background image

NORA ROBERTS 

RODZINNY SKARB 

background image

AMANDA 

background image

PROLOG 

Bar Harbor, 8 czerwca 1913 

Po  południu  wybrałam  się  na  urwisko.  Dzień,  pierwszy  dzień  po  naszym  powrocie  do 

Towers, był słoneczny i ciepły, a łoskot fał rozbijających się o skały brzmiał tak samo jak przed 

dziesięcioma  długimi  miesiącami.  Na  błękitnozielonej  wodzie  kołysała  się  łódka  rybacka,  obok 

niej  przemknęła  żaglówka.  Na  pozór  wszystko  było  tak  jak  wtedy,  a  jednak  zaszła  zmiana,  od 

której niebo spochmurniało, a moją duszę okryła ciemna mgła. 

Nie było go tam. 

Nie powinnam marzyćże znów go spotkam w tym samym miejscu, gdzie widywałam go w 

zeszłym  roku,  że  znów  zobaczę,  jak  maluje,  ociera  pędzel  o  płótno,  jakby  się  fechtował  Nie 

powinnam wyobrażać sobie, jak  się odwraca  od sztalug  i patrzy na mnie swoimi przenikliwymi, 

zielonymi oczami. Mój Boże, nie powinnam wyczekiwać jego uśmiechu, jego pierwszych słów! 

A jednak wyczekiwałam i marzyłam o tym. 

Z  dudniącym  sercem  wyszłam  z  domu  i  pobiegłam  przez  trawnik,  przez  ogród,  w  dół  po 

zboczu. 

Urwisko wyglądało tak samo jak przed rokiem. Wysokie, dumne skały wbijały się w czyste 

letnie  niebo.  Morze  było  prawie  nieruchome  i  odbijało  błękit  nieba  tak,  że  czułam  się  jakby 

zamknięta we wnętrzu błękitnej kuli. Spod moich stóp staczały się kamienie i wpadały w syczące, 

rozbijające się o podnóże urwiska fale. Za mną wznosiły się wieże letniego domu, domu mojego 

męża, aroganckie... i jakże piękne. 

Jakie to dziwne, że kochałam dom, w którym czułam się tak nieszczęśliwa! 

Musiałam  sobie  przypominać,  że  nazywam  się  Bianca  Calhoun  i  jestem  żoną  Fergusa 

Calhouna,  szczęśliwą  matką  Colleen,  Ethana  i  Seana,  szanowaną  kobietą,  obowiązkową  żoną  i 

oddaną  matką.  Moje  małżeństwo  nie  jest  przepełnione  uczuciem,  ale  to  nie  zmienia  sensu 

przysiąg,  które  składałam.  W  moim  życiu  nie  ma  miejsca  na  romantyczne  fantazje  i  grzeszne 

marzenia. 

Mimo  wszystko  stałam  i  czekałam,  lecz  on  się  nie  pojawił.  Christian,  kochanek  mojego 

serca, nie przyszedł. Może już nie ma go na wyspie. Może spakował pędzle i płótna, zostawił swój 

domek i pojechał malować jakieś inne morze, jakieś inne niebo, inne chmury... 

Dobrze  wiedziałam,  że  tak  byłoby  najlepiej.  Odkąd  spotkałam  go  zeszłego  lata,  nie 

background image

upłynęła godzina, w której bym o nim nie pomyślała... mam jednak męża, którego szanuję, i troje 

dzieci,  które  kocham  bardziej  niż  własne  życie.  To  im  muszę  pozostać  Wierna,  a  nie 

wspomnieniom czegoś, co nigdy nie istniało. I nigdy nie mogłoby zaistnieć

Słońce zachodzi. Siedzę tu i piszę, przy oknie mojej wieży. Wkrótce będę musiała zejść na 

dół  I  pomóc  niani  ułożyć  dzieci  do  snu.  Mały  Sean  lak  bardzo  urósł,  że  zaczyna  już  stawać  na 

żki. Niedługo będzie biegał tak szybko jak Ethan. Colleen, czteroletnia dama, chce mieć nową 

żową sukienkę

To o nich muszę myśleć, o moich dzieciach, moich skarbach, a nie o Christianie. 

Dzisiejsza  noc  będzie  spokojna,  jak  niestety  rzadko  kiedy  zdarza  się  na  wyspie  Mount 

Desert.  Fergus  wspominał  już  o  wielkim  przyjęciu  z  tańcami,  jakie  chce  wydać  w  przyszłym 

tygodniu. Muszę... 

On  tam  jest!  Na  dole,  pod  urwiskiem.  Z  tej  odległości,  w  zmierzchającym  świetle, 

przypomina cień, ale wiem, że to on. Wstałam, przyłożyłam dłoń do szyby i wiedziałam na pewno, 

ż

e  patrzy  w  górę  i  gorączkowo  szuka  mnie  wzrokiem.  Choć  to  zupełnie  niemożliwe,  mogłabym 

przysiąc, że słyszę, jak woła mnie po imieniu. 

Bianca. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Był jak potężna, umięśniona ściana, odziana w dżinsy. Gdy na niego wpadła, poczuła, że 

całe  powietrze  uciekło  jej  z  płuc,  a  paczki  wysunęły  się  z  rąk.  Spieszyła  się,  więc  nawet  nie 

spojrzała  na  niego,  tylko  od  razu  pochyliła  się,  by  pozbierać  rozsypane  rzeczy.  Mógłby  trochę 

uważać, jak chodzi! 

Miała  ochotę  rzucić  mu  ostrą  uwagę,  ale  gdy  jej  wzrok  zatrzymał  się  na  zdartych 

podeszwach  jego  butów,  natychmiast  ugryzła  się  w  język.  Przyklękła  obok  butiku,  z  którego 

właśnie wyszła, i sięgnęła po rozrzucone paczki. 

- Pozwól, że ci pomogę, skarbie. 

Powolna,  przeciągła  intonacja  z  południowego  zachodu  natychmiast  ją  zdenerwowała. 

Miała jeszcze milion rzeczy do załatwienia i w jej planach nie było punktu, który przewidywałby, 

ż

e będzie siedzieć z jakimś turystą na chodniku. 

-  Nie  trzeba,  mam  już  wszystko  -  mruknęła  z  niechęcią,  pochylając  głowę  tak,  że 

sięgające podbródka włosy zasłoniły jej twarz. Wszystko ją dzisiaj wyprowadzało z równowagi. 

- To za wiele pakunków jak na jedną osobę. 

-  Dziękuję,  poradzę  sobie  -  powtórzyła,  wyciągając  rękę  po  jeszcze  jedną  paczkę.  Jej 

niczym  nie  zrażony  pomocnik  uczynił  to  samo.  Przez  chwilę  każde  z  nich  ciągnęło  pakunek  w 

swoją stronę, aż w końcu zawartość rozsypała się po chodniku. 

-  Ooo,  jakie  to  ładne!  -  rzekł  z  uznaniem  mężczyzna,  podnosząc  z  ziemi  skrawek 

czerwonego Jedwabiu, który udawał nocną koszulę. 

Amanda  wyrwała  mu  szmatkę  z  ręki  i  wepchnęła  do  jednej  z  toreb.  Odgarnęła  włosy  z 

twarzy  i  dopiero  teraz  przyjrzała  się  intruzowi.  Do  tej  pory  widziała  jedynie  kowbojskie  buty  i 

błękitne dżinsy. Było go jednak znacznie więcej. Miał potężne ramiona i wielkie dłonie... a także 

usta,  pomyślała  złośliwie.  W  tej  chwili  te  usta  śmiały  się  do  niej  szeroko  i  szczerze.  W  innych 

okolicznościach  ten  uśmiech  mógłby  jej  się  wydać  atrakcyjny,  ale  teraz  postanowiła  odczuwać 

tylko niechęć. 

Co  prawda  twarz  też  nie  była  zła.  Wystające  kości  policzkowe,  zielone  oczy  i  mocna 

opalenizna,  a  także  rudawe  włosy,  wijące  się  uroczo  nad  kołnierzykiem  koszuli...  No  cóż, 

wszystko byłoby w porządku, gdyby ten mężczyzna nie stanął jej na drodze. 

- Śpieszę się - poinformowała go. 

background image

- Zauważyłem. Wyglądała pani, jakby pędziła do pożaru. 

- Gdyby w porę się pan  odsunął - zaczęła, ale po chwili zrezygnowała ze sprzeczki. Nie 

miała na to czasu. - Mniejsza o to - mruknęła i podniosła się, tym razem mocno ściskając paczki 

w rękach. - Przepraszam. 

- Chwileczkę - rzeki mężczyzna, również szybko wstając. 

Czekała,  aż  się  podniesie,  niecierpliwie  postukując  butem  o  chodnik.  Była  wysoka  i 

przywykła patrzeć mężczyznom prosto w oczy, ale tym razem musiała zadrzeć głowę do góry. 

- Co takiego? - zapytała niecierpliwie. 

- Mogę panią podwieźć do tego pożaru. 

- To nie jest konieczne - odrzekła, obrzucając go i lodowatym spojrzeniem. 

Mężczyzna przytrzymał wysuwającą się jej z ręki paczkę. 

- Zdaje się, że przydałaby się pani niewielka pomoc. 

- Dziękuję bardzo, ale sama potrafię dotrzeć tam, gdzie chcę. 

Ani przez chwilę w to nie wątpił. 

-  W  takim  razie  może  pani  mogłaby  pomóc  mnie  -  uśmiechnął  się.  Podobały  mu  się  jej 

włosy,  które  ciągle  opadały  na  twarz,  ona  zaś  odsuwała  je  dmuchnięciem.  -  Przyjechałem  tu 

dopiero  dzisiaj  rano  -  powiedział,  zatrzymując  wzrok  na  jej  twarzy.  -  Może  mogłaby  mi  pani 

podsunąć jakiś pomysł... nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić. 

Owszem, miała na podorędziu kilka świetnych rozwiązań, bowiem pasjami organizowała 

czas samotnym facetom. 

- Może pan pójść do izby handlowej - mruknęła i zamierzała odejść, ale poczuła jego rękę 

na swoim ramieniu. - Posłuchaj, kowboju, nie wiem, jakie zwyczaje panują w Tucson... 

- W Oklahoma City - poprawił ją. 

-  Wszystko  jedno.  W  każdym  razie  tutaj  policja  niechętnie  patrzy  na  typków,  którzy 

zaczepiają kobiety na ulicy. 

- Naprawdę? 

- Naprawdę. 

- W takim razie muszę uważać, co robię, bo planuję zatrzymać się tu na jakiś czas. 

- Przyślę panu ulotkę z informacjami. A teraz przepraszam. 

-  Jeszcze  jedna  sprawa  -  rzekł,  unosząc  wysoko  czarne  majtki  haftowane  w  czerwone 

róże. - Zdaje się, że pani o czymś zapomniała. 

background image

Wyrwała mu majtki z ręki i wetknęła do kieszeni. 

-  Miło  mi  było  panią  poznać  -  zawołał  za  nią  i  roześmiał  się  donośnie,  gdy  jeszcze 

bardziej przyśpieszyła kroku. 

W  dwadzieścia  minut później Amanda  zgarnęła  paczki z tylnego siedzenia  samochodu  i 

podtrzymując  je  podbródkiem,  zamknęła  drzwi  nogą.  Za  dużo  miała  na  głowie.  Za  jej  plecami 

wznosił się dom, czyli szare kamienne wieże, fantazyjne mansardki i zapadające się tarasy. Dom 

i rodzina - te dwie rzeczy Amanda kochała najbardziej na świecie. 

Wbiegła  na  schodki,  omijając  spróchniałą  deskę,  i  z  trudem  uwolniła  jedną  rękę,  by 

otworzyć drzwi. 

-  Ciociu  Coco!  -  zawołała,  wchodząc  do  holu.  Czarny  szczeniak  zbiegł  z  góry  na  jej 

powitanie, ale na trzecim schodku od dołu potknął się, potoczył i upadł, rozpłaszczywszy się na 

orzechowej podłodze. 

- Tym razem prawie ci się udało, Fred! - ucieszyła się Amanda. 

Zadowolony pies tańczył wokół jej nóg. 

- Już idę - rozległ się głos ciotki i Cordelia Calhoun McPike pojawiła się w holu. Swoim 

zwyczajem przystanęła na moment przed lustrem, by sprawdzić, czy dobrze jej w nowym kolorze 

włosów  Tym  razem  był  to  odcień  o  nazwie  Księżycowy  Blond.  Pod  poplamionym  białym 

fartuchem ciocia miała płócienne spodnie w kolorze brzoskwini. - Byłam w kuchni - wyjaśniła. - 

Dziś wieczorem będziemy testować mój nowy przepis na cannelloni (Cannelloni (wł.) - makaron 

w postaci grubych rurek, wypełnionych różnego rodzaju farszem). 

- Czy CC. jest w domu? 

-  Och,  nie.  Jest  w  warsztacie.  Naprawia  jakieś  ramiona.  Nie  mam  pojęcia,  gdzie  w 

samochodzie są ramiona. 

- To świetnie - ucieszyła się Amanda. Chodź na górę, pokażę ci, co kupiłam. 

-  Wygląda  na  to,  że  wyczyściłaś  kilka  sklepów.  Pomogę  ci  -  powiedziała  Coco. 

Pochwyciła dwie torby i poszła na górę za siostrzenicą. 

- Świetnie się bawiłam na tych zakupach. 

- Przecież nie cierpisz chodzić na zakupy - zdziwiła się Coco. 

- Owszem, dla siebie, ale to było co innego. Mimo wszystko zabrało mi to więcej czasu, 

niż sądziłam, i już się bałam, że nie zdążę tego schować, zanim CC. wróci do domu. - Weszła do 

swojego  pokoju  i  rzuciła  wszystkie  paczki  na  wielkie  łóżko  z  baldachimem.  -  A  potem  jakiś 

background image

idiota wpadł na mnie i wytrącił mi wszystkie torby z rąk. I jeszcze, wyobraź sobie, do tego był na 

tyle bezczelny, że próbował mnie podrywać! 

- Naprawdę? - ożywiła się Coco, wiecznie spragniona romansów. - A czy był przystojny? 

-  Jeśli  komuś  się  podoba  typ  Dzikiego  Billa  Hickoka.  W  każdym  razie  z  miejsca  go 

odstawiłam - mruknęła Amanda, wykazując całkowity brak zainteresowania, i pochyliła się nad 

torbami.  Fred  dwukrotnie  bez  powodzenia  próbował  wskoczyć  na  łóżko,  aż  wreszcie 

zrezygnował i przysiadł na dywaniku. 

- Znalazłam piękne ozdoby dla panny młodej mówiła Amanda, wyjmując z torby srebrne 

dzwonki,  papierowe  łabędzie  i  baloniki.  -  Bardzo  mi  się  podoba  ta  parasolka.  Może  nie  jest  w 

stylu  CC,  ale  pomyślałam,  że  powiesimy  ją  nad...  -  Podniosła  wzrok  na  ciotkę  i  westchnęła 

ciężko. - Ciociu Coco, bardzo cię proszę, tylko nie zaczynaj znowu płakać! 

Coco pociągnęła nosem i wyjęła z kieszeni fartucha haftowaną chusteczkę. 

-  Nic  na  to  nie  poradzę,  w  końcu  CC  jest  najmłodsza  w  rodzinie.  Najmłodsza  z  moich 

czterech małych dziewczynek. 

- Żadnej z nas już nie można nazwać małą - obruszyła się Amanda. 

-  Dla  mnie  nadal  jesteście  dziećmi,  tak  samo  jak  wtedy,  gdy  zginęli  wasi  rodzice  - 

powiedziała  Coco,  umiejętnie  ocierając  oczy  tak,  by  nie  rozmazać  tuszu  do  rzęs.  -  Za  każdym 

razem,  gdy  pomyślę  o  tym  ślubie,  łzy  same  napływają  mi  do  oczu.  Wiesz,  jak  bardzo  lubię 

Trentona, i wiem, że oni do siebie doskonale pasują, ale to wszystko stało się tak szybko... 

- Nie musisz mi tego mówić - uśmiechnęła się Amanda. - Ledwie udało mi się wszystko 

zorganizować. Jak można przygotować wesele w trzy tygodnie? Nie mam pojęcia, do czego im 

się tak śpieszy. Lepiej by zrobili, gdyby wyjechali do Las Vegas i tam wzięli ślub. 

- Co ty opowiadasz! - oburzyła się Coco. - Nigdy bym im tego nie wybaczyła! A jeśli ty 

sama  miałabyś  ochotę  zrobić  coś  takiego,  gdy  już  nadejdzie  twój  czas,  to  radzę  ci  jeszcze  raz 

dobrze się zastanowić! 

-  Mój  czas  nie  nadejdzie  tak  szybko,  o  ile  w  ogóle  nadejdzie  -  wzruszyła  ramionami 

Amanda. - Mężczyźni znajdują się na samym dole mojej listy priorytetów. 

-  Ach,  te  twoje  listy  -  zniecierpliwiła  się  Coco.  -  Coś  ci  powiem,  Amando.  Miłość  jest 

jedyną rzeczą, której nie można z góry zaplanować. Twoja siostra z pewnością nie planowała, że 

się  zakocha,  i  sama  popatrz,  co  się  dzieje.  Musi  wciskać  przymiarki  ślubnej  sukni  między 

naprawę  chłodnicy  i  paska  klinowego.  Twój  czas  może  nadejść  szybciej,  niż  myślisz.  Dopiero 

background image

dzisiaj rano patrzyłam w fusy od herbaty... 

- Och, ciociu Coco - jęknęła Amanda. - Tylko nie fusy od herbaty! 

Ciotka wyprostowała się z godnością. 

-  Zauważyłam  tam  kilka  niezmiernie  ciekawych  rzeczy.  Sądziłabym,  że  po  naszym 

ostatnim seansie powinnaś okazywać mniej sceptycyzmu. 

- Może rzeczywiście zdarzyło się wtedy coś dziwnego, ale... 

- Ale co? 

Amanda wzruszyła ramionami. 

-  No  dobrze,  coś  się  wtedy  rzeczywiście  stało.  CC.  miała  wizję  szmaragdowego 

naszyjnika  prababci  Bianki,  a  wszyscy,  którzy  przy  tym  byli,  czuli  coś...  obecność  kogoś,  lub 

czegoś, w wieży Bianki. 

- Aha! 

- Ale to jeszcze nie znaczy, że mam zacząć wpatrywać się w kryształowe kule. 

-  Mandy,  ty  zawsze  jesteś  zbyt  dosłowna.  Nie  mam  pojęcia,  po  kim  to  odziedziczyłaś... 

może po mojej ciotce Colleen? Fred, nie gryź tej irlandzkiej koronki - powiedziała Coco, widząc, 

ż

e pies zabiera się do przeżuwania frędzli narzuty na łóżku Amandy. - Wracając jednak do fusów 

od herbaty. Dziś rano zobaczyłam w nich mężczyznę. 

Amanda wstała i schowała ozdoby w szafie. 

- Rozumiem. Widziałaś mężczyznę w swojej filiżance z herbatą. 

-  Wiesz  przecież,  że  to  niezupełnie  tak.  Otóż  widziałam  mężczyznę  i  odniosłam  silne 

wrażenie, że on jest gdzieś bardzo blisko. 

- Może to hydraulik. Czekamy na niego już od dawna. 

- Nie, to nie był hydraulik. Ten mężczyzna jest w pobliżu, ale on nie pochodzi z wyspy. - 

Coco  patrzyła  przed  siebie  rozproszonym  spojrzeniem.  -  Pochodzi  z  dość  daleka  i  odegra  dużą 

rolę  w  naszym  życiu.  Jestem  absolutnie  pewna,  że  stanie  się  kimś  bardzo  ważnym  dla  jednej  z 

was. 

- Lilah może go sobie wziąć - stwierdziła Aman da natychmiast. - A właściwie, to gdzie 

ona teraz jest? 

- Była umówiona z kimś po pracy. Jakiś Rod czy Tod, a może Dominik. 

-  Jak  zwykle  -  prychnęła  Amanda,  starannie  wieszając  kurtkę  w  szafie.  -  Miałyśmy 

przeglądać razem papiery. Wiedziała, że liczę na jej pomoc. Musimy znaleźć jakąś wskazówkę, 

background image

gdzie są ukryte szmaragdy. 

- Znajdziemy je, skarbie - powiedziała Coco, przeglądając zawartość kolejnych paczek. - 

Gdy nadejdzie właściwy czas. Bianca chce, żebyśmy je znalazły. Wierzę, że wkrótce naprowadzi 

nas na następny ślad. 

Amanda tylko wzruszyła ramionami. 

- Bianca mogła ukryć te szmaragdy wszędzie. Potrzebujemy czegoś więcej niż ślepa wiara 

i mistyczne wizje. 

Szmaragdy  Calhounów  podobno  były  warte  majątek,  ale  Amandy  nie  obchodziły 

pieniądze.  Gdy  Trent,  narzeczony  jej  siostry,  podpisał  umowę  kupna  Towers,  stara  legenda 

przedostała się do wiadomości publicznej i od tego czasu uporządkowane życie Amandy legło w 

gruzach, bo wraz z reporterami w codzienność rodziny Calhounów wkroczył chaos. 

Legenda była wdzięcznym tematem dla prasy. Na początku drugiej dekady dwudziestego 

wieku,  gdy  Bar  Harbor  stało  się  modną  miejscowością  wypoczynkową,  Fergus  Calhoun 

zbudował Towers jako letni dom dla swej  rodziny.  W tej rezydencji, położonej  na urwisku nad 

Zatoką  Francuza,  spędzał  wraz  ze  swą  żoną  Bianca  i  trojgiem  dzieci  wakacje  urozmaicane 

licznymi przyjęciami dla znajomych I wspólników w interesach. 

Tutaj  Bianca  poznała  młodego  artystę  i  z  wzajemnością  zakochała  się  w  nim.  Od  tej 

chwili  żyła  rozdarta  między  porywami  serca  a  poczuciem  obowiązku.  Jej  małżeństwo, 

zaaranżowane  przez  rodziców,  od  początku  było  zimne.  Idąc  za  głosem  serca,  chciała  porzucić 

męża  i  spakowała  kuferek  ze  skarbami,  gdzie  między  innymi  włożyła  szmaragdowy  naszyjnik, 

który  dostała  od  Fergusa  po  urodzeniu  ich  drugiego  dziecka,  a  pierwszego  syna.  Dalsze  losy 

naszyjnika  były  tajemnicą.  Legenda  mówiła,  że  Bianca,  ogarnięta  poczuciem  winy  i  rozpaczy, 

rzuciła się w dół z okna wieży. 

Teraz,  po  osiemdziesięciu  latach,  zainteresowanie  naszyjnikiem  zostało  rozbudzone  na 

nowo. Siostry Calhoun przetrząsały nagromadzone przez dziesiątki lat papiery, szukając w nich 

jakiejś  wskazówki,  a  reporterzy  i  poszukiwacze  skarbów  stali  się  stałym  elementem  w  ich 

codziennym życiu. 

Amanda była zdania,  że  zarówno skarb, jak i legenda są prywatną własnością rodziny,  i 

dlatego zależało jej na jak najszybszym odnalezieniu naszyjnika. Była pewna, że gdy już zagadka 

zostanie rozwiązana, zainteresowanie prasy ich rodziną szybko zblednie. 

- Kiedy wraca Trent? - zapytała ciotki. 

background image

- Niedługo - westchnęła Coco - gdy tylko pozałatwia wszystkie swoje sprawy w Bostonie. 

Nie wytrzyma długo bez CC. Zaraz po rozpoczęciu remontu zachodniego skrzydła domu pojadą 

w podróż poślubną. Miodowy miesiąc... - szepnęła Coco ze łzami w oczach. 

-  Ciociu,  nie  zaczynaj  odnowa,  tylko  pomyśl,  ile  zabawy  będziesz  miała  z  przyjęciem 

weselnym.  To  dla  ciebie  świetny  trening.  Za  rok  o  tej  porze  będziesz  już  szefem  kuchni  w 

Towers, najbardziej domowym ze wszystkich hoteli St. Jamesów. 

- A widzisz! - powiedziała Coco z dumą, klepiąc się po piersi. 

Ktoś zastukał do drzwi i Fred zareagował głośnym wyciem. 

-  Zostań  tutaj,  ciociu,  ja  otworzę!  -  zawołała  Amanda  i  poszła  na  dół.  Fred  podbiegł  do 

niej  i  zaczął  plątać  się  pod  nogami,  aż  w  pewnej  chwili  rozpłaszczył  się  na  podłodze.  Amanda 

roześmiała się i wzięła go na ręce. Z psem przytulonym do policzka uchyliła drzwi. 

- To pan! 

Na dźwięk oburzenia w jej głosie Fred zaczął skamleć, a mężczyzna stojący za progiem 

uśmiechnął się szeroko. 

- Ten świat jest bardzo mały - rzekł przeciągle, z tym samym powolnym akcentem, który 

słyszała już tego dnia, klęcząc na chodniku. - Coraz bardziej mi się to podoba. 

- Szedł pan za mną! 

-  Nie,  proszę  pani,  choć  to  chyba  nie  byłby  najgorszy  pomysł.  Nazywam  się  O'Riley. 

Sloan O’Riley. 

-  Nic  mnie  nie  obchodzi,  jak  pan  się  nazywa.  Niech  pan  stad  idzie  -  rzekła  Amanda  i 

chciała trzasnąć mu drzwi przed nosem, on jednak wsunął dłoń w szczelinę. 

- Natomiast to nie byłoby, jak sądzę, najlepszym pomysłem. Przyjechałem z daleka, żeby 

obejrzeć ten dom. 

Amanda złowieszczo przymrużyła ciemnoniebieskie oczy. 

-  Naprawdę?  Coś  panu  powiem.  To  jest  prywatny  dom  i  nic  mnie  nie  obchodzi,  co  pan 

czytał  w  gazetach  ani  jak  bardzo  zależy  panu  na  odnalezieniu  szmaragdów.  To  nie  jest  Wyspa 

Skarbów  i  mam  już  dość  ludzi,  którym  wydaje  się,  że  mogą  tu  po  prostu  zapukać  albo  nocą 

zakraść się do ogrodu z łopatą w garści. 

Sloan  cierpliwie  przeczekał  tę  tyradę.  Amanda  wyglądała  naprawdę  prześlicznie.  Była 

wysoka  i  dość  szczupła,  ale  tam,  gdzie  trzeba,  ciało  miała  ładnie  zaokrąglone.  Wyglądała  tak, 

jakby  potrafiła  ciężko  pracować  przez  cały  dzień,  a  potem  świetnie  się  bawić  do  rana.  Wprost 

background image

emanowała energią. Jej podbródek świadczy o uporze, pomyślał z aprobatą... a do tego ma duże 

niebieskie oczy i ładne usta. 

- Czy to już wszystko? - zapytał łagodnie, gdy przerwała tyradę, by zaczerpnąć oddechu. 

- Nie, i jeśli natychmiast się pan stąd nie wyniesie, to wypuszczę na pana psy! 

Fred jak na hasło wyskoczył z jej ramion i ze zjeżoną sierścią wyszczerzył zęby. 

- Wygląda bardzo groźnie - skomentował Sloan i wyciągnął do szczeniaka rękę, a zdrajca 

Fred powąchał ją i zaczął radośnie machać ogonem.  W rewanżu Sloan podrapał go za uchem. - 

No tak, rzeczywiście, ma tu pani niezwykle niebezpieczne zwierzę. 

Amanda oparła ręce na biodrach. 

- Dość tego, bo pójdę po broń! 

- Kto to jest, Amando? - zawołała Coco, schodząc na dół. Na widok Sloana natychmiast 

odezwa ta się w niej wrodzona próżność i poplamiony fartuch gdzieś zniknął. 

- Dzień dobry - uśmiechnęła się słodko, wyciągając rękę. - Jestem Cordelia McPike. 

- Bardzo mi miło, proszę pani - skłonił się uprzejmie Sloan, podnosząc jej dłoń do ust. - 

Mówiłem właśnie siostrze pani... 

Coco zaśmiała się z zachwytem. 

- Och, Amanda nie jest moją siostrą, tylko siostrzenicą! Trzecią córką mojego nieżyjącego 

brata. To prawda, był znacznie ode mnie starszy... 

- W takim razie najmocniej przepraszam za pomyłkę. 

- Ciociu Coco, ten debil najpierw przewrócił mnie przed butikiem, a potem przyszedł za 

mną  do  domu!  Próbuje  po  prostu  wkręcić  się  do  środka,  bo  jak  ci  wszyscy  imbecyle,  szuka 

naszyjnika! 

- Ależ Mandy, chyba zbyt pochopnie wyciągasz wnioski! 

- Trudno temu zaprzeczyć - powiedział Sloan powoli, kiwając głową. - Pani siostrzenica i 

ja rzeczywiście zderzyliśmy się na ulicy, bo nie zdążyłem w porę odsunąć się na bok. I prawdą 

jest również to, że próbuję dostać się do tego domu. 

- Rozumiem - westchnęła Coco, rozdarta między nadzieją a wątpliwościami - Bardzo mi 

przykro, ale raczej nie możemy pana zaprosić do środka. Widzi pan, jesteśmy bardzo zajęte przed 

ś

lubem... - Sloan szybko przeniósł wzrok na Amandę. 

- Wychodzi pani za mąż? 

-  Moja  siostra  -  wyjaśniła  niechętnie.  -  Ale  to  nie  pana  sprawa.  Czy  mógłby  pan  już 

background image

zostawić nas same? 

- Nie chciałbym w niczym przeszkadzać, więc już sobie pójdę. Byłbym tylko wdzięczny, 

gdyby powiedziały panie Trentowi, że O'Riley już przyjechał. 

- O'Riley? - powtórzyła Coco z osłupieniem. 

- Boże drogi, to pan O’Riley? Ależ proszę wejść! Ogromnie pana przepraszam! 

- Ciociu Coco... 

- Amando, to jest pan O’Riley! 

- Wiem, ale dlaczego wpuszczasz go do domu? 

-  Przecież  to  jest  ten  pan  O’Riley!  -  powtórzyła  Coco  z  naciskiem.  -  Ten,  do  którego 

Trenton  dzwonił  dzisiaj  rano!  Nie  pamiętasz...  no  oczywiście,  nie  możesz  pamiętać,  bo 

zapomniałam  ci  o  tym  powiedzieć.  -  Coco  w  zmieszaniu  przyłożyła  dłonie  do  policzków.  -  To 

okropne, że tak długo trzymamy pana w drzwiach! 

- Proszę się tym nie przejmować - rzekł Sloan. - Rozumiem, dlaczego tak się stało. 

Amanda  wciąż  trzymała  rękę  na  klamce,  gotowa  w  każdej  chwili  wypchnąć  intruza  za 

drzwi, gdyby zaszła taka potrzeba. 

- Kim jest pan O’Riley i dlaczego Trent do niego dzwonił? 

- Pan O'Riley jest architektem - wyjaśniła Coco, promieniejąc. 

Amanda  przymrużyła  oczy  i  obrzuciła  nieznajomego  taksującym  spojrzeniem,  od 

czubków kowbojskich butów aż po potargane włosy. 

- To jest architekt? - powtórzyła z wyraźnym powątpiewaniem. 

-  Nasz  architekt.  Pan  O'Riley  będzie  nadzorował  remont  domu.  Będziemy  razem 

pracować. Pan O’Riley... 

- Sloan wtrącił. 

-  Sloan  -  powtórzyła  Coco,  trzepocząc  rzęsami.  -  Będziemy  razem  pracować  przez  dość 

długi czas. 

- To fantastycznie - oświadczyła Amanda lodowatym tonem i zatrzasnęła drzwi. 

Sloan zahaczył kciuki o szlufki spodni i uśmiechnął się do niej szeroko. 

- Ja też tak uważam. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Coco w końcu oprzytomniała. 

-  Zachowujemy  się  okropnie.  Trzymamy  cię  w  korytarzu.  Proszę,  wejdź  dalej  i  usiądź. 

Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty? 

- Piwa prosto z butelki - wymamrotała speszona i wściekła Amanda. 

Trafiony - uśmiechnął się do niej Sloan. Coco wprowadziła gościa do saloniku, żałując, że 

nie ma już czasu, by odświeżyć kwiaty w wazonie i wy trzepać poduszki. 

-  Piwo?  Mam  w  lodówce  piwo,  bo  używam  go  do  przyrządzania  krewetek  na  ostro. 

Amando, zajmij się gościem, dobrze? 

- Oczywiście, dlaczego by nie? - mruknęła i tłumiąc niechęć, wskazała Sloanowi fotel, a 

sama usiadła naprzeciwko niego. - Chyba powinnam cię przeprosić. 

Sloan wyciągnął rękę i pogłaskał Freda. 

- A za co? 

- Gdybym wiedziała, po co tu przyjechałeś, nie zachowywałabym się tak nieuprzejmie. 

- Aha - rzekł Sloan z namysłem, patrząc na nią uważnie. 

Po dziesięciu sekundach milczenia Amanda dodała: 

- Jednak moja pomyłka była zupełnie zrozumiała. 

-  Skoro  tak  twierdzisz...  A  co  to  właściwie  za  szmaragdy,  których  rzekomo  miałem 

poszukiwać? 

- Szmaragdy Calhounów - wzruszyła ramionami dziewczyna, jakby to było oczywiste, ale 

gdy  Sloan  tylko  pytająco  uniósł  brwi,  dodała  tytułem  wyjaśnienia:  -  Szmaragdowy  naszyjnik 

mojej prababci. Pisali o tym w gazetach. 

-  Ostatnio  nie  czytałem  gazet,  bo  byłem  w  Budapeszcie  -  odrzekł  Sloan  i  wyciągnął  z 

kieszeni długie, cienkie cygaro. - Czy mogę? 

-  Proszę  bardzo  -  zgodziła  się  Amanda  i  przyniosła  mu  popielniczkę.  Sloan  z 

przyjemnością  obserwował  jej  energiczne  ruchy.  -  Jestem  zdziwiona,  że  Trent  nic  ci  o  tym  nie 

wspominał. 

Sloan  bez  pośpiechu  zapalił  cygaro  i  wypuścił  z  ust  wielki  kłąb  dymu.  Jego  uważny 

wzrok  wędrował  po  pokoju,  nie  pomijając  żadnego  szczegółu.  Zauważył  wiekową  zapadniętą 

sofę, lśniące kryształy Baccarata, stare, eleganckie stiuki i łuszczącą się farbę. 

background image

- Trent przysłał mi telegram. Napisał o swoich planach i prosił, żebym zajął się renowacją 

tej rezydencji. 

- I zgodziłeś się na to, chociaż wcześniej nie widziałeś domu na oczy? 

-  Zdawało  mi  się,  że  to  najlepsze,  co  mogę  zrobić  rzekł  Sloan,  zastanawiając  się,  czy 

kiedykolwiek uda mu się wywołać uśmiech na twarzy tej kobiety. 

Poza tym Trent nie prosiłby mnie o to, gdyby nie był pewien, że dom mi się spodoba. 

Amanda nerwowo postukiwała stopą o podłogę. 

- To znaczy, że dobrze znasz Trenta? 

- Sporo lat. Byliśmy razem na Harvardzie. Dziewczyna znieruchomiała. 

- Na Harvardzie? - powtórzyła powoli. - Kończyłeś Harvard? 

Kto inny może poczułby się urażony, ale Sloan po prostu świetnie się bawił. 

-  No  jasne,  psze  pani  -  mruknął,  przesadnie  przeciągając  słowa.  Zauważył,  że  się 

zarumieniła. 

- Nie chciałam... tylko że nie sprawiasz wrażenia... 

-  Faceta  z  Ivy  League  (Ivy  League  (ang.)  -  grupa  prestiżowych  uczelni  amerykańskich, 

takich  jak  Yale,  Harvard  etc...)  -  dokończył,  zaciągając  się  cygarem.  -  Pozory  potrafią  mylić. 

Popatrz na przykład na ten dom. 

- Na dom? - zdziwiła się. 

- Na pierwszy rzut oka, gdy patrzysz na niego z zewnątrz, trudno powiedzieć, co to miało 

być:  warownia,  zamek  czy  koszmar  architekta,  ale  jeśli  przyjrzysz  się  uważniej,  to  zaczynasz 

widzieć,  że  ten  budynek  miał  być  wyłącznie  tym,  czym  jest,  i  niczym  więcej.  Jest  arogancki, 

silny, może nawet uparty, ale zbudowany z fantazją i nie bez pewnego wdzięku. Niektórzy sądzą, 

ż

e domy odzwierciedlają charaktery swoich mieszkańców - dodał z uśmiechem. 

Do salonu weszła Coco, popychając przed sobą wózek. Sloan podniósł się grzecznie. 

- Och, usiądź, proszę - pomachała ręką. - Tak rzadko gościmy w domu mężczyzn, prawda, 

Mandy? 

- Czuję się zaszczycony. 

- Mam nadzieję, że piwo będzie ci smakowało - rzekła Coco, zdejmując z tacy szklankę z 

pilznerem. 

- Na pewno jest doskonałe. 

-  Proszę,  poczęstuj  się  kanapkami.  Mandy,  dla  nas  przyniosłam  wino.  -  Zachwycona 

background image

towarzystwem  Coco  obdarzyła  gościa  promiennym  uśmiechem.  -  Czy  Amanda  opowiedziała  ci 

już historii, tego domu? 

- Właśnie dochodziliśmy do tego tematu. Trent pisał, że dom należy do waszej rodziny od 

początku wieku. 

-  Och,  tak.  Razem  z  dziećmi  Suzanny,  czyli  najstarszej  z  moich  siostrzenic,  w  Towers 

mieszkało  pięć  pokoleń  Calhounów.  Fergus  -  Coco  wskazała  wiszący  nad  kominkiem  portret 

mężczyzny o kwaśnym wyrazie twarzy - czyli mój dziadek, zbudował Towers w 1904 roku jako 

letni dom. On i jego żona, Bianca, mieli troje dzieci. Bianca później rzuciła się z okna wieży. - 

Na  wspomnienie  nieszczęśliwej  miłości  babki  Coco  jak  zawsze  westchnęła.  -  Po  jej  śmierci 

dziadek  już  nigdy  nie  doszedł  do  siebie.  Później  pomieszało  mu  się  w  głowie  i  musieliśmy  go 

umieścić w pewnym bardzo miłym zakładzie. 

- Ciociu Coco, jestem pewna, że pana O’Rileya nie interesują rodzinne historie - wtrąciła 

Amanda. 

Sloan strzepnął popiół z cygara. 

- „Interesują” to za mało powiedziane. Jestem zafascynowany. Proszę nie przerywać, pani 

McPike. 

- Och, nazywaj mnie Coco, tak jak wszyscy uśmiechnęła się ciotka, przygładzając włosy. 

Po Fergusie dom przeszedł na mojego ojca, Ethana. Był drugim dzieckiem Fergusa i Bianki, ale 

pierwszym  synem.  Dziadek  miał  fioła  na  punkcie  rodu  Calhounów.  Starsza  siostra  Ethana, 

Colleen,  była  z  tego  bardzo  niezadowolona  i  do  dziś  dnia  prawie  nie  utrzymuje  z  nami 

kontaktów. 

- Za co jesteśmy jej bardzo wdzięczni - wtrąciła Amanda. 

-  No  cóż,  nie  da  się  zaprzeczyć,  bo  Colleen  ma  dość  trudny  charakter.  Pozostał  jeszcze 

wujek Sean, młodszy brat mojego ojca. Miał trochę kłopotów z kobietami i jeszcze przed moim 

urodzeniem popłynął do Indii Zachodnich. Gdy mój ojciec zginął, dom odziedziczył mój starszy 

brat  Judson.  On  i  jego  żona  zdecydowali  się  zamieszkać  tu  na  stale,  bo  bardzo  pokochali  to 

miejsce. - Coco obrzuciła wzrokiem spękane ściany i wyblakłe kotary. - Judson planował wielki 

remont  domu,  ale  zanim  do  tego  doszło,  obydwoje  z  Delią  tragicznie  zginęli.  Wtedy  ja  tu 

przyjechałam, żeby zająć się Amandą i jej trzema siostrami. Poczęstuj się jeszcze kanapką. 

- Dziękuję. Czy mogę zapytać, dlaczego zdecydowałyście się przekształcić część domu w 

hotel? 

background image

-  To  był  pomysł  Trenta,  i  wszystkie  jesteśmy  mu  za  to  bardzo  wdzięczne,  prawda, 

Amando? 

- Tak, ciociu - odparła dziewczyna z rezygnacją. Na Coco nie było sposobu. 

-  Szczerze  mówiąc  -  uśmiechnęła  się  ciotka,  unosząc  do  ust  kieliszek  z  winem  - 

zrobiłyśmy to z powodu pewnych kłopotów finansowych. Sloan, czy wierzysz w przeznaczenie? 

Wyciągnął ku niej mocne dłonie. 

- Moi przodkowie byli Irlandczykami i Czirokezami, więc nie mam innego wyboru. 

-  W  takim  razie  powinieneś  to  zrozumieć.  Los  zrządził,  że  ojciec  Trenta,  żeglując  po 

Zatoce Francuza, zobaczył  Towers i natychmiast postanowił kupie ten dom. Gdy otrzymałyśmy 

ofertę  od  korporacji  St.  James,  która  chciała  przekształcić  naszą  rodową  siedzibę  w  hotel,  nie 

wiedziałyśmy,  co  zrobić.  W  końcu  to  był  nasz  dom,  jedyny,  jaki  dziewczynki  znały  w  całym 

swoim życiu, ale koszty utrzymania... 

- Rozumiem - wtrącił Sloan. 

-  Wszystko  jednak  wyszło  wprost  wspaniale  -  ciągnęła  Coco.  -  To  było  niezmiernie 

romantyczne.  Niewiele  brakowało,  abyśmy  musiały  zdecydować  się  na  sprzedaż,  ale  wówczas 

Trent zakochał się w CC. Oczywiście zdawał sobie sprawę, jak wiele znaczy dla niej Towers, i 

przyszedł  mu do  głowy  wspaniały pomysł, żeby  zamienić w hotel tylko zachodnie skrzydło.  W 

ten sposób zatrzymamy dom, a jednocześnie uzyskamy pieniądze na jego utrzymanie. 

- Każdy dostaje to, na czym mu zależy - zgodził się Sloan. 

Coco pochyliła się do przodu. 

- No właśnie. Jestem pewna, że mając takie dziedzictwo, wierzysz również w duchy. 

- Ciociu Coco... szepnęła z rozpaczą Amanda. 

- Mandy, wiem, że ty od początku do końca jesteś racjonalistką, co zresztą ogromnie mnie 

zadziwia. - Coco uśmiechnęła się do Sloana. - Tyle celtyckiej krwi i ani odrobiny mistycyzmu w 

duszy. Zupełnie nie mogę tego zrozumieć. 

- Zostawiam to tobie i Lili - odrzekła słodko Amanda. 

- Lilah to moja druga siostrzenica - wyjaśniła Coco. - Jest bardzo uduchowiona... no cóż, 

rozmawialiśmy o zjawiskach nadnaturalnych. Co sądzisz na ten temat? 

Sloan odstawił szklankę. 

- Dom taki jak ten nie może się obejść bez jakiegoś ducha. 

Coco klasnęła w ręce. 

background image

-  No  właśnie!  Od  pierwszej  chwili,  gdy  tu  wszedłeś,  wiedziałam,  że  jesteś  pokrewną 

duszą! Widzisz, Bianca wciąż tu jest. Podczas ostatniego seansu jej obecność czułam niezwykle 

wyraźnie  ciągnęła,  ignorując  wymowne  westchnienia  Amandy.  -  CC.  też  to  czuła,  a  zazwyczaj 

jest niemal równie racjonalna jak Amanda. Bianca chce, żebyśmy znalazły naszyjnik. 

- Szmaragdy Calhounów? - zapytał Sloan. 

- Tak. Szukałyśmy jakichś wskazówek co do miejsca ich ukrycia, ale przez osiemdziesiąt 

lat zebrała się tu nieprawdopodobna ilość śmieci, a w  dodatku reporterzy  ciągle zawracają nam 

głowę. 

- To mało powiedziane - skrzywiła się Amanda. 

- Może naszyjnik znajdzie się podczas remontu - podsunął Sloan. 

- Mamy taką nadzieję - rzekła Coco z namysłem, dotykając ust starannie pomalowanym 

paznokciem.  -  Wydaje  mi  się,  że  potrzebny  jest  następny  seans,  a  ty  na  pewno  jesteś  bardzo 

dobrym medium. 

Amanda zakrztusiła się winem. 

-  Ciociu  Coco,  pan  O’Riley  przyjechał  tutaj  do  pracy,  a  nie  po  to,  żeby  bawić  się  z 

duchami! 

-  Lubię  łączyć  pracę  z  przyjemnościami  -  uśmiechnął  się  Sloan,  wznosząc  szklankę  w 

toaście. - Zawsze staram się to robić. 

Coco przyszła do głowy nowa myśl. 

- Nie pochodzisz z tej wyspy? 

- Nie, jestem z Oklahomy. 

- Naprawdę? zdziwiła się ciotka. - To bardzo daleko stąd. Jako architekt odpowiedzialny 

za renowację domu będziesz dla nas wszystkich bardzo ważną personą. 

- Taką  mam nadzieję -  odrzekł  Sloan, nieco  zdziwiony wymownymi spojrzeniami, jakie 

Coco rzucała na swą siostrzenicę. 

-  Tak,  fusy,  tylko  fusy  z  herbaty  -  wymruczała,  wstając.  -  Przepraszam,  ale  muszę 

dopilnować kolacji. Zjesz z nami, prawda? 

Sloan zamierzał szybko obejrzeć dom, a potem wrócić do hotelu i przespać przynajmniej 

dziesięć  godzin,  teraz  jednak,  patrząc  na  wściekłość  malująca  się  na  twarzy  Amandy,  zmienił 

zdanie. Wieczór w jej piorunującym towarzystwie na pewno okaże się najlepszym lekarstwem na 

zmianę stref czasowych. 

background image

- Z wielką przyjemnością - uśmiechnął się. 

- To wspaniale. Mandy, może tymczasem pokażesz Sloanowi zachodnie skrzydło? 

- Fusy od herbaty? - zapytał Sloan, gdy Coco wyszła z salonu. 

- Radzę ci, zostaw to, a będziesz zdrowszy - westchnęła Amanda z rezygnacją, wskazując 

na drzwi. - Idziemy? 

- To dobry pomysł zgodził się Sloan. Z holu poszli na górę krętymi schodami. 

- Jak wolisz, żeby cię nazywać, Amanda czy Mandy? 

Dziewczyna wzruszyła ramionami. 

- Reaguję na obie formy. 

-  Mają  zupełnie  inne  brzmienie.  Amanda  jest  chłodna  i  opanowana,  natomiast  Mandy... 

dużo cieplejsza, bardziej przyjazna... 

Zatrzymała się na szczycie schodów i stanęła twarzą do niego. 

- A jak brzmi imię Sloan? 

Pozostał  o  stopień  niżej,  więc  ich  spojrzenia  spotkały  się,  niebezpiecznie  blisko,  na  tym 

samym poziomie. Instynkt podpowiedział mu, że tak będzie lepiej. 

- Ty mi powiedz. 

- Kojarzy się z poszukiwaczami złota? - uśmiechnęła się niewinnie. - Niewielu kowbojów 

dociera tak daleko na wschód. 

Była już w połowie korytarza, gdy pochwycił ją za ramię. 

- Czy zawsze tak się śpieszysz? 

- Nie lubię marnować czasu. 

- Będę o tym pamiętał - obiecał, nie cofając ręki. Niesamowite miejsce, pomyślał, idąc w 

górę  po  schodach  w  kształcie  półksiężyca.  Sufity  pokryte  kasetonami,  rzeźbione  kamienne 

balustrady,  gruba  boazeria  z  mahoniu.  Zatrzymał  się  przy  łukowym  oknie  i  dotknął  grubego, 

chropowatego  szkła.  Musiało  być  oryginalne,  podobnie  jak  orzechowa  podłoga  i  fantazyjne 

stiuki. 

Owszem, ściany były tak spękane, że w niektóre szczeliny można było wsunąć palec, a w 

suficie  gdzieniegdzie  widniały  dziury  wielkości  pięści  i  widać  było  grzyb  na  tynkach. 

Doprowadzenie tego domu do stanu pierwotnej świetności było nie lada wyzwaniem i mogłoby 

dostarczyć mnóstwo radości. 

-  Tej  części  nie  używaliśmy  od  lat  -  wyjaśniła  Amanda,  otwierając  rzeźbione  dębowe 

background image

drzwi i odgarniając pajęczyny z framugi. - Nie sposób jej ogrzać w zimie. 

Sloan  przestąpił  przez  próg,  a  deski  podłogi  zaskrzypiały  ostrzegawczo.  Widać  było  na 

nich głębokie rysy pozostałe po przesuwaniu ciężkich mebli. Część wąskich drzwi prowadzących 

na  taras  pokryto  zwykłą  sklejką,  natomiast  drewniany  cokół  biegnący  dokoła  ścian  był  mocno 

wygryziony  przez  myszy.  Sloan  podniósł  głowę  i  zauważył  na  ścianie  wyblakły  fresk 

przedstawiający cherubiny. 

- To był pokój gościnny - wyjaśniła Amanda. 

- Fergus umieszczał tu ludzi, na których chciał wywrzeć wrażenie. Podobno mieszkali tu 

jacyś  Rockefelerowie.  Ten  pokój  ma  osobną  łazienkę  i  garderobę  -  dodała,  uchylając 

zdewastowane drzwi. 

Sloan  podszedł  do  kominka  z  czarnego  marmuru,  ściana  przy  kominku  pokryta  była 

jedwabną tapetą, poczerniałą od dymu. Serce mu się ścisnęło, gdy zauważył odłamany narożnik 

kominka. 

- Zasługujecie na to, żeby was powystrzelać - mruknął, z trudem tłumiąc złość. 

- Przepraszam bardzo? 

- Trzeba by was powystrzelać za to, że dopuściłyście do takiego stanu! - powtórzył Sloan 

z pasją. - Takiego kominka nie da się odtworzyć! 

Amanda poczerwieniała i z poczuciem winy popatrzyła na uszkodzony włoski marmur. 

- No cóż, ja tego nie zrobiłam. 

- Popatrz tylko na te ściany. Takie stiuki to arcydzieło, tak samo jak obraz Rembrandta. O 

Rembrandta chyba byście zadbały? 

- Oczywiście, że tak, ale... 

-  Bogu  dzięki,  że  przynajmniej  wystarczyło  wam  rozsądku,  żeby  nie  malować  tych 

stiuków - mruknął i zajrzał do łazienki. Po chwili do uszu Amandy doleciał stek przekleństw. - 

Na  litość  boską,  przecież  to  ręcznie  robione  kafelki!  Popatrz  na  te  obtłuczenia.  Ostatni  raz 

konserwowano je chyba jeszcze przed pierwszą wojną światową! 

- Nie rozumiem, co to... 

-  Jasne,  że  nie  rozumiesz.  -  Spojrzał  na  nią.  -  Nie  masz  pojęcia,  co  tu  się  znajduje.  Ten 

dom to pomnik  rękodzieła  z początków dwudziestego  wieku,  a wy  pozwalacie, żeby  się tak po 

prostu rozsypywał. To są oryginalne przewody do gazu! 

- Doskonale o tym wiem - odrzekła Amanda ostro. - Dla ciebie to może jest pomnik, ale 

background image

dla  mnie  to  dom.  Robiłyśmy  wszystko,  co  było  w  naszej  mocy,  by  zachować  dach  nad  głową. 

Jeśli  tynki  popękały,  to  dlatego,  że  ważniejszy  był  piec  centralnego  ogrzewania,  i  nie 

zawracałyśmy  sobie  głowy  kafelkami  w  nie  używanej  łazience,  bo  najpierw  trzeba  było 

uszczelnić  rury  w  tej,  z  której  korzystamy.  Zostałeś  tu  zatrudniony  po  to,  żeby  przeprowadzić 

remont, a nie żeby filozofować! 

- Dostajesz jedno i drugie za tę samą cenę - powiedział i wyciągnął do niej rękę, lecz ona 

cofnęła się tak gwałtownie, że wpadła na ścianę. 

- Czego chcesz? 

- Spokojnie, skarbie. Masz pajęczyny we włosach. Naprawdę. 

- Sama mogę je zdjąć - prychnęła, on jednak już był przy niej. Poczuła dotyk jego palców 

na  włosach  i  mimowolnie  napięła  wszystkie  mięśnie.  -  I  nie  mów  do  mnie  „skarbie”  - 

powiedziała bardzo wojowniczo. 

-  Masz szybki  zapłon.  Kiedyś miałem  młodego  mustanga,  który  zachowywał się tak jak 

ty. 

Gwałtownie odrzuciła głowę do tyłu. 

- Nie jestem koniem! - zawołała z oburzeniem. 

-  Oczywiście,  proszę  pani  -  uśmiechnął  się  Sloan,  raptownie  zmieniając  nastrój.  -  Może 

pokażesz mi resztę skarbów, jakie tu chowacie? Amanda ostrożnie odsunęła się o metr dalej. 

- A właściwie po co? I tak nie masz ze sobą notesu. 

-  Niektóre  rzeczy  pozostają  w  pamięci.  Lubię  najpierw  zobaczyć  zarys  całości,  zanim 

zacznę się martwić o szczegóły. 

- To może narysuję ci plan? 

- Zawsze jesteś taka złośliwa? zapytał Sloan z szerokim uśmiechem. 

Pochyliła głowę. 

- Nie - powiedziała cicho. Oczywiście miał rację. Gdyby zawsze zachowywała się tak jak 

teraz, to nie zostałaby asystentką menedżera w jednym z najlepszych hoteli w okolicy. - No cóż, 

masz specyficzny talent, bo wyciągasz ze mnie akurat to, co najgorsze. 

- Biorę, jak leci - zaśmiał się, ujmując ją za ramię. - Chodźmy dalej. 

Przeprowadziła go przez całe skrzydło, starając się trzymać jak najdalej od tego faceta, on 

jednak  wciąż  wchodził  jej  w  drogę,  blokował  drzwi,  zapędzał  ją  do  kątów,  i  dlatego  co  chwila 

stawała  z  nim  twarzą  w  twarz.  Sloan  poruszał  się  powoli  i  bardzo  ergonomicznie,  bez  żadnych 

background image

zbędnych gestów, toteż nie była w stanie przewidzieć, w którym kierunku zwróci się za chwilę. 

Wyglądało to jak zabawa w kotka i myszkę. 

Byli  w  zachodniej  wieży,  gdy  wpadła  na  niego  po  raz  piąty,  i  znów  odskoczyła  jak 

oparzona. 

- Przestań wreszcie to robić! - warknęła. 

- Co? 

- Wchodzić mi w drogę - wyjaśniła zirytowana, odsuwając nogą kartonowe pudło. 

-  A  mnie  się  wydaje,  że  wciąż  pędzisz  przed  siebie  i  nie  zwracasz  uwagi  na  to,  gdzie 

akurat jesteś. Stąd te kolizje. 

-  Kolejny  odcinek  domowej  filozofii  -  prychnęła  i  podeszła  do  okna  wychodzącego  na 

ogród. 

Niechętnie  dopuściła  do  siebie  myśl,  że  Sloan  w  irytujący  sposób  poruszał  najgłębsze 

struny  jej  duszy.  Być  może  spowodowały  to  jego  idiotyczne  gabaryty,  czyli  szerokie  ramiona  i 

wielkie  dłonie,  a  także  absurdalny  wzrost.  No  cóż,  Amanda  przywykła  do  tego,  że  nie  musi 

zadzierać głowy, gdy rozmawia z mężczyznami. 

A może chodziło o jego akcent, owo powolne przeciąganie słów, oraz lekko zaczepny ton, 

kryjący  się  nawet  w  najbardziej  niewinnych  uwagach.  Może  też  o  to,  że  wciąż  ścigał  ją  nieco 

rozbawionym  spojrzeniem.  Właściwie  wszystko  jedno,  pomyślała  Amanda.  Cokolwiek  to  było, 

musi się jakoś na to uodpornić. 

- To już ostatni przystanek - poinformowała go. 

- Trent chce przekształcić tę wieżę w salę restauracyjną, mniejszą i bardziej intymną niż ta 

na parterze. Powinno się tu zmieścić pięć dwuosobowych stolików, każdy z widokiem na ogród 

albo na zatokę. 

Stanęła  przy  oknie.  Popołudniowe  słońce  rozświetliło  jej  głowę,  otaczając  ją  złocistą 

aureolą.  Podniosła  rękę  i  charakterystycznym  gestem  odgarnęła  włosy  z  twarzy.  Dokoła  niej 

tańczyły złociste drobinki kurzu. 

Sloan stanął jak wryty i zapatrzył się na ten obraz. 

- Czy coś się stało? - zaniepokoiła się. 

- Nie - mruknął, podchodząc o krok bliżej. - Przyjemnie na ciebie popatrzeć, Amando. 

Znów  się  cofnęła.  W  jego  oczach  nie  widziała  już  błysku  rozbawienia  ani  złości,  jaka 

pojawiła się tam wcześniej, lecz coś nieskończenie bardziej niebezpiecznego. 

background image

- Jeśli masz jeszcze jakieś pytania dotyczące wieży albo pozostałej części skrzydła... 

-  To  był  komplement.  Może  nie  taki  gładki,  do  jakich  przywykłaś,  ale  jednak 

komplement. 

-  Dziękuję  -  odrzekła  nerwowo,  szukając  pełnego  godności  sposobu  ucieczki.  -  Chyba 

możemy... 

- Urwała,  gwałtownie łapiąc powietrze,  gdy  Sloan ramieniem przyciągnął ją do  siebie. - 

Co ty właściwie wyprawiasz?! 

-  Nie  mam  zamiaru  pozwolić,  żebyś  zrobiła  to  samo  co  twoja  prababcia  -  powiedział, 

wskazując głową na okno za jej plecami. - Jeśli cofniesz się jeszcze o krok, to wybijesz szybę i 

wypadniesz. 

- Nigdzie się nie cofam - odrzekła z oburzeniem, ale serce zaczęło jej bić mocniej. - Puść 

mnie! 

- Bardzo przyjemnie się ciebie trzyma - uśmiechnął się i pochylił twarz nad jej głową, by 

powąchać włosy. - Mimo że jesteś taka kolczasta. Mogłabyś mi przynajmniej podziękować za to, 

ż

e uratowałem ci życie. 

Amanda drapieżnie zmrużyła oczy i powiedziała złowieszczym tonem: 

- Jeśli natychmiast mnie nie wypuścisz, to za chwilę ktoś będzie musiał ratować twoje. 

Sloan zaśmiał się i wyciągnął drugą rękę, chcąc podnieść dziewczynę, i w sekundę potem 

z głośnym tąpnięciem wylądował na siedzeniu o dwa metry od niej. Amanda pochyliła głowę z 

niewinnym uśmiechem. 

- Na tym skończymy wycieczkę. A teraz muszę cię przeprosić. 

Obróciła  się  do  wyjścia,  ale  Sloan  w  porę  wyciągnął  rękę  i  pochwycił  ją  za  kostkę. 

Amanda nawet nie zdążyła krzyknąć, tylko klapnęła na podłodze obok niego. 

- Och, ty... ty bałwanie! - wysapała, odrzucając włosy z twarzy. 

- Co dobre dla gąsiora, dobre i dla gęsi - uśmiechnął się, palcem unosząc jej podbródek. - 

To kolejny odcinek mojej domowej filozofii. Jesteś szybka, ale zapominasz o tym, że nie wolno 

spuszczać celu z oczu. 

- Gdybym była mężczyzną... 

- Wtedy nie byłoby to nawet w połowie tak zabawne. 

Ś

miejąc się, szybko ją pocałował, a potem odsunął się i spojrzał uważnie na swoją ofiarę. 

- No cóż - powiedział miękkim głosem - wydaje mi się, że warto spróbować tego jeszcze 

background image

raz. 

Amanda szczerze  zamierzała go odepchnąć i nawet podniosła rękę, by szybkim i dobrze 

wymierzonym ciosem zademonstrować swoją wolę, gdy na metalowych schodach prowadzących 

do wieży zastukały czyjeś kroki. 

Sloan podniósł głowę i ujrzał w drzwiach wysoką, zgrabną kobietę, ubraną w dziurawe na 

kolanach  dżinsy  i  białą  koszulkę.  Ciemne  włosy  miała  krótkie  i  proste,  a  w  oczach,  na  które 

opadała grzywka z luźnych kosmyków, błyszczało wyraźne rozbawienie. 

-  Cześć  -  uśmiechnęła  się,  zauważając  rumieniec  na  twarzy  Amandy.  Jej  chłodna, 

opanowana  i  rzeczowa  siostra  siedziała  na  podłodze  obok  obcego  i  bardzo  przystojnego 

mężczyzny!  To  było  ostatnie  miejsce,  w  jakim  można  by  spodziewać  się  tej  damy.  -  Co  tu  się 

dzieje? 

Sloan  podniósł  się  i  pociągnął  Amandę  za  rękę.  Wyrwała  ją  z  lekceważącym 

prychnięciem i otrzepała spodnie z kurzu.. 

- To moja siostra, CC. - wyjaśniła niechętnie. 

- A ty na pewno jesteś  Sloan - domyśliła się  CC i wyciągnęła dłoń. - Trent  mówił  mi o 

tobie.  Myślałam,  że  przesadza  w  opisie,  ale  widzę,  że  jednak  fantazja  go  nie  poniosła  -  dodała 

niewinnie, zerkając z ukosa na siostrę. 

Sloan przez chwilę przytrzymał jej rękę. CC Calhoun była dokładnym przeciwieństwem 

kobiety, jaką mógłby sobie wyobrazić w roli wybranki Trentona, a ponieważ młodszy St. James 

był jego przyjacielem od lat, ten wybór zachwycił Sloana. 

- Teraz już rozumiem, dlaczego Trenton tak szybko dał się wziąć na sznurek - oznajmił z 

wyraźnym podziwem w głosie. 

-  Nie  przejmuj  się,  w  ustach  Sloana  takie  słowa  oznaczają  komplement  -  wyjaśniła 

Amanda. 

CC ze śmiechem objęła ją ramieniem. 

-  Sama  się  domyśliłam.  Miło  mi  cię  poznać,  Sloan,  naprawdę.  Gdy  kilka  tygodni  temu 

pojechałam z Trentem do Bostonu, wszyscy, których mi przedstawiano, byli tacy... 

- Sztywni? - uśmiechnął się. 

-  No  cóż...  -  CC  niezręcznie  wzruszyła  ramionami.  -  Niektórym  z  nich  chyba  niełatwo 

było  pogodzić  się  z  faktem,  że  Trent  zamierza  wziąć  za  żonę  kobietę,  która  jest  mechanikiem 

samochodowym i więcej wie o silnikach niż o operze. 

background image

- Moim zdaniem Trent robi świetny interes. 

-  Zobaczymy  -  wymamrotała  CC  Wolała  nie  rozwodzić  się  nad  tym  tematem.  -  Ciocia 

Coco  mówiła,  że  zostaniesz  na  kolacji.  Mam  nadzieję,  że  zechcesz  na  czas  pobytu  na  wyspie 

zamieszkać w jednym z naszych pokoi gościnnych. 

Sloan  nie  widział  twarzy  Amandy,  ale  mógłby  przysiąc,  że  ugryzła  się  w  język,  by  nie 

powiedzieć  czegoś  niegrzecznego.  Pomysł,  by  zamieszkać  z  nią  pod  jednym  dachem  i  w  ten 

sposób jeszcze bardziej wytrącić ją z równowagi, wydał mu się niezmiernie kuszący. 

-  Dziękuję,  ale  zameldowałem  się  już  w  hotelu.  Skłonił  się  grzecznie.  -  Poza  tym  i  tak 

będę się wam ciągle plątał pod nogami. 

- Skoro uważasz, że tak będzie ci wygodniej, twoja wola zrezygnowała CC. - W każdym 

razie zawsze będziesz mile widziany w Towers. 

- Zejdę na dół i sprawdzę, czy ciocia Coco nie potrzebuje pomocy - powiedziała Amanda 

i chłodno skinęła głową Sloanowi. - CC. zaprowadzi cię do jadalni. 

-  Dziękuję  za  wycieczkę,  skarbie.  -  Mrugnął  do  niej  i  mógłby  przysiąc,  że  usłyszał 

stłumione i mało parlamentarne warknięcie. 

- Masz fajną siostrę - zwrócił się do CC, gdy kroki Amandy ucichły na schodach. 

- A, tak. - CC uśmiechnęła się ciepło, choć z lekkim ostrzeżeniem. - Trent mówił mi, że 

lubisz kobiety. 

- Nadal jest na mnie wściekły o to, że sprzątnąłem mu miłego blondaska sprzed nosa, gdy 

obydwaj byliśmy jeszcze młodzi i głupi. Jesteś pewna, że już się na niego zdecydowałaś? 

Musiała się roześmiać. 

- Teraz rozumiem, dlaczego kazał mi pozamykać wszystkie siostry. 

-  Jeśli  pozostałe  są  podobne  do  Mandy,  to  wydaje  mi  się,  że  potrafią  same  o  siebie 

zadbać. 

-  Och,  tak.  Wszystkie  kobiety  z  rodziny  Calhounów  to  twarde  sztuki  -  przytaknęła  CC, 

stając na szczycie schodów. - Chyba muszę cię ostrzec, że ciocia Coco zobaczyła cię dzisiaj rano 

w fusach od herbaty. 

- W fusach... aaa, rozumiem! CC. z rozbawieniem wzruszyła ramionami. 

-  To  takie  jej  hobby.  W  każdym  razie  przygotuj  się  na  to,  że  może  zacząć  intrygować, 

szczególnie jeśli uzna, że los chce cię połączyć z jedną z moich sióstr. Traktuje to bardzo serio. 

Ona chce dobrze, ale... 

background image

- O’Rileyowie też potrafią o siebie zadbać. 

CC.  obrzuciła  go  przeciągłym  spojrzeniem.  Owszem,  nie  wyglądał  na  takiego,  który 

potrzebowałby ochrony. 

- W porządku. - Poklepała go po ramieniu. - Radź sobie sam. 

Sloan poszedł za nią po schodach. 

- CC, powiedz mi, czy przy Amandzie są jacyś mężczyźni, których musiałbym siłą usunąć 

z drogi? 

Zatrzymała się i znów przyjrzała mu się uważnie. 

- Nie - powiedziała po chwili. - Amanda zrobiła to już własnoręcznie. 

- To dobrze  - ucieszył się.  Zeszli na drugie piętro.  W  korytarzu powitał ich  przenikliwy 

pisk, przeplatany szaleńczym szczekaniem psa. 

- To dzieci  mojej  siostry, Suzanny - wyjaśniła CC, uprzedzając pytanie Sloana. - Alex i 

Jenny. Takie zwyczajne, ciche i spokojne dzieciaki. 

- To słychać - powiedział Sloan i w tej samej chwili po schodach przemknęła jasnowłosa 

petarda. Sloan złapał ją wpół, wykazując się świetnym refleksem, i ujrzał na wprost swej twarzy 

wydęte usta i wielkie, błękitne oczy. 

- Jesteś wielki - powiedziała Jenny. 

- Niee, to ty jesteś mała. 

W wieku pięciu lat Jenny zaczęła już odkrywać potęgę kobiecych sztuczek. 

- Czy możesz mnie wziąć na barana? - zapytała z promiennym uśmiechem. 

- A masz dwadzieścia pięć centów? - Zachichotała i potrząsnęła głową. 

-  W  porządku,  w  takim  razie  pierwsza  jazda  będzie  za  darmo  oznajmił  Sloan  i  posadził 

sobie dziewczynkę na ramionach. 

Na  dole  schodów  ujrzeli  Amandę  trzymającą  w  żelaznym  uścisku  ciemnowłosego 

chłopca. 

- Gdzie Suzanna? - zapytała CC. 

- W kuchni, a mnie przypadło pilnowanie tych dwojga - odrzekła Amanda, spoglądając na 

Jenny spod przymrużonych powiek. - Ale ta mała świnka Piggy mi uciekła. 

- Kwi, kwi - zakwiczała Jenny, bezpieczna na ramionach Sloana. 

- Kto to? - zaciekawił się Alex. 

-  Sloan  O’Riley  przedstawił  się,  wyciągając  rękę  do  chłopca  jak  mężczyzna  do 

background image

mężczyzny. Chłopiec przyjrzał się jej podejrzliwie, ale w końcu odwzajemnił uścisk. 

- Śmiesznie mówisz. Jesteś z Teksasu? 

- Z Oklahomy. 

Po chwili zastanowienia Alex skinął głową. 

- Może być. Zastrzeliłeś kiedyś kogoś na śmierć? 

- Ostatnio nie. 

W tym momencie CC. uznała, że czas wkroczyć do akcji. 

-  Wystarczy  już  -  oznajmiła  stanowczo  i  zdjęła  Jenny  z  ramion  Sloana.  -  Idziemy  się 

umyć przed kolacją. 

- Fajne dzieciaki - stwierdził Sloan, gdy został sam na sam z Amandą. 

Przesłała  mu  szczery  uśmiech,  bowiem  widok  Sloana  z  Jenny  na  ramionach  nieco  ją 

rozmiękczył. 

- Przez większą część dnia są w szkole, więc nie będą ci przeszkadzać w pracy. 

- I tak by nie przeszkadzały. Mam w domu siostrzeńca, niezły pistolet. 

- Ci dwoje to karabiny maszynowe - powiedziała Amanda z uczuciem. - Dobrze im zrobi 

obecność mężczyzny. 

- A mąż twojej siostry? Uśmiech Amandy zgasł. 

- Są rozwiedzeni. Może go znasz, to Baxter Dumont. 

Przez twarz Sloana przemknął cień. 

- Słyszałem o nim. 

- No cóż, to już przeszłość. Kolacja gotowa. Może pokażę ci, gdzie jest łazienka? 

-  Dziękuję  -  odrzekł  Sloan  z  roztargnieniem,  idąc  za  nią.  Przyszło  mu  do  głowy,  że 

niektóre rzeczy w życiu lubią się powtarzać. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Amanda wskoczyła do chłodnej wody w basenie, spodziewając się szoku. Wynurzyła się, 

czując na całym ciele rozkoszny dreszcz, i zaczęła swoje zwykłe pięćdziesiąt długości. Rankiem 

najlepsza  jest  energiczna  rozgrzewka,  bowiem  rozpuszcza  zgromadzone  w  ciele  stare  napięcia, 

szykując miejsce na nowe, które niewątpliwie powstaną jeszcze tego samego dnia. 

Praca  asystentki  menedżera  w  hotelu  Bay  Watch  sprawiała  Amandzie  satysfakcję, 

zwłaszcza  że  przed  nadejściem  gości  miała  prawo  korzystać  z  hotelowego  basenu.  Był  koniec 

maja, czyli początek sezonu, i goście już zaczynali się zjeżdżać. Oczywiście to było jeszcze nic w 

porównaniu  ze  środkiem  lata,  ale  większość  pokoi  była  już  zajęta  i  Amanda  miała  pełne  ręce 

roboty.  Tym  bardziej  więc  ceniła  sobie  tę  poranną  godzinę.  Korzystała  z  basenu  zawsze,  gdy 

pogoda na to pozwalała. 

Za rok o tej porze  będzie już  zarządzać hotelem  Towers Retreat, należącym do sieci  St. 

James.  Cel,  do  jakiego  dążyła,  odkąd  jako  szesnastolatka  podjęła  pierwszą  pracę  jako 

recepcjonistka,  zbliżył  się  do  niej  na  wyciągnięcie  ręki.  Od  czasu  do  czasu  Amandę  dręczyła 

myśl,  że  ma  otrzymać  to  stanowisko  tylko  dlatego,  że  jest  siostrą  CC,  tym  bardziej  więc 

zamierzała udowodnić, że w pełni na nie zasługuje. 

Miała  prowadzić  ekskluzywny  hotel  w  jednej  z  najlepszych  sieci  w  kraju.  I  to  nie 

pierwszy z brzegu  hotel, ale Towers, należące do jej dziedzictwa,  do jej rodziny,  a  także do jej 

osobistej historii życia. 

Dziesięć  luksusowych  apartamentów,  jakie  Trent  chciał  zbudować  w  rozsypującej  się 

wieży,  miało  się  znaleźć  pod  jej  pieczą.  O  ile  jej  przyszły  szwagier  się  nie  mylił,  nazwisko  St. 

James w połączeniu z legendą Towers powinny zapewnić komplet gości przez cały rok. Amanda 

zamierzała włożyć w tę pracę całe serce. Każdy gość, który przyjedzie do Towers, będzie musiał 

zapamiętać doskonałą obsługę, kojący spokój i niezwykle sprawną organizację hotelu. 

Wreszcie  zdobędzie  samodzielne  stanowisko.  Nigdy  więcej  pracy  dla  wymagającego, 

wciąż czepiającego się szefa, nigdy więcej frustracji, gdy jej zasługi szły na konto kogoś innego. 

Zarówno osiągnięcia, jak i porażki będą należały wyłącznie do niej. 

Trzeba tylko poczekać na koniec remontu. 

Ta myśl sprawiła, że Amanda znów przypomniała sobie Sloana O’Rileya. Miała nadzieję, 

ż

e Trent dobrze wie, co robi, zatrudniając go, nadal jednak nie mogła wyjść ze zdumienia. Jak to 

background image

możliwe, by gładki, kulturalny Trent St. James III przyjaźnił się z kimś takim jak Sloan? Przecież 

ten  facet  naprawdę  rzucił  ją  na  ziemię!  Co  prawda  ona  rzuciła  go  pierwsza,  ale  to  nie  miało 

znaczenia, bowiem była damą, a on tylko mężczyzną. 

Znów odepchnęła się od krawędzi basenu i popłynęła dalej, w równym tempie rozcinając 

wodę  wprawnymi  uderzeniami  rąk  i  nóg.  Ani  przez  chwile  nie  żałowała,  że  zaatakowała  go 

pierwsza. Był zbył pewny siebie i zajmował zbyt wiele miejsca. A poza tym miał aż tyle tupetu, 

by ją pocałować. 

Nigdy nie podobali się jej faceci, którzy mieli twarde dłonie pokryte odciskami i chodzili 

w  zakurzonych  butach.  Jej  ideałem  był  mężczyzna  wyrafinowany,  o  gładkim  obejściu, 

kulturalny,  emanujący  dyskretną  atmosferą  sukcesu.  Gdyby  kiedykolwiek  miała  się  z  kimś 

związać,  kandydat  musiałby  przedstawiać  sobą  wszystkie  te  zalety.  Kowboje  o  południowym 

akcencie odpadali w przedbiegach. 

Owszem, przyznawała, że Sloan bardzo dobrze umiał porozumiewać się z dziećmi, ale ta 

jedna  cecha  stanowczo  nie  wystarczała,  by  zrekompensować  wszelkie  inne  wady  jego 

osobowości. 

Przypomniała  sobie  kolację.  Sloan  czarował  ciocię  Coco,  zabawiał  CC.  opowieściami  o 

szkolnych  czasach  Trenta,  cierpliwie  odpowiadał  na  niezliczone  pytania  Aleksa  i  Jenny 

dotyczące  koni,  Indian  i  sześciostrzałowych  karabinków.  Z  drugiej  strony  jednak  nieco  zbyt 

uważnie  przyglądał  się  Suzannie.  Amanda  uznała  go  wtedy  za  zwykłego  kobieciarza.  Gdyby 

Lilah była na kolacji, prawdopodobnie próbowałby flirtować również i z nią, Lili jednak umiała 

zadbać o siebie, gdy w grę wchodzili mężczyźni. Suzanna była inna, wrażliwa i delikatna. Były 

mąż boleśnie ją skrzywdził i Amanda postanowiła dopilnować, by nikt, nawet zaczepny O'Riley, 

nie próbował dokonać tego po raz drugi. 

Znów  dotarła  do  brzegu  basenu.  Trzymając  się  poręczy,  na  chwilę  zanurzyła  głowę  w 

wodzie, a gdy znów ją wynurzyła, ujrzała przed sobą dziwnie znajomą sylwetkę. 

-  Dzień  dobry  -  uśmiechnął  się  do  niej  Sloan.  Słońce  oświetlało  go  z  tyłu,  podkreślając 

rudawy odcień potarganych włosów. - Niezłą masz figurę, Calhoun. 

Amanda zamrugała oczami, strząsając z powiek kropelki wody. 

- A skąd ty się tu wziąłeś? 

Sloan obejrzał się przez ramię i zatrzymał wzrok na białej bryle hotelu. 

- Tutaj? Można chyba powiedzieć, że to w tej chwili jest mój dom. Pokój numer 320. 

background image

Amanda oparła łokcie na krawędzi basenu. 

-  Jesteś  gościem  w  Bay  Watch?  No,  tak...  Sloan  przykucnął  obok  niej.  Miała  kremowy 

odcień  skóry,  tak  jak  wszystkie  siostry  Calhoun,  a  teraz,  bez  kosmetyków,  jej  skóra  wyglądała 

szczególnie delikatnie. 

- Miły sposób na rozpoczęcie dnia. 

- Dotychczas tak było - prychnęła. 

- Skoro już o tym mówimy, to co ty tu robisz? 

- Pracuję. 

Sytuacja staje się coraz ciekawsza, pomyślał Sloan. 

- Nie nabierasz mnie? 

- Nie nabieram - odrzekła sucho. - Jestem asystentką menedżera. 

- No, no. - Sloan zanurzył czubek palca w basenie. - Sprawdzasz, czy temperatura wody 

jest odpowiednia dla gości? To się nazywa poświęcenie. 

- Basen jest otwarty dopiero od dziesiątej. 

- Nie martw się - uśmiechnął się Sloan, wsuwając kciuki do kieszeni dżinsów. - Nie mam 

zamiaru  skakać  do  wody.  -  Tak  naprawdę  wybierał  się  na  spacer,  po  drodze  dostrzegł  jednak 

Amandę. - To znaczy, że jeśli będę miał jakieś pytania dotyczące tego miejsca, powinienem się 

zwrócić do ciebie. 

- Zgadza się - stwierdziła, wspinając się na drabinkę. Jednoczęściowy szafirowy kostium 

przylegał do niej jak druga skóra. - Czy jesteś zadowolony z pokoju? 

- Hm? - mruknął Sloan, wpatrując się w jej zgrabne nogi. 

- Z pokoju - powtórzyła, sięgając po ręcznik. 

- Podoba ci się? 

-  Tak,  podoba  mi  się.  Bardzo  -  przytaknął,  wiodąc  wzrokiem  w  górę,  ku  jej  twarzy.  - 

Widok wart jest ceny. 

Amanda zarzuciła ręcznik na ramiona. 

-  Widok  na  zatokę  jest  za  darmo,  podobnie  jak  kontynentalne  śniadanie,  które  teraz 

właśnie jest podawane w jadalni. Radzę ci skorzystać. 

-  Dwa  rogaliki  i  filiżanka  kawy  to  zdecydowanie  za  mało,  żeby  zaspokoić  głód  rzekł 

Sloan  stanowczo  i  pociągnął  za  końce  jej  ręcznika.  -  Może  pójdziemy  razem  na  prawdziwe 

ś

niadanie? 

background image

- Przykro mi, ale dyrekcja krzywo patrzy na pracowników, którzy spoufalają się z gośćmi. 

- W tym wypadku na pewno zrobiliby wyjątek. Jesteśmy przecież... starymi przyjaciółmi. 

- Nie jesteśmy nawet nowymi przyjaciółmi - prychnęła. 

Na jego twarz znów wypłynął ten irytujący, uparty, wszystkowiedzący uśmieszek. 

- Możemy to ustalić podczas śniadania - zaproponował. 

-  Przykro  mi,  ale  nie  jestem  zainteresowana  -  powiedziała  Amanda  i  odwróciła  się,  on 

jednak mocniej pociągnął za końce jej ręcznika. 

- Tam, skąd pochodzę, ludzie są na ogół znacznie życzliwsi. 

- A tam, skąd ja pochodzę, ludzie są o wiele lepiej wychowani. Jeśli będziesz miał jakieś 

problemy z obsługą podczas swojego pobytu w Bay Watch, w każdej chwili możesz się do mnie 

zwrócić.  Jeśli  masz  jakieś  pytania  dotyczące  Towers,  chętnie  na  nie  odpowiem.  Poza  tym  nie 

mamy innych tematów do rozmowy. 

Spojrzał na nią z zaciekawieniem, podziwiając, jak świetnie panowała nad głosem, mimo 

ż

e  w  jej  oczach  pojawiały  się  rozzłoszczone  błyski.  Ta  kobieta  umiała  kontrolować  swoje 

emocje, no i miała charakter. 

- O której zaczynasz pracę? 

Głośno wypuściła oddech. Jak widać, do tego faceta nic nie docierało. 

- O dziewiątej, więc bardzo cię przepraszam, ale muszę iść się ubrać. 

Sloan spojrzał na słońce. 

-  No,  to  masz  jeszcze  jakąś  godzinę  -  stwierdził.  -  Jesteś  taka  szybka,  że  na  pewno 

pozbierasz się w piętnaście minut. 

Amanda przymknęła oczy, modląc się w duchu o cierpliwość. 

- Sloan, wygląda na to, że specjalnie próbujesz mnie rozzłościć. 

-  Chyba  nie  muszę.  To  u  ciebie  stan  naturalny  -  odrzekł,  owijając  końce  jej  ręcznika 

wokół  dłoni.  W  rezultacie  Amanda  musiała  zbliżyć  się  do  niego  o  krok.  Potrząsnęła  głową  z 

irytacją. 

- Widzisz? - uśmiechnął się bezczelnie. 

-  O  co  ci  chodzi,  O’Riley?  -  zapytała  podniesionym  głosem.  -  Przecież  powiedziałam 

wyraźnie, że nie interesują mnie twoje propozycje! 

- Pokażę ci, jak to jest, Calhoun. - Jeszcze bardziej ściągnął końce ręcznika. Rozbawienie 

w  jego  oczach  błyskawicznie  zmieniło  się  w  coś  zupełnie  innego;  stały  się  mroczne,  groźne  i 

background image

podniecające. 

- Jesteś jak wielki łyk zimnej wody - wymruczał. - Za każdym razem, gdy znajdę się obok 

ciebie, chce mi się pić. Ten mały łyk wczoraj wcale mi nie wystarczył. 

Mocno pociągnął za końce ręcznika, aż Amanda oparła się o niego, i pochylił się nad jej 

twarzą.  Poczuł,  że  zadrżała,  ale  w  jej  oczach  nie  dostrzegł  łęku.  Mimo  wszystko  czekał  na 

zwykłe:  nie.  Gdyby  usłyszał  to  słowo,  musiałby  uszanować  jej  wolę,  pomimo  dręczącego 

pragnienia. 

Amanda  jednak  nie  powiedziała  nic,  tylko  patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami. 

Powoli potarł ustami jej usta. 

Zwinęła  dłonie  w  pięści,  ale  nie  odepchnęła  go.  Cały  impet  jej  oporu  skierował  się  do 

wewnątrz.  W krzyżowym ogniu walki między pragnieniem a rozsądkiem jej umysł zupełnie się 

wyłączył. 

Powolność  i  rozleniwiony  sposób  bycia  Sloana  zniknęły  jak  ręką  odjął.  Jego  usta  były 

gorące,  natarczywe,  podobnie  jak  ręce.  Amanda  ze  zdziwieniem  spojrzała  na  własne  palce 

wczepione w jego koszulę. Ogarnęła ją dziwna desperacja, burza emocji, która nie pozostawiała 

ani odrobiny miejsca na rozsądek i logikę. 

Po chwili Sloan odsunął ją nieco od siebie i wziął głęboki oddech. 

-  Amando  -  powiedział  nieswoim  głosem,  patrząc  na  jej  rozchylone,  obrzmiałe  usta  i 

przymglone oczy. - Chodź do mojego pokoju. 

Niepewnie przyłożyła palce do jego ust, a potem do własnych skroni. 

- Do twojego... pokoju? 

Na  dźwięk  niskich  wibracji  w  jej  głosie  Sloan  poczuł,  że  kolana  uginają  się  pod  nim. 

Jeszcze nigdy w życiu nie musiał błagać o nic kobiety. Przypuszczał, że właśnie nadeszła pora na 

ten pierwszy raz. 

- Chodź ze mną - powtórzył, obejmując ją ramieniem. Ręcznik już dawno upadł na beton. 

- Musimy to skończyć w odosobnieniu. 

- Skończyć? 

Jęknął i łapczywie pocałował końce jej palców. 

- Kobieto, coś mi się wydaje, że spóźnisz się dzisiaj do pracy. 

Amanda potrząsnęła głową, usiłując zebrać myśli. Do jego pokoju? Skończyć? W co ona 

się właściwie wpakowała? Ostro wyszarpnęła rękę, powstrzymując drżenie ciała. 

background image

- Nigdzie nie idę. 

Sloan z trudem utrzymywał równowagę. 

- Trochę już za późno na takie gry - mruknął, kładąc dłoń na jej karku. - Pragnę cię i teraz 

już mnie nie przekonasz, że ty mnie nie pragniesz. 

- Nie  gram  w żadne  gry - odrzekła spokojnie, zastanawiając  się,  czy  Sloan jest w stanie 

usłyszeć  dudnienie  jej  serca.  Musiała  sobie  przypomnieć,  że  przecież  jest  rozsądną, 

zrównoważoną  osobą.  Nie  należała  do  kobiet,  które  pędem  wpadają  do  pokoi  hotelowych,  by 

pójść do łóżka  z dopiero co poznanym  mężczyzną. A do tego  było jej okropnie zimno. - Chcę, 

ż

ebyś mnie zostawił w spokoju. 

-  Nic  z  tego  -  odrzekł,  powstrzymując  własne  palce,  które  już  -  już  miały  się  boleśnie 

wbić w jej ramię. - Mam zwyczaj kończyć to, co zacząłem. 

- Możesz uznać tę sprawę za zakończoną. Właściwie to w ogóle nie powinna się zacząć. 

- Dlaczego? 

Pochyliła się i podniosła ręcznik. 

- Znam takich jak ty, O’Riley. 

Sloan czerpał już z ostatnich rezerw spokoju i opanowania. 

- To znaczy jakich? 

-  Podróżujesz  od  miasta  do  miasta  i  w  każdym  szukasz  kobiety,  która  pozwoliłaby  ci 

przyjemnie spędzić kilka wolnych godzin. Ale ja się do tego nie nadaję! 

- Wydaje ci się, że mnie rozgryzłaś, tak? - Nie dotknął jej, ale wyraz jego oczu sprawił, że 

zaczęła się mieć na baczności. - Między nami nic jeszcze nie jest skończone. Możesz to uznać za 

ostrzeżenie, Calhoun. Będę cię miał. 

- Będziesz mnie miał? - powtórzyła z furią. - Ty arogancki, zadufany w sobie sukinsynu! 

-  Możesz  zachować  te  komplementy  na  później  -  przerwał  jej.  -  Przyjdzie  taka  chwila, 

Amando, gdy będziemy tylko ja i ty. I obiecuję ci, że nie będę się wtedy śpieszył - uśmiechnął się 

i przesunął palcem po jej szyi. - Doprowadzę cię do szaleństwa. 

- Już ci się to udało - prychnęła i uderzyła go po ręce. 

Skinął jej przyjaźnie głową. 

- Dzięki. Chyba pójdę poszukać tego śniadania. Życzę ci dobrego dnia. 

Będzie dobry, pomyślała, patrząc za nim. Będzie dobry, jeżeli Sloan zniknie z horyzontu. 

Najlepiej na zawsze. 

background image

Jakby  mało  było  tego,  że  musiała  dłużej  zostać  w  pracy,  to  jeszcze  przyszło  jej 

wysłuchiwać  kolejnego  kazania  Stenersona  na  temat  efektywności  działania.  Stenerson, 

menedżer  hotelu  Bay  Watch,  zarządzał  całym  personelem  wedle  swych  kaprysów,  a  jego 

ulubioną  formą  działania  było  zlecanie  pracy  innym.  W  ten  sposób,  gdy  coś  poszło  nie  tak, 

zawsze mógł na kogoś zwalić winę, a gdy wszystko się udawało, zasługi szły na jego konto. 

Amanda  stała  w  przestronnym,  pomalowanym  na  pastelowe  kolory  biurze  i  bezmyślnie 

patrzyła na łysinę na czubku głowy przełożonego. 

-  Pokojówki  spóźniają  się  dwadzieścia  minut.  Podczas  wyrywkowej  kontroli  na  trzecim 

piętrze  znalazłem  to  celofanowe  opakowanie  pod  łóżkiem  w  pokoju  302  -  cedził  Stenerson, 

triumfalnie  wymachując  kawałkiem  przezroczystej  folii  niby  zdobytą  w  bitwie  nieprzyjacielską 

chorągwią. - Oczekuję, że będzie pani lepiej doglądać sprzątania, panno Calhoun. 

- Tak, proszę pana. Osobiście porozmawiam z pokojówkami. 

-  Proszę  o  tym  pamiętać.  Dalej.  Szybkość  dostarczania  zamówień  do  pokoju  spadla  o 

osiem  procent.  Jeśli  dalej  będziemy  schodzić  w  dół  w  tym  tempie,  to  u  szczytu  sezonu  spadek 

osiągnie dwanaście procent. 

W przeciwieństwie do Stenersona Amanda bywała w kuchni w porze śniadania i lunchu. 

- Może gdybyśmy zatrudnili jeszcze dwóch kelnerów... 

- Rozwiązaniem nie jest zatrudnianie nowych pracowników, lecz zwiększenie wydajności 

pracy  tych,  których  już  mamy!  -  przerwał  jej  Stenerson,  postukując  palcami  w  notatnik.  - 

Oczekuję, że do końca przyszłego tygodnia szybkość obsługi wzrośnie do maksimum. 

- Tak, proszę pana. 

- Oczekuję również,  że gdy zajdzie taka potrzeba, pani także zakąszę rękawy i wzmocni 

najsłabsze odcinki  - dodał Stenerson, splatając miękkie, białe dłonie i odchylając się na oparcie 

krzesła. Amanda dobrze wiedziała, co usłyszy za chwilę. Znała już ten tekst na pamięć. 

- Dwadzieścia pięć lat temu ja sam nosiłem tace do pokoi klientów w tym właśnie hotelu. 

Moją  obecną  pozycję  zawdzięczam  wyłącznie  determinacji  i  pozytywnemu  nastawieniu.  Jeśli 

chce pani odnieść sukces, może nawet przejąć ten gabinet, gdy ja przejdę na emeryturę, to musi 

pani myśleć wyłącznie o hotelu. Wydajność pracy personelu jest dokładnym odzwierciedleniem 

pani wydajności. 

- Tak, proszę pana. Amanda miała wielką ochotę powiedzieć mu, że za rok będzie miała 

własny  personel,  własne  biuro  i  że  Stenerson  będzie  mógł  jej  pomachać  na  pożegnanie  białą 

background image

chusteczką,  ale  ugryzła  się  w  język.  Na  razie  jeszcze  potrzebowała  tej  pracy  i  cotygodniowych 

czeków. - Zaraz pójdę porozmawiać z personelem kuchennym. 

-  Dobrze,  dobrze.  Chcę,  żeby  została  pani  dzisiaj  dłużej,  bo  nie  będzie  nikogo  innego  z 

kierownictwa. 

Jak zwykle, pomyślała Amanda, ale wymruczała zgodę. 

-  Aha,  proszę  jeszcze  sprawdzić  rezerwacje  na  sierpień  i  przygotować  mi  porównanie 

rezerwacji  weekendowych  do  tygodniowych.  Proszę  także  porozmawiać  z  obsługą  basenu  na 

temat brakujących ręczników. W tym miesiącu zginęło nam już pięć. 

- Tak, proszę pana. - Co jeszcze? - zastanawiała się Amanda. Proszę wypastować buty i 

umyć swój samochód? 

- To już wszystko. 

Otworzyła  drzwi  i  wyszła,  starając  się  nie  okazać  kłębiących  się  w  niej  uczuć,  ale  tak 

naprawdę miała ochotę bić głową w ścianę. Zanim zdążyła znaleźć jakieś odosobnione miejsce i 

odreagować rozmowę z szefem, zawołano ją do recepcji. 

Sloan  usiadł  w  holu  tylko  po  to,  by  na  nią  popatrzeć.  Zdziwiło  go,  że  Amanda  jeszcze 

pracuje.  On  sam  zdążył  odrobić  pełną  dniówkę  w  Towers.  Podniszczona  teczka,  stojąca  obok 

jego fotela, pełna była notatek, pomiarów i szkiców. Czas był na piwo i niedosmażony stek. 

Ona  jednak  wciąż  stała  za  blatem  recepcji,  uspokajając  gości,  wydając  instrukcje 

recepcjonistkom, podpisując papiery, opanowana i świeża jak wiosenny poranek. Patrzenie na nią 

to  czysta  przyjemność,  uznał  Sloan.  Sprawiała  wrażenie,  jakby  wypełnianie  obowiązków  nie 

wymagało od niej żadnego wysiłku, zauważył jednak między jej brwiami pionową zmarszczkę - 

może  świadczyła  ona  o  frustracji,  może  o  irytacji,  a  może  o  zwykłym  uporze.  Miał  ochotę 

podejść do niej i wygładzić tę zmarszczkę. Przywołał gestem chłopca hotelowego. 

- Tak, proszę pana? 

- Czy jest tu gdzieś w pobliżu kwiaciarnia? 

- Tak, zaraz za rogiem ulicy. 

Nie  spuszczając  oczu  z  Amandy,  Sloan  wyciągnął  portfel  i  podał  chłopakowi 

dwudziestodolarówkę. 

-  Czy  mógłbyś  tam  skoczyć  i  przynieść  mi  czerwoną  różę?  Taką  na  długiej  łodydze, 

niezbyt rozwiniętą. I możesz zatrzymać resztę. 

- Tak, proszę pana. Bardzo panu dziękuję. Gdy chłopak zniknął, Sloan zamówił w barze 

background image

piwo i zapalił cygaro,  a  potem wyciągnął nogi przed  siebie, rozsiadając się wygodnie. Amanda 

rozmawiała  przez  telefon.  W  jednej  ręce  trzymała  słuchawkę,  a  drugą  nieświadomie  zsunęła  z 

ucha  kolczyk  i  obracała  go  w  palcach.  Po  chwili  odłożyła  słuchawkę,  nałożyła  kolczyk  i 

przyłożyła  dłoń  do  brzucha,  myśląc  o  tym,  że  gdy  pójdzie  do  kuchni,  by  porozmawiać  z 

personelem, wreszcie będzie miała okazję szybko coś zjeść. Zerknęła na zegarek i uświadomiła 

sobie,  że  tego  wieczoru  na  pewno  nie  będzie  miała  już  czasu  na  przeglądanie  rodzinnych 

papierów. Jeśli praca w nadgodzinach miała jakieś zalety, to chyba tylko jedną: Amanda mogła 

być pewna, że gdy późnym wieczorem wróci do domu, Sloana już tam nie będzie. 

- Przepraszam bardzo. 

Podniosła  głowę  i  zobaczyła  przed  sobą  schludnego,  atrakcyjnego  mężczyznę  w 

garniturze koloru kości słoniowej. Ciemne włosy miał zaczesane do tyłu nad wysokim czołem, a 

jasnoniebieskie oczy uśmiechały się do niej uprzejmie. Lekki brytyjski akcent wyraźnie dodawał 

mu uroku. 

- W czym mogę panu pomóc? - zapytała. 

- Chciałbym porozmawiać z menedżerem. 

-  Przykro  mi,  ale  pana  Stenersona  nie  ma  w  tej  chwili.  Jeśli  ma  pan  jakiś  problem,  z 

przyjemnością się nim zajmę. 

-  Nie  ma  żadnego  problemu,  panno...  -  mężczyzna  szybko  zerknął  na  plakietkę  z 

nazwiskiem,  którą  Amanda  miała  przypiętą  do  piersi  -  ...panno  Calhoun.  Zamierzam  się  tu 

zatrzymać na kilka tygodni. Mam zarezerwowany apartament. 

-  Pan  Livingston?  -  spytała  Amanda,  wprawnie  stukając  w  klawiaturę  komputera.  - 

Oczywiście, oczekiwaliśmy pana. Czy zatrzymywał się pan w naszym hotelu już wcześniej? 

- Żałuję, ale niestety nie - odrzekł mężczyzna z uśmiechem. 

-  Jestem  pewna,  że  uzna  pan  apartament  za  wygodny  -  mówiła  Amanda,  jednocześnie 

podsuwając mu druczek do wypełnienia. - Jeśli w jakikolwiek sposób moglibyśmy uprzyjemnić 

panu pobyt, bez wahania proszę się do nas zwracać. 

-  Jestem  pewien,  że  mój  pobyt  w  tym  hotelu  upłynie  bardzo  przyjemnie  -  rzekł 

mężczyzna,  obrzucając  ją  przeciągłym  spojrzeniem.  -  Niestety,  powinien  być  również 

produktywny. Chciałem zapytać, czy można wypożyczyć do pokoju faks? 

- Zapewniamy naszym gościom dostęp do faksu. 

-  Lecz  ja  chcę  mieć  własny.  Przed  przyjazdem  tutaj  nie  udało  mi  się  doprowadzić  do 

background image

końca wszystkich spraw, i nie ma sensu, żebym zbiegał do recepcji za każdym razem, gdy będę 

potrzebował wysłać lub odebrać jakiś dokument. Naturalnie gotów jestem zapłacić za tę usługę. 

Jeśli wypożyczenie nie będzie możliwe, to może mógłbym kupić faks. 

- Zobaczę, co da się zrobić. 

-  Będę  pani  bardzo  wdzięczny  -  uśmiechnął  się  gość,  podając  jej  kartę  kredytową.  -  I 

jeszcze jedno. Będę używał saloniku w apartamencie jako  mojego  gabinetu, dlatego prosiłbym, 

aby pokojówka nie ruszała moich papierów. 

- Oczywiście. 

- Aha, jeśli mogę zapytać, czy dobrze zna pani tę wyspę? 

- Mieszkam tu od urodzenia - uśmiechnęła się Amanda, podając mu klucz. 

- To znakomicie! - ucieszył się, przytrzymując jej dłoń. - W takim razie na pewno zwrócę 

się do pani, jeśli będę potrzebował jakichś informacji. Bardzo mi pani pomogła, panno Calhoun. - 

Znów zerknął na plakietkę z jej nazwiskiem. - Dziękuję bardzo, Amando. 

- Nie ma za co - uśmiechnęła się, czując, że jej serce bije w lekko przyśpieszonym tempie. 

Podniosła rękę, przywołując bagażowego. - Życzę miłego pobytu, panie Livingston. 

Gdy  mężczyzna  odszedł,  dziewczyna  siedząca  w  recepcji  obok  Amandy  westchnęła  z 

podziwem. 

- Kto to był? 

- William Livingston - odrzekła Amanda, biorąc się w garść. 

- Fantastyczny facet. Gdyby patrzył na mnie tak jak na ciebie, to chyba stopniałabym na 

miejscu. 

- Karen, topnienie na widok gości nie należy do twoich obowiązków. 

-  Nie  -  powiedziała  Karen  z  rozmarzeniem,  wyciągając  rękę  w  stronę  dzwoniącego 

telefonu - ale z pewnością stanowi część mojej kobiecej natury. Recepcja, mówi Karen. W czym 

mogę pomóc? 

William Livingston, powtórzyła Amanda w myślach, patrząc na jego kartę meldunkową. 

Nowy  Jork,  Nowy  Jork.  No  cóż,  skoro  mógł  sobie  pozwolić  na  kilkutygodniowy  pobyt  w 

apartamencie,  to  znaczy,  że  oprócz  uroku  osobistego,  urody  i  dobrego  gustu,  jeśli  chodzi  o 

ubranie,  miał  jeszcze  pieniądze.  Gdyby  szukała  dla  siebie  mężczyzny,  ten  byłby  odpowiednim 

kandydatem. 

Przypomniała  sobie  jednak,  że  ma  szukać  faksu,  a  nie  mężczyzny,  i  otworzyła  książkę 

background image

telefoniczną. 

- Hej, Calhoun. 

Podniosła  głowę,  przytrzymując  palcem  stronę  z  nagłówkiem  „Urządzenia  biurowe”.  O 

ladę recepcji opierał się Sloan w sztruksowej koszuli z rękawami podwiniętymi do łokci. 

- Jestem zajęta - mruknęła sucho. 

- Pracujesz po godzinach? 

- Zgadłeś. 

-  Ładnie  ci  w  tym  kostiumie.  -  Wyciągnął  rękę  i  przesunął  kciukiem  po  czerwonym 

wyłogu żakietu. - Wyglądasz schludnie i kompetentnie. 

Pod  jego  dotykiem  w  Amandzie  rozszalała  się  nagła  i  gwałtowna  burza  elektryczna. 

Zirytowana, szybko odsunęła jego rękę. 

- Czy coś jest nie w porządku z twoim pokojem? 

- Przeciwnie, jest ładny jak z obrazka. 

- A z obsługą? 

- Wszystko przebiega gładko i bez zakłóceń. 

- W takim razie wybacz, ale nie mam teraz czasu. 

- Och, zauważyłem. Obserwuję cię od pół godziny. 

Na czole Amandy pojawiła się zmarszczka. Gapiłeś się na mnie? 

- Dzięki temu piwo bardziej mi smakowało. 

- To musi być mile, mieć tyle wolnego czasu. A teraz... 

- Nie ilość czasu jest ważna, tylko sposób jego spędzania. Ponieważ byłaś... zajęta rano, to 

może teraz zjemy razem kolację? 

Amanda  doskonale  wiedziała,  że  siedzące  obok  niej  dziewczyny  gorliwie  nadstawiają 

uszu, toteż pochyliła się nad ladą i szepnęła: 

- Kiedy wreszcie do ciebie dotrze, że nie interesują mnie twoje propozycje? 

-  Nigdy  -  uśmiechnął  się  szeroko  i  mrugnął  do  Karen.  -  Mówiłaś,  że  nie  lubisz  tracić 

czasu, więc pomyślałem, że moglibyśmy zjeść razem kolację i skończyć to, co zaczęliśmy rano. 

- Jestem zajęta i nie mam ochoty... 

- Akurat tego ci nie brakuje, Amando. 

Mruknęła coś wściekle, zbyt dobrze wiedząc, że Sloan ma rację. 

- Nie chcę iść z tobą na kolację. Czy wyrażam się wystarczająco jasno? 

background image

-  Jaśniej  nie  można.  -  Przesunął  palcem  po  jej  nosie  i  dodał:  -  Gdybyś  zgłodniała,  to  ja 

będę  na  górze.  Pokój  trzysta  dwadzieścia,  pamiętasz?  -  Wyjął  zza  pleców  różę  i  położył  przed 

nią. - I proszę cię, nie pracuj zbyt ciężko. 

-  Niezły  wynik,  dwóch  w  ciągu  jednego  wieczoru  -  wymruczała  Karen,  patrząc  za 

oddalającym się Sloanem. - Ten na pewno wie, po co się nosi spodnie, prawda? 

Amanda zaklęła w duchu. 

- Jest źle wychowany, irytujący i nieznośny. 

-  Dobrze,  to  ja  chętnie  go  sobie  wezmę,  a  ty  możesz  się  skoncentrować  na  Panu 

Przystojniaku z Nowego Jorku - uśmiechnęła się Karen. 

Dlaczego Amanda poczuła nagle, że brakuje jej tchu? 

- Zamierzam się skoncentrować na pracy - powiedziała suchym tonem. - I tobie też radzę 

to  zrobić.  Stenerson  wykopał  topór  wojenny  i  ostatnią  rzeczą,  jakiej  teraz  potrzebuję,  jest  jakiś 

głupi kowboj przeszkadzający mi w wypełnianiu obowiązków. 

- Wielka szkoda, że nie ma ochoty trochę mi poprzeszkadzać - westchnęła znów Karen i 

pochyliła się nad komputerem. 

Amanda  obiecała  sobie,  że  nie  będzie  myśleć  o  Sloanie.  Odsunęła  różę  na  bok,  ale  po 

chwili znów wzięła ją do ręki, w końcu kwiat nic tu nie zawinił. Zasługiwał na to, by go włożyć 

do wody i cieszyć się jego pięknem. Powąchała różę i uśmiechnęła się mimowolnie. To było miłe 

z jego strony. Właściwie należało mu podziękować. 

Stojący  przed  nią  telefon  zadzwonił.  Amanda  podniosła  słuchawkę  i  nieobecnym  tonem 

powiedziała: 

- Recepcja, mówi Amanda. W czym mogę pomóc? 

- Chciałem tylko usłyszeć, jak to mówisz - powiedział Sloan. - Dobranoc, Calhoun. 

Z trzaskiem odłożyła  słuchawkę,  ale  gdy wzięła  różę do ręki i poszła  poszukać jakiegoś 

wazonu, musiała się roześmiać. Sloan potrafił być rozbrajający. 

Pobiegłam do niego. Miałam wrażenie, że to nie ja, lecz jakaś inna kobieta pędzi pośród 

zmierzchu przez trawnik, po zboczu, po skałach. W tej chwili nie istniało dla mnie dobro ani zło, 

a  jedynym  obowiązkiem  był  obowiązek  wobec  własnego  serca,  bo  to  ono  kierowało  moimi 

krokami. 

Stał  tyłem  do  mnie  i  patrzył  na  ocean.  Gdy  zobaczyłam  go  po  raz  pierwszy,  również 

spoglądał na wodę, ale wtedy zmagał się z pędzlem i płótnem, teraz zaś stał nieruchomo. 

background image

Odwrócił  się  na  dźwięk  mojego  głosu,  a  radość  na  jego  twarzy  była  odbiciem  mojego 

szczęścia.  Ze  śmiechem  biegliśmy  do  siebie,  i  po  chwili  jego  ramiona  objęły  mnie  mocno. 

Marzyłam o tej chwili od dawna. Jego usta, słodkie i natarczywe, doskonale pasowały do moich 

ust. 

Nie sposób zatrzymać czasu. Wiem o tym teraz, gdy siedzę i piszę te słowa... ale w tamtym 

momencie  czas  się  zatrzymał.  Istniał  tylko  szum  wiatru  i  morza  oraz  radość  płynąca  z  uścisku 

jego  ramion.  Miałam  wrażenie,  że  przez  całe  życie  czekałam  na  tę  jedną  chwilę.  Nawet  gdyby 

było  mi  dane  przeżyć  jeszcze  sto  lat,  wiem,  że  nigdy  nie  zapomniałabym  tego,  co  zdarzyło  się 

dzisiaj. 

W  końcu  odsunął  się,  pochwycił  moje  dłonie  i  podniósł  je  do  ust.  Oczy  miał  ciemne,  w 

kolorze gęstego dymu. 

- Byłem już spakowany - powiedział. - Miałem popłynąć do Anglii. Przebywanie tutaj bez 

ciebie było piekłem. Myśl o tym, że wrócisz, a ja nie będę mógł cię nawet dotknąć, doprowadzała 

mnie do szaleństwa. Bianco, tak bardzo tęskniłem do ciebie każdego dnia i każdej nocy. 

Moje dłonie wędrowały po jego twarzy, tak jak to sobie wymarzyłam. 

-  Myślałam,  że  już  nigdy  cię  nie  zobaczę.  Próbowałam  modlić  się  o  to,  by  cię  już  nigdy 

więcej  nie  spotkać.  -  Na  chwilę  ogarnęło  mnie  poczucie  wstydu.  -  Och,  co  ty  sobie  o  mnie 

pomyślisz. Jestem żoną innego człowieka, matką jego dzieci. 

-  Nie  tutaj  -  odrzekł  szorstkim  tonem.  -  Tutaj  należysz  tylko  do  mnie.  Tu  właśnie 

zobaczyłem cię przed rokiem po raz pierwszy. Nie myśl teraz o nim. 

Znów mnie pocałował i wszystko inne przestało istnieć

- Bianco, czekałem na ciebie przez całą długą zimę, przez całą wiosnę. Gdy próbowałem 

malować, prześladował mnie twój obraz. Widziałem, jak tu stoisz. Wiatr rozwiewał twoje włosy, a 

słońce  prześwietlało  je  miedzią  i  złotem.  Próbowałem  o  tobie  zapomnieć  -  mówił,  opierają

dłonie na moich ramionach. - Próbowałem sobie powtarzaćże popełniam wielki błąd,  że robię 

coś,  czego  nie  powinienem  robić,  że  powinienem  stąd  wyjechać,  jeśli  nawet  nie  ze  względu  na 

siebie  samego,  to  na  ciebie.  Myślałem  o  tobie,  wyobrażałem  sobie,  jak  tańczysz  z  nim  na  balu, 

wychodzisz  do  teatru,  sypiasz  z  nim  w  jednym  łóżku.  -  Mocniej  zacisnął  palce  na  moich 

ramionach.  -  Powtarzałem  sobie:  ona  jest  jego  żoną.  Nie  masz  prawa  jej  pragnąć.  Nie  masz 

prawa pragnąćżeby do ciebie przyszła, by do ciebie należała. 

Podniosłam pałce do jego ust. Jego cierpienie było moim. 

background image

- Przyszłam do ciebie - powiedziałam. - Należę do ciebie. 

Odwrócił się ode mnie. Wyraźnie widziałam jego wewnętrzną walkę

- Nie mogę ci nic zaoferować - powiedział powoli. 

- Możesz. Twoją miłość. Nie pragnę niczego więcej. 

-  Ona  już  należy  do  ciebie.  Należała  do  ciebie  od  pierwszej  chwili,  gdy  na  ciebie 

spojrzałem. - Dotknął mojego policzka. W jego pięknych oczach błyszczał żal i tęsknota. - Bianco, 

nie ma dla nas żadnej przyszłości. Nie mogę prosić,  byś zrezygnowała  dla mnie ze wszystkiego, 

co posiadasz, i nie zrobię tego. 

- Christianie... 

- Nie. Mogę błądzić, ale tego nie zrobię. Wiem, że dałabyś mi wszystko, o co bym poprosił 

i o co nie mam prawa prosić, a potem znienawidziłabyś mnie za to. 

-  Nie  -  odpowiedziałam,  czując  napływające  do  oczu  łzy,  które  szybko  wysychały  na 

chłodnym wietrze. - Nigdy nie mogłabym cię znienawidzić

- Lecz ja znienawidziłbym siebie - rzekł i znów przycisnął moje palce do ust. - Proszę cię 

jednak o to lato, o tych kilka godzin, gdy będziesz mogła tu przyjść i będziemy udawaćże zima 

nigdy nie nadejdzie. - Pocałował mnie ze smutnym uśmiechem. - Przychodź tu do mnie, Bianco. 

Przyjdź, gdy będzie świeciło słońce. Pozwól, bym cię namalował. To mi wystarczy. 

Jutro, a także każdego dnia aż do końca lata, pójdę na urwisko. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Cześć. 

Sloan  podniósł  głowę  znad  notatek  i  zobaczył  przed  sobą  szczupłą  postać  w  kwiecistej 

spódnicy.  Długie,  rude  włosy  luźno  opadały  na  ramiona  i  plecy  dziewczyny.  Spojrzenie 

zielonych  oczu  mówiło,  że  ich  właścicielka  ma  mnóstwo  czasu  i  zamierza  dobrze  go 

wykorzystać. 

-  Cześć  -  odpowiedział  Sloan,  ujmując  wyciągniętą  do  niego  dłoń.  Pachniała  polnymi 

kwiatami. 

-  Jestem  Lilah  -  przedstawiła  się  dziewczyna.  -  Jakoś  nie  zdarzyło  nam  się  spotkać  w 

ciągu ostatnich dni. 

-  Naprawdę  bardzo  tego  żałuję  -  odrzekł  Sloan  zupełnie  szczerze.  Każdy  mężczyzna  na 

ś

wiecie by żałował, pomyślał. 

Dziewczyna  ze  śmiechem  uścisnęła  jego  dłoń.  Zawsze  przykładała  dużą  wagę  do 

pierwszego wrażenia i teraz uznała, że lubi tego faceta. 

- Ja też. Co robiłeś przez ten czas? 

- Obejrzałem sobie dom i jego mieszkańców. A ty? 

- Zastanawiałam się, czy jestem zakochana. 

- No i? 

- Niestety, nie - odrzekła z błyskiem żalu w oczach. - Więc jakie masz plany co do tego 

pomieszczenia? 

-  Będzie  to  elegancka  jadalnia  w  stylu  przełomu  wieków.  -  Sloan  znów  opadł  na 

zabytkowy fotel i wskazał na papiery zaścielające stół w bibliotece. - Usuniemy część tej ściany, 

otworzymy przestrzeń na sąsiedni gabinet, wstawimy przesuwane szklane drzwi i będziemy mieć 

tu piękną salę. 

- Tak po prostu? 

-  Tak  po  prostu,  gdy  już  uda  się  rozwiązać  problemy  związane  ze  strukturą  budynku. 

Zrobiłem kilka wstępnych szkiców, które chciałem pokazać twojej rodzinie i Trentowi. 

Lilah delikatnie przesunęła palcem po zakurzonym oparciu krzesła. 

-  Dziwne.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  ten  dom  znów  będzie  żywy  i  pełen  ludzi.  Kiedyś 

odbywały  się  tu  wielkie  przyjęcia,  bardzo  szykowne  i  eleganckie.  Wyobrażam  sobie  mojego 

background image

pradziadka,  jak  stoi  tu  przy  stole  bilardowym  i  sączy  szkocką,  omawiając  interesy.  -  Znów 

spojrzała  na  Sloana.  -  Czy  myślisz  o  takich  rzeczy  eh,  gdy  sporządzasz  szkice  i  obliczasz 

obciążenia? 

Szczerze  mówiąc,  tak.  Tu  na  podłodze  jest  wypalony  ślad.  -  Wskazał  ołówkiem. 

Wyobraziłem  sobie,  że  jakiś  grubas  w  wieczorowym  ubraniu  upuścił  cygaro,  rozprawiając  o 

wojnie w Europie. Kilku innych stało przy oknie w samych koszulach, ze szklaneczkami brandy, 

i dyskutowało o giełdzie. Lilah roześmiała się. 

- A kobiety były wtedy w salonie. 

- Słuchały pianisty i plotkowały o najnowszych modelach sukien z Paryża. 

- Albo o możliwości uzyskania prawa głosu - dodała Lilah, przechylając głowę na bok. 

- No właśnie. 

-  Towers  potrzebowało  kogoś  właśnie  takiego  jak  ty  -  stwierdziła  Lilah.  -  Czy  mogę 

obejrzeć twoje rysunki? 

- Wyznaję zasadę, że nigdy nie należy odmawiać pięknej kobiecie. 

-  To  mądra  i  przenikliwa  zasada  -  zauważyła  dziewczyna,  pochylając  się  nad  jego 

ramieniem. 

- Och, przecież to Cesarski Pokój! 

- Co takiego? 

-  Tak  nazywam  najlepszą  sypialnię  gościnną.  To  pewnie  przez  te  harfy  i  cherubiny  na 

suficie. - Odsunęła włosy na ramiona i pochyliła się jeszcze niżej. - Świetne! 

Garderoba  miała  zostać  przekształcona  w  przytulny  salonik  z  barem  alkoholowym 

ukrytym za oryginalną boazerią. Łazienka pozostawała prawie nie zmieniona, Sloan dodał do niej 

tylko wannę z hydromasażem w miejscu, gdzie teraz znajdowała się szafa na zbędne rzeczy. 

- Przełom stuleci - mruknęła Lilah. - Prawie nic nie zmieniłeś z pierwotnego wystroju. 

- Trent mówił mi, że chce zachować atmosferę, a jednocześnie sprawić, by wnętrza były 

luksusowe  i  wygodne.  Pozostawimy  większość  oryginalnych  materiałów,  wymienimy  tylko  to, 

co konieczne. 

- Tym razem to się uda - szepnęła Lilah, kładąc rękę na jego ramieniu. - Mój ojciec chciał 

tego dokonać.  Przez cały  czas  rozmawiali z  mamą o renowacji domu. Żałuję, że teraz nie będą 

mogli tego zobaczyć. 

Sloan, głęboko poruszony, nakrył jej rękę swoją dłonią, splatając palce z jej palcami. Tak 

background image

zobaczyła  ich  Amanda,  która  właśnie  stanęła  w  progu.  W  pierwszej  chwili  przeżyła  szok  na 

widok  swej  siostry  z  policzkiem  tuż  przy  policzku  Sloana,  a  potem  poczuła  ostre  ukłucie 

zazdrości. Atmosfera bez wątpienia była bardzo intymna. 

Przecież od początku wiedziała, że Sloan jest kobieciarzem. 

- Przepraszam - powiedziała lodowato, wchodząc do biblioteki. - Szukałam cię, Lilah. 

-  No,  to  mnie  właśnie  znalazłaś  -  odpowiedziała  jej  siostra  i  szybko  zamrugała 

powiekami, starając się  opanować,  ale  nie odsunęła się od  Sloana. -  Przyszłam tu, żeby poznać 

naszego gościa. 

-  Widzę,  że  już  to  zrobiłaś  -  rzekła  Amanda,  siląc  się  na  swobodny  ton.  -  Teraz  twoja 

kolej, abyś zajęła się papierami. 

Lilah zmarszczyła nos i uśmiechnęła się do Sloana. 

-  I  po  to  właśnie  wzięłam  wolny  dzień.  Calhounowie  zmienili  się  w  detektywów 

szukających wskazówek, gdzie zostały ukryte legendarne szmaragdy. 

- Słyszałem o tym. 

-  Może  podczas  remontu  wypadną  z  którejś  ściany,  lśniące  i  tak  samo  piękne  jak  tego 

dnia,  gdy  Fergus  podarował  je  Biance  -  westchnęła  Lilah,  prostując  się.  -  No  cóż,  skoro 

obowiązek  mnie  wzywa,  to  chyba  pójdę  się  przebrać.  Mandy,  obejrzyj  sobie  szkice  Sloana.  Są 

fantastyczne. 

- Nie wątpię. 

Ton  Amandy  był  bardzo  wymowny.  Lilah  uniosła  brwi,  myśląc:  aha,  więc  to  tak.  A 

ponieważ drażnienie się z młodszą siostrą zawsze sprawiało jej wielką przyjemność, pochyliła się 

i pocałowała Sloana w policzek. 

- Witaj w Towers. 

Sloan nie miał najmniejszych wątpliwości co do jej intencji. Uświadomił sobie, że za tymi 

przymglonymi oczami kryje się przenikliwy i nieco intrygancki umysł. 

-  Dziękuję.  Z  dnia  na  dzień  czuję  się  tu  bardziej  jak  w  domu  -  odrzekł  z  szerokim 

uśmiechem. 

- Do zobaczenia w przechowalni za piętnaście minut - rzuciła Lilah do siostry i wyszła. 

Amanda stała bez ruchu pośrodku pokoju, z rękami  wbitymi w  kieszenie wyciągniętego 

szarego dresu. 

- Czy to twój nowy mundur? - zaciekawił się Sloan. 

background image

- Zaczynam dzisiaj pracę dopiero o drugiej po południu. 

- To miło - rzekł Sloan, krzyżując nogi w kostkach. - Bardzo mi się podoba twoja siostra. 

- Zdążyłam to zauważyć. 

Znów się uśmiechnął z wyraźną satysfakcją. 

- Czym ona się zajmuje? 

- Masz na myśli jej zawód? Jest botanikiem w Parku Narodowym Acadia. 

- Aha, polne kwiaty i te rzeczy. To do niej bardzo pasuje. 

Amanda wzruszyła ramionami z pozorną obojętnością i podeszła do drzwi tarasu. 

- Sądziłam, że będziesz zajęty pomiarami albo czymś podobnym - rzekła, patrząc na niego 

spod przymrużonych powiek. - To znaczy, pomiarami pomieszczeń. 

Tym razem Sloan roześmiał się głośno. 

- Ładnie wyglądasz, kiedy jesteś zazdrosna, Calhoun. 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - prychnęła ze złością. 

- Ależ wiesz doskonale. Rozluźnij się. Przecież to ciebie obrałem sobie za cel. 

Amanda wcale nie była pewna, czy to miał być komplement. 

- Czy naprawdę wyglądam jak cel? - zdziwiła się niewinnie. 

- Powiedziałbym, że bardziej przypominasz główną wygraną - rzekł Sloan, wyciągając do 

niej  rękę  w  geście  pojednania.  -  Może  porozmawiamy  o  interesach,  zanim  rozzłościsz  się  na 

dobre? 

-  Wcale  się  nie  złoszczę  -  skłamała.  -  I  nie  rozumiem,  o  jakich  interesach  chcesz 

rozmawiać. 

-  Trent  mówił,  że  dopóki  on  nie  wróci,  powinienem  uzgadniać  wszystkie  szczegóły  z 

tobą, bo to ty zajmujesz się finansami rodziny, a poza tym znasz się na hotelach. 

Wyjaśnienie było logiczne, toteż Amanda trochę się uspokoiła. 

- A co cię interesuje? 

Ile  potrzeba  czasu,  żeby  rozbić  ten  gruby  mur,  którym  się  otoczyłaś?  -  pomyślał  Sloan, 

głośno jednak powiedział: 

- Może zechcesz spojrzeć na to, co zrobiłem do tej pory? Chciałbym wkrótce usiąść przy 

desce kreślarskiej. 

- Dobrze, ale mam niewiele czasu - zastrzegła się Amanda, choć umierała z ciekawości, 

by zobaczyć rysunki. 

background image

- Mam tu plany dwóch apartamentów - wyjaśnił, gdy podeszła do stołu. - A tu jest wieża i 

prawie cała jadalnia. 

Amanda pochyliła się nad stołem, przymrużając oczy. Nie miała przy sobie okularów, ale 

szkice z miejsca zrobiły na niej duże wrażenie. Widać było, że Sloan jest świetnym architektem, 

a  przy  tym  znakomicie  wyczuwa  klimat  i  posiada  zmysł  praktyczny.  Zaprojektowane 

pomieszczenia były efektowne i nie przysparzały żadnych problemów w obsłudze. 

- Bardzo szybko pracujesz - powiedziała, nieco zdziwiona. 

- Gdy trzeba - wzruszył ramionami, z przyjemnością obserwując gestykulację Amandy. W 

przeciwieństwie do powolnych, zmysłowych ruchów Lili, ruchy młodszej siostry były szybkie i 

automatyczne. Pachniała mydłem i świeżością. 

- Co to takiego? 

- Co? - zapytał z roztargnieniem. 

- To - pokazała palcem. 

-  To  stara  klatka  schodowa  dla  służby.  Usuniemy  tę  ścianę,  żeby  otworzyć  wyjście  na 

schody. - Przesunął jej palec po papierze i poczuł miłą gładkość skóry. - W ten sposób uzyskamy 

dwupoziomowy apartament. Na dole będzie salonik i łazienka, a na górze dwie sypialnie i druga 

łazienka. Pomieszczenia będą od siebie oddzielone, a jednocześnie zostanie zachowana ciągłość 

przestrzeni. 

-  Dobry  pomysł  -  powiedziała  Amanda  i  spróbowała  odsunąć  rękę,  ale  Sloan  w  porę 

wplótł palce między jej palce. - Przypuszczam, że teraz opracujesz kosztorys. 

-  Dzwoniłem  już  do  kilku  miejsc.  Dziewczyna  spojrzała  na  niego  zadziwiająco 

spokojnym wzrokiem. 

- Widzę, że dobrze wiesz, co robisz. 

- Owszem - przyznał, wpatrując się intensywnie w jej twarz. Gdyby tylko przysunęła się 

odrobinę bliżej... 

Przypomniała sobie ich pocałunki z poprzedniego dnia i poczuła wzrastające podniecenie. 

Sloan  patrzył  na  nią  uważnie,  czekając  na  najmniejszy  sygnał  z  jej  strony.  Amanda  usłyszała 

głębokie  westchnienie  i  uświadomiła  sobie,  że  to  ona  westchnęła.  Niewiele  brakowało,  by 

poddała się magnetycznej sile Sloana, gdy nagle przypomniała sobie, co zobaczyła, kiedy weszła 

do pokoju. 

Zaledwie  przed  kilkoma  minutami  widziała  tego  faceta  niemal  dokładnie  w  tej  samej 

background image

pozie z Lilą. Okazałaby się bezdennie głupia, gdyby pozwoliła, by manipulował nią mężczyzna, 

który nie traktował poważnie kobiecych uczuć. A Amanda Kelly Calhoun nigdy nie uważała się 

za głupią. 

Odsunęła się, raptownie wyrywając rękę spod jego dłoni. 

- Czyżbym coś przeoczył? - zdziwił się Sloan, siląc się na nonszalancki ton. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

-  Akurat.  Dopiero  co  miałaś  szczery  zamiar  mnie  pocałować,  Mandy.  Widziałem  to  w 

twoich oczach. A teraz znowu dostrzegam tam tylko lód. 

-  Masz  przerośnięte  ego  -  prychnęła  -  ale  to  chyba  typowe  dla  mężczyzn.  Jeśli  masz 

ochotę na flirty, to zajmij się raczej Lila. 

Sloan dobrze umiał trzymać swój temperament na wodzy, lecz ta dziewczyna wytrwale i 

systematycznie niszczyła jego samokontrolę. 

-  Czy  chcesz  mi  powiedzieć,  że  Lilah  jest  dostępna  dla  każdego  mężczyzny,  który  o  to 

poprosi? 

Emocje  Amandy  rozpaliły  się  tak  błyskawicznie,  że  Sloan  mógł  tylko  patrzeć  na  nią  z 

milczącym podziwem. 

- Nic nie wiesz o mojej siostrze, O’Riley. Uważaj na to, co mówisz, jeśli nie chcesz znów 

znaleźć się na podłodze! 

- Pytałem o to, co ty powiedziałaś - sprostował. 

- Ja mogę mówić, co chcę, ale ty nie.  Lilah ma wielkie, szczere serce. Jeśli zranisz ją w 

jakikolwiek sposób, to ja cię... 

-  Chwileczkę.  -  Sloan  uspokajająco  podniósł  dłoń.  -  Możesz  sobie  na  mnie  poużywać, 

Calhoun,  ale  wolałbym,  żeby  przyczyną  było  coś,  co  rzeczywiście  zrobiłem  albo  przynajmniej 

zamierzałem zrobić. Po pierwsze, nie jestem takim niewyżytym samcem, za jakiego, jak widzę, 

mnie uważasz. A po drugie, nie interesują mnie flirty z Lilą. 

Amanda uniosła głowę odrobinę wyżej. 

- A co ci się w niej nie podoba? - Sloan westchnął z rezygnacją. 

-  Wszystko  mi  się  podoba.  Powiedz  mi,  czy  odziedziczyłaś  słabość  umysłu  po  swoim 

pradziadku, czy też po prostu jesteś tak niewiarygodnie uparta? 

-  Wybierz  sobie  ten  wariant,  który  bardziej  ci  odpowiada  -  mruknęła  Amanda.  Czuła 

jednocześnie złość i zażenowanie. Podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Cóż w końcu mógł 

background image

ją obchodzić temperament Sloana? Jej problem polegał na tym, że przesadnie ostro zareagowała 

na  widok  jego  i  Lili,  i  niepotrzebnie  rozpętała  burzę  w  szklance  wody.  Trzeba  było  trochę 

powściągnąć  emocje,  bo  jeśli  każde  ich  zetknięcie  będzie  się  kończyć  awanturą,  to  ucierpią  na 

tym  interesy  rodziny.  Ta  myśl  nieco  ją  otrzeźwiła.  Dała  sobie  jeszcze  chwilę  na  uspokojenie  i 

znów stanęła twarzą do niego. 

Odbiegliśmy od tematu. Wróćmy do interesów i postarajmy się z nich więcej nie zbaczać. 

- Dobrze ci to wychodzi - zauważył. 

- Co takiego? 

-  Zbieranie  się  w  garść.  To  nie  może  być  łatwe,  jeśli  ja  wytrącam  cię  z  równowagi 

przynajmniej w połowie tak bardzo, jak ty mnie - uśmiechnął się Sloan. - W porządku, wróćmy 

do rozmowy na profesjonalnym poziomie. Naprawdę podziwiam tę stronę twojego charakteru. 

Nie była pewna, czy powinna zrobić mu kolejną awanturę, czy się roześmiać, czy też po 

prostu poddać się na dobre. Potrząsnęła głową i spróbowała jeszcze raz. 

- Podoba mi się to, co zrobiłeś. 

- Dzięki. 

-  Rozmawiałam  z  Trentem  o  budżecie  tego  projektu.  Możliwe,  że  zaczniemy  szukać 

wykonawców,  gdy  on  i  CC.  będą  jeszcze  w  podróży  poślubnej  i  w  takim  wypadku  ja  będę 

odpowiedzialna za wybór ofert.  W  części domu  przeznaczonej na hotel  masz całkowicie  wolną 

rękę, natomiast jeśli chodzi o tę, w której mieszkamy, interesują nas tylko niezbędne naprawy. 

- Dlaczego? Cały ten dom zasługuje na przyzwoitą renowację. 

-  Hotel  to  interes,  w  którym  Calhounowie  i  St.  Jamesowie  mają  być  partnerami.  My 

wnosimy do spółki posiadłość, a Trenton fundusze. Wszystkie jesteśmy zgodne co do tego, że nie 

chcemy nadużywać jego hojności ani też wykorzystywać faktu, że żeni się z CC. 

Sloan zastanawiał się przez chwilę. 

-  Trent  chyba  miał  inny  pomysł.  I  nigdy  nie  słyszałem  o  tym,  by  pozwolił  się  komuś 

wykorzystać. 

- Wiem - uśmiechnęła się Amanda. -  Wszystkie doceniamy jego chęć pomocy, ale w tej 

sprawie nie ustąpimy. Nasza część domu to nasz problem. Zgadzamy się na niezbędne wymiany 

instalacji  elektrycznej,  kanalizacji  i  inne,  i  zapłacimy  za  nie  z  naszych  udziałów  w 

przedsięwzięciu.  Jeśli  hotel  będzie  dobrze  prosperował,  to  przeprowadzimy  pozostałą  część 

remontu w ciągu najbliższych lat. 

background image

Sloan zrozumiał, że stawką jest tu duma i poczucie własnej godności, toteż skinął głową. 

- Dobrze, ustal to wszystko z Trentem, a ja skoncentruję się na zachodnim skrzydle. 

-  Świetnie.  Jeśli  będziesz  miał  trochę  czasu,  to  możesz  rzucić  okiem  na  pozostałą  część 

domu.  Chciałybyśmy  mieć  jakąś  orientację  co  do  przypuszczalnych  kosztów  remontu  naszego 

skrzydła. 

Sloan miał ochotę powiedzieć, że jest architektem, a nie wykonawcą, lecz tylko wzruszył 

ramionami. Właściwie dlaczego nie, pomyślał. 

- Dobrze, przygotuję kosztorys - zgodził się. 

- Będę ci bardzo wdzięczna. Przekaż go mnie, nikomu innemu. 

- To ty jesteś tu szefem. 

Amanda uniosła brwi. Nigdy wcześniej nie przyszło jej to do głowy. 

- Widzę, że się rozumiemy - stwierdziła krótko. - Jest jeszcze jedna sprawa. 

Sloan splótł ręce za głową i czekał w milczeniu. 

-  Gdy  zajmowałam  się  przygotowaniami  do  ślubu,  zauważyłam,  że  masz  być  drużbą 

Trenta. Zostawiłam ci listę u cioci Coco. 

- Jaką listę? 

- Rzeczy, za które będziesz odpowiedzialny. Są tam także wszystkie niezbędne informacje 

- nazwisko i numer telefonu fotografa, kontakt do muzyków, barmana... aha, dołożyłam jeszcze 

adresy trzech miejsc, gdzie możesz wypożyczyć frak. Myślę, że jak najszybciej powinieneś pójść 

na przymiarkę. 

- Już się tym zająłem - odpowiedział. Skuteczność Amandy zrobiła na nim duże wrażenie. 

- Niezła jesteś, Calhoun - dodał, potrząsając głową. 

- Owszem. No dobrze, wracaj teraz do pracy. Będę w magazynie na trzecim piętrze mniej 

więcej do pierwszej, później możesz mnie znaleźć w hotelu. 

- Och, wiem, gdzie mogę cię znaleźć. Pomyślnych łowów. 

Gdy  odeszła,  wyobraził  ją  sobie  siedzącą  wśród  zakurzonych  pudeł  z  papierami  i 

uśmiechnął  się  lekko.  Próbowała  dokonać  niemożliwego:  za  pomocą  katalogów  i  kartotek 

odnaleźć fragment legendy z przeszłości. 

Tego ranka jednak Amanda nie znalazła żadnej legendy. Gdy dotarła do hotelu, miała za 

sobą  już  pięć  godzin  ciężkiej  pracy.  Kilka  tygodni  temu,  gdy  zaczynały  przeglądać  papiery, 

Amanda obiecała sobie, że nie spocznie, dopóki nie odnajdzie naszyjnika. Jak na razie, odnalazły 

background image

tylko  rachunek  za  jego  kupno  oraz  kalendarz  Bianki,  w  którym  znajdowała  się  notatka 

potwierdzająca  jego  istnienie.  Zdaniem  Amandy  były  to  wystarczające  dowody  na  to,  że 

naszyjnik nadal istnieje i musi się znajdować gdzieś w domu. 

Bardzo  często  myślała  o  tym  klejnocie.  Zastanawiała  się,  ile  znaczył  on  dla  Bianki  i 

dlaczego  prababcia  zdecydowała  się  go  ukryć.  O  ile  rzeczywiście  to  zrobiła.  Istniała  bowiem 

jeszcze druga wersja wydarzeń, według której Fergus w przypływie złości wrzucił naszyjnik do 

morza.  Wszystkie  rodzinne  przekazy  podkreślały  jednak  niezwykłe  skąpstwo  Fergusa,  toteż 

trudno było uwierzyć, by z własnej woli pozbył się klejnotu wartego ćwierć miliona dolarów. 

Osoba  Bianki  również  pozostawała  zagadką.  Wrodzony  pragmatyzm  Amandy  sprawiał, 

ż

e w żaden sposób nie potrafiła zrozumieć kobiety, która zaryzykowała wszystko dla miłości i w 

końcu okupiła ją życiem. Nie potrafiła sobie wyobrazić tak silnych uczuć. Była pewna, że mogą 

one istnieć jedynie na kartkach romansowych książek, a nie w prawdziwym życiu. 

Zastanawiała się, jak czuje się ktoś kochany tak mocno, ktoś, czyje życie nierozerwalnie 

związane  jest  z  życiem  innej  osoby,  i  nieodmiennie  dochodziła  do  wniosku,  że  musi  to  być 

bardzo niewygodne i po prostu głupie. W głębi duszy była zadowolona, że tak silne namiętności 

nie  mieściły  się  w  jej  charakterze.  Cokolwiek  złego  się  działo,  jej  serce  nigdy  nie  zostało 

złamane. 

- Amanda? 

Podniosła głowę znad grafiku sierpniowych rezerwacji. 

- Zaraz - mruknęła, kończąc obliczenia. - Co takiego, Karen? Och! 

Zsunęła  okulary  na  czubek  nosa  i  zatrzymała  wzrok  na  wielkim  bukiecie  róż,  który 

dziewczyna trzymała w objęciach. 

- Skąd to masz? Wygrałaś konkurs piękności? 

-  Nie  są  moje  -  uśmiechnęła  się  melancholijnie  Karen,  skrywając  twarz  w  kwiatach.  - 

Właśnie je przyniesiono. Dla ciebie. 

- Dla mnie? 

- O ile nadal nazywasz się Amanda Calhoun - wzruszyła ramionami Karen. - Jak chcesz, 

to mogę się z tobą zamienić. Trzy tuziny róż są tego naprawdę warte. 

Trzy tuziny? - zdumiała się Amanda. 

-  Policzyłam!  -  zaśmiała  się  jej  koleżanka  i  położyła  kwiaty  na  ladzie.  Trzy  tuziny  plus 

jedna - wskazała na różę od Sloana stojącą w wazonie. 

background image

Sloan,  pomyślała  Amanda,  i  poczuła  dziwne  ciepło  w  sercu.  Jak  miała  sobie  poradzić  z 

tym  mężczyzną,  który  wciąż  ją  czymś  zaskakiwał?  Skąd  wiedział  o  jej  sekretnym  i  namiętnym 

upodobaniu do czerwonych róż? Nawet jeszcze nie podziękowała mu za tę pierwszą. 

- Nie przeczytasz karteczki? - zdziwiła się Karen. - Jeśli wrócę za biurko, nie wiedząc, kto 

je  przysłał,  to  będę  rozkojarzona  i  moja  praca  na  tym  ucierpi.  Ten  idiota  Albert  Stenerson 

wyrzuci mnie z pracy, i to wszystko będzie twoja wina. 

-  Wiem,  od  kogo  są  -  powiedziała  Amanda,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  w  jej  oczach 

pojawił się ciepły blask. - To bardzo miło z jego strony, że... och. - Ze zdumieniem wpatrzyła się 

w nazwisko na karteczce. To nie Sloan, pomyślała z rozczarowaniem. 

- Mam cię błagać? - jęknęła Karen. Amanda bez słowa podała jej bilecik. 

- Z najgłębszymi wyrazami uznania. William Livingston - przeczytała dziewczyna. - No, 

no. Czym zasłużyłaś sobie na taką wdzięczność? 

- Załatwiłam mu faks. 

- Załatwiłaś mu faks - powtórzyła Karen powoli, kiwając głową. - A ja w zeszłą niedzielę 

przygotowałam wielką pieczeń i dostałam za to tylko butelkę taniego wina. 

Amanda w zamyśleniu postukiwała bilecikiem o blat biurka. 

- No cóż, powinnam mu podziękować. 

- Też mi się tak wydaje. Chyba że wolisz przekazać mi ten obowiązek - rozpromieniła się 

Karen. - Bardzo chętnie zrobię to w twoim imieniu. 

- Dziękuję, ale sama się tym zajmę. Amanda wzięła do ręki słuchawkę telefonu i zerknęła 

na Karen z ukosa. 

- Psujesz całą zabawę - zaśmiała się dziewczyna, ale wyszła i zamknęła za sobą drzwi. 

Amanda wykręciła numer pokoju Livingstona. 

- Mówi Amanda Calhoun. 

- Ach, to pani - ucieszył się głos po drugiej stronie. - Czym mogę pani służyć? 

- Chciałam podziękować za kwiaty. Są piękne. Bardzo mi miło, że pan o tym pomyślał. 

- To tylko drobny wyraz wdzięczności za szybką i skuteczną pomoc. 

- To moja praca. Proszę dać mi znać, jeśli będę mogła coś jeszcze dla pana zrobić. 

- Prawdę mówiąc, jest coś, o co chciałbym panią poprosić. 

- Oczywiście - powiedziała Amanda, odruchowo biorąc do ręki długopis. 

- Chciałbym, żeby zjadła pani ze mną kolację. 

background image

- Słucham? 

- Chciałbym zaprosić panią na kolację. Nie lubię jadać sam. 

-  Przykro  mi,  panie  Livingston,  ale  pracownicy  hotelu  mają  zakaz  utrzymywania 

pozasłużbowych kontaktów z gośćmi. Ale to bardzo uprzejmie z pana strony. 

- Uprzejmość nie ma tu nic do rzeczy. A czy rozważyłaby pani moją propozycję, gdyby 

się okazało, że zasady obowiązujące w hotelu można... nagiąć? 

Amanda pomyślała, że i tak nie ma na to najmniejszej szansy. Nie ze Stenersonem. 

- Z największą przyjemnością - odrzekła taktownie. - Niestety, dopóki jest pan gościem w 

Bay Watch... 

- Tak, tak. Wkrótce do pani oddzwonię. 

Amanda wzruszyła ramionami, odłożyła słuchawkę i wróciła do pracy. W dziesięć minut 

później Stenerson stanął w drzwiach biura. 

-  Panno  Calhoun,  pan  Livingston  chciałby  zjeść  kolację  w  pani  towarzystwie  -  rzeki, 

zaciskając  usta  jeszcze  bardziej  niż  zazwyczaj.  -  Może  pani  iść.  Naturalnie  spodziewam  się,  że 

pani zachowanie nie przyniesie ujmy naszemu hotelowi. 

- Ale... 

- Tylko proszę nie zmieniać tego w stałą praktykę. 

- Ja... Drzwi jednak już się zamknęły. Amanda jeszcze nie zdążyła ochłonąć z wrażenia, 

gdy na biurku zadzwonił telefon. 

- Amanda Calhoun. 

-  Zobaczymy  się  o  ósmej  wieczorem?  Wzięła  głęboki  oddech  i  wyprostowała  się  na 

krześle.  Już  miała  zamiar  odmówić,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  gładzi  pojedynczą  różę  od 

Sloana. Szybko cofnęła rękę. 

- Przykro mi, ale dzisiaj pracuję do dziesiątej. 

- W takim razie jutro. Dokąd mam przyjechać? 

- Dobrze, jutro - zgodziła się pod wpływem nagiego impulsu. - Podam panu wskazówki. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Na  drugim  końcu  korytarza  rozległo  się  głośne  szczekanie  psa,  krzyki  dzieci  i  śmiechy 

dorosłych.  Mogło  to  oznaczać  tylko  jedno:  powrót  Trenta.  Sloan  odłożył  notes  i  wyszedł  na 

korytarz. 

Trent,  z  Jenny  uczepioną  u  nóg,  stał  pośrodku  holu,  a  Fred  i  Alex  w  radosnych 

podskokach obiegali ich dokoła. Coco,  Suzanna  i  Lilah jednocześnie zasypywały  go pytaniami. 

Promieniejąca CC. stała przytulona do boku narzeczonego. Z góry dobiegł głośny okrzyk. Sloan 

podniósł  głowę  i  zobaczył  Amandę  zbiegającą  po  schodach.  Na  twarzy  miała  szeroki,  szczery 

uśmiech,  jakiego  jeszcze  u  niej  nie  widział.  Przepchnęła  się  między  siostrami  i  obdarzyła 

przyszłego szwagra mocnym uściskiem. 

- Gdybyś dzisiaj nie wrócił, to wysłałabym po ciebie pluton najemników - oświadczyła. - 

Cztery dni do ślubu, a ty nadal siedzisz w Bostonie! 

- Wiedziałem, że ty sobie ze wszystkim świetnie poradzisz. 

- Ona ma całe kilometry list - zdradziła Coco. - To przerażająca dziewczyna! 

- No widzisz? - ucieszył się Trent. 

- Co mi przywiozłeś? Co mi przywiozłeś? - dopytywała się Jenny. 

Suzanna ze śmiechem wzięła córkę na ręce, ale  gdy dostrzegła  w holu Sloana, jej twarz 

spochmurniała. Próbowała sobie tłumaczyć, że to tylko jej wyobraźnia, nie mogła jednak oprzeć 

się  wrażeniu,  że  w  oczach  Sloana  na  jej  widok  za  każdym  razem  pojawia  się  głęboka  niechęć. 

Nie  miała  pojęcia,  jakie  mogą  być  jej  źródła.  Przecież  do  niedawna  w  ogóle  nie  znała  tego 

mężczyzny. 

Sloan  jeszcze  przez  dłuższą  chwilę  patrzył  na  tę  wysoką,  szczupłą  kobietę  o  jasnych 

włosach  związanych  w  koński  ogon,  klasycznej  urodzie  i  smutnych  oczach,  a  potem  przeniósł 

wzrok na Trenta i na jego twarzy znów pojawił się uśmiech. 

- Przykro mi, że muszę ci przeszkodzić, gdy masz wokół siebie tyle pięknych kobiet, ale 

nie mamy wiele czasu - oświadczył. 

Trent z radością uścisnął jego dłoń. Spośród licznych znajomych, kolegów i wspólników 

w interesach tylko tego jednego mężczyznę uważał za prawdziwego przyjaciela. 

- Zabrałeś się już do roboty? 

- Coś tam zacząłem. 

background image

-  Wyglądasz,  jakbyś  wrócił  z  wakacji  w  tropikach,  a  nie  z  Budapesztu.  Dobrze  cię 

widzieć. 

- Nawzajem  -  zaśmiał się Sloan i  mrugnął porozumiewawczo do  CC. - Cieszę  się,  że  w 

końcu gust ci się poprawił. 

- Lubię go - oświadczyła CC. 

- Kobiety przeważnie go lubią - zauważył Trent. - Co tam słychać w twojej rodzinie? 

Sloan znów zerknął z ukosa na Suzanne. 

- Wszystko w porządku. - Suzanna szybko wzięła syna za rękę. 

- Na pewno macie sobie wiele do powiedzenia. Przejdziemy się przed kolacją. 

Ciocia Coco zapędziła wszystkich do saloniku. Amanda została z tyłu i położyła dłoń na 

ramieniu Sloana. 

- Zaczekaj chwilę - poprosiła. 

- Przez cały czas czekam, Calhoun - uśmiechnął się szeroko. 

Tym razem jednak nie połknęła przynęty. 

- Chciałabym wiedzieć, dlaczego tak patrzysz na Suzanne. 

Humor zniknął z jego oczu. 

- To znaczy jak? 

- Jakbyś jej nie znosił. 

Zirytowało go, że jego prywatne, starannie skrywane uczucia są tak dobrze widoczne. 

- Zdaje się, że ponosi cię wyobraźnia - odrzekł krótko. 

Amanda tylko potrząsnęła głową. 

-  To  nie  jest  moja  wyobraźnia.  Co  masz  takiego  przeciwko  Suzannie?  To  najlepsza  i 

najbardziej uprzejma osoba, jaką znam. 

Sloan z trudem powstrzymał się od pogardliwego prychnięcia, ale udało mu się zachować 

kamienną twarz. 

- Przecież nie powiedziałem, że mam coś przeciwko niej. To ty tak twierdzisz. 

- Nie musisz tego mówić, bo to jest aż nadto widoczne. Nie chcesz mi powiedzieć, o co 

chodzi, ale... 

- Może to dlatego, że wolałbym porozmawiać o nas podsunął, opierając ręce o balustradę 

i zamykając w ten sposób Amandę niczym w klatce. 

- Nie ma żadnych „nas”. 

background image

-  Ależ  co  ty  mówisz.  Jesteś  „ty”  i  jestem  „ja,”  co  w  sumie  daje  „my”.  Przecież  to 

podstawy gramatyki. 

- Jeśli próbujesz zmienić temat... 

- Znowu masz tę zmarszczkę między brwiami - zauważył i potarł ją kciukiem. - Dlaczego 

do mnie nigdy się nie uśmiechasz tak jak do Trenta? 

- Bo Trenta lubię. 

- Dziwne, bo większość ludzi mnie uważa za sympatycznego faceta. 

- Nie jestem większością, tylko sobą. 

- To może przysuniesz się bliżej? 

Musiała  się  roześmiać.  Gdyby  istniały  konkursy  wytrwałości,  Sloan  byłby  pewnym 

kandydatem na zwycięzcę. 

- Dziękuję,  ale ta  odległość w  zupełności mi  odpowiada  - stwierdziła. -  I nie  wiem,  czy 

słowo  „sympatyczny”  jest  tu  najwłaściwsze.  Ja  bym  raczej  powiedziała:  uparty,  zaczepny, 

denerwujący. 

Sloan pokiwał głową z satysfakcją. 

-  Podoba  mi  się  „uparty”.  Mężczyzna  do  niczego  nie  dojdzie,  jeśli  będzie  się  cofał  za 

każdym  razem,  gdy  uderzy  głową  w  mur.  Zawsze  można  przecież  przeskoczyć  górą,  wykopać 

tunel pod spodem albo po prostu rozwalić całą konstrukcję. 

Amanda  położyła  dłoń  na  jego  piersi,  by  zachować  resztkę  kurczącego  się 

niespostrzeżenie dystansu między nimi. 

- Albo można walić głową w mur, aż dostanie się wstrząsu mózgu. 

To  ryzyko  jest  wkalkulowane  w  rachunek  i  warto  je  podjąć,  jeśli  za  tym  murem  stoi 

kobieta, która patrzy na mężczyznę tak jak ty na mnie. 

- A jak ja na ciebie patrzę? 

- Gdy zapominasz, że jesteś chłodną profesjonalistką, patrzysz na mnie tymi niebieskimi 

oczami miękko i z odrobiną lęku. I jeszcze z zaciekawieniem. Mam wtedy ochotę porwać cię na 

ręce i zanieść w jakieś spokojne miejsce, gdzie mógłbym zaspokoić twoją ciekawość. 

Amanda zrozumiała, że w tej chwili jedynym wyjściem z sytuacji jest ucieczka. 

- No cóż, to było bardzo zabawne, ale teraz muszę się przebrać - oświadczyła. 

- Idziesz do pracy? 

„Nie - rzuciła przez ramię, zbiegając w dół po schodach. - Mam randkę. 

background image

- Randkę? - powtórzył Sloan, ale jej już nie było. 

Od  dwudziestu  minut  chodził  w  jedną  i  w  drugą  stronę  po  holu,  ale  powtarzał  sobie,  że 

wcale na nią nie czeka. Nie miał zamiaru patrzeć, jak ona wychodzi z jakimś innym mężczyzną. 

Miał mnóstwo do zrobienia. Musiał pójść na kolację, na którą zaprosiła go Coco, omówić plany 

remontu  z  Trentem,  posiedzieć  nad  rysunkami.  Nie  zamierzał  marnować  całego  wieczoru, 

opłakując  fakt,  że  pewna  uparta  kobieta  wolała  towarzystwo  innego  mężczyzny.  W  końcu  była 

wolna i mogła wychodzić, gdzie chciała, kiedy chciała i z kim chciała. Podobnie jak on. 

Obrócił się na pięcie i wbiegł na górę, przeskakując po dwa stopnie. 

-  Calhoun?  -  zawołał,  bębniąc  do  drzwi  jej  sypialni.  -  Calhoun,  otwórz,  muszę  z  tobą 

porozmawiać! 

Był już na drugim końcu korytarza, gdy wreszcie otworzyła drzwi. 

- Co się dzieje? - zapytała. 

Stanął  jak  wryty  i  patrzył  na  nią.  Zrobiła  coś  z  włosami.  Były  teraz  seksownie 

pogniecione.  Twarz  też  wyglądała  inaczej.  Zapewne  był  to  makijaż.  Kobiety  są  dobre  w  tych 

sztuczkach.  Miała  na  sobie  jasnoniebieską  sukienkę,  szeroką  u  dołu,  u  góry  na  dwóch  cienkich 

ramiączkach. W jej uszach lśniły niebieskie kamienie. 

Z  wściekłością  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  wyglądała  już  na  chłodną,  kompetentną 

profesjonalistkę.  Bardziej  przypominała  smakowite  ciastko  na  fantazyjnej  tacy.  Sloan  nie  miał 

zamiaru pozwolić, by jakiś inny mężczyzna uszczknął choć odrobinę tego przysmaku. 

Ruszył  w  jej  stronę  i  zauważył,  że  ona  nerwowo  postukuje  butem  o  podłogę.  Z  trudem 

pohamował się, by nie wepchnąć jej do sypialni i nie zamknąć się tam razem z nią. W tej chwili 

nikt  nie  nazwałby  go  sympatycznym  facetem.  Bardziej  przypominał  ziejącego  ogniem  smoka  z 

bajek. 

- Co to za randka? - zapytał groźnie. 

Amanda  powoli  pochyliła  głowę.  W  obliczu  rozjuszonego  byka  nie  należało  machać 

czerwoną płachtą. To zbyt ryzykowne. 

- Zwyczajna - stwierdziła spokojnie. 

- Tak się ubierasz na zwyczajne randki?! - Spojrzała na swoją sukienkę i wygładziła fałdy. 

- A co ci się nie podoba w moim stroju? - Sloan bez słowa pochwycił ją za ramię i obrócił 

dokoła. Dobrze mu się wydawało. Na plecach miała tylko te dwa cieniutkie paseczki materiału. I 

nic poza tym, aż do pasa. 

background image

- A gdzie jest reszta? 

- Jaka reszta? 

- Reszta tej sukienki. 

Amanda uważnie przyjrzała się jego twarzy. 

- Sloan, wydaje mi się, że coś z tobą niedobrze. 

-  Jestem  zupełnie  zdrowy  na  umyśle,  W  każdym  razie  na  tyle,  na  ile  może  być  zdrowy 

mężczyzna po spędzeniu dziesięciu minut w twoim towarzystwie. Odwołaj to. 

- Co mam odwołać? 

-  Tę  randkę!  -  zniecierpliwił  się,  popychając  ją  w  stronę  sypialni.  -  Wejdź  do  pokoju, 

zadzwoń do niego i powiedz, że nie możesz się z nim spotkać. Nigdy. 

- Ty naprawdę  zwariowałeś. - Zapomniała o bykach i czerwonych płachtach i poszła na 

całość.  -  Chodzę  tam,  gdzie  chcę  i  z  kim  chcę!  Jeśli  sądzisz,  że  odwołam  spotkanie  z 

atrakcyjnym,  czarującym  i  inteligentnym  mężczyzną  tylko  dlatego,  że  tak  mi  każe  zrobić  jakiś 

arogancki małpolud, to zastanów się jeszcze raz! 

- Albo odwołasz, albo skręcę ci kark! - ostrzegł. 

Amanda przymrużyła oczy, aż zostały z nich tylko wąskie szparki. 

- Nie groź mi, dobrze ci radzę. Jestem umówiona z zupełnym przeciwieństwem ciebie. Z 

dżentelmenem. A teraz zejdź mi z drogi. 

-  Dobrze,  zejdę  ci  z  drogi  -  zgodził  się  -  ale  najpierw  dam  ci  trochę  materiału  do 

przemyśleń. 

Przycisnął  ją  do  ściany,  tak  by  nie  mogła  się  wymknąć,  i  mocno  pocałował.  Poczuła  w 

tym  pocałunku  złość,  ale  również  pragnienie,  któremu  się  poddała.  Sloan  w  tej  chwili  zupełnie 

nie  dbał  o  to,  czy  zachowuje  się  rozsądnie,  czy  nie.  Epitety,  jakimi  można  było  określić  jego 

działanie, zupełnie go nie obchodziły. 

Gdy  podniósł  głowę,  Amanda  bezwładnie  oparła  się  o  ścianę  i  łapała  oddech  jak  ryba 

wyciągnięta z wody. 

Myśl o tym, że inny mężczyzna mógłby jej dotykać, przerażała Sloana, a ponieważ wolał 

złość od lęku, znów mocno pochwycił ją za ramiona. 

- Pomyśl o tym powiedział złowieszczo. - Dobrze się nad tym zastanów! 

-  Udowodniłeś  to,  co  chciałeś  udowodnić  -  odrzekła  niepewnie,  wściekła  na  siebie  z 

powodu  reakcji  własnego  ciała.  -  Czego  jeszcze  chcesz?  Żebym  głośno  powiedziała,  że  cię 

background image

pragnę? Owszem, tak jest. 

Łzy  w  jej  oczach  dokonały  tego,  czego  nie  dokonała  złość:  rozbroiły  Sloana.  W  jego 

głosie zadźwięczał żal. 

- Amando... 

Zacisnęła  powieki.  Wiedziała,  że  jeśli  on  teraz  zacznie  dla  odmiany  obchodzić  się  z  nią 

łagodnie, zupełnie się rozsypie. 

- Zwyciężyłeś, Sloan. A teraz byłabym ci wdzięczna, gdybyś mnie puścił. 

Bez słowa odsunął się na bok. 

-  Nie  zamierzam  cię  przepraszać  -  ostrzegł.  Niebezpieczne  błyski  w  oczach  podkreślały 

jego determinację. 

- W porządku. Mnie jest przykro za nas obydwoje. 

-  Amando!  -  zawołała  Lilah  ze  schodów,  spoglądając  na  nich  z  ciekawością.  -  Twój 

mężczyzna już tu jest! 

Wbiegła do sypialni po płaszcz i torebkę, pragnąc jak najszybciej oddalić się od Sloana. 

Omijając  go  wzrokiem,  popędziła  na  dół.  Lilah  spojrzała  za  nią,  a  potem  podeszła  do  Sloana  i 

położyła rękę na jego ramieniu. 

- Widzę, stary, że chyba przydałby ci się dobry przyjaciel. 

Sloan nie potrafił nazwać emocji, jakie kłębiły się w nim w tej chwili. 

- Może po prostu zejdę tam i wyrzucę go przez okno - mruknął. 

-  Mógłbyś  to  zrobić  -  zgodziła  się  Lilah  -  ale  Amanda  zawsze  bierze  stronę 

poszkodowanego. 

Sloan zaklął i znów zaczął chodzić po korytarzu. 

- Co to właściwie za jeden? 

- Pierwszy raz go widzę. Nazywa się William Livingston. 

- I? 

Lilah lekko wzruszyła ramionami. 

- Wysoki, przystojny, ciemnowłosy. Delikatny, czarujący brytyjski akcent, włoskie buty, 

znakomite  maniery.  I  tak  dalej.  Patyna  bogactwa  i  dobrego  urodzenia,  widoczna,  lecz  nie 

ostentacyjna. 

Sloan zamachnął się pięścią i zatrzymał ją w ostatniej chwili, zanim uderzyła w ścianę. 

- Z opisu to zwykły laluś. 

background image

- Bo tak jest - zgodziła się Lilah, ale w jej wzroku odbiło się zmartwienie. 

- Co takiego? - zapytał Sloan, zatrzymując spojrzenie na jej twarzy. 

- Złe wibracje. Ma paskudną aurę. 

- Och, Lilah, daj spokój. - Lekko się uśmiechnęła. 

- Nie lekceważ tego, Sloan. Pamiętaj, że jestem po twojej stronie. Uważam, że moja zbyt 

zasadnicza  siostra  potrzebuje  kogoś  właśnie  takiego  jak  ty.  -  Swobodnie  położyła  mu  rękę  na 

ramieniu. - Odpręż się. Pan Livingston nie ma żadnych szans. Nie jest w jej typie, chociaż jej się 

wydaje  coś  innego.  Szybko  jednak  zrozumie  swój  błąd.  Więc  możemy  spokojnie  pójść  na 

kolację. Nic lepiej nie poprawi ci nastroju niż pstrąg cioci Coco. 

Amanda wpatrywała się w kartę, choć zupełnie nie miała apetytu. Restauracja, do której 

przyprowadził ją William, była mała i leżała tuż nad zatoką. Wieczór był ciepły, toteż siedzieli na 

tarasie przy zapalonych świecach, ciesząc się morską bryzą i zapachem kwiatów. 

Amanda  pozostawiła  Williamowi  wybór  wina  i  próbowała  przekonać  siebie,  że  spędza 

uroczy wieczór. 

-  Podoba  ci  się  Bar  Harbor?  -  zapytała.  -  Bardzo.  Mam  nadzieję,  że  będę  mógł  trochę 

pożeglować, na razie jednak wystarcza mi to, co znajduję na lądzie. 

- Byłeś już w parku? 

- Jeszcze nie. - Spojrzał na przyniesione przez kelnera wino i lekko skinął głową. 

- Musisz tam pójść. Widok z góry Cadillac jest niezapomniany. 

Tak  słyszałem  -  odparł  i  spróbował  wina,  a  potem  zaczekał,  aż  kelner  napełni  kieliszek 

Amandy. - Może znajdziesz kiedyś trochę czasu i posłużysz mi za przewodnika. 

- Chyba nie... 

- Zasady obowiązujące pracowników hotelu zostały już nagięte - zaśmiał się. 

- Bardzo jestem ciekawa, jak tego dokonałeś. 

-  Bardzo  prosto.  Dałem  panu  Stenersonowi  wybór:  albo  zrobi  dla  ciebie  wyjątek,  albo 

przeniosę się do innego hotelu. 

-  Rozumiem  -  odrzekła.  -  To  dość  drastyczna  metoda  postępowania.  W  końcu  chodziło 

tylko o jedną kolację. 

- O tę kolację warto było powalczyć, bo chciałem poznać cię lepiej. Mam nadzieję, że nie 

masz nic przeciwko temu. 

Jaka kobieta miałaby coś przeciwko temu? - pomyślała Amanda. 

background image

Szybko się rozluźniła w jego towarzystwie. Bawiły ją opowiadane przez niego historyjki, 

pochlebiały  jej  jego  względy.  W  przeciwieństwie  do  wielu  mężczyzn  odnoszących  zawodowe 

sukcesy, nie mówił wyłącznie o interesach. Był pośrednikiem w handlu antykami, podróżował po 

całym świecie i opowiadał jej o Paryżu, Londynie, Rzymie i Rio. 

Gdy  od  czasu  do  czasu  myśli  Amandy  bezwiednie  kierowały  się  ku  Sloanowi, 

natychmiast ze zdwojoną determinacją znów skupiała uwagę na swym towarzyszu. 

-  Ta  różana  komoda  w  holu  twojego  domu  -  zauważył  William  w  pewnym  momencie  - 

jest wyjątkowo piękna. 

- Dziękuję. To chyba okres regencji. 

- Masz rację - uśmiechnął się. - Gdybym znalazł coś takiego na aukcji, uważałbym się za 

wielkiego szczęściarza. 

- Mój pradziadek sprowadził ją z Anglii, gdy budował dom. 

Usta Williama wykrzywiły się w uśmiechu. 

- Ach, dom. Bardzo imponujący. Podświadomie spodziewałem się zobaczyć na trawniku 

tańczące syreny. 

- Albo nietoperze wylatujące z okien wieży - zaśmiała się Amanda. 

Livingston uścisnął jej dłoń. 

- Albo Rapunzelę z rozpuszczonymi włosami. 

- Kochamy ten dom - powiedziała Amanda. - Może podczas następnej wizyty na wyspie 

zatrzymasz się w Ustroniu? 

- Ustronie? - powtórzył Livingston z namysłem, postukując palcami w stół. - Gdzieś już 

słyszałem tę nazwę. 

- To nazwa planowanego hotelu sieci St. James. 

- Ach, tak - rozjaśnił się. - Oczywiście. Czytałem o tym przed  kilkoma  tygodniami. Nie 

chcesz chyba powiedzieć, że twój rodzinny dom to właśnie Towers? 

- Owszem, tak jest. Mamy nadzieję, że hotel będzie otwarty już za rok. 

- To fascynujące. Była chyba jakaś legenda z nim związana? Coś o duchach i zaginionej 

biżuterii? Tak? 

- Szmaragdy Calhounów. Własność mojej prababci. 

Livingston z uśmiechem przechylił głowę na bok. 

- A więc to prawda, że istniały? Myślałem, że to tylko taki chwyt reklamowy. Zatrzymaj 

background image

się w nawiedzonym domu i poszukaj zaginionego skarbu... coś w tym rodzaju. 

-  Nie,  to  nie  reklama,  i  prawdę  mówiąc,  jesteśmy  bardzo  niezadowolone,  że  ta  historia 

przedostała się do prasy. Naszyjnik jest prawdziwy, w każdym razie kiedyś istniał naprawdę. Nie 

mamy pojęcia, gdzie został ukryły. Na razie wciąż zawracają nam głowę reporterzy albo rozmaici 

poszukiwacze skarbów, których musimy przeganiać z terenu posiadłości. 

- Przykro mi. To musi być dla was wielka niedogodność. 

-  Mamy  nadzieję,  że  szmaragdy  wkrótce  się  znajdą  i  cały  ten  szum  ucichnie.  Niedługo 

zacznie się remont. Może naszyjnik leży na przykład pod spróchniałą deską w podłodze. 

-  Albo  za  tajemnymi  drzwiami  -  uśmiechnął  się  William,  a  Amanda  roześmiała  się 

głośno. 

- Nic nie wiem o istnieniu tajemnych drzwi. 

-  To  znaczy,  że  twój  przodek  nie  miał  wyczucia  stylu.  W  takim  domu  musi  być 

przynajmniej  jedno  sekretne  przejście.  -  Znów  położył  dłoń  na  jej  dłoni.  -  Może  mógłbym  ci 

pomóc w poszukiwaniach... w każdym razie dałoby mi to pretekst, by znów się z tobą zobaczyć. 

-  Przykro  mi,  ale  przez  najbliższych  kilka  dni  nie  będę  miała  czasu.  Moja  siostra 

wychodzi za mąż. Ślub ma się odbyć w sobotę. 

-  Jest  jeszcze  niedziela  -  uśmiechnął  się  Livingston.  -  Bardzo  bym  chciał  ponownie  cię 

zobaczyć, Amando. 

Nie był jednak natarczywy i cofnął swoją rękę z jej dłoni. W drodze do domu rozmawiali 

na  neutralne  tematy.  Amanda  oddychała  z  ulgą.  To  był  mężczyzna,  który  wiedział,  jak  okazać 

kobiecie należny szacunek i względy. Nie przewracał jej na ziemię, nie śmiał się jej w twarz i nie 

stawiał niedorzecznych żądań. 

Dlaczego więc poczuła ukłucie rozczarowania, gdy przed domem nigdzie nie było widać 

samochodu Sloana? 

Strząsnęła  jednak  z  siebie  ten  nastrój  i  poczekała,  aż  William  otworzy  przed  nią  drzwi 

samochodu. 

- Dziękuję ci za wieczór - powiedziała. - Był bardzo udany. 

- To ja dziękuję. - Położył dłonie na jej ramionach i pocałował ją delikatnie. Był to ciepły, 

miękki, wprawny pocałunek, ale, ku rozczarowaniu Amandy, zupełnie jej nie poruszył. 

- Czy naprawdę każesz mi czekać do niedzieli na następne spotkanie z tobą? 

Amanda jeszcze przez chwilę wsłuchiwała się we własne reakcje. Nic. 

background image

- Williamie, ja... 

- Może lunch - przerwał jej z czarującym uśmiechem. - Niezobowiązujący lunch w hotelu. 

Opowiesz mi więcej o domu. 

-  Dobrze,  może  uda  mi  się  to  jakoś  zorganizować  -  skinęła  głową  i  odsunęła  się,  zanim 

zdążył znów ją pocałować. - Jeszcze raz dziękuję. 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie,  Amando  -  odrzekł  i  zaczekał,  aż  ona  wejdzie  do 

domu. 

Gdy drzwi zamknęły się za dziewczyną, uśmiech na twarzy Livingstona zmienił się nieco. 

Jego twarz stwardniała i pojawił się na niej dziwny chłód. 

- Wierz mi, że cała przyjemność będzie po mojej stronie - mruknął do siebie i wrócił do 

samochodu. Zamierzał odjechać na pewną odległość od Towers, a potem wrócić po cichu i pod 

osłoną nocy zbadać, jakie są możliwości wejścia do domu. 

Jeśli  Amanda  Calhoun  okaże  się  jego  furtką  do  Towers,  to  świetnie.  Romans  z  piękną 

kobietą byłby wówczas korzyścią uboczną. Jeśli natomiast tak się nie stanie, to trzeba było mieć 

w zanadrzu jeden, a może nawet kilka zapasowych planów. 

Tak  czy  inaczej,  nie  zamierzał  wyjeżdżać  z  wyspy  Mount  Desert  bez  szmaragdów 

Calhounów. 

- Dobrze się bawiłaś? - zapytała Suzanna, wychodząc Amandzie na powitanie. 

Ta tylko potrząsnęła głową, bardziej rozbawiona niż zdziwiona. 

- Suze, znów na mnie czekałaś. 

- Wcale nie. - Suzanna wskazała na trzymany w ręku kubek. - Zeszłam na dół, żeby sobie 

zrobić herbaty. 

Amanda zaśmiała się i położyła dłoń na ramieniu siostry. 

-  Dlaczego  my,  Calhounowie,  przy  całym  swoim  irlandzkim  dziedzictwie,  zupełnie  nie 

potrafimy kłamać? 

- Nie mam pojęcia - poddała się Suzanna. - Może powinniśmy więcej ćwiczyć. 

- Kochanie, wyglądasz na zmęczoną. 

- Mhm. - Suzanna była wyczerpana, ale nie chciała tego okazać. - Wiosna. Wszyscy chcą 

mieć  ogrody  urządzone  na  przedwczoraj.  Nie  narzekam,  bo  wygląda  na  to,  że  firma  w  końcu 

zacznie przynosić prawdziwy dochód. 

- Nadal uważam, że powinnaś zatrudnić jeszcze kogoś. Masz na głowie o wiele za dużo. 

background image

- I kto teraz bawi się w mamuśkę? Muszę przetrzymać jeszcze jeden sezon. Na razie mogę 

sobie  pozwolić  na  zatrudnienie  tylko  jednej  osoby.  Poza  tym  lubię  być  zajęta  -  wzruszyła 

ramionami  Suzanna.  -  Mandy,  czy  mogę  z  tobą  chwilę  porozmawiać,  zanim  pójdziesz  spać?  - 

dodała z wahaniem, zatrzymując się przed drzwiami sypialni siostry. 

- Oczywiście. Wejdź. Czy coś się stało? 

- Nie. W każdym razie nic konkretnego. Czy mogę cię zapytać, co myślisz o Sloanie? 

- Co o nim myślę? - powtórzyła Amanda, zdejmując buty i odstawiając je do szafy. 

-  Chodzi  mi  o  twoje  wrażenie.  Wydaje  się  bardzo  miłym  człowiekiem.  Dzieci  za  nim 

przepadają, a to dla mnie najpewniejszy barometr. 

- Dobrze sobie z nimi radzi - przyznała Amanda, zdejmując kolczyki. 

-  Wiem  -  westchnęła  Suzanna.  -  Ciocia  Coco  jest  już  gotowa  go  adoptować.  Lilah 

zachowuje się, jakby znała  go  od urodzenia. CC. też  go bardzo lubi, i nie  tylko dlatego, że  jest 

przyjacielem Trentona. Amanda wydęła usta. 

- Ten typ zawsze doskonale radzi sobie z kobietami. 

Suzanna tylko potrząsnęła głową, myśląc o czymś innym. 

-  Nie,  nie  chodzi  tu  o  sprawy  męsko  -  damskie.  Sloan  sprawia  wrażenie  swobodnego, 

ż

yczliwie nastawionego do świata mężczyzny. 

- Ale? - podsunęła jej siostra. 

-  To  może  być  tylko  moja  wyobraźnia,  lecz  za  każdym  razem,  gdy  on  na  mnie  patrzy, 

czuję emanującą od niego wrogość. Wiem, że mówię jak Lilah - wzruszyła ramionami. 

Amanda poszukała jej spojrzenia. 

- Nie, ja też to wyczułam. Nawet go o to kiedyś zapytałam. 

- I co ci powiedział? Nie oczekuję, że każdy będzie mnie lubić, ale gdy czuję tak wyraźną 

niechęć, to chciałabym w każdym razie znać jej przyczyny. 

- Wyparł się wszystkiego. Nie wiem, co ci powiedzieć, Suzanno, ale nie sądzę, by należał 

do  ludzi,  którzy  bez  żadnego  powodu  uprzedzają  się  do  innych.  -  Bezradnie  rozłożyła  ręce.  - 

Może obydwie jesteśmy przewrażliwione. 

- Może westchnęła Suzanna. -  Mamy  za  dużo na  głowie przed ślubem CC, i jeszcze ten 

remont. No cóż, nie spędza mi to snu z powiek. - Pochyliła się i pocałowała Amandę w policzek. 

- Dobranoc. - Dobranoc - odrzekła jej siostra i położyła się do łóżka. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Była punktualna. Jeśli można było liczyć na cokolwiek ze strony Amandy Calhoun, to na 

pewno  na  to,  że  pojawi  się  o  czasie,  pomyślał  Sloan.  Poruszała  się  szybko,  jak  zwykle,  więc 

musiał przyśpieszyć kroku, by zrównać się z nią przy furtce prowadzącej na basen. Gdy sięgnęła 

do haczyka, położył rękę na jej dłoni. 

Tak jak się spodziewał, szarpnęła się gwałtownie. 

- Nie masz nic lepszego do roboty? 

- Chcę z tobą porozmawiać. 

- To mój wolny czas. Moja wolna godzina. Nie muszę teraz z tobą rozmawiać. 

Sloan wziął głęboki oddech. 

- W porządku, możesz tylko słuchać. 

-  Nie  będę  ani  mówić,  ani  słuchać.  Nie  możesz  powiedzieć  absolutnie  nic,  co  mogłoby 

mnie zainteresować. 

Zrzuciła szlafrok i wskoczyła do basenu. Sloan patrzył za nią z namysłem. Była wściekła. 

No, dobrze. Nie miał wyboru. 

Amanda  młóciła  wodę  ramionami,  przeklinając  Sloana.  Przez  całą  noc  wciąż  na  nowo 

przypominała sobie wczorajszą scenę w korytarzu. Była wściekła na siebie, wściekła na Sloana i 

przysięgła  sobie,  że  już  więcej  nie  pozwoli,  by  jej  dotknął.  Jej  życie  układało  się  tak,  jak  tego 

pragnęła, i nie zamierzała pozwolić, by Sloan O’Riley stanął jej na drodze. 

Wpadła  na  niego  jak  torpeda  i  prychając,  stanęła  na  dnie  basenu.  Woda  sięgała  jej  do 

piersi. 

- Co ty tu robisz? 

-  Pomyślałem,  że  prędzej  zechcesz  mnie  wysłuchać  w  ten  sposób,  niż  gdybym  stał  na 

brzegu i krzyczał do ciebie. 

Przymrużyła oczy, powstrzymując mimowolny śmiech. 

- Basen dostępny jest dla gości dopiero od dziesiątej. 

- A tak, wspominałaś o tym. Nie mówiłaś tylko, że ta woda jest taka zimna. 

Usta Amandy skrzywiły się w uśmiechu. 

- Wiem. Dlatego gdy tu jestem, wolę się poruszać. Znów rzuciła się do wody, ale gdy po 

chwili  odwróciła  głowę,  przekonała  się,  że  Sloan  płynie  obok  niej.  Był  tylko  w  granatowych 

background image

spodenkach.  Ciało  miał  pięknie  opalone,  mocne  i  muskularne.  Amanda  przezornie  odwróciła 

wzrok, nim zdążyła zobaczyć zbyt wiele. Woda w basenie rzeczywiście była chłodna, ona jednak 

miała wrażenie, że znalazła się w saunie. 

W równym tempie przemierzali kolejne długości basenu, odbijali się od ściany i ruszali w 

przeciwnym  kierunku.  Żadne  z  nich  nie  było  w  stanie  wyprzedzić  drugiego.  Amanda  przestała 

już  liczyć  nawroty.  W  końcu,  gdy  płuca  i  mięśnie  zaczęły  jej  odmawiać  posłuszeństwa, 

przytrzymała się uchwytu i ze śmiechem wynurzyła głowę nad wodę. 

- Jak na kowboja z Oklahomy, pływasz całkiem nieźle - przyznała. 

- Ty też, jak na kobietę. 

- Lubię się ścigać - przyznała. 

- To był wyścig? Myślałem, że to tylko spokojna, leniwa rozrywka. 

Chlapnęła mu wodą w oczy i powiedziała: 

- Muszę już iść. 

- Czy wreszcie zechcesz ze mną porozmawiać? - Uśmiech zniknął z jej twarzy. 

- Dajmy spokój - mruknęła i przerzuciła nogi przez krawędź basenu. 

Sloan położył dłoń na jej udzie. 

- Mandy... 

- Nie chcę znów zaczynać kłótni. Udało nam się zachować rozejm przez pięć minut, więc 

nie psujmy tego. 

- Ale ja chcę cię przeprosić. 

Amanda spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

- Co takiego? 

-  Chcę  cię  przeprosić  -  powtórzył.  Wczoraj  niepotrzebnie  się  uniosłem  i  bardzo  mi 

przykro z tego powodu. 

- Och - mruknęła, rozcierając krople wody na skórze. 

- Teraz powinnaś powiedzieć: w porządku, Sloan, przyjmuję twoje przeprosiny. 

Podniosła wzrok i uśmiechnęła się promiennie. Naraz poczuła się tak dobrze, że cały jej 

gniew gdzieś zniknął. 

- Chyba rzeczywiście przyjmuję. Zachowałeś się jak dureń. 

- Wielkie dzięki - skrzywił się. 

-  Bo  tak  było.  Krzyczałeś  i  rozstawiałeś  mnie  po  kątach.  Próbowałeś  wydawać  mi 

background image

rozkazy. Prawie ziałeś ogniem. 

- Chcesz wiedzieć, dlaczego? 

Próbowała się podnieść, ale on ją przytrzymał. 

-  To  ty  zaczęłaś  ten  temat  -  zauważył.  -  Nie  mogłem  znieść  myśli,  że  umówiłaś  się  z 

innym mężczyzną. Spójrz na mnie. - Ujął ją dłonią pod brodę i zmusił, by spojrzała mu prosto w 

twarz. - Poruszyłaś we mnie coś bardzo ważnego i nie potrafię się z tego otrząsnąć. Zresztą wcale 

nie chcę. 

- Myślę, że... 

- Myślenie nie ma tu nic do rzeczy. Wiem po prostu, co czuję, gdy na ciebie patrzę. 

Amanda  szybko  traciła  grunt  pod  nogami,  ale  przelotne  uczucie  paniki  przegrało  z  falą 

euforii. 

- Muszę się zastanowić - mruknęła. - Taka już jestem. 

-  Dobrze,  to  podrzucę  ci  jeszcze  jeden  temat  do  rozmyślań.  Zaczynam  być  w  tobie 

zakochany. 

Panika wróciła, tym razem znacznie potężniejsza. Amanda patrzyła na niego bez słowa. 

- Chyba nie mówisz tego poważnie - wykrztusiła po chwili. 

- Jak najbardziej. A ty też to wiesz, bo inaczej nie patrzyłabyś na mnie wzrokiem królika 

złapanego w sidła. 

- Ja nie... 

- Nie pytam cię, jak się czujesz - przerwał jej. 

-  Przedstawiam  ci  tylko  obraz  sytuacji  z  mojej  strony,  żebyś  zaczęła  się  do  niego 

przyzwyczajać. 

Nie sądziła, by kiedykolwiek mogła do tego przywyknąć, tak samo jak do osoby Sloana. 

A  już  na  pewno  nie  potrafiłaby  się  przyzwyczaić  do  tej  uczuciowej  karuzeli,  jaką  przy  nim 

przeżywała. Czy to właśnie jest miłość? - pomyślała w panice. 

- Ja nie... nie jestem pewna, jak... - Urwała i głośno wypuściła wstrzymywany oddech. - 

Czy zrobiłeś to specjalnie, po to, żebym zupełnie straciła rozum? 

Na szczęście udało jej się uśmiechnąć przy tych słowach. 

- Właśnie - potwierdził Sloan. - Pocałuj mnie, Calhoun. 

Poruszyła się, wysuwając z jego uścisku. 

- Nic z tego. Całowanie ciebie wymazuje z mojej głowy resztki inteligentnych myśli. 

background image

Tym razem to on się uśmiechnął. 

- Skarbie, to jest najmilsza rzecz, jaką dotychczas od ciebie usłyszałem. 

Podniósł się leniwie. Amanda szybko pochwyciła ręcznik i zamachnęła się na niego. 

-  Trzymaj  się  ode  mnie  z  daleka.  Mówię  poważnie.  Albo  dasz  mi  czas,  żebym  mogła 

sobie to wszystko poukładać,  albo wyceluję i trafię. A zapewniam cię, że będę mierzyć poniżej 

pasa.  -  W  jej  oczach  błysnęło  rozbawienie  pomieszane  z  prowokacją.  -  W  tej  chwili  nie  jesteś 

zbyt dobrze chroniony. 

Sloan przesunął językiem po wargach. 

- Fakt. To może wybierzemy się na przejażdżkę, gdy skończysz pracę? 

Amanda  pomyślała,  że  milo  byłoby  pojechać  z  nim  na  wzgórza,  jednak  niestety 

obowiązki były na pierwszym miejscu. 

-  Nie  mogę,  bo  dzisiaj  jest  wieczór  panieński  CC.  To  ma  być  dla  niej  niespodzianka. 

Przecież zanotowałam to na twojej liście - zmarszczyła brwi. 

- Wyleciało mi z głowy. No to jutro. 

-  Jutro  mam  ostatnie  spotkanie  z  fotografem,  a  potem  muszę  pomóc  Suzannie  przy 

kwiatach. Pojutrze też nie dodała szybko. - Pojutrze przyjedzie większość gości, a poza tym ma 

się odbyć generalna próba przyjęcia. 

Sloan skinął głową. 

- W takim razie po ślubie. 

- Po ślubie będę musiała... - Uśmiechnęła się, zdając sobie sprawę, że zaczyna się świetnie 

bawić. - Dam ci znać - zawołała i uciekła do furtki z ręcznikiem w dłoniach. 

- Hej, nie mam ręcznika! - zawołał za nią Sloan. 

- Wiem - zaśmiała się i zniknęła. 

Późnym  popołudniem  Sloan  stał  na  tarasie,  szkicując  otoczenie  Towers.  Zamierzał 

dobudować jeszcze jedną klatkę schodową, nie naruszając przy tym ogólnego kształtu budynku. 

Przerwał  pracę,  gdy  obok  niego  pojawiła  się  Suzanna  z  dwoma  wiklinowymi  koszami  pełnymi 

wiosennych kwiatów. 

- Przepraszam - uśmiechnęła się z wahaniem. 

- Nie wiedziałam, że pana tu zastanę. Przygotowuję wieczór panieński. 

- Już za chwilę stąd znikam. 

- Nie ma takiej potrzeby - potrząsnęła głową. Postawiła koszyk na posadzce i weszła do 

background image

domu. 

Przez  kilka  następnych  minut  krążyła  w  jedną  i  w  drugą  stronę,  przynosząc  krzesła  i 

papierowe  dekoracje.  Atmosfera  wypełniona  była  pełnym  napięcia  milczeniem.  W  końcu 

Suzanna odstawiła na bok tekturowego łabędzia i spojrzała na Sloana. 

- Panie O'Riley, chciałam się zapytać, czy my już kiedyś się spotkaliśmy? 

- Nie - odrzekł Sloan, nie przerywając pracy nad szkicem. 

- Zastanawiałam się nad tym, bo zachowuje się pan tak, jakby mnie pan znał i miał o mnie 

jak najgorsze zdanie. 

Sloan zatrzymał chłodne spojrzenie na jej twarzy. 

- Nie znam pani, pani Dumont. 

-  W  takim  razie  dlaczego...  -  urwała.  Nie  znosiła  otwartych  konfrontacji.  Zawsze  wtedy 

zaczynał  ją  boleć  żołądek.  Czuła  jednak  na  sobie  jego  pełne  niechęci,  lodowate  spojrzenie,  i 

powiedziała z determinacją: 

- Nie, nie będę uciekać. Panie O’Riley, przebywa pan pod moim dachem, a ja nie chcę już 

nigdy  więcej  czuć  się  niechcianym  intruzem  we  własnym  domu.  Proszę  mi  powiedzieć,  o  co 

panu chodzi. 

Sloan rzucił szkicownik na pobliski stolik. 

- Czy moje nazwisko nie wydaje się pani znajome? O’Riley? Nie słyszała go pani nigdy 

wcześniej? 

- Nie, a kiedy powinnam je słyszeć? - Sloan zacisnął usta. 

- Może lepiej sobie pani przypomni, jeśli dołożę imię. Megan. Megan O’Riley. A teraz? 

-  Nie.  -  Suzanna  z  frustracją  przesunęła  ręką  po  włosach.  -  Może  mi  pan  to  w  końcu 

wyjaśni? 

- Sądzę, że komuś takiemu jak pani nietrudno było o niej zapomnieć. Była dla pani nikim, 

niczym więcej niż chwilową komplikacją. 

- Kto? 

- Megan. Moja siostra Megan. - Suzanna z oszołomieniem potrząsnęła głową. 

- Nie znam pańskiej siostry. 

Fakt,  że  to  nazwisko  nic  jej  nie  mówiło,  jeszcze  bardziej  go  rozwścieczył.  Podszedł  do 

niej, ignorując błysk przestrachu w jej oczach. 

- To prawda, nigdy nie spotkała jej pani osobiście. Po co miałaby pani to robić? Udało się 

background image

pani bez problemu usunąć ją na bok. Ale pani też nic na tym nie wygrała. Baxter Dumont zawsze 

był łajdakiem, ale ona go kochała. 

- Pana siostra? - zdziwiła się Suzanna, rozcierając skronie. - Pańska siostra i Bax? 

-  Zaczyna  pani  kojarzyć?  -  Suzanna  odwróciła  się  i  chciała  odejść,  ale  Sloan  mocno 

pochwycił ją za ramię. 

-  Czy  zrobiła  to  pani  z  miłości,  czy  dla  pieniędzy?  -  zapytał  z  wściekłością.  -  Tak  czy 

inaczej,  mogła  się  pani  zdobyć  na  trochę  współczucia!  Do  diabła,  ona  miała  siedemnaście  lat  i 

była  w  ciąży!  Czy  nie  mogła  pani  pozwolić  przynajmniej  na  to,  żeby  ten  sukinsyn  zobaczył 

swojego syna? 

Twarz  Suzanny  pobielała  jak  papier,  a  jej  ramię  w  uścisku  Sloana  stało  się  zupełnie 

bezwładne. 

- Syn - szepnęła. 

-  Była  zaledwie  dzieckiem,  przerażonym  dzieckiem,  które  uwierzyło  we  wszystkie 

kłamstwa  tego  drania!  Chciałem  go  zabić,  ale  to  by  tylko  pogorszyło  sytuację  Meg.  Ale  pani, 

pani nie chciała dać jej nawet okruchów ze swojego stołu! Żyła pani swoim życiem, jakby moja 

siostra i jej syn w ogóle nie istnieli! A gdy Megan zadzwoniła i błagała panią, żeby pozwoliła mu 

pani  widywać  chłopca  chociaż  raz  czy  dwa  razy  do  roku,  nazwała  ją  pani  dziwką  i  zagroziła 

odebraniem  praw  do  opieki  nad  dzieckiem,  jeśli  jeszcze  kiedykolwiek  będzie  się  próbowała 

skontaktować z pani drogim mężem! 

Suzanna nie mogła złapać tchu. Nie czuła się tak okropnie od czasu ostatniej awantury z 

Baxterem. Bezsilnie odsunęła rękę Sloana. 

- Proszę. Proszę, muszę usiąść. 

On jednak nie  zareagował, wpatrując się w jej twarz.  Po  chwili,  gdy jego własny  gniew 

nieco opadł, zaczęło do niego docierać, że to, co widzi w oczach Suzanny, to nie poczucie winy, 

pogarda czy złość, lecz zwykły szok. 

- Mój Boże - powiedział cicho. - Pani nic nie wiedziała! 

Była  w  stanie  tylko  potrząsnąć  głową.  Gdy  Sloan  nieco  zwolnił  uścisk,  natychmiast 

zniknęła w głębi domu. 

Sloan  przez  chwilę  stał  nieruchomo,  przyciskając  palce  do  powiek.  Niechęć,  jaką 

wcześniej  czuł  do  Suzanny,  nieoczekiwanie  zwróciła  się  przeciwko  niemu  samemu.  Poszedł  za 

nią i w progu zderzył się z wściekłą Amandą. 

background image

- Coś ty jej zrobił! - wykrzyknęła, popychając go obiema rękami. - Coś ty jej powiedział, 

ż

e tak strasznie płacze? 

Bolesny supeł w jego żołądku zacisnął się jeszcze mocniej. 

- Gdzie ona poszła? 

-  Nie  zbliżysz  się  do  niej  więcej!  Gdy  pomyślę,  że  już  zaczynałam  wierzyć...  Niech  cię 

diabli, O’Riley! 

- Nie możesz mi powiedzieć nic gorszego od tego, co już sam o sobie myślę. Gdzie ona 

jest? 

- Idź do diabła! - wrzasnęła i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. 

Sloan  przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  nie  wyważyć  ich  kopniakiem,  a  potem  zaklął  i 

poszedł w kierunku kamiennych schodków po drugiej stronie domu. Znalazł Suzanne na balkonie 

drugiego piętra. Stała tam i patrzyła na urwisko. Zrobił krok w jej stronę, gdy wściekła Amanda 

znów wypadła zza drzwi. 

- Trzymaj się od niej z daleka! - wykrzyknęła, opiekuńczo otaczając siostrę ramieniem. - 

Wynoś się stąd! Wracaj do Oklahomy! 

-  To  nie  jest  twoja  sprawa  -  powiedział  Sloan.  Amanda  rzuciła  się  w  jego  stronę,  ale 

Suzanna przytrzymała ją w porę. 

- Wszystko w porządku. Mandy, muszę z nim porozmawiać. Sam na sam. 

- Ale... 

- Proszę cię. To ważne. Idź i dokończ dekorowania tarasu, dobrze? 

Amanda cofnęła się niechętnie. 

- Skoro tego właśnie chcesz. A ty uważaj! - dodała, groźnie patrząc na Sloana. 

Zostali sami. Sloan przez chwilę szukał właściwych słów. 

- Pani Dumont. Suzanno... 

- Jak on ma na imię? - zapytała. 

- Kto? 

- Chłopiec. Jak ma na imię? 

- Ja nie... 

- Jak  ma na  imię?! -  wykrzyknęła Suzanna z desperacją i oderwała się od ściany.  W  jej 

oczach zabłysły gniewne łzy. - Przecież to przyrodni brat moich dzieci! Chcę wiedzieć, jak ma na 

imię. 

background image

- Kevin. Kevin O’Riley. 

- Ile ma lat? 

- Siedem. 

Suzanna  odwróciła  się  w  stronę  oceanu  i  przymknęła  oczy.  Siedem  lat  temu  była  pełną 

nadziei i zaślepioną miłością panną młodą. 

- I Baxter o tym wiedział? Wiedział, że ona urodziła jego dziecko? 

- Tak, wiedział. Megan na początku nie chciała nikomu powiedzieć, kto jest ojcem, lecz 

po tym telefonie, gdy rozmawiała z tobą... ale nie rozmawiała z tobą, tak? 

- Nie - potwierdziła Suzanna, nie odrywając wzroku od morza. - Może z matką Baxtera. 

- Chciałbym cię przeprosić. 

-  To  nie  jest  konieczne.  Gdyby  chodziło  o  którąś  z  moich  sióstr,  zachowałabym  się 

znacznie gorzej. - Złożyła ramiona na piersiach i dodała: - Proszę, mów dalej. 

Jest twardsza, niż na to wygląda, pomyślał Sloan, ale to nie ulżyło jego sumieniu. 

-  Po  tym  telefonie  Megan  zupełnie  się  załamała  i  wtedy  właśnie  wszystko  mi 

opowiedziała.  Poznała  Dumonta,  gdy  pojechała  do  Nowego  Jorku  z  wizytą  do  przyjaciół.  On 

załatwiał  tam  jakieś  interesy.  Pokazywał  jej  miasto.  Nigdy  jeszcze  nie  była  w  Nowym  Jorku  i 

poczuła się... oszołomiona. Była jeszcze dzieckiem. 

- Siedemnastoletnim - mruknęła Suzanna. 

- I w dodatku naiwnym. No cóż, potem musiała szybko dorosnąć - rzekł Sloan z goryczą. 

-  Opowiadał  jej  wszystkie  stare  jak  świat  bajki  o  małżeństwie,  o  tym,  że  przyjedzie  do 

Oklahomy,  żeby  poznać  jej  rodzinę,  ale  gdy  wróciła  do  domu,  ani  razu  nie  próbował  się  z  nią 

skontaktować.  Udało  jej  się  dodzwonić  do  niego  raz  czy  dwa  razy.  Przepraszał  i  obiecywał  jej 

jeszcze więcej. A potem okazało się, że jest w ciąży. 

Sloan  urwał,  starając  się  odsunąć  od  siebie  wspomnienie  własnej  wściekłości,  gdy  się 

dowiedział, że jego ukochana młodsza siostra będzie miała dziecko. 

-  Gdy  mu  o  tym  powiedziała,  nagle  zmienił  taktykę.  Mówił  jej  okropne  rzeczy.  Bardzo 

szybko musiała dorosnąć. Zbyt szybko. 

Suzanna rozumiała to jak nikt inny. 

- Musiało jej być strasznie ciężko - powiedziała z serdecznym współczuciem. 

Dała sobie radę, bo w rodzinie bardzo się wspieramy. Ale o tym sama coś wiesz. 

- Tak. 

background image

- Na szczęście pieniądze nie były problemem, więc zarówno ona, jak i dziecko otrzymali 

wszelką opiekę, jakiej potrzebowali. Suzanno, jej nigdy nie chodziło o jego pieniądze. 

- Rozumiem to. 

Sloan powoli skinął głową. 

-  A  gdy  Kevin  się  urodził...  Meg  zachowała  się  wspaniale.  Tylko  ze  względu  na  niego 

próbowała się jeszcze raz skontaktować z Dumontem i w końcu postanowiła porozmawiać z jego 

ż

oną. Chciała tylko tego, by jej syn miał kontakt z ojcem. 

- Rozumiem - powtórzyła Suzanna po raz kolejny i wreszcie spojrzała na niego. - Sloan, 

gdybym miała jakikolwiek wpływ na Baxtera, to bym go użyła - rozłożyła bezradnie ręce. - Lecz 

nie mam, nawet gdy chodzi o dzieci, do których ojcostwa się przyznaje. 

-  Myślę,  że  Kevinowi  jest  lepiej  tak,  jak  jest  teraz.  Suzanno...  -  zawahał  się  Sloan, 

przeciągając ręką po włosach - jak to się stało, że kobieta taka jak ty związała się z kimś takim 

jak Dumont? 

Uśmiechnęła się blado. 

- Kiedyś też byłam młodą, naiwną dziewczyną, która wierzyła w szczęśliwe zakończenia. 

Sloan miał ochotę wziąć ją za rękę, ale nie był pewien, czy Suzanna jej nie odtrąci. 

-  Mówiłaś,  że  nie  chcesz  przeprosin,  ale  mimo  wszystko  czułbym  się  o  wiele  lepiej, 

gdybyś je przyjęła. 

To ona wyciągnęła do niego dłoń. 

- Łatwo się wybacza,  gdy  chodzi o rodzinę, bo  w pewien skomplikowany  sposób chyba 

jesteśmy  rodziną.  -  Przycisnęła  drugą  dłoń  do  ich  złączonych  rąk,  obiecując  sobie,  że  później 

znajdzie chwilę, by przeżyć ten ból w samotności i wyrzucić go z siebie. - Chcę cię o coś prosić. 

Chciałabym,  aby  moje  dzieci  wiedziały  o  Kevinie  i  o  ile  twoja  siostra  zgodzi  się  na  to,  żeby 

mogły się z nim spotkać. 

- To by dla niej bardzo wiele znaczyło - odrzekł Sloan. 

- Jenny i Alex byliby zachwyceni. - Suzanna spojrzała na zegarek. - Co mi przypomina, 

ż

e pewnie już wrócili ze szkoły i doprowadzają do szaleństwa ciocię Coco. Muszę iść. 

Sloan spojrzał na schodki wiodące na taras i pomyślał o Amandzie. 

- Ja też. Mam coś jeszcze do naprawienia. 

- Powodzenia - rzekła  Suzanna, unosząc brwi.  Sloan podejrzewał, że te  życzenia bardzo 

mu się przydadzą. Gdy  wszedł na taras, był już tego zupełnie pewien. Amanda przyczepiała do 

background image

ś

cian serpentyny, a Lilah przywiązywała baloniki do oparć krzeseł. Długi stół był już przykryty 

białym  obrusem.  Na  dźwięk  kroków  Sloana  na  tarasie  Amanda  odwróciła  się  i  rzuciła  mu 

zabójcze spojrzenie. Lilah nie potrzebowała dodatkowych sygnałów. 

- Pójdę zobaczyć, czy ciocia Coco upiekła już czekoladowe ciasto - oznajmiła i ruszyła do 

drzwi. Zatrzymała się obok Sloana i spojrzała na niego chłodno. 

- Nie chciałabym się przekonać, że niewłaściwie cię oceniłam. 

Gdy drzwi zamknęły się za Lila, Amanda natychmiast poderwała się do walki. 

- Jesteś  bezczelny  albo zwyczajnie  głupi,  skoro  masz odwagę pokazać się  tu  po tym, co 

zrobiłeś! 

- Nie masz o niczym pojęcia. Suzanna i ja już sobie wszystko wyjaśniliśmy. 

-  Naprawdę  tak  uważasz?  -  oburzyła  się  Amanda,  uderzając  o  stół  paczką  srebrno  - 

różowych  talerzy.  -  Gdy  pomyślę,  że  jeszcze  kilka  godzin  temu  prawie  udało  ci  się  mnie 

przekonać,  że  jesteś  człowiekiem,  o  jakim  mogłabym  myśleć  poważnie...  a  potem  wracam  do 

domu, a tu moja siostra ucieka od ciebie zupełnie zdruzgotana! Chcę wiedzieć, co jej zrobiłeś! 

- Przekazałem jej niewłaściwą informację i bardzo mi z tego powodu przykro. 

- To nie wystarczy. 

Sloan był jeszcze zbyt podekscytowany, by zdobyć się na rozsądek. 

- Na razie to ci musi wystarczyć. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, to zapytaj Suzanny. 

Pytam ciebie. 

-  A  ja  ci  mówię,  że  to,  co  się  zdarzyło,  to  sprawa  między  Suzanna  a  mną.  Nie  ma  nic 

wspólnego z tobą. 

-  I  tu  się  właśnie  mylisz  -  oświadczyła  Amanda,  stając  tuż  przed  nim.  -  Gdy  zaczynasz 

zjedna  osobą  z  rodziny  Calhounów,  to  zaczynasz  z  pozostałymi  jej  członkami.  Chyba  będę 

musiała  znosić  twoje  towarzystwo  aż  do  ślubu,  ponieważ  jesteś  drużbą,  ale  gdy  będzie  już  po 

wszystkim, to zrobię, co w mojej mocy, by cię odesłać tam, skąd przyjechałeś. 

Sloan z trudem się kontrolował. Pochwycił ją za wyłogi żakietu. 

- Już ci mówiłem, że zawsze kończę to, co zacząłem. 

- Już skończyłeś, O’Riley. Nie jesteś potrzebny ani Towers, ani mnie. 

Miał zamiar udowodnić jej, że się myli, ale w tej chwili na tarasie pojawił się Trent. Jedno 

spojrzenie  na  przyjaciela  i  przyszłą  szwagierkę  wystarczyło,  by  zorientował  się  w  sytuacji  i 

szybko odchrząknął. 

background image

- Zdaje się, że będę musiał popracować nad moim wyczuciem czasu. 

- Twoje wyczucie czasu jest doskonałe - oświadczyła Amanda. - Dziś wieczorem nie ma 

tu  miejsca  dla  mężczyzn.  Może  zabierzesz  stąd  tego  durnia,  którego  przedstawiłeś  nam  jako 

swojego przyjaciela, i pójdziecie razem poszukać jakichś męskich rozrywek. 

Odsunęła Trenta i weszła do domu. Przyszły pan młody wypuścił oddech. 

-  No,  no.  Zdaje  się,  że  gdy  proponowałem  ci  tę  pracę,  zapomniałem  wspomnieć  o 

temperamencie Calhounów. 

-  Zgadza  się,  zapomniałeś  -  skrzywił  się  Sloan.  -  Czy  jest  tu  w  pobliżu  jakiś  ciemny, 

hałaśliwy bar? 

- Pewnie uda nam się coś znaleźć. 

- Dobra. Idziemy się upić. 

Znaleźli  bar  i  butelkę.  Sloan  usiadł  za  przegródką  w  kącie  sali  i  zajął  się  whiskey.  Przy 

pierwszych dwóch drinkach opowiedział Trentowi swoją rozmowę z Suzanną. 

-  Baxter  Dumont  jest  ojcem  Kevina?  -  zdumiał  się  Trenton.  -  Nigdy  mi  o  tym  nie 

mówiłeś. 

- Dałem Meg słowo, że nikomu nie powiem. Nawet rodzina tego nie wie. 

Trent przez chwilę milczał, powoli popijając wodę sodową. 

-  Trudno  zrozumieć,  jak  taki  drań  i  egoista  może  być  ojcem  trojga  tak  fantastycznych 

dzieciaków. 

-  Owszem,  to  zagadka  -  zgodził  się  Sloan,  sygnalizując  kelnerowi  potrzebę  następnej 

kolejki. 

- Wyładowałem się na niczemu niewinnej Suzannie - dodał i zaklął. - Nigdy nie zapomnę, 

jak ona wyglądała, gdy wysłuchała wszystkiego, co miałem jej do powiedzenia. 

- Przeżyje to. Z tego, co mówiła mi CC, przeżyła już gorsze rzeczy. 

-  Może  masz  rację,  ale  nie  lubię  dawać  kobietom  w  twarz.  Już  wtedy,  gdy  Amanda  na 

mnie naskoczyła, poczułem się jak ostatni śmieć. 

- Te kobiety trzymają się razem. Sloan skrzywił się i znów się napił. 

- Dlaczego nie wyjaśniłeś jej, o co chodziło? - zdziwił się Trent. 

Sloan wzruszył ramionami i znów się napił. On też miał swoją dumę. 

- To nie była jej sprawa. 

- Ale mnie opowiedziałeś wszystko. 

background image

- To co innego. 

- W porządku. Chcesz trochę precli? 

- Nie. 

Przez chwilę siedzieli ze szklankami w rękach, dwaj skrajnie odmienni mężczyźni, jeden 

w  zniszczonych  dżinsach,  drugi  w  spodniach  od  garnituru;  jeden  wygodnie  rozparty  na  ławce, 

drugi  swobodny,  lecz  czujny.  Obydwaj  wywodzili  się  z  bogatych  rodzin.  Pieniądze  Trenta 

pochodziły  z  handlu  nieruchomościami,  Sloana  z  ropy  naftowej,  ale  ich  życie  rodzinne  i 

dzieciństwo  bardzo  się  od  siebie  różniły.  Trent  po  raz  pierwszy  poznał  siłę  więzów  krwi  w 

rodzinie Calhounów, Sloan znał ją od zawsze. Nie mieli ze sobą prawie nic wspólnego, a jednak 

podczas  pierwszego  semestru  w  college'u  zaprzyjaźnili  się  i  przyjaźń  ta  przetrwała  już  ponad 

dziesięć lat. 

Sloan użalał się nad sobą i dlatego powolne upijanie się sprawiało mu przyjemność. Trent 

rozpoznawał te symptomy i dlatego pozostawał zupełnie trzeźwy. 

- Od kiedy zacząłeś nosić adidasy? - zapytał Sloan nad kolejnym drinkiem. 

Trent  spojrzał  na  swoje  stopy  i  uśmiechnął  się.  Te  buty  były  symbolem  zmian  w  jego 

ż

yciu, jakie zaszły za sprawą pewnej pełnej temperamentu brunetki. 

- To nie adidasy, tylko buty do biegania. - Sloan przymrużył oczy. 

- A co to za różnica? I dlaczego nie masz na sobie krawata? 

- Bo jestem zakochany. - Sloan zaklął i wyprostował się. 

- Widzisz, co to wyrabia z człowiekiem? Można zupełnie zgłupieć. 

- Przecież ty nie znosisz krawatów. 

- Zgadza się. Ta baba od pierwszej chwili doprowadza mnie do szału. 

- CC? 

- Nie, skąd. Przecież mówię o Amandzie. 

- Aha - mruknął Trent i poprawił się na krześle. 

-  No,  wiesz,  ciebie  zawsze  jakaś  kobieta  doprowadza  do  szalu.  Nigdy  nie  widziałem 

nikogo, kto miałby więcej ciepłych uczuć do słabszej płci. 

-  Słabszej,  akurat!  Najpierw  na  mnie  wpadła,  potem  mnie  przewróciła,  aż  usiadłem  na 

tyłku. Ledwie się odezwę, a już na mnie wrzeszczy, wyzywa od durniów... zresztą, sam słyszałeś. 

- Zamówił kolejnego drinka i rozżalony pochylił się nad stołem. - Znasz mnie ponad dziesięć lat. 

Czy nie sądzisz, że jestem pogodnym, spokojnym i sympatycznym facetem? 

background image

Trent wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Jasne, że tak. Za wyjątkiem chwil, kiedy akurat taki nie jesteś. 

Sloan uderzył otwartą dłonią w blat stołu. 

- No, sam widzisz. - Pokiwał głową i zapalił cygaro. - Więc o co jej właściwie chodzi? 

- Ty mi to powiedz. 

-  Powiem  ci  -  odrzekł  Sloan,  wymachując  cygarem  przed  twarzą  Trenta.  -  Ma 

temperament  z  piekła  rodem  i  do  tego  jest  uparta  jak  muł.  Można  to  zauważyć  od  razu,  pod 

warunkiem, że oderwie się oczy od jej nóg. - Podniósł do ust kolejną szklankę i skrzywił się. - Bo 

nogi ma rzeczywiście pierwsza klasa. 

- Zauważyłem, to u nich rodzinne - stwierdził Trent i też się skrzywił, gdy zobaczył, jak 

Sloan duszkiem wychyla zawartość szklanki. - Chyba będę cię musiał nieść do domu. 

-  To  więcej  niż  pewne  -  odrzekł  jego  przyjaciel.  Odchylił  się  na  oparcie  ławki, 

pozwalając, by whiskey zakręciła mu w głowie. - Po co ty się właściwie żenisz, Trent? Obydwaj 

lepiej byśmy zrobili, gdybyśmy stąd zniknęli. 

- Bo ją kocham. 

Sloan westchnął głęboko i wypuścił wielki kłąb dymu. 

- Właśnie tak one się do ciebie dobierają. Omotają cię tak, że nie jesteś w stanie logicznie 

myśleć. Kiedyś byłem przekonany, że Bóg stworzył kobiety dla własnej przyjemności, ale teraz 

już  jestem  mądrzejszy.  Są  tu  tylko  po  to,  żeby  mężczyznom  nie  było  za  dobrze.  -  Spojrzał  na 

przyjaciela  spod  przymrużonych  powiek.  -  Widziałeś,  jak  jej  spódnica  się  kołysze,  gdy  idzie,  a 

szczególnie kiedy gdzieś się śpieszy? A śpieszy się prawie zawsze. 

Trent zaśmiał się, unosząc w toaście szklankę z wodą mineralną. 

- I jak jej włosy się poruszają, gdy rozzłości się i krzyczy? A z oczu lecą pioruny. Wtedy 

łapiesz ją wpół, żeby się wreszcie zamknęła... i  Boże drogi... - Znów pociągnął solidny łyk, ale 

tym razem nic to nie pomogło. - Zdarzyło ci się kiedyś wpaść na druty kolczaste pod prądem? 

- Niestety, nie. 

- To parzy - wymamrotał Sloan. - Parzy jak ogień. Traci się przytomność mniej więcej na 

minutę. A gdy otwierasz oczy, jesteś odrętwiały i cały się trzęsiesz. 

Trent ostrożnie odstawił swoją szklankę i przyjrzał się przyjacielowi. 

-  Sloan,  czy  to  wszystko  prowadzi  tam,  gdzie  mnie  się  wydaje,  że  prowadzi,  czy  ty  po 

prostu się upiłeś? 

background image

- Jeszcze za mało wypiłem - rzekł i niecierpliwie odsunął szklankę. - Odkąd zobaczyłem 

ją po raz pierwszy, nie przespałem porządnie ani jednej nocy. I czuję się tak, jakby nigdy nie było 

w moim życiu żadnej innej kobiety. I jakby już więcej nie miało być żadnej innej. - Oparł łokcie 

na stole i potarł twarz dłońmi. - Trent, jestem w niej zakochany jak wariat, i gdybym teraz dostał 

ją w ręce, tobym ją udusił. 

Trent wyszczerzył zęby. 

- Kobiety o nazwisku Calhoun mają taki talent. Witaj w klubie. 

Przez  cały  dzień  padało,  więc  nie  mogłam  zejść  na  urwisko  na  spotkanie  z  Christianem. 

Przez większą część przedpołudnia  grałam z dziećmi w różne  gry, obawiając się, by  nie zaczęły 

za  bardzo  marudzić  z  powodu  zamknięcia  w  domu.  Oczywiście  były  niezadowolone,  ale  niania 

zajęła  ich  uwagę  ciastkami.  Nawet  chłopcy  wzięli  udział  w  herbatce,  jaką  urządziliśmy  na 

porcelanowej zastawie dla lalek Colleen. Dla mnie był to jeden z tych spokojnych, niespiesznych 

dni,  jakie  matki  zawsze  pamiętają  -  właśnie  wtedy  zapamiętują  śmiech  dzieci,  ich  zabawne 

pytania, sposób, w jaki kładą głowę na poduszce, gdy nadchodzi czas poobiedniej drzemki. 

Pamięć  o  tym  dniu  jest  dla  mnie  najcenniejsza  ze  wszystkich  wspomnień.  Już  niedługo 

moje dzieci podrosną. Colleen mówi już o balach i sukienkach. 

Zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdyby to Christian mógł wejść do saloniku. 

Na pewno nie skinąłby nam obojętnie głową i nie zająłby się natychmiast karafką z brandy. I nie 

zapomniałby zapytać, jak się mają dzieci. 

A  ja  byłabym  szczęśliwa,  pozbawiona  goryczy  w  sercu,  wolna  od  poczucia  winy.  Nie 

musiałabym szukać spokoju i samotności w wieży, nie musiałabym siedzieć tu sama i patrzeć na 

szary deszcz ani opisywać swych marzeń w tym zeszycie. 

Przeżywałabym je na jawie. 

Lecz  to  tylko  fantazje,  tak  jak  bajki,  które  opowiadam  dzieciom  przed  snem.  Bajki,  które 

zawsze dobrze się kończą i w których przystojny książę poślubia piękną dziewczynę. No cóż, moje 

ż

ycie  nie  jest  bajką,  ale  może  kiedyś  ktoś  otworzy  te  stronice  i  przeczyta  moje  słowa.  Mam 

nadziejęże będzie to ktoś o dobrym, szczerym sercu, kto nie potępi mnie za nielojalność wobec 

męża, którego nigdy nie kochałam, lecz połączy się ze mną w radości z tych kilku krótkich godzin 

spędzanych w towarzystwie mężczyzny, którego będę kochać także po śmierci. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Miliony krasnoludków machało kilofami w głowie Sloana. Aby je uciszyć, spróbował się 

przekręcić na bok, ale natychmiast uświadomił sobie, że był to poważny błąd, bowiem ten ruch 

stał  się  dla  czekającej  z  boku  orkiestry  wojskowej  sygnałem,  że  należy  wzmocnić  brzmienie 

sekcji rytmicznej. Sloan naciągnął poduszkę na twarz. 

Nic to nie dało, bo hałas wciąż narastał. W końcu Sloan zrozumiał, że ktoś wali do drzwi. 

Wygramolił  się  z  łóżka,  zadowolony,  że  nikt  nie  słyszy  jego  jęków,  i  po  pewnych  wysiłkach 

udało mu się otworzyć. 

Amanda  rzuciła  mu  tylko  jedno  spojrzenie.  To  wystarczyło,  by  zauważyć  przekrwione 

oczy, nie ogolony zarost i skrzywione usta. Miał na sobie tylko rozpięte dżinsy, w których zasnął. 

- Zdaje się, że świetnie się bawiłeś wczoraj wieczorem - rzekła dyplomatycznie. 

Sama wyglądała jak spod igły i była świeża jak wiosenny poranek. Sloan odkrył, że jest to 

wystarczający powód do popełnienia morderstwa. 

-  Jeśli  przyszłaś  tutaj,  żeby  mi  zepsuć  dzień,  to  trochę  się  spóźniłaś  -  mruknął  i  chciał 

zamknąć jej drzwi przed nosem, ona jednak była szybsza. 

- Muszę ci coś powiedzieć. 

- Już wszystko mi powiedziałaś - odburknął i natychmiast pożałował, że odwrócił się tak 

gwałtownie,  bo  dudnienie  w  skroniach  nasiliło  się.  Sloan  jednak  zdecydowany  był  zachować 

resztki  godności.  Poprzysiągł  sobie,  że  nie  zacznie  się  czołgać,  tylko  będzie  szedł  w 

wyprostowanej pozycji. 

Wyglądał tak żałośnie, że Amanda postanowiła mu pomóc. 

- Wydaje mi się, że czujesz się dosyć kiepsko. 

-  Kiepsko?  -  powtórzył,  jakby  nie  rozumiał  tego  słowa.  Musiał  przymrużyć  oczy,  bo 

zaczął  się  bać,  że  wypadną  z  oczodołów  i  rozbiją  się  o  podłogę.  -  Skąd,  czuję  się  świetnie. 

Kwitnąco. 

- Potrzebny ci zimny prysznic, kilka tabletek aspiryny i porządne śniadanie. 

Sloan jęknął coś niewyraźnie. 

- Calhoun, wkraczasz na niebezpieczne tereny. Szła za nim, zdecydowana wypełnić swą 

misję. 

-  Nie  będę  ci  długo  zawracać  głowy,  tylko  chciałabym  porozmawiać  o...  -  Urwała,  gdy 

background image

Sloan  zatrzasnął  jej  przed  nosem  drzwi  łazienki.  Wzięła  głęboki  oddech  i  oparła  dłonie  na 

biodrach. 

On zaś zdjął dżinsy i wszedł pod prysznic. Jedną ręką opierał się o ścianę, drugą odkręcił 

do oporu kurek z zimną wodą. Pojedyncze, soczyste przekleństwo odbiło się od ścian, ale Sloan 

wyszedł spod strumienia zimnej wody już znacznie pewniejszym krokiem. Przez chwilę zmagał 

się z zakrętką na butelce aspiryny, a potem połknął od razu trzy. 

Kac  nie  zniknął,  ale  w  każdym  razie  Sloanowi  na  tyle  wróciła  przytomność  umysłu,  by 

znów  mógł  cieszyć  się  swym  człowieczeństwem.  Owinął  się  w  pasie  ręcznikiem  i  wrócił  do 

saloniku. 

Sądził,  że  Amanda  odebrała  jego  przekaz,  ale  wciąż  tu  była.  Podtrzymując  czubkiem 

palca  okulary  na  nosie,  pochylała  się  nad  jego  deską  do  rysowania.  Zauważył,  że  posprzątała: 

usunęła popielniczki, poustawiała filiżanki na tacy i zebrała porozrzucane ubrania. 

- Co ty robisz? - zapytał ostro. 

Podniosła głowę i uśmiechnęła się z wyraźną determinacją. 

- Och, już jesteś. Patrzę na twoje rysunki. 

- Nie o to mi chodzi. Po co po mnie sprzątasz? To nie należy do twoich obowiązków. 

- Nie rozumiem, jak możesz pracować w takich warunkach - odparowała. 

- A może właśnie lubię pracować w takich warunkach? Gdybym nie lubił, to sam bym tu 

posprzątał. 

- W porządku - rozzłościła się i rzuciła naręcze ubrań na środek pokoju, - Teraz lepiej? 

Sloan odsunął z twarzy koszulkę, która zatrzymała się na jego głowie. 

- Czy wiesz, Calhoun, co jest bardziej niebezpieczne niż skacowany mężczyzna? 

- Nie wiem. 

- Nic - rzekł złowróżbnym tonem, zbliżając się do niej. 

Ktoś zastukał do drzwi. 

- To twoje śniadanie - rzekła Amanda sucho. - Kazałam im się pośpieszyć. 

Pokonany Sloan opadł na kanapę i ukrył twarz w rękach. 

- Nie chcę żadnego cholernego śniadania. 

-  Zjedz  i  przestań  się  nad  sobą  rozczulać.  -  Postawiła  przed  nim  tacę.  -  Grzanka  z 

ciemnego chleba,  czarna kawa i  sok pomidorowy przyprawiony na ostro. To  ci pomoże poczuć 

się lepiej. Spróbuj. 

background image

Bez słowa sięgnął po kawę. Amanda wsunęła okulary do kieszeni. 

- Trent wspomniał, że sporo wczoraj wypiłeś. Spojrzał na nią z niechęcią, podnosząc do 

ust szklankę z sokiem pomidorowym. 

- Więc musiałaś na własne oczy obejrzeć mojego kaca. 

-  Niezupełnie  -  wzruszyła  ramionami,  bawiąc  się  guzikiem  żakietu.  -  Pomyślałam,  że 

skoro znalazłeś się w tym stanie z mojej winy, to... 

- Moment. Jeśli się upiłem, to dlatego, że to moja, a nie twoja ręka sięgnęła po butelkę. 

- Tak, ale... 

- Nie chcę twojego współczucia, Calhoun, ani twojej obsługi. 

Duma i złość toczyły walkę w duszy Amandy. Duma zwyciężyła. 

- Świetnie. Przyszłam tu tylko po to, żeby przeprosić. 

- Za co? 

- Za to, co powiedziałam wczoraj i za cale moje zachowanie. Podeszła do okna i odsunęła 

rolety,  ignorując  bolesne  syknięcie  Sloana.  -  Choć  nadal  myślę,  że  jestem  w  pełni 

usprawiedliwiona. W końcu wiedziałam tylko tyle, że bardzo zraniłeś Suzanne. Gdy powiedziała 

mi o twojej siostrze i Baxterze, zrozumiałam, co musiałeś czuć. Do diabła, Sloan, sam mogłeś mi 

to wyjaśnić. 

- Może mogłem. A może ty mogłaś okazać mi odrobinę zaufania. 

Amanda westchnęła i zaczęła obracać w palcach okulary. 

- To nie była kwestia zaufania, tylko odruchu warunkowego. Nie wiesz, przez co przeszła 

Suzanna,  jak  boleśnie  została  zraniona.  Jednak  ze  względu  na  własną  siostrę  możesz  chyba 

zrozumieć, dlaczego tak zareagowałam, gdy zobaczyłam, że znów płacze. - Amanda podniosła na 

niego zwilgotniałe oczy. - A to, że nie jesteś mi obojętny, jeszcze pogarszało sytuację. 

Łzy  były  jedyną  rzeczą,  wobec  której  Sloan  czuł  się  zupełnie  bezbronny.  Wstał  i  ujął 

dłonie Amandy w swoje. 

- Ja też wczoraj popełniłem parę błędów - uśmiechnął się. - Przypuszczam, że przeprosiny 

przychodzą ci równie trudno jak mnie. 

- Owszem. Czuję się, jakbym musiała przełknąć bryłę węgla. 

- W takim razie może uznamy, że rachunki zostały wyrównane? 

Pochylił się, aby ją pocałować, ona jednak cofnęła się. 

- Muszę przez chwilę rozsądnie pomyśleć. - Sloan szybko pochwycił ją za rękę. 

background image

- A ja muszę pójść z tobą do łóżka. - Serce gwałtownie skoczyło jej do gardła. 

- Ja, och, jestem teraz w pracy. Moja przerwa już minęła, a Stenerson... 

- Może do niego zadzwonię? - zaproponował z uśmiechem, całując jej palce. Kac zmalał 

do tępego bólu z tyłu głowy. - Powiem mu, że jego asystentka jest mi na parę godzin koniecznie 

potrzebna. 

- Myślę, że... 

- Znów zaczynasz - mruknął, zbliżając usta do jej twarzy. 

- Kiedy naprawdę muszę... Muszę wracać do biura. A poza tym najpierw chcę być pewna. 

- Zebrała całą siłę woli i odsunęła się od niego. - Muszę wiedzieć, co robię. 

Sloan nerwowo zacisnął dłonie. 

- Coś ci powiem, Calhoun. Dobrze się nad tym zastanów, przemyśl sobie wszystko. Tak 

jak się umawialiśmy wcześniej, daję ci na to czas do dnia ślubu Trenta i CC. A po ślubie, jeśli do 

mnie nie przyjdziesz, to lepiej nie pokazuj mi się na oczy. 

Między jej brwiami pojawiła się zmarszczka. 

- To brzmi jak ultimatum. 

-  Nie,  to  jest  fakt.  Na  twoim  miejscu  skorzystałbym  z  tych  drzwi,  dopóki  jeszcze  masz 

taką możliwość. 

Zbierając  całą  godność,  z  przylepionym  do  twarzy  nonszalanckim  uśmiechem 

pomaszerowała do drzwi. 

- Miłego śniadania - rzuciła na odchodnym i mściwie trzasnęła drzwiami. 

- Nie sądziłam, że będę taka zdenerwowana powiedziała CC, patrząc na ślubną sukienkę. 

- Może lepiej byłoby, gdybym ubrała się w normalne ciuchy. 

- Nie gadaj bzdur i przestań się kręcić - mruknęła Amanda, która właśnie nakładała róż na 

policzki siostry. - Powinnaś być zdenerwowana. 

-  Dlaczego?  -  wzruszyła  ramionami  CC.  Kocham  Trenta  i  chcę  za  niego  wyjść,  więc 

dlaczego właściwie się denerwuję? 

-  Może  powinnam  zawołać  ciocię  Coco  i  poprosić,  żeby  wygłosiła  ci  krótki  wykład  o 

kwiatkach i pszczółkach? - uśmiechnęła się Amanda. 

-  Bardzo  zabawne  -  prychnęła  Catherine,  ale  również  musiała  się  uśmiechnąć.  -  Kiedy 

Suzanna tu przyjdzie? 

Mówiłam  ci  przecież,  jak  tylko  ubierze  dzieci.  Jenny  jest  zachwycona,  że  będzie  niosła 

background image

kwiaty,  ale  Alex  buntuje  się  przeciwko  poduszce  z  obrączkami.  Wolałby  maszerować  z 

karabinem  maszynowym  w  ręku.  A  Lilah,  uprzedzam  pytanie,  jest  na  dole  i  sprawdza,  czy 

wszystko  przygotowano  jak  należy.  Chociaż  nie  mogę  pojąć,  dlaczego  obdarzyłyśmy  ją  takim 

zaufaniem. 

- Poradzi sobie. W ważnych sprawach jest odpowiedzialna - rzekła CC uspokajająco. - A 

to jest ważny dzień. 

-  Wiem.  Najważniejszy  dzień  twojego  życia.  -  Amanda  przyłożyła  policzek  do  policzka 

siostry. - Powinnam chyba powiedzieć coś bardzo głębokiego, ale po prostu życzę ci szczęścia. 

-  Dziękuję,  na  pewno  będę  szczęśliwa.  Poza  tym  przecież  tak  naprawdę  nigdzie  nie 

wyjeżdżam, bo większość czasu będziemy spędzać tutaj. 

W  chwilę  później  w  pokoju  pojawiła  się  Suzanna,  prowadząc  ze  sobą  dzieci.  Na  widok 

CC. w ślubnej sukni w jej oczach zabłysły łzy. 

- Wyglądasz wspaniale. 

- Naprawdę? - upewniała się niespokojnie CC, poprawiając koronkę przy szyi. Sukienka z 

białego  jedwabiu  miała  prosty  krój,  ozdobiona  była  tylko  odrobiną  koronki  przy  szyi  i  na  dole 

spódnicy. 

- Może trzeba było wybrać jakiś mniej uroczysty strój? 

- Nie, ta suknia jest doskonała. - Suzanna potrząsnęła głową i pochyliła się nad synem. - 

Alex, bardzo cię proszę, stój przez chwilę spokojnie. 

Chłopiec wykrzywił twarz w grymas wyćwiczony przed lustrem. 

- Nienawidzę muszek. 

-  Wiem,  ale  jeśli będziesz się tak wiercił, to w końcu wepchnę ci ją do ust - westchnęła 

Suzanna i wyprostowała się. -  Mam  coś  dla ciebie - zwróciła się do CC, podając  jej niewielkie 

pudełeczko.  W  środku  znajdował  się  pojedynczy  szafir  w  kształcie  łzy  zawieszony  na  złotym 

łańcuszku. 

- Naszyjnik mamy - szepnęła CC. 

-  Ciocia  Coco  dała  mi  go,  gdy...  w  dzień  mojego  ślubu  -  wyjaśniła  Suzanna,  zapinając 

łańcuszek na szyi siostry. - Chcę, żebyś ty też go miała na sobie w tym dniu. 

CC zacisnęła palce na kamieniu. 

- Już się nie denerwuję - stwierdziła nagle ze zdziwieniem. 

-  Pójdę  na  dół  i  sprawdzę,  czy  wszystko  gotowe  -  poderwała  się  Amanda.  -  Przyślę  tu 

background image

Lilę. 

Zbiegła po schodach i zatrzymała się na moment przed dużym lustrem w holu. 

-  Świetnie  wyglądasz  -  usłyszała  nagle  za  swoimi  plecami.  Obejrzała  się  i  zobaczyła 

elegancko ubranego Sloana. 

-  Dziękuję  -  odrzekła  i  przez  chwilę  stali  obok  siebie  w  niezręcznym  milczeniu, 

mężczyzna we fraku i kobieta w jedwabnej sukience w kolorze brzoskwini. - Gdzie jest Trent? 

-  Potrzebował  chwili  czasu  dla  siebie.  Ojciec  udzielił  mu  kilku  dobrych  rad.  -  Sloan 

uśmiechnął  się  powoli.  -  Przypuszczam,  że  po  tylu  ślubach  wypracował  sobie  interesującą 

filozofię  życia.  -  Zauważył  wyraz  twarzy  Amandy  i  roześmiał  się  głośno.  -  Nie  martw  się, 

podsunąłem mu kieliszek szampana oraz Coco. Zdaje się, że są przyjaciółmi z dawnych lat. 

-  Coco  chyba  poznała  go  kiedyś,  dawno  temu  -  powiedziała  Amanda.  -  Fantastycznie 

wyglądasz.  Nie  spodziewałam  się,  że  będzie  ci  dobrze  we  fraku.  -  Gdy  Sloan  roześmiał  się  z 

pewnym  przymusem,  dodała  szybko:  -  To  znaczy,  nie  sądziłam,  że  tak  dobrze  będzie  na  tobie 

leżał. To znaczy... 

- Ładnie wyglądasz, kiedy jesteś zmieszana. W końcu zamilkła i tylko uśmiechnęła się do 

niego. 

- Muszę już iść. Za kilka minut zaczynamy. Trzeba się zająć gośćmi. 

- Prawie wszyscy są już w ogrodzie. 

- Fotograf. 

- Wszystko ustalone. 

- Szampan. 

- Chłodzi się. Czyżby śluby wprawiały cię w zdenerwowanie, Calhoun? 

- Ten akurat tak. 

- Zachowasz jeden taniec dla mnie? 

- Oczywiście. 

Dotknął białego kwiatu w jej włosach. 

- A później? 

- Ja... 

-  CC.  jest  gotowa!  -  zawołał  Alex  ze  szczytu  schodów.  -  Zacznijmy  już,  żeby  wreszcie 

mieć to z głowy! 

Sloan roześmiał się i ucałował palce Amandy. 

background image

- Nie martw się, dopilnuję, żeby pan młody znalazł się na swoim miejscu. 

- Dobrze, i... A niech to! - prychnęła i podniosła słuchawkę dzwoniącego telefonu. - Halo? 

Och,  William.  Naprawdę  nie  mogę  teraz  rozmawiać.  Za  chwilę  zaczyna  się  ślub...  Jutro?  Nie, 

oczywiście. Hm... tak, może być. Najlepiej późnym popołudniem. O trzeciej? W takim razie do 

zobaczenia. 

Odłożyła słuchawkę i napotkała chłodne spojrzenie Sloana. 

- Lubisz ryzyko, Calhoun. 

- To nie było to, o czym myślisz. Jakie ryzyko? 

- Pomówimy o tym później. Teraz trzeba już iść. 

- Masz rację - odrzekła i rozeszli się w dwóch przeciwnych kierunkach. 

W chwilę później trzy siostry Calhoun po kolei przemierzały ogrodową ścieżkę. Pierwsza 

szła  Suzanna,  potem  Lilah,  następnie  Amanda,  a  za  nią  rozpromieniona  Jenny  i  rozpaczliwie 

skrępowany  Alex.  Zajęli  swoje  miejsca.  Amanda  z  trudem  powstrzymywała  się,  by  nie  szukać 

Sloana wzrokiem. Zapomniała jednak o wszystkim, gdy zobaczyła nadchodzącą CC. z welonem 

upiętym na włosach. Obok niej szła zapłakana Coco. 

Ś

lub został zawarty w altanie oplecionej rozkwitającą właśnie glicynią. Amanda patrzyła 

przez  łzy,  jak  jej  nowy  szwagier  wsuwa  na  palec  CC  wysadzaną  szmaragdami  obrączkę. 

Spojrzenie,  jakie  wymienili  nowożeńcy,  odzwierciedlało  ich  uczucia  lepiej  niż  wszelkie 

przysięgi. CC. podniosła głowę i Trent po raz pierwszy pocałował swoją żonę. 

- Czy to już wreszcie koniec? - dopytywał się Alex. 

- Nie - odpowiedziała Amanda, nieświadomie przenosząc wzrok na Sloana. - To dopiero 

początek. 

- Piękny ślub - stwierdził ojciec Trenta. Amanda, przed chwilą wycałowana przez niego w 

oba policzki, skinęła głową. 

- Trent mówił, że to pani była odpowiedzialna za organizację. 

- Umiem sobie radzić ze szczegółami - powiedziała i podała mu talerz z bufetu. 

- Słyszałem o tym - uśmiechnął się starszy pan St. James. Był szczupły, mocno opalony i 

bardzo ekspansywny. - Słyszałem także, że wszystkie siostry Calhoun są piękne. Teraz mogę to 

potwierdzić osobiście. 

Elegancki flirciarz, pomyślała Amanda, napełniając jego talerz zakąskami z bufetu. 

- Bardzo nam milo powitać pana w rodzinie - powiedziała głośno. 

background image

- To wszystko ułożyło się bardzo dziwnie - potrząsnął głową pan St. James. - Rok temu 

zauważyłem  ten  dom  z  pokładu  łodzi  i  poczułem,  że  muszę  go  mieć.  A  teraz  część  tego  domu 

powiększy  moją  korporację,  zaś  cały  -  moją  rodzinę.  -  Zwrócił  spojrzenie  na  CC.  i  Trenta, 

tańczących na tarasie. 

-  On  jest  z  nią  szczęśliwy  -  powiedział  cicho.  -  Mnie  nigdy  nie  udało  się  dokonać  tej 

sztuki. - Wzruszył ramionami i zapytał: - Zechce pani zatańczyć? 

- Z wielką przyjemnością. 

Nie  zdążyli  jednak  zrobić  nawet  trzech  kroków,  gdy  obok  nich  pojawił  się  Sloan, 

prowadzący w tańcu Coco. Pierwszy drużba zarządził zmianę partnerów. 

- Mogłeś przynajmniej zapytać - wymruczała Amanda, gdy zamknął ją w ramionach. 

-  Przecież  pytałem  wcześniej,  a  Coco,  flirtując  z  nim,  przynajmniej  zapewni  mu  trochę 

rozrywki i nie będzie go traktować jak dalekiego kuzyna. 

-  Bo  jest  teraz  dalekim  kuzynem  -  zauważyła  Amanda,  dostrzegła  jednak  ponad 

ramieniem  Sloana  roześmianą  twarz  starszego  St.  Jamesa.  -  Chyba  masz  rację.  Nieźle  sobie 

radzą. 

- Świetnie wszystko zorganizowałaś - zauważył Sloan. - Dobra robota. 

- Dziękuję, ale mam nadzieję, że nieprędko będę musiała urządzać kolejny ślub. 

- A czy ty sama nie chciałabyś wyjść za mąż? - zapytał znienacka. 

Amanda zmyliła krok i potknęła się. 

- Nie... to znaczy tak, ale właściwie nie. 

- To bardzo precyzyjna odpowiedź. 

-  Chciałam  powiedzieć,  że  nie  zamierzam  wychodzić  za  mąż  jeszcze  przez  jakiś  czas. 

Organizowanie  hotelu  w  Towers  zajmie  mi  kilka  lat.  Zawsze  chciałam  zarządzać  hotelem 

pierwszej klasy, tworzyć jego podstawy, a nie tylko wprowadzać w życie pomysły innych ludzi. 

Teraz, gdy Trent daje mi taką szansę, nie mogę sobie pozwolić na rozpraszanie uwagi. 

-  Ciekawy  punkt  widzenia.  Ja  zawsze  obawiałem  się  raczej  tego,  że  grzęznę  w  jednym 

miejscu, przykuty do jednej osoby. Bałem się, że potem może się okazać, iż popełniłem błąd. 

-  Tak,  to  też  jest  powód  -  uśmiechnęła  się  Amanda.  -  Nigdy  cię  o  to  nie  pytałam,  ale 

przypuszczam, że sporo podróżujesz. 

-  Tu  i  tam.  Deskę  do  rysowania  łatwo  jest  zabrać  ze  sobą.  Ty  też  może  polubiłabyś 

podróże.  Mogłabyś  sprawdzić  poziom  hoteli  konkurencji.  Może  pójdziemy  w  jakieś  ustronne 

background image

miejsce i porozmawiamy o tym szerzej? 

-  Przykro  mi,  ale  muszę  tu  zostać.  A  jeśli  chcesz  być  pomocny,  to  przynieś  z  kuchni 

jeszcze kilka butelek szampana. Ja pójdę na górę po serpentyny. Są w moim pokoju. 

- Po co ci serpentyny? 

- Trzeba udekorować samochód państwa młodych. To tradycja. 

Razem ruszyli w stronę domu. 

- Może pójdę z tobą po te serpentyny? - zaproponował po drodze Sloan. 

- Nie. Trzeba to zrobić, zanim oni wrócą z podróży poślubnej - roześmiała się i pobiegła 

na  górę.  Była  w  połowie  długości  korytarza  na  pierwszym  piętrze,  gdy  usłyszała  nad  głową 

skrzypienie deski. Zatrzymała się i nasłuchiwała. To były kroki. Może któryś z gości zawędrował 

na górę, pomyślała i zawróciła w stronę schodów. 

Na podeście drugiego piętra zobaczyła Freda, który spał zwinięty w kłębek. 

- Niezły z ciebie pies obronny - mruknęła i przykucnęła obok zwierzęcia. Potrząsnęła nim, 

pies jednak tylko zachrapał głośniej. 

- Fred? - zaniepokoiła się Amanda i znów nim potrząsnęła, tym razem mocniej. Zwierzę 

nie zareagowało. Wzięła go na ręce. Ciało szczeniaka było zupełnie bezwładne. 

Naraz ktoś popchnął ją od tyłu. Uderzyła głową w ścianę, ale nie straciła przytomności i 

zaraz podniosła się na kolana, wciąż trzymając Freda na rękach. Ktoś zbiegał w dół po schodach. 

Amanda zerwała się na nogi i pobiegła za nim. 

Na pierwszym piętrze zatrzymała się, nasłuchując. Usłyszała głośne przekleństwo na dole 

i  tam  skierowała  kroki.  Potknęła  się  na  ostatnim  stopniu.  Sloan,  który  wyrósł  jak  spod  ziemi, 

podtrzymał ją za ramię. 

-  Gdzie  się  tak  śpieszysz?  -  uśmiechnął  się,  przygładzając  jej  włosy.  -  Co  się  stało, 

potknęłaś się o psa? - dodał na widok Freda, którego trzymała pod pachą. 

- Widziałeś go? - wysapała. 

- Kogo? 

- Ktoś był na górze. Zakradł się na drugie piętro. Zrobił coś Fredowi. 

-  Zaczekaj.  -  Sloan  łagodnie  poprowadził  ją  do  schodów  i  posadził  na  stopniu.  -  Pokaż 

tego psa. 

Wyjął  Freda  z  jej  rąk  i  uniósł  mu  powiekę,  a  potem  zaklął.  Gdy  znów  spojrzał  na 

Amandę, jego oczy miały ponury wyraz, jakiego jeszcze nigdy w nich nie widziała. 

background image

- Ktoś dał mu środki nasenne. 

- Po co? - zdumiała się. 

- Zapewne po to, żeby nie szczekał. Powiedz mi, co się stało. 

-  Usłyszałam,  że  ktoś  chodzi  po  korytarzu  drugiego  piętra,  i  poszłam  na  górę  zobaczyć, 

kto to taki. Na schodach znalazłam Freda. Pochyliłam się nad nim i wtedy ktoś mnie popchnął na 

ś

cianę. 

- Nic ci się nie stało? - zawołał Sloan z lękiem. 

- Nie, choć przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje. Gdyby nie to, tobym go dopadła. 

Sloan przymrużył oczy i odchylił się do tyłu na piętach. 

- A nie przyszło ci do głowy, żeby zawołać pomoc? 

- Nie - przyznała. 

- Idiotka. 

-  Posłuchaj,  O’Riley,  nie  pozwolę,  żeby  ktoś  łaził  po  moim  domu  i  truł  mi  psa.  Takie 

rzeczy nikomu nie ujdą na sucho. Gdyby nie to, że mnie zaskoczył, tobym go złapała. 

-  A  potem  co  byś  zrobiła?  -  wybuchnął  Sloan.  -  Rany  boskie,  Amando,  czy  nie  zdajesz 

sobie sprawy, że on mógł wyrządzić ci krzywdę? 

Prawdę mówiąc, nie przyszło jej to do głowy. Lecz to niczego nie zmieniało. 

-  Umiem  o  siebie  zadbać.  Ktokolwiek  włamał  się  do  domu,  odpowie  za  to.  W  każdym 

razie myślę, że go przestraszyłam. Uciekał tak szybko, że pewnie już jest we wsi i myślę, że tu 

nie wróci. Co jednak będzie z Fredem? 

- Ja się nim zajmę - stwierdził krótko Sloan i wziął psa z jej rąk. -  Musi swoje odespać. 

No i trzeba zadzwonić po policję. 

-  Ale  dopiero  po  weselu!  -  oburzyła  się  Amanda.  -  Nie  mam  zamiaru  psuć  uroczystości 

CC.  i  Trentowi  tylko  dlatego,  że  jakiś  bałwan  wybrał  się  na  poszukiwanie  skarbów.  Pójdę  na 

drugie  piętro  i  sprawdzę,  czy  niczego  nie  brakuje,  a  potem  wrócę  do  ogrodu  i  dopilnuję,  żeby 

przyjęcie dobiegło końca bez żadnych zgrzytów. Dopiero potem mogę zadzwonić na policję. 

- Jak zwykle zdążyłaś już sobie wszystko ładnie zaplanować - mruknął Sloan z ironią - ale 

w życiu nie zawsze jest to możliwe! 

- Sam się przekonasz. 

- Nie, to ty się przekonasz! Nie chcesz pozwolić, by takie drobiazgi jak włamanie z próbą 

kradzieży i czynną napaścią fizyczną pokrzyżowały twoje krótkoterminowe plany. Tak samo, jak 

background image

nie zgadzasz się, by ktokolwiek pokrzyżował ci plany długoterminowe. 

- Nie rozumiem, o co się tak złościsz. 

-  Jasne,  że  nie  rozumiesz  -  rzekł  Sloan  napiętym  głosem.  -  Usłyszałaś  w  domu  kroki 

jakiegoś  włamywacza,  zostałaś  uderzona  w  głowę  i  nawet  ci  nie  przyszło  na  myśl,  by  mnie 

zawołać.  Nigdy  nie  pomyślisz  o  tym,  by  poprosić  kogoś  o  pomoc,  nawet  jeśli  ten  ktoś  jest  w 

tobie zakochany. 

- Robiłam to, co musiałam zrobić - odrzekła Amanda z wysiłkiem. 

- Tak - zgodził się Sloan, powoli kiwając głową. - Teraz też zrobisz to, co musisz zrobić. 

A ja nie będę ci wchodził w drogę. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Obiecał sobie, że nie będzie jej wchodził w drogę. Ta kobieta dość mu już namieszała w 

głowie. 

Stał  na  balkonie  swojego  apartamentu,  próbując  się  cieszyć  upajającym  majowym 

wieczorem.  Wyszedł  z  przyjęcia  w  Towers  najwcześniej,  jak  tylko  mógł.  Uważał,  że  wypełnił 

wszystkie swoje obowiązki. Nie tylko Amanda była do tego zdolna. Przy pomocy Suzanny i jej 

dzieci Sloan udekorował samochód nowożeńców. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem obsypał 

ich ryżem i nawet pożyczył Coco swoją chusteczkę, gdy już gruntownie przemoczyła wszystkie, 

jakie miała. Potem jeszcze wraz ze zmartwioną Lilah poczekał, aż Fred się obudził. 

W końcu nadeszła odpowiednia chwila, by zniknąć z przyjęcia, i Sloan natychmiast z niej 

skorzystał. Amanda go nie potrzebowała, on zaś dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo go to 

rani. Chciał być jej niezbędny, chciał nosić ją na rękach, ona zaś zajęta była ściganiem złodziei 

albo umawianiem się z mężczyzną o imieniu William. Doszedł do wniosku, że więcej nie będzie 

robił  z  siebie  durnia.  Każde  z  nich  miało  swoją  pracę,  swoje  życie  i  nadszedł  już  czas,  by 

poustawiać  wszystko  we  właściwej  perspektywie.  Tylko  kompletny  wariat  mógł  się  uwikłać  w 

uczucie  do  kobiety,  która  nie  uznawała  żadnych  kompromisów.  Każdy  rozsądny  mężczyzna 

zacząłby się raczej rozglądać za jakąś miłą, spokojną dziewczyną, która zapewniłaby mu chwilę 

wytchnienia po całym dniu ciężkiej pracy i nie czepiałaby się każdego słowa. 

Postanowił wyrzucić Amandę Calhoun z myśli i od razu poczuł się szczęśliwszy. 

- Sloan. 

Odwrócił  się  i  zobaczył  ją  w  drzwiach  łączących  balkon  z  sypialnią.  Zdążyła  się  już 

przebrać. Teraz miała na sobie prostą bawełnianą bluzkę i spodnie. 

- Pukałam - zaczęła się tłumaczyć, ale po chwili tylko wzruszyła ramionami i weszła na 

balkon. - Bałam się, że nie zechcesz mnie wpuścić, więc wzięłam zapasowy klucz. 

- Czy to nie jest niezgodne z zasadami obowiązującymi w tym hotelu? 

- Owszem. Przepraszam, ale w domu nie mogłam z tobą porozmawiać. Chyba nawet nie 

miałam na to jeszcze ochoty.  A potem,  gdy policja już pojechała i  wszystko zaczęło wracać do 

normy, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. 

Sloan stał niewzruszony i słuchał, nie przerywając jej ani jednym słowem. Nadal miał na 

sobie białą koszulę, rozpiętą i wyciągniętą z wieczorowych spodni. Był boso. Przez cały czas nie 

background image

spuszczał z niej uważnego spojrzenia. 

-  Chyba  nie  lubię  zostawiać  za  sobą  nie  dokończonych  spraw  wzruszyła  bezradnie 

ramionami. 

-  W  porządku  -  mruknął.  Zapalił  cygaro  i  oparł  się  o  barierkę  tarasu.  -  W  takim  razie 

dokończ teraz. 

-  To  nie  jest  takie  proste.  Przedtem  byłam  zdenerwowana  i  zła,  bo  ktoś  zakradł  się  do 

mojego domu.  Wiem,  że się o  mnie martwiłeś,  a ja niepotrzebnie na  ciebie nakrzyczałam. Gdy 

się uspokoiłam, zrozumiałam, że po prostu miałeś żal o to, iż nie poprosiłam cię o pomoc. 

- Jakoś to przeżyję. 

- To nie tak... - Urwała i przeszła na drugą stronę balkonu. - Widzisz, ja przywykłam do 

tego,  że  zwykle  muszę  radzić  sobie  ze  wszystkim  sama.  To  j  a  zawsze  potrafiłam  znaleźć 

rozsądne wyjście z każdej sytuacji. Gdy jest coś do zrobienia, po prostu to robię. To nieprawda, 

ż

e nigdy nie potrzebuję pomocy, tylko że... najczęściej to mnie ktoś prosi o pomoc, więc... 

- Sposób, w jaki radzisz sobie z różnymi sytuacjami, to jedna z rzeczy, jakie najbardziej w 

tobie podziwiam, Amando - powiedział Sloan, patrząc na nią. - Może mi powiesz, co zamierzasz 

zrobić ze mną? 

-  Nie  mam  pojęcia  -  odrzekła  drżącym  głosem.  -  I  wcale  mi  się  to  nie  podoba.  Zwykle 

wiem, jak powinnam postąpić, jeśli tylko mam trochę czasu, żeby się nad tym zastanowić, ale w 

tym przypadku nic nie potrafię wymyślić. 

- Może to dlatego, że dwa i dwa nie zawsze daje cztery. 

-  Choć  powinno!  Mnie  takie  rachunki  zawsze  się  zgadzały.  Wiem  tylko,  że  przy  tobie 

czuję się... tak, jak jeszcze nigdy się nie czułam. I to mnie przeraża. Wiem, że dla ciebie to jest 

łatwe, ale dla mnie nie. 

- Łatwe dla  mnie? - powtórzył. - Naprawdę tak myślisz? - Gwałtownie  rzucił cygaro na 

taras  i  rozgniótł  je.  -  Odkąd  zobaczyłem  cię  po  raz  pierwszy,  żyję  jak  w  gorączce.  Jakbym 

postradał zmysły, po prostu oszalał. Wierz mi, Amando, dla mężczyzny nie jest to łatwa sytuacja. 

Amanda z trudem wydobywała z siebie głos. 

-  Nikt  nigdy  nie  pragnął  mnie  tak  jak  ty.  To  mnie  przeraża  -  szepnęła.  -  I  ja  też  nigdy 

nikogo nie pragnęłam równie mocno. To przeraża mnie jeszcze bardziej. 

Sloan wyciągnął rękę i pochwycił ją za przegub. 

- Nie spodziewaj się, że pozwolę ci mówić takie rzeczy, a potem spokojnie stąd odejść. 

background image

- Nie proszę o to - potrząsnęła głową. 

- W takim razie powiedz wyraźnie, czego chcesz. 

-  A  niech  cię,  Sloan,  nie  chcę,  żebyś  zachowywał  się  rozsądnie.  Nie  chcę  już  myśleć, 

zastanawiać się, planować każdy krok. Chcę, żebyś już teraz, w tej chwili sprawił, że przestanę 

myśleć. 

Zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i  przycisnęła  usta  do  jego  ust.  Czuła  jednocześnie  lęk  i 

euforię. Obawiała się,  że robi krok w przepaść,  a jednocześnie wiedziała, że czyni to z szeroko 

otwartymi oczami. 

- Sloan... 

- Nic nie mów. Ani słowa. Tylko wejdźmy do środka. 

Pociągnął  ją  z  balkonu  do  sypialni,  zostawiając  drzwi  otwarte  na  zapachy  nocy  i  szum 

oceanu. 

Leżał  z  ustami  przyciśniętymi  do  jej  szyi.  Amanda  oddychała  równo  i  głęboko. 

Zastanawiał się, czy usnęła, ale gdy odsunął się nieco, jej ramiona znów go przyciągnęły. 

- Nie - szepnęła. - Nie chcę, żeby to się już skończyło. 

Sloan obrócił się na plecy i pociągnął ją na siebie. 

- Tak dobrze? 

- Tak - uśmiechnęła się, pocierając policzkiem o jego policzek. - Chyba nigdy w życiu nie 

było mi tak dobrze. 

Sloan objął jej twarz dłońmi i przyjrzał się jej uważnie. 

- Nic nie widzę. Za ciemno tu - mruknął i pstryknął wyłącznikiem nocnej lampki. 

Amanda zakryła oczy dłonią. Po co to zrobiłeś? 

- Bo chcę cię widzieć, gdy będę się z tobą kochał. 

- Znowu? - roześmiała się szczerze. - Chyba żartujesz. 

- Nie, proszę pani. Nie zamierzam kończyć przed świtem. 

Leniwie przytuliła się do niego całym ciałem. 

- Nie mogę tu zostać przez całą noc. Chcesz się założyć? 

- Naprawdę nie mogę. Bardzo tego żałuję, ale rano mam całą masę rzeczy do zrobienia. 

Och... - Westchnęła, gdy jego dłonie znów zaczęły wędrować po jej ciele. - Masz takie wspaniałe 

ręce. Wspaniałe - zamruczała, całą sobą zatracając się w długim pocałunku. 

- Zostań. 

background image

Amanda znów zadrżała. 

- Może zostanę jeszcze trochę. 

Powoli  odzyskiwała  świadomość.  Wyciągnęła  rękę  i  niechętnie  otworzyła  oczy.  Jasne 

ś

wiatło  słońca  zalewało  sypialnię.  Była  sama  w  łóżku.  Przeczesała  potargane  włosy  palcami  i 

usiadła. 

Dopiął swego, pomyślała z uśmiechem. Jednak została tu przez całą noc, a on sycił się nią 

aż do świtu. Musiała przyznać, że była to najwspanialsza noc w jej życiu. 

Tylko gdzie się podziewał Sloan? 

Drzwi otworzyły się i stanął w progu, popychając przed sobą wózek ze śniadaniem. Dzień 

dobry. 

- Dzień dobry - uśmiechnęła się. Czuła się nieco skrępowana, bo siedziała na łóżku nago, 

on zaś był kompletnie ubrany. 

-  Zamówiłem  nam  śniadanie  -  oznajmił  i  wyczuwając  jej  rozterkę,  rzucił  jej  hotelowy 

szlafrok. 

-  Z  najlepszymi  życzeniami  od  hotelu  Bay  Watch  -  zaśmiał  się.  -  Może  zjemy  na 

balkonie? 

-  Dobry  pomysł.  Poczekaj  na  mnie  chwilę!  -  Gdy  wyszła  na  balkon,  zobaczyła  stół 

nakryty  lazurowym  obrusem  i  pojedynczą  różę  w  szklanym  wazonie.  Poczuła  się  głęboko 

wzruszona. 

- Pomyślałeś o wszystkim. 

-  Tylko  o  tobie  -  uśmiechnął  się.  -  Do  tej  pory  nigdy  nie  udało  mi  się  zaprosić  cię  na 

posiłek, więc możemy to potraktować jak pierwszą randkę. 

Amanda niepewnie mięła serwetkę w palcach. 

Uświadomiła sobie, że Sloan ma rację. Nigdy jeszcze nie jechali razem samochodem, nie 

jedli  wspólnie  pizzy,  nie  spacerowali  po  parku,  nie  byli  w  kinie  ani  w  teatrze,  a  nawet  nie 

rozmawiali przez telefon... To było idiotyczne. I przerażające. 

- Sloan, zdaję sobie sprawę, że w tym momencie może to zabrzmieć głupio, ale... nie mam 

zwyczaju  spędzać  nocy  z  mężczyznami  w  pokojach  hotelowych.  Nigdy  jeszcze  nie  byłam  tak 

blisko z kimś, kogo bym znała tak krótko jak ciebie. 

-  Nie  musisz  mi  tego  mówić  -  odrzekł  poważnie,  kładąc  rękę  na  jej  dłoni.  -  Dla  nas 

obydwojga  wszystko  zdarzyło  się  bardzo  szybko.  Może  to  dlatego,  że  łączy  nas  coś 

background image

szczególnego.  Jestem  w  tobie  zakochany,  Amando.  Nie,  nie  odsuwaj  się.  Zwykle  mam  wiele 

cierpliwości,  ale  przy  tobie  bardzo  trudno  było  mi  się  na  nią  zdobyć.  Postaram  się  dać  ci  tyle 

czasu, ile będziesz potrzebowała. 

- A co by się stało, gdybym ci powiedziała, że ja też jestem w tobie zakochana? 

W oczach Sloana pojawił się dziwny błysk. 

- Na niektóre pytania nie da się odpowiedzieć z góry. Musisz zaryzykować i sprawdzić. 

- Nigdy nie miałam skłonności do hazardu - powiedziała, przygryzając wargę. - Gdybym 

nie była w tobie zakochana, to możesz być pewien, że wczoraj wieczorem nie przyszłabym tutaj. 

Sloan podniósł jej dłoń do ust. 

- Wiem - powiedział z uśmiechem. Amanda roześmiała się z ulgą. 

- Wiedziałeś o tym, ale zmusiłeś mnie, bym ci to powiedziała! 

- To prawda - przyznał i jego spojrzenie nagle spoważniało. - Musiałem usłyszeć te słowa 

od ciebie. Amando, nie tylko kobiety potrzebują słów. 

-  Kocham  cię,  ale  nadal  trochę  się  tego  boję  -  przyznała.  -  Wolałabym,  żebyśmy  się  za 

bardzo z niczym nie śpieszyli. 

- Dobrze. Możemy zacząć od tego, że umówimy się na pierwszą randkę. 

Amanda posmarowała grzankę masłem i przełamała ją na pół. 

- Wiesz, że nigdy jeszcze nie byłam na żadnym z tych balkonów? 

-  Nigdy  nie  zakradałaś  się  do  pustego  pokoju  i  nie  udawałaś,  że  jesteś  gościem 

hotelowym? - roześmiał się. - Nie, to nie w twoim stylu. Nawet by ci to nie przyszło do głowy. 

Więc jak się teraz czujesz? 

- No cóż, łóżko jest wygodne, szlafrok nie uwiera, a widok zapiera dech... ale w Towers 

będzie  jeszcze  lepiej.  Prywatne  sauny,  romantyczne  kominki,  darmowy  szampan  do  każdej 

rezerwacji...  muszę  przekonać  Trenta  do  tego  pomysłu...  posiłki  przyrządzone  przez  Coco, 

ś

wiatowej  sławy  szefa  kuchni,  i  do  tego  wnętrza  z  epoki,  a  na  dodatek  duch  prababki  Bianki  i 

ukryty  skarb  -  wyliczała  z  brodą  opartą  na  rękach.  -  Chyba  że  wcześniej  uda  nam  się  znaleźć 

naszyjnik. 

- Czy naprawdę wierzysz, że te szmaragdy w ogóle jeszcze istnieją? 

-  Tak,  ale  nie  z  tych  samych  powodów,  co  ciocia  Coco  czy  Lilah.  Nie  trzeba  tu  żadnej 

mistyki, bo wystarczy zwykła logika. Szmaragdy naprawdę istniały. Gdyby zostały sprzedane, to 

już byśmy o tym wiedziały. A to oznacza, że nadal gdzieś tam są. Klejnoty warte ćwierć miliona 

background image

dolarów nie przepadają ot, tak sobie. 

Sloan ze zdumieniem uniósł brwi. 

- Naprawdę są aż tak cenne? 

- Teraz na pewno są warte więcej, nie licząc nawet wartości artystycznej. 

Dla Sloana w tej chwili wszystko zaczęło wyglądać zupełnie inaczej. 

-  To  znaczy,  że  pięć  kobiet  i  dwoje  dzieci  mieszka  bez  żadnej  ochrony  w  domu 

wyładowanym antykami, gdzie w dodatku znajdują się klejnoty warte fortunę. I nie ma żadnego 

systemu zabezpieczeń. 

Amanda zmarszczyła brwi. 

-  Ściśle  rzecz  biorąc,  dom  nie  jest  wyładowany  antykami,  bo  wiele  rzeczy  musiałyśmy 

sprzedać. I nigdy nie było żadnych kłopotów. Nie jesteśmy bezradnymi istotami. 

- Wiem, wiem, kobiety z rodziny Calhounów potrafią same o siebie zadbać, i tak dalej, i 

tak dalej. Zaczynam myśleć, że te kobiety są nie tylko uparte, ale również głupie. 

- Zaraz, zaczekaj chwilę... 

-  Nie,  to  ty  zaczekaj!  -  zawołał  Sloan,  mierząc  widelcem  w  jej  pierś.  -  Pierwszą  rzeczą, 

jaką zrobimy, będzie założenie alarmu. 

Po  wczorajszych  wypadkach  Amanda  doszła  do  tego  samego  wniosku,  ale  to  jeszcze 

wcale nie oznaczało, że Sloan będzie jej wydawał rozkazy. 

- Nie pozwalam ci rządzić moim życiem - powiedziała z irytacją. 

-  Więc  z  powodu  uporu  chcesz  zignorować  oczywiste  zagrożenie?  Tylko  dlatego,  że  ja 

pierwszy  powiedziałem  o  alarmie?  Chcesz  zaryzykować,  że  ktoś  włamie  się  do  domu  i  zrani 

któreś z dzieci? 

- Nie mów mi, co mam myśleć. Już od dwóch tygodni poszukuję odpowiedniego systemu 

alarmowego. 

- To dlaczego od razu tego nie powiedziałaś? 

- Bo ty byłeś za bardzo zajęty wydawaniem rozkazów. - Usłyszała dźwięk rożka na jednej 

z przepływających żaglówek i zapytała: - Która jest właściwie godzina? 

- Około pierwszej. 

Oczy Amandy stały się wielkie jak spodki. 

- Pierwsza? - powtórzyła. - Po południu? Niemożliwe, przecież dopiero co wstaliśmy! 

- To zupełnie możliwe, kiedy usypiasz dopiero o świcie. 

background image

-  Mam  mnóstwo  rzeczy  do  zrobienia!  -  zawołała,  zrywając  się  od  stołu.  -  Trzeba 

posprzątać po przyjęciu. Ojciec Trenta miał przyjść na śniadanie dwie godziny temu, a na trzecią 

umówiłam się z Williamem! 

-  Powoli  -  mruknął  Sloan,  również  się  podnosząc.  -  W  dalszym  ciągu  zamierzasz  się  z 

nim spotkać? 

- Z panem  St. Jamesem? Na pewno już wyjechał. Nie mogę  uwierzyć, że okazałam taki 

brak dobrych manier! 

-  Z  Williamem  -  sprostował  Sloan.  -  Z  tym  atrakcyjnym,  inteligentnym  mężczyzną,  z 

którym kilka dni temu byłaś na jakiejś cholernej kolacji. 

- Oczywiście, że zamierzam się z nim spotkać! 

- Nie - powiedział Sloan, przyciągając ją do siebie. - Nie zrobisz tego. 

W oczach Amandy zapaliło się niebezpieczne światełko. 

- Dopiero co ci powiedziałam, że nie będziesz rządził moim życiem! 

- Nic mnie nie  obchodzi, co mi mówiłaś.  W żadnym  wypadku nie pozwolę na  to, żebyś 

przemknęła prosto z mojego łóżka na spotkanie z innym mężczyzną. 

Amanda westchnęła i uwolniła rękę. 

-  Po  pierwsze,  zapamiętaj  sobie,  że  nie  masz  prawa  na  coś  mi  pozwalać  albo  nie 

pozwalać. Po drugie, to nie jest randka. William Livingston jest pośrednikiem w handlu antykami 

i obiecałam mu, że pokażę mu Towers. On nie będzie tracił czasu podczas wakacji, a ja dostanę 

darmową wycenę. A teraz mnie puść. 

Wyminęła go i poszła pod prysznic. Ledwie jednak zasunęła zasłonkę, ktoś szarpnął ją z 

drugiej strony. 

- Sloan, daj spokój! - zawołała, odgarniając mokre włosy z oczu. 

- On zajmuje się antykami? 

- Przecież ci powiedziałam - odparła zniecierpliwiona i sięgnęła po mydło. 

- I chce przyjrzeć się meblom? 

- Tak. 

Sloan zatknął kciuki za pasek spodni. 

- Pójdę z tobą. 

-  Proszę  bardzo  -  wzruszyła  ramionami,  mydląc  sobie  ramiona.  -  Skoro  masz  ochotę 

zachowywać się jak zaborczy i wściekle zazdrosny macho... 

background image

- W porządku. 

Zauważyła, że Sloan ściąga koszulę. 

- Co ty robisz? 

Z uśmiechem odrzucił ją na bok. 

- Możesz zgadywać do trzech razy, ale taka inteligentna i wszystkowiedząca kobieta jak 

ty powinna trafić od razu. 

Amanda stłumiła śmiech, widząc, że Sloan rozpina suwak spodni. 

- Nie mam teraz czasu na zabawy w wodzie. 

- Możemy szybko połączyć przyjemne z pożytecznym. Co ty na to? 

-  Może  -  zaśmiała  się  i  rzuciła  w  niego  mydłem  ale  pod  jednym  warunkiem:  najpierw 

umyjesz mi plecy. 

Przed  wyjściem  z  samochodu  Livingston  sprawdził  miniaturowy  magnetofon  i  takąż 

kamerę  ukrytą  w  kieszeni.  Bardzo  lubił  techniczne  wynalazki  i  uważał,  że  te  zaawansowane 

technologicznie  urządzenia  dodają  splendoru  jego  pracy.  Od  chwili  gdy  natrafił  w  prasie  na 

wzmiankę o szmaragdach Calhounów, stały się one jego obsesją, znacznie większą niż wszystkie 

inne  klejnoty,  jakie  ukradł  w  swej  długiej  karierze.  Interpol  uważał  go  za  jednego  z 

najinteligentniejszych złodziei w historii kryminalistyki. On sam również był tego zdania. 

Szmaragdy stanowiły wyzwanie, któremu nie potrafił się oprzeć. Nie leżały w sejfie ani w 

muzealnej  gablocie,  nie  zdobiły  szyi  żadnej  bogatej  damy,  tylko  znajdowały  się  gdzieś  w  tym 

dziwnym,  starym  domu,  prowokując  śmiałka,  który  potrafiłby  je  odnaleźć.  Livingston  miał 

nadzieję, że to on okaże się tym szczęśliwcem, któremu się powiedzie ta sztuka. 

Choć  zasadniczo  nie  był  przeciwny  stosowaniu  przemocy  przy  pracy,  starał  się  jej  nie 

nadużywać. Naprawdę żałował, że  musiał ją zastosować wobec Amandy, ale przecież nie mógł 

zaryzykować, że zostanie rozpoznany. 

To  zresztą była jego wina, bo niecierpliwość podszepnęła  mu,  że ślub będzie znakomitą 

okazją, by przeszukać dom. Dzisiaj jednak miał obejrzeć te same pokoje już jako gość. 

Pochodził  z  południowej  części  Chicago,  ale  garnitur  za  dwa  tysiące  dolarów  w 

połączeniu ze  śladem brytyjskiego akcentu i nienagannymi  manierami zapewniały mu wstęp na 

najbardziej ekskluzywne salony. 

Zastukał  do  drzwi  i  czekał.  Najpierw  rozległo  się  głośne  szczekanie  psa.  Twarz 

Livingstona  stwardniała.  Nie  cierpiał  psów,  a  ten  szczeniak  za  drzwiami  omal  go  nie  ugryzł, 

background image

zanim udało mu się nafaszerować go fenobarbitalem. 

Gdy Coco otworzyła drzwi, na twarzy Livingstona gościł już czarujący uśmiech. 

-  Pan  Livingston!  Jak  miło  znów  pana  widzieć!  -  zawołała  Coco,  wyciągając  do  niego 

rękę.  W ostatniej chwili jednak cofnęła ją i pochwyciła obrożę  Freda, który  już przymierzał się 

do skoku na łydkę gościa. - Fred, natychmiast przestań. Jak ty się zachowujesz? - upomniała go 

Coco i znów zwróciła się do gościa: - To naprawdę bardzo łagodny szczeniak i zazwyczaj się tak 

nie zachowuje, ale wczoraj przydarzył mu się przykry wypadek i jeszcze nie doszedł do siebie. - 

Wzięła psa na ręce i zawołała Lilę. - Wejdźmy do salonu, dobrze? 

- Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkadzam, pani McPike, ale nie mogłem się oprzeć 

propozycji Amandy, która zaoferowała mi wycieczkę po tym fascynującym domu. 

-  Pańskie  towarzystwo  jest  dla  nas  radością.  Amandy  jeszcze  nie  ma,  chociaż  nie 

rozumiem, co ją zatrzymało tak długo. Zawsze jest bardzo punktualna. 

- Ja  dobrze wiem, co ją  zatrzymało -  zaśmiała się  Lilah, schodząc na  dół.  Przyjrzała się 

gościowi i natychmiast spoważniała. - Dzień dobry panu, panie Livingston. 

- Dzień dobry, panno Calhoun - odrzekł. Nie podobał mu się wzrok tej dziewczyny. Miał 

wrażenie, że ona widzi go na wylot. 

Coco  znów  zajęła  się  uspokajaniem  Freda,  który  wyrywał  się  jej  z  rąk  i  nie  przestawał 

warczeć na gościa. 

-  Fred,  co  się  z  tobą  dzieje?  Jest  dzisiaj  bardzo  zdenerwowany  -  wyjaśniła  i  oddała  psa 

Lili. Może zabierzesz go do kuchni i dasz mu jakichś ziół? 

Lilah skinęła głową. 

- Zajmę się nim - obiecała i wyszła razem ze szczeniakiem. 

Coco odetchnęła z ulgą. 

-  Może  napije  się  pan  odrobinę  sherry?  A  ja  tymczasem  pokażę  panu  bardzo  ładną 

komodę. Mam wrażenie, że to Karol II. 

- Z przyjemnością - skłonił się uprzejmie Livingston, zauważając przy okazji, że Coco ma 

na szyi sznur przepięknych pereł, uzupełnionych przez kolczyki tej samej klasy. 

Gdy  Amanda  i  towarzyszący  jej  uparcie  Sloan  dotarli  do  domu  w  dwadzieścia  minut 

później,  ciocia  Coco  stała  przed  osiemnastowiecznym  kredensem  i  opowiadała  Livingstonowi 

historię rodziny. 

- Williamie, bardzo cię przepraszam za spóźnienie - powiedziała Amanda. 

background image

-  Nic  nie  szkodzi.  -  Jedno  spojrzenie  na  Sloana  wystarczyło,  by  Livingston  doszedł  do 

wniosku, że to jednak nie Amanda stanie się jego furtką do Towers. - Twoja ciocia jest czarującą 

gospodynią. 

- Ciocia Coco wie o tych meblach więcej niż my wszystkie razem wzięte - poinformowała 

go Amanda. - A to jest Sloan O’Riley, architekt, który nadzoruje renowację wnętrz. 

Uścisk  dłoni  mężczyzn  był  krótki.  Sloan  z  miejsca  poczuł  niechęć  do  tego  handlarza 

antyków, który nosił trzyczęściowy garnitur i sączył sherry. 

- Renowacja tego domu to nie lada wyzwanie - zauważył uprzejmie Livingston. 

- Och, jakoś sobie radzę - mruknął Sloan. Właśnie opowiadałam Williamowi, jak żmudne 

jest przeglądanie tych wszystkich starych papierów. W gazetach wygląda to o wiele atrakcyjniej - 

promieniała  ciocia  Coco.  -  Ale  postanowiłam  urządzić  jeszcze  jeden  seans.  Jutro,  podczas 

pierwszego wieczoru nowiu. 

Amanda z trudem się powstrzymała, by nie jęknąć głośno. 

- Ciociu Coco, jestem pewna, że Williama to zupełnie nie interesuje. 

-  Przeciwnie  -  ożywił  się  Livingston.  W  jego  umyśle  zaczynał  się  już  formować  plan 

działania. 

- Z przyjemnością wziąłbym udział w tym seansie, ale niestety, jutro wieczorem mam nie 

cierpiące zwłoki sprawy do załatwienia. 

- W takim razie może przy następnej okazji. Jeśli zechciałby pan teraz wejść na górę... 

Zanim Coco zdążyła skończyć zdanie, przez drzwi tarasu do salonu wpadł Alex, a tuż za 

nim  Jenny  i  roześmiana  Suzanna.  Wszyscy  troje  mieli  ubrania  i  ręce  pobrudzone  ziemią.  Alex 

zatrzymał się przed Livingstonem i obcesowo zapytał: 

- Kto to? 

-  Alex,  zachowuj  się  przyzwoicie  -  upomniała  go  Suzanna  i  odciągnęła  na  bok,  zanim 

chłopiec  zdążył  przejechać  brudnymi  rękami  po  nieskazitelnym  garniturze  gościa,  -  Bardzo 

przepraszam  -  usprawiedliwiała  się.  -  Byliśmy  w  ogrodzie  i  popełniłam  ten  błąd,  że 

wspomniałam coś o lodach. 

William wygiął usta w imitacji uśmiechu. Nie cierpiał dzieci jeszcze bardziej niż psów. 

- Proszę nie przepraszać. Dzieci są... wyjątkowo urocze. 

-  Nie,  wcale  nie  -  odrzekła  Suzanna  pogodnie,  -  ale  nie  mamy  wyjścia,  musimy  jakoś 

sobie z nimi radzić. 

background image

Pociągnęła Aleksa do kuchni. Chłopak obejrzał się i jeszcze raz zerknął na Williama. 

- On ma złe oczy - powiedział do matki. 

Suzanna pogładziła go po głowie. 

- Nie mów głupstw. Był po prostu zdenerwowany, bo o mało co na niego nie wpadłeś. 

Alex jednak spojrzał na Jenny, a ta poważnie pokiwała głową. 

- Ma oczy jak wąż z Rikki - Tikki - Tavi. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- No widzisz, nie było tak źle - powiedziała Amanda, szybko całując Sloana w policzek. 

On jednak nie dał się tak łatwo spacyfikować. 

- Siedział tu całe pięć godzin. Nie rozumiem, dlaczego Coco zaprosiła go na kolację. 

- Bo jest czarujący i jest kawalerem - zaśmiała się, zarzucając mu ramiona na szyję. - Nie 

zapominaj o fusach z herbaty. 

-  Myślałem,  że  zobaczyła  w  tych  fusach  mnie  -  zdziwił  się  Sloan,  skubiąc  ustami  ucho 

Amandy. 

- Może. Au! - Podskoczyła nagle. - Zachowujesz się jak dzikus! 

- Czasami indiańska krew moich przodków bierze we mnie górę. 

Przyjrzała  się  jego  twarzy.  W  świetle  zachodzącego  słońca  jego  skóra  miała  prawie 

miedziany  odcień,  a  zielone  oczy  wydawały  się  zupełnie  czarne.  Owszem,  dostrzegała  w  tej 

twarzy obie strony jego dziedzictwa, zarówno indiańską, jak i celtycką. 

- Właściwie nic o tobie nie wiem - stwierdziła. 

- Tylko tyle, że jesteś architektem z Oklahomy i studiowałeś na Harvardzie. 

- Wiesz jeszcze, że lubię piwo i długonogie kobiety. 

- I to już wszystko. 

Sloan zerknął na jej twarz i spostrzegł, jak bardzo Amandzie zależy, by opowiedział jej o 

swoim życiu. 

- No dobrze, Calhoun, a co chciałabyś wiedzieć? 

-  Nie  mam  zamiaru  urządzać  ci  przesłuchania,  ale  ty  wiesz  o  mnie  prawie  wszystko. 

Znasz moją rodzinę, pochodzenie, marzenia. 

Sloan powoli zapalił cygaro. 

- Mój prapradziadek - zaczął - opuścił Irlandię dla Nowego Świata i został traperem. To 

był prawdziwy człowiek gór. Ożenił się z Indianką z plemienia Czirokezów i spłodził z nią trzech 

synów. Pewnego dnia wyruszył na polowanie i nigdy już nie wrócił, natomiast synowie założyli 

faktorię  i  radzili  sobie  całkiem  nieźle,  Jeden  z  nich  zamówił  narzeczoną  pocztą  i  dostał  miłą 

irlandzką  dziewczynę.  Mieli  gromadkę  dzieci,  wśród  których  był  mój  dziadek.  On  z  kolei 

kupował  działki,  gdy  były  tanie,  a  potem  sprzedawał  je,  gdy  cena  poszła  w  górę.  Zgodnie  z 

rodzinną  tradycją  on  również  ożenił  się  z  Irlandką,  rudą  złośnicą,  która  doprowadzała  go  do 

background image

szału. Musiał jednak bardzo ją kochać, bo pierwszy szyb naftowy nazwał jej imieniem. 

-  Prawdziwy  szyb  naftowy?  -  zdumiała  się  Amanda,  która  do  tej  pory  słuchała  jego 

historii wyraźnie oczarowana. 

- Nazwał go Maggie - wyjaśnił Sloan z szerokim uśmiechem. - I tak mu się to spodobało, 

ż

e pozostałym szybom również ponadawał imiona. 

- Pozostałym - powtórzyła Amanda dziwnie słabym głosem. 

-  Mój  ojciec  przejął  firmę  w  latach  sześćdziesiątych,  ale  dziadek  nadal  wtrącał  we 

wszystko swoje trzy grosze. Wciąż ma mi za złe, że nie pracuję w rodzinnym przedsiębiorstwie, 

ale ja chciałem budować i uznałem, że Sun Industries poradzi sobie beze mnie. 

Amanda omal się nie zadławiła. 

- Sun  Industries? - powtórzyła z niedowierzaniem. Była to nazwa jednej z największych 

korporacji w kraju. - Ty... Nie miałam pojęcia, że jesteś bogaty. 

- W każdym razie moja rodzina jest. Masz z tym jakiś problem? 

- Nie. Tylko nie chciałabym, żebyś myślał, że... 

-  Że  chodziło  ci  o  pieniądze  mojej  rodziny?  -  dokończył  za  nią  i  wybuchnął  głośnym 

ś

miechem. - Kochanie, przecież wiem, że chodziło ci wyłącznie o moje ciało! 

- Tak, proszę pana - powtarzała Amanda co pewien czas, nucąc w myślach jakąś melodię. 

Stenerson wygłaszał kolejne kazanie. Do końca zmiany Amandy pozostało jeszcze tylko dziesięć 

minut.  Nawet  perspektywa  seansu  spirytystycznego  nie  była  w  stanie  zepsuć  jej  nastroju.  Już 

niedługo będzie ze Sloanem. Może nawet zdążą pójść na spacer przed kolacją. 

- Panno Calhoun, wydaje mi się, że pani myśli nie są skupione na pracy. 

Upomnienie przywołało Amandę do porządku. 

- Mówił pan o skardze państwa Wicken. 

Nachmurzony jak chmura gradowa Stenerson postukał długopisem w notatnik. 

-  Bardzo  mnie  zmartwiło  to,  że  jeden  z  naszych  kelnerów  wylał  całą  tacę  napojów  na 

kolana pani Wicken. 

-  Tak,  proszę  pana.  Kazałam  oddać  jej  spodnie  do  czyszczenia,  a  ponadto  otrzymali 

zaproszenie na kolację na koszt firmy. To ich usatysfakcjonowało. 

- Ponadto, oczywiście, zwolniła pani tego kelnera? 

- Nie, proszę pana. 

Brwi Stenersona powędrowały do góry. 

background image

- Czy mogę zapytać, dlaczego nie zrobiła pani tego, choć specjalnie o to prosiłem? 

-  Bo  Tim  pracuje  u  nas  od  trzech  lat,  a  poza  tym  trudno  go  winić,  gdyż  syn  państwa 

Wicken podstawił mu nogę. Widziało to kilku innych kelnerów, a także gości. 

- Mimo wszystko wydałem pani polecenie, a pani go nie wypełniła. 

- To prawda, proszę  pana, jednak po dokładnym  zbadaniu okoliczności sprawy uznałam 

za stosowne postąpić inaczej. 

- Panno Calhoun, czy mam pani przypomnieć, kto zarządza tym hotelem? 

-  Nie,  proszę  pana,  ale  wydaje  mi  się,  że  po  tylu  latach  pracy  zasłużyłam  na  to,  by  brał 

pan również i mój osąd pod uwagę. -  Wzięła głęboki oddech i zaryzykowała. - Jeśli nie zechce 

pan tego zrobić, to chyba będzie najlepiej, gdy złożę rezygnację. 

Stenerson zamrugał powiekami i wielce zaskoczony, odchrząknął. 

- Nie sądzi pani, że to zbyt pochopna decyzja? 

-  Nie,  proszę  pana.  Skoro  nie  uważa  mnie  pan  za  osobę  kompetentną  do  podejmowania 

niektórych decyzji, to cały system zarządzania tym hotelem staje pod znakiem zapytania. 

-  Nie  kwestionuję  pani  kompetencji,  lecz  widzę  jedynie  pewien  brak  doświadczenia. 

Jednak - dodał Stenerson - jestem pewien, że zrobiła pani to, co w tym przypadku uznała pani za 

najwłaściwsze. 

- Tak, proszę pana. 

Amanda  wyszła  z  biura  szefa  z  mocno  zaciśniętymi  szczękami.  Zmusiła  się,  by  je 

rozluźnić, gdy w holu spotkała Williama. 

-  Chciałem  ci  jeszcze  raz  podziękować  za  oprowadzenie  mnie  po  domu  i  znakomitą 

kolację. 

- Cała przyjemność po naszej stronie. 

- Mam jednak  wrażenie, że  gdybym znów zaprosił cię na  kolację, tobyś  mi odmówiła,  i 

tym razem powodem nie byłyby zasady obowiązujące w hotelu. 

- Williamie, ja... 

-  Nie,  nie.  -  Poklepał  ją  po  dłoni.  -  Rozumiem.  Jestem  rozczarowany,  ale  rozumiem. 

Przypuszczam, że pan O’Riley będzie obecny na dzisiejszym seansie? 

- Czy tego chce, czy nie! - zaśmiała się Amanda. 

-  Naprawdę  bardzo  mi  przykro,  że  mnie  to  ominie.  Mówiłaś  chyba,  że  zaczynacie  o 

ósmej? 

background image

-  Nie,  punktualnie  o  dziewiątej.  Ciocia  Coco  posadzi  nas  wokół  stołu  w  jadalni,  każe 

wziąć się za ręce i wysyłać fale alfa czy też jakieś inne... 

- Mam nadzieję, że powiadomisz mnie, jeśli otrzymacie jakiś przekaz z... tamtej strony. 

- W porządku. Dobranoc. 

-  Dobranoc  -  odrzekł  i  spojrzał  na  zegarek.  Miał  wystarczająco  dużo  czasu,  by  się 

przygotować. 

- Tak myślałam, że cię tu znajdę - powiedziała Amanda, wchodząc do dużego, okrągłego 

pomieszczenia,  które  rodzina  nazywała  wieżą  Bianki.  Lilah  siedziała  na  parapecie  zwinięta  w 

kłębek i patrzyła na skały. 

Siostra wyrwała ją z zamyślenia. 

-  Mhm.  Jesteśmy  tu  tylko  we  dwoje,  ja  i  groźny  Fred,  i  razem  nastrajamy  się  na 

wieczorny seans. 

- Daj spokój - machnęła ręką Amanda i usiadła na parapecie obok Lilah. 

-  A  co  się  stało  z  tym  tak  radosnym  i  pełnym  zadowolenia  uśmiechem,  który  miałaś  na 

twarzy dzisiaj rano? Pokłóciłaś się ze Sloanem? 

- Nie. 

- W takim razie to Stenerson - domyśliła się Lilah. Amanda zaklęła krótko, potwierdzając 

jej  przypuszczenia.  -  Trafiłam  za  drugim  razem  -  rozpromieniła  się.  -  W  imię  czego  ty  z  nim 

właściwie wytrzymujesz, Mandy? 

- Bo pracuję u niego. 

- No to rzuć tę pracę. 

- Łatwo ci mówić - rzekła Amanda niecierpliwie. - Nie wszyscy mogą dryfować z dnia na 

dzień jak leśne elfy. Przepraszam - dodała po chwili z głośnym westchnieniem. 

Lilah tylko wzruszyła ramionami. 

- Wydaje mi się, że gryzie cię coś jeszcze oprócz Stenersona. 

- To on zaczął. Powiedział, że nie koncentruję się na pracy, i miał rację. 

- Więc myślałaś o czymś innym. Wielkie mi rzeczy. 

- Owszem, wielkie. Lubię moją pracę i jestem w niej dobra, ale ostatnio nie przykładałam 

się do niej zbytnio. O naszyjniku też prawie zapomniałam. Tak dzieje się, odkąd... 

- Odkąd przyjechał tutaj ten wielki karabin z Zachodu. 

- To nie jest zabawne. 

background image

-  Oczywiście,  że  jest.  -  Lilah  wzruszyła  ramionami  i  z  westchnieniem  oparła  głowę  na 

kolanach. - Jesteś nieco mniej skoncentrowana, gubisz jakąś listę albo o pięć minut spóźniasz się 

na spotkanie. I co z tego? 

- Powiem ci, co z tego. Zmieniam się przy nim i nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Mam 

różne zobowiązania i za wiele spraw jestem odpowiedzialna, Mam też swoje cele. Muszę myśleć 

o  tym,  co  będzie  jutro  i  za  pięć  lat.  A  jeśli  to  tylko  przejściowe  zauroczenie?  Za  kilka  tygodni 

Sloan skończy pracę w naszym domu i wróci do Oklahomy, a moje życie zamieni się w ruinę. 

- A gdyby cię poprosił, żebyś z nim pojechała? 

- To jeszcze  gorzej. - Amanda wstała  i zaczęła chodzić w kółko po wieży. - Co ja mam 

zrobić? Rzucić wszystko, na co tak długo pracowałam, pogrzebać wszystkie moje nadzieje, tylko 

dlatego, że ten kowboj zawoła: „Mała, wskakuj na siodło, odjeżdżamy!”. 

- A mogłabyś to zrobić? 

Amanda przymknęła oczy. 

- Obawiam się, że tak. 

To dlaczego z nim o tym nie porozmawiasz? 

-  Nie  mogę  -  westchnęła  i  znów  usiadła.  -  Nie  rozmawialiśmy  jeszcze  o  przyszłości. 

Chyba  żadne  z  nas  nie  chce  o  niej  myśleć.  Dopiero  dzisiaj  przyszło  mi  do  głowy,  że  jeszcze 

miesiąc temu w ogóle go nie znałam. To prawdziwe szaleństwo tak uzależniać plany życiowe od 

kogoś, kogo ledwie się poznało! 

- A ty zawsze byłaś bardzo rozsądna - przypomniała jej Lilah. 

- No, tak. 

-  No,  to  teraz  rozluźnij  się  -  zachęciła  ją  siostra.  -  Gdy  nadejdzie  właściwa  chwila,  na 

pewno postąpisz właściwie. 

- Mam nadzieję, że się nie mylisz - mruknęła Amanda. - Oczywiście, masz rację. Zawsze 

tak ze mną jest... Idę popracować do magazynu. 

- Widzę, że już wróciłaś na właściwy tor - powiedziała Lilah i zawołała na psa. - Chodź, 

Fred,  zobaczymy,  czy  uda  nam  się  znów  wykoleić  naszą  kochaną,  mądrą  i  ze  wszech  miar 

rozsądną Mandy. Warto spróbować. 

Sloan wszedł do magazynu uzbrojony w butelkę szampana, wiklinowy koszyk i siostrzaną 

radę  Lili,  która brzmiała, jak następuje: „Nie pozwól jej wrócić do  równowagi. Jeśli dopuścisz, 

by  powrócił  jej  rozum  i  zdolność  do  logicznego  myślenia,  przegracie  oboje  i  pozostanie  wam 

background image

tylko smutek i samotny płacz”. 

Sloan  nie  był  do  końca  pewien,  co  stało  się  przyczyną  wizyty  Lili,  ale  doceniał  jej 

intencje  i  podobał  mu  się  wyznaczony  kurs  działania.  Tak  jak  podobała  mu  się  Amanda,  gdy 

zgarbiona  siedziała  nad  biurkiem,  w  okularach  na  nosie  i  włosami  spiętymi  z  tyłu.  Za  nią  stały 

schludnie  opisane  kartoteki,  po  bokach  dziesiątki  zakurzonych  pudeł  kartonowych,  a  przed  nią 

kilka stosików papierów. 

- Hej, Calhoun, gotowa jesteś, żeby zrobić sobie przerwę? 

- Co? - Podniosła głowę. - O, cześć! Nie słyszałam, jak wchodziłeś! 

- Gdzie jesteś? 

-  W  roku  1929.  Zdaje  się,  że  mój  niezwykły  pradziadek  zarobił  trochę  pieniędzy  na 

przemycie alkoholu z Kanady w czasach prohibicji. 

- Stary dobry Fergus. 

-  Stary  chciwy  Fergus  -  poprawiła  go  Amanda.  -  Biznesmen  w  każdym  calu.  Skoro  tak 

pedantycznie  spisywał  wszystkie  swoje  nielegalne  interesy,  to  na  pewno  odnotowałby  gdzieś 

sprzedaż cennych szmaragdów. 

- Myślałem, że Bianca je ukryła. 

-  Tak  mówi  legenda  -  powiedziała  Amanda,  przecierając  zmęczone  oczy.  -  Ja  wolę 

opierać się na faktach. Przyszło mi do głowy, że mógł je umieścić w skrytce bankowej, o której 

nikomu nie powiedział, ale na to też nie ma żadnych dowodów. 

- A jeśli szukacie nie tam,  gdzie trzeba? - zapytał Sloan. Postawił butelkę na podłodze  i 

pochylił się nad Amandą, masując jej kark. - Może należałoby się skupić na Biance? W końcu to 

był jej naszyjnik. 

-  Mamy  o  niej  bardzo  niewiele  informacji,  bo  Fergus  zniszczył  jej  portrety,  listy, 

dosłownie wszystko, co miało z nią związek. Do tej pory znalazłyśmy tylko jeden jej kalendarz. 

- Musiał być naprawdę wściekły. 

- Myślę, że rozpaczał po jej utracie. 

- Nie - pokręcił głową Sloan. - Gdyby rozpaczał, toby wszystko zatrzymał. - Pod palcami 

czuł twarde węzły. - Co się dzieje, Amando? Taka jesteś spięta. 

- Po prostu za długo tu siedziałam. 

- W takim razie przyszedłem w samą porę. - Wskazał na szampana. 

- Po co to? 

background image

-  Prawie  wszyscy  ludzie  lubią  ten  trunek.  Nie  wiem  jak  ty,  ale  ja  dzisiaj  odpracowałem 

solidną dniówkę i pomyślałem, że zrobimy sobie przerwę pierwsza klasa. 

Amanda  nie  potrzebowała  szampana,  bo  Sloan  wystarczająco  działał  na  jej  umysł. 

Przypomniała sobie, że właśnie tego zamierzała unikać. 

- To sympatyczny pomysł, ale pójdę chyba sprawdzić, czy cioci Coco nie przydałaby się 

pomoc przed kolacją. 

- Lilah jej pomaga. 

- Lilah? - zdziwiła się Amanda. - Chyba żartujesz! 

-  Nie  -  rzekł  Sloan,  wyjmując  z  koszyka  dwa  kieliszki  do  szampana.  -  Suzanna  odrabia 

lekcje z dziećmi, a ty i ja zjemy razem kolację. 

- Sloan, nie jestem ubrana odpowiednio do wyjścia. Chyba... 

- Kiedy mnie się bardzo podobają te twoje dresy. 

- Rozlał szampana do kieliszków i podał jej jeden. 

- I nigdzie nie wychodzimy. 

- Przecież powiedziałeś... 

- Powiedziałem, że zjemy kolację we dwoje, i tak będzie. Tutaj. 

- Tutaj? W tym magazynie? 

- A dlaczego nie? Mam tu trochę pasztetu cioci  Coco, jest też zimny kurczak, szparagi i 

ś

wieże truskawki. Myślałem o tym przez cały dzień. 

No  cóż,  Sloan  wiedział,  co  zrobić,  by  Amanda  natychmiast  zmieniła  się  w  zakochaną 

panienkę. 

- Musimy porozmawiać - wyjąkała niepewnie. 

- Jasne, ale może najpierw umościmy się tu wygodnie? 

- Gdzie? 

Wyjął z koszyka koc i rozłożył na podłodze. 

- Chodź tu. 

- Naprawdę byłoby lepiej, gdybyśmy... 

On jednak już pociągnął ją do siebie. Wyjął kieliszek z jej ręki, odstawił na bok i pochylił 

się nad jej twarzą. 

- Teraz już jest znacznie lepiej - mruknął. 

- Dzieci są w domu - słabo zaprotestowała Amanda, wsuwając dłonie pod jego koszulę. - 

background image

Ktoś może tu wejść. 

-  Zaniknąłem  drzwi  na  klucz.  A  teraz  uważaj,  Calhoun,  bo  chcę  cię  nauczyć  sztuki 

relaksu. 

Była tak odprężona, że nie chciało jej się nawet poruszyć. Z trudem uchyliła powieki, gdy 

Sloan położył jej na języku kawałek pasztetu. 

- Dobre - powiedział jak do dziecka, a potem umieścił następny kawałek na jej ramieniu i 

zlizał go powoli. 

W następnej kolejności podciągnął ją do góry i delikatnie napoił szampanem, przytykając 

kieliszek do jej ust. 

- Mieliśmy to wypić na początku, ale jakoś wyleciało mi z głowy. 

Ten  szampan  miał  naprawdę  grzeszny  smak.  Następny  kawałek  pasztetu  dostała  na 

połówce krakersa. 

Karmili się nawzajem. Sloan rozlał resztę szampana do kieliszków. 

- Spóźnimy się na seans - przypomniała sobie naraz Amanda. 

- Coco zmieniła zdanie. Wibracje nie są dzisiaj odpowiednie. Mówiła coś o interferencji 

mrocznego bytu. 

- To bardzo w stylu mojej rozsądnej cioci - westchnęła Amanda. 

- Chce poczekać na ostatni wieczór nowiu, więc możemy tu zostać całą noc. 

Amanda zaczynała już wierzyć, że przy nim wszystko staje się możliwe. 

- To byłby mój pierwszy w życiu całonocny piknik - zaśmiała się. 

-  Po  ślubie  będziemy  to  robić  częściej.  -  Amanda  wyprostowała  się  tak  gwałtownie,  że 

oblała się szampanem. 

- Spokojnie, Calhoun, nie marnuj szampana! To już końcówka - upomniał ją Sloan. 

- Co to znaczy, po ślubie? - prychnęła. 

- No wiesz, mąż, żona, i te rzeczy. 

Z  wystudiowanym  spokojem  odstawiła  kieliszek  na  bok.  Mogła  się  tego  spodziewać. 

Siodłaj konie, Calhoun, jedziemy! 

-  Skąd  ci  przyszło  do  głowy,  że  weźmiemy  ślub?  Sloanowi  nie  podobała  się  pionowa 

zmarszczka pomiędzy jej brwiami. 

-  Kocham  cię,  ty  mnie  też  kochasz.  Amando,  to  ty  tu  jesteś  specjalistką  od  logiki.  Z 

mojego punktu widzenia następnym logicznym krokiem jest małżeństwo. 

background image

- Dla ciebie może to być tylko mały krok, ale dla mnie jest to wielki, ogromny skok! Nie 

możesz zakładać z góry, że się na to zgodzę! 

- A dlaczego? 

- Bo nie. Po pierwsze, nie planuję małżeństwa w ciągu najbliższych lat. Muszę myśleć o 

swojej karierze. 

- A co ma jedno do drugiego? 

-  Wszystko.  Zniszczyłeś  już  moją  umiejętność  koncentracji,  zmieniłeś  moją  hierarchię 

wartości.  Tylko  na  mnie  popatrz.  Siedzę  nago  na  podłodze  magazynu  i  kłócę  się  z  facetem, 

którego dopiero co poznałam. Na Boga, przecież to nie jestem ja! 

Sloan obrzucił całą jej sylwetkę powolnym spojrzeniem. 

- Więc kto to jest? 

-  Nie  wiem.  -  Sięgnęła  po  dres  i  zaczęła  się  szybko  ubierać.  -  Sama  już  nie  wiem,  kim 

jestem, i to wszystko przez ciebie. Odkąd wpadłeś na mnie na tym chodniku, nie mogę w niczym 

znaleźć sensu. 

- To ty na mnie wpadłaś. 

-  Mniejsza  o  to.  Śnię  na  jawie,  gdy  powinnam  pracować.  Kocham  się  z  tobą,  gdy 

powinnam  stawiać  się  na  umówione  spotkania.  Uczestniczę  w  rozbieranych  piknikach,  gdy 

powinnam przeglądać papiery. To się musi skończyć! 

Sloan bezradnie poskrobał się po głowie. 

- Chyba wypiłaś za dużo tego szampana. Posłuchaj, Calhoun, może usiądziesz spokojnie i 

porozmawiamy? 

-  Nie  będę  siedzieć  spokojnie,  bo  zaraz  znów  mnie  dotkniesz  i  diabli  wezmą  moją 

zdolność  myślenia.  Nie  będziesz  planował  mojego  życia,  nie  pytając  mnie  nawet  o  zdanie. 

Zamierzam odzyskać nad nim kontrolę. 

Sloan stanął nad nią, nagi i wściekły. 

- Jesteś zła, bo chcę się z tobą ożenić. 

-  A  ty  jesteś  zwyczajnie  głupi!  -  syknęła  Amanda  przez  zaciśnięte  zęby.  Podeszła  do 

drzwi  i  po  chwili  udało  jej  się  otworzyć  zamek.  -  Możesz  się  wypchać  tymi  niewiarygodnie 

romantycznymi oświadczynami. 

Popołudnie  było  upalne  i  wilgotne,  jakby  stworzone  do  rozkoszowania  się  wszelkimi 

przyjemnościami.  Christian  zaskoczył  mnie,  przynosząc  wino  i  zimną  szynkę.  Siedzieliśmy  w 

background image

trawie pod urwiskiem i patrzyliśmy na łódki ślizgające się po powierzchni zatoki. Światło słońca 

miało dziwny, złocisty odcień... ale tak jest zawsze, gdy jestem z moim ukochanym. 

Rozmawialiśmy  o  wszystkim  i  o  niczym.  Christian  szkicował  mnie.  Od  początku  lata 

namalował  już  dwa  moje  portrety.  Tutaj  mogę  napisać,  że  wyglądam  na  nich  pięknie.  Jaka 

kobieta  nie  wygląda  cudownie,  gdy  jest  zakochana?  A  to  przecież  jego  oczy  na  mnie  patrzyły, 

jego dłonie rysowały moją twarz, jego uczucia kierowały pędzlem. 

Gdybym wcześniej  nie zdawała sobie sprawy, jak głębokie i prawdziwe jest jego uczucie 

do mnie, zrozumiałabym to po obejrzeniu tych obrazów. 

Czy  ktoś  kupi  od  niego  mój  portret?  Myśl  o  tym  smuci  mnie,  a  jednocześnie  napawa 

dumą.  Przynajmniej  tak  mogę  oznajmić  światu  moje  uczucia.  Może  na  jakiejś  ścianie  zawiśnie 

portret kobiety o twarzy przepełnionej miłością do artysty, który ją malował. 

Napisałam  już,  że  rozmawialiśmy  o  wszystkim  i  o  niczym.  Nigdy  nie  wspominamy  o 

upływie  czasu,  o  tym,  jak  szybko  mijają  letnie  dni.  Tak  niewiele  tygodni  jeszcze  pozostało  do 

chwili, gdy będę musiała opuścić wyspę i Christiana. 

Dziś  wieczorem  byłam  z  Fergusem  na  tańcach.  Był  w  bardzo  dobrym  nastroju,  chociaż 

dużo mówiono o wojnie. Powiedział, że bystrzy ludzie wiedzą, iż zawsze w końcu nadejdzie jakaś 

wojna,  na  której  można  zarobić  pieniądze.  Byłam  zdumiona,  słysząc  od  niego  te  słowa,  ale  on 

zupełnie nie zwrócił uwagi na moje uczucia. 

- Ty masz myśleć o tym, jak wydać te pieniądze, a zarabianie należy do mnie - powiedział. 

To  mnie  zirytowało.  Nie  wyszłam  za  niego  dla  pieniędzy  ani  też  nie  dla  nich  wciąż  przy 

nim pozostaję. Jedno i drugie uczyniłam, wiedziona poczuciem obowiązku. A przecież bez chwili 

refleksji mieszkam pod jego dachem, jem jego pożywienie, przyjmuję od niego prezenty. 

Mam wyrzuty sumienia, że czułam większą wdzięczność dla Christiana za jeden piknik, niż 

dla Fergusa za wystawne obiady. 

Miałam  na  sobie  szmaragdy,  gdyż  wiem,  że  nakładając  je,  zawsze  sprawiam  mu 

przyjemność. Leżą teraz obok mnie, przypominając mi zarówno o smutku, jak i o radości. 

Gdyby  nie  moje  dzieci...  ale  o  tym  nawet  nie  wolno  mi  myśleć.  Mogę  popełnić  wszystkie 

grzechy, nigdy jednak nie opuszczę dzieci. Ani ja, ani Christian nie mamy prawa zignorować ich 

potrzeb.  Wiem,  że  będą  mi  pociechą  w  czekających  mnie  latach  samotności.  Nie  powinnam 

ż

ałowaćże Christian i ja nigdy nie poczniemy dziecka. 

A jednak żałuję

background image

Dziś  postaram  się  zasnąć  jak  najszybciej,  bo  gdy  się  obudzę,  będzie  ranek,  a  potem 

złociste popołudnie, które znów spędzę z Christianem

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Od  trzaśnięcia  drzwiami  powstrzymała  Amandę  tylko  myśl,  że  Suzanna  na  pewno  już 

położyła  dzieci  spać.  Kopnęła  je  jednak  i  poszła  korytarzem,  mamrocząc  pod  nosem 

przekleństwa. Nie była pewna, czy jest bardziej zła na Sloana za to, że z góry założył, iż ona się 

zgodzi za niego wyjść, czy też na siebie za to, że czuła wielką pokusę, by mu się nie opierać. Nie 

miała  małżeństwa  w  planach,  lecz  przywykła  radzić  sobie  z  nieoczekiwanymi  sytuacjami.  Nie 

zamierzała jednak wskakiwać do tej łódki na pierwsze skinienie Sloana. 

Zatrzymała się przed drzwiami swojej sypialni, zastanawiając się, czy powinna wrócić do 

magazynu i ze śmiechem rzucić się Sloanowi w ramiona.  Nie, pomyślała jednak. Nie ma sensu 

tak  mu  wszystkiego  ułatwiać.  Jeśli  rzeczywiście  ją  kocha,  to  będzie  musiał  jeszcze  trochę  się 

postarać. 

Nacisnęła  klamkę,  weszła  do  sypialni  i  naraz  czyjeś  ramię  zacisnęło  się  na  jej  szyi. 

Odepchnęła  je  odruchowo  i  zaczerpnęła  oddechu,  zamierzając  wołać  o  pomoc,  ale  w  tej  samej 

chwili poczuła na swojej skroni dotyk zimnego metalu. 

- Nie rób tego - odezwał się ledwie słyszalny szept tuż obok jej ucha. - Bądź cicho i nie 

ruszaj się, to nic ci się nie stanie. 

Posłusznie  opuściła  ręce.  Jej  umysł  pracował  na  najwyższych  obrotach.  Dzieci  spały  na 

tym samym piętrze, a ich bezpieczeństwo było najważniejsze. 

-  Teraz  lepiej  -  stwierdził  ten  sam  głos.  -  Jeśli  będziesz  krzyczeć,  to  komuś  stanie  się 

krzywda.  W pierwszej kolejności tobie, a myślę, że tego byś nie chciała. - Potrząsnęła głową. - 

Dobrze. 

W głębi korytarza rozległ się głos Sloana. 

- Calhoun, jeszcze z tobą nie skończyłem! 

- Nie odzywaj się - powtórzył głos. - Bo będę musiał go zabić. 

Amanda zamknęła oczy i w duchu zaczęła odmawiać modlitwę. 

Sloan pchnął drzwi do jej sypialni, ale panowały tu nieprzeniknione ciemności. Amanda 

wiedziała, że pistolet jest teraz wymierzony w jego kierunku. Nie odważyła się nawet odetchnąć. 

Odnosiła wrażenie, że w żołądku ma bryłę lodu. 

W końcu Sloan odwrócił się i odszedł. Zastanawiała się, czy jeszcze go kiedyś zobaczy. 

- Teraz możemy porozmawiać - stwierdził jej prześladowca, wciąż trzymając pistolet przy 

background image

jej głowie. - O szmaragdach. 

- Nie wiem, gdzie są. 

- To prawda. Na początku nie mogłem w to uwierzyć, ale teraz jestem pewien. Zrobimy to 

inaczej.  Musimy  poruszać  się  szybko.  Najpierw  magazyn.  Zabiorę  papiery,  których  jeszcze  nie 

zdążyłyście przejrzeć. Potem pójdziemy po perły cioci Coco i po kilka innych drobiazgów. 

- Nie uda ci się wydostać z domu. 

-  Pozwól,  że  ja  się  będę  o  to  martwił.  Idziemy  do  magazynu.  Jeśli  spróbujesz  czegoś 

głupiego, to z żalem będę musiał cię zastrzelić. 

Wiedziała,  że  niczego  nie  spróbuje,  dopóki  dzieci  są  tak  blisko,  ale  magazyn  był  już 

zupełnie innym terytorium. Szła korytarzem, a napastnik tuż za nią. 

Sloan zostawił w  magazynie  zapalone światło. Na podłodze leżały pozostałości  pikniku. 

Czuć było lekki zapach szampana i truskawek. 

-  Miła  imprezka  -  mruknął  Livingston,  zamykając  za  sobą  drzwi.  -  Co  prawda  dla  mnie 

byłoby lepiej, gdybyście jednak zdecydowali się urządzić seans. 

Puścił Amandę, ale nadal trzymał ją na muszce. Wpatrywała się w niego z przerażeniem i 

niedowierzaniem.  A  więc  to  jest  człowiek,  którego  znała  jako  Williama  Livingstona!  Cały  był 

ubrany na czarno, na dłoniach miał chirurgiczne rękawiczki. Pistolet, który trzymał w  ręku, był 

niewielki, nie wątpiła jednak w jego śmiercionośną moc. 

- Niczego nie żałujesz,  Amando? - zapytał odrobinę kpiącym tonem. -  Miałem nadzieję, 

ż

e przy okazji poszukiwań uda nam się trochę zabawić, ale... nie traćmy czasu. 

Wyciągnął z plecaka dużą torbę i rzucił jej. 

- Nie masz już brytyjskiego akcentu - zauważyła. 

- Nie jest mi teraz potrzebny. Pośpiesz się. - Szybko wpychała papiery do torby. To jest 

historia mojej rodziny, pomyślała z wściekłością. 

- Ta papiery na nic ci się nie przydadzą - mruknęła. 

-  Sama  nie  wierzysz  w  to,  co  mówisz.  Gdyby  tak  było,  nie  traciłabyś  czasu  na  ich 

przeglądanie. Bardzo potrzebuję tego naszyjnika. Wiesz, niektóre klejnoty mają dziwną moc. 

Naraz w pomieszczeniu zapanował dziwny, przenikliwy chłód. Wyraz twarzy Livingstona 

zmienił się. 

- Przeciągi - wymamrotał niepewnie. - W tym domu wszędzie są przeciągi. 

Amanda jednak nie na darmo nosiła nazwisko Calhoun. 

background image

-  To  Bianca  -  oświadczyła  spokojnie  i  naraz  poczuła  się  bezpieczna.  -  Odrobiłeś  lekcje, 

więc wiesz, że ona nadal tu jest. Myślę, że ona nie chce oddać ci papierów ani naszyjnika. 

- Duchy? - zaśmiał się ironicznie, ale głos nieco mu drżał. - Nie wierzę w duchy. 

- To dlaczego się boisz? 

-  Nie  boję  się,  tylko  trochę  mi  się  śpieszy.  Zabieraj  torbę.  Nie  będziemy  już  zawracać 

sobie głowy perłami Coco. Wyjdź na taras. 

Amanda  zastanawiała  się,  czy  nie  rzucić  torby  i  nie  zacząć  uciekać,  nie  chciała  jednak 

zostawić Livingstonowi papierów. Zamiast tego zaczęła się szarpać z haczykiem w drzwiach. 

- Zacięło się - mruknęła. 

Livingston  stanął  za  jej  plecami  i  otworzył  haczyk.  Gdy  drzwi  się  uchyliły,  Amanda 

uderzyła w niego całym ciałem, podstawiając mu nogę, i rzuciła się do ucieczki. Biegła w stronę 

zachodniego  skrzydła,  żeby  odciągnąć  go  jak  najdalej  od  reszty  rodziny.  Gdy  dotarła  do 

kamiennych schodków, głośno zawołała Sloana. Ciężka torba obijała jej się o nogi. Za plecami, 

coraz  bliżej,  słyszała  kroki  prześladowcy.  Naraz  rozległ  się  wystrzał.  Kula  odłupała  kawałek 

granitu z balustrady. 

Amanda  nie  zatrzymywała  się,  choć  brakowało  jej  powietrza.  Noc  była  bardzo  duszna, 

nabrzmiała  nadchodzącym deszczem. Poczucie bezpieczeństwa, jakie ogarnęło ją w magazynie, 

zniknęło, zastąpione przez nagłą pewność, że nie poradzi sobie sama. 

Wtedy zobaczyła Sloana, który biegł w jej stronę od zachodniego skrzydła domu. Poczuła 

ulgę, ale natychmiast rozległ się następny wystrzał. 

W domu zapalały się światła. Amanda uświadomiła sobie, że Sloan nie ma żadnej broni, a 

mimo to biegł prosto na uzbrojonego Livingstona. 

Bez  wahania  zatrzymała  się  i  rzuciła  w  rabusia  torbę  z  papierami.  Z  wnętrza  domu 

dobiegł  płacz  Jenny  i  wściekłe  ujadanie  Freda.  Amanda  podbiegła  do  Sloana,  lecz  ten 

niecierpliwie odsunął ją na bok. 

- Wracaj do domu! - wykrzyknął. 

- On ma broń! 

- Powiedziałem, wracaj do domu! 

Strząsnął  z  siebie  jej  rękę  i  jednym  susem  przeskoczył  przez  balustradę.  Z  sercem  w 

gardle  Amanda  podbiegła  do  krawędzi  tarasu  i  zobaczyła,  jak  Sloan  bezpiecznie  wylądował  o 

jeden poziom niżej. Z domu na taras wybiegła wzburzona Lilah. 

background image

- Co tu się dzieje? - zawołała. 

- Dzwoń po policję! To napad! - wykrzyknęła Amanda i pobiegła w dół po schodkach. 

Bez wahania zanurzyła się w mrok ogrodu, wołając Sloana po imieniu. Naraz rozległ się 

kolejny wystrzał. Jak szalona pędziła w tamtą stronę. Usłyszała stłumione przekleństwo, a potem 

pisk opon na asfalcie. 

Wybiegła na podjazd, potknęła się i upadła. Żwir poranił jej dłonie. Zapadła cisza. Przez 

krótką,  przerażającą  chwilę  Amanda  słyszała  tylko  szum  morza  i  wiatru  oraz  głośne  dudnienie 

własnego serca. 

Na  drżących  nogach  zeszła  ze  zbocza,  tak  zaślepiona  lękiem,  że  zauważyła  Sloana 

dopiero wtedy, gdy stanął tuż obok niej. 

- Och, Boże... - szepnęła, dotykając jego twarzy. 

- Myślałam, że cię zabił! 

Sloan był wściekły jak nigdy dotąd. 

- Nie można powiedzieć, żeby nie próbował. Nic ci się nie stało? 

- Nic. 

- Krew - przeraził się nagle Sloan. - Masz krew na rękach. 

- Upadłam. Było ciemno i nic nie widziałam. Położyła głowę na jego ramieniu i objęła go 

mocno, powstrzymując łzy. 

- Ty zupełnie zwariowałeś! Po co za nim biegłeś? Przecież mówiłam ci, że ma broń! 

-  O  mało  cię  nie  zastrzelił!  -  odparował  Sloan.  -  Przecież  mówiłem,  że  masz  wracać  do 

domu! 

- Nie będziesz mi rozkazywał! 

- A więc obydwoje żyjecie! - krzyknęła z radością Lilah, podchodząc do nich z latarką w 

ręku. 

-  Słyszałam  waszą  kłótnię  już  na  drugim  końcu  podjazdu.  -  Światło  latarki  natrafiło  na 

rozrzucone na ścieżce papiery. - Co to takiego? - zainteresowała się Lilah. 

- Rozsypały mu się - zawołała Amanda i natychmiast zaczęła zbierać świstki. 

- To pewnie wtedy, gdy Fred ugryzł go w nogę - zauważył Sloan. 

- Fred go ugryzł? - zdziwiły się obie kobiety jednogłośnie. 

- I to zdaje się, że całkiem mocno - rzekł Sloan z satysfakcją. - Dogonilibyśmy go, gdyby 

nie miał pod ręką samochodu. 

background image

- A on by was zastrzelił - zripostowała natychmiast Amanda. 

Lilah zataczała latarką kręgi, szukając pogubionych dokumentów. 

- Kto to właściwie był? - zapytała spokojnie z zaciekawieniem. 

-  Livingston  -  prychnął  Sloan  i  dołożył  stek  przekleństw.  -  Szczegóły  opowie  ci  siostra. 

Dzwoniłaś na policję? 

- Tak. Zaraz tu będą. 

Amanda  podała  Lili  stertę  dokumentów  i  pochyliła  się,  by  pozbierać  resztę.  Po  chwili 

wszyscy troje ruszyli w stronę domu. 

W drzwiach czekała na nich Suzanna uzbrojona w pogrzebacz. 

- Czy wszystko już w porządku? Nikomu nic się nie stało? - zapytała z troską. 

- W porządku - westchnęła Amanda. - A jak się czują dzieci? 

- Są w salonie z ciocią Coco. Och, co ci się stało z rękami? 

- To tylko zadrapania. 

- Przyniosę coś do dezynfekcji - powiedziała Suzanna. 

- A także trochę brandy! - zawołała za nią Lilah. 

- Wszystkim nam dobrze zrobi. 

W  dwadzieścia  minut  później  cała  rodzina  zebrała  się  w  salonie.  Policjanci  wysłuchali 

relacji o wydarzeniach wieczoru i odjechali, mieszkańcy Towers jednak byli zbyt poruszeni, by 

od razu wrócić do łóżek. 

- I pomyśleć, że gościliśmy tego drania na kolacji! - zżymała się Coco. - Upiekłam nawet 

suflet czekoladowy! A on przez cały czas chciał nas okraść! 

-  Policja  go  zastrzeli  -  oświadczył  Alex  z  niewzruszoną  pewnością  w  głosie.  -  Bang, 

prosto między oczy! 

Suzanna pocałowała syna w czoło. 

- Myślę, że mieliście już dość wrażeń na dzisiaj. Czas do łóżka - powiedziała stanowczo i 

wyprowadziła dzieci z pokoju. 

-  Ukradł  większość  papierów  -  westchnęła  Amanda.  -  Mam  tylko  nadzieję,  że  Fred 

odgryzł mu duży kawał nogi. 

-  Dobry  pies  -  mruknęła  Lilah,  drapiąc  Freda  za  uchem.  -  Te  papiery  na  nic  mu  się  nie 

przydadzą. To nie on ma znaleźć szmaragdy, tylko my. 

- Ja bym nie ryzykował - rzekł Sloan ponuro. 

background image

- Jutro zajmę się zamontowaniem systemu alarmowego. 

Zadzwonił telefon. Amanda podniosła słuchawkę. 

-  To  policja  -  szepnęła  i  przez  chwilę  słuchała  w  milczeniu.  -  Rozumiem.  Tak.  Tak, 

dziękuję za wiadomość. 

Odłożyła słuchawkę i westchnęła z niesmakiem. 

- Chyba udało mu się uciec. Nie wrócił do hotelu po swoje rzeczy. 

- Czy policja uważa, że on jeszcze się tu pokaże? - zapytała Coco z niepokojem. 

-  Nie,  ale  będą  obserwować  dom,  dopóki  nie  uzyskają  pewności,  że  nie  ma  go  już  na 

wyspie. 

- Przypuszczam,  że jest  już  w połowie drogi do  Nowego Jorku -  powiedziała  Lilah.  - A 

jeśli nawet wróci, to zastanie nas lepiej przygotowanych. 

- Tak - westchnęła Amanda. - Na dzisiaj to już chyba wszystko. 

-  Nie  -  powiedział  Sloan,  podchodząc  do  niej.  Wziął  ją  za  rękę  i  pociągnął  do  drzwi.  - 

Zostało  jeszcze  coś  do  załatwienia.  Wybaczcie,  musimy  was  opuścić  -  rzucił  z  progu  do  reszty 

rodziny. 

- Puść mnie - szarpnęła się Amanda, gdy wyszli na korytarz. 

Uwolnił jej rękę, ale natychmiast złapał dziewczynę wpół i przerzucił sobie przez ramię. 

- Z tobą zawsze trzeba się uciekać do ostatecznych rozwiązań - mruknął. 

-  Nie  życzę  sobie,  żeby  mnie  traktowano  jak  worek  kartofli!  -  zawołała  z  oburzeniem, 

wierzgając nogami. 

Sloan kopniakiem otworzył drzwi jej sypialni i rzucił ją na łóżko. 

- Siedź tu i nie ruszaj się. Musimy sobie wreszcie wszystko porządnie wyjaśnić. 

Amanda zakryła twarz rękami i niespodziewanie wybuchnęła płaczem. Nie była w stanie 

powstrzymać łez. Musiała wyrzucić z siebie emocje ostatnich kilku godzin. 

Sloan zaklął i usiadł obok niej. 

- Mandy, nie płacz - rzekł cicho, otaczając ją ramieniem. 

Potrząsnęła głową i dalej szlochała. 

-  Proszę  cię,  przestań.  Przepraszam  cię,  kochanie.  Wiem,  że  przeszłaś  dzisiaj  horror. 

Powinienem teraz zostawić cię w spokoju. Posłuchaj, jeśli chcesz, to możesz mnie uderzyć. 

Pociągnęła  nosem,  wzięła  szeroki  zamach  i  wierzchem  dłoni  uderzyła  go  w  twarz.  Z 

kącika jego ust popłynęła krew. Sloan podniósł rękę do tego miejsca. 

background image

-  Zapomniałem,  że  ty  bierzesz  wszystko  tak  dosłownie  -  mruknął,  patrząc  na  nią.  - 

Skończyłaś już płakać? 

- Chyba tak. Krew ci leci z wargi - zauważyła ze zdziwieniem. 

Wyjęła z kieszeni chusteczkę i wytarła sobie oczy. Sloan jeszcze przez chwilę patrzył na 

nią jak oniemiały, a potem wybuchnął głośnym śmiechem. 

- Boże drogi, ale z ciebie numer! 

-  To  miło  z  twojej  strony,  że  traktujesz  to  wszystko  jak  żart  -  obruszyła  się  Amanda.  - 

Włamanie  do  domu,  strzały...  Masz  szczęście,  że  nie  znalazłam  cię  w  ogrodzie  z  dziurą  w 

głowie! 

Zauważył, że do jej oczu znów napływają łzy, więc szybko ujął jej dłonie. 

- Mandy, to dlatego płaczesz? Zdenerwowałaś się, bo pobiegłem za tym draniem? 

Skinęła głową w milczeniu. 

-  Czy  myślisz,  że  mógłbym  stać  bezczynnie  i  patrzeć,  jak  on  do  ciebie  strzela?  Żałuję 

tylko jednego: że nie udało mi się go dogonić. 

- Jesteś zwyczajnie głupi! - uniosła się znów Amanda. 

-  Już  drugi  raz  dzisiaj  twierdzisz,  że  jestem  głupi.  Chciałbym  teraz  powrócić  do  tego 

pierwszego razu. 

Amanda opuściła głowę. 

- Nie mówmy o tym. 

-  Owszem,  pomówimy  o  tym.  Dlaczego  tak  się  na  mnie  rzuciłaś  z  pazurami,  gdy 

zaproponowałem ci małżeństwo? 

- Zaproponowałeś? Raczej: zadysponowałeś! 

- Powiedziałem tylko, że... 

-  Z  góry  założyłeś,  że  za  ciebie  wyjdę!  -  przerwała  mu  Amanda.  -  Byłeś  tego  zupełnie 

pewien!  Tylko  dlatego,  że  cię  kocham  i  że  poszłam  z  tobą  do  łóżka,  uznałeś,  że  masz  prawo 

dysponować całym moim życiem! Mówiłam ci już wcześniej, że to ja sama o nim decyduję! 

-  Mam  już  dość  twojego  planowania  i  twoich  decyzji,  Calhoun  -  stwierdził  Sloan 

stanowczo.  -  Ja  też  mam  swoje  plany  i  swoje  potrzeby,  a  tak  się  składa,  że  wszystkie 

uwzględniają  ciebie.  Do  diabła,  kocham  cię!  Jesteś  jedyną  kobietą,  z  jaką  chciałbym  dzielić 

ż

ycie, mieć dom i dzieci! Nie mam tylko pojęcia, dlaczego Bóg pokarał mnie takim upartym jak 

muł egzemplarzem, ale tak to już widocznie musi być. 

background image

- Więc dlaczego po prostu mnie nie poprosiłeś? - Sloan wyraźnie nie zrozumiał Amandy. 

- O co miałem cię prosić? 

- Żebym za ciebie wyszła - zirytowała się. - Rany boskie, Sloan! Przecież nie domagam 

się, żebyś padł na  kolana i recytował  mi poezję. Nie oczekuję, że zmienisz się nagle  w Byrona 

albo  Shelleya.  Chociaż  może  odrobina  nastrojowej  muzyki,  na  przykład  koncert  na  skrzypce  i 

fortepian, by nie zaszkodziła... - dodała po namyśle. - I świece. 

- Koncert na skrzypce i fortepian? 

- Mniejsza o to - westchnęła. 

Zaraz poderwał się Sloan. 

- Zaczekaj chwilę. Chcesz powiedzieć, że wpadłaś we wściekłość, bo nie oświadczyłem ci 

się we właściwy sposób? 

- W ogóle mi się nie oświadczyłeś! - wybuchnęła Amanda. - Ale właściwie po co miałbyś 

to robić? Przecież i tak z góry znasz odpowiedź! 

- Poczekaj - powtórzył Sloan jeszcze raz i wybiegł z pokoju. 

Po chwili wrócił z małym magnetofonem i paczką zapałek w ręku. 

- Co teraz? - zdziwiła się Amanda. 

- Zamknij się na chwilę, Calhoun, dobrze? 

Postawił  magnetofon  na  komodzie,  zapalił  zapałkę  i  obszedł  pokój  dokoła,  przytykając 

płomień do wszystkich po kolei znajdujących się tam świec. Na koniec wyłączył światło. 

- Co ty wyprawiasz? 

- Przygotowuję scenografię do oświadczyn - odrzekł krótko. 

Amanda wyskoczyła z łóżka. 

- Urządzasz sobie ze mnie kpiny! 

- Nie - westchnął Sloan. - Do cholery, kobieto, czy będziesz się kłócić ze mną przez całą 

noc, czy też pozwolisz, żebym w końcu zrobił wszystko jak trzeba? 

Amanda  znieruchomiała  i  na  jej  twarzy  wreszcie  pojawił  się  uśmiech.  Dopiero  teraz 

uświadomiła sobie, że Sloan robi to wszystko dla niej. 

- A co to? - zapytała, wskazując na magnetofon. 

-  Pożyczyłem  od  Lili  -  westchnął  i  nacisnął  guzik.  Z  taśmy  popłynęła  piękna  muzyka  - 

koncert na skrzypce i fortepian. Amanda poczuła, że serce topnieje jej jak wosk. 

- To jest piękne - szepnęła z uczuciem. 

background image

-  Tak  jak  ty.  Powinienem  ci  to  częściej  powtarzać.  Podszedł  do  niej  i  wyciągnął  rękę. 

Ujęła ją bez wahania. 

- Teraz wreszcie możemy zacząć. 

- Kocham cię, Amando. Kocham w tobie wszystko. Twoje listy rzeczy do zrobienia, buty 

równo poustawiane w szafie, pływanie w lodowatej wodzie... Kocham tę niesłychanie namiętną 

kobietę,  jaką  jesteś  w  łóżku,  i  kocham  tę  twardą  sztukę,  która  sama  wie,  czego  chce  i  co  ma 

myśleć. 

-  Ja  też  cię  kocham  -  powiedziała  Amanda,  patrząc  mu  w  oczy.  -  Naprawdę  zmieniłeś 

moje życie. 

Sloan uśmiechnął się i pocałował jej przegub. 

- Skoro tak, to czy wyjdziesz za mnie? 

Ze śmiechem zarzuciła mu ramiona na szyję. 

- Już myślałam, że nigdy mnie o to nie poprosisz!