

Przestraszony Frito głośno wciągnął powietrze i rozejrzał się wokół, szukając autora tej 

wiadomości.  W  końcu  jego  spojrzenie  spoczęło  na  wysokim,  czarnowłosym  mężczyźnie 
siedzącym  przy  barze  nad  nie  tkniętym  kuflem  podwójnego  korzennego  piwa.  Szczupły 
nieznajomy miał na sobie szary strój i oczy skryte za czarną maską. Na jego piersi krzyżowały 
się bandolety ze srebrnymi kulami, a przy chudym biodrze zwisał mu złowrogo wyglądający 
miecz z rękojeścią wykładaną perłami. Jakby czując na sobie spojrzenie Frita, powoli obrócił 
się na stołku i znacząco przyłożył palec do ust. Potem wskazał na drzwi do toalety i wystawił 
pięć palców. PIĘĆ MINUT. Potem wskazał najpierw na Frita, a potem na siebie. Do tego czasu 
połowa  gości  zauważyła  to  i  myśląc,  że  to  jakaś  gra,  dopingowała  go  głośnymi  okrzykami 
“Słynne powiedzenie?" albo “Proszę powtórzyć pytanie!" 

Młody chochlik udawał, że niczego nie zauważył i ponownie przeczytał wiadomość. 

“Niebezpieczeństwo". Frito w zadumie spojrzał na osad haczyków na ryby i pienistą warstwę 
mielonego szkła w swojej szklance orka - coli. Upewniwszy się, że nikt nie widzi, ostrożnie 
podsunął szklankę dużej palmie doniczkowej, która z wdzięcznością przyjęła poczęstunek. 

Nabrawszy  podejrzeń,  Frito  wstał  od  stolika,  starając  się  nie  wywrócić  dużej  rury 

podsłuchowej  umieszczonej  w  bukiecie  plastikowych  kwiatów.  Nie  zauważony  wszedł  do 
toalety, gdzie miał czekać na wysokiego nieznajomego. 

Po  kilku  minutach  niektórzy  z  gości  korzystających  z  ubikacji  zaczęli  podejrzliwie 

spoglądać  na  Frita,  który  stał  gwiżdżąc,  z  rękami  w  kieszeniach,  oparty  o  wykafelkowaną 
ścianę.  Aby  uniknąć!  dalszych  podejrzeń,  Frito  odwrócił  się  do  wiszącego  na  ścianie! 
automatu. 

 -  No,  no,  no  -  rzekł  scenicznym  szeptem  -  właśnie  tego  szukałem!  -  Następnie,  z 

wystudiowanym zapałem, zaczął wrzucać do automatu drobne ze swej chudej sakiewki. 

Po piętnastu gwizdkach, ośmiu kompasach, sześciu miniaturowych latarkach i czterech 

paczkach ekstrapewnych wyrobowi gumowych, rozległo się tajemnicze pukanie do drzwi. W 
końcu! jeden z gości, skryty w kabinie, wrzasnął: 

 - Do cholery, niech ktoś wpuści tego s... syna! - Drzwi otwarły się na oścież i stanął w 

nich zamaskowany nieznajomy który gestem kazał Fritowi schować się za róg. 

 - Mam dla pana wiadomość, panie Bugger - powiedział. 
Kwikburger podszedł Fritowi do gardła, gdy chochlik usłyszał swoje nazwisko. 
 - Ja... ja sądzić, pan sze mylić, senior - zaczął kulawo! Frito. - Ja bardzo przykry, ale nie 

znać nikt... 

 - To wiadomość od czarodzieja Goodgulfa - ciągnął nieznajomy - jeśliś jest tym, który 

zowie się Frito Bugger! 

 - To ja - powiedział stropiony i przestraszony Frito. 
 - I tyś jest posiadaczem Pierścienia? 
 - Może tak, a może nie  -  odparł Frito, grając na  zwłokę. Nieznajomy chwycił  go za 

background image

klapy kamizelki i podniósł do góry. 

 - Tak, pewnie - pisnął Frito. - Mam go! Możesz mnie podać do sądu. 
 - Nie obawiaj się, zapomnij o lękach, wstrzymaj konie i nie pękaj - zaśmiał się tamten. 

- Jestem twym przyjacielem. 

 -  I  masz  dla  mnie  wieści  od  Goodgulfa?  -  wybełkotał  Frito,  czując,  jak  kwikburger 

wraca  na  miejsce.  Wysoki  mężczyzna  rozpiął  zamek  błyskawiczny  schowka  przy  siodle 
przewieszonym przez ramię i wręczył Fritowi karteczkę z następującym tekstem: 

“Trzy pary gaci,  
cztery pary skarpetek,  
dwie koszule,  
kolczuga,  
buzdygan".
  
W  następnej  chwili  niecierpliwie  wyrwał  ten  spis  z  ręki  chochlika  i  podał  mu  zwój 

pergaminu.  Zerknąwszy  na  pieczęć  z  kartofla  i  runiczny  krzyżyk  Goodgulfa  odciśnięty  w 
stwardniałej  gumie  do  żucia,  Frito  upewnił  się  co  do  tożsamości  nadawcy.  Pospiesznie 
rozerwał  zwój,  zachowując  gumę  dla  Spama.  Na  później.  Z  trudem  odcyfrował  znajome 
kulfony. Przeczytał: 

 
Drogi Frito! 
Halabarda  opadła!  To,  co  wiesz,  wpadło  w  śmigła  wiatraka!  Niezgule  Sorheda 

zwęszyły  nasz  mały  podstęp  i  przetrząsają  wszystkie  nory  w  poszukiwaniu  “czterech 
chochlików, w tym jednego z różowym ogonem". Nie potrzeba abakusa, żeby dojść do tego, że 
ktoś puścił farbę. Gdziekolwiek jesteś, zjeżdżaj stamtąd jak najszybciej i nie zgub wiesz czego. 
Spróbuję spotkać się z wami w Wingtip, jeśli nie, szukajcie mnie w Riv'n'dell. W każdym razie 
nie przyjmuj niczego za pewnik. I nie przejmuj się Stomperem, to porządny gość, niente zbytente 
bynte strynte, jeśli wiesz, co chcę rzec. 

Muszę kończyć, bo zostawiłem coś na palniku Bunsena. 
Goodgulf 
PS. Jak ci się podoba nowa papeteria? Znalazłem ją na wyprzedaży!
 
 
Kwik  -  kwikburger  Frita  znów  ruszył  do  góry.  Usiłując  jakoś  pogodzić  się  z  jego 

niewczesnym powrotem, Frito jęknął: 

 - A więc nie jesteśmy tu bezpieczni. 
 -  Nie  obawiaj  się,  mały  chochliku  -  rzekł  Stomper  -  albowiem  ja,  Arrowroot  z 

Arrowshirt, jestem przy tobie. Goodgulf na pewno wspomniał o mnie w liście. Nazywają mnie 
wieloma imionami... 

 - Jestem tego pewny, panie Arrowshirt - przerwał mu przerażony Frito. - Jednak będzie 

fatalnie, albo jeszcze gorzej, jeśli nie wyniesiemy się stąd. Myślę, że ktoś w tej nędznej spelunie 
dybie na mój skalp i bynajmniej nie po to, żeby zrobić mi lanolinowy masaż! 

Wróciwszy  do  stolika,  Frito  zastał  trzy  pozostałe  chochliki  wciąż  obżerające  się  do 

obrzydzenia. Ignorując zamaskowanego! nieznajomego, Spam uśmiechnął się zatłuszczonymi 
wargami do Frita. 

 - Zastanawiałem się, gdzie cię wcięło - rzekł. - Chcesz ugryźć mojego łupu-cupu? 
Kwik-kwik wyraźnie marzył o repatriacji i  połączeniu  się z łupu-cupem  Spama, lecz 

Frito jakoś zepchnął go na miejsce i zrobił przy stoliku miejsce dla długich odnóży Stompera. 
Chochliki spojrzały na Stompera z apatycznym brakiem zainteresowania. 

 - Nie wiedziałem, że mamy dziś bal maskowy - powiedział Spam. 
Frito złapał rozwścieczonego Stompera za rękę. 
 - Słuchajcie - powiedział szybko - to Stomper, przyjaciel! Goodgulfa i nasz... 
 - A nazywają mnie wieloma imionami... - zaczął Stomper.  

background image

 - A nazywają go wieloma imionami, ale teraz musimy... - Frito dostrzegł stojącą obok, 

wysoką postać. 

 -  Chcecie  już  zapłacić,  dupki?  -  zachrypiał  głos  zza  gąszczu  blond  włosów  i 

papierowego ryja. 

 - Hmm, pewnie - odparł Frito - a twój napiwek wyniesie, aaa... 
Nagle poczuł, że silna, szponiasta łapa sięga mu do kieszeni.  
 - Nie wysilaj się, mały - warknął głos. - Po prostu zaokrąglę rachunek! Ha ha ha ha! 
Frito wrzasnął przeraźliwie, gdy peruka spadła z głowy fałszywej kelnerki, ukazując 

gorejące czerwone ślepia i paskudny uśmiech Niezguła! Jak zahipnotyzowany Frito patrzył na 
szyderczo wykrzywiony, ośliniony pysk, przy czym zauważył, że każdy ząb był opiłowany i 
ostry jak igła. Nie chciałbym płacić jego rachunku u dentysty, pomyślał. Rozejrzał się wokół, 
szukając pomocy, gdy ogromny stwór uniósł go i zaczął mu przetrząsać kieszenie, szukając 
Wielkiego Pierścienia. 

 - Dawaj, dawaj - warczał zniecierpliwiony potwór. - Chcę go mieć! 
Osiem  pozostałych  kelnerek  otoczyło  ich,  groźnie  migocząc  dobrze  naostrzonymi 

tasakami. Brutalnie przytrzymali trzy pozostałe chochliki, pobladłe ze strachu. Po Stomperze 
nie zostało nawet śladu oprócz pary koślawych obcasów dygoczących pod stołem. 

 -  No  dobra,  gryzoniu,  dawaj!  -  syknął  wysłannik  zła,  wyciągając  ogromną  czarną 

maczugę.  -  Powiedziałem,  auuuuu!  -  wrzasnął  z  bólu,  jednocześnie  puszczając  Frita  i 
wyskakując wysoko w powietrze. Spod stołu wysunęło się ostre, zębate ostrze. Potem wylazł 
Stomper. 

 -  Dragonbreth!  Gilthorpial!  -  zajodłował,  wymachując  żelastwem  jak  szaleniec.  Z 

nieporęcznym mieczem w dłoni runął na najbliższego potwora. - Banzai! - wrzasnął. - Nie brać 
jeńców! Naprzód, gwardia! 

Zadał zamaszysty cios, chybił o dobry jard i potknął się o pochwę swego miecza. 
Dziewięciu  napastników  patrzyło  szeroko  otwartymi,  czerwonymi  oczami  na 

miotającego się, zapienionego Stompera, Z niedowierzaniem spoglądali na jego szaleńczy atak. 
Zaparło im dech. Nagle jeden z nich prychnął i zachichotał. Następny parsknął. Przyłączyli się 
dwaj kolejni, podśmiechując się cicho, aż w końcu cała dziewiątka zaniosła się histerycznym, 
chóralnym śmiechem. Stomper, nadęty i wściekły, wstał i natychmiast upadł poślizgnąwszy się 
na  swoim  hełmie,  aż  srebrne  naboje  rozsypały  się  na  wszystkie  strony.  Niezgule  ryczeli  ze 
śmiechu.  Dwaj  padli  na  podłogę,  chichocząc  niepowstrzymanie.  Pozostali  chwiali  się  na 
nogach, spazmatycznie łapiąc powietrze i wypuszczając z łap maczugi. Wielkie łzy ciekły im 
po pokrytych łuskami policzkach. Ha ha ha! Stomper wstał, z wściekłości czerwony jak burak. 

Podniósł miecz i ostrze wypadło z rękojeści. Ha ha ha ha hal Niezgule turlały się po 

ziemi i łapały za boki ze śmiechu. Stompen umocował ostrze, zamachnął się potężnie i zatopił 
je w cementowej świni na kominku. HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA 
HA HA! 

W tym momencie, widząc, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Frito podniósł jedną z 

ciężkich, porzuconych maczug i zabrał się za rozbijanie łbów. Moxie, Spam i Pepsi poszli za 
jego przykładem i ruszyli między wijące się stwory, rozdając mocne kopniaki w jądra i sploty 
słoneczne. 

W  końcu  zbzikowany  Arrowroot  przypadkowo  przeciął  liny  mocujące  główny 

świecznik, jednocześnie przygniatając stertę wijących się pod nim, półprzytomnych potworów 
i  pogrążając  pomieszczenie  w  kompletnych  ciemnościach.  Korzystając  z  chwilowego 
zaciemnienia, chochliki po omacku ruszyły do drzwi wlokąc za sobą Stompera. Przeskakując i 
manewrując między gorejącymi ślepiami, uciekli i bez tchu przebiegli zaułkami, a potem obok 
chrapiących strażników, aż minęli most zwodzony i wypadli na otwartą przestrzeń. Biegnąc, 
Frito  czuł  na  sobie!  zdumione  spojrzenia,  jakimi  wieśniacy  odprowadzali  jego  i  jego 
towarzyszy. Miał nadzieję, że nie zawiadomią sługusów Sorheda. Na szczęście zobaczył, że nie 

background image

zwracają na nich uwagi, zajęci! swoimi wieczornymi rozrywkami - puszczaniem rac i gołębi 
pocztowych. 

Kiedy  znaleźli  się  za  miastem,  Stomper  zaprowadził  ich  w  gąszcz  cyprysów,  gdzie 

kazał im siedzieć cicho i nieruchomo, żeby nie dostrzegli ich agenci Sorheda, którzy niedługo 
ockną się i ruszą w pogoń. 

Wciąż ciężko dyszeli, gdy nieoceniony Arrowroot wzmocnił sygnał swojego aparatu 

słuchowego i przyłożył ucho do ziemi. 

 -  Strzeżcie  się!  -  szepnął.  -  Albowiem  słyszę  Dziewięciu  Jeźdźców  galopujących  w 

pełnym rynsztunku przez noc! 

Kilka  minut  później  przebiegło  obok  nich  stadko  spłoszonych  jeleni,  jednak  należy 

oddać  sprawiedliwość  Stomperowi  i  przyznać,  że  niektóre  z  nich  były  uzbrojone  w  dość 
groźnie wyglądające rogi. 

 -  Ohydni  Niezgule  rzucili  na  mnie  urok  -  wymamrotał  przepraszająco  Stomper, 

wymieniając baterie - ale przynajmniej wiemy, że możemy bezpiecznie ruszyć dalej. 

W  tej  samej  chwili  straszliwi  jeźdźcy  z  łoskotem  przegalopowali  drogą  na  swych 

świniach.  Wędrowcy  w  samą  porę  zdążyli  uskoczyć  w  krzaki  i  słudzy  Sorheda  przejechali 
obok.  Kiedy  szczęk  ich  zbroi  ucichł  w  oddali,  z  chaszczy  wynurzyło  się  pięć  głów, 
szczękających zębami jak tanimi marakasami. 

 - Niewiele brakowało! - rzekł Spam. - Prawie zafajdałem sobie pantalony. 
Postanowili jeszcze przed wschodem słońca ruszyć w kierunku Wingtip. Księżyc otulił 

się  szalem  grubych  chmur,  gdy  podążali  w  kierunku  tego  wyniosłego  szczytu,  samotnego 
granitowego  palca  na  południowym  krańcu  legendarnych  Gór  Harc,  odwiedzanych  przez 
niewielu prócz zziajanych harcerzyków. 

Stomper w milczeniu kroczył w chłodnym nocnym wietrze, nie mówiąc słowa, jedynie 

cicho brzęcząc ocynkowanymi ostrogami. Bliźniacy byli zafascynowani jego mieczem, który 
zwał Krona, Zabójca Tuzinów. Moxie zrównał się z zamaskowanym mężczyzną. 

 - Ma pan ładny szpikulec, panie Arrowshirt - rzekł dociekliwy chochlik. 
 - Taa - rzekł Stomper, trochę przyspieszając kroku. 
 - Nie wygląda na standardowe wyposażenie. Pewnie specjalny model, no nie? 
 - Taa - odparł rosły mężczyzna, lekko rozdymając nozdrza ze zniecierpliwienia. 
Szybki jak szczur, Moxie wysunął broń z pochwy. 
 - Mogę obejrzeć? 
Stomper, nawet nie mrugnąwszy okiem, celnym machnięciem nogi obutej w szyte na 

zamówienie kamasze wysłał młodego chochlika w powietrze. 

 - Nie - powiedział, chowając miecz z powrotem. 
 -  On  na  pewno  nie  chciał  być  niegrzeczny,  panie  Arrowshir  -  rzekł  Frito,  stawiając 

Moxie  na  uginające  się  nogi.  Zapadło  głuche  milczenie.  Spam,  którego  znajomość  sztuki 
wojennej  sprowadzała  się  do  umiejętności  dręczenia  kurcząt,  zaczął  śpiewać  pieśń,  której 
urywek gdzieś kiedyś zasłyszał: 

 

Barbisol był królem Twodoru  
Jego miecz raził wrogów gorzej moru,  
Jednak kiedyś zardzewiał cały,  
I ciosy Sorheda go złamały.

 

 
Wtedy,  ku  zdziwieniu  chochlików,  wielka  łza  spłynęła  z  oka  Stompera,  który  ze 

szlochem zanucił w ciemnościach: 

 

Tak to padł Twodor, skoro pytacie,  

background image

A król ze strachu narobił w gacie.  
Teraz Fordor zgrozę, budzi,  
Aż Korona wróci między ludzi!

 

 
Chochliki wytrzeszczyły oczy, jakby po raz pierwszy zobaczyły swojego towarzysza. 

Ze  zdumieniem  rozpoznały  legendarny  cofnięty  podbródek  i  wadliwy  zgryz  potomka 
Barbisola. 

 - A zatem ty musisz być prawowitym Królem Twodoru! zawołał Frito. 
Rosły rycerz spojrzał na niego spokojnie. 
 - To, co mówisz, może być prawdą - rzekł - jednak w obecnej chwili powstrzymam się 

od komentarzy, ponieważ ta smutna pieśń ma jeszcze jedną, rzadko pamiętaną zwrotkę: 

 

Na Prawdziwego Króla Sorhed naciera,  
Zatem trzymajcie karty przy orderach,  
Gdyż los nieszczęsny tego dogoni,  
Kto zbyt pochopnie zamiary odsłoni.

 

 
Patrząc, jak prawowity władca truchta w swoim niezwykłym przebraniu, młody Frito 

znów pogrążył się w długich rozmyślaniach nad przedziwnymi zrządzeniami losu. 

Gdy skraj  słonecznej  tarczy ukazał  się nad odległym  horyzontem, pierwsze promyki 

słońca nieśmiało oświetliły Wingtip. Po godzinie mozolnej wspinaczki dotarli na szczyt i z ulgą 
wyciągnęli  się  na  granitowej  półce,  podczas  gdy  Stomper  rozglądał  się  po  okolicy  w 
poszukiwaniu Goodgulfa. Węsząc wokół dużego szarego głazu, Stomper nagle pochylił się i 
zawołał Frita. Chochlik spojrzał na kamień i dostrzegł wyrytą na nim toporną trupią czaszkę 
oraz runiczny krzyżyk starego Czarodzieja. 

 - Goodgulf przechodził tędy niedawno - stwierdził Stomper - a o ile dobrze odczytuję te 

runy, uważa, iż możemy tu bezpiecznie rozbić obóz. 

Mimo  to  Frito  położył  się  spać  dręczony  niedobrymi  przeczuciami  .  Przecież, 

przypominał  sobie,  on  jest  królem  i  w  ogóle.  Most  przez Rzekę  Żółci  i  droga  do  Riv'n'dell 
znajdowały  się  niedaleko;  tam  znajdą  schronienie  przed  Świńskimi  Jeźdźcami.  Od  dawna 
należało mu się trochę snu, więc odetchnął z ulgą, zwijając się pod niewielkim kamiennym 
nawisem.  Wkrótce  zapadł  w  sen,  ukołysany  dobiegającymi  z  dołu  cichymi  szmerami  i 
szczękiem oręża. 

 - Zbudźcie się! Zbudźcie! Potwory! Wróg! Uciekać! - szeptał ktoś, budząc Frita ze snu. 

Stomper  mocno  potrząsał  chochlikiem.  Frito  usłuchał  go,  zerknął  w  dół  zbocza  i  dostrzegł 
dziewięć czarnych sylwetek skradających się wolno na górę, ku ich kryjówce. 

 - Wygląda na to, że źle odczytałem znaki - mruknął stropiony przewodnik. - Wkrótce 

nas dopadną, o ile nie odwrócimy ich uwagi. 

 - Jak? - spytał Pepsi. 
 - Właśnie, jak? - Przyłączył się, zgadnij kto. Stomper spojrzał na chochliki. 
 -  Jeden  z  nas  musi  pozostać  i  opóźnić  ich  marsz,  podczas  gdy  my  pobiegniemy  do 

mostu. 

 - Ale kto...? 
 - Nie ma obawy - rzekł szybko Stomper. - Trzymał w ręku cztery patyczki; trzy długie 

i jeden krótki dla tego, której rzucimy na pożarcie, który znajdzie się w panteonie bohaterów. 

 - Cztery? - zdziwił się Spam. - A co z tobą?  
Arrowroot wyprostował się z godnością. 
 -  Chyba  nie  chcielibyście,  żebym  miał  niezasłużoną  przewagę,  skoro  to  ja 

background image

przygotowałem losy? 

Uspokojone chochliki pociągnęły wyciory do fajki. Spam wyciągnął najkrótszy. 
 -  Może  powtórzymy  losowanie?  -  jęknął.  Jednak  jego  towarzysze  już  zniknęli  za 

krawędzią grani i gnali, ile sił w nogach, sapiąc i dysząc, Frito uronił wielką łzę za Spamem. 
Będzie mu brakowało. 

Spam spojrzał na zbocze i zobaczył, że Niezgule zsiadły z koni i szybko zbliżają się do 

niego. Schowany za głazem, zawołał dzielnie: 

 - Na waszym miejscu nie podchodziłbym bliżej! Bo pożałujecie! - Nie zważając na to, 

słudzy zła podeszli jeszcze bliżej] - Naprawdę doigracie się! - wrzasnął Spam bez przekonania. 
Niezgule podchodziły i Spam załamał się. Wyjął białą chusteczkę, pomachał nią i wskazał na 
wycofujących się przyjaciół. - Nie traćcie czasu na mnie - zawołał. - Tam umyka ten, który maj 
Pierścień! 

Słysząc to,  Frito skrzywił się i  zaczął  jeszcze szybciej  przebierać krótkimi  nóżkami. 

Sadzący długimi susami Stomper już przebiegł przez most i schronił się po drugiej stronie, na 
neutralnymi terytorium elfów. Frito obejrzał się. Nie zdoła uciec! 

Stomper  obserwował  ten  morderczy  wyścig  z  bezpiecznej  kryjówki  w  gąszczu 

wrzośców na brzegu strumienia. 

 - Pospieszaj, luby druhu! - zawołał życzliwie. - Słudzy! zła są tuż, tuż za tobą! 
Potem zasłonił oczy. 
Tętent świńskich racic rozbrzmiewał coraz głośniej w uszach Frita, który już słyszał 

śmiercionośny świst straszliwych mieczów Niezguli. Przyspieszył, podejmując jeszcze jedną 
rozpaczliwą  próbę  ucieczki,  ale  potknął  się  i  upadł,  zaledwie  kilka  kroków  od  granicy. 
Chichocząc z uciechy, Dziewięciu Jeźdźców otoczyło Frita, a ich świńskie rumaki chrząkaniem 
domagały się jego krwi. 

 - Krwi! Krwi! - pochrząkiwały. 
Przerażony  Frito  podniósł  głowę  i  zobaczył  powoli  zaciskający  się  wokół  niego 

pierścień. Znalazł się zaledwie na odległość wyciągniętej ręki od śmierci. Przywódca Niezguli, 
wysoki tęgi cień w chromowanych nagolennikach, zaśmiał się dziko i uniósł maczugę. 

 - Chi - chi - chi, nędzny gryzoniu! Teraz się zabawimy! 
Frito cofnął się. 
 - Może tak, a może nie - rzekł, próbując swego ulubionego blefu. 
 - Arrgh! - wrzasnął zniecierpliwiony Niezguł, który przypadkiem nazywał się Argh. - 

Dalej, załatwmy tego małego świra! Szef kazał odebrać mu Pierścień i skończyć z nim od razu! 

Frito gorączkowo szukał jakiegoś wyjścia sytuacji. Postanowił zagrać swoją ostatnią 

kartę. 

 - No i dobrze, bo naprawdę nie chciałbym, żebyście zrobili mi coś złego! - rzekł Frito, 

wytrzeszczając oczy i przewracając nimi jak kulkami do gry. 

 - Cha - cha - cha! - parsknął inny jeździec. - Czy może być coś gorszego od tego, co z 

tobą zrobimy? 

Stwory podeszły bliżej, aby posłuchać głośnego szczękania zębów Frita. 
Chochlik zagwizdał i zaczął udawać, że gra na bandżo. Potem zaśpiewał zwrotkę Ole 

Man Ribber, drepcząc tam i z powrotem na uginających się nogach, podrapał się po wełnistej 
głowie  i  zatańczył  cake-walka,  jednocześnie  wyjmując  sobie  z  uszu  nasiona  dyni  i  nie 
wypadając z rytmu. 

 - Naprawdę umie tańczyć - mruknął jeden z jeźdźców. 
 - Naprawdę zaraz zginie! - wrzasnął inny, spragniony chochlikowej krwi. 
 -  A  więc  zginę  -  zaciągnął  teksańskim  drawlem  Frito.  -  Możecie  zrobić  ze  mną 

biednym wszystko, co chcecie, bracia Niezgule, tylko proszę, nie wrzucajcie mnie w tę kępę 
wrzośców! 

Słysząc to, sadystyczne cienie zachichotały szyderczo. 

background image

 -  Jeśli  tego  najbardziej  się  boisz  -  ryknął  zjadliwie  jeden  z  nich  -  to  właśnie  to  cię 

spotka, ty mały dupku! 

Frito poczuł, jak żylasta ręka unosi go i ciska przez Rzekę Żółci, w cierniste krzaki na 

drugim brzegu. Ucieszony, wstał i wyłowił z kieszeni Pierścień, upewniając się, że nadał jest 
tani przyczepiony do łańcucha. 

Jednak straszliwi jeźdźcy nie na długo dali się zwieść podstępowi Frita. Pognali swe 

zaślinione  rumaki  do  mostu,  zamierzając  ponownie  pochwycić  chochlika  i  jego  cenny 
Pierścień.  Jednali  Frito ze  zdumieniem  zobaczył,  że  straszna  dziewiątka  została  zatrzymana 
przy wjeździe na most przez jakąś postać w błyszczącym odzieniu. 

 -  Myto,  proszę  -  zażądała  postać  od  zdumionych  Jeźdźców.  Ci  zupełnie  oniemieli, 

kiedy wskazano im pospiesznie nagryzmolony cennik przybity do słupka: 

 

Miejskie Myto Mostowe Elfboro 
Pojedynczy podróżni ......... 1 pens 
Furmanki dwuśladowe....... 2 pensy 
Czarni Jeźdźcy....................45 sztuk złota

 

  
- Przepuść nas! - warknął rozzłoszczony Niezguł. 
 - Oczywiście - odparł uprzejmie poborca. - Policzmy:

 

jeden, dwa... no tak, dziewięciu 

po czterdzieści pięć od głowy, to razem... uuu, dokładnie czterysta pięć sztuk złota. Gotówką, 
proszę. 

Niezgule  zaczęli  pospiesznie  przeszukiwać  juki,  a  ich  przywódca  klął  wściekle  i 

wygrażał pięścią. 

 -  Słuchaj  -  zagrzmiał  -  myślisz,  że  ile  my  zarabiamy?  Nie  ma  jakiejś  zniżki  dla 

urzędników na delegacji? 

 - Przykro mi... - uśmiechnął się poborca. 
 - A co z kredytowymi listami podróżnymi? Wszędzie je przyjmują. 
 - Przykro mi, ale to jest most, a nie kantor wymiany - odparł beznamiętnie mostowy. 
 - A może czek? Gwarantowany przez Państwowy Bank Fordoru. 
 - Nie ma forsy, nie ma jazdy, przyjacielu. 
Niezgule trzęśli się z wściekłości, ale zawrócili wierzchowce, szykując się do odjazdu. 

Jednak zanim odjechali, ich przywódca potrząsnął sękatą pięścią. 

 - To jeszcze nie koniec, śmierdzielu! Jeszcze o nas usłyszysz! 
Powiedziawszy  to,  Niezgule  spięli  swe  popierdujące  rumaki  i  pomknęli  galopem, 

wzbijając wielką chmurę kurzu i łajna. 

Widząc  to  niemal  nieprawdopodobne  ocalenie  z  objęć  pewnej  śmierci,  Frito 

zastanawiał się, jak długo autorom będą uchodzić takie numery. I nie on jeden. 

Stomper i inne chochliki podbiegły do Frita, gratulując mu szczęśliwej ucieczki. Potem 

poszli razem ku tajemniczemu nieznajomemu, który wyszedł im naprzeciw, a widząc między 
nimi Stompera, zaczął machać rękami i śpiewać: 

O NASA! O UCLA!  
O etaoin shrdlu!  
O złoża berylu!  
Pandit J. Nehru!

 

Stomper podniósł ręce i odparł: 
 - Shantih Billerica! - Objęli się i uściskali, wymieniając pozdrowienia i tajemne znaki. 
Chochliki z zaciekawieniem przyglądały się nieznajomemu. Przedstawił im się jako elf 

Garfinkel.  Kiedy  zrzucił  płaszcz,  ze  zdumieniem  spojrzały  na  jego  upierścienione  palce, 

background image

rozpięty kołnierzyk tuniki z ekskluzywnego butiku oraz srebrne plażowe klapka 

 - Myślałem, że zjawicie się tu kilka dni wcześniej - rzekł łysawy elf. - Jakieś kłopoty po 

drodze? 

 - Mógłbym o tym napisać książkę - rzekł proroczo Frito. 
 - No cóż - powiedział Garfinkel - lepiej spadajmy stąd zanim wrócą tu te osiłki z filmu 

klasy B. Może i są głupi, ale na pewno uparci. 

 - Nic nowego - mruknął Frito, który ostatnio mruczał coraz częściej. 
Elf z powątpiewaniem spojrzał na chochliki. 
 - Umiecie jeździć konno, chłopcy? 
Nie czekając na odpowiedź, gwizdnął głośno przez złote zęby. Pobliska kępa cyprysów 

zatrzęsła się i wypadło z niej stadka przerośniętych merynosów, becząc z irytacją. 

 - Wsiadajcie - polecił Garfinkel. 
Frito,  z  niejakim  trudem  utrzymując  się  na  grzbiecie  podskakującego  czworonoga, 

jechał  na  końcu  kawalkady  zmierzającej  znad  Rzeki  Żółci  ku  Riv'n'dell.  Wsunął  dłoń  do 
kieszeni, odnalazł Pierścień i wyjął go na gasnące światło dnia. Klejnot już zaczaj wywierać 
nań swój złowrogi wpływ, przed którym ostrzegał go Dildo. Frito miał zatwardzenie. 

background image

IV 
KTO ZNALAZŁ, NIECH SIĘ RADUJE,  
KTO ZNALAZŁ, NIECH OPŁAKUJE 
 

 
Po trzech dniach szybkiej jazdy, która pozostawiła Czarnych Jeźdźców wiele mil z tyłu, 

zmęczone chochliki dotarły w końcu do niskich wzgórków otaczających Riv'n'dell naturalnym 
murem, broniącym przed rzadkimi rabusiami, zbyt głupimi lub małymi, aby wdrapać się na te 
strome górki jak ogórki. Jednak ich zwinne rumaki bez trudu pokonały te przeszkody krótkimi, 
zapierającymi dech w piersi susami, tak że po krótkiej chwili Frito wraz z towarzyszami dotarli 
na  szczyt  ostatniego  wzgórka,  z  którego  spojrzeli  na  pomarańczowe  dachy  i  kopuły  elfich 
gospodarstw. Popędzając zdyszane wierzchowce, pogalopowali w dół krętą sztruksową drogą 
wiodącą ku domostwom Oriona. 

Było  już  późne  popołudnie,  gdy  kawalkada  jeźdźców,  prowadzona  przez  Garfinkela 

zasiadającego na wspaniałym, kędzierzawym tryku - Antraksie, wjechała do Riv'n'dell. Powitał 
ich  silny  wiatr  i  kawałki  metalu  sypiące  się  z  ołowianych  chmur.  Gdy  wędrowcy  ściągnęli 
wodze  przed  największą  chałupą,  wysoki  elf  odziany  w  perkal  i  oślepiająco  białe  paciorki 
wyszedł na podwórko i powitał ich. 

 -  Witajcie  w  Ostatnim  Gościnnym  Schronisku  na  Wschód  od  Morza  -  rzekł.  - 

Zapraszamy do sklepiku z pamiątkami. Klimatyzacja w każdym pokoju. 

Garfinkel i wysoki elf zagrali sobie na nosach w odwiecznym pozdrowieniu swej rasy, 

wymieniając powitalne uprzejmości. 

 -  Aral  esso  decca  hej  jakleci  -  rzekł  Garfinkel,  zwinnie  zeskakując  ze  swego 

wierzchowca. 

 - A wokado polsilver nugat miło waswidzieć - odparł wysoki elf; potem zwrócił się do 

Stompera i powiedział: - Jestem Orion. 

 -  Arrowroot,  syn  Arrowshirta,  do  usług  -  rzekł  Stomper,  niezgrabnie  zsiadając  z 

rumaka. 

 -  A  ci?  -  spytał  Orion,  wskazując  na  cztery  chochliki,  śpiące  na  grzbietach  sennych 

wierzchowców. 

 - Frito i jego towarzysze, chochliki z Bagna - odparł Stomper. 
Słysząc swoje imię, Frito głośno zabulgotał i drgnął, gwałtownie wyrwany ze snu, przy 

czym Pierścień wypadł mu z kieszeni i potoczył się do nóg Oriona. Jedna z owiec przytruchtała 
i polizali go, natychmiast zmieniając się w hydrant przeciwpożarowy. 

 - Hmm - mruknął Orion i chwiejnie wtoczył się do chaty Garfinkel poszedł za nim i 

zaczęli szeptać w mowie elfów. Arrowroot słuchał tego przez chwilę, po czym podszedł do 
Spama,  Moxie  oraz  Pepsi  i  zbudził  ich  serią  szturchańców  i  solidnych  kopniaków.  Frito 
podniósł Pierścień i schował go do kieszeni,  

 -  A  więc  to  jest  Riv'n'dell  -  powiedział,  przecierając  oczy  z  podziwu  na  widok 

dziwnych elfowych domostw zbudowanych z prasowanego piernika i ocieplonych nadzieniem. 

 - Niech pan patrzy, panie Frito  - powiedział Spam,  wskazując na drogę.  -  Elfy, całe 

mnóstwo. Ooch, chyba śnię. Żałuję, że nie może mnie teraz zobaczyć stary Wargacz. 

 - Ja żałuję, że nie jestem martwy - skamlał Pepsi. 
 - I ja też - rzekł Moxie. 
 - Niechaj dobra wróżka zasiadająca w niebie spełni wasze życzenia - powiedział Spam. 
 - Zastanawiam się, gdzie jest Goodgulf - mruczał Frito.  
 Garfinkel wyszedł na podwórko i wyjął cienki blaszany gwizdek, po czym zagwizdał 

na nim przeraźliwie. Owce spokojnie odeszły na pastwisko. 

 - To czary - westchnął Spam. 
 -  Chodźcie  za  mną  -  rzekł  Garfinkel  i  poprowadził  Stompera  oraz  chochliki  wąską, 

background image

błotnistą ścieżką wijącą się wśród kęp kwitnących krzewów rotograwiury i drzew butowych. 
Gdy  tak  szli,  Frito  czuł  upojną  woń  świeżego  obornika  zmieszaną  z  zapachem  wapna  i 
musztardy, a gdzieś w oddali słyszał delikatne, chwytające za serce pobrzękiwanie drumli oraz 
strzępy elfowej pieśni:  

 

Raz, dwa, trzy, płyń swą elebethiel zapluty githiel. 
Siędnij wfubar losowi zygzyg snafu. 
Och, zwróć mi mój piękny czerwony Fla, master!

 

 
Na końcu ścieżki stała chatka z polerowanej Joyvah i otoczona klombem sztucznego 

kwiecia.  Garfinkel  wystukał  szyfr  zamka  i  gestem  zaprosił  gości  do  środka.  Znaleźli  się  w 
obszernej komnacie, która zajmowała całą powierzchnię domku. Pod ścianami stało mnóstwo 
łóżek wyglądających tak, jakby dopiero co spały w nich zboczone kangury, a w kątach były 
poustawiane krzesła i stoły wyraźnie zdradzające lewe ręce elfowych rzemieślników. Środek 
zajmował długi stół zasypany stertą kart po gwałtownej partii kanasty i zastawiony półmiskami 
sztucznych  owoców,  które  nie  zmyliłyby  nikogo  nawet  z  odległości  pięćdziesięciu  metrów. 
Moxie i Pepsi natychmiast zaczęli je jeść. 

 -  Czujcie  się  jak  w  domu  -  rzekł  Garfinkel,  wychodząc.  -  Koniec  doby  hotelowej  o 

trzeciej. 

Stomper ciężko opadł na krzesło, które złożyło się z nim ze stłumionym trzaskiem. 
Od odejścia Garfinkela nie upłynęło nawet pięć minut, kiedy ktoś zapukał do drzwi i 

zirytowany Spam poszedł otworzyć. 

 - Lepiej niech to będzie jedzenie - mamrotał - bo zamierzam to zjeść. 
Gwałtownie  otworzył  drzwi,  ukazując  tajemniczego  nieznajomego  w  długiej  szarej 

szacie  i  kapeluszu,  noszącego  grube  czarne  szkła  i  sztuczny  gumowy  nos,  który  bardzo 
nieprzekonująco  zwisał  mu  na  brodę.  Przybysz  nosił  sztuczne  wąsy,  sznurkową  perukę  i 
ogromny, ręcznie malowany krawat z elfową panną. W lewej ręce dzierżył długi kij golfowy, a 
na nogach miał plażowe klapki. Palił grube cygaro. 

Spam zachwiał się ze zdziwienia, a Stomper, Moxie, Pepsi oraz Frito zawołali jednym 

głosem: 

 - Goodgulf! 
Starzec wczłapał do środka, zdejmując przebranie, ukazując znajomą twarz szarlatana i 

wydrwigrosza. 

 - Jam to, we własnej osobie - przyznał czarodziej, rwąc sobie włosy z głowy. Potem 

kolejno  podchodził  do  wędrowców  i  mocno  ściskał  im  dłonie,  rażąc  elektrowstrząsami  z 
ukrytej w dłoni gadżetu. 

 - No, no - rzekł odkrywczo. - Znów jesteśmy wszyscy razem. 
 - Wolałbym być w trzewiach smoka - odparł Frito. 
 - Ufam, że nadal masz to - powiedział Goodgulf, spoglądając na Frita. 
 - Masz na myśli Pierścień? 
 -  Milcz!  -  zawołał  Goodgulf.  -  Nie  mów  głośno  o  Wie  kim  Pierścieniu  ani  tu,  ani 

nigdzie. Gdyby szpiedzy Sorheda odkryli, że ty, Frito Bugger, mieszkaniec Bagna, masz ten 
Pierścień,  wszystko  byłoby  stracone.  A  jego  szpiedzy  są  wszędzie.  Dziewięciu  Czarnych 
Jeźdźców ruszyło w drogę, a niektórzy powiadają, że widziano również siedmiu krasnoludków, 
sześć  kucharek  i  całą  rodzinę  Trappów,  razem  z  psem.  Nawet  ściany  mają  uszy  -  rzekł, 
wskazując na dwie duże małżowiny uszne wystające zza gzymsu kominka. 

 - Czy nie ma żadnej nadziei? - jęknął Frito. - Nigdzie i jest bezpiecznie? 
 -  Kto  wie?  -  odparł  Goodgulf  i  wydawało  się,  że  dziwny  cień  zasnuł  mu  twarz.  - 

Powiedziałbym więcej - rzekł -  wydaje się, że dziwny cień zasnuł mi twarz. 

background image

Co rzekłszy, zamilkł. Frito zaczął płakać, a Stomper pochylił się nad nim i pocieszająco 

położywszy rękę na ramieniu chochlika, powiedział: 

 - Nie lękaj się, drogi chochliku, nie opuszczę cię, obojętnie co się zdarzy. 
 - Ja też - dorzucił Spam i zasnął. 
 - I my - powiedzieli Moxie i Pepsi, ziewając.  
Jednak Frito był niepocieszony. 
 
 
Kiedy chochliki przebudziły się ze snu, Goodgulfa i Stompa nie było, a księżyc świecił 

mętnym blaskiem przez lepkie okna. 

Goście zjedli już zasłony i zabierali się za abażury, kiedy Garfincel wrócił, odziany w 

najlepsze  płótno  workowe,  i  zaprowadził  ich  do  chałupy,  którą  widzieli  poprzedniego  dnia. 
Była obszerna i jasno oświetlona, a dobiegający ze środka rwetes niósł się daleko w noc. Kiedy 
podeszli,  zapadła  nagła  cisza,  a  potem  powietrze  rozdarł  przeraźliwy  pisk  fletu, 
przypominający zgrzyt przesuwanej po tablicy kredy. 

 - Ktoś zarzyna świnię - stwierdził Spam, zatykając sobie uszy. 
 - Cii  - ostrzegł  Frito  i  w tejże chwili ktoś  zaczął  śpiewać  tak słodko, że chochlików 

natychmiast lekko zemdliło. 

O Unicef clearasil Bełkot i paplanina  
O Mynnen mylar muriel O hej derry tum gardol  
O Yuban necco glamorene? Enden nytol, wazelina! 
 Sławi smutny nembutal.

 

Z  ostatnim  drżącym  skowytem  granie  ucichło  i  pół  tuzina  oniemiałych  ptaków  z 

łoskotem spadło na ziemię przed Fritem. 

 - Co to było? - spytał chochlik. 
 -  To  prastara  pieśń  żałobna  w  mowie  Dawnych  Elfów  -  westchnął  Garfinkel.  - 

Opowiada o Unicefie i jego długich oraz bezskutecznych poszukiwaniach czystej toalety. “Nie 
ma tu ubikacji?" - zawodzi. “Nie ma umywalki?" Nikt mu nie odpowiada. 

Tak rzekł Garfinkel i zaprowadził chochliki do Domu Oriona. Znaleźli się w długiej, 

drewnianej  izbie,  na  środku  której  ustawiono  bardzo  długi  stół.  Na  jednym  końcu  sali 
znajdował się kominek ogromnym dębowym gzymsem, a wysoko w górze wisiały wielkie 
mosiężne kandelabry, w których z cichym trzaskiem płonęły świece z wosku ziemnego. Przy 
stole zasiadała zwykła banda i granda Śródziemia Dolnego; elfy, duszki, Marsjanie, kilka żab, 
krasnoludów, gnomów, kilku osobników podobnych do ludzi, parę straszydeł, grupka trolli w 
ciemnych okularach, dwa gobliny zreedukowane przez członków ruchu Christian Scienc, oraz 
przekarmiony smok. 

U szczytu stołu zasiadł Orion i Lady Lycra, odziani w oślepiająco białe i jaskrawe szaty. 

Wyglądali  jak  nieżywi,  ale  tyłka  pozornie,  ponieważ  Frito  dostrzegł,  że  ich  oczy  błyszczą 
niczym wilgotne grzyby. Włosy mieli rozjaśnione tak, że lśniły jak złote szyszaki,  a twarze 
jasne i gładkie jak powierzchnia księżyca! Wokół nich lśniły jak gwiazdy cyrkony, granaty i 
magnetyty. Na głowach mieli jedwabne abażury, a dziwny wyraz na ich obliczach kojarzył się z 
hasłami  typu:  “Dać  wolną  rękę  Czang  Kaj  -  szekowi"  czy  “Kocham  moją  żonę,  ale  te 
dzieciaki!" Oboje drzemali. 

Po lewej ręce Oriona siedział Goodgulf w czerwonym fezijako Mason 32. stopnia i 

Honorowy  Strażnik  Relikwii,  a  po  jego  prawej  Stomper,  odziany  w  biały  strój  Strażnika, 
zaprojektowany  przez  samego  Gene  Autry.  Fritowi  wskazano  miejsce  w  połowie  stołu, 
pomiędzy niezwykle zdeformowanym krasnoludem a elfem śmierdzącym jak ptasie gniazdo, 
Moxie  i  Pepsi  zaś  zostali  odesłani  do  małego  stoliczka  w  kącie,  razem  z  wielkanocnym 
zajączkiem i parą zębatych duszków. 

background image

Tak  jak  wszystkie  mityczne  stworzenia  zamieszkujące  w  zaczarowanym  lesie  i  nie 

mające  stałego  źródła  utrzymania,  elfy  jadały  dość  skromnie,  więc  Frito  z  rozczarowaniem 
znalazł na talerzu kupkę mielonych orzechów, kory i kurzu. Mimo to, jad wszystkie chochliki, 
potrafił zjeść wszystko,  co zdołał wepchnąć sobie do  gardła,  chociaż wolał  dania, które nie 
opierały się zbytnio, jako że nawet na pół ugotowana mysz dwa razy na trzy potrafiła pokonać 
chochlika. Ledwie skończył jeść, gdy krasnolud siedzący po jego prawej ręce obrócił się do 
niego i wyciągnął doń niezwykle łuskowatą dłoń. Skoro znajduje się na końcu jego ramienia, 
pomyślał Frito, nerwowo ściskając kończynę, to musi to być jego ręka. 

 - Gimlet, syn Groina, twój posłuszny sługa - rzekł krasnolud, kłaniając się i ukazując 

wydatny garb. - Obyś zawsze kupował tanio, a sprzedawał drogo. 

 -  Frito,  syn  Dilda,  do  usług  -  rzekł  lekko  stropiony  Frito,  gorączkowo  szukając 

właściwej odpowiedzi. - Niech twe hemoroidy zagoją się bez pomocy chirurga. 

Krasnolud był lekko zdumiony, ale nie urażony. 
 - A więc ty jesteś chochlikiem, o którym mówił Goodgulf, tym od Pierścienia? 
Frito skinął głową. 
 - Masz go przy sobie? 
 - Chciałbyś go zobaczyć? - zapytał uprzejmie Frito. 
 - Och nie, dzięki - rzekł Gimlet. - Mój wujek miał magiczną spinkę do krawata. Kiedyś 

kichnął i odpadł mu nos. 

Frito nerwowo dotknął nozdrza. 
 - Wybaczcie, że przerywam - powiedział elf po lewej, spluwając dokładnie w lewe oko 

krasnoluda - jednak mimowolnie słyszałem twoją rozmowę z tym Frankensteinem. Naprawdę 
jesteś tym chochlikiem, który posiada ten klejnot? 

 - Jestem - rzekł Frito i kichnął potężnie. 
 -  Za  pozwoleniem  -  powiedział  elf,  podając  gwałtownie  kichającemu  Fritowi  brodę 

krasnoluda. - Ja jestem Legolam, z elfów Północnego Spawasu. 

 - Parszywy elf - syknął Gimlet, zabierając swoją brodę. 
 - Świński krasnal - zasugerował Legolam. 
 - Lalkarz. 
 - Kopacz.  
 - Robal. 
 - Kret. 
 - Nie chcielibyście posłuchać dowcipów, pieśni  albo czegoś? - spytał zaniepokojony 

Frito. - Wędrowny smok przychodzi do biednego farmera, który... 

 - Pieśni - zgodzili się jednocześnie Gimlet i Legolam. 
 - Oczywiście - rzekł Frito, rozpaczliwie usiłując przypomnieć sobie jakieś wycia Dilda, 

po czym zaczął śpiewać piskliwym głosikiem: 

Dawno temu Król Elfów żył, Saranrapem zwany,  
on pobił norki przy Mellowmarsh i Sorhed był pokonany.
 
Na niego krzepkie krasnale szły, co swe kopalnie rzuciły,  
lecz gdy rozgorzał straszny bój, sromotnie podały tyły.
 
Śpiew: 
 Clearasil, metrecal, lavoris (chórem), sromotnie podały tyły!
 
Rozgniewał się potężny Król i krzyknął, rwąc włosy z głowy,  
“Niech tylko dorwą" 
rzecze tak “ Stryk dla kurdupli gotowy! " 
Strachliwe są kurduple - krasnale, lecz zręczna to w rękach gromada.  
Król Yellowbac, aby je ratować, do władcy elfów tak gada.
 
Śpiew: Odkręć słój, skórę łój, gardol i duz. Do władcy elfów tak gada! 
“Jeśli w nas wątpisz, panie, to", Yello Królowi rzecze,  
“ weź od nas dar, potężny miecz, każdego nim wroga usieczesz".
 

background image

“Clearasil, tak ostrze owo zwą", sprytnego karła to słowa.  
“ Weź tę łapówę, nie gniewaj się, bo szkoda urazę chować".
 
Śpiew: 
 Mercedes, sedes, Edsel i koka. Szkoda urazę chować.
 
“Przyjmuję ten cudowny dar zrobiony bez żadnej fuszerki".  
Powiedział Król, chwycił miecz i posiekał krasnala w plasterki.
 
Od tego dnia powtarza się w balladach i setkach wierszy, 
 elf, krasnal godni zaufania są, tylko gdy uderzysz pierwszy!
 
Śpiew: 
 Oxydol, geritol, kleik i Trix. Tylko gdy uderzysz pierwszy!
 
 
Gdy tylko Frito skończył, podniecony Orion nagle wstał i gestem nakazał ciszę. 
 - Bingo w Elf Lounge - rzekł i uczta skończyła się. 
Frito  przepychał  się  do  stolika,  przy  którym  siedzieli  Moxie  i  Pepsi,  kiedy  zza 

doniczkowej palmy wysunęła się koścista dłoń i złapała go za ramię. 

 - Chodź ze mną - rzekł Goodgulf, rozchylając liście i wiodąc zaskoczonego chochlika 

korytarzem  do niewielkiej  komnaty, niemal  całkowicie zajętej  przez wielki stół o szklanym 
blacie.  Orion  i  Stomper  już  zajęli  przy  nim  miejsca,  a  usiadłszy  obok  Goodgulfa,  Frito  ze 
zdumieniem  zobaczył  swoich  niedawnych  towarzyszy  uczty,  Gimleta  i  Legolama, 
wchodzących  do  pokoju  i  zasiadających  po  przeciwnych  stronach  stołu.  Za  nimi  szybko! 
wkroczył krępy mężczyzna w fosforyzujących, wypchanych na kolanach portkach i butach z 
ostrymi noskami. Ostatnia pojawiła się postać w jaskrawej koszuli, kurząca cuchnące cygaro 
elfowego wyrobu i taszcząca planszę do gry w scrabble. 

 - Dildo! - zawołał Frito. 
 -  Ach,  Frito,  mój  chłopcze  -  rzekł  Dildo,  mocno  klepiąc  Frita  po  plecach.  -  A  więc 

jednak udało ci się. No, no, no. 

Orion wyciągnął spoconą dłoń, a Dildo pogrzebał w kieszeni i wyjął plik pomiętych 

banknotów. 

 - Dwa, prawda? - rzekł. 
 - Dziesięć - poprawił Orion. 
 - Dobrze, dobrze - odparł Dildo i położył banknoty na dłoni elfa. 
 - Tyle czasu minęło od twojego przyjęcia - rzekł Frito. - Co porabiałeś? 
 -  Nic  szczególnego  -  rzekł  stary  chochlik.  -  Trochę  zajmowałem  się  układankami, 

trochę pedofilią. Wiesz, że jestem na emeryturze. 

 - Ale o co w tym wszystkim chodziło? Kim są Czarni Jeźdźcy i czego ode mnie chcą? I 

co ma z tym wspólnego Pierścień?  

 - Wiele i nic, mniej więcej tak, drogi chochliku - wyjaśnił! Orion. - Jednak wszystko w 

swoim  czasie.  Ten  Wielki  Konwentykiel  został  zwołany,  aby  odpowiedzieć  na  takie  i  inne 
pytania, jednak na razie mogę rzec tylko tyle, że wiele spraw potoczyło siei nie po naszej myśli, 
niestety. 

 - Zaprawdę - przytaknął posępnie Goodgulf. - Straszliwe Nienazwane znów podnosi 

głowę i nadszedł czas działania. Frito. I daj mi Pierścień. 

Frito  skinął  głową  i  wyjął  z  kieszeni  łańcuch  ze  spinaczy,  ogniwo  za  ogniwem. 

Zręcznym ruchem rzucił na stół straszliwy klejnot, który wylądował z cichym brzękiem. 

Orion jęknął. 
 - Magiczny Ten - tego! - zawołał. 
 -  Jaki  mamy  dowód  na  to,  iż  to  ten  Pierścień?  -  zapytał  mężczyzna  w  butach  ze 

spiczastymi czubkami. 

 - Liczne są znaki, jakie może przeczytać mędrzec, Bromoselu - oznajmił Czarodziej. - 

Kompas, gwizdek, magiczny dekoder, mamy tu wszystko. A ponadto inskrypcja: 

background image

Grundig blaupunkt lugerfrug Watusi smerfwazoo!  
Nixon dirksen nihilista Rebozo boogaloo.
 
Głos Goodgulfa stał się ochrypły i odległy. Złowroga ciemna chmura wypełniła pokój. 

Frito rozkaszlał się w duszącym, tłustym dymie. 

 - Czy to było konieczne? - spytał Legolam, wykopując wciąż dymiący granat dymny 

Czarodzieja za drzwi. 

 - Pierścienie lubią takie hokus - pokus - odparł dostojnie Goodgulf. 
 -  Ale  co  to  oznacza?  -  pytał  Bromosel,  lekko  rozzłoszczony  tym,  że  nazywano  go 

“mężczyzną w butach ze spiczastymi czubkami". 

 - Różnie to interpretują - wyjaśnił Goodgulf. - Według mnie albo “Wpadł głupi pies do 

kuchni i porwał mięsa ćwierć" albo “Nie właź na mnie". 

Nikt się nie odezwał i w komnacie zapadła głucha cisza. W końcu Bromosel wstał i 

zwrócił się do Konwentyklu. 

 -  Teraz  wiele  się  wyjaśniło  -  rzekł.  -  Pewnej  nocy  w  Minas  Troney  miałem  sen  o 

siedmiu krowach, które zjadły siedem buszli ziarna, a kiedy skończyły, weszły na czerwoną 
wieżę  i  zwymiotowały  trzykrotnie,  śpiewając:  “Niechaj  lecą  me  słowa  nad  gumna,  jestem 
krową i jestem z tego dumna". A potem zakapturzona postać w bieli i z wagą wystąpiła naprzód 
i przeczytała ze świstka papieru: 

Pięć  jedenastych  wzrostu,  jedna  dziewiąta  twej  wagi  Na  stronie  osiem  -  osiem 

niechybnie wyciągniesz nogi. 

 - Kiepsko - rzekł Orion. 
 -  No  cóż  -  stwierdził  Stomper.  -  Chyba  pora  wyłożyć:  karty  na  stół.  -  To  mówiąc, 

opróżnił kieszenie swego wyblakłego, workowatego stroju. Kiedy skończył, leżał przed nim 
pokaźny  stos  różnych  dziwnych  przedmiotów,  między  innymi  złamany  miecz,  złote  ramię, 
zrobiony  z  płatka  śniegu  przycisk  do  papieru,  Święty  Graal,  Złote  Runo,  Całun  Turyński, 
kawałek drzewa z Krzyża Pańskiego i szklany pantofelek. 

 -  Arrowroot,  syn  Arrowshirta,  dziedzic  Barbisola  i  król  Minas  Troney,  do  waszych 

usług - oznajmił dość głośno Stomper. 

Bromosel zerknął na następną stronę i skrzywił się. 
 - Jeszcze co najmniej jeden rozdział - jęknął. 
 - A więc Pierścień należy do ciebie! - zawołał Frito i pospiesznie rzucił go do kapelusza 

Arrowroota. 

 -  No,  niezupełnie  -  rzekł  Arrowroot,  kołysząc  zawieszonym  na  długim  łańcuszku 

pierścionkiem.  -  Ponieważ  ma  magiczną  moc,  powinien  należeć  do  kogoś  znającego  się  na 
numerach typu abrakadabra, stoliczku nakryj się. Na przykład do czarodzieja. - Z tymi słowami 
zręcznie nasadził Pierścień na koniec laski Goodgulfa. 

 - Ach, tak, oczywiście - powiedział pospiesznie Goodgulf. - A właściwie i tak, i nie. A 

może po prostu nie. Każdy głupi wie, że to typowy przypadek habeas corpus albo tibia fibia, 
ponieważ  chociaż  ten  bzdet  został  zrobiony  przez  czarodzieja  -  dokładnie  mówiąc,  przez 
Sorheda - takie gadżety zostały wymyślone przez elfy, a on właściwie tylko korzystał z licencji. 

Orion wziął Pierścień do ręki, jakby miał do czynienia z rozwścieczoną tarantulą. 
 - Nie - stwierdził poważnie - nie mogę przyjąć takiego daru, gdyż powiedziano: “Kto 

znalazł, niech się raduje, zgubił niech opłakuje". I ocierając niewidoczną łzę, zarzucił łańcuch 
na szyję Dilda. 

 - A także “Nie budźcie licha, jeśli chce sobie pospać"  -   rzekł Dildo i wsunął  go do 

kieszeni Frita. 

 - Zatem postanowione - zaintonował Orion. - Frito Bugger zatrzyma Pierścień. 
 -  Bugger?  -  powtórzył  Legolam.  -  Bugger?  To  dziwne.  Jakiś  paskudny  mały  błazen 

imieniem  Goddam  węszył  na  czworakach  po  Spawasie,  szukając  chochlika  zwanego  pan 
Bugger. To było trochę niezwykłe. 

background image

 - Istotnie - dodał Gimlet. - W zeszłym miesiącu banda czarnych gigantów jadących na 

ogromnych świniach przejechała przez góry w poszukiwaniu chochlika nazywanego Bugger. 
Wtedy nie zastanowiło mnie to. 

 - Rzeczywiście, kiepsko - orzekł Orion. - Jest tylko kwestią czasu, zanim dotrą tutaj - 

stwierdził, zarzucając szal na głowę i wykonując gest, jakby rzucał coś na pastwę stada wilków 
- a jako neutralny kraj, nie mamy innego wyjścia... 

Frito zadrżał. 
 - Pierścień i jego posiadacz muszą natychmiast odejść  - przytaknął Goodgulf - tylko 

dokąd? I kto go będzie strzegł? 

 - Elfy - rzekł Gimlet. 
 - Krasnoludy - powiedział Legolam. 
 - Czarodzieje - mruknął Arrowroot. 
 - Lud Twodoru - stwierdził Goodgulf. 
 -  A  więc  pozostaje  nam  jedynie  Fordor  -  podsumował  Orion.  -  Jednak  tam  nie 

poszedłby nawet umysłowo chory troll. 

 - Ani krasnolud - potwierdził Legolam. 
Nagle Frito zauważył, że oczy wszystkich są zwrócone na niego. 
 - Czy nie moglibyśmy po prostu wrzucić go do kanału burzowego albo zastawić go i 

połknąć kwit? - zapytał. 

 - Niestety - odparł ponuro Goodgulf - to nie jest takie łatwe. 
 - Ale dlaczego? 
 - Dlatego - wyjaśnił Goodgulf. 
 -  I  ten  tego  -  dorzucił  Orion.  -  Jednak  nie  lękaj  się,  drogi  chochliku  -  ciągnął  -  nie 

wyruszysz sam. 

 - Dobry stary Gimlet pójdzie z tobą - powiedział Legolam. 
 - I nieustraszony Legolam - powiedział Gimlet. 
 - I szlachetny król Arrowroot - powiedział Bromosel. 
 - I wierny Bromosel - powiedział Arrowroot. 
 - I Moxie, Pepsi oraz Spam - powiedział Dildo. 
 - I Goodgulf Szarozęby - dodał Orion. 
 - Istotnie - rzekł Goodgulf, przeszywając go spojrzeniem.  Gdyby wzrok mógł zabijać, 

starego elfa wyniesiono by z sali nogami do przodu. 

 -  Niechaj  tak  będzie.  Wyruszycie,  kiedy  wróżby  będą  pomyślne  -  orzekł  Orion, 

zerkając do kieszonkowego horoskopu. - A o ile się nie mylę, będą niezwykle dobre za około 
pół godziny. 

Frito jęknął. 
 - Wolałbym nigdy się nie narodzić. 
 -  Nie  mów  tak,  drogi  Frito  -  zawołał  Orion.  -  To  była  szczęśliwa  chwila  dla  nas 

wszystkich.  

Pożegnalny prezent Dilda. Jednak paczka zawierała tylko krótki miecz ze szwajcarskiej 

stali,  kuloodporną  kamizelkę  z  dziurami  wyżartymi  przez  mole  oraz  kilka  zaczytanych 
powieści o takich tytułach, jak Elfia żądza czy Dziewczyna goblina. 

 - Żegnaj, Frito - powiedział Dildo, bardzo przekonująco odgrywając atak epilepsji.  - 

Teraz wszystko zależy od ciebie (westchnienie, jęk), o, pochowajcie mnie pod tym zielonym 
jaworem, ooo. Ooch. 

 -  Żegnaj  ,  Dildo  -  odparł  Frito  i  po  raz  ostatni  pomachawszy  mu  ręką,  wrócił  do 

pozostałych. Gdy tylko zniknął mu z oczu, Dildo zwinnie zerwał się na równe nogi i pomknął 
do sali, podśpiewując sobie: 

Siedzę ja sobie, dłubiąc w nosie i myśląc o różnych sprawach. 
O krasnalach gryzących paznokcie i elfich brzydkich zabawach. 

background image

Siedzę ja sobie, dłubiąc w nosie i śnią sny bardzo egzotyczne. 
O smokach ubranych w gumowe stroje i trollach noszących majtki śliczne. 
 
 - No cóż, teraz chyba pożegnamy się - rzekł Dildo, biorąc Frita na bok, kiedy opuścili 

salę posiedzeń. - Czy też raczej powiemy sobie “do widzenia"? Nie, sądzę, że “pożegnanie" 
będzie odpowiedniejszym słowem. 

 - Żegnaj, Dildo - powiedział Frito, tłumiąc szloch. - Szkoda, że nie idziesz z nami. 
 - No tak. Jednak jestem już za stary na takie rzeczy - stwierdził stary chochlik, udając 

całkowity paraliż dolnej połowy ciała. - Mimo to mam dla ciebie kilka drobnych prezentów - 
dorzucił,  podając  siostrzeńcowi  pokaźną  paczkę,  którą  ten  otworzył  z  kompletnym  brakiem 
entuzjazmu, pamiętając poprzedni. 

Siedzę, ja sobie, dłubiąc w nosie i marząc o dreszczu, że hej! 
O goblince, co nigdy nie mówi “nie" lub o orce, uwielbiającej klej. 
I siedząc tak sobie i dłubiąc, myślą o różnych miłych sprawach  
jak pejcze, kajdany i rzemienie, o chłostaniu i innych zabawach.
 
 -  Żałuję,  że  musicie  odejść  tak  szybko  -  powiedział  pospiesznie  Orion  jakieś 

dwadzieścia minut później, gdy towarzysze zebrali się przy swoich jucznych owcach. - Jednak 
Cień rośnie, a przed wami długa droga. Lepiej zacznijcie ją zaraz, w nocy.  Wróg ma oczy 
wszędzie. 

Gdy to mówił, duża, porośnięta sierścią gałka oczna złowieszczo sturlała się z gałęzi 

drzewa i głuchym plaśnięciem spadła na ziemię. 

Arrowroot dobył Kronę, swój złamany miecz (później pospiesznie sklejony) i machnął 

nim nad głową. 

 - Naprzód - krzyknął - do Fordoru! 
 - Żegnajcie, żegnajcie - rzekł niecierpliwie Orion. 
 - Excelsior - zawołał Bromosel, wściekle dmąc w swój policyjny gwizdek. 
 - Sayonara - powiedział Orion. - Aloha. Avaunt. Arroint. 
 - Kodak khaki no - doz! - krzyknął Gimlet. 
 - Dristan nasograf! - wrzasnął Legolam. 
 - Habeas corpus - powiedział Goodgulf, machając laską. 
 - Muszę si-si - jęknął Pepsi. 
 - I ja też - rzekł Moxie. 
 - Zaraz dam si-si wam obu - zagroził Spam, podnosząc z ziemi kamień. 
 - Ruszajmy - zachęcił Frito i wędrowcy powoli poszli traktem wiodącym z Riv'n'dell. 

Po kilku krótkich godzinach przebyli kilkaset stóp od chałupy, przy której nadal stał Orion, cały 
w  uśmiechach.  Gdy  karawana  pokonywała  pierwsze  lekkie  wzniesienie,  Frito  obejrzał  się  i 
spojrzał  na  Riv'n'dell.  Gdzieś  daleko;  w  mroku  leżało  Bagno  i  chochlik  poczuł  ogromną 
tęsknotę za rodzinnym domem, jak pies wspominający dawno zapomniany ochłap. 

Gdy  tak  patrzył,  wzeszedł  księżyc,  spadł  deszcz  meteorytów  i  pokazała  się  zorza 

polarna, kur zapiał po trzykroć, zagrzmiało! przeleciało stado gęsi w szyku tworzącym znak 
swastyki, a czyjaś gigantyczna dłoń napisała na niebie ogromnymi, srebrnymi literami “Mene, 
mene,  i  co  dalej?"  Nagle  Frito  doznał  nieodpartego  przeczucia,  że  znalazł  się  w  punkcie 
zwrotnym, że kończy się jeden rozdział jego życia, a zaczyna następny. 

 -  Wio,  zwierzaku  -  rzekł,  kopiąc  juczną  owcę  w  nerki,  a  kiedy  wielki  czworonóg 

chwiejnie powlókł się naprzód, zwrócony ogonem ku mrocznemu wschodowi, z pobliskiego 
lasu nadleciały odgłosy świadczące, że jakiś duży ptak pochorował się - krótko lecz hałaśliwie. 

background image

KILKA POTWORÓW 
 
 

Przez wiele dni wędrowcy podążali na południe, ufając oczom Strażnika Arrowroota, 

uszom  chochlików  oraz  mądrości  Goodgulfa.  Tydzień  po  opuszczeniu  Riv'n'dell  napotkali 
skrzyżowanie  dróg  i  przystanęli,  aby  wybrać  najlepszy  szlak  wiodący  przez  wyniosłe  Góry 
Mealey. 

Arrowroot pozezował w dal. 
 - Strzeżmy się okropnego Mount Badass - rzekł, wskazując na spory kamień milowy 

stojący przy drodze, sto jardów dalej. 

 - A więc musimy  ruszyć na wschód  - rzekł  Goodgulf, wskazując laską na czerwone 

słońce, zapadające w ocean chmur. 

Opodal przeleciała kaczka, głośno kwacząc. 
 - Wilki! - jęknął Pepsi, nasłuchując cichnącego dźwięku. 
 -  Lepiej  rozbijmy  tu  obóz  na  noc  -  rzekł  Arrowroot,  z  łoskotem  rzucając  plecak  na 

ziemię i miażdżąc kobrę okularnika. - Jutro musimy znaleźć przełęcz, którą przejdziemy przez 
góry. 

Kilka minut później wędrowcy siedzieli na środku skrzyżowania wokół trzaskającego 

ogniska, na którym wesoło piekł się jeden z królików - rekwizytów Goodgulfa. 

 - W końcu mamy porządne ognisko - rzekł Spam, wrzucając do ognia grzechotnika. - 

Sądzę, że wilki pana Pepsi nie będą nas niepokoić tej nocy. 

Pepsi prychnął. 
 - Wilk musiałby być naprawdę napalony, żeby dobierać się do takiego łazęgi jak ty - 

powiedział, ciskając  w Spama kamieniem,  chybiając o stopę i  ogłuszając czającą się pumę. 
Krążącą wysoko nad ich głowami, niewidoczny dla wędrowców przywódca szpiegowskiego 
stada wron zerknął przez lornetkę i zaklął w chrapliwym języku swego gatunku, wypuszczając 
przy tym nie dojedzony ser. 

 - Gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy? - zapytał Frito. 
 - Jesteśmy na skrzyżowaniu - odparł Czarodziej, po czym wyjął zza pazuchy poobijany 

sekstans i wycelował go w księżyc kowbojski kapelusz Arrowroota oraz górną wargę Gimleta. 
- Wkrótce przejdziemy górę lub rzekę i dotrzemy do innej krainy! - rzekł. 

Arrowroot podszedł do Frita. 
 - Nie obawiaj się - rzekł, siadając na wilku - bezpiecznie przeprowadzimy cię na drugą 

stronę. 

Wędrowcy  nabrali  otuchy,  gdy  następny  dzień  powitał  ich  jasnym  i  bezchmurnym 

porankiem, jak to często zdarza się, kiedy nie pada. Po skąpym śniadaniu złożonym z mleka i 
miodu, ruszyła rzędem za Arrowrootem i Goodgulfem, przy czym kawalkada zamykał Spam na 
swej jucznej owcy, do której przemawiał w czuły sposób, w jaki chochliki zawsze traktowały 
futrzaste zwierzątka.  

 - Och, jaka byłabyś smaczna w sosie miętowym - biadolił. 
Przeszli wiele staj (staja to około trzy ósme mili, a może nieco mniej od hektara) wzdłuż 

szerokiej,  wygodnej  autostrada  wiodącej  na  wschód,  do  cuchnących  stóp  Gór  Mealey,  a 
późnymi popołudniem dotarli do pierwszych krągłych wzgórków. Tam droga szybko zniknęła 
pod stertą kamieni i ruinami starożytnego posterunku poborców myta. Dalej wąska, głęboka i 
ciemna jak  węgiel dolina ciągnęła się złowrogo aż do skalnych zboczy gór. Arrowroot gestem 
zatrzymał  karawanę  i  wędrowcy  zebrali  się  wokół  niego,  żeby  popatrzeć  na  niegościnny 
krajobraz. 

 - Obawiam się, że to niedobre miejsce - powiedział Arrowroot, ślizgając się na świeżej 

czarnej farbie, która pokrywała każdy cal ziemi. 

 - To Czarna Dolina - rzekł poważnie Goodgulf. 

background image

 - Czy już jesteśmy w Fordorze? - zapytał Frito z nadzieją w głosie. 
 - Nie wspominaj o tamtej mrocznej krainie w tej mrocznej krainie  - ostrzegł ponuro 

Czarodziej.  -  Nie,  to  nie  Fordor,  lecz  najwidoczniej  i  tu  sięgnęła  ręka  Wroga  Wszystkich 
Dobrych Ludzi. 

Gdy  tak  stali,  patrząc  na  straszliwą  dolinę,  usłyszeli  wycie  wilków,  ryk  niedźwiedzi 

oraz wrzaski sępów. 

 - Jak cicho - rzekł Gimlet. 
 - Zbyt cicho - zauważył Legolam. 
 - Nie możemy tu zostać - stwierdził Arrowroot. 
 -  Nie  -  przytaknął  Bromosel,  spoglądając  na  szarą  płaszczyznę  strony  i  grubą  część 

książki w prawej dłoni czytelnika. - Przed nami jeszcze daleka droga. 

Przetruchtawszy przez ponad godzinę stromym, usianym głazami zboczem, wędrowcy 

dotarli, zziajani i usmoleni, do długiej półki skalnej biegnącej między urwiskiem a stawem, 
którego  całą  powierzchnię  pokrywała  gruba  warstwa  oleistej  mazi.  Na  ich  oczach  wielki, 
szerokoskrzydły  wodny  ptak  z  głośnym  pluskiem  opadł  w  paskudną  ciecz  i  natychmiast 
rozpuścił się. 

 - Chodźmy - rzekł Goodgulf. - Przełęcz nie może być daleko. 
Z tymi słowami powiódł ich wokół kamiennego występu sterczącego ze stawu przed 

nimi i zasłaniającego widok na resztę górskiego zbocza. Półka zwężała się w tym miejscu i 
wędrowcy  musieli  posuwać  się  cal  po  calu.  Kiedy  minęli  zakręt,  zobaczyli  przed  sobą 
wznoszące  się  na  setki  stóp  urwisko.  W  ścianie  skalnej  było  wykute  wejście  do  jakiejś 

podziemnej  jaskini,  starannie  zamknięte  ogromnymi  drewnianymi  drzwiami  z  ogromnymi 
żelaznymi  zawiasami  i  gigantyczną  klamką.  Drzwi  były  pokryte  dziwną  klątwą  starannie 
wykaligrafowną  runami  krasnoludów  i  skonstruowane  tak  niezwykle  starannie,  że  ze  stu 
kroków ni dało się dojrzeć szczeliny między drewnem a kamieniem.  

 
(sami sobie przeczytajcie S&C) 
 
Arrowroot westchnął. 
 - Czarna Jama! - zawołał. 
 - Tak - potwierdził Gimlet - legendarny Nikon - mojego przodka, Fergusa Fewmeta. 
 - Straszna Andrea Doria, przekleństwo krzywych ludzi szepnął Legolam. 
 - A gdzie jest przełęcz? - spytał Frito. 
 -  Oblicze  tej  ziemi  zmieniło  się,  od  kiedy  po  raz  ostatni  wyjechałem  za  granicę  i 

odwiedziłem  te  strony  -  rzekł  szybko  Goodgulf  -  dlatego,  może  zrządzeniem  Losu,  trochę 
zboczyliśmy z drogi. 

 - Sądzę, że byłoby mądrzej odszukać przełęcz - Arrowroot. - Nie może być daleko. 
 - Trzysta kilometrów, plus minus szyling - stwierdził Goodgulf, trochę bez sensu, a w 

tejże chwili wąska półka, którą przybyli z doliny, z głuchym łoskotem zapadła się do stawu. 

 - To przesądza sprawę - powiedział ze złością Bromosel. 
 - Hej - ho! - zawołał. - Chodź tu i zjedz nas! 

background image

A z oddali odpowiedział mu echem głuchy pomruk: 
 - Ja zwierz, ja to zrobić. 
 - Zaiste, przywiodło nas tutaj jakieś ponure zrządzenie Losu 
 - rzekł Arrowroot - albo stuknięty Czarodziej. Goodgulf zachował spokój. 
 - Musimy odgadnąć zaklęcie otwierające te drzwi i to szybko. Już zapada zmrok. 
Z tymi słowami uniósł laskę i zawołał: 
Yuma pało alto erin go brae Tegrin correga cremora ole! 
Drzwi nawet nie drgnęły, a Frito nerwowo zerknął na oleiste pęcherzyki, które zaczęły 

tworzyć się na powierzchni stawu. 

 - Gdybym tylko słuchał mojego wujka Si - Si i poszedł na stomatologię - jęczał Pepsi. 
 - Gdybym został w domu, zbiłbym majątek, sprzedając encyklopedie - pociągał nosem 

Moxie. 

 -  A  gdybym  ja  miał  dziesięć  funtów  cementu  i  dwa  worki,  już  od  godziny 

pływalibyście sobie w tym stawie - rzekł Spam. 

Goodgulf siedział bezradnie przed upartym portalem, mamrocząc zaklęcia. 
 - Pizolit - zaintonował, uderzając laską w drzwi. - Bitum. Laszlo. Clayton - Bulwer. 
Oprócz głuchego dudnienia, drzwi nie zareagowały na jego wysiłki. 
 -  Nie  wygląda  to  najlepiej  -  stwierdził  Arrowroot.  Nagle  Czarodziej  zerwał  się  na 

równe nogi. 

 - Klamka! - zakrzyknął i podprowadziwszy juczną owcę do drzwi, stanął na palcach na 

jej grzbiecie i obiema rękami! nacisnął wielką klamkę. Ustąpiła bez oporu i wrota uchyliły się, 
skrzypiąc przeraźliwie. 

Goodgulf pospiesznie zszedł z owcy, a Arrowroot i Bromosel odciągnęli drzwi jeszcze 

o kilka cali. W tejże chwili w głębi stawu rozległ się głośny bulgot i bekanie, po czym z toni 
wyłonił się ogromny potwór, czkając okropnie. 

Wędrowcy wrośli w ziemię z przerażenia. Stwór miał mniej f więcej pięćdziesiąt stóp 

wysokości, łuskowate wdzianko, dobrego i dentystę oraz dykcję gazeciarza. 

 - Aaaaa! - wrzasnął Legolam. - To tezaurus! 
 - Mniam! - ryknął potwór. - Kaleczyć, dusić, miażdżyć, Patrz KRZYWDZIĆ. 
 - Szybko! - zawołał Goodgulf. - Do jaskini. Wędrowcy pospiesznie jeden po drugim 

prześlizgnęli  się  przez  wąskie  przejście.  Ostatni  szedł  Spam,  który  usiłował  wepchnąć  w 
szczelinę  protestującą  owcę.  Po  dwóch  rozpaczliwych,  lecz  bezowocnych  próbach  podniósł 
rozzłoszczonego czworonoga i cisnął go prosto w rozdziawiony pysk potwora. 

 - Jadalny  -  orzekł  wielki stwór, żując z apetytem.  -  Spożywczy, pożywny, smaczny. 

Patrz POKARM. 

 - Mam nadzieję, że się udławisz - warknął ze złością Spam, gdy wizja jagnięcego udźca 

odleciała w dal, trzepocząc skrzydełkami. Przecisnął się przez otwór i dołączył do reszty grupy 
w  jaskini.  Z  donośnym  beknięciem,  od  którego  zadrżała  ziemia,  a  powietrze  napełniło  się 
wonią, jaka towarzyszy odkryciu dawno zapomnianego kawałka sera, bestia zatrzasnęła drzwi. 
Potężny  łoskot  odbił  się  echem  w  trzewiach  góry  i  wędrowcy  znaleźli  się  w  kompletnych 
ciemnościach. 

Goodgulf pospiesznie wyjął zza pazuchy krzesiwo i gorączkowo krzesząc skry ze ścian 

i podłogi, zdołał zapalić koniec swojej laski, uzyskując wątły płomyk dający mniej więcej tyle 
światła co martwy robaczek świętojański. 

 - Co za czary - rzekł Bromosel. 
Czarodziej  spojrzał  w  zalegające  przed  nimi  ciemności  i  dochodząc  do  wniosku,  że 

jedyna możliwa droga wiedzie schodami w górę, poprowadził grupkę w gęsty mrok. 

Przewędrowali sporą odległość korytarzem, który zaczynał się na szczycie schodów i 

przeważnie  biegł  w  dół,  nieustannie  zmieniając  kierunek,  aż  powietrze  stało  się  gorące  i 
duszne, co zaniepokoiło naszych bohaterów. Nadal nie znaleźli żadnego źródła światła oprócz 

background image

pryskającej laski Goodgulfa, a jedynym dźwiękiem był złowieszczy tupot kroków za plecami, 
ciężkie dyszenie północnych Koreańczyków, grzechot automatów do gier i inne hałasy typowe 
dla takich ciemnych, ponurych zakamarków. 

Wreszcie  dotarli  do  miejsca,  gdzie  korytarz  rozgałęział  się  na  dwie  odnogi,  obie 

wiodące  w  dół.  Tam  Goodgulf  zatrzymał  grupę.  Natychmiast  usłyszeli  szereg  złowrogich 
bulgotów  i  innych  dźwięków  nie  z  tego  świata,  które  sugerowały,  że  Czterej  Jeźdźcy  Apo-
kalipsy postanowili zagrać sobie opodal małą partyjkę brydża. 

 - Rozdzielmy się - zaproponował Bromosel. 
 - Skręciłem sobie kostkę - rzekł Pepsi. 
 - Cokolwiek chcecie zrobić, nie róbcie hałasu - ostrzegł Arrowroot. 
 - Aaa - psik! - kichnął ogłuszająco Moxie. 
 - Oto mój plan - rzekł Goodgulf. 
 - Kule ich nie powstrzymają - powiedział Bromosel. 
 - Cokolwiek się stanie - stwierdził Arrowroot - musimy zachować czujność. 
Po czym wszyscy, jak jeden mąż, zasnęli. 
Kiedy  zbudzili  się,  wokół  znów  było  cicho,  a  po  pospiesznym  posiłku  złożonym  z 

placków i piwa, przystąpili do wyboru odpowiedniej drogi. Gdy stali, dyskutując, z głębi ziemi 
nadleciało miarowe dudnienie. Raz, dwa, trzy, rzut i punkt! 

Jednocześnie  powietrze stało  się  bardziej  gorące  i  duszne,  a ziemia  zadrżała  im  pod 

stopami. 

 -  Nie  ma  czasu  do  stracenia  -  powiedział  Goodgulf,  zrywając  się  na  równe  nogi.  - 

Musimy coś postanowić i to szybko. 

 - Według mnie na prawo - orzekł Arrowroot. 
 - Na lewo - poprawił Bromosel. 
Przy  dokładniejszych  oględzinach  okazało  się,  że  w  lewej  odnodze  brakuje  około 

czterdziestu stóp podłogi i Goodgulf pospiesznie ruszył drugą, a pozostali wędrowcy deptali 
mu  po  piętach.  Korytarz  biegł  stromo  w  dół,  a  po  drodze  napotykali  niezbyt  apetyczne, 
złowróżbne znaki, między innymi pobielały szkielet Minotaura, resztki człowieka z Piltdown 
oraz sfatygowany kieszonkowy zegarek królika z wygrawerowaną dedykacją: “Białasowi od 
całej bandy z Krainy Czarów". 

Niebawem korytarz zaczął opadać łagodniej, aż w końcu doprowadził wędrowców do 

wielkiej  pieczary,  zastawionej  rzędami  wielkich  metalowych  szafek  i  oświetlonej  jasną 
poświatą. Gdy tam weszli, dudnienie stało się jeszcze głośniejsze: Raz, dwa, zwód. Raz, dwa, 
zwód i rzut. 

Nagle z korytarza, którym przybyli wędrowcy, wypadła liczna ,, gromada norek i runęła 

na nich, wymachując sierpami i młotami.  

 - Uraaa, uraaa! - krzyczał ich przywódca, wywijając wielkim pedałem. 
 - Śmierć gnojkom! - wrzeszczał pedał. 
 - Zostańcie tu - powiedział Arrowroot. - Ja pójdę na  zwiady. 
 - Osłaniajcie mnie - rzekł Legolam. - Ja ich odciągnę. 
 - Strzeżcie tyłów - polecił Gimlet. - Sprawdzę korytarz.  
 - Brońcie fortu - zaproponował Goodgulf. - Ja ich okrążę. 
 - Trzymajcie się - radził Bromosel. - Ja ich załatwię. 
 -  Pingpong  jangcyjang!  -  wrzeszczał  wódz  norek.  Wędrowcy  przemknęli  przez 

komnatę i wpadli w boczny korytarz. Norki deptały im po piętach. Gdy tylko znaleźli sit w 
tunelu, Goodgulf zatrzasnął drzwi przez nosem napastników i pospiesznie rzucił na nie czar. 

 -  Niech  to  szlag  trafi  -  rzekł,  uderzając  laską  w  drzwi,  które  z  cichym  pufnięciem 

zmieniły  się  w  chmurę  dymu,  pozostawiając  czarodzieja  twarzą  w  twarz  ze  zdumionymi 
norkami.  Goodgulf  szybko  wyjął  z  kieszeni  długą  petycję,  podpisał  ją  i  wepchnął  w  rękę 
zaskoczonego przywódcy, po czym pognał korytarzem do towarzyszy, którzy stali na drugim 

background image

końcu wąskiego wiszącego mostu, przerzuconego nad głęboką otchłanią. 

Gdy Goodgulf wszedł na most, w korytarzu rozległo się złowieszcze raz, dwa, i tłum 

norek runął naprzód. Wśród nich gnał ogromny czarny cień, zbyt okropny, aby go opisać. W 
ręku trzymał wielką czarną kulę, a na piersi miał napisane topornymi runami “Ballhog". 

 - Aaaa! - ryknął Legolam. - Atakują! 
Goodgulf odwrócił się twarzą do czarnego cienia, który powoli zbliżał się do mostu, 

odbijając czarną kulę. Czarodziej zachwiał się i chwytając liny, podniósł laskę. 

 - Cofnij się, patałachu! - zawołał. 
Słysząc to, Ballhog ruszył na most, a Czarodziej cofnął się, wyprostował i rzekł: 
 - Naprzód, niebiescy! Arrowroot wywinął Kroną. 
 - On nie zdoła utrzymać mostu! - krzyknął i pobiegł na pomoc. 
 - E pluribus unum! - zawołał Bromosel i skoczył za nim. 
 - Esso extra - rzekł Legolam, idąc w jego ślady. 
 - Kaiser Frazer! - ryknął Gimlet, dołączając do nich. Ballhog skoczył ku nim i unosząc 

nad głowę straszliwą kulę, wydał triumfalny okrzyk. 

 - Dulce et decorum - rzekł Bromosel, szarpiąc liny mostu. 
 - Racja - mruknął Arrowroot, przecinając wspornik. 
 - Tak będzie znacznie lepiej - stwierdził Legolam, siekąc zaciekle. 
 -  Pozostań  z  moim  Bogiem  -  zaintonował  Gimlet,  szybkim  ciosem  topora  zrywając 

ostatni sznur. 

Most  runął  z  donośnym  trzaskiem,  zrzucając  Goodgulfa  i  Ballhoga  w  otchłań. 

Arrowroot odwrócił się i tłumiąc szloch, pobiegł korytarzem. Pozostali towarzysze deptali mu 
po piętach. Kiedy minęli pobliski zakręt, oślepił ich nagły błysk słonecznego światła i po kilku 
minutach, pozbywszy się śpiącego wartownika - norki, wypadli przez bramę na południowe 
schody. 

Stopnie biegły wzdłuż syropowatego strumienia, w którym złowieszczo pękały wielkie, 

lepkie, wielobarwne pęcherze. Legolam przystanął i splunął pogardliwie. 

 - To Spumante - wyjaśnił - przysmak elfów. Nie pijcie tego, powoduje próchnicę. 
Wędrowcy szybko zeszli w płytką dolinę i po niecałej godzinie stanęli na zachodnim 

brzegu  rzeki  Nesselrode,  którą  krasnoludy  nazywają  Nazalspray.  Arrowroot  zatrzymał  ich 
gestem. Stopnie wiodące w dół  gwałtownie urywały się na brzegu rzeki,  a po obu stronach 
wąskiego przejścia zbocza pagórków opadały w rozległą, nagą równinę pełną bogów wiatru, 
delfinów w marynarskich czapkach oraz planów ulic. 

 - Obawiam się, że dotarliśmy do nie zbadanych obszarów - rzekł Arrowroot, osłaniając 

dłonią oczy i spoglądając w dal. - Niestety, nie masz wśród nas Goodgulfa, który mógłby nas 
poprowadzić. 

 - Ale kanał - mruknął Bromosel. 
 -  Tam  oto  leży  Lornadoon,  ziemia  Dawnych  Elfów  -  rzekł  Legolam,  wskazując  na 

rozpościerający się za rzeką, rzadki las krzywych wiązów i karłowatych sosen. - Goodgulf na 
pewno poprowadziłby nas tamtędy. 

Bromosel  włożył  nogę  w  leniwy  nurt,  z  którego  wyskoczył  paluszek  rybny  i  rząd 

smażonych małży. 

 -  Magia!  -  zakrzyknął  Gimlet,  gdy  kanapka  z  tuńczykiem  świsnęła  mu  koło  ucha.  - 

Czary! Diabelskie sztuczki! Izolacjonizm! Żywe srebro! 

 -  Tak  -  rzekł  Legolam  -  ta  rzeka  jest  zaczarowana,  gdyż  nosi  imię  elfki  Nesselrode, 

która kręciła z Mentholem, bogiem poobiednich drinków. Jednak zła Oxydol, bystrooka bogini 
impasów i szlemików, ukazała się jej pod postacią piątki z kontrą i powiedziała, że Menthol 
jednocześnie  kombinuje  z  księżniczką  Phisohex,  córką  króla  Sano.  Słysząc  to,  Nesselrode 
spieniła  się  i  poprzysięgła  skopać  Phisohex  tyłek,  a  ponadto  namówiła  matkę  Cineramę, 
boginię krótkoterminowych pożyczek, żeby przemieniła Menthola w psychostymulant. Jednak 

background image

Menthol zwęszył spisek i przyszedł do Nesselrode pod postacią zamrażarki, zmienił ją w rzekę 
i ruszył w świat, sprzedawać encyklopedie. Do dziś, na wiosnę, rzeka cicho woła: “Mentholu, 
Mentholu, ty draniu. Byłam elfką z sąsiedztwa, a tu bach i jestem rzeką. Ty śmierdzielu". A 
wiatr odpowiada jej: “Fuj!" 

 - Smutna opowieść - rzekł Frito. - Czy to prawda? 
 - Nie - odparł Legolam. - Jest także pieśń. I zaczął śpiewać. 
 

Przed laty elfka sobie żyła, w dzień za stenografią robiła. 
 Miała perukę i złote zęby, od perfum jej kwaśniały gęby.
 
Mówiła, że sztuka jest “słodka", trzepocząc rzęsami, idiotka.  
Listę, przebojów na pamięć znała, bez przerwy gumą pożuwała.
 
W głowie miała ciuchy i chłopów, a na głowie loki (z papilotów).  
Wkładała  dżinsy  z  modnym  wzorem,  z  psiapsiółkami  wychodząc 

wieczorem. 

Raz elfa spotkała i w tym rzecz, bo on zabrał ją na mecz - Twierdził,  
Że mieszkanie ma duże, uwielbia tańce, kwiaty i podróże.
 
Późną nocą oddala mu się cala, w jego samochodzie rzecz się działa.  
Bogaty 
myślała mądry i śliczny, z nim stworzymy związek idylliczny. 
Potem krzywiąc usta w uśmiechu, rzekł, że z inną żyje w grzechu.  
Na umowę - zlecenie na poczcie pracuje, a mieszka z mamusią która mu 

gotuje. 

Srebrną Izę. nieszczęsna uroniła, zła, samotnie do domu wróciła.  
Tydzień wcześniej też było tak samo, (Cóż robić pracującej elfce, mamo?).
 

 
 - Lepiej wynieśmy się stąd przed zmrokiem - rzekł w końcu Arrowroot. - Powiadają, że 

w tych stronach są zębate nietoperze i krwawe wonpyry. 

Podniósł swój podręczny zestaw kosmetyczny i wszedł do syropowatej cieczy, a reszta 

poszła w jego ślady. Woda w żadnymi miejscu nie miała więcej jak kilka stóp głębokości, więc 
chochliki bez trudu przedostały się na drugi brzeg. 

 - To naprawdę dziwna rzeka - stwierdził Bromosel, gdy 

fale sięgnęły mu do ud. 

Na drugim brzegu rzeki znaleźli gęstą kępę uschniętych drzew pokrytych napisami w 

elferanto, głoszącymi:  

WITAJCIE W LEGENDARNEJ WIOSCE ELFÓW, ODWIEDŹCIE FARMĘ WEŻY, 

NIE  OMIŃCIE  PRACOWNI  PANNY  SANTY,  ORAZ  CHROŃCIE  NASZ 
ZACZAROWANY LAS! 

 - Lornadoon, Lornadoon - westchnął Legolam. - Cud Śródziemia Dolnego! 
Na dźwięk tych słów otwarły się drzwi w pniu dużego drzewa, ukazując pokoik pełen 

stojaków z pocztówkami, głośno tykające zegary z kukułką oraz skrzynki słodyczy z syropem 
klonowym. Zza dystrybutora napojów wyłonił się niechlujnie wyglądający elf. 

 - Witam grupę - rzekł, kłaniając się nisko. - Jestem Pentel. 
 - Podejdź tu, stary oszuście - zachęcił Legolam. 
 - No, no, no - powiedział elf, chrząkając, żeby dodać sobie ważności. - Podróżujemy 

poza sezonem, co? 

 - Przypadkiem przechodziliśmy tędy - odparł Arrowroot. 
 - Nieważne - powiedział elf. - Jest tu mnóstwo rzeczy do obejrzenia, mnóstwo. Na lewo 

skamieniałe drzewo, na prawo Skała Ech i Żywy Mostek, a wprost przed wami Studnia Stu Dni. 

 - Przybywamy z Dorii - ciągnął Arrowroot. - Zmierzamy do Fordom.  
Elf pobladł. 

background image

 -  Mam  nadzieję,  że  podobało  wam  się  w  Lornadoon,  Krainie  Czarów  -  dokończył 

pospiesznie, wręczając im plik folderów oraz naklejek na juczne konie, po czym wskoczył do 
środka, zatrzasnął drzwi i zaryglował je. 

 - Żyjemy w niespokojnych czasach - stwierdził Arrowroot. Legolam otworzył jeden z 

prospektów i spojrzał na mapę. 

 - Jesteśmy niedaleko od Wioski Elfów - orzekł w końcu - i jeśli to miejsce nie zmieniło 

właściciela, nadal zamieszkują tam krewni Oriona - Cellophane i Lady Lavalier. 

 - Elfy - mruknął Spam. - Nie twierdzę, że Sorhed ma rację, ale też nie twierdzę, że się 

myli - o ile mnie wyczuwacie. 

 - Zamknij dziób - poradził mu Legolam. 
Po  pospiesznym  spożyciu  kadzidła  i  mirry,  wędrowcy  ruszyli  szeroką  ścieżką,  którą 

Legolam  zidentyfikował  według  mapy  jako  Szlak  Grozy.  Od  czasu  do  czasu  mechaniczne 
smoki i gobliny wyłaniały się chwiejnie z gumowych zarośli, ziewając i pomrukując. Jednak 
nawet chochliki nie przejęły się ich atakami i po kilku godzinach przybyli na skraj małego gaju 
bardzo  skamieniałych  drzew  o  dziwnie  symetrycznych  gałęziach,  z  których  spadała  mocno 
skorodowane mosiężne liście, tworząc sztucznie wyglądające kupki. 

Gdy tak stali zdumieni, w wykuszowym oknie pobliskiego; drzewa pojawiła się głowa 

elfki, która zawołała w prastarej mówią elfów:  

Witaj, cny podróżniku! 

 
 - Masz wszystkich w domu? - Zadał właściwe pytania Legolam. 
W następnej chwili drzwi w wielkim pniu otworzyły się i wyszedł z nich niski elf. 
 - Cellophane i Lady Lavalier oczekują was na górze - rzekł i wprowadził wędrowców 

do szerokiego pnia. Drzewo było całkowicie puste w środku i wyklejone tapetą z cegiełkowym 
wzorem. Spiralne schody wiodły przez otwór w suficie na wyższe piętro i elf skinął na nich, 
żeby  tam  weszli.  Gdy  dotarli  na  górę,  znaleźli  się  w  komnacie  bardzo  podobnej  do  tej  na 
parterze, tylko jasno oświetlonej wiszącymi pod wysokim sklepieniem, wielkimi' kandelabrami 
zrobionymi z kół furmanek. Na końcu komnaty, na, dwóch pieńkach, siedzieli Cellophane i 
Lavalier, spowici w zwoje muślinu. 

 - Witamy w Lornadoon - rzekła Lavalier, powoli podnosząc się i wędrowcy zobaczyli, 

że była krzepka jak młode drzewko lub karłowaty dąb. Miała wspaniałe, kasztanowate włosy i 
kiedy potrząsnęła głową, tuziny dojrzałych kasztanów spadły z nich jak grad na podłogę. Frito 
bawił się Pierścieniem i podziwiał jej niezrównaną urodę. Gdy tak stał, jak w transie, Lavalier 
obróciła się do niego i zobaczyła, że bawi się Pierścieniem i podziwia jej niezrównaną urodę. 

 -  Widzę,  Frito  -  rzekła  -  że  bawiąc  się  Pierścieniem,  podziwiasz  moją  niezrównaną 

urodę. 

Frito jęknął ze zdumienia. 
 - Nie lękaj się - powiedziała, złośliwie mrużąc oko. - Nie mamy uprzedzeń. 
Wtedy Cellophane wstał, powitał kolejno każdego z wędrowców i gestem wskazał na 

gumowe  stolce  umieszczone  pod  ścianami.  Poprosił,  aby  opowiedzieli  mu  o  swoich 
przygodach. 

Arrowroot odchrząknął. 
 - Dawno, dawno temu - zaczął. 
 - Me imię Ishmael - rzekł Gimlet. 
 - Raz do roku w... - zaczął Legolam. 
 - Słuchaj mnie, Muzo - rozpoczął Bromosel. 
Po  krótkiej  dyskusji  Frito  opowiedział  całą  historię  o  Pierścieniu,  przyjęciu  Dilda, 

Czarnych  Świniarzach,  a  także  o  Konwentyklu  Oriona,  Dorii  oraz  przedwczesnym  zejściu 
Goodgulfa. 

 - Rety, rety, jej - powiedział ze smutkiem Cellophane, kiedy Frito skończył. 

background image

Lavalier westchnęła. 
 - Mieliście długą i ciężką podróż - rzekła. 
 - Tak - dodał Cellophane - ciężkie jest wasze brzemię. 
 - Wasi wrogowie są potężni i bezlitośni - stwierdziła Lavalier. 
 - Macie czego się bać - dodał Cellophane. 
 - Wyjedziecie o świcie - podsumowała Lavalier. 
Po obfitej uczcie z cherubinów i serafinów, Cellophane i Lavalier upchnęli strudzonych 

wędrowców  w  pokoiku  w  pobliskim  drzewie,  a  gdy  Frito  zamierzał  tam  wejść,  Lavalier 
odciągnęła go na bok i zaprowadziła do leżącej opodal cienistej dolinki, na środku której stało 
brudne ptasie korytko, w którym pływała do góry brzuchami para wróbli. 

 - Trucizna - wyjaśniła Lavalier, ciskając pierzaste zwłoki w chaszcze.  - Tylko w ten 

sposób można je powstrzymać. 

Z tymi słowami splunęła do wody, z której wyskoczyła złota rybka, krzycząc: 
 - Czego chcesz, do cholery!? 
A Lavalier nachyliła się nad taflą i szepnęła: “Wilmot Proviso", na co woda zaczęła 

wrzeć,  wypełniając  powietrze  zapachem  wołowego  gulaszu.  Nagle  Frito  zauważył,  że 
powierzchnia wody wygładziła się i ujawniła obraz człowieka wpychającego sobie cal do nosa. 

 - Ach, te reklamy - mruknęła zirytowana Lavalier. 
Po chwili mężczyzna zniknął, zastąpiony obrazami elfów i krasnoludów tańczących na 

ulicach,  hulanek  w  Minas  Troney,  swawoli  w  Bagnie,  reportażem  z  przetopienia  sporego 
spiżowego posągu Sorheda na spinki do krawatów, aż w końcu Frito ujrzał siebie, siedzącego 
na stercie ozdobnej biżuterii i uśmiechającego! się radośnie. 

 - To dobry znak - oznajmiła Lavalier. Frito przetarł oczy i uszczypnął się. 
 - A więc nasza przyszłość nie maluje się tak czarno? - zapytał. 
 - Wyrocznia Lavalier nigdy nie kłamie - oznajmiła stanowczo Lady i zaprowadziwszy 

Frita z powrotem do jego towarzyszy, zniknęła w gęstym oparze perfum “Gwałt dżungli". 

Frito  uszczypnął  się  jeszcze  raz,  po  czym  walnął  głową  w  drzewny  dom  i  zapadł  w 

głęboki sen. 

Powierzchnia  źródła  przez  chwilę  pozostała  czarna,  a  potem  zamigotała  i  ukazała 

uroczyste powitanie S/s “Titanic" w nowojorskim porcie, zwrot francuskich długów wojennych 
oraz powszechny dobrobyt w państwach socjalistycznych. 

Na południowym skraju nieba Velveeta, ukochana gwiazda zaranna elfów i pokojowa 

Jutrzenki, wstała i powitała miodoustego Noxzemę i ściskając złote wiaderko ze śmieciami, 
kazała mu szykować skrzydlatą rikszę Novocainy - herolda dnia. Tam też wstała czerwonooka 
Ovaltine  o  czułych  wargach,  którymi  lekko  ucałowała  ziemię  na  wschodnim  krańcu  Mórz. 
Innymi słowy, było wcześnie rano. 

Wędrowcy  wstali  i  po  pospiesznym  śniadaniu  złożonym  z  jaj  na  boczku,  zostali 

zaprowadzeni  przez  Cellophane,  Lavalier  oraz  ich  sługi  przez  las  na  brzeg  wielkiej  rzeki 
Rycyny, gdzie czekały trzy małe tratwy z balsy. 

 -  Nadeszła  smutna  chwila  rozstania  -  rzekła  poważnie  Lavalier.  -  Jednak  mam  dla 

każdego z was skromny dar, który godzinie rozpaczy przypomni wam Lornadoon. Co mówiąc, 
wyciągnęła spory kufer i wyjęła zeń garść niezwykłych prezentów. 

 - Dla Arrowroota - powiedziała - klejnoty koronne. 
I  podała  zdumionemu  królowi  gruszkę  w  kształcie  diamentu  oraz  nasionko  siewki 

wielkości szmaragdu. 

 -  Dla  Frita,  odrobinę  magii.  -  I  chochlik  otrzymał  cudowną  szklaną  kulę  pełną 

śnieżnych płatków. 

I tak każdy członek małej kompanii otrzymał jakiś niezwykły dar: Gimlet prenumeratę 

“Życia  Elfów",  Legolam  zestaw  do  madżonga,  Moxie  pudełko  maści  tygrysiej,  Pepsi  parę 
widelców do sałatek, Bromosel rowerek trójkołowy, a Spam repelent w aerozolu. 

background image

Dary  szybko  załadowano  na  tratwy,  razem  z  innym  wyposażeniem  niezbędnym 

podczas wyprawy, takim jak liny, puszki gulaszu wołowego, sterty kopry, magiczne płaszcze 
przybierające kolor otoczenia - zielonej trawy, zielonych drzew, zielonych skał czy zielonego 
nieba,  egzemplarz  Katalogu  smoków  i  bazyliszków,  karton  karmy  dla  psów  oraz  skrzynka 
polskiej wódki. 

 - Żegnajcie - rzekła Lavalier, gdy wędrowcy stłoczyli się na tratwach. - Każda wielka 

podróż rozpoczyna się od małego kroku. Żaden człowiek nie jest wyspą. 

 - Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - dodał Cellophane. Tratwy popłynęły rzeką, a 

Cellophane i Lavalier wsiedli na wielkiego łabędzia w kształcie łodzi i towarzyszyli im przez 
jakiś czas, przy czym Lavalier siedziała na dziobie, nucąc starożytną pieśń żałobną elfów przy 
łamiącym serce łoskocie stalowych bębnów: 

Dago, Dago, Lassi Lima rymcymcym  
Yanqui unicycle rainar rotoroot  
Telstar aloha saarinen cloret  
Seat camaro impala desoto?  
Gardol ole telefon lumumba!  
Chattanooga i tampa muriel  
Zawle czeszko nią do baru, bwana,  
Aleniez mu siszgodo picia!
 
Comsat melba rubaiyat nirwana  
Garda y vega hiawatha halo.  
O mitra, mitra, padnę na ryuo!  
Yaldaree valdera, que sera, mesje,  
Honi siot la vache qui rit.  
Honi soit la vache qui rit.
 

 
(“Och, liście opadają, kwiaty więdną, a wody płyną na młyn republikanom. O Ramarze, 

Ramarze, jedź szybko na swoim unicyklu, by ostrzec nimfy i królowe uciech! Ach, któż teraz 
zbierze leśne runo i  zapląsa w różanych ogrodach? Któż ostrzyże moje jednorożce? Spójrz, 
nawet krowy śmieją się z tego, biada, biada". Chór: “Jesteśmy chórem i mówimy tak. Tak, tak, 
tak".) 

Gdy  maleńkie  stateczki  mijały  zakręt  rzeki,  Frito  obejrzał  się  w  samą  porę,  aby 

zobaczyć,  jak  Lady  Lavalier  wdzięcznie  wkładaj]  palec  do  ust  w  prastarym  elfim  geście 
pożegnania. 

Bromosel  spojrzał  przed  siebie,  gdzie  meandry  rzeki  stawiały  ich  twarzą  w  twarz  z 

ledwie wstającym słońcem. 

 - Kto rano wstaje, ten chodzi niewyspany - mruknął i zasnął. 
A taki był czar Lornadoon, że chociaż spędzili w tej zaczarowanej krainie tylko noc, 

wydała im się tygodniem i kiedy dryfowali z prądem, Frito zaczął obawiać się, że nie zostało im 
już wiele czasu. Wspomniał złowróżbny sen Bromosela i po raz pierwszy zauważył na czole 
wojownika  dużą  plamę  jagnięcej  krwi,  nakreślone  kredą  “X"  na  jego  plecach,  oraz  czarne 
znamię  wielkości  dublona  na  jego  policzku.  Wielki  i  dość  nieprzyjemnie  wyglądający  sęp 
siedział na jego lewym ramieniu, dłubiąc w zębach i śpiewając idiotyczną piosenkę o gwarku. 

Około południa rzeka stała się wąska i płytka, i niebawem całkowicie zatarasowała ją 

bobrowa tama, zza której dobiegały złowrogie klaśnięcia ogonów i złowieszcze wycie turbin. 

 -  Sądziłem,  że  droga  do  Wysp  Langerhansa  jest  wolna  -  rzekł  Arrowroot.  -  Teraz 

background image

widzę, że słudzy Sorheda dotarli nawet tutaj. Nie możemy dalej płynąć tą rzeką. 

Powiosłowali do zachodniego brzegu i wyciągnąwszy tratwy na ląd, pospiesznie zjedli 

posiłek złożony z niebieskich migdałów. 

 -  Obawiam  się,  że  te  stworzenia  mogą  zrobić  nam  coś  złego  -  rzekł  Bromosel, 

wskazując na mroczny kontur betonowej tamy. 

Ledwie  to  rzekł,  gdy  po  kamiennym  brzegu  przeszła  chwiejnym  krokiem  jakaś 

przysadzista postać. Miała mniej więcej cztery stopy wzrostu, bardzo ciemną cerę, ogon jak 
zbyt mocno rozbity stek, czarny beret i binokle z czarnymi szkłami. 

 -  Sługa  unizony  -  wysepleniła,  kłaniając  się  nisko.  Arrowroot  zmierzył  przybysza 

zamyślonym spojrzeniem. 

 - Kim jesteś? - rzekł w końcu, kładąc dłoń na rękojeści miecza. 
 - Zwyczajnym podróżnym, tak jak wy - rzekł przybysz, z emfazą klaskając ogonem. - 

Mój koń zgubił podkowę, a może moja łódź zatonęła, nie pamiętam. Arrowroot odetchnął. 

 - No cóż, a więc serdecznie witamy - rzekł. - Obawiałem się, że możesz być sługą zła. 
Stwór uśmiechnął się pobłażliwie, ukazując parę przednich zębów wielkości kafelków 

do łazienki. 

- A skądże - powiedział, machinalnie obgryzając przyniesioną z prądem gałąź. Nagle 

kichnął potężnie, przy czym spadli mu okulary. 

Legolam jęknął. 
 - Czarnobrody! - zawołał, odskakując. 
W tejże chwili w pobliskim lesie rozległ się potworny zgiełk i banda wyjących norek 

oraz pomrukujących bobrów runęła ni nieszczęsnych wędrowców. 

Arrowroot zerwał się na równe nogi. 
 - Ekskrementa! - zakrzyknął, dobył Kronę i zwrócił ją rękojeścią ku najbliższej norce. 
 - Tahan chałwa! - zawołał Gimlet, rzucając toporek. 
 - Unguentum! - rzekł Legolam, kładąc ręce na głowę. 
 - Ipso facto! - warknął Bromosel i odpiął pas z mieczem.  
Spam  przecisnął  się  przez  tłum  pospiesznie  poddających  się  wojowników  do  Frita  i 

złapał go za ramię. 

 - Czas spływać, bwana - szepnął i zarzucił mu szal na głowę, po czym oba chochliki 

czmychnęły  na  tratwę  i  odpłynęły,  zanim  dostrzegły  je  atakujące  norki  oraz  ich  tępawi 
przyjaciele. 

Wódz norek chwycił Arrowroota za klapy i potrząsnął nim jak listkiem. 
 - Gdzie chochliki?! - wrzasnął. 
Arrowroot  najpierw  spojrzał  tam,  gdzie  przed  chwilą  stali  Frito  i  Spam,  a  potem  na 

Moxie i Pepsi, którzy ukrywali się opodal miejsca, gdzie Legolam i Gimlet udawali nieżywych. 

 -  Skłamiesz,  to  zginiesz.  -  Obiecał  wódz  norek  i  Arrowroot  nie  mógł  nie  dosłyszeć 

złowrogiej nuty w jego głosie. 

Wskazał na chochliki i dwie norki natychmiast chwyciły je w swoje łapy - przednie, 

oczywiście. 

 - To jakaś pomyłka - pisnął Moxie. - Ja nie mam tego. 
 - Złapaliście nie tego faceta - wrzasnął Pepsi. - To on - dodał, wskazując na Moxie. 
 - Nie, to on! - krzyknął Moxie, pokazując Pepsi. - Poznałbym go wszędzie. Trzy stopy 

i  pięć  cali,  osiemdziesiąt  dwa  funty,  na  lewym  ramieniu  tatuaż  smoka  w  rui,  podejrzany  o 
udzielanie pomocy znanemu posiadaczowi Pierścienia. Wódz norek zaśmiał się okrutnie. 

 - Reszta może uciekać, zanim doliczę do dziesięciu - rzekł, znacząco wywijając dwoma 

tasakami. Bromosel natychmiast rzucił się do ucieczki, lecz zaplątał się w swój pas i runął jak 
długi, nadziewając się na ostro zakończone noski swoich butów. 

 - Otóż nadszedł kres drogi - jęknął. - Och, powiedzcie Lacedomecjanom, żeby odpalili 

torpedy. 

background image

Potem zarzęził jak stary gruźlik i oddał ducha. Wódz norek potrząsnął głową. 
 -  O  rany,  to  było  zupełnie  niepotrzebne  -  mruknął  i  poprowadził  swoją  bandę  z 

powrotem w las, uprowadzając Moxie i Pepsi. 

Frito i Spam w milczeniu przepłynęli na drugi brzeg rzeki i wciągnęli małą tratwę na 

piasek,  a  niewidoczna  w  cieniu  tamy,  mała  szara  postać  na  zielonym  gumowym  koniku 
morskim w żółte kropki ostrożnie powiosłowała za nimi. 

 - No i po herbacie, jak by rzekł stary Wargacz - powiedział Spam i zabrawszy z tratwy 

śpiwory, ruszył z Fritem w górę wąskim parowem, wiodącym do następnego rozdziału. 

background image

VI 
JEŹDŹCY ROI - TANU 
 
 

Przez  trzy  dni  Arrowroot,  Gimlet  i  Legolam  tropili  bandę  norek,  przerywając  swój 

zawzięty pościg tylko po to, żeby zjeść, popić, pospać, pograć w bezika i zboczyć od czasu do 
czasu,  aby  zwiedzić  co  ciekawsze  miejsca.  Strażnik,  krasnolud  i  elf  niestrudzenie  ścigali 
porywaczy  Moxie  i  Pepsi,  często  przechodząc  nawet  trzysta  jardów,  zanim  pogrążali  się  w 
apatii.  Wielekroć  Stomper  gubił  trop,  co  przychodziło  mu  z  trudem,  gdyż  norki  lubią 
pozostawiać  za  sobą  wielkie,  cuchnące  sterty  odchodów.  Następnie  starannie  je  rzeźbią  i 
modelują z nich przerażające postaci jako nieme ostrzeżenie dla każdego, kto ośmieliłby się 
rzucić im wyzwanie. 

Jednak spotykali te kopce coraz rzadziej, co świadczyło o tym, że tamtym zaczęło się 

spieszyć lub zabrakło żarcia. W każdymi razie trop był mniej wyraźny i rosły strażnik musiał 
się bardzo starać, żeby dostrzec nawet najmniejszy ślad przechodzącego oddziałku - znoszony 
dziurawy but, parę spreparowanych kości, a jeszcze dalej, parę przedziurawionych norek. 

Byli w krainie ponurej  i płaskiej, w której  napotykali jedynie kolczaste  krzewy oraz 

inne  karłowate  rośliny.  Czasami  mijali  opuszczoną  wioskę,  zamieszkaną  jedynie  przez 
bezpańskie  psy  które  pustoszyły  i  tak  skromne  zapasy  wędrowców.  Powoli  schodzili  na 
pustkowie doliny Roi - Tan; krainę skwarną, suchą i posępną. Po lewej wznosiły się zamglone 
szczyty gór Mealey, a po prawej odległe i rozlazłe Effluvium. Na południu leżały legendarne 
ziemie Roi - Tannerów, niezrównanych owczarzy potrafiących okiełznać szalejącego tryka  - 
merynosa. 

Dawniej  ci  pasterze  byli  wrogami  Sorheda  i  dzielnie  walczyli  z  nim  pod  Brylopad  i 

Ipswitch. Jednak teraz krążyły pogłoski o bandach jeźdźców pustoszących północny Twodor, 
grabiących, plądrujących, palących, zabijających i gwałcących. 

Stomper  przystanął  i  wydał  głuchy  jęk  zgrozy  i  znudzenia.  Norki  pozostawiały  ich 

coraz bardziej w tyle. Ostrożnie odwinął kawałek magicznego cwibaka elfów i podzielił go na 
cztery równał kawałki. 

 -  Jedzcie  wszyscy,  więcej  bowiem  nie  mamy  -  rzekł,  chowając  czwarty  kawałek  na 

później. 

Legolam  i  Gimlet  żuli  w  ponurym  milczeniu.  Wszędzie  wokół  wyczuwali  złowrogą 

obecność Serutana, czarodzieja z  Isinglassu. Jego paskudna  aura unosiła się w powietrzu, a 
podległe mu tajne służby spowalniały ich pochód. Te tajne siły przybierały rozmaitą postać, 
lecz teraz pojawiły się jako runy. 

Gimlet, który - jeśli to możliwe - lubił Legolama jeszcze mniej niż Riv'n'dell - zakrztusił 

się swoją porcją ciasta. 

 - Przekleństwo na elfów i ich wstrętne gnioty - wymamrotał. 
 - I na krasnoludy - odparował Legolam - z ich niewyparzonymi ozorami. 
Po raz dwudziesty obaj dobyli mieczy, gotowi wypatroszyć się nawzajem, lecz Stomper 

przerwał im, zanim któryś zginął. W końcu i tak zjedli swoje porcje. 

 - Wstrzymajcie się, przestańcie, halt, avaunt, schowajcie miecze, zabądźcie swarów i 

złóżcie broń - przemówił, podnosząc postrzępioną rękawicę. 

 - Spadaj, frajerze - warknął krasnolud. - Zaraz zrobię rąbankę z tego stracha na wróble! 
Jednak Strażnik wyciągnął swego peacemakera i spór zakończył się równie szybko, jak 

wybuchł,  bo  nawet  krasnoludy  i  elfy  nie  lubią,  jak  strzela  im  się  w  plecy.  Potem,  gdy 
kombatanci schowali swoje miecze, Stomper znów zabrał głos. 

 - Patrzajcie! - zawołał, wskazując na południe. - Mrowie jeźdźców nadciąga jak wiatr! 
 - Szkoda, że nie jadą pod wiatr - rzekł Legolam, kręcąc nosem. 
 - Elfy mają wspaniały węch - stwierdził Stomper. 

background image

 -  I  szybko  biegają  -  mruknął  krasnolud  pod  nosem.  Wszyscy  trzej  pozezowali  na 

chmurę kurzu wznoszącą się na horyzoncie. Nie było wątpliwości, że to owczarze, gdyż wiatr 
zapowiadał ich przybycie. 

 - Myślicie, że są przyjaźnie usposobieni? - spytał Legolam, drżąc jak liść. 
 -  Tego  nie  mogę  powiedzieć  -  odparł  Stomper.  -  Jeśli  taił  to  nie  mamy  się  czym 

martwić; jeżeli to wrogowie, musimy podstępem uniknąć ich gniewu. 

 -  Jak?  -  pytał  Gimlet,  nie  dostrzegając  żadnej  kryjówki  na  rozległej  równinie.  - 

Walczymy czy uciekamy? 

 - Ani to, ani to - odrzekł Strażnik, padając na ziemię. Udamy martwych! 
Legolam i Gimlet popatrzyli po sobie i potrząsnęli głowami. Zgadzali się w niewielu 

kwestiach, ale Stomper był zdecydowania jedną z nich. 

 - Równie dobrze możemy zabrać paru ze sobą - rzekł Gimlet, wyciągając swój toporek 

- bo lepiej odejść z zapiętymi rozporkiem. 

Owczarze  byli  coraz  bliżej  i  słychać  było  już  przeraźliwe  pobekiwanie  ich 

wierzchowców.  Wysocy  i  jasnowłosi  byli  ci  Roi  -  Tannerzy,  noszący  hełmy  zwieńczone 
groźnie  wyglądającymi  szpikulcami  i  małe,  szczeciniaste  wąsiki.  Wędrowcy  ujrzeli  też,  iż 
przybysze  mieli  długie  buty  oraz  skórzane  spodenki  na  szelkach  i  trzymali  długie  piki 
wyglądające jak okute ołowiem szczotki do podłogi. 

 - Okrutnie srogo wyglądają - rzekł Legolam. 
 - Tak - przytaknął Stomper, zerkając przez palce. - Dumni i zawzięci są mężowie Roi - 

Tanu, a ponadto niezwykle chciwi ziemi i władzy. Jednak ziemia często należy do sąsiadów, 
stąd nie cieszą się zbytnią popularnością. Chociaż nie umieją czytać uwielbiają pieśni, tańce i 
zabójstwa z premedytacją. Jednak wojaczka nie jest ich jedynym zajęciem; chętnie organizują 
letniej obozy dla swoich sąsiadów, wyposażone w nowoczesne piece i prysznice. 

 - A więc ci faceci nie mogą być całkiem źli - powiedział

Legolam z nadzieją w głosie. 

W tejże chwili ujrzał błysk stu klingi wyciągniętych ze stu pochew. 

 - Chcesz się założyć? - zaproponował Gimlet. 
Patrzyli  bezradnie  na  zbliżających  się  jeźdźców.  Nagle  wojownik  w  samym  środku 

szeregu, noszący spiczasty hełm ozdobiony dwoma rogami, niezdecydowanie machnął ręką i 
jego ludzie ściągnęli wodze, dając pokaz wyjątkowo kiepskiej sztuki jeździeckiej. Dwaj z tych, 
którzy pospadali z rumaków, zostali stratowani w powszechnym zamieszaniu. 

Gdy ucichły wrzaski i przekleństwa, rogaty dowódca podjechał do trzech wędrowców 

na niezwykle dużym i białym tryku, w którego ogon wpleciono barwne wstążki. 

 -  Ten  pajac  wygląda  jak  widelec  -  szepnął  Gimlet  kątem  swoich  grubych  warg. 

Przywódca,  niższy  od  innych  o  głowę,  spojrzał  na  nich  podejrzliwie  przez  dwa  monokle  i 
potrząsnął kijem. Dopiero wtedy zauważyli, że to kobieta - kobieta w obszernym napierśniku 
świadczącym o krzepkiej budowie. 

 - Gdże wy iszcz i co robycz tutaj, skoro fcale nie powinno bycz fas tu, gdzie jesteście? 

- spytała ich kobieta - wojownik kulawą interlingwą. 

Stomper  wystąpił  naprzód  i  skłonił  się  nisko,  przyklękając  na  jedno  kolano  i 

odgarniając lok z czoła. Potem ucałował ziemię pod stopami jej owczej mości. Na dokładkę 
wylizał jej buty. 

 -  Witaj,  dobra  pani  -  wyseplenił,  gdyż  naoliwiony  język  dziwnie  zwinął  mu  się  w 

ustach.  -  Jesteśmy  wędrowcami  szukającymi  w  waszej  ziemi  przyjaciół  porwanych  przez 
paskudne norki Sorheda i  Serutana. Może  gdzieś ich widzieliście. Mają  trzy stopy  wzrostu, 
włochate stopy i ogonki, prawdopodobnie są odziani w płaszcze elfów i zmierzają do Fordoru, 
aby położyć kres zagrożeniu, jakim jest Sorhed dla Śródziemia Dolnego. 

Kapitan owczarzy obrzuciła go tępym spojrzeniem, a potem odwróciła się do swoich 

ludzi i skinęła na jednego z nich. 

 - Medyku! Szybko, mam dla ciebie pacjent. Und on ist der deliryk! 

background image

 - Nie, piękna pani - rzekł Stomper - ci, o których mówię, to chochliki, albo - w mowie 

elfów - hoipolloi. Ja jestem ich przewodnikiem, zwanym przez niektórych Stomperem, chociaż 
mam wiele imion. 

 - Ja jeszt tego pefna - zgodziła się kobieta, podrzucając złotymi puklami. - Medyku! 

Gdże bist du? 

W końcu przyjęto wyjaśnienia Arrowroota i po kolei wszyscy się przedstawili. 
 -  Jam  jeszt  Eorache,  córka  Eorlobe,  kapitan  Rubbermarku  i  Thane  z  Chofder.  Co 

osnacza fy bycz mili dla mnie albo fas fcaleti nie bycz - powiedziała wojowniczka o rumianej 
twarzy. Nagle spochmurniała na widok Gimleta, którego obrzuciła podejrzliwym spojrzeniem. 

 - Pofiedz jeszcze raz sfoje imię. 
 - Gimlet, syn Groina, pana Geritolu i Królewskiego Inspektora Nadzoru Sanitarnego - 

odparł krępy krasnolud. 

Eorache zsiadła z wierzchowca i obejrzała Gimleta z bliska mocno zaciskając wargi. 
 - To sabafne - stwierdziła w końcu - nie fyglądasz ka fato! 
Potem zwróciła się do Stompera. 
 - Und ty. Undershirt, tak? 
 - Arrowshirt! - rzekł Stomper. - Arrowroot z Arrow - shirt! 
Błyskawicznie wyrwał lśniącą Kronę z pochwy i wywijając nią nad głową, zawołał: 
 -  A  oto  Krona  tego,  którego  elfy  nazywają  wieloma  imionami,  jak  Lumbago  i 

Lodestone czy Dunderhead, dziedzica tronu Twodoru i prawego syna Arrowheada z Araplane, 
Zabójcy Tuzinów i potomka Barbisola, Króla Góry. 

 - Ach zo - powiedziała Eorache, zerkając na czekającego medyka. - Jednak fierze, że fy 

nie szpiecy der Serutan. To szmierdżel, nie fariat. 

 -  Przybywamy  z  daleka  -  oznajmił  Legolam  -  i  wiódł  nas  Goodgulf  Szarozęby, 

Czarodziej Królów i Dobry Ojciec Chrzestny drugiej klasy. 

Kobieta  uniosła  blond  brwi  i  oba  monokle  wypadły  jej  z  załzawionych  niebieskich 

oczu. 

 - Cii! Tego imienia lepiej tu nie fymafiacz. Der król, mein vater, przegracz ulubiony 

rumak, Saniflush der Szybki, do tego oszusta i potem stfierdżycz koszci bardziej koszlafe jak 
trzynogi troll! Tydżen poszniej biedne sfierzę fróczycz całe sapchlone i sapomniecz szę na nofy 
gobelin króla. Jak król go siąpię, bedże martfy Czarodziej! 

 -  W  twych  słowach  jest  smutna  prawda  -  rzekł  Arrowroot,  usiłując  zajrzeć  jej  pod 

puklerz - gdyż Goodgulfa nie masz już wśród nas. Zginął w walce z przeważającymi siłami 
nieprzyjaciela w Sztolniach Dorii. Przeciwnik grał nieczysto, stosując nieprzepisowe zwody. 

 - Poetycka szprafiedlyfoszcz - rzekła Eorache - ale bedże mi brakofacz ten stary durnia. 
 -  A  teraz  -  przypomniał  Arrowroot  -  poszukujemy  naszych  dwóch  towarzyszy 

porwanych przez norki i zawleczonych nie wiedzieć gdzie. 

 -  Ach  -  odparła  kobieta  -  wojownik  -  fczoraj  sałatfylyszmy  oddział  norek,  ale  nie 

fidzielyszmy szadnych chochlików. Snaleszcz tylko kilka kosteczek w kotle - nic fiencej. 

Trzej wędrowcy uczcili pamięć towarzyszy dziesięcioma sekundami milczenia. 
 - Dacie nam skorzystać z waszych kudłatych wierzchowców? - zapytał Gimlet. 
 - Okej - odpowiedziała Eorache - ale my jechacz do Isinglass sałatfycz i ten sztukniony 

Serutan. 

 - A więc będziecie walczyć razem z nami przeciw niemu - rzekł Stomper. - Sądziliśmy, 

że owczarze sprzymierzyli się ze złym czarodziejem. 

 -  My  nigdy  nie  pracofacz  dla  tego  szfira  -  odparła  głośno  Eorache  -  a  nafet  jeszli 

pomagacz mu na początku, my tylko fykonyfacz roskasy i sapewne to nie bycz my, tylko kto 
inny,  bo  my  bycz  gdzie  indżej.  A  sreszta,  on  marnofacz  czas  szukacz  jakiegosz  sztukniony 
Pierszczeń, który nic nie był fart. Ja nie fierzycz w takie sztuczki. 

Kobieta trzasnęła obcasami i zrobiła w tył zwrot, wołając przez ramię: 

background image

 - Zo, fy jechacz mit uns czy sostać tu i umrzecz s głoda?  
Stomper pomacał ostatni kawałek magicznego cwibaka w kieszeni i zważył szansę, nie 

zapominając o obfitych wdziękach Eorache. 

 - My jechacz mit fami - rzekł z rozmarzeniem. 
Pepsi śnił, że jest wiśnią w likierze na wierzchu czekoladowej melby. Trzęsąc się na 

szczycie bitej śmietany, ujrzał nad sobą monstrualne usta i ostre zębiska, ociekające wielkimi 
kroplami  śliny.  Usiłował  zawołać  “ratunku",  lecz  w  ustach  miał  pełno  stwardniałej  polewy 
czekoladowej. Paszcza opadała, wydychając ciepły, smrodliwy oddech... niżej i niżej... 

 - Obudźcie się, dupki! - warknął ochrypły głos. - Szef chce z wami gadać! Cha, cha, 

cha! 

Mocny kopniak trafił w i tak już posiniaczone żebra Pepsi. Otworzył oczy i w nocnym 

mroku napotkał złośliwe spojrzenie norki. Tym razem wrzasnął, lecz przez knebel wydostał się 
jedynie cichy gulgot, a gdy chochlik usiłował zerwać się na równe nogi, przypomniał sobie, że 
nadal jest mocno związany. 

Nagle  przypomniał  sobie,  że  razem  z  Moxie  zostali  pojmani  przez  bandę  norek  i 

powleczeni na południe w kierunku budzącym w nich bezgraniczny lęk - ku ziemi Fordoru. 
Jednak  setka  blond  wojowniczek  na  bojowych  owcach  odcięła  im  drogę  i  teraz  norki 
gorączkowo szykowały się do odparcia ataku, którego oczekiwały o wschodzie słońca. 

Pepsi otrzymał drugiego kopniaka, a potem usłyszał, jak inna norka mówi do pierwszej: 
 - Mukluk puszkin chochli - grag babuszka lefrak! - bluznął bardziej basowy głos, który 

Pepsi  rozpoznał  jako należący do Goulasha, przywódcy norek Serutana,  które towarzyszyły 
oddziałowi większych, lepiej uzbrojonych siepaczy Sorheda. 

 -  Gorboduc  khosla!  -  zaklęła  większa  norka,  ponownie  odwracając  się  do 

przestraszonych chochlików. - Założę się, że oni oddaliby rękę i nogę, żeby stąd zniknąć. 

Z udawaną zawziętością uniósł broń nad głowę, ciesząc się przerażeniem i protestami 

jeńców. 

 - Ja, Goulash, będę miał przyjemność doprowadzić te świnie do samego Serutana, pana 

walecznej Omahah, Najpaskudniejsze - go z Paskudnych oraz Nosiciela Świętej Białej Skały i 
przyszłego szefa całego Śródziemia Dolnego! 

Nagle siarczysty cios okręcił norkę jak koło garncarskie. 
 - Ja ci dam szefa całego Śródziemia Dolnego! - prychnął jeszcze niższy, basowy głos. 
Moxie i Pepsi podnieśli głowy i ujrzeli gigantyczną norkę, mającą dobrze ponad siedem 

stóp  wzrostu  i  co  najmniej  czterysta  funtów  wagi.  Stojąc  nad  rozciągniętą  na  ziemi  norką, 
potwór  arogancko  wskazał  na  czerwony  nos  namalowany  na  swojej  piersi.  To  był  Karsh  z 
walecznej Ottowah, dowódca sił Sorheda, który rzucił Goulasha na ziemię. 

 - Ja ci dam szefa całego Śródziemia Dolnego! - powtórzył. 
Goulash zerwał się z ziemi i zrobił obsceniczny gest w stronę Karsha. 
 - Slushfund tietack kierkegaard! - wrzasnął do większej norki, tupiąc ze złości. 
 - Ersatz! - ryknął Karsh ze złością, po czym wyciągnął swój czterostopowy scyzoryk i 

zręcznie przyciął Goulashowi paznokcie do łokcia. Mniejsza norka podskoczyła i  podniosła 
swoje  ramię,  bluzgając  potokiem  przekleństw,  który  zdawał  się  grozić  wystąpieniem  z 
brzegów. 

 -  Te  pastuchy  -  rzekł  Karsh,  odwracając  się  znowu  do  chochlików  -  zamierzają 

zaatakować  nas  o  świcie,  więc  chcę  wiedzieć  wszystko  o  tym  Magicznym  Pierścieniu  - 
natychmiast! 

Sięgnąwszy  do  dużego  skórzanego  worka,  norka  wyjęła  naręcze  lśniących 

instrumentów i ułożyła je na ziemi przed Pepsi i Moxie. Leżał przed nimi duży bykowiec, śruba 
do zgniatania kciuków, kot o dziewięciu ogonach, gumowy wąż, dwie pałki, zestaw lancetów 
oraz przenośny grill z dwoma rozżarzonymi do czerwoności żelazami do cechowania. 

 - Znam sposoby, że będziecie śpiewać jak kanarki - zachichotał, grzebiąc w gorących 

background image

węglach długim palcem wskazującym. - Każdy z was może wybrać sobie jeden z rzędu A i dwa 
z grupy B. Cha, cha, cha! 

 - Cha, cha, cha! - powiedział Pepsi. 
 - Litości! - jęknął Moxie. 
 - Ej, dajcie spokój, chłopcy - rzekł Karsh, wybierając żelazo z potrójnym “S" Sorheda - 

niech mam jakąś rozrywkę, zanim zaczniecie mówić. 

 - Nie, proszę! - rzekł Moxie. 
 - Który pierwszy? - Zaśmiała się okrutna norka. 
 - On! - powiedziały chórem chochliki, pokazując jeden drugiego. 
 - Ho - ho! - ryknęła norka, mierząc wzrokiem Moxie jak , gospodyni kiełbasę. Podniósł 

płonące żelazo i Moxie pisnął, słysząc odgłos ciosu. Jednak kiedy znów otworzył oczy, jego 
dręczyciel wciąż stał nad nim, lecz dziwnie zmieniony. Chochlik spostrzegł, że norce brakuje 
głowy.  Ciało  opadło  na  murawę  jak  przekłuty  balonik,  a  nad  nim  pojawił  się  triumfalnie 
uśmiechnięty Goulash. W drugiej ręce trzymał długie ostrze z rodzaju tych których zazwyczaj 
używa się do świniobicia. 

 -  Trafiony,  zatopiony!  -  zawołał,  podskakując  z  uciechy. 

-  A  teraz  -  syknął  do 

chochlików - mój pan Serutan chce wiedzieć, gdzie się podział Pierścień! 

Podkreślił te słowa, odrzucając celnym kopniakiem zewłok Karsha dobre dwadzieścia 

jardów dalej. 

 - Pierścień, pierścień? - rzekł Pepsi. - Wiesz coś o jakimś  pierścieniu, Moxie? 
 - Nie, chyba że chodzi o moją bliznę po szczepieniu - powiedział Moxie. 
 - No już, już! - nalegał Goulash, lekko osmalając włosy na prawym paluchu Pepsi. 
 - Dobra, dobra - szlochał Pepsi. - Rozwiąż mnie, a narysuję ci mapę. 
Goulash pospiesznie przystał na to i rozplatał więzy na rękach i nogach Pepsi. 
 - Teraz przysuń pochodnię, żebyśmy dobrze widzieli - polecił chochlik. 
 -  Gnash  lubdub!  -  wykrzyknęła  podniecona  norka  w  swoim  obrzydliwym  języku, 

niezdarnie żonglując bronią i pochodnią w jedynej pozostałej ręce. 

 - Hej, lepiej daj mi potrzymać ten miecz - zaproponował Pepsi. 
 - Knish snark! - bełkotał stwór, wymachując pochodnią. 
 - Tutaj są góry Mealey, a tu Effluvium - rzekł Pepsi, rysując na ziemi ostrym końcem 

lśniącego ostrza. 

 - Krishna rimski - korsakow! 
 - ...a to Wielki Kręty Szlak... 
 - Grackle borgward! 
 - ...a tu twój woreczek żółciowy, tuż nad jajami! 
 -  Grr!  -  zaprotestowała  norka,  padając  na  ziemię,  rozpruta  jak  stara  poduszka.  Gdy 

narządy wewnętrzne Goulasha hałaśliwie kończyły pracę, Pepsi uwolnił Moxie i razem zaczęli 
przekradać  się  przez  szeregi  norek,  mając  nadzieję,  że  nie  zostaną  zauważeni  przez 
wojowników  szykujących  się  do  bitwy  czekającej  ich  z  nadejściem  świtu.  Obchodząc  na 
palcach  grupę  norek  pracowicie  ostrzących  swe  straszliwe  noże,  chochliki  usłyszały  cichą, 
bełkotliwą pieśń, na pół śpiewaną, na pół czkaną w spastycznym rytmie wybijanym przez jedną 
norkę, rytmicznie walącą łbem o żelazny hełm. Gdy przemykali w ciemnościach, słyszeli obce, 
chrapliwe słowa: 

Od iglic Khezadumu sięgających nieba  
Po Lithui brzegi omywane falami,
 
Walczyć będziem za króla Sorheda  
Zębami, pazurami oraz kopniakami...

 

  
- Cii - szepnął Pepsi, gdy pełzali przez otwarty teren - nie rób hałasu. 

background image

 - Dobrze - szepnął Moxie. 
 - Co to za szepty? - warknął głos w ciemności i Pepsi poczuł, że szponiasta łapa chwyta 

go za klapy. Nie zastanawiając się, kopnął pazurzastą nogą i uciekł, pozostawiając wartownika 
wijącego  się  na  ziemi  i  ściskającego  jedyną  część  ciała  nie  chronioną  przez  zbroję  ani 
ubezpieczenie zbiorowe. Chochliki śmignęły jak błyskawice obok zaskoczonych norek. 

 -  Do  lasu,  do  lasu!  -  zawołał  Pepsi,  w  samą  porę  uchylając  się  przed  strzałą,  która 

zrobiła  mu  równy  przedziałek  we  włosach.!  Uciekając  w  kierunku  zbawczego  lasu,  ze 
wszystkich stron słyszeli krzyki i wrzaski, gdyż szczęśliwym zrządzeniem losu donośne beee! 
surm  Roi  -  Tannerów  właśnie  oznajmiło,  że  rozpoczął  się  atak.  Wskoczywszy  w  gęstwinę, 
chochliki patrzyły z przestrachem, jak krwiożerczy owczarze atakują norki. Bitewne pobeki-
wania odbiły się stugębnym echem w ciszy poranka. Zapomniawszy o zbiegłych jeńcach, norki 
stawiły czoło spadającym na nich falom kudłatej śmierci; kije od mioteł z łoskotem spadły na 
grube  czaszki  norek.  Wrzaski  i  odgłosy  ciosów  doleciały  do  uszu  chochlików,  które  z 
rozdziawionymi  ustami  patrzyły  na  tę  rzeź.  Norki  nie  zdołały  powstrzymać  ataku 
przeważającego  liczebnie  nieprzyjaciela  i  oszalałe  merynosy  gnały  po  polu  bitwy,  bodąc  i 
kopiąc, walcząc równie zaciekle i nieczysto jak ich zawzięci jeźdźcy. Kilka norek rzuciło swe 
tasaki i powiewało białą flagą. Zwycięzcy ze śmiechem otoczyli je, po czym zaczęli rąbać i 
siec,  ciskając  głowami  jak  piłkami  do  koszykówki.  Chichocząc  z  uciechy,  wesoła  banda 
błyskawicznie uwolniła zwłoki od portfeli i złotych zębów. Pepsi i Moxie odwrócili oczy na 
widok tych okropności, daremnie walcząc z mdłościami. 

 - Ho - ho - ho! Owczarze grają ostro! 
Moxie i Pepsi spojrzeli na las, szukając właściciela głosu, ale dopiero kiedy wielkie, 

zielone oko mrugnęło do nich, dostrzegli olbrzyma stojącego tuż przed nimi na tle ściany lasu. 
Opadły im szczęki na widok ogromnej, jedenastostopowej postaci, podpartej łobuzersko pod 
boki. Od stóp [rozmiar pięćdziesiąt sześć] do głów był jasnozielony. Szeroki, pastelowozielony 
uśmiech  wykwitł  mu  na  twarzy  i  potwór  roześmiał  się  ponownie.  Gdy  chochliki  zamknęły 
paszczęki, zauważyły, że olbrzym jest nagi oprócz mini - slipek koloru natki pietruszki oraz 
kilku  liści  kapusty  wplecionych  w  zmierzwione  włosy.  W  obu  rękach  trzymał  paczkę 
mrożonych szparagów, a zielona szarfa na jego piersi głosiła: OFERTA DNIA, KUKURYDZA 
ZA PIĘĆ CENTÓW. 

 - Nie, nie - jęknął Pepsi. - To... to niemożliwe! 
 -  Ho  -  ho  -  ho!  A  jednak  -  zahuczał  olbrzym,  pół  człowiek,  pół  warzywo.  -  Jestem 

Birdseye, Pan Vee - Ates, często nazywany we... 

 - Nie mów! - krzyknął przerażony Moxie, zatykając sobie uszy. 
 - Nie bójcie się - uśmiechnęło się uprzejmie warzywo. - Jestem pokojowo usposobiony. 
 - Nie, nie! - jęczał Pepsi, nerwowo skubiąc spinkę krawata. 
 -  Dobrze,  dobrze  -  rzekł  olbrzym.  -  Chodźcie  i  spotkajcie  moich  poddanych,  którzy 

mieszkają w lesie. Usychają z niecierpliwości. Ho - ho - ho! 

Zielona postać zgięła się wpół ze śmiechu, rozbawiona swoim bon motem. 
 - Proszę, proszę - błagał Pepsi. - Nie zniesiemy tego. Nie po tym wszystkim, co nas 

spotkało. 

 -  Muszę  nalegać,  przyjaciele  -  rzekł  olbrzym.  -  Mój  lud  wyrusza  na  wojnę  ze  złym 

Serutanem,  pożeraczem  celulozy  i  sprzymierzeńcem  czarnych  chwastów,  które  z  każdym 
dniem duszą nas coraz mocniej. Wiemy, że i wy też jesteście jego wrogami, więc musicie pójść 
z nami i pomóc nam zwyciężyć tego zabójcę warzyw. 

 - No cóż, dobrze - westchnął Pepsi - jeśli musimy... 
 - Musimy - westchnął Moxie. 
 -  Nie  wzdychaj  -  pocieszył  go  olbrzym,  zarzucając  sobie  oba  chochliki  na 

jaskrawozielone ramię. - Być panem Vee - Ates także nie jest łatwo, szczególnie w niektórych 
porach. Ho! 

background image

Chochliki wierzgały i krzyczały, usiłując uciec ogromnemu nudziarzowi. 
 - Nie opierajcie się - rzekł uspokajająco - znam dwie dziewczyny jak rzepy, w sam raz 

dla was, chłopcy. Spodobają się wam, są... 

 - Niewinne jak lilie - mruknął Pepsi. 
 - Hej! - zawołał olbrzym - to naprawdę dobre. Szkoda, że nie ja to powiedziałem! 
 - Jeszcze powiesz - załkał Moxie. - Powiesz. 
Arrowroot, Legolam i Gimlet rozmasowali obolałe mięśnie w cienistym gaju, podczas 

gdy  Roi  -  Tannerzy  poili  swoje  spienione  wierzchowce  i  wyszukiwali  najsłabsze  z  nich  na 
wieczerzę. Przez trzy dni jechali tędy i owędy przez skalny płaskowyż ku straszliwej fortecy 
Serutana Gauche'a i wzajemne stosunki między towarzyszami uległy pewnej zmianie. Legolam 
i Gimlet niestrudzenie drwili z siebie, tak że kiedy elf uśmiał się z krasnoluda, który pierwszego 
dnia  spadł  z  konia  i  został  powleczony  po  ziemi.  Gimlet  zrewanżował  mu  się,  ukradkiem 
podając  wierzchowcowi  Legolama  silny  środek  przeczyszczający.  Na  drugi  dzień  chore 
zwierzę  zaczęło  krążyć  i  zataczać  się,  unosząc  spanikowanego  elfa,  który  jeszcze  tej  nocy 
zemścił  się,  skracając  prawą  tylną  nogę  merynosa  Gimleta,  w  wyniku  czego  podczas 
wielogodzinnej jazdy następnego dnia krasnolud cierpiał na chorobę lokomocyjną. Nie była to 
spokojna podróż. 

W dodatku zarówno Gimlet, jak Legolam mieli wrażenie, że coś dziwnego stało się z 

Arrowrootem,  od  czasu  gdy  spotkali  Roi  -  Tannerów,  bo  siedział  apatycznie  w  siodle, 
pogrążony  w  rozpaczy,  wciąż  zerkając  ukradkiem  na  przywódczynię  owczarzy,  która 
odrzucała jego awanse. Ostatniej nocy Legolam zbudził się i stwierdził, że Strażnika nie ma w 
jego namiocie, a pobliskie krzaki trzęsą się podejrzanie. Zanim elf zdążył zdjąć siateczkę do 
włosów i przypasać miecz, Arrowroot wrócił, bardziej przygnębiony niż zwykle, rozcierając 
wykręconą rękę i podsiniaczone oczy. 

 - Wpadłem na drzewo - wyjaśnił zwięźle. 
Jednak teraz Isinglass i forteca Serutana były już blisko i przerwano jazdę, żeby udać się 

na wieczorny odpoczynek. 

 -  Auu!  -  jęknął  boleśnie  Gimlet,  zwijając  się  na  posłaniu  z  mchu  -  od  jazdy  na  tym 

przeklętym czworonogu na pewno pękła mi kość ogonowa. 

 - To jedź na głowie - rzekł złośliwie Legolam - jest miękka i nie tak cenna. 
 - Odczep się, fryzjerze. 
 - Żaba. 
 - Dupek. 
 - Świr. 
Brzęk  ostróg  i  trzaskanie  bata  przerwało  tę  dyskusję.  Trzej  towarzysze  zobaczyli 

toczącą się ku nim po mchu Eorache. Otrzepała nabijane ćwiekami oficerki z kurzu i lanoliny, z 
powątpiewaniem potrząsając głową. 

 - Fy dfaj dalej mófycz der brzydkie sofa? Pogardliwie ominęła spojrzenie okrągłych, 

psich oczu Arrowroota i roześmiała się. 

 - F nasza ojczysna my nie tolerofacz sporuf - napomniała ich, wyciągając dwa sztylety 

dla podkreślenia swoich słów. 

 -  Chłopcy  są  bardzo  zmęczeni  po  długiej  jeździe  -  łagodził  zgnębiony  Strażnik, 

żartobliwie trzaskając obcasami - ale rwą się do walki, a ja chcę dowieść mojej waleczności w 
twoich lazurowych oczach. 

Eorache  zakrztusiła  się  lekko  i  splunęła  pod  wiatr  dużą  kulą  brązowego  tytoniu.  Z 

obrzydzeniem tupnęła nogą. 

 - Masz pecha - rzeki Gimlet. 
 -  Nie  martw  się  -  pocieszał  Legolam,  obejmując  nazbyt  przyjacielskim  gestem 

Arrowroota - wszystkie baby są takie same, słodkie jak trucizna. 

Arrowroot wyrwał się, łkając jak dziecko. 

background image

 - Trochę pomieszacz mu sze f głofa - rzekł krasnolud, pukając się w czoło. 
Zapadła noc i zamigotały obozowe ogniska Roi - Tannerów. Za następnym wzgórzem 

leżała  dolina  Isinglass,  nazwana  teraz  przez  f  podstępnego  czarodzieja  Serutanlandem. 
Odepchnięty Strażnik  wlókł  się między odpoczywającymi wojownikami, ledwie słysząc ich 
dumną pieśń, zagłuszającą dzwonienie spienionych rumaków: 

 

My ist der wesołe, dżelne Roi - Tannery, 
Lubim buty, saluty, flagi i ordery. 
Gnamy nasze ofceffiatr, deszcz to czi wyczeczka! 
Batem, ostrogami, w skuszanych porteczkach. 
My tanczycz, szpiefacz, kto wie dlaczego,  
Ale my nigdy nie iszcz gensziego.  
Pokój chczemy i wszędże go zrobymy,  
Do twojego tyż sze wprowadżymy.
 

 
Wojownicy  baraszkowali  przy  ogniskach,  śmiejąc  się  i  żartując.  Dwaj  zakrwawieni 

pojedynkowicze siekli się szablami przy wtórze radosnych okrzyków jasnowłosych widzów, a 
opodal spora ich grupka wyła z zachwytu, robiąc coś nieprzyjemnego bezpańskiemu kundlowi. 

Jednak  to  nie  poprawiło  humoru  Strażnikowi.  Zgnębiony,  poszedł  w  ciemność, 

mamrocząc  pod  nosem  “Eorache,  Eorache"  Jutro  dokona  tak  dzielnych  czynów,  że  będzie 
musiała zwrócić na niego uwagę. Oparł się o drzewo i westchnął. 

 - Naprawdę cię trafiło, co? 
Stomper  odskoczył  z  cichym  okrzykiem  przestrachu,  ale  spomiędzy  liści  wychynęła 

znajoma mała główka Gimleta. 

 - Nie zauważyłem, jak podszedłeś - rzekł Arrowroot, chowając miecz. 
 - Próbowałem zgubić tego dupka - rzekł krasnolud. 
 - Kto tu jest dupkiem, co? - warknął Legolam, napastujący wiewiórkę ziemną za pniem 

drzewa. 

 - O wilku mowa - jęknął Gimlet. 
Wszyscy  trzej  usiedli  pod  drzewem  i  rozmyślali  o  dalekiej  drodze,  jaką  przebyli, 

najwidoczniej zupełnie niepotrzebnie. Na cóż się zda zwycięstwo nad Serutanem, jeśli Sorhed 
zdobędzie Pierścień Frita? Któż zdoła mu  się wtedy  oprzeć? Martwili  się tak przez dłuższą 
chwilę. 

 - Czy to nie czas na deus ex machina? - rzekł ze znużeniem 
Legolam. 
Nagle rozległo się donośne płask i jaskrawy rozbłysk na chwilę oślepił zaszokowaną 

trójkę. Kwaśny odór taniej magnezji rozszedł się w powietrzu i wędrowcy usłyszeli głośne łup!, 
po którym nastąpiło jeszcze głośniejsze uff! Potem przez deszcz konfetti ujrzeli jakąś postać 
odzianą  na  biało,  otrzepującą  gałązki  oraz  kurz  z  nienagannie  odprasowanych  szortów  i 
błyszczących  butów  sięgających  do  połowy  uda.  Nad  białą  marynarką  w  stylu  Nehru  i 
medalionem  godnym  cielęcia  ujrzeli  starannie  przystrzyżoną  siwą  brodę  oraz  przydługie 
bokobrody.  Stroju  dopełniał  wielki  biały  kapelusz  panama  z  dopasowanym  barwą  strusim 
piórem. 

 - Serutan! - jęknął Arrowroot. 
 -  Blisko,  ale  nie  całkiem  -  zachichotała  elegancka  postać,  strzepując,  niewidoczny 

pyłek  z  szytej  na  miarę  marynarki.  -  Spróbuj  jeszcze  raz.  To  naprawdę  smutne,  kiedy  nie 
rozpoznają cię starzy przyjaciele. 

 - Goodgulf?! - zakrzyknęli wszyscy trzej. 

background image

 - Nikt inny - odparł podstarzały dandys. - Wyglądacie na zdziwionych... 
 - Jak... jak..? - zaczął Legolam. 
 - Myśleliśmy, że... 
Stary czarodziej mrugnął i poprawił tandetny medalion. 
 -  Moja  opowieść  jest  zaiste  długa,  a  ja  nie  jestem  tym  samym  Goodgulfem 

Szarozębym, którego kiedyś znaliście. Zmieniłem się, i to bardzo, jednak mógłbym dodać, że 
nie dzięki wam. 

 - Tak, dzięki czernidłu na skroniach i nożyczkom - szepnął spostrzegawczy krasnolud. 
 -  Słyszałem!  -  rzekł  Goodgulf,  przygładzając  równo  przycięte  bokobrody.  -  Nie 

lekceważcie mojej obecnej postaci, gdyż moja moc jeszcze wzrosła. 

 - Ale jak... 
 - Od czasu naszego ostatniego spotkania wiele podróżowałem i wiele widziałem, tak 

więc wiele chciałbym wam opowiedzieć - rzekł Goodgulf. 

 - Mów wszystko oprócz nazwiska twego krawca - powiedział Gimlet. - A nawiasem 

mówiąc, skąd wytrzasnąłeś te ciuchy? Myślałem, że do karnawału jeszcze sporo czasu. 

 - Z najcudowniejszego małego butiku w Lornadoon. Świetnie dopasowane, prawda? 
 - Lepiej, niż sądzisz - przytaknął krasnolud. 
 - Ale jak... - znów zaczął krasnolud. Czarodziej uciszył ich gestem. 
 -  Wiedzcie  zatem,  iż  nie  jestem  już  dawnym  Czarodziejem.  Mój  duch  został 

oczyszczony,  mój  charakter  zmieniony,  a  image  odnowione.  Niewiele  pozostało  we  mnie 
dawnego ja. 

Goodgulf dwornym gestem skłonił się, zamiatając ziemię kapeluszem. 
 - Jestem całkowicie odmieniony. 
 - Na pewno? - mruknął Gimlet na widok pięciu asów, które wypadły z kapelusza. 
 - Goodgulfie! - wykrzyknął zniecierpliwiony elf. - Jeszcze nie powiedziałeś nam, jak 

wyrwałeś  się  ze  szponów  wroga,  przeszedłeś  przez  ogień,  przeżyłeś  upadek  do  wrzącej 
otchłani, uciekłeś krwiożerczym norkom i odnalazłeś nas tutaj! 

Gdy gwiazdy pojaśniały na aksamitnym nieboskłonie, elf, krasnolud i Strażnik zasiedli 

wokół rozpromienionego maga, aby wysłuchać opowieści o jego cudownym, niewiarygodnym 
ocaleniu. 

 - No cóż - zaczął Goodgulf - kiedy wydostałem się z czeluści... 

background image

VII 
SERUTAN WYMAWIANY WSPAK TO PASKUDA 
 

 
Żałosne  ranne  świergotanie  ptaków  obudziło  Legolama,  który  spojrzał  sennie  na 

wschodzące słońce. Rozejrzawszy się wokół, stwierdził, że pozostali towarzysze śpią, oprócz 
Goodgulfa, który kładł pasjansa na zadku śpiącego Gimleta. 

 - Nie możesz położyć waleta na asa. To oszustwo -  ostrzegł elf. 
 - Jednak mogę zaraz położyć cię na łopatki - odparł chytry stary szarlatan - więc lepiej 

zajmij się wyrabianiem zegarów z kukułką, lub czymkolwiek, co robisz w wolnym czasie. Ja 
medytuję. 

Elf czule spojrzał na Czarodzieja. Przez pół nocy siedzieli i słuchali jego opowieści o 

dziwnych miejscach i dzielnych czynach. Opowieści mówiących o odwadze i sprycie, dzięki 
którym  Goodgulf  pokonał  niezliczonych  wrogów.  Historii,  które  niewątpliwie  były  stekiem 
bezczelnych łgarstw. Jeśli Goodgulf zmienił się, to niezbyt wiele. Co więcej, Gimletowi zginął 
zegarek. 

Powoli obudzili się pozostali członkowie wyprawy. Arrowroot wstał ostatni, częściowo 

z powodu apatii, w jaką popadł za sprawą pięknej Roi - Tannerki, a po części dlatego, że nie 
mógł  zapiąć  swoich  kalesonów  z  klapą  na  tyłku.  Strażnik  starannie    przygotował  skromne 
śniadanie złożone z jajek, wafli, boczku, i grejpfrutów, naleśników, gorącej owsianki, świeżo 
wyciśniętego soku pomarańczowego oraz smażonego żółtego sera. Już na początku wyprawy 
wędrowcy stwierdzili, iż nikt nie potrafi tak dobrze usmażyć żółtego sera, jak stary Arrowroot. 

 -  Zo,  fy  freszcie  fstacz  -  warknął  czyjś  głos.  Spojrzenia  wszystkich  zwróciły  się  ku 

Eorache, odzianej  w najlepsze buty, ostrogi  i  zbroję. W nosie wojowniczki  tkwiła paskudna 
kość kurczęcia. 

 -  Wygląda  zabójczo  -  zachichotał  Goodgulf,  wstając,  żeby  powitać  zdumioną  panią 

kapitan. 

 - To ty! - wytrzeszczyła oczy Eorache. 
 - A co, oczekiwałaś Beowulfa? 
 - Ale... ale my myszlecz ty kaput f przepaszcz - powiedziała Roi - Tannerka. 
 - To długa historia - rzekł Goodgulf, nabierając powietrza do płuc. 
 - A fiencz sachofaj ją dla szebie - przerwała mu Eorachal - Mamy falczycz s Serutan. 

Choczcze są mnie, ja. 

Wędrowcy  poszli  za  Eorache  do  pozostałych  wojowników  siedzących  na  dzikich, 

pobekujących rumakach, rwących się dój boju tak samo jak ich jeźdźcy. Wojownicy powitali 
ją, unosząc zaciśnięte pięści w salucie i robiąc szeptem uwagi na temat dziwnego Strażnika, 
który kręcił się przy niej jak zidiociały basset. 

Dosiedli  wierzchowców.  Eorache  niechętnie  przydzieliła  Goodgulfowi  Thermofaxa, 

najszybszą z owiec Roi - Tannerów. Potem, gdy Strażnik zaczął śpiewać, pojechali na zachód, 
w kierunku Isinglass. 

Po  niecałych  dwóch  godzinach  jazdy  wjechali  na  kamienisty  pagórek  i  Eorache 

donośnym  okrzykiem  zatrzymała  oddział.  W  dole,  w  rozległej  dolinie  ujrzeli  pastelowe, 
różowobłękitne  mury  i  potężnej  fortecy  Serutana.  Całe  miasto  otaczał  potężny  barbakan,    
przed nim była bladolawendowa fosa z jasnozielonym mostem zwodzonym. Proporce dzielnie 
łopotały na wietrze, a wyniosłe wieże zdawały się łechtać chmury. 

Za murami wędrowcy dostrzegli liczne cuda, które w przeszłości zwabiły tu niezliczone 

rzesze  turystów.  W  mieście  czekały  najróżniejsze  rozrywki:  gry  i  zabawy  w  wielkich 
namiotach, koła fortuny i gollumcoastery, gabinety śmiechu, przejażdżki na gryfokartach oraz 
domy gry, w których chłop mógł stracić sporo czasu, a jeśli był nieostrożny, to i spodnie. Przed 
laty, gdy Serutan jeszcze pokazywał się światu ze swej dobrej strony, Goodgulf pracował w 

background image

takim kasynie jako krupier Koła Fortuny. Jednak tylko przez krótki czas. Nikt nie wiedział, 
dlaczego  musiał  wyjechać,  na  zawsze  wygnany  z  Serutanlandu,  jak  nazwał  tę  krainę  zły 
czarodziej. A Goodgulf nikomu o tym nie opowiadał. 

Wędrowcy z lękiem spoglądali na nieruchome koła i nakryte pokrowcami eksponaty. 

Na  wysokich  blankach  stały  szeregi  łuczników  i  kopijników,  a  za  nimi  kotły  z  wrzącym 
krochmalem.  Nad  szańcami  unosiła  się  ogromna  postać  o  twarzy  postaci  z  kreskówek, 
rozsławionej  niezliczonymi  zwojami  komiksów  i  tandetnymi  zabawkami.  Był  to  Dickey 
Dragon, szczerzący się do przybyszów nad napisem głoszącym: WITAMY W SERUTANLAN 
- DZIŚ. W NIEDZIELE WSZYSTKIE ATRAKCJE PO DWA PENSY. Zauważyli, że głupawe 
uśmiechy Dickeya Dragona są obecne wszędzie. Proporczyki, szyldy - wszystkie ukazywały 
ten  sam  idiotyczny  grymas  i  wywalony  jęzor.  Niegdyś  lubiane  stworzenie  teraz  jawiło  się 
symbolem żądzy władzy jego twórcy, siłą, której panowaniu trzeba położyć kres. 

 - Nasz Dickey Dragon to potężna forteca - odkrył Goodgulf, ignorując jęki towarzyszy. 
 - Ja - przytaknęła Eorache - der Serutanner robycz pieniondz na kapelusz s der Dickey 

Dragon i na podkoszulka s der Dickey Dragon, na der Dickey Dragon to i der Dickey Dragon 
tamto. Der Serutanner bycz bogaty szmierdżel. 

Goodgulf zgodził się z tym i dodał, że nie był taki, kiedy byli przyjaciółmi. 
 - Jednak to było zwyczajne mydlenie oczu dla ukrycia jego prawdziwych zamiarów - 

dodał - i dlatego musimy go pokonać.  

 - Tylko jak? - spytał Legolam. 
 - Der dyfersyjna taktik! - wykrzyknęła Eorache, aż zadrżała jej kurza kość. - Poczebny 

nam jakisz tempak, co odfróczi ich ufaga, kiedy my saatakofacz od tył. 

Urwała i kątem oka zerknęła chytrze na zakochanego Strażnika. 
 - Myszlę, sze ten temp... ehm, bohater mosze słamacz serce kaszda freulein. 
Stomper nadstawił uszy jak gacek i wydobył miecz, krzycząc: 
 -  Na  Kronę!  Podejmę  się  tego  zadania  dla  twej  chwały  i  honoru,  aby  zdobyć  twój 

podziw, choćbym miał nie wrócić. 

Niezdarnie skierował ku niej opornego merynosa i ucałował jej krzepką dłoń. 
 -  Jednak  najpierw  poproszę  cię,  piękna  Eorache,  o  dar,  który  zachowam,  próbując 

odwagą dorównać twej niezrównanej urodzie. Proszę cię o jakąś skromną pamiątkę. 

Po  sekundzie  wahania  Eorache  skinęła  rogatą  głową  i  odpięła  grubą  skórzaną 

bransoletę, po czym podała nabijany ćwiekami pasek Arrowrootowi, który z radością zapiął go 
sobie na szyi. 

 - Dobra, hier ist der dar - powiedziała - a teraz raus!  
Wśród  głośnych  okrzyków  bez  słowa  pogalopował  w  dół  stoku  w  kierunku 

zwodzonego mostu. Pędził coraz szybciej, podczas gdy pozostali pod osłoną grzbietu pagórka 
okrążali  miasto.  Nagle,  gdy  ostre  kopyta  merynosa  zadudniły  przed  portalem  fortecy,  most 
szybko  uniósł  się,  ukazując  namalowany  pod  spodem  znajomy  pysk  z  podpisem: 
PRZEPRASZAMY.  PRZERWA  OBIADOWA.  Jednak  impet  poniósł  Stompera  dalej,  aż  w 
pełnym!  galopie  runął  w  lawendową  fosę.  Miotając  się  w  wodzie,  Stomper  wrzeszczał  ze 
strachu, gdyż wokół zaroiło się od ostrych dziobów. Wielkie, żarłoczne żółwie rzuciły się na 
tonącego Strażnika, a łucznicy, zauważywszy to zamieszanie, nie zasypiając gruszek w popiele, 
zasypali go gradem strzał. 

Eorache,  słysząc  jego  wrzaski,  wjechała  na  szczyt  pagórka  i  ujrzała  Stompera 

szamoczącego  się  w  fosie,  otoczonego  ze  wszystkich  stron.  Warknąwszy  pod  nosem 
przekleństwo w języku Roi - Tannerów, popędziła rumaka i skoczyła za nim do fosy, po czym 
ułożyła jego głowę w zgięciu swego muskularnego ramienia i dotarła do brzegu. Na oczach 
oniemiałych z podziwu wojowników stanęła w głębokiej na dwie stopy wodzie i uciekła z fosy, 
a  dwa  opite  wodą  i  naszpikowane  strzałami  merynosy  pobiegły  za  nią.  Donośne  wiwaty 
rozległy się wśród Roi - Tannerów, gdy ich przywódczyni wjechała stępa na wzgórek, ciągnąc 

background image

za  sobą  spazmatycznie  łapiącego  ustami  powietrze  Strażnika.  Mruknąwszy  coś  pod  nosem, 
zaaplikowała sztuczne oddychanie Stomperowi, który wykaszlał zdumiewającą ilość szlamu i 
kilka  małych  żółwi.  Zawzięte  gady  mocno  poszarpały  mu  odzienie,  pozostawiając  tylko 
bieliznę,  która  -  jak  zauważyła  Eorache  -  miała  wyhaftowaną  na  tyłku  Królewską  Koronę 
Twodoru. 

 - Hej! - zawołała do półprzytomnego Strażnika.  - Masz s tyłu  fyhaftofana Królefska 

Korona Tfodoru. 

 - Tak - rzekł Goodgulf - gdyż on jest prawowitym królem wszystkich ziem Twodoru. 
 -  Nie  żartujesz?  -  spytała  Eorache,  szeroko  otwierając  oczy.  -  Hmm.  Mosze  ten 

dumkopf ist mimo fszystko okej. 

Ku powszechnemu zdziwieniu zaczęła coś cicho mruczeć do Stompera, przerzuciła go 

sobie przez ramię i poklepała po plecach. 

 - Nie ma  czasu  na dworskie rozrywki  -  powiedział Goodgulf.  - Nasz plan zawiódł  i 

wróg poznał nasze zamiary. Godzina ataku minęła i przegraliśmy. 

 - Czy to oznacza, że możemy już wracać do domu? -  zapytał Legolam. 
 - Nie! - odparł Czarodziej, a jego medalion błysnął w słońcu -  gdyż w oddali widzę 

maszerujące wojska. 

 - Bzdury - stwierdził Gimlet. - A już myślałem, że mam dobry dzień. 
Z przestrachem patrzyli, jak czarna fala wojowników zalewa odległe wzgórze i płynie 

ku nim z zatrważającą szybkością. Przyjaciel to czy wróg, nikt nie potrafił powiedzieć. Patrzyli 
na to przez wiele minut, aż na murach Serutanlandu ozwały się trąby. 

 - To na pewno przybywają posiłki norek, żeby zniszczyć na wszystkich! - jęknął elf. - 

Serutan wysłał przeciw nam potężną armię! 

 - Nie! - zawołał Strażnik. - To nie norki! Nigdy nie widziałem czegoś takiego! 
Pozostali  przekonali  się,  że  to  prawda.  Pod  wodzą  jakiegoś  monumentalnego 

stworzenia na Serutanland maszerowały szereg za szeregiem ogromne, wojownicze warzywa. 
Niósł się upiorny śpiew: 

 

Do mnie, do mnie, wszystkie warzywa!  
W górę liście, przybądźcie żywo!  
Kapusty, Marchewki, Cukinie, Ogórki!  
Zgodnie zrobimy puree z każdej norki!
 
Te paskudne stwory na papką zgnieciemy  
Posiekamy na plastry, resztki wyplujemy!  
Wypleńcie wroga niczym chaszcze ostu  
A potem rzućcie na stertą kompostu!
 

 
 - Ho - ho - ho! - przeleciało nad ziemią i przerażone owce skłębiły się, jak to owce, w 

stado.  Oniemiali  wędrowcy  patrzyli  i  na  drużyny  oberżyn,  plutony  patisonów,  kompanie 
komosy,  bataliony  buraków  i  regimenty  pietruszek  maszerujące  w  rytmie  marsza 
wygrywanego przez orkiestrę dętą złożoną z pięćdziesięciu rzep. Za tymi nie kończącymi się 
szeregami  szły  kolejne  formacje:    zdeterminowanych  awokado,  zuchwałych  pomidorów  i 
innych odważnych warzyw. 

Ziemia  dudniła  pod  miarowymi  krokami  tej  hordy,  a  w  powietrzu  niosły  się  tysiące 

przeraźliwych okrzyków wojennych. Na czele kolumny dumnie maszerował zielony generał, 
który do swego skromnego stroju dodał parę epoletów z kukurydzianych kolb. Ponadto na jego 
ramionach siedziały znajome postacie. Goodgulf dostrzegł to pierwszy. 

 - Niech mnie pokręci, to te dwa pokurcze! - zawołał. 

background image

I  miał  rację.  Moxie  i  Pepsi  siedzieli  chwiejnie  na  ramionach  Birdseye'a,  energicznie 

machając rękami do Goodgulfa i reszty. 

Hektary  produktów  podeszły  pod  same  mury  Serutanlandu  i  ustawiły  się  w  szyku 

bojowym.  Przez  szkło  pożyczone  od  Eorache,  Arrowroot  ujrzał,  jak  skonsternowane  norki 
najpierw rozdziawiły usta, a potem w panice zaczęły biegać po murach. 

 - Ho - ho - ho! - zagrzmiał gigant. - Wiedz, Serutanie, że stoją przed tobą Vee - Ates. 

Poddaj się albo zrobimy z ciebie pulpę! 

Z początku z fortecy nie było żadnej odpowiedzi. Potem jakiś głos rzucił donośnie: 
 - Paszoł w buraki! 
 - Rozumiem - odparł olbrzym - że chcecie walczyć. Wrócił do swoich wojowników i 

zaczął  rzucać  rozkazy,  które  szybko  wykonywali,  biegiem  formując  szyk  i  przygotowując 
machiny oblężnicze. 

Wielkie  melony  na  pół  podeszły,  a  na  pół  pod  toczyły  się  na  brzeg  fosy,  a  za  nimi 

ogromne ziemniaki, które skoczyły na nie, zasypując szańce śmiercionośnym gradem nasion i 
oczyszczając  mury  z  norek.  Te  padały  jak  muszki  owocówki,  czemu  towarzyszyły  głośne 
wiwaty widzów na wzgórzu. 

Następnie  kolumna  słodkich  ziemniaków  zasypała  fosę,  ignorując  strzały  głęboko 

grzęznące  w  ich  miąższu.  Zanurzone  do  połowy  w  pełne  żółwi  wody,  ziemniaki  wypuściły 
długie, zwinne pędy, które wspięły się po pionowej powierzchni murów, wykorzystując każdą 
nierówność. Te rozłogi posłużyły jako drabiny oblężnicze dla oddziałów specjalnych ogórków, 
które pospiesznie wspięły się na blanki, aby związać walką obrońców. Jednocześnie olbrzym 
przyciągnął wielką katapultę na kołach i wycelował ją w kierunku miasta. 

 - Gasy bojofe! - krzyknęła Eorache, odgadując jego plan. 
Zdumieni widzowie niebawem przekonali się, co miała na myśli Roi - Tannerka, gdyż 

trzy pełne kompanie szalotki podeszły do katapulty i zaczęły układać się w szerokim uchwycie. 
Kiedy  zwolniono  ramię  machiny,  ośmiostopowe  cebule  poszybowały  szerokim  łukiem  nad 
murami  i  uderzyły  o  ziemię,  wzbijając  ogromną  chmurę  kwaśnego  oparu.  Obserwatorzy 
widzieli,  jak norki gwałtownie ocierają załzawione oczy brudnymi,  czarnymi  chusteczkami. 
Balisty  cytrusów  -  samobójców  siały  śmierć  na  barykadach,  a  od  ogłuszającego  łoskotu 
pękających ziaren kukurydzy kruszyły się mury, spadając na głowy siepaczy Serutana. 

Jednak  norki  nadal  stawiały  rozpaczliwy  opór;  ich  długie  ostrza  migotały,  ociekając 

witaminową  posoką.  Mury  były  usłane  siekanym  czosnkiem,  pokrojoną  cebulą  i  pociętą 
marchewką. Rzeki czerwonego soku pomidorowego płynęły po kamieniach, a fosa zapełniła 
się sałatką warzywną. 

Widząc, że walka na murach pozostaje nie rozstrzygnięta, wysoki dowódca sięgnął po 

jeszcze jedną broń - dynię wielkości tira. Wypełniając rozkaz, ciężkie warzywo przetoczyło się 
przez  fosę  po  szczątkach  usieczonych  towarzyszy.  Zasypywany  strzałami,  wielki 
pomarańczowy  wojownik  stanął  przed  podniesionym  mostem  i  natychmiast  zaczął  łomotać 
weń  swą  ogromną  masą.  Mur  trząsł  się  i  dygotał.  Dynia  raz  po  raz  uderzała  we  wrota,  a 
przerażeni obrońcy lali na napastnika dzbany parującej owsianki. Sparzone, lecz nie tracące 
animuszu dzielne warzywo cofnęło  się o kilka jardów, zaparło o ziemię, po czym  runęło  w 
kierunku  wrót.  Rozległ  się  potworny  trzask  i  brama  jakby  eksplodowała,  rozsypując  się  w 
drzazgi.  Ogłuszony  uderzeniem  taran  potoczył  się  w  tył,  zachwiał,  wzruszył  szerokimi, 
okrągłymi  ramionami  i  pękł  na  dwie  połowy.  Nasiona  wypłynęły  i  zmieszały  się  z  jeszcze 
ciepłymi  sokami  braci  -  wojowników.  Na  moment  zapadła  cisza.  Potem,  z  donośnym 
okrzykiem, wszystkie Vee - Ates rzuciły się w kierunku bramy i wpadły do miasta. Za nimi 
runęli Roi - Tannerzy i wędrowcy, aby pomścić chwalebny koniec dyni. 

Walka  za  murami  była  krótka  i  krwawa.  Gimlet  z  bojową  pieśnią  na  ustach  dobijał 

ranne norki i rąbał ich bezwładne, nieprzytomne ciała. Arrowroot i Legolam dzielnie załatwili 
wielu przeciwników od tyłu, a Goodgulf wspierał ich dobrymi radami, bezpiecznie schowany 

background image

za stertą gruzu. Jednak to przywódczyni Roi - Tannerów i jej wojownikom przypadł zaszczyt 
zniszczenia pozostałych norek. Arrowroot szukał Eorache i znalazł ją, z entuzjazmem siekającą 
na  plasterki  przeciwnika  co  najmniej  o  połowę  mniejszego  od  niej.  Kobieta  -  wojownik 
dostrzegła,  że  nieśmiało  machał  do  niej  ręką.  Uśmiechnęła  się,  mrugnęła  i  rzuciła  mu  jakiś 
okrągły przedmiot. 

 - Hej! Królu! Łap! 
Strażnik niezdarnie chwycił souvenir. Była to głowa norki. Jej mina wyrażała głęboką 

urazę. 

W  końcu  bitwa  zakończyła  się  i  przyjaciele  podbiegli  do  siebie,  żeby  serdecznie 

powitać się po długim niewidzeniu. 

 - Serdecznie witamy! - zawołali Moxie i Pepsi. 
 - My was też, zapewniam - rzekł Goodgulf, tłumiąc ziewnięcie. 
 - Witajcie, co za spotkanie! - skłonił się Legolam. - Niechaj skończą się wasze kłopoty 

z łupieżem. 

Gimlet przykuśtykał do chochlików i obdarzył ich wymuszonym uśmiechem. 
 - Czołem pod stołem. Abyście jadali zbalansowane posiłki trzy razy dziennie i mieli 

zdrowe, regularne wypróżnienia. 

 - Jak to możliwe - rzekł Arrowroot - że spotykamy się w tej obcej ziemi? 
 - To długa opowieść - rzekł Pepsi, wyjmując plik notatek. 
 -  Zatem  zachowaj  ją  dla  siebie  -  powiedział  Goodgulf.  -  Widzieliście  gdzieś  Frita  i 

Pierścień, albo macie o nich jakieś wiadomości? 

 - Żadnych - odparł Moxie. 
 - My też - mruknął Gimlet. - Zjedzmy coś. 
 -  Nie - powiedział Czarodziej - bo jeszcze nie znaleźliśmy złego Serutana. 
 - Niech to szlag - skwitował Gimlet. - Już prawie minęła pora lunchu. 
Razem z Birdseyem i Eorache zaczęli szukać złego maga. Wieść głosiła, że Serutana i 

jego  paskudnego  kompana  Wormcasta  widziano  w  Isintower,  najwyższej  budowli  w 
Serutanlandzie, znanej z obrotowej restauracji na samym jej szczycie. 

 - Jest tam - oznajmił jakiś seler. - Zablokował windy, ale jest tam. 
 - Ho - ho - ho - zauważył gigant. 
 - Zamknij się - dodał Goodgulf. 
Wysoko nad głowami ujrzeli okrągłą, obracającą się restaurację z migoczącym neonem 

głoszącym SERUTAN NIE MA SOBIE RÓWNYCH. Pod nim otworzyły się szklane drzwi. 
Jakaś postać podeszła do balustrady. 

 - To on! - zawołała Eorache. 
Rysy twarzy miał dość podobne do Goodgulfa, lecz odzienie zupełnie dziwaczne. Nosił 

trykotowy,  jaskrawoczerwony  kostium  oraz  długą  pelerynkę  z  czarnej  satyny.  Do  czoła 
przykleił  sobie  czarne  rogi,  a  do  pośladków  przyczepił  ogon  z  chwostem.  W  ręku  miał 
aluminiowe widły, a na nogach skórzane kamasze z pęknie." f tymi podeszwami. Zaśmiał się 
do stojących na dole wędrowców.  

 - Cha - cha - cha - cha - cha. 
 - Zejdź na dół - zawołał Arrowroot - i odbierz, co ci się należy. Otwórz drzwi i wpuść 

nas. 

 - Nie - zachichotał Serutan - nie ma mowy. Lepiej załatwmy to jak normalni, rozsądni 

ludzie. 

 - Sałatfmy - ułatfmy! - wrzasnęła Eorache. - Chcemy tfa nędzna skóra! 
Zły  czarownik  cofnął  się  w  udanym  przestrachu,  a  potem  wrócił  do  barierki  i 

uśmiechnął  się.  Głos  miał  łagodny  i  kojący,  ociekający  słodyczą  jak  topniejąca  melba. 
Wędrowcy z zachwytem słuchali sacharynowo słodkich słów. 

 -  Rozważmy  wszystko  od  początku  -  ciągnął  Serutan.  -  Oto  usiłuję  w  pocie  czoła 

background image

uczciwie zarobić kilka pensów. Nagle konkurenci tworzą spółkę, która uderza w aktywa mojej 
korporacji, usiłując wyprzeć mnie z rynku. Przejęliście moje aktywa i zlikwidowaliście zapasy 
towaru. To oczywisty przypadek nieuczciwej konkurencji. 

 - Hej - powiedział zielony gigant do Goodgulfa - ten facet ma główkę nie od parady. 

Nic dziwnego, że umie lać wodę. 

 - Zamknij się - przytaknął Goodgulf. 
 - Słuchajcie, mam propozycję - rzekł Serutan, gestykulując końcem ogona. - I chociaż 

nie jestem specjalnie przywiązany do tej idei, pomyślałem, że wystawię ją za próg i zobaczę, 
czy ktoś skorzysta okazji. Przyznaję, że chciałem się trochę rozerwać, ale to ten zły Sorhed 
chce zagarnąć całą pulę. Tak jak ja to widzę, możemy stworzyć nową spółkę, jeśli zrezygnuję z 
pakietu akcji zapewniającego mi kontrolę nad Dickeyem Dragonem w zamian za utrzymanie 
stanowiska i coroczne udziały we wszystkich starych Pierścieniach, jakie uda nam się zdobyć. 
Dorzućcie  trzydzieści  procent  łupów,  jakie  zagarniemy  w  Fordorze,  a  oddam  wam  jeszcze 
mojego partnera Wormcasta. I tak jest odpowiedzialny za dzisiejszą klęskę. 

Wewnątrz wieży rozległ się gniewny wrzask i miska sztucznych owoców przeleciała 

nad  uchem  Serutana.  W  chwilę  później  na  wieży  pojawił  się  chudy  starzec  w  uniformie 
posłańca, potrząsający pięścią. 

 - Grrrr! - zapluł się. 
Serutan  podniósł  protestującego  Wormcasta  i  mimochodem  przerzucił  go  przez 

barierkę. 

 -  Aaaaaarrrrrgggghhhh!  -  wykrzyknął  Wormcast.  Niegodziwy  siepacz  z  impetem 

uderzył o ziemię. 

 - Jeszcze nigdy nie widziałem czerwonego placka - zauważył Gimlet. 
 - Oto dowód mojej dobrej woli - rzekł gładko Serutan. -  
Umowa stoi? 
 -  Żadnych  umów  -  ostrzegł  Goodgulf.  -  Ten  łobuz  jest  bardziej  śliski  niż  piskorz  w 

słoju wazeliny. 

 -  Zaczekajcie  -  powiedział  Arrowroot.  -  Przecież  obiecuje  zrzec  się  pakietu 

kontrolnego. 

 - Mówię N - I - E - powiedział Goodgulf, poprawiając kapelusz. - Nie chcę obudzić się 

pewnego pięknego poranka z jego obietnicą w plecach. 

W tym momencie jakiś czarny przedmiot śmignął mu koło ucha. 
 - To staje się monotonne - orzekł Gimlet. 
Okrągły przedmiot odbił się od trotuaru i upadł pod nogi Pepsi. Chochlik obejrzał go z 

zaciekawieniem i podniósł. 

 - Zostawimy cię pod strażą w twojej paskudnej wieży - rzekł Goodgulf - i Vee - Ates 

rozprawią się z tobą, kiedy skończą ci się zapasy steków w spiżarni. 

Potem odwrócił się i wskazał palcem na Pepsi. 
 - Dobra, rzuć to. 
 - Oj, przecież nie robiłem nic takiego. 
 - Tak, nic - bronił go Moxie. 
 - Daj mi to - powiedział niecierpliwie Czarodziej. - Nie możesz tego zjeść, więc na nic 

ci się nie przyda. 

Młody chochlik z ponurą miną oddał mu czarną kulę. 
 - A teraz - rzekł Goodgulf - musimy natychmiast ruszać. Chociaż ziemie Isinglassu i 

Roi  -  Tanu  zostały  uwolnione  od  władzy  Serutana,  nie  pozostaną  długo  wolne,  chyba  że 
ocalimy sam Twodor od złego wpływu Sorheda. 

 - Co mamy zrobić? - rzekł Moxie. 
 - Właśnie, co robić? - spytał Pepsi. 
 - Powiem wam, jeśli zamkniecie się choć na chwilę - warknął Goodgulf. - Pięknemu 

background image

miastu Minas Troney zagrażają wschodnie armie Sorheda. W pobliżu leży miasto zła - Chikken 
Noodul  i  w  każdej  chwili  czarna  chmura  zła  może  spowić  jego  dobrych  sąsiadów.  Musimy 
zebrać wszystkie nasze siły i obronić ich. 

Wskazał Arrowroota. 
 - Ty, Stomper, musisz zebrać twoich poddanych w Twodorze oraz wszystkich, którzy 

zechcą bronić murów Minas Troney. Eorache, ty musisz przyprowadzić wszystkich jeźdźców, 
jakich możesz nam oddać, a Birdseye również musi poprowadzić swoich dzielnych Vee - Ates 
do Twodoru. Pozostali pójdą tam ze mną. 

 - Sto słów bez pointy - stwierdził Gimlet. - Stary drań chyba jest chory. 
Wędrowcy pożegnali się i  ciężkim sercem  wyjechali ze zdobytej fortecy  Isinglass, 

wiedząc, że na tę ziemię spadnie jeszcze gorsza plaga. Goodgulf, Moxie i Pepsi wsiedli na swe 
oporne rumaki  i  ubódłszy je ostrogami, odjechali w zapadającym  zmierzchu ku legendarnej 
stolicy  Twodoru.  Gdy  odjeżdżali,  dwie  zgrabne  młode  marchewki  pomachały  im  na 
pożegnanie  natkami,  podskakując  na  smukłych  korzonkach,  nieco  ociężale  z  powodu  już 
widocznego  zgrubienia.  Od  kiedy  Goodgulf  widział  ich  ostatni  raz,  Moxie  i  Pepsi  nie 
próżnowali. 

Goodgulf  i  dwa  chochliki  jechali  przez  całą  noc  i  pół  następnego  dnia,  nieustannie 

wystrzegając się szpiegów Sorheda. Moxie dostrzegł raz między chmurami, wysoko na niebie, 
czarny cień lecący na wschód i wydawało mu się, że słyszy ciche, paskudne krakanie. Jednak 
już od kilku godzin palił fajkę i nie był tego pewny. 

W końcu zatrzymali się. Goodgulf i Moxie zasnęli natychmiast po krótkiej grze w kości 

(Moxie  przegrał)  i  Pepsi  też  położył  się,  udając  pogrążonego  we  śnie.  Jednak  kiedy  jego 
towarzysze zaczęli miarowo chrapać, powoli wyślizgnął się ze swego namiociku i przetrząsnął 
juki Czarodzieja. Znalazł w nich czarną kulę, którą Goodgulf tak starannie schował. 

Była mniejsza od melona, chociaż większa od piłki plażowej.  Jej  powierzchnia była 

gładka; tylko małe, owalne okienko ukazywało czarne wnętrze. 

 

Presto pręgo Trud, brud biada Rollo balonik Podia czekolada! 

 
 -  Magiczna  kula!  -  wykrzyknął.  -  Spełniająca  życzenia.  Chochlik  zamknął  oczy  i 

zażyczył sobie kufel piwa oraz beczkę opiekanych sznycli cielęcych. Rozległo się ciche puf i 
wokół  rozeszła  się  chmura  gęstego  dymu,  po  czym  Pepsi  ujrzał  przed  sobą  monstrualne, 
niewypowiedzianie brzydkie oblicze, wykrzywione złośliwym, groźnym grymasem. 

 -  Mówiłem  ci,  żebyś  trzymał  swoje  łapy  z  daleka  od  tego!  -  wrzasnął  Czarodziej, 

wściekle łopocząc połami szaty. 

 -  Ej,  chciałem  sobie  tylko  popatrzeć  -  skomlił  Pepsi.  Goodgulf  wyrwał  mu  kulę  i 

przeszył go wzrokiem. 

 - To nie do zabawy - rzucił szorstko. - Ta kula to cudowny mallomar, magiczne cośtam 

elfów, uznane za zaginione dawno temu, w Epoce Kamienia Lizanego. 

 - Czemu nie mówiłeś tak od razu? - spytał retorycznie Pepsi. 
 - Za pomocą tego mallomaru starożytni zgłębiali tajemnice przyszłości i zaglądali w 

serca ludzi. 

 - Coś w rodzaju Ching? - spytał sennie Moxie. 
 - Patrz uważnie! - nakazał Goodgulf. 
Oba chochliki patrzyły z zainteresowaniem, gdy mag robił zagadkowe gesty nad kulą i 

mruczał dziwne zaklęcie. 

Hokus pokus Loco Parentis Jackie Onassis Dino de Laurentiis! 

Na  oczach  wystraszonych  chochlików  kula  rozjarzyła  się.  Goodgulf  nadal  mruczał 

zaklęcia. 

background image

Kwik  -  kwak  kwadruplag!  Quodnam  quichote!  Period  pernod! 

Pnin peyote! 

Nagle kula jakby rozświetliła się skrzącą poświatą i wydała cichy, drżący dźwięk. Przez 

ten niski pomruk Pepsi usłyszał głos 

Goodgulfa. 
 -  Powiedz  mi,  o  czarodziejski  mallomarze,  czy  Sorhed  zostanie  pokonany,  czy  też 

zwycięży? Czy czarna chmura Zguby ogarnie całe Śródziemie Dolne, czy też z upadkiem złego 
maga zapanuje powszechna szczęśliwość? 

Pepsi  i  Moxie ze zdumieniem ujrzeli, jak w powietrzu zaczęły się formować ogniste 

litery,  które  miały  przepowiedzieć  wynik  nadchodzącego  boju  z  Panem  Ciemności.  Z 
niedowierzaniem przeczytali: “Odpowiedź mętna, spytać ponownie później". 

background image

VIII 
LEGOWISKO STUPORY ORAZ INNE GÓRSKIE KURORTY 
 

 
Frito  i  Spam  bez  tchu  wdrapali  się  na  szczyt  małego  wzniesienia  i  spojrzeli  na 

rozpościerającą się wokół równinę, przerywaną jedynie nagłymi wzlotami i upadkami, na hałdy 
żużla, fabryki tekstyliów i młyny prochowe Fordom. Frito usiadł na krowiej czaszce, a Spam 
wyjął z bagażu pudełko z serem i krakersami. 

W tejże chwili usłyszeli dźwięk spadających kamieni, nadeptywanych gałązek i głośno 

wydmuchiwanego nosa. Oba chochliki zerwały się na równe nogi, a szary, łuskowaty stwór na 
czterech nogach powoli przywlókł się do nich, hałaśliwie obwąchując ziemię. 

 -  O  żesz  ty!  -  zawołał  Frito,  uskakując  przed  paskudnym  stworzeniem.  Spam  wyjął 

swój myśliwski scyzoryk otrzymany od elfów i cofnął się, a serce podeszło mu do gardła razem 
z lepką kulą krakersów. 

Stwór  spojrzał  na  nich  złowrogo  zezującymi  oczyma,  uśmiechnął  się  lekko,  ze 

znużeniem stanął na tylnych łapach, przednie założył na plecy i zaczął żałośnie pogwizdywać. 

Nagle Frito przypomniał sobie opowieść Dilda o znalezieniu Pierścienia. 
 - Ty musisz być Goddamem! - pisnął. - Co tu robisz? 
 - No cóż - odparł stwór, mówiąc bardzo wolno.  - Niewiele. Szukałem tylko pustych 

butelek, żeby zapłacić za sztuczne płuco mojej  siostry. Oczywiście, od  czasu jak zrobili mi 
operację, nie jestem już sobą. Chyba po prostu mam pecha. To zabawne, że nigdy nie można 
przewidzieć, co spotka człowieka. O rany, jak zimno. Musiałem zastawić płaszcz, żeby kupić 
osocze dla mojej ulubionej gęsi. 

Spam rozpaczliwie usiłował unieść ołowiane powieki, ale z przeciągłym ziewnięciem 

osunął się na ziemię. 

 - Ty łajdaku - wymamrotał i zasnął. 
 - A więc odchodzę - rzekł Goddam, potrząsając głową. - No cóż, wiem, kiedy mnie nie 

chcą - powiedział, po czym usiadł i poczęstował się elfową melbą z chochlikowych zapasów. 

Frito kilkakrotnie spoliczkował się i wykonał kilka ćwiczeń oddechowych. 
 - Słuchaj no, Goddam - zaczął. 
 -  Och,  nie  musisz  tego  mówić.  Jestem  tu  niepożądany.  Wiem.  Jak  zawsze.  Kiedy 

miałem  dwa  latka,  matka  zostawiła  mnie  w  schowku  bagażowym  w  zaczarowanym  lesie. 
Wychowały mnie miłe szczury. Jednak sądzę, że w każdej chmurze trafia się srebrny błysk. No 
cóż, znałem kiedyś pewnego trolla, imieniem Wyzinski... 

Frito zachwiał się, osunął na ziemię i natychmiast zasnął. Kiedy Frito i Spam zbudzili 

się,  zapadła  już  noc  i  nigdzie  wokół  nie  było  śladu  Goddama.  Oba  chochliki  pospiesznie 
upewniły  się,  że  mają  kompletny  zestaw  palców,  nóg  i  innych  części  ciała,  a  ponadto  nikt 
nieopatrznie  nie  zostawił  jakichś  ostrych  przedmiotów  między  ich  żebrami.  Ku  ich 
nieopisanemu zdziwieniu niczego nie brakowało, nawet pilnika do paznokci czy spinki. Frito 
wymacał  bezpiecznie  przymocowany  spinaczami  Pierścień,  szybko  wsunął  go  na  palec, 
dmuchnął w magiczny gwizdek i z ulgą usłyszał znajome dolne E. 

 -  Nie  rozumiem,  panie  Frito  -  rzekł  w  końcu  Spam,  sprawdzając  językiem,  czy  ma 

wszystkie plomby. - To jakiś zboczeniec, albo gorzej. 

 - Hej, cześć! - powiedział nagle duży głaz, stopniowo zmieniając się w Goddama. 
 - Cześć - odparł słabym głosem Frito. 
 -  Właśnie  odchodziliśmy  -  rzekł  pospiesznie  Spam.  -  Musimy  podpisać  umowę  na 

dostawę broni w Tanzanii, odebrać trochę kopry na wyspie Guam, albo coś w tym stylu. 

 -  To  fatalnie  -  powiedział  Goddam.  -  Widzę,  że  stary  Goddam  znów  zostanie  sam. 

Jednak jest do tego przyzwyczajony. 

 - Do widzenia - powiedział stanowczo Spam. 

background image

 - Do widzenia, do widzenia, jakże smutne są rozstania - jęknął Goddam. Z rezygnacją 

pomachał wielką, brudną chustką i złapawszy Frita za rękę, zaczął cicho szlochać. 

Spam  chwycił  Frita  za  drugą  rękę  i  odciągnął  go  na  bok,  ale  Goddam  trzymał  się 

mocno; dopiero po minucie czy dwóch zrezygnował i upadł wyczerpany na głaz. 

 -  Z  przykrością  patrzę  na  odejście  starego  przyjaciela  -  rzekł  Goddam,  raz  po  raz 

ocierając chustką słoik majonezu, który miał zamiast twarzy. - Odprowadzę cię kawałeczek. 

 - Chodźmy - warknął zniechęcająco Frito i trzy małe postacie ruszyły szybkim krokiem 

przez rozpalone wrzosowiska. 

Niebawem dotarli do miejsca, gdzie ziemia, dobrze nawodniona przez zielony strumień, 

stała się wilgotna i grząska; Goddam człapał przed nimi. Kilkaset stóp dalej drogę całkowicie 
zasłaniał gęsty, cuchnący opar, nieco stłumiony zapachem fajki i różanych płatków. 

 -  To  Ngaio  Marsh  -  oznajmił  poważnie  Goddam,  a  Frito  i  Spam  ujrzeli  tajemniczo 

odbite w mętnych kałużach upiorne wizje trupów z ozdobnymi sztyletami w plecach, dziurami 
od kuł w głowach oraz buteleczkami trucizny w dłoniach. 

Grupka wędrowców brnęła przez śmierdzące pustkowie, odwracając oczy od widoku 

okropnych  zwłok.  Po  godzinie  wytężonego  marszu  dotarli,  przemoczeni  i  brudni,  na  suchy 
grunt. Tam znaleźli wąską ścieżkę wiodącą prosto jak strzelił przez pustą równinę, do wielkiej 
kuli.  Księżyc  zaszedł  i  świt  barwił  niebo  na  jasny  brąz,  kiedy  dotarli  do  głazu  o  dziwnym 
kształcie. 

Frito i Spam rzucili bagaże pod małym występem skalnym, a Goddam usadowił się za 

nimi, podśpiewując pod nosem. 

 - No, dotarliśmy do celu - rzekł wesoło. Frito jęknął. 
Późnym  popołudniem  chochliki  obudził  brzęk  cymbałów  i  chrapliwe  dźwięki  trąb 

grających Busman's Holiday. Frito i Spam zerwali się na równe nogi i ujrzeli, zatrważająco 
blisko,  wielką  Bramę  Fordoru  osadzoną  w  wysokiej  ścianie  skalnej.  Wrota,  umieszczone 
między  dwiema  wysokimi  wieżami  najeżonymi  reflektorami  i  drutem  kolczastym,  stały 
otworem  i  wchodził  w  nie  długi  szereg  wojowników.  Przestraszony  Frito  przycisnął  się  do 
głazu. 

Zanim  ostatni  wojownicy  weszli  do  Fordoru,  zapadła  noc  i  brama  zamknęła  się  z 

głuchym łoskotem. Spam wyjrzał zza kamiennego występu, po czym przysunął się do Frita, 
niosąc obfity posiłek złożony z chleba i ryb. Goddam natychmiast wylazł z wąskiej szczeliny 
skalnej i uśmiechnął się obleśnie. 

 - Droga do serca mężczyzny wiedzie przez żołądek - stwierdził. 
 - Właśnie tak sobie pomyślałem - mruknął Spam, kładąc dłoń na rękojeści miecza. 
Goddam spojrzał żałośnie. 
 -  Wiem,  jak  to  jest  -  rzekł.  -  Byłem  na  wojnie.  Przygnieciony  do  ziemi  krzyżowym 

ogniem Japońców... 

Spam zakrztusił się i opadły mu ręce. 
 - Zgiń, przepadnij - zaproponował. 
Frito wziął wielką pajdę razowego chleba i wepchnął ją w usta Goddama. 
 - Mmm, mfmmm, mmmblmm - powiedział ponuro stwór. Grupka wędrowców jeszcze 

raz ruszyła w noc i szła przez wiele długich godzin, zawsze omijając kamienny pierścień ota-
czający  kręgiem  Fordor.  Droga,  którą  podążali,  była  płaska  i  gładka,  pozostałość  jakiejś 
starożytnej,  wyłożonej  linoleum  autostrady,  tak  że  zanim  księżyc  stanął  wysoko  na  niebie, 
pozostawili Bramę Fordoru daleko za sobą. Koło północy gwiazdy zostały przesłonięte przez 
liczne  chmury  wielkości  ludzkiej  dłoni  i  wkrótce  potem  spadła  ulewa,  obrzucając 
nieszczęsnych  wędrowców  mokrymi,  rozzłoszczonymi  ropuchami  i  rzekotkami.  Jednak 
chochliki parły naprzód za Goddamem, a po męczących piętnastu minutach burza przeszła i - 
cisnąwszy jeszcze kilka kumaków - odeszła na zachód. 

Przez resztę nocy podróżowali pod ledwie widocznymi gwiazdami, otępiali od zimna i 

background image

nie  kończących  się,  ciężkich  dowcipów  Goddama.  Już  nad  ranem  znaleźli  się  na  skraju 
wielkiego lasu i zszedłszy z drogi, schronili się w małym zagajniku. Po chwili mocno spali. 

Frito  zbudził  się  nagle  i  stwierdził,  że  zagajnik  został  całkowicie  otoczony  przez 

rosłych, ponurych mężów odzianych od stóp do głów w zielone stroje brytyjskich zawodników. 
Wojownicy mieli ogromne, zielone łuki i długie, jasnozielone peruki. Frito z trudem podniósł 
się z ziemi i kopnął Spama. 

W tym momencie najwyższy z łuczników wystąpił z szeregu i podszedł do nich. Nosił 

zabawny kapelusik z długim, zielonym piórkiem oraz dużą, srebrną odznakę z napisem “Szef i 
kilka śpiących snem wiecznym gołębi. Frito odgadł, że nieznajomy musi być przywódcą tych 
ludzi. 

 - Jesteście otoczeni; nie macie żadnych szans; wychodźcie z podniesionymi rękami  - 

powiedział stanowczo przybysz. 

Frito pokłonił się nisko. 
 - Chodźcie tu i weźcie mnie - podał prawidłowy odzew. 
 - Jestem Farahslax z Zielonych Peruczek - oznajmił tamten. 
 - Ja jestem Frito, z niczego szczególnego - odparł drżącym głosem chochlik. 
 - Mogę ich trochę zabić? - pisnął niski, gruby mężczyzna z czarną przepaską na nosie, 

podbiegając z garotą do Farahslaxa. 

 - Nie, Magnavoksie - powiedział Farahslax. - Kim jesteście? - spytał, zwracając się do 

Frita. - I jakie są wasze niegodziwe zamiary? 

 - Moi towarzysze i ja zmierzamy do Fordoru, aby wrzucić Wielki Pierścień do Otchłani 

Zazu - odrzekł Frito. 

Słysząc to, Farahslax sposępniał i spojrzawszy najpierw na Goddama i Spama, a potem 

znów na Frita, z krzywym uśmieszkiem wyszedł na palcach z gaju, po czym zniknął ze swymi 
ludźmi w pobliskim lesie, śpiewając wesoło: 

Jesteśmy sprytne Zielone Peruczki,  
Krążymy nocą, znamy różne sztuczki,  
Gniew i nienawiść, oto nasza scheda  
i wszyscy mamy gdzieś Sorlieda.
 
Otworzyć ogień, Uderzyć z flanki,  
Cisnąć ich w płomień w górę szklanki!
 
Wiemy wszystko o podłych podstępach,  
Stosujemy je w leśnych ostępach.  
Niepotrzebny nam prawny kruczek,  
Gdy możemy użyć brudnych sztuczek.
 
Raz, dwa, trzy, Podejdź wroga. Niechaj drży! Cha - cha - cha. 

Zanim zieloni wreszcie odeszli, niewiele godzin pozostało do zmroku, więc po obfitym 

posiłku  złożonym  z  głąbów  kapuścianych  oraz  buraków,  Frito,  Spam  i  Goddam  wrócili  na 
drogę, która szybko wyprowadziła ich z lasu na rozległą asfaltową przestrzeń rozpościerającą 
się pod wschodnim zboczem Fordoru. Do wieczora dotarli w cień czarnych kominów Chikken 
Noodul,  straszliwego  przemysłowego  miasteczka  wzniesionego  na  Minas  Troney.  Z  głębi 
ziemi dobiegało złowrogie łup - łup ciężkich maszyn produkujących kalosze i papier toaletowy 
na potrzeby machiny wojennej Sorheda. 

Goddam poprowadził Frita i Spama przez gęsty mrok, drogą biegnącą z wywalonym 

językiem w górę, ku ogromnym  zerwom  Soi  Hurok, wielkich urwisk Fordoru. Wspinali się 
chyba z godzinę. Po godzinie dotarli na górę, wyczerpani i zasapani, po czym wyciągnęli się na 
wąskiej półce u wylotu wielkiej jaskini górującej nad mroczną doliną. 

background image

Nad  nimi  kołowały  liczne  stada  czarnych  pelikanów,  a  wszędzie  wokół  migotały 

błyskawice i ziały czernią grobowce, dysząc w ciężkim powietrzu. 

 - Czarno to widzę - rzekł Spam. 
Z  jaskini  dolatywał  kwaśny  odór  zjełczałego  sera  oraz  zepsutych  korniszonów,  a  z 

jakiejś skrytej głęboko pod powierzchnią ziemi komory dobiegał złowieszczy szczęk drutów do 
robienia swetrów. 

Frito i Spam ostrożnie weszli do jaskini, a Goddam powlókł się za nimi, krzywiąc usta 

w rzadkim u niego uśmiechu. 

Przed wiekami, gdy świat był młody, a serce Sorheda jeszcze nie stwardniało jak stary 

sernik, wziął sobie za żonę młodą trollkę. Miała na imię Mazola, elfy zaś zwały ją Blanche, i 
poślubiła  przystojnego  młodego  czarodzieja  wbrew  sprzeciwom  swoich  rodziców,  którzy 
tłumaczyli, że Sorhed “po prostu nie przypomina trolla" i nigdy nie zdoła zaspokoić jej potrzeb. 
Jednak oni oboje byli młodzi i zapatrzeni w siebie. Przez pierwsze sto tysięcy lat małżeństwa 
żyli szczęśliwie; zamieszkali w odremontowanym trzypokojowym lochu z pięknym widokiem, 
a  gdy  ambitny  żon  -  koś  studiował  demonologię  i  zarządzanie  na  studiach  wieczorowych, 
Mazola obdarzyła go dziewięcioma krzepkimi sobowtórami. 

Potem nadszedł dzień, gdy Sorhed dowiedział się o istnieniu Wielkiego Pierścienia oraz 

możliwościach, jakie zapewniłby mu podczas wspinaczki na szczyt. Zapominając o wszystkim, 
mimo gwałtownych sprzeciwów małżonki, zabrał synów z akademii medycznej i nazwał ich 
Niezgułami. Jednak pierwsza wojna o Pierścień została przegrana. Sorhed i jego słudzy ledwie 
uszli z życiem. Od tej pory jego małżeństwo psuło się coraz bardziej. Sorhed cały czas spędzał 
w swojej czarnoksięskiej pracowni, a Mazola siedziała w domu, rzucając złe czary i oglądając 
tasiemcowe  seriale  w  mallomarze.  Zaczęła  tyć.  Aż  pewnego  dnia  Sorhed  zastał  Mazolę  w 
kompromitującej  sytuacji  z  fachowcem  naprawiającym  mallomary,  po  czym  natychmiast 
wypełnił pozew o rozwód, w wyniku którego otrzymał opiekę nad dziewięcioma Niezgułami. 

Mazola,  skazana  teraz  na  samotność  w  ponurym  wnętrzu  Soi  Hurok,  hołubiła  i 

podsycała swoją nienawiść. Stupora - tak ją teraz nazywano - całe eony pielęgnowała swoją 
urazę,  żywiąc  się  cukierkami,  magazynami  filmowymi  i  przypadkowymi  grotołazami.  Z 
początku Sorhed posłusznie posyłał jej miesięczne alimenty w postaci tuzina lub więcej norek, 
lecz te dary prędko się urwały, gdy zaczęto szeptać o tym, co naprawdę oznacza zaproszenie na 
obiad  z  byłą  lubą  Sorheda.  Trawiąca  ją  wściekłość  czyniła  jej  towarzystwo  zupełnie 
niestrawnym.  Z  morderczym  błyskiem  w  oku  miotała  się  po  swoim  legowisku,  nieustannie 
przeklinając swojego męża i jego złośliwe dowcipy o trolejbusach. Przesiadując przez długie 
wieki w swej mrocznej, ponurej komyszy, myślała wyłącznie o zemście. Odcięcie światła było 
ostatnią kroplą dopełniającą jej puchar goryczy. 

Frito i Spam schodzili coraz niżej w trzewia Soi Hurok, a Goddam szedł tuż za nimi. A 

przynajmniej  tak  zakładali.  Wciąż  głębiej  i  głębiej  zapuszczali  się  w  ciemne,  gęste  opary 
podziemnych  korytarzy,  nieustannie  potykając  się  o  stosy  czaszek  i  butwiejące  skrzynie  ze 
skarbami. Nie widzącymi oczami wpatrywali się w ciemność. 

 - Myślę, że tu jest naprawdę ciemno - szepnął Spam. 
 - Błyskotliwa uwaga - odparł cicho Frito. - Jesteś pewny, że dobrze idziemy, Goddam? 
Nie było odpowiedzi. 
 - Pewnie poszedł dalej - rzekł z nadzieją w głosie Frito. Przez długi czas wymacywali 

sobie  drogę  przez  mroczne  tunele.  Frito  mocno  ściskał  Pierścień.  Gdzieś  w  głębi  korytarza 
usłyszał  cichy,  mlaszczący  dźwięk.  Frito  stanął  jak  wryty,  a  ponieważ  Spam  trzymał  go  za 
ogon, runęli z łoskotem, który odbił się głośnym echem w podziemiach. Mlaskanie ucichło, 
lecz zaraz rozległo się jeszcze głośniej. I bliżej. 

 - Z powrotem - wychrypiał Frito. - I to szybko!  
Chochliki umykały przed złowrogim mlaskaniem, pokonując liczne zakręty i odnogi, 

lecz  ono  wciąż  zmniejszało  dystans  i  w  powietrzu  rozszedł  się  mdlący  smród  zleżałych 

background image

cukierków. Wędrowcy biegli przed siebie na oślep, aż zatrzymali się, widząc jakieś wielkie 
poruszenie. 

 - Spójrz - szepnął Frito. - To patrol norek. 
Spam  szybko  przekonał  się,  że  to  prawda,  gdyż  trudno  było  nie  poznać  ich  po 

odrażającej mowie i szczęku zbroi. Jak zawsze, idąc, dyskutowały i opowiadały nieprzyzwoite 
kawały. Frito i Spam przywarli do ściany, mając nadzieję, że pozostaną nie zauważeni. 

 -  Wy  szczurki  -  syknął  głos  w  ciemności  -  w  tym  miejscu  zawsze  przechodzą  mnie 

ciarki! 

Ty świrku - zgromił go inny - zwiadowcy mówią, że ten chochlik z Pierścieniem jest 

tutaj. 

 - Tak - przytaknął inny. - I jeśli go nie dostaniemy, Sorhed zrobi z nas senne koszmary. 
 - Trzeciej klasy - potwierdził inny. 
Norki zbliżały się i chochliki wstrzymały oddech. W chwili gdy Frito pomyślał, że już 

przeszły, zimna, śliska łapa dotknęła jego piersi. 

 - Hej, chłopcy! - wykrzyknęła norka. - Mam ich, mam ich! 
Zanim  ktoś  zdążyłby  policzyć  do  trzech,  cała  banda  skoczyła  na  wędrowców, 

wymachując pałkami i kajdankami. 

 -  Sorhed  z  przyjemnością  was  zobaczy!  -  zachichotał  jeden  z  napastników, 

przyciskając się (i dysząc) do Frita. 

Nagle  w  ciemnym  tunelu  rozległ  się  głuchy,  przeciągły  jęk  i  norki  cofnęły  się  

przerażeniem. 

 - O rany! - wrzasnął któryś. - To ta maszkara! 
 - Stupora! Stupora! - skowyczał inny, niewidoczny w mroku. Frito wyrwał z pochwy 

Tweezer, lecz nie widział niczego, co mógłby przeciąć. Wtem przypomniał sobie o śnieżnej 
kuli  otrzymanej  od  Lavalier.  Trzymając  szklany  amulet  w  wyciągniętej  ręce,  nacisnął  mały 
przycisk  na  spodzie.  Natychmiast  oślepiający  jasny  łuk  elektryczny  oświetlił  wilgotne 
otoczenie, ukazując komnatę z kafelkami na ścianach i tandetną armaturę. A tuż przed nimi 
stała okropna Stupora. 

Spam  wrzasnął  przeraźliwie,  widząc  coś  tak  odrażającego.  Stupora  była  ogromną, 

bezkształtną  masą  drgającego  cielska.  Jej  nabiegłe  krwią  ślepia  gorzały,  gdy  ruszyła  ku 
norkom, ciągnąc po posadzce strzępy perkalowej koszuli nocnej. Runęła całym ciężarem ciała 
na sparaliżowane strachem ofiary i rozszarpała je na strzępy szponiastymi łapami oraz ostrymi 
kłami, ociekającymi żółtymi kroplami domowego rosołu. 

 - Macie nierówno po sufitem! - wrzasnęła, podrzucając kolejną norkę pod sklepienie, 

odrywając jej kończyny i zdzierając z niej zbroję jak papierek z cukierka. - Nigdzie się stąd nie 
ruszę! - pieniła się, wpychając drgający tors do paszczęki. - Oddałam ci najlepsze lata życia! - 
szalała, wyciągając do chochlików pomalowane czerwonym lakierem szpony. 

Frito cofnął się pod ścianę i ciął w straszliwe pazury, ale zdołał tylko zarysować emalię. 

Stupora  pisnęła,  rozwścieczona  jeszcze  bardziej.  Straszliwy  stwór  runął  naprzód  i  ostatnim 
obrazem, jaki ujrzał Frito, był widok Spama, gorączkowo szprycującego rozdziawioną gardziel 
Stupory repelentem na owady. 

background image

IX 
ZUPA MINAS TRONEY 
 

 
Wieczorne  słońce  zachodziło  -  jak  powinno  -  na  zachodzie,  gdy  Goodgulf,  Moxie  i 

Pepsi  zatrzymali  wyczerpane  merynosy  u  bram  Minas  Troney.  Chochliki  z  podziwem 
spoglądały na legendarną stolicę Twodoru, Twierdzę Zachodu i największego w Śródziemiu 
Dolnym  producenta  ropy  naftowej,  zabawek jo  -  jo  oraz szmergla. Miejskie grunty  otaczały 
Równiny  Pellegranoru,  a  była  to  ziemia  obfitująca  w  suszarnie  i  spichlerze,  nie  mówiąc  o 
szopach,  stodołach,  oborach,  ruchomych  chodnikach  i  pływających  dokach.  Przez  tę  krainę 
płynęła  nieobliczalna  Effluvium,  rok  po  roku  zapewniając  stałym  mieszkańcom  potężne 
dostawy salamander i komarów widliszków. Nic dziwnego, że do miasta ściągały nieprzebrane 
rzesze  jajogłowych  westmanów,  gruboustych  eastmanów  oraz  tumanów.  Tylko  tutaj  mogli 
uzyskać paszport umożliwiający opuszczenie Twodoru. 

Samo  miasto  pamiętało  Dawne  Dni,  kiedy  Beltelephon  Zdziadziały  wydał  dość 

nieoczekiwany  dekret,  aby  wybudować  na  tej  równinie  królewski  ośrodek  narciarski 
niezrównanej piękności. Niestety, stary król kopnął w kalendarz, zanim zakończono roboty i 
ziemne, a jego skretyniały synalek, Nabisco Niekompetentny, w typowy dla siebie sposób źle 
odczytał  gryzmoły  starego  pierdoły,  w  wyniku  czego  zużyto  więcej  zbrojonego  betonu,  niż 
zakładał pierwotny projekt. Rezultatem było Minas Troney, inaczej zwane “Głupotą Nabisco". 

Bez  konkretnego  powodu  miasto  tworzyło  siedem  koncentrycznych  kręgów 

otaczających pomnik Beltelephona i jego ulubionej konkubiny, imieniem Nephritis Otyła albo 
Phyllis. W każdym razie efekt finalny przypominał włoski tort weselny. 

Każdy  pierścień  był  wyższy  od  następnego,  tak  samo  jak  czynsz.  W  najgorszym, 

siódmym kręgu zamieszkiwali dzielni drobni mieszczanie. Często można było zobaczyć, jak 
rozmieniali drobne z przeznaczeniem na takie czy inne wydatki. W szóstym kręgu mieszkali 
kupcy, w piątym wojownicy i tak dalej, aż do pierwszego i najwyższego kręgu, zasiedlonego 
wyłącznie przez Stewardów i dentystów. Na każdy poziom wjeżdżało się windami nieustannie 
wymagającymi  remontu,  tak  że  w  owych  czasach  człowiek  wspinający  się  po  drabinie 
społecznej  musiał  to  robić  dosłownie.  Każdy  krąg  był  dumny  ze  swojej  historii  i  okazywał 
pogardę  niżej  stojącym  przez  codzienne  wylewanie  nieczystości  oraz  takie  wyrażenia  jak 
“Siedem sobie" czy “Kochanie, nie poniżaj się". 

Każdy  poziom  był  dobrze  strzeżony  przez  przewieszone  blanki,  opatrzone  w 

najdziwniejszych miejscach wtrętami i ozdóbkami - jak wersy wiersza. Każdy taki wtręt łączył 
się  z  sąsiednimi  ciągami,  tak  więc  łatwo  zgadnąć,  iż  mieszkańcy  zawsze  spóźniali  się  na 
spotkania albo ginęli bez śladu. 

Gdy  trzej  wędrowcy  powoli  zmierzali  do  pałacu  Beneluksa  Stewarda,  obywatele 

Twodoru  gapili  się  na  nich  przez  chwilę,  po  czym  natychmiast  udawali  się  do  swoich 
okulistów. Chochliki odpowiadały równie zdumionymi spojrzeniami mieszkańcom: ludziom, 
elfom, krasnoludom, upiorom i licznym republikanom. 

 - Na każdym konwencie spotyka się taką zbieraninę - wyjaśnił Goodgulf. 
Powoli  pokonali  ostatni  rząd  ruchomych  schodów  i  stanęli  na  pierwszym  poziomie. 

Pepsi przetarł oczy na widok ogromnej budowli. Budynek był zaprojektowany z rozmachem, z 
rozległymi  trawnikami  i  przepysznymi  ogrodami.  Ścieżka  pod  stopami  wędrowców  była 
wyłożona  alabastrem,  a  liczne  fontanny  szemrały  jak  banknoty.  Przy  drzwiach  zostali  dość 
nieuprzejmie poinformowani, że dentysty nie ma w domu i muszą  - przyjść  - jeszcze - raz - 
kiedy  - stary - wróci. 

Ujrzeli tam zrujnowany pałac z najtwardszego masonitu, o ścianach błyszczących od 

warstw sreberka po czekoladzie i starych lamp rowerowych. Nad drzwiami z okutej żelazem 
sklejki  widniał  napis  STEWARD  WYSZEDŁ.  Poniżej  następny  oznajmiał  WYSZEDŁ  NA 

background image

OBIAD, a jeszcze niżej kolejny informował, że POSZEDŁ NA RYBY. 

 - Jeśli dobrze czytam te znaki, Beneluksa nie ma w domu - rzekł Moxie. 
 - Sądzę, że to blef - powiedział Goodgulf, uparcie naciskając przycisk dzwonka - gdyż 

Stewardzi z Minas Troney zawsze cenili sobie prywatność. Beneluks Cymbał, syn Elektroluksa 
Kutwy,  pochodzi  z  długiej  linii  Stewardów  liczącej  wiele  stetryczałych  pokoleń,  Z  dawien 
dawna  władają  Twodorem.  Pierwszy  Wielki  Steward,  Parafin  Wślizek,  był  zatrudniony  w 
kuchni króla Chloroplasta jako młodszy podkuchenny, kiedy władca zginął śmiercią tragiczną. 
Najwidoczniej  upadł,  wbijając  sobie  w  plecy  tuzin  widelców.  Jednocześnie  prawowity 
dziedzic, jego syn Karoten, w tajemniczy sposób opuścił miasto, napomykając coś o spisku 
oraz stosie listów z pogróżkami pozostawianych na jego tacy ze śniadaniem. Wobec niejasnych 
okoliczności  śmierci  jego  ojca  wyglądało  to  dziwnie,  więc  Karotena  podejrzewano  o 
intryganctwo. Potem jego krewni zaczęli jeden po drugim umierać w zagadkowy sposób. Kilku 
znaleziono uduszonych ścierkami do naczyń, a paru umarło wskutek zatrucia pokarmowego. 
Jeszcze  kilku  znaleziono  utopionych  w  wazach  z  zupą,  a  jeden  został  napadnięty  przez 
nieznanych  sprawców  i  zatłuczony  brytfanką.  Co  najmniej  trzech  nabiło  się  plecami  na 
widelce, zapewne w przypływie żalu  za przedwcześnie zmarłym  królem.  W końcu w Minas 
Troney nie został nikt, kto miałby prawo lub ochotę nosić przeklętą koronę i tron Twodoru 
czekał na chętnego. Kuchcik Parafin dzielnie przyjął ten zaszczyt; do czasu aż spadkobierca 
Karotena  powróci,  aby  zażądać  swego  dziedzictwa,  pokonać  nieprzyjaciół  Twodoru  i 
zreorganizować usługi pocztowe. 

W tym momencie w drzwiach pojawił się otwór, a w nim świdrujące oko. 
 - Cz - czego chcecie? - spytał głos. 
 - Jesteśmy wędrowcami przybywającymi dopomóc szczęściu Minas Troney. Jam jest 

Goodgulf Szarozęby. 

Czarodziej wyjął z portfela pognieciony świstek papieru i wsunął go w otwór. 
 - C - coto? 
 -  Moja  wizytówka  -  odparł  Goodgulf.  Natychmiast  wróciła  do  niego  w  tuzinie 

kawałków. 

 - Stewarda nie ma. Na wakacjach. Żadnych ak - akwizyto - rów! 
Otwór zamknięto z trzaskiem. 
Jednak  Goodgulfa  niełatwo  było  wystrychnąć  na  dudka  i  chochliki  widziały,  że 

rozzłościła  go  taka  bezczelność.  Jego  oczy  powoli  zaczęły  wychodzić  z  orbit,  przybierając 
wygląd dwóch mandarynek. Zadzwonił ponownie, długo i głośno. Oko znów zamrugało przez 
otwór napłynęła woń czosnku. 

 - T - to znowu ty? Mówiłem, b - bierze prysznic. 
I dziurkę znów zamknięto. 
Goodgulf nic nie powiedział. Sięgnął za pazuchę swojej marynarki w stylu Mao i wyjął 

czarną kulę, którą Pepsi w pierwszej chwili wziął za mallomar ze sznurowadłem. Czarodziej 
podpalił cygarem koniec sznurówki i wrzucił kulę do otworu na listy. Potem uciekł za róg, a 
chochliki rzuciły się w jego ślady. Rozległo się donośne bum! i kiedy chochliki wyjrzały zza 
muru, drzwi znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Wszyscy  trzej  dumnie  przemaszerowali  przez  dymiący  portal.  Zaraz  napotkali 

niechlujnego, starego gwardzistę, który ocierał sadzę z załzawionych oczu. 

 - Możesz powiedzieć, że Goodgulf Czarodziej oczekuje na audiencję. 
Trzęsący  się  ze  starości  wojownik  skłonił  się  z  szacunkiem  i  poprowadził  ich  przez 

duszne korytarze. 

 -  S  -  Stewardowi  to  się  n  -  nie  spodoba  -  wychrypiał  strażnik.-  już  od  lat  n  -  nie 

wychodził z pałacu. 

 - Czy lud się nie burzy? - spytał Pepsi. 
 - Cz - czasami - zapluł się stary. 

background image

Poprowadził ich przez salę herbową, której kartonowe arkady i łuki gipsowych sklepień 

wznosiły się dobrą stopę nad ich głowami. Szczodrze powielane arrasy opisywały legendarne 
czyny króla. Pepsi szczególnie spodobał się ten z dawno zmarłym królem i kozicą, czego nie 
omieszkał  powiedzieć. Goodgulf dał  mu  klapsa. Ściany lśniły od  wmurowanych butelek po 
piwie i sztucznych kamieni, a zbroje z polerowanego aluminium rzucały jasne błyski na ręcznie 
kładzione linoleum pod nogami idących. 

W końcu dotarli do sali tronowej ze słynnymi mozaikami z pluskiewek. Sądząc po jej 

wyglądzie, Królewska Sala Tronowa służyła jednocześnie jako Królewski Natrysk. Gwardzista 
zniknął i zastąpił go równie stary paź w brudnooliwkowej liberii. Uderzył w mosiężny gong i 
wychrypiał: 

 -  Pokłońcie  się  i  dygnijcie  przed  Beneluksem,  Wielkim  Stewardem  Twodoru, 

prawdziwym regentem Zaginionego Króla, który pewnego dnia powróci - a przynajmniej tak 
powiadają. 

Siwowłosy  paź  umknął  za  kotarę  i  jedna  z  zasłon  załopotała.  Wytoczył  się  zza  niej 

wychudły  starzec  na  rozklekotanym  wózku  ciągniętym  przez  zaprzęg  ciężko  dyszących 
szopów. Beneluks nosił frakowe spodnie, krótki czerwony kubraczek oraz muszkę na gumce. 
Na łysiejącej  głowie miał  szoferską czapkę z  herbem  Stewardów, dość ostentacyjną ozdobą 
wyobrażającą  skrzydlatego  jednorożca  niosącego  tacę  śniadaniową.  Moxie  wyczuł  wyraźny 
zapach czosnku. 

Goodgulf głośno odchrząknął, bo Steward najwyraźniej był pogrążony we śnie. 
 - Najlepsze życzenia i  przyjemnych wakacji  -  zaczął.  -  Jestem  Goodgulf, Nadworny 

Czarodziej  Koronowanych  Głów  Śródziemia  Dolnego,  Cudotwórca  i  Dyplomowany 
Chiromanta. 

Stary Steward otworzył jedno ślepawe oko i z obrzydzeniem spojrzał na chochliki. 
 - C - co to za jedni? Na drzwiach jest napisane “żadnych zwierząt". 
 - To chochliki, mój panie, twoi mali, lecz godni zaufania sprzymierzeńcy z północy. 
 - K - każę straży rozłożyć kilka gazet - mruknął Steward i pomarszczona głowa ciężko 

opadła mu na piersi. 

Goodgulf ehmknął i mówił dalej. 
 - Obawiam się, że przynoszę smutne i ponure wieści. Niegodziwe norki Sorheda zabiły 

twego  ukochanego  syna  Bromosela,  a  teraz  Pan  Ciemności  z  jakichś,  sobie  tylko  znanych 
powodów, chce odebrać ci życie i królestwo. 

 - Bromosel? - powtórzył Steward, podnosząc się na jednym łokciu. 
 - Twój ukochany syn - zachęcał go Goodgulf. 
W zmęczonych starych oczach pojawił się błysk zrozumienia. 
 - Ach, on. Pisze tylko wtedy, kiedy potrzebuje p - pieniędzy. T - tak samo jak ten drugi. 

T - to s - smutne. 

 - Tak więc przybyliśmy wraz z armią jadącą kilka dni drogi za nami, aby zemścić się na 

Fordorze - wyjaśnił Goodgulf. 

Steward ze złością machnął drżącą ręką. 
 - Fordor? N - nigdy o nim nie słyszałem. Ani o - o tym cz - cza - rodzieju. Audiencja 

skończona - rzekł Steward. 

 -  Nie  obrażaj  Białego  Czarodzieja  -  ostrzegł  Goodgulf,  wyciągając  coś  z  kieszeni.  - 

Albowiem wielka jest moja moc. Masz, wybierz jedną kartę. Jakąkolwiek. 

Beneluks wyciągnął jedną z pięćdziesięciu dwóch siódemek kier i podarł ją na konfetti. 
 - 

:

 Audiencja skończona - powtórzył stanowczo. 

 - Głupi stary piernik - warknął Goodgulf nieco później, w ich pokoju w gospodzie. Już 

od godziny miotał się i złorzeczył. 

 - Co możemy zrobić, jeśli nam nie pomoże? - spytał Moxie. - Ten gość jest stuknięty 

jak łepek gwoździa. 

background image

Goodgulf pstryknął palcami, wpadając na chytry pomysł. 
 - Otóż to! - zachichotał. - Wszyscy wiedzą, że stary ma hysia. 
 - Tak samo jak jego kumple - trafnie zauważył Pepsi. 
 - Jest psychiczny - głośno rozmyślał Czarodziej. - Założę się, że ma manię samobójczą. 

Psychoza maniakalno - depresyjna. Kliniczny przypadek. 

 - Manię samobójczą? - powtórzył ze zdziwieniem Pepsi. - Skąd wiesz? 
 - Mam takie przeczucie - odparł w zadumie Goodgulf. - Po prostu przeczucie. 
Wieczorem  w  mieście  rozeszła  się  wieść  o  samobójstwie  starego  Stewarda.  Tablice 

świetlne  ukazywały  ogromną  fotografię  płonącego  stosu,  w  który  rzucił  się,  uprzednio 
starannie  związawszy  sobie  ręce  i  nogi,  a  także  napisawszy  pożegnalny  list  do  swych 
poddanych. Tego dnia nagłówki gazet głosiły wielkimi literami: STUKNIĘTY BENELUKS 
PŁONIE,  a  późniejsze  wydania  donosiły,  że  CZARODZIEJ  OSTATNI  WIDZIAŁ  STE-
WARDA:  PODAJE  SORHEDA  JAKO  SPRAWCĘ  NIESZCZĘŚCIA  B.  Ponieważ  cały 
personel  pałacu  tajemniczo  zniknął,  Goodgulf  uprzejmie  podjął  się  zorganizować  pogrzeb 
państwowy  i  ogłosił  lunch  godziną  żałoby  narodowej  po  zmarłym  władcy.  Przez  kilka 
następnych dni, pełnych zamieszania i politycznego wrzenia, zręczny Czarodziej zwołał liczne 
konferencje prasowe. Całymi godzinami debatował z wysokimi urzędnikami, przekonując ich, 
że zgodnie z ostatnią wolą zmarłego przyjaciela, on, Goodgulf, ma dzierżyć władzę w państwie 
do czasu powrotu jedynego żywego potomka, Farahslaxa. W wolnych chwilach można go było 
znaleźć w pałacowej łazience, z której próbował usunąć słaby zapach czosnku i ropy naftowej. 

W  imponująco  krótkim  czasie  Goodgulf  zmobilizował  senną  stolicę  i  zorganizował 

sprawnie  działającą  milicję.  Zarządzając  zasobami  Minas  Troney,  Czarodziej  osobiście 
sporządzał wykazy zaopatrzenia, plany fortyfikacji oraz lukratywne umowy na dostawy, które 
własnoręcznie  podpisywał.  Z  początku  protestowano  przeciw  takim  nadzwyczajnym 
uprawnieniom.  Jednak  nad  miastem  zbierały  się  czarne  chmury.  Ten  fakt,  oraz  kilka  nie 
wyjaśnionych  eksplozji  w  redakcjach  opozycyjnych  gazet  uciszyły  “tych  przeklętych 
izolacjonistów", jak określił ich Goodgulf w szeroko rozpowszechnianym wywiadzie. Wkrótce 
potem uciekinierzy ze wschodnich prowincji przynieśli wieść o hordach norek atakujących i 
zalewających graniczną warownię Twodoru - Oranyalekanau. Mieszkańcy Twodoru wiedzieli, 
iż niebawem psy Sorheda zaczną obwąchiwać ich nogawki. 

Moxie  i  Pepsi  kręcili  się  niespokojnie  w  pałacowej  poczekalni  przed  gabinetem 

Goodgulfa. Nogi zwisały im dobrą stopę nad pluszowym dywanem. Chociaż dumne ze swoich 
nowych mundurów (Goodgulf  awansował  obu do stopnia podpułkownika), chochliki  rzadko 
widywały Czarodzieja, a pogłoski o nadciągających norkach budziły w nich niepokój. 

 - Czy możemy się z nim już zobaczyć? - skamlał Pepsi. 
 - Czekamy już kilka godzin! - dodał Moxie. Kształtna elfka - recepcjonistka obojętnie 

poprawiła naszyjnik na opiętej bluzeczce. 

 - Przykro mi - powiedziała ósmy raz tego ranka - ale czarodziej jest nadal na naradzie. 
Zadzwonił dzwonek na biurku i zanim zdążyła zakryć rurę głosową, chochliki usłyszały 

głos Goodgulfa. 

 - Poszli już? 
Elfka poczerwieniała, gdy chochliki śminęły obok niej i wpadły do gabinetu Goodgulfa. 

Tam zastały Czarodzieja z grubym cygarem w zębach i parą tlenionych sylfid siedzących na 
jego kościstych kolanach. Z rozdrażnieniem spojrzał na Pepsi i Moxie. 

 - Nie widzicie, że jestem zajęty? - warknął. - Mam posiedzenie. Bardzo ważne. 
Spróbował wrócić do meritum sprawy. 
 - Nie tak szybko - rzekł Pepsi. 
 -  Tak,  właśnie  -  podkreślił  Moxie,  częstując  się  czarnym  kawiorem  z  talerzyka  na 

biurku Goodgulfa. 

Czarodziej westchnął ze znużeniem i odprawił gestem obie sylfidy. 

background image

 - No więc - westchnął z wymuszonym uśmiechem - co mogę dla was zrobić? 
 - Nie tyle, ile najwidoczniej zrobiłeś dla siebie - odparł kpiąco Moxie. 
 -  Nie  narzekam  -  odpowiedział  Goodgulf.  -  Szczęście  uśmiechnęło  się  do  mnie. 

Poczęstujcie się moim obiadem. 

Moxie już go skończył i właśnie przetrząsał szuflady biurka, szukając zapasów. 
 -  Zaczynamy  się  niepokoić  -  rzekł  Pepsi,  opadając  na  kosztowny  fotel  obity  skórą 

trolla.  -  W  mieście  krążą  plotki  o  norkach  i  innych  paskudnych  bestiach  nadciągających  ze 
wschodu.  Nad  naszymi  głowami  zawisła  czarna  chmura,  a  ogłoszono  dwudziesty  czwarty 
stopień zasilania. 

Goodgulf wydmuchnął grube kółko dymu. 
 - To nie są sprawy dla maluczkich - rzekł. - Ponadto podkradacie mi teksty. 
 - A ta czarna chmura? - spytał Pepsi. 
 -  To  tylko  kilka  świec  dymnych,  które  umieściłem  w  Stukaczym  Lesie.  To  zachęca 

obywateli do współpracy. 

 - A pogłoski o najeźdźcach? - nalegał Moxie. 
 - To proste - rzekł Goodgulf. - Sorhed na razie nie zaatakuje Minas Troney, a do tego 

czasu nasi towarzysze ściągną tu posiłki. 

 - A więc na razie nie ma niebezpieczeństwa? - odetchnął Pepsi. 
 - Wierzcie mi - powiedział Goodgulf, wypychając ich za drzwi. - Czarodzieje wiedzą o 

wielu sprawach. 

Niespodziewany atak o świcie następnego dnia zaskoczył wszystkich w Minas Troney. 

Żadne z planowanych fortyfikacji nie zostały jeszcze ukończone, a większości robotników i 
materiałów  zamówionych  i  opłaconych  za  pośrednictwem  biura  Goodgulfa  nikt  nigdy  nie 
ujrzał  na  oczy.  W  nocy  ogromna  horda  całkowicie  otoczyła  miasto,  a  jej  czarne  namioty 
pokryły zieloną murawę niczym  stary strup. Wszędzie wokół miasta łopotały czarne flagi  z 
Czerwonym  Nosem  Sorheda.  Potem,  gdy  pierwsze  promienie  słońca  dotknęły  ziemi,  czarna 
armia runęła na mury. 

Setki norek, podnieconych ogromną ilością wypitych jaboli,  rzuciło się do bram.  Za 

nimi maszerowały kompanie trolli - renegatów i górskich pand, pieniąc się z nienawiści. Całe 
brygady  psychotycznych  upiorów  i  goblinów  zawodziły  przeraźliwie  odrażający  okrzyk 
wojenny.  Za nimi  maszerowały kijki  golfowe z płaskimi  i  okrągłymi główkami, mogące za 
jednym  morderczym  zamachem  wybić  zastęp  dzielnych  Twodoriańczyków.  Zza  wzgórza 
wyłonił się krwiożerczy tłum maszynistek oraz cały zespół taneczny June Taylor. Widok zbyt 
okropny, aby go opisać. 

Goodgulf, Moxie i Pepsi obserwowali to z murów. Chochliki były bardzo wystraszone. 
 - Jest ich tak wielu, a nas tak mało! - zawołał Pepsi, bardzo przestraszony. 
 - Dzielne serce starczy za dziesięciu - rzekł Goodgulf. 
 - Jest nas tak mało, a ich tak wielu! - krzyknął Moxie, przestraszony bardzo. 
 -  Pilnowane  mleko  nigdy  nie  kipi;  trzymajcie  fason  -  zauważył  Goodgulf.  -  Gdzie 

kucharek sześć, tam nie ma co jeść. 

Uspokojone  chochliki  założyły  hełmy,  napierśniki,  nagolenniki,  naramienniki  i 

ożłopały się neospasminy. Oba były uzbrojone w obosieczne noże do szatkownicy, o prostych i 
mocnych ostrzach. Goodgulf założył stary strój płetwonurka z najgrubszego lateksu. W małym, 
owalnym  wizjerze  jego  hełmu  było  widać  tylko  jego  równo  przystrzyżoną  brodę.  W  ręku 
dzierżył starożytną i niezawodną broń, zwaną przez elfy półautomatycznym Browningiem. 

Pepsi dostrzegł jakiś cień nad głową i wrzasnął. Rozległo się głośne fffssss! i wszyscy 

trzej ledwie zdążyli się pochylić. Złośliwie uśmiechnięty Niezguł wyprowadził swego czarnego 
pelikana z lotu nurkowego. Nagle na niebie zaroiło się od czarnych ptaków pilotowanych przez 
Czarnych  Jeźdźców  w  goglach.  Skrzydlaci  napastnicy  śmigali  z  łopotem  tu  i  tam,  robiąc 
zdjęcia lotnicze, zrzucając na szpitale, sierocińce i kościoły swoje ładunki guana. Krążąc nad 

background image

oblężonym miastem, pelikany otwierały zębate dzioby, wypluwając propagandowe ulotki na 
niepiśmiennych mieszkańców. 

Jednak  Twodorian  nękano  nie  tylko  z  powietrza.  Oddziały  lądowe  już  szturmowały 

główną bramę i strącały z murów obrońców płonącymi kulami macy oraz dziełami zebranymi 
Le Nina. W powietrzu zrobiło się gęsto od świszczących zatrutych bumerango w i starych jaj. 
Kilka tych ostatnich trafiło w hełm Goodgulfa, powodując ciężką migrenę. 

W  pewnej  chwili  pierwsze  szeregi  nacierających  rozstąpiły  się  i  chochliki  wydały 

okrzyk zdumienia. Do bramy przygalopowało monstrualne pekari. Jechał na nim Pan Niezguli. 
Był cały odziany na czarno; skórzaną kurtkę miał obwieszoną ciężkimi łańcuchami' do opon. 
Ogromna  postać  zsiadła  z  wierzchowca,  mocno  wbijając  obcasy  oficerek  w  twardą  ziemię. 
Moxie  dostrzegł  groteskową,  pryszczatą  twarz;  krzywe  zębiska  i  tłuste  bokobrody  zabłysły, 
matowo w pełnym słońcu. Wódz szyderczo wykrzywił się do obrońców na murach, a potem 
wepchnął w nozdrze czarny, tandetny gwizdek i dmuchnął, wydając przeciągłe, rozdzierające 
uszy blaa! 

Natychmiast  oddział  gremlinów,  na  pół  oszalałych  od  syropu  przeciwkaszlowego, 

podtoczyło  ogromną  smoczycę  na  czarnych  łyżworolkach.  Jeździec  poklepał  ją  po  rogatym 
pysku  i  wspiął  się  na  jej  łuskowaty  grzbiet,  kierując  uwagę  jednookiej  bestii  na  drewniane 
wrota. Ogromny gad kiwnął łbem i potoczył się ku drewnianej bramie. Twodorianie ze zgrozą 
zobaczyli,  jak  Niezguł  włącza  miotacz  płomieni;  uderzył  ostrogami  boki  potwora,  który 
szeroko otworzył paszczę i czknął donośnie strumieniem płonącego metanu. Wrota stanęły w 
ogniu i rozsypały się w popiół. Norki natychmiast przeskoczyły dogasające płomienie i wpadły 
do miasta. 

 - Wszystko skończone! - zaszlochał Moxie. Szykował się do skoku przez mur. 
 - Nie rozpaczaj - rozkazał Goodgulf przez owalne okienko. - Przynieś mi moją białą 

szatę, i to szybko! 

 - Ach! - krzyknął Pepsi. - Biała szata do białej magii! 
 - Nie - rzekł Goodgulf, przywiązując tunikę do kija bilardowego. - Biała szata na białą 

flagę. 

Gdy  czarodziej  zaczął  rozpaczliwie  wymachiwać  zaimprowizowaną  chorągwią,  z 

zachodu  nadleciał  odgłos  setek  rogów,  któremu  odpowiedziało  równie  wiele  na  wschodzie. 
Silny podmuch uderzył w czarną chmurę i rozgonił ją, a rozchodzący się opar ukazał wielką 
tarczę  z  widocznymi  na  niej  słowami:  UWAGA!  PALENIE  TYTONIU  MOŻE  BYĆ 
PRZYCZYNĄ  WIELU  GROŹNYCH  CHORÓB;  skały  rozstąpiły  się,  a  niebo,  choć  bez-
chmurne, zadudniło, jakby tysiąc akustyków waliło w tysiąc metalowych blach. Ktoś wypuścił 
gołębie. 

Uradowani Twodorianie ujrzeli wielkie armie nadciągające ze wszystkich stron świata, 

z  orkiestrami  dętymi,  sztucznymi  ogniami  oraz  falami  rozwianych  proporców.  Na  północy 
Gimlet wiódł bandę tysiąca krasnoludów; na południu znajoma, przysadzista postać Eorache 
jechała na czele trzech tysięcy berserkerów na merynosach; ze wschodu ciągnęły dwie wielkie 
armie,  jedna  zahartowanych  w  bojach  Zielonych  Peruczek  Farahslaxa,  a  druga  Legolama, 
złożona z czterech tysięcy bojowo nastawionych dekoratorek wnętrz. I wreszcie, z zachodu, 
nadjeżdżał  odziany  na  szaro  Arrowroot,  wiodąc  swoich  czterech  weteranów  i  drużynę 
cherlawych skautów. 

Zanim ktoś zdążyłby zliczyć do trzech, armie runęły na oblężone miasto i przerażonych 

wrogów. Rozgorzała zacięta bitwa; wrogów sieczono mieczami i tłuczono pałkami. Przerażone 
trolle umknęły spod kopyt rumaków Roi - Tannerów tylko po to, aby paść pokotem pod ciosami 
krasnoludzich kilofów i szpadli. Trupy norek i upiorów gęsto zasłały ziemię, Pan Niezguli zaś 
został otoczony przez rozzłoszczone elfy, które wydrapały mu oczy i tarmosiły za włosy, aż z 
rozpaczy  rzucił  się  na  własny  miecz.  Czarne  pelikany  i  ich  niezgulich  pilotów  strącono  za 
pomocą  przeciwlotniczych  rakiet  do  tenisa,  a  smoczyca  została  przyparta  do  muru  przez 

background image

skautów,  którzy  zasypali  ją  strzałami  z  gumowymi  przyssawkami,  aż  całkiem  załamała  się 
nerwowo i z głośnym łomotem padła na ziemię. 

Tymczasem  rozochoceni  Twodorianie  zbiegli  z  murów  i  uderzyli  na  bestie,  które 

wtargnęły  do  miasta.  Moxie  i  Pepsi  sięgnęli  po  swoje  ostrza  do  szatkownicy  i  zaczęli 
wymachiwać  nimi  z  niezwykłą  wprawą.  Niebawem  żaden  poległy  nieprzyjaciel  nie  miał 
swojego nosa. Goodgulf zajął się podstępnym duszeniem norek za pomocą gumowego węża 
powietrznego,  a  Arrowroot  zapewn  robił  coś  niezwykle  odważnego.  Jednak  kiedy  później 
wypytywano go o bitwę, dawał dość niejasne odpowiedzi. 

W  końcu  zabito  ostatnich  nieprzyjaciół,  a  nieliczni,  którzy  zdołali  wyrwać  się  ze 

śmiercionośnego  okrążenia,  zostali  szybko  dogonieni  przez  Roi  -  Tannerów  i  zatłuczeni 
zmiotkami do kurzu. Trupy norek ułożono w wielkie stosy. Goodgulf z satysfakcją kazał je 
zapakować  i  odesłać  do  Fordoru.  Za  zaliczeniem  pocztowym.  Twodorianie  zaczęli zmywać 
wodą z węży brudne blanki, a jeszcze ciepłe cielsko smoka odwieziono do królewskich kuchni 
na wieczorną ucztę zwycięzców. 

Jednak  nie  wszystko  potoczyło  się  tak  dobrze.  Poległo  wielu  dobrych  i  dzielnych 

mężów: bracia Beton i Baton, oraz wuj Eorache, szacowny Eordrum. Krasnoludy i elfy również 
poniosły straty, tak więc smutne żałobne pienia mieszały się z okrzykami radości. 

Chociaż przywódcy z przyjemnością zebrali się po bitwie, i oni nie uniknęli dotkliwych 

strat. Farahslax, syn Beneluksa i brat Bromosela, utracił cztery palce i miał skaleczony brzuch. 
Piękna Eorache miała pocięte potężne bicepsy i brutalnie rozbito jej obydwa monokle. Moxie i 
Pepsi  stracili  w  utarczce  po  kawałku  prawego  ucha,  a  Legolam  zwichnął  sobie  lewą  nogę. 
Jajowata  czaszka  Gimleta  została  lekko  spłaszczona  zamaszystym  ciosem,  lecz  zdarta  z 
przeciwnika skóra, którą teraz nosił w charakterze prochowca, dobitnie świadczyła o wyniku 
potyczki. Ostatni kuśtykał Goodgulf, podtrzymywany przez Strażnika, który jakimś cudownym 
zrządzeniem losu nie odniósł żadnych obrażeń. Biała tunika starego czarodzieja była mocno 
postrzępiona,  kurtka  w  stylu  Nehru  bardzo  poplamiona  na  przedzie,  a  wysokie  buty  bez-
nadziejnie  zniszczone.  Prawą  rękę  trzymał  na  temblaku  dopasowanym  kolorem  do  reszty 
stroju,  lecz  gdy  później  zaczął  zakładać  nań  drugą  rękę,  jego  ranę  potraktowano  mniej 
poważnie. 

Przy powitaniu popłynęły rzęsiste łzy. Nawet Gimlet i Legolam zdołali powściągnąć 

wrogie  uczucia,  ograniczając  się  do  jednego  czy  dwóch  obscenicznych  gestów.  Było  wiele 
śmiechu i uścisków, szczególnie między Arrowrootem a Eorache. Jednak Arrowroot nie był 
ślepy i zauważył ukradkowe spojrzenia, jakie wymieniła piękna owczarka z przedstawianym 
jej Farahslaxem. 

 - A ten bohater - rzekł w końcu Goodgulf do Arrowroota - to dzielny Farahslax, prawy 

dziedzic tronu Twodoru. 

 -  Czarujący,  naprawdę  -  odparł  lodowato  Arrowroot,  jednocześnie  potrząsając  ręką 

wojownika i nadeptując mu na zranioną nogę. - Ja jestem Arrowroot z Arrowshirtów, prawy 
syn Araplane i prawdziwy król całego Twodoru. Poznałeś już piękną Eorache, moją narzeczoną 
i królową! 

Nacisk, z jakim Strażnik wygłosił to formalne powitanie, nie pozostał nie zauważony. 
 -  Witam  i  pozdrawiam  -  odparł  Zielona  Peruczka.  -  Niechaj  twe  panowanie  i 

małżeństwo będzie równie długie jak twe życie. 

Uścisnął rękę Arrowroota, miażdżąc mu palce. Obaj spojrzeli na siebie z nie skrywaną 

nienawiścią. 

 - Chodźmy do lecznicy - rzekł w końcu Arrowroot, oglądając zgniecione palce - gdyż 

wiele jest ran, które muszę opatrzyć. 

Zanim doszli do pałacu, wiele sobie powiedzieli. Goodgulfowi gorąco pogratulowano, 

że swoją flagą dał sygnał do ataku. Wielu podziwiało jego mądrość, dzięki której przewidział, 
iż pomoc nadchodzi, lecz w tej kwestii Czarodziej zachowywał dziwno milczenie. Wszystkich 

background image

zasmuciło to, że Birdseye nie może dzielić z nimi radości zwycięstwa, gdyż zielony olbrzym i 
jego wierne Vee - Ates w drodze powrotnej z Isinglassu wpadły w zasadzkę zastawioną przez 
hordę straszliwych królików - wampirów Sorheda. Z ich potężnej armii nie pozostała nawet 
łodyżka.  Moxie  i  Pepsi  szczerze  opłakali  utratę  ponętnych  marchewek  i  z  rozpaczy  wycięli 
kilka hołubców. 

 - A teraz - rzekł Arrowroot, zapędzając rannych wojowników do betonowego bunkra - 

odpocznijmy w... ehm... w lecznicy, gdzie uwolnimy się od wszelkich zmartwień. 

Spojrzał znacząco na Farahslaxa. 
 -  Lecznicza  -  szmocznicza,  nicz  nam  nie  jeszt  -  spierała  się  Eorache,  patrząc  na 

Farahslaxa jak pies na soczysty kawał pieczeni. 

 - Róbcie, co mówię - rozkazał Arrowroot, tupiąc nogą. Towarzysze protestowali, ale 

usłuchali, żeby nie ranić jego uczuć. W środku Arrowroot założył biały fartuch i plastykowy 
stetoskop,  po  czym  zaczął  biegać  tu  i  tam,  zajmując  się  pacjentami.  Farahslaxa  umieścił  w 
osobnym pokoju, daleko od innych. 

 - Steward Twodoru zasługuje na wszystko, co najlepsze - wyjaśnił. 
Wkrótce wszyscy zostali opatrzeni, oprócz nowego Stewarda. Arrowroot stwierdził, iż 

Farahslaxowi się pogorszyło i konieczna jest natychmiastowa operacja. Spotkają się później na 
uczcie zwycięzców. 

Biesiada  w  głównym  bufecie  pałacu  Beneluksa  była  niezwykłym  wydarzeniem. 

Goodgulf  odkrył  ogromne  zapasy  smakołyków;  przypadkiem  uprzednio  wszystkie  były  z 
rozkazu Czarodzieja racjonowane. Całe jardy serpentyn z bibułki oraz tandetnych lampionów 
budziły podziw gości. Goodgulf wynajął orkiestrę trolli, którzy przygrywali gościom z niskiego 
podium zbudowanego ze starych skrzynek po pomarańczach i wszyscy pili do woli sztuczne 
miody. Potem wszyscy  - rozgrzane elfy, pijane krasnoludy, zataczający się ludzie i tłum nie 
proszonych gości - potoczyli się ze swymi wyładowanymi tacami do długiego stołu bankie-
towego i zaczęli się opychać, jakby to była ich ostatnia wieczerza. 

 - Nie są tacy głupi, jak wyglądają - wymamrotał Goodgulf do siedzącego po jego lewej 

ręce Legolama. 

Czarodziej,  pięknie  przystrojony  w  czyste  szaty,  rozsiadł  się  na  honorowych 

składanych krzesełkach u szczytu stołu wraz z chochlikami. Tylko nieobecność Farahslaxa i 
Arrowroota mąciła uroczysty nastrój. 

 - Tak myślisz... gdzie się podziali? - zapytał w końcu Moxic, przekrzykując szczęk tac 

i plastykowych sztućców. 

Otrzymał odpowiedź, przynajmniej połowiczną, gdy wahadłowe drzwi sali bankietowej 

otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich krwawa, okropna postać. 

 - Stomper! - zawołał Pepsi. 
Setki gości przestały się obżerać. Przed nimi stał Arrowroot, nadal w swoim fartuchu, 

zakrwawionym od stóp do głów. Miał jedną rękę owiniętą bandażem i paskudny siniak pod 
okiem. 

 - Was ist? - spytała Eorache. - Gdże der pszystojny 
Farahslaxer? 
 - Biada - westchnął Strażnik. - Nie masz już Farahslaxa. Ze wszystkich sił próbowałem 

go wyleczyć, ale na próżno. Jego rany były liczne i głębokie. 

 - Czo szę s nim ształo? - zaszlochała Roi - Tannerka. - Był sztruf, gdy my odchodzycz. 
 -  Śmiertelne  otarcia  i  kontuzje  -  odparł  Arrowroot,  ponownie  wzdychając.  -  Z 

komplikacjami. Miał kompletnie poprzecinany naskórek, biedaczek. Nie miał żadnych szans. 

 - Przysiągłbym, że nie miał żadnych innych obrażeń oprócz guza na głowie - mruknął 

Legolam, zasłaniając usta rękawem. 

 -  Tak  -  rzekł  Arrowroot,  obrzucając  elfa  miażdżącym  spojrzeniem  -  tak  mogło  się 

wydawać  komuś  nie  obeznanemu  ze  sztuką  medyczną.  Jednak  ten  guz,  fatalny  guz,  był 

background image

powodem  jego  śmierci.  Miał  wodogłowie.  W  dziewięćdziesięciu  procentach  śmiertelne. 
Musiałem amputować. To smutne, bardzo smutne. 

Arrowroot  ze  smutną  miną  podszedł  do  swojego  składanego  krzesełka.  Jakby  na 

umówiony  sygnał  kilka  podejrzanie  wyglądających  skrzatów  zerwało  się  na  równe  nogi  i 
zawołało: 

 - Nie ma już ostatniego Stewarda! Niech żyje Arrowroot z Arrowshirt, król Twodoru! 

Niech żyje! 

Stomper  dotknął  palcami  ronda  swego  kapelusza,  skromnie  uznając  nowego  władcę 

Twodoru,  a  Eorache,  wyczuwając,  skąd  wieje  wiatr,  z  przekonującym  piskiem  radości 
zarzuciła  ramiona  na  szyję  nowego  króla.  Pozostali  goście,  zbyt  zmieszani  lub  pijani, 
powtórzyli ten okrzyk tysiąckrotnym echem. 

Jednak nagle, gdzieś w głębi komnaty, ozwał się jakiś piskliwy głos. 
 - Nie! Nie! - zapiszczał. 
Arrowroot uważnie spojrzał po gościach i pijacki gwar ucichł. Na samym końcu stołu 

siedziała  przysadzista  postać  z  czarną  opaską  na  nosie,  cała  odziana  w  zieleń.  To  był 
Magnavoks, przyjaciel nieodżałowanego Farahslaxa. 

 - Mów - rozkazał Arrowroot, mając nadzieję, że tamten nie usłucha. 
 -  Gdybyś  był  prawdziwym  królem  Twodoru  -  wybełkotał  Magnavoks  -  wypełniłbyś 

przepowiednię  i  zniszczyłbyś  naszych  wrogów.  Musisz  -  sz  to  zrobić,  zanim  będziesz  -  sz 
królem. 

MIMSZ 

-

 SZ 

tego dokonać. 

Chciałbym to widzieć - zachichotał Gimlet. Arrowroot zamrugał niespokojnie. 
 - Wrogów? Przecież wszyscy jesteśmy przyjaciółmi... 
 - Ciii! - upomniał go Goodgulf. - A Sorhed? Fordor? Niezgule? A dobrze - wiesz - co? 
Stomper nerwowo przygryzł wargę i zamyślił się. 
 - No cóż, chyba musimy pomaszerować na Sorheda i rzucić mu wyzwanie. 
Goodgulfowi  opadła  szczęka  ze  zdumienia,  jednak  zanim  zdążył  udusić  Stompera, 

Eorache wskoczyła na stół. 

 - Tak jeszt! My ruszycz na Szorheda i sałatfycz go gut! 
Wrzaski Goodgulfa utonęły w ryku aprobaty wzniesionym przez pijany tłum. 
Następnego  ranka  armie  Twodoru  pomaszerowały  na  wschód,  słaniając  się  pod 

brzemieniem długich lanc, ostrych mieczów i potwornego kaca. Tysiące wojowników wiódł 
Arrowroot,  który  chwiał  się  w  siodle,  tuląc  do  piersi  bukłak  z  kefirem.  Goodgulf,  Gimlet  i 
pozostali jechali obok niego, modląc się, aby śmierć przyszła szybko, bezboleśnie, a najlepiej 
po kogoś innego. 

Przez  wiele  godzin  armie  toczyły  się  naprzód,  wojenne  rumaki  pobekiwały  pod 

ciężarem  jeźdźców,  a  żołnierze  pod  ciężarem  okładów  z  lodu.  W  miarę  jak  zbliżali  się  do 
Czarnych  Wrót  Fordoru,  wszędzie  było  widać  zniszczenia  wojenne:  powywracane  wozy, 
splądrowane  i  spalone  wsie  oraz  miasta,  ślicznotki  na  tablicach  reklamowych  ozdobione 
domalowanymi wąsami. 

Arrowroot,  marszcząc  brwi,  spoglądał  na  ruiny  tego,  co  niegdyś  było  cudownym 

zakątkiem. 

 -  Spójrzcie  na  ruiny  tego,  co  niedawno  było  kwitnącą  krainą  -  zawołał,  o  mało  nie 

spadając ze swego rumaka. - Po powrocie będziemy mieli co sprzątać. 

 - Jeśli w ogóle wrócimy - rzekł Gimlet - osobiście wyczyszczę to wszystko szczoteczką 

do zębów. 

Król przybrał mniej więcej siedzącą pozycję. 
 - Nie lękajcie się, silna bowiem i odważna jest nasza armia. 
 - Miejmy nadzieję, że nie otrzeźwieje, zanim tam dotrzemy - mruknął Gimlet. 
Gimlet  miał  niewątpliwie  rację,  gdyż  armia  zwolniła  tempo  marszu,  a  oddział  Roi  - 

Tanerów, których Stomper wysłał po maruderów, nie wracał już od kilku godzin. 

background image

W  końcu  Arrowroot  postanowił  położyć  kres  biadoleniom,  zawstydzając  swych 

tchórzliwych wojowników. Nakazawszy heroldowi zadąć w róg, rzekł: 

 -  Ludu  Zachodu!  Bitwa  pod  Czarnymi  Wrotami  Sorheda  będzie  walką  nielicznych 

przeciw wielu; jednak ci nieliczni mają czyste serca, a tych wielu to śmiecie. Mimo to, jeśli 
któryś z was chce zawrócić i uniknąć walki, może to zrobić, przyspieszając w ten sposób nasz 
pochód. Ci, którzy pozostaną z królem Twodoru, żyć będą wiecznie w pieśniach i legendach! 
Pozostali mogą odejść. 

Powiadają, iż chmura kurzu nie opadała przez kilka dni. 
 -  Naprawdę,  niewiele  brakowało  -  powiedział  Spam,  nadal  drżąc  na  wspomnienie 

niedawnej ucieczki z paszczy Stupory. Frito lekko skinął głową, ale nadal nie miał pojęcia, co 
właściwie zaszło. 

Przed nimi wielkie, słone połacie Fordoru rozpościerały się aż do podnóża wielkiego 

kreciego kopca, na którym wznosił się Bardakh, wysokogórska główna kwatera Sorheda. Cała 
równina  była  usiana  koszarami,  placami  defilad  i  parkingami.  Tysiące  norek  uwijało  się 
gorączkowo, kopiąc rowy i znów je zakopując, oraz skrobiąc ziemię ogromnymi żyletkami. W 
oddali Otchłanie Zazu, Czarna Dziura, wysyłała w powietrze nad Fordorem spopielałe resztki 
setek roczników “National Geographic". Tuż przed nimi, u stóp urwiska, czarny staw gęstej 
smoły bulgotał hałaśliwie, od czasu do czasu wydając donośne czknięcie. 

Frito stał tam przez długi czas, zerkając przez palce na odległy, dymiący wulkan. 
 - Daleka jest droga do Czarnej Dziury - rzekł, dotykając Pierścienia. 
 - Ty mieć racja, bwana - powiedział Spam. 
 - Ten smolny staw trochę przypomina Czarną Dziurę - stwierdził Frito. 
 - Okrągły - przyznał Spam. - Otwarty. Głęboki. 
 - Ciemny - dodał Frito. 
 - Czarny - stwierdził Spam. 
Frito zdjął z szyi łańcuch z Pierścieniem i w zadumie zakręcił nim nad głową. 
 - Ostrożnie, panie Frito - ostrzegł Spam, daremnie usiłując złapać go za rękę. 
 -  Jasne  -  odparł  Frito,  podrzucając  Pierścień  w  powietrze  i  zręcznie  łapiąc  go  za 

plecami. 

 - To bardzo ryzykowne - orzekł Spam, po czym podniósł spory kamień i rzucił go na 

środek stawu, gdzie głaz zatonął z wilgotnym plaśnięciem. 

 - Szkoda, że nie mamy kotwicy, żeby przytwierdzić go bezpiecznie do dna - rzekł Frito, 

nadal wywijając łańcuchem. - Wypadki chodzą po ludziach. 

 -  Jednak  na  wszelki  wypadek...  -  mamrotał  Spam,  daremnie  szukając  w  kieszeniach 

jakiegoś ciężkiego przedmiotu. - Przydałoby się coś ciężkiego - mruczał. 

 - Cześć - odezwał się szary kształt za ich plecami. - Kopę lat! 
 - Goddam, ty stary trepie - warknął Spam, upuszczając monetę pod nogi Goddama. 
 - Świat jest mały - rzekł Frito, chowając w dłoni Pierścień i poklepując zaskoczonego 

stwora po grzbiecie. - Patrz! - zawołał, wskazując na puste niebo. - Skrzydła Zwycięstwa pod 

Samotraką. 
Gdy Goddam popatrzył w górę, Frito pospiesznie założył mu łańcuch na szyję. 
 - Hej! - zawołał Spam. - Miedziak z 1927 roku, z głową Indianina! 
Po czym opadł na czworaki przed Goddamem. 
 - Oopla! - powiedział Frito. 
 - Aaaaa! - dodał Goddam. 
 - Plusk! - odparł smolny staw. 
Frito  głęboko  odetchnął  i  oba  chochliki  pożegnały  się  z  Pierścieniem  oraz  jego 

balastem.  Kiedy  umykały,  ile  sił  w  nogach,  z  czarnej  toni  dobył  się  głośny  bulgot  i  ziemia 
zadrżała.  Skały  pękły  i  ziemia  rozwarła  się  tuż  pod  ich  nogami,  ku  ogromnemu  strapieniu 
chochlików.  Czarne  wieże  w  oddali  zaczęły  się  chwiać  i  Frito  ujrzał,  jak  biura  Sorheda  w 

background image

Bardakhu rozsypały się z łoskotem, tworząc stertę betonu i stali. 

 - Teraz już nie buduje się tak jak kiedyś - zauważył Spam, uskakując przed spadającą 

chłodziarką. 

Wokół chochlików pojawiły się ogromne szczeliny, odcinając im drogę ucieczki. Cała 

kraina zdawała się wić i jęczeć z głębi trzewi, które w końcu ożyły po eonach bezruchu. Ziemia 
przechyliła się pod dziwnym kątem i chochliki zaczęły się zsuwać w przepaść pełną starych 
żyletek i potłuczonych butelek po winie. 

 - Ciao! - pomachał Spam Fritowi. 
 - W takiej chwili? - szlochał Frito. 
Nagle tuż nad głowami ujrzeli jakiś błysk. Na niebie pojawił się ogromny orzeł, gęsto 

upierzony i ufarbowany na różowo. Na jego boku złote litery tworzyły napis:  

DEUS EX MACHINA AIRLINES. 
Frito krzyknął z radości, gdy wielki ptak opadł niżej i porwał ich obu z objęć pewnej 

śmierci w objęcia szponiastych łap. 

 - Jestem Gwahno - rzekł orzeł, gdy wzlatywali wysoko nad rozpadającą się ziemię. - 

Usiądźcie gdzieś. 

 - W jaki...? - zaczął Frito. 
 - Nie teraz, stary - warknął ptak. - Muszę ułożyć plan lotu z tego szamba. 
Potężne skrzydła uniosły ich na zapierającą dech w piersi wysokość i Frito patrzył z 

podziwem  na  wstrząsaną  konwulsjami  ziemię  w  dole.  Czarne  rzeki  Fordoru  wiły  się  jak 
dżdżownice, ogromne kontury lodowców ślizgały się na pustych równinach, a góry grały w 
kucanego berka. 

Na moment przed tym, zanim Gwahno zaczął skręcać, Fritowi zdawało się, że dostrzega 

jakiś  wielki,  ciemny  kształt  o  barwie  i  kształcie  puddingu,  umykający  za  góry  z  saganem 
skarpetek do prania. 

Wspaniała armia, która ostatecznie stanęła u Czarnych Wrót, była nieco mniej liczna 

niż na początku. Ściśle mówiąc, liczyła siedem osób i byłaby jeszcze mniejsza, gdyby siedem 
merynosów nie wyrwało się swoim jeźdźcom. Arrowroot ostrożnie spojrzał na Czarne Wrota 
Fordoru. Były kilkakroć wyższe od człowieka i  pomalowane na jaskrawoczerwono. Na  obu 
połówkach widniał napis WYJŚCIE. 

 - Wyłonią się stamtąd - wyjaśnił Arrowroot. - Rozwińmy nasz sztandar. 
Goodgulf posłusznie wykonał polecenie, przywiązując białą szatę do kija. 
 - Przecież to nie jest nasza chorągiew - zdumiał się Arrowroot. 
 - Chcesz się założyć? - spytał Gimlet. 
 - Lepszy już Sorhed niż rozbity łeb - stwierdził Goodgulf, przemieniając swój miecz w 

lemiesz. 

Nagle Arrowroot wytrzeszczył oczy. 
 - Patrzcie! - zawołał. 
Na czarnych wieżach załopotały czarne flagi, a wrota otwarły się jak okropna paszcza, 

wypluwając swój ładunek zła. Wytoczyła się z niej armia, jakiej nie widział świat. Zza bramy 
wypadło sto tysięcy oszalałych norek wymachujących łańcuchami rowerowymi i łyżkami do 
opon, za nimi zaślinione dywizje wyłupiastookich maszkar, zidiociałych zombi i cierpiących na 
nosaciznę wilkołaków. U ich boku maszerowało osiem tuzinów ciężkozbrojnych gryfów, trzy 
tysiące  idących  gęsiego  mumii  i  kolumna  zmotoryzowanych  bałwanów  na  bobslejach;  a 
ponadto  sześć  kompanii  morderczych  dżinów,  osiemdziesięciu  oszalałych  z  pragnienia 
wampirów w białych krawatach i  Upiór z Opery. Nad nimi  niebo pociemniało  od czarnych 
sylwetek straszliwych pelikanów, much wielkości ciężarówki oraz Rodana - Ptaka Śmierci. Z 
portali wylewały się kolejne zastępy nieprzyjaciół w różnych postaciach i rozmiarach, włącznie 
z sześcionogim diplodokiem, Potworem z Loch Ness, King Kongiem, Godzillą, Potworem z 
Czarnej Laguny, Bestią o Tysiącu Oczach, Mózgiem z Planety Arous, trzema podgromadami 

background image

ogromnych owadów, Rzeczą, Tym, Ona, Nimi oraz Plazmą. Tupot ich nóg mógłby obudzić 
zmarłego, gdyby ci nie zamykali pochodu. 

 -  Baczcie  -  ostrzegł  Stomper.  -  Nieprzyjaciel  nadciąga.  Goodgulf  żelazną  dłonią 

chwycił go za rękaw, a pozostali przycisnęli się do nich w ostatnim, drżącym pożegnaniu przed 
nadchodzącą rzezią. 

 -  No,  my  mófycz  pa  -  pa  -  powiedziała  Eorache,  miażdżąc  Arrowroota  w  ostatnim, 

czułym uścisku. 

 - Żegnajcie - wyrzęził Arrowroot. - Umrzemy jak bohaterowie. 
 - Może - zaszlochał Moxie - spotkamy się w jakimś lepszym miejscu. 
 - To nie będzie trudne - przytaknął Pepsi, spisując ostatnią wolę. 
 - Na razie, pokurczu - rzekł Legolam do Gimleta. 
 - Do widzenia, świrze - odparł krasnolud. 
 - Baczcie! - wykrzyknął Arrowroot, podnosząc się z klęczek. 
 - Jeżeli powie to jeszcze raz - mruknął Gimlet - sam go wypatroszę. 
Jednak  oczy  wszystkich  skierowały  się  tam,  gdzie  wskazywał  drżący  paluch  króla  - 

Strażnika. Niebo zasnuło się jasnym, purpurowobrązowym smogiem, a nagły podmuch wichru 
przyniósł  dziwne  pobekiwanie,  wydawane  przez  niektóre  Pierścienie,  kiedy  oddaj  ą  ducha. 
Czarne szeregi  zwolniły marsz, przystanęły i zaczęły się cofać.  Nagle  w górze podniósł  się 
rozpaczliwy krzyk i czarne pelikany zaczęły spadać z nieba, a ich Czarni Jeźdźcy rozpaczliwie 
targali wodze. Hordy norek wrzasnęły, rzuciły łyżki do opon i co sił w nogach pomknęły w 
kierunku otwartej bramy. Kiedy jednak norki oraz ich pokryci łuskami sprzymierzeńcy wrócili 
za mury, nagle  -  jak za  dotknięciem czarodziejskiej  różdżki  -  zmienili się w kupki  czosnku. 
Straszliwa armia zniknęła i pozostało po niej tylko kilka białych myszek oraz rozmiękła dynia. 

 - Nie masz już armii Sorheda! - zawołał Arrowroot, w lot pojmując sytuację. 
Nagle  czarny  cień  przeleciał  nad  równiną.  Podniósłszy  głowy,  ujrzeli,  jak  wielki 

różowy  orzeł  kołuje  nad  polem  bitwy,  podchodzi  do  lądowania  i  wykonuje  prawidłowe 
trzypunktowe przyziemienie, przynosząc dwóch obdartych, lecz znajomych pasażerów. 

 - Frito! Spam! - zawołała cała siódemka. 
 -  Goodgulf!  Arrowroot!  Moxie!  Pepsi!  Legolam!  Gimlet!  Eorache!  -  zakrzyknęły 

chochliki. 

 - Skończcie z tym - warknął Gwahno Pan Wichrów. - Już mam opóźnienie. 
Reszta kompanii wraz Eorache z ulgą wdrapała się na szeroki grzbiet orła, nie mogąc 

się doczekać, kiedy zobaczą Minas Troney. Wielki ptak śmignął po równinie i otrząsnąwszy 
trochę lodu z piór ogona, niezgrabnie wzbił się w powietrze. 

 -  Zapiąć  pasy  -  ostrzegł  Gwahno,  oglądając  się  przez  skrzydło  na  Arrowroota  -  i 

korzystać z papierowych torebek. Po to one są, koleś. 

Wędrowcy, znów razem, poszybowali wysoko w niebo i chwycili sprzyjający zachodni 

wiatr, który w kilku krótkich powiewach zaniósł ich nad piękne miasto Minas Troney. 

 - Mamy dziś miły wiatr w ogon - mruknął Gwahno. Przeciążony orzeł złożył skrzydła i 

wylądował awaryjnie przed samą bramą siedmiopierściennego miasta. 

Znużeni, lecz zadowoleni wędrowcy zeszli z ptasiego grzbietu i przyjęli radosne owacje 

zebranych tłumów, które ze łzami w oczach obsypywały ich opakowaniami po papierosach i 
chrupkach.  Jednak  Arrowroot  nie  zwracał  uwagi  na  te  wiwaty;  nadal  korzystał  ze  swojej 
torebki.  Pomimo  to  grupka  przystojnych  elfek  dopadła  cierpiącego  Strażnika  i  nałożyła  mu 
pyszną koronę z czystego aluminium wysadzanego lśniącymi szkiełkami. 

 - To korona! - zawołał Frito. - Korona Lafressera! 
Wtedy elfowe ślicznotki wepchnęły Stomperowi w dłoń obtłuczone berło i zarzuciły 

mu na ramiona wyszywaną błyskotkami królewską szatę. Arrowroot otworzył usta, lecz korona 
zsunęła mu się z czoła, kneblując usta i uniemożliwiając wygłoszenie powitalnej przemowy. 
Rozradowane tłumy uznały to za dobry omen i rozeszły się do domów. Arrowroot obrócił się 

background image

do Frita i rozpromienił. Frito skłonił się nisko na to nieme podziękowanie, lecz wciąż marszczył 
brwi, myśląc o czymś innym. 

 -  Zniszczyłeś  Wielki  Pierścień,  zaskarbiając  sobie  wdzięczność  całego  Śródziemia 

Dolnego - rzekł Goodgulf, poklepując wesoło sakiewkę Frita. - Za twój heroizm spełnię jedno 
twoje życzenie. Proś, o co chcesz. 

Frito stanął na palcach i szepnął coś do ucha dobrego starego czarodzieja. 
 - Kawałek dalej, po lewej - wskazał mu Goodgulf. - Na pewno trafisz. 
I tak Wielki Pierścień został zniszczony, a moc Sorheda złamana na zawsze. Arrowroot 

z Arrowshirt i Eorache wkrótce wzięli ślub, a stary Czarodziej przepowiedział, że niebawem 
ośmiu  potomków  w  monoklach  i  hełmach  zacznie  łamać  pałacowe  meble.  Zadowolony  z 
wróżby król uczynił Goodgulfa Czarodziejem bez Teki w nowo podbitych ziemiach Fordoru i 
wyznaczył mu spory fundusz reprezentacyjny, o ile stary oszust nie zechce wrócić do Twodoru. 
Krasnoludowi  Gimletowi  Arrowroot  sprzedał  po  cenie  złomu  nadwyżki  machin  wojennych 
Sorheda; Legolamowi dał prawo przemianować Chikken Noodul na “Ringland" oraz koncesję 
na handel pamiątkami w Otchłaniach Zazu. I wreszcie, cztery chochliki obdzielił Królewskim 
Uściskiem Dłoni oraz biletami na przelot w jedną stronę na grzbiecie Gwahno do Bagna. O 
Sorhedzie  zaginął  wszelki  słuch,  a  gdyby  wrócił,  Arrowroot  obiecał  go  ułaskawić  i  dać 
kierownicze  stanowisko  w  wojskowych  laboratoriach  badawczych  Twodoru.  O  Ballhogu  i 
Stuporze również niewiele słychać, chociaż miejscowi plotkarze twierdzą, iż za kilka stuleci 
odbędzie się ich ślub. 

 

background image

STRASZLIWE ZAKOŃCZENIE 
 
 
Niedługo po koronacji Stompera Frito, jeszcze odziany w wystrzępiony płaszcz elfów, 

ze  znużeniem  truchtał  znajomą  krowią  ścieżką  do  Bug  Endu.  Lot  był  krótki  i  oprócz  kilku 
obszarów  podwyższonej  turbulencji  oraz  zderzeń  ze  stadami  migrujących  flamingów, 
przebiegł zupełnie spokojnie. 

W Chochlikowie panował straszny bałagan. Sterty nie wywiezionych śmieci zalegały 

błotniste  ulice,  a  niesforna  chochlikowa  dzieciarnia  zdołała  zapaskudzić  wszystko  dookoła; 
nikt  nie  pofatygował  się  posprzątać  po  przyjęciu  Dilda.  Frito  z  dziwną  przyjemnością 
stwierdził, że tak mało się zmieniło podczas jego nieobecności. 

 - Wyjeżdżałeś? - zachrypiał znajomy głos. 
 -  Tak  -  odparł  Frito,  opluwając  starego  Wargacza  w  tradycyjnym  chochlikowym 

powitaniu. - Wracam do domu z Wielkiej Wojny. Zniszczyłem Wielki Pierścień i pokonałem 
Sorheda, niegodziwego władcę dalekiego Fordoru. 

 - Akurat - prychnął Wargacz, starannie szukając czegoś w nosie,  -  Zastanawiam się, 

skąd ci się biorą te poronione pomysły. 

Frito wszedł  do swojej  nory, brnąc do drzwi przez sterty korespondencji i  butelek z 

mlekiem.  Znalazłszy  się  wewnątrz,  bezskutecznie  przeszukał  lodówkę  i  poszedł  do  swojej 
jaskini, aby rozpalić ogień. Potem cisnął w kąt płaszcz elfów i z westchnieniem ulgi opadł w 
miękki fotel. Wiele widział, a teraz był w domu. W tym momencie usłyszał ciche pukanie do 
drzwi. 

 -  Do  licha  -  mruknął,  wyrwany  z  zadumy.  -  Kto  tam?  Nie  było  odpowiedzi;  tylko 

kolejne, bardziej natarczywe pukanie. 

 - Dobra, dobra, już idę! 
Frito podszedł do drzwi i otworzył je. 
Na  progu  ujrzał  dwadzieścia  trzy  grające  na  lirach  nimfy  w  przezroczystych 

spodniumach,  skulone  w  złotym  kanoe  unoszącym  się  na  chłodnej  mgle  ze  stu  gaśnic 
przeciwpożarowych,  z  załogą  złożoną  z  tuzina  podchmielonych  koboldów  w  błyszczących 
koszulach i obszywanych frędzlami spodniach. Przed Fritem stała dwunastostopowa zjawa w 
czerwonej  satynie,  wyszywanych  klejnotami  butach  do  konnej  jazdy,  dosiadająca  opasłego, 
blado - niebieskiego jednorożca. Wokół trzepotały skrzydlate żaby, miniaturowe walkirie oraz 
latający  kaduceusz.  Wysoka  postać  wyciągnęła  do  Frita  sześciopalczastą  dłoń,  w  której 
trzymała bransoletę identyfikacyjną z dziwnymi znakami, wyraźnie emanującą złowrogą siłę. 

 - O ile wiem - rzekł poważnie przybysz - podejmujesz misje. 
Frito zatrzasnął drzwi przed nosem zdziwionego widma, zaryglował je, zabarykadował 

i zamknął, na wszelki wypadek połykając klucz. Potem wrócił do kominka i zapadł w miękki 
fotel. Zaczął rozmyślać o czekających go latach cudownej nudy. Może ajmie się układankami.